background image

 

J

E Z U S O W E   P R Z Y P O W IE Ś C I

 

 
 
 
 

Czy  szukając  właściwego  określenia  można  by  nazwać  Księgę  Jonasza 
przypowieścią? Odpowiedź na to pytanie brzmi „nie", chyba że rozumiemy 
przez to słowo opowiadanie pouczające, nie mające jednak nic wspólnego z 
historią.  Czym  jest  zatem  naprawdę  przypowieść?  Jest  to  forma  literacka, 
znana szeroko w świecie starożytnym, lecz przypowieści, które znajdujemy w 
Ewangeliach,  nie  zawsze  odpowiadają  dokładnie  definicjom  myślicieli 
greckich czy rzymskich. Wyrastają bowiem z gleby biblijnej i analogii do 
nich  trzeba  szukać  zarówno  w  Biblii  hebrajskiej,  jak  i  w  późniejszych 
komentarzach rabinów

Greckie słowo parabole, które my tłumaczymy jako „przypowieść", jest w 

Piśmie  świętym  odpowiednikiem  hebrajskiego  maszal,  ale  ów  „maszal"  ma 
bardzo różne znaczenia. Może to być przysłowie (np. Ez 18,2: „Ojcowie jedli 
zielone  winogrona,  a  zęby  ścierpły  synom"),  powiedzenie  mędrca  (np.  Prz 
10,18: „Usta nieprawego nienawiść ujawnią, głupi, kto rozgłasza niesławę") 
lub nawet zagadka, jak również to, co my nazywamy przypowieścią, metaforą, 
alegorią.  Stąd  i  w  naszych  przekładach  biblijnych  nie  każda  „przypowieść" 
należy ściśle do tego właśnie gatunku literackiego, a niekiedy zdarza się i tak, 
że rzeczywista przypowieść jest określona innym terminem. 

Bardzo  istotną  cechą  hebrajskiego  maszalu  jest  jego  język  obrazowy

Ilustruje  to  doskonale  następujące  pouczenie  rabinackie:  „Niech  maszal  nie 
będzie  w  twoich  oczach  czymś  mało  ważnym,  gdyż  właśnie  dzięki  niemu 
człowiek może zrozumieć słowa Tory: «Przypowieść o królu, który w swoim 
domu zgubił sztukę złota lub jakiś kamień drogocenny. Czyż nie szuka go za 
pomocą knota [chodzi tu nie tyle o „knot", ile o lampkę oliwną -A.S.], choć 
sam  ów  knot  nie  jest  wart  więcej  niż  grosz  jeden?»  Tak  więc  i  maszal  nie 
powinien być czymś mało ważnym w twoich oczach, ponieważ dzięki niemu 
można zgłębić słowa Tory". 

Wiele  przypowieści  rabinów  cechuje  wyraźne  pokrewieństwo  z  przy-

powieściami  Jezusa.  Nawet  ta,  dopiero  co  przytoczona,  o  knocie  lampki 
oliwnej  może  nam  przypominać  -  mimo  zasadniczych  różnic  -znaną  z 
Ewangelii św. Łukasza przypowieść o zgubionej drachmie (Łk 15,8-10), do 

background image

 

której niedługo jeszcze powrócimy. Najbezpieczniej jest jednak zaczynać od 
początku,  dlatego  też,  jeśli  chcemy  zrozumieć  przypowieści  Nauczyciela  z 
Nazaretu  (a  jest  to  niewątpliwie  rzecz  ważna,  skoro  stanowią  one  znaczną 
część  Jego  nauczania),  musimy  zacząć  od  określenia,  czym  właściwie  jest 
przypowieść w Ewangeliach
. Doskonałą pomocą będzie tu dla nas piękna i 
nader interesująca książka o. Augustyna Jankowskiego OSB Królestwo Boże 
w  przypowieściach

1

.  Czytamy  tam:  „Istotą  przypowieści  jest  porównanie 

dwóch  składników  [...].  Pierwszy  z  nich  jest  obrazem  wziętym  z  życia 
codziennego,  z  rzeczywistości  znanej  rozmówcy  lub  czytelnikowi.  Drugi 
składnik czy człon przypowieści nie jest już tak dostępny zmysłom, gdyż leży 
w  sferze  pojęciowej  i  do  tego  niedostępnej  poznaniu  rozumowemu.  Rzeczy 
konkretne  i  znane  z  obrazu  rzeczywistości  doświadczalnej  w  takim 
zestawieniu  mają  za  zadanie  ilustrować  prawdę  wyższego  rzędu,  duchową, 
nadprzyrodzoną. Parabola więc to rozbudowane porównanie [podkreślenia 
Autorki],  oparte  na  podobieństwie,  jakie  zachodzi  między  bardzo  różnymi 
płaszczyznami rzeczywistości" (s. 12-13). Ma ona przede wszystkim skłonić 
słuchacza lub czytelnika do zastanowienia się nad własnym postępowaniem i 
do wyciągnięcia odpowiednich, konkretnych wniosków. 

Doskonałym  przykładem  jest  tu  przypowieść,  z  którą  przyszedł  prorok 

Natan  do  króla  Dawida,  kiedy  ten  nie  tylko  uwiódł  żonę  swego  oficera, 
Uriasza,  ale  jeszcze  podstępnie  posłał  zdradzonego  męża  na  pewną  śmierć. 
Natan  rozumiał  doskonale,  że  nie  może  powiedzieć  królowi  wprost: 
„Popełniłeś wielką zbrodnię!" Dawid by go na pewno nie posłuchał, a jeszcze 
może boleśnie  za taką  bezczelność  ukarał. Nie  wspominając  zatem  wcale  o 
Uriaszu, opowiedział mu historyjkę, która w rzeczywistym świecie mogła się 
łatwo zdarzyć: „W pewnym mieście żyło dwóch ludzi, jeden był bogaczem, a 
drugi biedakiem. Bogacz miał owce i wielkie stado bydła, biedak nie miał nic 
oprócz  jednej  malutkiej  owieczki,  którą  nabył.  On  sam  ją  karmił  i  wyrosła 
przy nim wraz z jego dziećmi, jadła jego chleb i piła z jego kubka, spała u jego 
boku i była dla niego jak córka. Raz przyszedł gość do bogacza, lecz jemu żal 
było brać coś z owiec i własnego bydła, czym mógłby posłużyć podróżnemu, 
który  do  niego  zawitał.  Zabrał  więc  owieczkę  owemu  biedakowi  i  tę 
przygotował dla swego znajomego". Dawid oburzył się na to bardzo i zawołał: 
„Ten człowiek zasługuje na karę śmierci!" A wtedy usłyszał od Natana: „Ty 
jesteś tym człowiekiem!" I wreszcie zrozumiał i on swoją winę (2 Sm 12,1-7). 
Warto tu zwrócić uwagę, że wystarczyła już pierwsza część przypowieści - ów 

background image

 

obraz  wzięty  z  codziennego  życia  -  aby  Dawid  sam  wyciągnął  wniosek,  o 
który chodziło Natanowi. 

Czym innym niż przypowieść jest przenośnia, zwana z grecka metaforą. 

