background image

Spis treści

SŁOWO WSTĘPNE

WYKŁAD PIERWSZY

WYKŁAD DRUGI

WYKŁAD TRZECI

WYKŁAD CZWARTY

WYKŁAD PIĄTY

WYKŁAD SZÓSTY

WYKŁAD SIÓDMY

WYKŁAD ÓSMY

WYKŁAD DZIEWIĄTY

WYKŁAD DZIESIĄTY

WYKŁAD JEDENASTY

WYKŁAD DWUNASTY

WYKŁAD TRZYNASTY

WYKŁAD CZTERNASTY

WYKŁAD PIĘTNASTY

WYKŁAD SZESNASTY

WYKŁAD SIEDEMNASTY

WYKŁAD OSIEMNASTY

WYKŁAD DZIEWIĘTNASTY

WYKŁAD DWUDZIESTY

WYKŁAD DWUDZIESTY PIERWSZY

WYKŁAD DWUDZIESTY DRUGI

WYKŁAD DWUDZIESTY TRZECI

WYKŁAD DWUDZIESTY CZWARTY

WYKŁAD DWUDZIESTY PIĄTY

WYKŁAD DWUDZIESTY SZÓSTY

WYKŁAD DWUDZIESTY SIÓDMY

WYKŁAD DWUDZIESTY ÓSMY

WYKŁAD DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

WYKŁAD TRZYDZIESTY

DODATKI I UWAGI (FRAGMENTY)

1

background image

LUDWIK FEUERBACH

„WYKŁADY O ISTOCIE RELIGII”

SŁOWO WSTĘPNE

Wykłady, które oddaję dziś do druku, wygłosiłem w czasie od l grudnia 1848 roku do 2 marca 1849 roku 

w mieście Heidelbergu, ale nie na uniwersytecie heidelberskim,  na życzenie tamtejszych  studentów, ale 
wobec publiczności nie tylko uniwersyteckiej.

Dołączam   je   do   zbiorowego   wydania   swoich   dzieł   jako   tom   ósmy,   ponieważ   zakończenie   wydania 

zbiorowego na Istocie chrześcijaństwa nie miałoby sensu i byłoby sprzeczne z planem, z ideą, która temu 
wydaniu przyświeca. Zgodnie z tą ideą swoim dziełem pierwszym, tzn. najwcześniejszym, uczyniłem Istotę 
chrześcijaństwa
  i dlatego świadomie rozpocząłem wydanie zbiorowe od  Objaśnień i uzupełnień do Istoty 
chrześcijaństwa
.   Ponieważ   jednak   sama  Istota   chrześcijaństwa  musiała   również   wejść   do   wydania 
zbiorowego, przeto w kolejności druku wydaje się ona moim dziełem ostatnim, moją ostatnią myślą i wolą.

Wypada   więc   usuną   ten   złudny   pozór   i   wyznaczyć   chrześcijaństwu   takie   miejsce,   jakie   mu   się 

rzeczywiście należy. To zadonie spełniają niniejsze wykłady, które nawiązują do Uzupełnień zawartych w 
pierwszym   tomie;   kontynuują   one,   rozwijają   i  wyjaśniają   myśli,   które   były   już   w   skrócie   wyrażone   w 
rozprawie o Istocie religii.

Jak wiadomo, nie jestem chrześcijaninem, nie należę zatem do przeżuwaczy (wedle tego, co mówi Luter: 

„Chrześcijanin  przeżuwa  sieczkę   tak,  jak to czynią   owieczki”).  Oddałem  więc  te  wykłady  do  druku w 
całości, w takiej formie, w jakiej były wygłoszone. Uzupełniłem je tylko nowymi cytatami, wywodami i 
uwagami, a przy tym, o ile to było możliwe, usunąłem wszystko, co robiło wrażenie prostego przeżuwania, 
a więc pominąłem nawet cały jeden wykład,  w którym  powoływałem się na swoje  Zasady filozofii. W 
całości jednak zachowalem pierwsze wykłady, aczkolwiek nie zawierają one nic takiego, (czego nie można 
by znależć w innych  mych  pracach drukowanych,  choć rozproszone i inaczej sformułowane.  Zakładam 
bowiem, że wykłady te trafią także do rąk czytelników nie znających pozostałych moich prac, przynajmniej 
o ile chodzi o prace filozoficzne.

Nie ma w tym nic dziwnego, że wykłady te ukazują się dopiero teraz. Cóż jest obecnie bardziej na czasie 

niż wspomnienie roku 1848? Ogłaszając je muszę jednak zauważyć, że są one jedynym  przejawem mej 
działalności   publicznej   w   tzw.   okresie   rewolucyjnym.   We   wszystkich   politycznych   i   niepolitycznych 
ruchach i debatach owego czasu, których  byłem świadkiem,  brałem udział tylko  jako krytyczny widz i 
słuchacz,   a   to   z   tego   prostego   powodu,   że   nie   mogę   brać   czynnnego   udziału   w   przedsięwzięciach 
beznadziejnych a tym samym bezsensownych. Jeśli zaś chodzi o wszystkie te ruchy i debaty, to od samego 
początku przewidywałem, a w każdym razie przeczuwałem ich rezultat. Pewien znany Francuz zadał mi 
niedawno pytanie, dlaczego nie przyłączyłem się do ruchu rewolucyjnego w roku 1848. Odpowiedziałem na 
to:   Panie   Taillandier!   Jeżeli   znowu  wybuchnie   rewolucja   i   ja   wezmę   w   niej   czynny   udział,   wtedy,   ku 
oburzeniu Pańskiej bogobojnej duszy, może Pan być pewny, że ta rewolucja będzie zwycięska i że będzie to 
dzień sądu ostatecznego nad monarchią i hierarchią. Niestety, takiej rewolucji nie dożyję. Za to biorę czynny 
udział w innej rewolucji, wielkiej i zwycięskiej, w rewolucji, której prawdziwe skutki i rezultaty rozwiną się 
w pełni dopiero w ciągu stuleci. Trzeba Panu bowiem wiedzieć, Panie Taillandier, że w mojej doktrynie, 
która nie zna żadnych bogów, a zatem nie zna też żadnych cudów w dziedzinie polityki, w mojej doktrynie, 
o której Pan wie i rozumie tyle, co nic, chociaż ośmiela się Pan wydawać o mnie sądy, zamiast studiować 
moje pisma, w doktrynie tej przestrzeń i czas są podstawowymi  warunkami wszelkiego bytu i wszelkiej 
istoty,  wszelkiego myślenia   i działania,  powodzenia  i  sukcesu.  Wszystko   skończyło   się  tak haniebnie  i 
bezowocnie nie dlatego, że Parlamentowi brakowało wiary w boga, jak śmiesznie twierdzono w bawarskiej 
Radzie Państwa - co najmniej większość była wierząca, a wszakże i Pan Bóg idzie za większością - ale 
dlatego, że rewolucja nie miała wyczucia miejsca i czasu.
Rewolucja   marcowa   byla   w   ogóle   dzieckiem,   choć   może   nieprawym,   wiary   chrześcijańskiej. 
Konstytucjonaliści wierzyli, że wystarczy, aby Pan rzekł: Niechaj się stanie wolność! I niechaj się stanie 
prawo! a zaraz będzie prawo i wolność. Republikanie zaś wierzyli, że wystarczy tylko chcieć republiki, aby 
ją powołać do życia. Wierzyli więc w jakieś niby stworzenie republiki z niczego. Pierwsi przenosili na teren 
polityki chrześcijańskie cudy wywołane samym tylko słowem, drudzy zaś chrześcijańskie cudy wywołane 
także czynem. A przecież pan, Panie Taillandier, wie o mnie w każdym razie tyle, że jestem człowiekiem 
absolutnie niewierzącym. Jakże więc może Pan łączyć, mego ducha z duchem Parlamentu, moją istotę z 
istotą rewolucji marcowej?

Ludwik Feuerbach (Bruckberg, 1 stycznia 1851)

2

background image

WYKŁAD PIERWSZY

Rozpoczynając te wykłady o istocie religii muszę przede wszystkim stwierdzić, że do ich wygłoszenia 

skłoniło   mnie,   i   to   po   długim   wahaniu,   jedynie   wezwanie,   jedynie   wyraźne   życzenie   pewnej   części 
studiującej tu młodzieży.

W czasach, w których żyjemy, nie trzeba jak ongiś w Atenach stanowić prawa, że w czasie rewolucji 

każdy obywatel musi opowiedzieć się po jednej lub po drugiej stronie, bo każdy, nawet ten, kto uważa się za 
najbardziej   bezpartyjnego,   jest  mimo  wiedzy i   woli   partyjny,  choćby tylko  teoretycznie.   W  czasach,  w 
których   żyjemy,   namiętności   polityczne   pochłaniają   wszystkie   inne   namiętności,   wydarzenia   polityczne 
trzymają nas w ciągłym napięciu i podnieceniu i wprost obowiązkiem jest - zwłaszcza dla nas, stroniących 
od polityki Niemców - zapomnieć o wszystkim poza nią. Jednostka nic nie zdobędzie ani nie stworzy, jeśli 
nie posiada siły do zajmowania się przez jakiś czas wyłącznie tym, czego chce dokonać; tak samo i ludzkość 
w pewnych okresach musi dla jednego zadania, dla jednej sprawy wszystkich innych poniechać, jeśli chce 
dokonać czegoś doniosłego, doskonałego. Religia, przedmiot. tych wykładów, jest jak najściślej związana z 
polityką;   nas   jednak   obchodzi   obecnie   polityka   praktyczna,   nie   teoretyczna.   Chcemy   brać   bezpośredni, 
czynny udział w polityce; brak nam spokoju, usposobienia, ochoty do czytania i pisania, do uczenia się i 
nauczania innych. Dość długo trudniliśmy się i zadowalali mową i pismem; żądamy, aby wreszcie słowo 
stało się ciałem, a duch materią. Mamy dosyć zarówno filozoficznego, jak politycznego idealizmu; chcemy 
być   teraz   politycznymi   materialistami.   Do   tej   mojej   ogólnej   niechęci   do   bakalarstwa,   uwarunkowanej 
współczesną sytuacją, dołączają się jeszcze przyczyny osobiste. Jako teoretyk jestem z natury stworzony nie 
tyle na nauczyciela, ile raczej na myśliciela i badacza. Nauczyciel bowiem jest i musi być niezmordowany w 
tysiąckrotnym powtarzaniu jednego i tego samego; mnie zaś wystarczy,  gdy powiem coś tylko raz, pod 
warunkiem,  że mam co najmniej świadomość, iż powiedziałem to słusznie. Przedmiot interesuje mnie  i 
przykuwa tylko tak długo, jak długo nastręcza mi trudności, jak długo nie mam jasnego nań poglądu, jak 
długo się z nim jeszcze borykam; z chwilą jednak, gdy go opanowałem, spieszno mi do innego, nowego 
przedmiotu, bo umysł mój nie ogranicza się do jednej dziedziny i jednego przedmiotu, lecz interesuje go 
wszystko,  co ludzkie. Co prawda nic nie jest mi  bardziej obce niż naukowe sknerstwo i egoizm,  który 
gromadzi i zabiega o wszystko tylko dla siebie. Przeciwnie! To co czynię i myślę dla siebie, muszę czynić i 
myśleć także dla innych. Ale potrzebę pouczania innych odczuwam tylko tak długo, dopóki ucząc innych 
uczę sam siebie. Na religię, przedmiot niniejszych wykładów, już od dawna wyrobiłem sobie jasny pogląd; 
w swoich pismach  przedstawiłem wyczerpująco ten temat  od jego stron, jeżeli nie  najistotniejszych,  to 
najtrudniejszych. Poza tym z natury nie jestem skory do pisania i mówienia. Właściwie potrafię mówić i 
pisać dopiero wtedy, gdy dany przedmiot mnie porwie i zachwyci. Lecz zapał i zachwyt nie zależą od woli i 
nie trzymają się wskazówek zegara, nie rodzą się w określone, wyznaczone dni i godziny. W ogóle potrafię 
mówić i pisać tylko o tym, o czym uznam, że mówić i pisać warto. A moim zdaniem warto pisać i mówić 
tylko o tym, co albo nie rozumie się samo przez się, albo nie zostało jeszcze wyczerpująco omówione przez 
innych. Nawet w pismach poruszam więc z każdej dziedziny tylko to, co nie zostało poruszone w innych 
książkach w sposób zadowalający i wyczerpujący; wszystko inne pomijam. Umysł mój jest przeto w gruncie 
rzeczy aforystyczny, jak to zarzucają mi moi krytycy - ale aforystyczny w całkiem innym sensie i z całkiem 
innych przyczyn niż oni sądzą. Umysł mój jest aforystyczny, gdyż jest krytyczny, tzn. odróżnia istotę od 
pozoru, to, co konieczne, od tego, co zbędne. Przeżyłem wreszcie długi czas, bo aż dwanaście pełnych lat, w 
wiejskiej samotni, zajęty wyłącznie  studiami  i pracą pisarską i zaniedbałem przez to dar wymowy,  dar 
wykładania,   albo   też   nie   rozwijałem   go   dalej.   Nie   myślałem   bowiem,   że   będę   kiedykolwiek   znowu 
posługiwał się żywym słowem jako narzędziem działalności, a tym mniej, że będzie to w jakimś mieście 
uniwersyteckim; powiedziałem znowu, gdyż swego czasu miewałem wykłady na jednym z uniwersytetów 
bawarskich. Czasy, kiedy to w duchu pożegnałem na zawsze działalność uniwersytecką i żyłem na wsi, były 
tak straszliwie  smutne   i  ponure,  że  podobna   myśl  nie  mogła   we  mnie   powstać.  W   tych   czasach życie 
publiczne   było   do   tego   stopnia   zatrute   i   zapowietrzone,   że   można   było   zachować   duchowe   zdrowie   i 
wolność   li   tylko   przez   wyrzeczenie   się   wszelkiego   stanowiska   państwowego,   wszelkiej   roli   publicznej, 
nawet prywatnej  docentury;  w tych  czasach wszelki awans w służbie państwowej, wszelkie zezwolenie 
rządowe,   a   nawet  venia   docendi  (pozwolenie   nauczania)   otrzymywało   się   tylko   za   cenę   serwilizmu 
politycznego i religijnego obskurantyzmu; wolność zaś przysługiwała tylko pisanemu słowu naukowemu, 
lecz   i   to   w   najbardziej   ograniczonym   zakresie.   A   przy   tym   wolność   ta   nie   wynikała   wcale   stąd,   że 
szanowano naukę, ale raczej z tego, że ją lekceważono ze względu na jej prawdziwą czy domniemaną 
obojętność wobec życia publicznego i brak wpływu na nic. Cóż więc było robić w tych czasach, zwłaszcza 
gdy było się świadomym swych poglądów i przekonań przeciwnych panującemu systemowi rządowemu? 
Cóż było robić innego, jak wycofać się do samotności i posługiwać się słowem pisanym, aby w ten sposób - 
sposób jedyny, choć wymagający oczywiście rezygnacji i samozaparcia - chronić się przed impertynencją 
despotycznej władzy państwowej. Zresztą bynajmniej nie sama odraza do polityki kazała mi usunąć się w 

3

background image

zacisze   i   ograniczyć   do   słowa   pisanego.   Pozostawałem   bowiem   nie   tylko   w   ustawicznej   wewnętrznej 
opozycji wobec systemu politycznego tych czasów, lecz również w niezgodzie z panującymi systemami idei, 
a więc z oficjalnymi systemami filozoficznymi i religijnymi. A na to, aby dojść do jasnego poglądu na istotę 
i przyczyny tych rozbieżności, potrzebowałem dłuższego, niczym nie zmąconego spokoju. Gdzież można 
było  go łatwiej znaleźć niż na wsi, gdzie człowiek, wolny od wszelkich świadomych  i nieświadomych 
wpływów, względów, od głupstw, niepokojów, intryg i plotek życia miejskiego, skazany jest tylko na siebie 
samego?! Kto wierzy w to, w co wierzą inni, kto głosi i myśli to, co inni myślą i głoszą, krótko, kto jest tych 
samych naukowych i religijnych zaopatrywań, co ogół społeczeństwa, ten nie musi się odosabniać także i 
cieleśnie, ten nie odczuwa potrzeby samotności; ale musi tak postąpić ten, kto kroczy swą własną drogą, czy 
nawet zrywa  z całym  światem wierzącym w boga i chce ten swój krok usprawiedliwić i uzasadnić. To 
wymaga wolnego czasu i wolnej przestrzeni. Nie zna ludzkiej natury, kto sądzi, że można niezależnie myśleć 
i badać w każdym miejscu, w każdym środowisku, w każdej okoliczności i w każdym stanie, że wystarczy 
do   tego   tylko   własna   wola   człowieka.   Tak   nie   jest.   Prawdziwie   wolne,   bezkompromisowe,   oryginalne 
myślenie wymaga też oryginalnego, wolnego, bezkompromisowego życia, jeśli ma być myśleniem płodnym, 
naprawdę rozstrzygającym.  A kto chce dojść duchem do sedna spraw ludzkich, ten musi też zmysłowo, 
cieleśnie   stanąć   na   ich   fundamencie.   Fundamentem   tym   zaś   jest   przyroda.   Jedynie   przez   bezpośrednie 
obcowanie   z   przyrodą   człowiek   przychodzi   do   zdrowia,   wyzbywa   się   wszelkich   egzaltowanych, 
nadnaturalnych bądź też sprzecznych z naturą wyobrażeń i urojeń.

Ale   właśnie   ten,   kto   latami   żyje   w   samotności,   choćby   nie   była   to   nawet   dosłowna   samotność 

chrześcijańskiego anachorety lub mnicha, lecz samotność bardziej ludzka, kto pisemnie tylko porozumiewa 
się ze światem, ten traci ochotę i dar mówienia; istnieje bowiem ogromna różnica między słowem pisanym a 
żywym.  Żywe słowo jest zazwyczaj skierowane do publiczności określonej, obecnej, rzeczywistej. Słowo 
pisane   natomiast   kieruje   się   do   publiczności   nieokreślonej,   nieobecnej,   istniejącej   dla   pisarza   tylko   w 
wyobraźni. Słowo żywe ma za przedmiot żywych ludzi, pismo - duchy; ludzie bowiem, do których piszę, są 
dla mnie istotami istniejącymi tylko w duchu, w wyobraźni. Pismo jest przeto pozbawione wszystkich tych 
uroków, możliwości i - że tak powiem - zalet towarzyskich, które posiada żywe słowo; pismo przyzwyczaja 
człowieka   do ścisłego myślenia,  do  niemówienia   niczego,   co nie  mogłoby  ostać  się  przed  krytyką,   ale 
zarazem czyni go powściągliwym w słowach, rygorystycznym,  ostrożnym w ich doborze, niezdolnym do 
łatwego   wyrażania   się.   Zwracam   uwagę   panów,   że   najpiękniejszy   okres   mego   życia   spędziłem   nie   na 
katedrze,   lecz   na   wsi,   nie   w   auli   uniwersyteckiej,   lecz   w   świątyni   przyrody,   nie   w   salonach   i   salach 
recepcyjnych, lecz w samotności mojej pracowni, i nie chciałbym, abyście przychodzili na moje wykłady z 
nadzieją, a potem doznali zawodu, abyście oczekiwali świetnych, pełnych swady prelekcji.

Jak   dotychczas   praca   pisarska   była   jedynym   narzędziem   mojej   publicznej   działalności.   Na   pisanie 

poświęciłem najpiękniejsze godziny i najlepsze siły mego życia, nim tylko zatrudniałem swój umysł, jemu 
zawdzięczam nazwisko i sławę. Dlatego jest rzeczą zupełnie naturalną, że swoje pisma uczynię podstawą i 
wytyczną niniejszych wykładów i przeznaczę im funkcję tekstu, a ustom funkcję komentatora. Zadaniem 
tych   wykładów   będzie  więc  przedstawienie,  objaśnienie  i  udowodnienie  tego,  co  znajduje  się  w moich 
pismach. Uważam to za tym bardziej wskazane, że w pracach pisanych wyrażam się zwykle z największą 
zwięzłością i ścisłością, że ograniczam się do rzeczy najistotniejszych, najniezbędniejszych, pomijam nużące 
komentarze i pozostawiam domyślności czytelnika wszelkie same przez się zrozumiałe zdania wtrącone lub 
wynikające z innych, choć przez to właśnie narażam się na największe nieporozumienia, jak tego dowodzą 
krytycy  moich dzieł. Zanim jednak wymienię  swoje pisma,  które posłużą za podstawę tych  wykładów, 
uważam za celowe dać naprzód krótki przegląd mojej działalności piśmienniczej.

Pisma  moje  można  podzielić na takie, których  przedmiotem jest filozofia w ogóle, i na takie, które 

dotyczą specjalnie religii lub filozofii religii. Do pierwszych należą: Historia filozofii nowożytnej od Bacona 
do   Spinozy
;  Leibniz;  P.   Bayle,  przyczynek   do  historii   filozofii   i   ludzkości;  Krytyki   filozoficzne   i   zasady 
filozofii
. Do drugich:  Myśli  o śmierci  i nieśmiertelności,  Istota chrześcijaństwa, wreszcie  Objaśnienia i 
uzupelnienia do Istoty chrześcijaństwa
. Bez względu na ten podział wszystkie moje pisma mają jednak, 
ściśle biorąc, tylko jeden cel, jeden zamiar, jedną myśl i jeden temat. Tematem tym jest religia i teologia oraz 
wszystko, co się z nimi wiąże. Należę do ludzi, którzy stanowczo wyżej cenią chłodną jednostronność niż 
bezpłodną, bezużyteczną wielostronność i grafomanię; do ludzi, którzy przez całe życie mają na oku tylko 
jeden cel i wszystko koncentrują wokół tego celu; którzy bardzo długo studiują i ciągle bardzo wiele się 
uczą, ale nauczają tylko jednego, piszą tylko o jednym w przekonaniu, że właśnie ta jednostronność jest 
koniecznym warunkiem, aby coś wykończyć i czegoś dokonać w świecie. Dlatego to we wszystkich swych 
pismach uwzględniam stosunek religii do teologii, oczywiście przedstawiając ten główny przedmiot moich 
myśli i mego życia rozmaicie, zależnie od wieku i obranego punktu widzenia. Muszę jednak zauważyć, iż w 
pierwszym  wydaniu historii filozofii opuściłem - bynajmniej  nie z jakichś względów politycznych,  lecz 
powodowany niechęcią i młodzieńczym kaprysem - wszystko to, co bezpośrednio dotyczyło teologii; jednak 
w drugim, które było częścią zbiorowego wydania moich dzieł, zapełniłem tę lukę i uczyniłem to nie z 

4

background image

dawniejszego, lecz z obecnego stanowiska.

Pierwszym nazwiskiem, które nasuwa się w związku z religią i teologią, jest Bacon z Werulamu, ojciec 

nowożytnej filozofii i nauk przyrodniczych, jak go wielu nie bez powodu nazywa. Wielu ludzi uważa go 
nawet   za   wzór   bogobojnego,   chrześcijańskiego   badacza   przyrody,   gdyż   wyznaje   on   uroczyście,   że   w 
dziedzinie   religii   i   teologii   nie   chce   stosować   świeckiej   krytyki,   którą   uważa   za   obowiązującą   w 
przyrodoznawstwie, i człowiekiem niewierzącym jest tylko w sprawach ludzkich, natomiast w sprawach 
boskich  jest   człowiekiem  wierzącym   bez   zastrzeżeń  i  z   największą   pokorą.   Od  niego  pochodzi   sławne 
zdanie: „Powierzchowna filozofia odwodzi od Boga, głębsza filozofia do Boga prowadzi” - zdanie, które, jak 
tyle innych, wypowiedzianych przez dawniejszych myślicieli, kiedyś niewątpliwie było prawdą, ale dziś już 
nią nie jest, chociaż jako prawdę podają je nadal nasi historycy, którzy nie robią różnicy między przeszłością 
i   teraźniejszością.   W   swoim   wykładzie   jego   filozofii   wykazałem,   że   Bacon   na   terenie   fizyki   przeczy 
zasadom, które wyznaje na terenie religii i teleologii. Stwierdziłem, że dawny sposób ujmowania przyrody, 
znany   jako   teleologia   (tzn.   nauka   o   zamiarach   albo   celach   przyrody),   jest   koniecznym   następstwem 
chrześcijańskiego   idealizmu,   który  wywodzi   przyrodę   od   istoty  działającej   świadomie   i   celowo.   Bacon 
zepchnął   zatem   religię   chrześcijańską   z   jej   wszechogarniającego   stanowiska,   które   w   średniowieczu 
zajmowała wśród ludzi prawdziwie wierzących. Bacon wyznawał swe zasady religijne tylko jako człowiek 
prywatny, nie zaś jako fizyk, filozof czy osobistość historyczna. Byłoby zatem rzeczą na wskroś fałszywą 
twierdzić, że Bacon był chrześcijańskim, religijnym badaczem przyrody.

Drugim   człowiekiem   mającym   znaczenie   dla   filozofii   religii   jest   przyjaciel   Bacona,   nieco   od   niego 

młodszy Hobbes, znany głównie ze swych poglądów politycznych. Wśród nowoczesnych filozofów jego 
pierwszego nazwano straszliwym mianem ateisty. Uczeni panowie XVIII wieku spierali się zresztą o to, czy 
istotnie był on ateistą. Spór ten uprościłem o tyle, że uznałem go zarówno za teistę, jak za ateistę, ponieważ 
niewątpliwie przyjmuje on istnienie boga, jak to na ogół czyni świat nowożytny, zarazem jednak jego bóg 
jest taki, jakby go w ogóle nie było. Wszelka rzeczywistość jest bowiem u Hobbesa cielesna, a zatem Bóg, 
któremu nie mógł przypisać żadnej cechy cielesnej, jest - zgodnie z tą zasadą jego filozofii - tylko słowem, a 
nie istotą rzeczywistą.

Trzecią wybitną postacią jest Kartezjusz, który wszakże nie wnosi nic istotnie nowego, jeśli chodzi o 

religię. Sprawę jego stosunku do religii i teologii poruszyłem dopiero w dziełach o Leibnizu i Bayle'u, 
ponieważ dopiero po ukazaniu się mego pierwszego tomu Kartezjusz został ogłoszony za wzór religijnego, i 
to po katolicku religijnego filozofa. Otóż i co do niego udowodniłem, że Kartezjusz jako filozof i Kartezjusz 
jako wierzący to dwie całkowicie sprzeczne osoby.

W dziedzinie filozofii religii zjawiskami, postaciami najwybitniejszymi i najbardziej oryginalnymi, które 

omawiałem w pierwszym tomie, są Jakub Boehme i Spinoza, obaj różniący się od poprzednio wymienionych 
filozofów tym, że nie tylko wykazali sprzeczność zachodzącą między wiarą a rozumem, lecz obaj wysunęli 
pewną samodzielną zasadę filozoficzno-religijną. Pierwszy, Jakub Boehme, jest bożyszczem filozofujących 
teologów   albo   teistów;   drugi,   Spinoza,   jest   bożyszczem   teologicznych   filozofów   albo   panteistów. 
Pierwszego z nich zachwalali w ostatnich czasach jego wielbiciele jako najbardziej niezawodne lekarstwo 
przeciwko truciźnie mojej nauki, która właśnie stanowić będzie treść tych wykładów. Otóż doktrynę Jakuba 
Boehme   poddałem   ponownie   najdokładniejszym   badaniom   dopiero   niedawno,   a   mianowicie   w   drugim 
wydaniu   mojego   dzieła.   Powtórne   badanie   doprowadziło   mnie   jednak   do   tych   samych   wniosków   co 
dawniejsze, a więc do tego, że cały sekret jego teozofii stanowi mistyczna filozofia przyrody z jednej strony, 
a mistyczna psychologia z drugiej. Zatem filozofia jego nie tylko nie przeczy mojej tezie, ale ją potwierdza. 
Teza ta brzmi, że cała teologia rozpada się na naukę o przyrodzie i naukę o człowieku.

Pierwszy tom zamyka  rozprawa o Spinozie. On jedyny wśród nowszych filozofów stworzył pierwsze 

podstawy   krytyki   i   poznania   religii   i   teologii;   on   pierwszy   pozytywnie   przeciwstawił   się   teologii;   on 
pierwszy w klasycznej formie wyraził przekonanie, że świat nie może być rozpatrywany jako skutek albo 
dzieło  osobowej,  świadomie  i   celowo  działającej   istoty;  on  pierwszy zwrócił   uwagę  na   przyrodę  w  jej 
uniwersalnym  religijno-filozoficznym znaczeniu. Z radością też zaznaczyłem swój podziw i uznanie dla 
Spinozy. Ganiłem w nim tylko to, że tkwiąc jeszcze w starych teologicznych wyobrażeniach uznał za istotę 
najdoskonalszą, za istotę boską jakąś istotę działającą bez celu, bez woli i bez świadomości, i tym samym 
zamknął sobie drogę dalszego rozwoju; a przy tym Spinoza pojmował świadomą istotę ludzką tylko jako 
część, jako modus, jak zwykł się wyrażać, istoty nieświadomej, a nie jako szczyt jej doskonałości.

Antypodą Spinozy jest Leibniz, któremu poświęciłem osobny tom. O ile Spinozie przysługuje zaszczyt, 

że   uczynił   z   teologii   służebnicę   filozofii,   to   pierwszemu   niemieckiemu   filozofowi   nowych   czasów, 
Leibnizowi, przypada honor czy dyshonor umieszczenia znowu filozofii pod pantoflem teologii. Leibniz 
uczynił to przede wszystkim w słynnym swym dziele  Teodycea. Jak wiadomo, Leibniz napisał tę książkę 
chcąc się przypodobać królowej pruskiej, zachwianej w swej wierze pod wpływem sceptycyzmu Bayle'a. 
Lecz prawdziwą damą, dla której Leibniz pisał i do której się umizgał, była teologia. Mimo to Leibniz nie 
zadowolił i teologów; kumał się bowiem z obydwiema stronami i dlatego nie zadowolił żadnej z nich. Nie 

5

background image

chciał   nikogo   obrazić,   nikogo   dotknąć;   jego   filozofia   jest   filozofią   dyplomatycznej   galanterii.   Nawet 
monady,   to  znaczy  istoty,   z   których   -   według  Leibniza   -   składają   się   wszelkie   istoty  podpadające   pod 
zmysły, nie wywierają jedna na drugą żadnego wpływu fizycznego, ażeby żadnej nie stała się jakakolwiek 
krzywda. Kto jednak nie chce nikogo obrazić ani urazić, choćby nawet nieumyślnie, temu brak wszelkiej 
energii, wszelkiej zdolności do czynu; nie można bowiem postawić nogi na ziemi, żeby nie zdeptać jakiejś 
istoty,   ani   nie   można   napić   się   kropli   wody,   żeby   nie   połknąć   jakichś   wymoczków.   Leibniz   jest 
pośrednikiem między średniowieczem a czasami nowożytnymi, jest, jak go nazwałem, filozoficznym Tycho 
de Brahe, ale też właśnie ze względu na to niezdecydowanie  jeszcze do dziś dnia jest bożyszczem dla 
wszystkich głów niezdecydowanych, pozbawionych energii. A zatem już w pierwszym wydaniu, w r. 1837, 
poddałem krytyce teologiczne stanowisko Leibniza, a przy tej okazji również teologię w ogóle, Stanowisko, 
z   którego   tę   krytykę   przeprowadziłem,   było   właściwie   stanowiskiem   spinozjańskim   czyli   abstrakcyjno-
filozoficznym;   przeprowadziłem   mianowicie   ścisłe   rozróżnienie   między   teoretycznym   a   praktycznym 
stanowiskiem   człowieka,   teoretyczne   przydzielając   do   filozofii,   a   praktyczne   do   teologii   i   religii.   Ze 
stanowiska praktycznego - powiadam - człowiek rozpatruje rzeczy tylko ze względu na siebie, na swój 
pożytek i korzyść; z teoretycznego - odnosi rzeczy do nich samych. Jest więc rzeczą konieczną - mówię tam 
-   istotne   odróżnienie   teologii   od   filozofii;   kto   miesza   obydwie,   ten   miesza   ze   sobą   zasadniczo   różne 
stanowiska   i   nic   dziwnego,   że   wydaje   na   świat   płody   poronione.   Recenzenci   tego   dzieła   rzucili   się 
gwałtownie na powyższe rozróżnienie; zapomnieli jednak o tym, że już Spinoza w Traktacie teologiczno-
politycznym
  z tego właśnie stanowiska rozważał i poddawał krytyce  teologię i religię, ba, przeoczyli, że 
nawet Arystoteles, gdyby przeprowadził krytykę teologii, nie mógłby jej dokonać w inny sposób. A zresztą 
stanowisko, z którego wówczas poddałem krytyce teologię, bynajmniej nie jest tym, które zajmowałem w 
późniejszych pismach, i wcale nie jest moim ostatnim i bezwzględnym stanowiskiem, lecz tylko względnym 
i   uwarunkowanym   historycznie.   Dlatego   też   w   nowym   wydaniu  Wykładu   i   krytyki   filozofii   Leibniza 
poddałem nowej krytyce jego teodyceę i teologię oraz związaną z nimi pneumatologię czyli naukę o duchu.

WYKŁAD DRUGI

Jak antypodą Spinozy jest Leibniz, tak antypodą Leibniza, jeśli chodzi o teologię, jest francuski uczony i 

sceptyk Pierre Bayle. Zasada  audiatur et altera pars  (należy wysłuchać i drugiej strony) obowiązuje nie 
tylko w prawoznawstwie, lecz w ogóle w każdej nauce. Przestrzegając tej reguły, w kolejności moich prac 
po wierzącym, a przynajmniej teoretycznie wierzącym filozofie niemieckim omawiałem niewierzącego, albo 
co najmniej wątpiącego filozofa francuskiego. Motywem napisania tego dzieła nie było zresztą bynajmniej 
zainteresowanie tylko naukowe, lecz także praktyczne. Moja rozprawa o Bayle'u, jak w ogóle wszystkie 
moje   pisma,   zawdzięcza   swoje   powstanie   przeciwstawieniu   się   czasowi,   w   którym   gwałtem   usiłowano 
zepchnąć ludzkość z powrotem w ciemnotę minionych stuleci. Ukazała się ona w okresie, kiedy w Bawarii i 
w   Pruskiej   Nadrenii   rozgorzała   na   nowo,   w   najostrzejszej   i   najohydniejszej   formie,   dawna   walka 
katolicyzmu z protestantyzmem. Bayle, wolny od więzów wiary zarówno katolickiej, jak protestanckiej, był 
jednym   z   pierwszych   i   najznakomitszych   bojowników   o   oświecenie,   humanitaryzm   i   tolerancję.   Takim 
głosem z przeszłości można było pouczyć i zawstydzić ogłupiałą i zapamiętałą w nienawiścki teraźniejszość 
-   i   to  był   cel   mego   dzieła   o  Bayle'u.   Pierwszy  jego  rozdział   traktuje   o  katolicyzmie,   którego  istotę   w 
odróżnieniu od protestantyzmu określiłem ze względu na jego klasztory, świętych, celibat księży itd. jako 
sprzeczność ducha z ciałem;  drugi rozdział traktuje o protestantyzmie,  którego istotę w odróżnieniu od 
katolicyzmu określiłem jako sprzeczność wiary z rozumem; trzeci rozdział traktuje o sprzeczności teologii z 
filozofią i z nauką w ogóle, gdyż teologia, jak mówię, tylko swoje świętości uważa za prawdziwe, filozofia 
zaś tyIko to, co prawdziwe, uważa za świętość. Teologia opiora się na jednej szczególnej zasadzie, na jednej 
szczególnej książce, w której, jak mniemam, są zawarte wszystkie prawdy, a przynajmniej prawdy niezbędne 
i   zbawienne   dla   człowieka.   Teologia   jest   zatem   z   konieczności   ciasna,   ekskluzywna,   nietolerancyjna, 
ograniczona. Filozofia zaś i nauka nie opiera się na żadnej specjalnej księdze, lecz znajduje swą prawdę 
tylko   w   całokształcie   przyrody   i   historii,   a   przy   tym   opiera   się   na   rozumie,   który   z   istoty   swej   jest 
uniwersalny,   a   nie   na   wierze,   która   z   istoty   swej   jest   partykularna.   Czwarty   rozdział   traktuje   o 
przeciwieństwie, czyli o sprzeczności religii z moralnością albo o myślach Bayle'a o ateizmie. Bayle twierdzi 
mianowicie, że człowiek może być moralny również bez religii, ponieważ większość ludzi, ze swoją religią i 
mimo  niej, żyje  i postępuje niemoraInie. Twierdzi, że ateizm niekoniecznie wiąże się z niemoralnością, 
państwo więc może całkiem dobrze składać się z ateistów. Tak mówił Bayle już w 1680 roku, a tymczasem 
jeszcze   przed   rokiem,   na   zjednoczonym   pruskim   landtagu,   pewien   szlachecki   poseł   nie   wstydził   się 
oświadczyć,  że zgadza się na uznanie przez państwo i na obdarzenie prawami  politycznymi  wszystkich 
wyznań   religijnych,   ale   nie   ateistów.   Piąty   rozdział   mówi   wyrażnie   o   autonomii   moralności,   o   jej 
niezależności od religijnych dogmatów i wierzeń; czego w czwartym rozdziale dowodzono przykładami z 
dziejów i z potocznego życia, tego tu dowodzi się na podstawie samej istoty rzeczy. Szósty rozdział traktuje 

6

background image

o sprzeczności chrześcijańskich dogmatów z rozumem, siódmy o znaczeniu sprzeczności wiary z rozumem 
wedle Bayle'a. W czasach bowiem, w których żył Bayle, wiara była jeszcze takim autorytetem, iż człowiek 
wmawiał w siebie, że można wierzyć, i przymuszał się do wiary nawet w to, co rozum uznał za fałszywe i 
absurdalne.Ósmy rozdział mówi o roli i zasłudze Bayle'a w zwalczaniu przesądów religijnych jego czasów; 
dziewiąty wreszcie o charakterze doktryny Bayle'a i o jego znaczeniu dla dziejów filozofii.

Na  rozprawie  o Bayle'u  zamykają  się moje  prace historyczne.  Filozofów późniejszych,  najnowszych 

omawiałem w swoich pismach tylko jako krytyk, nie zaś jako historyk. Z chwilą gdy przystępujemy do 
najnowszej   filozofii,   napotykamy   od   razu   olbrzymią   różnicę   między   filozofami   wcześniejszymi   a 
póżniejszymi.   Mianowicie   dawniejsi   filozofowie   oddzielali   całkowicie   filozofię   od   religii,   co   więcej, 
przeciwstawiali je sobie, jako że - ich zdaniem - religia opiera się na boskiej mądrości i powadze, a filozofia 
tylko na ludzkiej; albo, jak mówi Spinoza, religia ma za cel pożytek, dobro człowieka, a filozofia - prawdę. 
Natomiast nowsi filozofowie wysuwają zasadę identyczności filozofii i religii, przynajmniej pod względem 
treści, pod względem istoty. Przeciwko tej właśnie identyczności wystąpiłem już w roku 1830, tj. w roku 
ukazania   się   moich  Myśli   o   śmierci   i   nieśmiertelności.   I   tak   pewien   dogmatyk   ze   szkoły   heglowskiej 
twierdził, że istnieje tylko formalna różnica między religią a filozofią., że filozofia podnosi tylko do poziomu 
pojęcia to, co religia posiada w formie wyobrażenia. Do niego to skierowałem następujący dwuwiersz:

Istota sama jest formą; usuwasz więc istotę wiary,

gdy usuwasz jej wyobrażenie, tę właściwą jej formę.

Postawiłem przeto filozofii heglowskiej zarzut, że to, co istotne w religii, czyni nieistotnym, i odwrotnie, 

to, co nieistotne, czyni istotnym. A istotą religii jest właśnie to, co dla filozofii jest samą tylko formą.

Pod  tym   względem   na   szczególną   wzmiankę   zasługuje   mała   broszura  O   filozofii   i   chrześcijaństwie

wydana w roku 1839. Przeciwstawiając się wszelkim usiłowaniom pojednawczym powiedziałem tam, że 
różnica   pomiędzy  religią   a   filozofią   nie   da   się   zetrzeć;   filozofia   bowiem  jest   sprawą   myślenia,   sprawą 
rozumu, religia zaś sprawą   uczucia i fantazji. Religia zawiera nie tylko uczuciowo-fantastyczne obrazy 
spekulatywnych myśli, jak twierdzi Hegel, lecz także jakiś pierwiastek różny od myślenia, i ten pierwiastek 
nie jest tylko formą, lecz samą istotą religii. Pierwiastek ten możemy nazwać jednym słowem: zmysłowość; 
albowiem także i uczucie, i fantazja korzeniami tkwią w zmysłowości. Ci zaś, co zżymają się przy słowie 
zmysłowość, które w potocznej mowie oznacza tylko pożądliwość, niech pomyślą, że nie tylko żołądek, lecz 
i głowa jest organem zmysłowym. Zmysłowość nie znaczy u mnie nic innego jak prawdziwą, a więc nie 
pomyślaną   i   nie   stworzoną,   lecz   istniejącą   jedność   materii   i   ducha,   a   zatem   znaczy   u   mnie   tyle,   co 
rzeczywistość. Aby podaną tylko co różnicę między religią i filozofią uczynić jasną i wyraźną, przypomnę tu 
dla   przykładu   naukę   o   nieśmiertelności,   która   tę   różnicę   jaskrawo   uwydatnia.   Starożytni   filozofowie, 
przynajmniej niektórzy, głosili nieśmiertelność, lecz tylko nieśmiertelność tej części człowieka, która myśli, 
a   więc   nieśmiertelność   ducha   w   odróżnieniu   od   zmysłów.   Inni   nawet   głosili   wyraźnie,   że   pamięć   i 
wspomnienie wygasają, a po śmierci pozostaje tylko czyste myślenie, będące oczywiście abstrakcją wcale 
nie istniejącą w rzeczywistości. Ale taka nieśmiertelność jest abstrakcyjna, oderwana, a przez to niereligijna. 
Chrześcijaństwo odrzuciło więc tę filozoficzną nieśmiertelność i postawiło na jej miejscu pośmiertne życie 
całego, rzeczywistego, cielesnego człowieka; gdyż tylko taka nieśmiertelność jest pokarmem dla uczucia i 
fantazji, ale też dlatego, że jest zmysłowa. Ale to, co dotyczy w szczególności poglądu na nieśmiertelność, 
dotyczy   religii   w   ogóle.   Bóg   sam   jest   istotą   zmysłową,   przedmiotem   wyobrażenia,   przedmiotem   wizji 
wprawdzie nie cielesnej, lecz duchowej, tzn. jest przedmiotem wyobrażenia fantastycznego. Możemy zatem 
sprowadzić   różnicę   między   filozofią   a   religią   po   prostu   do   tego,   że   religia   jest   zmysłowa,   estetyczna, 
podczas gdy filozofia jest czymś niezmysłowym,  abstrakcyjnym.  Już w swoich dawniejszych pismach za 
istotę religii w odróżnieniu od filozofii uznaję zmysłowość. Nie mogłem jednak uznać zmysłowości religii 
po pierwsze dlatego, że jest to zmysłowość sprzeczna z rzeczywistością, zmysłowość tylko wyobrażeniowa i 
uczuciowa. Tak więc, aby pozostać przy raz użytym przykładzie, ciało, które religia czyni nieśmiertelnym w 
przeciwieństwie do nieśmiertelności filozoficznej, jest tylko ciałem wyimaginowanym i umysłowym, ciałem 
„duchowym”, tzn. takim, które właściwie nie jest ciałem. Stąd religia jest uznaniem, afirmacją zmysłowości, 
będącej zaprzeczeniem zmysłowości. Po drugie, nie mogłem jej uznać także z tego powodu, że osobiście 
stałem jeszcze w tej sprawie na stanowisku myśliciela abstrakcyjnego i nie pojmowałem w pełni znaczenia 
zmysłów. A przynajmniej rzecz ta nie była wtedy jeszcze dla mnie całkowicie jasna. Prawdziwie pełne 
zrozumienie   zmysłowości   osiągnąłem   dopiero   dzięki   ponownym   pogłębionym   badaniom   nad   religią,   z 
drugiej zaś strony dzięki zmysłowemu badaniu przyrody, do którego pobyt na wsi dał mi najpiękniejszą 
sposobność. Dlatego dopiero w późniejszych pismach filozoficznych i religijno-filozoficznych zwalczam 
zdecydowanie   zarówno   abstrakcyjną   nieludzkość   filozofii,   jak   i   wyobrażeniowe,   iluzoryczne 
człowieczeństwo religii. Dopiero w tych pismach w miejsce oderwanej, tylko pomyślanej istoty świata, którą 
nazywa się bogiem, stawiam z pełną świadomością rzeczywistą istotę świata albo przyrody, a w miejsce 

7

background image

oderwanej   od   człowieka,   ogołoconej   ze   zmysłów,   rozumowej   istoty   filozofii     -   stawiam   człowieka 
obdarzonego rozumem, rzeczywistego i zmysłowego. Spośród moich pism religijno-filozoficznych najlepszy 
obraz  mojej  drogi   duchowej,   mego   rozwoju  i  wyników,  do  których  doszedłem,   dają  Myśli  o  śmierci  i 
nieśmiertelności
, przy czym przedmiot ten opracowywałem trzy razy: w r. 1830, kiedy wystąpiłem z tymi 
myślami po raz pierwszy jako pisarz, w r. 1834 pod tytułem Abelard i Heloiza i w r. 1846 pod tytułem   
punktu widzenia antropologii
. Pierwsze myśli o tym przedmiocie pisałem jako myśliciel abstrakcyjny, drugie 
pod   wrażeniem   sprzeczności   między   pierwiastkiem   myślowym   i   zmysłowym,   trzecie   ze   stanowiska 
myśliciela,   który   pogodził   się   ze   zmysłami;   albo   inaczej:   pierwsze   pisałem   jako   filozof,   drugie   jako 
humorysta, trzecie jako człowiek. Lecz już Myśli o śmierci i nieśmiertelności zawierają in abstracto, tzn. w 
myślach, to, co moje późniejsze pisma zawierają in concreto, tzn. w wyczerpującej i rozwiniętej formie. W 
swoich późniejszych,  ostatnich pismach daję przyrodzie pierwsze miejsce przed człowiekiem,  ale już w 
owym  dziele polemizuję z osobowością wyrwaną  z przyrody,  osobowością absolutną i w konsekwencji 
wiekuiście   trwającą,   krótko,   z   ową   fantazyjną   osobowością,   rzutowaną   w   bezkres,   ponad   granice 
rzeczywistości, jak pojmuje ją zwykła wiara w boga i w nieśmiertelność. Pierwszy rozdział tej rozprawy, 
zamieszczonej w wyjątkach w ogólnym wydaniu moich dzieł, nosi tytuł: „Metafizyczna czyli spekulatywna 
podstawa śmierci”. Rozdział ten traktuje o stosunku osobowości do bytu (Wesen) albo do przyrody. Granicą 
człowieka jest przyroda; tę myśl tam właśnie wyrażam, chociaż może nie tak dosłownie; każda rzecz poza 
mną jest oznaką mojej skończoności, jest dowodem, że nie jestem bytem (Wesen) absolutnym, że granicą 
moją jest istnienie innych istot, że zatem nie jestem żadną osobą nieśmiertelną. Ta prawda, wyrażona zrazu 
ogólnie   lub   metafizycznie,   zostaje   dalej   rozwinięta   w   innych   rozdziałach.   Następny   rozdział   ma   tytuł: 
„Fizyczna podstawa śmierci”. Do istoty ludzkiej osobowości - mówię tam - do istoty osobowości w ogóle 
należy   w   sposób   istotny   określoność   przestrzenna   i   czasowa.   Tak   jest,   człowiek   jest   istotą   nie   tylko 
przestrzenną, ale na wskroś ziemską, nierozerwalnie związaną z ziemią. Cóż więc za głupota przyznawać 
takiej istocie wieczne nadziemskie istnienie! Myśl tę ująłem w następujących wierszach:

Tam gdzie ujrzałeś światło, tam też kiedyś spoczniesz;

nigdy bowiem ziemia nikogo nie uwolni ze swej sfery.

Trzeci   i   ostatni   rozdział   nosi   tytuł:   „Duchowa   albo   psychologiczna   podstawa   śmierci”.   Teza   tego 

rozdziału jest prosta, mówi, że osobowość jest określona i ograniczona nie tylko cieleśnie albo zmysłowo, 
lecz   także   duchowo;   człowiek   ma   określone   przeznaczenie,   stanowisko   (Stellung),   zadanie   w   wielkiej 
spólnocie ludzkości, w dziejach; z tym jednak nie da się pogodzić jego trwanie bez kresu. Trwa on tylko w 
swoich dziełach, w swoich tworach, których dokonał w obrębie swej sfery, swego historycznego zadania. I 
to jest jedyna moralna, etyczna nieśmiertelność. Ta myśl trzeciego i ostatniego rozdziału stanowi też główną 
myśl moich Aforyzmów humorystyczno-filozoficznych, w których ją rozwinąłem nieco obszerniej. Człowiek 
posiada tylko tyle duchowej, etycznej, czyli moralnej nieśmiertelności, ile posiada jej w swoich dziełach. To 
zaś, co człowiek kocha i robi z namiętnością, jest jego duszą. A dusze ludzkie są tak różne, tak określone, jak 
ludzie sami. Nieśmiertelność w dawnym tego słowa znaczeniu, ów wieczny, bezkresny byt dotyczy tylko 
nieokreślonej,   mglistej   duszy,   która   w   rzeczywistości   nie   istnieje   i   jest   tylko   abstrakcją   i   urojeniem 
człowieka. Lecz myśli tych, głównych myśli tego dzieła, dowodziłem tylko na jednym przykładzie, mówiąc 
o pisarzu, u którego nieśmiertelność ducha jest tylko i wyłącznie nieśmiertelnością ducha jego pism. Po raz 
trzeci   i   ostatni   zająłem   się   nieśmiertelnością   w   rozprawie:  Zagadnienie   nieśmiertelności   ze   stanowiska 
antropologii
. Pierwszy rozdział mówi o powszechnej wierze w nieśmiertelność, o wierze, jaką spotykamy u 
wszystkich lub u większości ludów w okresie ich dzieciństwa lub nieokrzesania. Wykazuję też, że ci, którzy 
wierzą w nieśmiertelność, swoje własne wyobrażenia podają za wierzenia ludów. Wykazuję, że ludy te 
naprawdę wierzą nie w jakieś inne życie a tylko w to życie, wskazuję, że życie pozagrobowe jest tylko 
życiem w państwie pamięci, a żywy nieboszczyk jest tylko upersonifikowanym przez człowieka żywego 
obrazem nieboszczyka; wykazuję dalej, że jeśli się już pragnie nieśmiertelności osobowej lub indywidualnej, 
należałoby wyobrażać ją sobie tak, jak ludy pierwotne; u tych ludów człowiek pozostaje po śmierci tym 
samym, czym był za życia i posiada te same namiętności, zajęcia i potrzeby: nie można bowiem człowieka 
od   nich   oddzielić.   Drugi   rozdział   mówi   o   subiektywnej   potrzebie   wiary   w   nieśmiertelność,   tzn,   o 
wewnętrznych   psychologicznych   źródłach,   z   których   wypływa   u   człowieka   wiara   w   nieśmiertelność. 
Rozdział   ten   kończy   się   wnioskiem,   że   nieśmiertelność   jest   właściwie   potrzebą   ludzi   marzycielskich, 
gnuśnych, których życie polega li tylko na bujaniu w obłokach fantazji, nie jest natomiast potrzebą dla ludzi 
czynu, zajętych sprawami realnego życia. Trzeci rozdział mówi „o krytycznej wierze w nieśmiertelność”, 
tzn.   o   poglądzie,   który  nie   wierzy  już,   że   ludzie   ze   skórą   i   włosami   nadal   egzystują   po   śmierci,   lecz 
krytycznie rozróżnia w człowieku istotę śmiertelną i nieśmiertelną. Ta wiara jednak, powiadam tam, staje się 
z konieczności pastwą zwątpienia i krytyki; nie godzi się ona bowiem z poczuciem jedności u człowieka, 
który   jest   świadom,   że   jest   czymś   jednym.   Poczucie   to   z   niewiarą   odrzuca   taki   krytyczny   podział   i 

8

background image

rozszczepienie istoty ludzkiej. Ostatni rozdział mówi wreszcie o wierze w nieśmiertelność, jaka jeszcze teraz 
u nas panuje, ,,o racjonalistycznej wierze w nieśmiertelność”, która w swojej połowiczności i chwiejności 
między wiarą a niewiarą uznaje wprawdzie na pozór nieśmiertelność, w rzeczywistości neguje ją jednak, 
podstawiając zamiast wiary - niewiarę, zamiast tamtego świata ten świat, zamiast nieba religii świeckie 
niebo astronomii.

Tym samym więc dałem krótki, pobieżny spis treści swoich myśli o nieśmiertelności i o śmierci; dałem 

dlatego, że zagadnienie nieśmiertelności stanowi zazwyczaj, i całkiem słusznie, główny rozdział religii i 
filozofii; ja jednak chcę je w zasadzie pominąć i poruszyć tylko o tyle, o ile ma ono związek z wiarą w boga 
albo raczej tworzy z nią jedność.

WYKŁAD TRZECI

Przechodzę teraz do tych spośród moich pism, które zawierają treść i przedmiot niniejszych wykładów: 

do mojej doktryny religii, filozofii, czy jak kto zechce ją nazwać. Krótko mówiąc, doktryna moja głosi: 
teologia jest antropologią, tzn. w przedmiocie religii, który nazywamy po grecku theos, a w naszym języku 
bogiem,   nie   wyraża   się   nic   innego,   jak   tylko   istota   człowieka,   albo   inaczej:   bóg   człowieka   jest   tylko 
ubóstwioną istotą ludzką, a zatem historia religii albo - co na jedno wychodzi - historia boga jest tylko 
historią człowieka; jak bowiem różne są religie, tak różni są bogowie, a religie są tak różne, jak różni są 
ludzie. Wyjaśnijmy sobie i unaocznijmy to twierdzenie na przykładzie, który będzie jednak czymś więcej niż 
przykładem. Bóg grecki, rzymski i w ogóle każdy bóg pogański jest przedmiotem tylko pogańskiej religii, 
jest istotą, która ma  swoje istnienie tylko w wierze i wyobraźni poganina a nie chrześcijanina lub ludu 
chrześcijańskiego, jest więc wyrazem tylko pogańskiego ducha i pogańskiej istoty. Przyznają to nawet nasi 
teologowie  i filozofowie.  Tak samo  bóg chześcijański  jest przedmiotem tylko  chrześcijańskiej  religii,  a 
zatem jest charakterystycznym wyrazem tylko chrześcijańskiego ducha ludzkiego i chrześcijańskiej istoty. 
Różnica między bogiem pogańskim a bogiem chrześcijańskim jest tylko różnicą między człowiekiem czy 
ludem pogańskim i chrześcijańskim. Poganin jest patriotą, chrześcijanin jest kosmopolitą, stąd również bóg 
pogański jest bogiem patriotycznym,  a bóg chrześcijański bogiem kosmopolitycznym;  tzn. poganin czcił 
boga narodowego, ograniczonego, gdyż nie wznosił się poza granice swej narodowości i wyżej cenił naród 
niż człowieka; natomiast chrześcijanin ma uniwersalnego, powszechnego boga, który obejmuje cały świat, 
bo sam chrześcijanin sięga poza granice narodowości i przyznaje godność ludzką i człowieczeństwo nie 
tylko   jakiemuś   określonemu   narodowi.   Różnica   między   politeizmem   i   monoteizmem   jest   tylko   różnicą 
między gatunkiem i rodzajem. Gatunków jest wiele, ale rodzaj jest jeden; jest on bowiem tym,  w czym 
zgadzają się ze sobą wszystkie gatunki. Istnieją więc rozmaite gatunki ludzkie, rasy, plemiona albo jak tam 
je kto jeszcze chce nazwać, lecz wszystkie one należą do jednego rodzaju, rodzaju ludzkiego. Z politeizmem 
mamy zatem do czynienia tam, gdzie człowiek nie wzniósł się jeszcze ponad pojęcie gatunkowe człowieka, 
gdzie uznaje za równą sobie, za równouprawnioną, równie uzdolnioną istotę tylko człowieka tego samego 
gatunku. W pojęciu gatunku mieści się jednak mnogość; stąd wielobóstwo istnieje tam, gdzie człowiek istotę 
gatunku podniósł do poziomu istoty absolutnej. Natomiast do monoteizmu człowiek wznosi się tam, gdzie 
wzniósł się do pojęcia rodzaju obejmującego wszystkich ludzi, pojęcia, w którym znikają wszelkie różnice 
gatunkowe,   plemienne   i   narodowe.   Różnica   między   jednym   bogiem   albo   -   co   na   jedno   wychodzi   - 
powszechnym   bogiem  monoteistów,   a   wieloma   bogami,   albo   -   co  na   jedno  wychodzi   -   specyficznymi 
bogami   narodowymi   pogan   lub   politeistów,   jest   tylko   różnicą   między   wieloma   różnymi   ludźmi   a 
człowiekiem lub rodzajem ludzkim, w którym wszyscy ludzie tworzą jedność. Bogowie politeistyczni są 
widzialni, uchwytni, krótko: podpadają pod zmysły tylko dlatego, że różnice plemienne i narodowe u ludzi 
podpadają pod zmysły.  Grek np. różni się w sposób widoczny i uchwytny od innych narodowości; bóg 
monoteisty jest niewidzialny i niezmysłowy tylko dlatego, że niezmysłowy, niewidzialny jest rodzaj, pod 
względem   którego   wszyscy   ludzie   są   jednakowi,   ale   który   jako   taki   nie   istnieje   w   sposób   zmysłowy, 
uchwytny.  Istnieją bowiem tylko gatunki. Krótko mówiąc, różnica między politeizmem a monoteizmem 
sprowadza się do różnicy między gatunkiem a rodzajem. Rodzaj jest na pewno czymś innym niż gatunek, 
gdyż odpadają w nim różnice gatunkowe; i dlatego właśnie rodzaj nie jest jakimś przedmiotem (Wesen
samoistnym; jest tylko tym, co jest wspólne gatunkom. Tak samo pojęcie rodzajowe kamienia nie jest - że 
tak powiem - pojęciem ponadmineralogicznym i nie wychodzi wcale poza granice świata kamieni, mimo że 
pojęcie to jest różne od pojęcia krzemienia, wapna, fluorytu, że w ogóle nie oznacza wyłącznie żadnego 
określonego kamienia, bo właśnie wszystkie je obejmuje; tak samo i bóg jako taki, ów jeden, powszechny 
bóg, od którego pochodzą wszystkie cielesne, zmysłowe wlaściwości rozmaitych poszczególnych bogów, 
nie sięga poza istotę rodzaju ludzkiego; jest on raczej tylko zobiektywizowanym i uosobionym pojęciem 
rodzajowym człowieczeństwa. Albo, mówiąc wyraźniej, jeśli politeistyczni bogowie są istotami ludzkimi, to 
ludzką istotą jest również bóg monoteistyczny, tak samo jak człowiek w ogóle, mimo że wznosi się ponad 
liczne poszczególne gatunki ludzkie, ponad Żydów, Greków, Hindusów, nie staje się przez to jakąś istotą 

9

background image

nadludzką. Nie ma zatem głupszego poglądu niż ten, że bóg chrześcijański zszedł z nieba na ziemię, a religia 
chrześcijńska pochodzi z objawienia otrzymanego od jakiejś istoty różnej od człowieka. Bóg chrześciijański 
powstał tak samo w człowieku i z człowieka jak bóg pogański. Bóg chrześcijański jest innym bogiem niż 
pogański tylko dlatego, że i chrześcijanin różni się od poganina.

Zgodnie z tym moim poglądem czy moją doktryną, tajemnica teologii jest ukryta w antropologii, a w 

religii, w jej istocie, zarówno subiektywnie jak obiektywnie, przejawia się i wyraża jedynie istota człowieka. 
Doktrynę tę rozwinąłem najpierw W istocie chrześcijaństwa, później jeszcze w kilku mniejszych pismach i 
rozprawach, które powołują się na tę książkę, jak np.  Istota wiary według Lutra, 1844,  Różnica między 
pogańskim i chrześcijańskim ubóstwieniem człowieka
, wreszcie, przy różnych sposobnościach, w drugim 
wydaniu Historii filozofii oraz w Zasadach filozofii.

Mój   pogląd   wyraźony   w  Istocic   chrześcijaństwa,   a   ściślej:   moja   doktryna,   tak   ją   sformułowałem   i 

mogłem sformułować w tej pracy zgodnie z jej przedmiotem, posiada zresztą pewną wielką lukę, co dało 
powód do najbzdurniejszych nieporozumień. Mianowicie mówiąc o chrześcijaństwie zgodnie z obranym 
przedmiotem   pominąłem   przyrodę,   zignorowałem   ją,   jako   że   chrześcijaństwo   samo   ją   ignoruje; 
chrześcijaństwo bowiem, będąc idealizmem, stawia na szczycie boga nadprzyrodzonego (einen naturlosen 
Gott
), wierzy w boga lub ducha, który tworzy świat samą swą myślą i wolą, w boga takiego, że poza jego 
myślą i wolą i bez nich świat nie istnieje.

W Istocie chrześcijaństwa mówiłem więc tylko o istocie człowieka i bezpośrednio od niej rozpocząłem to 

dzieło, ponieważ chrześcijaństwo nie czci ani słońca, ani księżyca, ani gwiazd ani ziemi, ani powietrza, lecz 
oddaje cześć boską tylko siłom. na których opiera się istota ludzka w odróżnieniu od przyrody, mianowicie: 
woli, rozumowi (Verstand) i świadomości. Z tych względów uważano jednak, że wyprowadzam człowieka z 
niczego i czynię  go istotą niczym  nie uwarunkowaną, występowano przeciw temu mojemu  rzekomemu 
ubóstwieniu człowieka przeciwstawiając mu bezpośrednie poczucie zależności i głos przyrodzonego rozumu 
i świadomości, głos, który mówi, że człowiek nie stworzył sam siebie, że jest istotą zależną i stworzoną, że 
ma zatem przyczynę swego istnienia poza sobą samym i że wskazuje na istnienie jakiejś innej istoty poza 
sobą   i   ponad   sobą.   Macie   zupełną   rację,   moi   panowie,   odpowiadałem   w   duchu   moim   krytykom   i 
drwinkarzom. Wiem na równi z wami, a może jeszcze lepiej, że istota ludzka pojmowania tylko sama dla 
siebie i w sposób absolutny jest nonsensem, jest idealistyczną chimerą. Ale istotą, która jest dla człowieka 
jego założeniem, do której musi sam siebie odnieść, bez której nie można pomyśleć ani jego istnienia, ani 
jego   istoty,   tą   istotą,   moi   panowie,   jest   tylko   i   jedynie   przyroda,   a   nie   wasz   bóg.   Tę   lukę   w  Istocie 
chrześcijaństwa
 uzupełniłem najpierw w roku 1845 w małej, lecz bogatej w treść rozprawie O istocie religii
w rozprawie, która, jak sam tytuł wskazuje, tym różni się od  Istoty chrześcijaństwa, że omawia istotę nie 
tylko   religii   chrześcijańskiej   samej   dla   siebie,   lecz   w   ogóle   istotę   religii,   a   więc   także   religii 
przedchrześcijańskich, pogańskich religii przyrody. Tutaj miałem o wiele więcej swobody, już choćby ze 
względu na sam przedmiot; miałem możność usunięcia pozorów idealistycznej jednostronności, której w 
Istocie   chrześcijaństwa   dopatrywali   się   moi   bezkrytyczni   krytycy.   Miałem   też   dość   miejsca   na   to,   aby 
uzupełnić braki Istoty chrześcijaństwa. Oczywiście, jak to się samo przez się rozumie, i tu nie uzupełniłem 
tych  braków  w  duchu  teologii   i  filozofii   teistycznej   czy  teologicznej.  Oto  jak  można   określić  najlepiej 
zadanie i wzajemny stosunek tych dwóch prac. Teologowie i w ogóle teiści rozróżniają między fizycznymi i 
moralnymi  cechami  boga. Bóg zaś, jak się rzekło, jest nazwą, którą powszechnie określa się przedmiot 
religii. Wedle Leibniza, na przykład,  boga należy rozpatrywać  dwojako: ze stanowiska fizycznego jako 
stwórcę świata i ze stanowiska moralnego jako władcę, prawodawcę człowirka. Z punktu widzenia swych 
cech fizycznych, z których naj istotniejszą jest moc, bóg jest przyczyną istoty fizycznej, przyrody, z punktu 
widzenia swych cech moralnych, z których najistotniejszą jest dobroć, jest przyczyną istot moralnych, tj. 
ludzi. W Istocie chrześcijaństwa interesował mnie tylko bóg jako istota moralna; tym samym nie mogłem 
dać pełnego obrazu swoich poglądów i swojej doktryny. Drugą, pominiętą tam połowę boga, mianowicie 
jego   cechy   fizyczne,   musiałem   więc   przedstawić   w   osobnym   dziele;   ale   przedstawić   je   rzeczowo, 
obiektywnie mogłem tylko w takim dziele, w którym doszłaby do głosu także religia przyrody, ta religia, 
która ma za swój przedmiot tylko boga fizycznego. Ale – jak wykazałem w Istocie chrześcijaństwa - bóg 
oglądany od swoich cech moralnych i duchowych, a zatem bóg jako istota moralna, jest tylko ubóstwioną i 
zobiektywizowaną   duchową   istotą   człowieka.   Dlatego  też   teologia   w  ostatecznych   swych   podstawach  i 
rezultatach jest w rzeczywistoci tylko antropologią. W rozprawie zaś  O istocie religii  wykazałcm, że bóg 
fizyczny albo bóg oglądany tylko jako przyczyna przyrody, gwiazd, drzew, kamieni, zwierząt i ludzi, o ile są 
oni istotami przyrodniczymi, fizycznymi, wyraża tylko ubóstwioną, uosobioną istotę przyrody; dlatego też 
tajemnica fizykoteologii kryje się tylko w fizyce  albo fizjologii - fizjologii nie w jej obecnym,  wąskim 
rozumieniu, ale w jej dawnym, uniwersalnym sensie, w którym oznaczała przyrodoznawstwo w ogóle. Jeśli 
więc poprzednio ująłem moją doktrynę w zdaniu: teologia jest antropologią, dla uzupełnienia muszę teraz 
dodać: i fizjologią. Moja doktryna, mój pogląd streszcza się przeto w dwóch słowach: przyroda i człowiek. 
Istota, która zdaniem moim wyprzedza człowieka, istota, która jest przyczyną  albo podstawą ezłowieka, 

10

background image

której zawdzięcza on swe powstanie i istnienie, ta istota nie jest i nie nazywa się u mnie „bogiem” - słowo 
bóg jest mistyczne, nie określone, wieloznaczne - ale przyrodą, co jest słowem - i bytem (Wesen) - jasnym, 
zmysłowym,  jednoznacznym.  Istota, w której przyroda staje się bytem (Wesen) osobowym,  świadomym, 
rozumnym, jest i nazywa się u mnie człowiekiem. Nieświadoma istota (Wesen) przyrody jest dla mnie bytem 
(Wesen) wiecznym, nie mającym początku, bytem pierwszym, ale pierwszym nie co do znaczenia, lecz w 
czasie, pierwszym fizycznie a nie moralnie. Świadoma ludzka istota jest dla mnie bytem (Wesen) drugim, 
drugim co do czasu powstania, lecz pierwszym co do znaczenia. Ta moja nauka, mająca za punkt wyjścia 
przyrodę,   powołująca   się   na   prawdę   przyrody,   przeciwstawiająca   tę   prawdę   teologii   i   filozofii, 
przedstawiona   jest   w   rozprawie  O   istocie   religii,   ale   nawiązuję   tam   do   przedmiotu   pozytywnego, 
historycznego: do religii natury. Albowiem wszystkie moje teorie i myśli snuję nie w niebieskich obłokach 
abstrakcji,   lecz   stojąc   zawsze   na   twardym   gruncie   rzeczy   i   zjawisk   historycznych,   rzeczywistych, 
niezależnych od mego myślenia. Dlatego też swój pogląd czy teorię przyrody opieram na gruncie religii 
przyrody. W rozprawie tej pokazałem zresztą nie tylko istotę religii przyrody, lecz dałem w niej jednocześnie 
krótki szkic całego rozwoju religii od pierwszych jej elementów aż do jej kresu w idealistycznej religii 
chrześcijaństwa.   Wobec   tego   nic   zawiera   ona   nic   innego   jak   tylko   podaną   w   formie   skondensowanej, 
duchową czy filozoficzną historię religii ludzkości. Podkreślam słowo „duchową”, albowiem możliwa jest 
także właściwa formalna historia religii, historia, która po kolei wylicza i opiewa rozmaite religie, a przy tym 
na podstawie wysoce dowolnych rozróżnień uznaje pewne religie za podrzędne, inne zaś za nadrzędne. Otóż 
taki wykład historii religii nie był moim celem. Poza uwzględnieniem zasadniczej różnicy między religią 
przyrody   a   religią   ducha   czyli   człowieka   chodziło   mi   bardziej   o   wyłowienie   tego,   co   jest   w   religiach 
wspólne, identyczne, powszechne, niż o pokazanie zachodzących między nimi różnic, często drobnych i 
nieistotnych.   W   ogóle   chodziło   mi   w   tej   rozprawie   tylko   o   to,   by   uchwycić   istotę   religii;   historię 
uwzględniłem tam tylko o tyle, o ile bez niej nie można zrozumieć istoty religii. A także i samą istotę religii 
badałem tam, jak i we wszystkich swych pracach, bynajmniej nie tylko dla względów teoretycznych czy 
spekulatywnych, lecz przede wszystkim dla względów praktycznych. Religia obchodzi mnie zawsze tylko w 
tym stopniu, w jakim, choćby tylko w wyobraźni, stanowi podstawę ludzkiego życia, podstawę moralności i 
polityki. Szło mi i idzie przede wszystkim o rzucenie światła rozumu na ciemną istotę religii, aby człowiek 
przestał być w końcu ofiarą, igraszką wszelkich wrogich mu mocy, które z dawien dawna i do dziś jeszcze 
posługują się ciemnotą religijną dla ucisku człowieka. Celem moim było udowodnić, że moce, przed którymi 
człowiek korzy się w religii i których się boi, którym nie waha się składać ofiar, nawet ofiar ludzidch, aby 
pozyskać ich względy, że moce te są tylko tworem jego uległego i bojaźliwego ducha oraz nieoświeconego, 
niewykształconego rozumu. Celem moim było udowodnić, że istota, którą człowiek przeciwstawia sobie w 
religii i teologii jako istotę odmienną od siebie, jest naprawdę jego własną istotą. Chodziło mi o to, aby 
człowiek, który nieświadomie podlega zawsze władzy swej własnej natury i nią się kieruje, na przyszłość 
obrał świadomie swoją własną, człowieczą istotę za prawo i podstawę swego postępowania, za cel i probierz 
swej moralności i polityki. I tak też będzie, tak być musi. Jeśli dotychczas naczelną zasadą w polityce i 
moralności była religia nierozpoznana, ciemnota religijna, to teraz, a w każdym razie kiedyś, o losie ludzi 
będzie rozstrzygać religia rozpoznana, religia, w której nic będzie nic prócz człowieka. Cel ten, mianowicie 
poznanie religii po to, by przyczynić się do wolności, samodzielności, wzajemnej miłości i szczęścia ludzi, 
zadecydował też o zakresie moich historycznych rozważań nad religią. Cokolwiek było obojętne dla tego 
celu, to pozostawiłem na uboczu. Historyczne opisy rozmaitych religii i mitologii ludów, opisy, które nie 
dają poznania istoty religii, można znaleźć w niezliczonych książkach. Ale ja będę mówił tak, jak pisałem.

Celem zarówno moich prac, jak wykładów jest przemienić ludzi z teologów w antropologów, z teofilów 

w   filantropów,   z   kandydatów   na   tamten   świat   w   badaczy   tego   świata,   z   religijnych   i   politycznych 
kamerdynerów niebiańskiej i ziemskiej monarchii i arystokracji - w wolnych, świadomych obywateli ziemi. 
Cel   mój   nie   jest   więc   bynajmniej   tylko   negatywny,   przeczący,   lecz   jest   celem   pozytywnym;   jeśli 
zaprzeczam,   to   tylko   po   to,   aby   coś   stwierdzić;   przeczę   tylko   fantasmagoriom   teologii   i   religii,   by 
potwierdzić rzeczywistą istotę człowieczeństwa. Z żadnym słowem nie popełniono w nowszych czasach tylu 
nadużyć, co ze słowem „negatywny”. Kiedy zaprzeczam czemuś na polu poznania, nauki, to muszę na to 
podać argumenty. Argumenty zaś uczą, dostarczają światła, rodzą poznanie; każde naukowe przeczenie jest 
pozytywnym aktem duchowym. Z nauki mojej niewątpliwie wynika, że nie ma boga, tzn. nie istnieje istota 
abstrakcyjna, niezmysłowa, która różniłaby się od przyrody i od człowieka, istota, która według własnego 
upodobania decydowałaby o losie świata i ludzkości; lecz ta negacja jest tylko następstwem poznania istoty 
boga, jest następstwem poznania, że istota boga wyraża z jednej strony tylko istotę przyrody, a z drugiej 
istotę człowieka. Rzecz prosta można taką naukę nazwać ateizmem, jako że wszystko na świecie winno mieć 
swą nazwę; lecz nie wolno zapominać, że ta nazwa tak samo nic nie wyraża jak przeciwstawna nazwa teizm. 
Theos, bóg, jest tylko nazwą, która obejmuje wszystko możliwe, a treść jej jest tak rozmaita, jak różne są 
czasy i ludzie; wszystko więc zależy od tego, co ktoś przez boga rozumie. Tak np. jeszcze w poprzednim 
stuleciu znaczenie tego słowa było zacieśnione przez chrześcijańską ortodoksję do tak pedantycznie wąskich 

11

background image

granic, że nawet Platon uchodził za ateistę, ponieważ nie wykładał  teorii stworzenia z niczego, a więc 
niedostatecznie odgraniczał stworzenie od stwórcy. Tak samo i Spinozę w XVII i XVIII wieku uważano 
jednomyślnie  za  ateistę,  ba,  jeśli  mnie  pamięć   nie  myli,  w  łacińskim  leksykonie  z  XVIII  wieku  słowo 
„ateista”   tłumaczy   się   po  prostu  assecla  Spinozae  (zwolennik  Spinozy);   natomiast   wiek   XIX   wykreślił 
Spinozę z rzędu ateistów. Tak to zmieniają się czasy, a z nimi także ludzcy bogowie. Słowa: „jest bóg” lub 
„wierzę w boga”, mówią bardzo mało, tak samo jak mało mówią słowa: „nie ma boga” lub „nie wierzę w 
boga”. Główną sprawą jest tu treść, podstawa, duch teizmu i treść, podstawa i duch ateizmu. Ale przechodzę 
teraz do samej rzeczy, tzn. do rozprawy O istocie religii, którą biorę za podstawę niniejszych wykładów.

WYKŁAD CZWARTY

Pierwszy paragraf rozprawy  O istocie religii  brzmi w streszczeniu jak następuje: podstawą religii jest 

poczucie   zależności,   pierwotnym   zaś   przedmiotem   tego   poczucia   jest   przyroda   i   dlatego   przyroda   jest 
pierwszym przedmiotem religii. Treść tego paragrafu dzieli się na dwie części. Pierwsza część wyjaśnia 
subiektywne pochodzenie czyli podstawę religii, druga określa pierwszy lub pierwotny przedmiot religii. 
Najpierw o tej części drugiej.

Tak zwani filozofowie spekulatywni szydzili z tego, że poczucie zależności uznałem za źródło religii. 

Termin „poczucie zależności” ma u nich złą reputację, odkąd Hegel zażartował sobie ze Schleiermachera, 
który jak wiadomo podniósł je do godności żródła religii. Hegel dowodził mianowicie, że także i pies musi 
mieć religię, skoro czuje się zależny od swego pana. Tak zwani filozofowie spekulatywni są to zazwyczaj ci 
filozofowie, którzy nie przystosowują swoich pojęć do rzeczy, lecz przeciwnie, rzeczy do swoich pojęć. I 
dlatego jest zupełnie obojętne, czy moje  wyjaśnienie spodoba się filozofom spekulatywnym;  ważne jest 
tylko to, czy jest ono zgodne z przedmiotem, z samą rzeczą. A to nie ulega wątpliwości. Jeżeli przyjrzymy 
się zarówno religiom tak zwanych ludów dzikich, o których opowiadają nam podróżnicy, jak też religiom 
narodów   kulturalnych,   jeżeli   wejrzymy   w   nasze   własne   wnętrze,   bezpośrednio   i   nieomylnie   dostępne 
obserwacji, to nie znajdziemy żadnego bardziej stosownego i wyczerpującego psychologicznie wyjaśnienia 
religii, niż przy pomocy poczucia czy świadomości zależności. Starożytni ateiści, a nawet wielu starożytnych 
i   nowożytnych   teistów   za   źródło   religii   uważało   strach,   który   jest   przecież   tylko   najpopularniejszą, 
najaskrawszą formą poczucia zależności. Znane są powszechnie słowa rzymskiego poety:  Primus in orbe 
Deos fecit Timor
, co znaczy, że najpierw strach stworzył na świecie bogów. U Rzymian słowo strach, metus
oznacza nawet religię, i odwrotnie, słowo religio miewa znaczenie strachu, trwogi, stąd dies religiosus, dzień 
religijny, znaczy u nich tyle, co dzień nieszczęśliwy, dzień, który budzi trwogę. Nawet niemieckie słowo 
Ehrfurcht,   wyraz   najwyższego   religijnego   uwielbienia,   składa   się   z  Ehre  (cześć)   i  Furchl  (bojaźń). 
Wyjaśnienie   źródła   religii   przez   uczucie   strachu   potwierdza   się   przede   wszystkim   w   doświadczeniu; 
mianowicie prawie wszystkie ludy pierwotne, a w każdym razie ich większość, uważają za przedmiot religii 
głównie takie zjawiska albo skutki działania przyrody, które budzą strach i grozę. Meiners w  Krytycznej 
powszechnej historii religii
  dowodzi na podstawie przykładów i opisów z podróży, że bardziej zacofane 
ludy, jak np. w Afryce, północnej Azji i Ameryce, „boją się rzek, i to przeważnie w takich miejscach, gdzie 
tworzą się niebezpieczne wiry i wodospady. Mieszkańlcy przejeżdżający przez takie miejsca modlą się o 
łaskę i przebaczenie i biją się w piersi lub rzucają gniewnym bogom ofiary dla ich przebłagania. Niektórzy 
kacykowie murzyńscy obrali sobie za fetysza morze, do tego stopnia czują przed nim lęk, że nie ośmielają 
się nawet spojrzeć nań, a tym bardziej po nim pływać, gdyż wierzą, że samo spojrzenie na to groźne bóstwo 
zabiłoby ich na miejscu”. Podobnie W. Marsden opowiada w  Przyrodniczym i społecznym opisie wyspy 
Sumatry
,  że   mieszkańcy  środka   wyspy,   Redziangowie,   ofiarowują   ciasto  i   cukry  morzu,   gdy  je  po  raz 
pierwszy zobaczą, z prośbą, by im nie czyniło nic złego. Hotentoci wierzą wprawdzie w najwyższą istotę, 
jak opowiadają teistyczni podróżnicy zasugerowani ich religijnymi wyobrażeniami, lecz nie oddają jej czci. 
Czczą natomiast „złego ducha”, który w ich mniemaniu jest sprawcą wszelkiego zla spotykanego na świecie. 
Co prawda trzeba zauważyć,  że podawane w opisach różnych  podróży,  a przynajmniej  u dawniejszych 
podróżników, wiadomości o religijnych wyobrażeniach Hotentotów i w ogóle ludów dzikich bardzo się ze 
sobą   kłócą.   W   Indiach   jednak  na   pewno   istnieją   okolice,   „gdzie   większość   mieszkańców   oddaje   cześć 
religijną tylko złym duchom... Każda z tych złych sił posiada własną nazwę i doznaje bardziej lub mniej 
gorliwej   czci,   zależnie   od   przypisywanego   jej   stopnia   okrucieństwa   i   potęgi”   (Stuhr,  Systemy   religijne 
pogańskich   ludów   Wschodu
),   Nawet   pewne   plemiona   amerykanskie,   które   według   teistycznych 
sprawozdawców uznają „najwyższą istotę”, czczą tylko „złe duchy”, czyli istoty, którym przypisują wszelkie 
zło i wszystkie nieszczęścia, wszystkie choroby i bóle i które tylko ze strachu przed nimi usiłują ułagodzić 
przez oddawanie im czci. Rzymianie otaczali czcią religijną nawet choroby i zarazy, gorączkę i pożar zboża, 
który miał swój dzień świąteczny, śmierć dziecka (pod nazwą Orbony), a także nieszczęście, a więc rzeczy, 
których kult nie mógł  mieć  innej przyczyny  niż bojaźń - jak zresztą twierdzili już sami  starożytni,  np. 
Pliniusz  Starszy.  Kult  ten nie  miał  też  innego  celu,  niż  uczynienie  ich nieszkodliwymi,   na  co  również 

12

background image

zwracali uwagę starożytni, np. Gellius, który mówi, że jednych bogów czczono i święcono po to, aby byli 
pożyteczni, a innych zjednywano i łagodzono, by nie szkodzili. W Rzymie, a także w Sparcie, Bojaźń miała 
swą świątynię; co prawda miało to jednak, przynajmniej według Plutarcha, swój sens moralny: mianowicie 
bojaźń przed niecnymi, złymi uczynkami. Wyjaśnienie religii przy pomocy uczucia strachu potwierdza się 
poza tym w fakcie, że nawet u ludów wykształconych najwyższym bóstwem jest personifikacja tych zjawisk 
przyrody,   które   w   najwyższym   stopniu   wywołują   u   człowieka   strach;   mamy   więc   tam   boga   burzy, 
błyskawicy i grzmotu. Istnieją nawet ludy,  u których nie ma  innego określenia boga jak słowo grzmot, 
których religia wyraża przeto tylko to miażdżące wrażenie, jakie przyroda przez grom wywiera na człowieku 
za pośrednictwem ucha, organu bojaźni. Nawet u genialnych Greków, jak wiadomo, najwyższy bóg zwie się 
po prostu Gromowładny. Podobnie u starożytnych Germanów, a przynajmniej u Germanów północnych, a 
tak   samo   u   Finów   i   Łotyszów,   bóg   Thorr   albo   Donar,   tzn.   bóg   grzmotu,   był   bogiem   najstarszym   i 
pierwszym, najpowszechniej czczonym. Angielski filozof Hobbes wywodzi rozum z uszu, gdyż utożsamia 
go ze słyszalnym słowem. Na podstawie tych faktów, według których grom jest ojcem ludzkiej wiary w 
bogów, tym trafniej można bębenek uszny uznać za rezonator uczuć religijnych, a ucho za macicę bogów. W 
istocie, gdyby człowiek miał tylko oczy i ręce, smak i powonienie, nie posiadałby religii; gdyż wszystkie te 
zmysły   są   organami   krytyki   i   sceptycyzmu.   Jedynym   zmysłem,   który  przez   labirynt   ucha   prowadzi   do 
państwa   duchów   i   upiorów   przeszłych   i   przyszłych,   jedynym   zmysłem   trwożliwym,   mistycznym   i 
zabobonnym jest słuch. Trafnie zauważyli to już starożytni, którzy mówili: „Jeden świadek naoczny jest 
więcej wart niż tysiąc świadków, którzy tylko słyszeli” i „oczom bardziej można wierzyć niż uszom”, lub: 
„To,   co   się   widzi,   jest   pewniejsze   niż   to,   co   się   słyszy”.   Dlatego   też   religia   ostatnia,   najbardziej 
uduchowiona,   religia   chrześcijańska,   świadomie   opiera   się   tylko   na   słowie,   jak   sama   mówi,   na   słowie 
bożym, a zatem na słuchu. „Wiara - mówi Luter - bierze się ze słuchania kazań Pana”. „Tylko sam słuch - 
mówi   w   innym   miejscu   -   wymagany   jest   w   kościele   bożym”.   Nawiasem   mówiąc,   widać   z   tego,   jak 
powierzchowne  jest   wyjaśnianie   religii,  a   w  szczególności  jej   pierwszych  podstaw,   za   pomocą   pustych 
frazesów, takich jak absolut, nadzmysłowość, nieskończoność – jak gdyby czlowiek nie posiadał zmysłów i 
jak gdyby w religii zmysły nie wchodziły w rachubę. Bez zmysłów mowa ludzka jest zawsze bezmyślna. Ale 
wracajmy do rzeczy. Nasze wywyjaśnienie potwierdza się także przez to, że nawet chrześcijanie poddają się 
nastrojom religijnym zasadniczo tylko w tych chwilach i tych zdarzeniach życia, które budzą w człowieku 
trwogę. A przecież chrześcijanie, przynajmniej w teorii,przypisują religii pochodzenie i charakter czysto 
ponadzmysłowy, boski. I tak na przykład Jego Królewska Mość król pruski, którego współcześni nabożni 
chrześcijanie   nazywają   „królem   chrześcijańskim”   i   czczą   jako   takiego,   zwołując   zjednoczony   landtag 
zarządził równocześnie, aby we wszystkich kościołach odprawiono modły o pomoc  istoty boskiej. Jaka 
jednak była właściwa przyczyna tego religijnego gestu i zarządzenia Jego Królewskiej Mości? Tylko strach, 
że   zgubne   tendencje   nowych   czasów   mogłyby   w   sposób   destrukcyjny   pokrzyżować   plany   i   ideę 
projektowanego  zjednoczonego  landtagu,   owego  arcydzieła   chrześcijańsko-germańskiej   sztuki   rządzenia. 
Albo   weźmy   inny   przykład.   Gdy   przed   paru   laty   marnie   wypadły   żniwa,   we   wszystkich   kościołach 
chrzecijańlskich z całego serca i jak najgoręcej modlono się do boga o błogosławieństwo; ogłoszono nawet 
specjalne dni modlitewne i poku tne. Cóż było tego przyczyną? Właśnie strach przed klęską głodu. Dlatego 
też chrześcijanie życzą niewiernym i „bezbożnikom” wszystkich możliwych udręczeń. Dlatego też cieszą się 
serdecznie z nieszczęść, które ich spotykają, czyniąc to oczywiście tylko z chrześcijańskiej miłości i troski o 
zbawienie duszy, gdyż sądzą, że bezbożnicy nawrócą się dzięki temu do boga i staną się znowu wierni i 
religijni. Chrześcijańscy teologowie i uczeni oburzają się, przynajmniej z katedry albo na piśmie, kiedy takie 
zjawiska, jak powyższe, określa się jalw charakterystyczne dla samego pojęcia religii. Lecz o charakterze 
religii,   a   w   każdym   razie   religii   w   zwyczajnym   tego   słowa   znaczeniu,   które   jest   też   znaczeniem 
historycznym, panującym w świecie, decydują nie księgi, lecz życie. Chrześcijanie tym tylko różnią się od 
tzw. pogan albo od ludów niecywilizowanych, że nie sprowadzają przyczyny zjawisk budzących w nich 
bojaźń religijną do jakichś szczególnych bogów, lecz do jakiejś szczególnej właściwości swego boga. Nie 
modlą się do złych bóstw, lecz modlą się do swojego boga, kiedy, ich zdaniem, gniewa się; modlą się po to, 
aby się nie gniewał i nie karał ich złem i nieszczęściami. Jak widzieliśmy, źli bogowie są niemal jedynym 
przedmiotem czci ludów pierwotnych, ale również u ludów chrześcijańskich gniewny i zły bóg jest głównym 
przedmiotem uwielbienia, a więc i u nich najistotniejszą podstawą religii jest strach. Na potwierdzenie tej 
tezy przytoczę zarzut, który filozofowie i teologowie chrześcijańscy albo religijni czynili Spinozie, stoikom, 
w   ogóle   panteistom,   dla   których   bóg   oglądany  przy  dziennym   świetle   jest   tylko   samą   istotą   przyrody. 
Zarzucali im, że ich bóg nie jest bogiem, tzn. nie jest właściwym bogiem religii, gdyż nie jest przedmiotem 
miłości   i   bojaźni,   lecz   przedmiotem   zimnego,   bezuczuciowego   rozumu.   Choć   więc   zarzucali   dawnym 
ateistom,   że   chcieli   wyprowadzić   religię   z   uczucia   strachu,   to   jednak   sami   pośrednio   przyznawali   co 
najmniej tyle, że strach jest istotną częścią składową religii.

Strach nie jest jednak zupełnym, wystarczającym wyjaśnieniem źródła religii. Nie tylko dlatego, że, jak 

mówią   niektórzy,   strach   jest   uczuciem   przemijającym,   albowiem   zostaje   przecież,   w   każdym   razie   w 

13

background image

wyobrażeniu,   przedmiot   strachu,   a   przy   tym   strach   ma   nawet   tę   szczególną   własność,   iż   sięga   poza 
teraźniejszość, że lęka się możliwego, przyszłego zła. Strach nie tłumaczy religii dlatego, że po minięciu 
lęku,   gdy   znikło   chwilowe   niebezpieczeństwo,   zjawia   się   uczucie   przeciwne,   które,   jeśli   się   trochę 
zastanowimy i namyślimy, wiążemy z tym samym przedmiotem. W uczuciu tym wyraża się ulga płynąca 
stąd, że człowiek wyratował się z niebezpieczeństwa, ze strachu i lęku, uczucie zachwytu, radości, miłości, 
wdzięczności. Poza tym zjawiska przyrody, budzące strach i grozę, są w swoich następstwach przeważnie 
niezwykle   dobroczynne.   Ten   sam  bóg,   który  piorunami   razi   drzewa,   zwierzęta   i   ludzi,   zrasza   ulewami 
deszczu pola i niwy. Skąd zło, stąd i dobro, skąd strach, stąd także radość pochodzi. Dlaczegoby zatem i 
ludzkie uczucie nie miało jednoczyć w sobie tego, co nawet w przyrodzie ma jedną i tę samą przyczynę? 
Jedynie ludy żyjące chwilą bieżącą, ludy zbyt słabe, tępe lub lekkomyślne, by łączyć różne wrażenia, wielbią 
tylko strach jako matkę boga, a przedmiotem kultu religijnego czynią  jedynie  bogów złych i groźnych. 
Inaczej jest u ludów, które wśród chwilowych wrażeń budzących strach i zgrozę nie zapominają o dobrych, 
dobroczynnych właściwościach danego przedmiotu. Tu przedmiot bojaźni jest zarazem przedmiotem czci, 
miłości,   wdzięczności.   I   tak   na   przykład   bóg   Germanów,   przynajmniej   północnych,   Thor,   (czyli 
Gromowładny, jest „dobroczynnym, dobrotliwym obrońcą ludzi”, „opiekunem rolnictwa, bogiem łagodnym, 
sprzyjającym ludziom” (W. Müller,  Historia i system religii staroniemieckiej), gdyż  jako bóg burzy jest 
zarazem bogiem ożywczego deszczu i światła słonecznego. Byłoby więc najwyższą jednostronnością, wręcz 
niesprawiedliwością wobec religii, gdybym tylko uczucie strachu uważał za tłumaczącą ją przyczynę. Od 
dawnych ateistów i panteistów, którzy pod tym względem mieli te same poglądy co ateiści, jak np. Spinoza, 
różnię się zasadniczo tym, że dla wyjaśnienia źródeł religii przytaczam nie tylko motywy negatywne, lecz 
także  pozytywne,  a więc nie  tylko  niewiedzę i strach,  lecz również uczucia  przeciwstawne  strachowi - 
pozytywne uczucia radości, wdzięczności, miłości i czci. Twierdzę, że także miłość, radość i cześć prowadzą 
na równi ze strachem do ubóstwienia czegoś czy kogoś. W Objaśnieniach do istoty religii zwracam uwagę, 
źe „uczucie biedy lub niebezpieczeństwa, z którego się wydostaliśmy, jest czymś zgoła innym niż uczucie 
aktualnego lub oczekiwanego niebezpieczeństwa. Tam ja zwracam się do przedmiotu, tu przedrniot działa na 
mnie, tam śpiewam pieśni pochwalne, tu skarżę się w trenach, tam dziękuję, tu proszę. Uczucie zagrożenia 
jest   praktyczne,   teleologiczne,   uczucie   wdzięczności   poetyczne   i   estetyczne.   Uczucie   zagrożenia   jest 
przemijające,   uczucie   wdzięczności   trwałe;   wdzięczność   zadzierzga   więzy  miłości   i   przyjaźni.   Uczucie 
zagrożenia jest pospolite, uczucie wdzięczności szlachetne; bojaźń czci swój przedmiot tylko w nieszczęściu, 
wdzięczność również w szczęściu”. Znajdujemy tu psychologiczne uzasadnienie religii i to nie tylko od jej 
strony pospolitej, lecz także od strony wzniosłej.

Tak więc nie chcę i nie mogę uznać za jedyne źródło religii ani strachu, ani radości ani nawet miłości. 

Jakąż jednak znajdę inną nazwę  ogólną, która  obejmowałaby obydwa  rodzaje  uczuć, jeśli nie poczucie 
zależności? Strach jest poczuciem śmierci, radość poczuciem życia. Strach to poczucie zależności od czegoś, 
bez   czego  jestem  niczym,   co  posiada   moc   zniszczenia   mnie.   Radość,   miłość,   wdzięczność   to  poczucie 
zależności   od   przedmiotu,   dzięki   któremu   jestem   czymś,   od   przedmiotu,   który   daje   mi   uczucie   lub 
świadomość, że dzięki niemu żyję, dzięki niemu istnieję. Ponieważ żyję i istnieję dzięki przyrodzie albo 
bogu, więc go kocham; ponieważ przez przyrodę cierpię i ginę, więc lękam się jej i boję, Krótko mówiąc, 
kto daje człowiekowi środki albo przyczyny do cieszenia się życiem, tego człowiek kocha, a kto mu je 
zabiera albo jest w mocy je zabrać, tego się boi. Lecz jedno i drugie zlewa się w przedmiocie religii. To 
samo, co jest źródłem życia, jest też przez negację, kiedy tego nie posiadam, źródłem śmierci. „Wszystko 
pochodzi od Boga - czytamy w księdze Siracha - szczęście i nieszczęście, życie i śmierć, nędza i bogactwo”. 
„Bożków... - mówi księga Barucha - nie należy za bogów uwaźać ani ich tak nazywać, gdyż nie mogą oni 
ani karać, ani pomagać... Nie mogą przeklinać królów ani błogosławić”. Tak też w dwudziestym szóstym 
rozdziale   Koranu  mówi   się   o   bałwochwalcach:   „Czy  oni   (bożkowie)   was   wysłuchują,   gdy  się   do  nich 
zwracacie? Albo czy mogą wam jakoś pomóc lub zaszkodzić?” A to znaczy: tylko to jest przedmiotem czci 
religijnej, tylko to jest bogiem, co może przeklinać lub błogosławić, szkodzić lub pomagać, zabijać lub 
dawać życie, darzyć radością lub napełniać grozą.

Poczucie zależności jest przeto jedyną trafną nazwą i pojęciem ogólnym na określenie albo wyjaśnienie 

psychologicznego i subiektywnego źródła religii. Jednakże naprawdę nie istnieje żadne poczucie zależności 
jako takie, lecz występuje zawsze tylko określone, poszczególne uczucie - jak np. (biorąc przykłady z religii 
natury) takie uczucie, jak głodu, choroby, jak lęk przed śmiercią, przygnębienie przy złej pogodzie, radość 
przy pięknej, żal z powodu próżnego wysiłku lub nadziei zawiedzionych przez niszczycielskie działanie sił 
przyrody.  Wszędzie tam człowiek czuje swą zależność. Istotnym  zaś i podstawowym  zadaniem myśli  i 
mowy jest sprowadzenie poszczególnych zjawisk rzeczywistości do takich ogólnych nazw i pojęć.

W ten sposób wyprowadzenie religii z uczucia strachu zostało sprostowane i uzupełnione. Muszę teraz 

jeszcze wspomnieć o innym psychologicznym wyjaśnieniu religii. Otóż filozofowie greccy twierdzili, że 
religię zrodził podziw dla prawidłowego ruchu ciał niebieskich, tzn. kult ciał niebieskich lub istoty kierującej 
ich ruchem. Jakże widać od razu, że to wyjaśnienie religii dotyczy nieba, a nie ziemi, dotyczy tylko oka, a 

14

background image

nie innych zmysłów, dotyczy teorii, a nie praktyki człowieka. Ciała niebieskie niewątpliwie były również 
źródłem   i   przedmiotem   kultu   religijnego,   ale   w   żadnym   wypadku   nie   jako   przedmiot   teoretycznych 
obserwacji astronomicznych, lecz tylko o tyle, o ile uważano je za siły rządzące życiem człowieka, a zatem 
za przedmioty ludzkiej bojaźni i nadziei. Właśnie gwiazdy są najwymowniejszym  przykładem,  że tylko 
wtedy istoty lub rzeczy stawały się przedmiotem religii, kiedy były przedmiotem i przyczyną strachu przed 
śmiercią lub przyczyną radości życia, a co za tym idzie - przedmiotem poczucia zależności. Słusznie przeto 
autor francuskiej książki  O pochodzeniu zasad religijnych, wydanej w r. 1768, pisze następujące słowa: 
„Grzmot i burza, kęska wojny... dżumy i głodu, zaraza i śmierć bardziej przekonywały człowieka o istnieniu 
Boga (tzn. bardziej nastrajały religijnie, bardziej dowodziły mu  jego zależności i skończoności), aniżeli 
trwała harmonia przyrody i wszystkie dowodzenia Clarke'a czy Leibniza”. Prosty i trwały porządek nie 
przykuwa uwagi człowieka. Tylko zdarzenia graniczące z cudownością mogą ją znowu pobudzić. Nigdy nie 
słyszałem, by lud mówił: bóg karze pijaka dlatego, że pijak traci rozum i zdrowie. Natomiast jakże często 
słyszałem, jak chłopi w mojej wsi mówili: bóg karze pijaków, ponieważ jakiś pijak wracając do domu złamał 
nogę.

WYKŁAD PIĄTY

Na   przykładach   z   historii   wykazaliśmy,   że   religia   sprowadza   się   do   poczucia   zależności.   Ale   takie 

określenie religii przemawia też bezpośrednio i samo przez się do zdrowego rozsądku. Jest bowiem rzeczą 
jasną, że religia może być  tylko znamieniem czy właściwością istoty z konieczności zależnej od czegoś 
innego i nie będącej bogiem, tzn. istotą wolną od potrzeb, niezależną i nieskończoną. Poczucie zależności i 
poczucie skończoności są zatem jednym i tym samym. Ale to dla człowieka najdotkliwsze i najboleśniejsze 
poczucie skończoności jest poczuciem czy świadomością, że kiedyś rzeczywiście nadejdzie jego kres, że 
umrze. Gdyby człowiek nie umierał, gdyby żył wiecznie, gdyby więc nie było śmierci, nie byłoby też religii. 
Nie   ma   nic   potężniejszego   nad   człowieka,   mówi   Sofokles   w  Antygonie:   człowiek   przemierza   morza, 
przekopuje   ziemię,   ujarzmia   zwierzęta,   zabezpiecza   się   przed   upałem   i   mrozem,   na   wszystko   znajduje 
sposoby - tylko śmierci ujść nie potrafi. Człowiek i istota śmiertelna, bóg i istota nieśmiertelna – to dla 
starożytnych synonimy. Tylko grób człowieka, powiadam też w Objaśnieniach do istoty religii, jest kolebką 
bogów. Zmysłowym znakiem czy przykładem związku między śmiercią a religią jest fakt, że w zamierzchłej 
starożytności grobowce były zarazem świątyniami bogów. A prócz tego u większości ludów kult zmarłych 
stanowił istotny składnik religii, u niektórych zaś tworzył  jedyną,  całą religię; ale też myśl  o zmarłych 
przodkach mnie, żywemu, najbardziej przypomina moją własną przyszłą śmierć. Pogański filozof Seneka 
pisze w Listach, że „nigdy umysł człowieka nie jest nastrojony bardziej bosko - albo po naszemu: bardziej 
religijnie - niż kiedy człowiek myśli o swojej śmiertelności i zdaje sobie sprawę, że po to się rodzi, aby 
kiedyś umrzeć”. W Starym Testamencie czytamy: „Poucz mnie, Panie, że kiedyś musi przyjść mój kres, a 
moje życie ma jakiś cel i muszę kiedyś odejść”. „Naucz nas pamiętać, że musimy umrzeć, abyśmy byli 
mądrzy”. „Pomnij, że jak on umarł, tak i ty musisz umrzeć”. „Dziś król, jutro trup”. Religijną zaś jest myśl o 
śmierci, i to całkiem niezależnie od wyobrażenia jakiegoś boga, dlatego że wtedy uprzytamniam sobie swoją 
skończoność. Jeśli jest rzeczą jasną, że bez śmierci nie ma  religii, to widać też, że charakterystycznym 
określeniem dla źródła religii jest poczucie zależności. Cóż bowiem uprzytamnia mi mocniej i dobitniej niż 
śmierć, cóż daje mi wyraźniej odczuć, że nie zależę tylko od siebie samego, że nie potrafię żyć tak długo, 
jakbym chciał? Z góry jednak muszę zaznaczyć, że poczucie zależności nie wyczerpuje według mnie całej 
religii, że jest ono tylko jej źródłem, bazą, fundamentem; w religii bowiem człowiek szuka zarazem środków 
przeciwko   temu,   od   czego   czuje   się   zależny.   Takim   środkiem   przeciwko   śmierci   jest   wiara   w 
nieśmiertelność. Jedynym pragnieniem prawdziwie religijnym, jedyną modlitwa, którą pierwotny człowiek 
zanosi do swego bóstwa, jest modlitwa, z jaką kaczyński Tatar zwraca się do słońca: „Nie zabijaj mnie”.

Przychodzę teraz do drugiej części paragrafu, do pierwotnego przedmiotu religii. Nie będę musiał tracić 

na to wielu słów, gdyż dziś uznaje się na ogół powszechnie, że najstarszą lub pierwotną religią człowieka 
była religia natury. Wiadomo obecnie, że nawet późniejsze bóstwa o charakterze duchowym i politycznym, u 
ludów takich jak Grecy i Germanie, z początku, pierwotnie były tylko zjawiskami przyrody. Tak więc Odyn, 
który   z   czasem   staje   się   istotą   wyłącznie   polityczną,   mianowicie   bogiem   wojny,   pierwotnie   jest   tylko 
niebem, podobnie jak Zeus był niebem u Greków, a Jowisz u Rzymian, i dlatego słońce zwie się okiem 
Odyna. Przyroda była wtedy, jak jeszcze dzisiaj u ludów pierwotnych, przedmiotem czci religijnej nie jako 
symbol czy narzędzie boga czy jakiejś innej istoty ukrytej poza przyrodą, lecz jako taka, jako przyroda.

Treść drugiego paragrafu jest - krótko mówiąc - taka: religia należy niewątpliwie do istoty człowieka, jest 

mu wrodzona; ale religia nie w sensie teologii lub teizmu, nie jako właściwa wiara w boga, lecz tylko taka 
religia, która nie wyraża nic poza poczuciem skończoności i zależności człowieka od przyrody.

W związku z tym paragrafem muszę zauważyć przede wszystkim, że odróżniam religię od teizmu, czyli 

wiary w jakąś istotę różną od człowieka i przyrody, choć na poprzednim wykładzie mówiłem, że przedmiot 

15

background image

religii określa się ogólnym mianem boga. Teizm, teologia i wiara w boga rzeczywiście tak bardzo utożsamiły 
się u nas z religią, że nie uznawać boga ani żadnej istoty teologicznej, i nie mieć religii, znaczy jedno i to 
samo. Ale tutaj mówi się tylko o pierwotnych elementach religii. Właśnie teizm, właśnie teologia wyrwała 
człowieka z jego związku ze światem, odizolowała go i uczyniła istotą pyszną, istotą wynoszącą swoje ja 
ponad przyrodę. I dopiero na tym stanowisku religia utożsamia się z teologią, z wiarą w istotę pozanaturalną 
i nadnaturalną jako istotę prawdziwie boską. Pierwotnie jednak religia wyraża tylko i wyłącznie poczucie 
związku, poczucie jedności człowieka z przyrodą czyli światem.

W dziele Istota chrześcijaństwa pisałem, że tajemnica religii posiada swoje rozwiązanie i wyjaśnienie nie 

tylko w antropologii, lecz także w patologii. Oburzyło to wrogich naturze teologów i filizofów. Czy jednak 
religia natury, stale nawiązująca tylko do najważniejszych zjawisk w przyrodzie i wyrażająca je w swoich 
świętach i obyczajach, jest czym innym niż estetyczną patologią? Czymże są owe święta wiosny, lata, jesieni 
i zimy, napotykane w starych religiach, jeśli nie odzwierciedleniem tych przeróżnych wrażeń, jakie rozmaite 
zjawiska i skutki przyrody wywierają na człowieku. Żałoba i ból z powodu śmierci człowieka lub z powodu 
zanikania światła i ciepła, radość z powodu narodzin człowieka, z powodu powrotu światła i ciepła po lutych 
dniach zimy, albo z powodu urodzajnych żniw, strach i przerażenie z powodu zjawisk z natury swej lub 
tylko w wyobraźni człowieka budzących grozę, jak na przykład zaćmienia słońca i księżyca - wszystkie te 
zwykłe, naturalne wrażenia i uczucia stanowią subiektywną treść religii natury. Pierwotnie bowiem religia 
nie jest niczym odosobnionym,  różnym  od istoty człowieka. Dopiero z czasem,  dopiero w późniejszym 
rozwoju staje się czymś odosobnionym, występuje ze szczególnymi roszczeniami. Otóż wypowiadam wojnę 
tylko tej aroganckiej, butnej religii duchowej, która właśnie dlatego posiada jako swoich przedstawicieli 
osobny, oficjalny stan. Ja sam, choć jestem ateistą, to jednak otwarcie przyznaję się do religii w wyżej 
podanym sensie, do religii natury. Nienawidzę tego idealizmu, który wyrywa  czlowieka z przyrody;  nie 
wstydzę się swej zależności od przyrody; przyznaję otwarcie, że oddziaływanie przyrody wpływa nie tylko 
na mą powłokę, na moją skórę, moje cialo, lecz także na moją najgłębszą istotę, moje wnętrze. Wiem o tym, 
że powietrze, które wdycham przy pięknej pogodzie, oddziałuje dobroczynnie nie tylko na moje płuca, lecz 
również na mój mózg, a słońce daje światło nie tylko moim oczom, lecz także duchowi i sercu. I nie widzę w 
tej zależności nic sprzecznego z moją istotą, jak to odczuwa chrześcijanin, i dlatego też nie liczę na jakieś 
wybawienie z tej sprzeczności. Wiem również, że jestem istotą skończoną, śmiertelną, że kiedyś mnie nie 
będzie. Ale uważam to za rzecz zupełnie naturalną i dlatego jestem z tą myślą zupełnie pogodzony.

W pismach swoich twierdziłem poza tym,  a w tych wykładach będę starał się dowieść, że w religii 

człowiek obiektywizuje swoją istotę. Tego twierdzenia dowodzą już same właściwości religii natury. Jej 
święta   -   a   wiadomo,   że   u   ludów   starożytnych,   zmysłowych   i   prymitywnych,   istota   religii   wyraża   się 
najdobitniej w ich świętach - święta te obiektywizują jedynie odczucia i wrażenia, jakie przyroda przez 
swoje najważniejsze zjawiska wywołuje u człowieka. Filozofowie francuscy nie widzieli w starożytnych 
religiach nic innego poza fizyką i astronomią. To twierdzenie jest słuszne, o ile tylko nie ma się na myśli - 
jak oni - naukowej fizyki i astronomii, lecz tylko estetyczną fizykę i astronomię. W pierwotnych zaczątkach 
starożytnych religii człowiek obiektywizował doznania i wrażenia, budzące się w nim wobec przedmiotów 
fizyki   i   astronomii,   dopóki   nie   stały   się   one   dla   niego   przedmiotem   nauki.   Co   prawda   do   religijnego 
pojmowania przyrody już u starożytnych ludów dołączyły się potem pewne spostrzeżenia, a więc zaczątki 
nauki; tak mianowicie było u kasty kapłańskiej, jedynej, przed którą nauka i wykształcenie stały otworem. 
Tych spostrzeżeń nie można  jednak uznać za pierwotną treść religii natury.  Jak dotychczas utożsamiam 
swoje   poglądy   z   religią   natury;   mimo   to   nie   trzeba   zapominać,   że   już   w   religii   natury   zawarty   jest 
pierwiastek, którego nie uznaję. Albowiem przedmiotem religii przyrody jest tylko przyroda, jak to już z 
nazwy wynika. A jednak dla pierwotnego człowieka, który wyznawał religię natury, przyroda nie jest takim 
przedmiotem,   jakim   jest   w   rzeczywistości,   lecz   tylko   takim,   jakim   wydaje   się   rozumowi,   wyobraźni, 
uczuciu, które są jeszcze niewykształcone i niedoświadczone. Dlatego już wtedy człowiek posiadał życzenia 
nadnaturalne   i  stawiał  przyrodzie  żądania   nadnaturalne  albo,   co  na  jedno wychodzi,   nienaturalne.   Albo 
inaczej, jeszcze dobitniej: już religia natury nie jest wolna od przesądów; z natury bowiem, tzn. bez wiedzy i 
doświadczenia, wszyscy ludzie, jak słusznie mówi Spinoza, ulegają przesądom. Nie chcę przeto ściągać na 
siebie podejrzenia, że opowiadając się za religią natury, opowiadam się tym samym także za przesądami 
religijnymi. Nie uznaję religii natury w żaden inny sposób, w żadnym innym wymiarze, w żadnym innym 
sensie aniżeli w tym, w jakim uznaję religię w ogóle, a więc także i religię chrześcijańską: uznaję tylko jej 
prostą podstawową prawdę. A prawdą tą jest tylko to, że człowiek jest zależny od przyrody, że powinien żyć 
w zgodzie z nią, że nie powinien zapominać nawet ze swego najwyższego, duchowego punktu widzenia, iż 
jest dzieckiem przyrody i jej częścią, że powinien ją stałe czcić i wielbić nie tylko jako przyczynę i źródło 
swego istnienia, ale także jako przyczynę i źródło swego duchowego i cielesnego zdrowia. Albowiem tylko 
dzięki   przyrodzie   człowiek  staje   się   wolny  od  wszelkich  przesadnych   wymagań   i   pragnień,   jak  np.   od 
nadnaturalnego pragnienia nieśmiertelności. „Zbliżcie się do przyrody, uznajcie ją za swą matkę, a spokojnie 
spoczniecie kiedyś w ziemi”. Jak w  Istocie chrześcijaństwa  bynajmniej nie ubóstwiam człowieka, co mi 

16

background image

głupio   zarzucano,   tzn.   nie   chcę   robić   zeń   boga   w   sensie   wiary   teologiczno-religijnej,   którą   przecież 
rozkładam na jej ludzkie, antyteologiczne elementy, i stawiam człowieczeństwo za cel ludzkości, tak samo 
bynajmniej nie mam zamiaru ubóstwiać przyrody w sensie teologicznym albo panteistycznym, gdy określam 
ją   jako   przyczynę   istnienia   człowieka,   jako   byt   (Wesen),   od   którego   człowiek   jest   zależny,   z   którym 
powinien się czuć nierozerwalnie związany. Przecież tak jak mogę szanować i kochać jednostkę ludzką, 
choć jej przez to nie ubóstwiam, choć jestem świadom jej błędów i braków, tak samo mogę uznać przyrodę 
za istotę, bez której jestem niczym, choć nie zapominam o tym, że brak jej serca, rozumu i świadomości, że 
zyskuje je dopiero w człowieku. Nie popadam zatem w błędy religii natury i panteizmu filozoficznego, które 
z przyrody czynią boga. Prawdziwe wykształcenie i prawdziwe zadanie człowieka polega na tym, by oceniać 
rzeczy i brać je takimi, jakimi są, nie robić z nich więcej, ale też i mniej, niż to, czym są. Religia natury, 
panteizm czynią z przyrody za wiele, natomiast idealizm, teizm, chrześcijaństwo odwrotnie - czynią z niej za 
mało,   sprowadzają   ją   właściwie   do   nicości.   Naszym   zadaniem   jest   unikać   tych   ekstremów,   tych 
superlatywów i przejaskrawień religijnego uczucia, i uważać przyrodę za to, czym jest, traktować i czcić ją 
jako   to,   czym   jest   -   a   więc   jako   naszą   matkę.   Przecież   i   swoją   ludzką   matkę   otaczamy   należnym   jej 
szacunkiem i żeby ją czcić nie musimy zapominać o granicach jej indywidualności, czy w ogóle jej żeńskiej 
istoty. I jak w stosunku do swojej ludzkiej matki nie zatrzymujemy się na stanowisku dziecka, lecz odnosimy 
się   do   niej   ze   swobodną,   męską   świadomością,   tak  samo   nie   powinniśmy   patrzyć   na   przyrodę   oczami 
religijnych dzieci, lecz oczami dorosłych, świadomych siebie ludzi. Ludy starożytne w nadmiarze uczuć 
religijnych i uległości czciły wszystko możliwe jako boga i na wszystko niemal patrzyły tylko religijnymi 
oczyma, dlatego też i rodziców nazywały bogami, jak to np. czyni Menander w jednej ze swyeh sentencji. 
Ale podobnie jak rodzice nie stają się dla nas niczym, gdy przestali być dla nas bogami, gdy nie przyznajemy 
im już prawa do władzy nad życiem i śmiercią dziecka, a więc przywileju boga, jak to było u starożytnych 
Rzymian i Persów, tak również przyroda ani w ogóle żaden przedmiot nie staje się nicością, przedmiotem 
nic nie znaczącym, jeżeli go pozbawimy jego boskiego nimbu. Przeciwnie, dopiero wtedy przedmiot ten 
nabiera   dla  nas   prawdziwej,   własnej,   wewnętrznej  godności;   dopóki   bowiem  jakaś  rzecz   lub  istota   jest 
przedmiotem czci religijnej, dopóty stroi się ona w cudze piórka, mianowicie w pawie pióra ludzkiej fantazji.

