background image

Oto artykuł, jaki pozwoliłem sobie przetłumaczyć z czasopisma „World 

Explorer”,   które   zaprenumerowałem   i   które   wydawane   jest   przez   The 
World Explorers Club. Artykuł jest o tzw. Włóczni Longinusa, która ponoć 
była   ostatnio   w   posiadaniu   Hitlera   oraz   o   tajnych   bazach   nazistów   na 
Antarktydzie   i   produkowanych   przez   nich   tajnych   broniach,   w   tym 
latających talerzach. Przy okazji tego tekstu prosiłbym o przeprosiny dla 
Igora   Witkowskiego   –   miał   rację:   U-boot   z   rtęcią   został   zatopiony   w 
cieśninie Malakka, a zatem na wschodnim Oceanie Indyjskim!

Natomiast ma południowym Atlantyku pomiędzy październikiem 1942 a 

wrześniem 1944 roku rzeczywiście zatopiono 16 U-bootów, ale nie jestem 
pewien, czy któryś z nich posiadał ładunek rtęci. Wszystkim czytelnikom 

stron NAUTILUS-a życzę miłej lektury!

Wojtek Bobilewicz

Fundacja NAUTILUS

III Rzesza na Antarktydzie

Ostateczny sekret Świętej Włóczni

Czym jest Święta Włócznia?

Wedle Ewangelii Św. Jana (19:31-37), kiedy Jezus wisiał na Krzyżu rzymski centurion przebił 

Jego bok włócznią. Chrześcijańska tradycja nadała później owemu żołnierzowi imię Gaius Cassius 
Longinus. W ciągu wieków przedmiot, o którym twierdzono, iż jest tą właśnie Świętą Włócznią 
stawał się własnością niektórych z najbardziej wpływowych przywódców, w tym Konstantyna, 
Justyniana,   Karola   Wielkiego,   Ottona   Wielkiego,   cesarzy   z   rodu   Habsburgów,   a   w   nowszych 
czasach Adolfa Hitlera. Powstała legenda, wedle której „ktokolwiek posiada ową Świętą Włócznię i 
rozumie moce, którym służy, trzyma w swych rękach losy świata – dobre lub złe”.

Zwana   także   Włócznią   Przeznaczenia,   Włócznią   Longinusa   oraz   Włócznią   Chrystusa,   owa 

dziwna   relikwia   Pasji   Chrystusa   opisywana   była   przez   ostatnie   dwa   tysiące   lat.   Euzebiusz   z 
Cezarei, który został duchowym doradcą Konstantyna tak opisywał Świętą Włócznię, która ponoć 
sprzyjała potędze cesarza w czwartym wieku n.e.:

„Była   to   długa   włócznia,   wykładana   złotem.   Na   wierzchołku   przymocowany   był   złoty 

wieniec   i   szlachetne   kamienie,   a   w   jego   środku   symbole   imienia   Zbawcy,   dwie   litery, 
wskazujące na imię Chrystusa poprzez jego początkowe znaki – te właśnie litery cesarz miał w 
zwyczaju nosić na swym hełmie w późniejszym czasie. Na włóczni zawieszony był też kawałek 
materiału, iście królewski przedmiot,  niezwykle bogato wyszywany i wysadzany najbardziej 
lśniącymi szlachetnymi kamieniami, który, zdobiony także złotą nicią, na patrzącym wywierał 
wrażenie nieopisanie piękne. Cesarz nieustannie używał tego symbolu zbawienia, chroniąc się 
przed wszelakimi negatywnymi i wrogimi mocami i rozkazał, by włócznię nosić na czele swej 
armii.

Uwagę świata przykuło opublikowane w roku 1972 dzieło Trevora Ravenscrofta, zatytułowane 

background image

The   Spear   of   Destiny,   the   Occult   Power   Behind   the   Spear   Which   Pierced   the   Side   of   Christ 
(„Włócznia   Przeznaczenia,   Okultystyczne   moce,   związane   z   włócznią,   która   przebiła   bok 
Chrystusa”). W książce swej opisywał głównie uprzednie życia najściślejszego kręgu nazistowskich 
przywódców. Skonstatował  on, iż w jedenastym  wieku używali oni Włóczni  Przeznaczenia  do 
odprawiania czarnej magii i że znów się tym zajmują – Druga Wojna Światowa stanowiła bitwę 
czarnoksiężników pomiędzy siłami zła i dobra. Większość książki zawierają „dowody” na to, iż 
główni gracze w dramacie, rozgrywającym się w latach 30-tych i 40-tych stanowili reinkarnację 
naprawdę żyjących osób, które stanowiły wzór postaci z wagnerowskiej opery  Parsifal. Od tego 
czasu Włócznia Przeznaczenia stała się najważniejszym przedmiotem wielu powieści, opracowań 
naukowych,   programów   telewizyjnych   (fabularnych   i   dokumentalnych)   a   nawet   komiksów. 
Zaliczyć do nich można takie pozycje, jak Indiana Jones and the Spear of Destiny („Indiana Jones i 
Włócznia   Przeznaczenia”),  Hellboy  czy  Hellblazer  (któremu  zawdzięczamy  wyprodukowany  w 
roku 2005 film Constantine z Keanu Reevesem).

Ostrze Świętej Włóczni i inne regalia Świętych Cesarzy Rzymu, znajdujące się obecnie w Schatzkammer 

w Wiedniu.

Ravenscroft nie był jedynym powojennym profesorem college’u, który pisał o micie Świętej 

Włóczni, dodając nieco od siebie. W latach 1988-89, dr Howard A. Buechner, profesor medycyny 
w Tulane i potem na LSU (Uniwersytecie Stanowym w Luizjanie), do tej opowieści dopisał nowy 
rozdział,  pisząc swe dwie książki,  Hitler’s  Ashes – Seeds  of a New Reich  („Popioły Hitlera  – 
nasiona nowej Rzeszy”) oraz  Adolph Hitler and the Secrets of the Holy Lance  („Adolf Hitler i 
zagadki   Świętej   Włóczni”).   Doktor   Buechner   był   emerytowanym   pułkownikiem   armii 
amerykańskiej, który podczas II Wojny Światowej służył jako lekarz (chirurg) polowy w batalionie. 

background image

W połowie lat 80-tych skontaktował się z nim posługujący się pseudonimem „kapitan Wilhelm 
Bernhart”, który twierdził, że jest dawnym marynarzem z niemieckiego U-boota, który brał udział 
w przewiezieniu Świętej Włóczni na Antarktydę w roku 1945 oraz dopomógł grupie niemieckich 
biznesmenów  w jej odzyskaniu w roku 1979. Przedstawił on Buechnerowi księgę, która – jak 
twierdził   –   stanowiła   dziennik   z   tzw.   „Ekspedycji   Hartmanna”   z   roku   1979   i   zawierała   m.in. 
odręcznie  napisany list, potwierdzający autentyczność obiektów, podpisany przez Hartmanna, a 
także fotografie niektórych z wydobytych przedmiotów.

Wedle   Buchnera   ów   niegdysiejszy   nazistowski   marynarz   twierdził,   iż   może   udowodnić,   że 

słynna Włócznia Przeznaczenia, wystawiana obecnie w Schatzkammer Museum w Wiedniu jest 
podrobiona. Przed wojną Heinrich Himmler, który później został szefem Biura ds. Okultyzmu w 
SS, utworzył krąg Rycerzy, służących Świętej Włóczni i nazwany Wielką Radą Rycerską. Słyszało 
się często doniesienia, iż w celowo wyznaczonym do tego celu zamku Wewelsburg, który dziś wita 
turystów   lubiących   grozę,   używali   oni   Świętej   Włóczni   do   odprawiania   skomplikowanych 
ceremonii   z   zakresu   czarnej   magii.   „Kapitan   Bernhart”   twierdził,   że   podczas   wojny   Himmler 
nakazał  sprowadzić  z Japonii do Niemiec  najświetniejszego płatnerza, a ten sporządził  drugą i 
jeszcze doskonalszą replikę włóczni. Ową „perfekcyjną” kopię wystawiano potem w Norymberdze, 
skąd powróciła pod koniec wojny do władz austriackich, podczas gdy nad prawdziwą włócznią 
pieczę sprawował Himmler – aż na rozkaz Hitlera została wysłana na Antarktydę.

Obraz przedstawiający przebicie boku Jezusa włócznią Longinusa.

W   ostatnich   godzinach   wojny,   wedle   słów   owego   marynarza,   Hitler   osobiście   wyznaczył 

człowieka, którego później nazywano „pułkownikiem Maximillianem Hartmannem” i który miał 
dopilnować, żeby niektóre z jego najbardziej cennych skarbów, w tym Włócznia Przeznaczenia, 
zostały przewiezione łodzią podwodną na Antarktydę – tą samą łodzią, na której wedle swych 
zeznań   służył   Bernhart.   Ponadto   pułkownik   Hartmann   miał   ponoć   w   roku   1979   odzyskać 
prawdziwą   Włócznię   Przeznaczenia,   znowu   z   pomocą   Benrnharta.   Wedle   słów   Buechnera   i 
Bernharda   Święta   Włócznia   ukryta   jest   obecnie   gdzieś   w   Europie   i   jest   w   posiadaniu 
reaktywowanego zakonu rycerzy Himmlera, zwanego teraz Rycerzami Świętej Włóczni.

background image

Skontaktowawszy się z większością rzekomych członków Ekspedycji Hartmanna z roku 1979 

oraz   innymi   osobami   zaangażowanymi   w   tamto   przedsięwzięcie,   w   tym   z   niegdysiejszymi 
wyższymi rangą urzędnikami nazistowskimi oraz bliskimi współpracownikami Adolfa Hitlera, na 
przykład z przywódcą Hitlerjugend, Arturem Axmannem, pułkownik Buechner nabył przekonania, 
że opowieści marynarza były prawdą. Albo był ofiarą niezwykle złożonego i skomplikowanego 
żartu czy oszustwa, albo też Włócznia Przeznaczenia naprawdę przez jakiś czas złożona była na 
Antarktydzie   i   może   się   znajdować   w   rękach   grupy   osób,   które   wierzą,   iż   posiada   ona   moc 
kierowania losami ludzkości – i odprawiają właśnie teraz z jej pomocą magiczne rytuały!

Pułkownik Howard A. Buechner, w czasie II Wojny Światowej wojskowy chirurg, któremu pokazano 
kroniki z Ekspedycji Hartmanna.

Opowieść pułkownika Buechnera zbadali i częściowo potwierdzili autorzy niniejszego artykułu 

w swej książce napisanej dla i wydanej przez Adventures Unlimited Press (AUP), zatytułowanej 
Secrets of the Holy Lance: The Spear of Destany In History & Legend („Sekrety Świętej Włóczni. 
Włócznia   Przeznaczenia   w   historii   i   legendzie”).   Zdrowy   rozsądek   skłania   się   zapewne   ku 
odrzuceniu tak nieprawdopodobnej opowieści. A jednak wciąż i wciąż przekonujemy się, że prawda 
zaiste dziwniejsza jest od fikcji. Choć przychylaliśmy się do twierdzenia, że Buechner stał się ofiarą 
oszustwa czy żartu, zgodziliśmy się, że historię tę z całą pewnością warto zawrzeć w książce, 
dotyczącej legend, jakimi obrosła Święta Włócznia – a pewne elementy z opowieści Buechnera 
były zaskakująco bliskie prawdy! Oto zatem, czego udało nam się dowiedzieć w trakcie badań nad 
tym ostatecznym sekretem Świętej Włóczni…

background image

Ten propagandowy plakat czyni aluzję, iż to Hitler dzierży Świętą Włócznię. Dowody wskazują na to, że 
pomimo   trwającego   wokół   upadku   Trzeciej   Rzeszy,   pracował   on   nad   budową   Czwartej   rzeszy   na 
Antarktydzie.

