background image

Stanisław Barańczak
CNOTA, NADZIEJA, IRONIA
(Zbigniew Herbert, Pan Cogito o cnocie
)

1

Pan Cogito o cnocie to jeden z tych wierszy Zbigniewa Herberta, które każą do siebie co pewien czas wracać — tak jak 

gdyby każdy mijający rok  przydawał  im znaczenia. Napisany w latach siedemdziesiątych, wiersz jest  częścią składową 
głośnego zbioru Raport z oblężonego miasta i inne wiersze, który ukazał się nakładem paryskiego Instytutu Literackiego w roku 
1983. W rok po pojawieniu się tego tomu miałem już okazję wypowiedzieć parę uwag o wierszu Pan Cogito o cnocie w swojej 
ogłoszonej wówczas książce o poezji Herberta,  Uciekinier z Utopii.  Wymogi kompozycyjne sprawiły jednak  wtedy,  że 
analiza ograniczyła się do naszkicowania kilku podstawowych tez; obserwacje na temat tego utworu stanowiły zresztą w książce 
zaledwie ogniwo w łańcuchu dłuższego wywodu na temat wbudowanego w twórczość poety systemu etycznego. Po upływie 
zaledwie kilku lat nie sposób nie dojść  do wniosku, że właśnie ten wiersz Herberta, a szczególnie jego charakterystyczna 
ironiczna retoryka, domaga się osobnej lektury i gruntownie j sze j interpretacji. Do takiego przekonania skłania nie tylko poczucie, 
że utwór sam w sobie mieści nie zgłębione jeszcze pokłady znaczeń, ale także fakt, że w ostatnich latach na znaczenia te 
rzuciły dodatkowe — i nadzwyczaj ostre —  światło  pewne pozapoetyckie wypowiedzi autora (przede wszystkim jego 
kontrowersyjny i szeroko dyskutowany wywiad udzielony Jackowi Trznadlowi). Nawet  jednak gdyby nie pojawiły się  te 
uboczne okoliczności, wiersz, jak mówię, kazałby do siebie wracać i odczytywać się wciąż na nowo: z biegiem czasu wydaje się 
coraz bardziej oczywiste,  że  Pan Cogito o cnocie  to utwór pod  względem wartości artystycznej i wielowymiarowości 
znaczeniowej co najmniej równy takim lepiej znanym arcydziełom tego samego autora jak Elegia Fortynbrasa czy Przesłanie 
Pana Cogito
. Jest to, krótko mówiąc, jeden z tych wierszy Herberta, które jak gdyby zbierają i zamykają w sobie najistotniejsze 
składniki jego światopoglądu i cechy jego artyzmu.

2

Zarazem zaś  Pan Cogito o cnocie  to w pewnym osobliwym sensie wiersz-wyzwanie, wiersz-skandal, wiersz, który 

bezceremonialnie narusza dość powszechnie w naszych czasach przestrzegane literackie tabu. Wbrew stereotypowej formułce 
krytycznej,   w   myśl   której   Herbert   miałby   być  poetą  respektującym   normy   kultury,   ten   akurat   utwór   stanowi   akt 
obrazoburstwa, pogwałcenia kulturalnej reguły, która w naszych skądinąd dość rozwichrzonych czasach wydaje się niemal 
uświęconym prawem. Mam na myśli niepisaną regułę, która zabrania poezji współczesnej wszelkich kontaktów z tradycyjną 
kategorią wzniosłości, a już szczególnie — otwartego sławienia szlachetnych wartości czy zasad. Nawet w swoim dzisiejszym, 
z pozoru „wszystkożernym” zasięgu tematycznym, poezja godzi się milcząco na pewne tematyczne ograniczenia: paradoksem 
jest jednak, że ograniczenia te dotyczą zarówno przedmiotów jednoznacznie „niskich” jak i jednoznacznie „wysokich”, że poza 
zakres tego, co poetyckie, wyłącza się nadmierną wzniosłość tak samo jak nadmierną trywialność.

W świetle tego paradoksu Herbert ujawnia — jako autor  Pana Cogito o  cnocie, ale również wielu innych wierszy — 

nieoczekiwane pokrewieństwo z Mironem Bialoszewskim. Choć pod względem tak stylu jak i szerzej pojętej estetyki ci dwaj 
poeci zdają się stać na przeciwległych biegunach, łączy ich skłonność do demonstracyjnego wkraczania na „zakazane” obszary 
tematyczne. Tyle, że poetyckim skandalem Białoszewskiego były wiersze o skrajnie trywialnych faktach i zdarzeniach w rodzaju 
zapchania się klozetu czy sprawienia sobie sztucznej szczęki; w wypadku Herberta natomiast takim świadomie popełnionym 
aktem naruszenia tabu jest napisanie wiersza, dającego się odczytać — przynajmniej w jednej perspektywie znaczeniowej — 
jako otwarta i jednoznaczna pochwała czegoś tak nieprzyzwoicie wzniosłego jak cnota.