Treścią   trzeciego   paragrafu   jest   twierdzenie,   że   istnienie   i   istota   człowieka,   o   ile   jest   to   człowiek 

określony,   zależy   też   tylko   od   określonej   przyrody,   od   przyrody   danego   kraju,   i   dlatego   człowiek   z 
konieczności i calkiem słusznie przyrodę swego kraju robi przedmiotem swojej religii.

W związku z tym paragrafem mam tylko jedno do zauważenia. Nie ma się co dziwić, że ludzie czcili 

przyrodę w ogóle, i nie ma się też co dziwić ani żałować, ani naśmiewać z tego, że czcili w szczególności tę 
przyrodę, w której żyli, działali, której wyłącznie zawdzięczali swój swoisty, indywidualny charakter, a więc 
przyrodę swojej ojczyzny. Gdyby chcieć ich ganić lub wyszydzać z tego powodu, trzeba by było ganić i 
wyszydzać   religię   w   ogóle.   Jeśli   bowiem  źródłem  religii   jest   poczucie   zależności,   a   przedmiotem   tego 
poczucia   jest   przyroda   jako   to,   od   czego   zależne   jest   życie   i   istnienie   człowieka,   to   jest   rzeczą   zgoła 
naturalną, że nie przyroda w ogóle, lecz przyroda własnego kraju jest przedmiotem kultu religijnego. Bo 
przecież   tylko   przyrodzie   własnego   kraju   zawdzięczam   życie   i   swą   istotę;   bo   przecież   nie   jestem 
człowiekiem w ogóle, lecz tylko tym określonym, szczególnym człowiekiem. I tak np. jestem człowiekiem, 
który mówi i myśli po niemiecku, a nie człowiekiem, który w ogóle i mówi, i myśli. W rzeczywistości nie 
ma jakiegoś języka w ogóle, lecz istnieje tylko taki a taki język. Ta swoista określoność mojej istoty, mego 
życia jest nierozerwalnie związana z tą ziemią, jest zależna od jej klimatu - dotyczy to zwłaszcza ludów 
pierwotnych. Nie ma więc nic śmiesznego w tym, że otaczały one czcią religijną najbliższe góry, rzeki i 
zwierzęta. Tym mniej dziwić się należy, że ludy pierwotne, z braku doświadczenia i wiedzy, uważały swój 
kraj za całą ziemię, a przynajmniej za jej środek. Co tu zresztą dziwić się ludom starożytnym, żyjącym w 
odosobnieniu, skoro nawet u ludów współczesnych, które ocierają się o siebie i jak najżywiej się ze sobą 
komunikują, patriotyzm wciąż jeszcze ma znaczenie religijne. Francuzi mają nawet powiedzenie: „Pan Bóg 
jest dobrym Francuzem”, a Niemcy jeszcze dzisiaj, chociaż nie mają doprawdy żadnego powodu, w każdym 
razie jeśli chodzi o sprawy polityczne, żeby być dumni ze swojej ojczyzny, nie wstydzą się mówić o bogu 
niemieckim. Nie bez przyczyn mówię więc w jednym z przypisków do  Istoty chrześcijaństwa: Jak długo 
istnieje wiele narodów, tak długo będzie istniało wielu bogów; boga narodowego nie trzeba bowiem mieszać 
z bogiem dogmatyków i filozofów religii; prawdziwy bóg narodu to jego poczucie narodowe, jego narodowy 
point d'honneur. Otóż tym point d'honneur był u ludów pierwotnych ich kraj. Starożytni Persowie np. - jak 
podaje Herodot - mierzyli wartość innych narodów odległością ich kraju od Persji: im bliżej, tym wyższa, im 
dalej, tym niższa. A Egipcjanie, podług Diodora, dopatrywali się pramaterii życia zwierzęcego, a nawet 
ludzkiego w mule Nilu.

WYKŁAD SZÓSTY

W   zakończeniu   poprzedniego   wykładu   usiłowaliśmy   przeciwstawić   się   chrześcijańskiemu 

17

background image

nadnaturalizmowi   oraz   usprawiedliwić   i   uzasadnić   stanowisko   religii   natury,   stanowisko,   na   którym 
człowiek, sam określony i ograniczony, oddaje cześć również określonej i ograniczonej przyrodzie, a więc 
górom, rzekom, drzewom, zwierzętom i roślinom swego kraju. Najbardziej paradoksalnym składnikiem tego 
kultu jest kult zwierząt. Zająłem się nim w następnym  paragrafie i na jego usprawiedliwienie podałem 
następujące okoliczności: przede wszystkim zwierzęta są dla człowieka istotami niezbędnymi, koniecznymi, 
od nich zależy jego ludzkie istnienie, tylko przy ich pomocy zdołał się wznieść na wyżyny cywilizacji; że 
zaś człowiek oddnje cześć boską tylko temu, od czego zależy jego istnienie, zatem w przedmiocie swego 
kultu, a więc i w zwierzętach, obiektywizuje tylko tę wartość, którą przywiązuje do siebie i do swego życia. 
Wielokrotnie spierano się o to, czy zwierzęta były istotnie przedmiotem czci religijnej, a jeżeli tak, to w 
jakim sensie i z jakiego powodu. Pytanie pierwsze, dotyczące samego faktu oddawania czci zwierzętom, 
wyłoniło się głównie w związku z religią starożytnych Egipcjan; odpowiadano na nie bądź pozytywnie, bądź 
negatywnie. Kiedy jednak przeczytamy to, co jako naoczni świadkowie opowiadają nowsi podróżnicy, wyda 
się nam całkiem prawdopodobne, o ile nikt nie poda jakichś argumentów z tym sprzecznych, że starożytni 
Egipcjanie tak samo czcili albo mogli czcić zwierzęta, jak jeszcze niedawno albo i dzisiaj nawet czynią ludy 
Azji, Afryki i Ameryki. I tak - jak podaje Martius w ksążce pt. Prawo u najstarszych mieszkańców Brazylii - 
wielu Peruwian otacza czcią religijną lamy, podczas gdy inni modlą się do kukurydzy. U Hindusów zaś 
przedmiotem kultu jest byk. „Oddaje mu się cześć boską raz do roku, zdobi się go wstążkami i kwiatami i 
pada się przed nim plackiem. Istnieją u nich liczne wsie, gdzie byka hoduje się jako żywe bożyszcze, a po 
śmierci   grzebie   bardzo   uroczyście.”   Podobnie   „u   Hindusów   święte   są   wszystkie   węże.   Istnieją   też 
bałwochwalcy tak ślepo i niewolniczo przesądni, że poczytują sobie za szczęście być  ukąszonym  przez 
węża. Uważają to za przeznaczenie i myślą jedynie, aby po fakcie radośnie zakończyć życie, wierzą bowiem, 
że na tamtym świecie obejmą jakąś ważną funkcję na dworze boga-węża” (Encyklopedia Erscha i Grubera, 
art.   „Hindostan”).   Pobożni   buddyści,   a   bardziej   jeszcze   Dżajnici,   jedna   z   sekt   indyjskich   zbliżona   do 
buddystów, uważają „zabicie jakiegokolwiek stworzenia, nawet najmniejszego robaka, za grzech śmiertelny, 
który równa się za mordowaniu czlowieka” (Bohlen, Starożytne Indie, t. I). Dżajnici zakładają „prawdziwe 
szpitale dla zwierząt, nawet dla zwierząt najniższych i najbardziej pogardzanych, i opłacają nędzarzy za to, 
że nocują w przytułkach dla robactwa i pozwalają mu się kąsać. Wielu Dżajnitów zasłania sobie stale usta 
kawałkiem płótna, aby przypadkiem nie połknąć fruwającej muszki i nie pozbawić jej w ten sposób życia. 
Inni   miękką   szczoteczką   zamiatają   miejsce,   na   którym   chcą   usiąść,   aby  nie   rozgnieść   czasem  jakiegoś 
robaczka. Albo też noszą przy sobie bądż woreczki mąki i cukru, bądź baryłeczki z miodem, aby karmić 
mrówki i inne zwierzęta” (Encyklopedia Erscha i Grubera, art. „Dżajnici”). „Podobnie Tybetańczycy nie 
mniej dbają o pluskwy, wszy i pchły niż o oswojone i pożyteczne zwierzęta. W kraju Awa traktuje się 
zwierzęta domowe jak własne dzieci. Pewna kobieta, której zdechła papuga, krzyczała żałośnie: Mój syn 
umarł!   I   kazała   ją   pochować   uroczyście   jak   własnego   syna”   (Meiners,  Krytyczna   historia   powszechna 
wszystkich religii
). Jest rzeczą znamienną - zaznacza ten sam uczony - że zwierzęta, którym oddawano boską 
cześć w starożytnym Egipcie i w ogóle na Wschodzie, jeszcze dziś uchodzą za nietykalne u chrześcijańskich 
i muzułmańskich mieszkańców tych krajów. I tak np. chrześcijańscy Koptowie zakładają szpitale dla kotów i 
czynią zapisy, aby w określonych porach karmiono sępy i inne ptactwo. Mieszkańcy Sumatry, jak podaje W. 
Marsden w Opisie wyspy Sumatra, mają taką religijną cześć dla aligatorów i tygrysów, że pozwalają im się 
pożerać, zamiast je tępić. Boją się nawet nazywać tygrysy ich zwykłym imieniem i zwą je przodkami lub 
rodzicami   „bądź   dlatego,   że   je   za   takie   uważają,   bądź,   aby  im   się   przypochlebić.   Nawet   ludzie   mniej 
zabobonni, kiedy Europejczyk każe im zastawiać sidła, udają się w nocy na to miejsce i odprawiają tam 
różne ceremonie. Pragną bowiem przekonać zwierzę, które się złapało na przynętę lub ją węszy, że pułapka 
została zastawiona nie przez nich i nie za ich zgodą”. Po przytoczeniu szeregu przykładów na poparcie faktu, 
że zwierzęta są przedmiotem ubóstwienia lub uwielbienia w ogóle, zająłem się źródłem i istotnym sensem 
tego uwielbienia. Otóż źródło to sprowadziłem również do poczucia zależności. Zwierzęta były człowiekowi 
niezbędnie potrzebne; bez nich nie mógł on w ogóle istnieć, nie mówiąc nawet o życiu godnym człowieka. A 
konieczne jest to, od czego zależę; w ten sposób przyroda w ogóle, jako naczelna zasada, podstawa istnienia 
człowieka, stała się przedmiotem religii. W ten sam sposób i świat zwierzęcy mógł się stać i stać się musiał 
przedmiotem czci religijnej. Łączę zatem kult zwierząt przede wszystkim z tym okresem, w którym był on 
historycznie   uzasadniony.   Był   to   okres   początków   kultury,   zwierzęta   posiadały   wtedy   dla   człowieka 
ogromne znaczenie. A jakie znaczenie mają one jeszcze dziś, dla nas, którzy śmiejemy się z kultu zwierząt? 
Czymże jest i co poradzi myśliwy bez ogara, pasterz bez owczarka, a chłop bez wołu? Czy gnój nie jest 
duszą gospodarki? Czy wół nie jest jeszcze dzisiaj, jak ongiś u ludów starożytnych, najwyższą zasadą i 
bogiem rolnictwa? Dlaczegóż więc mielibyśmy naśmiewać się ze starożytnych ludów, że oddawały religijną 
cześć  temu,  co nawet dla nas, ludzi  trzeźwych,  posiada ogromną  wartość? Czy również  i my  w wielu 
wypadkach nie stawiamy zwierzęcia wyżej niż człowieka? Czy i u chrześcijańskich narodów germańskich 
koń nie ma dla armii większej wartości niż jeździec, a wół czyż nie jest więcej wart dla chłopa niż parobek? 
Jako   przykład   z   historii   przytaczam   w   tym   paragrafie   fragment   z   Zendawesty.   Zendawesta   jest   księgą 

18

background image

religijną starożytnych Persów, którą później zniekształcono i zredagowano w jej obecnej postaci. Otóż w 
jednej z części Zendawesty, zwanej Wendidad, czytamy - cytuję za starym, co prawda nie zawsze wiernym 
tłumaczeniem Kleukera: - „Świat istnieje dzięki rozumowi psa... gdyby pies nie strzegł dróg, całe mienie 
porwaliby zbójcy albo wilki”. Ze względu na ważną rolę psa, ale też i z religijnego zabobonu, pies jako stróż 
i obrońca przed drapieżnymi zwierzętami stoi w prawach Zendawesty „nie tylko na równi z człowiekiem, ale 
jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeb przyznano mu nawet przywileje.” Tak np. czytamy: „Kto widzi głodnego 
psa,   jest   obowiązany   nakarmić   go   najlepszymi   potrawami”.   „Jeśli   zabłąka   się   suka   ze   szczeniętami, 
naczelnik miejscowości, w której ją znaleziono, winien ją wziąć pod opiekę i żywić; jeśliby tego nie uczynił, 
będzie ukarany przez okaleczenie ciała”. Człowiek ma przeto mniejszą wartość niż pies. Jeszcze surowsze 
przepisy, wedle których człowiek mniej znaczy niż zwierzę, znajdujemy w religii Egipcjan. „Kto zabije 
jedno z tych (tj. świętych) zwierząt, zasłużył na karę śmierci” - pisze Diodor. „Jeśli zaś zabije kota lub ibisa, 
to winien umrzeć w każdym razie, bez względu na to, czy zabił umyślnie, czy nie; tłum zbiega się wtedy i 
najokrutniej znęca się nad zabójcą”.

A jednak przeciw takiemu wyprowadzaniu kultu zwierząt z ich niezbędności i konieczności zdają się 

przemawiać nawet przykłady przeze mnie przytoczone. Czy tygrysy,  żmije, wszy i pchły są zwierzętami 
koniecznymi   dla   człowieka?   Konieczne   są   przecież   jedynie   zwierzęta   użyteczne.   „Jakkolwiek   na   ogół, 
zauważa w cytowanym już dziele Meiners, czczono raczej zwierzęta użyteczne aniżeli szkodliwe, to jeszcze 
nie wynika z tego, że użyteczność zwierząt była przyczyną ich uwielbienia. Zwierzęta pożyteczne nie są 
bynajmniej czczone stosownie do swej pożyteczności, a szkodliwe stosownie do szkodliwości. I tak jak 
nieznane i niezbadane są motywy, które sprzyjały jednemu zwierzęciu tu, a innemu gdzie indziej, tak też 
niepojęte i sprzeczne są również niektóre objawy kultu zwierząt. Tak np. Murzyni znad Senegalu i Gambii 
czczą i wielbią tygrysy,  a w królestwie Ante i innych sąsiednich królestwach nagradza się tego, kto ubił 
tygrysa”. W dziedzinie religii napotykamy więc z początku chaos największych i wręcz niezrozumiałych 
sprzeczności. Jednak przy głębszym rozpatrzeniu sprowadzają się one do motywów bojaźni i miłości, które u 
różnych ludzi wiążą się z najrozmaitszymi  przedmiotami, ale dadzą się również sprowadzić do poczucia 
zależności. Nawet gdy zwierzę nie przynosi żadnego rzeczywistego pożytku ani szkody, które by się dały 
wykazać   naukowo,   to  jednak  człowiek w  swej  religijnej  wyobraźni   przesądnie   wiąże   z  nim  dziwaczne 
skutki, a czyni to nieraz ze zgoła przypadkowego a nam nieznanego powodu. Jakich to cudotwórczych i 
leczniczych właściwości nie przypisywano szlachetnym kamieniom! A dlaczego? Z przesądu. Wewnętrzne 
motywy czci są zatem jednakowe, a tylko zewnętrzne są różne. W stosunku do jednych przedmiotów cześć 
opiera się na urojonym pożytku lub szkodzie, które istnieją tylko dzięki wierze lub przesądowi, w stosunku 
do innych na rzeczywistej dobroczynności i użyteczności przedmiotów, względnie na ich złowrogości lub 
szkodliwości. Krótko mówiąc, od pewnych przedmiotów czci religijnej szczęście lub nieszczęście, dobro lub 
zło, choroba lub zdrowie, życie lub śmierć zależą naprawdę i rzeczywiście, od innych tylko w urojeniu, w 
wierze, w wyobraźni.

Ta rozmaitość i różnorodność przedmiotów religii zdaje się przeczyć podanemu przeze mnie wyjaśnieniu 

religii. Muszę się jednak zastrzec, że jestem jak najdalszy od sprawdzania religii, i w ogóle czegokolwiek, do 
jakiejś jednostronnej abstrakcji. Gdy myślę o jakimś przedmiocie, mam zawsze przed oczyma jego całość. 
Moje   poczucie   zależności   nie   jest   jakimś   uczuciem   teologicznym,   schleiermacherowskim,   mglistym, 
nieokreślonym,   abstrakcyjnym.   Mnje   poczucie   zależności   ma   oczy   i   uszy,   ręce   i   nogi,   moje   poczucie 
zależności to tylko człowiek, który swą zależność czuje i widzi, krótko mówiąc: uświadamia ją sobie na 
wszelki sposób i wszystkimi zmysłami. Tym, od czego człowiek jest zależny, od czego czuje się zależny, od 
czego wie, że zależy, jest przyroda, przedmiot zmysłów. Jest więc rzeczą naturalną, że każde wrażenie, jakie 
przyroda   wywiera   na   człowieku   za   pośrednictwem   zmysłów,   nawet   choćby   to   wrażenie   było   tylko 
wrażeniem   idiosynkrazji,   może   stać   się   motywem   czci   religijnej   i   rzeczywiście   takim   się   staje;   że 
przedmiotem religii mogą być też takie przedmioty, które oddziałują tylko na teoretyczne zmysły człowieka, 
a   nie   mają   dla   niego   bezpośredniego   znaczenia   praktycznego,   stanowiącego   właściwy  powód  bojaźni   i 
miłości.   Jak   widzieliśmy,   niektóre   stworzenia   doznają   czci   religijnej   z   racji   swej   straszliwości   lub 
szkodliwości,   przy  czym   chodzi   o   to,   aby  je   unieszkodliwić.   Niektóre   zaś   czci   się   ze   względu   na   ich 
dobroczynność lub pożyteczność, aby im podziękować. Ale nawet wówczas stworzenia te posiadają jeszcze 
inne właściwości, które również wpadają w oko i świadomość człowieka i stają się ważnymi momentami 
religii. Jeśli Pars czcił psa ze względu na jego czujność i wierność, ze względu na jego - że tak powiem - 
polityczne   i   moralne   znaczenie   i   konieczność   dla   człowieka,   to   przecież   pies   nie   był   przedmiotem 
wyobrażenia tylko in abstracto jako stróż, ale był nim ze wszystkiimi swoimi cechami naturalnymi, w swej 
całości, w swej totalności.

Jest więc rzeczą naturalną, że i pozostałe cechy współdziałały przy tworzeniu się przedmiotu religijnego 

kultu. Zendawesta podaje wyraźnie pewne inne właściwości psa, poza użytecznością i czujnością. „Ma on - 
czytamy tam - osiem znamiennych właściwości: pies jest jak athorne (kapłan), jak wojownik, rolnik, krynica 
dóbr, ptak, zbójnik, bestia, zła kobieta, młodzieniec. Jako kapłan je to, co znajdzie... Jako kapłan odwiedza 

19

background image

wszystkich, którzy go szukają... Pies śpi wiele, podobnie jak młody człowiek, i jest tak samo zapalczywy w 
działaniu, itd.” Podobnie kwiat lotosu, nymphaea lotus, który był głównym przedmiotem czci u starożytnych 
Egipcjan i Hindusów i któremu dziś jeszcze oddaje się cześć na całym Wschodzie, jest nie tylko rośliną 
pożyteczną - korzenie jego są jadalne i kiedyś były podstawowym pożywieniem Egipcjan - lecz jest także 
jednym z naj piękniejszych kwiatów wodnych. Co więcej, kiedy naród jest racjonalny i praktyczny, zdolny 
do przyjęcia kultury, to podstawą jego czci religijnej są tylko racjonalne właściwości przedmiotów, takie, 
które są ważne dla egzystencji i rozwoju człowieka. U narodu o charakterze przeciwnym motywami czci 
stają się tylko właściwości irracjonalne, obojętne dla egzystencji i kultury człowieka, a nawet dziwaczne. Ba, 
nawet i takie rzeczy i istoty są przedmiotem czci, dla których nie da się przytoczyć innego powodu jak tylko 
szczególną sympatię lub idiosynkrazję. Jeżeli religia jest tylko psychologią lub antropologią, to rozumie się 
samo przez się, że idiosynkrazja i sympatia również odgrywa w niej rolę. Każde niezwykłe i rzucające się w 
oczy zjawisko przyrody,  wszystko,  co przykuwa  i zaciekawia oko ludzkie, co dziwi i czaruje ucho, co 
podnieca fantazję człowieka i budzi jego podziw, co działa na jego uczucie w sposób szczególny, niezwykły 
i   zagadkowy,   wszystko   to   ma   znaczenie   przy   powstawaniu   religii   i   może   być   powodem   a   nawet 
przedmiotem czci religijnej. „Ze czcią patrzymy na początek, tj. na źródła wielkich rzek - mówi Seneka w 
Listach. - Stawiamy ołtarze strumieniowi, który nagle i gwałtownie wytryskuje z ukrycia. Czcimy źródła 
ciepłych wód, a niektóre jeziora są dla nas święte ze względu na swą ciemną barwę i niezmierzoną głębię”. 
„Rzeki doznają ezci - mówi Maksym z Tyru w ósmej dysertacji - albo ze względu na swą pożyteczność (jak 
Nil u Egipcjan), albo ze względu na swe piękno (jak Peneus w Tessalii), albo ze względu na swą wielkość 
(jak Ister u Scytów)”, albo z innych, tu obojętnych powodów. Clauberg - fllozof z XVII w., utalentowany 
uczeń   Kartezjusza,   Niemiec,   ale   piszący   po   łacinie   -   powiada:   „Uwaga   dziecka   kieruje   się   i   skupia 
przeważnie   na   przedmiotach   jasnych   i   błyszczących.   Oto   przyczyna,   która   tłumaczy   kult   słońca,   ciał 
niebieskich   i   inne   formy   bałwochwalstwa   u   ludów   barbarzyńskich”.   Wszystkie   te   wrażenia,   uczucia   i 
nastroje, które rodzi blask połyskujących kamieni - wszak i kamieniom bywa oddawana cześć - groza nocy, 
ciemność i cisza leśna, głębia i niezmierzoność morza, wszelka niezwykłość i osobliwość, które rzucają się 
w oczy, powab lub straszliwość zwierząt, wszystko to ma znaczenie dla religii i odgrywa ważną rolę przy jej 
wyjaśnianiu i pojmowaniu. A jednak człowiek znajduje się tu jeszcze poza właściwą historią, jeszcze w 
okresie swego dzieciństwa. W okresie tym poszczególna jednostka nie ma znaczenia historycznego, które 
będzie   miała   później.   Człowiek  pozwala   wtedy jeszcze  bez  wyboru   i  bezkrytycznie  panować   nad sobą 
nieracjonalnym wrażeniom i uczuciom i z takich tylko wrażeń i uczuć tworzy swe bóstwa. Bóstwa są wtedy 
tylko jakby spadającymi gwiazdami, jakby meteorami religii. Dopiero gdy człowiek zwróci uwagę na cechy, 
które przypominają mu trwale i nieustannie jego zależność od przyrody,  które wciąż dają mu dotkliwie 
odczuć, że nic bez niej nie może i bez niej jest niczym, dopiero wtedy wznosi się on również ku właściwej, 
trwałej, historycznej religii, która przechodzi w formalny kult. Słońce na przykład nie jest przedmiotem 
właściwego kultu, o ile jest otaczane czcią bądź to ze względu na blask, na światło, bądź ze względu na tę 
istotę   słońca,   która   wpada   w   oko;   staje   się   nim   dopiero   jako   miara   czasu,   jako   przyczyna   porządku 
naturalnego i społecznego, jako oczywista, niewątpliwa podstawa ludzkiego życia, krótko: staje się nim 
dopiero wtedy, gdy odczuwamy jego konieczność i dobroczynność. Dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie 
cywilizacyjne   i   historyczne   znaczenie   przedmiotu,   dana   religia,   lub   jakieś   jej   odgałęzienie,   staje   się 
charakterystyczna jako zjawisko dziejowe, zaczyna interesować badacza dziejów i wierzeń.

Dotyczy   to   również   kultu   zwierząt.   Co   prawda   w   pewnych   religiach   oddaje   się   cześć   także   innym 

zwierzętom,   obojętnym   dla   rozwoju   cywilizacji;   mimo   to   jednak   kult   zwierząt   ważnych   dla   rozwoju 
cywilizacji jest momentem charakterystycznym,  a przynajmniej racjonalnym, godnym podkreślenia. O ile 
bowiem czczone były inne zwierzęta i w ogóle przedmioty i właściwości inne niż te, które warunkują i 
gruntują istnienie i człowieczeństwo ludzi, to powód tej czci jest taki sam, jak przy przedmiotach czczonych 
ze względów czysto ludzkich. Rzeczy, które są najkonieczniejsze, najważniejsze, zjawiska przyrody, które w 
najwyższym stopniu wywołują poczucie zależności, posiadają też te wszystkie właściwości, które najsilniej 
przemawiają do oka i serca, budzą zadziwienie, podziw oraz wszelkie inne tego rodzaju uczucia i nastroje. 
Bądź pozdrowiony - czytamy w Zjawiskach Aratosa, w inwokacji do Zeusa, do boga, do przyczyny zjawisk 
na niebie - bądź pozdrowiony ojcze, ty wielki cudzie (tzn. ty istoto wspaniała, budząca zdumienie i podziw), 
ty  wielkie   pokrzepienie   ludzi.   -   Mamy   więc,   połączone   w   jednym   i   tym   samym   przedmiocie,   obydwa 
dopiero co omawiane pierwiastki. Nie chodzi tu jednak o greckie thauma, cud, lecz o onejar, pokrzepienie, 
tzn.   przedmiot   powinien   nie   tylko   dziwić,   ale   budzić   strach   i   nadzieję.   Jest   on   przedmiotem   kultu, 
przedmiotem religii, nie ze względu na swe cechy budzące zdumienie i podziw, lecz na te, które warunkują i 
utrzymują istnienie człowieka oraz wywołują w nim poczucie zależności.

To samo dotyczy kultu zwierząt, bez względu na to, ile z nich zawdzięcza ubóstwienie tylko owemu 

thauma,   bezkrytycznemu   zdumieniu,   niemądremu   podziwowi,   nieograniczonej   samowoli   religijnego 
przesądu. Nie trzeba więc dziwić się ani wstydzić, że człowiek czcił zwierzęta, gdyż kochał i czcił w nich 
tylko siebie; czcił je ze względu na ich zasługi wobec ludzkości, ze względu na siebie, a więc z ludzkich, a 

20

background image

nie  zwierzęcych  powodów.  Przynajmniej  tak było  wszędzie  tam,  gdzie   kult  zwierząt   miał   znaczenie   w 
historii kultury.

Jak człowiek oddaje cześć samemu sobie poprzez kult zwierząt, tego przykładem jest sposób, w jaki 

człowiek jeszcze dzisiaj ocenia wartość zwierząt. I tak myśliwy ceni tylko te zwierzęta, które mu służą do 
polowania, rolnik zaś te, które mu pomagają w uprawie ziemi; a zatem myśliwy ceni w zwierzęciu tylko jego 
naturę łowiecką, która jest jego własną naturą, rolnik tylko ekonomiczność, która jest jego własną duszą i 
jego praktycznym  bóstwem.  Kult zwierząt dowodzi przeto i ilustruje twierdzenie, że człowiek w religii 
obiektywizuje tylko swoją własną istotę. I jak różni są ludzie, tak różne są ich potrzeby; jak różna jest ich 
istotna, charakterystyczna dla nich postawa, tak różne są zwierzęta, którym oddają cześć; tak jest w każdym 
razie u ludów, które należą do historii kultury.  Tak więc z cech zwierząt, które są przedmiotem kultu, 
poznajemy cechy ludzi, którzy je czczą. I tak np. jak podaje Rhode w książce Święta saga i system religijny 
starożytnych Baktrów, Medów i Parsów czyli Zendów
 pisze, że „pies był dla Parsów, żyjących początkowo 
tylko z hodowli bydła, najważniejszą podporą w walce przeciwko zwierzętom spod znaku Arymana, tzn. 
przeciwko   wilkom   i   innym   dzikim   bestiom;   w   związku   z   tym   każdy,   kto   zabił   pożytecznego   psa   lub 
szczenną   sukę,   karany   był   śmiercią.   Egipcjanin,   który   uprawiał   rolę,   nie   potrzebował   się   obawiać   ani 
wilków, ani innych dzikich zwierząt. Szczury i myszy,  które przynosiły mu szkodę, były wysłannikami 
Tyfona; dlatego kot pełnił u Egipcjanina tę rolę, jaką pies odgrywał u Zendów”. Ale kult zwierząt, kult 
przyrody w ogóle jest obiektywizacją nie tylko praktycznego poziomu kulturalnego danego ludu, lecz także 
jego poziomu teoretycznego, jego postawy duchowej. Albowiem człowiek, który oddaje cześć zwierzętom i 
roślinom, nie jest jeszcze takim człowiekiem, jak my; człowiek ten utożsamia się przecież ze zwierzętami i 
roślinami,   które   są   dla   niego   istotami   częściowo   ludzkimi,   częściowo   nadludzkimi.   Tak   np.   wedle 
Zendawesty  pies  podlega  prawu na  równi  z  człowiekiem.  „Jeśli  pies  ukąsi  jakieś  zwierzę  domowe   lub 
człowieka, to za karę ucina mu się za pierwszym razem prawe ucho, za drugim lewe, za trzecim prawą nogę, 
za czwartym lewą, za piątym ogon”. A według Diodora troglodyci nazywali byka i krowę, barana i owcę 
ojcem i matką, gdyż otrzymywali codzienne pożywienie od nich, a nie od swych naturalnych rodziców. 
Według Meinersa Indianie w Gwatemali i Murzyni afrykańscy wierzą, że życie człowieka jest nierozdzielnie 
złączone z życiem jakiegoś zwierzęcia i gdy to bratnie zwierzę zostanie zabite, człowiek również musi 
umrzeć. Podobnie mówi Sakontala o kwiatach: „Kocham te rośliny miłością siostrzaną”, Piękny przykład 
różnicy   pomiędzy   człowiekiem   na   poziomie   wschodniego   kultu   przyrody   a   człowiekiem   na   naszym 
poziomie   znajdujemy   w   anegdocie,   którą   opowiada   W.   Jones:   na   stole   jego   leżał   raz   kwiat   lotosu, 
przygotowany do zbadania; w tym momencie przyszedł do niego cudzoziemiec z Nepalu i spojrzawszy na 
kwiat, ze czcią padł na ziemię. Jaka różnica między człowiekiem, który z nabożeństwem pada na kolana 
przed kwiatem, a człowiekiem, który patrzy na kwiat ze stanowiska botaniki!

WYKŁAD SIÓDMY

Twierdziliśmy,   że   człowiek  oddając   hołd   zwierzętom   czci   samego   siebie.   To   nasze   twierdzenie   jest 

prawdziwe, pomimo że istnieje również taki kult zwierząt, którego nie można wyjaśnić ani przy pomocy 
historii kultury, ani żadnych racji rozumowych, który zawdzięcza swoje istnienie tylko bojaźni czy nawet 
jakiemuś przypadkowi lub idiosynkrazji. Albowiem tam, gdzie człowiek bez żadnej przyczyny oddaje hołd 
jakiejś istocie, obiektywizuje on w niej tylko swą własną dzikość i głupotę. W ten sposób - powiadam - 
doszliśmy do najważniejszego zdania tego paragrafu, do zdania, że człowiek czci jako boga to, o czym wie 
lub wierzy, że jego życie jest od tego zależne, i dlatego właśnie w przedmiocie jego czci uzewnętrznia się i 
ujawnia tylko ta wartość, którą przywiązuje do swego życia i do siebie w ogóle. Zatem cześć oddawana bogu 
jest   zależna   od   czci   oddawanej   człowiekowi.   Zdanie   to   jest   wprawdzie   wyprzedzeniem,   antycypacją 
ostatecznych wniosków i dalszego toku myśli niniejszych wykładów,  ale ponieważ pojawia się ono już w 
tym paragrafie, a przy tym posiada najwyższą doniosłość dla całego mego wywodu i pojmowania religii, 
wiec rozwinę je obszerniej już teraz, przy omawianiu takiego kultu zwierząt, który ma rozumne, sensowne 
podłoże. Taki kult bowiem prawdę tego zdania całkowicie potwierdza i uzmysławia.

Streśćmy   jednak   to,   cośmy   dotąd   powiedzieli.   Gdziekolwiek   kult   zwierząt   osiąga   poziom   czynnika 

kultury   i   staje   się   interesującym   zjawiskiem   historii   religii,   wszędzie   tam   ma   podstawę   ludzką   lub 
egoistyczną. Ku oburzeniu obłudnych teologów i marzycielskich filozofów używam na określenie podstawy 
i istoty religii słowa: egoizm. Na tej podstawie bezkrytyczni krytycy, którzy czepiają się słów, odkryli w 
swej wysokiej mądrości, że rezultatem mojej „filozofii” jest egoizm i że dlatego właśnie nie wniknąłem w 
istotę religii. Trzeba jednak pamiętać, że kiedy używam słowa „egoizm” w znaczeniu zasady filozoficznej 
czy uniwersalnej, nie mam na myśli egoizmu w potocznym rozumieniu tego słowa. Każdy, kto ma w sobie 
bodaj szczyptę krytycyzmu, może się tego domyślić z powiązań, z kontekstu, z przeciwstawień, wespół z 
którymi używam słowa „egoizm”. A używam go właśnie w znaczeniu przeciwnym niż teologowie i ludzie 
wierzący. Zgodnie z ich rozumieniem bowiem - jeżeli stosować je ściśle i konsekwentnie - wszelka miłość, 

21

background image

która nie ma boga za cel i przedmiot, a więc nawet miłość bliźniego, jest egoizmem. Ja natomiast przez 
egoizm nie rozumiem wcale egoizmu człowieka wobec człowieka, egoizmu moralnego, tego egoizmu, który 
we wszystkim, co czyni, nawet w tym, co pozornie czyni dla innych, ma tylko własną korzyść na względzie; 
tego egoizmu,  który jest charakterystycznym  znamieniem  filistra  i burżua,  przeciwieństwem wszelkiego 
obiektywizmu   w   myśleniu   i   działaniu,   wszelkiego   entuzjazmu,   wszelkiego   geniuszu,   wszelkiej   miłości. 
Przez egoizm rozumiem to, że człowiek zgodnie ze swoją naturą, a co zatem idzie, ze swoim rozumem, gdyż 
rozum   jest   tylko   uświadomioną   naturą   człowieka,   przypisuje   sobie   samemu   szczególne   znaczenie,   że 
afirmuje samego siebie wobec wszelkich wymagań nienaturalnych i nieludzkich, jakie stawia mu teologiczna 
obłuda,   fantazje   religijne   i   spekulatywne,   brutalność   i   despotyzm   polityczny.   Przez   egoizm   rozumiem 
konieczny, niezbędny egoizm, egoizm - jak rzekłem - nie moralny, lecz metafizyczny, tzn. zakorzeniony w 
człowieku bez jego wiedzy i woli, ten zatem, bez którego człowiek nie mógłby żyć - gdyż na to, ażeby żyć, 
muszę ustawicznie przyswajać sobie to, co dla mnie pożyteczne, a odsuwać to, co wrogie i szkodliwe. Mam 
więc   na   myśli   ten   egoizm,   który  tkwi   w   samym   organizmie,   w   przyswajaniu   tego,   co   przyswajalne,   i 
wydzielaniu tego, co nieprzyswajalne. Przez egoizm rozumiem miłość czlowieka do siebie samego, tzn. 
miłość do ludzkiej istoty, tę miłość, która jest bodźcem do zaspokojenia i wykształcenia tych wszystkich 
popędów   i   uzdolnień,   bez   których   zaspokojenia   i   wykształcenia   człowiek   nie   byłby   i   nie   móglby   być 
prawdziwym, pełnym człowiekiem. Przez egoizm rozumiem miłość jednostki do jednostek sobie podobnych. 
Czymże bowiem jestem bez miłości do istot do mnie podobnych? Egoizm - to miłość jednostki do samej 
siebie, ale tylko o tyle, o ile każda miłość do jakiegoś przedmiotu, do jakiejś istoty jest pośrednio miłością do 
siebie   samego;   wszak  kochać   mogę   tylko   to,   co  odpowiada   mojemu   ideałowi,   mojemu   uczuciu,   mojej 
istocie: Krótko mówiąc, przez egoizm rozumiem ten popęd. samozachowawczy, dzięki któremu człowiek - 
aby posłużyć się przykładami z dopiero co omawianego kultu zwierząt - nie chce składać w ofierze siebie, 
swego rozumu, swego ducha, swego ciała duchowym osłom i baranom, politycznym wilkom i tygrysom, 
filozoficznym świerszczom i puchaczom. Ten sam instynkt rozumowy (Vernunftinstinct) mówi człowiekowi, 
że jest głupotą i idiotyzmem w imię religijnego samozaparcia pozwalać wszom, pchłom i pluskwom wysysać 
sobie krew z ciała i rozum z głowy, żmijom i wężom wsączać jad, dawać się pożerać wilkom i tygrysom. 
Ten sam instynkt rozumu ostrzega człowieka, który pobłądzi i poniży się do kultu zwierząt: czcij tylko te 
zwierzęta, w których czcisz siebie samego, a więc te, które są dla ciebie konieczne i pożyteczne. Albowiem 
nawet te zwierzęta, którym oddajesz hołd bez żadnego rozumnego powodu, czcisz tylko dlatego, że wierzysz 
i wmawiasz w siebie, jakoby ich kult nie był dla ciebie bez pożytku. Słowo „pożytek” jest zresztą, jak już o 
tym   mówiłem   w  Uzupełnieniach  i   objaśnieniach  do  Istoty   religii,  wyrazem   pospolitym,   niewłaściwym, 
sprzecznym   z   duchem   religii;   pożyteczną   bowiem   może   być   również   rzecz;   to   zaś,   co   jest   bogiem, 
przedmiotem   czci   religijnej,   nie   jest   rzeczą,   lecz   istotą;   pożyteczność   to   wyraz   prostej   używalności, 
stosowalności i bierności; tymczasem istotną cechą bogów, jak to już zupełnie słusznie twierdził Plutarch, 
jest ich aktywność, życie. Religijnym wyrazem i pojęciem na określenie pożyteczności jest dobroczynność; 
gdyż tylko dobroczynność, nie zaś użyteczność budzi we mnie uczucie wdzięczności, czci i miłości, a tylko 
te uczucia są religijne ze swej natury i ze swych skutków. Tak więc przyroda w ogóle, a w szczególności 
rośliny i zwierzęta otaczane są czcią religijną ze względu na swą dobroczynność - jak mówi się religijnie lub 
poetycznie; ze względu na swą pożyteczność - jak się mówi niereligijnie, pospolicie albo prozaicznie; ze 
względu na swą niezbędność, ze względu na niemożność istnienia bez nich - jak powie filozof.

Kult zwierząt nie różni się zatem w zasadzie od żadnego innego kultu - przynajmniej gdy chodzi o kult, 

który ma jakiś rozumny sens religijny. Innymi słowy to, co podnosi zwierzęta do rzędu przedmiotów czci 
religijnej w oczach ludzi myślących, to, co jest podstawą tej czci, jest zarazem podstawą kultu każdego 
innego przedmiotu; a tą podstawą jest właśnie pożyteczność czyli dobroczynność. Bogowie człowieka różnią 
się więc między sobą tylko o tyle, o ile różnią się dobrodziejstwa, jakie wyświadczają oni człowiekowi, 
popędy   i   potrzeby   człowieka,   które   zaspokajają;   przedmioty   religii   różnią   się   między   sobą   tylko   pod 
względem   różnych   zdolności   lub   władz   ludzkiej   istoty,   do   których   się   odnoszą.   I   tak   np.   Apollo   jest 
lekarzem chorób psychicznych, moralnych, Asklepios - chorób fizycznych, cielesnych. Ale podstawą ich 
czci,   zasadą   ich  boskości,   tym,   co  czyni   z   nich  bogów,   jest   ich  ustosunkowanie   się   do  człowieka,   ich 
pożyteczność, dobroczynność, a więc ludzki egoizm; jeśli bowiem nie kocham najpierw siebie, nie szanuję 
siebie, jakże mogę  czcić i miłować  coś, co jest dla mnie  pożyteczne  i dobroczynne?  Jak mogę  kochać 
lekarza, nie kochając swego zdrowia? Jak mogę kochać nauczyciela, jeśli nie pragnę zaspokoić swojej żądzy 
wiedzy? Jak mogę czcić światło nie mając oczu szukających go i łaknących? Jak mogę czcić i wielbić swego 
stwórcę i swoje praźródło, jeśli nie szanuję siebie samego? Jak mogę wielbić i uznawać istotę najwyższą 
obiektywnie, jeśli nie posiadam w sobie istoty najwyższej subiektywnie? Jak mogę uznawać boga poza sobą, 
jeśli najpierw, co prawda w inny sposób, nie jestem bogiem sam dla siebie? Jak mogę wierzyć w boga 
zewnętrznego nie zakładając boga wewnętrznego, psychologicznego? Czym jednak jest w człowieku owa 
naj wyższa istota, od której zależą wszystkie inne istoty najwyższe, wszyscy bogowie poza nim? Jest to ogół 
ludzkich popędów, potrzeb, uzdolnień, jest to samo istnienie, życie  człowieka, gdyż  ono obejmuje sobą 

22

background image

wszystko. Człowiek tylko dlatego czyni bogiem lub istotą boską coś, od czego zależy jego życie, że własne 
życie   jest   dlań   boską   istotą,   boskim   dobrem   lub   rzeczą   boską.   Gdy   człowiek   mówi:   „Życie   nie   jest 
najwyższym dobrem”, bierze życie w znaczeniu ograniczonym, podrzędnym; widocznie znajduje się właśnie 
w nieszczęsciu, w rozterce, w każdym razie nie w normalnej sytuacji życiowej; wtedy to odrzuca życie i 
gardzi nim tylko dla tego, że jego życiu brak wlaściwości i dóbr, które bezwarunkowo należą do życia 
normalnego i bez których życie nie jest życiem. I tak np. gdy człowiek ograbiony został z wolności, gdy stał 
się niewolnikiem obcej samowoli, może i musi takie życie znienawidzić, lecz tylko dlatego, że stało się 
bezwartościowe.   marne,   stało   się   życiem,   któremu   zabrakło   najistotniejszego   warunku   i   najistotniejszej 
właściwości życia ludzkiego - mianowicie swobody poruszania się i stanowienia o sobie podług własnej 
woli. Na tym też polega samobójstwo. Samobójca nie odbiera sobie życia. Życie zostało mu zabrane już 
przedtem i dlatego samobójca się zabija. Niszczy on wtedy tylko pozór, odrzuca skorupę, z której, z jego czy 
bez jego winy, dawno wyjęto owoc. Ale w warunkach zdrowych, normalnych, gdy życie uważa się za sumę 
dóbr związanych z istotą człowieka, jest ono dla człowieka, i to słusznie, dobrem najwyższym, najwyższą 
istotą. Mam zwyczaj dla wszystkich swoich tez i zasad przytaczać empiryczne, historyczne  przykłady i 
dowody, gdyż moim celem jest tylko uświadomić i wypowiedzieć to, co inni myślą, co ludzie w ogóle myślą 
i czują. Dlatego też na poparcie powyższego twierdzenia przytaczam w Uzupełnieniach i objaśnieniach do 
Istoty religii
 cytaty z Arystotelesa, Plutarcha, Homera i Lutra. Rzecz prosta, że kilkoma takimi cytatami nie 
zamierzam udowodnić prawdziwości swoich twierdzeń, jak zarzucali mi to zabawni, bezkrytyczni krytycy. 
Lubię zwięzłość. W niewielu słowach wypowiadam to, na co inni zużywają całe foliały. Otóż większość 
uczonych i filozofów ma  tę właściwość, że dopiero wtedy czują oni wagę argumentu, jeśli zostanie im 
wciśnięty do rąk w postaci foliału albo co najmniej w postaci pękatej książki. Moje cytaty służą jako pars 
pro toto
, ich znaczenie jest uniwersalne i mogą być uzupełnione tysiącami innych uczonych cytatów; lecz 
żadne tysiące cytatów nie powiedzą więcej niż tych kilka, w każdym razie, jeżeli brać pod uwagę jakość. 
Praktyka, życie znaczą nieskończenie więcej niż uczone cytaty.  A życie na każdym kroku, przy każdym 
spojrzeniu, które nań kierujemy, potwierdza prawdziwość zdania, że to ono jest najwyższym dobrem ludzi. 
To samo mówi też religia i jej dzieje, gdyż ostatecznie jak filozofia jest tylko sztuką myślenia, tak religia jest 
tylko   sztuką   życia,   która   jedynie   unaocznia   i   uświadamia   siły  i   popędy  rządzące   bezpośrednio   życiem 
ludzkim.   Prawda   ta   jest   stałą   i   powszechną   zasadą   wszystkich   religii.   Tylko   dlatego,   że   bez   udziału 
świadomości i niezależnie od woli ludzkiej, z konieczności, życie jest dla człowieka dobrem boskim i boską 
istotą, tylko dlatego człowiek w religii świadomie czyni bogiem to, od czego - rzeczywiście czy tylko w 
wyobraźni - zależy powstanie i utrzymanie tego boskiego dobra. Zaspokojenie każdego popędu, niższego 
czy   wyższego,   fizycznego   czy   duchowego,   praktycznego   czy   teoretycznego,   jest   dla   człowieka   boską 
rozkoszą i dlatego czci on przedmioty lub istoty, od których zależy to zaspokojenie, jako istoty wspaniałe, 
godne uwielbienia, boskie. Ludy pozbawione duchowych popędów nie mają też duchowych bogów. Naród, 
dla którego rozum nie jest istotą boską jako podmiot, tzn. jako siła i czynność, ani teraz, ani nigdy nic będzie 
wielbił jako boga istoty rozumnej. Jak mogę w postaci Minerwy uczynić mądrość boginią, jeżeli mądrość 
sama dla siebie nie jest dla mnie istotą boską? Jak więc mogę ubóstwiać w ogóle istotę, od której zależy me 
życie, jeżeli życie nie jest dla mnie czymś boskim? Tylko rozmaitość ludzkich popędów, potrzeb i uzdolnień 
oraz ich hierarchia wyznacza rozmaitość i hierarchię bogów i religii.

Miernik,   kryterium   boskości,   a   tym   samym   także   podstawa   istnienia   bogów,   tkwi   tedy   w   samym 

czlowieku. Co odpowiada temu kryterium, jest bogiem, co jest z nim sprzeczne, bogiem nie jest. Tym zaś 
kryterium   jest   egoizm   w   podanym   przez   nas   znaczeniu.   Związek   jakiegoś   przedmiotu   z   człowiekiem, 
zaspokojenie jakiejś potrzeby, nieodzowność, dobroczynność - oto przyczyny, dla których człowiek czyni z 
jakiegoś przedmiotu boga. Istotą absolutną jest dla człowieka on sam, choć o tym nie wie. Tak zwane istoty 
absolutne, bogowie, są bytami relatywnymi, zależnymi od człowieka, i są dlań tylko o tyle bogami, o ile 
służą tej jego istocie, o ile są dla niej użyteczne, pomocne, odpowiednie, krótko: dobroczynne. Dlaczegóż to 
Grecy szydzili z bogów egipskich, z krokodyli, kotów i ibisów? Ponieważ bogowie egipscy nie odpowiadali 
naturze i potrzebom Greków. W czymże tedy tkwił powód, że tylko greccy bogowie uchodzili za bogów u 
Greków?   Czy   w   samych   bogach?   Przenigdy!   W   Grekach.   W   bogach   zaś   podstawa   tego   tkwiła   tylko 
pośrednio, o tyle mianowicie, o ile odpowiadali oni istocie samych  Greków. Dlaczego zaś chrześcijanie 
odrzucili  bogów  pogańskich,  greckich i  rzymskich?   Ponieważ   zmienił   się  ich smak  religijny,   ponieważ 
bogowie pogańscy nie dawali im tego, czego chcieli. Dlaczegóż więc tylko ich bóg jest dla nich bogiem? 
Ponieważ jest istotą ich istoty, ponieważ jest do nich podobny, odpowiada ich potrzebom, ich pragnieniom, 
ich wyobrażeniom.

Zaczęliśmy od najogólniejszych i najpospolitszych zjawisk religijnych, a potem przeszliśmy do poczucia 

zależności; lecz teraz wznieśliśmy się ponad poczucie zależności i poza nie, i za ostateczną subiektywną 
podstnwę   religii   uznaliśmy   ludzki   egoizm   w   podanym   wyżej   znaczeniu   (abstrahując   od   egoizmu   w 
najpospolitszym i zwyczajnym tego słowa znaczeniu, chociaż i on odgrywa znaczną rolę w religii). Teraz zaś 
powstaje pytanie, czy takie wyjaśnienie źródeł, istoty religii i bogów, którzy są jej przedmiotem, wyjaśnienie 

23

background image

absolutnie sprzeczne z pospolitymi, ponadzmysłowyrni i ponadludzkimi, a więc fantastycznymi poglądami 
na religię, jest zgodne z prawdą; czy wybierając slowo egoizm utrafiłem w sedno i czy właściwie nazwałem 
to,   co   ludzkość   odczuwa   przy   oddawaniu   czci   bogom.   Wprawdzie   dość   już   dostarczyłem   dowodów   i 
przykładów;  ale ponieważ sprawa  jest  zbyt  ważna i ponieważ uczonych  można  pobić  tylko  ich własną 
bronią, tj. cytatami, przeto przytoczę jeszcze kilka cytatów.

„Przedmiotem czci i modłów były te rośliny, te urzewa, których owoce spożywano - mówi Rhode w 

cytowanym już dziele w związku z religią starożytnych Hindusów i Persów; błagano je, by w przyszłości 
jeszcze więcej rodziły owoców. Wielbiono zwierzę, bo spożywano jego mięso i mleko; wodę, bo zwilżała 
ziemię;  ogień, gdyż  ogrzewał i świecił, a słońce z jego wszystkimi  gwiazdami, gdyż  jego dobroczynny 
wpływ na wszelką postać życia jest jawny dla najtępszej glow”. Autor cytowanej już książki O pochodzeniu 
zasad religijnych
 cytuje na podstawie Historii Inkasów peruwiańskich Garrcillasa de la Vega, dzieła, które 
niestety nie jest mi dostępne, co następuje: „Mieszkańcy Chincha mówili do Inkasów, że nie chcą uznać 
Inkasa za króla ani słońca za boga, gdyż mają już jednego boga, do którego się modlą. Ich wspólnym bogiem 
jest morze, które jest czymś zupełnie innym niż słońce i które daje im wiele ryb jako pożywienie; słońce 
natomiast nie daje im żadnej korzyści, a jego niezwykły żar dokucza im tylko; dlatego nie widzą powodu, 
żeby je cenić”. Oni więc - wedle własnych słów - czcili jako boga morze, gdyż dostarczało im pożywienia; 
rozumowali   jak   ów   grecki   komediopisarz,   który  powiedział:   „Kto   mnie   żywi,   ten   jest   moim   bogiem”, 
Popularny zwrot: „Czyj chleb jem, tego piosenkę śpiewam”, obowiązuje zatem również w religii. Sam język 
wykazuje to dostatecznie. I tak np. słowo alma znaczy tyle co karmiąca, dlatego używane jest głównie jako 
przydomek Cerery;  poza tym znaczy tyle  co droga, wartościowa, wspaniała, święta. „Wśród wszystkich 
bóstw, o których wspomina mitologia - mówi Diodor - żadne nie jest tak bardzo uwielbiane, jak dwa bóstwa, 
które   przez   swe   dobroczynne   wynalazki   znakomicie   zasłużyły   się   ludzkości:   Dionizos   przez   odkrycie 
doskonałego napoju i Demeter  przez dostarczenie wybornego suchego pokarmu”.  Erazm (w  Adagiach), 
mówiąc o starożytnym przysłowiu „Człowiek jest ludziom bogiem”, robi następującą uwagę: „Starożytność 
wierzyła, że być bogiem znaczy służyć śmiertelnikom”. Taką samą uwagę czyni filolog Johann von Meyen 
w jednym z przypisów do  Eneidy  Wergiliusza: „Starożytni oddawali po śmierci boską cześć tym, którzy 
dokonali  pożytecznych  wynalazków;  byli  oni  przeświadczeni,  że bóg to nic  innego jak to,  co przynosi 
ludziom pożytek”. Z jakiego powodu mamy chwalić bogów - śpiewa Owidiusz w Listach z wygnania - jeżeli 
pozbawimy ich woli służenia nam czy pomagania? Skoro Jowisz głuchy jest na me prośby, czemuż miałbym 
składać zwierzę ofiarne przed jego świątynią? Skoro morze nie jest spokojne podczas podróży, dlaczegóż 
miałbym Neptunowi składać darmo hołd wonnym kadzidłem? Skoro Cerera nie spełnia próśb pracowitego 
rolnika, dlaczegóż miałaby otrzymywać trzewia prośnej świni? Tylko pożytek albo dobroczynność upiększa 
ludzi i bogów! Ten jest bogiem dla śmiertelnika - mówi Pliniusz Starszy - kto śmiertelnikowi pomaga. 
Według Galileusza zaś sam Jowisz wywodzi swe imię od iuvare, co znaczy - pomagać, przynosić korzyść, w 
przeciwieństwie   do  nocere,   szkodzić.   Cicero   w   piśmie  O   powinnościach  mówi:   Najpożyteczniejszymi 
istotami   dla   człowieka   tuż   po   bogach   są   ludzie”   -   a   zatem   bogowie   są   pierwszymi   istotami,   które   są 
pożyteczne   dla   człowieka.   Tak   samo   mówi   Erazm   w  Adagiach:   „Przysłowie:   Jeden   bóg,   lecz   wielu 
przyjaciół, przypomina nam, abyśmy szukali tylu przyjaciół, ilu się da, gdyż po bogach oni najwięcej mogą 
nam pomóc”. Cicero w dziele O naturze bogów (a raczej Epikurejczyk Velleius, co tu jest obojętne), uważa 
za absurdalne twierdzenie Perseusza, że rzeczy pożyteczne i zbawienne uważano za bogów, i z powodu tego 
samego twierdzenia czyni  zarzut Prodikosowi, że unicestwił religię, ale zarazem zarzuca Epikurowi, że 
podciął   religię   u   samych   korzeni,   ponieważ   przeczył   najbardziej   boskim,   najwspanialszym   przymiotom 
bogów:   dobroci   i   dobroczynności.   Jakże   bowiem   można   czcić   bogów   -   powiada   -   jeśli   oni   nie   czynią 
człowiekowi   nic   dobrego   a   nawet   nie   można   od   nich   tego   oczekiwać?   Religijność,   pobożność   -   to 
sprawiedliwość w stosunku do bogów. Ale czy można  być  dłużnym  wobec kogoś, od kogo nic się nie 
otrzymuje?   Kwintylian   zaś   mówi   w  Kształceniu   mówcy,   że   w   osobach   bogów   oddajemy   hołd   przede 
wszystkim majestatowi  przyrody,  a następnie mocy właściwej każdemu  z nich oraz wynalazkom,  które 
człowiekowi przyniosły korzyść. Kwintylian odróżnia potęgę i majestat bogów od ich dobrodziejstw, ale 
odróżnienie to upada przy bliższym rozpatrzeniu; im majestatyczniejsza i potężniejsza jest dana istota, tym 
większą posiada zdolność przynoszenia pożytku innym, i odwrotnie. Najwyższa moc jest równoznaczna z 
najwyższą   dobroczynnością.  Prawie  u  wszystkich  ludów  zatem  bóg sił   i  mocy  niebieskich  jest   bogiem 
najwyższym,   najwznioślejszym   i   najbardziej   majestatycznym,   bogiem   nad   bogami   jako   że   skutki 
dobroczynnego   działania   nieba   przewyższają   wszelkie   inne   skutki   i   dobrodziejstwa   oraz   są   najbardziej 
powszechne, wszechobecne, wspaniałe i konieczne. I tak np. wedle Cicerona Rzymianie nazywali Jowisza 
„ze względu na jego dobrodziejstwa” optimusmaximus, tj. najlepszym, największym, „ze względu zaś na 
jego   potęgę”,   tj.   moc,   najpotężniejszym   albo   najwyższym   z   bogów.   Rozróżnienie   podobnie   jak   u 
Kwintyliana znajdujemy u Plutarcha w jego piśmie Amatorius: „Chwała bogów zasadza się glównie na ich 
dynamis, tj. mocy, i na ich  opheleia, tzn. pożyteczności albo dobroczynności”. Ale, jak się rzekło, oba te 
pojęcia   sprowadzają   się   do   jednego:   im   bardziej   bowiem   samodzielna   i   samoistna   jest   istota,   tym 

24

background image

pożyteczniejsza może być dla innych. Im więcej kto znaczy, tym bardziej może innym pomagać, ale też i 
szkodzić.   Dlatego   nawet   Plutarch   powiada   w  Symposiakon:   „Ludzie   najbardziej   ubóstwiają   te   rzeczy, 
których pożytek jest najpowszechniejszy i wszędzie daje się odczuć, takie, jak woda, światło, pory roku”.

WYKŁAD ÓSMY

Kiedy wytępiono resztki religii pognńskiej, a przynjmniej kiedy odarto ją z politycznego znaczenia i 

godności,   kiedy  między   innymi   posąg   bogini   Zwycięstwa   mial   być   usunięty  z   miejsca,   w   którym   stał 
dotychczas, Symmachus napisal apologię starej, tradycyjnej religii, a więc także i kultu bogini Zwycięstwa 
(Victoria) Wśród motywów jej kultu Symmachus podaje także najbardziej niezawodne znamię boskości, 
utilitas, tj. pożytek. „Nikt nie zaprzeczy - mówi Symmachus dalej - że czcić powinniśmy tę boginię, która, 
jak przyznajemy, jest dla nas upragniona”, To znaczy: tylko to jest przedmiotem religii, przedmiotem czci, 
co   jest   przedmiotem   ludzkich   pragnień;   a   pragniemy   tylko   tego,   co   dobre,   pożyteczne   i   dobroczynne. 
Najbardziej oświeceni spośród starożytnych pogan, Grecy, właśnie dlatego uznali za najistotniejszą cechę i 
warunek boskości dobroć, dobroczynność, filantropię. „Żaden bóg – mówi Sokrates w  Teajtecie  Platona - 
nie jest wrogo usposobiony do ludzi”. Co jest u bogów przyczyną ich dobroci – pyta Seneka w Listach. I 
odpowiada: Ich natura. Szaleństwem jest wierzyć, że chcą szkodzić; w ogóle nie mogą tego chcieć. Bóg nie 
szuka sług, ale sam służy rodzajowi ludzkiemu. - Odmawiać bogom nieśmiertelności jest takim absurdem – 
mówi Plutarch w piśmie o sprzecznościach stoików – jak odmawiać im opatrzności, miłości do człowieka i 
dobroczynności. Przez boga – mówi Antypater z Tarsu u Plutarcha, w tym samym dziele - rozumiemy istotę 
czciodną, nieprzemijającą i dobroczynną względem ludzi. Dlatego bogowie, przynajmniej najznakomitsi, 
nazywają się u Greków „dawcami dóbr”, a także soleres, tzn. zbawcami, uszczęśliwiającymi, zbawicielami. 
Co więcej, religia grecka nie posiada właściwego, samodzielnego boga zła, jakim był np. Tyfon u Egipcjan 
czy Aryman u Persów.

Ojcowie kościoła szydzili z pogan, że dobroczynne i pożyteczne rzeczy i istoty czynili przedmiotem czci 

i   religii.   Lekkomyślni   Grecy   -   mówi   np.   Juliusz   Firmicus   -   uznają   za   bogów   wszystkie   istoty,   które 
wyświadczają im lub wyświadczyły jakąś przysługę! Między innymi zarzuca im, że Penaty poehodzą od 
słowa  penus, co znaczy nie co innego jak pokarm. Poganie jako ludzie - powiada on - którzy przez życie 
rozumieli   tylko   możność   jedzenia   i   picia,   uczynili   bogami   dobra   spożywcze.   Czynił   im  także   zarzut   z 
powodu kultu Westy, która była tylko ogniem domowym, służącym w palenisku do codziennego użytku; 
kult ten winien był przeto raczej kucharzy niż dziewice mieć za kapłanów. Choć jednak ojcowie kościoła i w 
ogóle chrześcijanie szydzili i natrząsali się z pogan za to, że oddawali cześć boską takim pożytecznym 
żywiołom, jak ogień, woda, slońce, księżyc, właśnie ze względu na ich wielki pożytek dla człowieka, to 
przecież nie szydzili z nich ze względu na zasadę i podstawę tej czci, lecz tylko ze względu na jej przedmiot; 
chodziło im nie o to, że poganie uczynili pożyteczność i dobroczynność podstawą czci religijnej, lecz o to, że 
nie  brali  za  przedmiot  swej  czci  właściwej  istoty;   że  nie  czcili  tej  istoty,  od której  pochodzą  wszelkie 
dobroczynne i pożyteczne dla człowieka wlaściwości i zjawiska przyrody;  tej istoty, która jedynie może 
człowiekowi pomóc  i dać mu szczęście; że nie czcili boga, istoty różnej od przyrody,  istoty duchowej, 
niewidzialnej i wszechmocnej, będącej sprawcą czy twórcą przyrody. Poganie, którzy wszystko wyobrażali 
sobie w sposób zmysłowy, rozdzielali moc przynoszenia szkody i pożytku, przyjemności i bólu, choroby i 
zdrowia,   życia   i   śmierci,   na   wiele   różnych   rzeczy;   chrześcijanie   zaś   dzięki   swojemu   myśleniu 
pozazmysłowemu, abstrakcyjnemu, ześrodkowali tę moc na jednej istocie, i stąd to jedno, co chrześcijanie 
nazywają bogiem, jest jedyną istotą grożną i potężną, godną miłości i dobroczynną. Albo, jeżeli za jedyną, 
istotną   cechę   boską   uznamy   dobroczynność,   powiemy,   że   dobra,   które   poganie   rozdzielali   na   rozmaite 
przedmioty rzeczywiste, chrześcijanie skupili w jednym i dlatego uważają boga za sumę wszystkich dóbr. 
Ale definicja, tzn. pojęcie samego boga, i zasada, tj, istota albo podstawa, są takie same u chrześcijan i u 
pogan. W Biblii, zarówno w Nowym, jak Starym Testamencie, słowo bóg posiada znaczenie: dobroczyńca, 
w takich zwrotach jak: „I będę wam Bogiem” lub takich, w których słowo bóg ma obok siebie dopełniacz, 
jak np.: „Jam jest Bóg Abrahama”. Augustyn w IV księuze Państwa bożego pisze: „Jeśli szczęśliwość jest 
bogiem, tak jak uważają Rzymianie, to dlaczego nie uwielbiają tylko jej, czemuż nie spieszą tłumnie tylko 
do jej świątyni? Gdzież bowiem jest człowiek, który nie chce być szczęśliwy? Któż pragnie czegoś w innym 
celu,   niż   po   to,   by  być   szczęśliwym?   Kto   pragnie   otrzymać   od   Boga   co   innego   prócz   szczęścia?   Ale 
szczęśliwość nie jest boginią, lecz darem Boga. Tego Boga więc szukać należy, który może ją dać”. W tym 
samym   dziele   Augustyn   mówi   w   związku   z   platońskimi   demonami:   „Są,   być   może,   jacyś   śmiertelni   i 
błogosławieni mieszkający w niebieskich siedzibach, ale jeśli nas nie kochają i nie chcą naszego szczęścia, 
nie należy oddawać im czci”. A więc tylko to, co kocha człowieka i chce jego szczęścia, jest przedmiotem 
ludzkiej czci, jest przedmiotem religii.

Luter, wykładając znaczenie kilku rozdziałów piątej księgi Mojżesza, powiada: „Tak więc rozum określa 

Boga   jako   to,   co   pomaga   człowiekowi,   co   mu   przynosi   korzyść   i   jest   dlań   dobroczynne.   Tak   czynili 

25

background image

poganie... Rzymianie potworzyli wielu bogów dla spełniania różnych próśb i dla niesienia pomocy... Ile było 
na ziemi  kłopotów, ile dóbr i rzeczy pożytecznych,  tylu obierano sobie bogów, aż w końcu uczyniono 
bogami nawet rośliny i czosnek... Tak samo za czasów papiestwa stwarzano sobie bogów: każda choroba, a 
nawet   każda   potrzeba   miała   swego   własnego   patrona   i   boga.   Brzemienne   kobiety,   będąc   w   potrzebie, 
wzywały św. Małgorzatę, która była ich boginią... Św. Krzysztof miał pomagać tym, którzy wydają ostatnie 
tchnienie. Każdy przeto nadaje imię Boga temu, po kim obiecuje sobie najwięcej dobra... Dlatego raz jeszcze 
powiadam, że rozum wie dobrze, iż Bóg może i winien pomagać, kłopot zaś jest tylko z wyszukaniem 
właściwego Boga... Prawdziwego Boga nazywa Pismo ratunkiem w potrzebie i dawcą wszelakich dóbr”. W 
innym miejscu Luter mówi o poganach: „Jakkolwiek mylne mają oni mniemanie co do osoby Boga i hołdują 
wielobóstwu, tzn. Zamiast do prawdziwego Boga zwracają się do bogów fałszywych, to jednak oddają oni 
im tę cześć, jaka należy się prawdziwemu Bogu, cześć polegającą na wzywaniu go i oczekiwaniu odeń 
pomocy i wszelkiego dobra”. Innymi słowy: subiektywna zasada pogan jest całkiem słuszna i subiektywnie 
biorąc mają oni rację, kiedy rozumieją przez Boga tylko coś, co jest dobre i pożyteczne; lecz obiektywnie 
biorąc mylą się, tzn. mylą się co do przedmiotu. Dlatego to chrześcijanie występowali przeciwko bogom 
pogańskiej filozofii, a zwłaszcza przeciwko bogu stoików, epikurejczyków, arystotelików, gdyż filozofowie 
ci wyraźnie albo tylko pośrednio całkowicie zaprzeczali opatrzności; pomijali bowiem te właściwości, które 
stanowią jedyną podstawę religii, jak to już wcześniej zaznaczyłem, a więc wlaściwości, które dotyczą doli 
lub   niedoli   czlowieka.   Tak   np.   Mosheim,   uczony   teolog   z   XVIII   wieku,   w   objaśnieniach   do   Systemu 
Cudwortha,   dzieła   teologiczno-filozoficznego,   które   było   wymierzone   przeciwko   ateizmowi,   zarzuca 
Arystotelesowi, że jego bóg „nie przynosi rodzajowi ludzkiemu ani żadnego pożytku, ani szkody, i przeto 
nie jest godzien żadnego kultu. Arystoteles uważał, że świat istnieje tak samo koniecznie i wieczyście jak 
bóg. Toteż uważał on niebo za równie niezmienne jak boga. Wynika stąd, że bóg nie jest wolny, a zatem 
bezcelowa   byłaby   jakakolwiek   prośba   doń   skierowana;   skoro   bowiem   świat   porusza   się   zgodnie   z 
wieczystym  prawem,  którego w żadnym  wypadku nie można  zmienić, to nie rozumiem,  jakiej pomocy 
moglibyśmy oczekiwać od boga. (Nawiasem mówiąc, widzimy na tym przykładzie, że wiara w boga i wiara 
w   cudy,   które   współczesny   racjonalizm   oddzielił   od   siebie,   są   identyczne,   do   czego   póżniej   jeszcze 
wrócimy). Arystoteles zachowuje boga już tylko w słowach, w rzeczywistości mu przeczy. Arystotelesowski 
bóg jest bezzczynny, podobnie jak bóg epikurejski; jego energia, tj. działalność, jest tylko nieśmiertelnym 
życiem i oglądaniem czyli spekulacją. Otóż precz z takim bogiem, który żyje tylko dla siebie i którego istota 
polega   tylko   na   myśleniu!   Jakżeż   bowiem   człowiek   może   od   takiego   boga   spodziewać   się   pociechy  i 
opieki!”.

Wyżej przytoczone wypowiedzi nie wyrażają religijnej lub teologicznej postawy tych kilku ludzi, lecz 

postawę teologów i chrześcijan, postawę samej religii i teologii chrześcijańskiej; i można by przytoczyć 
jeszcze niezliczoną ilość takich przykładów, ale byłoby to i niepotrzebne, i nużące. Wspomnę tylko, że już 
bogobojni   poganie,   a   wśród   nich   i   filozofowie,   w   ten   sam   sposób   polemizowali   z   nieużytecznymi, 
filozoficznymi  bogami; czynili to np. platonicy przeciwko bogu stoików, stoicy, którzy byli wierzącymi 
poganami   w   porównaniu   do   epikurejczyków,   przeciwko   bogu   epikurejczyków.   Tak   np.   stoik  w   piśmie 
Cicerona O naturze bogów mówi: „Nawet barbarzyńicy, nawet tak bardzo wyśmiewani Egipcjanie, wielbią 
zwierzęta tylko ze względu na ich użyteczność; ale w waszym bezczynnym bogu nie można się doszukać 
żadnego dobrodziejstwa, żadnego działania, żadnego czynu. I dlatego - czytamy dalej - jest on bogiem tylko 
z imienia”. Otóż skoro przytoczone ustępy mają znaczenie powszechne, skoro wyrażone w nich poglądy są 
poglądami powtarzającymi się we wszystkich religiach i teologiach, któż może zaprzeczyć, że ludzki egoizm 
stanowi podstawową zasadę religii i teologii? Jeżeli bowiem boskie dostojeństwo istoty, która zasługuje na 
uwielbienie i cześć, zależy wyłącznic od jej stosunku do szczęścia człowieka, jeżeli istotą boską jest tylko 
istota dobroczynna, pożyteczna dla człowieka, to tym samym podstawą boskości danej istoty jest wyłącznie 
egoizm człowieka, który wszystko odnosi do siebie i ocenia tylko ze swego punktu widzenia. Uważając 
egoizm za podstawę i istotę religii, nie czynię jej tym samym żadnego zarzutu, a przynajmniej nie mam jej 
tego za złe w zasadzie, bez zastrzeżeń. Czynię jej zarzut tylko tam, gdzie jej egoizm jest całkiem pospolity, 
jak np. w teleologii, gdzie religia ze stosunku przedmiotu, a mianowicie przyrody, do człowieka, robi istotę 
przyrody, i skutkiem tego przybiera charakter na wskroś egoistyczny, pogardliwy w stosunku do przyrody, 
albo   też   tam,   gdzie   egoizm   wykracza   poza   granice   konieczne,   przyrodniczo   uzasadnione   i   staje   się 
egoizmem nienaturalnym, ponadnaturalnym i fantastycznym, jak się to dzieje w chrześcijańskiej wierze w 
cudy i nieśmiertelność.

Takie   jest   moje   pojmowanie   i   wyjaśnienie   religii.   Przeciw   niemu   zwracają   się   rozmaici   teologiczni 

obłudnicy i spekulatywni  fantaści, którzy umieją  rozpatrywać  rzeczy i ludzi tylko przy pomocy pojęć i 
urojeń wlasnego wyrobu; aby utrzymać  się na jednej płaszczyźnie i na jednym poziomie z poruszanymi 
zagadnieniami,   teologowie   ci   nigdy   nie   zstępują   z   ambony   czy   katedry,   ze   sztucznych   wyżyn   swej 
duchownej i spekulatywnej pychy. Stawiają mi oni zarzut, że ja, który wbrew duchownym i spekulatywnym 
panom mam zwyczaj naprzód identyfikować się z rzeczami, zaznajomić się z nimi i spoufalić, a dopiero 

26

background image

potem wydawać o nich sąd, istotą religii czynię występujące w niej zjawiska drugorzędne, przypadkowe. 
Istotą religii - twierdzą ci obłudnicy, fantaści i spekulanci, którzy nigdy nie uchwycili prawdziwej istoty 
człowieka - jest raczej przeciwieństwo tego, co ja uznalem za jej istotę. Jest nią - ich zdaniem - nie afirmacja 
własnego ja, nie egoizm, ale coś wręcz przeciwnego, rozpłynięcie się w absolucie, w nieskończoności, w 
boskości   albo   -   według   innych,   równie   pustych   frazesów   -   samozaprzeczenie,   samowyrzeczenie   i 
samopoświęcenie się człowieka. Co prawda jest dosyć zjawisk w religii, które przynajmniej z pozoru obalają 
moją wykładnię religii i usprawiedliwiają wykładnię przeciwną. I tak rezygnacja z zaspokajania najbardziej 
naturalnych   i   najsilniejszych   popędów,   umartwianie   ciała   i   jego   grzesznych   pożądliwości,   jak   mówią 
chrześcijanie, kastracja duchowa i cielesna, samokaleczenie się i samoudręka, pokuta i biczowanie się - 
wszystko to odgrywa pewną rolę we wszystkich niemal religiach. Widzieliśmy już, jak fanatyczni czciciele 
wężów w Indiach pozwalają im się kąsać, jak fanatyczni lub entuzjastyczni indyjscy i tybetańscy czciciele 
zwierząt z religijnej chęci samounicestwienia pozwalają pluskwom, wszom i pchłom wysysać  sobie lub 
innym   krew  z   ciała   i  rozum   z  głowy.   Chętnie   dodam  do  tych   przykładów   jeszcze   inne,   by  dać   moim 
przeciwnikom broń przeciwko sobie. I tak Egipcjanie dla dobra świętych zwierząt poświęcali dobro ludzi. W 
wypadku pożaru Egipcjanie bardziej troszczyli się o ratowanie kotów niż o gaszenie ognia, troskliwość ta 
mimo woli przypomina owego królewsko-pruskiego komisarza policji, który przed kilku laty z iście prusko-
cbrześcijańską   pogardą   dla   ludzi   zabronił   gaszenia   pożaru,   ponieważ   była   niedziela   i   odbywało   się 
nabożeństwo. Diodor zaś pisze: „Kiedy pewnego razu nawiedziła Egipcjan plaga glodu, wielu - powiadają - 
było zmuszonych zjadać się wzajemnie; nie zanotowano natomiast ani jednej skargi, że ktokolwiek pożywił 
się którymś ze świętych zwierząt”. Co za pobożność, co za bogobojność! Gwoli uświęconemu przez religię 
bestialstwu   ludzie   pożerają   się   wzajemnie!   Maksym   z   Tyru   powiada   w   ósmej   dysertacji,   że   pewna 
Egipcjanka   wychowała   młode   krokodylątko   razem   ze   swoim   synkiem.   Gdy   krokodyl   podrósł,   pożarł 
dziecko, lecz rozpacz Egipcjanki nie była zbyt wielka, ponieważ uważała za szczęście, że syn jej padł ofiarą 
domowego boga. A Herodot opowiada nawet, że pewna Egipcjanka poślubiła kozła. Zapytuję więc teraz 
tych filozofów i teologów, którzy - nie w praktyce oczywiście, lecz w teorii - odrzucają egoizm jako zasadę 
religii, moralności i filozofii: czy można posunąć dalej samozaparcie i samowyrzeczenie niż te Egipcjanki? 
Pewien Anglik wędrując kiedyś po Indiach, jak to opowiada Hüttner w uwagach do Kodeksu hinduskiego 
czyli przepisów Manu
, mijał gęstwinę leśną. Nagle wyskoczył z niej tygrys i porwał małego chłopca, który 
krzyczał przeraźliwie. Anglik struchlał z przerażenia. Hindus natomiast. zachował spokój. - Jak możesz być 
tak obojętny? - zawołał Anglik, A Hindus na to: - Wielki bóg tak chciał. - Czyż istnieje większa rezygnacja 
aniżeli   ta,   kióra   pozwala   obojętnie   i   bezczynnie   przyglądać   się,   jak   tygrys   pożera   chłopca,   rezygnacja 
płynąca ze świątobliwej ufności i wiary, że wszystko co się dzieje, dzieje się z woli boga, a co się dzieje z 
woli boga, to dzieje się dobrze. Kartagińczycy, jak wiadomo, to, co najdroższe dla człowieka - własne dzieci 
- składali w ofierze bogu Molochowi, kiedy znajdowali się w potrzebie i niebezpieczństwie. Tych i innych 
przykładów nie można podawać w wątpliwość na tej podstawie, że człowiek w religijnym samozaparciu 
powinien poświęcać siebie a nie innych ludzi, albowiem wielu matkom i ojcom łatwiej byłoby poświęcić 
siebie   niż   swoje   dzieci.   Kartagińczycy   również   nie   byli   pozbawieni   uczucia   miłości   do   swych   dzieci; 
świadczy o tym fakt, że przez jakiś czas usiłowali zamiast własnych dzieci ofiarowywać cudze - o czym 
pisze Diodor. Lecz kapłani Molocha potępili nawet i tę wielce ograniczoną próbę shumanizowania kultu 
Molocha, podobnie jak spekulatywni i religijni zwolennicy boskiej nieludzkości jeszcze dzisiaj biorą za złe, 
gdy chce się shumanizować religię. Hindusi mówią - jak to czytamy w przepisach Manu - co następuje: „Są 
tacy,   którzy   oddają   cześć   bogu   przez   ofiary,   biczowanie   się,   gorące   modlitwy,   badanie   pisma,   przez 
zwalczanie namiętności i surowy tryb życia. Niektórzy ofiarowują swój oddech i siłą spychają go w dół z 
naturalnej drogi, inni natomiast przez oddech tłoczą w górę wiatr, który z niska się bierze, a jeszcze inni, 
ceniąc wysoko obydwie funkcje, zamykają drzwi dla obydwu”. A to ci dopiero samoprzezwyciężenie! To, co 
najniższe   w   ciele   człowieka,   zamieniać   w   najwyższe,   a   tłumić   naturalne,   choć   egoistyczne   dążenie   do 
wydostania   się   na   wolność   od   wszelkiego   ucisku!   Żaden   naród   nie   wyróżniał   się   do   tego   stopnia 
samoudrękami i pokutami, żaden nie dokazywał tak akrobatycznych sztuczek w gimnastyce religijnej co 
Hindusi.   Sonnerat   w   swej  Podróży   po   Indiach   Wschodnich   i   Chinach  opowiada   o   tych   indyjskich 
pokutniknch, co następuje: „Niektórzy z nich kaleczą się przez stałe biczowanie albo każą się przykuć 
łańcuchem do pnia drzewa i tak trwają aż do zgonu. Inni ślubują wytrwać całe życie w jednej uciążliwej 
pozycji, np. trzymać stale pięść zaciśniętą, aż ich paznokcie, których nigdy nie obcinają, z czasem przebijają 
dłoń. Inni stale trzymają ręce złożone na krzyż na piersi lub nad głową, aż w końcu nie mogą się już nimi 
posługiwać. Inni zakopują się żywcem w ziemi i wdychają świeże powietrze tylko przez mały otwór”. Co 
więcej, Hindusi, którzy osiągnęli najwyższy stopień religijnej doskonałości, kładą się niekiedy „na torze, po 
którym sunie w święta olbrzymi obraz boga zniszczenia (Sziwa), i czekają na zmiażdżenie przez koła wozu”. 
Czy można żądać więcej? A jednak my, egoistyczni Europejczycy, zgodzilibyśmy się raczej na takie męki, 
niż   na   innego   rodzaju   religijne   samozaparcie,   które   objawiają   Hindusi,   którzy   dla   oczyszczenia   się   z 
grzechów piją krowią urynę  i za chwalebną śmierć samobójczą uważają obłożenie się krowim łajnem i 

27

background image

spłonięcie pod nim. Ale nas, chrześcijan, interesują najwięcej udręki i wyrzeczenia, którym poddawali się 
pierwotni chrześcijanie. Szymon Słupnik spędził na przykład nie mniej niż trzydzieści lat na słupie, a św. 
Antoni   mieszkał   nawet   jakiś   czas   w   grobowcu   i   tak   daleko   doprowadził   poskramianie   ludzkiej   woli   i 
egoistycznych odruchów ciała, że nie usuwał z niego nawet plugawego robactwa, nigdy się nie mył i nie 
czyścił; podobnie opowiadają o pobożnej Sylwanii - interesującą tę wiadomość zawdzięczam zresztą tylko 
historii kultury Kolba - że „czysta ta dusza, mając lat sześćdziesiąt, nigdy nie myła rąk, twarzy ani żadnej 
części ciała, za wyjątkiem czubków palców, którymi przyjmowała komunię świętą!” Jakiegoż heroicznego 
nadnaturalizmu i nadczłowieczeństwa potrzeba, aby pokonać naturalny popęd do czystości i wyrzec się tego 
błogiego, oczywiście  egoistycznego uczucia, które  rodzi się po oczyszczeniu  ciała  z wszelkiego brudu! 
Podaję te przykłady na użytek religijnych absolutystów; nie będą chyba mogli odrzucić ich jako błędnych i 
niedorzecznych. Są to niewątpliwie przykłady religijnej głupoty i religijnego obłędu; lecz obłęd, wariactwo, 
glupota należą tak samo do filozofii religii, do historii religii, jak do psychologii i antropologii, bo w religii 
rządzą i obiektywizują się te same siły, przyczyny i motywy,  co w antropologii w ogóle. Dla człowieka 
religijnego choroby, zarówno cielesne jak duchowe, to przecież zjawiska cudowne i boskie. Jeszcze dziś w 
Rosji, jak podaje Lichtenstaedt w Przyczynach wielkiej śmiertelności dzieci w pierwszym roku życia, ludzie 
zabobonni uważają wiele stanów chorobowych u dzieci, zwłaszcza stany o charakterze konwulsyjnym, za 
święte i nietykalne. Tak samo szaleńcy, obłąkańcy, kretyni uchodzą dziś jeszcze u wielu ludów za ludzi 
ożywionych   duchem   bożym,   za   świętych.   Co   więcej,   mimo   że   wspomniane   rodzaje   samozaparcia   są 
absurdalne, są one konieczną konsekwencją zasady dziś jeszcze pokutującej w głowach naszych teologów, 
filozofów i w ogóle ludzi wierzących. Skoro bowiem włączę zasadę samozaparcia lub samozaprzeczenia do 
fantastycznej istoty religii i teologii, nie widzę żadnej przyczyny, dla której nie miałbym przekreślić także 
naturalnego popędu do poruszania się, popędu do oczyszczania ciała z brudu, popędu do tego, aby nie 
chodzić na czworakach za wzorem tylu świętych, lecz chodzić prosto na dwóch nogach. równie dobrze 
odnosi się to do każdego innego popędu. Wszystkie one, zdaniem teologii, są z. natury egoistyczne, gdyż 
zaspokojenie ich połączone jest z przyjemnością i dobrym samopoczuciem. A nawet popęd dostania prosto 
na dwóch nogach bierze się z ludzkiej dumy i pychy i znajduje się w rażącej sprzeczności z pokorą wpajaną 
nam przez teologię. Ci, którzy wyklinają z religii zasadę egoizmu w powyższym znaczeniu tego słowa, co 
wciąż muszę powtarzać, są w głębi swej istoty religijnymi fanatykami, choćby nie wiem jak zasłaniali się 
filozoficzną   frazeologią.   Znajdują   się   oni   jeszcze   dziś,   jeśli   nie   fizycznie,   to   duchowo,   na   poziomie 
chrześcijańskich   świętych   słupników,   jeszcze   dziś   składają   oni   bogu   -   co   prawda   teoretycznie,   a   nie 
zmysłowo - w ofierze człowieka, tak jak to czyniły dawniej i czynią do dziś zmysłowe ludy pierwotne. 
Powodowani religijnym przcsądem i zabobonem jeszcze dzisiaj nie usuwają brudu z oczu i głowy, chociaż w 
przeciwieństwie   do   św.   Sylwanii,   która   jest   ich   ideałem,   usuwają   jednak   brud   z   ciała,   okazując   tym 
niekonsekwencję oraz pospolity egoizm (gdyż  brud w oku, przynajmniej w oku duchowym,  nie jest tak 
dokuczliwy ani tak namacalny, jak brud na skórze). Niechby zaś teologowie wymyli sobie oczy w zimnej 
wodzie przyrody i rzeczywistości, a zobaczyliby, że samozaparcie, pomimo wielkiej roli, jaką odgrywa w 
religii, nie jest istotą religii. Zobaczyliby, że patrzą na człowieka i na religię oślepłymi oczyma. Zobaczyliby, 
że z wyniosłego stanowiska katedry i ambony przeoczają egoistyczny cel, jaki znajduje się u podłoża tego 
samozaparcia.  Przeoczają  fakt,  że  ludzie  mają   więcej  rozumu   w praktyce  niż  teologowie  na  ambonie  i 
profesorowie na katedrze i stąd również w dziedzinie religii nie kierują się religijną filozofią, ale rozumnym 
instynktem, który chroni ich przed bezsensem religijnego samozaprzeczenia. Nie widzą, że ludzie nawet tam, 
gdzie ulegają temu bezsensowi, zachowują jeszcze przecież jakiś ludzki cel i sens. Dlaczego to człowiek w 
religii sam siebie neguje? Aby pozyskać przychylność bogów, którzy mu dostarczają wszystkiego, czego 
sobie życzy. Przez surowość pokuty „można wymusić na bogach, by wysłuchali każdej prośby i spełniali w 
mig każdą myśl” (Bohlen, Starożytne Indie, t. 1.). Człowiek zatem nie unicestwia się po to, by się unicestwić 
- takie samounicestwienie, jeśli ma miejsce, jest czystym religijnym obłędem i bezsensem; o ile człowiek 
przynajmniej   nie   postradał   do   reszty   zmysłów,   unicestwia   się   po   to,   aby  przez   to   tym   bardziej   siebie 
potwierdzić. Samowyrzeczenie jest tylko formą, jest środkiem afirmacji samego siebie i miłości własnej. W 
religii najwyraźniej ujawnia się to w ofierze.

WYKŁAD DZIEWIĄTY

Przedmiotem, na którym jasno widać, że samowyrzeczenie w religii jest tylko środkiem, pośrednią formą 

i sposobem samoafirmacji, jest ofiara. Składając ofiarę człowiek wyrzeka się jakiegoś cennego dla siebie 
dobra. Najwyższym i najcenniejszym dobrem dla człowieka jest jego życie. Ponieważ zaś najwyższej istocie 
ofiarować można tylko coś najwyższego i tylko w ten sposób można ją uczcić, przeto ofiara, jeżeli ma w 
pełni realizować leżące u jej podstaw pojęcie, musi być zanegowaniem, zniszczeniem istoty żywej; że zaś 
najwyższą istotą żyjącą jest człowiek, więc ofiara musi być zanegowaniem człowieka. Pomijając na razie 
zagadnienie celu ofiary, mamy tutaj znowu dowód, że człowiek ceni życie ponad wszystko, że ma ono tę 

28

background image

samą wagę co bogowie; gdyż ogólnie biorąc, u podstawy ofiary tkwi zasada simile simili gaudet, tzn. radość 
sprawia to, co podobne; człowiek więc ofiarowuje bogom tylko to, co im sprawia przyjemność, co jest do 
nich podobne; czlowick przeto ofiarowuje bogom życie, albowiem dla bogów i ludzi życie jest najwyźszym, 
najdrogocenniejszym, iście boskim dobrem, stąd więc bogowie nic mogą się oprzeć ofierze z życia i wola 
ich staje się uległą wobec woli człowieka.

Zanegowanie lub unicestwienie ofiary nie jest jednak zanegowaniem jej na próżno; przeciwnie, ma ono 

bardzo określony, egoistyczny cel i powód. Człowiek ofiarowuje człowieka, tę najwyższą istotę tylko po to, 
aby podziękować za jakieś w jego pojęciu najwyższe dobro, albo też, aby uniknąć najwyższego nieszczęścia 
– czy będzie to nieszczęście aktualne, czy przewidywane. Ofiara tzw. pojednawcza nie ma odrębnego celu i 
znaczenia; wszak człowiek usiłuje zjednać bogów tylko dlatego, że od nich zależy szczęście i nieszczęście, 
odwrócenie gniewu bogów znaczy więc to samo, co odwrócenie nieszczęścia, pozyskanie zaś przychylności 
i łaski bogów jest tylko uzyskaniem tego, co dobre i pożądane. A teraz kilka przykładów na dowód, że ofiary 
z   ludzi   istniały   i   miały   wyżej   podane   znaczenie.   Rozpocznę   od   Niemców   i   najbliższych   im   plemion, 
jakkolwiek   niemieccy   uczeni   właśnie   Germanom   przypisują   składanie   ofiar   z   ludzi   w   najłagodniejszej 
postaci. Uczeni ci twierdzili mianowicie, że ofiary z ludzi były u Germanów tylko wykonywaniem wyroków 
na zbrodniarzach, a więc były równocześnie wymiarem kary i błaganiem o przebaczenie bogów obrażonych 
zbrodnią.   Inne   ofiary   z   ludzi   były   rzekomo   tylko   wynikiem   nieporozumienia   i   zwyrodnienia.   Lecz 
przyjmijmy nawet - bo nie ma na to dowodu - że pierwotnie ofiarowywano tylko zbrodniarzy: to jednak po 
bogu tak okrutnym, że raduje się widokiem cierpień zbrodniarza, po „księciu szubienicy”, jak zwano Odyna, 
można spodziewać się jeszcze innych okrucieństw i ofiar ludzkich. U Niemców jeszcze i dzisiaj odkryć 
można niemalą porcję barbarzyńskiej dzikości pod świątobliwą pokrywką wiary chrześcijańskiej. Przyczyny, 
dla której mieliby stanowić wyjątek wśród reszty narodów, należy szukać tylko w patriotycznym egoizmie 
niemieckich   uczonych.   Ale   wracajmy   do   rzeczy.   Według   pewnej   norweskiej   sagi   za   króla   Domalda 
„wybuchła w Szwecji drożyzna i klęska głodu. Mieszkańcy złożyli większą ilość byków na ofiarę, lecz to nic 
nie pomagało, wtedy Szwedzi postanowili ofiarować Odynowi samego króla na intencję powrotu urodzaju i 
dobrobytu. Zabili go więc i złożyli w ofierze, a jego krwią pomazali wszystkie ściany i krzesła w świątyni 
bożka;   dopiero   wtedy   nastały   w   kraju   lepsze   czasy”,   „Najwięcej   ofiar   z   ludzi   kosztowaly   modły   o 
zwycięstwo   przy   rozpoczynaniu   wojny.   W   ogóle   dla   Gotów   i   Skandynawów   najpiękniejszą   ofiarą   był 
człowiek, który pierwszy został pojmany na wojnie. Sasi, Frankowie, Herulowie wierzyli, że ofiary z ludzi 
zjednują bogów. U Sasów ofiara przed bitwą polegała na tym, że poddawali skazańców okrutnym katuszom, 
a Tulitowie (Skandynawowie) ofiarowywali bogu wojny pierwszych jeńców, wymyślając im wyrafinowane 
rodzaje śmierci” (por. F. Wachter w Encyklopedii Erscha i Grubera, art. „Ofiara”). Według relacji Cezara 
Gallowie w przypadku ciężkiej choroby albo w obliczu niebezpieczeństwa wojennego składali bogom ofiary 
z ludzi; wierzyli bowiem, że bogów można zjednać tylko tym, że za życie jednego człowieka ofiaruje się 
życie innego. Również nasi wschodni sąsiedzi, np. Estończycy, „składali w ofierze strasznym bogom życie 
ludzkie. Ludźmi przeznaczonymi  na ofiary handlowali kupcy, którzy badali dokładnie, czy nie mają oni 
jakiejś skazy cielesnej, gdyż wtedy nie nadawaliby się na ofiarowanie” (K. Eckermann, Historia religii, t. IV, 
Religia   plemienia   czudyjskiego),   A   Słowianie,   przynajmniej   nadbałtyccy,   swemu   najwyższemu   bogowi, 
Światowidowi,   „ofiarowywali   co   roku   i   przy   nadzwyczajnych   okazjach   chrześcijanina,   gdyż   kapłan 
dokonujący   ofiar   mówił,   że   Światowid   i   inni   bogowie   słowiańscy   szczególnie   radują   się   krwią 
chrześcijańską” (Wachter, 1. c.). Nawet Rzymianie i Grecy smarowali się krwią ludzi złożonych w religijnej 
ofierze.   Tak   np.   Plutarch   podaje,   że   Temistokles   przed   bitwą   pod   Salaminą   ofiarował   Bakchusowi 
Ojnestesowi trzech szlachetnych młodzieńców, choć uczynił to niechętnie i tylko pod naciskiem wróżbity 
Eufranditosa, który zapowiedział; że zwycięstwo i szczęście będzie Grekom sprzyjało wyłącznie w wypadku 
spełnienia tej ofiary. W Rzymie zaś jeszcze za czasów Pliniusza Starszego na Rynku Bydlęcym zakopano 
żywcem wielką ilość jeńców. Na Wschodzie ofiarowywano bogom nawet własne córki i synów, a więc 
istoty, o których życie modlimy się do nich najczęściej, jak to zauważa Justyn w związku z ofiarami z ludzi u 
Kartagińczyków. Nawet Izraelici, mówi Biblia, „przelewali niewinną krew swych synów i cór, składając ją 
w ofierze bogom Kanaan”. Ale Jefta ofiarował swoją córkę nie bożkom, lecz samemu Panu, co prawda tylko 
w następstwie nierozważnego, nieszczęsnego ślubu, że jeżeli zwycięży, poświęci na ofiarę całopalną to, co 
pierwsze wyszło mu naprzeciw z jego domu; nieszczęśliwym trafem pierwsze wyszło mu naprzeciw własne 
dziecko, córka. Ale wielu uczonych dość często zwracało uwagę, że nie mógłby w ogóle wpaść na myśl 
ofiarowania córki, gdyby ofiary z życia ludzkiego były zabronione. Wśród wszystkich oprawców i katów 
człowieka   największą   ilością   ofiar   z   człowieka   i   największą   ich   potwornością   wyróżniali   się   dawni 
Meksykanie, którzy często w ciągu jednego dnia zabijali pięć, a nawet dwadzieścia osób.

Krwawe ofiary z ludzi przetrwaly aż do naszych czasów, jak prawie wszystkie religijne niedorzeczności i 

okrucieństwa odziedziczone po czasach starożytnych. I tak w uwagach do Kodeksu hinduskiego czytamy, że 
w roku 1791 jednego ranka znaleziono w świątyni Diosa czyli Sziwy człowieka ze ściętą głową. Był to 
pewien  harri, przedstawiciel najniższej kasty, którego zabito, by odwrócić jakieś wielkie nieszczęście. A 

29

background image

niektóre   dzikie   plemiona   marackie   karmią   i   tuczą   niby   bydło   swoich   najpiękniejszych   chłopców   i 
dziewczęta, aby złożyć ich w ofierze podczas szczególnych świąt. Nawet tak bardzo sentymentalni Hindusi, 
czule   troszczący  się   o   życie   wszelkich   owadów,   w  okresach   wielkich  klęsk,   jak  wojna   i   głód,   strącali 
najznakomitszych   braminów   ze  szczytów   swych   pagód,  by w  ten  sposób  uśmierzyć   gniew  bogów.  „W 
Tonkinie (Indochiny) - jak podaje na podstawie opisów podróży Meiners w Powszechnych dziejach religii - 
zabija się co roku dzieci przy pomocy trucizny, aby bogowie pobłogosławili pola i obdarzyli lud bogatym 
plonem,  albo też  rozcina się  jedno z dzieci na  pół  dla  udobruchania  bogów i nakłonienia  ich, aby nie 
szkodzili pozostałym. W Laosie przystępuje się do budowy świątyni dopiero po złożeniu pod fundamenty 
pierwszych przechodniów i uświęceniu w ten sposób ziemi pod świątynię”. „Liczne ludy murzyńskie jeszcze 
dzisiaj ofiarowują setki i tysiące jeńców rojąc sobie, że przy pomocy takich ofiar najpewniej mogą pozyskać 
życzliwość bogów, a tym samym  zwycięstwo nad wrogiem. W innych częściach Afryki zabija się bądź 
dzieci,   bądź   dorosłych,   aby   przywrócić   zdrowie   chorym   królom   lub   przedłużyć   ich   życie”   (Meiners). 
Kandowie z Gondwany, nowoodkryte plemię pierwotnych mieszkańców Indii - jak to podaje czasopismo 
„Ausland”,   rocznik   1849   -   regularnie   co   roku   składają   ofiary  z   ludzi   najwyższemu   bogu,   bogu   ziemi, 
imieniem Bera Pennu, od którego zgodnie z ich wiarą zależy rozmnażanie się ludzi, zwierząt i roślin. A 
czynią to poza tym również w celu przebłagania rozsierdzonego bóstwa w razie nieszczęśliwych wypadków, 
np, jeśli dziecko zostanie rozszarpane przez tygrysa. Mieszkańcy wysp Oceanu Spokojnego do niedawna 
składali ludzi w ofierze, a częściowo czynią to dziś jeszcze.

Religia chrześcijańska słynie głównie z tego, że zniosła ofiary z ludzi. Atoli na miejsce krwawych ofiar 

ludzkich wprowadziła ona ofiary innego rodzaju: na miejsce cielesnej ofiary z człowieka wprowadziła ofiarę 
psychologiczną, tę duchową ofiarę z ludzi, która chociaż nie jest taką ofiarą z pozoru, to jednak faktycznie i 
naprawdę jest ofiarą z człowieka. Ludzie, którzy zważają tylko na pozory, sądzą, że religia chrześcijańska 
ustanowiła coś wręcz przeciwnego niż religia pogańska; lecz jest to tylko złudzenie. Przykład:  Kościół 
chrześcijański potępił autokastrację, choć Biblia, wszystko jedno faktycznie czy formalnie, opowiada się za 
nią;   w   każdym   razie   wielki   ojciec   kościoła   Origenes,   z   pewnością   równie   uczony  jak   obecni   panowie 
teologowie, zrozumiał ją w ten sposób, że uznał za swój obowiązek dokonać na sobie kastracji. Wprawdzie 
wiara   i   kościół   chrześcijański   najsurowiej   zabraniają   cielesnej   kastracji   praktykowanej   w   religiach 
pogańskich,   ale   jednocześnie   zalecają   moralną,   duchową,   psychologiczną   kastrację.   Nawet   Luter   stan 
bezżenny   stawia   wyżej   niż   małżeństwo.   Jakaż   jednak   jest   różnica   między   cielesnym   a   duchowym 
zniszczeniem narządu? Żadna. W pierwszym wypadku pozbawiam narządu jego cielesnego, anatomicznego 
istnienia, a w drugim jego istnienia i znaczenia fizjologicznego, A zatem jest obojętne, czy w ogóle nie 
posiadam jakiegoś narządu, czy tylko nie używam go zgodnie z jego naturalnym przeznaczeniem, czy więc 
zabijam go fizycznie, czy duchowo. Ta zaś różnica między pogańską a chrześcijańską autokastracją jest 
zarazem   różnicą   między   pogańską   a   chrześcijańską   ofiarą   z   człowieka.   Religia   chrześcijańska   nie   ma 
wprawdzie na sumieniu cielesnych, anatomicznych ofiar ludzkich, ale ma za to na sumieniu wystarczająco 
dużo   ofiar   psychologicznych.   Tam   gdzie   przed   człowiekiem   postawiono   jako   ideał   istotę   abstrakcyjną, 
odmienną od rzeczywistej istoty, jakże mógł on ne starać się oddalić wszystko i wyzbyć wszystkiego, co 
sprzeciwia się temu celowi, temu ideałowi! Jeżeli bóg nie jest istotą zmysłową, to człowiek musi złożyć mu 
w ofierze swoją zmysłowość; albowiem bóg, jak to później wykażemy wyraźnie, nie jest niczym innym jak 
celem człowieka, jego ideałem. Bóg, kóry nie jest moralnym, praktycznym wzorem człowieka, który nie jest 
tym, czym człowiek sam ma być i czym chce być, taki bóg jest bogiem tylko z imienia. A zatem, krótko 
mówiąc, religia chrześcijańska - rozumie się jako religia, tzn. religia opierająca się na wierze teologicznej - 
w   zasadzie   nie   różni   się   w   ogóle   od   innych   religii,   a   więc   nie   różni   się   także   i   pod   tym   względem. 
Chrześcijaństwo na miejsce boga widzialnego, zmysłowego, cielesnego postawiło boga niewidzialnego, a na 
miejsce   widzialnej,   namacalnej   ofiary   z   człowieka   postawiło   ofiarę   niewidzialną   i   niezmysłową,   lecz 
niemniej rzeczywistą.

Z powyższych przykładów widać, że nawet najbardziej bezsensowne i potworne w istocie zanegownnie 

człowieka – a więc mord religijny - ma ludzki, egoistyczny cel. Nawet tam, gdzie człowiek nie uśmierca 
innych,   lecz   samego   siebie,   gdzie   sam   rezygnuje   ze   wszystkich   dóbr   ziemskich   i   odrzuca   wszystkie 
zmysłowe   i   ludzkie   radości,   nawet   tam   wyrzeczenie   jest   tylko   środkiem   do   osiagnięcia   i   zażywania 
niebiańskiej   lub   boskiej   szczęśliwości.   Właśnie   tak   jest   u   chrześcijan.   Chrześcijanin   ofiarowuje   siebie, 
neguje sam siebie, by osiągnąć szczęśliwość. Ofiarować się bogu, znaczy dla chrześcijanina: wyrzec się na 
rzecz   niebieskiego   raju   wszystkich   ziemskich,   doczesnych   radości,   które   nie   wystarczają 
nadnaturalistycznemu ideałowi chrześcijan. Tak samo jest u Hindusów. I tak np. Kodeks Manu głosi: „Gdy 
bramin będzie unikał wszelkich zmysłowych rozkoszy, wtedy osiągnie szczęśliwość, która trwać będzie i po 
śmierci”. „Kiedy bramin doprowadzi swoje ciało do martwoty i stnaie się obojętny na wszelką troskę i 
strach, znajdzie najwyższe uznanie u Boga”. Drogą wyrzeczeń i samounicestwiania dążą więc bramini do 
tego,   nby   zjednoczyć   się   z   bogiem,   aby   stać   się   samemu   bogiem;   jednakowoż   to   fantastyczne 
samowyrzeczenie łączy się z najlepszym samopoczuciem, z najwyższym samozaspokojeniem. Bramini są 

30

background image

najbardziej pysznymi  ludżmi  pod słońcem;  uważają siebie za ziemskich bogów; inni ludzie są dla nich 
niczym.   Religijna   pokora,   korzenie   się   przed   bogiem   zawsze   szuka   rekompensaty   w   postaci   pychy 
okazywanej   wobec   bliżnich.   Już   samo   odgrodzenie   się   od   zmysłów,   które   jest   celem   Hindusa   -   to 
niepatrzenie, niedotykanie, niewąchanie - połączone jest z fantastyczna rozkoszą. W pamiętnikach Berniera 
czytamy o braminach, co następuje: „Zapadają oni w tak głęboką ekstazę, że przez długie godziny są bez 
czucia;   w   tym   czasie,   jak   sami   utrzymują,   widzą   samego   Boga   jako   błyszczące,   nieopisane   światło   i 
odczuwają przy tym niewymowne upojenie, całkowitą pogardę i izolację w stosunku do świata. Opowiadał 
mi to jeden z nich, który twierdził, że umie pogrążyć się w takiej ekstazie, kiedy tylko zechce”. A wiadomo, 
jak bliskie są sobie religijne okrucieństwo i religijne opętanie. Tak więc nawet przy najwyższych postaciach 
ofiary   cel   jej   okazuje   się   egoistyczny,   a   tym   bardziej   jest   to   widoczne   w   jej   niższych   postaciach. 
„Myśliwskie   i   rybackie   ludy   Ameryki,   Syberii   i   Afryki   ofiarowują   cząstkę   swej   zdobyczy   bogom   luh 
duchom  zabitych   zwierząt;   całe   zwierzęta   ofiarowują   one   zazwyczaj   tylko   w   potrzebie,   na   szczególnie 
niebezpiecznych drogach i rzekach. Mieszkańcy Kamczatki przeznaczają dla bogów ze złowionych ryb tylko 
głowy   i   ogony,   których   sami   nie   jedzą   (wedle   opisu   Kamczatki,   pióra   Stefana   Kraczennikowa, 
najwspanialszą   ofiarą   mieszkańców   Kamczatki   są   gałgany   zawieszone   na   kiju   –   przyp.   aut.).   Dawni 
Słowianie rzucali na stos ofiarny najgorsze części poświęconych zwierząt. Najlepsze części albo spożywali 
sami, albo oddawali kapłanom. Różne hordy tatarskie i mongolskie na Syberii, w gubemiach orenburskiej, 
kazańskiej i astrachańskiej, ofiarowują bogom ze zwierząt przeznaczonych na ofiarę, a mianowicie z koni, 
krów, owiec lub reniferów, albo tylko kości i rogi, albo co najwyżej, obok kości i rogów, głowy, nozdrza i 
uszy, racice i trzewia. Murzyni afrykańscy pozostawiają bogom także tylko skóry i rogi” (Meiners,  o. c.). 
Ludy klasyczne, Rzymianie i Grecy, urządzały holokausty, tzn. Ofiary całopalne, przy których po zdjęciu 
skóry palono całe zwierzę bogom na chwałę; lecz zazwyczaj bogom dawali tylko część, najsmakowitsze zaś 
kąski spożywali sami. Pewien znany ustęp z Hezjoda – różnie zresztą interpretowany – mówi, że chytry 
Prometeusz nauczył ludzi, aby sobie zostawiali mięso zwierząt, a bogom ofiarowywali tylko kości. 

Ze skąpstwem takich ofiar kontrastuje na pozór hojność innych, które ci sami Grecy i Rzymianie niekiedy 

składali bogom. Tak Aleksander po zwycięstwie nad Lacedemończykami ofiarował całą hekatombę, a jego 
matka   Olimpias   składała   na   ofiarę   po   tysiąc   wołów.   Rzymianie   na   intencję   zwycięstwa   lub   po   nim 
ofiarowywali setki wołów albo wszystkie cieleta i owieczki, koźlątka i prosięta, które przyszły na wiosnę. Po 
śmierci Tyberiusza ogarnęła Rzymian taka radość z powodu wstąpienia na tron nowego władcy, że - jak 
opowiada Swetoniusz – w pierwszych trzech miesiącach rządów Kaliguli złożono w ofierze ponad 160 000 
sztuk  bydła.   Meiners   w  cytowanym   już   dziele   robi   o  tych   szczodrobliwych   ofiarach  taką   uwagę:   „Nie 
przynosi to wcale zaszczytu ani Grekom, ani Rzymianom, że prześcigali wszystkie znane ludy w hojności 
ofiar, zwłaszcza że największa rozrzutność w tych ofiarach przypada głównie na okres, w którym Grecy i 
Rzymianie osiągnęli najwyższy poziom sztuki i nauki”. Dla kierunku, który filozofia obrała w nowszych 
czasach, w najwyższym stopniu charakterystyczna jest uwaga jednego z filozofów ze szkoły heglowskiej, 
którą wypowiada w dziele  Religia natury  w związku z powyższym zdaniem Meinersa: „Ale przynosi też 
mało zaszczytu Meinersowi, iż nie zrozumiał, że taka hekatomba, takie wyzbycie się swojej własności, taka 
obojętność   w   stosunku   do   korzyści   własnej,   jest   obrzędem   w   najwyższym   stopniu   godnym   i   Boga,   i 
człowieka!”   Oczywiście!   Jest   najczcigodniejszym   obrzędem   w   rozumieniu   współczesnego 
spirytualistycznego pojmowania  religii;  pogląd ten cały sens religii  widzi tylko  w jej  bezsensowności  i 
dlatego uważa za rzecz godniejszą człowieka ofiarowywanie bogom, którzy nie mają potrzeb, setek i tysięcy 
wołów,   niż   nakarmienie   nimi   głodujących   ludzi.   Ale   nawet   i   te   ofiary,   które   religijny  arystokratyzm   i 
sybarytyzm zapisuje na swoje dobro, potwierdzają pogląd przeze mnie rozwinięty. To, co powiedziałem o 
uczuciu niedoli i uczuciu radości, o wyzwoleniu z niebezpieczeństwa, wyjaśnia także w pełni przeróżne 
formy   ofiary.   Wielki   strach,   wielka   radość   -   gotowe   są   także   do   wielkich   ofiar;   obydwa   uczucia   są 
bezgraniczne,   transcendentne,  bezkresne;  obydwa  są  też   z  tego powodu  psychologicznymi  przyczynami 
bezkresnych istot, bogów. Bezgraniczna ofiarność dochodzi do skutku w momentach bezgranicznej bojaźni i 
radości. A zatem nie jakimś tam bogom na Olimpie, nie jakimś tam nieludzkim i nadludzkim istotom; nie! 
tylko uczuciom strachu i radości Grecy i Rzymianie składali swe hekatomby. W normalnym biegu rzeczy, 
kiedy człowiek nie wyrasta ponad zwykły, pospolity egoizm, jest on zdolny tylko do egoistycznych ofiar w 
sensie zwykłego egoizmu; jednak w chwilach niezwykłych, a więc także w niezwykłych, niecodziennych 
afektach, zdolny jest także do nadzwyczajnych ofiar. W strachu człowiek obiecuje wszystko, co posiada; 
odurzony radością, przynajmniej w pierwszym jej porywie, zanim wszedł w normalne łożysko zwykłego 
egoizmu,   wypełnia   swą   obietnicę.   Krótko   mówiąc,   strach   i   radość   są   afektami   altruistycznymi,   lecz 
altruistycznymi   z   egoizmu.   Skąpe   i   brudne   ofiary   w   zasadzie   niczym   nie   różnią   się   przeto   od   ofiar 
szczodrych i hojnych. To zresztą nie wyczerpuje bynajmniej różnicy między hekatombami składanymi w 
ofierze przez Greków, a ogonami rybimi, rogami, racicami i kośćmi, które ludy prymitywne ofiarowywały 
swoim bogom. Jak różni są ludzie, tak różne religie, a jak różne religie, tak różne ofiary. Człowiek w religii 
nie   zaspokaja   pragnień   żadnych   innych   istot,   ale   zaspokaja   pragnienie   swojej   własnej   istoty.   Człowiek 

31

background image

niewykształcony zna tylko potrzeby i sprawy związane z jamą  brzuszną; jego prawdziwym  bogiem jest 
żołądek. Dla fałszywych i fikcyjnych bogów, istniejących tylko w jego wyobraźni, pozostawia on to, czego 
nie trawi jego żołądek: rybie ogony i głowy, rogi, skórę i kości. Człowiek wykształcony, przeciwnie, posiada 
poza tym pragnienia i potrzeby estetyczne; nie chce jeść bez wyboru wszystkiego, co co zapełnia żołądek i 
zaspokaja   głód;   chce   jeść   potrawy   wyszukane;   pożąda   ponadto   przyjemnych   zapachów,   widoków, 
dźwięków; posiada – krótko mówiąc; zmysł artystyczny.  Ludy, które tworzą swoich bogów ze zmysłem 
artystycznym, mają również ofiary artystyczne, przyjemne dla oka i ucha. Rozrzutne zaś ludy mają rozrzutne 
ofiary. Jak daleko sięga zmysł danego ludu, tak daleko sięgają też jego bogowie. Jeśli zmysł, jesli wzrok 
człowieka nie wznosi się ku gwiazdom, nie uznaje on też ciał niebieskich za bogów; gdzie zaś człowiek, jak 
u Ostiaków i Samojedów, bez obrzydzenia żywi się nawet ścierwem i z apetytem zajada zdechłe wieloryby, 
tam   też   i   bogowie   są   nieapetyczni,   nieestetyczni   i   budzący   wstręt.   Jeśli   więc   będziemy   rozpatrywali 
hekatomby   Greków  i   Rzymian   ze   stanowiska,   które   sprowadza   religię   do   człowieka,   jeśli   będziemy   je 
rozpatrywali  jako ofiary,  które składali oni swoim własnym  zmysłom,  to można  im poczytać  wręcz za 
zasługę, że nie hołdowali wyłącznie pospolitemu egoizmowi i własnej korzyści.

