background image

   

 

background image

 

Lizzie Doron

  Dlaczego nie  

  przyjechałaś

  przed wojną

background image

 

 

Na pamiątkę pewnego okresu w życiu

background image

 Słowo od autorki

 

„Na wysokim wzgórzu, w dalekiej Europie, wznosił się zamek, w nim mieszkała 

królewska rodzina. Nikt o niej nie wie, a ja jestem jedynym świadkiem ich dziejów”.
 

Tak mawiała Helena, ale nigdy nie rozwijała tego tematu. Może czasem dorzuciła kilka 

zdań, na końcu lub na początku, czasem trochę mniej, czasem więcej. Więcej dotyczyło 
teraźniejszości, a mniej przeszłości. Przyszłości w ogóle nie było.
 

Przy każdej okazji wracała myślami do tamtego zamku, do miejsca swego urodzenia, do 

innej epoki.
 

W wielkim mieście, na szarym osiedlu, na którym nie było ani wzgórza, ani zamku, na 

rogu ulic Zwycięstwa i Bohaterów, w dwupiętrowym domu, w mieszkaniu na drugim piętrze, 
Helena żyła innym życiem.
 

W mieszkaniu był przedpokój, dwie sypialnie, dwie pary drzwi wejściowych, jedne za 

drugimi, te drugie otwierały się tylko dla znajomych, pierwsze miały tłumić pukanie, by nie 
przestraszyła się obcego, stojącego na progu.
 

Za drzwiami wejściowymi było dziewiętnaście schodków, poręcz, nieogrodzone 

podwórko, ogródek, palma, kolczaste krzewy i polne kwiaty, tam stale gościła suczka przybłęda, 
kogut, który był budzikiem, kura znosząca każdego ranka jajko, koty buszujące w kubłach na 
śmieci, ptaki, które zatrzymywały się w przelocie podczas wędrówek, i inne zwierzęta.
 

W tym mieszkaniu, nie w zamku, mieszkały ostatnie przedstawicielki dynastii, matka 

Helena z córką Elizabet.
 

Oto kilka opowieści z ich życia z lat 1960–1990.

 

Kronika dawno zapomnianych wypadków.

background image

 Kirjat Chaim

 

maj 1960

 

Pewnego dnia po powrocie ze szkoły zastałam Helenę niespokojnie wyczekującą mnie w 

progu.
 

– Jedziemy do Kirjat Chaim! Być może tam jest ktoś z naszej rodziny – oznajmiła z 

przejęciem. – Jeden jedyny raz nie zdążyłam posłuchać radia – powiedziała do siebie ze złością. 
– Na szczęście Zosia słuchała i zanotowała wszystko, nazwisko i inne informacje. – Helena 
wskazała na karteczkę, która kiedyś była rachunkiem ze sklepu spożywczego, a teraz stała się 
adresem ściskanym z całej siły w dłoni. – W drogę – zarządziła.
 

W mgnieniu oka na moim ramieniu znalazła się torba z kanapką i owocem. Helena wzięła 

torebkę z dokumentami i pieniędzmi, zerknęła przelotnie w lustro i szybko przeczesała włosy. 
Wyruszyłyśmy.
 

Z domu na przystanek autobusowy, z autobusu na dworzec kolejowy; ze stacji na 

przystanek autobusu do Hajfy, z Hajfy autobusem do Kirjat Chaim.
 

Całą drogę w milczeniu.

 

– Kirjat Chaim Zachodnie – ogłosił kierowca.

 

Helena pociągnęła mnie za rękę. Podeszła do kierowcy i pokazała kartkę z nazwą ulicy i 

numerem domu. Wskazał palcem, mówiąc:
 

– To tutaj, pierwszy dom na rogu.

 

– Zupełnie jakbyśmy były na naszym osiedlu. – Helena po raz pierwszy przerwała 

milczenie. Wydawała się zdenerwowana. – Potrzebuję więcej informacji, nie mogę tak po prostu 
zastukać do drzwi. Muszę wiedzieć, kto mi otworzy – powiedziała trochę do siebie, trochę tak, 
żebym usłyszała. Z tymi słowami na ustach zmieniła kierunek i skręciła w uliczkę za rogiem, 
gdzie znalazła, ku swej satysfakcji, dobrze zaopatrzony sklep spożywczy.
 

Kupiła czekoladę Czerwona Krowa i zwróciła się do sklepikarza, żującego kawał 

tuńczyka na grubej, nierównej pajdzie chleba:
 

– Przepraszam, może zna pan moich krewnych, państwa Miczmacher?

 

Sklepikarz otarł usta granatowym, ozdobionym tłustymi plamami fartuchem, który zwisał 

z jego wydatnego brzucha tak, jak obrus zwisa ze stołu.
 

– Owszem – odparł. – Mieszkają naprzeciwko. – Przełknął resztki chleba. – Miły 

człowiek, bierze na rachunek – dorzucił wielkodusznie informację.
 

– Płaci? – wtrąciła Helena z niepokojem.

 

– Płaci. Ale dopiero jak… – urwał i zaśmiał się.

 

Helena zbladła.

 

– Cóż, jak my wszyscy. – Być może broniła swego nowego krewnego. – Niech pan mi 

wyświadczy przysługę – poprosiła. – Nie pamiętam, jak nazywa się jego żona, dzieci. Nie 
widziałam ich tyle lat. – I dodała przepraszająco: – Imiona i inne szczegóły wylatują mi z głowy.
 

– Żona nazywa się Bela, dzieci… – Podniósł oczy do góry, a gdy sobie przypomniał, 

znów przeniósł wzrok na nią. – Jest tylko jeden chłopiec, siedmio-, może ośmioletni. Mówią na 
niego Motek.
 

– Dziękuję – powiedziała. – Ta czekolada jest dla niego. – Zapłaciła i wyszła. Jedną ręką 

trzymała moją dłoń, w drugiej niosła tabliczkę czekolady dla Motka.
 

Jeszcze w drzwiach sklepu niezwłocznie zagadnęła jakiegoś przechodnia:

background image

 

– Gdzie tu jest szkoła? – W szkole zapytała: – Gdzie jest sekretariat? – Do sekretarki 

zwróciła się: – Dzień dobry, przepraszam, jestem Helena. Może przeprowadzimy się na to osiedle 
i Elizabet – wskazała na mnie – będzie się tutaj uczyć. Nie zna nikogo. Ja znam tylko 
Miczmacherów. Ich syn chodzi tutaj? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, poprosiła, by 
mogła usiąść i chwilę odetchnąć.
 

– Owszem – potwierdziła sekretarka.

 

– Przepraszam – Helena zadała kolejne pytanie – ale czy on będzie dla niej dobrym 

przykładem? Proszę zrozumieć, to moja jedyna córka.
 

– Och, na pewno – odparła sekretarka. – To dobry uczeń, wspaniały chłopiec.

 

– Bardzo dziękuję – powiedziała Helena z ulgą.

 

Wyszłyśmy.

 

Zanim zapukała do drzwi ludzi, którzy mogli być naszą rodziną, Helena przeprowadziła 

ostatni wywiad – u sąsiadów z pierwszego piętra.
 

– Przyjechałam z Tel Awiwu, jesteśmy rodziną – przedstawiła się kobiecie, która 

otworzyła drzwi. – Ale nikogo nie ma w domu. Może mi pani powie, gdzie on pracuje? 
Pójdziemy do niego do pracy.
 

Niska, szczupła sąsiadka odparła:

 

– W magistracie.

 

– Jest urzędnikiem? – zdumiała się Helena.

 

– Nie wiem, co dokładnie robi – odrzekła tamta.

 

Kiedy wyszłyśmy, Helena powiedziała z rozczarowaniem w głosie:

 

– To niedobry znak. W naszej rodzinie nie było urzędników. – Ręka, która trzymała moją 

dłoń, zadrżała.
 

Skierowałyśmy się ostatecznie do właściwego mieszkania. Na drzwiach wisiała 

drewniana tabliczka: „Bela i Marek Miczmacher”.
 

Drzwi uchyliły się po pierwszym stuknięciu. Otworzyła nam kobieta z wielkim brzuchem, 

nie było jasne, czy z powodu ciąży, czy otyłości. Zaprosiła nas do środka z szerokim, miłym 
uśmiechem. Kiedy zrozumiała, o co chodzi, poprosiła sąsiadkę, by poszła po jej męża do pracy.
 

– Może wreszcie – powiedziała – my także będziemy mieć rodzinę.

 

Kiedy przyszedł i przywitał się hebrajszczyzną z wyraźnym węgierskim akcentem, stało 

się jasne, że jednak nie jesteśmy rodziną. Mimo rozczarowania poczęstowali nas jajecznicą z 
czarnymi oliwkami, kiszonym ogórkiem i chlebem. Dali nam też radę: powinnyśmy wybrać się 
do moszawu pod Hajfą. Mieszka tam ktoś o takim samym nazwisku, a skoro i tak jesteśmy w 
okolicy, warto spróbować.
 

Helena dała się przekonać. Wczesnym wieczorem pożegnałyśmy się z wdzięcznością z 

naszymi gospodarzami i pojechałyśmy do osady znajdującej się w niewielkiej odległości od 
miasta. Po półgodzinie byłyśmy na miejscu.
 

U wjazdu do wsi Helena zapytała o Marka. Mężczyzna w błękitnej koszuli, krótkich 

spodniach i gumiakach, roztaczający zapach obory, odparł:
 

– To ja.

 

Helena przedstawiła się.

 

– Coś tam pamiętam – powiedział płynną hebrajszczyzną, z na wpół przymkniętymi 

oczami, które zasłaniały drgające powieki. – Co ja w ogóle mogę pamiętać? – zapytał sam siebie. 
– Wyjechałem z Polski jako młody chłopiec, rodzice stracili ze mną kontakt.
 

Usiedliśmy na ławce i mężczyzna zapytał:

 

– Czemu twoja córka jest taka blada i mizerna? Co to za ubrania, z diaspory? A w ogóle, 

dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?

background image

 

Helena nic nie odpowiedziała. Marek z zadowoleniem perorował, że zawsze był syjonistą 

i że jest z siebie dumny, że w tak młodym wieku odważył się zbuntować przeciwko rodzicom i w 
ten sposób ocalił życie. Helena wymieniła imiona tych, którzy odeszli, i zapytała z bólem, z 
oczami pełnymi łez:
 

– Może pan coś słyszał? Może pan ich znał?

 

On wciąż swoje:

 

– Wyjechałem w bardzo młodym wieku. Nikogo nie pamiętam, nikogo nie znam.

 

Widać było, że gorąco pragnie zakończyć rozmowę i wrócić do swoich spraw. Na 

odchodnym odwrócił się jeszcze i powiedział z dumą, że w Izraelu nazywa się Meir Cabar, a 
Marek to tylko pieszczotliwe przezwisko.
 

– Więc jednak mamy ze sobą coś wspólnego – zauważyła Helena. – W dowodzie 

tożsamości urzędnicy imigracyjni wpisali, że moje izraelskie imię to Chaja, a imienia Helena 
podobno – uśmiechnęła się szeroko – mogę używać jako zdrobnienia.
 

Kiedy pożegnaliśmy się ostatecznie, Helena ujęła mnie za rękę i powiedziała, trochę do 

mnie, trochę do niego, a z pewnością do siebie:
 

– Z niego jest taki Cabar, jak ze mnie Chaja.

 

Droga powrotna była długa i ciemna.

 

– No i co? – zapytała Zosia nazajutrz.

 

– Wszyscy nie żyją – odparła Helena.

 

Nigdy więcej nie szukała krewnych.

background image

 Kukuryku

 

Szkolna pielęgniarka wezwała mnie do siebie na jednej z przerw i wręczyła mi list w 

zaklejonej kopercie.
 

– Oddaj mamie jeszcze dzisiaj – poprosiła.

 

Helena otworzyła kopertę i przeczytała list na głos, żebym usłyszała.

 

„Szanowna Pani!

 

Jutro, o dziewiątej rano, chciałabym z Panią porozmawiać o problemach Pani i Elizabet”.

 

– Ładnie z jej strony, że chce nam pomóc – zauważyła Helena kwaśno, skrzywiła usta i 

udała się na spotkanie o wyznaczonej godzinie.
 

Pielęgniarka, Karmela Gamzo, była uderzająco ładna. Nosiła zieloną sukienkę, na którą 

narzucała biały fartuch, jak wszystkie szkolne pielęgniarki. Ale fartuch Karmeli był bielszy, 
sukienka bardziej zielona, a cały strój porządniej wyprasowany i wykrochmalony od innych. 
Miała owalną twarz o ciemnej cerze, łabędzią szyję, a z jej gardła wydobywał się niski, ciepły 
głos. Powolny rytm jej wymowy sprawiał, że Helena wtrącała co chwila:
 

– Rozumiem, a więc?

 

Podczas rozmowy Karmela w swoim charakterystycznym, powolnym tempie wyjaśniła, 

że niedawno ukończyła kurs psychologii i chciała uświadomić Helenie, że w ostatnich latach 
doszło do ogromnego rozwoju wiedzy na tematy takie jak dzieci, rodzice, środowisko człowieka i 
jego wpływ na zdrowie psychiczne. Ponieważ ona, Helena, jest z córką sama na świecie, 
powinna wziąć pod uwagę, że Elizabet jest jeszcze małą dziewczynką, która potrzebuje własnego 
środowiska. Środowiska zapewniającego jej model, na którym mogłaby się wzorować, z którym 
mogłaby się utożsamić. – To niezbędne – podkreśliła – do jej prawidłowego rozwoju 
psychicznego.
 

Helena wysłuchała naszpikowanej profesjonalną terminologią przemowy i odparła 

zniecierpliwiona:
 

– Rozumiem. Wszystko będzie dobrze.

 

Przez następny tydzień Helena dbała o moje środowisko. W tym celu sprowadziła do 

domu psa, koguta, kota i papużki, nazywając to wszystko „terapeutycznym zwierzyńcem Karmeli 
Gamzo”. Sąsiadom, unoszącym ze zdziwieniem brwi, tłumaczyła:
 

– Żeby Elizabet nie czuła się osamotniona.

 

Wyjaśniała, że jest to zalecenie medyczno-pedagogiczne, umożliwiające utożsamianie się, 

naśladowanie i projekcję. – Nie bójcie się, jeśli za tydzień Elizabet zacznie szczekać albo piać – 
dodawała ze śmiechem.
 

Pielęgniarka nie była zachwycona. Ponownie wezwała mnie na przerwie i wręczyła mi 

list w zaklejonej kopercie. Na kolejnej rozmowie powiedziała delikatnie, że kierunek jest 
właściwy i to świetnie, że Elizabet ma zwierzęta.
 

– Ale to nie wszystko, to nie wystarczy. Elizabet potrzebuje rodziny, ludzi. Rozumie pani? 

– zapytała ze współczuciem.
 

– Tak – odparła Helena. I obiecała w duchu pielęgniarce, a przede wszystkim sobie, że nie 

zostanie wezwana na kolejne spotkanie.
 

Dwa tygodnie później Helena postanowiła ze mną porozmawiać.

 

– Posłuchaj – powiedziała. – Od jutra zamieszka z nami pewien człowiek z Beer Szewy, 

który pięć dni w tygodniu pracuje w Tel Awiwie. Będzie wynajmował u nas pokój. To powinno 
być dobre dla twojego rozwoju: zobaczysz, jak to jest mieszkać z kimś jeszcze. Mam nadzieję – 
stwierdziła – że Gamzo więcej mnie nie wezwie. Poza tym – dodała zachęcająco – są inne dobre 

background image

strony. Każdy, kto do nas przyjdzie, zobaczy, że mieszka tu mężczyzna. Jeśli będziesz musiała, 
mów, że to twój tata, a ja, jak zajdzie potrzeba, będę mówić, że to mój mąż. I nikt nie będzie 
zadawać pytań. Jeszcze wyniknie z tego coś dobrego – rzuciła z nadzieją. – Dostaniemy też 
pieniądze. Zgodnie z umową zapłaci za rok z góry. Jedyny problem jest taki, że zamieszka w 
salonie. Ale to nic – pocieszyła się. – On wychodzi wcześnie, wraca późno, a w piątki i soboty w 
ogóle go tu nie będzie.
 

Następnego dnia zjawił się mężczyzna z wielką walizą. Miał nerwowy uśmiech, siwiejące 

włosy i rozmaite nerwowe tiki. Przez większość czasu mrugał powiekami i ruszał ustami, ale nie 
dlatego, że chciał coś powiedzieć. Praktycznie się nie odzywał.
 

Odkąd w naszym salonie zamieszkał obcy człowiek, w domu pojawiły się oznaki nowego 

życia: trzecia szczoteczka do zębów w łazience, męskie ubrania na sznurku na balkonie, 
marynarki i krawaty, obuwie większych rozmiarów i tym podobne.
 

Jego obecność miała niepokojący wpływ na pory naszego wstawania z łóżka.

 

Wcześnie rano, jeszcze przed pianiem koguta, człowiek z Beer Szewy golił się 

nowoczesną maszynką elektryczną, jakich wcześniej nie widywano w Izraelu. Maszynka 
wydawała przyprawiający o gęsią skórkę zgrzyt, jak skrzypienie paznokcia nauczyciela na 
tablicy przy pisaniu.
 

Helena budziła się codziennie o świcie, kręciła po mieszkaniu i życzyła pielęgniarce 

Karmeli, by budził ją nie dzwonek budzika, lecz dźwięk maszynki do golenia człowieka z Beer 
Szewy.
 

Ale jego obecność przyniosła także znaczną ulgę. Sąsiedzi przestali indagować:

 

– Heleno, czemu nie wyjdziesz drugi raz za mąż?

 

Nikt nie wołał za Elizabet: – Twój tata nie żyje!

 

Siostra Gamzo nie wzywała jej na kolejne spotkania, a suma na koncie bankowym 

wzrosła.
 

Lokator wychodził z domu każdego ranka i wracał wieczorem.

 

Pewnego wieczoru, gdy szedł uliczką w stronę bloku, zaczepił go jakiś chłopiec:

 

– Proszę pana, pana córka poszła do Riny.

 

– Mówisz do mnie? – zapytał.

 

– No pewnie. Pan jest tatą Elizabet, prawda? Jest u Riny.

 

– Moja córka ma na imię Michal – odparł człowiek z Beer Szewy. Wszedł do domu, 

milczący jak zawsze, ale jego tiki nasiliły się.
 

Tydzień albo dwa tygodnie później, gdy wracał do domu po pracy, zagadnęła go sąsiadka 

Ita.
 

– Dzień dobry – powiedziała. – Przed minutą widziałam w sklepie pana żonę. Kupowała 

masę pyszności na kolację. Smacznego i do widzenia!
 

Mężczyzna nie odpowiedział. Wszedł do pokoju i powiedział do siebie na głos:

 

– Załatwili mi tu żonę, córkę, zwierzęta – toż to osiedle wariatów.

 

Krzykiem przegnał koguta, który zaglądał do środka:

 

– Uciekaj stąd!

 

Potem poszedł do kuchni za Heleną, która wróciła z zakupów, i zapytał:

 

– Dlaczego trzymacie tyle zwierząt?

 

– Z tego samego powodu, z jakiego pan tutaj jest – odrzekła. – Z winy siostry Karmeli.

 

Widząc jego nierozumiejące spojrzenie, zaniepokoiła się i powiedziała, że w gruncie 

rzeczy woli zwierzęta od ludzi.
 

– Ale dlaczego kury? – zapytał.

 

– Ze względu na jajka – odparła.

background image

 

Od tej pory lokator był jeszcze bardziej milczący, a z jego pokoju dobiegał wyłącznie 

dźwięk maszynki do golenia.
 

Mężczyzna wytrzymał jeszcze kilka tygodni. W tym czasie powstrzymywał się i nie 

reagował, gdy sąsiedzi mówili, jak bardzo go podziwiają, że żyje z Heleną, i jak wspaniale, że 
zgodził się zaopiekować Elizabet i wychowywać ją jak własną córkę. Pewnego dnia spakował 
walizkę i wyjechał bez uprzedzenia. Po drodze powiedział sąsiadce Icie, że codzienna podróż z 
Beer Szewy do Tel Awiwu już nie wydaje mu się szaleństwem, szczególnie po tym, jak przez 
kilka miesięcy mieszkał z tą kobietą, dziewczynką i kogutem. Po jego wyjeździe okazało się, że 
zapomniał maszynki do golenia. Helena napisała, żeby po nią przyjechał, ale nigdy nie odpisał 
ani się nie zjawił.
 

Wszyscy zapomnieli o mężczyźnie z Beer Szewy i na osiedlu znowu była wdowa Helena 

i sierota Elizabet. Ale od tamtej pory zawsze, gdy w mieszkaniu pojawiał się nieznajomy 
człowiek, hydraulik, listonosz albo ktoś inny obcy, Helena pilnowała, by położyć maszynkę do 
golenia w widocznym miejscu, żeby chociaż on był świadkiem, że nie mieszka tam samotna 
wdowa z córką sierotą.

background image

 Kawa, ciastko i szklanka wody

 

Kobiety stamtąd spotykały się u Heleny na kawę o piątej.

 

Regularnie przychodziły cztery: Ita, Zosia, Fania i Guta.

 

Tęga Ita nosiła wyłącznie kwieciste suknie w żywych barwach.

 

– Sukienki Ity są jak ogrody – mawiali z uśmiechem mieszkańcy. Kiedy pytali, dlaczego 

ma na sobie tyle kwiatów i kolorów, odpowiadała:
 

– Na tych sukienkach jest więcej życia niż w mojej duszy.

 

O Icie mówiono, że jest piękna jak w poezji. Miała brązowe oczy gazeli, nieduże, 

zapadnięte, głębokie, w których zawsze lśniły łzy. Nigdy się nie malowała, czarne włosy nosiła 
nieporządnie rozpuszczone i wydawało się, że nie zaznały grzebienia ani nie widziały fryzjera. 
Helena wyjaśniała, że Ita nie czesze się od lat, bo strasznie ją boli, gdy grzebień rozczesuje 
splątane włosy. Ita natomiast twierdziła, że nie czuje bólu od dawna. Czasami, gdy chodziła boso, 
jak lubiła, i sąsiedzi ostrzegali ją przed kamieniami na polnej drodze, przed szkłem albo 
gwoździem na chodniku, powtarzała: – Mówiłam wam, mnie nic nie boli.
 

Na osiedlu i w ogóle wszędzie krążyła pogłoska, że Ita zużyła swój przydział cierpienia w 

tym wcieleniu. Jak mawiała jej siostra Fejga: – Tam się nacierpiała, ale także tu, także tu, 
biedaczka, i jeszcze tam, a nie ma większego bólu od tego.
 

Zielonooka Zosia była najstarsza. Jasne włosy farbowała na złocisty blond i utrwalała 

wyjątkowo mocnym lakierem. Za każdym razem, gdy opierała głowę na ręku, wieża z włosów 
przechylała się na bok, jakby opadała, i wydawało się, że za chwilę całkiem się zawali.
 

Jej znakiem rozpoznawczym było „oj wej”. „Oj” pojawiało się jeszcze przed słowami 

powitania. Zawsze miała ze sobą małą lakierowaną torebkę, czasem białą, czasem czarną. W 
środku było pełno ligninowych chusteczek. – System osuszania łez – mówiły pozostałe panie. – 
Zosia – opowiadały – leczy się na całą masę dolegliwości i wciąż staje się jeszcze bardziej chora. 
– Bolało ją całe ciało i serce. Opłakiwała nie tylko to, co było, a czego nie ma, lecz przede 
wszystkim to, co mogło być, a czego nigdy nie będzie. Była bezdzietna, samotna, bez rodziny, 
bez męża, bez dzieci, został jej tylko ból.
 

Tryskająca energią Fania była najatrakcyjniejsza. Przychodzące na spotkania panie 

mówiły na nią „modelka”: szczupła, zadbana, błękitne oczy, blond włosy jak z „Vogue’a”. 
Zawsze miała na sobie jedwabną garsonkę najwyższej jakości. O każdej porze roku nosiła buty 
na obcasie, spiczaste z przodu, wysokie z tyłu. Stukanie obcasów zapowiadało jej nadejście, jak 
dzwonek na szyi owcy. Fania była jak spóźniony autobus, na który wszyscy czekają. 
Niezmiennie przybywała ostatnia, jakby dając znak, że można zaczynać.
 

Szacunek i zgoda na spóźnianie się należały jej się ze względu na status rodzinny. Jej mąż 

jest znanym adwokatem, może nawet doktorem prawa, mówiono na osiedlu.
 

Fania, według innych opowieści, miała zawsze astmę i kochanków. Ona, która pragnęła 

szacunku i wykształcenia, zdobyła, biedaczka, szacunek i miłość.
 

Tak jak dawniej, teraz także Fania miała kochanka. – Nie na poważnie, tylko na pamiątkę 

dawnych czasów – mówili ludzie. – Mąż – mówiła sama Fania – nie jest na poważnie, tylko dla 
reputacji.
 

– Mąż jest ze względu na sąsiadów i ze względu na astmę – utrzymywali sąsiedzi, którzy 

zawsze wiedzieli lepiej. – Tylko przy nim – szeptano za jej plecami – dostaje ataków.
 