3

Czy jednak jest to rzeczywiście pochwała i czy rzeczywiście jednoznaczna? Na pierwszy rzut oka wiersz sprawia przecież 

dokładnie przeciwstawne wrażenie. Z pobieżnej lektury można by wynieść przekonanie, że utwór w gruncie rzeczy bezlitośnie 
ośmiesza pojęcie cnoty. Nie inaczej niż liczne inne wiersze Herberta, Pan Cogito o cnocie opiera się na taktyce świadomego 
wprowadzenia czytelnika w błąd co do podstawowej intencji znaczeniowej utworu  — po to, aby umożliwić  mu w końcu 
samodzielne dotarcie do przesłania zamierzonego. Chwyt ten można określić najprościej jako — oczywiście — ironię. Do 
niezliczonych szczegółowych postaci i zastosowań ironii, nieraz nadzwyczaj skomplikowanych lub nieoczekiwanych, czytelnik 
Herberta jest z pewnością przyzwyczajony. A jednak można zaryzykować stwierdzenie, że Pan Cogito o cnocie to wiersz, 
w którym złożoność ironii osiąga stopień nie spotykany do tej pory nawet u Herberta. Analizując ten wiersz starannie z 
punktu widzenia jego wirtualnego odbiorcy — innymi słowy, ujawniając,  jak  specyficzna organizacja tekstu programuje 
reakcje czytelnika — dochodzi się ostatecznie do wniosku, że utwór ten każe się odczytywać na nie mniej niż cztery różne 
sposoby. Ściślej: zaprogramowane są w nim cztery różne — i jak gdyby nadbudowane jeden nad drugim — poziomy czy 
warstwy lektury, odpowiadające czterem odmiennym „autoportretom” podmiotu i zarazem czterem odmiennym koncepcjom 
odbiorcy. Te poziomy czy warstwy odczytania  są, przynajmniej po części, sprzeczne wzajemnie, jednocześnie jednak 
uzupełniają się nawzajem. Pełne znaczenie wiersza da się uchwycić tylko wtedy, jeśli bierzemy pod uwagę wszystkie cztery 
warstwy w całym skomplikowaniu ich wielostronnych relacji.

1

background image

4

Na pierwszym, najbardziej podstawowym, dosłownym i rudymentarnym poziomie odbioru wiersz każe się odczytać, jak 

już  powiedzieliśmy, jako  otwarte szyderstwo z upersonifikowanego pojęcia cnoty. Nie spotykamy tu  subtelnej ironii: 
postawa podmiotu mówiącego da się raczej określić jako prymitywny sarkazm. Jak wiadomo, sarkazm od ironii różni to, iż w 
jego wypadku brak elementu dwuznaczności: jeśli nawet uznać sarkazm za jedną z najprostszych odmian ironii, to jest to 
„ironia jawna”, tzn. krytyczna czy szydercza postawa tego, kto mówi, nie jest tu bynajmniej ukrywana w przebraniu 
przeciwstawnych sensów przed tym, o kim się mówi. Jeszcze inaczej rzecz ujmując, typowa sytuacja komunikacyjna ironii w 
ścisłym sensie słowa nie może się obejść bez trzech uczestników, Ironisty, wtajemniczonego Słuchacza i niewtajemniczonej 
Ofiary ironii, natomiast w wypadku sarkazmu jego Ofiara jest zarazem Słuchaczem. Można by powiedzieć najprościej, że 
na tym poziomie lektury sarkastyczny podmiot mówi zarazem o Cnocie i do Cnoty (jeśli nie bezpośrednio do niej, to nie ma 
w każdym razie nic przeciwko temu, aby słyszała jego słowa), a przy tym myśli dokładnie to, co wypowiada: nie ma żadnych 
ukrytych sensów w jego wydrwiwaniu Cnoty za to,  „że nie jest oblubienicą  / prawdziwych mężczyzn”, albo w jego 
protekcjonalnym sugerowaniu,  że owi prawdziwi mężczyźni być  może  „pokochaliby  ją",  gdyby tylko  „zadbała o siebie / 
wyglądała po ludzku”.

Kim jest właściwie ten mówiący podmiot? W wierszu nie znajdujemy żadnego bezpośredniego opisu, charakterystyki, czy 

oceny. To, co wiemy o podmiocie, jest sumą znaczeń wyabstrahowaną z poglądów, opinii, upodobań i uprzedzeń, jakie on 
sam w swoim monologu nam przedstawia. Wiemy więc na przykład, że jego wyobrażenie „prawdziwej męskości” sprowadza 
się  do kombinacji siły fizycznej z posiadaniem władzy:  „prawdziwi mężczyźni” to  dla niego „generałowie atleci władzy 
despoci”. Wiemy,  że podmiot jest przekonany, iż  obowiązkiem każdego jest iść  „z duchem czasu”. Wiemy,  że w  jego 
systemie wartości wszystko, co młode, nowoczesne, agresywne, sprawne i pociągające z zasady góruje nad wszystkim, co stare, 
przebrzmiałe, słabe, nieefektywne i nieatrakcyjne. Wiemy, że podmiot akceptuje wymowę faktów dokonanych, natomiast 
bezsilne idee i przegrane sprawy zsyła do  „lamusa”. Wiemy, krótko mówiąc,  że jego uznaniem cieszy się  „wspaniałe 
życie”, nie zaś  „stare słowa” — doraźne korzyści i uroki materialnego  świata,  a nie mgliste perspektywy duchowego 
zbawienia.

