background image

Polska armia zmieści się na stadionie – 

wywiad z prof. 

Romualdem Szeremietiewem 

Aktualizacja: 2011-09-6 10:38 am 

Stwierdzenie, że wojsko może bronić kraju parę dni, to przesada. Teraz czas należy liczyć w  

godzinach – obecny stan polskich sił zbrojnych ocenia były wiceminister obrony narodowej  
Romuald Szeremietiew
. – Newsweek.pl

Newsweek.pl: Jak dziś wygląda sytuacja Wojska 

Polskiego? Czy ktokolwiek wie, jaki jest jego stan 
faktyczny?
 

Romuald Szeremietiew: Powinien to wiedzieć minister obrony, 
ale nie sądzę, aby wiedział.

Co jest największą bolączką polskiej armii? 

Główną bolączką polskiej armii jest kierownictwo resortu tzw. 
cywilne. MON to takie specyficzne miejsce, gdzie szef resortu 
naprawdę decyduje o wszystkim. Kiedy ja np. byłem 
sekretarzem stanu pierwszym zastępcą ministra, a więc w 

hierarchii służbowej drugą osobą w MON, to nie mogłem zwolnić ze stanowiska podwładnego bez 
zgody ministra. Jeśli szefem MON zostaje np. lekarz psychiatra, a wcześniej byli nauczyciel historii, 
bibliotekarz, matematyk, były działacz ZMS, a nawet inżynier rybołówstwa, to nie dziwmy się, że wojsko 
wygląda tak, jak wygląda. Wojskowi to ludzie wykonujący rozkazy, a wydaje je zwierzchnik, czyli cywilny 
minister. Jeśli oficer chce awansować, to będzie wykonywał nawet niezbyt mądre rozkazy. I tak kółko 
zamyka się. Mamy przyczynę i skutek – stan polskiej armii.

W liberalnych demokracjach wojsko stoi zawsze gdzieś na uboczu głównego nurtu spraw 

publicznych i jest “na wypadek, gdyby był wypadek”. Sam słyszałem jak jeden z polityków 
porównał armię do wiejskiego psa: “karmić ją trzeba, a nic z niej nie ma”. Czy nasi politycy 

traktują wojsko jako zło konieczne?

Można by jeszcze dodać, że pies nie karmiony może ugryźć. Na pewno armia w obecnym państwie 
polskim nie jest uważana za ważny czynnik. Szkoda, bowiem w historii Polski wojsko odgrywało zawsze 
istotną rolę jako instytucja kształtująca postawy patriotyczne. Od jakiegoś czasu wśród polskich elit 
panuje też przeświadczenie, że żadnych wojen w Europie nie będzie więc i wojsko wydaje się zbędne. 
Wprawdzie nie tak dawno strzelano na Bałkanach i na Kaukazie, ale to nie skłania do zmiany 
przekonania, że wojny nie będzie. Zatem sądzi się, że środki na wojsko można zmniejszać, można 
redukować armie, bo ona nie jest potrzebna.

Nasze wojsko od 20 lat jest w stanie permanentnych zmian. Po 1989 roku zmieniły się doktryny 

wojenne, geopolityka i strategie obrony. To wprowadziło chaos, brak stabilności i zagubienie. 
Nie sądzi pan, że na równi z nowym sprzętem i wyszkoleniem wojsku trzeba dać nową 

tożsamość i nową strategię obronną?

Położenie geopolityczne Polski, która jest członkiem NATO, to coś innego, niż miejsce PRL w bloku 
sowieckim. Różnica jest jednak też taka, że w PRL wojsko wiedziało co ma robić, teraz tego nie wie. Ma 

Romuald Szeremietiew sądzi, że na 
odbudowanie polskiej armii potrzeba dziewięciu 
lat
Fot. PAP/Paweł Kula

1

background image

Pan rację, że mimo upływu lat władze nie potrafią uporządkować obronności państwa. Jasno określić 
jaka ma być armia. Siłą armii jest po pierwsze jej morale, po drugie możliwie najwyższa 
jakość dowodzenia, po trzecie perfekcyjne wyszkolenie i po czwarte nowoczesne uzbrojenie. Zwracam 
uwagę, że na pierwszym miejscu są czynniki, które nie wymagają pieniędzy. Morale wg Napoleona jest 
kilka razy ważniejsze od uzbrojenia. Ono decyduje o sile armii, oznacza chęć służby, świadomość, że 
jest ona potrzebna, że wojsko nie jest jakąś „fabryką”, miejscem pracy. Czy żołnierz, który „pracuje” od 
godziny do godziny może mieć świadomość uczestniczenia w wykonywaniu ważnej misji obrony 
niepodległości? W polskim wojsku morale jest dziś marne.

