Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
JEWGIENIJ ŁUKIN
Purpurowa aura protopartoga
Z rosyjskiego przełoŜył Zbigniew Landowski
ROZDZIAŁ 1
ANCZUTKA, wiek nieznany, uciekinier.
Ciekawe, czy kiedykolwiek rosyjskim skrzatom dobrze się Ŝyło? Oj, nie... No,
moŜe
przed chrztem Rusi, ale przecieŜ tych zamierzchłych czasów nikt juŜ nie pamięta
- tak długo
nawet skrzaty nie Ŝyją.
Za carskich czasów popi dziczeli: nadciągnie taki, kosmaty, z kadzidłem, całą
izbę
kadzidłem zaczadzi, kąty ochrzci wodą święconą - ze złośliwości, a od niej
przecie i sierść
wypada, i moc przepada... Trzeba pokłonić się władzom sowieckim: wystrzelali
potworów,
powsadzali, a ci, którzy się ustrzegli, jacyś tacy cisi się stali i
nieszkodliwi...
No, pomyśleliśmy, poŜyjemy sobie... Ale gdzie tam! Za czasów Łuna-czarskiego
jeszcze jakoś to było, ale jak tylko przekazali całą siłę nieczystą z Ludowego
Komisariatu
Oświaty do NKWD - mać twoja, wiedźmo! Rozpoczęły się takie rzeczy...! Do tej
pory
sumienie, bywa, gryzie: zdarzało się przecie, Ŝe na własnych gospodarzy trzeba
było
donosić...
No nic, pocierpieliśmy, przywyknęliśmy... Ale znowu: nadciągnęła chruszczowowska
odwilŜ. Źle było? Wystarczyło tylko jednego, najwaŜniejszego przestrzegać:
trzeba było jak
najdalej trzymać się od kalendarzyka ściennego (takiego z odrywanymi kartkami).
Aby w
czerwone dni pod pionierski salut przypadkiem się nie wpakować... Oj, ludzie,
ludzie!
Musieli znowu wszystko do góry nogami przewrócić! Mało im było złego...
Anczutka zmusił się do przerwania swoich gorzkich rozwaŜań i rozejrzał się.
Dookoła
błyszczało rozlewisko. Woda i ląd leŜały, moŜna by rzec, na jednym poziomie.
Pozostawało
jedynie odgadywać, dlaczego właśnie ten placyk jest zatopiony, a ten oto, dla
przykładu, nie...
A przecieŜ trzeba będzie wracać - wyraźnie zabrnął nie tam, gdzie trzeba: z
trzech
stron woda, brodu nie widać, a tym bardziej - mostu. Gdyby Anczutka umiał
pływać... Ale
pływać Anczutka nie umiał. Jak kaŜdy porządny skrzat, nie mógł nawet pomyśleć
bez drŜenia
o tej tajemniczej czynności.
Cichutko jęknął i pokuśtykał z powrotem. Przywykły do płaskich powierzchni
ludzkich mieszkań, Anczutka z goryczą przyglądał się gruntowi, który co kaŜde
pięć kroków
obowiązkowo podkładał mu jakąś nową świnię: to bruzdę, to chrust...
Ogólnie rzecz biorąc, dzika przyroda zachowywała się złowrogo i złośliwie.
W dodatku okazało się, Ŝe poza terytorium ludzkiego mieszkania prościutka magia
Anczutki całkowicie traciła swoją moc: nawet nie mógł stać się niewidzialny.
Zrozumiał to
będąc jeszcze w granicach miasta, kiedy przedzierając się przez krzaki, usłyszał
zdziwiony
chłopięcy okrzyk:
- Ej! Patrz, jakie wielkie kocisko!...
Innym razem pewnie by się obraził...
Teraz tylko - dla pełnego szczęścia - naleŜało wpaść na któregoś z leśnych
czortów, z
którymi skrzaty od dawna toczyły wojny. Ale miałyby radochę, gdyby mogły tak
wodzić
krewniaka po manowcach, aby zagubił się całkowicie, miejski frajer, w trzy sosny
Strona 1
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
kopany...
No tak, ale przecieŜ juŜ i tak zabłądził...
Nagle całą okolicę wypełnił natęŜony, basowy huk turbin. Nad łęgiem, wstrząsając
i
marszcząc gładź zalanych łąk, drapieŜnie i leniwie zawracało "skrzydło"
amerykańskich
samolotów. Po naszemu, po "łyckiemu" - "ogniwo". Pierwszy leciał zwiadowca,
obciąŜony
podwieszonymi bakami i kontenerami z aparaturą. Eskortowała go grupa osłony.
Mordy
rekinie, czarno-Ŝółte stabilizatory... Reakcyjny, bogoburczy sojusz NATO,
podpuszczony
przez bakłuŜyńską demokrację, uparcie szukał powodu, aby uderzyć zbrojnie na
prawosławny, socjalistyczny Łyck.
Anczutka wspiął się na tylne łapki i z przestrachem pokręcił twarzyczką. Gdyby
chociaŜ udało się określić, w jakim kierunku, gdzie znajduje się ten posterunek
graniczny?...
Wydaje się, Ŝe chyba tam...
Na przedzie, na szmaragdowym wzgórku majaczyło coś jakby znanego, swojskiego, a
dokładniej: dwie pionowo wkopane rury, do których w niepamiętnych juŜ czasach
przyspawano blaszaną tarczę, teraz juŜ wyblakłą i pordzewiałą do niepoznania.
"OBFITOŚĆ -
DROGA DO NAWODNIENIA!" - moŜna było odczytać. Widać, jakieś starodawne zaklęcie,
które zdąŜyło juŜ utracić swoją moc...
Kiedy Anczutka dotarł do tego historycznego pomnika, przykucnął, przylgnął
wyczerpany okrągłymi pleckami do ciepłej, rudej rury. ChociaŜ to nie mieszkanie,
ale mimo
wszystko coś, co zrobiły ludzkie ręce... Nawiasem mówiąc, Anczutka juŜ
odpoczywał pod tą
staroŜytną konstrukcją: niestety - zupełnie niedawno.
"Jeśli mnie czort za nos wodzi - rozmyślał niewesoło - to nie przedrę się...
Nie, nie
lubię tych leśnych pociotków... Jacyś tacy głupawi, chociaŜ krewni..."
A zresztą... Czasy się zmieniają - i, jak to zazwyczaj, na gorsze. Teraz
wszystkim
łyckim siłom nieczystym cięŜko. MoŜe więc leśne bractwo się zmiłuje: pozwodzi,
pozwodzi
po manowcach, a potem, nagle, poczuje współczucie i wskaŜe drogę do granicy...
ChociaŜ Anczutka jest skrzatem z charakterem i nigdy by nie przyjął czarciej
pomocy...
Znowu przymknął powieki, wspomniał z Ŝalem ten pieski dzień, w którym wszystko
znowu się rozwaliło. Było to chyba pod koniec lata, ale którego roku, Anczutka,
jak zwykle,
zapomniał... To ludzka rzecz lata liczyć...
Zaczęło się od tego, Ŝe do niego na strych zaszedł ryŜy, nie budzący zaufania
kot i
zaprosił do piwnicy, gdzie powinno odbyć się jakieś zebranie. Anczutka, rzecz
jasna, zdziwił
się. Zazwyczaj kociska trzymają się oddzielnie i postronnych osób do prania
swoich brudów
nie dopuszczają. Tym bardziej skrzatów, będących ich zdaniem, bezpośrednim
zagroŜeniem
ich kociej wolności. Widocznie stało się coś niesłychanego...
Liczba kotów w piwnicy oszołomiła go. Najwidoczniej zbiegły się z wszystkich
okolicznych podwórek. Anczutce od razu przypomniało się, Ŝe trzy ostatnie dni
były jakieś
niespokojne. Na zewnątrz coś tam piszczało, gruchotalo, ściany dygotały; nawet
mieszkańcy
zachowywali się jakoś dziwnie: kłócili się, aŜ ochrypli, rzucali "mięsem", a z
jakiego powodu
- nawet zrozumieć trudno...
Czarny, wyliniały kocur o bandyckim wyglądzie bezszelestnie wskoczył na oroszoną
wilgocią rurę i zwycięsko popatrzył na zebranych.
- Kiedys'my cierpieli pod jarzmem Janajewa... - miauknął płaczliwie. Kto to
Janajew,
Anczutka nie wiedział, ale tak zaczął się bać, Ŝe części wrzasków nie dosłyszał.
Strona 2
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
To zaś, co
usłyszał, w nieokreślony sposób przypominało okropne, krzykliwe mowy, których
wyŜej uszu
nasłuchał się w lata represji.
A kot ciągnął melizmatycznie:
-...Dziewiętnastego sierpnia dwukrotnie przebiegłem drogę pułkowi KGB! Ryzykując
Ŝyciem! Mruczek świadkiem! Za drugim razem - tuŜ przed gąsienicami! Nawet na
mnie
wrzasnęli: "Precz, czarna zarazo!" A gdzie, pozwólcie spytać, był w tym czasie
Markiz z
mieszkania dwudziestego trzeciego? Dlaczego nie dołączył swojego "miau" do
gniewnej nuty
naszego wspólnego protestu przeciw antykonstytucyjnemu puczowi?...
Tak, tak, włas'nie tak wszystko się rozpoczęło...
Obok Anczutki zaszumiały cięŜkie skrzydła, z obrzydzeniem uniósł lewą powiekę. O
dwa kroki od niego szara wrona o duŜej głowie, z podejrzanie niewinnym wyglądem,
wydziobywała coś z trawki, przy czym - jakby nigdy nic - przysuwała się
stopniowo, coraz
bliŜej i bliŜej, do rury, przy której przykucnął Anczutka. Wyraźnie próbowała
zajść go od
tyłu. NaleŜy przypuścić, Ŝe teŜ skrzata nie rozpoznała i uznała za niezwykle
duŜego kota. A
wiadomo, Ŝe dla wron nie ma większej przyjemności, niŜ podkraść się do kota i
dziobnąć go
w ogon.
- Won!... - wysyczał Anczutka, obraŜony do głębi duszy. W ogóle nie znosił wron
- za
ich kłótliwy obyczaj i skłonności do lewackiego ekstremizmu.
Zaskoczona wrona aŜ przycupnęła, i trzepocąc skrzydłami, z ochrypłym
odstraszającym krakaniem odskoczyła od razu na trzy kroki. Ludzkie,
oczywiście...
Na drogę przed posterunkiem granicznym Anczutka dotarł dopiero w drugiej połowie
dnia. Jak mu się to udało, prawdę mówiąc, sam nie wiedział. Jedno było jasne:
Ŝaden czort go
po tych niezliczonych półwyspach, cyplach i cieśninkach nie wodził - z czarcich
łap nie
wywiniesz się tak szybko...
Gdzieś tam, za laskiem, z wysiłkiem wyły turbinowe silniki. Czując się
bezpiecznie,
Amerykanie latali na lekcewaŜąco niskich wysokościach. Dobrze, niech im
będzie...
Ale z góry rzeczywiście zagraŜały Anczutce od czasu do czasu - wrony... Kłamliwa
plotka o tym, Ŝe po okolicy brodzi skrzat, który zabłądził, podniosłą w
powietrze ich cały
skład osobowy - z pięć ugrupowań bandyckich wraz z ich komendantami polowymi.
Wrony
wykonywały zwroty przez skrzydło i z gardłowym krakaniem, kolejno pikowały na
cel, przy
czym robiły to bardziej z chuligańskich niŜ z politycznych pobudek. Skąd zresztą
mogły
wiedzieć, jaka jest Anczutki platforma polityczna?!
Od czasu do czasu zatrzymywał się, przysiadał z najeŜoną sierścią, unosił na
spotkanie
ataku z powietrza wściekłą twarzyczkę. PrzeraŜone wrony, przenikliwie kracząc,
odlatywały
od niego jak najdalej. Nawet taki skrzat, pozbawiony czarodziejskiej mocy, mógł
spokojnie
przechwycić je w locie i poskręcać tym łajdaczkom karki.
Nie, Anczutka nie bał się wron. Bał się, Ŝe wrzeszcząca i kłębiąca się - podobna
do
unoszonego wiatrem popiołu - chmara zwróci na niego niepotrzebnie uwagę.
śołnierzy
pogranicza zapewne skrzaty i inne drobne siły nieczyste ani trochę nie
Strona 3
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
interesują, celników
zaś tym bardziej, ale przenikliwego wzroku hultajów z kontroli imigracyjnej
pewno nie da się
oszukać...
Przed posterunkiem granicznym wrony rozleciały się, jednak Anczut-ke to wcale
nie
pocieszyło. Nazbyt pośpiesznie to zrobiły. Nękany złymi przeczuciami, lamentując
pod
nosem, ze strachem wyjrzał zza nasypu.
Zobaczył dziwne widowisko: oba brzegi DŜumachlinki leŜały mniej więcej na jednym
poziomie, ale cała dostrzegalna przestrzeń przynaleŜąca do Łycka była zatopiona,
pochłonięta
przez wodę. Tymczasem terytorium BakłuŜyna było suche i ciepłe. Rzeka rozlała
się tylko na
jeden brzeg. Dziwić się zresztą nie było czemu: to, Ŝe BakłuŜyno i Łyck Ŝyją
podług róŜnych
kalendarzy, nie było dla nikogo Ŝadną tajemnicą.
Most przez DŜumachalinkę był zastawiony betonowymi blokami i przegrodzony
szlabanami. Po tej stronie przechadzali się rośli chłopcy w szerokich,
dzwonowatych
brezentowych płaszczach i w głębokich hełmach. Ani twarz ani rąk - wystawały
jedynie
wysunięte podbródki. I spod pach lufy automatów.
Oprócz tego, niedaleko od pancernej kapliczki na gąsienicach, ze wieńczeniem w
formie krzyŜa, zakończonego pięcioramienną gwiazdą - majaczyła parka czarnych
rias.
Kiepska sprawa! Nieomylnym wzrokiem krzata Anczutka wyraźnie dostrzegał jasny
dymek,
otaczający kaŜdego człowieka. Nawet wiedział, Ŝe nazywa się aurą, nieźle tez
rozpoznawał jej
odcienie... U tych dwóch aura była koloru czerwonego z brązowym pobłyskiem.
Trafisz
takim w łapy - moŜesz nie liczyć na miłosierdzie...
Uciekinier posmutniał i z nadzieją przeniósł wzrok na przeciwległy brzeg. Tam za
szlabanem w pasy, wyzywająco beztrosko przechadzali się młodzi ludzie w
niebieściutkich
koszulach z krótkimi rękawami, w róŜnokolorowych spodenkach, wszyscy bez broni.
MruŜąc
oczy i uśmiechając się podstawiali gładkie pyski pod łagodne promienie słońca -
napawali się
Ŝydem Oczywiście, a co im tam!... PrzecieŜ takie rekiny ich ochraniają z
powietrza.
A moŜe poczekać na noc, znaleźć deseczkę i przeprawić się gdzieś tam, niezbyt
daleko?... Nie, strach. Gdyby Anczutka urmał latać. Choć jaka z tego korzyść!
Rzadko który
ptak doleci do środka DŜumachhnki - zestrzelą w locie. A kule to z pewnością
święcone...
Po moście teŜ się nie przemkniesz... A pod mostem?... Pod mostem spokojnie mógł
mieszkać mostowik. Spotkanie, rzecz jasna teŜ nie naleŜałoby do
najprzyjemniejszych, ale
mimo wszystko to nie czort ciągnął go do budowli, a nie do wykrotów... A, przy
okazji, o
budowlach Gdyby udało się dotrzeć do mostu, teoretycznie Anczutce po powrócić
zdolności
magiczne. To znaczy, Ŝe przedzierałby się pod wigarami przez granicę juŜ
niewidzialny...
Tymczasem dwóch w czarnych riasach o czymś tam, najwidoczniej, się dogadało,
podeszli do pancernej kapliczki i - jeden po drugim - zniknęli w jej mroku. Za
nimi
zatrzasnęła się klapa.
Anczutka wyskoczył zza nasypu na pobocze, wystraszył się własnego decydowania,
ale galopem pobiegł do mostu, kryjąc twarzyczkę i usiłując jak tylko moŜna
najbardziej
upodobnić się do niezwykle rosłego, szarego kot z odciętym ogonem.
Na szczęście, po tej i po tamtej stronie DŜumachlinki wszyscy w tej chwili
unieśli
Strona 4
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
głowy - nad granicą przelatywał kolejny sęp z mordą rekina i czarno-Ŝółtymi
stabilizatorami...
Most był betonowy, nieprzyjemny, bez jednego zacisznego kącika. W dole wiało na
przestrzał, jak na wygwizdowie. Od wody ciągnęło chłodem - szczególnie tutaj, w
pobliŜu
lewego brzegu, gdzie woda pluskała o jakieś pół metra od szorstko-śliskiego
spodu
betonowych płyt. Biedny mosto-wik... Jak moŜe tu mieszkać? Zresztą, czy w ogóle
tutaj
mieszka?...
Anczutka niuchał powietrze nozdrzami jak królik. Pachniało starym betonem,
pleśnią i
śmiercią. Cały drŜąc, ruszył dalej - szczęściem, Ŝe biegania po sufitach i
innych odwróconych
powierzchniach skrzat nauczył się juŜ w dzieciństwie. Chlupała woda, na jej
powierzchni
migotały błyski. W płytkiej niszy jednej z podpór mostu Anczutka znalazł
skurczone zwłoki
mostowika. Obok wyschniętego, jakby spieczonego ciałka, leŜała jednorazowa
strzykawka z
ostatnimi kroplami wody święconej.
Samobójstwo?... Popiskując z litości i przeraŜenia, Anczutka obwą-chał sąsiednie
nisze i szybko wykrył kilka igieł, a potem - resztki jeszcze jednej strzykawki.
Wygląda na to,
Ŝe mostowik strzelał sobie w Ŝyłę... Na samą myśl o tym sierść stawała dęba.
Kiedyś tam, za
czarnych czasów jeŜowczyzny, Anczutka z wielkiej rozpaczy, teŜ cichcem popalał
sobie
kadzidło. Jednak potem znalazł w sobie siłę, aby rzucić... Jednak szprycować się
wodą
święconą... To przecieŜ pewna śmierć! Zdarza się, Ŝe nawet po miesiącu moŜe
wykończyć...
Za to odjazd, jak powiadają, diabelski: niektórzy nawet aniołów widzieli...
Sądząc ze wszystkiego, dla miastowej siły nieczystej niedługo nastąpi wspólny,
wielki
koniec. Amen. Wiejskiej pewnie teŜ... wodny ludek cały podtruty w ciągu lat
chemizacji
przywykli do odpadów przemysłowych, a teraz (jeśli wierzyć plotkom), sami
szukają dozy -
za litr kwasu rzekę zatrzymają...
Spodnia powierzchnia mostu ogłuszająco odbijała echa cichych biadoleń Anczutki.
Dotarł prawie do połowy mostu (powierzchnia wody na dole stale się oddalała) -
potem nagle
zamarł i cofnął się. Przed nim, na całą szerokość ziarnistego, betonowego dna
widniał silnie
naciągnięty sznur do suszenia prania, nasączony s'wictymi olejami. Co za
potwory, no nie?
Jednym słowem - ludzie! TakŜe tę drogę odcięli... Skrzat przypatrzył się i
zauwaŜył, Ŝe po
drugiej stronie, o trzy kroki przed przegrodą, ktoś - z rozmachem - naniósł na
beton brązową
farbą olejną magiczne znaki zaklęcia.
Wygląda na to, Ŝe pod mostem się nie przedrze... Widać uciekinierzy
najwidoczniej
nikomu nie są potrzebni: ani Łyckiemu Patriarchatowi, ani BakłuŜyńskiej Lidze
Czarodziei...
PoniewaŜ łycki lewy brzeg - ze względów ideologicznych - odmówił przejścia na
czas
letni, wieczór zapadał tutaj o godzinę wcześniej. Lustra zalanych łąk odbijały
złocisto-róŜowy
zachód słońca. Pomiędzy korzeniami suchego pnia, który na stałe wczepił się
kurczowo
pazurami w nasyp, przy dobrej woli moŜna było zauwaŜyć coś, czego pnie zazwyczaj
nie
mają. Jakaś kula, pokryta czy to mchem, czy to puchem. Od czasu do czasu ten
okrągły
kłębek poruszał się, wzdychał z udręką, co pozwalało wyciągnąć ostroŜny wniosek
Strona 5
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
o jego
przynaleŜności do królestwa zwierząt - juŜ w Ŝadnym wypadku nie do świata
roślin.
Na nieboskłonie jak uprzednio niosły się zgrzyty i buczenie. Od czasu do czasu z
niebios spadał amerykański szturmowiec i z tępym, byczym rykiem przelatywał
koszącym
lotem nad dalekim pastwiskiem. No, wyjaśniło się wreszcie, po co są tu
Amerykanie:
militaryści najwyraźniej straszyli krowy...
Anczutkę trzęsły dreszcze. Stary, wyschnięty do samego środka pień był prawie
jedynym w całej okolicy przedmiotem, do którego zbiegły skrzat mógł przylgnąć
bez
strachu... Do Ŝywych drzew lepiej nawet się nie tulić. Brzozy - patriotki, dęby
- komuchy...
Dobrze choć, Ŝe trawka, z powodu młodości dni swoich jeszcze zielona,
wszystkiemu jest
rada i na razie w politykę się nie pcha. Ciągnie tylko ku słońcu...
Wygląda na to, Ŝe do BakłuŜyna Anczutka nie dotrze... Nawet jeśli jutro uda mu
się
przekraść do terminalu, skrycie dostać się do jakiegoś samochodu wyjeŜdŜającego
za granicę
- wszystko jedno, przecieŜ przejścia granicznego się nie ominie. A tam
rewizja... Wracać teŜ
nie ma dokąd...
Oj, ludzie, ludzie... Najpierw rozwalili państwo, teraz kolej przyszła na
powiaty...
Zresztą silą nieczysta niczym nie jest lepsza!... Na przykład ci z podziemia...
Skąd się w ogóle
wzięli? Przed puczem nikt o nich nic nie słyszał... Na wygląd skrzaty, a jak się
przyjrzeć -
gorsze od czorta!... Wy, mówią, sowieckiej władzy tyłek lizaliście,
współpracowaliście z
organami... No, przypuśćmy, współpracowaliśmy! A gdzie wy byliście wtedy?... A
my,
mówią, w te czasy siedzieliśmy w katakumbach...
No, pokaŜcie mi chociaŜ jedne katakumby w powiecie susłowskim!
Anczutka pokręcił się, moszcząc się wygodniej pomiędzy dwoma korzeniami i szybko
pogrąŜył się w krainie snów. Niestety takich, Ŝe gorszych nie da się nawet
wymyślić. Przyśnił
mu się stary, diabli by go wzięli, znajomy - śledczy z NKWD, Grigorij
Siemionowicz Tych.
Pewnie Sybirak...
- Ach, ty draniu... - z jakimś zdziwieniem popatrzył na śpiącego Anczutkę i
powiedział: - Jeszcze istniejesz, kontro? Przeczysz materializmowi, popi
ogonie?... Jesteś
gorszy od Wrangla, ty ideowa p-prostytutko!...
Anczutka próbował wyjaśnić mu, Ŝe wszystko nie tak, Ŝe nie jest Ŝadnym popim
ogonem - jeśli o tym mówić, to sam doznał wielu cierpień od popów za czasów
carskiego
reŜymu... O, do dziś ma szramę na kolanie - kadzidłem poparzyli...
Oczy Grigorija Siemionowicza rozjaśniły się współczuciem.
- Z nami chcesz się zabrać? - cicho upewniał się. - Ach ty, s-sukinkocie,
kułaczy
bękarcie... Myślisz, Ŝe nie wiemy, w czyjej izbie mieszkałeś do siedemnastego
roku?... No,
nic - daj nam trochę czasu, tylko wykończymy trockistów, to potem do was,
diabłów
nieczystych, się dobierzemy! Całe wasze plemię nieczyste wykarczujemy z
korzeniami... -
Potem, jakby się uspokoił, zmierzył wzrokiem, spytał warkliwie: - No, jak tam
twój nowy
gospodarz?... Ciągle milczy całymi dniami?... MoŜe chociaŜ przez sen
mamrocze?... No, na
przykład o Karolu Radku?...
Nagle skrzat wyczuł niebezpieczeństwo i obudził się. Przeciwległy brzeg jeszcze
pozostawał ozłocony zachodzącym słońcem, a po tej stronie juŜ po złodziejsku
Strona 6
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
skradał się od
drzewa do drzewa zmrok w liliowych, denaturowatych odcieniach. Wprost przed
Anczutka
kłębkiem mroku wzno-
siła się kwadratowa, przyziemista figura w czarnej riasie. Co najgorsze -
dookoła
postaci, jak słoneczna korona podczas pełnego zaćmienia słońca, świeciła
kosmata, nieludzko
silna aura purpurowej barwy...
-
Ktoś' ty? - zabrzmiało z góry.
-
Anczutka... - wyszeptał skrzat, rozumiejąc, Ŝe przepadł. JuŜ lepiej by w
czorcie łapy
się dostał...
Nieznajomy pomilczał, nie pojmując. Rzeczywiście, spotkanie było dziwne: skrzat
-
nagle, na łonie przyrody...
- Co, dom ci się spalił?...
- Nie... - niewesoło odpowiedział Anczutka. - Odszedłem sam... Słowa głuchym
echem odbijały się od wieczornej wody.
- A-a... - nieznajomy ze zrozumieniem pokiwał głową. - Zbieg... A dlaczego
siedzisz?
Chciałeś uciekać - to uciekaj...
Anczutka chlipnął.
- Pływać nie umiem...
Wydaje się, Ŝe nieznajomy uśmiechnął się.
- Ja takŜe... - niespodziewanie przyznał się i postękując, przysiadł obok.
Głośno
skrzypnął pod niespodziewanym cięŜarem stary korzeń. Purpurowa aura nakryła
Anczutkę,
oblewając go ni to Ŝarem, ni to chłodem. Skrzacik zaniemówił, potem ostroŜnie
zerknął
Ŝywym, wypukłym oczkiem. W ciepłym, poŜegnalnym półświetle, napływającym od
bakłuŜyńskiego brzegu, mógł teraz przyjrzeć się swojemu sąsiadowi dokładniej.
MęŜczyzna był przygarbiony i korpulentny. Srokata broda - jak miotła, włosy na
potylicy związane w warkoczyk. Obszerna, wypukła łysina, twarz mroczna,
jednocześnie
gderliwa i drwiąca. Od riasy draŜniąco pachnie kadzidłem i innymi prochami. Na
prawej
stronie piersi przypięty drewniany order, z nieokreślonego powodu wzbudzający
instynktowny strach.
- A ty kto? - odwaŜył się Anczutka.
Nieznajomy chrząknął, wesoło i groźnie zarazem zerknął na skrzata.
- O Afrykaninie - słyszałeś?...
Anczutka tylko jęknął i wcisnął się plecami w spróchniałą korę pnia. Czy słyszał
coś o
Afrykaninie? A kto o nim w Łycku nie słyszał?... Jego imieniem przeganiano
biesy, nie
mówiąc juŜ o reszcie drobiazgu siły nieczystej...
-
No, nie trzęś się, nie trześ się... - Ogromna dłoń niezgrabnie
pogładziła nastroszoną
czuprynkę Anczutki. Skrzat w końcu zaryzykował otworzyć oczka. - Albo ty tak -
od
zimna?...
-
Tak! tak... - skłamał Anczutka.
-
Zaraz sobie ognisko rozpalimy - pocieszył go straszny rozmówca. Podniósł
się,
strzelając stawami. - Mnie coś takŜe ziębić zaczyna... Ano, odsuń się...
Anczutka pośpiesznie odskoczył na cztery kroki od pnia. Afrykanin juŜ się
napręŜył,
podniósł szerokie dłonie i niewyraźnie wymamrotał coś takiego, od czego skrzat
ze strachem
odbiegł jeszcze dalej. Udało mu się zrozumieć tylko kilka słów: "Z iskry -
płomień" - no i
oczywiście: "W imię Ojca i Syna..."
Suchy pień głośno trzasnął, zapłonął - tak wściekle, jakby go ropą podlali.
-
Zobaczą!... - jęknął Anczutka, ze strachem pokazując łapką w stronę
mostu, który
juŜ w połowie zatonął w ciemnościach.
Strona 7
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
A pies z nimi... - obojętnie odezwał się Afrykanin, przysiadając przed
płomieniem
bezpośrednio na trawie. - PrzecieŜ jeszcze nic nie wiedzą... MoŜe przyjechałem
tutaj rybki
łowić... A więc, mówisz, Anczutka, wysiudali ciebie z Łycka?
Anczutka w końcu zawstydził się i spuścił oczka. PrzecieŜ pytał go nie byle kto
- pytał
go wróg numer jeden całej lyckiej siły nieczystej. PrzecieŜ nie będzie skarŜył
się
Afrykaninowi na Afrykanina... Oj!... A moŜe on wcale nie jest Afrykaninem?...
Mógł przecieŜ
specjalnie skłamać! Ludziom to łatwo przychodzi... Nie, jednak to Afrykanin!...
O, jaka
aura... z protuberancjami... AŜ parzy...
-
Wysiudałi... - ze spazmatycznym westchnieniem przyznał się skrzat.
-
Mnie teŜ wysiudali... - w zamyśleniu odpowiedział Afrykanin. Pomilczał,
podrzucił
do ogniska kawałek zgniłego chrustu. - Wyszło na to, Ŝe jesteśmy teraz obaj
zbiegami...
W biednej głowie Anczutki zakręciło się... Co to się dzieje na tym świecie? No,
w
porządku, skrzat, przypuśćmy. śadna persona - pionek... Ale Ŝeby samego
Afrykanina?...
Jeśli tak dalej pójdzie, to pewnie niedługo samego Belzebuba z piekła wymeldują.
Anczutka chciał z lękiem spojrzeć na niespodziewanego towarzysza w nieszczęściu,
ale nie mógł się przemóc. Poczuł natomiast nagły przypływ zaufania, aŜ lekko
jęknął ze
współczucia.
-
Pod mostem przeciągnęli specjalnie sznur... - od razu poskarŜył się z
nadmiaru
uczuć. -1 nasycili świętymi olejami...
-
No, a jak ty chciałeś?... - pochrząkując w niezręcznej sytuacji,
odpowiedział mu
Afrykanin. - Trwa walka z waszym bractwem... Walka...
-
Taa-k... - przybierając obraŜoną minę ciągnął Anczutka. - Walka! No to
by
otworzyli granice, jeśli juŜ walka. Wtedy wszyscy odeszlibyśmy, i koniec... Albo
wybijcie
nas wszystkich do nogi, Ŝebyśmy się nie męczyli... - Ostatnią frazę skrzat
bardziej wychlipał,
niŜ wypowiedział. RozŜalił się i zamilkł.
Do tego czasu ciemności zdąŜyły przedostać się juŜ na terytorium niepodległej
Republiki BakłuŜyno. Szybko ciemniało. Przygasając potrzaskiwało ognisko. Na
moście
włączono parę reflektorów i rozpoczęto szperanie: w górę rzeki, w dół biegu
rzeki... Czy nie
próbuje ktoś wpław przejść państwowej granicy? Płomień na lewym brzegu, moŜna
przypuścić, wzbudził silne podejrzenia zarówno wśród łyckich, jak i
bakłuŜyńskich
operatorów reflektorów. Obu uciekinierów co chwilę oświetlały promienie światła.
- Naiwny jesteś, Anczutka... - w końcu wyrzekł Afrykanin po długim milczeniu. -
Walczyć a likwidować - to zupełnie nie to samo. Powiem ci nawet więcej: u nas, w
polityce -
to zupełnie przeciwstawne pojęcia... - Podrzucił do ognia jeszcze jednego
zgnilca, mądrze
zmruŜył oczy wpatrzone w kołyszące się płomienie i kontynuował ze złośliwym
uśmieszkiem: - Przypuśćmy, Ŝe chcesz rozpić naród... Wtedy ogłaszasz walkę z
alkoholizmem... Aby rozprzęgła się dyscyplina - ogłoś walkę o jej wzmocnienie...
A
likwidują, Anczutko, zupełnie inaczej... Likwiduje się tak: pac - i nie ma!...
śadnego hałasu,
Ŝadnej walki... Była siła nieczysta - nie ma siły nieczystej. Nie wierzysz - idź
popatrz, o tam,
na ścianie wisi dekret: nie istnieje... Z dniem dzisiejszym zostaje odwołana.
Data i podpis...
Znowu zakaszlał, nachylił się, nisko zsunął srokate brwi, wpatrzył się w
ognisko.
Strona 8
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Albo, powiedzmy, Ŝe tak... - powiedział zduszonym głosem, jakby sam do siebie.
-
Był cudotwórca Afrykanin - nie ma cudotwórcy Afrykanin?... T-tak...
Anczutka słuchał i tylko mrugał oczyma. Mało zrozumiał z tego, co usłyszał,
poniewaŜ w polityce nie bardzo się orientował. Jedno było jasne: źle teraz
Afrykaninowi.
MoŜliwe, Ŝe nawet gorzej niŜ samemu Anczutce.
Nagle jakby ktoś uderzył pałką po ognisku. Przepalony juŜ prawie na wskroś' pień
jęknął i rozpadł się, osypując uciekinierów iskrami i rozpalonymi do białości
węgielkami.
Anczutka podskoczył, otrzepując sierść. Afry-kanin powoli odwrócił głowę i z
natęŜeniem
popatrzył w zmrok pocięty na pasy światłem reflektorów.
-
Och, bo się tam do mnie dostrzelacie!... - wywarczał. Anczutka w końcu
zrozumiał,
Ŝe to któryś' z pograniczników strzelił do ich ogniska z karabinka
snajperskiego.
-
Mają poświęcone kule... - szybko uprzedził.
-
Wiem... - westchnął Afrykanin. - Sam je poświęciłem...
Zgiął się, stał się jeszcze bardziej przygarbiony. Z jakiegoś powodu zaczął
powoli
rozsznurowy wać wysokie wojskowe buty. Zdjął je, związał sznurowadła w jeden
węzeł, z
westchnieniem powstał. Powiesił obuwie na ramieniu, a potem nagle pochylił się
ku Anczutce
i otwierając, jakby z wielkim wysiłkiem, głębokie, zmęczone oczy, spojrzał
skrzatowi aŜ w
głąb duszy.
- Więc, przyjacielu, mamy teraz przed sobą jedną drogę...
Te wymówione ochrypłym szeptem słowa z jakiegoś powodu sprawiły, Ŝe Anczutka
zadygotał. Zapowiadały coś okropnego... Afrykanin wziął skrzata w wielkie dłonie
i zaczął
zstępować w dół, ku wodzie. PrzecieŜ sam powiedział, Ŝe teŜ nie umie pływać!...
Pewnie
gdzieś w zaroślach skrył łódkę... Anczutka ucieszyć się tą swoją myślą nawet nie
zdąŜył,
poniewaŜ w następnej sekundzie promień reflektora oświetlił brzeg, nie ukazując
nigdzie ani
łódki, ani zarośli...
"Idzie się utopić!" - przemknęło się nagle przez głowę Anczutce, a serduszko
zabiło
strasznie szybko.
No jasne! Wycofać się nie ma dokąd, do przodu teŜ nie majak... Zaraz nas utopi!
Anczutka skrzywił się i wczepił z całej siły czterema łapkami w pachnącą
kadzidłem riasę,
wcisnął w nią swoją mordkę, jakby chciał oszołomić się, na ile się da, chociaŜby
takim
słabym środkiem odurzającym.
Na dole zamlaskało, potem zachlupało, pociągnęło chłodem. Woda, jak moŜna
przypuszczać, podchodziła coraz wyŜej. Brzeg stromy, pewnie
jeszcze krok - i śliskie dno na zawsze odpłynie spod niedźwiedziowatych stóp
Afrykanina... Ale z oddali dobiegi wybuch ludzkich krzyków, odbijając się od
powierzchni
rzeki... Ciekawość zwycięŜyła. Anczutka nie wytrzymał, ostroŜnie otworzył na
wpół jedno
oko - ku swojemu wielkiemu zdziwieniu dostrzegł, Ŝe wraz z Afrykaninem prawie
juŜ doszli
do połowy DŜumachlinki.
Uparcie nachylając łysinę i opierając brodę o piersi, cudotwórca w niełasce
przekraczał państwową granicę po wodzie, niczym po lądzie. Oba reflektory od
dawna juŜ
trzymały jego przysadzistą, korpulentną postać w skrzyŜowanych promieniach. Spod
bosych,
niedźwiedzich stóp Afrykanina przy kaŜdym kroku rozbiegały się po pochylonej
rzecznej
gładzi błyszczące, koncentryczne kręgi... Jeśli moŜna dowierzać uszom, na moście
działo się
Strona 9
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
coś niewyobraŜalnego: bieganina, bałagan... Potem, jakby oprzytomnieli, z lewego
brzegu
zaczął strzelać karabin maszynowy. Pierwsza seria rozpruła powietrze tuŜ obok,
Anczutka
jęknął, znowu zarył twarzyczką w riasie.
Afrykanin z niezadowoleniem pokręcił głową - karabin zaklinowało. Opleciony
korzeniami drzew bakłuŜyński brzeg był juŜ o dziesięć kroków od naruszyciela...
ROZDZIAŁ 2
ŚWIADECTWO HISTORYCZNE, wieku nie podano, dokument
Łyck i BakłuŜyno od niepamiętnych czasów rywalizowały. Nieustannie albo
najeŜdŜały na siebie, albo urządzały wściekłe boje - w czasie wojen domowych
dochodziło
nawet do walk na szable. Jednak juŜ w latach pierwszych pięciolatek świadomość
mieszkańców zauwaŜalnie wzrosła, liczba kułackich i pozostałych rozpraw
fizycznych
zmniejszyła się, wyrównywanie rachunków przybrało formę donosicielstwa (typu
pisemnego), a potem przekształciło się całkowicie w socjalistyczne
współzawodnictwo...
Dopiero współcześnie, po rozpadzie susłowskiego powiatu, antagonizm dwóch byłych
gmin,
a teraz państw, nabrał jasno wyraŜonego ideologicznego charakteru. Gdy w Łycku
do władzy
doszli prawosławni komuniści, to w wyborach w BakłuŜynie zwycięstwo przypadło
ruchowi
spo-łeczno-politycznemu "Czarownicy za demokrację".
Było to w pełni naturalne. Nie na darmo przecieŜ w carskich czasach wszystkich
mieszkańców Łycka przezywali bigotami, a BakłuŜyna - znachorami, szamanami.
Gdy przegląda się archiwalne dokumenty, natrętnie nasuwa się myśl, Ŝe Łyck i
BakłuŜyno najbardziej ze wszystkiego na świecie obawiały się jednego - Ŝe nie
daj BoŜe,
nawet przypadkiem, znajdą się po tej samej stronie barykady. W dokumentach
historycznych
pierwsza wzmianka o ich wzajemnej wrogos'ci pokrywa się czasowo z podniesieniem
do
rangi cesarskiej rodu Romanowych, kiedy Łyck jednogłośnie uznał za prawowitego
władcę
Michaiła Fiodorowicza, a BakłuŜyno tak samo zdecydowanie podtrzymało któregoś z
kolejnych ŁŜedymitrów... Pogodnego letniego dnia watahy hultajskich kozaków
Zaruckiego i
heretyków Mariszki przeszły DŜumachlinkę i okrąŜyły drewniano-ziemne wały Łycka.
Według jednych źródeł, prowadził ich ataman Niepokój-Karga, według innych (mniej
wiarygodnych) ataman Bałowień. Jednak wszystkie - bez wyjątku - źródła twierdzą,
Ŝe
buntowników na Łyck poprowadzili właśnie bakłuŜynianie.
Nie moŜna było oczekiwać litości. Zwyczaj atamana Bałownia (jak zresztą
wszystkich
innych ówczesnych atamanów) nabijać jeńców prochem we wszystkie miejsca intymne,
a
potem go podpalać, był podówczas powszednie znany. Odeprzeć atak takŜe nie
wydawało się
moŜliwe, w związku z kompletnym zniedołęŜnieniem miejskich murów i zdecydowaną
przewagą zbrojną przeciwnika. Ponadto jeden ze znachorów bakłuŜyńskich, który
przyłączył
się do kozaków, uŜył ziół rozrywających i z ich pomocą wybił zawiasy z wrót
twierdzy...
I wtedy, oczywiście uznając, Ŝe czas juŜ zatroszczyć się nie tyle o grzeszne
ciała, ile o
nieśmiertelne dusze, mieszkańcy wyspowiadali się, przyjęli komunię i poszli na
spotkanie
śmierci z cudotwórczym obrazem Łyckiej Matki BoŜej.
Co było dalej - wiadomo. Jak tylko procesja ze śpiewem i płaczem ukazała się na
szczycie rozpadającego się wału ziemnego, któryś z rozbójników
(najprawdopodobniej takŜe
bakłuŜynianin) wypalił z piszczelą do ikony, a co naj straszniejsze - trafił.
Oblegających w tej
samej chwili ogarnęło szaleństwo, z bronią w ręku rzucili się sami na siebie i,
Strona 10
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
ponosząc
wielkie straty, rozproszyli się sami...
Nawiasem mówiąc, znany rosyjski historyk Kostomarow powątpiewał w
wiarygodność tej legendy, wskazując, Ŝe coś podobnego miało miejsce wcześniej,
przy
okrąŜeniu Nowogrodu przez suzdalców. Nie naleŜy mieć mu tego za złe. Przy całej
swojej
przenikliwości uczony po prostu nie mógł przewidzieć, Ŝe w 1919 roku cud się
powtórzy. A
cud się powtórzył. Tylko Ŝe tym razem cudotwórcza ikona rozproszyła juŜ nie
hultajskich
kozaków i heretyków Mariszki, ale - aŜ strach powiedzieć! - pułk gwardzistów
Armii
Czerwonej imienia towarzysza Marabuta (moŜliwe - Mirabeau). Niestety, opierać
się w tym
przypadku moŜemy jedynie na ustnych przekazach, poniewaŜ dokumentów,
potwierdzających
to oszałamiające zdarzę-
nie, w archiwum odnaleźć się nie udało. Najpewniej papiery te zostały trochę
później
usunięte i zniszczone na osobiste polecenie Ławrentija Paw-łowicza Berii...
Niezrozumiały, co prawda, pozostaje fakt, dlaczego wkrótce potem cudotwórcza nie
zmusiła do ucieczki trzech bakłuŜyńskich czekistów, którzy przyszli zarekwirować
ją ze
świątyni. Widocznie ojczulek najzwyczajniej w s'wiecie przestraszył się wyjść z
ikoną im na
spotkanie...
W latach budownictwa socjalistycznego walka dwóch centrów gminnych sprowadzała
się głównie do tego, Ŝe Łyck i BakłuŜyno na wszelki sposób pomagały władzy
radzieckiej
szkodzić sobie wzajemnie. A władza Rad, zazwyczaj szła im na rękę: to
rozpoczynała walkę z
religią, to ze szkodliwymi przesądami i zabobonami...
Jedyne, co łączyło wtedy dawnych rywali - to głęboka nieprzyjaźń do powiatowego
centrum. Tak naprawdę ta antypatia zrodziła się wtedy, gdy Paweł Pierwszy, z
właściwą sobie
nieprzewidywalnością, zaliczył BakłuŜyno i Łyck do osiedli, a pierwszeństwo
oddał -
komu?... Nawet wspominać głupio, jakie to było wtedy miasteczko, jak się
podówczas
nazywało!...
Tym razem wszystko ograniczyło się tylko do nieprzyjaźni - nie doszło do
nienawiści.
Miasto Susłow było zawsze na tyle przeciętne, Ŝe rywale nie mogli odnosić się do
niego
zupełnie powaŜnie, nawet przy najszczerszych chęciach... Wystarczy powiedzieć,
Ŝe kiedy
świętujący Rosjanie, po rozwaleniu socjalistycznego państwa, rzucili się
radośnie do
przywracania miastom i wsiom ich odwiecznych nazw, Susłowa nie udało się
przemianować.
Do 1982 roku, jak się okazało, nazywał się Boncz-Bruje-wiczynem, a poprzednie
miano,
nadane mu z serca przez Pawła Pierwszego, brzmiało zupełnie nieprzyzwoicie.
Wtedy
zatrudniono etnologów. Ci przerzucili wszystkie archiwa i odkryli, Ŝe miasteczko
było znane
jeszcze w XV wieku: nazywało się podówczas takŜe Susłow, ale nie dla
upamiętnienia
wybitnego ideologa i członka Biura Politycznego KC KPZR, lecz dla uczczenia
najzwyklejszego pod słońcem susła...
Przez dwa kolejne stulecia Łyck i BakłuŜyno, s'ciskając zęby, uznawały
pierwszeństwo tego biednego osiedla - i oczekiwały swojej godziny. Kiedy zaś
czas nastąpił...
Teraz juŜ ani Moskwa, ani powiatowe centrum, ani nawet Paweł Pierwszy nie byli w
stanie
przeszkodzić dwu niepodległym państwom rozliczać się między sobą za przeszłe
Strona 11
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
krzywdy i
obrazy.
Największą z krzywd było przetrzymywanie w bakłuŜyńskim muzeum
etnograficznym cudotwórczej ikony Matki BoŜej Łyckiej, zarekwirowanej swojego
czasu
przez trzech antychrystów w skórzanych płaszczach.
Prawosławni komuniści juŜ kilkakrotnie Ŝądali natychmiastowego zwrotu relikwii,
na
co Liga Czarodziei niezmiennie odpowiadała odmową, uzasadniając swoją decyzję
tym, Ŝe w
chwili rozpadu powiatu konkretne dzieło sztuki znajdowało się na terytorium
BakłuŜyna,
zatem jest majątkiem republiki.
Bitwa pancerna pod chutorem Wieprzniki (niegdyś - kołchoz "Światły pucz"), w
której, wedle plotek, z jednej strony wzięło udział dziewięć pojazdów, a z
drugiej - siedem, w
Ŝaden sposób nie zmieniła sytuacji ikony. Jak zresztą ostrzał artyleryjski
DŜumachły...
ChociaŜ, jeśli chodzi o to, szczerze mówiąc, wszystko wygląda mocno podejrzanie.
No, ostrzał - dobrze, uwierzymy, ale skąd, powiedzcie mi, w byłych gminach
wzięły się
czołgi? W Susłowie - tak, do tej pory stoi tam na obrzeŜu miasta jakaś jednostka
pancerna, ale
wszystkie czołgi są na miejscu. Amerykanie takŜe, jak mówią, nie sprzedawali...
Nikt nie
sprzedawał! Skąd więc broń pancerna?...
A moŜe nie było Ŝadnej bitwy?... Ale z drugiej strony - jak to nie było?
PrzecieŜ wisi,
o tu, w łyckim ErmitaŜu batalistyczne płótno artysty Leon-cja Dosiudy
"Bohaterski czyn
protopartorga ", gdzie płomienny lider prawicowych radykałów Łycka Afrykanin, w
powiewającej riasie, na tle na pól zburzonej wieŜy ciśnień rzuca butelkę z wodą
święconą w
gąsienicę (na którą rzucono urok!) wrogiego czołgu! Czołg, co prawda, namalowany
jest
niewyraźnie, w obłoku pyłu... i w ogóle czuje się, Ŝe artysta niezbyt dobrze się
znał na
wojskowym sprzęcie. Sądząc po konturach wieŜyczki i lufy, na Afrykanina,
najprawdopodobniej, najeŜdŜa samobieŜne działo typu "Ferdynand", co juŜ, rzecz
jasna, jest
wysoce mało prawdopodobne...
Krótko mówiąc: doszło czy nie doszło do tej pancernej bitwy pod chutorem
Wieprzniki, to jednak wywołała wielki popłoch i międzynarodowy skandal. Niedługo
potem,
na lotnisku byłego powiatowego centrum wylądował liniowiec ze specjalną komizją
ONZ na
pokładzie.
Prawosławni komuniści do Łycka jednak jej nie wpuścili, twierdząc, Ŝe komisja
została przysłana w celu szpiegostwa przemysłowego, a wspomniany wyŜej
protopartorg
Afrykanin, kiedy dowiedział się o zbliŜającej się wizycie, wezwał do zniszczenia
bogoburczych imperialistów jeszcze w powietrzu; przy czym nawet pofatygował się
osobiście, pojechał i poświęcił wszystkie sześć rakiet porzuconego systemu
Obrony
Przeciwlotniczej...
Doszło do tego akurat wtedy, kiedy ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych
wdepnął w kolejną przygodę erotyczną i pełzał z lupą po mapie półkul, nie
wiedząc, kogo by
tu jeszcze zbombardować!
Nad byłym susłowskim powiatem zawisła realna groźba: mógł stać się nowym
zapalnym punktem planety... Tym bardziej, Ŝe po wstąpieniu Astra-chania do NATO
i
wprowadzeniu Szóstej Floty USA na Morze Kaspijskie amerykańskie lotnictwo
pokładowe
mogło łatwo dosięgnąć wszelkich interesujących je celów. Niedługo później, z
pokładu
Strona 12
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
desantowego helikop-terowca "Tarava", idącego pełną mocą do Łycka po Wołdze-
Kuropatwie, wzleciał i wylądował na stołecznym, bakłuŜyńskim lotnisku "latający
wagon".
Miejscowe damy wyplamiły Amerykanów szminką od stóp do głów, zasypały kwiatami.
A
następnego dnia, w realizującej lot zwiadowczy "Ni-ght Marę", diabli wiedzą
dlaczego,
odmówiło posłuszeństwa osiem pokładowych systemów komputerowych - i samolot
runął do
DŜumchalinki...
Teraz zaczęli świętować i w Lycku. Naród, dowiedziawszy się o wydarzeniu,
śmiejąc
się i płacząc z radości, wyległ na udekorowane flagami aleje. Zupełnie sobie
nieznani ludzie
obejmowali się, gratulowali sobie nawzajem. Jedyne, co psuło atmosferę ogólnego
święta
było to, Ŝe pilot "Night Marę" był Ŝywy i został (jak to przyjęte u Amerykanów)
uratowany z
pomocą helikoptera...
W rozmowie z zagranicznym korespondentem protopartorg Afrykanin ogłosił, Ŝe
jakoby samolot zwiadowczy zniszczył łyckie siły obrony powietrznej. Kiedy
dziennikarz (nie
bez złośliwości) zapytał: jakie konkretnie?, lider prawicowych radykałów
zarozumiale
odrzekł, Ŝe najwaŜniejsze, by nie zbrakło wiary, a zestrzelić moŜna z
czegokolwiek...
Środki masowej informacji USA, tak samo jak niepodległej Republiki BakłuŜyno,
zachowały wstydliwe milczenie. Rezultaty śledztwa, przeprowadzonego wspólnymi
siłami
kapelanów Szóstej Floty i przedstawicieli BakłuŜyńskiej Ligi Czarodziei, z
określonych
przyczyn nie zostały ujawnione prasie...
Kontakty siły nieczystej to w ogóle rzecz niebezpieczna - szczególnie wtedy,
kiedy
oba gatunki przez długi czas rozwijały się w całkowitej izolacji od siebie.
Jeśli nasze skrzaty
są (zgodnie z legendą) zruszczałymi czortami, to amerykańskie gremlinsy, sądząc
z tatuaŜy na
ramionach, wdarły się do lotnictwa z floty, przy czym zrobiły to stosunkowo
niedawno - na
samym początku XX wieku. Najpierw specjalizowały się w silnikach, a potem zajęły
się - w
ramach podnoszenia kwalifikacji - aparaturą pokładową...
Jednak w tym wypadku władze poraziło coś innego: przecieŜ "latający wagon" tylko
przez dwie godziny stał na byłym pastwisku (dziś' - lotnisku wojskowym
BakłuŜyna)! I tych
dwóch godzin gremlinsom Szóstej Floty zupełnie wystarczyło, Ŝeby zaopatrzyć się
u
miejscowych skrzatów w kadzidło z przemytu! A do kadzidła, nawiasem mówiąc, teŜ
konieczne jest przyzwyczajenie. I trzeba dobrze znać dozy... Tak więc moŜna
powiedzieć, Ŝe
pilot "Night Marę" uratował się cudem.
Oczywiste, Ŝe rozpoznanie lotnicze przyszłych celów zostało czasowo wstrzymane,
a
jakiekolwiek lądowania na terytorium BakłuŜyna (z wyjątkiem przymusowych)
kategorycznie
zakazane. Zaś protopartorg Afryka-nin z rozpędu został ogłoszony międzynarodowym
terrorystą politycznym...
ROZDZIAŁ 3
GLEB PORTNIAGIN, lat czterdzieści cztery, prezydent
Lewe przednie koło odpadło na samej alei - dokładnie naprzeciw muzeum
etnograficznego. Uzyskując niezaleŜność, jeszcze jakiś czas toczyło się obok
limuzyny,
jadącej akurat dosyć szybko pod górkę. Potem zaczęło powoli skręcać w lewo,
wyraźnie
mając zamiar przeciąć białą linię środka jezdni i wyskoczyć na przeciwległy pas
Strona 13
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
ruchu.
Limuzyna nie od razu wyczuła stratę: zaczęła chromać na utracone koło dopiero po
kilku sekundach. Metalowe zawieszenie otarło się o asfalt, wystrzeliły tęczowe
iskry -
kierowca pospiesznie zahamował.
Stal z piskiem wcięła się w powierzchnię jezdni, iskry (teraz juŜ nie tęczowe,
ale
oślepiająco białe) wystrzeliły jak opiłki spod piły tarczowej. Lśniący ślad
hamowania był
podobny do rysy pozostawionej na lodzie przez łyŜwiarza.
Z przodu słychać było głośny chrzęst bitego szkła. Koło, które zbiegło, zderzyło
się z
jakimś pojazdem jadącym w przeciwnym kierunku i ponownie nabrało prędkości -
tocząc się
po uprzedniej trajektorii, ale w przeciwnym kierunku.
Szofer limuzyny siedział nieruchomo jak martwy.
- Grisza... - rozległ się z tyłu pełen wyrzutu miękki głos prezydenta. - Jako
kogo
wziąłem ciebie do roboty?
Szofer milczał. Patrzył na nieuchronnie zbliŜające się koło.
- Czarodziei, Grisza, w garaŜu nie potrzebuję... - ciągle tak samo powoli i w
zamyśleniu ciągnął prezydent. - Mam ich w parlamencie do cholery i ciut-ciut...
Koło jakimś cudem ominęło przekrzywioną limuzynę - i z tyłu rozległ się
analogiczny
chrzęst. Pewnikiem przywaliło w dŜipa z ochroną.
- No, dobrze... - ze zdziwieniem wyrzekł prezydent. - Przypuśćmy, Ŝe nie byłeś
pewny
jakiejś mutry, zakląłeś ją... Grisza! Ale przecieŜ wiedziałeś, Ŝe pojedziemy
obok
etnograficznego! Na co ty liczyłeś? Nie mogę pojąć...
W samochodzie pociemniało. Z zewnątrz do kuloodpornych szyb przy-kleiły się
przeraŜające mordy, wykrzywione grymasami trwogi. Jedna piękniejsza od drugiej.
Security...
-
No, ale dzionek... - westchnął prezydent, otwierając drzwiczki limuzyny.
Będąc
rosłym, dorodnym męŜczyzną, nie lubił zamkniętych przestrzeni, zawsze poprawiał
mu się
humor, kiedy opuszczał samochód (o czym zresztą doskonale wiedzieli wszyscy mu
bliscy).
Z widoczną przyjemnością rozprostował się na całą swoją, rzadko spotykaną,
wysokość. Szef
Ligi Czarodziei BakłuŜyna odświeŜył się wewnętrzną energią i oczyścił czakry.
Nad jego
doskonale leŜącym garniturem unosiła się rozłoŜysta aura w złocistych
odcieniach,
dostrzegalna (nawiasem mówiąc) tylko dla nielicznych.
-
Jest pan cały, Glebie Kondratyczu?... - z pełnym szacunku przestrachem
wyszeptał
referent, który jakoś wcisnął swoją twarzyczkę między potęŜne plecy mordziastych
ochroniarzy.
Nie odpowiadając i nawet nie spoglądając w stronę młodzieńca, prezydent obrzucił
niezadowolonym wzrokiem pozbawiony lewego reflektora małolitraŜowy samochód i
osłupiałego właściciela, stojącego nieopodal z kluczem narzędziowym w opadłej ze
zdziwienia ręce. Tak, zgłupiał facet... Przyznacie chyba, Ŝe nie kaŜdemu dano,
tak za frajer,
pocałować się z lewym przednim kołem prezydenckiej limuzyny.
- Szkody - zrekompensować... - rozkazał niezbyt głośno Gleb Portniagin i
rozejrzał się
z jak najbardziej roztargnioną miną.
Roztargnienie, nawiasem mówiąc, było tylko maską. W odróŜnieniu od nas, zwykłych
wyborców, szef BakłuŜyńskiej Ligi Czarodziei zauwaŜał wszystko - takŜe i to, co
niewidoczne.
Po tej stronie alei szła dziewczyna, wyŜsza niŜ przeciętny człowiek, z tak
Strona 14
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
zarozumiałą
twarzą, Ŝe chciało się ją podświadomie nazwać pięknością. Czarna wieczorowa
sukienka, w
ręku torebka z ziarnami słonecznika... Rzucić zaklęcie na te ziarenka, czy
nie?... Co tu, do
diabła, jest grane? Zaraz ma przybyć komisja specjalna ONZ, a cała aleja - w
łupinach!...
Widząc przechyloną na przednie koło limuzynę, zatrzymała się i z zachwytem
wpatrywała się w prezydenta. Ten przyglądał się jej, zwrócił uwagę, Ŝe
dziewczyna paraduje
w aurze w poprzeczne paski... Ach, te modnisie... Ile musiała wszcząć awantur
bez powodu w
swojej rodzinie? Ile altruistycznych usług musiała oddać swoim zaklętym wrogom,
Ŝeby
stworzyć taką zebrę?... A najzabawniejsze, Ŝe dziewczyna nie była wiedźmą, a
więc nie
mogła nawet napawać się swoją "marynarską" aurą...
Z nieba dobiegł warkot i szum. Prezydent - ciągle z takim samym roztargnionym
wyrazem twarzy - podniósł głowę. Nad stolicą zawracało skrzydło bojowych
samolotów,
szczerząc jak rekin swoje zębiska. Sojusz NATO gotowy był w kaŜdej chwili
obronić
bakłuŜyńską demokrację przed zagroŜeniami ze strony łyckich zabobonów.
Dobrze byłoby wspomnieć Matwieiczowi, Ŝeby działał w DŜumachle ostroŜniej...
PrzecieŜ z góry wszystko widać jak na dłoni... Jakie u nich pojemniki...
wszystkie pełne
aparatury... szpiegowskiej...
Prezydent odwrócił się, ze skupioną uwagą obejrzał budynek muzeum
etnograficznego.
- Dawno tutaj nie zaglądałem... - wyrzekł zamyślony i podszedł do szerokiej,
paradnej
werandy, ruszył w górę po schodach. Ochroniarze poszli za nim z całkowitym
brakiem
zainteresowania na mordach. Dawno juŜ przywykli do nieoczekiwanych decyzji
swojego
niespokojnego patrona. Właściwie wielki człowiek powinien być
nieprzewidywalny...
W przestronnym i trochę ciemnym westybulu muzeum bielało marmurowe popiersie...
Nie, nie, nie Gleba Portniagina. Po pierwsze, prezydent byl skromny, nie
cierpiał lizusów, a
po drugie, jaki normalny czarodziej pozwoli się brać pod włos? Nawet strach
byłoby
pomyśleć, co by się stało, gdyby jego rzeźbiony portret trafił w cudze ręce!
Gotowe narzędzie
do rzucania uroków...
Nie naleŜy takŜe zapominać o takich przypadkach, kiedy urok zadaje się przez
pomniki jakby sam z siebie. JuŜ przed wiekami obliczono i wielokrotnie uściślono
tak zwaną
masę krytyczną pomników wystawianych za Ŝycia, przekroczenie której sprawiało,
Ŝe
portretowany obiekt dotykały paraliŜ, tępota i szybki krach polityczny - nawet
bez interwencji
jakichkolwiek wrogich sił.
Jednak wracajmy do westybulu...
Na kawałku granitowej kolumny złośliwie uśmiechała się marmurowa głowa starego i
wydawałoby się niezbyt trzeźwego satyra. Dokładnie tak wyglądał kiedyś
nauczyciel Gleba,
znany bakłuŜyński czarodziej Jefrem Niedobrow. MoŜna juŜ było go lepić i rzeźbić
- nawet w
całej okazałości, poniewaŜ dwadzieścia cztery lata temu zmarł w spokoju i
szczęściu na
oddziale odwykowym powiatowego szpitala imienia Mendelejewa.
Gleb Portniagin zatrzymał się przed popiersiem i z Ŝałosnym wyrzutem spojrzał w
mleczno-białe źrenice nauczyciela. Wcześnie, wcześnie odszedłeś, Jefremie...
Taka jest ta
wódka... Pamięta jeszcze, jak Gleb, naiwny, dopiero co wyzwolony adept,
przyszedł wprosić
Strona 15
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
się na ucznia do Niedobrowa, czarodziej akurat wychodził z kolejnego zapoju.
- Czarować kaŜdy dureń potrafi... - mrocznie powiedział, po wysłuchaniu
poplątanego
przemówienia gościa. - NajwaŜniejsze umieć potem się z tego wykręcić... Natura
jest bardziej
dociekliwa niŜ prokurator! I próbuje, suka, pod szubienicę ciebie dotaskać...
Gleb zapamiętał te prorocze słowa na cale Ŝycie i zawsze zachowywał ostroŜność.
Tak
więc, kiedy został prezydentem, ku zadziwieniu Ligi, nie odwołał wszystkich
zakazów -
nawet takich, które zostały wydane jeszcze przez władzę radziecką, chociaŜ miał
pełne
pełnomocnictwo. Co prawda zezwolił saperom mylić się dwukrotnie, ale na tym
poprzestał.
Dlatego perpetuum mobile pierwszej generacji w BakłuŜynie do tej pory
rekwirowano -
dokładnie tak samo jak w Łycku, kary zaś wymierzano za to wyŜsze niŜ tam...
Rację prezydentowi przyznano dopiero wtedy, kiedy światowa społeczność została
wstrząśnięta wiadomością o fenomenie carycyńskim. Jak później się wyjaśniło,
tamtejszy
burmistrz osobistym rozporządzeniem wstrzymał w granicach miasta działanie
zasady
zachowania energii... Znalazł sobie, rozumiecie, lekarstwo na kryzys
energetyczny!... Całe
swoje meeaoolis zamknął w czarnej dziurze - to nie Ŝarty!
O, Amerykanie w tej dziedzinie to chwaty. Cokolwiek by się zdarzyło - i duch
prawa
zachowują, i literę. Tam, u nich, za naruszenie prawa Ohma albo, powiedzmy,
prawa
powszechnej grawitacji, w wielu wypadkach grozi najwyŜszy wyrok - i Ŝadną
reanimacją nie
da się wykręcić...
Gleb Portniagin postał przed popiersiem, potem ruszył dalej.
Z tyłu posągu, na tylnej ścianie błyszczało świeŜym lakierem ogromne płótno,
odtwarzające słynną bitwę czołgów pod chutorem Wieprzniki. Kompozycyjnym centrum
obrazu, bez wątpienia, była postać nieznanego czarodzieja, pełna nieludzkiej
koncentracji,
zagradzającego drogę wrogiej armadzie. Pomiędzy wzniesionymi dłońmi bohatera
powstawała rozwidlająca się błyskawica, spopielająca kilka celów za jednym
zamachem.
Zorientować się, jakie to były cele, było dosyć trudnym zadaniem, poniewaŜ
wieŜyczki
opancerzonych potworów ogarniały silne płomienie...
Barwy - niezłe, jaskrawe, ale energetyka, uczciwie mówiąc, taka sobie... Oddać
płótno
do podladowania? Lepiej nie, bezsensowne. Jak tylko wróci do westybulu - od razu
znowu
poziom opadnie...
Mięsiste wargi Portniagina lekcewaŜąco skrzywiły się, o mało nie pozbawiając
przytomności dyrektorki muzeum. Zresztą staruszka prawie co dzień i bez tego
przy
najmniejszej okazji popadała w histerię...
Nad trzęsącym się, rozkołysanym ramieniem cierpiętnicy bledniała smutna fizis
referenta. Młodzik był w rozpaczy. Jego zdaniem prezydent wstąpił do
etnograficznego tylko
po to, Ŝeby raz jeszcze zademonstrować otoczeniu swoje wyjątkowe samoopanowanie.
Ale
przecieŜ juŜ wyznaczono spotkania! Ludzie - czekają.'... Do czorta z tym
odczarowanym
kołem wraz z szoferem Griszą!...
Tym razem referent całkowicie błędnie zrozumiał prawdziwe intencje wysokiego
kierownictwa. Głupawa, na pierwszy rzut oka, historia ze zbiegłym kołem
zaniepokoiła
prezydenta na tyle, Ŝe był gotów odwołać wszystkie wyznaczone na dziś spotkania
i
wieczorne posiedzenie Ligi na dodatek.
Szef bakłuŜyńskich czarodziei przywykł dowierzać swojej intuicji. A intuicja
Strona 16
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
podpowiadała mu, Ŝe nadchodzi coś niedobrego... Jeszcze raz uwaŜnie obrzucił
spojrzeniem
westybul. Pomieszczenie było całkowicie
puste, jeśli, oczywiście, nie brać pod uwagę obecnych tutaj ludzi. Tylko raz
mignął w
otwartych drzwiach lewego skrzydła przezroczysty duszek - i natychmiast się
schował...
MoŜna przypuścić, Ŝe tutejsze, niŜsze formy astralnej fauny w ogóle nie
zaglądają do tej
części budynku. I to zrozumiałe dlaczego...
Portniagin sam od dawna juŜ odczuwał bicie pulsu jakiejś nieodpartej siły,
dochodzące z prawego skrzydła budynku. Jak zawsze, nie troszcząc się o to, co o
nim
powiedzą albo pomyślą ludzie z jego otoczenia, szef bakluŜyńskich
czarnoksięŜników
wzniósł dłoń i poruszając palcami, przypatrywał się... Złocista aura, otaczająca
rękę, wyraźnie
wyblakła, osłabła...
Bardzo nieprzyjemne było uczucie, Ŝe to, co znajdowało się w prawym skrzydle,
osłabiało czarodziejskie zdolności prezydenta z taką samą łatwością, z jaką
niedawno złamało
naiwne zaklęcie szofera Griszy, tak nieumiejętnie rzucającego urok na przednie
koło
limuzyny.
Pokonując wrogie mu fluidy, Portniagin przybliŜył się do drzwi, wiodących na
prawo,
dotknął zamka, poruszył klamkę.
-
A zawiasów zaczarować nie próbowaliście?... - w zamyśleniu spytał.
-
Szamana wzywaliśmy... - wyjęczała nerwowa staruszka, ściskając
pomarszczone
łapki pod koronkową piersią. - TeŜ nie potrafił...
Prezydent skinął głową z niezadowoleniem, wszedł do pierwszego pomieszczenia,
poświęconego początkom magii, ojczyzną której, jak wiadomo, było właśnie
BakłuŜyno.
Ślepo zakończona amfilada pokoi głośno wtórowała szczególnym echem przy kaŜdym
kroku,
echem dostępnym tylko dla ucha czarodzieja. Niech "to" lepiej siedzi w muzeum.
Ani
kątników, ani straszków, ani wiercipiętek...
W końcu grupa, której przewodził prezydent, zatrzymała się przed ślepą ścianą,
na
której samotnie wisiał właśnie ten eksponat, który wystraszył drobniejsze siły
nieczyste,
odbarwił złocistą aurę pierwszego czarodzieja kraju, a przed
dziesięciu-piętnastu minutami
pozbawił prezydencką limuzynę lewego przedniego koła...
Tvll>rn komu bv eo dało sie wepchnąć!...
Łyckowi ikony nie wolno oddać - to oczywiste! ChociaŜby tylko dla zachowania
prestiŜu oraz narodowego bezpieczeństwa. Bo to później wyniesie ją taki
Afrykanin na pole
bitwy - i po wszystkim! Koniec, moŜna być pewnym, Ŝe wszystkie zaczarowane koła
odpadną...
A zniszczyć - wybuchnie skandal... I to międzynarodowy... OskarŜą o
bluźnierstwo,
barbarzyństwo... Nawet o satanizm...
Chcieli podarować amerykańskiemu prezydentowi - nie przyjął. Powiedział: wszyscy
juŜ wiedzą, Ŝe BakłuŜyno wprasza się do NATO... Jeszcze uznają za łapówkę... Ale
najpewniej powątpiewał w oryginalność arcydzieła. Coś tam, widać, podejrzewał.
JuŜ raz szef Ligi Czarodziei wykonał tą ikoną absolutnie błyskotliwe polityczne
posunięcie, a teraz wyczuwał swoim wewnętrznym "ja", Ŝe moŜna wykonać drugie. Na
razie
jeszcze nie wiedział, co to będzie za ruch, i dlatego był z siebie bardzo
niezadowolony.
Emitowane przez ikonę purpurowo-złociste fluidy przebijały się przez jego aurę
na
wskroś', to piekąc, to mroŜąc. Pochyliwszy zmarszczone czoło i lekko wysuwając
Strona 17
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
do przodu
podbródek, Gleb Portniagin stał przed obrazem - i myślał.
Deska deską - a co wyrabia!... ChociaŜ właściwie wiadomo, gdzie znajduje się
źródło
tej cudotwórczej siły... Ikona zasila się uczuciami wierzących - wprost z Łycka,
gdzie dzięki
staraniom dwukrotnie juŜ wspomnianego (oby był przeklęty!) Afrykanina,
religijno-partyjny
fanatyzm posunął się do ostatnich granic...
Tak, ale taki raptowny skok... Wcześniej łaska działała maksymalnie w promieniu
dwudziestu metrów, a Grisza przejeŜdŜał samochodem prawie pośrodku jezdni... To
znaczy,
Ŝe koło utraciło czar, kiedy od ikony dzieliło je ponad trzydzieści metrów, ze
sporym
hakiem... Nie, nie, to nie wpływ Łycka, to coś innego...
- Czy w ostatnim miesiącu było wielu odwiedzających?... - jakby nigdy nic, Gleb
zwrócił się do dyrektorki.
Ta jęknęła i odskoczyła.
- Gdzie? Tutaj?... - łapiąc się za serce, spytała. - Tu-tu...
- Trzech... - staruszka pogrzebała w koronkach na ptasiej piersi i spazmatycznym
ruchem wyjęła złoŜony na cztery papierek. - Oto...
Prezydent wziął listę z trzęsącej się łapki i przestudiował ją z natęŜoną uwagą.
Dwóch
turystów zagranicznych i jeden prowokator... Przy tym tak juŜ wszystkim znany,
Ŝe zupełnie
niezrozumiałe, po jakiego czorta generał Wściekły nim się zajmuje... Nie,
wyraźnie nie to...
W milczeniu odwrócił się - otoczenie pospiesznie się rozstąpiło. Wielkimi
krokami
minął gablotę z atrapami rytualnych maczug. Gleb Portniagin skierował się do
wyjścia, juŜ
dobrze wiedząc, o czym dziś będzie rozmawiał z szefem kontrwywiadu - od razu po
wieczornym posiedzeniu Ligi.
Tak w kaŜdym razie sądził...
ZauwaŜono, Ŝe czarodzieje nigdy nie mają akwariów i nie hodują rybek. Wielu
uwaŜa,
Ŝe ma to jakiś związek z najwyŜszymi zakazami, ale w rzeczywistości wszystko
moŜna
wyjaśnić stosunkowo prosto. No bo po co, powiedzcie, poświęcać tyle uwagi
szklanemu
naczyniu, kiedy kaŜdy pokój - to teŜ swojego rodzaju akwarium, w którym Ŝyją
miriady
najbardziej ciekawych stworzeń!... Zwykli wyborcy, tacy jak my, co prawda ich
nie widzą,
ale to zupełnie nie zmienia sensu sprawy...
Z pewnością kaŜdy z was zauwaŜył, Ŝe gdy jesteśmy bardzo zmęczeni, przed oczyma
zaczynają pływać maluteńkie, na pół przezroczyste pęcherzyki. Poruszają się
równomiernie
po prostej, nigdy nie zmieniając wybranego kierunku. Nie bójcie się. Po prostu
wasze
zmęczone patrzałki zrelaksowały się i wy przypadkowo przeniknęliście wzrokiem w
astral. A
na pół przezroczyste pęcherzyki (zazwyczaj pływają całymi gromadami) - to tylko
i
wyłącznie, zupełnie nieszkodliwe kątniki (nawiasem mówiąc, bardzo dla nas
poŜyteczne
stworzonka, poniewaŜ odŜywiają się negatywną energią). Coś w rodzaju astralnego
planktonu...
