background image

Witamy!
Zapewne część z Was zna "Smoka i Kurtyzanę" z forum Dziurawego Kotła, gdzie było 
publikowane. Wraz z Kit uznałyśmy, że zaczniemy publikowac tę opowieść również tutaj. Tak 
więc przedstawiamy wam owoc naszej wspólnej pracy pt. "Smok i Kurtyzana". Wszelkie uwagi 
dotyczące fabuły nalezy więc kierować do nas obu [Kit i Sonki]
Pozdrawiamy
Kit i Sonka

Prolog

Young girl, don't cry
I'll be right here when your world starts to fall
Young girl, it's all right
Your tears will dry, you'll soon be free to fly

When you're safe inside your room you tend to dream
Of a place where nothing's harder than it seems
No one ever wants or bothers to explain
Of the heartache life can bring and what it means
[“A voice within”, Christina Aquilera] 

Siedziała na łóżku wpatrując się ścianę przed sobą. W niewielkim i przytulnym mieszkaniu, 
znajdującym się w kamienicy przy Victoria`s Alley było cicho i spokojnie. Teraz tak było bo 
jeszcze kilka minut temu wywiązała się tutaj potężna kłótnia, a jej efektem było trząśnięcie 
drzwiami przez jej byłego już chłopaka. Rozejrzała się nieprzytomnie po pomieszczeniu: na 
podłodze przy stoliku leżały resztki z wspaniałego porcelanowego wazonu, który dostała od 
przyjaciół na dwudzieste urodziny; nieopodal skorupek leżało ich wspólne zdjęcie zrobione jakiś 
czas temu, oczywiście zbryzgane odłamkami szkła z ramki. Teraz już się nie uśmiechali - 
obydwoje byli smutni. Chyba tylko raz w swym życiu ta fotografia wyglądała tak jak w tej chwili 
- gdy przeżyli swoją pierwszą wielką kłótnię. 
A teraz? 
Teraz ponownie z tą różnicą, że to była ich ostatnia kłótnia w życiu. Wiktor nie wytrzymał i po 
prostu z nią zerwał. Byli razem od siedmiu lat, razem znosili wszelkie smutki, troski, razem 
przezywali radości. Poznali się na jej czwartym roku, w bibliotece - on przyjechał do Hogwartu 
jako kandydat w Turnieju Trójmagicznym, ona uczyła się tam. Co prawda, już wcześniej się 
widzieli na Mistrzostwach Świata w Quiddichu, gdzie Wiktor złapał w spektakularny sposób 
Złotego Znicza lecz wówczas nie zwrócili na siebie większej uwagi... No może on na nią nie 
zwrócił. Ale za to w Hogwarcie...
Przypomniała sobie te wszystkie spacery po błoniach, te rozmowy, te pocałunki... Och! To było 
jak bajka... która trwała korespondencyjnie przez następne trzy lata szkoły i cztery po jej 
zakończeniu... Ona wynajęła mieszkanie w jednej z najlepszych dzielnic Londynu, gdyż 
pozwalały jej na to finanse, a on grał na swoim kontrakcie w Bułgarii i do Anglii wpadał 
sporadycznie, ale gdy już się zjawiał to cały wolny czas poświęcał właśnie jej. Czasem i 
dziewczynie udało się wyjechać na weekend do niego, więc się widywali co jakiś czas. Tak 
wyglądał ich związek, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Dla nich liczyło się tylko to, że 
są razem. Utrzymywali to w tajemnicy, bo nie chcieli rozgłosu. Mało kto wiedział (tylko ich 

background image

przyjaciele), że Hermiona Granger i sławny Wiktor Krum są razem i to bardzo długo, to znaczy 
BYLI aż do teraz...

Jakie to dziwne - przyszło jej na myśl. Była przekonana, że go zna. Była pewna, że jest 
odpowiedzialnym człowiekiem. A jak tylko pojawił się problem to on czmychnął urządzając jej 
wcześniej potężną awanturę. I jeszcze śmiał stawiać warunki: „Usuniesz dziecko, a z tobą 
zostanę”
- Warunek! Ha! - zaśmiała się gorzko. 
Świnia - pomyślała.
Przecież nie mogła usunąć dziecka... To było wbrew jej zasadom, wbrew jej samej... Przecież ono 
nie jest niczemu winne... Po prostu zaszła z nim w ciążę przez przypadek. To była wpadka... 
Po jej policzkach popłynęły łzy. Nie pamiętała kiedy ostatni raz płakała... chyba po stracie 
ukochanych rodziców. Gdyby nie przyjaciele to pewnie załamałaby się psychicznie... no i pomoc 
Wiktora.
Świnia - ponownie pomyślała z goryczą wstając z podłogi.
Powoli podeszła do skorupek wazonu i pozbierała je ostrożnie. Następnie włożyła kawałki do 
torebeczki.
Może da się to naprawić ?- myślała z nadzieją wkładając torebeczkę do szuflady. A nawet jeśli 
nie to zawsze pozostaną te skorupki... na pamiątkę... - w oczach dziewczyny pojawiły się 
niepohamowane łzy.
Nie będę płakać - pomyślała zaraz z silną zaciętością i przygryzła dolną wargę, aż do bólu, 
starając się uspokoić rozkołatane nerwy ze względu na małą, bezbronną istotkę, która spoczywała 
bezpiecznie pod jej sercem.

Postanowiła je urodzić wbrew wszystkiemu, a przede wszystkim wbrew temu egoiście, który 
udawał, że ją kocha.
Gdyby kochał... No właśnie, GDYBY...
Ale to już było nieważne...
Ona sobie poradzi. Zawsze musiała sobie radzić i była samodzielna aż do bólu.
A teraz było dużo łatwiej, gdyż Hermiona miała od dwóch lat dobrze płatną pracę w Sektorze 
Zarządzania Prawidłami Aportacji i Komunikacji Magicznymi Środkami Transportu. Czuwała 
nad bezpieczeństwem czarodziei przemieszczających się z miejsca na miejsce w sposób 
magiczny. Lubiła swoją pracę i miała nadzieję na szybki awans, gdyż wykazywała się 
sumiennością i pracowitością. Ostatnio opracowała wraz ze starszym kolegą z pracy, nowy 
system magicznych udogodnień w systemie połączeń Fiuu, który właśnie był testowany i jak na 
razie wstępne testy przechodził bez zarzutu.

Dziewczyna westchnęła głośno. Poczuła się zmęczona i przybita. Poszła do łazienki, nalała do 
wanny gorącej wody, wpuściła kilka kropli olejku jodłowego i po kilku chwilach w 
pomieszczeniu rozszedł się świeży, leśny zapach, który koił zmysły Hermiony, ale nie mógł ukoić 
jej wewnętrznego bólu, zawodu i rozpaczliwego poczucia straty.
Młoda kobieta poczuła się oszukana i zdradzona. Poświęciła kilka najpiękniejszych lat swojego 
życia człowiekowi, który okazał się nieuleczalnym egoistą nie zasługującym na miłość i oddanie 
jakim go szczerze darzyła. 
W okolicy serca pojawił się tępy ból i Hermiona ponownie musiała zacisnąć powieki i przygryźć 
boleśnie usta by nie płakać. Jednak kilka upartych łez potoczyło się po jej policzku i wytarła je 
pospiesznie wierzchem dłoni.

background image

Gorąca kąpiel troszeczkę ją uspokoiła i pozwoliła zebrać myśli. 
W tej chwili zarabiała aż siedemdziesiąt pięć galeonów tygodniowo, z czego połowa szła na 
wynajem domu u dosyć zamożnej czarownicy, która zbliżała się właśnie do pięćdziesiątki. O 
opłaty Hermiona nie musiała się martwić, płaciła Artemidzie Spot wystarczająco dużo, a ona 
wolała sama dokonywać stosownych opłat.
Muszę odłożyć troszkę na wyprawkę dla dziecka - pomyślała i ta myśl znowu przypomniała jej o 
Wiktorze, ściskając jej gardło jak w imadle.
Zamknęła mocno powieki, zacisnęła zęby, złożyła dłonie w piąstki wbijając paznokcie w miękką 
skórę niemal do krwi, tylko po to by samą siebie otrzeźwić i wyrwać się z ponurych, smutnych 
rozważań
- Nie rycz, Herm - powiedziała sama do siebie, chociaż właściwie na nic to się zdało. Łzy 
popłynęły niepowstrzymanym strumieniem po jej bladej buzi i Hermiona rozszlochała się na 
dobre.

Rozdział I
Gdy wszystko się zmienia

Young girl, don't hide
You'll never change if you just run away
Young girl, just hold tight
And soon you're gonna see your brighter day

Now in a world where innocence is quickly claimed
It's so hard to stand your ground when you're so afraid
No one reaches out a hand for you to hold
When you're lost outside look inside to your soul
[Christina Aquilera, “A voice within”

- Panno Granger, czy mogę prosić na chwilkę? - spytał miesiąc później Alfred MacCartney, szef 
wydziału w którym pracowała. Hermiona podniosła głowę znad najświeższych wyników testów 
systemu MAG, jak nazwali ów projekt wraz z Marcusem.
- Już idę, panie MacCartney - odpowiedziała z uśmiechem wstając i podążyła za szefem do jego 
gabinetu.
- Proszę usiąść, panno Granger... Może się pani czegoś napije? Herbaty, kawy? A może coś 
mocniejszego? - zapytał mrugając do niej. Hermiona odwzajemniła uśmiech i grzecznie 
podziękowała. Nawet gdyby chciała się napić jakiegoś alkoholu wiedziała, że nie może tego 
zrobić, gdyż była świadoma, iż w jej stanie nie powinna pić.
Mężczyzna wyjął z szafki butlę Ognistej Whisky Oldena i nalał sobie jej do szklaneczki. 
Następnie różdżką wyczarował kostki lodu. Kobieta obserwowała jak zasiada za swoim 
biurkiem. Otworzył szufladę i wyjął dwie teczki opatrzone emblematem ministerstwa. Tą cieńszą 
otworzył i przez kilka minut studiował. 
- A więc... - zaczął zamykając teczkę i odkładając ją na blat biurka - Testy MAG przebiegają 
bardzo dobrze i w niedługim czasie powinniśmy zacząć stosować system w sieci Fiuu - oznajmił.
Dziewczyna skinęła głową. Nie chciała po sobie pokazać jak bardzo ją ta informacja ucieszyła. 
Nad opracowywaniem MAG spędzili z Marcusem wiele wieczorów a czasem i nocy, ale jak 

background image

widać ich ciężka praca nie poszła na marne.
- Aczkolwiek.... ostatnio obcinają fundusze... - mężczyzna otworzył tą drugą teczkę i wyjął z niej 
jakiś papier by po chwili położyć go przed dziewczyną. Hermiona, najinteligentniejsza 
dziewczyna swego czasu w Hogwarcie, zaczęła się domyślać o co chodzi lecz milczała czekając 
na dalsze słowa szefa.
-... więc z tego powodu musimy zwolnić część pracowników...- MacCrtney utkwił wzrok w 
lodzie topniejącym w czerwonej cieczy znajdującej się w szklaneczce - Oczywiście będziemy 
mieli w pamięci ich zasługi i ... - urwał i w gabinecie zapadła cisza.
- Chce pan mnie zwolnić? - spytała spokojnie panna Granger choć w środku aż w niej się 
gotowało. Nie lubiła owijania w bawełnę i wyznawała zasadę „kawa na ławę” czyli mówienie 
wprost tego co się chciało przekazać. Uważała za zbędne dodatkowe słowa..
- Nie... - zaprzeczył szybko dyrektor - To znaczy... tak - dodał zmieszany - Ale zapewniam panią, 
panno Granger, że pani pracę wszyscy tutaj doceniają i...
- Rozumiem - Hermiona zmusiła się do uśmiechu choć w myślach krzyczała ile sił z rozpaczy. 
Znalazła się w fatalnym położeniu. Z takim samym uśmiechem spojrzała na pergamin, który 
podsunął jej pod nos zakłopotany MacCartney. Była to wymowa pracy ze stanowiska 
Koordynatora Bezpieczeństwa Sieci Fiuu. Według tego tekstu Ministerstwo dawało jej trzy 
miesięczna odprawę oraz jakiś procent z dochodu MAG-u. Hermiona zmarszczyła nos. We 
wszystkich mugolskich dokumentach tego typu było cos takiego jak trzy miesięczny okres 
ochronny... Na tym papierze nawet o tym nie wspomnieli. Trochę ją to zaskoczyło.
- Nie ma okresu ochronnego? - spytała wpatrując się w ilość galeonów, którą jej zaoferowano na 
koniec.
Okresu ochronnego? - MacCartney zamrugał - Pani wybaczy, ale nie rozumiem.
Hermiona spojrzała na niego zdziwiona.
- To coś takiego, że pracownik po wypowiedzeniu pracy może pracować na swoim stanowisku 
jeszcze przez jakiś czas... zwykle przez trzy miesiące od zerwania umowy z pracodawcą - 
wytłumaczyła powoli.
MacCartney uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- No cóż... w świecie czarodziejów czegoś takiego nie ma - odrzekł spokojnie.

Czarodziejów! Ha! A wiec o to chodzi ! pomyślała ze złością Jedna Trzecia Cudownej Trójki. 
Zwolnili ją tylko dlatego, że pochodzi z rodziny mugoli. A ponoć czasy Voldemorta już minęły...
Pobladła trochę na wiadomość, że nie będzie miała czegoś takiego jak okres ochronny.
Pocieszyła się jednak w duchu, że da sobie radę, musi, w końcu dostanie coś takiego jak 
półroczna odprawa (standardowa, najniższa stawka, dla zwykłych pracowników), a to sporo 
pieniędzy...
- Ach... W takim razie przepraszam... - rzuciła mu zakłopotane spojrzenie i ponownie przeczytała 
tekst.
- A co z MAG? Jeden procent to troszeczkę mało... szczególnie w sytuacji , gdy sam pan 
przyznał, że program zostanie wprowadzony do użytku - odezwała się po chwili milczenia.
Teraz MacCartney był wyraźnie zmieszany.
- Owszem, program przeszedł poprawnie testy, ale jego wprowadzenie na większą skalę nadal 
jest rozważane... - spojrzał ukradkowo na teczkę leżącą na biurku.
Hermiona zacisnęła zęby - MacCartney wyraźnie zaczął plątać się w swoich zapewnieniach. 
Widać Ministerstwo chciało zaoszczędzić na wyrzucaniu jej z roboty.
- Rozumiem - przerwała jego wywody dziewczyna. Nie miała zamiaru wysłuchiwać tych bzdur. 
Marzyła tylko o opuszczeniu tego pomieszczenia jak najszybciej. Poza tym rozumiała wszystko 

background image

aż za dobrze, więc ...
- To gdzie mam podpisać? - spytała patrząc na MacCartenya. Mężczyzna podał jej pióro i 
wskazał na odpowiednio wykropkowane miejsce na pergaminie.
- No, właśnie, doskonale - mruknął mężczyzna i potarł skroń. Hermionie wydało się, że jest 
zdenerwowany, nawet bardzo. Odwrócił wzrok, a na jego czoło wystąpiły kropelki potu.
- To już wszystko panno Granger, odprawę w wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia 
otrzyma pani w ciągu dwóch tygodni na swoje konto u Gringotta - powiedział w pośpiechu 
układając papiery na biurku w równy stosik.

Jeżeli wcześniej Hermiona pobladła lekko, to teraz pobladła jak płótno. Zamrugała szybko 
powiekami, pod którymi zaczęły się zbierać łzy poniżenia, bólu i złości.
Była szlamą i dlatego odmawiano jej nawet godziwej odprawy, miała dostać tylko połowę 
przysługujących jej pieniędzy, co oznaczało, że nie tylko bardzo szybko musi znaleźć kąt do 
mieszkania, ale powinien być to także lichy i bardzo tani kąt.
- Dlaczego trzymiesięczna? - ledwie wyszeptała.
- Nasz dział ma kłopoty finansowe - MacCartney zmarszczył brwi.
- Ale przecież - podjęła nieśmiało Hermiona i przełknęła ślinę. - Przecież należy się mi normalna 
półroczna odprawa, prawda? Ja zawsze byłam dobrym pracownikiem.
- Panno Granger - mężczyzna nie był już zakłopotany, a zirytowany jej słowami. - Oczywiście , 
że jest pani dobrym pracownikiem, i że należy się pani cała odprawa, ale chyba powiedziałem 
pani, że mamy kłopoty finansowe i ze względu na to nie może pani otrzymać normalnej stawki, a 
tylko połowę. Proszę docenić fakt, że dostanie pani aż tyle. 
Młoda kobieta poczuła się gorzej, niż gdyby dostała prosto w twarz prawym sierpowym.
To bolało, bolało jak diabli. Była tak mało warta, że połowa odprawy wydawała się jej 
pracodawcy, aż nazbyt wielką łaską wobec niej.
Uśmiechnęła się gorzko i przełknęła łzy porażki
- Rozumiem, panie MacCartney - powiedziała bardzo cicho i bardzo zimnym, oficjalnym tonem. 
- Doskonale rozumiem. Zabiorę swoje rzeczy i więcej nie pokażę się w tym miejscu, proszę być 
spokojnym. Nie będę nękać czarodziejów czystej krwi swoją obecnością. Do widzenia panu i 
dziękuje za wszystko... 
Wstała i powoli wyszła, nie oglądając się za siebie i po cichutku zamykając drzwi.
MacCartney poczuł się podle, chyba wolałby, żeby trzasnęła drzwiami tak mocno, aż by wypadły 
z zawiasów.
Nie mógł jednak poradzić nic na to, że ostatnimi czasy odgórnie zaczęto zwracać uwagę na 
pochodzenie pracowników, a na to miejsce był już nowy kandydat. Anthony Splint, kuzyn 
Angelusa Zabiniego, który bądź co bądź, dokładał się finansowo do istnienia i funkcjonowania 
Sektora Zarządzania Prawidłami Aportacji i Komunikacji Magicznymi Środkami Transportu.

Nic nie widziała przez łzy, ale zanim weszła do swojego przytulnego gabinetu, szybko je otarła. 
Musiała być silna. Musiała być silna dla tej małej i kochanej istotki wewnątrz niej. Ani przez 
chwilę nie pomyślała o pozbyciu się dziecka. Chciała je urodzić. Kochała je od dnia, w którym 
dowiedziała się, że jest w ciąży i z każdym dniem jej matczyna miłość pogłębiała się coraz 
bardziej
Policzyła do dziesięciu i otworzyła drzwi. Marcus siedział nad ich wspólnym projektem i z 
radosnym uśmiechem dokonywał końcowych obróbek kolejnego udogodnienia.
- Hej, Hermiono? Co chciał? Pewnie dał ci podwyżkę, zasłużyłaś! - powiedział radośnie i za 
chwilę zmarszczył czoło, widząc jej smutny uśmiech - Chyba jakiś test nie poszedł fatalnie, co? - 

background image

w jego głosie pojawiło się lekkie drżenie.
Hermiona nienawidziła go w tej chwili za to, że martwił się jakimiś głupimi testami, w momencie 
gdy ona traciła swoje źródło utrzymania i szła na bruk. On był czystej krwi i jemu nie groziło 
wylanie z pracy....
Pokręciła lekko głową.
- Ach, to znaczy, że wszystko w porządku - pochylił się i zaczął coś notować, szybko szepcząc do 
siebie. Gdy po kilku minutach uniósł wzrok znad biurka, Hermiona zaczynała uzupełniać swoimi 
rzeczami kolejny karton. Już w sumie kończyła. Starała się przy tym nie rozpłakać. Zdążyła 
pokochać swoje miejsce pracy i było jej bardzo ciężko się z nim rozstawać.
- A jednak dostałaś awans - Marcus uśmiechnął się przyjaźnie i Hermionie zrobiło się przykro, że 
pomyślała o nim w ten sposób. Marcus lubił ją i zawsze życzył jej dobrze. Nigdy nie odczuwał 
też wobec niej żadnych uprzedzeń. - Gdzie teraz masz swój gabinecik? Pochwalisz się?
- Nigdzie - powiedziała cicho, a młody mężczyzna zrobił zaskoczoną i zaszokowaną minę - 
Dostałam wymówienie.

Marcus się nie odezwał. Nie był w stanie. To , co usłyszał było tak niedorzeczne, że zwaliłoby go 
z nóg gdyby stał. Na szczęście siedział, więc tylko otworzył usta ze zdziwienia i poruszał nimi w 
szoku, jak ryba wyciągnięta nagle z wody.
Myślał, ze jego współpracownica, którą zdążył już polubić i obdarzyć szacunkiem, żartuje, ale w 
oczach Hermiony krył się głęboki smutek i taka gorycz, że nie mogło być mowy o żartach. Nie 
odezwał się ani słowem, kiedy po ciuchu wyszła z gabinetu. Nie wiedział, co mógłby 
powiedzieć...

**

- DRACONIE ANGELUSIE ISAACU MALFOYU ! CO TO, NA WĘŻE SLYTHERINA, MA 
BYĆ?! - przez bardzo przyjemny sen pewnego przystojnego blondyna przedarł się ostry acz 
cichy głos jego ojca. Chłopak zgrabnie zignorował te słowa i przewrócił się na drugi bok mając 
nadzieje, że intruz w postaci jego szacowanego rodziciela da mu spokój. Niestety, Lucjusz 
Malfoy był bardzo natrętnym człowiekiem, gdy czegoś chciał. Dało się to we znaki miedzy 
innymi byłemu Ministrowi Magii, Korneliuszowi Knotowi. Chwilę później Draco poczuł 
szarpnięcie i nieprzyjemne zimno atakujące jego nagie ciało.
- Oddaj mi kołdrę - wybełkotał Dracon zwijając się w kłębek.
- Nie - brzmiała odpowiedź.
- Ojciec, nie wygłupiaj się! Jest siódma rano - Malfoy Junor powiedział pierwszą godzinę jaka 
mu przyszła na myśl - Daj pospać. Bądź człowiek.
Cisza.
Draco otworzył oczy i jego wzrok natrafił na pustą puszkę po Calsbergu. Jak przez mgłę pamiętał 
jak ta puszka się tu znalazła i w ogóle jak on się tutaj znalazł. Chyba trafił tu z jakąś 
dziewczyną... Tylko jak ona się nazywała? Próby przypomnienia sobie imienia tajemniczej 
nieznajomej zakończyły się fiaskiem z powodu narastającego bólu głowy.
- Boże... - jęknął odgarniając przetłuszczone włosy z twarzy.
- Bóg ci, synu, nie pomoże - dobiegł go syk ojca. Były Kapitan drużyny Ślizgónów zadrżał - gdy 
ojciec mówił tym tonem to był naprawdę BARDZO zły.
- Co. Ty. Wyprawiasz. Draco? - każde słowo Lucjusz Malfoy wypowiadał z naciskiem. 
- Mógłbyś tak nie krzyczeć, ojciec? Łeb pęka ... - wybełkotał Draco z trudem siadając na łóżku i 
z jeszcze większym wysiłkiem próbując utrzymać ostrość widzenia, co niekoniecznie mu 

background image

wychodziło.
- Ciekawe dlaczego - mruknął zgryźliwie były Śmierciożerca rozglądając się z pogardą po 
komnacie swego jedynaka. Draco również rozejrzał się po swym miejscu zamieszkania, ale 
bardziej z musu niż z własnej woli. Chciał się dowiedzieć o co ojcu chodziło. 
Po całym pomieszczeniu walały się papierki po chipsach, puste butelki po czarodziejskich 
koniakach (tudzież polskiej wódce o zachęcającej nazwie 
„Żubrówka” ) a także piwie mugoli ( Jak można pić takie świństwo przyszło mu na myśl. ). Na 
purpurowym dywanie pochrapywali jego dwaj szkolni przyjaciele, Vincent Crabbe i Gregory 
Goyle, którzy zostali na noc. Na około nich leżało pełno papierków po czekoladowych żabach i 
cztery butelki po koniaku ( w tym trzy puste). Indyjski dywan umazany był jakimś świństwem, 
które okazało się resztkami czarodziejskiej czekolady Goldena a na porożu zawieszonym 
naprzeciwko łóżka Dracona wisiały czyjeś majtki... Po dłuższym zastanowieniu blondyn doszedł 
do wniosku, że to jego bielizna. Zagadką pozostało jednak jak się tam znalazła. 
Lecz w najgorszym stanie było łoże Malfoya Juniora: pełno puszek po piwie ( Draco zaczął się 
poważnie zastanawiać czy był taki pijany, że wypił to „mugolskie ohydztwo” jak zwykł określać 
Calsberga i Heinekena , w których lubowali się jego dwaj koledzy), butelek po Ognistych 
Whisky Oldena, kawałków czarodziejskiej pizzy (miedzy innymi ser na poduszce ) i skotłowane 
czarne ciuchy.
Lucjusz sięgnął po najbliższą pustą butelkę po wódce i przyjrzał się uważnie etykietce.
- Polska? Nie masz już na co wydawać pieniędzy? - warknął przenosząc szare tęczówki z 
rysuneczku z żubrem na wpół pijanego syna.
- Nie mam - uciął Malfoy Junior wstając z łoża. Następnie obijając się o meble ruszył ku szafie z 
ubraniami. Dobrze wiedział, że jest uważnie obserwowany przez ojca i wcale nie był z tego 
zadowolony.
- Matko... - westchnął nakładając sweter .W głowie strasznie mu się kręciło, ledwo utrzymywał 
się na nogach a teraz jeszcze musi się tłumaczyć swemu ojcu.
Jakie to życie jest niesprawiedliwe pomyślał stawiając ostrożnie kroki miedzy butelkami a 
papierkami po słodyczach.
- Ty mi tu, młody, matki nie wzywaj - warknął Lucjusz na co Crabbe wymamrotał coś przez sen. 
Draco posłał ojcu zmęczone spojrzenie i położył się z powrotem na łóżku. 
- Gdzie do wyra w ten syf, darmozjadzie zatracony?! Już wstawaj, wywal te mendy zapijaczone, 
nie pierdzą przez sen u siebie, ogarnij to, okno otwórz, niech się stęchlizna wywietrzy! Zanim 
twoje szacowna matka, którą raczyłeś wspomnieć się obudzi i ten bajzel zobaczy - perorował 
Lucjusz, a jego syn trzymał się dłońmi za bolącą jak diabli głowę. 
W końcu zsunął się z wyrka, wziął różdżkę i jednym machnięciem zebrał śmieci w bezładną kupę 
pod oknem, które bardzo powoli i metodycznie otworzył. Potrząsnął Crabbem i Goyle’em z całej 
siły (takiej jaką obecnie miał) i bardzo cicho kazał im się wynosić do siebie.
Malfoy senior przyglądał się swojemu synowi z ukosa. Kiedy dwie góry sadła i mięsni się 
podniosły, mężczyzna oświadczył:
- Ostatni raz widzę was tutaj w takim stanie. Wstyd! Aportować mi się do własnych domów, ale 
już! - dwaj młodzieńcy skulili się z bólu z minami pod tytułem: „ała, moja głowa!” i po krótkiej 
chwili Draco i Lucjusz stali sami w sypialni szanownego dziedzica rodu Malfoyów.
- A teraz mi powiedz, co to była za lafirynda, która wychynęła ukradkiem z domu o szóstej nad 
ranem? 
- A jak wyglądała? - spytał Draco marszcząc czoło i przypalając sobie „Magic Jointa”*
- Mała blondynka z wielkim biustem. - odrzekł z jadowitym uśmiechem jego ojciec.- Synu, 
zobacz jak nisko się stoczyłeś... Nawet nie wiesz kogo w nocy przerżnąłeś. - Lucjusz nie bawił 

background image

się w delikatne słowa.
- Ojciec, co za słownictwo jak na arystokratę - Draco wykrzywił się nieznacznie. Skręt zaczynał 
działać.
- Synu, co za wygląd i zachowanie jak na członka arystokratycznego rodu czystej krwi - 
odparował Lucjusz. - Palisz to świństwo, pijesz na umór niemal dzień w dzień, nie pamiętasz z 
kim spałeś, ohyda. Nie robisz zupełnie nic i nawet nie potrafisz zachować się po ludzku, tylko 
chlasz, ćpasz i pieprzysz wszystko co się rusza.
- Sypiam tylko z czarownicami czystej krwi z dobrych domów, najczęściej z arystokratkami... 
Latem miałem w łóżku szesnastolatkę, chyba kuzynką Zabinich. Nie uwierzysz, co ta smarkula 
potrafi... - Draco uśmiechnął się złośliwie.- Nie moja wina, że pozornie cnotliwe panienki lubią 
się puszczać na prawo i lewo, zwłaszcza z takimi gośćmi jak ja....
- I nie masz tego dosyć? Nie wołałbyś jednej kobiety, do której mógłbyś wracać co noc? - 
Lucjusz pokręcił głową.
- Wiesz, czasami mam tego po dziurki w nosie, na przykład dziś... - Draco zaciągnął się mocniej. 
- Ale ja i żona... - zachichotał.
- Nie musi być zaraz żona, może być... kochanka... Aby w końcu jedna, a nie całe stado. Jak coś 
złapiesz, to dopiero będziesz płakał... A w ogóle , co to za przyjemność uprawiać seks po pijaku?
- No bez przesady, nie zawsze jestem pijany i... potrafię zaspokoić kobietę - Draco zagasił jointa. 
- To co proponujesz? Uważasz, że wezmę za kochankę jedną z tych durnych kwok? One są puste 
i głupie, każdą z nich znudziłbym się albo po tygodniu, albo po trzech dniach...
- To weź kurtyzanę...
- Dziwkę? - spytał zalotnie Draco... - No dziwki też są okey, tylko im trzeba płacić, ale niektóre 
są nawet dużo inteligentniejsze od arystokratek...
- Nie dziwkę, zboczeńcu - odrzekł Lucjusz. - Kurtyzanę, matole.
- To prawie to samo - młodzieniec wzruszył ramionami i przeciągnął się ziewając donośnie.
- Zapewniam cię, że nie. Bo po pierwsze, kurtyzana jest utrzymywana przez tylko jednego 
mężczyznę na raz, po drugie byle bździągwa nie zostanie kurtyzaną, choćby znała milion 
sztuczek erotycznych, a była pusta jak dzban. Prędzej zostanie nią niedoświadczona seksualnie 
dziewczyna, którą zmusiły do tego okoliczności, i która ma olej pod sufitem, jest inteligentna, 
oczytana i potrafi rozmawiać o wszystkim, bo takie są mój drogi wymogi. Przez dzień, dwa jest 
szkolona w manierach należnych kobiecie arystokraty i po tym czasie można wziąć ją na 
kochankę. To tyle. Kurtyzany, to kobiety, którymi możesz pochwalić się w towarzystwie. Do dziś 
utrzymaliśmy ten zwyczaj w przeciwieństwie do mugoli, którzy wolą robić to jak ty - byle jak, z 
byle kim i byle gdzie! Przemyśl sprawę.
- Ale ja jestem wybredny! - Draco uśmiechnął się złośliwie, chociaż w duchu zaczynał rozważać 
pomysł ojca.
- No, właśnie widzę! - sarkastyczny śmiech ojca poruszył dumę chłopaka.
- Ech... co innego na jedną, dwie noce, co innego na miesiąc albo dłużej - powiedział. - Sam o 
tym doskonale wiesz.
- To szukaj, aż znajdziesz... Zanim wybierzesz kobietę, z którą chcesz... pogadać, ewentualnie, 
którą chcesz wypróbować w łóżku, oglądasz sobie zdjęcia i rozmawiasz z właścicielką Domu 
Marzeń, czy Pałacu Rozkoszy... To dwie siedziby kurtyzan jeśli chodzi o Londyn, mugole nie 
mają tam wstępu, no chyba, że mugolki, które otrzymały przepustkę i nadają się na kurtyzany...
- Aha! Dobra ojciec, całkiem niezły pomysł, ale muszę go przemyśleć! - Lucjusz przewrócił 
oczami i wymaszerował z sypialni syna, mamrocząc pod nosem coś o „darmozjadach, którzy nie 
muszą na siebie pracować i mają wszystko w nosie, bo i tak dziedziczą cholerną fortunę po 
starych.”

background image

* Skręt palony przez czarodziejów; zawiera szczyptę sproszkowanego pazura smoka. Stawia na 
nogi, daje przysłowiowego kopa, zmniejsza też ból głowy spowodowany kacem.