Kto miałby dać naszej armii tożsamość i spójną strategię? Dziś robią to niezależnie od siebie 

MON, BBN, Akademia Obrony Narodowej i Sztab Generalny.

Wśród tych instytucji mamy wielogłos i to jest jedno ze źródel  obecnego chaosu. Odpowiedzialność 
główna spoczywa oczywiście na kierownictwie MON. Tymczasem co cztery lata przychodzi nowy 
minister z własnymi pomysłami i na ogół są one inne od tego, co robił jego poprzednik. Zresztą nawet w 
ramach  jednej koncepcji może być wiele sposobów realizacji, gdy brakuje zasadniczego kierunku 
działania. W państwie polskim nie ma myślenia i planowania strategicznego, są różnorodne pomysły i 
odmienne koncepcje obronne. Do tego w MON twierdzi się, że do 2030 roku nie grozi Polsce żadna 
wojna. Nie wiem skąd oni mają takie informacje. Nie mówią też co będzie po tej dacie.

Jak według pana powinno wyglądać budowanie strategii obronnej?

Po pierwsze państwo powinno na podstawie analiz geopolitycznych i geostrategicznych stworzyć 
ogólną koncepcję obronny kraju. Następnie sformułować doktryny działania i szczegółowe plany ich 
wykonania. Państwo powinno stworzyć ośrodek planowania strategicznego łącznie z kształceniem 
najwyższych urzędników w zadaniach obronnych. Takim ośrodkiem mogłaby być Akademia Obrony 
Narodowej, która teraz jest rodzajem wojskowo-cywilnej uczelni kształcącej studentów.

A co się dzieje z dowodzeniem armia – jak to u nas wygląda?

Marnie. Administracja wojskowa biurokratyzuje się, dubluje się wiele stanowisk i funkcji. Do tego 
dochodzi kilka centrów rywalizujących o wpływ na wojsko. Z jednej strony prezydent i BBN, z drugiej 
MON, Sztab Generalny, a są jeszcze dowództwa rodzajów sił zbrojnych.

Czyli, jak mówi prezydent Bronisław Komorowski „za dużo wodzów, za mało Indian”?

Proporcje między ilością szeregowców, a dowódców, czyli oficerów i podoficerów są w Wojsku Polskim 
rzeczywiście fatalne. Powiedzonko o wodzach i Indianach jest więc zasadne, chociaż nie wydaje się, 
aby jego autorem był Bronisław Komorowski.

Prezydent chce, by Sztab Generalny nie zajmował się jednocześnie dowodzeniem i 

planowaniem, lecz by została mu tylko ta ostatnia funkcja.

Tak od dawna uważa gen. Koziej i to za nim powtarza prezydent Komorowski. Nie zgadzam się z tym 
poglądem. Sztab Generalny powinien zachować funkcje dowódcze. Inna sprawa to dowództwa 
rodzajów sił zbrojnych. Czy przy wielkości sił zbrojnych są rzeczywiście potrzebne takie małe „sztaby 
generalne”? Może wystarczyłyby inspektoraty rodzajów sił zbrojnych odpowiedzialne za szkolenie?

Kolejny czynnik świadczący o żywotności armii to odpowiednie wyszkolenie. Niemal wszyscy 
zajmujący się sprawami wojskowości mówią jednym chórem, że tutaj jest bardzo źle.

2

background image

To akurat łatwo dostrzec. Musimy jednak się zastanowić czym ma być szkolenie żołnierzy. Np. kto i 
gdzie ma przeszkolić ludzi, którzy nie będą służyć jako żołnierze zawodowi, a których trzeba będzie 
mobilizować w razie zagrożenia wojennego. W ubiegłym roku białostocki pułk rozpoznania ogłosił nabór 
szeregowców. Zamierzano wcielić 100 ochotników. Zgłosiło się siedmiu w tym sześciu bez 
przeszkolenia wojskowego. I był kłopot nawet z tą siódemką. Żołnierzem zawodowym może bowiem 
zostać ktoś przeszkolony wojskowo. Pułk mógł więc przyjąć jednego kandydata na zawodowego 
szeregowca, tego który odbył szkolenie, gdy jeszcze była armia z poboru. Teraz poboru nie ma więc nie 
będzie też przeszkolonych wojskowo mężczyzn. Poza tym nowe uzbrojenie wymaga dobrze 
przygotowanej fachowej obsługi. Jednak co roku tysiące podoficerów opuszcza armię i coraz mniej 
mamy ludzi do profesjonalnej obsługi samolotów, rakiet, wozów pancernych. Żołnierzami Narodowych 
Sił Rezerwy ich nie zastąpimy, bo tam nie ma takich specjalistów.