MoŜna nawet z nimi się pobawić. Kątniki przykuwają wzrok, zmuszając do
obserwacji ich poruszeń, ale przy tym same jakby znajdują się w naszej niewoli.
Gwałtownie
odwróćcie głowę - i gromada pęcherzyków, jakby w czarodziejski sposób, znajdzie
się
dokładnie w tym miejscu, gdzie patrzycie, po czym znowu ruszy w poprzednim
kierunku.
MoŜna tak się zabawiać godzinami, ale za długo ich męczyć nie warto. Niech sobie
płyną tam
Strona 18
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
dokąd ołvnełv...
Inna forma pogranicznej astralnej fauny - straszki. W porównaniu z kątnikami to
juŜ
dostatecznie wysoko zorganizowane energetyczne istoty, które związały swoje
istnienie z
człowiekiem. Jeśli się chce, moŜna je podejrzewać o umyślne znęcanie się nad
ludźmi:
przedrzeźniają nas, małpują mimikę, gesty, sposób chodzenia... Grymasy i miny
tych
duszków są wyjątkowo śmieszne, ale czynią to bez Ŝadnej zlej myśli, uwierzcie
mi, nawet
najmniejszej. Po prostu w taki właśnie sposób przetrawiają nasze uczucia i
wspomnienia. W
przewaŜającej większości straszki są zupełnie przezroczyste (z wyjątkiem
dwóch-trzech,
dostatecznie rzadkich gatunków, lekko mętniejących z przesycenia). Właśnie im
zawdzięczamy liczne legendy o widmach, piorunach kulistych i
niezidentyfikowanych
obiektach latających...
Za to wiercipiętek i gadułek jeszcze nikt ze zwykłych wyborców wypatrzyć tak nie
mógł (oczywiście nie bierzemy pod uwagę gluków!). Nawiasem mówiąc, to dwa,
zupełnie
róŜne gatunki, jedynie przez pomyłkę zaliczone do jednego przez naszych niezbyt
rozgarniętych spirytystów. Gadułka (niekiedy go jeszcze nazywają głosem
wewnętrznym) - to
w Ŝadnym razie nie wiercipiętka. Nie trzęsie ścianami, nie grzmi naczyniami i
nie leje wody z
sufitów. Gadułka odŜywia się niskimi napięciami, pojawiającymi się u nas w mózgu
podczas
aktu mowy. Nie chwyta sensu zdań, rzecz jasna, odtwarza je potem na chybił
trafił -
bezboŜnie przekręcając i przestawiając oddzielne słowa. Bardzo lubi owijać sobą
przewody
telekomunikacyjne i wisi tak na nich miesiącami, kosztując ze smakiem
telefoniczną
paplaninę... Przypomniał mi się taki jeden Ŝałosny przypadek: ktoś dosyć długo
telefonicznie
donosił do KGB, a kiedy potem sprawdzili - wyjaśniło się, Ŝe nie ma ani takiego
człowieka,
ani numeru telefonu, ani adresu... Ale zdąŜył wsypać wielu...
Powszechny jest pogląd, Ŝe w mieszkaniu czarodzieja panuje zawsze okropny
bałagan. No, patrząc z zewnątrz, z materialistycznego punktu widzenia, moŜliwe,
Ŝe tak
moŜna to oceniać... Ale co dotyczy astralu, proszę mi wierzyć, panuje u nich
idealny
porządek. Za to u nas: ojojoj! Serwe-teczki, obrusiki, nigdzie ani pyłku,
błyszczy wysoki
połysk... A wszystkie kątniki - aŜ przeciąŜone!... A pod łóŜkiem, aŜ strach
pomyśleć, zalęgła
się chyka!... Wszędzie kręcą się jakieś larwy, jak na dworcu!... Jednym słowem -
serpentarium, a nie pokój mieszkalny...
Jeśli ktoś z was zapraszał do siebie kiedyś czarodzieja (no, na przykład, aby
zdjął urok
albo dosolił komuś) - na pewno zwrócił uwagę, na to, Ŝe gość stale się krzywił,
po kątach się
rozglądał... Burdel, panowie, tam u nas, prawdziwy burdel!
Tak więc, lepiej by milczeć...
Zazwyczaj z czarodziei są kiepscy agenci operacyjni. MoŜliwe, Ŝe właśnie dlatego
szefem kontrwywiadu niepodległej Republiki BakłuŜyno został naznaczony generał
Wściekły, całkowicie normalny człowiek, który zresztą zwycięsko przeszedł
specjalne kursy
magii stosowanej. Dostęp do płytkiego astralu, oczywiście miał, ale ograniczony
i bez prawa
ingerencji. Kątniki w oczach Ws'ciekłego biegały stale, za to cała pozostała
energetyka,
Strona 19
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
niestety, jak była - tak i pozostała niedostępna dla ostrego generalskiego
spojrzenia. Ta
okoliczność zawsze sprawiała szefowi kontrwywiadu wyjątkowo intensywny
dyskomfort. Nie
dysponując siłą, by rozmawiać na równych prawach z czarnoksięŜnikami, stary
wiarus
Wściekły, udając się na spotkanie z prezydentem, miał zawsze kamienną twarz,
chociaŜ
wiedział zawczasu: kamień, nie kamień - a ten i tak wszystko rozgryzie.
Tak i tym razem, zamknął za sobą drzwi, a nie dostrzegł, Ŝe za nim do gabinetu
przeniknęły dwa zatwardziałe straszki strojące miny - wprost poprzez płytę
drzwi. Oba,
zrozumiałe, po cywilnemu - jak i sam generał... Kiedy znalazły się w idealnym
ekologicznie
akwarium prezydenckiego gabinetu, duszki o mato nie straciły głowy i wydaje się,
Ŝe nawet
zawahały się, rozwaŜając: czy nie spływać stąd, póki nie za późno, na wszelki
wypadek...
- Siadajcie - powiedział prezydent.
W wycięciu zasłon bezdźwięcznie płonęła neonami aleja imienia Jefrema
Niedobrowa.
Generał usiadł. Straszki trochę się pocertowały i takŜe usiadły, to jest -
zawisły w
pozycjach siedzących. Ten z lewej - pod samym sufitem, w bezpośrednim
sąsiedztwie
jaskrawo świecącego Ŝyrandola. Dobrze jeszcze, Ŝe czarodzieje i politycy są
kompletnie
pozbawieni poczucia humoru. wyborca, musiałby nieuchronnie roześmiać się,
obserwując, jak
pretensjonalnie rozsiadają się w powietrzu dwaj przezroczyści generałowie.
- No, co tam u nas złego? - serdecznie zapytał, trochę odchylając się do tyłu,
Ŝeby
lepiej obserwować całą trójcę.
Twarz kontrwywiadowcy pozostawała nieskazitelnie kamienna, czego, niestety, nie
moŜna było powiedzieć o fizjonomiach jego energetycznych bliźniaków. Eterowa
mordka
prawego duszka wyraziła skrajne zakłopotanie, a lewy to w ogóle chwycił się za
głowę.
Najwidoczniej, prezydent, kiedy spytał o to, do czego złego doszło, jak zawsze,
trafił w
dziesiątkę...
- N-no... co dotyczy przygotowań do przywitania komisji specjalnej ONZ... -
zaczął z
niezadowoleniem szef kontrwywiadu.
Ale tutaj prezydent ostrzegająco podniósł dłoń i generał umilkł, nie wyraŜając
nawet
w najmniejszym stopniu złości. Za to oba duszki za plecami Wściekłego,
wyczuwając
skrywane uczucia generała, podskoczyły, rozzłościły się i bezdźwięcznie rzygnęły
wulgarne
przekleństwa. Gleb Por-tniagin zmarszczył brwi. Umiał czytać z ust nie gorzej
niŜ głusi.
-
Krótko!... - rzucił prezydent. - Z przygotowaniami - porządek? W
ogólnych
zarysach...
-
W ogólnych zarysach - porządek - niechętnie zgodził się Wściekły.
-
W takim razie przechodźmy od razu do sprawy... Co się stało?
Wściekły nie od razu odpowiedział. Na twarzach jego duszków wyraziło się tępe
niezrozumienie. Jeden z nich nawet wy walił język, starając się wyglądać na
pełnego kretyna.
- Doszło do faktu nielegalnego przekroczenia państwowej granicy na rzece
DŜumachlince... - sucho obwieścił generał. - Ze strony Łycka.
-
Ta-ak... - rzekł przeciągle zaintrygowany prezydent. Na wszelki wypadek
obejrzał
się. Jego własne, wyszkolone straszki siedziały, jak naleŜy, za zasłoną, ale
moŜna było pójść o
zakład, Ŝe ich miny teraz teŜ wyraŜały lekkie zaskoczenie... Nielegalne
przekroczenie
Strona 20
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
granicy? Jakaś bzdura! Jeden zbieg więcej, jeden zbieg mniej... Co to za
zdarzenie?...
-
Kto? - krótko spytał prezydent.
-
Na razie nie wiemy. Nie udało się przyłapać...
-
Poczekaj... Co ciebie właściwie niepokoi?
- Przeszedł po wodzie - trochę głucho wyjaśnił Wściekły. Gleb Portniagin
mrugnął.
- W jakim sensie... jak po lądzie?
General Wściekły ponuro skinął. Dwóch przezroczystych generałów za jego plecami
zrobiło to samo.
-
Kiedy?
-
Półtorej godziny temu.
-
Ba-ardzo ciekawe... - prezydent nachmurzył się i przysunął się bliŜej
biurka. - No-o,
dawaj szczegóły...
-
Około dwudziestej piętnaście czasu bakłuŜyńskiego - rozpoczął generał -
na
naleŜącym do Łycka brzegu zostało rozpalone niezwyczajnie wielkie ognisko.
Kłusownicy
takich nie rozpalają - zbyt łatwo zauwaŜyć. Potem, w przybliŜeniu o dwudziestej
trzydzieści
pięć z łyckiej strony wykonano uprzedzający wystrzał z karabinu snajperskiego.
Chwilę
później miał miejsce sam fakt przekroczenia zielonej granicy...
-
Wygląd naruszy cielą... - wycedził prezydent, ukosem spoglądając na
kwaśną minę
jednego z generalskich straszków.
-
Postać krzepka, przysadzista - jak uprzednio, nie zmieniając wyrazu
twarzy,
rzeczowo zaczął wyliczać cechy generał Wściekły. - Odziany w riasę. Broda
szeroka,
rozłoŜysta. Włosy długie, zebrane na potylicy w ogon. W rękach trzymał jakieś
zwierzątko o
puszystej sierści... Z łyckiej strony otwarto ogień z karabinu maszynowego. Po
drugiej serii
lufa stopiła się... Na naszym posterunku podniesiono alarm i wysłano patrol.
Naruszyciela nie
udało się odnaleźć... na razie...
- A co to za zwierzątko? - przerwał mu prezydent. Generał pomilczał. Straszki
zawstydziły się.
-
Trudno powiedzieć... Celnicy twierdzą: skrzat... Przy tym jasnoszary,
łycki...
-
Skrzat?... - własnym uszom nie uwierzył Gleb Portniagin. - Jak to:
skrzat? Dlaczego
skrzat? W riasie i ze skrzatem na ręku?
Nie było odpowiedzi.
- Sądzisz, Ŝe to ktoś z naszych, z bakłuŜyńskich, tam się kręcił? - z silnym
powątpiewaniem zapytał prezydent poprzez zęby. - No, no, spróbujmy odgadnąć...
Chodzących po wodzie mamy u nas w Lidze - czworo. Ja granicy nie
przekraczałem... A więc
pozostaje troje... - Gleb Portniagin wpił wzrok we Wściekłego. Generał milczał.
Oba straszki
z cierpiętniczymi minami tarłv skronie.
- No, nie milcz, nie milcz... Co proponujesz? Wściekły westchnął.
- Co tu proponować, Glebie Kondratyczu?... Sprawdzić wszystkich troje. Tego,
który
zdąŜył przygotować alibi - wziąć pod lupę...
Prezydent poruszył brwiami, pomyślał.
- Dobrze - warknął na koniec. - Czarodziejami zajmę się sam... A o łyckich
cudotwórcach mamy jakieś dane?
Generał potwierdzająco skłonił siwy, twardy jak drut jeŜyk i otworzył juŜ usta,
jednak
zameldować niczego juŜ nie zdąŜył.
- Nie, nie rozumiem!... - ze szczerym niezrozumieniem znowu przemówił prezydent.
-
Na jakiego czorta cudotwórca przedzierałby się przez granicę?... Do tego
przecieŜ są
szpiedzy... I to jeszcze w kompanii skrzata! Jakaś bzdura!... Nie sądzisz?...
Strona 21
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Generał teŜ tak uwaŜał. Na wszelki wypadek Portniagin spojrzał na eterycznych
sobowtórów Wściekłego. Straszki jawnie nudziły się. Prawy nerwowo ziewał
otwierając
szeroko usta. Prezydent posapał, poruszył mięśniami twarzy, potem niezbyt głośno
uderzył
dłonią w stół.
-
Dobrze... Wybacz, Ŝe przerwałem. Ciągnij dalej...
-
O ile nam wiadomo - nudnym oficjalnym głosem kontynuował generał - z
całego
lyckiego Biura Politycznego tylko trzech cudotwórców ma prawo chodzenia po
wodzie: sam
patriarcha i dwóch protopartorgów: Afrykanin i Wasilij...
DuŜa, plastycznie wyrzeźbiona twarz Gleba Portniagina nagle stała się trwoŜna i
zamyślona. Jakby w roztargnieniu pierwszy czarodziej BakłuŜy-na dotknął palcami
czoła,
przymknął powieki... To li medytował, to li rozmyślał.
-
Patriarcha Porfiriusz w chwili obecnej, według naszych danych, znajduje
się w
kościele agitacyjnym imienia Putjaty Chrzciciela - raportował generał - gdzie
poświęca
odnowiony ikonostas "czerwonego kącika". Miejsca pobytu Afrykanina i Wasilija
jeszcze nie
ustalono...
-
CzyŜby to Afrykanin?... - cicho wyrzekł prezydent, nie otwierając oczu,
z takim
wyrazem twarzy, jakby ukrywał przestrach.
-
Albo Afrykanin, albo Wasilij - postękując uściślił Wściekły. - Oni,
Glebie
Kondratyczu, nawiasem mówiąc, są zewnętrznie podobni do siebie...
-
- Do diabła z tym, no,Wasilijem!... - nagle ryknął prezydent, gwałtownie
otwierając
oczy.
Jego twarz nalała się krwią i z brązowej stała się purpurowa. Powietrze w
gabinecie
nagle stało się cięŜkie, jak przed burzą. W kątach ze strachem zaczęły kłębić
się kątniki i
pozostała astralna drobnica. Pod płonącym Ŝyrandolem trzasnęło rozgałęzione
wyładowanie,
a za rozkołysaną zasłoną wybuchła wściekła gadanina. Prezes Ligi Czarodziei na
kilka sekund
całkowicie utracił kontrolę nad sobą i nad swoim akwarium.
- Uspokajasz?... - zagrzmiał, szeroko otwierając lwią paszczę doświadczonego
parlamentarzysty. - Jaki, do czorta, Wasilij?... Co on w ogóle moŜe, ten twój
Wasilij? Po
wodzie się przejść - do pierwszej fali?...
Potem prezydent nieludzkim wysiłkiem woli wziął się w garść - i na długo
zamilkł.
Generał Wściekły siedział prawie tak jak po komendzie "baczność". Jego straszków
nigdzie
nie moŜna było dostrzec. Trzeba przypuścić, Ŝe uciekły z przestrachu poprzez
zamknięte
drzwi. A moŜe w ogóle rozpadły się...
- A więc tak... - cięŜko dysząc, wymówił prezydent. - Szukaj Afrykanina. Wasilij
mnie, sam rozumiesz, nie interesuje. I masz jeszcze jedną wskazówkę: cudotwórcza
ikona w
naszym muzeum etnograficznym...
Generał pozwolił sobie lekko zsunąć brwi.
- Przypuszczalnie: nowa próba porwania?
-
Nie wiem! - głucho odrzekł prezydent. Na jego wysokim, wypukłym czole
wystąpiły kropelki. - Ale ikona wyczuła, Ŝe Afrykanin zabiera się do
przekroczenia granicy.
Jeszcze w ciągu dnia wyczuła, weź to pod uwagę! Na Wasilija tak by nie
zareagowała...
-
A czym konkretnie moŜe nam teraz zaszkodzić Afrykanin? - spytał generał
wprost.
Prezydent uśmiechnął się z wysiłkiem.
Strona 22
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Jeśli Afrykanin znajdzie się tutaj - cicho i wyraźnie powiedział, patrząc
Wściekłemu
prosto w oczy - to koniec pieśni... Diabli wezmą i nasze wstąpienie do NATO...
Krótko - idź
pracować!...
Generał Wściekły wstał w milczeniu i skierował się do drzwi, pocierając z
bolesnym
grymasem starą bliznę na nadgarstku - wyraźnie ślad po psich zębach. Nagle
słuchawka
jednego z telefonów na stole prezydenta podskoczyła i, zrobiwszy fikołka w
powietrzu,
znowu opadła na korpus aparatu, w dodatku nieprawidłowo. Generał, który juŜ
złapał za
błyszczącą miedzianą klamkę, odwrócił się na ten dźwięk.
- To nic, to nic... - zduszonym głosem uspokoił go Gleb Portniagin. - To tylko
ja, tak
niechcący...
Doczekał się, kiedy drzwi za generałem zamknęły się, groźnie zsunął brwi i
zajrzał
pod stół.
- Och, dmuchnę zaraz na ciebie... - pogroził z całego serca. - Tylko spróbuj
jeszcze raz
tak zrobić!...
Tego duŜego wiercipiętka z wielkimi rękoma prezydent zupełnie przypadkowo odkrył
w piwnicy budynku MSW Republiki, gdzie ów niebezpiecznie bawił się, brzęcząc
kajdanami,
strasząc pracowników i udając ich dawne ofiary. Stworzenie zainteresowało Gleba
rzadką
nawet wśród wiercipiętków urodą, zabrał je do siebie, do gabinetu... Jak
wszystkie zdziczałe
formy energetyki, istotka cywilizowała się z trudem i cały czas próbowała coś
zepsuć.
ROZDZIAŁ 4
NIKOŁAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, podpułkownik
- K-kochana... - z nieskończoną cierpliwością wymruczał Nikołaj Wy-bierzniew do
telefonicznej słuchawki. - To nie jest waŜne... WaŜne tylko, Ŝe ciebie kocham...
I, moŜliwe, Ŝe
się oŜenię... Ale nie teraz... Po jakimś czasie... Teraz jestem zajęty...
Słuchawka nerwowo zaszczebiotała, ale Nikołaj juŜ przerwał połączenie. Za oknem
gabinetu czarnym, ślepym murem stała pierwsza w nocy (wedle czasu
bakłuŜyńskiego).
Podpułkownik Wybierzniew odłączył odtajniony telefon i powrócił do komputera.
Znowu z
troską zmarszczył brwi. Treść dokumentu, delikatnie mówiąc, onieśmielała...
Okazuje się, Ŝe prezydent niepodległej Republiki BakłuŜyno Gleb Por-tniagin i
Nikodem Ludzki, który przyjął przy postrzyŜynach partyjny pseudonim Afrykanin, w
dzieciństwie byli przyjaciółmi. Rozstali się wkrótce po nieudanej próbie
włamania do
magazynu z artykułami Ŝywnościowymi. Nawiasem mówiąc ani jeden, ani drugi
wspólnik nie
wyrzekał się tego historycznego wydarzenia - uczciwie pisali w ankietach:
"Podlegał
represjom za próbę poderwania systemu ekonomicznego totalitarnego reŜymu".
Za przyczynę niepowodzenia Gleb Portniagin uznał hałaśliwe zachowanie się
Nikodema Ludzkiego, kiedy ten juŜ przedostał się na teren magazynu. Nikodem zaś,
ze
swojej strony, obwiniał Gleba o brak uwagi na czujce. Jednym słowem, po jakimś
czasie obaj
wyszli na wolność z czystymi sumieniami i wściekłą wzajemną nienawiścią. Trudno
powiedzieć, do
jakiego stopnia to określiło ich przyszłe polityczne orientacje, ale kiedy
Nikodema -
od razu po oswobodzeniu - zdecydowanie pociągnęło do lewicowych ekstremistów
(uwaŜanych wtedy za prawicę), to Gleba, odpowiednio - do prawicy (uznawanej
wtedy za
lewicę).
Strona 23
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Zawzięcie walcząc ze sobą, obaj stosunkowo szybko stali się popularni. Akurat
wtedy
Wspólnota Niepodległych Państw (WNP) nakazała powiatowi oddać Bogu ducha. W
gminie -
zresztą i wszędzie - wybuchły pogromy, niezauwaŜalnie potem przechodząc w
przedwyborczą kampanię, i obaj byli wspólnicy nagle odkryli, Ŝe juŜ rywalizują -
ni mniej, ni
więcej - o fotel prezydenta. Podczas wyborów w BakłuŜynie, jak wiadomo, wygrali
czarodzieje orientacji demokratycznej. Protopartorg Afryka-nin pośpiesznie
zszedł do
podziemia. Wkrótce teŜ został szybko ogłoszony łyckim szpiegiem, jakim, zupełnie
moŜliwe,
był.
Wpadł przy próbie zagarnięcia obrazu Łyckiej Matki BoŜej z BakłuŜyń-skiego
Muzeum Etnograficznego. WytęŜone wysiłki Czarodziei rzucenia czaru na wszystkie
zamki
pomieszczenia i okienne kraty - nie odniosły sukcesu. Jednak protopartorga znowu
zdradził
hałas (jednocześnie nasuwa to myśl o niewinności Gleba Portniagina w tym dawnym,
wspólnym niepowodzeniu). Widocznie, juŜ z urodzenia Afrykanin kompletnie nie
nadawał
się na włamywacza.
O zdarzeniu zameldowano prezydentowi, ten rozkazał dostarczyć aresztowanego
następnego dnia rankiem do swojego gabinetu. JednakŜe spotkać się byłym
przyjaciołom nie
było sądzone, poniewaŜ o świcie protopartorg rzeczywiście w cudowny sposób
uciekł prosto
z celi aresztu. StraŜników ogarnęła nieodparta senność, kraty i drzwi rozwarły
się, a jakiś
świetlisty mąŜ, toŜsamości którego nie udało się ustalić, wyprowadził Afrykanina
za rękę z
ciemnicy. Następnie obaj zniknęli na oczach wstrząśniętych świadków...
Podpułkownik Nikołaj Wybierzniew westchnął i sięgnął po telefon linii
wewnętrznej.
-
Słucham... - nieprzyjaźnie odezwała się słuchawka głosem szefa.
-
Tolu Toliczu! Jesteś pewny, Ŝe myśmy go nie zwerbowali?
-
A o co chodzi?
-
Bo widzisz, jego ucieczka jest jakaś taka podejrzana... W słuchawce
gniewnie
sapano.
- Nikt go nie zwerbował - burknął w końcu generał Wściekły. - Sam uciekł...
-
Naprawdę?
-
Naprawdę...
-
Dobrze, wybacz...
Podpułkownik Wybierzniew odłoŜył słuchawkę, z niedowierzaniem pokiwał głową,
znowu odwrócił się do monitora. Kolejny dokument był poświęcony działalności
Afrykanina
za granicą i Ŝadnych niespodzianek nie zawierał.
Kiedy i gdzie pechowy włamywacz przekroczył granicę państwową - nie wiadomo,
ale łycka Patriarchia przyjęła go z otwartymi ramionami. Z marszu wprowadzono go
do Biura
Politycznego. Natychmiast wezwał do zniszczenia sygnalizacji świetlnej na
skrzyŜowaniach,
wytępienia uzdrowicieli, i - personalnie - Gleba Portniagina. ZałoŜył ruch
prawicowych
radykałów (którego został szefem), organizował grupę SMERCZ ("Śmierć
czarodziejom!"),
wziął osobisty udział w bitwie pancernej pod chutorem Wieprzniki. Potem
pojawiały się
opisy szczegółów słynnego bohaterskiego czynu protopartorga, które podpułkownik
z
czystym sumieniem tylko przejrzał, poniewaŜ sam był jednym ze współautorów tego
legendarnego boju...
Całkiem niedawno dzięki zabiegom Gleba Portniagina protopartorg został uznany za
międzynarodowego terrorystę politycznego - z tego powodu miłość ludu łyckiego do
Strona 24
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
cudotwórcy zapłonęła silniej niŜ uprzednio, a Patriarcha Całego Łycka, Porfmusz,
naznaczył
Afrykanina na swojego następcę...
Nikołaj ponownie zdjął słuchawkę z aparatu.
-. Tolu Toliczu, jesteś pewny, Ŝe to w ogóle Afrykanin...?
-
Ja - nie... - warkliwie odrzekł Wściekły. - Ale Kondratycz jest pewny...
-
Jaki sens miałby dla Afrykanina powrót do BakłuŜyna? W dodatku tak
jawnie! Czy
jest samobójcą?
-
Cholera go wie! - gniewnie odrzekł generał. - Zasuwaj dalej...
Trzeci dokument zawierał charakterystyki i szczegółowy opis wszystkich cudów,
dokonanych przez protopartorga - z obliczeniami i rysunkami. ChociaŜ w tej
chwili Nikołaja
interesował tylko jeden cud, właśnie - dzisiejszy... Nie, juŜ wczorajszy:
przekroczenie
granicznej rzeki DŜuma-chlinki...
Nagle oŜył i zamruczał drugi, miejski telefon. Wybierzniew nie patrząc zdjął
słuchawkę, jednak wystarczyło jej, Ŝe tylko oderwała się od widełek, by zaczął
dobiegać
znany nam juŜ, podniecony szczebiot. Twarz pięknisia, podpułkownika, wyraziła
zmieszanie,
potem - okrucieństwo i na koniec - stoicką pokornos'ć wobec losu.
- K-kochana... - z nieskończoną cierpliwością w glosie przemówił. - Jak mnie
znalazłaś?...
Problem w tym, Ŝe na ten numer do Nikołaja dzwonili wyłącznie de-nuncjatorzy.
-
Wspaniały!... - przenikliwie zaświergotało w słuchawce. - Byłeś po
prostu
wspaniały!...
-
Ja nie o tym... - z trudem powstrzymując się wycedził. - Kto ci dał ten
numer?...
- Pieseczku!... Mój pieseczku!... Dałeś mi nie tylko numer!... Dałeś mi...
Nikołaj cicho
odsunął się, odłoŜył szczebioczącą słuchawkę na biurko, wyłączył komputer.
Zamknął
gabinet i poszedł pustym, niosącym echo, korytarzem, szarpnął wąskie, okute
Ŝelazem drzwi.
- Nie liczyć baranów! - rzekł surowo silnie zaspanemu i rozdygotanemu
współpracownikowi. - Tam mi na linii wisi gadułka! JuŜ drugi raz się wciął... Co
z was za
specjaliści, do jasnej cholery!
Pracownik ze strachem zamrugał oczyma, otworzył walizeczkę i zaczął szybko
rozkładać ramki, róŜdŜki, pozostałe czarodziejskie przybory... Nikołaj zamknął
drzwi, z
niezadowoleniem obejrzał pusty korytarz. Gabinet generała Wściekłego mieścił się
o dwa
kroki..
- Pozwolisz, Ŝe będę obecny?...
Generał Wściekły nie był sam w gabinecie - był z Matwieiczem. Przygotowania do
spotkania ze specjalną komisją ONZ szły pełną parą. Stolica zawczasu lśniła
czystością, a do
graniczącej z Łyckiem DŜumachły wysłano dwa gąsienicowe dźwigi z ciąŜkami - aby
wyburzyć prywatne domy na wschodnim przedmieściu.
- Wchodź, siadaj - burknął generał i znowu odwrócił się do odpowiedzialnego za
akcję. - A więc zrozumiałeś, Matwieicz?... NajwaŜniejsze - nawrzucać jak
najwięcej
odłamków...
Podpułkownik Wybierzniew rozejrzał się, przysiadł na jednym z rozstawionych
wzdłuŜ ścian krzeseł, mając nadzieję na szybkie zakończenie rozmowy.
-
Odłamki są juŜ na miejscu... - prawie ziewając, odpowiedział generałowi
Matwieicz, który niejedno juŜ widział w swoim Ŝyciu. - Jeszcze wczoraj
przywieźlis'my z
poligonu z półtorej tony...
-
Pordzewiałe? - podejrzliwie spytał Ws'ciekły.
-
No, dlaczego od razu pordzewiałe? - ten trochę się obraził. - Od kiedy
to Matwieicz
rdzę dostarcza?... Odłamki pierwszego gatunku - czyściutkie, aŜ chrupią...
-
Dobrze, wierzę. Teraz - punkt szesnasty... Praca z mieszkańcami... Nie
było
Strona 25
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
protestów?
Matwieicz wzruszył pomiętymi ramionami i podniósł znudzone oczy ku sufitowi -
czy
to dla przypomnienia sobie, czy teŜ dla wyraŜenia zdziwienia naiwnos'cią
dowództwa.
-
A jakie tam protesty, Tolu Toliczu?... - powiedział leniwie z lekkim
oburzeniem. -
Jak usłyszeli, Ŝe Amerykanie od nowa wszystko odbudują, o mało sami burzyć nie
zaczęli.
Ledwie powstrzymajmy...
-
Tak trzymać - zaakceptował po pauzie generał. - Chwat z ciebie,
Matwieicz, Ŝe ich
powstrzymałeś... i - na przyszłość - Ŝeby nie było Ŝadnej samowoli... Powiedz
im: niech nie
będą tacy chciwi! Nam przecieŜ jeszcze z pewnością podrzucą jakąś pomoc
humanitarną... A
to, nie daj BoŜe, jeszcze zaczną wywozić meble i zwierzęta... Punkt siedemnasty.
Kiedy tutaj
przywieziemy tych z ONZ, trzeba, rozumiesz, zorganizować zepsutą piaskownicę...
Ŝeby w
niej bawiła się czymś malutka dziewczynka... No, tylko nie głowicą bojową, rzecz
jasna...
odłamkiem stabilizatora, czy czymś takim...
-
Zorganizujemy... - z westchnieniem zgodził się posłuszny Matwieicz. -
Sprawa
nieskomplikowana...
Bez specjalnego zainteresowania przyglądał się wielkiemu portretowi Jefrema
Niedobrowa, który wisiał nad stołem generała. Nikołaj z roztargnieniem pomyślał,
Ŝe
rozmowę czas juŜ było kończyć... Matwieicz - facet pewny. Ile juŜ zmian władzy
przetrzymał
- i ani jednej powaŜnej nagany. Ale bez lekkiego "opeeru" jego, mimo wszystko,
nie naleŜy
wypuszczać...
-
Złoty z ciebie człowiek, Matwieicz - jakby podsłuchał myśli
podpułkownika,
podsumował generał Wściekły. - Ale pijesz za duŜo.
-
Wiem, ile mogę... - stwierdził obojętnie, wcale nie zdziwiony nagłą
zmianą tematu
rozmowy. Podobne zarzuty stawiały mu przecieŜ wszystkie władze.
-
- Wie, ile moŜe!... - uśmiechnął się szef kontrwywiadu. - A u kogo z prawej
kieszeni
wygląda zielony czorcik?
Matwieicz nieufnie spojrzą! na generała, potem najwidoczniej sobie przypomniał,
Ŝe
Wściekły został dopuszczony do bliskiego astralu, i z trwogą sprawdził prawą
kieszeń
marynarki.
-
Nie, nie ma... - z ulgą obwieścił.
-
Jest, jest... - powiedział generał. - Po prostu ty go jeszcze na razie
nie widzisz, ale ja
juŜ widzę... Dobra, idź... i zmniejsz racje, Matwieicz, zmniejsz... Spalisz się
przecieŜ w
pracy... przestań teŜ Ŝegnać się krzyŜem... przynajmniej w miejscach
publicznych... PrzecieŜ
nie jesteś w Łycku, a w BakłuŜynie!...
Matwieicz podniósł się z krzesła nie zdradzając najmniejszego zdene-rowowania na
pomiętej i znoszonej jak jego marynarka twarzy. Powoli ruszył do wyjścia.
Poszedł
zmniejszać dawki...
-
Zastraszyłeś człowieka... - nie bez ironii zauwaŜył Wybierzniew, kiedy
drzwi za
Matwieiczem zamknęły się.
-
Myślałby kto, Ŝe jego moŜna zastraszyć... - warkliwie odgryzł się
Wściekły. - Co
masz?
Strona 26
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Nikołaj przesiadł się na ciepłe krzesło, dopiero co oswobodzone przez Matwieicza
i
przenikliwie spojrzał na szefa.
-
Tolu Toliczu! Nie moŜesz chociaŜ podrzucić trochę szczegółów?
-
Nie mogę.
-
Nie, to nie, ale w takim razie, co ja konkretnie powinienem zrobić?...
Zlikwidować
Afrykanina? Aresztować Afrykanina?
-
Przede wszystkim znaleźć Afrykanina.
-
Dobrze. Znalazłem. Co dalej?!
-
Najpierw znajdź...
-
Tolu Toliczu! PrzecieŜ muszę zaraz posłać chłopaków w zasadzkę! Trzeba
ich
dokładnie poinstruować... Kiedy Afrykanin pojawi się w muzeum etnograficznym,
pójdzie
wprost do cudotwórczej. I co? Brać go?
-
Brać.
-
Dobrze. Będą brać. Nie da się... Otworzyć ogień bez uprzedzenia?
-
Stop! Dlaczego się nie da?
-
N-no... w końcu to cudotwórca... jeszcze obok ikona...
-
No przecieŜ poprzednim razem go związaliście.
-
- TeŜ mi porównanie! Poprzednim razem! A kim on wtedy był? Hersztem podziemia...
Ani autorytetu, ani wsparcia... A teraz?... Teraz jest prawie pierwszym
cudotwórcą gminy!
No, sam pomyśl...
Generał Wściekły ze skrajnie wymęczonym wyglądem najpierw potarł jedną brew,
potem - drugą.
- Bokiem mi juŜ wychodzisz, Kola... - szczerze się przyznał. - Czego ty chcesz,
no?
Podpułkownik Wybierzniew zwiesił nos na kwintę.
-
MoŜe pójść jeszcze raz do Kondratycza, uściślić...
-
A kto będzie do niego szedł? - z Ŝywym zainteresowaniem spytał generał
Wściekły.
-
No, przecieŜ nie ja!...
-
To znaczy, Ŝe ja, tak? - patrząc łagodnie na Nikołaja Wybierzniewa,
generał
pokiwał mądrą siwiejącą głową. - Nie, Kola, nie uda ci się, nawet nie łudź
się... Kondratycz
teraz nie w humorze, a w dodatku na zegarze juŜ, spójrz, druga godzina...
Jeszcze, nie daj
BoŜe, zaspany wykastruje - jednym zaklęciem... Inne pytania są?
Cierpiętniczo marszcząc się, Wybierzniew podrapał nos.
-
Wiesz, jeśli szczerze... Aby go szlag, tego Afrykanina! Za to
Kondratycz... przecieŜ
w dzieciństwie się przyjaźnili...
-
Co było, a nie jest...! Teraz - to wrogowie...
-
Wrogowie... Wrogość to, wiesz, kontynuacja przyjaźni innymi środkami.
Wdepniesz nieumyślnie - potem przez całe Ŝycie się nie oczyścisz... Tolu
Toliczu! Czuję psim
węchem: coś tu nie tak... Po jakiego... potrzebny byl mu ten cały cyrk na
wodzie?... Obok
mostu! Na widoku... A skrzat? Czy ty moŜesz sobie przedstawić drugą personę
Łyckiej
Patriarchii ze skrzatem na ręku?...
Generał Wściekły popatrzył na kompletnie przybitego Nikołaja, westchnął,
podniósł
się i obszedł stół, pokrzepiająco poklepał go po ramieniu.
- Kola - smętnie powiedział - sam pomyśl: kogo ja mogę innego rzucić na tego
Afrykanina?... Tylko ciebie. Sprawa, jak sam widzisz, jest skomplikowana,
odpowiedzialna...
- Jakoś tak niezauwaŜalnie podniósł podpułkownika z krzesła, objął po
przyjacielsku i,
kontynuując gadkę, odprowadził do drzwi. - O, posłuchaj: łapaliśmy kiedyś
maniaka-
terrorystę...
Wyobraź sobie, wysadzał w powietrze kwartety skrzypcowe! Przy tym ładunki,
Strona 27
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
bydlak, podkładał takie, Ŝe aŜ dachy z teatrów leciały... z kim my wtedy się nie
konsultowaliśmy! Z psychiatrami, z muzykantami... A potem okazało się:
przeciętny
antysemita... Tak więc, moŜe tutaj wszystko jest prostsze, niŜ się wydaje...
Mówiąc to wystawił Nikołaja na korytarz i zamknął za nim drzwi. Ten ordynarnie
zaklął półgłosem, ale co mu pozostało? Poszedł do siebie... Opowiedziana przez
szefa bajka w
Ŝaden sposób go nie uspokoiła. Kto jak kto, ale Nikołaj Wybierzniew doskonale
wiedział, Ŝe
do rozpadu powiatu suslowskiego Tol Tolicz był posterunkowym, zatem logiczne, Ŝe
prowadzić sprawy aktów terrorystycznych w Ŝaden sposób nie mógł...
W połowie drogi podpułkownik spotkał silnie zaspanego pracownika, który tępo
patrzył na róŜdŜkę we własnych rękach. RóŜdŜka leniwie kręciła się to w kierunku
zgodnym z
ruchem wskazówek zegara, to w przeciwnym... Cały ten proces bardzo wyraźnie
przypominał
ziewanie.
- No co? - nieprzyjaźnie spytał Nikołaj. Pracownik wzruszył ramionami z miną
winnego.
- Jeszcze nie wyszukałem... MoŜe milczy, przyczaił się...
Wybierzniew us'miechnął się złośliwie i ruszył dalej. Otworzył gabinet, wszedł.
LeŜąca na stole słuchawka dalej szczebiotała. Pojawiła się silna chęć powrotu na
korytarz,
przyciągnięcia tutaj za kołnierz tego tępaka z jego pieprzoną róŜdŜką i
wepchnięcia jego
zaspanej mordy wprost w ćwierkającą słuchawkę.
Nikołaj siadł za stołem, odłoŜył słuchawkę, włączył komputer. Póki ten się
ładował,
telefon zabrzęczał ponownie.
-
Słucham... - burknął Nikołaj.
-
Pieseczku, znowu nas rozłączyło...
K...! Podpułkownik Wybierzniew spojrzał szaleńczo na odsuniętą od ucha
słuchawkę.
Widać jednak to nie gadulka... Kiedy, właściwie, dał jej ten numer?... Był
pijany, czy co?...
Nikołaj posłał chłopaków w zasadzkę, specjalnie opuścił budynek muzeum nie przez
słuŜbowe, a przez główne wejście. Zapalił, postał na
schodach, rozejrzał się. Pod białym światłem latarni ulicznych migotały wymyte
wodą
z proszkiem do prania wilgotne asfaltowe jezdnie, mlecznie świeciła zebra
przejścia dla
pieszych. W dali mrugały światła na skrzyŜowaniu. Nagle Nikołaj przypomniał
sobie, Ŝe w
Łycku ruchem drogowym kierują milicjanci, albowiem światła uliczne i ognie
piekielne - sens
mają jednaki... diabelski.
Na terenie BakluŜyna działało spokojnie co najmniej siedem powaŜnych wywiadów
zagranicznych (pozostałych nie warto nawet liczyć). Dlatego nie moŜna było mieć
nadziei, Ŝe
taka powaŜna akcja, jak zasadzka w muzeum etnograficznym, nie przyciągnie
powszechnego
zainteresowania... Oczywiście, moŜna byłoby przeprowadzić ją na wyŜszym poziomie
tajności, dyskretnie wprowadzić chłopaków do personelu muzealnego, ale dopiero
wtedy
wszyscy zaniepokoiliby się nie na Ŝarty - od Łycka do Kara-kałpakii... Prawdę
mówiąc,
gdyby to zaleŜało od Nikołaja - własnoręcznie by przygotował i powiesił nad
głównym
wejściem tabliczkę: "Uwaga! W muzeum urządzono zasadzkę". Specjalnie dla
Afrykanina...
- Dobry wieczór, Nikołaju Sanyczu... Spaceruje pan?... Podniesiony jasny
kapelusz
nad srebrzystą, opuszczoną łysiną i szeroki, jak u czaszki, uśmiech...
- Dobry, dobry... - uśmiechnął się w odpowiedzi Nikołaj. - Tak, wyszedłem sobie,
Strona 28
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wiecie, świeŜym powietrzem pooddychać...
Jaki, do cholery, wieczór - juŜ ranek nadchodzi! Nawiasem mówiąc, wymieniający
ukłony z Wybierzniewem staruszek widniał u niego w spisie jako - wszystkim znany
- agent
pracujący na rzecz krasnojarskiego wywiadu (prawdopodobnie dorabiał sobie teŜ w
orenburskim). Zresztą ludność niepodległej Republiki BakłuŜyno była niezbyt
liczna, dlatego
kaŜdy dla kogoś tam pracował. Jak nie dla tych, to dla innych.
Nikołaj szedł po dźwięcznych nocnych chodnikach, próbując nie myśleć o zleconej
mu sprawie. Za wcześnie. Uzbieramy trochę faktów - wtedy pomyślimy... Znacznie
korzystniej było rozwaŜyć problem, jak mu się udało wsypać swój słuŜbowy numer
telefonu.
Pieseczek...
Nie, jest absolutnie pewny: sam jej numeru nie dawał. Najwidoczniej któryś z
donosicieli... Nikołaj w myśli przejrzał listę swoich najlepszych kabli. W
jakimś stopniu
wszyscy znali Nike Niewyrazinową. A to znaczy, Ŝe numer mogła wytrząsnąć z
kaŜdego... T-
tak, klops...
Wysiłkami Gleba Portniagina centrum gminy powoli nabierało stołecznego blichtru.
Bezdźwięcznie płonęły reklamy. Broadway. Pośrodku placu, na niskim granitowym
cokole
świeciła się Car-stopa. Odbity kawałek był ściśle oparty o Ŝeliwny korpus...
Nagle coś
zagrzmiało, zatrzeszczało - obok Wybierzniewa przeleciał, niedawno puszczony,
pośpieszny
tramwaj, który wyrwał się ze swojej betonowej nory - pewnie ostatni
dzisiejszy... Ściślej -
wczorajszy... Minął dwupiętrowy, róŜowy budynek konserwatorium (była podstawowa
szkoła
muzyczna). Podpułkownik zapalił jeszcze jednego papierosa i skręcił z alei w
zaułek. Od razu
powiało starym Bakłu-Ŝynem. Latarnie nie paliły się. Cicho marudziło drzewnym
złodziejskim Ŝargonem zuŜyte czarne listowie, a niewidoczna mała psina szczekała
cieniutko
i ury wiście - jak w butelkę.
Dzwonek nie działał, trzeba było stukać. Drzwi Nikolajowi otworzył szczupły,
podobny do wyrostka facecik. Na oko moŜna było mu dać tak samo trzydzieści, jak
czterdzieści, a nawet całe czterdzieści pięć lat. W rzeczywistości, bezrobotnemu
Maksymowi
Krochotowowi stuknęły niedawno, jak zapisano w jednym z dossier podpułkownika
Wybierzniewa, pięćdziesiąt dwa lata.
Ani jedno jego oko nie było zaspane, co zresztą było naturalne, poniewaŜ o tej
wizycie
Krochotow został zawczasu uprzedzony.
- Dzień dobry-dzień dobry... - z roztargnieniem odezwał się na jego powitanie
Nikołaj
i wszedł. Obrzucił zmęczonym wzrokiem nędzne umeblowanie. - Jak tam Ŝycie
młode?...
Porozmawiali o Ŝyciu, o nieobecności w nim szczęścia, o cenach. Wy-bierzniew bez
natarczywości podał pewną sumę pieniędzy. Gospodarz tak samo nieprzymuszenie ją
przyjął.
-
Nie chcesz się przejść? - spytał Nikołaj.
-
Z panem? - bojaźliwie spytał Maksym.
-
Nie, beze mnie... Noc, zresztą, jest wspaniała... Powietrze, gwiazdy...
-
Długo trzeba będzie spacerować?
-
Z półtorej godzinki...
-
Podpułkownik wyprowadził gospodarza, zamknął za nim drzwi i poszedł do kuchni.
Szczelnie zasłonił rozpadającą się zasłonkę. Potem z miną zdecydowanego się
zastrzelić
wsunął prawą rękę pod pachę, ale wyciągnął stamtąd nie broń, a jedynie
plastykowe
opakowanie śmietanki. Otworzył je, wylał połowę zawartości do miseczki, postawił
ją na
Strona 29
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
środku kulawego kuchennego stołu, zdjął gipsową kratkę zakrywającą otwór kanału
wentylacyjnego, i wydał cichy, umowny gwizd. Potem usiadł za stołem, rozpoczął
oczekiwanie.
Niedługo w czarnej, kwadratowej dziurze pojawiła się owłosiona twarzyczka i z
przestrachem rozejrzała się wypukłymi oczkami.
- Wszystko w porządku, w porządku... - uspokoił go Nikołaj. - MoŜesz nie
sprawdzać... Przyniosłem ci estońską śmietankę... PrzecieŜ lubisz estońską?...
Zgiętym palcem popchnął miseczkę bliŜej i wypukłe oczka zapłonęły. Skrzat
zgrabnie
zbiegł na pazurkach po ścianie, momentalnie znalazł się na stole i z rozkoszą
mrucząc,
zanurzył mordkę w importowany produkt.
-
A Czaszka z Esaułem będą się rozliczać... - rzekł, mlaskając, oblizując
się. - Esauł
go w poprzednim Ŝyciu oszukał na piętnas'cie srebrników... Powiedział mu o tym
astrolog,
ale zdąŜyli go juŜ sprzątnąć...
-
Najpierw sobie zjedz... ZdąŜymy się nagadać...
Nikołaj załoŜył nogę na nogę i zapalił, popatrywał na gościa z przyjaznym,
zmęczonym uśmiechem. Wierny testamentowi niezapomnianego szefa Ochrany Siergieja
Wasiljewicza Zubatowa, uwaŜał za głupotę pośpieszne wypytywanie donosiciela i
wytrząsanie z niego zeznań... Kabla trzeba lubić. Najpierw z nim pogadaj,
porozmawiaj od
serca, dowiedz się, czy czegoś mu nie trzeba, pomóŜ w miarę moŜliwości... A
donosy i tak,
sam z siebie, złoŜy.
Łachudrzaka Nikołaj cenił. Ten skrzat, który dostał się kontrwywiadowi BakłuŜyna
w
spadku po radzieckim reŜymie, kiedyś pracował dla KGB, a w 1950 roku, od razu po
schizmie Siły Nieczystej, został nawet wprowadzony w szeregi podziemnych.
Uwielbiał
śmietankę.
Zamaszyście wylizał miskę, otarł się, siadł w kucki i błyszcząc oczkami, zaczął
- aŜ
dławiąc się z pośpiechu - dzielić się wiadomościami:
- A Czaszka mówi: licznik bije od czasów Heroda Antypasa... odsetek od czasów
Heroda nazbierało się tyle!... I jeszcze po kursie... Wszyscy teraz na baczność,
z Tyraspola
jedzie brygada...
- Spokojnie, spokojnie... - dobrodusznie przerwał mu Wybierzniew. - Jak tam sam
Ŝyjesz? Dawno przecieŜ nie widzieliśmy się...
Uczciwie mówiąc, rozróby mafii bakłuŜyńskiej, nawet takie połączone z
interwencją
zagranicznego światka przestępczego, teraz mało go interesowały.
Plecki Łachudrzaka z obrzydzeniem otrząsnęły się pod sierścią o oliwkowej
barwie.
-
Uciekinierzy juŜ nam bokiem wychodzą... - poskarŜył się.
-
Uciekinierzy? - z iskierką zainteresowania spytał Nikołaj. - Skąd?
-
A, ci, dŜumachlińscy...
-
A-a... jutro tam ze dwa rejony idą do wyburzenia! A co to za
uciekinierzy? Ludzie
czy skrzaty?...
-
Ci i tamci - niewesoło odrzekł Lachudrzak. - Takie buraki! Wiocha - była
i jest
wiochą... Nie, no po co tutaj się pchają? W DŜumachli mają mało miejsca, czy co?
Nikołaj Wybierzniew ze współczuciem pocmykał językiem.
-
Jasnopopielate teŜ są?
-
Łyckie, czy jak?... TeŜ sporo... Niby granicę zamknięto, posterunek
graniczny
zaklęto - nie, mimo to się przesączają... Przez nich juŜ w ogóle nie da się
Ŝyć!... Karmiciel ze
swoimi chłopakami ze struktur mafijnych przyjmuje zamówienia - na odstrzał
poltergeistów!
Jak to? Czy to w porządku?... Nigdy wcześniej czegoś takiego u nas nie było...
-
A łyckich znasz wszystkich?...
Lachudrzak zamilkł. Nad zasłonką w czarnym oknie Ŝółkł jednoboki księŜyc. Mętny
Strona 30
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
jak lampa na klatce schodowej.
- W stolicy?... Nooo, właściwie, to tak... Niektórych lepiej, niektórych
gorzej... A kto
jest potrzebny?
- Hm... - Namyślając się podpułkownik Wybierzniew gniótł twarz własną dłonią. -
Na
razie nie wiem... - przyznał się, odsuwając dłoń. - Ale ktoś powinien się
pojawić. I to jeśli nie
dziś, to najpóźniej jutro...
Lachudrzak uwaŜnie spojrzał na Nikołaja i zrozumiał, Ŝe rozpoczęła się powaŜna
rozmowa.
-
Jasnoszary? - z uwagą uściślił.
-
Jasnoszary... Średniego wzrostu... I-i... chyba to wszystko. Przeszedł
granicę tej
nocy... Dokładniej - przeniósł go... - Nikołaj pomyślał - jakiś z
-
łyckich cudotwórców. Raczej nie będzie się tym chwalił przed bractwem, ale moŜe
przypadkiem się wygadać...
-
Co? co?... Razem przechodzili granicę?...
-
Razem...
Łachudrzak siedział nieruchomo i jedynie mrugał oczami w zakłopotaniu. To, co
teraz
usłyszał od podpułkownika, wydało mu się nieprawdopodobne. W dodatku skrzacik
wystraszył się... Z cudotwórcami z Łycka nie ma Ŝartów... Pryśnie wodą s'więconą
- i Ŝegnaj
- BakłuŜyno! Witaj, astralu!...
-
A co ja mam?...
-
Nic... Jak pojawi się - powiesz... Łachudrzak ciągle jeszcze się wahał.
Nikołaj chrząknął, zmarszczył się, znowu sięgnął po opakowanie.
- Nie chcesz... jeszcze - powiedział, podsuwając miseczkę bliŜej - trochę
śmietanki?...
ROZDZIAŁ 5
AFRYKANIN, lat czterdzieści cztery, protopartorg
Kiedy jakaś złośliwa drobnica spróbowała połaskotać pod wodą jego lewą piętę,
Afrykanin, który zdąŜył juŜ dojść do połowy DŜumachlinki, lekko się wystraszył.
Nagle
wyobraził sobie, Ŝe właśnie teraz, w tej sekundzie, patriarcha Porfiriusz, ze
wstrętem
ściskając usta, wykreśla go ze spisu cudotwórców - i chłodna ciemna woda od razu
rozstąpi
się pod jego bosymi stopami. A pływać Afrykanin naprawdę nie umiał...
ChociaŜ, rzecz jasna, wszystko nie jest takie proste... Jednym pociągnięciem
pióra nie
da się pozbawić charyzmy. Dopóki tłum wierzy w swojego wybrańca - ten nie utonie
w
Ŝadnych okolicznościach. Nawet kiedy wieść o dymisji dojdzie do ludzkich uszu,
uwierzą w
to nie od razu. Powinien minąć z tydzień albo i dwa, zanim środki masowej
informacji
przekonają mieszkańców, Ŝe wybraniec narodu tylko udawał takiego. A nawet w
takim
wypadku z pewnością pozostanie pewna liczba nieprzekonanych uparciuchów,
sceptyków.
Rozumie się, Ŝe przy tylko takim wsparciu juŜ nie będzie spacerów po wodzie, ale
mniejsze
cuda moŜna będzie jeszcze robić...
Potem z łyckiego brzegu poleciały kule i Afrykanin nie miał czasu na
wątpliwości.
Zezłościł się, przeklął karabin maszynowy, a przy okazji i bezimiennego
podwodnego urwisa,
który go łaskotał...
Nawiasem mówiąc, wdrapać się na dwumetrowej wysokości urwisko po wymytych z
ziemi zwojach grubych korzeni okazało się trudniejsze niŜ
przejście przez DŜumachlinkę w świetle reflektorów i pod ogniem karabinów
maszynowych. Na wszelki wypadek protopartorg, po dotarciu na ląd, od razu
odwrócił wzrok
obsługi reflektorów - oba snopy światła zgubiły naruszyciela, na ślepo zaczęły
Strona 31
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
przeszukiwać
brzeg. Bliskość zimnej wody odzywała się bólem w stawach. Pokaszlując,
cudotwórca w
niełasce przysiadł na jakimś korzeniu i delikatnie oderwał od riasy skrzacika,
który przy-
błąkał się nie wiadomo skąd.
- No... - przeciągle powiedział. - Chodź, Anczutka, przyjacielu, na dobry
początek
trochę odpocznijmy...
Rozgardiasz na moście spłoszył całe Ŝycie po tej stronie rzeki. Drzemiące na
koronie
wierzby wielkie jękajło zgłupiało zaspane, podskoczyło i napełniło zarośla
wywrzaskiwanymi
komendami, cięŜkim tupotem wojskowych buciorów, psim szczekaniem... Bez Ŝadnej
wątpliwości, tam, daleko, bakluŜynianie ogłosili alarm bojowy na posterunku
granicznym.
- Uciekajmy!... - krzyknął oszalały ze strachu Anczutka.
Afrykanin powoli odwrócił się do skrzata, podniósł srokate brwi, obejrzał go od
nóg
po łepek. W istocie sam nie rozumiał do końca, skąd mu przyszedł do głowy
pomysł, aby
wziąć pod swoją opiekę tę malutką, puszystą siłę nieczystą. No cóŜ... Mówi się,
Ŝe kaŜdy
antysemita ma swojego ukochanego śyda. Zatem dlaczego protopartorg Afrykanin nie
moŜe
sobie wziąć na ulubieńca jakiegoś skrzata?...
Protopartorg zmarszczył brwi, zdjął z ramienia wiszące na sznurowadłach buty,
jakby
nie słysząc zbliŜających się hałasów, zaczął je nakładać. Porfiriuszowi bez
wątpienia juŜ
donieśli o jego ucieczce. A jutro Patriarcha dowie się o tej pogranicznej
awanturze. Jeszcze z
dzień będzie się wahał, a potem... A właśnie, co będzie potem? Co by sam
Afrykanin zrobił,
gdyby był na miejscu Porfiriusza? W kaŜdym razie nie zdecydowałby się ogłosić,
Ŝe jego
najbliŜszy współpracownik to zbieg i renegat...
Szeroka twarz cudotwórcy pogrąŜyła się w ponurych myślach. Dookoła
rozpościerającej się na skraju urwiska polany kręciła się, niewidoczna dla
zwykłego
ludzkiego oka, drobna leśna siła nieczysta: bludnice, po-tykacze, popychla... Na
samą polanę
nawet nie próbowały się wysunąć - odstraszała je purpurowa aura Afrykanina.
Pomiędzy
pniami wyjrzała ogłupiała morda czorta. Gospodarz zarośli patrzył wystraszonymi
okrągłymi
białymi oczyma, poruszył wywróconymi na nice nozdrzami - i zniknął.
Anczutki nie zauwaŜył. Gdyby skrzacik był sam - w Ŝaden sposób nie mógłby się
ukryć przed czujnym wzrokiem krewniaka...
Potem ktoś' jak dzik przedarł się przez zagajnik i strasznym głosem wydał
rozkaz:
- Stój! Ręce do góry!
Anczutka w przeraŜeniu złapał protopartorga za nogę, przeszkadzając w
zasznurowaniu buta. Ten podniósł głowę, dostrzegł o dwa kroki od siebie
barczystego junaka
w hełmie i kamizelce kuloodpornej na kombinezonie ochronnej barwy. Potupał obutą
nogą, z
niezadowoleniem skinął w stronę czerniejącej w ciemnościach osiny. śołnierz
wojsk ochrony
pogranicza natychmiast skierował na nią lufę automatu, miękkim, ale cięŜkim
krokiem
podszedł do drzewa, oparł lufę o korę. Rutynowymi ruchami zrewidował osinę,
namacał
sęczek, zmarszczył się.
- Kontrabanda?... - zapytał ze złością. - A no, dokumenty!... Gdzie?! Ręce za
głowę,
mówiłem!... Sam wyjmę...
Afrykanin zabrał się za drugi but. śołnierz z ponurym sapaniem studiował w
Strona 32
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
świetle
latarki zerwany z drzewa delikatny, młody listek.
- Zaświadczenie o zwolnieniu z pierdla?... Mało tego, Ŝe recydywista, to jeszcze
szpiegów przeprawiasz?... Gadaj, sukinsynu, gdzie twój kiient! Gdzie ten w
riasie?...
Powiał lekki, nocny wietrzyk. Listowie osiny zamamrotało niewyraźnie. śołnierz
wysłuchał paplaniny drzewa z wyraźnym brakiem zaufania. Tymczasem przez zagajnik
przedarł się jeszcze jeden plamisty w kamizelce kuloodpornej i rzucił szybkie
spojrzenie w
stronę kolegi, sprawdzającego dokumenty, potem pospieszył w stronę brzegu.
- Chlupajło! - z płaczliwą groźbą w głosie zawołał, nachylając się nad
urwiskiem. -
No, dlaczego nie łowisz okoni, czorcie z wy trzeszczem!... Niby się wodnikiem
nazywa!
Zaprzedałeś się Lyckowi?...
Na dole plusnęło, zaszeleścił obsypujący się po stromiźnie piasek, zaskrzypiały,
zatrzeszczały wymyte z brzegu korzenie drzew. Ktoś wdrapywał się po obrywie.
Niedługo na
skraju legła błoniasta łapa, potem ukazał się przygnębiony Ŝabi pysk. Oczy - jak
pęcherze.
- No tak, nie łowię!... - zawył w odpowiedzi mieszkaniec rzeki. - Ja juŜ na
neutralnych
wodach zacząłem go łaskotać. O!... - Skrzywiony z bólu, blady, obrzmiały
Chlupajło
(nawiasem mówiąc, podejrzanie podob-
ny do skrywającego się przed ramieniem sprawiedliwości Bormana) okazał skręcony,
silnie spuchnięty palec, którym najprawdopodobniej próbował połaskotać spod wody
naruszyciela. - Od razu kurcz mnie złapał!...
Jakieś dziwne teraz stały się wodniki: ani brody, ani włosów - tylko jakaś
zielonkawa
szczecinka... Wygolił się na łyso, czy co?...
Afrykanin przytupał silnie zasznurowanym butem, stękając podniósł się z
korzenia. Ze
wszystkich rozwaŜań wynikało, Ŝe przez najbliŜszych kilka dni nie będą śmieli go
pozbawić
statusu cudotwórcy...
- Frajerzy... - z westchnieniem podsumował, nie bez złośliwości popatrując na
zebraną
na brzegu kompanię. - Chodźmy, Anczutka...
Noc była czarniejsza od riasy Afrykanina, i tak samo buro-podpalana. Po lewej
stronie
znajdowały się chyba niewidoczne stąd strumienie: grzmiał stamtąd satanistyczny
chichot
Ŝab. W oddali migotała gwiezdna mgławica świateł przedmieść DŜumachły (drugiego
co do
wielkości miasta niepodległej Republiki BakłuŜyno), a o czterdzieści kroków
Ŝółciały trzy
okienka stojącego na uboczu domku. Właśnie w ich stronę skierował się powolnym,
pewnym
krokiem protopartorg w niełasce. A właśnie, dlaczego okna są trzy, kiedy powinny
być dwa?
Ach, tam jeszcze drzwi są otwarte na ościeŜ... Bojąc się pozostać z tyłu,
Anczutka drobił
szybciutko obok.
-
Ja tam nie mogę... - jęczał, od czasu do czasu nabierając odwagi i
szarpiąc lekko
towarzysza za dół riasy. - Skrzat zobaczy, Ŝe jesteśmy razem, opowie bractwu...
Swoi mnie
wykończą...
-
Inaczej nie bywa... - po przyjacielsku pocieszył go Afrykanin. - Tylko,
wiesz, mam
wraŜenie, Anczutka, Ŝe nie ma tam Ŝadnego skrzata. śadnego - ani podwórkowego,
ani
Strona 33
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
strychowego.
Protopartorg otworzył furtkę. Trzy płaszczyzny Ŝółtawego światła przecinały sad.
Oszałamiał zapach bzu. Anczutka poruszył nozdrzami, poweselał i więcej juŜ nie
szarpał
towarzysza. Widocznie zrozumiał, Ŝe Afrykanin ma rację: skrzat tu był, ale
niedawno się
zmył...
Kiedy przestąpili niski próg, znaleźli się w zabałaganionej kuchni, gdzie za
pokrytym
przepaloną ceratą kulawym stołem siedział, rozgoryczony, mocno pijany gospodarz
-
zarośnięty do niemoŜliwości. Kiedy usłyszał
skrzypienie desek podłogi pod masywnymi stopami Afrykanina, powoli podniósł
zarośniętą po oczy twarz i utkwił nierozumiejący wzrok we wchodzących.
Potrząsnął kudłatą
głową - znowu się przypatrzył. Nerwowo podrapał pazurami miejsce, gdzie jego
broda
przechodziła w brwi... Błyskawicznie trzeźwiał.
-
No, witaj, Witaliju... - po przyjacielsku rzekł Afrykanin. -
Poznajesz?... Obiecałem,
Ŝe wrócę - i wróciłem...
-
Ty... zwariowałeś... - w końcu wyrzekł gospodarz.
-
No, załóŜmy, Ŝe stracić rozum, to juŜ dawno straciłem... - uśmiechając
się, dodał
Afrykanin. - Ale w Lycku o mało nie wyzdrowiałem. Na szczęście w porę się
powstrzymałem! Nie, pomyślałem sobie, czas do BakłuŜyna. Bo to, widzisz,
rzeczywiście
zaczną mnie za normalnego uwaŜać...
Protopartorg chrząknął, przestąpił z nogi na nogę, rozglądał się. MoŜna by
powiedzieć, Ŝe nie miał szyi, dlatego aby się rozejrzeć, musiał obracać się
całym tułowiem.
Zasłona zerwana, na podłodze potłuczone szkło, śmieci, obdarte kawałki tapety.
Nad
kulawym stołem - jasny prostokąt po zdjętym obrazie (po ikonie pozostaje plama o
innej
formie i mniejszych rozmiarów)... Ohyda zapuszczenia. Mieszkanie zawyczaj tak
wygląda po
ewakuacji.
-
A co to u ciebie taki bałagan? - z troską spytał gość. - I drzwi - na
ościeŜ...
Rozwodzisz się, czy co?...
-
Po co przyszedłeś?... - wyrzekł gospodarz, patrząc z lękiem na
Afrykanina.
-
Po co? - Afrykanin rozejrzał się jeszcze raz, przysiadł na rachitycznym
taborecie. -
Chcę, Witalij, przypomnieć o czymś ludziom... Wystarczy! PoŜyliście sobie
spokojnie pod
opieką Gleba Portniagina... - Rzucił spopielające ciemne spojrzenie spod
zsuniętych
srokatych brwi. - Przyłączysz się?
Nos Witalija, w wielkich porach (jedyna goła część twarzy) stał się biały jak
krochmal. Oszalałe oczy zatrzymały się na rozpoczętej butelce. Gwałtownym ruchem
Witalij
chwycił ją za szyjkę i spróbował napełnić niewielką, graniastą szklankę. Potem
stało się coś
dziwnego i niezrozumiałego: wódka z bulgotaniem opuszczała butelkę, ale szklanka
pozostawała pusta. W porę skojarzywszy, Ŝe ryzykuje pozbawienie się alkoholu,
gospodarz
tak samo nerwowo odstawił oba pojemniki na skraj stołu.
- Co powiesz? - surowo spytał cudotwórca.
Szybko dysząc, jak pies, Witalij patrzył na protopartorga. W końcu oderwał wzrok
i
pokręcił kudłatą głową.
-
Mmm... n-nie... - wymuczał, jakby z bólem. - N-nie proś... Rzuciłem
politykę... JuŜ
pół roku minęło, jak rzuciłem... Spaliłem partyjną legitymację, ikonę ukryłem,
Strona 34
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
medal - takŜe...
Niepotrzebnie przyszedłeś, Nikodemie... Ja przecieŜ mam Ŝonę, dzieci...
-
Gdzie? - ponuro zainteresował się Afrykanin, nazwany w tym przypadku
Nikodemem.
-
Co - gdzie?...
-
No, Ŝona, dzieci...
Gospodarz rozejrzał się otępiałym wzrokiem. Ani dzieci, ani małŜonki w granicach
kuchenki nie było widać.
- A-a... - ze zrozumieniem rzekł przeciągle. - Przenieśli się... No, a ja -
juŜjutro... z
samego rana...
Wyciągnął rękę po butelkę, ale natychmiast cofnął ją, ze strachem patrząc na
Afrykanina, wytarł spotniałą dłoń o koszulę.
-
Nic ci się nie uda... - ochryple ostrzegł, jakby całkowicie otrzeźwiały.
- Wtedy się
nie udało, a teraz - tym bardziej. Staruszkowie - wszyscy są zastraszeni, a
młodym idee są na
h... potrzebne...
-
A podziemie?
Witalij skrzywił się i machnął ręką.
-
Rozpadło się...
-
Tak od razu się rozpadło? - nie uwierzył Afrykanin.
-
No, nie od razu, rzecz jasna... - niechętnie przyznał Witalij. - Dwa
lata temu w
stolicy mityng urządzili... poprowadzili demonstrację... z lustrami...
-
Z lustrami?...
-
Noo... Ŝeby sami siebie zobaczyli... do czego ich czarodzieje
doprowadzili...
-
To wtedy, kiedy was rozgonili armatkami wodnymi? Witalij zamrugał,
podniósł
zarośniętą twarz.
-
Z jakimi armatkami wodnymi? - spytał ogłupiały.
- W "Czerwonym Sztandarze" był artykuł - wyjaśnił Afrykanin. - i was woda
rozaonili
oałkami...
Lekko odsuwając się, Witalij bojaźliwie spojrzał na Afrykanina.
- Niee... - w końcu powiedział niezdecydowanie. - Wszystko było porządnie:
mieliśmy
zezwolenie na mityng, na demonstrację takŜe...
- A kto wydał zezwolenie? - zapytał z goryczą Afrykanin. - Czy osobiście, nie
daj
BoŜe, Gleb Portniagin?
Witalij skulił się, opuścił głowę na pierś.
- Jak upadliście... - powtórzył z goryczą Afrykanin. - Od przeklętego
czarodzieja
wypraszali zezwolenie... I to na co! Na przejaw gniewu ludu... Ech!...
Zamilkł, potem nagle wyciągnął po gospodarsku rozpostartą dłoń przez stół, wziął
butelkę, obejrzał z dezaprobatą... Z jaskrawej etykietki spoglądał na niego
złośliwie starzec o
koźlej bródce. "Nedobroff. Wódka najwyŜszej jakości. Rozlano i doładowano... tam
i tam...
Wystrzegajcie się podróbek".
-
A czy chodziaŜ były jakieś prowokacje ze strony czarodziei?... - z
nadzieją spytał
Afrykanin, stawiając butelkę na stole. - Podczas mityngu...
-
PrzecieŜ nas gliny ochraniały... - powiedział Witalij z miną winnego. -
Nie, no były,
rzecz jasna... - natychmiast spróbował się poprawić. - Wiedźmy bakłuŜyriskie
chciały rzucić
uroki...
-
I co?
-
Od razu je zwinęli... Dwóm odebrali na rok licencję... WróŜyć mogą, ale
nic
więcej... Właśnie od tego czasu właściwie juŜ innych większych akcji nie
organizowano...
Nastąpiło cięŜkie długotrwałe milczenie.
Strona 35
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Ta-ak... - w końcu rzekł Afrykanin. - Pocieszyłeś... No, a przywódcy? TeŜ się
rozpadli?
-
Bóg ich wie... - z Ŝalem powiedział Witalij. - Klim, wydaje się, poszedł
do handlu, a
Pankracy zniknął w cieniu...
-
To znaczy, Ŝe dalej prowadzi ekspropriacje? - ucieszył się Afrykanin.
-
No tak, prowadzi, prowadzi... - smętnie odpowiedział gospodarz. -
Ostatnio wziął
bank, jak mówią, w zeszłym tygodniu... Ale przecieŜ to tak, bez polityki...
Zawstydził się - i zamilkł.
- Ech, Witalij, Witalij... - z wyrzutem rzucił Afrykanin. - Takie podziemie wam
zostawiłem, a wy...
Gospodarz zachlipał.
- Popatrz ty na mnie! - Ŝałośnie wykrzyczał. - No, spójrz! No, jaki ze mnie
partyzant?
Tak! Podupadłem! Tak! Telewizji nie oglądam, radia nie słucham, gazet nie
czytam... O,
widzisz? - Witalij nie patrząc wskazał palcem na kołchoźnik z wiszącym pod nim
oderwanym
kawałkiem przewodu. - Ja juŜ nie jestem ten, Nikodemie, nie ten, co dawniej...
Ty teŜ,
zresztą...
Afrykanin zadrŜał i powoli odwrócił się do gospodarza. Witalij zadławił się.
- N-no... sam przecieŜ wiesz, znasz nieczyste siły... - szeptem wyjaśnił,
wskazał
szybko załzawionymi oczyma na cofającego się Anczutkę. Ten, w obecności
Afrykanina nie
śmiał stać się niewidzialnym i jedynie silnie wcisnął się w kąt.
Przez jakiś czas obaj patrzyli na skrzata.
- I cóŜ?... - głucho, z przerwami przemówił Afrykanin. - Dla świętej sprawy z
diabłem
moŜna się pokumać... Honorowych ludzi - widzę, juŜ nie zostało - zdaje się, ze
skrzatami
pracować będziemy...
Witalij podniósł zalepione oczy i, odsłaniając resztki zębów, z trzaskiem
rozerwał
kołnierz koszuli.
- Nie syp mi soli na ranę, Nikodemie... - sycząco wyjęczał. - Zamilcz!...
Afrykanin wstał. Jego szeroka twarz obrzmiała, pociemniała.
- Jeśli ja teraz zamilknę - z trudem wymawiając kaŜde oddzielne słowo, wydusił z
siebie - kamienie będą krzyczały... Nie tylko zresztą, kamienie!
Zapalczywie machnął ręką - w zepsutym kołchoźniku coś trzasnęło, zaszumiało, w
następnej chwili do martwego głośnika w niezrozumiały sposób wdarła się
wieczorna audycja
łyckiego radia. Dźwięczny dziecięcy głosik deklamował w samozapamiętaniu:
Kiedy Chrystus był malutki,
Z kędzierzawą głową...
- Nie śmiej!... - Witalij podskoczył, rzucił się do głośnika. Zerwał go ze
ściany, z
rozmachem rzucił na podłogę i z chrzęstem rozdeptał obcasem...
Takze biegał w walonkach.
Rozpłaszczony jak naleśnik głośnik radośnie kontynuował, jakby się nic nie
stało.
Witalij zawył, schwycił kołchoźnik, wybiegł w otwarte na ościeŜ drzwi, podbiegł
do
studni.
W Ŝydowskie pustkowie
Rzucał śnieŜkami...
To juŜ zabrzmiało na poŜegnanie. Potem słychać było głośny plusk - i wszystko
ucichło. Później w oddrzwiach, powłócząc nogami, pojawił się Witalij. Nawet
poprzez
nadmierne owłosienie widać było, Ŝe twarz jego jest wykrzywiona złością.
- Odejdź... - wyrzekł bezsilnie.
Pochylając głowę protopartorg ruszył ku drzwiom. Anczutka rzucił się za nim.
Kiedy
stanął na progu, Afrykanin splunął, i nie krępując się gospodarzem, strzepnął
brud ze swoich
Strona 36
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wysokich, Ŝołnierskich butów.
- W imieniu rewolucji - wycedził - niech dom ten spocznie w ruinach na wieki...
Pozostawiony w samotności gospodarz przeklętego mieszkania schylił się nad
przedziurawionym progiem. Gniewne splunięcie protopartorga przepaliło cegły na
wylot.