Niemiecka Antarktyda

Główny Południk, czyli Południk Zerowy, przebiega od bieguna do bieguna, przechodząc przez 

Greenwich w Anglii, zachodnią Francję, wschodnią Hiszpanię, Afrykę Zachodnią oraz Południowy 
Atlantyk, a następnie przez Antarktydę w regionie znanym dziś jako Ziemia Królowej Maud. Został 
tak nazwany w roku 1930 przez Norwega Riiser-Larsena, by uczcić Królową Norwegii.

Południk   Zerowy   (zero   długości   geograficznej)   biegnie   od   bieguna   do   bieguna,   przebiegając   przez 
Greenwich w Anglii, Zachodnią Europę, Zachodnią Afrykę i Południowy Atlantyk, a następnie przecina 
Antarktydę w miejscu, które Niemcy nazwali Neuschwabenland (Nową Szwabią).

background image

W roku 1939 Niemcy i Norwegia wysunęły roszczenia terytorialne, dosłownie w odstępie kilku 

dni, do tego przybrzeżnego obszaru Antarktydy. Niemiecka Ekspedycja Antarktyczna z lat 1938-39 
dokonała przelotów nad niemal jedną-piątą kontynentu, robiąc około 11.000 fotografii. Z samolotu 
ekspedycji zrzucono także kilka tysięcy malutkich nazistowskich flag oraz specjalnych metalowych 
słupków z insygniami ekspedycji i swastyką, roszcząc prawo Niemiec do tych ziem.

Nazistowski   statek   Schwabenland,   załadowujący   z   powrotem   na   pokład   jeden   z   samolotów   Dornier 
Wal(„Wieloryb”), które z niego startowały w trakcie swej misji z lat 1938-39, polegającej na zdjęciach 
fotogrametrycznych i podboju części Antarktydy.

Nazwano   ten   region   Nową   Szwabią   (po   niemiecku   Neuschwabenland),   biorąc   nazwę   od 

współczesnej Szwabii, stanowiącej jedno z pierwotnych księstw Królestwa Niemieckiego. Szwabia 
była   domem   dla   jednej   z  najpotężniejszych   europejskich   monarchii,   Dynastii   Hohenstaufenów, 
która rządziła Świętym Imperium Rzymskim w XII i XIII wieku. Największym z władców dynastii 
był   Fryderyk   Rudobrody  (Barbarossa),   w  którego   posiadaniu   znajdowała  się  Święta   Włócznia. 
Wedle doniesień sam Hitler wierzył w to, że jest reinkarnacją Barbarossy. Nazwał od imienia króla 
jeden ze swych domów, a inwazję na Rosję opatrzył kryptonimem Operacja Barbarossa.

Hitler uważał, że jest reinkarnacją Fryderyka Barbarossy, XII-wiecznego Cesarza Niemieckiego Świętego 
Imperium Rzymu i właściciela Świętej Włóczni.

background image

Niemiecka Ekspedycja Antarktyczna z lat 1938-1939 odkryła w głębi swego terytorium kilka 

wolnych od lodu regionów z jeziorami i śladami wegetacji (głównie mchy i porosty). Geolodzy z 
ekspedycji   stwierdzili,   że   dzieje   się   tak   za   sprawą   gorących   źródeł   lub   innych   zjawisk 
geotermalnych. Odkrycie to, jak się twierdzi, skłoniło Reichsführera-SS Heinricha Himmlera to 
opracowania śmiałego planu budowy stałej bazy na Antarktydzie. Od ponad 60 lat plotki o bazie, 
opatrzonej kryptonimem „Stacja 211” urzekają historyków i badaczy. Czy to możliwe, że istotnie 
została   zbudowana   i   obsadzona   załogą   w   ramach   trwającego   całą   wojnę   projektu?   Być   może 
Kontradmirał Karl Doenitz ogłosił jego zakończenie kiedy w roku 1943 powiedział:

„Niemiecka flota łodzi podwodnych dumna jest ze zbudowania dla Führera w innej części 

świata Szangri-La na lądzie, niezwyciężoną fortecę”.

Większość z pogłosek zgodna jest co do tego, że Stacja 211, jeśli istniała naprawdę, znajdowała 

się wewnątrz wyraźnie widocznej góry w łańcuchu Muhlig-Hofmann w Nowej Szwabii (Ziemi 
Królowej Maud). W latach 1946-47 Admirał Byrd, cieszący się w Ameryce największą renomą 
badacz   regionów   polarnych,   szukał   być   może   Stacji   211.   W   ramach   tak   zwanej   „Operacji 
Highjump” miał do swej dyspozycji największą armadę, jaką kiedykolwiek wysłano na Antarktydę. 
Stany Zjednoczone wysłały na Antarktydę 13 okrętów i 4.700 ludzi (w tym lotniskowiec, łódź 
podwodną,   dwa   niszczyciele,   ponad   dwa   tuziny   samolotów   i   ok.   3.500   Marines   w   pełnym 
rynsztunku bojowym), oficjalnie tłumacząc wszystko „misją szkoleniową”. A jednak uporczywe 
pogłoski niestrudzenie twierdzą, że prawdziwym celem operacji było odnalezienie nazistowskiej 
fortecy. Nie jest jasne, czy Byrdowi udało się kiedykolwiek odnaleźć „Szangri-La” Führera – o ile 
oczywiście istotnie się tu znajdowało i o ile rzeczywiście go tu szukano.

Insygnia niemieckiej ekspedycji, która wytyczyła granice Nowej Szwabii w latach 1938-39, zagarniając 
ten obszar dla Trzeciej Rzeszy.

W okresie pomiędzy rokiem 1956 a 1960 norweska ekspedycja naniosła na mapy większość 

Ziemi Królowej Maud, bazując na pomiarach geodezyjnych na ziemi oraz fotografiach lotniczych. 
Zwodniczym może wydać się fakt, iż istotnie odnaleziono wolną od lodu górę, która pasowała do 
opisu z pogłosek o Stacji 211. Nazwali ją Svarthamaren (Czarny Młot). Jeśli to istotnie położenie 
Stacji 211, jej sekret zostanie zachowany i w XXI wieku, albowiem teren ten ogłoszono „Specjalnie 
Chronionym  Obszarem  Antarktycznym  oraz Strefą  Szczególnego  Zainteresowania  Naukowego” 
zgodnie z postanowieniami Ustawy o ochronie Antarktydy z roku 1978. Miał to być obszar ochrony 
przyrody, który znalazł się na liście „wyjątkowych naturalnych laboratoriów przyrody, służących 
badaniom   nad   petrelem   antarktycznym   (Thalassoica   Antarctica),   petrelem   białym   (Pagodroma 
nivea
)   oraz   wydrzykiem   antarktycznym   (Catharacta   maccormicki)   oraz   ich   adaptacją   do 
rozmnażania w głębi kontynentu antarktycznego”. Dostęp ograniczony jest wyłącznie dla garstki 
specjalnie wyselekcjonowanych naukowców. Jeśli to podstęp, to przez długie jeszcze lata nikt, kto 
mógłby być uważany za niebezpiecznego ze względu na posiadaną wiedzę odnośnie prawdziwych 
wydarzeń nie zostanie dopuszczony zbyt blisko tego obszaru.

background image

Pułkownik Buechner oraz kapitan Bernhart unikają jednakże wzmianek o Stacji 211, być może 

w celu zachowania tajemnicy, co zgadzałoby się z ogólnym wydźwiękiem ich dwóch książek. W 
istocie   przyznają   oni,   że   nazwiska   wszystkich   członków   ekspedycji   z   1979   roku   podane   w 
książkach są fikcyjne i zostały użyte w celu ochrony ich tożsamości. Jest oczywiste, że Buechner 
nie mówi nam wszystkiego, co wie.

Zamiast   tego,   Buechner   i   Bernhart   mówią   nam,   że   załoga   łodzi   podwodnej   w   roku   1945 

umieściła skarb Hitlera u stóp nie posiadającego nazwy lodowca w górach Muhlig-Hofmann; skarb 
wkopany był w lód i chroniony stalowymi płytami. Oznacza to, że musiano by znaleźć jeden z 
niewielu odcinków wybrzeża nie odcięty od morza kilometrami lodu szelfowego, a potem zejść na 
ląd i maszerować po lodzie ponad 160 kilometrów w głąb kontynentu, z ładunkiem stali ważącym 
tonę   lub   więcej!   Wydało   nam   się   to   najmniej   prawdopodobnym   kawałkiem   tej   całej   szalonej 
układanki. W niektórych rejonach Antarktydy w ciągu roku spada 18 metrów śniegu. Jak głęboko 
musiałby znajdować się skarb po ponad 30 latach? I w jakim celu maszerowano by w poszukiwaniu 
wolnej od lodu przestrzeni po to tylko, by zakopać skarb w lodzie? Nie, odrzuciliśmy tę bajeczkę 
Buechnera, mając nieomal pewność, że gdyby cokolwiek z tego było prawdą, to zaniesiono by 
raczej Świętą Włócznię gdzieś, skąd łatwo byłoby ją odzyskać – do Stacji 211.

Stacja 211

To  zadziwiające,  ale  odkryliśmy   dowody  na to,  że  prawa  ręka  Hitlera,   Rudolf Hess, został 

obarczony odpowiedzialnością za koordynację działań, mających na celu zbudowanie Stacji 211. 
Historycy często uznają Hessa za nazistowskiego figuranta, który doszedł do wysokiego stanowiska 
wyłącznie dzięki swemu całkowitemu wiernopoddaństwu Führerowi, lecz być może w istocie stało 
się tak dlatego, iż jego prawdziwa rola była tak doskonale ukryta.

Jeśli tak, to Hess musiał poprosić o pomoc Reichsführera-SS Heinricha Himmlera. Himmler 

odrzucił chrześcijaństwo, podobnie jak wielu z najwyższych rangą funkcjonariuszy nazistowskich, 
wierzył   zaś  w  dziwną  germańską   wersję  neopogańskiego  New  Age.  Był  oddany niemieckiemu 
okultyście   Drowi   Friedrichowi   Wichtlowi,   który   specjalizował   się   w   tradycji   masońskiej   oraz 
teoriach   o   „światowym   spisku”.   Po   upadku   Cesarstwa   Austro-Węgierskiego   w   roku   1918   pod 
koniec   I  Wojny   Światowej,   Dr  Wichtl   napisał   swój   bestseller,   zatytułowany  Weltfreimaurerei, 
Weltrevolution, Weltrepublik
  („Światowa masoneria, światowa rewolucja, światowa republika”). 
Himmler zafascynował się okultyzmem, gdy w roku 1919 przeczytał książkę dra Wichtla, będąc 
kadetem na rekonwalescencji po poważnej chorobie żołądka.