W tym kontekście wysoce znaczący okazuje się sam wybór tytułowego słowa „cnota”. Hipotetycznie rzecz biorąc, Herbert 

mógł  był  przecież  posłużyć  się  którymkolwiek z całkiem długiego szeregu słów o zbliżonym znaczeniu i  podobnym 
staroświeckim kolorycie stylistycznym: zamiast „cnoty” mógł więc użyć „honoru”, „prawości”, czy zwłaszcza „wierności”, 
słowa szczególnie uprzywilejowanego w jego słowniku poetyckim, a występującego zawsze  w kontekstach nadających mu 
wyraziście etyczne konotacje i zbliżających pojęcie wierności do ogólniejszych pojęć cnoty czy czystości moralnej. Jednakże to 
właśnie słowo  „cnota” w szczególnym stopniu nadaje się  do ośmieszenia. Jest przede wszystkim rodzaju  żeńskiego, w 
przeciwieństwie do męskiego „honoru”; rodzaju żeńskiego są wprawdzie również „prawość” czy „wierność”, lecz ich forma 
gramatyczna czyni je mniej podatnymi niż  „cnota” na  wmanipulowanie w kobiecą  personifikację. A z punktu widzenia 
naszego  podmiotu (który nie tylko podziwia  „prawdziwych mężczyzn”, ale i sam chciałby za takowego uchodzić) 
kobiecość jest ex definitione podrzędna względem męskości. Obleczona w żeńską postać Cnota uchroniłaby się przed jego 
pogardą  tylko gdyby  „była trochę  młodsza / trochę  ładniejsza”, trochę  bardziej pociągająca w oczach  „prawdziwych 
mężczyzn”. W tym jednak sedno sprawy: innym, jeszcze istotniejszym powodem, dla którego słowo „cnota" tak doskonale 
nadaje   się  do   roli   przedmiotu   szyderstwa,   jest   jego   związek  w   potocznej   polszczyźnie   z   pojęciami   dziewictwa   czy 
staropanieństwa (por.  wyrażenia w rodzaju  „stracić  cnotę”  czy sarkastyczne określenie  „cnotka”).  W kręgu językowo—
wyobrażeniowym, w którym zamyka się psychika prymitywnego podmiotu wiersza, personifikacją Cnoty może być tylko postać 
„płaczliwej starej panny”, „śmiesznej jak strach na wróble”. Dla tego typu mentalności, już kobieta jako taka jest z założenia 
słabsza, a więc gorsza; stara panna jest dodatkowo komiczna, a więc godna pogardy.

Trzeba tu zauważyć rzecz istotną: na tym pierwszym, najniższym poziomie lektury po odbiorcy oczekuje się, że do pewnego 

stopnia będzie podzielał poglądy i system wartości prymitywnego podmiotu. Odbiorcy podsuwa się w każdym razie pokusę 
zaaprobowania argumentów mówiącego: bądź co bądź, jego rozumowanie nie jest pozbawione swoistej logiki. Wystarczy 
tylko  uznać,  że liczy się  jedynie  „wspaniałe  życie” — a wszelkie moralistyczne  „napominanie” wyda się  na tle tego 
„huczącego wokół” żywiołu zaledwie dokuczliwym „brzęczeniem w uchu”. Wystarczy przyjąć przesłankę, że „prawdziwi 
mężczyźni / generałowie atleci władzy despoci” reprezentują szczyt ludzkich możliwości, a trzeba będzie się zgodzić, że 
powinnością wszystkich innych ludzi jest starać się zasłużyć na uznanie tych wybrańców i potentatów — jeśli zaś komuś się 
to nie udaje, jest on istotnie godny pogardy i kpiny, tak jak stara panna, która usiłuje przedstawić swoje dziewictwo jako 
wynik  świadomego   wyboru,   w   rzeczywistości   zaś  jest   po   prostu   za   mało   atrakcyjna,  aby   ją  ktokolwiek   uwiódł. 
Charakterystyczne jest,  że podmiot stara się  osłabić  brutalny efekt tego ostatniego argumentu i uczynić  go przez to 
łatwiejszym do zaakceptowania: w drugiej części wiersza — kiedy udziela „starej pannie” praktycznych rad, jak „wyglądać 
po ludzku” i przez to zdobyć sobie przynajmniej tolerancję ze strony „prawdziwych mężczyzn” — usiłuje przez moment 
sprawiać wrażenie, że przy całym sarkazmie sympatyzuje ze swą ofiarą.

5

2

background image

W tym momencie jednak wydostajemy się na drugi, wyższy poziom lektury wiersza. Jakkolwiek prymitywne, rozumowanie 

podmiotu było do tej pory na swój sposób konsekwentne i odbiorca mógłby je wziąć za dobrą monetę — pod warunkiem, że 
nie wykroczyłby poza warstwę powierzchownej lektury, że ograniczyłby się do odczytania najprostszych, dosłownych znaczeń 
monologu. Wiersz programuje jednak swojego odbiorcę tak, że musi on wznieść się ponad pierwszy poziom wypowiedzi i z 
tego lepszego punktu obserwacyjnego dostrzec w niej coś więcej niż dosłowne sensy. Przy takiej uważniejszej lekturze nie 
sposób nie zdać sobie sprawy z pośrednich efektów semantycznych wyprodukowanych przez zderzenia niespójnych logicznie 
czy estetycznie obrazów, emocji, czy konceptów. Na drugim poziomie lektury nie można na przykład przeoczyć faktu, że 
podmiot dość beztrosko konkretyzuje pojęcie „prawdziwych mężczyzn” jako „generałów / atletów władzy / despotów”, jak 
gdyby nie zdając sobie sprawy, że słowo „despota” ma w powszechnym użyciu zabarwienie zdecydowanie pejoratywne, obraz 
„atletów władzy”  wywołuje   nieoczekiwanie   groteskowe   skojarzenia   i   nawet  „generałowie”  jako uosobienie ludzkiej 
doskonałości nie każdego zapewne przekonają. Nie da się też pominąć tego, że pierwszym porównaniem, jakie przychodzi 
mówiącemu na myśl, kiedy próbuje ująć  w sugestywny obraz splendor  „wspaniałego  życia”, jest  „rumiane jak rzeźnia o 
poranku” — zwrot, w którym „rzeźnia”, nawet idyllicznie zaróżowiona odblaskiem jutrzenki, jest chyba ostatnim obiektem, 
który mógłby w nas wywołać  jakieś  cieplejsze uczucie. Na podobnej zasadzie dysonansowe  zestawienie dwóch dość 
fundamentalnie różniących się od siebie ideałów triumfalnej kobiecej urody — „jak Liz Taylor / albo Bogini Zwycięstwa” 
—   wytwarza   głęboko   niespójny   obraz,   pośrednio  obnażający   przypadkowość  i   wulgarność  kategorii   estetycznych 
mówiącego, a także jego znamienną skłonność do dostrzegania piękna tylko w tym, co zwycięskie. Zasadniczy rozdźwięk 
pomiędzy odbiorcą  a podmiotem musi się  wreszcie pojawić  w momencie, gdy ten ostatni jako przedmioty, które chętnie 
skazałby na zamknięcie w  „lamusie”, wymienia nie co innego  jak  „portret  Sokratesa” i  „krzyżyk ulepiony z chleba”. 
Przedmioty te odsyłają do co najmniej trzech tradycji — filozoficznej, religijnej i politycznej (krzyżyki z chleba lepi się w 
więzieniach, w których więźniom odmawia się posług religijnych), których ośmieszanie jest dla odbiorcy czymś szczególnie 
trudnym do przełknięcia.