Witalij wydał słaby jęk i pobiegł do stołu. Chciał przelać resztki wódki do
szklanki - kiedy
nagle zamarł, widać przypomniał sobie to, co się stało pięć minut wcześniej. Na
wszelki
wypadek wypił wódkę wprost z butelki.
- W ruinach, w ruinach... - przedrzeźniał z goryczą, upuszczając butelkę
podłogę. - A
co, czyja sam nie wiem, Ŝe jutro przyjdą wyburzyć!?...
- No cóŜ, Anczutka, przyjacielu? - w zamyśleniu powiedział Afrykanin. - GdzieŜ
my
będziemy nocować? Po partyzancku, czy teŜ poprosimy o nocleg w DŜumachli?...
Skrzat bezradnie pokręcił puszystą główką. Po lewej czerniał lasek, po prawej
słabo
świeciło w nocnej ciemności przedmieście DŜumachły.
- Nie bój się... - Afrykanin uspokoił swojego strachliwego towarzysza. - Nikt na
ciebie
nie doniesie do bractwa... Jeśli będzie jakieś pogańskie plugastwo w chacie - w
mig je
przegonię... Powiem: "Zgiń!" - i zginie...
Kiedy usłyszał to straszne słowo, Anczutka zadrŜał, z nawyku zwinął się w
kłębuszek.
Jednak natychmiast skojarzył, Ŝe nie zostało wymówione jako zaklęcie, a
dobrodusznie, i
najwidoczniej nie nabierze mocy wykonawczej.
Oczka skrzata zapłonęły.
- Zgiń! - powtórzył w zachwycie. A po chwili namysłu, dorzucił złośliwie: -
Kontr-
ra!...
Afrykanin chrząknął i pokiwał wielką, wypukłą łysiną.
- Popatrzcie, no... - zdziwił się. - Jak ci to zgrabnie wyszło! Pewnieś
współpracował z
GPU, no nie?
Anczutka spus'cił oczka.
-
Z NKWD...
-
No, włas'nie widzę...
Wydaje się, Ŝe protopartorg chciał dorzucić jeszcze kilka ciepłych słów na
pociechę,
ale nagle przedmieście DŜumachły - zniknęło. Tylko co świeciło się, płonęła łuna
- i nagle,
bezdźwięcznie zniknęło w ciemności.
- Światło, czy co, walnęło?... - z troską wymamrotał Afrykanin. - Zupełnie jak w
Łycku...
Jednak im bardziej zbliŜali się do DŜumachły, tym jaśniejsze stawało się dla
obu, Ŝe
przedmieście zatopiono w ciemnościach celowo. Dwa rejony miasta - prywatnych
domków -
patrolowano: noc była dosłownie podziurawiona światłem latarek. W ciasnej
uliczce
Afrykanin z Anczutka spotkali dwóch w milicyjnych mundurach. Nie zatrzymali ich,
rzecz
jasna, nie zawołali, przeszli obok...
-
Ech, szakale... - przyciszonym głosem wściekał się jeden z nich. - No,
rozumiem:
wysiedlili, okrąŜyli kordonem... Ale po co wyłączyli prąd? Specjalnie dla
maruderów, czy
co?...
-
To maruderzy odcięli prąd - warkliwie odpowiedział mu drugi. - Przecięli
przewody
- i sprawa gotowa...
-
A co to, naprawić się nie da?
A oni monterowi podłoŜyli zamknij-ziele do torby... - przez zęby wyjaśnił lepiej
Strona 37
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
poinformowany. - Monter wlazł na słup - a tu nie moŜe ani obcęgów, ani
kombinerek
otworzyć... A zanim przynieśli nowe narzędzia, te bydlęta jeszcze na trzech
słupach przewody
ukradli... Aluminium dro-dorzucił.
Afrykanin zatrzymał się, zasępił i długo patrzył za patrolującymi. Domki
opuścili nie
tylko ludzie, ale nawet skrzaty... Bez wątpienia, przygotowywano coś z wielkim
rozmachem,
z pewnością osobiście zatwierdzone przez prezydenta - i najpewniej coś wyjątkowo
podłego...
Zresztą, nie ma nic złego, aby nie moŜna w nim znaleźć odrobiny dobrego: wybierz
sobie
dowolny dom i nocuj.
Dopóki doszli do pierwszego skrzyŜowania, spotkali jeszcze trzy patrole.
Ośmielony
przyjacielskim traktowaniem przez Afrykanina, Anczut-ka zaczął chuliganić: gasił
gliniarzom
latarki - rozładowywał bateryjki, ze smakiem wypijając z nich cały ładunek.
- No coś ty... - w końcu rzekł mu z niezadowoleniem Afrykanin. - Nie wygłupiaj
się,
słyszysz?...
Anczutka natychmiast przygasł, a niedługo potem nawinął się im domek - ze
stosunkowo całymi szybami, który spodobał się im obu. Czy to poprzedni
gospodarze byli
zbyt zamoŜni, czy teŜ po prostu wygodni, bo, wyjeŜdŜając, pozostawili trochę
mebli. Nawet
nie chciało się im, leniom, wykręcić Ŝarówkę. Nic do jedzenia, co prawda, nie
udało się
znaleźć, ale ani Afrykanina, ani Anczutki to specjalnie nie zdenerwowało.
Skrzatowi - okruch
wystarczy, a protopartorg pościł po nielegalnym przejściu granicy.
-
Zapal!... - gorączkowo zaproponował Anczutka, pokazując palcem na
Ŝarówkę, ale
Afrykanin tylko zaprzeczył ruchem głowy.
-
Zapalić Ŝadna sztuka... - powiedział. - Tylko na nic nam teraz,
Anczutka, zbędne
cuda... Przewody przecieŜ zostały odcięte... Słyszałeś przecieŜ, co gliniarze
mówili?... Od
razu, widząc światło, wszyscy się zbiegną...
Anczutka pokręcił się jeszcze trochę po trzech znajdujących się w domu pokojach,
sprawdził wszystkie kąty, pobiegał po ścianach, po suficie i w końcu poszedł
spać na
stryszek. A Afrykanin połoŜył się na skrzypiącym tapczanie i długo leŜał na
podłoŜonych pod
głowę rękach, patrząc w ponurym zamyśleniu na smętnie bielejący sufit...
Miał się nad czym zastanawiać...
Kiedy ulubieniec narodu i wierny pomocnik wodza ginie niespodziewanie z rąk
zabójcy, obywatel rzecz jasna, ma prawo przypuścić, Ŝe wszyst-
kiemu winni są wrogowie. Po pierwsze - tak mu powiedzaiano. Po drugie, sam juŜ
dostatecznie dawno zaczął podejrzewać, Ŝe po tej stronie barykady zebrali się
jedynie idioci.
No, czy nie tak?
Mało tego, Ŝe tym nieostroŜnym aktem terrorystycznym ci, wybacz BoŜe, durnie
silnie
zaszkodzili swojej reputacji politycznej, wzbudzając falę ludowego gniewu - to
jeszcze
wychodzi, Ŝe wypełnili cudzą robotę! Bezpłatnie i sobie na szkodę.
Wyobraźcie sobie z jaką ulgą odetchnął wódz, na którego miejsce jawnie i
bezceremonialnie pchał się nieboszczyk, wyobraźcie sobie tę cichą radość tego,
który z kolei
zamierzał zająć miejsce zmarłego...
Nie, nie, wszystko ma swoje granice, nawet ludzka głupota. Wrogowie są wrogami,
ale przecieŜ nie samych siebie!...
Krótko mówiąc, nie naleŜy się mylić. Świnię podkładają zawsze swoi. W dodatku
zamachy na wodzów udają się znacznie rzadziej niŜ na ich współpracowników. To
zresztą
Strona 38
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
zrozumiałe: jaki dureń zezwoli na odstrzelenie samego siebie!
Właśnie tam, na listę najbliŜszych współpracowników - potencjalnie do odstrzału,
trafił protopartorg Afrykanin po tym, kiedy Patriarcha Całego Łycka Porfiriusz,
juŜ wcześniej
z trwogą obserwujący wyczyny lidera prawicowych radykałów, pozazdrościł mu
ludowej
sławy i z zemsty - obwołał go swoim następcą.
śycie Afrykanina zawisło na włosku. Liczba zawistnych pomnoŜyła się
kilkakrotnie,
na tyle, Ŝe lepiej byłoby, aby protopartorga przejechało swego czasu samobieŜne
działo typu
"Ferdynand" ze znanego obrazu artysty Leoncja Dosiudy!... A niedługo, w rozmowie
z
komisarzem ludowym do spraw inkwizycji Patriarcha doradził wzmocnić osobistą
ochronę
doradcy i powołał się przy tym na niedawny zły sen, o czym natychmiast teŜ
dowiedział się
Afrykanin.
Co to oznacza - nie trzeba mu było wyjaśniać...
Teraz przed Nikodemem Ludzkim leŜały trzy drogi. Jedną z nich kiedyś tam, dawno,
przeszedł juŜ Trocki, drugą - Kirów, trzecią - Che Gueva-ra. Winę za śmierć
płomiennego
protopartorga nieuchronnie zrzucono by na bakłuŜyńskich szpiegów, ale Afrykanina
to nie
pocieszało nawet w najmniejszym stopniu.
O drugiej w nocy zjawili się maruderzy. Afrykanin usłyszał, jak wiercą się na
werandzie i jakoś nie mogą się zdecydować, aby wejść.
-
...kiepskie miejsce... - syczał przyduszonym głosem jeden. - Czujesz,
kadzidłem
pachnie...
-
Skąd tu kadzidło?...
- Cholera go wie! MoŜe z DŜumachlinki doleciało... Stąd do Łycka tylko rękę
podać...
Jednak nie odwaŜyli się przestąpić progu domu. OstroŜnie zdjęli łomem okiennice
- i
zniknęli.
Na zewnątrz zaczął kropić drobny deszczyk. Afrykanin juŜ zaczął drzemać, kiedy
na
strychu wybuchła jakaś zagadkowa awantura, której towarzyszyły piski skrzatów.
- Zgiń!... Kontr-ra!... - zawył groźny głosik.
Wydaje się, Ŝe Anczutka potrzebował pomocy. Sądząc ze wszystkiego, na strychu
doszło do powaŜnej rozróby.
- Zniknij, siło nieczysta!... - wymamrotał rozsierdzony Afrykanin - i skandal na
górze
ucichł.
Przysłuchał się z gniewem, potem poprawił buty, słuŜące mu za poduszkę, i ze
skrzypieniem przewrócił się na drugi bok...
Wyspać się Afrykaninowi jednak nie dano. O szóstej rano straszne uderzenie
wstrząsnęło budynkiem aŜ do betonowych bloczków fundamentu. Z trzaskiem i
rumorem
spadły odłamki białej cegły i kawałki tynku. To, co się zdarzyło, przypominało
bombardowanie...
Afrykanin w skok usiadł na przewracającym się ze skrzypieniem tapczanie. Zamiast
okna ziała postrzępiona dziura, w której wilgotnie błyszczało omyte nocnym
deszczem
czyste, poranne niebo. W kosym potoku słonecznego światła leniwie kłębił się
duszący,
mętny kurz. Pod roztrzaskanym, obdartym miejscami z tynku sufitem kołysał się na
sznurze
kawał Ŝyrandola.
- Och, Ŝeby cię uniosło i tak zostawiło!... - wyryczał szczerze z głębi serca
protopartorg, zaspany nie pomyślał o konsekwencjach.
Od razu zakaszlał, spus'cił nogi na podłogę, zdjął buty z tapczanu. Zaczął je
zakładać.
Zaschło mu w gardle. Poprzez wyłom dobiegało mruczę-
Strona 39
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
nie potęŜnego silnika i głośne, wielogłosowe przekleństwa. Kiedy tylko zakończył
sznurowanie, wstał, obszedł szczególnie gęsty obłok białego pyłu i wyjrzał przez
otwór. Przed
jego oczyma widniał następujący obraz: zmiaŜdŜony ogromnymi gąsienicami powalony
płotek, wilgotny ceglany chodniczek i parę złamanych jabłoni, a pośrodku ogrodu
stał dźwig
z zadartym do góry ramieniem. Dookoła maszyny zebrało się juŜ z dziesięciu
ludzi. Wszyscy
patrzyli do góry, gdzie na niebieskim, porannym niebie, naciągając łańcuch,
chwiała się jak
aerostat czarno-rdzawa Ŝelazna kula.
- Matwieicz!... - Ŝałośnie wzywał wysunięty po pas z kabiny wielkolud w
niebieściutkim kombinezonie i takim samym kaszkieciku. - Matwieicza, do nagłej
cholery,
zawołajcie!...
Afrykanin zmarszczył się silnie i cofnął głowę. Trzeba było tak głupio się
objawić!...
ChociaŜ, moŜliwe, wyjdzie to na dobre... Po pierwsze, chociaŜ bezwiednie, ale
przeszkodził w
jednym z paskudnych planów Gleba Portniagina - niewaŜne w jakim... A po drugie,
im więcej
bakłuŜyńskich obywateli uwierzy w cudotwórcę Afrykanina, tym mniej będzie
zaleŜał od
swoich łyckich wyborców i osobiście od Patriarchy Porfiriusza...
Tłum wokół dźwigu ciągle się powiększał i powiększał. Na ulicy narastał hałas. Z
pewnością unoszącą się na łańcuchu Ŝelazną kulę widać było z daleka. Potem nagle
ludzie
rozstąpili się, obok kabiny pojawił się pospolity męŜczyzna w pomiętym
garniturze. Z troską
popatrzył na ciąŜek i, nie wyraŜając na pomiętej twarzyczce ani strachu, ani
zdziwienia, wyjął
z wewnętrznej kieszeni telefon komórkowy. MoŜna było zrozumieć, Ŝe widywał i
większe
cuda. Energicznie przeŜegnał się krzyŜem (okrąŜający go gapie odskoczyli
protestując) i
wybrał numer.
- Oksanka?... - biadolącym głosem zapytał. - Tu Matwieicz... Połącz mnie z Tolem
Toliczem... NiewaŜne, Ŝe zajęty! Powiedz: dywersja...
Afrykanin odsunął się od wyłomu i spojrzał na gałęziasto popękany sufit.
- Anczut... - cicho zawołał. - Chodź, złaź... Bo tu nas, rozumiesz, zburzyć
zdecydowali
się...
Nie było odpowiedzi. Protopartorg ze strachem przysłuchiwał się i zrozumiał, Ŝe
strych jest pusty, w dodatku od dawna. Czy nie stało się coś przypadkiem
Anczutce?
CiąŜkiem-kulą, chyba nie mogło w niego trafić - Dierwsze uderzenie poszło na
ścianę... MoŜe
skrzacik po prostu się wystra-
szył? Afrykanin mrugnął i nagle pojął, co się stało. PrzecieŜ sam nocą rozkazał:
"Zniknij, siło nieczysta!..." - nie pomyślał, stary dureń, o tym, Ŝe Anczutka
przecieŜ jest takŜe
skrzatem! Rzecz jasna, wtedy i jego uniosło - razem z pozostałymi... No, gdzie
go teraz
szukać?...
Pomogłem, jak to się mówi!... Ach, jak to niezręcznie wszystko wyszło...
Afrykanin
gniewnie podrapał łysinę i pochrząkując, skierował się do drzwi. Na ulicy nikt
nie zwrócił na
niego uwagi. Protopartorg postał chwilę obok Matwieicza; odchylił się do tyłu
całym
tułowiem, popatrzył na chwiejącą się w niebiosach kulę... Tak, dobre zadanie im
podrzucił -
pewnie całą Ligą będą musieli odczynić urok...
Strona 40
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Poleciała - i wisi... - skrzypiał Matwieicz w słuchawkę komórki. - Jak balonik
dla
dzieci...
Afrykanin obszedł dźwig, wyszedł na wilgotną, juŜ wysychającą uliczkę, gdzie
turkotała i pluła szaroniebieskim dymem cięŜarówka, załadowana błyszczącymi na
pęknięciach odłamkami.
- Rozumiem, Glebie Kondratyczu... Zaraz powiem...
Kiedy usłyszał imię największego swojego wroga, protopartorg zadrŜał i odwrócił
się.
Za mokrymi, połamanymi sztachetami rozwijała się awantura. Matwieicz kopniakami
rozganiał tłum.
- Odejść od dźwigu!... Wszyscy mają odejść!... A tobie co, specjalne
zaproszenie?...
Chcesz zostać ofiarą bombardowania?... Zostaniesz... Gotowe, Glebie
Kondratyczu... -
powiedział do słuchawki, a potem, teŜ odbiegł o kilka kroczków, podniósł ją nad
głowę -
głośnikiem do kuli.
Słuchawka burknęła coś dobrze znanym Afrykaninowi głosem - i skóra na plecach
protopartorga zjeŜyła się, poruszyła od nienawiści. A w następnej sekundzie kula
z krótkim
świstem pocisku cięŜko runęła z wysoka na wilgotną ścieŜkę ogrodu. Ziemia
zadrŜała,
wystrzeliły odłamki cegieł. Łańcuch z jękiem wyciągnął się, ramię dźwigu
zadrŜało, ogromny
dźwig groźnie podskoczył na szeroko rozstawionych łapach...
Uciekinier-cudotwórca stał nieruchomo. Jednym zaklęciem?... I to przez telefon
komórkowy?... AŜ strach było sobie wyobrazić, jakie wsparcie powinien mieć w
narodzie
Gleb Portniagin, Ŝeby tak, od ręki, mimochodem, zwalić z wysokości przeklętą
przez
Afrykanina wiełopudową kulę... Trudno będzie walczyć z Glebem, oj, trudno...
Rozdział 6
ANCZUTKA, wiek nieznany, uciekinier
Zazwyczaj skrzaty nocują za piecem albo, w najgorszym razie, za kaloryferem
centralnego ogrzewania. Ale ta sytuacja była szczególna. Znaleźć sobie nocleg w
opuszczonym i zrujnowanym domu, gdzie niedawne wygody zostały bezlitośnie
zdeptane
przez samych ludzi, wydawało się Anczutce czymś niemoŜliwym, dlatego teŜ poszedł
spać na
strych, gdzie wszystko pozostawało tak, jak wyglądało przed ewakuacją. I jeśli
nie
przysłuchiwać się przemocą wymuszonej ciszy z opuszczonych pokoi, to wcześniej
czy
później moŜna sobie wyobrazić, Ŝe gospodarze nigdzie nie wyjechali, Ŝe ty sam
mieszkasz
tutaj juŜ od dawna, a na górze śpisz ot tak - powiedzmy, Ŝe naszła cię taka
chętka...
Na oplecionym pajęczynami stryszku było w nadmiarze składowanego, kosmatego od
pyłu badziewia: krzesło bez nogi, częs'ci metalowego łóŜka, rama do roweru,
nocnik... Czuło
się, Ŝe skrzat, który Ŝył tu do niedawna, i najprawdopodobniej uciekł stąd razem
z
mieszkańcami, zaglądał na górę rzadko. Anczutka wygnał spod części łóŜka duŜą
chykę i
zrobił porządek z niezdyscyplinowanymi pająkami, które juŜ zaczęły prząść swoje
sieci w
kierunku przeciwnym do biegu wskazówek zegara, co oczywiście rodziło słabe
wi-cherki
negatywnej energii. W ociepleniu zalęgły się larwy, ale włazić pod deski i całą
noc przebierać
keramzytowe grudki było ponad siły Anczutki. Na wszelki wypadek uplótł z
siłowych linii
ogrodzenie pod okienkiem, potem wbiegł na stroo i zawisł na nim w swojej
ulubionej pozie
nietoperza.
Na dole wzdychał i kręcił się na tapczanie Afrykanin. Od czasu do czasu nad
zapyloną
Strona 41
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
podłogą z desek pojawiała się rozpływająca się purpurowa łuna - aura cudotwórcy
była na
tyle rozległa, Ŝe nie mieściła się w pokoju... No i dobrze. To znaczy, Ŝe larwy
z ocieplenia
same się rozbiegną - widzisz, juŜ się wiercą, juŜ im niedobrze!...
Jeśli się dobrze zastanowić, wszystko poszło juŜ nie tak źle... Granicę Anczutka
przekroczył bezpiecznie, nocuje nie gdziekolwiek - w rowie czy szałasie, a pod
najprawdziwszym dachem. Czego jeszcze trzeba do szczęścia banicie!...
Dookoła domu bojaźliwymi watahami krąŜyli maruderzy, leniwie szperały latarki
gliniarzy. Kiedy trzech miejscowych mieszkańców zaczęło zrywać poszycie,
Anczutka chciał
ich najpierw wystraszyć, a potem pomyślał: po co?... PrzecieŜ tak będzie nocował
na tym
strychu po raz pierwszy i zarazem ostatni. Niech sobie kradną...
-
Tak, prawdę mówią... - półgłosem mówił pod oknem któryś' z łobuzów,
związując
zdjęte frezowane deseczki w paczkę. - Małe dzieci - mały kłopot, duŜe dzieci -
wielkie
nieszczęścia. Dopiero kiedy wyrosną - tylko wtedy, widać, odpoczniemy...
-
Aha... Czekaj... - ponuro mu odpowiedzieli. - A kiedy wyrosną - wtedy
znowu: to
wykup, to noś paczki do ciupy... Słuchaj, moŜe jeszcze poręcze zwiniemy?...
Doczekawszy się, kiedy furtka za nimi się zamknęła, Anczutka rozdmuchał w wielki
puszek unoszący się w pobliŜu zgęstek pozytywnej energii i z zadowoleniem owinął
się w
niego; zaczął sobie przypominać, jak zręcznie gasił dzisiaj latarki
gliniarzom... Na zewnątrz
kropiło. Od czasu do czasu szczególnie duŜa kropla odrywała się od stropu i
dźwięcznie
padała w podstawioną miskę.
Nagle Anczutka odczuł słabiutkie drgnięcie linii siłowej - obudził się. Niedługo
potem
zadrgała druga, trzecia... Wyraźnie ktoś próbował wejść na strych przez okienko.
Anczutka
uniósł powieki i zgrabnie obrócił się całym ciałem, dalej wisząc na pazurkach
tylnych łapek.
Znowu maruderzy, tylko tym razem nie ludzie, a skrzaty... Gości było dwóch:
trójbarwny z
krótką sierścią i ciemnoszary podpalany.
- No, co to za zaraza tutaj rozciągnęła te linie?... - obraŜonym tonem spytał
ten o
krótkiej sierści, wyplątując się z niewidocznych linii. Był niewysoki i miał
odstające, duŜe
uszy. - Specjalnie, czy co?...
Szary podpalany (teŜ plugawy, ale nie do takiego stopnia) z rozczarowaniem
oglądał
kosmate od kurzu pomieszczenie strychu.
- Patrz no... - przeciągle rzekł. - Zabrał!... KurkulL. Myślałem: zapomni... U
niego
tutaj taki piskacz mieszkał!... Wył na trzy głosy w rurę! I to w tercji,
rozumiesz!...
Ten o krótkiej siers'ci nagle zamarł i nachylił nad zapyloną podłogą z desek
prawe
ucho, wielkie jak łopuch.
- Słyszysz, a kto to tam, na dole? - bojaźliwie się spytał.
Obaj nasłuchiwali. Na dole zaskrzypiał tapczan i było słychać szczególnie
cięŜkie
westchnienie Afrykanina.
- Bezdomny, pewnie... - zasugerował ten, który był wyŜszy, podpalany. - śeby go
rano dachem nie zagnietli! MoŜe wystraszymy?...
Anczutka nie wytrzymał i zaburczał.
- Aha! Postrasz, postrasz... Tak ciebie postraszy, Ŝe długo będziesz biadolił...
Skrzaty podskoczyły, nastroszyły sierść i wpatrzyły się w wiszącego głową na dół
Anczutkę. Potem opamiętały się, szybko spojrzały na siebie i ruszyły na niego
skradającymi
Strona 42
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
się kroczkami, zachodząc go od razu z dwóch stron.
- Eh, ty jasnoszary... - ostroŜnie, prawie Ŝałośnie zaczął ten z uszami jak
łopuchy. - A
ty co tutaj?...
- Mieszkam - bezczelnie odrzekł Anczutka. Skrzaty jeszcze raz spojrzały na
siebie.
- Eh, ty jasnoszary... - cicho kontynuował łopuchouchy. - A ty jakby nie z
naszych...
gadka nie ta, wisisz inaczej... Ze stolicy, czy co? Pindrzysz się?
- Ja z Lycka - nie bez dumy rzekł Anczutka. Skrzaty zatrzymały się.
-
Wprost z samego Lycka?... - zwątpił ten podpalany. - Pleciesz! Z Lycka
teraz się nie
przedrzesz - granicę zamknęli!... - Nagle zamilkł i zamrugał oczyma, poniewaŜ
stryszek nagle
napełnił się róŜową poświatą. Widać Afrykanin, tam na dole, przewrócił się na
drugi bok -
skraj purpurowej aury znowu przeciął podłogę.
-
E... A kto tam, u ciebie?... - ściszonym głosikiem zapytał zaskoczony
maruder.
-
- A skąd mam wiedzieć? - zarozumiale rzucił Anczutka. - Porfiriusza spytaj...
Niedbale wspomniane imię lyckiego Patriarchy wywarło odpowiednie wraŜenie.
Anczutka wiedział z plotek, Ŝe bakłuŜyńskie skrzaty nie współczują uciekinierom
z Łycka,
ale za to trochę się ich obawiają. Lyckie ugrupowanie skrzatów kontroluje prawie
dwie
dzielnice stolicy i część DŜumachły, nie wstydząc się zawierania umów z
właścicielami
domów i pomagając im wyciskać czynsze z lokatorów. Przywykli do egzorcyzmów
Porfiriusza, uciekinierzy mieli w nosie Gleba Portniagina z jego
demokratycznymi,
tolerancyjnymi prawami i robili, co chcieli. Krótko mówiąc, kompletna
samowola...
-
A dlaczego powiedziałeś, Ŝe to on mnie wystraszy? - spytał szary,
podpalany skrzat
z mroczną miną, zerkając na nieheblowane, kosmate deski poszycia. - Kto to, w
ogóle?...
-
A popatrz sobie, zejdź - doradził Anczutka. - Mnie na przykład, jednego
spojrzenia
wystarczyło...
Szary mruknął, ześlizgnął się w szeroką szczelinę pomiędzy deskami, zniknął.
Potem
pojawił się znowu - bardzo wystraszony.
- Oj... - tylko tyle był w stanie wymówić. - Z krzyŜem... W riasie... Tak więc,
wy... co,
razem, czy co?...
Ach, jak chciało się Anczutce powiedzieć wszystko, tak jak było, jednak nadeszła
pora, aby przygryźć języczek. Przez granicę państwową - po wodzie, niczym po
lądzie?... Na
rękach Afrykanina?... Nie, czegoś takiego nawet łycka diaspora nie zrozumie...
- A przypętał się... - uchylił się od odpowiedzi. - A co mnie do niego? Śpi -
niech
sobie śpi... Jakikolwiek by był, to jednak - mieszkaniec...
Oba skrzaty złapały się na tym, Ŝe patrząc na uciekiniera, z szacunku mimowolnie
opadły im paszczęki. Natychmiast za to go serdecznie znienawidziły.
- No, jak tam, w Łycku? - sapiąc z niezadowolenia, spytał łopuszastouchy.
Anczutka westchnął.
- Źle - przyznał się. - Ścigają, w dodatku zupełnie bez potrzeby. Zdarza się, Ŝe
wybierzesz sobie rodzinę, zamieszkasz... ledwo zdąŜysz porządki i wygody
wprowadzić -
patrzysz, a sąsiedzi juŜ donieśli do inkwizycji - z zawiści... No i przyjeŜdŜają
ci...
komsomołobogomolcy...
-
Kto? Kto? - cofając się z przeraŜeniem spytał łopuszasty.
-
Komunistyczny związek bogobojnej młodzieŜy... - ponuro rozszyfrował
Strona 43
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
skrót
Anczutka. - Nadciągną brygadą, z notatnikami pełnymi cytatów, ze spryskiwaczami
z wodą
święconą... zaczynają wyganiać!... "W imieniu Przenajświętszej Rewolucji, zgiń -
mówią -
szkodliwy zabobonie!..." Ogólnie rzecz biorąc, mało co dobrego...
-
No, tutaj, wiesz, teŜ... - zazdrośnie powiedział szary. - W Lidze
Czarodziei
przygotowali taki projekt ustawy... O prawie do obywatelstwa i zasadach poboru
do
powszechnej słuŜby wojskowej...
Ze zdumienia Anczutka o mało nie runął ze stropu.
-
Kogo do woja?... - spytał ogłupiały. - Skrzaty?!
-
Tak, skrzaty teŜ... "Wszyscy do obrony demokracji!" My to jeszcze jakoś
tam - do
obrony cywilnej, ale czortom gorzej... Ich przecieŜ biorą do StraŜy Granicznej -
na
patrolowych. Wodników juŜ na początku maja wygolili - DŜumachlinkę patrolują...
-
No, nie wszyscy... - z miną znawcy zauwaŜył łopuchouszasty. - Denni na
razie
uchylają się... Koryta rzeki jeszcze nie trałowali...
Anczutce od razu przypomniał się wodnik Chlupajło, który - wygolony - tak bardzo
był podobny do Bormana, zbiegłego do Argentyny...
- W dodatku lepiej zgłosić się na pierwsze wezwanie - z troską dorzucił szary,
podpalany. - Bo - jeśli potem - to zaczyna się "fala"...
Anczutka wisiał głową w dół i mrugał oczkami.
-
N-nie... - bojaźliwie i przeciągle przemówił. - W takim razie, chyba
lepiej teŜ się
uchylę...
-
Aha!...-Szary zwycięsko uśmiechnął się.-Uchylić się zachciało!... A
gdzie się
podziejesz? Zwiną cię - i na komisję!...
-
A ja kuleję na prawą nóŜkę! - znalazł odpowiedź Anczutka. - Pijany pop
kadzidłem
poparzył... jeszcze za carskiego reŜymu...
O tym inwalidztwie, rzecz jasna, to skłamał, ale chromanie, koniec końców, moŜna
łatwo udawać, tym bardziej, Ŝe rzeczywiście blizna na kolanie pozostała...
Skrzaty zachichotały złośliwie.
-
Jeszcze powiedz, Ŝe masz platfusa!... A kim ty jesteś? Obywatelem? Tak,
obywatelem! No, to naprzód, z pieśnią! "Nie płacz, kikimoro!..."
-
PrzecieŜ nie jestem jeszcze obywatelem...
-
- No, ale będziesz!
Sflaczały Anczutka zwisał ze stropu niczym szmatka. Zamszowe czoło podobne było
do akordeonu. Skrzaty przyglądały mu się z uśmieszkami.
-
A co właściwie jest potrzebne... do obywatelstwa?...
-
O-o, bra-atku... - Ten wyŜszy, z udawanym współczuciem obejrzał Anczutkę
i
zaczął z ubolewaniem kiwać główką i cykać językiem. - No, nam, miejscowym, jest
łatwiej:
piszesz podanie - i wszystko... masz obywatelstwo... Ale dla takich jak ty, dla
uciekinierów...
Matkę-kikimorę przeklniesz trzysta razy, zanim obywatelstwa się dobijesz...
-
A jeśli nie załatwię sobie? - ze strachem spytał Anczutka.
-
No to nie będziesz miał Ŝadnych praw...
-
Na przykład?!
-
Noo... nie będziesz mógł głosować...
Anczutka zdziwił się i zamilkł na długo, próbując dojść, w czym tu pułapka.
- A po co mi to? - w końcu szczerze spytał. - No, nie będę głosować... Za to do
woja
nie pójdę!
Skrzaty razem wybuchnęły śmiechem. Na ich twarzach pojawiły się rozterka i
obraza.
Nie, takiego cynizmu nie oczekiwały nawet od skrzata-uciekiniera z Łycka.
-
Ach ty, dezerterska mordo... - ze zdziwieniem i groźbą w głosie zaczął
szary,
Strona 44
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
podpalany, ale nie dokończył - zatkało go z oburzenia. - Ty co? To my, znaczy
się, będziemy
granicy bronić, walczyć o demokrację, a ty, Ŝmijo, uchylić się chcesz?... Na
tyłach chcesz się
zamelinować?... Jak ja cię teraz...
-
Ciszej bądź... - ze strachem wyszeptał łopuszastouchy, wczepiając się
obiema
łapkami w stojącą dębem na potylicy sierść towarzysza. - Nie hałasuj!... Tamtego
obudzisz...
na dole...
-
Puszczaj!... - odgryzł się tamten, ściskając kułaczki i robiąc krok do
Anczutki. -
Zleciały się tutaj, małpy jasnopopielate, spoza DŜumachły! JuŜ kroku nie
zrobisz, Ŝeby się na
którego nie natknąć!... A kto ciebie tutaj prosił?...
Anczutka poluźnił pazurki, zrobił salto przez głowę, miękko wylądował na tylnych
łapkach. Oczywiście, z dwoma przeciwnikami (choćby byli nawet tacy parszywi) sam
by
sobie nie poradził, ale na dole, chrapiąc, krę-
cił się Afrykanin, i to uciekinierowi dodało pewności siebie. Oprócz tego, miał
coś, co
przygotował na tych...
- Zgiń! Kontr-raL. - radośnie wykrzyknął Anczutka, bardzo Ŝałując, Ŝe nie moŜe
sam
siebie zobaczyć z boku.
Szary, podpalany, aŜ się zgiął, złowrogo wytrzeszczając i bez tego strasznie
wytrzeszczone oczka. Łopuchouchy przysiadł.
- Jeszcze istniejesz, wraŜy synu?... - z natchnieniem kontynuował Anczutka. -
Przeczysz nauce, zapiekła zarazo?...
I wtedy coś się stało... Kosmate od kurzu wnętrze stryszku przekręciło się,
podłoga z
desek wyślizgnęła się spod pięt - i na pół oniemiały z przeraŜenia skrzacik
błyskawicznie
począł spadać w okropną, nieprzejrzystą ciemność...
Doszedł do siebie na skraju poszczerbionego chodnika w jakimś nieznanym sobie
nocnym zaułku - dopiero wtedy skojarzył, co się stało. Najwidoczniej jednak
rozbudził
Afrykanina, a ten, zaspany, posłał ich gdzieś, daleko, daleko...
Tak, ale dokąd właściwie?... Anczutka ze strachem rozejrzał się. Jak zawsze po
przegnaniu słowem, czuł się podle - jakby mu brzuszek wewnątrz przemyli wodą z
mydłem.
Latarnie nie paliły się, ale gdzieniegdzie Ŝółciały niskie okienka prywatnych
domków.
Niedawnych przeciwników w pobliŜu nie moŜna było dostrzec. Pewnie rozsiało ich
po
drodze. Obu...
Gdzie jednak jest? Wydaje się, Ŝe to nawet nie DŜumachła. Nawet deszczyk nie
kropi... Poszczerbiony, jednoboki księŜyc, mętny jak Ŝarówka na klatce
schodowej, smętnie
wyrysował przed skrzacikiem ciasny, krzywy zaułek. Cicho sepleniło drzewnym
złodziejskim
Ŝargonem czarne, roztrzepane listowie, a niewidoczna, mała psina szczekała
cieniutko i
urywiście - jak w butelkę.
Nagle w oddali pojawił się i rozniósł znany na pamięć dźwięk: rytmicznie
zastukało,
zabrzęczało... Tramwaj. Jakby wyskoczył spod ziemi, poniewaŜ jeszcze przed
minutą
wszędzie było cicho. Anczutka zamarł, serce mu się zatrzymało. Tylko w Łycku
była
podziemna linia tramwajowa (Pa-
triarchii nie wystarczyło s'rodków na metro). Stacje, co prawda, były
najprawdziwsze,
oblicowane marmurem, z elektronicznymi tablicami, z posągami w niszach, nawet z
króciutkimi ruchomymi schodami liczącymi po jedenaście stopni... Łyck, jak
wiadomo,
wznosił się na siedmiu wzgórzach, dlatego jadący po okręŜnej linii tramwaj to
Strona 45
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
pojawiał się na
powierzchni, to znowu zanurzał się pod ziemię...
Czy Afrykanin naprawdę odesłał go do Łycka?... Anczutka był juŜ gotów opaść na
czworaka i zawyć do mętnego, poszczerbionego księŜyca. Cudem przedrzeć się przez
granicę,
dotrzeć do DŜumachły, znaleźć takiego opiekuna - i wszystko utracić? Pojękując,
Anczutka
ruszył w dół płotu ze sztachet... Nie poznając miejscowości, długo błądził po
zaułkach, kiedy
nagle na przedzie, z czarnego listowia zaświeciło Ŝółtko sygnalizacji świetlnej
- i skrzat
powtórnie osłupiał.
W Łycku sygnalizacji na skrzyŜowaniach nie było. Ale jeśli to nie Łyck, to
znaczy...
Anczutka patrzył - ciągle, w Ŝaden sposób nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu.
Tylko teraz
sobie przypomniał, Ŝe w BakłuŜynie teŜ niedawno uruchomili podziemny tramwaj,
poniewaŜ
obie stolice nie miały zamiaru ustępować jedna drugiej w czymkolwiek...
Niewidzialny Anczutka wydostał się na szeroką aleję, zalaną mroźnym światłem
białych lamp, i idąc wzdłuŜ ściany róŜowego, dwupiętrowego budynku, zatrzymał
się, nic nie
rozumiejąc. Chodniki, wydaje się, zostały wymyte nawet mydłem. Anczutka węszył.
Nie,
jednak, najpewniej, wodą z proszkiem do prania... Ale sobie Ŝyją ci ludzie w
BakłuŜynie!... A
skrzaty, pewnikiem, nie gorzej...
Przed nim ukazał się samotny przechodzień. Z tyłu - takŜe. Wątpliwe, Ŝeby
jasnowidze z Ligi Czarodziei mieli nawyk spacerowania po nocy na piechotę, ale
mimo to
skrzat, bojąc się zostać dostrzeŜony, wszedł za betonową donicę... Przechodnie
spotkali się
akurat na wysokości schronienia Anczutki. Jeden z nich (chuderlawy staruszek)
grzecznie
uniósł jasny kapelusz, ukazując róŜową, nagą czaszkę, obrośniętą przezroczystym,
srebrzystym puszkiem.
-
Dobry wieczór, Nikołaju Sanyczu... Spaceruje się?...
-
Dobry, dobry... - serdecznie odpowiedział mu idący naprzeciw stateczny,
młody
piękniś. - Wyszedłem sobie, wie pan, świeŜym powietrzem się nacieszyć...
-
Przechodnie wyminęli się. Anczutka był po prostu wstrząśnięty. Jacy tutaj
ludzie, jacy
tu są ludzie! Szczerzy, grzeczni... Skrzacik prawie popłakał się z radości...
JuŜ nadchodził szary świt, kiedy Anczutka dotarł do przedmieścia, nazywanego
Łysą
Górą. Strome wzgórze zabudowane czteropiętrowymi domami, według plotek,
kontrolowane
było przez skrzaty z Łycka. Niestety, z Łycka Anczutka uciekł nagle, w nastroju
chwili,
nawet nie uprzedził sąsiadów - teraz stworzyło to pewne określone problemy. Na
przykład,
nie wiedział do kogo się zwrócić ani na kogo się powołać. PrzecieŜ nie na
Afrykanina, w
końcu... Skrzacik potupał przy zaklętych od złych ludzi drzwiach klatki
schodowej, jednak
wejść do środka nie zaryzykował. Właściwie przeniknąć poprzez płytę drzwi nie
sprawiłoby
mu trudności, ale na klatce przybysza na pewno dostrzegłyby koty (amoniakalny
zapaszek
kociego moczu odczuwało się nawet przed wejściem), i natychmiast doniosą
skrzatom...
Anczutka zdecydował się zrobić najpierw niewielkie rozpoznanie. Mimo swojego
wiejskiego pochodzenia, większość Ŝycia spędził w mieście i był niezły w
chodzeniu w
ścianach... Przed ludźmi chować się w ścianach, rzecz jasna, nie miało sensu
(prościej juŜ stać
Strona 46
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
się niewidzialnym), ale od swoich pobratymców chyba inaczej, nie da się ukryć.
Na bladym niebie świtu z wysiłkiem huczały basem turbiny. Patrzcie no!...
Wcześnie
wstają ci Amerykanie - jak w Łycku... Anczutka jeszcze raz obejrzał szarą fasadę
czteropiętrowego bloku.
Na początek warto przejść się po parterze. Z trudem przeciskając ciało przez
beton
ściany nośnej, Anczutka skręcił w cienką, ceglaną ściankę działową, gdzie
poruszać się było
moŜna znacznie wygodniej... Lokatorzy jeszcze spali. W kompletnej ciemności,
naruszanej
tylko przeświecającymi dziurami i szparami, pozostawionymi przez niezdarnych
budowlanych, przeszedł jeszcze dwa zakręty, kiedy wydało mu się, Ŝe gdzieś tam,
daleko, na
granicy słyszalności dotarł do niego szybki szept skrzatów... Ale wtedy, z
prawej, ktoś
ostroŜnie przekręcił klucz w zamku drzwi - jakiś ranny ptaszek próbował wejść do
mieszkania, nie budząc najbliŜszych. Jednak najbliŜsi,
jak się okazało, czujnie trzymali straŜ. Niemelodyjnie zadrŜał słaby (nawet w
gniewie)
tenorek, a w odpowiedzi zapiszczał złamany sopran... Ceglana ściana tłumiła
dźwięki, ale
niestety co nieco moŜna było zrozumieć.
-
Zobaczysz, odgryzę ci (tu niezrozumiałe słowo) nos - skrzypiał tenorek
jakby ktoś
gwoździem przejechał po szybie - odsiedzę swoje trzy lata, ale ty (znowu
niezrozumiałe
słowo) będziesz potem przez całe swoje parszywe Ŝycie z protezą się szlajać! A w
wilgotne
dni będzie ci odpadała!...
-
Tak?... - zaperlił się piskliwie gniewny sopran. - Tak?... To ja
(niezrozumiałe
słowo)?... Ja?... Jak twój jęzor mógł to powiedzieć?... A moŜe dlatego jestem
(niezrozumiałe
słowo), Ŝe ty mnie bijesz po twarzy!...
Sądząc ze względnej cenzuralności wypowiedzi, swoje wzajemne stosunki wyjaśniało
jakieś młode, inteligenckie małŜeństwo... Nie, jednak mieszkańcy BakłuŜyna - są
o wiele
bardziej kulturalni... W Lycku leciałyby takie piętrowe wiązanki, bez Ŝadnych
eufemizmów!... ChociaŜ, wszystko jedno - i tak nieprzyjemnie... W dodatku,
dźwięczne głosy
małŜonków kompletnie zagłuszyły daleki szept krewniaków Anczutki - uciekinier ze
wstrętem wzruszył ramionkami, co - biorąc pod uwagę opór ceglanej ścianki - nie
tak łatwo
dało się zrobić. Jak kaŜdy porządny skrzat, nie znosił domowych skandali...
Kręcąc się wśród ścianek, omal nie zabłądził wśród ciemności. An-czutka prawie
juŜ
doszedł do źródła poszukiwanego szeptu, ale wtedy cegły przeszedł niespodziewany
lekki
dreszcz - najwidoczniej pilot poczuł się juŜ zupełnie bezkarny i przeleciał
prawie nad samymi
domami. A w dodatku po lewej, z mroku, jak na złość, znowu dobiegły odgłosy
tejŜe samej
rodzinnej awantury:
-
JuŜ nawet nie wie, co komu skłamała!...
-
Co? Ja nie wiem, co komu skłamałam?...
Wydaje się, Ŝe szept dobiegał z prawej. Anczutka ostroŜnie wystawił na zewnątrz
ściany uszko... Tak! Skrzaty znajdowały się w sąsiednim mieszkaniu - a
dokładniej, w
łazience. Było ich dwóch. Dziwne... Tu, za ścianą kłótnia, a im wszystko
jedno...
-
Coś jak kopeć czy sadza jakaś... nieokreślona... - z powątpiewaniem
burczał jeden.
-
Normalna sadza... - sycząco sprzeciwiał się drugi, czymś szeleszcząc. -
Strona 47
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Prosto z
Łycka...
-
- Przez DŜumachłę... - ze śmieszkiem dodał pierwszy.
Drugi obraził się, nie odpowiedział. Potem obaj, wydaje się, wstali. Anczutka
wpadł w
panikę: wydawało mu się, Ŝe mówią właśnie o nim ("z Łycka...", "przez
DŜumachłę..."), i
tylko co złapał powietrze, jak nagle poczuł, Ŝe łapią go za wystające ze ściany
uszko, chociaŜ
delikatnie.
- I kto tu u nas jest taki ciekawski?... - grzecznie spytał się ten, który
syczał,
wyciągając Anczutkę ze ściany za wraŜliwe uszko. - Nie, nie rozumiem... - ze
zdziwieniem
powiedział, zobaczywszy zawstydzone nieznane oblicze. - Ty kto, koleś? No, jak
się
nazywasz...
Trzeba było się przedstawić i od razu wyjaśnić, co robił w ściance działowej.
Uratowała go jasnopopielata maść. To tylko przecieŜ tutejsi, róŜnokolorowi,
gotowi są nawet
swoich, bakłuŜyńskich wkopać do piachu, a łyccy - trzymają się razem, troszczą
się o siebie
wzajemnie, tym bardziej - na obczyźnie...
- A-a, uciekinier... - ułagodzony rzekł ten, który powątpiewał w jakość kopciu
(inaczej
mówiąc - kadzidła). - Szaraki ciągną do karmazyna?... No, jak tam w Łycku?...
Siadaj, co tak
sterczysz!...
Wszyscy trzej przysiedli na dywaniku łazienkowym. Ten lekko ochrypły i syczący
nabił "kózkę" i strzelił zarekwirowaną w kuchni zapałką. Rozpalił, zaciągnął się
i przekazał
skręta towarzyszowi. Anczutka chciał juŜ przystąpić do Ŝałosnego opowiadania,
ale wtedy jak
raz nadeszła jego kolej. Nie chciał obraŜać gospodarzy, tak Ŝe musiał teŜ się
zaciągnąć...
Nagle przez drzwi do łazienki wsunęła się zupełnie zezwierzęcona morda jeszcze
jednego skrzata. Nozdrza - rozdęte, oczka ze zdziwienia i wściekłości - takŜe.
Nie inaczej,
tylko lokalny boss...
- A wy co tu robicie?... - zabrzmiało wystraszonym szeptem. - Zupełnie juŜ
zgłupieliście?... Łazienka całkiem kadzidłem prześmiardła!... - Przypatrzył się
- i prawie
splunął. - Nawet palić, ślimaki, nie umieją... - potem, zupełnie wychodząc z
siebie, dorzucił: -
Bez zaciągnięcia się trzeba wydmuchiwać obłoczek; i nosem, nosem go wciągać...
Wtedy dostrzegł Anczutkę - i zatkało go.
- A co to jeszcze za zwierzę?
Anczutka oddał skręta, niezgrabnie wstał z dywanika.
- To uciekinier... - leniwie wyjaśnił któryś z siedzących. Boss juŜ cały
przeszedł przez
drzwi, stanął przed Anczutka.
-
No a wy co? - z wyrzutem zwrócił się do palących. - Całkiem dach wara
poleciał?...
Nie sprawdzony, nie rozpoznany...
-
PrzecieŜ jasnoszary, jest jasnoszary... Co tu sprawdzać?
-
Jasnoszary! - z niezadowoleniem furknął tamten. - Jasnoszare, nawiasem
mówiąc,
takŜe róŜne bywają... - Gniewnie obejrzał Anczutkę, skinął w kierunku drzwi. -
Idziemy do
Karmiciela...
Uznany autorytet łyckiej diaspory w BakłuŜynie, bardziej znany pod pseudonimem
Karmiciel, był rosłym skrzatem o delikatnej jasnoszarej mas'ci, twarz miał
pełniutką, ponurą,
a charakter - sądząc ze wszystkiego - złośliwy i wredny.
- Dobrze, wierzę... - burknął, kiedy wypytał Anczutkę o wszystkie szczegóły z
Ŝycia
łyckich sił nieczystych. - Mieszkałeś, mieszkałeś na Kołowrociku... Jeśli znasz
Strona 48
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Maraszkę, to
znaczy, Ŝe mieszkałeś...
Rozmowa odbywała się w jednym z mieszkań na trzecim piętrze, gdzie właśnie miało
się odbyć planowane zamknięcie rachunków z pewną złośliwie niepłacącą lokatorką.
Oprócz
rozwalonego niczym gospodarz w fotelu Karmiciela i cofającego się uciekiniera, w
pokoju
byli obecni jeszcze obaj skorzy do śmiechu gangsterzy, z którymi Anczutka
niedawno popalał
kadzidło. Jeden z nich trzymał za skórkę ciągle próbującego się wyrwać
nieokiełznanego
wiercipiętka o długich rękach.
- No, no dobrze, no dobrze, koleś... - w zamyśleniu kontynuował Karmiciel, znowu
zaszczycił Anczutkę przychylnym spojrzeniem. - No, a jak przechodziłeś granicę?
No, jak
przechodziłeś granicę?...
Anczutka, który juŜ uspokoił się, pojął z zakłopotaniem, Ŝe teraz to go zaczną
przypierać do ściany.
-
Przeprawił mnie przemytnik... - skłamał, kosząc oczkami. - Czy teŜ
kłusownik...
-
Pseudo jego, podaj jego pseudo...
-
Nawet nie pytałem...
-
No, a jak on wygląda, jak?...
-
Taki wielki... - niepewnie zaczął pleść Anczutka. - Z pięściami...
-
- Wiem... - powiedział Karmiciel, który na chwilę zamyślił się. - Kotwica jego
pseudo,
Kotwica... Tam - z lubczykiem, a z powrotem - z kadzidłem...
Tymczasem otworzyły się drzwi wejściowe - wróciła lokatorka. Słychać było, jak
zrzuca w przedpokoju pantofle i łapiąc dech, zanosi na kuchnię coś cięŜkiego i
niewygodnego
do niesienia. Potem nastąpiło kilka sekund napręŜonej ciszy - to gospodyni
usłyszała głosy.
Następnie coś trzasnęło, zadzwoniło - do pokoju z wałkiem w rękach werwała się
krępa osoba
płci Ŝeńskiej. Gdyby na miejscu skrzatów byli włamywacze, cała banda dostałaby w
kość. Nie
pomogłaby im nawet broń palna, poniewaŜ wymiary obywatelki odpowiadały idealnie
otworowi drzwi i powalić ją było moŜna chyba najwyŜej kulą dum-dum. Na słonie.
śadnych włamywaczy w pokoju, oczywiście, nie zastała. Pokój był pusty, ale głosy
nadal brzmiały, jakby nigdy nic... Lokatorka jęknęła, upuściła wałek i
błyskawicznie rzuciła
się do drzwi - rysować na ościeŜnicy krzyŜyki i gwiazdy. Potem zanurzyła łapsko
w stanik o
rozmiarze ósmym i wyciągnęła ampułkę ze święconą wodą, moŜna przypuścić, Ŝe
wyprodukowaną w Łycku.
- Zajmij się nią... - z niezadowoleniem rzekł Karmiciel.
Jeden z bojowców (ten, u którego ręce nie były zajęte przezroczystą grzywką
rwącego
się do boju wiercipiętki) posuwiście przybliŜył się do gospodyni, stanął na
palcach, wyrwał
ampułkę z tłustych łap.
- Patrzcie, jaka głupia!... - rzekł, gdy ze wstrętem przyjrzał się trofeum. -
Podróbka,
woda z kranu... Ale ampułka, patrz, prawdziwa! "Wyprowadzimy siły nieczyste na
czystą
wodę!..." W DŜumachle pewnie rozlewali...
Lokatorka wlepiła oszalałe oczy w pływającą w powietrzu ampułkę, cicho jęczała z
przeraŜenia, potem zaczęła wycofywać się do drzwi. Wtedy natrafiła plecami na
ościeŜnicę -
zawyła pełnym głosem...
- Puść Burka... - burknął Karmiciel.
Drugi bojowiec skierował zapamiętałego wiercipiętkę w stosowną stronę i dał mu
kopniaka na drogę. Bydlę podskoczyło, rzuciło się do serwant-ki i w upojeniu
Strona 49
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
zaczęło
rozrabiać. Z jękiem otworzyły się szklane drzwiczki, zabrzęczały, zadrŜały
kryształy,
zadźwięczało srebro i cały pozostały melchior... Wyskoczyła dolna szuflada,
wyleciał z niej i
zakłębił się po
pokoju mączny obłok. Lokatorka wywaliła oczy jak przy ataku, osunęła się
szerokimi
plecami po ościeŜnicy.
- Dobra... - powiedział Karmiciel, wstając. - Dalej - według planu, według
planu...
Tylko pamiętaj... eee... wspomnij potem, Ŝeby zapłaciła... A z kamienicznikiem -
to ja juŜ
sam...
Wygładził delikatną, jasnoszarą sierść i ruszył do wyjs'cia. Anczutka podreptał
za
nim. Przeszli razem przez ścianę obok metalowych drzwi i zeszli po schodach na
drugie
piętro. Dwupoziomowe mieszkanie właściciela domu było równocześnie rezydencją
samego
Karmiciela. Luksusowo wykończona i zamurowana na głucho przed ludźmi spiŜarka
słuŜyła
bos-sowi bakłuŜyńskiej mafii za apartament. Jednak teraz skierował się nie do
siebie, a prosto
do gabinetu gospodarza.
Kamienicznik był młodym męŜczyzną z wystającą grdyką i wielkimi, woskowej
barwy uszami. Karmiciel powoli rozsiadł się w fotelu dla gości, surowo spojrzał
na
towarzysza. Potem pojawił się przed ludzkim wzrokiem. Jeśli chodzi o Anczutkę,
to ten
doskonale zrozumiał aluzję i pozostał niewidoczny.
Zobaczywszy nagle pojawiającego się w fotelu Karmiciela, gospodarz zadrŜał, ale
natychmiast rozpłynął się w nieszczerym, wyczekującym uśmiechu.
- No, z tą... z osiemnastej... właśnie się rozliczamy... - niedbale rzucił lekko
jasnoszary
boss. - Jutro zapłaci.
Włas'ciciel domu rozjaśnił się, ale wtedy Karmiciel podniósł na niego wypukłe,
zamyślone oczka - i uśmiech znikł.
- Kiedy będziemy robić remont mieszkania? Na europejski standard?... - cicho
spytał
Karmiciel.
Przybity gospodarz sflaczał.
- MoŜe... na afrykański?... - krzywiąc się z niechęci, zapytał z nadzieją. -
Dolar
podskoczył...
Tak samo powoli, stanowczo, Karmiciel oparł się o jedno z oparć i wstał na
siedzeniu
na cały wzrost.
- Nie rozumiem... - piskliwie wyrzekł, wyraziście gestykulując. - Jaki dolar?...
Ferajnie potrzebne są wygody... Komfort, czystość, spokój. Na śniadanie miska
śmietanki... Z
rynku, jasne? A nie ze sklepu!...
Właściciel domu nerwowo poruszał grdyką. Ze smutkiem patrzył na wzniesione jak
wachlarz delikatne zamszowe paluszki.
-
N-no... dobrze... Ale gdyby tak... podnieść jeszcze trochę czynsze...
choć trochę...
-
Nie ma sprawy - rzucił z wyŜszością szef mafii. - A koperta, koperta?...
Przygotowana?...
- Jutro będzie... - ochryple w końcu wydusił z siebie nieszczęsny właściciel
domu.
- To ostatni termin - pouczająco przypomniał Karmiciel. - Potem juŜ Papcio
licznik
włączy...
Papciem łyckie skrzaty z szacunkiem nazywały podpułkownika kontrwywiadu
Nikołaja Wybierzniewa, który pobierał umiarkowany, ale stały haracz z diaspory i
dlatego
Strona 50
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
patrzył przez palce na wiele wyczynów jasnoszarych...
Po rozprawie z gospodarzem, Karmiciel polecił Anczutce przejść z nim do gabinetu
i
tam kontynuować przyjacielską rozmowę. Kiedy przeniknęli przez ściany do
zamurowanej
spiŜarki, zastali wewnątrz tego samego bossa, który wcześniej napadł na palaczy
w łazience.
-
Łachudrzak przychodził... - zaraportował Karmicielowi. - Ten...
grochowaty...
-
Czego chciał?... - bez zainteresowania spytał boss.
-
Proponował zamówienie... Aleja Jefrema Niedobrowa dwadzieścia jeden...
No, na
rogu Niedobrowa i Nostradamusa...
Karmiciel powoli odwrócił się do skrzata. Ten zaśmiał się.
- Pytam go: "Czy nie mieszkanie numer dziesięć?" - przykrywając usta łapką
kontynuował boss. - A on na to: "Mhm..." No, posłałem go na drzewo... do
Porfiriusza...
Jakbyśmy nigdy tutaj o Nice nie słyszeli!... Krótko mówiąc, niech sobie sami to
załatwiają...
Karmiciel rozluźnił się.
- To dobrze, dobrze... A oprócz zamówienia?...
Skrzat spojrzał na Anczutkę, mrugnął - i nagle zamarł, jakby sobie coś
niespodziewanie ze strachem przypomniał. Bojaźliwie zerkając na uciekiniera,
odciągnął
Karmiciela w róg, gdzie zaczął mu coś szeptać na ucho. Boss słuchał ponuro.
Potem nagle
podniósł na Anczutkę oczka pełne Ŝywego zainteresowania.
-
Bratku, bratku... - ze zdziwieniem przemówił. - Aj, powiedz no jeszcze
raz, jak się
przeprawiałeś"... Kiedy się przeprawiałeś'?...
-
Wczoraj wieczorem... - cofając się wyszeptał Anczutka.
-
Wtedy, gdy juŜ podniesiono alarm bojowy na posterunku granicznym?...
Anczutka poruszył nieposłusznymi usteczkami, ale jego gardełko mogło tylko wydać
słabiutkie, melodyjne syczenie...
- Bra-a-atku... - Karmiciel był naprawdę rozgoryczony. - A tak ładnie wszystko
opowiadałeś... prawie ci uwierzyłem...
Anczutka wyczuł, Ŝe pora uciekać.
ROZDZIAŁ 7
NIKOŁAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, podpułkownik
Wszystko w Ŝyciu szło na opak. Ponad ćwierć wschodniego przedmieścia leŜała w
gruzach, ale dom, od którego właśnie rozpoczęto burzenie, stał sobie calutki,
jeŜeli rzecz
jasna nie brać pod uwagę połamanych przez gąsienice sztachet płotu, złamanych
jabłoni i
ziejącej w ścianie dziury.
Podpułkownik Wybierzniew zatrzasnął drzwi i zmruŜywszy oczy rozglądał się. To,
co
się działo, przypominało mu przodującą komsomolską budowę, taką, jakie opisują w
podręcznikach historii. Umorusani chłopcy z opalonymi plecami, obsypanymi białym
pudrem
pyłu popychali taczki, pełne jaskrawię świecących odłamków, rozrzucali je na
chybił-trafił.
Od czasu do czasu gdzieś niedaleko dźwięcznie huczały niewielkie wybuchy
- wszystko jak trzeba - bez lejów w asfalcie nie moŜna się obejść...
- Matwieicz... - zawołał Nikołaj.
Odpowiedzialny za akcję stał w swojej pomiętej marynareczce na górującym dookoła
kurhanie śmiecia, jak jakiś demon zniszczenia, z natchnieniem dyrygował całą tą
symfonią
chaosu. Kiedy usłyszał wołanie, opuścił ręce, odwrócił się, przypatrzył się.
- Chodź tutaj, jest sprawa...
Matwieicz otrząsnął dłonie, podszedł ostroŜnie stąpając. Przywitali się.
- No, co ty tu robisz, Matwieicz?... - z wyrzutem powiedział Nikołaj.
- TeŜ wymyśliłeś: burzyć w biały dzień! PrzecieŜ Amerykanie stale kręcą się
ponad
dachami... Oni to wszystko sfilmują!
Strona 51
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Jakby potwierdzając prawdziwość słów podpułkownika, za pobłyskują-cą w oddali
DŜumachlinką natychmiast odezwały się natęŜone, ochrypłe basy turbin - nad
przedmieściem
przeleciał niezgrabnie samolot rozpoznawczy, a za nim - cała eskadra osłony.
Nikołaj i
Matwieicz w zamyśleniu popatrzyli za nimi.
- WymaŜą potem... - spokojnie pocieszył go Matwieicz. - Po co im to?...
Podpułkownik chrząknął, podrapał się nad brwiami, nie znajdując odpowiedzi,
machnął ręką. Rzecz jasna, Matwieicz, jak zawsze, miał rację. No, po jaką
cholerę
Amerykanie mieliby zbierać materiały kompromitujące BakłuŜyno? Czy ich po to
tutaj
posyłano?...
Odwrócił się i poszedł do domku z dziurą w ścianie. Po drodze podniósł szorstki
odłamek, obejrzał. Kawałeczek śmiercionośnego metalu był głęboko nadŜarty przez
rdzę. No,
Matwieicz!...
Idąc po rozjechanej przez gąsienice ceglanej ścieŜce, Nikołaj z roztargnieniem
upuścił
Ŝelastwo w dziurę wybitą przez ciąŜek... Ciekawe, jakie to bydlę zdjęło
okiennice z okien?
Maruderzy czy sami gospodarze?... Podpułkownik rozmyślał na ten temat bez
większego
zainteresowania i otworzył, chyboczące się na jednym, górnym zawiasie, drzwi.
Wszedł do
domu. Tam juŜ pracowała ekipa dochodzeniowa.
-
A więc, tak... - energicznie zacierając ręce, powiedział do Nikołaja
młody,
okrągłolicy Saszka. - Spał na tapczanie, aura - silna, cały pokój się naładował,
a o tapczanie -
nawet nie ma co mówić - do tej pory jak w obłoku...
-
Jaka formuła aury?... - wycedził Nikołaj. - Czy teŜ jeszcze nie
wyliczyliście?...
-
JuŜ zaczęliśmy - zapewnił Saszka. - Zaraz będzie...
Pokazał oczyma na przyprószone wapnem niskie leŜe z desek, gdzie, zamyślony na
długo i powaŜnie, stał otwarty notebook. A moŜe nie zamyślony. MoŜe po prostu
się
zawiesił...
-
APawełek?...
-
Przepytuje świadków... - Saszka wskazał głową w kierunku sąsiedniego
pomieszczenia, skąd poprzez pęknięcie w ścianie przesączały się biadolące
dziecięce głosiki.
Nikołaj skinął w milczeniu, ruszył we wskazanym kierunku. W sąsiednim pokoju
ponury, bardzo wysoki Pawełek siedział na przewróconym na
III
bok taborecie (nawyk czarownika), z niedowierzaniem wysłuchiwał niewidocznych
świadków. Na brudnej podłodze, obsypanej płatkami tynku i farby, stał na
baczność słuŜbowy
dyktafon z tlącym się purpurowym światełkiem.
Kiedy dostrzegł przełoŜonego, Pawełek niespiesznie wyprostował się na całą swoją
nieprzeciętną długość. Obaj świadkowie, widząc to, pospiesznie przypatrywali się
wchodzącemu. No jasne, skrzaty... Jeden - trójbarwny, o krótkiej sierści, drugi
- ciemnoszary,
podpalany.
-
No? Co? - trochę zbyt gwałtownie spytał Nikołaj.
-
On... - z zadowoleniem rzekł Pawełek. - Wszystko się zgadza - riasa,
krzyŜ, portret
opisowy...
-
Co za "on"? - burknął Nikołaj, wyciągając paczkę papierosów. - Mówcie
jaśniej...
Pawełek zawstydził się.
-
N-no... Afrykanin... KtóŜby jeszcze?... Był z nim skrzat. Jasnoszary...
-
Rzeczywiście? - spytał Nikołaj i zapalił papierosa.
Łatwo obraŜający się Pawełek od razu poczuł się uraŜony i nadął się. Czarodziej
jest i
będzie czarodziejem: albo gruboskórnym i tępym - takiego niczym nie urazisz,
Strona 52
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
albo właśnie
takim - kapryśnym, wybuchowym...
-
Od razu sprawdziliśmy! - rzekł, z urazą unosząc okrągłe ramiona. - Na
poszyciu
podłogi pozostała sierść. Nocowali w róŜnych miejscach: Afrykanin - tutaj,
skrzat - na
strychu...
-
Jak się nazywa skrzat?
-
Mówią, Ŝe się nie przedstawił. A zachowywał się bezczelnie... ChociaŜ
skłamał, Ŝe
wcześniej Afrykanina na oczy nie widział...
- I jeszcze... i jeszcze... - zatykając się z pośpiechu, wmieszał się jeden ze
świadków
(trójkolorowy, wielkouchy). - Jeszcze powiedział, Ŝe do woja nie pójdzie - Ŝe
nóŜkę ma
kulawą...
Wybierzniew i Pawełek spojrzeli na siebie. Znak szczególny? No, to juŜ choć coś
mają...
- Prawa?... Lewa?...
Teraz spojrzały na siebie skrzaty.
-
P-prawa... - nie całkiem pewny siebie powiedział ten podpalany.
Zawstydzony,
cofnął się za plecy trójkolorowego.
-
No cóŜ, nie zauwaŜyliście, na którą nogę kulał?
-
-
On nie chodził, a wisiał...
-
Na pewno Afrykanin... - powiedział Pawełek.
Podpułkownik Wybierzniew zacisnął zęby, rzucił niedopałek na podłogę, roztari
podeszwą. Zazwyczaj był dumny ze swojego zespołu, dobranego człowiek po
człowieku, ale
teraz ten młody odrostek z dyplomami Ligi Czarodziei po prostu go draŜnił. Nawet
on,
Pawełek, z którego miał nadzieję, wraz z upływem czasu, zrobić prawdziwego
pracownika
operacyjnego... Ach, jak im wszystkim się chce, aby poszukiwanym okazał się
włas'nie
Afrykanin!... Sami nie wiedzą, co ich moŜe spotkać!
- No, a kto inny mógłby jeszcze, oprócz niego, taki egzorcyzm wykonać? - nie
poddawał się Pawełek. - Tych dwóch wyrzuciło aŜ na przeciwległy koniec
DŜumachły...
- A jasnoszarego? - zapytał skrzypiącym głosem Wybierzniew. - TakŜe?... Pawełek
zamarł z półotwartymi ustami.
- T-tak, rzeczywiście... - w oszołomieniu wydusił z siebie na koniec. - Dlaczego
on teŜ
s-s-swojego?...
W tej chwili otwarły się drzwi i do pomieszczenia wsunęła się okrągła,
uśmiechnięta
fizjonomia młodego Saszki.
- Gotowe, Nikołaju Sanyczu...
Podpułkownik Wybierzniew prawie biegiem rzucił się do sąsiedniego pokoju, gdzie
w
postrzępionej wyrwie niebieściło się południowe niebo - natychmiast schylił się
nad
monitorem... Formuła aury była taka sama - porównana z danymi z archiwów...
- D-do diabła!... - prostując się zaklął zapalczywie. - A więc jednak - mimo
wszystko -
Afrykanin...
Podszedł do dziury w ścianie, z grymasem niezadowolenia patrzył na to, co działo
się
na zewnątrz. Jeszcze raz przeklął...
-
Matwieicz!... - zawołał rozdraŜniony.
-
A?...
-
Masz!... Chodź tutaj, opowiesz o tej kuli...
Rozmowę z Matwieiczem jednak trzeba było przerwać w najbardziej ekscytującym
momencie. Zadzwonił Wściekły.
-
Bierz dupę w garść - ze swoją naturalną prostotą rozkazał - i gnaj na
dwudziesty
piąty kilometr!
Strona 53
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
Afrykanin?... - spyta! zaniepokojony Nikołaj.
-
Ślad... - sapiąc z niezadowolenia, uściślił Tol Tolicz.
-
Nie rozumiem... Jaki ślad?
-
Kłak aury... - gniewnie powiedział szef. - Wprost na słupie z tabliczką,
przy samej
podstawie... Widocznie tam odpoczywał - oparł się... Babka-znachorka szła
zbierać
paprotniki, natknęła się, zadzwoniła do dyŜurnego...
-
Skąd zadzwoniła? Z dwudziestego piątego kilometra?
-
Ma przecieŜ komórkę... Krótko - spiesz się - aura wyparowuje!...
Nikołaj rozłączył się, schował słuchawkę do kieszeni marynarki, spojrzał spode
łba na
obecnych. Współpracownicy patrzyli na niego oczekująco. Jedynie Matwieicz, z
nawyku,
miał wszystko głęboko gdzieś.
- Dobrze, Matwieicz, potem dokończysz... Saszka! Pawełek! Zwijamy aparaturę -
jedziemy stąd...
Dopóki mknęli, piszcząc oponami, na dwudziesty piąty kilometr, podpułkownik
Wybierzniew zachowywał ponure milczenie. Pawełek, przeciwnie, był wzburzony i
gorliwy.
- Wie pan, Nikołaju Sanyczu... - mówił. - Mam! Mam! Jest coś wspólnego, co łączy
skrzata i Afrykanina! Wspólny interes... kadzidło! To samo kadzidło, z powodu
którego
"Night Marę" zleciała na łeb... śebym przez wiek astralu nie mógł zobaczyć!
Zobaczcie, jak
wszystko się razem od razu układa: jasnoszary przekazuje kwas naszym skrzatom z
BakłuŜyna, a te juŜ - gremlinsom... A wszystko - z "podania" Afrykanina... JuŜ
raz taki trick
nam wyplatał! Widocznie spodobało mu się. Przyszedł powtórzyć...
Na przedzie błyszczały lustrzanie, bo wywołane przez jakiegoś chuligana, miraŜe
pseudokałuŜ, niknących w miarę zbliŜania się do nich. Buraki hecują się...
- Jednego nie wziął pod uwagę... - złowieszczo podsumował Pawełek. - Za
powtórzenie obniŜa się stopień...
Wybierzniew zerknął na współpracownika posępnie, ale rozmowy nie podtrzymał. Do
jakiegoś stopnia rozumiał Pawełka... Ze względu na młody wiek. Kiedy prowadzisz
równocześnie kilka spraw, wcześniej albo później zaczyna ci się wydawać, Ŝe
przestępstwa,
które starasz się rozkryć - są
wzajemnie powiązane. Często pojawia się nawet pokusa, Ŝeby połączyć te sprawy w
jedną i - powiedzmy, porządnie przesłuchać malwersanta na okoliczność
wczorajszego
zabójstwa w parku miejskim... Niektórzy zresztą tak postępują. Nie ma w tym
jakiegoś
wielkiego nieszczęścia, rzecz jasna, poniewaŜ wszędzie powtarza się jedno i to
samo -
zmieniają się jedynie nazwiska. Mimo to...
Tej głębokiej myśli podpułkownikowi Wybierzniewowi nie udało się dokończyć.
Szofer walnął w hamulce, zapiszczały gumy, wszystkich rzuciło do przodu.
Dwudziesty piąty
kilometr... Przy słupie w paski, uwieńczonym niebieską emaliowaną tabliczką,
stała, patrząca
z niezadowoleniem na hamującego dŜipa, minaturowa osoba w średnim wieku...
Zresztą - nie,
niezupełnie miniaturowa. Raczej przyziemista, poniewaŜ przy całym swoim
niewiekim
wzroście miała wielką głowę i była przy kości. Ni-kołaj wyskoczył z dŜipa,
rozglądając się
podszedł do niej.
- A znachorka gdzie? - gniewnie zapytał.
Liliput o atletycznej budowie zdziwił się i spojrzał na niego okrągłymi oczyma.
- N-no, ta znachorka, co... - wyjaśnił smętnie Wybierzniew. Osóbka oparła swoje
piąstki o biodra - i przez jakieś pięć minut Niko-łaj usłyszał o sobie tyle
wszystkiego, i o
swoich przełoŜonych, Ŝe wygłoszonego materiału w pełni wystarczyłoby na parę,
albo nawet
na trzy głośne procesy kryminalne. A najciekawsze było to, Ŝe ponad połowa
powiedzianego
Strona 54
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
istotnie odpowiadała rzeczywistości... Czy to znachorka była w dodatku
jasnowidzem, czy teŜ
gdzieś doszło do ucieczki informacji słuŜbowej...
Stało się takŜe jasne, dlaczego generałowi Wściekłemu oznajmiono, Ŝe jakoby
dzwoniąca, delikatnie mówiąc, nie jest najmłodsza. Głos zna-chorki był piskliwy
i starczy, w
dodatku - wyjątkowo swarliwy...
Pawełek z Saszką przykucnęli przy słupku kilometrowym. Czarowali juŜ na całego,
udając, Ŝe jakoby niczego nie słyszą. Notebook z odłączonymi urządzeniami
peryferyjnymi
leŜał obok - wprost na poboczu.