**

Tego ranka - o dziewiątej trzydzieści - gdy Draco odbywał męską rozmowę z ojcem, Hermiona 
pakowała swoje rzeczy. Musiała się wynieść jak najszybciej. Nie miała pojęcia jak i gdzie będzie 
egzystować, ale grzecznie i stanowczo odmówiła Arthurowi, który bardzo chciał jej pomóc. W 
końcu Weasleyowie mieli i tak wiecznie mało pieniędzy, a Harry poznał jakąś fantastyczną 
francuską dziewczynę i wyjechał do niej na całe dwa miesiące. Gdyby do niego napisała 
pomógłby jej, ale nie chciała psuć mu wspaniałego wypoczynku, pełnego miłosnych uniesień pod 
błękitnym niebem Paryża.
Godzinę później, gdy wszystkie walizki były już zapakowane, a kartony z stały obok drzwi, 
Hermiona siedziała na fotelu przy kominku i przeglądała ogłoszenia w Proroku Codziennym .W 
jednej ręce trzymała czerwony marker a w drugiej miseczkę z Proszkiem Fiuu
Jej wzrok ślizgał się po ostatniej stronie gdzie były umieszczone ogłoszenia dotyczące 
możliwości wynajmu mieszkań, pokoi, czy całych nieruchomości.
Chyba nic nie znajdę - pomyślała zrezygnowana, gdy jej spojrzenie padło na przedostatnie 
ogłoszenie, które dotyczyło małego, taniego i skromnego pokoiku na poddaszu, całkiem 
niedaleko mieszkania, które wynajmowała obecnie.
Przeczytała tekst dwa raz. Widać, prawdę mówiło przysłowie nie chwal dnia przed zachodem
Hermiona odłożyła pisak i wraz z gazetą podeszła do kominka. Sypnęła w czerwone języki ognia 
szczyptę proszku Fiuu. Ogień przybrał jaskrawozieloną barwę i panna Granger wsadziła miedzy 
niego głowę a następnie wypowiedziała głośno i wyraźnie adres mieszkania:
- Victoria’s Alley siedemnaście - poczuła jak wciągnął ją wir i już po kilku chwilach była na 
miejscu.
Dopiero wtedy zdała sobie spraw, że jest to niezapowiedziana wizyta.
- Przepraszam - powiedziała cicho - Czy tu ktoś jest?
Salon był pusty, ale zza dębowych drzwi dochodziły ją czyjeś głosy. Ruszyła w tamtym kierunku 
i w chwilę później znalazła się w ponurym holu. Głosy dochodziły z pomieszczenia naprzeciwko 
salonu. Nieśmiało podeszła do drzwi i niepewnie zapukała. Nie usłyszała odpowiedzi i już miała 
nacisnąć klamkę, kiedy dobiegł ją zza pleców przyjemnie brzmiący męski głos.
- W czym mogę służyć? Panienka pewnie w sprawie wynajmu pokoiku na poddaszu, tak?
Hermiona odwróciła się pospiesznie. Za nią stał jegomość w średnim wieku ze szpakowatą 
bródką i w okularach. Przywodził jej na myśl bibliotekarza.
Uśmiechnęła się przepraszająco.
- Ja przepraszam... W salonie nikogo nie było więc... - zaczęła się tłumaczyć.
- Nic nie szkodzi - przerwał jej łagodnie i posłał jej badawcze spojrzenie.
- Przykro mi że tak wtargnęłam bez zapowiedzenia - dodała jeszcze nieśmiało. Mężczyzna 
pokiwał głową i się uśmiechnął.
- Wszystko w porządku, proszę za mną - rzekł i skierował się do holu, gdzie wprowadził 
dziewczynę krętymi schodami, do pokoiku, który miała zamiar wynająć.
- Pokój jest mały, bez łazienki - mówił przekręcając klucz w zamku mahoniowych drzwi - 
Łazienka jest na piętrze, a kuchnia na samym dole. Może pani z niej korzystać dowoli - otworzył 
drzwi i wpuścił dziewczynę do środka.
Pokój okazał się naprawdę mały: bialutkie ściany odbijały promienie słoneczne wpadające przez 

background image

jedyne okno przyozdobione jakimiś niebieskimi firankami z urwaną koronką. W rogu pokoju 
stało wąskie lóżko a przy nim malutki stolik z lampa naftową. Po drugiej stronie obszerna szafa 
na rzeczy a koło drzwi regał. Nad kominkiem wisiał stary zegar z kukułką
- Jak pani widzi jest bardzo skromny i łóżko jest niezbyt duże - powiedział mężczyzna nieco 
przepraszającym tonem.
- Nie szkodzi, mi się bardzo podoba. Zegar i lampa nadają mu uroku, a to łóżko- spojrzała na 
drewniany mebelek z drzewa bukowego przykryty narzutą w pięknym zielonym odcieniu, stojący 
pod oknem - w zupełności mi wystarczy. Mam zaledwie metr sześćdziesiąt sześć - uśmiechnęła 
się szczere do mężczyzny. Proszę tylko mi jeszcze powiedzieć, ile dokładnie będę musiała 
zapłacić za wynajem
- Dziesięć galeonów za tydzień. Może pani płacić co tydzień lub co miesiąc i jeżeli spóźni się 
pani kilka dni z zapłatą, to oczywiście pani nie wyrzucę - odwzajemnił jej uśmiech. - Rozumiem, 
że jest pani zainteresowana.
- Oczywiście, ale jest mały problem... Mam odłożone pieniądze, tylko teraz szukam pracy i 
będzie mi trochę ciężko bo jestem w ciąży. Zrozumiem, jeżeli pan nie zechce mieć takiej 
lokatorki - powiedziała nieśmiało i przygryzła dolną wargę. Nie chciała niedomówień i wolała 
wiedzieć na czym stoi.
Mężczyzna milczał przez chwilę taksując ja wzrokiem.-To nie ma nic do rzeczy - powiedział w 
końcu - Wygląda mi pani na uczciwą osobę, więc nie mam zastrzeżeń. Moja małżonka chętnie 
pani pomoże - dodał z uśmiechem.
Hermiona posłała mu pełen wdzięczności uśmiech.
- Dziękuje panu za dobre słowa. Nie każdy toleruje pannę z dzieckiem - powiedziała z lekką 
goryczą. - Cieszę się, że mogę tu zamieszkać.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno... - uniósł pytająco brwi.
- Granger. Nazywam się Hermiona Granger - powiedziała cicho.

Mężczyzna nie skomentował tego, ale Hermiona dostrzegła w jego oczach błysk zrozumienia.
No tak... - myślała z przekąsem - Kto by nie słyszał o Wielkiej Trójcy Gryffindoru 
- Nazywam się Oliver Blinch, panno Granger, dla przyjaciół Oli - uśmiechnął się szeroko i 
zaprowadził ją z powrotem na dół do salonu z kominkiem.
Przez następne pół godziny omawiali warunki wynajmu i zasady, które panowały w tym domu. 
Dziewczyna zgodziła się na wszystko nie tylko ze względu na dziecko, które wzrastało w jej 
wnętrzu, ale również na cenę najmu mieszkania. A cena grała tu bardzo ważną rolę.
Hermiona dowiedziała się, że może wracać do domu nawet w bardzo późnych porach, bo pan 
Oliver nie kładzie się spać przed dwunastą w nocy, a gdyby jej zdarzyło się zabawić dłużej, klucz 
będzie na nią zawsze czekał pod wycieraczką. Dziewczyna zapewniła, że na pewno tak późno 
wracać do domu nie będzie. Interesuje ją tylko to żeby znaleźć pracę, no i wypożyczać książki z 
najbliższych mugolskich o czarodziejskich bibliotek.

Do swego starego mieszkania wróciła krótko przed piątą po południu .Pan Blinch obiecał, że 
pomoże jej z rzeczami więc nie musiała się martwić jak przeniesie dobytek. Teraz pozostało jej 
tylko porozmawiać z panna Spot o wypowiedzeniu umowy.
Z tym akurat nie było problemu, bo już wcześniej wspominała swojej gospodyni, że zrezygnuje z 
mieszkania w związku z finansowymi problemami, które ją nękają.
Pożegnały się w przyjaznej atmosferze i już o godzinie siódmej w salonie na Victoria’s Alley 5 
pojawił się jej nowy gospodarz, pan Blinch i tak jak obiecał przetransportował dwa kuferki 
proszkiem Fiuu.

background image

ę

Rozdział II
Nie wszystko jest takie proste jak się wydaje.

Hermiona bardzo szybko zadomowiła się na poddaszu państwa Blinch. Pan Oliver i pani Dolores 
- zażywna kobieta pod pięćdziesiątkę z burzą ciemnoblond włosów i jasnoniebieskimi oczami - 
okazali się ciepłymi, wyrozumiałymi i bardzo dobrymi ludźmi.
Nie dociekali przeszłości Hermiony, nie indagowali jej ciąże, o ojca, o to jakie życie prowadziła, 
o nic. Była im za to bardzo wdzięczna i odpłacała się szczerością i taką samą dyskrecją i 
dobrocią. Bo panna Granger była w gruncie rzeczy dobra, tak jak czarodzieje, którzy przyjęli ją 
pod swój dach
Pani Blinch pomagała Hermionie w zakupach i zabroniła jej wykonywać jakiekolwiek prace, czy 
dźwigać. Doszło nawet do tego, że dawała jej klapsa po dłoniach, gdy Hermiona próbowała 
obierać ziemniaki, albo cokolwiek gotować.
- Uciekaj mi w tej chwili z kuchni! Cały dzień się nachodziłaś za pracą i jeszcze będziesz się 
przemęczać w domu. Już cię nie ma! - krzyczała takie, lub bardzo podobne słowa i dziewczyna 
wolała ustąpić jej i z pogodnym uśmiechem czekać na obiad ugotowany przez Dolores.

Poszukiwanie pracy szło pannie Granger po prostu strasznie. Przez pierwszy miesiąc miała 
ogromne nadzieje, przez drugi duże, przez trzeci modliła się by znaleźć cokolwiek... 
Myślała, że uda się jej znaleźć mało uciążliwą i nawet niezbyt dobrze płatną pracę w jakimś 
biurze czarodziejskim, ale zewsząd odprawiano ją z kwitkiem. 
Powodem było albo jej pochodzenie - wtedy nie mówiono jej tego wprost, albo stan - wtedy 
dowiadywała się w żywe oczy o co chodzi, a raz nawet usłyszała, że trzeba się było nie puszczać, 
to i praca by się znalazła
. Wtedy właśnie przepłakała pół nocy i zaczęła się zastanawiać po raz 
pierwszy, czy rzeczywiście nie zacznie się puszczać po urodzeniu dziecka żeby zarobić na życie. 
To było dwa tygodnie wcześniej.
Przez te trzy miesiące poznała na własnej skórze ludzki cynizm, wyrachowanie i barak 
współczucia. Od kilku dni jednak nie szukała pracy i siedziała w domu, bo zmusiły ją do tego 
okoliczności...

**

Kończył się właśnie lipiec i kończył się dwudziesty piąty tydzień jej ciąży. Ładnie zaokrąglona w 
biuście, biodrach i brzuchu Hermiona zaczęła mieć problemy. Strasznie bolał ją krzyż i oddawała 
często mocz, ale to akurat było normalne. Nienormalnym było, że okropnie spuchły jej nogi, tak 
że prawie wcale nie mogła chodzić i pani Dolores pomagała jej jak mogła.
Był wieczór. Dziewczyna leżała na łóżku i patrzyła w sufit. Znowu zastanawiała się nad tym, czy 
nie zacząć zarabiać na życie własnym ciałem, ale co wtedy miałaby począć z dzieckiem. Poza 
tym myśl o tym, że miałaby oddawać się byle komu, byle jak i byle gdzie napawał ją wstrętem.
Zawsze mogę zostać luksusową call - girl - pomyślała z przekąsem, ale zaraz zrezygnowała z 
tego pomysłu. Nie wiadomo na kogo by trafiła.
- Jestem bezużyteczna i ma pani ze mną same kłopoty - powiedziała ze smutnym uśmiechem do 
pani Blinch, która weszła wraz miseczką rosołu.
- Co za brednie! - wykrzyknęła kobieta. - Ani waż się tak mówić. Jesteś mądrą, dobrą i uczciwą 

background image

dziewczyną. Na pewno poszczęści ci się w życiu! Inaczej świat nie byłby sprawiedliwy.
A czy jest? - spytała w duchu Hermiona, ale wolała nie mówić tego na głos i grzecznie zabrała się 
za rosołek.
- Musisz być silna dla maleństwa... - autorytarnie oświadczyła Dolores. - Pytałaś magomedyka 
jakiej płci będzie dziecko? - zainteresował się nagle jej gospodyni i łagodnie się uśmiechnęła
- Dziewczynka! - Hermiona rozpromieniła się jak słońce w pogodne dzień. Uwielbiała myśleć o 
dziecku i kochała je całym sercem, a nie przez chwilę nie pomyślała o malcu źle, a wszystko, co 
robiła i zamierzała zrobić dla swojej córki, robiła z miłością i poświęceniem.
- My, kobiety musimy być silniejsze od mężczyzn - powiedziała nad wyraz poważnie pani 
Blinch. - Oni nie potrafiliby unieść ciężaru donoszenia dziecka pod sercem, czy bólów 
porodowych, nawet tych ograniczonych odpowiednimi zaklęciami... Grzeczna dziewczynka - 
dodała, gdy Hermiona odłożyła pustą miskę na stolik. 
- Masz, napij się eliksiru mojej roboty... Zapobiega zatrzymywaniu soli w organizmie i ogranicza 
puchnięcie nóg... Założę się, że ten sukinsyn z którym byłaś rzucił cię z powodu ciąży i nie 
miałaś gdzie iść... - powiedziała nagle z silną emfazą. - Biedactwo... - bardzo polubiła Hermionę i 
współczuła jej z całego serca. 
Sama miała trojkę dzieci, które dawno już się usamodzielniły i założyły własne rodziny, a panna 
Granger zastępowała jej własne dzieci. Mogła się nią opiekować, pomagać jej i rozmawiać z nią 
o wszystkim, co leżało jej na sercu.
- Przepraszam, Hermi - powiedziała starsza kobieta i się zarumieniła. - Ja tylko tak, myślałam na 
głos. Nie musisz nic mówić na ten temat...

Hermiona zastanowiła się przez chwilę.
Właściwie co mi szkodzi? - pomyślała uśmiechając się lekko do Dolores.
- Nie, chcę to powiedzieć...
Kobieta popatrzyła na dziewczynę z niedowierzaniem. Do tej pory Hermiona była skryta i nie 
lubiła mówić o sobie, a tu nagle taka odmiana.
- To nie tak, że zostałam bez dachu nad głową, gdy... - przełknęła ślinę -... gdy on mnie opuścił. 
Ja wynajmowałam mieszkanie, a on... on mieszka w Bułgarii, ale miesiąc później wyrzucono 
mnie z pracy w Ministerstwie Magii, ze względu na moje pochodzenie i... musiałam szukać 
czegoś tańszego - przygryzła wargę i powstrzymała cisnące się do oczu łzy.
- I rzeczywiście, tak, zostawił mnie, bo... bo dowiedział się, że jestem z nim w ciąży i nie... - 
Hermionie załamał się głos, a po policzku popłynęła pojedyncza łza. Dolores usiadła obok niej i 
ujęła w dłoń rękę dziewczyny.
- Nie chciał, żebym urodziła, chciał się go... poz... pozbyć. - panna Granger zamrugała 
powiekami i rozpłakała się na dobre. Cały ból i poczucie odrzucenia powróciły nową falą, ale 
poczuła też ulgę, że mogła się wygadać i została wysłuchana bez nagabywania o szczegóły.
Pani Blinch przytuliła mocno do piersi swoją zapłakaną lokatorkę, a w jej jasnoniebieskich 
oczach pojawiły się łzy żalu i bezsilnej złości.
- Skończony drań, który nie ma pojęcia co to jest honor i odpowiedzialność! - wybuchła.
- Przepraszam dziecinko - dodała po chwili, gdy Hermiona wycierała piąstką łzy. - Poniosło mnie 
trochę, bo nie rozumiem takiego tchórzostwa... Nie mógł być taki zły, skoro go kochałaś, może 
nadal kochasz.
Dziewczyna pokręcił głową, tak mocno, że burza kasztanowo - rudych loków wzburzyła się i 
zatrzęsła.
- Nie, on zawsze miał skłonności do egoizmu, tylko wcześniej nie tak silne, to pogłębiło się z 
wiekiem, a ja byłam tak zakochana, że nie zauważałam jego wad... Sama jestem sobie winna.

background image

- Jasne - żachnęła się Dolores. - Sama sobie też zrobiłaś dziecko! Obydwoje ludzi musi być 
dojrzałych emocjonalnie do tego, żeby mieć potomstwo, on widocznie nie jest. I na ciebie także 
nie zasługuje, skoro zostawił cię w takim stanie samą. A to, że straciłaś prace ze względu na 
pochodzenie, to najwyższa hańba i wstyd! Nigdy tego nie zrozumiem...
Kobieta przytuliła mocno Hermionę i pogłaskała po gęstych, zmierzwionych włosach.
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze...
Chciałaby, chciałabym, żeby to była prawda... - pomyślała przyszła mama i przywarła mocno do 
pani Blinch. 
Wiedziała jedno. Za żadne skarby świata nie będzie żerować na dobroci tych ludzi. Wiedziała, że 
prędzej pójdzie pracować dobrowolnie do kamieniołomu, albo zostanie prostytutką, niż skorzysta 
z hojności gospodarzy, czy jej przyjaciół Weasleyów. Ani jedni, ani drudzy nie należeli do 
bogaczów. A ona miała swój honor, swoją dumę, swoją cierpliwość, wytrwałość i zaradność. 
Swoją siłę przyszłej matki. 

**

Od czasu lipcowej rozmowy z panią Blinch minęło kilka tygodni, a Hermiona nadal była bez 
pracy. Za każdym razem, gdy przychodziła na rozmowę kwalifikacyjną przyszły pracodawca 
traktował ją z ogromnym dystansem i w efekcie w ogóle jej do pracy nie przyjmował... mimo 
tego, że miała odpowiednie kwalifikacje. W pewnym momencie dziewczyna zauważyła, że coraz 
mniej przejmowała się odmowami zatrudnienia, a coraz częściej myślała o pracy prostytutki.
Może to naprawdę jedyne wyjście? - przyszło jej na myśl pewnego sierpniowego popołudnia 
czytając list od Harry`ego, który zapytywał w jaki sposób może jej pomóc (zapewne dowiedział 
się od Rona o jej sytuacji). Panna Granger powoli miała tego dosyć: wszyscy wyciągali do niej 
pomocną dłoń, a ona nie miała już siły z nimi rozmawiać.
Wstała, odłożyła list na kuchenny stół i podeszła mag lodówki by zrobić coś do jedzenia. Dolores 
wyszła do sklepu i niedługo powinna wrócić, a Oliver był w piwnicy, gdzie robił porządki. 
Właśnie w sięgała po szklankę, gdy poczuła silny skurcz w podbrzuszu. 
TERAZ?! przeleciało jej przez głowę, gdy skurcz się powtórzył. Szybko przypomniała sobie 
termin porodu: 30 wrzesień.
Następny skurcz był tak silny, że krzyknęła z bólu, a przed oczami zamajaczyły jej kolorowe 
plamki. Usłyszała tupot nóg i do kuchni wpadł Oliver. Przez chwilę stał w drzwiach wpatrując się 
w jej pobladłą twarz by w końcu podbiec do niej i pomóc usiąść.
- Nie ruszaj się, Herm... - nakazał łagodnie. Hermiona jednak go nie słuchała. Jej myśli krążyły 
wokół córki, która zapragnęła ujrzeć świat miesiąc wcześniej niż powinna.
Chwilę później w kuchni pojawiła się zdyszana Dolores.
- Na Merlina ! - wykrzyknęła widząc jak Hermiona sapie - Oliver, leć do Mungo i zawiadom 
porodówkę - rozkazała stawiając siatkę z warzywami na najbliższe krzesło - Hermiona, chodź, 
dziecinko... - pomogła jej wstać i razem wolno ruszyły ku salonowi, gdzie znajdował się kominek 
podłączony do sieci Fiuu*.
Hermiona przez całą drogę do Szpitala ściskała mocno rękę Dolores myśląc tylko o tym by 
dziecku nic się nie stało. Jako była pracownica kontroli bezpieczeństwa w centrali Fiuu 
wiedziała, że podróż Fiuu w stanie błogosławionym nie jest najlepszym pomysłem, gdyż może 
być niebezpieczne zarówno dla dziecka jak i dla jego matki, lecz w tej sytuacji nie miała innego 
wyjścia. 
Gdy przybyły na oddział porodowy umieszczony przy Oddziale Wypadków Przedmiotowych ** 
w Szpitalu Świętego Munga na Hermionę czekali już Uzdrowiciele z noszami unoszącymi się w 

background image

powietrzu, a także pan Blinch.
- Do sali 204 - nakazał wysoki szatyn pomagając Hermionie położyć się na noszach. Potem 
Hermiona nie słuchała co mówił. Bała się potwornie, skurcze znowu się nasiliły a ból stawał się 
nie do zniesienia. Kiedyś mama jej opowiadała jak to jest podczas porodu... Teraz Hermiona 
doświadczała tego na własnej skórze.
Przez całą drogę Uzdrowiciel wypytywał Dolores o stan Hermiony podczas ostatnich kilku 
miesięcy. Widocznie i dla niego było zaskoczeniem, że kobieta zaczęła rodzić przedwcześnie.
Wytrzymaj - powtarzała wpatrując się w biały sufit długiego korytarza. -Dasz radę .Poczuła jak 
nosze skręcają i po chwili sufit stał się szary co oznaczało, że dotarli do pokoju 204.
- Ała ... - jęknęła, gdy przeniesiono ją na łóżko. Usłyszała jak magomedyk kazał Dolores i 
Oliverowi opuścić salę.
- Jak się pani czuje, panno Granger? - spytał podchodząc do niej.
A jak mam się, do jasnej cholery, czuć?! Przecież rodzę, palancie - pomyślała ze złością dysząc 
ciężko i głaszcząc się po swoim ośmiomiesięcznym brzuchu.
- Auuu.... - syknęła. Czuła jak po jej twarzy spływa pot, ale zignorowała to. Mała za wszelką cenę 
chciał wydostać się na zewnątrz.
Zacisnęła ręce na pościeli i głośno zawyła.
- Uzdrowicielko, proszę szybko przynieść miskę z ciepła wodą, jakieś ręczniki i więcej 
prześcieradeł - nakazał szatyn i kobieta, która stała przy Hermionie i coś zapisywała, szybko 
wyszła z sali.
- Panno Granger, proszę przeć - zwrócił się do byłej Gryfonki.
- Ysz... A.. Co... Ja... Niby ... Robię...? - wysapała pomiędzy jednym skurczem a drugim. 
Mężczyzna zdecydował się nie odpowiadać, za co panna Granger była mu wdzięczna. Po dwóch 
godzinach miała serdecznie dosyć całego tego zamieszania, bólu i okrzyków „Przyj!” padających 
co pięć sekund z ust mocno spoconego Uzdrowiciela.
Jakbym sama nie wiedziała co mam robić ! oburzyła się za którymś razem.
Z drugiej strony czuła się szczęśliwa wiedząc, że za kilka chwil zostanie matką i będzie mogła 
potrzymać w ramionach swoje dziecko.
- Przyj ! - krzyknął po raz kolejny Elvis, bo tak, jak zdążyła się zorientować Hermiona, nazywał 
się magomedyk. Dziewczyna zaprała mocno i...
- Jest ! - usłyszała okrzyk pełen tryumfu, a w chwile po nim płacz dziecka. Opadła na pościel 
oddychając głośno. Dopiero teraz poczuła jaka jest zmęczona i mokra od potu.
- Gratuluję, ma pani śliczna córeczkę - powiedział Elvis podając jej biały ręczniczek, w który 
owinięto jej dziecko. Hermiona ostrożnie odebrała zawiniątko i delikatnie ułożyła je w 
ramionach. Następnie spojrzała w twarzyczkę dziewczynki: miała ogromne orzechowe oczy, 
którymi wpatrywała się w Hermionę z zainteresowaniem, zgrabniutki nosek i kępkę ciemno 
rudych włosków na czubku głowy. Była trochę podobna do Wiktora - miała takie same łuki 
brwiowe i podobny kształt ust, ale resztę odziedziczyła po rodzinie panny Granger.
- Cześć słoneczko - wyszeptała Hermiona uśmiechając się lekko do tej malutkiej istotki. 
Dziewczynka zamrugała, na co panna Granger uśmiechnęła się szeroko.
- Czy... - zaczął Uzdrowiciel wyciągając ręce. Hermiona w pierwszej chwili nie zrozumiała o co 
chodzi lecz po chwili dotarło do niej, że mała jest wcześniakiem i potrzebuje opieki medycznej 
od pierwszych minut życia. Niepewnie oddała dziecko w ramiona Uzdrowiciela, który podał 
dziewczynkę pielęgniarce i kazał ja zanieść do pokoju 300. 
- Jak nazwie pani dziecko? Bo musimy wypisać kartę... - spytał.
Hermiona zmarszczyła nos i pomyślała przez chwilę.
Przecież ta malutka dzieweczka jest moim przeznaczeniem... Dla niej przeżyłam te ostatnie 

background image

miesiące...
- Destiny* Jessica - odpowiedziała cicho. 

*Destiny, ang. przeznaczenieJ

**

Od początku maja Draco Malfoy zaszczycił swoją osobę obydwa przybytki z kurtyzanami po 
dobrych dziesięć razy. Właśnie dużymi krokami nadciągał jesień, a nasz wybredny arystokrata 
nie zawitał do ani jednej z mieszkanek Domu Marzeń, czy Pałacu rozkoszy. Tak, potomek 
Lucjusza naprawdę był wybredny.
Sam Lucjusz zgrzytał zębami i wściekał się na głupotę syna.
- Byle która - mawiał. - Aby nie żadna z tych lafirynd, które mi do domu sprowadzasz... A swoją 
drogę, dlaczego nie wyprowadzisz się do własnej rezydencji, darmozjadzie? Masz tyle pieniędzy, 
że pracować nie musisz, ale mógłbyś chociaż zająć tą nieszczęsną Dragon’s Cell...
Już nie wspomnę o tym, że powinieneś dla własnego i mojego oraz matki zdrowia psychicznego 
robić cokolwiek. Przecież mogę cię wkręcić do Rady Nadzorczej. - I tak dalej, i tym podobne.
Zrzędzenia pana na Snake Palace nic jednak nie dawały. Draco nadal się puszczał i pił (chociaż 
trzeba mu oddać sprawiedliwość - robił to trochę rzadziej), nadal nie chciał pracować i zajmować 
się własną rezydencją, i - co najbardziej denerwowało Lucjusza - przebierał w kurtyzanach jak w 
stercie skarpetek. Oglądał raz po raz foldery, które przecież się zmieniały, bo dziewczyny trafiły 
do opiekunów, przychodziły nowe i wracały, te, których panowie albo się nimi znudzili, albo 
postanowili poślubić jakąś dziedziczkę ze swej sfery. Zważało się także, chociaż bardzo rzadko, 
że kurtyzana zostawała żoną opiekuna.
Malfoy junior patrzył na zdjęcia i wybrzydzał:
- za gruba,
- za chuda,
- za ładna,
- za brzydka,
- za mocno umalowana,
- za słaby makijaż,
- za poważna,
- za bardzo się uśmiecha,
- etc., etc., etc...

Kiedy dwudziestego czwartego sierpnia oznajmił ojcu, że znowu nie wybrał żadnej kobiety, 
Lucjusz zachował się tak jakby w niego piorun strzelił:
- A co tym razem było w tych kobietach nieodpowiedniego dla darmozjada, który posuwa 
wszystko, co jest płci żeńskiej w promieniu chyba ze stu mil?!
- Tak, tylko, że z tą, którą wybiorę mam być na co dzień i jeszcze ją utrzymywać.
- Rozmawiałeś z którąkolwiek z tych dziewczyn? Wiesz jakie są? - Lucjusz rzucał się po hali 
rezydencji jak furiat.
- Dziś to nawet jedna mi się spodobała, taka z Pałacu Rozkoszy, tylko że... - Starszy mężczyzna 
nadstawił uważnie ucha i czekał na cios - ... miała wulgarne spojrzenie - młodzieniec zrobił 
obojętną minę i wzruszył ramionami.
Lucjusz zobaczył przed oczyma czerwoną mgiełkę wściekłości.
- Synu, powiedz jak spojrzenie może być wulgarne? - powiedział cicho. - Skoro ci się spodobała 

background image

mogłeś z nią po prostu porozmawiać, a nawet się z nią przespać. Wstępna wizyta u dziewczyny i 
tak kosztuje tyle samo, niezależnie od tego, co będziesz z kurtyzaną robił... Co ci przeszkadzało 
porozmawiać?
- Mówiłem, wulgarne spojrzenie, a poza tym czy mi się gdzieś spieszy, oj... - Chłopak nie 
dokończył, bo Lucjusz znalazł się tuż obok niego, złapał go za kołnierz czarnej, czyściutkiej 
szaty i powiedział:
- Tak, śpieszy ci się synu - oznajmił. Olewczy i całkowicie beztroski ton Dracona doprowadził go 
do nieopisanego gniewu. Tłumił w sobie irytację zachowaniem syna zbyt długo, a teraz Draco 
dolał o jedną kropelkę za dużo. - Jeśli do końca września nie wybierzesz kurtyzany, jeśli nie 
zadeklarujesz, że chcesz robić cokolwiek w Ministerstwie, chociażby pierdzieć w stołek - za to 
też ci zapłacą; chodzi o sam fakt, że się nie będziesz obijał i łajdaczył, bo nie będziesz miał czasu 
i będziesz robił COKOLWIEK, i jeśli nie wprowadzisz się do własnej rezydencji, to przysięgam, 
że zablokuję ci konto u Gringotta i wywalę na zbity pysk z domu, a wtedy rób sobie co chcesz! 
Przebrała się miarka mojego litosierdzia!
- Czego?! - zapytał zaskoczony, przestraszony i zszokowany, wystąpieniem ojca, Draco.
- Litości i miłosierdzia w jednym, wałkoniu, próżniaku, nierobie, półgłówku, erotomanie...
- Dobrze, już dobrze, tato! Ale daj mi czas do końca roku... - błagalne spojrzenie młodzieńca nie 
zrobiło jednak wrażenia na Malfoyu seniorze.
- NIE. Moja cierpliwość się wyczerpała. Masz czas do trzydziestego września. I koniec z 
imprezami pod moim dachem, synu! - mężczyzna uniósł brew, poklepał syna po policzku, 
odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając Dracona na skraju rozpaczy.
Będę musiał się zachowywać porządnie - pomyślał młodzieniec ze zgrozą i ciężko westchnął. W 
końcu nie miał wielkiego wyboru

***

Przez szparę w błękitnych, przybrudzonych zasłonach wpadło do pomieszczenia światło 
zwiastujące rozpoczęcie nowego dnia. Hermiona spojrzała na zegar wiszący na ścianie - 
dochodziła piąta nad ranem, a ona nie zmrużyła oczu minionej nocy. Mimo, że od porodu minęło 
parę dni i stan Destiny poprawiał się z godziny na godzinę, świeżo upieczona mama czuła 
wewnętrzny niepokój. Nie tyle o dziecko ile o przyszłość. Wiedziała, że teraz szanse na 
znalezienie pracy równały się zeru, a przecież za coś musiała utrzymać siebie i dziecko, gdyż jej 
oszczędności podczas pobytu w Mungo gwałtownie zmalały. Wszystko byłoby dobrze, gdyby 
MAG został dopuszczony do użytku. Wyglądało jednak na to, że Ministerstwo wyrzuciło ten 
projekt do kosza, a co za tym szło, pieniędzy nie dostanie.*
- Ech - westchnęła obserwując jak refleksy słoneczne kładą się na bieli ściany.
Do Wiktora na pewno nie napiszę - postanowiła. Od kilku miesięcy nie chciała mieć z nim nic 
wspólnego i mimo, że dziecko było jego potomkiem I nie miała ochoty powiadamiać go, że 
został ojcem ślicznej dziewczynki. 
Bo i po co? 
By wysłuchiwać następnych bezpodstawnych oskarżeń o puszczanie się z byle kim i byle gdzie? 
Czy może by wysłuchać zdań typu Mówiłem, usuń bachora. A ty nie! Zawsze musi być tak jak ty 
chcesz!
.
- Akurat, tak jak ja chcę... - prychnęła ze złością zaciskając ręce na pościeli.
Puszczać się - powtórzyła ze złością w myślach Dobre sobie... - pomyślała wpatrując się 
sceptycznie w refleksy.
A może to wcale nie taki głupi pomysł? zastanowiła się przez chwilę, lecz nie zdążyła rozwinąć 

background image

owych myśli, gdyż do sali wkroczyła pielęgniarka z tacą, na której stał rząd eliksirów oraz 
specjalny magiczny termometr.
- O! Już nie śpisz? - zdziwiła się na widok nie śpiącej panny Granger. 
Dziewczyna uśmiechnęła się w odpowiedzi. Pielęgniarka wzruszyła ramionami i postawiła tacę 
na stoliku obok łóżka. Przez chwilę nalewała medykamenty do szklaneczek, a następnie podała 
Hermionie magiczny termometr.
- Z małą wszystko dobrze - oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Ale ze mną nie za bardzo - pomyślała Hermiona heroicznie odwzajemniając radosny grymas.

**

Czternastego września, gdy Destiny skończyła już prawie piętnaście dni swego młodego żywota 
na ziemskim padole, Hermiona podjęła decyzję. Nie za bardzo marzyła się jej praca zwykłej 
prostytutki dlatego pomyślała o tym, by spróbować szczęścia w jednym z dwóch ekskluzywnych 
przybytków zajmowanych przez kurtyzany. Wiedziała, że nie ma zbyt dużych szans; wymogi 
były spore (chociaż nie wiedziała dokładnie jakie), a ona ostatnio miała niesamowitego pecha. 
Nawet nie miała odpowiedniej ilości pokarmu i musiała dawać małej jeść z butelki. Państwo 
Blinch pomagali jej jak mogli, traktując ją jak córkę, a małą jak własną wnuczkę i była im za to 
szalenie wdzięczna, bo dzięki temu mogła wyjść na pół dnia w poszukiwaniu pracy.
Muszę się za siebie wziąć.