Tam utożsamia się „w słowach rzeczy wyższego porządku z niższymi". Stad 
w  przenośni  wyrazy  już  nie  zachowują  (jak  w  przypowieści)  znaczenia 
potocznego,  lecz  otrzymują  nowe,  właśnie  przenośne.  Tak  dzieje  się  na 
przykład  wtedy,  gdy Jezus  mówi do Piotra:  „Ty jesteś skałą  [...] tobie  dam 
klucze królestwa niebieskiego, cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane 
w  niebie,  a  co  rozwiążesz  na  ziemi,  będzie  rozwiązane  w  niebie"  (Mt 
16,18-19). Rozumiemy od razu, ze nie chodzi tu o skałę z kamienia, „klucze 
nie  są  przyrządami  z  obrobionego  metalu,  a  związywanie  i  rozwiązywanie 
obejdzie się bez sznura". Rozbudowana przenośnia staje się alegorią,  gdy 
„każdy  szczegół  obrazu  oznacza  co  innego,  niż  mówią  same  słowa  w  ich 
znaczeniu potocznym". Właściwym przykładem są tu słowa Jezusa z rozdz. 10 
Ewangelii św. Jana: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz życie swoje 
daje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są 
własnością, widząc nadchodzącego wilka opuszcza owce i ucieka, a  wilk je 
porywa  i  rozprasza;  [najemnik  ucieka],  dlatego  że  jest  najemnikiem  i  nie 
zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam [owce] moje i one 
Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Zycie moje oddaję 
za  owce.  Mam  także  inne  owce,  które  nie  są  z  tej  zagrody.  I  te  muszę 
przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden 
pasterz (J 10,14-16). Czytając ten tekst, bez trudu pojmujemy, że nie należy 
brać  dosłownie  takich  wyrazów,  jak:  pasterz,  najemnik,  wilk,  owce, 
owczarnia.  Zachodzi  tu  „swoista  identyczność  obrazu  i  oznaczanej 
rzeczywistości"

2

.  Każda  czynność  pasterza,  który  z  miłością  spełnia  swoje 

zadanie,  może i  nawet powinna  być  tłumaczona przenośnie. A  w rozdz. 15 
tejże  Ewangelii,  gdzie  Jezus  nazywa  się  „krzewem  winnym",  w  podobny 
sposób  wszystko,  co  dalej  czytamy  o  tym  krzewie,  do  Niego  samego  się 
odnosi. Gdy zaś nazywa swoich uczniów latoroślami tego krzewu, nie znaczy 
bynajmniej, że Sam jest pniem, a oni gałązkami. Każda latorośl jest małą lub 
nieco  większą  częścią  krzewu  i  kiedy  usycha,  cały  krzew  cierpi,  a  kiedy 
„przynosi owoc obfity", cały krzew się nim raduje. Warto przeczytać uważnie 
tę wspaniałą alegorię: 

Ja  jestem  prawdziwym  krzewem  winnym,  a  Ojciec  mój  jest  tym,  który  [go] 

uprawia.  Każdą  latorośl  nieprzynoszącą  we  mnie  owocu  odcina,  a  każdą  owoc 

background image

 

przynoszącą  oczyszcza,  aby  przynosiła  owoc  obfitszy.  Wy  już  jesteście  czyści  dzięki 
słowu,  jakie  wam  powiedziałem.  Mieszkajcie  we  Mnie,  a  Ja  [będę  mieszkał]  w  was. 
Podobnie  jak  latorośl  nie  może  przynieść  owocu  sama  z  siebie  -  jeśli  nie  mieszka  w 

winnym  krzewie  -  tak  samo  i  wy,  jeśli  we  Mnie  mieszkać  nie  będziecie.  Ja  jestem 

krzewem  winnym,  wy  -latoroślami.  Kto  mieszka  we  Mnie,  a  Ja  w  nim,  ten  przynosi 
owoc obfity, bo beze Mnie niczego uczynić nie możecie. Ten, kto nie mieszka we Mnie, 
zostanie  wyrzucony  jak  winna  latorośl  i  uschnie.  Później  takie  [latorośle]  zbierają  i 
wrzucają w ogień, gdzie płoną. Jeżeli we Mnie będziecie mieszkać, a słowa moje w was, 
to  proście,  o  cokolwiek  chcecie,  a  otrzymacie.  Ojciec  mój  przez  to  dozna  chwały,  że 
owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami [J 15,1-8]. 

Tu  przypowieść  przemieniła  się  całkowicie  w  alegorię.  Trzeba  jednak 

pamiętać jeszcze o jednym. Jeżeli mamy do czynienia z czystą przypowieścią 
(a  nie  przypowieścią-alegorią),  to  musimy  się  ograniczyć  w  interpretacji 
jedynie  do  tego,  co  stanowi  o  podobieństwie  obu  jej  członów.  Najlepiej 
zilustrować  tę  zasadę  na  przykładzie  przypowieści  o  ziarnku  gorczycy: 
„Podobne jest królestwo niebieskie do ziarnka gorczycy, które człowiek wziął 
i posiał na swoim polu. Jest ono najmniejsze ze wszystkich ziaren, gdy zaś 
urośnie,  staje  się  drzewem,  tak  że  zlatują  się  ptaki  podniebne  i  zakładają 
gniazda na jego gałęziach" (Mt 13,31-32). Ileż się nagłowiono, by zrozumieć, 
co mają oznaczać owe ptaki, a wszystko dlatego, że „zapomniano o regułach 
dotyczących 

gatunku 

literackiego 

przypowieści 

szczegółowi 

ornamentacyjne-mu  [...]  usiłowano  przypisać  znaczenie  alegoryczne. 
Tymczasem w tej przypowieści chodzi tylko o to, co stanowi o podobieństwie 
między ziarnem gorczycy a Królestwem niebieskim: jedno i drugie, maleńkie i 
niemal  niedostrzegalne  na  początku,  rozrasta  się  niepomiernie  i  nader 
szybko"

3

Czas teraz wrócić do tych przypowieści Jezusowych, które przyjęły formę 

opowiadań  pouczających,  nieraz  krótkich,  nieraz  jednak  także  szeroko 
rozbudowanych. Nie będziemy tutaj analizować wszystkich, ograniczając się 
tylko  do  pięciu,  w  tym  trzech  dłuższych,  bardzo  ważnych  i  pięknych,  oraz 
dwóch krótkich, powiązanych z trzecią, może najwspanialszą z tych dłuższych 
(Mt 20,1-16; Łk 10,25-37; 15,1-10 oraz 15,11-32). Ale nie ulega wątpliwości, 
że inny autor dokonałby z pewnością innego wyboru. 

Dwudziesty rozdział Ewangelii św. Mateusza otwiera przypowieść, znaną 

najczęściej pod tytułem Robotnicy w winnicy lub Robotnicy ostatniej godziny 
(Mt  20,1-16).  Osobiście  wolę  ten  drugi  tytuł,  choćby  dla  uniknięcia  rymu 
(robotnicy  -  winnicy),  którego,  jak  wiadomo,  polska  proza  nie  znosi,  lecz 

background image

 

również  i  dlatego,  że  stawia  on  zaraz  na  początku  problem  kluczowy.  Jak 
należy rozumieć sprawiedliwość Bożą, jeśli okazuje się ona hojniejsza wobec 
tego, kto mniej na nią zasłużył? Ale przyjrzyjmy się samej przypowieści. 