W tej sytuacji podpułkownikowi nie pozostało nic innego, jak cierpliwie, nie
przerywając, wysłuchać wszystkie podłe oskarŜenia pod swoim adresem. Dopiero
potem,
spokojnie, jakby nigdy nic, przystąpił do rozmowy. MruŜąc oczy w roztargnieniu,
Nikołaj
rozejrzał się po okolicy. Dooko-
ła kwitł tatarak - okrutny spadek po trzystuletniej tatarsko-mongolskiej
okupacji... W
pobłyskującym strumieniu, głośno przeklinając, pluskała się szczęśliwa, brązowa
od
opalenizny dzieciarnia.
- Ja bym tych... prawosławnych komuchów... - z nienawiścią skrzypiała s'wiadek -
nieświęconą kulą! Riasę narzuci i diabli wiedzą: chłop czy baba...
No cóŜ, zmieniła obiekt przekleństw - choć za to, niech jej będą dzięki... Ale
czekać,
póki się wygada i zamknie, byłoby zbytnią naiwnością. Dobrze, spróbujemy wejść w
słowo...
- A ja bym jednak ćwiartował - delikatnie wtrącił Nikołaj. Świadek zatkało (po
raz
pierwszy w Ŝyciu). Z podejrzliwością wpiła się oczyma w Wybierzniewa: kpi sobie,
czy co?
Jednak twarz podpułkownika pozostawała nieskazitelnie uprzejma.
- Dlaczego pani od razu uznała, Ŝe to przybył ktoś z Łycka?... - wykorzystując
pauzę,
w zamyśleniu zapytał.
W odpowiedzi z szybkich ust znachorki znowu posypały się cięŜkie wyrazy, ale tym
razem związane z tym, Ŝe ktoś powątpiewa w jej kwalifikacje. A co tu wiele się
zastanawiać?... O, widzicie jaki kłak aury na wietrze trzepocze, co tu wiele
trzeba się
zastanawiać?... Zdejmijcie bielmo z oczu, tak, bielmo ze swoich ślepiów
zdejmijcie,
detektywi z boŜej łaski!... Na tej aurze tylko brakuje krzyŜa sześcioramiennego
i sierpa z
młotem!...
Nikołaj taktownie podziękował świadkowi. Nie zwracając juŜ uwagi na lecące za
nim
jadowite przymówki, podszedł do chłopaków.
-
Afrykanin?... - zapytał niechętnie.
-
Afrykanin!... - zaraportował Pawełek, ale minę miał przy tym jakąś
niewyraźną.
-
Coś nie tak?...
-
Nie wiadomo dlaczego dalej poszedł na bosaka... - zniŜając głos do
szeptu,
powiedział Pawełek. - O...
Nikołaj spojrzał. Niedźwiedzie ślady, odciśnięte na pylnym poboczu, były na tyle
wyraźne, Ŝe były dostrzegalne nawet dla wzroku zwykłego wyborcy. Rzeczywiście,
dziwne...
Do dwudziestego piątego kilometra w butach, a dalej - boso...
Podpułkownik Wybierzniew wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy.
- Tol Tolicz?... Pewniak - Afrykanin... Kieruje się do stolicy... Na dwudziestym
piątym kilometrze zdjął buty - pod słupem. Widocznie porusza się dalej w
poprzednim
kierunku, ale boso...
Strona 55
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Wydawało się, Ŝe generał Wściekły przestraszył się nie na Ŝarty.
- Boso? - spytał, jakoś dziwnie gwiŜdŜąco. Nagle zamilkł na trzy sekundy. -
Poczekaj,
zaraz oddzwonię.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jakby z oddali.
-
Nawiasem mówiąc - nie podnosząc głowy znad monitora, cicho, w zamyśleniu
przemówił Saszka. - W starej, dobrej Anglii, wiedźmy, aby wywołać huragan,
zdejmowały
buty i pończochy...
-
No, po pierwsze, tu u nas nie Anglia - nie całkiem przekonany sprzeciwił
się
Pawełek i pytająco spojrzał na Wybierzniewa. - U nas w takich sytuacjach
zdejmują coś
zupełnie innego. W dodatku... - Znowu zwrócił się do Saszy. - Dlaczego by nagle
protopartorg zaczął stosować nasze czarodziejskie sztuczki i chwyty?...
-
Albo, na przykład, zaczął wszędzie ciągnąć ze sobą skrzata... - tym
samym tonem
odezwał się Saszka.
Pawełek chrząknął i zamyślił się niespokojnie. Podpułkownik Wybierz-niew bawił
się
telefonem, jakby przymierzał, dokąd go, do jasnej cholery, wyrzucić.
Znachorka-awanturnica
z zarozumiale wyprostowanymi plecami oddalała się po najbliŜszym poboczu. Sądząc
z
obwisłego plecaka, niewiele dzisiaj zebrała paproci...
Zachowanie się Afrykanina budziło strach. Nieumotywowane przejście zielonej
granicy, zagadkowe powiązania ze skrzatem, teraz ten dziwaczny trick z
obuwiem...
ChociaŜ... MoŜe akurat w tym przypadku wszystko jest zupełnie normalne... Zrobił
sobie
odcisk, zdjął buty...
W końcu telefon komórkowy oŜył i zaćwierkał. Nikołaj podniósł go do ucha.
- Jesteś tam sam? - z troską zapytał szef.
- Z chłopakami... Tol Tolicz kaszlnął.
-
A więc, tak... - wycedził. - Rozmawiałem teraz z prezydentem... Sytuacja
jest
następująca: za wszelką cenę! Słyszysz? Za wszelką cenę masz nie dopuścić, Ŝeby
Afrykanin
wszedł do stolicy...
-
Ale on juŜ tam na pewno jest - spokojnie powiedział Nikołaj.
-
Generał oniemiał.
- No, sam pomyśl, Tolu Toliczu... - z lekkim wyrzutem kontynuował podpułkownik
Wybierzniew. - O szóstej rano zrobił cud z kulą... O ósmej był juŜ na
dwudziestym piątym
kilometrze. A teraz juŜ piętnaście po pierwszej. No to sobie policz...
Słuchawka milczała. Podpułkownik odniósł wraŜenie, Ŝe generał Wściekły
zdecydował się zdezerterować w zemdlenie. Miody Saszka, robiąc okrągłe oczy, w
panice
zatrząsł rumianymi policzkami i wskazywał na komputer.
- O dziewiątej... - bezdźwięcznie artykułował. - O dziewiątej, a nie o ósmej...
Nawet o
wpół do dziesiątej...
Nikołaj zmarszczył brwi - Saszka z nieszczęsną miną rozłoŜył ręce.
- Dobrze... zamelduję... - odezwała się w końcu słuchawka słabym głosem
śmiertelnie
chorego.
Podpułkownik odesłał środek łączności do kieszeni, opuścił powieki ze zmęczenia,
odwrócił się do Saszki.
-
Co się wydzierasz? - zimno zapytał. - O ósmej czy o wpół do
dziesiątej...
Przechwycić go i tak nie zdąŜymy.
-
Tak, ale wtedy... - Saszka zgubił się kompletnie. - Jaka róŜnica?
-
Wielka - odciął się Wybierzniew. - Albo my nie wyrabiamy się, i z
wytrzeszczonymi oczyma i językiem na plecach gnamy do miasta, albo jedziemy tam,
ale juŜ
Strona 56
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
spokojnie i bez paniki...
Oczy młodego pokolenia rozjaśnił ognik zrozumienia, i Nikołaj uśmiechnął się.
Och,
szczeniaki-szczeniaki! Do jakiego stopnia nie mogą doczekać się jeszcze jednej
gwiazdki dla
tego barana Wściekłego!... Ale jak im wyjaśnić, Ŝe Afrykanina trzeba łapać tylko
w dwóch
przypadkach: albo wtedy, kiedy sam się wepchnie do kąta, albo kiedy ciebie tam
wci-śnie!...
***
- Ogólnie rzecz biorąc, wygląda to tak, Kola... - bezsilnie powiedział generał
Wściekły, wchodząc do gabinetu Wybierzniewa, co - na marginesie mówiąc -
zdarzało się
niezbyt często. Zazwyczaj dzwonił, wzywał. - Mamy termin, my z tobą - do
jutra... Czyli
prawie wcale. Siedź sobie, siedź...
- Dlaczego do jutra? - ostroŜnie zapytał Wybierzniew, znowu opuszczając się na
krzesło.
- Bo jutro przybywa specjalna komisja ONZ... Podpułkownik zmarszczył czoło.
-
Aha... - powiedział z ponurym zadowoleniem. - A Afrykanin, najwidoczniej
zamierza zerwać to spotkanie?
-
A cholera go wie, co on tam zamierza! - ze zmęczoną bezpośredniością
odrzekł mu
generał Wściekły. - Po prostu Kondratycz dał nam termin do jutra, rozumiesz?...
Generał zamilkł i obrzucił niezadowolonym wzrokiem szczegółową mapę kraju, która
jak zawsze, wisiała nad biurkiem podpułkownika. Odcinek drogi z DŜumachły do
BakłuŜyna
zapchany chorągiewkami na szpilkach. Pięć chorągiewek. Pięć odnalezionych
kłębuszków
aury protopartorga...
- Czy uściślił polecenie? - cicho spytał Nikołaj.
Twarz generała Wściekłego od razu napięła się, stała się drapieŜna. O, zaraz
ukąsi...
- Tolu Toliczu... - patrząc z łagodnością na zdenerwowanego szefa, wyrzekł
piękniś
podpułkownik. - No, chociaŜ szepnij... Zlikwidować go, czy co?...
Rozmówcy nie byli czarownikami, inaczej za nic w świecie nie stanęliby w taki
sposób - w poprzek linii pól siłowych. Jaka tu moŜe być zgoda - jeśli w poprzek?
Gdyby
Wściekły i Wybierzniew zostali dopuszczeni do głębokiego astralu, uwadze obu nie
umknęłoby i to, Ŝe za ich plecami, w przeczuciu nadchodzącej wielkiej kłótni,
juŜ zbierają się
z całego budynku MSW zgłodniałe emocji straszki i pozostała niewidoczna hołota.
-
Kola... - ochryple, z groźbą wyrzekł Wściekły, szarpnięciem rozluźniając
węzeł
krawata. - Widzę ciebie na wylot, Kola... Robisz wszystko mi wbrew, tak chcesz
mi nogę
podstawić. Właśnie wpuściłeś Afrykanina do stolicy! Skrzata chowasz u swojej
kochanki!...
Masz dwie twarze, czy co?...
-
Ja-jakiego skrzata? - zapytał ogłupiały Nikołaj. - U jakiej kochanki?
-
U Niewyrazinowej!
- To Niewyrazinowa jest moją kochanką?... PrzecieŜ sam dałeś mi zadanie ją
sprawdzić!
- A w jakim sensie kazałem ci ją sprawdzić?... A jak ty to zrobiłeś? Ile na nią
straciłeś
pieniędzy, w dodatku - waluty?...
-
O, tego nie wolno, Tolu ToliczuL. Wykaz wydatków został do raportów
dołączony!
Dlaczego, jak myślisz, zawsze ciebie proszę, Ŝebyś' wytyczał konkretne zadania?
TeŜ mi
kochanka! Lepiej na siebie popatrz! Drugie centrum handlowe budujesz! Za pensję,
czy co?...
-
A ty... A ty... - Generał juŜ tracił dech. - Kto zbiera haracz z
jasnoszarych?... Pap-
Strona 57
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
cioL.
-
Ja chociaŜ z obcych, jasnoszarych!... - odgryzł się Nikołaj. - A ty juŜ
do końca
zbezczelniałeś - ciągniesz z zachodnich sojuszników!...
-
Nie wstyd ci... - nie zniŜając się do usprawiedliwień, ciągnął swoje
generał. -
Rozumiem - wstyd... WyŜsze wykształcenie prawnicze, odbyłeś lata staŜu w
kryminalnej
policji... aŜ do rozpadu powiatu... Tylko nie siądziesz na moim miejscu, Kola,
nie łudź się...
Wiesz, dlaczego?...
Wybierzniew z wyŜszością uniósł brwi. Na wysokich policzkach podpułkownika
pojawił się lekki rumieniec.
-
Niby dlaczego? - rzucił z wyzwaniem.
-
PoniewaŜ to ja!... - Zezłoszczony generał przysiadł trochę i silnie
uderzył się w
twardą, kościstą pierś. - Rozumiesz?... Ja!... Jeszcze kiedy byłem dzielnicowym!
To ja ich
złapałem w tym magazynie z Ŝywnością, rozumiesz?... To ja ich posadziłem, a nie
ty! I
Nikodema, i Gleba...
Do końca rozwiązał węzeł krawata, przeszedł się po gabinecie, gniewnie wyjrzał
przez
okno. Po chodniku z okrzykiem i gwizdami jechała wataha kozaków... Właściwie nie
jechała,
a szła, ale za to kozackie papachy były załamane pod takimi fantastycznymi
kątami, a sami
stanicznicy tak wyśmienicie harcowali w marszu, Ŝe mimowolnie wydawało się,
jakby oni,
chociaŜ pieszo, a jednak - byli na koniach... Po przeciwległej stronie ulicy
imienia Heleny
Bławatskiej, pod wywieszką "Afroremont" stał i z zachwytem wyszczerzał zęby do
szerokich
kozackich lampasów Murzyn (o barwie krwawego siniaka) w liberii...
MoŜna było przypuścić, Ŝe kozacy wracali z pogrzebu Esauła, który - według
plotek -
pochodził z tego samego rodu, co ataman Bałowień i w ciągu całego swojego Ŝycia
starał się
naśladować znakomitego przodka...
Waha się kozactwo, ech, waha się: tęskni za kołchozami, za cerkwiami... i
chciałoby, i
boi się... W Łycku mają cerkwie i kołchozy, za to przeklinać się nie da, a bez
tego Ŝyć teŜ się
nie da...
Generał odwrócił się. Jego twarz wyraźnie się uspokoiła. Teraz obaj rozmówcy
patrzyli juŜ na siebie nie w poprzek, a wzdłuŜ linii siłowych - i kłótnia zgasła
od razu, nie
zdąŜywszy rozpalić się jak naleŜy.
-
To dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś?... - z poczuciem winy powiedział
Nikołaj,
jakby przypadkiem dotykając przycisk dyktafonu. - No, jaki z niego, twoim
zdaniem,
człowiek?...
-
Wyłącz - burknął generał.
Podpułkownik wzruszył ramionami, wyłączył. Generał zamyślony gładził starą
bliznę
na nadgarstku - wyraźnie ślad po psich zębach. ("Owczarek? - odruchowo
zastanowił się
Nikołaj. - Nie, prędzej mastif..."). Szkła okien zadrŜały, groŜąc pęknięciem...
Znowu te
eskadry pokładowe!... No, na jakiego czorta, ciągle się kręcą nad BakłuŜynem?...
Co ich
wywiad tutaj szuka?...
-
Przygłup... - niechętnie powiedział na koniec Wściekły. - Przyglupem
był,
przygłupem pozostanie. O, ukąsił mnie wtedy... przy zatrzymaniu...
-
Ja nie o tym - powiedział Nikołaj. - Czego po nim moŜna się spodziewać?
-
Niczego dobrego... - Wściekły westchnął. - JuŜ wtedy niczego dobrego, a
Strona 58
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
teraz to
juŜ zupełnie... A, właśnie, nie próbuj przewerbować! I na siebie uwaŜaj... nie
daj się
przewerbować... No, co tak patrzysz? Nie ma dla nas sensu dać się przewerbować,
Kola. Nie
ma...
Szyby dalej drŜały.
- Gdyby dokładnie wiedzieć, po co go tutaj Porfiriusz posłał... - jakby nie
słysząc
ostatnich słów szefa, szepnął Nikołaj. - Dałem polecenie agenturze w Łycku - ale
na razie
milczą...
Generał z zaciekawieniem odwrócił głowę.
-
Myślisz, Ŝe to wszystko robota Porfiriusza?
-
No, przecieŜ nie sam Afrykanin, w końcu! Jeśliby był sam - ni cholery by
tutaj
takich cudów nie wyprawiał!... Wtedy by go w ciągu sześciu sekund wyrzucili z
Biura
Politycznego, pozbawili statusu... U nich z tym surowe porządki: dyscyplina,
hierarchia...
-
Tak, rzeczywiście... - zgodził się po chwili namysłu Wściekły. - No to
co robimy?
Podpułkownik uniósł wysokie brwi wyraŜając swoje niezdecydowanie.
-
Wzmocnię dzisiaj pułapkę... w etnograficznym... Chyba im jeszcze Pawełka
i
Saszkę podeślę. Jacy są, tacy są, ale mimo wszystko - czarownicy, jasnowidze...
Sprawdzę
stare kontakty... ChociaŜ podziemie u nas juŜ od dawna nie działa, co tam
sprawdzać? - Nagle
Nikołaj zamilkł, z ciekawością popatrzył na generała. - Słuchaj, Tolu Toliczu...
Dlaczego tak
się wtedy wystraszyłeś, kiedy powiedziałem, Ŝe jest bosy?...
-
A diabli wiedzą czemu... - przyznał się po chwili wahania generał. -
Szedł, szedł w
butach - nagle je zdjął... AŜ mi się niedobrze zrobiło!... Do tej pory mrówki mi
po skórze
chodzą...
Jakby otrząsając się ze złych mar, potrząsnął głową i w trwoŜliwym zamyśleniu
skierował się do wyjścia. Kiedy był juŜ na progu, odwrócił się. W Ŝółtawych
oczach generała
Nikołaj dostrzegł szczere, jakieś takie zupełnie dziecięce niezrozumienie.
- Sam popatrz, jak to wszystko dziwacznie się składa!... - ni to zdziwił się, ni
to
doradził mu szef. - No, jeślibym, wtedy w magazynie, powiedzmy, nie Afrykanina,
a Gleba
potraktował pałką?... Co?... Wtedy na pewno nie byłbym generałem...
Chrząknął, z zatroskaniem pokiwał twardą jak drut siwizną, wyszedł z gabinetu.
***
Tak, przy takim układzie kart Wściekłego chyba nie da się zrzucić... Nikołaj
wiedział
z doświadczenia, Ŝe jeśli kogoś posadzisz sprawiedliwie, nie doczepiając nic
cudzego, będzie
ci potem przez całe Ŝycie wdzięczny. Jednak, z drugiej strony, gdyby wtedy do
władzy
doszedł nie Gleb, a Nikodem (czyli Afrykanin) - och, jakby komuś przypomniał tę
gumową
pałkę... No nie, jaki zwrot w historii!... Okazuje się, Ŝe u byłego
dzielnicowego są stare
porachunki z protopartorgiem... Ciekawe, ciekawe. Tol Tolicz - facet pamiętliwy,
z
pewnością nie wybaczy nigdy ukąszenia. A tu nagle Afrykanin przeszedł granicę,
pojawia się
moŜliwość skwitowania się... Jak zachowuje się generał Wściekły? A nijak...
Zepchnął
wszystko na podpułkownika Wybierzniewa - i usunął się... Ma nadzieję, Ŝe Nikołaj
na własną
rękę i ryzyko spróbuje sprzątnąć Afrykanina? No cóŜ, nadzieja - to szla-chetne
uczucie...
Strona 59
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Ale dlaczego teraz przyczepił się do tej Niewyrazinowej? Jak zawsze bez powodu?
Nie, nie, nie wydaje się. "Skrzata schowałeś u kochanki..." Całkowicie konkretny
zarzut... O
jakim skrzacie mógł mówić? Czy nie o tym, z którym protopartorg przechodził
zieloną
granicę?... AleŜ nie, to niemoŜliwe!... ChociaŜ... Jeśli do tego co się stało,
nie daj BoŜe,
wmieszała się Nika Niewyrazinowa, to moŜna się wszystkiego spodziewać!... I
przed
wstrząśniętym Nikołajem mimowolnie pojawiła się mała twarzyczka, jakby trochę
rozpłaszczona - Niki. Oczy - ze dwa razy większe niŜ przeciętne, długa szyja...
W ogóle to w
jej sylwetce było coś podobnego do ostatniego modelu Toyoty: piękno, ale
niezwyczajne.
Jakkolwiek będzie to ryzykowne, trzeba dzisiaj do niej zajrzeć. Ale jeszcze nie
teraz.
Później...
Oczywiście, przy innej okazji zagadkowa fraza generała Wściekłego zmusiłaby
Nikołaja do silnego zaniepokojenia, ale teraz, kiedy astralny mikroklimat w
pokoju radykalnie
się zmienił, podpułkownik nie wpadł w panikę. Kiedy wyczuły nadchodzącą
awanturę,
napłynęły do gabinetu całymi stadami nie tylko straszki, ale i kątniki. PoniewaŜ
do skandalu
nie doszło, cała ta niewidoczna, Ŝarłoczna drobnica, w jednej sekundzie wyŜarła
wszystkie
negatywne emocje z pomieszczenia. Naruszyła jego bilans energetyczny. Dlatego
podpułkownik Wybierzniew, kiedy został sam, jeszcze przez pół godzinki przebywał
w stanie
lekkiej euforii, graniczącej z pełną utratą ostroŜności...
Pogwizdując coś ludowego, lirycznego, odwrócił się do komputera i zaczął czytać
na
monitorze dane o "Czerwonych cherubinach". Ta-ak... Klim Jezusów. Szef firmy
"Niewygoda". W przeszłości - bandzior. A w jeszcze bardziej odległej przeszłości
- prawa
ręka Nikodema Ludzkiego. Gdyby swojego czasu do jego sprawy nie wmieszał się
Wybierzniew, Kli-mowi wlepiliby doŜywotnie zombirowanie. Teraz Klim zasuwałby
obok
pieriedwiŜników w Ŝonie numer trzy... Dalej... Pankracy Kulawiec. Szef firmy
"Ograbank".
Przeszłość - ta sama... No, na nim to juŜ nawet nie ma miejsca, gdzie moŜna by
jeszcze jakieś
piętno dostawić. Jak zawsze zaczniemy od tych dwóch...
Istnieje szeroko rozpowszechnione mniemanie, jakoby organy ścigania nie
likwidują
przestępczości ze strachu pozostania bez pracy. Wszystko to, rzecz jasna,
wymysły leniwych
dziennikarzy... W rzeczywistości,
nie likwiduje się przestępczości z zupełnie innej przyczyny. Po pierwsze, Ŝe
wykorzenienie jej do końca fizycznie jest niemoŜliwe, poniewaŜ w przyrodzie
próŜnia nie
istnieje. Wysyłając na szubienicę albo za kraty starych, sprawdzonych
kryminalistów, z
którymi śledczy są juŜ od dawna zaznajomieni, a z niektórymi nawet zdąŜyli się
pokolegować, tym samym oswoba-dza się przestrzeń Ŝyciową dla podrastającego
pokolenia
złodziei i bandytów. A jak to nowe pokolenie będzie się zachowywać, nikt nie
wie. ChociaŜ
moŜna pójść o zakład, Ŝe znacznie gorzej niŜ poprzednie... Zatem jaki ma sens
zamieniać
siekierkę na kijek?
Niezapomniany szef ochrany swego czasu mówił: nie wolno tylko karczować -
czasami trzeba i sadzić... Mędrzec, tak, mędrzec... Po to są organy
sprawiedliwości, Ŝeby
zamiast bezmyślnego likwidowania przestępczości, strzec ją, kultywować,
organizować,
nadawać jej bardziej lub mniej cywilizowaną formę. Organizowanie - to wielka
rzecz... W
Strona 60
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
końcu, czym innym jest państwo, jak nie - w najwyŜszym stopniu zorganizowanym -
wieloosobowym ugrupowaniem przestępczym?...
Tak (albo w przybliŜeniu tak) beztrosko rozmyślając podczas pracy przy
komputerze,
Nikołaj Wybierzniew juŜ prawie opracował plan przedsięwzięć operacyjnych na
dzisiejszą
noc, kiedy oderwał go od tego zajęcia telefon wewnętrzny.
-
Nikołaj Sanycz? - radośnie zapytano na drugim końcu przewodu.
-
Słucham... - odezwał się z roztargnieniem.
-
Kapitan Kosołapow. Wydział kryminalny BakłuŜyna...
-
Słucham - powtórzył Nikołaj.
-
Pojawił się u nas złodziejaszek, z donosem. Dotyczy to najwyraźniej
waszej
działki...
- Złodziejaszek?... Hm... No dobrze, przyprowadźcie... Podpułkownik Wybierzniew,
zadziwiony, odłoŜył słuchawkę. "Waszej działki...". Niedługo do niego wszystkich
bezdomnych zaczną ciągać.
Kryminalna i kontrwywiad mieściły się w tym samym budynku, ale w przeciwległych
jego końcach. Niedługo potem do drzwi grzecznie zastukano, po otrzymaniu
zezwolenia -
wprowadzono kajającego się przestępcę. Wyglądał Ŝałośnie, silnie kulał na prawą
nogę,
dotykając podłogi tylko końcami palców. Uszkodzona stopa była owinięta brudną
szmatą. W
odsuniętej jak najdalej od siebie ręce łotrzyk niósł za sznurowadła wysokie,
Ŝołnierskie buty. Szeroka morda konwojującego go milicjanta była jakoś dziwnie
skupiona i dziwacznie wstrząsana tikami, zupełnie jakby jej właściciel z wielkim
trudem
powstrzymywał się od histerycznego, sięgającego aŜ trzewi, śmiechu.
- Siadajcie - sucho rzekł Nikołaj, wskazując podbródkiem na krzesło.
Złodziejaszek ostroŜnie, ze strachem postawił buty na podłodze. Niezgrabnie
usiadł.
Chlipnął, zaczął odwijać szmatę. Kiedy odwinął, podniósł bosą nogę piętą w
stronę
podpułkownika. Ten na początku nie zrozumiał, pomyślał - jakiś złośliwy guz,
zapuszczony
od dawna... Potem w końcu zrozumiał.
-
Oj... - Nikołaj był w stanie wyrzec tylko tyle. - Chłopie... Gdzie to
tak ciebie
urządziło?...
-
Na dwudziestym piątym kilometrze... - rozmazując łzy po nieogolonych
policzkach,
wyjęczał nieszczęsny. - Patrzę: siedzi sobie na poboczu, odpoczywa, o słupek się
oparł...
Buciki stoją obok... No to ja je...
Dalsze słowa zginęły w szlochach.
Wybierzniew wstał zza biurka, podał wodę ofierze.
- A no, pokaŜ jeszcze raz... - rozkazał posępnie, zabrał pustą szklankę. Ze
wstrętem
obejrzał podsuniętą piętę. - E-ech... Nie suń mi pod nos!... A jak on wyglądał?
No, ten,
któremu zwinąłeś buty...
Skrzywiony ze złości złodziej patrzył na podpułkownika przez błyskawicznie
wysychające łzy.
- A jakŜe jeszcze moŜe Afrykanin wyglądać?... Riasa, krzyŜ...
- Stop! A więc ty wiedziałeś, kogo okradasz?! Złodziej skrzywił się jeszcze
silniej niŜ
poprzednio.
-
Acha, wiedziałem! Jakbym wiedział, to bym do niego nawet się nie
zbliŜył!
-
To skąd ci przyszło do głowy, Ŝe to Afrykanin?
- No, a któŜ by inny?... - Znowu zachlipał. - Kto inny u nas coś takiego
moŜe?...
Zobaczył: nie ma butów - to przeklął!... A ja, najgorsze, dureń, od razu obułem
się, wesoło
sobie drepczę... O mało nie umarłem, zanim zdąŜyłem rozwiązać sznurowadła...
Strona 61
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Wybierzniew rzucił surowe spojrzenie na milicjanta, który nie wytrzymał i
zachichotał
z całych sił. Wrócił za biurko.
- Odczarujcie... - poprosił zduszonym głosem pechowy złodziejaszek. Nogę trzymał
w
powietrzu, trzymając ją pod kolanem obiema rękoma.
Nikołaj uśmiechnął się - nie bez złośliwości.
- Trzeba było wcześniej pomyśleć - kiedy popełniałeś przestępstwo! - powiedział
szyderczo. - Teraz tobie nie tylko kontrwywiad, a pewnie cała Liga Czarodziei -
nie pomoŜe...
PrzecieŜ to nie urok, a cud... Poczekaj, kiedy złapiemy Afrykanina...
Kaleka piskliwie zawył. Wyraźnie nie wierzył we wszchmoc bakłu-Ŝyńskiego
kontrwywiadu. Nikołaj, skrzywiony, wykręcił numer, poprosił, aby przyszedł
Pawełek.
OdłoŜył słuchawkę, znowu spojrzał na złodziejaszka - tym razem z niezdrowym
zainteresowaniem.
-
Słuchaj, chłopie... - zwrócił się ściszonym głosem. - A jak to
właściwie...? Sam tam
wyrósł, czy teŜ na piętę się przeniósł?...
-
Wyrósł... - płaczliwie odpowiedział nieszczęsny. - Mój jest na
miejscu... O...
Z zapałem złapał się za rozporek. - Nie trzeba - pospiesznie powiedział
podpułkownik.
- Wierzę...
Nikołaj Wybierzniew oddał Pawełkowi ofiarę Afrykanina, wraz z jego butami.
Wstał,
przeszedł się po gabinecie, w zamyśleniu pocierając podbródek. No, z obuwiem, w
kaŜdym
razie, udało się wszystko wyjaśnić... Ale jaki jest ten protopartorg!... Mocny,
oj, jaki
mocny!... Najwidoczniej pozostało mu do wyboru jedno z dwóch rozwiązań: albo
pracować z
nim delikatnie i ostroŜnie - tak, Ŝeby, nie daj BoŜe, się nie obraził - albo
twardo i
błyskawicznie - tak, Ŝeby niczego nie zdąŜył...
ROZDZIAŁ 8
PANKRACY KULAWIEC, lat trzydzieści cztery, mafios
Po chodniku alei, w którą skręciła z ulicy Bławatskiej, z okrzykiem i gwizdami
jechała
wataha kozaków... Właściwie nie jechała, a szła, ale za to kozackie papachy były
załamane
pod takimi fantastycznymi kątami, a sami stanicznicy tak wyśmienicie harcowali w
marszu,
Ŝe mimowolnie wydawało się, jakby oni, chociaŜ pieszo - a jednak byli na
koniach...
Widać pogrzebali Esauła...
Pankracy Kulawiec (ten sam jasnowłosy mąŜ, który kiedyś tam wyprowadził za rękę
protopartorga z ciemnicy) zasępił się, poruszył kącikiem ust i nacisnął
przycisk,
zmniejszający przezroczystość szyby okiennej. Kozaków nie lubił - do tej pory
nie mógł im
wybaczyć 1613 roku, ata-mana Niepokój-Kargu i przeklętego wystrzału z piszczelą
do
cudownego obrazu.
Ale teraz rozmyślał o czymś innym...
"K-k-kim ja właściwie jestem?..." - męczył się z myślami Pankracy, zająkując się
li
tylko z przyzwyczajenia. Zdarzało mu się to zawsze wtedy, kiedy starał się
werbalizować
myśli, to jest myśleć słowami. - K-krymina-listą, czy j-jednak
p-p-p-partyzantem?..."
Obejrzał się nerwowo poprzez ramię, z nienawiścią obrzucił wzrokiem przestronne
biuro. W biurze było zimno. Znany terrorysta (oraz ekspert od ksenofinansów)
Arystarch
Retiwoj rozłoŜył się na krześle, marszczył czoło nad grubaśną ksiąŜką.
Kiedy poczuł, Ŝe Pankracy patrzy na niego, Retiwoj podniósł okrąglutkie oczka i,
jakby się usprawiedliwiając, postukał paznokciem w stronicz-kc.
Strona 62
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Nie, nie, jest lepszy od IzajaszaL. - ochryple zachwycił się. - Prorok w
pierdlu,
prawda?... Posłuchaj, jaką ma gadkę - aŜ zawiść bierze... - po czym, śpiewnie, z
przyjemnością, jakby uczył się na pamięć: "Przeciw komu otwieracie usta,
wysuwacie
języki?..."
Jego węzłowate palce przy tym zadrŜały i rozcapierzyły się na księdze.
Rzeczywiście,
wymówić coś takiego, nie pomagając sobie wybijaniem rytmu palcami, było po
prostu
niewyobraŜalne.
"W-w-wyrodzili się... - patrząc na Retiwoja, z goryczą pomyślał Pankracy. -
K-k-k-
kasę p-p-p-p-partyjną juŜ w-wspólną n-nazywamy... A m-mieszkanie
ko-ko-konspiracyjne -
meliną..."
Firma "Ograbank", której szefował, była oficjalnym przykryciem organizacji
terrorystycznej "Czerwone cherubiny". Jednym z jej liderów był on, Pankracy
Kulawiec.
Głównym zaś problemem Pankracego było to, Ŝe ostatnimi czasy szef bojowników
zupełnie
przestał rozróŜniać, kiedy działa z pobudek ideowych, a kiedy z handlowych...
PrzecieŜ to
tylko dla nas, Ŝałosnych obywateli, wszystko jedno, dla jakiego celu biorą nas
jako
zakładników: wymienić na męczącego się w więzieniu płomiennego rewolucjonistę,
czy teŜ
tak - dla okupu... Nawet nie jesteśmy w stanie pojąć z naszego wąskiego punktu
widzenia, na
czym właściwie polega róŜnica między działalnością przestępczą a polityczną! Tym
bardziej,
Ŝe w zwykłych warunkach tak łatwo je pomylić...
Ale przecieŜ my - jesteśmy zwykłymi ludźmi, a on - to Pankracy Kulawiec...
***
lilii
Najwidoczniej owłosiony odstępca Witalij rzeczywiście nie czytywał gazet i nie
oglądał telewizji - inaczej wiedziałby, Ŝe podziemie wcale się nie rozpadło i
zupełnie
sprawnie kontynuuje dostarczanie bakłuŜyńskiej i światowej prasie tematów do
sensacyjnych
materiałów.
Pewnie teŜ protopartorg Afrykanin, wypytując Witalija o bieg spraw,
najwidoczniej
trochę kręcił, nie dopowiadał. KtóŜ moŜe uwierzyć w to, Ŝe
druga persona państwa czerpie informacje z zagranicy, czytając tylko oficjalny
organ
Łyckiej Patriarchii (notabene kontrolowany przez niego samego!)? Pewnikiem
doświadczony
cudotwórca po prostu sprawdzał Wita-lija, a przy okazji chciał poznać nastroje
szarych
obywateli...
Teraz juŜ mało kto o tym pamięta, ale początkowym celem organizacji "Czerwone
cherubiny" wcale nie był terror, a zupełnie zgodna z literą prawa propaganda
aktywności
rewolucyjnej w ramach prawdziwie chrześcijańskiego pojednania.
Kiedy jednak doszli do władzy czarownicy i - ni z gruszki, ni z pietruszki -
bezczelnie
zaaresztowali Afrykanina niedaleko muzeum etnograficznego, przypisując mu próbę
wykradzenia cudownego obrazu, stało się jasne, Ŝe na samej propagandzie nie
moŜna
poprzestać. Wtedy teŜ abstynent z przekonania Pankracy Kulawiec zmuszony był
zainicjować
ogromne pijaństwo u swojego rodzonego wujka, pracującego wtedy (notabene - teraz
takŜe)
w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Co było dalej - wiadomo z tajnego dokumentu,
przesłanego przez generała Wściekłego podpułkownikowi Wybierzniewowi: kraty
Strona 63
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
otwarły
się, zamki się rozsypały... no, i tak dalej. Tylko jedno pozostaje
niezrozumiałe: w jaki sposób
ciemny brunet Kulawiec umiał odcisnąć się w pamięci świadków jako jasnowłosy
mąŜ? To
jest, według wszelkich oznak, przynajmniej jako ciemny blondyn?... ChociaŜ, z
drugiej
strony, samogon z DŜumachły - napój bardzo podstępny, tak więc pracownicy
aresztu mogli
najzwyczajniej w świecie zapić się nim, aŜ do osiągnięcia stanu kompletnego
upojenia. Na tę
myśl naprowadzają takŜe - utrwalone w protokole - "czarne jak węgiel gołębie" na
tle
"śnieŜnobiałego jak piana na wrzątku asfaltu".
Kłusownik Kotwica, juŜ wcześniej wypełniający za umiarkowaną opłatę pewne
polecenia "Czerwonych cherubinów", przeprawił Afrykanina na brzeg Łycka, a sam
Pankracy
wrócił do BakłuŜyna, gdzie razem z Klimem Jezusowem został jednym z szefów
osieroconej
organizacji. Po tej niesłychanie zuchwałej ucieczce protopartorga "Czerwonym
cherubinom",
naturalnie, groziły masowe aresztowania. Wujkowi - groził tylko zwykły
try-Junał... Ale, ku
zdziwieniu Pankracego, ani aresztów, ani czystki wśród pracowników MSW nie było.
Jak
wyjaśniło się później, generał Wściekły za Ŝadną cenę nie chciał wracać na
poprzednie
miejsce swojej pracy - na stanowisko dzielnicowego. Dlatego całe zdarzenie
udokumentowano jako
cud, do którego doszło w okolicznościach absolutnie łagodzących. Sprawa była
jawnie
szyta grubymi nićmi. śeby stworzyć cud, który mu przypisywano, Afrykanin
potrzebowałby
przynajmniej wsparcia jednej czwartej ludności BakłuŜyna, gdy tymczasem, podczas
niedawnych wyborów, zagłosowało na niego nie więcej niŜ dziesięć procent
wyborców
(według oficjalnych danych)! Niemniej jednak, prezydent Gleb Portniagin
poburczai,
poburczał - i pozostawił całą tę historię bez następstw... W ogóle odnosiło się
takie wraŜenie,
Ŝe ucieczka Afrykanina była wszystkim na rękę. Nawet członkom podziemia.
Kulawiec nie znosił czarodziei jeszcze z dzieciństwa. Za to, Ŝe te sukinsyny
rzuciły na
niego urok. AŜ strach pomyśleć: dopóki nie osiągnął dwudziestu lat, chodził i
trząsł się jak
pajac! Chłopaki się śmiali, dziewczyny uciekały... Tylko wyć moŜna było! Ale
spróbuj zawyć
- jeśli się jąkasz!... Dzięki, Ŝe chociaŜ spotkał Afrykanina. Wtedy jakby na
nowo się urodził!
Trzęść się i jąkać, co prawda, nie przestał, ale chociaŜ zrozumiał, co ma
robić... Likwidować
te bydlęta, aŜ do ostatniego uzdrowiciela!...
Ale Afrykanin powiedział: "Za wcześnie...". Silnie tym rozczarował Pankracego.
Spierać się jednak nie spierał, za wcześnie - to za wcześnie. Ale wtedy, kiedy
przeprawił
przyjaciela i nauczyciela przez DŜumachlin-kę, Kulawiec poczuł, Ŝe ma rozwiązane
ręce...
Mimo to, kiedy został szefem podziemia, okazał nieoczekiwaną dojrzałość:
zdecydował przyczaić się na jakiś czas. Nie udało mu się to ni cholery, rzecz
jasna!...
Wkrótce stolicą wstrząsnęła seria diabelsko ryzykownych, zawsze z sukcesem
przeprowadzanych zamachów na najwaŜniejszych członków Ligi Czarodziei. W
dodatku, za
kaŜdym razem prasa BakłuŜyna bezczelnie ogłaszała, Ŝe odpowiedzialność za
zdarzenie
wzięła na siebie podziemna organizacja "Czerwone cherubiny". Nie, Pankracy byłby
dumny,
Strona 64
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
gdyby mógł wziąć na siebie taką odpowiedzialność, ale przecieŜ trzeba mieć
sumienie!...
Kulawiec zaczął się trząść i jąkać silniej niŜ poprzednio... Gdyby, z pośpiechu,
Liga
Czarodziei nie zniosła kary śmierci, byłby gotów podejrzewać, Ŝe generał
Wściekły i major
Wybierzniew są gotowi nawet swoich powybijać, aby tylko podciągnąć jego,
Pankracego,
pod paragraf, za który grozi rozstrzelanie. A zamachy trwały nadal - kaŜdy
zakończony
pełnym sukcesem... W końcu szefowi podziemia wyszła bokiem ta cała zagadko-
wa diaboliada. Sam zdecydował się przystąpić do gry. Pierwszym z rąk bojowników
organizacji "Czerwone cherubiny" padł czarodziej Ignacy Fastunow, spiker
parlamentu, bliski
przyjaciel prezydenta. Samochod-cy-sterna do mycia ulic, zapełniony po dekle
baków wodą
święconą, zalał nią mercedesa Ignacego na alei Nostradamusa. Potem odrzucono
pokrywy
włazów kanalizacyjnych - i czterech terrorystów rozstrzelało seriami z automatów
w drobny
mak bezsilnego czarownika. Kule wzięto spod siedmiu ikon, na wszelki wypadek
nacięto
jeszcze na kształt krzyŜa.
Kolejną ofiarą podziemia powinien stać się sam Gleb Portniagin, ale wtedy w
konspiracyjnym mieszkaniu Pankracego pojawił się bakłuŜyński kontrwywiad w
osobie
samotnego i nieuzbrojonego majora Wybierznie-wa. Powściągliwie podziękował
szefowi
podziemia za pomoc, poprosił o otwarcie trzech znalezionych przy nim kopert i,
jeśli moŜna,
o rozwiązanie rąk. W jednej z kopert znajdowała się spora suma w dolarach (za
likwidację
Ignacego Fastunowa), w drugiej - mniejsza kwota (za zgodę na publiczne
przyznanie się do
poprzednich zamachów), a w trzeciej - zaliczka.
Pierwszym odruchem Pankracego była chęć wystrzelenia w prowokatora całego
magazynka, ale jakiś wewnętrzny głos (moŜliwe, Ŝe to był ga-dulka) cicho i
wyraźnie
przypomniał mu o Ŝałosnym stanie kasy partyjnej. Kulawiec jeszcze trochę się
potrząsł,
potem schował pistolet i polecił rozwiązać łajdaka.
Wcale się nie krępując, gość rozmasował nadgarstki i grzecznie zapytał
Pankracego o
dalsze plany. Przypuszczając, Ŝe zastrzeli szantaŜystę zaraz po zakończeniu
rozmowy,
Kulawiec szczerze oznajmił mu o planie zabicia Gleba Portniagina. Major ze
zrozumieniem
skłonił głowę, ale w subtelny i grzeczny sposób zaproponował inny scenariusz
zdarzeń.
Portniagina na razie ruszać nie naleŜy, Portniagin to zleceniodawca... Ale co
sądzą o liście z
koperty numer trzy? Proszę zwrócić uwagę: wszyscy, jak leci, czarodzieje czystej
krwi,
nekromanci, sataniści... MoŜe by tak, na dobry początek, zacząć od nich?
Płacimy, jak
widzicie, nieźle...
- N-n-n... N-na... - trzęsąc się, powiedział zdumiony Pankracy. - H-h... N-na
jakiego
h...?...
Wybierzniew cierpliwie doczekał się końca tego pytania, po czym pokrótce opisał
sytuację. W Lidze Czarodziei, pozwólcie zauwaŜyć, mamy dwa skrzydła. Prawe
wyznaje
białą magię, a lewe - ciągnie do czarnej. No,
zrozumiałe, Ŝe pomiędzy tymi włas'nie skrzydłami toczy się i rozwija ta walka.
Prezydent, jak wiadomo, jest białym magiem i nienawidzi satanistów. O, niedawno
właśnie
wydał dekret o zakazie przechodzenia duszy w cudze ręce. Rzecz jasna, Ŝe tym
samym
Strona 65
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
doprowadził do wzburzenia wśród czarnych, którzy podnieśli larum o "załamaniu
gospodarczym". "Dusze hurtem" - słyszał pan o takiej firmie? Na kaŜdym
skrzyŜowaniu stoją
ich komiwojaŜerowie z plakatami: "Kupię duszę, krzyŜe, zegarki z Ŝółtą kopertą".
Czysta
grabieŜ mieszkańców - przecieŜ skupują za grosze... A dekret wycina nawet
korzenie pod tym
przemysłem... Dlatego teraz w parlamencie mamy schizme... Albo prawica - lewicę,
albo
lewica - prawicę... A przecieŜ wy - mimo wszystko, jesteście w podziemiu...
Komu, jak nie
wam, wmieszać się w tę sytuację!... Nie, no jasne, my moŜemy sami, ale...
Wtedy akurat trzeba było przerwać rozmowę, poniewaŜ Pankracy doznał ataku
epilepsji. Pierwszy raz w Ŝyciu. Kulawiec nie był mocny w dia-lektyce, dlatego
nigdy mu nie
przyszło do głowy, Ŝe im bardziej sobie są pokrewne dusze, tym silniej się
nienawidzą.
Pojednać je moŜe jedynie obecność wspólnego wroga. Gdyby Pankracy był bardziej
spostrzegawczy, doszedłby do tego wniosku samodzielnie, opierając się przy tym
li tylko na
Ŝyciowym doświadczeniu.
Dla przykładu - dlaczego młode pary tak rzadko Ŝyją zgodnie pod dachem rodziców?
Dlaczego wojują z rodzicami, próbując się usamodzielnić? Tylko po to, aby móc
później, bez
Ŝadnych przeszkód, urządzać sobie wzajemnie ustawiczne awantury! Tak samo i w
polityce...
Wystarczy komukolwiek wspólnie dojść do władzy - patrz, juŜ po roku dwie trzecie
zwycięzców zostało od niej odsuniętych, wsadzonych do ciupy, albo nawet -
rozstrzelanych.
Przez swoich współwyznawców, towarzyszy partyjnych...
Kiedy przywrócono go do przytomności, lider "Czerwonych cherubinów" najpierw
upewnił się, czy majora czasem juŜ nie wykończyli. Potem rozkazał pozostawić ich
sam na
sam. Wcześniej bakłuŜyńska Liga Czaro-dziei przedstawiała się Pankracemu jako
jedna,
ciemna siła. Teraz przejrzał na oczy - płacąc za to atakiem epileptycznym. A
więc to tak
wyglądają u nas sprawy!... No, cóŜ... Jeśli czarnoksięŜnicy, którzy wygrali
wybory, zaczęli z
głupoty wykańczać siebie nawzajem, to ze strony Pankracego byłoby wręcz grzechem
nie
pomóc w takiej szlachetnej sprawie... W koń-
u to jego partyjny, a nawet zwykły ludzki - obowiązek. A równocześnie;asa się
napełni...
- Z-z... Z-z... - zdecydował się Pankracy. - Z-zgadzam się...
Włas'nie od tego momentu podziemna organizacja "Czerwone cherubiny" zaczęła,
moŜna by tak powiedzieć, łączyć przyjemne z poŜytecznym. A poniewaŜ kaŜdy akt
terrorystyczny przygotowywano wspólnie z kontrwywiadem, praktycznie nie było
niewypałów. JuŜ zaczęto straszyć dzieci Pankracym ("Nie zjesz kaszki - Kulawiec
ciebie
zabierze...")- Jak przyjemnie cos' takiego usłyszeć! Mimo wszystko sumienie
Pankracego
Ŝarły wyrzuty i rozdzierały wątpliwości... Czy wolno wstępować w zmowę z
wrogiem? Czy
moŜna nazwać uczciwymi te dolary, którymi napełnia kasę partyjną? Pankracy
denerwował
się, wyraźnie pogorszyła się jego wymowa, nasilił się zez... W końcu nie
wytrzymał - i na
znak protestu - zorganizował zamach na powszechnie znanego białego maga, którego
na
liście, rzecz jasna, nie było...
Reakcja podpułkownika Wybierzniewa (niedawno awansował) na tak jawną
samowolę poraziła Pankracego.
- Słuchaj, przecieŜ masz rację... - w zamyśleniu powiedział mu na spotkaniu
podpułkownik (do tego czasu juŜ dawno zdąŜyli przejść na "ty"). - Dlaczego sami
do tego nie
Strona 66
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
doszliśmy? Jeśli będziemy odstrzeliwać tylko czarnych, kaŜdy dureń domyśli się,
o co chodzi.
Daj no, dorzucimy tu do spisu ze trzy sztuczki bielutkich... Dla pełnej
naturalności...
Podpułkownik z terrorystą, z troską na twarzach nachylili się nad listą...
Tak minęło kilka lat. Pankracy stał się spokojniejszy, w jego oczach pojawiła
się
mądra zaduma, a trzęsionka i jąkanie się zaczęły zanikać. Kiedy którykolwiek z
jego
bojowników proponował wykonać jakiś akt terrorystyczny za darmo, Pankracy tylko
marszczył swoją wąską i krzywą twarz w uśmiechu i kiwał odmownie głową.
- Z-zapamiętaj... - mówił. - jeden cel - to nie c-c-cel... J-j... jeśli uderzasz
- to b-bij we
dwa... a jeszcze 1-lepiej - od razu w t-trzy...
I uderzał co najmniej w dwa cele za jednym zamachem, nanosząc wrogowi
równocześnie straty fizyczne i finansowe. To znaczy - nie odsyłał nikogo bez
zamówienia do
piachu.
Od czasu do czasu, zza DŜumachlinki przedzierali się łącznicy z pozdrowieniami
od
Afrykanina. Pankracy chętnie informował ich o wykona-
nych zadaniach, przy okazji wyliczając wykończonych czarowników w rubryce
terroru indywidualnego, a otrzymane od Wybierzniewa dolary księgował jako
rezultaty
ekspropriacji, jakimi w gruncie rzeczy były. Klim Jezusów rozliczał się
oddzielnie...
Szefowie podziemia przestępczego w BakłuŜynie szanowali Pankra-cego i uwaŜali go
za tak mocnego, Ŝe nawet nikomu nie doradzali pchania się do polityki. "On tam
ma juŜ
wszystko w swoich łapach..." - mówili z pełną znajomością przedmiotu...
W tym pechowym roku, kiedy protopartorg w niełasce, uciekając z Łycka,
przekroczył po wodzie, jak po lądzie, granicę państwową, w interesie panował
okres pewnej
posuchy. Wszystkich, których trzeba było, juŜ usunęli, nie pojawiały się nowe
zamówienia od
Wybierzniewa. Właściwie przyszła pora zająć się samym Glebem Portniaginem, ale
Kulawiec
ciągle jeszcze wyczekiwał, mając nadzieję, Ŝe nagle trafi się jakieś małe, ale
zawsze -
zamówionko. Kiedy partyjna kasa opustoszała do końca, okradał jakiś niezbyt
wielki bank i
księgował zysk w rubryce ekonomicznego zamachu na demokrację. Jeszcze nie
opuścił się do
rozkułaczania farmerskich gospodarstw...
Arystarch Retiwoj spojrzał na zegarek i zatrzasnął księgę.
- Czas do roboty - powiedział, powstając z krzesła.
Kulawiec spojrzał na Arystarcha poprzez nierealnie szybko mrugającą powiekę.
Nigdy wcześniej nie przyjąłby zamówienia od organizacji handlowej - tym bardziej
zlecenia
dotyczącego zniszczenia kompromitujących materiałów. Ale, po pierwsze, Klim
Jezusów
bardzo o to prosił, a po drugie, kto mógł wiedzieć, Ŝe sejfy banku sadowników,
który ograbili
w zeszłym tygodniu, okaŜą się praktycznie puste!...
Kiedyś, po odprowadzeniu Afrykanina do Łycka, Pankracy Kulawiec i Klim Jezusów
podzielili między siebie obowiązki oraz - przy okazji - kadry podziemia.
Pankracy ze swoimi
bojowcami miał zająć się właściwym terrorem, a Klim - jego finansowym
zabezpieczeniem,
do czego załoŜył firmę handlową "Niewygoda", której stał się szefem. Ale wtedy
akurat
pojawiła się seria zamówień od Wybierzniewa, i Pankracy nie potrzebował
pieniędzy. Przez kilka lat oba ugrupowania istniały odrębnie i niezaleŜnie.
Jednak
teraz Klim powaŜnie wpadł, rzucił się po pomoc do Pankracego, teŜ siedzącego na
mieliźnie
w związku z ogólną posuchą i brakiem zapotrzebowania na akcje terrorystyczne...
Strona 67
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
S-sam... p-pójdziesz?... - zaciekawił się Kulawiec.
-
Trzeba sprawdzić nowicjusza... - niechętnie odpowiedział Retiwoj.
-
N-n-n... n-n... - zaczął Kulawiec.
-
Prosi się do grupy bojowej... - wyjaśnił Retiwoj, od dawna rozumiejący
Pankracego
w pół słowa.
Wyjął z kieszeni pilota i skierował na ścianę. Nacisnął przycisk - jedna trzecia
ściany
odsunęła się na prawo, odsłaniając przejście do sąsiedniego pokoju, gdzie
rozwaleni na
krzesłach bojowcy czyścili broń i okadzali kadzidłem legitymacje partyjne. Jedni
w riasach,
inni w mundurach polowych. W odległym kącie brzęczała frezarka. Na niej nacinali
na krzyŜ
pociski kul.
-
S-stójL. Retiwoj odwrócił się.
-
I-i... ja t-teŜ z-z tobą...
Retiwoj ze współczuciem pokiwał głową. Wiedział, Ŝe to nie po prostu zachcianka.
Nic tak nie uspokaja roztrzęsionych nerwów, jak osobisty udział w robocie.
Choćby nawet w
takiej niezbyt waŜnej... Zresztą, akcji, w której bierze udział sam Pankracy
Kulawiec, nie
moŜna juŜ nazwać mało waŜną, poniewaŜ Pankracy miał jeden niemiły zwyczaj -
związany z
jąkaniem się - nie mówiąc słowa od razu strzelał do celu.
- Tylko, wiesz... - z troską uprzedził go Retiwoj. - Nie gniewaj się, ale jeśli
będzie
trzeba, to ja będę mówił...
***
-
Wy do kogo?... - przyczepił się do nich w westybulu ogolony na łyso
ochroniarz w
mundurze polowym - i zamilkł, wpatrzony w obszerną riasę nowicjusza.
-
Nie do ciebie, nie do ciebie... - rzucił, nie odwracając głowy, Retiwoj.
- śyj sobie
jeszcze...
-
Wszyscy trzej weszli po wysłanych dywanem schodach na pierwsze piętro.
Nowicjusz, trzeba mu przyznać, zachowywał się nieźle. Nie okazywał Ŝadnych oznak
strachu.
- NajwaŜniejsze - to się nie bój - mimo to tłumaczył mu po przyjacielsku Red
woj. -
PrzecieŜ nie s'więci garnki lepią... Ja teŜ na początku krępowałem się. Zamówią,
zdarzało się,
znajomego - oj, jak nieprzyjemnie... A potem mi to nie przeszkadzało,
przywykłem... Stój!
Przyszlis'my...
Odstąpił na parę kroków, zamierzając wybić drzwi nogą.
-
Z-za... - uprzedził go z niezadowoleniem Pankracy.
-
Myślisz, Ŝe zostały zaklęte?... - zwątpił Retiwoj, ale na wszelki
wypadek uwaŜnie
obejrzał zawiasy. - Tak, rzeczywiście, patrz, rzucili urok... Ech, ty! I jeszcze
zamknij-zioło
pod zasuwę podłoŜyli... bezpartyjne antychrysty!...
Trzykroć się przeŜegnał i nakreślił krzyŜ na ościeŜnicy, potem na progu.
Następnie
wyciągnął płaską, srebrną olejarkę, polał z niej skoncentrowaną wodą święconą
zawiasy i
odrobinę wlał do dziurki od klucza. Zaszumiało, z oblanych elementów uniosły się
zielonkawe smuŜki dymu. W zamku zawarczało jakieś pogańskie plugastwo - i,
sądząc ze
wszystkiego, zdechło.
Arystarch Retiwoj znowu cofnął się pod przeciwległą ścianę, wymamrotał krótką
modlitwę: "Ci z góry nie mogą, ci z dołu nie chcą, amen..." - następnie z
pierwszego kopa
wywalił drzwi.
Histerycznie zaterkotał alarmowy dzwoneczek, zamigotała czerwona lampka. Na
Strona 68
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
hałas z sąsiedniego gabinetu wysunęła się czyjaś zbytnio ciekawska morda, ale na
czas
zdąŜyła się schować.
- Tak, widzisz teraz, nowicjuszu - dydaktycznie wygłosił Retiwoj. - Gdyby na
naszym
miejscu był jakiś znachor, to pół dnia męczyłby się z tymi drzwiami... A my, jak
widzisz, z
BoŜą pomocą...
Wziął nowicjusza za rękaw riasy, wprowadził do otwartego pomieszczenia. Ponury
Pankracy Kulawiec zatrzymał się na chwilę na progu, z Ŝalem rozejrzał się po
pustym
korytarzu, nerwowo gładząc rękojeść pistoletu. Poszukiwana opancerzona
dyplomatka z
materiałami kompromitującymi wyzywająco leŜała na samym skraju biurka.
- Weź - rozkazał Retiwoj.
Kandydat na bojowca zawahał się, wyciągnął rękę.
-
StraŜ!... Kradną!... - skrzypiącym głosem wyraźnie wygłosiła dyplomatka.
Nowicjusz zdębiał, pytająco spojrzał na Retiwoja.
-
No, co ty? - ten rzekł do niego łagodnie. - To tylko stróŜkal... Taki
gadułka, tylko
wąsko wyspecjalizowany i umocowany...
-
Mówi: kradną... - ściszonym głosem powiedział nowicjusz. Nagle
tajemniczo puścił
oko.
Retiwoj zdetonowany, ze zdziwieniem spojrzał na wspólnika, wzruszył ramionami.
Wsunął dyplomatkę pod pachę. Trójka grabieŜców opuściła gabinet, zeszła po
schodach,
przeszła przez wymarły westybul. Skierowali się do dŜipa.
Na niebie zbierały się chmury i basowo ryczały turbiny samolotów. Po chodniku,
chlipiąc i rozmazując łzy po nieogolonych policzkach, kuśtykał jakiś włóczęga.
Jego prawa
stopa była ściśle owinięta brudną szmatą. Dziwne... Jutro przybywa komisja
specjalna ONZ, a
tu po alei pętają się włóczędzy!... Jak to moŜliwe, Ŝe go jeszcze do tej pory
nie zwinęli?...
-
StraŜ!... Kradną!... - skrzypiąco rozlegało się spod pachy. - StraŜ!...
Kradną!...
-
Do biura - rozkazał Retiwoj, siadając na tylnym siedzeniu. Potem
wyciągnął spod
kurtki niewielki łomik, polał go z tej samej srebrnej oliwiarki, z krótkotrwałym
chrzęstem
otworzył opancerzoną dyplomatkę.
-
StraŜ!... Kra... - skrzypiący głos zamilkł.
-
Hmmm... - z troską odezwał się Retiwoj, przeglądając wyciągnięte z
dyplomatki
dokumenty. - Spójrz no... Wydaje się, Ŝe to jest to, co potrzeba...
Pankracy, siedzący obok kierowcy, ze wstrętem przyjął papiery przez ramię,
przejrzał
bez zainteresowania, chciał zwrócić...
- No, dawaj... - nagle dobiegło z tylnego siedzenia - i rozpostarta łapa władczo
i
bezceremonialnie zabrała kompomitujące materiały.
DŜip zakręcił na jezdni. Kulawiec i Retiwoj zdębieli. Potem powoli odwrócili się
do
nowicjusza - i powtórnie osłupieli. Na tylnym siedzeniu, z uniesionymi srokatymi
brwiami i
gniewnie pochylając obszerną wypukłą łysinę, przygarbiony, przeglądając
nielegalnie
zdobyte papiery, siedział protopartorg Afrykanin.
- Witaj, Pankracy - rzekł surowo. Potem, nie odwracając głowy, skierował wzrok
na
Retiwoja. - Witai i tv. Arvstarchu...
- W-w... w-i-i... - wgapiony z ogłupiałą miną w protopartorga, zaczął Pankracy,
ale
słowo zaklinowało mu się w ustach - a ręka o mało nie sięgnęła, z nawyku, po
pistolet.
Retiwoj milczał, jak przyszpilony, choć wcześniej obiecał, Ŝe w razie czego
Strona 69
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
rozmawiać będzie właśnie on. Nawiasem mówiąc, nikt go wtedy za język nie
ciągnął!...
- Zatrzymaj... - powiedział protopartorg.
Kierowca był zupełnie młody - Afrykanina, rzecz jasna, nigdy nie widział.
Niemniej
jednak posłusznie zwolnił, podjechał dŜipem do chodnika, o dwadzieścia metrów
przed
światłami skrzyŜowania.
- No cóŜ, Pankracy... - w zamyśleniu rzekł protopartorg, potrząsając papierami.
- Za
przestępstwo - nie pochwalę. Ale za to, Ŝe zachowałeś podziemie - jesteś
chwatem... -
Otworzył drzwiczki, postawił zamszową od kurzu bosą nogę na wymyty wodą z
proszkiem
do prania asfalt. - O dwudziestej pierwszej zero-zero zbieramy się u ciebie w
biurze. A te
dokumenciki, nie obraŜaj się, sam zaniosę Klimowi - pod wieczór... Myślę, Ŝe
wytrzyma...
Wyszedł, trzasnął drzwiczkami - i poszedł, nie zwracając uwagi na hamujące z
piskiem opon samochody. Na biodrze Pankracego cieniutko zapiszczał pager. Trzy
woskowe
figury we wnętrzu dŜipa oŜyły, poruszyły się. Nie spuszczając oszalałych oczu z
okrągłych,
oddalających się pleców Afrykanina, Pankracy zdjął z pasa krzykliwy aparacik.
Poczekał, aŜ
plecy znikną zupełnie z pola widzenia, nacisnął przycisk, z nawyku zająkując się
przetzytał
wiadomość:
"C-ciocia umiera. M-mile widziana t-twoja obecność o 1-1-16.4-40. W-wujek".
Kontrwywiad w końcu zdecydował się pocieszyć go zamówieniem...
***
Całe podziemie, aŜ do ostatniego "cherubina" zostało podniesione na nogi. JuŜ po
niecałej półgodzinie Pankracy wiedział wszystko. Zameldowano mu o pieszym
przekroczeniu
granicy wodnej, ze skrzatem na rękach; o porannym cudzie z ciąŜkiem... Kulawiec
był
wściekły.
Kim on jest, ten Afrykanin? Ach, załoŜyciel... Powiecie pewnie: zało-7vnipli
7j"ło7vcid czeeo? Czvm były za jego czasów "Czerwone cheru-
biny"?... Klubem! Zbiorowiskiem gaduł!... A teraz to bojowa organizacja!... Co
ma z
tym Afrykanin? Kiedy trzepał jęzorem, tam w Łycku, w Biurze Politycznym, i
wykorzeniał
drogową sygnalizację świetlną, tutaj strzelali, wysadzali, pracowali... A teraz
- oczywiście!
Pojawił się! Na g-g-g-gotowe...
Myśli przelatywały przez jego głowę tak szybko, Ŝe Kulawiec zapominał jąkać się.
Widzisz, znalazł się... cudotwórca!... Nie, no właściwie, rzecz jasna, to jest
cudotwórcą...
DŜumachlinkę przeszedł po wodzie, jak po lądzie... Tak, ale przecieŜ ten
pierwszy, zupełnie
pierwszy cud!... W areszcie! Kiedy kraty rozpadły się, zamki w proch
rozsypały... Kto tego
wszystkiego dokonał? Czy Afrykanin?... A guzik prawda! To sam Kulawiec dokonał
tego
cudu! Pankracy Kulawiec!... Ryzykując sobą, ryzykując wujkiem, do diabła!...
Pankracy, prawie płacząc, miotał się po biurze pod rozumiejącym go,
współczującym
spojrzeniem Arystarcha Retiwoja. JuŜ dawno trzeba było wezwać lekarza i zrobić
szefowi
podziemia zastrzyk... Ale Arystarch odkładał decyzję, bojąc się okazać
nietaktownym...
TeŜ mi wódz! Rzucił organizację na łaskę losu, to jest złoŜył w jego ręce, jego
-
Pankracego, a sam najspokojniej w świecie usadził d... do łódki - i popłynął na
tamten
Strona 70
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
brzeg!... Czy wodzowie tak postępują?...
Jednak w głębi duszy Pankracy Kulawiec doskonale rozumiał całą niesprawiedliwość
swoich zarzutów. Właśnie tak postępują wodzowie... Nie było jeszcze przypadku,
Ŝeby
postąpili inaczej... Czym wścieklej przeklinał w myślach Afrykanina, tym
wyraźniej owiewał
odwaŜne serce terrorysty jakiś chłodek. Wątpliwe, Ŝe był to strach - raczej -
sumienie. Mimo
wszystko protopartorg, co by nie mówić, zrobił dla Pankracego niemało:
zaopiekował się,
wychował, naznaczył zastępcą...
Krótko mówiąc, sytuacja jest skomplikowana. Kiedy uczeń doskonale wie, Ŝe
przewyŜszył nauczyciela, a nauczyciel z czystego uporu nie chce uznać się za
przewyŜszonego...
- Słuchaj... - powiedzal Retiwoj, zakaszlał. - A moŜe my jego... inni...
Pankracy zamarł i spojrzał na towarzysza partyjnego spopielającym wzrokiem. Po
wielu latach wspólnej pracy on takŜe nawykł pojmować Arystarcha w pół słowa.
Kilka
sekund trwała cięŜka, wewnętrzna walka.
-
N-nie... - w końcu rzucił Kulawiec prawie bez jąknięcia. Arystarch
pozwolił sobie
trochę się rozluźnić. Na ile znal Pankracego, odpowiedź mogła paść jakakolwiek:
od zgody
do strzału między oczy...
-
S-s...
-
Skrzata - szukamy... - Arystarch oznajmił z westchnieniem. - Nie
tylko'my...
-
K-k...
-
Tak, kontrwywiad teŜ...
-
S-s...
-
Tak, staramy się jak najszybciej...
Kulawiec, niezadowolony z siebie, jakoś przemógł swojego zeza i spojrzał na
zegarek.
JuŜ czas jechać i przyjąć zamówienie...
¦
Dzwonek nie działał, trzeba było stukać. Drzwi otworzył osobiście podpułkownik
Wybierzniew. Gospodarza mieszkania, pewnie jak zawsze, wysłał na spacer...
-
W-w-w... - zaczął Pankracy.
-
Witaj, witaj... - nie czekając końca jego słów, odezwał się Ŝyczliwie
podpułkownik.
- Jak tam sprawy?...
-
H-h...
- No i świetnie - odrzekł mu w roztargnieniu Wybierzniew. - Wchodź... Rozsiedli
się
w kuchni. Przed nerwowymi oczyma Pankracego nie ukrył się fakt, Ŝe Wybierzniew
był nie w
sosie. Albo był czymś rozwścieczony, albo roztargniony... Zresztą sam Pankracy
takŜe nie był
w najlepszym nastroju.
- Od razu uprzedzam: zamówienie nie jest zwykłe... - w końcu pierwszy przerwał
milczenie podpułkownik i zasępił się. - Wczoraj wieczorem twój przyjaciel i
nauczyciel
Nikodem Ludzki przeszedł przez granicę. Dzisiaj pojawił się w stolicy... Zresztą
co ja ci,
właściwie, opowiadam! Sam przecieŜ z nim niedawno rozmawiałeś...
Pankracy siedział nieruchomo, jak pomnik. Nawet dolna powieka lewego oka
przestała drgać. Proponowali mu sprzątnąć Afrykanina! Na se-lrunio ni-zori
rv-vma
Pankranepo noiawiłv sie wszystkie pozytywne aspekty takiego czynu. Pozostanie
głową
podziemia. Nikt mu nie będzie przeszkadzał głupawym wyraŜonkiem "za wcześnie" w
walce
z czarownikami, nikt nie podporządkuje go Łyckowi. A małe dzieci w BakłuŜynie
dalej, jak
uprzednio, będą straszyć Pankracym, a nie Afrykaninem...
- Niezwykłość zamówienia będzie polegała na tym... - pochrząkując, kontynuował
dalej podpułkownik. - Na tym, Ŝe robota będzie nie jak zazwyczaj, a raczej, na
Strona 71
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
odwrót...
Na odwrót. No, naturalnie, na odwrót! Wcześniej kontrwywiad podsuwał Pankracemu
czarodziejów, a teraz Pankracy będzie musiał podsunąć kontrwywiadowi
protopartorga.
Czapka za kapelusz ...
Ale nie! Na próŜno się cieszycie!... (Dolna powieka lewego oka zadrgała
nerwowo).
Nigdy Pankracy Kulawiec nie przyjmie takiego hańbiącego zamówienia! Ach,
podpułkowniku, podpułkowniku... Widać niczego się nie nauczyłeś! No, kto
dwukrotnie
popełni ten sam błąd i rzuci wyzwanie losowi? Pierwszy raz Pankracy chciał
ciebie zastrzelić,
kiedy jeszcze miałeś rangę majora - kilka lat temu... Ale teraz zastrzelić - to
jak splunąć!...
Mów sobie, mów...
Albo jednak, mimo wszystko, moŜe jednak... Wymęczone serce Pan-kracego, boleśnie
ścisnęło się, zatrzymało na półtorej sekundy, a wyobraźnia znowu kusząco
wyliczyła
wszystkie korzyści, wynikające z przyspieszenia śmierci protopartorga...
- Krótko... - Wybierzniew podniósł na Pankracego głębokie, trochę zapadłe oczy i
wyraźnie wyrzekł: - Afrykanin potrzebny mi jest Ŝywy, zdrowy i na wolności...
Zapewnij mu
taką ochronę, aby mu ani jeden włos z głowy nie spadł. No jak? Weźmiesz się za
to?
Pankracy Kulawiec zadrŜał, jak przygłup wybałuszył oczy, potem w konwulsjach
spełzł z taboretu na dziurawe linoleum kuchni - dostał ataku epilepsji. Drugi
raz w Ŝyciu.
ROZDZIAŁ 9
NIKA NIEWYRAZINOWA, lat dwadzieścia osiem, niezaleŜna artystka
W dzieciństwie uczono Nike Niewyrazinową grać na skrzypcach i zgodnie z dobrą,
ówczesną tradycją, często przy tym karano rózgą. Mimo to nie udało się narzucić
jej
Ŝartobliwym paluszkom zwyczajowej suchej biegłości, za to udało się -
przynajmniej na jakiś
czas - przyuczyć ich właścicielkę do porządku. To niewiarygodne, ale nawet po
wyjściu za
mąŜ Nika Niewyrazinową (nazwiska zdecydowała się nie zmieniać) dosyć długo
powstrzymywała swoje instynkty. Jednak gdy osiągnęła dwadzieścia cztery lata, z
jej pamięci
kompletnie wymyło się wspomnienie ojcowskiego rzemienia - Nika statecznie
osiadła w
domu i oddała się najbardziej wyuzdanemu estetyzmowi.
Jakikolwiek codziennie niezbędny w gospodarstwie domowym przedmiot, kiedy
wpadł w jej oko, ryzykował transformację w dzieło sztuki, innymi słowy - w coś,
co od tej
chwili nie nadawało się do Ŝadnego uŜytku. Nagle - wyświecone od częstego
uŜywania -
widelce zostały wetknięte w korek od termosa, a powstała w rezultacie stokrotka
lądowała na
ścianie, gdzie wisiała aŜ do zupełnego sczernienia.
Jeść trzeba było wyłącznie łyŜkami, jak na prawosławnej stypie.
Z ludźmi Nika obchodziła się tak samo bezceremonialnie, z natchnieniem,
dopasowując ich do siebie. Z pasją łączyła to, co się nie da połączyć.
Wszystkich swoich
przyjaciół i przyjaciółki zdąŜyła zeswatać i porozwo-dzić, a tych, którzy na
czas nie potrafili
stosownie zareagować, to nawet dwukrotnie.
Wszystko u niej było inaczej niŜ u normalnych ludzi! Wiadomo, na przykład, Ŝe
normalny człowiek (w sensie - nie czarownik) moŜe zobaczyć skrzata tylko stojąc
na progu i
patrząc pomiędzy nogami. A tutaj, do diabła, nic takiego! Przyjmując tę
ryzykowną pozę,
Nika właśnie PRZESTAWAŁA widzieć skrzaty... Sama o tym nie wiedząc, rozprawiła
się
pewnego razu z całym ich ugrupowaniem, kiedy brygada Golbieczyka wypadła od niej
cała
Strona 72
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
uczesana, wycałowana, wyondulowana i - co najstraszniejsze - z niebies'ciutkimi
kokardkami... W niebieściutkich, wyobraźcie sobie!...
Słaba nadzieja na to, Ŝe mąŜ pewnego razu weźmie rzemień i wróci Nike
społeczeństwu, zniknęła po tym, kiedy zaciągnięto do nich w gości jakiegoś
zagranicznego
turystę. Kiedy zobaczył na ścianie wyŜej wspomnianą stokrotkę z widelców, jęknął
z
zachwytu i spytał przez tłumacza, ile to arcydzieło moŜe kosztować. Nika, nie
myśląc,
chlapnęła: "Tysiąc!" - mając na myśli, rozumie się, tysiąc jefremek. Gość, nie
zastanawiając
się, zapłacił tysiąc baksów, wygłup stał się zawodem, a mąŜ wniósł o rozwód.