To, co powiedziano w kilku ostatnich zdaniach, jest oczywiście prawdą tylko o tyle, o ile przyjmiemy, że w drugi poziom 

lektury wpisana jest nieco  wybredniejsza koncepcja wirtualnego odbiorcy — że odbiorcy stawia się  tu po prostu większe 
wymagania.   Na   tym   poziomie   odbiorca   nie   jest   już  łatwowiernym   prostaczkiem,   godzącym   się  bez   oporu   na   akty 
intelektualnego i emocjonalnego szantażu, których dopuszcza się wielbiący „prawdziwych mężczyzn” i „wspaniałe życie” 
podmiot wiersza. Od odbiorcy oczekuje się tym razem nieco większego wyrafinowania: musi on być wyposażony w określony 
zasób podstawowej wiedzy kulturalnej (powinien na przykład rozumieć symboliczny sens imienia Sokrates oraz pojmować, do 
jakiej sytuacji odnosi się wzmianka o „krzyżyku ulepionym z chleba”), w określony zespół podstawowych wartości (powinien 
np. uznawać za pozytywne takie pojęcia jak symbolizowana przez Sokratesta nieugiętość moralna czy chrześcijańskie dążenie 
do wyzwalającej prawdy), w określony zestaw zdolności umysłowych (takich jak elementarny smak estetyczny czy umiejętność 
wykrywania niekonsekwencji logicznych w rozumowaniu). Krótko mówiąc, ten rodzaj odbiorcy wirtualnego mieści się w 
granicach  pojęcia   jednostki   myślącej   —  przynajmniej   na  tyle   samodzielnie   i   sprawnie,   aby   móc   wznieść  się  ponad 
zastraszająco niski  poziom norm intelektualnych reprezentowanych przez prymitywny podmiot wiersza. W oczach takiego 
odbiorcy  ów podmiot w trakcie swego monologu nieświadomie kompromituje sam siebie, obnaża własny prymitywizm: 
podczas gdy na pierwszym poziomie znaczeń utworu mieliśmy do czynienia tylko z prostackim sarkazmem (którego ofiarą 
miała być Cnota), na poziomie drugim wiersz wyzwala potężny ładunek tak zwanej „irony of self-betrayal”, „ironii zdrady na 
samym sobie” (której ofiarą jest sam mówiący podmiot).

Samo jednak pojęcie „ironii zdrady na samym sobie” zakłada, że „ponad” podmiotem w dosłownym sensie mówiącym, 

wygłaszającym monolog, znajduje się inna instancja nadawcza — ktoś, kto, żeby tak rzec, zatrudnia monologistę, pozwala mu 
przemawiać i w trakcie monologu wmanewrowuje go w sytuację, która go demaskuje. Ten „wyższy” nadawca jest właściwym 
partnerem odbiorcy wpisanego w drugi poziom lektury: obaj są osobnikami myślącymi, którzy, mówiąc obrazowo, mrugają do 
siebie nawzajem porozumiewawczo ponad głową prymitywnego mówcy. Właśnie ten nadawca pełni teraz rolę Ironisty: jako 
taki,   nawiązuje   nić  pośredniego   porozumienia   ze   swoim  Słuchaczem   przez   to,  że   czyni   podmiot   mówiący   wiersza 
nieświadomą Ofiarą „ironii zdrady na samym sobie”, z której tylko Ironista i Słuchacz zdają sobie sprawę. W przypadku tego 
akurat wiersza odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest ów Ironista, zawiera się, rzecz prosta, w samym tytule. Pan Cogito, 
persona liryczna Herberta, której stałe zatrudnienie w jego poezji datuje się od wydanego w roku 1974 tomu Pan Cogito, 
służy tu — w zgodzie ze swoim kartezjańskim imieniem — jako równorzędny partner myślącego indywiduum, jakim jest 
wpisany w drugą warstwę lektury odbiorca utworu.