Ostatecznie Himmler stał się zwolennikiem hinduistycznej koncepcji światowych epok, zwanych 

yugami. Wierzył, że obecna epoka,  Kali Yuga, zakończy się globalnym kataklizmem, dając tym 
samym   początek   nowej   epoce,   zwanej  Satya   Yuga.   Zakładając   nazistowską   kolonię   na 
Antarktydzie, Himmler wierzył, iż w ten sposób przyczynia się do tego, by pozostałości „czystej 
rasy aryjskiej”  przetrwały  nadchodzący  kataklizm  z nietkniętą  strukturą  społeczną  i kulturalną. 
Wierzył, że ocalali przejmą Antarktydę na własność, gdy kataklizm spowoduje stopienie czapy 
lodowej na biegunie południowym.

Niemcy zbudowały podczas wojny ponad dwa tuziny „superłodzi podwodnych”. Każda miała 

wielkość lotniskowca, lecz nie skonstruowano ich jako okręty wojenne, były one podwodnymi 
transportowcami.   Początkowo   wykorzystywano   je   do   dostarczania   zaopatrzenia   grup   bojowych 
łodzi   podwodnych,   zwanych   „stadami   wilków”.   Potem,   jak   się   zdaje,   zostały   zmuszone   do 
przewożenia narzędzi, sprzętu, surowców, a być może także niewolniczej siły roboczej do bazy na 
biegunie południowym. Dowody wskazują, że kursy U-bootów w stronę Neuschwabenland trwały 
nawet po kapitulacji Niemiec w roku 1945, jak to za chwilę zobaczymy.

W czasie wojny w tym olbrzymim przedsięwzięciu uczestniczyły także okręty nawodne, lecz w 

miarę   jak   szala   zwycięstwa   przechylała   się   na   stronę   aliantów,   znakomita   część   zadań 
transportowych przypadła U-bootom i ich załogom. Pewne pojęcie o wielkości i natężeniu ruchu na 
Antarktydę i z powrotem daje fakt, że pomiędzy październikiem roku 1942 a wrześniem roku 1944 
na południowym Atlantyku zatopiono 16 niemieckich U-bootów.

background image

Kilka ze statków nawodnych zdawało się pełnić funkcje jednostek nadzorujących, zaopatrując 

łodzie podwodne i trzymając w odpowiedniej odległości aliantów. Dla przykładu ścigacz Atlantis
pod dowództwem kapitana Bernharda Rogge, pomiędzy rokiem 1939 a 1941 przebył bardzo długą 
trasę po południowym Atlantyku  oraz po Oceanie Indyjskim i południowym Pacyfiku, między 
grudniem roku 1940 a styczniem roku 1941 odwiedzając Wyspy Kergulena (w którym to czasie 
pochowano kapitana w Bassin de la Gazelle). Okręt przybrał wówczas nowy kształt i pływał jako 
Tamesis, dopóki 22 listopada 1941 roku nie zatopił go niedaleko Wyspy Wniebowstąpienia HMS 
Devonshire.

Innym ścigaczem był Pinguin, pod dowództwem kapitana Ernsta-Felixa Krudera. Jego obszarem 

działania   był   głównie   Ocean   Indyjski.   W   styczniu   1941   roku   przechwycił   on   norweską   flotę 
wielorybniczą (statki-przetwórnie Ole Wegger oraz Pelagos, a także statek transportowy Solglimt i 
jedenaście kutrów myśliwskich) na szerokości ok. 59ºS i długości ok. 02º30W. Jeden z tych kutrów 
przemianowano   na  Adjutant.   Pozostał   na   Oceanie   Indyjskim   jako   okup,   natomiast   pozostałe 
norweskie statki wysłano do okupowanej Francji. 8 maja 1941 roku  Pinguin  został zatopiony u 
wybrzeży   Zatoki   Perskiej   przez  HMS  Cornwall,   po   tym,   jak   przejął   136.550   ton   towarów 
brytyjskich i sił sprzymierzonych.

Jeszcze innym ścigaczem był  Komet, dowodzony przez kapitana Roberta Eyssena. Działał na 

oceanach Spokojnym i Indyjskim i wsławił się m.in. żeglugą w lutym 1941 roku wzdłuż wybrzeża 
Antarktydy od Przylądka Adare aż po Lodowiec Szelfowy Shackletona w poszukiwaniu statków 
wielorybniczych.   Tam   spotkał   się   ze   ścigaczem  Pinguin  oraz   z   transportowcami  Alstertor  i 
AdjutantKometa zatopiono u wybrzeży Cherbourga w roku 1942.

Mapa regionów antarktycznych.

background image

Pośredni dowód na antarktyczny projekt konstrukcyjny stanowić może historia łodzi podwodnej 

U-859. 4 kwietnia 1944 roku, o godzinie 04:40, wypłynęła ona z portu z nieznaną misją, wioząc 67 
ludzi i 33 tony rtęci w zaplombowanych szklanych butlach, umieszczonych w wodoszczelnych 
blaszanych skrzyniach. Później, 23 września tego samego roku, łódź została zatopiona w Cieśninie 
Malakka przez HMS Trenchant. Choć zginęło 47 członków załogi, to jednak 20 ocalało. Jakieś 30 
lat   później   jeden   z   ocalałych   opowiedział   otwarcie   o   przewożonym   ładunku,   a   nurkowie 
potwierdzili następnie tę opowieść, znajdując rtęć. Znaczenie tego odkrycia polega na tym, iż rtęci 
używa się jako paliwa w pewnych odmianach napędu kosmicznego, o czym wkrótce opowiemy. Po 
cóż  niemiecka  łódź podwodna miałaby  transportować  tego typu ładunek  tak  daleko  od domu? 
Podejrzewamy, że płynęła ona w kierunku Stacji 211, mając na pokładzie „paliwo” do pewnego 
rodzaju specjalistycznych pojazdów powietrznych o kształcie dysku!

Dalsze dowody na to, że Stacja 211 istniała i była zamieszkana także po zakończeniu wojny 

znaleźć można w doniesieniach, dotyczących aktywności niemieckiej floty po upadku Berlina. Dla 
przykładu   w   dniu   10   lipca   1945   roku,   ponad   dwa   miesiące   po   ustaniu   oficjalnych   działań 
wojennych, niemiecka łódź podwodna U-530 poddała się władzom argentyńskim w porcie Mar del 
Plata, jednej z najbliższych Antarktydy przystani w Argentynie. W podobnych okolicznościach w 
miesiąc później – 17 sierpnia – do Mar del Plata przybyła łódź U-977. Były to tylko dwie z łodzi, 
które,   jak   się   uważa,   stanowiły   konwój   „Ostatecznej   Armii   Fuhrera”.   Informator   pułkownika 
Buechnera,   „kapitan   Bernhart”,   służył   ponoć   na   jednym   z   tych   U-bootów,   lecz   aby   ukryć 
prawdziwą tożsamość tego człowieka nie wspomina się ni razu, na którym.

Załoga   na   pokładzie   U-530,   niemieckiej   łodzi   podwodnej,   która   poddała   się   w   Mar   del   Plata   w 
Argentynie, na wiele miesięcy po zakończeniu wojny – nie złożywszy żadnych szczegółowych wyjaśnień 
na temat tego, co robiła tyle czasu na Południowym Atlantyku. Czy tajemniczy „kapitan Bernhart” był 
jednym z tych ludzi?

Przez dość długi czas po zakończeniu wojny napływały doniesienia o aktywności niemieckiej. 

Francuska   Agence   France   Press   z   dnia   25   września   1946   roku   stwierdza:   „powtarzające   się 
pogłoski o aktywności niemieckich U-bootów w rejonie Ziemi Ognistej pomiędzy najbardziej na 
południe wysuniętym punktem Ameryki a Antarktydą oparte są na prawdziwych wydarzeniach”.

Potem zaś francuska gazeta  France Soir, zamieściła następujące sprawozdanie ze spotkania z 

niemieckim U-botem:

„Prawie   półtora   roku   po   zaprzestaniu   działań   wojennych   w   Europie   islandzki   statek 

wielorybniczy   Juliana   został   zatrzymany   przez   dużego   niemieckiego   U-boota.   Juliana 

background image

znajdowała się w rejonie antarktycznym niedaleko Malwinów [Falklandów], kiedy wynurzyła 
się   niemiecka   łódź   podwodna   i   wciągnęła   na   maszt   oficjalną   niemiecką   flagę   żałobną   – 
czerwoną z czarnym obrzeżem.

Dowódca łodzi wysłał grupę marynarzy, która przypłynęła do Juliany gumowym pontonem, a 

po wejściu na pokład statku wielorybniczego zażądała od kapitana Hekli części zapasów świeżej 
żywności. Prośbę wypowiedziano zdecydowanym i nie znoszącym sprzeciwu tonem, z którego 
wynikało, że opór byłby niemądry.

Niemiecki oficer mówił poprawnym angielskim i zapłacił za towar amerykańskimi dolarami, 

dając   kapitanowi   wielorybnika   prowizję   w   wysokości   10   USD   za   każdego   członka   załogi 
Juliany. W czasie załadunku towarów na łódź podwodną jej dowódca poinformował kapitana 
Heklę   o   dokładnym   położeniu   dużego   stada   wielorybów.   Juliana   odnalazła   potem   to   stado 
precyzyjnie we wskazanym miejscu”.

Czy to możliwe, że po zakończeniu wojny oprócz U-530 i U-977 w tamtym rejonie operowały 

także   inne   U-booty?   Francuskie   sprawozdanie   zdaje   się   wskazywać,   że   tak   właśnie   było.   Nie 
istnieją żadne oficjalne potwierdzenia takiej działalności, wiadomo wszakże, iż w czasie wojny 
„zaginęły”   54   niemieckie   U-booty,   z   których   zaledwie   w   przypadku   11   istnieje 
prawdopodobieństwo kolizji z minami.

Wydaje się rozsądnym przypuszczenie, że po ukończeniu pierwszych etapów budowy Stacji 211 

przeniesiono tu kilka programów badawczo-rozwojowych nowych, eksperymentalnych rodzajów 
broni. Wiadomo dość dobrze, iż Najwyższe Dowództwo nie pogodziło się z kapitulacją, wierząc, że 
nowe bronie odwrócą przebieg wojny na korzyść Niemiec. Przy nasilających się bombardowaniach 
alianckich  i armiach  nacierających  na Niemcy  od wschodu, zachodu i południa,  wydawało się 
roztropnym przeniesienie swych najcenniejszych projektów w jakieś miejsce, znajdujące się poza 
zasięgiem   działań   wojennych   –   a   jakież   z   nich   mogło   znajdować   się   dalej   od   aliantów,   niż 
Antarktyda?

Nazistowskie NOLe

Pod   koniec   1944   roku   SS   Himmlera   przejęło   całkowitą   kontrolę   nad   wszelkimi   projektami 

zaawansowanych   broni   i   nad   dużą   częścią   ich   produkcji.   Dotyczyło   to   także   projektów   tzw. 
superbroni (takich jak rakiety V-2 i odrzutowe myśliwce) oraz licznych podziemnych kompleksów 
w Niemczech i gdzie indziej, a także związanych z nimi obozów pracy przymusowej.

Ideologii nazistowskiej nie ograniczały ustalone i konwencjonalne nauki, jakich nauczano w 

amerykańskich szkołach. Jest oczywiste, że nazistowskie programy technologiczne także cieszyły 
się dużą swobodą. Programy owe stanowiły fuzję nazistowskiego szaleństwa z mobilizacją pozornie 
niewyczerpanych zasobów produkcyjnych Niemiec i radykalnymi koncepcjami.