Kiedy urodziła syna, nazwała go Pe’er i dbała, by wszyscy dowiedzieli się, że nie jest on 

takim sobie, zwyczajnym dzieckiem, lecz prawdziwym cudem. Większość czasu spędzała na 
kupowaniu prezentów dla tego cudownego dziecka i regularnych wizytach u specjalistów, którzy 

background image

mieli zbadać, czy jej syn jest zdrowy, inteligentny i czy, broń Boże, nie ma jakiejś wady, którą 
trzeba naprawić, zanim dorośnie.
 

Opowiadano, że w pokoju tego wynoszonego pod niebiosa dziecka na wszystkich 

ścianach zawiesiła lustra. Żeby przez cały czas widział, jaki jest wspaniały.
 

Do kwartetu należała także Guta, żona osiedlowego rabina.

 

Rabinowa była kobietą wyjątkowo dużych rozmiarów. Każdy strój, nawet najbardziej 

obszerny i luźny, na Gucie opinał się jak ciasny bandaż elastyczny. Z przodu sterczała para 
ogromnych piersi. Biust, żartowano, pojawia się pół godziny przed tym, zanim nadejdzie sama 
Guta.
 

Na głowie nosiła ciasno zawiązaną jaskrawoniebieską chustkę. To wystarczyło, by 

zrodziła się plotka, że w dniu wybuchu wojny nagle wypadły jej wszystkie włosy. W związku z 
tym ludzie wierzyli, że rabinowa zakrywa głowę nie ze względów religijnych, tylko dlatego że 
jest łysa. Niestety, nie mógł tego potwierdzić żaden naoczny świadek, bo jako żona miejscowego 
rabina zmuszona była zakrywać głowę przez wszystkie dni w roku.
 

– Nasza rabinowa – opowiadały inne dobre dusze – kiedyś w ogóle nie była religijna, była 

nawet grzeszna, ale straciła wszystko, co miała, i z tym wszystkim, czego już nie ma, zbudowała 
to, co jest. – Zaprosiła do siebie Boga i pozostawała z nim w stałym kontakcie. Dom zamieniła w 
synagogę, męża w rabina, a samą siebie w rabinową. Adoptowała osieroconą dziewczynkę, którą 
nazwała Emuna, i chłopca, którego nazwała Hillel. O tym dobrym uczynku mówiono na osiedlu, 
że nie był to taki znowu wielki dobry uczynek, bo w gruncie rzeczy ona tylko chciała, by nie 
dowiedziano się, że jest bezpłodna, i żeby nie pytano, dlaczego nie spełnia zapisanego w Torze 
nakazu rozmnażania się.
 

Kobiety stamtąd spotykały się u Heleny na kawę o piątej.

 

Co pewien czas do stałej czwórki dołączały na krótko inne osoby. Wszystkie 

zapamiętywałam wyłącznie dzięki cyfrom. Na ich imionach można było połamać sobie zęby i 
powykręcać język, a numery na rękach stanowiły łatwy do wymówienia i zapamiętania 
zamiennik. Obwieszczałam z balkonu albo z okna:
 

– Pięć cztery sześć siedem siedem dwa idzie do nas!

 

Albo:

 

– Nadchodzi dziewięć cztery osiem dwa sześć!

 

Helena bladła, jej serce zamierało na jedno uderzenie. Opanowawszy się, mówiła:

 

– Masz słuszność Elizabet, w ten sposób nie zapomnimy.

 

Dzięki tym numerycznym wiadomościom wiedziała, ile dostawić krzeseł i ile wody wlać 

do dzbanka z kawą.
 

Wszystkie spotkania przebiegały w ten sam sposób, odbywały się przy tym samym stole, 

z tym samym poczęstunkiem, o tej samej porze, raz na dwa tygodnie.
 

Kobiety stamtąd siadały wokół stołu.

 

Opuszczenie żaluzji stanowiło znak dla wszystkich i wydarzenia zaczynały się toczyć 

zgodnie z ustalonym scenariuszem. W pokoju, w którym stał stół, słoneczny blask zastępowały 
blade światło żarówki i migoczący płomyk lampki pamięci. Ostatnie promienie walczyły o 
wdarcie się do przedwcześnie zaciemnionego pokoju, lecz lęk przed tym, że ktoś obcy mógłby 
coś usłyszeć, nie pozwalał na wpuszczenie ich do środka. Kobiety zamykały się celowo, zarówno 
przed słońcem, jak i przed sąsiadami. Scenografia była gotowa, cienie tańczyły na ścianach, 
światła przyćmiono.
 

– Teraz – obwieszczała Helena tonem herolda i rozmowa zmieniała charakter.

 

Zosia otwierała torebkę, przyglądała się uważnie papierowym chusteczkom trzymanym w 

drżących palcach, po kolei rozprostowywała je i układała w stosik. Naraz, jak za podniesieniem 

background image

pałeczki wielkiego dyrygenta, wybuchała serią lamentów. Zaczynała od „oj wej wej” i zanosiła 
się płaczem; przechodziła do „aj aj aj”, a potem znowu „wej wej wej”, i „aj aj”, do końca 
spotkania albo do ostatniej chusteczki. Nie mówiła nic innego, dopóki Ita nie podniosła głosu do 
krzyku.
 

– Cholera! Psiakrew! Kurwes! – odwracała głowę, z jej ust pryskały kropelki śliny, które 

spadały na stół, i Zosia wycierała je chusteczkami, zmieszane ze łzami. W nadziei że Ita się 
uspokoi, Helena nalewała jej szklankę wody. Ale brała ją Zosia, bo od płaczu zaschło jej w 
gardle.
 

Nagle Fania zauważała, że także chce jej się pić. Prosiła Helenę o kawę, taką jak zawsze, 

w porcelanowej filiżance ze złotym paskiem, z kostką cukru na spodeczku i ciasteczkiem. Zanim 
upiła pierwszy łyk, ujmowała uszko filiżanki palcem wskazującym i kciukiem, pozwalając, by 
palce serdeczny, środkowy i mały zawisły w próżni. Między kolejnymi łykami wyjmowała z 
torebki lusterko i odwracała się do światła, żeby sprawdzić, czy czerwona szminka na wargach 
nie rozmazała się, a gdy odstawiała filiżankę na spodeczek, brzęk porcelany przypominał 
wszystkim o jej obecności. Zanim któraś z pozostałych zdążyła zwrócić się do niej tonem spikera 
radiowego „dzień dobry pani Fani”, mówiła jakby przepraszająco, że to od tamtej pory, od tamtej 
pory wpatruje się w lusterko, ale nie z powodu szminki, to tylko pretekst. Robi to, bo musi 
przekonać się na własne oczy o swoim istnieniu.
 

– Wiemy, wiemy. To twoje lusterko nas oślepia – rzucała lekceważąco Ita. Potem znowu 

zaczynała krzyczeć: – Kurwes! Chazers! – jakby pragnęła z powrotem stać się bohaterką 
wieczoru.
 

– Oj wej, oj wej – zawodziła dalej Zosia.

 

Z obawy, że dźwięki przenikną na zewnątrz, Helena co jakiś czas sprawdzała zamknięte 

okna i żaluzje i częstowała wszystkich kawą i maślanymi ciasteczkami.
 

Później Guta rabinowa zaczynała swoją rolę.

 

Podniosłym, modlitewnym tonem, bardziej donośnie od pozostałych, wołała:

 

– Słuchaj, Izraelu, niech będzie uświęcone Jego imię, niech będzie błogosławiony Pan. – 

Potem przyzywała Stwórcę, by zjawił się na spotkaniu: – A jeśli jest zajęty i nie może przyjść, 
niech przynajmniej wysłucha!
 

Dopiero teraz Helena zabierała głos:

 

– Jeśli nie odpowiedział ci wtedy, po co wzywasz Go teraz? Możecie już sobie iść, niech 

tylko Bóg nie przychodzi do mojego domu, a ona – wskazywała grożącym palcem na rabinową – 
niech nie zaprasza Go na mój rachunek. Jak jej tak na Nim zależy, niech Go sobie wzywa do 
siebie, do synagogi.
 

Wszystkie szykowały się do zakończenia: zbierały torebki, płaszcze i same siebie. Jedynie 

Zosia miała prawo do pozostania pięć minut dłużej, żeby spuchnięty nos i zaczerwienione oczy 
zdążyły wrócić do poprzedniego stanu i nie zdradziły jej przed sąsiadami.
 

Otwierano żaluzje, zapalano światło we wszystkich pomieszczeniach.

 

Lampka pamięci dalej rzucała cienie w zapadających ciemnościach.

 

Przed nastaniem nocy Helena notowała długopisem w kalendarzu: za dwa tygodnie o tej 

samej godzinie spotkanie z Itą, Zosią, Fanią i Gutą.
 

– Co ty wiesz? Co rozumiesz z tego, co widzisz? – zapytała, gdy zajrzałam, ale nie 

oczekiwała odpowiedzi. Rzeczywiście, co ja w ogóle wiem? Rozumiem?

background image

 Kol Nidrej

 

Jom Kipur.

 

Mieszkańcy przygotowują się do dnia pokuty. Osiedle opustoszało. Tego dnia był jeden 

dom dla wszystkich – synagoga Guty. W dni powszednie był to zwykły dom mieszkalny, w dni 
świąteczne zamieniał się w dom Boga. W salonie święte księgi i przedmioty liturgiczne 
współistniały obok siebie wraz z krzesłami, stołem i kanapą. Sypialnia przekształcała się w 
babiniec, a korytarz przedzielał modlących się zgodnie z zasadami. Miejsce przed aron ha-
kodesz
 zapełniało się rzędami pogrążonych w modlitwie mężczyzn z narzuconymi na ramiona 
tałesami.
 

Przed domem był trawnik, a na trawniku bawiły się dzieci: w berka, w chowanego, w 

„długiego osła”, w gumę.
 

Boski dom kultury tętnił życiem.

 

Helena, jak inni, przygotowywała się na święto Jom Kipur. Wieczorem ubierała się na 

biało, głowę zakrywała białą jedwabną chustką, trochę przypominającą tałes, trochę ślubny 
welon, i stawała na balkonie, na drugim piętrze, przyglądając się synagodze naprzeciwko. – 
Kiedy będzie jizkor? – pytała schodzących się na modlitwę. – Muszę przypomnieć kilka rzeczy, 
im i Bogu. – Mnie wysyłała na plac zabaw.
 

Co roku, najwyraźniej umówiwszy się wcześniej, korzystała z pomocy dyżurnego 

chłopca, który wołał z podwórka:
 

– Helena! Helena! Zaraz będzie jizkor!

 

Wtedy znikała z balkonu i chwilę później zjawiała się w synagodze, stając przed aron ha-

kodesz.
 

Zapadało raptowne milczenie.

 

Mężczyźni w tałesach obruszali się:

 

– Przecież to nie jest miejsce dla kobiet!

 

Ogólne pomieszanie.

 

Na początku próbowali tłumaczyć:

 

– Pomyliłaś się, przejdź do pokoju obok.

 

Helena wyjaśniała, patrząc im prosto w oczy:

 

– Nie pomyliłam się, jestem w odpowiednim miejscu.

 

Zdecydowanym ruchem odwracała się plecami do modlących się, twarzą do aron ha-

kodesz, i w ciszy rozlegał się jej donośny głos:
 

– Tutaj, przed tymi ludźmi, ja, Helena, przedstawicielka wymordowanej rodziny, 

przychodzę do Ciebie w imię straty, jaką poniosłam, w imię roli, której sama nie wybrałam, by 
wspominać dusze zmarłych. Tylko Ty wiesz, dlaczego akurat ja. Stoję tu zamiast nich. Gdyby 
żyli, to oni staliby przed aron ha-kodesz, a wtedy także ja byłabym na swoim miejscu.
 

Na granicy łez obracała się raptem i posyłała spojrzenie ludziom, przed chwilą 

wbijającym wzrok w jej plecy:
 

– Co się patrzycie?! To w ogóle nie jestem ja. Jestem tymi wszystkimi, których nie ma!

 

Z powrotem kierowała się ku aron ha-kodesz. Cała była skulona, a biała jedwabna 

chustka, która z początku przypominała trochę tałes, a trochę ślubny welon, przeistaczała się: 
Helena stała w bieli jak umarły w całunie. Po krótkiej chwili znowu odwracała się do zebranych.
 

– Wyczytam tylko imiona – zobowiązywała się. – Nie chcę, broń Boże, opóźniać 

modlitwy.
 

Rabin Natan dawał znak, rozumiejąc, że nie da się inaczej. Helena wymieniała imiona: 

background image

niech Bóg wspomni dusze Kowy, Moszego, Aharona, Zeliga, Jodla, Kalmana, Pinchasa i 
Efraima… Potem wspominała kobiety: Fridę, Pepę, Goldę, Ninę… Jej długie, smukłe palce 
podnosiły się jeden po drugim jak członkowie jakiejś poważnej komisji, jeden palec dla każdego 
imienia, dla każdego palca imię, a liczba wyprostowanych palców zgadzała się z liczbą imion.
 

Lista Heleny była długa.

 

W synagodze zapadała cisza.

 

W grupie mężczyzn znać było, że gardła modlących się wyschły, w oczach pojawiła się 

zgroza. Po stronie kobiet chusteczki wysuwały się, by otrzeć płynące łzy. Pod aron ha-kodesz 
wciąż rozbrzmiewał śpiew i po kolei zaczęły padać imiona – każde imię miało własny płacz. Pod 
koniec nie było słychać już szlochu Heleny, lecz lament całego chóru. Na ostatek dziękowała 
wszystkim, którzy pomogli jej wypełnić przysięgę, i wychodziła.
 

Dalsze modlitwy odbywały się bez przeszkód.

 

Tak działo się co roku w Jom Kipur w osiedlowej synagodze.

 

Na podwórku dzieci bawiły się dalej, jak zawsze w Jom Kipur.

 

Kiedy Helena znikała z balkonu, ja znikałam z placu zabaw i przez tylne okno synagogi 

oglądałam wszystko, co rozgrywało się przed najświętszym przybytkiem. Szafa zasłaniała widok, 
nie mogłam więc zobaczyć cierpienia, ale nic nie zagłuszało dźwięków. Z początku tylko 
słuchałam, później, stając na czubkach palców, usiłowałam zajrzeć do środka, jeszcze później 
wystarczyło wyciągnąć szyję; w ten sposób co roku wiedziałam więcej. Kiedy byłam 
wystarczająco wysoka, na osiedlu zbudowano inną synagogę, piękną i bogatą, a tę zamknięto.
 

W każdy dzień Jom Kipur Helena stawała na balkonie i w porze wspominania zmarłych 

wymieniała imiona. Bez wiernych, bez rabina, bez modlitw, tylko przed Bogiem.

background image

 Paczki Chaima

 

Wszystkie dzieci na osiedlu miały wujków w Ameryce, wszystkim wujkowie z Ameryki 

przysyłali paczki, a zawartość paczek decydowała o tym, kto zostanie królem, a kto królową 
osiedla. Także ja, mówiła mi Helena, mam w Ameryce cudownego wujka. Cztery razy w roku 
informowała mnie radośnie, że wujek Chaim z Ameryki przysłał dla mnie paczkę. Był to znak do 
rozpoczęcia naszej stałej wyprawy.
 

Razem szłyśmy do osiedlowego oddziału poczty, który mieścił się w salonie prywatnego 

domu. Gospodarz, okrągły urzędnik o okrągłej twarzy, witał Helenę – i jakby umówili się z góry 
– wręczał jej przygotowaną paczkę. Paczka, jak wszystkie jej poprzedniczki i następczynie, była 
owinięta w jasnobrązowy papier, ozdobiona kolorowymi znaczkami i oklejona paskami 
ciemnobrązowej taśmy klejącej wzdłuż i w poprzek. Między nimi długopisem na szorstkim 
papierze widniał nabazgrany napis w obcym alfabecie, z danymi nadawcy i odbiorcy, a wszystko 
dodatkowo obwiązano cienkim, ostrym jak brzytwa sznurkiem.
 

Tak działo się cztery razy do roku: jesienią, zimą, wiosną i latem. Po jednej paczce na 

każdą porę.
 

– Szybko do domu – ponaglała Helena, miażdżąc mi rękę w swojej dłoni, dziękowała 

gorąco urzędnikowi i przyciskała paczkę do piersi.
 

– Dom jest blisko, nawet jak pójdziemy powoli, to szybko dojdziemy – odpowiadałam.

 

Ale ona obstawała przy swoim:

 

– Szybko, szybko, chcę, żebyś zobaczyła, jak wujek Chaim z Ameryki świetnie wiedział, 

co chciałaś dostać. Wujek bardzo cię kocha.
 

Rzeczywiście, każda paczka od wujka Chaima nie tylko dowodziła jego uczuć, lecz także 

zdradzała część jego cudownych zdolności – zdolności do odgadywania sekretnych pragnień i 
marzeń: była tam masa słodyczy, najróżniejsze gry, a przede wszystkim ubrania. Wszystko, czego 
życzyłam sobie po cichu i na głos, wszystko, co widziałam, co chciałam mieć i… co mieli inni. 
Wszystko było idealne. Bardzo rzadko ta czy inna część garderoby nie pasowała rozmiarem, a 
wtedy Helena wyjaśniała z przekonaniem:
 

– Chaim się nie pomylił. Po prostu ciągle rośniesz.

 

Chaim prawie nigdy się nie mylił.

 

– Skąd Chaim tyle o mnie wie? – pytałam.

 

– Wysłałam mu twoje zdjęcie.

 

– To wie, jak wyglądam, ale skąd wie, co lubię? – upierałam się.

 

– Napisałam mu o tym – odparła.

 

– Jak wygląda? – zapytałam.

 

– Jest bogaty – padła odpowiedź.

 

– Ale jak on wygląda? – nie dawałam za wygraną.

 

Ile było paczek, tyle odpowiedzi. Wuj Chaim zmieniał się za każdym razem.

 

Raz był bardzo wysoki, z niebieskimi oczami i blond czupryną; i zgodnie z 

zapewnieniami Heleny, bogaty i niezwykle zdolny.
 

Innym razem Helena opisywała Chaima z brodą, pejsami, w jarmułce, z dużymi 

brązowymi oczami, mądrego, wielce uczonego, pobożnego człowieka.
 

Za każdym razem rodził się nowy Chaim, który przemijał i powstawał od początku przy 

następnej paczce. Zmieniały się nie tylko jego sylwetka i twarz, lecz także rodzina i relacje.
 

Jego egzystencja zależała od paczek.

 

W jednej stracił całą rodzinę, w drugiej miał tylko synów, a mnie traktował jak przybraną 

background image

córkę, w trzeciej owdowiał, a dopiero w następnej ożenił się. Raz bywał wujem Heleny, raz 
mężem jej siostry, kiedy indziej sąsiadem bez żadnego pokrewieństwa.
 

Każda paczka miała swojego wuja Chaima. Upływały kolejne lata i przychodziły kolejne 

przesyłki, ale trudno było ustalić jednoznacznie, kim jest. Nie ulegało jednak wątpliwości, że 
Helena wlewała wiele życia w Chaima z Ameryki.
 

Kimkolwiek był, umożliwiał Helenie podniesienie mojej pozycji: byłam na osiedlu 

królową. Co prawda, inne dzieci też miały ładne ubrania przysłane w paczkach, ale ich wujkowie 
mylili się w rozmiarach i kolorach. Hillelowi obcinano długie spodnie, by nie przydeptywał 
nogawek; Rachel musiała nosić wkładki do butów, Pe’er miał złote guziki przy koszuli i wszyscy 
śmiali się i mówili, że to głupio wygląda, tylko ja miałam wszystko takie, jak trzeba. Mój status 
sprawił, że byłam zawsze pierwsza w grze w klasy, w pikuty i w kulki. W skakaniu przez 
skakankę cieszyłam się specjalnym przywilejem: pozwalano mi skakać pierwszej i tyle razy, ile 
tylko zechcę, nawet jeśli skusiłam i straciłam kolejkę, nigdy też nie kręciłam sznurem.
 

Aż pewnego dnia, gdy tak sobie skakałam, skakałam i skakałam, a reszta dzieci 

posłusznie czekała na swoją kolej, na plecach, zza kołnierzyka bluzki, która niedawno przybyła 
w paczce, wyjrzała zdradziecka metka. Na metce widniały słowa, które Helena miała nadzieję 
ukryć przed wszystkimi: „Ata – wyprodukowano w Izraelu”. Naraz spadłam ze szczytu na sam 
dół. Natychmiast przesunięto mnie na koniec kolejki w grze w klasy i pikuty, nie dopuszczono 
mnie do gry w kulki, a skakanką mogłam tylko kręcić.
 

W desperackiej próbie udowodnienia, że to jednorazowa pomyłka, przeszukałam 

skrupulatnie cały dom. Powyjmowałam wszystko z półek i szaf i zbadałam dokładnie rzeczy 
przysłane w paczkach. Słodycze, gry i ubrania, wszystkie bez wyjątku, były „wyprodukowane w 
Izraelu”. Ameryka nie odcisnęła swego piętna na ani jednym przedmiocie. Oczy wypełniły mi się 
szczypiącą solą i wezbrał we mnie straszliwy gniew.
 

Helena nie pytała, co się stało. Wiedziała.

 

– Chaim, majn kind – powiedziała – kupuje w Ameryce tylko izraelskie marki, nie lubi 

wyrobów gojów.
 

Ale mój status legł w gruzach. To, że Chaim coś lubił, a czegoś nie lubił, nie mogło 

poprawić mojej sytuacji. Naprawdę, nie obchodziło mnie już, czy był niski, czy wysoki, 
owdowiały czy żonaty, czy był wujkiem, czy sąsiadem, rabinem czy prorokiem.
 

A Helena, jesienią, zimą, wiosną i latem, niezmiennie chodziła na pocztę i sama 

przynosiła paczkę. W milczeniu chowała rzeczy do szafy na ubrania, kładła na półki z 
zabawkami i zjadała słodycze, bo u niej Chaim wciąż powstawał, rodził się i żył za każdym 
razem.
 

Dopiero po śmierci urzędnika, gdy zamknięto lokalny oddział poczty, paczki przestały 

przychodzić, a wraz z nimi pogrzebany został także Chaim.

background image

 Przechodzień

 

maj 1960

 

„Adolf Eichmann znajduje się w Izraelu i tutaj zostanie postawiony przed sądem…”

 

Kiedy na falach eteru popłynął głos Ben Guriona, codzienność życia na osiedlu uległa 

gwałtownemu załamaniu. Drzwi otwierały się na oścież, kobiety wychodziły z domów, biegły do 
siebie, ściskały się i całowały ze łzami.
 

Na zatłoczonych ulicach rozbrzmiewała mieszanina wielu głosów, lamenty i gratulacje 

przeplatały się ze sobą. Szloch mieszał się z tańcem, cierpienie z radością. Za rodzicami ciągnęły 
dzieci, obserwując ze zdumieniem dziwaczne święto.
 

– Mamo – zapytał jakiś chłopiec. – Cieszycie się jak przy narodzinach, a płaczecie jak na 

pogrzebie. Co się dzieje? Nie rozumiem.
 

– Tak bywa w życiu po śmierci – odpowiedziała Helena, stojąca obok. I dodała: – Nie da 

się tego zrozumieć!
 

Chłopiec milczał. Nie zadawał więcej pytań.

 

Dzieci porzuciły dorosłych i poszły się bawić. Bawiły się w berka, w chowanego, w 

policjantów i złodziei, w podchody. „Eichmann po prawej, idź ścieżką po lewej i dojdziesz na 
miejsce”, pisały na karteczkach. Jeśli ktoś kogoś rozzłościł, przeszkadzał albo przepuścił piłkę, 
mógł usłyszeć życzenia: „żebyś umarł w grobie Eichmanna”, „żeby cię zabili, zanim zabiją 
Eichmanna”, „żebyś siedział z Eichmannem w więzieniu”.
 

Eichmann zmaterializował się na osiedlu.

 

kwiecień 1961

 

„W tym miejscu, w którym stoję przed wami, sędziowie Izraela, by przedstawić akt 

oskarżenia Adolfa Eichmanna, nie jestem sam. Razem ze mną stoi tu sześć milionów 
oskarżycieli…” Potem nastąpiły zeznania, relacje świadków, opowieści złamanych rodziców, a 
ze środka tej upiornej mieszaniny chaosu i mgły wyłoniła się Sarale Fatamorgana, przybysz z 
innych rejonów.
 

Na głowie ma czarną chustkę zamiast włosów, niebieskie oczy, puste i wytrzeszczone, 

jakby zawsze wychodziły z orbit, zza grubych warg wyglądają dwa złote zęby, przerwa, jeden 
biały ząb, przerwa, jeszcze najwyżej dwa czy trzy zęby, reszta to gołe dziąsła. Wystające kości 
policzkowe i ostry podbródek nie pasują do małego nosa. Jej wychudzoną postać okrywały 
sięgające do ziemi sukienki z długimi rękawami. Cienkie nogi, jakby załamujące się pod 
ciężarem ciała, człapały w wysokich wojskowych buciorach, zdradzających ponurą przeszłość, 
biedną teraźniejszość i lekkie utykanie. Zawsze miała ze sobą pleciony koszyk, w którym nosiła 
wystrzępiony egzemplarz Księgi Psalmów i tranzystor, który wyglądał jak nowy. Mówiono, że 
Sarale kupiła go w dniu, gdy schwytano Eichmanna. Wszystko to – proces Eichmanna, tranzystor 
i jego właścicielka – było ze sobą połączone. Płynące z radia głosy oskarżyciela i świadków 
dopełniało zachowanie Sarale.
 