Dotychczas   mówiliśmy   tylko   o   właściwych   ofiarach   religijnych;   historia   religii   opisuje   nam   jednak 

również inny rodzaj ofiar, które w odróżnieniu od właściwych ofiar religijnych możemy nazwać ofiarami 
moralnymi. Są to dobrowolne akty poświęcenia się dla dobra innych ludzi, dla dobra państwa, dla dobra 
ojczyzny. Wprawdzie i tutaj człowiek ofiarowuje się bogom, aby ułagodzić ich gniew, lecz dla ofiar tych 
charakterystyczne   jest   bohaterstwo   moralne   czy   patriotyczne.   W   ten   sposób   u   Rzymian   na   przykład 
ofiarowali się dla ojczyzny obaj Decjusze; u Kartagińczyków dwaj Filenowie, którzy w związku ze sporem 
granicznym między Kartaginą a Cyreną kazali pogrzebać się żywcem - tak przynajmniej opowiadają - i 
uzyskali przez to dla Kartaginy spory szmat ziemi; podobnie sufet Hamilkar dla pozyskania bogów rzucił się 
w ogień i dlatego też Kartagillczycy oddawali mu cześć boską, tak jak obu Filenom. Taką samą ofiarę złożył 
z siebie u Greków Spertiasz, Kodros, mityczny Menojkeus. Lecz ofiary te w najmniejszym nawet stopniu nie 
usprawiedliwiają   idei   nadnaturalistycznego,   fantastycznego   negowania   człowieka,   z   której   religijni   i 
spekulatywni absolutyści czynią istotę religii. Takie akty samozaparcia mają bowiem niewątpliwie za swoją 
treść i swój cel afirmację ludzkich celów i pragnień; tylko że negacja i afirmacja, ofiara i egoizm odnoszą się 
tu do różnych osób. Ludźmi, dla których się poświęcam, są wszakże moi współobywatele, moi ziomkowie. 
To, co leży w ich interesie, leży też w moim, i ocalenie ojczyzny jest także moim pragnieniem. Poświęcam 
więc życie dla swojej własnej istoty, a nie dla jakiejś istoty obcej, odmiennej ode mnie, istoty teologicznej; 
poświęcam życie dla swych własnych pragnień, swej własnej woli; poświęcam życie, aby żyła ojczyzna, 
Właściwymi   bogami,   którym   Grecy   i   Rzymianie   składali   wspaniałe   ofiary,   nie   byli   jacyś   bogowie 
pozaludzcy,   lecz   ich   własny   zmysł   artystyczny,   ich   estetyczny   smak,   ich   upodobanie   w   zbytku   i 
widowiskach.   Podobnie   też   Kodros,   Decjusze,   Hamilkar,   Filenowie   złożyli   życie   w   ofierze   tylko   swej 
miłości dla ojczyzny. Lecz miłość ojczyzny nie wyklucza miłości własnej; moja własna dola i niedola jest 
naj ściślej związana z dolą i niedolą ojczyzny. Stąd u Persów, jak pisze Herodot, ofiarnik modlił się nie tylko 
za siebie, lecz i „za wszystkich Persów, jako że wśród wszystkich Persów jest i on sam”, Gdy więc proszę o 
coś dla mojej ojczyzny, proszę zarazem i dla siebie; w normalnych warunkach los mój jest ściśle związany z 
losem innych. Tylko w chwilach wyjątkowych nieszczęść jednostka musi się poświęcać za zbiorowość, to 
znaczy za większość. Lecz jest głupotą podawać jako normę wypadki nadzwyczajne, wyjątkowe, i robić z 
samowyrzeczenia bezwarunkową, uniwersalną zasadę i prawo. Przecież zbiorowość i jednostka nie są czymś 
zasadniczo różnym,  zbiorowość składa  się z  jednostek, a  państwo, wspólnota ludzka  musiałaby zginąć, 
gdyby   wszyscy   ludzie   spełnili   wymagania   absolutystów   spekulatywnych,   religijnych   i   politycznych,   tj. 
wymagania samounicestwienia się i pozbawienia się życia cielesnego. Tylko egoizm jest. tym, co cementuje 
państwa; państwo rozpada się tylko wtedy, gdy egoizm jednego stanu, jednej klasy lub jednostek nie uznaje 
za równouprawniony egoizmu innych ludzi, innych stanów. Ale nawet i tam, gdzie miłość sięga poza granice 
ojczyzny i obejmuje wszystkich ludzi, stając się miłością całego rodzaju ludzkiego, nie jest ona pozbawiona 
miłości własnej. Albowiem w ludziach miłuję przecież tylko moją istotę, mój rodzaj; wszak ludzie są ciałem 
z mego ciała i krwią z mojej krwi. Jesli jednak prawo i zasada miłości własnej są nieodłączne od każdej w 
ogóle miłości, są koniecznym, niezaprzeczonym, powszechnym prawem i zasadą, to rzeczywiście na każdej 
karcie swoich dziejów. Wszędzie, gdziekolwiek człowiek zwalcza egoizm ludzki w tym właśnie znaczeniu, 
czy to w religii, filozofii czy w polityce, popada w czysty absurd i obłęd; albowiem wszelkie ludzkie popędy, 
dążenia i działania, mają tylko ten jeden sens: zadowolić istotę ludzką, ludzki egoizm.

WYKŁAD DZIESIĄTY

Dotychczasowe wykłady oraz ta część rozprawy O istocie religii, która jest ich podstawą, miały za cel 

wykazać, że poczueie zależnośei jest u człowieka podstawą i źródłem religii, oraz że przedmiotem tego 
poczucia zależności, zanim hiperfizyczna spekulacja i refleksja go nie sfałszują, jest przyroda; w przyrodzie 

32

background image

bowiem żyjemy, działamy, jesteśmy; ona to otacza człowieka ze wszystkich stron; gdybyśmy ją przekreślili, 
przekreślilibyśmy też istnienie człowieka; z niej człowiek pochodzi i dzięki niej istnieje, od niej zależy we 
wszystkim,   na   każdym   kroku   i   we   wszelkich   swych   czynnościach   i   poczynaniach.   Chcieć   oderwać 
człowieka od przyrody, znaczy to samo, co chcieć oddzielić oko od światła, płuca od powietrza, to samo, co 
uniezależniać żołądek od pożywienia i chcieć uczynić go istotą samodzielną i autonomiczną. A to, od czego 
człowiek zależy, co jest panem jego życia i śmierci, co jest źródłem bojaźni i radości, to jest i nazywa się 
bogiem człowieka. Analiza poczucia zależności pokazała nam, że człowiek czci przyrodę, w ogóle boga 
tylko z powodu jego dobroczynności, a jeśli nawet czyni to z powodu jego szkodliwości i straszliwośei, to 
tylko dlatego, by tę szkodliwość od siebie odwrócić. Poczucie zależnośei doprowadziło nas w ten sposób do 
uznania   egoizmu   za   ostateczną,   utajoną   podstawę   religii.   Dla   uniknięcia   jednak   nieporozumień   i   dla 
głębszego uzasadnienia tej tezy pozwólmy sobie jeszcze na następującą uwagę. Poczucie zależności zdaje się 
przeczyć  egoizmowi  o tyle, że w egoizmie  podporządkowuję przedmiot  sobie, a w poczuciu zależności 
siebie   przedmiotowi;   w  egoizmie   uważam  siebie   za   coś   ważnego,   znacznego,   a   w  poczuciu  zależności 
odwrotnie - czuję swoją własną nicość w obliczu czegoś potężniejszego. Ale zbadajmy bliżej bojaźń, która 
jest najwyższym stopniem i wyrazem poczucia zależności! Dlaczegóż to niewolnik boi się swego pana, a 
człowiek pierwotny boga grzmotu i błyskawicy? Otóż dlatego, że pan ma w swym ręku życie niewolnika, a 
gromowładny bóg w ogóle życie człowieka. Czegóż to człowiek się boi? Utraty życia. Boi się zatem tylko z 
egoizmu, z miłości własnej, z przywiązania do życia. Gdzie nie ma egoizmu, tam nie ma również poczucia 
zależności. Dla kogo życie jest obojętne, dla kogo życie jest niczym, dla tego niczym jest i to, od czego życie 
zależy. Taki człowiek ani się nie boi żadnej z tych rzeczy, ani jej nie oczekuje; w jego obojętności nie ma 
przeto żadnego punktu zaczepienia, żadnego punktu oparcia dla poczucia zależności. Jeśli np. lubię swobodę 
poruszania się, to czuję się zależnym od tego, kto może mi ją dać lub zabrać, kto może mnie zamknąć lub 
wypuścić na wolność; chciałbym się częściej przechadzać, ale nie mogę, bo ktoś silniejszy mi tego zabrania. 
Jeśli natomiast jest mi zgoła obojętne, czy jestem uwięziony, czy wolny, czy jestem w swojej izbie, czy na 
dworze,   wtedy  nie   czuję   się   zależnym   od  tego,   kto  mnie   zamyka.   Może   mi   dać   lub  odebrać   swobodę 
poruszania się, a nie uzyska przez to nade mną żadnej mocy, która by mi była miła lub straszna, która by 
więc budziła we mnie poczucie zależności. Dzieje się zaś tak dlatego, że popęd do przechadzania się nie ma 
nade mną żadnej mocy. Zewnętrzna moc zakłada zatem jakąś moc wewnętrzną, psychologiczną, zakłada 
pewien egoistyczny motyw i interes, bez którego nie ma ona dla mnie znaczenia, nie ma nade mną żadnej 
mocy   i   nie   budzi   żadnego  poczucua   zależności.   Zależność   od  innej   istoty  jest   w   gruncie   rzeczy  tylko 
zależnością od mojej własnej istoty, od moich własnych popędów, pragnień i interesów. Poczucie zależności 
jest   więc   tylko   pośrednim,   odwróconym,   negatywnym   samolubstwem.   Nie   jest   samolubstwem 
bezpośrednim, ale samolubstwem wywołanym za pośrednictwem przedmiotu, od którego czuję się zależny. 
Ale zależny jestem tylko od tych istot, które są mi potrzebne dla zachowania mego istnienia, bez których nie 
mogę tego, co bym chciał móc; jestem zależny od istot, które posiadają moc obdarzenia mnie tym, czego 
pragnę, czego mi potrzeba, a czego nie jestem zdolny sam sobie dostarczyć. Gdzie nie ma potrzeb, tam nie 
ma poczucia zależności. Gdyby człowiek nie potrzebował przyrody dla swego istnienia, nie odczuwałby 
swej zależności od niej i nie czyniłby jej przedmiotem czci religijnej A im bardziej jakiś przedmiot jest mi 
potrzebny, tym bardziej czuję się od niego zależny, tym większą ma on nade mną moc. Ale sama ta moc 
przedmiotu jest tylko wtórna, mianowicie jest następstwem mocy mojej potrzeby. Potrzeba jest zarówno 
sługą jak panem swego przedmiotu, jest zarówno pokorna, jak pyszna, butna. Pragnie przedmiotu i jest 
nieszczęśliwa bez niego; na tym polega jej służebność, jej pokora, jej zależność; ale także go łaknie, by się 
nim zaspokoić, rozkoszować, by go obrócić na swoje dobro; w tym tkwi jej władczość, jej egoizm. Te same, 
na pozór sprzeczne i przeciwstawne cechy, posiada w sobie także poczucie zależności, gdyż jest ono tylko 
uświadomioną   albo   odczutą   potrzebą   jakiegoś   przedmiotu.   Tak   więc   głód   jest   tylko   odczuwaną   i 
uświadomioną   potrzebą   nakarmienia   mego   żołądka;   jest   więc   tylko   moim   poczuciem   zależności   od 
pożywienia. Na gruncie tej amfibolicznej, tzn. dwuznacznej i rzeczywiście dwustronnej natury poczucia 
zależności staje się również jasny fakt, który tak bardzo wydawał się dziwny, ponieważ nie można było dlań 
znależć żadnego rozumnego wyjaśnienia, mianowicie że ludzie mogli oddawać cześć religijną zwierzętom i 
roślinom, które przecież niszczyli i zjadali (a chrześcijanie spożywają nawet swojego boga – przyp aut.). 
Potrzeba, która mnie zmusza do spożywania przedmiotu mego kultu, ma naturę podwójną, podporządkowuje 
zarówno mnie przedmiotowi, jak przedmiot mnie. Potrzeba ta jest przeto i religijna, i niereligijna. Albo, jeśli 
rozłożymy potrzebę na jej składniki, na jej momenty, jak mówią współczesni filozofowie, to zobaczymy, że 
można   wyróżnić   w niej  i  moment  braku,  i  moment   posiadania  (Genuss)  jakiegoś  przedmiotu;  potrzeba 
jakiegoś przedmiotu ma  związek z jego posiadaniem,  ponieważ jest przecież tylko potrzebą posiadania. 
Posiadanie przedmiotu nastraja oczywiście wesoło, a przynajmniej można je w ten sposób ujmować, kiedy 
się przedmiot spożywa. Ale potrzeba, tzn. uczucie braku, pożądanie, poczucie zależności od przedmiotu 
nastraja   religijnie,   pokornie,   fantastycznie,   ubóstwiająco.   Dopóki   coś   jest   tylko   przedmiotem   mego 
pożądania, dopóty jest dla mnie  czymś  najwyższym,  dopóty fantazja zdobi ten przedmiot w najbardziej 

33

background image

zachwycające   barwy,   podnosi   mą   potrzebę   aż   do   siódmego   nieba;   gdy   jednak   zdobyłem   już   to   coś   i 
rozkoszuję  się  nim,  traci  ono  przez  swą  obecność   wszelkie  religijne  powaby i  pozory,   staje   się   czymś 
zwykłym.  Stąd bierze się to powszednie zjawisko, że wszyscy ludzie, a przynajmniej ludzie o uczuciach 
prymitywnych, tzn. oddani tylko chwilowym wrażeniom i uczuciom, są uczynni, ofiarni i wszystko obiecują 
w potrzebie, w nieszczęściu, tzn. w chwilach, kiedy im czegoś potrzeba, natomiast gdy odzyskają to, co 
stracili lub czego pragnęli, stają się niewdzięczni, samolubni, zapominają o wszystkim. Stąd też przysłowie 
jak: jak trwoga, to do boga; stąd również zjawisko, tak gorszące pobożnych, że ludzie na ogół tylko w 
biedzie, w potrzebie i nieszczęściu są religijni.

Ten fakt czy zjawisko, że ludzie czczą jako przedmioty religijne rzeczy lub istoty, które spożywają, tak 

mało   ma   wspólnego   z   niezwykłością   i   cudownością,   że   raczej   unaocznia   nam   tylko   jasno   i   wyraźnie 
obydwie   przeciwstawne   strony   religijnego   poczucia   zależności.   Różnica   między   pogańskim   a 
chrześcijańskim poczuciem zależności jest tylko różnicą między ich przedmiotami, tzn. różnicą polegającą 
na   tym,   że   przedmiot   pogańskiego   poczucia   zależności   jest   przedmiotem   określonym,   rzeczywistym, 
zmysłowym, zaś przedmiot chrześcijańskiego poczucia zależności - abstrahując już od boga, który staje się 
ciałem,   od  boga   jadalnego   -   jest   przedmiotem   nieograniczonym,   powszechnym,   tylko   pomyślanym   czy 
wyobrażonym,  a zatem takim,  którego nie można  spożywać  ani posiadać fizycznie, który mimo  to jest 
przedmiotem   rozkoszowania   się,   ponieważ   jest   dla   chrześcijan   przedmiotem   potrzeby,   przedmiotem 
poczucia zależności. Tylko że jest to rozkoszowanie się szczególnego rodzaju, ponieważ i potrzeba jest 
szczególnego rodzaju; chrześcijanin pragnie bowiem od swego boga nie tak zwanego życia doczesnego, ale 
życia  wiecznego, nie zaspokojenia jakiejś bezpośredniej potrzeby zmysłowej  lub cielesnej, ale potrzeby 
duchowej, uczuciowej. „Posługujemy się rzeczami albo użytkujemy je - mówi ojciec kościoła Augustyn w 
Państwie bożym - choć ani nie pożądamy ich, ani nie poszukujemy ze względu na nie same, lecz ze względu 
na coś innego, natomiast rozkoszujemy się tym, czego nie odnosimy do niczego innego, lecz co nas upaja 
samo przez się. Rzeczy ziemskie są przeto przedmiotem użytkowania (usus), natomiast rzeczy wieczne, bóg, 
przedmiotem rozkoszowania się (fructus). Jeżeli nawet zgodzimy się na tę różnicę i przyjmiemy, że jest ona 
cechą odróżniającą pogaństwo od chrześcijaństwa, jeżeli zgodzimy się, że w pogaństwie przedmioty religii, 
bogowie,   są   przedmiotami   użytkowania   (usus),   w   chrześcijaństwie   zaś   przedmiot   religii   jest   tylko 
przedmiotem rozkoszowania się (fructus), to mimo to w chrześcijaństwie mamy do czynienia z tymi samymi 
zjawiskami i tymi  samymi  przeciwieństwami, które wykryliśmy w naturze potrzeby, w naturze poczucia 
zależności. Tylko że zjawiska te chrześcijanie dostrzegają w religii pogan, a nie dostrzegają ich we własnej; 
chrześcijański bóg bowiem jako przedmiot rozkoszowania się (w tym sensie, w jakim Augustyn odróżnia je 
od użytkowania) jest takim samym przedmiotem egoizmu, jak u pogan przedmiot fizycznego rozkoszowania 
się, który jest dla nich przedmiotem religii. Sprzeczność, która polega na tym, że człowiek czci jako boga to, 
co spożywa, jest, jak wykazaliśmy, właściwa także chrześcijańskiemu poczuciu zależności, a tylko dzięki 
naturze jego przedmiotu nie jest równie jasno widoczna (choć jest ona i tutaj widoczna w kulcie Ostatniej 
Wieczerzy   –   przyp.   aut.).   Niektóre   ludy   wyrażają   tę   sprzeczność   w   sposób   tak   naiwny,   że   wprost 
rozbrajający.   „Nie   pamiętaj   nam   tego,   żeśmy   cię   zabili”   -   z   takimi   słowami   zwracali   się   mieszkańcy 
północnej Ameryki do upolowanego niedźwiedzia. - „Jesteś wyrozumiały i pojmujesz, że nasze dzieci są 
głodne. Kochają cię one i chcą cię zjeść. Czyż nie przynosi ci zaszczytu, że zostaniesz zjedzony przez dzieci 
wielkiego   Kapitana”.   „Charlevoix   opowiada   o   innych   Amerykanach,   u   których   ten,   kto   upolował 
niedźwiedzia, wtyka w paszezę zabitego zwierzęcia palącą się fajkę, dmucha w jej główkę, napełnia gardło 
niedźwiedzia dymem i prosi go, by nie mścił się za to, co się stało. Podczas uczty, przy której zjada się 
niedźwiedzia,   jego   głowa   pomalowana   na   różne   kolory   sterczy   na   wzniesionym   miejscu,   a   wszyscy 
biesiadnicy   zanoszą   do   niej   modły   i   hymny   pochwalne”   (Meiners,  o.   c.)   Starożytni   Finowie   podczas 
ćwiartowania niedźwiedzia śpiewali taką pieśń: ,,O zwierzę leśne, najdroższe, pokonane i ciężko ranne, 
ześlij na nasze chaty zdrowie i łup, który lubisz, łup stokrotny, i dbaj, gdy będziesz u nas, o nasze potrzeby... 
Chcę   cię   zawsze   czcić  i  oczekiwać   od ciebie  zdobyczy,   abym   nigdy  nie   zapomniał   mojej   miłej  pieśni 
niedźwiedziej”   (Penannt,  Zoologia  arktyczna).  Widzimy  stąd,  że  zwierzę   zabite   i  spoźywane  może  być 
zarazem przedmiotem czci, i odwrotnie - przedmiot czci może być równocześnie przedmiotem spożycia. 
Widzimy, w jaki sposób religijne poczucie zależności wyraża i zawiera zarazem egoistyczne wynoszenie się 
człowieka ponad przedmiot, jeśli jest on przedmiotem rozkoszowania się; widzimy, jak człowiek nabożnie 
podporządkowuje się przedmiotowi, kiedy jest on przedmiotem potrzeby.

Ta długa dygresja na temat poczucia zależności i egoizmu nie była wcale przypadkowa, lecz konieczna, 

uzasadniona samym  przedmiotem.  Lecz wróćmy znowu do przyrody,  do pierwszego przedmiotu owego 
poczucia zależności. Zaznaczyłem już, że celem mojej rozprawy o istocie religii, a więc i celem niniejszych 
wykładów jest tylko udowodnienie, że bóg przyrodniczy (Naturgott), czyli bóg, którego człowiek uważa za 
coś   różnego  od   swej   istoty  i   zakłada,   że   jest   on  podstawą   i   źródłem  jego  istnienia,   jest   właśnie   samą 
przyrodą.  Bóg  ludzki   zaś   lub  bóg duchowy,  czyli   ten  jeden Bóg,   któremu   człowiek  przypisuje  ludzkie 
przymioty,   świadomość   i   wolę,   bóg,   którego   uważa   za   istotę   podobną   do   siebie,   którego   odróżnia   od 

34

background image

przyrody  jako  od  istoty  pozbawionej   woli   i   świadomości,   taki   bóg  nie   jest   niczym   innym,   jak  samym 
człowiekiem.   Znznaczyłem   jednak   również,   że   myśli   moje   nie   bujają   w   obłokach   bezpodstawnych 
spekulacji,   lecz   wyprowadzam   je   zawsze   ze   zjawisk   historycznych,   empirycznych.   Dlatego   nie 
przedstawiam swych myśli od razu w formie ogólnej, ale naprzód unaoczniam je, ucieleśniam i rozwijam na 
rzeczywistych przypadkach i przykładach. Zadaniem rozprawy O istocie religii, a przynajmniej jej pierwszej 
części, było wykazanie, że przyroda jest istotą pierwotną, pierwszą i ostatnią (ostatnią a parte ante - przyp. 
aut.; tj. właśnie najwcześniejszą, red.), poza którą nie jesteśmy w stanie się wydostać, nie gubiąc się w 
dziedzinie fantazji i bezprzedmiotowej spekulacji, i na której musimy się zatrzymać. Nie możemy twierdzić, 
że pochodzi ona od jakiejś różnej od niej istoty, od ducha, od istoty myślowej. A zatem wywodzić przyrodę z 
ducha można tylko w sensie subiektywnej, formalnej dedukcji naukowej, która nie ma nic wspólnego z 
rzeczywistym,  obiektywnym  stworzeniem lub powstaniem. To zadanie, tę myśl  nawiązałem do pewnego 
faktycznie istniejącego zjawiska, które już ją wyraża, a przynajmniej ma ją w swoim założeniu. Mam na 
myśli   religię   natury,   tę   prostą,   zwyczajną,   bezpośrednią   postawę   człowieka   (Menschensinn),   który   nie 
wyprowadza przyrody z jakiejś istoty duchowej, nienaturalnej i nadnaturalnej, lecz ją samą ujmuje jako 
istotę pierwszą, istotę boską. Wyznawca  religii natury czci przyrodę  nie tylko  jako istotę, dzięki której 
istnieje obecnie i bez której nie może żyć ani działać; czci on i rozpatruje przyrodę także jako istotę, przez 
którą ostatecznie powstał, a więc jako alfę i omegę człowieka. O ile jednak czci się i pojmuje przyrodę jalw 
istotę, która stworzyła człowieka, to naturę, przyrodę uważa się za coś, co samo nie jest. już stworzone ani 
wywołane. Albowiem człowiek, jak to później zobaczymy dokładnie, tylko wtedy wykracza poza przyrodę, 
tylko wtedy wyprowadza ją z jakiejś innej istoty, gdy nie umie na jej podstawie wyjaśnić swojej własnej 
istoty. Najpierw rozpatrywaliśmy przyrodę z praktycznego punktu widzenia i stwierdziliśmy, że staje się ona 
przedmiotem religii, ponieważ człowiek nie może bez niej żyć  ani istnieć, ponieważ jej dobroczynności 
zawdzięcza swoją aktualną egzystencję; ale i teraz, kiedy na nią patrzymy z teoretycznego punktu widzenia, 
ukazuje   się   nam   ona   jako   przedmiot   religii.   Na   stanowisku   religii   natury   przyroda   jest   dla   człowieka 
pierwszą istotą nie tylko praktycznie, ale również teoretycznie, tzn. jest tą istotą, z której wywodzi on swój 
początek. Indianie np. jeszcze dziś uważują ziemię za swoją wspólną matkę. Wierzą, że rodzą się z jej łona. 
Stąd   nazywają   się   sami  metoktheniake,   tzn.   z   ziemi   zrodzonymi   (Heckewelder,  Indianie).   Niektórzy 
starożytni Indianie uważali morze za naczelne bóstwo i nazywali je  mamacacha, tzn. matką, inni, jak np. 
Kolasowie, wierzyli, „że ich praojcowie powstali z bagna na wyspie Titicaca. Jeszcze inni wywodzili swój 
początek z olbrzymiej studni, skąd miał wyjść ich przodek. A jeszcze inni zapewniali, że ich przodkowie 
urodzili. się w zapadlinach i czeluściach skalnych; dlatego uważali te miejsca za święte i składali im ofiary. 
Inne szczepy przypisywały znowu przyczynę swego istnienia rzece i dlatego nikomu nie wolno było łowić w 
niej ryb, gdyż uważano je (ryby) za swe rodzeństwo” (Baumgarten, Dzieje ludów i krajów Ameryki. Autor 
czyni   w   tym   miejscu   słuszną   uwagę:   „Ponieważ   Indianie   różne   rzeczy   uważali   za   przyczynę   swego 
pochodzenia, mieli też skutkiem tego różnych bogów, którym oddawali cześć”). Grenlandczycy wierzą, że 
kiedyś na początku pewien Grenlandczyk wyrósł z ziemi, a później, kiedy zdobył kobietę, stał się praojcem 
wszystkich pozostałych Grenlandczyków (Bastholm, Wiedza człowieka w jego stanie dzikim i pierwotnym). 
Tak samo Grecy i Germanie uważali ziemię za matkę ludzi i czcili ją jako taką. Etymologowie wywodzą 
wręcz słowo  Erde  (ziemia)  od słowa  Ord, które w języku  anglosaksońskim znaczy tyle,  co zasada lub 
początek, a słowo Teutsch (niemiecki), od   tudtitTeutthiudtheotisc, czyli tyle, co ziemski lub z ziemi 
zrodzony. Jakżeż my,  Teutsche  (Niemcy), staliśmy się niewierni wobec naszego praźródła i naszej matki, 
jacyż niepodobni do niej przez chrześcijaństwo, które ukazuje nam jako naszą ojczyznę niebo!

Muszę jednak nadmienić, że także niektórzy Grecy, mianowicie starsi filozofowie, uważali, że i ludzie i 

zwierzęta   powstali   pod  wpływem   działania   ciepła   słonecznego  z   ziemi   bądź   z   wody,   bądź   z   obu   tych 
żywiołów razem. Jeszcze inni wierzyli, że ludzie nie mają początku i że są tak samo odwieczni jak przyroda 
czy świat. Jest również rzeczą znamienną, że religia, a raczej mitologia Greków, tak samo jak mitologia 
Germanów, a zwłaszcza Germanów północnych, były pierwotnie obie, a szczególnie ta ostatnia, religiami 
natury, i nie tylko ludzi, ale i bogów wywodziły z przyrody. Jest to wyraźny dowód, że bogowie są tym 
samym, co ludzie, że los bogów jest losem ludzi. Tak więc Okeanos, morze, jest u Homera rodzicem, tzn. 
stwórcą,   ojcem   bogów   i   ludzi;   u   Hezjoda   natomiast   ziemia   jest   matką   Uranosa,   nieba,   i   dopiero   w 
małżeństwie z nim jest matką bogów. Dlatego też u Sofoklesa ziemia  nazywa  się bóstwem naczelnym, 
najwyższym.   U   Germanów   północnych   olbrzym   Imir   -   „najprawdopodobniej   nieukształtowana   jeszcze 
całość   żywiołów   i   sił   przyrody”   (Müller,  op.   cit.)   -   wyprzedza   powstanie   bogów.   U  Rzymian,   jak   i   u 
Greków,   ziemia  jest   matką  bogów.  Augustyn   w  Państwie   bożym  drwi  z   poglądu,  jakoby bogowie  byli 
zrodzeni z ziemi, dowodząc, że w takim razie rację mieliby ci, którzy uważają bogów za dawnych ludzi. Ale 
bogowie, włączając w to również bogów Augustyna, powstali na pewno tylko z ziemi i jeżeli nawet nie byli 
ludźmi, jak uważał Euhemeros, to niewątpliwie nie istnieli wcześniej niż ludzie. Z tego samego powodu, z 
jakiego  ziemia  jest   matką  bogów,  sen  nazywa  się   u Homera  poskromicielem  bogów i   ludzi.   Ponieważ 
bogowie są istotami istniejącymi tylko dla ludzi i przez ludzi, nie czuwają więc nad śpiącym człowiekiem, 

35

background image

lecz   śpią,   gdy  człowiek  śpi,   a   to  znaczy,   że   wraz   z   wygaśnięciem  świadomości   człowieka   wygasa   też 
istnienie bogów. Zadaniem mojej rozprawy o istocie religii było tylko obronić, usprawiedliiwić i uzasadnić 
religię natury przeciw teistycznym wyjaśnieniom i tłumaczeniom przyrody, a przynajmniej obronić to ziarno 
prawdy,  które   w  niej  się   kryje.  Dokonalem  tego  możliwie   wszechstronnie  w  nie  mniej  niż  dwudziestu 
paragrafach, od § 6 do § 26.  Zanim jednak przystąpię  do samej  treści  tych  paragrafów, muszę  z góry 
zaznaczyć coś, co zresztą rozumie się samo przez się, mianowicie, że kolejność zagadnień w historii religii 
odpowiada u mnie również kolejności zagadnień w psychologii, w filozofii i w ogóle w rozwoju ludzkości. 
Tak   jak   przyroda   jest   dla   mnie   pierwszym   przedmiotem   religii,   tak   w   psychologii   i   filozofii   w   ogóle 
pierwsza jest dla mnie zmysłowość; pierwsza nie tylko w pojęciu filozofii spekulatywnej, dla której pierwsze 
jest to, poza co należy wyjść, ale pierwsza w sensie niewyprowadzalności, w sensie czegoś, co samo przez 
się istnieje i jest prawdziwe. Jak nie mogę wywodzić tego, co zmysłowe, z pierwiastka duchowego, tak też, 
nie   mogę   przyrody   wywodzić   z   boga.   Bowiem   to,   co   duchowe,   nie   istnieje   poza   tym   i   bez   tego,   co 
zmysłowe;   duch   jest   tylko   esencją,   sensem,   duchem   zmysłów.   Ale   bóg   jest   duchem   pomyślanym   w 
ogólności, tzn. duchem pomyślanym bez uwzględnienia różnicy między tym, co moje i co twoje. Nie mogę 
wszakże wywodzić ciała z mojego ducha - ponieważ, by od razu użyć przykładu, muszę najpierw jeść albo 
móc jeść, zanim będę myślał, nie mogę zaś najpierw myśleć, zanim zacząłem jeść; mogę jeść nie myśląc, jak 
tego dowodzą zwierzęta, lecz nie mogę myśleć nie jedząc. Tak samo nie mogę wywodzić zmysłów z mojej 
władzy myślenia, z mojego rozumu, gdyż rozum zakłada zmysły, natomiast zmysły nie zakładają rozumu. 
(Zwierzętom odmawiamy rozumu, lecz nie odmawiamy im zmysłów). Tak samo, a nawet tym bardziej nie 
mogę przyrody wywodzić z boga. Prawdzie i istotności czy boskości przyrody,  którą filozofia i historia 
religii biorą za punkt wyjścia, odpowiada przeto prawda i istotność zmysłów, którą bierze za punkt wyjścia 
psychologia, antropologia i w ogóle filozofia. I tak jak w historii religii przyroda  nie jest jakąś prawdą 
przemijającą, tak samo prawda zmyslów nie jest przemijająca w filozofii. Przeciwnie, zmysły są trwałą 
podstawą nawet wtedy, gdy znikają w abstrakcjach rozumu - znikają dla ludzi, którzy, zabierając się do 
myślenia, nie myślą już o zmysłach i zapominają, że człowiek myśli tylko za pośrednictwem głowy, która 
ma   istnienie   zmysłowe.   Zapominają,   że   rozum   posiada   w   głowie,   w   mózgu,   w   tej   centrali   wszystkich 
zmysłów swoją trwałą, zmysłową podstawę.

Religia natury demonstruje nam prawdę zmysłów,  filozofia zaś, przynajmniej ta, która uważa się za 

antropologię,   demonstruje   nam   prawdę   religii   natury.   Pierwszą   wiarą   człowieka   jest   wiara   w   prawdę 
zmysłów, a nie wiara przecząca zmysłom, jak wiara teistyczna i chrześcijańska. Wiara w jednego boga, tzn. 
w istotę niezmysłową, ba, w istotę, która wyłącza wszystko, co zmysłowe, jako coś świeckiego, bynajmniej 
nie   jest   bezpośrednio   oczywista,   jak   to   często   twierdził   teizm.   Pierwszymi   bezpośrednio   oczywistymi 
istotami, a więc także pierwszymi bogami człowieka, są przedmioty zmysłowe. Cezar tak mówi o religii 
Niemców: oddają oni cześć tylko tym istotom, które widzą i od których otrzymują widoczne dobrodziejstwa. 
To tak bardzo krytykowane zdanie Cezara obowiązuje w stosunku do wszystkich religii natury. Pierwotnie 
czlowiek wierzy tylko w istnienie tego, co swój byt oznajmia przez zmysłowe, namacalne skutki i znaki. 
Pierwszymi   ewangeliami,   pierwszymi   religijnymi   księgami   człowieka,   najmniej   zwodniczymi,   nie 
zniekształconymi   przez   żadne   kapłańskie   oszustwo,   są   jego   zmysły.   A   raczej:   jego   zmysły   są   jego 
pierwszymi bogami; albowiem wiara w bogów zewnętrznych, zmysłowych zależy tylko od wiary w prawdę i 
boskość zmysłów; w tych bóstwach, które są istotami zmysłowymi, człowiek ubóstwia tylko swoje zmysły. 
Kiedy czczę światło jako istotę boską, uznaję przecież przez to - oczywiście pośrednio i nieświadomie - 
tylko boskość oka. Światło czyli słońce lub księżyc jest bogiem, jest przedmiotem tylko dla oka, nie dla 
nosa; nos za to czci niebiańskie zapachy. Oko czyni z bogów istoty utkane ze światła, blasku, poświaty, tzn. 
oko ubóstwia tylko rzeczy widzialne; wszak gwiazdy, słońce, księżyc nie mają dla ludzi innej egzystencji jak 
tylko w ich oczach, nie są też one dane innym zmysłom; a to znaczy, że oko ubóstwia tylko swoją własną 
istotę;   bogowie   innych   zmysłów   są   dlań  tylko   bożkami   albo   w   ogóle   dlań  nie   istnieją.   Narząd  węchu 
ubóstwia natomiast miłe zapachy. Już Scaliger zauważa w swych  Ćwiczeniach  w odpowiedzi Cardanowi: 
„Zapach jest rzeczą boską - odor divina res est - a dowodzą tego religijne ceremonie starożyt.nych, którzy 
wierzyli, że dopiero po napełnieniu powietrza zapachem kadzidła miejsce jest należycie przygotowane na 
przyjęcie bogów”. Poganie wierzyli, a poniekąd wierzą jeszcze i dzisiaj, że bogowie żyją i karmią się tylko 
rozkoszną wonią wydzielającą się z ofiar, że przeto woń jest częścią składową bogów, a bogowie są istotami 
zbudowanymi tylko z woni i pary. A w każdym razie człowiek, który prócz zmysłu powonienia nie miałby 
żadnego  innego   zmysłu,   musiałby  sądzić,   że   istota   boska   jest   zbudowana   tylko   z   zapachu   i   pomijałby 
wszystkie inne właściwości, dostępne dła pozostałych zmysłów. Każdy zmysł ubóstwia przeto tylko sam 
siebie. A więc krótko: prawda religii natury opiera się wyłącznie na prawdzie zmysłowej. W ten sposób moja 
rozprawa O istocie religii wiąże się z Zasadami filozofii. Jeżeli na ogół opowiadam się za religią natury, to 
dla tego i o tyle, że opiera się ona na prawdzie zmysłów, a bynajmniej nie w tym sensie, żebym za właściwy 
uważał sposób, w jaki używa ona zmysłów, patrzy na przyrodę i ją czci. Religia natury opiera się tyłko na 
wyglądzie zmysłowym  (Sinnenschein), a raczej tylko  na wrażeniu, jakie wygląd  zmysłowy wywiera  na 

36

background image

uczuciu i wyobraźni człowieka. Stąd bierze się też wiara starożytnych ludów, że ich kraj jest całym światem 
albo co najmniej centrum świata, że słońce krąży a ziemia stoi w miejscu, że ziemia jest płaska jak talerz i 
otoczona oceanem.

WYKŁAD JEDENASTY

Jak już zaznaczyłem,  odnośne paragrafy rozprawy  O istocie religii, na których opierają się niniejsze 

wykłady,   mają   na   celu   tylko   wytłumaczenie   i   naukowe   uzasadnienie   tego,   co   prosty  zmysł   dawnych   i 
współczesnych ludów pierwotnych faktycznie wyraził, choćby to uczynił nieświadomie, wtedy gdy oddawał 
cześć przyrodzie jako istocie boskiej; pragnę uzasadnić, że przyroda jest istotą pierwszą, pierwotną, nie 
dającą się z niczego innego wyprowadzić. Przede wszystkim muszę jednak zrobić dwa zastrzeżenia. Po 
pierwsze, można by mi postawić zarzut: To ty, niedowiarku, chcesz usprawiedliwiać religię natury? Czy tym 
samym nie stajesz na stanowisku tak krytykowanym przez siebie, tj. na stanowisku filozofów, którzy bronią 
artykułów   wiary  chrześcijańskiej,   i   tylko   tym   różnisz   się   od  nich,   że   usprawiedliwiasz   dogmaty   religii 
natury, wiarę w przyrodę? Ja zaś odpowiem na to: przyroda bynajmniej nie dlatego jest dla mnie czymś 
pierwotnym,  że religia natury za taką ją uznaje i czci; ale raczej stąd, że jest ona czymś  pierwotnym  i 
bezpośrednim, a zatem i bliskiemu przyrodzie zmysłowi ludów. Albo inaczej: fakt, że ludzie oddawali boską 
cześć przyrodzie, nie jest dla mnie dowodem prawdy sensu leżącego u podstaw tego faktu; widzę w nim 
tylko potwierdzenie tego wrażenia, jakie przyroda wywiera na mnie jako na istocie zmysłowej; widzę w nim 
potwierdzenie   tych   motywów,   które   każą   mnie,   intelektualnej,   filozoficznej   istocie   cywilizowanej 
(Kulturwesen)   przypisywać   przyrodzie   znaczenie,   jeśli   nie   to   samo,   które   jej   przypisuje   religia   natury 
ponieważ ja nie ubóstwiam niczego, a zatem nie ubóstwiam też przyrody - to jednak znaczenie analogiczne, 
podobne, zmienione tylko przez nauki przyrodnicze i filozofię. Niewątpliiwie sympatyzuję  z religijnymi 
wielbicielami przyrody; sam namiętnie ją podziwiam i wielbię. Rozumiem, nie na podstawie książek, nie 
dzięki uczonym dowodzeniom, lecz dzięki własnym bezpośrednim obserwacjom i wrażeniom, odnoszonym 
z obcowania z przyrodą, że dawne ludy mogły, a obecne jeszcze mogą, wielbić przyrodę jako boga. Jeszcze 
dziś w samym sobie, w swoich uczuciach i w sercu, kiedy ulega ono czarowi przyrody, a nawet w swoim 
rozumie znajduję motywy skłaniające do jej ubóstwiania. Z tego, że czciciele słońca, ognia i gwiazd są także 
ludźmi, podobnie jak ja, wnioskuję, że powody podobne (chociaż im mogły się wydawać odmienne) musiały 
ich skłaniać do ubóstwienia przyrody. Postępuję inaczej niż to czynią historycy; nie wysnuwam wniosków z 
przeszłości dla teraźniejszości, lecz z teraźniejszości wnioskuję o przeszłości. Teraźniejszość uważam za 
klucz do przeszłości, a nie odwrotnie. Czynię to z tej prostej przyczyny,  że przecież mierzę, oceniam i 
poznaję przeszłość zawsze tylko z mego teraźniejszego stanowiska, choć czynię to może nieświadomie i 
niechcący, że zatem każda epoka posiada inną historię przeszłości, choć przeszłość ta, sama dla siebie, jest 
martwa i niezmienna. Uznaję zatem religię natury nie dlatego, że jest ona dla mnie jakimś zewnętrznym 
autorytetem, lecz dlatego tylko, że w samym sobie jeszcze dzisiaj znajduję motywy i racje, które mogłyby 
mnie do niej przekonać i skłonić do ubóstwienia przyrody,  gdyby siła ich nie uległa u mnie wobec siły 
kultury, nauk przyrodniczych i filozofii. Stwierdzenie takie wydaje się aroganckie; ale czego człowiek nie 
poznaje sam z siebie, tego nie poznaje wcale. Kto sam z siebie i sam w sobie nie czuje, dlaczego ludzie 
mogli ubóstwiać słońce, księżyc, rośliny i zwierzęta, ten nie pojmie także historycznego faktu ubóstwiania 
przyrody,   choćby  nawet   przeczytał   lub  napisał   nie   wiem  ile   książek  o  religii   natury.   Drugi   zarzut   jest 
następujący:  Mówisz o przyrodzie, a nie dajesz definicji przyrody,  nie mówisz, co przez nią rozumiesz. 
Spinoza mówi zamiennie: „Przyroda albo bóg”. Może i ty używasz tego słowa w tym nieokreślonym sensie, 
w którym łatwo możesz dowieść, że przyroda jest istotą pierwotną, ponieważ rozumiesz przez nią nie co 
innego   jak   boga?   Odpowiadam   na   to   w   kilku   słowach:   Przez   przyrodę   rozumiem   ogół   wszystkich 
zmysłowych   sił,   rzeczy i  tworów,   które  człowiek  odróżnia  od  siebie   jako  to,  co  nie   człowiecze.  Przez 
przyrodę - o czym mówiłem już w jednym z początkowych wykładów - rozumiem, podobnie jak Spinoza, 
nie jakiegoś boga nadnaturalnego, istotę wyposażoną w wolę i rozum i tak też istniejącą i działającą, lecz 
istotę działającą tylko według żelaznych praw swej natury. W przeciwieństwie jednak do Spinozy ta istota 
nie   jest   dla   mnie   bogiem,   tzn.   nie   jest   jakąś   istotą   zarazem   nadnaturalną   i   ponadzmysłową,   oderwaną, 
tajemniczą i niezłożoną, lecz przeciwnie - istotą złożoną, przystępną, rzeczywistą, postrzegalną wszystkimi 
zmysłami. Albo, praktycznie biorąc: przyrodą jest to wszystko, co bezpośrednio i zmysłowo okazuje się 
podstawą   i   przedmiotem   ludzkiego   życia,   niezależnie   od   nadnaturalnych   podszeptów   teistycznej   wiary. 
Przyrodą jest światło, elektryczność, magnetyzm, powietrze, woda, ogień, ziemia, zwierzę, roślina, przyrodą 
jest człowiek, o ile działa mimowolnie i nieświadomie; nic poza tym, nic mistycznego, nic mglistego, nic 
teologicznego nie mam na myśli przy słowie przyroda. Odwołuję się przy tym słowie do zmysłów. Jowiszem 
jest wszystko, co widzisz, powiedział ktoś w starożytności. Ja zaś powiadam: przyrodą jest wszystko, co 
widzisz, a co nie jest dziełem rąk i myśli człowieka. Albo, jeśli wejrzymy głębiej w anatomię przyrody, 
przyrodą jest istota albo ogół istot i rzeczy, których zjawiska, przejawy albo skutki - więc to, co ujawnia i co 

37

background image

stanowi ich egzystencję i istotę - mają swą podstawę nie w myślach lub zamiarach i postanowieniach woli, 
lecz w siłach lub przyczynach astronomicznych, kosmicznych, mechanicznych, chemicznych, fizycznych, 
fizjologcznych czy organicznych.

Treścią   paragrafów   szóstego   i   siódmego,   które   są   podstawą   niniejszego   wykładu,   jest   obrona   i 

usprawiedliwienie pogan przed zarzutami chrześcijan; nawiązuję tam do jednego z poprzednich twierdzeń, 
mówiącego, że religia chrześcijańska nie różni się od pogańskiej co do samej zasady, co do właściwości 
bóstwa, ale różni się jedynie tym, że nie czyni bogiem jakiegoś konkretnego przedmiotu przyrody ani w 
ogóle przyrody,  lecz istotę odmienną od przyrody.  Chrześcijanie, a przynajmniej chrześcijanie rozumni, 
ganili pogan nie za to, że radowali się oni pięknem i użytecznością przyrody, lecz za to, że przyczynę tego 
piękna przyrody widzieli w niej samej, że oddawali cześć ziemi, wodzie, ogniowi, słońcu, księżycowi za ich 
dobroczynne właściwości, które otrzymały one rzekomo od stwórcy przyrody, któremu też - a nie komu 
innemu - należy się jakoby cześć, bojaźń i chwała. Słońce, ziemia, woda miały być oczywiście przyczynami 
istnienia roślin i zwierząt, którymi człowiek się żywi, lecz miały to być przyczyny podrzędne, same będące 
skutkami;  prawdziwą przyczyną  zaś miała  być  tylko  pierwsza przyczyna.  Przeciw tym  zarzutom bronię 
pogan w sposób następujący: przede wszystkim kwestionuję, czy istnieje taka pierwsza przyczyna, jak ją 
sobie wyobrażają chrześcijanie. Uciekam się przy tej okazji do przykładu a raczej porównania wziętego z 
kręgu wierzeń chrześcijańskich. Adam jest pierwszym człowiekiem; w szeregu istot ludzkich jest on tym, 
czym jest pierwsza przyczyna w rzędzie przyczyn przyrodniczych czyli rzeczy; moi rodzice, dziadkowie itd. 
są tak samo dziećmi Adama, jak przyczyny w przyrodzie są skutkami pierwszej przyczyny; tylko Adam nie 
ma ojca, a pierwsza przyczyna nie ma przyczyny. Ale równocześnie nie czczę i nie kocham Adama jako 
swego ojca. Adam obejmuje wszystkich ludzi, w nim wygasa wszelka indywidualność; Adam jest zarówno 
ojcem   Murzyna   jak  białego,   ojcem  Słowianina   i   Germanina,   Francuza   i   Niemca.   Ja   jednak  nie   jestem 
człowiekiem w ogóle; moja egzystencja, moja istota jest zindywidualizowana, należę do rasy kaukaskiej 
(białej), a w niej znowu do określonego plemienia, do Niemców. Przyczyna mojej istoty musi być zatem 
indywidualna, określona, a są nią moi rodzice i dziadkowie, krótko - najbliższe mi pokolenie czy ludzie. Gdy 
cofnę się dalej wstecz, tracę znowu wszelki ślad swego istnienia; nie znajduję żadnych cech, z których 
mógłbym wywieść moje właściwości. Człowiek żyjący w XVII wieku nie mógłby w żadnym wypadku być 
ojcem człowieka XIX wieku, nawet gdyby nie było między nimi odstępu czasowego, ponieważ zbyt wielki 
byłby odstęp jakościowy między ich obyczajami, nawykami,  ideami, poglądami - a wszystkie te rzeczy 
wyciskają swe piętno nawet na samym ciele. Człowiek ogranicza więc swą cześć do najbliższych przodków 
jako do przyczyny swego istnienia i nie cofa się aż do pierwszego ojca rodu, ponieważ nie widzi, by ojciec 
rodu mieścił w sobie jego specyficzną indywidualność i jakoś ją reprezentował. Tak samo zatrzymuje się 
również na zmysłowych tworach przyrody jako na przyczynach swego istnienia. Tym, czym jestem, jestem 
tylko w tej przyrodzie, w przyrodzie takiej, jaką jest ona dzisiaj i jaką była od czasów, do których sięga 
pamięć ludzka. Istnienie swoje zawdzięczam tylko tym istotom, które widzę, czuję, a jeśli ich nawet nie 
widzę i nie czuję, to jednak są one same w sobie istotami widzialnymi  albo w jakikolwiek inny sposób 
dostrzegalnymi zmysłowo. Ja sam zaś jestem również istotą zmysłową i bez zmysłów zapadam się w nicość. 
A jeśli nawet przyroda miała kiedyś swój początek, jeśli poprzedzała ją jakaś przyroda innego rodzaju, o 
innych właściwościach, to przecież tylko przyrodzie tego rodzaju i o tych własnościach jak ta, w której żyję, 
której właściwości harmonizują z moimi właściwościami, mogę zawdzięczać swe istnienie. Gdyby nawet 
przyjąć, że jest jakaś pierwsza przyczyna w tym sensie, w jakim ją pojmuje teologia, to przecież zanim ja 
powstałem, musiało istnieć słońce, ziemia, woda, a więc przyroda, i to właśnie przyroda tego rodzaju; gdyż 
bez   słońca,   bez   ziemi   i   ja   jestem   niczym;   istnienie   moje   zakłada   przyrodę.   Dlaczegóż   więc   miałbym 
wyrastać ponad nią? Byłbym  do tego uprawniony tylko wtedy, gdybym  sam był istotą istniejącą. ponad 
przyrodą. Ja jednak tak mało mam w sobie z istoty nadprzyrodzonej, że nawet nie jestem istotą nadziemską. 
Ziemia jest bowiem dla mnie absolutną miarą; stoję na ziemi nie tylko nogami, lecz także myślę i czuję na 
stanowisku ziemskim i tylko z perspektywy tego stanowiska, które ziemia zajmuje we wszechświecie; co 
prawda wznoszę swoje spojrzenie ku dalekiemu niebu, ale widzę wszystko tylko w świetle i proporcjach 
ziemi. Krótko mówiąc, jestem istotą ziemską, nie jestem mieszkańcem Wenery ani Merkurego, ani Urana i 
to wyczerpuje - jak mówią filozofowie - moją substancję, moją podstawową istotę. Jeśli więc nawet ziemia 
miała swój początek, to przecież tylko jej i jej powstaniu zawdzięczam swoje powstanie; tylko istnienie 
ziemi jest podstawą istnienia człowieka, tylko jej istota jest podstawą ludzkiej istoty. Ziemia jest planetą, a 
więc i człowiek jest istotą planetarną, której życie jest możliwe i rzeczywiste tylko na torze jakiejś planety. 
Ziemia jednak różni się od innych planet. Ta różnica jest podstawą dla jej swoistej samoistnej istoty, dla jej 
indywidualności, ta zaś jej indywidualność jest solą ziemi. Przyjmijmy nawet - mamy do tego pełne prawo - 
że jedna i ta sama przyczyna, ta sama siła czy substancja stworzyła wszystkie planety, to przecież siła, która 
stworzyła ziemię, jest inna niż ta, która stworzyła Merkurego lub Urana, to znaczy musiała ona być tak 
określona, że powstała dzięki niej właśnie taka a nie inna planeta. Tej indywidualnej przyczynie, której nie 
można odróżnić od samej istoty ziemi, zawdzięcza człowiek swoje istnienie. Rewolucyjne pchnięcie, które 

38

background image

wyrwało ziemię z jej mistycznego roztopienia we wspólnej materii słońca, planet i komet, ta rewolucja miała 
-   jak   powiada   Kant   w   swojej   wspaniałej  Teorii   nieba  -   swoją   przyczynę   w   „różnorodności   rodzajów 
pierwiastków”. Otóż ten rozłam czy rozdarcie jeszcze dzisiaj determinuje krążenie naszej krwi i drganie 
naszych nerwów. Pierwsza przyczyna jest przyczyną ogólną, przyczyną wszystkich rzeczy bez różnicy; atoli 
przyczyna, która tworzy wszystko bez różnicy, w rzeczywistości nie tworzy nic, jest tylko pojęciem, istnieje 
tylko   w   myśli,   posiada   znaczenie   wyłącznie   logiczne   i   metafizyczne,   a   nie   fizyczne.   Z   takiej 
wyimaginowanej przyczyny ja, istota indywidualna, w żaden sposób nie daję się wyprowadzić.

Przez wprowadzenie pierwszej przyczyny – pierwszej, stale to zaznaczam, w pojęciu teologów - pragnie 

się uciąć tak zwany processus causarum in infinitum, ciąg przyczyn w nieskończoność. Ten ciąg przyczyn 
gubiący się w nieskończoności da się najlepiej objaśnić na podanym przykładzie pochodzenia człowieka. 
Dla mnie przyczyną istnienia jest mój ojciec, dla mojego ojca jego ojciec, i tak dalej. Ale czyż mogę tak iść 
w   nieskończoność?   Czyż   zawsze   tylko   człowiek   człowiekowi   dawał   istnienie?   Czy   tą   drogą   rozwiążę 
zagadnienie   pochodzenia   człowieka?   Czy  raczej   nie   przesuwam  go  tylko,   jeżeli   stale   będę   przechodzić 
wyłącznie od ojca do ojca? Czyż nie powinienem w końcu natrafić na pierwszego człowieka lub na pierwszą 
parę ludzką? A skąd się wzięła ta para? Tak samo jest ze wszystkimi innymi  istotami i rzeczami, które 
składają   się   na   świat   zmysłowy.   Jedno   zakłada   drugie,   jedno   jest   zależne   od   drugiego;   wszystko   jest 
skończone, wszystko ma swój początek, początek jedno z drugiego. Ale skąd się bierze pierwsze ogniwo w 
tym łańcuchu, w tym szeregu? - pyta teisla. Musimy zatem wyskoczyć z tego ciągu ku temu, co pierwsze, co 
samo nie mając początku jest początkiem wszystkiego, co powstało, co samo nie mając kresu ani końca jest 
podstawą dla wszystkich istot skończonych. Jest to jeden z najpospolitszych dowodów istnienia boga, tak 
zwany dowód kosmologiczny, który może przybierać rozmaite postacie. A więc np.: wszystko, co istnieje, 
czyli   świat,   jest   zmienne,   przemijające,   powstałe,   przypadkowe;   ale   to,   co   przypadkowe,   zakłada   coś 
koniecznego, to, co skończone, zakłada coś nieskończonego, to, co przemijające, zakłada coś wiecznego; 
tym nieskończonym,  wiecznym przedmiotem jest bóg. Albo inaczej: wszystko, co istnieje, wszystko, co 
zmysłowe, co rzeczywiste, jest przyczyną pewnych skutków; przyczyna ta jednak sama jest skutkiem, sama 
ma swą przyczynę i tak dalej; jest przeto rzeczą konieczną, jest potrzebą naszego rozumu zatrzymać się w 
końcu na jakiejś przyczynie, która nie ma za sobą innej przyczyny, która nie jest skutkiem niczego, która, jak 
wyrażają   się   pewni   filozofowie,   jest   sama   sobie   przyczyną   albo   pochodzi   sama   z   siebie.   Starożytni 
filozofowie i teologowie określali więc to, co skończone, co nie boskie, jako to, co pochodzi od czegoś 
innego; to zaś, co nieskończone, a więc boga, określali jako to, co jest samo z siebie albo samo przez siebie. 
Przeciwko takiemu wnioskowaniu należy jednak zauważyć co następuje: Być może, iż w odniesieniu do 
zagadnienia  powstania   człowieka,   a  nawet  ziemi,   nieprzerwany  postęp przyczyn  aż  do  nieskończoności 
sprzeciwia  się  rozumowi;   nie  zawsze  też  możemy   wyprowadzić  człowieka  i  każdorazowy stan ziemi   z 
poprzedniego stanu człowieka czy ziemi, ale musimy w końcu dojść do punktu, w którym człowiek począł 
się z samej przyrody, a ziemia z masy planetarnej lub jak tam ktoś jeszcze inaczej będzie zwał jej pramaterię. 
Jednak taki postęp w odniesieniu i zastosowaniu do przyrody albo do świata w ogóle w żadnym wypadku nie 
sprzeciwia się rozumowi, który wykształcił się na oglądaniu świata. To tylko ograniczoność człowieka i 
umiłowanie   wygody   każą   mu   przyjmować   w   miejsce   chwili   -   wieczność,   w   miejsce   nieprzerwanego 
przechodzenia od przyczyny do przyczyny - nieskończoność, w miejsce nie znającej spoczynku przyrody - 
nieruchome bóstwo, a w miejsce wiecznego ruchu - wieczny zastój. W każdym bądź razie dla mnie, który 
jestem skazany tylko na terażniejszość, byłoby rzeczą nierozumną, niekorzystną i nudną, a nawet wręcz 
niemożliwą pomyśleć sobie bezpoczątkowość i bezkresność świata lub choćby to sobie wyobrazić; ale ta dla 
mnie istniejąca konieczność ucięcia tego bezkresnego ciągu nie jest jeszcze dowodem, że się on urywa w 
rzeczywistości, że jest jakiś rzeczywisty początek i koniec. Ale nawet w obrębie tego, co dochodzi do 
świadomości człowieka, w obrębie zdarzeń historycznych, a nawet rzeczy będących wytworem człowieka, 
widzimy, że człowiek po części z niewiedzy, po części po prostu ze skłonności do skrótów i wygody, w 
pewnym punkcie historię kończy i w miejsce wielu nazw i wielu przyczyn, zbyt odleglych, zbyt uciążliwych 
do zbadania, a częstokroć wymykających się człowiekowi, wprowadza jedną przyczynę, jedną nazwę. I tak 
jak kiedy chodzi o wynalazki, o powstanie państw, o zbudowanie miasta, o powstanie narodu, człowiek 
stawia na czele imię jakiejś jednostki, chociaż współdziałało tu mnóstwo nieznanych nazwisk i jednostek, 
tak samo na czele świata człowiek stawia boga, podobnie jak kiedyś wszyscy wynalazcy, założyciele miast i 
Państw, byli uważani wręcz za bogów. Starożytne imiona postaci historycznych i mitycznych, herosów i 
bogów są to też na ogół imiona pospolite, które stały się imionami własnymi. Nawet samo słowo „bóg” tak 
jak wszystkie nazwy pierwotne nie jest imieniem własnym,  lecz nazwą ogólną lub rodzajową. Nawet w 
Biblii greckie słowo theos i hebrajskie elohim stosuje się i do innych przedmiotów, nie tylko do boga. I tak 
wszyscy książęta i zwierzchnicy nazywają się bogami, diabeł nazywa się bogiem tego świata, brzuch nazywa 
się bogiem ludzi, a przynajmniej niektórych ludzi - miejsce, które obrzyło nawet Lutra: „Kto kiedy słyszał, 
powiada on, by brzuch nazywać bogiem? Nie ośmieliłbym się tak mówić, gdyby przede mną nie powiedział 
tego Paweł, ale nie można wyrazić się haniebniej. Czy to nie hańba, aby ów wstrętny, smródliwy kałdun 

39

background image

nazywać bogiem?” A nawet w znaczeniu filozoficznym, które mówi, że bóg jest istotą najbardziej realną, 
tzn. najdoskonalszą, sumą  wszelkich doskonałości, jest on właściwie tylko  nazwą zbiorczą... Wystarczy 
bowiem z różnych własności; które jednoczy się w bogu, podkreślić tylko ich rozmaitość; a już robią one na 
nas wrażenie różnych rzeczy czy istot. Dlatego uważam, że nazwa „bóg” jest nazwą nieokreśloną, ogólną, 
zbiorczą, tak jak „owoc”, „zboże”, „lud”. Każda własność boga jest przecież bogiem samym,  jak mówi 
teologia   lub   teologiczna   filozofia,   każda   własność   boga   może   więc   boga   zastąpić.   Nawet   w   życiu 
codziennym zamiast bóg mówi się opatrzność boska, mądrość boska, wszechmoc boska. Lecz własności 
boga   mają   najróżnorodniejszą,   wręcz   sprzeczną   naturę.   Zatrzymajmy   się   choćby   przy   tych 
najpopularniejszych. Jakże różnią się takie własności jak moc, mądrość, dobroć, sprawiedliwość! Można być 
potężnym,   a   niemądrym,   mądrym,   ale   słabym,   dobrym,   ale   niesprawiedliwym,   sprawiedliwym,   ale 
niedobrym! Fiat iustitia pereat mundus; niech zginie świat, byle tylko ius, byle prawo obowiązywało, mówi 
się w jurysprudencji, w teorii prawa; w tym charakterystycznym zwrocie prawnym nie ma żadnej iskierki 
dobroci,   a   nawet   mądrości;   wszakże   nie   człowiek   istnieje   dla   sprawiedliwości   i   jej   wymiaru,   lecz 
sprawiedliwość dla człowieka. Kiedy więc przedstawiam sobie moc boską, ową moc, która, jeśli zechce, 
może mnie zniszczyć, albo gdy przedstawiam sobie sprawiedliwość boga w sensie powyżej zacytowanego 
zwrotu, to za każdym razem przedstawiam sobie jako boga całkiem inną istotę, mam faktycznie zupełnie 
innego boga niż gdybym przedstawiał sobie tylko jego dobroć. Nie ma zatem tak wielkiej różnicy między 
politeizmem a monoteizmem, jakby się zdawało. Również i w jednym jedynym Bogu skutkiem wielości i 
różnorodności jego przymiotów jest wielu bogów. Różnica jest co najwyżej tylko taka, jaka zachodzi między 
nazwą zbiorową i pospolitą. Albo raczej taka: w politeizmie bóg jest jawny, widoczny, jest tylko nazwą 
zbiorową; w monoteizmie odpadają znamiona zmysłowe, odpada pozór politeizmu, ale istota, rzecz zostaje 
ta sama. Dlatego to owe tak różne własności jedynego Boga chrześcijan prowadziły ze sobą wojny nie tylko 
dogmatyczne,   ale   i   krwawe,   co   najmniej   równie   często,   jak   liczni   bogowie   na   homerowym   Olimpie. 
Starożytni teologowie, mistycy i filozofowie twierdzili, że bóg zespala w sobie wszystko, co istnieje na 
świecie, z tym jednak, że to, co na świecie jest różnorakie, rozproszkowane, luźne, zmysłowe i porozdzielane 
między   różne   istoty,   to   w   bogu   mieści   się   w   sposób   prosty,   niezmysłowy,   harmonijny.   My  natomiast 
powiedzieliśmy wyraźnie, że człowiek myśląc o bogu ujmuje istotne cechy mnóstwa różnych rzeczy i istot w 
jednej Istocie, w jednym Imieniu, że pierwotnie albo naprawdę przedstawia sobie jako boga nie jakąś istotę 
różną od świata, ale sam świat, wyobrażając go sobie tylko nieco inaczej niż w oglądaniu zmysłowym. To co 
w świecie albo w wyobrażeniu zmysłowym przedstawia sobie człowiek jako rozciągłe, czasowe i cielesne, to 
ujmuje w bogu jako coś nierozciągłego, bezczasowego i bezcielesnego. W pojęciu wieczności ujmuje on 
nieskończony szereg czasowy, niepojęty w swojej pełnej rozpiętości; w pojęciu wszechobecności ujmuje 
tylko nieskoczoność przestrzeni w jednej zwięzłej nazwie rodzajowej lub pojęciu rodzajowym. Z pewnych 
subiektywnych,  choć   zupełnie   usprawiedliwionych  powodów,  zrywa  przy pomocy  pojęcia   wieczności   z 
owym nieskończenie nudnym rachunkiem, z szeregami liczb ciągnącymi się w nieskończoność. Lecz z tego 
zerwania, z tego, że sięgające w nieskończoność szeregi czasokresów i przestrzeni są nużące, z tego, że w 
naszym przedstawieniu albo w abstrakcji z pojęciem wiecznego czasu i nieskończonej przestrzeni związane 
są pewne sprzeczności, wcale nie wynika konieczność istnienia jakiegoś rzeczywistego początku lub końca 
świata,   przestrzeni,   czasu.   W   naturze   myślenia   i   mowy   leży,   a   sama   konieczność   tego   wymaga,   że 
posługujemy się wszędzie abrewiacjami i skrótami, że w miejsce wyobrażenia stawiamy pojęcie, w miejsce 
przedmiotu znak, słowo, w miejsce konkretu abstrakcję, w miejsce wielości jedność, a w konsekwencji w 
miejsce wielu różnych przyczyn zakładamy jedną przyczynę, w miejsce wielu rozmaitych indywiduów jedno 
indywiduum   jako   reprezentanta,   przedstawiciela   wszystkich   pozostałych.   O   tyle   więc   słuszne   jest 
twierdzenie, że rozum z konieczności prowadzi do idei boga, przynajmniej tak długo, dopóki bezkrytycznie i 
bez wyboru uważa swoją istotę za istotę świata, za istotę obiektywną, absolutną, dopóki nie wykształcił się 
przez stworzenie sobie poglądu na świat. Lecz tej konieczności, tej idei nie należy akcentować samej dla 
siebie, nie należy jej izolować, oddzielać od innych zjawisk, idei i wyobrażeń, które opierają się na tej samej 
konieczności, a które mimo  to uznajemy za uzasadnione tylko  subiektywnie,  tzn. ugruntowane  tylko w 
swoistej   naturze   przedstawiania,   myślenia,   mówienia,   a   więc   nie   należy   jej   przyznawać   ważności   ani 
istnienia   obiektywnego,   żadnego   istnienia   poza   nami.   Człowiek   z   konieczności   używa   imienia   jednego 
indywiduum zamiast całego szeregu indywiduów, a nawet całych generacji i narodów, wielkość naoczną 
zastępuje liczbą, a liczby cyframi. Człowiek z konieczności mówi: owoc, zamiast mówić: gruszka, jabłko, 
czereśnia; z konieczności nie wymienia halerzy, fenigów, grajcarów, groszy, guldenów, talarów, tylko mówi 
krótko o pieniądzach; a zamiast mówić:  daj mi  ten nóż, tę książkę, powiada: daj mi  to! Otóż ta sama 
konieczność   sprawiła,   że   człowiek,   o   ile   wierzy   w   początek   świata,   w   miejsce   wielu   przyczyn 
współdziałających przy jego powstaniu i trwaniu wymienia  jedną przyczynę,  jedną istotę, jedno imię. I 
dlatego właśnie ta jedność jest również tylko subiektywna, tzn. jest istotą ugruntowaną i istniejącą tylko w 
samym człowieku, tylko w naturze jego przedstawienia, myślenia i mówienia, jak subiektywna jest „rzecz”, 
„pieniądz”, „owoc”. Idea albo pojęcie rodzajowe boga w znaczeniu metafizycznym opiera się na tej samej 

40

background image

konieczności, na tych samych podstawach, na których opiera się pojęcie rzeczy, pojęcie owocu. Że tak jest, 
tego dowodzi fakt, iż u politeistów bogowie nie są niczym innym jak tylko nazwami i pojęciami zbiorowymi 
lub rodzajowymi,  wyobrażonymi  jako istoty.  Tak np. - aby pozostać przy przytoczonych  przykładach - 
Rzymianie mieli boginię pieniędzy, Pekunię; co więcej, nawet rozmaite kategorie lub rodzaje pieniądza, 
pieniądz   kruszcowy   i   srebrny,   czynili   bogami.   Byli   więc   bogowie:   Aeskulanus   albo   Aerinus,   tzn.   bóg 
pieniędzy z brązu lub miedzi, Argentinus, tzn. bóg srebrnej monety. Istniała też bogini owoców, Pomona. 
Jeśli nie wszystkie nazwy i pojęcia rodzajowe miały u Rzymian i Greków swych bogów, to pochodzi to 
tylko stąd, że Rzymianie, egoiści i bigoci, tylko tym rzeczom nadawali miano bogów, które miały zarazem 
jakiś   związek   z   ludzkim   egoizmem.   Dlatego   Rzymianie   oddawali   cześć   nawet   bogu   nawozów, 
Sterkulinusowi,  aby nawożenie  pól  przyniosło  im bogatsze  plony.  A nawóz  jest pojęciem rodzajowym; 
istnieje   przecież   wiele   gatunków   nawozu:   nawóz   gołębi,   koński,   krowi   itd.   A   teraz   inny   punkt,   który 
przeciwstawimy pospolitemu wnioskowaniu o istnieniu jakiejś pierwszej przyczyny, nie mającej już swojej 
przyczyny.  Wszystko, co istnieje, jest rzekomo zależne albo, jak mówią  niektórzy,  ma  podstawę swego 
istnienia poza sobą, nie istnieje ani z siebie, ani dzięki sobie; wszystko wskazuje zatem na jakąś istotę, która 
nie   jest   zależna   od   innych,   która   przyczynę   swego   istnienia   posiada   tylko   w   samej   sobie,   która   jest 
nieodzownie   konieczna,   która   jest,   Ponieważ   jest.   Otóż   przeciwko   temu   dowodowi   posłużę   się   znowu 
przykładem   człowieka;   gdyż   ostatecznie   człowiek   wywodzi   się   z   człowieka   i   swoją   zależność,   swoje 
powstanie czyni wzorem zależności i powstawania wszystkich rzeczy zmysłowych. A więc niewątpliwie 
zależę od moich rodziców, od moich pradziadów itd., niewątpliwie nie ja sam sprowadziłem siebie na świat; 
nie byłoby mnie, gdyby inni nie istnieli przede mną; ale zarazem jestem istotą różną od moich rodziców i 
niezależną od nich; jestem tym, czym jestem, nie tylko dzięki innym, ale również dzięki samemu sobie; 
niewątpliwie stoję na barkach swoich przodków, ale nawet na ich barkach stoję przecież na swoich własnych 
nogach; niewątpliwie zostałem bez swojej wiedzy i woli poczęty i zrodzony, ale - przyszedłem na świat z 
dążeniem do samodzielności i wolności, do wyemancypowania się od zależności od ciała matki, choć to 
dążenie   teraz   oczywiście   jest   dla   mnie   nieświadome.   Krótko:   zostałem   poczęty  przez   moich   rodziców, 
jestem lub byłem od nich zależny; lecz sam również jestem ojcem, jestem mężczyzną, i fakt, że kiedyś się 
urodziłem,   że   kiedyś   byłem   dzieckiem,   że   byłem   zależny   fizycznie   i   psychicznie   od   moich   rodziców, 
pozostał gdzieś daleko poza moją świadomością siebie samego. To jedno jest pewne: bez względu na to, jak 
wielki wpływ, świadomy lub nieświadomy,  mogli mieć na mnie moi rodzice, cóż obchodzi mnie dzisiaj 
przeszłość? Teraz ja sam tylko jestem sobie matką i ojcem. Teraz żadna inna istota już mi nie pomoże, nawet 
sam bóg, jeśli nie pomogę sam sobie; mój los zależy od mojej własnej siły. Pieluchy, w które troskliwość 
moich rodziców zawijała kiedyś moje ciało, dawno już zgniły. Dlaczegóż miałbym więc ducha mego nadal 
trzymać w pętach, z których nogi dawno się wyzwoliły?

WYKŁAD DWUNASTY

W ostatnim wykładzie  naświetliłem na przykładzie  człowieka jeden z pierwszych  i najpospolitszych 

dowodów   istnienia   boga,   tak   zwany   dowód   kosmologiczny,   który   opiera   się   na   takim   rozumowaniu: 
ponieważ wszystko na świecie jest skończone i zależne, więc musi zakładać poza sobą coś nieskończonego i 
niezależnego. Konkluzja moja była następująca: choć człowiek początkowo jest dzieckiem, jest zarazem i 
ojcem, choć więc jest skutkiem, jest jednocześnie i przyczyną, choć jest zależny,  jest przecie zarazem i 
samodzielny. A co odnosi się do człowieka, to obowiązuje też w stosunku do innych istot, oczywiście z 
uwzględnieniem tej samej  przez się zrozumiałej  różnicy,  jaka w ogóle zachodzi między człowiekiem a 
innymi   istotami.   Każda   istota   jest   przecież,   pomimo   swej   zależności   od   innych,   istotą   własnowolną, 
samodzielną. Każda istota ma swoją rację bytu w sobie samej - po cóż by inaczej istniała? Każda istota 
powstała z pewnych  określonych  przyczyn  i w pewnych  określonych  warunkach, w których  nie mogło 
powstać nic innego jak tylko ona. Każda istota powstała wśród pewnego zespołu przyczyn, który by nie 
istniał, gdyby nie było tej istoty. Każda istota jest bowiem zarówno następstwem jak przyczyną. Ryba nie 
istniałaby, gdyby nie istniała woda, ale także woda nie istniałaby, gdyby nie było ryb albo gdyby nie mogły 
w niej żyć przynajmniej jakieś zwierzęta do nich podobne. Ryby są istotami zależnymi od wody; bez niej nie 
mogą istnieć, ona jest warunkiem ich istnienia. Lecz podstawa tej zależności tkwi w samych rybach, w ich 
indywidualnej naturze, która wymaga właśnie wody i czyni ją ich żywiołem, Przyroda nie ma ani początku, 
ani końca. Wszystko w niej wzajem na siebie oddziaływa, wszystko jest względne, wszystko jest zarazem 
skutkiem i przyczyną, wszystko jest wielostronne i wzajemne; przyroda nie ma żadnego monarchicznego 
szczytu; jest republiką. Kto przyzwyczaił się do ustroju monarchicznego, ten nie potrafi sobie wyobrazić 
państwa ani zbiorowego życia ludzi bez panującego. Tak samo nie może wyobrazić sobie przyrody bez boga 
ten, kto od maleńkości przyzwyczaił się tak ją sobie wyobrażać. Ale przyroda jest tak samo możliwa do 
pomyślenia bez boga, bez istoty pozanaturalnej i nadnaturalnej, jak do pomyślenia jest państwo lub naród 
bez królewskiego bożyszcza, które stoi poza nim i ponad nim. Ba, podobnie jak rzeczpospolita jest zadaniem 

41

background image

dziejowym,   jest   praktycznym   celem   ludzkości,   tak   samo   teoretycznym   celem   ludzkości   jest   uznanie 
republikańskiego ustroj u przyrody i nie przenoszenie władzy nad przyrodą poza nią, lecz odkrycie podstaw 
tej władzy w istocie samej przyrody.

Nie ma nic bardziej bezdusznego, jak traktować przyrodę jako jednostronny skutek i przeciwstawiać jej 

jednostronną przyczynę  w postaci istoty nadprzyrodzonej, która nie jest skutkiem żadnej innej istoty.  A 
jeżeli już nie mogę się powstrzymać przed snuciem coraz dalszych kombinaeji i fantazji, zamiast poprzestać 
na   przyrodzie,   jeżeli   mój   rozum   w   pogoni   za   przyczynami   nie   umie   się   zadowolić   powszechnym   i 
wzajemnym oddziaływaniem w przyrodzie, dlaczegóż nie miałbym wyjść i poza boga? Dlaczegóż miałbym 
zatrzymać się właśnie w tym miejscu? Czemuż nie miałbym pytać dalej o przyczynę albo o źródło boga? I 
czyż   z   bogiem   rzecz   nie   ma   się   tak   samo,   jak   przy   zazębianiu   się   naturalnyeh   przyczyn   i   skutków? 
Przyjmując zaś boga, właśnie temu chcialem położyć kres. Czyż bóg rozumiany jako przyczyna powstania 
świata nie jest również od świata zależny?  Czy istnieje przyczyna  bez skutku? Co pozostanie z boga z 
chwilą, gdy przekreślimy świat? W czymże jest jego moc, jeśli nic nie robi? W czym jego mądrość, gdyby 
nie było świata, na kierowaniu którym ma ona właśnie polegać? Gdzie jego dobroć, jeśli nie ma nikogo, dla 
kogo jest dobry? Gdzie jego świadomość, jeśli nie ma przedmiotu, w którym uświadamiałby sobie siebie 
samego?   Gdzie   jego   nieskończoność,   jeśli   nie   ma   nic   skończonego?   Bo   przecież   bóg   tylko   w 
przeciwieńIstwie do rzeczy skończonych jest nieskończony. Jeśli zatem przekreślę świat, to i z boga nic nie 
pozostanie. Dlaczego więc nie chcemy się zadowolić samą przyrodą, skoro nie potrafimy wydostać się poza 
nią i ponad nią, skoro nawet wyobrażenie boga i przyjęcie jego istnienia każe nam wrócić do świata, skoro 
przez usunięcie przyrody pozbawiamy świat wszelkiej rzeczywistości, a więc także rzeczywistości boga, 
którego pojmujemy jako jego przyczynę?  Przyjmując  boga, przyjmując  istotę pozaświatową, odsuwamy 
tylko   trudności,   którc   nasz   umysł   napotyka   rozważając   zagadnienie   początku   świata,   odraczamy   je   lub 
tuszujemy, lecz bynajmniej ich nie rozwiązujemy. Najrozsądniej zatem jest przyjąć, że świat istniał wiecznie 
i będzie istniał zawsze, że zatem podstawa jego istnienia jest w nim samym. „Nie można się obronić przed tą 
myślą - mówi Kant w wykładach z filozofii religii - ale też trudno ją znieść, że istota, którą wyobrażamy 
sobie jako najwyższą ze wszystkich możliwych, mówi sama do siebie: Istnieję od wieczności do wieczności. 
Wszystko poza mną jest czymś tylko dzięki mej woli. Ale skąd ja jestem?” Innymi słowy: skąd bierze się 
bóg?   Co   skłania   do   zatrzymywania   się   na   nim?   Nic.   Przeciwnie,   muszę   pytać   o   jego   pochodzenie.   A 
pochodzenie to nie jest żadną tajemnicą: przyczyną  pierwszej i powszechnej przyczyny rzeczy w sensie 
teistycznym i teologicznym, w pojęciu tak zwanych filozofów spekulatywnych, jest rozum ludzki. Rozum 
posuwa   się   od   jednostki   i   szczegółu   do   ogółu,   od   konkretu   do   abstraktu,   od   czegoś   określonego   do 
nieokreślonego. Tak samo też rozum od przyczyn rzeczywistych, określonych, szczegółowych, posuwa się 
tak długo i tak daleko naprzód, aż nie dojdzie do pojęcia przyczyny jako takiej, do takiej przyczyny, która 
nie wywołuje żadnych rzeczywistych, określonych, konkretnych skutków. Bóg nie jest, a w każdym razie nie 
jest   bezpośrednio,   jak   mówią   teiści,   przyczyną   błyskawicy   i   grzmotu,   lata   i   zimy,   deszczu   i   światła 
słonecznego, ognia i wody, słońca i księżyca; wszystkie te rzeczy i zjawiska mają swoje określone, swoiste, 
zmysłowe   przyczyny;   bóg   jest   tylko   powszechną   pierwszą   przyczyną,   przyczyną   przyczyn;   jest   on 
przyczyną,  która nie jest określona, zmysłowa, rzeczywista, lecz jest oderwana od wszelkiej zmysłowej 
materii, od jakichkolwiek określeń gatunkowych, tzn. bóg jest przyczyną w ogóle, jest pojęciem przyczyny 
uosobionym, uznanym za samodzielną istotę. Rozum, który personifikuje jako jedną istotę pojęcie istoty 
ogołocone   ze   wszystkich   jej   określonych,   rzeczywistych   właściwości,   tak   samo   personifikuje   w   jednej 
pierwszej   przyczynie   pojęcie   przyczyny   ogołocone   z   wszelkich   właściwości   rzeczywistej,   określonej 
przyczynowości. Jak w ogólności ze stanowiska rozumu, abstrahującego od zmysłów, człowiek w sposób 
subiektywny, logicznie zupełnie usprawiedliwiony, zakłada dla indywiduów rodzaj, dla kolorów - barwę, dla 
ludzi - ludzkość, tak samo dla przyczyn zakłada on przyczynę w ogóle. Bóg jest podstawą świata, znaczy: 
przyczyna   w   ogóle   jest   podstawą   przyczyn.   Jeśli   nie   ma   przyczyny   w   ogóle,   nie   ma   poszczególnych 
przyczyn. W logice, w porządku rozumowym, tym, co pierwsze, jest przyczyna w ogóle, tym, co wtórne, 
podporządkowane - rozmaite przyczyny, czyli gatunki przyczyn. Krótko: pierwsza przyczyna redukuje się, 
sprowadza do pojęcia przyczyny, a pojęcie przyczyny do rozumu, który od poszczególnych, rzeczywistych 
przedmiotów odrywa to, co ogólne, a później, zgodnie ze swoją naturą, tę oderwaną ogólność zakłada przed 
nimi jako coś pierwszego. Ale właśnie dlatego, że pierwsza przyczyna jest pojęciem czysto rozumowym, 
istotą tylko pomyślaną, która nie posiada przedmiotowej egzystencji, właśnie dlatego nie jest ona przyczyną 
mojego życia i mojego istnienia; przyczyna w ogóle nie pomoże mi nic; przyczyną mego życia jest zespół 
wielu różnych określonych przyczyn. Na przykład przyczyną tego, że oddycham, jest od strony subiektywnej 
płuco, obiektywnie zaś powietrze; przyczyną tego, że widzę, jest obiektywnie światło, subiektywnie zaś oko. 
Wracam więc znowu od przedmiotu niewdzięcznego, abstrakcyjnego, od pierwszej przyczyny, która nic nie 
sprawia,   do   przyrody,   do   zespołu   rzeczywistych   przyczyn,   by   na   nowo   udowodnić   w   sposób   bardziej 
przekonywający, że musimy zatrzymać się na przyrodzie jako na ostatecznej podstawie naszej egzystencji. 
Wszystkie   zatem   teorie,   które   wychodzą   ponad   przyrodę   i   wyprowadzają   ją   od   jakiejś   istoty 

42

background image

nadprzyrodzonej, są czystą fantazją i złudą. Moje dowody będą po części bezpośrednie, po części pośrednie; 
pierwsze będą zaczerpnięte z przyrody i będą dotyczyć bezpośrednio jej istoty; drugie wykażą sprzeczności, 
które kryją się przy założeniu odwrotnym, oraz niemiłe konsekwencje, jakie z tego wynikają.

Nasz świat - i to nie tylko świat polityczny i społeczny,  lecz także świat duchowy i naukowy - jest 

światem na opak. Triumf naszej oświaty, naszej kultury polegał na ogół tylko na jak największym oddalaniu 
się i odchodzeniu od przyrody, triumf naszej nauki, naszej uczonośei - na jak największym oddalaniu się i 
odchodzeniu od prawdy prostej i podpadającej pod zmysły.  W ten sposób nasz opaczny świat przyjął za 
naczelne   twierdzenie,   że   bóg   objawia   się   w   przyrodzie,   gdy  tymczasem   powinno   być   odwrotnie;   gdyż 
przynajmniej pierwotnie przyroda objawia się człowiekowi jako bóstwo i wywiera na nim wrażenie, które on 
nazywa   bogiem   i   które   pod   nazwą   boga   uświadamia   sobie   i   obiektywizuje.   W   ten   sposób   w   naszym 
opacznym   świecie   głosi   się   powszechnie   teorię,   że   bóg   stworzył   przyrodę,   a   powinno   być   odwrotnie, 
mianowicie - że przyroda wydała boga, że bóg z niej się wywodzi, że jest pojęciem wyabstrahowanym, 
wywnioskowanym z przyrody; wszelkie bowiem przymioty, tzn. wszelkie własności lub określenia, wszelkie 
realności, jak mówią filozofowie, tzn. wszelkie istotności czy doskonałości, które są ujmowane w bogu albo 
których suma, synteza, jest czy nazywa się właśnie bogiem, wszelkie boskie przymioty zatem, które nie są i 
o ile nie są wzięte od człowieka, są zaczerpnięte ze źródła przyrody i nie obiektywizują nam, nie aktualizują 
nam, nie unaoczniają nam nic innego, jak tylko istotę przyrody, po prostu przyrodę. Różnica jest tylko ta, że 
bóg jest istotą abstrakcyjną, tzn. pomyślaną, przyroda zaś jest istotą konkretną, tzn. rzeczywistą; lecz istota, 
rzecz,   treść   jest   ta   sama.   Bóg   jest   to  przyroda   abstrakcyjna,   tzn.   przyroda   oderwana   od  doświadczenia 
zmysłowego, przyroda pomyślana, zamieniona w przedmiot albo twór rozumu; przyroda we właściwym 
znaczeniu,   to   przyroda   zmysłowa,   rzeczywista,   przyroda   taka,   jaka   nam   się   objawia   i   przedstawia 
bezpośrednio   w   naszych   doznaniach   zmysłowych.   Przyjrzyjmy   się   zasadniczym   przymiotom   boskim,   a 
przekonamy się, że wszystkie one tkwią korzeniami w przyrodzie, że tylko wtedy mają sens i uzasadnienie, 
jeżeli sprowadzimy je do przyrody. Jeden z zasadniczych przymiotów boskich polega na tym, że bóg jest 
potężny, a nawet najpotężniejszy, a w późniejszych wierzeniach wręcz wszechmogący. Moc jest pierwszym 
atrybutem boskości, a raczej pierwszym bóstwem. Lecz co stanowi tę potęgę, co ją wyraża? Nic prócz potęgi 
zjawisk przyrody. Dlatego też, jak o tym już wspominaliśmy w pierwszych wykładach, błyskawica i grzmot 
jako  zjawiska,   które   wywierają   na   człowieku  najpotężniejsze,   najstraszliwsze   wrażenic,   są   jednocześnie 
przejawem   działania   najwyższego,   najpotężniejszego   boga,   a   nawet   są   z   nim   utożsamiane.   W   Starym 
Testamencie grzmot nazywa się nawet głosem boga, a błyskawica nazywa się często obliczem boga. Czymże 
jest więc bóg, ten bóg, którego głosem jest grzmot a obliczem błyskawica, jeśli nie samą istotą przyrody, 
względnie istotą błyskawicy i pioruna? Nawet u teistów chrześcijańskich, pomimo duchowości ich boga, 
potęga nie wyraża nic innego, jak tylko potęgę zmysłową, potęgę przyrody. Tak np. chrześcijański poeta 
Triller w „poetyckich rozważaniach” powiada:

Zali to prawda, wyznaj mi,

że serce w piersi twej dygoce,
gdy wstrząsającej siły miot
dudniąc przetacza w huku grzmot?
Wkądże ów lęk, co serce rwie?
Wszakże to duch twój rzecze ci,
że łatwo zdażyć może się,
iż przez płomienie siarki i błyskawic
nagle cię z ziemi porwie Bóg?
Tak się rozstrzyga zwątpień los,
że w błyskawicy, w hukach grzmotu
brzmi boskiej wszechpotęgi glos.

A nawet  wtedy,  gdy u chrześcijan potęga  przyrody nie podpada  tak znakomicie  pod zmysły,  jak w 

błyskawicy i grzmocie duchownego Trillera, to i wtedy ma ona podstawowe znaczenie. Żywiołem (Wesen
chrześcijańskich teistów jest abstrakcja i właśnie dlatego oddalają się oni od prawdy przyrody. Z przyrody 
uczynili martwą, bierną masę czy materię i dlatego przyczynę ruchu w przyrodzie wyprowadzali z potęgi lub 
wszechmocy boga. Bóg, ich zdaniem, nadał ruch materii, która sama jest nieruchoma, przepoił ją życiem, i 
właśnie dlatego podziwiali oni olbrzymią wszechmoc boga, dzięki której poruszył on tę ogromną masę czy 
maszynę.   Ale   czyż   moc,   dzięki   której   .bóg   wprawił   w   ruch   ciało   czy   materię,   czyż   moc   ta   nie   jest 
wyabstrahowana, wysnuta z siły czy mocy, która na jedno ciało będące w spoczynku przenosi ruch drugiego 
ciała? Dyplomatyczni teiści nie twierdzą oczywiście, że bóg wprawił materię w ruch przez pchnięcie, przez 
bezpośrednie dotknięcie; wszak bóg jest duchem i sprawił to tylko przy pomocy swej woli. Lecz tak jak bóg 
nie występuje w wierzeniach tylko jako czysty bóg, ale również jako istota materialna i zmysłowa, choć 

43

background image

materialna i zmysłowa w sposób ukryty, tak samo też nie spowodował on ruchu samą swoją wolą. Wola jest 
niczym bez mocy, bez pozytywnej, materialnej możności. Sami teiści wyraźnie odróżniają w bogu moc od 
woli i rozumu. Czymże jednak jest moc różna od woli i rozumu, jeśli nie potęgą przyrody? Wyobrażenie 
mocy jako cechy boskiej albo jako bóstwa rodzi się i rozwija u człowieka szczególnie na tle porównywania 
działania   przyrody   z   działaniem   człowieka.   Człowiek   nie   potrafi   stworzyć   drzew   ani   ziół,   nie   potrafi 
wywołać burz, zmieniać pogody, ciskać błyskawic i razić piorunami. Stąd też Wergiliusz nazywa błyskawicę 
Jowisza   „nie   do  naśladowania”,   a   według   mitologii   greckiej   grom  Jowisza   zabił   Salmoneusa   za   to,   że 
ośmielił się marzyć, by jak Jowisz ciskać błyskawice i rzucać gromy. Takie zjawiska przyrody przekraczają 
możliwości człowieka, nie leżą w jego mocy. Dlatego człowiek uważa istotę, która wywołuje te skutki i 
zjawiska, za istotę nadludzką, a jako nadludzką – za boską. A przecież wszystkie te skutki i zjawiska nie 
wyrażają nic innego, jak potęgę przyrody. Chrześcijanie, teiści skutki te pośrednio albo ze względu na ich 
źródło przypisują bogu, istocie odmiennej od przyrody, wyposażonej w wolę, rozum i świadomość. Ale to 
jest interpretacja. Tutaj zaś nie Tutaj zaś nie chodzi o to, czy duch jest, czy nie jest przyczyną tych zjawisk i 
czy może nią być, czy nie, lecz o to, że zjawiska przyrody i. jej działanie są oryginałem, z którego człowiek 
pierwotnie wyprowadza nazwę i pojęcie nadludzkiej, boskiej mocy i siły. Nawet chrześcijanin, zwłaszcza 
oświecony,  racjonalistyczny chrześcijanin, nie uważa ich za bezpośrednie działanie boga, lecz sądzi, że 
wypływają one z działalności boga jako ich pierwszej przyczyny, a w rzeczywistej swej istotności i w swych 
właściwościach są skutkami działania przyrody. Oto przykład. Gdy piorun zabije człowieka, chrześcijanin 
mówi i myśli, że nie stało się to przypadkowo lub na skutek samego porządku panującego w przyrodzie, lecz 
z wyroku boskiego; gdyż „nawet wróbel nie spadnie z dachu, jeśli to nie jest wolą bożą”. Bóg chciał śmierci 
wróbla, i to właśnie takiej. Wola boska jest pierwszą lub ostateczną przyczyną śmierci, a dopiero dalszą 
przyczyną jest grom; albo inaczej, w myśl starych wierzeń, grom jest narzędziem, przy pomocy którego bóg 
sam zabija człowieka, w świetle zaś wierzeń dzisiejszych piorun jest przyczyną pośrednią, która z woli boga 
lub co najmniej za jego zgodą spowodowała śmierć. Lecz ową siłą, która druzgocze, uśmierca, niweczy, jest 
własna siła gromu, tak samo jak siła lub działanie arszeniku, którego użyłem w celu otrucia człowieka, nie 
jest działaniem mojej woli, mojej siły, lecz jest siłą i działaniem właściwym arszenikowi. Na stanowisku 
teistycznym albo chrześcijańskim odróżniamy więc siłę właściwą rzeczom od siły, a raczej od woli boga. W 
działaniu, a więc i właściwościach elektryczności, magnetyzmu, powietrza, wody, ognia nie dopatrujemy się 
właściwości   i   działania   boga,   gdyż   właściwości   rzeczy   poznajemy   przecież   tylko   z   ich   działania.   Nie 
mówimy:  bóg pali się i grzeje, lecz: ogień pali się i grzeje. Nic mówimy i nie myślimy:  bóg wywołuje 
wilgoć, lecz: woda wywołuje wilgoć, nie mówimy: bóg grzmi i błyska, lecz po prostu: grzmi i błyska się, i 
tak dalej. Z tych zjawisk, właściwości i działań natury, które różnią się od boga jako istoty duchowej, tak jak 
pojmują go chrześcijanie, wzięło się u człowieka wyobrażenie jakiejś boskiej, nadludzkiej mocy; człowiek 
czci przyrodę jako boga, przynajmniej tak długo, jak długo pozostaje wierny swemu pierwotnemu, prostemu 
wyczuciu (Sinn), które nie rozdwaja przyrody na boga i świat.

Przy wyrazie „nadludzki” nie mogę się powstrzymać od pewnej uwagi. Jedną znajpospolitszych skarg 

podnoszonych przez religijnych i naukowych hipokrytów przeciw ateizmowi jest ta, że ateizm niweczy i 
ignoruje jedną z najistotniejszych potrzeb człowieka, mianowicie potrzebę przyjmowania czegoś wyższego 
od siebie i oddawania temu czci, i że tym samym ateizm czyni z człowieka istotę egoistyczną i pyszną. Ale 
ateizm   odbierając   człowiekowi   owe   „nad”   teologiczne,   bynajmniej   mu   nie   odbiera   „nad”   moralnego   i 
naturalnego. Moralnym „nad” jest dla człowieka ideał, który każdy Człowiek musi sobie wyznaczyć, by stać 
się człowiekiem wartościowym, lecz ideał ten jest i musi być ideałem i celem ludzkości. W sposób naturalny 
nad człowiekiem jest sama przyroda, przede wszystkim siły kosmiczne, od których zależy nasze istnienie, 
nasza ziemia; ziemia jest przecież tylko jednym ogniwem przyrody, a jest taka, jaka jest, tylko dlatego, że 
zajmuje określone miejsce w naszym ukladzie słonecznym. Nawet nadziemska i nadludzka istota, o której 
mówi   religia,   zawdzięcza   swoje   pochodzenie   niebu   i   ciałom   niebieskim,   znajdującym   się   zmysłowo, 
optycznie „nad nami”. U Cyryla Julian dowodzi boskości ciał niebieskich przy pomocy faktu, że człowiek 
wznosi ręce ku niebu, gdy się modli, gdy przysięga albo gdy z jakiejś innej przyczyny zwraca się do boga. 
Nawet  sami  chrześcijanie  umieszczają  również  swego „duchowego,  wszechobecnego”  boga  w niebie,  a 
czynią to z tych samych względów, z jakich pierwotnie niebo uznawano za boga. Aryston z Chios, uczeń 
Zenona, twórcy stoicyzmu, wyraźnie powiada: „To, co fizyczne (przyroda), jest «nad nami», ponieważ jest 
niemożliwe do poznania i nie przynosi nam żadnego pożytku”. Ale tym, co fizyczne, jest głównie to, co 
niebieskie. Wszak ciała astronomiczne i zjawiska meteorologiczne przede wszystkim podniecały ciekawość 
przyrodników i filozofów przyrody.  I tak Sokrates uznał fizykę  za coś, co jest ponad siły człowieka, i 
sprowadził   w   ten   sposób   człowieka   od   fizyki   do   etyki;   przez   fizykę   rozumiał   głównie   astronomię   i 
meteorologię, skąd pochodzi znane powiedzenie, że ściągnął on filozofię z nieba na ziemię; dlatego też 
wszelkie filozofowanie, które przekracza siły i przeznaczenie ezlowieka, określał słowem  meteorologein 
(„meteorologizować”, to znaczy: zajmować się niebieskimi, nadziemskimi rzeczami).

Moc, nadczłowieczeństwo, istota najwyższa albo istniejąca nad nami - u Rzymian bogowie nazywają się 

44

background image

Superi - a tak samo i inne przymioty boga, jak jego wiekuistość, nieskończoność, są naprzód przymiotami 
przyrody.   Na   przykład   u   Homera   nieskończoność   jest   przymiotem   morza   i   ziemi,   u   Anaksymenesa   - 
przymiotem powietrza; w Zendaweście wieczność i nieśmiertelność są przymiotami słońca i gwiazd. Nawet 
sam   Arystoteles,   największy   filozof   starożytności,   w   przeciwieństwie   do   doczesności   i   zmienności 
wszystkiego,   co   ziemskie,   niebu   i   ciałom   niebieskim   przypisuje   niezmienność   i   wieczność.   A   nawet 
chrześcijanin  z   wielkości   i   nieskończoności   świata,   czyli   przyrody,   wnioskuje   o   nieskończoności   boga, 
aczkolwiek   zaraz   potem   każe   wielkości   przyrody   zniknąć   wobec   wielkości   boga.   Czyni   to   z   łatwo 
zrozumiałych względów, których tu jednak nie będziemy poruszać. Tak np. Scheuchzer w Hiobowej wiedzy 
o   przyrodzie
  mówi,   podobnie   jak   wielu   innych   chrześcijan:   ,,O   jego   (boga)   nieskończonej   wielkości 
świadczy nie tylko nie pojęta wielkość świata i ciał niebieskich, lecz nawet najmniejszy pyłek”. W swojej 
zaś Fizyce albo nauce o przyrodzie ten sam uczony i bogobojny przyrodnik mówi: „Nieskończona mądrość i 
wszechmoc Stwórcy przejawia się nie tylko w owych infinite magnis (rzeczach nieskończenie wielkich)
całej masie świata i w owych wielkich ciałach, które krążą po niebieskich przestworzach... lecz również w 
owych  infinite   parvis  (rzeczach   nieskończenie   małych),   w   owych   drobnych   jak   pyłek   zwierzątkach... 
Najmniejszy pyłek zawiera jeszcze niezliczoną ilość najdrobniejszych światów”. Pojęcie nieskończoności 
stapia   się   z   pojęciem   wszechobejmującej   ogólności   albo   uniwersalności.   Bóg   nie   jest   partykularny   i 
skończony, nie jest istotą ograniczoną do tego lub do owego narodu, do tego lub innego miejsca, ale też nie 
jest przyrodą. Słońce, księżyc, niebo, ziemia i morze są wspólne dla wszystkich - powiedział pewien grecki 
filozof; a rzymski poeta (Owidiusz) mówi: Przyroda nikomu nie dała na własność słońca ani powietrza, ani 
wody. „Wszyscy są równi wobec Boga”, ale także i wobec przyrody. Ziemia rodzi swe płody nie tylko dla 
tej lub innej wybranej osoby lub wybranego narodu; Słońce świeci nie tylko nad głową chrześcijanina lub 
żyda, świeci dla wszystkich ludzi bez wyboru. Starożytni Żydzi, przeciwnie, uważali się za naród wybrany 
przez Boga, to znaczy za naród uprzywilejowany, i wierzyli, że świat został stworzony tylko dla nich, a nie 
dla wszyskich ludzi. I dlatego, jeśli chodzi o nieskończoność i powszechność przyrody, nie mogli pojąć, 
dlaczego  dobra   tego  świata   przypadły  w   udziale   nie   tylko   im,   lecz   także   bałwochwalcom.   Na   pytanie, 
dlaczego   bóg   nie   niszczy   bałwochwalców,   uczeni   żydowscy   odpowiadali:   na   pewno   byłby   dawno   ich 
wytępił, gdyby nie czcili oni rzeczy dla świata niezbędnych. Skoro jednak bałwochwalcy czczą słońce, 
księżyc, gwiazdy, wodę, ogień, czyż z powodu kilku głupców miał zniszczyć cały świat? W rzeczywistości 
znaczy to: Bóg musi tolerować przyczyny i przedmioty bałwochwalstwa, ponieważ Żydzi nie mogliby bez 
nich istnieć! Mamy tu interesujący przykład pewnych istotnych rysów, charakterystycznych dla religii. A oto 
przykład sprzeczności między teorią i praktyką, między wiarą i życiem, którą znajdujemy w każdej religii. 
Naturalna   wspólnota   ziemi,   światła,   wody,   jaką   Żydzi   utrzymywali   z   bałwochwalcami,   pozostawała   w 
rażącej sprzeczności z ich teorią, z ich wiarą; skoro nie chcieli i zgodnie ze swoją religią nie mogli mieć nic 
wspólnego z poganami, nie powinni byli dzielić z nimi dóbr doczesnych. Gdyby byli konsekwentni, powinni 
byli odsunąć albo siebie, albo pogan od spożywania tych dóbr, by nie mieć nic wspólnego z poganami 
niewtajemniczonymi  w sprawy boskie. Po wtóre mamy  tu najlepszy przykład,  że przyroda  jest o wiele 
bardziej liberalna niż bóg religii, że naturalna postawa człowieka lub światopogląd przyrodniczy jest o wiele 
bardziej uniwersalny niż światopogląd religijny, który oddziela człowieka od człowieka, chrześcijanina od 
żyda,  a żyda  od poganina. A zatem jedność rodzaju ludzkiego, miłość  ogarniająca wszystkich ludzi, w 
żadnym wypadku nie opiera się na pojęciu ojca niebieskiego albo - jak współcześni filozofowie tłumaczą to 
wyrażenie - na pojęciu ducha, lecz opiera się równie dobrze, a nawet lepiej, na przyrodzie, a pierwotnie tylko 
na przyrodzie. Powszechna miłość bliźniego bynajmniej nie zaczyna się wraz z chrześcijaństwem. Uczyli jej 
już starożytni filozofowie, a bogiem tych pogańskich filozofów było nie co innego tylko świat albo przyroda.

Chrześcijanie   wierzyli   bodaj   tak   samo,   jak   żydzi.   I   oni   również   wierzyli   i   twierdzili,   że   świat   jest 

stworzony i utrzymywany tylko dla nich, dla chrześcijan. W związku z tym chrześcijanie tak samo jak żydzi 
nie   mogli   sobie   wytłumaczyć,   że   istnieją   niewierni   i   poganie.   Jeżeli   bowiem   świat   istnieje   tylko   dla 
chrześcijan,   po   cóż   w   og61e   istnieją   inni   ludzie,   którzy   nie   są   chrześcijanami   i   którzy   nie   wierzą   w 
chrześcijańskiego boga? Przy pomocy chrześcijańskiego boga można wyjaśnić tylko istnienie cbrześcijan, a 
nie   pogan   i   ludzi   niewierzących.   Taki   bóg,   który   każe   świecić   słońcu   i   dla   sprawiedliwych   i   dla 
niesprawiedliwych, dla wiernych i dla niewiernych, dla chrześcijan i dla pogan, jest bogiem, którego te 
różnice nie interesują, który o nich nic nie wie, który w rzeczywistości nie jest niczym innym, jak przyrodą. 
Jeśli więc w Biblii czytamy: Bóg każe świecić słońcu i nad dobrymi i nad złymi, to mamy tu do czynienia ze 
śladami religijnego poglądu naturalistycznego. Albo też pod słowami „dobry” i „zły” należy rozumieć tylko 
ludzi różniących się moralnie a nie dogmatycznie, gdyż dogmatyczny bóg biblijny surowo odróżnia barany 
od owiec, chrześcijan od żydów i pogan, wiernych od niewiernych; jednym grozi piekłem, drugim obiecuje 
niebo, dla jednych przeznacza żywot wieczny i wieczne szczęście, drugich skazuje na wieczne potępienie i 
śmierć.   Ałe   dlatego  też   nie   da   się   z   takiego   boga   wyprowadzić   istnienia   ludzi,   których   on   skazuje   na 
potępienie. Dopiero wtedy możemy zrozumieć ich istnienie i w ogóle uniknąć tych tysiącznych sprzeczności, 
kłopotów, trudności i niekonsekwencji, w które uwikłuje nas religia, gdy zrozumiemy, że bóg jest pierwotnie 

45

background image

tylko istotą wyabstrahowaną z przyrody, gdy z pełną świadomością w miejsce mistycznej, wieloznacznej 
nazwy i istoty boga podstawimy nazwę i istotę przyrody.

WYKŁAD TRZYNASTY

Wszystko   to,   co   mówiłem   w   ostatnim   wykładzie   o   mocy,   wieczności,   nadczłowieczeństwie, 

nieskończoności i uniwersalności boga, że są to cechy wyabstrahowane z przyrody i pierwotnie ją tylko 
określające, wszystko. to dotyczy również moralnych cech boskich. Dobroć boga jest tylko abstrakcją ze 
wszystkich pożytecznych, dobrych, dobroczynnych istot i zjawisk w przyrodzie, które napawają człowieka 
poczuciem lub świadomością, że życie, że istnienie jest dobrem, jest szczęściem. Dobroć boga to po prostu 
użyteczność, pożyteczność przyrody,  wysublimowana  przez fantazję i poezję uczucia, upersonifikowana, 
usamodzielniona   jako  szczególna   właściwość   czy  istota,   wyrażona   i   ujęta   w   formie   czynnej.   Ponieważ 
jednak przyroda jest równocześnie przyczyną zjawisk wrogich i zgubnych dla czlowieka, usamodzielnia on i 
ubóstwia   także   i  tę   przyczynę   w  złym   bogu.   Tę   sprzeczność   znajdujemy  niemal   w  każdej   religii;   lecz 
najbardziej   słynie   z   niej   religia   perska,   która   na   szczycie   swej   wiary   umieszcza   dwa   bóstwa   wrogie 
względem siebie: jedno z nich to Ormuzd, który jest bogiem lub przyczyną wszystkich istot dobroczynnych 
dla człowieka, a więc jest bogiem pożytecznych zwierząt i radosnych zjawisk, takich, jak światło, dzień, 
ciepło; drugi, Aryman, bóg lub przyczyna ciemności, zabójczej spiekoty i szkodliwych zwierząt. Ponieważ 
niemal wszystkie wierzenia religii chrześcijańskiej pochodzą z religii perskiej i w ogóle ze wschodniego 
poglądu  na   świat,   i   ona   również   posiada   właściwie   dwóch  bogów;   ale   tylko   jeden  z   nich  głównie   lub 
wyłącznie   nazywa   się   bogiem,   drugi   nazywa   się   szatanem   lub   diabłem.   A   nawet   tam,   gdzie   złych 
szkodliwych zjawisk przyrody nie przypisuje się jakiejś samodzielnej, osobowej przyczynie - diabłu, nawet i 
tam wyprowadza się je z gniewu bożego. Ale czy to będzie bóg zagniewany, czy bóg skory do gniewu, 
zawsze jest to bóg zly.  Jest to nowy dowód, że pomiędzy politeizmem a monoteizmem nie ma  istotnej 
różnicy. Politeista wierzy w bogów dobrych i złych, monoteista zamiast złych bogów przyjmuje gniew boga, 
zamiast dobrych - dobroć boga, tak, że jeden bóg jest bogiem zarazem dobrym i złym czy gniewnym, a więc 
bogiem   o   właściwościach   wprost   przeciwnych.   Gniew   boga   jest   jednak   tylko   jego   sprawiedliwością, 
wyobrażoną, uzmysłowioną jako afekt, jako namiętność. Gniew przecież, nawet u człowieka, sam w sobie i 
pierwotnie jest tylko namiętnym pożądaniem sprawiedliwości lub zemsty. Człowiek popada w gniew wtedy, 
gdy mu się wyrządza zło lub krzywdę, czy to rzeczywiście, czy tylko w jego mniemaniu. Gniew jest buntem 
człowieka przeciw despotycznym poczynaniom innej istoty w stosunku do niego. I tak jak dobroć boga jest 
wyabstrahowana z dobrych działań przyrody, tak sprawiedliwość pierwotnie jest tylko abstrakcją ze złych, 
szkodliwych, zgubnych działań przyrody. Wyobrażenie karzącej sprawiedliwości powstało dzięki refleksji. 
Człowiek jest egoistą, jest sam dla siebie nieskończenie dobry, wierzy też, że wszystko powinno służyć tylko 
jego dobru, że nie powinno i nie może być żadnego zła. Ale widzi rzeczy sprzeczne ze swym egoizmem i tą 
swoją wiarą. Wierzy więc, że tylko wtedy spotyka  go coś złego, kiedy wykracza przeciwko istocie lub 
przeciw   istotom,   od   których   wyprowadza   wszystko,   co   dobre   i   dobroczynne,   wierzy   też,   że   przez   to 
wykroczenie ściągnie na siebie ich gniew. Człowiek tłumaczy więc sobie wszelkie zło w przyrodzie jako 
karę zesłaną na ludzi przez boga w odwet za błąd lub za przestępstwo wobec niego popełnione. Stąd też 
pochodzi wierzenie chrześcijańskie, że przyroda była kiedyś rajem, w którym nie istniało nic wrogiego ani 
szkodliwego dla człowieka. Raj ten skończył się na skutek grzechu popełnionego przez Adama i na skutek 
wywołanego tym gniewu boga. Lecz takie wyjaśnienie jest teologicznie fałszywe. Gniew i sprawiedliwość 
boga, w odróżnieniu od jego dobroci, są pierwotnie wyabstrahowane i wyprowadzone ze szkodliwych i 
niszczycielskich   zjawisk   przyrody.   Nie   dlatego   człowiek   został   zabity  przez   piorun,   że   bóg   chciał   mu 
wymierzyć karę, że jest sprawiedliwy, zagniewany, zły, lecz odwrotnie: ponieważ został zabity przez piorun, 
przeto przyczyna tego faktu jest gniewną, karzącą, złą istotą. Taki jest pierwotny porządek myśli człowieka. 
I tak samo jak dobroć i sprawiedliwość boska są wyabstrahowane z dobrych i złych zjawisk przyrody, tak też 
i mądrość jest wyabstrahowana i wyprowadzona tylko z przyrody, a mianowicie z ładu, w jakim zachodzą 
wszelkie następujące po sobie zjawiska przyrody, ze związku naturalnych przyczyn i skutków.

Lecz tak samo jak dotychczas omówione właściwości fizyczne, metafizyczne i moralne, tak i pozostałe, 

bardziej   nieokreślone   i   negatywne   właściwości   boskie   wywodzą   się   również   z   przyrody.   Bóg   jest 
niewidzialny, ale powietrze także jest niewidzialne. Dlatego to niemal u wszystkich ludów, choćby trochę 
inteligentnych, powietrze, oddech, tchnienie, są identyczne z duchem. A sam bóg znowu nie różni się od 
ducha, to znaczy od powietrza, czyli od istoty, która dla niewykształconego, zmysłowego poglądu jest istotą 
warunkującą życie człowieka, a nawet przyczyną  jego powstania i istnienia. Jeśli się prze to mówi: nie 
powinieneś tworzyć sobie obrazu boga, to z tego nie wynika jeszcze, że przez boga należy rozumieć ducha w 
naszym rozumieniu, tj. istotę myślącą, posiadającą wolę i dążącą do poznania. Kto potrafi utworzyć sobie 
obraz powietrza? Nie dziw się, że nie widzisz Boga - odpowiada Minucjusz Feliks na zarzut pogan, że boga 
chrześcijan nie można ani pokazać, ani zobaczyć - wiatr i powietrze również są niewidzialne, choć ocierają 

46

background image

się o każdą rzecz, poruszają nią i wstrząsają. Bóg nie jest uchwytny, namacalny. Ale czy jest uchwytne 
powietrze, choć fizycy je ważą? Czy jest uchwytne światło? Czy można światło lub powietrze przedstawić 
plastycznie,   to   znaczy   w   indywidualnej   i   cielesnej   postaci?   Jakże   niesłuszną   jest   więc   rzeczą   na   tej 
podstawie, że pewne ludy nie posiadają obrazów swych bogów lub boga i nie mają  posągów, a więc i 
świątyń,  wnioskować, że oddają one cześć istocie duchowej, duchowej w naszym  rozumieniu! Ludy te 
wielbią przyrodę, czy to w jej fragmentach, czy też w całości, jeszcze jej nie personifikując, nie nadając jej 
określonych kształtów i postaci człowieka; to jest powód, dla którego nie posiadają one ludzkich obrazów i 
posągów dla przedstawienia przedmiotów swego religijnego kultu. Boga nie mogę ująć w ograniczonych 
formach,   obrazach  i   pojęciach.   Ale   czy  mogę   to  uczynić   ze   światem,   ze   wszechświatem?   Któż   potrafi 
utworzyć sobie obraz przyrody, obraz taki, który by odpowiadał jej istocie? Każdy obraz będzie przecież 
tylko ułamkiem świata, a jakże mogę właściwie przedstawić sobie całość w ułamku? Bóg nie jest istotą 
ograniczoną ani czasowo, ani przestrzennie. Ale czyż jest nią świat? Czyż świat jest w tym a tym miejscu, w 
tym a tym czasie? Czyż nie jest on we wszystkich miejscach i czasach? Czy świat istnieje w czasie, czy też 
raczej czas istnieje w świecie? Czyż czas nie jest tyko formą świata, sposobem, w jaki następują po sobie 
poszczególne istoty i zjawiska świata? Jakżeż więc mogę przypisywać światu początek w czasie? Czy świat 
zakłada czas, czy też raczej czas zakłada istnienie świata? Świat - to jakby woda, czas - to jakby ruch wody; 
czy jednak woda z natury rzeczy nie jest wcześniejsza aniżeli ruch wody? Czyż, ruch wody nie zakłada 
istnienia wody? Czyż ruch wody nie jest następstwem swoistej natury wody i jej właściwości? Czyż nie jest 
rzeczą równic naiwną przyjmownć powstanie świata w czasie, jak myśleć sobie, że istota jakiejś rzeczy 
powstała   dopiero   ze   skutków  tej   istoty?   Czyż   nie   jest   równie   niedorzeczne   przedstawiać   sobie   pewien 
konkretny punkt czasowy jako początek świata, co przedstawiać sobie spadek wody jako jej praźródło? Czyż 
więc   nie   wynika   z   tego,   cośmy   powiedzieli   dotychczas,   że   istota   i   właściwości   świata   oraz   istota   i 
właściwości boga są takie same, że bóg nie różni się od świata, że bóg jest tylko pojęciem wyabstrahowanym 
ze   świata.   Bóg   jest   tylko   światem   w   myślach,   a   świat   jest   bogiem   w   rzeczywistości,   czyli   bogiem 
rzeczywistym.   Nieskończoność   boga   jest   abstrakcją   powstałą,   wywiedzioną   z   nieskończoności   świata, 
wiecznoś6 boga - z wieczności świata, moc i wspaniałość boga - z mocy i wspaniałości przyrody. Różnica 
między bogiem a światem to tylko różnica między duchem a zmysłami, między myślą a spostrzeżeniem. 
Świat jako przedmiot zmysłów, zmysłów cielesnych, na przykład pospolitego zmysłu dotyku, jest światem, 
światem właściwym; natomiast świat jako przedmiot myśli, myślenia, które ze zmysłów abstrahuje to, co 
ogólne,  jest bogiem.  Ale powszechnik (das  Allgemeine), wyabstrahowany przez  intelekt z przedmiotów 
zmysłowych, jest sam czymś zmysłowym, jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio, jeśli nie formalnie, to jednak 
istotnie,   rzeczowo   (przecież   pojęcie   człowieka   jest   również   czymś   zmysłowym   dzięki   poszczególnym 
ludziom, a pojęcie drzewa - dzięki drzewom, które są dostrzegalne dla moich zmysłów). Otóż podobnie 
istota boga jest pośrednio również istotą zmysłową, jakkolwiek jest ona tylko pomyślaną, abstrakcyjną istotą 
świata. Bóg oczywiście nie jest istotą zmysłową w tym sensie, co jakiekolwiek ciało ograniczone w sposób 
dostrzegalny i uchwytny,  jak kamień,  roślina lub zwierzę. Ale gdybyśmy,  z tego tylko powodu, chcieli 
odmówić bogu jego zmysłowości, musielibyśmy jej odmówić także powietrzu i światłu. Niekiedy wydaje się 
człowiekowi, że przez przedstawienie boga wzniósł się ponad przyrodę i wyobraża sobie boga jako istotę 
pozbawioną,   przynajmniej   w   jego   mniemaniu,   wszelkich   zmysłowych   cech,   jako   istotę   niezmysłową, 
bezcielesną - jak to czynią chrześcijanie, zwłaszcza tak zwani chrześcijanie racjonalistyczni. Ale nawet i 
wtedy   podstawą   boga   duchowego   jest   wyobrażenie   jakiejś   istoty   zmysłowej,   Któż   bowiem   potrafi 
przedstawić sobie coś jako istotę, nie przedstawiając sobie tego zarazem jako istoty zmysłowej - choćby 
nawet   wyobrażał   ją   sobie   jako   pozbawioną   wszystkich   ograniczeń   i   właściwości   istot   spostrzegalnych 
zmysłowo?