Jeden   taki   program,   nadzorowany   przez   inżyniera   zajmującego   się   implozją,   Viktora 

Schaubergera, przyniósł w rezultacie latające talerze i lewitujące dyski. Schauberger (1885-1958) 
był pionierem nowego pojmowania Nauk Przyrodniczych, odkrywając pierwotne prawa i reguły, 
których   nie   uznawała   ówczesna   nauka.   Tego,   co   odkrył   można   się   dowiedzieć   w   jednej   z 
najnowszych książek wydanych przez Adventures Unlimited Press (AUP),  Hidden Nature: The 
Startling   Insights   of   Viktor   Schauberger
  („Ukryta   natura:   zadziwiające   spostrzeżenia   Viktora 
Schaubergera”) [nie przetłumaczona na polski – przyp. tłumacza].

Alianci już po wojnie natknęli się na dowody potwierdzające prace badawcze nad latającymi 

talerzami. W fabryce i wyrzutni rakiet w Peenemünde, zarządzanej przez przyszłego szefa NASA, 
Wernhera von Brauna, alianci odkryli kilka fotografii talerzy. Oglądali zdjęcia napędzanego rtęcią 
Flugkriesel oraz świecących tajemniczych sfer, na które napotykali się alianccy piloci, nazywając je 
„foo-fighters”. Opublikowany w maju  1980 roku w  Neue Presse  artykuł  zawiera  wspomnienia 
inżyniera   z   Peenemünde,   który   pracował   przy   projekcie,   mającym   na   celu   opracowanie 
przypominającego   latający   talerz   uzbrojonego   pojazdu,   zdolnego   do   załogowych   lotów   z 
prędkością 3000 km/h. Zbiegłszy po wojnie do Stanów Zjednoczonych, inżynier zgłosił patent na 

background image

latający talerz według swego własnego projektu. W ciągu ostatnich kilku lat AUP opublikowało 
kilka książek na ten temat, w tym [żadna z nich nie została przetłumaczona na polski – przyp. 
tłumacza] Man-Made UFOs 1944-1994: Fifty Years of Supression („NOLe wyprodukowane przez 
ludzi  1944-1994: pięćdziesiąt  lat  milczenia”)  Renato Vesco i Davida Hatchera  Childressa oraz 
Hitler’s Flying Saucers: A Guide to German Flying Discs of the Second World War  („Latające 
talerze   Hitlera:   przewodnik   po   niemieckich   latających   dyskach   z   Drugiej   Wojny   Światowej”) 
Henry’ego Stevensa.

Domniemana, wykonana przez aliantów, fotografia częściowo wybudowanego pojazdu w kształcie dysku 
znalezionego w fabryce w Pradze, w Czechach.

Pomiędzy   rokiem   1947   a   17   grudnia   roku   1969   Siły   Powietrzne   Stanów   Zjednoczonych 

prowadziły   intensywne   dochodzenie   w   sprawie   doniesień   i   obserwacji   niezidentyfikowanych 
obiektów   latających   (NOLi).   Program   ten   objęto   kryptonimem   Blue   Book   (Błękitna   Księga). 
Centralą programu była baza Sił Powietrznych Wright-Patterson. Po zamknięciu Projektu Błękitna 
Księga   Siły   Powietrzne   USA   nie   wyraziły   oficjalnie   żadnego   dalszego   zainteresowania 
obserwacjami   NOLi.   Odpowiedzialny   za   Projekt   Błękitna   Księga   kapitan   Edward   Ruppert   [w 
istocie jego nazwisko brzmiało Ruppelt – przyp. tłumacza], powiedział w roku 1956:

„Gdy zakończyła się II Wojna Światowa, Niemcy byli na etapie rozwoju kilku rewolucyjnych 

pojazdów   latających   oraz   rakiet   samonaprowadzających.   Większość   z   tych   projektów 
znajdowała się w początkowych fazach, niemniej były to jedyne znane rodzaje pojazdów, które 
mogły choćby tylko zbliżyć się do możliwości technicznych obserwowanych obiektów UFO”.

Po   przeanalizowaniu   dowodów   istnienia   niemieckich   programów   badawczych   nad   bronią 

eksperymentalną alianci poczuli, że mieli wiele szczęścia, pokonując w porę Niemców. Sir Roy 
Feddon,   któremu   Brytyjczycy   powierzyli   śledztwo   w   sprawie   produkcji   nazistowskich   maszyn 
latających, powiedział:

„Widziałem wystarczająco wiele z ich projektów i planów produkcyjnych, by zdać sobie 

sprawę  z  tego,   że  gdyby  udało  im   się  przedłużyć  wojnę   o  kilka  miesięcy,   to  zostalibyśmy 
skonfrontowani z zupełnie nowymi i śmiertelnymi rodzajami broni powietrznej”.

Wczesny model latającego talerza, długodystansowy pojazd zwiadowczy, zwany Vril-ya RFZ-2, 

został sfotografowany, jak towarzyszy statkowi Atlantis na Oceanie Atlantyckim. Istnieje pewne 

background image

prawdopodobieństwo, iż niektóre z tych długodystansowych dysków wykorzystano jako osłonę w 
późniejszych   misjach   U-bootów.   Przed   wyprodukowaniem   Elektroboota   –   łodzi   podwodnej 
napędzanej   silnikiem   elektrycznym   –   U-booty   musiały   wynurzać   się   na   tankowanie.   Porty 
przyjazne niemieckim łodziom podwodnym w drodze na Biegun Południowy znajdowały się na 
Ziemi   Ognistej   oraz   niedaleko   Przylądka   Dobrej   Nadziei   w   Południowej   Afryce.   Od   samego 
początku rozwoju Nowej Szwabii, wokół tych portów widziano bardzo dużo UFO, a w Ameryce 
Południowej obserwacje takie trwały jeszcze przez dziesięciolecia.

Artystyczna wizja nazistowskich spodków, eskortujących U-booty na Antarktydzie.

Po nieudanej misji pokojowej Hessa w Anglii, w wyniku której resztę życia spędził za kratkami, 

admirał   Doenitz   mógł   przejąć   rolę   Hessa   jako   szef   projektu   antarktycznego.   Wygłaszając 
inauguracyjne przemówienie dla kończących szkołę morską kadetów w roku 1944 admirał czynił 
złowieszcze przechwałki:

„Niemiecka   marynarka   wojenna   ma   wciąż   do   odegrania   wielką   rolę   w   przyszłości. 

Niemiecka   flota   zna   wszystkie   miejsca   ukrycia,   do  których   można   by  ewakuować   Führera, 
gdyby zaszła taka potrzeba. Może tam w całkowitym spokoju dokończyć swą życiową pracę”.

Czy miejscem był Neuberlin na Antarktydzie? W naszych badaniach tego epizodu w trwającej 

dwa   tysiąclecia   zawiłej   drodze   Włóczni   poprzez   chrześcijańską   świadomość   natknęliśmy   się 
szaloną, nieuniknioną mieszaninę otrzeźwiającej prawdy historycznej z zabawną Miejską Legendą 
rodem z brukowców.

background image

Zdjęcie latającego pojazdu  Vril.

Neuberlin

Jeśli latem 1942 roku byłeś żołnierzem Wehrmachtu na zbombardowanej stacji kolejowej w 

Połtawie,   mieście   na   Ukrainie,   mogłeś   zaobserwować   niezwykle   dziwacznie   wyglądającą 
maszerującą   jednostkę   wojskową,   zmierzającą   ku   oczekującemu   pociągowi   pasażerskiemu. 
Jednostka ta składała się z kobiet, z których wszystkie były błękitnookimi blondynkami w wieku 
pomiędzy 17 a 24 lata, wysokimi i smukłymi, a ich zachwycające figury przykrywały dziwaczne 
mundury w kolorze błękitnego nieba. Każda z kobiet miała na sobie czapkę wojskową we włoskim 
stylu, bluzkę o kształcie litery A, sięgającą poniżej kolana oraz podobną z kształtu i pasującą do 
bluzki   kurtkę   z   insygniami   SS.   Zdawać   by   się   mogło,   że   SS   zwerbowało   właśnie   pluton 
luksusowych panienek do wynajęcia, lecz prawda była o wiele dziwaczniejsza. Patrzyłeś właśnie na 
najnowszy   wymysł   Reichsführera-SS   Heinricha   Himmlera   –  Antarctisches   Seidlungensfrauen 
[Antarktyczne Osadniczki albo ASF].

Tymi słowami pisał rosyjski ufolog Konstantin Iwanienko na łamach magazynu UFO Roundup

wol. 9, numer 3, z 21 stycznia  2004 roku. Iwanienko  twierdził,  iż należące  do SS  Rasse und 
Seidlungshauptamt (Biuro ds. rasy i osadnictwa, inaczej RuSHA) było agencją, odpowiedzialną za 
dobór kobiet do Antarktisches Seidlungensfrauen. Mniej więcej połowa z tych „rekrutek” stanowiły 
Volksdeutschki – etniczne Niemki, których przodkowie osiedli na Ukrainie w XVII i XVIII wieku. 
Inne zaś były rdzennymi Ukrainkami, które RuSHA „awansowała” do statusu rasy aryjskiej w 
procesie   zwanym   Eindeutschung   (zniemczaniem).   Pisał,   że   nawet   do   10.000   Ukrainek   o 
dopuszczalnej   czystości   rasowej   (spośród   ponad   pół   miliona   deportowanych   podczas   wojny) 
zostało przetransportowanych nie do przymusowej pracy w niemieckich fabrykach amunicji, lecz 
na niemiecką część Antarktydy!

background image

Fotografia wolnych od lodu gór na Antarktydzie, wykonana podczas jednej z sesji aerofotogrametrycznej. 
Czy enigmatyczna Stacja 211, czyli Neuberlin, znajdowała się w takim właśnie miejscu, jak twierdzą to 
uporczywe pogłoski?

Iwanienko twierdził dalej, że kobiety z ASF wysyłane były w takiej ilości, że „cztery Ukrainki 

przypadały na jednego Niemca”. Jeśli to prawda, oznaczałoby to, że do Neuschwabenland, jak 
nazywano terytorium Antarktydy, do którego prawa rościły sobie Niemcy, udało się około 2500 
mężczyzn.   Niektórzy   z   nich   mogli   być   naukowcami   i   inżynierami,   wysłanymi   do   pracy   nad 
zaawansowanymi systemami broni, wielu z nich jednak musiało być dość niezwykłymi żołnierzami 
– tak zwanym „Ostatnim Batalionem”. Być może byli członkami himmlerowskiego Waffen-SS? 
Żołnierzami, którzy sprawdzili się w walce, na przykład na Froncie Wschodnim? Rety! Cztery 
dziewczęta na jednego mężczyznę to lepsze, niż Surf City Beach Boysów!

Niektórzy wierzą, iż kolonia Neuschwabenland przetrwała nie tylko koniec II Wojny Światowej, 

ale także wielką bitwę z 3500 Marines oraz samolotami podczas „Operacji Highjump”, jak wkrótce 
opowiemy.

Jakby wszystko to nie było wystarczająco niewiarygodne, Iwanienko napisał dalej:

„Całkowita liczba nazistów na Antarktydzie przekracza obecnie dwa miliony, a […] wielu z 

nich   poddało   się   operacji   plastycznej,   aby   z   większą   łatwością   móc   przemieszczać   się   po 
Ameryce Południowej i przeprowadzać wszelkiego rodzaju transakcje biznesowe”.