Czwarty czynnik mówiący o potencjale armii to odpowiednie uzbrojenie…

Jest gorzej niż źle. W Marynarce Wojennej mamy 40 okrętów, w tym 11 uderzeniowych, tzn. takich, 
które mogą wykonywać zadania bojowe na morzu. Z tych jedenastu osiem wkrótce trzeba będzie oddać 
na żyletki. Dowództwo marynarki alarmowało kierownictwo MON, że już niedługo ten rodzaj sił 
zbrojnych straci całkowicie zdolność bojową. W lotnictwie nie jest lepiej, poza samolotami F-16, które 
nie osiągnęły jeszcze zdolności operacyjnej, mamy starzejące się Migi 29 i oddawane na złom Su 22. 
Nie mamy samolotów szkolnych i nie wiadomo kiedy one będą. Fatalny jest stan polskiej obrony 
przeciwlotniczej. Zwracam uwagę na lotnictwo i marynarkę nie bez przyczyny. Z zaskoczenia można 
atakować z powietrza i morza. Samolotami i okrętami, inaczej niż przy wojskach lądowych, można 
wykonać uderzenie z zaskoczenia, bez mobilizacji. Dlatego zdolności obronne w powietrzu i na morzu 
mają dla nas podstawowe znaczenia. Poza tym pseudo uzawodowienie sprawiło, że także do obrony 
terytorium kraju zwyczajnie brakuje ludzi. Powiedziałem kiedyś, że nasza armia zmieści się na 
trybunach dwu stadionów piłkarskich.

Gen. Koziej mówi, że Polsce wystarczyłaby armia 80-tysięczna, gdyż na taką nas stać, ale za to 

dobrze wyszkolona i wyposażona.

80 tysięcy – chodzi o to, aby zmieścić się na jednym stadionie? Jak dotąd mamy armię coraz mniejszą, 
ale wcale nie lepiej wyszkoloną i uzbrojoną. Ponadto rzecz nie w ilości żołnierzy. Najpierw trzeba ustalić 
jakie zadania obronne ma wykonać armia. Następnie odpowiedzieć sobie ilu będziemy potrzebowali 
żołnierzy do ich wykonania. Istotą strategii obronnej jest takie przygotowanie obrony, aby potencjalny 
agresor uznał, że napaść będzie nieopłacalna. Czy z armią, która pomieści się na jednym stadionie, 
możemy liczyć, że agresor się jej wystraszy? Dlatego zawsze optowałem za budowaniem silnej obrony 
terytorialnej zdolnej do prowadzenia masowych działań nieregularnych. Nawet najpotężniejsza armia, 
boi się wojny asymetrycznej (partyzanckiej) i bardzo ostrożnie podejmuje decyzję o wejściu do kraju, w 
którym poczynione zostaną przygotowania do takiej obrony. Wystarczy wspomnieć jak potoczyła się 
wojna sowiecko-fińska w 1939 roku, lub uświadomić sobie dlaczego Niemcy nie pokusiły się o zajęcie 
Szwajcarii w czasie II wojny światowej.

Pada wiele zarzutów, że nasze wojsko przeobraża się w rezerwuar najemników.

Coś jest na rzeczy. Postawiono na armię mniej liczną i zawodową, którą można wysłać w dowolne 
miejsce świata, z dala od Polski. Według mnie powinno być na odwrót: potrzebna jest silna defensywna 
armia terytorialna i do tego mały komponent ofensywny, zawodowy, który byłby zdolny wypełniać nasze 
zobowiązania sojusznicze w NATO.

Ile lat potrzeba na odbudowanie armii do stanu, w którym będzie ona mogła obronić Polskę?

3

background image

Kiedyś uważałem, że wystarczy pięć lat, ale po okresie rządów ministra Klicha sądzę, że około 
dziewięciu.

Wystarczą na to obecne środki finansowe?

Można za te pieniądze zbudować dobrą armię. MON co rok dostaje około 27 mld zł. To stosunkowo 
duża kwota, ale wydawana chaotycznie i bez sensu więc efekty są mizerne. 

Mówi się, że dziś Wojsko Polskie jest w stanie nas bronić dwa dni.

To optymistyczny scenariusz. Myślę, że raczej trzeba mówić o godzinach.

Rozmawiał Jakub Pacan
05 września 2011

Za: 

Blog Romualda Szeremietiewa 

(" Armia zmieści się na stadionie")

4