background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

JEWGIENIJ ŁUKIN

Purpurowa aura protopartoga

Z rosyjskiego przełoŜył Zbigniew Landowski
ROZDZIAŁ 1
ANCZUTKA, wiek nieznany, uciekinier.
Ciekawe, czy kiedykolwiek rosyjskim skrzatom dobrze się Ŝyło? Oj, nie... No, 
moŜe 
przed chrztem Rusi, ale przecieŜ tych zamierzchłych czasów nikt juŜ nie pamięta 
- tak długo 
nawet skrzaty nie Ŝyją.
Za carskich czasów popi dziczeli: nadciągnie taki, kosmaty, z kadzidłem, całą 
izbę 
kadzidłem zaczadzi, kąty ochrzci wodą święconą - ze złośliwości, a od niej 
przecie i sierść 
wypada, i moc przepada... Trzeba pokłonić się władzom sowieckim: wystrzelali 
potworów, 
powsadzali, a ci, którzy się ustrzegli, jacyś tacy cisi się stali i 
nieszkodliwi...
No, pomyśleliśmy, poŜyjemy sobie... Ale gdzie tam! Za czasów Łuna-czarskiego 
jeszcze jakoś to było, ale jak tylko przekazali całą siłę nieczystą z Ludowego 
Komisariatu 
Oświaty do NKWD - mać twoja, wiedźmo! Rozpoczęły się takie rzeczy...! Do tej 
pory 
sumienie, bywa, gryzie: zdarzało się przecie, Ŝe na własnych gospodarzy trzeba 
było 
donosić...
No nic, pocierpieliśmy, przywyknęliśmy... Ale znowu: nadciągnęła chruszczowowska

odwilŜ. Źle było? Wystarczyło tylko jednego, najwaŜniejszego przestrzegać: 
trzeba było jak 
najdalej trzymać się od kalendarzyka ściennego (takiego z odrywanymi kartkami). 
Aby w 
czerwone dni pod pionierski salut przypadkiem się nie wpakować... Oj, ludzie, 
ludzie! 
Musieli znowu wszystko do góry nogami przewrócić! Mało im było złego...
Anczutka zmusił się do przerwania swoich gorzkich rozwaŜań i rozejrzał się. 
Dookoła 
błyszczało rozlewisko. Woda i ląd leŜały, moŜna by rzec, na jednym poziomie. 
Pozostawało 
jedynie odgadywać, dlaczego właśnie ten placyk jest zatopiony, a ten oto, dla 
przykładu, nie...
A przecieŜ trzeba będzie wracać - wyraźnie zabrnął nie tam, gdzie trzeba: z 
trzech 
stron woda, brodu nie widać, a tym bardziej - mostu. Gdyby Anczutka umiał 
pływać... Ale 
pływać Anczutka nie umiał. Jak kaŜdy porządny skrzat, nie mógł nawet pomyśleć 
bez drŜenia 
o tej tajemniczej czynności.
Cichutko jęknął i pokuśtykał z powrotem. Przywykły do płaskich powierzchni 
ludzkich mieszkań, Anczutka z goryczą przyglądał się gruntowi, który co kaŜde 
pięć kroków 
obowiązkowo podkładał mu jakąś nową świnię: to bruzdę, to chrust...
Ogólnie rzecz biorąc, dzika przyroda zachowywała się złowrogo i złośliwie.
W dodatku okazało się, Ŝe poza terytorium ludzkiego mieszkania prościutka magia 
Anczutki całkowicie traciła swoją moc: nawet nie mógł stać się niewidzialny. 
Zrozumiał to 
będąc jeszcze w granicach miasta, kiedy przedzierając się przez krzaki, usłyszał
zdziwiony 
chłopięcy okrzyk:
- Ej! Patrz, jakie wielkie kocisko!...
Innym razem pewnie by się obraził...
Teraz tylko - dla pełnego szczęścia - naleŜało wpaść na któregoś z leśnych 
czortów, z 
którymi skrzaty od dawna toczyły wojny. Ale miałyby radochę, gdyby mogły tak 
wodzić 
krewniaka po manowcach, aby zagubił się całkowicie, miejski frajer, w trzy sosny

Strona 1

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

kopany... 
No tak, ale przecieŜ juŜ i tak zabłądził...
Nagle całą okolicę wypełnił natęŜony, basowy huk turbin. Nad łęgiem, wstrząsając

marszcząc gładź zalanych łąk, drapieŜnie i leniwie zawracało "skrzydło" 
amerykańskich 
samolotów. Po naszemu, po "łyckiemu" - "ogniwo". Pierwszy leciał zwiadowca, 
obciąŜony 
podwieszonymi bakami i kontenerami z aparaturą. Eskortowała go grupa osłony. 
Mordy 
rekinie, czarno-Ŝółte stabilizatory... Reakcyjny, bogoburczy sojusz NATO, 
podpuszczony 
przez bakłuŜyńską demokrację, uparcie szukał powodu, aby uderzyć zbrojnie na 
prawosławny, socjalistyczny Łyck.
Anczutka wspiął się na tylne łapki i z przestrachem pokręcił twarzyczką. Gdyby 
chociaŜ udało się określić, w jakim kierunku, gdzie znajduje się ten posterunek 
graniczny?... 
Wydaje się, Ŝe chyba tam...
Na przedzie, na szmaragdowym wzgórku majaczyło coś jakby znanego, swojskiego, a 
dokładniej: dwie pionowo wkopane rury, do których w niepamiętnych juŜ czasach 
przyspawano blaszaną tarczę, teraz juŜ wyblakłą i pordzewiałą do niepoznania. 
"OBFITOŚĆ - 
DROGA DO NAWODNIENIA!" - moŜna było odczytać. Widać, jakieś starodawne zaklęcie,

które zdąŜyło juŜ utracić swoją moc...
Kiedy Anczutka dotarł do tego historycznego pomnika, przykucnął, przylgnął 
wyczerpany okrągłymi pleckami do ciepłej, rudej rury. ChociaŜ to nie mieszkanie,
ale mimo 
wszystko coś, co zrobiły ludzkie ręce... Nawiasem mówiąc, Anczutka juŜ 
odpoczywał pod tą 
staroŜytną konstrukcją: niestety - zupełnie niedawno.
"Jeśli mnie czort za nos wodzi - rozmyślał niewesoło - to nie przedrę się... 
Nie, nie 
lubię tych leśnych pociotków... Jacyś tacy głupawi, chociaŜ krewni..."
A zresztą... Czasy się zmieniają - i, jak to zazwyczaj, na gorsze. Teraz 
wszystkim 
łyckim siłom nieczystym cięŜko. MoŜe więc leśne bractwo się zmiłuje: pozwodzi, 
pozwodzi 
po manowcach, a potem, nagle, poczuje współczucie i wskaŜe drogę do granicy...
ChociaŜ Anczutka jest skrzatem z charakterem i nigdy by nie przyjął czarciej 
pomocy...
Znowu przymknął powieki, wspomniał z Ŝalem ten pieski dzień, w którym wszystko 
znowu się rozwaliło. Było to chyba pod koniec lata, ale którego roku, Anczutka, 
jak zwykle, 
zapomniał... To ludzka rzecz lata liczyć...
Zaczęło się od tego, Ŝe do niego na strych zaszedł ryŜy, nie budzący zaufania 
kot i 
zaprosił do piwnicy, gdzie powinno odbyć się jakieś zebranie. Anczutka, rzecz 
jasna, zdziwił 
się. Zazwyczaj kociska trzymają się oddzielnie i postronnych osób do prania 
swoich brudów 
nie dopuszczają. Tym bardziej skrzatów, będących ich zdaniem, bezpośrednim 
zagroŜeniem 
ich kociej wolności. Widocznie stało się coś niesłychanego...
Liczba kotów w piwnicy oszołomiła go. Najwidoczniej zbiegły się z wszystkich 
okolicznych podwórek. Anczutce od razu przypomniało się, Ŝe trzy ostatnie dni 
były jakieś 
niespokojne. Na zewnątrz coś tam piszczało, gruchotalo, ściany dygotały; nawet 
mieszkańcy 
zachowywali się jakoś dziwnie: kłócili się, aŜ ochrypli, rzucali "mięsem", a z 
jakiego powodu 
- nawet zrozumieć trudno...
Czarny, wyliniały kocur o bandyckim wyglądzie bezszelestnie wskoczył na oroszoną

wilgocią rurę i zwycięsko popatrzył na zebranych.
- Kiedys'my cierpieli pod jarzmem Janajewa... - miauknął płaczliwie. Kto to 
Janajew, 
Anczutka nie wiedział, ale tak zaczął się bać, Ŝe części wrzasków nie dosłyszał.

Strona 2

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

To zaś, co 
usłyszał, w nieokreślony sposób przypominało okropne, krzykliwe mowy, których 
wyŜej uszu 
nasłuchał się w lata represji.
A kot ciągnął melizmatycznie:
-...Dziewiętnastego sierpnia dwukrotnie przebiegłem drogę pułkowi KGB! Ryzykując

Ŝyciem! Mruczek świadkiem! Za drugim razem - tuŜ przed gąsienicami! Nawet na 
mnie 
wrzasnęli: "Precz, czarna zarazo!" A gdzie, pozwólcie spytać, był w tym czasie 
Markiz z 
mieszkania dwudziestego trzeciego? Dlaczego nie dołączył swojego "miau" do 
gniewnej nuty 
naszego wspólnego protestu przeciw antykonstytucyjnemu puczowi?...
Tak, tak, włas'nie tak wszystko się rozpoczęło...
Obok Anczutki zaszumiały cięŜkie skrzydła, z obrzydzeniem uniósł lewą powiekę. O

dwa kroki od niego szara wrona o duŜej głowie, z podejrzanie niewinnym wyglądem,

wydziobywała coś z trawki, przy czym - jakby nigdy nic - przysuwała się 
stopniowo, coraz 
bliŜej i bliŜej, do rury, przy której przykucnął Anczutka. Wyraźnie próbowała 
zajść go od 
tyłu. NaleŜy przypuścić, Ŝe teŜ skrzata nie rozpoznała i uznała za niezwykle 
duŜego kota. A 
wiadomo, Ŝe dla wron nie ma większej przyjemności, niŜ podkraść się do kota i 
dziobnąć go 
w ogon.
- Won!... - wysyczał Anczutka, obraŜony do głębi duszy. W ogóle nie znosił wron 
- za 
ich kłótliwy obyczaj i skłonności do lewackiego ekstremizmu.
Zaskoczona wrona aŜ przycupnęła, i trzepocąc skrzydłami, z ochrypłym 
odstraszającym krakaniem odskoczyła od razu na trzy kroki. Ludzkie, 
oczywiście...
Na drogę przed posterunkiem granicznym Anczutka dotarł dopiero w drugiej połowie

dnia. Jak mu się to udało, prawdę mówiąc, sam nie wiedział. Jedno było jasne: 
Ŝaden czort go 
po tych niezliczonych półwyspach, cyplach i cieśninkach nie wodził - z czarcich 
łap nie 
wywiniesz się tak szybko...
Gdzieś tam, za laskiem, z wysiłkiem wyły turbinowe silniki. Czując się 
bezpiecznie, 
Amerykanie latali na lekcewaŜąco niskich wysokościach. Dobrze, niech im 
będzie...
Ale z góry rzeczywiście zagraŜały Anczutce od czasu do czasu - wrony... Kłamliwa

plotka o tym, Ŝe po okolicy brodzi skrzat, który zabłądził, podniosłą w 
powietrze ich cały 
skład osobowy - z pięć ugrupowań bandyckich wraz z ich komendantami polowymi. 
Wrony 
wykonywały zwroty przez skrzydło i z gardłowym krakaniem, kolejno pikowały na 
cel, przy 
czym robiły to bardziej z chuligańskich niŜ z politycznych pobudek. Skąd zresztą
mogły 
wiedzieć, jaka jest Anczutki platforma polityczna?!
Od czasu do czasu zatrzymywał się, przysiadał z najeŜoną sierścią, unosił na 
spotkanie 
ataku z powietrza wściekłą twarzyczkę. PrzeraŜone wrony, przenikliwie kracząc, 
odlatywały 
od niego jak najdalej. Nawet taki skrzat, pozbawiony czarodziejskiej mocy, mógł 
spokojnie 
przechwycić je w locie i poskręcać tym łajdaczkom karki.
Nie, Anczutka nie bał się wron. Bał się, Ŝe wrzeszcząca i kłębiąca się - podobna
do 
unoszonego wiatrem popiołu - chmara zwróci na niego niepotrzebnie uwagę. 
śołnierzy 
pogranicza zapewne skrzaty i inne drobne siły nieczyste ani trochę nie 

Strona 3

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

interesują, celników 
zaś tym bardziej, ale przenikliwego wzroku hultajów z kontroli imigracyjnej 
pewno nie da się 
oszukać...
Przed posterunkiem granicznym wrony rozleciały się, jednak Anczut-ke to wcale 
nie 
pocieszyło. Nazbyt pośpiesznie to zrobiły. Nękany złymi przeczuciami, lamentując
pod 
nosem, ze strachem wyjrzał zza nasypu.
Zobaczył dziwne widowisko: oba brzegi DŜumachlinki leŜały mniej więcej na jednym

poziomie, ale cała dostrzegalna przestrzeń przynaleŜąca do Łycka była zatopiona,
pochłonięta 
przez wodę. Tymczasem terytorium BakłuŜyna było suche i ciepłe. Rzeka rozlała 
się tylko na 
jeden brzeg. Dziwić się zresztą nie było czemu: to, Ŝe BakłuŜyno i Łyck Ŝyją 
podług róŜnych 
kalendarzy, nie było dla nikogo Ŝadną tajemnicą.
Most przez DŜumachalinkę był zastawiony betonowymi blokami i przegrodzony 
szlabanami. Po tej stronie przechadzali się rośli chłopcy w szerokich, 
dzwonowatych 
brezentowych płaszczach i w głębokich hełmach. Ani twarz ani rąk - wystawały 
jedynie 
wysunięte podbródki. I spod pach lufy automatów.
Oprócz tego, niedaleko od pancernej kapliczki na gąsienicach, ze wieńczeniem w 
formie krzyŜa, zakończonego pięcioramienną gwiazdą - majaczyła parka czarnych 
rias. 
Kiepska sprawa! Nieomylnym wzrokiem krzata Anczutka wyraźnie dostrzegał jasny 
dymek, 
otaczający kaŜdego człowieka. Nawet wiedział, Ŝe nazywa się aurą, nieźle tez 
rozpoznawał jej 
odcienie... U tych dwóch aura była koloru czerwonego z brązowym pobłyskiem. 
Trafisz 
takim w łapy - moŜesz nie liczyć na miłosierdzie...
Uciekinier posmutniał i z nadzieją przeniósł wzrok na przeciwległy brzeg. Tam za

szlabanem w pasy, wyzywająco beztrosko przechadzali się młodzi ludzie w 
niebieściutkich 
koszulach z krótkimi rękawami, w róŜnokolorowych spodenkach, wszyscy bez broni. 
MruŜąc 
oczy i uśmiechając się podstawiali gładkie pyski pod łagodne promienie słońca - 
napawali się 
Ŝydem Oczywiście, a co im tam!... PrzecieŜ takie rekiny ich ochraniają z 
powietrza.
A moŜe poczekać na noc, znaleźć deseczkę i przeprawić się gdzieś tam, niezbyt 
daleko?... Nie, strach. Gdyby Anczutka urmał latać. Choć jaka z tego korzyść! 
Rzadko który 
ptak doleci do środka DŜumachhnki - zestrzelą w locie. A kule to z pewnością 
święcone...
Po moście teŜ się nie przemkniesz... A pod mostem?... Pod mostem spokojnie mógł 
mieszkać mostowik. Spotkanie, rzecz jasna teŜ nie naleŜałoby do 
najprzyjemniejszych, ale 
mimo wszystko to nie czort ciągnął go do budowli, a nie do wykrotów... A, przy 
okazji, o 
budowlach Gdyby udało się dotrzeć do mostu, teoretycznie Anczutce po powrócić 
zdolności 
magiczne. To znaczy, Ŝe przedzierałby się pod wigarami przez granicę juŜ 
niewidzialny...
Tymczasem dwóch w czarnych riasach o czymś tam, najwidoczniej, się dogadało, 
podeszli do pancernej kapliczki i - jeden po drugim - zniknęli w jej mroku. Za 
nimi 
zatrzasnęła się klapa.
Anczutka wyskoczył zza nasypu na pobocze, wystraszył się własnego decydowania, 
ale galopem pobiegł do mostu, kryjąc twarzyczkę i usiłując jak tylko moŜna 
najbardziej 
upodobnić się do niezwykle rosłego, szarego kot z odciętym ogonem.
Na szczęście, po tej i po tamtej stronie DŜumachlinki wszyscy w tej chwili 
unieśli 

Strona 4

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

głowy - nad granicą przelatywał kolejny sęp z mordą rekina i czarno-Ŝółtymi 
stabilizatorami...
Most był betonowy, nieprzyjemny, bez jednego zacisznego kącika. W dole wiało na 
przestrzał, jak na wygwizdowie. Od wody ciągnęło chłodem - szczególnie tutaj, w 
pobliŜu 
lewego brzegu, gdzie woda pluskała o jakieś pół metra od szorstko-śliskiego 
spodu 
betonowych płyt. Biedny mosto-wik... Jak moŜe tu mieszkać? Zresztą, czy w ogóle 
tutaj 
mieszka?...
Anczutka niuchał powietrze nozdrzami jak królik. Pachniało starym betonem, 
pleśnią i 
śmiercią. Cały drŜąc, ruszył dalej - szczęściem, Ŝe biegania po sufitach i 
innych odwróconych 
powierzchniach skrzat nauczył się juŜ w dzieciństwie. Chlupała woda, na jej 
powierzchni 
migotały błyski. W płytkiej niszy jednej z podpór mostu Anczutka znalazł 
skurczone zwłoki 
mostowika. Obok wyschniętego, jakby spieczonego ciałka, leŜała jednorazowa 
strzykawka z 
ostatnimi kroplami wody święconej.
Samobójstwo?... Popiskując z litości i przeraŜenia, Anczutka obwą-chał sąsiednie

nisze i szybko wykrył kilka igieł, a potem - resztki jeszcze jednej strzykawki. 
Wygląda na to, 
Ŝe mostowik strzelał sobie w Ŝyłę... Na samą myśl o tym sierść stawała dęba. 
Kiedyś tam, za 
czarnych czasów jeŜowczyzny, Anczutka z wielkiej rozpaczy, teŜ cichcem popalał 
sobie 
kadzidło. Jednak potem znalazł w sobie siłę, aby rzucić... Jednak szprycować się
wodą 
święconą... To przecieŜ pewna śmierć! Zdarza się, Ŝe nawet po miesiącu moŜe 
wykończyć... 
Za to odjazd, jak powiadają, diabelski: niektórzy nawet aniołów widzieli...
Sądząc ze wszystkiego, dla miastowej siły nieczystej niedługo nastąpi wspólny, 
wielki 
koniec. Amen. Wiejskiej pewnie teŜ... wodny ludek cały podtruty w ciągu lat 
chemizacji 
przywykli do odpadów przemysłowych, a teraz (jeśli wierzyć plotkom), sami 
szukają dozy - 
za litr kwasu rzekę zatrzymają...
Spodnia powierzchnia mostu ogłuszająco odbijała echa cichych biadoleń Anczutki. 
Dotarł prawie do połowy mostu (powierzchnia wody na dole stale się oddalała) - 
potem nagle 
zamarł i cofnął się. Przed nim, na całą szerokość ziarnistego, betonowego dna 
widniał silnie 
naciągnięty sznur do suszenia prania, nasączony s'wictymi olejami. Co za 
potwory, no nie? 
Jednym słowem - ludzie! TakŜe tę drogę odcięli... Skrzat przypatrzył się i 
zauwaŜył, Ŝe po 
drugiej stronie, o trzy kroki przed przegrodą, ktoś - z rozmachem - naniósł na 
beton brązową 
farbą olejną magiczne znaki zaklęcia.
Wygląda na to, Ŝe pod mostem się nie przedrze... Widać uciekinierzy 
najwidoczniej 
nikomu nie są potrzebni: ani Łyckiemu Patriarchatowi, ani BakłuŜyńskiej Lidze 
Czarodziei...
PoniewaŜ łycki lewy brzeg - ze względów ideologicznych - odmówił przejścia na 
czas 
letni, wieczór zapadał tutaj o godzinę wcześniej. Lustra zalanych łąk odbijały 
złocisto-róŜowy 
zachód słońca. Pomiędzy korzeniami suchego pnia, który na stałe wczepił się 
kurczowo 
pazurami w nasyp, przy dobrej woli moŜna było zauwaŜyć coś, czego pnie zazwyczaj
nie 
mają. Jakaś kula, pokryta czy to mchem, czy to puchem. Od czasu do czasu ten 
okrągły 
kłębek poruszał się, wzdychał z udręką, co pozwalało wyciągnąć ostroŜny wniosek 

Strona 5

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

o jego 
przynaleŜności do królestwa zwierząt - juŜ w Ŝadnym wypadku nie do świata 
roślin.
Na nieboskłonie jak uprzednio niosły się zgrzyty i buczenie. Od czasu do czasu z

niebios spadał amerykański szturmowiec i z tępym, byczym rykiem przelatywał 
koszącym 
lotem nad dalekim pastwiskiem. No, wyjaśniło się wreszcie, po co są tu 
Amerykanie: 
militaryści najwyraźniej straszyli krowy...
Anczutkę trzęsły dreszcze. Stary, wyschnięty do samego środka pień był prawie 
jedynym w całej okolicy przedmiotem, do którego zbiegły skrzat mógł przylgnąć 
bez 
strachu... Do Ŝywych drzew lepiej nawet się nie tulić. Brzozy - patriotki, dęby 
- komuchy... 
Dobrze choć, Ŝe trawka, z powodu młodości dni swoich jeszcze zielona, 
wszystkiemu jest 
rada i na razie w politykę się nie pcha. Ciągnie tylko ku słońcu...
Wygląda na to, Ŝe do BakłuŜyna Anczutka nie dotrze... Nawet jeśli jutro uda mu 
się 
przekraść do terminalu, skrycie dostać się do jakiegoś samochodu wyjeŜdŜającego 
za granicę 
- wszystko jedno, przecieŜ przejścia granicznego się nie ominie. A tam 
rewizja... Wracać teŜ 
nie ma dokąd...
Oj, ludzie, ludzie... Najpierw rozwalili państwo, teraz kolej przyszła na 
powiaty... 
Zresztą silą nieczysta niczym nie jest lepsza!... Na przykład ci z podziemia... 
Skąd się w ogóle 
wzięli? Przed puczem nikt o nich nic nie słyszał... Na wygląd skrzaty, a jak się
przyjrzeć - 
gorsze od czorta!... Wy, mówią, sowieckiej władzy tyłek lizaliście, 
współpracowaliście z 
organami... No, przypuśćmy, współpracowaliśmy! A gdzie wy byliście wtedy?... A 
my, 
mówią, w te czasy siedzieliśmy w katakumbach...
No, pokaŜcie mi chociaŜ jedne katakumby w powiecie susłowskim!
Anczutka pokręcił się, moszcząc się wygodniej pomiędzy dwoma korzeniami i szybko

pogrąŜył się w krainie snów. Niestety takich, Ŝe gorszych nie da się nawet 
wymyślić. Przyśnił 
mu się stary, diabli by go wzięli, znajomy - śledczy z NKWD, Grigorij 
Siemionowicz Tych. 
Pewnie Sybirak...
- Ach, ty draniu... - z jakimś zdziwieniem popatrzył na śpiącego Anczutkę i 
powiedział: - Jeszcze istniejesz, kontro? Przeczysz materializmowi, popi 
ogonie?... Jesteś 
gorszy od Wrangla, ty ideowa p-prostytutko!...
Anczutka próbował wyjaśnić mu, Ŝe wszystko nie tak, Ŝe nie jest Ŝadnym popim 
ogonem - jeśli o tym mówić, to sam doznał wielu cierpień od popów za czasów 
carskiego 
reŜymu... O, do dziś ma szramę na kolanie - kadzidłem poparzyli...
Oczy Grigorija Siemionowicza rozjaśniły się współczuciem.
- Z nami chcesz się zabrać? - cicho upewniał się. - Ach ty, s-sukinkocie, 
kułaczy 
bękarcie... Myślisz, Ŝe nie wiemy, w czyjej izbie mieszkałeś do siedemnastego 
roku?... No, 
nic - daj nam trochę czasu, tylko wykończymy trockistów, to potem do was, 
diabłów 
nieczystych, się dobierzemy! Całe wasze plemię nieczyste wykarczujemy z 
korzeniami... - 
Potem, jakby się uspokoił, zmierzył wzrokiem, spytał warkliwie: - No, jak tam 
twój nowy 
gospodarz?... Ciągle milczy całymi dniami?... MoŜe chociaŜ przez sen 
mamrocze?... No, na 
przykład o Karolu Radku?...
Nagle skrzat wyczuł niebezpieczeństwo i obudził się. Przeciwległy brzeg jeszcze 
pozostawał ozłocony zachodzącym słońcem, a po tej stronie juŜ po złodziejsku 

Strona 6

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

skradał się od 
drzewa do drzewa zmrok w liliowych, denaturowatych odcieniach. Wprost przed 
Anczutka 
kłębkiem mroku wzno-
siła się kwadratowa, przyziemista figura w czarnej riasie. Co najgorsze - 
dookoła 
postaci, jak słoneczna korona podczas pełnego zaćmienia słońca, świeciła 
kosmata, nieludzko 
silna aura purpurowej barwy...
-

Ktoś' ty? - zabrzmiało z góry.

-

Anczutka... - wyszeptał skrzat, rozumiejąc, Ŝe przepadł. JuŜ lepiej by w

czorcie łapy 
się dostał...
Nieznajomy pomilczał, nie pojmując. Rzeczywiście, spotkanie było dziwne: skrzat 

nagle, na łonie przyrody...
- Co, dom ci się spalił?...
- Nie... - niewesoło odpowiedział Anczutka. - Odszedłem sam... Słowa głuchym 
echem odbijały się od wieczornej wody.
- A-a... - nieznajomy ze zrozumieniem pokiwał głową. - Zbieg... A dlaczego 
siedzisz? 
Chciałeś uciekać - to uciekaj...
Anczutka chlipnął.
- Pływać nie umiem...
Wydaje się, Ŝe nieznajomy uśmiechnął się.
- Ja takŜe... - niespodziewanie przyznał się i postękując, przysiadł obok. 
Głośno 
skrzypnął pod niespodziewanym cięŜarem stary korzeń. Purpurowa aura nakryła 
Anczutkę, 
oblewając go ni to Ŝarem, ni to chłodem. Skrzacik zaniemówił, potem ostroŜnie 
zerknął 
Ŝywym, wypukłym oczkiem. W ciepłym, poŜegnalnym półświetle, napływającym od 
bakłuŜyńskiego brzegu, mógł teraz przyjrzeć się swojemu sąsiadowi dokładniej.
MęŜczyzna był przygarbiony i korpulentny. Srokata broda - jak miotła, włosy na 
potylicy związane w warkoczyk. Obszerna, wypukła łysina, twarz mroczna, 
jednocześnie 
gderliwa i drwiąca. Od riasy draŜniąco pachnie kadzidłem i innymi prochami. Na 
prawej 
stronie piersi przypięty drewniany order, z nieokreślonego powodu wzbudzający 
instynktowny strach.
- A ty kto? - odwaŜył się Anczutka.
Nieznajomy chrząknął, wesoło i groźnie zarazem zerknął na skrzata.
- O Afrykaninie - słyszałeś?...
Anczutka tylko jęknął i wcisnął się plecami w spróchniałą korę pnia. Czy słyszał
coś o 
Afrykaninie? A kto o nim w Łycku nie słyszał?... Jego imieniem przeganiano 
biesy, nie 
mówiąc juŜ o reszcie drobiazgu siły nieczystej...
-

No, nie trzęś się, nie trześ się... - Ogromna dłoń niezgrabnie 

pogładziła nastroszoną 
czuprynkę Anczutki. Skrzat w końcu zaryzykował otworzyć oczka. - Albo ty tak - 
od 
zimna?...
-

Tak! tak... - skłamał Anczutka.

-

Zaraz sobie ognisko rozpalimy - pocieszył go straszny rozmówca. Podniósł

się, 
strzelając stawami. - Mnie coś takŜe ziębić zaczyna... Ano, odsuń się...
Anczutka pośpiesznie odskoczył na cztery kroki od pnia. Afrykanin juŜ się 
napręŜył, 
podniósł szerokie dłonie i niewyraźnie wymamrotał coś takiego, od czego skrzat 
ze strachem 
odbiegł jeszcze dalej. Udało mu się zrozumieć tylko kilka słów: "Z iskry - 
płomień" - no i 
oczywiście: "W imię Ojca i Syna..."
Suchy pień głośno trzasnął, zapłonął - tak wściekle, jakby go ropą podlali.
-

Zobaczą!... - jęknął Anczutka, ze strachem pokazując łapką w stronę 

mostu, który 
juŜ w połowie zatonął w ciemnościach.

Strona 7

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

A pies z nimi... - obojętnie odezwał się Afrykanin, przysiadając przed 

płomieniem 
bezpośrednio na trawie. - PrzecieŜ jeszcze nic nie wiedzą... MoŜe przyjechałem 
tutaj rybki 
łowić... A więc, mówisz, Anczutka, wysiudali ciebie z Łycka?
Anczutka w końcu zawstydził się i spuścił oczka. PrzecieŜ pytał go nie byle kto 
- pytał 
go wróg numer jeden całej lyckiej siły nieczystej. PrzecieŜ nie będzie skarŜył 
się 
Afrykaninowi na Afrykanina... Oj!... A moŜe on wcale nie jest Afrykaninem?... 
Mógł przecieŜ 
specjalnie skłamać! Ludziom to łatwo przychodzi... Nie, jednak to Afrykanin!... 
O, jaka 
aura... z protuberancjami... AŜ parzy...
-

Wysiudałi... - ze spazmatycznym westchnieniem przyznał się skrzat.

-

Mnie teŜ wysiudali... - w zamyśleniu odpowiedział Afrykanin. Pomilczał, 

podrzucił 
do ogniska kawałek zgniłego chrustu. - Wyszło na to, Ŝe jesteśmy teraz obaj 
zbiegami...
W biednej głowie Anczutki zakręciło się... Co to się dzieje na tym świecie? No, 

porządku, skrzat, przypuśćmy. śadna persona - pionek... Ale Ŝeby samego 
Afrykanina?... 
Jeśli tak dalej pójdzie, to pewnie niedługo samego Belzebuba z piekła wymeldują.
Anczutka chciał z lękiem spojrzeć na niespodziewanego towarzysza w nieszczęściu,

ale nie mógł się przemóc. Poczuł natomiast nagły przypływ zaufania, aŜ lekko 
jęknął ze 
współczucia.
-

Pod mostem przeciągnęli specjalnie sznur... - od razu poskarŜył się z 

nadmiaru 
uczuć. -1 nasycili świętymi olejami...
-

No, a jak ty chciałeś?... - pochrząkując w niezręcznej sytuacji, 

odpowiedział mu 
Afrykanin. - Trwa walka z waszym bractwem... Walka...
-

Taa-k... - przybierając obraŜoną minę ciągnął Anczutka. - Walka! No to 

by 
otworzyli granice, jeśli juŜ walka. Wtedy wszyscy odeszlibyśmy, i koniec... Albo
wybijcie 
nas wszystkich do nogi, Ŝebyśmy się nie męczyli... - Ostatnią frazę skrzat 
bardziej wychlipał, 
niŜ wypowiedział. RozŜalił się i zamilkł.
Do tego czasu ciemności zdąŜyły przedostać się juŜ na terytorium niepodległej 
Republiki BakłuŜyno. Szybko ciemniało. Przygasając potrzaskiwało ognisko. Na 
moście 
włączono parę reflektorów i rozpoczęto szperanie: w górę rzeki, w dół biegu 
rzeki... Czy nie 
próbuje ktoś wpław przejść państwowej granicy? Płomień na lewym brzegu, moŜna 
przypuścić, wzbudził silne podejrzenia zarówno wśród łyckich, jak i 
bakłuŜyńskich 
operatorów reflektorów. Obu uciekinierów co chwilę oświetlały promienie światła.
- Naiwny jesteś, Anczutka... - w końcu wyrzekł Afrykanin po długim milczeniu. - 
Walczyć a likwidować - to zupełnie nie to samo. Powiem ci nawet więcej: u nas, w
polityce - 
to zupełnie przeciwstawne pojęcia... - Podrzucił do ognia jeszcze jednego 
zgnilca, mądrze 
zmruŜył oczy wpatrzone w kołyszące się płomienie i kontynuował ze złośliwym 
uśmieszkiem: - Przypuśćmy, Ŝe chcesz rozpić naród... Wtedy ogłaszasz walkę z 
alkoholizmem... Aby rozprzęgła się dyscyplina - ogłoś walkę o jej wzmocnienie...

likwidują, Anczutko, zupełnie inaczej... Likwiduje się tak: pac - i nie ma!... 
śadnego hałasu, 
Ŝadnej walki... Była siła nieczysta - nie ma siły nieczystej. Nie wierzysz - idź
popatrz, o tam, 
na ścianie wisi dekret: nie istnieje... Z dniem dzisiejszym zostaje odwołana. 
Data i podpis...
Znowu zakaszlał, nachylił się, nisko zsunął srokate brwi, wpatrzył się w 
ognisko.

Strona 8

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Albo, powiedzmy, Ŝe tak... - powiedział zduszonym głosem, jakby sam do siebie.

Był cudotwórca Afrykanin - nie ma cudotwórcy Afrykanin?... T-tak...
Anczutka słuchał i tylko mrugał oczyma. Mało zrozumiał z tego, co usłyszał, 
poniewaŜ w polityce nie bardzo się orientował. Jedno było jasne: źle teraz 
Afrykaninowi. 
MoŜliwe, Ŝe nawet gorzej niŜ samemu Anczutce.
Nagle jakby ktoś uderzył pałką po ognisku. Przepalony juŜ prawie na wskroś' pień

jęknął i rozpadł się, osypując uciekinierów iskrami i rozpalonymi do białości 
węgielkami. 
Anczutka podskoczył, otrzepując sierść. Afry-kanin powoli odwrócił głowę i z 
natęŜeniem 
popatrzył w zmrok pocięty na pasy światłem reflektorów.
-

Och, bo się tam do mnie dostrzelacie!... - wywarczał. Anczutka w końcu 

zrozumiał, 
Ŝe to któryś' z pograniczników strzelił do ich ogniska z karabinka 
snajperskiego.
-

Mają poświęcone kule... - szybko uprzedził.

-

Wiem... - westchnął Afrykanin. - Sam je poświęciłem...

Zgiął się, stał się jeszcze bardziej przygarbiony. Z jakiegoś powodu zaczął 
powoli 
rozsznurowy wać wysokie wojskowe buty. Zdjął je, związał sznurowadła w jeden 
węzeł, z 
westchnieniem powstał. Powiesił obuwie na ramieniu, a potem nagle pochylił się 
ku Anczutce 
i otwierając, jakby z wielkim wysiłkiem, głębokie, zmęczone oczy, spojrzał 
skrzatowi aŜ w 
głąb duszy.
- Więc, przyjacielu, mamy teraz przed sobą jedną drogę...
Te wymówione ochrypłym szeptem słowa z jakiegoś powodu sprawiły, Ŝe Anczutka 
zadygotał. Zapowiadały coś okropnego... Afrykanin wziął skrzata w wielkie dłonie
i zaczął 
zstępować w dół, ku wodzie. PrzecieŜ sam powiedział, Ŝe teŜ nie umie pływać!... 
Pewnie 
gdzieś w zaroślach skrył łódkę... Anczutka ucieszyć się tą swoją myślą nawet nie
zdąŜył, 
poniewaŜ w następnej sekundzie promień reflektora oświetlił brzeg, nie ukazując 
nigdzie ani 
łódki, ani zarośli...
"Idzie się utopić!" - przemknęło się nagle przez głowę Anczutce, a serduszko 
zabiło 
strasznie szybko.
No jasne! Wycofać się nie ma dokąd, do przodu teŜ nie majak... Zaraz nas utopi! 
Anczutka skrzywił się i wczepił z całej siły czterema łapkami w pachnącą 
kadzidłem riasę, 
wcisnął w nią swoją mordkę, jakby chciał oszołomić się, na ile się da, chociaŜby
takim 
słabym środkiem odurzającym.
Na dole zamlaskało, potem zachlupało, pociągnęło chłodem. Woda, jak moŜna 
przypuszczać, podchodziła coraz wyŜej. Brzeg stromy, pewnie
jeszcze krok - i śliskie dno na zawsze odpłynie spod niedźwiedziowatych stóp 
Afrykanina... Ale z oddali dobiegi wybuch ludzkich krzyków, odbijając się od 
powierzchni 
rzeki... Ciekawość zwycięŜyła. Anczutka nie wytrzymał, ostroŜnie otworzył na 
wpół jedno 
oko - ku swojemu wielkiemu zdziwieniu dostrzegł, Ŝe wraz z Afrykaninem prawie 
juŜ doszli 
do połowy DŜumachlinki.
Uparcie nachylając łysinę i opierając brodę o piersi, cudotwórca w niełasce 
przekraczał państwową granicę po wodzie, niczym po lądzie. Oba reflektory od 
dawna juŜ 
trzymały jego przysadzistą, korpulentną postać w skrzyŜowanych promieniach. Spod
bosych, 
niedźwiedzich stóp Afrykanina przy kaŜdym kroku rozbiegały się po pochylonej 
rzecznej 
gładzi błyszczące, koncentryczne kręgi... Jeśli moŜna dowierzać uszom, na moście
działo się 

Strona 9

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

coś niewyobraŜalnego: bieganina, bałagan... Potem, jakby oprzytomnieli, z lewego
brzegu 
zaczął strzelać karabin maszynowy. Pierwsza seria rozpruła powietrze tuŜ obok, 
Anczutka 
jęknął, znowu zarył twarzyczką w riasie.
Afrykanin z niezadowoleniem pokręcił głową - karabin zaklinowało. Opleciony 
korzeniami drzew bakłuŜyński brzeg był juŜ o dziesięć kroków od naruszyciela...
ROZDZIAŁ 2
ŚWIADECTWO HISTORYCZNE, wieku nie podano, dokument
Łyck i BakłuŜyno od niepamiętnych czasów rywalizowały. Nieustannie albo 
najeŜdŜały na siebie, albo urządzały wściekłe boje - w czasie wojen domowych 
dochodziło 
nawet do walk na szable. Jednak juŜ w latach pierwszych pięciolatek świadomość 
mieszkańców zauwaŜalnie wzrosła, liczba kułackich i pozostałych rozpraw 
fizycznych 
zmniejszyła się, wyrównywanie rachunków przybrało formę donosicielstwa (typu 
pisemnego), a potem przekształciło się całkowicie w socjalistyczne 
współzawodnictwo... 
Dopiero współcześnie, po rozpadzie susłowskiego powiatu, antagonizm dwóch byłych
gmin, 
a teraz państw, nabrał jasno wyraŜonego ideologicznego charakteru. Gdy w Łycku 
do władzy 
doszli prawosławni komuniści, to w wyborach w BakłuŜynie zwycięstwo przypadło 
ruchowi 
spo-łeczno-politycznemu "Czarownicy za demokrację".
Było to w pełni naturalne. Nie na darmo przecieŜ w carskich czasach wszystkich 
mieszkańców Łycka przezywali bigotami, a BakłuŜyna - znachorami, szamanami.
Gdy przegląda się archiwalne dokumenty, natrętnie nasuwa się myśl, Ŝe Łyck i 
BakłuŜyno najbardziej ze wszystkiego na świecie obawiały się jednego - Ŝe nie 
daj BoŜe, 
nawet przypadkiem, znajdą się po tej samej stronie barykady. W dokumentach 
historycznych 
pierwsza wzmianka o ich wzajemnej wrogos'ci pokrywa się czasowo z podniesieniem 
do 
rangi cesarskiej rodu Romanowych, kiedy Łyck jednogłośnie uznał za prawowitego 
władcę 
Michaiła Fiodorowicza, a BakłuŜyno tak samo zdecydowanie podtrzymało któregoś z 
kolejnych ŁŜedymitrów... Pogodnego letniego dnia watahy hultajskich kozaków 
Zaruckiego i 
heretyków Mariszki przeszły DŜumachlinkę i okrąŜyły drewniano-ziemne wały Łycka.