Nazwał   on   Rzeszę   Antarktyczną   „jednym   z   najpotężniejszych   militarnie   państw   świata, 

ponieważ   jest   w   stanie   kilkakrotnie   unicestwić   USA,   wykorzystując   wystrzeliwane   z   łodzi 
podwodnych   pociski   nuklearne,   jednocześnie   pozostając   zabezpieczonym   przed   nuklearnym 
kontratakiem amerykańskim ze względu na grubą na ponad trzy kilometry pokrywę lodową”.

background image

Twierdził dalej, iż miasto zwane Neuberlin (Nowy Berlin), stolica kolonii, rozciąga się wzdłuż 

„wąskich,   wydrążonych   pod   lodem   tuneli”,   znajdujących   się   pod   nie   wymienionym   z   nazwy 
łańcuchem górskim, a ogrzewane jest poprzez „wulkanicznego pochodzenia otwory wentylacyjne”. 
Całkowicie już dając upust wyobraźni, dodaje też, że Neuberlin przylega do „prehistorycznych ruin 
miasta Kadath, które mogło być zbudowane przez osadników z zagubionego kontynentu, Atlantydy, 
grubo ponad 100.000 lat temu”.

Przeszukanie   Internetu   pokazuje,   iż   wielu   innych   badaczy   spoza   oficjalnego   kręgu   także 

twierdzi, iż pod lodami Antarktydy odnaleziono – a być może nawet ponownie zasiedlono – ruiny 
Atlantydy. Niektórzy mówią, że Atlantyda znajduje się przy jednym z ok. 70 ciepłych jezior, które 
odkryto na głębokości wielu kilometrów pod powierzchnią polarnej czapy lodowej, jak na przykład 
Jezioro Wostok (Wschód) przy rosyjskiej bazie niedaleko Bieguna Niedostępności.

Innym z często czynionych twierdzeń odnośnie Neuberlina jest to, wedle którego w mieście 

znajduje   się   Dzielnica   Obcych,   w   której   mieszkają   Plejadanie,   Zeta   Reticulanie,   Reptoidzi, 
Aldebaranowie,   Ludzie   w   Czerni   i   inni   gwiezdni   przybysze.   Jak   już   wspomnieliśmy,   naziści 
pracowali   nad   niezwykle   zaawansowanymi   maszynami   latającymi,   z   których   część   mogła 
opuszczać  ziemską  atmosferę.  Niektórzy  badacze  są przekonani,  że nazistom  istotnie  udało się 
polecieć na księżyc, a nawet na Marsa. Czy po opuszczeniu ziemi nawiązali kontakt z przybyszami 
z kosmosu? Czy też może ich rakiety, pojazdy „foo-fighter” i latające dyski sprowokowały obcych 
do odwiedzin na ziemi?

Naszym   ulubionym   przypadkiem   daleko   posuniętej   kuriozalności   rodem   z   brukowców   jest 

dziwna sekta religijna, zwana Redempcjonistami. Wierzą oni, iż w roku 1954 Hitler odbył podróż 
na księżyc na pokładzie zbudowanego przez nazistów latającego talerza, gdzie spotkał się z obcymi 
z Aldebarana,  najjaśniejszej  gwiazdy w konstelacji  Byka. Owi obcy, na istnienie  których brak 
naturalnie jakichkolwiek dowodów, zabrali potem Adolfa do swego świata. Lecz, mówią wyznawcy 
kultu, wkrótce powróci na mostku flagowego okrętu olbrzymiej kosmicznej armady z Aldebarana i 
„odkupi” Ziemię!

We   współczesnej   ustnej   tradycji   ufologicznej   krąży   opowieść,   jakoby   latem   1936   roku   w 

Szwarcwaldzie   rozbił   się   pozaziemski   statek   kosmiczny   o   napędzie   antygrawitacyjnym, 
odnaleziony przez nazistów i dokładnie przez ich zbadany, co wyjaśniałoby ich program rozwoju 
latających   talerzy.   Przypomina   to   bardzo   opowieści   o   podobnie   wydobytym   wraku   rozbitego 
„spodka” niedaleko Roswell w stanie Nowy Meksyk w roku 1947, prace badawcze nad którym 
doprowadziły   w   efekcie   do   odkrycia   tranzystora   (opatentowanego   przez   Bell   Laboratories   w 
kolejnym roku), światłowodów i innych egzotycznych technologii.

Wedle   Iwanienki   w   ostatnich   latach   „idea   Germańsko-Słowiańskiej   Antarktycznej   Rzeszy 

zyskuje coraz większą popularność”. Twierdzi on, że o Rzeszy Antarktycznej „mówi się coraz 
częściej”   w   Rosji,   Polsce,   na   Ukrainie,   Białorusi   i   w   innych   krajach   Europy   Wschodniej.   W 
numerze   gazety  Frankfurter   Allgemeine  z   10   maja   2003   roku   polski   dziennikarz   A.   Stagjuk 
[przypuszczalnie zniekształcone nazwisko – przyp. tłumacza] krytykuje decyzję Polski o wysłaniu 
oddziałów do Iraku w ramach pomocy Amerykanom w ich okupacji tego kraju. Pod koniec artykułu 
stwierdza on: „następny rząd Polski podpisze traktat z Antarktydą i wypowie wojnę USA”. W tym 
samym tygodniu słowa Stagjuka nadała operująca na falach krótkich stacja Deutsche Welle.

Czy   rzeczywiście   pod   lodem   znajduje   się   miasto,   zamieszkane   przez   wnuki   i   prawnuki 

pierwotnych osadników-esesmanów; czy też jest to jedynie Miejska Legenda, a Ziemię królowej 
Maud zamieszkują jedynie ptaki i naukowcy o trzeźwych umysłach? Czy też może prawda leży 
gdzieś pośrodku? Na co – jeśli w ogóle – natknął się admirał Byrd w roku 1947?

Bitwa o Neuschwabenland

Jak to już wcześniej odnotowano, w latach 1946-47 admirał Byrd mógł poszukiwać Stacji 211. 

Podczas działań oficjalnie określonych jako „szkoleniowe”, w ciągu ponad miesięcznego okresu 
tuzin  okrętów  z   prowadzonej  przez  Byrda  w  trakcie   „Operacji  Highjump”  („Skok  z   wysoka”) 
flotylli przybył do trzech różnych punktów zbornych na oceanie południowym wewnątrz kręgu 

background image

polarnego, a pierwszy z nich zarzucił kotwicę w dniu 30 grudnia 1946 roku. Uporczywe pogłoski 
twierdzą niezmiennie, iż prawdziwym celem operacji było odnalezienie Stacji 211 i – jeśli była 
zamieszkana – nawiązanie walki z nazistami w ich fortecy.

Wedle   planu   większa   część   ludzi   i   sprzętu,   tzw.   Grupa   Centralna,   miała   udać   się   do 

antarktycznego „domu” Byrda, Małej Ameryki na Lodowcu Szelfowym Rossa, gdzie planowano 
założyć   główną   bazę.   Były   jeszcze   dwie   grupy   okrętów,   z   których   każda   składała   się   z 
pomocniczego   statku   przewożącego   hydroplany,   niszczyciela   i   tankowca.   Jedna   z   grup   miała 
rozpocząć operację na wschód od Grupy Centralnej, a druga – na zachód od niej.

Grupa   Wschodnia,   pod   dowództwem   kapitana   George’a   J.   Dufeka,   miała   rozpocząć 

przemieszczanie się po przeciwnej stronie kontynentu, niż obóz bazowy w Małej Ameryce. Grupa 
Wschodnia rozpoczęła swą misję od rekonesansu na Ziemi Królowej Maud (zwanej przez Niemców 
Neuschwabenland), a następnie przemieściła się na zachód i wykonała w tym czasie w dużej ilości 
dokładne zdjęcia Niemieckiej Antarktydy. Z kolei Grupa Zachodnia, dowodzona przez kapitana 
Charlesa   A.   Bonda,   rozpoczęła   od   środka   i   zakończyła   swą   trasę   w   połowie   drogi   wokół 
kontynentu, na Ziemi Królowej Maud, tym samym zamykając koło.

Tyły osłaniał całkiem nowy lotniskowiec, The Philippine Sea („Morze filipińskie”) z admirałem 

Byrdem na pokładzie. Statek właśnie kończył próbny rejs niedaleko Zatoki Guantanamo na Kubie, 
kiedy nadeszły rozkazy, że ma on uczestniczyć w „Operacji  Highjump”. Pospieszna podróż na 
północ   przywiodła   go   do   portu   Bazy   Marynarki   Wojennej   w   Norfolk   w   stanie   Wirginia. 
Zakończenie przygotowań do liczącej 10.000 mil morskich trasy zajęło miesiąc.

Naszywka naramienna uczestnika Operacji Highjump.

Ponieważ statek miał przepływać Kanałem Panamskim, należało dokonać zmian w strukturze 

kadłuba   oraz   pokładu   głównego.   Kanał   został   skonstruowany   na   początku   XX   wieku   i   może 
zmieścić tylko jednostki niewielkich, względnie średnich rozmiarów. Współczesne giganty mórz – 
supertankowce, kontenerowce i pływające miasta, jakimi są nowoczesne transportowce – zmuszone 
są, jak ich żaglowi poprzednicy przed wiekami – do opływania Przylądka Horn.

Wkrótce doki wokół Philippine Sea zapełniły się skrzyniami, pełnymi ważącego ponad sto ton 

wszelakiego   rodzaju   sprzętu   i   zapasów,   czekających   na   załadunek.   Na   głównym   pokładzie 
wylądowało kilka śmigłowców, które zabezpieczono i przymocowano na czas podróży.

Potem zaś pojawił się największy problem, czyli sześć transportowców R4D. Były to wojskowe 

wersje słynnych DC3. Były zdecydowanie za duże, by móc samodzielnie wylądować na pokładzie 
lotniskowca z czasów II Wojny Światowej, a ich start z takiego lotniskowca możliwy był jedynie 

background image

przy   wykorzystaniu   przymocowanych   do   boków   silników   rakietowych.   Lądowisko   dla   tych 
samolotów znajdowało się o ponad milę od doku, tak więc przez sam środek bazy morskiej trzeba 
było   przebić   pas,   biegnący   od   lądowiska   do   nabrzeża.   Piloci   musieli   przejechać   każdym   z 
samolotów   przez   tę   wąską   ścieżkę;   na   końcach   skrzydeł   siedzieli   marynarze,   co   niwelowało 
ewentualność  poderwania  samolotu do góry przy silnych podmuchach wiatru i rzucenia  nim o 
ściany budynków, płoty czy maszyny. Niejednokrotnie czubki skrzydeł znajdowały się o cale od 
katastrofy.

Na sam koniec na pokładzie Philippine Sea zjawił się admirał Byrd, który przybył na zaledwie 

kilka godzin przed odpłynięciem. Tuż po południu 2 stycznia 1947 roku, z admirałem Byrdem 
stojącym na mostku,  Philippine Sea  powoli zaczął oddalać się od mola przy dźwiękach grającej 
orkiestry i salutującym dowództwie lokalnej bazy.

USS   Philippine   Sea,   załadowany   po   brzegi   zapasami   żywności,   helikopterami   oraz   gigantycznymi 
samolotami transportowymi  R4D, które wymagały  napędu rakietowego,  by wystartować  z pokładu i 
musiały   być   pozostawione   na   Antarktydzie,   gdyż   były   zbyt   duże,   by   wylądować   z   powrotem   na 
lotniskowcu.