Oczywiście, Ŝe kupcy arcydzieł Niki, będąc obcokrajowcami, zajmowali się
zapamiętale szpiegostwem. Niedługo Niewyrazinową, na swoje nieszczęście
zainteresował
się bakłuŜyński kontrwywiad. Generał Wściekły dał szybko wspinającemu się po
szczeblach
kariery majorowi Wybierz-niewowi tajne zadanie nawiązania bliskich stosunków z
gospodynią salonu. Generałowi nie mogło przyjść do głowy, Ŝe Wybierzniew (znany
ogier!)
juŜ dawno zawarł z Niką najbliŜsze z moŜliwych stosunków i teraz nie wie, jak
się od niej
odczepić.
W ramach zemsty Nikołaj wydał na udawane bliŜsze poznanie się diabelsko wysoką
sumę skarbowych pieniędzy - a i tak uwaŜał siebie za poszkodowanego...
Tego dnia Nice do głowy przyszła myśl, Ŝe moŜna pobielić skrzypce...
Wizja oślepiająco białego instrumentu smyczkowego na tle przypalanej deski do
krojenia chleba była tak plastyczna, Ŝe Nika natychmiast wspięła się na taboret
i otworzyła na
ościeŜ drzwiczki antresoli, w której zapylonej i ciemnej głębinie całkiem
prawdopodobnie
mogła znajdować się puszka wodnej emulsji, a jeszcze lepiej - nitrolakieru.
Zagruchotały, spadając na podłogę, miski i niecki, a potem w zakurzonej i
mrocznej
głębi coś miękko odskoczyło. Przed cofającą się Niką zapaliły się dwie
Ŝółto-zielonkawe
źrenice.
Taboret uciekł jej spod stóp i hałas stał się jeszcze głośniejszy.
-
Cicho tam! - wyszeptano z antresoli. - Rozhulała się!... - W ciemnym
prostokącie
pokazało się kudłate, jasnoszare liczko - całe w pajęczynie i w tynku.
-
Uuu-puuu... - zwijając usta w ryjek, wywarczala leŜąca na podłodze Nika,
patrząc
jak zaczarowana na tę wdzięczną istotkę. W ogóle uwielbiała wszystko, co
puszyste.
Znowu wskoczyła na taboret - skrzat odskoczył.
- Gdzie z tymi łapami? - wysyczał. - Spróbuj tylko mnie dotknąć - od razu
pozbawię
cię pamięci!
Znalazł sobie kogo straszyć! Nie słysząc groźby, Nika spróbowała przesunąć
dłonią
po jasnoszarej sierści... Skrzat wściekł się, rzeczywiście pozbawił ją pamięci.
Znalazł sobie, czego ją pozbawiać! Taboret uciekł ponownie spod jej nóg, i łomot
powtórzył się.
- Uuu-puuu... - zwijając usta w ryjek, wywarczała leŜąca na podłodze Nika,
patrząc
jak zaczarowana na tę wdzięczną istotkę. Znowu wskoczyła na chwiejny drewniany
piedestał,
za co została powtórnie pozbawiona pamięci.
Łomot.
- Uuu-puuu...
Wtedy w końcu skrzat pojął, Ŝe upadki z taboretu i skoki na taboret mogą trwać w
nieskończoność, pogodził się z losem i z obraŜoną miną pozwolił się pogłaskać.
-
Wszystko, tak? - ze złością zapytał. - To teraz zamknij drzwiczki. Jeśli
ktoś będzie
pytał - mnie tu nie ma, jasne? Co się gapisz? No tak, ukrywam się, ukrywam!...
Strona 73
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
Ja-jaki puszysty... - nie odrywając od niego wzroku, mówiła Nika.
-
Przed kim, przed kim!... - przedrzeźniał jej ton głosu skrzat, takŜe,
najwidoczniej,
niezbyt się przysłuchując słowom rozmówczyni. - Przed kim trzeba, przed tym się
ukrywam!
-
Ucze-szemy... - marząco wyszeptała Nika.
-
-
Sam się wkopałem, oto dlaczego! - gniewnie odpowiedział. - Otoczyli
mnie,
bydlaki, ze wszystkich stron...
-
Kokardkę na szyję...
-
A moi, rzecz jasna, z Łycka! - łamiącym się z gniewu głosem rzucił
skrzat.
Ale wtedy dzwonek do drzwi (Nika gdzie tylko mogła, tam unikała elektryczności)
zabrzęczał jak szalony - i w przedpokoju na sekundę zapadła czujna trwoŜna
cisza.
- Zamknij drzwiczki! - cichutko pisnął skrzacik.
Taki pisk wydaje zazwyczaj kocica, którą przyparli w rogu do s'ciany. Nika nawet
oprzytomniała na chwilę, co - nawiasem mówiąc - zdarzało się jej nader rzadko. W
kaŜdym
razie, nie kłócąc się, zatrzasnęła drzwiczki, zeskoczyła z taboretu i poszła
otwierać.
- A jeśli spytają, dlaczego miednice na podłodze - doleciał szelest zza
zamkniętych
drzwi antresoli - powiedz: wiercipiętki się rozswawoliły!...
Czy to przez swoje obyczaje, czy to jej aura posmarowana była miodem - Nika
stale
przyciągała do siebie wszelkie awantury. Powołane przez Portniagina Biuro
Klimatu
Astralnego stale zaznaczało w swoich raportach strefy podwyŜszonego napięcia na
rogu alei
Niedobrowa i Nostrada-musa, w dodatku epicentrum tajemniczego napręŜenia zawsze
znajdowało się w mieszkaniu numer dziesięć. Próby wyjaśnienia tego zjawiska
przyczynami
wyłącznie naturalnymi nie wydają się przekonywające, poniewaŜ dopóki mieszkali
tam
poprzedni gospodarze, wszystko u nich z astralem było w porządku...
Kiedy Nika zatrzasnęła za skrzacikiem drzwiczki antresoli, zeskoczyła z taboretu
i
poszła otwierać drzwi wejściowe, jeszcze nie wiedziała, rzecz jasna, Ŝe jej
dwupokojowe
mieszkanie jest otoczone z góry, z dołu, a takŜe ze wszystkich pozostałych
czterech stron
świata, włączając w to aleję Niedobrowa.
Zaczęło się wszystko od tego, Ŝe o jedenastej rano szef łyckiej diaspory
skrzatów
Karmiciel, wyraźnie wystraszony, osobiście pojawił się w budynku MSW republiki.
ZaŜądał
spotkania z podpułkownikiem Wybierzniewem. Jednak Nikołaj juŜ wyjechał ze swoimi
orłami do DŜumachły, aby poprowadzić śledztwo w sprawie antygrawitacji. Wtedy
zrozpaczony Karmiciel, ryzykując ściągnięcie na swoją głowę gniewu Papcia,
poszedł prosto
do generała Wściekłego, oznajmił mu o pojawieniu się w stolicy tego samego
skrzata, który
wczorajszego wieczoru przeszedł DŜumachlin-kę razem z Afrykaninem.
Miasto natychmiast podzielono na kwadraty, rozpoczęto poszukiwania. Postawiono
na
nogi wszystkie nieczyste siły BakłuŜyna - jasnoszarych i róŜnokolorowych,
dołączono nawet
czarodziei... JuŜ około południa generałowi z zaŜenowaniem zameldowano, Ŝe
zbiega w
stolicy nie wykryto.
Wściekły zamyślił się. W ciągu trzech godzin skrzat w Ŝaden sposób nie zdąŜyłby
opuścić granic miasta - nóŜki za krótkie... Generał skierował się do mapy
operacyjnej. W tym
miejscu znajdują się cztery obiekty, nie przeszukane przez jasnoszarych bojowców
Strona 74
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Karmiciela. Prawe skrzydło muzeum etnograficznego jest dla nich niedostępne,
poniewaŜ tam
przechowywana jest cudowna ikona... Biura firm "Niewygoda" i "Ograbank"
codziennie
skrapiane są wodą święconą - najpewniej teŜ nie moŜna ich brać pod uwagę. Co
pozostało?
Pozostaje, jak zawsze, mieszkanie obywatelki Niewyrazinowej. O, tutaj,
teoretycznie moŜe
dotrzeć skrzat, ale nie tubylec - tylko obcy... Miejscowi nie zaryzykują...
Najpierw generał chciał od razu wystawić zezwolenie na rewizję, ale pomyślawszy,
zdecydował się nie podstawiać niepotrzebnie ani siebie, ani Wybierzniewa.
Zwłaszcza, Ŝe w
tym przypadku podpułkownik najprawdopodobniej był czysty. Po pierwsze, miał
stuprocentowe alibi, po drugie, zazwyczaj nie pozostawiał Ŝadnych śladów. W tym
zaś
przypadku od razu widać było pewną nieostroŜność i brak zdecydowania -
Wybierzniew nie
pozwoliłby sobie na to. Skrywać przestępcę u kochanki?... Nie, nie, to zupełnie
do niego
niepodobne...
W dodatku, podejrzenie Nikołaja Wybierzniewa o podwójną grę oznaczało
jednoznacznie, Ŝe trzeba by go odsunąć od sprawy. Na to generał Wściekły nie
mógł sobie
pozwolić, nie miał prawa - szczególnie teraz, kiedy Nikołaj stał mu się
niezbędny jak
powietrze, Ŝeby wykręcić się przed prezydentem. Były dzielnicowy swoim wielce
doświadczonym nosem wyczuł juŜ dawno, Ŝe Kondratycz nie zadowoli się
jakimkolwiek
przebiegiem śledztwa: trzeba będzie szukać kozła ofiarnego... A tym kozłem,
zdaniem
generała, powinien stać się właśnie podpułkownik Wybierzniew...
Krótko mówiąc, Wściekły uznał za wariant najbardziej przebiegły - delikatnie
uczynić
aluzję Nikołajowi przy spotkaniu, Ŝeby ten sam uporządkował swoje sprawy (ze
swoją lubą),
a sam więcej w tę sprawę nie będzie wsuwał nosa. Wtedy akurat napłynęły trwoŜne
informacje z dwudziestego piątego kilometra, dotyczące bosych stóp
protopartorga, o czym
generał ze strachu zameldował prezydentowi i otrzymał naganę. Zagadkowy
jasnoszary
uciekinier jakoś od razu usunął się na dalszy plan...
Dla generała, ale nie dla pozostałych. Pozostali kontynuowali swoją pracę.
Ściany najbliŜszego otoczenia mieszkania numer dziesięć, tak samo jak przyległe
pomieszczenia, dosłownie były napchane skrzatami jasnoszarej maści. Karmiciel,
czując, Ŝe
zblamował się przed Papciem (najpierw pozwolił zbiec uciekinierowi, potem
poszedł do
generała, mijając swojego głównego opiekuna), gotowy był ryć ziemię, aby tylko
zamazać
swe okropne błędy.
Na klatce schodowej, podwórku, na dachu, niby nie zauwaŜając siebie nawzajem,
dyŜurowali pracownicy kontrwywiadu i terroryści z "Czerwonych cherubinów",
albowiem z
jakiegoś powodu Pankracemu teŜ przyszło do głowy, Ŝe skrzat, którego
protopartorg nosi na
rękach, na sto procent wie, jaki jest prawdziwy powód powrotu Afrykanina do
BakłuŜyna.
Oprócz tego, nieopodal, zupełnie nie wiadomo na co licząc, krąŜyli kozacy -
teraz juŜ świętej
pamięci - Esauła i bandyci oszukanego przez niego na piętnaście srebrników
Czaszki... No,
naturalnie, takŜe kilku przedstawicieli zagranicznych słuŜb specjalnych...
* Buriewiestnik - właściwie: burzyk, ptak oceaniczny.
Tradycyjny polski przekład tytułu tworu M. Gorkiego jest
biedny, ale poniewaŜ autor uŜył go w kalamburze, tłumacz
zobowiązany byt sięgnąć po tytuł znany w polskiej tradycji
Strona 75
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
literackiej (przyp. tłum.)-
Gdyby wiedziała o tym właścicielka mieszkania, to po dzwonku do drzwi - i tak by
je
otworzyła. Jak zwiastun burzy* Gorkiego, Niewyrazino-wa radośnie witała sztormy,
a ciszę
znosiła boleśnie. A burza, zazwyczaj, długo na siebie czekać nie dawała -
zjawiała się na
pierwsze wezwanie, zawsze gotowa do usług...
Dlatego, ani sekundy nie wahając się, niezaleŜna artystka odsunęła zasuwkę i
szeroko
otworzyła odrzwia (zawsze i wszystko otwierała na ościeŜ!). Na splecionym ze
szmatek
dziele sztuki, przeznaczonym do wycierania nóg, silnie przechylony, szybko
mrugający
powieką lewego oka, stał, nie wiadomo dokąd patrzący, kruczowłosy osobnik -
chudy,
niewysoki, z wykrzywioną, wąską twarzą.
- G-g-g... - zagdakał, potem zadrŜał i z niejasnego powodu gwałtownie wsunął
prawą
rękę pod połę marynarki.
Nika z niezrozumieniem wpatrywała się w dziwacznego nieznajomego, ale juŜ po
sekundzie jej źrenice się rozszerzyły.
- No, w końcu! - rados'nie zapiszczała, rzucając się gościowi na szyję. - Kogo
ja nie
prosiłam!... Arystarcha prosiłam! Pieseczka! Gdzie jest Kulawiec? Przyprowadźcie
do mnie
Kulawca! Taki milusi!... Terrorysta! Partyzant! Moim obowiązkiem jest wypić z
nim
bruderszaft!...
Rozumie się, Ŝe Pankracy nie oczekiwał tak burzliwego powitania. Oprócz tego,
jeszcze nie całkiem doszedł do siebie po niedawnym ataku epilepsji - nie
okazując
praktycznie Ŝadnego oporu, pozwolił wciągnąć się do przedpokoju, a tam opór nie
miałby
Ŝadnego sensu. Z łomotem upadł taboret, zabrzęczały michy, spod nóg we wszystkie
strony
potoczyły się farby.
- Proszę się nie przeraŜać, u mnie tak zawsze!... - Z tymi dumnymi słowami Nika
podsunęła mu policzek do pocałowania. Chcąc nie chcąc, zdębiały Kulawiec
zmuszony był
go niezgrabnie złoŜyć...
Wiadomo, Ŝe cara gra świta. Niestety Pankracy nigdy nie słyszał tej starej,
scenicznej
reguły - inaczej w Ŝadnym razie nie pozostawiłby swoich bojowców o dwa piętra
niŜej. Szef
podziemia szczerze wierzył, Ŝe wystarczy jego własne pojawienie się, Ŝeby
wszyscy padli na
twarz - zarówno właścicielka mieszkania, jak i jasnoszary partner Afrykanina.
UwaŜał, Ŝe wystarczy samo jego groźne imię. "Nie zjesz kaszki - Kulawiec cię
zabierze!..." Znalazł sobie kogo straszyć! A najwaŜniejsze - czym!...
Duma nas wiedzie do zguby, duma!... ChociaŜ, gdyby pojawił się na progu w
otoczeniu całej swojej ekipy, z bronią w ręku, reakcja Niki, jak
wkrótce się dowiemy, byłaby taka sama... Jeśli w dodatku weźmiemy pod uwagę, Ŝe
Kulawiec prowadził trzeźwe, bezgrzeszne Ŝycie partyzanta... Od dzieciństwa bal
się kobiet,
wolał dzielić ludzi nie wedle płci, a wyłącznie według członkostwa w partii.
Dlatego jego
bezbronność w tej sytuacji staje się oczywista.
- J-j... j-j... - mimo wszystko próbował zachować się godnie, ale nie udało mu
się. JuŜ
posadzono go w fotelu.
- Tak nas mało!... - z natchnieniem głosiła Nika. - Nas!... Ludzi sztuki!... Tak
mało!...
Musimy się spotykać!... Jak najczęściej!... Rozumiem: nie ma czasu - akty
terrorystyczne...
Akt terrorystyczny to wyzwanie!... To wyzwanie systemowi!... To wyzwanie
wszystkiemu!...
Co pan odczuwa podczas aktu terrorystycznego?... TeŜ chcę wykonać akt
Strona 76
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
terrorystyczny! To
znaczy, koniecznie weźcie mnie, no, choćby na jeden!... Tylko spróbuj mnie nie
wziąć!...
Gdzie się wtedy podziejesz, tu, w BakłuŜynie?...
Jak zawsze przed wypiciem szlachetnego napoju podczas brudersza-ftu, zwracała
się
do gościa raz na "ty", raz na "pan".
Szef bojowników spazmatycznym ruchem otarł zmarszczone, spocone czoło. Trzeba
coś powiedzieć... Ale jak?! Jak to zrobić, jeśli pomiędzy swoimi słowami Nika -
niech Bóg jej
będzie miłościwi - nie pozostawiała ani jednej sekundy przerwy? Dopóki Pankracy
próbował
sobie przypomnieć, co odczuwa podczas aktu terrorystycznego, Nika zdąŜyła juŜ
trzykrotnie
zmienić temat.
- Głowa męŜczyzny powinna być czysta i puszysta!... Jeśli męŜczyzna ma
przetłuszczone włosy - to dla mnie wcale nie jest męŜczyzną!...
Wygląda na to, Ŝe Kulawca rozliczano za dawno nie mytą łepetynę.
-
N-n...
-
Szef podziemia!... - wykrzynęła w mistycznym zachwycie Nika. - A to
oznacza -
czarny, kaszmirowy płaszcz!... Kapelusz z miękkiego filcu!... Biały szalik!...
Ale nie
marynareczka!... Marynareczka psuje wizję!...
Wtedy Kulawiec pojął ostatecznie, Ŝe za Niką nie nadąŜy w Ŝadnym razie.
Spróbował
przystąpić bezpośrednio do sprawy, omijając rozmowę towarzyską.
- T-t... - zaczął, ale w tym momencie w jego ręce pojawiła się - nie wiadomo
skąd -
butelka dŜumachlińskiego szampana. Trzeba by ło ją otworzyć. Strzeliło, jak
podczas
zamachu. Obficie zmierzwiła się piana, a Pan-
kracy nagle profesjonalnie zatęsknił za - zawsze uŜywanym - tłumikiem (Ŝeby
nałoŜyć
go na szyjkę butelki)...
Nawyki zawodowe to okropna rzecz. Ci, co na zewnątrz, rzecz jasna, zrozumieli
wszystko na odwrót... Za otwartym na ościeŜ oknem pojawiła się jak gigantyczne
wahadło -
sylwetka Ŝołnierza oddziału specjalnego na linie. Na szczęśćcie Pankracy
Kulawiec siedział
do niego plecami - dlatego nie doszło do ofiar. Inaczej zestrzeliłby go w locie.
Zupełnie
pods'wiadomie...
Okazało się zresztą, Ŝe komandos był bystry i szybko kojarzył. JuŜ w połowie
drogi
zobaczył, Ŝe w rękach Pankracego znajduje się butelka, a nie pistolet. Wtedy
zdecydował się -
w ostatniej sekundzie - zmienić trajektorię swojego lotu. OdwaŜny
kontrwywiadowca z
rozmachem rozpłaszczył się o ścianę obok okna. Najwidoczniej za coś tam się
uchwycił. Nikt
w mieszkaniu nie zwrócił na niego uwagi, poniewaŜ narobił niewiele hałasu, a w
dodatku, w
tej samej chwili odwrócił uwagę Niki i Pankracego nerwowy dzwonek u drzwi.
Nika postawiła kieliszek na stole, wybiegła do przedpokoju, otworzyła drzwi. Na
ościeŜ, rzecz jasna...
- Arystarch!... - w zachwycie zapiszczała, rzuciła się Arystarchowi na szyję. -
Mój ty
mądralo! Tak ci jestem wdzięczna!... Ten twój Kulawiec jest taki milusi!...
Towarzyski!
Czarujący!...
Nie, trzeba oczywiście być Niką, Ŝeby przy tym wszystkim nie zauwaŜyć
wycelowanych w siebie tuzina pistoletów!
- Och, jesteś z kolegami! - ucieszyła się. - Wejdź! Zaproś ich takŜe!...
- Nie... - trochę drewnianym głosem odezwał się Arystarch. - Ja, chętnie wejdę,
ale
oni... nie mają czasu.
Nika wyraźnie rozczarowała się, ale nie zaczęła się specjalnie Ŝalić - mimo
Strona 77
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wszystko
teraz jej głównym łupem był sam Kulawiec...
Kiedy Retiwoj zobaczył abstynenta Pankracego z kieliszkiem szampana w ręku, to
osłupiał. Gdy w końcu przyszedł do siebie, odkrył, Ŝe w jego lewej, wolnej od
pistoletu ręce
teŜ szumi i pieni się, nie wiadomo jak i skąd wzięty, kieliszek szampana. Czary
- nie
inaczej!... Ale czarami to być nie mogło - z "Czerwonymi cherubinami" takie
sztuczki nie
przechodzą...
ChociaŜ, na dobrą sprawę, jeŜeli się dobrze zastanowić, to bezceremo-nialność i
upór
mało w czym róŜni się od efektów działania czarów: w obu wypadkach rezultaty są
takie
same...
- Dowiedziałeś się juŜ o skrzacie?... - z konsternacją spytał Arystarch.
Pankracy chciał
odpowiedzieć, ale - rozumie się - nie zdąŜył.
- Och, skrzaty!... - Nika głośno klasnęła dłońmi. - Takie są milusie! Takie
puszyste,
delikatne!... Poczekajcie, nie pijcie!
Znowu odstawiła swój kieliszek, wybiegła do przedpokoju. Terroryści spojrzeli na
siebie. Słychać było, jak Nika wdrapuje się na taboret i otwiera na ościeŜ
drzwiczki od
antresoli. Potem dobiegł ich okrzyk pełen obrazy. Po chwili artystka, z wydętymi
usteczkami,
znowu zjawiła się w pokoju.
-
Uciekł... - kapryśnie poskarŜyła się.
-
Jasnoszary? - gwałtownie spytał Arystarch, takŜe odstawiając kieliszek
na stół.
Wyjął z tylnej kieszeni znaną nam juŜ srebrną oliwiarkę.
Pankracy nie powiedział nic - jedynie po wilczemu podniósł się z fotela.
-
Jasnoszary... - W ogromnych oczach Niki juŜ pojawiły się, jak u dziecka,
łzy. -
Puszysty...
-
Spokojnie... - rzekł Arystarch. - Nigdzie się stąd nie podzieje. Kiedy
zaraz wszystko
szybko pokropimy - to sam wyskoczy...
Podniósł oliwiarkę, ale wtedy otrzymał akustyczny cios takiej mocy, Ŝe zachwiał
się,
ledwie utrzymał się na nogach, a Pankracy, który dopiero co się podniósł, znowu
opadł w
fotel. Wydany przez Nike wrzask swoją wysokością zbliŜył się do granicy
ultradźwięków.
-
Zwariowałeś?... - krzyknęła, wracając do słyszalnej częs'ci spektrum
fonicznego. -
Wodą!... Akwarele się rozmyją!...
-
PrzecieŜ to święcona... - wymamrotał zawstydzony Arystarch.
-
A ty myślisz, Ŝe od święconej się nie zmyją?... Zabieraj to naczynie!
Koniec!
Dopóki nie wypiję z Kulawcem bruderszaftu, ani słowa o skrzatach!
Pankracy rzucił spojrzenie pełne rozpaczy na Arystarcha, ale ten tylko bezradnie
uniósł brwi. Sam juŜ, półtora miesiąca wcześniej, był w takiej samej sytuacji...
Głowa podziemia z niezaleŜną artystką przepletli ręce trzymające kieliszki,
wypili po
sporej dozie DŜumachły. Nie nawykły do wina Pankracy chciał się cofnąć, ale Nika
tak
spojrzała na niego, Ŝe musiał wypić do dna. A kiedy tylko biedny Kulawiec chciał
złapać
powietrze, jego krzywe usta zostały szczelnie zapieczętowane gorącymi wargami
gospodyni.
Patrząc na nich, Arystarch Retiwoj chrząknął, jednym łykiem opróŜnił swój
kielich do
dna...
II
Nikt z nich, oczywiście, nie dosłyszał szybkiego przekręcenia klucza ani dźwięku
Strona 78
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
otwieranych drzwi wejściowych.
- Nie ruszać się! - groźnie polecił twardy męski głos, wszyscy, ma się rozumieć,
zadrŜeli i odwrócili się. - Puść ją!...
W przejściu, trochę przykurczywszy nogi w kolanach, lekko pochylony do przodu,
stał i celował do wszystkich za jednym zamachem z jednego pistoletu podpułkownik
kontrwywiadu Nikołaj Wybierzniew. MoŜna przypuścić, Ŝe kiedy wspinał się po
schodach,
usłyszał wrzask - on takŜe zrozumiał go na sposób trwale związany ze swoim
zawodem...
Dziwni są, mój BoŜe, ci wszyscy męŜczyźni!... Myślałby kto, Ŝe Nikołaj dopiero
co, dzisiaj,
poznał Nike! Znalazł się, rozumiecie, zbawca!...
W końcu Wybierzniew zrozumiał. O mało nie splunął.
-
M-miła... - z nieskończoną cierpliwością w głosie przemówił chowając
niechętnie
pistolet. - Ja cię kiedyś zastrzelę.
-
Pieseczek! - zapiszczała Nika, rzucając się na szyję Wybierzniewowi. -
Okropny
pieseczek!... Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, Ŝe Kulawiec przyjdzie dzisiaj?...
Nikołaj spróbował oswobodzić się z objęć, ale przypominałoby to oderwanie
plastra
przyklejonego do obrośniętej męskiej piersi. Zanosiło się na skandal. Napawając
się
marzeniami o rozstaniu z Niką, Wybierzniew był jednak zazdrosny o wszystkich jej
znajomych. Nawiasem mówiąc, jest to zjawisko dosyć rozpowszechnione...
- Na kogo, w dodatku, ty mnie zamieniłaś... - wycedził, spopielając pogardliwym
wzrokiem Pankracego.
Rzeczywiście Kulawiec wyglądał kiepsko. Jego oczka ekstremalnie rozbiegły się, a
na
krzywej twarzy terrorysty widniał przyklejony bezmyślny uśmieszek. Nawet trudno
było
uwierzyć, Ŝe to właśnie nim straszą ba-kłuŜyńską dziatwę, kiedy ta odmawia
jedzenia
kaszki...
- Jesteś jak Maur!... - z zachwytem jęknęła Nika, odsuwając się, jakby po raz
pierwszy
zobaczyła Nikołaja. - BoŜe, jaki zazdrosny!... Boję się ciebie...
Bezczelne kłamstwo! Jednak dzięki niemu nadchodzący skandal nie zdąŜył
rozkwitnąć - usechł natychmiast. Podpułkownik głośno wciągnął powietrze
nozdrzami,
przewrócił oczyma - i zdecydował się przyjąć zaproponowany mu kieliszek
szampana.
PrzecieŜ nie miał Ŝadnego wyboru...
Pojawia się kwestia: no, partyzanci - dobra, partyzanci to w końcu zwykli
ludzie:
naiwni, oderwani od Ŝycia, dla nich najwaŜniejsza jest idea, ale Wybierzniew?!
Wybierzniew!? Człowiek pragmatyczny, na wskroś pozbawiony jakichkolwiek iluzji!
Jak
moŜna wyjas'nić jego bezsilność - w dodatku wobec kogo?... Wobec Niki
Niewyrazinowej,
która, sądząc z wytartych, oklepanych wyraŜeń, nigdy nie błyszczała
intelektem!...
Spróbujmy się zastanowić... Przyjęto uwaŜać, Ŝe w sporach zazwyczaj wygrywa ten,
który rozumniejszy. Kompletna bzdura!... Po pierwsze, głupszy zawsze jest pewny
swojej
racji, tymczasem mądry zawsze o swojej powątpiewa. Po drugie, mądry rozumie
argumenty
przeciwnika, a głupi - nie, choćby miał pęknąć... A jeśli sobie jeszcze
przypomnimy, Ŝe
durniom w dodatku zawsze się szczęści, to któŜ, pytam się, z takich dwóch
adwersarzy
powinien zostać zwycięzcą?
Jedynie w jednym jedynym przypadku obarczony intelektem biedaczek moŜe wygrać
Strona 79
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
z głupszym kłótnię: jeśli na czas zrozumie, Ŝe trzeba odegrać rolę pełnego
kretyna. Weźmy,
dla przykładu, polityków... Myślicie, Ŝe w normalnym Ŝyciu są tacy, jak w
parlamencie?...
Oczywiście, Ŝe nie! W normalnym Ŝyciu to niegłupi ludzie. No, sami pomyślcie:
czy
rzeczywiście mógłby jakikolwiek przeciętny przygłup dosięgnąć tak wysokiego
poziomu
idiotyzmu, dzięki któremu zaufanie wyborców do swojego wybrańca stanie się
zupełnie
bezgraniczne?...
Tak, Nikołaj Wybierzniew był rozumny, ale nie na tyle, Ŝeby nie wydawać się
takim.
Tu pies był pogrzebany...
-
No, ty to umiesz pleść androny... - ze złym uśmiechem powiedział,
uwaŜnie patrząc
na Kulawca ponad kieliszkiem. - Atak ci się udał, wyglądał jak prawdziwy...
NajwaŜniejsze,
Ŝe ja uwierzyłem - lekarza do ciebie wezwałem... Czy zapewniłeś protopartorgowi
ochronę?
Piasek rzuciłeś mi w oczy, a sam prościutko tutaj?...
-
No, no, no! Wystarczy o pracy! - rozkazała Nika. - Lepiej niŜ gadać o
pracy,
pomógłbyś mi znaleźć skrzata! Detektyw mi się znalazł! Skrzata znaleźć nie
moŜe!...
Wybierzniew o mało nie odkąsił brzegu kieliszka. Wiedza Niki o wszystkim, co jej
nie
dotyczyło, niezmiennie go poraŜała. Rzeczywiście, miał zamiar zająć się
poszukiwaniami
jasnoszarego uciekiniera, tylko trochę
później, najpierw planował dać szkołę "cherubinom", którzy zjawili się zupełnie
nie w
porę...
- Chcieliśmy pokropić - nie pozwoliła... - nie pomyślał, wypalił prosto z mostu,
z miną
winnego, Arystarch.
Podpułkownik powoli odwrócił się do Retiwoja.
-
A wam po co on?...
-
Nie im, a - mnie! - wmieszała się Nika. - MoŜe ja juŜ wydziergałam dla
niego
spodenki! Koronkowe!...
Nikołaj ze złością nachylił ucho do ramienia i potrząsnął głową - zupełnie jak
pływak
po wyjściu z wody. MoŜna przypuścić, Ŝe usuwał z niego słowa-śmieci...
- Ta-ak... - powiedział w końcu, z ciekawością popatrując to na Pankracego, to
na
Arystarcha. - W takim razie mówcie prawdę... Sami przyszliście po skrzata, czy
teŜ was
przysłał Afrykanin?...
Właśnie tego nie naleŜało w Ŝadnym razie powiedzieć.
- Afrykanin - w mieście? - zapiszczała Nika. - Chłopcy! To dlaczego
milczeliście?...
***
Na szczęście protopaitorg jeszcze nie opuścił firmy handlowej "Niewygoda", udało
się
z nim połączyć przez telefon słuŜbowy Klima Jezusowa. Z powstrzymywanym
zdziwieniem
Afrykanin wysłuchał splątaną przemowę Arystarcha Retiwoja. Jej sens był
następujący:
"Ograbank" jest zbyt znany, niewykluczone, Ŝe "Niewygoda" - takŜe. Spotkanie pod
którymkolwiek z tych dwóch adresów jest zbyt ryzykowne, grozi wpadką. Mogą po
prostu, na
przykład, wysadzić samochód pełen dynamitu przed klatką schodową... Dlatego
Kulawiec
proponuje coś innego: doprowadzić do spotkania o umówionej wcześniej porze, ale
w
konspiracyjnym mieszkaniu - pod pretekstem zaproszenia na herbatkę. Gospodyni
Strona 80
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
(dosyć
popularna w BakłuŜynie artystka-projektantka) - jest absolutnie poza wszelkimi
podejrzeniami, od dawna wspiera ruch "Czerwonych cherubinów", nie jeden raz
wypełniała
oddzielne kościelno-partyjne zadania - jednym słowem, pewny człowiek...
Protopaitorg chrząknął, pomyślał - jakoś zbyt łatwo i szybko się zgodził.
***
Arystarch Retiwoj bezsilnym gestem odłoŜył słuchawkę i z pustką w oczach
spojrzał
na zebranych. Nika radowała się. Zupełnie zmęczony podpułkownik Wybierzniew
siedział w
fotelu, ukrywając twarz w dłoniach.
- Czy ty nie moŜesz zrozumieć, chociaŜby tylko tyle... - głuchym, pozbawionym
nadziei głosem powiedział - Ŝe nie mogę być obecny na tej waszej herbatce...
Nika strzeliła oczami.
- Chcesz mnie pozostawić samą, sam na sam z obcymi męŜczyznami? Podpułkownik
wydał w głębi siebie przeciągły krzyk, jaki zazwyczaj rozbrzmiewa w izbie tortur
tuŜ
przedtem, zanim wszystkich wsypią...
-
Pomyśl sama!... - wzburzył się. - Ja i Afrykanin przy jednym stole!...
Za to mi
grozi... trybunał...
-
Tak?... - złośliwie rzekła Nika. - APankracy?... Ryzykuje więcej od
ciebie, a patrz,
jak się trzyma!...
Wybierzniew odsunął dłonie - popatrzył. Pankracy był na granicy zemdlenia...
BoŜe mój! BoŜe mój! Jedna lekkomyślna babka - wszystko dookoła stoi do góry
nogami, na krawędzi katastrofy: hasła, adresy, początek rewolucji... Jedyna
pociecha w tym,
Ŝe potem ze szkolnych podręczników historii wytną wszystkie te brednie! Czort z
nimi!
Słusznie zrobią. Po co zbijać z tropu młode, nieokrzepłe umysły...
ROZDZIAŁ 10
NIKOLAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, pułkownik
Wyobraźcie sobie jedną z wielkich bitew przeszłości - niewaŜne, którą
konkretnie...
Szczyt wzgórza. Na bębnie siedzi nadęty dowódca. Od kilku godzin w tępej
rozpaczy patrzy
na pole boju, nie odrywając wzroku. LeŜy tam, porozrzucane, z półtora tysiąca
trupów, dymi
setka lejów, a sama bitwa juŜ dawno wyrwała się spod kontroli, toczy się na
własną rękę. Za
zagajnikiem, sądząc po krzykach i trzasku wystrzałów, ciągle się jeszcze biją.
Czasem
przelatuje błędna kula, wystrzelona nie wiadomo do kogo i nie wiadomo przez
kogo. Od
czasu do czasu na wzgórze przedzierają się galopem zmordowani
oficerowie-ordynansi z
nieprzytomnymi oczyma, meldują ciągle jedno i to samo: taki to, a taki generał
popadł w
kłopoty, prosi o wsparcie. Krótko mówiąc - klęska...
Pochrząkując, dowódca posępnie zerka na s'witę. Bladzi sztabowcy przestępują z
nogi
na nogę, takŜe pochrząkują. Na twarzach - uprzejma wątpliwość: poddać się juŜ
teraz - czy
nie byłoby to zbyt wcześnie?... A moŜe, mimo wszystko, troszeczkę jeszcze
odczekać?... Dla
przyzwoitości...
Nagle wódz raptownie odwraca się do trębacza, waha się jeszcze sekundę, a potem
ordynarnie mówi: "Do h... z tym wszystkim! Jak do końca - to do końca!... Odtrąb
zwycięstwo!"
W taki właśnie sposób wygrano praktycznie wszystkie waŜniejsze bitwy naszej
epoki
- hrabia Tołstoj jest tego gwarantem...
Coś podobnego stało się takŜe z podpułkownikiem Wybierzniewem, który
mimowolnie popadł właśnie w wyŜej opisaną sytuację wodza. Za herbatkę z
Afrykaninem
Strona 81
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
mogą go zjeść z kopytami - Nikołaj rozumiał to zupełnie doskonale. Nie
aresztujesz - spytają:
"Dlaczego nie aresztowałeś? Siedziałeś przy tym samym stole i nie
aresztowałeś!.." Odejść?...
Nika powiedziała: tylko po moim trupie... Dobrze, przypuśćmy, Ŝe przestąpię
przez jej trupa...
Wszystko jedno - przecieŜ spytają: "Jak to, no...? Znałeś miejsce schadzki,
wiedziałeś o której
- dlaczego nie zwinąłeś ich wszystkich za jednym zamachem?..."
A po co mu to?...
Przez piętnaście minut Wybierzniew, pogrąŜony w tępej rozpaczy, nie dostrzegał
wyjścia z sytuacji. A potem dotarło do niego to samo, co do dowódcy: zamyślił
się jeszcze na
sekundę - nagle na jego pięknej twarzy pojawiło się wyraŜenie, stosowne do
wypowiedzianych, historycznych słów: "Do h... z tym wszystkim! Jak do końca - to
do
końca!..."
I podpułkownik Nikołaj Wybierzniew rozkazał odtrąbić zwycięstwo.
- A więc, tak... - powiedział, zdecydowanie wstając z fotela. Wetknął palec
wskazujący we wpadła pierś Pankracego. - Ja - jestem waszym człowiekiem w
kontrwywiadzie... O tym, Ŝe "Ograbank" i "Niewygoda" są zdekonspirowane, to ja
was
poinformowałem... Afrykanin - jaki on jest? Tylko cudotwórca czy teŜ jeszcze
jasnowidz?
"Cherubiny" spojrzały na siebie, wzruszyły ramionami. Zdolności pro-topartorga
podczas jego nieobecności w BakłuŜynie z pewnością powinny wzrosnąć... MoŜe jest
teŜ
jasnowidzem...
-
Jasne - rzekł Nikołaj. - W takim razie trzeba zredukować kłamstwa do
minimum... -
Odwrócił się do Niki. - Czy potrzeba coś do herbatki? No, nie wiem, ciasteczka,
herbatniki...
-
Ojej! - spłoszyła się Nika. - Herbata! Kup herbatę...
-
Dobrze, zaraz zejdę... - Podpułkownik zrobił krok w kierunku
przedpokoju,
niespodziewanie zamarł, jakby poraŜony jakąś myślą, która - jak moŜna się było
domyślić -
jest wyjątkowo nieprzyjemna. - Coś mi się nie chce was pozostawiać samych... - z
męską
bezpośredniością powiedział do Pankracego. - Idziemy razem!...
Oto co oznacza: na czas odegrać zwycięstwo! Jeszcze przed chwilą załamany,
rozbity,
o mało grzebiący siebie Ŝywcem, Nikołaj znowu był
skoncentrowany, gotowy do walki, wynalazczy. A jego ostatnie posunięcie
najzwyczajniej w świecie wstrząsało swoją wirtuozerią.
- Pankracy - jest gos'ciem! - natychmiast rzuciła Nika. - Tego jeszcze brakowało
-
wysyłać gos'ci po herbatę! Weź Arystarcha...
Właśnie takiej reakcji Wybierzniew oczekiwał.
- M-m... Arystarcha?... - z powątpiewaniem w głosie zamruczał, mierząc wzrokiem
Retiwoja. - Lepiej nie, lepiej niech Arystarch pozostanie tutaj. Tak będzie
pewniej...
Wszystko, czego teraz potrzebował Nikołaj - to oderwać się od "Czerwonych
cherubinów" chociaŜ na dziesięć minut.
***
Ostatni raz w Ŝyciu podpułkownik Wybierzniew zbiegł po schodach, otworzył drzwi
klatki schodowej. ZbliŜał się wieczór. Kiedy odszedł o trzy kroki od schodków,
wyciągnął z
kieszeni komórkę.
-
Tol Tolicz? Melduję o sytuacji. Wyszedłem na Afrykanina. O dziewiątej
spotykamy
się... Potrzebuję twojej sankcji.
-
A-yyyyy... - Odniósł wraŜenie, Ŝe generał Wściekły zaczął się jąkać
gorzej niŜ
Kulawiec. Widać nie oczekiwał po Nikołaju takiego sprytu...
-
Co znaczy "a-yyyy"?... Wszystko! Wszystko, rozumiesz? Mam pięć minut -
nie
więcej!... Zlikwidować go?
Strona 82
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
A... - Zdaje się, Ŝe generał dochodził do siebie. - A dlaczego,
właściwie,
likwidować?...
Jego głos był ciut beczący.
- Tolu Toliczu! No co ty, z konia spadłeś?... PrzecieŜ to Afrykanin! Łap
Kondratycza,
rób, co chcesz, ale muszę wiedzieć dokładnie - co mam robić! I pośpiesz się -
juŜ nas na
pewno podsłuchują!
Brak mi słów! Podpułkownik błyskotliwie splótł ostatnią intrygę. Kończące
rozmowę
zdanie - o podsłuchu - było jak brylant! Niebieski karbun-kuł! Masz! KaŜde twoje
jąkanie,
generale, kaŜde beczenie - zapisuje się, przepisuje się. Tym razem nie pomoŜe ci
twój
standardowy trick: wydać mętny rozkaz - i w krzaki...
- Ach, jeszcze jedno... - juŜ podchodząc do sklepu, Nikołaj dobił ostatecznie
generała
Wściekłego. - Razem z Afrykaninem w konspiracyjnym
mieszkaniu zbiorą się "Czerwone cherubiny"... W ten sposób pojawia się moŜliwość
zdjąć ich wszystkich razem...
Generał znowu się zadławił. Nikołaj nie mógł powstrzymać się od złośliwego
uśmieszku. Wściekły strzegł "cherubiny" jak źrenicy oka, poniewaŜ od kaŜdego
zamówienia
brał po cichu całkiem sporą prowizję. Wy-bierzniew, co prawda takŜe, ale on znał
granice...
- Zaraz... oddzwonię... - wydusił wreszcie generał i rozłączył się.
Nad skrzyŜowaniem ulic, niczym kropla atramentu w szklance wody, rozlewał się
fioletowy wieczór. W przezroczystym, liliowym zmroku pojawiły się blade obrysy
neonowych reklam, wybuchały kwadraty okien. Błogosławiony chłodek dotknął na
poŜegnanie rozpalone czoło podpułkownika...
Wybierzniew kupił cejlońską herbatę, tort i solone krakersy (na wypadek, gdyby
protopartorg nie spoŜywał słodyczy), wyszedł ze szklanego, błyszczącego białymi
lampami
baraczku. Chciał sięgnąć jeszcze po paczkę papierosów, kiedy ponownie zaterkotał
telefon.
- No i co, Tolu Toliczu?... - niecierpliwie spytał Nikołaj, przyciskając
słuchawkę do
ucha. - Jakie polecenia?...
- E-e... Pułkownik Wybierzniew?... - słuchawka spytała głębokim, dźwięcznym
barytonem.
Nikołaj cichutko odchrząknął.
- Podpułkownik, Glebie Kondratyczu... - z szacunkiem, ale z godnością poprawił.
Na tamtym końcu przewodu zapadło niezadowolone milczenie - myślano.
- Nie... - powiedział potem baryton. - Podpułkownik - to brzmi zbyt długo...
Lepiej
niech będzie - pułkownik...
Podpułkownik Wybierzniew - zniknął. Na część sekundy Nikołaj został pozbawiony
daru mowy.
-
SłuŜę BakłuŜynowi! - trochę zduszonym głosem powiedział.
-
Widzę... - z chmurnym zadowoleniem wyrzekł prezydent. - Kiedy i gdzie
wyznaczono spotkanie z Afrykaninem?...
-
O dwudziestej pierwszej zero-zero, Jefrema Niedobrowa dwadzieścia jeden,
mieszkanie numer dziesięć...
-
W takim razie masz zadanie... - baryton stał się bardziej sympatyczny,
zabrzmiał
bardziej koleŜeńsko. - śadnej strzelaniny, Ŝadnych porwań...
-
Wyłącznie - być obecnym. Obserwować. To wszystko. Interesują mnie plany
protopartorga... Zapamiętaj: od tej chwili podlegasz nie Wściekłemu, a mnie
osobiście...
Po usłyszeniu tego, Nikołaj całkiem osłupiał z radości. Najbardziej się obawiał,
Ŝe
Gleb Portniagin zaŜąda natychmiastowego porwania Afryka-nina za wszelką cenę.
Zadręczał
się rozwaŜaniami, jakby delikatnie przekonać prezydenta o przedwczesności takiej
Strona 83
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
akcji... A
tu - pełen consensus!... W dodatku pagony pułkownika...
-
Pytania są?...
-
śadnych, Glebie KondratyczuL.
-
W takim razie, to wszystko... - prezydent odłoŜył słuchawkę. Zresztą w
doskonałym
momencie - Nikołaj juŜ wchodził do klatki schodowej. Chciał schować telefon do
kieszeni,
ale nie zdąŜył - znowu zaterkotał. Trzeba było pozostać jeszcze trochę pod
daszkiem wejścia.
-
No? Co zdecydowano? - chciwie spytał generał Wściekły.
-
Tolu Toliczu... - wyrzekł Nikołaj. - Nie mam teraz czasu... Generał
obraził się.
-
PrzecieŜ powinienem wiedzieć... - zaczął uraŜonym tonem.
- Nie powinieneś - ostro przerwał mu Wybierzniew. - Teraz juŜ nie powinieneś.
Informacje są ściśle tajne. Przekazać je tobie mogę tylko po zezwoleniu
Kondratycza.
Rozumiesz - nie mogę, nie proś...
W słuchawce zapadła grobowa cisza. Wydaje się, Ŝe do generała w końcu dotarło,
Ŝe
jednak go podsiedli...
Ze złym uśmieszkiem Wybierzniew wyłączył komórkę, wszedł do klatki schodowej.
Niewidzialna wojna z byłym dzielnicowym wstępowała w nową fazę...
Na półpiętrze, pomiędzy pierwszym i drugim piętrem, w rogu, umościł się pijany
jak
bela bezdomny. Kiedy pułkownik zrównał się z pijanicą, zatrzymał się i wyjął
papierosy.
- Wszyscy mają się ukryć jak najstaranniej... - wycedził, przypalając papierosa.
-
Pozostać na stanowiskach, ale nosa nie wysuwać...
Schował zapalniczkę, energicznym, spręŜystym krokiem wbiegł po schodkach. W
jego oczach błyszczały gwiazdy - wielkie, jasne. Teraz Ni-kołaja niepokoiły
tylko dwie myśli.
Pierwsza - o zadziwiającej uległości Afrykanina. Zbyt łatwo protopartorg zgodził
się zmienić
miejsce spotkania
- niby niczego nie zaczął podejrzewać, co juŜ samo w sobie wzbudzało
nieprzyjemne
podejrzenia. Ale to jeszcze jest w porządku - niedługo się dowiemy. Lecz o
drugiej
okoliczności, prawdę mówiąc, nawet bał się pomyśleć. PoniewaŜ nazywała się -
Nika
Niewyrazinowa...
***
Nikołaj Wybierzniew wygasił blask oczu, usunął z twarzy ślady oznak
jakiegokolwiek
uczucia. Z zatroskanym, zasępionym czołem (skromny urzędnik w randze
podpułkownika)
wszedł do pokoju, gdzie wycałowała go Nika. Natychmiast teŜ pozbawiła go
zakupów.
- Rozkazałem swoim, Ŝeby się lepiej ukryli... - burknął, zwracając się do
Pankracego. -
Ty teŜ lepiej daj instrukcje swoim "cherubinom"... Sam rozumiesz - tłoczą się na
chodniku w
riasach, kamizelkach kuloodpornych...
Będąc profesjonalistą, Wybierzniew rzadko zniŜał się do kłamstwa. Ukrywał
wszystkie poszlaki i dowody (na ogół) za pomocą prawdy. Oprócz tego, na ulicy
obserwowano go (rzecz jasna!) - nie mogli więc nie zauwaŜyć, Ŝe idąc do
minimarketu przez
cały czas rozmawiał przez telefon.
Mieszkanie zapełnił szczebiot Niki, z łomotem przesuwano meble, dźwięczały
nakrycia i naczynia, nad rozsuniętym stołem niczym spadochron uniósł się
rozkładany
obrus... Przygotowania do historycznej herbatki szły pełną parą...
Przed dziewiątą zaczęli się zbierać zaniepokojeni goście. Nikołaj znał
wszystkich,
poniewaŜ wszyscy pracowali dla niego. Na widok kontrwy-wiadowcy tracili dech,
stawali jak
Strona 84
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
sparaliŜowani - z przestrachem zerkając na swoich szefów, przysiadali się do
nakrytego stołu.
- No, gdzie jest ten wasz Afrykanin?... - juŜ chyba po raz dziesiąty kapryśnie
spytała
Nika. - Herbata wystygnie!...
Protopartorg nie śpieszył się. Nieprzyjemnie będzie, jeśli - podejrzewając
prowokację
- w ogóle się nie pojawi... Taka sama myśl, sądząc z wyrazów twarzy, dręczyła
Pankracego i
Arystarcha nie mniej niŜ samego Wybierzniewa. Gorzej mogło być tylko w jednym
wypadku:
Afrykanin niczego nie przeczuł - i rzeczywiście niedługo przybędzie...
Za pięć dziewiąta Kulawiec, którego włosy juŜ nie oblepiały wąskiego,
pomarszczonego czoła, na podobieństwo strumyczków smoły, ale - puszyste i
kędzierzawe -
błyszczały czystością, rozkazał zamknąć okna i zasunąć zasłony. Zezując silniej
niŜ
uprzednio, nastawił radioodbiornik na zakres fal łyckiego radia.
"(...) studiujemy cytaty z Pisma świętego - uprzejmie oznajmił piękny kobiecy
głos. A
więc: "Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie!" Pierwszy listśw. Jana
Apostoła .
Zapisaliście?... Doskonale! Następny cytat: "Strząśnijcie proch z nóg
waszych!..." Ewangelia
św. Mateusza". Zapisaliście? Znakomicie!... "Nie będziesz miał bogów innych
oprócz
Mnie!..." Księga Powtórzonego Prawa "... A teraz, wszyscy razem - chórem!..."
Z głośnika popłynął - zgrany, Ŝarliwy i silny śpiew:
Wyrzeczemy się starego świata, jak kaŜe pokora,
Strząśniemy jego brud i proch z naszych nóg!
Nie potrzebujemy złotego cielca-idola ...
Następnie w śpiew harmonijnie wplątał się dźwięk dzwonka u drzwi. To przyszedł
Klim Jezusów. Z nim pojawił się jeszcze ktoś - okazało się później, Ŝe był to
Afrykanin. Nie
poznawany przez nikogo, protopartorg usiadł naprzeciw Wybierzniewa. Poskrzypując
krzesłem rozejrzał się po zebranych. Spotykając się spojrzeniami z pułkownikiem,
nachylił
się do niego przez stół, po przyjacielsku zapytał półgłosem:
- Czy ty, miły panie, nie jesteś przypadkiem z kontrwywiadu?...
- No, dlaczego przypadkiem?... - z opanowaniem odpowiedział tamten. - Z
kontrwywiadu...
- I pewnie szycha, nieprawdaŜ?...
- Oczywiście...
Nie rozpoznawany protopartorg z szacunkiem skinął głową. Albo - moŜliwe - po
prostu ukrył uśmieszek, pochylając głowę...
Za oknem kuranty Jefrema Wielkiego wyraźnie wybiły dziewiątą. Uczestnikom
schadzki nagle spadła mgła z oczu: zobaczyli, Ŝe Afrykanin jest tutaj - oto on,
juŜ pośród
nich... Wszyscy oniemieli - nawet radio. Nawet Nika!
Protopartorg wstał, chrząkając złoŜył zebranym niski pokłon, co - biorąc pod
uwagę
jego korpulencję - nie było takie proste.
- KaŜdemu - według potrzeb... - przeciągle powiedział w cmentarnej ciszy,
podobnej
do tej, która zapada przed rozstrzelaniem.
Zebrani poruszyli się. Wstali.
-
Zaprawdę według potrzeb... - zaszumiała odpowiedź - wystraszonych i
niezgranych
głosów.
-
Amen... - z satysfakcją zakończył protopartorg. Dał znak przyzwolenia -
siadajcie.
Przed tym, zanim usiedli, wszyscy przeŜegnali się - nie wyłączając Wybierzniewa.
Postępek grzeczny, ale ryzykowny: Nikołaj nie miał kamizelki kuloodpornej, był
tylko w
marynarce, zaklętej przed ciosem białą bronią i przed kulą. Po przeŜegnaniu się,
czar, do
Strona 85
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
jasnej cholery, zniknął... Teraz pozostawała tylko nadzieja, Ŝe dzisiaj nie
dojdzie tutaj ani do
strzelaniny, ani do rozróby z uŜyciem kozików...
-
Afrykanin! - zapiszczała Nika, przytomniejąc. Wybierzniew zachmurzył
się, nie
próbując sobie nawet wyobrazić, co nastąpi później. Pankracy i Arystarch
najwidoczniej
odczuwali to samo.
-
Nalewaj, dziewczyno, herbatkę, nalewaj... - łaskawie i powoli rzekł w
plamistej i
wibrującej ciemności Afrykanin. - A chusteczkę swoją, szeroką - zawiąŜ, zawiąŜ,
jeśli łaska...
Nieładnie tak, z roztrzepaną...
Nikołaj zmusił się do ostroŜnego rozwarcia oczu. To, co zobaczył, oszołomiło go.
Nika, bojaźliwie patrząc na protopartorga, pokornie zawiązywała pod podbródkiem
końce
czerwonej chusteczki... Wybierzniew nie naleŜał do strachliwych (do kontrwywiadu
innych
nie biorą), ale teraz powaŜnie się przestraszył. Lepiej niŜ ktokolwiek z
obecnych rozumiał, na
ile niebezpieczny jest Afrykanin. Przejście granicy po wodzie, niczym po lądzie,
cud z kulą,
członek, który wyrósł na pięcie pechowego złodziejaszka... Ale Ŝeby tak -
rzucając kilka
niedbałych słów - usadzić Nike Niewyrazinową!!!?...
Tak, teraz stało się jasne: pojawia się pytanie, kto tu kogo zwabił na
herbatkę...!?
Pułkownik powtórnie natęŜył siły, ośmielił się spojrzeć wprost na groźnego
współrozmówcę. Portret opisowy Afrykanina znał doskonale na pamięć, ale pośród
opisywanych znaków szczególnych brakowało tego - najbardziej istotnego...
Protopartorg był
do kogoś - w sposób nieokreślony - podobny... Wybierzniew nerwowo próbował sobie
skojarzyć: do kogo konkretnie?...
Tymczasem Afrykanin, z widocznym zadowoleniem, upił łyk herbaty, nadgryzł
krakersik (słodyczy najwidoczniej nie uznawał) i Ŝując, powiedział - ciągle tak
samo
spokojnie, powoli, rytmicznie:
- Co powinna ludziom dać Przenajświętsza Rewolucja?...
Przez jakiś czas wszyscy w zamyśleniu czekali na dalszy ciąg. Potem doszło do
nich,
Ŝe pauzę uczyniono nie dla piękna retoryki, Ŝe protopar-torg, rzeczywiście,
interesuje się
zdaniem obecnych.
-
Wolność... - po odkaszlnięciu odwaŜył się powiedzieć Retiwoj, za co
został
obdarzony przychylnym spojrzeniem.
-
Właśnie, wolność... - jakby lekko zadziwiony błyskotliwością Arystarcha,
zgodził
się protopartorg. Przenikliwie spojrzał na otaczających go spod kosmatych,
srokatych brwi. -
A skąd ją wziąć?...
Ktoś chrząknął, ktoś mrugał oczyma, ktoś spuścił głowę... Wyjątkowo zaskakujące
było to pytanie!... Zapadła cisza, w której słychać było tylko wyraźne
postukiwanie dzióbka
czajnika o brzeg filiŜanek - milcząca Nika w czerwonej chusteczce obchodziła
stół,
obsługiwała gości. Jaki koszmar!
- śeby dać komuś wolność - pouczająco mówił Afrykanin - trzeba ją najpierw komuś
odebrać... Inaczej przecieŜ nie będzie co dawać... A komu ją moŜna odebrać?
Wszyscy wyczekująco spojrzeli na Retiwoja. Odpowiadaj, do diabła-przecieŜ nikt
ciebie za język nie ciągnął...
- Czarodziejom?... - zaproponował bez nadziei.
- Ilu ich jest, tych czarodziei? - lekcewaŜąco wymruczał protopartorg. - Jeden,
drugi - i
to wszystko! Nie, jeŜeli u nich dobrze poszukać, to znajdzie się jej tam sporo.
Strona 86
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Ale jeśli
złoŜymy ją całą do kupy - okaŜe się, Ŝe nie ma nic... Dlatego jedyne moŜliwe
wyjście - to
odebrać wolność tym, którym nie mamy zamiaru jej dawać...
Znowu zrobił pauzę, dojadł krakersa. Pozostali machinalnie złapali za
porcelanowe
uszka swoich filiŜanek, ale napić się - nie zdecydowali się.
- Jak myślicie: odbierzemy?... - zapytał Afrykanin, powoli ocierając wąsy i
brodę z
okruszków.
Zebrani milczeli, wpatrując się ze skupieniem, ze zmarszczonymi czołami, w
serwis
do herbaty.
- Nie odbierzemy! - skandując, jakby stawiał kamień na kamieniu, cegłę na cegle,
odpowiedział sam sobie protopartorg. - Jeśli sami nie odda-
dzą - w Ŝadnym razie nie odbierzemy... Widać trzeba, Ŝeby sami oddali... Jak?...
-
Spojrzał na wszystkich obecnych chytrym wszystkowiedzącym spojrzeniem. -
Klim!...
Słyszałem, Ŝe przyjmowałeś wkłady pienięŜne od ludności... Jak to robiłeś?
Klim Jezusów, pełny, róŜowawy blondynek z twarzyczką o prosiccych rysach,
zadrŜał, wytarł spocone dłonie o wypukły brzuszek.
-
N-noo... Wiadomo... Pod procenty...
-
Pod procenty!... - wieloznacznie powtórzył Afrykanin, wznosząc gruby
palec
wskazujący. - Oto, gdzie pies pogrzebany!... Dajcie nam waszą wolność, a my ją
potem wam
zwrócimy z procentem... Przynosili, Klimie?...
-
No, jakŜe... Przynosili, oczywiście...
-
A dlaczego?
-
Panował kryzys... - wyjaśnił Klim, nastroszony swoją nietaktownością. -
Oprócz
tego obiecaliśmy największy zysk...
-
Kryzys!... - cichutko rzucił protopartorg, unosząc brwi i tajemniczo
wytrzeszczając
oczy. - A to oznacza, Ŝe z pieniędzmi było kiepsko. Tak samo jest z wolnością!
Trochę ich
przyciśnie - to zacznie do nas walić cały lud, przyjdą oddawać pod procenty
swoją wolność...
A przecieŜ obiecamy im te procenty!... Dwieście, trzysta... A choćby nawet -
tysiąc!...
-
A-ałe... ale potem przecieŜ trzeba będzie wszystko oddawać! -
przypomniał ktoś ze
strachem.
Afrykanin obdarzył pytającego łaskawym, ojcowskim spojrzeniem. Znowu odwrócił
się do Jezusowa.
- Klimie!... - wezwał go. - Właśnie!... A ty, czy zwróciłeś pieniądze
wpłacającym?...
Pełniutki blondyn poróŜowiał jak przypieczony na wolnym ogniu, tak jak umieją
się
rumienić tylko pełni blondyni.
-
Zwrócę! - obiecał Ŝarliwie. - Z procentami! Słowo honoru
ekspropriatoraL. No,
rzecz jasna, jeszcze nie teraz... Trochę później...
-
O - oo... - z zadowoleniem ciągnął Afrykanin. - Tak samo będzie z
wolnością...
Zwrócimy. Ale nie teraz. W świetlanej przyszłości. A tymczasem - poczekajcie...
Weteran podziemia Markieł Sotow, z twarzą całą pomarszczoną w głębokie fałdy,
westchnął smutnie, podrapał się w przeświecającą poprzez rzadką siwiznę głowinę.
- Co, Markieł? - współczująco zwrócił się do niego Afrykanin. -
Skomplikowane?...
- A co, czy nie?... - odezwał się ten, zdenerwowany. - Jeśli ciebie Nikodemie
posłucha
się - rozum moŜna stracić. Wcześniej to wszystko jakieś prostsze było... Było
jasne, kto jest
winny, wiadomo było takŜe - co robić... Wiesz, co ja ci powiem? Niepotrzebnie
wtedy
Strona 87
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wszystkich Ŝydków wybiliśmy... Trzeba było chociaŜ parkę, na rozród, zostawić...
Nagle - jakby zasłona spadła mu z oczu - Nikołaj Wybierzniew zrozumiał, do kogo
jest podobny protopartorg. Poprzez cielesną powłokę Afry-kanina z kaŜdą sekundą
coraz
wyraźniej przebijała się twarz zupełnie innego człowieka, znana Nikołajowi aŜ do
najdrobniejszego szczegółu. Ta sama miękka, a równocześnie władcza maniera
mówienia, ta
sama państwowa niespieszność i przekonanie o tym, Ŝe kaŜdy jego gest - stanie
się dorobkiem
historycznym... Protopartorg Afrykanin był dokładną kopią Gleba Portniagina -
bez względu
na dzielące ich wszystkie zewnętrzne róŜnice.
Obywatel spyta: "No i co? PrzecieŜ to byli przyjaciele!" Właśnie dlatego jest
zwykłym obywatelem...? Wybierzniew był psychologiem praktykiem. Dobrze wiedział,
Ŝe
podobni do siebie ludzie rzadko zostają przyjaciółmi... Nie, chwilowo,
oczywiście, mogą się
zaprzyjaźnić. Szybko jednak kaŜdemu z nich zacznie się wydawać, Ŝe przyjaciel
złośliwie go
przedrzeźnia... Kończy się to wszystko, rzecz jasna, wieczną niezgodą... KtóŜ by
chciał,
powiedzcie, mieć przy sobie stale zwierciadło? W dodatku - krzywe?!...
A Gleb Portniagin i Nikodem Ludzki przez kilka lat z rzędu (aŜ do pechowego
włamania do magazynu z artykułami Ŝywnościowymi) przyjaźnili się - na
powaŜnie...
Pozostało jedynie załoŜyć, Ŝe w młodości mieli zupełnie róŜne charaktery. A
podobieństwa
nabyli wskutek wieloletniej, Ŝarliwej wrogości... Walcząc ze sobą na śmierć, a
nie o
napełnienie pustego brzucha, kaŜdy z byłych partnerów niezauwaŜalnie, bezwiednie
formował się na podobieństwo przeciwnika...
Zresztą nie ma w tym Ŝadnego paradoksu. Weźmy, dla przykładu, złote czasy, o
których niedawno z taką tęsknotą wspominał weteran podziemia Markieł Sotow.
Dlaczego
antysemici - co do jednego - wyróŜniali się z masy narodu kłótliwą, Ŝydowską
naturą?
Wszystko to jest bardzo proste. śeby pokonać silnego, trzeba samemu stać się
silnym. śeby
pokonać chytrego, trzeba samemu być chytrym. Zęby pokonać śyda... Tak-tak,
właśnie
tak...
-
-
Tak więc, tutaj pojawia się właśnie ta kwestia... - zamyślony Afrykanin
kontynuował nie śpiesząc się. - Czy ludność BakluŜyna gotowa jest oddać swoją
wolność na
procent?... Nie, nie jest gotowa. Jeszcze ich nie przycisnęło tak, jak naleŜy...
A więc,
najwaŜniejszym zadaniem "Czerwonych cherubinów" staje się dokręcić śrubę... A
czym się
zajmują "Czerwone cherubiny"?... Diabli wiedzą czym, przebacz mej grzesznej
duszy,
Panie!... Choćby, na ten przykład, wziąć - Pankracego... Człowiek jak krzemień,
nie moŜna
teŜ mu odmówić porządności...
-
Bo jeśli odmówisz, zastrzeli - cichutko, nie bez złośliwości przymówił
pełny
blondyn, Klim Jezusów.
Pankracy natychmiast się obrócił - wpatrzył się w Klima.
- MoŜe zastrzelić... - z szacunkiem zgodził się Afrykanin, takŜe, jak widać,
mający
czułe ucho. - No, w jaki sposób ten człowiek-krzemień starał się przybliŜyć
dzień nadejścia
naszej Przenajświętszej Rewolucji? Ano - nijak. Przetrzebił połowę parlamentu,
ubawił naród,
uradował bulwarową prasę... Pankracy!... - z delikatnym wyrzutem mówił
protopartorg,
Strona 88
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
odwracając się całym ciałem do Kulawca. - Nie rozumiem: straciłeś rozum, czy
co?...
Napadasz na niewinnych ludzi, a przestałeś napadać na tych, którzy są
rzeczywiście winni!
CzyŜ tak się robi rewolucję? O, popatrz, okap domu towarowego trzyma się na
jednym
zaklęciu! No to przeŜegnaj go krzyŜem raz, a jeszcze lepiej - pokrop solidnie
kropidłem -
runie... MoŜe jeszcze przy okazji kogoś zmiaŜdŜy! Wtedy naród wybuchnie... To
nie na
czarodziei, zrozumie, a na nas gruzy spadają... Jednym słowem - trzeba jeszcze
popracować
nad narodem, popracować...
Afrykanin przerwał swoją orację, podniósł filiŜankę do ust. Wybierz-niew
wykorzystał tę okazję, obejrzał spod oka wszystkich zebranych. Pankracego
męczyły
dreszcze. Po pierwsze - nie zgadzał się, a po drugie - czuł się obraŜony.
Pozostali w ciszy
kiwali głowami - czy to dziwiąc się mądrości protopartorga, czy teŜ - na odwrót.
Wielkooka
Nika siedziała pokornie przy odległym końcu stołu, z zachwytem wlepiała oczy w
Afry-
kanina... Jak młoda topola w czerwonej chusteczce...
W końcu filiŜanka z brzękiem dotknęła spodka.
- Patrzycie na mnie, myślicie... - z westchnieniem ciągnął Afrykanin. - Po co,
do
cholery, ten stary baran przeszedł granicę? Po wodzie, jak po lądzie... Czemu
nie siedzi w
swoim Łycku!?...
Po takich słowach wszyscy natychmiast przestali kiwać głowami. Nawet Pankracemu
trochę przestała drŜeć makówka... Sądząc ze wszystkiego, protopartorg zakończył
słowo
wstępne. Zsunął surowo kosmate, sroka-te brwi, oparł brodę o pierś, znowu
zamyślił się. Tym
razem na długo.
- Marność nad marnościami... - powiedział, podnosząc mądre, napełnione głębokim
bólem oczy. - Nie chcemy pamiętać, Ŝe gdyby obok nie leŜał prawosławny,
socjalistyczny
Łyck - Gleb Portniagin wykosiłby podziemie - jak pokrzywy... Ale - strach!...
Wie,
paskudnik, Ŝe wzdłuŜ granicy stoją gotowe do boju, samobieŜne deszczownice
"Fregata"...
Jak przejadą, kropiąc wodą święconą - mało co się tutaj ostanie! Dlatego chce
wciągnąć
NATO... Cholera, kto mnie tu cały czas za riasę szarpie?!
Wszyscy zadrŜeli, dziko spojrzeli po sobie. Myśl o tym, Ŝe ktoś z obecnych mógł
pod
stołem szarpać za kraj riasy Afrykanina, nie mieściła się w głowach.
Protopartorg zmarszczył
się, z chrząknięciem wsunął rękę pod białe jak cukier, zwisające fałdy obrusa, i
- ku
zdziwieniu wszystkich obecnych - wyciągnął za skórkę sporego skrzata jasnoszarej
maści.
-
Ba! - rzekł groźnie i kpiąco. - Anczutka? A ty, bratku, skąd się tu
wziąłeś?...
-
A on... A ona... - wczepiony pazurkami w riasę skrzacik wskazywał palcem
to na
Nike, to na Arystarcha... Z radością zaczął donosić na wszystkich po kolei. -
Wydziergała
koronkowe pantalony dla mnie!... A on chciał mnie spryskać święconą wodą!...
-
Aj-aj-jajaj... - rozŜalił się Afrykanin. - Niedobrze... Niedobrze jest
męczyć boŜe
stworzenia... - Obejrzał zebranych. Tylko Klim Jezusów domyślił się, Ŝeby
przybrać
przymilny wyraz twarzy (co zresztą upodobniło go juŜ w stu procentach do
prosięcia).
Pozostali patrzyli na jasnoszarą siłę nieczystą ze speszonymi i pełnymi odrazy
minami.
Strona 89
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Weteran podziemia Markieł Sotow odsunął się, podniósł trzy palce, wyraźnie mając
zamiar
przeŜegnać skrzacika, ale kiedy jego spojrzenie zderzyło się ze wzrokiem
protopartorga -
podniesione palce skuliły się, opadły, wpełzły pośpiesznie pod stół...
-
- Co za pięknoduchy?! - podniósł głos Afrykanin na wszystkich za jednym
zamachem.
- Gdzie jesteście? W Łycku czy w BakłuŜynie?... Choć to nieczysta, ale mimo
wszystko -
siła!... Widzicie ich, nosy na kwintę! Dojdziecie do władzy - wtedy strójcie
sobie miny, ile się
da!... A tymczasem - przyda się nam kaŜdy sojusznik - czysta siła, nieczysta...
Nikt juŜ nie śmiał szepnąć jednego słówka. Protopartorg jeszcze raz parsknął z
niezadowolenia, ale - jak się wydawało - powoli się uspokajał... Burza przeszła
bokiem.
-
Tak, o czym to ja?... - rzekł Afrykanin, gładząc szeroką dłonią
delikatną jasnoszarą
sierść. Skrzacik z zadowoleniem zamruczał. - Ach, tak, Łyck... Łyck pomaga nam
we
wszystkim. My pomoŜemy Łyckowi... Dla Łycka nadchodzą cięŜkie czasy...
PrzybliŜenie ich
- jest naszym świętym obowiązkiem! Jeśli wiara nie została zahartowana w
płomieniu -
grosza nie warta... To - po pierwsze. A po drugie... Świątynia. No, jak moŜna
przetrzymać
cięŜkie czasy bez świątyni? - Afrykanin zatrzymał się, spojrzał na siedzących
pytającym
wzrokiem. Ci ze skruchą pokręcili głowami, ich miny wyraŜały pełne współczucie.
Tak, bez
świątyni w cięŜkie czasy - moŜna tylko lec - i umrzeć...
-
Co trzeba konkretnie zrobić?... - ciągnął cudotwórca. - O tym powiem
kaŜdemu
oddzielnie - w najbliŜszym czasie... No, a teraz...
Protopartorg nie dokończył, poniewaŜ w nocy za oknem coś ogłuszająco wybuchło,
okna zadrŜały, fala uderzeniowa na ościeŜ otworzyła lufcik. Aleja Niedobrowa
wypełniła się
wystraszonymi, zadziwionymi krzykami...
-
Pankracy... - otrząsając się ze zdziwienia, z wyrzutem powiedział
Afrykanin. - No,
co ty? Nie mogłeś wybrać lepszej pory? To twoja robota?...
-
N-n-n... - zaczął Kulawiec - bezradnie popchnął łokciem Arystarcha.
- Nie nasza... - pośpiesznie wyrzekł Retiwoj. - Na dzisiaj w ogóle niczego nie
planowaliśmy... Oprócz odzyskania materiałów kompromitujących, rzecz jasna...
Wtedy protopartorg uwaŜnie spojrzał na Wybierzniewa. Ten tylko lekko potrząsnął
głową. A poniewaŜ marynarka juŜ i tak była pozbawiona czarów, powtórnie
nakreślił ręką
znak krzyŜa - jestem niewinny, ja...
- śyjecie sobie z rozmachem. Hałaśliwie... - zauwaŜył Afrykanin. Wstał, jak
uprzednio trzymając skrzata na rękach. - No, cóŜ... Dziękuję, gospodyni, za
herbatę!...
Posiedzieliśmy sobie - czas wiedzieć, kiedy wyjść pora...
Wytrawny polityk Klim Jezusów przybliŜył się do protopartorga, z przymilną miną
podrapał Anczutkę za uchem.
- Rozchodzimy się pojedynczo? - z troską zapytał weteran podziemia Markieł
Sotow.
- Dlaczego pojedynczo?... - zdziwił się protopartorg. Chytrze zerknął na
Nikołaja. -
Rozchodźcie się jak chcecie... Czy tłumnie, czy parami... Dobrze mówię,
nieprawdaŜ,
pułkowniku?
Za stołem pozostali we dwoje: Wybierzniew i Nika - oboje w pełni osłupiali.
Szczególnie Nika. Z zastygłym, zachwyconym uśmiechem, z natęŜoną uwagą
wpatrywała się
w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział Afrykanin. śadnych innych
oznak Ŝycia nie
okazywała... Ciekawe, czy to z nią tak na długo...? Och, jakby było dobrze!...