Według jednych źródeł, prowadził ich ataman Niepokój-Karga, według innych (mniej

wiarygodnych) ataman Bałowień. Jednak wszystkie - bez wyjątku - źródła twierdzą,
Ŝe 
buntowników na Łyck poprowadzili właśnie bakłuŜynianie.
Nie moŜna było oczekiwać litości. Zwyczaj atamana Bałownia (jak zresztą 
wszystkich 
innych ówczesnych atamanów) nabijać jeńców prochem we wszystkie miejsca intymne,

potem go podpalać, był podówczas powszednie znany. Odeprzeć atak takŜe nie 
wydawało się 
moŜliwe, w związku z kompletnym zniedołęŜnieniem miejskich murów i zdecydowaną 
przewagą zbrojną przeciwnika. Ponadto jeden ze znachorów bakłuŜyńskich, który 
przyłączył 
się do kozaków, uŜył ziół rozrywających i z ich pomocą wybił zawiasy z wrót 
twierdzy...
I wtedy, oczywiście uznając, Ŝe czas juŜ zatroszczyć się nie tyle o grzeszne 
ciała, ile o 
nieśmiertelne dusze, mieszkańcy wyspowiadali się, przyjęli komunię i poszli na 
spotkanie 
śmierci z cudotwórczym obrazem Łyckiej Matki BoŜej.
Co było dalej - wiadomo. Jak tylko procesja ze śpiewem i płaczem ukazała się na 
szczycie rozpadającego się wału ziemnego, któryś z rozbójników 
(najprawdopodobniej takŜe 
bakłuŜynianin) wypalił z piszczelą do ikony, a co naj straszniejsze - trafił. 
Oblegających w tej 
samej chwili ogarnęło szaleństwo, z bronią w ręku rzucili się sami na siebie i, 

Strona 10

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

ponosząc 
wielkie straty, rozproszyli się sami...
Nawiasem mówiąc, znany rosyjski historyk Kostomarow powątpiewał w 
wiarygodność tej legendy, wskazując, Ŝe coś podobnego miało miejsce wcześniej, 
przy 
okrąŜeniu Nowogrodu przez suzdalców. Nie naleŜy mieć mu tego za złe. Przy całej 
swojej 
przenikliwości uczony po prostu nie mógł przewidzieć, Ŝe w 1919 roku cud się 
powtórzy. A 
cud się powtórzył. Tylko Ŝe tym razem cudotwórcza ikona rozproszyła juŜ nie 
hultajskich 
kozaków i heretyków Mariszki, ale - aŜ strach powiedzieć! - pułk gwardzistów 
Armii 
Czerwonej imienia towarzysza Marabuta (moŜliwe - Mirabeau). Niestety, opierać 
się w tym 
przypadku moŜemy jedynie na ustnych przekazach, poniewaŜ dokumentów, 
potwierdzających 
to oszałamiające zdarzę-
nie, w archiwum odnaleźć się nie udało. Najpewniej papiery te zostały trochę 
później 
usunięte i zniszczone na osobiste polecenie Ławrentija Paw-łowicza Berii...
Niezrozumiały, co prawda, pozostaje fakt, dlaczego wkrótce potem cudotwórcza nie

zmusiła do ucieczki trzech bakłuŜyńskich czekistów, którzy przyszli zarekwirować
ją ze 
świątyni. Widocznie ojczulek najzwyczajniej w s'wiecie przestraszył się wyjść z 
ikoną im na 
spotkanie...
W latach budownictwa socjalistycznego walka dwóch centrów gminnych sprowadzała 
się głównie do tego, Ŝe Łyck i BakłuŜyno na wszelki sposób pomagały władzy 
radzieckiej 
szkodzić sobie wzajemnie. A władza Rad, zazwyczaj szła im na rękę: to 
rozpoczynała walkę z 
religią, to ze szkodliwymi przesądami i zabobonami...
Jedyne, co łączyło wtedy dawnych rywali - to głęboka nieprzyjaźń do powiatowego 
centrum. Tak naprawdę ta antypatia zrodziła się wtedy, gdy Paweł Pierwszy, z 
właściwą sobie 
nieprzewidywalnością, zaliczył BakłuŜyno i Łyck do osiedli, a pierwszeństwo 
oddał - 
komu?... Nawet wspominać głupio, jakie to było wtedy miasteczko, jak się 
podówczas 
nazywało!...
Tym razem wszystko ograniczyło się tylko do nieprzyjaźni - nie doszło do 
nienawiści. 
Miasto Susłow było zawsze na tyle przeciętne, Ŝe rywale nie mogli odnosić się do
niego 
zupełnie powaŜnie, nawet przy najszczerszych chęciach... Wystarczy powiedzieć, 
Ŝe kiedy 
świętujący Rosjanie, po rozwaleniu socjalistycznego państwa, rzucili się 
radośnie do 
przywracania miastom i wsiom ich odwiecznych nazw, Susłowa nie udało się 
przemianować. 
Do 1982 roku, jak się okazało, nazywał się Boncz-Bruje-wiczynem, a poprzednie 
miano, 
nadane mu z serca przez Pawła Pierwszego, brzmiało zupełnie nieprzyzwoicie. 
Wtedy 
zatrudniono etnologów. Ci przerzucili wszystkie archiwa i odkryli, Ŝe miasteczko
było znane 
jeszcze w XV wieku: nazywało się podówczas takŜe Susłow, ale nie dla 
upamiętnienia 
wybitnego ideologa i członka Biura Politycznego KC KPZR, lecz dla uczczenia 
najzwyklejszego pod słońcem susła...
Przez dwa kolejne stulecia Łyck i BakłuŜyno, s'ciskając zęby, uznawały 
pierwszeństwo tego biednego osiedla - i oczekiwały swojej godziny. Kiedy zaś 
czas nastąpił... 
Teraz juŜ ani Moskwa, ani powiatowe centrum, ani nawet Paweł Pierwszy nie byli w
stanie 
przeszkodzić dwu niepodległym państwom rozliczać się między sobą za przeszłe 

Strona 11

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

krzywdy i 
obrazy.
Największą z krzywd było przetrzymywanie w bakłuŜyńskim muzeum 
etnograficznym cudotwórczej ikony Matki BoŜej Łyckiej, zarekwirowanej swojego 
czasu 
przez trzech antychrystów w skórzanych płaszczach.
Prawosławni komuniści juŜ kilkakrotnie Ŝądali natychmiastowego zwrotu relikwii, 
na 
co Liga Czarodziei niezmiennie odpowiadała odmową, uzasadniając swoją decyzję 
tym, Ŝe w 
chwili rozpadu powiatu konkretne dzieło sztuki znajdowało się na terytorium 
BakłuŜyna, 
zatem jest majątkiem republiki.
Bitwa pancerna pod chutorem Wieprzniki (niegdyś - kołchoz "Światły pucz"), w 
której, wedle plotek, z jednej strony wzięło udział dziewięć pojazdów, a z 
drugiej - siedem, w 
Ŝaden sposób nie zmieniła sytuacji ikony. Jak zresztą ostrzał artyleryjski 
DŜumachły...
ChociaŜ, jeśli chodzi o to, szczerze mówiąc, wszystko wygląda mocno podejrzanie.

No, ostrzał - dobrze, uwierzymy, ale skąd, powiedzcie mi, w byłych gminach 
wzięły się 
czołgi? W Susłowie - tak, do tej pory stoi tam na obrzeŜu miasta jakaś jednostka
pancerna, ale 
wszystkie czołgi są na miejscu. Amerykanie takŜe, jak mówią, nie sprzedawali... 
Nikt nie 
sprzedawał! Skąd więc broń pancerna?...
A moŜe nie było Ŝadnej bitwy?... Ale z drugiej strony - jak to nie było? 
PrzecieŜ wisi, 
o tu, w łyckim ErmitaŜu batalistyczne płótno artysty Leon-cja Dosiudy 
"Bohaterski czyn 
protopartorga ", gdzie płomienny lider prawicowych radykałów Łycka Afrykanin, w 
powiewającej riasie, na tle na pól zburzonej wieŜy ciśnień rzuca butelkę z wodą 
święconą w 
gąsienicę (na którą rzucono urok!) wrogiego czołgu! Czołg, co prawda, namalowany
jest 
niewyraźnie, w obłoku pyłu... i w ogóle czuje się, Ŝe artysta niezbyt dobrze się
znał na 
wojskowym sprzęcie. Sądząc po konturach wieŜyczki i lufy, na Afrykanina, 
najprawdopodobniej, najeŜdŜa samobieŜne działo typu "Ferdynand", co juŜ, rzecz 
jasna, jest 
wysoce mało prawdopodobne...
Krótko mówiąc: doszło czy nie doszło do tej pancernej bitwy pod chutorem 
Wieprzniki, to jednak wywołała wielki popłoch i międzynarodowy skandal. Niedługo
potem, 
na lotnisku byłego powiatowego centrum wylądował liniowiec ze specjalną komizją 
ONZ na 
pokładzie.
Prawosławni komuniści do Łycka jednak jej nie wpuścili, twierdząc, Ŝe komisja 
została przysłana w celu szpiegostwa przemysłowego, a wspomniany wyŜej 
protopartorg 
Afrykanin, kiedy dowiedział się o zbliŜającej się wizycie, wezwał do zniszczenia

bogoburczych imperialistów jeszcze w powietrzu; przy czym nawet pofatygował się 
osobiście, pojechał i poświęcił wszystkie sześć rakiet porzuconego systemu 
Obrony 
Przeciwlotniczej...
Doszło do tego akurat wtedy, kiedy ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych 
wdepnął w kolejną przygodę erotyczną i pełzał z lupą po mapie półkul, nie 
wiedząc, kogo by 
tu jeszcze zbombardować!
Nad byłym susłowskim powiatem zawisła realna groźba: mógł stać się nowym 
zapalnym punktem planety... Tym bardziej, Ŝe po wstąpieniu Astra-chania do NATO 

wprowadzeniu Szóstej Floty USA na Morze Kaspijskie amerykańskie lotnictwo 
pokładowe 
mogło łatwo dosięgnąć wszelkich interesujących je celów. Niedługo później, z 
pokładu 

Strona 12

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

desantowego helikop-terowca "Tarava", idącego pełną mocą do Łycka po Wołdze-
Kuropatwie, wzleciał i wylądował na stołecznym, bakłuŜyńskim lotnisku "latający 
wagon". 
Miejscowe damy wyplamiły Amerykanów szminką od stóp do głów, zasypały kwiatami. 

następnego dnia, w realizującej lot zwiadowczy "Ni-ght Marę", diabli wiedzą 
dlaczego, 
odmówiło posłuszeństwa osiem pokładowych systemów komputerowych - i samolot 
runął do 
DŜumchalinki...
Teraz zaczęli świętować i w Lycku. Naród, dowiedziawszy się o wydarzeniu, 
śmiejąc 
się i płacząc z radości, wyległ na udekorowane flagami aleje. Zupełnie sobie 
nieznani ludzie 
obejmowali się, gratulowali sobie nawzajem. Jedyne, co psuło atmosferę ogólnego 
święta 
było to, Ŝe pilot "Night Marę" był Ŝywy i został (jak to przyjęte u Amerykanów) 
uratowany z 
pomocą helikoptera...
W rozmowie z zagranicznym korespondentem protopartorg Afrykanin ogłosił, Ŝe 
jakoby samolot zwiadowczy zniszczył łyckie siły obrony powietrznej. Kiedy 
dziennikarz (nie 
bez złośliwości) zapytał: jakie konkretnie?, lider prawicowych radykałów 
zarozumiale 
odrzekł, Ŝe najwaŜniejsze, by nie zbrakło wiary, a zestrzelić moŜna z 
czegokolwiek...
Środki masowej informacji USA, tak samo jak niepodległej Republiki BakłuŜyno, 
zachowały wstydliwe milczenie. Rezultaty śledztwa, przeprowadzonego wspólnymi 
siłami 
kapelanów Szóstej Floty i przedstawicieli BakłuŜyńskiej Ligi Czarodziei, z 
określonych 
przyczyn nie zostały ujawnione prasie...
Kontakty siły nieczystej to w ogóle rzecz niebezpieczna - szczególnie wtedy, 
kiedy 
oba gatunki przez długi czas rozwijały się w całkowitej izolacji od siebie. 
Jeśli nasze skrzaty 
są (zgodnie z legendą) zruszczałymi czortami, to amerykańskie gremlinsy, sądząc 
z tatuaŜy na 
ramionach, wdarły się do lotnictwa z floty, przy czym zrobiły to stosunkowo 
niedawno - na 
samym początku XX wieku. Najpierw specjalizowały się w silnikach, a potem zajęły
się - w 
ramach podnoszenia kwalifikacji - aparaturą pokładową...
Jednak w tym wypadku władze poraziło coś innego: przecieŜ "latający wagon" tylko

przez dwie godziny stał na byłym pastwisku (dziś' - lotnisku wojskowym 
BakłuŜyna)! I tych 
dwóch godzin gremlinsom Szóstej Floty zupełnie wystarczyło, Ŝeby zaopatrzyć się 

miejscowych skrzatów w kadzidło z przemytu! A do kadzidła, nawiasem mówiąc, teŜ 
konieczne jest przyzwyczajenie. I trzeba dobrze znać dozy... Tak więc moŜna 
powiedzieć, Ŝe 
pilot "Night Marę" uratował się cudem.
Oczywiste, Ŝe rozpoznanie lotnicze przyszłych celów zostało czasowo wstrzymane, 

jakiekolwiek lądowania na terytorium BakłuŜyna (z wyjątkiem przymusowych) 
kategorycznie 
zakazane. Zaś protopartorg Afryka-nin z rozpędu został ogłoszony międzynarodowym

terrorystą politycznym...
ROZDZIAŁ 3
GLEB PORTNIAGIN, lat czterdzieści cztery, prezydent
Lewe przednie koło odpadło na samej alei - dokładnie naprzeciw muzeum 
etnograficznego. Uzyskując niezaleŜność, jeszcze jakiś czas toczyło się obok 
limuzyny, 
jadącej akurat dosyć szybko pod górkę. Potem zaczęło powoli skręcać w lewo, 
wyraźnie 
mając zamiar przeciąć białą linię środka jezdni i wyskoczyć na przeciwległy pas 

Strona 13

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

ruchu.
Limuzyna nie od razu wyczuła stratę: zaczęła chromać na utracone koło dopiero po

kilku sekundach. Metalowe zawieszenie otarło się o asfalt, wystrzeliły tęczowe 
iskry - 
kierowca pospiesznie zahamował.
Stal z piskiem wcięła się w powierzchnię jezdni, iskry (teraz juŜ nie tęczowe, 
ale 
oślepiająco białe) wystrzeliły jak opiłki spod piły tarczowej. Lśniący ślad 
hamowania był 
podobny do rysy pozostawionej na lodzie przez łyŜwiarza.
Z przodu słychać było głośny chrzęst bitego szkła. Koło, które zbiegło, zderzyło
się z 
jakimś pojazdem jadącym w przeciwnym kierunku i ponownie nabrało prędkości - 
tocząc się 
po uprzedniej trajektorii, ale w przeciwnym kierunku.
Szofer limuzyny siedział nieruchomo jak martwy.
- Grisza... - rozległ się z tyłu pełen wyrzutu miękki głos prezydenta. - Jako 
kogo 
wziąłem ciebie do roboty?
Szofer milczał. Patrzył na nieuchronnie zbliŜające się koło.
- Czarodziei, Grisza, w garaŜu nie potrzebuję... - ciągle tak samo powoli i w 
zamyśleniu ciągnął prezydent. - Mam ich w parlamencie do cholery i ciut-ciut...
Koło jakimś cudem ominęło przekrzywioną limuzynę - i z tyłu rozległ się 
analogiczny 
chrzęst. Pewnikiem przywaliło w dŜipa z ochroną.
- No, dobrze... - ze zdziwieniem wyrzekł prezydent. - Przypuśćmy, Ŝe nie byłeś 
pewny 
jakiejś mutry, zakląłeś ją... Grisza! Ale przecieŜ wiedziałeś, Ŝe pojedziemy 
obok 
etnograficznego! Na co ty liczyłeś? Nie mogę pojąć...
W samochodzie pociemniało. Z zewnątrz do kuloodpornych szyb przy-kleiły się 
przeraŜające mordy, wykrzywione grymasami trwogi. Jedna piękniejsza od drugiej. 
Security...
-

No, ale dzionek... - westchnął prezydent, otwierając drzwiczki limuzyny.

Będąc 
rosłym, dorodnym męŜczyzną, nie lubił zamkniętych przestrzeni, zawsze poprawiał 
mu się 
humor, kiedy opuszczał samochód (o czym zresztą doskonale wiedzieli wszyscy mu 
bliscy). 
Z widoczną przyjemnością rozprostował się na całą swoją, rzadko spotykaną, 
wysokość. Szef 
Ligi Czarodziei BakłuŜyna odświeŜył się wewnętrzną energią i oczyścił czakry. 
Nad jego 
doskonale leŜącym garniturem unosiła się rozłoŜysta aura w złocistych 
odcieniach, 
dostrzegalna (nawiasem mówiąc) tylko dla nielicznych.
-

Jest pan cały, Glebie Kondratyczu?... - z pełnym szacunku przestrachem 

wyszeptał 
referent, który jakoś wcisnął swoją twarzyczkę między potęŜne plecy mordziastych

ochroniarzy.
Nie odpowiadając i nawet nie spoglądając w stronę młodzieńca, prezydent obrzucił

niezadowolonym wzrokiem pozbawiony lewego reflektora małolitraŜowy samochód i 
osłupiałego właściciela, stojącego nieopodal z kluczem narzędziowym w opadłej ze

zdziwienia ręce. Tak, zgłupiał facet... Przyznacie chyba, Ŝe nie kaŜdemu dano, 
tak za frajer, 
pocałować się z lewym przednim kołem prezydenckiej limuzyny.
- Szkody - zrekompensować... - rozkazał niezbyt głośno Gleb Portniagin i 
rozejrzał się 
z jak najbardziej roztargnioną miną.
Roztargnienie, nawiasem mówiąc, było tylko maską. W odróŜnieniu od nas, zwykłych

wyborców, szef BakłuŜyńskiej Ligi Czarodziei zauwaŜał wszystko - takŜe i to, co 
niewidoczne.
Po tej stronie alei szła dziewczyna, wyŜsza niŜ przeciętny człowiek, z tak 

Strona 14

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

zarozumiałą 
twarzą, Ŝe chciało się ją podświadomie nazwać pięknością. Czarna wieczorowa 
sukienka, w 
ręku torebka z ziarnami słonecznika... Rzucić zaklęcie na te ziarenka, czy 
nie?... Co tu, do 
diabła, jest grane? Zaraz ma przybyć komisja specjalna ONZ, a cała aleja - w 
łupinach!...
Widząc przechyloną na przednie koło limuzynę, zatrzymała się i z zachwytem 
wpatrywała się w prezydenta. Ten przyglądał się jej, zwrócił uwagę, Ŝe 
dziewczyna paraduje 
w aurze w poprzeczne paski... Ach, te modnisie... Ile musiała wszcząć awantur 
bez powodu w 
swojej rodzinie? Ile altruistycznych usług musiała oddać swoim zaklętym wrogom, 
Ŝeby 
stworzyć taką zebrę?... A najzabawniejsze, Ŝe dziewczyna nie była wiedźmą, a 
więc nie 
mogła nawet napawać się swoją "marynarską" aurą...
Z nieba dobiegł warkot i szum. Prezydent - ciągle z takim samym roztargnionym 
wyrazem twarzy - podniósł głowę. Nad stolicą zawracało skrzydło bojowych 
samolotów, 
szczerząc jak rekin swoje zębiska. Sojusz NATO gotowy był w kaŜdej chwili 
obronić 
bakłuŜyńską demokrację przed zagroŜeniami ze strony łyckich zabobonów.
Dobrze byłoby wspomnieć Matwieiczowi, Ŝeby działał w DŜumachle ostroŜniej... 
PrzecieŜ z góry wszystko widać jak na dłoni... Jakie u nich pojemniki... 
wszystkie pełne 
aparatury... szpiegowskiej...
Prezydent odwrócił się, ze skupioną uwagą obejrzał budynek muzeum 
etnograficznego.
- Dawno tutaj nie zaglądałem... - wyrzekł zamyślony i podszedł do szerokiej, 
paradnej 
werandy, ruszył w górę po schodach. Ochroniarze poszli za nim z całkowitym 
brakiem 
zainteresowania na mordach. Dawno juŜ przywykli do nieoczekiwanych decyzji 
swojego 
niespokojnego patrona. Właściwie wielki człowiek powinien być 
nieprzewidywalny...
W przestronnym i trochę ciemnym westybulu muzeum bielało marmurowe popiersie... 
Nie, nie, nie Gleba Portniagina. Po pierwsze, prezydent byl skromny, nie 
cierpiał lizusów, a 
po drugie, jaki normalny czarodziej pozwoli się brać pod włos? Nawet strach 
byłoby 
pomyśleć, co by się stało, gdyby jego rzeźbiony portret trafił w cudze ręce! 
Gotowe narzędzie 
do rzucania uroków...
Nie naleŜy takŜe zapominać o takich przypadkach, kiedy urok zadaje się przez 
pomniki jakby sam z siebie. JuŜ przed wiekami obliczono i wielokrotnie uściślono
tak zwaną 
masę krytyczną pomników wystawianych za Ŝycia, przekroczenie której sprawiało, 
Ŝe 
portretowany obiekt dotykały paraliŜ, tępota i szybki krach polityczny - nawet 
bez interwencji 
jakichkolwiek wrogich sił.
Jednak wracajmy do westybulu...
Na kawałku granitowej kolumny złośliwie uśmiechała się marmurowa głowa starego i

wydawałoby się niezbyt trzeźwego satyra. Dokładnie tak wyglądał kiedyś 
nauczyciel Gleba, 
znany bakłuŜyński czarodziej Jefrem Niedobrow. MoŜna juŜ było go lepić i rzeźbić
- nawet w 
całej okazałości, poniewaŜ dwadzieścia cztery lata temu zmarł w spokoju i 
szczęściu na 
oddziale odwykowym powiatowego szpitala imienia Mendelejewa.
Gleb Portniagin zatrzymał się przed popiersiem i z Ŝałosnym wyrzutem spojrzał w 
mleczno-białe źrenice nauczyciela. Wcześnie, wcześnie odszedłeś, Jefremie... 
Taka jest ta 
wódka... Pamięta jeszcze, jak Gleb, naiwny, dopiero co wyzwolony adept, 
przyszedł wprosić 

Strona 15

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

się na ucznia do Niedobrowa, czarodziej akurat wychodził z kolejnego zapoju.
- Czarować kaŜdy dureń potrafi... - mrocznie powiedział, po wysłuchaniu 
poplątanego 
przemówienia gościa. - NajwaŜniejsze umieć potem się z tego wykręcić... Natura 
jest bardziej 
dociekliwa niŜ prokurator! I próbuje, suka, pod szubienicę ciebie dotaskać...
Gleb zapamiętał te prorocze słowa na cale Ŝycie i zawsze zachowywał ostroŜność. 
Tak 
więc, kiedy został prezydentem, ku zadziwieniu Ligi, nie odwołał wszystkich 
zakazów - 
nawet takich, które zostały wydane jeszcze przez władzę radziecką, chociaŜ miał 
pełne 
pełnomocnictwo. Co prawda zezwolił saperom mylić się dwukrotnie, ale na tym 
poprzestał. 
Dlatego perpetuum mobile pierwszej generacji w BakłuŜynie do tej pory 
rekwirowano - 
dokładnie tak samo jak w Łycku, kary zaś wymierzano za to wyŜsze niŜ tam...
Rację prezydentowi przyznano dopiero wtedy, kiedy światowa społeczność została 
wstrząśnięta wiadomością o fenomenie carycyńskim. Jak później się wyjaśniło, 
tamtejszy 
burmistrz osobistym rozporządzeniem wstrzymał w granicach miasta działanie 
zasady 
zachowania energii... Znalazł sobie, rozumiecie, lekarstwo na kryzys 
energetyczny!... Całe 
swoje meeaoolis zamknął w czarnej dziurze - to nie Ŝarty!
O, Amerykanie w tej dziedzinie to chwaty. Cokolwiek by się zdarzyło - i duch 
prawa 
zachowują, i literę. Tam, u nich, za naruszenie prawa Ohma albo, powiedzmy, 
prawa 
powszechnej grawitacji, w wielu wypadkach grozi najwyŜszy wyrok - i Ŝadną 
reanimacją nie 
da się wykręcić...
Gleb Portniagin postał przed popiersiem, potem ruszył dalej.
Z tyłu posągu, na tylnej ścianie błyszczało świeŜym lakierem ogromne płótno, 
odtwarzające słynną bitwę czołgów pod chutorem Wieprzniki. Kompozycyjnym centrum

obrazu, bez wątpienia, była postać nieznanego czarodzieja, pełna nieludzkiej 
koncentracji, 
zagradzającego drogę wrogiej armadzie. Pomiędzy wzniesionymi dłońmi bohatera 
powstawała rozwidlająca się błyskawica, spopielająca kilka celów za jednym 
zamachem. 
Zorientować się, jakie to były cele, było dosyć trudnym zadaniem, poniewaŜ 
wieŜyczki 
opancerzonych potworów ogarniały silne płomienie...
Barwy - niezłe, jaskrawe, ale energetyka, uczciwie mówiąc, taka sobie... Oddać 
płótno 
do podladowania? Lepiej nie, bezsensowne. Jak tylko wróci do westybulu - od razu
znowu 
poziom opadnie...
Mięsiste wargi Portniagina lekcewaŜąco skrzywiły się, o mało nie pozbawiając 
przytomności dyrektorki muzeum. Zresztą staruszka prawie co dzień i bez tego 
przy 
najmniejszej okazji popadała w histerię...
Nad trzęsącym się, rozkołysanym ramieniem cierpiętnicy bledniała smutna fizis 
referenta. Młodzik był w rozpaczy. Jego zdaniem prezydent wstąpił do 
etnograficznego tylko 
po to, Ŝeby raz jeszcze zademonstrować otoczeniu swoje wyjątkowe samoopanowanie.
Ale 
przecieŜ juŜ wyznaczono spotkania! Ludzie - czekają.'... Do czorta z tym 
odczarowanym 
kołem wraz z szoferem Griszą!...
Tym razem referent całkowicie błędnie zrozumiał prawdziwe intencje wysokiego 
kierownictwa. Głupawa, na pierwszy rzut oka, historia ze zbiegłym kołem 
zaniepokoiła 
prezydenta na tyle, Ŝe był gotów odwołać wszystkie wyznaczone na dziś spotkania 

wieczorne posiedzenie Ligi na dodatek.
Szef bakłuŜyńskich czarodziei przywykł dowierzać swojej intuicji. A intuicja 

Strona 16

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

podpowiadała mu, Ŝe nadchodzi coś niedobrego... Jeszcze raz uwaŜnie obrzucił 
spojrzeniem 
westybul. Pomieszczenie było całkowicie
puste, jeśli, oczywiście, nie brać pod uwagę obecnych tutaj ludzi. Tylko raz 
mignął w 
otwartych drzwiach lewego skrzydła przezroczysty duszek - i natychmiast się 
schował... 
MoŜna przypuścić, Ŝe tutejsze, niŜsze formy astralnej fauny w ogóle nie 
zaglądają do tej 
części budynku. I to zrozumiałe dlaczego...
Portniagin sam od dawna juŜ odczuwał bicie pulsu jakiejś nieodpartej siły, 
dochodzące z prawego skrzydła budynku. Jak zawsze, nie troszcząc się o to, co o 
nim 
powiedzą albo pomyślą ludzie z jego otoczenia, szef bakluŜyńskich 
czarnoksięŜników 
wzniósł dłoń i poruszając palcami, przypatrywał się... Złocista aura, otaczająca
rękę, wyraźnie 
wyblakła, osłabła...
Bardzo nieprzyjemne było uczucie, Ŝe to, co znajdowało się w prawym skrzydle, 
osłabiało czarodziejskie zdolności prezydenta z taką samą łatwością, z jaką 
niedawno złamało 
naiwne zaklęcie szofera Griszy, tak nieumiejętnie rzucającego urok na przednie 
koło 
limuzyny.
Pokonując wrogie mu fluidy, Portniagin przybliŜył się do drzwi, wiodących na 
prawo, 
dotknął zamka, poruszył klamkę.
-

A zawiasów zaczarować nie próbowaliście?... - w zamyśleniu spytał.

-

Szamana wzywaliśmy... - wyjęczała nerwowa staruszka, ściskając 

pomarszczone 
łapki pod koronkową piersią. - TeŜ nie potrafił...
Prezydent skinął głową z niezadowoleniem, wszedł do pierwszego pomieszczenia, 
poświęconego początkom magii, ojczyzną której, jak wiadomo, było właśnie 
BakłuŜyno. 
Ślepo zakończona amfilada pokoi głośno wtórowała szczególnym echem przy kaŜdym 
kroku, 
echem dostępnym tylko dla ucha czarodzieja. Niech "to" lepiej siedzi w muzeum. 
Ani 
kątników, ani straszków, ani wiercipiętek...
W końcu grupa, której przewodził prezydent, zatrzymała się przed ślepą ścianą, 
na 
której samotnie wisiał właśnie ten eksponat, który wystraszył drobniejsze siły 
nieczyste, 
odbarwił złocistą aurę pierwszego czarodzieja kraju, a przed 
dziesięciu-piętnastu minutami 
pozbawił prezydencką limuzynę lewego przedniego koła...
Tvll>rn komu bv eo dało sie wepchnąć!...
Łyckowi ikony nie wolno oddać - to oczywiste! ChociaŜby tylko dla zachowania 
prestiŜu oraz narodowego bezpieczeństwa. Bo to później wyniesie ją taki 
Afrykanin na pole 
bitwy - i po wszystkim! Koniec, moŜna być pewnym, Ŝe wszystkie zaczarowane koła 
odpadną...
A zniszczyć - wybuchnie skandal... I to międzynarodowy... OskarŜą o 
bluźnierstwo, 
barbarzyństwo... Nawet o satanizm...
Chcieli podarować amerykańskiemu prezydentowi - nie przyjął. Powiedział: wszyscy

juŜ wiedzą, Ŝe BakłuŜyno wprasza się do NATO... Jeszcze uznają za łapówkę... Ale

najpewniej powątpiewał w oryginalność arcydzieła. Coś tam, widać, podejrzewał.
JuŜ raz szef Ligi Czarodziei wykonał tą ikoną absolutnie błyskotliwe polityczne 
posunięcie, a teraz wyczuwał swoim wewnętrznym "ja", Ŝe moŜna wykonać drugie. Na
razie 
jeszcze nie wiedział, co to będzie za ruch, i dlatego był z siebie bardzo 
niezadowolony.
Emitowane przez ikonę purpurowo-złociste fluidy przebijały się przez jego aurę 
na 
wskroś', to piekąc, to mroŜąc. Pochyliwszy zmarszczone czoło i lekko wysuwając 

Strona 17

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

do przodu 
podbródek, Gleb Portniagin stał przed obrazem - i myślał.
Deska deską - a co wyrabia!... ChociaŜ właściwie wiadomo, gdzie znajduje się 
źródło 
tej cudotwórczej siły... Ikona zasila się uczuciami wierzących - wprost z Łycka,
gdzie dzięki 
staraniom dwukrotnie juŜ wspomnianego (oby był przeklęty!) Afrykanina, 
religijno-partyjny 
fanatyzm posunął się do ostatnich granic...
Tak, ale taki raptowny skok... Wcześniej łaska działała maksymalnie w promieniu 
dwudziestu metrów, a Grisza przejeŜdŜał samochodem prawie pośrodku jezdni... To 
znaczy, 
Ŝe koło utraciło czar, kiedy od ikony dzieliło je ponad trzydzieści metrów, ze 
sporym 
hakiem... Nie, nie, to nie wpływ Łycka, to coś innego...
- Czy w ostatnim miesiącu było wielu odwiedzających?... - jakby nigdy nic, Gleb 
zwrócił się do dyrektorki.
Ta jęknęła i odskoczyła.
- Gdzie? Tutaj?... - łapiąc się za serce, spytała. - Tu-tu...
- Trzech... - staruszka pogrzebała w koronkach na ptasiej piersi i spazmatycznym

ruchem wyjęła złoŜony na cztery papierek. - Oto...
Prezydent wziął listę z trzęsącej się łapki i przestudiował ją z natęŜoną uwagą.
Dwóch 
turystów zagranicznych i jeden prowokator... Przy tym tak juŜ wszystkim znany, 
Ŝe zupełnie 
niezrozumiałe, po jakiego czorta generał Wściekły nim się zajmuje... Nie, 
wyraźnie nie to...
W milczeniu odwrócił się - otoczenie pospiesznie się rozstąpiło. Wielkimi 
krokami 
minął gablotę z atrapami rytualnych maczug. Gleb Portniagin skierował się do 
wyjścia, juŜ 
dobrze wiedząc, o czym dziś będzie rozmawiał z szefem kontrwywiadu - od razu po 
wieczornym posiedzeniu Ligi.
Tak w kaŜdym razie sądził...
ZauwaŜono, Ŝe czarodzieje nigdy nie mają akwariów i nie hodują rybek. Wielu 
uwaŜa, 
Ŝe ma to jakiś związek z najwyŜszymi zakazami, ale w rzeczywistości wszystko 
moŜna 
wyjaśnić stosunkowo prosto. No bo po co, powiedzcie, poświęcać tyle uwagi 
szklanemu 
naczyniu, kiedy kaŜdy pokój - to teŜ swojego rodzaju akwarium, w którym Ŝyją 
miriady 
najbardziej ciekawych stworzeń!... Zwykli wyborcy, tacy jak my, co prawda ich 
nie widzą, 
ale to zupełnie nie zmienia sensu sprawy...
Z pewnością kaŜdy z was zauwaŜył, Ŝe gdy jesteśmy bardzo zmęczeni, przed oczyma 
zaczynają pływać maluteńkie, na pół przezroczyste pęcherzyki. Poruszają się 
równomiernie 
po prostej, nigdy nie zmieniając wybranego kierunku. Nie bójcie się. Po prostu 
wasze 
zmęczone patrzałki zrelaksowały się i wy przypadkowo przeniknęliście wzrokiem w 
astral. A 
na pół przezroczyste pęcherzyki (zazwyczaj pływają całymi gromadami) - to tylko 

wyłącznie, zupełnie nieszkodliwe kątniki (nawiasem mówiąc, bardzo dla nas 
poŜyteczne 
stworzonka, poniewaŜ odŜywiają się negatywną energią). Coś w rodzaju astralnego 
planktonu...
MoŜna nawet z nimi się pobawić. Kątniki przykuwają wzrok, zmuszając do 
obserwacji ich poruszeń, ale przy tym same jakby znajdują się w naszej niewoli. 
Gwałtownie 
odwróćcie głowę - i gromada pęcherzyków, jakby w czarodziejski sposób, znajdzie 
się 
dokładnie w tym miejscu, gdzie patrzycie, po czym znowu ruszy w poprzednim 
kierunku. 
MoŜna tak się zabawiać godzinami, ale za długo ich męczyć nie warto. Niech sobie
płyną tam 

Strona 18

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

dokąd ołvnełv...
Inna forma pogranicznej astralnej fauny - straszki. W porównaniu z kątnikami to 
juŜ 
dostatecznie wysoko zorganizowane energetyczne istoty, które związały swoje 
istnienie z 
człowiekiem. Jeśli się chce, moŜna je podejrzewać o umyślne znęcanie się nad 
ludźmi: 
przedrzeźniają nas, małpują mimikę, gesty, sposób chodzenia... Grymasy i miny 
tych 
duszków są wyjątkowo śmieszne, ale czynią to bez Ŝadnej zlej myśli, uwierzcie 
mi, nawet 
najmniejszej. Po prostu w taki właśnie sposób przetrawiają nasze uczucia i 
wspomnienia. W 
przewaŜającej większości straszki są zupełnie przezroczyste (z wyjątkiem 
dwóch-trzech, 
dostatecznie rzadkich gatunków, lekko mętniejących z przesycenia). Właśnie im 
zawdzięczamy liczne legendy o widmach, piorunach kulistych i 
niezidentyfikowanych 
obiektach latających...
Za to wiercipiętek i gadułek jeszcze nikt ze zwykłych wyborców wypatrzyć tak nie

mógł (oczywiście nie bierzemy pod uwagę gluków!). Nawiasem mówiąc, to dwa, 
zupełnie 
róŜne gatunki, jedynie przez pomyłkę zaliczone do jednego przez naszych niezbyt 
rozgarniętych spirytystów. Gadułka (niekiedy go jeszcze nazywają głosem 
wewnętrznym) - to 
w Ŝadnym razie nie wiercipiętka. Nie trzęsie ścianami, nie grzmi naczyniami i 
nie leje wody z 
sufitów. Gadułka odŜywia się niskimi napięciami, pojawiającymi się u nas w mózgu
podczas 
aktu mowy. Nie chwyta sensu zdań, rzecz jasna, odtwarza je potem na chybił 
trafił - 
bezboŜnie przekręcając i przestawiając oddzielne słowa. Bardzo lubi owijać sobą 
przewody 
telekomunikacyjne i wisi tak na nich miesiącami, kosztując ze smakiem 
telefoniczną 
paplaninę... Przypomniał mi się taki jeden Ŝałosny przypadek: ktoś dosyć długo 
telefonicznie 
donosił do KGB, a kiedy potem sprawdzili - wyjaśniło się, Ŝe nie ma ani takiego 
człowieka, 
ani numeru telefonu, ani adresu... Ale zdąŜył wsypać wielu...
Powszechny jest pogląd, Ŝe w mieszkaniu czarodzieja panuje zawsze okropny 
bałagan. No, patrząc z zewnątrz, z materialistycznego punktu widzenia, moŜliwe, 
Ŝe tak 
moŜna to oceniać... Ale co dotyczy astralu, proszę mi wierzyć, panuje u nich 
idealny 
porządek. Za to u nas: ojojoj! Serwe-teczki, obrusiki, nigdzie ani pyłku, 
błyszczy wysoki 
połysk... A wszystkie kątniki - aŜ przeciąŜone!... A pod łóŜkiem, aŜ strach 
pomyśleć, zalęgła 
się chyka!... Wszędzie kręcą się jakieś larwy, jak na dworcu!... Jednym słowem -

serpentarium, a nie pokój mieszkalny...
Jeśli ktoś z was zapraszał do siebie kiedyś czarodzieja (no, na przykład, aby 
zdjął urok 
albo dosolił komuś) - na pewno zwrócił uwagę, na to, Ŝe gość stale się krzywił, 
po kątach się 
rozglądał... Burdel, panowie, tam u nas, prawdziwy burdel!
Tak więc, lepiej by milczeć...
Zazwyczaj z czarodziei są kiepscy agenci operacyjni. MoŜliwe, Ŝe właśnie dlatego

szefem kontrwywiadu niepodległej Republiki BakłuŜyno został naznaczony generał 
Wściekły, całkowicie normalny człowiek, który zresztą zwycięsko przeszedł 
specjalne kursy 
magii stosowanej. Dostęp do płytkiego astralu, oczywiście miał, ale ograniczony 
i bez prawa 
ingerencji. Kątniki w oczach Ws'ciekłego biegały stale, za to cała pozostała 
energetyka, 

Strona 19

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

niestety, jak była - tak i pozostała niedostępna dla ostrego generalskiego 
spojrzenia. Ta 
okoliczność zawsze sprawiała szefowi kontrwywiadu wyjątkowo intensywny 
dyskomfort. Nie 
dysponując siłą, by rozmawiać na równych prawach z czarnoksięŜnikami, stary 
wiarus 
Wściekły, udając się na spotkanie z prezydentem, miał zawsze kamienną twarz, 
chociaŜ 
wiedział zawczasu: kamień, nie kamień - a ten i tak wszystko rozgryzie.
Tak i tym razem, zamknął za sobą drzwi, a nie dostrzegł, Ŝe za nim do gabinetu 
przeniknęły dwa zatwardziałe straszki strojące miny - wprost poprzez płytę 
drzwi. Oba, 
zrozumiałe, po cywilnemu - jak i sam generał... Kiedy znalazły się w idealnym 
ekologicznie 
akwarium prezydenckiego gabinetu, duszki o mato nie straciły głowy i wydaje się,
Ŝe nawet 
zawahały się, rozwaŜając: czy nie spływać stąd, póki nie za późno, na wszelki 
wypadek...
- Siadajcie - powiedział prezydent.
W wycięciu zasłon bezdźwięcznie płonęła neonami aleja imienia Jefrema 
Niedobrowa.
Generał usiadł. Straszki trochę się pocertowały i takŜe usiadły, to jest - 
zawisły w 
pozycjach siedzących. Ten z lewej - pod samym sufitem, w bezpośrednim 
sąsiedztwie 
jaskrawo świecącego Ŝyrandola. Dobrze jeszcze, Ŝe czarodzieje i politycy są 
kompletnie 
pozbawieni poczucia humoru. wyborca, musiałby nieuchronnie roześmiać się, 
obserwując, jak 
pretensjonalnie rozsiadają się w powietrzu dwaj przezroczyści generałowie.
- No, co tam u nas złego? - serdecznie zapytał, trochę odchylając się do tyłu, 
Ŝeby 
lepiej obserwować całą trójcę.
Twarz kontrwywiadowcy pozostawała nieskazitelnie kamienna, czego, niestety, nie 
moŜna było powiedzieć o fizjonomiach jego energetycznych bliźniaków. Eterowa 
mordka 
prawego duszka wyraziła skrajne zakłopotanie, a lewy to w ogóle chwycił się za 
głowę. 
Najwidoczniej, prezydent, kiedy spytał o to, do czego złego doszło, jak zawsze, 
trafił w 
dziesiątkę...
- N-no... co dotyczy przygotowań do przywitania komisji specjalnej ONZ... - 
zaczął z 
niezadowoleniem szef kontrwywiadu.
Ale tutaj prezydent ostrzegająco podniósł dłoń i generał umilkł, nie wyraŜając 
nawet 
w najmniejszym stopniu złości. Za to oba duszki za plecami Wściekłego, 
wyczuwając 
skrywane uczucia generała, podskoczyły, rozzłościły się i bezdźwięcznie rzygnęły
wulgarne 
przekleństwa. Gleb Por-tniagin zmarszczył brwi. Umiał czytać z ust nie gorzej 
niŜ głusi.
-

Krótko!... - rzucił prezydent. - Z przygotowaniami - porządek? W 

ogólnych 
zarysach...
-

W ogólnych zarysach - porządek - niechętnie zgodził się Wściekły.