Jesteśmy w Palestynie w czasie, gdy winogrona już dojrzewają i trzeba je 

jak najszybciej zebrać. Dlatego gospodarz idzie na rynek wczesnym rankiem 
(tzn.  już  o  wschodzie  słońca),  żeby  nająć  robotników  do  tej  pracy.  Są  to 
oczywiście  ludzie,  którzy  nie  mają  nic  innego  do  ofiarowania  poza  siłą 
własnych  ramion.  Posłyszawszy,  że  dostaną  po  jednym  denarze  za  pracę 
całodzienną, godzą się chętnie na te warunki. Denar to moneta rzymska, która 
odpowiadała  najczęściej  jednej  greckiej  drachmie.  Nie  mamy  jednak 
praktycznie  żadnych  niemal  danych,  które  by  nam  pozwoliły  ustalić  jej 
wartość. Wartość ta - podobnie jak w naszym świecie - zmieniała się zależnie 
od  czasu  i  miejsca.  Nie  można  zatem  twierdzić,  że  tyle  właśnie  wynosiła 
zwykła dniówka robotnika niewykwalifikowanego. Niewiele nam tu pomaga 
fakt, że w Księdze Tobiasza ojciec bohatera, wyprawiając go w daleką podróż, 
obiecuje towarzyszącemu mu Rafaelowi (który jeszcze nikomu nie zdradził, 
że jest aniołem) po jednej drachmie za każdy dzień. Po pierwsze, Księga ta 
pochodzi z II, a może nawet III w. przed Chr., po drugie, trudno porównywać 
Rafaela,  towarzyszącemu  w  podróży  Tobiaszowi,  z  ciężko  pracującym 
najemnym  robotnikiem.  Niewiele  nam  pomaga  tutaj  Talmud,  bo  trzeba  by 
najpierw ustalić dokładną datę i miejsce powstania przywoływanego tekstu. 
Ktoś mógłby powiedzieć, że takich wymagań żaden dostępny nam dokument 
nie spełnia. Otóż jest to tylko częściowo prawda. 

Tak  się  złożyło,  iż  w  latach  pięćdziesiątych  ubiegłego  stulecia  zaj-

mowałam się  greckim tekstem bardzo szczególnym, rachunkami rolniczymi 
na czterech papirusowych zwojach, które w styczniu 1890 r. trafiły do British 
Museum w Londynie. Cały świat naukowy interesował się od początku tymi 
zwojami, ale wszystkim chodziło nie o rachunki, lecz o tekst przepisany na ich 
odwrocie.  Było  to  bowiem  nieznane  nam  aż  do  owej  chwili  dzieło 
Arystotelesa,  Ustrój  Aten.  Mniej  więcej  w  pół  wieku  później  napisałam  do 
British  Museum  z  prośbą,  czy  nie  mogliby  mi  przysłać  mikrofilmu  tych 
rachunków  (prośba  była  bardzo  nieśmiała,  bo  nie  miałam  wówczas  żadnej 
możliwości zapłacenia). Jednakże, choć podałam wszystkie dane dokumentu, 
jaki  mnie  interesował,  Muzeum  odpowiedziało  mi  bardzo  grzecznie,  że  na 
pewno się pomyliłam, bo przecież niewątpliwie chodzi mi o tekst na odwrocie 
zwojów,  tzn.  o  Arystotelesa.  Już  im  nie  tłumaczyłam,  bo  to,  co  chciałam, 
zdobyłam i tak inną drogą. 

background image

 

Są to cztery duże zwoje, ponumerowane już w starożytności (zwój 1, 2, 3, 

4).  Przy  wysokości  dwudziestu  kilku  centymetrów  (28  lub  25  cm)  mają 
długość odpowiednio 2,20 m (11 kolumn pisma), 1,66 cm (13 kolumn), 0,91 
m  (6  kolumn)  i  0,79  m  (8  kolumn).  Tam,  gdzie  jest  mowa  o  zwojach 
papirusowych,  bardzo  często  spotykamy  nieporozumienia.  Dlatego  uznałam 
za  konieczne  krótkie  wyjaśnienie,  co  to  takiego,  jak  i  z  czego  takie  zwoje 
powstały. Otóż sporządzano je ze rdzenia łodygi rośliny, która w botanice nosi 
nazwę Cyperus Papyrus. Rdzeń ten dzielono na paski możliwie jak najszersze, 
a zarazem bardzo cienkie, przy czym tak długie, jakie udało się uzyskać. Paski 
te  układano  następnie  równolegle  na  desce,  a  na  nich  poprzecznie  nową, 
podobną warstwę. Całość podlewano wodą nilową, a rozprowadzony nią lepki 
sok  papirusu  pełnił  funkcję  kleju.  Kilka  uderzeń  szerokim  młotem  lub  po 
prostu  płaskim  kamieniem  wystarczało,  aby  obie  warstwy  utworzyły  jedną 
kartę, którą trzeba było jeszcze tylko wysuszyć na słońcu, a potem wygładzić 
pumeksem.  Gotowe  karty,  zaraz  po  wyschnięciu,  zlepiano  razem,  tworząc 
zwój, bo sprzedawano tylko zwoje składające się zazwyczaj z 20 kart. Karta 
papirusowa, jak wynika już ze sposobu jej produkcji, miała dwie różne strony. 
Na  jednej  włókna  rośliny  biegły  równolegle  do  długości  zwoju  i  ta  była 
przeznaczona  do  zapisania.  Na  tej  właśnie  stronie  wszystkich  czterech 
londyńskich zwojów znajdują się rachunki za prace rolnicze prowadzone  w 
majątku  pewnego  Epimachosa  pod  miastem  Hermupolis  w  środkowym 
Egipcie  w  latach  78-79  po  Chr.  Najwidoczniej,  gdy  te  rachunki  się 
zdezaktualizowały,  ktoś  chcąc  sporządzić  odpis  dzieła  Arystotelesa  użył  w 
tym  celu  zwojów  już  poprzednio  zapisanych,  odcinając  najpierw  ich  końce, 
które  zapewne  były  najbardziej  zniszczone.  O  takiej  właśnie  kolejności 
świadczy wymownie fakt, że w tekście rachunków występują między zwojami 
duże luki, nie ma ich natomiast w Ustroju Aten. 

Rachunki  te  stanowią  pod  wielu  względami  dokument  wyjątkowy, 

przedstawiają nam bowiem prace rolnicze prowadzone w sporym majątku w 
roku  jedenastym  panowania  cesarza  Wespazjana  (78/79  r.  po  Chr.)  od 
egipskiego  miesiąca  Thoth  (sierpień/wrzesień  78  r.)  do  połowy  miesiąca 
Pachom  (marzec/kwiecień  79  r.)  z  niewielkimi  tylko  lukami  tam,  gdzie 
odrzucono  zniszczone  końce  zwojów.  Jest  to  czas  bardzo  bliski  najczęściej 
przyjmowanej obecnie daty ostatecznego powstania Ewangelii św. Mateusza 
(ok. 80 r.), Egipt zaś był wówczas prowincją rzymską graniczącą z Palestyną. 
Otóż  według  tych  rachunków  dzienna  płaca  robotnika  najemnego  wynosiła 
przeciętnie  3  obole,  tj.  pół  drachmy,  i  wzrastała  w  okresie  wylewu  Nilu, 

background image

 

wyjątkowo tylko osiągając aż jedną drachmę. Można przypuszczać zatem, że 
gospodarz z przypowieści jest od samego początku hojny i że już pierwszej 
grupie  swoich  robotników  ofiarowuje  płacę  wysoką,  dlatego  pewno  tak 
natychmiast się z nim dogadują. 