– Przepraszam – zaczepiała przechodniów. – Czy to proces Eichmanna? – Wyciągała 

tranzystor do wszystkich, których napotkała. – Możecie mi powiedzieć, co tam mówią? – prosiła. 
Kolejni nagabywani wzruszali ramionami, spoglądali nieprzyjaźnie, ignorowali pytanie i szli 
dalej.

background image

 

Sarale nie dawała za wygraną:

 

– Powiedzcie, kiedy wezwą mnie na świadka? Zawiadamiali w radiu, że mam przyjść?

 

Nie została powołana na świadka.

 

Ona dalej swoje – częściowo nieprzytomna, częściowo świadoma, krzyczy, tupie, szlocha, 

tańczy, wyśpiewuje, bije się.
 

– Sarale, co się dzieje? – pytali ludzie, widząc, jak łączy taniec z płaczem, śpiew z 

krzykiem, tupanie z biciem.
 

Miała na to jedną odpowiedź:

 

– Złapali Eichmanna, złapali Eichmanna, złapali, złapali… – Pytający już dawno odszedł, 

ale w niej jakby zaciął się mechanizm. – Złapali Eichmanna, złapali, złapali…
 

Mówiono, że jest jasnowidzem bądź wróżką, że dysponuje nadprzyrodzonymi mocami 

albo w ogóle jest czarownicą, ludzie plotkowali, że jest sierotą od urodzenia, a nawet że jest 
bardzo, bardzo chora.
 

Sarale zaprzątała uwagę wielu mieszkańców osiedla. Gdyby zawierzyć plotkom, musiała 

mieć kilka miejsc urodzenia, wiele par rodziców, pięciu czy siedmiu mężów, nieznaną liczbę 
potomstwa, kilka zawodów i przeżyła dziesiątki okropności. Dla wszystkich opowiadających, dla 
tych, którzy byli zbliżeni do „oficjalnych źródeł”, a zwłaszcza dla dzieciarni, stanowiła 
niewyczerpane źródło natchnienia do snucia fantazji.
 

– Co u Eichmanna? – pytały z upodobaniem dzieci.

 

Widząc ją drzemiącą na ławeczce w ogródku, wołały:

 

– Wstawaj! Eichmann przyjechał!

 

Sarale budziła się w panice, zrywała, jakby chciała dokądś biec, rzucała się, krzyczała jak 

ranne zwierzę, dygocząc potwornie przerażona. Podobno pewnego razu, wśród takich krzyków i 
dygotu, nagle zawiódł ją zdradziecki pęcherz moczowy. Zawsze znaleźli się tacy, którzy się 
śmiali, i tacy, którzy płakali na ten widok.
 

Dla dzieci takie jej zachowanie było okazją do rozrywki.

 

– Sara, wzywają cię na świadka! – zaczepiały ją z lubością.

 

Na tę wiadomość zaczynała wyśpiewywać Hawa Nagila i tańczyć krakowiaka, a chór 

dzieciaków odpowiadał piosenką Głupi we wszystko uwierzy… Sarale rzucała się biegiem, 
chwytała któreś z dzieci, trzymała je mocno jedną ręką i krzyczała:
 

– Jesteś fatamorganą, Eichmann też jest fatamorganą!

 

Puściwszy dziecko, mówiła jeszcze do siebie:

 

– Jestem Sarale Fatamorgana, Sarale Fatamorgana, wszystko jest fatamorganą.

 

Przestraszone dzieci rozbiegały się do domów, donosząc, że Sarale jest porywaczką i 

używa jakiegoś przerażającego i groźnego zaklęcia. Rodzice natychmiast postanowili usunąć 
powód niepokoju i starali się przepędzić wariatkę z osiedla.
 

Kiedy Helena dowiedziała się o zamiarach pozbycia się Sarale, oburzyła się.

 

– Trzeba pozwolić jej zeznawać w procesie – uznała. – Wtedy wszyscy zobaczą, że jest 

przy zdrowych zmysłach.
 

Dniami i wieczorami Helena pisała pisma do władz, apelując, by Sarale pozwolono 

zeznawać, jak to się jej należy. Z odpowiedzi, jakie dostawała, można było wywnioskować, że, 
jak zawsze, inni nie podzielali jej stanowiska: „Szanowna Pani Heleno! – brzmiał jeden z listów. 
– Uprzejmie informujemy, że Sara jest niepoczytalna, dlatego sąd nie może dopuścić jej zeznań”.
 

Helena nie ugięła się.

 

„Uprzejmie informuję, że jeżeli ktoś pozostał przy zdrowych zmysłach, jego zeznania są 

bezwartościowe, gdyż najwyraźniej łatwo przeżył Zagładę. Sarale, Szanowny Panie, nie musi 
mówić ani słowa. Wystarczy, że tylko stanie przed sądem, a wszyscy zobaczą, jakie spustoszenie 

background image

Eichmann poczynił w jej psychice”.
 

Helena niestrudzenie starała się dalej, utrzymując uparcie, że Sarale jest istotnym 

świadkiem. Zasięgała porady prawników i uwzględniała ich argumenty. Pisała na przykład tak: 
„Eichmann nie może być sądzony na mocy zwykłego prawa, lecz podlega prawu wyjątkowemu, 
osądzającemu nazistów i kolaborantów; podobnie Sarale powinna móc złożyć zeznania w ramach 
wyjątku. Biada społeczeństwu, w którym zakłada się, że wszystko zostało zapisane i 
postanowione i nie ma możliwości podważenia lub przedyskutowania jakiejś sprawy bądź 
wydarzenia. W prawie i medycynie zawsze istnieją wyjątki. Nie wolno okazywać przesadnej 
sztywności. Jako ludzie powinniśmy być uważni, wrażliwi, elastyczni, a będzie to z pożytkiem 
dla nas…”. Ten list wysłała do kancelarii premiera. Sarale jednak nie składała zeznań.
 

Kiedy Eichmanna skazano na śmierć przez powieszenie, Sarale miała jedną jedyną 

prośbę:
 

– Jeśli nie mogę zeznawać, niech chociaż go powieszę.

 

Wsiadała do wszystkich autobusów na końcowym przystanku, zajmowała miejsce za 

kierownicą i prosiła autobus, by uciekł kierowcy i zawiózł ją wykonać ważne zadanie. Potem 
błagalnie zaczepiała sprzedawcę falafela, głuchego mleczarza, roznosiciela lodu, wszystkie 
osiedlowe dzieci i wszystkich w ogóle.
 

Zaniepokojona Helena zawiadomiła policję:

 

– To źle się skończy.

 

– Proces zakłócił jej równowagę psychiczną. Sytuacja jest nam znana – odparł dyżurny i 

dodał: – Rozumiem jej stan i jej tragedię. – Chcąc uspokoić Helenę, zapewnił, że nie ma czym się 
przejmować, policjanci wiedzą, że Sarale nie jest niebezpieczna ani dla siebie, ani dla otoczenia, 
lecz jest zwyczajnie nieszczęśliwa.
 

Helenie zrobiło się słabo.

 

Na komisariacie udzielono jej pierwszej pomocy: woda i klepnięcie w policzek. Dołożono 

radę, by poszła do lekarza rodzinnego po coś na uspokojenie. Helena udała się do przychodni i 
wykrzyczała urzędnikowi w recepcji, że to nie o nią chodzi, przyszła tu dla Sarale, która 
potrzebuje pomocy.
 

Z gabinetu wyjrzał doktor Rozentuch w białym kitlu i z surową miną. Jedną połową ust 

ściskał fajkę, z której unosił się biały dym, drugą, wolną połową stanowczo nakazał Helenie, by 
wyszła i nie przeszkadzała.
 

Helena wędrowała ulicami, zwracając się po kolei do sprzedawcy w kiosku, do 

właściciela sklepu warzywnego i do wszystkich sąsiadów.
 

Każdemu, kogo napotkała, mówiła:

 

– To się źle skończy! To nie fatamorgana, pomóżcie Sarale, nie widzicie, co się dzieje?

 

Mnie powiedziała:

 

– Wszystko stanęło na głowie. Policjant jest lekarzem, lekarz policjantem, a ja podobno 

potrzebuję leków.
 

Wszyscy sądzili, że Helena, jak Sarale, zwyczajnie zwariowała.

 

W dniu egzekucji Eichmanna Sarale rzuciła się z okna.

 

Na osiedlu znowu mieszały się radość, ból i poczucie winy. Wszyscy przyszli na pogrzeb.

 

Prochy Eichmanna rozsypano nocą na morzu.

 

Sarale pochowano w dzień.

 

Zanim wyruszył kondukt pogrzebowy, Helena resztką sił zaapelowała do głównych 

rabinów, by Sarale, jako świadek oskarżenia, nie została, jak nakazywało prawo religijne, 
pochowana poza murami cmentarza. Starała się wyjaśnić, że to wyjątkowy przypadek, że prawo 
powinno brać pod uwagę okoliczności i że sąd rabinacki, tak samo jak świecki, powinien 

background image

potraktować sprawę Sarale bardziej elastycznie.
 

Sarale pochowano poza murami cmentarza, jak każe obyczaj. Helena nie poszła na 

pogrzeb.
 

Radio zamilkło. Życie wróciło do normy. Proces Eichmanna i obłąkana Sarale przestali 

być na osiedlu tematem dnia.

 

listopad 1990

 

Pielęgniarka w bieli podeszła i położyła mi delikatnie rękę na prawym ramieniu.

 

– Jestem Sarale, pracuję na nocną zmianę – rzekła. – Chciałabym coś pani powiedzieć. 

Jak pani wie, Helena nie myśli już jasno. Ostatnio bardzo często mnie wzywa i nie przestaje 
naciskać guzika dzwonka, dopóki nie przyjdę. Z początku myślałam, że chce napić się wody albo 
będzie uskarżać się na bóle, ale ona prosi tylko, żebym jej wysłuchała, mówi, że to 
najważniejsze. Opowiada o kobiecie, która nazywała się Fatamorgana. Według niej była ona 
najważniejszym świadkiem oskarżenia w procesie Eichmanna. Chociaż nie zgodzono się 
odnotować jej zeznań w protokole i pochowano ją poza murami cmentarza, pozostała 
najważniejszym świadkiem, bo tylko dzięki jej zeznaniom Eichmann został uznany za winnego i 
powieszony. Kiedy skończy opowiadać, zasypia bez leków. Co wieczór, gdy zaczynam zmianę, 
opowiada mi taką historię i tylko dzięki temu może zasnąć.

background image

 Jeden jest Bóg

 

1960–1975

 

Czas porządków.

 

We wszystkich oknach zamiast zasłon wiszą dywany. Na sznurach z praniem i na płotach 

wietrzą się materace i kołdry. Na trawnikach rozłożone są naczynia, które czekają na 
koszerowanie. Zapach kwitnących drzewek cytrusowych miesza się z zapachem farby unoszącej 
się z pędzli, a powietrze na całym osiedlu przesiąknięte jest wonią pasty do szorowania, chloru i 
szarego mydła.
 

– Tak to już jest, przed świętem Pesach wszystko musi być jak nowe – mówili ci, którzy z 

rezygnacją przyjmowali brzemię.
 

Inni uskarżali się na jego ciężar.

 

– Przejście przez Morze Czerwone i wyjście z Egiptu – powiadali – mamy tutaj, teraz.

 

Wszyscy zwyczajowo pytali sąsiadów:

 

– Gdzie w tym roku spędzacie świąteczny wieczór?

 

U wszystkich nagle materializował się brat albo siostra, wujek albo znajomy.

 

Na pytanie, czy jest gdzieś zaproszona, Helena niezmiennie udzielała tej samej 

odpowiedzi:
 

– Możecie zobaczyć na własne oczy, że robię porządki.

 

Pytający wnioskowali z tego, że wieczór sederowy Helena spędzi z rodziną.

 

wieczór sederowy

 

Przed tym wydarzeniem Helena przygotowywała dom. Gasiła światło we wszystkich 

pomieszczeniach, opuszczała żaluzje i zapalała światło na klatce schodowej, nad drzwiami 
wejściowymi, potem zamykała drzwi na klucz z nami w środku; w ten sposób sąsiedzi mogli 
odnieść wrażenie, że jesteśmy gdzieś indziej. Wieczorem, gdy do sąsiadów przychodzili 
zaproszeni goście, do zaciemnionego pokoju wpadały snopy światła zapalonego w innych 
domach. Egipskie ciemności panujące u Heleny mieszały się z blaskiem pożyczonym od 
sąsiadów.
 

Potem nakrywała do stołu. Na świątecznym talerzu kładła macę, jajko, karpas i wszystko, 

co nakazuje tradycja, ale gdy przychodziła kolej na gorzkie zioła, mówiła:
 

– Dość najadłam się goryczy, za wszystkie siedem pokoleń – i stale znajdowała 

zamiennik: kawałek ciasta, który także umieszczała na talerzu.
 

– Jest koszerne na Pesach – zapewniała.

 

Na wszelki wypadek, wyjaśniała z góry, nie będziemy otwierać drzwi dla proroka Eliasza.

 

– Wiemy przecież – mówiła do mnie i do siebie – że i tak nigdy nie przychodzi. A za 

afikoman – wyrokowała – i tak dostaniesz prezent. Nie musisz go wykradać. Nawet gdybyś 
chciała, nie ma komu.
 

Co roku dostawałam więc prezent za afikoman, którego nie wykradłam.

 

Potem przychodziła kolej na Hagadę. Helena zwykła czytać swoją własną wersję. Co 

roku redagowała ją na nowo: pewne fragmenty opuszczała, inne uwypuklała, a wszystko zgodnie 
z okolicznościami i sytuacją.
 

– Czym się różni ta noc? – pytała siebie i odpowiadała: – Wszystkim. Wszystkim się 

background image

różni.
 

Podnosiła głos:

 

– „I zło czynili nam Egipcjanie, ciemiężyli nas i dręczyli synów Izraela… wołaliśmy do 

Wiekuistego, i widział cierpienia nasze”.
 

Helena płakała, bo w jej Hagadzie, inaczej niż niegdyś, On nie usłyszał, i nie miała siły, 

by opowiadać dłużej o wyjściu z Egiptu.
 

– Moim obowiązkiem jest opowiadać ci, Elizabet, o wyjściu z Egiptu, a gdy wiele będę o 

nim opowiadać, godna będę pochwały, żebyś pamiętała o dniu mojego wyjścia z Egiptu przez 
wszystkie dni twojego życia.
 

Zwykła opowiadać, że tam, w obcym kraju, w wielkim mieście, był inny seder. Za stołem, 

na honorowym miejscu, zasiadał szlachetny, mądry człowiek, podobny do Mojżesza, a mądry jak 
Rambam, który studiował Torę, znał wszystkie sekrety Hagady i miał żonę i siedmioro dzieci. 
Wszystkie były udane. O jasnych oczach i włosach, wysokie i postawne, podobne do gojów. 
Każde z nich mogło zostać pisarzem, uczonym, profesorem.
 

– Każde – mówiła – mogło zostać naprawdę kimś. Rozumiesz? – pytała, jakby było to 

jedno z tradycyjnych pytań w Hagadzie.
 

Można się domyślać, że pod jej zamkniętymi powiekami przesuwało się wiele obrazów.

 

– To Pepa – mówiła. – Pepa lekarka; to Mendel, Mendel lotnik; to Sarale, taka śliczna, i 

Frida, najlepsza nauczycielka.
 

Nagle wydawała się przestraszona, i choć miała zamknięte oczy, mówiła:

 

– Już nie widzę, nie pamiętam! Dlaczego oni nie dorastają? Dlaczego po tylu latach nie 

wyglądają inaczej?
 

Kiedy znowu otwierała oczy, jakby wciągnięta przez wir tęsknoty, opowiadała dalej:

 

– Ojciec, ten, który wyglądał jak Mojżesz i był mądry jak Rambam, był wyjątkowym 

człowiekiem. Nieważne, głupiec czy naiwny, łotr czy mądry, kochał ludzi bardziej niż samego 
Boga, bardziej niż Boga – podkreślała. – Kochał wszystkich.
 

Dla każdego stamtąd Helena przygotowywała krzesło, talerz, nóż, widelec, serwetkę i 

lampkę pamięci.
 

Usprawiedliwiała się:

 

– Przecież w Hagadzie napisane jest, że należy przygotować miejsce dla każdego 

głodnego, może ktoś się zjawi. Krzesło, talerz, serwetka… wiem, to nie ze względu na 
rzeczywistość, tylko możliwość.
 

Wzdychała, zostawiając w splątanych zasiekach bólu maleńkie okienko na nadzieję. Tak 

opowiadała swej córce przez całą tę noc, pomiędzy snem, koszmarem, rzeczywistością, cieniami 
rzucanymi przez świeczki pamięci i promienie światła z sąsiednich domów.
 

Co roku, dochodząc do pieśni Jeden jest Bóg, z westchnieniem powtarzała pytanie:

 

– Dlaczego nie dwóch? Dlaczego nie dwóch?

 

Tłumaczyła mi, dlaczego pyta:

 

– Ten, którego mamy, pomylił się, a nie było drugiego, by naprawił Jego błąd.

 

Ze straszliwym cierpieniem dodawała:

 

– Szkoda. Co za szkoda, że jest tylko jeden.

 

Potem zapalało się światło i taki był koniec wigilii święta Pesach.

 

Następnego dnia opowiadała, jak wspaniale spędziła świąteczny wieczór i jak przyjemnie 

było spotkać się z całą rodziną.

 

1980–1990

background image

 

Wiele lat później, co roku, na każde zaproszenie odpowiadała:

 

– Chętnie bym przyszła, Elizabet, bardzo ci dziękuję. Ale wiesz przecież, że jestem już 

zaproszona, mam inne zobowiązania, nie mogę.
 

Wiedziałam, dlatego sama przychodziłam.

 

Jak zawsze, na zewnątrz było jasno, w środku ciemno, i nikt nie otwierał drzwi.

background image

 Wakacje

 

W pierwszych dniach szkoły, w czwartej klasie, na stole jadalnym w kuchni rozłożyłam 

przybory malarskie. Miejsce naczyń i sztućców zajęły ołówki, farby gwaszowe w malutkich 
pudełeczkach, pędzle najrozmaitszych rodzajów, gumki, pastele i bloki.
 

Helena, która obserwowała moje przygotowania, zapytała, z jakiej okazji odbywa się ta 

rewolucja.
 

– To zadanie domowe dla Viareggia, nowego nauczyciela plastyki – odparłam, nie 

przerywając pracy.
 

Helena z troską przyjrzała się moim dziełom.

 

– Nie wstyd ci? – zapytała. – Widziałaś kiedykolwiek takich ludzi?

 

Nie czekając na odpowiedź, zawyrokowała:

 

– No cóż, artystką to ty nie jesteś.

 

Jak zawsze, gdy odkrywała jakiś niedostatek w moich talentach, postanowiła zrobić 

wszystko, żebym nie musiała się wstydzić.
 

– Sama zajmę się rysunkami dla tego Viareggina.

 

– Viareggia – próbowałam ją poprawić.

 

– Nieważne, Viareggio czy Viareggino, ktoś z takim nazwiskiem nie powinien być 

nauczycielem – stwierdziła.
 

Nie mając innego wyjścia, przyjęłam jej propozycję i w ten sposób od klasy czwartej do 

ósmej raz w tygodniu Helena sumiennie odrabiała moje prace domowe z plastyki. Czasami w 
inne dni pokrywała różnymi kolorami ściany w naszym mieszkaniu, ozdabiała obrazkami szafy i 
półki albo domalowywała do obrazów na ścianach odcienie i kształty.
 

Już w czwartej klasie zostałam okrzyknięta „osiedlową artystką”. Helena doskonale 

opanowała dobór kolorów, technikę rysowania domów, drzew i portretów oraz perspektywę. 
„Idealne połączenie techniki i wrażliwości”, napisał Viareggio w mojej teczce z rysunkami. 
Nigdy nie pytał, skąd te umiejętności, tylko długo wpatrywał się w prace, patrzył i milczał.
 

W starszych klasach dawał nam bardziej skomplikowane zadania. Helena w dalszym 

ciągu dbała o technikę, kolor i formę. Mimo to co jakiś czas powstawał problem. Kiedy polecono 
nam namalować „królewską ucztę”, stworzyła wspaniały, wystawny stół z obierkami, czerstwą 
kromką chleba i mętną wodą w wazie do zupy. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że Viareggio 
przystaje przy mnie dłużej i przebiega go dreszcz. Oblizał wyschnięte wargi, nie mógł oderwać 
oczu od obrazka.
 

– Nie ma jedzenia, nie ma uczty – powiedział poruszony. – Ale technika jest dobra.

 

Wpisał „bardzo dobrze” i do końca lekcji patrzył prosto na mnie, a ja, speszona, 

uciekałam przed jego wzrokiem.
 

Od tamtej pory przy każdej okazji Viareggio pytał, jak się czuję, a jego ciepłe spojrzenie 

odprowadzało mnie na lekcji i podczas przerw z sympatią, a przede wszystkim z troską.
 

Na którejś lekcji opowiadał nam o pionierach zamieniających pustynie w kwitnące 

ogrody i poprosił, byśmy zilustrowali „pracę na roli”. Na rysunkach innych dzieci w klasie 
uprawiana pracowitymi rękami pionierów ziemia wydawała najpiękniejsze kwiaty i najbardziej 
soczyste owoce, podczas gdy u Heleny ziemia była pusta, zimna i zaśnieżona, zakwitały na niej 
imiona, wyrastały macewy i groby.
 

Bałam się zanieść rysunek do szkoły, ale Helena oświadczyła stanowczo: – To także jest 

praca rękami. I to jeszcze jaka – dodała. Musiałam się poddać. Każda inna reakcja, zdążyłam 
zrozumieć, będzie miała wpływ na moje świadectwo, ale najgorszy był lęk, że nasze kłamstwa 

background image

wyjdą na jaw.
 

Viareggio popatrzył na rysunek przelotnie, wpisał „celująco”, a w dalszym ciągu lekcji, 

jak zawsze, patrzył prosto na mnie.
 

„Elizabet i Viareggio, zakochana para!”, wyśpiewywali uczniowie, zauważywszy jego 

spojrzenia i moje zakłopotanie, a na przerwie ozdobili tablicę rysunkami serc przebitych strzałą. 
W klasie spuszczałam wzrok, na przerwie rozpłakałam się, w domu nic nie mówiłam.
 

Helena dalej malowała swoje białe noce różnymi kolorami.

 

Na ostatnią lekcję przed końcem roku mieliśmy zadany temat „wakacje”. Na wielkim 

arkuszu brystolu Helena narysowała czarnym węglem druty kolczaste, wieżyczki wartownicze i 
ptaka z opadłym jednym skrzydłem, usiłującego odlecieć z zaśnieżonej przestrzeni do szarego 
nieba, na którym widniało napisane we wszystkich językach słowo „swoboda”.
 

– Nie wezmę tego – wrzasnęłam na całe gardło.

 

– Robisz błąd – odparła Helena spokojnie. – To najlepszy rysunek, wspaniały.

 

Nie posłuchałam jej. Zostawiłam rysunek w domu i wściekła wyszłam do szkoły, wołając:

 

– Nie obchodzi mnie, niech mi nawet postawi niedostateczny!

 

– Twoja mama powiedziała, że zapomniałaś z domu rysunku, i prosiła, żebym dała ci go 

przed lekcją – oznajmiła szkolna sekretarka, która weszła do klasy wraz z dzwonkiem, i 
jednocześnie z Viareggiem, i położyła rysunek na mojej ławce.
 

Viareggio podszedł do mnie. Rzucił krótkie spojrzenie i w tej samej chwili zamknął oczy, 

ujął moją rękę i nachylił się, jakby chciał mnie przed czymś ochronić. Zastygłam zmartwiała. Nie 
wpisał oceny i przeszedł do następnego ucznia. Przez całą lekcję nie patrzył na mnie.
 

Po zakończeniu zajęć podszedł i poprosił z największym szacunkiem, bym dała mu 

rysunek na jakiś czas.
 

– To więcej niż celująco – powiedział. – To najlepsza możliwa praca.

 

I z jego oczu stoczyły się dwie wielkie, przezroczyste łzy.

 

Wieczorem na uroczystym zakończeniu ósmej klasy poprosił, żebym przyszła do niego po 

zabawie. – Tylko na krótką rozmowę – powiedział, głaszcząc mnie po głowie. – Będę na ciebie 
czekał w pokoju nauczycielskim.
 

Powodowana zakłopotaniem, wstydem i strachem uciekłam na samym początku.

 

Potem ktoś przekazał mi, że Viareggio czekał w pokoju nauczycielskim, aż w końcu 

przyszedł woźny, który musiał zamknąć szkołę.
 