Grupa   Centralna   dotarła   do   umówionego   punktu   zbornego   na   Antarktydzie   trzy   dni   przed 

opuszczeniem portu przez Philippine Sea, przybywając na Wyspę Scotta 30 grudnia 1946 roku. A 
właściwie cała Grupa z wyjątkiem lodołamacza Burton Island. On także odbywał swój dziewiczy 
rejs próbny, kiedy załoga otrzymała rozkaz uczestnictwa w misji. Burton Island odpłynął ze swej 
bazy   na   zachodnim   wybrzeżu   późno   i   na   ocean   południowy   przybył   jako   ostatni   –   w   istocie 
dopłynął tam właśnie w chwili, kiedy ogłoszono pospieszny odwrót, jak za chwilę zobaczymy.

Pierwszą „ofiarą”  Wojny Byrda była łódź podwodna USS  Sennet. Okręty  Grupy Centralnej 

podążały za lodołamaczem  Northwind  poprzez lodowy pak ku otwartym wodom Morza Rossa. 
Wedle oficjalnej historii lód okazał się zbyt niebezpieczny dla łodzi podwodnej, którą odholowano 
z powrotem na Wyspę Scotta. Niektórzy badacze spekulowali, że w istocie natknęła się ona na 
niemieckie linie obrony przeciw łodziom podwodnym. Z Morza Rossa łódź odpłynęła na Nową 
Zelandię w celu dokonania remontu, a potem udała się do swej bazy w strefie Kanału. Pozostała 
część grupy dotarła do Zatoki Wielorybów 15 stycznia.

W ciągu następnych dwóch dni grupy żołnierzy zeszły na stały ląd i wybrały lokalizację obozu 

bazowego.   Gdy  już   dokonano   wyboru  budowa   Małej   Ameryki   IV   rozpoczęła   się   natychmiast. 
Wkrótce rozładowano szereg różnych pojazdów, które wykorzystano przy budowie trzech pasów 

background image

startowych   ze   ubitego   śniegu   i   jednego   krótkiego   pasa   ze   stalowych   mat,   a   także   przy 
przygotowaniu powierzchni lodu na budowę miasteczka namiotowego (które również mogło się 
pochwalić jedną wykonaną z blachy falistej chatą typu  Quonset). Ciężka maszyneria, użyta przy 
wykonywaniu tych zadań to m.in. traktory, jeepy, pojazdy typu „łasica”, buldożery inny sprzęt 
gąsienicowy.

Drugi wypadek, przy tym pierwszy fatalny (oficjalnie), miał miejsce 21 stycznia. Ofiarą był 

młody marynarz, Vance Woodall, ze statku zaopatrzeniowego  Yancey. Wedle jednego z opisów 
zajścia:

„Traktory D6 okazały się zbyt ciężkie, by jechać po śniegu, pokrywającym powierzchnię 

lodu w zatoce. Aby uzyskać wystarczającą moc ciągnienia, kierowcy musieli rozjeżdżać śnieg 
poruszającymi   się   stalowymi   gąsienicami,   aż   osiągnęły   one   poziom   twardego   lodu.   Często 
zdarzało się wówczas, że jedna gąsienica „chwytała” lód wcześniej, niż druga, sprawiając, że 
traktorem gwałtownie miotało na boki, dopóki obie gąsienice nie sięgnęły lodu. Oficjalny raport 
z wypadku stwierdza, że Woodall uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, gdy jego prawe ramię i 
głowa dostały się pomiędzy gąsienicę a jedno z kół kiedy traktorem nagle targnęło w przód. 
Kręgosłup   Woodalla   był   połamany   „wysoko   w   części   szyjnej”   i   marynarz,   który   służył   w 
wojsku od zaledwie siedmiu miesięcy, zmarł na miejscu”.

Cztery dni później przybył wielce niezadowolony admirał Byrd.  Philippine Sea  spotkał się z 

Grupą Centralną 25 stycznia niedaleko Wyspy Scotta. Cztery dni potem, 29 stycznia, szczęśliwie 
wystartowały dwa pierwsze R4D, odbywając niebezpieczny lot do Małej Ameryki – na pokładzie 
pierwszego   z   nich,   lecącego   wyżej,   znajdował   się   admirał   Byrd.   Do   30   stycznia   przybyło 
bezpiecznie wszystkich sześć samolotów R4D. Tym samym skończyło się zadanie lotniskowca. 
Zbyt duże, by powrócić na pokład statku, R4D miały być po prostu pozostawione na Antarktydzie 
po zakończeniu misji. Philippine Sea natychmiast zawrócił i czym prędzej udał się w stronę domu, 
przybywając do Quonset Point na Rhode Island 28 lutego.

Ze swej bazy w Małej Ameryce sześć samolotów  R4D odbyło dziesiątki  lotów  fotogramet-

rycznych   mających   na   celu   wykonanie   zdjęć   zamarzniętego   wnętrza   kontynentu,   w   tym   także 
samego Bieguna Południowego. W tym czasie koledzy pilotów w „latających łodziach” PBM, które 
wystartowały   ze   statku   pomocniczego   w   Grupie   Wschodniej   i   Zachodniej,   latali   z   podobnymi 
misjami wzdłuż całego wybrzeża Antarktydy.

W   sumie   wykonano   ponad  73.000   fotografii.   Lecz   to,   co   mogło   być   marzeniem   kartografa 

okazało się kartograficznym koszmarem. Ze względu na brak odpowiednich punktów odniesienia 
na lądzie wartość miało tylko kilka tysięcy zdjęć. Bez znajomości lokalizacji, do których odnosiły 
się zdjęcia nie było możliwe złożenie z nich mozaiki i stanowiły one tylko pozbawione znaczenia 
obrazy lodu. A przynajmniej tak twierdzono.

W kolejnym roku zorganizowano znacznie mniejszą ekspedycję, nazwaną „Operacja Windmill” 

(„Wiatrak”),   utrzymując,   że   jej   celem   miało   być   właśnie   zebranie   tych   punktów   odniesienia. 
Niektórzy badacze utrzymują, że prawdziwym celem „Operacji Windmill” było stwierdzenie, czy 
Stacja 211 jest wciąż zamieszkana.

Nie znaczy to wcale, iż projekt mapowania Antarktydy podczas „Operacji Highjump” przebiegał 

bezproblemowo. Wszystkie trzy grupy nękała zła pogoda: mgły, niski pułap chmur, gęste chmury w 
wyższych   warstwach   atmosfery,   silne   wiatry   itp.;   jednakże   najgorsze   warunki   miała   Grupa 
Zachodnia, spędzając całe tygodnie bez startu choćby jednego samolotu.

Najbardziej   zdumiewającym   wydarzeniem   dla   Grupy   Zachodniej   było   odkrycie   „Oazy 

Bungera”. Jak zapisał jeden z kronikarzy wyprawy:

„30 stycznia lub 1 lutego (zapisy nie są jasne) pilot PBM porucznik David E. Bunger wzniósł 

się nad zatoką i poleciał na południe w kierunku oddalonego o jakieś sto mil kontynentu. W tym 
samym   czasie   USS  Currituck  znajdował   się   niedaleko   Szelfu   Lodowego   Shackletona   na 
Wybrzeżu Królowej Marii, części Ziemi Wilkesa. Docierając do brzegu Bunger przeleciał w 

background image

kierunku zachodnim, a jego kamery wciąż pracowały. Nagle ludzie w kokpicie zauważyli, jak 
znad nagiego, białego horyzontu pojawia się ciemny punkt, a gdy się doń zbliżyli, nie mogli 
uwierzyć własnym oczom. Byrd opisał to później jako „ziemię pełną błękitnych i zielonych 
jezior oraz brązowych wzgórz pośród nieskończonych przestrzeni lodu”. Bunger i jego ludzie 
uważnie przyjrzeli się temu obszarowi, a potem pospieszyli w stronę statku, by opowiedzieć 
innym o swym odkryciu. Kilka dni później Bunger wraz z załogą powrócili, by jeszcze raz rzucić 
okiem   na   swe   odkrycie   i   stwierdzili,   że   jedno   z   jezior   jest   wystarczająco   duże,   by   na   nim 
lądować.   Bunger   wylądował   ostrożnie   swą   „latającą   łodzią”   i   powoli   się   zatrzymał.   Jak   na 
Antarktydę woda była dość ciepła, miała bowiem około 30º wedle ocen ludzi, którzy zanurzali w 
niej   ręce   po   łokieć.   Jezioro   wypełniały   czerwone,   błękitne   i   zielone   algi,   które   nadawały 
jeziorom charakterystyczną barwę. Zdawało się, że chłopcy „przenieśli się z dwudziestego wieku 
w krajobraz sprzed tysiąca lat, kiedy to ziemia dopiero zaczynała się wyłaniać spod jednego z 
największych   zlodowaceń”,   jak   później   pisał   Byrd.   Byrd   nazwał   to   odkrycie   „jak   dotąd 
najważniejszym, w każdym razie na tyle, na ile opinia publiczna interesowała się ekspedycją”.”

Dr Paul Siple, najbliższy przyjaciel admirała Byrda, który towarzyszył mu we wszystkich jego 

polarnych ekspedycjach, także i w tej, skomentował później to odkrycie mówiąc, że ledwie wśród 
naukowców biorących udział w ekspedycji zaczęły się dyskusje na temat natury „Oazy Bungera”, 
„a już jedenastu przedstawicieli prasy na pokładzie USS Mount Olympus wysłało w świat depesze, 
opisujące oazę jako „Szangri-la” i sugerujące, że ogrzewane jest ono tajemniczym źródłem ciepła i 
zdolne do podtrzymywania życia roślinnego”. Czy terminy „Szangri-la” oraz „tajemnicze źródło 
ciepła” brzmią znajomo? Oficjalnie, ze względu na słony posmak wody z próbki pobranej przez 
Bungera, „Oazę Bungera” uznano po prostu za niewielką zatokę morską.

Grupa Wschodnia, przelatująca nad Neuschwabenland, była tą, która jako następna poniosła 

(zanotowane oficjalnie jako ostatnie) straty. Oficjalna wersja głosiła, iż jedna z ich „latających 
łodzi” PBM, zwana George One, uderzyła w wierzchołek góry i spadła, schodząc niżej i zabijając 
trzy osoby. Tamte wydarzenia zapisał jeden z rozbitków, radiooperator Jim Robbins:

„Mój   radar   nie   wyłapywał   nic,   prócz   wierzchołków   górskich   szczytów,   posiadających 

szorstką   powierzchnię   o   dobrych   właściwościach   odbijających.   Wedle   wskazań   radaru 
znajdowały się one 25 kilometrów ode mnie. Zgadzało się to z naszymi obdarzonymi wielkim 
błędem mapami, a byliśmy wciąż spowici mgłą i lataliśmy na wysokości 240 metrów (prawie 
zawsze   poniżej   pułapu   złej   pogody);   mieliśmy   właśnie   zawracać,   gdyż   nie   mieliśmy 
nieograniczonego   pułapu   i   widoczności   nad   wybrzeżem,   jak   zanotowała   załoga   podczas 
wcześniejszego lotu  George One. Zanim zdążyliśmy zawrócić, uderzyliśmy o wzniesienie, co 
spowodowało   eksplozję.   W   kadłubie   i   znajdującym   się   w   nim   zbiorniku   paliwa   mieliśmy 
wyrwaną   dziurę,   co   sprawiło,   że   145-oktanowe   paliwo   zaczęło   wylewać   się   na   zewnątrz. 
Płomienie z dyszy silnika natychmiast spowodowały jego zapłon. Była to zapewne największa 
eksplozja lotnicza w dziejach, już wówczas w roku 1946! Cały kadłub po prostu uległ całkowitej 
dezintegracji! Większość z nas została zmieciona z pokładu w tym samym kierunku. Dwóch 
dostało się pomiędzy łopatki śmigła i natychmiast zginęło”.