Nikołaj
Strona 90
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wyciągnął komórkę.
- Co to był za wybuch?... - ze zmęczeniem zapytał. Po usłyszeniu odpowiedzi o
mało
nie upuścił słuchawki.
Poinformowano go, Ŝe przed piętnastoma minutami wprost przed wejściem do firmy
"Ograbank" nieustalone osoby spowodowały wybuch samochodu osobowego wyładowanego
dynamitem. Środek budynku osypał się. Sąsiednie budynki teŜ zostały uszkodzone,
ale lekko.
Liczba ofiar - właśnie się ustala...
Wprost przed wejściem do firmy "Ograbank"?... To jest tam, gdzie - zgodnie z
pierwotnym zamiarem Afrykanina - powinno dojść do spotkania... B-bardzo ciekawe!
Ktoś
rozpoczął polowanie na protopartorga... Ale kto? Kontrwywiad - wykluczone,
"Cherubiny" -
właściwie takŜe... Przestępcy? A po jakiego czorta bakłuŜyński światek
przestępczy miałby
chcieć sprzątnąć Afrykanina?... SłuŜby specjalne NATO?... Bzdura!... W ten
sposób mogliby
się pozbawić sojusznika... A moŜe jednak, mimo wszystko, przypadkowy zbieg
okoliczności?... Lokalne, tubylcze rozliczenia z "Ogra-bankiem"?...
- PieseczkuL. - pisnęła, nagle oŜywając Nika, zrywając z głowy czerwoną
chusteczkę.
- Mój ty mądralo!... Ten twój Afrykanin to istne cudo! Grzeczny! Taktowny!... A
jak damie
rączkę całuje!...
...Nikołaj, któremu jakoś udało się zbiec na ulicę, natychmiast połączył się z
prezydentem.
- Natychmiast przyjeŜdŜaj do mnie! - rozkazał gwałtownie Portniagin, po
wysłuchaniu
krótkiego raportu pułkownika. - Opowiesz wszystko po kolei...
***
Prezydent był ponury. Zaproponował Wybierzniewowi krzesło, rozkazał przystąpić
do
szczegółowego opowiadania, sam zaś stał. Następnie zaczął się przechadzać po
gabinecie, od
czasu do czasu gwałtownie odwracając się do pułkownika i pytająco wpatrując się
w coś za
jego plecami. Nikołaj nawet raz obejrzał się, wyczuwając odpowiedni moment, ale
- rozumie
się - nikogo z tyłu nie odkrył... Najwidoczniej wpatruje się w astral...
-
A ty sam co o tym sądzisz?... - warcząco spytał prezydent. - Rozgryzł
ciebie?
-
Myślę, Ŝe tak... - uczciwie powiedział Nikołaj. Kłamstwo jest zawsze
głupotą, a juŜ
w takiej sytuacji - tym bardziej. Na pewno za plecami znajdują się straszki.
Trochę
rozminiesz się z prawdą - od razu wydadzą. - Rozgryzł... Odchodząc, nazwał mnie
pułkownikiem...
Wyznanie Wybierzniewa Gleb Portniagin przyjął z wyraźnym zadowoleniem. Jego
duŜe usta ułoŜyły się w coś podobnego do uśmiechu. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe
prezydent do
jakiegoś stopnia czuje się nawet dumny z Afrykanina. Nikołajem znowu wstrząsnęło
nieuchwytne podobieństwo dwóch zaklętych wrogów...
-
Twoje wnioski!?...
-
Protopartorg nie ma nadziei na przewrót państwowy w BakłuŜynie... - ze
skupieniem, rozwaŜając kaŜde słowo, rzekł pułkownik. - Sam widzi, Ŝe naród nie
powstanie.
Na ile zrozumiałem, zabiera się do przeciwstawienia NATO Łyckowi, a podczas
zawieruchy
chce zrzucić Porfiriusza i zostać samemu Patriarchą. Myślę, Ŝe jutro moŜna
oczekiwać serii
prowokacji, no... - Nikołaj zrobił pauzę. - Najwidoczniej, jednak - ikona...
LeŜący na biurku długopis niespodziewanie powstał, potem upadł, zaczął kręcić
się w
miejscu. Prezydent jedynie zerknął z niezadowoleniem i pogroził długopisowi
palcem.
Strona 91
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
Tak, ja teŜ tak sądzę, Ŝe... ikona - mówił zamyślony, ponownie
odwracając się do
Nikołaja. - Pułapka w etnograficznym - zastawiona?...
-
Tak jest. Wzmocnić?
-
N-n... Nie, nie warto... - po chwili wahania rzucił prezydent. - Wiesz,
co najlepiej
zrobimy?... Zdejmiemy pułapkę. Całkowicie...
Pułkownik uniósł brwi, a potem jego twarda, męska twarz zmiękła, nawet trochę
zaczęła obwisać... Odniósł wraŜenie, Ŝe Portniagin zdecydował się poprzeć
wszystkie tajne
zamiary Nikołaja Wybierzniewa...
W poczekalni na pułkownika czekał generał Wściekły. JuŜ się dowiedział - moŜna
się
domyślić. Złapał Nikołaja pod łokieć, bojaźliwie się oglądając, wyciągnął na
korytarz - jak
najdalej od oczu sekretarza.
-
No, dzięki Bogu, Ŝyjesz! - błądząc spojrzeniem zaczerwienionych oczu
wyszeptał. -
Kiedy wybuchło - pomyślałem sobie: to juŜ koniec... Amen Koli!... Jak się
uchowałeś - nie
rozumiem...
-
Po prostu nie spotykaliśmy się w "Ograbanku" - wyjaśnił Nikołaj. TakŜe
zniŜając
głos. - W prywatnym mieszkaniu...
Generał spojrzał na pułkownika osłupiały - jego Ŝółtawe oczy nagle zaszkliły
się,
przestały wyraŜać jakiekolwiek uczucia...
- A-a... - z szacunkiem rzekł. - To tak... A mnie zameldowano - Ŝe w
"Ograbanku"...
ROZDZIAŁ 11
PORFIRIUSZ, lat pięćdziesiąt sześć, Patriarcha
Patriarcha Łycka Porfiriusz był nie w humorze. Nigdy nie cierpiał
nieoczekiwanych i
niespodziewanych zdarzeń, słusznie dostrzegając w nich wyzwanie dla swojej
dalekowzroczności i przenikliwości.
- Didim!... - wezwał, wymawiając dźwięki trochę przez nos. Wszedł (zawszasu
wystraszony) komsomołobogomolec - jasnooki, siwiutki staruszek o wątłej budowie
ciała. JuŜ
dawno powinien - ze względu na wiek - utracić członkostwo komunistycznego
związku
bogobojnej młodzieŜy, ale Patriarcha uznał, Ŝe podeszłe lata nie stanowią
przeszkody dla
członkostwa. Byle dusza była młoda.
- No, o co chodzi, Didim?... - PrzełoŜony Łyckich Cudotwórców ze wstrętem
poruszył
leŜący przed nim na stole, rozłoŜony, świeŜy numer "Maga", oficjalnego organu
Ligi
Czarodziei BakłuŜyna. - Prosiłem przecieŜ: nie kropić, nie Ŝegnać krzyŜem...
Gazetkę
przysłano naładowaną, zaklętą - to znaczy, Ŝe taką masz mi podać.
Staruszek Ŝachnął się, zatrzepotał czarnymi rękawami riasy.
-
Naprawdę, słowo honoru stalinowca, nie kropiłem i nie Ŝegnałem
krzyŜem!... -
Ŝarliwie zaklinał się. - MoŜe ktoś na cle...
-
Na cle?... - Patriarcha zasępił się, pomyślał. - Dobrze, idź,
sprawdzimy... Aaa...
powiedz, Ŝeby zapisano ci naganę...
Staruszek-komsomołobogomolec z głośnym trzaskiem kręgów krzyŜa wykonał
głęboki pokłon i - łapiąc głośno ustami powietrze - wyskoczył z celi.
Jak kaŜdy doświadczony polityk, Patriarcha Łycka Porfiriusz wyznawał starą
regułę:
karać natychmiast - wyłącznie niewinnych. Winni - przecieŜ nigdzie i nigdy przed
nim się nie
skryją, kiedyś na nich teŜ nadejdzie kolej. PrzecieŜ nie będą stale winnymi...
Patriarcha westchnął i znowu zajął się lekturą wrogiej prasy - przejrzał
nagłówki.
"BAKŁUśYNO PRZYGOTOWUJE SIĘ DO POWITANIA WYSOKICH GOŚCI..." Dobrze,
niech się przygotowuje... Tak, a to co? "NOWE SZCZEGÓŁY DśUMACHLIŃSKIEJ
Strona 92
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
TRAGEDII..." To drań!... Tak próbują na nas nasłać skrzydlate rakiety!...
Szyby zadrŜały - kolejna eskadra amerykańskich samolotów wtargnęła w przestrzeń
powietrzną Łycka... Patriarcha jedynie ze złością zmarszczył brwi, przystąpił do
czytania
drugiej strony. Hm... "PIĄTE KOŁO U WOZU..." A to o czym?... "Uciekające koło
prezydenkiej limuzyny łapali wszyscy..." śartobliwie, Ŝartobliwie... O,
widzicie, jacy
jesteśmy odwaŜni - nawet kpimy sobie z naszego prezydenta...
Reklamy, mnóstwo reklam... Ponad połowa gazety - to wyłącznie reklamy. "FIRMA
"NIEWYGODA" SPRZEDAJE HURTOWE ILOŚCI CUKRU. KRADZIONE -
SŁODSZE..." Zupełnie się juŜ nie krępują!...
A o zbiegłym protopartorgu - ani półsłówka...
Porfiriusz odłoŜył gazetę, zamyślił się.
A więc, wierny przyjaciel i współpracownik, aby wiecznie w piekle się smaŜył,
wyczuł niebezpieczeństwo... Pojął, Ŝe w legowisku wroga grozi mu mniej
niebezpieczeństw
niŜ u przyjaciół. Afrykanin zawsze wyróŜniał się polityczną ślepotą, ale takiej
małoduszności
po nim Porfiriusz, trzeba przyznać, nie oczekiwał. No jak tak - wziąć nogi za
pas, uciec?
CzyŜby protopar-torg nie rozumiał, jak bardzo w tej chwili jego tragiczny zgon
jest potrzebny
Łyckowi?... Najwidoczniej - nie rozumiał. Nie rozumie. Nie chce zrozumieć!...
PrzecieŜ jeśli się dobrze zastanowić: kto jest winny tej całej burzy? Kto
rozdmuchał w
środkach masowej informacji pijacką, zwykłą bójkę łyckich mechanizatorów
rolnictwa z
bakłuŜyńskimi - do wymiaru pancernej bitwy pod chutorem Wieprzniki? Kto obiecał
zniszczyć w powietrzu specjalną komisję ONZ? Kogo niedawno ogłoszono terrorystą
politycznym? Za kim tęskni międzynarodowy trybunał w Hadze? Za czyje postępki
juŜ od
dwóch tygodni wyją nad Łyckiem turbiny amerykańskich samolotów szturmowych? Kto
jest
temu winien?...
Czy to z powodu Porfiriusza, czy co?! O nie, to nie z powodu Porfiriu-sza... To
z
twojego powodu, drogi towarzyszu AfrykaninL.
Nawet jeŜeli załoŜymy, Ŝe jesteś bakluŜyńskim szpiegiem - kogo to
usprawiedliwia?...
Jeśli o tym zresztą wspominamy... Praktycznie zawsze najbardziej Ŝarliwi i
krzykliwi
członkowie kaŜdej partii zostali do niej wprowadzeni przez jej wrogów. Na
wypadek rozpadu,
chuligańskich wyczynów... No i co z tego? Wciągną się w partyjną robotę, będą
zasuwać. Nie
gorzej niŜ inni...
Swego czasu ludowy komisarz inkwizycji metropolitruk Pitirim przedstawił
Porfiriuszowi szczegółową informację o Afrykaninie. Między innymi figurowały tam
świadectwa o młodzieńczej przyjaźni z Portniagi-nem, podejrzane włamanie do
muzeum
etnograficznego, jawnie sfingowana ucieczka z celi aresztu... Niemniej
Patriarcha uznał za
moŜliwe wprowadzenie Afrykanina do Biura Politycznego oraz zaliczenie w poczet
Łyckich
Cudotwórców. No i co takiego - szpieg!... Oznacza to jedynie, Ŝe trafił się
pracownik-złoto!
Tylko swoi - to obiboki! Wrogi agent będzie zasuwał przez okrągłą dobę, Ŝeby
tylko nie
wzbudzać podejrzeń...
No jasne, Ŝe bez pewnych strat się nie obejdzie... Zdarza się, Ŝe przekaŜe za
granicę
jakieś tajne materiały - ale przecieŜ ich, w Ŝadnym wypadku, nie wykorzystają...
Jeszcze się
nie zdarzyło, Ŝeby wykorzystali!... Na przykład Richard Sorge przekazywał
szczegółowo,
kiedy rozpocznie się wojna. Kto go słuchał?... A SchellenbergL. Przedstawił
wszystkie dane
Strona 93
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Fiihrerowi - jak na talerzyku, prawie Ŝe na palcach wyliczył: nie wolno napadać
na ZSRR...
Jaki był rezultat?... A przecieŜ to był Sorge! I Schel-lenberg! Co w takim razie
mówić o
szeregowych wywiadowcach... Ich donosów wcale się nie czyta - nie ma czasu...
Krótko mówiąc, szpieg czy nie szpieg - jaka róŜnica? NajwaŜniejsze - Ŝe w danej
chwili protopartorg idealnie pasował do roli politycznego przy-głupa... Po
pierwsze, moŜna
było zepchnąć na niego - przy okazji - grzechy kaŜdej wagi, a po drugie, wszyscy
pozostali
cudotwórcy wyglądali obok kosmatego, podobnego do zwierza Afrykanina prawie na
Europejczyków.
"A niech sobie szpieguje! - zdecydował Porfiriusz. - Ale za to - morda, jaka
morda!..."
Patriarcha nie był wtedy w stanie wyobrazić sobie wszystkich konsekwencji tej
nieszczęsnej decyzji... ChociaŜ - jeśli chodzi o samego proto-partorga - to nie
pomylił się ani
o jotę. Protopartorg zachował się lepiej niŜ naleŜało: plótł z wysokich trybun
krwioŜerczy
bełkot, zajadle przyzywał wszystkich do bezlitosnej walki (po kolei) ze
wszystkimi... Błąd
Patriarchy polegał na czymś innym: był to typowy, odwieczny, fatalny błąd
działaczy
politycznych... Jakkolwiek byłoby to Ŝenujące, Porfiriusz nie docenił idiotyzmu
mas
ludowych. Ludowe masy poszły za Afrykaninem...
Trudno powiedzieć dlaczego, ale kaŜdemu z nas, w głębi duszy, obowiązkowo chce
się być posadzonym, rozstrzelanym, prześladowanym - aŜ do ostatniego pokolenia.
Tę
nieszczęsną chętkę zazwyczaj nazywamy dąŜeniem do porządku i sprawiedliwości
społecznej... Tak, mówimy sobie, przycisną mnie. Ale - moŜe nie przycisną... No,
sąsiadowi
to juŜ na pewno dadzą popalić... Nic więcej, jak zwykła nostalgia. Tęsknota za
utraconym,
jaskiniowym rajem. BezboŜni antropolodzy po dziś dzień kłócą się o to, gdzie
pojawił się
praczłowiek... Najwidoczniej, cokolwiek by sądzili - w łagrze. Albo poprawczaku.
Tak więc - zadaniem polityka jest wyszukanie w duszach wyborców tej
prehistorycznej Ŝyłki. Potem podkręcenie kółeczka, naciągnięcie jej aŜ do granic
wytrzymałości... Dalej to juŜ tylko sprawa techniki... Krzycz, struno, dopóki
nie pękniesz! W
tej dziedzinie, oczywiście, do Afrykanina nie moŜna było mieć pretensji: Ŝyłkę
wyszukał,
zagrał na niej tak, Ŝe duszę rozdzierało... Dopóki ludność Łycka namiętnie
karczowała światła
na skrzyŜowaniach i biegała po podwórkach sąsiadów z wodą święconą w
poszukiwaniu siły
nieczystej - dało się to jeszcze wytrzymać. Ale potem doszło do jawnego
podsycania
nienawiści do BakłuŜyna!... Nie, no jasne, Ŝe zewnętrzny przeciwnik takŜe jest
niezbędny...
Bez niego Ŝadne państwo po prostu nie wyŜyje. Jaki wielki był Związek Radziecki,
a
wystarczyło, Ŝe ze wszystkimi zawarł pokojowe traktaty - i natychmiast się
rozpadł!...
Jednak trzeba znać miarę! Po co doprowadzać do wojny?...
Ach, protopartorgu, protopartorgu... RozdraŜniłeś NATO, podburzyłeś naród - i
dałeś
nogę! Zbiegłeś! Kaszę zwarzyłeś, a kto ją teraz zje?... Pojawiła się taka piękna
okazja - złoŜyć
siebie w ofierze, wejść do historii, stać się legendą... W głowie się nie
mieści!...
Patriarcha był nie tylko oburzony - był szczerze rozczarowany filister-skim
postępkiem Afrykanina.
A uwaŜał się za działacza politycznego! W takim razie bądź tak uprzejmy i
pojmij, Ŝe
sumienie to sprawa delikatna. Od czasu do czasu - jest tak nikłe, Ŝe zupełnie
Strona 94
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
zanika... Ale nie
do takiego stopnia, no!...
Nad Łyckiem gromadziły się obłoki i sepleniły turbiny samolotów. DrŜały szyby
okien...
Od gniewnych rozwaŜań Patriarchę Porfiriusza oderwał tenŜe sam kruchy jasnooki
staruszek-komsomołobogomolec, który juŜ zaliczył dzisiaj jedną naganę
cerkiewno-partyjną.
Najwidoczniej - wydawało mu się, Ŝe to za mało...
-
Co tam jeszcze u ciebie?... - gderliwie spytał Patriarcha.
-
Rządowy biuletyn... o stanie zdrowia... - ze strachem zameldował starzec
o młodej
duszy, kładąc na stole przed Porfiriuszem arkusz maszynopisu. (Patriarcha nie
lubił
komputerowej techniki).
-
Afrykanina, czy co?... - zapytał z Ŝółcią w głosie Porfiriusz. - A no,
jak tam jego
zdrowie?...
(Według oficjalnej wersji protopartorg chorował. PrzecieŜ trzeba było jakoś
wyjaśnić
ludowi nieobecność ulubieńca mas!).
Kruchutki staruszek stanął na baczność. Jego pergaminowa twarzyczka rozjaśniła
się,
stała się natchniona.
-
Ogólnie - stan zdrowia się poprawia, ale moŜliwe są komplikacje... -
szybko
zaraportował.
-
Taak?... - z powątpiewaniem wyrzekł Patriarcha, schylając się nad
arkusikiem. -
Komplikacje - to świetnie... A, właśnie... Co to za hałas na placu?...
Rzeczywiście - moŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe pod oknami wysokiej komnaty-celi
zebrał się dosyć liczny tłum na mityng.
- Właśnie czekają na komunikat... Chcą zostać dawcami... No... oddać krew dla
Afrykanina... szpik, aurę, mózg...
Porfiriusz głośno westchnął i zwrócił papier.
- Mózg... - powtórzył z niezadowoleniem. - Akurat z mózgiem to u niego wszystko
jak
najlepiej... Swoim moŜe się podzielić. Aurą takŜe... Dobrze, tekst akceptuję.
Idź. Wywieś...
Komsomołobogomolec złamał się w pokłonie po pas, wyszedł, a Patriarcha znowu
wrócił do przerwanego ciągu nurtujących go myśli...
Gdyby Afrykanin okazał się bardziej odwaŜny, albo mniej inteligentny (co,
zresztą,
jest jednym i tym samym), problem nie pojawiłby się w ogóle. No, pogrzebaliby
go.
Przydusiliby, jak naleŜy, w tłumie parę nazbyt ciekawskich staruszek, zmieniliby
nazwę wsi
Gwiazdookiej na miasto Afry-kanińsk... Wznieśliby pomnik na placu, mauzoleum...
Potem,
pozostałyby juŜ tylko drobiazgi... W tajemnicy przed ludem przeprosiliby
BakłuŜyno,
państwa NATO... Całą winę zrzucono by na nieboszczyka-protopartorga, wykonano by
jakiś
akt dobrej woli... MoŜna by uznać sprawę za załatwioną, a konflikt - za
niebyły!...
Ale teraz - jak naleŜy postąpić?...
Ogłosić, Ŝe Afrykanin zbiegł do BakłuŜyna?... Niech Bóg broni! Ameryka nie
uwierzy, poniewaŜ to prawda. A Portniagin, stary wyga, z pewnością będzie
wszystkiemu
totalnie zaprzeczał: zaneguje zarówno sam fakt przekroczenia zielonej granicy,
jak i pozostałe
figle Afrykanina, włącznie z cudem z ciąŜkiem, o którym zameldowano Patriarsze
dzisiaj
rano...
W pierwszym odruchu Porfiriusz chciał wykreślić protopartorga z listy
cudotwórców,
natychmiast rozgłosić to wydarzenie, ale na szczęście powstrzymała go myśl o
tym, Ŝe naród
go nie zrozumie. Dokładniej - zrozumie, ale niewłaściwie... Z ludem, jak
Strona 95
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wiadomo, Ŝarty źle
się kończą: jak juŜ się poderwie - na łańcuch go nie weźmiesz... Za swojego
ulubieńca
zniszczą stolicę. W takim razie trzeba będzie bunt uśmierzyć. Armia, oczywiście,
nie
zawiedzie, poniewaŜ sumienia obywatelskiego wojskowi z definicji mieć nie mogą -
ale
organizować strzelaninę wtedy, kiedy nad twoją głową huczą silniki samolotów
pokładowych
Szóstej Floty?...
Jeszcze nigdy w Ŝyciu Porfiriusz nie czuł się tak bezsilnym. Jeśli Afrykanin w
najbliŜszym czasie nie zostanie oddany pod sąd w Hadze (albo, chociaŜby, nagle
nie zginie),
Amerykanie po prostu przeprowadzą rakieto-
wo-bombowe uderzenie na Łyck. Co to dla nich! W zeszłym roku grozili
zbombardowaniem NiŜnego Czyru - za niewspółmiernie wysoką liczbę pieszych
rozjechanych przez samochody... Ludobójstwo, psiakrew! Własny naród uciskają...
***
JuŜ pod wieczór, tak jak wyznaczono, pojawił się z raportem szef kontrwywiadu.
Ludowy komisarz inkwizycji Pitirim (w s'wieckim świecie - Kudłacz) był zupełnym
przeciwieństwem nies'miałego komsomołobogomolca, który siedział w sekretariacie
Porfiriusza. Po pierwsze, był nieprzyzwoicie młody, po drugie, zupełnie
nieustraszony...
Albowiem cóŜ to jest nieustraszo-ność? To taki stan ducha, kiedy człowiek został
zastraszony
do takiego stopnia, Ŝe jest mu juŜ wszystko jedno... Po trzecie, chytra, Ŝywa
twarzyczka
młodziutkiego metropolitruka naznaczona była prędzej piętnem chytro-ści niŜ
inteligencji - w
dodatku wyraźnie czytelnym! Piętno niewątpliwie przykładano z rozmachem...
Innymi słowy, był to osobnik raczej nieoczekiwany na takim odpowiedzialnym
stanowisku.
Wydawałoby się, Ŝe stanowisko ludowego komisarza inkwizycji powinien zajmować
mądry starzec, ale to kolejne, powszechnie przyjęte mniemanie jest pomyłką.
Sprawa w tym,
Ŝe skupiając w swoim ręku taką władzę, mądry starzec bez wątpienia zrzuci głowę
państwa i
zajmie jej miejsce sam. Dlatego na to stanowisko bardziej pasuje obdarzony
głębokim
zaufaniem młodzian, od którego Ŝąda się tylko jednego: zapału, zapału, zapału.
Poza tym wiadomo, Ŝe osiągając kolejne stopnie większej władzy, kaŜdy usiłuje
jak
najszybciej sprzątnąć świadków tego swojego przestępstwa: przyjaciół, doradców,
a jeśli
starcza niezłomności charakteru - takŜe rodzinę i krewnych. Potem naleŜy usunąć
bezpośrednich wykonawców usuwania - powtarza się to kilkakrotnie. Naturalnie, Ŝe
w
rezultacie podobnych rotacji, kadry kontrwywiadu niechybnie ulegają odmłodzeniu.
Stąd - młodość, stąd - nieustraszoność, stąd - spryt.
- MoŜliwy jest wariant Che Guevary - marszcząc ostry nosek, oznajmił
metropolitruk.
Rozwarł cieniutką teczuszkę pozbawioną rozpoznaw-
czych naklejek. - Płomienny protopartorg zdecydował się na własne ryzyko ogłosić
się
prywatnym powstańcem, przejść granicę, rozpocząć wojnę partyzancką z
czarownikami na
ich własnym terytorium... Próbowano mu wytłumaczyć. Jednak namowy nie
podziałały...
-
PrzecieŜ on, według oficjalnej wersji, jest chory!... - przypomniał
Patriarcha.
-
No włas'nie. Pewnie z powodu gorączki, w malignie zdecydował się przejść
granicę...
-
Przypuśćmy... A kto go namawiał?
-
Wszyscy cudotwórcy pod wodzą Patriarchy!... - bez zastanowienia odbił
pytanie
dziarski junak.
-
A jak udowodnisz, Ŝe to zrobił?... BakłuŜyno - nie wiadomo z jakiego
Strona 96
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
powodu -
milczy, nie protestuje!...
Młodego metropolitruka zatkało na chwilę.
- Tak... - ze słabym Ŝalem w głosie przyznał. OdłoŜył arkusik na bok.
-
Dlatego uwaŜam, Ŝe bardziej odpowiedni jest drugi wariant scenariusza
-
trzepał dalej językiem, jakby nic się nie stało. - Zwrócić się jutro do
ONZ ze skargą
na słuŜby specjalne BakłuŜyna: wykradli nam Afrykanina. Potajemnie zabili...
Wybuchu
gniewu ludu organizować nie będzie potrzeby - sam nastąpi...
Patriarcha słuchał ze zsuniętymi brwiami, od czasu do czasu kiwał głową.
"Młody... -
pomyślał aprobująco. - Rozum pracuje ze strachu jak błyskawica... Tak, dobrze
wymyśliłem
tę nominację..."
Niegłośno chrząknął - metropolitruk natychmiast zamilkł.
- A oporu, z powodu swojej choroby, nie mógł okazać... PrzecieŜ do tego
zmierzasz?...
- uściślił Patriarcha. - Ogólne osłabienie, utrata sił... w tym
cudotwórczych?... No,
przypuśćmy, przypuśćmy... A jeśli spytają: na jaką cholerę był w ogóle potrzebny
słuŜbom
specjalnym BakłuŜyna...
Jednak tym razem ludowego komisarza inkwizycji nie udało się zbić z tropu.
-
Bali się, Ŝeby nie ujawnił ich tajemnic na procesie w Hadze...
-
W jakiej Hadze?... - otwierając szeroko, groźnie oczy, spytał
Patriarcha. - Czy... czy
ty wiesz, co mówisz? śe moglibyśmy... my, ulubieńca partii, ulubieńca narodu...
wydać tym
psom - imperialistom? Tym heretykom?...
-
Nie, rzecz jasna, Ŝe my nie chcieliśmy go wydać... - pospieszył z
wyjaśnieniami
Pitirim. - Ale w BakluŜynie myśleli, Ŝe wydamy... Dlatego wykradli...
-
T-taaak?... - Porfiriusz pomyślał. - A jakie ich tajemnice mógłby
ujawnić?
-
Pozbieramy dokumenty o przestępstwach... Wystarcza nam materiałów...
-
Dlaczego nie uczynił tego wcześniej?
-
PrzecieŜ Haga - to Haga... - zauwaŜył delikatnie metropolitruk. -
Światowy
rozgłos...
Patriarcha pomruczał, z powątpiewaniem pokiwał głową.
-
W takim razie okazuje się, Ŝe Afrykanin powinien sam zaŜądać sądu...
-
PrzecieŜ Ŝądał!... - ze świętym przekonaniem podchwycił Pitirim. -
Chciał się zjawić
w Hadze dobrowolnie, ale my go nie puszczaliśmy... bojąc się o jego
bezpieczeństwo...
Patriarcha zamyślił się.
-
Potrzebny trup - w końcu surowo przemówił.
-
Potrzebny... - ze skruchą potwierdził Pitirim.
-
A gdy spytają: skąd macie?
-
Wykradliśmy z bakłuŜyńskich katowni...
-
To znaczy, Ŝe sami przyznamy się, Ŝe nasze siły specjalne penetrują ich
terytorium?
- No, dlaczego siły specjalne?... Tubylczy patrioci wykradli - nam przekazali...
- Hmmm... - rzekł Patriarcha. Ciągle jeszcze się wahał. - A jak planujesz zabić?
-
spytał wręcz.
Pitirim chrząknął. Prawdę mówiąc, zadanie wydawało mu się nierozwiązywalne.
Dopóki Afrykanin jest Ŝywy, nie moŜna go w Ŝaden sposób pozbawić statusu
cudotwórcy! A
dopóki ma status cudotwórcy - zamach nie ma sensu: ani kulą, ani noŜem go nie
dosięgniesz...
-
N-no, moŜe... jakoś tak... wykreślić go z listy?... - z nadzieją
powiedział.
-
Jak?... - zduszonym głosem spytał Patriarcha. - Jak to zrobisz bez
rozgłosu?... A w
niego wierzy trzy czwarte wyborców!... Chcesz ich przekonać, Ŝe nie...? Idź -
przekonaj!...
Strona 97
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
Młodziutki ludowy komisarz inkwizycji skurczył się, zmartwiał.
-
Spróbować dynamitem? - zaproponował z rozgoryczeniem.
-
Zwariowałeś? - wykrzyknął Patriarcha. - Dynamitem!... A co wtedy w ONZ
będziesz pokazywał? Kłaki?...
**#
Za oknami wysokiej celi Patriarchy niczym czarna, ślepa ściana górowała dwunasta
godzina nocy (według czasu łyckiego). Sam Porfiriusz zasiadał za stołem. Ponuro
wsłuchiwał
się w złowieszczy szum dobiegający z nieba nad stolicą. "Night Marę" Szóstej
Floty USA
wznowiły rozpoznawanie celów. Widać, za mało im było jednego wypadku...
Cała ta historia z Afrykaninem zadręczyła Porfiriusza tak, Ŝe parę godzin temu
wyrzucił ze składu Biura Politycznego i wysłał na emeryturę wiekowego
protopartorga
Wasilija, który był na tyle nieostroŜny, Ŝe swoją powierzchownością przypominał
Afrykanina. W dodatku sformułowanie uzasadnienia brzmiało przeraŜająco: "Zwolnić
z
zajmowanego stanowiska w związku z ostrą niewydolnością serca..."
Cicho zabrzęczał, po czym usiadł na lewej ręce Patriarchy przezroczysty,
chudziutki
komar. Najwidocznie przyleciał skądś zza DŜumachlinki. Łyckie komary na takie
bluźnierstwo po prostu by się nie odwaŜyły... KaŜdy, będący na miejscu
Porfiriusza, od razu
posłałby go tam, gdzie diabeł mówi dobranoc - rozmazując jednym uderzeniem. Ale
Patriarcha na wskroś był politykiem. Pokiwał ze współczuciem głową, z delikatnym
wyrzutem obserwował jak, po wypiciu rubinowej kropelki rozdyma się brzuszek
bezmyślnego krwiopijcy... "Po co tyle wypijasz, głuptasie? - wydawało się, Ŝe
mówiły
Ŝałośnie oczy Porfiriusza. - Mnie nie ubędzie, ale mógłbyś chociaŜ pomyśleć o
sobie..." W
końcu opity komar ocknął się, zahuczał z natęŜeniem, popróbował się zmyć. Za
późno.
Przesadził. Wypita krew pociągnęła go w dół... Dopiero wtedy Patriarcha
westchnął i pogroził
palcem spadającemu owadowi...
- Och, ty antychryście!...
Tego niewielkiego wstrząsu wystarczyło, choć moŜe doszło do jakiegoś zwykłego,
niechcianego cudu, z których słynął Patriarcha, bo brzuszek natychmiast pękł,
oblewając blat
stołu krwią niewinnego, a sam komar (właściwie tylko jego górna połowa) uniósł
się,
brzęcząc, pod sufit...
Czy nie tak jest z człowieczą duszą?...
Nagle Patriarcha zaniepokoił się. Wstał, przeszedł się po celi, wyjrzał przez
okno... W
dole świecił złotymi ogniami nocny Łyck... Daleko, nad czteropiętrowym sklepem
"Akcesoria kultowe" płonęły jasnoczerwone, neonowe literzyska: "DZIĘKI BOGU!"
Stolica
spokojnie pogrąŜała się w sen...
A mimo to, coś się wydarzyło przed sekundą... Coś bardzo, bardzo waŜnego...
Zresztą,
chyba nie tutaj - za DŜumachlinką...
Jasnowidz nie pomylił się. Właśnie w tej samej chwili przed budynkiem, w którym
mieściła się firma "Ograbank", gdzie powinno było dojść, według pierwotnego
zamierzenia
Afrykanina, do spotkania "Czerwonych cherubinów", wybuchł samochód osobowy pełen
dynamitu...
-
Dziecię moje... - świętoszkowato wyrzekł Porfiriusz. - PrzecieŜ w
zasadzie
dogadaliśmy się: Ŝadnych wybuchów...
-
Ten wybuch nie jest nasz - bronił się pobladły Pitirim.
Odwaga odwagą, ale na widok takiej pokory kaŜdy stchórzy. Pokora, zdaniem
Dostojewskiego, to - ogólnie rzecz biorąc - ogromna siła, a juŜ pokora
Patriarchy... Od razu
Strona 98
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
moŜna zamawiać trumnę.
-
Nie nasz, mówisz? - z miną nierozumiejącego dziecka zapytał Porfiriusz.
- To czyj,
w takim razie?...
-
Trudno powiedzieć... Sprawdzamy... NajwaŜniejsze - nie było tam
Afrykanina...
Pewnie wyczuł niebezpieczeństwo... zebrał podziemie pod innym adresem...
Oczy Patriarchy dobrotliwie rozjaśniły się, przenikając grzeszną duszę
metropolitruka
aŜ po samo dno... Wystraszył się - więc nie kłamie. W takich sytuacjach kłamią
bez strachu i
namysłu. Najwidoczniej, rzeczywiście ten wybuch nie jest dziełem jego rąk...
- Nawet jeŜeli nie nasz!... - w końcu wywarczał Patriarcha, ponownie stając się
czepliwy i gderliwy. (Pitirimowi od razu kamień spadł z serca). - To co ty
robiłeś?... Dobrze,
Ŝe chociaŜ Afrykanin uchronił siebie! A gdyby
rozwaliło go w drobny puch?... Od razu pojawiłaby się legenda: Ŝyje, ocalał, to
pokazał się jednemu, to ukazał się innemu, tam się pojawił... A jak potem
zaprzeczysz?
PrzecieŜ bez trupa będziemy jak bez rąk! - Porfiriusz parsknął, pomilczał, potem
spytał: - Co
BakłuŜyno?
- Milczy... Najpewniej uwaŜają, Ŝe to robota prołyckich elementów.
-
Tak, to zrozumiałe... Myślisz, Ŝe juŜ zdąŜył komuś tam obrzydnąć?...
Komu?
-
Jutro wyjaśnimy!... - oŜywiając się, szybko zapewnił Pitirim. - JuŜ mamy
pewne
dane. Naprowadzającym był z pewnością któryś z "cherubinów", najprawdopodobniej
przewerbowany przez nas szofer dŜipa. Nie wiedział, Ŝe zmieniono miejsce
schadzki, podał
poprzedni adres... Jak widać, nie tylko nam...
-
No, pochwalić, pochwalić - operacyjnie działacie, operacyjnie... -
pochwalił
Porfiriusz.
Ludowy komisarz inkwizycji po usłyszeniu komplementu znowu się przeraził. "Z
powodu ostrej niewydolności serca..." - zabrzmiał w jego uszach oficjalnie
Ŝałobny głos
spikera radiowego.
Trzeba natychmiast coś zrobić. Natychmiast!... Mózg zdopingowany dodatkowym
kopem adrenaliny nie zawiódł.
-
Sądzę - odwaŜył się rzec Pitirim, zarazem pokaszlując ostroŜnie. - Czy
naprawdę
koniecznie musimy mieć trupa?...
-
Jak to rozumieć? - zainteresował się Patriarcha.
-
Jeśli pogrzeb przerodzi się w masową, ogólnonarodową demonstrację... Mam
wraŜenie, Ŝe na Zachodzie uwierzyliby nam bez ciała... A u nas - tym bardziej...
-
Poczekaj, poczekaj... - powiedział odsuwając się Porfiriusz. - Co chcesz
zaproponować?
-
Wariant najprostszy. śałoba narodowa. Cynkowa trumna - i koniec
sprawy!...
Przez kilka sekund Porfiriusz nie poruszał się. Potem wstał. Rzadki przypadek.
Jakie
to Ŝałosne, Ŝe Bóg nie obdarzył Patriarchy słusznym wzrostem. NiezasłuŜenie... -
Dlatego
Porfiriusz starał się rozmawiać z ludźmi siedząc, a na trybunę wspinał się
samotnie - Ŝeby nie
moŜna było go z nikim porównać.
I
Niesłyszalnym krokiem lunatyka przeszedł się po celi wysłanej dywanem. Z boku,
jakby ponownie chcąc odczytać i zapamiętać rysy jego twarzy, spojrzał na
Pitirima.
-
A co zrobić z samym Afrykaninem? - zapytał przymilnie.
-
Samozwaniec! - odpowiedział energicznie ludowy komisarz inkwizycji.
-
Jak to - samozwaniec?... PrzecieŜ w BakłuŜynie cuda...!
-
Jakie tam cuda? PrzecieŜ będzie go grzebał cały naród! Szczerze!... Ze
łzami!... A to
Strona 99
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
oznacza, Ŝe sprawcza moc cudotwórcza od razu przejdzie z Afrykanina na jego
mauzoleum!
A z samozwańcem, pozbawionym mocy boŜej, poradzimy sobie bez kłopotów -
sprzątniemy...
Patriarchy twarz wyraŜała zamyślenie. Obszedł stół, powoli usadowił się w
wysokim
fotelu. Wygląda na to, Ŝe znalazło się wyjście z sytuacji, ale trzeba jeszcze
przemyśleć
szczegóły - bardzo dokładnie...
-
Mówisz: cynkowa trumna? To znaczy, Ŝe zginął podczas wybuchu. Tak,
patrioci
wyciągnęli ciało spod gruzów, przekazali nam... - Wtedy na twarzy Patriarchy
pojawił się
wyraz pewnego zwątpienia. - Cynkowa... - powtórzył z niezadowoleniem. - Nie, to
tak
niesolidnie! Lepiej urna z prochami... Jasne, Ŝe idealnym wariantem byłaby
mumia, ale... Na
to, Ŝeby przygotować mumię nie mamy czasu... - Znowu zamyślił się. -
Poczekaj!... A co z
oficjalną wersją o chorobie?...
-
Wszystko pasuje... Poczuł zbliŜanie się śmierci - zdecydował się paść w
boju. Ten
sam wariant Che Guevary, tylko trochę bardziej skomplikowany...
-
No dobrze! A dzisiejszy biuletyn? Kto go wywiesił?
- Wrogowie - a któŜ by inny?... - patrząc z oddaniem na Patriarchę rzekł
Pitirim. -
Wrogowie wewnętrzni... Ich jawny proces - od razu po pogrzebie! Bez tego, w
Ŝaden
sposób...
Porfiriusz westchnął. Wyjątkowo nie chciało mu się rzucać w ofierze siwiutkiego,
jasnookiego Didima - no, ale co robić!... Trzeba.
ROZDZIAŁ 12
SASZKA, lat dwadzieścia jeden, lejtnant
Głupi mają szczęście. No jak to moŜliwe: pojawić się w biały dzień w rzucającym
się
w oczy ubiorze mnicha na głównym placu BakłuŜyna - i nie zostać zatrzymanym?...
Na placu,
pełnym kwiatów, dzieci, kontrwywiadow-ców... Tam, gdzie na kaŜdy metr kwadratowy
został
rzucony urok! W głowie się nie mieści... gdyby to był czarownik albo cudotwórca
- to jeszcze
moŜna by zrozumieć! A to przecieŜ frajer nad frajerami. A udało mu się!
Przeszedł...
Agenci operacyjni, co prawda, mówili potem, Ŝe uznali gada za swojego. Nawet do
głowy im nie przyszło, Ŝe na plac moŜe przeniknąć ktoś obcy! Jeden nawet
próbował
twierdzić, Ŝe gdzieś juŜ widział tę obrośniętą gnidę: czy to na przyjęciu w
ambasadzie
Baszkartostanu, czy teŜ w sztabie korpusu pancernego...
Krótko mówiąc, prowokator nie zatrzymywany przez nikogo dotarł bez kłopotów do
wzorzystej kraty przed Pałacem Prezydenckim. Wyczekał, kiedy szereg szerokich
rządowych
samochodów wyjedzie zza domu towarowego, szybciutko przykuł się do Ŝeliwnego,
ślepego
kąta ogrodzenia. Wyrzucił klucz od kajdanek w kwiaty na klombie i wyciągnął spod
czarnego
podolka purpurowe płótno z sierpem i młotem. ZaŜądał odzom-birowania więźniów
politycznych...
- Zostawić!... - błyskawicznie rozkazał znajdujący się o dziesięć kroków od
miejsca
zdarzenia starszy lejtnant Obruszyn (dla przyjaciół i zwierzchników - Pawełek).
Dwóch pracowników w cywilu, którzy rzucili się po klucz, natychmiast udało, Ŝe
po
prostu potknęli się. Unosząc ponownie brwi, w rozmarzeniu pogrąŜyli się w
kontemplacji
róŜanych krzewów.
- Saszka!. - wezwał zatroskanym głosem starszy lejtnant, patrząc spode łba na
Strona 100
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
przybliŜającą się limuzynę prezydenta, którą otaczał złocisty, rozmyty blask. -
Zajmij go... A
ja pójdę, przyprowadzę rozwścieczone kobiety z domu towarowego...
Lejtnant Aleksander Koriepanow, z miną prostaka na twarzy, leniwym, spacerowym
krokiem ruszył do prowokatora.
-
A ty co, chłopie, a?... - naiwnie zdziwił się, zatrzymując się przed
przykutym. - A
jeśli rzucą urok?...
-
Zgiń, szatanie! - przez zęby odpowiedział mu tamten. Był wściekły,
wyczerpany,
niewiarygodnie obrośnięty. - Nie boję się waszych diabelskich sztuczek!...
Aura - rzadziutka, z odcieniem prędzej ofiary niźli napastnika... Broni ani
materiałów
wybuchowych teŜ nie widać... CzyŜby rzeczywiście przyszedł tylko
zaprotestować?...
- Dlaczego "naszych"?... - obraził się Saszka. - MoŜe ja teŜ jestem
komsomołobogomolcem?!...
Przeciągnął się, przeŜegnał, nawet nie krzyŜem, a znakiem gwiazdy, kreśląc
ściśniętą
pięścią w modlitewny zygzak: czoło - lewy sutek - prawe ramię - lewe ramię -
prawy sutek.
Jednak przy tym uczynił mały podstęp: przesunął kciuk pomiędzy palcem
wskazującym i
środkowym, a mały - pomiędzy środkowym i czwartym, tak Ŝe gest nie miał świętej
mocy.
Kto będzie niepotrzebnie ryzykował - rękę ma stracić? A moŜe rzeczywiście
obrzuci łaską - i
Ŝegnaj, kariero czarownika!... Wtedy zresztą trzeba by poŜegnać się z kaŜdą
karierą...
Przykuty mrugnął, z niedowierzaniem wpatrzył się w podejrzanego sojusznika. Ten
zaś podszedł bliŜej, jakby przypadkiem zasłaniając podjeŜdŜającą kawalkadę
samochodów, z
ciekawością dotknął przypiętego do riasy Orderu Lenina, mistrzowsko wyciętego
piłką
włosową, wymalowanego i - w niektórych miejscach - nawet wyzłoconego.
- A dlaczego u ciebie order z dykty? Za Afrykanina, czy co, chcesz uchodzić?
Rzeczywiście protopartorg, jak lejtnant Koriepanow wiedział z całą pewnością,
takŜe
nosił na piersi podobną samoróbkę - nawet wielu nią uzdrowił.
-
A choćby za Afrykanina!... - odgryzł się owłosiony, próbując wyjrzeć,
ale
bezskutecznie poza plecy lejtnanta.
-
A co tam?... - prostodusznie zainteresował się tamten. - Odwrócił się.
Kolumna zagranicznych samochodów, niczym kilwater zdąŜyła przybić do płasko
opadających ku placowi stopni schodów pałacu. Prezydent opuścił limuzynę i -
świecąc
niewidoczną dla zwykłych wyborców złocistą aureolą - stał teraz w towarzystwie
siwego
Murzyna, dwóch malutkich Japończyków w okularach i rosłego, długozębnego
Anglosasa...
Pozostałych cudzoziemców moŜna było nie brać pod uwagę: Moskwa, Petersburg,
Kazań...
Wszyscy z powściągliwym zdziwieniem patrzyli na dziwaczną parkę stojącą przy
Ŝeliwnym
ogrodzeniu.
- Wiesz co?... - ryzykownie zaproponował Saszka, znowu odwracając się do
prowokatora. - Hukniemy "Międzynarodówkę", no nie? Chórem! Fajnie będzie!
- Zgiń, maro nieczysta, powiedziałem!... - wysyczał ten bezsilnie, zasłonięty
całkowicie przed widokiem ze skrzydła.
- A niech cię! Coś tak się zapętlił? "Zgiń... zgiń..." No! śeby usłyszeli! No!
Razem!...
Bo zaraz odejdą...
Lejtnant Koriepanow obejrzał się. Właśnie tak było - komisja ONZ prowadzona
przez
prezydenta szła juŜ do otwartych drzwi... Wtedy wreszcie, od domu towarowego
podbiegły
wyszukane przez Pawelka rozwścieczone kobiety. Na przedzie, z brezentowym
plecakiem w
Strona 101
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
odsuniętej ręce leciała jakaś miniaturowa osóbka. Zresztą nie, nie całkiem
miniaturowa.
Raczej - przyziemista, poniewaŜ przy całym swoim malutkim wzroście miała wielką
głowę,
szerokie bary i była wyjątkowo grubokoścista. Wydaje się, Ŝe Saszka juŜ miał
szczęście
kiedyś się z nią spotkać...
- Ach, wy, dranie!... - wypiszczała atletycznie zbudowana karlica, z rozmachem
opuszczając twardy plecaczek na głowę Saszki. - Nam tu chłopów nie starcza, a
ten do
zakonu się wybrał?
Koriepanow gruchnął z łomotem na asfalt, wypełzł z tłumu, otrzymując jeszcze po
drodze kilka kopniaków po Ŝebrach.
- Ej! Kobietki! Kobietki!... - mamrotał, zasłaniając potylicę. - A mnie to za
co? Przecie
ja tak, z ciekawości...
Kiedy przedarł się przez ścisk, obejrzał się. Komisja ONZ w pełnym składzie
stała na
schodach i - z zainteresowaniem mruŜąc oczy - obserwo-
wała rozwój sytuacji. Dwóch milicjantów w wyjściowych mundurach wcisnęło się w
tłum. Starając się nikogo nie uszkodzić, przecisnęli się do przykutego,
zasłonili go sobą.
Trzeci milicjant ryl w klombie - szukał kluczy od kajdanek.
Prezydent z przepraszającym uśmiechem odwrócił się do zagranicznych gości,
lekkim
gestem rozłoŜył ręce. Tak u nas jest... Chronimy Ŝycie i zdrowie kaŜdego
obywatela, bez
względu na to, jakie ma przekonania...
Odkutego owłosionego odprowadzili do milicyjnego radiowozu. Przy samych
drzwiczkach nagle odwrócił się, wyprostował prawą rękę i - widocznie czując, Ŝe
juŜ nie ma
nic do stracenia - szybko przeŜegnał krzyŜem na poŜegnanie naroŜnik domu
towarowego.
Kawał sztukatury na pierwszym piętrze, utrzymujący się jedynie na zaklęciu,
oderwał się od
ściany, z cięŜkim łomotem gruchnął na asfalt...
- Widzisz, ale bydlak, nie?... - wycedził Pawełek, który zdąŜył juŜ wrócić.
Odprowadził nieprzyjaznym spojrzeniem odjeŜdŜającą "sukę". - Skąd się taki
wziął?... A
gliniarze gdzie patrzyli?... Oczu nie mają?
Saszka, krzywiąc się, potarł pulchny rumiany policzek z głębokim zadrapaniem od
sprzączki plecaka. Nerwowym pstryczkiem strzepnął z klapy marynarki delikatny
listek
paprotnika.
- Słuchaj no, co to za dyletanci!... - poskarŜył się. - PrzecieŜ z nimi nie daje
się
pracować!...
MoŜna było zrozumieć Saszkę... Spróbuj, człowieku, wyjaśnić temu owłosionemu, Ŝe
swoim głupim, samowolnym popisem zepsuł powaŜną, szczegółowo zaplanowaną
prowokację!... Przygłup - zawsze będzie przy-głupem... Zapiał kogut - a świtu i
tak nie
będzie! A przecieŜ trzeba będzie go jeszcze przesłuchać... Jakby mało było
roboty!
Z tłumu mieszkańców stolicy, którzy zjawili się przywitać przybyłą komisję ONZ,
wystąpił i zatrzymał się zmieszany, szczupły, podobny do wyrostka chłopina w
czarnej,
dopasowanej w talii riasie. Na oko moŜna było mu dać zarówno trzydziestkę, jak i
cztery
dychy, a jeśli się złośliwie uprzeć - nawet całe czterdzieści pięć lat. Z
niezrozumieniem i
obrazą patrząc na kontrwywiadowców, bezwstydnie zadarł podołek i pokazał im
skraj
czerwonego proporca. Co mu teraz z tym robić, no?...
Starszy lejtnant Paweł Obruszyn ze złością pokręcił głową, jakby strzą-snąć
chciał
komara, próbującego usiąść mu na prawym uchu: teraz mam
waŜniejsze sprawy niŜ ty... Chłopina od razu wszystko zrozumiał, zasłonił krocze
Strona 102
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
i
zniknął wśród tłumu.
Wszyscy wiedzą, Ŝe milicja i kontrwywiad nienawidzą się serdecznie, ale mało kto
zdaje sobie sprawę, Ŝe ta wzajemna nienawiść zrodziła się jeszcze na szkolnej
ławie. Jeśli do
kontrwywiadu wybierają zazwyczaj wzorowych uczniów z wysokimi ocenami ze
sprawowania, to do słuŜby patrolowej najczęściej idą chłopcy z biednych rodzin.
Innymi
słowy, od razu rzuca się w oczy konflikt pomiędzy pierwszą i oślą ławką,
odwieczna
nienawiść dwójkarza do kujona - i na odwrót.
Kiedy pyta się pedagogów, po co przyszłemu bandziorowi wiedza o trygonometrii,
ci
zazwyczaj gniewnie uchylają się od odpowiedzi, mówiąc, Ŝe dla ogólnego rozwoju.
Jak kaŜde
inne - pozbawione sensu - skrzydlate wyraŜenie, brzmi to diabelnie pięknie, więc
wszyscy
szybko odczepiają się od nich, Ŝeby nie okazać się głupcami. Ale jeśli pokonać
wstydliwość,
zadać jeszcze bardziej nietaktowne pytanie: na jaką cholerę trzeba wmawiać
przyszłym
Ŝołnierzom, Ŝe bić się nieładnie! - wtedy pedagog ostatecznie się zbiesi,
poniewaŜ podpisał
dokument o zachowaniu tajemnicy...
Zatem informujemy wszystkich: powszechne obowiązkowe nauczanie jest
rozpaczliwą próbą państwa unieszkodliwienia własnych obywateli jeszcze w
kołysce, no,
moŜe ciut później. Próbą otumanienia nieokrzepłych dziecięcych głów absolutnie
bezsensowną wiedzą oraz nie mniej bezsensownymi normami zachowania się. Mówiąc
prościej: wychować frajerów, poniewaŜ manipulowanie frajerami - to sama
przyjemność. Ale
chłopa-czyska są juŜ na tyle bystre, Ŝe najbardziej błyskotliwych trzeba nawet
wysyłać do
poprawczaka...
Dlatego podejścia do przygotowania przyszłych kadr dla gliniarzy i dla
kontrwywiadu
są zupełnie róŜne. Główne zadanie milicji - nauczyć byłego "trudnego" młodzieńca
napisania
protokołu z wykorzystaniem wcześniej zatwierdzonych słów i wymówienia kilku zdań
pod
rząd bez uŜycia bluzgów. Wszystko pozostałe juŜ umie - mimo całego
wychowywania...
Zadanie kontrwywiadu jest zupełnie przeciwstawne: zrobić z byłego maminsynka i
kujona
wyrachowanego zabójcę i kłamcę-wirtuoza.
Zresztą to zadanie nie jest juŜ tak bardzo skomplikowane. Wystarczy, Ŝe
inteligent
chociaŜ raz przekroczy pewną wewnętrzną granicę - potem kaŜdy bandyta przy nim
blednie!
Wystarczy wspomnieć - dla przykładu - Raskolnikowa... KaŜdy łysol na jego miescu
ograniczyłby się do jednej staruszki - zaś Rodion zaciukał dwie... Dlatego tak
obraźliwe jest
wysłuchiwanie brudnych, absurdalnych oskarŜeń pod adresem Władimira Iljicza
Lenina!
PrzecieŜ, bez najmniejszej wątpliwości, był najbardziej honorowym człowiekiem, o
kryształowo uczciwej duszy, inteligentem z najwznioślejszymi ideałami...
Albowiem przelać
taką ilość krwi moŜna jedynie w imię dobra i sprawiedliwości...
Jeśli moŜna wierzyć świadectwom mu współczesnych (chociaŜ, rzecz jasna, nie
wolno
im w Ŝadnym wypadku wierzyć), Ignacy Loyola jakoby mawiał, Ŝe - do czorta - cel
uświęca
środki... Tak! A im bardziej podłe są te środki, tym bardziej wzniosłego celu
potrzebują do
uświęcenia... A kiedy uczony znajduje w dokumentach historycznych podłość w
Strona 103
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
takiej skali,
Ŝe nie chce się w nią uwierzyć, ma świętą rację zakładając, Ŝe nie popełniono
jej dla czystej
sztuki, lecz dla osiągnięcia jakiegoś wyjątkowo światłego marzenia ludzkości.
Wróćmy jednak do naszych bohaterów...
O ile moŜna sądzić po tych zarozumiałych, niedbale rzuconych słowach dotyczących
dyletantów, młodzi ludzie uwaŜali siebie za doświadczonych profesjonalistów,
zmęczonych
cyników i - co zrozumiałe - nie całkiem mieli rację. Pół roku współpracy z
Wybierzniewem -
to, rzecz jasna, niezła szkoła, ale dla pełnej utraty iluzji ten okres wyraźnie
nie wystarcza...
Pewną wewnętrzną granicę Pawełek i Saszka przekroczyli juŜ dawno, ale mimo
wszystko puder, którym w liceum, w koledŜu obsypywano ich zwoje mózgowe, wytarł
się
jedynie w połowie. Na przykład, obaj szczerze wierzyli, Ŝe wrogowie znajdują się
po tamtej
stronie granicy, a nie po tej; Ŝe cudzoziemski agent jest bardziej
niebezpieczny, niŜ usiłujący
ciebie podsiąść kolega... Pawełek jeszcze był w miarę, ale Saszka był na tyle
naiwny, Ŝe
jeszcze teraz sądził, Ŝe w dyskusji rodzi się prawda. (Młodszym czytelnikom
wyjaśniam: w
dyskusji rodzi się zbiorowy błąd, który nazywamy prawdą tylko dla zwięzłości
wypowiedzi).
Właśnie teraz Pawełek z Saszka, zatroskani rozwaŜali, jak tu najdelikatniej
zameldować Wybierzniewowi, Ŝe zaplanowana prowokacja nie wypaliła, a w zamian -
doszło
do niezaplanowanej. Jak to się mówi, komentarz zbyteczny...
-
Pozwolicie, Nikołaju Sanyczu?
-
Mhm...
Z niezapalonym papierosem przyklejonym do obwisłej dolnej wargi i z pilotem w
ręku pułkownik Wybierzniew siedział bokiem na brzegu biurka, z uwagą wpatrując
się w
ekran telewizora. Transmisja szła słuŜbowym łączem bezpośrednio z Pałacu
Prezydenckiego.
Gleb Portniagin przyjmował wysokich gości w Sali Klonowej.
- W zasadzie nie ma Ŝadnych podstawowych róŜnic poglądów z
komunoprawosławiem - czarująco uśmiechając się, wykładał przyjemnym barytonem. -
To
oni mają do nas pretensje! Mówią, na przykład, Ŝe jesteśmy przeciwnikami wody
święconej...
PrzecieŜ my nie jesteśmy przeciw!... Kropcie sobie na zdrowie!... Ale trzeba
przecieŜ
wiedzieć, gdzie kropić!... Oni w swoich kościołach agitacyjnych kropią na oślep:
na prawo,
na lewo, gdziekolwiek... A bies - gdzie on! Siedzi sobie na suficie i śmieje
się...
Goście z zagranicy spojrzeli na sufit, na który wskazał szef państwa, z
zaciekawieniem przysłuchiwali się szybkiemu terkotaniu tłumacza.
- Metropolitruk go nie widzi!... - prezydent podniósł głos. - PoniewaŜ nie jest
czarownikiem! A nasze zaklęcia? Jak rozpoczynają się wszystkie? "Wyjdę ja, sługa
BoŜy..."
Albo teŜ "słuŜka BoŜa..." To jest, my sami siebie uznajemy za sługi BoŜe, tylko
oni nas za
takich nie uznają... Dla nich w ogóle nie jesteśmy ludźmi - a bezpartyjnymi
antychrystami...
Prezydent zamilkł obraŜony, potem niespodzianie groźnie spojrzał w pusty róg
sali,
dmuchnął na kogoś. Gdyby Saszka znajdował się w sali, rzecz jasna zobaczyłby, na
kogo
właściwie, ale tak, z ekranu, za cięŜko... Przeniknąć w astral poprzez telewizor
- na to trzeba
być, co najmniej - członkiem Ligi...
A Gleb Portniagin władczo poruszył brwią i kontynuował z narastającym
oburzeniem:
- Zakazali dziewkom w Wielkim Październiku warzyć lubczyk - potem jeszcze skarŜą
Strona 104
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
się, Ŝe spada u nich przyrost naturalny!... Pewnie bakłuŜynianie rzucili na nich
uroki... A to,
Ŝe myśmy jakoby rozjechali czołgami cerkiew w kołchozie w Wieprznikach - to juŜ
czyste
pomówienie... Po pierwsze nie była to cerkiew, a magazyn warzyw, a po drugie -
nikt go nie
rozjeŜdŜał. Od wstrząsu - tak, z tym mogę się zgodzić: mógł się rozwalić...
Zresztą pewnie
sami ją traktorem specjalnie sprasowali!...
- Daj Murzyna... - burknął Wybierzniew.
Saszka chciał zapytać, ale okazało się, Ŝe mówiono nie do niego. Gleb Portniagin
zniknął z ekranu, a kamera, prześlizgując się po twarzach siedzących za stołem,
zatrzymała
się na Murzynie w podeszłym wieku. Trzeba powiedzieć, Ŝe stało się to w dobrze
wybranym
momencie, poniewaŜ w następnej sekundzie czarnoskóry rozwarł szerokie, małpie
usta i silnie
mazurząc, głos'no spytał:
- W Bok-łuŜyn do-szło do wy-wibuch... Kto de-to-nator? I kogo?... Obraz zadrŜał.
Widocznie operator znowu chciał pokazać Portniagina.
- Trzymaj Murzyna... - wycedził Wybierzniew. - Powiększ...
Twarz powiększyła się, nie stając się z tego powodu bardziej pociągająca. Zza
kadru
doniósł się pełen Ŝalu przepiękny aksamitny baryton prezydenta:
-
Jeśli mister Jim Crow ma na myśli wczorajszy wybuch na alei
Nostradamusa, to na
razie Ŝadna organizacja nie wzięła na siebie odpowiedzialności za ten akt
terrorystyczny.
Śledztwo trwa...
-
Mmmm... tak - rzekł Wybierzniew i ściszył dźwięk. - Coś nie najlepiej
idzie dziś
Kondratyczowi... Widziałeś, jaką czarnuch ma podejrzaną mordę? W dodatku juŜ
trzeci raz
interesuje się tym wybuchem... Słyszysz? - Pułkownik podniósł palec.
Saszka wsłuchiwał się. Mruczał ściszony telewizor. Ktoś kręcił się, szeleszcząc,
w
ceglanej ścianie gabinetu. Czy to skrzat, czy teŜ kręciko-łek?
-
N-nie... Niczego nie słyszę...
-
Właśnie. Ja teŜ - z udręką mówił Wybierzniew. Zapalił, spojrzał na
Saszkę. - Co tam
u ciebie?
-
No więc... Pawełek przysłał mnie... zameldować...
-
No, no?...
Saszka tragicznie zmarszczył brwi i zameldował o zdarzeniu na placu. Wybierzniew
słuchał nieuwaŜnie i ciągle zerkał na ekran...
- Szkoda... - w roztargnieniu powiedział w końcu. - Rzecz jasna z
"Międzynarodówką" byłoby bardziej malowniczo... Ale to, Ŝe domyśliliście się,
aby ściągnąć
baby - to doskonale!... Zuchy! Wyszła śliczna draka, wręcz napawałem się - z
daleka...
Dlatego dziękuję wam za mądre i szybkie działania!
- Ku chwale BakłuŜyna... - poczerwieniał, wycisnął z siebie Saszka. Jeszcze nie
umiał
pojąć, Ŝe prowokacja - to bardziej sztuka niŜ nauka.
Dlatego improwizacja często bywa genialna: oryginał wywiera silniejsze wraŜenie
niŜ
najbardziej drobiazgowo przygotowana podróbka, a amator, ustępując zawodowcowi w
mistrzostwie, wszędzie góruje nad nim szczerością...
-
Czy to wszystko?
-
Niestety nie, Nikołaju Sanyczu! Są problemy z zatrzymanym...
-
Co takiego?
-
Powołuje się na Afrykanina... - Saszka zaciął się. - Na pana takŜe...
-
Taa-k?... - Wybierzniew zamyślił się, zgasił papierosa. - Jak on
Strona 105
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wygląda?
-
Taki obrośnięty...
-
Obrośnięty?... Hm... Dobrze, rozpocznijcie przesłuchanie, a ja do was
trochę
później zajrzę...
***
Przesłuchanie rozpoczęło się od usterek technicznych.
- Co, do diabła?... - wymamrotał zaniepokojony Saszka, wyciągając z woskowej
lalki
Ŝelazną igłę i podnosząc jej pordzewiałe ostrze ku oślepiającej lampie. -
Dlaczego nie działa?
Prowokator siedział na przykręconym do podłogi krześle i sądząc po poruszających
się warstwach włosów, ironicznie uśmiechał się. Ręce miał skute za plecami.
-
A moŜe przesłuchać go ręcznie? Manualnie?...
-
PrzecieŜ nie jesteśmy glinami, Saszka... - z wyrzutem przypomniał
bardziej
doświadczony Pawełek. - Nie, nie, juŜ rób jak trzeba...
I starszy lejtnant ze skupieniem oglądał rozłoŜone na biurku instrumenty i
dowody
rzeczowe.
- No, jak mogła działać!... - wywarczał. - Obok leŜy święty Mikołaj, leszcze
ten,
łysy... Daj, schowam ich do sejfu...
Zawinął w purpurowy jedwab zarekwirowany obrazek ze świętym Mikołajem razem z
Orderem Lenina, skierował się do sejfu. Saszka rzucił pytające spojrzenie na
zatrzymanego -
znowu przebił laleczkę. Przesłuchiwany od razu zajęczał, zaczął się kręcić na
krześle.
-
Och, antychrysty!... - wydusił zdławionym głosem, dumnie wlepiejąc w
dręczyciela
zarośnięte włosami nozdrza. - RŜnijcie - nic wam nie powiem...
-
Słabo działa... - doradzał Saszka. - A-a... PrzecieŜ na nim jest jeszcze
krzyŜ!...
Słuchaj, pomóŜ, bo znowu ukąsi...
We dwóch jakoś udało im się uwolnić wściekle broniącego się prowokatora od
krzyŜyka na piersi.
- No, teraz to juŜ inna sprawa... - z zadowoleniem przemówił Saszka. - A więc...
W
jakim konkretnym celu, na czyje polecenie przeniknęliście na terytorium
niepodległej
Republiki BakłuŜyno?
Owłosiony przyznał się do wszystkiego od razu...
Po - w przybliŜeniu - dwudziestej minucie przesłuchania zajęczały cięŜkie
piwniczne
drzwi. Współpracownicy obejrzeli się, wyprostowali. Saszka odłoŜył igłę.
Szczera, pięknie ukształtowana twarz pułkownika Wybierzniewa była ponura.
Najwidoczniej wstępna rozmowa prezydenta z przedstawicielami ONZ, jak uprzednio,
toczyła się nieprzychylnie, nie dała się kontrolować. Zasępiony pułkownik skinął
im głową,
wziął ze stołu protokół przesłuchania.
- Ach, nawypisywali!... - zdziwił się, przeglądając pierwszy arkusz. - Agent
Łycka?
No, no, no! Prosto zza DŜumachlinki?...
Pawełek z Saszą, czując, Ŝe coś nie tak, spojrzeli na siebie. Widać
przedobrzyli... A
pułkownik roztargnionym gestem odsunął podziurawioną jak rzeszoto woskową
laleczkę,
usiadł na skraju stołu, z narastającym zainteresowaniem wczytując się w
protokół.
-
Rozkujcie go... - warkliwie rozkazał, nie podnosząc głowy.
-
Tak, Nikołaju Sanyczu!... - przepłoszył się Pawełek. - Ale on
natychmiast zacznie
Ŝegnać krzyŜem wszystkie kąty!...
- Nie zacznie - rzekł Wybierzniew. - Zdejmijcie kajdanki. Saszka wzruszył
ramionami, oswobodził paskudę z kajdanek.
- Oj-jojL. - Wybierzniew wstrząśnięty jakąś "perełką" jęknął. - Próba zamachu na
Strona 106
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
prezydenta... na osobiste polecenie Afrykanina... Chłopaki, co wy, tak szybko
chcecie
otrzymać kolejny awans?
Młodzi ludzie równocześnie zaczerwienili się - na wszystkich czterech
policzkach.
- PotęŜnie, potęŜnie... - z szacunkiem mówił pułkownik. - A najwaŜniejsze, Ŝe
tylko
przez pól godziny przesłuchiwali, nawet niecałe!...
OdłoŜył protokół. Nie schodząc ze stołu, odwrócił się do owłosionego. Ten z
wytrzeszczonymi oczyma wpatrywał się z nadzieją w swojego zbawcę. W twardej
brodzie
błyszczały łzy.
- No, zostawcie nas samych na dziesięć minut...
Saszka i Pawełek w milczeniu odwrócili się. Wyszli. Z pomocą nieskomplikowanych,
czarnoksięskich odbiorniczków, mogli, rzecz jasna, bez problemów podsłuchiwać
rozmowę
ubóstwianego przez nich Nikołaja Sa-nycza z zatrzymanym, ale - rozumie się - nie
śmieli. A
szkoda. Połowę ich złudzeń od razu zdmuchnęłoby niczym wiatrem...
-
Witalij... - powiedział pułkownik, kiedy doczekał się cichego
skrzypnięcia
Ŝelaznych drzwi. - Kiedy spotkałeś się z Afrykaninem?
-
Przedwczoraj w nocy... - ze ściśniętym gardłem wysyczał domorosły
prowokator.
-
Dlaczego nie zameldowałeś? Kudłata głowa bezsilnie opadła na pierś.
-
Jasne... A po co wpakowałeś się na plac? To Afrykanin ci polecił?
-
Nie... Ja sam...
-
Co ty? Co ci odbiło?
-
Podpuścili mnie... i na czarodziei jestem zły...
-
Za co na czarodziei?
- Dom wyburzyli... Obiecali od razu przesiedlić do nowego - nie przesiedlili...
- Ech, Witalij,Witalij... - z wyrzutem powiedział pułkownik. - Nie mogłeś do
mnie się
zwrócić?... Przypomnij sobie: czy choć raz było tak, Ŝe poprosiłeś, a ja ci nie
pomogłem?...
Tłumiąc szloch, Witalij podniósł zarośniętą, jak u skrzata, twarz. Zapłakane
oczy były
pełne szaleństwa. Koniec porowatego nosa zbladł. Tak, to nic innego - owładnęła
nim pycha...
-
Za to co robiłem, nie będę się kajał!... - Głos Witalija, w zamierzeniu
miał
okrzepnąć i zabrzmieć dźwięcznie, ale zamiast dzwonu słychać było jedynie
skrzyp. -
Wiedziałem, na co idę. Gotowy jestem rozliczyć się ze swoich czynów!...
-
A za co masz się kajać?... - zdziwił się Wybierzniew. - My, właściwie,
tak to
zaplanowaliśmy. Tylko z innym wykonawcą. Zadziałałeś czyściutko, nawet wpadło ci
do
głowy sztukaturę na domu towarowym przeŜegnać... A co do rozliczenia - jak
zwykle... -
Pułkownik westchnął, zlazł ze stołu, wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni
marynarki. Wyjął
paczkę, odliczył kilka zielonych papierków, wyciągnął pokwitowanie. - Podpisz
się tutaj -
jesteś wolny... Kiedy będziesz potrzebny - dam ci znać...
Powoli, niezgrabnie Witalij podniósł się z przykręconego do podłogi siedziska.
Chwiejąc się, podszedł do stołu. Nierozumiejącym wzrokiem spojrzał na dolary, na
kwit,
wyciągnął rękę po długopis i nagle zamarł. Ach, gdyby byli tutaj Pawełek z Saszą
- na pewno
zauwaŜyliby, Ŝe aura Witalija pokryła się plamami! Nawet pułkownik, chociaŜ nie
był
czarownikiem, mógłby, jak się wydaje, zwrócić uwagę na ogólny stan wzburzenia
prowokatora. Jednak w danej chwili Wybierzniewa interesowały daleko waŜniejsze
problemy: Afrykanin, dziwne zachowanie komisji ONZ, zagadkowy wybuch przed
"Ograbankiem"...
Strona 107
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Niech Ŝyje Przenajświętsza Rewolucja!... - wystraszonym szeptem powiedział
Witalij. Potem drŜącą ręką złapał jeszcze nie odczarowane narzędzie
przesłuchania i, z
przeraŜeniem jęknąwszy, jednym spazmatycznym ruchem ukręcił woskowej laleczce
głowę.
Głośno trzasnęły kręgi szyjne, porośnięta włosami twarz ofiary niezgrabnie
przekręciła się, wyszczerzyła zęby, oczy wytrzeszczyły się - i z tym okropnym
grymasem
biedak osiadł jak czarny, długi worek na betonowej podłodze piwnicy.
Pułkownik pospiesznie schował kwit i baksy - rzucił się do samobójcy, wiedząc z
pewnością, Ŝe moŜna się juŜ nie spieszyć... Złamanie kręgosłupa, w dodatku u
samej
podstawy czaszki?... Nie, tu nie ma nadziei...
-
Ach, ty, głupi głuptasie! - z udręką wymówił po jakimś czasie
Wybierzniew,
wstając z klęczek. - No, jak moŜna tak... tak blisko przyjmować wszystko do
serca!...
-
Z tyłu zaskrzypiało - cicho, ale donośnie. Nikołaj obejrzał się. Na Ŝelaznym
progu
stali, osłupiali, Pawełek z Saszą. Młodzi ludzie z przeraŜeniem patrzyli to na
trupa Witalija
leŜącego z rozwartymi ustami, to na woskową laleczkę z ukręconą głową, to na
pułkownika...
- Zawołajcie lekarza sądowego... - burknął Wybierzniew. Długaśny Pawełek
przełknął
ślinę, rzucił się wypełnić polecenie. Znowu zaskrzypiały drzwi.
-
Nikołaju Sanyczu... - zacinając się rzekł Saszka. - To pan go?...
-
Nie... on sam...
-
A... A jak to teraz formalnie...
Pułkownik zamyślił się przez sekundę, spojrzał na rozpostarte ciało, poruszył
muskularni policzków.