Różnica między istotą boga a istotą rzeczy zmysłowych jest tylko różnicą między rodzajem i gatunkami 

albo jednostkami. Bóg nie jest ani tą, ani ową istotą, tak samo jak barwa w ogóle nie jest ani tą, ani ową 
barwą, jak człowiek w ogóle nie jest ani tym, ani tamtym czlowiekiem; w rodzajowym pojęciu człowieka 
pomijam bowiem wszelkie różnice gatunkowe i indywidualne, a w rodzajowym pojęciu barwy pomijam 
wszelkie   poszczególne,   różniące   się   między  sobą   barwy.   Podobnie   i   w   istocie   boga   pomijam   wszelkie 
różnice i właściwości wielu najprzeróżniejszych zmysłowych istot i myślę o nim jako o istocie w ogóle. I 
dlatego, że pojęcie istoty boskiej jest tylko abstrakcją z przedmiotów zmysłowych składających się na świat, 
że jest ono tylko ich pojęciem rodzajowym, dlatego pod to pojęcie podstawiamy zazwyczaj. obrazy istot 
zmysłowych i przedstawiamy sobie istotę boga to jako istotę przyrody w jej całości, to jako istotę światła, 
ognia lub człowieka (starszego czcigodnego mężczyzny), podohnie jak przy każdym pojęciu rodzajowym 
mamy przed oczyma  obrazy przedmiotów jednostkowych, z których je wyabstrahowaliśmy. Z istnieniem 
boga jest oczywiście tak samo, jak z jego istotą. Egzystencja nie da się przecież oddzielić od istoty. Jeżeli 
nawet bóg jest przedstawiany jako istota, która sama będąc duchem, istnieje tylko dla ducha człowieka i jest 
dla człowieka przedmiotem tylko wtedy, kiedy wzniósł się on ponad zmysły i oderwał swego ducha od istot 
zmysłowych, to i w tym wypadku istnienie boga ma za podstawę prawdę zmysłowej egzystencji, prawdę 

47

background image

przyrody. Bóg ma istnieć nie tylko w myśli, w duchu, lecz i poza nim, niezależnie od naszego myślenia, ma 
być istotą zgoła odmienną od naszego ducha, od naszych myśli i wyobrażeń. Na to kładzie się przecież 
szczególny nacisk, że jest on istotą od nas niezależną, istniejącą poza nami, przedmiotową. Ale w takim razie 
czyż prawdziwość zmysłowego bytu nie potwierdza się przez to nawet w samym bogu, który jest rzekomo 
pozbawiony wszelkich cech zmysłowych? Czyż nie oznacza to przyznania, że poza bytem zmysłowym nie 
ma żadnego innego bytu? Czyż mamy inny znak, inny probierz jakiejś egzystencji poza nami, egzystencji 
niezależnej od myślenia, niż zmysłowość? Czyż istnienie bez zmysłowości nie jest istnieniem tylko w myśli, 
w urojeniu? Egzystencja boga albo raczej egzystencja taka, jaką przypisuje się bogu, różni się od egzystencji 
innych istot zmysłowych poza nami tylko tym, czym - wedle naszego wyjaśnienia - różni się istota boga od 
istot zmysłowych. Egzystencja taka, jaką przypisuje się bogu, jest egzystencją w ogóle, jest rodzajowym 
pojęciem egzystencji, jest egzystencją pozbawioną wszelkich szczególnych i indywidualnych właściwości i 
określeń.   Jest   to   więc   egzystencja   duchowa,   abstrakcyjna,   jak   każde   pojęcie   ogólne   jest   czymś 
abstrakcyjnym, czymś duchowym. Ale zarazem jest ona jednak egzystencją zmysłową, tylko że pomyślaną 
w ogólności.

Tu leży rozwiązanie trudności, jakie zagadnienie egzystencj i sprawiało filozofom i teologom, jak o tym 

świadczą tak zwane dowody istnienia boga; tu leży rozwiązanie sprzeczności, występujących w teoriach i 
wyobrażeniach dotyczących  istnienia boga. Rozumiemy  teraz, dlaczego bogu przypisuje  się  egzystencję 
duchową, a równocześnie tę duchową egzystencję przedstawia się jako zmysłową, a nawet umiejscowioną, 
jako istnienie w niebie. Krótko: sprzeczność i walka między duchem i zmysłowością w przedstawianiu 
boskiej egzystencji, dwuznaczność i mistyczna nieokreśloność tego istnienia wyjaśnia się w sposób prosty 
przez to, że jest ono abstrakcją ze zmysłowego istnienia rzeczywistych rzeczy i istot, że właśnie dlatego pod 
tę abstrakcyjną egzystencję musi się podstawić obraz egzystencji zmysłowej, podobnie jak pod istotę boga 
podstawia się zawsze obraz istoty zmyslowej. Jak widzieliśmy jednak, wszystkie własności, istotności albo 
realności,   tworzące   razem   istotę   boga,   są   wyabstrahowane   z   przyrody.   Na   wzór   istoty,   egzystencji, 
wlaściwości przyrody człowiek stworzył  sobie obraz boga. Albo głębiej rzecz biorąc, bóg i świat czyli 
przyroda różnią się między sobą tylko tak, jak pojęcie rodzajowe i przedmioty jednostkowe. Zatem przyroda, 
w   tej   postaci,   w   jakiej   jest   przedmiotem   wyobrażenia   zmysłowego,   jest   przyrodą   właściwą;   natomiast 
przyroda pomyślana w odróżnieniu od zmysłowości, w oderwaniu od swej materialności i cielesności, jako 
przedmiot ducha, myślenia - jest bogiem. W ten sposób staje się rzeczą jasną i udowodnioną, że przyroda nie 
pochodzi od boga, że istota rzeczywista nie pochodzi od abstrakcyjnej, cielesna i materialna - od duchowej. 
Wyprowadzać przyrodę z boga to to samo, co chcieć wyprowadzić oryginał z obrazu, z kopii, a rzecz samą z 
myśli o tej rzeczy. Jest to postępowanie opaczne, ale na takim właśnie postępowaniu polega cała tajemnica 
teologii. W teologii nie myśli się o rzeczach i nie pragnie się ich dlatego, że one są, lecz rzeczy są dlatego, że 
myśli się o nich i że się ich pragnie. Świat istnieje, ponieważ bóg pomyślał go i chciał, ponieważ dziś jeszcze 
myśli go i chce. Nie idee, nie myśl została wyabstrahowana z przedmiotu, lecz odwrotnie - myśl jest owym 
źródłem, ową przyczyną pomyślanego przez nią przedmiotu. Ale tego rodzaju nauka - jądro chrześcijańskiej 
teologii   i   filozofii   -   jest.   odwróceniem   na   opak   całego   porządku   przyrody.   Skąd   jednak   bierze   się   u 
człowieka   to   odwrócenie?   Już   poprzednio,   gdy   mówiliśmy   o   pierwszej   przyczynie,   powiedziałem,   że 
człowiek stawia wyżej rodzaj, tzn. pojęcie rodzajowe, niż gatunki i jednostki, a mówiąc w terminologii 
filozoficznej: abstrakcję stawia przed konkretem, i że subiektywnie rzecz biorąc ma prawo tak postępować - 
w każdym razie tak długo, dopóki nie wychodzi poza własną istotę. I tu mamy wyjaśnienie i rozwiązanie 
wszystkich trudności i sprzeczności, na jakie natrafiamy, kiedy świat i jego stworzenie wywodzimy od boga. 
Człowiek za pomocą swej zdolności do abstrakcji wydobywa z przyrody, z rzeczywistości to, co podobne, 
jednakowe, wspólne, oddziela to od rzeczy jednakowych lub mających tę samą istotę i czyni  z tego, w 
odróżnieni od nich, istotę samodzielną, która ma być ich istotą. Tak na przykład człowiek odrywa od rzeczy 
zmysłowych przestrzeń i czas jako ogólne pojęcia lub formy, które są im wszystkim wspólne, jako że one 
wszystkie są rozciągłe i podlegają zmianom, istnieją jedna obok drugiej i jedna po drugiej. Tak więc każdy 
punkt ziemi znajduje się obok drugiego, a nie w tym samym miejscu, i w ruchu ziemi następuje po drugim; 
tam,   gdzie   teraz   znajduje   się   pewien   punkt,   tam   za   chwilę   znajdzie   się   inny.   Choć   jednak   człowiek 
wyabstrahował przestrzeń i czas z rzeczy przestrzennych i czasowyeh, mimo to uważa czas i przestrzeń za 
pierwsze, podstawowe warunki istnienia tych rzeczy. Myśli sobie zatem, że świat, tj. ogół wszystkich rzeczy 
rzeczywistych, materia, treść świata, powstał w przestrzeni i czasie. Joszcze u Hegla materia powstaje nie 
tylko w przestrzeni i czasie, ale z przestrzeni i czasu. Człowiek stawia czas i przestrzeń przed światem 
rzeczywistym,  a filozoficzne pojęcia ogólne, wyabstrahowane z poszczególnych rzeczy, usamodzielnia w 
ogólne istoty,  mianowicie - w religii politeistycznej - w bogów, w monoteistycznej - w cechy boskie; i 
dlatego przestrzeń i czas uczynił bogiem albo z bogiem utożsamił. Nawet. słynny matematyk i astronom 
chrześcijański Newton nazywa przestrzeń niezmierzonością Boga, a nawet sensorium Boga, tzn. organem, 
dzięki któremu bóg jest obecny w każdej rzeczy i każdą rzecz odczuwa. Newton pojmuje również przestrzeń 
i czas „jako następstwo istnienia Boga, ponieważ istota nieskończona jest we wszystkich miejscach i dlatego 

48

background image

też   istnieje   niezmierzona   przestrzeń;   istota   wieczna   istnieje   odwiecznie   i   dlatego   też   istnieje   w 
rzeczywistości   wieczne   trwanie”.   I   rzeczywiście   trudno   dowieść,   dlaczego   czas,   oderwany   od   rzeczy 
istniejąeych w czasie, nie miałby być utożsnmiany z bogiem; albowiem czas abstrakcyjny, w którym nie ma 
różnicy między „teraz” i „później” (brak przecież różnicującej je treści), nie da się odróżnić od martwej, 
nieruchomej wieczności. Wieczność nie jest więc niczym innym jak rodzajowym pojęciem czasu, czasem 
abstrakcyjnym, oderwanym od różnic czasowyeh. Nic więc dziwnego, że religia zrobiła z czasu jedną z cech 
boga albo nawet boga samodzielnego. Indyjski bóg Kriszna w Bagawadgita wśród wielu innych rzeczy 
uważa również czas za jeden ze swoich przymiotów, i to za taki, który stanowi jego honorowy tytuł, skoro 
mówi, o sobie: Jam jest czas, który wszystko ożywia  i wszystko niszczy!  Podobnie Grecy i Rzymianie 
ubóstwiali czas pod nazwą Kronosa i Saturna. W religii perskiej na czele bóstw stoi jako istota najwyższa 
Zaruano-akarana, tzn. niestworzony czas. Również u Babilończyków i Feilicjan bóg czasu lub pan czasu, 
król wieczności i jak tam go jeszcze nazywają, był bogiem najwyższym. Na tym przykładzie widzimy, jak 
człowiek   tworzy   pojęcia   ogólne   w   zgodzie   albo   w   harmonii   z   naturą   czynności,   przy   pomocy   której 
abstrahuje, ale też jak - w sprzeczności z naturą przedmiotów rzeczywistych - uważa te ogólne pojęcia, 
wyobrażenia   czy  -   jak   je   nazywa   Kant   -   oglądy  przestrzeni   i   czasu  za   warunki   istnienia   przedmiotów 
rzeczywistych,   a   raczej   za   pierwsze   przyczyny   i   elementy   ich   istnienia.   Nie   pamięta   o   tym,   że   w 
rzeczywistości jest wprost odwrotnie, że nie przestrzeń i czas są założeniem dla rzeczy,  lecz rzeczy są 
założeniem dla przestrzeni i czasu. Wszak przestrzeń albo rozciągłość zakłada coś, co jest rozciągłe, a czas, a 
ruch - czas jest przecież tylko pojęciem wyabstrahowanym z ruchu - zakłada coś, co się rusza. Wszystko jest 
przestrzenne i czasowe; wszystko jest rozciągłe i znajduje się w ruchu. Zgoda; lecz rozciągłość i ruch różnią 
się od siebie tak, jak różnią się przedmioty rozciągłe i poruszające się. Wszystkie planety obracają się dokoła 
słońca; ale każda ma swój własny ruch; jedna porusza się w krótszym, druga w dłuższym czasie, im bliżej 
słońca, tym prędzej, im dalej, tym wolniej. Wszystkie zwierzęta poruszają się (aczkolwiek nie wszystkie 
przenoszą się z miejsca na miejsce). Ale jakże nieskończenie różnorodny jest ten ruch! Każdy ruch zależy od 
budowy, od sposobu życia, krótko: od indywidualnej istoty zwierzęcia. W jaki sposób mogę więc wyjaśnić i 
wyprowadzić tę rozmaitość na podstawie czasu i przestrzeni, na podstawie samej tylko rozciągłości i ruchu? 
Rozciągłość i ruch są właśnie zależne od czegoś: od ciała, od istoty, która jest rozciągła i w ruchu. A zatem 
to,   co   jest   pierwsze   dla   człowieka,   przynajmniej   wtedy,   gdy   dokonuje   on   abstrakcji,   jest   ostatnie   dla 
przyrody   lub   w   przyrodzie.   Lecz   człowiek   to,   co     subiektywne,   czyni   obiektywnym,   tzn.   to,   co   jest 
pierwszym   dla   niego,   czyni   pierwszym   samym   w   sobie   lub   pierwszym   z   natury,   i   dlatego   też   czyni 
przestrzeń i czas pierwszymi, zasadniczymi istotami przyrody, i w ogóle to, co ogólne, tj. abstrakcyjne, czyni 
zasadniczą istotą rzeczywistości. Stąd też istotę tworzącą pojęcia ogólne, istotę myślącą, duchową, czyni 
pierwszą istotą, istotą, która wyprzedza wszystkie inne nie tylko w hierarchii, ale także w czasie, która - co 
więcej - jest źródłem i przyczyną wszystkich istot i wszystkie sama zrobiła, stworzyła.

Pytanie,   czy   świat   stworzył   bóg,   w   ogóle   zagadnienie   stosunku   boga   do   świata,   jest   zagadnieniem 

stosunku ducha do zmysłowości, stosunku tego, co ogólne i abstrakcyjne, do tego, co rzeczywiste, a więc i 
stosunku   rodzaju   do   jednostek;   dlatego   też   nie   można   go   rozwiązać   nie   odpowiadając   na   to   drugie 
zagadnienie; bóg bowiem to nic innego, jak tylko najwyższe pojęcie rodzajowe. Wprawdzie dopiero co 
objaśniłem   to   zagadnienie   na   przykładzie   pojęcia   czasu   i   przestrzeni,   lecz   należy   je   jeszcze   pogłębić. 
Zwracam   uwagę,   że   zagadnienie   to   należy   do   najważniejszych   i   najtrudniejszych   zagadnień   ludzkiego 
poznania   i   filozofii.   Widać   to  chociażby  stąd,   że   cała   historia   filozofii   obraca   się   właśnie   dokoła   tego 
zagadnienia.   Spór   stoików   i   epikurejczyków,   platoników   i   arystotelików,   sceptyków   i   dogmatyków   w 
filozofii starożytnej, nominalistów i realistów w średniowieczu, idealistów i realistów lub empirystów w 
nowszych czasach, dotyczy ostatecznie zawsze jednego i tego samego zagadnienia. A przy tym jest to jedno 
z   najtrudniejszych  zagadnień  nie   tylko  dlatego,  że  filozofowie,  mianowicie  filozofowie   najnowsi,  przez 
najbardziej lekkomyślne nadużywanie słów wnieśli niebywały zamęt do tej dziedziny, ale i dlatego, że mowa 
i myślenie, które nie da się przecież oderwać od mowy, z natury swej krępuje nas i zwodzi. Każde słowo jest 
przecież ogólne, ponieważ to, co jednostkowe, nie da się nawet wypowiedzieć; stąd dla wielu ludzi już sam 
język dowodzi nicości wszystkiego, co jednostkowe i zmysłowe. I wreszcie wielki wpływ na to zagadnienie i 
na   jego   rozstrzygnięcie   mają   różnice   zachodzące   między   ludźmi   pod   względem   mentalności,   zawodu, 
uzdolnień a nawet lemperamentu. Ludzie na przykład, klórzy prowadzą życie bardziej aktywne, którzy nie 
ślęczą tylko nad książkami, którzy przebywają więcej na łonie przyrody i nie wysiadują po bibliotekach, 
ludzie, którzy z naturalnego popędu i zawodu skłonni są do obserwacji, do patrzenia na rzeczy realne, 
rozstrzygną to pytanie zawsze w duchu nominalizmu. Będą więc temu, co ogólne, przyznawali istnienie 
tylko   subiektywne,   istnienie   w   mowie,   w   wyobrażeniach   człowieka.   Natomiast   ludzie   o   zawodach   i 
właściwościach przeciwnych rozstrzygali to pytanie w duchu przeciwnym, w duchu realistów, którzy temu, 
co ogólne, przyznawali istnienie samo w sobie, istnienie niezależne od ludzkiego myślenia i języka.

49

background image

WYKŁAD CZTERNASTY

W   ostatnim   wykładzie   doszliśmy   do   wniosku,   że   stosunek   boga   do   świata   sprowadza   się   tylko   do 

stosunku   pojęcia   rodzajowego   do   jednostki,   że   pytanie,   czy  bóg   istnieje,   jest   właściwie   pytaniem,   czy 
przedmiot ogólny posiada egzystencję sam w sobie. Pytanie to jest nie tylko bardzo trudne, ale i bardzo 
ważne: gdyż tylko od niego zależy istnienie lub nieistnienie boga. U wielu ludzi ich wiara w boga trzyma się 
jedynie na tym pytaniu; istnienie ich boga opiera się tylko na istnieniu pojęć rodzajowych czyli ogólnych. 
Jeśli nie ma boga -- mówią oni - żadne z pojęć ogólnych nie jest prawdą, nie ma tedy ani mądrości, ani 
cnoty, ani sprawiedliwości, ani prawa, ani społeczeństwa; wszystko jest czystą dowolnością, wszystko ginie 
w chaosie, rozpada się z powrotem w nicość. Tutaj należy od razu zauważyć, że jeśli nie istnieje mądrość, 
sprawiedliwość, cnota w znaczeniu teologicznym, to z tego wcale nie wynika, że nie istnieją one w sensie 
ludzkim, rozumnym. Aby uznać znaczenie pojęć ogólnych wcale nie trzeba posuwać się do ich ubóstwiania i 
czynić je istotami samodzielnymi, które miałyby być czymś innym niż istoty jednostkowe. Aby potępić jakąś 
zdrożność,   nie   trzeba   jej   od   razu   usamodzielniać   w   postaci   diabła,   jak   to   czynili   dawni   teologowie 
chrześcijańscy, którzy dla każdego grzechu posiadali specjalnego diabła, a więc na przykład dla pijaństwa - 
diabła opilstwa, dla obżarstwa - diabla żarłoczności, dla zazdrości - diabla zazdrości, dla skąpstwa - diabła 
chciwości, osobnego diabła dla namiętności do gry, a w pewnym okresie nawet diabła dla pewnej modnej 
formy spodni; i tak samo, aby pokochać cnotę, mądrość, sprawiedliwość nie trzeba ich czynić bóstwami albo 
- co na jedno wychodzi - przymiotami boga. Jeżeli postawię sobie jakiś cel, jeśli na przykład będę dążył do 
zdobycia cnoty hartu czy wytrwałości, czyż muszę od razu stawiać jej oltarze i świątynie, aby nie tracić jej z 
oczu, tak jak czynili Rzymianie, którzy uznali cnotę za boginię, a nawet ubóstwiali poszczególne cnoty. 
Czyż cnota musi być koniecznie istotą samodzielną, by wywierać na mnie swój wpływ, by mieć dla mnie 
jakąś wartość? Czyż nie ma ona również wartości jako właściwość człowieka? Wszak to ja sam chcę być 
wytrwały;   to   ja   nie   chcę   już   poddawać   się   zmienności   nastrojów,   na   które   mnie   narażają   miękkość   i 
wrażliwość;   to  ja   sam  czuję   do  siebie   odrazę   jako   do  człowieka   miękkiego,   wrażliwego,   chwiejnego  i 
kapryśnego i dlatego stawiam sobie za cel wytrwałość. Póki tej cnoty nie posiadam, dopóty, rzecz prosta, 
oddzielam ją od siebie, dopóty stawiam ją sobie za ideał, personifikuję ją, a nawet w rozmowie z samym 
sobą   zwracam   się   do   niej   tak,   jak   gdyby   była   istotą   samą   dla   siebie,   ustosunkowuję   się   do   niej   jak 
chrześcijanin   do   swego   boga   lub   Rzymianin   do   swej   bogini   cnoty.   Lecz   jestem   świadom   tego,   że   ją 
personifikuję; mimo to nie traci ona dla mnie wartości, gdyż osobiście przecież mi na niej zależy. Moja 
własna osoba, mój  egoizm,  moje  dążenie do szczęśliwości i poczucie godności, z którym  nie godzi się 
miękkość dopuszczająca zmienne nastroje i zmienne postanowienia, oto dostatecznie ważka przyczyna, bym 
chciał stać się wytrwałym.

To samo dotyczy innych cnót i sił ludzkich, jak rozum, wola, mądrość; one również nie tracą dla mnie 

wartości i rzeczywistości, nie przestają w ogóle istnieć, jeżeli uważam je tylko za zalety ludzkie i ani ich nie 
ubóstwiam,   ani  nie  czynię   z nich  istot  samodzielnych.   To  samo,   co  powiedzieliśmy o cnotach i  siłach 
człowieka, dotyczy również pojęć ogólnych lub rodzajowych; nie istnieją one poza rzeczami i poza istotami; 
nie istnieją oddzielnie, niezależnie od indywiduów, z których je wyabstrahowaliśmy. Podmiotem, tzn. istotą 
istniejącą, jest zawsze tylko indywiduum; rodzaj jest tylko orzecznikiem, właściwością. Ale myślenie nie 
oparte na zmysłach, abstrakcja, odrywa od indywiduum ten właśnie orzecznik, właściwość, i czyni ją samą 
przedmiotem,   ujmuje   tę   właściwość   jako   istotę   indywiduów,   a   różnicę   między   indywiduami   uznaje   za 
różnice tylko indywidualne, tzn. przypadkowe, obojętne i nieistotne; w ten sposób dla myśli, dla ducha 
wszystkie jednostki stapiają się właściwie w jedno indywiduum, a raczej w jedno pojęcie; myśl zachowuje 
sobie jądro tylko dla siebie, natomiast skorupę pozostawia wyobrażeniu zmysłowemu, które ukazuje nam 
indywidua jako indywidua, tzn. w ich wielości, różnorodności, indywidualności i egzystencji; w ten sposób 
nasza myśl zamienia to, co w rzeczywistości jest podmiotem, co jest samą istotą, na orzecznik, na cechę, na 
jakiś tylko kaprys pojęcia rodzajowego - i odwrotnie, to, co w rzeczywistości jest tylko cechą, orzecznikiem, 
zamienia na istotę samą.

Aby to lepiej zrozumieć, rozpatrzmy jeszcze jeden przykład zmysłowy. Każdy człowiek posiada głowę, 

oczywiście głową ludzką, a więc wyposażoną w cechy ludzkie; ale również i zwierzęta mają głowy, chociaż 
nie są one czymś charakterystycznym dla pojęcia zwierząt w ogóle, są bowiem zwierzęta, które nie posiadają 
jeszcze właściwej, rozwiniętej głowy, a nawet u wyższych zwierząt służy ona jedynie niższym potrzebom; 
właściwa   głowa   ma   u   nich   przeto   mniejsze   znaczenie   niż   uzębienie.   Głowa   jest   zatem   znamieniem 
wspólnym  dla wszystkich ludzi, powszechną, istotną właściwością czyli  orzecznikiem człowieka. Istota, 
która wyjdzie z łona matki bez nóg i bez rąk, będzie człowiekiem, lecz istota hez głowy człowiekiem nie 
jest. Ale czy z tego wynika, że wszyscy ludzie mają tylko jedną jedyną głowę? A przecież jedność glowy 
byłaby   koniecznym   następstwem   jedności   rodzaj,   tak   jak   go   człowiek   usamodzielnia   w   swym 
abstrakcyjnym, niezmysłowym myśleniu. Ale czy zmysły nie przekonują mnie, że każdy człowiek posiada 
własną głowę., że istnieje tyle głów, ile jest ludzi, że przeto nie ma jakiejś głowy ogólnej lub powszechnej, 

50

background image

lecz   tylko   głowy   indywidualne?   Że   głowa   jako   pojęcie   rodzajowe,   tj.   głowa   pozbawiona   wszelkich 
indywidualnych różnic i znamion, istnieje tylko w mojej głowie, a poza nią istnieją tylko poszczególne 
głowy? Cóż jednak jest istotne dla tej głowy, dla mojej głowy? Czy to, że jest ona w ogóle głową, czy też, że 
jest tą określoną głową? Oczywiście to, że jest ona tą głową; kto bowiem pozbawi mnie mojej głowy, ten 
pozbawi mnie głowy w ogóle. I nie głowa w ogóle, lecz głowa rzeczywista, indywidualna działa, tworzy i 
myśli. Słowo indywidualny jest co prawda wieloznaczne; rozumiemy przez nie również swoistość obojętną, 
przypadkową,   nieważną,   przez   którą   jeden   człowiek   różni   się   od   innych.   Aby   uchwycić   znaczenie 
indywidualności, należy przeciwstawić człowieka a raczej - aby pozostać przy naszym przykładzie – głowę 
człowieka   głowie   zwierzęcia,   indywidualność   ludzkiej   głowy   rozpatrywać   w   odróżnieniu   od   głowy 
zwierzęcej. Ale również przy zestawieniu jednej głowy ludzkiej z innymi głowami ludzkimi istotne jest to, 
że każdy człowiek ma swoją własną głowę, tą określoną, zmysłową, spostrzegalną, widoczną, indywidualną 
głowę. Tak jest bez względu na to, że istnieją różnice indywidualne w tym sensie, w którym indywidualność 
oznacza   jakąś   swoistość   obojętną.   Głowa   jako   pojęcie   rodzajowe,   jako   powszechny   atrybut   lub   cecha 
wszystkich ludzi ma przeto tylko to znaczenie, ten sens, że wszyscy ludzie są do siebie podobni pod tym 
względem, że każdy ma głowę. Stwierdzając to podobieństwo, nie zgadzam się jednak z tym jakoby wszyscy 
ludzie mieli jedną jedyną głowę - a przecież jedyność głowy jest koniecznym następstwem wyobrażania 
sobie,   że   jedność   rodzaju   jest   czymś,   co   istnieje   samodzielnie   i   niezależnie   od   indywiduów,   i   że   w 
szczególności wszyscy ludzie posiadają tylko jeden jedyny rozum. Twierdząc, że istnieje tyle głów, ile jest 
indywiduów, utożsamiam glowę z indywiduum, nie odróżniam i nie oddzielam ich od siebie. Czyż  stąd 
wynika, że neguję znaczenie i istnienie głowy, że czynię człowieka istotą bezgłową? Przeciwnie, zamiast 
jednej głowy otrzymuję wiele głów, a skoro czworo oczu widzi więcej . niż dwoje, to i wiele glów potrafi 
nieskończenie więcej dokonać niż jedna głowa; nie tylko więc nic nie tracę, ale zyskuję. Kiedy zatem znoszę 
różnicę między rodzajem a indywiduum, kiedy pozwalam jej istnieć tylko w myśli, przy różnicowaniu, przy 
abstrahowaniu, nie neguję tym samym znaczenia pojęcia rodzajowego: twierdzę jedynie, że rodzaj istnieje 
tylko   jako   indywiduum   lub   jako   orzecznik   dla   indywiduum.   Bynajmniej   nie   neguję   -   by   wrócić   do 
poprzednich przykładów - mądrości, dobra, piękna; przeczę tylko, jakoby były one jako pojęcia rodzajowe 
istotami, wszystko jedno czy jako bogowie, czy jako właściwości boskie, czy jako idee platońskie, czy też 
jako heglowskie pojęcia, które ustanawiają same siebie; twierdzę, że istnieją one tylko w mądrych, dobrych, 
pięknych indywiduach, są więc tylko cechami indywidualnych istot, a nie istotami samymi w sobie, tylko 
atrybutami,   określeniami   indywidualności;   twierdzę,   że   pojęcia   ogólne   zakładają   indywidualność,   a   nie 
odwrotnie. Tymczasem teizm właśnie na tym się opiera, że pojęcia rodzajowe, czy też najwyższe z nich, 
nazywa bogiem, i uważa je za przyczynę powstania rzeczy rzeczywistych. Teizm nie wyprowadza tego, co 
ogólne, z indywiduów, lecz odwrotnie, indywidua wyprowadza z ogólności. Tymczasem to, co ogólne jako 
takie, a więc pojęcie rodzajowe, istnieje tylko w myśli i dla myśli; stąd też bierze się u człowieka myśl i 
wiara, że świat powstał z idei, z myśli jakiejś istoty duchowej. Ze stanowiska myślenia, które nie uznaje 
zmysłów, taki porządek wydaje się zupełnie naturalny; gdyż duch, klóry abstrahuje od zmysłów, wszystko 
co abstrakcyjne,  duchowe, pomyślane  uważa za bliższe sobie niż to, co zmysłowe;  abstrakcja jest dlań 
wcześniejsza i wyższa niż zmysły i stąd też jest dlań rzeczą naturalną wywodzić to, co zmysłowe, z tego, co 
duchowe, a to, co rzeczywiste, z tego, co pomyślane. Z tym samym tokiem myśli spotykamy się jeszcze u 
nowoczesnych filozofów spekulatywnych. Jak kiedyś bóg chrześcijański tak oni dziś jeszcze stwarzają świat 
z własnej głowy.

Wiara czy wyobrażenie, że świat,  że  przyroda  została stworzona  przez  istotę  myślącą  lub duchową, 

posiada jednak jeszcze inną podstawę, którą w odróżnieniu od przytoczonej podstawy popularnej można by 
nazwać   podstawą   filozoficzną   albo   spekulatywną.   Oto   ona:   człowiek   wytwarza   dzieła   wobec   siebie 
transcendentne, a zanim je wytworzy, ma ich ideę, projekt, pojęcie, tak iż dzieła człowieka mają u swej 
podstawy jakiś zamiar, jakiś cel. I tak człowiek budując dom posiada w głowie pewną ideę, pewien obraz, 
według którego buduje, który urzeczywistnia i który zamienia na zewnątrz siebie w kamień lub drzewo. 
Człowiek ma przy tym pewien cel: buduje dom mieszkalny, willę lub fabrykę, krótko: buduje dom w tym lub 
innym celu. I ten cel określa ideę domu, którą tworzę w swojej głowie; dom przecież, który ma slużyć do 
pewnego określonego celu, wyobrażam sobie inaczej niż dom o innym celu. W ogóle człowiek jest istotą, 
która działa celowo; człowiek nie czyni nic bez celu. Cel jednak, na ogół biorąc, to tyle co wyobrażenie 
połączone   z  wolą,   wyobrażenie,   które  bynajmniej   nie   ma   pozostać  wyobrażeniem  czy myślą,  i  dlatego 
realizuję   je,   to   znaczy   urzeczywistniam   przy   pomocy   narzędzi   swego   ciała.   Krótko   mówiąc:   człowiek 
stwarza dzieła, jeśli nie ze swego ducha, to przy pomocy ducha, jeśli nie z myśli, to przy pomocy myśli i 
zgodnie z nimi - i choćby dlatego dzieła ludzkie noszą na sobie piętno czegoś zamierzonego, planowego i 
celowego.

Człowiek,   który  przedstawia   sobie   wszystko   podług   siebie,   swoje   wyobrażenia   o   własnych   dziełach 

przenosi na dzieła lub zjawiska przyrody. Patrzy na świat, jak na dom mieszkałny, na warsztat, na zegar, po 
prostu jak na wytwór ręki ludzkiej. Ponieważ człowiek nie widzi zasadniczej różnicy pomiędzy tworami 

51

background image

przyrody   a   tworami   sztuki   ludzkiej,   co   najwyżej   różnicę   gatunku,   więc   także   za   sprawczą   przyczynę 
przyrody uważa istotę o charakterze ludzkim, myślącą i działającą cełowo. Ponieważ dalej twory i zjawiska 
przyrody są w zestawieniu z siłami ludzkimi ogromne, a nawet nieskończenie wielkie, więc człowiek tę w 
gruncie rzeczy ludzką przyczynę uważa równocześnie za istotę nadludzką, za istotę, która posiada te same 
właściwości,   co   on:   rozum,   wolę   i   moc   urzeczywistniania   swych   myśli,   ale   w   stopniu   nieskończenie 
wyższym,  w stopniu nieskończenie przekraczającym ludzkie siły i zdolności, i tę istotę nazywa bogiem, 
Dowód istnienia boga, który opiera się na takim właśnie ujmowaniu czy rozpatrywaniu przyrody, nazywa się 
dowodem fizykoteologicznym, albo teleologicznym, tzn. dowodem zaczerpniętym z celowości w przyrodzie, 
ponieważ powołuje się głównie na tak zwane cele w przyrodzie. Cele zakładają jednak istnienie rozumu, 
zamiaru, świadomości. Wedle dowodu teleologicznego zaś - przyroda. świat, materia są ślepe i działają hez 
rozumu, bez świadomości; ich istnienie zatem zakłada istnienie istoty duchowej, która je stworzyla albo 
utworzyła i ukształtowała stosownie do swych celów i dla nich. Dowód ten pojawiał się już u starożytnych 
wierzących filozofów, platoników i stoików, a w czasach chrześcijańskich powtarzał się aż do znudzenia. 
Jest   to   dowód   najpopularniejszy   i   -   na   pewnym   stanowisku   -   najbardziej   zrozumiuły,   najbardziej 
przekonywający, dowód przemawiający do pospolitego, tzn, niewykształconego rozumu ludzkiego, który o 
przyrodzie nic jeszcze nie wie. Dowód ten jest dlatego jedyną, a w każdym razie jedyną te teoretyczną 
podstawą i uzasadnieniem teizmu dla ludu. Przeciwko takiemu wnioskowaniu musimy jednak zauważyć 
przede wszystkim, że - chociaż wyobrażenie celu ma jakiś przedmiotowy albo rzeczywisty odpowiednik w 
przyrodzie   -  to  samo   słowo  i   pojęcie   „cel”   nie   są   tu  odpowiednie.   Albowiem  to,   co  człowiek  nazywa 
celowością  przyrody,  i to, co przez tę celowość rozumie,  w rzeczywistości  jest tylko  jednością  świata, 
harmonią przyczyn i skutków, jest w ogóle wzajemnym związkiem, w którym wszystko na świecie istnieje i 
działa.   Podobnie   jak  słowa   tylko   wtedy  mają   swój   sens   i   uzasadnienie,   kiedy  są   połączone   związkiem 
koniecznym,   tak  samo   dopiero wzajemny,  konieczny  związek  istot   i  zjawisk w  przyrodzie  wywiera   na 
człowieku wrażenie harmonii i celowości. Stoicy, dowodząc istnienia rozumnej przyczyny powstania świata, 
zwalczali nierozumny pogląd, że świat zawdzięcza swe istnienie przypadkowi, mianowicie przypadkowemu 
połączeniu   atomów   czyli   nieskończenie   małych,   trwałych   i   niepodzielnych   cząstek   materii;   wedle 
porównania stoików równie dobrze moglibyśmy tłumaczyć powstanie jakiegoś dzieła ducha, dajmy na to 
historycznego poematu Enniusza, jako rezultat przypadkowego spotkania się liter. Choć jednak świat nie 
zawdzięcza swego powstania przypadkowi, nie jest to jeszcze powodem, by jego stworzenie przypisywać 
istocie ludzkiej lub do człowieka podobnej. Rzeczy zmysłowe nie są bynajmniej jak litery lub czcionki, które 
zecer musi dopiero składać, bo nie są one ze sobą związane żadnym koniecznym związkiem; w przyrodzie 
rzeczy przyciągają się wzajemnie, są sobie nawzajem potrzebne i jedna wymaga drugiej, jedna nie może 
istnieć bez drugiej; wchodzą one w związek same przez się i łączą się wzajemnie dzięki własnej sile, tak jak 
na przykład tlen łączy się z wodorem i tworzy wodę, a łącząc się z azotem tworzy powietrze. Człowiek, 
który nie zgłębił jeszcze istoty przyrody i pojmuje wszystko według siebie, uważa ów dziwny związek za 
dzieło istoty, która działa i tworzy planowo i celowo. Ludzie czuli się najbardziej uprawnieni do przyjęcia 
rozumnego i duchowego stwórcy świata nie tylko z uwagi na tak zwaną wewnętrzną, organiczną celowość, z 
jaką narządy ciała są przystosowane do swoich funkcji i czynności, lecz przede wszystkim ze względu na tak 
zwaną   celowość   zewnętrzną,   dzięki   której   przyroda   nieorganiczna   ma   takie   właściwości,   albo,   jak   to 
okreśają teiści, tak została urządzona, że zwierzęta i ludzie mogą w niej żyć w sposób możliwie przyjemny i 
wygodny.

Gdyby ziemia znajdowała się bliżej lub dalej słońca, gdyby temperatura podniosła się do punktu wrzenia 

lub opadła poniżej punktu zamarzania, wszystko by albo uschło z żaru, albo z zimna ścięłoby się w lód. 
Jakże więc mądrze obliczył dobry bóg odległość ziemi od słońca, aby i ludzie, i zwierzęta mogli na niej żyć! 
I   z   jaką   dobrocią   pomyślał   o   potrzebach   wszystkiego,   co   żyje!   Nawet   w   najbardziej   posępnych, 
nieurodzajnych i zimnych okolicach żyją przynajmniej mchy lub porosty, byliny i zwierzęta, które służą 
człowiekowi za pokarm. A w jak widoczny, w jak uderzający sposób przejawia się dobroć i mądrość boga w 
bogactwie ciepłych krajów! Jakże zatroszczył się tutaj bóg o podniebienie człowieka! Jakie smakołyki rosną 
tu na krzakach i drzewach! Tutaj trzcina cukrowa, tam ryż, którym żywi się podobno ponad sto milionów 
Chińczyków,  tu imbir, ananas i drzewo kawowe, krzew herbaciany,  pieprz i drzewo kakaowe, któremu 
zawdzięczamy   czekoladę,   tam   znowu   drzewo   muszkatałowe,   goździki   korzenne,   storczyki   waniliowe   i 
palma   kokosowa.   O   tej   palmie   mówi   jeden   ze   współczesnych,   nabożnych,   popularnych   botaników,   że 
„łaskawa Opatrzność wyposażyła ją wszędzie w półksiężycowe łuski, aby ułatwić człowiekowi wspinanie 
się na szczyt wysokiego drzewa i zdobycie smakowitego owocu i orzeźwiającego napoju.” Musimy jednak 
zauważyć w tym miejscu, i to przede wszystkim ze względu na punkt pierwszy, że życie organiczne nie 
powstało na ziemi i w ogóle w materii nieorganicznej przypadkowo; życic nieorganiczne i źycie organiczne 
tworzą jedność. Czymże bowiem jestem bez świata zewnętrznego ja, który powstałem z życia organicznego? 
Tak jak należą do mnie płuca, tak też należy i powietrze, jak oko, tak i światło; czymże bowiem są płuca bez 
powietrza, oczy bez światła? Nie po to istnieje światło, aby oko widziało, lecz oko istnieje dlatego, że 

52

background image

istnieje światło; i podobnie powietrze nie istnieje po to, by je wdychano, lecz dlatego jest wdychane, że 
istnieje, że bez niego nie ma życia.

Między światem organicznym i nieorganicznym istnieje konieczny związek i związek ten jest podstawą, 

istotą życia. Nie ma zatem żadnych podstaw, aby przypuszczać, że gdyby człowiek posiadał więcej zmysłów 
czy  narządów;   rozpoznawałby   więcej   własności   czy  rzeczy  w   przyrodzie.   W   świecie   zewnętrznym,   w 
przyrodzie nieorganicznej, nie ma nic więcej niż w organicznej. Człowiek posiada akurat tyle zmysłów, ile 
mu potrzeba, aby ogarnąć świat w jego całkowitości, jego całości. Człowiek, w ogółe organizm, nie powstał 
wprost z wody lub ziemi, jak to sądzili starożytni, nie powstał w ogóle z jednego określonego pierwiastka 
lub jednego rodzaju rzeczy,  któremu  odpowiadu tylko  ten lub inny zmysł.  Człowiek zawdzięcza swoje 
powstanie i istnienie współdziałaniu całej przyrody i tak samo zmysły czlowieka nie ograniczają się do 
określonego gatunku czy rodzaju jakości fizycznych lub sił, lecz obejmują całą przyrodę. Przyroda wcale się 
nie ukrywa; narzuca się ona człowiekowi gwałtownie i - powiedzialbym – bezwstydnie. Tak jak powietrze 
wchodzi do nas przez usta i przez nos, przez wszystkie pory naszego ciała, tak samo, gdyby istniały - jak 
twierdzą niektórzy - rzeczy lub właściwości przyrody,  niedostrzegalne dla tych zmysłów,  które obecnie 
posiadamy,  dałyby się niewątpliwie poznać przez jakieś odpowiadające im zmysły.  Ale cofnijmy się raz 
jeszcze! Gdyby ziemia zajęła miejsce Merkurego, niezawodnie wygasłoby na niej życie, a przynajmniej to 
życie, które obecnie istnieje; ale wtedy nie byłaby ona już ziemią, tzn. tą indywidualną planetą, która różni 
się od innych planet, bo przestałaby być planetą, którą jest teraz. Ziemia jest tym, czym jest, tylko w tym 
miejscu, które zajmuje w systemie słonecznym; i nie dIa tego została umieszczona w tym miejscu, aby na 
niej mogli żyć ludzie i zwierzęta, lecz przeciwnie - dlatego że ziemia zajmuje to miejsce z konieczności, a 
mianowicie zgodnie ze swoją pierwotną naturą, dlatego że jest taka, jaka jest obecnie, powstały na niej i żyją 
obecnie takie żywe oganizmy, jakie na niej znajdujemy. Wszak poszczególne kraje lub strefy ziemi wydają 
swoiste,   im   tylko   właściwe   zwierzęta   i   rośliny;   tak   na   przykład   kraje   tropikalne   rodzą   najgorętsze 
temperamenty,   najmocniejsze   napoje;   najostrzejsze   korzenie.   Widać   stąd,   że   przyroda   organiczna   i 
nieorganiczna zależą od siebie wzajemnie i są nierozerwalnie ze sobą złączone, że w istocie stanowią one 
jedność.   Nic   więc   dziwnego,   że   na   ziemi   znajdujemy   warunki   i   środki   do   życia,   które   odpowiadają 
potrzebom człowieka i zwierząt; boć przecież z tej indywidualności ziemi wynika właśnie indywidualność 
naszej   istoty;   wszak   nie   jesteśmy   dziećmi   ani   Saturna,   ani   Merkurego,   lecz   stworzeniami   ziemskimi, 
ziemskimi istotami. Przecież tej samej ziemi, temu samemu słońcu, temu samemu klimatowi zawdzięczają 
powstanie   i   istnienie   zarówno   drzewo   chlebowe   i   małpa,   żywiąca   się   jego   owocami,   jak   i   Murzyn. 
Gdziekolwiek istnieje temperatura taka, że woda może istnieć jako woda, a nie jako para lub lód, a więc 
wszędzie tam, gdzie istnieje woda, którą można pić; lub którą mogą wchłaniać rośliny, wszędzie tam, gdzie 
istnieje powietrze, które można wdychać, i światło o tej sile i natężeniu, jakie odpowiada oku zwierzęcia lub 
człowieka,   wszędzie   tam   istnieją   też   pierwiastki,   podstawowe   warunki   i   zaczątki   życia   zwierzęcego   i 
roślinnego, wszędzie tam w sposób naturalny i konieczny istnieją rośliny, które odpowiadają zwierzęcemu i 
ludzkiemu organizmowi i służą mu za pokarm. I gdyby ktoś chciał się temu dziwić, musiałby się dziwić w 
ogóle istnieniu ziemi albo swój teologiczny podziw i dowód ograniczyć do pierwszych, do, że tak powiem - 
astronomicznych   właściwości   ziemi;   jeśli   bowiem   mamy   do   czynienia   z   ziemią   jako   tą   planetą 
indywidualną, samodzielną i różniącą się od innych ciał niebieskich, w tej jej indywidualności mamy już 
warunek   albo   raczej   źródło   pochodzenia   indywiduów   organicznych;   tylko   indywidualność   bowiem   jest 
zasadą,   jest   podstawą   życia.   W   czym   jednak   tkwi   źródło   indywidualności   ziemi?   W   przyciąganiu   i 
odpychaniu,   w   atrakcji   i   repulsji,   które   stanowią   istotne   właściwości   materii,   zasadniczego   tworzywa 
przyrody, a które człowiek tylko intelektualnie oddziela od materii. Materialne cząsteczki lub ciała, które się 
przyciągają, oddzielają się przez to od innych,  odpychają tamte i tworzą w ten sposób odrębne całości. 
Pierwiastków,   prażywiołów   i   materii   świata   nie   należy   sobie   wyobrażać   jako   jednolitych, 
niezróżnicowanych; taka materia jest tylko ludzką abstrakcją, chimerą; istota przyrody, istota materii jest od 
początku istotą odrębną; gdyż tylko istota określona, odrębna, indywidualna jest istotą rzeczywistą. Równie 
naiwne, jak pytanie, dlaczego w ogóle coś istnieje, jest pytanie, dlaczego coś jest określone, a więc dlaczego 
np. tlen nie posiada zapachu ani smaku i jest cięższy od powietrza atmosferycznego, dlaczego w stanie 
sprężonym świeci, dlaczego nawet pod największym ciśnieniem nie zamienia się w ciecz, dlaczego jego 
równoważnik chemiczny wynosi osiem, dlaczego łączy się z wodorem tylko w pewnym stałym stosunku 
ciężaru,   który   wynosi   8:1,   16:2,   24:3?   Na   tych   właściwościach   tlenu   opiera   się   wszakże   jego 
indywidualność, to znaczy jego określoność, jego swoistość, jego istotność. Jeślibym pozbawił tlen tych 
właściwośei,   odróżniających   go   od   innych   pierwiastków,   unicestwiłbym   w   ogóle   jego   istnienie, 
unicestwiłbym sam tlen. Pytać, dlaczego tlen jesl takim a nie innym pierwiastkiem, to to samo co pytać, 
dlaczego tlen w ogóle istnieje? A więc dlaczego tlen istnieje? Na to odpowiadam: tlen istnieje dlatego, że 
istnieje;   tlen   należy   po   prostu   do   istoty   przyrody;   tlen   nie   istnieje   po   to,   aby   podtrzymywać   ogień   i 
oddychanie   zwierząt,   lecz   tylko   dlatego,   że   istnieje   tlen,   istnieje   ogień  i   życie.   Gdzie   są   warunki   albo 
podstawa do czegoś, nieuniknione jest też następstwo; gdzie istnieje materia, tworzywo dla życia, tam musi 

53

background image

powstać życie, podobnie jak tam, gdzie jest tlen oraz palny materiał, tam z konieczności następuje proces 
spalania.

WYKŁAD PIĘTNASTY

W ostatnim wykładzie poczyniłem kilka uwag na temat, w jaki sposób te zjawiska w przyrodzie, które 

teista wyjaśnia przy pomocy istoty działającej celowo i świadomie, dadzą się wyjaśnić w sposób fizykalny 
lub   przyrodniczy.   Daleki   jestem   zresztą   od   tego,   aby  te   powierzchowne   uwagi   uważać   za   wyjaśnienie 
początku i istoty życia organicznego. Nauki przyrodnicze nieprędko osiągną taki poziom, żebyśmy mogli 
rozwiązać  to zagadnienie. Tylko  tyle  wiemy i z całą  pewnością  możemy  twierdzić, że tak jak obecnie 
powstajemy i istniejemy w sposób na naturalny, tak też ongiś powstaliśmy na naturalnej drodze, i że wobec 
tcgo żadne teologiczne wywody nic nam nie wyjaśnią. Ale niezależnie od tego głównego problemu, jakim 
jest pochodzenie życia, istnieje w przyrodzie wiele innych ciekawych i znamiennych zjawisk, które teiści 
szczególnie skwapliwie wydobywają i powołują się na nie przeciw naturalistom: oto macie oczywisty dowód 
boskiej opatrzności i celowości! Otóż z tymi zjawiskami w przyrodzie sprawa ma się tak samo, jak z tymi 
zdarzeniami   w   życiu   ludzkim,   z   których   teista   wnioskuje   o   szczególnej   opatrzności   czuwającej   nad 
człowiekiem, a które oświetliłem już przy pomocy pewnego przykładu w Objaśnieniach do istoty religii. Są 
to zawsze wypadki, które mają związek z ludzkim egoizmem. Jeżeli innych zjawisk, równie znamiennych, 
nie wahamy się tłumaczyć przyczyną naturalną, niezamierzoną, to dzieje się tak dlatego, że na te zjawiska, 
interesujące nas z przyczyn egoistycznych, zwracamy szczególną uwagę, nie widzimy ich podobieństwa z 
innymi zjawiskami, które są nam obojętne, i uważamy je za dowody szczególnej, świadomej opatrzności, za 
jakieś „naturalne cudy”. ,,W niskiej temperaturze - pisze Liebig - wydychamy więcej węgla niż w wysokiej, 
musimy go więc stosownie do tego więcej lub mniej  spożywać  w potrawach, w Szwecji więcej niż na 
Sycylii, a w naszych okolicach w zimie o jedną ósmą więcej niż w lecie. A jeśli nawet w okolicach zimnych 
i ciepłych spożywamy te same ilości potraw co do wagi, to jakaś nieskończona mądrość sprawiła, że owe 
potrawy   posiadają   bardzo   nierówną   zawartość   węgla.   Owoce,   spożywane   przez   południowców,   nie 
zawierają w świeżym stanie więcej niż dwanaście procent węgla, gdy tymczasem tłuszcz i tran zawiera od 
sześćdziesięciu  sześciu do  osiemdziesięciu  procent”.   Ale   cóż  to za  nieskończona   mądrość   i  moc,  która 
pomaga nam dopiero w zwalczaniu następstw zła lub niedostatku, a nie zapobiega raczej samemu złu, samej 
jego przyczynie? Jeśli wóz, którym jadę, ulegnie katastrofie, a ja nie złamię sobie nogi, to czy mam to 
przypisywać boskiej opatrzności? Czy opatrzność nie powinna byla po prostu zapobiec samej katastrofie? 
Czemuż boska mądrość i dobroć w krajach polarnych nie zapobiegnie zimnu, które rozsadza nawet skały? 
Czy bóg nie może  stworzyć  raju? Cóż po takim bogu, który pomaga dopiero po szkodzie,  post festum
poniewczasie? Czy życie ludów polarnych nie jest w najwyższym stopniu nędzne, pomimo że mają tłuszcz 
bogaty w węgiel i tran? Jakże można przy wyjaśnianiu tych zjawisk uciekać się do religijnych wyobrażeń o 
boskiej mądrości i dobroci, skoro sama religia, chcąc wytłumaczyć sprzeczność między światem takim, jaki 
jest, a boską mądrością i dobrocią, twierdzi, że bóg stworzył świat nie taki, jaki jest obecnie, i że dopiero 
grzech go wypaczył. Dlatego to religia roztacza przed człowiekiem miraż boskiego, lepszego świata. Ale czy 
nie można by podać naturalnej przyczyny tego zjawiska? Dlaczegóżby nie?! Biedny mieszkaniec krajów 
polarnych,   jak   na   przykład   Grenlandczyk,   zmuszony   obecnie   pędzić   nędzny   żywot,   mimo   że   posiada 
skórzane namioty i skórzane obuwie, istotnie nie jada owoców południowych ani innych smakołyków z 
krajów południowych, ale tylko dlatego, że owoce te nie rodzą się w jego stronach; smutna konieczność każe 
mu się zadowalać prawie wyłącznie tranem i tłuszczem fok i wielorybów. Ale tłuszcz i tran nie występują 
wyłącznie   w   okolicach   bieguna   północnego.   Wieloryb   tylko   pod   wpływem   prześladowań   ze   strony 
człowieka przeniósł się na daleką północ, a foka, tak pożądana ze względu na swój tłuszcz, pojawia się 
również u wybrzeży Chile. A jeślibyśmy nawet znaleźli większą ilość węgla na biegunie północnym,  to 
tłumaczyłoby   się   to   tylko   analogicznie   do   tego,   że   drzewo   ścięte   zimą   jest   twardsze   i   cięższe,   a   w 
konsekwencji bogatsze w węgiel, niż drzewo ścięte wiosną lub latem. Wynika to niewątpliwie z tego, że na 
wiosnę i w lecie roślina pod wpływem świata i ciepła nie tylko rozkłada kwas węglowy, to znaczy przyswaja 
węgiel a wydziela tlen, lecz także zużywa i spala węgiel, a mianowicie w okresie pączkowania, kwitnięcia i 
owocowania.   Dlatego   to   trzcina   cukrowa   po   przekwitnięciu   i   wydaniu   owoców   traci   wszystek   cukier 
nagromadzony w łodydze - zauważa J. Dumas w swym szkicu o chemicznej statyce istot organicznych. Ten 
sam   Liebig,   który   w   tłuszczu   i   tranie,   pożywieniu   biednych   ludów   polarnych,   widzi   dowody   boskiej 
mądrości, wyjaśnia zresztą najprostszymi naturalnymi przyczynami inne równie niezwykłe zjawiska, które 
mogą być także wyjaśnione teologicznie i które faktycznie tak wyjaśniono. „Uważa się za zjawisko godne 
podziwu - pawiada Liebig - że pewne gatunki traw, których nasiona są jadalne, towarzyszą człowiekowi tak, 
jak zwierzęta domowe. A towarzyszą one człowiekowi z tych samych przyczyn, dla których pewne rośliny 
występują nad brzegami mórz lub w okolicach salin, inne zaś na śmietniku; podobnie jak niektóre żuki 
zależą od ekskrementów zwierzęcych, tak pewne rośliny wymagają soli, inne zaś amoniaku i saletry. Żadna 

54

background image

z naszych roślin zbożowych nie potrafi wydać nasion zawierających mąkę, jeśli ziemia nie ma dostatecznej 
ilości kwaśnego fosforanu, magnezu i dostatecznej ilości amoniaku. Nasiona zbóż rozwijają się więc tylko 
na ziemi, kóra zawiera owe trzy składniki razem; a najwięcej ich znajduje się tam, gdzie ludzie i zwierzęta 
żyją w gromadzie; zboża zależą więc od ich uryny i od ekskrementów, gdyż bez ich składników nie są w 
stanie wytworzyć ziaren”. Zjawisko to jest bardzo ciekawe i ważne dla człowieka, a teista może się na nie 
powoływać przeciw naturalistom jako na doskonaly dowód szczególnej opatrzności - zwłaszcza kiedy nic 
nie wie o naturalnej jego przyczynie. Ale to zjawisko należy zestawić z innymi zjawiskami, które są równie 
ciekawe,   choć   obojętne   dla   człowieka.   (I   tak   na   przykład   rośliny   komosowate   [chenopodiacae  lub 
chenopodiae] rosną przeważnie w pobliżu osiedli ludzkich, a w zasadzie są bezużyteczne zarówno dla bydła, 
jak dla człowieka, z wyjątkiem co najwyżej  jednej rośliny,  której liście mają zastosowanie do okładów 
chłodzących).   Wytłumaczeniem   obu   tych   zjawisk   jest   związek   między   życiem   roślin   a   ekskrementami 
zwierząt, a więc ten związek, który już w poprzednim wykładzie posłużył nam do wyjaśnienia, skąd się 
wzięło pojęcie celowości w przyrodzie. Do powyższego przykładu dodam jeszcze jeden. „Właśnie te sole są 
najbardziej rozpowszechnione, które...  są tak samo niezbędne dla życia, jak cztery żywioły organiczne... - 
pisze chemik Mulder w swej  Chemii fizjologicznej. - W większości swej są one niezbędnie potrzebne i 
znajdują   się   zarówno   w   wodzie   do   picia,   jak   w   sokach   roślinnych,   służących   za   pokarm   ludziom   i 
zwierzętom;   fakt   ten   znowu   wskazuje   na   ścisłą   zależność   tych   dwóch   królestw   przyrody,   które   nauka 
zazwyczaj zanadto od siebie oddziela!” I choć w przyrodzie istnieje jeszcze sporo zjawisk, których fizycznej, 
naturalnej   przyczyny  nie  znamy,   to  przecież   byłoby  naiwnością  uciekać  się  do  teologii  dlatego,  że  nie 
potrafimy wyjaśnić jakiegoś zjawiska w sposób fizykalny i przyrodniczy. Przecież czego sami nie jesteśmy 
w stanie poznać, tego dokonają nasi następcy. Ileż to rzeczy, które nasi przodkowie tłumaczyli sobie przy 
pomocy wiary w boga i jego woli, my dzisiaj wyprowadzamy z samej istoty przyrody! Ongiś wyjaśniano 
sobie   teleologicznie   i   teologicznie   zjawiska   nawet   najprostsze,   najnaturalniejsze,   najbardziej   konieczne. 
Dlaczego   ludzie   nie   są   jednakowi,   dlaczego   mają   różne   twarze?   -   pyta   pewien   starożytny   teolog,   i 
odpowiada: Ażeby mogli się nawzajem odróżniać, aby nie można ich było pomieszać, po to właśnie Bóg dał 
im różne twarze. To oświadczenie jest wspaniałym przykładem ukazującym istotę teleologii. Po części z 
niewiedzy, a po części z egoistycznej skłonności do objaśniania wszystkiego po swojemu, do wyobrażania 
sobie   wszystkiego   na   swoje   podobieństwo,   człowiek   w   tym,   co   mimowolne,   dopatruje   się   czegoś 
rozmyślnego. W tym, co nąturalne, czegoś zamierzonego, a w tym, co konieczne, czegoś dowolnego. To, że 
jeden czlowiek różni się od drugiego, jest koniecznym,  naturalnym  następstwem jego indywidualności i 
istnienia; gdyby bowiem człowiek był taki sam jak inni, nie miałby własnej, samodzielnej, indywidualnej 
istoty, a gdyby człowiek nie był istotą jednostkową, indywiduum, to nie istniałby w ogóle. Na jednym i tym 
samym drzewie nie ma dwóch Iiści całkowicie jednakowych, mówi Leibniz, i słusznie; tylko nieskończona, 
nieprzejrzana rozmaitość  jest zasadą życia;  jednakowość, niezróżnicowanie usuwa konieczność realnego 
istnienia; jeśli nie mogę niczym różnić się od innych ludzi, to wszystko jedno czy istnieję, czy nie; inni mnie 
zastępują. A więc krótko mówiąc: jestem, bo różnię się od innych, różnię się od innych. bo jestem. Już przez 
to samo, że ciało moje jest nieprzenikliwe, że nikt inny nie może zająć miejsca, które ja zajmuję, że każdego 
innego   z   tego   miejsca   wykluczam,   jestem   samodzielny  i   odmienny   od   innych.   Krótko   mówiąc:   każdy 
człowiek ma  własne oblicze dlatego, że ma  swoje własne życie,  swoją. własną istotę. I tak jak w tym 
wypadku, tak jest też w niezliczonych innych wypadkach, które człowiek wyjaśnia sobie teleologicznie, z tą 
tylko różnicą, że w innych wypadkach powierzchowność, ignorancja i śmieszność teleologii nie jest tak 
uchwytna, tak widoczna jak na tym przykładzie, do którego zresztą można by dodać jeszcze sporo innych.

Jak już zaznaczyłem przed chwilą, bynajmniej nie uważam tego, co powiedziałem, za wyjaśnienie owych 

zjawisk w przyrodzie, które teiści wyjaśnioją teleologicznie. Idę dalej i twierdzę, że gdyby nawet wiele 
zjawisk w przyrodzie można było wyjaśnić tylko leleologicznie, to jeszcze nie wynikałyby z tego konkluzje 
teologii. Przyznaję więc teleologom, że oko da się wyjaśnić tylko z pomocą istoty, która przy tworzeniu oka 
miała na celu wzrok, że przeto oko nie dlatego widzi, że tak jest zbudowane, lecz po to tak jest zbudowane, 
aby widziało. Tyle więc przyznaję teleologom. Przeczę natomiast, by z tego należało wnioskować o istnieniu 
istoty zwanej bogiem, przeczę, że prowadzi to nas poza przyrodę. Cele i środki w naturze są zawsze tylko 
naturalne,   jakim   więc   sposobem   miałyby   nas   prowadzić   do   istoty   nadnaturalnej   i   pozanaturalnej?   Nie 
potraficie wyjaśnić sobie świata bez uprzedniego uznania jego stwórcy - osobowej, duchowej istoty; a ja 
proszę was najuprzejmiej, zechciejcie mi wyjaśnić, w jaki sposób świat może powstać z boga, w jaki sposób 
ciało i krew mogą powstać z ducha i z myśli - wszak duch zrazu powoduje tylko myśl. Chętnie przyznaję 
wam,  że cel jako cel, taki cel, jak go sobie wyobrażacie w waszych głowach, oddzielony od treści, od 
przedmiotu, od materii celu, świadczy o istnieniu jakiegoś boga, ducha; ale twierdzę, że taki cel i jego 
twórca,   istota   działająca   celowo,   istnieje   tylko   w   waszych   głowach.   Tak   samo   jak  pierwsza   przyczyna 
teistów   jest   tylko   personifikacją   pojęcia   przyczyny,   istota   boga   jest   tylko   istotą   istot   zmysłowych, 
wyabstrahowana   ze   wszystkich   określeń   szczególnych,   a   istnienie   boga   -   tylko   pojęciem   rodzajowym 
istnienia. Cele bowiem są tak różne i tak materialne, jak różne i materialne są ich narządy. W jakiż więc 

55

background image

sposób   potraficie,   jak   chcielibyście   oddzielić   cele   od   narządów?   Jak   na   przykład   oddzielicie   cel   oka, 
widzenie, od rogówki, siatkówki, spojówki, od wilgotności oka, od gałki ocznej i od wszyskich innych 
części narządu wzroku, potrzebnych do tego, by widzieć? Jeśli zaś nie potraficie oddzielić celu oka od jego 
materialnych środków i narządów, to w jaki sposób chcecie odosobnić i odróżnić ową istotę, która stworzyła 
cel   oka,   od   istoty,   która   stworzyła   różnorodne   środki   slużące   temu   celowi?   Czyż   istota   niematerialna, 
bezcielesna może być przyczyną celów, które są jedynie następstwem materialnych, cielesnych środków lub 
narządów? W jaki sposób z celów, które są zależne tylko od materialnych, cielesnych warunków i takichże 
środków,   można   wnioskować   o   istocie   niematerialnej,   bezcielesnej   jako   ich   przyczynie?   Istota,   która 
realizuje swoje cele tylko przy pomocy środków materialnych, sama jest z koniecznośri istotą materialną. 
Jakże   więc   mogą   twory   przyrody   dowodzić   istnienia   boga,   być   jego   dziełami?   Bóg,   jak   to   później 
zobaczymy,  jest usamodzielnioną i zobiektywizowaną istotą ludzkiej wyobraźni; taki bóg potrafi zdziałać 
wszelkie cudy, do jakich zdolna jest ludzka fantazja; taki bóg potrafi wszystko; nie jest on niczym związany, 
jak nieskrępowane są fantazja i życzenia człowieka; taki bóg potrafi z kamienia stworzyć człowieka, potrafi 
z niczego stworzyć świat. I tak jak ów bóg tworzy same cudy, tak i sam z istoty swej jest cudem. Taki bóg 
widzi bez oczu, słyszy bez uszu, myśli bez głowy, działa bez narzędzi, krótko: działa i czyni wszystko bez 
niezbędnych do tego środków i narzędzi. Natomiast przyroda słyszy tylko za pośrednictwem uszu, widzi 
tylko za pośrednictwem oczu; jakże więc można przyrodę wywodzić z boga? Jak można wywodzić narząd 
słuchu z istoty, która słyszy bez uszu, a wszystkie warunki i prawa przyrody, od których zależą jej zjawiska i 
skutki, wyprowadzać z istoty nie skrępowanej żadnymi warunkami ani prawami? Krótko mówiąc: dziełem 
boga są tylko cudy, nie są nimi zjawiska przyrody.

Przyroda nie jest wszechmocna; przyroda nie potrafi wszystkiego; przyroda potrafi tylko to, do czego 

istnieją potrzebne warunki. Przyroda, np. ziemia, nie potrafi dokonać tego, by drzewa w zimie kwitły i 
rodziły owoce; brak bowiem niezbędnego ciepła; bóg oczywiście potrafi to bez żadnych trudności „Bóg - 
mówi Luter - potrafi nawet skórę sakiewki przemienić w złoto, pył w ziarno, a powietrze w piwnicę pełną 
wina”.   Przyroda   nie   potrafi   stworzyć   człowieka   bez   pośrednictwa   i   współdziałania   dwu   różnych,   lecz 
równorzędnych organizmów, męskiego i żeńskiego; bóg jednak potrafi w łonie dziewicy stworzyć człowieka 
bez udziału mężczyzny. „Nie masz nic niemożliwego dla Pana”. Przyroda jest - krótko mówiąc - republiką, 
jest wypadkową istot albo sił, które wzajemnie się potrzebują i nawzajem wytwarzają, które współdziałają ze 
sobą, ale są równouprawnione. Zamiast jednak o całej przyrodzie mówmy na razie o zwierzęciu. Cały jego 
organizm da się zredukować do nerwów i krwi. Lecz nerw jest niczym bez krwi, a krew bez nerwu; w 
przyrodzie nigdy przeto nie wiadomo, co jest kucharzem,. a co spiżarnią, wszystko jest jednakowo ważne, 
jednakowo istotne; tu nie ma przywilejów; to, co najpospolilsze, jest tak samo ważne, tak samo konieczne, 
jak to, co najwyższe; moje nerwy wzrokowe mogą być nie wiem jak dobrze ukształtowane, lecz jeśli braknie 
im   tego   czy   innego   płynu,   tej   lub   innej   błony,   oko   nie   będzie   widziało.   Organizm   jest   społecznością 
republikańską i powstaje tylko w wyniku współdzialania istot równouprawnionych; stąd bierze się też zło 
materialne, waIka, choroba, śmierć. Ale przyczyna śmierci jest także przyczyną życia, przyczyna zła jest 
także przyczyną dobra.

Bóg natomiast jest monarchą, i to monarchą absolutnym, nieograniczonym, który czyni i może czynić, co 

chce, który sam stoi ponad prawem - Princeps legibus solutus est (Władcy nie obowiązują prawa) - ale swoje 
arbitralne nakazy czyni prawem dla poddanych, choćby nawet zupełnie nie odpowiadały ich potrzebom. Tak 
jak w republice rządzą tylko prawa wyrażające wolę ludu, tak w przyrodzie panują tylko te prawa, które 
odpowiadają samej jej istocie. Takim na przykład prawem przyrody, przynajmniej u wyżej zorganizowanych 
zwierząt,   jest   to,   że   płodzenie   i   zachowanie   gntunku   zależne   jest   od   istnienia   i   współdziałania   dwóch 
różnopłciowych indywiduów. Prawo to nie jest jednak despotyczne. Należy do istoty wyższych organizmów, 
że   różnica   płci   doprowadza   do   rozwoju   odmiennych   i   samodzielnych   indywiduów   i   wskutek   tego 
przychodzą one na świat w sposób trudniejszy i bardziej skomplikowany,  niż to ma miejsce u niższych 
organizmów, które - jak na przykład polipy - rozmnażają się przez prosty podział. A jeśli nawet nie możemy 
podać podstawy dla jakiegoś prawa przyrody, to przecież musimy wierzyć, co więcej, możemy być pewni, 
że   prawo   to   ma   swą   podstawę   naturalną.   Natomiast   bóg   użycza   dziewicy   przywileju   dawania   życia 
człowiekowi  bez  udziału  mężczyzny,  bóg nakazuje,  aby ogień  nie  parzył  i  działał  jak woda,  a  wodzie 
nakazuje, by działała jak ogień. Ogień i woda mają zatem wywoływać skutki sprzeczne z ich naturą i istotą, 
tak   samo   jak   nakazy  despoty  sprzeciwiają   się   istocie   poddanych,   Bóg   narzuca   przyrodzie   swoją   wolę, 
sprawuje  rządy absolutne, samowolne,  tak jak despota  żąda  od ludzi  rzeczy najbardziej  nienaturalnych. 
Cesarz Fryderyk II wydał na przykład takie zarządzenie przeciwko kacerzom: „Ponieważ zbrodnia obrazy 
majestatu Boga jest większa niż obraza człowieka i poniewnż Bóg karze dzieci za winy ich ojców, dzieci 
kacerzy mają być pozbawione prawa zajmowania urzędów i godności publicznych, za wyjątkiem tych, które 
oskarżyły swego ojca”. Czy istnieje wyjątek, zarządzenie bardziej sprzeczne z naturą człowieka? Wilhelm 
Zdobywca  wśród innych ustaw tyrańskich wydał też zarządzenie, że we wszystkich miastach o siódmej 
wieczorem, gdy zamilkną dzwony, ludzie muszą rozejść się do domów i pogasić ogień i światło. Czy może 

56

background image

istnieć   ograniczenie   ludzkiej   wolności   bardziej   niegodne   człowieka,   bardziej   nienaturalne,   niż   to 
zarządzenie? Ale jeszcze przed kilkoma laty byliśmy świadkami podobnych zarządzeń w naszych państwach 
monarchicznych. Tomasz Paine opowiada, że pewien brunświcki żołnierz, wzięty do niewoli w wojnie o 
niepodległość Ameryki  Północnej, rzekł raz do niego: „No tak, Ameryka  jest pięknym,  wolnym krajem. 
Naród słusznie zań walczy; wiem, co to znaczy, bo znam swój własny kraj, Kiedy w moim kraju książę 
rozkaże:   «Jedzcie   słomę»,   to   jemy   słomę!”   Czy   może   istnieć   nakaz,   który   by   narzucał   człowiekowi 
samozaparcie bardziej godzące w jego naturę, bardziej z nią sprzeczne, niż nakaz jedzenia slomy?  Czy 
przeto rządy monarchiczne, a w każdym razie monarchia absolutna, nie są rządami cudotwórczymi zarówno 
w polityce, jak i w przyrodzie? Jak rządy takie mogą być zgodne z istotą przyrody? Gdzie znajdujemy w 
przyrodzie, w której wszystko jest naturalne, w której wszystko odbywa się w zgodzie z jej istotą, choćby 
ślady   takich   cudotwórczych   rządów?   Wnioskowanie   z   przyrody   o   bogu,   tzn.   istocie   nadnaturalnej, 
cudotwórczej, jest głupotą i dowodzi nieznajomości nie tylko istoty przyrody, lecz także istoty boga. Taką 
samą głupotą byłoby z republiki, a ściślej mówiąc z republikańskiej głowy państwa, z prezydenta republiki 
wymędrkować  księcia,  króla lub cesarza, i dowodzić,  że jest on także  władcą, regentem w rozumieniu 
naszych państw, że zatem żadne państwo nie może istnieć bez monarchy. Prezydent pochodzi z ludu; jest 
człowiekiem o tej samej istocie, tego samego rodzaju, co lud; jest on tylko uosobioną wolą ludu. Nie może 
robić tego, co mu się podoba; jest tylko wykonawcą praw, ustanowionych przez lud. Natomiast monarcha 
jest istotą specyficznie, a nawet rodzajowo odmienną niż lud; tak samo odmienny jest bóg w porównaniu ze 
światem. Książę musi pochodzić z książęcego rodu; książę nie rządzi ludem jako uosobienie jego woli, lecz 
rządzi nim jako istota stojąca. poza nim, jako istota odrębna, i tak samo bóg rządzi przyrodą jako istota 
osobliwa i nadprzyrodzona; i dlatego działalność obydwu polega na samowolnych nakazach, na dziwach, na 
cudach.   W   przyrodzie   zaś,   jak   się   rzekło,   panuje   tylko   ustrój   republikański.   Głowa   ludzka   jest   tylko 
prezydentem mego ciała, nie ma natomiast nic wspólnego z absolutnym monarchą czy władcą z bożej łaski; 
jest tworem z krwi i ciała, tak samo jak żołądek i serce; głowa jest z tej samej masy, z tej samej organicznej 
materii,  co inne narządy.  Wprawdzie  góruje nad innymi  narządami,  jest  „głową”  (caput), jest  pierwszą 
osobą, ale nie różni się od nich rodzajowo, nie jest istotą im obcą. Głowa zatem nie sprawuje rządów 
despotycznych;   nakazuje   innym   członkom   jedynie   czynności   zgodne   z   ich   naturą;   nie   jest 
nieodpowiedzialna, lecz podlega karze; musi ustąpić ze swego stanowiska, gdy zaczyna się bawić w księcia i 
nakazuje żołądkowi, sercu lub jakiemukolwiek organowi coś, co nie zgadza się z jego naturą. W republice, a 
zwłaszcza w republice demokratycznej, którą tu wyłącznie mamy na myśli, rządzą tylko osoby, które cieszą 
się zaufaniem ludu, a nie żadni książęta; tak samo i w przyrodzie nie rządzą żadni bogowie, lecz tylko siły 
przyrody, prawa przyrody, żywioły i twory przyrody. Nawiązując do przykładu już raz podanego, taką samą 
głupotą   jest   chcieć   z   istoty   przyrody   wydedukować   boga,   jak   byłoby   nonsensem   i   brakiem   rozumu   i 
rozeznania w prezydencie republiki wietrzyć księcia lub króla.

WYKŁAD SZESNASTY

Wiara lub wyobrażenie, że bóg stworzył świat, że utrzymuje go i włada nim, opiera się na nieznajomości 

przyrody. Wierzenie to człowiek wyabstrahował tylko z siebie, ze swojego ustroju politycznego, i przeniósł 
na   przyrodę;   toteż   wywodzi   się   ono   z   dziecięcego   okresu   ludzkości,   aczkolwiek   dochowało   się   aż   do 
naszych czasów, i jest zrozumiałe, jest prawdą - oczywiście subiektywną - tylko tam, gdzie człowiek w swej 
religijnej naiwności i niewiedzy wszelkie zjawiska i skutki działania przyrody przypisuje  bogu. Pewien 
nowoczesny racjonalistyczny teolog, Bretschneider, pisze w swej pracy zatytułowanej Dogmatyka religijna 
według rozumu i objawienia
  - powinno być raczej: wbrew rozumowi i bez objawienia -  dla myślących  - 
powinno być raczej: dla niemyślących - czytelników, iż jest rzeczą całkiem naturalną, że w „najdawniejszych 
czasach nabożne uczucie (?) w każdej zmianie w przyrodzie albo przynajmniej w ich większości widziało 
bezpośredni  skutek działania   bogów  lub  boga.   Im mniej  rozumiano  przyrodę   i  jej  prawa,  tym   bardziej 
doszukiwano się dla tych zmian przyczyn nadnaturalnych, a więc woli boskiej. Tak więc u Greków Jowisz 
zsyłał burze, ciskał piorunami na prawo i lewo. Nabożne uczucie (?) ludu izraelskiego dopatrywało się we 
wszystkich zjawiskach albo przynajmniej w ich większości boga jako bezpośredniej przyczyny.  Według 
Starego Testamentu Jehowa każe kiełkować nasieniu, troszczy się o żniwa, darzy ludzi zbożem, olejem i 
winem, zsyła lata urodzajne i nieurodzajne, choroby i zarazy;  wrogie sobie narody prowadzi do wojny, 
dobrych ludzi nagradza długim życiem, bogactwem, zdrowiem i innymi dobrami, a złych karze chorobami, 
wczesną śmiercią itd., kieruje słońcem, księżycem i gwiazdami na niebie oraz całą przyrodą tudzież losami 
narodów i pozczególnych jednostek według swej woli”. Ale musimy od razu pouczyć naszego racjonalistę, 
że wierzenie tego rodzaju jest uzasadnione w samej istocie religii, że wiara w boga tylko wtedy jest jeszcze 
prawdziwa i żywa,  gdy cały świat objaśnia przy pomocy teologii, nie zaś przy pomocy fizyki. Dlatego 
wyobrażenia takie spotykamy nie tylko u ludów starożytnych, lecz także u pierwszych chrześcijan i w ogółe 
u pobożnych chrześcijan, którzy zachowali pierwotne, tj. właściwe wyobrażenia o religii i bogu, u których 

57

background image

wykształcenie rozumu jeszcze nie wyparło wierzeń religijnych. Fakt ten wyraźnie dowodzi, że tego rodzaju 
wyobrażenia są wyobrażeniami prawdziwie religijnymi. Dlatego też znajdujemy je także u reformatorów 
religijnych. Różnica między cudem a zwyczajnym,  naturalnym przebiegiem rzeczy polega, ich zdaniem, 
tylko na tym, że w cudzie działanie boże rzuca się w oczy, podczas gdy przy naturalnym biegu zdarzeń, 
które są również uwarunkowane cudotwórczą działalnością boga, gawiedź nie dostrzega w nich cudowności, 
ponieważ są czymś powszednim. Każde zjawisko przyrody jest dla nich skutkiem działalności boga; różnica 
między cudem a zwykłym zjawiskiem przyrody polega, według nich, tylko na tym, że w cudach bóg działa 
w sprzeczności z przyrodą,  a w zwykłych  zjawiskach przyrody w harmonii  z nią, a przynajmniej  z jej 
zjawiskami. „Nie chleb - mówi Luter - lecz słowo boże żywi ciało, i to w sposób naturalny, tak jak stwarza i 
utrzymuje wszystko na świecie, Albowiem (tam gdzie) jest chleb, Bóg karmi słowem w taki sposób, aby 
tego nie widziano i aby mniemano, ale czyni to chleb. Gdy jednak chleba brak, Bóg karmi nas bez chleba, 
samym   słowem,   tak   sam   jak   wtedy   gdy   chleb   jest.   Stąd   wniosek:   każde   stworzenie   jest   przebranym, 
zamaskowanym Bogiem (bladym cieniem Boga - jak Luter wyraża się w innym miejscu); przy pomocy 
stworzenia Bóg działa i tworzy to wszystko, co może stworzyć i co stwarza również bez jego udziału”. 
Podobnie wypowiada się Kalwin w  Institutio religionis christianae: „Opatrzność boska nie zawsze działa 
bezpośrednio, lecz często ukrywa się pod szatą naturalnych środków i pomaga nam bądź za pośrednictwem 
człowieka, bądż za pośrednictwem nierozumnego stworzenia, a także pomaga nam bez naturalnych środków, 
nawet w sprzeczności z naturą”, a więc w sposób najoczywiściej cudowny. Innymi słowy: wszelkie dzieła 
przyrody są właściwie tyłko skutkami działalności boga, wszelkie rzeczy są tylko narzędziami boga, i to 
narzędziami obojętnymi; nie są one takimi narzędziami, jakimi są narzędzia przyrody, która widzi tylko za 
pośrednictwem   oka,   a   nie   za   pośrednictwem   ucha   lub   nosa;   bóg   zaś   samym   aktem   woli   łączy  z   tymi 
narzędziami te lub inne skutki wedle upodobania i skutki te może wywołać także i bez tych narzędzi. „Bóg - 
mówi Luter w jednym ze swych kazań - mógłby płodzić dzieci bez ojca i matki... ale bóg stworzył w tym 
celu ludzi, a zatem płodzi i żywi dzieci za pośrednictwem rodziców, ojca i matki. Bóg mógłby także uczynić 
dzień bez słońca, jak już w pierwszych trzech dniach stworzenia były dni i noce, a przecież nie było jeszcze 
słońca ani księżyca i gwiazd. Takich rzeczy mógłby Bóg dokonać... gdyby chciał; ale nie chce”. Cóż za 
osobliwa   wstrzemięźliwość,   cóż   za   osobliwe   „ale”,   że   bóg   nie   chce   czynić   tego,   co   czynić   może!   Z 
wypowiedzi  tych  ludzi, którzy żyli  dawno temu i prawdziwie wierzyli  w boga, widzimy,  jak mała  jest 
zgodność między fizyką lub fizjologią a teologią, jak nie można wyprowadzić boga nawet z tych zjawisk, 
które racjonalistyczny teista pojmuje jako cele i przytacza jako dowody istnienia boga. Między okiem jako 
narządem lub środkiem widzenia, a celem oka, samym aktem widzenia, istnieje w przyrodzie konieczny 
związek; w budowie, w naturze oka zawiera się to, że tylko ono a nie żaden inny członek ciała może 
widzieć; ale w teologii wola boga przerywa  ten konieczny związek; jeśli bóg zechce, może sprawić, by 
człowiek widział bez oczu lub przy pomocy części ciała nie mającej nic współnego ani z okiem, ani w ogóle 
ze zmysłami, na przykład przy pomocy potylicy. Kalwin mówi wyraźnie, że bóg w Starym Testamencie 
stworzył światło przed słońcem, aby ludzie mogli się przekonać, że dobroczynne zjawiska świetlne wcale nie 
muszą być  związane ze słońcem, że bóg może także bez niego tego dokonać, czego teraz, to znaczy w 
zwykłym,  lecz wcałe nie koniecznym porządku przyrody,  dokonuje za pośrednictwem czy przy pomocy 
słońca. Mamy tu od razu jeden z najbardziej przekonujących dowodów na to, że przyroda przeczy istnieniu 
boga, i odwrotnie, istnienie boga przeczy istnieniu przyrody. Jeśli istnieje bóg, to po co istnieje świat, po co 
istnieje przyroda? Jeśli istnieje istota doskonała, a boga wyobrażamy sobie jako istotę doskonałą, to po cóż 
jest jeszcze potrzebna istota niedoskonała ? Czyż istnienie istoty doskonałej nie usuwa konieczności i racji 
bytu   istoty   niedoskonałej?   Przy   niedoskonałości   doskonałość   jest   całkiem   na   miejscu;   ale   czy 
niedoskonałość jest na miejscu wobec doskonałości? Sens niedoskonałości opiera się na doskonałości; to, co 
niedoskonałe, chce być czymś doskonałym, chłopiec chce być mężczyzną, dziewczynka kobietą, to, co jest 
w dole, dąży wzwyż i pragnie wznieść się w górę. Jakże jednak mogę wywodzić z najwyższej istoty istotę 
niżej od niej stojącą, jeśli jestem przy zdrowych zmysłach? Jakże mogę z istoty rozumnej wywodzić istoty 
nierozumne, jeśli sam mam rozum? W jaki sposób duch może płodzić istoty bezduszne? A co bóg może 
stworzyć innego prócz bogów, prócz istot do siebie podobnych - nawet jeżeli wbrew temu, że bóstwo jest 
zawsze czymś nieproduktywnym,  wyobrażam sobie boga, z którego coś naprawdę wynika, który ma raz 
wreszcie coś stworzyć? I jeśli bóg jest istotą, która widzi nie mając oczu, która słyszy nie mając uszu, to 
jakże mogę z takiej istoty wywodzić oczy i uszy? Sensem, celem, istotą, racją bytu oczu i uszu jest przecież 
tylko widzenie i słyszenie; jeśli jednak istnieje ktoś, kto widzi bez oczu, to po co są oczy? Czyż tym samym 
nie odpada powód ich istnienia? „Jakżeż mógłby nie słyszeć ktoś, kto stworzył ucho? Jakże mógłby nie 
widzieć ten, kto stworzył oko?” Ale kto już widzi, po co mu jeszcze tworzyć oko? Oko istnieje, bo bez niego 
nie można widzieć, lecz nie dlatego istnieje, że istnieje ktoś, kto widzi. Oko powstało dlatego, że przyroda 
ma popęd do widzenia, że światło jest pożądane, że oko jest potrzebne i konieczne dla życia, przynajmniej u 
wyższych organizmów. Często mówiło się: świat jest niezrozumiały bez boga; lecz prawdą jest właśnie coś 
przeciwnego; jeśli istnieje bóg, niezrozumiałe jest istnienie świata, gdyż świat jest wtedy zupełnie zbyteczny. 

58

background image

Aby świat, aby przyrodę zrozumieć, aby znaleźć rozumne uzasadnienie jego istnienia, musimy uznać, że nie 
ma   innej   egzystencji   poza   przyrodą,   że   nie   ma   innej   egzystencji   niż   egzystencja   cielesna,   naturalna, 
zmysłowa; musimy zrozumieć, że przyroda zależy od siebie samej, że zagadnienie jej pochodzenia jest 
równoznaczne z zagadnieniem pochodzenia egzystencji. Ale pytanie, dlaczego w ogóle coś istnieje, jest 
pytaniem głupim. Błędnie zatem mówili teiści, że świat ma podstawę w bogu. Prawdą jest raczej, że świat 
traci podstawę, jeżeli istnieje bóg. Z boga nie wynika nic innego; wszystko poza nim jest zbyteczne, puste, 
bez znaczenia; jakżeż więc mogę z niego cokolwiek wyprowadzać i uzasadniać? Ale tak samo słuszny jest 
wniosek odwrotny. Jeśli istnieje świat, jeśli świat jest prawdą, a prawdę świata poręcza jego istnienie, to bóg 
jest tylko marą  senną, jest tylko istotą wymyśloną  przez człowieka, istniejącą tylko w jego wyobraźni. 
Któryż   więc   wniosek   przyjmiemy?   Wniosek   drugi.   Świat   bowiem,   przyroda   jest   czymś,   co   jest 
bezpośrednio,   zmysłowo   oczywiste,   jest   czymś   niewątpliwym.   Jest   przecież   postępowaniem   o   wiele 
rozsądniejszym i pewniejszym z istnienia jakiegoś przedmiotu wnioskować o jego konieczności i istotności, 
niż   z   konieczności   jakiejś   istoty   wnioskować   o   jej   istnieniu;   gdyż   taka   konieczność,   konieczność   nie 
opierająca się na istnieniu, może być tylko koniecznością subiektywną, fikcyjną. A wszakże ani człowiek, 
ani  jakiekolwiek  życie   nie  jest   możliwe  bez  wody,   bez   światła,   bez   ciepła,  słońca,  chleba,   a  więc  bez 
pożywienia. Mamy przeto pełne prawo wnosić z ich istnienia o ich konieczności, mamy prawo wnioskować, 
że życie, które bez nich nie istnieje, które nie istnieje bez przyrody nieorganicznej, istnieje tylko dzięki niej. 
Czujemy i wiemy, że bez wody umieramy z pragnienia, że bez pokarmu usychamy,  umieramy,  giniemy; 
czujemy więc i wiemy, że owa swoista siła, ukryta w indywidualnej naturze wody i pożywienia, wywiera na 
nas dobroczynne  działanie. Dlaczego więc chcemy pozbawiać przyrodę  tej siły i przypisywać  ją jakiejś 
istocie, która różni się od niej, a więc jakiemuś bogu? Dlaczego chcemy przeczyć temu, co tak wyraźnie 
mówią   nam   nasze   zmysły   i   rozum,   a   więc,   że   tylko   tym   siłom,   tym   tworom   przyrody   zawdzięczamy 
istnienie;   gdyby   ich   nie   było,   nie   byłoby   i   nas;   są   one   koniecznymi   warunkami   i   elementami   naszego 
istnienia; nie bóg przy pomocy tych rzeczy, lecz same te rzeczy dzięki własnej sile, bez boga, utrzymują nas 
przy życiu; po cóż bowiem potrzebne są bogu takie nieboskie, pospolite środki, jak woda i chleb? a tak 
samo: do czego bóg potrzebny jest wodzie i chlebowi, jeśli woda i chleb działają tak samo ze swej własnej 
materialnej natury? Lecz dosyć, wróćmy do naszego tematu.

W działalności boga dadzą się wyróżnić trzy stopnie albo trzy fazy: w pierwszej z nich działa i rządzi w 

sposób patriarchalny, w drugiej w sposób despotyczny lub absolutnie monarchiczny, w trzeciej w sposób 
konstytucyjnie monarchiczny. W pierwszej bóg jest tylko wyrazem afektu, wyrazem podziwu, jest poetyczną 
nazwą dla każdej takiej rzeczy w przyrodzie, która wywiera na człowieku szczególne wrażenie; człowiek 
mówi wtedy wprawdzie zamiast: grzmi albo zamiast: deszcz pada - bóg grzmi, bóg zsyła deszcz, bóg jednak 
nie oznacza tu jeszcze czegoś odrębnego od przyrody, czegoś różnego od niej i jej zjawisk, człowiek nie ma 
tu jeszcze żadnej wiedzy, żadnego pojęcia o istocie i o działaniu przyrody, a z tego powodu nic ma tu jeszcze 
mowy o cudach we właściwym, to jest naszym sensie, gdyż wtedy człowiekowi wszystko jeszcze wydaje się 
cudowne; cud oznacza bowiem coś, co odbiega od naturalnego, prawidłowego albo co najmniej zwykłego 
porządku rzeczy.  Nazywam ten pogląd patrialchalnym,  ponieważ jest to pogląd najstarszy,  najprostszy i 
naturalny dla umysłu dziecinnego, niewykształconego; a przy tym w patriarchalnej formie rządzenia władca 
zajmuje takie samo stanowisko wobec poddanych, jakie zajmuje ojciec w stosunku do dzieci. Jak ojciec nie 
różni się w swej istocie od dzieci, różni się tylko wiekiem, większą siłą i roztropnością, tak władca przyrody 
i ludzkości nie różni się jeszcze w tym okresie od przyrody. Zeus jest bogiem, od którego pochodzą grzmoty 
i   pioruny,   grad   i   burza,   ulewy   deszczowe   i   nawałnice   śnieżne.   Zeus   jest   władcą,   to   znaczy   jest 
uczłowieczoną, uosobioną przyczyną tych zjawisk; Zeus rządzi tymi zjawiskami przyrody wedle swej woli i 
upodobania i o tyle jest też - ale tylko dla nas - istotą od nich różną, lecz ta różnica zatraca się w obłokach i 
błękicie   nieba.   Jowisz   jest   i   nazywa   się   niebem,   eterem,   powietrzem;   zamiast   mówić:   zimne,   wilgotne 
powietrze, poeci mówią nawet: zimny, wilgotny Jowisz. Ta jego różność przemienia się w wodę w każdej 
kropli deszczu, przemienia się z każdą błyskawicą w meteor. I tak na przykład Pliniusz nazywa piorun już to 
dziełem Jowisza, już to częścią Jowisza. Dlatego to piorun był dla Rzymian czymś świętym i boskim. Piorun 
nazywa się u nich dosłownie świętym piorunem, świętym ogniem. Jak dalece istota tych bogów pierwotnie 
nie różni się od tworów przyrody, nie ma bytu osobowego i rozpływa się w istocie przyrody, to się okazuje 
przy bliższym zapoznaniu się z religiami starożytnymi. Religie te bowiem uważały za bogów nawet takie 
zjawiska przyrody, które nic dadzą się pojąć i przedstawić jako osoby, jako istoty. Tak na przykład Persowie 
ubóstwiali dzień i pory dnia, poranek, południe, wieczór, północ, a Egipcjanie czcili nawet godziny, Grecy 
zaś   czcili   pomyślną   chwilę,  kairos,   ruch   powietrza   i   wiatry  (podobnie   Persowie,   co   tu   jednak   nie   ma 
znaczenia - przyp. aut.). Ale jakże nikłą, przemijającą istotą jest bóg, którego istotą jest wiatr? A któż potrafi 
odróżnić boga wiatru od samego wiatru? Greckie i rzymskie  dzieła historyczne  roją się od cudownych 
opowieści;  lecz  cudy  te  nie  są  jeszcze  cudami   w rozumieniu  monoteizmu,   a  przynajmniej  monoteizmu 
dojrzałego; mają one charakter raczej poetycki, naiwny, są więc dziełem przesądu raczej naturalistycznego 
niż teologicznego, nie są cudami  tak bardzo zgodnymi  z doktryną  i przewidzianymi  jak (naturalnie nie 

59

background image

chodzi nam tu o oszustwa kapłanów - przyp. aut.) cudy monoteistyczne. Monoteizm przedstawia istotę boga 
jako coś różnego od świata, od jego istoty,  mimo  że pierwotnie bóg jest tylko istotą wyabstrahowaną i 
wyodrębnioną   przez   zmysły   z   przyrody,   ze   świata.   Ginie   tu   zatem   całkowicie   poetycka   prostota   i 
patriarchalna uczuciowość politeizmu. Mamy tu do czynienia z refleksją, z krytycznym odróżnieniem boga 
od przyrody: na czele przyrody, na czele świata stoi despota, którego woli wszystko poddaje się pokornie i 
bezwolnie, który prostym rozkazem powołał świat do istnienia. „Tak jak on mówi, tak się dzieje, jak on 
rozkazał, tak też oto jest”. „On to nakazał i już to się czyni”. „Bóg może stworzyć, co zechce”. Tak czytamy 
w Biblii. Na tym stanowisku - chociaż nie od samego początku, lecz w późniejszym rozwoju - człowiek, 
jako że odróżnia boga od przyrody, posiada już pewne wyobrażenie o sposobie działania przyrody, różnym 
od działania. boga. Wierzy on w szczególne skutki działalności boga i nazywa je cudami w odróżnieniu od 
zjawisk przyrody. Lecz i na tym stanowisku zjawiska naturalne są dla niego jeszcze skutkami działalności 
boga, są nimi tak długo, jak długo rozum i niewiara nie zacieśniły jego wierzeń religijnych, jak długo żyje on 
jeszcze w niepodzielnej, silnej wierze. Wystarczy sobie przypomnieć to, co Luter mówi o chlebie. Jawnym 
cudem jest, kiedy bóg utrzymuje człowieka przy życiu bez pokarmu, bez chleba, gdyż człowiek zachowuje 
wtedy życie w wyraźnie cudowny sposób; jeśli natomiast bóg czyni to przy pomocy chleba, to i wtedy mamy 
do czynienia z działaniem boga, a więc z cudem, gdyż działa on i tu, tylko że czyni to pod postacią chleba; 
gdyż   nie   siła   chleba,   lecz   siła   boga   karmi   i   utrzymuje   ciało   człowieka.   Twory   przyrody   są   tu   tylko 
przebraniem,   są   cieniem,   spoza   którego   i   pod   postacią   którego   działa   bóg.   Jakkolwiek   więc   człowiek 
rozróżnia już pomiędzy działaniem boga i działaniem przyrody, to jednak w istocie i tutaj są tylko cudy, we 
wszystkim   jest   działanie   boga,   ręka   boska;   skutki   przyrody   są   takimi   tylko   z   pozoru,   zwykłe   skutki   i 
zjawiska   przyrody   są   tylko   ukrytymi,   zasłoniętymi   skutkami   działalności   boga,   właściwe   zaś   cudy   są 
odsłoniętymi, nagimi skutkami działania boga; tam bóg działa tylko incognito, tu - w całym swym boskim 
majestacie. Krótko mówiąc: tak jak na stanowisku patriarchalnym czyli politeistycznym bóg zatraca się w 
przyrodzie   i   znika   jego   odmienność   od   przyrody,   tak   tu,   na   stanowisku   właściwej   wiary   w   boga,   na 
stanowisku teizmu albo monoteizmu, znika przyroda; jej istota znika wobec istoty boga; odmawia się jej 
własnej  siły i samodzielności.  Tylko  bóg jest  tym,  co rzeczywiste,  działające  i czynne.  Mahometanizm 
wyraził tę myśl z całą siłą orientalnej fantazji i żarliwości. I tak na przykład pewien arabski poeta pisał: 
„Cokolwiek nie jest bogiem, jest niczym”, a EI-Senusi w Rozwoju mahometańskiego wyznania wiary pisze: 
„Jest rzeczą niemożliwą,  aby istniało cokolwiek prócz boga, co działałoby samo  z siebie”. Filozofowie 
mahometańscy, którzy twierdzą, że bóg nie działa i nie tworzy wciąż na nowo w każdym momencie, lecz 
świat utrzymuje się samoczynnie dzięki sile, której bóg mu kiedyś użyczył, są zwalczani; polemizuje się z 
nimi   twierdząc,   że   „poza   bogiem   nic   nie   posiada   siły   sprawczej;   jeśli   związek   przyczynowy,   który 
wykrywamy   w   świecie,   wydaje   się   nam   samoczynnością   świata,   to   się   mylimy;   jest   on   tylko   oznaką 
wiecznie   czynnej   siły  boga”.   Ale   i   wśród   filozofów   religii   mahometańskiej   są   tacy,   którzy  odmawiają 
przyrodzie   działania   samoczynnego   i   samodzielnego,   utrzymując   z   całą   konsekwencją   i   rygoryzmem 
stanowisko religii. Tak np. ortodoksyjni filozofowie i teologowie arabscy, tak zwani Motakallim, wierzyli i 
nauczali, że „świat stwarzany jest wciąż na nowo i dlatego jest nieustającym cudem, że wobec tego nie ma 
niezniszczalnej   istoty   rzeczy,   nie   ma   koniecznego   związku   między   racją   i   następstwem,   przyczyną   i 
skutkiem”. Doktryna ta była tylko prostą konsekwencją wiary w wszechmocną wolę i cudotwórczość boga. 
Jeśli bowiem bóg wszystko może, to może również sprawić, aby nie było koniecznego związku między 
istotą albo racją i jej następstwem. Owi arabscy ortodoksi twierdzili więc, całkiem słusznie ze stanowiska 
teologii, że „nie ma w tym żadnej sprzeczności, gdy coś dzieje się wbrew naturze jakiejś rzeczy, gdyż to, co 
zwykliśmy nazywać naturą rzeczy, jest tylko normalnym jej porządkiem, który wola boga może zmienić w 
każdej chwili. Jest rzeczą całkiem możliwą, aby ogień ziębił, aby ziemia zmieniała się w sferę niebieską, by 
pchła mogła być tak wielka jak słoń, a słoń taki mały jak pchła; każda rzecz może byt inna niż jest”. Ritter, 
autor dzieła O naszej znajomości filozofii arabskiej, z którego czerpiemy cytat, pisze, że przykłady te służą 
im tylko do wyjaśnienia ich tezy,  że „bogu może się nagle spodobać stworzyć  inny świat, a więc inny 
porządek w przyrodzie”. Albo raczej tak: pogląd, że wszystko może być inaczej niż jest, że nie istnieje 
konieczna   natura   rzeczy,   jest   tylko   następstwem   wiary,   że   bóg   wszystko   może,   że   wszystko   jest   dlań 
możliwe, że żadna naturalna konieczność nie ma znaczenia wobec jego woli. Ale i wśród chrześcijan liczni 
byli  nie tylko teologowie, lecz także filozofowie, którzy twierdzili, że dla woli boga nie istnieje żadna 
konieczność   przyrody   i   odmawiali   jakiejkolwiek   przyczynowości,   samoczynności   i   samodzielności 
wszystkim rzeczom z wyjątkiem boga. Ale taki pogląd, aczkolwiek konsekwentny i ściśle religijny, nazbyt 
się sprzeciwia rozsądkowi człowieka, jego doświadczeniu, jego uczuciu, któremu przyroda narzuca się jako 
potęga samoczynna; człowiek, przynajmniej ten, który daje posłuch rozumowi i doświadczeniu, nie może go 
zachować. Pozbywa się go zatem i przypisuje przyrodzie działanie samoczynne; ponieważ jednak i bóg, 
istota odmienna od przyrody,  jest dlań istotą rzeczywistą i działającą, staje wobec dwojakiego działania, 
działania   boga   i   działania   przyrody;   działanie   przyrody   jest   bezpośrednie   i   bliższe,   działanie   boga   jest 
pośrednie i dalekie - bóg nie wywołuje bezpośrednich skutków, nie działa bez pomocy owych podrzędnych, 

60

background image

pośrednich przyczyn, które właśnie należą do przyrody. Zostają one nazwane przyczyami podrzędnymi lub 
wtórnymi,  ponieważ pierwszą przyczyną  jest bóg; a także przyczynami  pośrednimi  albo pomocniczymi; 
ponieważ są środkiem pomocniczym, przez który i za pośrednictwem którego bóg działa; nie są natomiast 
środkami   w   myśl   dawnej   wiary,   wedle   której   pośrednie   przyczyny   są   tylko   dowolnymi,   obojętnymi 
narzędziami w ręku wszechmogącego. Pośrednie przyczyny są środkmi w tym sensie, w jakim na przykład 
oko można  nazwać środkiem umożliwiającym widzenie; są środkami  o własnej naturze i sile, środkami 
koniecznymi. Kiedy bóg dziala, to nie tylko posługuje się naturalnymi przyczynami, lecz także stosuje się do 
nich; nic działa jako nieograniczony absolutny monarcha, który rządzi rzeczami, jak mu się podoba, jako 
monarcha, który czyni z nich coś, co jest sprzeczne z ich naturą: z ognia robi wodę, z płynu ziarno, ze skóry 
złoto; bóg rządzi tu tylko zgodnie z prawami przyrody; rządzi jako monarcha konstytucyjny. Według prawa 
konstytucyjnego, mianowicie według angielskiego prawa państwowego, król może rządzić tylko zgodnie z 
prawem;   bóg   zaś   na   stanowisku   racjonalizmu   -   stanowisko,   o   które   nam   tu   chodzi,   to   właśnie   tzw. 
racjonalizm   w   najszerszym   tego   słowa   znaczeniu   -   rządzi   tylko   zgodnie   z   prawumi   przyrody. 
Konstytucjonalizm  -  wedle  określenia  niemieckiej   teorii   prawa   państwowego  -  ogranicza  „nadużywanie 
władzy państwowej”, racjonalizm zaś ogranicza nadużywanie wszechmocy i samowoli boga, tj. jego moc 
czynienia   cudów.   Konstytucjonalizm   i   racjonalizm   różnią   się   pod   tym   względem   tylko   o   tyle,   że   bóg 
racjonalistyczny  lub  konstytucyjny   może   czynić   cudy  -   racjonalista   nie   odmawia   bogu  mocy  czynienia 
cudów - lecz ich nie czyni, natomiast konstytucyjny monarcha albo suweren nie tylko może nadużywać swej 
władzy, lecz nadużywa jej rzeczywiście, ilekroć mu się podoba. Nieograniczony monarcha panuje i rządzi, a 
w każdym razie wtrąca się do rządów, kiedy mu się podoba, natomiast monarcha konstytucyjny tylko panuje 
a nie rządzi; podobnie i racjonalistyczny lub konstytucyjny bóg tylko panuje, ale nie miesza się, jak to czynił 
bóg   ubsolutystyczny,   do   rządów   świata.   Krótko   mówiąc,   jak   konstytucyjna   monarchia   jest   monarchią 
ograniczoną przez demokrację i instytucje demokratyczne, tak samo racjonalizm jest teizmem ograniczonym 
przez ateizm, naturalizm lub kosmizm, czyli przez elementy przeciwstawiające się teizmowi. Albo inaczej: 
monarchia konstytucyjna jest tylko ograniczoną, zahamowaną demokracją, która z konieczności prowadzi do 
prawdziwej, pełnej demokracji; tak samo współczesny, racjonalistyczny teizm, czyli wiara w boga, jest tylko 
ograniczonym, zahamowanym,  a więc niekonsekwentnym ateizmem albo naturalizmem. Czymże bowiem 
jest bóg, który działa tylko według praw przyrody, którego działanie jest tylko działaniem przyrody? Jest on 
bogiem tylko z nazwy, w istocie zaś niczym nie różni się od przyrody; jest bogiem sprzecznym z pojęciem 
boga, gdyż bogiem jest tylko bóg nieograniczony, nieskrępowany żadnymi prawami, dokonujący cudów, 
bóg, który ratuje ludzi z wszelkich tarapatów - przynajmniej według ich wiary, w ich wyobraźni. Lecz bóg, 
który pomnga mi w chorobie tylko za pośrednictwem lekarzy i lekarstw, a więc bóg, który nie potrafi nic 
więcej niż lekarze i lekarstwa, taki bóg jest niepotrzebny, zbyteczny; jest bogiem, którego posiadanie nie 
daje mi nic, czego bym także i bez niego nic mógł otrzymać wprost od przyrody, a tracąc go, nie tracę przez 
to nic. AIbo nie ma monarchii, albo - monarchia absolutna! Albo nie ma boga, albo - bóg absolutny, taki 
bóg, w jakiego ludzie wierzyli pierwotnie! Bóg, który jest posłuszny prawom przyrody, który stosuje się do 
porządku   świata,   bóg   taki,   jakim   jest   bóg   naszych   konstytucjonalistów   i   racjonalistów,   jest   jakąś 
niedorzeczą.

WYKŁAD SIEDEMNASTY

W związku z treścią ostatnich wykładów pragnę dodać jeszcze pewne uwagi i objaśnienia. Człowiek 

wychodzi  od tego, co mu  najbliższe,  co obecne,  i stąd wnioskuje o tym,  co jest bardziej odległe. Tak 
postępuje zarówno ateista jak. teista. Różnica między ateizmem czyli naturalizmem, albo - ogólnie mówiąc - 
doktryną, która wyjaśnia przyrodę przez nią samą, względnie przez jakąś zasadę naturalną, i teizmem czyli 
doktryną,  która uważa przyrodę  za pochodną od jakiejś istoty heterogenicznej, obcej, różnej od natury, 
polega   tylko   na   tym,   że   teista   wychodzi   od   człowieka   i   stąd  dopiero   przechodzi   do  przyrody   i   o  niej 
wnioskuje,   ateista   zaś   czyli   naturalista,   wychodzi   od   przyrody   i   dopiero   na   tej   podstawie   wnioskuje   o 
człowieku,   Ateista   wybiera   drogę   naturalną,   teista   -   nienaturalną,   ateista   stawia   na   pierwszym   miejscu 
przyrodę, a potem dopiero sztukę; teista odwrotnie, każe przyrodzie wywodzić się ze sztuki boga albo, co na 
jedno   wychodzi,   z   boskiej   sztuki.   U   ateisty   koniec   następuje   po   początku,   to,   co   z   natury   swej   jest 
wcześniejsze, jest dla niego pierwszym; teista natomiast stawia koniec przed początkiem, a to, co późniejsze, 
czyni pierwszym, krótko mówiąc, nie czyni on naturalnej, nieświadomie działającej istoty przyrody istotą 
pierwszą, lecz za pierwszą uważa istotę świadomą, ludzką, stworzoną. Teista popełnia zatem błąd wytknięty 
już poprzednio: zamiast z nieświadomego wywodzić to, co świadome, wyprowadza ze świadomości to, co 
nieświadome. Jak to już widzieliśmy przy ocenie dowodu teleologicznego, teista patrzy na przyrodę, na 
świat, jak na dom mieszkalny, jak na zegar lub inny sztuczny mechanizm. Dlatego to teista wnioskuje, że 
przyrodę musiał stworzyć również jakiś werkmistrz lub artysta. Teista pojmuje przyrodę na wzór sztuki i o 
jej dziełach myśli tak, jakby to były dzieła ludzkie; stąd wysnuwa wniosek, że przyczyną sprawczą przyrody 

61

background image

jest istota osobowa, która, podobnie jak czlowiek, jest jej sprawcą i twórcą. Wnioskowanie i dowodzenie 
tego   rodzaju,   jak   już   zaznaczyłem,   na   pewnym   poziomie   rozwoju   człowieka   wydaje   się   najbardziej 
przekonujące.   Dlatego   stosują   je   misjonarze   wobec   ludów   pierwotnych,   a   nauczyciele   i   rodzice   wobec 
dzieci,   którym   chcą   wpoić   wiarę.   Lecz   dowód   ten   uchodzi   nie   tylko   za   najbardziej   przekonujący   i 
najłatwiejszy do zrozumienia, lecz także za najbardziej niezawodny, a więc taki, który najpewniej dowodzi 
istnienia   boga.   Jak   mówią   ludzie   wierzący  w   boga,   Pan   Bóg  już   małym   dzieciom  zaszczepił   w   duszy 
ciekawość: kto stworzyl gwiazdy i kwiaty? - chciał bowiem tą drogą zwrócić im uwagę na swoje istnienie. 
Lecz można wątpić, czy ciekawość sama powstała u dzieci, czy też raczej zaszczepili im ją rodzice. Jest 
bowiem wiele ludów i całe mnóstwo ludzi, którzy nie pytają wcale: skąd myśmy się wzięli? lecz: skąd 
czerpiemy pokarm, którym się odżywiamy? Grenlandczyków na przykład można pytać w nieskończoność o 
powstanie nieba i ziemi, a nie dadzą innej odpowiedzi, jak ta, że niebo i ziemia powstały same, albo że mało 
ich to obchodzi, byleby tylko mieli dość ryb i fok. Również i Kalifornijczycy „nie mieli najmniejszego 
pojęcia o stwórcy świata. Na pytanie, czy nigdy nie myśleli o tym, kto stworzył słońce, księżyc lub to, co jest 
im najdroższe, pitahahias, odpowiadali stale vara, co znaczy nie” (Zimmermann, Notatnik z podróży). Ale 
jeśli nawet to pytanie rzeczywiście wyrasta z umysłu dziecięcego, to ma ono tutaj znaczenie całkiem proste, 
dziecięce lub dziecinne, znaczenie, z którego w żadnym wypadku nie wolno wysnuwać jakichś wniosków 
chrześcijańsko-teologicznych. Dziecko zapytuje o to, kto stworzył gwiazdy, bo nie wie, czym one są, bo nie 
potrafi ich odróżnić od świec, które palą się w pokoju rodzieów, a były zrobione przez mydlarza. Dziecko 
pyta: kto zrobił kwiaty? - ponieważ nie odróżnia kwiatów od innych pstrych i kolorowych rzeczy, które 
widzi w swym otoczeniu, a które są dziełem rąk ludzkich. I jeśli odpowiedź: „Bóg to stworzył”, zadowala 
umysł dziecięcy, to z tego bynajmniej nie wynika, że odpowiedź ta jest prawdziwa. Podobnie dzieci zapytują 
nieraz, kto im dał podarunki wigilijne, a starsi odpowiadają, że przyniosło im je Dzieciątko Jezus. Kiedy 
indziej znów dzieci pytają, skąd wzięły się ich siostrzyczki lub braciszkowie, a starsi mówią, że zostały 
wyłowione z pięknej głębokiej studni, i odpowiedź ta nie ma nic wspólnego z prawdą, mimo że dzieci się nią 
zadowalają. A jak należałoby zaspokajać ciekawość dzieci? Tak długo jak dzieci są jeszcze rzeczywistymi 
dziećmi,   jak   długo   owe   pytania   są   jeszcze   tylko   dziecinnymi   pytaniami,   tak   długo   należy   im   dawać 
odpowiedź dziecinną, gdyż prawdziwej i tak nie są w stanie zrozumieć. Albo, jeśli nie chce się tego robić, to 
należy odpowiadać, że dowiedzą się o tym, gdy podrosną i czegoś się nauczą. Skoro jednak dzieci podrosły, 
skoro mają tyle rozumu, że już nie wierzą w to, że dzieci wyławiane są ze studni, wtedy należy próbować 
dać im wyobrażenie o przyrodzie, tak samo jak trzeba dać je obecnie owym starym dzieciom, które w bogu 
widzą przyczynę wszystkiego. Nie trzeba przy tym weale zaczynać od człowieka, a jeśli już od człowieka, to 
nie od dzieł, które czlowiek stwarza, ponieważ ich stworzenie zakłada już przecież istnienie przyrody. Nie 
trzeba więc zaczynać od człowieka. jako od artysty i rzemieślnika, ale od człowieka jako tworu przyrody. 
Należy przede wszystkim przekonać dziecko, podobnie jak człowieka niewykształconego, że jest różnica 
między sztuką i życiem. (Ludy niecywilizowane uważają dzieła sztuki za istoty żywe, ludy zaś o cywilizacji 
teistycznej uważają istoty żywe za dzieła sztuki, dzieła sztuczne, a świat za maszynę). Należy unaocznić 
dzieciom   na   przykładzie,   jaka   jest   różnica   między   okrętem   i   rybą,   lalką   i   ezlowiekiem,   między 
mechanizmem zegara i organizmem zwierzęcym,  organizmem żywym.  Potem należy przejść do procesu 
powstawania: widzicie jak roślina powstaje z kiełka, zwierzę z jajka, a więc roślina z materii roślinnej, 
zwierzę   z  materii  zwierzęcej,   której   jednak daleko do  zwierzęcia.   Gdy  już   jesteśmy  tak daleko,   żeśmy 
unaoczniIi ludziom genezę, powstanie zwierząt i roślin, można skłonić ich do myślenia o zagadnieniach 
bardziej   odległych   i   wskazać   im   na   jawny   fakt   płodzenia   oraz   uprzystępnić   im   i   uprzytomnić   na   tej 
podstawie,   że   także   pierwsze   rośliny   i   zwierzęta   nie   zostały   zrobione   ani   stworzone,   lecz   powstały   z 
materiałów i przyczyn istniejących w przyrodzie, że w ogóle wszystkie istoty i ciała na świecie nie powstały 
z   jakiejś   istoty   pozaświatowej,   nieświatowej,   lecz   z   istoty   na   wskroś   światowej   (selbstweltlich), 
przyrodniczej. Gdyby jednak i to było dla nich niepojęte i niewiarogodne, należałoby im odpowiedzieć, że 
gdyby człowiek nie wiedział z doświadczenia, że dzieci rodzą się w sposób naturalny, to rodzenie dzieci 
uznałyby   również   za   niewiarygodne   i   nie   wątpiłby   w   to,   że   bóg   stwarza   dzieci   i   że   pochodzą   one 
bezpośrednio od niego. I rzeczywiście  płodzenie, to znaczy powstanie czlowieka z człowieka, uważano 
również za coś tajemniczego i niepojętego, tak jak pierwotne powstanie człowieka z przyrody,  i dlatego 
jedno i drugie tłumaczono sobie przy pomocy boga. A jednak bez względu na to, czy proces płodzenia jest 
rozumiały, czy nie, jest on procesem naturalnym, i to bynajmniej nie pomimo to, że jest niezrozumiały, nie 
właśnie dlatego, gdyż dla człowieka, który wszystko urabia podług siebie, który nie ma wyczucia, nie ma 
zrozumienia   dla   przyrody,   najbardziej   niezrozumiale   jest   to,   co   najbardziej   naturalne.   Wszak   bywa,   że 
człowiek dla człowieka, rozrzutnik dla sknery, brutal dla mędrca, geniusz dla filistra jest czymś niepojętym. 
A cóż dopiero przyroda! Każdy pojmuje tylko to, co jest doń podobne, pokrewne. Ale tak jak człowiek, choć 
dla niejednego niepojęty jest mimo to człowiekiem, tak i przyroda nie przestaje być przyrodą i nie staje się 
czymś nadprzyrodzonym przez to, że jej nie pojmujemy i że przeczy naszym ciasnym pojęciom, któreśmy 
sobie o niej wytworzyli. To, co nadprzyrodzone, albo istnieje tylko w wyobraźni, albo też jest przyrodą 

62

background image

rzeczywistą,   ale   wykraczającą   poza   te   ciasne   pojęcia,   które   człowiek   wyrobił   sobie   o   niej.   Cóż   za 
niedorzeczność wysnuwać teologiczne wnioski na podstawie tego rodzaju tajemnic przyrody albo wyjaśniać 
te tajemnice przy pomocy teologii! Fizycy i fizjologowie jeszcze dzisiaj nie potrafią wyjaśnić wielu zjawisk 
przyrody organicznej i nieorganicznej. Ale czyż wynika z tego, że zjawiska te nie mają przyczyn fizycznych 
lub   fizjologicznych   tak   samo   jak   te,   które   już   potrafimy   wyjaśnić?   Czyżby   jedna   część   przyrody   była 
fizyczna, a druga ponadfizyczna? Czyż przyroda nie jest jednością, czyż nie jest przyrodą wszędzie i we 
wszystkim?