Hermionie zostały na brzuchu już niewielkie rozstępy (czarownice dużo szybciej dochodzą do 
siebie po porodzie; w końcu mają do użytku mnóstwo eliksirów i specjalnych magicznych 
zabiegów, których dokonuje się przez standardowy jedyny tydzień pobytu na porodówce)nie 
miała wybitnie dużych, jak niektóre kobiety po urodzeniu dzieci.
Wstała wcześnie, posnuła się po domu, w końcu wybrała się do najzwyklejszego mugolskiego 
fryzjera, gdzie kazała przyciąć sobie włosy do ramion, obciąć grzywkę, rozprostować je i 
ufarbować na czarno, a następnie udała się po „Ulizannę” na Pokątną, gdzie zaopatrzyła się także 
w kosmetyki, których jej zaczynało brakować. 
U Gringotta dowiedziała się, że ma jedynie dwieście pięćdziesiąt galeonów na koncie. Gdyby nie 
miała dziecka to by było coś, ale ona dziecko posiadała...

O piętnastej zatrzymała się przed Domem Marzeń. Aby tam się dostać trzeba było skręcić 
Pokątnej w prawo tuż za bankiem, a później iść ulicą Złotej Różdżki, na końcu której skręcało się 
w Aleję Cichej Przystani. W miejscu gdzie Cicha Przystań krzyżowała się z ulicą Srebrnego 
Jednorożca znajdował się rzeczony Dom Marzeń. Budynek był zbudowany z jasnego kamienia i 
z zewnątrz wyglądał bardzo schludnie. Otaczał go mały, zadbany ogród, w którym aż roiło się od 
róż, które podtrzymywane magią kwitły przez cały rok. 
Hermiona postała przez chwilę w progu, w końcu (mimo, że zbytnio religijna nie była) 
przeżegnała się i weszła do środka.
Hol okazał się przestronny. Urządzony był w buku - klepką bukową wysadzony był nawet sufit - 
który został przełamany srebrnymi i granatowymi dodatkami. Panował w nim półmrok.
- Czym mogę pani służyć? - spytał miły, kobiecy głos gdzieś po prawej stronie. 
Dziewczyna odwróciła się w tym kierunku. Za ogromnym, oczywiście zrobionym z buku 
biurkiem, siedziała około pięćdziesięcio-paroletnia kobieta. Ubrana była w ciemno - bordową 
suknię z wysokim stawianym kołnierzem i nad wyraz skromnym dekoltem. Mimo swojego wieku 
była bardzo ładna i... bardzo sympatyczna.

background image

Hermiona podeszła do niej i wypaliła prosto z mostu.
- Mam dwadzieścia dwa lata, facet mnie rzucił, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży, wyrzucili 
mnie z pracy - oficjalnie z powodu braku funduszu, nieoficjalnie z powodu mojego nędznego 
pochodzenia, mieszkam na poddaszu u fantastycznych ludzi, ale od kiedy urodziłam dziecko nie 
bardzo mam z czego żyć, więc chciałam się spytać, czy mam szansę dostać pracę? Aha, od razu 
uprzedzam, że jestem szlamą - powiedziała to bardzo szybko i niemal na jednym oddechu. 
Kobieta popatrzyła na nią z zaciekawieniem. Madame Praustrin miała wprawne oko i od razu 
zauważyła, że kolor włosów Hermiony jest nienaturalny.
- Po co farbowałaś włosy dziecko? - spytała. Hermiona zarumieniła się mocno i wzruszyła 
ramionami. Nie wiedziała co powiedzieć.
- Nie chciałabyś, żeby ktoś cię poznał, prawda?- łagodne słowa kobiety sprawiły, że Hermiona 
zaczynała ją lubić. - Nie szkodzi i tak jesteś ładna - dziewczyna zarumieniła się mocno. Siądź i 
posłuchaj... To absolutnie nie ma znaczenia. - powiedział kobieta patrząc Hermionie w oczy.
- To, że przefarbowałam włosy? - spytała dziewczyna nie bardzo rozumiejąc wyrwane z 
kontekstu słowa.
- Nie, to jakiego jesteś pochodzenia i wolałabym, żebyś nie używała takich określeń, jak miało to 
miejsce przed chwilą. Mugolki także tu pracują, chociaż oczywiście są w ogromnej mniejszości. 
Obecnie, aż jedna... Nazywam się Rose Praustrin, ale wszystkie dziewczyny mówią do mnie 
Rosy. 
- Hermiona, czy mogę nie mówić nazwiska? - zawahała się.
- Oczywiście, że nie. Musisz natomiast przynieść zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia i o 
braku jakichkolwiek infekcji natury sama wiesz jakiej, kochanie.
- To już mam - panna Granger zaopatrzyła się jeszcze w czasie połogu w takowy dokument i 
widać było, że Madame Praustrin jest tym mile zaskoczona.
- Widzę, że to nie jednorazowy kaprys, a przemyślana decyzja - stwierdziła łagodnie i popatrzyła 
Hermionie w oczy.
- Tak - potwierdziła stanowczo dziewczyna.
Przemyślenie tej decyzji zajęło jej naprawdę bardzo dużo czasu. Musiała przecież rozważyć 
wszystkie „za” i „przeciw”, a to było trudne.
Rose pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Długo szukałaś pracy? - spytała właścicielka przybytku.
- Bardzo długo - Hermiona spuściła wzrok. - JA wiem - zarumieniła się mocno i zaczęła międlić 
w palcach brzeg ciemnogranatowej bluzeczki, którą miała na sobie. - Wiem, że pewnie nie 
dostanę tej pracy, bo nie bardzo się nadaję. Wie, pani.. Ja miałam w życiu tylko jednego 
mężczyznę i nie jestem tak bardzo doświadczona, dlatego może pani od razu powie mi czy mam 
jakieś szanse, czy powinnam zostać zwykłą prostytutką. Tam przecież na kwalifikacje nie patrzą.
-Ależ dziecko, co ty opowiadasz? - spytała kobieta - Tu nie chodzi o to ile miałaś w życiu 
kochanków. W żadnym przypadku. Kurtyzana nie jest taką sobie zwykłą, przepraszam za 
wyrażenie, dziwką. Bycie kurtyzaną to coś więcej - wytłumaczyła jej.
- Tak, wiem - Hermiona pospiesznie skinęła głową. - I dlatego obawiam się, że nie nadaję się do 
tej pracy proszę pani...
- Pozwól, że ja to ocenie - łagodnie, acz stanowczo wtrąciła Rose. - Przychodzą do nas bardzo 
wpływowi i dobrze sytuowani ludzie, dlatego dziewczyny, które tu pracują muszą odznaczać się 
odpowiednią ogładą. I tak jak wspomniałam wcześniej, nie liczy się pochodzenie, a to co kobieta 
ma pod sufitem i to czy jest inteligentna i oczytana... - zawiesiła głos i przyjrzała się uważnie 
dziewczynie.
- Powiedz mi - dodała po chwili milczenia. - Czy czytałaś klasyków literatury powszechnej?

background image

- Oczywiście - odpowiedziała bez wahania. Gdy była w szkole połykała książki jednym tchem. I 
nie były to tylko podręczniki szkolne czy lektura uzupełniająca wiadomości naukowe, lecz 
również książki znanych, mugolskich pisarzy.
- A jakie na przykład? - drążyła dalej Rose.
Hermiona zmarszczyła nos. Bądź co bądź trochę woluminów przeczytała i nie zawsze pamiętała 
tytuły. 
- Dostojewski, Tołstoj, Bułhakow, Dumas, May...
- No, widzę że trochę tego jest - kobieta wyglądała na mil zaskoczoną. Powiedz mi teraz, czy 
chodź trochę znasz się na sztuce?
Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze. Co prawda, wiedziała co nieco o poszczególnych 
stylach w architekturze i malarstwie, rozpoznawała najważniejsze obrazy i potrafiła powiedzieć 
kilka zdań o danym artyście, ale były to zaledwie podstawy.
- Znam podstawy - przyznała się nieśmiało spuszczając wzrok.
- Jeśli odróżniasz gotyk od klasycyzmu i nie mylisz Picassa z Van Gogiem, rozróżniasz kolory, 
odróżniasz martwą naturę od krajobrazu, lub aktu, to masz odpowiednią wiedzę. Musisz 
wiedzieć, że niektórzy z tych panów, chociaż bogaci i obracają się w najbardziej elitarnych 
kręgach, o sztuce nie wiedzą prawie nic. Ostatnio, taki jeden przychodzi, nie będę go wymieniać 
z nazwiska bo znane, ale chyba jego ojciec ma z nim niemałą udrękę. Toto się nie zna na niczym, 
poza średniowiecznymi narzędziami tortur i gołymi tyłkami, a wybredne jak cholera. O 
przepraszam, zna się na gatunkach alkoholu... No i od paru miesięcy żadna z moich dziewcząt 
mu nie przypadła do gustu. Jeżeli wygra konkurencja, to się załamię. Gość nie pracuje, ma forsy 
jak lodu. Nie pozwolę, żeby Pałac Rozkoszy zdobył tego klienta, więc właściwie spadasz mi z 
nieba. Im więcej nowych dziewczyn, tym lepiej... Pokaż mi coś, co mnie wbije w fotel. Wyobraź 
sobie, że jestem facetem i chcesz zrobić na mnie duże wrażenie, tak żeby mi się podniosło... 
ciśnienie - uśmiechnęła się do Hermiony szelmowsko i popatrzyła na nią wyczekująco.
Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę.
Co by tu takiego pokazać? myślała rozglądając się po pomieszczeniu. Na stoliku stojącym 
nieopodal stała pantera z wiśniami.
A może... pomyślała wpatrując się w czerwone owoce Nie, lepiej nie 
- Hermiono? - w głosie Rose dziewczyna dosłyszała nutkę zniecierpliwienia.
Raz kozie śmierć stwierdziła i podeszła do stolika z owocami. Wiedziała, że jest pilnie 
obserwowana przez właścicielkę domu, ale starała się to ignorować. Świadomość, że to jest 
naprawdę ważna próba umacniała jej postanowienie dania z siebie „wszystkiego”. 
- Mogę? - spytała wskazując dłonią na naczynie z wiśniami. 
Zaskoczona kobieta skinęła twierdząco głową i Hermiona powoli wzięła jedną z wisienek. Dosyć 
sporą z długą łodyżką i wyglądającą bardzo apetycznie. Wsunęła owoc do ust i patrząc swojej 
potencjalnej pracodawczyni prosto w oczy skonsumowała go leniwie z wyrazem delikatnego, 
wyrażającego przyjemność, uśmiechu na twarzy. Nie wyrzuciła korzonka, ale bawiła się nim 
obracając go w palcach prawej dłoni. Po chwili delikatnie wyjęła wolną dłonią pestkę z ust u 
wyrzuciła ją do popielniczki na stole. Następnie sam korzonek włożyła sobie do buzi i przez 
chwilę się nim pobawiła językiem z wyrazem rozkoszy na twarzy. W końcu wyjęła go z ust i na 
wyciągniętej dłoni podsunęła zaskoczonej kobiecie. Korzonek zawiązany był w supełek.
- Całkiem nieźle - powiedziała po chwili madame Rose. Gdyby Hermiona ją znała, wiedziałaby, 
że wywarła pozytywne wrażenie. Kobieta bowiem nie była wylewna w okazywaniu zachwytów. - 
Według mnie całkiem nieźle, gdybym była arystokratą, zwłaszcza młodym, który ma zamiast 
mózgu hormony, pewnie z wrażenia spadłabym pod stół...
Hermiona przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia, czy podobała się tej dystyngowanej damie, czy 

background image

owa dama się z niej, krótko mówiąc, nabijała.
- Przyjdź jutro z dokumentami, a dziecko możesz oddać pod opiekę do Słonecznego Raju. Tam 
nim się odpowiednio zajmą. Dam ci wizytówkę - to mówiąc podała dziewczynie błyszczący 
kawałek papieru. - Wpisowe kosztuje trzysta galeonów. Później co miesiąc wpłaca się po 
dwieście pięćdziesiąt galeonów na utrzymanie dziecka. Wierz mi, że warto.
- Możliwe - szepnęła Hermiona - ale mnie nie stać...
- W takim razie ci pożyczę - powiedziała bez mrugnięcia okiem właścicielka Domu Marzeń, a 
panna Granger zamrugała ze zdziwienia.
- Ale ja nie mogę... -zaczęła i usłyszała stanowcze:
- Bez dyskusji. Na pewno mi niedługo zwrócisz. Jesteś ładną i mądrą dziewczyną. Znajdziesz 
sobie szybko bogatego gacha i zwrócisz mi pieniądze. Jestem tego pewna.
Zanim Hermiona opuściła Dom Marzeń, kobieta wręczyła jej trzysta galeonów i jeszcze raz 
zapewniła ją o przyjęciu do pracy. Dziewczyna wracała do Blinchów w o wiele lepszym nastroju. 
Znalazła pracę i opiekę dla dziecka. Co prawda, bała się, że nie poradzi sobie z zarobieniem 
takiej kwoty pieniędzy jak trzysta galeonów, ale starała się o tym na razie nie myśleć. 
Najważniejsze było to, że ma jakieś zatrudnienie. 

ę

Rozdział III

Żadna praca nie hańbi 

Następnego dnia Hermiona wstała wcześnie rano i po cichutku spakowała wszystkie swoje 
rzeczy. Ponieważ miała na koncie jeszcze kilkaset galeonów, razem z pożegnalnym listem 
zostawiła a to złotych monet i serdeczne podziękowania. Oczywiście zapewniła państwo Blinch, 
ze znalazła pracę, ale musi się przeprowadzić, że przykro jej iż żegna się listownie. Dopisała 
także, żeby się o nią nie martwili, i że będzie regularnie zawiadamiać ich, co u niej. Nie mogła 
postąpić inaczej. Okazali jej tyle serca, że nie chciała martwić ich rodzajem pracy jaką miała 
wykonywać, ani nie chciała, żeby o nią się martwili. Byli na to za dobrzy.
Równiutko o ósmej zamknęła za sobą drzwi domu przy Victoria`a Aley numer 17 i wraz z 
Destiny w nosidełku w jednej ręce i walizką w drugiej udała się do polecanego przez madame 
Praustrin Słonecznego Raju. Troszeczkę bała się zostawiać tam dziecko, ale wiedziała, że nie ma 
wyboru. No może niezupełnie nie miała. Mogła poprosić Weasley`ów o pomoc lecz nie chciała 
ich fatygować... Z resztą nie wiedzieli o dziecku.

Z ciężkim sercem wysiadła z Błędnego Rycerza przed starym, lekko podniszczonym domem z 
epoki wiktoriańskiej i z jeszcze głębszym bólem pchnęła jego mahoniowe drzwi.
Okazało się, że madame Rose miała rację. W Słonecznym Raju spotkała się z ciepłym przyjęciem 
ze strony wykwalifikowanego personelu. Pełno tam było nianiek, mamek, pielęgniarek i 
magomedyków. Panowała przyjemna, niemal rodzinna atmosfera i kiedy dziewczyna wyszła po 
godzinie była spokojna o przyszłość Destiny i o jej zdrowie, zwłaszcza, że mogła ją odwiedzać, 
aż dwa razy w tygodniu.
Później skierowała swe kroki ku Domowi Marzeń.
Obawiała się trochę tego pierwszego dnia i jak ja zaakceptują inne kurtyzany. A przede 
wszystkim obawiała się, że żaden mężczyzna nie będzie jej chciał wziąć na utrzymanie.
- Ech - westchnęła pchnąwszy mahoniowe drzwi.
Jakoś to będzie dodała w myślach.

background image

Pól godziny później siedziała w gabinecie Madame Rose i wpatrywała się w właścicielkę 
przybytku.
- Wszystko jest w porządku - powiedziała w końcu kobieta odkładając dokumenty, które 
przyniosła Hermiona, na biurko. 

Następnego dnia Hermiona obudziła się o siódmej (to znaczy obudził ją budzik) i poczuła, że jest 
niewyspana. Już miała przyłożyć głowę do poduszki, kiedy przypomniała sobie, że ma się 
wyszykować do ósmej na śniadanie, a o dziewiątej zaczyna się jej rozmowa z Madame Rose, 
która chciała zobaczyć, co Hermiona już wie, a co trzeba jej wpoić, jeżeli chodzi o savuar- vivre i 
znajomość literatury.
Czuła się wyżęta przez wyżymaczkę. Dwie godziny robiono jej zdjęcia w uroczej białej i czarnej 
bieliźnie. Wszystkie były czarno białe. Mugolski (sic!) fotograf bowiem zachwycił się jej 
bezpretensjonalną urodą i chciał, żeby była jak najbardziej naturalna. 
Tak, mugolski; zdjęcia w folderach Madame Rose były nieruchome, ale ich jakość musiała być 
świetna, bo taki był wymóg właścicielki Domu Marzeń. Facet miał płacone krocie i był 
najlepszym fotografem jakiego udało się kobiecie wyśledzić. Na jego dyskrecje mogła liczyć. Jak 
zwykła żartować właścicielka Domu marzeń, był to jedyny "męski mugol" z jakim miały do 
czynienia "dziewuszki" ; tak nie mówiła o pracownicach per "dziewczyny "ani "dziewczynki", 
mówiła „dziewuszki”... 

Panna Granger przeciągnęła się i z ogromnym trudem zwlekła się z łóżka. Najchętniej to by w 
nim została. Ale obowiązki wymagały czego innego więc powoli ubrała się w lawendową szatę i 
następnie zeszła na dół, do jadalni na śniadanie. Nie znała wszystkich dziewcząt w Domu Marzeń 
więc, gdy przekraczała próg pomieszczenia czuła lęk przed ich reakcją na jej osobę. Jadalnia była 
owalnym pokojem o kremowych ścianach, umeblowanym w stylu lat pięćdziesiątych. Na środku 
stał okrągły, dębowy stół otoczony dwunastoma krzesłami z czego dziesięć było już zajętych 
przez pozostałe kurtyzany. 
Gdy Hermiona wkroczyła do jadalni rozmowy ucichły i dziewczęta spojrzały w jej stronę. Panna 
Granger zatrzymała się i spojrzała niepewnie na jej nowe koleżanki po fachu. Nie ulegało 
wątpliwości, że każda z dziewcząt była piękna.
I gdzie ja, takie brzydkie kaczątko, mam się do nich porównywać? - spytała siebie w duchu 
podchodząc nie śmiało do stołu. ”Dziewuszki” obserwowały uważnie każdy jej ruch. Hermiona 
poczuła się trochę nieswojo zasiadając przy suto zastawionym stole, ale starała się te go nie 
okazać. Chwilę później do jadalni weszła Madame Praustrin i zasiadła na miejscu obok mocno 
podmalowanej blondynki o zielonych oczach.
- Smacznego dziewuszki - powiedziała i wzięła koszyczek z chlebem. Hermiona sięgnęła po 
talerz z jajecznicą. Dziewczęta poruszyły się, a jedna zachichotała.
- Jak masz na imię - spytała dziewczyna o zielonych oczach. Wyglądała na najstarszą, była też 
niespotykanie piękna. Przypomniała Herminie trochę panią Narcyzę Malfoy, którą panna Granger 
widziała zaledwie trzy razy w życiu, w tym raz na pamiętnych Mistrzostwach w Quiddichu. 
Wspomnienie Quiddicha wywołało wspomnienie Wiktora, a to z kolei spowodowało bolesny 
skurcz serca.
- Hermiona, przyjaciele mówią do mnie Herm... Wolałabym jednak żebyście mówiły mi 
Marabeth, lub Dianora - uśmiechnęła się nieśmiało. Zielonooka, która wydawała się jej na 
pierwszy rzut oka zarozumiała pannicą, ku jej zaskoczeniu, odwzajemniła promiennie uśmiech i 
łagodnie powiedziała:
- Jestem Estell i będę miała z tobą zajęcia savoir-vivre. Miło mi cię poznać, Marabeth.

background image

Panna Granger znowu usłyszała chichot. Odwróciła się w prawo. Właścicielka chichotu była 
pulchnawa i piękna rudowłosa dziewczyna o oczach koloru morza i ciemno-karminowych ustach; 
wyglądała na nie więcej niż osiemnaście lat.
- Gertrudo! - Madam Rose spojrzała z delikatną naganą na nastolatkę - Gerti jest od dwóch dni, 
wczoraj zakończyła naukę, ale chyba cała nauka o dobrym zachowaniu poszła w las - zwróciła 
się do Hermiony. - Jak nie przestaniesz chichotać - pogroziła kromką chleba z masłem w stronę 
rudej - to twoje zdjęcia w folderze znajdą się dopiero za tydzień.
Dziewczyna zamilkła, ale nadal patrzyła na Hermionę z zaciekawieniem i rozbawieniem. Panna 
Granger odwróciła od niej wzrok i zajęła się swoją jajecznicą. Widać groźba wstrzymania 
ukazania się zdjęć w folderze pozytywnie działa na dziewczęta.
No tak... Przecież to chodzi o pracę. Kto pierwszy ten lepszy przyszło jej na myśl, gdy nalewała 
sobie herbaty do kubka. 
Tymczasem dziewczęta zaczęły rozmawiać między sobą o owym arystokracie.
-... no i oglądał te zdjęcia przez godzinę i nic - relacjonowała szatynka o niezwykłych 
granatowych oczach. 
- Norma - mruknęła Estell i posmarowała sobie chleb masłem - No to, Marabeth, co wcześniej 
porabiałaś? - zwróciła się do Hermiony.
- Eee... pracowałam w Ministerstwie - odpowiedziała niepewnie. Zielonooka podniosła brwi 
wysoko.
- W ministerstwie? To pewnie znasz jakieś szychy - mrugnęła do niej.
- My też znamy, Estell - wtrąciła owa granatowooka szatynka. Dziewczęta roześmiały się a 
Hermiona uśmiechnęła blado. Rose pokręciła głową z lekkim uśmiechem i wzięła następną 
kromkę chleba.

Po piętnastu minutach Hermiona poczuła się całkiem swobodnie i rozmowa przy śniadaniu 
minęła wszystkim w sympatycznej atmosferze. Marabeth był zaciekawiona tym wybrednym 
arystokratą. Nawet zaczęła sobie wyobrażać, że ma około czterdziestu lat i jest przystojnym 
wysokim, tajemniczym brunetem, a także że go nikt nie zna, bo przecież dziewczyny mówią "ten 
arystokrata". Nie wiedziała, że nie można operować imionami i nazwiskami mężczyzn, którzy 
przychodzą do Domu Marzeń, nawet między sobą (chyba, że sam na sam z jakąś drugą 
dziewczyną w zaciszu apartamentu, kiedy mówiło się o tym kto jaki jest w łóżku).
- A jaki ona jest, ten wybredny? - spytała nieśmiało, gdy kończyła kolację.
- Młody i śliczny - Gertruda ponownie zachichotała.
- Znany w naszym cudownym świecie londyńskich magicznych szych - powiedziała Madame 
Praustin. - Właściwie wszyscy go znają.
- To Dlaczego mówicie o nim, jakby był kimś tajemniczym?- Hermiona nie mogła tego 
zrozumieć. - Czemu nie powiecie jak się nazywa?
- Bo kurytaznom nie wolno zaradzać imion swoich klientów ani kandydatów na klientów - rzekła 
Madame Rose zanim którakolwiek z dziewcząt zdążyła odpowiedzieć. Hermionę to zaskoczyło, 
ale nie skomentowała tego. Postanowiła powstrzymać swą ciekawość i nie pytać o nic więcej.
- Zjadłaś już? - spytała Estell. - Im wcześniej zaczniemy tym lepiej.
Hermiona pokiwała głową i złożyła widelce na talerzu.
- To idziemy - zielonooka wstała i to samo zrobiła panna Granger.
- Powodzenia - zawołała za nimi Gertruda, gdy wychodziły. Hermiona odwróciła się przez ramie 
i posłała nastolatce słodki uśmiech.
Estell poprowadziła ją do pokoju na końcu korytarza.
Biedna Hermiona przez dwie godziny uczyła się jak wstać, jak siadać, jak krzyżować nogi, a 

background image

kiedy, broń Boże, ich nie krzyżować, jak wysławiać się w towarzystwie z wyższych sfer. Z 
wysławianiem się szło jej całkiem dobrze, ale z resztą się męczyła.
- Nie dam rady, nie nadaje się - rozpłakała się rzewnie, po kolejnym zbyt szybkim klapnięciu 
tyłeczka na krzesło. - I i... JESTEM BRZYDKA!
- Przestań! - obruszyła się Estell. - Jesteś bardzo ładna i masz urocze piegi na nosie. Każdy facet 
się w nich zakocha, a jak się nie zakocha to jest głąb! Jesteś naturalna, oczywiście poza tymi na 
czarno ufarbowanymi kłaczkami, ale to dodaje ci tylko surowego uroku. Masz piękne oczy i tak 
naprawdę świetnie ci idzie. Ja przez pierwsze trzy godziny siadałam jak kłoda, ty za godzinę 
osiągniesz mistrzostwo, jeśli nadal będzie szło ci tak dobrze jak do tej pory.
- Jestem szlamą i nikt mnie nie zechce!
- No nie! Ja jestem mugolką i miał mnie przez pół roku Blaise Zabini, teraz musiał wyjechać i nie 
zabrał mnie ze sobą, ale jak wróci to mam... ups Cholera. Zdenerwowałaś mnie i się 
wygadałam... - Estell miała głupiutką minę.
- Nikomu nie powiem - obiecała Hermiona patrząc z zaciekawieniem na Estell. - Jakie jest twoje 
prawdziwe imię?- spytała nagle.
- Jane... - odpowiedziała nieśmiało Estell i spojrzała w kąt.
Hermiona uśmiechnęła się do niej ze zrozumieniem.
- Ładnie... A co takiego masz zrobić z Blaisem? - spytała zaintrygowana Hermiona.
- Nieważne - odpowiedziała Estell choć na policzkach nadal miała lekkie rumieńce wywołane 
złością na siebie samą - Koniec pogaduszek i jazda do pracy. A jeśli jeszcze raz usłyszę tekst w 
stylu „Jestem szlamą i nikt mnie nie zechce” to osobiście dam ci klapsa. A uwierz, potrafię mocno 
uderzyć - mrugnęła do niej. Hermiona wpatrywała się w nią przez chwilę zaskoczona, gdy Estell 
się roześmiała pojęła, że ta sobie z niej żartuje.
- Dobra, koniec żartów i do pracy - zarządziła dziewczyna , gdy się już trochę uspokoiła.
Dwie godziny później Hermiona chodziła już i siadała jak prawdziwa dama. Dowiedział się też 
jakie sztućce do czego służą, i chociaż trochę ją przerażało, że będzie musiała wieczorem 
udowodnić Madame Praustin, że zachowuje się bez zarzutu, cała zabawa z savuar - vivrem 
bardzo jej się spodobała.

**

- No i co o tym myślisz? - spytała ją Estell po godzinnej rozmowie na temat seksu, która odbyła 
się między nimi po obiedzie, wskazując na piękną rycinę przedstawiającą dwoje ludzi w jakiejś 
egzotycznej pozycji miłosnej. Właściwie Estell mówiła, a Dianora Marabeth słuchała. Hermiona 
była cała zaróżowiona, a wszystko wskazywało na to, że to był dopiero początek.
Ja myślałam, że jestem doświadczona - pomyślała przygryzając dolną wargę - Ojej.
- Trudne - stwierdziła cicho. Estell uśmiechnęła się do niej szeroko.
- Tak ci się tylko wydaeę - powiedziała i przerzuciła kartkę.
Hermiona nie odpowiedziała i utkwiła wzrok w następnej pozycji.
I ja mam to wszystko umieć zrobić? - spytała siebie w duchu. Nawet z Wiktorem nie kochali siew 
taki sposób. Można powiedzieć, że ich pozycje były bardziej... tradycyjne.
- Ale tak to trzeba umieć - szepnęła zawstydzona.
- Kochanie - zaśmiała się Estell - to nie tak, że ty musisz wszystko umieć, powinnaś tylko się 
orientować. Moim pierwszym klientem był facet, który uwielbiał kochać się w tradycyjny 
sposób. Powinnaś po prostu wiedzieć, że można kochać się na rozmaite sposoby i nie robić 
wielkich oczu, kiedy facet, który się tobą zaopiekuje zaproponuje ci coś nietypowego... Nie 
musisz być akrobatką i doświadczoną jak zawodowa prostytutka kobietą. Nie to jest 

background image

najważniejsze, raczej samo podejście do seksu. Miałyśmy tu kiedyś dziewicę, wiesz jak szybko 
znalazła sobie opiekuna? - posłała Marabeth uspokajające spojrzenie i wróciła do rycin. 
Przerzuciła parę stron i z szelmowskim uśmiechem wskazała palcem na pozycję zwaną potocznie 
sześćdziesiąt dziewięć. Czerwona jak burak Hermiona odwróciła wzrok.
- Chyba nie powiesz mi, że to jest trudne do wykonania? - powiedziała z niewinną minką Estell - 
Jane.
- No... nie jest - odpowiedziała zażenowana dziewczyna.
- No widzisz - uśmiechnęła się zielonooka - OJ! Przestań się rumienić, bo jeszcze mi się tutaj 
spalisz ze wstydu. I co wtedy powiem Rosy? - zażartowała, na co panna Granger zrobiła się 
jeszcze bardziej czerwona... o ile to tylko możliwe.
- Jejuś... Dianora... spokojnie. Dasz sobie radę. To naprawdę nie jest trudne - westchnęła Estell - 
Jeśli to cię pocieszy to ja również przez to przechodziłam i zachowywałam się dokładnie jak ty... 
Musisz przebrnąć przez ten magiel, kochanie.
- Dobra, chcę wiedzieć co o tym myślisz - wyczekująco popatrzyła na nową adeptkę.
- Eee. No chyba jest bardzo przyjemne... - Estell uniosła bardzo wysoko brwi. Zachciało się jej 
śmiać.
- Chyba? Kobieto, czy ty naprawdę przez kilka lat chłopa miałaś? - pokręciła z niedowierzaniem 
głową - Wiesz co? Gertruda ma osiemnaście lat i jest dziewicą, i jak jej przed wczoraj pokazałam 
tą rycinę, wykrzyknęła: "ja tak chcę!" Uważam, że jej reakcja była dużo bardziej prawidłowa.
- No, widzisz, ja się nie nadaję... - Hermiona była bliska łez.
- Dianora, nie mów tak... masz złe podejście przede wszystkim do siebie samej. Musisz uwierzyć, 
że jesteś atrakcyjna i zasługujesz na wszystko co najlepsze. Przepraszam, nie powinnam była cię 
porównywać do kogokolwiek, każda z nas jest inna i każda inaczej reaguje.
- Nie jestem beznadziejna?
- Nie jesteś Marabeth. Nie dostałabyś tu pracy - powiedziała łagodnie Jane i pogładziła Hermionę 
po gęstych czarnych włosach.

Zanim Hermiona przystąpiła do egzaminu, spędziła z Estell jeszcze wiele godzin. Dziewczyna 
była bardzo zadowolona z jej postępów i stwierdziła , że Hermiona może „spokojnie iść na spytki 
Rosy”. Sama panna Granger również czuła swego rodzaju dumę, ale to uczucie nikło przed 
lękiem spowodowanym wynikami egzaminu. Gdy była jeszcze w szkole lubiła wszelkie testy, ale 
gdy dochodziło do ogłaszania wyników była okropnie nerwowa. Obawiała się, że obleje z czego 
na pewno się ucieszy ten przebrzydły Malfoy albo jego ukochana dziewczyna, Pansy. Teraz, gdy 
w pobliżu nie było ani Malfoya, ani Parkinson nadal odczuwała lęk.
To chyba normalne - pomyślała idąc do gabinetu Madame Rose.
Nieśmiało zapukała do drzwi i po usłyszeniu krótkiego acz stanowczego „Proszę” weszła do 
pomieszczenia.
Stres powoli minął gdy okazało się jak egzamin wygląda. Madame Praustin po prostu z nią 
rozmawiała. Rozmawiała tak jak rozmawia się w wyższych sferach, gdzie elita przebywa wśród 
samych swoich. Ponieważ Hermiona była oczytana, umiała się ładnie wysłowić i posiadła duża 
wiedzę ogólną, a jej zachowanie było nienaganne - na co kładła przez te dwa dni nacisk Estell, 
przeszła cały test śpiewająco, a na koniec dowiedziała się, że:
Wielu mężczyzn z wyższych sfer zachowuje się bardzo naturalnie, takie umiejętności będą jej 
przede wszystkim potrzebne, gdy znajdziesz się na przykład na przyjęciu w snobistycznym gronie, 
nie na co dzień. Na co dzień liczy się to żeby była miła, taktowna, nie narzucająca się i zawsze 
dyspozycyjna jeśli chodzi o seks...
- Uhm - kiwnęła wówczas głową i przygryzła wargę.

background image

- Coś cię gryzie? - spytała Madame.
- Nie... To znaczy tak. Po prostu nie wiem czy dam sobie z tym wszystkim radę... i czy się 
komukolwiek spodobam.
Ku jej zdziwieniu kobieta roześmiała się.
- Ależ oczywiście, że się spodobasz. Wiesz co... Nie myśl o tym już bo to tylko szkodzi urodzie - 
mrugnęła do niej. Hermiona uśmiechnęła się. Później rozmawiały już o córeczce Hermiony. To 
znaczy Madame się spytała jak tam dziecko i panna Granger opowiedziała jej o Destiny. 