Skończyła się epoka szkoły podstawowej. Nie spotkałam więcej Viareggia, a Helena 

znowu malowała wyłącznie na obrazach wiszących na ścianach w naszym mieszkaniu, a czasem 
na fotografiach w albumach. Tylko na osiedlu wciąż krążyły opowieści o utalentowanej artystce 
Elizabet i o dziwnym nauczycielu, który się w niej zakochał.

 

maj 1992

 

Pewnego letniego wieczoru w restauracji nad brzegiem morza do mojego stolika podszedł 

nieznajomy mężczyzna. Przedstawił się jako Moti Walderic. – Ty jesteś Elizabet – oświadczył. 
Nim zdążyłam zareagować, dodał: – Jestem synem Rywki, z osiedla.
 

– Jestem jego żoną, mam na imię Awiwa – powiedziała z ciepłym uśmiechem stojąca 

obok niego ładna kobieta.
 

– Awiwa jest malarką – kontynuował Moti. – A ty? – zainteresował się od razu. – Ciągle 

malujesz?
 

Wyjaśnił żonie, że byłam osiedlową artystką.

 

– Znałam waszego cudownego nauczyciela plastyki, błogosławionej pamięci Gabriela 

background image

Viareggia – powiedziała wzruszona Awiwa. – Uczył mnie przez wiele lat. W ogóle nie mieliście 
pojęcia – popatrzyła na nas jakby z naganą – że był potomkiem bardzo szanowanej włoskiej 
rodziny, rodziny kolekcjonerów dzieł sztuki i malarzy. Wszyscy zginęli w Zagładzie. Był 
wielkim specjalistą od renowacji obrazów i to go ocaliło.
 

Awiwa opowiadała dalej, że Viareggio spędził wojnę na odnawianiu starych dzieł na 

ścianach klasztorów i kościołów. Pogłębiał błękit oczu aniołów, przywracał karminowe rumieńce 
na policzkach Marii, dodawał blasku spłowiałej aureoli wokół głowy Ukrzyżowanego. Nikomu 
nie przyszło do głowy, że utalentowany artysta jest Żydem.
 

– Moja matka też zajmowała się renowacją – roześmiałam się, wspominając, jak zwykła 

odświeżać stare obrazy w naszym mieszkaniu. Potem zainteresowałam się, czy Viareggio 
malował także w Izraelu.
 

– Nie – odparła Awiwa. – Został swego rodzaju kolekcjonerem. Zarabiał jako nauczyciel 

plastyki, ale większość czasu poświęcał na zbieranie rysunków i odkrywanie nowych artystów.
 

Uśmiechnęła się do męża.

 

– Kolekcjoner – roześmiał się Moti. – On gromadził tylko nasze prace. Awiwa znalazła w 

jego zbiorach mój rysunek z siódmej klasy, wyobraź sobie, nawet była na nim jeszcze ocena.
 

– Wasze osiedle wydało wiele talentów – zauważyła Awiwa. – Na jednej z lekcji, gdy coś 

go natchnęło, pokazał mi wielką tekturową teczkę, w której przechowywał niektóre prace swoich 
uczniów. Był tam także rysunek Motiego. Ale prawdę mówiąc, z tej teczki zapamiętałam inny 
rysunek – nigdy go nie zapomnę. Był na nim ptak usiłujący odlecieć ze śnieżnej przestrzeni, 
ponad drutami kolczastymi i wieżyczkami wartowników, do nieba, na którym napisane było 
„swoboda” we wszystkich językach. Viareggio powiedział, że jego zdaniem tego rysunku nie 
zrobiła uczennica, lecz jej matka, ocalała z Holokaustu, która mieszkała na waszym osiedlu. 
Zawsze pragnął spotkać ją i mocno uścisnąć, ale porzucił ten pomysł, bo jej córka – tak mu się 
wydawało – okropnie się jej wstydziła.

background image

 Selekcja

 

Uroczystość bat micwy dobiegła końca.

 

Helena usiadła w moim pokoju na drewnianym fotelu bujanym. Fotel stał pod oknem, 

które wychodziło na zarośnięty chwastami ogródek.
 

– Wszystkie prezenty tutaj! – poleciła głośno, wskazując palcem miejsce u stóp fotela. Po 

kolei rozrywałam ozdobne opakowania, a Helena drobiazgowo przeglądała zawartość niczym 
prezes komisji przyznającej atesty handlowe. Każdy podarunek, bez wyjątku, musiał zostać 
sprawdzony. Helena obracała je na wszystkie strony, przyglądała się im z bliska, jakby uznała, że 
nie wolno jej dopuścić do pomyłki podczas tej kontroli.
 

– Trzeba je posegregować, trzeba je posegregować – powtarzała przez cały czas.

 

Nagle jej wargi wyschły, prawe oko przymknęło się, a lewe szeroko otworzyło; Helena 

skupiła wzrok, ręka zadrżała jej odrobinę, ale zaraz się opanowała, jakby zmobilizowana do 
wykonania zadania: odrzucony prezent przeleciał przez pokój, wyfrunął z okna i wylądował w 
ogródku przed domem. W pokoju słychać było dźwięk rozbijanych przedmiotów, a na ulicy 
naprzeciwko rozległ się stuk okiennic – jedno skrzydło po prawej stronie, drugie po lewej 
uderzały jednocześnie o ścianę domu, jak werble. Przez otwarte na oścież okno wpadała do 
środka blada poświata ulicznych latarni, przez którą przebijały światła z mieszkań sąsiadów, 
przyglądających się i nasłuchujących.
 

Helena nie przerywała zajęcia.

 

– To tu, to tam. To tu, to tam – powtarzała. – Muszę je posegregować. Nie wszystko 

możemy zatrzymać – wyjaśniła przepraszająco. – Nie smuć się – dodała. – Prezent dla ciebie 
mam gotowy od dawna. Jest w szafie, na dolnej półce po prawej stronie.
 

W szafie czekały na mnie zapakowane magnetofon i aparat fotograficzny.

 

Na ziemię w ogródku przed domem dalej spadały niecodzienne nasiona: zabawki, sprzęt 

elektroniczny, biżuteria i rozmaite akcesoria.
 

Następnego dnia rano ogródek zmienił się nie do poznania. Wiele dzieci chciało bawić się 

pod naszym domem, zbierać i składać w całość fragmenty układanki. Dorośli przyglądali się w 
większości w milczeniu.
 

– Dlaczego? Co się stało, że Helena wyrzuciła przez okno prezenty, które Elizabet dostała 

na bat micwę? – pytała Guta rabinowa.
 

– O co chodzi? Jakim prawem przeprowadza selekcję zgodnie z własnym widzimisię? 

Przecież to nie są jej prezenty! – oburzał się jej mąż, rabin.
 

– Może uznała, że są nieładne? – zasugerowała przedszkolanka Fruma.

 

– Może wyrzuciła rzeczy od ludzi, których nie lubi? – zastanawiał się na głos mleczarz 

Kalman i postawił na progu drzwi gratisową butelkę mleka. „Dla Elizabet”, napisał na kartce i 
życzył Helenie, by jej córka była zdrowa i silna.
 

Potem rozeszły się pogłoski, że Helena postradała zmysły, ale nigdy nie pojawiła się 

jednoznaczna odpowiedź, która wyjaśniłaby jej zachowanie.
 

Do ogródka codziennie o stałej porze zaczął przychodzić obcy chłopiec, mieszkający na 

drugim końcu osiedla. Nosił ze sobą wytartą teczkę, w której zawsze miał zeszyt w linie w 
przezroczystej okładce, piórnik, a w nim ołówek w kolorze musztardowym, zieloną gumkę i 
czerwoną temperówkę. Kucał na ziemi wśród liści dzikiego szczawiu i pokrzyw, zbierał odłamki 
i robił notatki. Szperał tak, kopał i szukał całymi godzinami i dniami.
 

W końcu zastukał do drzwi i powiedział, że chce przedstawić Helenie szczegółowy 

raport, który w całości sam napisał. Raport miał dwa rozdziały.

background image

 

W pierwszym wymienione zostały szczegółowo wszystkie zebrane części przedmiotów, a 

wśród nich: aparat fotograficzny, radio, zegarek, torebka i tak dalej.
 

Drugi rozdział zawierał wnioski. „Oto wnioski – zapisał. – Nie znaleziono żadnych 

poszlak. Znajdują się tam części różnych przedmiotów, z wielu materiałów”.
 

W przypisie dodał dużymi, koślawymi literami: „Jedyna wspólna rzecz, jaką zauważyłem, 

to że na wszystkich rzeczach jest napisane: made in Germany. Może Helena nie chce trzymać w 
domu rzeczy z obcego kraju”.
 

„Autor: Josef Rafael”.

 

Helena uściskała chłopca i zapytała:

 

– Kim chcesz być, jak dorośniesz?

 

– Archeologiem – odparł.

 

– Na pewno staniesz się sławny – powiedziała. – Jesteś inteligentny i dociekliwy. Kiedy 

będziesz archeologiem, jestem przekonana, że odkryjesz wiele sekretów pogrzebanych głęboko 
w ziemi.
 

Uśmiechnął się i odszedł. Zadanie zostało skończone. Nie ujrzałyśmy więcej Josefa 

Rafaela pod naszym domem.

 

6 października 1973

 

Josef Rafael zginął w Rama.

 

Co roku, do śmierci, Helena jeździła na jego grób, zawsze z bukietem polnych kwiatów z 

ogródka.

background image

 „To ja!”

 

maj–czerwiec 1967

 

– Niech radio będzie włączone przez cały czas, może powiedzą coś ważnego – żądała 

Helena w okresie przed wybuchem wojny.
 

Po zakończeniu programu, gdy milkły głosy spikerów, a słuchacze już spali, radio Heleny 

wciąż było włączone. Na tydzień przed wojną zadecydowała, że w takiej sytuacji szkoła nie jest 
obowiązkowa i że najlepiej będzie, jeśli zostanę w domu.
 

Nauczycielka otrzymała list: „Przepraszam, ale córka jest chora”. W tym samym dniu 

Helena ogłosiła stan wzmożonej gotowości i rozpoczęła przygotowania do zwycięskiej walki na 
dwóch frontach: na froncie spożywczym i na froncie budowania schronów.
 

W pierwszym przypadku oceniła, że nie ma sensu polegać na osiedlowym sklepikarzu, i 

wdrożyła strategię gromadzenia zapasów. Podejmowała wyprawy do wszystkich sklepów 
spożywczych w okolicy. O świcie, gdy nikt nic nie widział i o niczym nie wiedział, wychodziła z 
domu, kierując się w stronę sąsiednich osiedli. Przedstawiała się jako nowa mieszkanka, która 
wprowadziła się niedawno, dodając mimochodem, że jej dom znajduje się tuż przy sklepie. 
Kiedy oceniła, że zgromadziła wystarczającą ilość żywności, dołączyła do kolejek wystających 
pod sklepem osiedlowym.
 

W radiu mówiono o przygotowaniach do wojny, a na osiedlu gotowano się do walki z 

głodem i gromadzono amunicję, by wyjść zwycięsko z tej bitwy.
 

Mobilizacja ogarnęła całe osiedle. Każdego syna i każdą córkę zatroskani rodzice wcielili 

do oddziału aprowizacji i zaopatrzyli w plastikowy albo pleciony koszyk do zbrojenia się w 
żywność.
 

– To syndrom traumy głodowej – informowała Helena przechodniów, którzy nie 

mieszkali na naszym osiedlu. Jeśli ktoś był gotów słuchać albo okazywał zaciekawienie 
zjawiskiem, dodawała: – To coś, czego nie możecie zrozumieć. – Nie wyjaśniała dlaczego.
 

Aby odnieść sukces w bitwie, sporządziła listy niezbędnych zakupów. Na liście 

produktów koniecznych do tego, by nie umrzeć z głodu, widniały chleb, mąka i cukier. Na liście 
produktów potrzebnych do normalnego życia wpisała: masło, ser żółty, baterie do latarek i 
tranzystorów, marmolada albo chałwa; potem doszły jeszcze śledzie, czekolada, dżem, konserwy, 
ziemniaki, papier toaletowy i napoje.
 

Zażarte boje toczyły się przy półkach z mąką, przed szafkami z pieczywem, pośród jajek, 

wokół beczek ze śledziami, odgłosy wybuchów dochodziły spośród słoików z jogurtem, które 
zderzały się z butelkami z olejem, spotykały z butelkami napoju Tempo, pergamin i brązowe 
papierowe torebki szeleściły i gniotły się, zdradzając tajemnice wyładowanych koszyków.
 

Front zamykano wieczorem.

 

Dowódcy jednostek zaopatrzenia, wśród nich Helena, nie opuszczali terenu walki. 

Oddziały obserwacyjne i zwiadowcy nie tracili czujności, a każdy marzył, że będzie 
nieustraszonym bohaterem, który wedrze się do sklepu jako pierwszy.
 

W domu sterty zapasów rosły, wykraczając poza granice kuchni. Helena mianowała mnie 

oficerem zaopatrzeniowym. Moim obowiązkiem było umieszczanie prowiantu w szafkach i 
zdawanie pisemnego i ustnego raportu o moich postępach. Serwantka w salonie zapełniała się 
konserwami, książki na półkach ustąpiły miejsca torebkom z mąką, cukrem i kawą, w szafach, 
między ubraniami, ustawiałam porządnie worki ziemniaków, skrzynki z napojami i słodyczami.

background image

 

Helena wierzyła głęboko, że w życiu bywają sytuacje, w których mąka i chleb mogą 

wystarczyć za całą Torę.
 

Między kolejnymi zakupami istniał drugi front.

 

Helena wstąpiła do obrony cywilnej, bo tak nakazywało jej sumienie. Na nic zdały się 

wyjaśnienia, że to armia wydaje nakaz mobilizacji. W moim mundurku skautowskim, z pasem 
pożyczonym od sąsiada, weterana brytyjskiej armii, uparła się dołączyć do oddziałów obrony 
cywilnej, by zdobywać wiedzę na temat rozkazów i konstrukcji schronów wojskowych i 
osobiście nadzorować nasze bezpieczeństwo. Specjalizowała się, jak mówiła, w „instalacji 
schronów”, razem z innymi osobami powołanymi do jednostki obrony cywilnej na osiedlu.
 

– Wykopany w ziemi schowek – opisywała – powinien być takiej a takiej głębokości i 

takiej a takiej szerokości. W każdym powinna znajdować się apteczka, sprzęt do pierwszej 
pomocy i dużo, dużo prowiantu.
 

Helena była równie dobrą żołnierką jak wszyscy. Dźwigała worki, motykę i saperkę. 

Niestrudzenie kopała doły i układała wokół schronów sterty worków z piaskiem.
 

– W pracach ziemnych jestem naprawdę dobra – podkreślała.

 

Wreszcie, pośród nerwowej krzątaniny i gorączkowych przygotowań, ogłoszono alarm.

 

Wybuchła wojna.

 

Helena wbiła wzrok w ziemię. Jej ręce skoczyły do twarzy. Jej krzyk był jak wycie syreny 

towarzyszącej alarmowi:
 

– Niech Krzysztof zobaczy, że umiemy, niech Krzysztof zobaczy, że nam się udało!

 

Echo krzyku i łzy wsiąkły w ziemię, a na jej twarzy powstała ścieżka zadrapań, wyryta w 

tych sekundach paznokciami.
 

Wokół zbiegli się wystraszeni sąsiedzi. Kryjówka, którą Helena przygotowała wcześniej 

na wszelki wypadek, dodawała im otuchy. Była obszerna, a zapach jedzenia mieszał się w niej z 
zapachem wilgotnej ziemi. Wspaniała kryjówka, zapewniająca urozmaicone, zdrowe odżywianie, 
wygodę i bezpieczeństwo.
 

Helena nie weszła do schronu.

 

Po każdym nocnym alarmie w ciemnościach, w schronach i na ulicach rozlegał się jej 

głos:
 

– Gasić światła! Zamykać żaluzje!

 

Przy innej okazji, podczas patrolu, rozkazywała:

 

– Kupić czarny brystol i zakleić!

 

I dorzucała ostrzegawczo:

 

– Pomagacie wrogowi i sabotujecie działania naszej armii.

 

– Wyjątkowo dobrze sobie radzi – mówiono w dowództwie obrony cywilnej. – Ona jest 

prawdziwym ekspertem od wojny.
 

– Tylko w czasie alarmu, na minutę albo dwie – opowiadali ludzie – jakby się wyłączała, 

jakby była na innej wojnie. „Niech Krzysztof zobaczy!”, „Niech Krzysztof usłyszy!”, krzyczała. 
Do każdego krzyku dochodził wydrapany na twarz szlak, jakby kolejny cel na mapie działań 
wojennych został wysadzony w powietrze.
 

Wojna skończyła się po sześciu dniach, a żywność, która pozostała, świadczyła o 

rozmiarach zwycięstwa.

 

sierpień 1990

 

Na półce z książkami w brązowej kopercie znalazłam odłożony „album zwycięstwa”. 

Kiedy przewracałam ostatnią kartkę, mój wzrok przykuło zdjęcie, jakiego nigdy nie widziałam w 

background image

żadnym albumie wojennym. Na fotografii, wklejonej jako dodatek po wewnętrznej stronie 
okładki, na tle flagi Izraela i schronu zabezpieczonego workami z piaskiem, stała grupa żołnierzy 
obrony cywilnej. A pośrodku uśmiechnięta Helena.
 

Ostra stalówka pióra zadrapała zdjęcie, rysując strzałkę. Jeden koniec strzałki dotykał 

szerokiego uśmiechu Heleny, na drugim znajdowały się dwa słowa napisane po polsku: „To ja”.
 

Adresatem brązowej koperty z albumem, która została odłożona na bok, jak gdyby nigdy 

nic, był:
 

Krzysztof Poziątek

 

Kalwaryjska 10

 

Kraków, Polska

 

Nadawcą zaś:

 

Helena Naród Tchórzy

 

Ulica Zwycięstwa, róg Bohaterów

 

Tel Awiw, Izrael

 

Na samym skraju, tam gdzie koperta prawie się kończy, schowała się jasnofioletowa 

pieczątka, która jakby usiłowała uciec, umknąć przed ludzkim wzrokiem, w nadziei że nikt nie 
zobaczy i nie przeczyta, co tam jest dokładnie napisane: zwrot do nadawcy. Adresat nieznany.
 

Na pieczątce: poczta Izraela.

 

Czerwiec 1967.

background image

 Karteczka

 

czerwiec 67

 

„Oto dzień, na który czekaliśmy z nadzieją, cieszmy się i radujmy”, wykrzyknął rabin 

Goren i zadął w szofar.
 

(Maariw, 7.6.67).

 

lipiec 67

 

Pierwszego dnia letnich wakacji, między klasą siódmą a ósmą, Helena poinformowała:

 

– Pojedziemy odwiedzić błogosławionej pamięci matkę Rachelę i ojca Abrahama, a może 

jeszcze kilkoro wujów i ciotek.
 

I dodała:

 

– Syn Ity, podpułkownik Gideon, zaprasza nas do Betlejem, do Hebronu i do starej 

Jerozolimy.
 

Na tę wycieczkę Helena włożyła niebieski żakiet, uszyty na miarę, białą odświętną bluzkę 

z poliestru i białą jedwabną chustkę. – Ty też włóż „kolory flagi” – powiedziała, kładąc na brzegu 
łóżka niebieską plisowaną spódniczkę i białą bluzkę, ozdobioną haftem krzyżykowym w barwach 
nieba i morza, który w wielkich mękach stworzyłam na zajęciach praktyczno-technicznych.
 

Rankiem bardzo gorącego dnia wyruszyłyśmy autobusem do Jerozolimy. Kiedy 

dotarłyśmy na umówione miejsce, Helena rozpoznała Gideona, w mundurze izraelskiej armii, 
zgiętego pod ciężarem karabinu na ramieniu.
 

– Wsiadajcie do dżipa, dziewczęta – powiedział z miłym uśmiechem i przedstawił nam 

Szaloma: – To mój kierowca. – Poklepał go po plecach. – Jest gorącym entuzjastą cudów i 
świętych miejsc.
 

Wyruszyliśmy.

 

Wokół rozlegały się trzaski radiostacji, pachniało benzyną, wiał suchy wiatr i świeciło 

palące słońce. Po pylistym trakcie między ciasno stłoczonymi kamiennymi domami poruszały się 
pojazdy wojskowe, a droga była pełna żołnierzy i cywilów chodzących na wszystkie strony, 
jakby znikąd donikąd.
 

Na pierwszy postój zatrzymaliśmy się przy pieczarze Makpela w Hebronie.

 

Prowadzące do jaskini stopnie zapełniał tłum ludzi, czekających w milczeniu w długim 

ogonku, by odwiedzić groby patriarchów.
 

– Nie będę stać w kolejce dla zmarłych – oznajmiła Helena i wykorzystała postój na to, 

by przyjrzeć się wnętrzu od progu. – Bóg dał mi okazję wypełnienia micwy – powiedziała z 
uśmiechem.
 

Kierowca Szalom, który gorąco pragnął pomóc Helenie wypełnić boskie przykazania, 

energicznie dodał gazu i popędził zasypaną jasnobrązowym piaskiem drogą w stronę Betlejem. – 
Do grobu naszej matki, Racheli – wykrzyknął donośnie, pocałował dłoń i podniósł ją do góry, 
dziękując swemu Bogu za ten wielki przywilej.
 

Na miejscu Gideon zaproponował, byśmy weszły na teren grobu, podczas gdy sam 

radośnie wyskoczył z dżipa, i poszedł do żołnierzy pilnujących bramy, z którymi wymieniał żarty 
i serdecznie klepał ich po ramionach.
 

W środku pachniało stęchlizną. Wokół zimnego, szarego kamienia tłoczyły się 

background image

rozszlochane kobiety z lampkami pamięci w rękach. Także Helena z najwyższym szacunkiem 
postawiła lampkę na grobie Racheli. Potem wzięła mnie za rękę i westchnęła w jidysz:
 

– Mame, mame.

 

Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam, jak Helena wymawia słowo: „mamo”.

 

Pierwszy raz też wtedy powiedziała:

 

– Moja mama… twoja babcia… też miała na imię Rachela.

 

Biała jedwabna chustka zamieniła się w chusteczkę do osuszania łez.

 

– Ja alla! – ponaglił Szalom Gideona, gdy wróciłyśmy do dżipa. – Chodź, jedziemy dalej, 

twoi goście już są. – Oni – pokazał palcem Gideona w otoczeniu kolegów – zakochali się w 
wojnie i od tamtej pory nie da się ich rozdzielić.
 

– To moi żołnierze – powiedział Gideon z dumą i radością, wróciwszy do samochodu.

 

– Sympatyczni. – Helena spełniła swój obowiązek, po czym zamilkła. Ale, gdy 

przejeżdżaliśmy obok kościoła, odezwała się nagle. – Jeśli można – poprosiła z lekkim wahaniem 
– bardzo chciałabym odwiedzić kościół.
 

Gideon spuścił wzrok, zakłopotany. Szalom był wstrząśnięty.

 

– Zupełnie tak jak tam – powiedziała Helena, stojąc przed krzyżem i obrazem w kościele, 

który mijaliśmy po drodze. Usiadła w jednej z przednich ławek, trochę rozglądając się, trochę 
modląc, a do mnie zwróciła się przepraszająco: – Boga chrześcijan też można prosić o litość, bo 
nasz Bóg nie jest zbyt dobry w tych sprawach.
 

Potem podziękowała Gideonowi.

 

– Jeśli chcesz, w Jerychu możemy odwiedzić też meczet – zaproponował, wciąż 

zakłopotany.
 

Szalom skorzystał z okazji, by zawrócić wycieczkę na właściwe tory.

 

– Żołnierze z oddziału Gideona – relacjonował – weszli do Jerycha pierwsi. Wszyscy tam 

go bardzo poważają, jest dowódcą miasta – powiedział z wielką satysfakcją i znowu wcisnął 
mocno pedał gazu.
 

Kiedy u wjazdu do miasta ukazały nam się wysokie palmy daktylowe, Gideon zaczął 

wychwalać Jerycho z wielkim entuzjazmem, szczegółowo opisywać wysokość i piękno palm, 
czar wąskich uliczek i małych kamiennych domków. Helena nie słuchała, Gideon rozprawiał 
dalej, a dżip szybko przedzierał się do centrum. W pewnym momencie ścisnęła mocno moją rękę 
ze słowami:
 

– Popatrz, Elizabet, ludzie bez butów, to znak, że była tu wojna.

 

Wskazała mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy poruszali się chaotycznie wśród uliczek i 

domów, ubrani w galabije, w kefijach na głowach, a wszyscy byli boso.
 

Gideon zamilkł.

 

Z jednego z zaułków wyłonił się wysoki bosonogi chłopak, który mocno popchnął w 

naszą stronę młodszego chłopca, trzymającego oburącz tekturowe pudełko, pełne używanych 
piór, pocztówek, papierosów i breloczków do kluczy. Głosem, w którym przetrwały ślady 
wysokich dziecięcych tonów, nakazał chłopczykowi:
 

– Jallajalla, pieniądze, funt, funt.

 

– Tylko funty, tylko funty – zaczął wykrzykiwać chłopiec i jedynie drżenie warg i rąk 

świadczyło, że zauważył nadjeżdżającego dżipa. Postąpił kilka kroków naprzód. – Salam alejkum 
– odezwał się jak ktoś nawiedzony przez złego ducha.
 