A teraz dodajmy drugą uwagę. Głównym  powodem,  dla którego człowiek wywodzi  świat z boga, z 

ducha, jest to, że nie potrafi z przyrody czyli ze świata wyjaśnić sobie swego ducha. Skąd wziął się duch? - 
pytają  teiści  ateistę:  duch  przecież  tylko  z  ducha  może  powstać,  Ale  trudność  wyprowadzania  ducha  z 
przyrody pochodzi tylko stąd, że z jednej strony ma się zbyt pogardliwe wyobrażenie o przyrodzie, z drugiej 
- zbyt wzniosłe i zbyt dostojne wyobrażenie o duchu. Jeśli się ducha uczyni bogiem, to duch może być 
oczywiście   tylko   boskiego   pochodzenia;   co   więcej,   twierdzenie,   że   ducha   nie   można   wyprowadzić   z 
przyrody, jest już pośrednio twierdzeniem, że duch jest istotą nienaturalną, poza - i ponad - światową, boską. 
I rzeczywiście taki duch, jak go rozumieją teiści, nie da się wyprowadzić z przyrody. Albowiem taki duch 
jest produktem bardzo późnym, jest produktem wyobraźni ludzkiej i abstrakcji i dlatego też równie trudno 
byłoby  wywieść   go  bezpośrednio z  przyrody,   jak trudno  byłoby bezpośrednio  z  przyrody  wytłumaczyć 
porucznika, profesora czy radcę stanu, chociaż i ten jest człowiekiem. Jeśli potraktujemy ducha tak, jak na to 
zasługuje, jeśli nie będziemy uważali go za istotę abstrakcyjną, oderwaną od człowieka, to nie trudno będzie 
pojąć jego powstanie z przyrody. Duch przecież rozwija się razem z ciałem, razem ze zmysłami, w ogóle 
razem z czlowiekiem; jest on ściśle związany ze zmysłami, z głową, w ogóle z organami cielesnymi. Czyż 
mamy wyprowadzać organ cielesny, głowę, to znaczy czaszkę i mózg, z przyrody, ducha zaś w tej głowie, to 
znaczy czynność mózgu, z istoty zgoła innego rodzaju niż przyroda, z istoty myślowej i fikcyjnej, z jakiegoś 
boga? Cóż za połowiczność, cóż za rozdwojenie, cóż za przewrotność! Skąd wzięła się czaszka i mózg, stąd 
wziął się i duch; skąd pochodzi narząd, stąd też i jego funkcja; jakże bowiem można oddzielić jedno od 
drugiego? Jeśli więc mózg i czaszka pochodzą z przyrody i są jej wytworem, to jest nim również i duch. 
Język   nazywa   funkcje   głowy   duchowymi   w   odróżnieniu   od   innych,   które   nazywa   cielesnymi;   słowa 
„cielesność” i „zmysłowość” ograniczamy do cielesności i zmysłowości szczególnego rodzaju i - jak to 
wykazałem w swoich pismach - czynimy przez to z pozostałych czynności coś absolutnie odmiennego, coś 
duchowego, to znaczy coś absolutnie niezmysłowego i bezcielesnego, Ale duch, czynność duchowa - bo 
czymże jest duch, jeśli nie czynnością duchową, którą ludzka fantazja i mowa usamodzielnia i personifikuje 
jako istotę - czynność duchowa jest także czynnością cielesną, jest pracą głowy; różni się ona od innych 
czynności   tylko   tym,   że   jest   czynnością   innego   narządu,   że   jest   właśnie   czynności   głowy.   Ponieważ 
czynność myślenia jest czynnością szczególnego rodzaju, której nie da się porównać z żadną inną (gdyż nie 
odczuwamy   bezpośrednio,   nie   uświadamiamy   sobie   narządów   warunkujących   tę   czynność,   tak   jak 
uświadamiamy sobie usta przy jedzeniu i jak czujemy,  że mamy pusty lub pełny żołądek, albo tak, jak 
uświadamiamy sobie oko przy patrzeniu, ręce i ramiona przy manipulowaniu), ponieważ czynność głowy 
jest najbardziej ukryta, skromna, cicha i nieuchwytna, dlatego człowiek czynność tę uznał za jakąś istotę 
absolutnie niecielesną, nieorganiczną, abstrakcyjną i ochrzcił ją mianem boga. Istota ta jednak istnieje tylko 
dlatego,   że   ludzie   nie   znają   organicznych   warunków   czynności   myślenia   i  swoją   niewiedzę   wypełniają 
fantazją;   jest   ona   tylko   personifikacją   ludzkiej   niewiedzy   i   fantazji.   Tym   samym   odpadają   faktycznie 
wszystkie trudności związane z wyobrażeniem tej istoty. Skoro duch jest czynnością człowieka, a nie istotą 
samą dla siebie, to nie istnieje bez narządów, nie da się oddzielić od ciała i może pochodzić tylko z przyrody, 
w żadnym zaś wypadku od boga. Bóg bowiem, czyli duch boski, z którego pochodzić ma duch ludzki, jest 
tylko czynnnością duchową oddzieloną w myślach od ciała i od wszystkich narządów cielesnych, pomyślaną 
i przedstawioną jako istota samodzielna.

Duch jest  niewątpliwie  tym,  co w człowieku najwyższe;  jest oznaką szlachectwa  rodzaju ludzkiego, 

cechą odróżniającą człowieka od zwierzęcia; lecz to, co pierwsze u człowieka, nie jest pierwsze z natury, w 
przyrodzie. Przeciwnie, to, co najwyższe, najdoskonalsze, zjawia się najpóźniej, na końcu. Czynić z ducha 
początek, praźródło wszystkiego, to znaczy odwracać cały porządek w przyrodzie. Lecz próżność ludzka, 
egoizm i niewiedza lubią przyznawać temu, co pierwsze pod względem jakości, również pierwszeństwo 
czasowe przed innymi  istotami.  Skłonność do wywodzenia ducha z boga, a więc znowu z ducha, i do 
przyznawania  duchowi  egzystencji  pierwotnej,  pregzystencji,  egzystencji  wyprzedzającej  przyrodę,  to ta 
sama   skłonność,   która   kazała   starym   rodom   szlacheckim   i   w   ogóle   starym   narodom   uważać   się   za 
arystokratycznych   protoplastów   innych   narodów;   dziś   jeszcze   wiele   narodów   uważa   początek   swego 
istnienia   i   swych   dziejów   za   początek   wszelkiego   istnienia   i   wszelkich   dziejów   i   przypisuje   sobie 
bezpośrednio boskie pochodzenie. Gdy Grenlandczykom usiłowano za wszelką cenę narzucić wiarę, że ktoś 
musiał stworzyć świat, odpowiadali wręcz: „Jeśli już ktoś go stworzył, musiał to być Grenlandczyk”. Taką 
myśl slusznie uważamy za śmieszną. Lecz w gruncie rzeczy opiera się ona na bardzo pospolitej skłonności. 

63

background image

Dzięki   tej   samej   skłonności   naród   uduchowiony,   myślący,   naród,   który   uświadamia   sobie,   że   o   jego 
szlachectwie   decydują   jego   wartości   duchowe,   przyznaje   duchowi   istnienie   przedświatowe,   boskie   i 
wywodzi świat z ducha.

A teraz uwaga trzecia. Ponieważ jest niemożliwością zbyt oczywistą, by świat materialny mógł powstać z 

boga duchowego lub z duchowej istoty, i ponieważ duch bez ciała jest zbyt widoczną abstrakcją człowieka, 
przeto niektórzy bogobojni myśliciele i filozofowie religii nowszych czasów porzucili dawną doktrynę o 
stworzeniu świata z niczego (która była koniecznym następstwem wiary w powstanie świata z ducha - gdyż 
skądby duch wziął materię, materiały - cielesne, jeśli nie z niczego?) i pragnąc wyjaśnić powstanie świata 
materialnego uczynili samego boga istotą cielesną, materialną. Krótko mówiąc, potraktowali boga nie jako 
czystego ducha, ubóstwili nie tylko tę część człowieka, którą on nazywa duchem, lecz także i drugą część, 
zwaną ciałem; tym sposobem wymyślili boga, który składa się - jak prawdziwy człowiek - z ciała i duszy. 
Nauce tej nadali rozgłos Schelling i Franciszek Bader. Ale właściwymi jej twórcami są niektórzy dawniejsi 
mistycy, przede wszystkim Jakub Boehme, szewc z zawodu, urodzony w roku 1575 w Łużycach Górnych, 
zmarły w roku 1624. Ten bez wątpienia znakomity mąż odróżnia w bogu światło albo ogień i ciemność, 
element pozytywny i negatywny, dobro i zło, łagodność i surowość, miłość i gniew, krótko - ducha i materię, 
duszę i ciało. I teraz na pozór łatwo mu świat wyprowadzić z boga; wszystkie bowiem siły, jakości lub 
zjawiska w przyrodzie, jak gorąco i zimno, gorycz i ostrość, stałość i płynność, zespala w bogu. Wielkość 
jego koncepcji leży w tym, że - ponieważ nie ma światła bez ciemności, ducha bez materii lub bez przyrody - 
na pierwszym  miejscu stawia naturę boga, stawia ją przed duchem boga, który jest dopiero właściwym 
bogiem. Ale Boehme podlega wpływom wiary chrześcijańskiej i dlatego niekiedy zaprzecza wspomnianej 
kolejności powstawania, a w każdym  razie nie chce pojmować tego powstania i rozwijania się ducha z 
przyrody lub materii jako rozwoju w czasie, a więc rzeczywistego i prawdziwego rozwoju. Nauka jego jest o 
tyle   rozumna   i   o   tyle   zgodna   z   ateizmem   i   naturalizmem,   że   zaczyna   od   przyrody   i   od   niej   dopiero 
przechodzi do człowieka, że każe człowiekowi i duchowi brać początek z przyrody.  Taka kolej rzeczy 
zgadza się zupełnie z koleją rzeczy w przyrouzie, a więc z doświadczeniem. Wszyscy jesteśmy najpierw 
materialistami, zanim staniemy się idealistami, wszyscy najpierw hołdujemy ciału, niższym  potrzebom i 
zmysłom, zanim wzniesiemy się do duchowych potrzeb i zmysłów; zanim dziecko nauczy się patrzeć, ssie, 
śpi i wytrzeszcza oczy na świat. Lecz nauka ta jest nierozsądna w tym, że proces rozwojowy, bieg rzeczy w 
przyrodzie   znowu   pogrąża   w   mistycznym   mroku   teologii,   że   wiąże   z   bogiem   coś,   co   jest   sprzeczne   z 
pojęciem boga, a z przyrodą coś, co jest sprzeczne z przyrodą. Przyroda jest cielesna, materialna, zmysłowa; 
lecz boska przyroda Boehmego nie ma być taką, ponieważ jest częścią boga. Przyroda w bogu czyli boska 
przyroda   zawiera   wprawdzie   wszystko,   co  zawiera   przyroda   nieboska,   to  znaczy  przyroda   materialna   i 
zmysłowa, lecz boska przyroda zawiera o wszystko w sposób niezmysłowy, niematerialny, gdyż bóg jest 
duchem lub powinien być duchem, pomimo że jest materialny. Powraca więc znowu dawna trudność, dawna 
niemożność wyjaśnienia, w jaki sposób z tej niematerialnej, duchowej przyrody ma się wyłonić przyroda 
rzeczywista, cielesna. Trudność ta znika z chwilą, gdy w miejsce  boskiej przyrody wstawimy przyrodę 
rzeczywistą, a więc taką, jaka rzeczywiście istnieje, gdy istoty cielesne będziemy wywodzili z istoty, która 
jest   cielesną   rzeczywiście,   a   nie   tylko   w   fantazji.   Lecz   podobnie   jak   boska   przyroda   sprzeczna   jest   z 
pojęciem i istotą przyrody, tak samo bóg Jakuba Doehme sprzeczny jest z pojęciem boskości; albowiem bóg, 
który rozwijając się i wznosząc z ciemności przemienia się w światło, a z istoty nieduchowej w ducha, nie 
jest   bogiem.   Bóg   musi   być   istotą   abstrakcyjną,   gotową,   doskonałą,   istotą,   która   wyklucza   całkowicie 
jakąkolwiek podstawę i konieczność rozwoju; wszak rozwojowi podlega tylko istota naturalna. Co prawda, 
jak mówiliśmy, w koncepcji Boehmego rozwój ten nie odbywa się w czasie. Ale któż może oddzielić czas od 
rozwoju?   A   więe   krótko:   nauka   Boehmego   jest   teorią   mistyczną,   teorią   przyrodniczą,   która   miała   być 
zarazem i teologiczną. Jest to zatem teoria pełna sprzeczności i mglistej niejasności, coś jakby teistyczny 
ateizm   i   bogobojna   bezbożność,   jakiś   naturalistyczny   nadnaturalizm   lub   nadnaturalistyczny   naturalizm. 
Dlatego właśnie zmusza nas ona, byśmy z krainy fantazji i mistyki, w której się ona obraca i w której ma 
swoje   korzenie,   przeszli   do   świata   rzeczywistości,   przyrodę   niezmysłową   zastąpili   przyrodą   zmysłową, 
dzieje boga - dziejami prawdziwymi, historią powszechną, a teologię - antropologią. Nauka Jakuba Boehme 
dowodzi znowu jasno i wyraźnie, że bóg jest istotą tylko wyabstrahowaną z czlowieka i przyrody. Teizm 
Boehmego   i   zwycznjny   teizm   różni   się   tylko   o   tyle,   że   bóg   Boehmego   jest   abstrakcją   nie   tylko   z 
rzeczywistych lub urojonych celów przyrody, to znaczy tych jej zjawisk, które człowiek wyjaśnia sobie przy 
pomocy celowo działającej, duchowej istoty, ale jest on wyabstrahowany także z tworzywa, z materii tych 
celów, które przecież wszystkie są materialnej i cielesnej natury. Jakub Boehme ubóstwia więc nie tylko 
ducha, lecz także ubóstwia materię. I tak jak twierdzenie, że bóg jest duchem, zakłada twierdzenie, że duch 
jest bogiem czyli istotą boską, tak samo twierdzenie, że bóg nie jest tylko duchem, ale także istotą cielesną, 
zakłada twierdzenie, że materia, istota cielesna jest istotą boską, albo raczej: to ostatnie twierdzenie podaje 
dopiero   prawdziwy   sens   i   wyjaśnienie   twierdzenia   pierwszego.   Bóg   jednak   jako   duch   jest   tylko 
upersonifikowanym wyrazem boskości ducha, bóg zaś jako ciało, jako materia, jest tylko personifikacją 

64

background image

boskości,   to  znaczy  (filozoficznie   rzecz   biorąc)   personifikacją   istotności   i   prawdziwości   przyrody   czyli 
materii. Jest więc rzeczą jasną, że teoria, która w bogu ukazuje nam boskość materii, jest teorią mistyczną, 
opaczną, a prawdziwa i słuszna jest tylko ta doktryna, w której owa teoria mistyczna nabiera sensu, a więc 
doktryna  ateistyczna,  która rozpatruje ducha i materię jako takie, a więc bez boga. Jeśli bóg jest istotą 
materialną, cielesną, jak chcą zwolennicy Jakuba Boehme, to naprawdę tej cielesności dowodziłoby tylko to, 
że bóg jest także przedmiotem naszych  zmysłów  cielesnych.  Czymże  jest istota cielesna, która nie jest 
przedmiotem dla ciała? Przecież tylko z wrażeń cielesnych, jakie wywołuje przedmiot, wnioskujemy o jego 
cielesności. Tego oczywiście nie chcą przyznać materialistyczni teiści; nie pozwalają oni bowiem swemu 
bogu tak dalece zniżyć się do materii, by był także cieleśnie uchwytny i widzialny; byłoby to dla nich zbyt 
świeckie, zbyt bezbożne. A zresztą takie przemieszczenie w laicki, materialny świat opłaciłby bóg swoją 
egzystencją, gdyż tam, gdzie zaczynają się oczy i ręce, tam kończą się bogowie. Grenlandczycy wierzą, że 
nawet ich najpotężniejszy bóg, Tornasuk, może być zabity przez wiatr, że może zginąć od samego dotknięcia 
psa. Jakub Boehme obawia się fizyki eksperymentalnej i wlaśnie dlatego cielesność jego boga jest tylko 
fantastyczna, urojona. Krótko mówiąc, nauka ta, jak i wszystkie teorie teologiczne, jest opaczna i sprzeczna 
w sobie. Boehme ubóstwia przyrodę, cielesność, a zarazem nie przyznaje, odmawia jej tego, co dopiero 
czyni z niej cielesność prawdziwą. Jeśli chcecie uznać prawdę cielesności, to pozwólcie mówić zmysłom, 
poznajcie   ich   prawdę.   Lecz   wy   uznajecie   tylko   prawdę:   fantazji,   wyobraźni,   prawdę   mistycznego, 
bezzmysłowego myślenia i wyobrażania; musicie zatem przyznać, że w waszym bogu, pomimo że ma on 
być materialny i cielesny, ubóstwiacie tylko własną fantazję i wyobraźnię. A jaki narząd, taki i przedmiot 
narządu. Jeśli neguję zmysły, to neguję także istotę zmysłową, to mam do czynienia tylko z istotą duchową, 
czyli urojoną.

WYKŁAD OSIEMNASTY

Do   uwag,   które   poczyniłem   w   ostatnim   wykładzie,   muszę   dodać   jeszcze   jedną,   czwartą.   Mówiłem 

przedtem, że racjonalizm uznaje boga oraz przyrodę, a więc dwie istoty, dwie przyczyny i dwa sposoby 
działania:   jeden   bezpośredni,   przypisywany   rzeczywistym,   przyrodzonym   istotom,   drugi   pośredni, 
przypisywany bogu. Zupełnie jak w konstytucjonalizmie, gdzie rządzą, a raczej walczą ze sobą o władzę 
dwie   moce:   lud   i   panujący.   Tymczasem   wedle   naturalizmu   rządzi   tylko   przyroda,   wedle   prawdziwego 
teizmu   -   tylko   bóg.   Racjonalizm   zatem,   podobnie   jak  konstytucjonalizm,   jest   systemem   połowiczności, 
sprzeczności, niezdecydowania, braku charakteru. Muszę jednak zaznaczyć, że już w wierze absolutnej, tzn. 
u takiego boga, który jest monarchą absolutnym, a w pewnej mierze nawet już w politeizmie - wystarczy 
poczytać rzymskich i greckich historyków i poetów, którzy w sposób wysoce naiwny kojarzą działalność 
boską i ludzką - występuje ta sprzeczność, że obok i wbrew wyłącznej aktywności (Alleintätigkeit) boga 
przyznaje się rzeczom samoczyność (Selbsttätigkeit) poza bogiem. Sprzeczność ta powstaje z tego prostego 
powodu, że człowiek w najbardziej nawet egzaltowanej wierze nigdy nie może zupełnie zatracić zdrowego 
rozsądku   lub   wyrzec   się   człowieczeństwa.   Rozsądek   zaś   przypisuje   poza   boskim   rzeczom   lub   istotom 
samoczynność   przyczynową.   Talk   jest   zwłaszcza   u   ludów   zachodnich,   a   szczegółnie   u   Germanów,   dla 
których   najwyższymi   pojęciami   są   samoczynność,   wolność   i   samodzielność,   a   więc   własności,   których 
musieliby   się   wyrzec,   gdyby   poza   bogiem   nie   istniało   nic   samoczynnego.   Człowiek   zachodni   dzięki 
wrodzonej sobie rozumnej tendencji do samoczynności obala kosekwencje swej religii, swej wiary w boga, 
gdy człowiek Wschodu, zgodnie ze swą naturą, nie kładzie żadnej tamy konsekwencjom wiary w boga, 
pozbawia się wolności, a nawet rozumu, i poddaje się bez zastrzeżeń fatalizmowi wyroków boskich, aby 
oddać   bogu   cześć   nie   tylko   za   to,   że   jest   przyczyną   pierwszą,   jak   to   twierdzą   mądrzy,   egoistyczni, 
racjonalistyczni ludzie Zachodu, lecz także przyczyną jedyną, jedyną istotą samoczynną i sprawczą. Kilka 
przykładów   wierzeń  mahometańskich przytoczyłem  już  w  przedostatnim wykładzie.  Oczywiście   istnieją 
także filozofowie i teologowie mahometańscy i w ogóle wschodni, którzy rzeczom poza bogiem przyznają 
samoczynność, lecz dominujący i charakterystyczny jest pogląd przeciwny. Tak na przykład prawowiemy 
mahometański filozof, Algazel, mówi w ustępie, który dodaję do przytoczonego już poprzednio: „Bóg jest 
jedyną przyczyną sprawczą w całej przyrodzie; może on zarówno sprawić, że ogień liżąc pakuły nie zapali 
ich, jak i to, że pakuły spłoną nie stykając się z ogniem. Nie ma żadnego porządku przyrodzonego, żadnych 
praw przyrody; nie ma żadnej różnicy między cudami a zjawiskami naturalnymi”, Teologia Zachodu usiłuje 
zaradzić   wspomnianej   sprzeczności,   która   dręczy  nawet   głowy  najbardziej,   najściślej   prawowierne.   Ale 
sprzeczność ta tkwi w samej istocie teologii; jeśli bowiem istnieje bóg, to świat jest zbędny, i odwrotnie.  W 
jakiż   więc   sposób   mają   te   dwie   istoty,   wzajemnie   się   wykluczające,   godzić   się   i   jednoczyć   w   swoim 
działanu? Działanie boga wyklucza działanie świata, i odwrotnie, działanie świata wyklucza działanie boga. 
Jeśli sam dokonałem czegoś, to nie dokonał tego bóg, a jeśli bóg to uczynił, to nie ja; jedno wykłucza drugie. 
Gdzież   tu   miejsce   na   ideę   środka?   Gdzie   miejsce   na   wyobrażenie,   że   bóg   sprawił   to   za   moim 
pośrednictwem? Z rolą środka nie da się pogodzić żadna samoczynność. Krótko mówiąc: przypuszczenie, że 

65

background image

bóg i świat współistnieją i współdziałają ze sobą, prowadzi do najbardziej absurdalnych niedorzeczności, do 
najśmieszniejszych sofizmatów i krętactw, jak tego dostatecznie dowiodły dzieje teologii na przykładzie 
nauki o tak zwanym concursus dei, to znaczy współdziałaniu boga przy wolnym postępowaniu czlowieka. 
Przykład: Kalwin, który jest prawowiernym chrześcijaninem i dlatego jest szczególnie miarodajny, mówi w 
Christianae   religionis   institutio:   „Chrześcijanin   jest   najświęciej   przekonany,   że   nic   nie   dzieje   się 
przypadkowo, lecz wszystko z woli Boga, i dlatego zwraca zawsze oczy do Boga jako do najdoskonalszej 
albo najpierwszej przyczyny rzeczy; podrzędnym zaś przyczynom przydziela to miejsce, które im należy. 
Chrześcijanin nie będzie wątpił, że czuwa nad nim szczególna, wszechogarniająca opatrzność, która chroni 
go   przed   wszystkim,   co   nie   jest   dla   niego   dobre   i   zbawienne.   Przyczynę   wszystkiego,   co   odbywa   się 
pomyślnie i wedle jego życzenia, będzie widział w Bogu, bez względu na to, czy odczuł jego dobroczynność 
zn pośrednictwem ludzi, czy też pomoc przyszła ze strony bezdusznyeh stworzeń. W swoim sercu bowiem 
będzie myślał tak: zaiste, Bóg to nakłonił dla mnie ich dusze, aby byli narzędziami jego życzliwości. Gdy 
więc chrześcijanin zazna od ludzi czegoś dobrego, będzie czcił i wielbił Boga jako prawdziwego sprawcę; 
lecz ludzi będzie czcił jako jego sługi i pozna, że Bóg wolą swą zobowiązał go wobec tych, których rolę 
wyświadczy mu dobrodziejstwa”. Tu odsłania się nam cała nędza teologii, tak, jak wyraża się ona i objawia 
w   tym   zagadnieniu.   Jeśli   bóg  jest   najznakomitszą   albo  najgłówniejszą   przyczyną,   czy  raczej   po  prostu 
przyczyną dobrodziejstw wyświadczanych mi przez ludzi - przecież tylko  causa praecipua  jest właściwą 
przyczyną   -   to  jakże   mogę   szanować   ludzi   albo  czuć   się   zobowiązany  wobec   tych,   przez   których   bóg 
wyświadczył mi dobro? Wszak nie jest to ich zasługa; to bóg ich ku mnie nakłonił, a nie ich własne serce, 
ich własna istota. Bóg mógł mi pomóc równie dobrze przez innych, nieżyczliwych mi ludzi lub przez istoty 
inne niż ludzie, ba, równie dobrze mógł pomóc mi sam, bez jakiegokolwiek pośrednictwa. Środek jest tu 
zgoła obojęt.ny, zupełnie nieistotny, zupełnie nie zasługujący na uczucia wdzięczności, czci, miłości, tak jak 
ja nie zasługuje na nie garnek, w którym  podano mi  wode, gdy byłem spragniony.  Może ktoś uzna to 
porównanie za niewłaściwe? Przecież to Biblia mówi, że ludzie są tym samym w stosunku do boga, czym 
garnki w stosunku do garncarza. Widzimy więc na tym przykładzie, w jaki sposób teologia, w sprzeczności z 
głoszoną   przez   siebie   wiarą   w   boga   pojętego   jako   wszechmocna   i   sprawcza   przyczyna   wszystkiego, 
kapituluje   wobec   naturalnego   poczucia   i   zmysłu   człowieka,   który  istoty,   darzące   go   dobrodziejstwami, 
uważa też za ich przyczynę  i dlatego poczuwa się do wdzięczności, miłości i czci w stosunku do nich. 
Widzimy,  jak wyłączają się wzajemnie  bóg i przyroda, miłość do boga i miłość do ludzi; widzimy,  że 
działalność boga i działalność przyrody albo człowieka dadzą się pogodzić tylko sofistycznie. Albo bóg - 
albo przyroda! Nie istnieje nic trzeciego, nic pośredniego, nic takiego, co by jedno i drugie łączyło. Albo 
więc wyznawajcie  boga i  przekreślcie  przyrodę,  względnie,  jeśli  tego zrobić  nie  możecie, jeśli musieie 
przyznać jej w każdym razie istnienie - bo na przekór waszej wierze wasze zmysły dowodzą jej istnienia - 
odmówcie jej przynajmniej wszelkiej przyczynowości, wszelkiej istoty, powiedzcie, że przyroda jest tylko 
pozorem, tylko maską, albo też opowiedzcie się po stronie przyrody i zaprzeczcie, że istnieje bóg, że bóg 
poza nią włodarzy, że przez nią działa. A jeśli uważacie boga za prawdziwą przyczynę dobra, a raczej po 
prostu za przyczynę dobra - bo tylko prawdziwa przyczyną jest pierwszą przyczyną – to nie zaprzeczajcie 
także temu, że bóg jest również przyczyną zła, które spotyka człowieka ze strony innych ludzi lub istot. 
Lecz teizm woli być niekonsekwentny i tej konsekwencji zaprzeczać. Ten sam Kalwin, dla którego ludzie 
czyniący dobro są tylko narzedziem boga, uważa za nonsens i bezbożność rozumowanie, że jeśli na przykład 
skrytobójca zamorduje uczciwego człowieka, to jest tylko narzędzięm wykonującym postanowienie lub wolę 
boga, że przeto wszelkie przestępstwa dzieją się na rozkaz boga i z jego woli. A przecież jest to wniosek 
konieczny. Jeśli bowiem istoty rzeczywiste, naturalne są tylko środkiem, tylko narzędziem boga, to są one 
nim zarówno w dobrym jak w złym. Jeśli przeczycie, że człowiek z własnej siły, z odruchu własnego serca 
czyni dobrze, to przeczcie także temu, że postępuje źle, zbrodniczo, czyni to z porywu własnego serca. Jeśli 
odmawiacie człowiekowi godności dobroczyńcy, uwolnijcie go także od hańby przestępcy, złoczyńcy; gdyż 
dla popełnienia zła trzeba tyleż siły i mocy, a często nawet więcej, niż dla dokonania dobrego uczynku; a 
według was każda siła, każda moc jest przecież bożą mocą i siłą. Jak śmiesznie i złośliwie zarazem jest z 
jednej strony przyznawać człowiekowi autorstwo, z drugiej zaś mu go odmawiać, dobro przyznawać mu 
jako łaskę, a zło poczytywać za winę! Ale taka już jest istota teologii albo taka już jest istota teologa, jeśli 
zechcemy posłużyć się personifikacją, że teolog jest aniołem w stosunku do boga, diabłem w stosunku do 
ludzi, że wszystko dobre przypisuje bogu, a wszystko złe - człowiekowi, stworzeniu, przyrodzie. A jednak 
dobro, które człowiek czyni, jest nie tylko jego własną zasługą, nie tylko dziełem jego własnej woli, lecz 
także   rezultatem   przyrodniczych   i   społecznych   warunków,   stosunków   i   okoliczności,   wśród   których 
człowiek   został   poczęty,   urodził   się,   wychował   i   wykształcił.   Lecz   spośród   wszystkich   egoizmów 
najprymitywniejszym, najgłębszym i najbardziej zabobonnym egoizmem jest wiara, że warunki, stosunki i 
okoliczności   oraz   skłonności   i   poglądy,   które   pod   ich   wpływem   powstały,   mają   swoją   przyczynę   w 
zamiarach   i   wyrokach   jakiegoś   boga.   Tak   jak   celowość   w   przyrodzie   jest   tylko   ludzkim,   a   raczej 
teologicznym   wyrażeniem   na   określenie   wewnętrznej   nieskończonej   współzależności   wszystkiego   w 

66

background image

przyrodzie, tak i wola lub wyroki boskie, którym człowiek zawdzięcza takie lub inne skłonności, popędy, 
zadatki   i   zdolności,   są   tylko   antropomorfizmem,   popularnym   ludzkim   wyrażeniem   na   określenie   tych 
wszystkich związków, w jakich człowiek stał się tym, czym jest.. To jest jedyny racjonalny sens wierzenia 
albo nauki, że człowiek jest tym, czym jest, nie dzięki własnej woli, lecz z woli i łaski boga. Łaska boga jest 
upersonifikowanym   przypadkiem   albo   upersonifikowaną   koniecznością,   uosobieniem   tego   zespołu 
warunków, w których ludzie się rodzą, żyją i działają. Jestem tym, czym jestem, tylko jako dziecko XIX 
wieku, tylko jako cząstka przyrody, tak jak ona wygląda w tym stuleciu; gdyż i przyroda podlega zmianom; 
dlatego to każde stulecie ma swoją własną chorobę, a ja przecież nie z własnej woli żyję właśnie w tym 
stuleciu. I tak samo jak nie potrafię oddzielić mej istoty od istoty tego stulecia, jak nie mogę wyobrazić sobie 
siebie jako istoty istniejącej poza nim, od niego niezależnej, tak samo nie mogę oddzielić mej woli od istoty 
mojego czasu. Czy chcę, czy nie chcę, czy jestem tego świadom, czy nie, godzę się z tym losem czy dolą, 
godzę się z tym, że muszę występować jako człon moich czasów. Tym, czym jestem z natury, bez swojej 
woli, jestem zarazem i z wolą; nie potrafię być czymś innym niż tym, czym jestem, to znaczy tym, czym 
jestem istotnie lub zgodnie ze swą istotą. Moje właściwości obojętne, przypadkowe mogę sobie wyobrazić 
inaczej, mogę chcieć je zmienić, lecz nie mogę tego zrobić w stosunku do mojej istoty. Moja woja zależna 
jest od mojej natury, od mojej istoty, ale nie moja natura od mojej woli; moja wola kieruje się, nawet bez 
mojej   wiedzy   i   woli,   według   mojej   istoty,   lecz   moja   istota,   to   znaczy   zespół   istotnych   cech   mojej 
indywidualności,   nie   kieruje   się   moją   wolą,   nawet   gdybym   się   najbardziej   wysilał   i  starał.   Oczywiście 
człowiek - mimo że jego istota nie da się oddzielić od jego czasów - może sobie marzyć: gdybym się urodził 
w Atenach w epoce Fidiasza i Peryklesa! Ale życzenia takie są tylko fantazją, a przy tym  nawet i one 
wyznaczone są przez istotę epoki, w której się urodziłem i wychowałem, określone przez istotę, którą jestem 
i której nie zmienię, nawet przez owo przeniesienie się w fantazji w obce kraje i czasy. Albowiem tylko w 
okresie, który posiada zmysł i zrozumienie dla życia starożytnych Aten, i tylko u człowieka, którego własna 
istota lgnie do tego życia i do tej istoty, może zrodzić się tego rodzaju pragnienie. A jeśli nawet rzeczywiście 
myślą przeniosę się do Aten, to przez to nie wydostanę się jeszcze ze swego stulecia, ze swej istoty, gdyż to 
jest niemożliwe. O tych Atenach myślę tylko swoją głową, a więc tylko w rozumieniu mego stulecia; takie 
Ateny są tylko odbiciem mojej własnej istoty; albowiem każda epoka musi wyobrażać sobie przeszłość po 
swojemu.  A więc człowiek jest także ze swej woli tym,  czym  jest, czym  jest ze swej istoty;  nie może 
oddzielić się od swej istoty; nawet te pragnienia, które w jego fantazji wychodzą poza nią, bez względu na 
to, jak bardzo by się od niej oddaliły, zawsze wracają do niej z powrotem, jak kamień rzucony w górę spada 
na ziemię. A zatem: czymkolwiek jestem dzięki własnemu działaniu, dzięki własnej pracy, dzięki wysiłkowi 
woli, zawne jestem tym, czym jestem, czym stałem się, tylko w związku z tymi ludźmi, z tym narodem, z 
tym   miejscem,   z   tym   stuleciem,   z   tą   przyrodą,   w   związku   z   tym   środowiskiem,   tymi   stosunkami   i 
warunkami, które składają się na moją biografię. I to jest jedyny rozumny sens kryjący się w wierze, że 
człowiek nie zawdzięcza wyłącznie sobie, swoim własnym siłom tego, czym jest i co posiada, lecz bogu. I 
tak jak dobro, tak i zło nie idzie wyłącznie na mój rachunek. To, że mam takie a takie wady, takie a nie inne 
błędy, nie jest moją winą, a przynajmniej nie jest moją wyłączną winą, jest to również winą warunków, winą 
ludzi, z którymi od samego początku się zetknąłem, winą czasów, w których się urodziłem i wychowałem. 
Tak jak każde stulecie ma sobie właściwe choroby, podobnie ma też ono sobie właściwe, typowe występki, 
to znaczy przeważające skłonności do tego lub owego, skłonności, które nie są złe same w sobie, lecz stają 
się złe i występne dopiero przez swą przewagę, przez to, że przytłumiają inne równie uprawnione skłonności 
i popędy. Przez to zresztą nie zostaje przekreślona wolność człowieka, przynajmniej ta rozumna wolność, 
która   opiera   się   na   naturze,   wolność,   która   uzewnętrznia   się   i   utwierdza   jako   inicjatywa,   pracowitość, 
znawstwo,   kultura,   panowanie   nad   sobą,   wysiłek,   trud.   Moja   epoka,   okoliczności,   stosunki   i   warunki 
fizyczne,   w   których   powstałem   -   nie   są   bogami,   nie   są   istotami   wszechmocnymi.   Natura   pozostawia 
człowieka raczej swojemu własnemu losowi, nie pomaga mu, jeśli sam sobie nie pomaga, pozwala mu tonąć, 
jeśli nie umie pływać. Ale bóg nic da mi utonąć nawet wtedy, gdy własnymi siłami i własnym przemysłem 
nie potrafię utrzymać się na wodzie. Już w dawnych czasach istniało przysłowie: „Gdy Bóg chce, możesz 
pływać nawet na źdźble”. Także zwierzę musi samo troszczyć się o swój pokarm, musi potrudzić się i użyć 
wszystkich   sił,   aby   znaleźć   pożywienie.   Jakże   musi   się   nieraz   namęczyć   gąsienica,   zanim   znajdzie 
odpowiedni listek, albo ptak, zanim złapie robaczka lub innego ptaka! Ale bóg oszczędza ludziom, a nawet 
zwierzętom, trudu samoczynności; bóg troszczy się o nich; bóg jest tym, który działa; ludzie i zwierzęta 
tylko doznają i otrzymują. Tak to na rozkaz Pana kruki przynosiły Eliaszowi „chleb i mięso co rana i co 
wieczór”. Ale „któż przyrządza pokarm krukowi”? Bóg, „który daje pożywienie bydłu i młodym krukom, 
które go wzywają”, jak czytamy w Psalmach i Księdze Hioba. Rozumna wolność, samodzielność ludzi i w 
ogóle   samoczynność   istot   indywidualnych   doskonale   zgadza   się   z   przyrodą,   ale   nie   z   wszechmogącym 
bogiem, który świadomie i celowo wszystko z góry wyznacza. Wszystkie te niezliczone utrapienia i mącące 
w głowie sprzeczności, trudności i sofizmaty,  jakie powstają w teologii z powodu dysharmonii  między 
bogiem jako istotą jedynie i wyłącznie twórczą a samoczynnością i samodzielnością stworzenia znikają lub 

67

background image

latwo dają się rozwiązać, gdy w miejsce boga postawimy przyrodę.

Tak jak teiści winią człowieka za zło moralne, dobro zaś wywodzą tylko z boga, podobnie też fizyczne 

zło, zło w przyrodzie po części bezpośrednio, po części pośrednio, po części wyraźnie, po części po cichu 
kładą na karb materii albo na karb nieuchronnej konieczności przyrody. Gdyby nie było zła, nie byłoby i 
dobra,  mówią.  Gdyby   człowiek  nie  głodował,  nie  odczuwałby  żadnej  przyjemności   przy jedzeniu  i  nie 
miałby do niego żadnego popędu. Gdyby nie mógł złamać nogi, nie miałby kości, a zatem nie mógłby też 
chodzić. Gdyby przy zranieniu nie odczuwał bólu, nie miałby żadnej pobudki do tego, aby się chronić; 
dlatego to powierzchowne rany są o wiele bardziej bolesne od głębokich. Niedorzecznością jest przeto, 
powiadają, gdy ateiści przytaczają zło, plagi, cierpienia życia jako dowody przeciwko dobroci, mądrości, 
wszechmocy   Stwórcy.   No   pewno   słuszne   jest   twierdzenie,   że   gdyby   nic   było   tego  lub   owego   zła,   nie 
mogłoby być również tego lub owego dobra; lecz taka konieczność obowiązuje tylko w przyrodzie, nie zoś u 
boga.

Jeżeli teista wyobraża sobie boga jako istotę, w której jest szczęśliwość niezamącona, doskonałość bez 

niedoskonałości, to z tak pojmowanym bogiem łączy się, kojarzy z koniecznością wyobrażenie, że mógł on 
stworzyć dobro bez zła, a świat bez cierpień i braków. Dlatego też chrześcjanin wierzy w świat przyszły, w 
którym rzeczywiście tak będzie, w którym brak będzie tych rzeczy, które ateista przytacza na dowód, że 
świat nie pochodzi od boga. Według starożytnych chrześcijan taki świat nawet już istniał, w raju. Gdyby 
Adam zachował był swą niewinność i doskonałość, gdyby pozostał takim, jakim wyszedł z rąk boga, jego 
ciało byłoby niedostępne dla zniszczenia i ułomności a cała przyroda byłaby wolna od zła i braków, które 
posiada obecnie. Wszystkie te argumenty, którymi teiści usprawiedliwiają istnienie zła w świecie, to znaczy 
w tym wypadku w świecie przyrodniczym a nie w świecie obywatelskim, mają wartość tylko wtedy, gdy 
uzna się przyrodę za podstawę istnienia wszechrzeczy, gdy poda się ją za pierwszą przyczynę, nigdy zaś, 
jeżeli przyjmuje się boga jako stwórcę świata. U podstaw wszelkiej teodycei, wszelkiego usprawiedliwiania 
boga   leży  faktycznie,   świadomie   czy  nieświadomie,   przyroda   jako   coś   samodzielnego;   ograniczają   one 
zasięg działania boga, ograniczają jego wszechmoc przez istotę i działanie przyrody, a wolność boga, który 
mógł   przecież   stworzyć   świat   całkiem   innym,   niż   takim,   jakim   go   stworzył,   ograniczają   pojęciem 
konieczności, które pochodzi wszakże tylko z przyrody i tylko do niej się stosuje. Widać to zwłaszcza w 
panujących   poglądach   na   opatrzność.   I   tak   na   przykład   arcybiskup   Paryża   wystosował   w   1846   r.   list 
pasterski,   w   którym   wzywa   wiernych   da   zanoszenia   modłów,   „aby   przy  wyborze   Papieża   żadne   obce 
wpływy nie magły przeciwdziałać łaskawym zamiaram Boga”. Niedawno zaś - w styczniu 1849 r. - król 
pruski wydał rozkaz dla armii, w którym znajdujemy takie zdanie: „W ubiegłym roku, kiedy to Prusy, gdyby 
nie pomoc boska, padłyby ofiarą spisku i zdrady stanu, moja armia okazała się godna dawnej chwały i 
zasłużyła sabie na nową”. Ale jakże słaba musi być istota, której łaskawym zamiarom mogą się opierać i 
przeciwdziałać obce wpływy! Cóż to za pomoc boska, która jest bezsilna i bezskuteczna bez bagnetów i 
kartaczy? Cóż ta za wszechmoc, która potrzebuje oparcia w sile wojskowej? Cóż ta za bóg, który dzieli swą 
chwałę z chwałą armii króla pruskiego? Albo oddawajcie cześć tylko bogu, jak dawni teiści i chrześcijanie, 
którzy wierzyli, że bóg jest w stanie pomóc bez bagnetów i kartaczy, że można samą modlitwą pokonać 
wroga, że modlitwa, czyli  potęga religii, albo, co znaczy to sama, potęga boga jest wszechmocna, albo 
oddawajcie cześć samej brutalności materialnych sił i środków, za to, że pomogły.

Na   tych   przykładach,   które   można   by   zresztą   mnożyć   w   nieskończoność,   dostarczają   ich   bowiem 

wszystkie dzienniki, widzimy, jak bezbożni są ludzie współcześni, nawet ci, którzy, zewnętrznie wierzą w 
boga. Widzimy, jak rzeczywistości negują ani i postponują swego boga, choć pieją na jego cześć hymny 
pochwalne; jak materii, światu i człowiekowi przyznają moc i działalność samodzielną, od boga niezależną, 
jemu zaś przyznają jedynie rolę biernego widza lub inspektora, który co najwyżej ratuje i pomaga tylko w 
największej   potrzebie.   Już   same   pospolite   wyrażenia:   pomoc   boga,   opieka   boska,   charakteryzują 
dostatecznie ten brzydki rozdźwięk między bogiem i przyrodą; kto mi bowiem pomaga, kto stoi u mego 
boku, ten nie odbiera mi mojej własnej aktywności; on tylko mnie wspiera, bierze na siebie tylko część mojej 
roboty, mego ciężaru. Cóż to za niegodny pomysł, skoro już wierzy się w boga, odmawiać mu faktycznie 
wszechmocy i wspierać go siłą przyrody i ludzi, a potem zwracać się do niego a pomoc. Jeśli czyjeś oko 
czuwa nade mną, cóż mnie samemu po oku, po cóż mam sam nad sobą czuwać? Jeśli bóg troszczy się o 
mnie, to po cóż mam jeszcze i ja troszczyć się o siebie? Skoro istnieje istota dobra a zarazem wszechmocna, 
cóż znaczą dla mnie ograniczone możliwości naturalnych środków i sił? Zresztą nie chcemy ganić ludzi 
Zachodu za to, że nie trzymają się zasad swej wiary aż do jej praktycznych konsekwencji, co więcej sami 
przekreślają   następstwa   swej   wiary   i   w   rzeczywistości,   w   praktyce   zadają   jej   kłam,   gdyż   tylko   tej 
niekonsekwencji, tej praktycznej niewierze, temu instynktownemu ateizmowi i egoizmowi zawdzięczamy 
cały postęp i wszystkie wynalazki, które odróżniają chrześcijan od mahometan i w ogóle ludzi Zachodu od 
ludzi Wschodu. Kto liczy na wszechmoc boga, kto wierzy, że wszystko, co się dzieje i co jest, dzieje się i 
jest z woli boga, ten nie będzie głowił się nad sposobami, jak zaradzić złu na świecie, złu w przyrodzie (w 
tych granicach, w jakich jest ono do zwalczenia, bo na śmierć nie znajdziemy lekarstwa) i złu w świecie 

68

background image

obywatelskim. „Każdemu - mówi Kalwin w cytowanym już wielokrotnie piśmie - Bóg wyznacza miejsce i 
stan. Salomon zachęca biedaków do cierpliwości takimi słowami: «Los rzucony jest do łona, ale obraca się, 
jak chce Pan» - gdyż ci, którzy są niezadowoleni ze swego losu, usiłują zrzucić brzemię nałożone na nich 
przez Boga. Inny prorok, psalmista, również gani bezbożnych, którzy przypisują sprytowi ludzkiemu lub 
szczęściu to, że jedni dochodzą da zaszczytów, inni pozostają w poniżeniu”. Takie jest koniczne następstwo 
wiary w boga, wiary w opatrzność tam, gdzie ta wiara jest nie tylko teoretyczna, nieczynna, niewierząca, 
lecz prawdziwa i praktykująca. Niektórzy ojcowie kościoła uważali nawet strzyżenie brody za bezbożną 
krytykę dzieł boskich. Zupełnie słusznie! Broda zawdzięcza przecież swoje istnienie woli i zamiarowi boga, 
które   dotyczą   nawet   najmniejszej   rzeczy;   kiedy   obcinam   sobie   brodę,   wyrażam   przez   to   swoje 
niezadowolenie; pośrednio ganię wtedy stwórcę, buntuję się przeciwko jego woli. Bóg bowiem mówi: Niech 
będzie broda! - i pozwala jej rosnąć, ja natomiast powiadam: Niech jej nie będzie! - i każę ją sobie obciąć. 
Wszystko pozostawić takim, jakim jest, oto konieczne następstwa wiary, że bóg rządzi światem, że wszystka 
dzieje   się   i   jest   z   jego   woli.   Każda   samowolna   przemiana   istniejącego   porządku   rzeczy  jest   bezbożną 
rewolucją.

Podobnie jak w monarchii absolutnej rząd nic nie zostawia ludowi, ale sam sprawuje wszelkie funkcje 

polityczne,  tak i w religii bóg nic nie pozostawia człowiekowi, dopóki jest jeszcze władcą absolutnym, 
nieograniczonym, „Dlatego to - mówi Luter interpretując przypowieść Salomona - najlepszą i największą 
mądrością jest zdać się na Boga i Jego wolę... pozwolić Bogu rządzić i panować, i wszystko, co dzieje się 
niesprawiedliwego lub co gnębi pobożnych, pozostawić Temu, który w końcu pokieruje wszyskim dokładnie 
i sprawiedliwie... Jeśli chcesz zaznać radości, spokoju i szczęśliwych dni, czekaj, aż Bóg da je tobie”. Ale, 
jak   mówiłem,   chrześcijanie   byli   wierni   duchowi   i   charakterowi   zachodniemu,   a   zwłaszcza   duchowi 
germańskiemu,   i   na   swoje   i   nasze   szczęście   przeciwstawili   konsekwencjom   religijnych   wierzeń   i 
przedstawień, pochodzących ze Wschodu, ludzką samoczynność; ale dlatego też, zachowując wprawdzie do 
dziś,   przynajmniej   w   teorii,   swą   religię   i   teologię,   stworzyli   z   niej   plątaninę   najniedorzeczniejszych 
sprzeczności, połowiczności i sofizmatów,  jakiś nieznośny,  niestrawny bigos wiary i niewiary,  teizmu  i 
ateizmu.

WYKŁAD DZIEWIĘTNASTY

Jak opowiadają i jak to określają podróżnicy o nastawieniu teistyczym,  lud zamieszkujący Kamczatkę 

posiada najwyższego boga, którego zwie Kutka i uważa za stwórcę nieba i ziemi. Mieszkańcy Kamczatki 
mówią,   że   z   Kutki   wszystko   powstało   i   Kutka   wszystko   stworzył.   Uważają   się   jednakże   za   znacznie 
mądrzejszych od swego boga, a już nikogo nie uważają za bardziej naiwnego, bardziej nierozsądnego, za 
głupszego niż ich Kutka. Gdyby był mądry i roztropny, powiadają, byłby stworzył świat o wiele lepszy, nie 
zrobiłby w nim tylu niedostępnych gór i przepaści, tylu rwących rzek i długotrwalych wichur. Kiedy przeto 
zmuszeni są w zimie wjeżdżać na stromą górę i z niej zjeżdżać, nie mogą się powstrzymać od straszliwego 
wymyślania   swemu   Kutce.   „Za   mało   oburzamy   się   na   te   szaleństwa”,   zauważa   na   to   jeden   z 
racjonalistycznych pisarzy. Ja zaś nie oburzam się wcale. Raczej dziwię się, że chrześcijanie posiadają tak 
mało samokrytycyzmu, iż nie widzą, że w istocie nie różnią się od ludu Kamczatki. Różnią się tylko tym, że 
swego oburzenia na srogość i brutalność przyrody nie wyładowują w wyzwiskach, jak to czynią mieszkańcy 
Kamczatki, lecz w czynach. Chrześciijanie niwelują góry lub przynajmniej torują sobie przez nie wygodne 
bite   drogi;   rwące   rzeki   ujarzmiają   przy  pomocy   grobli;   krótko   mówiąc   -   w   miarę   możności   zmieniają 
przyrodę według swej woli i dla swojej wygody. Każda taka czynność wyraża jednak krytykę przyrody; nie 
usuwam   przecież   góry,   jeżeli   jej   istnienie   mnie   przedtem   nie   złościło,   jeżeli   jej   nie   złorzeczyłem,   nie 
przeklinałem; usuwając ją, zamieniam tylko klątwę w czyn. Chrześcijanie wprawdzie nie wynaleźli jeszcze 
skutecznego środka przeciw długotrwałym wichurom, za które mieszkańcy Kamczatki wymyślają swemu 
stwórcy, zresztą atmosfera w ogóle jest dotychczas bardzo mało zbadana i opanowana. Ale chrześcijanie 
umieją   bronić   się   przed   surowością   klimatu   innymi   środkami,   których   dostarcza   im   kultura.   W   Biblii 
czytamy wprawdzie: „Pozostań w kraju i odżywiaj  się godziwie”; mimo  to chrześcijanie wyjeżdżają do 
uzdrowisk i w ogóle do krajów o lepszym i znośniejszym klimacie, jeśli tylko „opatrzność” dała im po temu 
środki. Kiedy zaś opuszczam jakieś miejsce, w rzeczywistości je przeklinam, złorzeczę mu, myślę, a nawet 
czasem mówię: Cóż za przeklęty klimat! Dłużej nie mogę tu wytrzymać! Tu zginę! A więc jazda! Gdy więc 
chrześcijanin opuszcza ojczyznę na zawsze lub na pewien czas, praktycznie tym samym  zaprzecza swej 
wierze w boską opatrzność. Ona go przecież stworzyła w tym kraju, może właśnie dlatego, że uznała ten kraj 
za najodpowiedniejszy dla niego i z góry mu go przeznaczyła, mimo to czy też właśnie dlatego, że klimat 
jest tam nieprzyjemny i niezdrowy. Opatrzność uwzględnia każdy szczegół, każdą jednostkę. Ba, opatrzność 
taka, jak wyobrażają ją sobie racjonalistyczni teiści, opatrzność, która troszczy tię jedynie o rodzaj, o ogół,  o 
powszechne prawa  przyrody,  nie jest żadną opatrznością, chyba  tylko z nazwy.  Gdy przeto opuszczam 
miejsce,   które   wyznaczyła   mi   opatrzność,   gdy  usuwam   górę,   którą   najwidocznicj   celowo   wzniosła   tak 

69

background image

wysoko i właśnie w tym miejscu, gdy umacniam brzegi rwącej rzeki, która swą gwałtowność zawdzięcza 
woli i mocy boga, swoim praktycznym postępowaniem zadaję kłam swej religijnej teorii i wierze, wedle 
której   wszystko,   co  bóg  czyni,   czyni   dobrze,   wszystko,   co  robi,   jest   mądre,   nienaganne   i   nie   wymaga 
żadnych poprawek. Gdyż bóg nie stworzył wszystkiego za jednym zamachem, w ogólnych zarysach, lecz 
tworzył   wszystkie   rzeczy   jednostkowe.   Jakże   więc   mogę   zmieniać   coś   radykalnie,   jakże   mogę 
podporządkowywać zamiary boskie moim ludzkim zamiarom, jakże mogę przeciwstawiać moc ludzką mocy 
boga, która objawia się w potędze rwącej rzeki lub w wysokości góry? Nie wolno mi tego robić, jeśli chcę 
czynem potwierdzić swą wiarę. Herodot opowiada, że kiedy Knidyjczycy chcieli przekopać swój kraj na 
małym odcinku, aby uczynić z niego wyspę, Pytia zabroniła im to czynić, zwracając się do nich takim oto 
dwuwierszem:

Nie umacniajcie Istmu ani go nie przekopujcie,

Zeus byłby stworzył wyspę, gdyby taka była jego wola.

A   kiedy   Rzymowi   przedstawiono   projekt   regulacji   dopływów   Tybru,   aby   zapobiec   powodziom, 

Reatynowie - jak pisze Tacyt w Annales - opierali się temu, twierdząc, że przyroda, co tu znaczy tyle co bóg, 
najlepiej zatroszczyła się o potrzeby człowieka, nadając rzekom takie a nie inne ujście, bieg, początek i 
koniec. Toteż wszystkie zdobycze kultury, wszystkie wynałazki, które człowiek wymyślił, aby uchronić się 
przed brutałnością przyrody - jak na przykład piorunochron - konsekwentna wiara religijna potępiła jako 
naruszenie porządku ustalonego przez boga i - kto by pomyślał? - zdarzało się to jeszcze w naszych czasach. 
Z ust całkowicie wiarogodnych słyszałem, że kiedy wynaleziono eter i zaczęto go stosować jako środek 
znieczulający, teologowie protestanckiego uniwersytetu w Erlangen zaprotestowali przeciw używaniu tego 
środka zwłaszcza przy ciężkich porodach, gdyż Bibłia mówi: „I w bólu rodzić będziesz”, co znaczy, że bóle 
towarzyszą porodom na skutek wyraźnego zarządzenia boskiego, na skutek boskiego postanowienia. Tak 
bardzo teologiczna   wiara   odbiera   człowiekowi   rozum,   a  także   serce!   Lecz   dajmy  spokój  protestanckim 
teologom i uniwersytetom, a wróćmy do ludu Kamczatki, który posiada o wiele więcej rozumu. Ma on 
bowiem   całkowitą   słuszność,   gdy   uważa   za   istotę   nierozumną   i   bezmyśłną   stwórcę   stromych   gór, 
niedostępnych dla ludzkiej kultury,  stwórcę przewlekłych wichur i rwących rzek, niszczących zasiewy i 
niwy, Przyroda bowiem jest bezrozumna, jest ślepa. Jest taka, jaka jest i działa tak, jak działa, nie celowo, 
świadomie i dowołnie, lecz z konieczności albo - jeśli zaliczymy człowieka do przyrody, tak jak to czynić 
należy, gdyż człowiek jest także istotą, tworem przyrody - ma swój rozum jedynie w rozumie człowieka. 
Tylko   człowiek  nadaje   przyrodzie   charakter   rozumny   i   świadomy   przez   swe   urządzenia   i   dzieła,   tylko 
człowiek   w   ciągu   dziejów   przetwarza   ziemię   w   siedzibę   rozumną   i   wygodną   dla   niego,   a   z   czasem 
przetworzy ją w siedzibę jeszcze bardziej ludzką, jeszcze bardziej rozumną niż jest nią teraz. Zresztą kultura 
ludzka zmienia i sam klimat. Czym są Niemcy dziś, a czym były ongiś, nawet jeszcze w czasach Cezara! 
Jakże   więc   tak   potężne   przeobrażenia,   których   dokonał   człowiek,   dadzą   się   pogodzić   z   wiarą   w 
nadprzyrodzoną,   boską   opatrzność,   która   wszysko   stworzyła   i   o   której   Biblia   mówi:   ,,I   widział   Bóg 
wszystko, co czynił, a to było bardzo dobre”.

Po   piąte   muszę   objaśnić   jeszcze   jedno   twierdzenie.   Mówiłem,   że   przeważnie   usiłowano   dowodzić 

działania opatrzności także na podstawie takich zjawisk przyrody, które niweczą następstwa zła istniejącego 
lub koniecznego z natury i zapobiegają mu. Doszukiwano się więc dowodów szczególnej opatrzności w 
zębach i pazurach, którymi  zwierzęta bronią się przed wrogami,  oraz w urządzeniach ochronnych  ciała 
ludzkiego i zwierzęcego. Tak na przykład „rzęsy chronią oko przed dostaniem się doń jakiegoś obcego ciała, 
brwi chronią oko przed potem, który ścieka z czoła, oczodoły chronią je przed uderzeniem, powieki zaś 
mogą całkowicie je zasłonić”. Lecz dlaczego oko nie ma ochrony przed zgubnymi następstwami uderzenia 
pięścią, kamieniem albo przed innymi wpływami, które niszczą je lub psują wzrok? Dlatego, że istota, która 
tworzy oko, nie jest wszechmocna i wszechwiedząca, nie jest bogiem. Gdyby oko zostało stworzone przez 
jakieś   oko   wszystko   widzące   i   jakąś   rękę,   która   wszystko   potrafi,   miałoby   ochronę   przed   wszelkimi 
możliwymi niebezpieczeństwami. Lecz istota, która tworzyła oko, nie myślała przy jego tworzeniu ani o 
uderzeniu kamieniem, ani o uderzeniu pięścią, ani o innych nieszczęśliwych wypadkach, ponieważ przyroda 
w ogóle nie myśli, a więc nie przewiduje też - jak bóg - niebezpieczeństw, które mogą zagrażać pewnemu 
narządowi   lub   całej   istocie.   Każda   istota,   każdy   narząd   jest   chroniony   tylko   przed   określonymi 
niebezpieczeństwami, przed określonymi czynnikami, a ta ochrona jest tym samym, co określoność danej 
istoty,  danego narządu, jest tym samym  co jej egzystencja i bez niej narząd nie móglby istnieć. Co ma 
istnieć, musi posiadać także środki do istnienia; co ma żyć i chce żyć, musi mieć możność zachowania życia, 
a więc także obrony przed atakiem wroga. Życie jest walką, jest wojną; wraz z życiem więc powstała także 
broń jako środek utrzymania go. Niemądre jest przeto stanowisko, które broń, środki ochronne traktuje jako 
coś odrębnego i chce ich użyć jako dowodów istnienia opatrzności. Jeśli konieczne jest życie, konieczne są 
także   środki  do  utrzymania  go.  Skoro  jest  wojna,   istnieje  także,  broń:  nie   ma   wojny bez   broni.   Skoro 

70

background image

podziwiamy środki ochronne narządu lub zwierzęcia, należy tak samo podziwiać istnienie tego narządu, tego 
zwierzęcia. Lecz urządzenia ochronne są z natury ograniczone i stanowią jedność z budową danego narządu, 
z cechami  danej istoty;  ale właśnie z powodu swej zgodności z naturą istoty czy narządu nie są wcale 
dowodem istnienia jakiejś istoty tworzącej świadomie i arbitralnie, i właśnie ze względu na swe ograniczenie 
nie dowodzi istnienia wszechmogącego i wszechwiedzącego boga; bóg bowiem chroniłby istotę i narząd 
przed   wszelkimi   możliwymi   niebezpieczeństwami.   Każda   istota   powstawała   w   warunkach,   które   nie 
zawierały nic ponad to, co było potrzebne do jej utworzenia; każda istota wszystkimii siłami stara się ostać, 
stara się zachować swój byt - w granicach swych możliwości, tak, jak pozwala jej na to jej ograniczona 
natura. Każda istota posiada instynkt samozachowawczy. Właśnie z tego instynktu, który jest identyczny z 
indywidualną naturą danego narządu lub danej istoty, nie zaś od jakiejś wszechmocnej i wszechwiedzącej 
istoty, pochodzi broń, urządzenia ochronne zwierząt i ich narządów.

W   końcu   muszę   wspomnieć   o   jeszcze   jednym   zarzucie,   jaki   wysuwali   teiści   przeciw   dawniejszym 

ateistom lub naturalistom, którzy, choć w sposób niewystarczający, wywodzili człowieka i zwierzęta wprost 
z przyrody. Skoro przyroda ongiś wyłoniła zwierzęta i ludzi w sposób samorodny, bez poprzedników, to 
dlaczego nie dzieje się tak i obecnie? Odpowiadam na to: wszystko w przyrodzie ma swój czas; przyroda 
potrafi czegoś dokonać tylko wtedy, kiedy istnieją konieczne do tego warunki; jeśli więc obecnie nie dzieje 
się to, co się ongiś działo, musiały istnieć wówczas warunki, których dziś już nie ma. Ale może przyjść taka 
chwila, że przyroda uczyni to samo, co kiedyś, że więc wyginą dotychczasowe gatunki zwierząt i ludzi, a 
powstaną   nowi   ludzie   i   nowe   gatunki.   Pytanie,   dlaczego   obecnie   to   się   nie   dzieje,   robi   na   mnie   takie 
wrażenie, jakby ktoś pytał, dlaczego drzewo rodzi owoce tylko w jesieni, a kwiaty na wiosnę? Czyż nie 
mogłoby ono kwitnąć i rodzić owoców bez przerwy? Albo, dlaczego zwierzę właśnie w tym a nie innym 
czasie przechadzi okres ruji? Czyż nie mogłaby ono przechadzić ruj i ciąż stale? Tylko indywidualność, 
tylko jednorazowość jest - sit venia verbo (niech mi wolno będzie użyć tego określenia) - solą ziemi, solą 
przyrody;   tylko   indywidualność   jest   zasadą   płodzenia   i  tworzenia;   tylko   zupełnie   szczególne   warunki   i 
stosunki na ziemi, rewolucje geologiczne, które nie powtórzyły się już więcej, wytwarzyły organiczne istoty 
żywe, a przynajmniej te, które istnieją na ziemi w ostatniej wielkiej epoce geologicznej. Także człowiek czy 
duch ludzki nie zawsze, nie w każdym czasie tworzy dzieła oryginalne. Nie! W życiu człowieka zawsze 
jedna tylko epoka jest najszczęśliwsza, najpomyślniejsza. Są wydarzenia, momenty, okoliczności życiowe, 
które już, potem nie występują, które się nie powtarzają, przynajmniej w swej pierwotnej świeżości, i w tych 
właśnie momentach człowiek tworzy dzieła oryginalne; we wszystkich innych zazwyczaj tylka się powtarza, 
w zwykły, pospolity sposób powiela tylko to, co kiedyś stworzył jako twórca oryginalny.

Tą uwagą kończę rozdział o przyrodzie. Tym samym  zakończona jest pierwsza część mego zadania, 

którego celem było dowieść, że człowiek nie może sobie przypisywać pochodzenia z nieba, lecz z ziemi, nie 
od boga, lecz od przyrody, musi więc wiązać z nią swe życie i myślenie; przyroda zaś nie jest wytworem 
odmiennej   od   niej   istoty,   lecz,   jak   mówią   filozofowie,   jest   przyczyną   samej   siebie;   nie   jest   żadnym 
stworzeniem, nie jest czymś zrobionym, a tym mniej stworzonym z niczego, lecz jest istotą samodzielną, 
którą należy pojmować; tylko z niej samej i tylko z niej samej wyprowadzać. Istoty organiczne, ziemia a 
nawet słońce - jeśli przyjmiemy, że miała w ogóle początek - wszystko to powstało w sposób naturalny. Aby 
unaocznić   i   wyjaśnić   sobie   ich   pawstanie,   nie   możemy   brać   za   punkt   wyjścia   człowieka,   artysty, 
rzemieślnika, myśliciela, który świat tworzy ze swoich myśli, ale musimy wyjść od przyrody, jak to czyniły 
ludy starożytne, które idąc za swym trafnym instynktem naturalnym, w swej religijnej i filozoficznej nauce o 
powstaniu   świata   przynajmniej   jeden   proces   naturalny,   proces   płodzenia,   uczyniły   prawzorem   i   zasadą 
stworzenia świata. Jak roślina powstaje z kiełku, zwierzę ze zwierzęcia, człowiek z człowieka, tak wszystko 
w przyrodzie pochodzi od jakiejś istoty przyrodzonej, pokrewnej co do materii lub istoty. Krótko mówiąc, 
przyrody nie można wyprowadzać z ducha, nie można jej wyjaśniać przy pomocy boga, gdyż wszystkie 
cechy boga, o ile nie są jawnie cechami człowieka, wzięte są z przyrody i z niej wyabstrahowane. Tak więc 
jasno widać, że zmysłowa, cielesna istota przyrody nie może pochodzić od istoty duchawej to znaczy od 
istoty abstrakcyjnej. A jednak istnieje w nas coś takiego, co każe nam wierzyć w tego rodzaju pochodzenie, 
ba, każe nam uważać je za rzecz naturalną, a nawet konieczną, coś, co wzdraga się przyznać, że pierwszą, 
pierwotną, najwcześniejszą istotą jest tylko  istota naturalna, zmysłowa,  cielesna, coś, co nas skłania do 
wiary, do przeświadczenia, że świat, że przyroda jest produktem ducha, a nawet, że świat powstał z niczego. 
Ten   zarzut   odparłem   już   jednak   wykazując,   że   człowiek   wyabstrahawuje   to,   co   ogólne,   ze   świata 
zmysłowego,   a   następnie   abstrakcję   tę   uznaje   za   coś   wyprzedzającego   zmysłowość,   za   jej   podstawę. 
Zdolność człowieka do tworzenia abstrakcji oraz związana z nią wyobrażnia człowieka (gdyż tylko dzięki 
wyobraźni człowiek usamodzielnia pojęcia abstrakcyjne, ogólne, i myśli o nich jako o istotach, o ideach) są 
tym,   co   każe   mu   wychodzić   poza   zmysłowość   i   wywodzić   świat   zmysłowy,   fizyczny   z   jakiejś   istoty 
niezmysłowej,   abstrakcyjnej.   Ale   nonsensem   jest   z   tej   subiektywnej,   ludzkiej   konieczności   robić 
konieczność obiektywną i na tej podstawie, że człowiek, raz przeszedłszy od rzeczy zmysłowych do tego, co 
ponadzmysłowe, to znaczy pomyślane, abstrakcyjne, ogólne - od abstraktu zstępuje da konkretu i konkret 

71

background image

wyprowadza  z abstraktu, kazać rzeczom konkretnym  powstawać  z abstraktu także  w rzeczywistości,  in 
natura
. Że takie postępowanie jest błędne, widać już stąd, że po to aby świat cielesny, materialny móc 
wyprowadzić z ducha, trzeba się uciekać do pustej, fantastycznej idei jakiegoś stworzenia z niczego. Kiedy 
mówię: świat został stworzany z niczego, nic przez to nie wyjaśniam; to „z niczego” jest tylko czczym 
wykrętem, którym usiłuję się wywinąć przed pytaniem: skąd duch wziął nieduchowy, materialny, fizyczny 
budulec świata? Owo „z niczego”, które było kiedyś  takim samym  artykułem wiary, jak istnienie boga, 
należy do kategorii owych niezliczonych teologicznych i klerykalnych podstępów i krętactw, którymi przez 
stulecia ogłupiano ludzkość. Przed tym „niczym” próbuje się uciec w ten sposób, że w jego miejsce stawia 
się boga, jak to czynią Jakub Boehme i Hegel, i zamiast mówić: bóg stworzył świat z niczego, mówi się: 
stworzył go z siebie jako materii duchowej. Takim sposobem nie posuwamy się jednak ani o krok naprzód, 
jak to przedtem wykazałem; jakże bowiem rzeczywista materia może w ogóle powstać z materii duchowej, z 
boga? Można wymyślić bez liku teologicznych i spekulatywnych podstępów i krętactw, aby móc udowodnić 
pochodzenie świata od boga, a jednak pozostanie prawdą, że to, co świat czyni światem, rzeczy zmysłowe 
zmysłowymi, a materię materią, jest czymś, czego nie można ani teologicznie, ani filozoficznie wyprowadzić 
z niczego innego ani do niczego innego sprowadzić, jest czymś niewyprowadzalnym, co z koniecznością 
istnieje, co należy pojmować tylko przez nie same i co jest zrozumiałe tylko samo z siebie i przez siebie. 
Tym samym dokonałem pierwszej części mego zadania.

Przechodzę teraz do drugiej i ostatniej części mego zadania. Mam teraz udowodnić, że bóg różny od 

przyrody jest tylko własną istotą człowieka, podobnie jak w pierwszej części celem moim było wykazać, że 
bóg różny od człowieka jest tylko przyrodą albo istotą przyrody. Albo inaczej: w pierwszej części miałem 
udowodnić, że istotą religii natury jest przyroda, że w przyrodzie i w religii natury objawia się i występuje 
tylko   przyroda;   teraz   zaś   mam   udowodnić,   że   w   religii   ducha   wyraża   się   i   objawia   tylko   istota   ducha 
ludzkiego. Już na samym  początku wyjaśniłem, że w niniejszych wykładach pominę drugrzędne różnice 
zachodzące między religiami i uwzględnię tylko dwie wielkie różnice albo przeciwieństwa, religię natury i 
religię ducha lub człowieka, pogaństwo i chrześcijaństwo. Od istoty religii natury czyli pogaństwa, przejdę 
więc   teraz   do   istoty   chrześcijaństwa.   Zanim   jednak   dojdę   do   tego   przedmiotu,   pragnę   naświetlić, 
przynajmniej pokrótce, fazy pośrednie, przyczyny, które odciągają człowieka od przyrody i skierowują go ku 
sobie samemu, każąc mu szukać zbawienia nie poza sobą, a w sobie samym. Ale w tym celu muszą zostać 
naświetlone pewne momenty, ważne zarówno dla religii ducha jak religii natury, a więc ważne dla religii w 
ogóle. Momenty te posiadają ogromną doniosłość dla zrozumienia istoty religii; ale w sposób zupełny można 
je przedstawić dopiero teraz, gdyż  taki jest porządek, jakiego człowiek musi się trzymać  w mówieniu i 
myśleniu. (W rozprawie O istocie religii przejście od religii natury do właściwego teizmu albo monoteizmu 
obejmuje paragrafy 26-41).

Przyroda   jest   pierwszym   przedmiotem   religii;   o  ile   jednak  jest   otaczana   czcią   religijną,   nie   jest   dla 

człowieka taką przyrodą, jaką jest teraz dla nas; jest ona wtedy istotą podobną do człowieka, czy wręcz istotą 
ludzką. Na stanowisku religii natury człowiek czci słońce dlatego, iż widzi, że wszystko zależy od słońca, że 
żadna   roślina,   zwierzę   ani   człowiek   nie   mogą   bez   niego   istnieć;   lecz   czlowiek   nie   posuwałby   się   do 
religijnego ubóstwiania i uwielbiania słońca, gdyby nie wyobrażał go sobie jako istoty, która porusza się po 
niebie   tak   swobodnie,   jak   on   po   ziemi,   gdyby   skutków   działania   słońca   nie   przedstawiał   sobie   jako 
dobrowolnych  darów, którymi  słońce z czystej  dobroci obdarza ziemię.  Gdyby człowiek tak patrzył  na 
przyrodę, jak my to czynimy, i brał ją za to, czym ona jest, odpadłyby wszelkie motywy otaczania jej czcią 
religijną. Uczucie, które skłania człowieka do oddawania czci jakiemuś przedmiotowi, zakłada przecież to, 
że   przedmiot   ten  jest   wrażliwy  na   taką   cześć,   że   sam  posiada   uczucie   i   serce,   nie   obojętne   dla   spraw 
człowieka. Podczas wojen perskich Grecy składali ofiary wiatrom, a czynili to tylko dlatego, że widzieli w 
nich swoich druhów, swoich sojuszników w walce z Persami. Ateńczycy znów czcili szczególnie Boreasza, 
wiatr północny, i modlili się doń o pomoc; ale uważali go, według Herodota, również za istotę przyjazną im, 
a nawet pokrewną, gdyż miał za żonę córkę ich króla, Erechteusa. Co jednak sprawia, że twór przyrody 
zamienia się w istotę ludzką? Fantazja, wyobrażnia. Ona to przedstawia nam daną istotę inną, niż jest ona w 
rzezywistości; ona to każe człowiekowi widzieć przyrodę w aureoli, która oczarowuje a nawet zaczarowuje 
rozum i oślepia wzrok, a której dlatego mowa ludzka dała określenie: boskość, bóstwo, bóg; ona to więc 
tworzy bogów człowieka. Powiedziałem już, że słowo „bóg”, „bóstwo” jest pierwotnie tylko nazwą ogólną, 
a nie imieniem własnym; że słowo „bóg” pierwotnie nie jest podmiotem, lecz tylko orzecznikiem, to znaczy 
nie oznacza żadnej istoty,  lecz tylko pewną właściwość; właściwość ta nadaje się i bywa stosowana do 
każdego  przedmiotu,   który  w   świetle   fantazji   ukazuje   się   człowiekowi   jako  istota   boska,   który,   że   tak 
powiem - wywiera na człowieku boskie wrażenie. Każdy zatem przedmiot może stać się bogiem albo - co 
znaczy to samo - przedmiotem czci religijnej. Mówię, że „bóg” i „przedmiot czci religijnej” oznacza to 
samo, gdyż nie ma innego znamienia boskości aniżeli cześć religijna: bogiem jest to, czemu oddaje się cześć 
religijną. Ale cześć religijną oddaje się pewnemu przedmiotowi wtedy i tylko wtedy, jeżeli jest on tworem 
(Wesen), przedmiotem fantazji albo wyobraźni.

72

background image

WYKŁAD DWUDZIESTY

Każdy przedmiot może doznawać czci ze strony człowieka jako bóg albo - co na jedno wyjdzie - może 

doznawać czci religijnej. I nie tylko może doznawać, ale faktycznie doznaje. Na tym polega tzw. fetyszyzm, 
stanowisko, na którym człowiek bezkrytycznie i bez różnicy czyni bogami wszelkie możliwe przedmioty i 
rzeczy bez względu na to, czy są tworami naturalnymi, czy sztucznymi, czy są tworami przyrody, czy też 
tworami   człowieka.   I   tak  na   przykład   Murzyni   w   Sierra   Leone   czczą   jako  bóstwa   rogi,   kleszcze   raka, 
paznokcie, kamyki,  skorupy ślimaków,  głowy ptaków, korzonki, noszą je w woreczku na szyi  razem z 
perłami i innymi ozdobami (Bastholm). „Tahityjczycy modlili się do flag i bander europejskich okrętów, 
mieszkańcy Madagaskaru uważali za bogów przyrządy miernicze, a Ostiakowie oddawali cześć religijną 
zegarowi  norymberskiemu  w kształcie niedźwiedzia” (Meiners).  Lecz co jest  przyczyną  tego,  że  ludzie 
czynili sobie bogów ze skorup, ślimaków, kleszczy raków, flag i bander? Fantazja, wyobraźnia, która jest 
tym  potężniejsza,  im większa jest  niewiedza  człowieka.  Dzicy nie  wiedzą, co to zegar, flaga,  przyrząd 
mierniczy; wyobrażają sobie, że są one czymś innym niż są w rzeczywistości; dlatego czynią z nich istoty 
fantastyczne, fetyszów, bogów. Teoretyczną więc przyczyną lub źródłem religii i jej przedmiotu, boga, jest 
fantazja, wyobraźnia. Chrześcijanie określają teoretyczną zdolność religijną (Religionsvermögen) słowem: 
wiara. Religijny i wierzący znaczy u nich to samo; tak samo synonimami są: niewiara, zaprzeczanie boga lub 
niereligijność.   Jeśli   jednak   bliżej   rozpatrzymy,   co   znaczy   słowo   „wiara”,   okaźe   się,   że   tyle   samo,   co 
wyobraźnia.   Luter,   największy   autorytet   w   tej   materii,   największy   niemiecki   bohater   wiary,   niemiecki 
apostoł Paweł, jak go nazywano, mówi na przykład w objaśnieniach do pierwszej księgi Mojżesza: „Wiara 
jest naprawdę wszechmocna... Dla wierzącego wszystko musi być możliwe. Gdyż wiara czyni z tego, co nie 
istnieje, coś istniejącego, a rzeczy niemożliwe czyni możliwymi”. Lecz owa wszechmoc wiary jest tylko 
wszechmocą fantazji, wyobraźni. Symbolami wiary chrześcijańskiej, przynajmniej według luteranizmu, są 
chrzest i komunia. Materiałem, materią chrztu jest woda, materią komunii - chleb i wino; lecz w oczach 
wierzącego woda naturalna przy chrzcie jest wodą duchową, jak mówi Luter, chleb jest ciałem, wino krwią 
Pana, to znaczy: wyobraźnia zamienia wino w krew, chleb w ciało. Wiara wierzy w cudy, ba, wiara i wiara 
w cudy to jedno i to samo; wiara nie liczy się z prawami przyrody; wiara jest swobodna i nieskrępowana; 
wiara wierzy we wszystko możliwe. „Czy mogłoby dla Pana być coś niemożliwego?” A tą siłą wiary i siłą 
boga, niekrępowaną przez żadne prawo przyrody, jest siła wyobraźni, dla której nie ma nic niemożliwego. 
Wiara widzi to, co niewidzialne; „wiara dotyczy nie tych rzeczy, które widać - mówi Biblia - lecz tych, 
których nie widać”. Ale i wyobraźnia nie dotyczy tych rzeczy, które widać, lecz tych, których nie widać. 
Wyobraźnia ma do czynienia tylko z tymi rzeczami i zjawiskami, których jeszcze nie ma lub już nie ma, a w 
każdym razie takimi, które nie są obecne. „Wiara - mówi Luter we wspomnianych objaśnieniach - chwyta 
się rzeczy, która jest jeszcze na wskroś nicością, i czeka, aby z niej powstało wszystko”. „Wiara - mówi 
Luter w innym miejscu - ma właściwie do czynienia tylko z przyszłością a nie z teraźniejszością”. Dlatego 
ten,   kto   wierzy,   nie   załamuje   się,   kiedy   w   danej   chwili   źle   mu   się   powodzi;   spodziewa   się   lepszej 
przyszłości. Stąd głównym przedmiotem wyobraźni jest właśnie przyszłość. Przeszłość, jakkolwiek bywa 
także przedmiotem wyobraźni, nie obchodzi nas, nie interesuje tak, jak przyszłość. Jest ona bowiem poza 
nami, nie da się odmienić, minęła. Czemu więc mamy się o nią troszczyć? Ale inaczej ma się sprawa z 
przyszłością, która wszak stoi dopiero przed nami. I Luter ma  zupełną słuszność, gdy karci niewiarę w 
przyszłość, kiedy karci człowieka, który popada w zwątpienie, jeśli w danej chwili nie widzi ratunku; dzień 
dzisiejszy nie jest bowiem dniem ostatecznym;  na teraźniejszości nie kończą się dzieje. Wszystko może 
jeszcze   być   inaczej   niż   jest   teraz,   bez   względu   na   to,   jak   smutny   byłby   obraz   teraźniejszości.   Ma   to 
szczególne znaczenie w stosunku do spraw społecznych i politycznych, spraw obchodzących całą ludzkość; 
jednostkę bowiem nieszczęścia mogą zgnębić wtedy, gdy znika nadzieja na lepsze jutro lub na jakąś zmianę, 
gdy „rozpacz jest obowiązkiem”.

Bóg, mówią chrześcijanie, nie jest przedmiotem zmysłowości; nie można go ani zobaczyć, ani dotknąć. 

Lecz nie jest on takźe przedmiotem rozumu - tak przynajmniej mówią prawowierni chrześcijanie - gdyż 
rozum opiera się tylko na zmysłach. Boga nie można udowodnić, w boga można tylko wierzyć, czyli bóg nie 
istnieje dla zmysłów, nie istnieje dla rozumu, istnieje tylko w wierze, tzn. istnieje tylko w wyobraźni. W 
zbiorze kazań Lutra czytamy: „Często mówiłem, że Bóg ukazuje się ludziom zależnie od tego, jakim kto jest, 
i  jak myślisz   o  Bogu  i weń  wierzysz,  takim  go  masz.  Kto w  swym   sercu  maluje  Bog  łaskawym   albo 
rozgniewanym, słodkim lub gorzkim, ten Go takim ma. Gdy myślisz, Bóg gniewa się na ciebie i jest ci 
niechętny, to tak teź jest. Jeśli jednak możesz powiedzieć: Wiem, że Bóg chce być dla mnie dobrym ojcem 
itd., takim Go też mieć będziesz”. A w swoich kazaniach na temat pierwszej księgi Mojżesza, Luter mówi: 
„Takim jest  On  dla  nas,  jakim  Go odczuwamy.  Jeśli  myślisz,   że  jest  zagniewany i  niełaskawy,  to  jest 
niełaskawy”. W objaśnieniu listu św. Piotra mówi: „Jeśli Go uznajesz za Boga, to czyni On dla Ciebie to, co 
Bóg czyni”. To znaczy: bóg jest taki, w jakiego wierzę, jakim go sobie wyobrażam; albo: charakter boga 
zależy od charakteru mojej wyobraźni. A to, co dotyczy charakteru boga, dotyczy też jego istnienia. Kiedy 

73

background image

wierzę, że bóg istnieje, to bóg istnieje - rozumie się - dla mnie, jeśli zaś nie wierzę, że istnieje, to nie jest on 
również żadnym bogiem - rozumie się - dla mnie. Krótko mówiąc: bóg jest istotą urojoną, tworem fantazji; 
ponieważ zaś fantazja jest istotną formą ezy narządem poezji, można też powiedzieć, że religia jest poezją, 
że bóg jest istotą poetycką.

Jeśli religię pojmiemy i określimy jako poezję, to narzuca się wniosek, że ten, kto unicestwia religię, to 

znaczy rozkłada ją na jej podstawowe składniki, tym samym unicestwia też poezję i sztukę. I rzeczywiście 
taki wniosek wysnuto z moich rozważań o istocie religii i z przerażeniem załamywano ręce nad straszliwym 
spustoszeniem, jakie ściągnęłaby na życie ludzkie taka nauka, odzierając ludzkość z wszelkiego poetyckiego 
polotu i wraz z religią niszcząc także i poezję. Ależ byłbym głupcem i szaleńcem, gdybym chciał znieść 
religię w tym sensie, jak zarzucają mi moi przeciwnicy. Nie unicestwiam religii, nie niszczę subiektywnych, 
tj. ludzkich elementów i podstaw religii, nie usuwam uczucia i fantazji, nie usuwam też tendencji człowieka 
do obiektywizowania i personifikowania własnego wnętrza - co przecież leży już w naturze mowy i uczucia 
- ani nie unicestwiam potrzeby uczłowieczenia przyrody - o ile jest ono zgodne z jej istotą, tak jak ukazały 
nam ją nauki przyrodnicze - i czynienia z niej przedmiotu oglądu religijno-filozoficznego i poetyckiego. 
Zwalczam   tylko   przedmiot   religii,   a   raczej   przedmiot   dotychczasowej   religii;   nie   chcę,   aby   człowiek 
przywiązywał się uczuciowo do rzeczy, które jako nie odpowiadające już jego istocie i jego potrzebom, 
może  on przyjmować  i czcić tylko w sprzeczności z sobą samym.  Co prawda dla wielu ludzi poezja i 
fantazja wiąże się tylko z tematami religii tradycyjnej, a zatem przez odebranie im tych tematów odebrałoby 
się im wszelką fantazję. Lecz „wielu” to nie wszyscy; co dla wielu konieczne, to jeszcze nie jest samo w 
sobie konieczne, a co jest konieczne teraz, nic musi być konieczne zawsze. Czyż życie ludzkie, historia, 
przyroda nie dostarczają nam dość tworzywa  dla poezji? Czyż  malarstwu naprawdę zabraknie tematów, 
kiedy nie będzie czerpało ich z religii chrześcijańskiej? Bynajmniej nie usuwam sztuki, poezji, fantazji, a 
religię przekreślam tylko o tyle, o ile nie jest poezją, o ile jest pospolitą prozą. Tym samym zacieśniliśmy w 
sposób istotny zdanie: religia jest poezją. Oczywiście jest poezją; lecz religia tym się różni od poezji, od 
sztuki w ogóle, że sztuka nie podaje swych tworów za coś innego niż to, czym one są, a więc za twory 
sztuki, gdy tymczasem religia swe urojone istoty podaje za istoty rzeczywiste. Sztuka nie żąda ode mnie, 
abym dany krajobraz brał za rzeczywiście istniejący, dany obraz człowieka za człowieka rzeczywistego. 
Natomiast religia żąda ode mnie, abym dany obraz uznał za rzeczywistą istotę. Sam tylko zmysł artystyczny 
widzi w posągach starożytnych bogów jedynie dziela sztuki. Natomiast zmysł religijny pogan właśnie w tych 
dziełach sztuki, w tych posągach, widział rzeczywiste, żywe istoty, wobec których poganie zachowywali się 
tak, jak się zachowywali wobec każdej uwielbianej i umiłowanej istoty rzeczywistej. I tak np. przywiązywali 
oni podobizny bogów, aby im nie uciekły, ubierali je, stroili, częstowali drogimi potrawami i napojami, 
umieszczali na miękkich kanapach przy stole - tak się przynajmniej działo u Rzymian z bogami męskiego 
rodzaju, gdyż boginiom nie wolno było w czasie jedzenia leżeć, tak jak zresztą dawniej i Rzymiankom; 
kąpali swych bogów i nacierali wonnymi maściami, zaopatrywali ich we wszystkie przybory ludzkiej toalety 
i próżności, dawali im lustra, ręczniki, grzebienie, pokojowych i pokojówki, z rana oddawali im posługi jako 
osobom dostojnym, rozweselali ich widowiskami i innymi krotochwilami. Seneka opowiada nawet - wedle 
Augustyna - o pewnym starym, wyżytym komediancie, który codziennie stroił żarty na Kapitolu w nadziei, 
że potrafi jeszcze zabawić bogów, choć ludziom już dawno się znudził. Właśnie dlatego, że obrazy i posągi 
bogów uważano za bogów i nazywano bogami, nazywano też rzeźbiarzy i malarzy  theopoioi, to znaczy 
bogotwórcami, a sztukę rzeźbiarską sztuką bogotwórczą.

To samo, co obserwujemy u najbardziej oświeconych ludów starożytności, spotykamy jeszcze dzisiaj u 

ludów dzikich, z tą tylko różnicą, że tutaj bogowie i bożkowie nie są jeszcze arcydziełami sztuki ludzkiej, 
jak to było u Rzymian i Greków. 1 tak na przyklad Ostiacy mają za bożków drewniane lalki o ludzkich 
twarzach. „I tych swoich bożków zaopatrują w tabakę, a przy tym dołączają trochę łyka w przekonaniu, że 
bożek po zażyciu tabaki zatka sobie ich zwyczajem nos łykiem. A jeśli się zdarzy, że rosyjscy podróżni 
zabiorą tabakę w nocy, gdy wszyscy śpią, Ostiakowie dziwują się rano, jakim sposobem bożek mógł zażyć 
aż tyle od razu” (Bastholm). Nie tylko poganie, ale i chrześcijanie, a po części jeszcze dziś czczą obrazy, i 
uważali, a po części jeszcze uważają, obrazy religijne za istoty rzeczywiste,. a przedmioty przedstawione na 
nich za rzeczywiste przedmioty. Uczeni chrześcijanie odróżniali wprawdzie obraz od przedmiotu i twierdzili, 
że za pośrednictwem obrazu czczą i wielbią sam przedmiot a nie obraz: lecz lud nie uznaje tego subtelnego 
rozróżnienia. W kościele greckim, jak wiadomo, chrześcijanie przez dwa stulecia toczyli bój o kult obrazów, 
aż w końcu zwyciężyło obrazochwalstwo. Wśród chrześcijan słyną z ikonolatrii nasi mili wschodni sąsiedzi, 
Rosjanie. „Każdy Rosjanin posiada zazwyczaj w kieszeni miedziany wizerunek św. Mikołaja lub innego 
świętego.   Nosi   go   zawsze   przy  sobie.   Nieraz   można   widzieć,   jak   żołnierz   lub   chłop   wyjmuje   takiego 
miedzianego boga z kieszeni, pluje nań i czyści o rękaw; potem umieszcza wizerunek przed sobą, pada przed 
nim plackiem, bije się w piersi i żegna tysiąc razy, wzdychając i wołając czterdzieści razy: Gospodi pomiłuj
tzn. Boże zmiłuj się nade mną. Potem chowa swego boga do kieszeni i maszeruje dalej”. Każdy Rosjanin 
posiada poza tym w swoim domu kilka takich ikon, przed którymi palą się światła. „Gdy mąż chce spać z 

74

background image

żoną, wpierw okrywa chustą ikony. Rosyjskie dziewczęta lekkich obyczajów są również bardzo czołobitne 
wobec świętych. Gdy mają gości i chcą się oddać lubieżnościom, przykrywają przede wszystkim ikony i 
gaszą   palące   się   przed   nimi   świece”.   (Stäudlin,  Magazyn   historii   religii).   Nawiasem   mówiąc   na   tym 
przykładzie widzimy, jak łatwo w religii człowiek radzi sobie z moralnością, wbrew dowodzeniom, że wraz 
ze zniesieniem religii zniosłoby się i moralność, tak jakby nie miała ona samodzielnych podstaw. Wystarczy 
nad   obrazem   boga   zawiesić   chustę   albo   też   -   jeśli   się   nie   chce   tego   robić   tak   naiwnie,   jak   rosyjska 
dziewczyna lub rosyjski chlop - wystarczy nad boskim wymiarem sprawiedliwości zawiesić płaszcz miłości 
chrześcijańskiej, boskiego miłosierdzia, a już można bez skrupułów robić, co się komu żywnie podoba.

Przytoczyłem te przykłady obrazochwalstwa tylko po to, by unaocznić przy ich pomocy różnicę między 

sztuką a religią. Jedna i druga mają to wspólne, że tworzą obrazy. Poeta tworzy obrazy przy pomocy słów, 
malarz przy pomocy farb, rzeźbiarz przy pomocy drzewa, kamienia, metalu. Ale artysta, o ile nie pozostaje 
pod wpływem religii, nie wymaga od swoich obrazów nic ponad to, by były prawdziwe i piękne; stwarza 
pozór rzeczywistości, ale nie podaje go za rzeczywistość; religia natomiast oszukuje człowieka, a raczej - 
człowiek sam oszukuje się w religii. Religia podaje pozór za rzeczywistość: z obrazu, z istoty, która żyje 
tylko w wyobraźni - w rzeczywistości bowiem obraz jest tylko obrazem - czyni istotę żywą, istotę, która 
skutkiem tego jest i nazywa się istotą boską; gdyż istota boga polega na tym, że jest on istotą zmyśloną, 
nierzeczywistą, fantastyczną, która ma być zarazem istotą realną, rzeczywistą. Religia zatem nie wymaga, 
jak sztuka, aby jej obrazy byly prawdziwe, zgodne z przedstawionym przedmiotem, piękne. Przeciwnie. 
Właściwe obrnzy religijne są bardzo brzydkie i niekształtne. Dopóki sztuka służy religii, dopóki nie należy 
do siebie samej, produkuje zawsze dzieła, które nie mają żadnego prawa nazywać się dziełami sztuki. Jak 
tego dowodzi historia sztuki greckiej i chrześcijańskiej - religia wymaga od obrazów raczej tego, by były 
użyteczne dla człowieka, by pomagaly mu w potrzebie. Ponieważ tylko żywe  istoty są w stanie komuś 
pomóc, religia nadaje swym obrazom życie ludzkie i to nie tylko z pozoru i kształtu, jak to czyni artysta, lecz 
życie  faktyczne, a więc nie tylko użycza  obrazom ludzkich uczuć, ludzkich potrzeb i namiętności, lecz 
dostarcza im nawet potraw i napojów. Choć nie ma sensu, gdy Ostiakowie oczekują pomocy od bożka, który 
wszystko, czym jest i co posiada, zawdzięcza ich dobroduszności, wyobraźni, naiwności i niewiedzy, choć 
nie ma sensu, gdy człowiek w ogóle oczekuje od obrazu i posągów pomocy, to przecież u podłoża tego 
nonsensu tkwi ten sens, że tylko człowiek może pomóc człowiekowi, że bóg, który ma pomóc człowiekowi, 
musi posiadać ludzkie uczucia, a tym samym ludzkie potrzeby; inaczej bóg nie mógłby mieć zrozumienia dla 
ludzkich potrzeb. Kto nie zaznał głodu, nigdy nie pomoże głodnemu. Kto posiada moc pomagania, posiada 
również moc szkodzenia. Religia zatem, w odróżnieniu od sztuki, uważa stwarzane przez siebie obrazy za 
przedmioty poczucia zależności, za istoty, które mogą szkodzić i pomagać, którym więc czlowiek składa 
hołdy i ofiary, przed którymi klęka, do których zanosi modły, aby je sobie pozyskać.

Przykłady idolatrii przytoczyłem nie po to, aby wykazać różnicę między sztuką a religią w związku z tak 

zwanymi  religiami bałwochwalczymi. Przytoczyłem je dlatego, ponieważ ukazują one w sposób naoczny 
samą istotę religii, a więc także istotę religii chrześcijańskiej. Człowiek powinien zaczynać wszędzie od 
tego, co zmysłowe, a więc najprostsze, najpewniejsze i najwyraźniejsze, a dopiero potem przechodzić do 
rzeczy  skomplikowanych,   abstrakcyjnych,   okiem  niedostrzegalnych.   Różnica   między  religią   pogańską   a 
chrześcijańską   jest   tylko   ta,   że   obrazy   religii   chrześcijańskiej   -   ma   się   rozumieć   wtedy,   gdy   religia 
chrześcijańska różni się nadal od pogańskiej, gdy sama nie staje się ani nie jest pogańska - nie są obrazami 
kamiennymi, metalowymi, drewnianymi lub barwnymi, lecz obrazami duchowymi. Religia chrześcijańska 
nie opiera się na zmysłach, lecz, jak już wspomniałem w jednym z pierwszych wykładów, na słowie, słowie 
bożym,   jak   pierwotni,   wierzący   chrześcijanie   nazywali   Biblię,   przeciwstawiając   ją   przyrodzie   jako 
szczególne objawienie boga. Religia chrześcijańska nie opiera się na potędze zmysłów, jak religia pogańska, 
która potędze miłości zmysłowej i płodności przypisuje istnienie oraz stworzenie świata, lecz na potędze 
słowa: „I rzekł Bóg: Niech będzie światłość, i stała się światłość, niech będzie świat, i stał się świat”. Luter 
zaś mówi: „Słowo Boże jest wspaniałym, cennym darem, który Bóg wysoko ceni i szanuje. W porównaniu z 
tymi słowami niczym są dla Niego nawet niebo i ziemia, słońce, księżyc i gwiazdy, gdyż Bóg przy pomocy 
słowa stworzył wszystko na świecie”. „Niebo i ziemia przeminie, ale słowa moje nie przeminą”. Można też 
powiedzieć, jak to już zaznaczyłem mimochodem, że religia chrześcijańska opiera się także na zmysłach ale 
tylko na jednym z nich, na słuchu, jako że subiektywnie, tzn: dla człowieka, słowo przyjmowane jest tylko 
za pośrednictwem ucha. „Usuńmy słowo - mówi Kalwin w swym wykładzie doktryny chrześcijańskiej - a z 
wiary   nie   pozostanie   nic.   Choć   człowiek   powinien   pilnie   zwracać   oczy,   by   oglądać   dzieła   Boże   (tzn. 
przyrodę), to jednak powinien nastawiać szczególnie lub przede wszystkim uszy na słowo, gdyż ten obraz 
Boga, jaki daje wspaniały widok świata, nie jest dość wymowny”. I właśnie dlatego Kalwin występuje też 
przeciw wszekim cielesnym obrazom boga, gdyż oko nie może uchwycić bożego majestatu. Kalwin odrzuca 
więc   tezę   ustaloną   na   drugim   soborze   nicejskim,   że   „Bóg  może   być   poznawany  nie   tylko   przez   samo 
słuchanie słowa, lecz także przez oglądanie obrazów”. Korneliusz Agryppa z Nettesheim mówi w swym 
piśmie O zwodniczości i marności nauki: „Nam (tj. chrześcijanom) nie wolno się uczyć z zabronionej księgi 

75

background image

obrazów, lecz z księgi Boga, a mianowicie z ksiąg Pisma świętego. Kto zatem chce poznać Boga,tlen niech 
nie szuka Go w obrazach malarzy i rzeźbiarzy, lecz niech bada Pismo święte, jak mówi Jan, gdyż Pismo jest 
świadectwem Jego. Kto jednak nie umie czytać, niech słucha słów Pisma, gdyż jego wiara, jak mówi Paweł, 
przyjdzie z ucha. A Chrystus mówi w ewangelii Jana: «Owieczki moje słyszą głos mój»”. „Słowo Boga - 
mówi Luter w objaśnieniach do psalmu osiemnastego - jest takim słowem, które można uchwycić tylko 
wtedy,   jeśli   się   stłumi   wszystkie   zmysły,   nastawi   tylko   słuch   i   jemu   zawierzy”.   Religia   chrześcijańska 
odrzuca przeto wszystkie zmysły poza uchem i tylko słuch włącza do przedmiotu swego kultu. Bóg pogański 
natomiast jesl również przedmiotem innych zmysłów, a więc także cielesnych. Boga pogańskiego, który ma 
swe istnienie w obrazach z drzewa, z kamienia i z farb i który w nich się objawia i przedstawia człowiekowi, 
można nawet dotknąć ręką, lecz dlatego też można go rozbić w kawałki i zniszczyć; poganie nieraz rozbijali 
swoich bogów w kawałki albo rzucali ich z gniewem w błoto, gdy czuli się oszukani i zawiedzeni w swych 
nadziejach. Pogański bóg był więc narażony, jako rzecz fizyczna, na wszystkie możliwe niespodzianki ze 
strony przyrody i ludzi. Ojcowie Kościoła szydzili z pogan, że oddają cześć boską istotom i rzeczom, dla 
których nawet jaskółki i inne ptaki tak mało mają szacunku, że brudzą je swoim kałem. Bóg chrześcijański 
nie jest istotą kruchą, zniszczalną, nie jest związany z jakimś jednym miejscem, zamknięty w jednej świątyni 
lub dający się w niej zamknąć, jak to można zrobić z kamiennym lub drewnianym bogiem pogan. Bóg 
chrześcijański jest tylko w słowie, w myśli. A słowa nie można rozbić w kawałki, nie można go zamknąć na 
cztery spusty w świątyni, nie można zobaczyć oczami, chwycić rękoma; słowo jest bezcielesne, duchowe. 
Słowo jest czymś  ogólnym:  słowo „drzewo” oznacza i obejmuje wszystkie drzewa, brzozy,  buki, jodły, 
dęby, bez różnicy, bez ograniczeń, podczas gdy cielesna, zmysłowa rzecz, którą czci poganin, a więc to 
drzewo, ten kamienny posąg, jest rzeczą jednostkową, jest czymś ograniczonym, co istnieje tylko w tym 
konkretnym   miejscu   i   nigdzie   indziej.   Bóg   chrześcijański   jest   przeto   istotą   ogólną,   wszechobecną, 
nieograniczoną, nieskończoną. Ale wszystkie te cechy przysługują również słowu. A więc krótko mówiąc: 
istota  chrześcijańskiego,  duchowego  boga,   jako  istoty  nieuchwytnej   dla   zmysłów,  która   swej   właściwej 
istoty nie objawia w przyrodzie ani w sztuce, lecz tylko w Piśmie świętym, jest tylko istotą słowa. Albo 
mówiąc   inaczej:   różnice   między   bogiem   pogańskim   a   chrześcijańskim  redukują   się   do  różnicy  między 
słowem   a   materiałem   zmysłowym,   z   którego   jest   zrobiony  bóg   pogański.   Z   bogiem   chrześcijańskim   i 
żydowskim, ściśle biorąc, nie łączy się przeto żadna sztuka - gdyż każda sztuka jest zmysłowa - co najwyżej 
jedna tylko poezja, kt6ra wypowiada się w słowie, nigdy zaś malarstwo i rzeźba. Nasz prawodawca, mówi 
uczony żydowski Józef, zabronił nam sporządzać obrazy, gdyż uważał sztukę robienia ich za coś, co nie 
przynosi pożytku ani bogu, ani człowiekowi. A gdy nie wolno przedstawiać boga zmysłowo, obrazowo, gdy 
zmysłowość jest kategorycznie odcięta od tego, co boskie, najwyższe, wtedy też sztuka nie może dojść do 
najwyższych osiągnięć i w ogóle nie może kwitnąć, chyba w sprzeczności z naczelną zasadą religii. Ale 
równocześnie bóg chrześcijański jest też tworem wyobrażni, jest obrazem, jak bóg pogański, tylko że nie jest 
to obraz namacalny,  ale duchowy,  jak duchowe  jest słowo. Słowo, nazwa, jest produktem wyobraźni  - 
oczywiście  działającej zgodnie z rozumem i wedle wrażenia odniesionego przez zmysły - jest obrazem 
przedmiotu. W mowie człowiek naśladuje przyrodę. Głos, dźwięk, szmer, który wydaje dany przedmiot, jest 
owym pierwszym wrażeniem, które człowiek od przyrody odbiera. Człowiek czyni go więc znamieniem lub 
właściwością, z pomocą której przedstawia sobie dany przedmiot i nadaje mu nazwę. Lecz to nie należy do 
naszego   tematu.   W   chrześcijaństwie   bowiem   nie   chodziło   o   słowo   jako   wyraz   lub   obraz   świata 
zewnętrznego, lecz o słowo jako wyraz, jako obraz świata wewnętrznego.

Ponieważ jednak bóg chrześcijański nie objawia się i nie wypowiada w obrazach z kamienia lub drzewa 

ani   też   bezpośrednio   w   przyrodzie,   lecz   tylko   w   słowie,   dlatego   też   nie   jest   on   niczym   cielesnym, 
zmysłowym, lecz tylko czymś duchowym. Ale słowo jest również obrazem, a więc bóg chrześcijański, a 
nawet bóg racjonalistyczny, jest także tworem wyobraźni. Jeżeli zatem kult obrazów jest bałwochwalstwem, 
to   duchowy   kult   boga   u   chrześcijan   jest   także   bałwochwalstwem.   Chrześcijaństwo   zarzucało   poganom 
bałwochwalstwo, protestantyzm ten sam zarzut czynił katolicyzmowi oraz pierwotnemu chrześcijaństwu, a 
obecnie racjonalizm zarzuca bałwochwalstwo protestantyzmowi, w każdym razie staremu, ortodoksyjnemu 
protestantyzmowi, ponieważ uznaje on za boga człowieka, a zatem czci obraz boga - wszak człowiek jest 
obrazem boga - a nie sam oryginał, właściwego boga. Ja zaś idę jeszcze dalej i powiadam: także racjonalizm 
i w ogóle każda religia, każda forma religii, która wysuwa na czoło świata i czyni przedmiotem kultu boga, 
to   znaczy   istotę   nie   rzeczywistą,   ale   tylko   wyabstrahowaną   z   rzeczywistej   przyrody,   z   rzeczywistego 
człowieka, i następnie od nich odróżnioną, każda taka religia jest ikonolatrią, a więc i bałwochwalstwem - 
jeżeli, jak powiedzieliśmy wyżej, prawdą jest, że kult obrazów jest bałwochwalstwem. Albowiem nie bóg 
stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, jak mówi Biblia, lecz człowiek stworzył boga na swoje 
podobieństwo,   jak   to   wykazałem   w   Istocie   chrześcijaństwa.   A   więc   i   racjonalista,   tzw.   chrześcijanin 
myślący,   racjonalny,   tworzy   swego   boga   na   podobieństwo   swoje;   żywym   prototypem,   oryginałem 
racjonalistycznego boga jest racjonalistyczny człowiek. Każdy bóg jest tworem (Wesen) wyobraźni, jest 
obrazem, i to obrazem człowieka, tylko że obraz ten człowiek umieszcza na zewnątrz siebie i przedstawia 

76

background image

sobie jako istotę samodzielną. Człowiek nie wymyśla bogów gwoli samej fantazji, jego religijna poezja czy 
fantazja   wcale   nie   jest   bezinteresowna,   niesamolubna;   tak   samo   nie   jest   ona   ani   bezmierna,   ani 
nieograniczona,   lecz   jej   prawem,   jej   miarą   jest   człowiek.   Wyobraźnia   zależy   od   istotnej   właściwości 
usposobienia danego człowieka: człowiek ponury, bojaźliwy, lękliwy tworzy sobie w wyobraźni straszne 
istoty, strasznych bogów; człowiek wesoły, rad z życia, tworzy bogów wesołych, życzliwych. I jak różni są 
ludzie, tak różne są twory ich wyobraźni, ich bogowie. Co prawda powiedzenie to można odwrócić: jak różni 
są bogowie, tak różni są ludzie.

WYKŁAD DWUDZIESTY PIERWSZY

Zanim przystąpię do rozwinięcia tematu poprzedniego wykładu, muszę zapobiec pewnemu możliwemu 

nieporozumieniu, o którym nie wspomniałem wczoraj tylko dlatego, aby nie przerywać  ciągłości myśli. 
Powiedziałem mianowicie, że zarówno bogowie, którzy są przedmiotami wiary pogańskiej, jak i przedmioty 
wiary chrześcijańskiej są tworami wyobraźni. Z tego można by wnioskować - i istotnie tak wnioskowano, że 
biblijne dzieje Starego i Nowego Testamentu są zwykłymi bajkami, czystym wymysłem. Wniosek taki jest 
jednak zupełnie niesłuszny, twierdzę bowiem jedynie, że przedmioty religii są tworami wyobraźni o tyle, o 
ile są jej przedmiotami, natomiast bynajmniej nie twierdzę, by te przedmioty były tworami wyobraźni jako 
takie, same przez się. Musimy przyznać, że słońce takie, jak je sobie wyobraża religia pogańska, mianowicie 
słońce jako istota osobowa, boska, słońce-bóg jest tworem wyobraźni; z tego twierdzenia nie wynika jednak, 
że słońce jako takie jest również tworem wyobraźni. Tak samo zgodzimy się, że Mojżesz, taki jakim go 
przedstawia żydowska historia religijna, i Jezus, jak go przedstawia religia chrześcijańska i historia religijna 
Nowego Testamentu, są tworami wyobraźni. Z tych twierdzeń nie wynika jednak, że Mojżesz i Jezus jako 
tacy   nie   byli   postaciami   historycznymi.   Albowiem   ta   sama   osoba   jest   czymś   tak   różnym   jako   postać 
historyczna i jako postać religijna, jak różni się przedmiot przyrody jako taki od tego samego przedmiotu, 
tak jak go sobie wyobraża religia. Fantazja nie tworzy nic z samej siebie, bo wtedy musielibyśmy uwierzyć, 
że   można   tworzyć   z   niczego;   tylko   przyroda   i   historia   może   zapłodnić   wyobraźnię.   Tak   jak   tlen   bez 
materiału palnegu nie wywoła ognia, który tak zachwyca oko, tak samo i wyobraźnia nie stworzy swych 
religijnych   i   poetyckich   postaci,   jeżeli   nie   dać   jej   materiału.   Gdy   jednak   postać   historyczna   staje   się 
przedmiotrm religii, przestaje być postacią historyczną, a staje się postacią przetworzoną przez wyobraźnię. 
Nie   przeczę   więc   wcale,   że   istniał   Jezus,   że   istniała   postać   historyczna,   której   religia   chrześcijańska 
zawdzięcza swe powstanie, nie przeczę wcale, że Jezus cierpiał za swą naukę. Natomiast przeczę, że ów 
Jezus był Chrystusem, że był bogiem lub synem boga, istotą cudotwórczą zrodzoną z dziewicy, że leczył 
chorych   samym   słowem,   że   rozkazem   uśmierzał   nawałnice,   przywracał   do   życia   zmarłych,   którzy   już 
zaczynali   się   rozkładać,   i   sam   zmartwychwstał;   krótko   mówiąc,   przeczę,   że   był   takim,   jakim   nam   go 
przedstawia   Biblia.   W   Biblii   Jezus   nie   jest   przedmiotem   zwykłego   historycznego   opowiadania,   lecz 
przedmiotem religii; nie jest więc postacią historyczną, ale postacią religijną, to znaczy przekształconą i 
przemienioną   w   twór   wyobraźni,   w   istotę   fantastyczną.   Byłoby   zamierzeniem   naiwnym   a   co   najmniej 
bezpłodnym chcieć oddzielić prawdę historyczną od dodatków, zniekształceń i przesady wyobraźni. Na to 
brak nam historycznych danych. Ten Chrystus, który został nam przekazany przez Biblię - a nie wiemy nic o 
żadnym innym - jest i pozostanie istotą, tworem ludzkiej wyobrażni.

Wyobrażnia, która tworzy bogów człowieka, nawiązuje początkowo tylko do przyrody; bo też zjawiska 

przyrody, a zwłaszcza te zjawiska, od których człowiek czuje się najbardziej zależny, wywierają największe 
wrażenie na wyobraźnię, jak to już wykazałem w pierwszych wykładach. Czymże jest życie bez wody, bez 
ognia, bez ziemi, słońca i księżyca? Jakie wrażenie wywierają te przedmioty na ciekawość teoretyczną, na 
fantazję! Przecież początkowo człowiek ujmuje przyrodę poprzez oko, a nie przy pomocy rozumu, który 
posługuje się doświadczeniami i obserwacją, czynne więc są przy tym wyłącznie tylko wyobraźnia, fantazja, 
poezja. A co czyni wyobraźnia? Tworzy ona wszystko na wzór człowieka: z przyrody czyni obraz istoty 
ludzkiej. I dlatego trafnie mówi Benjamin Constant w swym dziele O religii: „Wszędzie, gdzie się coś rusza, 
człowiek pierwotny widzi życie; na kamień, który się toczy, patrzy jak na coś, co go goni albo przed nim 
ucieka; na szumiącą rzekę patrzy jak na coś, co się na niego rzuca; sądzi, że jakiś rozgniewany duch mieszka 
w pieniącym  się  wodospadzie; wycie  wiatru jest dlań wyrazem  cierpienia lub groźby;  echo skalne jest 
proroctwem lub odpowiedzią, a gdy Europejczyk pokaże dzikiemu igłę magnetyczną, ten widzi w niej istotę 
uprowadzoną   ze   swojej   ojczyzny,   istotę,   która   z   pożądaniem   i   bojaźnią   zwraca   się   ku   utęsknionym 
przedmiotom”, Człowiek ubóstwia więc przyrodę tylko przez to i tylko dlatego, że ją uczłowiecza, to znaczy 
ubóstwiając   przyrodę   ubóstwia   sam  siebie.   Przyroda   dostarcza   tylko   materialu,   tworzywa   na   boga.   Ale 
formy, która to surowe tworzywo zamienia w istotę podobną do człowieka, a przez to w istotę boską, tej 
formy, duszy, dostarcza fantazja. Pogaństwo i chrześcijaństwo, politeizm i monoteizm różnią się tylko o tyle, 
że politeista czyni bogami poszczególne postacie i twory przyrody i dlatego, choć oczywiście nieświadomie, 
bierze sobie za wzór i miernik zmysłową, rzeczywistą, indywidualną istotę człowieka. Wedle tych wzorów 

77

background image

wyobraźnia uczłowiecza i ubóstwia rzeczy w przyrodzie. Tak jak człowiek jest jednostką fizyczną, tak i 
bogowie   politeisty  są   także   fizycznymi,   cielesnymi   jednostkami.   Dlatego   politeista   posiada   niezmiernie 
wielu bogów; posiada ich tylu, ile odmiennych rodzajów istot odróżnia w przyrodzie. Politeista idzie jeszcze 
dalej:   ubóstwia   nawet   poszczególne   różnice   gatunkowe!   Oczywiście   i   to   ubóstwienie,   i   ten   religijny 
scholastycyzm nawiązuje głównie do rzeczy, które posiadają najwyższe znaczenie dla egoizmu człowieka; w 
takich bowiem przedmiotach człowiek na wszystko zwraca uwagę, utrwala w oku najdrobniejsze różnice i 
ubóstwia je potem za pośrednictwem wyobraźni. Doskonałym przykładem tego są Rzymianie. Mieli oni 
osobne bóstwo dla każdej fazy rozwoju roślin użytecznych dla człowieka, na przykład różnych gatunków 
zboża. Było zatem odrębne bóstwo kiełkowania, puszczania pędu, tworzenia pierwszego kolanka, krótko, dla 
każdego widocznego okresu i każdej przemiany w procesie dojrzewania zboża. Mieli też wielu bogów dla 
swoich dzieci: boginię Natio dla porodu, boginię Educa dla karmienia, boginię Potina dla pijących dzieci, 
boga   Vagitanusa   dla   dzieci   krzyczących   i   płaczliwych,   boginię   Cunina   dla   dzieci   leżących   w   kołysce, 
boginię Rumia dla dzieci ssących pierś.