- Jak... jak... - rzekł roztargniony. - PrzecieŜ biły go baby z domu towarowego!
No
więc, najwidoczniej przełamały mu kręgosłup...
***
Witalij, wieczne mu odpoczywanie, nie przyczynił kontrwywiadowi jakichkolwiek
problemów. Ekspert nie patrząc podpisał akt, ciało odesłano do kostnicy. Wszyscy
wiedzieli,
Ŝe dzień przybycia komisji ONZ będzie zwariowany. ObciąŜać go dodatkowymi
kłopotami
nikomu się nie chciało...
Około południa napięcie wzrosło... Do kolejnej prowokacji doszło zaraz po
zakończeniu wstępnych rozmów, kiedy zagraniczni goście, po opuszczeniu Pałacu
Prezydenckiego, wsiadali do samochodów, Ŝeby pojechać do DŜumachły, gdzie miano
im
pokazać ślady barbarzyńskiego ostrzału artyleryjskiego. Nagle dwóch nieznanych
osobników
w niebezpiecznie bliskiej odległości od cudzoziemców zaczęło na sobie wzajemnie
stosować
chwyty i bloki kung-fu. Kiedy ich zwinięto, wyjaśniło się, Ŝe było to dwóch
głuchoniemych.
To wcale nie była bójka, a gorąca polemika dotycząca krawatu Murzyna: Cardin czy
nie
Cardin?...
Dokładnie w południe Saszka nie wytrzymał.
- Nikołaju Sanyczu!... - Ŝałośnie zajęczał, wpadając do gabinetu. - Mam na
liście
jedenaście łyckich prowokacji! A w alei doszło właśnie do dwudziestej
pierwszej!...
W odróŜnieniu od młodego pędu pułkownik Wybierzniew zachowywał się coraz
spokojniej. Wydawało się, Ŝe narastający chaos działa na niego uspokajająco.
-
PowaŜnie? - spytał. - No to dołącz ją do listy - i po krzyku!...
-
Ale przecieŜ nie planowaliśmy ich!...
-
Widać Afrykanin zaplanował - niewzruszenie odrzekł Nikołaj Sanycz. - A
moŜe -
tak, same z siebie...
Saszka złapał się za rozgorączkowane skronie, cichutko jęknął.
Strona 108
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
Migrena?... - upewnił się Wybierzniew, wsuwając rękę do szuflady biurka,
gdzie
przechowywał tabletki.
-
Ostatnia klepka właśnie odpadła... - przyznał się zduszonym głosem
Saszka. -
Nikołąju Sanyczu! Powie mi pan szczerze! Pan, co? Zwerbował Afrykanina? Czy on
dla nas
pracuje?...
-
AleŜ dlaczego? - miękko odezwał się Wybierzniew. - Afrykanin pracował i
pracuje
przeciw nam... Po prostu nasze zadania w tym konkretnym przypadku się
pokrywają...
Zastraszyć komisję ONZ łyckim zagroŜeniem, zaostrzyć sytuację...
-
Ucieknę w astral... - obiecał Saszka załamany.
-
Tylko spróbuj! Przydasz mi się jeszcze tutaj. - Pułkownik westchnął,
sposępniał,
dorzucił: - Nieszczęście, Saszka, znajduje się gdzie indziej... Coś ani nam, ani
Afrykaninowi
nic się, do diabła, nie udaje... A gdzie jest Pawełek?
-
PrzecieŜ odkomenderował go pan do DŜumachłyL.
-
A! No tak... Pewnie pojedziemy razem... Trzeba, widzisz, spotkać się z
pewnym
mafiosem...
-
Z kim?! - Saszka nie uwierzył własnym uszom.
- Z Czaszką... - szybko wyjaśnił Wybierzniew. - Dostałem o nim bardzo ciekawe
informacje... A właśnie, Afrykanin dzisiaj rano oglądał muzeum etnograficzne...
Przyjechał
białym mercedesem... Czujesz, czym to pachnie?
Bezrobotny Maksym Krochotow czuł się obraŜony do głębi duszy wydarzeniem na
placu. Wybierzniew nigdy wcześniej go takim nie widział.
-
No nie, to obraza, Nikołaju SanyczuL. - skarŜył się Ŝałośnie Maksym,
miotając się
po kuchni i wymachując czarnymi szerokimi rękawami dopasowanej riasy. W rogu, na
oparciu krzesła obijał się błyszczący purpurowy jedwab proporca, który na nic
się nie przydał.
- PrzecieŜ jeszcze nigdy was nie zawiodłem!... A tu nagle zamieniliście mnie na
jakiegoś...
niedorobionego!... No, mogliście wcześniej chociaŜby zrobić aluzję, Ŝe mi nie
dowierzacie!
Bo w takim razie, po co to?...
-
A niech tam cię... - łagodnie wyburczał Wybierzniew. Siedział, załoŜył
nogę na
nogę, smętny, palił... Pułkownik duŜo palił. - PrzecieŜ zapłaciliśmy ci za
fatygę... Jaki jest,
taki jest - zawsze zysk...
-
Czy na tym polega sprawa?... - cienko zapiszczał Maksym. - PrzecieŜ teŜ
mam
swoją dumę! No, widziałem tego waszego... zarośniętego!... Riasa - obwisa!
Wyraźnie -
cudza! Dykcja - do niczego! JuŜ o dziesięć kroków nic się nie da zrozumieć!... A
ja -
dopasowałem riasę, egzorcyzm "Bądź przeklęty" na pamięć wyuczyłem... Ech,
Nikołaju
Sanyczu! PrzecieŜ ja bym to "Bądź przeklęty" tak na placu huknął, Ŝe nas by od
razu, bez
zastanowienia, do NATO przyjęli! Ze strachu!...
-
Komisja nie z NATO... - delikatnie zauwaŜył stojący w drzwiach Saszka. -
Z ONZ...
-
A to wszystko jedno - w głowę, albo po głowie!... Obraziliście mnie,
Nikołaju
Sanyczu... Wracałem do domu w tej riasie jak jakiś dureń - nie wiem nawet gdzie
oczy
podziać... Skrzata spotkałem po drodze - a ten szczerzy zęby... Ech!...
-
Dobrze juŜ, Maksym, nie gorączkuj się - Wybierzniew zgasił papierosa. -
Jeszcześ
młody - zdąŜysz swoje odegrać!... Zdejmuj to swoje przebranie, idź pospacerować
na
Strona 109
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
godzinkę, zgoda?...
ObraŜony Maksym Krochotow, gderając, poszedł się przebrać. Dumny. Będzie
prowokatorem pierwszej wody... Bez zaangaŜowania w tym zawodzie nie osiąga się
szczytów...
Prawdziwe nazwisko Czaszki wcale nie brzmiało Czaszkow, nawet nie Czaszkicyn,
jak przypuściłoby wielu, lecz - Kalinnikow. Przezwano go Czaszką wyłącznie z
powodu jego
wyglądu. Był średniego wzrostu. Wszystko pozostałe odpowiadało ksywie.
-
Po co wzywałeś, naczelniku?...
-
Pogadać o minionych czasach... - niewzruszenie odezwał się Wybierzniew.
- Jak
tam ci było, w przeszłości?
-
Wszystko normalka... - ostroŜnie odpowiedział Czaszka.
- Nikt więcej nie okantował ciebie na piętnaście srebrników? Jakim cudem Czaszka
mógł zrobić grymas - to zupełnie nie do pojęcia. Skóra i kości. Ani jednego
mięśnia na
twarzy...
-
Niepotrzebnie śmieje się pan, naczelniku... Pan się podśmiewa, a ja w
głębi duszy
wierzę...
-
Tak i sądzę!... Jeśli juŜ Esauła musieli pogrzebać - widać, wierzysz.
-
A jak moŜna inaczej? Szanować przestaną...
-
To zrozumiałe... - Wybierzniew pokiwał. - Widać z tego, Ŝe Kulawiec ci
nie w
minionym Ŝyciu zalazł za skórę, a w bieŜącym?...
Czaszka poruszył się i pytająco wpatrzył w pułkownika.
- Osobówka z dynamitem...-przypomniał mu ten.- Czaszka!... PrzecieŜ właściwie
nigdy nie pchałeś się do polityki... śycie ci obrzydło?... No, to idź do
Pankracego, powiedz
mu w oczy: tak, cholera, Ŝycie mi obrzydło. Będziesz miał jeszcze jedno minione
Ŝycie poza
sobą...
Przez sekundę Czaszka siedział, ze zmarszczonym, ściśniętym wpa-dłymi skroniami
czołem.
- A dlaczego mam do niego pójść?...
- No to ja pójdę, jeśli chcesz... Zmarszczki z ulgą wygładziły się.
-
A kto ci na to pozwoli, naczelniku?... - ze szczerym niezrozumieniem
powiedział
Czaszka. - Pan co, swojego starego nie znasz? No to, jeśli chcesz, wszystko ci o
nim
opowiem... jeszcze do rozpadu powiatu dwa razy mnie posadził...
-
Zrozumiałem! - energicznie, wesoło przerwał mu pułkownik. - To wszystko,
co
chciałem wyjaśnić. Lejtnancie, odprowadźcie...
Saszka mrugał oczyma. Zbity z pantałyku Czaszka podniósł się z krzesła, z lekko
uniesionymi kośćmi ramion wyszedł do przedpokoju. Widać do końca nie zrozumiał,
o co tu
chodzi...
- Nikołaju Sanyczu... - zamykając za gościem drzwi, zwrócił się do Wybierzniewa
bardziej dociekliwy i zakłopotany Saszka. Na jego krągłych policzkach wyraźnie
zbladły
rumieńce. - Co to znaczy?... śe
generał Wściekły... - ściszył głos do szeptu -... zamówił pana u Czaszki?...
-
Nie mnie... - poprawił Wybierzniew, przypalając kolejnego papierosa. -
Afrykanina... Mnie nie ma po co wysadzać... Po prostu Tol Tolicz nie miał
wyboru. Donieśli
mu, Ŝe my z Afrykaninem będziemy w jednej kompanii...
-
A pan teraz... zamelduje o tym prezydentowi?... - ze strachem spytał
Saszka.
Rozbawiony strachem młodego współpracownika Wybierzniew uniósł brwi, popatrzył
ironicznie na Saszkę.
-
Czytałeś Dostojewskiego?
-
T-tak... Coś tam...
-
Dziennik pisarza, na przykład?
-
N-nie...
-
Fiodor Michajłowicz tak rzekł: "W Rosji prawda prawie zawsze nosi
charakter
Strona 110
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
zupełnie fantastyczny..." Czy ty chcesz, Ŝebym z tą fantastyką poszedł do
Kondratycza?...
-
PrzecieŜ jest magiem, Nikołaju Sanyczu! Głową Ligi!... Naprawdę nie
zrozumie?...
-
Zrozumieć, to zrozumie. Ale nieprawdopodobieństwa nigdy nie wybaczy.
Prawidłowo postąpi!... PoniewaŜ nieprawdopodobieństwo, zapamiętaj, to pierwszy
znak
nieprofesjonalizmu...
Wybierzniew pomilczał, potem z tęsknotą popatrzył na obłupany sufit kuchni.
- Cisza... - zauwaŜył. - Od samego ranka...
Wtedy w końcu Saszka skojarzył, o co chodzi. Umilkł przeciągły, syczący dźwięk
amerykańskich turbin. Niebo nad BakłuŜynem ogłuchło. Zresztą nad Łyckiem pewnie
takŜe...
Pogoda zaczynała się psuć. Od strony DŜumachłinki pełzła płodna w błyskawice
ołowiana
chmura.
Nagle pułkownik poklepał lewą kieszeń marynarki, jakby łapiąc za rękę
niewidzialnego złodzieja. Najwidoczniej jego pager został nastrojony na
wibrację, a nie na
sygnał dźwiękowy. Wybierzniew wyjął aparacik, nacisnął przycisk...
- "Maszkę... złamano..." - przeczytał głośno wiadomość. - No i masz całe
wyjaśnienie... Łyck przyjął wszystkie warunki NATO... Włączając wydanie
Afrykanina...
-
NiemoŜliwe!...-jęknął Saszka.
-
NiemoŜliwe - zgodził się ponuro Wybierzniew. - A to oznacza, Ŝe
najprawdopodobniej tak jest rzeczywiście...
W tej sekundzie z otworu wentylacyjnego dobiegło cichutkie, pytające
pojękiwanie.
Pułkownik zmarszczył się, wsunął pager do kieszeni. Wstał, odkręcił gipsową
kratkę. W
kwadratowej czarnej dziurze natychmiast ukazała się pokryta miękką sierścią o
barwie
grochowin twarzyczka. Wypukłe oczka - odnosiło się wraŜenie - Ŝe wyskakiwały z
orbit.
- Dziś' o czwartej będą brać ikonę z etnograficznego! - z marszu zameldował
Łachudrzak. - Afrykanin, Pankracy, Nika. Z nimi jasnoszary, jeśli, rzecz jasna,
nie kłamie!...
ROZDZIAŁ 13
ANCZUTKA, wiek nieznany, konspirator
Człowiekowi do szczęścia wystarczy skleroza... Tego, co zrobione, juŜ się nie da
poprawić, a uwaŜać siebie za łajdaka nikt nie chce. Prościej chyba wszystko
zapomnieć i spać
spokojnie. W tym sensie skrzaty mają gorzej niŜ my. My Ŝyjemy najwyŜej z
osiemdziesiąt lat,
a oni - po trzysta... No, pomyślcie sobie sami, ile łajdactw moŜna nawyprawiać w
ciągu trzech
stuleci!...
Zresztą, długość Ŝycia specjalnej roli tu nie odgrywa, poniewaŜ nieprzyjemne
fakty ze
swojej biografii i ludzie, i skrzaty zapominają praktycznie momentalnie. Dlatego
nie warto
przypominać staremu dysydentowi o tym, Ŝe do domu wariatów wysłała go teściowa,
a wcale
nie KGB, jak mu to się teraz wydaje. Po prostu nie będzie mógł w to teraz
uwierzyć, a nawet,
co gorsza, uzna, Ŝe go obmawiacie...
Szczególnie łatwo zapomina się to, co najgorsze, w dni sukcesu. An-czutce nawet
sny
wydawały się takie sympatyczne, Ŝe zupełnie nie chciało się wstawać. Nikt nie
zmuszał go do
zeznań, nikt nie biegał za nim z wodą święconą, nie próbował zamachu na niego
kadzidłem,
nie wymuszał donosów na lokatora. Śniły mu się jasnopopielate skrzaty -
dobrotliwe,
Ŝyczliwe...
- Braciszku, braciszku... - śpiewnie wzywały go. - Nie chcesz śmietanki?... To
nie
Strona 111
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
sklepowa - z rynku...
Anczutka na wpół otworzył wypukłe, ciekawskie oczko - dostrzegł na wprost przed
sobą głęboką ceramiczną miskę ze śmietanką. Podniósł twarzyczkę - odkrył zaraz
obok miski
kucającego Karmiciela.
- Szaraki ciągną do karmazyna... - świecąc radością, przywitał obudzonego szef
lyckiej mafii. - Ty się na nas, bratku, nie gniewaj... - dorzucił prosząco. -
No, nie
zorientowaliśmy się na początku... Komu się to nie przytrafi?...
Anczutka wylazł zza Ŝeberek kaloryfera centralnego ogrzewania, obli-, zał się.
Jak
kaŜdy skrzat, na widok śmietanki z rynku tracił swoją wolę.
- Myśleliśmy, Ŝe jesteś frajerem... - w zaufaniu powiedział mu Karmiciel. - Kto
mógł
wiedzieć, Ŝe masz takie plecy!... Z Papciem przy jednym stole siadasz...
- Z Papciem? - nie zrozumiał Anczutka. - Z jakim Papciem? Karmiciel zdziwił się,
potem porozmyślał chwilkę, coś tam sobie, widać, skalkulował - z szacunkiem
spojrzał na
krewniaka.
- No nie, Afrykanin, rzecz jasna jest waŜniejszy... - zmuszony był przyznać. -
Ale
tylko w Łycku, zauwaŜ!... A tutaj, jakby na to nie patrzeć - BakłuŜyno... Tutaj
my wszyscy
podlegamy Papciowi... Widziałeś go za stołem: taki wielki, prawie jak
prezydent... Dlaczego
nie jesz śmietanki?...
Anczutka zmruŜył oczy - liznął. Trudno mu było ocenić, co jest bardziej
przyjemne:
chłeptać śmietankę czy słuchać przymilnych słów jasnoszarego szefa mafii. Mafios
podlizywał się: przecieŜ to jasne, Ŝe Anczutka podczas spotkania siedział nie za
stołem, a pod
stołem... a jednak tak nie chciało się mu poprawiać Karmiciela...
Za oknem w nieprzyzwoicie cichym (zdąŜyli juŜ wszyscy odwyknąć) niebie świtu
gromadziły się monumentalne obłoki. Na alei ktoś samotnie skandował: "Yankee, go
home!"
i "Ręce przecz od Łycka!". Potem nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, ryknął:
"Puszkin,
spieprzaj do Afryki! Jesienin, zwiewaj do RiazaniaL." Najwidoczniej repetycja -
gardło
gimnastykował...
Mieszkanie konspiracyjne umeblowane było po spartańsku: skrzynka amunicji w
rogu, oparty o ściankę granatnik. Pusto i głucho. Ani jednego straszka, ani
kątnika, ani
wiercipiętki. Za ścianą, zawinięty w wojskową pelerynę, pochrapywał Afrykanin.
- Bratku, przecieŜ my wszyscy jesteśmy jasnopopielaci... - mruczał Karmiciel,
wspierając swoje słowa wyrazistą gestykulacją. - Po co mamy się kłócić?...
Wtedy ścianę przebiło ostre purpurowe świecenie - protuberancja, która oderwała
się
od potęŜnej, kipiącej aury protopartorga. Pewnikiem, coś mu się przyśniło...
MoŜliwe, Ŝe
Przenajświętsza Rewolucja... Kosmaty, migotliwy obłoczek przepłynął poprzez
skrzaty, obaj
poczuli ni to Ŝar, ni to mróz. Karmiciel otrząsnął się jak szczeniak,
rozpryskując złote i
purpurowe iskierki. Złote (jeśli im się dobrze przyjrzeć) miały kształt sierpa i
młota.
Purpurowe - pięcioramiennych gwiazdek.
- Słuchaj, bratku... - mafios bojaźliwie ściszył głosik. - U nas mówią, Ŝe tyś
wczoraj
zrobił porządek z samą Niką. Chciała ciebie obrazić, chciała ciebie, tak jak
Gołbieczyka... JuŜ
wydziergała pantalony... A ty ją usadziłeś, pokazałeś jej miejsce... Zawiązałeś
jej kokardkę...
róŜową... Czy to prawda?...
Anczutka tylko zmruŜył oczy... Chrząknął coś niewyraźnego w odpowiedzi,
uchylając
Strona 112
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
się od bezpośredniego zaprzeczenia. Nie chciał zaprzeczać... ChociaŜ, jeśli
uczciwie, to
zawiązał nie on - zawiązała sama Nika na prośbę Afrykanina. I nie kokardkę, a
chusteczkę... I
nie róŜową, a czerwoną...
A niech tam, niech sobie opowiadają...
Za ścianą ochryple odkaszlnął Afrykanin. Karmiciel natychmiast rozejrzał się,
skojarzył, Ŝe pozostało mu mało czasu.
-
Ja do ciebie po co, bratku... - szybko, z troską w głosie zaczął. -
Kiedy obudzi się
stary, powiedz: Papcio prosił przekazać, Ŝe zasadzka z etnograficznego została
zdjęta... W
dowód przyjaźni, rozumiesz? Tak więc, jeśli mu potrzebna deska, niech ją sobie
bierze...
-
Mhm... - odezwał się roztargniony Anczutka, wylizując z rozmachem
ceramiczne
denko miski.
Wstali przy pierwszych promykach słońca, wybrali się na rozpoznanie.
- H-h-h... - rzekł stroskany Pankracy, wpatrując się w czarne tylne okno
mercedesa.
W czarnym kaszmirowym palcie, w kapeluszu o miękkich połach i z białym szalikiem
wyglądał wyjątkowo imponująco.
- Widzę... - obojętnie odrzekł z przedniego siedzenia Afrykanin, nie odwracając
głowy. Nie miał takiego nawyku. Jeśli juŜ się odwracał - to całym swoim
ciałem...
Rzeczywiście, za mercedesem od dawna ciągnął się ogon - toyota na
dŜumachlińskich
numerach. Pewnie stolicę patrolowały wszystkie siły MSW republiki, w tym grupy
operacyjne staŜystów-chiromantów. Zupełnie naturalne, Ŝe absolwenci koledŜu
imienia
Jefrema Niedobrowa po prostu nie mogli nie zwrócić uwagi na mercedesa, omotanego
purpurową, kosmatą aurą.
- Lepiej mi powiedz, Pankracy... - w zamyśleniu przemówił Afrykanin. - Dlaczego
sam ani razu nie spróbowałeś?... Ochrony - Ŝadnej, drzwi
- nawet nie zaczarowane, nie udało im się...
-
P-p... - zaczął Pankracy, potem ze złością chrząknął i palcem wskazał
Arystarcha.
-
Bo to inna ikona! - wyjaśnił natychmiast Retiwoj, który juŜ dawno
przywykł
wypełniać przy Kulawcu tę samą rolę, jaką wypełniał Aaron przy MojŜeszu. -
Portniagin
sprzedał oryginał za granicę, prywatnemu kolekcjonerowi. Tam się do dziś
znajduje...
Dlatego pomyśleliśmy: jaki sens jest ekspropriować podróbkę?...
-
Hm... Tak sądzicie?... - odezwał się Afrykanin. - A skąd bierze się moc
cudotwórcza, jeŜeli to podróba?
-
Nie ma tam Ŝadnej mocy cudotwórczej... - sprzeciwił się Arystarch.
- Deska, to deska... To tylko ludzie Portniagina plotą o cudach, Ŝeby prawda nie
wypłynęła na wierzch...
Zwinięty w kłębuszek Anczutka drzemał na kolanach Afrykanina, rozmowie
właściwie się nie przysłuchiwał. Słowa Karmiciela przekazał pro-topartorgowi, a
pozostałe go
mało wzruszały...
- Hi, friend!...
Anczutka otrząsnął się, otworzył oczka. Ze schowka wyglądała ruda, bezczelna
mordka gremlinsa.
-
Kadzidło y-yes?... - spytała zagraniczna siła nieczysta prawie bez
zająknięcia.
Naćpał się, paskuda! Zdolny... Mercedes przecieŜ nowiutki, nie dłuŜej niŜ dwa
miesiące krąŜy
po drogach BakłuŜyna - a ten, patrzcie, jak juŜ włada rosyjskim!...
-
No nie - w odpowiedzi szepnął z przestrachem Anczutka. - Skąd?
Skończyłem z
kadzidłem... JuŜ dawno rzuciłem...
Gremlins z niedowierzaniem poruszył noskiem. Od brody i riasy Afrykanina
Strona 113
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wyraźnie
niósł się zapach opium dla ludu, i pozostałych narkotyków.
- Do c-corta!... - rzucił zagraniczniak i znowu zniknął w schowku. Mercedes
zahamował przed muzeum etnograficznym. Toyota z dŜu-machlińskimi numerami
przejechała obok, skręciła w zaułek. Pewnie przekazali obiekt kolejnej grupie
obserwatorów.
Kierowca wyskoczył z samochodu, energicznie go okrąŜył z przodu, otworzył
drzwiczki protopartorgowi. Ten postawił niedźwiedzią stopę na ziemi (cały czas
chodził
boso!), stęknął, wygramolił się z pojazdu. Zaraz za nim, jak puszysty jasnoszary
kłębuszek,
wytoczył się Anczut-ka.
- A więc, mówicie, Ŝe nie ma Ŝadnej mocy?... - śmiejąc się w szeroką, srokatą
brodę,
powiedział Afrykanin. - To poczujcie ją, poczujcie...
Pankracy i Arystarch spojrzeli na siebie. Konspiratorzy nie byli ani
cudotwórcami, ani
jasnowidzami. A jednak, kaŜdy z nich nagle odczuł jakieś' tętnienie, dobiegające
z prawego
skrzydła muzeum.
Anczutka zmarszczył się. Fluidy przenikały puszyste ciałko na wskroś'.
-
Widzę, Ŝe tutaj ani razu nie zaglądaliście... - zauwaŜył mądrze
Afrykanin. -
Rozumiem: nie było czasu...
-
N... n-n... - zaczął Pankracy, wytrzeszczając oczy i szarpiąc za rękaw
oniemiałego
Arystarcha.
-
To co, co to więc?... - ocknął się i wyrzekł: - Wychodzi, Ŝe ikona, mimo
wszystko,
jest prawdziwa!
Afrykanin wydał głośne, cierpiętnicze westchnienie - prawie jęk. Naiwność
konspiratorów juŜ zaczynała go dręczyć...
-
Jeśli naród wierzy, Ŝe ikona jest prawdziwa - szybko wycedził przez zęby
- to
znaczy, Ŝe jest prawdziwa...
-
T-to zna-a-aczy nie ma Ŝadnej róŜ-Ŝnicy?... - Arystarch zaczął się nawet
jąkać, na co
zazwyczaj nigdy sobie nie pozwalał. Kulawiec był podejrzliwy i łatwo się obraŜał
- mógł
pomyśleć, Ŝe go przedrzeźnia.
-
śadnej - potwierdził Afrykanin.
"Cherubiny" stały wstrząśnięte. Słowa protopartorga zabrzmiały dla nich jak
odkrycie.
ChociaŜ, właściwie, odkrycie czego?... Czy nie powiedziano, Ŝe głos narodu - to
głos BoŜy?...
Dlatego sceptycy mogą sobie wyliczać, nawet z dokładnością do piątego miejsca po
przecinku, z jaką siłą wylatywała kula z karabinu maszynowego faszystów, na ile
metrów
powinna odrzucić od ambrazury szere-
gowego Aleksandra Matrosowa... Jeśli naród wierzy, Ŝe był bohaterski czyn
- to znaczy, Ŝe był. Nic nie zmienią tutaj Ŝadne obliczenia!...
Ranek płynnie przechodził w dzień. Tłumy ciągnęły do centrum miasta, gdzie
niedługo powinno rozpocząć się spotkanie specjalnej komisji ONZ, mityngi,
prowokacje...
Krótko mówiąc - święto.
Obok zaparkowanego przy chodniku mercedesa, w kierunku pałacu prezydenta
przeszedł szczupły, podobny do wyrostka chłopina w czarnej, dopasowanej do talii
riasie. Na
oko moŜna było mu dać trzydziestkę, albo i cztery dychy, a jeśli wrednie się
uprzeć - całe
czterdzieści pięć lat... Twarz - natchniona, uduchowiona... Z takimi twarzami
kroczy się w
świetlaną przyszłość.
-
Wasz? - spytał Afrykanin, wskazując głową przechodnia.
-
N-n... - Pankracy potrząsnął głową. - P-p...
-
Tak pomyślałem... - rzekł z westchnieniem protopartorg. - No cóŜ...
Jedziemy z
Strona 114
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
powrotem...
-
A-y?... - Kulawiec nerwowo wskazał palcem w kierunku głównego korpusu
muzeum.
-
Nie ma czasu, Pankracy... - zatrzymał go delikatnie Afrykanin. - No,
załóŜmy, Ŝe
zabierzemy ją teraz... i kto o tym się dowie? Kto w to uwierzy?... Nie, bratku,
jak juŜ kraść, to
kraść - z hałasem i cudami! Jak myślisz, dlaczego twój przyjaciel,
kontrwywiadowca, zdjął
zasadzkę?... Właśnie dlatego... śeby było jak najmniej rozgłosu. PrzecieŜ na
pewno mają
jeszcze parę duplikatów w odwodzie. "Jak to ukradli? Kto ukradł?...
- ogłoszą. - Nic podobnego! Oto ikona: jak wisiała - tak wisi..." Wygląda na to,
Ŝe
naszym głównym zadaniem nie jest teraz znalezienie wykonawców, lecz świadków...
Takich,
którzy rozniosą to po całym mieście. Na przykład ta kobieta, artystka, u której
wczoraj
piliśmy herbatkę... Mówiłeś, Arystarchu, Ŝe wykonywała juŜ poszczególne
cerkiewno-
partyjne zadania...
"Cherubiny" zadrŜały. Arystarch przełknął ślinę.
-
Ona nie ma telefonu... - słabo wyszeptał.
-
Poślemy kuriera - pocieszył go Afrykanin. Z uśmiechem spojrzał na
podrygującą,
nieszczęsną twarz Kulawca. - Postaraj się mnie pozbyć, Pankracy, jak
najszybciej... Odejdę z
ikoną do Łycka - znowu będziesz sam sobie panem... AnczutkaL. Wyłaź,
odjeŜdŜamy...
Kiedy dosłyszał wezwanie, skrzacik od razu wyszedł spod mercedesa i zanurkował
do
kabiny.
Rację miał wszystkowiedzący Afrykanin: dla świętej sprawy i nieczysta siła się
przyda. Pankracemu i Arystarchowi bardzo nie chciało się udać pod wskazany przez
protopartorga adres. Obaj zgrabnie uchylili się od zadania, powołując się na to,
Ŝe byłoby
zupełnie nierozumnie wykorzystywać szefów podziemia w charakterze zwykłych
kurierów.
Naruszenie subordynacji, i tak dalej... A wtajemniczać zwykłych kurierów w sedno
tajnych
planów takŜe nie było warto. Dlatego trzeba było posłać Anczut-kę.
Jak kaŜdy porządny skrzat, Anczutka wolał ze swojego podwórza nosa nie wysuwać.
Ale jeśli juŜ Afrykanin powiedział: "Trzeba", znaczy się - trzeba...
Odniósł wraŜenie, Ŝe dziś na ulice wyszła cała ludność stolicy. Jedni się
radowali, inni
- przeklinali... Na placu, u podnóŜa Car-stopy rozkręcał się potęŜny mityng pod
łycką flagą.
"Ludzie!... - grzmiał megafon. - Przypomnijcie sobie, kim byliście i co
jedliście!... Kim
staliście się i co jecie teraz?..." Przed pałacem prezydenta kogoś juŜ bili, a
wśród bijących nie
moŜna było dostrzec Ŝadnego męŜczyzny - same baby z siatami... Potem przybiegli
gliniarze,
odebrali babom ich ofiarę, chcieli ją wepchnąć do "suki" - ale wtedy, bez
Ŝadnego powodu,
odwalił się kolejny kawał sztukaterii na domu towarowym. Dzięki Bogu, Ŝe nikogo
nie
przygniotło...
Zagapiony Anczutka prawie wpadł pod tramwaj pośpieszny, który z piskiem i
łomotem wypełzł z betonowej nory na świat BoŜy. Przylepiony do szorstkiej ściany
jakiegoś
ministerstwa, skrzacik z bijącym serduszkiem patrzył, jak obok niego przeleciało
to straszne
akwarium na kółkach. Wewnątrz akwarium siedzieli i stali bakłuŜynianie, wszyscy
z nosami
wsuniętymi w otwarte ksiąŜki...
Tak, czasy zmieniają się. Wcześniej, do rozpadu powiatu, za czytanie w
Strona 115
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
transporcie
publicznym moŜna było od razu zarobić w ryja. A teraz, patrzcie, wszystko na
odwrót...
Niczego nie da się zrozumieć - stolica. Stanowisko zobowiązuje...
Gdyby Anczutka miał skłonności do filozofowania, niewątpliwie pogrąŜyłby się w
ontologiczne rozwaŜania: Jak to tak? Czytać - czytają, a Ŝyją - jak Ŝyli...
Kiedy to się zmieni?
Ale Anczutka nie lubił filozofować, zresztą nie umiał - w takim razie trzeba
będzie
zrobić to za niego...
Borges, powołując się na s'wiadectwo świętego Augustyna, twierdzi, Ŝe pod koniec
IV wieku ludzie przestali czytać mamrocząc czytany tekst pod nosem... A my,
powołując się
na Nikołaja Wasiliewicza Gogola, twierdzimy, Ŝe od około połowy XIX stulecia
czytaniu nie
towarzyszyły juŜ nawet procesy myślowe... ChociaŜ, moŜliwe, Ŝe ten skok
jakościowy
dokonał się u nas juŜ o wiele wcześniej. Kiedy człowiek czytając milczy, nie
porusza
wargami, jest to fakt zauwaŜalny dla wszystkich. Ale zauwaŜyć, Ŝe czytający w
dodatku nie
porusza korą mózgową, mógł tylko Gogol ze swoją - rzeczywiście diabelską -
spostrzegawczością...
Tak, jesteśmy najbardziej zawziętymi czytelnikami na całym świecie, i nie ma w
tym
Ŝadnego paradoksu...
Tak właśnie mógłby rozmyślać Anczutka, gdyby miał skłonności do wyciągania
wniosków z teoretycznych rozwaŜań...
Kiedy dotarł do skrzyŜowania dwóch alei (Niedobrowa i Nostradamu-sa), skrzacik
przeniknął do naroŜnego domu, szybko przedarł się przez rury wentylacyjne i
znalazł się na
drugim piętrze. Otwór znajdujący się w kuchni zasłonięty był gipsową kratką, a
kratka dla
skrzatów, trzeba to podkreślić - to przeszkoda nie do pokonania, poniewaŜ składa
się z
samych krzyŜy. ChociaŜ - bywało i gorzej!... Kiedyś Anczutka przebywał w budynku
z
czasów stalinowskich - tam to juŜ w ogóle było okropnie: kratki były albo w
kształcie
gwiazdek (pięcioramiennych), albo w sierpy i młoty. Nic gorszego sobie chyba juŜ
nie moŜna
wyobrazić!...
- Ej, ty, jasnoszary... - cichutko zawołano z ciemności. Anczutka przyjrzał się,
dostrzegł trochę wysuniętą ze ściany mordccz-kę koloru grochowin.
-
Ty, widzę, jesteś odwaŜny! - przesadnie zachwycił się nieznajomy. - Nie
boisz
się?...
-
A co to, czy ja pierwszy raz? - wycedził Anczutka. TakŜe wszedł w
ścianę.
Prawdę mówiąc, bał się, ale bardzo chciał sprawić przyjemność Afry-kaninowi...
Nika Niewyrazinowa w zachlapanych farbą spodniach i takiej samej koszulce stała
pośrodku kuchni. Krytycznie marszcząc brwi, przyglądała
się oślepiająco białym skrzypcom na tle niedbale poprzypalanej deski do
krojenia.
Przezornie wysuwając się ze ściany tylko do polowy, Anczutka zatrzymał się,
wyglądając w tym momencie jak coś w rodzaju płaskorzeźby, potem nabrał odwagi i
melodyjnie oczyścił gardełko.
Nika odwróciła się.
-
Ja-aki puszysty!... - wykrzyknęła w pełnym zachwycie.
-
Ja - od Pankracego... - pośpiesznie uprzedził ją skrzacik, na wszelki
wypadek
opierając się jak najsilniej o ścianę. PrzecieŜ wczoraj juŜ to przeszedł...
Najpierw pogładzi,
potem poniańczy, a potem, zobaczysz - koronkowe pantalony, niebieska kokardka -
i amen!...
-
Oj, Pankracy!... - klasnęła Nika.
Strona 116
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
-
I od Afrykanina... - dorzucił Anczutka.
-
Oj, AfrykaninL.
Na szczęście Pankracy i Afrykanin teraz bardziej interesowali Nike niŜ mały,
jasnoszary skrzacik.
-
Okropny Pankracy!... Obiecał wziąć mnie na akt terrorystyczny!... No,
kiedy?...
-
Dzisiaj!... - wypalił Anczutka. - O czwartej po południu obok muzeum
etnograficznego...
Źrenice Niki rozszerzyły się.
-
Będzie strzelanina?...-jęknęła.
-
N-nie wiem... - uczciwie powiedział Anczutka. - Powiedziano: spotykacie
się z
Pankracym u wejścia i czekacie na nas z Afrykaninem. Będziemy kraść ikonę!... -
nie
wytrzymał, pochwalił się.
Nika podskoczyła, rzuciła się do szafy odzieŜowej i na ościeŜ rozwarła jej
drzwi. Po
pokoju rozleciały się wyrzucane razem z wieszakami ciuchy.
- Cholera! Nie mam w co się ubrać!...
W końcu światło dnia ujrzał kombinezon o ochronnej barwie.
- No, no... właściwie całkiem do rzeczy... - mówiła powątpiewająco Nika i
pytająco
spojrzała na skrzacika. - A?...
Ale skrzacik juŜ zniknął. Ze ściany sterczało tylko delikatne uszko, które
zresztą,
natychmiast takŜe się skryło. Nie wiadomo dlaczego, było nie jasnoszarego, a
oliwkowego
koloru...
Pośród białych, tektonicznych ruin "Ograbanku" stali w gromadzie jaskrawo
odziani
ratownicy i skromnie odziani maruderzy.
- Nie słuchają rodziców... - wzdychając, szeptał półgłosem jeden z nich. -
Przyszedł
wczoraj nad ranem - cały w siniakach! No, ile razy moŜna powtarzać: nie chodź
nocą po
oświetlonych miejscach... PrzecieŜ tam pełno gliniarzy!...
Anczutka zatrzymał się, aby posłuchać i znowu zderzył się z ciągle tym samym
przeciętnym facetem w dopasowanej w talii riasie. Tylko, Ŝe tym razem facet
szedł w
przeciwnym kierunku: nie do pałacu, a od pałacu. Właściwie nie szedł, a prawdę
mówiąc -
ledwie powłóczył nogami. Jego twarz wyraŜała kompletne rozgoryczenie.
Co do Anczutki, to ten przemieszczał się niezauwaŜalnie - przebiegając wzdłuŜ
ścian.
Właściwie dostrzec go facet nie miał moŜliwości... Jednak wiadomo, Ŝe w chwilach
silnych
wstrząsów psychicznych w człowieku budzą się drzemiące zdolności, których
obecności w
sobie nawet nie podejrzewał.
Jednym słowem, kiedy spotkał się wzrokiem z Anczutka, facet Ŝałośnie wykrzywił
usta, wymówił z udręką i goryczą:
- No nie, najwaŜniejsze jest to, na kogo zamienili!... Na jakiegoś
zarośniętego... Co tak
się gapisz?... Ty teŜ tam?...
Widać jednak zauwaŜył skrzata...
Anczutka bojaźliwie popatrzył za nim. Spod czarnego podołka riasy wlókł się po
asfalcie skrawek czerwonego płótna...
W tej sekundzie serduszko zabiło mu jak dzwoneczek i zamarło na długo. Niestety
Anczutka dobrze wiedział, co to oznacza. Pierwszy raz odczuł podobne wraŜenie,
kiedy
biedniacy szli rozkułaczyć Jegora Karpy-cza, za którego potem bardzo długo
opieprzał go
śledczy z NKWD, Grigo-rij Siemionowicz Tych. Drugi raz Anczutka poczuł to samo
przed
samym aresztowaniem kierownika sklepu Wasilija Sidorowicza Lalkina, któremu
zarekwirowano znalezione pod parkietem brylanty oraz wszystko pozostałe. Skrzaty
zawsze
wyczuwają serduszkiem, kiedy gospodarzowi domu grozi niebezpieczeństwo...
Strona 117
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Anczutka pobiegł po chodniku z całych sił swoich malutkich nóŜek, ile tylko pary
w
sobie znalazł. Strach narastał z kaŜdym krokiem. Swoim
rozumkiem skrzacik pojmował, Ŝe wielkie zagroŜenia tak potęŜnego cudotwórcy, jak
protopartorg, nie mogą spotkać, ale nic na to nie mógł poradzić... denerwował
się.
Dookoła szumiała stolica. Przeszła kompania marynarzy - pojawiając się nie
wiadomo
skąd. Za kaŜdą czapką wlokły się liczne jedwabne tasiemki we wszystkich kolorach
tęczy...
Obłoki zbierały się coraz większe i większe. Od strony Łycka zbliŜała się
najeŜona
błyskawicami chmura barwy ołowiu.
Tracąc siły ze strachu, Anczutka przeniknął do klatki schodowej, wbiegł po
schodach,
przeszedł do konspiracyjnego mieszkania przez s'cianę. Przed jego oczyma ukazało
się
okropne widowisko.
Protopartorg Afrykanin siedział na skrzynce z amunicją - nieruchomo i ocięŜale,
jak
gruda. Gruda, która na tyle wyschła, Ŝe tylko ją dotknij - rozsypie się...
rozsypie się na kupkę
pyłu. Wykrzywione usta - jak u teatralnej, tragicznej maski. Wielkie ręce
bezsilnie leŜały na
kolanach. Oczy bezmyślnie wpatrzone w przeciwległy kąt pokoju.
Nawet na brzegu DŜumachlinki, przed samym przejściem państwowej granicy,
Afrykanin nie wyglądał aŜ tak Ŝałośnie.
Ale najwaŜniejsze - aura... Zamiast ogromnej, purpurowej poświaty, porównywalnej
jedynie z koroną słoneczną w momencie pełnego zaćmienia, potęŜną figurę
protopartorga
otaczało teraz coś zupełnie nieokreślonego, rudawego, podpalanego... Z rzadka
pojawiał się w
tym podejrzanym dymku purpurowy, kosmaty języczek, ale od razu znikał, gasł...
To odchodziło zaufanie wyborców, odchodziła miłość narodu. Gdzieś tam, daleko,
za
DŜumachlinką, nieutulony Łyck Ŝegnał się ze swoim ulu-bieńcem - ze zdradziecko
wykradzionym, zabitym i ponownie wykradzionym Afrykaninem, o czym Anczutka,
rzecz
jasna, nie wiedział... Niektórzy w Łycku z początku po prostu nie chcieli
wierzyć w śmierć
płomiennego protopartorga, ale szlochające tłumy, Ŝałobne głosy w megafonach i
głośnikach,
opuszczone do połowy sztandary z czarnym kirem - wszystko to szybko utwierdzało
wątpiących... Jedna po drugiej zaczęły znikać czerwone protuberancje w aurze
cudotwórcy.
W miarę tego, jak owinięta Ŝałobnymi wstęgami laweta przepływała przez główny
plac
miasta Lycka, juŜ niosący imię Afry-kanina, łaska opuszczała gospodarza
Anczutki,
przechodząc na urnę z - Bóg wie - czyimi prochami, oraz na wzniesione w ciągu
nocy
mauzoleum...
Jasnopopiełata siers'ć stanęła dęba. Pojękując z Ŝalu, Anczutka podszedł do
Afrykanina, wczepił się pazurkami w riasę.
Protopartorg z wysiłkiem skierował oczy na skrzacika - wpatrzył się
nierozumiejącym
wzrokiem.
- A jednak wykreślił... - z niewyraŜalnym zdziwieniem, ochryple wymamrotał. -
Patrzcie no! Nie poŜałował siebie - wykreślił... Jak się na to mógł
zdecydować?...
Do pokoju, najpierw powoli, potem - ośmielając się - zaczęli niespiesznie
przenikać
przedstawiciele astralnej fauny: przepłynęło stadko kątni-ków, za plecami
protopartorga stał i
ponuro zgarbił się średniej wielkości straszek. Skądś tam przybył nawet
energiczny, malutki
Strona 118
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wiercipiętka, przebiegł po suficie, potrząsnął Ŝyrandolem. Potem spadł na stół,
pociągnął
protopartorga za rękaw riasy... Ach ty, gadzie!... Myślałby kto, Ŝe wtedy, gdy
Afrykanin miał
moc, to byś swoje łapki tutaj wyciągnął! A teraz pojawiła się odwaga?...
Wściekły Anczutka złapał przezroczystego chama za skórkę (łapać wiercipiętka za
cokolwiek innego nie ma sensu - nie da się go utrzymać) i juŜ gotowy był
wyrzucić bydlaka
przez ścianę, kiedy nagle wyczuł, Ŝe do Afrykanina podkrada się jeszcze jedno
niebezpieczeństwo - tym razem śmiertelne. W zamku drzwi zaskrzypiał wytrych.
Ze strachu Anczutka obejrzał się - zobaczył, Ŝe zza stojącego w rogu granatnika
złośliwie wytrzeszcza oczka zdumiona jasnopopiełata mordka Karmiciela, widać
znowu
przysłanego przez Papcia - powiadomić o jakimś kolejnym przyjacielskim uczynku.
- PomóŜ, bratku!... - błagał Anczutka.
Karmiciel cynicznie spojrzał na niego, i zniknął. W tej samej sekundzie drzwi
otwarły
się, w przedpokoju pojawił się młodzieniec w riasie, z pistoletem o tępym pysku
w ręku.
Anczutka zobaczył tego młodzieńca po raz pierwszy, protopartorg - po raz drugi.
Szofer
dŜipa.
- Pozdrowienia z Łycka!... - złowieszczo wyrzekł przybysz. Afrykanin ze wstrętem
spojrzał na szoferaka, podnoszącego juŜ broń, i jedynie z obrzydzeniem skrzywił
usta. Strata
własnego Ŝycia w porównaniu ze stratą zaufania ludu wydała mu się drobnostką.
Tak, ale Anczutka tak nie uwaŜał! Skrzacik (dla zabójcy był niewidzialny) pisnął
i z
rozmachem rzucił w bandytę wiercipiętka. Lepki bydlak
uchwycił swoimi czterema łapkami zadarty ryj pistoletu, w upojeniu potrząsnął
zdobyczą. Czy to z zaskoczenia, czy teŜ od wstrząsu, killer nacisnął spust.
Grzmot i smród
prochu... Kule trafiały wszędzie - tylko nie w Afrykanina, który jak uprzednio
siedział
nieruchomo.
Na twarzy zabójcy pojawiło się przeraŜenie. Biedak uznał widocznie, Ŝe go
wrobili.
Nie będąc ani czarodziejem, ani jasnowidzem, nie mógł naocznie się przekonać, Ŝe
łaska
opuściła protopartorga. To, co się zdarzyło, wydało się łajdakowi cudem.
Najwidoczniej
okłamali go... Najwidoczniej lider prawicowych radykałów ma jeszcze moc...
W delikatnych uszkach Anczutki huczały echa i odgłosy wystrzałów, dlatego cięŜki
stuk upadającego na podłogę pistoletu zabrzmiał ledwie do-słyszalnie. Zabójca
drobnymi
kroczkami rzucił się do drzwi... Potem błyskawicznie odwrócił się - i wyleciał z
mieszkania
szybciej od wiatru...
- Nie trzeba było... - obojętnie zachrypiał Afrykanin.
***
Basztowy zegar na Jefremie Wielkim wybił w oddali trzecią po południu.
- Anczutka... - bezsilnym głosem wezwał go protopartorg. - Idź, powiedz
Pankracemu,
Ŝe wszystko odwołujemy... Bo będzie czekał... Nie daj BoŜe, jeszcze coś
nawyrabia... ze
swoim wielkim rozumkiem...
Anczutka cofnął się o krok, zmarszczył się, uparcie zaprzeczył głową. Pozostawić
gospodarza samego?... W takim stanie?... Jak kaŜdy porządny skrzat, po prostu
nie mógł się
na to zgodzić...
Protopartorg spojrzał na skrzacika spod kudłatej srokatej brwi, zmusił się do
uśmiechu.
- Dobrze... W takim razie - razem... PomóŜ mi wstać...
We dwóch opuścili konspiracyjne mieszkanie, pozostawiając je otwarte. Zeszli po
schodach, wyszli na aleję... Wydawało się, Ŝe Afrykanina opuściła nie tylko
Strona 119
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
cudotwórcza, ale
i fizyczna moc: kulał, ledwie dreptał. KaŜdy krok czynił z wysiłkiem... Ubiór
protopartorga
nie przyciągał niczyjej uwagi - z okazji przyjazdu komisji specjalnej ONZ miasto
było
przepełnione prowokatorami w riasach.
Naprzeciw szli dwaj milicjanci, których twarze wydały się Anczutce znajome.
Glosy -
takŜe.
-
Ech, sz-szakale... - cicho oburzał się jeden z nich. - Jak przyjechała
komisja - od
razu podkulili ogon!... Słyszysz?... Milczą... Ani jednego samolociku nie
wypuścili!...
-
To nie z powodu komisji... - odpowiedział mu niskim głosem drugi.
- Afrykanin odwalił kopyta... No, ten... ekstremista... W Łycku go dzisiaj
chowają...
Właśnie przed chwilą przekazywali...
-
[co?...
-
No, Amerykanie właśnie dlatego! PrzecieŜ Ŝądali jego wydania... A teraz
nie mają
czego Ŝądać...
Protopartorg zatrzymał się, długo patrzył za nimi.
- A-a... - w końcu, wstrząśnięty, wyrzekł. - To wymyślili, okazuje się...
- Patrz! - wypalił Anczutka z nadzieją, pokazując paluszkiem. Afrykanin
niechętnie
spojrzał. W podejrzanym rudawym dymku, okrąŜającym jego rękę, uparcie przebijały
się
purpurowe Ŝyłki i włókienka.
- Myślisz, Ŝe jeszcze są tacy, co wierzą, Ŝe Ŝyję? - z powątpiewaniem powiedział
protopartorg. - Nie, Anczutka, wątpliwe... Raczej leŜą pijani i o niczym nie
wiedzą...
Nad głowami ściemniało, potem błysnęło. Grom wykaszlał się - i zamilkł... Potem
chmury, jakby wystraszyły się własnej śmiałości, zaczęły błyskawicznie rozpływać
się, nad
aleją Nostradamusa znowu wyjrzał błękit...
Ruszyli dalej. Właściwie ruszył sam Anczutka. Kiedy usłyszał z tyłu bolesne
chrząkanie protopartorga, obejrzał się, zobaczył, Ŝe ten ze wszystkich sił
próbuje podnieść
prawą stopę, która jakby wrosła w asfalt. Skrza-cik rzucił się na pomoc - i
wtedy z nim stało
się to samo. Prawą nóŜkę - jakby przykuł magnes.
- To koniec, Anczutka... - z mrocznym zadowoleniem podsumował Afrykanin,
przerywając próby. - Amen, rzucili urok! Niewątpliwie - robota kontrwywiadu...
Poufale zasepleniły opony, do chodnika podpłynął długi, ciemny samochód. Pojawił
się jakby znikąd. Drzwiczki otworzyły się równocześnie
- jacyś ludzie w cywilu rzucili się do Afrykanina.
- No, dzięki Bogu, zdąŜyliśmy... - z ulgą westchnął, stając przed
protopartorgiem,
postawny, młody, trzydziestoletni piękniś. Pułkownik Wybierzniew. Papcio.
-
Dokąd zdąŜyliście?... - ze złośliwą goryczą zapyta! Afrykanin.
-
Nie dokąd, a skąd... - poprawi! pułkownik. - Na pana teraz, obywatelu
Ludzki, nie
mniej niŜ trzy zespoły killerów polują. MoŜna powiedzieć, Ŝe wyciągnęliśmy im
pana sprzed
nosa... - Z tymi słowami, grzecznie, ale zdecydowanie wziął Afrykanina za
łokieć. - Proszę do
samochodu!...
-
Jak?... - ze wstrętem rzucił protopartorg, próbując bez powodzenia
unieść bosą nogę
nad trotuar.
-
Saszka!... - wycedził Wybierzniew, odwracając się. - No, o co chodzi?...
Młody, okrągły na twarzy Saszka rzucił się do protopartorga i - odczarował
stopę.
Dwóch barczystych agentów natychmiast złapało Afrykanina, energicznie wepchnęli
go do
wnętrza samochodu. Ten chciał się obejrzeć, szukając oczyma Anczutkę, ale
Strona 120
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
drzwiczki
zatrzaśnięto. Samochód ruszył gwałtownie z miejsca.
Pojękując, Anczutka siedział w kucki pośrodku chodnika i od czasu do czasu
próbował z wysiłkiem oderwać od niego swoją prawą nóŜkę. Gdyby znajdował się
choć
trochę bliŜej ściany budynku, mógłby nabrać energii, wzmocnić swoje siły,
spróbować zdjąć
urok samemu. A tak - chcesz, czy nie chcesz - trzeba siedzieć, czekać, póki
zaklęcie nie utraci
mocy. Sił starczało mu jedynie na to, aby podtrzymywać swoją niewidzialność.
Dobrze
jeszcze, Ŝe trafił się młodziutki czarownik. Gdyby to był ktoś doświadczony, z
Ligi
Czarodziei, rzuciłby urok - cały dzień trzeba by było posiedzieć jak przykuty, a
moŜe nawet
całą dobę...
Nie wiadomo skąd pojawiło się trzech obywateli, którzy juŜ zdąŜyli powitać
komisję
ONZ. Chwiejąc się, jak paski na państwowej fladze, zatrzymali się obok Anczutki.
- W Łycku - to jak?... - z zakłopotaniem skarŜył się jeden. - Wypijesz - był
system
dwupartyjny, otrzeźwiejesz - znowu jednopartyjny. A u nas, w BakłuŜynie, nawet
nie wiesz:
jesteś jeszcze pijany, czy teŜ juŜ trzeźwy...
Drugi słuchał, od czasu do czasu opuszczał głowę - jakby się zgadzał.
- Dajcie mi kałacha!... - gorączkował się trzeci. - Ja ich, wałów, zaraz
wystrzelam!...
Zgubili powiat!... Wszystkich, bydlaki, sprzedali!...
- A ty, jak zawsze, na krzywy ryj chcesz - twardo odrzekł pierwszy. - Kalacha
tobie! A
chociaŜ wiesz, ile teraz kosztuje automat?... A co, samemu na lufę nie moŜesz
zapracować?
Sil nie starcza?...
Wydaje się, Ŝe zaklęcie zaczynało powoli słabnąć... Anczutka spręŜył się - pięta
z
mlaśnięciem oderwała się od szorstkiej powierzchni pokrycia. Skrzat rzucił się w
prawo,
potem w lewo - zamarł w rozterce. No, dokąd teraz? Pójść za Afrykaninem do
kontrwywiadu,
czy pójść uprzedzić Pan-kracego? Anczutka trochę się bał "Cherubinów", ale
jednocześnie
rozumiał, Ŝe oprócz nich nikt mu teraz nie pomoŜe...
Skrzacik szybko podreptał w kierunku muzeum etnograficznego.
Spóźnił się tylko o kilka minut. Przy wejściu do muzeum trwało aresztowanie -
takŜe z
uŜyciem najbardziej czarnej magii... Członkowie terrorystycznej organizacji
"Czerwone
cherubiny" zastygli bez ruchu w znudzonych pozach. Najwidoczniej zaklęcie
ogarnęło ich
zupełnie niespodziewanie. Między nimi, energicznie zabierając wszystko, co
wybuchowe i
strzelające, biegali smętni i zatroskani ludzie w cywilu. Po rozbrojeniu,
zdejmowali
bojowników ze schodków i odnosili do suki.
Okrągłymi ze strachu oczyma, Anczutka patrzył, jak znikają w czarnym otworze
głęboko wycinane podeszwy butów Arystarcha Retiwoja. Zachwiał się, jakby
machając na
poŜegnanie, biały szalik zanoszonego do furgonu Pankracego. Koniec. Odjechali...
Skrzat opuścił wątłe ramionka z goryczą i poszedł na opustoszałe schody. Więcej
juŜ
nie mógł liczyć na nikogo - tylko na siebie...
- Nie rozumiem!... - zabrzmiał za nim melodyjny głosik. - Skrzacik, stawiając
jasnoszarą sierść dęba, podskoczył w miejscu.
Odwrócił się. Przed nim, w plamistym kombinezonie komandosa, z winchesterem w
rękach stała obraŜona, pełna najlepszych chęci, Nika Nie-wyrazinowa, która -
według
swojego obyczaju - spóźniła się o pół godziny...
- Nie rozumiem! - chłodno powtórzyła. - Gdzie pozostali?
Strona 121
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
ROZDZIAŁ 14
GLEB PORTNIAGIN, lat czterdzieści cztery, prezydent
Nadzwyczajne wydanie "Czerwonego Sztandaru" zostało cale poświęcone
pompatycznemu i monumentalnemu pogrzebowi Afrykanina. Gleb Por-tniagin czytał
będąc
bliski apopleksji. Ach, wieprze! Ale sobie wymyślili!... Portniagin zmusił się
do oderwania od
parszywej gazetki - oczyścił czakry...
Za szybami ściemniło się, potem błysnęło. Grom odkaszlał się - i zniknął.
Prezydent
złapał słuchawkę.
- No, co tam się u nas dzieje, za oknami?... Aha, z Łycka przypełzło?... Co
teraz?
Mam sam chmury rozganiać?...
Rzucił słuchawkę, o mało nie rozbijając aparatu. Przepłukał swoje wnętrze
energią -
znowu wściekle pochylił się nad rozesłanym na stole "Sztandarem"...
Kolejny artykuł opisywał z zachwytem cuda, do których doszło juŜ podczas
pogrzebu... Komsomołobogomołka Sierioznowa tylko spojrzała na mauzoleum
protopartorga
- i wyleczyła się z bezpłodności, od razu okazała się brzemienna - wprost na
placu. Kilku
ślepych, którzy dotknęli lawety, na której wieziono urnę z prochami Afrykanina,
przejrzało
politycznie na oczy i przy świadkach objawiło, Ŝe następnym razem obowiązkowo
zjawią się
na wyborach...
O, kłamcy!... Frazesowicze! Portniagina dusiła nienawiść. Trudno było się z tym
pogodzić, ale teraz Patriarcha Porfiriusz ograł go błyskotliwie... Trzeba było
znowu oczyścić
czakry.
Pogoda za oknem błyskawicznie się poprawiała... Spróbowałaby się nie poprawić! W
końcu zadzwonił telefon, który zresztą, prawdę mówiąc, juŜ dawno powinien
zadzwonić...
-
No?...
-
Przywieźli, Glebie Kondratyczu...
-
Co z nim?
-
śywy... - jakoś' zbyt energicznie uchylając się od odpowiedzi odezwano
się na
tamtym końcu przewodu.
-
Wprowadzić!...
Gleb Portniagin wsparł się o oparcie fotela, wpatrzył się w drzwi. Twarz
prezydenta
skamieniała - nawet nie dlatego, Ŝe bał się, Ŝeby jakiś straszek, który
podkradnie się za jego
plecami, nie wydał bezwiednie jego uczuć. Po pierwsze, straszki siedziały, tak
jak naleŜy, za
portierą. A po drugie, prezes Ligi Czarodziei BakluŜyna w tej chwili nie
zamierzał niczego
ukrywać. Wielkie ludzkie serce prezydenta, o którym tak często pisały stołeczne
gazety, biło
jak dzwon. W końcu pochyliła się błyszcząca klamka drzwi - do gabinetu wstąpił,
krzywo
stawiając stopy, silnie się garbiąc i patrząc spode łba...
Prezydent westchnął i wstał.
Do gabinetu wstąpił obrzmiały starzec z sokratesową, wypukłą łysiną i srokatą,
rozczochraną brodą. Z niejasnego powodu był bosy i odziany w obszerną, starą
riasę z
szaroburymi plamami... Dla pełni wraŜenia brakowało jedynie wianka z polnych
kwiatów.
BoŜe, co z nami wyprawia czas!... CzyŜby rzeczywiście, z tym ledwie stojącym na
nogach
próchnem, Gleb Portniagin - kiedyś tam, w młodzieńczym wieku - próbował razem
włamać
się do magazynu z artykułami Ŝywnościowymi? Mój BoŜe, mój BoŜe!...
Za ponurym ramieniem przybysza wznosiła się postać rosłego pułkownika
Wybierzniewa. Piękna męska twarz wyraŜała stosowną do okazji powstrzymywaną
Strona 122
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Ŝałość.
Gleb Portniagin wzruszył brwiami. Pułkownik potakująco skinął głową - wyszedł.
Zapadłe ze współczucia oczy prezydenta znowu zwróciły się ku byłemu
przyjacielowi i
wspólnikowi.
Widowisko rozdzierające serce... Zamiast potęŜnej purpurowej aureoli - jakieś
rzadziutkie kłaczki i kołtuny rudawych pajęczynowych promycz-ków. Nawet gwiazdy
filmowe, których aury juŜ dawno wypiły zwierciadła i kamery filmowe, nie
wyglądają tak
Ŝałośnie.
Tropem Afrykanina wprost przez ścianę do gabinetu wdarła się cała gromada
obrzydliwie zgarbionych straszków. Ogromne nieszczęście pro-topartorga było dla
nich tym
samym, co uczestnictwo w proszonym obiedzie.
Prezydent wyszedł zza stołu, zrobił krok ku przybyszowi i delikatnie, jak na
pogrzebie, objął byłego przyjaciela.
- Ech, Nikodemie... - z bólem powiedział.
Sokratesowa łysina protopartorga oparła się o szeroką pierś czarownika.
- Glebie... - w gardle pokonanego słychać było szloch. - Nie uwierzysz... ale
sam
szedłem się oddać...
Podtrzymując za ramiona stojącego niepewnie na nogach Afrykanina, Gleb
Portniagin
odprowadził go do fotela, posadził.
- Łajdaki, ach jakie łajdaki... - powiedział zduszonym głosem. - Co oni z tobą
zrobili!...
Afrykanin opadł na fotel, zgarbił się jeszcze bardziej.
- Wyślesz mnie do Hagi? - mlaszcząc jak starzec, zapytał z widoczną obojętnością
dla
swojego dalszego losu. Uprzednich słów współczucia protopartorg albo nie
dosłyszał, albo
nie potraktował ich powaŜnie.
Gleb wyprostował się. Z jego oczu błysnęły ciemne błyskawice.
- Do Hagi?... - ogłuszającym głosem zapytał, szeroko otwierając lwią paszczę. -
No,
nie!... Takiego prezentu ode mnie się nie doczekają!...
Gniewnie spojrzał przez ramię i lekkim dmuchnięciem rozwiał tłum pętających się
pośrodku gabinetu straszków. RozdraŜniały go...
Powoli, raczej z kompletnym niezrozumieniem niŜ z nadzieją, Afrykanin podniósł
umęczoną twarz, wpatrzył się... Znając Portniagina z dzieciństwa, nie liczył
nawet na litość...
Tylko jednego Nikodem nie wziął pod uwagę: czasami ludzie z wiekiem mądrzeją.
Szczególnie, jeŜeli dopchają się do wysokich stanowisk...
Wielkoduszność prezydenta zaskoczyła Afrykanina - u protopartorga pojawił się
syndrom Iwana Groźnego, lubiącego w trudnych chwilach oddawać się samoponiŜeniu
i
samobiczowaniu.
- Glebie... - złamanym głosem, ze łzami skruchy w oczach westchnął Afrykanin. -
Wybacz mi, Glebie!... Jestem winny, winny!... Nawet wtedy... Nawet wtedy w
magazynie...
Gdybym nie upuścił skrzynki z wódką -
ni cholery nie złapałby nas dzielnicowy! - protopartorgowi znowu kamień stanął w
gardle. - Glebie, wycofam się z polityki!... - przysiągł szybko. - JuŜ się
wycofałem...
Zapomnijmy o wszystkim... Stańmy się znowu przyjaciółmi...
Ta nie poplątana przemowa wywarła na prezydencie wyjątkowo silne wraŜenie, ale
zupełnie nie takie, na jakie po cichu liczył sam Nikodem. Z początku Gleb
Portniagin słuchał
protopartorga ze zdziwieniem, które szybko przeszło w zakłopotanie. A kiedy
doszło do
zapewnień o przyjaźni, twarda twarz czarodzieja z brązowej stała się Ŝeliwna.
Powietrze w
gabinecie stało się cięŜkie, jak przed burzą. Po kątach ze strachem zakłębiły
się kątniki i
pozostałe, drobne astralne bydlątka. Pod sufit wystrzeliła rozgałęziona
błyskawica, a za
kołyszącą się zasłoną podniósł się wściekły rwetes...
Strona 123
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- A na jaką cholerę jesteś mi potrzebny tutaj jako przyjaciel? - podnosząc ku
Ŝyrandolowi ogromne kułaki, zagrzmiał Portniagin z całą mocą swoich pojemnych
płuc. - Ty
mi - tam!... Jesteś mi tam potrzebny, wśród wrogów! - i prezydent z siłą wskazał
palcem w
kierunku Łycka. - Dopóki jesteś tam - jesteś zagroŜeniem! Tobą nawet w Ameryce
dzieci
straszą!... Przeciwko tobie potrzebny jest - jak powietrze - powaŜny
sojusznik!... A kto będzie
ich sojusznikiem - no, kto? To - ja!... To - BakłuŜynoL. A więc: pomoc
humanitarna,
wstąpienie do NATO!... Kredyty, inwestycje, do diabła!... A teraz co?...
Słyszysz?...
I dwóch odwiecznych, speszonych wrogów wsłuchało się w ciszę nad prezydenckim
pałacem.
-
Koniec... - wyjęczał Gleb. - Odlecieli... dopiero co ogłosili: desantowy
helikopterowiec "Tarava" zawrócił w Zalewie Szczuki. Wraca z powrotem na Morze
Kaspijskie!... Niczego nie będzie... Nie ma ciebie w Łycku - to znaczy nie ma
czego się bać!
A ty tutaj jakąś partyzancką partaninę rozwinąłeś!... Czego, do cholery,
zapomniałeś w
BakłuŜynie? Po co tu w ogóle się przypętałeś?...
-
Tam chcieli mnie sprzątnąć, Glebie...
-
A co, nie mogłeś się ze mną skontaktować?... Skontaktować, wyjaśnić: tak
a tak
jest, chcą mnie sprzątnąć, ratuj... Czego ci potrzeba?... Ikony?... Masz, bierz
ikonę, bierz co
chcesz i wracaj do Łycka. Zrzuć tego bękarta Porfiriusza, ałe wróć mi Zachód!...
Wróć mi
sojuszników!...
-
Ścierając łzy radości i nie wierząc własnym uszom, Afrykanin patrzył na
rozzłoszczonego Gleba... Najwidoczniej jednak, w głębi duszy, mimo wszystko,
protopartorg
był bardzo dobrym człowiekiem. PoniewaŜ tylko bardzo dobry człowiek moŜe okazać
się
takim patentowanym durniem.
***
Wróg - nie jest przyjacielem. Przyjaciele są jak dziewczynki na dworcu: tylko
gwizdnij - od razu się zbiegną... A wroga trzeba wybierać uwaŜnie, jak małŜonkę
- Ŝeby raz, i
na całe Ŝycie.
Weźmy, na przykład, takiego Napoleona... No, jak rozpoczął, jak pięknie
rozpoczął! I
co z tego wynikło? Waterloo - i Wyspa Świętej Heleny. A dlaczego? Dlatego, Ŝe
zbyt łatwo
wzgardził starymi wrogami!... To z jednym powojował - zawarł pokój, to z
drugim... Potem
ze wszystkimi za jednym zamachem... No i go porzucili...
Zupełnie inny był Piotr Wielki!... Jak sobie wybrał Karla, tak przez całe Ŝycie
z nim
walczył. Kiedy zastrzelili Karla - kontynuował wojnę z jego spadkobiercami.
Dlatego stał się
Wielki! Historyk Kluczewski, co ten uczony o nich napisał? "Wrogowie, kochający
siebie
nawzajem". Historyk wiedział, co pisze... Kim bowiem jest WRÓG?... Przede
wszystkim to
twój nauczyciel! Twoja lepsza połowa! Im więcej ciebie bije, tym stajesz się
mądrzejszy.
Dlatego trzeba chronić swojego wroga. Na przykład zobaczysz: ma cięŜką sytuację
- to mu
pomóŜ, w Ŝadnym przypadku nie dobijaj. Powiedzmy: dał plamę pod Połtawą - to
okaŜ mu w
zamian grzeczność: zorganizuj sobie klapę na rzece Prut...
W ogóle trzeba być bardzo naiwnym człowiekiem, Ŝeby wpadłszy w nieszczęście,
zwrócić się o pomoc do przyjaciół. Przyjaciele, najpewniej, wypną się na was,
ale za to
Strona 124
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wrogowie - wątpliwe. Oczywiście, pod warunkiem Ŝe wybraliśmy sobie rozumnych
wrogów...
W pozostałym - i ci, i tamci są zadziwiająco podobni do siebie. Miał rację, miał
absolutną rację pułkownik Wybierzniew, kiedy będąc jeszcze podpułkownikiem,
wypowiedział się, Ŝe wrogość to kontynuacja przyjaźni innymi środkami.
-
Teraz o czym tu myśleć!... - powiedział Afrykanin z goryczą. - Gdyby to
było... Za
późno, Glebie...
-
A to dlaczego za późno?...
-
No-o... - Zamiast odpowiedzi protopartorg, nie powstając z fotela,
niezgrabnie
wzruszył ramionami i rękoma, jakby prezentował wszystkie fałdy garnituru
kupionego bez
sensu na tandecie. - Sam widzisz. Nie, jak juŜ pogrzebali - to znaczy
pogrzebali...
-
I co, na emeryturę się wybierasz?... - złowieszczo wydusił z siebie
Portniagin. -
Czekaj sobie tatka latka!... No, popatrzcie - jakie pieszczoty: pochowali!...
Niczego sobie!...
Zmartwychwstaniesz, jeśli trzeba!...
-
W takiej formie?... - Afrykanin jeszcze raz, bez nadziei, obejrzał swoją
rzadziutką
aurę.
-
A dlaczego w takiej formie?... - ryknął Gleb, wyprowadzony z równowagi
nieustępliwością Nikodema. - Będziesz miał w rękach ikonę! Cudotwórczą,
zauwaŜ!...
Protopartorg chrząkał, pełen wątpliwości.
-
Cudotwórcza... Nie, Glebie, bez wsparcia narodu nawet z ikoną w ręku nic
nie
stworzysz...
-
A to juŜ nie twoje zmartwienie... - wycedził Portniagin, łapiąc
słuchawkę telefonu. -
Matwieicz u mnie w sześć sekund dowolny cud zorganizuje... Jeśli będzie potrzeba
- całą
Ligę podłączymy, ale cuda - będą!... Wybierzniewa do mnie!... - rozkazał urwanym
głosem i
znowu odwrócił się do Afrykanina. - Na kiedy naznaczono nalot na etnograficzne?
Ten tylko uśmiechnął się w odpowiedzi - uprzejmie i Ŝałośnie, jakby uśmiechał
się do
wspomnień o naiwnych chłopięcych marzeniach (o ograbieniu magazynu z artykułami
spoŜywczymi)...
- Dzisiaj, o szesnastej... - z westchnieniem powiedział. Portniagin spojrzał na
zegarek.
- No, ten termin juŜ przegapiliśmy... Musimy w takim razie wszystko przełoŜyć na
siedemnastą trzydzieści... Punktualnie o wpół do szóstej na oczach wszystkich
wyniesiesz
cudotwórczą z muzeum. W twoim kierunku zostanie otwarty ogień... - prezydent
zatrzymał
się, postrzelał stawami palców. - O, właśnie tutaj potrzebny będzie pierwszy
cud... - z troską
oznajmił ni to Afrykaninowi, ni to sam sobie.
-
Czy ty nie rozumiesz, Ŝe oficjalnie - jestem nieboszczykiem? -
Protopartorg z
wysiłkiem podniósł głos. - No, załóŜmy, Ŝe w BakłuŜynie uwierzą, Ŝe ja Ŝyję... A
w Lycku?
-
Łyck teŜ rozpracujemy... - odpowiedział przez zęby Gleb i przebiegł
gabinet. - A
więc tak... Dotrzesz do szosy, z ikoną w rękach ruszysz w kierunku DŜumachły.
M-m... -
Portniagin znowu zatrzymał się. - N-nie... - dodał z widocznym Ŝalem. - Ognia
artyleryjskiego nie warto otwierać - ONZ-owcy nie zrozumieją... Ograniczymy się
do
ładunków wybuchowych...
-
Pozwolicie, Glebie Kondratyczu?...
Portniagin odwrócił się. W przejściu, przytrzymując drzwi, stał podejrzanie
ponury
Strona 125
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
pułkownik Wybierzniew.
-
Wchodź! - rzucił Portniagin. Ciągnął dalej - upartym, nie dopuszczającym
sprzeciwu głosem: - Przy muzeum etnograficznym zebrali się teraz terroryści i
oczekują... -
prezydent wbił dociekliwy wzrok w pustkę za ramieniem Wybierzniewa. - Co się
stało?...
-
JuŜ nie czekają, Glebie Kondratyczu... - głosem winnego zameldował
pułkownik. -
Wzięci...
-
Kto to rozkazał?!
Pułkownik spuścił wzrok, nie odpowiedział. Jednak pierwszy czarodziej państwa
zrozumiał go bez słów. Mimika straszków, stojących tłumnie za plecami
Wybierzniewa, była
dostatecznie wyrazista...
-
Wściekłego do mnie!...
-
JuŜ tu jest, Glebie Kondratyczu...
Do gabinetu generał Wściekły wszedł bokiem.
- Zajmujesz się szkodnictwem?... - świszczącym szeptem zapytał Gleb Portniagin.