-

W takim razie przechodźmy od razu do sprawy... Co się stało?

Wściekły nie od razu odpowiedział. Na twarzach jego duszków wyraziło się tępe 
niezrozumienie. Jeden z nich nawet wy walił język, starając się wyglądać na 
pełnego kretyna.
- Doszło do faktu nielegalnego przekroczenia państwowej granicy na rzece 
DŜumachlince... - sucho obwieścił generał. - Ze strony Łycka.
-

Ta-ak... - rzekł przeciągle zaintrygowany prezydent. Na wszelki wypadek 

obejrzał 
się. Jego własne, wyszkolone straszki siedziały, jak naleŜy, za zasłoną, ale 
moŜna było pójść o 
zakład, Ŝe ich miny teraz teŜ wyraŜały lekkie zaskoczenie... Nielegalne 
przekroczenie 

Strona 20

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

granicy? Jakaś bzdura! Jeden zbieg więcej, jeden zbieg mniej... Co to za 
zdarzenie?...
-

Kto? - krótko spytał prezydent.

-

Na razie nie wiemy. Nie udało się przyłapać...

-

Poczekaj... Co ciebie właściwie niepokoi?

- Przeszedł po wodzie - trochę głucho wyjaśnił Wściekły. Gleb Portniagin 
mrugnął.
- W jakim sensie... jak po lądzie?
General Wściekły ponuro skinął. Dwóch przezroczystych generałów za jego plecami 
zrobiło to samo.
-

Kiedy?

-

Półtorej godziny temu.

-

Ba-ardzo ciekawe... - prezydent nachmurzył się i przysunął się bliŜej 

biurka. - No-o, 
dawaj szczegóły...
-

Około dwudziestej piętnaście czasu bakłuŜyńskiego - rozpoczął generał - 

na 
naleŜącym do Łycka brzegu zostało rozpalone niezwyczajnie wielkie ognisko. 
Kłusownicy 
takich nie rozpalają - zbyt łatwo zauwaŜyć. Potem, w przybliŜeniu o dwudziestej 
trzydzieści 
pięć z łyckiej strony wykonano uprzedzający wystrzał z karabinu snajperskiego. 
Chwilę 
później miał miejsce sam fakt przekroczenia zielonej granicy...
-

Wygląd naruszy cielą... - wycedził prezydent, ukosem spoglądając na 

kwaśną minę 
jednego z generalskich straszków.
-

Postać krzepka, przysadzista - jak uprzednio, nie zmieniając wyrazu 

twarzy, 
rzeczowo zaczął wyliczać cechy generał Wściekły. - Odziany w riasę. Broda 
szeroka, 
rozłoŜysta. Włosy długie, zebrane na potylicy w ogon. W rękach trzymał jakieś 
zwierzątko o 
puszystej sierści... Z łyckiej strony otwarto ogień z karabinu maszynowego. Po 
drugiej serii 
lufa stopiła się... Na naszym posterunku podniesiono alarm i wysłano patrol. 
Naruszyciela nie 
udało się odnaleźć... na razie...
- A co to za zwierzątko? - przerwał mu prezydent. Generał pomilczał. Straszki 
zawstydziły się.
-

Trudno powiedzieć... Celnicy twierdzą: skrzat... Przy tym jasnoszary, 

łycki...
-

Skrzat?... - własnym uszom nie uwierzył Gleb Portniagin. - Jak to: 

skrzat? Dlaczego 
skrzat? W riasie i ze skrzatem na ręku?
Nie było odpowiedzi.
- Sądzisz, Ŝe to ktoś z naszych, z bakłuŜyńskich, tam się kręcił? - z silnym 
powątpiewaniem zapytał prezydent poprzez zęby. - No, no, spróbujmy odgadnąć... 
Chodzących po wodzie mamy u nas w Lidze - czworo. Ja granicy nie 
przekraczałem... A więc 
pozostaje troje... - Gleb Portniagin wpił wzrok we Wściekłego. Generał milczał. 
Oba straszki 
z cierpiętniczymi minami tarłv skronie.
- No, nie milcz, nie milcz... Co proponujesz? Wściekły westchnął.
- Co tu proponować, Glebie Kondratyczu?... Sprawdzić wszystkich troje. Tego, 
który 
zdąŜył przygotować alibi - wziąć pod lupę...
Prezydent poruszył brwiami, pomyślał.
- Dobrze - warknął na koniec. - Czarodziejami zajmę się sam... A o łyckich 
cudotwórcach mamy jakieś dane?
Generał potwierdzająco skłonił siwy, twardy jak drut jeŜyk i otworzył juŜ usta, 
jednak 
zameldować niczego juŜ nie zdąŜył.
- Nie, nie rozumiem!... - ze szczerym niezrozumieniem znowu przemówił prezydent.

Na jakiego czorta cudotwórca przedzierałby się przez granicę?... Do tego 
przecieŜ są 
szpiedzy... I to jeszcze w kompanii skrzata! Jakaś bzdura!... Nie sądzisz?...

Strona 21

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Generał teŜ tak uwaŜał. Na wszelki wypadek Portniagin spojrzał na eterycznych 
sobowtórów Wściekłego. Straszki jawnie nudziły się. Prawy nerwowo ziewał 
otwierając 
szeroko usta. Prezydent posapał, poruszył mięśniami twarzy, potem niezbyt głośno
uderzył 
dłonią w stół.
-

Dobrze... Wybacz, Ŝe przerwałem. Ciągnij dalej...

-

O ile nam wiadomo - nudnym oficjalnym głosem kontynuował generał - z 

całego 
lyckiego Biura Politycznego tylko trzech cudotwórców ma prawo chodzenia po 
wodzie: sam 
patriarcha i dwóch protopartorgów: Afrykanin i Wasilij...
DuŜa, plastycznie wyrzeźbiona twarz Gleba Portniagina nagle stała się trwoŜna i 
zamyślona. Jakby w roztargnieniu pierwszy czarodziej BakłuŜy-na dotknął palcami 
czoła, 
przymknął powieki... To li medytował, to li rozmyślał.
-

Patriarcha Porfiriusz w chwili obecnej, według naszych danych, znajduje 

się w 
kościele agitacyjnym imienia Putjaty Chrzciciela - raportował generał - gdzie 
poświęca 
odnowiony ikonostas "czerwonego kącika". Miejsca pobytu Afrykanina i Wasilija 
jeszcze nie 
ustalono...
-

CzyŜby to Afrykanin?... - cicho wyrzekł prezydent, nie otwierając oczu, 

z takim 
wyrazem twarzy, jakby ukrywał przestrach.
-

Albo Afrykanin, albo Wasilij - postękując uściślił Wściekły. - Oni, 

Glebie 
Kondratyczu, nawiasem mówiąc, są zewnętrznie podobni do siebie...
-
- Do diabła z tym, no,Wasilijem!... - nagle ryknął prezydent, gwałtownie 
otwierając 
oczy.
Jego twarz nalała się krwią i z brązowej stała się purpurowa. Powietrze w 
gabinecie 
nagle stało się cięŜkie, jak przed burzą. W kątach ze strachem zaczęły kłębić 
się kątniki i 
pozostała astralna drobnica. Pod płonącym Ŝyrandolem trzasnęło rozgałęzione 
wyładowanie, 
a za rozkołysaną zasłoną wybuchła wściekła gadanina. Prezes Ligi Czarodziei na 
kilka sekund 
całkowicie utracił kontrolę nad sobą i nad swoim akwarium.
- Uspokajasz?... - zagrzmiał, szeroko otwierając lwią paszczę doświadczonego 
parlamentarzysty. - Jaki, do czorta, Wasilij?... Co on w ogóle moŜe, ten twój 
Wasilij? Po 
wodzie się przejść - do pierwszej fali?...
Potem prezydent nieludzkim wysiłkiem woli wziął się w garść - i na długo 
zamilkł. 
Generał Wściekły siedział prawie tak jak po komendzie "baczność". Jego straszków
nigdzie 
nie moŜna było dostrzec. Trzeba przypuścić, Ŝe uciekły z przestrachu poprzez 
zamknięte 
drzwi. A moŜe w ogóle rozpadły się...
- A więc tak... - cięŜko dysząc, wymówił prezydent. - Szukaj Afrykanina. Wasilij

mnie, sam rozumiesz, nie interesuje. I masz jeszcze jedną wskazówkę: cudotwórcza
ikona w 
naszym muzeum etnograficznym...
Generał pozwolił sobie lekko zsunąć brwi.
- Przypuszczalnie: nowa próba porwania?
-

Nie wiem! - głucho odrzekł prezydent. Na jego wysokim, wypukłym czole 

wystąpiły kropelki. - Ale ikona wyczuła, Ŝe Afrykanin zabiera się do 
przekroczenia granicy. 
Jeszcze w ciągu dnia wyczuła, weź to pod uwagę! Na Wasilija tak by nie 
zareagowała...
-

A czym konkretnie moŜe nam teraz zaszkodzić Afrykanin? - spytał generał 

wprost.
Prezydent uśmiechnął się z wysiłkiem.

Strona 22

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Jeśli Afrykanin znajdzie się tutaj - cicho i wyraźnie powiedział, patrząc 
Wściekłemu 
prosto w oczy - to koniec pieśni... Diabli wezmą i nasze wstąpienie do NATO... 
Krótko - idź 
pracować!...
Generał Wściekły wstał w milczeniu i skierował się do drzwi, pocierając z 
bolesnym 
grymasem starą bliznę na nadgarstku - wyraźnie ślad po psich zębach. Nagle 
słuchawka 
jednego z telefonów na stole prezydenta podskoczyła i, zrobiwszy fikołka w 
powietrzu, 
znowu opadła na korpus aparatu, w dodatku nieprawidłowo. Generał, który juŜ 
złapał za 
błyszczącą miedzianą klamkę, odwrócił się na ten dźwięk.
- To nic, to nic... - zduszonym głosem uspokoił go Gleb Portniagin. - To tylko 
ja, tak 
niechcący...
Doczekał się, kiedy drzwi za generałem zamknęły się, groźnie zsunął brwi i 
zajrzał 
pod stół.
- Och, dmuchnę zaraz na ciebie... - pogroził z całego serca. - Tylko spróbuj 
jeszcze raz 
tak zrobić!...
Tego duŜego wiercipiętka z wielkimi rękoma prezydent zupełnie przypadkowo odkrył

w piwnicy budynku MSW Republiki, gdzie ów niebezpiecznie bawił się, brzęcząc 
kajdanami, 
strasząc pracowników i udając ich dawne ofiary. Stworzenie zainteresowało Gleba 
rzadką 
nawet wśród wiercipiętków urodą, zabrał je do siebie, do gabinetu... Jak 
wszystkie zdziczałe 
formy energetyki, istotka cywilizowała się z trudem i cały czas próbowała coś 
zepsuć.
ROZDZIAŁ 4
NIKOŁAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, podpułkownik
- K-kochana... - z nieskończoną cierpliwością wymruczał Nikołaj Wy-bierzniew do 
telefonicznej słuchawki. - To nie jest waŜne... WaŜne tylko, Ŝe ciebie kocham...
I, moŜliwe, Ŝe 
się oŜenię... Ale nie teraz... Po jakimś czasie... Teraz jestem zajęty...
Słuchawka nerwowo zaszczebiotała, ale Nikołaj juŜ przerwał połączenie. Za oknem 
gabinetu czarnym, ślepym murem stała pierwsza w nocy (wedle czasu 
bakłuŜyńskiego). 
Podpułkownik Wybierzniew odłączył odtajniony telefon i powrócił do komputera. 
Znowu z 
troską zmarszczył brwi. Treść dokumentu, delikatnie mówiąc, onieśmielała...
Okazuje się, Ŝe prezydent niepodległej Republiki BakłuŜyno Gleb Por-tniagin i 
Nikodem Ludzki, który przyjął przy postrzyŜynach partyjny pseudonim Afrykanin, w

dzieciństwie byli przyjaciółmi. Rozstali się wkrótce po nieudanej próbie 
włamania do 
magazynu z artykułami Ŝywnościowymi. Nawiasem mówiąc ani jeden, ani drugi 
wspólnik nie 
wyrzekał się tego historycznego wydarzenia - uczciwie pisali w ankietach: 
"Podlegał 
represjom za próbę poderwania systemu ekonomicznego totalitarnego reŜymu".
Za przyczynę niepowodzenia Gleb Portniagin uznał hałaśliwe zachowanie się 
Nikodema Ludzkiego, kiedy ten juŜ przedostał się na teren magazynu. Nikodem zaś,
ze 
swojej strony, obwiniał Gleba o brak uwagi na czujce. Jednym słowem, po jakimś 
czasie obaj 
wyszli na wolność z czystymi sumieniami i wściekłą wzajemną nienawiścią. Trudno 
powiedzieć, do
jakiego stopnia to określiło ich przyszłe polityczne orientacje, ale kiedy 
Nikodema - 
od razu po oswobodzeniu - zdecydowanie pociągnęło do lewicowych ekstremistów 
(uwaŜanych wtedy za prawicę), to Gleba, odpowiednio - do prawicy (uznawanej 
wtedy za 
lewicę).

Strona 23

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Zawzięcie walcząc ze sobą, obaj stosunkowo szybko stali się popularni. Akurat 
wtedy 
Wspólnota Niepodległych Państw (WNP) nakazała powiatowi oddać Bogu ducha. W 
gminie - 
zresztą i wszędzie - wybuchły pogromy, niezauwaŜalnie potem przechodząc w 
przedwyborczą kampanię, i obaj byli wspólnicy nagle odkryli, Ŝe juŜ rywalizują -
ni mniej, ni 
więcej - o fotel prezydenta. Podczas wyborów w BakłuŜynie, jak wiadomo, wygrali 
czarodzieje orientacji demokratycznej. Protopartorg Afryka-nin pośpiesznie 
zszedł do 
podziemia. Wkrótce teŜ został szybko ogłoszony łyckim szpiegiem, jakim, zupełnie
moŜliwe, 
był.
Wpadł przy próbie zagarnięcia obrazu Łyckiej Matki BoŜej z BakłuŜyń-skiego 
Muzeum Etnograficznego. WytęŜone wysiłki Czarodziei rzucenia czaru na wszystkie 
zamki 
pomieszczenia i okienne kraty - nie odniosły sukcesu. Jednak protopartorga znowu
zdradził 
hałas (jednocześnie nasuwa to myśl o niewinności Gleba Portniagina w tym dawnym,

wspólnym niepowodzeniu). Widocznie, juŜ z urodzenia Afrykanin kompletnie nie 
nadawał 
się na włamywacza.
O zdarzeniu zameldowano prezydentowi, ten rozkazał dostarczyć aresztowanego 
następnego dnia rankiem do swojego gabinetu. JednakŜe spotkać się byłym 
przyjaciołom nie 
było sądzone, poniewaŜ o świcie protopartorg rzeczywiście w cudowny sposób 
uciekł prosto 
z celi aresztu. StraŜników ogarnęła nieodparta senność, kraty i drzwi rozwarły 
się, a jakiś 
świetlisty mąŜ, toŜsamości którego nie udało się ustalić, wyprowadził Afrykanina
za rękę z 
ciemnicy. Następnie obaj zniknęli na oczach wstrząśniętych świadków...
Podpułkownik Nikołaj Wybierzniew westchnął i sięgnął po telefon linii 
wewnętrznej.
-

Słucham... - nieprzyjaźnie odezwała się słuchawka głosem szefa.

-

Tolu Toliczu! Jesteś pewny, Ŝe myśmy go nie zwerbowali?

-

A o co chodzi?

-

Bo widzisz, jego ucieczka jest jakaś taka podejrzana... W słuchawce 

gniewnie 
sapano.
- Nikt go nie zwerbował - burknął w końcu generał Wściekły. - Sam uciekł...
-

Naprawdę?

-

Naprawdę...

-

Dobrze, wybacz...

Podpułkownik Wybierzniew odłoŜył słuchawkę, z niedowierzaniem pokiwał głową, 
znowu odwrócił się do monitora. Kolejny dokument był poświęcony działalności 
Afrykanina 
za granicą i Ŝadnych niespodzianek nie zawierał.
Kiedy i gdzie pechowy włamywacz przekroczył granicę państwową - nie wiadomo, 
ale łycka Patriarchia przyjęła go z otwartymi ramionami. Z marszu wprowadzono go
do Biura 
Politycznego. Natychmiast wezwał do zniszczenia sygnalizacji świetlnej na 
skrzyŜowaniach, 
wytępienia uzdrowicieli, i - personalnie - Gleba Portniagina. ZałoŜył ruch 
prawicowych 
radykałów (którego został szefem), organizował grupę SMERCZ ("Śmierć 
czarodziejom!"), 
wziął osobisty udział w bitwie pancernej pod chutorem Wieprzniki. Potem 
pojawiały się 
opisy szczegółów słynnego bohaterskiego czynu protopartorga, które podpułkownik 

czystym sumieniem tylko przejrzał, poniewaŜ sam był jednym ze współautorów tego 
legendarnego boju...
Całkiem niedawno dzięki zabiegom Gleba Portniagina protopartorg został uznany za

międzynarodowego terrorystę politycznego - z tego powodu miłość ludu łyckiego do

Strona 24

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

cudotwórcy zapłonęła silniej niŜ uprzednio, a Patriarcha Całego Łycka, Porfmusz,
naznaczył 
Afrykanina na swojego następcę...
Nikołaj ponownie zdjął słuchawkę z aparatu.
-. Tolu Toliczu, jesteś pewny, Ŝe to w ogóle Afrykanin...?
-

Ja - nie... - warkliwie odrzekł Wściekły. - Ale Kondratycz jest pewny...

-

Jaki sens miałby dla Afrykanina powrót do BakłuŜyna? W dodatku tak 

jawnie! Czy 
jest samobójcą?
-

Cholera go wie! - gniewnie odrzekł generał. - Zasuwaj dalej...

Trzeci dokument zawierał charakterystyki i szczegółowy opis wszystkich cudów, 
dokonanych przez protopartorga - z obliczeniami i rysunkami. ChociaŜ w tej 
chwili Nikołaja 
interesował tylko jeden cud, właśnie - dzisiejszy... Nie, juŜ wczorajszy: 
przekroczenie 
granicznej rzeki DŜuma-chlinki...
Nagle oŜył i zamruczał drugi, miejski telefon. Wybierzniew nie patrząc zdjął 
słuchawkę, jednak wystarczyło jej, Ŝe tylko oderwała się od widełek, by zaczął 
dobiegać 
znany nam juŜ, podniecony szczebiot. Twarz pięknisia, podpułkownika, wyraziła 
zmieszanie, 
potem - okrucieństwo i na koniec - stoicką pokornos'ć wobec losu.
- K-kochana... - z nieskończoną cierpliwością w glosie przemówił. - Jak mnie 
znalazłaś?...
Problem w tym, Ŝe na ten numer do Nikołaja dzwonili wyłącznie de-nuncjatorzy.
-

Wspaniały!... - przenikliwie zaświergotało w słuchawce. - Byłeś po 

prostu 
wspaniały!...
-

Ja nie o tym... - z trudem powstrzymując się wycedził. - Kto ci dał ten 

numer?...
- Pieseczku!... Mój pieseczku!... Dałeś mi nie tylko numer!... Dałeś mi... 
Nikołaj cicho 
odsunął się, odłoŜył szczebioczącą słuchawkę na biurko, wyłączył komputer. 
Zamknął 
gabinet i poszedł pustym, niosącym echo, korytarzem, szarpnął wąskie, okute 
Ŝelazem drzwi.
- Nie liczyć baranów! - rzekł surowo silnie zaspanemu i rozdygotanemu 
współpracownikowi. - Tam mi na linii wisi gadułka! JuŜ drugi raz się wciął... Co
z was za 
specjaliści, do jasnej cholery!
Pracownik ze strachem zamrugał oczyma, otworzył walizeczkę i zaczął szybko 
rozkładać ramki, róŜdŜki, pozostałe czarodziejskie przybory... Nikołaj zamknął 
drzwi, z 
niezadowoleniem obejrzał pusty korytarz. Gabinet generała Wściekłego mieścił się
o dwa 
kroki..
- Pozwolisz, Ŝe będę obecny?...
Generał Wściekły nie był sam w gabinecie - był z Matwieiczem. Przygotowania do 
spotkania ze specjalną komisją ONZ szły pełną parą. Stolica zawczasu lśniła 
czystością, a do 
graniczącej z Łyckiem DŜumachły wysłano dwa gąsienicowe dźwigi z ciąŜkami - aby 
wyburzyć prywatne domy na wschodnim przedmieściu.
- Wchodź, siadaj - burknął generał i znowu odwrócił się do odpowiedzialnego za 
akcję. - A więc zrozumiałeś, Matwieicz?... NajwaŜniejsze - nawrzucać jak 
najwięcej 
odłamków...
Podpułkownik Wybierzniew rozejrzał się, przysiadł na jednym z rozstawionych 
wzdłuŜ ścian krzeseł, mając nadzieję na szybkie zakończenie rozmowy.
-

Odłamki są juŜ na miejscu... - prawie ziewając, odpowiedział generałowi 

Matwieicz, który niejedno juŜ widział w swoim Ŝyciu. - Jeszcze wczoraj 
przywieźlis'my z 
poligonu z półtorej tony...
-

Pordzewiałe? - podejrzliwie spytał Ws'ciekły.

-

No, dlaczego od razu pordzewiałe? - ten trochę się obraził. - Od kiedy 

to Matwieicz 
rdzę dostarcza?... Odłamki pierwszego gatunku - czyściutkie, aŜ chrupią...
-

Dobrze, wierzę. Teraz - punkt szesnasty... Praca z mieszkańcami... Nie 

było 

Strona 25

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

protestów?
Matwieicz wzruszył pomiętymi ramionami i podniósł znudzone oczy ku sufitowi - 
czy 
to dla przypomnienia sobie, czy teŜ dla wyraŜenia zdziwienia naiwnos'cią 
dowództwa.
-

A jakie tam protesty, Tolu Toliczu?... - powiedział leniwie z lekkim 

oburzeniem. - 
Jak usłyszeli, Ŝe Amerykanie od nowa wszystko odbudują, o mało sami burzyć nie 
zaczęli. 
Ledwie powstrzymajmy...
-

Tak trzymać - zaakceptował po pauzie generał. - Chwat z ciebie, 

Matwieicz, Ŝe ich 
powstrzymałeś... i - na przyszłość - Ŝeby nie było Ŝadnej samowoli... Powiedz 
im: niech nie 
będą tacy chciwi! Nam przecieŜ jeszcze z pewnością podrzucą jakąś pomoc 
humanitarną... A 
to, nie daj BoŜe, jeszcze zaczną wywozić meble i zwierzęta... Punkt siedemnasty.
Kiedy tutaj 
przywieziemy tych z ONZ, trzeba, rozumiesz, zorganizować zepsutą piaskownicę... 
Ŝeby w 
niej bawiła się czymś malutka dziewczynka... No, tylko nie głowicą bojową, rzecz
jasna... 
odłamkiem stabilizatora, czy czymś takim...
-

Zorganizujemy... - z westchnieniem zgodził się posłuszny Matwieicz. - 

Sprawa 
nieskomplikowana...
Bez specjalnego zainteresowania przyglądał się wielkiemu portretowi Jefrema 
Niedobrowa, który wisiał nad stołem generała. Nikołaj z roztargnieniem pomyślał,
Ŝe 
rozmowę czas juŜ było kończyć... Matwieicz - facet pewny. Ile juŜ zmian władzy 
przetrzymał 
- i ani jednej powaŜnej nagany. Ale bez lekkiego "opeeru" jego, mimo wszystko, 
nie naleŜy 
wypuszczać...
-

Złoty z ciebie człowiek, Matwieicz - jakby podsłuchał myśli 

podpułkownika, 
podsumował generał Wściekły. - Ale pijesz za duŜo.
-

Wiem, ile mogę... - stwierdził obojętnie, wcale nie zdziwiony nagłą 

zmianą tematu 
rozmowy. Podobne zarzuty stawiały mu przecieŜ wszystkie władze.
-
- Wie, ile moŜe!... - uśmiechnął się szef kontrwywiadu. - A u kogo z prawej 
kieszeni 
wygląda zielony czorcik?
Matwieicz nieufnie spojrzą! na generała, potem najwidoczniej sobie przypomniał, 
Ŝe 
Wściekły został dopuszczony do bliskiego astralu, i z trwogą sprawdził prawą 
kieszeń 
marynarki.
-

Nie, nie ma... - z ulgą obwieścił.

-

Jest, jest... - powiedział generał. - Po prostu ty go jeszcze na razie 

nie widzisz, ale ja 
juŜ widzę... Dobra, idź... i zmniejsz racje, Matwieicz, zmniejsz... Spalisz się 
przecieŜ w 
pracy... przestań teŜ Ŝegnać się krzyŜem... przynajmniej w miejscach 
publicznych... PrzecieŜ 
nie jesteś w Łycku, a w BakłuŜynie!...
Matwieicz podniósł się z krzesła nie zdradzając najmniejszego zdene-rowowania na

pomiętej i znoszonej jak jego marynarka twarzy. Powoli ruszył do wyjścia. 
Poszedł 
zmniejszać dawki...
-

Zastraszyłeś człowieka... - nie bez ironii zauwaŜył Wybierzniew, kiedy 

drzwi za 
Matwieiczem zamknęły się.
-

Myślałby kto, Ŝe jego moŜna zastraszyć... - warkliwie odgryzł się 

Wściekły. - Co 
masz?

Strona 26

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Nikołaj przesiadł się na ciepłe krzesło, dopiero co oswobodzone przez Matwieicza

przenikliwie spojrzał na szefa.
-

Tolu Toliczu! Nie moŜesz chociaŜ podrzucić trochę szczegółów?

-

Nie mogę.

-

Nie, to nie, ale w takim razie, co ja konkretnie powinienem zrobić?... 

Zlikwidować 
Afrykanina? Aresztować Afrykanina?
-

Przede wszystkim znaleźć Afrykanina.

-

Dobrze. Znalazłem. Co dalej?!

-

Najpierw znajdź...

-

Tolu Toliczu! PrzecieŜ muszę zaraz posłać chłopaków w zasadzkę! Trzeba 

ich 
dokładnie poinstruować... Kiedy Afrykanin pojawi się w muzeum etnograficznym, 
pójdzie 
wprost do cudotwórczej. I co? Brać go?
-

Brać.

-

Dobrze. Będą brać. Nie da się... Otworzyć ogień bez uprzedzenia?

-

Stop! Dlaczego się nie da?

-

N-no... w końcu to cudotwórca... jeszcze obok ikona...

-

No przecieŜ poprzednim razem go związaliście.

-
- TeŜ mi porównanie! Poprzednim razem! A kim on wtedy był? Hersztem podziemia...

Ani autorytetu, ani wsparcia... A teraz?... Teraz jest prawie pierwszym 
cudotwórcą gminy! 
No, sam pomyśl...
Generał Wściekły ze skrajnie wymęczonym wyglądem najpierw potarł jedną brew, 
potem - drugą.
- Bokiem mi juŜ wychodzisz, Kola... - szczerze się przyznał. - Czego ty chcesz, 
no?
Podpułkownik Wybierzniew zwiesił nos na kwintę.
-

MoŜe pójść jeszcze raz do Kondratycza, uściślić...

-

A kto będzie do niego szedł? - z Ŝywym zainteresowaniem spytał generał 

Wściekły.
-

No, przecieŜ nie ja!...

-

To znaczy, Ŝe ja, tak? - patrząc łagodnie na Nikołaja Wybierzniewa, 

generał 
pokiwał mądrą siwiejącą głową. - Nie, Kola, nie uda ci się, nawet nie łudź 
się... Kondratycz 
teraz nie w humorze, a w dodatku na zegarze juŜ, spójrz, druga godzina... 
Jeszcze, nie daj 
BoŜe, zaspany wykastruje - jednym zaklęciem... Inne pytania są?
Cierpiętniczo marszcząc się, Wybierzniew podrapał nos.
-

Wiesz, jeśli szczerze... Aby go szlag, tego Afrykanina! Za to 

Kondratycz... przecieŜ 
w dzieciństwie się przyjaźnili...
-

Co było, a nie jest...! Teraz - to wrogowie...

-

Wrogowie... Wrogość to, wiesz, kontynuacja przyjaźni innymi środkami. 

Wdepniesz nieumyślnie - potem przez całe Ŝycie się nie oczyścisz... Tolu 
Toliczu! Czuję psim 
węchem: coś tu nie tak... Po jakiego... potrzebny byl mu ten cały cyrk na 
wodzie?... Obok 
mostu! Na widoku... A skrzat? Czy ty moŜesz sobie przedstawić drugą personę 
Łyckiej 
Patriarchii ze skrzatem na ręku?...
Generał Wściekły popatrzył na kompletnie przybitego Nikołaja, westchnął, 
podniósł 
się i obszedł stół, pokrzepiająco poklepał go po ramieniu.
- Kola - smętnie powiedział - sam pomyśl: kogo ja mogę innego rzucić na tego 
Afrykanina?... Tylko ciebie. Sprawa, jak sam widzisz, jest skomplikowana, 
odpowiedzialna... 
- Jakoś tak niezauwaŜalnie podniósł podpułkownika z krzesła, objął po 
przyjacielsku i, 
kontynuując gadkę, odprowadził do drzwi. - O, posłuchaj: łapaliśmy kiedyś 
maniaka-
terrorystę...
Wyobraź sobie, wysadzał w powietrze kwartety skrzypcowe! Przy tym ładunki, 

Strona 27

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

bydlak, podkładał takie, Ŝe aŜ dachy z teatrów leciały... z kim my wtedy się nie

konsultowaliśmy! Z psychiatrami, z muzykantami... A potem okazało się: 
przeciętny 
antysemita... Tak więc, moŜe tutaj wszystko jest prostsze, niŜ się wydaje...
Mówiąc to wystawił Nikołaja na korytarz i zamknął za nim drzwi. Ten ordynarnie 
zaklął półgłosem, ale co mu pozostało? Poszedł do siebie... Opowiedziana przez 
szefa bajka w 
Ŝaden sposób go nie uspokoiła. Kto jak kto, ale Nikołaj Wybierzniew doskonale 
wiedział, Ŝe 
do rozpadu powiatu suslowskiego Tol Tolicz był posterunkowym, zatem logiczne, Ŝe

prowadzić sprawy aktów terrorystycznych w Ŝaden sposób nie mógł...
W połowie drogi podpułkownik spotkał silnie zaspanego pracownika, który tępo 
patrzył na róŜdŜkę we własnych rękach. RóŜdŜka leniwie kręciła się to w kierunku
zgodnym z 
ruchem wskazówek zegara, to w przeciwnym... Cały ten proces bardzo wyraźnie 
przypominał 
ziewanie.
- No co? - nieprzyjaźnie spytał Nikołaj. Pracownik wzruszył ramionami z miną 
winnego.
- Jeszcze nie wyszukałem... MoŜe milczy, przyczaił się...
Wybierzniew us'miechnął się złośliwie i ruszył dalej. Otworzył gabinet, wszedł. 
LeŜąca na stole słuchawka dalej szczebiotała. Pojawiła się silna chęć powrotu na
korytarz, 
przyciągnięcia tutaj za kołnierz tego tępaka z jego pieprzoną róŜdŜką i 
wepchnięcia jego 
zaspanej mordy wprost w ćwierkającą słuchawkę.
Nikołaj siadł za stołem, odłoŜył słuchawkę, włączył komputer. Póki ten się 
ładował, 
telefon zabrzęczał ponownie.
-

Słucham... - burknął Nikołaj.

-

Pieseczku, znowu nas rozłączyło...

K...! Podpułkownik Wybierzniew spojrzał szaleńczo na odsuniętą od ucha 
słuchawkę. 
Widać jednak to nie gadulka... Kiedy, właściwie, dał jej ten numer?... Był 
pijany, czy co?...
Nikołaj posłał chłopaków w zasadzkę, specjalnie opuścił budynek muzeum nie przez

słuŜbowe, a przez główne wejście. Zapalił, postał na
schodach, rozejrzał się. Pod białym światłem latarni ulicznych migotały wymyte 
wodą 
z proszkiem do prania wilgotne asfaltowe jezdnie, mlecznie świeciła zebra 
przejścia dla 
pieszych. W dali mrugały światła na skrzyŜowaniu. Nagle Nikołaj przypomniał 
sobie, Ŝe w 
Łycku ruchem drogowym kierują milicjanci, albowiem światła uliczne i ognie 
piekielne - sens 
mają jednaki... diabelski.
Na terenie BakluŜyna działało spokojnie co najmniej siedem powaŜnych wywiadów 
zagranicznych (pozostałych nie warto nawet liczyć). Dlatego nie moŜna było mieć 
nadziei, Ŝe 
taka powaŜna akcja, jak zasadzka w muzeum etnograficznym, nie przyciągnie 
powszechnego 
zainteresowania... Oczywiście, moŜna byłoby przeprowadzić ją na wyŜszym poziomie

tajności, dyskretnie wprowadzić chłopaków do personelu muzealnego, ale dopiero 
wtedy 
wszyscy zaniepokoiliby się nie na Ŝarty - od Łycka do Kara-kałpakii... Prawdę 
mówiąc, 
gdyby to zaleŜało od Nikołaja - własnoręcznie by przygotował i powiesił nad 
głównym 
wejściem tabliczkę: "Uwaga! W muzeum urządzono zasadzkę". Specjalnie dla 
Afrykanina...
- Dobry wieczór, Nikołaju Sanyczu... Spaceruje pan?... Podniesiony jasny 
kapelusz 
nad srebrzystą, opuszczoną łysiną i szeroki, jak u czaszki, uśmiech...
- Dobry, dobry... - uśmiechnął się w odpowiedzi Nikołaj. - Tak, wyszedłem sobie,

Strona 28

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wiecie, świeŜym powietrzem pooddychać...
Jaki, do cholery, wieczór - juŜ ranek nadchodzi! Nawiasem mówiąc, wymieniający 
ukłony z Wybierzniewem staruszek widniał u niego w spisie jako - wszystkim znany
- agent 
pracujący na rzecz krasnojarskiego wywiadu (prawdopodobnie dorabiał sobie teŜ w 
orenburskim). Zresztą ludność niepodległej Republiki BakłuŜyno była niezbyt 
liczna, dlatego 
kaŜdy dla kogoś tam pracował. Jak nie dla tych, to dla innych.
Nikołaj szedł po dźwięcznych nocnych chodnikach, próbując nie myśleć o zleconej 
mu sprawie. Za wcześnie. Uzbieramy trochę faktów - wtedy pomyślimy... Znacznie 
korzystniej było rozwaŜyć problem, jak mu się udało wsypać swój słuŜbowy numer 
telefonu. 
Pieseczek...
Nie, jest absolutnie pewny: sam jej numeru nie dawał. Najwidoczniej któryś z 
donosicieli... Nikołaj w myśli przejrzał listę swoich najlepszych kabli. W 
jakimś stopniu 
wszyscy znali Nike Niewyrazinową. A to znaczy, Ŝe numer mogła wytrząsnąć z 
kaŜdego... T-
tak, klops...
Wysiłkami Gleba Portniagina centrum gminy powoli nabierało stołecznego blichtru.

Bezdźwięcznie płonęły reklamy. Broadway. Pośrodku placu, na niskim granitowym 
cokole 
świeciła się Car-stopa. Odbity kawałek był ściśle oparty o Ŝeliwny korpus... 
Nagle coś 
zagrzmiało, zatrzeszczało - obok Wybierzniewa przeleciał, niedawno puszczony, 
pośpieszny 
tramwaj, który wyrwał się ze swojej betonowej nory - pewnie ostatni 
dzisiejszy... Ściślej - 
wczorajszy... Minął dwupiętrowy, róŜowy budynek konserwatorium (była podstawowa 
szkoła 
muzyczna). Podpułkownik zapalił jeszcze jednego papierosa i skręcił z alei w 
zaułek. Od razu 
powiało starym Bakłu-Ŝynem. Latarnie nie paliły się. Cicho marudziło drzewnym 
złodziejskim Ŝargonem zuŜyte czarne listowie, a niewidoczna mała psina szczekała
cieniutko 
i ury wiście - jak w butelkę.
Dzwonek nie działał, trzeba było stukać. Drzwi Nikolajowi otworzył szczupły, 
podobny do wyrostka facecik. Na oko moŜna było mu dać tak samo trzydzieści, jak 
czterdzieści, a nawet całe czterdzieści pięć lat. W rzeczywistości, bezrobotnemu
Maksymowi 
Krochotowowi stuknęły niedawno, jak zapisano w jednym z dossier podpułkownika 
Wybierzniewa, pięćdziesiąt dwa lata.
Ani jedno jego oko nie było zaspane, co zresztą było naturalne, poniewaŜ o tej 
wizycie 
Krochotow został zawczasu uprzedzony.
- Dzień dobry-dzień dobry... - z roztargnieniem odezwał się na jego powitanie 
Nikołaj 
i wszedł. Obrzucił zmęczonym wzrokiem nędzne umeblowanie. - Jak tam Ŝycie 
młode?...
Porozmawiali o Ŝyciu, o nieobecności w nim szczęścia, o cenach. Wy-bierzniew bez

natarczywości podał pewną sumę pieniędzy. Gospodarz tak samo nieprzymuszenie ją 
przyjął.
-

Nie chcesz się przejść? - spytał Nikołaj.

-

Z panem? - bojaźliwie spytał Maksym.

-

Nie, beze mnie... Noc, zresztą, jest wspaniała... Powietrze, gwiazdy...

-

Długo trzeba będzie spacerować?

-

Z półtorej godzinki...