Helena prędko otworzyła portmonetkę, wyjęła jej zawartość i wysypała na rękę chłopca i 

do jego tekturowego pudełka. Nie poprosiła o nic z jego towarów.
 

Zdumiony chłopiec cofnął się i zniknął, jakby połknął go jeden z kamiennych domów, a 

wraz z nim rozpłynął się w powietrzu starszy chłopak.

background image

 

W samochodzie Helena kręciła się niespokojnie, mrugając bez ustanku, jakby usiłowała 

powstrzymać wodospad łez, a jej skurczona twarz świadczyła, że cierpi nieznośny ból.
 

Gideon i Szalom zauważyli, w jakim jest stanie, i starali się jakoś jej pomóc.

 

– Chce ci się pić? Źle się poczułaś? Chcesz, żebyśmy pojechali gdzieś indziej? – pytali z 

troską.
 

Ona milczała. Gideon poprosił Szaloma, by przyspieszył i wrócił najkrótszą drogą do 

Jerozolimy.
 

Przez całą drogę mówiła, głównie do siebie. Zdania wydawały się poplątane, 

niezrozumiałe – a przede wszystkim brzmiały po niemiecku.
 

Zaniepokojony Szalom natychmiast zwrócił się o pomoc do Boga, a Gideonowi 

powiedział:
 

– Nie wolno rezygnować z wizyty pod Ścianą Płaczu. Tam się pomodli i zobaczy, że 

wszystko się jakoś ułoży.
 

Gideon skinął głową i zgodził się.

 

Do Ściany Płaczu Helena zbliżała się drobnymi, niepewnymi krokami. Jedną ręką 

przyciskała do piersi zeszyt w twardej okładce, w drugiej kurczowo trzymała długopis. Stanęła na 
placyku przed Ścianą i z nieoczekiwaną energią zaczęła pisać coś na całej kartce. Gideon i 
Szalom trzymali się kawałek dalej, rozumiejąc, że to prywatna, sekretna prośba. Ja usiłowałam 
zajrzeć, ale ręce i ciało Heleny zasłaniały kartkę, a ona odepchnęła mnie wzrokiem. Udało mi się 
jedynie zauważyć, że pisała w obcym języku, że linia długopisu na papierze była nierówna, 
urywana, a litery wyjątkowo duże.
 

Skończywszy, wyrwała ostrożnie kartkę z zeszytu, zwinęła ją i złożyła ciasno w malutki 

kwadracik.
 

Podeszła do muru. Z widocznym niepokojem chodziła tu i tam, delikatnie opukując 

kamienie palcami wolnej ręki. Kiedy znalazła odpowiednią szczelinę, wepchnęła karteczkę na 
miejsce.
 

Za radą Gideona wróciłyśmy do Tel Awiwu taksówką.

 

W drodze kierowca dwa razy zatrzymywał się na poboczu. Helena wymiotowała.

 

– Niech Bóg zachowa, obyśmy szybko dojechali, żeby tylko ta pani nie zeszła śmiertelnie 

– mamrotał do siebie za każdym razem, gdy widział w lusterku, jak Helena zwija się i krzywi z 
bólu na tylnym siedzeniu.
 

Kiedy dotarłyśmy do domu, z trudem weszła po schodach. Twarz miała czerwoną i 

rozpaloną, częściowo od słońca, a częściowo z gorączki. W domu czekała już Ita, mama 
Gideona, i pilnie wezwany lekarz.
 

Swobodnie, płynną niemczyzną Helena opisała ze szczegółami wszystko, co się 

wydarzyło, całą trasę naszej podróży. Lekarz zwrócił się do mnie i wyjaśnił, że musi minąć 
trochę czasu, ale w końcu się uspokoi.
 

– Ze słów twojej mamy zrozumiałem, że byłyście dzisiaj na cmentarzu – powiedział z 

zatroskanym spojrzeniem. – A powrót z cmentarza – dodał, jak ktoś, kto wie, o czym mówi – 
zawsze jest trudny, to wszystko przez wspomnienia.
 

Po mniej więcej tygodniu jej stan się poprawił i Helena mówiła jednocześnie po hebrajsku 

i niemiecku. Potem całkiem wyzdrowiała, porzuciła niemiecki i znowu zaczęła mówić wyłącznie 
po hebrajsku.
 

Nigdy od tamtej pory nie wspominała o tym wyjeździe. I nigdy więcej nie mówiła po 

niemiecku.

 

sierpień, lato 84

background image

 

– Pewnego razu, wiele lat temu – usłyszałam, jak Helena opowiada swojej wnuczce, która 

była wtedy niemowlęciem – wysłałam list do Boga. Napisałam, że stworzył cudowny świat, 
pogratulowałam Mu pomysłu i poprosiłam, by dodał do tego świata trochę więcej zdrowia, 
miłości i radości. Przy tej okazji wytłumaczyłam, że niespecjalnie przeszkadza mi zazdrość, 
nienawiść, a nawet głupota, ale zażądałam, by zobowiązał się do usunięcia wojen, żołnierzy i 
świętych miejsc. A to, majn tejere kind – podkreśliła – napisałam bardzo dużymi literami.
 

Wnuczka, ssąca ogromny smoczek, była zainteresowana jedynie zaśnięciem.

 

– Wiesz – ciągnęła Helena, przykrywając ją kocykiem – wydaje mi się, że On nigdy nie 

przeczytał mojego listu. – Ciszej dodała: – Bóg wie, dlaczego nie udało mi się napisać do Niego 
po hebrajsku, dlaczego wyszły mi tylko słowa po niemiecku. – Pochyliła się nad dzieckiem tak 
nisko, jak to tylko możliwe. – Jak dorośniesz, zrozumiesz, że to był błąd, bo Bóg od wielu lat nie 
przyjmuje od Żydów próśb po niemiecku.
 

Umilkła na ułamek sekundy i dorzuciła szeptem, jakby do siebie:

 

– Właściwie – szepnęła – nie słucha też próśb po polsku, rumuńsku, węgiersku… – i 

kolejno wymieniała coraz więcej języków, coraz więcej, aż jej wnuczka usnęła.

background image

 Jak owce na rzeź

 

maj 1968

 

Po wojnie sześciodniowej zniknęły piaski oddzielające nasze osiedle od reszty świata. 

Buldożery, koparki i robotnicy budowali drogi i wznosili budynki – zjawili się nowi mieszkańcy. 
Widywaliśmy ich w szkole, na skwerkach, w sklepie spożywczym i w przychodni. Byli inni. 
Nosili buty odsłaniające palce i paznokcie, krótkie spodnie i podkoszulki – bez koszul i bez 
krawatów; głowy przykrywali płóciennymi czapkami, zarówno dziewczyny, jak i chłopcy; nikt 
nie miał trwałej ani nie używał lakieru do włosów, nie było jarmułek ani kapeluszy.
 

W ich mowie było pełno słów takich jak: ahlan, habibi, hej.

 

Obco brzmiały dla nas ich imiona: Acmaut, Herut, Amikam, Amiel, Joram i Curael.

 

Mieli swoje wojny i swoich bohaterów. Nie milczenie, jak na naszym osiedlu, lecz 

opowieści o ojcu żołnierzu, ojcu lotniku, babci pionierce, matce, która służyła w Palmachu ze 
stenem w ręku. Wszyscy mieli też przeszłość, i to nie zwyczajną, ale chwalebną. Jeździli na 
sobotnie wycieczki po Izraelu i znali każdą górę i każde wzgórze w ojczyźnie.
 

Na osiedlu przyglądano się obcym, a ciekawość rodziła najbardziej szalone fantazje.

 

Helena powiedziała:

 

– Teraz istnieją dwa osiedla: jedno nazywa się Polska, gdzie ludzie mieszkają w małych 

domkach z ogródkiem, na parterze albo na pierwszym piętrze, i mówią po hebrajsku ani dobrze, 
ani źle. Drugie osiedle nazywa się „kraj Izraela”, tamtejsi Palmachnicy mieszkają w dużych, 
wielopiętrowych domach, wśród innych towarzyszy, i mówią trochę po hebrajsku, a trochę po 
arabsku.
 

Nadzieje Heleny spełniły się pewnego dnia, gdy znalazłam sobie chłopaka, prawdziwego 

Izraelczyka. Nazywał się Uriel Komem.
 

W jego rodzinie znano tylko jedno, wyjątkowe święto – nie był to Pesach, Purim ani Jom 

Kipur, lecz Dzień Niepodległości. Wieczorem, w przeddzień święta, odbywała się zawsze taka 
sama uroczystość. Państwo Komem zapraszali wszystkich do domu obok parku na wspólne 
śpiewanie patriotycznych piosenek. Mnie również zaproszono. Kiedy Helena dowiedziała się o 
tym, osobiście zapytała Uriela, czy także może przyjść. – Powinnam pójść razem z nią – 
argumentowała, wskazując na mnie. – Nie może wracać sama po ciemku. A ty – poradziła – 
będziesz dobrym chłopcem i pomożesz rodzicom w przygotowaniach.
 

Ostatecznie ambasadorka naszego osiedla została zaproszona na wieczór piosenek. 

Nadszedł Dzień Niepodległości i do przygotowań zostały zmobilizowane wszystkie sąsiadki.
 

Przed ich przyjściem Helena położyła na kanapie pilśniowy kapelusz i lakierowaną 

torebkę. Każda wchodząca sąsiadka zdumiewała się. Tylko Ita odważyła się zauważyć, że jeśli 
już chce mieć nakrycie głowy, powinna być to płócienna czapka, a w żadnym razie pilśniowy 
kapelusz.
 

– Płócienna czapka jest nieelegancka – odparła Helena. Dodała z mrugnięciem: – 

Myślałaś, że będę wyglądać jak ci z Hagany czy Palmachu? – i mocno uściskała Itę. Fryzjerka 
Angelika utapirowała Helenie włosy i zbudowała z nich wysoki kok, który spryskała lakierem. 
Krawcowa Gina przyszła z uszytym żakietem i pudełkiem z przyborami, by na miejscu dokonać 
poprawek. Sprzedawczyni butów Rywka także została zaprzęgnięta do pomocy i przyniosła ze 
swojego sklepu wypożyczone pantofle na obcasie.
 

W ten sposób Helena została odpowiednio wyposażona: czerwony żakiet, czarny 

background image

kapelusz, buty na obcasie ze spiczastymi noskami. Obrazu dopełniał bukiet róż w celofanie.
 

Wieczorem stanęłyśmy na trawniku przed domem państwa Komem.

 

Kręcili się tam ludzie o rozwichrzonych włosach, w sandałach, wszyscy mieli na sobie 

ubrania w kolorze khaki, jak mundury, bez różnicy, czy chłopcy, czy dziewczęta. Parzyła się 
kawa w tygielku, w powietrzu rozchodził się zapach falafela, humusu i thiny, a na pieczywo 
mówiono tam „pita”.
 

Tylko Helena stała na trawniku wyprostowana, w swoim czerwonym żakiecie, z ustami 

umalowanymi czerwoną szminką, z paznokciami polakierowanymi na czerwono, w 
lakierowanych butach, z lakierowaną torebką i bukietem róż w celofanie, z powiewającymi 
czerwonymi i różowymi wstążeczkami.
 

Gospodarz, serdeczny, muskularny i ogorzały mężczyzna, podszedł i przedstawił się.

 

– Komem Szaltiel – powiedział, potrząsnął głową, by odrzucić niesforny kosmyk włosów, 

i wyciągnął prawą rękę.
 

– A ja – powiedziała Helena stalowym głosem, który na chwilę załamał się i zadrżał – w 

Izraelu nazywam się Helena Jak Owce na Rzeź. – I także wyciągnęła rękę.
 

Komem Szaltiel zmarszczył czoło i brew i zapytał:

 

– Jak?

 

Helena powtórzyła, ściskając podaną dłoń:

 

– Helena Jak Owce na Rzeź. Na pewno pan wie. – Powtórzyła jeszcze raz, powoli: – H–

e–l–e–n–a J–a–k O–w–c–e n–a R–z–e–ź.
 

W wieczór Dnia Niepodległości wróciłyśmy do domu same.

 

Nie zobaczyłam więcej Uriela Komema.

 

wiele lat później

 

W bramie uniwersytetu w Tel Awiwie podszedł do mnie mężczyzna o włosach 

posrebrzonych siwizną. Zagadnął niepewnie:
 

– Elizabet? To ty?

 

– W istocie – odparłam.

 

– Jestem Komem, pamiętasz?

 

Pamiętałam.

 

– Co porabiasz? – zapytałam.

 

– Wykładam w Akademii San Diego, na wydziale historii.

 

Zamilkł na moment, potem kontynuował:

 

– Kieruję katedrą studiów o Holokauście.

 

Milczałam.

 

– Zawsze pytają mnie, jakim cudem taki sabra jak ja zajmuje się tematyką Zagłady – 

dodał. – Swoim studentom i ludziom w ogóle opowiadam, że po wojnie sześciodniowej, gdy 
przeprowadziliśmy się z jednostki lotnictwa wojskowego na zwykłe osiedle, odkryłem, że w 
Izraelu istnieje inna planeta, że w boskiej armii są też inni żołnierze; i że była tam dziwna kobieta 
w czerwonym żakiecie, która zmieniła dla mnie historię.
 

Po chwili kłopotliwego milczenia powiedział jeszcze:

 

– Pozdrów ją ode mnie i podziękuj.

background image

 Purim – Szpil

 

Helena zwykła czytać bajki przed snem. O Kopciuszku, Królewnie Śnieżce, Jasiu i 

Małgosi, Złotowłosej i trzech niedźwiadkach – kiedy byłam mała, czytała je mnie, a kiedy 
dorosłam, czytała sobie. Codziennie wieczorem jedną, a gdy kończył się zbiór, zaczynała czytać 
od początku.
 

W wieczór Jasia i Małgosi Helena rozkładała po całym domu tabliczki czekolady, w 

wieczór Kopciuszka kładła na stole w kuchni dynię, w wieczór Złotowłosej szafka zapełniała się 
miodem. – Jakiej bajki będziemy dziś słuchać? – pytała, jak kiedyś Szmulik Rozen albo jak dziś 
w programie radiowym Zagadki Dana Chamicara.
 

Czytała głośno i powoli, jakby w ten sposób starała się powstrzymać nadciągającą 

ciemność. Kiedy bajka się kończyła, zapadała noc. Helena zapalała we wszystkich pokojach 
ścieżkę świateł. Czasem był to blask żarówki, czasem płomyk lampki pamięci.
 

– Lampka mniej kosztuje od elektryczności – wyjaśniała w odpowiedzi na moje pytania. 

– Zapalam ją, kiedy kończą się pieniądze.
 

Mówiąc to, ocierała łzę wierzchem dłoni. Kiedy oko i ręka były znowu suche, mówiła 

„dobrej nocy” i szła do swojego pokoju.
 

Kiedy dorosłam, Helena dalej czytała co wieczór.

 

– Przyzwyczaiłam się – tłumaczyła przepraszająco. – Inaczej nie mogę zasnąć. – A gdy 

lekarz rodzinny zaproponował pigułki nasenne, odmówiła: – Dziękuję, nie trzeba. Mam swoje 
bajkowe rozwiązanie.
 

W noce, gdy bajki najwyraźniej nie zostały wystarczająco dobrze wchłonięte przez 

organizm, Helena budziła się z krzykiem wznoszącym się i opadającym jak syrena. Wstawała z 
łóżka i chodziła po mieszkaniu, nie znajdując ukojenia.
 

Na pytania „co się stało?”, odpowiadała:

 

– Miałam sen, w którym były czarownice, diabły, potwory i źli ludzie, tacy jak w bajkach.

 

I dorzucała:

 

– Czasami tacy bywają też w życiu.

 

Chcąc odpędzić strach, czytała książkę z bajkami, aż lęki mijały i wracał sen.

 

Raz do roku, w Purim, Helena celebrowała opowieść związaną z tym świętem. Wcześniej 

szyła kostiumy i powoływała do życia postaci z bajek. Czasem budziła ze snu Śpiącą Królewnę, 
czasem oddawała z powrotem Śnieżkę krasnoludkom, czasem koronowała królewnę, a czasem 
księżniczkę. Niekiedy, rzadko, ożywiała królową Esterę, ale nigdy nie stworzyła diabła, demona 
ani czarownicy.
 

Jej kostiumy były słynne na całym osiedlu. W tłumie czarownic, żołnierzy, piratów, wśród 

masek i hałasujących kołatek biegały po osiedlu dzieci przebrane za bohaterów z bajek, a ich 
stroje wyszły spod palców Heleny.
 

W Purim, w ten jeden dzień w roku, Helena była radosna, jakby osobiście pokonała 

niegodziwego Hamana. Wierzyła z przekonaniem, że przebranie ukazuje – przynajmniej jej – kto 
jest dobry, a kto zły, i niczego nie ukrywa. Miała niezliczone dowody na to, że ludzie przebierają 
się przez wszystkie dni w roku, a tylko w Purim odsłaniają prawdziwe oblicze.
 

Wśród wielu bajek Helena opowiadała jedną historię, inną, której nie było w żadnej 

książce. „Ta opowieść jest z życia”, mawiała i opowiadała ją wszędzie zarówno w dzień, jak i w 
nocy. Było to tak:
 

– Pewnego razu świat znalazł się w niebezpiecznej sytuacji, ponieważ wybuchła wojna 

bogów z tytanami. Tytani zwyciężyli, a wszyscy bogowie byli zmuszeni uciec i się ukryć. Jeden z 

background image

bogów, który, o ile się nie mylę, nazywał się Pan, wskoczył do morza, górną część swojego ciała 
zamienił w kozła, a dolną w rybę. Zeus, rządzący bogami, przybył w ostatniej chwili, zaczął 
ciskać w tytanów gromami i zwyciężył ich. Bożka Pana, który się przebrał, Zeus nagrodził w 
wyjątkowy sposób za pomysłowość i oryginalność.
 

To cała historia. Prawie nie było w niej fabuły. Nie było także nagrody, którą Zeus dał 

Panu.
 

– Niestety – mówiła Helena – już dawno temu zapomniałam, co to takiego było.

 

Czasami nad morzem w ciepłe dni prosiła dzieci na plaży, by spróbowały odszukać głowę 

kozła i ciało ryby, których ślad być może przetrwał w morskiej pianie, w skałach albo na 
horyzoncie, tam gdzie woda styka się z niebem.
 

– Jeśli spotkacie Pana – prosiła – zapytajcie, jaką nagrodę dostał na koniec.

 

Kiedy Helena odeszła na tamten świat, spotkałam w sklepie spożywczym Frumę, 

znajomą, która co jakiś czas zaglądała do niej, pytając, jak się czuje. Fruma podeszła złożyć 
kondolencje oraz „podzielić się ze mną pewnym drobiazgiem”.
 

– Wiele osób – rozpoczęła – pytało mnie, kim była Helena, bo nie znali jej i nie rozumieli, 

i wydawało się im, że żyje w dziwny sposób. Zawsze – wyznała Fruma – kiedy pytają, kim była, 
jaka jest jej historia, przypominam sobie coś, co mówiono mi, gdy byłam mała.
 

I opowiedziała coś takiego:

 

– W czasie wojny między bogami z Olimpu bożek Pan wskoczył do Nilu, gdzie przeszedł 

metamorfozę. Górną część ciała zamienił w kozła, a dolną w rybę. Po zwycięstwie bogów Pan 
otrzymał nagrodę za to, w jak pomysłowy sposób udało mu się przetrwać: Zeus przyznał mu tam 
najbardziej godne szacunku miejsce.
 

I uniosła oczy do nieba.

 

Sklepikarz, który wcześniej wydawał się zajęty wyłącznie porządkowaniem skrzynki z 

nabiałem, wyprostował się na całą wysokość, przeciągnął, odwrócił do nas i zawyrokował:
 

– Mam wrażenie, pani Frumo, przepraszam, że się wtrącam, ale jestem pewien, że ten 

Zeus, czy jak mu tam, da Helenie tę samą nagrodę.

background image

 Komu większy szacunek?

 

Na czele ulubionych piosenek Heleny niezmiennie znajdował się utwór Komu większy 

szacunek? z musicalu Casablanka.
 

– Na szacunek – mówiła – i ja, i Casablanka musieliśmy ciężko zapracować, i nie mam na 

myśli tylko piosenki.
 

Istotnie, brak pieniędzy, z którym zmagała się latami, rozpaczliwie godził w jej poczucie 

szacunku dla samej siebie i często był źródłem wstydu.
 

Ze względu na ten szacunek oraz wstyd Helena usiłowała ukryć niedostatek na wszelkie 

możliwe sposoby.
 

Mimo to mieszkańcy osiedla wiedzieli, że gościom Helena niekiedy serwuje kawę i sernik 

bez sera, a innym razem kawę i placek z jabłkami bez jabłek. Opowiadali też, że rozbite naczynia 
składa z powrotem, jakby były to puzzle o wielu elementach, i sama ozdabia wyblakłe wazony.
 

– To nie oszczędności, ale dlatego, że lubię zmieniać stare w nowe, a zepsute w 

naprawione – mawiała, na ułamek chwili obracając wstyd w dumę.
 

Każda skrzynka stawała się szafką, każde krzesło, kran, piecyk czy kanapa, które nie 

wytrzymały ciężaru lat, były naprawiane za pomocą obcęgów, młotka, piły i kleju do 
wszystkiego. Pokrywała łuszczące się ściany żywymi kolorami, na schodach prowadzących do 
mieszkania malowała obrazki, a do obrazów olejnych, wiszących na ścianach, własnoręcznie 
dodawała subtelne odcienie gwaszami. Odważnie farbowała czerwoną spódnicę na czarno i białą 
bluzkę na niebiesko; każde stare prześcieradło stanowiło potencjalny materiał na sukienkę, a 
ludzie prawili jej komplementy: „Gratulacje, prześlicznie wyglądasz”.
 

Kiedy opuszczały ją siły, płakała; potem prędko ocierała łzy i niepytana zapewniała 

każdego, kto mógł zauważyć, że to tylko pot.
 

Od rana do nocy trudziła się, by zachować szacunek dla samej siebie, zamaskować 

niedostatek, ukryć każdą słabość, i tę fizyczną, i tę, która dotyka kieszeni. Kiedy miała katar, 
mówiła, że to alergia na kurz, kiedy miała gorączkę, mówiła, że jej organizm nie przywykł do 
„egzotycznego” klimatu, każde zapalenie uważała za dolegliwość wywołaną wspomnieniami, w 
grypie widziała wyraz tęsknoty, a ból głowy, według niej, powodowała konieczność mówienia po 
hebrajsku.
 

Z jej punktu widzenia wszystkie przykre objawy, co do jednego, nie były niczym więcej 

niż problemami adaptacji w obcym kraju.
 

Pewnego razu zacięła się kuchennym nożem. Sąsiadom powiedziała, że pobierano jej 

krew – żeby, nie daj Boże, nie przyszło im do głowy żałować jej albo zainteresować się 
zaklejonym plastrem palcem.
 

Wszyscy wiedzieli: ona zawsze może wszystko.

 

Niektórzy mówili, że mogłaby żyć inaczej, gdyby tylko przyjęła pieniądze. Helena 

odpowiadała z oburzeniem, że na krwi nie wolno zarabiać i że jest winna samej sobie życie z 
szacunkiem, bez korzystania z niczyjej łaski, a przede wszystkim z odszkodowań. Kiedy słyszała, 
że ktoś dostał odszkodowanie – wyjechał na urlop, kupił nowe meble albo mieszkanie – człowiek 
ten trafiał na jej listę osób niemile widzianych.
 

Wielu ludzi było przeświadczonych, że jej zachowanie nie jest wyborem, lecz zwykłym 

szaleństwem.
 

W tamtych czasach na drugim końcu osiedla mieszkała kobieta, którą nazywano Lea 

Sprawiedliwa. Miała dwoje dzieci, liczne nieruchomości, kanarka w klatce, kalekiego męża, 
samochód i pieniądze z odszkodowań. Dorośli przychodzili do niej z prośbą o pożyczkę, a dzieci, 

background image

by zobaczyć kanarka i przejechać się autem w piątek albo w sobotę.
 

Przede wszystkim jednak chwałę przynosił jej fakt posiadania sokowirówki. Lea 

wyciskała świeży sok z marchwi albo z pomidorów dla wszystkich mieszkańców osiedla, żeby 
byli zdrowsi i silniejsi.
 

Rano przygotowywała sok i rozlewała go do kubków. Z kubkami, które częściowo niosła 

w rękach, a częściowo opierała o obfity biust, odwiedzała najpierw pacjentów czekających w 
przychodni, a potem, na przerwach między lekcjami, na szkolnym dziedzińcu rozdawała sok 
chudym, mizernym dzieciom, życząc:
 

– Zdrowia, siły i dobrych ocen.

 

Pewnego dnia ja też dostałam kubek soku z marchwi. Helena, dowiedziawszy się o tym, 

była zła na mnie, a przede wszystkim na Leę:
 

– O nic jej nie prosiłam, po co ona ci to dała? Cóż to, brak ci witamin? Jesteś chora?

 

Po soku został tylko gniew i przykry posmak.