**

Nim Draco zdołał się obejrzeć lato minęło i nastały pochmurne, deszczowe i zimne dni 
zwiastujące początek jesieni. Były Ślizgon wiedział doskonale co to oznacza: zbliżał się koniec 
września a co za tym szło, kończyła się cierpliwość ojca i kończył się termin wypełnienia 
ultimatum.
Cholera - przyszło mu na myśl, gdy wpatrywał się w biały sufit w swej sypialni. Znał ojca ( w 
końcu mieszkał z nim pod jednym dachem) i wiedział, że to BARDZO uparty człowiek, który 
jest zdolny do takiego czynu.
Cholera - powtórzył w myślach raz jeszcze i podniósł się by spojrzeć na magiczny kalendarz 
zawieszony na ścianie naprzeciwko. Wszystkie cyferki aż do dnia dzisiejszego były poskreślane 
czerwonym kolorem a cyfra przedstawiająca trzydziestkę zakreślona w kółeczko kolorem 
zielonym.
Tak się złożyło, że dziś był dwudziesty ósmy wrzesień co oznaczało, że pozostały mu dwa dni.
- Niedobrze - powiedział na głos wstając z łoża - Bardzo niedobrze - poprawił się zerkając na 
kalendarz raz jeszcze. Dziś miał ostatnią szansę... No może jeszcze jutro, ale był pewien, że jutro 
to już nikogo nie znajdzie. Tego jednego to był właściwie pewien.
- Ubrał się w czarną szatę, przeczesał długie blond włosy i ruszył na dół, na śniadanie. Gdy 
wszedł do bogato urządzonego salonu ojciec uśmiechnął się do niego z tryumfem.
- I jak idą poszukiwania? - spytał od niechcenia.
Draco z trudem opanował w sobie żądzę mordu i uśmiechnął się równie zimno jak jego rodziciel.
- Bardzo dobrze - odpowiedział zasiadając do śniadania.
- Doprawdy? - zadrwił Lucjusz Malfoy - Pamiętaj synu, termin ultimatum mija trzydziestego 
września. Wybierz żeś w końcu kogoś ! - ostatnie zdanie wykrzyczał. Narcyza Malfoy oderwała 
wzrok od najnowszego katalogu sukien zaprojektowanych przez Madame Malkin i spojrzała na 
swego męża z niesmakiem.
- Lucjuszu, nie krzycz. Nie mogę się skupić -powiedziała i wróciła do przyglądania się krojowi 
sukni koktajlowej z japońskiego jedwabiu -Co myślicie o tej kreacji? -spytała pokazując 
mężczyznom katalog.
- Może być - mruknął Dracon.
- Ładna, kochanie - stwierdził Mafloy Senior. 
- Czy ja wiem... Jest zbyt... prosta - rzekła Narcyza i przerzuciła stronę.
-Jeśli tak uważasz, Narcyzo - powiedział Lucjusz i otworzył Proroka Codziennego.Jego 
małżonka nie odpowiedziała: zainteresowana była teraz inną suknią spod igły Madame Mlakin. 

Po śniadaniu Malfoy junior skierował się do salonu, skąd miał aportować się na Pokątną a 
stamtąd do dwóch przybytków zamieszkiwanych przez Kurtyzany
Okey, najpierw Dom Marzeń - pomyślał. Polubił Madame Praustrin i dlatego wolał najpierw iść 
do niej. Ta kobieta mogła mu nawet coś doradzić. Była przesympatyczna i miła. Widać było też, 

background image

że ma dobry gust i to we wszystkim, nie tylko w ubiorze.
Aportował się przed wejściem, poprawił kołnierz eleganckiej czarnej szaty, zrobił odpowiednio 
wyniosłą i zarazem przyjazną minę, odchrząknął i uznał, że bardziej profesjonalnie będzie 
związać luźno, przydługie włosy, na karku. Tak też zrobił i powtórzył cały zabieg od nowa.
- Raz goblinowi stryczek - powiedział na głos i otworzył zamaszyście drzwi.
- Witam panie Malfoy - Madame nawet nie odwróciła wzroku od folderów. Poza Hermioną 
przybyła, co prawda, tylko jeszcze jedna nowa dziewczyna, ale dwie wróciły od swych 
dotychczasowych opiekunów i należało odświeżyć im fotki.
- Proszę usiąść - w końcu raczyła na niego spojrzeć i wskazała mu fotel naprzeciw siebie. - 
Ciekawa jestem, jakie teraz wady odnajdzie pan w moich podopiecznych... Proszę bardzo te dwie 
ostatnio wróciły od bardzo wpływowychcCzarodziejów, dla których były, że pozwolę sobie 
zacytować elokwentne, łagodne, mądre, posłuszne, etc....
Draco wziął w prawą dłoń dwa cienkie foldery...
- Takie wielkie oczy, niemal wyłupiaste - mruczał pod nosem oglądając pierwszy.
- Eveline ma śliczne oczy - Madame Praustrin pokręciła głową i westchnęła głośno.
- Eee, strasznie blada i ma za jasne włosy - oznajmił, marszcząc nos przy drugim folderze.
- Panie Malfoy - nie wytrzymała właścicielka przybytku - już nie wiem, co z panem zrobić. Nic 
się panu nie podoba w tych dziewczynach?
- Ja nie czuję tego czegoś kiedy na nie patrzę. A to ma być kobieta, z która będę spędzał i noce i 
dnie, i na którą będę łożył kasę. Ona musi być... Sam nie wiem jaka - wzruszył ramionami i 
popatrzył gdzieś w przestrzeń na Madame.
Praustrin przyjrzała mu się uważnie. Miała go za niewydarzonego, wybrednego bachora, ale on 
rzeczywiście czegoś szukał, chociaż sam nie wiedział czego.
- Proszę - powiedziała podając mu intuicyjnie jako pierwszy folder, na który widniały srebrne 
litery na zielonym tle (tak chciał fotograf, bo „tej małej to pasowało”) Dianora Marabeth.
- Fajna ksywa - oznajmił - i super kolorki - uśmiechnął się szeroko.
Dorosły chłop i taki infantylny, z nimi jak z dziećmi - pomyślała Rose.
- Ona cała jest fajna - powiedziała na głos. - Aha, to jest nowa dziewczyna. Jest wspaniała, ale 
pan zapewne i tak znajdzie w niej same wady.
Draco wzruszył ramionami i przewrócił stronę, a Madame Praustrin wpatrywała się w niego 
uważnie. Założyła się z Secile (jej konkurentką) o skrzyknę przedniego wina, że wybredny 
Malfoy właśnie u niej wybierze dziewczynę. Nie trzeba dodawać, że zależało jej na wygranej.
Nie wiedziała jakiej reakcji spodziewać się po arystokracie, ale na pewno nie spodziewała się 
czegoś takiego.
- Wow - powiedział cicho i wlepił spojrzenie w pierwsze, najbardziej chyba niewinne zdjęcie 
Hermiony. Jak wszystkie inne i to było czarno-białe, dlatego błękitna, zwiewna sukienka 
opadająca do jej stóp miała na nim biały kolor, który pięknie kontrastował z czernią jej włosów. 
Ale mężczyznę urzekły smutne oczy dziewczyny i coś znajomego w rysach jej twarzy, sam nie 
wiedział co.
Gapił się przez dobrą chwile, w końcu spytał.
- A skąd ona jest i jak się naprawdę nazywa?
- Nawet gdybym wiedziała, nie mogę udzielić takiej informacji.
- Rozumiem - Draco zachłannie przejrzał album i wbił wzrok w kobietę naprzeciw niego.
- Ja ją chcę - powiedział. - Ją i żadną inną. 
Trzeba przyznać, że madame zatkało. Wybredny panicz okazał się być bardzo konsekwentny w 
swym wyborze.
- Mam jeszcze jeden folder...

background image

- Nawet nie chcę na niego patrzeć - uciął młodzieniec.
- Oczywiście - kobieta była zaskoczona i szczęśliwa (skrzynka wina).
- Ile mam zapłacić za wizytę? Chcę tylko na nią popatrzeć, porozmawiać z nią, sam nie wiem, ale 
tylko ona wchodzi w grę.
- Sto pięćdziesiąt galeonów. Niech pan poczeka, zaraz wrócę. Muszę uprzedzić Dianorę o 
wizycie klienta.

**

Hermiona otworzyła drzwi i popatrzyła zaskoczona na gościa. Madame obrzuciła spojrzeniem 
nienagannie utrzymany pokój i samą dziewczynę, odzianą w skromny biały gorset i długi 
przezroczysty szlafrok. Wyglądała ślicznie.
- Będziesz zaraz miała gościa kochanie. Nie bój się, to ten wybredny, o którym plotkują 
dziewczyny. Mówiłam ci, że szybko kogoś znajdziesz. Masz to coś. Napij się wina, jeśli się 
denerwujesz, zaraz do ciebie przyjdzie.
Hermiona nie była w stanie nic powiedzieć. Kiwała tylko głową. Praustrin wyrozumiale 
cmoknęła ją w czoło i ruszyła na powrót do klienta, a dziewczyna drżącymi rękami nalała sobie z 
karafki cały puchar wina. Nie wiedziała o swoim gościu nic, tylko tyle, że jest cholernie bogaty i 
równie przystojny, przynajmniej według jej koleżanek. Nie mogły zdradzać nazwisk, nawet jak 
kogoś rozpoznały, a szkoda. 
Rozmyślania przerwało jej kolejne pukanie. Odstawiła puchar na stolik i dobrze zrobiła, bo 
pewnie wypuściłaby go z dłoni otwierając drzwi. Przed nią stał nie kto inny jak Draco Malfoy, 
Nemezis jej szkolnych lat.
- Witaj Marabeth - powiedział i uśmiechnął się do niej nie jak Ślizgon, ale prawie jak 
sympatyczny człowiek. Totalnie ją zamurowało.

ę

Rozdział IV 

Nie taki Malfoy straszny...

Hermiona dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że milczy troszeczkę za długo. 
- Witam. Proszę, niech pan wejdzie - przesunęła się w progu by zrobić mu miejsce. Wszedł do 
środka.
O żesz jasna cholera - przemknęło jej przez głowę. Teraz to wszystko miało sens. Znany w 
świecie czarodziejów, bogaty i bądź co bądź przystojny. I do tego wybredny, co pokazywał nawet 
za czasów szkolnych. Jednym słowem cały Malfoy.
Zamknęła powoli drzwi i podeszła do stolika z winem.
- Napije się pan czegoś? - spytała starając się by jej głos brzmiał naturalnie. Nie za bardzo i 
wiedziała jak ma się zachować, bo jej nauka nie przewidziała TAKICH sytuacji.
Malfoy rozsiadł się w białym, puszystym fotelu przy kominku.
- Wina - poprosił łagodnie. Hermiona podeszła powoli do stolika, świadoma że dziedzic 
największej fortuny czarodziejskiej w Wielkiej Brytanii obserwuje ja bardzo uważnie, i nalała z 
karafki, którą otrzymała od swej pracodawczyni, wina do jednego z pucharów.
- Proszę - podała mu starając nie dotknąć jego dłoni. Następnie zasiadła w fotelu naprzeciwko, 
założyła nogę na nogę (Estell stwierdzała, że ma bardzo ładne nogi i powinna je wykorzystać) i 
spojrzała na arystokratę z leciutkim uśmiechem.

background image

Mężczyzna popijał wino i przyglądał jej się uważnie.
Żeby mnie nie rozpoznał - poprosiła w myślach. Po chwili stwierdziła, że najlepszym dla niej 
rozwiązaniem będzie jeśli zacznie udawać, że nie ma zielonego pojęcia kim jest Malfoy.
Tak, to dobry pomysł - pomyślała poprawiając szlafroczek.
- A wiec jesteś nowa? - przerwał ciszę Malfoy.
- Tak - odpowiedziała z nieśmiałością. 
- Ach tak... - powtórzył cicho Draco.
Hermiona zacisnęła ręce na oparciu fotela i uśmiechnęła się nerwowo. Przeczuwała jakie może 
być jego następne pytanie i prawdę mówiąc to się go trochę bała. Ostanie ich spotkanie 
zakończyło mocną awanturą.
- Dlaczego zostałaś kurtyzaną? - spytał nagle. - Przepraszam... Jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj 
- dodał szybko, spuszczając wzrok.
Hermiona uśmiechnęła się lekko. Rozbawiło jej jego zachowanie. Była pewna, że gdyby wiedział 
kim ona jest, zachowałby się zupełnie inaczej.
A właśnie... - przyszło jej namyśl. Nagle dostrzegła szansę na uniknięcie trafienia pod opiekę 
Malfoya poprzez wyjawienie swego pochodzenia. Bardzo dobrze wiedziała, że brzydził się 
wszystkim co mugolskie. Nieraz jej to dobitnie uświadamiał.
- Nie, odpowiem. Nic się nie stało - uspokoiła go - Po prostu jestem samotna matką na dodatek z 
mugolskim pochodzeniem i dlatego trudno było mi znaleźć pracę - oświadczyła. 
Wyjdzie - stwierdziła obserwując jak Malfoy junior prostuje się w fotelu.
- Obydwoje twoi rodzice to mugole, tak? - spytał odstawiając puchar.
- Uhm - kiwnęła głową czując satysfakcję.

Draco zastanowił się przez chwilę. Przeważnie nie zadawał się ze szlamami. Nie przebywał 
nawet z nimi w jednym pomieszczeniu. Jednak w tej dziewczynie było coś... coś... sam nie 
wiedział co. Po prostu intrygowała go i po dłuższych oględzinach stwierdził, że już gdzieś ją 
widział. Była ładna, odpowiadała jego oczekiwaniom ... a przy okazji przypadnie do gustu jego 
ojcu.
A łysy goblin to chędożył – stwierdził w myśli i uśmiechnął się do niej.
- Twoje pochodzenie nie ma większego znaczenia - powiedział łagodnie.
Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną, ale szybko ukryła ów stan pod uśmiechem.
- Skoro już sobie wyjaśniliśmy tę kwestie to może powiesz czym się interesujesz? - zapytał 
sięgając po puchar. Trzeba było w końcu wypełnić czymś tę rozmowę.. no i on chciałby wiedzieć 
coś na jej temat.
- Hymm... Literaturą, sztuką, kinem... - zastanowiła się jeszcze - Różnymi rzeczami. A pan? - 
spytała.
- Mów mi Draco - powiedział - Słysząc pan czuję się starzej - mrugnął do niej. To była prawda. 
Młody Malfoy nienawidził jak ktoś do niego zwraca się per ”pan,” jednak status jego rodziny 
wśród społeczeństwa czarodziejskiego sprawiał, że udzie właśnie tak do niego się zwracali. Po 
drugie, kojarzyło mu się to od razu z jego ojcem. 
- Dobrze - rzekła, a blondyn odniósł wrażenie, że głos jej zadrżał. - A więc czym się 
interesujesz... Draco? - powtórzyła pytanie.
- Roztrwanianiem majątku ojca, libacjami i rozwiązłym seksem - odpowiedział z szerokim 
uśmiechem. - I dlatego tutaj jestem... Stary ma już tego dość - dodał z lekką irytacją.
- Wcale się nie dziwię - wymruczała pod nosem. Draco spojrzał na nią zdziwiony.
- Słucham? 
- Nic, nic - powiedziała szybko. - Tak tylko, pomyślałam na głos - poczuła, że zaczyna się 

background image

rumienić.
Ta moja szczerość - pomyślała z irytacją. Nie wiedziała jak młody mężczyzna zareaguje. Znała go 
jako wyczulonego na swoim punkcie egoistę, dlatego trochę ją zaskoczył stwierdzając ze 
wzruszeniem ramion:
- Skoro wszyscy mi mówią, że jest ze mną coś nie tak... no może poza paroma osobami, które 
korzystają z dobrodziejstw moich oszczędności u Gringotta, to chyba nie mogą się do końca 
mylić.
- Aha... - Hermiona zdobyła się na odwagę. - A co cię skłoniło, tak naprawdę, do przyjścia tutaj? - 
wypaliła i od razu przestraszyła się ewentualnej reakcji swojego... klienta.
Blondyn spojrzał na nią uważnie.
- Groźba utraty majątku - odpowiedział spokojnie.
- Aha - bąknęła tylko. Nie chciała się wypytywać o szczegóły. Po pierwsze dlatego, że uważała, 
że i tak jej już dużo powiedział. Jak na Malfoya, oczywiście. Trochę ja to zaskoczyło... chociaż w 
gruncie rzeczy Dracon zawsze miał bzika na punkcie mamony.
Przyglądała mu się przez chwilę uważnie i Draco doszedł do słusznego wniosku, że jego 
wyjaśnienie było dosyć lakoniczne.
- Stary kazał mi się trochę ustatkować i zabronił urządzać imprezy pod jego dachem... No cóż w 
sumie nie bardzo mu się dziwię, chociaż na początku byłem wściekły... Muszę też zacząć 
pracować. Właściwie nie wiem, po co ci to mówię - dodał nagle i wzruszył ramionami. - Jesteś 
jakaś taka sympatyczna i mam wrażenie, że cię znam...
-Wydaję ci się - zaśmiała się dziewczyna starając się nie okazać swego zdenerwowania.
Jeśli Malfoy odkryje kim jestem... – pomyślała ze zgrozą.
-Możliwe...ale nadal mam takie wrażenie - powiedział przechylając głowę i uśmiechając się do 
niej szelmowsko. Hermiona musiała naprawdę się wysilić, by nie okazać swego zaskoczenia na 
widok tego uśmiechu. W życiu nie została nim obdarzona przez Dracona Malfoya. Zwykle 
częstował ją zimnymi, pełnymi pogardy i wyższości „smirkami”, ale nigdy nie takim ...ludzkim 
wyrazem twarzy.
Niesamowite - pomyślała odwzajemniając uśmiech.
- Wiem, po prostu mi się podobasz! Ale i tak nie daje mi spokoju to, że jest w tobie coś 
znajomego... - Hermiona poruszyła się niespokojnie w fotelu, błagając wszystkie bóstwa, aby tak 
usilnie jej się nie przyglądał.
- Jeżeli pan szuka kobiety naprawdę doświadczonej, to źle pan trafił. Miałam w życiu tylko 
jednego mężczyznę i tylko jednego naprawdę znałam - oświadczyła nagle chłodno i z rezerwą. 
Sama nie wiedziała dlaczego. Nie chciała żeby ją rozpoznał i nie chciała żeby ją wypytywał o 
przeszłość. Okazało się, że wcale nie musiał być wrednym chamem, ale bała się, że gdyby 
zrozumiał z kim ma do czynienia, mógłby diametralnie się zmienić.
Ku jej zdziwieniu blondyn roześmiał się. Podniosła brwi do góry. Nie takiej reakcji się 
spodziewała.
- Jesteś naprawdę zabawna - stwierdził z szeroki uśmiechem. Hermiona nie rozumiała co go tak 
rozbawiło. Według niej nie powiedziała nic śmiesznego. No ale to Malfoy, a on ma przedziwne 
poczucie humoru... Jeśli w ogóle jakieś posiada.
- Nie szukam kobiety do łóżka, Marabeth - powiedział z powagą - Nie chodzi mi tylko o seks... 
Choć pewnie wyglądam na takiego - dodał jakby do siebie.
- Nie chodziło mi o to - dodała nieco łagodniej, stwierdzając ze zdziwieniem, że ten zimny 
egoista potrafi zachowywać się jak prawdziwy człowiek, który ma uczucia.
Ja chyba też jestem rasistką - pomyślała z niesmakiem. 
- Chodziło mi o to, że w erotyce to nie jestem zbyt doświadczona i nie można się po mnie wiele 

background image

spodziewać... - Boże co ona bredzi. Hermiona zdała sobie sprawę z głupoty własnej wypowiedzi 
i ugryzła się w język. Tak do klienta NIE MOŻNA BYŁO MÓWIĆ...
- Przepraszam, chyba jestem zdenerwowana - stwierdziła całkiem szczerze, tym razem pewna, że 
zraziła do siebie, w gruncie rzeczy, całkiem ciekawego mężczyznę. Przecież kolejny klient 
mógłby się okazać dużo gorszy.
- Nic się nie stało - uspokoił ja łagodnie mężczyzna - To normalne .W końcu dopiero zaczynasz 
w tej... profesji - dodał po chwili namysłu. 
A ty niby nie? - spytała w myślach ze złością. Żadnej nie odwiedził, a jej mówi takie rzeczy. 
Chociaż.... to nawet dobrze, że stara się ją uspokoić. Odstawił pustą szklaneczkę na stolik.
-Nalać ci jeszcze? -spytała wstając. Chciała skierować rozmowę na inne tory niż seks, bo jakoś 
nie czuła się pewnie.
- Nie, dziękuję, ale jeżeli chcesz to pij, nie krępuj się - nie miał ochoty na wino, miał ochotę na 
towarzystwo tej uroczej dziewczyny. Nie był do końca pewien, czy próbowała go do siebie 
zniechęcić świadomie, czy niechcący i mało go to obchodziło. On już się zdecydował. Marabeth i 
żadna inna, a Draco Malfoy potrafił być bardzo upartą bestią.
Hermiona miała ochotę się napić, bo nadal była zdenerwowana. Nie wiedziała, czy chce aby 
Draco się nią zaopiekował, chociaż miała coraz mniejsze opory związane z jego osobą. Bała się 
tylko by jej nie rozpoznał.
- Ja chętnie się napiję - starała się, aby jej głos brzmiał naturalnie. Była trochę skrępowana, bo 
czuła na sobie jego uważny wzrok
Malfoy nic nie mówił i dziewczyna modliła się w duchu żeby powiedział cokolwiek.
Upiła łyk wina i ponownie usiadła w fotelu. Niepewnie popatrzyła na mężczyznę, który posłał jej 
uspokajający chociaż chłodny uśmiech.
- Marabeth, nie myśl, że ja uważam cię za prostytutkę - powiedział nagle bardzo cicho. - Nie 
przyszedłem do ciebie po prostu po usługi seksualne... 
Hermiona drgnęła; tak bardzo chciała zmienić temat, ale on chyba się uparł, żeby ją wprawiać w 
konsternację. Z drugiej strony to, co powiedział, było bardzo miłe i sprawiło, że poczuła się 
troszkę pewniej, chociaż nie do końca. Nie wiedziała, czy będzie potrafiła się przełamać jeżeli 
chodzi o seks i szczerze się obawiała...

Okazało się, że Draco nie był i idiotą i rozumiał jej obawy.
- Chodź do mnie - powiedział cicho, gdy skończyła pić wino. Posłusznie wstała i podeszła do 
mężczyzny.
- Siadaj - gestem wskazał na swoje kolana, a gdy się zawahała dodał z przekornym uśmiechem. - 
Przecież cię nie pogryzę.
Usiadła niepewnie i pozwoliła mu się objąć. Ku jej zaskoczeniu, dotyk Draco Malfoya okazał się 
bardzo miły, a jego bliskość przyjemna. Był ciepły, pachniał bardzo ładnie, a wargi, którymi 
musnął jej policzek były miękkie i delikatne. Powoli zsunął z jej ramion przezroczysty 
szlafroczek i pocałował odsłoniętą skórę. Hermionę przeszył przyjemny dreszcz i wstrzymała na 
chwilę oddech. Nie miała pojęcia czy mężczyzna zmierza się z nią kochać, czy nie. Trochę się 
tego obawiała, zwłaszcza, że był tym, kim był. Wrogiem z jej szkolnych lat.
- Popatrz na mnie - wyszeptał. W gruncie rzeczy podobała mu się jej naturalność, niepewność, 
nawet nieśmiałość. To była taka miła odmiana po przygodach z doświadczonymi, bezwstydnymi 
dziewczynami, które żeby było zabawnie, w towarzystwie uchodziły niemal za cnotliwe i dobrze 
wychowane. Pomyślał, że ma dosyć zakłamania, i że ojciec chociaż raz miał świętą rację. 
Spojrzała prosto w jego szare tęczówki i ze zdziwieniem nie znalazła w nich ani drwiny, ani 
pogardy, jedynie zaciekawienie i pełną ciepła zachętę i obietnicę.

background image

Pocałował ją. Hermiona zamknęła powieki i niepewnie, ale posłusznie oddała pocałunek. 
Smakował winem, tytoniem i swoim własnym specyficznym smakiem. Dziewczyna objęła go, 
pewniej przywierając do męskiego ciała. To co się działo sprawiało jej prawdziwą przyjemność.
- Widzisz? Nie zrobię ci nic złego - powiedział po dłuższej chwili i ją przytulił. Dłoń mężczyzny 
błądziła po jej plecach i Hermiona powoli się odprężała. Stwierdziła z zaskoczeniem, że chce aby 
Draco został jej opiekunem. Jakoś nie liczyła na to, że mógłby się zjawić ktoś równie ujmujący i 
wyrozumiały.
- Jeżeli chcesz się kochać - przełknęła ślinę i popatrzyła na niego niepewnie - to ja jestem do 
twojej dyspozycji - dodała i skarciła się w duchu za głupotę. Przecież wszyscy kliencie wiedzieli, 
że mogą skorzystać z wdzięków kurtyzany, do której idą z wizytą.
Uśmiechnął się do niej. Niemal ciepło.
- Wiem, Marabeth - powiedział łagodnie - i nawet mam ogromną ochotę, ale i tak chcę tylko 
ciebie, więc równie dobrze możemy się kochać dopiero u mnie w rezydencji. Chyba, że chcesz, 
abym rozwiał twoje obawy już teraz.
Hermiona przełknęła głośno ślinę. Tak naprawdę nie znała odpowiedzi na to pytanie. Była 
zaskoczona szybką decyzją mężczyzny, tym że chce tylko ją, nikogo innego, bo przecież nie 
zachowała się idealnie. Prawdę mówiąc to nawet pokpiła sprawę. Ta decyzja ją uspokajała, bo 
dawała gwarancję na zdobycie pieniędzy i to sporych, a jednocześnie budziła szereg obaw, bo co 
będzie, gdy Draco Malfoy ją rozpozna?; idiotą skończonym przecież nie jest. Nie mogła też 
liczyć na to, że jej kolejny klient okaże się tak taktowny, jak ten młody arystokrata. 
A teraz jeszcze takie pytanie...
Z jednej strony chciała zwlekać z tym jak najdłużej, z drugiej miała ochotę sprawdzić już teraz 
jak będzie, czy zdoła się w ogóle przełamać. Ale przecież i tak będzie musiała z nim sypiać, to 
część układu...
Targały nią wątpliwości. Poczuła silne, ciepłe ramię mężczyzny, który przytulił ją mocniej i 
usłyszała łagodny szept.
- Marabeth, tylko od ciebie zależy, czy będziemy się kochać już teraz, czy później, u mnie w 
domu. Czego chcesz?
Zaskoczona jego delikatnością, spojrzała mu w oczy i odrzekła całkiem szczerze:
- Naprawdę nie wiem.
Draco, widząc jej konsternację stwierdził, że lepiej dać jej trochę czasu na przyzwyczajenie się 
do tej sytuacji. Owszem, pragnął jej, ale potrafił się też powstrzymać.
Malfoy, gdzie ci się spieszy? - spytał siebie w myślach i westchnął.
Hermiona zadrżała usłyszawszy jak mężczyzna wypuszcza powietrze. Zastanawiała się czy teraz 
też ją będzie chciał skoro ona powiedziała, że "nie wie".
- Zrobimy tak... -zaczął blondyn delikatnie gładząc ją po ramieniu , a Hermiona popatrzyła na 
niego niepewnie. - Będziemy się kochać dopiero wieczorem, u mnie, dobrze? - pocałował ją 
delikatnie w kark.
Dziewczyna skinęła głową, była mu wdzięczna za taką decyzję. Draco się do nie uśmiechnął i 
znowu poczuła się nieswojo, wiedząc, że gdyby zdawał sobie sprawę z tego, kto siedzi mu na 
kolanach, wcale by się tak ciepło nie uśmiechał. Mimo tych niemiłych myśli także się do niego 
uśmiechnęła.
- Okey... Mogłabyś zejść? Bo muszę porozmawiać z twoją szefową - dodał widząc 
zdezorientowanie dziewczyny. Kiwnęła głową i zeszła z kolan arystokraty. Draco wstał i 
wygładził szatę, podczas, gdy jego przyszła towarzyszka stanęła przy stoliku z trunkami. Widział 
jej niepewność, więc uśmiechnął się do niej lekko. Wydawało mu się, że dziewczyna coś ukrywa, 
ale szybko odpędził od siebie tę myśl.

background image

-To ... do zobaczenia - powiedział i opuścił pokój. Skierował się do Madame. Kobieta siedziała 
teraz na jednym z foteli i rozmawiała z jakąś inną dziewczyną. Zauważyła go natychmiast, gdy 
wszedł do pomieszczenia.
- Przepraszam cię na chwilę, Hill, przyjdź za pół godzinki. Muszę porozmawiać z klientem.
- Oczywiście mam* - jasnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się leciutko, skłoniła się Malfoyowi i 
odeszła. Była mocno zaintrygowana; wyglądało na to, że wybredny arystokrata w końcu kogoś 
wybrał.
Szczęściara - pomyślała Hill, ale bez większej zawiści, bo dziewczyny były "wychowywane" 
przez madame Rose w siostrzanej atmosferze. Mawiała, że zawiść psuje wszelkie stosunki 
międzyludzkie.

Gdy dziewczyna wyszła Madame Rose spojrzała na młodego arystokratę starając się ni okazać 
swego zdenerwowania. Wierzyła w Hermiona, a sama reakcja młodzieńca na zdjęcie dziewczyny 
utwierdziła ją w przekonaniu, że może tej dziewuszce się powiedzie. Mężczyzna zasiadł na 
miejscu Hill i spojrzał uważnie na kobietę.
- Zdecydował się pan? -spytała niepewnie; niepewnie, bo przecież z Draco Malfoyem nic nigdy 
nie było wiadomo.
- Tak, chciałbym wziąć Dianorę Marabeth na utrzymanie - powiedział cicho, a dusza Madame 
Praustrin zatańczyła z radości kankana na myśl o minie rywalki.
- Rozumiem - pełnym godności głosem oświadczyła matrona. - Proszę w takim razie podpisać 
formularz, w którym obowiązuje się pan wpłacać na Dom Marzeń po dwieście galeonów 
tygodniowo. Pięćdziesiąt procent z tej sumy automatycznie będzie wpływało na konto Marabeth, 
które otrzymała wraz z zatrudnieniem. Gdy będzie pan z nią wychodził, proszę tu podejść, dam 
jej numer skrytki.
- Oczywiście - odpowiedział Draco, następnie przeleciał dokument wzrokiem i złożył swój 
staranny podpis pod umową.
- Jest pan też zobowiązany - ciągnęła łagodnie i rzeczowo Rose - traktować Marabeth z należnym 
jej szacunkiem, zapewnić jej godziwe utrzymanie i bezpieczeństwo.
- Wszystko rozumiem, proszę się o nią nie martwić - mężczyzna posłał Madame Praustrin 
uspokajający uśmiech - zapewnię jej wszelkie wygody.
- Liczę na to, ale muszę poinformować każdego klienta o warunkach współpracy. I jeszcze jedno; 
ponieważ Marabeth ma córeczkę, proszę jej umożliwić wizyty w Słonecznym Raju, gdzie mała 
została umieszczona, co najmniej raz w tygodniu.
- Oczywiście. A skąd samotna matka miała na wpisowe? Tam ceny są horrendalne - powiedział 
nagle zaskoczony.
- Bo jest też dobra opieka... Ja jej pożyczyłam i ja widzę, zainwestowałam słusznie....
- W takim razie proszę mi powiedzieć ile Marabeth jest winna. Zwrócę dług od ręki... - 
powiedział do mile zaskoczonej kobiety. Rose zaczynała myśleć o Draconie w coraz większych 
superlatywach. Widać było, że przejął się odpowiedzialnością za dziewczynę.
- Nie trzeba, ta dziewczyna jest bardzo honorowa. Zrobiłby jej pan przykrość - powiedziała 
łagodnie.
- Ależ ja ją o tym powiadomię. W końcu mam jej zapewnić wszystko czego potrzebuje, prawda? 
I muszę liczyć się z tym, że skoro ma dziecko to wiąże się to z dodatkowymi opłatami - 
młodzieniec sięgnął do sakiewki. - Proszę się nie krępować i podać sumę ...
- Skoro pan nalega, panie Malfoy - powiedziała kobieta - Trzysta galeonów.
Odliczył pieniądze i wręczyły je właścicielce z uśmiechem.
Kobieta schowała je do portmonetki.

background image

- Czy to już wszystko? - spytał wstając.
Madame Rose kiwnęła głową.
- Dobrze więc. Pójdę po Marabeth. - powiedział i ruszył w kierunku pokoju dziewczyny.
Kobieta odprowadziła go wzrokiem i, gdy zniknął za rogiem, o mało nie pisnęła z radości. 
Właśnie wygrała skrzynkę wina oraz dogodziła najbardziej wybrednemu klientowi, jaki trafił się 
jej w całej karierze.