-
Podpułkownik wyprowadził gospodarza, zamknął za nim drzwi i poszedł do kuchni. 
Szczelnie zasłonił rozpadającą się zasłonkę. Potem z miną zdecydowanego się 
zastrzelić 
wsunął prawą rękę pod pachę, ale wyciągnął stamtąd nie broń, a jedynie 
plastykowe 
opakowanie śmietanki. Otworzył je, wylał połowę zawartości do miseczki, postawił
ją na 

Strona 29

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

środku kulawego kuchennego stołu, zdjął gipsową kratkę zakrywającą otwór kanału 
wentylacyjnego, i wydał cichy, umowny gwizd. Potem usiadł za stołem, rozpoczął 
oczekiwanie.
Niedługo w czarnej, kwadratowej dziurze pojawiła się owłosiona twarzyczka i z 
przestrachem rozejrzała się wypukłymi oczkami.
- Wszystko w porządku, w porządku... - uspokoił go Nikołaj. - MoŜesz nie 
sprawdzać... Przyniosłem ci estońską śmietankę... PrzecieŜ lubisz estońską?...
Zgiętym palcem popchnął miseczkę bliŜej i wypukłe oczka zapłonęły. Skrzat 
zgrabnie 
zbiegł na pazurkach po ścianie, momentalnie znalazł się na stole i z rozkoszą 
mrucząc, 
zanurzył mordkę w importowany produkt.
-

A Czaszka z Esaułem będą się rozliczać... - rzekł, mlaskając, oblizując 

się. - Esauł 
go w poprzednim Ŝyciu oszukał na piętnas'cie srebrników... Powiedział mu o tym 
astrolog, 
ale zdąŜyli go juŜ sprzątnąć...
-

Najpierw sobie zjedz... ZdąŜymy się nagadać...

Nikołaj załoŜył nogę na nogę i zapalił, popatrywał na gościa z przyjaznym, 
zmęczonym uśmiechem. Wierny testamentowi niezapomnianego szefa Ochrany Siergieja

Wasiljewicza Zubatowa, uwaŜał za głupotę pośpieszne wypytywanie donosiciela i 
wytrząsanie z niego zeznań... Kabla trzeba lubić. Najpierw z nim pogadaj, 
porozmawiaj od 
serca, dowiedz się, czy czegoś mu nie trzeba, pomóŜ w miarę moŜliwości... A 
donosy i tak, 
sam z siebie, złoŜy.
Łachudrzaka Nikołaj cenił. Ten skrzat, który dostał się kontrwywiadowi BakłuŜyna

spadku po radzieckim reŜymie, kiedyś pracował dla KGB, a w 1950 roku, od razu po

schizmie Siły Nieczystej, został nawet wprowadzony w szeregi podziemnych. 
Uwielbiał 
śmietankę.
Zamaszyście wylizał miskę, otarł się, siadł w kucki i błyszcząc oczkami, zaczął 
- aŜ 
dławiąc się z pośpiechu - dzielić się wiadomościami:
- A Czaszka mówi: licznik bije od czasów Heroda Antypasa... odsetek od czasów 
Heroda nazbierało się tyle!... I jeszcze po kursie... Wszyscy teraz na baczność,
z Tyraspola 
jedzie brygada...
- Spokojnie, spokojnie... - dobrodusznie przerwał mu Wybierzniew. - Jak tam sam 
Ŝyjesz? Dawno przecieŜ nie widzieliśmy się...
Uczciwie mówiąc, rozróby mafii bakłuŜyńskiej, nawet takie połączone z 
interwencją 
zagranicznego światka przestępczego, teraz mało go interesowały.
Plecki Łachudrzaka z obrzydzeniem otrząsnęły się pod sierścią o oliwkowej 
barwie.
-

Uciekinierzy juŜ nam bokiem wychodzą... - poskarŜył się.

-

Uciekinierzy? - z iskierką zainteresowania spytał Nikołaj. - Skąd?

-

A, ci, dŜumachlińscy...

-

A-a... jutro tam ze dwa rejony idą do wyburzenia! A co to za 

uciekinierzy? Ludzie 
czy skrzaty?...
-

Ci i tamci - niewesoło odrzekł Lachudrzak. - Takie buraki! Wiocha - była

i jest 
wiochą... Nie, no po co tutaj się pchają? W DŜumachli mają mało miejsca, czy co?
Nikołaj Wybierzniew ze współczuciem pocmykał językiem.
-

Jasnopopielate teŜ są?

-

Łyckie, czy jak?... TeŜ sporo... Niby granicę zamknięto, posterunek 

graniczny 
zaklęto - nie, mimo to się przesączają... Przez nich juŜ w ogóle nie da się 
Ŝyć!... Karmiciel ze 
swoimi chłopakami ze struktur mafijnych przyjmuje zamówienia - na odstrzał 
poltergeistów! 
Jak to? Czy to w porządku?... Nigdy wcześniej czegoś takiego u nas nie było...
-

A łyckich znasz wszystkich?...

Lachudrzak zamilkł. Nad zasłonką w czarnym oknie Ŝółkł jednoboki księŜyc. Mętny 

Strona 30

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga


jak lampa na klatce schodowej.
- W stolicy?... Nooo, właściwie, to tak... Niektórych lepiej, niektórych 
gorzej... A kto 
jest potrzebny?
- Hm... - Namyślając się podpułkownik Wybierzniew gniótł twarz własną dłonią. - 
Na 
razie nie wiem... - przyznał się, odsuwając dłoń. - Ale ktoś powinien się 
pojawić. I to jeśli nie 
dziś, to najpóźniej jutro...
Lachudrzak uwaŜnie spojrzał na Nikołaja i zrozumiał, Ŝe rozpoczęła się powaŜna 
rozmowa.
-

Jasnoszary? - z uwagą uściślił.

-

Jasnoszary... Średniego wzrostu... I-i... chyba to wszystko. Przeszedł 

granicę tej 
nocy... Dokładniej - przeniósł go... - Nikołaj pomyślał - jakiś z
-
łyckich cudotwórców. Raczej nie będzie się tym chwalił przed bractwem, ale moŜe 
przypadkiem się wygadać...
-

Co? co?... Razem przechodzili granicę?...

-

Razem...

Łachudrzak siedział nieruchomo i jedynie mrugał oczami w zakłopotaniu. To, co 
teraz 
usłyszał od podpułkownika, wydało mu się nieprawdopodobne. W dodatku skrzacik 
wystraszył się... Z cudotwórcami z Łycka nie ma Ŝartów... Pryśnie wodą s'więconą
- i Ŝegnaj 
- BakłuŜyno! Witaj, astralu!...
-

A co ja mam?...

-

Nic... Jak pojawi się - powiesz... Łachudrzak ciągle jeszcze się wahał.

Nikołaj chrząknął, zmarszczył się, znowu sięgnął po opakowanie.
- Nie chcesz... jeszcze - powiedział, podsuwając miseczkę bliŜej - trochę 
śmietanki?...
ROZDZIAŁ 5
AFRYKANIN, lat czterdzieści cztery, protopartorg
Kiedy jakaś złośliwa drobnica spróbowała połaskotać pod wodą jego lewą piętę, 
Afrykanin, który zdąŜył juŜ dojść do połowy DŜumachlinki, lekko się wystraszył. 
Nagle 
wyobraził sobie, Ŝe właśnie teraz, w tej sekundzie, patriarcha Porfiriusz, ze 
wstrętem 
ściskając usta, wykreśla go ze spisu cudotwórców - i chłodna ciemna woda od razu
rozstąpi 
się pod jego bosymi stopami. A pływać Afrykanin naprawdę nie umiał...
ChociaŜ, rzecz jasna, wszystko nie jest takie proste... Jednym pociągnięciem 
pióra nie 
da się pozbawić charyzmy. Dopóki tłum wierzy w swojego wybrańca - ten nie utonie

Ŝadnych okolicznościach. Nawet kiedy wieść o dymisji dojdzie do ludzkich uszu, 
uwierzą w 
to nie od razu. Powinien minąć z tydzień albo i dwa, zanim środki masowej 
informacji 
przekonają mieszkańców, Ŝe wybraniec narodu tylko udawał takiego. A nawet w 
takim 
wypadku z pewnością pozostanie pewna liczba nieprzekonanych uparciuchów, 
sceptyków. 
Rozumie się, Ŝe przy tylko takim wsparciu juŜ nie będzie spacerów po wodzie, ale
mniejsze 
cuda moŜna będzie jeszcze robić...
Potem z łyckiego brzegu poleciały kule i Afrykanin nie miał czasu na 
wątpliwości. 
Zezłościł się, przeklął karabin maszynowy, a przy okazji i bezimiennego 
podwodnego urwisa, 
który go łaskotał...
Nawiasem mówiąc, wdrapać się na dwumetrowej wysokości urwisko po wymytych z 
ziemi zwojach grubych korzeni okazało się trudniejsze niŜ
przejście przez DŜumachlinkę w świetle reflektorów i pod ogniem karabinów 
maszynowych. Na wszelki wypadek protopartorg, po dotarciu na ląd, od razu 
odwrócił wzrok 
obsługi reflektorów - oba snopy światła zgubiły naruszyciela, na ślepo zaczęły 

Strona 31

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

przeszukiwać 
brzeg. Bliskość zimnej wody odzywała się bólem w stawach. Pokaszlując, 
cudotwórca w 
niełasce przysiadł na jakimś korzeniu i delikatnie oderwał od riasy skrzacika, 
który przy-
błąkał się nie wiadomo skąd.
- No... - przeciągle powiedział. - Chodź, Anczutka, przyjacielu, na dobry 
początek 
trochę odpocznijmy...
Rozgardiasz na moście spłoszył całe Ŝycie po tej stronie rzeki. Drzemiące na 
koronie 
wierzby wielkie jękajło zgłupiało zaspane, podskoczyło i napełniło zarośla 
wywrzaskiwanymi 
komendami, cięŜkim tupotem wojskowych buciorów, psim szczekaniem... Bez Ŝadnej 
wątpliwości, tam, daleko, bakluŜynianie ogłosili alarm bojowy na posterunku 
granicznym.
- Uciekajmy!... - krzyknął oszalały ze strachu Anczutka.
Afrykanin powoli odwrócił się do skrzata, podniósł srokate brwi, obejrzał go od 
nóg 
po łepek. W istocie sam nie rozumiał do końca, skąd mu przyszedł do głowy 
pomysł, aby 
wziąć pod swoją opiekę tę malutką, puszystą siłę nieczystą. No cóŜ... Mówi się, 
Ŝe kaŜdy 
antysemita ma swojego ukochanego śyda. Zatem dlaczego protopartorg Afrykanin nie
moŜe 
sobie wziąć na ulubieńca jakiegoś skrzata?...
Protopartorg zmarszczył brwi, zdjął z ramienia wiszące na sznurowadłach buty, 
jakby 
nie słysząc zbliŜających się hałasów, zaczął je nakładać. Porfiriuszowi bez 
wątpienia juŜ 
donieśli o jego ucieczce. A jutro Patriarcha dowie się o tej pogranicznej 
awanturze. Jeszcze z 
dzień będzie się wahał, a potem... A właśnie, co będzie potem? Co by sam 
Afrykanin zrobił, 
gdyby był na miejscu Porfiriusza? W kaŜdym razie nie zdecydowałby się ogłosić, 
Ŝe jego 
najbliŜszy współpracownik to zbieg i renegat...
Szeroka twarz cudotwórcy pogrąŜyła się w ponurych myślach. Dookoła 
rozpościerającej się na skraju urwiska polany kręciła się, niewidoczna dla 
zwykłego 
ludzkiego oka, drobna leśna siła nieczysta: bludnice, po-tykacze, popychla... Na
samą polanę 
nawet nie próbowały się wysunąć - odstraszała je purpurowa aura Afrykanina. 
Pomiędzy 
pniami wyjrzała ogłupiała morda czorta. Gospodarz zarośli patrzył wystraszonymi 
okrągłymi 
białymi oczyma, poruszył wywróconymi na nice nozdrzami - i zniknął.
Anczutki nie zauwaŜył. Gdyby skrzacik był sam - w Ŝaden sposób nie mógłby się 
ukryć przed czujnym wzrokiem krewniaka...
Potem ktoś' jak dzik przedarł się przez zagajnik i strasznym głosem wydał 
rozkaz:
- Stój! Ręce do góry!
Anczutka w przeraŜeniu złapał protopartorga za nogę, przeszkadzając w 
zasznurowaniu buta. Ten podniósł głowę, dostrzegł o dwa kroki od siebie 
barczystego junaka 
w hełmie i kamizelce kuloodpornej na kombinezonie ochronnej barwy. Potupał obutą
nogą, z 
niezadowoleniem skinął w stronę czerniejącej w ciemnościach osiny. śołnierz 
wojsk ochrony 
pogranicza natychmiast skierował na nią lufę automatu, miękkim, ale cięŜkim 
krokiem 
podszedł do drzewa, oparł lufę o korę. Rutynowymi ruchami zrewidował osinę, 
namacał 
sęczek, zmarszczył się.
- Kontrabanda?... - zapytał ze złością. - A no, dokumenty!... Gdzie?! Ręce za 
głowę, 
mówiłem!... Sam wyjmę...
Afrykanin zabrał się za drugi but. śołnierz z ponurym sapaniem studiował w 

Strona 32

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

świetle 
latarki zerwany z drzewa delikatny, młody listek.
- Zaświadczenie o zwolnieniu z pierdla?... Mało tego, Ŝe recydywista, to jeszcze

szpiegów przeprawiasz?... Gadaj, sukinsynu, gdzie twój kiient! Gdzie ten w 
riasie?...
Powiał lekki, nocny wietrzyk. Listowie osiny zamamrotało niewyraźnie. śołnierz 
wysłuchał paplaniny drzewa z wyraźnym brakiem zaufania. Tymczasem przez zagajnik

przedarł się jeszcze jeden plamisty w kamizelce kuloodpornej i rzucił szybkie 
spojrzenie w 
stronę kolegi, sprawdzającego dokumenty, potem pospieszył w stronę brzegu.
- Chlupajło! - z płaczliwą groźbą w głosie zawołał, nachylając się nad 
urwiskiem. - 
No, dlaczego nie łowisz okoni, czorcie z wy trzeszczem!... Niby się wodnikiem 
nazywa! 
Zaprzedałeś się Lyckowi?...
Na dole plusnęło, zaszeleścił obsypujący się po stromiźnie piasek, zaskrzypiały,

zatrzeszczały wymyte z brzegu korzenie drzew. Ktoś wdrapywał się po obrywie. 
Niedługo na 
skraju legła błoniasta łapa, potem ukazał się przygnębiony Ŝabi pysk. Oczy - jak
pęcherze.
- No tak, nie łowię!... - zawył w odpowiedzi mieszkaniec rzeki. - Ja juŜ na 
neutralnych 
wodach zacząłem go łaskotać. O!... - Skrzywiony z bólu, blady, obrzmiały 
Chlupajło 
(nawiasem mówiąc, podejrzanie podob-
ny do skrywającego się przed ramieniem sprawiedliwości Bormana) okazał skręcony,

silnie spuchnięty palec, którym najprawdopodobniej próbował połaskotać spod wody

naruszyciela. - Od razu kurcz mnie złapał!...
Jakieś dziwne teraz stały się wodniki: ani brody, ani włosów - tylko jakaś 
zielonkawa 
szczecinka... Wygolił się na łyso, czy co?...
Afrykanin przytupał silnie zasznurowanym butem, stękając podniósł się z 
korzenia. Ze 
wszystkich rozwaŜań wynikało, Ŝe przez najbliŜszych kilka dni nie będą śmieli go
pozbawić 
statusu cudotwórcy...
- Frajerzy... - z westchnieniem podsumował, nie bez złośliwości popatrując na 
zebraną 
na brzegu kompanię. - Chodźmy, Anczutka...
Noc była czarniejsza od riasy Afrykanina, i tak samo buro-podpalana. Po lewej 
stronie 
znajdowały się chyba niewidoczne stąd strumienie: grzmiał stamtąd satanistyczny 
chichot 
Ŝab. W oddali migotała gwiezdna mgławica świateł przedmieść DŜumachły (drugiego 
co do 
wielkości miasta niepodległej Republiki BakłuŜyno), a o czterdzieści kroków 
Ŝółciały trzy 
okienka stojącego na uboczu domku. Właśnie w ich stronę skierował się powolnym, 
pewnym 
krokiem protopartorg w niełasce. A właśnie, dlaczego okna są trzy, kiedy powinny
być dwa? 
Ach, tam jeszcze drzwi są otwarte na ościeŜ... Bojąc się pozostać z tyłu, 
Anczutka drobił 
szybciutko obok.
-

Ja tam nie mogę... - jęczał, od czasu do czasu nabierając odwagi i 

szarpiąc lekko 
towarzysza za dół riasy. - Skrzat zobaczy, Ŝe jesteśmy razem, opowie bractwu... 
Swoi mnie 
wykończą...
-

Inaczej nie bywa... - po przyjacielsku pocieszył go Afrykanin. - Tylko, 

wiesz, mam 
wraŜenie, Anczutka, Ŝe nie ma tam Ŝadnego skrzata. śadnego - ani podwórkowego, 
ani 

Strona 33

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

strychowego.
Protopartorg otworzył furtkę. Trzy płaszczyzny Ŝółtawego światła przecinały sad.

Oszałamiał zapach bzu. Anczutka poruszył nozdrzami, poweselał i więcej juŜ nie 
szarpał 
towarzysza. Widocznie zrozumiał, Ŝe Afrykanin ma rację: skrzat tu był, ale 
niedawno się 
zmył...
Kiedy przestąpili niski próg, znaleźli się w zabałaganionej kuchni, gdzie za 
pokrytym 
przepaloną ceratą kulawym stołem siedział, rozgoryczony, mocno pijany gospodarz 

zarośnięty do niemoŜliwości. Kiedy usłyszał
skrzypienie desek podłogi pod masywnymi stopami Afrykanina, powoli podniósł 
zarośniętą po oczy twarz i utkwił nierozumiejący wzrok we wchodzących. 
Potrząsnął kudłatą 
głową - znowu się przypatrzył. Nerwowo podrapał pazurami miejsce, gdzie jego 
broda 
przechodziła w brwi... Błyskawicznie trzeźwiał.
-

No, witaj, Witaliju... - po przyjacielsku rzekł Afrykanin. - 

Poznajesz?... Obiecałem, 
Ŝe wrócę - i wróciłem...
-

Ty... zwariowałeś... - w końcu wyrzekł gospodarz.

-

No, załóŜmy, Ŝe stracić rozum, to juŜ dawno straciłem... - uśmiechając 

się, dodał 
Afrykanin. - Ale w Lycku o mało nie wyzdrowiałem. Na szczęście w porę się 
powstrzymałem! Nie, pomyślałem sobie, czas do BakłuŜyna. Bo to, widzisz, 
rzeczywiście 
zaczną mnie za normalnego uwaŜać...
Protopartorg chrząknął, przestąpił z nogi na nogę, rozglądał się. MoŜna by 
powiedzieć, Ŝe nie miał szyi, dlatego aby się rozejrzeć, musiał obracać się 
całym tułowiem. 
Zasłona zerwana, na podłodze potłuczone szkło, śmieci, obdarte kawałki tapety. 
Nad 
kulawym stołem - jasny prostokąt po zdjętym obrazie (po ikonie pozostaje plama o
innej 
formie i mniejszych rozmiarów)... Ohyda zapuszczenia. Mieszkanie zawyczaj tak 
wygląda po 
ewakuacji.
-

A co to u ciebie taki bałagan? - z troską spytał gość. - I drzwi - na 

ościeŜ... 
Rozwodzisz się, czy co?...
-

Po co przyszedłeś?... - wyrzekł gospodarz, patrząc z lękiem na 

Afrykanina.
-

Po co? - Afrykanin rozejrzał się jeszcze raz, przysiadł na rachitycznym 

taborecie. - 
Chcę, Witalij, przypomnieć o czymś ludziom... Wystarczy! PoŜyliście sobie 
spokojnie pod 
opieką Gleba Portniagina... - Rzucił spopielające ciemne spojrzenie spod 
zsuniętych 
srokatych brwi. - Przyłączysz się?
Nos Witalija, w wielkich porach (jedyna goła część twarzy) stał się biały jak 
krochmal. Oszalałe oczy zatrzymały się na rozpoczętej butelce. Gwałtownym ruchem
Witalij 
chwycił ją za szyjkę i spróbował napełnić niewielką, graniastą szklankę. Potem 
stało się coś 
dziwnego i niezrozumiałego: wódka z bulgotaniem opuszczała butelkę, ale szklanka

pozostawała pusta. W porę skojarzywszy, Ŝe ryzykuje pozbawienie się alkoholu, 
gospodarz 
tak samo nerwowo odstawił oba pojemniki na skraj stołu.
- Co powiesz? - surowo spytał cudotwórca.
Szybko dysząc, jak pies, Witalij patrzył na protopartorga. W końcu oderwał wzrok

pokręcił kudłatą głową.
-

Mmm... n-nie... - wymuczał, jakby z bólem. - N-nie proś... Rzuciłem 

politykę... JuŜ 
pół roku minęło, jak rzuciłem... Spaliłem partyjną legitymację, ikonę ukryłem, 

Strona 34

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

medal - takŜe... 
Niepotrzebnie przyszedłeś, Nikodemie... Ja przecieŜ mam Ŝonę, dzieci...
-

Gdzie? - ponuro zainteresował się Afrykanin, nazwany w tym przypadku 

Nikodemem.
-

Co - gdzie?...

-

No, Ŝona, dzieci...

Gospodarz rozejrzał się otępiałym wzrokiem. Ani dzieci, ani małŜonki w granicach

kuchenki nie było widać.
- A-a... - ze zrozumieniem rzekł przeciągle. - Przenieśli się... No, a ja - 
juŜjutro... z 
samego rana...
Wyciągnął rękę po butelkę, ale natychmiast cofnął ją, ze strachem patrząc na 
Afrykanina, wytarł spotniałą dłoń o koszulę.
-

Nic ci się nie uda... - ochryple ostrzegł, jakby całkowicie otrzeźwiały.

- Wtedy się 
nie udało, a teraz - tym bardziej. Staruszkowie - wszyscy są zastraszeni, a 
młodym idee są na 
h... potrzebne...
-

A podziemie?

Witalij skrzywił się i machnął ręką.
-

Rozpadło się...

-

Tak od razu się rozpadło? - nie uwierzył Afrykanin.

-

No, nie od razu, rzecz jasna... - niechętnie przyznał Witalij. - Dwa 

lata temu w 
stolicy mityng urządzili... poprowadzili demonstrację... z lustrami...
-

Z lustrami?...

-

Noo... Ŝeby sami siebie zobaczyli... do czego ich czarodzieje 

doprowadzili...
-

To wtedy, kiedy was rozgonili armatkami wodnymi? Witalij zamrugał, 

podniósł 
zarośniętą twarz.
-

Z jakimi armatkami wodnymi? - spytał ogłupiały.

- W "Czerwonym Sztandarze" był artykuł - wyjaśnił Afrykanin. - i was woda 
rozaonili 
oałkami...
Lekko odsuwając się, Witalij bojaźliwie spojrzał na Afrykanina.
- Niee... - w końcu powiedział niezdecydowanie. - Wszystko było porządnie: 
mieliśmy 
zezwolenie na mityng, na demonstrację takŜe...
- A kto wydał zezwolenie? - zapytał z goryczą Afrykanin. - Czy osobiście, nie 
daj 
BoŜe, Gleb Portniagin?
Witalij skulił się, opuścił głowę na pierś.
- Jak upadliście... - powtórzył z goryczą Afrykanin. - Od przeklętego 
czarodzieja 
wypraszali zezwolenie... I to na co! Na przejaw gniewu ludu... Ech!...
Zamilkł, potem nagle wyciągnął po gospodarsku rozpostartą dłoń przez stół, wziął

butelkę, obejrzał z dezaprobatą... Z jaskrawej etykietki spoglądał na niego 
złośliwie starzec o 
koźlej bródce. "Nedobroff. Wódka najwyŜszej jakości. Rozlano i doładowano... tam
i tam... 
Wystrzegajcie się podróbek".
-

A czy chodziaŜ były jakieś prowokacje ze strony czarodziei?... - z 

nadzieją spytał 
Afrykanin, stawiając butelkę na stole. - Podczas mityngu...
-

PrzecieŜ nas gliny ochraniały... - powiedział Witalij z miną winnego. - 

Nie, no były, 
rzecz jasna... - natychmiast spróbował się poprawić. - Wiedźmy bakłuŜyriskie 
chciały rzucić 
uroki...
-

I co?

-

Od razu je zwinęli... Dwóm odebrali na rok licencję... WróŜyć mogą, ale 

nic 
więcej... Właśnie od tego czasu właściwie juŜ innych większych akcji nie 
organizowano...
Nastąpiło cięŜkie długotrwałe milczenie.

Strona 35

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Ta-ak... - w końcu rzekł Afrykanin. - Pocieszyłeś... No, a przywódcy? TeŜ się 
rozpadli?
-

Bóg ich wie... - z Ŝalem powiedział Witalij. - Klim, wydaje się, poszedł

do handlu, a 
Pankracy zniknął w cieniu...
-

To znaczy, Ŝe dalej prowadzi ekspropriacje? - ucieszył się Afrykanin.

-

No tak, prowadzi, prowadzi... - smętnie odpowiedział gospodarz. - 

Ostatnio wziął 
bank, jak mówią, w zeszłym tygodniu... Ale przecieŜ to tak, bez polityki...
Zawstydził się - i zamilkł.
- Ech, Witalij, Witalij... - z wyrzutem rzucił Afrykanin. - Takie podziemie wam 
zostawiłem, a wy...
Gospodarz zachlipał.
- Popatrz ty na mnie! - Ŝałośnie wykrzyczał. - No, spójrz! No, jaki ze mnie 
partyzant? 
Tak! Podupadłem! Tak! Telewizji nie oglądam, radia nie słucham, gazet nie 
czytam... O, 
widzisz? - Witalij nie patrząc wskazał palcem na kołchoźnik z wiszącym pod nim 
oderwanym 
kawałkiem przewodu. - Ja juŜ nie jestem ten, Nikodemie, nie ten, co dawniej... 
Ty teŜ, 
zresztą...
Afrykanin zadrŜał i powoli odwrócił się do gospodarza. Witalij zadławił się.
- N-no... sam przecieŜ wiesz, znasz nieczyste siły... - szeptem wyjaśnił, 
wskazał 
szybko załzawionymi oczyma na cofającego się Anczutkę. Ten, w obecności 
Afrykanina nie 
śmiał stać się niewidzialnym i jedynie silnie wcisnął się w kąt.
Przez jakiś czas obaj patrzyli na skrzata.
- I cóŜ?... - głucho, z przerwami przemówił Afrykanin. - Dla świętej sprawy z 
diabłem 
moŜna się pokumać... Honorowych ludzi - widzę, juŜ nie zostało - zdaje się, ze 
skrzatami 
pracować będziemy...
Witalij podniósł zalepione oczy i, odsłaniając resztki zębów, z trzaskiem 
rozerwał 
kołnierz koszuli.
- Nie syp mi soli na ranę, Nikodemie... - sycząco wyjęczał. - Zamilcz!...
Afrykanin wstał. Jego szeroka twarz obrzmiała, pociemniała.
- Jeśli ja teraz zamilknę - z trudem wymawiając kaŜde oddzielne słowo, wydusił z

siebie - kamienie będą krzyczały... Nie tylko zresztą, kamienie!
Zapalczywie machnął ręką - w zepsutym kołchoźniku coś trzasnęło, zaszumiało, w 
następnej chwili do martwego głośnika w niezrozumiały sposób wdarła się 
wieczorna audycja 
łyckiego radia. Dźwięczny dziecięcy głosik deklamował w samozapamiętaniu:
Kiedy Chrystus był malutki,
Z kędzierzawą głową...
- Nie śmiej!... - Witalij podskoczył, rzucił się do głośnika. Zerwał go ze 
ściany, z 
rozmachem rzucił na podłogę i z chrzęstem rozdeptał obcasem...
Takze biegał w walonkach.
Rozpłaszczony jak naleśnik głośnik radośnie kontynuował, jakby się nic nie 
stało.
Witalij zawył, schwycił kołchoźnik, wybiegł w otwarte na ościeŜ drzwi, podbiegł 
do 
studni.
W Ŝydowskie pustkowie
Rzucał śnieŜkami...
To juŜ zabrzmiało na poŜegnanie. Potem słychać było głośny plusk - i wszystko 
ucichło. Później w oddrzwiach, powłócząc nogami, pojawił się Witalij. Nawet 
poprzez 
nadmierne owłosienie widać było, Ŝe twarz jego jest wykrzywiona złością.
- Odejdź... - wyrzekł bezsilnie.
Pochylając głowę protopartorg ruszył ku drzwiom. Anczutka rzucił się za nim. 
Kiedy 
stanął na progu, Afrykanin splunął, i nie krępując się gospodarzem, strzepnął 
brud ze swoich 

Strona 36

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wysokich, Ŝołnierskich butów.
- W imieniu rewolucji - wycedził - niech dom ten spocznie w ruinach na wieki...
Pozostawiony w samotności gospodarz przeklętego mieszkania schylił się nad 
przedziurawionym progiem. Gniewne splunięcie protopartorga przepaliło cegły na 
wylot. 
Witalij wydał słaby jęk i pobiegł do stołu. Chciał przelać resztki wódki do 
szklanki - kiedy 
nagle zamarł, widać przypomniał sobie to, co się stało pięć minut wcześniej. Na 
wszelki 
wypadek wypił wódkę wprost z butelki.
- W ruinach, w ruinach... - przedrzeźniał z goryczą, upuszczając butelkę 
podłogę. - A 
co, czyja sam nie wiem, Ŝe jutro przyjdą wyburzyć!?...
- No cóŜ, Anczutka, przyjacielu? - w zamyśleniu powiedział Afrykanin. - GdzieŜ 
my 
będziemy nocować? Po partyzancku, czy teŜ poprosimy o nocleg w DŜumachli?...
Skrzat bezradnie pokręcił puszystą główką. Po lewej czerniał lasek, po prawej 
słabo 
świeciło w nocnej ciemności przedmieście DŜumachły.
- Nie bój się... - Afrykanin uspokoił swojego strachliwego towarzysza. - Nikt na
ciebie 
nie doniesie do bractwa... Jeśli będzie jakieś pogańskie plugastwo w chacie - w 
mig je 
przegonię... Powiem: "Zgiń!" - i zginie...
Kiedy usłyszał to straszne słowo, Anczutka zadrŜał, z nawyku zwinął się w 
kłębuszek. 
Jednak natychmiast skojarzył, Ŝe nie zostało wymówione jako zaklęcie, a 
dobrodusznie, i 
najwidoczniej nie nabierze mocy wykonawczej.
Oczka skrzata zapłonęły.
- Zgiń! - powtórzył w zachwycie. A po chwili namysłu, dorzucił złośliwie: - 
Kontr-
ra!...
Afrykanin chrząknął i pokiwał wielką, wypukłą łysiną.
- Popatrzcie, no... - zdziwił się. - Jak ci to zgrabnie wyszło! Pewnieś 
współpracował z 
GPU, no nie?
Anczutka spus'cił oczka.
-

Z NKWD...

-

No, włas'nie widzę...

Wydaje się, Ŝe protopartorg chciał dorzucić jeszcze kilka ciepłych słów na 
pociechę, 
ale nagle przedmieście DŜumachły - zniknęło. Tylko co świeciło się, płonęła łuna
- i nagle, 
bezdźwięcznie zniknęło w ciemności.
- Światło, czy co, walnęło?... - z troską wymamrotał Afrykanin. - Zupełnie jak w

Łycku...
Jednak im bardziej zbliŜali się do DŜumachły, tym jaśniejsze stawało się dla 
obu, Ŝe 
przedmieście zatopiono w ciemnościach celowo. Dwa rejony miasta - prywatnych 
domków - 
patrolowano: noc była dosłownie podziurawiona światłem latarek. W ciasnej 
uliczce 
Afrykanin z Anczutka spotkali dwóch w milicyjnych mundurach. Nie zatrzymali ich,
rzecz 
jasna, nie zawołali, przeszli obok...
-

Ech, szakale... - przyciszonym głosem wściekał się jeden z nich. - No, 

rozumiem: 
wysiedlili, okrąŜyli kordonem... Ale po co wyłączyli prąd? Specjalnie dla 
maruderów, czy 
co?...
-

To maruderzy odcięli prąd - warkliwie odpowiedział mu drugi. - Przecięli

przewody 
- i sprawa gotowa...
-

A co to, naprawić się nie da?

A oni monterowi podłoŜyli zamknij-ziele do torby... - przez zęby wyjaśnił lepiej

Strona 37

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

poinformowany. - Monter wlazł na słup - a tu nie moŜe ani obcęgów, ani 
kombinerek 
otworzyć... A zanim przynieśli nowe narzędzia, te bydlęta jeszcze na trzech 
słupach przewody 
ukradli... Aluminium dro-dorzucił.
Afrykanin zatrzymał się, zasępił i długo patrzył za patrolującymi. Domki 
opuścili nie 
tylko ludzie, ale nawet skrzaty... Bez wątpienia, przygotowywano coś z wielkim 
rozmachem, 
z pewnością osobiście zatwierdzone przez prezydenta - i najpewniej coś wyjątkowo
podłego... 
Zresztą, nie ma nic złego, aby nie moŜna w nim znaleźć odrobiny dobrego: wybierz
sobie 
dowolny dom i nocuj.
Dopóki doszli do pierwszego skrzyŜowania, spotkali jeszcze trzy patrole. 
Ośmielony 
przyjacielskim traktowaniem przez Afrykanina, Anczut-ka zaczął chuliganić: gasił
gliniarzom 
latarki - rozładowywał bateryjki, ze smakiem wypijając z nich cały ładunek.
- No coś ty... - w końcu rzekł mu z niezadowoleniem Afrykanin. - Nie wygłupiaj 
się, 
słyszysz?...
Anczutka natychmiast przygasł, a niedługo potem nawinął się im domek - ze 
stosunkowo całymi szybami, który spodobał się im obu. Czy to poprzedni 
gospodarze byli 
zbyt zamoŜni, czy teŜ po prostu wygodni, bo, wyjeŜdŜając, pozostawili trochę 
mebli. Nawet 
nie chciało się im, leniom, wykręcić Ŝarówkę. Nic do jedzenia, co prawda, nie 
udało się 
znaleźć, ale ani Afrykanina, ani Anczutki to specjalnie nie zdenerwowało. 
Skrzatowi - okruch 
wystarczy, a protopartorg pościł po nielegalnym przejściu granicy.
-

Zapal!... - gorączkowo zaproponował Anczutka, pokazując palcem na 

Ŝarówkę, ale 
Afrykanin tylko zaprzeczył ruchem głowy.
-

Zapalić Ŝadna sztuka... - powiedział. - Tylko na nic nam teraz, 

Anczutka, zbędne 
cuda... Przewody przecieŜ zostały odcięte... Słyszałeś przecieŜ, co gliniarze 
mówili?... Od 
razu, widząc światło, wszyscy się zbiegną...
Anczutka pokręcił się jeszcze trochę po trzech znajdujących się w domu pokojach,

sprawdził wszystkie kąty, pobiegał po ścianach, po suficie i w końcu poszedł 
spać na 
stryszek. A Afrykanin połoŜył się na skrzypiącym tapczanie i długo leŜał na 
podłoŜonych pod 
głowę rękach, patrząc w ponurym zamyśleniu na smętnie bielejący sufit...
Miał się nad czym zastanawiać...
Kiedy ulubieniec narodu i wierny pomocnik wodza ginie niespodziewanie z rąk 
zabójcy, obywatel rzecz jasna, ma prawo przypuścić, Ŝe wszyst-
kiemu winni są wrogowie. Po pierwsze - tak mu powiedzaiano. Po drugie, sam juŜ 
dostatecznie dawno zaczął podejrzewać, Ŝe po tej stronie barykady zebrali się 
jedynie idioci.
No, czy nie tak?
Mało tego, Ŝe tym nieostroŜnym aktem terrorystycznym ci, wybacz BoŜe, durnie 
silnie 
zaszkodzili swojej reputacji politycznej, wzbudzając falę ludowego gniewu - to 
jeszcze 
wychodzi, Ŝe wypełnili cudzą robotę! Bezpłatnie i sobie na szkodę.
Wyobraźcie sobie z jaką ulgą odetchnął wódz, na którego miejsce jawnie i 
bezceremonialnie pchał się nieboszczyk, wyobraźcie sobie tę cichą radość tego, 
który z kolei 
zamierzał zająć miejsce zmarłego...
Nie, nie, wszystko ma swoje granice, nawet ludzka głupota. Wrogowie są wrogami, 
ale przecieŜ nie samych siebie!...
Krótko mówiąc, nie naleŜy się mylić. Świnię podkładają zawsze swoi. W dodatku 
zamachy na wodzów udają się znacznie rzadziej niŜ na ich współpracowników. To 
zresztą 

Strona 38

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

zrozumiałe: jaki dureń zezwoli na odstrzelenie samego siebie!
Właśnie tam, na listę najbliŜszych współpracowników - potencjalnie do odstrzału,

trafił protopartorg Afrykanin po tym, kiedy Patriarcha Całego Łycka Porfiriusz, 
juŜ wcześniej 
z trwogą obserwujący wyczyny lidera prawicowych radykałów, pozazdrościł mu 
ludowej 
sławy i z zemsty - obwołał go swoim następcą.
śycie Afrykanina zawisło na włosku. Liczba zawistnych pomnoŜyła się 
kilkakrotnie, 
na tyle, Ŝe lepiej byłoby, aby protopartorga przejechało swego czasu samobieŜne 
działo typu 
"Ferdynand" ze znanego obrazu artysty Leoncja Dosiudy!... A niedługo, w rozmowie

komisarzem ludowym do spraw inkwizycji Patriarcha doradził wzmocnić osobistą 
ochronę 
doradcy i powołał się przy tym na niedawny zły sen, o czym natychmiast teŜ 
dowiedział się 
Afrykanin.
Co to oznacza - nie trzeba mu było wyjaśniać...
Teraz przed Nikodemem Ludzkim leŜały trzy drogi. Jedną z nich kiedyś tam, dawno,

przeszedł juŜ Trocki, drugą - Kirów, trzecią - Che Gueva-ra. Winę za śmierć 
płomiennego 
protopartorga nieuchronnie zrzucono by na bakłuŜyńskich szpiegów, ale Afrykanina
to nie 
pocieszało nawet w najmniejszym stopniu.
O drugiej w nocy zjawili się maruderzy. Afrykanin usłyszał, jak wiercą się na 
werandzie i jakoś nie mogą się zdecydować, aby wejść.
-

...kiepskie miejsce... - syczał przyduszonym głosem jeden. - Czujesz, 

kadzidłem 
pachnie...
-

Skąd tu kadzidło?...