Inaczej   monoteista.   Ten   nie   zaczyna   od   rzeczywistego,   zmysłowego   człowieka,   który   jest   żywą 

jednostką, ale idzie od wewnątrz na zewnątrz, za punkt wyjścia bierze ducha człowieka, który uzewnętrznia 
się przez słowo, który oddziaływa prostym słowem, którego słowo samo posiada moc tworzenia. Człowiek, 
który panuje nad innymi jako ich władca, któremu ci są posłuszni, czlowiek taki kieruje milionami ludzi 
samym swoim słowem; wystarczy, aby wydał rozkaz, a podwładni słudzy od razu spełniają jego wolę. Taki 
człowiek, którego duch i wola  mogą  działać  i tworzyć  samym  tylko  słowem,  człowiek władający jako 
despota czy monarcha jest punktem wyjścia dla monoteisty, prawzorem dla jego wyobraźni, jego fantazji. 
Politeista ubóstwia pośrednio ducha ludzkiego, ludzką fantazję, gdyż zjawiska przyrody stają się dla dlań 
bogami jedynie dzięki fantazji; monoteista natomiast czyni to bezpośrednio, wprost. Bóg monoteistyczny lub 
chrześcijański jest zatem tworem ludzkiej fantazji - co mieliśmy udowodnić - jest odbiciem ludzkiej istoty 
tak   samo   jak   bóg   politeistyczny,   z   tą   tylko   różnicą,   że   istota   człowieka,   według   której   chrześcijanin 
przedstawia sobie i tworzy swego boga, nie jest istotą uchwytną, namacalną, nie da się przedstawić w postaci 
posągu czy obrazu. Ani chrześcijańskiego, ani żydowskiego boga nie można przedstawić w obrazie; któż 
bowiem potrafi stworzyć cielesny obraz ducha, woli i słowa? Monoteizm i politeizm różnią się dalej tym, że 
punktem wyjścia i fundamentem politeizmu jest ogląd zmysłowy, który pokazuje świat w mnogości jego 
rozmaitych istot, dla monoteizmu zaś punktem wyjścia jest wewnętrzne powiązanie i jedność świata, taki 
świat, jakim go człowiek w swej myśli i wyobraźni ujmuje jako jedność. Istnieje tylko jeden świat, a więc 
tylko jeden bóg, mówi na przykład Ambroży. Liczni bogowie są tworami wyobraźni bezpośrednio związanej 
ze zmysłami; jeden bóg jest tworem wyobraźni oderwanej od zmysłów, związanej ze zdolnością człowieka 
do tworzenia abstrakcji. Im silniej człowiek jest opanowany przez zmysły, tym bardziej zmysłowy jest jego 
bóg, choćby to był bóg jedyny; im bardziej człowiek nawykł do pojęć abstrakcyjnych, tym mniej zmysłowy, 
tym   bardziej   abstrakcyjny   i   oderwany  jest   jego  bóg.   Bóg  chrześcijański   w  ujęciu  racjonalistów   i  ludzi 
wierzących   intelektualnie   oraz   taki   bóg,   jakiego   przedstawiają   sobie   pierwsi,   w   całej   pełni   wierzący 
chrześcijanie,   różnią   się   od   siebie   tylko   tym,   że   bóg   racjonalistyczny   jest   bardziej   oderwany,   bardziej 
wyabstrahowany,   bardziej   odzmysłowiony   aniżeli   bóg   mistyków   czy   ortodoksów.   Racjonalista   więc 
podporządkowuje wyobraźnię zdolności tworzenia abstrakcji, gdy tymczasem ortodoksyjny chrześcijanin 
zdolność   tę,   czyli   zdolność   tworzenia   pojęć,   podporządkowuje,   poddaje   wyobraźni.   Innymi   słowy: 
racjonalista opiera wiarę na rozumie albo raczej ogranicza ją rozumem - a przecież w języku potocznym i w 
potocznym sposobie myślenia jako rozum określamy i pojmujemy zdolność do tworzenia pojęć oderwanych; 
człowiek prawowierny za; podporządkowuje rozum wierze. Bóg prawowiernych może czynić i rzeczywiście 
czyni wszystko, co się sprzeciwia rozumowi. Bóg potrafi wszystko to, co niczym nieskrępowana wyobraźnia 
wiary uwaźa za możliwe - a dla niej nie ma  nic niemożliwego - to znaczy,  bóg prawowierny realizuje 
wszystko, co wierzący sobie wyobraża. Jest on tylko urzeczywistnioną, zobiektywizowaną, nieskrępowaną 
wyobraźnią człowieka, który wierzy bez zastrzeżeń. Racjonalistyczny bóg natomiast nie potrafi i nie czyni 
nic, co by przeczyło rozumowi racjonalisty, a raczej jego wierze i wyobraźni ograniczonej przez rozum. 
Lecz i racjonalizm jest idolatrią i bałwochwalstwem, o ile kult obrazów znaczy tyle, co bałwochwalstwo, bo 
tak jak prawdziwy, zmysłowy bałwochwalca uważa zmysłowy obraz za boga, za istotę rzeczywistą, tak samo 
i racjonalista uważa swego boga, twór swej wiary, wyobraźni i rozumu za istotę rzeczywistą istniejącą poza 
człowiekiem. Racjonalista pieni się i odnajduje w sobie fanatyzm pierwszych chrześcijan, kiedy neguje się 
istnienie boga w ogóle, albo, co na jedno wychodzi, istnienie jego boga - wszak każdy uznaje za boga tylko 
swego boga - kiedy chce się go przekonać, że jego bóg jest tylko  istotą subiektywną,  tzn. istotą tylko 
urojoną, wyobrażoną, pomyślaną, że ten bóg jest tylko obrazem jego własnej istoty, istoty racjonalistycznej, 
która ogranicza wyobraźnię przez zdolność do tworzenia abstrakcji, a wiarę przez zdolność myślenia. Lecz 
niech nam to na razie wystarczy, jeśli chodzi o różnicę między racjonalistami a ludźmi prawowiernymi, o 
której będziemy jeszcze mówili później. A tymczasem mała dygresja.

Kiedy mówiłem o różnicy między pogaństwem i chrześcijaństwem, wielobóstwem i jedynobóstwem, nie 

78

background image

wprowadzałem   rozróżnienia   pomiędzy   przedmiotem   religii   pogańskiej   jako   przedmiotem   przyrody   i 
przedmiotem   sztuki.   Mówiłem   zupełnie   tak   samo:   bóg   pogański   jest   tą   przyrodą,   tym   obrazem,   tym 
drzewem. Otóż jeszcze kilka słów na ten temat. Powiedziałem, że wyobraźnia czyni z tworów przyrody, ze 
słońca, księżyca, gwiazd, roślin, zwierząt, ognia, wody - ludzkie istot.y osobowe; lecz zależnie od tego, jak 
oddziałuje i jakie wrażenie wywiera dany przedmiot przyrody, wyobraźnia uczłowiecza go i personifikuje w 
różny sposób. Niebo na przykład zapładnia ziemię deszczem, oświeca ją i ożywia ciepłem slońca. Stąd 
człowiek   przedstawiał   sobie   w   wyobraźni   ziemię   jako   istotę   receptywną,   żeńską,   niebo   zaś   jako 
zapładniającą,   męską.   Sztuka   religijna   ma   więc   na   celu   tylko   zmysłowe,   poglądowe   przedstawienie 
przedmiotów przyrody lub jej przyczyn  i skutków, tak jak je sobie człowiek wyobraża i przedstawia w 
swojej   religijnej   wyobraźni;   jej   zadaniem   jest   urzeczywistnienie   religijnych   urojeń.   To,   w   co   człowiek 
wierzy,   co   sobie   wewnętrznie   wyobraża,   wewnętrznie   uważa   za   rzeczywiste,   to  chce   widzieć   także   na 
zewnątrz, poza sobą, jako coś rzeczywistego. Przy pomocy sztuki, nota bene sztuki religijnej, człowiek chce 
nadać egzystencję temu, co nie posiada żadnej egzystencji. Dlatego sztuka religijna jest samooszukiwaniem 
się, jest samoułudą człowieka. Człowiek chce upewnić się przy pomocy sztuki, że istnieje to, co nie istnieje, 
podobnie jak bogobojni filozofowie przy pomocy wymędrkowanych dowodów istnienia boga chcieliby nas 
przekonać, że bóg naprawdę istnieje, że więc rzeczywiście istnieje na zewnątrz nas to, co istnieje tylko w 
naszej głowie. Czymże więc jest to, czemu sztuka religijna chciałaby nadać istnienie? Czyżby to było słońce, 
ziemia, niebo i powietrze jako przyczyna błyskawicy i grzmotu? Nie. To wszystko i tak istnieje. Jakiż sens 
miałoby więc dla człowieka, a zwłaszcza dla człowieka religijnego, przedstawianie sobie słońca tak, jak je 
widzą nasze zmysły?  Nie! Sztuka religijna pragnie przedstawiać nie słońce, lecz boga słonecznego, nie 
niebo, lecz boga niebiańskiego, chce przedstawiać tylko to, co do zmysłowego przedmiotu dodaje fantazja, 
co więc zmysłowo nie istnieje. Sztuka religijna chce uzmysłowić niebo i słońce tylko o tyle, o ile jest ono 
pomyślane jako istota osobowa, chce uzmysłowić fantazję, nie słońce rzeczywiste, ale słońce będące tworem 
wyobraźni.  Główną rzeczą  w przedstawieniu boga za  pomocą  dzieła  sztuki  jest jego osoba,  jego istota 
utworzona przez wyobraźnię i podobna do człowieka; przyroda jest tu czymś drugorzędnym. Jakkolwiek bóg 
był pierwotnie tylko personifikacją zjawiska przyrody, zjawisko to staje się jedynie środkiem służącym do 
okreśłenia boga i pełni rolę jego narzędzia. Dlatego to Zeus, bóg nieba i piorunów, przedstawiany jest w 
religii greckiej z berłem królewskim lub błyskawicą w ręku, jakkolwiek pierwotnie we wszystkich religiach 
natury jest on identyczny z grzmotem i błyskawicą. Pierwotna istota boga grzmotu, przyroda, została więc 
zdegradowana   do   zwykłego   narzędzia   boga   osobowego.   Ale   zarazem   niebo   jako   twór   przyrody   i   bóg 
niebiański, taki jakim go przedstawia dzieło sztuki, są jednakowe albo identyczne o tyle, że są istotami 
zmysłowymi, materiałnymi (choć bóg niebiański jest materialny tylko w wyobraźni). Ale tam, gdzie bóg nie 
jest   istotą   zmysłową,   znika   różnica   pomiędzy   bogiem   jako   przedmiotem   przyrody   i   bogiem   jako 
przedmiotem sztuki, a w każdym razie nie ma potrzeby jej podkreśłać.

Ale wróćmy do naszego obecnego tematu. Twierdziłem, że wyobraźnia jest istotnym narzędziem religii, 

że   bóg   jest   istotą   urojoną,   obrazową,   mianowicie   jest   obrazem   człowieka,   że   twory   przyrody,   jeśli   są 
pojmowane na sposób religijny, są również istotami podobnymi do człowieka i właśnie dlatego są obrazami 
człowieka,   że   także   duchowy  bóg   chrześcijański   jest   tylko   obrazem   istoty  ludzkiej,   utworzonym   przez 
wyobraźnię łudzką, rzutowanym poza człowieka i przedstawionym jako istota samodzielna i rzeczywista, że 
wreszcie przedmioty religii, tak jak je przedstawia religia, istnieją tylko w wyobraźni. Na to twierdzenie 
ludzie wierzący w boga, a zwłaszcza teologowie, oburzali się straszliwie i wołali: Jak jest możliwe, żeby 
było czystym urojeniem to, co milionom ludzi daje tyle pociechy, za co miliony ludzi złożyły swe życie w 
ofierze? Lecz nie jest to doprawdy żaden dowód rzeczywistości i prawdziwości tych rzeczy. Wszak poganie 
również uważali swych bogów za istoty rzeczywiste, ofiarowywali im hekatomby byków, a nawet życie, 
własne lub cudze, a mimo to chrześcijanie przyznają dzisiaj, że bogów tych uroili sobie i wytworzyli sami 
poganie.   To,   co   teraźniejszość   uważa   za   rzeczywiste,   przyszłość   może   uznać   za   fantazję,   za   urojenie. 
Nadejdzie kiedyś czas, kiedy również przedmioty religii chrześcijańskiej zostaną powszechnie uznane tyłko 
za urojenie, tak jak to się obecnie uważa o bogach pogańskich. Tylko egoizm człowieka każe mu uważać 
własnego boga za boga prawdziwego, cudzych zaś za istoty urojone. Istota wyobraźni polega na tym, że gdy 
nie ma ona żadnej przeciwwagi w wyobrażeniu zmysłowym i w rozumie, każe człowiekowi uznawać za 
rzeczywiste to, co mu ukazuje. Jak potężny wpływ wywiera na człowieka wyobraźnia, niech nam zilustruje 
kilka przykładów z życia tak zwanych dzikich ludów. „Dzicy mieszkańcy Ameryki i Syberii nie podejmą 
żadnego kroku, nie dokonają żadnej wymiany, nie zawrą żadnej umowy, jeśli ich do tego nie zachęcą sny. 
Tego, co dla nich najdroższe, czego by bez wahania bronili za cenę własnego życia, tego wyrzekają się pod 
wpływem zaufania, pod wpływem wiary w sen. Kobiety na Kamczatce oddają się bez oporu temu, kto je 
zapewni, że posiadał je we śnie. Pewnemu Irokezowi śniło się, że odrąbano mu ramię, i sam je sobie odrąbał; 
innemu śniło się, że zabił swego przyjaciela, i potem rzeczywiście go zabił” (B. Constant, o. c.). Czy można 
bardziej rozdmuchać potęgę wyobrażni niż wtedy gdy sen o stracie ramienia decyduje o jego rzeczywistej 
stracie, gdy urojone we śnie zabójstwo decyduje o zabójstwie rzeczywistym,  gdy dla zwykłego sennego 

79

background image

marzenia   poświęca   się   ciało,   rękę,   przyjacielal!   Podobnie   jak   dziś   ludziom  dzikim,   tak   dawniej   ludom 
starożytnym mara senna wydawała się istotą boską, objawieniem, przejawem boga. Nawet chrzecijanie po 
części dzisiaj jeszcze uważają sny za natchnienie boskie. Tymczasem to, przez co bóg się objawia, przez co 
się ukazuje, jest tylko samą istotą tego zjawiska. Bóg przeto, który objawia się we śnie, jest tylko istotą 
marzenia sennego. Ale czymże jest istota marzenia sennego? Istotą sennego marzenia jest wyobraźnia czyli 
fantazja, której nie krępują i nie trzymają w ryzach żadne prawa rozumu ani żadne wyobrażenia zmysłowe. 
To prawda, że chrześcijanie znosili prześladowania w obronie przedmiotów swej wiary,  że oddawali za 
wiarę   mienie   i   krew;   ale   czyż   stąd   wynika   prawdziwość   i   rzeczywiste   istnienie   tych   przedmiotów? 
Przenigdy! Z tego, że Irokeza idąc za głosem sennego urojenia odrąbał sobie rękę, nie wynika wcale, że 
rzeczywiście utrącił tę rękę we śnie; i tak samo w ogóle prawdziwość marzeń sennych nie wynika z tego, że 
człowiek wierzy w sny i wyrzeka  się  dla  nich prawdy rozumnego  spostrzeżenia  zmysłowego.  O snach 
wspominałem   zresztą   tylko   dlatego,   aby   dać   zmysłowe,   naoczne   przykłady   wpływu,   jaki   wyobraźnia 
religijna   wywiera   na   człowieka.   Ale   twierdziłem   również,   że   wyobraźnia   religijna   nie   jest   swobodną 
wyobraźnią artysty, że ma cel raczej praktyczny, egoistyczny; inaczej mówiąc, że wyobraźnia religijna ma 
swe korzenie w poczuciu zależności i zwraca się głównie ku tym przedmiotom, które poczucie to wywołują. 
Ale poczucie zależności nie wiąże się tylko z określonymi  przedmiotami. I tak jak serce jest w ciągłym 
ruchu i stale bije, tak samo w człowieku, a zwłaszcza w człowieku opanowanym przez wyobraźnię, wciąż 
czynne jest poczucie zależności; na każdym kroku, który czyni, czyha nań przecież nieszczęście i nawet 
najmniejsza rzecz może spowodować śmierć. To poczuie strachu, ta niepewność, ten lęk przed złem, który 
wciąż   towarzyszy   człowiekowi,   jest   źródłem   wyobraźni   religijnej,   Ponieważ   zaś   człowiek   religijny 
przypisuje   wszelkie   zło,   które   go  spotyka,   złym   istotom   lub   złym   duchom,   stąd   lęk  przed  strachami   i 
duchami stanowi istotę wyobraźni religijnej, Tak jest przynajmniej u ludzi i ludów nieoświeconych. To, 
czego się człowiek boi, co go przeraża, to jego fantazja zamienia natychmiast w istotę złą, lub odwrotnie, 
rzeczy, którą mu wyobraźnia ukazuje jako istotę złą, tej rzeczy się boi i usiłuje ją zjednać lub unieszkodliwić 
środkami   religijnymi.   Tak   na   przykład   w  Dziejach   Paragwaju  Charlevoix   czytamy,   „że   u   Czykitów 
paragwajskich   nie   napotkano   żadnego   wyraźnego   śladu   religii;   natomiast   bali   się   oni   demonów,   które 
ukazywały się im - jak mówili - pod najbardziej potwornymi  postaciami. Wszelkie uroczystości i uczty 
zaczynali od wezwania demonów, aby nie zakłócały im radości”. Wedle wierzeń Tahityjczyków, jeśli ktoś 
przy uderzeniu nogą o kamień odczuwa ból, to sprawcą tego jest Eatua, to znaczy bóg, można  więc o 
Tahityjczykach powiedzieć dosłownie - jak to uczynił Cook w opisie swej trzeciej i ostatniej podróży - „że 
wedle ich systemu religijnego stąpają oni zawsze po ziemi zaczarowanej”. Podobnie Murzyni plemienia 
Aszanti   w   Afryce   wierzą,   gdy  nocą   w  ciemnościach   potkną   się   o   kamień,   że   to   zły  duch  skrył   się   w 
kamieniu, aby im dokuczyć  („Ausland”, maj 1849). W ten sposób fantazja zamienia w ducha lub boga 
kamień, o który człowiek potyka się nieostrożnie! Ale jakże często człowiek się potyka! Na każdym kroku 
może mu się to przydarzyć. Dlatego człowiek opanowany uczuciem i wyobraźnią stale czuje się otoczony 
przez złe duchy! U Indian Ameryki Północnej wystarczy, że kogoś zaboli głowa lub ząb, a zaraz mówi się: 
„Duchy są niezadowolone i  chcą, aby je przebłagać” (Heckewelder,  Dzieje,  zwyczaje i  obyczaje  ludów 
indiańskich
). Szczególny lęk przed duchami i straszydłami odczuwają ludy północnej Azji, które wyznają 
tak zwany szamanizm, religię polegającą tylko na „lęku przed duchami, zaklinaniu i zamawianiu duchów”. 
Ludy te żyją  w ustawicznej walce „z wrogimi  duchami,  które błąkają się po pustyniach i bezkresnyr.h 
śnieżnych przestrzeniach” (Stuhr, Systemy religijne pogańskich ludów Wschodu). Ale nie tylko szamanizm 
opiera   się   na   wierze   w   strachy,   jak   twierdzi   Stuhr,   lecz   w   mniejszym   lub   większym   stopniu   religie 
wszystkich ludów. Na szczególną uwagę zasługuje to, co opowiadają o dzikich ludach Północnej Ameryki: 
„Choć Indianin Północnej Ameryki jest tak dumny, dzielny i niezależny, to jednak jego strach przed gusłami 
i czarami czyni zeń stworzenie najbardziej lękliwe i nieśmiałe”, mówi Heckewelder. „Jest rzeczą wprost 
niewiarogodną   -  ciągnie   dalej  -  do  jakiego stopnia   wiara  Indian  w  czary  wpływa  na   ich  usposobienie. 
Przestają oni być sobą z chwilą, gdy ich wyobraźnię opanuje myśl, że są zaczarowani. Fantazja ich tworzy 
odtąd bezustannie najokropniejsze i najbardziej deprymujące widziadła”. A strach przed czarami jest tylko 
strachem   przed   złem,   które   człowiekowi   mogą   wyrządzić   złe   istoty   w   tak   zwany   nadprzyrodzony, 
czarodziejski sposób. Ten przesąd jest u Indian tak potężny, że często „rzeczywiście umierają pod wpływem 
urojenia, że wyrządzono im zło, że zostali zaczarowani”. Podobnie jak Heckewelder przedstawia dzikie ludy 
Ameryki Północnej Volney (w swym Opisie Ameryki Północnej) : „Strach przed złymi duchami jest tu plagą 
powszechną   i   dokuczliwą;   nieustraszeni   wojownicy  podobni   są   pod   tym   względem   do   kobiet   i   dzieci; 
przeraża ich sen, zjawa nocna w lesie, nieoczekiwany krzyk”. Podobnie jak u wymienionych ludów również 
i u chrześcijan znajdujemy jak najbardziej przesadne przedstawienia i opisy zła i niebezpieczeństw, które 
zewsząd czyhają na człowieka. Sprawcą tych niebezpieczeństw, w myśl religijnej fantazji, jest jakaś wroga 
człowiekowi   zła   istota,   zły   duch,   diabeł.   Działanie   tego   diabła   może   być   sparaliżowane   tylko   przez 
przeciwdziałanie boga dobrego, wszechmocnego, który jest człowiekowi przychylny.

Bogowie   są   przeto   tworami   fantazji,   ale   tworami   fantazji   ściśle   związanymi   z   ludzkim   poczuciem 

80

background image

zależności,   z   ludzkimi   potrzebami,   z   ludzkim   egoizmem;   są   tworami   fantazji,   a   zarazem   istotami   lub 
tworami afektu, a zwłaszcza strachu i nadziei. Człowiek żąda od nich, aby mu pomagali, kiedy wyobraża ich 
sobie jako istoty dobre - wykazałem to już przy omawianiu religijnego kultu obrazów. Prosi zaś ich, aby mu 
nie szkodzili lub przynajmniej nie przeszkadzali w jego zamiarach i radościach, kiedy wyobraża ich sobie 
jako istoty złe.  Religia  jest zatem nie tylko  sprawą  wyobraźni,  fantazji, nie tylko  sprawą  uczucia,  lecz 
również   sprawą   pożądań   (Begehrungsvermögen),   dążeń   i   potrzeb   człowieka,   który   pragnie   pozbyć   się 
nieprzyjemnych uczuć; a stwarzać uczucia przyjemne, pragnie zdobywać to, czego nie posiada, lecz chciałby 
posiadać, a zanegować, pozbyć się tego, co ma, lecz czego by mieć nie chciał, jak na przykład pewnego 
określonego zła, pewnego braku. Krótko mówiąc: religia jest wyrazem dążenia człowieka do uwolnienia się 
od zła, które go gnębi lub którego się boi, i do zdobycia dobra, którego pragnie a które ukazuje mu jego 
fantazja. Religia jest więc wyrazem tak zwanego popędu do szczęśliwości.

WYKŁAD DWUDZIESTY DRUGI

Człowiek wierzy w bogów nie tylko dlatego, że posiada fantazję i uczucie, lecz także dlatego, że posiada 

popęd do szczęśliwości. Człowiek wierzy w istotę szczęśliwą nie tylko dlatego, że posiada wyobrażenie 
szczęśliwości, lecz także dlatego, że sam chce być szczęśliwy; wierzy w istotę doskonałą, gdyż sam chce być 
istotą doskonałą; wierzy w istotę nieśmiertelną, bo sam nie chce umierać. To, czym nie jest, a czym chciałby 
być,   przedstawia   sobie   w   postaci   bogów   jako   coś   istniejącego.   Bogowie   to   tylko   życzenia   człowieka 
pomyślane jako rzeczywiste, życzenia przemienione w istoty rzeczywiste. A więc bóg to popęd człowieka 
do szczęśliwości, zaspokojony w fantazji. Gdyby człowiek nie miał żadnych życzeń, to mimo fantazji i 
uczuć   nie   miałby  żadnej   religii,   żadnych   bogów.   I   jak  różne   są   życzenia   człowieka,   tak  różni   są   jego 
bogowie, a życzenia ludzkie różnią się tak bardzo, jak różnią się sami  ludzie. Kto za przedmiot swych 
życzeń nie ma mądrości i wiedzy, kto nie pragnie być człowiekiem mądrym i rozsądnym, ten nie czyni też 
przedmiotem religii bogini mądrości. Przypomnijmy to, co poruszyłem już w pierwszych wykładach, że 
chcąc zrozumieć, czym jest religia, winniśmy unikać wszelkich wyjaśnień jednostronnych, ograniczonych, a 
w każdym razie nie wolno nam przypisywać im większego znaczenia niż to, które rzeczywiście mają. Kiedy 
bogowie są mocami, mianowicie pierwotnie potęgami przyrody, które wyobraźnia ludzka przekształciła w 
istoty podobne do człowieka, człowiek czołga się przed nimi w prochu po ziemi, czuje wobec nich swą 
nicość; są oni przedmiotem jego poczucia nicości własnej, strachu, czci, podziwu, kontemplacji, są istotami 
strasznymi lub wspaniałymi, majestatycznymi, które wywierają na człowieku wszystkie te wrażenia, jakie w 
ogóle mogą na nim wywierać istoty lub obrazy wyposażone w czarodziejską siłę wyobraźni; kiedy jednak 
bogowie są mocami, które spełniają życzenia człowieku i obdarzają go tym, czego pragnie i potrzebuje, są 
przedmiotem ludzkiego egoizmu. Krótko: religia ma w istocie cel i sens praktyczny. Popędem, z którego 
wyrasta, jej ostateczną podstawą jest popęd do szczęśliwości, a jeżeli popęd ten jest czymś egoistycznym, 
podstawą tą jest egoizm. Kto tego nie widzi lub temu przeczy, jest ślepy, ponieważ historia religii potwierdza 
to na każdej stronicy, zarówno dla swych najniższych jak i najwyższych form. Wystarczy przypomnieć sobie 
przykłady z wcześniejszych wykładów, zaczerpnięte z autorów chrześcijańskich, greckich i rzymskich. Jest 
to najważniejszy punkt tak pod względem praktycznym, jak teoretycznym. Jeśli bowiem udowodnimy, że 
bóg zawdzięcza swe istnienie tylko ludzkiemu popędowi do szczęśliwości i że religia nie zaspokaja tego 
popędu naprawdę, lecz co najwyżej tylko w urojeniu, to wynika z tego koniecznie, że człowiek stara się 
zaspokoić ten popęd na innej drodze, środkami innymi niż te, które daje religia. Jeszcze kilka cytatów na 
potwierdzenie. Dotychczas starałem się udowodnić, że miłość własna jest ostateczną podstawą religii. Teraz 
zadanie moje polega niewątpliwie na tym, by udowodnić, że celem religii jest ludzkie szczęście, że człowiek 
tylko po to czci i wielbi bogów, by spełniali jego życzenia, by mógł być  przy ich pomocy szczęśliwy, 
„Proście, a będzie wam dano - mówi Biblia - Kto prosi, ten otrzyma. Któż jest między wami, kogo by syn 
prosił o chleb, a on poczęstował go kamieniem? A więc nawet wy, którzy jesteście źli, możecie mimo to 
dzieci wasze obdarować dobrem, a o ile więcej dobra da ojciec wasz w niebiesiech tym, którzy Go o to 
proszą”. Luter zaś mówi w Zbiorze kazań: „Któż zatem mógłby stracić serce dla Boga i dla samego siebie na 
tyle, by stać się wobec Niego szalonym i zuchwałym i nie powiedzieć Mu z głębi serca: jesteś moim Ojcem 
kochanym; a wtedy nie ma nic, o co nie mógłby prosić Boga, czego Bóg mógłby mu odmówić; jego własne 
serce powie mu, że ma się stać to, o co prosi”. Bóg jest tu zatem przedstawiony jako istota, która spełnia 
życzenia, wysłuchuje  próśb. Człowiek modli się po to, aby otrzymać  dobro, aby być  wybawionym  „od 
niebezpieczeństw, nieszczęść i wszelkich przeciwności”, Im jednak większa jest niedola, niebezpieczeństwo, 
strach,   tym   silniej   odzywa   się   popęd   samozachowawczy,   tym   silniejsze   jest   pragnienie   ocalenia,   tym 
żarliwsza modlitwa. Heckewelder w dziele już wielokrotnie cytowanym opowiada jako naoczny świadek, że 
Indianie,   kiedy  zbliża   się   burza   lub  niepogoda,   zwracają   się   do  Manitta   powietrza   (to  znaczy  do  boga 
powietrza, do powietrza wyobrażonego jako istota osobowa), by, odwrócił od nich niebezpieczeństwo. A 
Czipewajowie   znad   jezior   kanadyjskich   modlą   się   do   Manitta   wód,   aby   zapobiegł   zbyt   wysokiemu 

81

background image

wznoszeniu się fal, gdy płyną po wodzie. Również Rzymianie składali ofiary burzom i falom morskim, gdy 
wypływali na morze, a Wulkanowi, bogu ognia, w czasie pożaru lub by się przed nim uchronić. Według 
Heckeweldera, Lenapowie przed wyruszeniem na wojnę śpiewają takie oto pieśni: ”O ja nieszczęsny, który 
idę walczyć z wrogiem. Nie wiem, czy wrócę i czy ucieszę się uściskami dzieci i żony. O, jakże biednym 
jestem stworzeniem! Moje życie  nie zależy ode mnie, nie mam władzy nad swym ciałem,  a chciałbym 
spełnić obowiązek dla dobra narodu. O wielki duchu na wysokościach, miej litość nad moimi dziatkami i 
żoną! Spraw, aby z mego powodu nie popadły w żałobę! Spraw, abym w tym przedsięwzięciu pokonał 
wroga i wrócił z trofeami zwycięstwa do drogiej rodziny i przyjaciół, abyśmy się razem cieszyli. Miej litość 
nade mną. Strzeż mego życia, a złożę ci chętnie ofiarę”. W tej prostej, wzruszającej modlitwie zawarte są 
wszystkie   wyżej   podane   momenty   religii.   Nie   od   człowieka   zależy,   czy   mu   się   powiedzie   to,   co 
przedsiębierze. Między pragnieniem a jego urzeczywistnieniem, między celem a wykonaniem leży otchłań 
trudności i możliwości, które mogą przeszkodzić w osiągnięciu celu. Plan bitwy może być doskonały, a 
jednak przeróżne zdarzenia, zarówno w świecie ludzkim jak w świecie przyrody, jak np. burza, złamanie 
nogi, przypadkowa zwłoka w nadejściu posiłków, i tym  podobne, mogą cały plan udaremnić. Człowiek 
wypełnia   więc   przy   pomocy   fantazji   lukę   między   celem   a   wykonaniem,   między   życzeniem   a 
rzeczywistością. Istota, która służy mu do wypełnienia tej luki, ma, jego zdaniem, wpływ na te wszystkie 
okoliczności, skoro więc pozyska jej przychylność, już w wyobraźni swej jest pewny szczęśliwego wyniku 
przedsięwzięcia, spełnienia swoich życzeń. Życie człowieka nie zależy od niego, a przynajmniej nie zależy 
bezwarunkowo.   Jakaś   przyczyna   zewnętrzna   lub   wewnętrzna,   choćby   pęknięcie   jakiegoś   naczynka   w 
mózgu, może nagle położyć kres memu życiu, może wbrew mej woli i wiedzy oderwać mnie od żony, i 
dzieci, od przyjaciół i krewnych. Tymczasem człowiek chce żyć; a życie to przecież suma wszystkich dóbr! 
Dzięki swemu instynktowi samozachowawczemu albo na zasadzie swego przywiązania do życia człowiek 
bezwiednie przeobraża swoje pragnienie w istotę, która może je zaspokoić, w istotę, która posiada oczy tak 
jak on, aby mogła widzieć jego łzy, w istotę, która posiada uszy, oby mogła słyszeć jego skargi; przyroda 
bowiem nie może zaspokoić tego pragnienia. Przyroda istniejąca rzeczywiście nie jest istotą osobową, jest 
bez serca, jest ślepo i głucho no życzenie i skargi człowieka. Cóż potrafi mi pomóc morze, gdy je sobie 
przedstawię   wyłącznie   jako   zwykłe   nagromadzenie   mas   wodnych,   a   więc   jako   to,   czym   ono   jest   w 
rzeczywistości, jako przedmiot? Modlić się do morza, aby mnie nie pochłonęło, mogę tylko wówczas, gdy 
przedstawię je sobie jako istotę osobową, jako istotę, od której woli zależą zjawiska na morzu, a której 
przychylność i życzliwość  mogę, sobie pozyskać  przy pomocy ofiar i darów; to znaczy,  kiedy je sobie 
przedstawię jako boga. Człowiek ocenia wszystko według siebie nie tylko dlatego, że jest ograniczony, że 
nie wie, nie jest obeznany z tym, czym jest przyroda, i nie tylko dlatego, że ma wyobraźnię, która wszystko 
personifikuje,  ale  także  uczucie,  miłość   wlasna,  ludzki  egoizm czy popęd  do  szczęśliwości  sprawia,  że 
człowiek wyprowadza działania i zjawiska przyrody z jakiejś istoty obdarzonej wolą, z istoty duchowej, 
osobowej   i   żywej   jak   ludzie   -   przy  czym   jest   obojętne,   czy  wierząc   w   wielu   bogów   przyjmuje   wiele 
osobowych   przyczyn,   czy  też   wierząc   w   jednego   boga   przyjmuje   jedną   przyczynę   sprawczą   przyrody, 
obdarzoną wolą i świadomością,. Przez to bowiem, że człowiek czyni przyrodę czymś zależnym od boga, 
uzależnia ją od siebie samego,  podporządkowuje ją swojej władzy.  „Można przebłagać grom Jowisza i 
można kierować gniewem gromowładnego” - mówi Owidiusz w  Fasti. Jeżeli pewien twór przyrody,  na 
przyklad   morze,   jest   bogiem,   od   którego   woli   zależą   burze   morskie   i   wszelkie   ruchy   morza,   tak 
niebezpieczne   dla   człowieka,   a   wolą   tego   morskiego   boga   można   jednak,   przez   oddawanie   mu   czci, 
pokierować z korzyścią dla człowieka (wszakże „podarunkami podbija się nawet bogów”), w takim razie, 
nie bezpośrednio, ale pośrednio ruch morza zależy od człowieka. W ten sposób poprzez boga lub za jego 
pośrednictwem człowiek zdobywa władzę nad przyrodą. Pewna Westalka oskarżona fałszywie o morderstwo 
wzięła rzeszoto w ręce i tymi słowy wezwała Westę: ,,O Westo! Ponieważ niewinnymi rękami spełniałam 
zawsze posługi względem ciebie; spraw, abym potrafiła tym rzeszotem zaczerpnąć wody z Tybru i donieść 
ją do twej świątyni”. I sama przyroda usłuchała śmiałych i nierozważnych próśb kapłanki, jak się wyraża 
Valerius   Maximus,   i   woda   wbrew   swej   naturze   nie   przeciekała   przez   rzeszoto.   W   ten   sam   sposób   na 
modlitwę czy nakaz Jozuego W Starym Testamencie słońce zatrzymało się w swym biegu. Modlitwa i nakaz 
niewiele zreszlą różnią się od siebie. U Wergiliusza bóg rzeczny, Tyber, w ten sposób mówi do Eneasza: 
Pokornymi modłami, pokonaj gniew Junony, i podobnie przemawia Helenus do Eneasza: Pokonaj potężną 
władczynię   pokornym   nakazem,   nakazem,   ale   w   postaci   religijnej.   Co   prawda   teraźniejsi   teologowie 
wykreśliIi z Biblii cud zatrzymania słońca i uznali. to powiedzenie za zwrot poetycki lub coś w tym guście. 
Pomimo to pozostała jeszcze w Biblii spora ilość innych równie wieIkich cudów, jest więc rzeczą zgoła 
obojętną, czy się ten lub ów cud pozostawia i weń wierzy, czy się go usuwa i nie daje mu wiary. Tak samo 
na skutek modlitwy Eliasza spada deszcz. „Modlitwa sprawiedliwego - mówi Nowy Testament – może dużo 
zdziałać. Eliasz modlił się, aby deszczu nie było, i rzeczywiście nie było go na ziemi przez trzy lata i sześć 
miesięcy.   I   pomodlił   się   znowu,   a   niebo   zesłało   deszcz”.   Psalmista   zaś   mówi:   „Bóg   spełnia   wolę 
bogobojnych”. A Luter w objaśnieniach do drugiej księgi Mojżesza powiada, w związku z tym wersetem z 

82

background image

Biblii: „Bóg czyni tak, jak sobie życzy ten, kto weń wierzy”. I jeszcze dzisiaj chrześcijanie modlą się o 
deszcz w czasie długotrwałej posuchy,  a podczas długotrwałego deszczu o słońce. Chrześcijanie wierzą 
więc, jakkolwiek przeczą temu w teorii, że wola boska, która w ich mniemaniu rządzi wszystkim, może być 
skłoniona przez modlitwę do zesłania deszczu lub słonecznej pogody, i to nawet wbrew prawom przyrody. 
Gdyby bowiem chrześcijanie wierzyli, że deszcz lub słoneczna pogoda nastąpią dopiero wtedy, gdy będą po 
temu warunki w przyrodzie, nie zanosiliby o to modłów - takie modły byłyby głupotą. Nie! Oni wierzą, że 
modlitwa ma władzę nad przyrodą, że modlitwa może uczynić przyrodę uległą wobec ludzkich życzeń i 
potrzeb. Właśnie dlatego taki pogąd, który pojmuje przyrodę przy pomocy niej samej, który nie czyni świata 
lub przyrody zależnymi od woli boga, od istoty życzliwej człowiekowi i podobnej do niego, wydajwe się 
ludziom - a przynajmniej ludziom przyzwyczajonym du wyobrażeń religijnych - poglądem beznadziejnym i 
dlatego nieprawdziwym. Choć bowiem teista w teorii stawia nieprawdziwość przed beznadziejnością i tak 
się zachowuje, jak gdyby odrzucał ten pogląd tylko ze względów rozumowych, to jednak w praktyce, to 
znaczy faktycznie i naprawdę nieprawdziwość jest dla niego tylko konsekwencją beznadziejności. Odrzuca 
się więc ten pogląd jako nieprawdziwy dlatego, że jest beznadziejny, to znaczy, że nie jest tak przyjemny, 
tak wygodny, że nie pochlebia tak ludzkiemu egoizmowi jak pogląd przeciwny, który wywodzi naturę od 
pewnej istoty, która wyznacza bieg rzeczy w przyrodzie w zgodzie z modlitwami i życzeniami człowieka. 
Już dobroduszny Plutarch powiada w swoim piśmie o niemożliwości szczęśliwego życia według wskazań 
Epikura: „Epikurejczycy zostali ukarani za zaprzeczanie Opatrzności już przez to samo, że pozbawili się 
owej rozkoszy, jaką daje sama wiara w istnienie boskiej Opatrzności”. „Jakież ukojenie, jaką błogość - mówi 
Hermogenes u Plutarcha w tym samym dziele - daje myśl, że istoty, które wszystko wiedzą i wszystko mogą, 
są mi przychylne. Troszczą się one o mnie tak, że oko ich stale czuwa nade mną, zarówno w dzień jak w 
nocy, bez względu na to, co robię. Istoty te objawiają mi różnymi znakami, jaki będzie wynik każdego mego 
poczynania”. „Żyć bez Boga, to żyć bez nadziei - mówi także angielski teolog Cudworth. Jakąż nadzieję 
bowiem, jakie zaufanie może żywić człowiek do bezrozumnej i martwej przyrody?” I przytacza przy tym 
powiedzenie poety greckiego Linosa: „Trzeba mieć zawsze nadzieję (nigdy nie wpadać w zwątpienie), gdyż 
Bóg wszystko potrafi bez trudu, nie ma dla niego przeszkód”.

Wiara, pogląd, który wyznaje się i uważa za prawdziwy - może nie w słowach, ale faktycznie - tylko 

dlatego, że daje pociechę, że jest przyjemny, że schlebia egoizmowi człowieka, jego miłości własnej, taki 
pogląd ma  też jedyne  źródło w uczuciu, w egoizmie, w miłości własnej. Z wrażenia, jakie dana nauka 
wywiera na człowieku, z pewnością można wnioskować o jej pochodzeniu. Na co pewna rzecz wyobrażona, 
w tym wypadku rzecz urojona, oddziałuje - stąd też pochodzi. Co, jak się mówi, nie rozgrzewa serca, co jest 
dlań   obojętne,   to   nie   wypływa   też   z   uczuciowego   lub   egoistycznego   zainteresowania   człowielm.   Otóż 
miłości   własnej   człowieka   schlebia   i   odpowiada   wyobrażenie,   że   przyroda   nie   działa   z   nieodmienną 
koniecznością, ale ponad koniecznością przyrody znajduje się istota, która człowieka kocha i jest do niego 
podobna.   Istota   rzekomo   wyposażona   w   wolę   i   rozum,   kierująca   i   rządząca   przyrodą.   z   korzyścią   dla 
człowieka i biorąca go w szczególną opiekę, chroniąca przed niebezpieczeństwami, które mu zagrażają w 
każdej chwili ze strony bezwzględnej i ślepo działąjącej przyrody. I tak na przykład wychodzę z domu. W tej 
samej chwili spada z góry kamień. Zgodnie z koniecznością przyrodniczą kamień spada mi na głowę i zabija 
mnie, gdyż właśnie znalazłem się przypadkowo na jego drodze, a ciężar, dzięki któremu spada, nie ma dla 
mnie   żadnego   szacunku,   choćbym   nie   wiem   jak   był   dostojny   i   roztropny.   Jednak   bóg   paraliżuje   siłę 
ciężkości, unicestwia jej działanie, aby mnie ocalić, gdyż posiada więcej szacunku dla życia człowieka niż 
dla praw przyrody; a jeśli nawet nie chce czynić cudu, to potrafi tak mądrze i chytrze, tak racjonalistycznie i 
dowcipnie pokierować okolicznościami i tak je pozmieniać, że kamień nie pogwałci praw przyrody, przed 
którymi racjonaliści mają olbrzymi respekt, a mimo to nie wyrządzi mi żadnej szkody. Jak wygodnie jest 
przeto chodzić po świecie pod opieką niebiańskiej istoty, a z drugiej strony, jak smutno i beznadziejnie 
wystawiać się na bezpośrednie działanie bezczelnych meteorytów, gradobicia, deszczu, udarów słonecznych 
i podobnych zjawisk przyrody, jak to czyni niewierzący! Tu muszę jednak przerwać tok myśli, aby zwrócić 
uwagę na rzecz następującą. Wiara w boską opatrzność i inne podobne wyobrażenia, chociaż rodzą się z 
miłości własnej, z serca człowieka dlatego, że są wygodne i uezuciowe, że pochlebiają jego miłości własnej, 
biorą się z serca tylko dopóty, dopóki jest ono podporządkowane wyobraźni i właśnie wskutek tego znajduje 
pociechę   tylko   w   religijnych   urojeniach.   Kiedy   bowiem   człowiek   otworzy   oczy   niezaślepione 
wyobrażeniami  religijnymi,   kiedy spojrzy na  rzeczywistość  i  zobaczy ją  taką,  jaką  ona  jest,  serce  jego 
buntuje się przeciw takiej idei opatrzności. Jest to bowiem opatrzność stronnicza, która jednego ratuje, a 
drugiemu pozwala ginąć, jednych obdarza szczęściem i bogactwem, a drugich skazuje na nieszczęście i 
nędzę, opatrzność okrutna, a co najmniej bierna, skoro poddaje miliony ludzi najokrutniejszym cierpieniom i 
torturom. Któż powie że z wiarą w boską opatrzność godzi się okrucieństwo despotyzmu, okrucieństwo 
hierarchii, okrucieństwo religijnej wiary i zabobonu, okrucieństwo pogańskiego i chrześcijańskiego prawa 
karnego,   okrucieństwo   przyrody,   takie   jak   czarna   śmierć,   dżuma,   cholera?   Wierzący   teologowie   i 
filozofowie wysilali wprawdzie cały swój rozum, by wyrównać jaskrawe sprzeczności pomiędzy stanem 

83

background image

rzeczywistym a religijnym urojeniem boskiej opatrzności; lecz z sercem miłującym prawdę, z godnością 
boga, a nawet z samym bogiem, bardziej godzi się proste zaprzeczenie, jego istnienia niż przedłużanie jego 
haniebnego   bytu   przez   bezecne   i   bzdurne   sztuczki   i   łamańce   myślowe,   które   wymyślili   bogobojni 
teologowie i filozofowie dla usprawiedliwienia boskiej opatrzności. Lepiej bowiem zginąć z honorem, niż 
wegetować bez honoru! A właśnie ateista każe bogu ginąć z honorem, natomiast teista, racjonalista każe mu 
wegetować niegodnie, á tout prix (za wszelką cenę).

WYKŁAD DWUDZIESTY TRZECI

Religia  ma   przeto cel  praktyczny.   Przez   uznanie  zjawisk  przyrody  za   skutki  działania,  a   wytworów 

przyrody za dary jednej lub wielu istot osobowych podobnych do człowieka, chce ona podporządkować 
przyrodę człowiekowi i oddać ją na usługi ludzkiego popędu do szczęśliwości. Zależność człowieka od 
przyrody jest więc podstawą i początkiem religii, uwolnienie się zaś od tej zależności, zarówno w rozsądnym 
jak nierozsądnym  sensie, jest jej celem ostatecznym.  Albo inaczej: boskość przyrody jest fundamentem 
religii, a boskość człowieka jej celem ostatecznym. To, co na stanowisku rozumu człowiek usiłuje osiągnąć 
przez   kulturę,   przez   uprawę   przyrody,   a.   więc   piękny   i   szczęśliwy   byt,   byt   wolny   od   grozy   i   ślepej 
przypadkowości   nutury,  to wszystko  w  stanie  barbarzyństwa  usiłuje  on  zdobyć   przy  pomocy  religii.   U 
zarania dziejów człowieka jedynym środkiem uczynienia przyrody miłą dla celów i pragnień ludzkich jest 
religia. Człowiek jest jeszcze wtedy bezsilny i bezradny, nie posiada jeszcze żadnych narzędzi i dlatego nie 
potrafi sobie radzić inaczej, jak zjednując sobie względy przedmiotu, którego się obawia, od którego czuje 
się zależny i który mu zagraża, przez modły i związane z nimi dary, tj. ofiarę, albo przy pomocy czarów. Tu 
jednak, w magii, zaczyna się już niereligijna forma religii; gdyż człowiek religijny umieszcza w przedmiocie 
poza sobą moc czarodziejską, to znaczy taką moc, która przyrodzie rozkazuje samym słowem, samą wolą, 
moc, którą czarownik przypisuje sobie samemu albo wręcz sam ją sprawuje. Zresztą modły i czary mogą 
występować łącznie; wtedy modły są tylko formułkami zaklęć czarodziejskich, przy pomocy którch można 
bogów zmusić do spełnienia pragnień człowieka nawet wbrew ich woli. Nawet u pobożnych chrześcijan 
modlitwa nie zawsze ma ton religijnej pokory, lecz o często przybiera ton rozkazujący. „Kiedy znajdujemy 
się w niebezpieczeństwie - mówi Luter w objaśnieniach do pierwszej księgi Mojżesza - nie zważamy na 
wysoki Majestat (Boga), lecz wołamy po prostu: Boże dopomóż! Pomóż, mi Boże! Zlitujcie się nade mną 
nieba! I nie czynimy wtedy długich wstępów”.

Modlitwa i ofiara są więc środkami, przy pomocy których bezradny i bezsilny człowiek chce zaradzić 

wszelkiemu  złu i zmusić  przyrodę  do posłuchu.  Chińczycy,  jak opowiada Sonnerat, w czasie burzy na 
morzu, kiedy niebezpieczeństwo wymaga największej aktywności i zaradności, modlą się do busoli i modląc 
się, wraz z nią idą na dno. Tunguzi w czasie epidemii równie pobożnie i wśród uroczystych pokłonów proszą 
chorobę   by  omijała   ich  chaty.   Podobnie,   kiedy  wybuchnie   ospa,   wspomniani   już   Kandowie   ofiarowują 
bóstwu  ospy  krew  z   wołów,  owiec  i  świń.  Nie   inaczej   dzieje   się  na   wyspie   Amboina   -  jest  to wyspa 
wschodnio-indyjska, a dokładniej jedna z Wysp Korzennych. „Mieszkańcy tej wyspy w czasie wybuchu 
zaraźliwych chorób gromadzą wszelkiego rodzaju dary i ofiary, ładują je na okręt i spychają na morze. Mają 
bowiem nadzieję, że udobruchana w ten sposób zaraza opuści ir,h wyspę  w ślad za darami  i ofiarami” 
(Meiners, o. c.). Tak więc tak zwany bałwochwalca zamiast zwracać się przeciwko przedmiotowi, przeciwko 
przyczynie zła, aby ją ujarzmić, zwraca się do tej przyczyny i modli się do niej. Chrześcijanin oczywiście 
tego nie czyni. Lecz podobny jest do politeisty i do bałwochwalcy pod tym względem, że modli się do 
wszechmocnego boga i usiłuje usunąć zło w przyrodzie  i w ogóle podporządkować ją sobie modlitwą, 
zamiast rozwinąć własną aktywność, kulturę i rozum. Oczywiście musimy tu od razu zwrócić uwagę, że co 
innego   chrześcijanie   dawni   i   chrześcijanie   nowocześni   albo   chrześcijanie   nieoświeceni   i   oświeceni. 
Nieoświeceni zdają się tylko na wszechmoc modlitwy i na boga, oświeceni wprawdzie również modlą się 
jeszcze: wybaw nas ode złego, wybaw nas od pożaru! - w praktyce jednak nie zdają się już wyłącznie na 
potęgę   modlitwy,   ale   w   drodze   ubezpieczeń.   od   ognia   i   na   życie   próbują   uchronić   się   jakoś   od 
nieszczęśliwych wypadków. Aby uniknąć nieporozumień, trzeba jednak od razu zaznaczyć, że cywilizacja 
nie jest tak wszechmocna, jak wiara religijna lub religijne urojenie. Tak jak przyroda nie potrafi zrobić ze 
skóry złota, a z pyłu zboża, jak to potrafi bóg czyli przedmiot religii, tak samo i kultura nie czyni cudów, a 
przyrodę ujarzmia tylko przez przyrodę, a więc przy pomocy środków naturalnych. Ale jedno jest pewne: 
ludzka cywilizacja i aktywność przy pomocy środków naturalnych całkowicie usunęła albo w dużej mierze 
złagodziła bardzo wiele plag, które człowiek bezskutecznie usiłował zwalczyć środkami religijnymi. Religia 
jest więc dziecięctwem człowieka. Albo inaczej: w religii człowiek jest dzieckiem.  Dziecko nie potrafi 
urzeczywistniać swych pragnień własnymi siłami, własną aktywnością, zwraca się więc z prośbami do tych 
istot, od których czuje się zależne, a więc do rodziców, aby z ich pomocą otrzymać to, czego pragnie. Religia 
ma   swe   źródło,   swe   właściwe   miejsce   i   znaczenie   tylko   w   dziecięcym   okresie   ludzkości;   lecz   okres 
dziecięctwa jest jednocześnie okresem nieświadomości, niedoświadczenia, nieoświecenia albo braku kultury. 

84

background image

Tak zwane nowe religie, które powstały później, jak na przykład chrześcijańska, nie były religiami istotnie 
nowymi; były religiami krytycznymi, reformowały więc i uduchowiały tylko wierzenia religijne pozostałe po 
najdawniejszych czasach ludzkości i dostosowywały je do nowego, wyższego etapu ludzkości. A nawet, 
gdybyśmy późniejsze religie uznali za zasadniczo nowe, to jednak okres, w którym powstaje nowa religia, 
jest w stosunku do czasów późniejszych zawsze okresem dzieciństwa. Weźmy tylko pod uwagę czasy nam 
najbliższe, czasy powstania  protestantyzmu.  Jaka  niewiedza,  jaki zabobon, jaki  prymityw  panoszyły się 
wówczas! Jak dziecinne, prymitywne,  prostackie i zabobonne wierzenia posiadali nawet nasi natchnieni 
przez boga reformatorzy! Ale dlatego nie mieli nic innego na myśli prócz reformacji religijnej. Cała ich 
istota, zwłaszcza gdy chodzi u Lutra, była pochłonięta przez zainteresowania religijne. Religia powstaje 
żatem tylko w mrokach ciemnoty,  w mrokach nędzy i bezradności, w mrokach barbarzyństwa (jeszcze i 
dzisiaj   nasze   rządy,   odznaczające   się   ignorancją   i   prymitywizmem,   jeśli   chodzi   o   wszelkie   głębsze 
zagadnienia ludzkości, dla ulżenia nędzy tego świata uciekają się do religii, zamiast szukać pozytywnych 
środków   zaradczych   i   wychowawczych   –   przyp.   aut.);   w   takich   warunkach   wyobraźnia   dominuje   nad 
wszystkimi władzami, a człowiek żyje w najbardziej przesądnych wierzeniach, w najbardziej egzaltowanych 
stanach uczuciowych. Lecz jednocześnie religia powstaje też dlatego, że człowiekowi potrzebne jest światło, 
wiedza, a przynajmniej owoce wiedzy. Religia jest pierwszą, choć jeszcze prymitywną, prostacką formą 
kultury  człowieka.   Dlatego właśnie   każda   epoka,   każdy  ważniejszy  okres   kultury ludzkości  od  niej  się 
zaczyna. Wszystko, co z czasem staje się przedmiotem własnej aktywności człowieka, sprawą wiedzy, było 
początkowo przedmiotem religii; wszelkie sztuki i nauki, a raczej pierwsze ich początki; pierwsze elementy - 
kiedy bowiem sztuka czy nauka rozwinie się i udoskonali, przestaje być religią – były początkowo sprawą 
religii i jej przedstawicieli – kapłanów. Ongiś więc do religii należały filozofia, poezja, astronomia, polityka, 
prawoznawstwo,   do   niej   należało   rozstrzyganie   trudniejszych   przypadków,   rozstrzyganie   o   winie   lub 
niewinności,   a   także   medycyna.   I   tak  na   przykład   u  starożytnych   Egipcjan  medycyna   „miała   charakter 
religijno-astrologiczny.   Jak   każda   pora   roku,   tak   i   każda   poszczególna   część   ciała   ludzkiego   była   pod 
wpływem   szczególnego   bóstwa   gwiezdnego...   Nie   można   było   prowadzić   procesu   ani   leczyć   bez 
zasięgnięcia porady w gwiazdach”. (E. Röth, Religia egipska i religia Zaratustry). U dzikich ludów jeszcze 
dziś lekarzami są czarownicy i guślarze, którzy mają łączność z duchami lub bogami, u więc pełnią u nich 
rolę   duchownych,   kapłanów.   Tak   samo   było   kiedyś   u   chrześcijan;   sztuka   leczenia   chorób   albo   moc 
uzdrawiania   była   u   nich   sprawą   religii,   sprawą   wiary.   Według   Biblii   nawet   poszczególne   części   szat 
świętych,   męczenników,   wybrańców   bożych   posiadały  siłę   uzdrawiającą.   Przypominam,   że   wystarczyło 
dotknąć rąbka szaty Chrystusowej, aby wyzdrowieć; wystarczyło okryć  chorego chusteczką lub opończą 
apostoła   Pawła,   jak   to   podają   Dzieje   Apostolskie,   a   znikały   wszelkie   zarazy   i   pierzchały   złe   duchy. 
Medycyna   religijna   nie   ogranicza   się   jednak   bynajmniej   do   stosowania   tak   zwanych   środków 
nadprzyrodzonych,  zaklęć, czarodziejstw, modłów,  do potęgi wiary i boga; stosuje ona również zwykłe 
naturalne środki lecznicze. Ale w zaraniu ludzkiej kultury nawet te naturalne środki lecznicze mają właśnie 
znaczenie religijne. Także Egipcjanie, u których, jak widzieliśmy, medycyna była częścią religii, używali 
naturalnych,   środków   leczniczych.   Jakże   bowiem   człowiek   mógłby   zadowolić   się   samymi   środkami 
religijnymi, samą modlitwą i formułkami czarodziejskimi? Rozum nawet wtedy, kiedy był na najniższym 
poziomie, kiedy był najsilniej dławiony przez wiarę, mówił przecież człowiekowi że wszędzie należy szukać 
środków, i to środków dostosowanych do przedmiotu; do celu. Tymczasem „księgi, które zawierały opisy 
środków leczniczych i metod  leczenia, zaliczane były u Egipcjan do ksiąg świętych  i dlatego wszelkie 
zmiany były jak najsurowiej zabronione; lekarz, który odważył,  się zalecić jakiś nowy środek i miał to 
nieszczęście,   że   nie   uleczył   pacjenta,   był   skazywany   na   śmierć”.   To   uświęcenie   tradycyjnych   środków 
leczenia w Egipcie jest jaskrawym  przykładem,  jak pierwsze zdobycze  kultury i cywilizacji stawały się 
sakramentami. U nas chrześcijan woda, wino i chleb są tylko środkami przy udzielaniu sakramentów; lecz 
pierwotnie woda  sama  była  sakramentem,  to znaczy była  czymś  świętym,  boskim,  a  to ze  względu na 
odkryte w niej dobroczynne działanie i właściwości, które przyczyniły się do wiedzy i dobrobytu ezłowieka. 
Mycie się i kąpiel były u dawnych ludów sprawą religii i religijnym obowiązkiem. Zanieczyszczanie wody 
było grzechem. Starożytni Persowie nigdy nie oddawali moczu do rzeki, nigdy w nią nie pluli. U Greków zaś 
nie wolno było przekraczać rzeki z nieumytymi rękami ani oddawać moczu u jej ujścia lub źródła. Tak samo 
święte jak woda, a nawet jeszcze świętsze, były chleb i wino, gdyż do ich odkrycia potrzeba było o wiele 
większej   kultury,   niż   do   odkrycia   pożytecznych   właściwości   wody,   które   znane   są   przecież   także   i 
zwierzętom. „Święty chleb” należał do tajemnic greckiej religii. Jeszcze i u nas - słusznie zauważa Hüllmann 
w  Teogonii czyli badaniach nad pochodzeniem religii w starożytności  (Berlin, 1804) - „żywi  się wobec 
chleba i zboża pewne religijne uczucie, które każe uważać między innymi lichwę zbożową za najbardziej 
znienawidzoną formę lichwy, i które u prostego człowieka na widok niszczejącego zboża wywołuje okrzyk: 
Co za zbrodnia marnować chleb! Drogie zboże!” Wynalazek ehleba i wina przypisywano bogu, gdyż zboże i 
chleb   jako   takie   uważano   za   coś   boskiego   i   świętego.   Wszak   sama   Biblia   mówi:   „Wino   raduje   serce 
człowieka”.   Wszystko,   co   dobroczynne,   wszystko,   co   pożyteczne,   wszystko,   co   radosne,   wszystko,   co 

85

background image

upiększa i uszlachetnia życie, było dla starożytnych czymś boskim, świętym, religijnym, jak to widzimy na 
przykładzie   chleba   i   wina.   Im   większa   była   niewiedza   człowieka,   im   mniej   posiadał   środków   do 
zaspokojenia swych  potrzeb, do stworzenia sobie bytu  godnego człowieka, do zabezpieczenia się przed 
surowością przyrody, tym większą cześć odczuwał dla wynalazców takich środków, tym świętsze były dla 
niego   same   środki.   Dlatego   dla   zmysłowych   Greków   bogiem   było   wszystko   to,   co   czyni   człowieka 
człowiekiem; i tak na przykład bóstwem było ognisko domowe, które jednoczy ludzi przy ogniu i zbliża 
człowieka do człowieka, jest przeto zjawiskiem (Wesen) dla człowieka dobroczynnym. I właśnie dlatego, że 
człowiek pierwsze lekarstwa, pierwsze elementy cywilizacji i dobrobytu ludzkiego uczynił sakramentami, 
dlatego   w   ciągu   rozwoju   ludzkości   religia   stale   była   przeciwieństwem   właściwej   wiedzy,   hamulcem 
rozwoju; każdy wynalazek, każda zmiana starej, tradycyjnej formy, wszelki postęp napotykał wrogi opór 
religii.

Chrześcijaństwo   powstało   w   okresie,   kiedy   wino,   chleb   i   inne   zdobycze   cywilizacji   dawno   były 

wynalezione, kiedy więc nie zachodziła już potrzeba ubóstwiania ich wynalazców; wynalazki te dawno już 
straciły   znaczenie   religijne.   Chrześcijaństwo   przyniosło   światu   inną   zdobycz   cywilizacyjną   moralność, 
etykę. Chrześcijaństwo chciało dać lekarstwo nie przeciwko złu fizycznemu i politycznemu, lecz przeciwko 
złu   moralnemu,   przeciwko   grzechowi.   Zatrzymajmy   się   przy   winie,   aby   przy   pomocy   tego   przykładu 
naświetlić   różnicę   między   chrześcijaństwem   a   pogaństwem,   pogaństwem,   rozumie   się,   pospolitym, 
ludowym.   Jakże   możecie   ubóstwiać   wino?   -   mówili   chrześcijanie   do   pogan.   Jakimż   ono   jest 
dobrodziejstwem? Użyte ponad miarę przynosi śmierć i zgubę. Jest dobrodziejstwem tylko wtedy, kiedy pije 
się je umiarkowanie, mądrze, moralnie; pożyteczność lub szkodliwość danej rzeczy nie zależy więc od niej 
samej   lecz   od   moralnego   jej   używania.   l   chrześcijalistwo   miało   w   tym   wypadku   słuszność.   Ale 
chrześcijaństwo z moralności uczyniło religię, to znaczy z zasad moralnych uczyniło przykazania boskie, a 
ze sprawy samorzutnej aktywności ludzkiej uczyniło sprawę wiary. Wiara bowiem jest w chrześcijaństwie 
zasadą, podstawą etyki: „Z wiary pochodzą dobre uczynki”. Chrześcijaństwo nic posiada boga wina ani 
bogini chleba i zboża, Cerery, ani Posejdona, boga morza i żeglugi; nie zna też boga ognia i kowalstwa, jak 
Wulkan; lecz posiada boga w ogóle, albo raczej: posiada boga moralnego, boga sztuki, jak stać się moralnym 
i szczęśliiwym.  Przy pomocy tego boga chrześcijanie sprzeciwiają się do dziś dnia wszelkiej porządnej, 
gruntownej   wiedzy.   Chrześcijanin   nie   potrafi   bowiem   wyobrazić   sobie   moralności,   a   więc   moralnego, 
ludzkiego życia, bez boga. Dlatego chrześcijanin wywodzi moralność z boga, podobnie jak pogański poeta 
wywodził zasady i rodzaje sztuki poetyckiej od bogów i bogiń tej sztuki, a pogański kowal i odlewnik tajniki 
swego rzemiosła wywodził od boga Wulkana. Ale obecnie kowale i odlewnicy doskonale sobie radzą ze 
swym rzemiosłem bez uznawania jakiegokolwiek boga za swego patrona; tak samo w przyszłości ludzie 
nauczą się i tego, że staną się moralni i szczęśliwi bez boga. A nawet dopiero wtedy staną się naprawdę 
moralni i szczęśliwi, gdy nie będą mieli żadnego boga i nie będą potrzebowali żadnej religii. Każda bowiem 
sztuka wymaga opieki religii tylko tak długo, jak długo jest jeszcze niedoskonała, jak długo jest jeszcze w 
powijakach; gdyż właśnie przez religię człowiek wypełnia luki swej wiedzy. Tylko w braku powszechnej 
oświaty i doświadczenia człowiek, podobnie jak kapłan egipski ze swych mizernych lekarstw i leków robi ze 
swoich leków moralnych  - sakramenty,  ze swoich ograniczonych  idei - święte dogmaty,  z tego, co mu 
podszeptuje własny duch czy uczucie - przykazanie i objawienie boskie. A więc krótko: religia i oświata 
sprzeciwiają się sobie. Wprawdzie na tej podstawie, że religia jest pierwszą, najstarszą postacią oświaty, 
można   by   nazwać   oświatę   prawdziwą,   doskonałą   religią   i   powiedzieć,   że   tylko   człowiek   prawdziwie 
oświecony może być prawdziwie religijny. A jednak jest to nadużywanie słów. Ze słowem „religia” kojarzą 
się bowiem zawsze jakieś wyobrażenia zabobonne i niehumanitarne. Religia zawiera w sobie pierwiastki 
zasadniczo   niezgodne   z   wiedzą,   już   choćby   dlatego,   że   wyobrażenia,   doświadczenia,   wynalazki,   które 
człowiek posiadał w dzieciństwie, chce narzucić mu również jako prawa wieku dojrzałego. Wszędzie tam, 
gdzie   bóg  dopiero  musi   mówić   człowiekowi,   co  ma   robić   (jak  np.   kiedy  bóg  rozkazał   Izraelitom,   aby 
załatwiali  naturalne  potrzeby w  osobnym  miejscu,  w ustępie),  tam człowiek stoi  na  poziomie  religii,  a 
zarazem - najgłębszego nieokrzesania. Tam jednak, gdzie człowiek działa sam z siebie, zgodnie z nakazem 
własnej natury, rozumu i skłonności, tam znika potrzeba religii, a miejsce jej zajmuje wiedza. Dzisiaj już 
uważamy za rzecz śmieszną  i wprost niepojętą, że nakazy zwykłej  przyzwoitości miały ongiś charakter 
religijny. Tak samo w przyszłości ludziom, którzy wyrosną ze stanu naszej pseudokultury, z barbarzyńskiego 
okresu religijnego, nie będzie mogło pomieścić się w głowie, że na to, aby wypełniać nakazy moralności i 
miłości bliźniego, trzeba było czynić je aż przykazaniami boga, który za ich przestrzeganie wynagradzał, a 
za nieprzestrzeganie karał. Luter pisał:

Kto spośród ludzi bierze przykład z knura,

cel wyznaczywszy podług Epikura,
Boga ni człeka nie postrzeże wokół,
nie wierzy w Boga, co nas ma na oku,

86

background image

ni, że nasz żywot podług Jego woli.
Choć w sercu swoim dość masz tej swawoli,
myślisz. żeś sobie tylko człeku stworzon
i co obaczysz, u stóp ci położą.
Pij, żryj i plując sr--, a w tym sposobie
żyj jako wieprzek, własne tucząc zdrowie.

Jest to dobitny przykład, jak dalece kultura człowieka pierwotnego jest religią i jak dalece ta kultura, ta 

religia jest jeszcze prymitywna, barbarzyńska. Człowiek religijny powstrzymuje się od obżarstwa i opilstwa 
nie dlatego, że czuje do tego odrazę, nie dlatego, że widzi w tym rzecz niegodną istoty ludzkiej, rzecz 
wstrętną, zwierzęcą, lecz ze strachu przed karą, którą niebieski sędzia wyznaczył za ten występek bądź w 
tym, bądź w przyszłym życiu, albo też z miłości do swego pana, a więc ze względów religijnych. Religia 
sprawia, że człowiek nie jest zwierzęciem; to ona stanowi granicę między ludzkością i zwierzęcością; to 
znaczy: człowiek w sobie samym ma zwierzęcość, a poza sobą i ponad sobą - człowieczeństwo. Motywem 
jego człowieczeństwa, a więc tego, że się nie upija i nie obżera, jest tylko bóg, istota znajdująca się poza 
nim, istota, którą sobie co najmniej wyobraża jako istotę różną od siebie, istniejącą poza nim. Jeśli nie ma 
boga   -   taki   jest   sens   przytoczonych   słów   Lutra   -   jestem   bestią;   to   znaczy:   podstawa   i   istota   mego 
człowieczeństwa znajduje się poza mną. Jeżeli jednak człowiek podstawę swego człowieczeństwa znajduje 
poza sobą, a więc w jakiejś istocie, jak sobie wyobraża, nieczłowieczej, gdy więc jest człowiekiem nie z 
ludzkich,   lecz   z   religijnych   przyczyn,   nie   jest   jeszcze   istotą   prawdziwie   ludzką,   nie   jest   naprawdę 
człowiekiem.   Człowiekiem   jestem   tylko   wtedy,   kiedy  sam   z   siebie   postępuję   po   ludzku,   kiedy   uznaję 
człowieczeństwo za konieczne określenie mojej natury, za konieczne następstwo mojej istoty i odpowiednio 
do tego postępuję. Religia zwalcza tylko objawy zła, lecz nie jego przyczyny; zapobiega tylko wybuchom 
dzikości i zwierzęcości, lecz nie uswa ich przyczyn, nie leczy ich od korzeni. Tylko tam, gdzie postępki 
ludzkie   wypływają   z   natury   człowieka,   panuje   harmonia   między   zasadą   i   następstwem,   przyczyną   i 
skutkiem, i tylko tam istnieje doskonałość. To czyni i do tego zmierza oświata. Religia ma zastąpić oświatę, 
ale jej nie zastępuje; natomiast oświata rzeczywiście zastępuje religię i czyni ją zbyteczną. „Kto posiada 
wiedzę - mówi Goethe - temu niepotrzebna jest religia”. Ja zaś używam zamiast słowa „wiedza” - słowa 
„oświata”   (Bildung),   gdyż   oświata   obejmuje   całego   człowieka,   jakkolwiek   i   to   słowo   może   budzić 
zastrzeżenia, zwłaszcza, jeśli pojmujemy je tak, jak dziś jest pojmowane. Lecz czy jest słowo, które nie 
budzi zastrzeżeń? A więc nie powinno nam chodzić o podniesienie religijności, lecz o podniesienie oświaty, 
o rozszerzenie jej na wszystkie klasy i stany - oto zadanie naszych czasów. Z religią można pogodzić czyny 
najohydniejsze, jak tego dowodzą całe dzieje ze współczesnymi włącznie, lecz nie można ich pogodzić z 
oświatą. Z każdą religią opartą na zasadach teologicznych - a tylko z religią w tym sensie mamy stale do 
czynienia - ściśle związany jest zabobon; zabobon zaś jest zdolny do wszelkiego okrucieństwa i do wszelkiej 
nieludzkości.   Nic   nie   pomoże   tutaj   rozróżnienie   religii   czy   religijności   prawdziwej   i   fałszywej.   Owa 
prawdziwa religia; wyzwolona z wszelkiej podłości i okrucieństwa, to nic innego, jak religia ograniczona i 
oświecona przez wykształcenie, przez rozum.  Ludzie, którzy wyznają  tę religię, potępiają wprawdzie w 
teorii i w praktyce, w słowie i w czynie, ofiary z ludzi, prześladowania kacerzy, palenie czarownic, karanie 
śmiercią „nieszczęsnych grzeszników” i podobne ohydne czyny. Ale nie jest to wcale zasługa religii, lecz 
zasługa  ich  oświecenia,  rozumu,  szlachetności  i  człowieczeństwa,  które  przenoszą  oni,  rzecz  prosta,  do 
religii.

Staraliśmy się wykazać, że religia pochodzi z najdawniejszych czasów ludzkości, jeszcze z okresu jej 

dzikości i niewiedzy, i tylko wtedy wykazuje pełną świeżość i żywotność, że religia jest przeciwieństwem 
oświecenia.   Otóż   przeciwko   tym   wywodom   można   wysunąć   zarzut,   że   właśnie   ludzie   najbardziej 
wykształceni, światli i mądrzy byli często w najwyższym stopniu religijni. Zjawisko to jednak tłumaczy się 
tym, że w człowieku zbyt często jednoczą się największe przeciwieństwa (pomijam tu inne tego przyczyny, 
zawarte   w   całokształcie   moich   dotychczasowych   wywodów,   gdyż   w   tym   wypadku   chodzi   mi   tylko   o 
przeciwieństwo religii i oświaty, przeciwieństwo, któremu nikt nie może zaprzeczyć i nie zaprzeczy, gdyż 
można  być  religijnym  a nieoświeconym  i być  oświeconym  bez religii). Dzieje ludzkości, a szczególnie 
dzieje religii, dostarczają nam na to bardzo interesujących przykładów i to nie tylko, jeśli chodzi o jednostki, 
ale   nawet   jeśli   chodzi   o  całe   narody.   Iluż   śmiesznym,   bezsensownym   zabobonom  religijnym,   nawet   w 
czasach   największego   rozkwitu,   hołdowały   najbardziej   oświecone   ludy   starożytne,   których   pisma   dziś 
jeszcze   tworzą   podstawę   kultury   naukowej;   Grecy,   którzy   celowali   w   sztuce   i   nauce,   oraz   bardziej 
praktyczni i energiczni Rzymianie! Państwo rzymskie opierało się właściwie - tylko na wróżbach (tzn. na 
religijnych oszustwie, które zresztą i dziś jeszcze statowi podporę chrześciańskich tronów i ołtarzy. Czyż nie 
jest na przyklad oczywistym oszustwem, że dziś jeszcze, po wynikach, do których w badaniach nad Biblią 
doszli   nawet   sami   teologowie,   podaje   się   tę   Biblię   ludowi   jako   słowo   boże   -   przyp.   aut.).   Wróżono  z 
zachowania się zwierząt ofiarnych, z błyskawic i innych zwyczajnych i nadzwyczajnych zjawisk przyrody, 

87

background image

ze śpiewu, lotu i sposobu jedzenia ptaków. Rzymianie bowiem nie rozpoczynali nic ważnego, a więc na 
przykład   wojny,   jeżeli   ich   święte   kurczątka   nie   miały   apetytu.   Pod   względem   obyczajów   i   wyobrażeń 
religijnych Grecy i Rzymianie nie różnili się częstokroć od ludów najbardziej prymitywnych  i najmniej 
oświeconych. Można więc w pewnym zakresie być człowiekiem największej wiedzy i rozsądku, a zarazem 
ulegać najciemniejszemu zabobonowi w dziedzinie religii.

Sprzeczność   ta   wysęptuje   szczególnie   wyraźnie   z   początkiem   dziejów   nowoczesnych.   Reformatorzy 

filozofii i nauk byli ludźmi równocześnie wolnomyślnymi  i przesądnymi; żyli w nieszczęsnym rozdarciu 
pomiędzy  państwem  i   kościołem,   pomiędzy  tym,   co  świeckie,   i   tym,   co  duchowne,   pomiędzy  tym,   co 
ludzkie, i tym, co boskie. Tak zwane sprawy świeckie poddawali krytyce; natomiast w rzeczach kościoła i 
religii   byli   łatwowierni   jak   kobiety   i   dzieci;   kazali   rozumowi   pokornie   milknąć   wobec   najbardziej 
absurdalnych,   najbardziej   fantastycznych   wyobrażeń   i   artykułów   wiary.   Przyczynę   tego  paradoksalnego 
zjawiska łatwo wyjaśnić. Religia uświęca swe wierzenia i praktyki, uzależnia od nich szczęście człowieka, 
narzuca   je   człowiekowi   jako   sprawę   sumienia.   I   tak   przechodzą   one   z   pokolenia   na   pokolenie   w 
niezmienionej   i   nienaruszonej   formie.   Już   Platon   zwraca   uwagę   w  Prawach,   że   w   religii   egipskiej 
współczesne mu i dawniejsze dzieła sztuki, dzieła sprzed tysięcy lat, były zupełnie takie same, ponieważ 
zabroniona   była   wszelka   inowacja.   W   Indiach   Wschodnich,   według   Paulinusa   z   St.   Bartholomeo 
(Braminizm, 1791), malarzowi i rzeźbiarzowi wolno tworzyć obrazy tylko na podobieństwo starodawnych, 
które znajdują się w świątyniach. Gdy więc człowiek we wszystkich innych dziedzinach postąpił naprzód, w 
religii drepcze w miejscu, ciemny i głupi jak tabaka w rogu. Instytucje religijne, praktyki i artykuły wiary 
uchodzą za święte nawet wtedy,  kiedy urągają rozumowi, który osiągnął już wyższy stopień rozwoju, i 
wysubtelnionym  uczuciom człowieka, kiedy już nikt nie pamięta, jaki był  pierwotny sens i źródło tych 
instytucji i wierzeń. I my również żyjemy jeszcze w tej absurdalnej sprzeczności między religią a wiedzą; 
także i nasze wierzenia i praktyki religijne pozostają w największym przeciwieństwie do naszego obecnego 
stanu duchowego i materialnego. Ale też usunięcie tej obrzydliwej i z gruntu szkodliwej sprzeczności to 
nasze obecne zadanie. Jest to zarazem nieodzowny warunek odrodzenia ludzkości, jedyny warunek - że tak 
powiem - nowej ludzkości i nowej epoki. Bez tego wszystkie reformy polityczne i społeczne muszą być 
daremne   i  bezskuteczne.  Nowa  epoka  wymaga   też  nowego  poglądu  na  świat,   nowej   oceny pierwszych 
elementów i przyczyn istnienia człowieka, wymaga - gdybyśmy chcieli zachować wyraz: religia - nowej 
religii!

WYKŁAD DWUDZIESTY CZWARTY

To, że rozum - przynajmniej w niektórych dziedzinach życia - zdaje się godzić z przesądem najbardziej 

nierozumnym,   wolność   polityczna   z   religijnym   służalstwem,   postępy  nauk   przyrodniczych   i   techniki   z 
religijną martwotą, a nawet bigoterią, to zjawisko naprowadziło niektórych na płytki pogląd i twierdzenie, że 
religia  jest czymś  bez  znaczenia dla  życia,  a zwłaszcza  dla  życia  publicznego,  politycznego,  że jedyną 
rzeczą, do której należy dążyć w tej dziedzinie, jest bezwarunkowa wolność wiary: niech każdy wierzy, w co 
chce. Ja jednak twierdzę, że niemożliwy jest taki stan, w którym wolność polityczna szłaby w parze ze 
skrępowaniem i ograniczeniem religijnym. Osobiście nie daję złamanego grosza za taką wolność polityczną, 
która pozostawia mnie niewolnikiem urojeń i przesądów religii. Prawdziwa wolność jest tylko tam, gdzie 
człowiek jest wolny także pod względem religijnym; prawdziwe oświecenie tylko tam, gdzie człowiek stał 
się   panem   swoich   religijnych   przesądów   i   urojeń.   Celem   państwa   może   być   tylko   kształtowanie 
prawdziwych, doskonałych ludzi, doskonałych - rzecz prosta - nie w jakimś fantastycznym sensie. Państwo 
więc, w którym obywalele korzystają z wszelkich swobód politycznych, a równocześnie tkwią w niewoli 
religijnej, nie może być państwem prawdziwie wolnym i ludzkim. Nie państwo tworzy ludzi, lecz ludzie 
tworzą państwo. Jacy ludzie, takie państwo. Oczywiście, gdy państwo już istnieje, wszyskie jednostki, które 
zostają jego członkami, czy to przez urodzenie, czy przez osiedlenie się w nim, są przez nie określone. Ale 
czym jest państwo dla nowego obywatela, jeśli nie sumą i związkiem ludzi już istniejących i stanowiących to 
państwo, którzy przy pomocy rozporządzalnych środków oraz stworzonych przez siebie instytucji oddziałują 
na świeżych przybyszów i na nowe pokolenie w swoim duchu i podług swej woli. Tam więc, gdzie ludzie są 
politycznie wolni, a religijnie niewolni, tam i państwo nie jest lub jeszcze nie jest doskonałe. Co się zaś tyczy 
drugiego punktu, sprawy wolności wiary i sumienia, to oczywiście pierwszym warunkiem państwa wolnego 
jest, aby „każdy mógł na swój sposób być szczęśliwy”, aby każdy mógł wierzyć w to, w co chce. Ale taka 
wolność jest wolnością bardzo podrzędną i pozbawioną treści; gdyż jest ona tylko wolnością albo prawem, 
aby   każdy   mógł   być   głupcem   na   swój   sposób   i   wedle   swego   upodobania.   Państwo   w   naszym 
dotychczasowym rozumieniu niewątpliwie nie jest w stanie uczynić nic więcej ponad powstrzymanie się od 
wszelkiej ingerencji w sprawy wiary i przyznanie pod tym względem bezwzględnej wolności. Ale zadaniem 
człowieka żyjącego w państwie jest nie tylko wierzyć w to, w co chce, lecz wierzyć w to, co jest słuszne i 
mądre; a w ogóle człowiek powinien nie tylko wierzyć, lecz także wiedzieć to, co wiedzieć może i musi, jeśli 

88

background image

chce   być   człowiekiem   wolnym   i   światłym.   Nic   tu   nie   pomoże   nakreślanie   granic   wiedzy   ludzkiej.   W 
dziedzinie przyrody jest jeszcze na pewno dosyć rzeczy nie zbadanych; ale tajemnice religii, tajemnice, które 
mają swe źródło w człowieku, może on poznać do samego dna. I właśnie dlatego, że może to zrobić, zrobić 
to   powinien.   A   wreszcie   pogląd,   jakoby   religia   nie   miała   wpływu   na   życie   publiczne,   jest   całkowicie 
powierzchowny i przeczy mu historia, a nawet zwykłe, codzienne życie. Pogląd ten zrodził się dopiero w 
naszych czasach, kiedy wiara i religia rzeczywiście są juz tylko chimerą. Gdy wiara nie jest już prawdą, 
która   żyje   w   człowieku,   nie   ma   wówczas   żadnych   następstw   praktycznych,   nie   rodzi   już   żadnych 
historycznych czynów. I kiedy tak jest, kiedy wiara jest już tylko kłamstwem, wtedy człowiek znajduje się w 
najohydniejszej sprzeczności z samym sobą, a wiara ma następstwa zgubne, co najmniej w sensie moralnym. 
Takim kłamstwem jest współczesna wiara w boga. Usunięcie tego kłamstwa jest podstawowym warunkiem 
powstania ludzkości nowej, zdolnej do czynu.

Wyżej wspomniane zjawisko, to że religijność w potocznym tego słowa znaczeniu często łączy się z 

właściwościami wręcz przeciwnymi, niejednym nasuwało hipotezę czy przypuszczenie, że istnieje specjalny 
zmysł religijny, specyficzne, szczegółne uczucie religijne. Lecz z większym jeszcze prawdopodobieństwem 
można by przyjąć istnienie specjalnego zmysłu przesądu. Zdanie, że religia, to znaczy wiara w bogów, wiara 
w duchy, w tak zwane istoty wyższe i niewidzialne, które decydują o losie człowieka, jest człowiekowi tak 
samo  wrodzona  jak każdy inny zmysł,  faktycznie   w  przekładzie  na   rozumny,   rzetelny  język  polski   (w 
oryginale   oczywiście   „niemiecki”)   powiada:   przesąd   jest   człowiekowi   wrodzony,   jak   to   już   twierdził 
Spinoza. A źródłem i siłą przesądu jest potęga niewiedzy i głupoty, która jest największą potęgą na świecie, 
potęga   strachu   lub   poczucia   zależności,   a   wreszcie   moc   wyobrażni.   Niech   bowiem   przydarzy   się 
jakiekolwiek   zło,   którego   przyczyna   jest   człowiekowi   nieznana,   niech   wystąpi   jakiekolwiek   zjawisko, 
choćby tylko przelotne zjawisko atmosferyczne, jakiś gaz, którego człowięk się boi, bo nie wie, co to jest, a 
wyobrażnia   czyni   zeń   zaraz   istotę   złą,   złego   ducha   lub   boga,   lub   przynajmniej   ich   dzieło.   Ta   sama 
wyobraźnia   czyni   z   każdego   pomyślnego   wydarzenia,   z   każdej   znalezionej   rzeczy   i   z   każdego 
przypadkowego dobra - dobrą istotę, dobrego ducha lub boga, lub przynajmniej ieh dzieło. I tak na przykład 
Karaibowie wierzyli, że to zły duch działa w strzelbie, że to on pochłania księżyc podczas zaćmienia, że zły 
duch nawet tam jest obecny, gdzie unosi się nieprzyjemny zapach. I odwrotnie, Homer twierdzi, że to bóg 
sprawia, kiedy przypadek znienacka ześle komuś to, czego pragnął. Wiara w diabła jest przeto czlowiekowi 
tak samo wrodzona, tak samo naturalna, jak wiara w boga. Skoro więc uważamy,  że człowiek posiada 
szczególne uczucie lub zmysł dla boga, trzeba też przyjąć istnienie w człowieku specjalnego uczucia lub 
zmysłu dla diabła. Aż do najnowszych czasów jedna i druga wiara były faktycznie nierozłączne. Jeszcze w 
XVIII wieku kto nie wierzył w istnienie diabła uchodził za takiego samego bezbożnika jak ten, kto nie 
wierzyl  w istnienie dobrego boga czy w ogóle boga. Jeszcze w XVIII wieku uczeni równie wymyślnie 
bronili wiary w diabła, jak dzisiejsi uczeni bronią wiary w boga. Jeszcze w XVIII wieku uczeni, i to nawet 
protestanccy, z tym samym obskurantyzmem piętnowali jako niedorzeczność niewiarę w diabła, z jakim dziś 
jako niedorzeczność piętnują ateizm (ciekawych odsyłam do cytatów ze słownika filozoficznego Walcha, 
które przytaczam w przypisach do rozprawy o Bayle'u - przyp. aut.). Tylko skutkiem swej połowiczności i 
braku   charakteru   współczesny   racjonalizm   część   tych   wierzeń   religijnych   zachował,   a   inne   odrzucił, 
zrywając związek między wiarą w duchy dobre i złe, w dobrych bogów i złych. Jeżeli więc broni się religii, 
to znaczy wiary w boga, na tej podstawie, że jest ona człowiekowi właściwa, że wierzą w nią, prawie 
wszyscy ludzie, że jest rzeczą konieczną,. aby człowiek wierzył w „wolną”, to znaczy ludzką przyczynę 
przyrody, to należy być na tyle konsekwentnym i na tyle uczciwym, aby z tych samych względów bronić 
wiary w diabła i czarownice, a więc bronić zabobonu, niewiedzy i głupoty. Nie ma bowiem nic bardziej 
ludzkiego,   bardziej   rozpowszechnionego   jak   głupota,   nic   bardziej   naturalnego,   bardziej   wrodzonego 
człowiekowi   jak   niewiedza,   ignorancja.   Wszak   negatywną   teoretyczną   przyczyną,   a   w   każdym   razie 
warunkiem  istnienia  wszelkich bogów,   jest  niewiedza   człowieka,   jego niezdolność  do  ogarnięcia   myślą 
przyrody;   im   mniej   człowiek   wie,   im   bardziej   jest   ograniczony,   im   bardziej   prymitywny,   tym   więcej 
własnych cech przypisuje przyrodzie, tym mniej umie abstrahować od siebie samego. Peruwiańczycy na 
przykład patrząc nu zaćmienie słońca wierzyli, że skutkiem jakiegoś popełnionego przez nich błędu słońce 
pogniewało się na nich. Wierzyli, że zaćmienie słońca jest następstwem jakiejś nie zależnej przyczyny, a 
więc skutkiem czyjejś niechęci lub złego humoru. Zaćmienie księżyca natomiast uważali za jego chorobę i 
drżeli ze strachu, że może umrzeć, spaść z nieba, pozabijać ich wszystkich i spowodować koniec świata. Gdy 
zaś   księżyc   odzyskiwał   pełnię   światła,   cieszyli   się   uważając   to   za   znak,   że   powraca   do   zdrowia.   Jak 
widzimy, na stanowisku religii, na stanowisku, z którego wyrasta wiara w boga, człowiek przenosi na ciała 
niebieskie nawet swoje choroby. Również Indianie znad Orinoko uważają za istoty żywe ciała niebieskie, jak 
słońce, księżyc i gwiazdy. Jeden z nich powiedział kiedyś do Salvatora Gilii: „Ci tam w górze są takimi 
samymi  ludźmi  jak my”.   Patagończycy  natomiast  wierzą,   że   gwiazdy  są  zmarłymi  Indianami,  a   Droga 
Mleczna  polem,  na  którym  polują  oni  na strusie. Podobnie  Grendlandczycy sądzą, że słońce, księżyc  i 
gwiazdy to ich zmarli przodkowie, którzy w szczególnych okolicznościach zostali przeniesieni do nieba. 

89

background image

Podobnie i inne narody wierzyły, że ich wielcy zmarli mieszkają na gwiazdach, a nawet, że gwiazdy są ich 
duszami,   które   za   zasługi   dostały   się   do   nieba,   gdzie   wiecznie   świecą   i   błyszczą.   A   jak   opowiada 
Swetoniusz, kiedy po śmierci Cezara pojawiła się na niebie kometa, Rzymianie sądzili, że gwiazda ta to 
anima Cezara, jego dusza. Czy człowiek może posunąć się dalej w niewiedzy i bardziej antropomorfizować 
przyrodę czy może bardziej podporządkowywać ją przyczynie niezaeżnej, a więc w tym wypadku ludzkiej 
wyobraźni i samowoli, niż wtedy, gdy w gwiazdach widzi swych kolegów, przodków, czy też gwiaździste 
odznaki, którymi ludzie są dekorowani po śmierci za swe zasługi? Współcześni ludzie wierzący wyśmiewają 
się z takich wyobrażeń, lecz nie chcą zrozumieć, że ich wiara w boga opiera się na tym samym założeniu, na 
tej   samej   podstawie,   co   tamte   wierzenia,   z   tą   tylko   różnicą   (o   której   mówiłem   już   wyżej   zestawiając 
politeizm z monoteizmem), że przyczynę przyrody upatrują nie w jakimś czlowieku z krwi i kości, w jakimś 
indywiduum, w jakiejś cielesnej jednostce, ale w samej istocie czlowieka, oderwanej od indywiduum i od 
ciała   przy  pomocy   zdolności   do   abstrahowania.   W   gruncie   rzeczy  jednak   wszystko   jedno,   czy  tak   jak 
Patagończycy wyprowadzam zjawiska niebieskie z nastrojów uczuciowych i kaprysów woli, blask słońca z 
jego dobroduszności i życzliwości, a zaćmienie z gniewu, z niełaski w stosunku do ludzi, czy też, jak to 
czyni   chrześcijanin   i   człowiek   bogobojny,   wyprowadzam   przyrodę   w   ogóle   z   samoistnej,   niezależnej 
przyczyny lub z woli jakiejś istoty osobowej - ponieważ tylko istota osobowa posiada wolę. Gdy wiara w 
boga jest jeszcze prawdziwa, gdy zatem jest konsekwentna, ścisła, jednolita, a nie tak marna i rozdarta jak 
wiara współczesna, wtedy wszystko jest dowolne, wtedy nie ma praw fizykalnych, nie ma potęgi przyrody, a 
wszelkie jej zjawiska, które wywołują strach, grozę i nieszczęście, człowiek wywodzi z gniewu boga lub, co 
jest równoznaczne, z diabła, odwrotne zaś zjawiska - z dobroci boga. Ale wywodzenie koniecznych zjawisk 
przyrody z niezależnej przyczyny ma swą teoretyczną podstawę tylko w niewiedzy i wyobraźni człowieka. 
Odkąd więc czlowiek zapoznał się bliżej z normalnymi zjawiskami przyrody, odtąd zaczął dopatrywać się 
śladów i dowodów samoistnej i niezależnej przyczyny tylko w jej niezwykłych i nieznanych zjawiskach, to 
znaczy w tych, których jeszcze nie rozumie. Tak też miała się rzecz z kometami. Ponieważ ukazywały się 
rzadko i nie wiedziano, co z nimi począć, przeto jeszcze w początkach XVIII wieku wszyscy, nawet ludzie 
wykształceni doszukiwali się w nich dowolnych zjawisk, które bóg wywołuje na niebie dla poprawienia lub 
skarcenia ludzi. Rocjonalizm przesunął tę dowolną, niezależną przyczynę na sam początek świata. Poza tym 
jednym tłumaczy sobie wszystko w sposób naturalny, bez boga. To znaczy jest za leniwy, za niedbały, za 
powierzchowny   na   to,   by   zejść   do   samego   początku,   do   podstaw   naturalnego   sposobu   tłumaczenia   i 
wyobrażania świata. Jest zbyt leniwy, by zastanowić się nad tym, czy w ogóle samo pytanie o początek 
świata   jest   rozumne,   czy   może   jest   dziecinne,   czy   nie   opiera   się   przypadkiem   tylko   na   niewiedzy   i 
ograniczoności człowieka. Racjonalista nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć sobie w sposób rozumny, 
zapełnia więc pustkę w głowie mrzonką „niezależnej przyczyny”. Ale jest też tak niekonsekwentny, że od 
razu zdradza tę swoją niezależną przyczynę i zastępuje wolność koniecznością przyrody, zamiast, zgodnie ze 
starą wiarą, kontynuować tę pierwszą dowolność w nieprzerwanym łańcuchu takich samych dowolności, to 
znaczy działań dowolnych,  cudów. Jedynie  nieświadomość, brak charakteru, połowiczność może  godzić 
wiarę z przyrodą i naukowym przyrodoznawstwem. Jeżeli wierzę w boga, w „niezależną przyczynę”, to 
muszę wierzyć także, że tylko wola boga tworzy konieczność przyrody,  że woda moczy nie dzięki swej 
naturze, ale dzięki woli boskiej, a w każdej chwili, jeśli taka będzie woła boga, może się palić i przyjąć 
naturę ognia. Wierzę w boga, to znaczy: wierzę, że nie ma przyrody, że nie ma żadnej konieczności. Trzeba 
wyrzec się albo wiary w boga, albo fizyki, astronomii, fizjologii! Nikt nie może służyć dwom panom. I kto 
broni wiary w boga, ten powinien również, jak się rzekło, bronić wiary w diabła, w duchy i w czarownice. 
Ta wiara jest bowiem nieodłączna od wiary w boga nie tylko ze względu na jednakową powszechność, lecz 
również ze względu na jednakowe właściwości i jednakową przyczynę. Bóg jest duchem przyrody, to znaczy 
jest personifikacją wrażenia, jakie przyroda wywiera na człowieku, albo jest upersonifikowanym, duchowym 
obrazem przyrody, który człowiek odrywa od niej, by myśleć o nim jako o istocie samodzielnej. Tak samo 
duch zmarłego, upiór, który po śmierci wędruje po świecie, jest również tylko obrazem zmarłego człowieka, 
który pozostaje po nim po jego śmierci,  a który człowiek personifikuje i przedstawia sobie jako istotę 
odmienną od człowieka rzeczywistego, żywego, odmienną od człowieka z krwi i kości. Kto więc wierzy w 
jednego ducha lub upiora, mianowicie w wielkiego upiora przyrody, ten niech wierzy również w drugiego 
ducha lub upiora, w upiora ludzkiego.

Ale robiąc tę dygresję odbiegłem od mego właściwego zadania. Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli się 

chce przyjąć istnienie w człowieku specjalnego zmysłu dla religii, należy przede wszystkim przyjąć istnienie 
w nim specjalnego zmysłu dla przesądu, niewiedzy i lenistwa myślowego. Istnieją jednak ludzie, którzy pod 
pewnym   względem   są   racjonalistami,   ludźmi   niewierzącymi,   pod   innym   względem   zaś   -   ludźmi 
przesądnymi,   ponieważ   nie   wyjaśnili   sobie   pewnych   rzeczy,   ponieważ   różne,   często   zupełnie   nieznane 
wpływy   czy  motywy,   nie   pozwalają   im   wyjść   poza   ten   lub   ów   punkt.   Gdyby   się   chciało   organicznie 
wyjaśnić te sprzeczności, trzeba by przyjąć istnienie dwu sprzecznych narządów lub zmysłów w jednym i 
tym samym człowieku. Co więcej, istnieją ludzie, którzy czynem negują, odrzucają i wyśmiewają to, w co 

90

background image

wierzą rozumowo, albo przeciwnie, rozum ich odrzuca to, co wyznaje serce; a więc na przykład boją się 
widziadeł, choć zaprzeczają ich istnieniu, i wstydzą się, że wzięli w nocy koszulę za ducha lub upiora. 
Jeśliby się chciało dla każdego szczególnego zjawiska od razu przyjmować istnienie osobnego zmysłu luh 
narządu, musiałoby się też u tych ludzi przyjąć osobny organ dla świętych duchów i świętego przed nimi 
strachu,   inny   zaś   narząd   dla   świeckiego   zaprzeczania,   jakoby   istniał   świat   upiorów.   Oczywiście   nic 
łatwiejszego jak dla każdego niezwykłego zjawiska wymyślać osobną przyczynę; lecz już ta łatwość czyni 
podejrzanym taki sposób wyjaśniania.

Co się zaś w szczególności tyczy religii, to nic nas nie uprawnia do tego, abyśmy wyprowadzali ją z 

jakiegoś   szczególnego   uczucia,   z   jakiegoś   osobnego   zmysłu   lub   narządu;   wynikało   to   ze   wszystkich 
dotychczasowych wywodów. Aby tego jeszcze dobitniej dowieść, odwołam się do zmysłów. Nasze poznanie 
przedmiotu możliwe  jest tylko  na podstawie jego przejawów, skutków jego działania, jego manifestacji 
podpadających pod zmysły; dotyczy to również religii. Najważniejszym aktem religii, aktem, który, najlepiej 
odsłania   jej   istotę   a   zarazem   najbardziej   rzuca   się   w   oczy,   jest   modlitwa   lub   nabożeństwo,   które   jest 
modlitwą   widzialną   dla   zmysłów,   wyrażającą   się   w   zmysłowych   gestach   i   rytuałach.   Przyjrzyjmy   się 
rytuałom różnych ludów, a przekonamy się, że uczucia religijne niczym nie różnią się od uczuć w sensie 
właściwym,   od   uczuć,   które   człowiek   miewa   także   poza   religią   i   bez   religii.   Meiners,   który   we 
wspomnianym już dziele zebrał najważniejszy materiał w tej sprawie, jak i w wielu innych, powiada, że 
„najbardziej rozpowszechnionym, najbardziej naturalnym wyrazem korzenia się i przed wyższymi bytami, i 
przed nieograniczonymi władcami, było padanie plackiem na ziemię. Padanie na kolana, choć nie było tak 
powszechne jak padanie na ziemię całym ciałem, było również bardzo częste wśród najrozmaitszych ludów. 
Egipcjanie   czcili   na   klęczkach   zarówno   bogów,   jak   królów   i   ich   zauszników.   Żydom,   podobnie   jak 
mahometanom, nie wolno było siedzieć w czasie modlitwy, gdyż od dawna już na Wschodzie przyzwoitość 
zabraniała poddanym siadać w obecności ich władców, a niewolnikom w obecności panów; klientom nie 
wolno było siadać w obecności patrona, kobietom zaś, dzieciom i sługom w obecności mężów, ojców i 
panów. Na starożytnym Wschodzie, jak i w starożytnej Grecji i Rzymie, od niepamiętnych czasów poddani 
wyrażali cześć i oddanie władcom,  słudzy panom,  a kobiety i dzieci mężom i ojcom w ten sposób, że 
całowali   ich   ręce   albo   kolana,   kraj   szaty,   a   nawet   stopy.   A   to,   co   podwładni   czynili   w   stosunku   do 
przełożonych, to czynili ludzie w ogóle w stosunku do bogów. Całowali więc ręce albo kolana, albo stopy 
boskich wizerunków. Wolni Grecy i Rzymianie ośmielali się całować nawet brodę i usta posągów swoich 
bogów.” Na tym przyldadzie widzimy, że ludzie mają takie same formy oddawania czci i wyrażania uczuć i 
przekonań w stosunku do istot boskich jak w stosunku do ludzi. Przekonania i uczucia, jakie człowiek żywi 
w   stosunku   do   przedmiotu   religijnego,   w   stosunku   do   boga,   żywi   także   w   stosunku   do   przedmiotów 
niereligijnych. Uczucia religijne nie są więc niczym szczególnym i nie istnieje też żadne specyficzne uczucie 
religijne. Człowiek pada na kolana przed bogami; ale to samo czyni przed swymi władcami i w ogóle przed 
tymi, od których zależy jego życie; prosi ich pokornie o zlitowanie, krótko: okazuje tę samą cześć ludziom, 
co bogom. Rzymianie na przykład z tym samym pietyzmem i pobożnością, z jaką czcili bogów, oddawali 
cześć ojczyźnie, krewnym, rodzicom. Pobożność, pietas - mówi Cicero - jest to sprawiedliwość w stosunku 
do bogów, ale pietas to także - mówi w innym miejscu - sprawiedliwość w stosunku do rodziców. Dlatego 
też Valerius Maximus zwraca uwagę na to, że Rzymianie wymierzali tę samą karę za obrozę bogów, co za 
obrazę   rodziców.   A   jeszcze   wyżej   niż   godność   rodziców,   szanowanych   na   równi   z   bogami   -   powiada 
Valerius Maximus w innym miejscu - stał majestat ojczyzny, co znaczy, że najwyższym bogiem Rzymian 
byl Rzym.  U Hindusów, według ksiąg Manu, ojciec rodziny winien codziennie odprawiać pięć wielkich 
religijnych  ceremonii  czyli  sakramentów,  między innymi:  sakrament  człowieka,  sakrament  gościnnności 
oraz sakrament szacunku i czci dla gości. Ten sam Wschód doprowodził też cześć oddawaną książętom do 
najwyższego   stopnia   religijnego  serwilizmu.   W   Chinach  na   przykład   wszyscy   poddani,   a   nawet   głowy 
państw płacących daniny, zmuszani są trzy razy klękać przed cesarzem i dziewięć razy bić czołem o ziemię; 
a kiedy w określone dni miesiąca najwybitniejsi mandarynowie zjawiają się u cesarza, a sam cesarz jest 
nieobecny, muszą oddawać te same pokłony przed pustyni tronem. Ba, nawet przed cesarskimi mandatami i 
pismami trzeba klękać i dziewięć razy dotykać ziemi czołem. Japończycy znów uważają swego cesarza za 
istotę tak wzniosłą, że „tylko wielcy pierwszej kategorii dostępują szczęścia oglądania stóp cesarza - przy 
czym nie wolno im wyżej podnieść oczu”. Właśnie dlatego, że człowiek Wschodu okazuje swym władcom 
najwyższą cześć, do jakiej tylko jest zdolny, jego wyobraźnia czyni z nich bogów i przyozdabia ich we 
wszelkie cechy i tytuły boskości. Powszechnie znane są przesadne tytuły sułtanów i cesarzy chińskich. Lecz 
nawet   pomniejsj   książęta   wschodnio-indyjscy   nazywają   się   „królami   królów,   braćmi   słońca,   księżyca   i 
gwiazd, panami przypływu i odpływu oraz panami oceanu”. U Egipcjan również utożsamiano Faraona z 
bogiem i to tak dalece, że na pewnym wizerunku Faraon Ramzes modli się sam do siebie jako do boga. 
Chrześcijanie przejęli od ludów Wschodu zarówno samą religię jak i boski kult oddawany władcom. Cechy i 
tytuły boskości cesarzy pogańlskich były teź tytułarni pierwszych cesarzy chrześcijańskich. A chrześcijanie 
do dziś dnia odnoszą się do swych panujących z taką pokorą, z taką czołobitnością, z jaką można odnosić się 

91

background image

tylko do boga. Dziś jeszcze w tytułach ich władców jest to sama przesada, co w tytułach, jakimi od wieków 
religijne pochlebstwo usiłowało przydać  wspaniałości  bogom.  Jeszcze  i dzisiaj  różnice  między tytułami 
nadawanymi władzy boskiej i wladzy królewskiej nie są istotne, lecz dotyczą tylko rangi dyplomatycznej. 
Właśnie stąd, że nie ma specjalnego uczucia religijnego, nie ma jakiegoś szczególnego zmysłu religijncgo, a 
więc i specyficznego przedmiotu religii, że nie ma przedmiotu, który by tylko i wyłącznie rościł sobie prawo 
do czci religijnej, stąd pochodzi różnica między bałwochwalstwem i wiarą w boga.

WYKŁAD DWUDZIESTY PIĄTY

Różnica   między   bałwochwalstwem   a   kultem   boga   powstaje   tam,   gdzie   człowiek   przekłada   jakiś 

przedmiot nad inne, wszystko jedno, czy przedmiot ten jest naturalny, zmysłowy czy duchowy, i wyłącznie 
temu przedmiotowi poświęca swe uczucia, których mógłby doznawać także wobec innego przedmiotu, oraz 
okazuje mu cześć, którą mógłby też okazywać innemu. Religia, to znaczy religia, która wypowiada się w 
publicznych wyznaniach i w określonych formach oddawanin bogu czci, jest, jak to twierdzę w dziele o 
Istocie   chrześcijaństwa,   publicznym   wyznaniem   miłości.   Jeśli   jakiś   przedmiot,   np.   kobieta,   posiada 
największą moc nad mężczyzną, jeśli, przynajmniej w jego oczach, jest najwspanialszą i najdoskonalszą 
kobietą, jeśli wywołuje w nim poczucie zależności, przeświadczenie, że bez niej żyć nie może, a w każdym 
razie nie może być szczęśliwy, to taką kobietę mężczyzna czyni przedmiotem swej miłości i czyni ją także, 
przynajmniej tak długo, póki jej nie posiadł, póki jest ona tylko przedmiotem jego pragnień i wyobrażeń - 
przedmiotem najwyższej czci, któremu składa te same ofiary i hołdy, jakie człowiek religijny składa bogu. Z 
religią   -   miłość   też   jest   religią   -   jest   tak  samo.   Religia,   a   przynajmniej   religia   eklektyczna,   krytyczna, 
różnicująca,   oddaje   cześć   drzewu,   ale   nie   byle   jakiemu,   lecz   drzewu   najwyższemu,   najświetniejszemu; 
oddaje ona cześć rzece, ale rzece najpotężniejszej, najbardziej dobroczynnej, jak na przykład Egipcjanie 
czcili Nil, a Hindusi Ganges. Bywa, że religia taka czci źródło, ale nie każde, lecz takie, które wyróżnia się 
szczególnymi właściwościami, jak na przykład dawni Niemcy czcili szczególnie źródła solankowe. Czasem 
znów przedmiotem czci jest świecące ciało niebieskie, ale nie każde, lecz najwspanialsze, a więc słońce, 
księżyc, planety, czasem jakaś inna wyróżniająca się gwiazda; albo też religia oddaje cześć człowiekowi, ale 
nie w byle jakiej postaci, lecz w postaci człowieka pięknego, jak to na przykład czynili Grecy z Egesty w 
stosunku do Filipa z Krotonu, którego ubóstwiali jako najpiękniejszego mężczyznę, mimo iż napadł na ich 
kraj; albo oddaje się cześć władcom, despotom, jak to czynią ludzie Wschodu, albo bohaterom zasłużonym 
dla ojczyzny, jak to czynili Grecy i Rzymianie, albo czci się istotę ludzką w ogóle, ducha, rozum. Wszystkim 
tym rzeczom religia oddaje cześć, ponieważ uważa je za najwspanialsze, najwznioślejsze, najwyższe. Ale tak 
jak miłość, cześć, którą okazuję jednej kobiecie, mogę  okazywać  również wobec innej, tak też kultem, 
którym   otaczam   pewne   drzewo,   mogę   otoczyć   także   inne   drzewo;   na   przykład   Niemcy   czcili   dąb,   a 
Słowianie lipę; czcią, jaką otaczam wyabstrahowaną istotę człowieka, ducha, mogę darzyć też człowieka 
rzeczywistego, indywidualnego; uwielbiam wyabstrahowaną istotę przyrody oraz istotę, którą uważam za jej 
przyczynę, a więc boga, stwórcę, lecz uwielbienie to mogę okazać także zmysłowej istocie przyrody, a więc 
jakiemukolwiek   stworzeniu;   zmysłowa   istota   bowiem   lub   stworzenie   ma   za   sobą   wszystkie   zmysły 
człowieka, gdy tymczasem istota niezmysłowa ma wszystkie zmysły przeciwko sobie i wywiera dlatego o 
wiele mniejszy wpływ  na człowieka. Stąd bierze się w religii zazdrość, zazdrość jej przedmiotu,  boga. 
Jestem   bogiem   zazdrosnym,   mówi   Jehowa   w   Starym   Testamencie.   Ten   zwrot   żydzi   i   chrześcijanie 
powtarzali potem w tysiącach wariantów. A zazdrosny jest bóg, a raczej bywa przedstawiany jako zazdrosny 
dlatego, że uczucia, afekty i postawy oddania, miłości, czci, zaufania, strachu można przenieść również na 
inne przedmioty, na innych bogów, na inne istoty, jak na przykład na twory przyrody i na ludzi. Tymczasem 
bóg chciałby to wszystko mieć tylko dla siebie. Różnica między bałwochwalstwem a wiarą w boga powstaje 
dopiero na skutek tak zwanego prawa pozytywnego, to znaczy prawa arbitralnego. Nie ufajcie człowiekowi, 
lecz ufajcie mnie; nie bójcie się zjawisk przyrody, lecz tylko mnie; nie módlcie się do gwiazd, jakby to od 
nich pochodziło wasze dobro i szczęście, lecz módlcie się do mnie, który gwiazdy dla was stworzyłem - tak 
Jehowa i w ogóle bóg monoteistyczny przemawia do swoich sług, by uchronić ich przed bałwochwalstwem. 
Gdyby   jednak   istniało   jakieś   specjalne   uczucie   religijne,   gdyby   istniał   jakiś   specjalny   zmysł   religijny, 
Jehowa nie musiałby mówić ani przykazywać, aby ludzie tylko jemu ufali i służyli. Wszak nie potrzebuję 
rozkazywać oku: nie słuchaj, nie służ dźwiękom, ani rozkazywać uchu: nie patrz, nie przyjmuj światła! 
Podobnie też przedmiot religii nie potrzebowalby mówić człowiekowi: winieneś służyć tylko mnie, gdyby 
istniał osobny zmysł dla religii; gdyż zmysł religijny tak samo nie zwracałby się do innego, niereligijnego 
przedmiotu, jak ucho nie zwraca się do światłn, a oko do dźwięku, który jest przedmiotem ucha. I jak oko nie 
jest zazdrosne o ucho, jak nie żywi najmniejszej obawy, żeby ucho nie zabrało mu jego przedmiotu i nie 
przywłaszczyło   go   sobie,   tak   i   bóg   nie   miałby   żadnych   podstaw   do   zazdrości   w   stosunku   do   tworów 
przyrody  i  ludzi,  gdyby   istniał  zmysł  wyłącznie   religijny i  boski,   zmysł   przeznaczony tylko   dla   niego. 
Zmyslem   religii   jest   uczucie,   wyobraźnia,   pragnienie   lub   dążenie   do   szczęścia.   Lecz   uczucia   te   nie 

92

background image

rozciągają  się  w  żadnym  wypadku  tylko   na  przedmioty  specjalne,  a  więc  na  te,  które  określa  się  jako 
religijne, przyjmując, że takie istnieją; gdyż każdy przedmiot, każda siła, każde zjawisko, zarówno ludzkie 
jak przyrodnicze, może stać się przedmiotem religii. Faktycznie jednak przedmiotem religii, przynajmniej 
jeśli chodzi o religię we właściwym sensie, staje się przedmiot fantazji lub uczucia, przedmiot popędu do 
szczęścia, tylko w szczególnych okolicznościach. Okoliczności te wyłuszczyłem już wyżej, Chodzi tu o 
sytuacje,   w   których   człowiekowi   brak   wiedzy,   nauki,   krytycyzmu,   zdolności   rozróżniania   tego,   co 
subiektywne, od tego, co obiektywne, i dlatego dany przedmiot lub istota nie jest dlań zarazem tym, czym 
jest sam w sobie, czym jest w rzeczywistości, czym jest jako przedmiot rozumu i zmysłów, lecz jest tylko 
takim przedmiotem, jakim widzi go uczucie, fantazja i popęd do szczęścia. Niewątpliwie i dla naturalisty 
przyroda   jest   przedmiotem   popędu   do   szczęśliwości.   Któż   bowiem   potrafi   być   szczęśliwy   w   lochu 
więziennym,   bez   przestrzeni,   bez   powietrza,   bez   światła?   I   dla   naturalisty   przyroda   jest   przedmiotem 
wyobraźni, a nawet fantazji, jest przedmiotem uczucia, a nawet przedmiotem poczucia zależności, lecz tylko 
na podstawie swej istoty rzeczywistej, obiektywnej. Dla tego też u na naturalisty dążenie do szczęścia nie 
błąka się wśród mroków, jego uczucie nie jest wybujałe, jego fantazja jest pozbawiona przesady, która by 
mu kazała patrzyć na przyrodę jako na istotę subiektywną, tzn, istotę osobową, własnowolną, łaskawą lub 
niełaskawą, karzącą i nagradzającą; na istotę, która by zatem ze swej natury miała być przedmiotem ofiar i 
pokuty, pieśni pochwalnych i dziękczynnych, próśb błagalnych na klęczkach, to znaczy przedmiotem religii. 
Albo, żeby dać jeszcze inny przykład, także naturalista czy humanista oddaje cześć zmarłym, lecz nie jest to 
cześć   religijna   lub   boska.   Naturalista   bowiem   nie   przekształca   istot   tylko   wyobrażonych   w   istoty 
rzeczywiste, osobowe, tak jak to robi wyobraźnia religijna. Uczuć, które budzi w nim zmarły, naturalista nie 
przenosi na przedmiot, gdyż nie uważa zmarłych za istoty straszne i groźne i w ogóle nie uważa ich za istoty, 
które mają jeszcze wolę lub możność szkodzenia albo pomagania, które zatem należałoby czcić, prosić, 
błagać, łagodzić i bać się ich, jak gdyby były istotami rzeczywistymi.