*skrót od madame (broń Boże nie chodzi o mamę)

*
Draco zapukał cicho do drzwi, a następnie, nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. 
Okazało się, że Dianora nie ruszyła się sprzed stolika ani o krok. Teraz wpatrywała się w ogień, 
liżący drwa w kominku, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chłopak przyglądał jej się z dobre 
pól minuty zastanawiając się skąd zna tą minę. Jednak nie zdołał sobie przypomnieć toteż zbliżył 
się do niej i delikatnie objął w pasie.
- Dobrze się czujesz? - spytał cicho. Dziewczyna drgnęła.
- Och.. Przepraszam... Nie zauważyłam cię, Draco - powiedziała zarumieniwszy się lekko -Tak, 
dobrze.
-To świetnie – skwitował. - Możesz się spakować... Za chwilę wychodzimy.
-Dobrze - powiedziała i odsunęła się od niego powoli. Następnie podeszła do szafy i wyjęła z niej 
walizkę. Draco tymczasem zasiadł na fotelu i leniwie przyglądał się jej ruchom. 
Skąd ja ją znam? - myślał obserwując jak wkłada do walizki swoje rzeczy, kosmetyczkę, buty. 
Jak zbiera z półek swoja własność.
Spakowała się szybciutko do walizki i kufra, który stał w dużej szafie.
- Już jestem gotowa - powiedziała i nieśmiało się uśmiechnęła.
- To dobrze - Draco wstał i szybko rzucił zaklęcie zmniejszające wagę obydwu bagaży. Podniósł 
kufer i walizkę, i wyczekująco spojrzał na Hermionę. Wyglądała ślicznie w ciemnogranatowych 
dżinsach i czarnym golfie.
- Och, przepraszam - wyrwała się z zamyślenia i otworzyła mu drzwi.
- Dama przodem - kurtuazyjnie oznajmił młodzieniec i wyszedł za kurtyzaną.
Na dole Hermiona odebrała numer swojej bankowej skrytki od Madame Rose i podziękowała się 
z nią niemal wylewnie. Kobiety uścisnęły się serdecznie, a pani Praustrin szepnęła swojej 
pracownicy:
- Wiedziałam, że masz w sobie to coś... Powodzenia - dodała na głos gdy się już pożegnały i 
dwoje młodych ludzi stanęło w drzwiach. - Masz o nią dbać paniczu Malfoy, bo cię znajdę i 
uszkodzę, a teraz uciekajcie, mam pilne sprawy na głowie!

***

Gdy dotarli do rezydencji państwa Malfoyów, zastali w salonie jedynie Lucjusza. Mężczyzna 
niepomiernie się zdziwił widząc syna z dwoma bagażami i z kobietą. Nie podpitą, nie umalowaną 
jak ulicznica, tylko normalną, ładną i najwidoczniej skromną kobietą.
Nareszcie - pomyślał z ulgą.
- Witaj synu -powiedział obserwując jak Dracon stawia kufer i walizkę na podłodze.
- My tylko na chwilę, ojciec. Musze się spakować. - powiedział i obdarzył swego rodziciela 
pełnym satysfakcji spojrzeniem.
- Rozumiem - powiedział Lucjusz przenosząc swój wzrok na kobietę stojącą obok swego 

background image

jedynaka - Och! Przepraszam panią...- zaczął, wstając - Nie przedstawiłem się. Lucjusz Malfoy
ojciec Dracona - rzekł całując ją w rękę. Z przyzwyczajenia położył nacisk na swym nazwisku 
rodowym. Wiedział jakie wrażenie robiło na ludziach i w gruncie rzeczy nawet mu się to 
podobało.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego lekko.
- Dianora Marabeth - przedstawiła się.
-Miło mi panią poznać – powiedział. - Proszę spocząć. Jestem pewien, że synowi troszeczkę 
zajmie pakowanie - zerknął na swego pierworodnego, który ciskał w niego zimne spojrzenia. - 
Prawda, Draconie? -spytał znacząco unosząc brew.
-Tak, ojcze - odpowiedział mężczyzna.
Hermiona zerkała to na Malfoya seniora, to na juniora. Z Lucjuszem Malfoyem rozmawiała 
ostatnio w szóstej klasie...i nie miała z tym zbyt przyjemnych wspomnień. Teraz wszystko 
wskazywało na to, że znowu będzie musiała zamienić z nim parę słów, co wcale nie podnosiło jej 
na duchu. Owszem, wiedziała, że jeszcze jej nie rozpoznał...ale wszystko ma swój kres.
- Dianoro, za chwile wrócę - zwrócił się od niej młodszy mężczyzna i opuścił salon.
- Usiądź - powiedział Lucjusz wskazując na skórzany fotel. Zasiadła na jego brzegu i niepewnie 
spojrzała na mężczyznę.
- Dziękuję - powiedziała, skromnie układając dłonie na udach. Czuła się nieswojo. Lucjusz 
obserwował ją z niemym zaskoczeniem.
Boże, mój syn przyprowadził skromną kobietę, NORMALNĄ kobietę, chyba się upiję ze szczęścia 
- myślał i zachodził w głowę, co stało się Draconowi, że wybrał taką a nie inną, wiodąc do tej 
pory hulaszcze życie.
Widocznie nie jest takim idiotą jak myślałem - doszedł do wniosku i uśmiechnął się z wyższością 
(tak już miał) do dziewczyny. Hermiona poczuła niemiły skurcz w żołądku, ale odwzajemniła 
uśmiech.
- Napijesz się czegoś? - spytał. - Proponuję to co sam zamierzam sobie zrobić... Roztańczonego 
Jednorożca - mam słabość do silnych, lekko słodkawych drinków...
- Tak, poproszę - bardzo szybko odpowiedziała Dianora, mając na uwadze dodanie sobie odwagi.
Denerwuje się, czy co? Biedactwo... - pomyślał z przekąsem Lucjusz przyrządzając dwa 
porządne drinki w długich, kryształowych szklankach.
-Proszę – podał jej trunek. Wzięła szklankę niepewnie do ręki jakby się bojąc, że gryzie. Lucjusz 
zasiadł na fotelu naprzeciwko i popił swojego drinka obserwując ją uważnie. 
- Więc... Dianoro... – zaczął. Dziewczyna wbiła w niego wyczekujący wzrok.
Nie no... Ja się chyba naprawdę upiję - stwierdził obserwując dziewczynę. 
– Powinienem ci chyba pogratulować – powiedział z uśmiechem. Dziewczyna wyglądała na 
zaskoczoną.
- No tak, ty przecież nie wiesz. Chodzi o to, że mój sssyn – przeciągnął pierwszą literę wyrazu, 
marszcząc brwi – bardzo długo zastanawiał się nad wyborem odpowiedniej dla siebie kandydatki. 
Nie masz pojęcia, co potrafiło mu w dziewczynie przeszkadzać, ale może podam przykład... 
wulgarne spojrzenie... – widząc jej konsternację, ciągnął swój monolog dalej. Był trochę 
zaskoczony, kurtyzana powinna być elokwentna, a ona milczała i siedziała jak na szpilkach. - 
Jesteś więc szczęściarą, zwłaszcza, że wyglądasz na całkiem normalną dziewczynę. Chyba mój 
syn do końca jeszcze nie zidiociał. Myślę, że powinniśmy za to wypić, nie sądzisz? – spoglądał 
na nią uważnie i jako człek niegłupi, doszedł do wniosku, że są jakieś konkretne powody jej 
niepewnego zachowania. Nie zamierzał jednak o to wypytywać; chciał się dowiedzieć czegoś o 
samej dziewczynie. 
– To jak będzie? Wzniesiemy wspólny toast za wspaniały wybór mojego syna, Marabeth? – 

background image

uniósł brew i wyciągnął szklankę w kierunku Hermiony.
Panna Granger słuchała w milczeniu wywodu arystokraty. Z każdym słowem czuła się coraz 
gorzej, a gdy już Malfoy senior zaproponował toast za wybór Dracona, kompletnie nie wiedziała 
co ma zrobić. Wiedziała tylko, że powinna zachować trzeźwość umysłu, ale jak tu racjonalnie 
myśleć znajdując się pośród swoich wrogów, gdy oni o tym nie wiedzą? Tego nikt jej nie 
powiedział. Przez dłuższą chwile wpatrywała się w szklankę uniesioną przez Malfoya by w 
końcu unieść i swoją. 
Jakby mnie teraz widział Ron... albo Harry... - sama nie wiedziała dlaczego nagle o nich 
pomyślała. 
Otrząsnęła się i przywołała na twarz najbardziej uroczy uśmiech, na jaki było ją stać.
Dźwięczny brzęk szkła zgrał się idealnie z dźwięcznym śmiechem pana Malfoya:
- Jak chcesz, potrafisz być urocza – oznajmił wesoło. – Powiedz mi, co wcześniej robiłaś, skąd 
jesteś i w ogóle coś o sobie. Jesteś bardzo tajemnicza... Nie to co my, rodzina Malfoyów to coś, o 
czym rozmawiają niemal wszyscy czarodzieje, ach i wiedzą o nas nawet więcej, niż my sami – na 
jego wargach wykwitł drwiący i sardoniczny uśmiech. – Zdradź mi jakąś tajemnicę...
Ostatnie słowa mężczyzny spowodowały lekkie zblednięcie Hermiony, a ona sama zatuszowała 
konsternację cichym pokasływaniem. Kurs na coś się przydał.
- Jestem zwykłą dziewczyną, która straciła pracę. I mam maleńką córeczkę, którą musiałam 
oddać do Słonecznego Raju. To wszystko. Nie ma we mnie nic niezwykłego, ani tajemniczego, 
panie Malfoy – odpowiedziała grzecznie i upiła kolejny łyk drinka. Musiała przyznać, że 
przyrządzony był tak, jak w najlepszej knajpie czarodziejskiej, jeżeli nie lepiej. Widocznie 
Lucjusz miał wiele ukrytych talentów.
- Ja bym przysiągł, że to nie wszystko – odrzekł mężczyzna i popatrzył na nią przenikliwie, a 
Hermiona wstrzymała oddech. – Ale to dobrze, kobieta powinna mieć w sobie dozę tajemniczości 
– dodał ku jej uldze.
W tym momencie do salonu wkroczył Draco, a za nim skrzat domowy, który ciągnął spory kufer. 
Hermiona wstała. To samo zrobił Lucjusz. 
- Dziękuję za drinka, pani Malfoy – powiedziała odstawiając kryształowa szklankę na stolik 
stojący przed fotelem. Blondyn skinął nieznacznie głową i spojrzał na swego syna. 
- No cóż synu, upiekło ci się – zwrócił się do Dracona z zimnym uśmiechem po czym skierował 
swój wzrok na Hermionę. 
- Idziemy? – warknął Draco, któremu najwyraźniej pobyt w rodzinnym domu zaczął już ciążyć. 
Kurtyzana kiwnęła głową, a Malfoy junior pstryknął i natychmiast przy jej bagażach pojawił się 
następny skrzat. Hermionowe serduszko krajało się na widok nieszczęścia tych magicznych 
stworzeń, ale ona sama nie powiedziała ani słowa. 
– Miło cię było poznać, Marabeth – z zamyślenia wyrwał ja głos Malfoya seniora. Spojrzała na 
niego. Skłonił głowę nieznacznie, ale jego wzrok nadal był pełen wyższości. 
- Mi pana również – odpowiedziała uśmiechając się do niego delikatnie.
- To klucze do Dragon Cell – oznajmił Lucjusz, wręczając synowi pęk mosiężnych kluczy. – 
Hasło to Krew Jednorożca. Jeżeli je wypowiesz, wszelkie ochronne zaklęcia zostaną 
automatycznie usunięta i będziesz mógł założyć swoje własne.
- Oczywiście ojcze – Draco lekko skłonił głowę. – Do zobaczenia.
- Do zobaczenia w poniedziałek w Ministerstwie Magii... Zaczynasz pracę. Będziesz nowym 
wiceprezesem Wydziału Bezpieczeństwa Transportu i Komunikacji Czarodziejskiej – Hermiona 
drgnęła nieznacznie, słysząc nazwę wydziału. - Radziłbym trochę pracą się interesować, będzie 
dobrze płatna i lekka, ale musisz też podejmować ważne decyzje, więc nie narób mi wstydu. 
Godzina dziesiąta, mój gabinet. Ach – oczywiście zasiądziesz także w Radzie Nadzorczej, co 

background image

wiąże się z dodatkową pensją. Powinieneś sobie otworzyć nowe konto u Gringotta.
- Te sprawy mogą poczekać do poniedziałku, prawda? – spytał z lekkim rozdrażnieniem 
młodzieniec.
- Oczywiście, chcę tylko, żebyś się psychicznie przygotował, synu – odrzekł z przekąsem 
Lucjusz.
Dracon posłał ojcu protekcjonalne spojrzenie, a następnie zerknął na Hermionę jakby chciał jej 
dać do zrozumienia, że musi to znosić codziennie. 
- Chodź, Dian. Idziemy - powiedział wyciągając do niej dłoń. Kurtyzana, która myślami była 
jeszcze na stanowisku pracy wiceprezesa powierzonego nie znającemu się na rzeczy Malfoyowi, 
mechanicznie uścisnęła dłoń i dała się wyprowadzić z zamku Malfoyów. Nie wiedziała, że jest 
odprowadzana uważnym spojrzeniem Lucjusza aż do drzwi salonu.
Jestem pewien, że coś ukrywa - pomyślała głowa arystokratycznej rodziny czarodziejów 
zasiadając z powrotem w fotelu. 

Tymczasem Draco i Hermiona wyszli na zewnątrz, a za nimi telepały się skrzaty. Hermiona po 
raz pierwszy widziała dworek w Litte Winning i z zewnątrz wydawał jej się mroczniejszy niż 
wewnątrz, jednak, gdy aportowali się do Dragon Cell musiała przyznać, że to zamczysko 
wzbudza w niej strach. Było ponure, zapuszczone i mroczne. Brązowe liście pokrywały cały 
dziedziniec, a okna były pozasłaniane czarnymi zasłonami. Hermiona nieświadomie przysunęła 
się do mężczyzny. Dracon spojrzał na nią lekko zdziwiony.
- Nie bój się, to tylko stara rezydencja naszego rodu, którą mam przejąć... Tu nie straszy, chyba... 
– dodał z zadziornym wyrazem twarzy.
Dziewczyna uspokoiła się nieco, jednak w gdzieś w głębi duszy nadal czułą obawę. Doszli do 
dużych dębowych wrót ze srebrną kołatką w kształcie węża.
Ślizgoni... - niewiadomo dlaczego przyszło jej to na myśl, gdy Dracon wyjął z kieszeni płaszcza 
pęk kluczy danych mu przez ojca. Obserwowała jak wkłada srebrny klucz do zamka i przekręca 
go.
-Krew jednorożca – powiedział Draco. Chwilę później pchnął drzwi i zaprosił ja gestem do 
środka. Weszła powoli czując jak serce bije jej szybko w piersiach. 
-Lumos – rzekł mężczyzna i w holu zrobiło się jasno. Okazało się, że w środku było o wiele 
przyjemniej. Co prawda, nadal przeważały ciemne barwy to jednak dom wydawał się bardziej 
zadbany niż na zewnątrz. Draco odłożył pęk kluczy na mahoniowy stolik i zdjął swój płaszcz. 
Hermiona również się rozebrała rozglądając się dokoła z zainteresowaniem. 
-Gdzie to zanieść, paniczu? – zapiszczał skrzat.
- Zanieś nasze bagaże na górę, na drugie piętro - poinstruował skrzata Draco. 
- Do garderoby - dodał jeszcze i odwrócił się do Hermiony.
Skrzat odwiesił płaszcze państwa i posłusznie pstryknął palcami "zmywając się" z miejsca wraz z 
pakunkami Malfoya i Marabeth.
- Nie przestrasz się bałaganem. Co prawda skrzat tutaj sprzątał, ale ponieważ rezydencja jest 
nieużywana od prawie stu lat, to trochę tu brudno - uśmiechnął się do niej.
- Rozumiem – powiedziała tylko Hermiona i ponownie rozejrzała się po holu. Kamienne ściany 
pokryte były portretami przodków Malfoya juniora, którzy teraz zainteresowaniem przyglądali 
się dziewczynie, wymieniając między sobą komentarze. Wcale nie dbali o to, że mówią głośno. 
Hermiona starała się je ignorować, ale po pewnym czasie stwierdziła, że to bez sensu.
- Zimno mi – oznajmiła.
Może w salonie nie będzie nikogo - pomyślała.
Draco, który teraz sprawdzał warstwę kurzu na komodzie z niewyraźna miną, spojrzał na nią.

background image

- Idź na drugie piętro do sypialni i rozgrzej przy kominku, ja to zrobię w salonie na piętrze 
pierwszym... - wyciągnął różdżkę i usunął z komody kurz. - Chyba, że wolisz, abym ja cię 
rozgrzał? - uniósł sugestywnie brew i uśmiechnął się zadziornie, widząc lekki rumieniec na 
warzy kurtyzany.
- Nie zachowuj się jak dziewica, bo mnie speszysz - zażartował i podszedł do nie tylko po to by 
mocno cmoknąć ją w policzek. - Idź, rozpal w kominku, zaraz przyjdę ci pomóc, tylko zrobię z 
tym jakiś względny porządek.
Hermiona posłusznie oddaliła się z holu, przeklinając w duchu rumieńce na twarzy. Weszła 
powoli po starych, drewnianych schodach (Żeby się nie zawaliły, żeby się nie zawaliły - 
powtarzała przy tym w myślach) i znalazła się w holu na długim korytarzu na drugim piętrze.
Lumos - powiedziała wyciągnąwszy różdżkę. Od razu zrobiło się jasnej. Przemierzała korytarz 
ignorując zrzędzenie postaci z obrazów oraz otwierając każde drzwi w poszukiwaniu sypialni. W 
końcu dotarła do ostatnich wrót na tym piętrze i nacisnęła klamkę. Chwilę później weszła do 
przestronnej sypialni.
Lumos - szepnęła znowu kierując różdżkę na żyrandol, a następnie wycelowała w kominek. 
-Relashio - powiedziała. Czerwone języki ognia zapłonęły natychmiast, liżąc spróchniałe drewno. 
Dziewczyna podeszła do okien i szarpnęła za sznur zawieszony przy ścianie. Zasłony rozsunęły 
się z cichym "szru" wzbijając nikły dymek kurzu.
No tak, nie da się tego doczyścić tak szybko – pomyślała Hermiona i rozejrzała się po 
pomieszczeniu. Poza kominkiem i przeogromnym łożem, stały tam jeszcze jedynie dwie 
maleńkie szafki nocne. Sypialnia była urządzona w czerni i zieleni. Hebanowe łoże było zasłane 
satynową szmaragdową pościelą, a zdobił je baldachim jaśniejszy o jeden ton. Szafeczki były 
czarno-białe, zasłony butelkowo zielone, a ściany i sufit – białe. Kobiecie się tu spodobało, 
dlatego uśmiechnęła się blado i podeszła do dwuosobowego łoża, aby na nim nieśmiało usiąść.
Bardzo wygodne – pomyślała i doszła do wniosku, że chyba szybko przyzwyczai się do 
luksusów, chociaż było to trochę krępujące.
Zdjęła buty na niewysokim obcasie i wróciła do kominka. Usiadł na miękkiej, lamparciej skórze i 
popatrzyła w zamyśleniu na ogień.
Patrzenie w płomienie zawsze ją uspokajało... i w jakiś sposób dodawało odwagi.
To będzie cholernie trudne - przyszło jej nagle na myśl i przygryzła wargę. Nie chodziło jej tylko 
o ogólne stosunki z Malfoyem ani jego rodziną... Te, jak na razie były w miarę normalne. 
Problemem byli przyjaciele. Nie powiedziała im przecież, gdzie pracuje ani co się stało z małą 
Des. A jak zachcą do niej napisać? Przecież Hedwiga na pewno ją odnajdzie, a wówczas 
wszystko może się zmienić...
Odpędziła szybko od siebie pesymistyczne myśli "Co będzie , gdy...." i pomyślała o Destiny, 
która teraz pewnie spała smacznie w łóżeczku. Uśmiechnęła się do siebie wyobrażając jak 
dziecko przekręca się na prawy boczek.
Jakoś to będzie - pomyślała odgarniając włosy do tyłu.
Usłyszała za sobą ciche kroki.
- Siedzisz tak cały czas? – spytał miękki, męski głos.
- Tak – odrzekła zdziwiona. Zupełnie straciła poczucie czasu.
- Rozpaliłem w salonie i trochę tam uprzątnąłem. Nie chciałabyś zejść i wypić razem ze mną 
drinka? Albo kawy... Co chcesz – Draco położył dłoń na jej ramieniu
Czemu nie? - pomyślała dziewczyna.
- Chętnie - odrzekła, a młodzieniec wstał i podał jej dłoń.
- Dziękuję - powiedziała podnosząc się z wygodnego posłania.
Pocałował ją w policzek i objął talię dziewczyny.

background image

- Nie dziękuj - jego wargi musnęły ucho Hermiony. - Chodź, pokażę ci salon.

Zeszli na dół i Draco wprowadził ją do przestronnego pomieszczenia. Dziewczyna o mało nie 
gwizdnęła z podziwu: pokój był ogromny, z kremowym dywanem i sufitem oraz jasno-
niebieskimi ścianami, na których w jasnych drewnianych ramach wisiały obrazy przedstawiające 
baśniowe krajobrazy. Te, w przeciwieństwie do pozostałych malunków w Dragon Cell, były 
nieruchome. Światło wpadało przez ogromne, wysokie okna w których wisiały granatowe 
welurowe zasłony, i rozświetlało całe pomieszczenie. Obok białego kominka, przed którym stała 
sofa z dwoma fotelami a naprzeciw nich - stolik do kawy, znajdował się też dębowy barek z 
przezroczystymi drzwiczkami, przez które widać było wszystkie trunki. Na przeciwległej ścianie 
znajdował się duży regał wyłożony księgami od podłogi po sam sufit.
Hermiona z wielkim trudem powstrzymała się od podejścia do regału i rozpoczęcia studiowania 
choć jednej z lektur. W zamian pozwoliła się zaprowadzić do foteli przed kominkiem.
- Czego się napijesz? – spytał kurtuazyjnie mężczyzna, podchodząc do barku. – A może po prostu 
wyczarować ci kubek gorącej kawy?
- Napiję się tego, co ty, Draco – powiedziała grzecznie Hermiona. Miała ochotę na cokolwiek z 
procentami. Chodziło jej tylko o to, żeby podnieść się na duchu. Oczywiście musiała uważać, bo 
zbyt duża ilość alkoholu, mogłaby doprowadzić do tego, że rozwiązałby się jej język, a stad już 
niedaleka droga do tragedii.
- Wedle życzenia – odrzekł Malfoy i uśmiechnął się sardonicznie. – W takim razie proponuję 
zwykłą brandy z lodem. Rozcieńczyć ci wodą? – zapytał jeszcze dla pewności.
- Nie, wypiję nie rozcieńczoną – Hermiona cieszyła się, że trochę się odpręży od mocnego 
trunku.
Mężczyzna nalał do szklaneczek drinki.
- Dziękuję – powiedziała odbierając od niego trunek i zasiadając w jednym z fortelów przed 
kominkiem. Malfoy junior zrobił to samo. Hermiona co jakiś czas wodziła wzrokiem po 
obrazach, popijając trunek.
- A więc... oddałem twojej opiekunce pieniądze, które ci pożyczyła na utrzymanie dziecka – 
zaczął Draco 
Mężczyzna obserwował reakcję kurtyzany spod lekko ściągniętych brwi. Hermiona wyglądała na 
zirytowaną, niemal złą i na urażoną.
- Nie trzeba było - oświadczyła tak lodowatym tonem, że Malfoy się zdziwił.
- Posłuchaj, jesteś na moim utrzymaniu i powinienem zadbać o ciebie, a to oznacza, że moim 
obowiązkiem jest nie dopuścić, abyś miała jakiekolwiek długi. Poczekaj! - niemal krzyknął, gdy 
Hermiona otworzyła usta. - Ja zrobiłem to z przyjemnością. I jeżeli będziesz potrzebowała na 
cokolwiek większej kwoty to... nie krępuj się o tym mówić. Marabeth ja mam o ciebie dbać, 
troszczyć się o ciebie i to dotyczy także spraw finansowych. Nie traktuję tego jako rozrywki i nie 
żałuję swojego kroku. Rozumiem, że jesteś honorowa, ale ja też i to ja zadeklarowałem się wziąć 
cię do siebie, i ja mam zapewnić ci wszystko czego potrzebujesz, rozumiesz? - mówił bardzo 
łagodnie i Hermiona zastanawiała się skąd w jednej i tej samej osobie bierze się tyle 
sprzeczności? W końcu znany był z hulaszczego trybu życia.
- Rozumiem – odpowiedziała sucho po chwili milczenia i odwróciła wzrok, gdyż nie podobało jej 
się to, ale nie miała ochoty wszczynać na „dzień dobry” kłótni. Dobrze wiedziała jaki Malfoy jest 
honorowy, bo nie raz dobitnie udowodnił jej to w czasach szkolnych. 
Draco zmrużył oczy. Widział, że dziewczynie nie spodobało się to, że spłacił jej długi i już miał 
zamiar powiedzieć jej coś jeszcze na ten temat, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Skoro już to ustaliliśmy, to może opowiesz mi coś o swoim dziecku? – przerwał ciszę panującą 

background image

od dobrych kilku minut miedzy nimi. 
Hermiona uśmiechnęła się na to. Lubiła rozmawiać o Destiny, jak chyba każda matka.
- Jest jeszcze zupełnie malutka i musi mieć mamkę - powiedziała z czułością. - Taka jest drobna i 
maleńka... Najchętniej sama bym się nią opiekowała, ale nie mogę. Nigdzie nie chcieli mi dać 
pracy... Ja wiem, że to przez moje pochodzenie, bo wszyscy ci wielcy urzędnicy odwracali 
wzrok, gdy przychodziłam na rozmowy kwalifikacyjne i mruczeli coś pod nosem o braku pracy i 
zwiększaniu się bezrobocia w świecie czarodziejskim... - nagle zdała sobie sprawę, że się nad 
sobą użala i uśmiechnęła się przepraszająco. - Nie chciałam się tak wywnętrzać, przykro mi - 
powiedziała i upiła spory łyk trunku. Brandy była smaczna i rozlewała się przyjemnym ciepłem 
po jej ciele.
- Nie szkodzi. Postaram się być dla ciebie dobry, chociaż czuję, że cała ta sytuacja jest dla ciebie 
krępująca i tak naprawdę wolałabyś robić coś innego. Przepraszam, nie chciałem ci sprawić 
przykrości - ostatnie zdanie dodał, gdy wargi Hermiony drgnęły nieznacznie. Płaczące kobiety go 
przerażały - jak każdego rasowego samca zresztą. 
- Często widujesz się z córeczką?
- Jak dotąd robiłam to codziennie, wiem, że teraz tak nie będzie i chciałabym móc ją odwiedzać 
chociaż dwa razy w tygodniu - popatrzyła na niego z nieśmiałym błaganiem.
- Oczywiście - ku jej zdziwieniu popatrzył na nią bardzo łagodnie. - Będziesz mogła odwiedzać 
Destiny co drugi dzień i możesz u niej siedzieć nawet po dwie, trzy godziny. Pasuje ci to?
- Tak – odpowiedziała z radością. Ucieszyła się, że będzie widywać córeczkę dosyć często. Bała 
się, że mężczyzna nie zgodzi się nawet na te dwa razy. Draco uśmiechnął się do niej lekko i popił 
swój trunek.
- A ojciec małej? - spytał od niechcenia. Nigdy nie przypuszczał, że wyraz twarzy może się 
zmienić w tak krótkim czasie. Dianora spochmurniała i zacisnęła palce na szklance.
- Czy możemy o nim nie rozmawiać? – spytała drżącym głosem.
- Jasne – odpowiedział blondyn. – Przepraszam...chyba nie powinienem pytać – spojrzał na nią 
ze skruchą.
- Nie o to chodzi... Po prostu nie lubię o tym mówić – powiedziała i upiła łyk brandy. 
- Też bym nie lubił rozmawiać o kimś, komu zaufałem i kto zostawił mnie bez mrugnięcia okiem 
z kłopotem na głowie i bez żadnej pomocy... - nie dokończył bo kurtyzana wbiła w niego 
płomienne spojrzenie i niemal krzyknęła:
- Des nie jest problemem! - w jej oczach zalśniły łzy oburzenia. - Jest czymś najdroższym, co 
posiadam!
- Marabeth... - Draco starał się zrozumieć jej reakcję - ...dobrze wiesz, że nie to miałem na 
myśli... 
Odwróciła od niego gniewny wzrok. Jak on śmiał w ten sposób powiedzieć o jej skarbie?!
Mężczyzna wstał i odstawił pustą już szklankę na kominek.
- Nie gniewaj się, wiem, że to zabrzmiało obcesowo, ale chodziło mi o to, że ojciec dziecka 
zachował się jak nieodpowiedzialny gówniarz... Przepraszam, źle mnie zrozumiałaś, Dianoro - 
uniósł delikatnie jej brodę i zajrzał w ciemne, teraz pełne pasji i żalu, oczy. - A właśnie jak mam 
do ciebie właściwie mówić? Marabeth, czy Dianora? A może zdradzisz mi...
- Jak chcesz - przerwała mu bardzo szybko dziewczyna.
Zdziwił się, popatrzył na nią podejrzliwie, ale nic nie powiedział.
- Jak sobie życzysz - oznajmił łagodnie, pieszcząc palcami jej szyję. Delikatny dotyk sprawił, że 
Hermionie zakręciło się lekko w głowie. Draco pocałował ją w policzek i wyjął z jej dłoni pustą 
szklankę.
- Napijesz się jeszcze? - zapytał. - Czy może wolisz zjeść jakąś kolację? A może nie chcesz ani 

background image

pić, ani jeść, tylko iść się wykąpać. Co prawda jest jeszcze wcześnie, ale jeżeli masz ochotę, to 
się nie krępuj, Dian.
Hermiona spojrzała na niego uważnie.
Czy on chce mnie upić? - przemknęło jej przez głowę.
-Nie, dziękuję Draco... chyba coś zjem... – odpowiedziała – Tak, powinnam coś zjeść – 
powiedziała ciszej, wstając. Nie była pewna czy będzie w stanie przełknąć cokolwiek, ale 
wydawało jej się to teraz najlepszym pomysłem.
-W takim razie zapraszam do jadalnia – powiedział dzwoniąc w dzwoneczek. 
Hermiona uśmiechnęła się i poszła za Draconem.