 

Jednego z gorszych dni, gdy jej portmonetka zawierała jedynie szacunek dla samej siebie, 

Helena udała się, upokorzona i z głową osłoniętą szalem, do Sprawiedliwej Lei. Poprosiła 
drżącym głosem o pożyczenie dziesięciu funtów na jeden dzień, najwyżej dwa. Lea bez 
zastanowienia wyjęła banknot stufuntowy.
 

Helena, zakłopotana, otworzyła portmonetkę.

 

– Nie mam z czego wydać reszty – powiedziała przygnębiona.

 

– Wiem – odparła Sprawiedliwa i pogłaskała ją po plecach, a Helena skurczyła się pod jej 

dotykiem.
 

– Skąd pani wie? – zdziwiła się. – Jest pani też prorokinią?

 

– Zwróci pani, gdy będzie mogła. – Sprawiedliwa się uśmiechnęła.

 

Helena zabrała się i poszła. Wzięła pieniądze.

 

Chcąc jak najszybciej oddać dług, składała grosz do grosza, aż uzbierała się odpowiednia 

kwota. Na kopercie napisała: „Dla wielmożnej pani” i włożyła ją do skrzynki na listy, bez 
podpisu i bez podziękowania.
 

Nigdy więcej nie zamieniła słowa ze Sprawiedliwą Leą. Na ulicy, na poczcie czy w 

sklepie spożywczym zawsze szukała sposobu, by uniknąć spotkania. Nigdy nikomu nie 
powiedziała, dlaczego nie wyraża się o niej pochlebnie. Na osiedlu mówiono, że Helena to 
dziwaczka, a Sprawiedliwa, jak wiadomo, jest sprawiedliwa i szlachetna. Tylko ci, którzy byli z 
nią blisko, zauważyli, że wśród historii, które opowiadała, pojawiła się nowa. Zupełnie jakby 
nagle przypomniała sobie o jakiejś kobiecie z dalekiego kraju.
 

– Było to tak – opowiadała. – Pewnego razu do wielkiej damy przyszła samotna i 

zawstydzona wdowa, która nieśmiało poprosiła o kubek wody i kromkę chleba. Dama, która 
słynęła z dobroczynności, chciała ofiarować znacznie więcej niż samą wodę i chleb. Poszła do 
swojego pokoju, wyjęła złotą kolię, którą dostała w spadku, i przyniosła ją głodnej wdowie 
stojącej w progu. Kobieta doznała wstrząsu i zmarła. Hojna pani, która bardzo jej żałowała, z 
własnej woli zaproponowała, by pochowaną ją z honorami, ze złotą kolią na szyi. Cała wieś 
przyszła na pogrzeb. Szlachetna pani zyskała wielką sławę i powszechny szacunek. A wdowa, 
niech Pan ulituje się nad nią, leżała w grobie.
 

Jakieś dziesięć lat później Sprawiedliwa Lea zmarła. Na pogrzebie przemawiało wielu z 

mieszkańców osiedla, wygłaszali pochwały i wysławiali jej dobre uczynki. Jednym z mówców 
był notariusz, podobno ekspert od odszkodowań.
 

– Któregoś dnia – zaczął – do Lei przyszła pewna wdowa z prośbą o pieniądze. 

Sprawiedliwa Lea znała jej ciężkie położenie, lecz nie chciała jej zawstydzać, dlatego wyjęła z 
pełnej najróżniejszych nominałów portmonetki banknot dziesięciokrotnie przewyższający sumę, 

background image

o którą prosiła wdowa. – Bo zawsze – podkreślił donośnie, gestykulując – zawsze dawała więcej, 
nawet jeśli jej o to nie proszono. – Dramatycznym tonem dodał: – Nawet jeśli jej za to nie 
podziękowano.
 

Skończył mówić i otarł łzę.

 

Stojąca wśród ludzi Helena stężała. Kiedy ziemia zasypała już wszystko, zebrani zaczęli 

kłaść kamienie na grobie Sprawiedliwej. Helena położyła największy kamień, niemal cegłę, i 
powiedziała do siebie:
 

– Nawet jeśli nie poprosiła… Nawet jeśli nie poprosiła.

 

Potem, przez siedem dni żałoby, z mieszkania Heleny dobiegała niesłyszana od lat 

piosenka. Komu, komu większy szacunek?, śpiewał Casablan, a Helena nuciła i płakała.

background image

 Kryształy i porcelana

 

Zaadresowany do Heleny list polecony, który przyszedł pod koniec lata sześćdziesiątego 

szóstego roku, zapoczątkował serię wydarzeń. Trzy dni później u mecenasa Icchakiego odbyło 
się spotkanie w sprawie testamentu pana Hirsza.
 

Helena utrzymywała, że nigdy nie poznała ani nie spotkała pana Hirsza. Także on, 

okazało się później, nigdy jej nie poznał. Historia się wyjaśniła.
 

Hirsz, człowiek bezdzietny i samotny, pozostawił testament następującej treści: 

„Straciłem rodzinę i dzieci. W Izraelu udało mi się zgromadzić niewielki majątek. Pragnę 
przekazać go w spadku rodakom z mego miasteczka, którym udało się przeżyć tę potworną 
wędrówkę. Może sprawię, że na koniec ich życie stanie się odrobinę lżejsze”. Mecenas Icchaki, 
pełnomocnik pana Hirsza, zobowiązał się ustalić, kto z jego rodzinnego miasteczka pozostał przy 
życiu.
 

Z odnalezionych dokumentów wynikało, ku wielkiemu zdziwieniu Heleny, że także ona 

tam się urodziła, choć zawsze sądziła, że pochodzi z dużego, ważnego miasta. W ten sposób 
zyskała prawo do części majątku pana Hirsza.
 

Sześć odnalezionych osób spotkało się w kancelarii na ulicy Achad ha-Ama. Aby dojść do 

biura, należało wdrapać się po przerdzewiałych zewnętrznych schodach, przytrzymując się 
rozklekotanej poręczy, popchnąć mocno duże drewniane drzwi i przejść korytarz, którego ściany 
sięgały na wysokość dwóch pięter, a podłogę pokrywała mozaika z żółtobrązowych płytek. Na 
końcu korytarza mieściła się kancelaria mecenasa Icchakiego.
 

– Siedział wciśnięty w fotelu, nie był ani mądry, ani głupi, ani specjalnie wrażliwy, 

zwyczajny człowiek – tak Helena podsumowała swoje wrażenia. Wokół, na potrzeby spotkania, 
ustawiono sześć drewnianych krzeseł dla gości, na których usiadło pięcioro spośród 
mieszkańców miasteczka oraz Helena, która, o ile było jej wiadomo, pochodziła z dużego miasta.
 

Kiedy wszyscy się zebrali, mecenas zaproponował bez żadnych wstępów, by urządzić 

losowanie i w ten sposób rozdzielić między sześciorgiem spadkobierców majątek zmarłego pana 
Hirsza. Helenie przypadł serwis z bawarskiej porcelany i siedem ozdobnych mis, dużych i 
głębokich, z autentycznego belgijskiego kryształu.
 

Sześć dni później posłaniec przywiózł trzy ogromne paki. W dwóch była porcelana, w 

jednej kryształy. Helena poprosiła, by umieścił pudło z kryształami pod drzwiami wejściowymi. 
Porcelanę zaś kazała wystawić przed dom, za płot, obok śmietnika, bo wyroby niemieckie, jak 
wiadomo, były zakazane.
 

Paki zawadzały. Pracownicy służb miejskich odmówili wywiezienia pudeł z porcelaną 

stojących obok śmietnika, a nawet grozili grzywną. – Pani Heleno – wołali w porze piania 
koguta. – Co to za pudła przy kubłach na śmieci? Jeśli ich pani natychmiast nie usunie, dostanie 
pani mandat!
 

Dwa albo trzy dni później Helena rozerwała papier na jednej z paczek. – Zrobiłam 

okienka – powiedziała. – Żeby rano śmieciarze mieli większy apetyt.
 

Istotnie, następnego dnia o świcie na asfalcie rozległo się szuranie grabi, a kółka taczek 

odcisnęły rowek w ścieżce, lecz nie słychać było krzyku. Helena, która wyglądała zza firanki, 
oświadczyła:
 

– Teraz wy zapłacicie mandat!

 

Dwaj sprzątacze stanęli na baczność, z miotłą, taczkami i grabiami. Spuścili wzrok, jak 

przyłapani na przestępstwie.
 

– Zapłacicie, zapłacicie – dodała Helena – bo nie zabraliście tego przedwczoraj.

background image

 

Odsunęła firankę i uśmiechnęła się. Mężczyźni odetchnęli z ulgą, załadowali pudła na 

taczki, razem z piaskiem, liśćmi i śmieciami, podziękowali i poszli zamiatać inną ulicę.
 

– Szczęśliwie udało nam się ich pozbyć – powiedziała Helena. – Ale co z tym? – zapytała, 

wskazując na pudło z kryształami, stojące pod drzwiami wejściowymi.
 

Było to latem. Wpadający od drzwi promień, który zwykle przeświecał po drodze przez 

cząsteczki kurzu, niespodzianie trafił na kryształy i rzucał kolorowe refleksy światła w ponurych 
pokojach. Paczka była odrobinę rozdarta i wystające ze środka misy zdawały się badać nowe, 
nieznane otoczenie. Pudło stało sześć dni i sześć nocy, czekając, aż zadecyduje się jego los. 
Helena w widoczny sposób czuła się nieswojo.
 

– Dostałam spadek – poskarżyła się sąsiadce.

 

– To czym się martwisz? – zdziwiła się tamta.

 

– Nie wiesz? – wymamrotała Helena – Spadek przypomina o tym, co było.

 

Sąsiadka milczała.

 

W bezsenną noc Helena wpadła na pewien pomysł.

 

Rozpakowała pudło i z każdą misą po kolei schodziła na dół, do ogródka. Dla każdej 

wykopała dołek, ale nie zasypała ich ziemią. Każda misa została przeznaczona do czegoś innego. 
Dwie były dla kotów – jedna na mleko, druga na jedzenie. Dwie inne dla psów – jedna na wodę, 
druga na mięso. Ptaki otrzymały miskę z okruszkami, kogut z ziarnem, a dodatkowa miska 
czekała na wszelkich przypadkowych przechodniów, tych czworonożnych i tych pełzających.
 

Przez wiele lat na podwórku bez płotu, wśród pokrzyw i dzikiego szczawiu, wśród perzu i 

zielska, tkwiły wkopane w ziemię kryształowe salaterki. Nikt nie podejrzewał, że w zarośniętym 
chwastami ogródku kryje się skarb.
 

Pewnego dnia z polecenia sąsiadki u Heleny zjawił się agent ubezpieczeniowy, żeby 

wycenić majątek i zaproponować polisę na wypadek pożaru, kradzieży lub innego nieszczęścia. 
W formularzu, w którym trzeba było wszystko wymienić, agent zapisał, że Helena ma łóżko, stół, 
krzesła, szafę, telewizor, radio i piecyk. Kiedy doszedł do rubryki „przedmioty wartościowe”, 
zapytał:
 

– Co pani posiada?

 

– To, co pan widzi, to wszystko, co posiadam. Pyta pan o przedmioty wartościowe? – 

odparła, mrugając. – Wszystkie, bez wyjątku, znajdują się w ogródku.
 

Agent zaśmiał się z żartu. Kiedy dotarł do punktu „środki bezpieczeństwa”, zapytał:

 

– Czy ma pani wzmocnione drzwi, kraty, alarm albo inne środki bezpieczeństwa?

 

– Nie potrzebuję – odparła. – U mnie wszystko jest w ziemi. Wzmocnione drzwi, kraty i 

co jeszcze pan wymienił? Alarm? Bo sejf, jak mówiłam, mam nie w domu, ale w ogródku.
 

Agent nie roześmiał się już, tylko uśmiechnął lekko, speszony.

 

Na zakończenie doradził, żeby rozważyła założenie rachunku oszczędnościowego na 

wypadek pożaru, kradzieży albo innego nieszczęścia, bo z takim majątkiem jak jej polisa 
ubezpieczeniowa nie jest rozwiązaniem. I poszedł sobie. Wcześniej jednak zapytał z wyrzutem 
sąsiadkę:
 

– Po co mnie do niej wysłałaś? Co takiego miałaby ubezpieczać? Przynajmniej – dodał – 

ma poczucie humoru. Zapytałem o rzeczy wartościowe i środki bezpieczeństwa, a ona 
powiedziała, że wszystkie cenne przedmioty trzyma w ogrodzie, a chroni je ziemia.
 

– To dziwne – zdumiała się sąsiadka. I wyjaśniła agentowi: – Ludzie mówią, że jest 

bardzo bogata. Podobno dostała spadek od jakiegoś nieznajomego. Nie złość się, na własne oczy 
widziałam, jak pewnego dnia, ot tak, wyrzuciła do śmieci porcelanowy serwis.

background image

 Odrosty

 

Jak wypada w kulturalnym domu, Helena zadbała o to, by na ścianach zawisły półki z 

książkami. Na tych półkach, między encyklopedią dla młodzieży a leksykonami Tysiąc słynnych 
ludzi
 i Tysiąc znanych miejsc, stały także albumy z fotografiami. Wszystkie miały okładki z 
grubego kartonu i czarne, szorstkie kartki, na których przyklejone były zdjęcia.
 

Helena przeglądała je długimi godzinami.

 

Za każdym razem, gdy byłam przy tym obecna, zwracała się do mnie z prośbą:

 

– Elizabet, wklejaj do albumu tylko takie zdjęcia, które nie zaszkodzą.

 

– Komu nie zaszkodzą? W czym? – pytałam, lecz nie zawsze otrzymywałam odpowiedź.

 

Czasami, po krótkim milczeniu, mówiła:

 

– To kwestia bezpieczeństwa, mądra inwestycja.

 

Można było zakładać, że jest to odpowiedź na pytanie.

 

Okazało się, że zgodnie z przekonaniem Heleny nie wolno patrzeć na twarze zmarłych, 

dlatego głowy wszystkich nieżyjących osób odcinano i przekładano do grobu: małego blaszanego 
pudełka. W pustym miejscu było czarne tło z szorstkiego, grubego kartonu. Inni, rodzina, dzieci i 
przyjaciele, dalej uśmiechali się do patrzącego, jakby nic się nie zmieniło. Helena drobiazgowo 
przestrzegała tej reguły i nie zdarzało się, nie daj Boże, by z fotografii uśmiechał się ktoś 
nieżyjący. Z biegiem lat w albumie przybywało nóg, rąk, ubrań i dodatków, ale spojrzenia i 
uśmiechy były coraz rzadsze: zdjęcia bez twarzy upamiętniały kolejnych zmarłych.
 

Porządkując fotografie, Helena stosowała jeszcze jedną zasadę: w albumach można było 

zobaczyć tylko i wyłącznie ludzi złotowłosych i błękitnookich. Stronice zapełniali sąsiedzi i 
przyjaciele o tych cechach, reszta ukryta była w wielkich pudełkach po czekoladkach.
 

– Dlaczego akurat tam? – pytano ją.

 

– W bombonierce są zdjęcia słodkich ludzi, którzy mają oczy i włosy w kolorze 

czekolady – odpowiadała.
 

Do tego momentu system może nie był prosty, ale był jasny i uporządkowany.

 

Lecz nie dla mnie i Heleny.

 

Problem leżał w nas.

 

– To nie jest odpowiednie, że obie mamy ciemne włosy – mawiała Helena.

 

Problem brązowych oczu Helena rozwiązała w szczególny sposób. Tęczówka zmieniała 

kolor dzięki ostrej stalówce i buteleczce z atramentem. W każdym brązowym oku widocznym na 
zdjęciu rysowała błękitny punkt.
 

Jednocześnie, za pomocą wody utlenionej i farby, Helena pielęgnowała złocisty odcień 

naszych włosów. Kiedy jakiś włos buntował się przeciw takiemu traktowaniu, wyrywała go 
natychmiast z korzeniem albo zlewała wodą utlenioną, a w poważniejszych przypadkach 
kierowała na zabieg do fryzjera. Co jakiś czas, trochę żartobliwie, trochę z nadzieją, zauważała, 
że jeśli będę trzymać się blondu, może kiedyś moje oczy staną się błękitne, a wtedy będzie mogła 
przestać się martwić i będzie pewna, że nie stanie mi się żadna krzywda.
 

Pomimo wielu trudności i przeszkód album z fotografiami Heleny zachował czystość 

odcieni blondu i błękitu. Kiedy dorosłam, dalej pielęgnowałam jasny kolor włosów za pomocą 
płukanek i farby, aby, broń Boże, nie zniknął, i głęboko wierzyłam, że tak trzeba postępować.

 

1990

 

Helena zachorowała.

background image

 

Wylew upośledził jej zdolności ruchowe, wzrok, pamięć i sprawność umysłową.

 

Ale niszcząca krew, która rozlała się w jej mózgu, nie zmniejszyła pragnienia pozostania 

przy życiu. Na oddziale końca drogi, na fotelu inwalidzkim, z opadającą głową, wychudłym 
ciałem i gasnącym spojrzeniem pilnowała, byśmy pamiętali, że tylko jasnowłosi przetrwają i że 
to przekonanie opiera na osobistych przeżyciach, na doświadczeniu życiowym.
 

Pytana o imię, nie zawsze je sobie przypominała. Na ogół nie umiała podać dnia, roku ani 

miejsca. Ale każdemu wchodzącemu na oddział, czyją głowę wieńczyła ciemna czupryna, 
oznajmiała:
 

– Tylko blondyni będą żyli.

 

Mnie prosiła osobiście, wprost:

 

– Bądź blondynką przez całe życie, Elizabet. Blondynów nie zabiją.

 

W chorobie, jak w życiu, pragnęła, by jej pobielałe z biegiem lat włosy były złociste, bo 

leki i fizjoterapia, wierzyła, są dobre dla medycyny, ale blond włosy są koniecznym warunkiem, 
by dalej żyć.
 

Zmarła jako blondynka.

 

Minął okres żałoby.

 

Moje złociste włosy były wysuszone i łamliwe, skóra na głowie pękała i łuszczyła się.

 

– To uczulenie na farbę – orzekła lekarka i zaleciła: – Obciąć włosy na krótko i nigdy, ale 

to przenigdy – ostrzegła – nie używać wody utlenionej ani niczego, co jest przeciwne naturze. Ma 
pani uszkodzoną, praktycznie poparzoną skórę głowy.
 

Ścięłam włosy, głęboko wierząc, że będę żyć, bo przecież jestem naturalną blondynką, i 

będę nią także bez wody utlenionej czy farby. Ale skóra przestała się łuszczyć, a na miejscu 
suchych blond włosów pojawiły się czarne, niewpadające nawet ani odrobinę w brąz. Ciemne 
odrosty zaskoczyły mnie, ale założyłam, że to chwilowa pomyłka. Chwilowa pomyłka stała się 
rzeczywistością.
 

Kilka lat później pewnego zwyczajnego dnia obok przystanku autobusowego starsza 

kobieta pociągnęła mnie za rękaw.
 

– Dzień dobry, Elizabet. Może mnie pamiętasz, jestem koleżanką Heleny stamtąd – 

powiedziała.
 

Po tym krótkim wstępie zapytała z wyrzutem pewnym siebie tonem:

 

– A to co? Oszalałaś? Ufarbowałaś włosy na czarno?

 

– Nie – zaprzeczyłam. – To mój naturalny kolor.

 

– Co ty wygadujesz?! Znam cię od urodzenia, może zdarzały ci się czarne dni, ale włosy 

zawsze miałaś złociste. Jesteś jak Helena – dodała – tylko na odwrót. Jej, która miała czarne 
włosy, nawet Niemców udało się nabrać, że jest blondynką; ty, blondynka od urodzenia, 
wierzysz, że masz czarne włosy. O co ci chodzi? – zirytowała się moim oszustwem.
 

– Mam uczulenie na farbę – odparłam.

 

– Niech ci będzie – powiedziała spokojniej, jakby godząc się z faktem. – Co za różnica? 

Od tego się nie umiera!
 

Milczałam.

 

– Co słychać poza tym? – zainteresowała się. – Ile masz dzieci?

 

– Dwoje – odrzekłam.

 

– Mają jasne włosy – uznała.

 

– O dziwo, mają – potwierdziłam.

 

– O dziwo? – zdumiała się. – To nic dziwnego – to dziedziczne!

background image

 Wujek Oded

 

Wujek Oded był jedynym żyjącym człowiekiem noszącym to samo nazwisko co Helena. 

Poza tym atutem miał kilka dodatkowych zalet, które przynosiły Helenie chwile szczęścia: 
niebieskie oczy, lśniące złociście włosy, zadarty nos i atletyczną, wysportowaną sylwetkę. Te 
godne uznania cechy wuja Odeda przysłaniały jego zawód, który według Heleny nie był „ajajaj”.
 

Ponieważ Oded, niestety, nie był ani lekarzem, ani prawnikiem, lecz tylko oficerem 

wyższego stopnia w marynarce wojennej, choć akurat to jego zajęcie stanowiło dla Heleny 
niewyczerpane źródło rozmaitych opowieści i anegdot i dawało okazję, by wychwalać go bez 
umiaru.
 

Za każdym razem, gdy wracał z rejsu i przyjeżdżał w odwiedziny, podejmowała trud 

poinformowania wszystkich spotkanych po drodze sąsiadów, że przybył sławny Oded. W okresie 
jego służby wojskowej wszystkie kobiety na osiedlu wychodziły popatrzeć na żołnierza w białym 
mundurze marynarki z oficerskimi naszywkami i życzyły sobie, by ich córki miały takiego 
narzeczonego. Mężczyźni mieli bolesną okazję przyjrzeć się z zazdrością sabrze, który wyrusza 
walczyć za swój naród, gdy oni zostają w domach z żonami, dziećmi, problemami z utrzymaniem 
i nocnymi koszmarami.
 

Dzięki dzielnemu Odedowi Helena zyskiwała pośrednio dostęp do prawdziwie 

bohaterskich historii. Chcąc dodać splendoru jemu i sobie, często była gotowa wyjawić tę czy 
inną tajemnicę wojskową albo jednoznacznie, wyraźnie napomknąć, że jej krewny został 
odznaczony za tajną misję na dalekim morzu. Jego czyny, jej zdaniem, odgrywały wielce istotną 
rolę, gdy chodziło o zwycięski potencjał naszej armii w ogóle, a podczas wojny sześciodniowej 
w szczególności.
 

Minęło kilka lat, Oded skończył służbę wojskową i przeniósł się do marynarki handlowej. 

Miejsce opowieści wojennych zajęły relacje z podróży do nieznanych krajów. Helena, jak 
zwykle, nie szczędziła sąsiadom informacji o usterkach statków floty handlowej, które dało się 
naprawić wyłącznie dzięki pomysłowości utalentowanego Odeda. Oded Heleny stawiał czoło 
morskim falom tak jak wcześniej wrogom.
 

Z biegiem lat wizyty stały się rzadsze.

 

Helena wypatrywała Odeda cierpliwie i z utęsknieniem, bo wtedy i tylko wtedy, gdy 

powracał z morza, miała okazję zapytać:
 

– Jak tam jest? Czy śnieg dalej jest taki biały? Czy chleb dalej jest taki chrupiący i 

smaczny?
 

Czasem dawała się ponieść wspomnieniom i przywoływała gwar znajomej ulicy, dźwięk 

kościelnego dzwonu, czerwień wiśni, zapach śnieżnej zimy, nazwiska i nazwy miejsc, które, jak 
mówiła, rozpłynęły się w niepamięci.
 

Także gdy wracał z Ameryki albo ze Wschodu, niezmiennie pytała, co słychać „tam”.

 

Między jednym a drugim rejsem zadawała sobie trud i wieszała na ścianach mieszkania 

zdjęcia statków handlowych obok widoków ośnieżonych krain, i pieczołowicie, z rewerencją 
odkurzała pamiątki, które wujek przywoził z rejsów. W długich okresach między kolejnymi 
odwiedzinami opowiadała, że jego statki żeglują po Wołdze albo Wiśle, zarzucają kotwicę w 
krainach jej dzieciństwa. Każdemu, kto chciał słuchać, opisywała tamtejsze krajobrazy, 
wspomagając się blaszanym globusem, który stał na kuchennym stole.
 

– On jest tutaj – mówiła, przesuwając palcami po zielonych połaciach lasów, błękicie 

morza, po liniach rzek, miast i gór.
 

Kiedy palce kończyły wędrówkę wspomnień, mówiła z widoczną tęsknotą:

background image

 

– Tylko tam, tylko tam.

 

Nie znajdując słów, dodawała tylko:

 

– A tutaj? Co jest tutaj?

 

I smutniała.

 

Pewnego dnia Oded zjawił się bez zapowiedzi.

 

– Przyjechałem przedstawić ci moją przyszłą żonę – zwrócił się do Heleny. – Ma także na 

imię Helena.
 

Popatrzył ukochanej w oczy, a przed Heleną spuścił wzrok.

 

Do pokoju weszła ładna, bardzo ładna dziewczyna, prosta, smukła, o świeżej cerze, 

błękitnych oczach i lśniących jasnych włosach, długich i prostych, takich, jakie zawsze podobały 
się Helenie.
 

– Poznajcie się – powiedział Oded.