- Cholera go wie! MoŜe z DŜumachlinki doleciało... Stąd do Łycka tylko rękę 
podać...
Jednak nie odwaŜyli się przestąpić progu domu. OstroŜnie zdjęli łomem okiennice 
- i 
zniknęli.
Na zewnątrz zaczął kropić drobny deszczyk. Afrykanin juŜ zaczął drzemać, kiedy 
na 
strychu wybuchła jakaś zagadkowa awantura, której towarzyszyły piski skrzatów.
- Zgiń!... Kontr-ra!... - zawył groźny głosik.
Wydaje się, Ŝe Anczutka potrzebował pomocy. Sądząc ze wszystkiego, na strychu 
doszło do powaŜnej rozróby.
- Zniknij, siło nieczysta!... - wymamrotał rozsierdzony Afrykanin - i skandal na
górze 
ucichł.
Przysłuchał się z gniewem, potem poprawił buty, słuŜące mu za poduszkę, i ze 
skrzypieniem przewrócił się na drugi bok...
Wyspać się Afrykaninowi jednak nie dano. O szóstej rano straszne uderzenie 
wstrząsnęło budynkiem aŜ do betonowych bloczków fundamentu. Z trzaskiem i 
rumorem 
spadły odłamki białej cegły i kawałki tynku. To, co się zdarzyło, przypominało 
bombardowanie...
Afrykanin w skok usiadł na przewracającym się ze skrzypieniem tapczanie. Zamiast

okna ziała postrzępiona dziura, w której wilgotnie błyszczało omyte nocnym 
deszczem 
czyste, poranne niebo. W kosym potoku słonecznego światła leniwie kłębił się 
duszący, 
mętny kurz. Pod roztrzaskanym, obdartym miejscami z tynku sufitem kołysał się na
sznurze 
kawał Ŝyrandola.
- Och, Ŝeby cię uniosło i tak zostawiło!... - wyryczał szczerze z głębi serca 
protopartorg, zaspany nie pomyślał o konsekwencjach.
Od razu zakaszlał, spus'cił nogi na podłogę, zdjął buty z tapczanu. Zaczął je 
zakładać. 
Zaschło mu w gardle. Poprzez wyłom dobiegało mruczę-

Strona 39

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

nie potęŜnego silnika i głośne, wielogłosowe przekleństwa. Kiedy tylko zakończył

sznurowanie, wstał, obszedł szczególnie gęsty obłok białego pyłu i wyjrzał przez
otwór. Przed 
jego oczyma widniał następujący obraz: zmiaŜdŜony ogromnymi gąsienicami powalony

płotek, wilgotny ceglany chodniczek i parę złamanych jabłoni, a pośrodku ogrodu 
stał dźwig 
z zadartym do góry ramieniem. Dookoła maszyny zebrało się juŜ z dziesięciu 
ludzi. Wszyscy 
patrzyli do góry, gdzie na niebieskim, porannym niebie, naciągając łańcuch, 
chwiała się jak 
aerostat czarno-rdzawa Ŝelazna kula.
- Matwieicz!... - Ŝałośnie wzywał wysunięty po pas z kabiny wielkolud w 
niebieściutkim kombinezonie i takim samym kaszkieciku. - Matwieicza, do nagłej 
cholery, 
zawołajcie!...
Afrykanin zmarszczył się silnie i cofnął głowę. Trzeba było tak głupio się 
objawić!... 
ChociaŜ, moŜliwe, wyjdzie to na dobre... Po pierwsze, chociaŜ bezwiednie, ale 
przeszkodził w 
jednym z paskudnych planów Gleba Portniagina - niewaŜne w jakim... A po drugie, 
im więcej 
bakłuŜyńskich obywateli uwierzy w cudotwórcę Afrykanina, tym mniej będzie 
zaleŜał od 
swoich łyckich wyborców i osobiście od Patriarchy Porfiriusza...
Tłum wokół dźwigu ciągle się powiększał i powiększał. Na ulicy narastał hałas. Z

pewnością unoszącą się na łańcuchu Ŝelazną kulę widać było z daleka. Potem nagle
ludzie 
rozstąpili się, obok kabiny pojawił się pospolity męŜczyzna w pomiętym 
garniturze. Z troską 
popatrzył na ciąŜek i, nie wyraŜając na pomiętej twarzyczce ani strachu, ani 
zdziwienia, wyjął 
z wewnętrznej kieszeni telefon komórkowy. MoŜna było zrozumieć, Ŝe widywał i 
większe 
cuda. Energicznie przeŜegnał się krzyŜem (okrąŜający go gapie odskoczyli 
protestując) i 
wybrał numer.
- Oksanka?... - biadolącym głosem zapytał. - Tu Matwieicz... Połącz mnie z Tolem

Toliczem... NiewaŜne, Ŝe zajęty! Powiedz: dywersja...
Afrykanin odsunął się od wyłomu i spojrzał na gałęziasto popękany sufit.
- Anczut... - cicho zawołał. - Chodź, złaź... Bo tu nas, rozumiesz, zburzyć 
zdecydowali 
się...
Nie było odpowiedzi. Protopartorg ze strachem przysłuchiwał się i zrozumiał, Ŝe 
strych jest pusty, w dodatku od dawna. Czy nie stało się coś przypadkiem 
Anczutce? 
CiąŜkiem-kulą, chyba nie mogło w niego trafić - Dierwsze uderzenie poszło na 
ścianę... MoŜe 
skrzacik po prostu się wystra-
szył? Afrykanin mrugnął i nagle pojął, co się stało. PrzecieŜ sam nocą rozkazał:

"Zniknij, siło nieczysta!..." - nie pomyślał, stary dureń, o tym, Ŝe Anczutka 
przecieŜ jest takŜe 
skrzatem! Rzecz jasna, wtedy i jego uniosło - razem z pozostałymi... No, gdzie 
go teraz 
szukać?...
Pomogłem, jak to się mówi!... Ach, jak to niezręcznie wszystko wyszło... 
Afrykanin 
gniewnie podrapał łysinę i pochrząkując, skierował się do drzwi. Na ulicy nikt 
nie zwrócił na 
niego uwagi. Protopartorg postał chwilę obok Matwieicza; odchylił się do tyłu 
całym 
tułowiem, popatrzył na chwiejącą się w niebiosach kulę... Tak, dobre zadanie im 
podrzucił - 
pewnie całą Ligą będą musieli odczynić urok...

Strona 40

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Poleciała - i wisi... - skrzypiał Matwieicz w słuchawkę komórki. - Jak balonik
dla 
dzieci...
Afrykanin obszedł dźwig, wyszedł na wilgotną, juŜ wysychającą uliczkę, gdzie 
turkotała i pluła szaroniebieskim dymem cięŜarówka, załadowana błyszczącymi na 
pęknięciach odłamkami.
- Rozumiem, Glebie Kondratyczu... Zaraz powiem...
Kiedy usłyszał imię największego swojego wroga, protopartorg zadrŜał i odwrócił 
się. 
Za mokrymi, połamanymi sztachetami rozwijała się awantura. Matwieicz kopniakami 
rozganiał tłum.
- Odejść od dźwigu!... Wszyscy mają odejść!... A tobie co, specjalne 
zaproszenie?... 
Chcesz zostać ofiarą bombardowania?... Zostaniesz... Gotowe, Glebie 
Kondratyczu... - 
powiedział do słuchawki, a potem, teŜ odbiegł o kilka kroczków, podniósł ją nad 
głowę - 
głośnikiem do kuli.
Słuchawka burknęła coś dobrze znanym Afrykaninowi głosem - i skóra na plecach 
protopartorga zjeŜyła się, poruszyła od nienawiści. A w następnej sekundzie kula
z krótkim 
świstem pocisku cięŜko runęła z wysoka na wilgotną ścieŜkę ogrodu. Ziemia 
zadrŜała, 
wystrzeliły odłamki cegieł. Łańcuch z jękiem wyciągnął się, ramię dźwigu 
zadrŜało, ogromny 
dźwig groźnie podskoczył na szeroko rozstawionych łapach...
Uciekinier-cudotwórca stał nieruchomo. Jednym zaklęciem?... I to przez telefon 
komórkowy?... AŜ strach było sobie wyobrazić, jakie wsparcie powinien mieć w 
narodzie 
Gleb Portniagin, Ŝeby tak, od ręki, mimochodem, zwalić z wysokości przeklętą 
przez 
Afrykanina wiełopudową kulę... Trudno będzie walczyć z Glebem, oj, trudno...
Rozdział 6
ANCZUTKA, wiek nieznany, uciekinier
Zazwyczaj skrzaty nocują za piecem albo, w najgorszym razie, za kaloryferem 
centralnego ogrzewania. Ale ta sytuacja była szczególna. Znaleźć sobie nocleg w 
opuszczonym i zrujnowanym domu, gdzie niedawne wygody zostały bezlitośnie 
zdeptane 
przez samych ludzi, wydawało się Anczutce czymś niemoŜliwym, dlatego teŜ poszedł
spać na 
strych, gdzie wszystko pozostawało tak, jak wyglądało przed ewakuacją. I jeśli 
nie 
przysłuchiwać się przemocą wymuszonej ciszy z opuszczonych pokoi, to wcześniej 
czy 
później moŜna sobie wyobrazić, Ŝe gospodarze nigdzie nie wyjechali, Ŝe ty sam 
mieszkasz 
tutaj juŜ od dawna, a na górze śpisz ot tak - powiedzmy, Ŝe naszła cię taka 
chętka...
Na oplecionym pajęczynami stryszku było w nadmiarze składowanego, kosmatego od 
pyłu badziewia: krzesło bez nogi, częs'ci metalowego łóŜka, rama do roweru, 
nocnik... Czuło 
się, Ŝe skrzat, który Ŝył tu do niedawna, i najprawdopodobniej uciekł stąd razem

mieszkańcami, zaglądał na górę rzadko. Anczutka wygnał spod części łóŜka duŜą 
chykę i 
zrobił porządek z niezdyscyplinowanymi pająkami, które juŜ zaczęły prząść swoje 
sieci w 
kierunku przeciwnym do biegu wskazówek zegara, co oczywiście rodziło słabe 
wi-cherki 
negatywnej energii. W ociepleniu zalęgły się larwy, ale włazić pod deski i całą 
noc przebierać 
keramzytowe grudki było ponad siły Anczutki. Na wszelki wypadek uplótł z 
siłowych linii 
ogrodzenie pod okienkiem, potem wbiegł na stroo i zawisł na nim w swojej 
ulubionej pozie 
nietoperza.
Na dole wzdychał i kręcił się na tapczanie Afrykanin. Od czasu do czasu nad 
zapyloną 

Strona 41

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

podłogą z desek pojawiała się rozpływająca się purpurowa łuna - aura cudotwórcy 
była na 
tyle rozległa, Ŝe nie mieściła się w pokoju... No i dobrze. To znaczy, Ŝe larwy 
z ocieplenia 
same się rozbiegną - widzisz, juŜ się wiercą, juŜ im niedobrze!...
Jeśli się dobrze zastanowić, wszystko poszło juŜ nie tak źle... Granicę Anczutka

przekroczył bezpiecznie, nocuje nie gdziekolwiek - w rowie czy szałasie, a pod 
najprawdziwszym dachem. Czego jeszcze trzeba do szczęścia banicie!...
Dookoła domu bojaźliwymi watahami krąŜyli maruderzy, leniwie szperały latarki 
gliniarzy. Kiedy trzech miejscowych mieszkańców zaczęło zrywać poszycie, 
Anczutka chciał 
ich najpierw wystraszyć, a potem pomyślał: po co?... PrzecieŜ tak będzie nocował
na tym 
strychu po raz pierwszy i zarazem ostatni. Niech sobie kradną...
-

Tak, prawdę mówią... - półgłosem mówił pod oknem któryś' z łobuzów, 

związując 
zdjęte frezowane deseczki w paczkę. - Małe dzieci - mały kłopot, duŜe dzieci - 
wielkie 
nieszczęścia. Dopiero kiedy wyrosną - tylko wtedy, widać, odpoczniemy...
-

Aha... Czekaj... - ponuro mu odpowiedzieli. - A kiedy wyrosną - wtedy 

znowu: to 
wykup, to noś paczki do ciupy... Słuchaj, moŜe jeszcze poręcze zwiniemy?...
Doczekawszy się, kiedy furtka za nimi się zamknęła, Anczutka rozdmuchał w wielki

puszek unoszący się w pobliŜu zgęstek pozytywnej energii i z zadowoleniem owinął
się w 
niego; zaczął sobie przypominać, jak zręcznie gasił dzisiaj latarki 
gliniarzom... Na zewnątrz 
kropiło. Od czasu do czasu szczególnie duŜa kropla odrywała się od stropu i 
dźwięcznie 
padała w podstawioną miskę.
Nagle Anczutka odczuł słabiutkie drgnięcie linii siłowej - obudził się. Niedługo
potem 
zadrgała druga, trzecia... Wyraźnie ktoś próbował wejść na strych przez okienko.
Anczutka 
uniósł powieki i zgrabnie obrócił się całym ciałem, dalej wisząc na pazurkach 
tylnych łapek. 
Znowu maruderzy, tylko tym razem nie ludzie, a skrzaty... Gości było dwóch: 
trójbarwny z 
krótką sierścią i ciemnoszary podpalany.
- No, co to za zaraza tutaj rozciągnęła te linie?... - obraŜonym tonem spytał 
ten o 
krótkiej sierści, wyplątując się z niewidocznych linii. Był niewysoki i miał 
odstające, duŜe 
uszy. - Specjalnie, czy co?...
Szary podpalany (teŜ plugawy, ale nie do takiego stopnia) z rozczarowaniem 
oglądał 
kosmate od kurzu pomieszczenie strychu.
- Patrz no... - przeciągle rzekł. - Zabrał!... KurkulL. Myślałem: zapomni... U 
niego 
tutaj taki piskacz mieszkał!... Wył na trzy głosy w rurę! I to w tercji, 
rozumiesz!...
Ten o krótkiej siers'ci nagle zamarł i nachylił nad zapyloną podłogą z desek 
prawe 
ucho, wielkie jak łopuch.
- Słyszysz, a kto to tam, na dole? - bojaźliwie się spytał.
Obaj nasłuchiwali. Na dole zaskrzypiał tapczan i było słychać szczególnie 
cięŜkie 
westchnienie Afrykanina.
- Bezdomny, pewnie... - zasugerował ten, który był wyŜszy, podpalany. - śeby go 
rano dachem nie zagnietli! MoŜe wystraszymy?...
Anczutka nie wytrzymał i zaburczał.
- Aha! Postrasz, postrasz... Tak ciebie postraszy, Ŝe długo będziesz biadolił...
Skrzaty podskoczyły, nastroszyły sierść i wpatrzyły się w wiszącego głową na dół

Anczutkę. Potem opamiętały się, szybko spojrzały na siebie i ruszyły na niego 
skradającymi 

Strona 42

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

się kroczkami, zachodząc go od razu z dwóch stron.
- Eh, ty jasnoszary... - ostroŜnie, prawie Ŝałośnie zaczął ten z uszami jak 
łopuchy. - A 
ty co tutaj?...
- Mieszkam - bezczelnie odrzekł Anczutka. Skrzaty jeszcze raz spojrzały na 
siebie.
- Eh, ty jasnoszary... - cicho kontynuował łopuchouchy. - A ty jakby nie z 
naszych... 
gadka nie ta, wisisz inaczej... Ze stolicy, czy co? Pindrzysz się?
- Ja z Lycka - nie bez dumy rzekł Anczutka. Skrzaty zatrzymały się.
-

Wprost z samego Lycka?... - zwątpił ten podpalany. - Pleciesz! Z Lycka 

teraz się nie 
przedrzesz - granicę zamknęli!... - Nagle zamilkł i zamrugał oczyma, poniewaŜ 
stryszek nagle 
napełnił się róŜową poświatą. Widać Afrykanin, tam na dole, przewrócił się na 
drugi bok - 
skraj purpurowej aury znowu przeciął podłogę.
-

E... A kto tam, u ciebie?... - ściszonym głosikiem zapytał zaskoczony 

maruder.
-
- A skąd mam wiedzieć? - zarozumiale rzucił Anczutka. - Porfiriusza spytaj...
Niedbale wspomniane imię lyckiego Patriarchy wywarło odpowiednie wraŜenie. 
Anczutka wiedział z plotek, Ŝe bakłuŜyńskie skrzaty nie współczują uciekinierom 
z Łycka, 
ale za to trochę się ich obawiają. Lyckie ugrupowanie skrzatów kontroluje prawie
dwie 
dzielnice stolicy i część DŜumachły, nie wstydząc się zawierania umów z 
właścicielami 
domów i pomagając im wyciskać czynsze z lokatorów. Przywykli do egzorcyzmów 
Porfiriusza, uciekinierzy mieli w nosie Gleba Portniagina z jego 
demokratycznymi, 
tolerancyjnymi prawami i robili, co chcieli. Krótko mówiąc, kompletna 
samowola...
-

A dlaczego powiedziałeś, Ŝe to on mnie wystraszy? - spytał szary, 

podpalany skrzat 
z mroczną miną, zerkając na nieheblowane, kosmate deski poszycia. - Kto to, w 
ogóle?...
-

A popatrz sobie, zejdź - doradził Anczutka. - Mnie na przykład, jednego 

spojrzenia 
wystarczyło...
Szary mruknął, ześlizgnął się w szeroką szczelinę pomiędzy deskami, zniknął. 
Potem 
pojawił się znowu - bardzo wystraszony.
- Oj... - tylko tyle był w stanie wymówić. - Z krzyŜem... W riasie... Tak więc, 
wy... co, 
razem, czy co?...
Ach, jak chciało się Anczutce powiedzieć wszystko, tak jak było, jednak nadeszła

pora, aby przygryźć języczek. Przez granicę państwową - po wodzie, niczym po 
lądzie?... Na 
rękach Afrykanina?... Nie, czegoś takiego nawet łycka diaspora nie zrozumie...
- A przypętał się... - uchylił się od odpowiedzi. - A co mnie do niego? Śpi - 
niech 
sobie śpi... Jakikolwiek by był, to jednak - mieszkaniec...
Oba skrzaty złapały się na tym, Ŝe patrząc na uciekiniera, z szacunku mimowolnie

opadły im paszczęki. Natychmiast za to go serdecznie znienawidziły.
- No, jak tam, w Łycku? - sapiąc z niezadowolenia, spytał łopuszastouchy.
Anczutka westchnął.
- Źle - przyznał się. - Ścigają, w dodatku zupełnie bez potrzeby. Zdarza się, Ŝe

wybierzesz sobie rodzinę, zamieszkasz... ledwo zdąŜysz porządki i wygody 
wprowadzić - 
patrzysz, a sąsiedzi juŜ donieśli do inkwizycji - z zawiści... No i przyjeŜdŜają
ci... 
komsomołobogomolcy...
-

Kto? Kto? - cofając się z przeraŜeniem spytał łopuszasty.

-

Komunistyczny związek bogobojnej młodzieŜy... - ponuro rozszyfrował 

Strona 43

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

skrót 
Anczutka. - Nadciągną brygadą, z notatnikami pełnymi cytatów, ze spryskiwaczami 
z wodą 
święconą... zaczynają wyganiać!... "W imieniu Przenajświętszej Rewolucji, zgiń -
mówią - 
szkodliwy zabobonie!..." Ogólnie rzecz biorąc, mało co dobrego...
-

No, tutaj, wiesz, teŜ... - zazdrośnie powiedział szary. - W Lidze 

Czarodziei 
przygotowali taki projekt ustawy... O prawie do obywatelstwa i zasadach poboru 
do 
powszechnej słuŜby wojskowej...
Ze zdumienia Anczutka o mało nie runął ze stropu.
-

Kogo do woja?... - spytał ogłupiały. - Skrzaty?!

-

Tak, skrzaty teŜ... "Wszyscy do obrony demokracji!" My to jeszcze jakoś 

tam - do 
obrony cywilnej, ale czortom gorzej... Ich przecieŜ biorą do StraŜy Granicznej -
na 
patrolowych. Wodników juŜ na początku maja wygolili - DŜumachlinkę patrolują...
-

No, nie wszyscy... - z miną znawcy zauwaŜył łopuchouszasty. - Denni na 

razie 
uchylają się... Koryta rzeki jeszcze nie trałowali...
Anczutce od razu przypomniał się wodnik Chlupajło, który - wygolony - tak bardzo

był podobny do Bormana, zbiegłego do Argentyny...
- W dodatku lepiej zgłosić się na pierwsze wezwanie - z troską dorzucił szary, 
podpalany. - Bo - jeśli potem - to zaczyna się "fala"...
Anczutka wisiał głową w dół i mrugał oczkami.
-

N-nie... - bojaźliwie i przeciągle przemówił. - W takim razie, chyba 

lepiej teŜ się 
uchylę...
-

Aha!...-Szary zwycięsko uśmiechnął się.-Uchylić się zachciało!... A 

gdzie się 
podziejesz? Zwiną cię - i na komisję!...
-

A ja kuleję na prawą nóŜkę! - znalazł odpowiedź Anczutka. - Pijany pop 

kadzidłem 
poparzył... jeszcze za carskiego reŜymu...
O tym inwalidztwie, rzecz jasna, to skłamał, ale chromanie, koniec końców, moŜna

łatwo udawać, tym bardziej, Ŝe rzeczywiście blizna na kolanie pozostała...
Skrzaty zachichotały złośliwie.
-

Jeszcze powiedz, Ŝe masz platfusa!... A kim ty jesteś? Obywatelem? Tak, 

obywatelem! No, to naprzód, z pieśnią! "Nie płacz, kikimoro!..."
-

PrzecieŜ nie jestem jeszcze obywatelem...

-
- No, ale będziesz!
Sflaczały Anczutka zwisał ze stropu niczym szmatka. Zamszowe czoło podobne było 
do akordeonu. Skrzaty przyglądały mu się z uśmieszkami.
-

A co właściwie jest potrzebne... do obywatelstwa?...

-

O-o, bra-atku... - Ten wyŜszy, z udawanym współczuciem obejrzał Anczutkę


zaczął z ubolewaniem kiwać główką i cykać językiem. - No, nam, miejscowym, jest 
łatwiej: 
piszesz podanie - i wszystko... masz obywatelstwo... Ale dla takich jak ty, dla 
uciekinierów... 
Matkę-kikimorę przeklniesz trzysta razy, zanim obywatelstwa się dobijesz...
-

A jeśli nie załatwię sobie? - ze strachem spytał Anczutka.

-

No to nie będziesz miał Ŝadnych praw...

-

Na przykład?!

-

Noo... nie będziesz mógł głosować...

Anczutka zdziwił się i zamilkł na długo, próbując dojść, w czym tu pułapka.
- A po co mi to? - w końcu szczerze spytał. - No, nie będę głosować... Za to do 
woja 
nie pójdę!
Skrzaty razem wybuchnęły śmiechem. Na ich twarzach pojawiły się rozterka i 
obraza. 
Nie, takiego cynizmu nie oczekiwały nawet od skrzata-uciekiniera z Łycka.
-

Ach ty, dezerterska mordo... - ze zdziwieniem i groźbą w głosie zaczął 

szary, 

Strona 44

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

podpalany, ale nie dokończył - zatkało go z oburzenia. - Ty co? To my, znaczy 
się, będziemy 
granicy bronić, walczyć o demokrację, a ty, Ŝmijo, uchylić się chcesz?... Na 
tyłach chcesz się 
zamelinować?... Jak ja cię teraz...
-

Ciszej bądź... - ze strachem wyszeptał łopuszastouchy, wczepiając się 

obiema 
łapkami w stojącą dębem na potylicy sierść towarzysza. - Nie hałasuj!... Tamtego
obudzisz... 
na dole...
-

Puszczaj!... - odgryzł się tamten, ściskając kułaczki i robiąc krok do 

Anczutki. - 
Zleciały się tutaj, małpy jasnopopielate, spoza DŜumachły! JuŜ kroku nie 
zrobisz, Ŝeby się na 
którego nie natknąć!... A kto ciebie tutaj prosił?...
Anczutka poluźnił pazurki, zrobił salto przez głowę, miękko wylądował na tylnych

łapkach. Oczywiście, z dwoma przeciwnikami (choćby byli nawet tacy parszywi) sam
by 
sobie nie poradził, ale na dole, chrapiąc, krę-
cił się Afrykanin, i to uciekinierowi dodało pewności siebie. Oprócz tego, miał 
coś, co 
przygotował na tych...
- Zgiń! Kontr-raL. - radośnie wykrzyknął Anczutka, bardzo Ŝałując, Ŝe nie moŜe 
sam 
siebie zobaczyć z boku.
Szary, podpalany, aŜ się zgiął, złowrogo wytrzeszczając i bez tego strasznie 
wytrzeszczone oczka. Łopuchouchy przysiadł.
- Jeszcze istniejesz, wraŜy synu?... - z natchnieniem kontynuował Anczutka. - 
Przeczysz nauce, zapiekła zarazo?...
I wtedy coś się stało... Kosmate od kurzu wnętrze stryszku przekręciło się, 
podłoga z 
desek wyślizgnęła się spod pięt - i na pół oniemiały z przeraŜenia skrzacik 
błyskawicznie 
począł spadać w okropną, nieprzejrzystą ciemność...
Doszedł do siebie na skraju poszczerbionego chodnika w jakimś nieznanym sobie 
nocnym zaułku - dopiero wtedy skojarzył, co się stało. Najwidoczniej jednak 
rozbudził 
Afrykanina, a ten, zaspany, posłał ich gdzieś, daleko, daleko...
Tak, ale dokąd właściwie?... Anczutka ze strachem rozejrzał się. Jak zawsze po 
przegnaniu słowem, czuł się podle - jakby mu brzuszek wewnątrz przemyli wodą z 
mydłem. 
Latarnie nie paliły się, ale gdzieniegdzie Ŝółciały niskie okienka prywatnych 
domków. 
Niedawnych przeciwników w pobliŜu nie moŜna było dostrzec. Pewnie rozsiało ich 
po 
drodze. Obu...
Gdzie jednak jest? Wydaje się, Ŝe to nawet nie DŜumachła. Nawet deszczyk nie 
kropi... Poszczerbiony, jednoboki księŜyc, mętny jak Ŝarówka na klatce 
schodowej, smętnie 
wyrysował przed skrzacikiem ciasny, krzywy zaułek. Cicho sepleniło drzewnym 
złodziejskim 
Ŝargonem czarne, roztrzepane listowie, a niewidoczna, mała psina szczekała 
cieniutko i 
urywiście - jak w butelkę.
Nagle w oddali pojawił się i rozniósł znany na pamięć dźwięk: rytmicznie 
zastukało, 
zabrzęczało... Tramwaj. Jakby wyskoczył spod ziemi, poniewaŜ jeszcze przed 
minutą 
wszędzie było cicho. Anczutka zamarł, serce mu się zatrzymało. Tylko w Łycku 
była 
podziemna linia tramwajowa (Pa-
triarchii nie wystarczyło s'rodków na metro). Stacje, co prawda, były 
najprawdziwsze, 
oblicowane marmurem, z elektronicznymi tablicami, z posągami w niszach, nawet z 
króciutkimi ruchomymi schodami liczącymi po jedenaście stopni... Łyck, jak 
wiadomo, 
wznosił się na siedmiu wzgórzach, dlatego jadący po okręŜnej linii tramwaj to 

Strona 45

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

pojawiał się na 
powierzchni, to znowu zanurzał się pod ziemię...
Czy Afrykanin naprawdę odesłał go do Łycka?... Anczutka był juŜ gotów opaść na 
czworaka i zawyć do mętnego, poszczerbionego księŜyca. Cudem przedrzeć się przez
granicę, 
dotrzeć do DŜumachły, znaleźć takiego opiekuna - i wszystko utracić? Pojękując, 
Anczutka 
ruszył w dół płotu ze sztachet... Nie poznając miejscowości, długo błądził po 
zaułkach, kiedy 
nagle na przedzie, z czarnego listowia zaświeciło Ŝółtko sygnalizacji świetlnej 
- i skrzat 
powtórnie osłupiał.
W Łycku sygnalizacji na skrzyŜowaniach nie było. Ale jeśli to nie Łyck, to 
znaczy... 
Anczutka patrzył - ciągle, w Ŝaden sposób nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. 
Tylko teraz 
sobie przypomniał, Ŝe w BakłuŜynie teŜ niedawno uruchomili podziemny tramwaj, 
poniewaŜ 
obie stolice nie miały zamiaru ustępować jedna drugiej w czymkolwiek...
Niewidzialny Anczutka wydostał się na szeroką aleję, zalaną mroźnym światłem 
białych lamp, i idąc wzdłuŜ ściany róŜowego, dwupiętrowego budynku, zatrzymał 
się, nic nie 
rozumiejąc. Chodniki, wydaje się, zostały wymyte nawet mydłem. Anczutka węszył. 
Nie, 
jednak, najpewniej, wodą z proszkiem do prania... Ale sobie Ŝyją ci ludzie w 
BakłuŜynie!... A 
skrzaty, pewnikiem, nie gorzej...
Przed nim ukazał się samotny przechodzień. Z tyłu - takŜe. Wątpliwe, Ŝeby 
jasnowidze z Ligi Czarodziei mieli nawyk spacerowania po nocy na piechotę, ale 
mimo to 
skrzat, bojąc się zostać dostrzeŜony, wszedł za betonową donicę... Przechodnie 
spotkali się 
akurat na wysokości schronienia Anczutki. Jeden z nich (chuderlawy staruszek) 
grzecznie 
uniósł jasny kapelusz, ukazując róŜową, nagą czaszkę, obrośniętą przezroczystym,

srebrzystym puszkiem.
-

Dobry wieczór, Nikołaju Sanyczu... Spaceruje się?...

-

Dobry, dobry... - serdecznie odpowiedział mu idący naprzeciw stateczny, 

młody 
piękniś. - Wyszedłem sobie, wie pan, świeŜym powietrzem się nacieszyć...
-
Przechodnie wyminęli się. Anczutka był po prostu wstrząśnięty. Jacy tutaj 
ludzie, jacy 
tu są ludzie! Szczerzy, grzeczni... Skrzacik prawie popłakał się z radości...
JuŜ nadchodził szary świt, kiedy Anczutka dotarł do przedmieścia, nazywanego 
Łysą 
Górą. Strome wzgórze zabudowane czteropiętrowymi domami, według plotek, 
kontrolowane 
było przez skrzaty z Łycka. Niestety, z Łycka Anczutka uciekł nagle, w nastroju 
chwili, 
nawet nie uprzedził sąsiadów - teraz stworzyło to pewne określone problemy. Na 
przykład, 
nie wiedział do kogo się zwrócić ani na kogo się powołać. PrzecieŜ nie na 
Afrykanina, w 
końcu... Skrzacik potupał przy zaklętych od złych ludzi drzwiach klatki 
schodowej, jednak 
wejść do środka nie zaryzykował. Właściwie przeniknąć poprzez płytę drzwi nie 
sprawiłoby 
mu trudności, ale na klatce przybysza na pewno dostrzegłyby koty (amoniakalny 
zapaszek 
kociego moczu odczuwało się nawet przed wejściem), i natychmiast doniosą 
skrzatom...
Anczutka zdecydował się zrobić najpierw niewielkie rozpoznanie. Mimo swojego 
wiejskiego pochodzenia, większość Ŝycia spędził w mieście i był niezły w 
chodzeniu w 
ścianach... Przed ludźmi chować się w ścianach, rzecz jasna, nie miało sensu 
(prościej juŜ stać 

Strona 46

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

się niewidzialnym), ale od swoich pobratymców chyba inaczej, nie da się ukryć.
Na bladym niebie świtu z wysiłkiem huczały basem turbiny. Patrzcie no!... 
Wcześnie 
wstają ci Amerykanie - jak w Łycku... Anczutka jeszcze raz obejrzał szarą fasadę

czteropiętrowego bloku.
Na początek warto przejść się po parterze. Z trudem przeciskając ciało przez 
beton 
ściany nośnej, Anczutka skręcił w cienką, ceglaną ściankę działową, gdzie 
poruszać się było 
moŜna znacznie wygodniej... Lokatorzy jeszcze spali. W kompletnej ciemności, 
naruszanej 
tylko przeświecającymi dziurami i szparami, pozostawionymi przez niezdarnych 
budowlanych, przeszedł jeszcze dwa zakręty, kiedy wydało mu się, Ŝe gdzieś tam, 
daleko, na 
granicy słyszalności dotarł do niego szybki szept skrzatów... Ale wtedy, z 
prawej, ktoś 
ostroŜnie przekręcił klucz w zamku drzwi - jakiś ranny ptaszek próbował wejść do

mieszkania, nie budząc najbliŜszych. Jednak najbliŜsi,
jak się okazało, czujnie trzymali straŜ. Niemelodyjnie zadrŜał słaby (nawet w 
gniewie) 
tenorek, a w odpowiedzi zapiszczał złamany sopran... Ceglana ściana tłumiła 
dźwięki, ale 
niestety co nieco moŜna było zrozumieć.
-

Zobaczysz, odgryzę ci (tu niezrozumiałe słowo) nos - skrzypiał tenorek 

jakby ktoś 
gwoździem przejechał po szybie - odsiedzę swoje trzy lata, ale ty (znowu 
niezrozumiałe 
słowo) będziesz potem przez całe swoje parszywe Ŝycie z protezą się szlajać! A w
wilgotne 
dni będzie ci odpadała!...
-

Tak?... - zaperlił się piskliwie gniewny sopran. - Tak?... To ja 

(niezrozumiałe 
słowo)?... Ja?... Jak twój jęzor mógł to powiedzieć?... A moŜe dlatego jestem 
(niezrozumiałe 
słowo), Ŝe ty mnie bijesz po twarzy!...
Sądząc ze względnej cenzuralności wypowiedzi, swoje wzajemne stosunki wyjaśniało

jakieś młode, inteligenckie małŜeństwo... Nie, jednak mieszkańcy BakłuŜyna - są 
o wiele 
bardziej kulturalni... W Lycku leciałyby takie piętrowe wiązanki, bez Ŝadnych 
eufemizmów!... ChociaŜ, wszystko jedno - i tak nieprzyjemnie... W dodatku, 
dźwięczne głosy 
małŜonków kompletnie zagłuszyły daleki szept krewniaków Anczutki - uciekinier ze

wstrętem wzruszył ramionkami, co - biorąc pod uwagę opór ceglanej ścianki - nie 
tak łatwo 
dało się zrobić. Jak kaŜdy porządny skrzat, nie znosił domowych skandali...
Kręcąc się wśród ścianek, omal nie zabłądził wśród ciemności. An-czutka prawie 
juŜ 
doszedł do źródła poszukiwanego szeptu, ale wtedy cegły przeszedł niespodziewany
lekki 
dreszcz - najwidoczniej pilot poczuł się juŜ zupełnie bezkarny i przeleciał 
prawie nad samymi 
domami. A w dodatku po lewej, z mroku, jak na złość, znowu dobiegły odgłosy 
tejŜe samej 
rodzinnej awantury:
-

JuŜ nawet nie wie, co komu skłamała!...

-

Co? Ja nie wiem, co komu skłamałam?...

Wydaje się, Ŝe szept dobiegał z prawej. Anczutka ostroŜnie wystawił na zewnątrz 
ściany uszko... Tak! Skrzaty znajdowały się w sąsiednim mieszkaniu - a 
dokładniej, w 
łazience. Było ich dwóch. Dziwne... Tu, za ścianą kłótnia, a im wszystko 
jedno...
-

Coś jak kopeć czy sadza jakaś... nieokreślona... - z powątpiewaniem 

burczał jeden.
-

Normalna sadza... - sycząco sprzeciwiał się drugi, czymś szeleszcząc. - 

Strona 47

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Prosto z 
Łycka...
-
- Przez DŜumachłę... - ze śmieszkiem dodał pierwszy.
Drugi obraził się, nie odpowiedział. Potem obaj, wydaje się, wstali. Anczutka 
wpadł w 
panikę: wydawało mu się, Ŝe mówią właśnie o nim ("z Łycka...", "przez 
DŜumachłę..."), i 
tylko co złapał powietrze, jak nagle poczuł, Ŝe łapią go za wystające ze ściany 
uszko, chociaŜ 
delikatnie.
- I kto tu u nas jest taki ciekawski?... - grzecznie spytał się ten, który 
syczał, 
wyciągając Anczutkę ze ściany za wraŜliwe uszko. - Nie, nie rozumiem... - ze 
zdziwieniem 
powiedział, zobaczywszy zawstydzone nieznane oblicze. - Ty kto, koleś? No, jak 
się 
nazywasz...
Trzeba było się przedstawić i od razu wyjaśnić, co robił w ściance działowej. 
Uratowała go jasnopopielata maść. To tylko przecieŜ tutejsi, róŜnokolorowi, 
gotowi są nawet 
swoich, bakłuŜyńskich wkopać do piachu, a łyccy - trzymają się razem, troszczą 
się o siebie 
wzajemnie, tym bardziej - na obczyźnie...
- A-a, uciekinier... - ułagodzony rzekł ten, który powątpiewał w jakość kopciu 
(inaczej 
mówiąc - kadzidła). - Szaraki ciągną do karmazyna?... No, jak tam w Łycku?... 
Siadaj, co tak 
sterczysz!...
Wszyscy trzej przysiedli na dywaniku łazienkowym. Ten lekko ochrypły i syczący 
nabił "kózkę" i strzelił zarekwirowaną w kuchni zapałką. Rozpalił, zaciągnął się
i przekazał 
skręta towarzyszowi. Anczutka chciał juŜ przystąpić do Ŝałosnego opowiadania, 
ale wtedy jak 
raz nadeszła jego kolej. Nie chciał obraŜać gospodarzy, tak Ŝe musiał teŜ się 
zaciągnąć...
Nagle przez drzwi do łazienki wsunęła się zupełnie zezwierzęcona morda jeszcze 
jednego skrzata. Nozdrza - rozdęte, oczka ze zdziwienia i wściekłości - takŜe. 
Nie inaczej, 
tylko lokalny boss...
- A wy co tu robicie?... - zabrzmiało wystraszonym szeptem. - Zupełnie juŜ 
zgłupieliście?... Łazienka całkiem kadzidłem prześmiardła!... - Przypatrzył się 
- i prawie 
splunął. - Nawet palić, ślimaki, nie umieją... - potem, zupełnie wychodząc z 
siebie, dorzucił: - 
Bez zaciągnięcia się trzeba wydmuchiwać obłoczek; i nosem, nosem go wciągać...
Wtedy dostrzegł Anczutkę - i zatkało go.
- A co to jeszcze za zwierzę?
Anczutka oddał skręta, niezgrabnie wstał z dywanika.
- To uciekinier... - leniwie wyjaśnił któryś z siedzących. Boss juŜ cały 
przeszedł przez 
drzwi, stanął przed Anczutka.
-

No a wy co? - z wyrzutem zwrócił się do palących. - Całkiem dach wara 

poleciał?... 
Nie sprawdzony, nie rozpoznany...
-

PrzecieŜ jasnoszary, jest jasnoszary... Co tu sprawdzać?

-

Jasnoszary! - z niezadowoleniem furknął tamten. - Jasnoszare, nawiasem 

mówiąc, 
takŜe róŜne bywają... - Gniewnie obejrzał Anczutkę, skinął w kierunku drzwi. - 
Idziemy do 
Karmiciela...
Uznany autorytet łyckiej diaspory w BakłuŜynie, bardziej znany pod pseudonimem 
Karmiciel, był rosłym skrzatem o delikatnej jasnoszarej mas'ci, twarz miał 
pełniutką, ponurą, 
a charakter - sądząc ze wszystkiego - złośliwy i wredny.
- Dobrze, wierzę... - burknął, kiedy wypytał Anczutkę o wszystkie szczegóły z 
Ŝycia 
łyckich sił nieczystych. - Mieszkałeś, mieszkałeś na Kołowrociku... Jeśli znasz 

Strona 48

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Maraszkę, to 
znaczy, Ŝe mieszkałeś...
Rozmowa odbywała się w jednym z mieszkań na trzecim piętrze, gdzie właśnie miało

się odbyć planowane zamknięcie rachunków z pewną złośliwie niepłacącą lokatorką.
Oprócz 
rozwalonego niczym gospodarz w fotelu Karmiciela i cofającego się uciekiniera, w
pokoju 
byli obecni jeszcze obaj skorzy do śmiechu gangsterzy, z którymi Anczutka 
niedawno popalał 
kadzidło. Jeden z nich trzymał za skórkę ciągle próbującego się wyrwać 
nieokiełznanego 
wiercipiętka o długich rękach.
- No, no dobrze, no dobrze, koleś... - w zamyśleniu kontynuował Karmiciel, znowu

zaszczycił Anczutkę przychylnym spojrzeniem. - No, a jak przechodziłeś granicę? 
No, jak 
przechodziłeś granicę?...
Anczutka, który juŜ uspokoił się, pojął z zakłopotaniem, Ŝe teraz to go zaczną 
przypierać do ściany.
-

Przeprawił mnie przemytnik... - skłamał, kosząc oczkami. - Czy teŜ 

kłusownik...
-

Pseudo jego, podaj jego pseudo...

-

Nawet nie pytałem...

-

No, a jak on wygląda, jak?...

-

Taki wielki... - niepewnie zaczął pleść Anczutka. - Z pięściami...