Jadalnia była przestronnym i dosyć jasnym pomieszczeniem. Białe ściany i sufit nadawały 
przestronności, a mahoniowy stół był ogromny i mógł pomieścić swobodnie dwanaście osób; 
Malfoy junior poinformował ją, że da się on jeszcze powiększyć magicznie - w zależności od 
potrzeb - nawet dwukrotnie.
- Proszę usiąść - oznajmił kurtuazyjnie odsuwając jedno z krzeseł, a następnie klasnął dwa razy i 
pojawił się domowy skrzat. Hermiona obserwowała jak magiczne stworzenie, odziane w bialutką 
poszewkę kładzie na jej kolanach serwetkę. Ten obraz skojarzył jej się ze Zgredkiem i jego 
cierpieniami, jakie przeżył będąc w niewoli u Malfoyów. Ciekawa była czy nadal tak traktują swe 
sługi.
- Co możesz szybko podać? – spytał Draco, gdy skrzat i jemu położył serwetkę na kolanach –
Najlepiej cos lekkostrawnego – dodał zerkając na Hermionę. 
- Sałatkę, ryż z potrawką z królika i do tego wino – powiedział skrzat. Hermiona zdziwiła się, 
gdyż taki zestaw serwowano zwykle na obiad, a tu proponowano jej jako kolację.
-Tylko ? –spytał zimno Malfoy i skrzat skulił się nieznacznie.
-Tak, panie... –zapiszczał.
- Mnie to odpowiada – odezwała się szybko Hermiona. Nie chciała narażać skrzata na 
niepotrzebne nieprzyjemności. Domyśliła się, że w spiżarni pewnie są tylko te produkty.
- Tylko? - zapytał jeszcze raz Draco, patrząc na stworzenie nieprzychylnie.
- Panie, bardzo mało produktów jest w spiżarni, trzeba będzie je uzupełnić. Tylko wina jest dużo. 
O! Są jeszcze owoce - skrzat trząsł się ze strachu, oczekując ciosu, ale nic takiego nie nastąpiło.
- Rozumiem - sucho powiedział mężczyzna. - Jutro będziemy musieli uzupełnić zapasy na 
Pokątnej - zwrócił się do Hermiony. - A ciebie nie ma, ale już! Za pół godziny ma być kolacje a 
teraz życzę sobie owoce! - nawrzeszczał na skrzata Draco, a Hermiona poczuła napływ 
buntowniczego nastroju. Nie mogła jednak wybuchnąć, więc powiedziała łagodnie:
- Niepotrzebnie krzyczysz, skrzaty domowe są bardzo pokorne, po co je karcić za wszystko?
- Po to, żeby nie zapomniały, gdzie ich miejsce - uciął Malfoy, niepotrzebną według niego, 
dyskusję.
- One i tak doskonale o tym wiedzą - wymruczała pod nosem dziewczyna. Na jej nieszczęście 
mężczyzna to usłyszał.
- Wiesz, jak byłem w szkole to taka jedna dziewczyna - Hermiona poczuła jak serce podchodzi 
jej do gardła. - Założyła taki klub propagujący wolność skrzatów domowych. Dla mnie to był 
czysty idiotyzm, a ona tego nie rozumiała...– powiedział z irytacją i spojrzał na oddalającego się 
pospiesznie sługę. 
Hermiona wolała tego nie komentować mimo, że poczuła złość w sobie. Po pierwsze nie chciała 
się zdemaskowania, a po drugie wybuch blondyna uświadomił jej, że mimo wszystko, Malfoy 
nigdy nie porzuci swoich zasad.
-Twój ojciec to prawdziwy dżentelmen - powiedziała pierwszą rzecz by skierować rozmowę na 

background image

inne tematy.
Cholera, co ja pieprzę? Malfoy dżentelmenem? - skarciła się w duchu. - W ogóle po co ja mówię 
o jego ojcu?
 - zirytowała się, tym, że plecie co jej ślina na język przyniesie.
Młodzieniec uniósł ze zdziwienia brew:
- Hmm... - mruknął. - Odkąd pamiętam taki był. Chłodny, opanowany, zdystansowany, chociaż 
gdy wpada w gniew, lepiej mu schodzić z drogi. Potrafi znaleźć się w każdej sytuacji i nie 
popełnia towarzyskich gaf... Kurtuazji i wyrafinowanego języka było mu najtrudniej mnie 
nauczyć, dotąd mam z tym problemy, przynajmniej według mojego idealnego ojca - Draco sam 
zdziwił się szczerością własnego monologu, ale miał ochotę powiedzieć to Dianorze. - Nie 
musisz mi przypominać o jego doskonałości - chciał nie chciał, w tonie jego głosu, zabrzmiał żal.
- Ale ja wcale nie chciałam cię porównywać, tylko tak mi się powiedziało - Hermionie zrobiło się 
przykro, gdy zobaczyła lekką urazę i irytację w spojrzeniu mężczyzny. – Naprawdę... 
przepraszam... – dodała spuszczając wzrok. Teraz przeklinała się w duchu za tamto zdanie. Nigdy 
nie myślała, że Malfoy może tak zareagować na niewinny komplement pod adresem jego ojca. 
Zawsze podkreślał kim jest jego ojciec i jakie ma związku z tym profity utwierdzając Hermionę 
(i nie tylko ją, ale i również całe otoczenie) w zdaniu, że jest z niego dumny. A tu się okazało, że 
Ślizgon ma też kompleks na tym punkcie. Kompleks, że nigdy nie dorówna swemu ojcu.
Usłyszała dźwięk odsuwanego krzesła i ciche kroki.
Draco stanął za nią i położył dłonie na ramionach kobiety.
- Nic się nie stało - powiedział cicho. - To ja przepraszam za moje wywody, coś mnie napadło... 
Ależ jesteś spięta - dodał czując, jak bardzo napięte są jej mięśnie. - Nie denerwuj się tak, nie 
trzeba - wprawnie rozmasowywał jej kark i ramiona, a Hermiona powolutku się odprężyła.
I w tym momencie do jadalni wszedł skrzat niosąc misę owoców. Podszedł do stołu i postawił ja 
przy Hermionie. Następnie odszedł kłaniając się raz po raz, a jego długi nos dotykał posadzki.
Biedactwo - pomyślała dziewczyna, gdy za stworzeniem zamknęły się drzwi.
Hej... a jak on się w ogóle dowiedział o W.E.S.Z? - pomyślała nagle i zmarszczyła brwi. Przecież 
męczyła o to Gryfonów, a nie Ślizgonów. - Lubisz winogrona? – usłyszała, rozpraszający jej 
rozważania, szept Dracona przy lewym uchu.
Pewnie plotka rozeszła się po szkole - pomyślała, a na głos oświadczyła:
- Tak, lubię - i podejrzliwie popatrzyła na młodzieńca.
Draco uśmiechnął się do niej zalotnie, niemal drapieżnie, przesunął sobie krzesło i usiadł bardzo 
blisko dziewczyny.
- W takim razie się poczęstuj - wymruczał prosto do jej ucha i zbliżył do ust Hermiony, dorodne 
ciemne grono.
Kobieta zamrugała, ze zdziwienia, powiekami, ale posłusznie rozchyliła wargi. Winogrono było 
soczyste i słodkie, jednym słowem pyszne.
- Smakowało ci?- zapytał cicho Draco.
- Tak - odpowiedziała niepewnie.
Uśmiechnął się i pocałował ją, stanowczo rozchylając jej usta językiem.
- Masz rację - poczuła na uchu ciepły oddech mężczyzny. - Wyborne.
Następnie złożył na jej ustach niemal niewinny pocałunek. Była zdziwiona jego delikatnością. 
Spojrzał jej w oczy i pogłaskał po policzku. Wtuliła twarz w jego dłoń i spojrzała na niego spod 
przymrużonych powiek. Musiała przyznać, że to sprawiało jej przyjemność.
Draco zsunął dłoń na jej szyję:
- Jesteś tak słodka, że chyba nie dam ci zasnąć przez całą noc - wyszeptał jej do ucha i delikatnie 
je ugryzł.
Hermiona doważyła się śmiało spojrzeć Malfoyowi w oczy. W odpowiedzi mężczyzna 

background image

uśmiechnął się i gorąco ją pocałował. Kobieta coraz mniej bała się wspólnej nocy z Draconem, 
ale nadal odczuwała psychiczny dyskomfort. Po pierwsze dlatego, że czuła się nie fair zatajając 
prawdę osobie, po drugie dlatego, że mężczyzną z którym miała wylądować w łóżku był jej 
zagorzałym wrogiem z lat szkolnych.
Spuściła wzrok i przygryzła wargę. 
Kurczę, Herm, przestań tak myśleć bo wylecisz z tej roboty szybciej niż zdążysz powiedzieć słowo 
MAG
 - pomyślała ze złością jednak myśli o dyskomforcie nadal nie chciały odejść.
- Coś nie tak? - Draco źle zrozumiał jej reakcję i pomyślał, że być może pocałował ją zbyt 
natarczywie.
- To nie twoja wina. To ja, przepraszam... - Hermiona poczuła się nagle całkowicie bezsilna i 
postanowiła się zdać na łaskę losu, i nie rozważać wszystkich za i przeciw. To ją tylko 
psychicznie wykańczało.
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie.
- Jeśli nie chcesz.. - zaczął powoli. 
- Nie, nie.. - przerwała mu szybko dziewczyna - To znaczy... Wszystko w porządku. Chcę - 
dodała spokojniej
Draco ucieszył się w duchu, bo chociaż postanowił być wyrozumiały, nie uśmiechała mu się 
rezygnacja z Marabeth i odkładanie ich miłosnego zbliżenia na dzień kolejny. Ale, żeby okazać 
jej troskę, jeszcze raz, z powagą, zajrzał w ciemne oczy kurtyzany.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział cicho.
- Wiem... - Hermiona sama zdziwiła się swoją odpowiedzią. Skąd niby miała wiedzieć jak 
będzie? Kogo jak kogo, ale Malfoya nigdy do słownych by nie zaliczyła. Czuła jednak, że to 
prawda. Malfoy jakby na potwierdzenie swoich słów pocałował ją delikatnie w usta. Oddała 
pocałunek i mocno objęła mężczyznę. Próbowała odsunąć od siebie wszelkie niemiłe myśli, a 
Draco skutecznie jej w tym pomagał za pomocą dłoni, które błądziły delikatnie po jej ciele i ust, 
które zsunęły się na szyję kobiety. Hermiona zacisnęła mocniej powieki i cicho westchnęła. 
Coraz bardziej chciała tego zbliżenia, była w końcu młodą kobietą i jej ciało miało swoje 
potrzeby. I nie tylko ciało – ona potrzebowała realnej bliskości drugiej osoby, a Draco był w tej 
chwili tak czuły, że roztapiała się pod wpływem jego pieszczot.
Mężczyzna wstał, podniósł swoją podopieczną i zniósł ją na rękach do sypialni
Gdyby Hermionie chciało się oglądać pomieszczenie, doceniłaby, że jest urządzone z 
wyrafinowanym gustem. Ogromne, dębowe łóżko było przykryte ciemnozieloną satynową 
pościelą, która wspaniale współgrała z bardzo jasnym, stonowanym fioletem ścian. W oknach 
wisiały ciężkie, ciemnozielone welurowe zasłony ze srebrnymi lamówkami. Całości dopełniał 
biały sufit, dębowa podłoga i niewielka szafka przy łożu, także z dębiny. Ale Hermiona była 
zajęta czymś zupełnie innym i w tej chwili jej zmysły zarejestrowały tylko to, że łóżko w sypialni 
musi być wygodne.

Draco postawił Marabeth ostrożnie na podłodze, a ona objęła go mocno, przyciągnęła do siebie, 
wspięła się na palce i odnalazła wargami jego usta. Mile zaskoczony mężczyzna oddał jej 
pocałunek, a po chwili delikatnie ją od siebie odsunął. Powoli zaczął zdejmować z niej ubranie, a 
Hermiona, mimo własnej nieśmiałości, pomagała mu i to nie tylko ze swoją garderobą. Gdy byli 
zupełnie nadzy, pchnął ją delikatnie w kierunku łóżka, a ona dała się pokierować. Draco ułożył ją 
w chłodnej, satynowej pościeli i popatrzył z uznaniem na zgrabne ciało kobiety. Znowu wróciła 
irytująca myśl, że skądś ją zna, ale szybko otrząsnął się z niepotrzebnych w tej chwili rozważań. 
Hermiona coraz bardziej pragnęła się z nim kochać, bo delikatność i wyrozumiałość mężczyzny 
powolutku rozbudziły w niej zaufanie i dawno nie zaspokajane potrzeby fizycznej bliskości z 

background image

kimś wyjątkowym. Ku swojemu zdziwieniu nie zatęskniła za Wiktorem. Wyciągnęła ręce do 
swojego kochanka, a on ujął jej dłonie i lekko się do uśmiechnął. Zaskoczył ją; nie położył się na 
niej, ale obok i stanowczo przyciągnął kurtyzanę do siebie. Przez chwile patrzył jej gębko w 
oczy, by później złożyć na jej ustach delikatny pocałunek. 
- Jesteś śliczna – wyszeptał odrywając wargi od jej ust i ponownie zaglądając jej orzechowe oczy. 
Hermiona uśmiechnęła się leciutko na te słowa i odważyła się pocałować swego kochanka. Tym 
razem pocałunek był bardziej namiętny od tego podarowanego jej przez Dracona. 
Obydwoje napawali się ciepłem drugiej osoby, miękkością warg, smakiem i zapachem. Dłoń 
Dracona błądziła po plecach Hermiony, a ona zarzuciła nogę na jego biodro i przylgnęła do 
silnego, twardego ciała mężczyzny. Powolutku odsunął ją od siebie i pocałował zagłębienie szyi. 
Westchnęła cicho, w suwając palce w jego włosy.
Malfoy czuł się dziwnie. Chciał robić wszystko powoli, delikatnie, niemal z namaszczeniem. 
Nigdy wcześniej nie odczuwał takiej potrzeby. Teraz chciał zdobyć pełne zaufanie kobiety, nie 
zależało mu jedynie na zaspokojeniu swoich pragnień. Chciał nie tylko brać, ale przede 
wszystkim dawać. Pachniała czystością, szałwią i aloesem.
Pieścił dłonią jej spore, matczyne piersi całował ramiona kochanki. Był tak czuły, że Hermiona 
nie mogła powstrzymać się od cichutkich jęków i westchnień, a on chłonął każdy dźwięk, każde 
drgnienie jej ciała, jej zapach i smak. 
- Bardzo cię pragnę – wyszeptał jej do ucha.
- Ja ciebie też – z zaskoczeniem usłyszała własny, przytłumiony głos. Ale taka była prawda. 
Pragnęła go. Pragnęła bardzo mocno. Potrzebowała czyjejś bliskości, czyjegoś ciepła, a on to 
wszystko jej dawał.
Pchnął ją lekko na plecy i pochylił się nad nią, pieszcząc wargami jej szyję. Wyciągnęła ręce i 
przesunęła palcami po jego klatce piersiowej i brzuchu. Odsunął jej dłonie z cichym jękiem. Nie 
pozwolił więcej się dotykać. Przycisnął ręce kobiety do pościeli i całował każdy cal rozpalonej 
skóry. Hermiona zacisnęła powieki. Miała wrażenie, że za chwilę zemdleje z rozkoszy. Jego 
wargi były miękkie i ciepłe, a zmysłowe pieszczoty języka doprowadziły ją do głośniejszych 
jęków. Prawie krzyknęła gdy delikatnie pocałował jej najintymniejsze miejsce. Nie mogła 
powstrzymać ani cichego szlochu, ani bezwolnych ruchów bioder, kiedy ją tak pieścił.
Draco nie mógł dłużej znieść pożądania które czuł. Pragnął jej tak do bólu. Była taka naturalna i 
słodka.
Ułożył się na niej i posiadł ją. Zrobił to trochę gwałtowniej niż zamierzał, ale Hermiona nie 
poczuła bólu. Była zbyt podniecona. Krzyknęła cicho i oplotła go ramionami i udami. Kochał ją 
namiętnie. Wtulił twarz w jej miękkie czarne włosy i głośno jęczał, a kiedy doszedł na szczyt, 
omal się nie rozpłakał. Oddychał ciężko i ostatkiem sił zsunął się z kobiety i mocno ją do siebie 
przytulił. Przylgnęła do niego i słuchała mocnych uderzeń jego serca.
- Przepraszam – wyszeptał. – Chciałem być delikatny.
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Nie sprawił jej ani odrobiny przykrości.
- Ale przecież było mi z tobą bardzo dobrze. Nie przepraszaj – pocałowała go delikatnie w 
policzek.
- Mimo wszystko... Chciałem, żebyś osiągnęła spełnienie, przepraszam...
Zarumieniła się lekko i pocałowała go jeszcze raz.
- Było mi cudownie i nie chcę żebyś przepraszał – w odpowiedzi przygarnął ją mocniej. 

Milczeli przez chwilę, każde myśląc o tym, co przed chwilą dane im było przeżyć. W końcu 
Hermiona, która myślała, że Malfoy junior już niczym jej nie zaskoczy usłyszała.
- Mało kto jest takim darmozjadem i padalcem jak ja... Pewnie dlatego trafiła mi się taka 

background image

wyjątkowa i urocza dziewczyna. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie... – zapatrzył się w 
sufit.
- Dlaczego tak mówisz? – zapytała niemal zaszokowana.
- Bo tak właśnie sobie pomyślałem – odrzekł i rzucił jej ironiczne spojrzenie. – Tylko nie myśl, 
że skoro tak mówię, to znaczy że jestem dobry. Jestem nad wyraz egotyczną jednostką, Dianoro i 
doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wiem też, że to wina moich rodziców, zwłaszcza ojca, który 
teraz mi ten egoizm wypomina, ale to jest mało istotne.
- A ja uważam, że jesteś sympatyczny – wypaliła bez zastanowienia i bardzo szczerze panna 
Granger. W istocie tak właśnie uważała. Bo tak Draco się zachowywał.
- Jeszcze mnie zdążysz znielubić, skoro będziesz ze mną spędzała mnóstwo czasu – powiedział z 
gorzkim przekonaniem.
- To zależy tylko od ciebie – stanowczo odrzekła Marabeth i Malfoy westchnął przeciągle.
- No, owszem - powiedział uśmiechając się szelmowsko do swojej podopiecznej
Hermiona poczuła niemiły ucisk w żołądku, na myśl o tym, co zrobiłby Draco, gdyby wiedział, 
kim ona jest naprawdę. Ale nie wiedział. Dlatego pocałował ją delikatnie w usta.
- Nie mogę się tobą nacieszyć – wyszeptał.
Dziewczyna zamknęła oczy i pozwoliła mu na czułe pieszczoty i pocałunki. Kochali się jeszcze 
raz. Tym razem Malfoy był bardzo delikatny i cierpliwy, i doprowadził swoją kochankę na szczyt 
rozkoszy.

ę

Rozdział V
Listy, tajemnice i postanowienia

Hermiona powoli otworzyła oczy. Na białym suficie odbiły się pierwsze promienie słońca. Przez 
chwilę leżała w bezruchu obserwując jak na suficie zwiększa się liczba złotych smug, po czym 
przekręciła lekko głowę i spojrzała na śpiącego obok niej mężczyznę, który obejmował ją w 
pasie. Pojedyncze pasma blond włosów opadały mu na twarz sprawiając, że wyglądał jak 
wcielenie niewinności.
Żeby jeszcze nim był - pomyślała z uśmiechem Hermiona, lecz uśmiech znikł z jej twarzy, gdy 
pomyślała o wydarzeniach poprzedniej nocy.
Boże... Przespałam się z moim wrogiem - przyszło jej na myśl i przygryzła wargę. Dopiero teraz 
zdała sobie całkowicie sprawę ze znaczenia tego faktu i wcale nie poczuła się lepiej. Owszem, 
eks–Ślizgon był świetnym kochankiem ( jeśli kobieta mogła wyrazić swoją opinię) i Hermiona 
nie miała mu zbyt wiele do zarzucenia, ale... poczuła się dziwnie wiedząc, co się stało w nocy.
Ciekawe jakby zareagował, gdybym mu powiedziała kim jestem? - spytała siebie po raz któryś z 
rzędu.
Tymczasem Draco poruszył się i otworzył oczy. Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, po 
czym uśmiechnął się szeroko.
- Dzień dobry – przywitał się
- Dooooooooobry - Hermiona ziewnęła szeroko i posłała swojemu opiekunowi przepraszający 
uśmiech. Malfoy spojrzał uważnie na twarz swojej kochanki i dostrzegł w jej oczach niepokój i 
zakłopotanie.
- Żałujesz tego co się stało? - zapytał i zmarszczył brwi. Niezdecydowanie dziewczyny zaczęło 
go irytować, ale starał się mówić łagodnie.
- Nie - odrzekła cicho. 
Co miała mu powiedzieć? Że czuje się źle w związku z tym, że jest wobec niego nieszczera?

background image

Wróć Hermiona... Nie nieszczera, ty go po prostu z premedytacją OKŁAMUJESZ - odezwał się w 
jej głowie czujny głos sumienia.
Ja tylko nie mówię prawdy - próbowała polemizować panna Granger, ale doszła do wniosku, że 
nie ma większego sensu; nie mówienie prawdy jest tym samym co kłamstwo.
Powiem mu ... dziś wieczorem – wiedziała, że takimi myślami zagłusza jedynie sumienie i 
oszukuje samą siebie. Wiedziała, że się nie odważy.
Młody arystokrata uśmiechnął się i pogłaskał kurtyzanę po plecach. Najwyraźniej przyjął jej 
odpowiedź, choć Hermiona zauważyła w jego oczach irytację. 
- Muszę iść do toalety – powiedziała cicho przybierając pozycję siedzącą. Malfoy przewrócił się 
na plecy. 
- Nic mnie musisz – stwierdził całując jej dłonie. 
- Naprawdę muszę - zabrała ręce i szybko wstała, zanim zdążył ją zatrzymać.
- Jak wolisz, ale nie wiesz co tracisz... - odrzekł Draco i uśmiechnął się znacząco. - Podobno 
poranny seks pozytywnie wpływa na całokształt samopoczucia w ciągu dnia.
Jakbyś miał takiego moralnego kaca jak ja, nie mówiłbyś w ten sposób - pomyślała z sarkazmem, 
po czym zgarnęła rzeczy z podłogi, włożyła na siebie figi i biały podkoszulek.
Rzeczywiście, kac był całkiem spory. I nie dotyczył jedynie okłamywania Dracona. Kac dotyczył 
także jej postępowania moralnego. Została utrzymanką kogoś, kto jeszcze parę lat temu ją 
poniżał. Wzdrygnęła się na myśl o reakcji Rona lub Harry'ego, gdyby dowiedzieli się o jej 
poczynaniach i ruszyła w kierunku drzwi.

**
Draco przez chwilę leżał na łóżku zastanawiając się nad zachowaniem swojej kurtyzany. Widać 
było, że kobieta była skrępowana całą to sytuacją. Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że została 
skrzywdzona przez innego mężczyznę ( w końcu sama mu o tym opowiedziała) i robi to 
wszystko tylko dla dziecka, lecz z drugiej strony jej zachowanie wydało się jemu troszeczkę 
dziwne. W końcu doszedł do wniosku, że każda dziewczyna w jej zawodzie zachowuje się w ten 
sposób na początku swojej kariery. Westchnął cicho i przeciągnął się w pościeli. Następnie 
ziewnął przeciągle i również wstał. 
Naciągnął bokserki i trzema klaśnięciami wezwał skrzata domowego.
- Przynieś śniadanie do łóżka. Zrób dwie kawy i, jeżeli są jaka, zrób także jajecznicę dla dwóch 
osób i nie zapomnij o owocach - oznajmił suchym, obojętnym tonem, gdy stworzenie aportowało 
się w sypialni i machnął niedbale ręką.
- Tak jest, paniczu Malfoy - pisnął skrzat, ukłonił się do ziemi i zniknął.
Hermiona wróciła z łazienki i usiadła na łóżku obok mężczyzny. Draco nie mógł się 
powstrzymać. Pchnął ją na miękką pościel, podwinął jej koszulkę i zaczął zapamiętale całować 
jej brzuch. Była tak zaskoczona jego spontaniczną reakcją, że cicho krzyknęła, a widząc głupią 
minę, jaką jej okrzyk wywołał na twarzy młodzieńca, szczerze się roześmiała. 
Blondyn zrobił jeszcze głupszą minę, co wywołało u panny Granger jeszcze większe 
rozbawienie. 
- No, co? – spytał niezbyt mądrze arystokrata.
- Nic – opowiedziała kobieta z szerokim uśmiechem na twarzy. Draco nie wiedział już zupełnie, 
co ma myśleć o zachowaniu Marabeth. Zdecydował więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie 
kontynuowanie igraszek miłosnych. Pochylił się nad nią i ponownie zaczął całować jej brzuch, 
jednak dziewczyna odsunęła go od siebie delikatnie i usiadła na łóżku. Nie miała nastroju. W 
pokoju zapanowała krępująca cisza, która powoli zaczęła doprowadzać Dracona do szału. 
Ostatnią siłą woli powstrzymał się by nie zacząć krzyczeć ze złości, jak to miał w zwyczaju. 

background image

- Nie teraz, proszę. Wiem, że powinnam być uległa, ale... nie mogę. Wynagrodzę ci to. 
Przepraszam...
Przez chwilę wpatrywał się w jej smukłe plecy, by w końcu usiąść obok niej i przytulić ją do 
siebie. Wszystko, co mu teraz pozostało to cierpliwość, chociaż miał ochotę wziąć ją siłą. 
Rozsądek jednak podpowiadał mu, że przemoc nie jest w tej sytuacji pożądana. Zresztą nigdy nie 
posunąłby się do gwałtu. Niestety, cierpliwość to nie była jego mocna stroną, więc irytacja 
mężczyzny nieco wzrosła.
- W porządku – zdołał powiedzieć całkiem łagodnie
Dasz radę, Draco. W końcu jesteś Malfoyem - powiedział sobie stanowczo w myślach.

**
Hermiona ukradkiem obserwowała swojego Nemezis z lat szkolnych znad talerza jajecznicy. 
Mężczyzna bawił się jedzeniem wyrysowując szlaczki widelcem pomiędzy jajkiem a bekonem. 
Co jakiś czas odrywał się od tego zajęcia popijając kawę. Od tamtej chwili w sypialni nie 
zamienili ze sobą ani jednego słowa. Kilka razy chciała rozpocząć rozmowę, ale za każdym 
razem zamykała usta nie wiedząc co ma powiedzieć. 
Herm, do jasnej cholery, weź się w garść - pomyślała z irytacją. Zdawała sobie sprawę, że jej 
zachowanie powoli zaczyna przeobrażać się w parodię, lecz nic nie mogła na to poradzić. Po 
prostu za każdym razem, gdy patrzyła na Malfoya Juniora dopadało ją takie poczucie winy i 
zdrady wobec przyjaciół, że wszystko się w niej blokowało. 
- Nie smakuje ci jajecznica? – ciche pytanie arystokraty sprowadził Hermionę na ziemię 
Podniosła wzrok i spojrzała na niego lekko zdezorientowana. 
- Spytałem czy nie smakuje ci jajecznica – powtórzył spokojnie Draco.
Hermiona zerknęła na talerz i dopiero teraz zauważyła, że jajecznica na jej talerzu pozostała 
nietknięta. Podobnie jak chłopaka.
- A tobie? – spytała zadziornie. Draco przez chwilę milczał wpatrując się w swoje śniadanie.
- Nie jestem głodny – powiedział w końcu odkładając widelec na tacę.
- Ja też – stwierdziła kurtyzana robiąc to samo ze swoim widelcem. Malfoy uśmiechnął się 
drwiąco.
- Jaka zgodność – zakpił odstawiając tacę na szafeczkę nocną obok łóżka. 
- To chyba dobrze, prawda? – wypaliła bez zastanowienia – To znaczy... – dodała zmieszana. 
Draco obserwował ją przez chwilę, a na jego ustach błąkał się drwiący uśmieszek. 
- Ano, dobrze – powiedział rozbawiony. 
Hermiona poczuła jak na policzkach występują jej rumieńce, więc szybko odstawiła swoją tacę 
na bok. Draco przyglądał się jej przez chwilę spod przymrużonych rzęs. Jego twarz powoli 
spoważniała:
- Dianoro, u mnie w domu takimi sprawami, zajmują się skrzaty. Zostaw to – powiedział 
stanowczo, gdy kobieta podziękowała i wstała od stołu, aby uprzątnąć naczynia. Hermiona 
popatrzyła na niego niechętnie i niepewnie. Dostrzegł roztargnienie w jej oczach. – Czy jest coś, 
o czym chciałabyś mi powiedzieć? – spytał przyglądając się jej uważnie.
Kurtyzana drgnęła lekko, ale posłała mu opanowany uśmiech:
- Nie, oczywiście, że nie. Czemu spytałeś? – delikatnie przygryzła dolną wargę.
Mogłam się spodziewać, że w końcu zapyta. Malfoy jest jaki jest, ale na pewno jest 
spostrzegawczy
 – pomyślała z roztargnieniem.
- Odnoszę wrażenie, że coś cię dręczy... Jeżeli masz do mnie jakieś pytania, albo prośbę, albo po 
prostu chcesz coś mi powiedzieć, cokolwiek, to naprawdę możesz – patrzył na nią uważnie. Przez 
chwilę wyglądała tak, jakby rzeczywiście coś chciała mu wyznać. Ale to trwało ułamek sekundy. 

background image

Spojrzała mu chłodno w oczy i wzruszyła ramionami.
- Naprawdę wszystko w porządku. Po prostu próbuję się przyzwyczaić do nowej sytuacji, to 
wszystko – uśmiechnęła się delikatnie, z nadzieją, że jest to uśmiech szczery i uspokajający.
- Jak uważasz, Marabeth – odpowiedział łagodnie, acz chłodno. – Nie będę przecież cię zmuszał 
do zwierzeń – był święcie przekonany, że to jednak nie jest „wszystko”. Czuł, że kurtyzana coś 
przed nim ukrywa. Nie miał jednak pojęcia co. Intrygowała go przez to jeszcze bardziej niż przez 
denerwujące przekonanie, że powinien ją znać.
Draco wstał i klasnął w dłonie, a gdy pojawił się domowy skrzat, z nosem dotykającym niemal 
ziemi, kazał mu uprzątnąć stół. Po czym wyszedł.
Cholera jasna, muszę mu w końcu powiedzieć, bo zacznę obgryzać paznokcie. Tylko, jak na 
opryszczonego trolla, mam to zrobić?
 – pomyślała rozpaczliwie i odsunęła od siebie przykre 
rozważania. Wiedziała, że najnormalniej w świecie się boi. Boi się reakcji Malfoya i to bardzo 
mocno. Przecież nienawidził jej w szkole. Nienawidził ją bardziej niż jakiejkolwiek innej szlamy 
uczęszczającej do Hogwartu. Ale czy ona też nienawidziła Dracona? Zastanowiła się nad tym. 
Prawdopodobnie jej niechęć zrodziła się przez paskudne odzywki jakie jej serwował w szkole. A 
zaczął wyjątkowo wcześnie, bo już w drugiej klasie. Westchnęła cichutko i opuściła jadalnię. 
Weszła do salonu i patrzyła jak Draco czyści zaklęciem kominek. Miała się już zapytać, czy się 
na nią gniewa, ale posłał jej bardzo łagodny i miły uśmiech.
- Wybierzesz się ze mną na Pokątną po zapasy do spiżarni? - zapytał
- A tego nie powinien zrobić skrzat? – spytała, starając się, aby w jej głosie nie było ani 
zapalczywości, ani pretensji. Naprawdę ją to zaciekawiło.
- Po co, skoro mogę to zrobić w twoim uroczym towarzystwie? A potem możesz iść odwiedzić 
Destiny – uśmiechnął się do niej szerzej.
Hermiona od razu zapomniała o swoich zmartwieniach i o tym jak bardzo Malfoya w szkole nie 
lubiła. Rzuciła mu się na szyję i ucałowała go mocno w oba policzki i w usta.
- Dziękuję – szepnęła tuląc się do niego.
- O, to mi się podoba – Draco mocno ją przygarnął i zanurzył twarz w jej włosach, chłonąc ich 
delikatny naturalny zapach i aromat rumiankowego szamponu. – Chcę częściej takich oznak 
oddania i radości – pocałował ją delikatnie w usta, rozchylając jej wargi językiem. Hermiona 
poczuła jak powoli ogarnia jej ciało delikatna fala pożądania.
- Idziemy? – usłyszała przy uchu ciepły szept
- Tak –szepnęła i, nie mogąc się powstrzymać, odsunęła niesforny jasny kosmyk włosów za ucho 
mężczyzny.