 

Zamiast wyjść naprzeciw gościowi, Helena cofnęła się i osunęła nagle na fotel, który 

przewrócił się pod nią. Uderzyła się w głowę, zbladła i stwierdziła słabym głosem:
 

– To wszystko przez ten fotel.

 

W całym zamieszaniu Helena Odeda także cofnęła się o krok, wpierw szepnąwszy mu coś 

do ucha.
 

– Właściwie – rzekł Oded przepraszająco – wpadliśmy tylko się przywitać, chciałem, 

abyś poznała Helenę. Następnym razem, obiecuję, przyjdziemy z prawdziwą wizytą.
 

Splótł palce z palcami swojej Heleny, oboje ruszyli długim krokiem do drzwi i zniknęli.

 

Nie było następnego razu.

 

Wiele dni po tym spotkaniu Helena zwierzyła się sąsiadom, którzy zauważyli, że nie 

wszystko jest tak, jak powinno:
 

– Przeżyłam straszliwy cios.

 

Kilka lat później sąsiadka Fania przyniosła egzemplarz niemieckiego miesięcznika, który 

prenumerowała. Pismo zamieściło serię artykułów opisujących znane szczęśliwe pary.
 

– Przeczytaj tu – zwróciła się do Heleny, wskazując trzęsącym się palcem. – Piszą – 

ciągnęła poruszona – o jednym bogatym i szczęśliwym małżeństwie, które uparło się, by nie 
podawać ich danych, ani nie zgodziło się na wywiad. Dziennikarka co prawda uszanowała ich 
wolę, ale podała kilka informacji z wiarygodnych źródeł. – Posłuchaj, co tu jest napisane – 
powiedziała Fania, zakładając okulary, które nosiła na szyi na sznureczku, i drżącym głosem 
zaczęła tłumaczyć z niemieckiego:
 

– „Oded, jedyny żyjący członek rodziny, która zginęła w Holokauście, przez kilka lat 

mieszkał w Izraelu, gdzie służył jako oficer w marynarce wojennej i studiował inżynierię 
okrętów. Jego żona Helena jest córką oficera SS, skazanego na śmierć po wojnie. Małżonkowie 
są bezdzietni z wyboru, mają owczarka niemieckiego, pielęgnują też ogród z przepięknymi 
roślinami”.
 

Podniosła wzrok, zdjęła okulary i spojrzała Helenie badawczo w oczy, a na jej górnej 

wardze perliły się kropelki potu:
 

– Autorka dziwi się, że para odmówiła sfotografowania się i udzielenia wywiadu, bo jej 

zdaniem są idealnym przykładem małżeńskiego sukcesu. Posłuchaj – powiedziała Fania. – Czy to 
nie jest twój krewny?
 

Helena zamknęła oczy i ostatkiem sił odparła:

 

– Nie mów nic nikomu, to tajemnica wojskowa, on przebywa tam z tajną misją.

 

– Aha.

 

Fania szybko złożyła pismo, wyrzuciła je do śmieci i zgodziła się w milczeniu na to, że 

tajemnica nie zostanie nigdy ujawniona ani na osiedlu, ani w ogóle.

background image

 

Helena nie spała przez całą noc. Zebrała zdjęcia statków i ośnieżonych krajobrazów oraz 

wszystkie inne pamiątki i prezenty do wielkiej skrzynki po warzywach i wyszła.
 

Rano powiedziała:

 

– Oded umarł w Niemczech i miał pogrzeb na morzu. – Mruknęła: – Urządziłam mu mały 

grób, żebyśmy pamiętały.
 

– Gdzie? – zapytałam.

 

– Obok głównego kanału ściekowego – odparła.

 

– Tam, gdzie zawsze tak strasznie śmierdzi? – zdziwiłam się.

 

– Właśnie tam – potwierdziła z widocznym zadowoleniem.

background image

 Spięcie

 

Ze względu na zbyt wielkie obciążenie dyżurami i nie chcąc martwić się, że Elizabet 

zostaje sama w domu na noc, Helena była zmuszona porzucić pracę położnej i zatrudnić się w 
przychodni niedaleko domu. Koledzy z oddziału szpitalnego skłonili ją do urządzenia przyjęcia 
pożegnalnego, oświadczając, że nawet jeśli nic nie zorganizuje, przyjdą, by wręczyć jej 
podarunek.
 

Helena usiłowała się jakoś wykręcić.

 

– Co za utrapienie – narzekała. – Po co mam spraszać do domu cały szpital?

 

Ale presja okazała się wielka i była zmuszona się poddać.

 

Helena, nieprzyzwyczajona do zapraszania gości, była bardzo podenerwowana. Przez 

cały tydzień mówiła do siebie i szczegółowo planowała rozkład miejsc i menu. Na dzień przed 
spotkaniem w obu rękach przydźwigała do domu kosze pełne syfonów z przezroczystego szkła, z 
których nalewało się wodę sodową do picia. W dniu przyjęcia wstała wcześnie rano i przez wiele 
godzin sprzątała, zamiatała i czyściła.
 

Skończywszy przygotowania, oceniła stan mieszkania i widać było, że jest bardzo spięta i 

niezadowolona.
 

– Obicia czyste, ale podarte. Sedes się błyszczy, ale jest pęknięty.

 

O obłażących z farby ścianach powiedziała z niepokojem:

 

– Widać wspomnienia po wszystkich warstwach.

 

Przez chwilę stała bezradnie, gdy nagle jej spojrzenie zmieniło się, uśmiech powrócił:

 

– Wyprowadzę psa, żeby zrobił, co trzeba – oznajmiła tak, żebym usłyszała.

 

Zawołała naszą suczkę i wyszła.

 

Helena była z psem na dworze, gdy nagle na całym osiedlu zapadły ciemności.

 

Sąsiedzi wylegli z domów, by zbadać, co się stało, dlaczego naraz zgasło światło.

 

– Dokładnie w chwili, gdy stałam przy transformatorze, światło jakby w jednej chwili się 

skończyło – opowiadała Helena sąsiadce.
 

Innej sąsiadce raportowała ze spokojem:

 

– Tak właśnie było, stałam tuż obok transformatora. Ciekawe, że właśnie tam pies 

postanowił dzisiaj zrobić to, co potrzebował.
 

– Okropnie denerwujące, coś strasznego – oburzali się sąsiedzi.

 

Byli niezadowoleni i poirytowani, podczas gdy Helena okazywała niezwykłą jak na siebie 

otwartość i serdeczność, opowiadając poruszonym ludziom, że to dla niej wyjątkowo niefortunny 
moment, bo niebawem ma odbyć się u niej pożegnalne spotkanie z kolegami z pracy.
 

Ktoś z sąsiadów zauważył:

 

– Wie pani, ciemność pasuje do pożegnań.

 

– Słusznie – odparła. – Ale nie do przyjęć.

 

Jednak nie wydawała się zasmucona.

 

Kiedy zjawili się goście, wyjaśniła, że to będzie wieczór przy świecach, bez ciepłego 

jedzenia, tylko ze słodyczami. Co prawda zaplanowała coś innego, ale jak na pewno rozumieją, 
sytuacja zmieniła się z powodu ciemności.
 

Na początku atmosfera była pełna zakłopotania.

 

Potem wszyscy śpiewali, śmiali się i tańczyli. Słyszałam, jak mówili przed wyjściem, że 

nie zapomną nigdy tego wieczoru i że kiedyś przyjdą zobaczyć w świetle dnia dom, który Helena 
tak kocha. Wiedzą z jej opowieści, że sama malowała ściany, ozdobiła schody obrazkami, uszyła 
obicia, dodała kolory do obrazów. Po ciemku, niestety, to wszystko stracili, widzieli tylko cienie.

background image

 

– Jak dobrze, że to lekarze i pielęgniarki, a nie elektrycy, inaczej, nie daj Boże, jeszcze 

mielibyśmy światło z powrotem – podsumowała Helena udaną imprezę, gdy wszyscy już wyszli.
 

Wiele lat potem, gdy spotykała dawnych kolegów z oddziału, zawsze wspominali, że u 

niej była najwspanialsza zabawa, krążyła nawet opowieść, że tamtego wieczoru pewien młody 
lekarz siedział w ciemnościach obok młodej pielęgniarki, zakochali się w sobie i pobrali, a 
Helenie wysłali zaproszenie z dopiskiem, że ślub odbywa się dzięki niej.
 

W czasie przyjęcia i kilka godzin po nim ekipa elektryków i przedstawiciele rady osiedla 

z trudem usiłowali dojść, kto odpowiada za usterkę. Szukali świadków.
 

Helenę zapytali:

 

– Nie wie pani przypadkiem, czy ktoś pociągnął za przewody? Podobno była pani na 

dworze, kiedy to się stało.
 

– Ja ciągnęłam za smycz psa – odparła ku ogólnemu rozbawieniu.

 

Nie śmiał się tylko pan Hering, należący do rady osiedla. Poprosił elektryków, by jak 

najszybciej naprawili usterkę ze względu na Helenę.
 

– To samotna kobieta, długi czas przebywała w ciemności – argumentował. – Nie może 

żyć bez światła i dość już się nacierpiała. – Tu odwrócił się do Heleny i mrugnął znacząco. 
Wydawało się, że zamierza wdać się w rozwlekłą opowieść o jej ciężkich doświadczeniach, ale 
elektryk przestał go słuchać.
 

Następnego dnia pod wieczór usterka została zlokalizowana i naprawiona, a w raporcie 

napisano, że nie wiadomo, kto dokonał szkody, ale oczywiste jest, że ktoś odłączył główny 
przewód w transformatorze. Kilka tygodni później pan Hering z rady osiedla spotkał Helenę i 
zapytał:
 

– Nie podziękuje mi pani?

 

– Za co? – zdziwiła się.

 

– Widziałem, co pani robiła przy transformatorze – wyjaśnił.

 

– Robiłam to, co musiałam – odparła.

 

– Co takiego? – zdumiał się. – Musiała pani wyłączyć światło na całym osiedlu?

 

– Nie – odpowiedziała ze spokojem. – Wyprowadzałam psa.

 

– Ależ, pani Heleno – nie ustępował – mieszkam naprzeciwko i stałem akurat przy oknie. 

Był jasny wieczór i widziałem wyraźnie, że pociągnęła pani za przewód.
 

– To nie był przewód, tylko smycz. Niech pan sam sprawdzi – zaproponowała i nie 

podziękowała.
 

Wydawało się, że pan Hering oniemiał.

 

Pan Hering, prowadzący ożywioną działalność w radzie osiedla, cierpiał na ciężką postać 

cukrzycy. Dwa razy w tygodniu przychodził do ośrodka zdrowia na zastrzyk i spotykał tam 
Helenę, główną pielęgniarkę. Podobno pewnego dnia zwrócił się do kierownika przychodni z 
prośbą, by ktoś inny robił mu zastrzyk, bo te Heleny są bardzo bolesne.
 

Kierownik wezwał Helenę na wyjaśnienia, a ona bez wahania zaproponowała, by 

zastąpiła ją siostra Bluma.
 

– Mieliśmy z panem Heringiem spięcie – wyjaśniła.

 

Kiedy pan Hering przyszedł do siostry Blumy, Helena powiedziała jej:

 

– Postaraj się, żeby zastrzyk był bezbolesny. Pan Hering to samotny, bardzo wrażliwy 

człowiek i dość się w życiu nacierpiał.
 

Spojrzała na niego i mrugnęła znacząco.

 

– Skoro mieliście spięcie, czemu do niego mrugasz? – zdziwiła się Bluma.

 

– Jeśli chcesz znać odpowiedź, zapytaj jego – odparła Helena.

 

W tej samej sekundzie pan Hering krzyknął:

background image

 

– Au, boli!

 

Bluma szybko przetarła wacikiem miejsce ukłucia, ucisnęła je, żeby nie bolało, i 

zapomniała zapytać.
 

Helena i pan Hering nigdy więcej nie zamienili ze sobą ani słowa. Helena opowiadała, że 

kiedy siostra Bluma przestała pracować w przychodni, biedny pan Hering nie miał wyjścia i 
mimo konfliktu musiał zgłaszać się do niej. Opuszczał spodnie, przyjmował zastrzyk i odchodził, 
nie mówiąc dzień dobry ani dziękuję.

background image

 Nie jestem sama

 

– Proszę, żeby nikt, ty także nie – Helena zwróciła na mnie surowe spojrzenie i palec – 

nie przejmował się mną w weekendy.
 

W ten sposób najwyraźniej usiłowała uniknąć „zawracania głowy” i oszczędzić sobie 

przyjmowania gości bądź składania wizyt. Ale w czasie od niedzieli do czwartku, gdy nie była 
zajęta, lubiła opowiadać historie o różnych ludziach spotkanych w piątek albo sobotę. Zawsze 
zaczynała podobnie: „W sobotę przypadkiem spotkałam…”, a do dalszego ciągu miała do 
dyspozycji wielki wybór wątków, jak w wieloodcinkowym serialu.
 

Kiedy pytałam, w jaki sposób akurat w sobotę zawiera tyle znajomości, odpowiadała z 

nieprzeniknioną miną:
 

– To się dzieje przypadkiem.

 

styczeń 1979

 

Spikerka w audycji Gospodyni domowa poinformowała radiosłuchaczy, że pewna 

niezwykła kobieta, która pragnie pozostać anonimowa i nie chce podać żadnych danych 
umożliwiających identyfikację, oferuje pokój za darmo i ciepły posiłek dla odpowiedniego 
kandydata. Kandydat albo kandydatka, opisywała spikerka, powinien być człowiekiem uczciwym 
i przyzwoitym, w trudnej sytuacji życiowej, która jednak nie osłabiła jego woli życia i 
odniesienia sukcesu, i zaproponowała, by doświadczone przez los osoby o skromnych środkach 
dzwoniły do redakcji przez najbliższą godzinę. – My w studiu – zapewniła – pomożemy tej 
niezwykłej kobiecie znaleźć odpowiedniego kandydata i spełnić to jakże ważne zobowiązanie.
 

Zadzwoniło wiele osób. Ostatecznie wybrano studentkę sierotę, która utrzymywała 

samotnie dwóch niepełnosprawnych braci. – Aby poznać szczegóły – powiedziała spikerka, gdy 
w tle rozbrzmiewał sygnał dźwiękowy następnej audycji – Matylda, która została wybrana, 
powinna zatelefonować do kobiety o imieniu Helena, pod numer 713449, o każdej porze w ciągu 
dnia. – Zdążyła powiedzieć jeszcze „wszystkiego najlepszego” i na antenę wszedł kolejny 
program.
 

Otrząsnąwszy się z osłupienia, zadzwoniłam do Heleny, częściowo po to, by dowiedzieć 

się, o co chodzi, a częściowo, by jej pogratulować. Nie była zaskoczona zdemaskowaniem, 
zapytała jedynie zdziwiona:
 

– Odkąd to słuchasz audycji dla gospodyń domowych? Masz wolny czas rano? Nie jesteś 

już kobietą pracującą?
 

Nie czekając na odpowiedź, swoim zwyczajem ciągnęła:

 

– Co do lokatorki, to nie jest to, nastąpiła pomyłka. Mam problem: dziewczyna jest 

religijna.
 

Tak było faktycznie. Kuchnia Heleny nie była koszerna, na framudze nie wisiała mezuza, 

a za każdym razem, gdy Matylda mówiła „chwała Najwyższemu” albo „niech będzie 
błogosławiony”, Helenie wyrywało się: „ błogosławiony za te sześć milionów”. Dziewczyna 
czmychnęła czym prędzej.
 

Redaktorzy programu, dowiedziawszy się o odejściu Matyldy, uparli się, że pomogą 

Helenie spełnić dobry uczynek, i zaproponowali drugą próbę. Zasugerowali, by zaoferowała 
pokój innej dziewczynie, która również spełniała kryteria.
 

Pierwszej nocy spędzonej przez Bonny w mieszkaniu Helena zadzwoniła do mnie o 

drugiej nad ranem i szepnęła do słuchawki:

background image

 

– Posłuchaj, Elizabet. Kiedy ta, jak jej tam, poszła spać, przeszukałam jej szafę i walizkę.

 

– Po co to zrobiłaś? To nie twoja sprawa! – zawołałam.

 

– Bonny to nie jest ludzkie imię, to imię prostytutki, od razu to podejrzewałam. – Helena 

zignorowała pytanie. – Kiedy poszła spać, wszystko przejrzałam, i uwierz mi, sądząc po tym, co 
znalazłam, nie pomyliłam się – podkreśliła z satysfakcją. – Dziesiątki rodzajów lakieru do 
paznokci, czerwona szminka, majtki z dziurkami i cekinami, biustonosze bez ramiączek, czarne 
siatkowe pończochy… – opisywała dalej garderobę, przedmioty i inne „podejrzane” rzeczy. Ale 
ja zasnęłam i wszystkie dodatkowe szczegóły poznała jedynie słuchawka.
 

Rano, po obudzeniu, zrozumiałam, że darmowy pokój nigdy nie będzie zajęty.

 

Następnego dnia, gdy Bonny wróciła z pracy, zastała na miejscu pracowników firmy 

przewozowej, którzy najpierw spakowali wszystkie lakiery, czerwoną szminkę i koronkowe 
majtki, a potem kilka neutralnych rzeczy, jak malutka pralka, zakurzony wentylator, ręczniki, 
koce i tak dalej.
 

– Rzeczy – jak powiedziała Helena – które mają uczciwi ludzie, i Bonny też.

 

– Dokąd? – zapytał kierowca. I dodał: – Mogę zawieźć, dokąd pani chce, wszystko 

zapłacone z góry.
 

Bonny zniknęła.

 

wrzesień 1988

 

Przeglądałam weekendowe wydania gazet w poszukiwaniu mieszkania do wynajęcia. 

Kiedy tak czytałam kolejne ogłoszenia, moje oko zatrzymało się na następującym anonsie: 
„Pokój bez opłaty + ciepły posiłek dla osoby potrzebującej. Numer telefonu 713449, prosić 
Helenę”.
 

Zakryłam słuchawkę czterema ręcznikami i zapytałam basem:

 

– Przepraszam, to pani oferuje darmowy pokój?

 

– Tak – odparła. – Pokój jest za darmo, ale mam wielu kandydatów. Od rozpoczęcia 

szabatu dzisiaj wieczorem do zakończenia zamierzam spotkać się ze wszystkimi. Proszę podać 
mi swoje dane i nazwiska osób polecających, to umówimy się na odpowiednią godzinę.
 

Podałam jej dane i zaczęłam się śmiać, a ona zapytała ze złością:

 

– Czemu mi przeszkadzasz? Jestem zajęta.

 

I rzuciła słuchawką.

 

Co tydzień, czasem raz na dwa tygodnie, w gazecie ukazywało się ogłoszenie oferujące 

pokój bez opłaty plus ciepły posiłek. Darmowy pokój nie znalazł nigdy lokatorki ani lokatora.

 

maj 1991

 

Pewnego upalnego dnia, gdy podlewałam zarośnięty ogródek zmarłej niedawno Heleny, o 

żywopłot oparła się całym ciężarem ciała sąsiadka Zosia.
 

– Na pewno nic nie wiesz, nie masz pojęcia – powiedziała – ilu Helena miała przyjaciół.

 

Słowom towarzyszyło prędkie machanie dłońmi, ilustrujące, jak wielu ich było.

 

– Mnóstwo, mnóstwo najróżniejszych ludzi, także młodych – podkreśliła tonem ogrom 

zdziwienia. – Można oszaleć, do mnie od lat nikt nie przychodzi, a najtrudniejsze są weekendy. 
Przez cały piątek i sobotę siedzę sama jak pies. A u niej, szczególnie w te dni, to było jak wielkie 
przyjęcie. Powiedz – poprosiła, przełknąwszy odrobinę śliny, by zwilżyć wyschnięte gardło – 
skąd ta staruszka miała tylu znajomych?
 

– Z ogłoszeń w gazetach – odparłam.

background image

 

– Przepraszam – spuściła wzrok. – Przepraszam, że się wtrącam.

 

– Czy się wtrącasz, czy nie, taka jest odpowiedź – odrzekłam, ale już odeszła.

 

Po kilku tygodniach zapytałam o zdrowie Zosi sąsiada, który przechodził ulicą o lasce, a 

on powiedział:
 

– Jest w domu starców, bardzo chora. Biedaczka, nie mogła znieść samotności, a 

szczególnie cierpiała w weekendy.
 

Podszedł bliżej, nachylił się odrobinę i szepnął mi prawie do samego ucha:

 

– Wybacz, że pytam, ale jak to możliwe, że u Heleny, niech spoczywa w pokoju, w każdy 

weekend dom był pełen ludzi? Wiesz – dodał – ja w każdą sobotę siedzę sam jak pies.

background image

 Tenisówki, laska, wojskowe skarpety

 

W dniu sześćdziesiątych pierwszych urodzin Helena otrzymała jedyny w swoim rodzaju 

prezent: pismo informujące, że przyznano jej miejsce w domu spokojnej starości. W tym samym 
dniu miała stawić się na podpisanie umowy, w myśl której, tak jak inni, była zobowiązana do 
korzystania ze swego pokoju przez większość dni w roku. W innym przypadku miejsce może 
zostać jej odebrane i pokój otrzyma następna osoba na liście oczekujących. Umowa 
przewidywała także, że wolno jej przywieźć meble, obrazy, ubrania i rzeczy osobiste, natomiast 
stanowczo i jednoznacznie zakazywała trzymania w domu spokojnej starości psów, kotów i 
innych zwierząt; przed wprowadzeniem się należało również wpłacić zaliczkę i opłacać pobyt 
każdego miesiąca.
 

Przed przeprowadzką Helena udała się na spotkanie z dyrekcją.

 

Przywitawszy się, natychmiast przeszła do rzeczy:

 

– Gdzie mój pokój? Gdzie buda dla psa? Gdzie mogę umieścić koty? Gdzie będę sypać 

okruszki dla ptaków i ziarno dla kur?
 

Dyrektorka szeroko otworzyła oczy.

 

– Czytała pani umowę? – zapytała.

 

– Owszem – potwierdziła Helena.

 

– Pani Heleno – zaczęła wyjaśniać dyrektorka – w domu spokojnej starości obowiązują 

pewne reguły, ustalony porządek: nie wolno trzymać zwierząt.
 

– Z tego, co pani mówi – zauważyła Helena – widzę, że w tym domu reguły są nie 

całkiem w porządku: nie dość, że jestem stara, chce pani jeszcze, żebym była samotna. 
Mieszkania nie mogę przywieźć ze sobą, nie posiadam żadnego majątku, moja jedyna córka 
mieszka w innym mieście, mam koguta, suczkę, koty i stado ptaków, które są ze mną od lat.
 

– Jeszcze dzisiaj umówimy panią na rozmowę z naszym psychiatrą. Zobaczymy, co da się 

zrobić – zaproponowała dyrektorka.
 

Helena przystała na to.

 

Spotkanie odbyło się tego samego dnia wieczorem. Jakiś czas później Helena opisała mi 

jego przebieg. Opowiadała tak:
 

– Miałam na sobie beżowy żakiet. Uznałam, że jeśli ubiorę się na czerwono, powiedzą: 

„dziwka”, na czarno – że jestem w depresji, a na zielono – że jestem żabą. Wybrałam więc kolor, 
o którym nie można nic powiedzieć. Poprosiłam fryzjerkę, żeby ułożyła mi i polakierowała włosy 
i upięła wysoki kok, by nie uznali, że jestem zaniedbana i zdziwaczała. Niech myślą, że jestem 
zamożną, szczęśliwą kobietą. Na szyi zawiesiłam wszystkie błyskotki z pudełka na biżuterię, 
żeby doktor nie patrzył na moją twarz i nie zobaczył zmarszczek. Wyglądałam – co tu dużo 
mówić – wspaniale. Włożyłam więc podarte tenisówki i wełniane wojskowe skarpetki, kupiłam 
laskę i przyszłam do lekarza, kulejąc, żeby nie ściągnąć na siebie uroku.
 

W przychodni powitała ją stara, niemiła pielęgniarka, wyglądająca jak wiedźma z bajki, 

zapach leków i młody, niski lekarz w dżinsach, z wielkimi błękitnymi oczami.
 

– Był troszkę zabawny – opowiadała – nosił szelki, jak osiemdziesięciolatek, któremu 

opadają spodnie.
 

– Niech pani siada, pani Heleno – poprosił lekarz i podał jej rękę. Z brązowej tekturowej 

teczki wyjął formularz i zaczął wypytywanie: – Ile pani ma lat? Na jakie choroby pani cierpiała? 
Ile pani ma dzieci? Jak stosunki z zięciem i wnukami? – Na koniec miał jeszcze jedno pytanie: – 
Jest pani tak pięknie i elegancko ubrana, ale czemu przyszła pani w tenisówkach i wojskowych 
skarpetach?

background image

 

– Żeby było mi wygodnie biec, kiedy będę uciekać – odparła Helena.

 

– Myślę – rzekł lekarz – że chce pani coś przez to powiedzieć. Może pani spróbuje 

wyjaśnić mimo wszystko, dlaczego nosi pani tenisówki i przed czym chce pani uciekać?
 

– Szkoda, że nie spytał pan, dlaczego chodzę z laską, bo na to mam jasną odpowiedź, ale 

najpierw ja zadam pytanie. Czemu nosi pan szelki kogoś innego?
 