Jest  on  zresztą  niestrudzony,  wychodzi  na  rynek  jeszcze  o  godzinie 

trzeciej,  szóstej,  dziewiątej,  wreszcie  jedenastej.  Tu  trzeba  zaznaczyć,  że 
owych godzin nie należy utożsamiać z godzinami naszymi. W tamtym świecie 
bez  względu  na  porę  roku  każdy dzień (tj. od  wschodu do zachodu słońca) 
dzielono  na  12  godzin,  które  naturalnie  w  lecie  stawały  się  dłuższe  niż  w 
zimie. Podobnie zresztą i każdą noc (od zachodu do wschodu słońca) dzielono 
na 3 lub, częściej, 4 straże. Nawet uwzględniając te różnice, nie zawsze można 
powiedzieć,  jakiej  godzinie  zegarowej  odpowiada  dokładnie  godzina 
wskazana w tekście starożytnym. 

Otóż nasz gospodarz wyszedł pierwszy raz na rynek bardzo wcześnie rano, 

zapewne już o wschodzie słońca. Wychodzi jednak także i później, pierwszy 
raz  „około  godziny  trzeciej"  (zapewne  naszej  dziewiątej).  Zobaczył  wtedy 
innych mężczyzn „stojących na rynku bezczynnie. I rzekł do nich:  «Idźcie i 
wy  do  mojej  winnicy,  a  co  będzie  słuszne,  dam  wam».  Oni  poszli".  Nie 
próbowali  nawet  pytać,  ile  ma  wynieść  to  „słuszne".  Prawdopodobnie 
wiedzieli już, ile obiecano tym pierwszym, i to wystarczyło. A pamiętajmy, że 
mieszkańcy Bliskiego Wschodu zawsze lubili i dzisiaj też lubią targować się o 
wszystko! 

Gospodarz  wychodził  jeszcze  o  godzinie  szóstej  i  dziewiątej  (w  przy-

bliżeniu nasza dwunasta i piętnasta) i „tak samo uczynił". Wreszcie „wyszedł 
koło godziny jedenastej". Jest to mniej więcej nasza godzina siedemnasta, a 
wiec czas, kiedy kończy się już dzień pracy. Ale on spotkał na rynku jeszcze 
innych  stojących  ludzi  i  tych  też  zapytał:  „Czemu  tu  stoicie  cały  dzień 
bezczynnie?"  W  tym  pytaniu  pobrzmiewa  jakby  nuta  nagany:  Tak  długo 
marnujecie  tu  czas,  widać  nie  bardzo  staraliście  się  znaleźć  pracę!  Zawsze 
najłatwiej  jest  zrzucić  własną  winę  na  kogoś  innego  lub  na  nieprzychylne 
okoliczności. Gospodarz ich jednak również w końcu zaprasza: „Idźcie i wy 
do winnicy mojej". 

„A  gdy  nadszedł  wieczór,  rzekł  właściciel  winnicy  do  swego  rządcy: 

«Zwołaj  robotników  i  wypłać  im  należność,  począwszy  od  ostatnich  aż  do 
pierwszych». Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze". 
Ci na  pewno  się  nie  skarżyli, choć  łatwo  możemy sobie  wyobrazić, że byli 

background image

 

zaskoczeni i uradowani. Woleli jednak nawet nie dziękować, bo a nuż okaże 
się jeszcze, że ten rządca po prostu się pomylił... 

„Kiedy  więc  przyszli  pierwsi,  myśleli,  że  więcej  dostaną,  lecz  i  oni 

otrzymali  po  denarze".  I  wtedy  dopiero  wystąpili  ze  swymi  głośnymi 
pretensjami:  „Ci  ostatni  jedną  godzinę  pracowali,  a  zrównałeś  ich  z  nami, 
którzyśmy  znosili  ciężar  dnia  i  spiekotę!"  Na  ogół  czytając  tę  przypowieść 
porównujemy  jedynie  czas  pracy  różnych  grup  robotników,  oni  jednak 
zwracają uwagę przede wszystkim na jej warunki. I my tym bardziej jesteśmy 
skłonni  przyznać  im  rację:  nie  dość,  że  się  tak  długo  napracowali,  ale  ile 
musieli wycierpieć od upalnego palestyńskiego słońca! Ci ostatni zarobili tyle 
samo,  chociaż  ich  praca  była  o  tyle  lżejsza  i  krótsza.  I  to  ma  być 
sprawiedliwość?...  Pytanie  to  uderza  w  nas  tym  mocniej,  gdy  sobie 
przypomnimy, że ten gospodarz to nikt inny tylko sam Bóg wszechmogący. 

Piękny  komentarz  do  tego  tekstu  znajdziemy  w  dwóch  rabinicznych 

przypowieściach, z którymi zapoznaje nas w swojej książce o. Augustyn. W 
obu  odnajdujemy  ten  sam  temat:  niezwykłą  i,  jakby  się  zdawało, 
nieusprawiedliwioną  hojność  w  wynagradzaniu  za  pracę.  A  oto  pierwsza: 
„Pewien  król najął  wielu robotników. Był tam jeden, który pracował  z  nim 
przez wiele dni. Przyszli pracownicy odebrać zapłatę, a z nimi przyszedł i ów 
pracownik.  Król  rzekł  do  niego:  Mój  synu,  ja  wierzę  w  ciebie.  Wielu  tych 
ludzi pracowało ze mną niewiele i ja dam im niewielką zapłatę. Ale gdy idzie o 
ciebie,  mam z  tobą  wiele  do  rozliczenia. Podobnie  Izraelici na  tym  świecie 
żądali od Boga zapłaty, a i poganie tego świata też zażądają zapłaty. Bóg mówi 
Izraelowi: „Moi synowie, Ja wejrzę na was. Poganie na świecie mało ze mną 
pracowali, to Ja im dam małą zapłatę. Ale gdy idzie o was, mam z wami wiele 
do  rozliczenia".  Jest  to  według  słów  o.  Augustyna  doskonała  ilustracja 
nastrojów  panujących  w  Izraelu,  które  były  jednak  diametralnie  różne  od 
Jezusowego uniwersalizmu. Niewątpliwie uwaga ta jest bardzo słuszna, ale - 
jak mi się zdaje - można na ten tekst spojrzeć również nieco inaczej, z punktu 
widzenia  dzisiejszego  chrześcijanina.  Tam,  gdzie  Jezus  mówi  o  Izraelu  i 
poganach,  może  chodzić  także  o  Nowy  Izrael,  jakim  jest  chrześcijaństwo,  a 
pogan przecież i w dzisiejszym świecie nie braknie, chociaż nie wszyscy się za 
takich  uważają.  Oni  to  właśnie  może  staną  kiedyś  przed  Panem,  jak  ci 
robotnicy ostatniej godziny, i z wielkim zdziwieniem przekonają się czasem, 
że ich zapłata nie jest mniejsza od robotników z  godziny najwcześniejszej