**
Na Pokątną udali się tradycyjną drogą, czyli za pomocą proszku Fiuu. Niespiesznie wędrowali 
wzdłuż ulicy, wchodząc do niektórych sklepów, niekoniecznie po to, by coś kupić, ale też po to, 
by po prostu popatrzeć na półki pełne ciekawych towarów.
Na straganach z warzywami i owocami kupili dosyć duży zapas wszystkiego co było im 
potrzebne. Draco zmniejszył pakunki do tak niewielkich rozmiarów, że swobodnie mógł 
kilkanaście kilogramów jabłek, pomarańczy, bananów oraz pięknych pomidorów umieścić w 
kieszeniach szaty. Wszystkie produkty, w które się zaopatrywali były oczywiście „podrasowane” 
magicznie, po to by się nie psuć i długo wytrzymać niezależnie od miejsca w jakim będą 
przechowywane. Nie zapomnieli też o ziemniakach, pieczywie i kilku rodzajach mięs, a także 
produktów potrzebnych do wypieków ciast, którymi miał się później zająć skrzat. Hermiona 
wybrała, najlepsze jej zdaniem, gatunki herbaty i kawy, a Draco namówił ją na zakup seksownej 
bielizny u Madame Claire, nieco kontrowersyjnej projektantki ze świata czarodziejów. 

background image

Oczywiście sam za bieliznę zapłacił i po wyjściu ze sklepu cieszył się jak dziecko. Hermiona po 
raz enty w swoim życiu zaczęła się zastanawiać nad wrodzonym infantylizmem mężczyzn.
- Założysz ten gorsecik dziś wieczorem, prawda? – spytał Hermionę i zalotnie się uśmiechnął.
- Draco, skoro tak bardzo ci się podoba, dam ci przymierzyć, naprawdę – popatrzyła na niego z 
powagą.
- Ale ja wolę go oglądać na tobie – odrzekł z naburmuszoną miną. – To znaczy, wolę go bardzo 
powoli z ciebie ściągnąć... 
Hermiona, mimo woli, zarumieniła się po jego deklaracji i lekko uśmiechnęła.
Przeszli wzdłuż pasażu sklepików. Ulica zalana była słońcem, a w chłodnym powietrzu wilgoć 
mieszała się ze słodkim zapachem perfum pochodzącym z pobliskiej perfumerii. Hermiona czuła 
na sobie spojrzenia przechodniów, lecz starała się je ignorować. Doskonale zdawała sobie 
sprawę, że Draco Malfoy jest bardzo znaną postacią w czarodziejskim świecie i wszystko z nim 
związane budziło zainteresowanie, jednakże wolałaby by ludzie nie zwracali na nią uwagi. Nie 
miała ochoty zobaczyć na okładce „Czarownicy” swojego zbliżenia i podpisu pod nim „Czyżby 
Malfoy Junior się wreszcie zakochał?””. W żadnym wypadku. 
Westchnęła i spojrzała przed siebie. Przydałoby się kupić coś Destiny... Jakąś przytulankę. Tylko 
jak powiedzieć o tym Malfoyowi? Zerknęła niepewnie na Dracona – mężczyzna wpatrywał się w 
drogę przed sobą, a na jego twarzy widniał ironiczny uśmieszek. 
Cały Malfoy - pomyślała Hermiona obserwując przez kilka krótkich chwil jak łaskawie kłania się 
i mówi "dzień dobry" w odpowiedzi na uprzejme powitania.
Nagle jej wzrok padł na witrynę sklepową z ogromnym napisem "Mrugająca Gwiazdka" i z 
wielką, mieniącą się różem i błękitem gwiazdą umieszczoną na frontowych drzwiach. Na 
wystawie dojrzeć można było zabawki i ubranka dla małych dzieci. Kobieta zatrzymała się i 
nieśmiało pociągnęła swojego towarzysza za rękaw:
- Draco, pozwolisz mi wejść do sklepu z artykułami dla niemowląt? Proszę... - wbiła w niego 
spojrzenie tak intensywne, że poczuł ciarki na plecach. Prawie się do niego przytuliła, a jej 
orzechowe tęczówki wydały mu się jeszcze bardziej przenikliwe niż przed chwilą. Pomyślał, że 
jest piękna i że najchętniej kochałby się z nią teraz, zamiast chodzić po sklepach, a przynajmniej 
chciałby usiąść z nią w jakimś ustronnym miejscu i patrzeć w jej duże oczy.
- Oczywiście... Ale obiecaj mi, że w zamian za to zanim wrócimy do domu dasz mi się zaprosić 
na ogromny puchar lodów, Dianoro - powiedział cicho i pochylił się by ucałować kącik jej warg.
Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi i, już śmiało, pociągnęła go w stronę „Magicznej 
Gwiazdki” . Otworzył jej drzwi i przepuścił do środka. W głębi sklepu rozległa się cichutka 
melodyjka. Z czymś mu się kojarzyła, ale obecnie nie mógł sobie przypomnieć z czym. Z 
zainteresowaniem rozejrzał się po sklepiku – było to małe pomieszczenie o błękitnych ścianach, 
pod którymi ustawiono regały ze wszystkim, co tylko potrzebne było nowonarodzonym 
czarodziejom: butelkami, pozytywkami, magicznymi zabawkami, śpioszkami, jedzeniem dla 
niemowląt, kocyki, smoczki i tym podobne przedmioty. Pod oknem ustawione były najnowsze 
„modele”, jak określił w myślach dziedzic fortuny Malfoyów, wózków, a obok nich na 
wieszakach wisiały różnokolorowe kocyki ( przeważnie różowe). Dalej, z drugiej strony 
pomieszczenia stał wysoki regał z książkami, jak się później okazało poradnikami dla nowych 
lub przyszłych rodziców. Obok niego stał następny regał tym razem z jedzeniem dla niemowląt: 
kaszkami, mlekiem w proszku, jakimiś słoikami z przecierem i tym podobne rzeczy. Za ladą zaś 
wisiała ogromna magicznie podświetlana niebieska gwiazdka.
Co ja wyprawiam? - spytał z niedowierzaniem w myślach, jednak szybko zreflektował się dla 
kogo to robi. Spojrzał na swoja towarzyszkę, która z uśmiechem błąkającym się po twarzy 
rozglądała się po sklepie. 

background image

Hermiona potrzebowała tylko kwadransa (dla Dracona było to i tak dosyć dużo), aby wybrać dla 
Destiny dwie magiczne grzechotki - jedna mieniła się kolorami tęczy i wydawała z siebie cichy 
radosny śmiech, druga brzęczała jak kilka cichych dzwoneczków o słodkich dla ucha tonach- 
oraz różowy kocyk, który był oparzony zaklęciem powodującym, że delikatny flausz pachniał 
miętą i rumiankiem, a subtelne zestawienie tych zapachów sprzyjało uspokojeniu i zaśnięciu 
dziecka. Gdy podeszła kasy, czego Draco, zafascynowany magiczną zabawką-samochodzikiem, 
nie zauważył, do sklepu weszła uśmiechnięta płomienno-włosa Ginewra Weasley. Jej uśmiech 
szybko zmienił się w pełen niezadowolenie dzióbek, gdy zauważyła Malfoya.
Hermiona poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Do głowy jej nie przyszło, że może spotkać 
kogoś znajomego w sklepie takim jak ten. Na dodatek w niedzielę. Przez chwilę zastanawiała się 
jak załagodzić sytuację, choć prawdę powiedziawszy najchętniej uciekłaby z „Magicznej 
Gwiazdki” w mgnieniu oka. Zerknęła na Malfoya, który akurat podniósł wzrok znad 
zabawkowego samochodzika. Przez chwilę rozglądał się po pomieszczeniu w jej poszukiwaniu , 
a gdy jego wzrok padł na Ginny w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. 
- Malfoy, ty tutaj? – spytała zniesmaczona Weasleyówna, robiąc krok w jego stronę. Draco 
wyprostował się i rzucił rudowłosej pełne wyższości spojrzenie. 
- Jakiś problem, Weasley? O ile mi wiadomo Malfoyowie nie mają zakazu wstępu do sklepów... 
Ale może się mylę? – spytał zimno. 
Hermiona stała przy ladzie i z niepewną miną wodziła wzrokiem między Draconem, a Ginny. Nie 
miała pojęcia co powinna począć: czy podejść do Dracona i wyprowadzić go ze sklepu zanim ta 
rozmowa przeobrazi się w pojedynek, czy też odczekać aż przyjaciółka opuści „Magiczną 
Gwiazdkę” i wówczas wyciągnąć swojego opiekuna na zewnątrz. . O ile druga opcja nie 
wchodziła w grę – Ginny mogła spędzić w sklepie sporo czasu – o tyle pierwsze rozwiązanie 
wiązało się z ryzykiem zdemaskowania, czego Hermiona wcale nie chciała. Oczywiście, Malfoy 
jej nie rozpoznał (Jeszcze... – przemknęło jej przez głowę) ale Ginny to zupełnie inna sprawa. 
Hermiona znała ją od czasu, gdy skończyła dwanaście lat, w Hogwarcie zawsze trzymały się 
razem, w „Norze” zawsze spała wraz z nią w pokoju... Praktycznie znały siebie „na wylot”. 
Prawdopodobieństwo rozpoznania było ogromne nawet po takiej metamorfozie w przypadku 
panny Granger. 
Tymczasem Ginewra zmierzyła Malfoya nieprzychylnym spojrzeniem, a potem rozejrzała się 
wokoło, jakby kogoś szukała. 
- Możliwe, Malfoy, ale to sklep z artykułami dla niemowląt – odpowiedziała, kładąc nacisk na 
ostatnie słowa. Ku zaskoczeniu kurtyzany, Draco nie zarumienił się. Co więcej, nie zacisnął 
zębów, nie wyciągnął różdżki i nie rzucił żadną klątwą w rudowłosą. Po prostu odłożył zabawkę i 
popatrzył na kobietę z wyższością zarezerwowaną wyłącznie dla spojrzeń arystokratów. 
- To bez różnicy – odpowiedział lodowatym tonem, a Hermiona, widząc w jakim kierunku 
zmierza konwersacja, poczuła ukłucie niepokoju. Bez chwili zastanowienia podeszła do Dracona 
i ujęła go pod ramię, co skutecznie odwróciło uwagę Ginewry. Mężczyzna drgnął i spojrzał na 
nią, marszcząc brwi. Hermiona zmusiła się do słodkiego uśmiechu, unikając przy tym 
zaciekawionego spojrzenia przyjaciółki. 
- Skończyłam – poinformowała go, podnosząc fioletowe papierowe torby z żółtą, magicznie 
świecącą gwiazdką w wolnej ręce. Oczy Malfoya złagodniały, gdy wziął od niej pakunki. 
- Żegnam, Weasley – Draco nie raczył nawet skinąć głową. Podniósł drwiąco brwi i wyprowadził 
Hermionę ze sklepu. Dziewczyna czuła na sobie spojrzenie rudowłosej przez całą drogę do 
drzwi. 
- Głupia Wiewióra – syknął ze złością, gdy znaleźli się na zalanej słońcem ulicy. Gdyby 
Hermiona nie była tak przerażona myślą o zdemaskowaniu, zapewne zdzieliłaby Malfoya Juniora 

background image

w głowę za te słowa, lub też skomentowałaby to złośliwe. A tak, pozwoliła by potok słów 
arystokraty przepływał gdzieś obok, a sama pogrążyła się ponurych rozmyślaniach, które 
powodowały ssanie w żołądku. Nie była do końca pewna czy ten błysk pogardy, który pojawił się 
w oczach Ginewry, gdy ją mijała, dotyczył jej czy Malfoya Juniora? Być może była to pogarda 
dla kobiety, z którąś związał się eks – Ślizgon? W końcu kiedyś, podczas jednej z nocy w 
„Norze”, ustaliły, że każda dziewczyna, która kiedykolwiek będzie chodziła z „tym pokręcony, 
tępym bufonem” – jak zwykła się wyrażać Ruda – nie zasługuje na nic innego, jak tylko na 
pogardę. Bardziej prawdopodobna wydała jej, że Ginny patrzyła na Dracona, jednak nie należało 
być zbyt pewnym.. Była przekonana prawie na sto procent, że rudowłosa jej nie rozpoznała. 
Inaczej powiedziałaby coś lub uczyniła jakiś gest, ale na pewno poczuła niechęć do kobiety, które 
„prowadza się” z Malfoyem.
Draco, jeszcze zirytowany, ale nieco spokojniejszy, poprowadził Hermionę prosto na ulicę 
Pokątną. Gdy zamówił dwa największe puchary lodów, zwrócił pytający wzrok na swoją 
towarzyszkę:
- Czemu tak szybko zrobiłaś zakupy? Zależało ci na wejściu do tego sklepu, a potem prawie mnie 
z niego wyciągnęłaś siłą. 
- Wolałeś się kłócić z...– omal nie powiedziała „Ginny” - ... z tą dziewczyną?
- Ach! – uśmiechnął się zalotnie, czym rozproszył wszelkie obawy Hermiony. – Jesteś zazdrosna! 
– zakpił dobrotliwie, co kurtyzana skwitowała wywróceniem oczu i krzywym uśmiechem.
- Może nie chciałam tylko, żeby nas z tego sklepu wyproszono, gdy zaczniecie w siebie rzucać 
przekleństwami – sprostowała.
- Wolę wersję z zazdrością – odparł, nadal uśmiechając się z wyższością.
- A ja wolę tę prawdziwą – odcięła się i, nie wiedzieć czemu, poczuła ogromne rozdrażnienie. 
”Prawdziwą”, też coś – pomyślała ze zjadliwą ironią W tej chwili miała ogromną ochotę wyznać 
mu prawdę, co do swojej osoby i przestać odczuwać dyskomfort związany z całą serią kłamstw 
jaką była zmuszona mu wcisnąć. Wiedziała, że będzie musiała teraz kłamać non stop, żeby 
utrzymać w tajemnicy swoją prawdziwą tożsamość. To ją męczyło i przytłaczało. Popatrzyła na 
niego gotowa powiedzieć wprost: „Nazywam się Hermiona Granger. Oszukiwałam cię cały czas, 
Malfoy. Przykro mi, tak wyszło.” Już otwierała usta, gdy usłyszała wesoły głos Floriana 
Fortescue:
- Oto lody dla państwa! Smacznego.
Przed nimi wyrosły dwa puchary lodowe godne pojemnego brzucha Hagrida. Draco uśmiechnął 
się do Hermiony tak promiennie, że całkowicie przeszła jej ochota na chwilę szczerości, 
zwłaszcza że doskonale wiedziała jaki wyraz wtedy przybrałaby jego twarz. Na samą myśl 
przeszył ją lodowaty dreszcz. Otrząsnęła się z przykrych rozmyślań i odwzajemniła przyjazny 
uśmiech.
- Smacznego, Draco – powiedziała wesoło, chociaż gardło jej się lekko ścisnęło.
- Smacznego, Dianoro – odrzekł i zabrał się z entuzjazmem za swoją porcję wyśmienitego, 
zimnego smakołyka.
- Wątpię, czy dam radę zjeść tak dużo – poskarżyła się Hermiona, biorąc na łyżeczkę trochę 
lodów.
- Pomogę ci, jak nie dasz rady – puścił jej żartobliwie „perskie oko”.
- Okey – odrzekła i zabrała się z entuzjazmem za deser, starając się nie myśleć o tym, czy 
powiedzieć mu kim jest i kiedy powiedzieć. Zaczynała dochodzić do wniosku, że lepiej w ogóle 
nie mówić. Draco wydawał się miłym i sympatycznym człowiekiem, bo prawdopodobnie 
większość rozwydrzenia minęła mu z wiekiem, nawet zdając sobie sprawę z jej pochodzenia, ale 
wyobraźnia rysowała jej czarne scenariusze dzikiego ataku wściekłości, gdy dowie się, że 

background image

uprawia seks ze znienawidzoną przez siebie „szlamą” Granger. Mało tego, że ją na dodatek 
utrzymuje. Wzdrygnęła się wewnętrznie i całą uwagę skupiła na fantastycznych lodach. 

**
Hermiona trzymała w ramionach małą Destiny i uśmiechała się czule. Jej córeczka wpatrywała 
się w nią z zaciekawieniem swoimi jasnymi, jeszcze błękitnymi, jak to u większości 
niemowlaków, oczami.
- Poznajesz mamusię, prawda? – spytała łagodnie panna Granger.
- Na pewno – czarnoskóra Rabella, jedna z pielęgniarek ośrodka, obdarzyła młodą mamę pełnym 
wyrozumiałości uśmiechem. 
- Bardzo ją pani kocha – stwierdziła, nie zapytała, i dodała ciepło:. – Ma tu naprawdę doskonałą 
opiekę. Proszę się o nią nie martwić. Długo pani zostanie?
- Mam trzy godziny – Marabeth wyglądała na rozradowaną tym faktem. Draco powiedział jej, że 
musi spotkać się z ojcem i porozmawiać na temat swojej pracy, więc może pobyć w Słonecznym 
Raju do godziny drugiej po południu, a on po nią przyjdzie. – To chyba nie jest za długo? – 
spytała z niepokojem.
Rabella roześmiała się przyjaźnie.
- Przecież to pani maleństwo. Nie ma limitu czasowego odwiedzin. Wizyty trwają do dziewiątej 
wieczorem. Będzie ją tylko pani musiała dać Auguście do wykarmienia. Tak około pierwszej, a 
teraz proszę się nie krępować i przebywać z małą jak najdłużej. Pójdę na obchód i zajrzę do pani 
później.
- Dziękuję – odrzekła Hermiona i wbiła zachwycony wzrok w swój mały skarb, który nadal miał 
bardzo ciemne włosy i był uderzająco podobny do ojca. Poczuła ukłucie bolesnego smutku na 
myśl o Wiktorze i zaczęła zastanawiać się nad tym czy się z nim nie skontaktować, chociażby po 
to by pokazać mu jego dziecko, ale doszła do wniosku, że to nieodpowiedni czas. Nie wtedy, gdy 
przebywa w towarzystwie Dracona Malfoya prawie non-stop. Nie chciała się narażać na 
zdemaskowanie.
Kiedy ja stwierdziłam, że jednak nie powiem mu prawdy? Dzisiaj u Floriana, czy już wtedy, gdy 
mnie zabrał do siebie?
 – pomyślała z sarkazmem, zdając sobie doskonale sprawę, że ta druga 
odpowiedź jest prawidłowa. Cały czas oszukiwała samą siebie, że w końcu zdobędzie się na 
odwagę, ale nie mogła ryzykować, bo potrzebowała pieniędzy i nie miała żadnej gwarancji, że 
kolejny opiekun będzie dla niej tak dobry i wyrozumiały jak Draco. A on na pewno wygnałby ją, 
gdyby wyznała kim jest. Wygnał być może potraktował jakąś klątwą. A co ona wtedy zrobi? 
Wróci do Rosmarty i będzie czekała na to co, a raczej kogo, ześle jej los.
- Mama zrobi wszystko, żeby tylko zapewnić ci godną przyszłość, Des – szepnęła do 
dziewczynki.
Świetnie, teraz w swoje kłamstwo wciągasz własną córeczkę – zakpiło jej wrażliwe sumienie, 
powodując głośne westchnienie Dianory. 

***
Wysoka jasnowłosa czarownica postawiła filiżankę z kawą i talerzyk W-Ztkę strataciella przed 
Draconem i z cichym „smacznego” oddaliła się w stronę baru. Mężczyzna przyglądał się przez 
chwilę w jej długie, zgrabne nogi, by zwrócić wzrok na ojca. Lucjusz obdarzył syna zimnym 
spojrzeniem i wyjął z kieszeni płaszcza markowe cygaro. 
- Myślałem, że Marabeth w zupełności ci wystarczy – rzekł odpalając cygaro końcem różdżki i 
spoglądając przelotnie na swą nieodrodną latorośl. 
Draco zacisnął zęby i sięgnął po cukierniczkę. Oczywiście, że Dianora w zupełności mu 

background image

wystarczyła, ale jak każdy mężczyzna lubił czasem popatrzeć na ładne kobiety. Z resztą 
kurtyzana to nie żona, prawda?
- Chciałeś się ze mną spotkać, ojcze – zmienił temat. Kącik ust Malfoya seniora wykrzywił się 
drwiącym uśmiechu, a on sam odchylił się na czarnym skórzanym fotelu i zaciągnął się dymem. 
Choć w „La Magica” formalnie obowiązywał zakaz palenia tytoniu nikt go nie przestrzegał. Ta 
ekskluzywna restauracja mieszcząca przy jednej z alejek odchodzących od Pokątnej była 
wystarczająco droga i ekstrawagancka, że mogła sobie na to pozwolić. I nawet jeśli obsługa 
lokalu zwróciłaby klientowi uwagę, nie zostałaby potraktowana poważnie. Wręcz przeciwnie – 
zostałaby całkowicie zignorowana. 
- Owszem, chciałem – zgodził się Malfoy Senior wypuszczając dym. Potem poprawił się na 
krześle i sięgnął po kieliszek wina. – Jak się ma Marabeth? – spytał z nutą szczerego 
zainteresowania w głosie. 
- Dobrze – odpowiedział lakonicznie Draco. Nie miał zamiaru się rozwodzić ten temat, gdyż 
wychodził z założenia, że jego życie osobiste to tylko i wyłącznie jego sprawa. Drugi raz nie 
pozwoli się wtrącać ojcu w swoje sprawy. 
- Tylko dobrze? – Lucjusz nie zamierzał być ustępliwy. Ta sytuacja bardzo go bawiła, ale 
jednocześnie był zainteresowany poczynaniami syna z kurtyzaną. W głębi duszy nie chciał, by 
Draco stracił tę dziewczynę przez swoją głupotę i nieposkromiony charakter I choć nadal Dianora 
Marabeth wydawała mu się znajoma, to jednak miał przeczucie, że jego synowi bardzo na niej 
zależy. 
- Ojcze – zdenerwował się blondyn – Jest dobrze i koniec – warknął. 
- Draconie, maniery. – zganił go Lucjusz i zaciągnął się dymem. Jego syn spojrzał z mieszaniną 
złości i zawstydzenia – Dobrze, skoro nie chcesz o tym mówić, to nie mów. Powiedz mi tylko 
czemu jej przyprowadziłeś ze sobą. – spytał arystokrata. 
- Odwiedza właśnie dziecko w „Słonecznym Raju” – odpowiedział sucho Draco i zamieszał 
cukier w kawie. Nie wiedział, czy Dianora wspominała jego ojcu o córce, ale z jego miny 
wywnioskował, że musiał o tym wiedzieć wcześniej. Zdziwił się trochę, ale widocznie Marabeth 
miała swoje powody, dla których podzieliła się istnieniem tego faktu z jego ojcem. Odłożył 
łyżeczkę na spodeczek i sięgnął po filiżankę. 
– O co chodzi z tą pracą? – spytał po chwili milczenia. 
Jego ojciec spokojnie strząsnął popiół z cygara i sięgnął po kryształowy kieliszek z winem. 
- Mam tylko nadzieję, że jej nie spieprzysz – powiedział wprost dając w ten sposób do 
zrozumienia, że w przeciwnym wypadku młodzieniec pożałuje. Draco posłał Lucjuszowi 
zdziwione spojrzenie znad filiżanki kawy.
- Nie rozumiem – powiedział marszcząc brwi. Lucjusz uśmiechnął się drwiąco.
- Och, oczywiście, że rozumiesz, i to bardzo dobrze – zacmokał obracając kieliszek w dłoni. 
Draco upił łyk kawy i odstawił filiżankę na spodek. Następnie spojrzał na ojca marszcząc brwi. 
Nie mógł dojść co Lucjusz ma na myśli, A nawet jeśli się domyślał to i tak by się do tego nie 
przyznał. Tymczasem Malfoy senior widząc, że jego jedyna latorośl nadal nie pojmuje pewnych 
spraw odłożył kieliszek na stół obleczony w satynowy czerwony obrus i zniecierpliwiony 
wyprostował się w fotelu. 
- To bardzo odpowiedzialna praca, synu. – powiedział zimno kładąc nacisk na słowie „bardzo” - i 
nie życzyłbym sobie byś ją w jakikolwiek sposób schrzanił – wycedził przez zęby. Nie po 
wydałem tyle galeonów byś mi wykręcał jakieś numery
 - dodał w myślach obserwując jak jego 
syn prostuje się w fotelu. 
- Jestem odpowiedzialny – zaperzył się młodzieniec. Nienawidził, gdy ktoś wytykał mu wady. A 
już nie znosił, gdy tym kimś był Lucjusz Malfoy. 

background image

- Niewątpliwe, że jesteś, ale wypadałoby się od czasu do czasu wykazać tą odpowiedzialnością – 
odrzekł spokojnie Lucjusz ponownie sięgając po kieliszek. Draco wymamrotał coś pod nosem i 
zabrał się ociężale za W-Zetkę strataciella. Rozmowa z ojcem zaczynała go nużyć, by nie 
powiedzieć denerwować. Jak zawsze. Nie żeby nie kochał swojego rodziciela. Owszem, kochał 
go na swój sposób, jednak często miał dość jego rad. Rad? Ależ co za głupstwo. Lucjusz Malfoy 
nigdy nie dawał rad, on zawsze rozkazywał. I zawsze zdobywał to, co chciał. Najlepszym 
przykładem był niedawny szantaż. Nagle przypomniała mu się rozmowa z Dianorą w jadalni 
wczorajszego wieczoru i spochmurniał. Jego ojciec naprawdę zaczynał go doprowadzać do szału. 

- Swoją droga w Ministerstwie dzieją się ostatnio ciekawe rzeczy... – przerwał cisze Lucjusz. 
Draco spojrzał obojętnie na ojca znad słodkości. – Wygląda na to, że szykuje się mała ... czystka 
– przy ostatnim słowie jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. Draco również się 
uśmiechnął. Tym razem bardzo dobrze wiedział, co ojciec ma na myśli. Od kilku miesięcy w jego 
domu nie mówiono o niczym innym. I nawet jemu, zajętemu imprezowaniem, seksem i 
wydawaniem ojcowskiego majątku, obiło się co nieco o uszy. Ministerstwo, a raczej Knot pod 
naciskiem elity, uchwaliło ustawę, która przewidywała zastąpienie urodzonych z mugoli 
urzędników na stanowiskach kierowniczych lub mających jakieś związki z kierowniczymi 
urzędnikami z arystokratycznych rodzin. Przekładając to na bardziej potoczny język – szlamy 
miały nie zajmować żadnych stanowisk mających wpływ na decyzje w świecie magicznym, a 
tym samym nie miały mieć żadnego wpływu na magiczne życie. Idee czystości krwi nabrały 
nowego znaczenia dla czarodziejskich elit, mimo faktu, że Czarny Pan nie żył od ładnych paru 
lat. I nawet jeśli ta ustawa była ostro krytykowana przez media (na czele z „Prorokiem 
Codziennym” i Czarodziejską Rozgłośnią Radiową), rzecznika praw mniejszości czarodziejskich, 
wszystkie związki magiczne (zarówno te na Wyspach jak i za granicą) i czarodziejskie 
organizacje (szczególnie przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów), a także potępiona 
przez większość społeczeństwa, Ministerstwo nie ugięło się i wprowadziło ustawę w życie. W 
końcu nikt nie oprze się sile mamony i szacunku wśród czarodziejskich elit. 
- Oczywiście, były pewne problemy – kontynuował Lucjusz ze znudzoną miną – Przy takich 
drobnostkach zawsze są, ale udało się przeforsować ten pomysł, więc nie ma się czego obawiać – 
zakończył z mocą i dopił resztę wina. Następnie przywołał do stolika kelnerkę i zażyczył sobie 
jeszcze jeden kieliszek. 
- Jak sobie radzisz na swoim? – spytał mniej oficjalnym tonem, sącząc kolejną porcję trunku
- Doskonale, ojcze – powściągliwie odrzekł junior, obawiając się jakiejś krytycznej uwagi, ale 
szybko uśmiechnął się protekcjonalnie. – Byłem dziś na zakupach z Marabeth.
Brwi Lucjusz podjechały do góry i zostały tam na dłużej. W szarych oczach zabłysło przewrotne 
rozbawienie.
- Ty na zakupach? A tak w ogóle, to od czego są skrzaty? – dodał stukając lekko nóżką kieliszka 
w blat stołu.
- Od pomiatania – bez zająknięcia odparł jego syn i Malfoy senior roześmiał się szczerze. Draco 
pomyślał, że gdy ojciec śmiał się w taki sposób, co nie zdarzało się często, jego twarz traciła 
nieco na ostrości, nadając mu łagodniejszego wyglądu. To było miłe, aczkolwiek ojciec i tak i tak 
emanował pewnym szczególnym urokiem osobistym, którym wiele mógł zdziałać w świecie 
czarodziejów. Zwłaszcza w połączeniu z Imperiusem i mnóstwem galeonów przelewanych na 
odpowiednie konta w odpowiednich chwilach.
- Lepiej bądź dobrym i sumiennym pracownikiem – śmiech urwał się tak samo szybko, jak 
wybuchł i Lucjusz spoważniał. – Praca, którą będziesz wykonywał jest odpowiedzialna i nie 
zamierzam marnować swoich wpływów żeby wyciągać cię z kłopotów, jeżeli coś spartaczysz. 

background image

Jesteś już dorosły i powinieneś być sumienny oraz rozważny. Zwłaszcza, że jesteś Malfoyem.
- Tak, ojcze, wiem – skrzywił się nieznacznie.
Zawsze wymagałeś ode mnie perfekcjonizmu. Od kiedy skończyłem trzy lata. I dziwisz się, że gdy 
osiągnąłem pełnoletniość postanowiłem pohulać
 – pomyślał sarkastycznie.
- Doskonale zdajesz sobie sprawę, że potrafię być poważny i dam sobie radę z pracą – dodał i 
skinął na kelnerkę, po czym domówił sobie małą porcję ognistego sandacza* zapiekanego w 
warzywach i białe pół-wytrawne wino greckie, którego ojciec nie cierpiał, a które Draco lubił 
sączyć do potraw z ryb. Lucjusz skrzywił się lekko i, gdy wezwana dziewczyna odeszła od ich 
stolika, cicho rzekł:
- Wiem o tym, cały problem polega na tym, żeby ci się chciało zachować powagę, Draco.
- Nie ma strachu, ojcze – uciął temat Malfoy junior.
Lucjusz postanowił także dać spokój. Jego syn wyglądał na zdeterminowanego i pewnego swojej 
racji, co wróżyło całkiem dobrze na przyszłość. 
Może w końcu wydoroślał... – pomyślał i zmarszczył brwi, bo jego umysł znowu nawiedziło 
skojarzenie, że skądś zna Dianorę Marabeth, było jednak tak mgliste, że rozważania na temat 
dziewczyny szybko musiał sobie „odpuścić”. 

***
Hermionie czas z dzieckiem zleciał tak szybko, ze kiedy zbliżyła się umówiona godzina przyjścia 
Dracona, zdziwiła się, że to już. Czekał na nią na dole przy wejściu i uśmiechnął się na jej widok. 
Rozmowa z ojcem, jak zwykle lekko go podirytowała, ale Lucjusz działał tak na niego od kiedy 
skończył szesnaście lat i doszedł do wniosku, że ten wyniosły i dumny czarodziej, tak do niego 
podobny, wcale nie musi mieć zawsze racji. A on, Draco Malfoy nie jest marionetką i wcale nie 
musi robić wszystkiego pod czyjeś dyktando. Dlatego tak intensywnie balował przez długi czas. 
W ramach protestu przeciwko byciu doskonałym według tego, co za doskonałe uważa jego 
ojciec. Był jednak na tyle inteligentny i dojrzały, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że ojciec chce 
dla niego dobrze a on sam jest w wieku, który wymaga trochę więcej zaangażowania w życie niż 
popijawy, drobne burdy i niepowściągliwość seksualna... wręcz rozpusta.
Jednak do Marabeth uśmiechnął się od razu, gdy ją tylko zobaczył. Była rozpromieniona i tak 
radosna, że gdyby teraz została sfotografowana, na pewno wygrałaby w konkursie najpiękniej 
uśmiechającej się czarownicy, w Czarownicy oczywiście. Nie mógł się powstrzymać i pocałował 
ją mocno. Wyglądała na zaskoczoną i lekko speszoną
- Co chcesz robić, kochanie? – spytał, podając jej ramie.
- Spacer?
- To ja ciebie zapytałem – roześmiał się. – Może być spacer.
- Poczekaj, muszę zabrać nasze zakupy z przechowalni! – krzyknęła i pobiegła zabrać wszystko, 
co kupili do domu.
Kiedy już wyszli ze „Słonecznego Raju”, Hermiona oznajmiła mu jaka jest szczęśliwa, że mogła 
pobyć ze „swoim skarbem” tak długo. Przewrócił oczami i mruknął coś na temat 
niepoczytalności każdej matki, za co dostał mocnego kuksańca. Udał, że bardzo go zabolało i 
skrzywił się teatralnie.
- No co? Najpierw małe i słodkie, a potem wyrośnie takie wredne, duże, niegrzeczne i nie 
spełniające wszystkich oczekiwań rodziców, jak ja na przykład – uśmiechnął się sarkastycznie.
- Destiny ma tylko mamę, a jeżeli będzie miała jakiegoś tatę, to na pewno takiego, który będzie 
wyrozumiały – naburmuszyła się Marabeth. – Poza tym to dziewczynka! – pokazała mu język i 
musiał się roześmiać.
- Śliczny języczek, ciekawe tylko czy zwinny – rzucił z rozbawieniem, a w odpowiedzi otrzymał 

background image

rumieniec i mocniejszego kuksańca niż poprzedni.
- A właśnie, jak rozmowa z ojcem? – spytała cicho i łagodnie, bo nie chciała go urazić. Od razu 
spochmurniał i zmarszczył brwi.
- Oj, dobrze – powiedział z dystansem i wzruszył ramionami. – Upewniał się, że nie spieprzę 
szansy na normalne życie zawodowe – drugie zdanie było kąśliwe.
Zrobiło się jej przykro i przeklęła się, że nie trzymała języka za zębami. Widocznie Draco wcale 
nie był tak rozpieszczonym bachorem, za jakiego miała go w dzieciństwie. Żył wśród reguł i 
wymogów, o których nawet jej się nie śniło.
- Uważam, że doskonale sobie poradzisz. On na pewno też tak uważa – powiedziała ostrożnie.
Spojrzał na nią raczej nieufnie, ale miała tak skruszoną minę, że wzruszył ramionami i podał jej 
ramię.
- Ma prawo myśleć, że zachowam się jak gówniarz i spartolę – powiedział pojednawczo i 
westchnął. – Chcesz iść na kawę i jakieś dobre ciasto? – tym razem to on ją trącił, ale bardzo 
lekko i zaczął się zastanawiać, co jest w niej takiego, że go rozbraja. Czy ta bezpretensjonalność, 
czy bezpośredniość, a jednocześnie jakaś nieuchwytna prostota, nieśmiałość i nieufność, oraz 
tajemniczość. Był pewien, ze skrzywdził ją jakiś mężczyzna. Zapewne dlatego samotnie musiała 
wychowywać dziecko. Martwiło go, że nie pali się do zwierzeń i nie opowiada mu o swojej 
przeszłości, ale nie chciał być natarczywy. 
- Nie spartolisz – wyraźnie jej ulżyło, że się nie rozgniewał. – I tak, owszem, chętnie zjem coś 
słodkiego i napiję się dobrej kawy, Draco.
- W takim razie, zapraszam.
Dziarsko poprowadził ja w kierunku Alei Srebrzystego Jednorożca, gdzie mieściła się „Zaklęta 
Pieczara” - urocza, mała kawiarenka czarodziejska z nastrojowa muzyką w tle i przemiłą, 
korpulentna właścicielką.