– To taka moda – odparł z uśmiechem.

 

– Nie. Pan też chce coś przez to powiedzieć. Jest pan najmłodszy w ośrodku i ma pan z 

tym problem: chce pan, żeby myśleli, że jest pan stary.
 

Lekarz uśmiechnął się, jakby zgadzał się z jej słowami, i powiedział profesjonalnym 

tonem:
 

– No dobrze, to teraz proszę powiedzieć, dlaczego postanowiła pani przyjść w 

tenisówkach i wełnianych skarpetkach?
 

– Niech pan spyta, dlaczego noszę laskę! – powtórzyła Helena. – Z moich odpowiedzi na 

pytania o choroby może pan się zorientować, że nie kuleję.
 

Ale nie zapytał, a ona nie odpowiedziała. W karcie pacjentki odnotowano, że pani Helena 

jest upartą kobietą.
 

Poproszono ją, by wprowadziła się bez zwierząt, jak każda szanująca prawo obywatelka. 

Przeprowadzka zamieniła się w długą historię.
 

Helena chciała czerpać przyjemność z obu światów, mieszkać ze swoimi zwierzętami, nie 

tracąc jednocześnie prawa do miejsca w domu spokojnej starości. Dlatego postanowiła znaleźć 
firmę transportową, która będzie przewozić jej rzeczy po jednej, zamiast, nie daj Boże, wszystkie 
naraz. W ten sposób, planowała, przeprowadzka będzie trwała bez końca. Zamówiła specjalny 
transport do lodówki, specjalny transport do stołu i szafy, jeszcze inny do telewizora i urządzeń 
elektrycznych; potem zatrudniła kierowcę taksówki, który podczas dziesiątków kursów z domu 
na osiedlu do domu starców bez mrugnięcia okiem przewoził a to bluzkę, a to sukienkę, innym 
razem żakiet.
 

Codziennie Helena dzieliła czas między mieszkanie na osiedlu a pokój w domu starców. 

Kiedy pytano ją, co porabia, odpowiadała, że jest bardzo zajęta, bo stara się być w dwóch 
miejscach naraz, poza tym poświęca wiele czasu na rzecz zwierząt i starców.
 

Podobnie dbała, by nie utracić swego statusu w domu starców. W tym celu trzy razy w 

tygodniu wychodziła z domu na osiedlu o piątej rano, by zająć należne jej miejsce. O szóstej 
siedziała już na ławeczce, na której mieszkańcy ośrodka czekali na lekarza z przychodni.
 

Na tej ławce, opowiadała mi, działy się ważne rzeczy: zawierano znajomości, 

wymieniano plotki i różne istotne informacje. U lekarza natomiast przy każdej wizycie skarżyła 
się, że trzy razy w tygodniu cierpi na bezsenność, wstaje bardzo wcześnie rano, jeszcze przed 
świtem, zanim w ogóle wzejdzie słońce. Co jakiś czas, kiedy była w dobrym humorze, mówiła:
 

– Zobaczymy, czy doktor znajdzie przyczynę i nazwie moją chorobę.

 

Pewnego dnia w kolejce do lekarza zwróciła się do niej jakaś starsza kobieta:

 

– Wie pani, nasz doktor to prawdziwy anioł.

 

– Naturalnie – odparła Helena bez wahania. – Decyduje, kto pójdzie do raju, a kto do 

piekła – nie widzi pani, kto tu siedzi?
 

Te słowa rozbawiły tylko Helenę.

 

Od tamtej pory za każdym razem, gdy siadała na ławce w poczekalni, wokół zapadała 

cisza.
 

Pewnej nocy dyrektorkę domu wezwano do pokoju Heleny. Dyrektorka tłumaczyła mi 

później przepraszająco:
 

– W pokoju paliło się światło. Pukaliśmy, ale nikt nie odpowiadał, więc wyważyliśmy 

background image

drzwi i okazało się, że telewizor jest włączony, radio gra, w pokoju i w kuchni świeci się światło, 
ale Heleny nie ma w środku. Zadzwoniliśmy do jej mieszkania na osiedlu, a ona odebrała telefon 
i powiedziała zdecydowanym tonem: „Nie martwcie się, włączam światło i telewizor, bo 
niedługo się zjawię, ale na razie trudno mi przyjechać. Na pewno wiecie, że jestem bardzo zajęta: 
walczę o prawo zwierząt do mieszkania w domu spokojnej starości”.
 

Od tamtej pory dyrekcja nie sprawdzała, czy Helena jest u siebie. Wszyscy wiedzieli, że 

pali się tam światło i słychać dźwięki, ale w środku nie ma ludzi ani zwierząt. Helena regularnie 
uiszczała miesięczną opłatę i dalej mieszkała, ku swemu zadowoleniu, w domu na osiedlu.

 

1990

 

Kiedy Helena odeszła na tamten świat i przyszłam zabrać jej rzeczy z domu spokojnej 

starości, podszedł do mnie mężczyzna z błękitnymi oczami i w dżinsach na szelkach.
 

– Jest pan psychiatrą – postawiłam diagnozę.

 

Potwierdził.

 

– Przykro mi, że Helenie nie udało się zabrać tu zwierząt – powiedział. Nie czekając na 

moją reakcję, mówił dalej: – Jeśli pani pozwoli, mam pytanie. Wie pani może, dlaczego chodziła 
z laską?
 

– Nie kulała, i w ogóle nie pamiętam, żeby miała laskę – odparłam, wzruszając 

ramieniem.
 

Skończywszy pakować rzeczy, postanowiłam, że włożę klucz od pokoju do koperty i 

oddam dyrekcji. Szukając koperty, znalazłam jakąś, z której wystawał brzeg kartki. Wyjęłam ją z 
ciekawości i przeczytałam, co napisała w dniu swoich sześćdziesiątych pierwszych urodzin. Do 
pana psychiatry
, zaadresowała swój list.
 

Ponieważ wszyscy są starzy i chorzy, bałam się, że będą mi zazdrościć, że wyglądam na 

bogatą i zdrową, dlatego włożyłam podarte buty; ale pan jest lekarzem i czy jestem bogata, czy 
biedna, to nie pańska sprawa. Żeby uwierzyli, że jestem stara i chora, kupiłam laskę i przyszłam, 
kulejąc, by uniknąć złego oka. Chciałam, by pan wiedział – zasugerowała w liście – że 
proponuję, by następnym razem pan mnie słuchał. W czasie wizyty dałam panu wskazówkę, a 
nawet radę, jakie powinno być właściwe pytanie. Szkoda, że pan nie posłuchał. Pańska diagnoza 
nie jest prawidłowa. Wcale nie jestem uparta.

 

Wszystkiego najlepszego, do widzenia i dziękuję.

 

Helena.

 

Jeszcze jedna uwaga:

 

PS Proszę wykreślić, że jestem uparta, a jeśli musi pan coś napisać w karcie, niech pan 

napisze, że z całym przekonaniem wierzę w zły urok.

background image

 Aron ha-kodesz

 

październik 1990

 

Nad ranem nieznajomy głos poinformował z drugiej strony linii telefonicznej:

 

– Helena upadła i straciła przytomność, karetka już w drodze, proszę przyjechać!

 

Zebrałam się, uruchomiłam samochód i pojechałam do Heleny, która wyruszała w swoją 

ostatnią podróż.
 

Karetka pogotowia stała pod domem na osiedlu, ekipa medyczna pochylała się nad 

nieprzytomną Heleną, potem zawyła syrena i samochód ruszył w stronę szpitala.
 

Podczas pierwszego badania zdiagnozowano udar.

 

Kiedy lekarz pytał mnie o dane osobowe, daty i dokumentację medyczną, sanitariusz 

podał mi obrączkę, zegarek i naręcze ubrań, wśród nich bluzkę, spódnicę, bieliznę, skarpetki, 
oraz białą, wygniecioną chusteczkę, która znajdowała się w kieszeni bluzki. Z chusteczki 
wyjrzał, prawie spadając na ziemię, mały zardzewiały kluczyk.
 

– Wyrzucić to? – zapytał sanitariusz, wskazując na kluczyk i zgniecioną chusteczkę.

 

– Nie! – krzyknęłam, a do lekarza powiedziałam: – Wszystkie dane podam panu jutro.

 

Zabrałam kluczyk i pojechałam do niedużego domu na ulicy Zwycięstwa, róg Bohaterów, 

w którego salonie stała brązowa drewniana szafa.
 

Szafa miała pięć masywnych nóżek – po dwie z każdej strony i jedną pośrodku. Nie 

dotykała podłogi ani sufitu. Pod szafą zwykły odpoczywać kury i pies; w dawnych czasach była 
to też kryjówka dla bawiących się w chowanego dzieci. Na szafie Helena trzymała lampki 
pamięci, izraelską flagę, menorę, chanukiję, świeczniki, kielich proroka Eliasza, Hagadę na 
Pesach i przebrania na Purim, z których praktycznie wszystkie przeznaczone były dla kogoś, kto 
przez jeden dzień w roku chciał być królową Esterą.
 

Stos rzeczy na górze sięgał aż do sufitu.

 

Szafa miała czworo drzwi.

 

Drzwi po prawej stronie były zawsze szeroko otwarte. W środku znajdowały się torebki, 

rachunki za wodę, rachunki za czynsz, znaczki kasy chorych, bielizna, skarpetki, czapki i szaliki. 
Za dwojgiem środkowych drzwi, które zawsze otwierano razem, nigdy osobno, kryły się ubrania, 
pościel i ręczniki. W tym miejscu kiedyś oszczeniła się nasza suczka i tam mieszkały malutkie 
szczeniaki, które wychodziły z szafy w dzień, a w nocy wracały do środka spać.
 

Lewa strona była zawsze zamknięta. Znałam tylko zgrzyt klucza przekręcanego w zamku, 

ale nie wiedziałam, co znajduje się za drzwiami.
 

Co jakiś czas, gdy wchodziłam po schodach albo stałam w progu drzwi wejściowych, 

słyszałam odgłos pospiesznie zamykanych drzwi po lewej stronie.
 

Nie pytałam.

 

W pęku domowych kluczy Heleny wyróżniał się zardzewiały kluczyk, świadczący o tym, 

że istnieje jeszcze jeden zamek, inny i szczególny. Każdemu, kto pytał, do czego jest ten klucz, 
odpowiadała, że do aron ha-kodesz. Jeśli ktoś reagował zdziwionym mrugnięciem, dodawała 
jeszcze jedną informację:
 

– To klucz do drzwi po lewej stronie.

 

Więcej niczego nie wyjaśniała.

 

Tamtej nocy, chłodnej i ciemnej, zardzewiały klucz, który o mało nie znalazł się w 

śmieciach, trafił do odpowiedniego zamka, lecz mimo to nie dało się otworzyć drzwi, jakby te 

background image

czuły się zobowiązane chronić wszystko, co było w środku. Fakt posiadania klucza natchnął mnie 
odwagą do wymierzenia im kopniaka, ale wciąż się opierały i ustąpiły dopiero po użyciu 
dodatkowej siły.
 

Natychmiast poczułam, że zawartość szafy tonie w stęchłym zapachu przeszłości, 

zebranym w workach i wymieszanym z ubraniami, unoszącym się z dokumentów i zamkniętym 
w wielkiej walizce.
 

Wszystkie rzeczy ukazały mi się po kolei.

 

Na najwyższej półce leżały głównie płócienne torby w kolorze khaki, różnych rozmiarów, 

a wśród nich kwadratowa torebka długości około dziesięciu centymetrów. Była zszyta na okrętkę 
wielkimi, nierównymi ściegami, a w środku znajdowały się igły, łaty z różnych materiałów, 
szpulki nici i czarne sznurowadła.
 

Inna torebka, także z płótna khaki, długa na dwadzieścia centymetrów i szeroka na 

piętnaście, skrywała bandaż, mydło i kartki żywnościowe z symbolem SS oraz nazwą miejsca: 
Buchenwald.
 

W jeszcze innej, wyjątkowo małej, znalazłam broszkę, w której brakowało kamienia 

szlachetnego, pozostała tylko złota oprawa, świadcząca o tym, co było i czego już nie ma. Na 
półce znalazłam jeszcze wiele takich torebek z rzeczami, w których brakowało wszystkich ozdób.
 

Obok stęchłych, zetlałych płóciennych toreb były także torby z brązowego papieru, grube, 

sztywne i pogniecione, świadczące, jak w wykopaliskach archeologicznych, o innej epoce. Z tej 
innej epoki pochodziły podarte pożółkłe kartki ze skrawkami adresów, naszkicowane odręcznie 
mapki, a przede wszystkim plik wycinków z gazet, wśród których powtarzała się rubryka 
poszukiwań krewnych. Były tam nazwiska z bardzo wielu krajów: Rosji, Stanów Zjednoczonych, 
Anglii, Francji i krajów Europy Wschodniej, mieszanka wielu języków, listy, pocztówki, znaczki 
i koperty.
 

Na półce środkowej znowu torby, ale inne – plastikowe reklamówki z różnych sieci 

sklepów. W nich poupychane były karteczki z wynikami analiz krwi, moczu, kału i badań EKG z 
licznych laboratoriów, listy lekarzy oceniających stan zdrowia Heleny i zapas leków łagodzących 
cierpienia – częściowo fizyczne, a częściowo cierpienia duszy.
 

Na półce poniżej leżał na boku wielki, spłowiały biurowy segregator pełen dokumentów, 

z których można było dowiedzieć się nieznanych szczegółów, jak miejsce urodzenia Heleny w 
polskiej wiosce, o której nikt nie słyszał; adres w Krakowie, dużym mieście; dyplom ukończenia 
z wyróżnieniem szkoły pielęgniarskiej w Wiedniu; dyplom uznania za pracę położnej w 
izraelskim szpitalu; podręczniki do hebrajskiego z ulpanu w ośrodku przejściowym dla 
imigrantów; i zeszyt z pierwszym zdaniem napisanym ręką nowej imigrantki: „Jestem Helena – 
przyjechałam do kraju przodków – witaj mamo, witaj tato, witaj nikt”.
 

W segregatorze znajdowało się poza tym świadectwo ślubu, świadectwa zgonów, metryka 

córki; pierwszy dowód tożsamości, który wydano Helenie jako osobie „bezpaństwowej” w 
Austrii, dokumenty imigrantki oraz skargi do władz i sądów dotyczące kwestii sprawiedliwości i 
warunków sanitarnych; orzeczenia komisji lekarskich, potwierdzających, że Helena przeszła 
dyfteryt i zapalenie wyrostka, ma szmery w sercu, odmrożony mały palec u prawej ręki i 
odmrożone stopy w wyniku ciężkiej pracy fizycznej w nieludzkich warunkach.
 

Na najniższej, ostatniej półce leżały obok siebie tałes, jarmułka, modlitewnik i 

egzemplarz Tory; obok umieściła Helena białą kopertę, w której schowała kilka dolarów i papiery 
z numerami kont bankowych i numerami kwater na cmentarzach, gdzie znajdują się groby 
krewnych. Głęboko z tyłu schowana była mała walizka, zamknięta na zardzewiałą kłódkę, 
pokryta pajęczyną. Kłódka nie wytrzymała próby otwarcia i rozsypała się w proch. Wieko 
uchyliło się z przyprawiającym o gęsią skórkę zgrzytem, jakby ostrzegając ciekawskich przed 

background image

zawartością. I słusznie. W walizce znalazłam robaki, larwy, pasiak, w którym było więcej dziur 
niż materiału, żółte łaty, chodaki i zapach śmierci.

 

listopad 1990

 

W chwilach odurzenia medykamentami i duchowej jasności, w przejściu między światem 

doczesnym a tym, który nadchodzi po nim, Helena prosiła żarliwie:
 

– Chodźcie ze mną do szafy, tam jest grób.

 

Czasami chyba się myliła, ponieważ chciała pójść do grobu, bo była tam szafa.

 

– Muszę tam pójść – mówiła każdemu, kto do niej zaglądał. – Chodźcie ze mną – 

powtarzała, wskazując kierunek palcem, pięścią albo spojrzeniem. Wszyscy zawsze wyciągali z 
tego wniosek, że znowu jest otumaniona i jej słowa nie mają żadnego sensu.
 

Dlatego wstałam

 

i przysięgłam.

 

– Ja, Elizabet, legitymująca się dowodem tożsamości o numerze 5195513, imię matki 

Helena, imię ojca, którego nie znałam, Kowa.
 

Oświadczam, że wszystkie opisane wydarzenia są najszczerszą prawdą, przy wszystkich 

byłam obecna we wszystkich dniach mojego życia – piętnaście tysięcy sześćset dni. Z własnej 
woli lub mimo woli byłam świadkiem milczeń, z których jedne grzmiały otwarcie, inne w 
ukryciu, jedne krzyczały w zamknięciu, inne raniły na ulicach, jedne krwawiły w świetle dnia, 
inne lśniły w ciemności, jedne zebrały się w milczenie życia Heleny, inne w milczenie jej 
śmierci.
 

Helena mieszała fantazję z rzeczywistością, to, co nieostre, z tym, co wyraźne; zacierała 

dowody, zmyślała fakty, budowała własny świat.
 

Przysięgam.

 

Z zakamarków wyłaniały się po kolei, nieproszone, obrazy i wspomnienia. Wszystkie tej 

samej wagi i wartości odsłaniały to, co widoczne, w tym, co ukryte, przywoływały słowa 
zduszone milczeniem, ożywiały to, co umarło.
 

Jeśli zgrzeszyłam przeciwko prawdzie albo jeśli ten wybór nie jest wystarczająco 

reprezentatywny, przepraszam, bo przecież prawdy nie da się dowieść ani jej zaprzeczyć. Obrazy 
te nigdy nie zyskają pewnej, rzetelnej podstawy w dowodach.
 

Ale może sąsiad, przechodzień, znajomy albo obcy zatrzyma się na chwilę i dowie, o 

czym opowiadało milczenie.
 

Będziemy pamiętać.

background image

 Zakończenie

 

listopad 1990, piątek, Kirjat Szaul, godzina 11.00

 

Mój mąż Szaj i ja, w czarnych dżinsach i czarnych bawełnianych koszulkach, staliśmy 

bez ruchu w bramie cmentarza, patrząc przed siebie.
 

Mieliśmy ze sobą bukiet kwiatów związanych gumką i osłoniętych celofanem, który 

delikatnie szeleścił na wietrze.
 

Po niebie przepływały pierzaste obłoki, po muśnięciu słońca nadchodziło muśnięcie 

wiatru, wydawało się, że tego późnego ranka lato ustępuje przed jesienią, nie mogąc dłużej się 
opierać. Potem szarawy cień zasnuł lśniące oblicze słońca i lekki, drobny deszczyk zmoczył 
ziemię i nas.
 

Ziemia i nasze nosy wchłaniały zapach młodej zimy.

 

– Przyszliśmy na pogrzeb Heleny – powiedzieliśmy przyciszonym głosem do kantora, a 

on wpatrzył się w nas.
 

– Obyście nie zaznali więcej smutku – życzył.

 

I zapytał zdziwiony:

 

– Tylko wy dwoje?

 

– Tak – padła odpowiedź.

 

– Ale potrzebny jest minian – zaprotestował zakłopotany.

 

– Także za życia – powiedziałam napastliwie – potrzebowała minianu, ale go nie było.

 

Kantor spuścił wzrok i nie pytał więcej.

 

Przez trzymany w ręku megafon wezwał ogrodnika, obmywacza zwłok, strażnika i 

grabarzy, wołając, by stawili się do minianu.
 

Kiedy zjawili się na miejscu, spojrzeniem nakazał dziesięciu wezwanym rozpocząć 

śpiewy i lamentacje, podczas gdy nas gestem zaprosił do konduktu, który wyruszał w 
samochodzie towarzystwa pogrzebowego.
 

Siedzieliśmy więc razem w samochodzie: zmarła Helena, ja z Szajem i dziesięciu 

mężczyzn w czarnych kapeluszach; z ich ust, ukrytych w brodach, wydobywały się żałobne 
śpiewy, skłaniali się w przód i w tył w jednakowym rytmie, odmienny mieli tylko wzrost, wagę i 
kolor włosów. Trzech było wyraźnie wyższych od reszty, jeden wyróżniał się tuszą, trzech innych 
zaawansowanym wiekiem, a pozostali czterej byli do siebie podobni jak bracia.
 

Czarno odziani członkowie minianu z przekonaniem kontynuowali modlitwy.

 

Kierowca towarzystwa pogrzebowego zapragnął do nich dołączyć.

 

– Niech będzie więcej niż minian – powiedział i dorzucił argument: – W ten sposób ja też 

spełnię micwę.
 

Kantor skinął przyzwalająco, a kierowca, chcąc czym prędzej spełnić dobry uczynek, 

dodał gazu.
 

Za nami ciągnęła się wstęga pyłu, mijaliśmy rzędy nagrobków, świeżo wykopane groby i 

długie szeregi ludzi idących za zmarłymi, których znali.
 

Kiedy dotarliśmy do otwartego grobu przygotowanego dla Heleny, czarny samochód 

stanął.
 

Żałobnicy zeskoczyli pierwsi i zdjęli z wozu stalowe nosze, na których spoczywała 

owinięta całunem Helena. Wydawało się, że pod materiałem jej ciało znika stopniowo w ślad za 
duszą, a żałobnicy, jakby obawiając się, że rozwieje się całkiem na chwilę przed pochówkiem, 

background image

modlili się coraz energiczniej. Ich głosy wypełniały cały cmentarz. Lamenty i modlitwy żałobne, 
dobywające się z ich gardeł, zagłuszały komunikaty o kolejnych pogrzebach i płacz innych ludzi, 
odmawiających kadysz za bliskich.
 

Następnego dnia ze zdumieniem znalazłam na mogile czerwoną różę. W każdą rocznicę 

śmierci Heleny ktoś przede mną odwiedzał jej grób, co roku.
 

Kiedy tam stałam w czwartą rocznicę, podeszła do mnie kobieta po pięćdziesiątce. W 

ręku trzymała czerwoną różę w celofanie, którą położyła na grobie. Zauważywszy mnie, 
zapytała:
 

– Pani także widziała ten pogrzeb?

 

Kiedy potwierdziłam, przymknęła oczy, jakby chcąc przywołać widok sprzed lat.

 

– Było ich tylko dziesięciu, i jeszcze jeden, kierowca czarnego samochodu – powiedziała 

i dodała z bólem: – Pewnie była całkiem samotna. – Pod jej przymkniętymi powiekami zalśniły 
łzy. – Tego dnia chowałam mojego błogosławionej pamięci brata. Zawsze od tamtej pory z 
bukietu, który przynoszę na jego grób, wyjmuję jeden kwiat, najładniejszy, i kładę tutaj, jak 
wtedy, w dniu jej śmierci, i jego. Rozumiem, że nie jestem sama – westchnęła.
 

Kiedy obu nam obeschły łzy, zwróciła się do mnie z pytaniem:

 

– Czy może mi pani coś o niej opowiedzieć?

 

– Niewiele – odparłam. – Niewiele.

background image

 Podziękowania

 

Te opowiadania ukazały się dzięki moim przyjaciołom i rodzinie, moim dzieciom Danie i 

Arieli, mojemu mężowi Daniemu i mojej matce Helenie.
 

Szczególne podziękowania dla Galit Galed, która mądrze, z talentem i wrażliwością, 

dobierała słowa i zdania.
 

Dla Tomera Karmana, który ujrzał w kształcie i kolorze to, co opisane.

 

Dziękuję Giorze Rozenowi, który widział to, co powstawało, i dodawał mi siły.

background image

 Słowniczek

 

afikoman – podczas uroczystej wieczerzy w święto Pesach z jednego z trzech kawałków 

macy odłamuje się fragment, który dzieci starają się wykraść, a potem oddają za obietnicę 
prezentu
 

aron ha-kodesz – dosłownie „święta szafa”, miejsce w synagodze, w którym przechowuje 

się zwoje Tory
 

bat micwa – podobna do bar micwy ceremonia dla dziewczynki, obchodzona uroczyście 

w środowiskach konserwatywnych i reformowanych
 

Hagana – podziemna żydowska organizacja paramilitarna, działająca w Palestynie za 

czasów Mandatu Brytyjskiego. Po uzyskaniu przez Izrael niepodległości stała się podstawą armii
 

jizkor – modlitwa upamiętniająca zmarłych, odmawiana przez wszystkich, którzy stracili 

rodziców lub bliskie osoby
 

karpas – „zielone warzywa”, symboliczna przystawka, spożywana w święto Pesach. 

Może być to np. liść sałaty, zamoczony w słonej wodzie
 

moszaw – w Izraelu osada, wieś lub miasteczko, założone przez pionierów, najczęściej 

działające na zasadzie kooperatywy
 

Palmach, Palmachnicy – elitarne, zbrojne brygady podziemnej organizacji Hagana

 

sabra [hebr. cabar] – owoc opuncji, lecz także określenie Izraelczyków urodzonych w 

Izraelu, nie imigrantów
 

ulpan – intensywne kursy języka hebrajskiego w Izraelu, kiedyś organizowane głównie 

dla nowych imigrantów, obecnie dostępne dla wszystkich

background image

 

 


Document Outline