4

Owi zaś niechaj nie pytają, jak pisze to Ojciec Święty Benedykt XVI: „Dla-
czego  to  właśnie  my  wypełniać  mamy  całą  służbę  na  rzecz  wiary  chrze-

background image

 

ścijańskiej?  Dlaczego,  mimo  że  tyle  dróg  innych  prowadzi  do  nieba  i 
zbawienia,  od  nas  wymaga  się,  abyśmy  dźwigali  dzień  za  dniem  ciężar 
dogmatu  i  moralności  chrześcijańskiej?  [...]  Pytając  o  zasadę  i  sens  naszej 
chrześcijańskiej egzystencji, spoglądamy częstokroć w stronę innych ludzi  - 
tych, którzy także mają otwarty dostęp do nieba, choć ich życie wydaje się być 
wygodniejsze.  Jesteśmy  tu  podobni  do  robotników  z  najwcześniejszej, 
pierwszej  godziny,  o  których  mówi  Pan  w  przypowieści  o  robotnikach  w 
winnicy (Mt 20,1-16). Nie mog pojąć, dlaczego męczyli się przez cały dzień, 
skoro gdy przyszło d  wypłaty, ostatni otrzymali dokładnie  tyle, co oni... W 
naszych pytaniac o „dlaczego" chrześcijaństwa postępujemy tak samo, jak owi 
robotnic Zakładamy, że duchowe „bezrobocie", tj. życie bez wiary i modlitw; 
jest  przyjemniejsze  niż  służba  Boża.  Co  za  dziwne  pojmowanie  służb 
chrześcijańskiej! Znajduje w nim swój wyraz pogląd, że po prostu ni opłaca 
się  być  przez  całe  życie  dobrym  chrześcijaninem,  skoro  i  be  tego  można 
otrzymać wynagrodzenie  w postaci owego „denara" zbawienia! Wygląda na 
to, że chcemy być nagrodzeni nie tylko naszyi zbawieniem, ale - i to przede 
wszystkim  -  nieszczęściem  innych.  Ja  owi  robotnicy  z  najwcześniejszej, 
pierwszej godziny. Jest to bardz ludzki punkt widzenia, ale na pewno bardzo 
mało chrześcijański"

5

Ojciec  Augustyn  przytacza  jeszcze  jedną  bardzo  piękną  przypowieś 

rabiniczną,  tyle  że  późną,  bo  pochodzącą  z  IV  w.,  która  może  być  w  jakiś 
sposób literacko zależna od przypowieści Jezusowej. Została on wygłoszona 
jako mowa żałobna po śmierci rabina Bun bar Hijja, zmai łego bardzo młodo. 
„Ma się to jak z królem, który najął wielką liczb robotników. W dwie godziny 
po rozpoczęciu pracy lustrował on robotników. Wówczas zobaczył, że jeden z 
nich wyróżniał się wśród innych pilnością i zręcznością. Wziął go więc za rękę 
i chodził z nim aż do wieczora. Gdy robotnicy przyszli po zapłatę, ów robotnik 
otrzymał tę samą sumę, co wszyscy inni. Wtedy oni szemrali i mówił Myśmy 
pracowali  cały  dzień,  a  ten  tylko  dwie  godziny,  a  mimo  to  otrzymał  pełną 
zapłatę! Król jednak odparł: W ten sposób nie czyni wam wcale krzywdy: ten 
robotnik wykonał w ciągu dwóch godzi więcej niż wy przez cały dzień. Tak 
Rabbi Bun bar Hijja więcej dokonał w ciągu swoich 28 lat życia niż niejeden 
sędziwy uczony w Piśmi w ciągu lat stu". 

Psychologicznie  reakcja  tych,  którzy  pracowali  w  winnicy  od  samego 

rana, jest całkiem zrozumiała, ale po chwili zastanowienia zn zumiemy łatwo, 
że  mimo  wszystko  niesłuszna.  Ci  niezadowoleni  zgodzili  się  przecież,  że 
dostaną jednego denara za dzień pracy, i t zgodzili bez żadnego protestu. Była 

background image

 

to  zresztą  zapłata  obfita,  przyna  mniej  według  rachunków  Epimachosa. 
Gospodarz okazał się hojny o samego początku. Jak pisze o. Augustyn: „Owi 
zgłaszający  pretens]  woleliby,  żeby  gospodarz  był  dla  nich  więcej  niż 
sprawiedliwy, a ni pozwalają mu być dla innych szczodrym. Tymczasem on 
chce dla nich być sprawiedliwym, a dla ostatnich - hojnym - i nikt na to nic nie 
poradzi. Odpowiedź jego nie  pozwala na dalszą dyskusję. Jego hojność jest 
przede  wszystkim  wolna  [...].  Ostatni  akcent  w  odpowiedzi  pada  na  słowo 
«dobry» [...]. Głównym zatem rysem dziwnego gospodarza jest dobroć, która 
daje  darmo"

6

  (podkreślenie  -A.Ś.).  Dobrze  byłoby,  gdyby  ci  wśród  nas, 

którzy nazywają się chrześcijanami, zawsze o tym pamiętali i nie skazywali 
pochopnie na potępienie jakiegoś „łotra", przed którym Jezus umierający na 
krzyżu raj otwiera (Łk 23,43). 

Takim właśnie człowiekiem, niezasługującym w oczach słuchaczy Jezusa 

na nic dobrego, jest bohater innej Jego przypowieści. Zazwyczaj nazywamy 
go  „dobrym  Samarytaninem".  Dobrze  będzie,  jak  sądzę,  przypomnieć  tu 
Czytelnikom, kim są Samarytanie. Żydzi w czasach Jezusa nie uważali ich za 
Żydów,  lecz  widzieli  w  nich  pogan  i  -  co  gorzej  -  odstępców.  Z  poganami 
nieraz  się  stykali,  prowadzili  z  nimi  choćby  interesy  handlowe,  z 
Samarytanami natomiast nie chcieli mieć nic wspólnego. Upatrywali w nich 
potomków  Asyryjczyków,  którzy  po  zdobyciu  w  722  r.  Samarii  i  całego 
królestwa północnego zostali na jego terytorium osiedleni przejmując wiele ze 
zwyczajów  żydowskich.  Sami  Samarytanie  twierdzili,  że  są  jedynymi 
prawdziwymi  spadkobiercami  Mojżesza,  podczas  gdy  judaizm  według  nich 
wywodził się ze schizmy, jaka nastąpiła za czasów Jozuego (ok. 1220-1200 
przed Chr.) wraz z powstaniem sanktuarium w Szilo. Według Księgi Ezdrasza 
Samarytanie  przeciwstawiali  się  odbudowie  Świątyni  jerozolimskiej  (Ezd 
4,1-5), lecz do ostatecznego rozłamu doszło zapewne później, gdy zbudowali 
sobie własną świątynię na górze Garizim. Zburzył ją razem z miastem Samarią 
w 108/107 r. Jan Hyrkan, syn Szymona, brata Judy Machabeusza, odbudował 
zaś w 55 r. przed Chr. namiestnik rzymski, Gabiniusz. Prawdziwą świetność 
przywrócił  jednak  dawnej  stolicy  królestwa  północnego  dopiero  Herod 
Wielki, nadając jej na cześć Cezara Augusta nazwę Sebaste (łac. augustus to 
po  gr.  sebastos).  Samarytanie,  których  garstka  przetrwała  do  dnia 
dzisiejszego, uznają świętość jedynie Pięcioksięgu Mojżeszowego, odrzucając 
wszystkie  inne  księgi  biblijne,  a  górę  Garizim  przeciwstawiają  Syjonowi  - 
Jerozolimie. 