-
Co? Nostalgia cię opanowała?... Zatęskniłeś za etatem dzielnicowego?...
Siadaj!... - rozkazał,
wskazując brwią w kierunku długiego stołu do zebrań. Odwrócił się do
Wybierzniewa. - Ty -
takŜe!...
Przysiedli. Generał Wściekły ukradkiem zerknął na Afrykanina. W jego wzroku nie
moŜna było dostrzec Ŝadnych ciepłych uczuć. Jak zresztą w spojrzeniu-odpowiedzi
protopartorga.
- Natychmiast skończyć! - ryknął prezydent, uderzając w stół cięŜką dłonią. -
Widzicie, zezować na siebie będą!... - Złapał oddech, ciągnął przez zęby: -
Wszyscy razem
siedzimy po uszy w jednej kałuŜy! Kiedy
wypłyniemy - wtedy porachujecie się między sobą: kto i kiedy kogo ukąsił, kto
kogo
pałką walił... Kto pod kogo dynamit podkładał...
Obaj kontrwywiadowcy zamarli na sekundę, potem z ogromnym szacunkiem
popatrzyli na Gleba Kondratycza. A ten rozmyślał ze wszystkich sił. Wyraziste
palce
prezydenta masowały zmarszczone czoło, jakby wyszukiwały potrzebnych myśli.
- MoŜe to i dobrze, Ŝe wszystkich zdjęto... - w zamyśleniu wymamrotał w końcu
Portniagin. - Nie trzeba szukać, zbierać. No, tego... ich lidera... co się
trzęsie... TeŜ tutaj!
Generał Wściekły pośpiesznie wyciągnął telefon komórkowy, rozkazał natychmiast
dostarczyć zatrzymanego Kulawca do gabinetu prezydenta.
Protopartorg pomlaskał wargami jak starzec. Wydaje się, Ŝe oŜywał. Spod
kosmatych,
srokatych brwi drwiąco i ze zrozumieniem wyjrzały głębokie uwaŜne oczy.
- A więc, Glebie, oddajesz mi ikonę... - przerywając, a nawet jakby z pewnym
wyrzutem powiedział. - Asystujesz mi do Łycka... Mówisz, Ŝe ze starej
przyjaźni... Albo, no,
nie wiem - wrogości... Oj, Glebie!... JuŜ nie kręć, powiedz od razu: czym się
tobie będę
musiał odwdzięczyć?...
Pytanie celne jak kula snajpera! Prezydent chrząknął, opuścił wzrok. Potem
wstał,
przeszedł po gabinecie. Brwi - zsunięte, usta - zaciśnięte w grymasie
zamyślenia. W końcu
zatrzymał się przed fotelem protopar-torga.
- Zorganizujesz wystrzelenie rakiety bojowej w mój Pałac Prezydencki?... -
zapytał
cicho.
Generał z pułkownikiem, kompletnie zapominając o obecności za ich plecami
straszków, spojrzeli na siebie oszołomieni. KaŜdy z nich - w myślach - pokręcił
przystawionym do skroni palcem. Nawiasem mówiąc, Afrykanin takŜe trochę
zgłupiał.
Wystrzelić do pałacu Portniagina rakietę bojową?... PrzecieŜ o tym przez całe
Ŝycie marzył!...
Prezydent Republiki BakluŜyno patrzył z nadzieją na swojego byłego wspólnika. I
Strona 126
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
czy
to się prezydentowi wydało, czy teŜ rzeczywiście w aurze Afrykanina przybyło
purpurowych
niteczek: zapłonęły, zamigotały...
Ten zastanowił się, poruszył brodą.
- Hm... Rakietą! - burknął, poprawił order. - Łatwo powiedzieć... Tam tylko
nazwa
pozostała, Ŝe to rakieta. Kropiłem, to wiem... No nie, wystartować, pewnie
wystartuje... Jeśli
ją poświęcić, modlitwą wesprzeć, to widzicie, z BoŜą pomocą, do granicy
dociągnie. Ale
dalej...
-
Dalej - to juŜ mój problem - z ulgą przerwał mu Gleb. - Przechwycimy,
zaczarujemy
- i prościutko w kopułę!
-
Tylko w niej nie ma co wybuchnąć - uczciwie uprzedził Afrykanin. -
PowaŜnie
uszkodzona...
-
Nawet nie trzeba!... - prezydent poweselał głośno, klasnął w dłonie i
zatarł je. - W
najgorszym razie zaminujemy pałac. Ale trzeba to zrobić najpóźniej jutro,
podczas kolejnego
spotkania z komisją ONZ... - Jego twarz znowu zmarszczyła się. - A, jeszcze
jedno - dorzucił
z niepokojem. - Dobrze by było, Ŝeby ją oznakować... Napisać na niej coś w
rodzaju...
"Śmierć czarownikom!" czy teŜ, powiedzmy, "Nasza odpowiedź imperializmowi!" śeby
było
jasne, skąd wystrzelono... Jednym słowem: "Pozdrowienia z ŁyckaL."
Kulawca dostarczyli w stanie nieodczarowanym. Dziecięcymi, niepewnymi kroczkami
przybliŜył się do stołu prezydenta, w czymś podobny do gibbona w długim,
kaszmirowym
palcie. Oczy Pankracego nie wyraŜały niczego, oprócz błogiego niezrozumienia.
Portniagin ze złością zmarszczył się, jednym ruchem małego palca zdjął urok.
Kulawiec zadrŜał - ocknął się... Zobaczył wprost przed sobą wroga ludzkości
numer jeden,
nerwowo zapuścił prawą rękę pod biały szalik, ale pistoletu, jasna sprawa,
nigdzie nie znalazł.
- Tak... - władczo rzekł prezydent. - Nie mam czasu ciebie przekonywać. Dlatego
słuchaj uwaŜnie... Twoich bojowników zaraz wypuszczą... Razem z nimi skierujesz
się do
muzeum i dokończysz to, co rozpocząłeś. Wedrzesz się do prawego skrzydła, a póki
Afrykanin będzie brał ikonę, zrobisz tam jak najwięcej hałasu...
Spopielając Portniagina wzrokiem pełnym nienawiści, Pankracy Kulawiec zadrŜał,
nerwowo potrząsnął kędziorkami. Nie, z czarnoksięŜnikami nie będzie Ŝadnych
negocjacji.
- Dobrze... - wycedził prezydent. - Nie wierzysz mi - uwierz w takim razie
chociaŜby
jemu...
Zaczarowany płynnym, szerokim gestem pierwszego maga kraju, Kulawiec odwrócił
się. Na widok siedzącego w fotelu, rozwalonego Afryka-nina zadrŜał, głupkowato
wywalił
oczy, a pułkownik Wybierzniew, znając namiętność szefa podziemia do ataków
epileptycznych, pospiesznie wstał, gotując się podchwycić opadające w
konwulsjach ciało.
Jednak do ataku nie doszło.
- Ach, ty bydlaku!... - wypalił ze złością Kulawiec, wyprostował się, ruszył na
protopartorga. - Sprzedałeś się Lidze?...
Ani Afrykanin, ani Portniagin, ani Wybierzniew, ani Wściekły, ani nawet sam
Kulawiec w pierwszej sekundzie nie pojęli, Ŝe wymówił to wszystko czysto, bez
zająknięcia...
Ludzka psychika takŜe ma swoje granice wytrzymałości. Najwidoczniej szok okazał
się na
tyle silny, Ŝe poprawił mowę oraz postawę Pankracego. W dodatku - raz na zawsze.
- Bóg z tobą, Pankracy... - z Ŝartobliwym wyrzutem odezwał się Afrykanin,
powstając
z fotela. - Kto komu się sprzedał?... My z Glebem, jak uprzednio, pozostajemy
Strona 127
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
wrogami - no i
co z tego?... PrzecieŜ ciebie i pułkownika takŜe nie moŜna nazwać przyjaciółmi,
a patrz, jak
współpracujecie...
Płynna, równomierna mowa protopartorga otuliła Pankracego na podobieństwo
ciepłej, kołyszącej mgiełki. Cudotwórcza moc opuściła Afry-kanina, ale nie
stracił talentu
mówcy... śeby namówić szefa podziemia, potrzebował niewiele więcej niŜ pięć
minut.
Stracono jeszcze pięć minut na to, Ŝeby rozwinąć pośrodku stołu szczegółowy plan
miasta, przygotować plan operacji przechwycenia cudotwórczej ikony. Ale wtedy w
kieszeni
generała Wściekłego oŜył telefon komórkowy. Generał przeprosił, odszedł na bok i
złym,
głośnym szeptem rzekł do słuchawki:
- Słucham... Kto-kto?... Zadzwońcie później... Jak to, ograbili?!
Kiedy usłyszeli okrzyk, wszyscy podnieśli głowy. Ze strachem wpatrzyli się w
generała. Ze słuchawki wyraźnie dobiegało podenerwowane kwakanie jakiejś
staruszki.
- No, co tam jeszcze?... - wycedził prezydent.
Wściekły zakończył rozmowę, przez jakiś czas stał i mrugał oczyma, opuściwszy
rękę
z komórką. Dwóch generalskich straszków odegrało za jego plecami całą pantomimę.
Prezes
Ligi Czarodziei patrzył z zimną krwią,
z jaką uroczystą złośliwością energetyczne bliźniaki Tola Tolicza stroją miny do
pułkownika Wybierzniewa - rozszerzają usta, wysuwają język... W końcu Wściekły,
jak mu
się samemu wydawało, wziął się w garść, stłumił wewnętrzną radość, odwrócił się
do
Portniagina.
- Dzwoniła dyrektorka muzeum etnograficznego... - zaraportował. - Przed
dziesięcioma minutami na muzeum dokonano zbrojnego napadu. Budynek został
uszkodzony,
a cudotwórcza ikona - została skradziona.
Odnosiło się wraŜenie, Ŝe ta pechowa wiadomość rozbawiła prezydenta - nic
więcej. Z
duŜym zainteresowaniem przyglądał się surowej, nieprzeniknionej mordzie byłego
dzielnicowego.
-
Czyja to robota?...
-
Obywatelki Niewyrazinowej... Dyrektorka ją rozpoznała... - niechętnie
wydusił z
siebie generał. Zerknął posępnie na Nikołaja. Wybacz mi, druhu. Przyjaźń -
przyjaźnią...
-
Gospodyni mieszkania konspiracyjnego - westchnąwszy, wyjaśnił Afrykanin.
- TeŜ
z "cherubinów"... Właśnie chciałem ją uŜyć w akcji...
Wzruszając ramionami, kręcąc w zamyśleniu głową, prezydent wrócił na swoje
robocze miejsce za stołem, usiadł.
- Szczegóły!... - cicho zaŜądał, uderzając cięŜką dłonią w numer "Czerwonego
Sztandaru".
-
Grabiła w parze z jasnoszarym skrzatem... - skąpo poinformował generał.
-
Anczutka... - ze zrozumieniem skłonił głowę Afrykanin.
Wznosząc w zamyśleniu brwi, Prezes Ligi Czarodziei ciągle wpatrywał się w
generała
Ws'ciekłego. Czuło się, Ŝe prezydent jest silnie rozczarowany.
- Tolu Toliczu... - przemówił po chwili. - Nie pytam ciebie, dla jakiego celu
chciałeś
zwinąć całe podziemie za jednym zamachem... Ale jeśli juŜ się na to zdecydowałeś
- to zwijaj
wszystkich!... Nawet tego nie potrafiłeś zrobić... jeszcze ten przypadek z
dynamitem...
Starzejesz się, Tolu Toliczu, starzejesz...
Straszki za plecami generała zwiesiły głowy, za to za plecami pułkownika
odtańczyły
taniec radości.
Strona 128
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
- Co będziemy robić? - zainteresował się Gleb Portniagin, przesuwając spojrzenie
na
Wybierzniewa.
-
Wydaje mi się, Ŝe wszystko idzie doskonale - ten bezczelnie powiedział.
Jakby nic
się nie stało, kontynuował: - Uczciwie powiedziawszy, coś w naszym planie mnie
niepokoiło
od samego początku... Po pierwsze: brak zaskoczenia... Do posterunku granicznego
Afrykanin dociera, o ile dobrze zrozumiałem, około dziewiątej, przez całą noc
idzie do Łycka
z ikoną w rękach, tworząc po drodze róŜne cuda... najpierw z naszą pomocą, a
potem juŜ -
własnymi siłami. To posunięcia, jasne, piękne, sprawdzone: coś jak ucieczka
Napoleona z
Korsyki... Ale z tego wychodzi, Ŝe pozostawiamy przeciwnikowi całą noc na to,
Ŝeby
oprzytomniał...
-
No, no?... - podtrzymał go prezydent.
Straszki za plecami pułkownika zatarły ręce z radości.
-
Po drugie - niewzruszenie ciągnął swoje Wybierzniew. - Przekonanie
BakłuŜyna nie
będzie trudne - mamy do naszej dyspozycji środki informacji masowej... Ale
główne zadanie
- to przekonać Łyck!
-
Krócej! - przyspieszył prezydent. - Co proponujesz?
-
Afrykanin powinien zmartwychwstać w Łycku. Inaczej cały nasz pomysł -
nie jest
nic warty...
-
Hm... - prezydent zastanowił się, pomyślał. - No... a jak to widzisz,
konkretnie?...
Jeśliby nie było straszków, Portniagin pomyślałby, Ŝe plan operacji pułkownik
przemyślał wcześniej.
-
Pracujemy według scenariusza zmartwychwstania carewicza Dymitra - to
jest - na
tle potęgujących się plotek, Ŝe pochowano nie tego i Ŝe w rzeczywistości -
Afrykanin Ŝyje...
Uratował się cudem... W Łycku teraz powódź, kilka osiedli pozostaje odciętych od
stolicy.
UwaŜam, Ŝe właśnie tam, w pierwszym rzędzie, naleŜy podjąć obróbkę opinii
publicznej... W
ten sposób chociaŜ częściowo przywrócimy Afrykaninowi wiarę wyborców, to jest -
cudotwórczą moc...
-
Ile na to potrzeba czasu?... - zazdrośnie wepchnął się generał. Lepiej
by, rzecz jasna,
siedział cicho, ale nie mógł spokojnie patrzeć, jak Papcio napawa się swoim
sukcesem!...
Prezydent z niezadowoleniem zerknął na generała - i przemilczał.
- Sądzę, Ŝe wystarczą dwie godziny, licząc od momentu rozpoczęcia operacji -
spokojnie odpowiedział Wybierzniew Wściekłemu. - Odtworzyć łaski w uprzedniej
mocy w
ciągu tego czasu, to zrozumiałe, nie moŜemy, ale to nie będzie potrzebne. Na
początek w
Łycku obywatel Ludzki będzie musiał dokonać tylko jednego, jedynego cudu, i to
dostatecznie skromnego: na jakiś czas być nierozpoznany dla zwykłych wyborców...
Portniagin myślał... Widział, Ŝe próbując wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji,
pułkownik Wybierzniew sam sobie przeczy. JeŜeli Afrykanin, zgodnie z plotką,
ocalał po
wybuchu w BakłuŜynie, to z jakiego, do diabła, powodu ma zmartwychwstać w Łycku?
I po
jakiego diabła ma w ogóle zmartwychwstać?! Zresztą, to akurat najmniej
interesowało
prezydenta... Wiedział, Ŝe plotka na początek powinna być absurdalna - inaczej
nikt w nią po
prostu nie uwierzy... Czy jest dostatecznie nielogiczna - to był główny problem,
który teraz
rozwaŜał Gleb Portniagin...
Pytająco spojrzał na protopartorga i trzeba przyznać, osłupiał. Aura Afrykanina
Strona 129
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
powoli, ale silnie napełniała się purpurową poświatą. Oznaczać mogło to tylko
jedno:
obywateli Lycka, wierzących w to, Ŝe protopar-torg Ŝyje, z kaŜdą minutą
przybywało...
***
Właściwie, w czym tkwi sens prawdziwej mądrości? Po pierwsze w tym, Ŝeby
wyjaśnić sobie, dokąd zmierzamy, i jeśli zmierzamy we właściwym kierunku,
przekonać
otoczenie, jakoby dzieje się tak wyłącznie dzięki nam.
W tym sensie pułkownik Wybierzniew wszystko wykonał prawidłowo: przewidział
nadchodzące wydarzenia i zdecydował się, moŜna tak powiedzieć, do nich się
dopisać. MoŜna
do niego mieć jedną pretensję: trochę się spóźnił. Plotki pojawiły się
wcześniej, niŜ zaczął je
rozpowszechniać...
Skąd to się wzięło?... Łycka Patriarchia nie potrafiła ukryć przed zwykłymi
wyborcami swojej zgody na spełnienie Ŝądań bloku NATO. A pogłoski nie mogły nie
powiązać tego uwłaczającego faktu ze śmiercią protopartorga, za którego czasów,
jak
wiadomo, Ameryka bała się Łycka jak diabeł święconej wody, a nawet bogoburczy
sojusz
atlantycki siedział cicho, jak myszka...
To oznacza, Ŝe do tego momentu, kiedy Nikołaj Wybierzniew tylko przygotowywał
się wyłoŜyć swój przebiegły plan, w Łycku juŜ wszyscy
uznawali pragnienia za rzeczywistość: Ŝywy ojciec nasz, o... o... zaraz się nam
objawi... da komu trzeba popalić tak, Ŝe ten popamięta... i pragnienia stawały
się
rzeczywistością.
-
No, no... widzę, Ŝe rozwaŜać to juŜ nie ma potrzeby... - wymruczał po
chwili
prezydent. - Afrykanina przeprawiamy natychmiast do Łycka... A w jaki sposób
trafi tam
ikona?
-
Ten, kto ją ukradł, ten ją dostarczy - twardo powiedział Nikołaj.
-
To... obywatelka Niewyrazinowa?... Hm... A zgodzi się?
-
Myślę, Ŝe tak.
ROZDZIAŁ 15 (początek)
WSZYSCY DO KUPY, wiek - przeróŜny, rodzaj zajęcia - takŜe
-
A więc tak... - ze skupieniem wyrzekł Nikołaj, łapiąc za sznurek od
dzwonka do
drzwi. - Mówię ja, a wy dwaj wspieracie mnie i potakujecie... Zaraz, a gdzie
Pankracy?...
-
Zatrzymał się na dole... - odpowiedział zawstydzony Retiwoj. - Przed
wejściem...
Mina Arystarcha była trochę dziwna. JuŜ zbyt wiele silnych wraŜeń spadło dzisiaj
na
jego głowę: urok, areszt, oswobodzenie... i najwaŜniejsze - Kulawiec, który
przestał się jąkać.
W dodatku - takŜe trząść się i zezować...
-
Co to znaczy: zatrzymał się? - nie uwierzył Wybierzniew. - Idziemy do
roboty!...
-
Spotkał dziewczynę, z którą chodził do jednej klasy... - patrząc
ogłupiało na
Nikołaja, wyjaśnił Arystarch. - N-no... właśnie... zagadali się...
Wybierzniew zaklął po cichu, skokami ruszył na dół po schodach. Wybiegł z klatki
schodowej - i zrozumiał, Ŝe najprawdopodobniej się spóźnił. Przystojny,
imponujący brunet
Kulawiec rozmawiał z atrakcyjną blondynką w wieku balzakowskim. Właściwie
rozmowę
prowadziła ona, ale kiedy pojawiała się moŜliwość wtrącić swoje, Pankracy
wykorzystywał
okazję z widoczną przyjemnością.
- Zamęczył mnie juŜ swoją zazdrością, Pankusiu! - lał się staccatem sopran. -
Rozwód
i wyłącznie rozwód!... Wczoraj spóźniłam się o pięć
minut - a on mi powiedział: odgryzę ci nos!... Na cholerę mi taki potrzebny?...
No,
Strona 130
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
powiedz!...
- Sytuacja... - dumny z siebie, płynnie wyrzekł Kulawiec.
Na oczach Wybierzniewa, kontynuując rozmowę w tym samym stylu parka odwróciła
się i trzymając się pod rękę skierowała się do ławki stojącej na środku
podwórza. Nikołaj
chciał zawołać przeobraŜonego Pankra-cego, ale rozmyślił się. Doświadczenie
podpowiadało
Wybierzniewowi, Ŝe Kulawca lepiej teraz nie brać na Ŝadną robotę. Kiedy przestał
wyglądać
jak potwór, Pankracy utracił swoją wartość w oczach kontrwywiadu. No po co mu
teraz
polityka - jemu, normalnemu człowiekowi?... Jasne było, jak BoŜy dzień, Ŝe
Arystarch
Retiwoj, mimo swoich ciepłych uczuć do Pankracego, szybko zepchnie go na drugi
plan i sam
zostanie szefem podziemia...
Nikołaj zawrócił w miejscu i błyskawicznie wbiegł na drugie piętro.
- Idziemy bez Kulawca... - powiedział do Arystarcha, nie wdając się w szczegóły.
Pociągnął za sznurek dzwonka.
Dobrze, Ŝe chociaŜ drzwi mieszkania numer dziesięć otwierały się do środka, a
nie na
zewnątrz: inaczej Nika ze swoją manierą otwierania wszystkiego na ościeŜ za
kaŜdym razem
przyczyniałaby swoim gościom cięŜkich obraŜeń...
-
Zjawiliście się w końcu?... - wypaliła jeszcze na progu, strzelając
oczyma to w
stronę Pieseczka, to ku Arystarchowi. - No i co to wszystko znaczy?... Dlaczego
musiałam,
jak głupia, okradać muzeum do spółki z jakimś skrzatem? Czy tak się umawialiśmy?
Gdzie
Afrykanin? Gdzie Pankracy?...
-
Cicho bądź, cicho... - ściszonym głosem wyrzekł Wybierzniew i ze
strachem
rozejrzał się po klatce schodowej. Tak intrygujący początek wywarł na Nice
odpowiednie
wraŜenie. Szybko przepuściła gości do przedpokoju, z kolei sama uwaŜnie
obejrzała
półpiętro, zamknęła drzwi prawie bezgłośnie.
Nikołaj poszedł do duŜego pokoju, opadł w fotel i długo nie mógł wymówić słowa.
Cudotwórcza ikona stalą w rogu, obok opartego o ścianę winchestera. W
przeciwległym
kącie, z ogłupiałą miną przyczaił się nastroszony skrzacik jasnoszarej maści,
wyraźnie
gotowy w razie czego dać nogę.
-
Czy ty choć sama rozumiesz, co narobiłaś?... - spytał załamanym głosem
Wybierzniew.
-
A co ja narobiłam?! - natychmiast zapiszczała Nika. - Ani Pankracego,
ani
Afrykanina - w ogóle nie było nikogo! Stoję przy wejściu, jak głupia, sama, w
pełnym
kamuflaŜu, w kombinezonie, z bronią!... Czekam! Nikt się nie zjawia!...
-
Nie trzeba było... nie trzeba było kraść tej ikony!
-
Dlaczego nie trzeba?... A co tam stoi w kącie?...
-
Nie, ja nie mogę... - wyjęczał Nikołaj. - Arystarch, spróbuj choć ty jej
wyjaśnić!...
-
A jak ja jej mogę to wyjaśnić? - ze strachem rzekł Arystarch. - PrzecieŜ
sam
mówiłeś, Ŝe to tajemnica państwowa...
Doskonale powiedziane! MoŜna od razu pójść o zakład, Ŝe po takich słowach Nika
wypatroszy obu, ale dotrze do prawdy... Tak teŜ się stało. JuŜ po kilku minutach
zupełnie
zamęczony Nikołaj Wybierzniew siedział na fotelu, z głową opuszczoną pomiędzy
dłonie,
starczym, bezsilnym głosem ujawniał wszystko, jak na spowiedzi:
-
Nasza współpracowniczka...
-
Ach, wasza współpracownica?...
-
Tak... nasza współpracownica... powinna zabrać cudotwórczą ikonę,
Strona 131
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
dostarczyć ją
na posterunek graniczny... AbakłuŜyńscy pogranicznicy dostali zadanie: spróbować
ją
zatrzymać... ale na widok ikony, wszyscy padają na twarz... jak na rozkaz...
-
Cu-u-u-u-downieL. Jeśli trzeba zarekwirować ikonę - to ja, a jak padać
na twarz - to
przed nią?...
-
Po łyckiej stronie wszyscy takŜe padają na twarz...
-
Och, po łyckiej takŜe?...
-
Tak... Do mostu zbiegną się tłumy komsomołobogomolców... No, w tym
sensie - Ŝe
nasi ludzie-komsomołobogomolcy. Potem juŜ wszyscy pozostali... Eskortowana przez
tłum,
współpracownica idzie z ikoną do Łycka...
-
A dlaczego nie ja?!
Wybuchła cisza. Wybierzniew i Arystarch, patrząc na wściekłą Nike, trochę się
odsunęli. Anczutka do połowy wsunął się w ścianę.
- Dlatego, Ŝe ja tobie zakazuję! - opamiętał się i ryknął Wybierzniew. Właściwie
od tej
chwili moŜna było uznać operację za rozpoczętą...
***
W tym samym czasie, albo nawet ciut wcześniej, do pomieszczeń słuŜbowych
dŜumachlińskiego posterunku granicznego wpadł rozjuszony, barczysty młodzian w
kamizelce kuloodpornej narzuconej na wierzch kombinezonu w ochronne plamy.
-
Zastrzelę tę padlinę!... - krwioŜerczo zagroził.
-
Jaką padlinę?... - z zaciekawieniem spytano go, przerywając czyszczenie
broni.
-
Jaką-jakąL. Tego z h... na pięcie! Ciągle lezie za szlaban! Co go
odepchnę - znowu
lezie!...
-
A po co mu to?
-
Jak to po co... Afrykanin przeklął go przed s'miercią, a nasi odczarować
nie mogą!...
Teraz rwie się do mauzoleum - do Lycka...
-
A jak go przeklął?...
Młodzik chciał znowu zakląć, ale zamiast tego przełknął ślinę, poweselał i
jasnymi,
prostymi słowy oznajmił towarzyszom broni, jak dokładnie
nieboszczyk-protopartorg przeklął
złodziejaszka, który zwinął mu buty, oraz co takiego wyrosło mu na pięcie...
-
Bredzisz!... - zwątpił któryś.
-
Nie wierzysz - idź sobie popatrz...
Nieszczęśnik siedział, załamany, na poboczu, ze dwadzieścia metrów od szlabanu.
Jego prawa noga owinięta była szmatą.
- Cześć, kontrabando... - powitał go jeden z pograniczników. - PokaŜ, co ty tam
bez
cła chciałeś do Łycka przewieźć... Będziemy wypełniać deklarację...
Kaleka spojrzał ponuro na Ŝartownisia i nie odpowiedział.
-
Pokazuj, a obiecujemy... - pogranicznik trochę podniósł głos.
-
No, to obszukuj! - rzucił ze złością kaleka i podniósł w górę owiniętą
piętę.
Pogranicznicy odsunęli się z trochę obraŜonymi twarzami, załoŜyli ręce za plecy.
- Patrzcie, obraził się!... - ze zdziwieniem rzekł jeden do drugiego.
- śreć się chce... - złym głosem rzucił kaleka. - Od rana nie jadłem...
Stanęło na bochenku chleba i puszce tuszonki. Pokarany przez Afry-kanina
nieszczęśnik odwinął szmatę, wystawił swoją dojrzałą płciowo piętę na publiczny
widok.
Potem, nie zwracając uwagi na gromki śmiech po-graniczników, rzucił się na
Ŝarcie. Kiedy
zaspokoił pierwszy głód, podniósł głowę i zauwaŜył, Ŝe dookoła stoi więcej
ludzi.
-
Tak! - powiedział zdecydowanie, znowu owijając stopę. - A wy co, na
krzywy ryj?
Znaleźli się, cwaniaki...
-
Ile za obejrzenie? - uśmiechając się, spytał ogromny szofer jadącego za
granicę
furgonu.
-
Czerwoniec - rzucił kaleka, kładąc przed sobą czapkę. Jeszcze raz
Strona 132
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
przyjrzał się
tłumowi, a kiedy dostrzegł miłą, dziewiczą twarzyczkę z naiwnie rozszerzonymi
oczyma,
dorzucił surowo: - Baby - dwadzieścia pięć!...
Przy moście w ten dzień zebrało się sporo samochodów. Do czapki leciały
czerwonce
z profilem Niedobrowa, tęczowe dwudziestki piątki, gdzie stary czarodziej Jefrem
został
sportretowany w półobrocie. Potem kaleką zainteresowali się zagraniczni turyści
i w czapce
zazieleniło się.
Mrugając ze skupieniem oczyma cierpiętnik przeliczył zarobek. Wtedy pojął, Ŝe za
taką sumę moŜe sobie wynająć kaŜdego przemytnika i bez Ŝadnych problemów
przeprawić
się na drugi brzeg. Rozejrzał się. Obłoki po łyckiej stronie juŜ poróŜowiały i
pozłociły się,
odbijając się w perłowej, pofalowanej powierzchni DŜumachlinki. W oddali, w
niedwuznacznej bliskości neutralnych wód, kołysała się motorowa łódeczka znanego
kłusownika Kotwicy. Sam Kotwica rozmawiał z kimś, kto uczepił się burty -
najwidoczniej z
wodnikiem... Potem pociągnął linkę startera - i łódka ruszyła do bakluŜyńskiego
brzegu.
Popłynął po klienta...
Kaleka jeszcze raz zajrzał do leŜącej przed nim czapki - przeszło mu przez myśl,
Ŝe za
granicę właściwie juŜ go nie ciągnie. Tutaj, jakkolwiek-by na to patrzeć, jaka
jest, taka jest,
ale ojczyzna...
Środek i koniec maja dla floty rzecznej to trudny okres. Zresztą, innej floty na
DŜumachlince być nie mogło... Mało tego, Ŝe powódź, a tutaj jeszcze bałagan z
kalendarzami!
To w jedną stronę powierzchnia wody nachy-
łona, to w drugą... O ile z tego powodu bardziej zuŜywają się silniki kaŜdej
wiosny -
lepiej nie liczyć...
W BakłuŜynie juŜ przed tygodniem woda opadła, a w Łycku dopiero zamierza zacząć
opadać - zaległa na nizinach, po wąwozach, pokryła się błonką, jak bielmem oko
kury...
Kotwica miał paszport bakłuŜyński, dlatego za dnia starał się bez potrzeby nie
zapuszczać na terytorialne wody Łycka. O tej samej porze, kiedy nad lewym
brzegiem
zaczyna róŜowieć i złocić się zachód słońca, a na prawym brzegu było mu (słońcu)
wszystko
jedno, za burtą plusnęło cos' nie po rybiemu, potem na skraju burty pojawiła się
płetwiasta
łapa - wynurzyła się morda wodnika, wielkości prawie twarzy ludzkiej. Oczy - jak
pęcherze.
-
No, czego?... - leniwie spytał Kotwica.
-
Posłali mnie po ciebie... - przeziębionym, ochrypłym głosem odpowiedział
mieszkaniec rzeki.
-
A czego chcą?... - tak samo obojętnie zapytał stary flibustier rzecznych
toni.
-
Trzeba kogoś przeprawić do Łycka...
-
Poczekają... - rzucił Kotwica. - Ściemnieje, to wtedy...
- Nie! Nie poczekają... - powiedział wodnik. - Polecili: natychmiast... Kotwica
przeciągnął się.
- Słuchaj, Chlupąjło... - zaczął ziewając. - Chcesz, to podaruję ci grzebień na
dzień
demobilizacji? Będziesz miał czym brodę rozczesać...
W następnej sekundzie łódka głęboko przechyliła się, przemytnik o mało nie wpadł
głową w płaską toń rzeki.
- Ty co?! - wrzasnął. - śartów nie rozumiesz?... śabi pysk rozszerzył się
jeszcze
Strona 133
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
silniej.
-
Nie!... - ochryple i ostro odezwał się Chlupąjło. - I ci, którzy na
ciebie czekają -
takŜe...
-
A kto czeka?... - spytał oszołomiony Kotwica.
-
"Cherubiny"... pogranicznicy... prezydent...
-
Jaki jeszcze, do diaska...? Prezydent?...
-
Jaki-jaki... Portniagin!
-
A płyń stąd ty... jak najdalej!... - wymamrotał Kotwica, ale mimo
wszystko zapuścił
motorek...
-
Diabli go wiedzą, prezydent - nie prezydent, ale na brzegu ukrytej przed
postronnym
wzrokiem zatoczki zebrał się rzeczywiście spory tłumek. Zapłacili tyle, Ŝe
Kotwica najpierw
własnym oczom nie uwierzył. Co prawda, uprzedzili: lepiej sam się utop, ale
klienta musisz
całego dostarczyć. Powiedzieli, gdzie wysadzić, powiedzieli - przywitają was...
A kiedy
Kotwica zająknął się, Ŝe dobrze by do zmierzchu poczekać - uspokoili: nikt
niczego nie
zobaczy, nie usłyszy... Najpewniej - czarownicy...
Klientem okazał się krzepki, łysy, brodaty męŜczyzna. Odziany w ria-sę.
Pewnikiem
szpieg...
- Słyszysz - powiedział do niego Kotwica, przyglądając się. - PrzecieŜ juŜ raz
ciebie
przeprawiłem do Łycka... Tak ci się spodobało, czy co?...
***
Prawy brzeg był jeszcze ozłocony zachodem, a na lewym juŜ po zło-dziejsku
skradał
się fioletowy zmierzch o barwie denaturatu, kiedy bakłu-Ŝynianie nagle, bez
Ŝadnych
widocznych przyczyn, podnieśli alarm bojowy na posterunku granicznym. Z
niezrozumieniem i strachem pogranicz-nicy Łycka obserwowali dziwaczne zachowania
przeciwnika. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe ich bakłuŜyńscy koledzy oczekują z minuty
na minutę
napadu z kierunku DŜumachły - z głębi własnego terytorium.
Potem rozpoczęło się coś zupełnie juŜ niepojętego. Na szosie zabrzmiały wybuchy.
Bez Ŝadnej wątpliwości ktoś w walce przedzierał się do mostu. Reflektory jak
oszalałe
przeczesywały rzekę, słychać było gniewne rozkazy... Potem rozróba przeniosła
się na lewy
brzeg. Nie wiadomo skąd pojawiły się tłumy młodych i nie całkiem juŜ młodych
obywateli
Łycka, którzy runęli na jezdnię, zapchali sobą terminal, dotarli do szlabanu. Od
nich
dowiedziano się, Ŝe komsomołobogomołka Nika w pojedynkę, pośród białego dnia
ograbiła
muzeum etnograficzne w BakłuŜynie, porwała cudotwórczy obraz Łyckiej Matki BoŜej
i teraz
kieruje się, wsparta łaską, wprost na posterunek graniczny...
Naczelnik łyckiego posterunku granicznego próbował połączyć się ze sztabem, ale
kiedy się łączył, na drodze, w świetle skrzyŜowanych promieni reflektorów
pokazała się
samotna, zgrabna figurka w czarnej, świetnie skrojonej riasie. Widać było, jak
plugawi
poplecznicy czarodziej, nie bę-
dąc w stanie sprzeciwić się cudotwórczej mocy ikony, uciekają całymi grupami,
gubiąc broń, starając się zniknąć. A szlabany podniosły się same...
Jedyny człowiek po bakłuŜyńskiej stronie, który nie padł na twarz i nie próbował
uciekać, siedział na poboczu, wystawiając przed sobą bosą stopę, i patrzył
osłupiały, jak obok
niego przechodzi wielkooka istotka w czarnej riasie z ikoną w rękach.
Strona 134
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Nika, kiedy zrównała się z nieszczęsnym, nagle zatrzymała się, widocznie
kierowana
intuicją wycelowała w niego cudotwórczy obraz... Dopiero wtedy biedak skojarzył,
Ŝe
najwyŜsza pora uciekać. Podniósł się - i błyskawicznie ruszył, kulejąc na prawą
nogę, starając
się dotykać powierzchni jedynie czubkami palców... Jednak nie udało mu się. Z
rozmachem
stąpnął na asfalt całym cięŜarem ciała. Przewrócił się i zamarł w oczekiwaniu na
ból... Potem,
nie mogąc sam uwierzyć w to, co się zdarzyło, usiadł, obmacał piętę. Pięta była
jak pięta - bez
jakichkolwiek dodatków...
Oszalałymi oczyma odszukał oddalającą się po moście Nike... Tak odchodziło
szczęście: syte, pełne dostatku dni, szelest zielonych biletów kredytowych w
czapce i - do
diabła! - przychylność jakiejś zamoŜnej hetero-seksualnej baby, zmęczonej szarą,
seksualną
codziennością...
- AŜeby cię pokręciło!... - wykrzyknął płacząc, groŜąc kułakiem w ślad za
cudotwórczy nią. - PrzecieŜ dopiero co rozpoczynało się moje Ŝycie!...
Koniak "Stary czarodziej" dŜumachlińscy winiarze pędzili głównie na eksport.
- Gruchniemy!... - zdecydowanie powiedział Wybierzniew, rozlewając do trzech
kieliszków Ŝyciodajny płyn. - Za sukces!... Bez niego dzisiaj - koniec z nami...
Działo się to w byłym gabinecie Tola Tolicza.
-
Komu sukces, a komu... - Pułkownik Wściekły nie dokończył, skrzywił się
i
machnął ręką w rozgoryczeniu. Głęboko przeŜywał...
-
Tolu Toliczu... - z wyrzutem powiedział Nikołaj. - No, coś ty,
Kondratycza nie
znasz?... W złości ukarze, potem znowu się zlituje... przy okazji... - Spojrzał
na zegarek. -
Teraz juŜ do mostu się zbliŜają... Matwieicz!... Nie będzie Ŝadnych wpadek z
cudami?... Na
pewno?
-
Matwieicz wypił kieliszek nie zakąszając, wzruszył pomiętymi ramionami, podniósł
znudzone oczy do sufitu - czy to zastanawiając się, czy teŜ dziwiąc naiwności
szefostwa.
Kiedy to on, Matwieicz, dał plamę?... Tym bardziej z cudami...
LeŜący na skraju stołu telefon komórkowy drŜał co minutę. Nie pozostawiał czasu
na
podniesienie kieliszka do ust.
- Słucham... Wchodzą na most? A jak tam się trzyma Nika?... A, do diabła! No,
nie
moŜe czegoś od siebie nie dorzucić!... Aha... Nasi padli na twarz... Ałyccy?...
TakŜe?... Kto
strzelał?!
Wściekły i Matwieicz uwaŜnie popatrzyli na Wybierzniewa. Ten do-słuchał, z
zagadkową miną odłoŜył komórkę na skraj stołu.
- Wopista z Łycka wystrzelił ze strachu... - otępiałe, jakby nie wiedząc, jak
ocenić taką
nowinę, powiedział. - Natychmiast go zadeptali... Dzięki Bogu - chybił...
Podniósł nie wypity kieliszek, ale znowu nie zdąŜył donieść go do ust.
- Aby cię...! Słucham! Tak... Co, juŜ jestes'cie w stolicy? Ach, nawet na
placu?...
Szybko... A, dŜipem podjechaliście? No to z Bogiem, chłopaki, z Bogiem!...
Znowu zamienił komórkę na kieliszek, ale tym razem postąpił mądrzej - najpierw
wypił, a dopiero potem podzielił się nowiną:
-
Afrykanin - juŜ w Łycku. Stanął w kolejce do mauzoleum...
-
Widzialny?... - burkliwie spytał Wściekły.
-
Na razie-tak...
-
Nie rozpoznają go?...
-
No, w najgorszym razie pomyślą, Ŝe podobny. Zasłonę ma - w zasadzie -
dostateczną - wszystkich naszych tamtejszych agentów postawiliśmy na nogi...
Dajcie,
wypijemy jeszcze po jednym... dla uspokojenia nerwów...
Strona 135
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Gdy juŜ odprowadził Wściekłego i Matwieicza do drzwi gabinetu, czasowo pełniący
obowiązki szefa kontrwywiadu BakłuŜyna Nikołaj Wybierz-niew chciał wrócić do
stołu,
kiedy ze ściany wyszedł nagle jasnoszarej maści skrzat z kopertką w prawej
łapce.
- W sam raz... - kłótliwie zauwaŜył pułkownik. - No, to co teraz z tobą zrobimy,
a?...
Dziobem kłapiesz, Wściekłemu donosisz... Afrykanina przez ciebie o mało nie
sprzątnęli...
- Papciu! - ze strachem pisnął skrzat. - PrzecieŜ to nie on! To ja!... Nikołaj
przyjrzał
się. Przed nim, najeŜywszy sierść, stał i bojaźliwie wyciągał kopertkę nie
Karmiciel, a
ulubieniec Afrykanina - Anczutka.
-
Ta-ak... - przeciągle wyrzekł Wybierzniew, przyjmując z zamszowych
paluszków
występną łapówkę. - A ja, prawdę mówiąc, sądziłem, Ŝe ty z Afrykaninem do Łycka
pojedziesz... ChociaŜ, prawda!... PrzecieŜ sam stamtąd dałeś nogę... A co z
Karmicielem?...
-
Ondulowali Karmiciela! - radośnie powiadomił skrzacik. - Cala diaspora
go
ondulowała! I przywiązano mu kokardkę... niebieściutką!
-
JuŜ dawno była pora... - wyburczał Wybierzniew, rzucając kopertę do
szuflady
biurka. - A towarzycho, widać, wybrało ciebie na szefa?...
-
Papciu... - z wyrzutem mruknął Anczutka, jego zamszowe paluszki lekko
się
wyprostowały. - No, sam pomyśl...
Nikołaj patrzył na niego z zainteresowaniem i pomyślał, jaki skrzat musi mieć
teraz
autorytet, ten który na rękach Afrykanina przekroczył granicę po wodzie, niczym
po lądzie,
który umiał obronić się przed Niką i razem z nią ograbił - aŜ strach pomyśleć! -
muzeum
etnograficzne... Tak, to lider. To legenda... śywa legenda...
- No cóŜ... - w zamyśleniu powiedział Papcio. - Idziesz prawidłową drogą,
Anczutka...
ROZDZIAŁ 15 (zakończenie)
WSZYSCY DO KUPY, wiek - przeróŜny, rodzaj zajęcia - takŜe
Dzień zbliŜał się ku wieczorowi. Nad Łyckiem podobne do chorągwi powiewały
purpurowe obłoki ze złotym haftem. Powiewały zwycięsko...
Patriarcha Porfiriusz stał przy oknie swojej wysokiej celi i patrzył w dół, na
mauzoleum Afrykanina. Tłum jeszcze się nie rozszedł, ale uporządkował się. Po
placu wiła
się jak DŜumachlinka niekończąca się kolejka do spoczywającego w pokoju
protopartorga.
Cała była czarna, jakby w Ŝałobie, poniewaŜ wielu przyszło w riasach. Tam, na
dole, z
pewnością tworzono niesłychane ilości cudów. Będąc pierwszym jasnowidzem kraju,
Patriarcha wyraźnie dostrzegał purpurowo-złote, promieniste lśnienie nad
mauzoleum.
Kilka razy Porfiriuszowi wydawało się, Ŝe w kolejce stoi sam Afryka-nin, co -
oczywiście - po prostu nie mogło być prawdą. Długo, och jak długo, będzie się
ukazywał
Patriarsze...
Pojawił się z meldunkiem zatroskany metropolitruk Pitirim. Patriarcha przyjął go
stojąc pod oknem - nawet nie starał się wdrapywać na swój wywyŜszony fotel, tak
był
zadowolony z widoku otoczonego aurą łaski mauzoleum.
-
Jak tam Didim? - nie odwracając się, ze skrywanym smutkiem spytał
Porfiriusz.
-
Najpierw się upierał... - ze skruchą powiadomił go młodziutki ludowy
komisarz
inkwizycji. - Ale jak mu wyjaśniono, Ŝe to wszystko nie dla
-
zła, a dla dobra - wtedy od razu podpisał... Teraz wkuwa przemowę skruchy...
- A samozwaniec?... No, ten, który w BakłuŜynie...
Strona 136
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Pitirim cicho chrząknął, Porfiriusz obejrzał się. śywa twarzyczka
me-tropolitruka
wyglądała na cierpiącą.
-
Zgubiliście, czy co?
-
Gorzej... - przyznał się Pitirim. - Siedzi w kontrwywiadzie BakłuŜyna.
-
Sam się oddał?
-
Nie, przechwycili... ZdąŜyli na pięć minut przed nami...
Jednak nawet to nieprzyjemne zdarzenie nie mogło Patriarsze zepsuć humoru.
-
Myślisz, Ŝe Portniagin odeśle go do Hagi?... Wątpliwe... Tam przecieŜ,
najprędzej
uznają, Ŝe chce im podsunąć sobowtóra... Nie, nie... Portniagin, rzecz jasna, to
łajdak, ale na
pewno nie dureń... Czy to wszystko?
-
Niestety nie... - powiedział tak, jakby wskakiwał do przerębli, Pitirim.
- Mimo
wszystko na poŜegnanie protopartorg podłoŜył nam świnię!... Okazało się, Ŝe
planował
wykraść z muzeum cudotwórczy obraz Łyckiej Matki BoŜej (metropolitruk przeŜegnał
się
gwiazdą) i z nim chciał powrócić do Łycka...
-
No cóŜ, to byłoby niegłupie - po krókim zastanowieniu się przyznał
Patriarcha. -
Powrócić jako bohater... Bohaterów nie zabija się od razu - najpierw trzeba ich
uczcić... Ale,
jak mówiłeś, aresztowali go?...
-
Aresztowali... - z westchnieniem potwierdził Pitirim. - Jego i
konspiratorów... Ale
jedna fanatyczka (wedle plotek, ulubienica Afrykanina) pozostała na wolności...
O szesnastej
trzydzieści pięć ograbiła muzeum samodzielnie. A pół godziny temu dotarła do
granicy,
przebiła się na naszą stronę...
-
Z ikoną? - uściślił krótko Patriarcha.
-
Z ikoną...
Porfiriusz zasępił się, jednak wrócił za stół. Wdrapał się na wysokie siedzisko,
pogładził blat... Ostatnia wiadomość była najbardziej nieprzyjemna. Po pierwsze,
jeśli ikona
wraca do Łycka, to o jedną pretensję do Ba-kłuŜyna będzie mniej... A po drugie,
jak to
wszystko od razu komplikuje międzynarodową sytuację polityczną... Zresztą, są w
tym pewne
korzystne aspekty:
chociaŜby dla przykładu - zachwyt klasy robotniczej... Bo wystarczyło, Ŝe
dogadaliśmy się z NATO, a od razu coś zaczęło zgrzytać wśród ludu...
-
Ale na pewno nie jest agentką Portniagina?
-
Raczej nie... Zbyt juŜ jest znana...
-
A co na to BakłuŜyno?
-
śąda wydania.
-
Czego?
-
Obojga...
Patriarcha pomyślał, westchnął.
-
Przeliczą się! - zdecydował. - Nie wydamy Matki BoŜej!... A fanatyczkę?
N-no, tę
to moŜe... Po jakimś czasie... Co tam teraz się dzieje? Mam na myśli: na
granicy...
-
Zbiegły się tłumy... - oznajmił niewesoło metropolitruk. - Całą kupą idą
do Łycka,
niosą ikonę... Nad ranem tutaj będą.
I nad ranem dotarli na miejsce. Jednak plotki o powrocie do Łycka cudotwórczej
ikony, a takŜe o odwaŜnej komsomołobogomołce niosącej zwycięskie imię Nika,
dosięgły
stolicy znacznie wcześniej niŜ sama procesja... Na długo przed świtem wszystkie
ulice,
przyległe do głównego placu, były znowu zapchane tłumami. Wielu płakało ze
szczęścia.
Z pierwszymi promieniami słońca ludzkie zbiegowisko zakołysało się, zaszumiało.
Próbując oczyścić drogę pochodowi, ścisnęli się - zadeptano jeszcze cztery
Strona 137
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
staruszki, jako
aneks do tych pięciu, które zrównano z ziemią wczoraj.
To była gwiazdorska godzina Niki Niewyrazinowej. W czarnej riasie, czerwonej
chusteczce, z cudotwórczym obrazem w rękach, wstąpiła Nika na plac. Oczy
artystki płonęły.
W końcu doczekała się takiego powitania, na jakie zasługiwała! Tłumy schylały
głowy przed
nią z naboŜeństwem. ChociaŜ, właściwie, nie tyle przed nią, ile przed ikoną,
jednak wielu,
porównując cudotwórczy obraz z wielkooką twarzą Niki, nie mogło nie zauwaŜyć
wyraźnego
podobieństwa. (Między nami mówiąc, nic dziwnego: kopista, wypełniający swego
czasu tajne
zamówienie Portniagina, dobrze znał Niewyrazinową).
Tłum rozsunął się, tworząc wąski, prosty korytarz do mauzoleum Afry-kanina. Tym
przejściem Nika przybliŜyła się do niewysokiego, lecz monumentalnego budynku.
Łyccy cudotwórcy (całe Biuro Polityczne w pełnym składzie) stali na pierwszym
stopniu. Na trzecim, górując nad pozostałymi, stał tylko Porfi-riusz. WyŜej, po
bokach
prostokątnego, wypełnionego czernią wejścia, rozmieszczeni byli zamarli na
baczność
wartownicy...
Obiema rękoma Nika uniosła ikonę - i wtedy stało się to, o czym mieszkańcy
prawosławnego, socjalistycznego Lycka długo będą jeszcze w przyszłości opowiadać
wnukom i prawnukom.
Niezbyt głośny, ale mocny jęk przetoczył się nad tłumem. Trudno było powiedzieć:
czy to sam tłum jęknął, czy teŜ - mimo wszystko - dźwięk dobiegł z mauzoleum.
Potem
zapadła cisza, słychać było szurające kroki, z ciemnego wejścia, stąpając jak
niedźwiedź,
wyszła na świat BoŜy znajoma do bólu krępa, przysadzista figura, odziana w
starą, obszerną
riasę, z burymi plamami... Z niezadowoloną miną dopiero co obudzonego Afrykanin
spojrzał
na rozpościerający się u jego nóg nieskończony bruk z ludzkich głów...
Zbyt późno wyczuwając nieszczęście, Patriarcha Porfiriusz odwrócił się - i ku
swojemu przeraŜeniu spotkał się ze wzrokiem protopartorga. Straszliwa pauza
ciągnęła się
przez sekundę, moŜe przez dwie. W końcu serce Patriarchy nie wytrzymało - opadł
jak czarna
szmatka na świeŜo połoŜone marmurowe płyty...
Tłum ryknął. Agent wywiadu BakłuŜyna, obserwujący wydarzenia z dachu jednego z
domów, szybko wystukał jakiś numer na komórce - do drugiej, która została cwanie
połączona z zapalnikiem. Ryk ludzki był tak głośny, Ŝe wybuchu nie dosłyszano.
Powoli,
bezdźwięcznie, mauzoleum za plecami protopartorga zapadło się jakby samo w
siebie.
Zdumiony Afrykanin spojrzał na ciało Porfiriusza, potem na wartownika. Wartownik
stał, choć wzrok jego był nieprzytomny... Przesunął wzrok na Nike. Ta szła
prosto na
zmartwychwstałego protopartorga, wyciągając ku niemu cudotwórczy obraz.
Przyjął ikonę - i w tej sekundzie nie tylko jasnowidze, ale takŜe zwykli wyborcy
ujrzeli, jak pojawiło się i uniosło aŜ do niebios migotliwe, złoci-sto-purpurowe
lśnienie. Łaska
przemnoŜyła się przez łaskę, aura - przez aurę... spotęgowały się...
Bez jakiekokolwiek wątpienia, to była najbardziej błyskotliwa operacja
bakłuŜyńskich
słuŜb specjalnych, przeprowadzona za granicą.
ChociaŜ, jeśli wniknąć w sedno, to właściwie na czym polegała ich zasługa?...
Doszło
do tego, czego nie dało się uniknąć. Po zawarciu spisku z blokiem NATO
Patriarcha
Porfiriusz sam postawił się w roli Borysa Go-dunowa. Szepty o tym, Ŝe spod ruin
Strona 138
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
"Ograbanku" wyciągnięto zwłoki wcale nie Afrykanina, a jakieś' zupełnie
postronne ciało
(głupio zrobili, Ŝe grzebali urnę zamiast mumii!), roznosiły się juŜ podczas
Ŝałobnej
ceremonii. Do myślenia zmuszał sam pośpiech pochówku... Krótko mówiąc, juŜ wtedy
lud
był moralnie przygotowany do drugiego pojawienia się protopartor-ga. A kiedy lud
jest
gotowy moralnie do czegokolwiek, to niechybnie się to wydarzy.
Nawet gdyby Afrykanin nie spotkał się z Glebem Portniaginem i nie skorzystał z
pomocy bakluŜyńskiego kontrwywiadu, jego aura tak albo inaczej szybko
napełniłaby się
purpurowym blaskiem, i zagoniłaby go do Łycka z tą samą ikoną w rękach...
Ktoś moŜe powiedzieć: no, a jeśliby Anczutka chybił, rzucając wierci-piętką w
zabójcę? Jeśliby - krótko mówiąc - zastrzelili Afrykanina?... AleŜ
zmartwychwstałby, jak
nowo narodzony!... Jeśli naród wierzy, Ŝe Afrykanin Ŝyje - to znaczy, Ŝe Ŝyje.
Nie ma po co tu
mędrkować!...
Dobrze. ZałóŜmy, Ŝe zabili - i nie zmartwychwstał! I tak wszystko jedno -
przecieŜ
zaraz znajdzie się ktoś podobny! Albo nawet niepodobny - tak teŜ się zdarzało...
Ogólnie
rzecz biorąc: w czym tu róŜnica?... Dymitr Samozwaniec II działał wcale nie
gorzej niŜ
Dymitr Samozwaniec I...
Obywatel, ma się rozumieć, przerazi się, jęknie: "Jak to nie ma Ŝadnej róŜnicy?
PrzecieŜ nie ma człowieka!" Ale, na to jest obywatelem, Ŝeby głupieć z powodu
drobnostek i
zadawać kompletnie bzdurne pytania. W rodzaju powiedzmy: "Dlaczego obowiązkowo
właśnie ja mam zginąć?..." W Ŝaden sposób nie da się przekonać, aby spojrzał na
to z
państwowotwór-czego punktu widzenia...
Jeśli jednak wszystko tak pięknie zakończyłoby się samo, to po co były potrzebne
Wybierzniewowi te zbędne wysiłki: wprowadzić do akcji Nike,
wysadzać mauzoleum?... Jak to "po co"? Jak to "po co"?... A ranga genera-ła-
majora?... A fotel szefa bakluŜyńskiego kontrwywiadu?... Zrozumcie w końcu:
zrzucenie
Patriarchy Porfiriusza było jedynie środkiem! A prawdziwym celem jego operacji,
choćby
Wybierzniew nie wiadomo jak się wykręcał, było zrzucenie Tola Tolicza.
Afrykanin nie oszukał wspólnika. Nawet nie miał zamiaru go okłamywać. Kolejna
rozmowa Gleba Portniagina ze specjalną komisją ONZ powinna rozpocząć się o
dziesiątej
rano w Sali Klonowej Pałacu Prezydenckiego. O wpół do dziewiątej protopartorg
przybył z
ikoną na porzucone stanowisko bojowe Obrony Przeciwlotniczej. Z sześciu leŜących
na
prowadnicach urządzeń, tylko jedno - i to w ogólnych zarysach - przypominało
rakietę.
Właśnie "to" przeładowano na stanowisko ogniowe, a potem, kiedy odstąpiono,
pokiwano
głowami ze współczuciem. Szczególnie niesolidnie wyglądały dziury w poszyciu -
rezultat
zeszłorocznych ćwiczeń, kiedy próbowano pospiesznie przeładować urządzenie, nie
czekając,
aŜ Ŝyroskopy zupełnie się zatrzymają. Szaleńczo wirujące bączki wyskoczyły z
rakiety na
świat BoŜy i narobiły mnóstwo szkód, zanim wojskowemu metropolitrukowi przyszło
do
głowy unieszkodliwić je modlitwą...
Jednak nie było wyboru... Czasu teŜ juŜ nie starczało. Za jednym zamachem
pokropili,
poświęcili, pomalowali... Jasne, Ŝe nie obeszło się bez pomyłek i usterek: przy
okazji
poświęcili artystę-kaligrafa, który czołgał się po korpusie urządzenia, nanosząc
nań litery
Strona 139
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
napisu: "Łycka nie złamie się!" Po zakończeniu pracy nieborak złamał pędzel,
wylał
kopniakiem farby - i poszedł do monastyru. A dwóch chorąŜych, którzy przypadkowo
trafili
pod kropidło, natychmiast, nie opuszczając posterunku, pokajało się, przyznało
do
łapówkarstwa i zaŜądało dla siebie trybunału...
Przed dziesiątą przygotowania zakończono. Afrykanin wyjął komórkę, wystukał
numer Gleba.
- U mnie wszystko gotowe... Startować?
- Na szczęście, na pohybel... - z rozrzewnieniem odezwał się prezydent, a
protopartorgowi zabiło serce... Zapachniało młodością. Właśnie te same słowa
wyrzekł Gleb
Portniagin tej dawnej wiosny, kiedy we dwóch
zatrzymali się niezdecydowani przed Ŝelaznymi drzwiami magazynu z artykułami
Ŝywnościowymi...
Dokładnie o dziesiątej wypuszczono urządzenie w powietrze. Jasne, Ŝe w
normalnych
warunkach daleko by nie odleciało... Ale w tym konkretnym przypadku zbyt wielu
było
zainteresowanych w udanym starcie. Wsparta łaską i sterowana ideologicznie z
ziemi, rakieta
powłócząc dymem, ze świstem i łomotem wzniosła się w powietrze, potem wyrównała
lot i
błyskawicznie poszła w kierunku BakłuŜyna... Nad DŜumachlinką, diabli wiedzą
dlaczego,
wyłączył się odrzutowy silnik na paliwo ciekłe. Albo zatkała się jakaś rurka,
albo skończyło
się paliwo, a moŜe wyczerpała się łaska...
Ale to juŜ było niewaŜne... Srebrzystą, ostronosą, upierzoną pałeczkę sztafety
przejęła
społem cała Liga Czarodziei. Podchwycony kolektywnym zaklęciem o niesłychanej
mocy,
zaczarowany odrzutowy ładunek, nie posiadając na pokładzie Ŝadnych przyborów
nawigacyjnych, dojrzał cel i ruszył na niego - nie wiadomo jak...
Jak przewidział wczoraj Gleb Portniagin, trafił dokładnie w iglicę. Trafienie
było
wyjątkowo celne. Przebijając dach, rakieta z łomotem wsunęła swój ryj wprost do
Sali
Klonowej, jakby chciała zapytać zaciekawiona: "Aczym wy się tutaj, dobrzy
ludziska,
zajmujecie?" Wybuchnąć w niej nie miało co, rzecz jasna, ale mimo to nie obeszło
się bez
ofiar. Mister Jim Crow (tenŜe sam podstarzały Murzyn) oberwał kawałkiem tynku z
sufitu, a
długozębnemu Angłosasowi, jak to przyjęto określać u nich, za granicą, "odjęło
pamięć"...
A najwaŜniejsze - na ciekawskim nosie rakiety, wypisane wielkimi purpurowymi
literami, płonęło dumne słowo: "Łyck..." Reszty moŜna było nie czytać...
Światem wstrząsnęło. Desantowy helikopterowiec "Tarava" znowu wszedł do Zalewu
Szczuki. Sojusz NATO ogłosił, Ŝe ma zamiar natychmiast nanieść rakietowo-bombowe
uderzenia na Łyck - poniewaŜ, dzięki Bogu, rozpoznanie celów przygotowano
zawczasu.
Mimo to, dla przyzwoitości, przysłali kolejne ultimatum. W odpowiedzi Patriarcha
Wszechłycka Afrykanin, który zastąpił na tym stanowisku zmarłego wskutek ostrej
niewydolności serca Porfiriusza, z właściwą mu bezczelnością ogłosił, Ŝe sam
wyjdzie na
spotkanie pokładowego lotnictwa USA. śeby łatwiej im było celować...
W Łycku, jak zresztą i w BakłuŜynie, objawiono podwyŜszoną gotowość bojową,
rozesłano listy mobilizacyjne szeregowym i oficerom rezerwy. W Dzumachli w
trybie
alarmowym powołano do szeregów siły obrony cywilnej i zrealizowano dawną groźbę,
dotyczącą mobilizacji skrzatów.
Starszy lejtnant Paweł Obruszyn (dla przyjaciół i szefostwa - po prostu Pawełek)
Strona 140
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
został pilnie odkomenderowany do DŜumachły - jako wybitny specjalista od
skrzatów,
kołowiertków i pozostałych miastowych sił nieczystych. Ponury i długachny,
siedział na
połoŜonym na boku taborecie pośrodku archiwum, z którego wyniesiono - nie
wiadomo
dlaczego - całe umeblowanie, i prowadził instruktaŜ:
- A więc, powtarzam... Amerykanie ogłosili, Ŝe dokładnie o trzeciej zaczynają
bombardowanie Łycka. Ale!... Powtarzam: ale!... MoŜliwe, Ŝe to celowa
dezinformacja... To
jest - bombardowanie moŜe rozpocząć się o godzinę wcześniej, o godzinę później,
a moŜe się
wcale nie rozpocząć... Niech was to nie niepokoi, nie smuci i nie raduje...
Wcześniej albo
później - zacznie się... Nie dziś - to jutro...
RóŜnokolorowe skrzaty dŜumachlińskie pokornie siedziały w kucki wokół
instruktora.
Słuchały, nie oddychając, i bojaźliwie łypały oczkami.
- Wasze zadanie... Rozejść się do domów i pozostawać tam zachowując podwyŜszoną
uwagę... Maksymalnie!... Jeśli nagle poczujecie, Ŝe waszemu domowi grozi
niebezpieczeństwo (w tym przypadku - zniszczenie), natychmaist powiadomcie
gospodarzy i
starszego grupy. W Ŝadnym razie nie próbujcie własnymi siłami zbić z kursu
skrzydlatą
rakietę albo zapobiec temu w jakikolwiek inny sposób. Nawet jeśli wam się to
uda, rakieta z
pewnością wpadnie w dom sąsiada, skąd my juŜ ewakuować mieszkańców po prostu nie
zdąŜymy... Co?... Pytanie?... Kto tam wyciąga rączkę?...
Z puszystego tłumu wstał niewyróŜniający się niczym, łopuchouchy trójbarwny
skrzacik, z którym starszy lejtnant rozmawiał wczoraj rano o Afrykaninie, i
zatykając się
spytał:
-
A... dlaczego Amerykanie będą nas... bombardować?...
-
Powtarzam... - wycedził Pawełek. - Dla wyjątkowo tępych... Nas
Amerykanie nie
będą bombardować... Będą bombardować Łyck... Ale!...
-
Skrzydlata rakieta, choć uwaŜana jest za broń wysoce celną, mimo to moŜe
przypadkowo... Rozumiecie? Przypadkowo!... chybić i trafić nie tam...
-
A... dlaczego ona tak... moŜe?...
-
A dlatego, Ŝe sprzedawaliście "kadzidło" gremlinsom!... - nie wytrzymał
i wrzasnął
Pawelek. - Cholerni narkotykowi baroni!...
Po zakończeniu instruktaŜu i rozpuszczeniu zmobilizowanej siły nieczystej do
domów, starszy lejtnant Paweł Obruszyn podniósł się z taboretu, postawił go jak
naleŜy,
podszedł do otwartego na ościeŜ okna, oparł się o parapet. Archiwum sztabu
obrony cywilnej
mieściło się na trzecim piętrze, z tej wysokości widać było szeroką panoramę
miasta. W dole,
z zieleni sadów wysuwały się dachy prywatnego sektora. Trochę dalej leŜały
zapylone ruiny
dwóch skrajnych rejonów, które niedawno stały się celem barbarzyńskiego,
okrutnego
ostrzału artyleryjskiego z Łycka... Jeszcze dalej błyszczała i straszyła się
DŜumachlinka, a na
tamtym jej brzegu... Pawełek wyprostował się, ze złością pokręcił głową - jakby
strząsał
komara, który zaplanował sobie lądowanie na jego prawym uchu.
Na tamtym brzegu błyszczącej łuską DŜumachlinki poruszał się ogromny tłum. Ale
nawet nie to wstrząsnęło Pawełkiem. Absolwent koledŜu imienia Jefrema
Niedobrowa,
dyplomowany czarownik, wyraźnie dostrzegał sięgające zenitu migotliwe,
purpurowo-złote
lśnienie, otaczające wszystkich zgromadzonych. Aura kolektywna... Takie zjawisko
zazwyczaj występuje podczas modlitw zbiorowych, mityngów, pogromów i pozostałych
Strona 141
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
masowych przejawów jednomyślności. Na pogrom to nie wygląda. Widać, albo mityng,
albo
modły...
Epicentrum blasku bez wątpienia znajdowało się nad niewysokim, przysadzistym
człowiekiem w obszernej riasie, stojącym przed wszystkimi z ikoną w rękach... Ot
co! A więc
Afrykanin nie Ŝartował, kiedy objawił, Ŝe sam wyjdzie na spotkanie skrzydlatych
rakiet.
Fanatyk - był i pozostanie fanatykiem!... (Pawełek był poruszony i oburzony do
głębi duszy).
Po co przywlókł ze sobą ludzi? Ilu ich tam? Z dziesięć tysięcy? Nie, więcej...
Dwadzieścia,
trzydzieści... i wszyscy z jakiegoś powodu z rozwartymi ustami... Śpiewają, czy
co?...
Pawełek szybko wymamrotał zaklęcie, wsłuchał się.
Kipi nasz rozum oburzony... - s'piewano na tamtym brzegu.
No, oczywiście... Zresztą, purpurowo-złocista, sięgająca niebios aura
rzeczywiście aŜ
kipiała od szlachetnej wściekłości, nawet w niektórych miejscach rozpalając się
do białości...
Kiedy dostrzegł kątem oka jakieś poruszenie po tej stronie DŜuma-chlinki,
Pawełek
zmusił się do oderwania wzroku od tego wstrząsającego widowiska i spojrzał na
szosę. Tam,
w kierunku posterunku granicznego, z olbrzymią szybkością jechały dwa samochody:
czarna
limuzyna i trochę z tyłu dŜip z ochroną. CzyŜby prezydent?... Dokąd go tam
niesie?...
Domyślić się Pawełek nie zdąŜył... LeŜące w ruinie rejony DŜumachły wypuczyły
się
brudnym obłokiem, a w część sekundy później napłynęła podobna do gromu fala
uderzeniowa. Dobrze, Ŝe okno, przy którym stał instruktor, było otwarte - w
dwóch sąsiednich
wyleciały szyby. Sady wzburzyły się, z jednego z dachów zwiało parę arkuszy
blachy.
Powietrze pociemniało od wzniesionego z ziemi w górę brudu...
Pozostało nam tylko podziwiać, jak doskonale przeprowadził starszy lejtnant
Obruszyn swój instruktaŜ... Bombardowanie Łycka rozpoczęło się przed wyznaczonym
czasem i na chybił trafił.
Gdy tylko zameldowano Portniaginowi, Ŝe na przeciwległym brzegu DŜumachlinki
zebrał się niesłychanie wielki tłum, natychmiast przerwał nadzwyczajne
posiedzenie Ligi
Czarodziei, nie tracąc ani minuty wyjechał na miejsce nadchodzących wydarzeń. Po
co?...
Właściwie - rzeczywiście - po co? CóŜ za potrzeba? Wszystkie rachunki zostały
wyrównane,
bilans zamknięty. Afrykanin uczciwie wystrzelił rakietę w jego pałac, a o nic
więcej się nie
umawiali...
Poszukiwanie rozumowego wyjaśnienia tej dziwacznej eskapady Gleba Portniagina
nie ma sensu. PoniewaŜ jedynym jej powodem był strach. Strach o kumpla...
CzyŜby rzeczywiście był aŜ tak głupi, Ŝeby wyjść na spotkanie pokładowego
lotnictwa
USA? Na co on liczy? Na to, Ŝe do tłumu strzelać nie
będą?... No, oczywiście, nie będą!... Będą strzelać do Afrykanina, a za
pozostałych
potem, hurtem, w ostateczności, złoŜą przeprosiny...
Na zakręcie do posterunku granicznego prezydent rozkazał zatrzymać samochód i
wysiadł z niewłaściwym dla siebie pośpiechem. Właśnie w tej sekundzie skrzydlata
rakieta
trafiła w ruiny prywatnego sektora...
- Glebie Kondratyczu! - czepiając się rękawa marynarki, zupełnie po babsku zawył
referent. - Nie wolno panu tutaj przebywać!... Niebezpiecznie!...
Ruchem łokcia Portniagin uwolnił rękaw, ale od tyłu nadbiegali mor-dziaści z
ochrony... Trzeba było ich pozbawić moŜliwości poruszania się zaklęciem.
Strona 142
Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga
Tymczasem nad rejonem pojawił się cięŜki i sepleniący ryk turbin. Nad łęgiem,
wstrząsając i marszcząc gładź zalanych łąk, drapieŜnie i leniwie zawracało
"skrzydło"
amerykańskich samolotów.
Zabójcy!... Portniagin nienawidził ich. Nienawidził tych rekinów wyszczerzonych
pysków, tych czarno-Ŝółtych stabilizatorów, nienawidził świszczącego, tępego
dźwięku
silników... Albowiem tam, na lewym brzegu DŜumachlinki, pośród ogromnego, z
natchnieniem śpiewającego tłumu, stał z ikoną w rękach jedyny bliski mu
człowiek...
- Zaklęcie... - przymilnie podszepnął jakiś wewnętrzny głos (moŜliwe, Ŝe
gadułki). -
Rzuć na nich zaklęcie... Jesteś szefem Ligi...
Jaka pokusa!
"Zwariowałeś? - w myślach zaczął opierać się prezydent. - Tutaj wszystko się
wyda!..."
- Myślisz o czarnych skrzynkach?... - zapytał hałaśliwie ten sam głosik.
"Ja o gremlinsach! Skrzynka, załóŜmy, Ŝe zamilknie, ale gremlinsy nie będą
milczały!..."
Portniagin nie wytrzymał, zmarszczył się, ale nawet to mu nie pomogło. Wybuch na
niebie na moment zaćmił słońce. Powieki jakby roztajały, stały się Ŝółtorózowe,
prawie
przezroczyste. A potem po okolicy jakby ktoś przywalił ogromnym, tęgim kułakiem
- lup!...
Dźwięk był tak gęsty i spręŜysty, Ŝe odbierało się go całym ciałem.
Gleb zmusił się, otworzył oczy, podświadomie wybierając moment, kiedy na niebie
wybuchła jeszcze para takich samych oślepiających ogni
- i w okolicę przywalił juŜ nie jeden kułak, ale oba za jednym zamachem.
Otoczona zlocisto-purpurową poświatą gromada na tamtym brzegu stała nie
naruszona. Za to na wysokościach, nad poczerniałą DŜumachlinką pojawiło się
kilka białych
baloników z czarnym oŜyłkowaniem. Z gęstego białego dymu, nieregularnie kręcąc
fikołki,
sypały się czarne odłamki. To, nie mogąc się oprzeć mocy cudotwórczej ikony i
szlachetnej
wściekłości łyckiego ludu, wybuchały w powietrzu samoloty szturmowe Szóstej
Floty USA...
Prezydent stał jak skamieniały.
- Przyjacielu... - ledwie słyszalnie szepnął.
Na tak szczodrą wdzięczność Gleb nawet nie liczył. Nie, nie odłamki - cały złoty
deszcz spadł na BakłuŜyno: kredyty, inwestycje, pomoc humanitarna... Wstąpienie
do NATO,
niech to diabli!...
I ten dureń chciał odejść na emeryturę! Sam do Hagi się prosił!...
- Nie, przyjacielu... - zduszonym głosem rzekł Gleb Portniagin, czując, jak do
oczu
napływają łzy. - My jeszcze sobie z tobą powojujemy...
Protopartorg - nieprzetłumaczalny neologizm: proto- (przez analogię z cerkiewnym
terminem protodiakon) i partorg (skrótowiec ze słów
part-org, czyli partyjny organizator), termin czasów ZSRR odpowiadający
polskiemu "sekretarz podstawowej organizacji partyjnej" (przyp.
tłum.).
Przekład za: Słownik przysłów i powiedzeń polsko-rosyjskkh i rosyjsko-polskich,
Warszawa 2003 (przyp. tłum.).
1 List św. Jana Apostola (2:15) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Ewangelia wg św. Mateusza (10:14) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Księga Powtórzonego Prawa (5:7) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Neologizm utworzony z przedrostka metro- (z cerkiewnego terminu metro-polita) i
uŜywanego w Polsce skrótowca wzorowanego na
nowomowie radzieckiej "politruk", tj. zastępca (dowódcy) do spraw politycznych
(przyp. tłum.)
Strona 143