**
Do dworu wrócili dopiero po trzeciej. Draco wręczył skrzatom pakunki i kazał je rozpakować, a 
także zarządził kolację na szóstą wieczorem. Hermiona zauważyła, że po ich wizycie w kawiarni 
był w o wiele lepszym nastroju niż po rozmowie z ojcem. W głębi duszy bardzo ją to ucieszyło, 
jednak nie uśpiło czujności. Zdawała sobie doskonale sprawę, że to mogło być chwilowe i 
arystokrata szybko mógł znowu stać się ponury i nieprzyjemny, bo w jego oczach nadal można 
było dostrzec cień smutku i złości. Westchnęła cicho wchodząc do salonu (Draco poszedł do 
łazienki) – miała nadzieję, że tak nie będzie. Spojrzała na puste palenisko i zabrała się za 
rozpalanie w kominku. Choć to zadanie należało do skrzatów, to Hermiona nie chciała by Draco 
wyładował swoją złość na biednych magicznych stworzonkach. Ułożyła drwa w palenisku i 
sięgnęła po jedno ze starych, zakurzonych wydań „Proroka Codziennego”, które obok w 
drewnianej skrzyneczce. Wyjęła swoją różdżkę i podłożyła papier pod drewienka, a następnie 
podpaliła jego skraj zaklęciem. Płomień trawił gazetę w błyskawicznym tempie, docierając 
wkrótce pod drew. Hermiona przez chwilę obserwowała je w zamyśleniu, które jednak szybko 
zostało przerwane przez cichutkie stukanie. Panna Granger rozejrzała się po pomieszczeniu w 
poszukiwaniu źródła dźwięku i omal nie pisnęła, widząc pukającą w szybę sowę śnieżną. Rzuciła 
nerwowe spojrzenie na drzwi, po czym szybko się podniosła i podbiegła do okna. Dwie minuty 
Hedwiga lądowała na stole, przewracając przy okazji jeden z mosiężnych świeczników, a kobieta 
zamykała pośpiesznie okiennice. Następnie podbiegła do sowy i odwiązała zwój pergaminu 
przywiązany do jej nóżki. Rozwinęła go i już miała zacząć czytać, gdy usłyszała kroki 
dochodzące z korytarza. Serce zaczęło jej tłuc w klatce piersiowej. - Hedwigo – zwróciła się do 
sowy, która wpatrywała się w nią z umiarkowanym zainteresowaniem – On nie może cię 

background image

zobaczyć.... Leć do sowiarni... Gdziekolwiek ona jest... – szeptała podbiegając do okna i 
otwierając je na oścież. Lodowaty podmuch wiatru rozwiał zasłony i zafalował pomarańczowymi 
płomieniami w kominku. Hermiona poczuła dreszcz zimna. Ptak nastroszył pióra urażony i wzbił 
się w powietrze. Następnie zatoczył kółko nad drewnianym żyrandolem i wyleciał przez okno. 
Kolejny podmuch wiatru załopotał zasłonami. – Przepraszam... – wyszeptała Hermiona 
obserwując jak sowa oddala się od starego dworu. Gdyby Draco ujrzał ptaka w salonie, byłaby 
zgubiona. 
- Dlaczego otworzyłaś okno? – dobiegł ją od strony drzwi głos Malfoya Juniora. Zamknęła 
szybko okiennice i zasunęła zasłony, chowając kładąc wcześniej list od Harry`ego w zagłębieniu 
marmurowego parapetu. Dopiero gdy upewniła się, że nie jest widoczny przez szparę, odwróciła 
się do swego opiekuna. Blondyn stał w drzwiach i przyglądał się Hermionie z zainteresowaniem 
Jego jasne włosy kontrastowały z czernią spodni i koszuli, które miał na sobie. 
- Było mi duszno – skłamała bez zająknięcia panna Granger i podeszła do jednego z foteli 
stojących przed kominkiem. Draco podniósł brwi, ale nawet jeśli uznał to wytłumaczenie za 
dziwne, nie skrytykował go. Zamiast tego podszedł do drugiego fotela i „walnął się” na niego z 
cichym westchnieniem. 
- Jestem cholernie zmęczony – stwierdził po chwili milczenia. Hermiona uśmiechnęła się pod 
nosem. Z doświadczenia wiedziała, że mężczyźni nie lubią zbytnio chodzić po sklepach. 
Marudzą wówczas, skarżą się na ilości kupowanych towarów, bądź inne mniej lub bardziej 
ważne aspekty robienia zakupów. Wiktor na przykład...
Na wspomnienie Kruma zacisnęła mocno zęby.
Nie będziesz teraz o nim myśleć. Nie przy Malfoyu – powiedziała sobie stanowczo w duchu, 
jednak obrazy z przeszłości zaczęły napływać dużą falą nie pozwalając się odrzucić. 
Wiktor i ona podczas świąt, Wiktor w sklepie z markowym sprzętem Quiddicha, Wiktor i ona na 
bankiecie, Wiktor i ...
Nim się obejrzała, w oczy zapiekły ją łzy, które wkrótce zaczęły płynąc strumyczkami po jej 
policzkach. Zerknęła przestraszona na Malfoya, który na szczęście wpatrywał się w płomienie, i 
szybko wytarła łzy skrajem golfu i nakazała sobie w duchu spokój. 
- Chodź tu, Dianoro – powiedział nagle wyciągając rękę w jej stronę. Hermiona wpatrywała się 
przez chwilę w wysuniętą w jej kierunku dłoń. Powoli ponownie zaczynało ogarniać ją poczucie 
strachu i wstydu. Podała mu jednak swoją dłoń i Draco przyciągnął ją do siebie, tak że po chwili 
siedziała na jego kolanach. Przygarnął ją do siebie i wtulił twarz w jej włosy. Hermiona zamarła 
w bezruchu, czekając na jego kolejne posunięcie.
- Jestem zmęczony, ale nie aż tak, żeby... – wyszeptał jej do ucha, a następnie namiętnie 
pocałował. Kobieta była tak zaskoczona jego reakcją, że odsunęła się od niego szybko omal nie 
spadając na podłogę. Od upadku uratowały ją tylko silne ręce mężczyzny, który złapał ją w pasie 
i ponownie przyciągnął do siebie. 
- Coś nie tak? – spytał głaszcząc ją pod golfem po plecach. 
- N.. nie – pokręciła głową, ale musiała wyglądać niezbyt przekonująco, bo Draco uniósł jej 
brodę i zajrzał głęboko w oczy czarownicy.
- Na pewno? – zapytał, przysięgłaby, że z troską.
A co obchodzi cię jej samopoczucie? – pomyślał niemal z irytacją, ale nadal przyglądał się twarzy 
Hermiony i delikatnie gładził kciukiem jej policzek.
Weź się w garść, głupia kobieto – zganiła samą siebie. – Jesteś kurtyzaną, a nie naiwnym 
podlotkiem!
 – nie bardzo jej to pomogło, bo na kurtyzanę po prostu się nie nadawała. Gdyby 
trafiła na kogoś, kto wcześniej korzystał z usług którejś z tego typu kobiet, już została odesłana. 
Albo gdyby trafiła na kogoś bardziej wymagającego. Ale jej opiekunem został na szczęście, o 

background image

ironio losu, Draco Malfoy. Postanowiła odłożyć wyrzuty sumienia spowodowane jej kłamstwami 
na później, zwłaszcza, że dłoń mężczyzny wsunęła się pod cienki, bawełniany podkoszulek. 
Palce jej kochanka były na tyle delikatne i wprawne, że cicho westchnęła i, zamiast 
odpowiedzieć na zadane wcześniej pytanie, pocałowała go z wystarczająco dużym 
zaangażowaniem, żeby Draco dał się przekonać i przestał pytać.
Powoli pozbył się jej golfa, podkoszulka i stanika. Hermiona bynajmniej nie protestowała, ale 
pomagała mu z należytym zaangażowaniem ściągając z niego kolejne warstwy odzienia.
- Coraz bardziej mi się podobasz – wyszeptał jej do ucha.
- Nawzajem – odpowiedziała szczerze i uśmiechnęła się do niego w taki sposób, że znowu zaczął 
się zastanawiać skąd ją zna. Po chwili przestał się zastanawiać nad czymkolwiek, bo zaczęła 
pieścić językiem jego szyję. Jęknął i mocno ją do siebie przytulił. Otarła się nagą skórą o jego 
skórę, wywołując fale cudownie przyjemnego dreszczu. Oboje byli coraz bardziej siebie 
spragnieni i zdawali sobie sprawę, że działają na siebie dostatecznie mocno, żeby ich związek był 
udany, przynajmniej w sferze erotycznej.
- Tutaj czy przy kominku? – spytał lekko zachrypniętym głosem. 
- Przy kominku – odpowiedziała bez zastanowienia Dianora, jak każda kobieta, nawet kurtyzana, 
nastawiona bardziej romantycznie do spraw seksu. Poza tym chciała być noszona na rękach i 
adorowana z czym zgodzi się każda przedstawicielka płci pięknej.
Po kilku chwilach wylądowała miękko na skórze lamparta i dała z siebie ściągnąć resztę 
zbędnych i uwierających ja teraz ubrań. Nie zdążyła w tej samej operacji pomóc Malfoyowi, bo 
rozebrał się bardzo szybko, a ona czuła się rozleniwiona ciepłem bijącym z kominka i 
delikatnym, niemal opiekuńczym postępowaniem kochanka. Zamknęła oczy poddając się 
wszystkiemu, co z nią robił. Miała wrażenie, że jego usta i dłonie są wszędzie. Musiała 
przygryzać dolną wargę, żeby nie reagować zbyt głośno. Był cudowny. Nigdy by nie pomyślała, 
że takim przymiotnikiem mogłaby opisać Dracona. Ale w tej chwili nic innego do niego nie 
pasowało. Odnalazł jej usta swoimi, a ona ochoczo odpowiedziała na pocałunek i mocno go 
objęła. Kochał się z nią powoli, długo i tak czule, że chwilami wydawało się jej iż straci 
przytomność. Zapomniała kim jest i gdzie jest. Zapominała, że go okłamuje. Liczyło się tylko to, 
że był blisko i był dla niej taki jaki był. Zabrał ją w dalekie, piękne krainy pełne słońca, 
soczystych barw i odurzających aromatów. A potem był tylko spokój i silne, rytmiczne bicie jego 
serca, które ukołysało ją do snu.

- Halo, księżniczko – obudziło ją to i ciepłe promienie słońca, a także delikatne głaskanie po 
policzku. – Już siódma. Skrzaty przyniosły nam śniadanie do łóżka, a ja zaraz szykuję się do 
pracy – po ożywczym prysznicu czuł się świeży i rześki.
Nie otworzyła oczu, tylko uśmiechała się przez sen.
- Wstawaj śpiochu! – Draco postanowił ugryźć ja delikatnie w ucho, ale to też nie pomogło. 
Przykryła się kołdrą po sam czubek nosa i zachichotała.
- Mam kawę – wyszeptał zalotnie podsuwając jej prawie pod nos filiżankę. Zabawnie poruszyła 
nosem, zupełnie jak królik, i zdecydowała się otworzyć jedno oko, potem drugie, a następnie 
powolutku wysunąć się spod kołdry.
- Dzień dooobry – ziewnęła przeciągle.
- Dobry, twoje śniadanko – oznajmił podając jej z szafki obok łóżka drugą tacę.
- Kawa i bułeczki z makiem... A w ogóle to kiedy przyszliśmy do sypialni? Nie pamiętam – 
rozejrzała się zaciekawiona. - Wróciliśmy – sarkastycznie się uśmiechnął. – Przyniosłem cię 
leniu, bo spałaś jak spetryfikowana. I wyglądałaś tak słodko, że nie chciałem cię budzić, ale 

background image

kominek wygasł, a mi się nie chciało go rozpalać. Żebyś widziała minę skrzata, który sprzątał 
tutaj, kiedy nas zobaczył – złośliwie zachichotał.
- Ty się śmiejesz, a może to dla niego naprawdę był szok – obruszyła się Hermiona. 
- Jak rany! Dianoro, a kto by się przejmował, czy skrzat przeżył szok, czy nie?! – uniósł ręce i 
przewrócił oczami. – Skrzaty służą czarodziejom od wieków i są z tego dumne; chlubią się tym. I 
właśnie od służenia są, i nie ma prawa ich obchodzić co robią ich państwo. Skrzat ma być 
posłuszny i wybiegać z położonymi po sobie uszami, kiedy widzi ich nagich – wydawał się lekko 
zirytowany i bardzo rozbawiony. Widocznie skrzat z opuszczonymi uszami był prześmiesznym 
widokiem, nawet w świetle bladego księżyca.
- Ojej, Draco Malfoy sir, wybaczy! – mężczyzna tak pociesznie naśladował głos skrzata, że 
musiała się uśmiechnąć. Draco nagle się roześmiał. – Jak on zabawnie wyturlał się tyłem! 
Marabeth pokręciła głową z politowaniem.
- To naprawdę było takie śmieszne? – spytała i upiła łyk kawy, po czym zabrała się za pierwszą 
bułeczkę. 
- Naprawdę – skinął głową i szeroko się uśmiechnął.
- Skoro tak mówisz...
- Nie mogłaś widzieć, bo spałaś – powiedział Malfoy i wepchnął do ust pół bułeczki. – Mniam!
- Nie mówi się z pełnymi ustami, Draco – zmarszczyła brwi Hermiona.
- Łojej! Możesz nie mówić tonem mojej szlachetnej matki? Już nie mieszkam z rodzicami – 
zalotnie trącił ją w łokieć. 
- Z pełną buzią się nie mówi, to nieładnie – drążyła dalej temat, ale uśmiechnęła się nieznacznie.
Draco skonsumował w kosmicznym tempie kolejne dwie bułeczki.
- Nieładnie, skarbie, to ja mogę się z tobą pobawić – poczuła jak jego dłoń wślizguje się między 
jej uda.
- Hej! – przytrzymała ją i z lekkim rumieńcem dodała: -Idziesz do pracy.
- Mogę się spóźnić – szelmowski uśmiech, który jej zaprezentował był rozbrajający, ale pokręciła 
zawzięcie głową.
- Nie możesz. Dopiero zaczynasz pracować. Masz zamiar zacząć od spóźniania się?
- Teraz z kolei mówisz jak mój ojciec – Malfoy się naburmuszył i wyszedł z łóżka. Bez słowa 
otworzył komodę z bielizną i zaczął się ubierać.
- Draco, ja nie mam do ciebie pretensji... Tylko skoro zacząłeś pracować, to nie możesz olewać 
pracy. Chcesz, żeby współpracownicy cię obgadywali za plecami, że stary nie tylko załatwił ci 
pracę, ale jeszcze się opieprzasz? – Draco popatrzył na nią bardzo nieprzyjaźnie. – Przepraszam 
nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało... Chodzi mi o to, że... Chciałabym, żeby ci się dobrze 
pracowało żeby inni cię szanowali... – sama zdziwiła się tym, co powiedziała. Znowu poczuła, że 
się rumieni. Myślała, że Malfoy ją zignoruje, ale wrócił do łóżka i uważnie na nią popatrzył.
- To, co powiedziałaś było miłe – wydawał się zaskoczony.
- Dziękuję. – wybąkała.
- Nie, to ja dziękuję, za uświadomienie mi, że już dosyć mam wypominań starego i powinienem 
się za siebie wziąć. 
Pocałował ją w czoło. Uśmiechnęła się i dała mu całusa w policzek.
- Brak mi samodyscypliny...To dlatego, że tak niepoprawnie na mnie działasz – wymamrotał z 
twarzą wtuloną w jej włosy.
- Idź, bo naprawdę się spóźnisz – uśmiechnęła się, pocałowała go jeszcze raz i trochę się 
odsunęła, a Malfoy wybąkał coś o okrucieństwie płci pięknej i zmarszczył nos.
- Idę, mamusiu – uśmiechnął się złośliwie, a ona pokazała mu język.
- Życzę ci udanego i sympatycznego dnia. – zawołała za nim.

background image

- Nawzajem, Dianoro. – odpowiedział przez ramię. 

*
Hermiona wzięła prysznic, ubrała się i poszła do salonu, gdzie w szczelinie parapetu ukryty był 
list od Harry’ego. Przeczytała go uważnie i zamyśliła się na chwilę. Tak jak przypuszczała, jej 
przyjaciel martwił się o nią i pytał czy wszystko w porządku. Hedwiga na pewno przeczekała noc 
w sowiarni (miała nadzieję, że sowa nie namęczyła się z szukaniem – oni jeszcze nie mieli 
sowiarni, bo dopiero się wprowadzili, i ptak musiał szukać najbliższej sowiarni publicznej) i już 
wracała do swojego pana, więc panna Granger była świadoma, iż musi znaleźć sowiarnię, żeby 
wysłać Potterowi odpowiedź. Odwróciła pergamin i napisała na odwrocie, że na razie nie może 
korespondować, ale wszystko u niej jest w należytym porządku i ma się dobrze. Poprosiła go, 
żeby powstrzymał się z pisaniem do niej chociaż kilka tygodni, a gdy minie jakiś czas, używał 
innej sowy niż Hedwiga, która jest bardzo charakterystyczna. Na koniec podziękowała mu za 
pamięć i troskę, i go pozdrowiła.
Wzięła list, ubrała się w płaszcz i ruszyła na Pokątną w poszukiwaniu sowiarni. Okazało się to 
dosyć proste, bo budynek, w którym się mieściła, znajdował się kilkanaście kroków od salonu 
Madame Malkin. Hermiona wypożyczyła za dwa galeony nie rzucającą się w oczy płomykówkę i 
kazała jej zanieść list Harry’emu Potterowi. Sówka skinęła głową, mrużąc jasno-bursztynowe 
ślepka, huknęła cicho i odleciała. Marabeth wpatrywała się w nią przez kilka chwil z podziwem 
dla mądrości i inteligencji sów, po czym postanowiła sobie zrobić mały spacer zanim odwiedzi 
Destiny.

**
Malfoy Junior wyszedł z jednego z kominów w Atrium. Otrzepał szatę z wyimaginowanego 
kurzu i obrzucił pomieszczenie pełnym wyższości spojrzeniem. Wystrój siedziby władz 
magicznej Wielkiej Brytanii właściwie nie wiele się zmienił przez te ostatnie parę lat. Drewniana 
podłoga nadal lśniła jakby dopiero co ją wypastowano, odbudowana Fontanna Magicznego 
Braterstwa nadal zajmowała centralne miejsce w holu. Jedyną nowością (jeśli można było tak 
rzecz) było drugie stanowisko strażnicze nieopodal windy. Najwyraźniej Ministerstwo 
wzmocniło ochronę swej placówki.
Ciekawe czemu – zaśmiał się w myślach arystokrata ruszając w stronę wind. Po ostatniej aferze z 
przemytnikami perskich dywanów Minister zaczął obawiać się o swój nędzny żywot. Malfoy 
Junior omal nie roześmiał się na wyobrażenie bandy Turków wpadających do gabinetu ministra i 
celujących w niego groźnie wyglądającymi różdżkami, o czym kilka tygodni temu wspominał mu 
mimochodem ojciec, i nacisnął jeden z przycisków na tarczy w windzie. Jego humor pogorszył 
się jednak, gdy jego myśli zaczęły krążyć wokół nowego obowiązku – pracy. Doskonale zdawał 
sobie sprawę, ze gdy tylko zasiądzie w swoim gabinecie, jego każdy ruch będzie uważnie 
obserwowany przez ludzi jego kochanego ojczulka, by ten mógł z iście malfoyowskim 
uśmieszkiem wytykać mu wszystkie potknięcia i poniżać go w towarzystwie. A on? A on nie 
mógł się nawet sprzeciwić, gdyż jedno pociągnięcie ojcowskiego Lockhearta* na testamencie 
mogło sprawić, że zostałby wykluczony z towarzystwa, bez grosza przy duszy... W końcu 
Lucjusz Malfoy nie wybacza porażek. A jeśli już wybacza, to tylko dlatego, że ma w tym jakiś 
interes. 
Drzwi otworzyły się i do windy weszło dwóch dystyngowanych czarodziejów. Oboje skinęli 
uprzejmie na przywitanie i stanęli po jego obu stronach. Wehikuł ruszył dalej. 
Nagle doszedł do wniosku, że Dianora miała rację: gdyby się spóźnił pierwszego dnia to pewnie 
tak to zostałoby przyjęte, że się obija w pracy. W sumie niezbyt go to dziwiło: od dziecka uważał, 

background image

że skoro ma takiego ojca to może sobie na takie rzeczy pozwolić – najpierw z niańkami 
dokuczając im zawzięcie, potem z korepetytorami – wywalając jednego za drugim za takie 
bzdety jak „zła mina”, a potem w szkole – gdzie większość ocen zawdzięczał cichemu 
patronatowi ojca... Po Hogwarcie natomiast wszystko się zmieniło – nagle zaczęło go 
doprowadzać do szału to, że wszyscy patrzą na niego przez pryzmat Lucjusza i chcąc przed tym 
uciec zaczął zachowywać się tak jak się zachowywał. I pewnie dalej by się tak sprawy miały, 
gdyby Lucjusz Malfoy nie wziął go za przysłowiowe „fraki” i nie zastosował odpowiedniego 
szantażu. To była druga charakterystyczna cecha jego rodziciela – potrafił uderzyć swymi 
szantażami w najczulsze punkty. 
Dość tego – pomyślał nagle odrywając wzrok od plamy na podłodze i wpatrując się w przestrzeń 
przed siebie. Nie pozwoli dłużej pomiatać sobie swemu ojcu, nie pozwoli się poniżać i pokaże 
Ministerstwu, że jest wart tej posady. Niech sobie nie myślą, że syn najbogatszego arystokraty w 
Europie jest totalnym kretynem. Zasługuje na tą pracę i wszystkich o tym przekona. 
Winda stanęła w końcu na piętrze, gdzie znajdował się Wydział Bezpieczeństwa Transportu i 
Komunikacji Czarodziejskiej. Draco szybkim krokiem opuścił maszynę, która z głośnym 
hałasem pojechała dalej, i rozejrzał się zimno po wąskim, zatłoczonym korytarzu. Kilka osób 
spojrzało na niego przelotnie, ale reszta zdawała się być całkowicie pochłonięta swoimi 
sprawami. Blondyn zmrużył szare oczy i prychnął z niesmakiem. Następnie szybkim krokiem 
przemierzył korytarz i stanął przed dębowymi drzwiami gabinetu Alfreda MacCartneya. Zapukał 
w ich politurę dłonią obleczoną skórzaną rękawiczką i nie czekając na odpowiedź wszedł do 
środka. 
W gabinecie o zniszczonych meblach i wytartym dywanie znajdowały się dwie osoby – starszy 
mężczyzna siedzący za biurkiem, i jego o wiele, wiele młodszy kolega , zapewne podwładny. 
Mężczyzna spojrzał zaskoczony na Malfoya Juniora, ale chwilę później uśmiechnął się 
nieszczerze. 
- Ach, pan Malfoy – zawołał podnosząc się z krzesła i wyciągając ponad blatem biurka rękę na 
powitanie. Draco zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, a następnie spojrzał na MacCartneya. Ten 
zmieszał się i cofnął dłoń, po czym zasiadł na swoje miejsce. 
- Marcusie, zostaw nas samych – nakazał swemu podwładnemu. Mężczyzna zwany Marcusem 
oderwał zaciekawione spojrzenie od Malfoya Juniora i skinął głową. Chwilę później w gabinecie 
rozległ się trzask zamykanych drzwi i mężczyźni zostali sami. 
- Więc, – zaczął oficjalnym tonem Draco – miał mnie pan zapoznać z moimi obowiązkami.
- Tak, proszę usiąść panie Malfoy – odrzekł MacCartney.- Zaraz przejdziemy do rzeczy.
- Mam nadzieję – chłodno powiedział Draco zająwszy wskazane miejsce.
W miarę upływu czasu, MacCartney ze zdziwieniem musiał przyznać, że Draco nie jest po prostu 
rozhulanym młokosem. Wbrew pozorom okazał się bardzo dociekliwym i uważnym rozmówcą. 
Niewątpliwie odrobił pracę domową.

***
Hermiona, wysłała list do Pottera i spędziła dzień na spacerze i wizycie u swojej małej córeczki 
Destiny. Gdy wróciła do domu, dochodziła druga po południu. Draco miał skończyć pracę o 
szesnastej, lub później, gdyż był to jego pierwszy dzień w pracy, więc miała chwilę dla siebie. 
Poszła do kuchni i tradycyjnym – niemagicznym sposobem – zrobiła sobie kawę. Rozpuszczalną. 
Po chwili namysłu poszła do saloniku i dodała odrobinę rumu . Nachyliła się nad kubkiem, 
wdychając przyjemny aromat, po czym usiadła w fotelu i leniwie sączyła gorący płyn. Nagle 
usłyszała pukanie w szybę. Spojrzała w tym kierunku. Niewielka szara sówka dobijała się do 
okna. Hermiona odstawiła kubek na stół i otworzyła okno. Pierzasta kula wpadła do środka 

background image

pohukując nagląco. Wylądował na stole i wyciągnęła raptownie nóżkę, ledwo zachowując 
równowagę. Marabeth odebrała rulonik rozwinęła i oznajmiła dość głośno:
- Co za kretyn!
Listy był pisany w pośpiechu i zawierał co następuję:

Hermiono nie będę już pisał, bo o to mnie prosisz, ale zaklinam Cię, jeżeli dzieje się coś złego to 
napisz! Wiesz, ze możesz na mnie liczyć. Coś się dzieje, prawda? Inaczej byś się nie ukrywała! 
Obiecuję, że więcej nie napiszę, daj mi tylko znak życia!
Twój kochający przyjaciel, Harry

Hermiona pokręciła głową, pełna irytacji i zwątpienia w ludzki rozsadek, po czym zwróciła 
uwagę na szarą sówkę, która huknęła cicho.
- Chcesz pić, prawda? – zwróciła się do ptaka. – Poczekaj chwilę, zaraz przyniosę ci wody. 
Pobiegła do kuchni i po kilku chwilach wróciła ze szklanym spodkiem pełnym przejrzystego 
płynu. Zlokalizowała pióro i, tak jak poprzednio – na oryginalnej wiadomości, odpisała 
‘kochającemu przyjacielowi”,.

Harry, zrozum, nic mi nie jest. Po prostu chcę na razie pozostać incognito, ale nic mi nie grozi, 
ani nie ukrywam się. Potrzebuję samotności. Nie pisz do mnie, bo to może zachwiać moją 
anonimowość, której potrzebuję. Dziękuję za troskę, ale radzę sobie doskonale, naprawdę.
Nie pisz do mnie na razie, błagam.
Hermiona – cała, zdrowa i wkurzona na Ciebie za drugi list ; )

Już miała przywiązać odpowiedź do nóżki szarej sowy, gdy pojawił się w drzwiach kłaniający się 
w pas skrzat domowy.
- Pan Lucjusz Malfoy sir przybył z wizytą, właśnie czeka w holu – zapiszczało stworzonko.
Hermiona omal nie zaklęła paskudnie.
- Powiedz żeby wszedł – powiedziała. – I nie mów, że widziałeś sowę – dodała ciszej. Skrzat 
zrobił okrągłe oczy ze zdumiena, ale przyrzekł, że o sowie nie wspomni i w pokłonach się 
oddalił.
- Cholera - pisnęła Hermiona. – Uciekaj – powiedziała do sowy, otwierając okno i wiedząc, że 
nie zdąży przywiązać listu. – Przepraszam maleńka, ale musisz lecieć do sowiarni.
Sówka huknęła z zaciekawieniem, ale odleciała pospiesznie, Hermiona zaś w pośpiechu ukryła 
miseczkę z wodą na oknie za zasłoną i w popłochu położyła pergamin na półce pod stolikiem, 
powtarzając pod nosem „cholera, cholera, cholera jasna”.
Po czym pośpiesznie usiadła w fotelu, założyła nogę na nogę i upiła kolejny łyk kawy, 
przywołując na twarz uprzejmy uśmiech. W tej właśnie chwili w progu salonu pojawił się 
Lucjusz, pergamin zaś, odłożony niedokładnie, z ledwie słyszalnym szelestem zsunął się na 
miękki dywan, lecz czarownica tego nie zauważyła. Wstała i grzecznie skłoniła się Malfoyowi 
seniorowi.
- Dzień dobry, Dracona jeszcze nie ma, powinien być mniej więcej – spojrzała na rzeźbiony zegar 
stojący na kominku – za półtorej godziny.
- Rozumiem, że jest w pracy? – spytał mężczyzna poprawiając doskonale skrojoną ciemnozieloną 
szatę wierzchnią.
Hermiona skinęła głową.
- Doskonale. Mam nadzieję, że to nie będzie totalna porażka – dodał pod nosem bardziej do 
siebie niż do kobiety.

background image

- Zapewniam pana, że nie – Marabeth nie mogła się oprzeć, żeby czegoś nie odpowiedzieć. –
Draco poważnie podszedł do swojej pracy – dodała grzecznie.
Jak można tak nie wierzyć we własne dziecko?! – pomyślała z naganą.
- To dobrze – lakonicznie podsumował Lucjusz. – Przyszedłem zobaczyć, jak się wam mieszka. 
Dziś wcześniej wyszedłem z Ministerstwa, postanowiłem więc zobaczyć jak sobie radzicie sami 
w tak dużej rezydencji – dodał, zanim Hermiona zdążyła zapytać, czemu sam nie jest w pracy. – 
Widzę, że dobrze.
- Proszę usiąść – kobieta wskazała fotel mieszczący się przy kominku. – Zrobić panu coś do 
picia? – spytała grzecznie.
- Tak, dziękuję Dianoro. Chętnie napiję się tego, co ty – Malfoy usiadł w fotelu. – Mogę zapalić? 
– spytał wyjmując złotą cygarnicę. 
- Proszę bardzo. Piję kawę z rumem
- W takim razie poproszę. A ty się nie poczęstujesz? – wyciągnął w jej kierunku cygarnicę.
- Nie, dziękuję - Hermiona potrząsnęła głową i udała się do kuchni, by zrobić Lucjuszowi kawę, 
mężczyzna zaś rozejrzał się po pokoju. W pewnym momencie jego wzrok padł na podłogę i 
ujrzał pod stolikiem pergamin. Bardziej z zamiłowania do porządku, niż ciekawości, postanowił 
go podnieść i położyć na miejsce. Miał zamiar pozostawić go na półeczce pod stołem bez 
zapoznawania się z treścią – cenił sobie ludzką prywatność – lecz kątem oka zauważył imię 
„Harry” i uważniej przyjrzał się listowi. Nie mógł się powstrzymać i przeczytał list oraz 
odpowiedź na niego. Przez chwilę stał jak zaczarowany, ale otrząsnął się w mgnieniu oka i 
odłożył pergamin na półkę, po czym wrócił na fotel. 
Do jasnej cholery, wiedziałem, że z kimś mi się kojarzy – pomyślał i poczuł irracjonalne 
rozweselenie. Pierwsza w klasie, o ile nie w całej szkole, rokująca fantastyczną karierę w każdej 
dziedzinie magii czarownica została kurtyzaną. Zignorował cichy podszept sumienia, które 
próbowało mówić coś o dyskryminacji czarodziejów z rodzin mugolskich. Jeszcze mniej więcej 
rok temu widywał pannę Granger w pracy w Ministerstwie, ale i na nią przyszła pora. Mimo 
ogromnego talentu, wiedzy i inteligencji Hermiony. Sumienie Lucjusz nie miało jednak szans w 
starciu z jego pewnością siebie, wyrachowaniem i zimnymi zasadami, którym hołdował. Nie 
ulegało wątpliwości, że do tego zawodu zmusiło ją dziecko, przecież mogła znaleźć mniej płatną 
i dosyć dobrą pracę; po prostu wysokie stanowiska powoli uwalniały się od szlam
Skoro Draco jej nie rozpoznał, a na pewno nie, to jest naprawdę piekielnie dobra – uznał, patrząc 
jak Hermiona, która właśnie wróciła, nalewa do kubka z kawą porcję rumu, podchodzi do niego i 
wręcza mu parujące naczynie. Aromat kawy był niemal zniewalający i czarodziej rozchylił 
nozdrza wdychając uroczy zapach. Podziękował i uśmiechnął się, jak na Malfoya przystało, 
uprzejmie a zarazem wyniośle.
Kurtyzana zajęła miejsce w drugim fotelu. Poczuła się nieswojo, ponieważ miała wrażenie, że 
Lucjusz bacznie się jej przygląda, zbyt bacznie. Kiedy jednak spojrzała na niego ponownie, z 
ulgą zauważyła, że jego spojrzenie jest takie jak zawsze – chłodne i pełne dystansu do osób, które 
traktuje z wyższością. 
Malfoy senior nie zamierzał zdradzać się z nowo zdobytą wiedzą. Postanowił popatrzeć z boku 
na rozwój wypadków. Znowu uśmiechnął się sardonicznie i podjął niezobowiązującą 
konwersację na temat literatury i sztuki. Panna Granger, oczywiście, była fantastyczna w roli 
kurtyzany. Jak zresztą we wszystkim.