background image

 

Przypowieść  „o  dobrym  Samarytaninie"  znajdujemy  tylko  w  Ewangelii 

św. Łukasza (Łk 10,30-37), poprzedzona jest tu jednak rozmową z uczonym 
w Piśmie, którą odnajdujemy również u Mateusza i Marka (Mt 22,35-40; Mk 
12,28-34).  Ów  uczony  u  tych  dwóch  Ewangelistów  chce  się  dowiedzieć  od 
Jezusa, jakie przykazanie jest największe, u Łukasza natomiast zadaje pytanie 
dość  nieoczekiwane,  zwłaszcza  jak  na  człowieka  tak  wykształconego: 
„Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?" Chce on w ten 
sposób,  jak  czytamy,  wystawić  Jezusa  na  próbę.  Za  chwilę  jednak  sam  się 
przekona, że nie jest to gra bezpieczna z tym przeciwnikiem. Najpierw Jezus 
odsyła  tego  specjalistę  do  Pisma  świętego,  a  mówiąc  dokładniej  do  Prawa 
Mojżeszowego:  „Co  jest  napisane  w  Prawie?  Jak  czytasz?"  Uczony 
odpowiada  oczywiście  poprawnie,  cytując  Pismo:  „Będziesz  miłował  Pana, 
Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym 
swym umysłem, a swego bliźniego jak siebie samego" (Pwt 6,5; Kpł 19,18). 
Na co słyszy: „Dobrześ odpowiedział. Tak czyń, a będziesz żył". Wówczas, 
starając  się  najwyraźniej  usprawiedliwić  swoje  zbyt  proste  pytanie,  zadaje 
jeszcze  drugie:  „A  kto  jest  moim  bliźnim?"  Tutaj  trzeba  dodać,  że  wybrał 
dobrze,  odpowiedź  nie  jest  w  tym  wypadku  tak  oczywista,  jak  to  się  nam 
może  wydawać.  Hebrajski  odpowiednik  polskiego  słowa  „bliźni"  znaczy 
przede  wszystkim  „przyjaciel",  ale  także  „współtowarzysz",  „człowiek 
należący do tego samego plemienia", wreszcie po prostu „ktoś inny", „drugi 
człowiek". Kogo zatem i w jakiej mierze należy uważać za „bliźniego"? Na to 
pytanie  nie  było  łatwej  odpowiedzi.  Toteż  Jezus  odpowiada  mu 
przypowieścią, w której sam pytający będzie musiał tę odpowiedź odczytać, 
całkiem  podobnie,  jak  rozegrało  się  to  przed  wiekami  między  Natanem  a 
Dawidem. 

„Pewien  człowiek  schodził  z  Jeruzalem  do  Jerycha"  i  gdzieś  po  drodze 

napadli  nań  zbójcy.  Rzecz  się  dzieje  na  odcinku  27-kilometro-wym  drogi 
równie malowniczym, jak niebezpiecznym, po której naprawdę się „schodzi" 
w stronę depresji, jak wiadomo, najgłębszej na kuli ziemskiej (tutaj płynie nią 
Jordan, nieco dalej wpadający do Morza Martwego, a wychodząc z Jerozolimy 
zawsze się „schodzi", bo miasto leży na wysokości 800 m n.p.m., nie zawsze 
jednak  można  to  zaznaczyć  w  polskim  przekładzie).  Droga  tu  była 
niebezpieczna, bo zupełnie niezamieszkana. Zawsze praktyczni Rzymianie na 
jej  połowie  umieścili  posterunek  wojskowy,  a  wszystkie  dostojne  osoby, 
odbywające  tę  podróż,  były  zawsze  eskortowane  przez  żołnierzy".  Zbójcy 

background image

 

obdarli swoją ofiarę dosłownie ze wszystkiego, zostawiając mężczyznę ciężko 
poranionego i całkiem nagiego. 

W historii tej nie było nic dziwnego dla słuchaczy Jezusa. Takie wypadki 

zdarzały się przecież często. Nie dziwili ich też na pewno dwaj przechodnie, 
którzy się wkrótce na tejże drodze pokazali. Oni też „schodzili" z Jerozolimy. 
Pierwszy szedł kapłan. Jerycho należało do tzw. miast kapłańskich, mieszkało 
w nim wielu kapłanów, którym blisko było stąd do Jerozolimy. „Wracał więc 
do domu jeden ze sług bożych po odbyciu swej kolejnej służby liturgicznej. 
Domyślamy się, że uszy miał nadal pełne psalmów śpiewanych w Świątyni, a 
szaty pachniały mu jeszcze kadzidłem. Ujrzał leżącego bez ruchu. Co myślał, 
tego nie mówi przypowieść, stwierdza jedynie fakt, że kapłan widział leżącego 
i  minął  go",  nie  próbując  nawet  przekonać  się,  czy  żyje.  Słuchacze  mogli 
znaleźć dla niego jedno wytłumaczenie, zwłaszcza że był to niejako wspólny 
mianownik, łączący go z następnym przechodniem, lewitą, który był również 
sługą  Świątyni,  a  więc  przedstawicielem  oficjalnego  kultu.  Obydwaj  są  z 
urzędu  blisko  spraw  Bożych,  obydwaj  znają  Prawo,  zwłaszcza  przepisy 
dotyczące czystości rytualnej. Może leżący na skraju drogi jest już trupem? A 
wtedy grozi im zaciągnięcie nieczystości rytualnej. Nieszczęście jest karą za 
grzech,  a  zatem  po  co  się  zbliżać  do  kogoś  ukaranego  przez  Boga? 
Wyglądałoby to niemal na udział w jego grzechu. A może to jest zgoła ktoś z 
tych,  o  których  wspominają  rabini  [...]  w  specjalnym  błogosławieństwie: 
«Trzeba każdego dnia mówić: Niech będzie błogosławiony Ten, który mnie 
nie uczynił poganinem» [...]. Mógł ów kapłan podzielać podobne poglądy, a 
być  daleko  od  zasady  Rabiego  Meira,  który  powiedział:  «Nawet,  jeśli 
zachowuje Torę, jest jak arcykapłan»". W każdym razie i kapłan, i lewita nie 
okazali  żadnego  zainteresowania  nieszczęśliwej  ofierze  napadu  i  spokojnie 
poszli do domu. 