6

W porównaniu jednak z innymi wierszami, w których występuje Pan Cogito, ten utwór nie jest całkiem typowy. Herbert z 

reguły posługuje się  Panem  Cogito albo jako oglądanym z zewnątrz i opisywanym w trzeciej osobie bohaterem, albo jako 
mówiącą w pierwszej osobie personą — personą w antycznym sensie słowa, tj.  swojego rodzaju teatralną maską, przez 
której usta donosi się żywy głos, ale której rysy zasadniczo się różnią od ukrytej za nią prawdziwej twarzy. Inaczej mówiąc, 
nawet wtedy, gdy Pan Cogito występuje w wierszach Herberta” w roli wykonawcy monologu, nie jest to nigdy monolog 
bezpośredni, lecz raczej przykład  „liryki maski”, w której pomiędzy monologistą  a zatrudniającym go autorem istnieje 
pewien ironiczny dystans. Otóż nietypowość wiersza Pan Cogito o cnocie polega na tym, że mamy w nim do czynienia nie z 

3

background image

jedną  maską,  ale  aż  z  trzema:  wspomniana  uprzednio  konieczność  czteropoziomowej lektury tego utworu to właśnie 
konsekwencja  faktu, że twarz rzeczywistego nadawcy wiersza ukrywa się tu pod trzema różnymi maskami, nałożonymi jak 
gdyby jedna na drugą i na tyle przejrzystymi, aby można było dostrzec, co pod każdą z nich się kryje.

Maską pierwszą jest, jak już wiemy, wizerunek prymitywnego podmiotu mówiącego, w którego prostacką osobowość 

Pan Cogito „przebiera się” tylko po to, aby zmusić monologistę do nieświadomie ironicznej autodemaskacji i w ten sposób 
podkreślić  swój  własny dystans  względem niego. (Nawiasem mówiąc, monolog,  który słyszymy,  nie  jest  właściwie 
dokładnym cytatem przemowy, którą taka osoba mogłaby wygłosić, lecz raczej sporządzoną Przez Pana Cogito parafrazą, 
subtelnie uwypuklającą i uwyraźniającą te cechy monologu — takie jak niespójność logiczna czy brak etycznej lub estetycznej 
wrażliwości — które uświadamiają nam intelektualne i moralne ograniczenia  podmiotu. Innymi słowy, filipika przeciw 
cnocie   nie   jest   monologiem   dramatycznym  stricto   sensu:  ma   tylko   pozór   dosłownego,   jakby   w   cudzysłowie, 
przytoczenia wypowiedzi prymitywnego podmiotu, w istocie jednak modyfikuje tę  wypowiedź  już  choćby sama 
ironiczna intonacja, dająca się dosłyszeć w „głosie” cytującego — Pana Cogito).

Pan Cogito z kolei jest także maską: maską, żeby się tak wyrazić, drugiego stopnia. Zwłaszcza jeśli pamiętamy 

wzmianki o jego własnych ograniczeniach, rozsiane po licznych wierszach, w których ta persona poety występuje, 
musimy wziąć pod uwagę, że wizerunek Pana Cogito — będący zarazem skondensowanym portretem ludzkości w 
naszej epoce — cechuje się  głębokim wewnętrznym pęknięciem, rozdarciem, zawieszeniem pomiędzy moralną 
pewnością a zwątpieniem. Bohater Herberta jest jednostką myślącą i przywiązaną do niezbywalnych wartości — 
lecz bywa też przedstawiany jako osobnik słaby, niezdecydowany, niezdolny do prostolinijnego postępowania. Co 
do samego problemu cnoty, jakkolwiek Pan Cogito w ostatecznym rozrachunku rozbija w proch i pył argumenty 
prymitywnego podmiotu wiersza, trudno byłoby stwierdzić,  że sam szkicuje w zamian jakiś  pochlebny portret 
Cnoty, czy tym bardziej —  że wygłasza jej otwartą  pochwałę. Powiedzielibyśmy raczej,  że Pan Cogito staje po 
stronie   Cnoty   w   sposób   milczący   i  pośredni   —   manifestuje   swoją  solidarność  z   nią  wyłącznie   przez   to,  że 
doprowadza do autokompromitacji tego, kto z niej szydzi. W tym nie wyłożonym wprost sensie, stanowisko Pana 
Cogito jest naturalnie dokładnym negatywem stanowiska prymitywnego podmiotu — jest równoznaczne z obroną 
cnoty.

Przez maskę, którą jest osobowość Pana Cogito, prześwitują jednak rysy kolejnej twarzy — twarzy, która, jak 

za chwilę się przekonamy, jest zresztą też tylko maską, już trzecią z rzędu. Ta trzecia instancja nadawcza komplikuje 
tytułowy problem jeszcze bardziej: cechujący ją niejednoznaczny stosunek do pojęcia cnoty służy z kolei podaniu 
w   wątpliwość  racji   Pana   Cogito.  Wkraczamy   w   tym   momencie   na   trzeci   poziom   lektury,   na   którym   relacja 
komunikacyjnego porozumienia łączy wpisany w strukturę wiersza „obraz autora” i jego partnera intelektualnego — 
odbiorcę określonego przez bardziej jeszcze wyśrubowane wymagania i oczekiwania. Można by powiedzieć, że na 
pierwszym poziomie lektury porozumienie pomiędzy nadawcą a odbiorcą opierało się na zasadzie prymitywnych, 
instynktownych reakcji. Na poziomie  drugim podstawą  porozumienia był  przede wszystkim zdrowy rozsądek i 
wspólny system wartości moralnych. Na poziomie trzecim natomiast taką podstawą jest zwłaszcza obszar tradycji 
kulturalnej, w którym nadawca i odbiorca czują się jednakowo zadomowieni.