Lecz  wróćmy do naszego właściwego tematu.  Przejście od pogaństwa  do chrześcijaństwa,  od religii 

przyrody do religii ducha lub religii człowieka wyjaśniłem przy pomocy wyobraźni. Wykazalem najpierw, 
że bóg jest obrazem, jest tworem (Wesen) wyobraźni, przy czym od razu ukazałem różnice; między bogiem 
chrześcijańskim czyli monoteistycznym, a bogiem pogańskim czyli politeistycznym, różnicę polegającą na 
tym,  że bóg pogański jest obrazem materialnym,  cielesnym  indywidualnym,  bóg zaś chrześcijański jest 
obrazem duchowym, jest słowem; a więc, aby poznać istotę boga chrześcijańskiego, wystarczy poznać istotę 
słowa.   Na   tym   jednak   poprzestałem   przy   wyprowadzaniu   religii   z   wyobraźni;   odróżniłem   wytwory 
wyobraźni religijnej od urojeń lub fikcji czysto poetyckich, wykazałem, że wyobraźnia religijna działa tylko 
w związku z poczuciem zależności, że bogowie są nie tylko tworami (Wesen) wyobraźni, lecz są również 
przedmiotem   potrzeby   serca,   przedmiotem   tych   uczuć,   które   człowiek   przeżywa   w   najważniejszych 
chwilach życia, w szczęściu i nieszczęściu. Właśnie dlatego, że człowiek stara się uzyskać rzeczy przyjemne, 
dobre,   a   oddalić   rzeczy   przykre,   złe,   bogowie   są   także   przedmiotem   dążenia   do   szczęścia,   pragnienia 
szczęśliwości. Ten punkt uwidocznil nam różnice; między religią i wiedzą, między modlitwą i pracą. Religia 
podobna jest do wiedzy,  do kultury i pracy o tyle,  że ma  identyczne  cele, ale pragnie je osiągnąć bez 
narzędzi kultury.  Potrąciwszy w ten sposób o tę różnicę, wróćmy do religii jako do sprawy dotyczącej 
popędu   do   szczęśliiwości.   Wypowiedziałem   przy   tej   sposobności   śmiałe   zdanie:   bogowie   są 
urzeczywistnionymi   albo  wyobrażonymi   jako  rzeczywiste   istoty  pragnieniami   człowieka;   bóg  jest   tylko 
właściwym   człowiekowi   popędem   do   szczęśliwości,   zaspokojonym   w   jego   wyobrażni.   Zaznaczyłem 
jednakże, że bogowie są tak różni, jak różne są życzenia ludzi i ludów; choć bowiem wszyscy ludzie chcą 
być szczęśliwi, to jednak nie dla wszystkich przedmiotem szczęśliwości jest ta sama rzecz. Poganie mają 
przeto innych bogów niż chrześcijanie, bo mają zgoła inne życzenia. Albo inaczej: różnica między bogiem 
chrześcjańskim a bogiem pogańskim polega jedynie  na różnicy między pragnieniami  chrześcijańskimi  a 
pragnieniami pogańskimi. „Jakie twe serce, taki twój Bóg” - mówi Luter. Meiners zaś w cytowanym już 
dziele pisze: „Wszystkie ludy do chwili powstania chrześcijaństwa błagały bogów tylko o dobra doczesne i o 
odwrócenie doczesnego zła. Dzikie ludy rybackie i myśliwskie modliły się do swych bogów, aby sprzyjały 
im w połowach i polowaniach; ludy pasterskie modliły się, aby bogowie sprzyjali ich trzodom i pastwiskom, 
ludy rolnicze, by sprzyjali ich niwom i ogrodom. Wszystkie ludy bez wyjątku modliły się o zdrowie i długie 
życie   dla   siebie   i   swych   najbliższych,   o   bogactwo,   dobrą   pogodę   i   zwycięstwo   nad   wrogami   i 
przeciwnikami”.   Znaczy  to,   że   poganie   mieli   pragnienia   ograniczone,   zmysłowe,   materialne,   a   mówiąc 
językiem chrześcijan: pragnienia ziemskie, cielesne. I dlatego też mieli bogów materialnych, zmysłowych, 
ograniczonych,   i   tylu,   ile   istnieje   upragnionych   dóbr   zmysłowych.   Mieli   i   więc   boga   bogactwa,   boga 
zdrowia, boga szczęścia, boga powodzenia itd. Ponieważ zaś pragnienia ludzi zależą od ich stanu, od rodzaju 
ich   zajęć,   stąd   każdy   stan   miał   u   Greków   i   Rzymian   swoich   osobnych   bogów:   pasterz   miał   bogów 
pasterskich,  rolnik  - bogów  wieśniaków,  kupiec  miał   swego  Merkurego,  do  którego modlił  się  o  zysk. 
Przedmioty pragnień pogan nie były wcale „nieetyczne”. Nie jest bowiem rzeczą nieetyczną życzyć sobie 
zdrowia - przeciwnie, jest to całkiem zrozumiałe życzenie; nie jest rzeczą nieetyczną życzyć sobie bogactwa 

93

background image

- wszak nawet sami  chrześcijanie dziękują bogu za  wielki spadek lub jakiś  inny szczęśliwy traf,  który 
pomnożył ich majątek. Nieetyczne a raczej nieludzkie - bo tylko to, co nieludzkie, jest nieetyczne - były 
pragnienia lub modły pogan do bogów o bogactwo tylko wtedy, kiedy na przykład prosili o śmierć krewnych 
lub   rodziców,   by  tą   drogą   wejść   w   posiadanie   majątku.   Pragnienia   pogan   nie   wykraczały   poza   naturę 
człowieka, poza granice tego życia, poza granice rzeczywistego, zmysłowego świata. Ale właśnie dlatego 
bogowie ich nie byli istotami tak nieograniczonymi, tak supranaturalistycznymi, tzn. tak nadnaturalnymi jak 
bóg chrześcijański. Nie! Jak życzenia pogan nie były ani pozaświatowe, ani ponadświatowe, tak też nie byli 
takimi ich bogowie. Raczej tworzyli oni jedność ze światem, byli istotami z tego świata. Bóg chrześcijański 
robi ze światem, co mu się podoba: tworzy go z niczego, ponieważ świat jest dla niego niczym, ponieważ on 
sam   istniał,   gdy  świata   jeszcze   nie   było.   Natomiast.   bóg   pogański   jest   w   swym   tworzeniu   i   działaniu 
uzależniony od materiału, od materii. Nawet ci filozofowie pogańscy, którzy najbardziej zbliżali się do pojęć 
i   wyobrażeń   chrześcijańskich,   wierzyli   w   wieczność   materii,   tego   podstawowego   pierwiastka   świata,   i 
uważali  swego boga  tylko  za  budowniczego świata,  a nie  za jego stwórcę. Ale  bóg pogan dlatego był 
związany z materią, że ich pragnienia i myśli  byly związane z materią, z treścią rzeczywistego świata. 
Poganin nie oddzielał siebie od świata, od przyrody;  mógł uważać się tylko za jej cząstkę i dlatego nie 
posiadał boga odmiennego i oderwanego od świata. Świat był dla niego istotą wspaniałą, boską lub raczej 
czymś   najwznioślejszym,   najpiękniejszym,   co   można   sobie   pomyśleć.   Dla   pogańskich   filozofów 
teistycznych słowa: bóg, świat, przyroda znaczyły jedno i to samo. Jakim jest człowiek, takim jest jego bóg; 
pogański bóg jest obrazem człowieka-poganina albo - jak to określam w pracy o Istocie chrześcijaństwa - 
uprzedmiotowioną, przedstawioną jako istota samodzielna istotą poganina. Wspólną albo jednakową cechą 
różnych bogów czyli różnych religii jest tylko to, co jest jednakowe w ludzkiej naturze. Choć ludzie są tak 
różni,   to   przecież   wszyscy   są   ludżmi,   i   na   tym   podobieństwie   i   jedności   rodzaju   ludzkiego,   ludzkiej 
organizacji,   polega   podobieństwo   bogów.   Etiopowie   wyobrażają   sobie   boga   czarnym   jak   oni;   ludzie 
Kaukazu wyobrażają go sobie takim, jaką jest barwa ich skóry; lecz wszyscy wyposażają bogów w ludzką 
postać,   w   ludzką   istotę.   Lekkomyślnością   byłoby   jednak   zapominać   o   różnorodności   bogów;   gdyż   dla 
poganina bogiem jest tylko jego bóg pogański, bóg identyczny z tym, co poganina różni od innych ludzi i 
ludów; i tak samo  dla chrześcijanina  bogiem jest  tylko  jego bóg chrześcijański.  Właśnie  dlatego wielu 
ortodoksyjnych chrześcijan odmawiało poganom wiary w boga, że bogowie pogan nie są bogami w sensie 
chrześcijan i już samą swą ilością przeczą pojęciu boga chrześcijańskiego. Ale bóg chrześcijailski jest też 
tylko istotą człowieka-chrześcijanina, uczłowieczoną, uprzedmiotowioną i przedstawioną przez wyobraźnię 
jako   istota   samodzielna.   Chrześcijanin   żywi   pragnienia   nadziemskie,   ponadzmysłowe,   ponadludzkie, 
ponadświatowe.   Chrześcijanin,   a   w   kaźdym   razie   chrześcijanin   prawdziwy,   który   nie   przejął   żadnych 
pierwiastków pogańskich, jak to ma miejsce u współczesnych światowych chrześcijan z imienia, nie pragnie 
ani bogactwa, ani zaszczytów, ani długiego życia, ani zdrowia. Czymże  bowiem jest zdrowie w oczach 
chrześcijanina? Całe to życie nie jest przecież niczym innym jak jedną chorobą. Tylko w żywocie wiecznym 
jest zdrowie prawdziwe, jak powiada św. Augustyn. A czymże jest długie życie w pojęciu chrześcijanina? W 
porównaniu z wiecznością, która mu się marzy, najdłuższy żywot jest przecież znikomą chwilką. Czym jest 
zaś   ziemska   wspaniałość   i   sława?   W   zestawieniu   z   niebiańską   chwałą   jest   tym   samym,   czym   ognik 
świętojański   w   porównaniu   z   blaskiem   słonecznym.   Ale   właśnie   ze   względu   na   takie   pragnienia 
chrześcijanin ma boga nadziemskiego, nadludzkiego, pozaświatowego i ponadświatowego. Chrześcijanin nie 
uważa też siebie za część natury, za cząstkę świata, jak to czyni poganin. „Nie mamy tu stałej siedziby, lecz 
szukamy przyszłej” - mówi Biblia. „Nasze życie - tzn. nasza przynależność, nasza ojczyzna - jest w niebie”. 
A ojciec kościoła Laktancjusz mówi wyrażnie: „Człowiek nie jest ani wytworem świata, ani jego częścią”. 
Według Ambrożego zaś „człowiek jest ponad światem”. „Jedna dusza jest lepsza niźli cały świat” - mówi 
Luter. Chrześcijanin uznaje niezależną przyczynę  przyrody,  uznaje pana przyrody,  którego woli i słowu 
przyroda   jest   posłuszna;   uznaje   boga,   którego   nie   obowiązuje   tak   zwany   związek   przyczynowy   ani 
konieczność, ów łańcuch, który łączy skutek z przyczyną, a przyczynę z dalszą przyczyną. Tymczasem bóg 
pogański jest skrępowany koniecznością przyrody i nawet swych ulubieńców nie może wybawić od fatalnej 
konieczności   śmierci.   Chrześcijanin   jednak   uznaje   przyczynę   niezależną,   ponieważ   sam   w   swych 
pragnieniach nie liczy się ani ze związkiem, ani z koniecznością przyrody. Chrześcijanin pragnie i wierzy w 
istnienie   takiej   egzystencji,   takiego   życia,   w   którym   byłby   wolny   od   wszelkich   potrzeb   i   wszelkiej 
konieczności przyrody, w którym żyłby nie oddychając, nie śpiąc, nie jedząc, nie pijąc, nie płodząc i nie 
rodząc. Tymczasem u pogan nawet bóg podlega konieczności snu, miłości, jedzenia i picia; powód tego leży 
w tym, że poganin nie oderwał się od konieczności przyrody i nie potrafił pomyśleć sobie egzystencji bez 
potrzeb   naturalnych.   Chrześcijanin   przeto   pragnie   wyzwolić   się   od   wszystkich   potrzeb   i   konieczności 
przyrody i realizuje te swoje pragnienia w istocie, która jest rzeczywiście od niej niezależna, która potrafi 
usunąć   i   przekreślić   wszystkie   naturalne   przeszkody   stojące   na   drodze   do   urzeczywistnienia   tych 
chrześcijańskich życzeń i która ma kiedyś rzeczywiście tego dokonać. Boć przecież przyroda jest jedyną 
przeszkodą dla ludzkich pragnień. Pragnieniu latania jak anioł lub znalezieniu się w mig w upragnionym 

94

background image

dalekim miejscu przeszkadza ciężar; pragnieniu, aby bez przerwy oddawać się religijnym rozmyślaniom i 
uczuciom, stoi na przeszkodzie konieczność zaspokajania potrzeb cielesnych; pragnieniu, by być wolnym od 
grzechu, a więc, co na jedno wychodzi, by być szczęśliwym, przeszkadza cielesność i zmysłowość mojej 
egzystencji; pragnieniu, aby żyć wiecznie, to jest urzeczywistnieniu tego pragnienia stoi na przeszkodzie 
śmierć,   konieczność   prawa   skończoności,   śmiertelności.   Wszystkie   te   pragnienia   chrześcijanin 
urzeczywistnia albo stara się zapewnić sobie możliwość ich urzeczywistnienia dzięki istocie, która w jego 
wyobraźni stoi ponad i poza przyrodą; wbrew woli tej istoty przyroda nic nie znaczy i nic nie potrafi. Czym 
czlowiek nie jest, a czym pragnąłby być, to czyni swoim bogiem lub to jest jego bogiem. Chrześcijanin 
pragnąłby   być   istotą   doskonałą,   bezgrzeszną,   bezzmysłową,   nie   podlegającą   żadnym   zmysłowym 
potrzebom,  istotą  szczęśliwą,  nieśmiertelną,  boską  - ale  nią  nie  jest;  przedstawia  sobie  zatem to,  czym 
chciałby być i czym spodziewa się kiedyś zostać, jako odmienną od siebie istotę, którą nazywa bogiem, a 
która w gruncie rzeczy nie jest niczym innym jak istotą jego własnych nadnaturalnych pragnień, a więc jego 
własną istotą wykraczającą poza granice natury. Wiara w to, że świat wziął początek od istoty własnowolnej, 
pozaświatowej,   nadnaturalnej   jest   jak   najściślej   związana   z   wiarą   w   wieczne   życie   niebieskie. 
Chrześcijaninowi potrzeba rękojmi, że wszystkie  jego nadnaturalne pragnienia zostaną spełnione, a taką 
rękojmią jest tylko to, że przyroda zależy od istoty nadnaturalnej, że istnieje tylko dzięki jej kaprysowi. Jeśli 
przyroda nie pochodzi od boga, jeśli pochodzi z samej siebie, jeśli jest konieczna, to konieczna jest również 
śmierć, a tym samym wszystkie prawa albo konieczności przyrody, którym podlega życie ludzkie, są nie do 
usunięcia, nie do przezwyciężenia. Jeżeli przyroda nie ma początku, nie ma też końca. Chrześcijanin wierzy 
jednak w koniec przyrody i świata, i pragnie go; wierzy i życzy sobie, aby wszystkie urządzenia przyrody i 
jej konieczności kiedyś przestały istnieć; musi więc też wierzyć w początek przyrody,  cielesnego bytu i 
życia,   i   to   w   początek   duchowy,   arbitralny.   Koniecznym   warunkiem   końca   jest   początek;   koniecznym 
warunkiem wiary w nieśmiertelność jest wiara w boską wszechmoc, która nawet zmarłym wraca życie, dla 
której nie ma  nic niemożliwego, dla której nie istnieje żadne prawo przyrody,  żadna konieczność. Przy 
pomocy tezy o stworzeniu świata z niczego, co przecież jest największym wyczynem wszechmocy boskiej, 
człowiek - jak mówię w Istocie chrześcijaństwa - stwarza sobie pewność, albo, wyrażając to lepiej, szuka 
pociechy w wierze, że ten świat jest nicością i że jest bezsilny wobec człowieka. „Nasz Pan - mówi Luter - 
większy jest niż cały świat; nasz Pan jest tak potężny, że wystarczy jego słowo, aby powstała jakakolwiek 
rzecz.   I   czegóż   mamy   się   obawiać,   jeśli   On   jest   nam   przychylny”.   A   w   objaśnieniach   do   Ksiąg 
Mojżeszowych Luter powiada: „Kto wierzy, że Bóg jest Stwórcą, który z niczego potrafi stworzyć wszystko, 
ten z konieczności musi także przyjąć i ten wniosek, że Bóg potrafi też przywrócić życie zmarłym”. Toteż 
wiara w boga, przynajmniej w boga w sensie chrześcijańskim, a więc w boga chrześcijańskiego, pociąga za 
sobą wiarę w cudy.

WYKŁAD DWUDZIESTY SZÓSTY

Pojęcie cudu to jedno z najważniejszych pojęć, jeśli się chce poznać istotę religii, a w szczególności istotę 

religii   chrześcijańskiej.   Będziemy   musieli   przeto   się   przy  nim  zatrzymać.   Przede   wszystkim   należy  się 
wystrzegać   mieszania   cudów   religijnych   z   tak   zwanymi   cudami   przyrody,   jak   to   uczynił   np.   pewien 
astronom, zaopatrując swoje dzieło o astronomii w tytuł Cudy nieba, albo też pewien Anglik, dając swemu 
dziełu o geologii czyli dziejach ziemi tytuł Cudy geologii. Cudy przyrody budzą w nas podziw i zdumienie, 
ponieważ   wykraczają   poza   krąg   naszych   ograniczonych   pojęć,   naszych   zwykłych,   najprostszych 
doświadczeń i wyobrażeń. Tak więc na przykład podziwiamy skamieniałe szkielety zwierząt, które niegdyś 
żyły na ziemi,  a więc szkielety dinotheriów i megatheriów, ichtiozaurów i plezjozaurów; wielkość tych 
olbrzymich jaszczurów daleko przekracza miarę, do której przywykliśmy u zwierząt nam współczesnych. 
Ale cudy religijne nie mają nic wspólnego z dinotheriami, megatheriami, ichtiozaurami  i plezjozaurami 
geologii. Tak zwane cudy natury są cudami dla nas, lecz same w sobie nimi nie są ani też nie są nimi dla 
natury;   cudy  te  mają  swoją  podstawę  w  samej  istocie  przyrody,  bez  względu  na  to,  czy ją  poznamy  i 
pojmiemy czy nie. Natomiast teistyczne, religijne cudy przekraczają siły natury; nie tylko nie mają żadnej 
podstawy w jej istocie, lecz nawet jej przeczą; są dowodem istnienia i dziełem istoty odmiennej od przyrody, 
nienaturalnej   i   nadnaturalnej.   Uczony   Vossius,   na   przykład,   w   swym   dziele   o   początkach   i   rozwoju 
pogaństwa powiada, że „jakkolwiek bóg ustanowił porządek we wszechświecie, to nie wyrzekł się prawa do 
zmiany   tego   porządku,   ponieważ   raz   nakazał   nawet   słońcu   zatrzymać   się   w   biegu.   Wbrew   przeto 
porządkowi   natury,   który  uchodzi   za   konieczny,   wbrew   konieczności   natury,   na   rozkaz   boży  dziewica 
urodziła dziecko, ślepi odzyskiwali wzrok, a umarli powracali do życia”.

Aby   cudom   religijnym   nadać   więcej   wiarygodności,   powoływano   się   stale   na   cuda   przyrody,   które 

przecież nie są żadnymi cudami. Chwyt ten jednak należy do rzędu tych licznych, pobożnych oszustw, na 
które pozwalano sobie we wszystkich czasach i wszystkich religiach, aby ogłupiać ludzi i utrzymywać ich w 
religijnej niewoli. Różnica między jednymi i drugimi cudami staje się jaskrawo widoczna już choćby w tym, 

95

background image

że cud przyrody jest dla człowieka czymś zgoła obojętnym, podczas gdy cud religijny mocno go interesuje, 
bo wchodzi tu w grę jego egoizm. Cud religijny ma zatem swe źródło nie w przyrodzie zewnętrznej, ale w 
człowieku. Cud religijny uwarunkowany jest ludzkim pragnieniem, ludzką potrzebą. Cudy religijne powstają 
tylko w potrzebie, powstają tylko tam, gdzie człowiek chciałby uwolnić się od jakiegoś zła, od którego nie 
może się uwolnić w normalny, naturalny sposób. W cudach uzmysławia się istota religii. Jak religia tak i 
cudy nie są tylko sprawą uczucia lub fantazji, lecz są także sprawą woli i popędu do szczęśliwości. Dlatego 
też   w  Istocie   chrześcijaństwa  określam   cud   jako   zrealizowane   nadnaturalistyczne   życzenie,   to   znaczy 
życzenie   ponadnaturalne,   urzeczywistnione  lub wyobrażone  jako urzeczywistnione.   Powiadam:  życzenie 
ponadnaturalne,   gdyż   życzenia   chrześcijanina   wykraczają   poza   granice   natury   i   świata   zarówno   pod 
względem przedmiotu jak treści. Życzenia zresztą są w ogóle, przynajmniej co do formy, co do sposobu, w 
jakim chcą być  urzeczywistnione, czymś  nadnaturalistycznym.  Życzę  sobie na przykład być  w domu, a 
tymczasem   wędruję   daleko   po   świecie.   Przedmiot   tego   życzenia   nie   jest   niczym   nienaturalnym   lub 
ponadnaturalnym; mogę bowiem spełnić je w sposób naturalny; wystarczy mi pojechać do domu. Ale istotą 
życzenia jest właśnie to, że chciałbym być w domu nie tracąc czasu, chciałbym być faktycznie tam, gdzie 
jestem tylko myślami. Przyjrzyjmy się cudom bliżej, a zobaczymy, że obiektywizuje się w nich, uzmysławia 
i urzeczywistnia nie co innego jak tylko istota życzenia. Chrystus uzdrawia chorych; uzdrawianie chorych 
nie jest jednak żadnym cudem; iluż bowiem chorych wraca do zdrowia na naturalnej drodze! Ale Chrystus 
uzdrawia   chorych   w   taki   sposób,   w   jaki   chcieliby   być   uzdrowieni,   tzn.   natychmiast,   bez   długich, 
kłopotliwych i kosztownych zabiegów, nieodłącznych przy naturalnych sposobach leczenia. Luter powiada: 
„Wystarczy, że Chrystus powie: bądź zdrowy, a będziesz zdrowy. Chrystus nie potrzebuje więc żadnego 
lekarstwa, uzdrawia bowiem samym tylko słowem”. Chrystus leczy chorych nawet na odległość; nie musi 
być wcale na miejscu, aby kogoś uzdrowić; ale bo też choremu jest nieraz ciężko doczekać się lekarza i w 
życzeniu   swym   wyczarowuje   z   daleka   to,   czego   pragnie;   życzenie   nie   wiąże   się   ani   z   czasem,   ani   z 
przestrzenią, życzenie nie zna granic, nie jest niczym skrępowane, jest wolne jak bóg. A Chrystus uzdrawia 
nie tylko takie choroby, które można by było uleczyć na naturalnej drodze; Chrystus leczy również choroby 
nieuleczalne; ślepych od urodzenia obdarza wzrokiem (sztuka ludzka tukże leczy ślepych od urodzenia, ale 
tylko w tych wypadkach, kiedy ślepota jest uleczalna, kiedy zatem wyleczenie nie jest żadnym cudem - 
przyp. aut.). „Od początku świata nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby 
on nie był od Boga, nie mógłby tego uczynić”. Ale i ta boska moc czynienia cudów uzmysławia i uobecnia 
nam   tylko   siłę   ludzkich   życzeń,   dla   których   nie   ma   nic   niemożliwego   ani   nieuleczalnego.   Chrystus 
wskrzeszał zmarłych, a więc na przykład Łazarza, „który od czterech dni leżał w grobie” i „już cuchnął, 
gdyż leżał cztery dni”. Ale my codziennie wskrzeszamy drogich nam zmarłych w naszych pragnieniach, w 
naszej fantazji. Oczywiście dla nas wszystko kończy się na pragnieniu, na fantazji. Ale bóg może spełnić to, 
czego człowiek sobie życzy;  to znaczy wyobraźnia religijna realizuje w postaci swych bogów życzenia 
człowieka. Wiara w boga i wiara w cudy są zatem jednym i tym samym; cud i bóg różnią się tylko tak, jak 
różnią się działanie i istota, która działa. Cudy są dowodami, że cudotwórcza istota jest wszechmocna, to 
znaczy jest istotą, która może spełnić wszystkie życzenia człowieka, a człowiek za to określa ją i czci jako 
istotę boską. Bóg, który nie czyniłby cudów, nie mógłby spełniać łudzkich życzeń;  musiałby więc być 
głuchy na wszystkie modły, za wyjątkiem tych, których spełnienie ma podstawę w samym biegu przyrody, 
jest możliwe w sposób naturalny; modły te spełniałyby się więc i bez boga, bez modlitwy. Lecz taki bóg 
byłby   bogiem   niepotrzebnym,   bezużytecznym.   Nie   ma   nic   bardziej   powierzchownego   i   dowolnego   niż 
sposób,   w   jaki   współcześni   chrześcijanie,   tzw.   ludzie   wierzący   rozumowo   lub   wierzący   racjonaliści, 
obchodzą   się   z   cudami;   zaprzeczają   oni   cudom   a   jednocześnie   pragną   zachować   chrześcijaństwo   i 
chrześcijańskiego boga; cudy wyjaśniają w sposób naturalny, a zatem niszczą cały sens, jaki cud posiada i 
powinien posiadać; tak więc czy inaczej w najbardziej lekkomyślny sposób przechodzą nad cudami  do 
porządku.   Pewien   współczesny,   już   poprzednio   wymieniony   wierzący   racjonalista,   na   poparcie   swych 
powierzchownych i lekkomyślnych wywodów o cudach przytacza nawet następujący wyjątek z pism Lutra: 
„Słowa Chrystusa znaczą więcej niż jego dzieła i czyny; gdybyśmy musieli wyrzec się albo jednych, albo 
drugich, lepiej byłoby wyrzec się czynów i dziejów Chrystusa niż jego słów i nauki; i dlatego należy chwalić 
najbardziej   te   księgi,   które   zawierają   najwięcej   nauki   i   słów   Chrystusa.   Gdyby   nawet   nie   było   cudów 
Chrystusa, gdybyśmy o nich nie wiedzieli, to jednak mielibyśmy dużo mając Jego słowa, bez których nie 
moglibyśmy posiąść żywota”. Otóż, jeśli Luter tu i ówdzie zajmuje wobec cudów obojętną postawę, to ma 
na myśli tylko takie wypadki, w których cudów nie rozpatruje się w sensie religijnym i z wiarą, lecz tylko 
jako zdarzenia historyczne, to znaczy jako przeszłe, martwe fakty. Cóż z tego innym ludziom, że ten lub ów 
Żyd został cudownie uzdrowiony, a inny znów nakarmiony w cudowny sposób? Cud jako fakt historyczny 
ma znaczenie tylko dla czasu i miejsca, w którym się przydarzył; o tyle więc cud, jak mówią wierzący 
racjonaliści, ma wartość względną, wartość tylko dla współczesnych, na których oczach się dokonał i którym 
przyniósł korzyść. Ale to właśnie nie jest prawdziwy religijny sens cudu. Cud ma być faktycznym dowodem, 
że cudotwórca jest istotą wszechmocną, nadnaturalną, boską. Nie cud mamy podziwiać, lecz jego przyczynę, 

96

background image

ową istotę, która go sprawia i może dokazać innych podobnych, kiedy wymaga tego potrzeba człowieka. 
Niewątpliwie słowo i nauka mają większe znaczenie niż dzieło, ponieważ dzieło przynosi korzyść tylko 
jednostkom i jest związane z czasem i miejscem, gdy tymczasem słowo dociera wszędzie i nie traci swej 
wartości także w naszych czasach. Ale cud, o ile go dobrze rozumiem, mówi to samo, co słowo i nauka, z 
tym, że nauka wypowiada ogólnie, w słowach to, co cud oznajmia przy pomocy zmysłowych przykładów. 
Słowo mówi: „Jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie uwierzy, będzie żył, choćby umarł. Kto 
zaś   żyje   i   wierzy  we   mnie,   ten  nie   umrze   nigdy”.   Cóż   jednak  mówi   cud  wskrzeszenia   Łazarza?   Albo 
zmartwychwstanie   samego   Chrystusa?   Mówi   to   samo,   lecz   na   przykładach   i   w   sposób   zmysłowy,   na 
poszczególnych  faktach potwierdza  to, co słowo powiada w ogólności. Cud jest przeto również nauką, 
słowem,   tylko   że   słowem   udramatyzowanym,   widowiskiem.   Cud   -   jak   to   wyjaśniam   w  Istocie 
chrześcijaństwa
  - ma  znaczenie ogólne, znaczenie przykładu. „Cudy te napisano przed nami, którzyśmy 
zostali wybrani”, mówi Luter. „Cud przejścia przez Morze Czerwone służy jako obraz, wzór, przykład, by 
nam pokazać, że i nam tak się przytrafi”, to znaczy, że w podobnej potrzebie bóg dokona podobnych cudów. 
Jeśli więc Luter lekceważąco mówi  o cudach, to dotyczy to tylko  cudów rozpatrywanych  jako martwe 
zdarzenia, które należą do historii i nic nas już nie obchodzą. Lecz z tym samym lekceważeniem mówi Luter 
także o innych przedmiotach, ba, o wszystkich naukach, wszystkich artykułach wiary, o ile się je rozpatruje 
tylko historycznie, jeśli nie zestawia się ich z teraźniejszością, z żyjącymi  ludźmi. Podobnie wyraża się 
nawet o bogu, o ile rozpatruje się go jako istotę samą dla siebie, a nie jako istotę, która ma znaczenie dla 
człowieka. Wystarczy w tym celu porównać wyjątki przytoczone przeze mnie w Istocie wiary w rozumieniu 
Lutra
. Gdy przeto Luter lekceważąco mówi o cudach, to sens tego lekceważenia jest następujący: Cóż ci 
przyjdzie z wiary,  że Chrystus wskrzesił Łazarza, jeżeli nie wierzysz, że gdy zechce, może  wskrzesić i 
ciebie, i twego brata, i twoje dziecko? Na cóż przyda ci się wiara, że Chrystus nakarmił pięć tysięcy ludzi 
pięcioma chlebami jęczmiennymi,  jeśli nie wierzysz, że potrafi nakarmić i ciebie, i w ogóle wszystkich 
głodnych taką samą znikomą ilością pożywienia albo i w ogóle bez niego, gdy tylko zechce? Stąd możliwość 
cudów widział Luter nie tylko w pierwszych czasach chrześcijaństwa, kiedy to, jak się twierdzi powszechnie, 
cudy   były   konieczne   dla   rozprzestrzenienia   się   wiary   chrześcijańskiej.   Nawiasem   mówiąc   jest   to 
rozróżnienie niedorzeczne! Cudy bowiem są konieczne albo zawsze, albo nigdy. I tak na przykład cudy 
nigdy chyba nie były bardziej konieczne niż w naszych czasach, kiedy żyje tylu i tak głęboko niewierzących, 
jak może nigdy dotąd. Toteż Luter bynajmniej nie przypisywał mocy czynienia cudów tylko pierwszemu 
okresowi chrześcijaństwa; „Jeszcze teraz - mówi on - mamy moc czynienia takich znaków”, oczywiście 
tylko wtedy,  jak dodaje gdzie indziej, kiedy są potrzebne. Nic więc bardziej dowolnego, bezprawnego; 
nieprawdziwego, niż gdy się chce oddzielić wiarę w boga od wiary w cudy, doktrynę chrześcijańską od 
cudów chrześcijańskich. To tak samo, jak gdyby ktoś chciał oddzielić i zachować samą dla siebie przyczynę 
i skutek, regułę i jej zastosowanie, naukę i przykłady, na których po raz pierwszy ją sprawdzono. Nie chcecie 
cudów, nie chciejcie zatem boga. Jeśli jednak nie liczycie się ze światem, z przyrodą, i przyjmujecie istnienie 
boga, w takim razie nie liczcie się też ze skutkami działania przyrody. Jeżeli bóg, to znaczy istota różna od 
przyrody, od świata, jest. przyczyną przyrody lub świata, muszą też istnieć skutki odmienne od skutków 
działania przyrody, skutki będące dowodem i dziełem tej istoty różnej od przyrody. Otóż takimi skutkami są 
właśnie cudy. Poza nimi nie ma żadnych innych dowodów istnienia boga. Bóg jest nie tylko istotą różną od 
przyrody, lecz jest także czymś jej przeciwnym. Świat jest zmysłowy, fizyczny, cielesny, natomiast bóg, 
nawet w świetle wiary naszych wierzących racjonalistów, jest istotą niezmysłową, niecielesną. Jeśli jednak 
istnieje taka istota jak bóg, to muszą koniecznie istnieć również skutki działalności tej istoty, a więc skutki 
przeciwstawne skutkom działania przyrody,  a nawet z nimi sprzeczne. A cudy są właśnie w ten sposób 
sprzeczne z istotą przyrody. Jeśli zaprzeczę cudom, to muszę trzymać się przyrody i nie wychodzić poza 
świat.  Jeżeli  zaś  nawet  przyrodę,  świat,  a więc te oto ciała, które  podpadają pod nasze  zmysły,  te oto 
gwiazdy, ziemię, rośliny i zwierzęta wyobrażam sobie jako kiedyś powstałe i mające swoją przyczynę, to 
mogę przyjąć tylko taką przyczynę, która nie jest zasadniczo odrębna od przyrody, do której przeto tylko 
nieściśle stosuję imię boga, gdyż bóg oznacza zawsze jakąś istotę własnowolną, duchową, fantastyczną, od 
przyrody odmienną. Aby przejść ponad przyrodą do boga, muszę dać susa, muszę dokonać skoku. Tym 
skokiem jest cud. Racjonalista, człowiek wierzący rozumowo, wierzy jednak w boga, wierzy,  jak mówi 
cytowany już racjonalista, że „nie ma żadnych podstaw, aby to, co nazywamy prawem, porządkiem świata, 
wkładać w samą naturę rzeczy, która przecież nie może stanowić praw, lecz może je tylko otrzymywać”. 
Rzeczywiście przyroda nie nadaje żadnych praw, ale też żadnym nie jest posłuszna. Prawa ustanawiają tylko 
ludzcy władcy, a posłuszni im są tylko ludzcy poddani; pojęć tych nie można stosować do przyrody z tej 
prostej racji,. że właśnie słońce, księżyc, gwiazdy oraz składające się na nie pierwiastki nie są ludźmi. I 
żaden prawodawca nie nakazał, aby tlen tylko w określonych stosunkach łączył się z innymi pierwiastkami, 
ani też tlen nigdy nie był posłuszny takiemu nakazowi, lecz wypływało to z jego właściwości, które są tym 
samym, co jego natura i egzystencja. Racjonalizm jednak przyjmuje boga, który niby król swym poddanym 
nadaje   światu   prawa,   a   prawa   te   nie   są   objęte   naturą   świata,   naturą   rzeczy;   chcąc   być   konsekwentny, 

97

background image

racjonalizm musi przyjąć również, że istnieją dowody istnienia takiego prawodawcy,  dowody,  że to, co 
nazywamy prawami i porządkiem świata, nie tkwi w samej naturze rzeczy; takimi dowodami zaś są cudy. 
Jeżeli się chce dowieść np., że nie jest rzeczą konieczną ani żadnym prawem wynikającym z natury kobiety, 
że kobieta staje się matką tylko przy pomocy mężczyzny, ale że zależy to tylko od woli boga, to dowód 
może tu być tylko taki, że kobieta bez mężczyzny zajdzie w ciążę. Tymczasem wierzący racjonalista nie 
wierzy   w   cudy;   neguje   cudy,   to   znaczy   zaprzecza,   jakoby   istniały   zmysłowo   uchwytne,   namacalne, 
niedorzeczne skutki i następstwa wiary w boga. Ale przyczynom tych niedorzeczności pozwala nadal istnieć, 
ponieważ nie kłują go w oczy, ponieważ można je wykryć dopiero przez gruntowne myślenie i badanie, a 
wierzący racjonalista jest zbyt leniwy, zbyt ograniczony i powierzchowny, by to uczynić. A tymczasem, 
chcąc   być   konsekwentnym,   jeśli   zaprzeczam   skutkom,   muszę   także   zaprzeczyć   przyczynie,   albo   też 
powinienem  wraz   z  nią  uznać  również   jej  następstwa.  Uzależniać  przyrodę   od boga   znaczy uzależniać 
porządek świata, konieczność przyrody od czyjejś woli, czyli stawiać na czele przyrody jakiegoś księcia, 
króla, władcę. Ale tak jak panujący tylko przez to dowodzi, że jest rzeczywistym władcą, iż może prawa 
nadawać i uchylać, tak i bóg tylko tak dowodzi swej boskości, że może prawa znosić lub co najmniej, w 
razie potrzeby, na chwilę zawieszać. Dowodem tego, że bóg nadał prawa, może być tylko to, że je uchyla. A 
tego dowodu dostarcza cud. Biskup Nemezjusz w dziele o naturze człowieka powiada: „Bóg nie tylko nie 
podlega żadnej konieczności, lecz jest także panem i sprawcą (sc. konieczności); ponieważ bóg jest istotą, 
która może wszystko, co chce, więc nie czyni nic ani z konieczności przyrody, ani z mocy prawa, wszystko 
jest dla niego możliwe (przypadkowe), nawet to, co konieczne. Aby to wykazać, Bóg zatrzymał  kiedyś 
słońce i księżyc, które poruszają się z konieczności i zachowują się wciąż w ten sam sposób; chciał tym 
wykazać, że nie ma dla niego nic koniecznego, lecz wszystko jest możliwe wedle jego woli”.

Wierzący   racjonalista   usiłuje   wykręcić   się   od   konieczności   cudu   i   mówi:   „Wola   Boga   jest 

najdoskonalsza. Jako taka nie może się zmieniać, lecz musi niezmiennie zmierzać do jednego celu; wola 
boga musi być zatem również jak najbardziej stała, musi być dla nas niezmiennym prawem, ustaloną regułą, 
która nie dopuszcza wyjątków”. Śmieszne! Wola, która nie objawia się jako wola, ale jako niezmienne 
prawo, nie jest wolą, a tylko retorycznym zwrotem na określenie konieczności przyrody,  tylko wyrazem 
racjonalistycznej połowiczności i powierzchowności; racjonalizm bowiem zbyt mocno podlega teologii, aby 
mógł ujrzeć przyrodę w całej jej prawdzie, a równocześnie zbyt mocno podlega przyrodzie, by mógł uznać 
wszystkie konsekwencje teologii, i dlatego stawia na czele świata odbicie własnego niezdecydowania, a więc 
taką wolę, która nie jest wolą, i taką konieczność, która nie jest koniecznością. Wola, która wciąż czyni to 
samo, nie jest wolą. Właśnie dlatego odmawiamy przyrodzie woli, wolności, że stale i zawsze czyni to samo. 
Tylko dlatego mówimy, że jabłoń rodzi jabłka z konieczności, a nie z wolnej woli, gdyż rodzi tylko jabłka i 
to   zawsze   jabłka   tego   samego   rodzaju   i   tych   samych   właściwości;   tylko   dlatego   odmawiamy   ptakowi 
wolności w jego śpiewie, że śpiewa zawsze te same melodie, a więc nie może śpiewać innych. Natomiast 
człowiek nie zawsze wydaje te same owoce, jak to czyni drzewo; nie zawsze śpiewa te same pieśni, jak ptak; 
raz   śpiewa   tę,   raz   inną   pieśń,   raz   smutną,   raz   wesołą.   Różnorodność,   zmienność,   nieprawidłowość, 
sprzeciwianie się prawu, oto jedyne zjawiska, oto skutki pozwalające nam jako ich przyczynie uważać się za 
istoty  wolne,   które   czegoś   chcą.   Chrześcijanie   wnioskowali   z   niezmiennego   i   prawidłowego   biegu   ciał 
niebieskich, że nie są one istotami  boskimi,  wolnymi,  jak w to wierzyli  poganie; gdyby bowiem ruchy 
gwiazd były dowolne, poruszałyby się one raz w tę, raz w ową stronę. I mieli  słuszność: istota wolna 
afirmuje się jedynie w objawach swobodnych i zmiennych. Rzeka i źródło, które szemrze przed naszymi 
oczami i uszami, wywiera na mnie zawsze to samo wrażenie, co najwyżej raz trochę słabsze, raz silniejsze, 
zależnie od przypływu lub ubytku wody,  ale co do swej istoty zawsze jednakowe. Natomiast jak różnie 
oddziałuje na mnie śpiew człowieka! Raz nastraja mnie tak, drugi raz inaczej; raz wywiera takie wrażenie, to 
znów wręcz odmienne; raz wpada w taką tonację, kiedy indziej w inną. Istota monotonna, istota, która 
zawsze objawia się w ten sam sposób, która zawsze jednakowo działa, nie jest istotą wolną, jak nie jest 
wolną ludzką istotą woda, która zawsze jest taka sama, niezmienna. Głupio postępuje wierzący racjonalista, 
gdy pozbawia boga mocy cudotwórczej tylko dlatego, że jest ona wyobrażeniem nazbyt ludzkim. Kto usuwa 
człowieczeństwo boga lub jego podobieństwo do człowieka, usuwa też samego boga. Tym, co odróżnia boga 
od ludzi; jest właśnie przyroda, jego cechy lub siły z niej wyabstrahowane, jak na przykład siła przyrody, 
dzięki której rośnie trawa i dzięki której dziecko kształtuje się w łonie matki. Jeśli przeto chcemy istoty nie 
mającej nic wspólnego z człowiekiem, postawmy w miejsce boga przyrodę; jeśli zaś chcemy mieć istotę 
posiadającą   wolę,   rozum,   świadomość   i   osobowość   taką,   jaką   posiada   człowiek,   to   musi   to   być   istota 
doskonale, w pełni ludzka; nie zaprzeczajmy więc temu, że bóg czyni cudy; nie zaprzeczajmy, że w różnych 
czasach i w różnych okolicznościach bóg czyni i zamierza różne rzeczy; krótko: że wola boga jest tak samo 
zmienna jak wola monarchy, jak w ogóle wola człowieka; gdyż tylko zmienna wola jest wolą.  Voluntas 
hominis -
 mówią prawnicy - est ambulatoria usque ad mortem, to znaczy: wola człowieka jest zmienna aż do 
śmierci.   Czego   chcę   stale   i   niezmiennie,   tego   nie   potrzebuję   chcieć;   stałość,   niezmienność   jest 
przekreśleniem,   jest   śmiercią   woli.   Chcę   iść,   ponieważ   dotąd   siedziałem   lub   stałem;   chcę   pracować, 

98

background image

ponieważ dotąd wypoczywałem i próżnowałem; chcę odpocząć, ponieważ dotychczas pracowałem. O woli 
można mówić tylko wtedy, kiedy zachodzi sprzeczność, niestałość, nieciągłość, przerwa. W sferze wiary 
religijnej, która na czele świata umieszcza istotę wyposażoną  w wolę, właśnie cud jest tą zmianą, tym 
przerwaniem wiecznej jednostajności w przyrodzie. Cud zatem nie da się oderwać od wiary w boga, o ile nie 
chcemy   dopuścić   się   największej   samowoli.   Taką   samowolą   zaś,   taką   połowicznością,   takim   brakiem 
gruntowności grzeszą w istocie nasi wierzący racjonaliści i w ogóle nasi nowocześni chrześcijanie. Jeszcze 
jeden   przykład   na   uzasadnienie   naszego   twierdzenia.   Ten   sam   wspomniany   racjonalista   -   zresztą   w 
niezgodzie z innymi racjonalistami, którzy zmartwychwstanie tłumaczą w ten sposób, że Chrystus naprawdę 
nie umarł na krzyżu - wierzy w zmartwychwstanie i uznaje je za fakt historyczny, ale nie tylko nie wysnuwa 
wniosków,   które   wynikają   z   przyjęcia   tego   zmartwychwstania,   lecz   nie   przyjmuje   także   bliższych 
okoliczności,   które   miały   towarzyszyć   temu   rzekomemu   faktowi   podług   Pisma   świętego.   I   tak   Marek, 
Mateusz i Łukasz opowiadają zgodnie, że w chwili zgonu Jezusa rozdarła się od góry do dołu na dwie części 
zasłona w świątyni przed przenajświętszym miejscem; wedle Mateusza pękały skały, groby się otwierały, a 
nawet   ziemia   drżała   zarówno   w   chwili   śmierci   jak   i   podczas   zmartwychwstania   Chrystusa.   Ale   nasz 
racjonalista   uznaje   to   wszystko   za   upiększenie   dokonane   przez   ustną   tradycję.   Jeśli   jednak   Chrystus 
rzeczywiście zmartwychwstał, a nie zbudził się tylko z letargu, to owo zmartwychwstanie było cudem, i to 
cudem niezmiernie wielkim i ważnym. Było zwycięstwem nad śmiercią, zwycięstwem nad koniecznością 
przyrodniczą, i to koniecznością najsurowszą, najbardziej nieubłaganą, której nie mogli dać rady nawet 
bogowie pogańscy.  Jakże więc jest możliwe, aby tak wielki cud był  odosobniony?  Czy wobec tego nie 
musiały się z nim wiązać inne cudy? Czy nie jest rzeczą naturalną, rzeczą wprost konieczną - skoro uznaje 
się   ten   cud   -   wierzyć   również,   że   cała   przyroda   zadrżała,   kiedy   przerwał   się   łańcuch   konieczności 
przyrodniczej, ów łańcuch, którym zmarły przykuty jest do śmierci, do grobu? Zaprawdę, nasi wierzący 
przodkowie byli o wiele bardziej krytyczni niż nasi współcześni wierzący racjonaliści. Ich wiara bowiem 
była spoistą całością. Myśleli oni tak: jeśli wierzę w to, to muszę wierzyć również i w tamto, choć nie jest mi 
to  wygodne;   jeśli   uznaję   przyczynę,   muszę   również   uznać   następstwo,   krótko   -   jeśli   mówię   A,   muszę 
również powiedzieć B.

WYKŁAD DWUDZIESTY SIÓDMY

Powiedziałem   w   poprzednim   wykładzie,   że   cudowne   zjawiska   towarzyszące   śmierci   Jezusa   są   w 

najściślejszym   związku   ze   zmartwychwstaniem.   Skoro   bowiem   Chrystus   powstał   z   martwych,   to   takie 
zmartwychwstanie jest cudem, jest dowodem boskiej wszechmocy, wobec której śmierć jest niczym. Cud 
jednak   nie   może   być   osamotniony   i   wymaga   dla   swego   uwiarygodnienia   innych   cudownych   i 
nadzwyczajnych wydarzeń. Zmartwychwstanie nie miałoby sensu, gdyby nie było przygotowane i poparte 
innymi cudami. Śmierć istoty, która ma powstać z martwych, aby dać dowód światu, że nie ma śmierci - 
gdyż taki jest istotny sens zmartwychwstania - nie może nastąpić w zwykłych naturalnych okolicznościach, 
w   takich,   w   jakich   umiera   zwyczajny   człowiek.   Toteż   jeśli   posunę   się   tak   daleko,   jak   wymieniony 
racjonalista,   i   wszystkie   cudy  ściśle   związane   ze   zmartwychwstaniem   uznam   za   legendy,   za   poetyckie 
upiększenia, za twory fantazji, to muszę z konieczności uczynić jeszcze jeden krok dalej i uznać również 
samo zmartwychwstanie za dzieło religijnej wyobraźni. Człowiek wierzy w to, czego sobie życzy, czego 
musi sobie życzyć na stanowisku, które przyjmuje. Życzenie jest to pragnienie, by stało się coś, czego nie 
ma; wyobraźnia, wiara przedstawia to człowiekowi jako coś istniejącego. Tak na przykład chrześcijanie 
życzyli sobie żywota niebieskiego; nie mieli ziemskich życzeń jak poganie, nie interesowali się ani światem 
przyrody, ani światem polityki. Grecki ojciec kościoła Teodoret mówi na przykład: „Wedle definicji Platona 
prawdziwy filozof nie interesuje się życiem politycznym. Ale ta definicja nie ma zastosowania do filozofów 
pogańskich, lecz tylko do chrześcijańskich; gdyż  największy filozof, Sokrates, chodził po warsztatach i 
gimnazjach,   a   nawet   służył   w   wojsku.   Natomiast   ludzie,   którzy   uprawiali   filozofię   chrześcijańską   czy 
ewangeliczną, wycofali się ze zgiełku politycznego i przebywając na pustkowiach oddawali się religijnej 
kontemplacji. Stosownie do tego układało się całe ich życie, wolne od roztargnienia i troski o rodzinę, żonę i 
dzieci, o dobra doczesne”. Tak więc życzenia chrześcijan kierowały się ku innemu, lepszemu życiu i dlatego 
wierzyli oni, że takie życie istnieje. Kto sobie nie życzy innego życia niż to, które jest, ten też w inne nie 
wierzy.  A więc bóg i religia - to nic innego jak tylko zaspokojony w fantazji popęd do szczęśliwości, 
pragnienie   człowieka,   żeby   być   szczęśliwym.   Dla   tego   też   chrześcijańskie   marzenie   o   niebieskim, 
szczęśliwym życiu, o życiu bez kresu, bez grozy śmierci, wyobraźnia religijna przedstawia jako spełnione 
przez  zmartwychwstanie  Chrystusa;   przecież  od zmartwychwstania  Chrystusa  zależy zmartwychwstanie, 
nieśmiertelność chrześcijanina; Chrystus zmartwychwstały jest jej pierwowzorem. Spełnienie tego życzenia, 
a raczej wiara w jego spełnienie, a więc wiara w rzeczywiste zmartwychwstanie Chrystusa - aczkołwiek 
sama   wiara   w   zmartwychwstanie   istniała   już   na   długo   przed   chrześcijaństwem,   była   nawet   jednym   z 
artykułów wiary w perskiej religii Zaratustry - mogła mieć swoje podłoże historyczne, to mianowicie, że 

99

background image

Chrystus był przez swoich bliskich uznany za zmarłego i opłakiwany, gdy więc się znowu pojawił, uznano 
go   za   rzeczywiście   zmartwychwstałego.   Ale   jest   pedantyzmem   i   dowodem   całkowitego   nierozumienia 
religii,   jeżeli   fakty   religijne,   które   istnieją   t.ylko   w   sferze   wiary,   usiłuje   się   sprowadzić   do   faktów 
historycznych, jeżeli z faktów religijnych usiłuje się odtworzyć prawdę historyczną, która kryje się u ich 
podstaw. To, co historyczne, nie jest religijne, to, co religijne, nie jest historyczne. Innymi słowy: postać 
historyczna, fakt historyczny, z chwilą gdy staje się przedmiotem religii, nie należy już do historii, ale jest 
rzeczą uczucia lub wyobraźni. Tak też rzecz się ma również z Jezusem - jak to już powiedziałem w jednym z 
poprzednich wykładów. Taki Jezus, jakiego nam przekazala Biblia, nie jest już postacią historyczną, lecz 
religjną. Występuje on tu jako istota cudowna, cudotwórcza, wszechmocna, jako istota, która może spełniać i 
rzeczywiście spełnia wszystkie życzenia człowieka, to znaczy takie życzenia, które nie chcą nic złego, nic 
niemoralnego w sensie chrześcijańskim. Taki Jezus jest tylko tworem fantazji, wyobraźni.

Aby pozbyć się cudów, człowiek wierzący rozumowo posiłkuje się również argumentem występującym u 

wspomnianego już racjonalisty: „Jeżeli pojęcie cudu ma być naukowym dowodem (?) objawienia, to cud 
należy   określić   jako   taki   fakt   ze   świata   zmysłowego,   który   nie   może   być   wytłumaczony   naturalnym 
związkiem przyczyn, który przeto każe wnioskować, że ręka boska wdała się w to bezpośrednio i była tam 
czynna. Na to jednak, aby być pewnym, że dany fakt nie nastąpił zgodnie z prawami przyrody, trzeba by 
znać całą przyrodę i wszystkie jej prawa. Ponieważ zaś żaden człowiek takiej znajomości nie posiada ani 
posiadać nie może, tedy nigdy nie można twierdzić z całą oczywistością, że jakiś fakt nie wynikł po prostu z 
naturalnego porządku rzeczy, lecz doszedł do skutku dzięki nadzwyczajnej ingerencji boskiej wszechmocy”. 
Ale   cudy  różnią   się   w   sposób   tak   widoczny   i   niewątpliwy   od   skutków   działania   przyrody,   że   można 
twierdzić bez zastrzeżeń, iż nie mogły one powstać na gruncie naturalnego związku przyczyn i skutków, 
gdyż właśnie te życzenia i urojenia człowieka, które przedstawiają nam cudy jako prawdziwe fakty, stoją 
poza i ponad naturalnym porządkiem rzeczy i ponad koniecznością przyrody. Tak samo człowiek cierpiący 
na nieuleczalną ślepotę pragnie odzyskać wzrok, a to jego pragnienie nie stoi w żadnym naturalnym związku 
z naturą ślepoty, ba, jest w bezpośredniej sprzeczności z naturalnymi warunkami i prawami możliwości jego 
spełnienia. Dlatego całkowicie słuszne jest twierdzenie dawnych  teologów, że cud nie tylko wznosi się 
ponad porządek w przyrodzie, ale że jest z nim w sprzeczności, jest w sprzeczności z samą istotą przyrody; 
słuszne jest dlatego, że ukazuje nam samą naturę życzenia. W każdym razie można twierdzić - jak mówią 
filozofowie - apodyktycznie, to znaczy z bezwarunkową pewnością i stanowczością, że cudu nie da się 
wyjaśnić na podstawie samej natury, to znaczy na podstawie przyrody zewnętrznej, lecz może on powstać 
tylko   na   skutek   nadzwyczajnej   ingerencji   boskiej   wszechmocy;   wypada   tylko   zauważyć,   że   tą   boską 
nadprzyrodzoną siłą jest siła ludzkich pragnień i ludzkiej wyobraźni. Krótko mówiąc: istota religii, istota 
boskości   ujawnia   jedynie   istotę   życzenia   i   nierozerwalnie   z   nim   złączonej   wyobraźni;   przecież   tylko 
produktem wyobraźni jest także bóg człowieka wirzącego rozumowo, myśliciela-filozofa, który swój własny 
twór myślowy przedstawia sobie jako coś, co istnieje poza jego myśleniem. Z naszego wyjaśnienia widać, 
jak naiwne jest pytanie i spór o możliwość, o rzeczywistość i konieczność cudów. Spór ten i całe zagadnienie 
może powstać tylko wtedy, gdy cud rozpatruje się sam dla siebie albo patrzy się nań tylko od strony wyglądu 
zewnętrznego, bez zagłębiania się w jego podłoże wewnętrzne, psychologiczne, ludzkie, któremu jedynie 
zawdzięcza on swój wygląd zewnętrzny. Psychologiczne źródło cudu czyli ludzka przyczyna cudu przejawia 
się w sposób widoczny już w tym, że cudy dzieją się dzięki ludziom albo - jak mówi wiara religijna - dzięki 
bogu, a za pośrednictwem ludzi. Na tym też polega jaskrawa różnica między tak zwanymi cudami przyrody 
a cudami religii, jak to już poprzednio wspominaliśmy. Cudy religijne są nie do pomyślenia bez człowieka, 
gdyż tylko do niego się odnoszą. Cudy przyrody, to znaczy te zjawiska przyrody, które podziwiamy, istnieją 
nawet wtedy, gdy nie ma żadnego człowieka i nikt ich nie podziwia. Cudy geologii, takie jak megatheria, 
dinotheria i ichtiozaury istniały - przynajmniej tak utrzymuje współczesna geologia - kiedy nie było jeszcze 
ludzi; ale póki nie było Jozuego, nikt nie wstrzymywał słońca w jego naturalnym biegu.

Na pierwszy, powierzchowny rzut oka wydaje się paradoksem, to znaczy wydaje się czymś niezwykłym i 

osobliwym, wyprowadzać religię z pragnień ludzkich, co więcej, uznawać boga, przedmiotową istotę religii, 
za identycznego z pragnieniem; boć przecież w religii - przynajmniej w religii chrześcijańskiej - człowiek 
modli się: Boże! Niech się dzieje nie moja, ale Twoja wola; boć przecież religia domaga się wyrzeczenia się 
ludzkich pragnień. Lecz chrześcijanin - oczywiście dawny,  prawdziwy chrześcijanin, a nie chrześcijanin 
współczesny - wyrzeka się tylko pragnienia bogactwa, pragnienia posiadania dzieci, pragnienia zdrowia lub 
długiego   życia,   a   nie   wyrzeka   się   pragnienia   nieśmiertelności,   pragnienia   boskiej   doskonałości   i 
szczęśliwości. Chrześcijanin podporządkowuje wszystkie pragnienia, które uważa za doczesne, ziemskie, 
cielesne,   jednemu   pragnieniu   głównemu   i   podstawowemu,   pragnieniu   szczęścia   wiecznego.   Otóż   bóg 
chrześcijański niczym nie różni się od tego pragnienia, od wyobrażenia, od urojenia wiecznego szczęścia w 
niebie. Bóg jest tylko personifikacją tego pragnienia, jest pragnieniem przedstawionym  w postaci istoty 
rzeczywistej. Boskość i  szczęśliwość jest  przeto dla  prawdziwego chrześcijanina  jednym  i tym  samym. 
Nawet   człowiek,   który   nie   ma   pragnień   tak   wygórowanych   i   nadziemskich,   jak   chrześcijanin,   nawet 

100

background image

człowiek, który w swoich pragnieniach stoi na gruncie rzeczywistości, na gruncie prawdziwego życia  i 
prawdziwego  człowieka,   który  żywi   najbardziej   pospolite,   egoistyczne   pragnienia,   musi   zrezygnować   z 
wielu drugorzędnych pragnień na rzecz jednego głównego, jeśli chce je urzeczywistnić. Człowiek, który ma 
tylko jedno główne pragnienie; a więc np. zdobyć bogactwo lub zachować zdrowie, musi stłumić mnóstwo 
innych, jeśli chce być rzeczywiście bogaty, jeśli chce rzeczywiście zachować zdrowie. I choćby w danej 
chwili nie wiem jak pragnął pewnej przyjemności, musi  jej sobie odmówić, jeśli nie chce zaprzepaścić 
swego głównego pragnienia gwoli pofolgowania jakiemuś chwilowemu popędowi, bodźcowi lub pragnieniu. 
Jeśli więc w religii chrześcijańskiej mówi się: niech się dzieje nie moja, ale Twoja wola! - to sens tych słów 
jest tylko ten: niech się nie dzieje ta wola, to pragnienie, które dąży do tego lub owego, a którego spełnienie 
może przyczynić się później do mojej zguby; niech w ogóle nie dzieje się wola, która dotyczy tak zwanych 
dóbr   doczesnych.   Ale   tym   samym   wcale   nie   jest   powiedziane,   że   nie   ma   się   spełnić   wola   dążąca   do 
szczęśliwości, że nie ma się spełnić pragnienie trwałego, wiecznego szczęścia, niebiańskiej szczęśliwości. 
Kiedy chrześcijanin życzy sobie i modli się, aby stała się wola boga, przyjmuje z góry, że wola boga chce 
tylko dobra człowieka, a w każdym razie jego osobistego szczęścia wiecznego i zbawienia! Sprowadzenie 
więc religii i bogów do pragnień nie jest bynajmniej sprzeczne z rezygnacją, z wyrzeczeniem się tych lub 
owych   poszczególnych   pragnień,   jak   tego   wymaga   religia.   Jedno   jest   pewne:   tam,   gdzie   kończy   się 
człowiek, tam kończy się religia, a tam, gdzie kończy się pragnienie, tam też kończy się człowiek. Nie ma 
religii, nie ma boga bez pragnienia. Lecz nie ma też człowieka bez pragnienia! Pomiędzy pragnieniami, bez 
których nie ma religii i nie ma boga, a pragnieniami, bez których nie ma człowieczeństwa, bez których 
człowiek nie jest człowiekiem, zachodzi tylko ta różnica, że religia posiada pragnienia, których zaspokojenie 
dokonuje się tylko w wyobraźni, w wierze, podczas gdy człowiek jako taki albo człowiek, który zamiast 
religii hołduje wiedzy, rozumowi, naturalnemu poglądowi na świat, posiada pragnienia, które nie wykraczają 
poza granice przyrody i rozumu, które leżą w sferze naturalnych możliwości i możliwego urzeczywistnienia.

Pozorną sprzeczność między istotą pragnienia a istotą religii można też wyrazić w ten sposób: pragnienia 

człowieka są kapryśne, nie mają żadnych reguł i granic; natomiast religia nakłada na człowieka przykazania, 
obowiązki, hamulce. Ale obowiązki to nic innego, jak tylko podstawowe popędy, podstawowe skłonności, 
podstawowe pragnienia człowieka, które w okresach i stanach nieoświecenia czynią  prawem religię lub 
boga,   a   w   okresach   oświecenia   czynią   prawem   rozum   i   własną   naturę   człowieka   -   prawem,   któremu 
człowiek   podporządkowuje   wszystkie   inne   pożądania,   pragnienia   i   namiętności.   Wszystkie   religie,   a 
zwłaszcza   te,   które   w   dziejach   kultury   ludzkiej   odegrały   wybitniejszą   rolę,   miały   na   względzie   tylko 
powodzenie człowieka. Tylko dlatego nakładały one na człowieka obowiązki, hamulce, iż sądziły, że inaczej 
nie   będą   mogły   osiągnąć   i   spełnić   zasadniczego   celu,   zasadniczego   pragnienia   człowieka,   pragnienia 
szczęścia. Co prawda istnieją w życiu sytuacje, kiedy obowiązek i popęd do szczęśliwości znajdują się w 
konflikcie, kiedy dla obowiązku trzeba nawet poświęcić życie; lecz są to sytuacje tragiczne, nieszczęśliwe, 
albo   w   ogóle   sytuacje   wyjątkowe,   nadzwyczajne.   Nie   można   posługiwać   się   nimi   jako   dowodem,   że 
sprzeczność   między   obowiązkiem   i   moralnością   a   popędem   do   szczęścia   jest   regułą.   normą,   zasadą. 
Pierwotnie i z reguły obowiązek nie miał nic innego na celu i oku, jak dobro i szczęście człowieka. To, 
czego   człowiek   pragnie,   czego   zwłaszcza   życzy   innym,   to   czyni   prawem,   obowiązkiem.   Tam,   gdzie 
egzystencja narodu albo, co na jedno wychodzi, jego dobro - czymże bowiem jest egzystencja bez dobra, bez 
szczęścia? - a zarazem dobro poszczególnego człowieka były związane z uprawą roli i bez niej człowiek nie 
mógł być szczęśliwy, a zatem nie mógł być człowiekiem (bo tylko szczęśliwy człowiek jest człowiekiem, 
człowiekiem   pełnym,   wolnym,   prawdziwym,   człowiekiem,   który  czuje   się   człowiekiem),   tam  głównym 
pragnieniem człowieka była skuteczna i wydajna uprawa roli i dlatego była też ona jednocześnie i sprawą 
religijną, religijnym  obowiązkiem.  Tam natomiast, gdzie człowiek nie potrafi osiągnąć swoich ludzkich 
pragnień   i   celów   bez   wyniszczenia   zagrażających   mu   dzikich   zwierząt,   wyniszczenie   ich   staje   się 
obowiązkiem religijnym, a nawet zwierzę, które pomaga człowiekowi w urzeczywistnieniu tych pragnień, w 
osiągnięciu   szczęśliwości,   w   spełnieniu   jego   ludzkich   celów,   dajmy   na   to   pies,   staje   się   zwierzęciem 
religijnym,  świętym, boskim, jak to już kiedyś było w religii staroperskiej. Krótko mówiąc: sprzeczność 
między   obowiązkami   a   pragnieniami   występuje   w   życiu   ludzkim   tylko   w   poszczególnych   wypadkach, 
natomiast nie posiada powszechnego znaczenia ani powszechnej prawdziwości. Wręcz przeciwnie: to, czego 
człowiek pragnie w głębi serca, jest jedyną regułą i jedynym obowiązkiem jego życia i jego działalności. 
Obowiązek, prawo, jedynie zamienia to, czego pragnie nieświadomy popęd człowieka, w przedmiot woli i 
świadomości. Ale zilustrujmy to na konkretnym przykładzie rozmaitych duchowych skłonnności człowieka. 
Jeśli twoim życzeniem - oczywiście  uzasadnionym  - jest dążenie do zostania artystą,  to jest też twoim 
obowiązkiem zostać nim i dostosować całe życie do tego celu.

Jak to się jednak dzieje, że człowiek przemienia swe pragnienia w bogów, w istoty, jak na przykład 

pragnienie, aby być bogatym, zamienia w boga bogactwa, pragnienie płodności w bóstwo, które zapładnia, 
pragnienie,   aby   być   szczęśliwym,   w   boga   dającego   szczęście,   a   pragnienie,   by   nie   umrzeć,   w   istotę 
przezwyciężającą śmierć, w istotę nieśmiertelną? To, czego człowiek pragnie, czego - zależnie od swojej 

101

background image

postawy - pragnie koniecznie i zasadniczo, w to też, jak już rnówiliśmy, wierzy. Przy tym sposobie myślenia, 
z którego wypływa  religia, uważa to za coś rzeczywistego lub możliwego; nie wątpi więc w możliwość 
realizacji tego, a rękojmią tej możliwości jest dla niego właśnie to jego pragnienie. Już samo życzenie jako 
takie wydaje mu się siłą czarodziejską. W języku staroniemieckim „pragnąć znaczy tyle co czarować”. W 
języku staroniemieckim i w staroniemieckiej religii najwyższy bóg zwał się między innymi także  Wunsch 
(życzenie). Jakub Grimm twierdzi w Mitologii niemieckiej, że język staroniemiecki „oznaczał tym wyrazem 
sumę dobra i szczęśliwości, ogół wszelkich darów”, a wyraz  Wunsch  wywodzi od wyrazu  Wunjo, który 
oznaczał radość, rozkosz czy doskonałość wszelkiego rodzaju. Grimm uważa więc za przeżytek dawnego 
pogańskiego   sposobu   wyrażania   się   to,   że   w   XIII   wieku   wielu   poetów   personifikowało   życzenie   i 
przedstawiało je jako potężną, twórczą istotę, i zwraca uwagę, że u tych poetów można na ogół podstawić w 
miejsce słowa Wunsch słowo „bóg”. Co prawda Grimm od pierwotnego znaczenia wyrazu Wunsch odróżnia 
znaczenie późniejsze, kiedy słowo to oznacza juź tylko dążenie do zdobycia darów i doskonałości, które 
posiada   bóg.   Ale   nie   wolno   zapominać,   źe   pierwotnie,   zgodnie   z   duchem   mowy   i   religii,   życzenie   i 
przedmiot życzenia są jednym i tym samym. To, czego pragnę, to przecieź posiadam w wyobraźni; to, czym 
pragnę być - a więc być zdrowym, bogatym, doskonałym - tym przecież jestem rzeczywiście w wyobraźni; 
skoro bowiem życzę sobie zdrowia, to przedstawiam sobie siebie w wyobraźni jako zdrowego. Życzenie 
jako życzenie jest istotą boską, jest nadprzyrodzoną siłą cudotwórczą właśnie dlatego, że obsypuje mnie 
wszelkimi upragnionymi darami i siłami z rogu obfitości, jakim jest fantazja. Z pogańskim życzeniem ma się 
sprawa tak samo jak z chrześcijańskim błogosławieństwem. Błogosławić znaczy przecież tyle, co życzyć 
dobra. Błogosławieństwo znaczy tyle, co życzenie. Ale błogosławieńswo oznacza również przedmiot, dobro, 
którego się życzy sobie samemu lub innym. „Dlatego też - mówi Luter w Objaśnieniu błogosławieństwa - w 
Piśmie zazwyczaj mówi się: Użycz mi błogosławieństwa. Czy nie masz więcej błogosławieństw? To znaczy: 
Daj mi cokolwiek, dobro, chleb, szatę. Gdyż wszystko to są dary Boga i tylko dzięki Jego błogosławieństwu 
posiadamy to, co posiadamy, i dlatego też nazywa się to błogosławieństwem, to jest darem Boga, który daje 
nam On przez swe błogosławieństwo”. Między życzeniem lub błogosławieństwem boskim a życzeniem lub 
błogosławieństwem   ludzkim   zachodzi   tylko   ta   różnica,   że   życzenie   boskie   jest   spełnionym, 
urzeczywistnionym życzeniem ludzkim. Bóg zwie się tedy Życzeniem (Wunsch) dlatego, że bóg w ogóle 
może i musi być określony jako dążenie człowieka do szczęśliwości, zrealizowane w jego wyobraźni. Z tej 
samej też racji „modlitwa jest wszechmocną”, a boska wszechmoc jest tylko wszechmocą ludzkiej modlitwy 
i ludzkiego życzenia, przemienioną w obiektywną istotę czy jako taka istota wyobrażoną. Religia, podobnie 
jak   poezja,   przedstawia   jako   rzeczywiste,   jako   istniejące   zmysłowo   to,   co   naprawdę   istnieje   tylko   w 
wyobraźni; religia i poezja zamienia życzenia, myśli, urojenia, stany uczuciowe w istoty rzeczywiste różne 
od człowieka. Wiara w czary i gusła wzięła się właśnie stąd, że ludzie przypisywali życzeniu moc i siłę, 
które   miały   wykraczać   poza   człowieka   i   oddziaływać   na   zewnątrz.   Innymi   słowy,   ludzie   wierzyli,   że 
człowieka naprawdę musi spotkać zło, którego mu się życzy. Rzymianie i Grecy wyobrażali sobie nawet 
żądzę   zemsty,   złorzeczenia,   przekleństwa   jako   bogów,   ściślej   boginie,   to   znaczy   jako   istoty,   które 
wprowadzają   w   czyn   przekleństwa,   spełniają   życzenia   zemsty.   U   Rzymian   nazywały   się   one  Dirae,   u 
Greków Arai. A co dotyczy klątwy, dotyczy też i błogosławieństwa. „W Piśmie świętym - mówi Luter w 
objaśnieniach do Ksiąg Mojżesza - występują błogosławieństwa faktyczne a nie tylko błogosławieństwa 
-życzenia,   błogosławieństwa,   które   z   całą   pewnością   powodują,   dają   i   przynoszą   to,   o   czym   mówią... 
Kiedym   przeto   mówił:   niechaj   Bóg   przebaczy   ci   twoje   grzechy...   to   należałoby   to   nazwać 
błogosławieństwem   miłości.   Atoli   błogosławieństwo   obietnicy,   wiary   i   doraźnych   darów   brzmi: 
Odpuszczam ci twoje winy”. To znaczy: wiara i siła wyobrażni zamienia to, co subiektywne, w obiektywne, 
to, co wyobrażone, w rzeczywiste, a życzenia:  „obym  był!”,  „abym  miał!”, w fakty:  „jestem”,  „mam”. 
Ponieważ zaś człowiek, rzecz jasna, ujmuje swoje życzenia, dobre czy złe, błogosławiące czy złorzeczące w 
pewne słowa i formuły, przypisuje on tym formułom, słowom, nazwom skutki obiektywne, które wykraczają 
poza niego, to znaczy przypisuje im moc czarodziejską. I tak na przykład religijni Rzymianie wierzyli, że 
przy pomocy pewnych formułek modlitewnych lub czarodziejskich można sprowadzić i rozpędzić deszcz i 
niepogodę, zaczarować owoce na polu, ochronić domy przed pożarem, zaleczyć rany i choroby, osadzić na 
miejscu ludzi, którzy chcą uciekać. Bawarczycy jeszcze dziś wierzą, że można kogoś „zamodlić na śmierć”, 
to znaczy uśmiercić przez modlitwę.

Właśnie z tej wiary, a raczej z tego zabobonu pochodzi to, że ludzie boją się wymawiać słowa lub nazwy 

przedmiotów, przed którymi czują lęk, bo sądzą, że wraz z wymówieniem takiego słowa wyczarują także 
sam przedmiot, który ono oznacza, i ściągną go na swą głowę. Niektóre łudy Ameryki Północnej tak bardzo 
boją się zmarłych, że nie wymawiają nawet ich imion, a ludzie żyjący o tym samym imieniu przybierają 
inne. Wierzą bowiem, że zmarły - jako zmarły, jako upiór - istnieje tak długo, jak długo wymawia się jego 
imię i myśli się o nim, natomiast przestaje istnieć, gdy przestaje istnieć dla żywych, nie ma go więc, kiedy o 
nim nie myślą, kiedy go nic wspominają. Również Grecy i Rzymianie wierzyli, że omen, znak wróżebny 
skutkuje tylko wtedy, gdy się go zauważyło; co prawda mieli zupełną rację, gdyż znak dopiero wtedy ma 

102

background image

dobry   lub   zły   skutek,   jeśli   mu   nadam   radosne   lub   złowrogie   znaczenie.   Podobnie   też   wiele   ludów, 
przeważnie w dziecięcej lub prymitywnej fazie rozwoju, wierzy, że umarli ukazują im się naprawdę, kiedy 
ukazują im się we śnie; uważają oni w ogóle obraz lub przedstawienie jakiejś istoty, jakiegoś przedmiotu za 
samą istotę, za sam przedmiot. Ludy niecywilizowane wierzą nawet, że w czasie snu dusza wychodzi na 
przechadzkę poza ciało i wędruje po tych miejscach, do których ją prowadzi fantazja człowieka we śnie; 
uważają więc te senne podróże za podróże prawdziwe, a kłamstwa i bajki, które im podsuwa fantazja, za 
prawdy i fakty. Grenlandczycy wierzą nawet, że dusza ludzka odrywa się od ciała i podróżuje po świecie 
także na jawie, ponieważ i na jawie człowiek często przenosi się w myślach do dalekich okolic i nie jest 
duchem   tam,   gdzie   jest   obecny   ciałem.   Wierzenia   te   są   tylko   konkretnymi,   prostymi,   jaskrawymi 
przykładami, jak w ogóle człowiek przemienia to, co subiektywne, w obiektywne, to znaczy w jaki sposób 
to, co istnieje tylko w nim, tylko w jego myślach, wyobrażeniach, urojeniach, czyni czymś, co istnieje poza 
myślą, poza wyobrażeniem, poza urojeniem. A dzieje się tak, kiedy to, co sobie człowiek wyobraża, jest 
przedmiotem, który ma związek z jego popędem do szczęśliwości, przedmiotem, którego pragnie jako dobra 
lub boi się jako zła. Tak samo bowiem jak strach, tak i miłość, pożądanie, tęsknota czynią człowieka ślepym, 
sprawiają, że nie widzi on nic innego poza tym, co kocha i czego pragnie, a o wszystkim innym zapomina. 
Albo inaczej mówiąc: człowiek nie przemienia w istotę każdego bez wyboru wyobrażenia, urojenia, myśli i 
życzenia, lecz w zasadzie postępuje tak tylko z tymi wyobrażeniami, które są najściślej związane z jego 
własną istotą. Wyobrażenia te są charakterystycznym  wyrazem jego istoty i właśnic dlatego są dlań tak 
rzeczywiste jak on sam; są dlań najwyższą koniecznością, gdyż  mają uzasadnienie w jego istocie. I tak 
poganie uważali swoich bogów za istoty rzeczywiste, ponieważ nie mogli sobie pomyśleć żadnych innych 
bogów;   tylko   tacy   bogowie   zgadzali   się   z   ich   pogańską   istotę,   odpowiadali   pogańskim   potrzebom   i 
życzeniom. Chrześcijanie natomiast nie wątpią, że bogowie pogan są tylko istotami urojonymi, lecz uważają 
tak tylko dlatego; że w ich pojęciu dobra, którymi obdarzali ci bogowie, życzenia, które zaspokajali, były 
marne i próżne. W pojęciu prawdziwego chrześcijanina zdrowie nie jest rzeczą konieczną, po co więc jest 
mu potrzebny bóg zdrowia? To samo z bogactwem. I bóg bogactwa nie jest więc potrzebny. W rozumieniu 
prawdziwych chrześcijan konieczne jest tylko to, co przyczynia się do wiecznej szczęśliwości w niebie. 
Krótko mówiąc: chrześcijanin uważa za istoty rzeczywiste tylko te myśli, wyobrażenia i urojenia, które są 
zgodne i związane z jego chrzęścijańską istotą, są odbiciem jego własnej istoty, obiektywizują jego własną 
istotę. Chrześcijanin nie wątpi więc w prawdę i rzeczywistość nieśmiertelności, w rzeczywistość innego 
życia po śmierci, a przecież to życie istnieje tylko w jego wyobrażeniu i urojeniu. A nie wątpi dlatego, że 
urojenie to wiąże się z jego istotą chrześcijańską, która wybiega poza rzeczywistość. Tak więc człowiek 
wierzy tylko w takiego boga, który wyraża i odzwierciedla jego własną istotę, i uważa za istotę rzeczywistą 
tylko taką istotę wyobrażoną lub urojoną, która odpowiada najintymniejszym tęsknotom jego serca. Właśnie 
dlatego w Istocie chrześcijaństwa wyraziłem pogląd, że wiara w boga jest tylko wiarą człowieka w siebie 
samego,   że   człowiek  czci   i   miłuje   w   bogu   tylko   swoją   własną   istotę,   i   że   właśnie   dlatego  jest   rzeczą 
konieczną, jest dzisiaj naszym zadaniem tę nieświadomą, opaczną, fantastyczną część i miłość dla człowieka 
przemienić w cześć i miłość świadomą, bezpośrednią, rozumną.

WYKŁAD DWUDZIESTY ÓSMY

Tak to człowiek uczucia swoje, życzenia, urojenia, wyobrażenia i myśli przemienia w istoty, to znaczy: 

to, czego pragnie, co sobie przedstawia, co myśli - uważa za rzecz istniejącą także poza jego głową, choć jest 
ona tylko w jego głowie. To, co Kleuber w dziele o Zendaweście mówi o religii Ormuzda, dotyczy wszelkiej 
religii, z tą tylko różnicą, że nie będą to zawsze te same przedmioty: „Wszelkie przedmioty myśli (to znaczy 
wszelkie zróżnicowania myśli albo istoty myślne) są tutaj zarazem istotami rzeczywistymi, a tym samym są 
także przedmiotami kultu”. Stąd też się bierze, że człowiek za coś transcendentnego uznał nawet nicość, 
która jest tylko myślą, słowem, i doszedł do absurdalnego wyobrażenia, że przed powstaniem świata była 
nicość i że świat został stworzony z niczego. Ale w zasadzie człowiek przemienia w istoty, w rzeczy, w 
bogów tylko te myśli i życzenia, które mają związek z jego istotą. Tak na przykład dziki człowiek każde 
uczucie bólu przemienia w jakąś złą, dręczącą ludzi istotę; każdy obraz wyobraźni, który budzi w nim strach 
i przerażenie, przemienia  w diabelskiego upiora. W ten sam sposób człowiek cywilizowany przemienia 
swoje ludzkie uczucia w istoty boskie. Vossius powiada, że spośród wszystkich Greków tylko Ateńczycy 
postawili ołtarz Litości i Współczuciu. Podobnie człowiek polityczny przemienia w bogów swe życzenia i 
ideały polityczne. Tak więc w Rzymie istniała bogini Wolności, której Grakchus wystawił świątynię; taką 
świątynię posiadała również Zgoda, a także Dobro publiczne, Honor, krótko mówiąc wszystko to, co jest 
szczególnie ważne dla człowieka politycznego. Natomiast państwo chrześcijan nie było królestwem z tego 
świata; chrześcijanie uważali za swoją ojczyznę niebo. Pierwsi chrześcijanie nie święcili przeto urodzin, jak 
poganie, lecz tylko rocznicę śmierci człowieka, ponieważ w śmierci widzieli nie tylko kres życia ziemskiego, 
lecz zarazem początek nowego, niebiańskiego żywota. Tym się też różnili od pogan, których cała istota była 

103

background image

pogrążona w świecie przyrodniczym i w świecie obywatelskim. Chrześcijanie przemieniali zatem w istoty 
tylko  te  pragnienia,  myśli  i  wyobrażenia,  które  miały związek z  tą  ich zasadniczą  cechą  wyróżniającą. 
Poganie ubóstwiali człowieka z krwi i kości, chrześcijanie czynią bogiem tylko duchową i uczuciową istotę 
człowieka. Chrześcijanie pozbawiają boga wszelkich cech zmysłowych, namiętności i potrzeb, ale czynią to 
tylko dlatego, że odsuwają je też od swojej własnej istoty. Chrześcijanie bowiem wierzą, że także ich istota, 
ich duch - jak się wyrażają - odłączy się kiedyś od powłoki cielesnej, że staną się kiedyś istotami, które nie 
będą już ani jadły, ani piły, lecz będą czystymi duchami. To, czym człowiek nie jest jeszcze rzeczywiście, 
ale czym spodziewa się zostać kiedyś,  czym,  jak wierzy,  kiedyś  będzie, tylko to jest przedmiotem jego 
życzenia, tęsknoty, dążenia i właśnie dlatego nie jest przedmiotem spostrzeżenia zmysłowego, lecz tylko 
przedmiotem wyobraźni. Otóż to nazywa się ideałem, po polsku - prawzorem, wzorcem (w oryginale: auf 
deutsch: ein Ur-, Vor- und Musterbild
). Takim ideałem dla człowieka lub narodu jest jego bóg - w każdym 
razie dla takiego narodu, który nie drepcze w miejscu jak ludy dzikie i nie pozostaje wciąż w tym samym 
stanie dzikości, lecz chce iść naprzód i dlatego też ma swą historię - bo historia powstaje tylko wtedy, gdy 
człowiek stara się doskonalić, stara się stworzyć sobie przyzwoite warunki bytu. „Macie być doskonali, jako 
wasz Ojciec w niebiesiech doskonały jest” - powiada Nowy Testament. A w Starym Testamencie czytamy: 
„Ja jestem Pan wasz, wasz Bóg, dlatego uświęcajcie się, abyście byli święci, gdyż ja jestem święty”. Jeśli 
przeto przez religię nie rozumie się nic innego jak tylko kult jakiegoś ideału, to z zupełną słusznością uważa 
się usunięcie religii za coś nieludzkiego, gdyż człowiek musi mieć jakieś cele dla swoich dążeń i jakiś wzór 
dla siebie. Ale ideał, który jest przedmiotem religii, a więc także przedmiotem religii chrześcijańskiej, nie 
może być naszym wzorem. Wprawdzie bóg, ideał religii, jest zawsze jeszcze istotą ludzką, lecz istota ta 
została pozbawiona szeregu właściwości cechujących człowieka rzeczywistego; bóg nie jest istotą ludzką w 
całej pełni; jest on tylko fragmentem człowieka, jest szczegółem wyrwanym z całości, aforyzmem ludzkiej 
natury. Tak to chrześcijanie wyrywają ducha, duszę z ciała człowieka i tego wyrwanego, odcieleśnionego 
ducha czynią swoim bogiem. Nawet poganie, jak na przykład Grecy, którzy czynili bogiem człowieka - że 
tak powiem - z krwi i kości, nawet oni nadawali bogom postać ludzką tylko tak, jak jawi się ona oku, a nic 
jak ją postrzega cielesny zmysł dotyku. Jakkolwiek w praktyce, w życiu, w kulcie Grecy traktowali bogów 
jak prawdziwych ludzi, ofiarowywali im nawet pożywienie i napój, to jednak w ich wyobrażeniach, w ich 
poezji bogowie byli istotami oderwanymi, istotami bez krwi i ciała. Lecz przede wszystkim odnosi się to do 
boga chrześcijańskiego. Ale jak istota oderwana, niezmysłowa, bezcielesna, istota pozbawiona zmysłowych 
potrzeb, popędów i namiętności, może żądać ode mnie, bym ja, istota cielesna, zmysłowa, rzeczywista, stał 
się taki jak ona, bym stał się do niej podobny? Jak taka istota może stać się dla mnie prawem i wzorem mego 
życia i mego działania? Jak może ona w ogóle nadawać mi jakiekolwiek przykazania? Człowiek nie może 
pojąć boga - mówi teologia. Ale i bóg nie może pojąć człowieka - mówi antropologia. Cóż bowiem duch 
może wiedzieć o zmysłowych popędach, potrzebach i namiętnościach? Skąd więc biorą się prawa moralne - 
krzyczą ludzie wierzący - jeśli nie ma boga? Głupcy! Prawa, które odpowiadają ludzkiej naturze, pochodzą 
też tylko od człowieka. Prawo, którego nie mogę przestrzegać, które przekracza moje siły, nie jest prawem 
dla mnie, nie jest prawem ludzkim. Ale prawo, które jest prawem ludzkim, ma też ludzkie pochodzenie. Bóg 
potrafi wszystko, co jest możliwe, to znaczy wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, i dlatego też bóg 
może żądać od człowieka absolutnie wszystkiego. Tak jak bóg może powiedzieć ludziom: Bądźcie doskonali 
i święci jak ja, równie dobrze może im powiedzieć: Nie jedzcie, nie pijcie, gdyż ja, wasz Bóg, także ani jem, 
ani piję. Wszak w oczach boga jedzenie i picie jest czymś wręcz nieprzyzwoitym, nieświętym, zwierzęcym. 
Prawa, które bóg nadaje człowiekowi, to znaczy prawa, których podstawą i celem jest istota oderwana, a 
więc   istniejąca   tylko   w   wyobraźni,   nie   mają   żadnej   wartości   dla   człowieka   i   w   następstwie   stają   się 
najwyższą obłudą - gdyż nie mogę być człowiekiem, nie zapierając się swego boga, albo czymś najbardziej 
sprzecznym z naturą - jak tego dowodzą dzieje chrześcijaństwa i innych podobnych religii. Ilekroć człowiek 
istotę   duchową,   to   znaczy   istotę   abstrakcyjną,   oderwaną,   czyli   boga,   czynił   prawem   swego   życia, 
następstwem tego było umartwianie ciała, biczowanie, zapieranie się swej powłoki cielesnej. Materialna 
nędza   w   świecie   chrześcijańskim   ma   przeto   swą   ostateczną   przyczynę   tylko   w   jego   bogu   lub   ideale 
duchowym. Duchowy bóg troszczy się tylko o zbawienie duszy, a nie o cielesne dobro człowieka. Ba, troska 
o   dobro   cielesne   stoi   w   jaskrawej   sprzeczności   ze   zbawieniem   duszy,   jak   to   orzekli   najpobożniejsi   i 
najwybitniejsi chrześcijanie. W miejsce ideału religijnego człowiek musi więc teraz postawić sobie inny 
ideał.   Niechaj   ideałem   naszym   nie   będzie   istota   wykastrowana,   odcieleśniona,   abstrakcyjna,   ale   pełny, 
rzeczywisty, wszechstronnie rozwinięty, doskonały, wykształcony człowiek. Do naszego ideału należeć musi 
nie tylko zbawienie duszy,  nie tylko doskonałość duchowa, lecz również doskonałość cielesna, cielesne 
dobro i zdrowie! I pod tym względem za wzór mogą nam służyć Grecy. Gry cielesne i gimnastyka były 
nieodłącznym składnikiem ich religijnych uroczystości.

Z ideałem religijnym kojarzą się też zawsze jakieś wyobrażenia nierozsądne, a nawet zabobonne. Religia 

przedstawia   swój   ideał   zarazem   jako   istotę,   od   której   woli   zależy   los   człowieka,   istotę   osobową, 
samodzielną, lecz odmienną od istoty ludzkiej, istotę, którą człowiek powinien czcić, kochać i której winien 

104

background image

się   bać,   krótko:   w   stosunku   do   której   winien   czuć   i   myśleć   to,   co   się   odczuwa   i   myśli   tylko   wobec 
rzeczywistych, żywych istot. Człowiek nie ma wyobrażenia, nic w ogóle nie wie o jakiejś rzeczywistości, o 
jakimś istnieniu innym niż istnienie zmysłowe, fizyczne. Dlatego też religia przedstawia swój ideal zarazem 
jako istotę fizyczną, choć jest on istotą tylko myślową lub moralną. Z istoty, która jest w pojęciu człowieka 
istotą najwyższą i wzorem, religia czyni istotę pierwszą, samą w sobie, istotę, z której powstały wszystkie 
inne istoty zmysłowe i cielesne i od której ich byt jest zależny. I w tym leży bezsens religii, że cel człowieka 
czyni ona początkiem świata, zasadą przyrody. Ponieważ człowiek wie o swym ideale i czuje się od niego 
zależny, ponieważ czuje, że bez tego celu jest niczym, że wraz z nim straciłby sens i rację bytu, wierzy więc, 
że także cały świat nie może istnieć bez tego pierwowzoru, że bez niego jest niczym. To próżność ludzka, 
która objawia się nie tylko w paradnym mundurze urzędniczym, lecz i w skromnym habicie mnicha czy 
kapłana,   to   -   aby   użyć   nowoczesnego   wyrażenia   -   romantyzm   wyznacza   swemu   ideałowi   religijnemu 
pierwsze miejsce i wszystkie inne rzeczy składa mu w ofierze, aby tą drogą oddać mu cześć. Dla kochanka, a 
przynajmniej   dla   kochanka   romantycznego,   cnoty   i   powaby   wszystkich   kobiet   giną   całkowicie   w 
porównaniu z jego ukochaną. Jest ona w jego oczach jedyną, nie ma równej sobie, piękności jej nie da się 
wyrazić ani opisać, jest wzorem i szczytem wszelkich niewieścich cnót i wdzięków. Dla innych kobiet nie 
zostaje już nic, poza brakiem wszystkich cnót, które wchłonęła ta Jedyna. Otóż tak ma się również sprawa z 
ideałem miłości religijnej. Wszystkie inne rzeczy i istoty nikną wobec tego ideału, gdyż jest on szczytem 
wszelkich cnót, wszelkich doskonałości. Istnienie wszystkich innych rzeczy jest dla człowieka religijnego 
niezrozumiałe, gdyż są mu one obojętne, tak jak dla romantycznego kochanka obojętne jest istnienie innych 
kobiet. Ponieważ jednak inne rzeczy istnieją, mimo że dla człowieka religijnego tylko jego ideał zasługuje na 
istnienie,   przeto   człowiek   ten   musi   szukać   dla   nich   jakiegoś   uzasadnienia,   choćby   najgorszego,   i 
uzasadnienie to znajduje w ich podobieństwie, co prawda podobieństwie bardzo odległym, do swego ideału 
religijnego, w tym, że mają one w sobie coś boskiego, coś doskonałego, choć w minimalnej dawce. Tak 
samo romantyczny kochanek pozwala łaskawie innym kobietom istnieć obok jego Jedynej, ponieważ i one 
posiadają pewne podobieństwo do niej. Wszak inne kobiety są też kobietami, tak jak inne istoty są również 
istotami, jak istota boska. Stąd, choć co prawda nie tylko stąd, pochodzi to, że człowiek umieszcza swój 
ideał religijny na pierwszym miejscu wśród wszystkich istot, i dlatego też wszystkim innym istotom każe 
powstać nie tylko po nim, lecz z niego. Po nim każe im powstawać dlatego, że są niższe również co do rangi, 
ponieważ jego zdaniem istota pierwsza co do rangi powinna być pierwszą w czasie, ponieważ człowiek, a 
zwłaszcza człowiek świata starożytnego, w którym powstała religia, uważał to, co starsze i wcześniejsze, za 
coś wyższego niż to, co młodsze lub nowsze (np.: „antiquitas proxime accedit ad deos” [Cicero, De legibus]. 
Starożytność   najbliższa   jest   bogom  -   przyp.   aut.).   Z  niego  natomiast   każe   rzeczom  powstawać   tylko   z 
negatywnego powodu, to znaczy właściwie bez powodu, bo tylko z powodu swej niewiedzy, tylko dlatego, 
że   nie   wie,   czemu   poza   tym   mógłby   przypisać   ich   powstanie.   Jedno   głupstwo   zawsze   rodzi   drugie. 
Pierwszym głupstwem, jakie popełniła religia, było to, że ideał swój uczyniła praistotą i istotą pierwszą; 
drugie głupstwo polegało na tym, że religia kazała innym istotom wywodzić się z boga; pierwsze głupstwo 
koniecznie   pociąga   za   sobą   drugie.   „Opieraj   się   od   samego   początku!”   (Principiis   obsta)   To   zdanie 
obowiązuje zarówno w religii jak i w polityce. Ale chociaż przyjmuje się je i respektuje w medycynie, 
moralności i pedagogice, to wprost zakrzyczane jest ono w polityce i w religii. Jeśli na przykład chodzi o 
religię,   która   jest   przedmiotem   naszych   dociekań,   to   racjonalizm   leczy   i   trafnie   dostrzega   wszędzie 
namacalne głupstwa wiary religijnej, ale są to tylko głupstwa drugorzędne, pośledniejsze; zasadnicze zaś 
głupstwa, które dają początek dalszym głupstwom, racjonalizm pozostawia jako nietykalną świętość. Kiedy 
racjonalista   pyta   ateistę:   co   to   jest   ateizm?,   należy   mu   odpowiedzieć:   racjonalizm   jest   ateizmem 
niedowarzonym,   połowicznym,   powierzchownym,   natomiast   ateizm   jest   doskonałym,   gruntownym 
racjonalizmem. Albo też, odpowiedź może brzmieć: racjonalizm jest chirurgiem, ateista zaś jest lekarzem. 
Chirurg leczy tylko schorzenia widoczne, lekarz zaś schorzenia wewnętrzne, a więc takie, których nie można 
uchwycić palcami lub kleszczami. Ale wróćmy od tej dygresji do naszego tematu.

Bogiem, czyli religijnym ideałem chrześcijanina, jest duch. Chrześcijanin usuwa swoją istotę zmysłową. 

Nie chce nic wiedzieć o pospolitej, „zwierzęcej” potrzebie jedzenia i picia, o pospolitym „zwierzęcym” 
popędzie miłości płciowej i rodzicielskiej. Chrześcijanin uważa ciało za hańbę i piętno, które od urodzenia 
plami   szlachectwo   i   honor   istoty,   będącej   zasadniczo   duchem.   Chrześcijanin   uważa   ciało   za   czasowe, 
nieuniknione poniżenie i zaprzeczenie swojej prawdziwej istoty,  za brudny kitel podróżny,  za wulgarne 
incognito  swego   obywatelstwa   niebieskiego.   Chrześcijanin   chce   stać   się   i   pozostać   tylko   duchem. 
Wprawdzie pierwsi chrześcijanie wierzyli w zmartwychwstanie ciała, co więcej, między wiarą chrześcijan, 
przynajmniej   pierwszych   chrześcijan,   a   wiarą   filozofów   pogańskich   zachodziła   właśnie   ta   różnica,   że 
chrześcijanie   wierzyli   nie   tylko   w   nieśmierlelność   ducha,   władzy   myślenia,   rozumu,   lecz   także   w 
nieśmiertelność  ciała.  „Chcę  żyć   nie  tylko  jako dusza,   lecz  także   jako  ciało.  Ciało chcę  mieć   także”  - 
powiada Luter. Lecz ciało to jest na wskroś niebieskie, duchowe, to znaczy urojone. Jest to ciało, które jak 
wszystkie przedmioty religijne nic więcej nie przedstawia i nie uobecnia jak tylko istotę ludzkich marzeń i 

105

background image

fantazji. Ciało duchowe jest ciałem, które, na podobieństwo fantazji i wyobraźni człowieku, potrafi znaleźć 
się w oka mgnieniu w miejscu odległym, które jak fantazja, jak wyobraźnia przenika przez zamknięte drzwi; 
gdyż drzwi zamknięte, ściana, nie są przeszkodą do przedstawiania sobie i uobecniania w wyobraźni czegoś, 
co się dzieje za ścianą, za drzwiami. Jest to ciało, którego nie można uderzyć pięścią ani przydeptać nogą, 
którego nie  można  zranić  szpadą  ani  kulą,  tak samo  jak nie można  nadeptać  nogą  ani  uderzyć  pięścią 
wyobrażenia,   marzenia   na   jawie   ani   marzenia   we   śnie.   Ciało   duchowe   to   ciało   całkiem   dziwaczne,   to 
urzeczywistnione nadnaturalne pragnienie człowieka, aby posiadać ciało, które nie choruje, któremu nic nie 
dolega, które nie cierpi, którego nie można zranić, które nie umiera, a więc ciało, które nie ma żadnych 
potrzeb. Gdyż z różnorodnych potrzeb naszego ciała wypływają też różnorodne choroby i dolegliwości, jak 
na przykład z potrzeby powietrza, a co za tym idzie, z potrzeby płuc, wypływają choroby i dolegliwości 
płucne. Gdybyśmy nie potrzebowali powietrza i gdybyśmy nie mieli płuc, odpadłoby jedno źródło i jedna 
grupa chorób, które nas dziś trapią. Za to ciało niebiańskie, ciało duchowe obywa się bez powietrza, bez 
potraw, bez napojów; jest ono ciałem bez potrzeb, ciałem boskim, duchowym; po prostu jest to rzecz, która 
niczym nie różni się od istoty ludzkich wyobrażeń i pragnień, ciało, które w rzeczywistości nie jest ciałem. 
Pomimo że mówi się tam o ciele niebiańskim, to jednak za ideał, za cel chrześcijan, nawet pierwszych 
chrześcijan, możemy uznać ducha. Pomiędzy rozmaitymi typami chrześcijan zachodzi tylko ta różnica, że 
pierwsi   chrześcijanie,   którzy   wierzyli   w   cudy,   mieli   za   swój   wzór   lub   ideał   przede   wszystkim   ducha 
wyobraźni, ducha obciążonego zmysłowymi, swojskimi obrazami. Chrześcijańscy ortodoksyjni filozofowie 
mieli za swój ideał ducha, który z obrazów wyprowadza pojęcia ogólne, ducha myślącego. Ideałem czy 
wzorem   racjonalistów   i   moralistów   jest   duch,   który  objawia   się   w   działaniu,   a   więc   duch   praktyczny, 
moralny.

Ponieważ dla chrześcijanina istotą najwyższą, jego ideałem jest istota, która czuje, myśli i posiada wolę, a 

więc   duch,   dlatego   też   czyni   on   ducha   istotą   pierwszą,   czyni   go   przyczyną   świata.   A   to   znaczy,   że 
chrześcijanin przemienia swojego ducha w istotę przedmiotową, istniejącą poza nim i odmienną od niego. 
Istocie tej przypisuje on stworzenie świata, który istnieje poza nim, świata obiektywnego. Bóg - powiada 
chrześcijanin - to znaczy zobiektywizowany duch, duch pomyślany jako coś istniejącego poza człowiekiem, 
stworzył   świat   swoją   wolą   i   rozumem.   Tego   ducha   światotwórczego   chrześcijanin   uważa   za   ducha 
doskonałego i nieskończonego i dlatego odróżnia go od swego ducha czy od ducha ludzkiego w ogóle, 
którego uważa za ducha niedoskonalego, ograniczonego i skończonego. Taki proces różniczkowania, takie 
wnioskowanie o nieskończonym duchu na podstawie ducha „skończonego”, taki dowód istnienia boga, który 
w   tym   wypadku   oznacza   ducha   doskonałego,   jest   dowodem  psychologicznym.   Podczas   gdy  tak  zwany 
dowód kosmologiczny bierze za punkt wyjścia świat jako całość, a dowód fizjologiczny lub teleologiczny 
wychodzi od porządku, od przyczynowości i celowości w przyrodzie, to dowód psychologiczny, który jest 
dowodem charakterystycznym dla istoty chrześcijaństwa, bierze za punkt wyjścia psyche ludzką czyli duszę, 
ducha człowieka. Bóg pogański został wyprowadzony z przyrody i z niej pochodzi; bóg chrześcijański został 
wyprowadzony z duszy, pochodzi więc z duszy. Krótko mówiąc, powyższe wnioskowanie przedstawia się w 
sposób   następujący:   duch   ludzki   istnieje;   jego   istnienie   nie   ulega   wątpliwości;   duch   ludzki   jest   czymś 
niewidzialnym,  niecielesnym,  jest tym,  co w nas myśli,  chce i czuje; ale wiedza, wola i władza ducha 
łudzkiego   jest   niedostateczna,   jest   ograniczona   przez   zmysły,   zależna   od   ciała;   to,   co   ograniczone, 
skończone, niedoskonałe, zależne, zakłada coś nieograniczonego, bezkresnego, doskonałego; stąd więc duch 
skończony zakłada istnienie ducha nieskończonego, który jest jego podstawą; a zatem duch nieskończony 
istnieje, a jest nim bóg. Ale czy z tego wynika samoistność i rzeczywiste istnienie takiego ducha? Czyż duch 
nieskończony  nie   jest   duchem   człowieka,   który  chce   stać   się   nieskończonym,   doskonałym?   Czyż   przy 
powstawaniu boga nieskończonego nie wchodzą w grę pragnienia człowieka? Czyż człowiek nie pragnie być 
wolny   od   więzów,   które   nakłada   nań   ciało,   czy   nie   pragnie   być   wszechwiedzący,   wszechmocny, 
wszechobecny? Czyż zatem i bóg, i duch nieskończony nie jest urzeczywistnionym pragnieniem czlowieka, 
aby   stać   się   duchem   nieskończonym?   Czyż   więc   i   w   tym   bogu   nie   została   zobiektywizowana   istota 
czlowieka? Czyż chrześcijanie, i to nawet dzisiejsi chrześcijanie, wierzący rozumowo czy racjonalnie, nie 
biorą za punkt wyjścia nieskończonej żądzy wiedzy człowieka, żądzy poznania wszystkiego, która tutaj nie 
jest zaspokojona i zaspokojona być nie może? Czyż nie opierają się oni na nieskończonym popędzie do 
szczęśliwości, którego nie podobna nasycić żadnym dobrem, żadnym szczęściem ziemskim? Czy nie kładą 
nacisku na dążenie do moralności doskonałej, nie splamionej żadnym pożądaniem zmysłowym? I czy nie na 
tej podstawie chrześcijanie wnioskują o konieczności i rzeczywistym istnieniu nieskończonego życia i bytu 
człowieka,   nieskrępowanego   ani   doczesnością   naszego   życia,   ani   pobytem   na   tej   ziemi,   życia 
nieograniczonego ani ciałem, ani śmiercią. Ale czyż właśnie przez to, choćby pośrednio, chrześcijanie nie 
stwierdzają   boskości   istoty   ludzkiej?   Czyż   istota   wiecznotrwała,   nieskończona,   nie   związana   żadnym 
miejscem ani czasem, istota, która zdolna jest zdobyć wszechwiedzę i w ogóle doskonałość, nie jest bogiem 
lub istotą boską? Czyż zatem ich bóg, ich duch nieskończony nie jest prawzorem lub wzorem tego, czym 
kiedyś chcieliby być sami, czyż nie jest prawzorem i odbiciem ich własnej istoty, takiej, jaką miałaby być 

106

background image

ona w przyszłości? Co bowiem stanowi różnicę między duchem boskim a ludzkim? Jedynie doskonałość lub 
nieskończoność.   Właściwości,   zasadnicze   określenia   są   w   obu   wypadkach   te   same.   Duch,   według 
chrześcijańskich psychologów, nie ma nic wspólnego z materią, z ciałem; duch jest, jak się wyrażają, istotą 
absolutnie różną od istot zmysłowych, cielesnych. Otóż taki właśnie jest bóg; boga nie można zobaczyć, 
wyczuć ani dotknąć; ducha również nie można; duch myśli, lecz bóg myśli również; chrześcijanie, i to nawet 
chrześcijanie racjonalistyczni, widzą w rzeczach tylko urzeczywistnione, uzmysłowione, ucieleśnione myśli 
boga; duch jednak posiada świadomość lub jest świadomością, wolą, osobowością; bóg także. Zachodzi tu 
tylko   ta   różnica,   że   to,   co   w   człowieku   jest   ograniczone,   skończone,   w   bogu   jest   nieograniczone, 
nieskończone.   Cóż   jednak   objawia   się   w   nieskończoności   cech   boskich?   To,   że   nieskończone   i 
nieograniczone są ludzkie pragnienia, ludzka wyobraźnia i zdolność do tworzenia abstrakcji; nieskończona 
jest   ludzka   umiejętność   wyprowadzania   pojęć   ogólnych   z   tego,   co  indywidualne,   specyficzne.   I  tak  na 
przykład   wyprowadzam   z   wielu   różnych   drzew   ogólne   pojęcie   drzewa,   a   czynię   to   w   ten   sposób,   że 
opuszczam wszelkie różnice, wszelkie szczegóły, którymi pojedyncze drzewa różnią się w rzeczywistości. 
Duch nieskończony to tylko rodzajowe pojęcie ducha, które wyobraźnia uzmysłowiła na rozkaz ludzkich 
pragnień   i   ludzkiego   popędu   do   szczęśliwości   jako   samodzielną   istotę.   „Im   bardziej   nieokreślone,   im 
ogólniejsze, im bardziej abstrakcyjne jest słowo lub określenie - mówi św. Tomasz z Akwinu - tym bardziej 
nadaje się dla Boga, tym  bardziej jest dla Niego odpowiednie”. Przekonaliśmy się o tym  już przedtem, 
rozpatrując problem istnienia boga i w ogóle jego istoty. Teraz, rozpatrując chrześcijaństwo, którego istotą 
jest duch, musimy tego samego dowieść w odniesieniu do duchowych określeń boga. Bóg, mówi na przyklad 
Biblia,   jest   miłością;   to   znaczy,   bóg   jest   miłością   pojętą   najogólniej.   Miłość   ludzka   istnieje   pod 
najrozmaitszymi postaciami, jako przyjaźń, miłość ojczyzny, miłość płciowa, miłość rodzicielska i dziecięca, 
jako życzliwość dla wszystkich ludzi w ogóle, miłość do człowieka; jej podstawą w człowieku jest sympatia, 
wrażenie,   zmysły.   Miłość   oderwana   od   wszystkich   poszczególnych   rodzajów   miłości,   wyosobniona   od 
wszystkich zmysłowych i szczegółowych określeń, miłość pomyślana tylko sama dla siebie, jest miłością, 
jaką przypisuje się bogu albo za boga uważa. Jako inny przykład może służyć słowo boga lub słowo boże. 
Dawni chrześcijanie, którzy byli o wiele konsekwentniejsi od chrześcijan nowoczesnych, którzy włączyli do 
teologii prawie całą psychologię i antropologię, przypisywali duchowi boskiemu także boskie słowo. I to 
zupełnie   słusznie.   Duch   objawia   się   najwłaściwiej,   w   sposób   najbardziej   duchowy,   tylko   w   słowie,   a 
myślenie i mówienie, choćby nawet nie złączone z ruchem warg, są nierozłączone ze sobą; wraz ze słowem 
znika także myśl, wraz z nazwą rzecz, którą ona oznacza. Ludzie zaczęli myśleć dopiero wtedy, gdy zaczęli 
mówić, gdy zaczęli tworzyć słowa. Jeżeli więc przypisuje się bogu ducha i rozum, jeżeli mówi się o myślach 
boga, należy być konsekwentnym i mówić także o słowach boga. Kto nie wstydzi się twierdzić, że świat 
zmysłowy, cielesny, powstał z myśli i woli jakiegoś ducha, kto nie wstydzi się twierdzić, że nie dlatego 
myślimy o rzeczach, że istnieją, lecz rzeczy istnieją dlatego, że o nich myślimy, ten niechaj się także nie 
wstydzi uznać, że rzeczy powstały dzięki słowu, niech się też nie wstydzi twierdzić, że nie dlatego istnieją 
słowa, że istnieją rzeczy, lecz rzeczy istnieją dlatego, że istnieją słowa. Duch jako duch działa tylko poprzez 
słowo i tylko poprzez słowo objawia się w świecie. Toteż dawna teologia i religia tłumaczyły powstanie 
świata w sposób zgodny z istotą boga jako ducha, każąc powstać światu dzięki powiedzeniu boga, dzięki 
jego boskiemu słowu. Zresztą to wyobrażenie o powstaniu świata dzięki słowu nie jest tylko właściwością 
religii żydowskiej i chrześcijańskiej, lecz występuje już w religii staroperskiej. To, co w języku greckim 
nazywa się  logos, to u Persów nazywa  się  honower, a wyraz ten, zdaniem nowszych badaczy, jak Röth 
(Religia egipska i religia Zaratustry), nie znaczy nic innego, tylko słowo w najwłaściwszym znaczeniu. Atoli 
słowo boga, przynajmniej w teologii chrześcijańskiej, jest tylko pojęciem słowa w ogóle. Słowo boskie nie 
jest tym lub owym określonym słowem, nie jest słowem łacińskim, niemieckim, hebrajskim, greckim, nie 
jest też żadnym pojedynczym lub poszczególnym słowem, a więc słowem, które rozbrzmiewa w powietrzu i 
w czasie. Wszelkie własności, które teologowie przypisują słowu, odnoszą się do pojęcia słowa albo do tego, 
czym   jest   słowo   w   ogóle,   słowo   samo   w   sobie.   A   to   pojęcie   rodzajowe,   tę   istotę   wspólną   wszystkim 
niezliczonym słowom, wyobraźnia religijna i teologiczna usamodzielnia jako istotę indywidualną, osobową, 
która sama różni się od słowa lub od istoty słowa. Zupełnie tak samo wyobraźnia religijna przedstawia istotę 
boga juko coś odrębnego, odmiennego od istoty świata, jakkolwiek pierwotnie i w rzeczywistości jest ona 
tylko istotą świata. To samo, co dotyczy słowa i miłości, dotyczy również ducha, dotyczy w ogóle rozumu, 
woli, świadomości i osobowości w tej postaci, w jakiej zdolności te są przypisywane bogu czyli ubóstwiane, 
przedstawiane jako bóg. Ubóstwieniu podlega zawsze tylko jakaś ludzka siła, własność, zdolność; lecz z 
chwilą, gdy ulega ona deifikacji, oddziela się ją od wszystkich poszczególnych określeń, jakie ona posiada 
jako   cecha   rzeczywista,   ludzka;   gdy   więc   to   ulatnianie   się   treści   dojdzie   do   najwyższego   stopnia,   do 
ostatecznych granic, nie pozostaje w końcu nic prócz pustej nazwy. Jest więc już tylko nazwa woli, nazwa 
świadomości, nie ma zaś istoty świadomości, istoty woli, nie ma tego, dzięki czemu dopiero świadomość i 
wola   stają   się   rzeczywistą   świadomością   i   rzeczywistą   wolą,   i   teologia   wyradza   się   ostatecznie   we 
frazeologię pustą, choć może budującą.