Wychodząca w miejscowości Duluth w stanie Minnesota gazeta News-Tribune z dnia 2 stycznia 

2005 roku zamieściła na stronie 7A artykuł, zatytułowany „Marynarka wojenna próbuje odnaleźć 
samolot pozostawiony na Antarktydzie 58 lat temu”, w którym czytamy m.in.:

„27 listopada 2004 roku marynarka odbyła wstępny lot […], którego celem było odnalezienie 

wraku  George’a 1, samolotu, który rozbił się w roku 1946. Ekipa poszukiwawcza, lecąca na 
pokładzie samolotu Orion P-3, należącego do Chilijskiej Marynarki Wojennej, składała się z 
chilijskiej załogi wojskowej oraz naukowców z NASA, współpracujących ze sobą w tej misji. 
[…]

Podczas trwającego 11 godzin lotu w obie strony – z i do Puenta Arenas, najbardziej na 

południe wysuniętego miejsca w Chile – samolot poszukiwawczy obniżył się aż do pułapu 500 

background image

stóp (150 metrów) nad Wyspą Thurstona, aby umożliwić naukowcom wykorzystanie radaru oraz 
promieni   lasera   w   celu   zlokalizowania   pozostałości   należącego   do   Marynarki   Stanów 
Zjednoczonych hydroplanu PBM (Martin) Marines. […]

Choć nieznani  szerokiemu  ogółowi, trzej  mężczyźni,  którzy  zginęli  w wypadku (w 1946 

roku) – Wendell K. Hendersin, Maxwell Lopez oraz Frederick Williams – wciąż uważani są na 
Antarktydzie za bohaterów”.

W amerykańskiej stacji badawczej McMurdo, znajdującej się na krawędzi Szelfu Lodowego 

Rossa, znajduje się tablica, upamiętniająca czterech mężczyzn, którzy zginęli podczas „Operacji 
Highjump”  i   którzy   byli   pierwszymi   Amerykanami,   jacy   kiedykolwiek   zginęli   podczas   wielu 
ekspedycji, organizowanych przez Byrda.

Przyznać   należy,   iż   oficjalne   sprawozdania   z   operacji   nie   brzmią   jak   raporty   z   działań 

wojennych.   Istnieją   jednak   uporczywe   pogłoski   o   zażartych   bojach,   wielkiej   ilości   ofiar, 
zestrzelonych samolotach itp. Czy wszystko to są tylko zmyślone opowieści? Jeśli tak, czemu Byrd 
stał  na  czele   istnej  armady   i  3.500 Marines?  I dlaczego  kapitan   Richard  H. Cruzen,  dowódca 
operacyjny ekspedycji, nakazał nagłe zakończenie misji po zaledwie ośmiu tygodniach, choć ich 
zaopatrzenie wyliczone było na trwający 6 do 8 miesięcy pobyt w regionach polarnych? Czemu 
ludzie, którzy zginęli w „wypadkach” zostali zapamiętani jako bohaterowie wojenni?

Czy Byrd, a być może także załoga  George One, natknęli się na nazistowski latający talerz? 

Niektórzy uważają za dowód, że tak się właśnie stało wypowiedź admirała dla chilijskiej gazety 
Brisant, jaki poczynił na pokładzie statku Mount Olympus w drodze do domu:

„USA musiały podjąć działania  defensywne przeciw  wrogim myśliwcom, nadlatującym  z 

regionów polarnych. […] Myśliwcom, które zdolne są przelecieć z jednego bieguna na drugi z 
niewiarygodną prędkością”.

Wedle słów badacza spraw paranormalnych, Alana DeWaltona:

„Jedną z rzeczy, którą stwierdził admirał Byrd podczas konferencji prasowej po porażce na 

Antarktydzie,   było   to,   że   cały   kontynent   antarktyczny   należy   otoczyć   „murem   instalacji 
obronnych, ponieważ stanowi on ostatnią linię obrony dla Ameryki”. Choć podczas wojny USA 
i Rosja byli sprzymierzeńcami, nagle powstała „Żelazna Kurtyna”, a wówczas Rosjanie i my 
staliśmy się wrogami.

Zarówno Sowieci, jak i Stany Zjednoczone otoczyli bieguny bazami obronnymi i wczesnego 

wykrywania, a pomiędzy nimi znajdował się nagi pas ziemi niczyjej, na której nie mieszkał 
absolutnie nikt, ale czy rzeczywiście? Czy to możliwe, że udawaliśmy, że bronimy się przed 
Rosjanami, a Rosjanie udawali, że bronią się przed nami, a w istocie zarówno my, jak i oni 
obwialiśmy się tego, co było pomiędzy nami – Ostatniego Batalionu nazistów?”

Inną   rzeczą,   którą   twierdzili   niektórzy   badacze,   choć   pierwotne   źródło   tej   pogłoski   trudno 

odnaleźć, był fakt, że po powrocie do Stanów admirał Byrd wpadł w szał przed Prezydentem i 
Połączonym   Dowództwem   Sztabu   (według   niektórych   wersji   tej   historii   zeznawał   on   przed 
Kongresem) i nie znoszącym sprzeciwu tonem, silnie „zasugerował”, by z Antarktydy uczynić pole 
testowe   broni   termonuklearnej.   Miejskie   Legendy   dodają,   że   wkrótce   po   żądaniach   Byrda,   by 
zbombardować   nazistów   na   Antarktydzie   bombami   nuklearnymi,   nad   Kapitolem   pojawiły   się 
NOLe.   Snuto   przypuszczenia,   że   niektóre   z   owych   NOLi   były   nazistowskimi   pojazdami   z 
Antarktydy,   ostrzegającymi   USA   przed   możliwością   działań   odwetowych,   gdyby   posłuchano 
rekomendacji Byrda.

Proszę   nam   wierzyć,   usilnie   próbowaliśmy   udowodnić   powyższe!   Nie   znaleźliśmy   żadnego 

śladu   domniemanego   zeznania   Byrda   przed   Kongresem,   ale   udało   nam   się   ustalić,   że   został 

background image

wysłuchany przez Prezydenta, a zapiski z tego spotkania są wciąż do tej pory utajnione. W istocie 
dwukrotnie   nad   Kapitolem   widziano   UFO,   raz   za   dnia,   a   nieco   później   także   nocą.   Były 
obserwowane przez tysiące ludzi, a krajowej prasie pojawiły się odpowiednie reportaże. Niestety do 
obserwacji tych doszło w roku 1951, na długo po powrocie Byrda do USA, i prawie dwa lata po 
zakończeniu   „Operacji   Windmill”.   Nie   wydaje   się   nam   prawdopodobne,   aby   pomiędzy   tymi 
dwoma wydarzeniami istniał jakiś związek.

W drodze powrotnej do domu z operacji Highjump Admirał Byrd powiedział: „Niezbędne było podjęcie 
działań  defensywnych  przeciwko  wrogim myśliwcom, które  nadlatywały z regionów polarnych. […] 
Myśliwcom, zdolnym przelecieć z jednego bieguna na drugi z niewiarygodną prędkością”. Cóż miałoby 
to oznaczać, jeśli nie fakt, że natknięto się na nazistowskie UFO?

Po operacjach  Highjump  i  Windmill  na Antarktydę udały się dosłownie dziesiątki ekspedycji. 

Choć   przez   następną   dekadę   Amerykanie   trzymali   się   z   daleka   od   tego   kontynentu,   w   ciągu 
następnych kilku lat ekspedycje zorganizował ponad tuzin różnych narodowości. Wspólna opinia 
autorów niniejszego opracowania jest taka, że jeśli istniała Stacja 211, to z całą pewnością została 
porzucona na długo przed ogłoszeniem Międzynarodowego Roku Geofizycznego (1958-59), kiedy 
to Antarktydę odwiedziła rekordowa liczba zwiedzających i badaczy spoza Niemiec.

Ekspedycja Hartmanna

Nasza opowieść o legendzie Włóczni Przeznaczenia, opisanej w książce  Secrets of the Holy 

Lance („Zagadki Świętej Włóczni”) rozpoczęła się i zakończyła w roku 1979, wraz z odzyskaniem 
Świętej Włóczni z lodów Antarktydy przez „Ekspedycję Hartmanna”. Nasza próba odtworzenia tej 
historii była, jak przyznajemy, fikcją i łączyła materiał z książek pułkownika Buechnera i kapitana 
Bernharta   z   rezultatami   naszych   własnych   badań   odnośnie   Stacji   211.   Rozpoczęliśmy   i 
zakończyliśmy   historię   włóczni   w   roku   1979   ponieważ,   o   ile   przekazy   są   choć   po   części 
prawdziwe, Włócznia Przeznaczenia nie jest eksponatem, wystawionym w jakimś muzeum albo 
schowanym głęboko w skarbcach jakiegoś kościoła, lecz w istocie odgrywa aktywną rolę na arenie 
światowej. „Przeznaczenie świata na dobre lub na złe” znów może znajdować się w rękach jednego 
człowieka!

W książce  Adolph Hitler and the Secrets of the Holy Lance  („Adolf Hitler i zagadki Świętej 

Włóczni”)   pułkownik   Buechner   i   kapitan   Bernhart   opowiadają   ze   szczegółami,   jak   doszło   do 
ekspedycji Hartmanna. Wszystko zaczęło  się, jak piszą, w roku 1969, kiedy to Rudolfa Hessa 
zabrano do brytyjskiego szpitala, by tam leczyć jego wrzody. Kilka dni później były członek załogi 

background image

U-boota 530, jednej z łodzi podwodnych, które poddały się w Mar del Plata po zakończeniu wojny, 
otrzymał klucz do skrytki bankowej w Szwajcarii. W skrytce znajdowały się wskazówki do innej 
skrytki, w której znaleziono  pewną ilość zapieczętowanych  kopert oraz znaczną ilość ukrytych 
płynnych aktywów.

Zapieczętowane   koperty   w   szwajcarskim   banku   otworzył   były   członek   załogi   łodzi   U-530. 

Poinstruowano go, by skontaktować się i przekazać zawartość skrytki człowiekowi, któremu Hitler 
osobiście   powierzył   przetransportowanie   swego   najbardziej   cennego   dobytku,   w   tym   Świętej 
Włóczni, na Antarktydę. W książkach Buechnera i Bernharta identyfikowany jest on jedynie jako 
„pułkownik Maximilian Hartmann” i sami przyznają, że nie jest to nazwisko prawdziwe. Hartmann 
nie opuścił Niemiec pod koniec wojny, lecz dopilnował, by w ostatnich dniach wojny wysocy rangą 
urzędnicy,   tacy   jak   Martin   Bormann,   osobisty   sekretarz   Hitlera,   a   także   skarb   Rzeszy,   który 
powierzył mu Hitler wydostali się z kraju dwiema lub większą ilością łodzi podwodnych. Ta grupa 
łodzi podwodnych, licząca sobie pomiędzy 3 a 12 jednostek, nazywana była często „Konwojem 
Führera”. Była to część północnego tzw. projektu „Rat Line” („Linia Szczura”), która umożliwiła 
nazistom ucieczkę – a być może nawet samemu Führerowi!