-
- Wiem... - powiedział Karmiciel, który na chwilę zamyślił się. - Kotwica jego 
pseudo, 
Kotwica... Tam - z lubczykiem, a z powrotem - z kadzidłem...
Tymczasem otworzyły się drzwi wejściowe - wróciła lokatorka. Słychać było, jak 
zrzuca w przedpokoju pantofle i łapiąc dech, zanosi na kuchnię coś cięŜkiego i 
niewygodnego 
do niesienia. Potem nastąpiło kilka sekund napręŜonej ciszy - to gospodyni 
usłyszała głosy. 
Następnie coś trzasnęło, zadzwoniło - do pokoju z wałkiem w rękach werwała się 
krępa osoba 
płci Ŝeńskiej. Gdyby na miejscu skrzatów byli włamywacze, cała banda dostałaby w
kość. Nie 
pomogłaby im nawet broń palna, poniewaŜ wymiary obywatelki odpowiadały idealnie 
otworowi drzwi i powalić ją było moŜna chyba najwyŜej kulą dum-dum. Na słonie.
śadnych włamywaczy w pokoju, oczywiście, nie zastała. Pokój był pusty, ale głosy

nadal brzmiały, jakby nigdy nic... Lokatorka jęknęła, upuściła wałek i 
błyskawicznie rzuciła 
się do drzwi - rysować na ościeŜnicy krzyŜyki i gwiazdy. Potem zanurzyła łapsko 
w stanik o 
rozmiarze ósmym i wyciągnęła ampułkę ze święconą wodą, moŜna przypuścić, Ŝe 
wyprodukowaną w Łycku.
- Zajmij się nią... - z niezadowoleniem rzekł Karmiciel.
Jeden z bojowców (ten, u którego ręce nie były zajęte przezroczystą grzywką 
rwącego 
się do boju wiercipiętki) posuwiście przybliŜył się do gospodyni, stanął na 
palcach, wyrwał 
ampułkę z tłustych łap.
- Patrzcie, jaka głupia!... - rzekł, gdy ze wstrętem przyjrzał się trofeum. - 
Podróbka, 
woda z kranu... Ale ampułka, patrz, prawdziwa! "Wyprowadzimy siły nieczyste na 
czystą 
wodę!..." W DŜumachle pewnie rozlewali...
Lokatorka wlepiła oszalałe oczy w pływającą w powietrzu ampułkę, cicho jęczała z

przeraŜenia, potem zaczęła wycofywać się do drzwi. Wtedy natrafiła plecami na 
ościeŜnicę - 
zawyła pełnym głosem...
- Puść Burka... - burknął Karmiciel.
Drugi bojowiec skierował zapamiętałego wiercipiętkę w stosowną stronę i dał mu 
kopniaka na drogę. Bydlę podskoczyło, rzuciło się do serwant-ki i w upojeniu 

Strona 49

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

zaczęło 
rozrabiać. Z jękiem otworzyły się szklane drzwiczki, zabrzęczały, zadrŜały 
kryształy, 
zadźwięczało srebro i cały pozostały melchior... Wyskoczyła dolna szuflada, 
wyleciał z niej i 
zakłębił się po
pokoju mączny obłok. Lokatorka wywaliła oczy jak przy ataku, osunęła się 
szerokimi 
plecami po ościeŜnicy.
- Dobra... - powiedział Karmiciel, wstając. - Dalej - według planu, według 
planu... 
Tylko pamiętaj... eee... wspomnij potem, Ŝeby zapłaciła... A z kamienicznikiem -
to ja juŜ 
sam...
Wygładził delikatną, jasnoszarą sierść i ruszył do wyjs'cia. Anczutka podreptał 
za 
nim. Przeszli razem przez ścianę obok metalowych drzwi i zeszli po schodach na 
drugie 
piętro. Dwupoziomowe mieszkanie właściciela domu było równocześnie rezydencją 
samego 
Karmiciela. Luksusowo wykończona i zamurowana na głucho przed ludźmi spiŜarka 
słuŜyła 
bos-sowi bakłuŜyńskiej mafii za apartament. Jednak teraz skierował się nie do 
siebie, a prosto 
do gabinetu gospodarza.
Kamienicznik był młodym męŜczyzną z wystającą grdyką i wielkimi, woskowej 
barwy uszami. Karmiciel powoli rozsiadł się w fotelu dla gości, surowo spojrzał 
na 
towarzysza. Potem pojawił się przed ludzkim wzrokiem. Jeśli chodzi o Anczutkę, 
to ten 
doskonale zrozumiał aluzję i pozostał niewidoczny.
Zobaczywszy nagle pojawiającego się w fotelu Karmiciela, gospodarz zadrŜał, ale 
natychmiast rozpłynął się w nieszczerym, wyczekującym uśmiechu.
- No, z tą... z osiemnastej... właśnie się rozliczamy... - niedbale rzucił lekko
jasnoszary 
boss. - Jutro zapłaci.
Włas'ciciel domu rozjaśnił się, ale wtedy Karmiciel podniósł na niego wypukłe, 
zamyślone oczka - i uśmiech znikł.
- Kiedy będziemy robić remont mieszkania? Na europejski standard?... - cicho 
spytał 
Karmiciel.
Przybity gospodarz sflaczał.
- MoŜe... na afrykański?... - krzywiąc się z niechęci, zapytał z nadzieją. - 
Dolar 
podskoczył...
Tak samo powoli, stanowczo, Karmiciel oparł się o jedno z oparć i wstał na 
siedzeniu 
na cały wzrost.
- Nie rozumiem... - piskliwie wyrzekł, wyraziście gestykulując. - Jaki dolar?...

Ferajnie potrzebne są wygody... Komfort, czystość, spokój. Na śniadanie miska 
śmietanki... Z 
rynku, jasne? A nie ze sklepu!...
Właściciel domu nerwowo poruszał grdyką. Ze smutkiem patrzył na wzniesione jak 
wachlarz delikatne zamszowe paluszki.
-

N-no... dobrze... Ale gdyby tak... podnieść jeszcze trochę czynsze... 

choć trochę...
-

Nie ma sprawy - rzucił z wyŜszością szef mafii. - A koperta, koperta?...

Przygotowana?...
- Jutro będzie... - ochryple w końcu wydusił z siebie nieszczęsny właściciel 
domu.
- To ostatni termin - pouczająco przypomniał Karmiciel. - Potem juŜ Papcio 
licznik 
włączy...
Papciem łyckie skrzaty z szacunkiem nazywały podpułkownika kontrwywiadu 
Nikołaja Wybierzniewa, który pobierał umiarkowany, ale stały haracz z diaspory i
dlatego 

Strona 50

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

patrzył przez palce na wiele wyczynów jasnoszarych...
Po rozprawie z gospodarzem, Karmiciel polecił Anczutce przejść z nim do gabinetu

tam kontynuować przyjacielską rozmowę. Kiedy przeniknęli przez ściany do 
zamurowanej 
spiŜarki, zastali wewnątrz tego samego bossa, który wcześniej napadł na palaczy 
w łazience.
-

Łachudrzak przychodził... - zaraportował Karmicielowi. - Ten... 

grochowaty...
-

Czego chciał?... - bez zainteresowania spytał boss.

-

Proponował zamówienie... Aleja Jefrema Niedobrowa dwadzieścia jeden... 

No, na 
rogu Niedobrowa i Nostradamusa...
Karmiciel powoli odwrócił się do skrzata. Ten zaśmiał się.
- Pytam go: "Czy nie mieszkanie numer dziesięć?" - przykrywając usta łapką 
kontynuował boss. - A on na to: "Mhm..." No, posłałem go na drzewo... do 
Porfiriusza... 
Jakbyśmy nigdy tutaj o Nice nie słyszeli!... Krótko mówiąc, niech sobie sami to 
załatwiają...
Karmiciel rozluźnił się.
- To dobrze, dobrze... A oprócz zamówienia?...
Skrzat spojrzał na Anczutkę, mrugnął - i nagle zamarł, jakby sobie coś 
niespodziewanie ze strachem przypomniał. Bojaźliwie zerkając na uciekiniera, 
odciągnął 
Karmiciela w róg, gdzie zaczął mu coś szeptać na ucho. Boss słuchał ponuro. 
Potem nagle 
podniósł na Anczutkę oczka pełne Ŝywego zainteresowania.
-

Bratku, bratku... - ze zdziwieniem przemówił. - Aj, powiedz no jeszcze 

raz, jak się 
przeprawiałeś"... Kiedy się przeprawiałeś'?...
-

Wczoraj wieczorem... - cofając się wyszeptał Anczutka.

-

Wtedy, gdy juŜ podniesiono alarm bojowy na posterunku granicznym?...

Anczutka poruszył nieposłusznymi usteczkami, ale jego gardełko mogło tylko wydać

słabiutkie, melodyjne syczenie...
- Bra-a-atku... - Karmiciel był naprawdę rozgoryczony. - A tak ładnie wszystko 
opowiadałeś... prawie ci uwierzyłem...
Anczutka wyczuł, Ŝe pora uciekać.
ROZDZIAŁ 7
NIKOŁAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, podpułkownik
Wszystko w Ŝyciu szło na opak. Ponad ćwierć wschodniego przedmieścia leŜała w 
gruzach, ale dom, od którego właśnie rozpoczęto burzenie, stał sobie calutki, 
jeŜeli rzecz 
jasna nie brać pod uwagę połamanych przez gąsienice sztachet płotu, złamanych 
jabłoni i 
ziejącej w ścianie dziury.
Podpułkownik Wybierzniew zatrzasnął drzwi i zmruŜywszy oczy rozglądał się. To, 
co 
się działo, przypominało mu przodującą komsomolską budowę, taką, jakie opisują w

podręcznikach historii. Umorusani chłopcy z opalonymi plecami, obsypanymi białym
pudrem 
pyłu popychali taczki, pełne jaskrawię świecących odłamków, rozrzucali je na 
chybił-trafił. 
Od czasu do czasu gdzieś niedaleko dźwięcznie huczały niewielkie wybuchy
- wszystko jak trzeba - bez lejów w asfalcie nie moŜna się obejść...
- Matwieicz... - zawołał Nikołaj.
Odpowiedzialny za akcję stał w swojej pomiętej marynareczce na górującym dookoła

kurhanie śmiecia, jak jakiś demon zniszczenia, z natchnieniem dyrygował całą tą 
symfonią 
chaosu. Kiedy usłyszał wołanie, opuścił ręce, odwrócił się, przypatrzył się.
- Chodź tutaj, jest sprawa...
Matwieicz otrząsnął dłonie, podszedł ostroŜnie stąpając. Przywitali się.
- No, co ty tu robisz, Matwieicz?... - z wyrzutem powiedział Nikołaj.
- TeŜ wymyśliłeś: burzyć w biały dzień! PrzecieŜ Amerykanie stale kręcą się 
ponad 
dachami... Oni to wszystko sfilmują!

Strona 51

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Jakby potwierdzając prawdziwość słów podpułkownika, za pobłyskują-cą w oddali 
DŜumachlinką natychmiast odezwały się natęŜone, ochrypłe basy turbin - nad 
przedmieściem 
przeleciał niezgrabnie samolot rozpoznawczy, a za nim - cała eskadra osłony. 
Nikołaj i 
Matwieicz w zamyśleniu popatrzyli za nimi.
- WymaŜą potem... - spokojnie pocieszył go Matwieicz. - Po co im to?...
Podpułkownik chrząknął, podrapał się nad brwiami, nie znajdując odpowiedzi, 
machnął ręką. Rzecz jasna, Matwieicz, jak zawsze, miał rację. No, po jaką 
cholerę 
Amerykanie mieliby zbierać materiały kompromitujące BakłuŜyno? Czy ich po to 
tutaj 
posyłano?...
Odwrócił się i poszedł do domku z dziurą w ścianie. Po drodze podniósł szorstki 
odłamek, obejrzał. Kawałeczek śmiercionośnego metalu był głęboko nadŜarty przez 
rdzę. No, 
Matwieicz!...
Idąc po rozjechanej przez gąsienice ceglanej ścieŜce, Nikołaj z roztargnieniem 
upuścił 
Ŝelastwo w dziurę wybitą przez ciąŜek... Ciekawe, jakie to bydlę zdjęło 
okiennice z okien? 
Maruderzy czy sami gospodarze?... Podpułkownik rozmyślał na ten temat bez 
większego 
zainteresowania i otworzył, chyboczące się na jednym, górnym zawiasie, drzwi. 
Wszedł do 
domu. Tam juŜ pracowała ekipa dochodzeniowa.
-

A więc, tak... - energicznie zacierając ręce, powiedział do Nikołaja 

młody, 
okrągłolicy Saszka. - Spał na tapczanie, aura - silna, cały pokój się naładował,
a o tapczanie - 
nawet nie ma co mówić - do tej pory jak w obłoku...
-

Jaka formuła aury?... - wycedził Nikołaj. - Czy teŜ jeszcze nie 

wyliczyliście?...
-

JuŜ zaczęliśmy - zapewnił Saszka. - Zaraz będzie...

Pokazał oczyma na przyprószone wapnem niskie leŜe z desek, gdzie, zamyślony na 
długo i powaŜnie, stał otwarty notebook. A moŜe nie zamyślony. MoŜe po prostu 
się 
zawiesił...
-

APawełek?...

-

Przepytuje świadków... - Saszka wskazał głową w kierunku sąsiedniego 

pomieszczenia, skąd poprzez pęknięcie w ścianie przesączały się biadolące 
dziecięce głosiki.
Nikołaj skinął w milczeniu, ruszył we wskazanym kierunku. W sąsiednim pokoju 
ponury, bardzo wysoki Pawełek siedział na przewróconym na
III
bok taborecie (nawyk czarownika), z niedowierzaniem wysłuchiwał niewidocznych 
świadków. Na brudnej podłodze, obsypanej płatkami tynku i farby, stał na 
baczność słuŜbowy 
dyktafon z tlącym się purpurowym światełkiem.
Kiedy dostrzegł przełoŜonego, Pawełek niespiesznie wyprostował się na całą swoją

nieprzeciętną długość. Obaj świadkowie, widząc to, pospiesznie przypatrywali się

wchodzącemu. No jasne, skrzaty... Jeden - trójbarwny, o krótkiej sierści, drugi 
- ciemnoszary, 
podpalany.
-

No? Co? - trochę zbyt gwałtownie spytał Nikołaj.

-

On... - z zadowoleniem rzekł Pawełek. - Wszystko się zgadza - riasa, 

krzyŜ, portret 
opisowy...
-

Co za "on"? - burknął Nikołaj, wyciągając paczkę papierosów. - Mówcie 

jaśniej...
Pawełek zawstydził się.
-

N-no... Afrykanin... KtóŜby jeszcze?... Był z nim skrzat. Jasnoszary...

-

Rzeczywiście? - spytał Nikołaj i zapalił papierosa.

Łatwo obraŜający się Pawełek od razu poczuł się uraŜony i nadął się. Czarodziej 
jest i 
będzie czarodziejem: albo gruboskórnym i tępym - takiego niczym nie urazisz, 

Strona 52

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

albo właśnie 
takim - kapryśnym, wybuchowym...
-

Od razu sprawdziliśmy! - rzekł, z urazą unosząc okrągłe ramiona. - Na 

poszyciu 
podłogi pozostała sierść. Nocowali w róŜnych miejscach: Afrykanin - tutaj, 
skrzat - na 
strychu...
-

Jak się nazywa skrzat?

-

Mówią, Ŝe się nie przedstawił. A zachowywał się bezczelnie... ChociaŜ 

skłamał, Ŝe 
wcześniej Afrykanina na oczy nie widział...
- I jeszcze... i jeszcze... - zatykając się z pośpiechu, wmieszał się jeden ze 
świadków 
(trójkolorowy, wielkouchy). - Jeszcze powiedział, Ŝe do woja nie pójdzie - Ŝe 
nóŜkę ma 
kulawą...
Wybierzniew i Pawełek spojrzeli na siebie. Znak szczególny? No, to juŜ choć coś 
mają...
- Prawa?... Lewa?...
Teraz spojrzały na siebie skrzaty.
-

P-prawa... - nie całkiem pewny siebie powiedział ten podpalany. 

Zawstydzony, 
cofnął się za plecy trójkolorowego.
-

No cóŜ, nie zauwaŜyliście, na którą nogę kulał?

-
-

On nie chodził, a wisiał...

-

Na pewno Afrykanin... - powiedział Pawełek.

Podpułkownik Wybierzniew zacisnął zęby, rzucił niedopałek na podłogę, roztari 
podeszwą. Zazwyczaj był dumny ze swojego zespołu, dobranego człowiek po 
człowieku, ale 
teraz ten młody odrostek z dyplomami Ligi Czarodziei po prostu go draŜnił. Nawet
on, 
Pawełek, z którego miał nadzieję, wraz z upływem czasu, zrobić prawdziwego 
pracownika 
operacyjnego... Ach, jak im wszystkim się chce, aby poszukiwanym okazał się 
włas'nie 
Afrykanin!... Sami nie wiedzą, co ich moŜe spotkać!
- No, a kto inny mógłby jeszcze, oprócz niego, taki egzorcyzm wykonać? - nie 
poddawał się Pawełek. - Tych dwóch wyrzuciło aŜ na przeciwległy koniec 
DŜumachły...
- A jasnoszarego? - zapytał skrzypiącym głosem Wybierzniew. - TakŜe?... Pawełek 
zamarł z półotwartymi ustami.
- T-tak, rzeczywiście... - w oszołomieniu wydusił z siebie na koniec. - Dlaczego
on teŜ 
s-s-swojego?...
W tej chwili otwarły się drzwi i do pomieszczenia wsunęła się okrągła, 
uśmiechnięta 
fizjonomia młodego Saszki.
- Gotowe, Nikołaju Sanyczu...
Podpułkownik Wybierzniew prawie biegiem rzucił się do sąsiedniego pokoju, gdzie 

postrzępionej wyrwie niebieściło się południowe niebo - natychmiast schylił się 
nad 
monitorem... Formuła aury była taka sama - porównana z danymi z archiwów...
- D-do diabła!... - prostując się zaklął zapalczywie. - A więc jednak - mimo 
wszystko - 
Afrykanin...
Podszedł do dziury w ścianie, z grymasem niezadowolenia patrzył na to, co działo
się 
na zewnątrz. Jeszcze raz przeklął...
-

Matwieicz!... - zawołał rozdraŜniony.

-

A?...

-

Masz!... Chodź tutaj, opowiesz o tej kuli...

Rozmowę z Matwieiczem jednak trzeba było przerwać w najbardziej ekscytującym 
momencie. Zadzwonił Wściekły.
-

Bierz dupę w garść - ze swoją naturalną prostotą rozkazał - i gnaj na 

dwudziesty 
piąty kilometr!

Strona 53

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

Afrykanin?... - spyta! zaniepokojony Nikołaj.

-

Ślad... - sapiąc z niezadowolenia, uściślił Tol Tolicz.

-

Nie rozumiem... Jaki ślad?

-

Kłak aury... - gniewnie powiedział szef. - Wprost na słupie z tabliczką,

przy samej 
podstawie... Widocznie tam odpoczywał - oparł się... Babka-znachorka szła 
zbierać 
paprotniki, natknęła się, zadzwoniła do dyŜurnego...
-

Skąd zadzwoniła? Z dwudziestego piątego kilometra?

-

Ma przecieŜ komórkę... Krótko - spiesz się - aura wyparowuje!...

Nikołaj rozłączył się, schował słuchawkę do kieszeni marynarki, spojrzał spode 
łba na 
obecnych. Współpracownicy patrzyli na niego oczekująco. Jedynie Matwieicz, z 
nawyku, 
miał wszystko głęboko gdzieś.
- Dobrze, Matwieicz, potem dokończysz... Saszka! Pawełek! Zwijamy aparaturę - 
jedziemy stąd...
Dopóki mknęli, piszcząc oponami, na dwudziesty piąty kilometr, podpułkownik 
Wybierzniew zachowywał ponure milczenie. Pawełek, przeciwnie, był wzburzony i 
gorliwy.
- Wie pan, Nikołaju Sanyczu... - mówił. - Mam! Mam! Jest coś wspólnego, co łączy

skrzata i Afrykanina! Wspólny interes... kadzidło! To samo kadzidło, z powodu 
którego 
"Night Marę" zleciała na łeb... śebym przez wiek astralu nie mógł zobaczyć! 
Zobaczcie, jak 
wszystko się razem od razu układa: jasnoszary przekazuje kwas naszym skrzatom z 
BakłuŜyna, a te juŜ - gremlinsom... A wszystko - z "podania" Afrykanina... JuŜ 
raz taki trick 
nam wyplatał! Widocznie spodobało mu się. Przyszedł powtórzyć...
Na przedzie błyszczały lustrzanie, bo wywołane przez jakiegoś chuligana, miraŜe 
pseudokałuŜ, niknących w miarę zbliŜania się do nich. Buraki hecują się...
- Jednego nie wziął pod uwagę... - złowieszczo podsumował Pawełek. - Za 
powtórzenie obniŜa się stopień...
Wybierzniew zerknął na współpracownika posępnie, ale rozmowy nie podtrzymał. Do 
jakiegoś stopnia rozumiał Pawełka... Ze względu na młody wiek. Kiedy prowadzisz 
równocześnie kilka spraw, wcześniej albo później zaczyna ci się wydawać, Ŝe 
przestępstwa, 
które starasz się rozkryć - są
wzajemnie powiązane. Często pojawia się nawet pokusa, Ŝeby połączyć te sprawy w 
jedną i - powiedzmy, porządnie przesłuchać malwersanta na okoliczność 
wczorajszego 
zabójstwa w parku miejskim... Niektórzy zresztą tak postępują. Nie ma w tym 
jakiegoś 
wielkiego nieszczęścia, rzecz jasna, poniewaŜ wszędzie powtarza się jedno i to 
samo - 
zmieniają się jedynie nazwiska. Mimo to...
Tej głębokiej myśli podpułkownikowi Wybierzniewowi nie udało się dokończyć. 
Szofer walnął w hamulce, zapiszczały gumy, wszystkich rzuciło do przodu. 
Dwudziesty piąty 
kilometr... Przy słupie w paski, uwieńczonym niebieską emaliowaną tabliczką, 
stała, patrząca 
z niezadowoleniem na hamującego dŜipa, minaturowa osoba w średnim wieku... 
Zresztą - nie, 
niezupełnie miniaturowa. Raczej przyziemista, poniewaŜ przy całym swoim 
niewiekim 
wzroście miała wielką głowę i była przy kości. Ni-kołaj wyskoczył z dŜipa, 
rozglądając się 
podszedł do niej.
- A znachorka gdzie? - gniewnie zapytał.
Liliput o atletycznej budowie zdziwił się i spojrzał na niego okrągłymi oczyma.
- N-no, ta znachorka, co... - wyjaśnił smętnie Wybierzniew. Osóbka oparła swoje 
piąstki o biodra - i przez jakieś pięć minut Niko-łaj usłyszał o sobie tyle 
wszystkiego, i o 
swoich przełoŜonych, Ŝe wygłoszonego materiału w pełni wystarczyłoby na parę, 
albo nawet 
na trzy głośne procesy kryminalne. A najciekawsze było to, Ŝe ponad połowa 
powiedzianego 

Strona 54

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

istotnie odpowiadała rzeczywistości... Czy to znachorka była w dodatku 
jasnowidzem, czy teŜ 
gdzieś doszło do ucieczki informacji słuŜbowej...
Stało się takŜe jasne, dlaczego generałowi Wściekłemu oznajmiono, Ŝe jakoby 
dzwoniąca, delikatnie mówiąc, nie jest najmłodsza. Głos zna-chorki był piskliwy 
i starczy, w 
dodatku - wyjątkowo swarliwy...
Pawełek z Saszką przykucnęli przy słupku kilometrowym. Czarowali juŜ na całego, 
udając, Ŝe jakoby niczego nie słyszą. Notebook z odłączonymi urządzeniami 
peryferyjnymi 
leŜał obok - wprost na poboczu.
W tej sytuacji podpułkownikowi nie pozostało nic innego, jak cierpliwie, nie 
przerywając, wysłuchać wszystkie podłe oskarŜenia pod swoim adresem. Dopiero 
potem, 
spokojnie, jakby nigdy nic, przystąpił do rozmowy. MruŜąc oczy w roztargnieniu, 
Nikołaj 
rozejrzał się po okolicy. Dooko-
ła kwitł tatarak - okrutny spadek po trzystuletniej tatarsko-mongolskiej 
okupacji... W 
pobłyskującym strumieniu, głośno przeklinając, pluskała się szczęśliwa, brązowa 
od 
opalenizny dzieciarnia.
- Ja bym tych... prawosławnych komuchów... - z nienawiścią skrzypiała s'wiadek -

nieświęconą kulą! Riasę narzuci i diabli wiedzą: chłop czy baba...
No cóŜ, zmieniła obiekt przekleństw - choć za to, niech jej będą dzięki... Ale 
czekać, 
póki się wygada i zamknie, byłoby zbytnią naiwnością. Dobrze, spróbujemy wejść w
słowo...
- A ja bym jednak ćwiartował - delikatnie wtrącił Nikołaj. Świadek zatkało (po 
raz 
pierwszy w Ŝyciu). Z podejrzliwością wpiła się oczyma w Wybierzniewa: kpi sobie,
czy co? 
Jednak twarz podpułkownika pozostawała nieskazitelnie uprzejma.
- Dlaczego pani od razu uznała, Ŝe to przybył ktoś z Łycka?... - wykorzystując 
pauzę, 
w zamyśleniu zapytał.
W odpowiedzi z szybkich ust znachorki znowu posypały się cięŜkie wyrazy, ale tym

razem związane z tym, Ŝe ktoś powątpiewa w jej kwalifikacje. A co tu wiele się 
zastanawiać?... O, widzicie jaki kłak aury na wietrze trzepocze, co tu wiele 
trzeba się 
zastanawiać?... Zdejmijcie bielmo z oczu, tak, bielmo ze swoich ślepiów 
zdejmijcie, 
detektywi z boŜej łaski!... Na tej aurze tylko brakuje krzyŜa sześcioramiennego 
i sierpa z 
młotem!...
Nikołaj taktownie podziękował świadkowi. Nie zwracając juŜ uwagi na lecące za 
nim 
jadowite przymówki, podszedł do chłopaków.
-

Afrykanin?... - zapytał niechętnie.

-

Afrykanin!... - zaraportował Pawełek, ale minę miał przy tym jakąś 

niewyraźną.
-

Coś nie tak?...

-

Nie wiadomo dlaczego dalej poszedł na bosaka... - zniŜając głos do 

szeptu, 
powiedział Pawełek. - O...
Nikołaj spojrzał. Niedźwiedzie ślady, odciśnięte na pylnym poboczu, były na tyle

wyraźne, Ŝe były dostrzegalne nawet dla wzroku zwykłego wyborcy. Rzeczywiście, 
dziwne... 
Do dwudziestego piątego kilometra w butach, a dalej - boso...
Podpułkownik Wybierzniew wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy.
- Tol Tolicz?... Pewniak - Afrykanin... Kieruje się do stolicy... Na dwudziestym

piątym kilometrze zdjął buty - pod słupem. Widocznie porusza się dalej w 
poprzednim 
kierunku, ale boso...

Strona 55

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Wydawało się, Ŝe generał Wściekły przestraszył się nie na Ŝarty.
- Boso? - spytał, jakoś dziwnie gwiŜdŜąco. Nagle zamilkł na trzy sekundy. - 
Poczekaj, 
zaraz oddzwonię.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jakby z oddali.
-

Nawiasem mówiąc - nie podnosząc głowy znad monitora, cicho, w zamyśleniu

przemówił Saszka. - W starej, dobrej Anglii, wiedźmy, aby wywołać huragan, 
zdejmowały 
buty i pończochy...
-

No, po pierwsze, tu u nas nie Anglia - nie całkiem przekonany sprzeciwił

się 
Pawełek i pytająco spojrzał na Wybierzniewa. - U nas w takich sytuacjach 
zdejmują coś 
zupełnie innego. W dodatku... - Znowu zwrócił się do Saszy. - Dlaczego by nagle 
protopartorg zaczął stosować nasze czarodziejskie sztuczki i chwyty?...
-

Albo, na przykład, zaczął wszędzie ciągnąć ze sobą skrzata... - tym 

samym tonem 
odezwał się Saszka.
Pawełek chrząknął i zamyślił się niespokojnie. Podpułkownik Wybierz-niew bawił 
się 
telefonem, jakby przymierzał, dokąd go, do jasnej cholery, wyrzucić. 
Znachorka-awanturnica 
z zarozumiale wyprostowanymi plecami oddalała się po najbliŜszym poboczu. Sądząc

obwisłego plecaka, niewiele dzisiaj zebrała paproci...
Zachowanie się Afrykanina budziło strach. Nieumotywowane przejście zielonej 
granicy, zagadkowe powiązania ze skrzatem, teraz ten dziwaczny trick z 
obuwiem... 
ChociaŜ... MoŜe akurat w tym przypadku wszystko jest zupełnie normalne... Zrobił
sobie 
odcisk, zdjął buty...
W końcu telefon komórkowy oŜył i zaćwierkał. Nikołaj podniósł go do ucha.
- Jesteś tam sam? - z troską zapytał szef.
- Z chłopakami... Tol Tolicz kaszlnął.
-

A więc, tak... - wycedził. - Rozmawiałem teraz z prezydentem... Sytuacja

jest 
następująca: za wszelką cenę! Słyszysz? Za wszelką cenę masz nie dopuścić, Ŝeby 
Afrykanin 
wszedł do stolicy...
-

Ale on juŜ tam na pewno jest - spokojnie powiedział Nikołaj.

-
Generał oniemiał.
- No, sam pomyśl, Tolu Toliczu... - z lekkim wyrzutem kontynuował podpułkownik 
Wybierzniew. - O szóstej rano zrobił cud z kulą... O ósmej był juŜ na 
dwudziestym piątym 
kilometrze. A teraz juŜ piętnaście po pierwszej. No to sobie policz...
Słuchawka milczała. Podpułkownik odniósł wraŜenie, Ŝe generał Wściekły 
zdecydował się zdezerterować w zemdlenie. Miody Saszka, robiąc okrągłe oczy, w 
panice 
zatrząsł rumianymi policzkami i wskazywał na komputer.
- O dziewiątej... - bezdźwięcznie artykułował. - O dziewiątej, a nie o ósmej... 
Nawet o 
wpół do dziesiątej...
Nikołaj zmarszczył brwi - Saszka z nieszczęsną miną rozłoŜył ręce.
- Dobrze... zamelduję... - odezwała się w końcu słuchawka słabym głosem 
śmiertelnie 
chorego.
Podpułkownik odesłał środek łączności do kieszeni, opuścił powieki ze zmęczenia,

odwrócił się do Saszki.
-

Co się wydzierasz? - zimno zapytał. - O ósmej czy o wpół do 

dziesiątej... 
Przechwycić go i tak nie zdąŜymy.
-

Tak, ale wtedy... - Saszka zgubił się kompletnie. - Jaka róŜnica?

-

Wielka - odciął się Wybierzniew. - Albo my nie wyrabiamy się, i z 

wytrzeszczonymi oczyma i językiem na plecach gnamy do miasta, albo jedziemy tam,
ale juŜ 

Strona 56

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

spokojnie i bez paniki...
Oczy młodego pokolenia rozjaśnił ognik zrozumienia, i Nikołaj uśmiechnął się. 
Och, 
szczeniaki-szczeniaki! Do jakiego stopnia nie mogą doczekać się jeszcze jednej 
gwiazdki dla 
tego barana Wściekłego!... Ale jak im wyjaśnić, Ŝe Afrykanina trzeba łapać tylko
w dwóch 
przypadkach: albo wtedy, kiedy sam się wepchnie do kąta, albo kiedy ciebie tam 
wci-śnie!...
***
- Ogólnie rzecz biorąc, wygląda to tak, Kola... - bezsilnie powiedział generał 
Wściekły, wchodząc do gabinetu Wybierzniewa, co - na marginesie mówiąc - 
zdarzało się 
niezbyt często. Zazwyczaj dzwonił, wzywał. - Mamy termin, my z tobą - do 
jutra... Czyli 
prawie wcale. Siedź sobie, siedź...
- Dlaczego do jutra? - ostroŜnie zapytał Wybierzniew, znowu opuszczając się na 
krzesło.
- Bo jutro przybywa specjalna komisja ONZ... Podpułkownik zmarszczył czoło.
-

Aha... - powiedział z ponurym zadowoleniem. - A Afrykanin, najwidoczniej

zamierza zerwać to spotkanie?
-

A cholera go wie, co on tam zamierza! - ze zmęczoną bezpośredniością 

odrzekł mu 
generał Wściekły. - Po prostu Kondratycz dał nam termin do jutra, rozumiesz?...
Generał zamilkł i obrzucił niezadowolonym wzrokiem szczegółową mapę kraju, która

jak zawsze, wisiała nad biurkiem podpułkownika. Odcinek drogi z DŜumachły do 
BakłuŜyna 
zapchany chorągiewkami na szpilkach. Pięć chorągiewek. Pięć odnalezionych 
kłębuszków 
aury protopartorga...
- Czy uściślił polecenie? - cicho spytał Nikołaj.
Twarz generała Wściekłego od razu napięła się, stała się drapieŜna. O, zaraz 
ukąsi...
- Tolu Toliczu... - patrząc z łagodnością na zdenerwowanego szefa, wyrzekł 
piękniś 
podpułkownik. - No, chociaŜ szepnij... Zlikwidować go, czy co?...
Rozmówcy nie byli czarownikami, inaczej za nic w świecie nie stanęliby w taki 
sposób - w poprzek linii pól siłowych. Jaka tu moŜe być zgoda - jeśli w poprzek?
Gdyby 
Wściekły i Wybierzniew zostali dopuszczeni do głębokiego astralu, uwadze obu nie

umknęłoby i to, Ŝe za ich plecami, w przeczuciu nadchodzącej wielkiej kłótni, 
juŜ zbierają się 
z całego budynku MSW zgłodniałe emocji straszki i pozostała niewidoczna hołota.
-

Kola... - ochryple, z groźbą wyrzekł Wściekły, szarpnięciem rozluźniając

węzeł 
krawata. - Widzę ciebie na wylot, Kola... Robisz wszystko mi wbrew, tak chcesz 
mi nogę 
podstawić. Właśnie wpuściłeś Afrykanina do stolicy! Skrzata chowasz u swojej 
kochanki!... 
Masz dwie twarze, czy co?...
-

Ja-jakiego skrzata? - zapytał ogłupiały Nikołaj. - U jakiej kochanki?

-

U Niewyrazinowej!

- To Niewyrazinowa jest moją kochanką?... PrzecieŜ sam dałeś mi zadanie ją 
sprawdzić!
- A w jakim sensie kazałem ci ją sprawdzić?... A jak ty to zrobiłeś? Ile na nią 
straciłeś 
pieniędzy, w dodatku - waluty?...
-

O, tego nie wolno, Tolu ToliczuL. Wykaz wydatków został do raportów 

dołączony! 
Dlaczego, jak myślisz, zawsze ciebie proszę, Ŝebyś' wytyczał konkretne zadania? 
TeŜ mi 
kochanka! Lepiej na siebie popatrz! Drugie centrum handlowe budujesz! Za pensję,
czy co?...
-

A ty... A ty... - Generał juŜ tracił dech. - Kto zbiera haracz z 

jasnoszarych?... Pap-

Strona 57

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

cioL.
-

Ja chociaŜ z obcych, jasnoszarych!... - odgryzł się Nikołaj. - A ty juŜ 

do końca 
zbezczelniałeś - ciągniesz z zachodnich sojuszników!...
-

Nie wstyd ci... - nie zniŜając się do usprawiedliwień, ciągnął swoje 

generał. - 
Rozumiem - wstyd... WyŜsze wykształcenie prawnicze, odbyłeś lata staŜu w 
kryminalnej 
policji... aŜ do rozpadu powiatu... Tylko nie siądziesz na moim miejscu, Kola, 
nie łudź się... 
Wiesz, dlaczego?...
Wybierzniew z wyŜszością uniósł brwi. Na wysokich policzkach podpułkownika 
pojawił się lekki rumieniec.
-

Niby dlaczego? - rzucił z wyzwaniem.

-

PoniewaŜ to ja!... - Zezłoszczony generał przysiadł trochę i silnie 

uderzył się w 
twardą, kościstą pierś. - Rozumiesz?... Ja!... Jeszcze kiedy byłem dzielnicowym!
To ja ich 
złapałem w tym magazynie z Ŝywnością, rozumiesz?... To ja ich posadziłem, a nie 
ty! I 
Nikodema, i Gleba...
Do końca rozwiązał węzeł krawata, przeszedł się po gabinecie, gniewnie wyjrzał 
przez 
okno. Po chodniku z okrzykiem i gwizdami jechała wataha kozaków... Właściwie nie
jechała, 
a szła, ale za to kozackie papachy były załamane pod takimi fantastycznymi 
kątami, a sami 
stanicznicy tak wyśmienicie harcowali w marszu, Ŝe mimowolnie wydawało się, 
jakby oni, 
chociaŜ pieszo, a jednak - byli na koniach... Po przeciwległej stronie ulicy 
imienia Heleny 
Bławatskiej, pod wywieszką "Afroremont" stał i z zachwytem wyszczerzał zęby do 
szerokich 
kozackich lampasów Murzyn (o barwie krwawego siniaka) w liberii...
MoŜna było przypuścić, Ŝe kozacy wracali z pogrzebu Esauła, który - według 
plotek - 
pochodził z tego samego rodu, co ataman Bałowień i w ciągu całego swojego Ŝycia 
starał się 
naśladować znakomitego przodka...
Waha się kozactwo, ech, waha się: tęskni za kołchozami, za cerkwiami... i 
chciałoby, i 
boi się... W Łycku mają cerkwie i kołchozy, za to przeklinać się nie da, a bez 
tego Ŝyć teŜ się 
nie da...
Generał odwrócił się. Jego twarz wyraźnie się uspokoiła. Teraz obaj rozmówcy 
patrzyli juŜ na siebie nie w poprzek, a wzdłuŜ linii siłowych - i kłótnia zgasła
od razu, nie 
zdąŜywszy rozpalić się jak naleŜy.
-

To dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś?... - z poczuciem winy powiedział 

Nikołaj, 
jakby przypadkiem dotykając przycisk dyktafonu. - No, jaki z niego, twoim 
zdaniem, 
człowiek?...
-

Wyłącz - burknął generał.

Podpułkownik wzruszył ramionami, wyłączył. Generał zamyślony gładził starą 
bliznę 
na nadgarstku - wyraźnie ślad po psich zębach. ("Owczarek? - odruchowo 
zastanowił się 
Nikołaj. - Nie, prędzej mastif..."). Szkła okien zadrŜały, groŜąc pęknięciem... 
Znowu te 
eskadry pokładowe!... No, na jakiego czorta, ciągle się kręcą nad BakłuŜynem?...
Co ich 
wywiad tutaj szuka?...
-

Przygłup... - niechętnie powiedział na koniec Wściekły. - Przyglupem 

był, 
przygłupem pozostanie. O, ukąsił mnie wtedy... przy zatrzymaniu...
-

Ja nie o tym - powiedział Nikołaj. - Czego po nim moŜna się spodziewać?

-

Niczego dobrego... - Wściekły westchnął. - JuŜ wtedy niczego dobrego, a 

Strona 58

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

teraz to 
juŜ zupełnie... A, właśnie, nie próbuj przewerbować! I na siebie uwaŜaj... nie 
daj się 
przewerbować... No, co tak patrzysz? Nie ma dla nas sensu dać się przewerbować, 
Kola. Nie 
ma...
Szyby dalej drŜały.
- Gdyby dokładnie wiedzieć, po co go tutaj Porfiriusz posłał... - jakby nie 
słysząc 
ostatnich słów szefa, szepnął Nikołaj. - Dałem polecenie agenturze w Łycku - ale
na razie 
milczą...
Generał z zaciekawieniem odwrócił głowę.
-

Myślisz, Ŝe to wszystko robota Porfiriusza?