107

background image

WYKŁAD DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

W   poprzednich   wywodach   określiłem   psychologiczny   dowód   istnienia   boga   jako   dowód 

charakterystyczny dla istoty chrześcijaństwa. Chodziło mi tu o wykazanie, że ten dowód istnienia boga albo 
raczej nieskończonego ducha - tak bowiem określa się boga w chrześcijaństwie - jest tylko dowodem nie 
wprost,   pośrednim   dowodem   nieskończoności   ducha   ludzkiego,   natomiast   dowód   nieśmiertelności 
bezpośrednio   i   wprost   stwierdza,   że   nieskończoność   jest   właściwością   ducha   ludzkiego.   Chrześcijanie 
wnioskują  mianowicie,  że  musi   istnieć   duch nieskończony,   ponieważ   istnieje  duch  skończony,  że  musi 
istnieć   duch   doskonały,   ponieważ   istnieje   niedoskonały,   że   musi   istnieć   duch   wszechwiedzący   i 
wszechmocny,  bo istnieje taki, który coś niecoś wie i może. Ale chrześcijanie wnioskują również: musi 
istnieć wieczne, nieskończone życie człowieka, ponieważ siły duchowe i uzdolnienia człowieka w granicach 
tego życia, tego ciała, nie mają okazji rozwinąć się tu tak, jakby człowiek chciał i mógł. Człowiek będzie 
kiedyś   wiedział   wszystko,   ponieważ   chce   wiedzieć   wszystko,   ponieważ   posiada   nieograniczony   głód 
wiedzy. Kiedyś człowiek lub duch ludzki musi stać się doskonale moralny i szczęśliwy (albo, jak się sprytnie 
wyrażają nowocześni wierzący racjonaliści, jeśli nawet nie osiągnie absolutnej doskonałości, to przynajmniej 
stopień po stopniu, w nieskończoność, będzie się stawał coraz doskonalszy,  ponieważ posiada nie tylko 
nieskończoną   zdolność   doskonalenia   się,   lecz   także   nieskończony   popęd   do   doskonalenia   się   i   do 
szczęśliwości, a popęd ten nie może być zaspokojony na tej małej ziemi, w tym krótkim życiu, na tym 
padole płaczu. Widzimy więc, że wnioskowanie o istnieniu boga i wnioskowanie o nieśmiertelności są w 
gruncie   rzeczy   jednym   i   tym   samym   wnioskowaniem   i   właśnie   dlatego   idea   boskości   oraz   idea 
nieśmiertelności w istocie, w gruncie rzeczy są jednym i tym samym.  Wnioskowanie o bogu wyprzedza 
tylko   wnioskowanie   o   nieśmiertelności;   bóstwo   jest   warunkiem   nieśmiertelności,   bez   boga   nie   ma 
nieśmiertelności.   Ale   dopiero   nieśmiertelność   jest   sensem   i   celem   istnienia   boga   albo   raczej   celem 
wnioskowania o istnieniu boga. Bez boga wiara w nieśmiertelność nie ma punktu oparcia, nie ma początku, 
nie   ma   podstawy,   fundamentu,   krótko,   nie   ma   uzasadnienia   (Prinzip).   Nieśmiertelność   sprzeciwia   się 
świadectwu   zmysłów,   które   poręczają   prawdziwość   śmierci;   jest   ponadzmysłowym,   bezmiernym 
pragnieniem i myślą. Jakże mogę wierzyć w prawdę tej myśli, w urzeczywistnienie tego pragnienia, jeśli nie 
ma bezmiernej istoty, przeczącej zmysłom i ponad zmysłowej, która by odpowiadała temu pragnieniu, tej 
myśli. Jakże mógłbym wiarę taką odnieść do przyrody, do świata? W przyrodzie istnieje nieśmiertelność 
tylko   przez   rozmnażanie   się,   nieśmiertelność,   dzięki   której   jedna   istota   zachowuje   się   tylko   w   istocie 
podobnej do niej, podobnej co do rodzaju, co do gatunku, to znaczy,  na miejsce zmarłego indywiduum 
zjawia się indywiduum nowe. A u niższych gatunków zwierząt, na przykład u motyli, z aktem płodzenia 
bezpośrednio łączy się śmierć. Motyl umiera z chwilą, gdy wydał na świat inne motyle lub przynajmniej 
jajeczka, z których rozwiną się motyle. Gdyby nie było rozmnażania się, nie byłoby i śmierci, gdyż przez 
płodzenie stworzenie wyczerpuje swą siłę życiową. Istota uwielokrotnia siebie albo, inaczej mówiąc, wydaje 
na świat większą ilość istot takich samych, tego samego gatunku, co ona; przez to jednak traci ona swą 
jedyność a tym samym konieczność własnego istnienia. Co prawda człowiek istnieje nadal po utracie swej 
płodności; lecz skoro ta zdolność do płodzenia się wyczerpała, wtedy zaczyna się starość, wtedy człowiek 
zbliża się, choćby tylko powoli, do kresu. Jakże więc mogę wiarę w nieśmiertelność odnieść do przyrody? 
Przyroda   daje   śmierć;   nieśmiertelność   daje   tylko   bóg.   Co   prawda,   jeśli   człowiek   raz   uwierzy   w 
nieśmiertelność,   to  znajduje   też   w   przyrodzie   dość   przykładów   i   dowodów   dla   swej   wiary,   to  znaczy: 
tłumaczy   sobie   przyrodę   tak,   żeby   przemawiała   na   rzecz   jego   wiary.   I   tak   na   przykład   chrześcijanie 
dopatrywali  się  dowodów  i  przykładów  nieśmiertelności   i  zmartwychwstania  w  powrocie  pór  roku,   we 
wschodzie i zachodzie słońca; ponieważ wierzyli w to, patrzyli na wszystko poprzez szkła swej wiary. A 
natomiast poganie, którzy nie wierzyli w nieśmiertelność, widzieli w tych zjawiskach - odwrotnie - dowody, 
przykłady krótkotrwałości i śmiertelności człowieka. Lód - mówi Horacy - topi się pod powiewem zefirów, 
wiosna ustępuje przed latem, lato zaś znika z chwilą, gdy płodna jesień wyda owoce, a zaraz potem wraca 
martwa zima. Lecz straty na niebie wyrównują nowe okrążenia księżyca; tylko my,  raz zstąpiwszy tam, 
gdzie przebywa cnotliwy Eneasz, bogaty Tullus i Ankus, stajemy się prochem i cieniem. - Jakżeż mogę 
wierzyć dalej, że po widocznej, rzucającej się w oczy, niezaprzeczalnej śmierci ciała pozostaje tak zwana 
dusza, duch lub istota człowieka, jeżeli nie wierzę, że istnieje jakaś dusza, jakiś duch bez ciała i że ten duch 
bez ciała jest istotą najwyższą i najpotężniejszą, istotą, w porównaniu z którą wszelkie zmysłowe, cielesne 
istoty są niczym i nic nie mogą dokonać? Wiara w nieśmiertelność zakłada przeto wiarę w boga, to znaczy, 
człowiek dlatego wymyślił boga, że bez boga nie potrafi pomyśleć nieśmiertelności. W wyobrażeniu, w 
doktrynie, w teorii nieśmiertelność jest tylko następstwem wiary w boga ale w praktyce lub naprawdę wiara 
w nieśmiertelność jest podstawą wiary w boga. Nie dlatego człowiek wierzy w nieśmiertelność, że wierzy w 
boga, lecz wierzy w boga dlatego, że wierzy w nieśmiertelność, dlatego, że bez wiary w boga nie może 
uzasadnić wiary w nieśmiertelność. Na pozór pierwszą rzeczą jest bóg, drugą nieśmiertelność; naprawdę 
jednak pierwszą rzeczą jest nieśmiertelność, a dopiero drugą bóstwo. Bóstwo jest pierwszą rzeczą tylko o 

108

background image

tyle, o ile jest środkiem, warunkiem nieśmiertelności. Albo inaczej mówiąc: bóstwo jest pierwszą rzeczą, 
ponieważ  jest   uosobioną,   usamodzielnioną   szczęśliwością  i  nieśmiertelnością,  przyszłą  istotą  człowieka, 
wyobrażoną jako istota istniejąca obecnie i urzeczywistnioną. Dlatego to wiara w nieśmiertelność i wiara w 
boga nie są osobnymi artykułami wiary czy przedmiotami wiary, lecz wiara w boga jest bezpośrednio wiarą 
w nieśmiertelność i odwrotnie, wiara w nieśmiertelność jest wiarą w boga.

Przeciw temu twierdzeniu, które identyfikuje boga i nieśmiertelność i nie widzi między nimi  żadnej 

różnicy, można wysunąć argument, że - jak tego dowodzą nie tylko jednostki, ale całe narody - możliwa jest 
wiara w boga bez wiary w nieśmiertelność. Ale bóg, z którym nie łączy się wyobrażenie nieśmiertelności lub 
wiara w nieśmiertelność człowieka, nie jest prawdziwym, wlaściwym bogiem, jest tylko ubóstwioną istotą 
naturalną,   przyrodniczą;   albowiem   boskość   i   wieczność   przyrody   nie   wiąże   się   bynajmniej   z 
nieśmiertelnością człowieka; przyroda nie ma serca, nie jest wrażliwa na życzenia człowieka, nie troszczy 
się   o   człowieka.   Gdy   przedstawiam   sobie   słońce,   księżyc   i   gwiazdy   jako   istoty   wieczne,   jak   wierzyli 
starożytni Parsowie i inne ludy, cóż z tego dla mnie wynika? Słońce, księżyc i gwiazdy istniały, zanim 
jeszcze ujrzało je jakiekolwiek ludzkie oko; istnieją one nie dlatego, że ja je widzę, lecz ja widzę je dlatego, 
że one istnieją. I jakkolwiek istnieją one tylko dla istoty wyposażonej we wzrok, to przecież nie mogą one 
istnieć dla mego oka bez tego oddziaływania na oko, które nazywamy światłem. Krótko: moje ich oglądanie 
zakłada ich istnienie; istniały,  zanim je ujrzałem, i będą istniały,  gdy już ich nie będę oglądał; gdyż  na 
szczęście istnieją nie po to, abym ja mógł je oglądać. Jaki stąd wniosek dla nieśmiertelności mego oka czy 
nieśmiertelności mojej istoty w ogóle? Bóg, z którym nie łączy się nieśmiertelność, jest albo przedmiotem 
przyrody,   albo  jednostką   ludzką,   co  prawda   arystokratyczną,   jak  bogowie   u  politeistów,   a   zwłaszcza   u 
Greków. U Greków ludzie nazywają się śmiertelnymi, bogowie - nieśmiertelnymi. Nieśmiertelność i tutaj 
zlewa się z pojęciem bóstwa. Nieśmiertelność jest przywilejem bóstwa, nie przechodzi zaś na człowieka 
dlatego, że bogowie są arystokratami, którzy nie chcą nic ustąpić ze swych przywilejów, że są istotami 
zazdrosnymi, egoistycznymi, zawistnymi. Bogowie są wprawdzie istotami na wskroś ludzkimi, posiadają 
wszystkie wady i namiętności Greków, lecz tworzą osobną klasę istot i nie pozwalają zwykłemu pospólstwu 
ludzkiemu   brać   udziału   w   swym   szczęściu   i   nieśmiertelności.   „Bogowie   przeznaczyli   nędznemu 
człowiekowi   strach   i   ból;   sami   zaś   żyją   szczęśliwie   i   beztrosko”,   czytamy   w  Iliadzie.   Zresztą   u   tegoż 
Homera, ojca chrzestnego bogów greckich, nieśmiertelność bogów nie ma wielkiego znaczenia. Jakkolwiek 
bowiem  bogowie  nie  umierają  rzeczywiście,  to jednak mogą   umrzeć.   Albo  też:  bóg,  z  którym   nie  jest 
związana wiara w nieśmiertelność, jest tylko bogiem narodowym, jak bóg starożytnych Żydów. Żydzi nie 
wierzyli w nieśmiertelność, wierzyli tylko w zachowanie rodu przez rozmnażanie się; życzyli sobie tylko 
długiego życia i licznego potomstwa, co zresztą było w ogóle w zwyczaju u ludów starożytnych, a zwłaszcza 
wschodnich.   U   wszystkich   tych   ludów   za   największe   nieszczęście   uchodziła   i   uchodzi   do   dziś   śmierć 
bezpotomna. Ale bóg Jehowa, a przynajmniej Jehowa starożytny, nie różni się co do swej istoty od istoty 
starożytnych  Żydów.  Czego nienawidził Izraelita, tego nienawidził też jego bóg. To, co chętnie wąchał 
Izraelita, to też dla jego Pana miało przyjemną woń. „Noe składaI ofiarę opuszczając arkę, a Pan wąchał luby 
zapach”. Potrawy, które jadali Hebrajczycy, jadał również ich bóg. Z bogiem narodowym może się łączyć 
tylko myśl o nieskończonym rozprzestrzenieniu się i trwaniu narodu. Jehowa tak mówi do praojca Żydów, 
Abrahama: chcę błogosławić twemu nasieniu i rozmnożyć je tak jak gwiazdy na niebie i jak piasek na brzegu 
morza. Albo wreszcie: bóg, który nie daje człowiekowi świadomości jego nieśmiertelności, bóg, w którym 
człowiek nic widzi rękojmi, że będzie żył wiecznie, jest bogiem tylko z imienia, a nie bogiem faktycznym. 
Takim bogiem z imienia jest na przykład bóg niektórych tak zwanych spekulatywnych filozofów, którzy 
odrzucają nieśmiertelność, ale zachowują boga. A zachowują go tylko dlatego, że bez niego nie potrafią 
wielu rzeczy pomyśleć i wytłumaczyć, że bóg musi wypełniać braki w ich systemach i glowach; bóg jest 
zatem   istotą   tylko   teoretyczną,   filozoficzną.   Takim   bogiem   jest   też   bóg   niektórych   racjonalistycznych 
przyrodników,   który   jest   tylko   uosobioną   przyrodą   lub   koniecznością   przyrodniczą,   kosmosem, 
wszechświalem, co jest oczywiście nie do pogodzenia z ideą nieśmiertelności; gdyż przedstawiając sobie 
wszechświat człowiek traci z oka samego siebie i widzi swą znikomość, albo też widzi tylko pierwszą 
przyczynę przyrody czyli świata - ale pierwszej przyczynie świata daleko jeszcze do boga. Jako pierwszą 
przyczynę świata mogę przecież pomyśleć sobie siłę tylko przyrodniczą. Bóg jest z istoty swej przedmiotem 
czci, miłości, uwielbienia; lecz sił przyrody nie mogę miłować, nie mogę otaczać czcią religijną, nie mogę 
się do nich modlić. Bóg nie jest przedmiotem naturalnym, nie jest siłą przyrody, bóg jest tworem abstrakcji, 
wyobraźni, uczucia. Bóg jest z istoty swej rzeczą serca. W przedostatnim [54] paragrafie rozprawy O istocie 
religii
,   która   stanowi   podstawę   niniejszych   wykładów,   powiadam,   że   bóg  nie   jest   rzeczą,   którą   można 
odszukać przy pomocy lunety na niebie astronomii albo wykryć w ogrodzie botanicznym przy pomocy szkła 
powiększającego. Nie znajdziesz go pukając młotkiem mineralogicznym w kopalniach geologii lub operując 
przy pomocy noża anatomicznego we wnętrznościach zwierząt i ludzi. Znajdziesz go tylko w wierze, w 
wyobraźni, w sercu człowieka; gdyż bóg jest tylko tworem (Wesen) fantazji lub wyobraźni, tworem (Wesen
ludzkiego serca.  Bóg więc  jest  ze swej natury istotą, która  zaspokaja ludzkie pragnienia.  Na  czoło zaś 

109

background image

ludzkich  pragnień,   przynajmniej   u  tych   ludzi,   którzy  nie   ograniczają   swych   życzeń   stosownie   do  praw 
przyrody,   wysuwa   się   pragnienie,   aby   nie   umierać,   aby   żyć   wiecznie;   ba,   marzenie   to   jest   ostatnim   i 
najwyższym   pragnieniem   człowieka,   pragnieniem   nad   pragnieniami,   jako   że   życie   jest   najwyższym   ze 
wszystkich dóbr. I właśnie dlatego bóg, który nie spełnia tego pragnienia, który nie niweczy śmierci lub co 
najmniej   nie   zastępuje   życia   innym,   nowym   życiem,   nie   jest   bogiem,   nie   jest   bogiem   prawdziwym, 
odpowiadającym   pojęciu   boga.   Jak   bezpodstawna   jest   wiara   w   nieśmiertelność   bez   wiary  w   boga,   tak 
bezsensowna jest wiara w boga bez wiary w nieśmiertelność. Bóg z istoty swej jest ideałem, pierwowzorem 
człowieka; ale pierwowzór człowieka nie istnieje sam dla siebie, lecz istnieje dla człowieka. Jego znaczenie, 
sens i cel sprowadza się tylko do tego, że człowiek ma się stać tym, co reprezentuje pierwowzór; pierwowzór 
jest tylko przyszłą istotą człowieka, którą człowiek personifikuje i przedstawia sobie jako swoją istotę. Bóg 
więc jest z istoty swej istotą altruistyczną, a nie arystokratyczną; wszystkim, czym jest i co posiada, dzieli się 
z   człowiekiem;   wszystkie   jego   własności   stają   się   własnościami   człowieka.   I   zupełnie   słusznie:   wszak 
własności te zawdzięczają swe powstanie człowiekowi, z niego zostały wyabstrahowane i w końcu jemu 
będą zwrócone. „Bóg jest szczęśliwy - mówi na przykład Luter - lecz Bóg nie chce być szczęśliwy tylko dla 
siebie”.

Religia przedstawia boga jako istotę samodzielną i osobową; przedstawia zatem nieśmiertelność i inne 

cechy boskie, które są lub mają się stać udziałem człowieka, jako dar, jako podarunek boskiej miłości i 
dobroci. Ale to, że w ostatecznych konkluzjach religii, o których obecnie mówimy, w doktrynie o rzeczach 
ostatecznych,   człowiek   staje   się   istotą   boską,   wynika   naprawdę   stąd,   że   bóg,   przynajmniej   bóg 
chrześcijański, jest tylko istotą człowieka. Jeśli jednak istota człowieka jest istotą boską, to koniecznym 
następstwem tego jest, aby każda jednostka, a więc i poszczególni ludzie byli lub stali się bogami. Ideałem 
albo   wzorem   a   zarazem   rękojmią   boskości   i   nieśmiertelności   nie   tylko   człowieka   w   ogóle,   czyli 
wyabstrahowanej istoty człowieka, która jest duchem, rozumem, wolą, świadomością, a ubóstwiana jest w 
bogu   niewidzialnym,   niepojętym,   tzw,   Bogu   Ojcu,   ale   i   człowieka   indywidualnego,   tj,   rzeczywistego, 
rękojmią tą jest w chrześcijaństwie Chrystus, bóg - człowiek, w którym też najwidoczniej pokazuje się i 
objawia to, że istota boska nie jest istotą odmienną od człowieka.

Nowoczesna   wiara   rozumowa,   połowiczna,   pozbawiona   taktu   i   powierzchowna   wyrzekła   się   boga-

człowieka, lecz zachowała boga. To znaczy: wyrzekła się konsekwencji, wyrzekła się koniecznego wniosku, 
który wynika z wiary w boga, natomiast zachowała podstawę; wiara rozumowa - jak to już powiedziałem 
przy   innej   sposobności   -   zachowała   teorię,   lecz   odrzuciła   jej   zastosowanie,   przykład,   indywidualny, 
zmysłowy przypadek, który tę naukę potwierdza. Chrześcijanin racjonalistyczny zachował ducha - bóg jest 
duchem, mówi on tak samo jak dawni chrześcijanie - lecz mimo swego ducha i swej wiary rozumowej stracił 
głowę.   Został   mu   więc   duch   bez   głowy,   gdy   tymczasem   chrześcijanin   pierwotny   zupełnie   słusznie   i 
naturalnie zrobił swego boga bogiem-człowiekiem i wyposażył go w głowę jako konieczny organ i oznakę 
ducha. Racjonalista zachowuje wolę boską, ale bez koniecznych warunków i objawów woli, bez nerwów 
ruchowych i mięśni, krótko: bez narzędzi, przez które bóg chrześcijański cudami boga-człowieka potwierdza 
i dowodzi, że posiada wolę rzeczywistą. Racjonalista mówi o dobroci boskiej i opatrzności, lecz odrzuca 
ludzkie  serce  boga-człowieka,  bez  którego  dobroć  i  opatrzność  są  przecież  tylko   czczymi  słowami  bez 
pokrycia. Racjonalista opiera nieśmiertelność na idei boga, wprawdzie nie wyłącznie, lecz między innymi. 
Racjonalista mówi o własnościach boskich jak o porękach nieśmiertelności: „Tak jak prawdą jest, że jest 
bóg,   tak   też   jest   prawdą   nasza   nieśmiertelność”.   Równocześnie   jednak   odrzuca   on   dowód   tej 
nierozerwalności, czyli jedności boga i nieśmiertelności, odrzucając jako bałwochwalczy przesąd jedność 
boskiej i ludzkiej istoty w bogu-człowieku. Wniosek: „Tak jak prawdą jest, że jest bóg, tak też prawdą jest 
nasza   nieśmiertelność”,   jest   tylko   wtedy   uzasadniony   i   usprawiedliwiony,   kiedy   jako   jego   założenie, 
względnie   jako   jego   równoważnik,   przyjmiemy   następujące   zdanie:   Tak   jak   prawdą   jest,   że   bóg   jest 
człowiekiem, tak prawdą jest, że człowiek jest bogiem; tak samo prawdą jest też, że właściwość boga, dzięki 
której   nie   podlega   on   śmierci,   nie   podlega   więc   konieczności   umierania,   jest   właściwością   człowieka. 
Krótko: wnioskowanie o nieśmiertelności człowieka na podstawie pojęcia i istnienia boga opiera się tylko na 
jedności,   to   znaczy   na   braku   różnicy   między   istotą   boską   i   ludzką.   Nawet   wiara   religijna,   jakkolwiek 
przedstawia ona nieśmiertelność tylko jako następstwo dobroci boga, jako akt łaski, akt wolnej woli boga, 
opiera   się   równocześnie   na   pokrewieństwie   istoty   ludzkiej   i   boskiej,   boskiego   i   ludzkiego   ducha. 
Pokrewieństwo jednak zakłada jedność i równość istoty lub natury, czy też raczej jest ono tylko zmysłowym 
wyrażeniem jedności i równości. Dlatego też wiara człowieka w nieśmiertelność, oczywiście nie w sensie 
nieśmiertelności   chrześcijańskiej,   może   dotyczyć   -   tutaj   ograniczę   i  sprostuję   wcześniej   wypowiedziane 
zdanie - nawet jakiegoś przedmiotu zupełnie obojętnego wobec człowieka i nie mającego dlań względów, 
jakiegoś tworu przyrody, jak np. słońca lub innych ciał niebieskich. Ale to może mieć miejsce tylko pod 
warunkiem, że człowiek uważa się za istotę pokrewną tym ciałom niebieskim i wierzy, że jego istota i istota 
tych ciał posiada jedną i tę samą naturę. O ile posiadam niebiańskie pochodzenie, niebiańską istotę, to tak 
samo nie mogę umrzeć jak owe ciała niebieskie, o ile uważam je za nieśmiertelne. Ich nieśmiertelność 

110

background image

poręcza moją. Jakże bowiem ojciec mógłby pozwolić ginąć i umierać swoim własnym dzieciom? Godziłby 
w ten sposób przecież we własne ciało i we własną krew, godziłby w swoją własną istotę. Tak jak niebiańska 
istota rodzi tylko niebiańskie, tak nieśmierteIna rodzi tylko nieśmiertelne dzieci i istoty. Dlatego człowiek 
wywodzi   swoje   istnienie   z   boga,   aby   tym   sposobem   zapewnić   sobie   boskie   pochodzenie,   a   za   jego 
pośrednictwem  boskość,   to  znaczy  nieśmiertelność   swej   istoty.   Kto  chce   wyjść   poza   śmierć,   która   jest 
nieuchronnym następstwem konieczności przyrodniczej, ten musi wyjść także poza przyczynę śmierci, poza 
przyrodę. Kto nie chce poprzestać na przyrodzie, ten nie może zaczynać od przyrody, lecz musi zaczynać od 
boga. Nie przyroda, nie! ale istota nadprzyrodzona, boska jest twórcą, jest przyczyną mojej osoby, tzn. po 
prostu:   Ja   jestem   istotą   nadprzyrodzoną,   istotą   boską;   lecz   podstawą   mojej   nadprzyrodzoności   i   mojej 
boskości nie jest moje pochodzenie nadprzyrodzone. Właśnie dlatego przypisuję sobie pochodzenie od istoty 
nadprzyrodzonej, że w głębi mojej istoty jeszcze przed przypisaniem sobie takiego pochodzenia uważałem 
się za istotę nadprzyrodzoną i dlatego nie mogę pomyśleć, abym swoje pochodzenie zawdzięczał przyrodzie 
lub  światu.   Luter   powiada   w  objaśnieniach   do  pierwszej   księgi   Mojżesza:   „Widzimy,   że   człowiek  jest 
stworzeniem szczególnym,  jest bowiem stworzony po to, aby miał udział w boskości i nieśmiertelności. 
Albowiem człowiek jest stworzeniem lepszym niż niebo i ziemia, i wszystko, co na nich się znajduje”. A w 
innym   miejscu,   które   przytaczałem   już   w   swoich   pismach   wcześniejszych,   Luter   powiada:   „Jestem 
człowiekiem, a to jest wyższy tytuł niż być księciem. Przyczyna: Księcia nie zrobił Bóg, lecz ludzie. To 
jednak, że jestem czlowiekiem, jest wyłącznym dziełem Boga”. Tak samo powiada pogański filozof Epiktet, 
który w swoich naukach i wyobrażeniach w najwyższym  stopniu zbliża się do chrześcijaństwa: „Gdyby 
człowiek należycie uświadomił sobie to, że wszyscy mamy główną przyczynę w bogu, że bóg jest ojcem 
ludzi (i bogów), to nigdy by źle i pogardliwie nie myślał o sobie. Gdyby cesarz adoptował cię jako syna, 
byłbyś z tego dumny nie do zniesienia. Czyż więc nie powinna cię wywyższać i wbijać w dumę myśl o tym, 
że jesteś synem boga?” Ale czyż każda rzecz, każda istota nie jest stworzeniem boskim? Czyż - według 
religii - bóg nie stworzył wszystkiego? Tak, lecz nie jest on stwórcą zwierząt, roślin, kamieni w tym samym 
sensie, w jakim jest stwórcą człowieka. W odniesieniu do ludzi bóg jest ich ojcem; lecz nie jest ojcem 
zwierząt, gdyż wtedy chrześcijanie brataliby się ze zwierzętami, tak jak z tego, że bóg jest ojcem wszystkich 
ludzi, wnioskują, że wszyscy ludzie są braćmi  i powinni nimi  być.  W zbiorze kazań kościelnych Luter 
powiada: „On (bóg) jest przecież waszym Ojcem, i tylko waszym, nie jest wcale ojcem ptaków, gęsi czy 
kaczek (ani też bezbożnych pogan)”. Podobne rozróżnienie stosowali platonicy, którzy posiadali prawie tę 
samą teologię, co chrześcijanie, tylko bez chrystologii, i czym innym był dla nich bóg jako stwórca, sprawca, 
a czym innym bóg jako ojciec. Bóg jako stworzyciel istot duchowych, ludzi, nazywa się u nich ojcem, bóg 
jako stwórca bezdusznych istot i zwierząt nazywa  się u nich mistrzem, sprawcą (Plutarch,  Zagadnienia 
platońskie
).

Nauka, że bóg jest ojcem ludzi a ludzie są dziećmi boga, ma taki sens, że człowiek jest pochodzenia 

boskiego,  że  jego istota  jest  boska,  a więc  też  nieśmiertelna.  Bóg  jako wspólny ojciec  ludzi  jest  tylko 
upersonifikowaną jednością i równością rodzaju ludzkiego, jest pojęciem rodzaju, w którym opuszcza się, 
pomija wszystkie indywidualne różnice między ludźmi, przy czym to pojęcie rodzajowe w przeciwieństwie 
do rzeczywistych ludzi przedstawione jest jako istota samodzielna. Jest przeto rzeczą zupełnie naturalną i 
konieczną, że własności boskie stają się własnościami ludzkimi; gdyż to, co dotyczy gatunku, dotyczy też 
jednostek; gatunek przecież obejmuje wszystkie indywidua, jest tym, co jest im wszystkim wspólne. Kto 
więc wierzy w boga nie wierząc w nieśmiertelność, ten albo nie uchwycił jeszcze prawdziwego sensu i 
pojęcia boga, albo go już stracił. A ten prawdziwy sens jest taki: bóg jest uosobionym pojęciem rodzajowym 
człowieka, upersonifikowaną boskością i nieśmiertelnością człowieka. Wiara człowieka w boga, rozumie się 
w   boga,   o   ile   ten   nie   wyraża   istoty   przyrody,   jest   zatem   tylko   -   jak   to   powiedziałem   w  Istocie 
chrześcijaństwa 
- wiarą człowieka w swoją własną istotę. Bóg jest tylko istotą, która spełnia i urzeczywistnia 
pragnienia   ludzkie.   Lecz   jakże   mogę   wierzyć   w   istotę,   która   urzeczywistnia   moje   pragnienia,   jeśli   już 
przedtem  lub  równocześnie   nie   wierzę   w  świętość,   w   istotność   i   słuszność,   w  bezwarunkową   ważność 
swoich pragnień? Lecz jakże mogę wierzyć w konieczność spełnienia moich życzeń, stanowiącą podstawę 
konieczności tego, kto spełnia życzenia, boga, jeśli nie wierzę w siebie samego, w prawdę i świętość swojej 
istoty? To, czego sobie życzę, to jest moim sercem, moją istotą. Jakże mogę oddzielić swoją istotę od swoich 
życzeń? Wiara w boga jest więc zależna tylko od wiary człowieka w nadprzyrodzoną wzniosłość własnej 
istoty. Albo inaczej: w istocie boskiej człowiek obiektywizuje tylko swoją własną istotę. Aby jeszcze raz 
krótko ująć to wszystko, co powiedziałem dotychczas: W boskiej wszechwiedzy człowiek zaspokaja tylko 
swe pragnienie, aby wiedzieć wszystko, albo inaczej: obiektywizuje tylko zdolność ludzkiego ducha do 
ogarniania swą wiedzą wszystkiego, nieograniczania się tylko do tego lub innego przedmiotu. W boskiej 
wszechobecności przestrzennej i czasowej człowiek urzeczywistnia pragnienie, aby nie być związanym z 
żadnym miejscem, albo obiektywizuje zdolność ludzkiego ducha do przebywania w myślach wszędzie. W 
boskiej wieczności i wszechczasowości czlowiek urzeczywistnia tylko pragnienie, by nie być związanym z 
żadnym czasem, nie umierać, albo obiektywizuje nieskończoność i (jeśli myśli konsekwentnie) odwieczność 

111

background image

istoty ludzkiej, ludzkiej duszy. Skoro bowiem dusza ludzka nie może umrzeć, nie może mieć kresu, to nie 
może też powstać, nie może mieć początku, jak to całkiem konsekwentnie utrzymywało wielu ludzi. W 
boskiej wszechmocy człowiek urzeczywistnia tylko pragnienie, aby wszystko móc, pragnienie, które wiąże 
się z chęcią zdobycia wszechwiedzy lub jest tylko jej następstwem; gdyż człowiek może tylko tyle, ile wie, 
jak powiedział już Anglik Bacon; kto nie wie, jak się daną rzecz robi, ten jej też zrobić nie może; aby móc, 
trzeba   wiedzieć;   kto   zatem   chce   wiedzieć   wszystko,   ten   chce   też   wszystko   móc.   Albo   inaczej:   we 
wszechmocy boskiej człowiek obiektywizuje i ubóstwia tylko swą wszechumiejętność, swą nieograniczoną 
zdolność do wszystkiego. Hugo Grocjusz, myśliciel chrześcijański, który pisał też o prawdziwości religii 
chrześcijańskiej, powiada: Zwierzę potrafi tylko to lub owo; natomiast moc człowieka, jego władza jest 
nieograniczona.   -  W   boskiej   szczęśliwości   i   doskonałości   człowiek  urzeczywistnia   tylko   pragnienie,   by 
samemu być szczęśliwym i doskonałym, a w następstwie tego, aby być doskonałym również moralnie. Gdyż 
bez   doskonałości   moralnej   nie   ma   szczęśliwości:   któż   bowiem   potrafi   być   szczęśliwym   podlegając 
zazdrości, nieżyczliwości i zawiści, złośliwości i mściwości, chciwości czy pijaństwu? Istota boga jest więc 
istotą człowieka, tylko że nie taką, jaką jest ona zgodnie z prozaiczną rzeczywistością, lecz taką, jaką jest 
ona zgodnie z poetyckimi wymaganiami, życzeniami i wyobrażeniami człowieka, a raczej, jaką powinna być 
i kiedyś będzie. Najgorętszym, najintymniejszym, najświętszym pragnieniem i myślą człowieka jest jednak, 
a przynajmniej było kiedyś, pragnienie, myśl o nieśmiertelnym życiu, myśl i pragnienie człowieka, aby być 
istotą nieśmiertelną. Stąd istota człowieka wymarzona i pomyślana jako nieśmiertelna jest istotą boską. Albo 
inaczej: bóg nie jest niczym innym jak tylko przyszłą, nieśmiertelną istotą człowieka, w odróżnieniu od 
człowieka teraźniejszego, od człowieka istniejącego fizycznie i zmysłowo, pomyślaną jako istota odrębna. 
Bóg nie jest istotą ludzką, ale nadludzką. Ale tak samo przyszły, nieśmiertelny człowiek jest istotą, która 
przekracza miarę człowieka terażniejszego, miarę rzeczywistego, śmiertelnego człowieka. Tak samo jak bóg 
różni się od człowieka, tak samo człowiek domniemany, przyszły albo nieśmiertelny, różni się od człowieka 
rzeczywistego, teraźniejszego, czyli śmiertelnego. Krótko: jedność, tożsamość boskości i nieśmiertelności, a 
więc   także   tożsamość   boskości   i   człowieczeństwa   jest   rozwiązaniem   zagadki   religii,   to   jest   religii 
chrześcijańskiej. Tak samo zatem jak przyroda, ale przyroda pomyślana jako przedmiot i istota ludzkich 
życzeń i wyobraźni, stanowi jądro religii natury, tak człowiek, ale człowiek jako przedmiot i istota ludzkich 
pragnień,   ludzkiej   wyobraźni   i   zdolności   do   abstrakcji,   jest   jądrem   religii   ducha,   jądrem   religii 
chrześcijańskiej.

WYKŁAD TRZYDZIESTY

Wykazując,   że   sens   i   cel   istnienia   boga   wyjaśnia   się   w   pełni   dopiero   w   nieśmiertelności,   że   więc 

nieśmiertelność   i   boskość   są   tym   samym,   że   boskość,   która   zrazu   jest   istotą   odrębną,   w   końcu   jako 
nieśmiertelność staje się właściwością człowielca, dotarłem do celu moich rozważań, a tym samym do końca 
moich wykladów. Chciałem udowodnić, że bogiem religii natury jest przyroda, bogiem zaś religii ducha, 
chrześcijaństwa, jest duch, jest w ogóle istota czlowieka. Chciałem tego dowieść po to, żeby człowiek szukał 
odtąd uzasadnienia swych czynów, celu swych myśli oraz lekarstwa na wszystkie niedole i cierpienia już nie 
poza sobą - jak poganin, ani ponad sobą, jak chrześcijanin, ale w samym sobie, i żeby tam je znajdował. 
Dowód ten interesuje nas zwłaszcza w stosunku do chrześcijaństwa. Nie mogłem go jednak przeprowadzić 
poprzez wszystkie poszczególne nauki i poglądy chrześcijaństwa; tym bardziej też nie mogłem rozciągać 
tego dowodu na historię chrześcijańskiej filozofii, jak zamierzałem początkowo. Lecz nie zawsze jest rzeczą 
konieczną zapuszczać się w szczegóły, przynajmniej w przedmiocie takim jak przedmiot tych wykładów. 
Najważniejsze   są   zawsze   podstawy,   twierdzenia   pierwsze   i   zasadnicze,   z   których   drogą   prostego 
wnioskowania można uzyskać twierdzenia, dalsze, mniej zasadnicze. Te podstawy, zasadnicze twierdzenia 
mojej nauki już podałem, i to w sposób możliwie jasny. Niewątpliwie pierwsze wykłady mogłem był ująć 
krócej.   Lecz   tłumaczy   mnie   ta   okoliczność,   że   nie   jestem   wykładowcą   uniwersyteckim,   nie   jestem 
przyzwyczajony do wykładania, a przy tym nie miałem przed sobą opracowanego skryptu i dlatego też nie 
umiałem należycie materiału wymierzyć i podzielić go zgodnie z akademicką rachubą czasu. Atoli na końcu 
moich   prelekcji   dałby  się   wyczuć   jakiś  hiatus,  jakiś   dysonans,   gdybym   chciał   je   zakończyć   dowodami 
wyłuszczonymi w ostatnich wykładach, Nie podawałem bowiem w wątpliwość samych przesłanek, zasad i 
założeń, z któryeh chrześcijanin wnioskuje o bogu i nieśmiertelności.

Bóg,   powiedziałem,   jest   realizatorem   lub   realnością   ludzkich   pragnień   szczęśliwości,   doskonałości, 

nieśmiertelności. Można więc wnosić stąd, że kto odbiera człowiekowi boga, ten wyrywa mu serce z ciała. 
Ale ja zwalczam założenia, z których religia i teologia wnioskuje o konieczności i istnieniu boga, albo - co 
na jedno wychodzi - o nieśmiertelności. Twierdzę, że pragnienia, które spełniają się tylko w wyobraźni, albo 
pragnienia, z których wnioskuje się o istnieniu jakiejś istoty urojonej, są tylko pragnieniami urojonymi, a nie 
są   pragnieniami   rzeczywistymi,   nie   są   prawdziwymi   pragnieniami   ludzkiego   serca.   Twierdzę,   że   te 
ograniczenia, które wyobraźnia religijna usuwa przy pomocy boga lub nieśmiertelności, są koniecznymi 

112

background image

określeniami ludzkiej istoty,  których nie można od niej oderwać. Ograniczenia te nie są więc naprawdę 
ograniczeniami,   chyba   tylko   w   wyobraźni   człowieka.   Tak   na   przykład   nie   jest   żadnym   ograniczeniem 
człowieka fakt, że jest on związany z miejscem i czasem,  że „ciało przykuwa  go do ziemi”,  jak mówi 
wierzący racjonalista, „i przez to przeszkadza mu  w dowiedzeniu się, co się dzieje na księżycu czy na 
Wenus”.   Siła   ciężkości,   która   wiąże   mnie   z   ziemią,   świadczy   tylko   o   moim   z   nią   związku,   o   moim 
nierozerwalnym z nią zespoleniu. Czymże  bowiem jestem,  jeśli zerwę ten związek z ziemią?  Widmem. 
Albowiem ze swej istoty jestem istotą ziemską. Moje pragnienie przeniesienia się na inną planetę jest przeto 
pragnieniem urojonym.  Gdyby pragnienie to można było urzeczywistnić, przekonałbym się, że było ono 
fantastyczne,   głupie.   Przecież   na   tym   obcym   globie   poczułbym   się   w   najwyższym   stopniu  nieswojo.   I 
zrozumialbym wtedy, niestety poniewczasie, że lepiej i rozsądniej było pozostać na ziemi. Istnieje wiele 
pragnień ludzkich, które by źle rozumiał ten, kto by sądził, że chcą one być zaspokojone. Pragnienia te chcą 
być   tylko   pragnieniami,   mają   one   wartość   tylko   w   wyobraźni;   ich   zaspokojenie   byloby   dla   człowieka 
najbardziej   gorzkim   rozczarowaniem.   Takim   pragnieniem   jest   pragnienie   wiecznego   życia.   Gdyby   to 
pragnienie   zostało   spełnione   ludzie   mieliby   wyżej   uszu   wiecznego   życia   i   zatęskniliby   do   śmierci.   W 
rzeczywistości człowiek nie chce tylko śmierci przedwczesnej, gwałtownej, okropnej. Wszystko ma swoją 
miarę, mówi pewien filozof pogańtski, wszystkiego ma się w końcu dość, nawet życia, i dlatego człowiek w 
końcu pragnie także śmierci. Normalna, naturalna śmierć, śmierć człowieka skończonego, człowieka, który 
się wyżył, nie ma też w sobie nic straszliwego. Starcy nieraz pragną śmierci. Niemiecki filozof Kant tak 
bardzo pragnął śmierci, że oczekiwał jej z niecierpliwością, ale nie po to, aby znowu żyć, lecz po to, aby 
wreszcie skończyć z życiem. Tylko śmierć nienaturalna, nieszczęśliwy wypadek, śmierć dziecięca, śmierć 
młodzieńca, mężczyzny w pelni sił męskich - budzi w nas bunt przeciw śmierci i pragnienie nowego życia. 
Ale nawet takie nieszczęśliwe wypadki, choć bolesne i straszne dla bliskich, nie upoważniają nas do wiary w 
zaświaty, już choćby dlatego, że z takich wypadków nienormalnych - a nienormalnymi byłyby nawet wtedy, 
gdyby   zdarzały   się   częściej   niż   wypadki   śmierci   naturalnej   -   wynikałoby   tylko   istnienie   życia 
pozagrobowego   dla   ludzi   zmarłych   śmiercią   gwałtowną   lub   przedwczesną;   takie   zaś   osobliwe   życie 
pozagrobowe byłoby czymś niewiarogodnym i absurdalnym. Ale tak samo jak pragnienie życia wiecznego, 
tak i pragnienie wszechwiedzy i nieograniczonej doskonałości jest tylko pragnieniem urojonym, a pęd do 
nieograniczonej wiedzy i nieograniczonego doskonalenia się, na tle którego ma powstawać to pragnienie 
człowieka,   jest   tylko   mitem,   jak   tego   dowodzi   codzienne   doświadczenie   i   historia.   Człowiek   nie   chce 
wiedzieć wszystkiego, chce wiedzieć tylko to, do czego ma szczególne zamiłowanie i skłonność. Nawet 
człowiek o uniwersalnej żądzy wiedzy, co zreszą jest zjawiskiem rzadkim, nie chce wiedzieć wszystkiego 
bez różnicy. Nie chce on znać wszystkich kamieni, jak zawodowy minerolog, nie chce znać wszystkich 
roślin, jak botanik; ale zadowala się wiadomościami ogólnymi, ponieważ odpowiadają one jego ogólnym 
zainteresowaniom. Tak samo człowiek nie wszystko chce móc, lecz tylko to, do czego odczuwa szczególny 
popęd. Człowiek nie dąży do nieograniczonej, nieokreślonej doskonałości, która urzeczywistnia się tylko w 
bogu lub w bezkresnych zaświatach, lecz dąży do doskonałości określonej, ograniczonej, do doskonałości w 
określonej dziedzinie. I nie tylko poszczególne jednostki zatrzymują się w miejscu, osiągnąwszy pewien 
określony   szczebel,   pewien   określony  poziom   wiedzy  i   doskonałości   swoich   uzdolnień;   lecz   tak   samo 
widzimy, jak całe narody niezmiennie trwają przez tysiąclecia na tym samym szczeblu. l tak Chińczycy i 
Hindusi są jeszcze dzisiaj tam, gdzie znajdowali się przed tysiącami lat. Jakże można pogodzić te zjawislca z 
nieograniczonym  pędem do doskonalości,  który  racjonalista  imputuje   człowiekowi  i  dla  którego usiłuje 
znaleźć   miejsce   w   jakichś   bezkresnych   zaświatach?   Przeciwnie,   człowiek   odczuwa   nie   tylko   potrzebę 
postępu,   lecz   również   potrzebę   wypoczynku,   potrzebę   utrzymania   się   na   zdobytym   stanowisku,   które 
odpowiada określeniu jego istoty. Z tych przeciwstawnych popędów bierze się walka, której widownią są 
dzieje, także dzieje nam współczesne. Ludzie postępu, tak zwani rewolucjoniści, prą naprzód, konserwatyści 
chcą wszystko zachować po dawnemu, choć, co prawda, są oni zazwyczaj także ludźmi wierzącymi i, jeśli 
chodzi   o   stosunek  do   śmierci,   wcale   nie   są   zwolennikami   stabilizacji,   lecz   zgadzają   się   na   najbardziej 
radykalne zmiany, na najbardziej rewolucyjne przeobrażenia swej istoty w zaświatach, byle przedłużyć swój 
interesujący żywot doczesny. Ale i rewolucjoniści także nie chcą kroczyć w nieskończoność, lecz posiadają 
określone cele, po osiągnięciu których zatrzymują się w miejscu i stabilizują się sami. Zawsze znajdą się 
jednak ludzie nowi, młodzi, którzy dalej snują nić dziejów, przerwaną przez starych bojowników o postęp z 
chwilą, gdy osiągnęli cel swoich życzeń i tym samym doszli do granic swej istoty i swego rozumu. I tak jak 
człowiek   nie   posiada   nieograniczonej   żądzy   wiedzy   i   doskonałości,   tak   samo   też   nie   posiada 
nieograniczonego popędu do szczęśliwości, którego nie dałoby się nasycić dobrami ziemskimi. Człowiek, i 
to   nawet   człowiek   wierzący   w   nieśmiertelność,   jest   raczej   zupełnie   zadowolony   z   życia   na   ziemi, 
przynajmniej tak długo, póki mu się dobrze powodzi, póki nie zbywa mu na rzeczach koniecznych, póki nie 
spotka go jakieś szczególne, ciężkie nieszczęście. Człowiek pragnie tylko wiedzieć, że niedole tego życia 
zostaną   usunięte,   ale   nie   pragnie   zasadniczo   innego   życia.   „Grenlandczycy   wierzą,   że   kraina 
błogosławionych znajduje się w morzu, ponieważ z morza czerpią przeważającą część pożywienia. Tam, 

113

background image

sądzą, znajduje się dobra woda i wielka obfitość ptaków, ryb, fok i reniferów, a wszystko to można zdobyć 
bez trudu a nawet znaleźć żywcem ugotowane w wielkim kotle”. Oto mamy przykład ludzkiego popędu do 
szczęśliwości. Pragnienia Grenlandczyka nie sięgają poza granice jego kraju, poza granice jego przyrody. 
Nie pragnie on w zasadzie innych rzeczy niż te, których dostarcza mu jego kraj; pragnie tego, czego ten kraj 
mu dostarcza, tyle, że w dobrym gatunku i w wielkiej obfitości. I w zaświatach pragnie on dalej łowić ryby i 
foki.   To,   czym   jest,   nie   wydaje   mu   się   żadnym   ograniczeniem   ani   ciężarem;   Grenlandczyk   nie   chce 
wychodzić   poza   swój   rodzaj,   poza   swój   zasadniczy   stan   i   zajęcie.   W   zaświatach   pragnie   tylko 
wygodniejszych i łatwiejszych połowów. Cóż za skromne pragnienia! Pragnienia człowieka kulturalnego nie 
są oczywiście  tak ograniczone. Przecież duch i życie  człowieka cywilizowanego nie są przywiązane  do 
pewnej ograniczonej przestrzeni, tak jak duch i życie człowieka dzikiego, który poza swoim krajem nie zna 
innych i którego rozum obejmuje nie więcej niż kilka mil geograficznych. Człowiek kulturalny pragnie nie 
tylko jadalnych zwierząt i owoców swego kraju, ale, aby pozostać przy naszym przykładzie, pragnie również 
korzystać z owoców najodleglejszych krajów. Jego rozkosze i pragnienia są nieskończone w porównaniu z 
rozkoszami i pragnieniami człowieka dzikiego; lecz mimo to nie wykraczają one poza naturę ziemi ani poza 
naturę człowieka. Jeśli chodzi o rodzaj pragnień, człowiek kulturalny jest taki sam jak człowiek dziki; nie 
pragnie jakichś niebiańskich potraw, o których wszak nic nie wie, pragnie tylko produktów tej ziemi; nie 
chce wyrzec  się jedzenia w ogóle, nie chce tylko  ograniczać  go do jedzenia  prymitywnego,  złożonego 
wyłącznie   z   produktów   jego   kraju.   Krótko   mówiąc:   rozumny   i   naturalny   popęd   do   szczęśliwości   nie 
wykracza poza istotę człowieka, poza istotę tego życia, tej ziemi. Człowiek pragnie tylko usunąć to zło i te 
ograniczenia, które, są do usunięcia, a więc nie są konieczne, nie są związane z istotą życia.  A zatem 
pragnienia, które wykraczają poza naturę człowieka lub jego rodzaj, jak na przykład pragnienie, aby obywać 
się w ogóle  bez jedzenia,  aby nie  podlegać w ogóle potrzebom cielesnym,  są pragnieniami  urojonymi, 
fantastycznymi, istota zaś, która te pragnienia spełnia, i życie, w którym mają one być spełnione, są również 
wyimaginowane i fantastyczne. Natomiast pragnienia, które nie wykraczają poza rodzaj ludzki lub poza 
naturę, które mają swe źródło nie tylko w wyobraźni pozbawionej realnego gruntu i w jakimś nienaturalnym 
sentymentalizmie, lecz w rzeczywistej potrzebie i w popędzie ludzkiej natury, te pragnienia mogą być także 
spełnione   w   granicach   ludzkiego   rodzaju,   w   toku   ludzkich   dziejów.   Wnioskowanie   o   religijnych   lub 
teologicznych zaświatach, o przyszłym życiu gwoli dalszego doskonalenia się ludzi byłoby więc tylko wtedy 
usprawiedliwione, gdyby ludzkość dreptała zawsze na tym samym miejscu, gdyby nie istniały dzieje, gdyby 
nie było mowy o doskonaleniu się, o polepszaniu warunków życia człowieka na ziemi. Choć co prawda 
nawet   i   w   tym   wypadku   wnioskowanie   to   nie   byłoby   jeszcze   prawdziwe,   choć   byłoby   poniekąd 
usprawiedliwione. Ale kultura ludzka ma swoją historię, a nawet zwierzęta i rośliny z czasem zmieniają się i 
rozwijają do tego stopnia, że sami  nie umiemy odnaleźć i wskazać w przyrodzie  ich przodków! Wiele 
rzeczy, których nasi przodkowie nie znali i nie umieli, my dzisiaj znamy i umiemy. Na dowód powtórzę 
przykład, który podawałem już w piśmie o  Zagadnieniu nieśmiertelności ze stanowiska antropologii  - ale 
który mimo to tutaj powtórzę, tak wydaje mi się trafny. Otóż Kopernik jeszcze na łożu śmierci żałował, że w 
ciągu całego życia nie widział ani razu planety Merkury, choć pragnął tego tak bardzo i tyle poczynił starań 
w   tym   kierunku.   Obecnie   astronomowie,   wyposażeni   w   doskonałe   lunety,   oglądają   tę   planetę   w   samo 
południe. Oto jak te pragnienia człowieka, które nie są tylko urojone, fantastyczne, spełniają się w historii, w 
przyszłości. W ten sposób spełni się i to, co dzisiaj jest dla nas tylko życzeniem. Tak samo rzeczywistością 
stanie się wiele z tego, co obskuranckim obrońcom i. szermierzom teraźniejszych poglądów religijnych i 
religijnych instytucji, szermierzom obecnego ustroju społecznego i politycznego wydaje się niemożliwością. 
Wiele z tego, czego nie wiemy dziś, a co wiedzieć chcielibyśmy, będą wiedzieli nasi potomni. Na miejsce 
bóstwa, w  którym spełniają się tylko bezpodstawne, luksusowe zachcianki człowieka, winniśmy postawić 
rodzaj ludzki lub naturę; na miejsce religii -- oświecenie, na miejsce niebiańskiego życia pośmiertnego nad 
naszym grobem - ziemskie życie pośmiertne nad naszym grobem, a więc historyczną przyszłość, przyszłość 
ludzkości. Chrześcijaństwo postawiło sobie za cel spełnienie tych pragnień człowieka, które są niemożliwe 
do  spelnienia,   i  właśnie   dlatego  straciło  z   oczu  te   pragnienia   ludzkie,   których   spełnienie   jest   możliwe. 
Obiecując człowiekowi żywot wieczny odebrało mu życie doczesne, każąc mu zdawać się na pomoc boską 
odehrało mu ufność we własne siły, wszczepiając weń wiarę w lepsze życie w niebie odebrało mu wiarę w 
lepsze życie na ziemi i dążenie, aby to lepsze życie urzeczywistnić. Chrześcijaństwo dało człowiekowi to, 
czego pragnie on w swej wyobraźni, ale właśnie dlatego nie dało mu tego, czego pragnie naprawdę, w 
rzeczywistości. W wyobraźni swej człowiek pożąda niebiańskiego, wybujałego szczęścia, w rzeczywistości 
zaś   pragnie   szczęścia   ziemskiego,   umiarkowanego.   Do   ziemskiego   szczęścia   nie   należy   oczywiście 
bogactwo, zbytek, obfitość, przepych, splendor i inne świecidełka, lecz tylko to, co konieczne, bez czego 
człowiek nie może żyć po ludzku. Ale jak wielu ludzi nie ma nawet tych rzeczy niezbędnych do życia! Z 
tego względu chrześcijanie uważają za zbrodnię i za brak ludzkich uczuć zaprzeczanie istnieniu tamtego 
świata i tym samym pozbawianie nieszczęśliwych, nędzarzy tej ziemi jedynej pociechy, jedynej nadziei na 
lepszy drugi świat. W tym wlaśnie chrześcijanie dziś jeszcze widzą moralne znaczenie tamtego świata, jego 

114

background image

jedność z bogiem, że bez drugiego świata nie ma zapłaty, nie ma sprawiedliwości, która by wynagrodziła w 
niebie tych, którzy cierpią i znoszą niedolę na ziemi, zwłaszcza jeśli są bez winy. Ale taki argument jest 
argumentem tylko z pozoru gdyż dowodziłby istnienia życia pozagrobowego i nieśmiertelności tylko dla 
nieszczęśliwych, a nie dla tych, którzy już na ziemi byli szczęśliwi i mogli znaleźć wszystkie środki dla 
zaspokojenia i rozwoju swych potrzeb i uzdolnień. Dla tych ludzi wynika z powyższego argumentu tylko to, 
że muszą skończyć się wraz ze śmiercią, gdyż osiągnęli cel ludzkich pragnień, albo że będzie im się gorzej 
wiodło na tamtym świecie niż na tym, że zatem w niebie zajmą to miejsce, które na ziemi zajmowali kiedyś 
ich bracia. I tak mieszkańcy Kamczatki wierzą rzeczywiście, że ci, którzy tu byli biedni, tam będą bogaci, 
bogaci zaś staną się biednymi, tak, aby nastąpiło jakieś wyrównanie między tymi dwoma stanami na tym i 
tamtym świecie. Ale nie o to chodzi i nie w to wierzą panowie chrześcijańscy, którzy bronią tamtego świata 
wyżej przytoczonym  argumentem. Oni chcieliby tam żyć  równie dobrze jak nieszczęśliwi, biedacy. Ten 
argument za istnieniem życia pozagrobowego jest taki sam jak argument mający dowodzić wiary w boga, na 
który powołuje się wielu uczonych. Powiadają oni, że wprawdzie ateizm ma rację i oni sami są ateistami, 
lecz ateizm jest tylko sprawą uczonych, nie nadaje się zaś dla ludzi w ogóle, a zwlaszcza nie nadaje się dla 
szerszej publiczności, dla ludu. Jest przeto rzeczą nieodpowiednią, niepraktyczną, wręcz zbrodniczą - głosić 
ateizm publicznie. Otóż ci panowie, klórzy tak mówią, ukrywają poza nieokreślonym, wielowarstwowym 
słowem: lud lub publiczność - tylko własne niezdecydowanie, niejasność i niepewność; lud jest dla nich 
tylko parawanem. To, o czym człowiek jest naprawdę przekonany, to bez wahania głosi publicznie, a nawet 
głosić publicznie musi. Kto nie ma odwagi wyjść na światło dzienne, temu brak sił do znoszenia światła 
dziennego. Ateizm, który unika światła, to ateizm niegodny i jałowy. Nie ma nic do powiedzenia i dlatego 
też boi się zabrać głos. Ateista prywatny lub kryptoateista mówi lub myśli po cichu: nie ma boga, i cały jego 
ateizm   zamyka   się   w   tym   zaprzeczeniu,   które   sterczy  samotnie.   Dlatego  mimo   jego  ateizmu   wszystko 
pozostaje u niego po dawnemu. To prawda, że gdyby aleizm nie był niczym więcej jak negacją, pustym 
zaprzeczeniem bez treści, nie nadawałby się dla ludu, to znaczy nie nadawałby się dla ludzi, dla życia 
publicznego; ale nie nadawałby się tylko dlatego, że sam nie byłby nic wart. Ateizm, w każdym razie ateizm 
prawdziwy,   ateizm,   który   nie   boi   się   światła,   jest   zarazem   afirmacją.   Ateizm   neguje   tylko   istotę 
wyabstrahowaną z istoty człowieka, która to istota jest i nazywa  się bogiem - po t.o, by na jej miejsce 
postawić, jako istotę prawdziwą, rzeczywistą istotę człowieka. Natomiast teizm, wiara w boga, jest negacją; 
teizm neguje przyrodę, świat, ludzkość: wobec boga świat i człowiek jest niczym; bóg jest i był, zanim był 
świat i ludzie; bóg może istnieć bez świata i ludzi; bóg jest nicością świata i ludzi; bóg może każdej chwili 
zniweczyć  świat  - tak przynajmniej  wierzy konsekwentny wyznawca  boga. Dla prawdziwego teisty nie 
istnieje potęga i piękno przyrody ani cnota człowieka; człowiek, który wierzy w boga, odziera człowieka i 
przyrodę ze wszystkiego, aby przystroić swego boga, aby otoczyć go większym blaskiem. Św. Augustyn 
powiada: „Tylko Boga trzeba kochać, natomiast cały ten świat, to znaczy wszystko, co zmysłowe, jest godny 
pogardy”. A Lutcr powiada w jednym ze swych łacińskich listów: „Bóg chce być przyjacielem jedynym albo 
w ogóle nim nie być”. W innym zaś liście Luter mówi tak: „Tylko Bogu należy się wiara, nadzieja, milość, 
dlatego też nazywają się one cnotami teologicznymi”. To teizm jest więc „negatywny i destruktywny”; tylko 
na nicości świata i człowieka, to znaczy na nicości rzeczywistego człowieka buduje swą wiarę. Ponieważ 
bóg   jest   tylko   istotą   człowieka   i   przyrody,   ale   istotą   oderwaną,   fantastyczną   i   usamodzielnioną   przez 
wyobraźnię,   zatem   teizm   poświęca   życie   rzeczywiste,   istotę   rzeczy   i   ludzi   na   rzecz   istoty   czysto 
abstrakcyjnej   i   fantastycznej.   Natomiast   ateizm   poświęca   istotę   abstrakcyjną   i   fantastyczną   na   rzecz 
prawdziwego   życia   i   prawdziwej   istoty.   Ateizm   jest   więc   pozytywny,   jest   potwierdzeniem,   afirmacją. 
Ateizm przywraca przyrodzie i ludzkości znaczenie i godność, z których odarł je teizm. Dzięki ateizmowi 
odżywa przyroda i ludzkość, z których teizm wyssał najlepsze sily. Bóg, jak to widzieliśmy już przedtem, 
jest zazdrosny o przyrodę, o człowieka. Bóg sam tylko pragnie być czczony, kochany, obsługiwany, tylko on 
jeden chciałby być czymś,  wszystko inne ma być  niczym.  A to znaczy: teizm jest zazdrosny o świat, o 
człowieka; nie użycza im nic dobrego. Ale zawiść, niechęć, zazdrość są namiętnościami destruktywnymi, 
negatywnymi. Natomiast ateizm jest liberalny, szczodry, wielkoduszny; ateizm użycza każdej istocie jej woli 
i  talentu;  z  całego  serca  raduje  się  pięknem  przyrody  i  cnotą  człowieka.  A  radość,  miłość   niczego  nie 
niszczą, lecz ożywiają, afirmują. A tak samo jak z ateizmem ma  się też sprawa z zaprzeczaniem życia 
pozagrobowego,   co   jest   przecież   nieodłączne   od   ateizmu.   Gdyby   to   zaprzeczanie   było   tylko   pustą, 
beztreściwą i bezskuteczną negacją, to byłoby lepiej zrezygnować z niego albo byłoby wszystko jedno, czy 
da się mu spokój, czy będzie się je podtrzymywalo. Ale negowanie życia pozagrobowego pociąga za sobą 
afirmację życia doczesnego; zaprzeczenie lepszemu życiu w niebie zawiera w sobie żądanie: powinno być, 
musi być lepiej na ziemi. A więc lepsza przyszłość nie jest już przedmiotem biernej, bezczynnej wiary, a 
staje   się   przedmiotem   obowiązku,   przedmiotem   samodzielnego   działania   ludzkiego.   Oczywiście   jest 
niesprawiedliwością wołającą o pomstę do nieba, że podczas gdy jedni mają wszystko, inni nie mają nic, że 
podczas   gdy   jedni   opływają   we   wszelkie   rozkosze   życia,   sztuki   i   wiedzy,   inni   są   pozbawieni   rzeczy 
najniezbędniejszych. Ale jest nonsensem wnosić stąd o konieczności istnienia innego życia, w którym ludzie 

115

background image

będą   wynagrodzeni   za   cierpienia   i   niedostatki   na   ziemi,   jest   takim   samym   nonsensem,   jak   gdybym   z 
niedoskonałości   tajnego   wymiaru   sprawiedliwości,   jaki   przedtem   u   nas   istniał,   chciał   wnioskować   o 
konieczności publicznego i ustnego postępowania sądowego dopiero w niebie. Koniecznym wnioskiem, jaki 
wynika z istniejących niesprawiedliwości i niedostatków ludzkiego życia, jest tylko wola, dążenie, by je 
usunąć, nie zaś wiara w inny świat, wiara, która siedzi z założonymi rękami i pozwala istnieć złu. Ale - 
można by na to odpowiedzieć - przyjąwszy nawet, że wszystkie bolączki naszego świata obywatelskiego i 
politycznego dadzą się usunąć, co z tego przyjdzie tym, którzy z ich powodu cierpieli i już nie żyją. Co mają 
w ogóle przeszłe pokolenia z lepszej przyszłości? Oczywiście nic im z tego, ale i nie więcej może im dać 
życie pozagrobowe. Tamten świat zawsze spóźnia się ze swą kuracją; leczy zło, gdy już przeminęło, a więc 
dopiero  ze   śmiercią   lub  po  śmierci,   wtedy,   gdy  człowiek  zła   już   nie   odczuwa,   a   więc   też   nie   pragnie 
uzdrowienia. Bowiem śmierć ma wprawdzie tę złą stronę, przynajmniej tak długo, dopóki żyjemy i o niej 
myślimy, że wraz z życiem pozbawia nas odczuwania, świadomości dobra, piękna i przyjemności, ale ma też 
i tę dobrą stronę, że odbierając nam czucie, świadomość, wyzwala nas od cierpień i bólów. Miłość, która 
stworzyła drugi świat, która cierpiącego pociesza życiem pozagrobowym, jest miłością, która leczy chorego, 
kiedy już umarł, która pokrzepia pragnącego, gdy już skonał z pragnienia, a karmi głodnego, gdy już dawno 
zmarł z głodu. Pozostawmy więc zmarłych w spokoju! Bierzmy sobie w tym przykład z pogan! „Poganie - 
mówię w  Zagadnieniu nieśmiertelności  - żegnali swych drogich zmarłych słowami: Niech spoczywają w 
spokoju twoje kości; albo - spoczywaj w spokoju! Tymczasem chrześcijańscy racjonaliści wesoło krzyczą 
umierającemu do ucha: vivas et crescas in infinitum (żyj i rośnij w nieskończoność), albo, jako pietystyczni 
lekarze   dusz   w  stylu   doktora   Eisenbarta,   na   rachunek   strachu  przed   śmiercią   wbekiwują   umierającemu 
bojaźń bożą jako rękojmię szczęśliwości w niebie”. Pozostawmy więc zmarłych, a troszczmy się tylko o 
żywych! Kiedy przestaniemy wierzyć w lepsze życie, a będziemy go chcieć, i to nie w pojedynkę, lecz 
wspólnymi siłami, to uda nam się je stworzyć, usunąć przynajmniej najaskrawsze, najbardziej krzyczące, 
rozdzierające serce zło i niesprawiedliwości, które dotychczas  gnębiły ludzkość. Ale, aby tego chcieć i 
dokonać, musimy w miejsce miłości boga uznać miłość człowieka za jedyną, prawdziwą religię, w miejsce 
wiary w boga krzewić wiarę człowieka w siebie samego, w swe własne siły, wiarę, że los ludzkości nie 
zależy od istoty znajdującej się poza nią lub ponad nią, lecz zależy od niej samej, że jedynym  diabłem 
człowieka jest sam człowiek: człowiek prymitywny, zabobonny, egoistyczny i zły, ale też jedynym bogiem 
człowieka jest sam człowiek.

Na tych słowach kończąc te wykłady wyrażam tylko jedno pragnienie: aby spełniły one swoje zadanie, 

które sformułowałem w jednym z pierwszych. Zadaniem tym było sprawić, abyście wy, moi słuchacze, z 
przyjaciół boga stali się przyjaciółmi człowieka, z ludzi wierzących - ludźmi myślącymi, z ludzi modlących 
się - ludźmi pracującymi, z kandydatów na tamten świat - badaczami tego świata, z chrześcijan, którzy wedle 
własnego wyznania są „na pół zwierzętami, na pół aniołami” - ludźmi, pełnymi ludźmi.

DODATKI I UWAGI (FRAGMENTY)

FRAGMENTY UWAGI 2 DO WYKŁADU 5

...Sądzić, że państwo - oczywiście państwo jako takie, nie zaś nasze sztuczne i nadnaturalne konstrukcje 

państwowe - nie może istnieć bez wiary religijnej, to tak jakby się sądziło, że nasze przyrodzone nogi nie 
wystarczają   do   stania   i   chodzenia,   że   człowiek   może   chodzić   i   stać   tylko   na   szczudłach.   Tymi   zaś 
przyrodzonymi   nogami,   na   których   stoi   moralność   i   prawo,   są:   miłość   życia,   interes,   egoizm...   Któż 
dotychczas rządził państwami? Bóg? Ach! Bogowie rządzą tylko w niebie fantazji, ale nie na świeckiej 
ziemi   rzeczywistości.   Kim.   więc?   Tylko   egoizm,   oczywiście   nie   zwyczajny   egoizm,   ale   egoizm 
dualistyczny, egoizm, który dla siebie wynalazł niebo, a dla innych piekło, dla siebie materializm, a dla 
innych   idealizm,   dla   siebie   wolność,   a   dla   innych   niewolę,   dla   siebie   używanie   życia,   a   dla   innych 
rezygnację; ten egoizm,  który sprawia, że rządy karzą swych  poddanych za swoje własne, przez siebie 
popełnione przestępstwa, ojcowie karzą dzieci za swoje własne, przez siebie popełnione grzechy, mężowie 
karzą swe żony za słabości, którym sami są winni; egoizm, który sam sobie w ogóle wszystko wybacza, 
swoje «ja» podkreśla we wszystkich wymiarach, ale od innych wymaga, aby nie mieli żadnego «ja», aby byli 
tylko   powietrzem,   aby  byli   doskonali   i   niematerialni   jak   aniołowie.   A   więc   nie   tylko   ów   ograniczony 
egoizm,   do  którego  jedynie   stosuje   się   zazwyczaj   to   określenie,   a   który  jest   tylko   jednym   z   rodzajów 
egoizmu, i to rodzajem bardzo wulgarnym, ale egoizm w pełnym tego słowa znaczeniu, egoizm, który ma 
tyle rodzajów i gatunków, ile jest w ogóle rodzajów i gatunków istoty ludzkiej - istnieje bowiem nie tylko 
egoizm jednostek czyli  indywidualny,  ale także egoizm społeczny,  egoizm rodzinny,  egoizm korporacji, 
egoizm gminy, egoizm patriotyczny...

...U podstaw wiary w sprawiedliwość boską leży wiara w Nemezis, w klęskę zła a zwycięstwo dobra, 

116

background image

wiara,   która,   jak   to   już   w     innym   miejscu   wykazałem,   jest   podstawą   wszystkich   czynów   o   znaczeniu 
historycznym.  Ale wiara ta jest wiarą niezależną od teizmu, od wiary w boga. Albowiem dobro leży w 
naturze ludzkiej, w samym egoizmie człowieka; dobro to nic innego jak tylko to, co odpowiada egoizmowi 
wszystkich ludzi, a zło to nic innego tylko to, co odpowiada i dogadza egoizmowi poszczególnych klas, a 
więc   oczywiście   kosztem   innych.   Ale   egoizm   wszystkich,   czy   też   naprzód   większości,   jest   zawsze 
potężniejszy niż egoizm mniejszości. Wystarczy rzucić okiem na bieg historii! Gdzie zaczyna się w dziejach 
nowa   epoka?   Zawsze   tylko   tam,   gdzie   przeciw   ekskluzywnemu   egoizmowi   jednego   narodu   lub   kasty 
dochodzi do głosu w pełni uprawniony egoizm mas czy uciśnionej większości, gdzie określone klasy ludzkie 
czy całe narody odnoszą zwycięstwo nad arogancką ciemnotą patrycjuszowskiej mniejszości i dzięki temu z 
pogardzanej ciemnoty proletariatu wydostają  się na  światło dziejowego znaczenia. Tak też egoizm dziś 
uciśnionej większości ludzi musi sobie zdobyć - i zdobędzie - należne mu prawa, otwierając nową epokę w 
historii. Nie ma być zniesione szlachectwo oświaty, ducha; o nie! ale nie ma być tak, aby tylko nieliczni byli 
szlachtą, a wszyscy inni plebsem, lecz wszyscy powinni - przynajmniej powinni- być oświeceni. Nic ma być 
zniesiona   własność,   o  nie!   ale   nie   ma   być   tak,   aby  własność   była   udziałem  tylko   niewielu,   a   inni   nie 
posiadali nic, lecz wszyscy mają być posiadaczami.

*

Istotą różną od człowieka i od niego niezależną, przedmiotem religii nie jest bynajmniej tylko natura 

zewnętrzna, przyroda, ale także własna, wewnętrzna natura człowieka, różna i niezależna od jego wiedzy i 
woli. Stwierdzenie to doprowadza nas do punktu najważniejszego, do właściwego siedliska i źródła religii. 
Tajemnica   religii   polega   ostatecznie   tylko   na   połączeniu   w   jednej   i   tej   samej   istocie   świadomości   z 
nieświadomością, woli z przymusem. Człowiek chce, a jednak wolę posiada bez swojej woli - jakże często 
zazdrości   istotom   pozbwionym   woli!   Posiada   świadomość,   a   jednak   do   świadomości   doszedł   bez 
świadomości, nieświadomie - jakże często sam pozbawia się świadomości i jak chętnie po dniu pracy zapada 
z powrotem w nieświadomość! Żyje, a jednak nie jest panem ani początku, ani końca swego życia. Stawał 
się, a mimo to, kiedy już jest gotowy, wydaje mu się, że powstał dzięki jakiejś generatio spontanea, że jak 
grzyb   nagle   wyrósł   w   ciągu   jednej   nocy.   Ma   ciało   i   odczuwa   je   jako   swoje   przy   każdym   uczuciu 
przyjemności czy bólu - a mimo to czuje się gościem we własnym domu. Każdą radość przyjmuje jako 
nagrodę, na którą nie zasłużył, każde cierpienie jako karę spadającą nań bez winy. W chwilach szczęścia 
odczuwa życie jako dar, o który nie prosił, a w chwilach nieszcześcia jako ciężar, który musi dźwigać wbrew 
swojej woli. Jest świadom udręki, wynikającej z pożądań, a mimo to zaspokaja je, nie wiedząc, czy robi to z 
własnego popędu, czy z cudzego, czy zaspokaja tym siebie samego, czy jakąś istotę obcą. Człowiek ze swoją 
jaźnią czy świadomością stoi na krawędzi niezgłębionej przepaści, a przepaść ta to nic innego jak tylko jego 
własna nieświadoma istota, która przedstawia mu się jako istota obca. Uczucie, jakie ogarnia człowieka na 
widok tej przepaści, uczucie wyrażające się w słowach podziwu i zdumienia; czym jestem? skąd? po co? - to 
uczucie religijne, uczucie, że ja jestem niczym bez jakiegoś «nie-ja», które jest wprawdzie ode mnie różne, 
ale też ze mną najściślej związane, jest istotą inną, a mimo to moją własną. Ale co stanowi we mnie «ja» a co 
«nie-ja»? Głód jako taki albo przyczyna głodu - to «nie-ja». Ale przykre uczucie czy świadomość głodu, 
która każe mi wszystkie moje narządy ruchu kierować ku przedmiotowi mającemu ukoić to cierpienie - to 
jest «ja». Zatem czynnikami jaźni czyli człowieka, właściwego człowieka, są: świadomość, czucie, ruch 
własnowolny (własnowolny - bo ruchy niewłasnowolne należą już do czegoś transcendentnego wobec «ja»; 
dlatego   też   w   pewnych   chorobach,   np.   w   epilepsji,   w   stanach   ekstazy,   szału,   obłędu   dopatrywano   się 
objawienia bożego czy zjawisk boskich). To samo, co pokazaliśmy na przykładzie głodu, odnosi się też do 
popędów wyższych, duchowych. Odczuwam np. pęd do pisania wierszy i zaspokajam go przez czynność 
własnowolną - ale sam pęd, leżący u podstaw tego zaspokojenia, należy do «nie-ja». Inna sprawa - która 
zresztą tutaj stanowić będzie dygresję - że «ja» i «nie-ja» są tak ze sobą zrośnięte, iż jedno można zastąpić 
drugim;  albowiem ani «nie-ja» nie istnieje bez «ja»,  ani «ja» nie istnieje bez «nie-ja». I na tej właśnie 
jedności «ja» i «nie-ja» polega tajemnica, istota indywidualności. Jakie jest «nie-ja», takie jest i «ja». Tam, 
gdzie np. dla «nie-ja» dominujący jest popęd do jedzenia, tam też w «ja» czyli indywidualności dominuje 
rozwój narządów służących do jedzenia. Do takiego a nie innego «nie-ja» pasuje takie a nie inne «ja»- i na 
odwrót.   Gdyby   było   inaczej,   gdyby   już   samo   «nie-ja»   nie   było   zindywidualizowane,   to   zjawisko   czy 
istnienie jaźni byłohy równie niezrozumiale, dziwaczne i monstrualne, jak głoszone przez teologię wcielenie 
boga czyłi jedność boga i człowieka. Ale to samo, co jest podstawą indywidualności, jest też podstawą 
religii: połączenie czy jedność «ja» i «nie-ja». Gdyby człowiek był tylko jażnią, wówczas nie posiadałby 
religii, bo sam byłby bogiem. A gdyby znów był «nie-ja», tzn. jażnią nie odróżniającą siebie od swojego 
«nie-ja», wówczas byłby rośliną lub zwierzęciem. Tylko człowiek jest człowiekiem właśnie przez to, że jego 
«nie-ja»   -   tak   samo   jak   przyroda   zewnętrzna   -   jest   dlań   przedmiotem   jego   świadomości,   a   nawet 
przedmiotem   jego   podziwu,   przedmiotem   poczucia   zależności,   przedmiotem   religii.   Czym   bylbym   bez 
zmysłów, bez wyobraźni, bez rozumu? Czyż szczęśliwy przypadek zewnętrzny znaczy więcej niż szczęśliwy 
pomysł, dzięki któremu wyszedłem z tarapatów? Co mi pomoże słońce na niebie, jeżeli nad mymi krokami 

117

background image

nie czuwa oko, i czymże jcst światło slońca wobec czarodziejskiego blasku fantazji? Czym są w ogóle cudy 
natury zewnętrznej wobec cudów natury wewnętrznej, ducha? Czy jednak oko jest wytworem moich rąk, czy 
fantazja jest wytworem mojej woli, czy rozum jest odkryciem, które ja sam zrobiłem? albo czyż ja sam 
„dałem”   sobie  owe  wszystkie  wspaniałe  zdolności  i talenty,  które  stanowią  podstawę  mojej   istoty i  od 
których zależne jest moje istnienie? Czyż moją zasługą, moim dziełem jest to, że jestem człowiekiem? Nie! 
Pokornie przyznaję - o tyle zgadzam się najzupełniej z religią - że sam nie zrobiłem ani swego oka, ani 
żadnego innego narządu czy talentu, ale że wszystkie uzdolnienia ludzkie - czyż mam teraz powiedzieć, jak 
mówi religia, otrzymałem? nie! - tutaj popadam już w konflikt z religią - powiem, że uzdolnienia te, i to 
równocześnie ze mną, rozwinęły się z łona przyrody. Religia z tego, co nie jest wytworem swobodnej woli 
człowieka, robi wytwór swobodnej woli boskiej, z tego, co nie jest zasługą, nie jest dziełem człowieka, robi 
zasługę, dar, dzieło boga. Religia nie zna innego działania twórczego, jak swobodne działanie rąk ludzkich, 
nie zna w ogóle żadnej innej istoty, jak istota ludzka (subiektywna); istota człowiecza jest dla niej - i to przed 
wszystkimi   bogami   -   istotą   absolutną,   jedyną,   jaka   istnieje.   Ale   równocześnie,   ku   swemu   wielkiemu 
zdumieniu, natyka się nawet w człowieku na jakieś «nie-ja». I dlatego tę nieczłowieczą istotę czlowieka 
czyni znowu istotą czlowieczą, owo «nie-ja» czyni znowu jaźnią, posiadającą ręce (i w ogóle narządy czy 
siły do wykonywania czynności swobodnych) zupełnie tak samo jak człowiek, z tą tylko różnicą, że ręce 
boskie robią to, czego nie mogłyby zrobić ręce człowieka. Dwie rzeczy musimy zatem podkreślić w religii. 
Pierwszą jcst pokora, z jaką człowiek przyznaje, że wszystko, czym jest i co posiada, ma nie od siebie, że 
nawet swoje własne życie i swoją istotę ma tylko w dzierżawie, a nie na własność, i dlatego każdej chwili 
może   je   postradać   -   któż   mi   zaręczy,   że   nie   stracę   rozumu?   -   że   przeto   nie   ma   żadnej   podstawy   do 
zarozumiałości, pychy i buty (Pojęcie jaźni, w ogóle tego, co człowiek przypisuje sobie, jest pojęciem bardzo 
nieokreślonym i względnym, i w tym samym stopniu, w jakim cztowiek to pojęcie zwęża lub rozszerza, 
zwęża się lub rozszerza pojęcie czy wyobrażenie czynności boskiej. Człowiek może posunąć się nawet tak 
daleko - często po prostu z samej uprzejmości religijnej i chęci pochlebienia bogom - że sobie nie pozostawi 
nic; albowiem to, że ja odbieram wrażenia, że mam świadomość, że jestem, jest ostatecznie także wynikiem 
przesłanek znajdujących  się poza moim «ja»,  jest dziełem przyrody albo boga. I faktycznie, im głębiej 
człowiek wchodzi w siebie, tym lepiej widzi, jak znika różnica pomiędzy przyrodą i człowiekiem lub jaźnią, 
tym lepiej poznaje, że jest tylko uświadomioną albo pewną uświadomioną nieświadomością, że jest tylko 
pewnym  «nie-ja» będącym  «ja.» Dlatego też człowiek jest istotą ze wszystkich najgłębszą i najbardziej 
zagadkową. Ale człowiek nie może pojąć i znieść swojej glębi i dlatego rozszczepia swą istotę na «ja» bez 
«nie-ja», które nazywa bogiem, i na «nie-ja» bez «ja», które nazywa przyrodą).

Człowick - mówi Sofokles w Ajasie - chociażby miał najpotężniejsze ciało, musi zawsze pamiętać, czy 

bać się, że najmniejsze potknięcie może go obalić. My, ludzie - czytamy w tym samym  dramacie - nie 
jesteśmy niczym więcej jak tylko lekkimi, pozbawionymi istoty cieniami. Jeżeli będziesz o tym pamiętał, nie 
powiesz nigdy zuchwałego slowa przeciw bogom ani nie hędziesz się pysznił, choćbyś był silniejszy czy 
hogatszy od innych, gdyż każdego dnia możesz stracić wszystko, co posiadasz. Kiedy Ajas opuszczał dom 
rodzinny, ojciec powiedział mu: „Obyś, synu, zwyciężył w boju, ale zwyciężaj zawsze z bogiem”. Ale Ajas 
dał na to odpowiedź nierozumuą i zuchwałą. „Ojcze, z pomocą bogów może zwyciężyć nawet ten, kto jest 
niczym; ja zaś mam nadzieję, że i bez bogów zdobędę sobie sławę wojenną”. To oświadczeme dzielnego 
Ajasa   było   niewątpliwie   nie   tylko   niereligijne,   ale   też   nierozważne,   gdyż   nawet   najdzielniejszemu   i 
najsilniejszemu człowiekowi w ciągu jednej nocy może obezwładnić ramię atak reumatyczny czy jakaś inna 
nieoczekiwana dolegliwość. Toteż Ajas, jeżeli już nie chciał mieć do czynienia z bogami, powinien był w 
swej wypowiedzi dodać przynajmniej skromne słówko „jeżeli”, powinien był powiedzieć: zwyciężę, jeżeli 
nie   stanie   mi   na   przeszkodzie   jakaś   przeciwność.   -   Religijność   nie   jest   więc   niczym   innym   jak   cnotą 
skromności, cnotą umiarkowania w sensie greckiej sophronyse (tych, którzy są sophrones, rozsądni, kocha 
bóg, powiada Sofokles), jest tą cnotą, dzięki której człowiek nie wykracza poza granice swojej natury, w 
swoich myślach i pragnieniach nie wychodzi poza miarę ludzkiej istoty i ludzkich możliwości, nie rości 
sobie pretensji do tego, co nie jest w mocy człowieka; cnotą, która sprawia, że człowiek odmawia sobie 
dumnego   tytułu   autora,   że   nie   uważa   za   swoją   własną   zasługę   dzieł,   które   tworzy,   nawet   dzieł   sztuki 
odlewniczej i tkackiej, ponieważ podstawy, zasady tych sztuk otrzymał od przyrody, a nie stworzył ich sam. 
„Bądź religijny” to znaczy „pamiętaj, czym jesteś: człowiekiem, istotą śmiertelną”. Nie tzw. świadomość 
boga,  ale   świadomość  człowieka   jest  pierwotną,   jest  prawdziwą  istotą  religii   (w trwałym,   pozytywnym 
znaczeniu tego słowa); jest to świadomość albo uczucie, że jestem człowiekiem, ale nie jestem przyczyną 
człowieka, że żyję, ale nie jestem przyczyną życia, że widzę, ale nie jestem przyczyną widzenia. Chcieć 
zniszczyć religię tak rozumianą byłoby usiłowaniem równie bezsensownym, jak gdyby ktoś chciał stać się 
artystą nie posiadając talentu, tylko przez swą wolę i pilność. Rozpoczynać jakieś dzieło nie posiadając 
talentu,   a  co za   tym  idzie   -  powołania,   to znaczy  rozpoczynać  je  bez  boga.  Przystępować   do dzieła  z 
talentem, to znaczy przystępować do dzieła z widokiem na powodzenie, z bogiem.

„W nas mieszka bóg - mówi Owidiusz w Fasti. - Kiedy on nas poruszy, ogarnia nas żar”. Ale czym jest 

118

background image

ów bóg poety? Jest uosobioną sztuką poetycką, talentem poetyckim uprzedmiotowionym jako istota boska. 
„Bezsensowne są wszelkie próby - mówi znakomicie Goethe - wprowadzenia jakiejś zagranicznej nowości, 
jeżeli potrzeba tej nowości korzeniami swymi nie tkwi głęboko we własnym narodzie, a wszelkie projekty 
wywołania tego rodzaju rewolucji są skazane na niepowodzenie, ponieważ są podejmowane bez boga, który 
nie chce mieć nic wspólnego z takim partactwem. Natomiast tam, gdzie w narodzie istnieje rzeczywista 
potrzeba jakiejś wielkiej reformy, tam jest bóg i zamierzenia się powiodą”. To znaczy: co dzieje się bez 
koniecznej   potrzeby   i   -   w   konsekwencji   -   bez   prawa   (bo   prawo   rzeczywistej   potrzeby   jest   prawem 
najpierwotniejszym i naczelnym), to dzieje się bez boga. Gdzie nie ma konieczności dokonania rewolucji, 
tam brak też prawdziwej siły napędowej dla rewolucji, brak talentu, głowy, a zatem rewolucja nie może się 
powieść. Zamierzenie bez boga albo - innymi słowy - zamierzenie nieudane, to zamierzenie bez głowy i bez 
taktu. - Drugą rzeczą, którą należy uznać za charakterystyczną dla religii i o której już wspomniałem, jest 
pycha   ludzka:   człowiek  przejęty  wyłącznie   sobą   samym   wszystko   usamodzielnia,   uczłowiecza,   i   w  ten 
sposób   tę   istotę   człowieka,   która   jest   od   człowieka   różna,   czyni   istotą   osobową,   a   więc   istotą   będącą 
przedmiotem modłów, dziękczynień i czci. Religia z tego, co konieczne, robi wynik swobodnej woli, siły i 
wytwory przyrody przedstawia jako dary, jako dobrodziejstwa, za które człowiek winien jest wdzięczność i 
cześć   ich  sprawcom,  bogom,   i  dlatego też   posiada  pozór  głębokiego  humanitaryzmu   i  oświecenia,   gdy 
natomiast pogląd przeciwny, który dobra życia uważa i uznaje za wytwory przyrody nie mające żadnego 
związku z   wolą,  wydaje   się  surowy  i  barbarzyński.  Już  Seneka  (w  piśmie  O  dobrodziejstwach)  mówi: 
„Powiadasz, że wszystkie dobra pochodzą od przyrody. Czy nie rozumiesz, że mówiąc tak, używasz tylko 
innej   nazwy   na   określenie   boga?   Czyż   przyroda   jest   czym   innym   niż   bóg?   Mówisz   bez   sensu,   o 
najniewdzięczniejszy ze  śmiertelnych,  twierdząc,  że  nic  nie  zawdzięczasz  bogu,  a wszystko  przyrodzie; 
albowiem przyroda nie istnieje bez boga ani bóg bez przyrody, ale tym samym są bóg i przyroda”. Nam 
jednak   nie   wolno   dać   się   oślepić   ową   religijną   aureolą   świętości;   przeciwnie,   musimy   zrozumieć,   że 
skłonność   człowieka   do   wyprowadzania   wszystkich   skutków   działania   przyrody   z   jakiejś   przyczyny 
osobowej (dobrych - z jakiejś woli czy istoty dobrej, zlych - z jakiejś woli czy istoty złej), że skłonność ta, 
która   wypływa   z   najwulgamiejszego   egoizmu,   jest   jedynym   źródłem   praktyki   składania   ofiar   z   ludzi   i 
wszystkich innych potworności naszych dziejów. Albowiem ten sam popęd, któremu potrzebna jest istota 
osobowa   jako   przedmiot   wdzięczności   i   miłości   za   dowane   dobro,   wymaga   też   istnienia   jakiejś   istoty 
osobowej - czy będzie to żyd, heretyk, czarodziej czy czarownica - jako przedmiotu nienawiści i zemsty za 
doznane zło. Ogień, który wznosił się do nieba w podzięce za dary natury, był to ten sam ogień, w którym 
płonęli kacerze, czarownicy i czarownice, ponoszący karę za zło zawinione przez przyrodę. Jeżeli oznaką 
kultury i ludzkości jest dziękczynienie Panu Bogu za dobroczynny deszcz, to oznaką kultury i ludzkości jest 
też składanie winy za niszczycielski grad na diabła i jego pomocników. Jeżeli wszelkie dobro pochodzi z 
dobroci boskiej, to wszelkie zło musi pochodzić z nikczemności szatańskiej. Jedno nie da się oddzielić od 
drugiego. A tymczasem jest rzeczą oczywistą, że człowiek, który winę za działania przyrody sprzeczne z 
jego egoizmem składa na jakąś złą wolę, daje dowód największego barbarzyństwa. Aby się o tym przekonać, 
nie musimy sięgać aż do Kserksesa, który - jak opowiada Herodot - ze złości, że w morzu nie ma belek, 
ukarał Hellespont trzystu kijami, ani też przenosić się na Madagaskar, gdzie dusi się dzieci, które sprawiły 
swoim matkom ból i cierpienie w czasie ciąży i porodu - jako że niewątpliwie musialy być bardzo niedobre. 
Widzimy przecież i w naszych czasach, w naszym świecie, jak nasze barbarzyńskie i nieoświecone rządy 
obwiniają złą wolę jednostek o wszelkie dla siebie niemiłe konieczności dziejowe i nowe etapy w rozwoju 
ludzkości, jak człowiek nieoświecony znęca się nad swoim bydłem, nad dziećmi i chorymi tylko dlatego, że 
ułomności czy wlaściwości natury uważa za wynik świadomego uporu, jak w ogóle pospólstwo ze złośliwą 
satysfakcją przypisuje woli człowieka to, za co nie jest on odpowiedzialny, co ma od natury. A zatem jest też 
oznaką nieoświecenia, barbarzyństwa, egoizmu, egocentryzmu, jeżeli człowiek rzeczy tamtym przeciwne, 
dobroczynne zjawiska przyrody przypisuje czyjejś życzliwości czy woli boskiej. Roróżnienie: „ja nie jestem 
tobą,   ty   nie   jesteś   mną”   -   jest   podstawowym   warunkiem,   podstawową   zasadą   wszelkiej   kultury   i 
humanitaryzmu. Kto jednak skutki działania przyrody przypisuje jakiejś woli, ten nie odróżnia siebie od 
przyrody, swojej własnej istoty od istoty przyrody - i w konsekwencji nie ma do przyrody stosunku takiego, 
jaki mieć powinien. Mieć właściwy stosunek do jakiegoś przedmiotu, to znaczy traktować go odpowiednio 
do   różnicy,   jaka   zachodzi   między   nim   a   mną,   traktować   go   zgodnie   z   jego   naturą.   Taki   stosunek 
niewątpliwie nie jest stosunkiem religijnym, ale nie jest też niereligijny - wbrew temu, co sobie wyobraża 
pospólstwo, zwyczajne czy uczone, pospólstwo, które zna tylko przeciwieństwa: wiarę i niewiarę, religię i 
niereligijność, i nic nie wie o czymś trzecim, wyższym od obu tych przeciwieństw. „Bądź tak dobra, kochana 
ziemio - mówi człowiek religijny - i daj mi dobry plon”. „Ziemia, czy chce, czy nie chce, musi mi dać plon”, 
mówi człowiek niereligijny, Polifem. „Ziemia da mi plon - mówi człowiek prawdziwy, ani religijny, ani 
niereligijny - jeżeli ja dam jej to, czego wymaga jej istota. Ziemia ani chce dawać plon, ani musi - musi tylko 
ten, kto działa pod przymusem, wbrew swej woli - ale po prostu da mi plon, jeżeli i ja ze swej strony spełnię 
wszystkie warunki, które są niezbędne, aby mogła ona coś dać, czy raczej zrodzić; albowiem przyroda nie 

119

background image

daje   mi   nic,   ja   sam  muszę   sobie   zdobywać   wszystko,   co  nie   jest   bezpośrednio  związane   ze   mną,   i   to 
zdobywać nawet gwałtem. Z mądrości i egoizmu zabraniamy morderstwa i kradzieży, jeśli chodzi o nas 
samych,   ale   w   stosunku   do   innych   istot,   w   stosunku   do   przyrody   wszyscy   jesteśmy   mordercami   i 
złodziejami. Kto dał mi prawo do zająca? Lis i sęp tak samo odczuwają głód jak ja i mają takie samo prawo 
do życia. Kto dał mi prawo do gruszki? Równie dobrze należy ona do mrówki, do gąsienicy, do ptaka, do 
czworonoga. Czyją jest zatem własnością naprawdę? Tego, kto ją weźmie. I za to, że żyję tylko z mordu i 
kradzieży,  miałbym  jeszcze dziękować bogu? Co za naiwność! Jedynie w tym wypadku byłbym  winien 
wdzięczność bogom, gdyby mogli mi oni dać dowód, ze rzeczywiście im tylko zawdzięczam życie - a takim 
dowodem   mogłoby   być   tylko   to,   że   pieczone   gołąbki   same   wpadałyby   mi   do   gąbki.   Powiedziałem: 
„pieczone”? O, to jeszcze o wiele za mało. Powinien powiedzieć: „gołąbki zjedzone i strawione”, gdyż 
bogom i ich darom nie przystoją nużące i niestetyczne operacje gryzienia i trawienia. Czy jest możliwe, żeby 
bóg,   który   w   jednym   oka   mgnieniu   z   niczego   stworzył   świat,   potrzebował   tyle   czasu   i   zachodu   na 
przygotowanie odrobiny papki odżywczej? I przy tej sposobności okazuje się znowu, że bóstwo składa się 
jak gdyby z dwóch części, z których jedna należy do dziedziny fantazji ludzkiej, a druga - do przyrody. 
„Módl się” - m6wi jedna część, bóg różny od przyrody. „Pracuj” - mówi druga część, bóg, kt6ry się nie różni 
od   przyrody,   w   którym   wyraża   się   tylko   istota   przyrody.   Bowiem   przyroda   jest   pracowitą   pszczołą, 
natomiast bogowie są trutniami. Jaki zatem mógłbym wzór i prawo pracowitości wywodzić od trutni? Kto 
przyrodę czy świat wywodzi z boga, ten twierdzi: głód bierze się z sytości, niedostatek z nadmiaru, powaga z 
lekkomyślności, praca z leniuchowania, ten chce z ambrozji upiec chleb komiśny, a piwo warzyć z nektaru 
bogów.

*

Przyroda jest pierwotnym bogiem, pierwotnym przedmiotem religii; ale dla religii jest ona przedmiotem 

nie   jako   przyroda,   lecz   jako   istota   ludzka,   jako   twór   uczucia,   fantazji,   myśli.   Tajemnicą   religii   jest 
„identyczność subiektywności i obiektywności”, tj. jedność istoty człowieczej i istoty przyrodniczej, ale w 
odróżnieniu od rzeczywistej istoty przyrody i człowieczeństwa...

...Dzieła przyrody jako zjawiska, których przyczyna,  których elementy,  których naturalne warunki są 

człowiekowi nie znane, są zatem dla niego dziełem jakiejś siły niczym nieuwarunkowanej i nie ograniczonej, 
siły, dla której nie ma nic niemożliwego, która nawet świat stworzyła z niczego, ponieważ dziś jeszcze 
wywołuje skutki natury z niczego, mianowicie z nicości ludzkiej niewiedzy. Bez dna jest ignorancja ludzka i 
bez granic ludzka wyobraźnia; siła przyrody, przez niewiedzę pozbawiona swego gruntu, a przez wyobraźnię 
pozbawiona swoich granic, staje się wszechmocą boga...

Krótko mówiąc, istota obiektywna wyobrażona jako istota subiektywna, istota przyrody wyobrażona jako 

istota różna od przyrody, jako istota ludzka, istota człowieka wyobrażona jako istota odrębna od człowieka, 
jako nie będąca istotą ludzką- oto istota boska, oto istota religii, oto tajemnica mistyki i spekulacji, oto owo 
wielkie misterium, thauma, cud nad cudy, który wywołują w człowieku najgłębszy podziw i zachwyt...

...Człowiek w myśli oddziela przymiotnik od rzeczownika, cechę od istoty, formę od materii, jak mówili 

starożytni, albowiem samego podłoża, materii, istoty nie może przyjąć do siebie; pozwala jej stać na dworze, 
na   wolnym   powietrzu.   A   metafizyezny   bóg   to   tylko   kompendium,   suma   najogólniejszych   własności 
wyciągniętych  z przyrody,  którą człowiek - i to właśnie w oderwaniu od istot zmysłowych,  od materii 
przyrody - za pomocą wyobraźni znowu przekształca w samodzielny podmiot, czyli samodzielną istotę. Ale 
najogólniejszymi własnościami wszystkich rzeczy są te własności, że każda z nich jest i jest czymś. Byt jako 
taki, byt w odróżnieniu od tego, co istnieje, ale sam znowu wyobrażony jako istniejący, istota jako taka w 
odróżnieniu od istoty przyrody, ale sama znowu wyobrażona jako istota, czyli uczłowieczona - oto pierwsza 
i druga część boskiej metafizyki albo istotności boga. Ale człowiek ma nie tylko istotę i byt wspólny ze 
wszystkimi innymi rzeczami i istotami przyrody, ma także istotę odrębną, ma rozum, ma ducha. Do obu 
pierwszych części boskiej metafizyki dołącza się przeto część trzecia, logika. Tzn. w głowie ludzkiej z istotą 
oderwaną w ogólności od przyrody połączy się istota oderwana w szczególności od człowieka. Bóg zatem 
ma tyle tylko egzystencji lub realności, co byt w ogóle, istota w ogóle, duch w ogóle, a więc tyle, co istnienie 
subiektywne, logiczne, metafizyczne. Ale jakaż to głupota chcieć egzystencję metafizyczną przekształcić 
znowu   w   egzystencję   fizyczną,   egzystencję   subiektywną   w   obiektywną,   egzystencję   logiczną   czyli 
abstrakcyjną   -   w   egzystencję   nie   logiczną,   rzeczywistą!   Co   prawda   jakże   jest   wygodnie,   jak   miło   za 
rzeczywistą istotę uważać istotę tylko pomyślaną, abstrakcyjną, którą zawsze ma się przy sobie, w swojej 
głowie, z którą można robić, co się podoba, i jak miło dzięki temu móc patrzeć z góry, a nawet z pogardą na 
istoty realne, niedostępne i krnąbne! Bez wątpienia „to, co pomyślane, istnieje” - ale nie jako pomyślane; 
rzecz pomyślana jest i pozostaje pomyślaną, rzecz istniejąca - istniejącą; jednej nie premycisz do drugiej. 
„Czyż zatem między bytem i myśleniem jest wieczna przepaść i sprzeczność?” W głowie zapewne tak. Ale 
w rzeczywistości jest ona dawno przezwyciężona - co prawda tylko w sposób odpowiadający rzeczywistości, 
a nie twoim szkolnym pojęciom - przezwyciężona po prostu przez pięć zmysłów.

120

background image

UWAGA 14 DO WYKŁADU 14

„Podzielasz   zatem   niedorzeczny  pogląd   nominalistów,   którzy  nie   znają   żadnej   innej   ogólności   poza 

pojęciami i nazwami? Tak jest, lecz sądzę, że jest to pogląd bardzo rozsądny! Bo, proszę cię, na nieba! Ty, 
który przyjmujesz istoty ogólne, i to jako istniejące, cóż takiego spostrzegasz w świecie, co by nie było 
jednostkowe? Jak najbardziej jednostkowy jest bóg (singularissimus est Deus - Myśl tę znajdujemy zresztą i 
u innych, np. u Scaligera - przyp aut.), jednostkowe są wszystkie jego twory, ten oto anioł, to słońce, ten 
kamień, krótko mówiąc, nie ma nic, co nie byłoby istotą jednostkową. Powiadasz, że istnieje np. natura 
ludzka i ta natura jest ogólna. Ale gdzie można zobaczyć tę ogólną naturę? Ja w każdym razie widzę ludzką 
naturę Platona, naturę ludzką Sokratesa, lecz wszystkie te natury są jednostkowe. Może ty masz lepszy 
wzrok,   powiedz   mi   zatem,   gdzie   widzisz   naturę   inną,   ogólną?   Powiadasz:   skoro   istnieje   tyle   natur 
jednostkowych, to w nich wszystkich znajduje się jedna natura wspólna. Tak? Ale jak tego dowiedziesz? 
Mnie   w   każdym   razie   wystarcza,   że   mam   jedną   naturę   jednostkową,   a   i   tobie,   cokolwiek   byś   mówił, 
wystarcza jedna natura jednostkowa. Jeśli o mnie chodzi, nie widzę żadnej natury, która by była wspólna 
nam obu, jedna i ta sama w tobie i we mnie. Ty masz swoje ciało, swoją duszę, swoje własne części i zalety, 
ja mam również swoje. Czym  zatem jest owa natura, która miałaby być  jednaka w tobie i we mnie?  - 
Powiadasz, i wielu zgadza się z tobą: Czyż nawet wtedy, gdy nikt nie myśli, natura ludzka nie jest obecna w 
wielu ludziach? A czy natura, która faktycznie znajduje się w wielu ludziach, nie jest faktycznie ogólna? 
Otóż zgadzam się, że ludzka natura, nawet gdy nikt nie myśli, jest obecna w wielu ludziach, ale dodaję: w 
wielu egzemplarzach. Ty chciałłbyś stwierdzić, że natura jest jedna, po to, aby dowieść jej ogólności; ja zaś 
twierdzę, że natura jest wieloraka, aby utrzymać  istnienie natur jednostkowych. - Proszę cię, kiedy ktoś 
mówi: Platon jest człowiekiem, to czy w tym zdaniu człowiekiem jest sam Platon, czy ktoś inny? Na pewno 
nikt inny, tylko on sam; i podobnie kiedy mówimy: Sokrates jest człowiekiem, to i tu człowiekiem nie jest 
nikt inny, tylko Sokrates (albo: nikt różny od Sokratesa); ponieważ więc natura ludzka przysługuje im obu, 
nie jest ona pojedyncza, ale podwójna. Ale powiesz mi na to, że jest zdaniem pustym i tautologicznym, kiedy 
się mówi: Platon jest człowiekiem, gdyż to samo orzeka się tu o tym samym. Odpowiadam, że każde zdanie, 
aby   było   prawdziwe,   musi   być   zdaniem   tautologicznym   (tożsamościowym),   gdyż   o   żadnej   rzeczy   nie 
powinno się orzekać niczego takiego, czym ona sama nie jest albo co się w niej nie zawiera” (Gassendi w 
Exercitationes paradoxicae...). To, co ogólne, niewątpliwie istnieje, ale tak jak istnieje, nie jest istotą tylko 
myślową, a więc nie jest ogólne, lecz jednostkowe, indywidualne, tak że równie dobrze można powiedzieć z 
realistami,   że   istnieje,   jak   z   nominalistami,   że   nie   istnieje.   Ludzkość   istnieje   w   ludziach,   każdy   jest 
człowiekiem; lecz każdy jest człowickiem osobnym, różnym od innych, indywidualnym człowiekiem; lecz 
tylko w myślach, ale nie w rzeczywistości, możesz oddzielić to, czym ja różnię się od innych, od tego, w 
czym jestem do nich podobny, a więc to, co indywidualne, od tego, co ogólne, chyba że każesz mi się 
rozpłynąć w nicość. To, co rzeczywiste, jest absolutną, niezróżnicowaną jednością; nie ma we mnie takiego 
punktu, takiego atomu, który by nie był indywidualny (Dlatego słusznie powiedział już Leibniz w swej 
scholastycznej   dysertacji  De   principio  individui:  omne  individuum sua  tota entitate  individuatur  [każde 
indywiduum jest indywidualne całą swoją istotą, we wszystkim] - przyp. aut.). To, co teologowie mówią o 
bogu, że w nim podmiot jest identyczny z orzecznikiem, byt z istotą, że można o nim orzec jedynie to, czym 
on sam jest, to odnosi się naprawdę do indywidualności, do rzeczywistości. Ale myślenie oddziela, to w 
czym jestem podobny do innych, od tego, czym się od nich różnię, w czym jestem indywiduum, oddziela 
więc orzecznik od podmiotu, przymiotnik do rzeczownika, i z samego przymiotnika robi rzeczownik z tego 
prostego   powodu,   że   zarówno   dla   natury   myślenia   (które   nie   może   wchłonąć   w   siebie   indywiduum, 
podmiotu), jak i dla jego zadania główną rzeczą jest przymiotnik. Dlatego też dla myślenia abstrakcyjnego 
bóg jest rzeczą główną, główną istotą, choć - jak to wykazałem w tych wykładach i przy innych okazjach - 
bóg   nie   jest   niczym   innym   jak   tylko   jakimś  Thesaurus   Eruditionis   Scholasticae,   jakimś  Lexicon 
philosophicum
,   jakimś  Catholicon   seu   lexicon   ex   diversis   rebus   contractum,   tzn.   jest   zbiorem   imion, 
epitetów, przymiotników bez istoty, bez materii, bez substancji, z którego jednakże czyni się substancję, i to 
w dodatku najwyższą.

Ze stanowiska myślenia abstrakcyjnego, myślenia już wypełnionego ogólnościami, wyprowadzanie ogółu 

ze   szczegółu  wydaje   się   nierozumne,   niedorzeczne.   Albowiem  z   ogółem   łączy  się   w   myśleniu   pojęcie 
istotności i konieczności, a z jednostkowością pojęcia czegoś przypadkowego, wyjątkowego, obojętnego. 
Tak np, w myśleniu niezmiernie wiele obok siebie leżących ziaren piasku podciąga się pod jedno pojęcie 
pospolite albo kolektywne: kupa piasku. Kiedy tworzę to pojęcie, rzucam ziarna piasku bez odróżnienia, za 
jednym   zamachem   na   kupę   i   następnie   w   przeciwieństwie   do   tej   kupy   piasku,   którą   uważam   za   coś 
samodzielnego, określam poszczególne ziarnka, które usuwam jedno po drugim w myślach lub rękoma, jako 
przedmioty jednostkowe, istniejące przypadkowo, nieistotne, ponieważ można je usunąć, a kupa piasku nie 
przestaje być kupą piasku. Czyż jednak pozostałe ziarna piasku nie są poszczególnymi ziarnami? Czymże 
innym jest kupa piasku, jeśli nie mnogością pojedynczych ziaren? Czy w końcu nie zniknie i sama kupa 

121

background image

piasku, jeżeli poszczególnych ziaren nie będę zabierać tylko do jakiejś granicy? Ale gdzie jest ta granica? 
Tam, gdzie myślicielowi znudzi się zapuszczać się w szczegóły. Jednym arbitralnym zdaniem przeskakuje 
on od ziaren piasku na kupę piasku, tj. w ogóle od jednostki do ogółu. Ogólne jest to, co nieskończone, 
absolutne   dla   myśli;   jednostkowe   to,   co   nieskończone,   absolutne   w   doświadczeniu   zmysłowym,   w 
rzeczywistości, bo rzeczywistość to nie tylko ta jedna rzecz jednostkowa, ale wszelka rzecz jednostkowa, a 
wszystkie   rzeczy   jednostkowe   nie   dadzą   się   ogarnąć,   ponieważ   mają   swą   egzystencję   tylko   w 
nieskończoności czasu i przestrzeni. To oto miejsce jest ograniczone, ale poza nim są niezliczone inne 
miejsca,  które  znoszą  jego  ograniczoność.  Ten  oto czas  jest  ograniczony,   ale  jego granice  gubią  się  w 
strumieniu   czasów   przeszłych   i   przyszłych.   Ale   jak   przezwycięża   te   granice   myślenie,   przynajmniej 
myślenie abstrakcyjne? Przez metabasis eis allo genos (przejście do innego rodzaju). Ograniczoności tego 
oto   miejsca   przeciwstawia   wszechobecność,   tj.   byt   bezprzestrzenny,   ograniczoności   tego   oto   czasu   - 
wieczność, tj. byt bezczasowy. Tak w ogóle myślenie bez większych trudności przeskakuje od jednostki do 
ogółu i czyni z ogółu istotę zasadniczo różną od indywiduum, istotę samodzielną, „Ludzie przemijają, ale 
ludzkość trwa”. Czy rzeczywiście? A gdzie będzie ludzkość, kiedy nie będzie ludzi? Któż to zatem są ci 
„ludzie, którzy przemijają?” Chyba ci, którzy już umarli, i ci, co żyją. Cóż to jednak za ludzkość, która trwa? 
Chyba ludzie, którzy przyjdą. Ale myślenie, a raczej człowiek myślący, wszędzie, jak to widzimy na tym 
przykładzie, bierze pewną określoną sumę  za całą sumę, niektóre indywidua  za wszystkie, i dlatego na 
miejsce tych pominiętych indywiduów przyszłych, które już usunął w myślach, stawia rodzaj, ludzkość. 
Głowa jest Izbą Reprezentantów świata, pojęcie rodzajowe jest posłem, przedstawicielem jednostek, które w 
swej   nieskończonej   rzeczywistości   nie   mogą   się   w   głowie   pomieścić.   Ale   właśnie   dlatego,   że   pojęcie 
rodzajowe jest reprezentantem indywiduów, że przy słowach: indywidua, jednostki, myślimy tylko o tych 
czy   innych   jednostkach,   wydaje   się   nam   -   w   każdym   razie   wtedy,   kiedy   mając   głowę   pełną   pojęć 
rodzajowych  przestajemy  widzieć  rzeczywistość  -  że  nie  ma  nic  naturalniejszego  i rozumniejszego,  jak 
wyprowadzać   jednostkowe   z   ogólnego,   tj,   to,   co   rzeczywiste,   z   abstraktu,   to,   co   istnieje,   z   tego,   co 
pomyślane,   przyrodę   z   boga.   To   wyprowadzanie   rzeczy   z   pojęć   ogólnych   jest   taką   samą   fikcją   jak 
średniowieczny pogląd na państwo i prawo, wedle którego ten, kto stał na szczycie państwa, miał być jego 
fundamentem: cesarz, będący pojęciem rodzajowym w dziedzinie politycznej, cesarz, który przebywał w 
Rzymie i który jedyny nazywał się osobą publiczną, podczas gdy wszyscy inni byli osobami prywatnymi - 
cesarz miał być źródłem i podstawą wszelkiego prawa, wszelkiej siły, wszelkiego szlachectwa. A tymczasem 
pierwotnie albo w rzeczywistej genezie było akurat przeciwnie:  Potestas multorum, potęga mas, czyli - w 
pojęciu starożytnych - potęga wszystkich ludzi wolnych, była wcześniejsza od zasady monarchicznej.

FRAGMENT DODATKU DO UWAGI 27

Bezsensowne, bezcelowe, nudne i przykre jest polemizowanie z krytykami. Krytykom bowiem nie zależy 

na tym, by pisarza zrozumieć; całą swoją energię wkładają tylko w to, by jego poglądy obalić. Dlatego też 
biorą pozór za istotę rzeczy, bezkrytycznie robią ze spraw czysto językowych sprawy merytoryczne, z tego, 
co lokalne - coś uniwersalnego, z tego, co jednostkowe - coś charakterystycznego, z tego, co tylko czasowe - 
coś   trwałego,   z   tego,   co   względne   -   coś   bezwzględnego;   łączą   rzeczy  nie   mające   ze   sobą   związku,   a 
rozdzielają te, które muszą być traktowane razem, krótko mówiąc, wszystko mieszają jak im się podoba, 
robią groch z kapustą i wskutek tego uniemożliwiają antykrytykom polemikę filozoficzną, pozostawiając im 
tylko filologiczne operowanie cytatami. Czy też raczej zmuszają do tego, by ten, kto odpowiada za krytykę, 
naprzód swojego krytyka nauczył czytać, tzn. czytać książki napisane inteligentnie; bo pisanie inteligentne 
polega m.in. na tym, że zakłada inteligencję także u czytelnika: nie mówi się wszystkiego, ale pozostawia się 
czytelnikowi dopowiedzenie sobie tego, w jakim związku, w jakich warunkach i z jakimi ograniczeniami 
dane zdanie jest słuszne i jako takie było pomyślane. Nic też dziwnego, że jeżeli czytelnik - czy to z tępoty, 
czy ze złej woli - sam sobie nie wypełni  tych luk, tych miejsc  pustych, jeżeli samodzielnie nie będzie 
uzupełniał autora, jeżeli będzie swego rozumu i inteligencji używał tylko przeciw niemu, a nie dla niego - to 
rzecz napisana, już jako taka bezbronna i bezsilna, zginie marnie od samowoli krytyków. Tak np. - żeby dla 
uzasadnienia   mego   sądu   dać   kilka   próbek   postępowania   krytyków   –   profesor   v.   Schaden   za   istotny, 
definitywny   punkt   wyjścia   krytyki   mojego   „pojęcia   myślenia”   obiera   jeden   moment   w   rozwoju   mojej 
doktryny - pewną recenzję   r. 1838; i następnie z tą recenzją zestawia - w sposób całkowicie arbitralny i 
bezkrytyczny - zdania o sprzecznej z mą treści z moich pism późniejszych, Co ma np. znaczyć na str. 47 
paragraf 24 moich  Zasad  poprzedzony następującym  zdaniem:  „Wprawdzie jeszczc się tu przyznaje, że 
dusza odczuwa tożsamość z sobą samą”? Organicznym członem pośrednim między moimi myślami z r. 1838 
a późniejszymi „uzupełnieniami, które pod każdym względem ukazują nam coś nieoczekiwanego i w istocie 
mniej lub bardziej sprzecznego z określeniami wcześniejszymi” - członem tym jest po pierwsze krytyka tej 
recenzji i zajętego w niej stanowiska, którą po części pośrednio, po części zaś bezpośrednio przeprowadzam 
w   artykule   „Przeciw   dualizmowi”,   w   którym   podaję   psychologiczną   genezę   idei   nadzmysłowości, 

122

background image

niematerialności i duszy i wyjaśniam,  jak to się dzieje, że człowiek nie może  zrozumieć  związku aktu 
myślenia z procesem mózgu, i dalej - dowód poparty tysiącznymi przykładami z najrozmaitszych dziedzin, 
że istota ponadzmysłowa nie jest niczym innym jak tylko niezmysłową (abstrakcyjną lub urojoną) istotą 
zmysłową,   i   wreszcie   -   temat   wszystkich   moich   późniejszych   pism   -   człowiek   jako   podmiot   myślenia 
(podczas gdy przedtem myślenie samo było dla mnie podmiotem i rozpatrywałem je samo dla siebie). Ale 
wszystkie te człony pośrednie przeskakuje mój bezkrytyczny krytyk, z kilku zdań arbitralnie połączonych 
wyabstrahowuje przeciwieństwo ducha i materii i na tym  buduje domek z kart - swoją krytykę  mojego 
„pojęcia myślenia”. Równie dowolna i bezkrytyczna jest jego krytyka mojego „pojęcia bytu”. Czytamy więc 
np.: byt „staje się (u F.) cieniem... spada do roli części myślącego człowieka, jaźni. Nieodparcie konieczna 
staje się teza: Nie można odrzucić materii, nie odrzucając rozumu, nie można uznawać materii, nie uznając 
zarazem   rozumu”.   Na   litość   boską,   skąd   się   tu   wzięło   to   ostatnie   zdanie!   Jest   to   tylko   uogólnienie 
historycznego faktu. I jakże z tego zdania wynikać ma „rozpłynięcie się bytu w myśleniu”? „Powiada się 
wprawdzie - pisze dalej mój krytyk - że «być to znaczy być przedmiotem»”, ale dodaje się natychmiast: „a 
więc (byt) zakłada świadomość. Coś jest czymś rzeczywistym dopiero jako przedmiot świadomości... zatem 
świadomość  jest miarą  wszelkiego istnienia”. - Jak „uczciwy”  krytyk  mógł  nie zauważyć,  że to zdanie 
występuje w wykładzie i w znaczeniu fichteańskiego idealizmu i bezpośrednio po nim następuje zdanie: 
„Tak w idealizmie realizuje się istota teologii”! Jak całkowicie chybiona jest jego krytyka, to widać, zresztą 
już w tym, że treść moich pism redukuje on do abstrakcyjnych pojęć bytu i myślenia. A przecież dla mnie 
wszelka filozofia mająca za swój przedmiot myślenie bez istoty, która myśli, byt bez czegoś, co istnieje i co 
ukazują   tylko   zmysły,   w   ogóle   wszelka   filozofia,   która   nie   chwyta   rzeczy  in   flagranti,   jest   próżną   i 
bezpłodną   spekulacją;   wszakże   wyraźnie   na   miejsce   bytu   wprowadzam   przyrodę,   na   miejsce   myślenia 
człowieka, i dlatego też nie uprawiam psychologii abstrakcyjnej, ale psychologię dramatyczną, tzn. zajmuję 
się psychologią tylko w związku z przedmiotami, w którym to związku psyche człowieka manifestuje się w 
swej pełni; przedmiotem moim jest zatem dusza tylko w swoich manifestacjach obiektywnych, w czynach. 
Pan von Schaden sądzi zapewne, że moją doktrynę odparł, a co najmniej skrytykował. Ale ja mu powiadam, 
że widział ją tylko we śnie i to bardzo mgliście...

123