Marynarz zrobił tak, jak mu nakazano, przekazując koperty pułkownikowi Hartmannowi. W 

pierwszej   z   nich   Hartmann   odnalazł   zakodowaną   wiadomość   od   profesora   Karla   Haushofera. 
Haushofer był tym dla Trzeciej Rzeszy, czym dla ostatnich kilku prezydentów USA był Wielebny 
Billy Graham. Był nie tylko powiernikiem i spowiednikiem, lecz także aktywnie kształtował sposób 
myślenia   najwyższego   dowództwa   nazistowskiego.   Jego   wierzenia   zmotywowały   po   części 
nazistów do poszukiwania Arki Przymierza i Agarthy, mistycznego królestwa oświeconych istot, 
mieszkających wewnątrz pustej w środku ziemi! Odszyfrowana wiadomość przekazywała dokładne 
położenie skrzyń z brązu, które tyle lat temu Hartmann wysłał na Antarktydę na pokładzie łodzi 
podwodnej.

Druga   koperta   zawierała   instrukcje   dla   Hartmanna,   by   odtworzył   Wielką   Radę   Rycerską 

Himmlera, lecz tym razem rycerze mieli poświęcić siebie, a także wykorzystywać moc Świętej 
Włóczni, w celu zaprowadzenia pokoju na świecie. Organizacja miała być także znana pod nową 
nazwą, Rycerze Świętej Włóczni.

Trzecia   koperta   zawierała   bardzo   znaczną   sumę   pieniędzy.   Dzięki   nim   Hartmann   rozpoczął 

tworzenie zakonu Rycerzy Świętej Włóczni oraz przygotowania do odzyskania ich mistycznego 
talizmanu, Włóczni Przeznaczenia. Jak napisali Buechner i „Bernhart”:

„W roku 1974 Zakon Rycerzy został zreorganizowany przez byłego oficera armii niemieckiej, 

niejakiego pułkownika Maximiliana Hartmanna, teraz jednak cele grupy były zasadniczo inne. 
Tym   razem   nie   było   żadnego   starego   zamczyska,   w   którym   by   się   spotykano.   Wojskowe 
mundury   zostały   zastąpione   przez   służbowe   garnitury,   a   broń   ustąpiła   miejsca   neseserom. 
Zniknęła przemoc, a miast niej używano mądrych negocjacji”.

Pamiętnik Hartmanna w szczegółach opisuje długą i nieco nieprawdopodobną serię przesiadek z 

jednego samolotu do kolejnego, potem podróż łodziami i wreszcie helikopter na Antarktydę. Choć 
wydaje się, że Buechner akceptuje  prawdziwość pamiętnika, autorzy niniejszego artykułu mają 
wielkie   trudności   z   jego   przyswojeniem.   Szczerze   powiedziawszy,   czyta   się   go   jak   kiepską, 
amatorską powieść. Z drugiej strony, czegóż chcieć od starzejącego się biznesmena, piszącego po 
niemiecku   tekst   przetłumaczony   następnie   na   angielski   przez   równie   wiekowego   niemieckiego 
marynarza,   dla  którego   angielski   nie   był  językiem   ojczystym?  Jak  już   wcześniej   wspomniano, 
przypuszczamy,   że   narracja   poprzetykana   jest   fałszywymi   wskazówkami   i   półprawdami   aby 
zapobiec rozpoznaniu przez kogokolwiek osób zaangażowanych w całe przedsięwzięcie – o ile, 
rzecz jasna, rzeczywiście coś takiego istotnie miało miejsce.

Ostatecznie pułkownik Hartmann przybył na Antarktydę śmigłowcem wraz z trzema innymi 

Rycerzami Świętej Włóczni. Zlokalizowali oni i usunęli stalowe płyty umieszczone nad wejściem 
do komnaty, w której znajdowała się Włócznia i znaleźli wykładany stalowymi arkuszami tunel, 
wiodący w głąb góry. Jak czytamy w dzienniku wyprawy:

background image

„Nasze latarki oświetlają stalowy tunel, który ciągnie się na około dziesięć metrów. Kiedy 

docieramy   do   końca   tunelu,   znajdujemy   się   w   wielkim   pomieszczeniu,   przypominającym 
jaskinię. Wydaje się być ciepłe. Rozświetlamy latarkami ową salę i zauważamy zamarznięte 
słupy lodu o dziwacznych i groteskowych kształtach. Idziemy w głąb jaskini przez jakieś 300 
metrów. To właśnie wówczas doszliśmy do mniejszej jaskini, która skręcała w prawo i kończyła 
się komnatą szeroką na około 80 metrów i na dziesięć metrów wysoką. To tu właśnie ukryte są 
skarby Rzeszy!

W   tym   miejscu   ustawiono   niewielki   obelisk   o   mniej   więcej   metrowej   wysokości,   który 

oznacza miejsce ukrycia skarbów. Znajduje się na nim inskrypcja: „Zaiste jest więcej rzeczy na 
niebie   i   „w”   ziemi,   niż   to   się   może   przyśnić   (Za   tym   punktem   mieści   się   AGHARTA) 
Haushofer, 1943”.

Nasze światła natychmiast padają na skarb, składający się z ośmiu dużych skrzyń z brązu. 

Oznacza to, że na każdego mężczyznę przypadają dwie skrzynie i że trzeba będzie dwukrotnie tu 
wracać. Czy to się nam uda? To się okaże.  Każdy z nas chwyta  mocno w dłonie  brązową 
skrzynię”.

Hartmann wkrótce ulega rozczarowaniu, zdając sobie sprawę, że całkowity ciężar skrzyń jest 

zbyt wielki, by zespół mógł je wszystkie przenieść do czekającego nieopodal helikoptera. Trzeba 
zostawić cztery skrzynie. Hartmann pisze dalej:

„Powrotny marsz jest wyczerpujący i trudny. W drodze powrotnej kilkakrotnie zatrzymujemy 

się na odpoczynek. Z każdym krokiem skrzynie stają się coraz cięższe. Coraz częściej musimy 
zatrzymywać się, by odpocząć. W końcu docieramy [do helikoptera] w chwili, gdy jesteśmy już 
całkowicie wyczerpani. Po kolejnym krótkim odpoczynku rozpoczynamy załadunek brązowych 
skrzyń   na   pokład.   Lothar   i   Heinz   odrzucają   zapasowy   bak   z   paliwem,   przepompowując 
wcześniej   jego   zawartość   do   głównego   zbiornika…   Wyrzucamy   różne   fragmenty   zbędnego 
sprzętu. Zmniejszamy tym samym ciężar śmigłowca, co wyrówna ciężar dodatkowego ładunku. 
Ośmiu skrzyń nie dałoby się po prostu załadować.

Tuż   przed   odlotem   otwieramy   skrzynię,   zawierającą   Świętą   Włócznię.   Obserwujemy   z 

największą fascynacją, jak Klauss wyjmuje brązowy sworzeń z zatrzasku. W środku skrzyni 
znajduje się spłowiały skórzany futerał oraz pełno innych przedmiotów. Ostrożnie otwieramy 
futerał. Jest! Święta Włócznia! Włócznia, która przebiła bok Naszego Pana, Jezusa Chrystusa! 
Lampka oliwna, którą zapaliliśmy […] sprawia, że to wszystko wygląda jak jakaś ceremonia. 
Chwytam Świętą Włócznię w rękę i podnoszę ją w górę. Niewiele myśląc, wypowiadam słowa: 
„Święta Włócznia zawsze zwraca się ku naszym odwiecznym Niemcom”.”

Buechner   i   Bernhart   piszą,   iż   z   Antarktydy   pułkownik   Hartmann   i   jego   zespół   udali   się   z 

powrotem do punktu wyjścia w Brazylii, gdzie otrzymano odpowiednie dokumenty przewozowe, 
umożliwiające   wywóz   Świętej   Włóczni   jako   obiektu   sztuki.   Umożliwiło   im   to   przejście   przez 
procedury celne bez większych trudności. Większość z grupy Hartmanna powróciła do Niemiec, 
gdzie wiodą życie odnoszących sukcesy, ale pozostających w cieniu biznesmenów.

Jednakże pułkownik Hartmann wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam spotkał się z byłym 

członkiem załogi jednej z łodzi podwodnych, której być może admirał Doenitz użył do przewozu 
materiałów i ludzi do Stacji 211. Buechner i Bernhart twierdzą, że pułkownik Hartmann pozostawił 
owemu marynarzowi pewne przedmioty,  w tym także kopię dziennika  wyprawy oraz napisany 
odręcznie   i   podpisany   list,   potwierdzający   autentyczność   przedmiotów.   Hartmann   wyjechał, 
zabierając ze sobą Włócznię.

background image

Gdzie obecnie znajduje się Święta Włócznia?

Buechner zapewnia nas, że nad Włócznią sprawują teraz opiekę i ochronę owi Rycerze Świętej 

Włóczni.   Wydaje   się,   iż   ich   plan   się   powiódł,   albowiem   w   rzeczy   samej   Niemcy   znów   są 
zjednoczone   jako   jeden,   potężny   naród.   Buechner   zmarł   wierząc,   iż   owi   współcześni   rycerze 
chronią Włócznię, nie dopuszczając, by kiedykolwiek dostała się w niepowołane ręce. Czy tak jest 
istotnie? Zapewne dopiero przyszłość pokaże.

Czy   istnieje   obecnie   nowy   zakon,   „Rycerzy   Świętej   Włóczni”,   którzy   kierują   niewiarygodne   moce 
Świętej Włóczni ku osiągnięciu światowego pokoju – co jest kompletnie innym celem, niż ten, do którego 
dążyli wodzowie Trzeciej Rzeszy, wykorzystujący ją w sekretnych rytuałach na Zamku Wewelsburg?

Jerry E. Smith od ponad 30 lat jest autorem, wydawcą i aktywistą. Pojawił się już ponad 300 

razy w różnych programach radiowych i telewizyjnych. Jeździ także z wykładami. Jest autorem 
książki HAARP: The Ultimate Weapon of the Conspiracy („HAARP: Ostateczna broń konspiracji”) 
(1998) oraz współautorem książki Secrets of the Holy Lance: The Spear of Destany In History & 
Legend
  („Sekrety   Świętej   Włóczni.   Włócznia   Przeznaczenia   w   historii   i   legendzie”)   (2005). 
Drugim   autorem   tej   ostatniej   pozycji   jest   George   Piccard,   który   także   napisał   książkę  Liquid 
Conspiracy: JFK, LSD, the CIA, Area 51 and UFOs
 („Płynna konspiracja: JFK, LSD, CIA, Strefa 
51   i   NOLe”)   (AUP,   1999).   Piccard   jest   prawdziwym   człowiekiem   Renesansu.   Nocami   jest 
gitarzystą prowadzącym i wokalistą w „pre-apokaliptycznym” zespole rockowym The Atomiks, za 
dnia zaś nosi garnitur, pracując jako jeden z dyrektorów zarządzających w dziale informatycznym 
jednej z czołowych medycznych firm diagnostycznych.

Autor: Jerry Smith i George Piccard