Wreszcie na drodze wiodącej do Jerycha pojawił się trzeci człowiek, ale 

gdyby nasz ranny był przytomny, na pewno by na jego pomoc nie liczył. Był 
to bowiem Samarytanin. A, jak to mówiliśmy niedawno, w tym czasie i Żydzi, 
i Samarytanie nie chcieli mieć nic wspólnego ze sobą. Tymczasem właśnie ten 
człowiek „wzruszył się głęboko" ujrzawszy nieszczęśnika i on jeden zachował 
się  naprawdę  po  ludzku.  Przy  tym  nie  ograniczył  się  bynajmniej  tylko  do 
wzruszenia. „Z prymitywnej apteczki podróżnej wydobywa najprostsze środki 
-  wino  do  dezynfekcji  i  oliwę  jako  środek  kojący,  opatruje  rany  biedaka, 
zapewne  drąc  na  bandaż  część  swego  odzienia  i  podtrzymując  go  -  skoro 

background image

 

tamten jest «na pół umarły»  - sam idzie pieszo, powoli, krok za krokiem, aż 
dotrze wreszcie do tego, co Ewangelia nazywa «gospodą». Było to zapewne 
[...] coś lepszego trochę niż zwykły karawanseraj, tzn. zabudowanie otoczone 
parkanem  odrobinę  wyższym  niż  lew  mógłby  przeskoczyć,  z  jedną  jedyną 
bramą. Bydło i ludzie spali tam obok siebie". Nasz Samarytanin został tam na 
noc  tylko  po  to,  by  osobiście  pielęgnować  swojego  pacjenta.  Rano  musiał 
wyruszyć  w  dalszą  drogę,  ale  najpierw  wręczył  gospodarzowi  dwa  denary, 
prosząc  go,  by  się  nim  zajął.  Dodał  przy  tym:  „Jeśli  coś  więcej  wydasz,  ja 
oddam tobie, gdy będę wracał". 

Na koniec uczony w Piśmie usłyszał skierowane do siebie słowa: „Kto z 

tych  trzech  okazał  się  według  ciebie  bliźnim  tego,  który  wpadł  między 
zbójców?"  On  pytał  przecież,  kto  zasługuje  na  to,  żeby  za  bliźniego  został 
uznany,  a  tu  Jezus  każe  mu  odpowiedzieć,  kto  sam  jak  bliźni  postępuje.  A 
ponieważ nie przejdzie mu przez gardło nazwa znienawidzonego ludu, musi 
odrzec  uczciwie:  „Ten,  który  mu  okazał  miłosierdzie".  I  wtedy  słyszy  od 
Jezusa:  „Idź  i  ty  czyń  podobnie!"  Konkluzja  ta  nie  dopuszcza  dalszej 
dyskusji:  masz  zasadę  i  według  niej  postępuj.  „Pytasz  o  granicę  swego 
obowiązku? Zamień role - wczuj się w sytuację człowieka nieszczęśliwego, a 
odpowiedź będzie prosta: nie ma takiej granicy dla przykazania miłości"

7

Piętnasty  rozdział  tej  samej  Ewangelii  św.  Łukasza  przynosi  nam  trzy 

przypowieści, które prowadząc nas jakby po trzech coraz wyższych stopniach, 
ukazują  coraz  pełniej  niepojęte  miłosierdzie  Boże.  Pierwsze  3  wersety 
wprowadzają  nas  w  atmosferę,  w  jakiej  się  one  właśnie  zrodziły.  Oto 
faryzeusze i uczeni w Piśmie gorszyli się bardzo, widząc, że Jezus jest zawsze 
gotowy rozmawiać, a nawet jadać przy wspólnym stole z tymi, od których oni 
sami  stronili,  uważając  ich  za  nieczystych.  Zarzucali  Mu,  że  „przyjmuje 
grzeszników i jada z nimi". Jezus, chcąc ich przekonać, jak bardzo się mylą, 
ucieka się aż do trzech przypowieści. A oto pierwsza: „Któż z was, gdy ma sto 
owiec,  a  zgubi  jedną  z  nich,  nie  zostawia  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  na 
pustyni i nie idzie za zagubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z 
radością na ramiona i wraca do domu, sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: 
«Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: 
Tak  samo  w  niebie  będzie  większa  radość  z  jednego  grzesznika,  który  się 
nawraca,  niż  z  dziewięćdziesięciu  sprawiedliwych,  którzy  nie  potrzebują 
nawrócenia»"  (Łk  15,4—7).  Tę  samą  przypowieść  z  niewielkimi  tylko 
różnicami znajdujemy także w Ewangelii św. Mateusza (Mt 18,12-14). Łukasz 
podkreśla  czułość  pasterza  dla  tej  zabłąkanej  owcy,  jak  również  dodaje,  że 

background image

 

znalazłszy  bierze  ją  na  ramiona,  a  jego  radość  znajduje  swój  wyraz  w 
sproszeniu przyjaciół i sąsiadów, którym opowiada, co się stało. U Mateusza 
wszystko odbywa się prościej i krócej, a wniosek ostateczny brzmi: „Tak też 
nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, aby zginęło [choćby] jedno z 
tych  małych".  Nie  jest  bez  znaczenia,  że  w  Ewangelii  św.  Mateusza 
przypowieść ta znajduje się w rozdz. 18. Jest on bowiem celową konstrukcją 
redakcyjną,  zbierającą  różne  powiedzenia  Jezusa  mające  wskazać  młodej 
gminie, jak powinna żyć po chrześcijańsku i jak rozwiązywać nasuwające się 
trudności. Tych, którzy we wspólnocie są „mali", zwłaszcza „mali duchowo", 
należy  otoczyć  szczególną  troską.  U  św.  Łukasza  wniosek  końcowy  ma 
odmienny charakter. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać uważnie 
werset  7.  Tu  Jezus  zwraca  się  wyraźnie  do  swoich  przeciwników:  „Wy 
uważacie się za sprawiedliwych i sądzicie, że nie potrzebujecie nawrócenia. 
Nie  dostrzegacie,  że  ten  pogardzany  przez  was  grzesznik  jest  bliższy  Ojcu 
naszemu w niebie niż wy tak pewni własnej świętości!" (Można tu dodać, że w 
apokryficznej  Ewangelii  św.  Tomasza,  gdzie  znajdujemy  również  tę 
przypowieść,  pasterz  mówi  do  odnalezionej  owcy:  „Kocham  cię  więcej  niż 
dziewięćdziesiąt dziewięć!"). 

Następna  przypowieść  w  rozdz.  15  św.  Łukasza  podobnie  jak  pierwsza 

stanowi swego rodzaju przygotowanie do dłuższej przypowieści trzeciej. Ta 
druga krótka w gruncie rzeczy powtarza w inny nieco sposób tę samą naukę, 
jaką  znajdujemy  w  pierwszej.  Tam  jednak  pasterz  był  człowiekiem 
zamożnym, skoro miał aż 100 owiec! Tutaj spotykamy ubogą kobietę, która 
miała zaledwie 10 drachm i dlatego urządziła wielkie poszukiwania, gdy jedna 
z nich zginęła. Odnalazłszy swoją zgubę zaprosiła do wspólnej radości swe 
przyjaciółki  i  sąsiadki.  „Tak  samo,  powiadam  wam  -  mówi  Jezus  -  radość 
nastaje  wśród  aniołów  Bożych  z  powodu  jednego  grzesznika,  który  się 
nawraca" (Łk 15,8-10). 