Aby na tym trzecim, najwyższym jak do tej pory poziomie lektury wiersza przesłanie nadawcy dotarło i zostało właściwie 

zrozumiane przez odbiorcę,  ten ostatni musi dysponować  pewną  bardziej specjalistyczną  wiedzą. Oczekuje się  tu od niego 
przynajmniej najogólniejszej znajomości historii pojęcia cnoty, tak jak kształtowało się ono w tradycji Zachodu poprzez stulecia 
ewolucji etyki starożytnej i chrześcijańskiej. Oczekuje się także, że odbiorca będzie świadom faktu, iż przesianie pochodzi od 
nadawcy, na którego „obraz” — literacki autoportret wpisany nie tylko w ten właśnie wiersz, ale w cale jego dotychczasowe dzieło 
— składa się rola moralisty i zarazem rola poety programowo drążącego tradycję w poszukiwaniu stabilnych wartości. Aby rzecz 
ująć jak najprościej: na tym etapie lektury okazuje się, że pełny sens wiersza da się uchwycić tylko wtedy, jeśli weźmiemy pod 
uwagę, iż jest to utwór właśnie Zbigniewa Herberta, autora takich wcześniejszych wierszy poruszających kwestie sumienia, cnoty, 
zbawienia itp., jak Głos wewnętrznyPan Cogito o postawie wyprostowanej, lub U wrót doliny. A jednocześnie musimy też 
wziąć pod uwagę, że po nas jako czytelnikach tego właśnie poety oczekuje się zdolności do umiejscowienia zarysowanej w wierszu 
kontrowersji w kontekście tradycji śródziemnomorskiej, której zawdzięczamy samo istnienie pojęcia cnoty.

7

Uwzględnienie tego kontekstu wpływa zasadniczo na całą  semantykę  wiersza. Jeśli bowiem przyjmujemy do 

wiadomości,  że tytułowe pojęcie wywodzi się  z kręgu kategorii filozoficznych grecko-rzymskiego antyku, nie 
możemy nie zdać  sobie sprawy,  że  „cnota” w tym szczególnym sensie to polski odpowiednik łacińskiego słowa 
„virtus”,  które   z   kolei   wywodzi   się  w   prostej   linii  od  „vir”  (mąż,   mężczyzna).   Etymologia   ta   umożliwia 
tłumaczenie  „virtus”  nie  tylko   jako  „cnota”,   ale   także   jako  „męskość”,  „męstwo”,  „odwaga”,  „stałość”, 
„nieugiętość”,  „niezłomność”.   (Wszystkie   te   słowa   byłyby   też  bliskoznacznymi   równoważnikami   greckiego 
„andreia”, pojęcia, które wyróżnił wcześniej Platon jako jedną z czterech tak zwanych cnót kardynalnych, obok 
mądrości,   umiarkowania   i   sprawiedliwości).   Okazuje   się  zatem,   ku   naszemu   zaskoczeniu   i   ku   tym   większej 

4

background image

kompromitacji   prymitywnego   podmiotu   wiersza,  że   dla   starożytnego   Rzymianina  „cnota"   była   atrybutem 
bynajmniej nie „płaczliwej starej panny”, lecz właśnie „prawdziwego mężczyzny”. To, co podmiot na najniższym 
poziomie znaczeń utworu skłonny był uważać za równoznaczne ze zniewieściałą słabością, tutaj objawia się jako 
słowo, które  w  naszej  przeszłości cywilizacyjnej służyło właśnie jako synonim dokładnie przeciwstawnych wartości: 
męskości, męstwa, niezłomnej siły. Może zatem — taki nasuwa się wniosek — nie cnota zasługuje na sarkazm, lecz raczej 
nasze czasy, w których znaczenie słowa „cnota” uległo tak kompletnemu odwróceniu?

Po drugie, odbiorca wiersza musi również uświadomić sobie, że od momentu swoich narodzin pojęcie cnoty wiąże się 

nierozerwalnie   z   pewnymi  fundamentalnymi założeniami myślowymi, w których odbija się  najistotniejsza treść  etyki. 
Pouczająca jest tu szczególnie historia ewolucji pojęcia cnoty od Sokratesa i sceptyków do epikureizmu i stoicyzmu. Sceptycy po 
raz pierwszy sformułowali dwa podstawowe założenia na temat cnoty, które przetrwały w zasadniczo nie zmienionej postaci aż 
do pojawienia się etyki chrześcijańskiej. Założeniem pierwszym było, że być cnotliwym oznacza żyć  „w zgodzie z naturą”, 
przyjmować życie takim, jakim jest, i we wszelkich okolicznościach zachowywać równowagę ducha. Drugim — że właśnie 
ta wewnętrzna równowaga, spokój ducha, apatheia, stanowi nagrodę, jaką przynosi nam cnotliwe życie. Przy wszelkich 
różnicach szczegółowych, Epikur w zasadzie kontynuował te dwie linie rozumowania i jego własna koncepcja spokoju ducha, 
ataraxia,  nie różni się  zbytnio od tego, co sceptycy rozumieli przez  apatheia:  pojęcie to ma także oznaczać  równowagę 
osiąganą w sposób poniekąd negatywny, przez wyeliminowanie niepokoju i cierpienia. To samo dwuczłonowe pojęcie cnoty 
jako czegoś powiązanego nierozłącznie ze „zgodą z naturą” z jednej strony a „spokojem ducha” z drugiej pojawia się coraz 
to od  nowa w późniejszej fazie myśli starożytnej, od stoików (z ich utożsamianiem  cnoty i natury jak również  cnoty i 
szczęścia) poprzez Senekę  aż  do Marka  Aureliusza, autora maksymy:  „Nic nie jest złe, co jest zgodne z naturą”  oraz 
przykazania: „Idź zawsze drogą najkrótszą. Najkrótsza zaś ta, co prowadzi zgodnie z naturą” (Rozmyślania, II17 i IV 51).