-

No, przecieŜ nie sam Afrykanin, w końcu! Jeśliby był sam - ni cholery by

tutaj 
takich cudów nie wyprawiał!... Wtedy by go w ciągu sześciu sekund wyrzucili z 
Biura 
Politycznego, pozbawili statusu... U nich z tym surowe porządki: dyscyplina, 
hierarchia...
-

Tak, rzeczywiście... - zgodził się po chwili namysłu Wściekły. - No to 

co robimy?
Podpułkownik uniósł wysokie brwi wyraŜając swoje niezdecydowanie.
-

Wzmocnię dzisiaj pułapkę... w etnograficznym... Chyba im jeszcze Pawełka


Saszkę podeślę. Jacy są, tacy są, ale mimo wszystko - czarownicy, jasnowidze... 
Sprawdzę 
stare kontakty... ChociaŜ podziemie u nas juŜ od dawna nie działa, co tam 
sprawdzać? - Nagle 
Nikołaj zamilkł, z ciekawością popatrzył na generała. - Słuchaj, Tolu Toliczu...
Dlaczego tak 
się wtedy wystraszyłeś, kiedy powiedziałem, Ŝe jest bosy?...
-

A diabli wiedzą czemu... - przyznał się po chwili wahania generał. - 

Szedł, szedł w 
butach - nagle je zdjął... AŜ mi się niedobrze zrobiło!... Do tej pory mrówki mi
po skórze 
chodzą...
Jakby otrząsając się ze złych mar, potrząsnął głową i w trwoŜliwym zamyśleniu 
skierował się do wyjścia. Kiedy był juŜ na progu, odwrócił się. W Ŝółtawych 
oczach generała 
Nikołaj dostrzegł szczere, jakieś takie zupełnie dziecięce niezrozumienie.
- Sam popatrz, jak to wszystko dziwacznie się składa!... - ni to zdziwił się, ni
to 
doradził mu szef. - No, jeślibym, wtedy w magazynie, powiedzmy, nie Afrykanina, 
a Gleba 
potraktował pałką?... Co?... Wtedy na pewno nie byłbym generałem...
Chrząknął, z zatroskaniem pokiwał twardą jak drut siwizną, wyszedł z gabinetu.
***
Tak, przy takim układzie kart Wściekłego chyba nie da się zrzucić... Nikołaj 
wiedział 
z doświadczenia, Ŝe jeśli kogoś posadzisz sprawiedliwie, nie doczepiając nic 
cudzego, będzie 
ci potem przez całe Ŝycie wdzięczny. Jednak, z drugiej strony, gdyby wtedy do 
władzy 
doszedł nie Gleb, a Nikodem (czyli Afrykanin) - och, jakby komuś przypomniał tę 
gumową 
pałkę... No nie, jaki zwrot w historii!... Okazuje się, Ŝe u byłego 
dzielnicowego są stare 
porachunki z protopartorgiem... Ciekawe, ciekawe. Tol Tolicz - facet pamiętliwy,

pewnością nie wybaczy nigdy ukąszenia. A tu nagle Afrykanin przeszedł granicę, 
pojawia się 
moŜliwość skwitowania się... Jak zachowuje się generał Wściekły? A nijak... 
Zepchnął 
wszystko na podpułkownika Wybierzniewa - i usunął się... Ma nadzieję, Ŝe Nikołaj
na własną 
rękę i ryzyko spróbuje sprzątnąć Afrykanina? No cóŜ, nadzieja - to szla-chetne 
uczucie...

Strona 59

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Ale dlaczego teraz przyczepił się do tej Niewyrazinowej? Jak zawsze bez powodu? 
Nie, nie, nie wydaje się. "Skrzata schowałeś u kochanki..." Całkowicie konkretny
zarzut... O 
jakim skrzacie mógł mówić? Czy nie o tym, z którym protopartorg przechodził 
zieloną 
granicę?... AleŜ nie, to niemoŜliwe!... ChociaŜ... Jeśli do tego co się stało, 
nie daj BoŜe, 
wmieszała się Nika Niewyrazinowa, to moŜna się wszystkiego spodziewać!... I 
przed 
wstrząśniętym Nikołajem mimowolnie pojawiła się mała twarzyczka, jakby trochę 
rozpłaszczona - Niki. Oczy - ze dwa razy większe niŜ przeciętne, długa szyja... 
W ogóle to w 
jej sylwetce było coś podobnego do ostatniego modelu Toyoty: piękno, ale 
niezwyczajne.
Jakkolwiek będzie to ryzykowne, trzeba dzisiaj do niej zajrzeć. Ale jeszcze nie 
teraz. 
Później...
Oczywiście, przy innej okazji zagadkowa fraza generała Wściekłego zmusiłaby 
Nikołaja do silnego zaniepokojenia, ale teraz, kiedy astralny mikroklimat w 
pokoju radykalnie 
się zmienił, podpułkownik nie wpadł w panikę. Kiedy wyczuły nadchodzącą 
awanturę, 
napłynęły do gabinetu całymi stadami nie tylko straszki, ale i kątniki. PoniewaŜ
do skandalu 
nie doszło, cała ta niewidoczna, Ŝarłoczna drobnica, w jednej sekundzie wyŜarła 
wszystkie 
negatywne emocje z pomieszczenia. Naruszyła jego bilans energetyczny. Dlatego 
podpułkownik Wybierzniew, kiedy został sam, jeszcze przez pół godzinki przebywał
w stanie 
lekkiej euforii, graniczącej z pełną utratą ostroŜności...
Pogwizdując coś ludowego, lirycznego, odwrócił się do komputera i zaczął czytać 
na 
monitorze dane o "Czerwonych cherubinach". Ta-ak... Klim Jezusów. Szef firmy 
"Niewygoda". W przeszłości - bandzior. A w jeszcze bardziej odległej przeszłości
- prawa 
ręka Nikodema Ludzkiego. Gdyby swojego czasu do jego sprawy nie wmieszał się 
Wybierzniew, Kli-mowi wlepiliby doŜywotnie zombirowanie. Teraz Klim zasuwałby 
obok 
pieriedwiŜników w Ŝonie numer trzy... Dalej... Pankracy Kulawiec. Szef firmy 
"Ograbank". 
Przeszłość - ta sama... No, na nim to juŜ nawet nie ma miejsca, gdzie moŜna by 
jeszcze jakieś 
piętno dostawić. Jak zawsze zaczniemy od tych dwóch...
Istnieje szeroko rozpowszechnione mniemanie, jakoby organy ścigania nie 
likwidują 
przestępczości ze strachu pozostania bez pracy. Wszystko to, rzecz jasna, 
wymysły leniwych 
dziennikarzy... W rzeczywistości,
nie likwiduje się przestępczości z zupełnie innej przyczyny. Po pierwsze, Ŝe 
wykorzenienie jej do końca fizycznie jest niemoŜliwe, poniewaŜ w przyrodzie 
próŜnia nie 
istnieje. Wysyłając na szubienicę albo za kraty starych, sprawdzonych 
kryminalistów, z 
którymi śledczy są juŜ od dawna zaznajomieni, a z niektórymi nawet zdąŜyli się 
pokolegować, tym samym oswoba-dza się przestrzeń Ŝyciową dla podrastającego 
pokolenia 
złodziei i bandytów. A jak to nowe pokolenie będzie się zachowywać, nikt nie 
wie. ChociaŜ 
moŜna pójść o zakład, Ŝe znacznie gorzej niŜ poprzednie... Zatem jaki ma sens 
zamieniać 
siekierkę na kijek?
Niezapomniany szef ochrany swego czasu mówił: nie wolno tylko karczować - 
czasami trzeba i sadzić... Mędrzec, tak, mędrzec... Po to są organy 
sprawiedliwości, Ŝeby 
zamiast bezmyślnego likwidowania przestępczości, strzec ją, kultywować, 
organizować, 
nadawać jej bardziej lub mniej cywilizowaną formę. Organizowanie - to wielka 
rzecz... W 

Strona 60

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

końcu, czym innym jest państwo, jak nie - w najwyŜszym stopniu zorganizowanym - 
wieloosobowym ugrupowaniem przestępczym?...
Tak (albo w przybliŜeniu tak) beztrosko rozmyślając podczas pracy przy 
komputerze, 
Nikołaj Wybierzniew juŜ prawie opracował plan przedsięwzięć operacyjnych na 
dzisiejszą 
noc, kiedy oderwał go od tego zajęcia telefon wewnętrzny.
-

Nikołaj Sanycz? - radośnie zapytano na drugim końcu przewodu.

-

Słucham... - odezwał się z roztargnieniem.

-

Kapitan Kosołapow. Wydział kryminalny BakłuŜyna...

-

Słucham - powtórzył Nikołaj.

-

Pojawił się u nas złodziejaszek, z donosem. Dotyczy to najwyraźniej 

waszej 
działki...
- Złodziejaszek?... Hm... No dobrze, przyprowadźcie... Podpułkownik Wybierzniew,

zadziwiony, odłoŜył słuchawkę. "Waszej działki...". Niedługo do niego wszystkich

bezdomnych zaczną ciągać.
Kryminalna i kontrwywiad mieściły się w tym samym budynku, ale w przeciwległych 
jego końcach. Niedługo potem do drzwi grzecznie zastukano, po otrzymaniu 
zezwolenia - 
wprowadzono kajającego się przestępcę. Wyglądał Ŝałośnie, silnie kulał na prawą 
nogę, 
dotykając podłogi tylko końcami palców. Uszkodzona stopa była owinięta brudną 
szmatą. W 
odsuniętej jak najdalej od siebie ręce łotrzyk niósł za sznurowadła wysokie,
Ŝołnierskie buty. Szeroka morda konwojującego go milicjanta była jakoś dziwnie 
skupiona i dziwacznie wstrząsana tikami, zupełnie jakby jej właściciel z wielkim
trudem 
powstrzymywał się od histerycznego, sięgającego aŜ trzewi, śmiechu.
- Siadajcie - sucho rzekł Nikołaj, wskazując podbródkiem na krzesło.
Złodziejaszek ostroŜnie, ze strachem postawił buty na podłodze. Niezgrabnie 
usiadł. 
Chlipnął, zaczął odwijać szmatę. Kiedy odwinął, podniósł bosą nogę piętą w 
stronę 
podpułkownika. Ten na początku nie zrozumiał, pomyślał - jakiś złośliwy guz, 
zapuszczony 
od dawna... Potem w końcu zrozumiał.
-

Oj... - Nikołaj był w stanie wyrzec tylko tyle. - Chłopie... Gdzie to 

tak ciebie 
urządziło?...
-

Na dwudziestym piątym kilometrze... - rozmazując łzy po nieogolonych 

policzkach, 
wyjęczał nieszczęsny. - Patrzę: siedzi sobie na poboczu, odpoczywa, o słupek się
oparł... 
Buciki stoją obok... No to ja je...
Dalsze słowa zginęły w szlochach.
Wybierzniew wstał zza biurka, podał wodę ofierze.
- A no, pokaŜ jeszcze raz... - rozkazał posępnie, zabrał pustą szklankę. Ze 
wstrętem 
obejrzał podsuniętą piętę. - E-ech... Nie suń mi pod nos!... A jak on wyglądał? 
No, ten, 
któremu zwinąłeś buty...
Skrzywiony ze złości złodziej patrzył na podpułkownika przez błyskawicznie 
wysychające łzy.
- A jakŜe jeszcze moŜe Afrykanin wyglądać?... Riasa, krzyŜ...
- Stop! A więc ty wiedziałeś, kogo okradasz?! Złodziej skrzywił się jeszcze 
silniej niŜ 
poprzednio.
-

Acha, wiedziałem! Jakbym wiedział, to bym do niego nawet się nie 

zbliŜył!
-

To skąd ci przyszło do głowy, Ŝe to Afrykanin?

- No, a któŜ by inny?... - Znowu zachlipał. - Kto inny u nas coś takiego 
moŜe?... 
Zobaczył: nie ma butów - to przeklął!... A ja, najgorsze, dureń, od razu obułem 
się, wesoło 
sobie drepczę... O mało nie umarłem, zanim zdąŜyłem rozwiązać sznurowadła...

Strona 61

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Wybierzniew rzucił surowe spojrzenie na milicjanta, który nie wytrzymał i 
zachichotał 
z całych sił. Wrócił za biurko.
- Odczarujcie... - poprosił zduszonym głosem pechowy złodziejaszek. Nogę trzymał

powietrzu, trzymając ją pod kolanem obiema rękoma.
Nikołaj uśmiechnął się - nie bez złośliwości.
- Trzeba było wcześniej pomyśleć - kiedy popełniałeś przestępstwo! - powiedział 
szyderczo. - Teraz tobie nie tylko kontrwywiad, a pewnie cała Liga Czarodziei - 
nie pomoŜe... 
PrzecieŜ to nie urok, a cud... Poczekaj, kiedy złapiemy Afrykanina...
Kaleka piskliwie zawył. Wyraźnie nie wierzył we wszchmoc bakłu-Ŝyńskiego 
kontrwywiadu. Nikołaj, skrzywiony, wykręcił numer, poprosił, aby przyszedł 
Pawełek. 
OdłoŜył słuchawkę, znowu spojrzał na złodziejaszka - tym razem z niezdrowym 
zainteresowaniem.
-

Słuchaj, chłopie... - zwrócił się ściszonym głosem. - A jak to 

właściwie...? Sam tam 
wyrósł, czy teŜ na piętę się przeniósł?...
-

Wyrósł... - płaczliwie odpowiedział nieszczęsny. - Mój jest na 

miejscu... O...
Z zapałem złapał się za rozporek. - Nie trzeba - pospiesznie powiedział 
podpułkownik. 
- Wierzę...
Nikołaj Wybierzniew oddał Pawełkowi ofiarę Afrykanina, wraz z jego butami. 
Wstał, 
przeszedł się po gabinecie, w zamyśleniu pocierając podbródek. No, z obuwiem, w 
kaŜdym 
razie, udało się wszystko wyjaśnić... Ale jaki jest ten protopartorg!... Mocny, 
oj, jaki 
mocny!... Najwidoczniej pozostało mu do wyboru jedno z dwóch rozwiązań: albo 
pracować z 
nim delikatnie i ostroŜnie - tak, Ŝeby, nie daj BoŜe, się nie obraził - albo 
twardo i 
błyskawicznie - tak, Ŝeby niczego nie zdąŜył...
ROZDZIAŁ 8
PANKRACY KULAWIEC, lat trzydzieści cztery, mafios
Po chodniku alei, w którą skręciła z ulicy Bławatskiej, z okrzykiem i gwizdami 
jechała 
wataha kozaków... Właściwie nie jechała, a szła, ale za to kozackie papachy były
załamane 
pod takimi fantastycznymi kątami, a sami stanicznicy tak wyśmienicie harcowali w
marszu, 
Ŝe mimowolnie wydawało się, jakby oni, chociaŜ pieszo - a jednak byli na 
koniach...
Widać pogrzebali Esauła...
Pankracy Kulawiec (ten sam jasnowłosy mąŜ, który kiedyś tam wyprowadził za rękę 
protopartorga z ciemnicy) zasępił się, poruszył kącikiem ust i nacisnął 
przycisk, 
zmniejszający przezroczystość szyby okiennej. Kozaków nie lubił - do tej pory 
nie mógł im 
wybaczyć 1613 roku, ata-mana Niepokój-Kargu i przeklętego wystrzału z piszczelą 
do 
cudownego obrazu.
Ale teraz rozmyślał o czymś innym...
"K-k-kim ja właściwie jestem?..." - męczył się z myślami Pankracy, zająkując się
li 
tylko z przyzwyczajenia. Zdarzało mu się to zawsze wtedy, kiedy starał się 
werbalizować 
myśli, to jest myśleć słowami. - K-krymina-listą, czy j-jednak 
p-p-p-partyzantem?..."
Obejrzał się nerwowo poprzez ramię, z nienawiścią obrzucił wzrokiem przestronne 
biuro. W biurze było zimno. Znany terrorysta (oraz ekspert od ksenofinansów) 
Arystarch 
Retiwoj rozłoŜył się na krześle, marszczył czoło nad grubaśną ksiąŜką.
Kiedy poczuł, Ŝe Pankracy patrzy na niego, Retiwoj podniósł okrąglutkie oczka i,

jakby się usprawiedliwiając, postukał paznokciem w stronicz-kc.

Strona 62

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Nie, nie, jest lepszy od IzajaszaL. - ochryple zachwycił się. - Prorok w 
pierdlu, 
prawda?... Posłuchaj, jaką ma gadkę - aŜ zawiść bierze... - po czym, śpiewnie, z

przyjemnością, jakby uczył się na pamięć: "Przeciw komu otwieracie usta, 
wysuwacie 
języki?..."
Jego węzłowate palce przy tym zadrŜały i rozcapierzyły się na księdze. 
Rzeczywiście, 
wymówić coś takiego, nie pomagając sobie wybijaniem rytmu palcami, było po 
prostu 
niewyobraŜalne.
"W-w-wyrodzili się... - patrząc na Retiwoja, z goryczą pomyślał Pankracy. - 
K-k-k-
kasę p-p-p-p-partyjną juŜ w-wspólną n-nazywamy... A m-mieszkanie 
ko-ko-konspiracyjne - 
meliną..."
Firma "Ograbank", której szefował, była oficjalnym przykryciem organizacji 
terrorystycznej "Czerwone cherubiny". Jednym z jej liderów był on, Pankracy 
Kulawiec. 
Głównym zaś problemem Pankracego było to, Ŝe ostatnimi czasy szef bojowników 
zupełnie 
przestał rozróŜniać, kiedy działa z pobudek ideowych, a kiedy z handlowych... 
PrzecieŜ to 
tylko dla nas, Ŝałosnych obywateli, wszystko jedno, dla jakiego celu biorą nas 
jako 
zakładników: wymienić na męczącego się w więzieniu płomiennego rewolucjonistę, 
czy teŜ 
tak - dla okupu... Nawet nie jesteśmy w stanie pojąć z naszego wąskiego punktu 
widzenia, na 
czym właściwie polega róŜnica między działalnością przestępczą a polityczną! Tym
bardziej, 
Ŝe w zwykłych warunkach tak łatwo je pomylić...
Ale przecieŜ my - jesteśmy zwykłymi ludźmi, a on - to Pankracy Kulawiec...
***
lilii
Najwidoczniej owłosiony odstępca Witalij rzeczywiście nie czytywał gazet i nie 
oglądał telewizji - inaczej wiedziałby, Ŝe podziemie wcale się nie rozpadło i 
zupełnie 
sprawnie kontynuuje dostarczanie bakłuŜyńskiej i światowej prasie tematów do 
sensacyjnych 
materiałów.
Pewnie teŜ protopartorg Afrykanin, wypytując Witalija o bieg spraw, 
najwidoczniej 
trochę kręcił, nie dopowiadał. KtóŜ moŜe uwierzyć w to, Ŝe
druga persona państwa czerpie informacje z zagranicy, czytając tylko oficjalny 
organ 
Łyckiej Patriarchii (notabene kontrolowany przez niego samego!)? Pewnikiem 
doświadczony 
cudotwórca po prostu sprawdzał Wita-lija, a przy okazji chciał poznać nastroje 
szarych 
obywateli...
Teraz juŜ mało kto o tym pamięta, ale początkowym celem organizacji "Czerwone 
cherubiny" wcale nie był terror, a zupełnie zgodna z literą prawa propaganda 
aktywności 
rewolucyjnej w ramach prawdziwie chrześcijańskiego pojednania.
Kiedy jednak doszli do władzy czarownicy i - ni z gruszki, ni z pietruszki - 
bezczelnie 
zaaresztowali Afrykanina niedaleko muzeum etnograficznego, przypisując mu próbę 
wykradzenia cudownego obrazu, stało się jasne, Ŝe na samej propagandzie nie 
moŜna 
poprzestać. Wtedy teŜ abstynent z przekonania Pankracy Kulawiec zmuszony był 
zainicjować 
ogromne pijaństwo u swojego rodzonego wujka, pracującego wtedy (notabene - teraz
takŜe) 
w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Co było dalej - wiadomo z tajnego dokumentu,

przesłanego przez generała Wściekłego podpułkownikowi Wybierzniewowi: kraty 

Strona 63

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

otwarły 
się, zamki się rozsypały... no, i tak dalej. Tylko jedno pozostaje 
niezrozumiałe: w jaki sposób 
ciemny brunet Kulawiec umiał odcisnąć się w pamięci świadków jako jasnowłosy 
mąŜ? To 
jest, według wszelkich oznak, przynajmniej jako ciemny blondyn?... ChociaŜ, z 
drugiej 
strony, samogon z DŜumachły - napój bardzo podstępny, tak więc pracownicy 
aresztu mogli 
najzwyczajniej w świecie zapić się nim, aŜ do osiągnięcia stanu kompletnego 
upojenia. Na tę 
myśl naprowadzają takŜe - utrwalone w protokole - "czarne jak węgiel gołębie" na
tle 
"śnieŜnobiałego jak piana na wrzątku asfaltu".
Kłusownik Kotwica, juŜ wcześniej wypełniający za umiarkowaną opłatę pewne 
polecenia "Czerwonych cherubinów", przeprawił Afrykanina na brzeg Łycka, a sam 
Pankracy 
wrócił do BakłuŜyna, gdzie razem z Klimem Jezusowem został jednym z szefów 
osieroconej 
organizacji. Po tej niesłychanie zuchwałej ucieczce protopartorga "Czerwonym 
cherubinom", 
naturalnie, groziły masowe aresztowania. Wujkowi - groził tylko zwykły 
try-Junał... Ale, ku 
zdziwieniu Pankracego, ani aresztów, ani czystki wśród pracowników MSW nie było.
Jak 
wyjaśniło się później, generał Wściekły za Ŝadną cenę nie chciał wracać na 
poprzednie 
miejsce swojej pracy - na stanowisko dzielnicowego. Dlatego całe zdarzenie 
udokumentowano jako
cud, do którego doszło w okolicznościach absolutnie łagodzących. Sprawa była 
jawnie 
szyta grubymi nićmi. śeby stworzyć cud, który mu przypisywano, Afrykanin 
potrzebowałby 
przynajmniej wsparcia jednej czwartej ludności BakłuŜyna, gdy tymczasem, podczas

niedawnych wyborów, zagłosowało na niego nie więcej niŜ dziesięć procent 
wyborców 
(według oficjalnych danych)! Niemniej jednak, prezydent Gleb Portniagin 
poburczai, 
poburczał - i pozostawił całą tę historię bez następstw... W ogóle odnosiło się 
takie wraŜenie, 
Ŝe ucieczka Afrykanina była wszystkim na rękę. Nawet członkom podziemia.
Kulawiec nie znosił czarodziei jeszcze z dzieciństwa. Za to, Ŝe te sukinsyny 
rzuciły na 
niego urok. AŜ strach pomyśleć: dopóki nie osiągnął dwudziestu lat, chodził i 
trząsł się jak 
pajac! Chłopaki się śmiali, dziewczyny uciekały... Tylko wyć moŜna było! Ale 
spróbuj zawyć 
- jeśli się jąkasz!... Dzięki, Ŝe chociaŜ spotkał Afrykanina. Wtedy jakby na 
nowo się urodził! 
Trzęść się i jąkać, co prawda, nie przestał, ale chociaŜ zrozumiał, co ma 
robić... Likwidować 
te bydlęta, aŜ do ostatniego uzdrowiciela!...
Ale Afrykanin powiedział: "Za wcześnie...". Silnie tym rozczarował Pankracego. 
Spierać się jednak nie spierał, za wcześnie - to za wcześnie. Ale wtedy, kiedy 
przeprawił 
przyjaciela i nauczyciela przez DŜumachlin-kę, Kulawiec poczuł, Ŝe ma rozwiązane
ręce...
Mimo to, kiedy został szefem podziemia, okazał nieoczekiwaną dojrzałość: 
zdecydował przyczaić się na jakiś czas. Nie udało mu się to ni cholery, rzecz 
jasna!... 
Wkrótce stolicą wstrząsnęła seria diabelsko ryzykownych, zawsze z sukcesem 
przeprowadzanych zamachów na najwaŜniejszych członków Ligi Czarodziei. W 
dodatku, za 
kaŜdym razem prasa BakłuŜyna bezczelnie ogłaszała, Ŝe odpowiedzialność za 
zdarzenie 
wzięła na siebie podziemna organizacja "Czerwone cherubiny". Nie, Pankracy byłby
dumny, 

Strona 64

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

gdyby mógł wziąć na siebie taką odpowiedzialność, ale przecieŜ trzeba mieć 
sumienie!...
Kulawiec zaczął się trząść i jąkać silniej niŜ poprzednio... Gdyby, z pośpiechu,
Liga 
Czarodziei nie zniosła kary śmierci, byłby gotów podejrzewać, Ŝe generał 
Wściekły i major 
Wybierzniew są gotowi nawet swoich powybijać, aby tylko podciągnąć jego, 
Pankracego, 
pod paragraf, za który grozi rozstrzelanie. A zamachy trwały nadal - kaŜdy 
zakończony 
pełnym sukcesem... W końcu szefowi podziemia wyszła bokiem ta cała zagadko-
wa diaboliada. Sam zdecydował się przystąpić do gry. Pierwszym z rąk bojowników 
organizacji "Czerwone cherubiny" padł czarodziej Ignacy Fastunow, spiker 
parlamentu, bliski 
przyjaciel prezydenta. Samochod-cy-sterna do mycia ulic, zapełniony po dekle 
baków wodą 
święconą, zalał nią mercedesa Ignacego na alei Nostradamusa. Potem odrzucono 
pokrywy 
włazów kanalizacyjnych - i czterech terrorystów rozstrzelało seriami z automatów
w drobny 
mak bezsilnego czarownika. Kule wzięto spod siedmiu ikon, na wszelki wypadek 
nacięto 
jeszcze na kształt krzyŜa.
Kolejną ofiarą podziemia powinien stać się sam Gleb Portniagin, ale wtedy w 
konspiracyjnym mieszkaniu Pankracego pojawił się bakłuŜyński kontrwywiad w 
osobie 
samotnego i nieuzbrojonego majora Wybierznie-wa. Powściągliwie podziękował 
szefowi 
podziemia za pomoc, poprosił o otwarcie trzech znalezionych przy nim kopert i, 
jeśli moŜna, 
o rozwiązanie rąk. W jednej z kopert znajdowała się spora suma w dolarach (za 
likwidację 
Ignacego Fastunowa), w drugiej - mniejsza kwota (za zgodę na publiczne 
przyznanie się do 
poprzednich zamachów), a w trzeciej - zaliczka.
Pierwszym odruchem Pankracego była chęć wystrzelenia w prowokatora całego 
magazynka, ale jakiś wewnętrzny głos (moŜliwe, Ŝe to był ga-dulka) cicho i 
wyraźnie 
przypomniał mu o Ŝałosnym stanie kasy partyjnej. Kulawiec jeszcze trochę się 
potrząsł, 
potem schował pistolet i polecił rozwiązać łajdaka.
Wcale się nie krępując, gość rozmasował nadgarstki i grzecznie zapytał 
Pankracego o 
dalsze plany. Przypuszczając, Ŝe zastrzeli szantaŜystę zaraz po zakończeniu 
rozmowy, 
Kulawiec szczerze oznajmił mu o planie zabicia Gleba Portniagina. Major ze 
zrozumieniem 
skłonił głowę, ale w subtelny i grzeczny sposób zaproponował inny scenariusz 
zdarzeń. 
Portniagina na razie ruszać nie naleŜy, Portniagin to zleceniodawca... Ale co 
sądzą o liście z 
koperty numer trzy? Proszę zwrócić uwagę: wszyscy, jak leci, czarodzieje czystej
krwi, 
nekromanci, sataniści... MoŜe by tak, na dobry początek, zacząć od nich? 
Płacimy, jak 
widzicie, nieźle...
- N-n-n... N-na... - trzęsąc się, powiedział zdumiony Pankracy. - H-h... N-na 
jakiego 
h...?...
Wybierzniew cierpliwie doczekał się końca tego pytania, po czym pokrótce opisał 
sytuację. W Lidze Czarodziei, pozwólcie zauwaŜyć, mamy dwa skrzydła. Prawe 
wyznaje 
białą magię, a lewe - ciągnie do czarnej. No,
zrozumiałe, Ŝe pomiędzy tymi włas'nie skrzydłami toczy się i rozwija ta walka. 
Prezydent, jak wiadomo, jest białym magiem i nienawidzi satanistów. O, niedawno 
właśnie 
wydał dekret o zakazie przechodzenia duszy w cudze ręce. Rzecz jasna, Ŝe tym 
samym 

Strona 65

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

doprowadził do wzburzenia wśród czarnych, którzy podnieśli larum o "załamaniu 
gospodarczym". "Dusze hurtem" - słyszał pan o takiej firmie? Na kaŜdym 
skrzyŜowaniu stoją 
ich komiwojaŜerowie z plakatami: "Kupię duszę, krzyŜe, zegarki z Ŝółtą kopertą".
Czysta 
grabieŜ mieszkańców - przecieŜ skupują za grosze... A dekret wycina nawet 
korzenie pod tym 
przemysłem... Dlatego teraz w parlamencie mamy schizme... Albo prawica - lewicę,
albo 
lewica - prawicę... A przecieŜ wy - mimo wszystko, jesteście w podziemiu... 
Komu, jak nie 
wam, wmieszać się w tę sytuację!... Nie, no jasne, my moŜemy sami, ale...
Wtedy akurat trzeba było przerwać rozmowę, poniewaŜ Pankracy doznał ataku 
epilepsji. Pierwszy raz w Ŝyciu. Kulawiec nie był mocny w dia-lektyce, dlatego 
nigdy mu nie 
przyszło do głowy, Ŝe im bardziej sobie są pokrewne dusze, tym silniej się 
nienawidzą. 
Pojednać je moŜe jedynie obecność wspólnego wroga. Gdyby Pankracy był bardziej 
spostrzegawczy, doszedłby do tego wniosku samodzielnie, opierając się przy tym 
li tylko na 
Ŝyciowym doświadczeniu.
Dla przykładu - dlaczego młode pary tak rzadko Ŝyją zgodnie pod dachem rodziców?

Dlaczego wojują z rodzicami, próbując się usamodzielnić? Tylko po to, aby móc 
później, bez 
Ŝadnych przeszkód, urządzać sobie wzajemnie ustawiczne awantury! Tak samo i w 
polityce... 
Wystarczy komukolwiek wspólnie dojść do władzy - patrz, juŜ po roku dwie trzecie

zwycięzców zostało od niej odsuniętych, wsadzonych do ciupy, albo nawet - 
rozstrzelanych. 
Przez swoich współwyznawców, towarzyszy partyjnych...
Kiedy przywrócono go do przytomności, lider "Czerwonych cherubinów" najpierw 
upewnił się, czy majora czasem juŜ nie wykończyli. Potem rozkazał pozostawić ich
sam na 
sam. Wcześniej bakłuŜyńska Liga Czaro-dziei przedstawiała się Pankracemu jako 
jedna, 
ciemna siła. Teraz przejrzał na oczy - płacąc za to atakiem epileptycznym. A 
więc to tak 
wyglądają u nas sprawy!... No, cóŜ... Jeśli czarnoksięŜnicy, którzy wygrali 
wybory, zaczęli z 
głupoty wykańczać siebie nawzajem, to ze strony Pankracego byłoby wręcz grzechem
nie 
pomóc w takiej szlachetnej sprawie... W koń-
u to jego partyjny, a nawet zwykły ludzki - obowiązek. A równocześnie;asa się 
napełni...
- Z-z... Z-z... - zdecydował się Pankracy. - Z-zgadzam się...
Włas'nie od tego momentu podziemna organizacja "Czerwone cherubiny" zaczęła, 
moŜna by tak powiedzieć, łączyć przyjemne z poŜytecznym. A poniewaŜ kaŜdy akt 
terrorystyczny przygotowywano wspólnie z kontrwywiadem, praktycznie nie było 
niewypałów. JuŜ zaczęto straszyć dzieci Pankracym ("Nie zjesz kaszki - Kulawiec 
ciebie 
zabierze...")- Jak przyjemnie cos' takiego usłyszeć! Mimo wszystko sumienie 
Pankracego 
Ŝarły wyrzuty i rozdzierały wątpliwości... Czy wolno wstępować w zmowę z 
wrogiem? Czy 
moŜna nazwać uczciwymi te dolary, którymi napełnia kasę partyjną? Pankracy 
denerwował 
się, wyraźnie pogorszyła się jego wymowa, nasilił się zez... W końcu nie 
wytrzymał - i na 
znak protestu - zorganizował zamach na powszechnie znanego białego maga, którego
na 
liście, rzecz jasna, nie było...
Reakcja podpułkownika Wybierzniewa (niedawno awansował) na tak jawną 
samowolę poraziła Pankracego.
- Słuchaj, przecieŜ masz rację... - w zamyśleniu powiedział mu na spotkaniu 
podpułkownik (do tego czasu juŜ dawno zdąŜyli przejść na "ty"). - Dlaczego sami 
do tego nie 

Strona 66

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

doszliśmy? Jeśli będziemy odstrzeliwać tylko czarnych, kaŜdy dureń domyśli się, 
o co chodzi. 
Daj no, dorzucimy tu do spisu ze trzy sztuczki bielutkich... Dla pełnej 
naturalności...
Podpułkownik z terrorystą, z troską na twarzach nachylili się nad listą...
Tak minęło kilka lat. Pankracy stał się spokojniejszy, w jego oczach pojawiła 
się 
mądra zaduma, a trzęsionka i jąkanie się zaczęły zanikać. Kiedy którykolwiek z 
jego 
bojowników proponował wykonać jakiś akt terrorystyczny za darmo, Pankracy tylko 
marszczył swoją wąską i krzywą twarz w uśmiechu i kiwał odmownie głową.
- Z-zapamiętaj... - mówił. - jeden cel - to nie c-c-cel... J-j... jeśli uderzasz
- to b-bij we 
dwa... a jeszcze 1-lepiej - od razu w t-trzy...
I uderzał co najmniej w dwa cele za jednym zamachem, nanosząc wrogowi 
równocześnie straty fizyczne i finansowe. To znaczy - nie odsyłał nikogo bez 
zamówienia do 
piachu.
Od czasu do czasu, zza DŜumachlinki przedzierali się łącznicy z pozdrowieniami 
od 
Afrykanina. Pankracy chętnie informował ich o wykona-
nych zadaniach, przy okazji wyliczając wykończonych czarowników w rubryce 
terroru indywidualnego, a otrzymane od Wybierzniewa dolary księgował jako 
rezultaty 
ekspropriacji, jakimi w gruncie rzeczy były. Klim Jezusów rozliczał się 
oddzielnie...
Szefowie podziemia przestępczego w BakłuŜynie szanowali Pankra-cego i uwaŜali go

za tak mocnego, Ŝe nawet nikomu nie doradzali pchania się do polityki. "On tam 
ma juŜ 
wszystko w swoich łapach..." - mówili z pełną znajomością przedmiotu...
W tym pechowym roku, kiedy protopartorg w niełasce, uciekając z Łycka, 
przekroczył po wodzie, jak po lądzie, granicę państwową, w interesie panował 
okres pewnej 
posuchy. Wszystkich, których trzeba było, juŜ usunęli, nie pojawiały się nowe 
zamówienia od 
Wybierzniewa. Właściwie przyszła pora zająć się samym Glebem Portniaginem, ale 
Kulawiec 
ciągle jeszcze wyczekiwał, mając nadzieję, Ŝe nagle trafi się jakieś małe, ale 
zawsze - 
zamówionko. Kiedy partyjna kasa opustoszała do końca, okradał jakiś niezbyt 
wielki bank i 
księgował zysk w rubryce ekonomicznego zamachu na demokrację. Jeszcze nie 
opuścił się do 
rozkułaczania farmerskich gospodarstw...
Arystarch Retiwoj spojrzał na zegarek i zatrzasnął księgę.
- Czas do roboty - powiedział, powstając z krzesła.
Kulawiec spojrzał na Arystarcha poprzez nierealnie szybko mrugającą powiekę. 
Nigdy wcześniej nie przyjąłby zamówienia od organizacji handlowej - tym bardziej
zlecenia 
dotyczącego zniszczenia kompromitujących materiałów. Ale, po pierwsze, Klim 
Jezusów 
bardzo o to prosił, a po drugie, kto mógł wiedzieć, Ŝe sejfy banku sadowników, 
który ograbili 
w zeszłym tygodniu, okaŜą się praktycznie puste!...
Kiedyś, po odprowadzeniu Afrykanina do Łycka, Pankracy Kulawiec i Klim Jezusów 
podzielili między siebie obowiązki oraz - przy okazji - kadry podziemia. 
Pankracy ze swoimi 
bojowcami miał zająć się właściwym terrorem, a Klim - jego finansowym 
zabezpieczeniem, 
do czego załoŜył firmę handlową "Niewygoda", której stał się szefem. Ale wtedy 
akurat 
pojawiła się seria zamówień od Wybierzniewa, i Pankracy nie potrzebował
pieniędzy. Przez kilka lat oba ugrupowania istniały odrębnie i niezaleŜnie. 
Jednak 
teraz Klim powaŜnie wpadł, rzucił się po pomoc do Pankracego, teŜ siedzącego na 
mieliźnie 
w związku z ogólną posuchą i brakiem zapotrzebowania na akcje terrorystyczne...

Strona 67

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

S-sam... p-pójdziesz?... - zaciekawił się Kulawiec.

-

Trzeba sprawdzić nowicjusza... - niechętnie odpowiedział Retiwoj.

-

N-n-n... n-n... - zaczął Kulawiec.

-

Prosi się do grupy bojowej... - wyjaśnił Retiwoj, od dawna rozumiejący 

Pankracego 
w pół słowa.
Wyjął z kieszeni pilota i skierował na ścianę. Nacisnął przycisk - jedna trzecia
ściany 
odsunęła się na prawo, odsłaniając przejście do sąsiedniego pokoju, gdzie 
rozwaleni na 
krzesłach bojowcy czyścili broń i okadzali kadzidłem legitymacje partyjne. Jedni
w riasach, 
inni w mundurach polowych. W odległym kącie brzęczała frezarka. Na niej nacinali
na krzyŜ 
pociski kul.
-

S-stójL. Retiwoj odwrócił się.

-

I-i... ja t-teŜ z-z tobą...

Retiwoj ze współczuciem pokiwał głową. Wiedział, Ŝe to nie po prostu zachcianka.

Nic tak nie uspokaja roztrzęsionych nerwów, jak osobisty udział w robocie. 
Choćby nawet w 
takiej niezbyt waŜnej... Zresztą, akcji, w której bierze udział sam Pankracy 
Kulawiec, nie 
moŜna juŜ nazwać mało waŜną, poniewaŜ Pankracy miał jeden niemiły zwyczaj - 
związany z 
jąkaniem się - nie mówiąc słowa od razu strzelał do celu.
- Tylko, wiesz... - z troską uprzedził go Retiwoj. - Nie gniewaj się, ale jeśli 
będzie 
trzeba, to ja będę mówił...
***
-

Wy do kogo?... - przyczepił się do nich w westybulu ogolony na łyso 

ochroniarz w 
mundurze polowym - i zamilkł, wpatrzony w obszerną riasę nowicjusza.
-

Nie do ciebie, nie do ciebie... - rzucił, nie odwracając głowy, Retiwoj.

- śyj sobie 
jeszcze...
-
Wszyscy trzej weszli po wysłanych dywanem schodach na pierwsze piętro. 
Nowicjusz, trzeba mu przyznać, zachowywał się nieźle. Nie okazywał Ŝadnych oznak
strachu.
- NajwaŜniejsze - to się nie bój - mimo to tłumaczył mu po przyjacielsku Red 
woj. - 
PrzecieŜ nie s'więci garnki lepią... Ja teŜ na początku krępowałem się. Zamówią,
zdarzało się, 
znajomego - oj, jak nieprzyjemnie... A potem mi to nie przeszkadzało, 
przywykłem... Stój! 
Przyszlis'my...
Odstąpił na parę kroków, zamierzając wybić drzwi nogą.
-

Z-za... - uprzedził go z niezadowoleniem Pankracy.