Po takim przygotowaniu trzecia przypowieść rozbudowuje się w szerokie 

opowiadanie  o  całkiem  szczególnym  znaczeniu.  Zbyt  często  jednak 
zatrzymujemy się tylko na jednej z występujących w niej postaci, tracąc w ten 
sposób wiele z bogactwa jej sensu. Jest to historia ojca i jego dwóch synów. 
Młodszy 

zażądał 

przypadającej  na  niego  części  majątku,  po  czym  zabrał 

wszystko, co otrzymał, i wyruszył w daleki świat. Tam szybko roztrwonił to, 
co  miał,  i  został  bez  grosza.  A  wówczas  w  kraju,  w  którym  przebywał, 
zapanował  straszny  głód.  Chcąc  jakoś  przeżyć,  musiał  nająć  się  do  pasienia 
świń. Żydzi ich nigdy nie hodowali, uważali bowiem te zwierzęta za nieczyste, 

background image

 

z  czego  wynika,  iż  nieszczęśnik  zamieszkał  wśród  pogan.  Nadal  jednak 
głodował, samotny i opuszczony. Zazdrościł świniom ich pokarmu, ale nikt 
mu  nie  pozwolił  go  skosztować.  I  wtedy  przypomina  sobie,  że  wszyscy 
najemnicy jego ojca mają pod dostatkiem chleba, a on tymczasem przymiera 
tutaj głodem. Postanawia zatem powrócić do domu, a postanawia po prostu 
dlatego, że jest mu źle. Ciągle jeszcze nie przychodzi mu jednak do głowy, że 
skrzywdził swego ojca i że ten ojciec mimo wszystko nadal na niego czeka. 
Czuje przy tym niejasno, że nie było to w porządku i nawet przygotowuje z 
góry  pokorne  powitalne  przemówienie.  Powie,  że  nie  jest  już  godny  być 
synem, wystarczy, jeśli ojciec przyjmie go jako najemnika! Ale tak naprawdę 
chodzi mu w tym wszystkim nie tyle o ojca, ile o poprawę własnego żałosnego 
położenia. 

Miejmy nadzieję, że zrozumiał  lepiej i swoją  winę, i  miłość  ojca, kiedy 

ujrzał, jak ten wybiega mu na spotkanie, a potem nie pozwala mu dokończyć 
samooskarżenia,  lecz  zaraz  każe  sługom  przynieść  temu  odnalezionemu 
najlepszą szatę, pierścień na rękę i sandały na nogi. W ten sposób przywraca 
mu godność syna, choć sam syn uważał, że na nią już nie zasługuje. Mało tego: 
ojciec  poleca  jeszcze  zabić  utuczone  cielę  i  wyprawić  wielką  ucztę,  by 
świętować w ten sposób powrót tego, który „był umarły, a znów ożył, zaginął, 
a  odnalazł  się".  Tak  oto,  mówi  Jezus,  wita  Bóg  każdego,  kto  do  Niego 
powraca, nawet gdyby był wielkim grzesznikiem, a powracał tylko dlatego, że 
czuje się głodny i samotny. 

Tego  właśnie  nie  mogli  pojąć  faryzeusze.  O  nich  to  przede  wszystkim 

myślał Jezus, wprowadzając do swej przypowieści starszego brata. Ten, gdy 
się  dowiedział,  w  jaki  sposób  ojciec  przyjął  powracającego  rozrzutnika, 
obraził się tak bardzo, że w ogóle nie chciał wejść do domu. Wówczas ojciec 
raz  jeszcze  przejmuje  inicjatywę  i  sam  do  niego  wychodzi.  Syn  wszakże, 
pewny własnej sprawiedliwości, ojca teraz oskarża o niesprawiedliwość: „Od 
tylu lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu, ale mnie nigdy nie 
dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn 
twój [uwaga: ten syn twój,  ale nie mój brat!  - AS.], który roztrwonił twój 
majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę". 

Starszy brat  najwyraźniej nic jeszcze  nie  rozumie. Nie  on  jeden jednak. 

Podobne pretensje mieli faryzeusze do Jezusa, zarzucając Mu, że przestaje z 
grzesznikami i z nimi jada. O niesprawiedliwość oskarżali swego gospodarza 
również  i  ci,  co  od  świtu  pracowali  w  jego  winnicy.  A  i  znacznie  później 
pobożni chrześcijanie powtarzali nieraz za obrażonym bratem: „Ten sobie na 

background image

 

nic  dobrego  nie  zasłużył!  Jak  możesz  przyjmować  go  w  swoim  domu?  Ja 
zasługuję na lepsze traktowanie!" Zapominamy tak łatwo, że każda miłość - 
nawet ta w pełni ludzka - jeżeli tylko jest miłością autentyczną, nie może być 
zapłatą  za  żadne  zasługi,  że  nie  można  na  nią  zarobić.  Miłość  jest  zawsze 
darmowa. 

Jak czytamy  w Księdze Powtórzonego Prawa, Bóg zawarł  przymierze z 

Izraelem,  ponieważ  „wybrał  go  spośród  wszystkich  narodów,  jakie  są  na 
powierzchni ziemi", aby był „Jego szczególną własnością". Zaraz jednak po 
tych  słowach  następuje  swego  rodzaju  ostrzeżenie:  „Jahwe  wybrał  was  i 
znalazł w was upodobanie nie dlatego, że liczebnie przewyższacie wszystkie 
narody, gdyż ze wszystkich narodów jesteście najmniejszym, lecz dlatego, że 
Jahwe was umiłował" (Pwt 7,6-8). Przymierze jest po prostu wyrazem miłości 
Boga i miłość Jego stanowi jedyne uzasadnienie wyboru. A wybór jest nie tyle 
przywilejem,  ile  raczej  trudnym  zadaniem,  wezwaniem  do  służby  Panu 
wszechmogącemu.  Nie  darmo  ostrzega  On  Izraela  ustami  proroka  Amosa: 
„Jedynie  was  wybrałem  wśród  wszystkich  narodów  na  ziemi,  dlatego  was 
nawiedzę karą za wszystkie wasze winy" (Am 3,2). 

O  tym  wszystkim  zapomniał  starszy  brat  z  Łukaszowej  przypowieści. 

Dlatego  ma  pretensję  do  ojca,  że  nagrodę,  na  jaką  w  swoim  mniemaniu 
zasłużył,  dostał  ten  młodszy,  który  na  pewno  nie  zasłużył  na  nic  dobrego. 
Wrócił przecież tylko dlatego, że był głodny. Gdyby on sam spotkał go przed 
ojcem,  zamknąłby  mu  zwyczajnie  bramę  przed  nosem  i  powiedział:  „Nie 
pomagałeś mi, kiedy tyle razy twoja pomoc by mi się przydała. To i teraz idź 
sobie precz!". 

Wobec zbuntowanego syna  ojcu mogłyby się  nasunąć te  właśnie  słowa, 

których on na szczęście nie zdążył powiedzieć swemu bratu. Ale ojciec jest 
prawdziwie miłosierny i zamiast zwymyślać go czy nawet ukarać, mówi do 
niego: „Dziecko moje, [to więcej i czulej niż „synu" -A.S.] ty zawsze jesteś ze 
mną  i  wszystko,  co  moje,  twoje  jest!"  Wielu  jest  w  naszym  świecie  takich 
„starszych braci" i może każdy z nas czasem jednym z nich bywa. Oby dotarła 
do niego wówczas zawrotna treść tych słów, a zrozumie może lepiej tajemnicę 
miłości  Ojca,  jak  również  własną  godność  i  własne  bogactwo

8

Anna Świderkówna, Rozmowy o Biblii, Opowieści i przypowieści, s.121-138, 
wyd. naukowe PWN, Warszawa 2009