Bertrand Russell wskazywał, że wszystkie teorie etyczne da się podzielić na dwie klasy: te, które traktują cnotę jako cel, i 

te, które rozpatrują ją jako środek wiodący do celu. Etyka starożytna mieści się, ogólnie rzecz biorąc, całkowicie w obrębie 
tej drugiej kategorii: dla Arystotelesa na przykład cnoty są środkami prowadzącymi do celu, jakim jest szczęście. Dopiero 
etyka chrześcijańska zawróciła z drogi tego rozumowania i uznała cnotę za cel sam w sobie: „Moraliści chrześcijańscy — 
pisze Russell — utrzymują, że jakkolwiek konsekwencje cnotliwych postępków są w ogólności dobre, nie są one tak dobre 
jak same cnotliwe postępki, które podlegają ocenie na swój własny rachunek, a nie na rachunek swoich skutków”.

Wzmianka o Sokratesie i „krzyżyku” w wierszu Herberta stanowi wystarczającą poszlakę, aby zwrócić uwagę odbiorcy na 

fakt, że dla tego właśnie poety owa podwójna tradycja filozoficzna jest stale obecnym w jego wierszach tłem myślowym. 
Rzucający się w oczy szew wciąż tej samej refleksji etycznej przebiega przez całą tę twórczość, łącząc ze sobą wiersze tak z 
pozoru niepodobne jak wczesny liryk Do Marka Aureliusza i późny Pan Cogito o cnocie. Z tematycznego punktu widzenia nić 
w tym szwie użyta spleciona jest z włókien kilku podstawowych dylematów etyki — takich na przykład  jej kluczowych 
zagadnień jak problem daimoniona, tzn. „głosu wewnętrznego” czy sumienia, przeciwstawionego zewnętrznym autorytetom 
moralnym, kwestia nagrody lub braku nagrody za cnotę (inaczej mówiąc, kwestia nierozerwalnego związku cnoty z porażką, 
zgłębianego niegdyś  w  świetnym eseju  Brutus czyli przekleństwo cnoty  przez Henryka Elzenberga, filozoficznego mistrza 
Herberta z jego lat studenckich), wreszcie pytanie, czy istotnie rezultatem cnoty jest spokój ducha i czy w ogóle spokój ducha 
stanowi pożądaną wartość.

Z innego punktu widzenia wspomniany tematyczny szew jest jednym z  przejawów przenikającej twórczość Herberta 

ogólniejszej obsesji myślowej:  jego dialektycznego, wewnętrznie sprzecznego stosunku do  śródziemnomorskiego systemu 
wartości. Głosząc swoje prawo do tego dziedzictwa i zgłaszając do niego roszczenia, poeta jednocześnie nie traci nigdy z oczu 
faktu, że — jako wschodnioeuropejski „barbarzyńca” — został nieodwołanie wygnany z „ogrodu” zachodniej cywilizacji, 
wydziedziczony przemocą, pozbawiony prawa   do   prostej   i   jednoznacznej   kontynuacji   wspólnej   tradycji.   Analogiczna 
sprzeczność wewnętrzna cechuje jego stosunek do konkretnego składnika tej tradycji: antycznych i chrześcijańskich koncepcji 
cnoty. Nawet gdybyśmy nic nie wiedzieli o biografii Herberta i opierali się wyłącznie na znajomości jego wierszy i esejów, nie 
sposób byłoby nie zauważyć, że koncepcje te stanowią tu stały punkt duchowego oparcia i zarazem stały przedmiot polemiki. 
Jako poeta ukształtowany pod wpływem tradycji śródziemnomorskiej Herbert przyznaje cnocie uprzywilejowane miejsce w 
swoim systemie wartości. Jako poeta uformowany przez współczesne wschodnioeuropejskie doświadczenia  nie potrafi się 
natomiast   powstrzymać  przed   zadawaniem   pewnych   podchwytliwych pytań. Czy istotnie cnota,  jak  nas zapewniają 
starożytni filozofowie, stanowi gwarantowany skutek naszej zgody z naturą — skoro natura skażona jest, bądź co bądź, 
swoim własnym złem? Czy istotnie, jak uczyli nas ci sami klasyczni myśliciele, cnota jest gwarantowanym środkiem osiągnięcia 
szczęścia? A jeśli odrzucimy to twierdzenie — czy mamy zgodzić się bez zastrzeżeń z poglądem moralistów chrześcijańskich, 
głoszącym, że cnota, choć jest w zasadzie celem samym w sobie, pociąga również za sobą nieuchronnie dobre skutki? Nasza 
epoka dostarcza aż nazbyt wiele dowodów obalających tę tezę: jak  Herbert wskazywał w wielu wcześniejszych utworach 
(Przesłanie Pana CogitoPan Cogito o postawie wyprostowanej i in.) i jak wskazuje również w wierszu Pan Cogito o cnocie
jedynym w miarę pewnym skutkiem cnotliwego życia jest dzisiaj dla jednostki porażka. Porażka we wszystkich możliwych 
postaciach, od fizycznej zagłady („zabójstwo na  śmietniku”   z  Przesłania  Pana  Cogito)   do  ośmieszenia.  I   odwrotnie, 
najlepszym  być może sposobem upewnienia się, że dany postępek stosuje się do nakazów cnoty, jest nasze poczucie,  że 
konsekwencje tego postępku przyniosą nam klęskę. To właśnie miał chyba na myśli Herbert, kiedy w jednym z wywiadów — 

5

background image

najwyraźniej nawiązując polemicznie do „najkrótszej drogi” Marka Aureliusza — określił swoją główną wytyczną moralną 
jako zasadę wybierania z dwu dróg zawsze tej trudniejszej.

W tym sensie trzeci poziom lektury naszego wiersza zawiera w sobie nie tylko przywołanie śródziemnomorskiej tradycji 

pojęcia cnoty, lecz również ironiczną polemikę z tą tradycją. Zdajmy sobie raz jeszcze sprawę z dialektyki kolejnych warstw 
ironii:   na   pierwszym   poziomie   lektury   wiersz   dążył  do  kompromitacji   cnoty;   na   drugim   —   kompromitował  tę 
kompromitację; na  obecnie rozpatrywanym, trzecim — jest  kompromitacją kompromitacji kompromitacji. Podjęta przez 
Pana Cogito obrona cnoty, która tak skutecznie ośmieszyła prymitywnego szydercę, sama z kolei staje się teraz przedmiotem 
ironicznej krytyki za swoją nadmierną prostoduszność. Rolę Ironisty odgrywa tym razem wpisany w wiersz „obraz autora" — 
pośrednio obecny w tekście  autoportret poety, który od początków swej twórczości zarazem utwierdzał  i  podawał  w 
wątpliwość filozoficzne przesłanki pojęcia cnoty i który góruje nad swoją kartezjańską personą tym, że obok moralnej siły 
dostrzega w cnocie trzeźwo nieuchronność klęski.

8

Jeśli jednak wiersz, wzięty w całości swych znaczeń, okazuje się mimo wszystko apologią cnoty, dzieje się tak dlatego, 

że otwiera się przed nami jeszcze jeden, czwarty poziom lektury. W tej ostatecznej warstwie znaczeń wiersza — warstwie 
nakładającej się na poprzednie i, podobnie jak one, jednocześnie widzialnej i przejrzystej, tzn. narzucającej się naszej uwadze a 
zarazem nie przesłaniającej warstw niższych — odbiorca obcuje z najpełniejszym jak dotąd „obrazem autora”, takim, w 
którym Herbert jawi się nie tylko jako autor swojego dzieła, lecz również jako poeta o określonym pozaliterackim zasobie 
doświadczeń. Można by więc rzec, że poprzez trzy kolejne maski prześwituje wreszcie coś, co — choć też jest tylko 
literackim autoportretem — ma stosunkowo najwięcej wspólnego z rysami twarzy realnego autora. Znana nam z 
autobiograficznych wierszy Herberta, wywiadów z nim, czy wspomnień innych osób biografia poety staje się tu — 
choć ani słowem nie wspomina się jej bezpośrednio! — integralnym elementem struktury wiersza i składnikiem 
jego   przesłania.   Retoryka   ironii   w   tym   utworze   objawia   się  wreszcie   w   całym   swoim   skomplikowaniu. 
Zrekapitulujmy: skierowana przeciw cnocie pogardliwa kpina prymitywa cytowana jest najpierw z ironicznym 
dystansem przez obrońcę  cnoty w jej klasycznym pojęciu; tę  naiwną  i jednostronną  obronę  przytacza z kolei z 
ironicznym   dystansem   sceptyk,   który   zdaje   sobie   sprawę  z   pułapek   klasycznej   tradycji;   i   wreszcie   od   tego 
sceptycyzmu   oddziela   się  kolejnym   ironicznym   dystansem   nadawca,   który,   doskonale  świadom   wszelkich 
argumentów przeciwnych, wie o samym sobie, że mimo wszystko będzie stał po stronie cnoty, że narażając się, jak 
wielokrotnie   w   przeszłości,   na   rozmaite   formy   porażki,   mimo   wszystko   zawsze   wybierze  „postawę 
wyprostowaną”, pójdzie „trudniejszą drogą”.

Nie oznacza to bynajmniej, że ostatnim słowem wiersza jest chełpliwa deklaracja moralnej wyższości. Narosła 

w nim skomplikowana konstrukcja ironicznych cudzysłowów i zaprzeczających sobie dystansów bierze się raczej ze 
skrupulatnej uczciwości twórcy. W jego intencjach nie leży jakakolwiek idealizacja cnoty, uczynienie jej postawą 
atrakcyjną  za   cenę  zatajenia   związanych  z   nią  trudności   i   niebezpieczeństw.   Wręcz   przeciwnie,   wiersz   czyni 
wszystko, aby odsłonić  ukryte w pojęciu cnoty ironie, paradoksy i zasadzki — aby w ostatecznym rozrachunku 
przekonać  nas,  że cnota nie przynosi  żadnej wymiernej rekompensaty, a jedyna satysfakcja, jakiej jest w stanie 
dostarczyć, to poczucie spełnienia moralnego imperatywu, podyktowanego przez głos sumienia. Podobnie jak w 
wielu innych wierszach Herberta, proces narastania znaczeń  w tym utworze jest procesem rozwodowym cnoty i 
nadziei. Te dwie wartości nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. Głosu sumienia należy słuchać, ale na wszelki 
wypadek należy to czynić (jak to określał inny wiersz, Ze szczytu schodów) „bez kropli nadziei w sercu” — nadziei 
już  nie tylko na to, że nasza cnota zostanie nagrodzona, ale wręcz na to,  że  „bezcenny kapitel ciała / głowa” (z 
wiersza  Potęga smaku) pozostanie na swoim miejscu. Jeśli na szalach tej delikatnej wagi, jaką  jest wiersz  Pan 
Cogito o cnocie
, przeważa ostatecznie wartość  cnoty, staje się  tak nie za sprawą  pustej retoryki, lecz za sprawą 
wymiernego ciężaru osobistego doświadczenia i osobistej odpowiedzialności, jakim wypełnione są słowa poety.

1988-89 

(w: S. Barańczak, Tablica z Macondo. Osiemnaście prób wytłumaczenia po co i dlaczego sie pisze, Aneks, Londyn 
1990, s. 71-85)

6