-

Myślisz, Ŝe zostały zaklęte?... - zwątpił Retiwoj, ale na wszelki 

wypadek uwaŜnie 
obejrzał zawiasy. - Tak, rzeczywiście, patrz, rzucili urok... Ech, ty! I jeszcze
zamknij-zioło 
pod zasuwę podłoŜyli... bezpartyjne antychrysty!...
Trzykroć się przeŜegnał i nakreślił krzyŜ na ościeŜnicy, potem na progu. 
Następnie 
wyciągnął płaską, srebrną olejarkę, polał z niej skoncentrowaną wodą święconą 
zawiasy i 
odrobinę wlał do dziurki od klucza. Zaszumiało, z oblanych elementów uniosły się

zielonkawe smuŜki dymu. W zamku zawarczało jakieś pogańskie plugastwo - i, 
sądząc ze 
wszystkiego, zdechło.
Arystarch Retiwoj znowu cofnął się pod przeciwległą ścianę, wymamrotał krótką 
modlitwę: "Ci z góry nie mogą, ci z dołu nie chcą, amen..." - następnie z 
pierwszego kopa 
wywalił drzwi.
Histerycznie zaterkotał alarmowy dzwoneczek, zamigotała czerwona lampka. Na 

Strona 68

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

hałas z sąsiedniego gabinetu wysunęła się czyjaś zbytnio ciekawska morda, ale na
czas 
zdąŜyła się schować.
- Tak, widzisz teraz, nowicjuszu - dydaktycznie wygłosił Retiwoj. - Gdyby na 
naszym 
miejscu był jakiś znachor, to pół dnia męczyłby się z tymi drzwiami... A my, jak
widzisz, z 
BoŜą pomocą...
Wziął nowicjusza za rękaw riasy, wprowadził do otwartego pomieszczenia. Ponury 
Pankracy Kulawiec zatrzymał się na chwilę na progu, z Ŝalem rozejrzał się po 
pustym 
korytarzu, nerwowo gładząc rękojeść pistoletu. Poszukiwana opancerzona 
dyplomatka z 
materiałami kompromitującymi wyzywająco leŜała na samym skraju biurka.
- Weź - rozkazał Retiwoj.
Kandydat na bojowca zawahał się, wyciągnął rękę.
-

StraŜ!... Kradną!... - skrzypiącym głosem wyraźnie wygłosiła dyplomatka.

Nowicjusz zdębiał, pytająco spojrzał na Retiwoja.
-

No, co ty? - ten rzekł do niego łagodnie. - To tylko stróŜkal... Taki 

gadułka, tylko 
wąsko wyspecjalizowany i umocowany...
-

Mówi: kradną... - ściszonym głosem powiedział nowicjusz. Nagle 

tajemniczo puścił 
oko.
Retiwoj zdetonowany, ze zdziwieniem spojrzał na wspólnika, wzruszył ramionami. 
Wsunął dyplomatkę pod pachę. Trójka grabieŜców opuściła gabinet, zeszła po 
schodach, 
przeszła przez wymarły westybul. Skierowali się do dŜipa.
Na niebie zbierały się chmury i basowo ryczały turbiny samolotów. Po chodniku, 
chlipiąc i rozmazując łzy po nieogolonych policzkach, kuśtykał jakiś włóczęga. 
Jego prawa 
stopa była ściśle owinięta brudną szmatą. Dziwne... Jutro przybywa komisja 
specjalna ONZ, a 
tu po alei pętają się włóczędzy!... Jak to moŜliwe, Ŝe go jeszcze do tej pory 
nie zwinęli?...
-

StraŜ!... Kradną!... - skrzypiąco rozlegało się spod pachy. - StraŜ!... 

Kradną!...
-

Do biura - rozkazał Retiwoj, siadając na tylnym siedzeniu. Potem 

wyciągnął spod 
kurtki niewielki łomik, polał go z tej samej srebrnej oliwiarki, z krótkotrwałym
chrzęstem 
otworzył opancerzoną dyplomatkę.
-

StraŜ!... Kra... - skrzypiący głos zamilkł.

-

Hmmm... - z troską odezwał się Retiwoj, przeglądając wyciągnięte z 

dyplomatki 
dokumenty. - Spójrz no... Wydaje się, Ŝe to jest to, co potrzeba...
Pankracy, siedzący obok kierowcy, ze wstrętem przyjął papiery przez ramię, 
przejrzał 
bez zainteresowania, chciał zwrócić...
- No, dawaj... - nagle dobiegło z tylnego siedzenia - i rozpostarta łapa władczo

bezceremonialnie zabrała kompomitujące materiały.
DŜip zakręcił na jezdni. Kulawiec i Retiwoj zdębieli. Potem powoli odwrócili się
do 
nowicjusza - i powtórnie osłupieli. Na tylnym siedzeniu, z uniesionymi srokatymi
brwiami i 
gniewnie pochylając obszerną wypukłą łysinę, przygarbiony, przeglądając 
nielegalnie 
zdobyte papiery, siedział protopartorg Afrykanin.
- Witaj, Pankracy - rzekł surowo. Potem, nie odwracając głowy, skierował wzrok 
na 
Retiwoja. - Witai i tv. Arvstarchu...
- W-w... w-i-i... - wgapiony z ogłupiałą miną w protopartorga, zaczął Pankracy, 
ale 
słowo zaklinowało mu się w ustach - a ręka o mało nie sięgnęła, z nawyku, po 
pistolet.
Retiwoj milczał, jak przyszpilony, choć wcześniej obiecał, Ŝe w razie czego 

Strona 69

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

rozmawiać będzie właśnie on. Nawiasem mówiąc, nikt go wtedy za język nie 
ciągnął!...
- Zatrzymaj... - powiedział protopartorg.
Kierowca był zupełnie młody - Afrykanina, rzecz jasna, nigdy nie widział. 
Niemniej 
jednak posłusznie zwolnił, podjechał dŜipem do chodnika, o dwadzieścia metrów 
przed 
światłami skrzyŜowania.
- No cóŜ, Pankracy... - w zamyśleniu rzekł protopartorg, potrząsając papierami. 
- Za 
przestępstwo - nie pochwalę. Ale za to, Ŝe zachowałeś podziemie - jesteś 
chwatem... - 
Otworzył drzwiczki, postawił zamszową od kurzu bosą nogę na wymyty wodą z 
proszkiem 
do prania asfalt. - O dwudziestej pierwszej zero-zero zbieramy się u ciebie w 
biurze. A te 
dokumenciki, nie obraŜaj się, sam zaniosę Klimowi - pod wieczór... Myślę, Ŝe 
wytrzyma...
Wyszedł, trzasnął drzwiczkami - i poszedł, nie zwracając uwagi na hamujące z 
piskiem opon samochody. Na biodrze Pankracego cieniutko zapiszczał pager. Trzy 
woskowe 
figury we wnętrzu dŜipa oŜyły, poruszyły się. Nie spuszczając oszalałych oczu z 
okrągłych, 
oddalających się pleców Afrykanina, Pankracy zdjął z pasa krzykliwy aparacik. 
Poczekał, aŜ 
plecy znikną zupełnie z pola widzenia, nacisnął przycisk, z nawyku zająkując się
przetzytał 
wiadomość:
"C-ciocia umiera. M-mile widziana t-twoja obecność o 1-1-16.4-40. W-wujek".
Kontrwywiad w końcu zdecydował się pocieszyć go zamówieniem...
***
Całe podziemie, aŜ do ostatniego "cherubina" zostało podniesione na nogi. JuŜ po

niecałej półgodzinie Pankracy wiedział wszystko. Zameldowano mu o pieszym 
przekroczeniu 
granicy wodnej, ze skrzatem na rękach; o porannym cudzie z ciąŜkiem... Kulawiec 
był 
wściekły.
Kim on jest, ten Afrykanin? Ach, załoŜyciel... Powiecie pewnie: zało-7vnipli 
7j"ło7vcid czeeo? Czvm były za jego czasów "Czerwone cheru-
biny"?... Klubem! Zbiorowiskiem gaduł!... A teraz to bojowa organizacja!... Co 
ma z 
tym Afrykanin? Kiedy trzepał jęzorem, tam w Łycku, w Biurze Politycznym, i 
wykorzeniał 
drogową sygnalizację świetlną, tutaj strzelali, wysadzali, pracowali... A teraz 
- oczywiście! 
Pojawił się! Na g-g-g-gotowe...
Myśli przelatywały przez jego głowę tak szybko, Ŝe Kulawiec zapominał jąkać się.

Widzisz, znalazł się... cudotwórca!... Nie, no właściwie, rzecz jasna, to jest 
cudotwórcą... 
DŜumachlinkę przeszedł po wodzie, jak po lądzie... Tak, ale przecieŜ ten 
pierwszy, zupełnie 
pierwszy cud!... W areszcie! Kiedy kraty rozpadły się, zamki w proch 
rozsypały... Kto tego 
wszystkiego dokonał? Czy Afrykanin?... A guzik prawda! To sam Kulawiec dokonał 
tego 
cudu! Pankracy Kulawiec!... Ryzykując sobą, ryzykując wujkiem, do diabła!...
Pankracy, prawie płacząc, miotał się po biurze pod rozumiejącym go, 
współczującym 
spojrzeniem Arystarcha Retiwoja. JuŜ dawno trzeba było wezwać lekarza i zrobić 
szefowi 
podziemia zastrzyk... Ale Arystarch odkładał decyzję, bojąc się okazać 
nietaktownym...
TeŜ mi wódz! Rzucił organizację na łaskę losu, to jest złoŜył w jego ręce, jego 

Pankracego, a sam najspokojniej w świecie usadził d... do łódki - i popłynął na 
tamten 

Strona 70

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

brzeg!... Czy wodzowie tak postępują?...
Jednak w głębi duszy Pankracy Kulawiec doskonale rozumiał całą niesprawiedliwość

swoich zarzutów. Właśnie tak postępują wodzowie... Nie było jeszcze przypadku, 
Ŝeby 
postąpili inaczej... Czym wścieklej przeklinał w myślach Afrykanina, tym 
wyraźniej owiewał 
odwaŜne serce terrorysty jakiś chłodek. Wątpliwe, Ŝe był to strach - raczej - 
sumienie. Mimo 
wszystko protopartorg, co by nie mówić, zrobił dla Pankracego niemało: 
zaopiekował się, 
wychował, naznaczył zastępcą...
Krótko mówiąc, sytuacja jest skomplikowana. Kiedy uczeń doskonale wie, Ŝe 
przewyŜszył nauczyciela, a nauczyciel z czystego uporu nie chce uznać się za 
przewyŜszonego...
- Słuchaj... - powiedzal Retiwoj, zakaszlał. - A moŜe my jego... inni...
Pankracy zamarł i spojrzał na towarzysza partyjnego spopielającym wzrokiem. Po 
wielu latach wspólnej pracy on takŜe nawykł pojmować Arystarcha w pół słowa. 
Kilka 
sekund trwała cięŜka, wewnętrzna walka.
-

N-nie... - w końcu rzucił Kulawiec prawie bez jąknięcia. Arystarch 

pozwolił sobie 
trochę się rozluźnić. Na ile znal Pankracego, odpowiedź mogła paść jakakolwiek: 
od zgody 
do strzału między oczy...
-

S-s...

-

Skrzata - szukamy... - Arystarch oznajmił z westchnieniem. - Nie 

tylko'my...
-

K-k...

-

Tak, kontrwywiad teŜ...

-

S-s...

-

Tak, staramy się jak najszybciej...

Kulawiec, niezadowolony z siebie, jakoś przemógł swojego zeza i spojrzał na 
zegarek. 
JuŜ czas jechać i przyjąć zamówienie...
¦
Dzwonek nie działał, trzeba było stukać. Drzwi otworzył osobiście podpułkownik 
Wybierzniew. Gospodarza mieszkania, pewnie jak zawsze, wysłał na spacer...
-

W-w-w... - zaczął Pankracy.

-

Witaj, witaj... - nie czekając końca jego słów, odezwał się Ŝyczliwie 

podpułkownik. 
- Jak tam sprawy?...
-

H-h...

- No i świetnie - odrzekł mu w roztargnieniu Wybierzniew. - Wchodź... Rozsiedli 
się 
w kuchni. Przed nerwowymi oczyma Pankracego nie ukrył się fakt, Ŝe Wybierzniew 
był nie w 
sosie. Albo był czymś rozwścieczony, albo roztargniony... Zresztą sam Pankracy 
takŜe nie był 
w najlepszym nastroju.
- Od razu uprzedzam: zamówienie nie jest zwykłe... - w końcu pierwszy przerwał 
milczenie podpułkownik i zasępił się. - Wczoraj wieczorem twój przyjaciel i 
nauczyciel 
Nikodem Ludzki przeszedł przez granicę. Dzisiaj pojawił się w stolicy... Zresztą
co ja ci, 
właściwie, opowiadam! Sam przecieŜ z nim niedawno rozmawiałeś...
Pankracy siedział nieruchomo, jak pomnik. Nawet dolna powieka lewego oka 
przestała drgać. Proponowali mu sprzątnąć Afrykanina! Na se-lrunio ni-zori 
rv-vma 
Pankranepo noiawiłv sie wszystkie pozytywne aspekty takiego czynu. Pozostanie 
głową 
podziemia. Nikt mu nie będzie przeszkadzał głupawym wyraŜonkiem "za wcześnie" w 
walce 
z czarownikami, nikt nie podporządkuje go Łyckowi. A małe dzieci w BakłuŜynie 
dalej, jak 
uprzednio, będą straszyć Pankracym, a nie Afrykaninem...
- Niezwykłość zamówienia będzie polegała na tym... - pochrząkując, kontynuował 
dalej podpułkownik. - Na tym, Ŝe robota będzie nie jak zazwyczaj, a raczej, na 

Strona 71

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

odwrót...
Na odwrót. No, naturalnie, na odwrót! Wcześniej kontrwywiad podsuwał Pankracemu 
czarodziejów, a teraz Pankracy będzie musiał podsunąć kontrwywiadowi 
protopartorga. 
Czapka za kapelusz ...
Ale nie! Na próŜno się cieszycie!... (Dolna powieka lewego oka zadrgała 
nerwowo). 
Nigdy Pankracy Kulawiec nie przyjmie takiego hańbiącego zamówienia! Ach, 
podpułkowniku, podpułkowniku... Widać niczego się nie nauczyłeś! No, kto 
dwukrotnie 
popełni ten sam błąd i rzuci wyzwanie losowi? Pierwszy raz Pankracy chciał 
ciebie zastrzelić, 
kiedy jeszcze miałeś rangę majora - kilka lat temu... Ale teraz zastrzelić - to 
jak splunąć!... 
Mów sobie, mów...
Albo jednak, mimo wszystko, moŜe jednak... Wymęczone serce Pan-kracego, boleśnie

ścisnęło się, zatrzymało na półtorej sekundy, a wyobraźnia znowu kusząco 
wyliczyła 
wszystkie korzyści, wynikające z przyspieszenia śmierci protopartorga...
- Krótko... - Wybierzniew podniósł na Pankracego głębokie, trochę zapadłe oczy i

wyraźnie wyrzekł: - Afrykanin potrzebny mi jest Ŝywy, zdrowy i na wolności... 
Zapewnij mu 
taką ochronę, aby mu ani jeden włos z głowy nie spadł. No jak? Weźmiesz się za 
to?
Pankracy Kulawiec zadrŜał, jak przygłup wybałuszył oczy, potem w konwulsjach 
spełzł z taboretu na dziurawe linoleum kuchni - dostał ataku epilepsji. Drugi 
raz w Ŝyciu.
ROZDZIAŁ 9
NIKA NIEWYRAZINOWA, lat dwadzieścia osiem, niezaleŜna artystka
W dzieciństwie uczono Nike Niewyrazinową grać na skrzypcach i zgodnie z dobrą, 
ówczesną tradycją, często przy tym karano rózgą. Mimo to nie udało się narzucić 
jej 
Ŝartobliwym paluszkom zwyczajowej suchej biegłości, za to udało się - 
przynajmniej na jakiś 
czas - przyuczyć ich właścicielkę do porządku. To niewiarygodne, ale nawet po 
wyjściu za 
mąŜ Nika Niewyrazinową (nazwiska zdecydowała się nie zmieniać) dosyć długo 
powstrzymywała swoje instynkty. Jednak gdy osiągnęła dwadzieścia cztery lata, z 
jej pamięci 
kompletnie wymyło się wspomnienie ojcowskiego rzemienia - Nika statecznie 
osiadła w 
domu i oddała się najbardziej wyuzdanemu estetyzmowi.
Jakikolwiek codziennie niezbędny w gospodarstwie domowym przedmiot, kiedy 
wpadł w jej oko, ryzykował transformację w dzieło sztuki, innymi słowy - w coś, 
co od tej 
chwili nie nadawało się do Ŝadnego uŜytku. Nagle - wyświecone od częstego 
uŜywania - 
widelce zostały wetknięte w korek od termosa, a powstała w rezultacie stokrotka 
lądowała na 
ścianie, gdzie wisiała aŜ do zupełnego sczernienia.
Jeść trzeba było wyłącznie łyŜkami, jak na prawosławnej stypie.
Z ludźmi Nika obchodziła się tak samo bezceremonialnie, z natchnieniem, 
dopasowując ich do siebie. Z pasją łączyła to, co się nie da połączyć. 
Wszystkich swoich 
przyjaciół i przyjaciółki zdąŜyła zeswatać i porozwo-dzić, a tych, którzy na 
czas nie potrafili 
stosownie zareagować, to nawet dwukrotnie.
Wszystko u niej było inaczej niŜ u normalnych ludzi! Wiadomo, na przykład, Ŝe 
normalny człowiek (w sensie - nie czarownik) moŜe zobaczyć skrzata tylko stojąc 
na progu i 
patrząc pomiędzy nogami. A tutaj, do diabła, nic takiego! Przyjmując tę 
ryzykowną pozę, 
Nika właśnie PRZESTAWAŁA widzieć skrzaty... Sama o tym nie wiedząc, rozprawiła 
się 
pewnego razu z całym ich ugrupowaniem, kiedy brygada Golbieczyka wypadła od niej
cała 

Strona 72

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

uczesana, wycałowana, wyondulowana i - co najstraszniejsze - z niebies'ciutkimi 
kokardkami... W niebieściutkich, wyobraźcie sobie!...
Słaba nadzieja na to, Ŝe mąŜ pewnego razu weźmie rzemień i wróci Nike 
społeczeństwu, zniknęła po tym, kiedy zaciągnięto do nich w gości jakiegoś 
zagranicznego 
turystę. Kiedy zobaczył na ścianie wyŜej wspomnianą stokrotkę z widelców, jęknął

zachwytu i spytał przez tłumacza, ile to arcydzieło moŜe kosztować. Nika, nie 
myśląc, 
chlapnęła: "Tysiąc!" - mając na myśli, rozumie się, tysiąc jefremek. Gość, nie 
zastanawiając 
się, zapłacił tysiąc baksów, wygłup stał się zawodem, a mąŜ wniósł o rozwód.
Oczywiście, Ŝe kupcy arcydzieł Niki, będąc obcokrajowcami, zajmowali się 
zapamiętale szpiegostwem. Niedługo Niewyrazinową, na swoje nieszczęście 
zainteresował 
się bakłuŜyński kontrwywiad. Generał Wściekły dał szybko wspinającemu się po 
szczeblach 
kariery majorowi Wybierz-niewowi tajne zadanie nawiązania bliskich stosunków z 
gospodynią salonu. Generałowi nie mogło przyjść do głowy, Ŝe Wybierzniew (znany 
ogier!) 
juŜ dawno zawarł z Niką najbliŜsze z moŜliwych stosunków i teraz nie wie, jak 
się od niej 
odczepić.
W ramach zemsty Nikołaj wydał na udawane bliŜsze poznanie się diabelsko wysoką 
sumę skarbowych pieniędzy - a i tak uwaŜał siebie za poszkodowanego...
Tego dnia Nice do głowy przyszła myśl, Ŝe moŜna pobielić skrzypce...
Wizja oślepiająco białego instrumentu smyczkowego na tle przypalanej deski do 
krojenia chleba była tak plastyczna, Ŝe Nika natychmiast wspięła się na taboret 
i otworzyła na 
ościeŜ drzwiczki antresoli, w której zapylonej i ciemnej głębinie całkiem 
prawdopodobnie 
mogła znajdować się puszka wodnej emulsji, a jeszcze lepiej - nitrolakieru.
Zagruchotały, spadając na podłogę, miski i niecki, a potem w zakurzonej i 
mrocznej 
głębi coś miękko odskoczyło. Przed cofającą się Niką zapaliły się dwie 
Ŝółto-zielonkawe 
źrenice.
Taboret uciekł jej spod stóp i hałas stał się jeszcze głośniejszy.
-

Cicho tam! - wyszeptano z antresoli. - Rozhulała się!... - W ciemnym 

prostokącie 
pokazało się kudłate, jasnoszare liczko - całe w pajęczynie i w tynku.
-

Uuu-puuu... - zwijając usta w ryjek, wywarczala leŜąca na podłodze Nika,

patrząc 
jak zaczarowana na tę wdzięczną istotkę. W ogóle uwielbiała wszystko, co 
puszyste.
Znowu wskoczyła na taboret - skrzat odskoczył.
- Gdzie z tymi łapami? - wysyczał. - Spróbuj tylko mnie dotknąć - od razu 
pozbawię 
cię pamięci!
Znalazł sobie kogo straszyć! Nie słysząc groźby, Nika spróbowała przesunąć 
dłonią 
po jasnoszarej sierści... Skrzat wściekł się, rzeczywiście pozbawił ją pamięci.
Znalazł sobie, czego ją pozbawiać! Taboret uciekł ponownie spod jej nóg, i łomot

powtórzył się.
- Uuu-puuu... - zwijając usta w ryjek, wywarczała leŜąca na podłodze Nika, 
patrząc 
jak zaczarowana na tę wdzięczną istotkę. Znowu wskoczyła na chwiejny drewniany 
piedestał, 
za co została powtórnie pozbawiona pamięci.
Łomot.
- Uuu-puuu...
Wtedy w końcu skrzat pojął, Ŝe upadki z taboretu i skoki na taboret mogą trwać w

nieskończoność, pogodził się z losem i z obraŜoną miną pozwolił się pogłaskać.
-

Wszystko, tak? - ze złością zapytał. - To teraz zamknij drzwiczki. Jeśli

ktoś będzie 
pytał - mnie tu nie ma, jasne? Co się gapisz? No tak, ukrywam się, ukrywam!...

Strona 73

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

Ja-jaki puszysty... - nie odrywając od niego wzroku, mówiła Nika.

-

Przed kim, przed kim!... - przedrzeźniał jej ton głosu skrzat, takŜe, 

najwidoczniej, 
niezbyt się przysłuchując słowom rozmówczyni. - Przed kim trzeba, przed tym się 
ukrywam!
-

Ucze-szemy... - marząco wyszeptała Nika.

-
-

Sam się wkopałem, oto dlaczego! - gniewnie odpowiedział. - Otoczyli 

mnie, 
bydlaki, ze wszystkich stron...
-

Kokardkę na szyję...

-

A moi, rzecz jasna, z Łycka! - łamiącym się z gniewu głosem rzucił 

skrzat.
Ale wtedy dzwonek do drzwi (Nika gdzie tylko mogła, tam unikała elektryczności) 
zabrzęczał jak szalony - i w przedpokoju na sekundę zapadła czujna trwoŜna 
cisza.
- Zamknij drzwiczki! - cichutko pisnął skrzacik.
Taki pisk wydaje zazwyczaj kocica, którą przyparli w rogu do s'ciany. Nika nawet

oprzytomniała na chwilę, co - nawiasem mówiąc - zdarzało się jej nader rzadko. W
kaŜdym 
razie, nie kłócąc się, zatrzasnęła drzwiczki, zeskoczyła z taboretu i poszła 
otwierać.
- A jeśli spytają, dlaczego miednice na podłodze - doleciał szelest zza 
zamkniętych 
drzwi antresoli - powiedz: wiercipiętki się rozswawoliły!...
Czy to przez swoje obyczaje, czy to jej aura posmarowana była miodem - Nika 
stale 
przyciągała do siebie wszelkie awantury. Powołane przez Portniagina Biuro 
Klimatu 
Astralnego stale zaznaczało w swoich raportach strefy podwyŜszonego napięcia na 
rogu alei 
Niedobrowa i Nostrada-musa, w dodatku epicentrum tajemniczego napręŜenia zawsze 
znajdowało się w mieszkaniu numer dziesięć. Próby wyjaśnienia tego zjawiska 
przyczynami 
wyłącznie naturalnymi nie wydają się przekonywające, poniewaŜ dopóki mieszkali 
tam 
poprzedni gospodarze, wszystko u nich z astralem było w porządku...
Kiedy Nika zatrzasnęła za skrzacikiem drzwiczki antresoli, zeskoczyła z taboretu

poszła otwierać drzwi wejściowe, jeszcze nie wiedziała, rzecz jasna, Ŝe jej 
dwupokojowe 
mieszkanie jest otoczone z góry, z dołu, a takŜe ze wszystkich pozostałych 
czterech stron 
świata, włączając w to aleję Niedobrowa.
Zaczęło się wszystko od tego, Ŝe o jedenastej rano szef łyckiej diaspory 
skrzatów 
Karmiciel, wyraźnie wystraszony, osobiście pojawił się w budynku MSW republiki. 
ZaŜądał 
spotkania z podpułkownikiem Wybierzniewem. Jednak Nikołaj juŜ wyjechał ze swoimi

orłami do DŜumachły, aby poprowadzić śledztwo w sprawie antygrawitacji. Wtedy 
zrozpaczony Karmiciel, ryzykując ściągnięcie na swoją głowę gniewu Papcia, 
poszedł prosto 
do generała Wściekłego, oznajmił mu o pojawieniu się w stolicy tego samego 
skrzata, który 
wczorajszego wieczoru przeszedł DŜumachlin-kę razem z Afrykaninem.
Miasto natychmiast podzielono na kwadraty, rozpoczęto poszukiwania. Postawiono 
na 
nogi wszystkie nieczyste siły BakłuŜyna - jasnoszarych i róŜnokolorowych, 
dołączono nawet 
czarodziei... JuŜ około południa generałowi z zaŜenowaniem zameldowano, Ŝe 
zbiega w 
stolicy nie wykryto.
Wściekły zamyślił się. W ciągu trzech godzin skrzat w Ŝaden sposób nie zdąŜyłby 
opuścić granic miasta - nóŜki za krótkie... Generał skierował się do mapy 
operacyjnej. W tym 
miejscu znajdują się cztery obiekty, nie przeszukane przez jasnoszarych bojowców

Strona 74

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Karmiciela. Prawe skrzydło muzeum etnograficznego jest dla nich niedostępne, 
poniewaŜ tam 
przechowywana jest cudowna ikona... Biura firm "Niewygoda" i "Ograbank" 
codziennie 
skrapiane są wodą święconą - najpewniej teŜ nie moŜna ich brać pod uwagę. Co 
pozostało? 
Pozostaje, jak zawsze, mieszkanie obywatelki Niewyrazinowej. O, tutaj, 
teoretycznie moŜe 
dotrzeć skrzat, ale nie tubylec - tylko obcy... Miejscowi nie zaryzykują...
Najpierw generał chciał od razu wystawić zezwolenie na rewizję, ale pomyślawszy,

zdecydował się nie podstawiać niepotrzebnie ani siebie, ani Wybierzniewa. 
Zwłaszcza, Ŝe w 
tym przypadku podpułkownik najprawdopodobniej był czysty. Po pierwsze, miał 
stuprocentowe alibi, po drugie, zazwyczaj nie pozostawiał Ŝadnych śladów. W tym 
zaś 
przypadku od razu widać było pewną nieostroŜność i brak zdecydowania - 
Wybierzniew nie 
pozwoliłby sobie na to. Skrywać przestępcę u kochanki?... Nie, nie, to zupełnie 
do niego 
niepodobne...
W dodatku, podejrzenie Nikołaja Wybierzniewa o podwójną grę oznaczało 
jednoznacznie, Ŝe trzeba by go odsunąć od sprawy. Na to generał Wściekły nie 
mógł sobie 
pozwolić, nie miał prawa - szczególnie teraz, kiedy Nikołaj stał mu się 
niezbędny jak 
powietrze, Ŝeby wykręcić się przed prezydentem. Były dzielnicowy swoim wielce 
doświadczonym nosem wyczuł juŜ dawno, Ŝe Kondratycz nie zadowoli się 
jakimkolwiek 
przebiegiem śledztwa: trzeba będzie szukać kozła ofiarnego... A tym kozłem, 
zdaniem 
generała, powinien stać się właśnie podpułkownik Wybierzniew...
Krótko mówiąc, Wściekły uznał za wariant najbardziej przebiegły - delikatnie 
uczynić 
aluzję Nikołajowi przy spotkaniu, Ŝeby ten sam uporządkował swoje sprawy (ze 
swoją lubą), 
a sam więcej w tę sprawę nie będzie wsuwał nosa. Wtedy akurat napłynęły trwoŜne 
informacje z dwudziestego piątego kilometra, dotyczące bosych stóp 
protopartorga, o czym 
generał ze strachu zameldował prezydentowi i otrzymał naganę. Zagadkowy 
jasnoszary 
uciekinier jakoś od razu usunął się na dalszy plan...
Dla generała, ale nie dla pozostałych. Pozostali kontynuowali swoją pracę.
Ściany najbliŜszego otoczenia mieszkania numer dziesięć, tak samo jak przyległe 
pomieszczenia, dosłownie były napchane skrzatami jasnoszarej maści. Karmiciel, 
czując, Ŝe 
zblamował się przed Papciem (najpierw pozwolił zbiec uciekinierowi, potem 
poszedł do 
generała, mijając swojego głównego opiekuna), gotowy był ryć ziemię, aby tylko 
zamazać 
swe okropne błędy.
Na klatce schodowej, podwórku, na dachu, niby nie zauwaŜając siebie nawzajem, 
dyŜurowali pracownicy kontrwywiadu i terroryści z "Czerwonych cherubinów", 
albowiem z 
jakiegoś powodu Pankracemu teŜ przyszło do głowy, Ŝe skrzat, którego 
protopartorg nosi na 
rękach, na sto procent wie, jaki jest prawdziwy powód powrotu Afrykanina do 
BakłuŜyna. 
Oprócz tego, nieopodal, zupełnie nie wiadomo na co licząc, krąŜyli kozacy - 
teraz juŜ świętej 
pamięci - Esauła i bandyci oszukanego przez niego na piętnaście srebrników 
Czaszki... No, 
naturalnie, takŜe kilku przedstawicieli zagranicznych słuŜb specjalnych...
* Buriewiestnik - właściwie: burzyk, ptak oceaniczny. 
Tradycyjny polski przekład tytułu tworu M. Gorkiego jest 
biedny, ale poniewaŜ autor uŜył go w kalamburze, tłumacz 
zobowiązany byt sięgnąć po tytuł znany w polskiej tradycji 

Strona 75

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

literackiej (przyp. tłum.)-
Gdyby wiedziała o tym właścicielka mieszkania, to po dzwonku do drzwi - i tak by
je 
otworzyła. Jak zwiastun burzy* Gorkiego, Niewyrazino-wa radośnie witała sztormy,
a ciszę 
znosiła boleśnie. A burza, zazwyczaj, długo na siebie czekać nie dawała - 
zjawiała się na 
pierwsze wezwanie, zawsze gotowa do usług...
Dlatego, ani sekundy nie wahając się, niezaleŜna artystka odsunęła zasuwkę i 
szeroko 
otworzyła odrzwia (zawsze i wszystko otwierała na ościeŜ!). Na splecionym ze 
szmatek 
dziele sztuki, przeznaczonym do wycierania nóg, silnie przechylony, szybko 
mrugający 
powieką lewego oka, stał, nie wiadomo dokąd patrzący, kruczowłosy osobnik - 
chudy, 
niewysoki, z wykrzywioną, wąską twarzą.
- G-g-g... - zagdakał, potem zadrŜał i z niejasnego powodu gwałtownie wsunął 
prawą 
rękę pod połę marynarki.
Nika z niezrozumieniem wpatrywała się w dziwacznego nieznajomego, ale juŜ po 
sekundzie jej źrenice się rozszerzyły.
- No, w końcu! - rados'nie zapiszczała, rzucając się gościowi na szyję. - Kogo 
ja nie 
prosiłam!... Arystarcha prosiłam! Pieseczka! Gdzie jest Kulawiec? Przyprowadźcie
do mnie 
Kulawca! Taki milusi!... Terrorysta! Partyzant! Moim obowiązkiem jest wypić z 
nim 
bruderszaft!...
Rozumie się, Ŝe Pankracy nie oczekiwał tak burzliwego powitania. Oprócz tego, 
jeszcze nie całkiem doszedł do siebie po niedawnym ataku epilepsji - nie 
okazując 
praktycznie Ŝadnego oporu, pozwolił wciągnąć się do przedpokoju, a tam opór nie 
miałby 
Ŝadnego sensu. Z łomotem upadł taboret, zabrzęczały michy, spod nóg we wszystkie
strony 
potoczyły się farby.
- Proszę się nie przeraŜać, u mnie tak zawsze!... - Z tymi dumnymi słowami Nika 
podsunęła mu policzek do pocałowania. Chcąc nie chcąc, zdębiały Kulawiec 
zmuszony był 
go niezgrabnie złoŜyć...
Wiadomo, Ŝe cara gra świta. Niestety Pankracy nigdy nie słyszał tej starej, 
scenicznej 
reguły - inaczej w Ŝadnym razie nie pozostawiłby swoich bojowców o dwa piętra 
niŜej. Szef 
podziemia szczerze wierzył, Ŝe wystarczy jego własne pojawienie się, Ŝeby 
wszyscy padli na 
twarz - zarówno właścicielka mieszkania, jak i jasnoszary partner Afrykanina.
UwaŜał, Ŝe wystarczy samo jego groźne imię. "Nie zjesz kaszki - Kulawiec cię 
zabierze!..." Znalazł sobie kogo straszyć! A najwaŜniejsze - czym!...
Duma nas wiedzie do zguby, duma!... ChociaŜ, gdyby pojawił się na progu w 
otoczeniu całej swojej ekipy, z bronią w ręku, reakcja Niki, jak
wkrótce się dowiemy, byłaby taka sama... Jeśli w dodatku weźmiemy pod uwagę, Ŝe 
Kulawiec prowadził trzeźwe, bezgrzeszne Ŝycie partyzanta... Od dzieciństwa bal 
się kobiet, 
wolał dzielić ludzi nie wedle płci, a wyłącznie według członkostwa w partii. 
Dlatego jego 
bezbronność w tej sytuacji staje się oczywista.
- J-j... j-j... - mimo wszystko próbował zachować się godnie, ale nie udało mu 
się. JuŜ 
posadzono go w fotelu.
- Tak nas mało!... - z natchnieniem głosiła Nika. - Nas!... Ludzi sztuki!... Tak
mało!... 
Musimy się spotykać!... Jak najczęściej!... Rozumiem: nie ma czasu - akty 
terrorystyczne... 
Akt terrorystyczny to wyzwanie!... To wyzwanie systemowi!... To wyzwanie 
wszystkiemu!... 
Co pan odczuwa podczas aktu terrorystycznego?... TeŜ chcę wykonać akt 

Strona 76

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

terrorystyczny! To 
znaczy, koniecznie weźcie mnie, no, choćby na jeden!... Tylko spróbuj mnie nie 
wziąć!... 
Gdzie się wtedy podziejesz, tu, w BakłuŜynie?...
Jak zawsze przed wypiciem szlachetnego napoju podczas brudersza-ftu, zwracała 
się 
do gościa raz na "ty", raz na "pan".
Szef bojowników spazmatycznym ruchem otarł zmarszczone, spocone czoło. Trzeba 
coś powiedzieć... Ale jak?! Jak to zrobić, jeśli pomiędzy swoimi słowami Nika - 
niech Bóg jej 
będzie miłościwi - nie pozostawiała ani jednej sekundy przerwy? Dopóki Pankracy 
próbował 
sobie przypomnieć, co odczuwa podczas aktu terrorystycznego, Nika zdąŜyła juŜ 
trzykrotnie 
zmienić temat.
- Głowa męŜczyzny powinna być czysta i puszysta!... Jeśli męŜczyzna ma 
przetłuszczone włosy - to dla mnie wcale nie jest męŜczyzną!...
Wygląda na to, Ŝe Kulawca rozliczano za dawno nie mytą łepetynę.
-

N-n...

-

Szef podziemia!... - wykrzynęła w mistycznym zachwycie Nika. - A to 

oznacza - 
czarny, kaszmirowy płaszcz!... Kapelusz z miękkiego filcu!... Biały szalik!... 
Ale nie 
marynareczka!... Marynareczka psuje wizję!...
Wtedy Kulawiec pojął ostatecznie, Ŝe za Niką nie nadąŜy w Ŝadnym razie. 
Spróbował 
przystąpić bezpośrednio do sprawy, omijając rozmowę towarzyską.
- T-t... - zaczął, ale w tym momencie w jego ręce pojawiła się - nie wiadomo 
skąd - 
butelka dŜumachlińskiego szampana. Trzeba by ło ją otworzyć. Strzeliło, jak 
podczas 
zamachu. Obficie zmierzwiła się piana, a Pan-
kracy nagle profesjonalnie zatęsknił za - zawsze uŜywanym - tłumikiem (Ŝeby 
nałoŜyć 
go na szyjkę butelki)...
Nawyki zawodowe to okropna rzecz. Ci, co na zewnątrz, rzecz jasna, zrozumieli 
wszystko na odwrót... Za otwartym na ościeŜ oknem pojawiła się jak gigantyczne 
wahadło - 
sylwetka Ŝołnierza oddziału specjalnego na linie. Na szczęśćcie Pankracy 
Kulawiec siedział 
do niego plecami - dlatego nie doszło do ofiar. Inaczej zestrzeliłby go w locie.
Zupełnie 
pods'wiadomie...
Okazało się zresztą, Ŝe komandos był bystry i szybko kojarzył. JuŜ w połowie 
drogi 
zobaczył, Ŝe w rękach Pankracego znajduje się butelka, a nie pistolet. Wtedy 
zdecydował się - 
w ostatniej sekundzie - zmienić trajektorię swojego lotu. OdwaŜny 
kontrwywiadowca z 
rozmachem rozpłaszczył się o ścianę obok okna. Najwidoczniej za coś tam się 
uchwycił. Nikt 
w mieszkaniu nie zwrócił na niego uwagi, poniewaŜ narobił niewiele hałasu, a w 
dodatku, w 
tej samej chwili odwrócił uwagę Niki i Pankracego nerwowy dzwonek u drzwi.
Nika postawiła kieliszek na stole, wybiegła do przedpokoju, otworzyła drzwi. Na 
ościeŜ, rzecz jasna...
- Arystarch!... - w zachwycie zapiszczała, rzuciła się Arystarchowi na szyję. - 
Mój ty 
mądralo! Tak ci jestem wdzięczna!... Ten twój Kulawiec jest taki milusi!... 
Towarzyski! 
Czarujący!...
Nie, trzeba oczywiście być Niką, Ŝeby przy tym wszystkim nie zauwaŜyć 
wycelowanych w siebie tuzina pistoletów!
- Och, jesteś z kolegami! - ucieszyła się. - Wejdź! Zaproś ich takŜe!...
- Nie... - trochę drewnianym głosem odezwał się Arystarch. - Ja, chętnie wejdę, 
ale 
oni... nie mają czasu.
Nika wyraźnie rozczarowała się, ale nie zaczęła się specjalnie Ŝalić - mimo 

Strona 77

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wszystko 
teraz jej głównym łupem był sam Kulawiec...
Kiedy Retiwoj zobaczył abstynenta Pankracego z kieliszkiem szampana w ręku, to 
osłupiał. Gdy w końcu przyszedł do siebie, odkrył, Ŝe w jego lewej, wolnej od 
pistoletu ręce 
teŜ szumi i pieni się, nie wiadomo jak i skąd wzięty, kieliszek szampana. Czary 
- nie 
inaczej!... Ale czarami to być nie mogło - z "Czerwonymi cherubinami" takie 
sztuczki nie 
przechodzą...
ChociaŜ, na dobrą sprawę, jeŜeli się dobrze zastanowić, to bezceremo-nialność i 
upór 
mało w czym róŜni się od efektów działania czarów: w obu wypadkach rezultaty są 
takie 
same...
- Dowiedziałeś się juŜ o skrzacie?... - z konsternacją spytał Arystarch. 
Pankracy chciał 
odpowiedzieć, ale - rozumie się - nie zdąŜył.
- Och, skrzaty!... - Nika głośno klasnęła dłońmi. - Takie są milusie! Takie 
puszyste, 
delikatne!... Poczekajcie, nie pijcie!
Znowu odstawiła swój kieliszek, wybiegła do przedpokoju. Terroryści spojrzeli na

siebie. Słychać było, jak Nika wdrapuje się na taboret i otwiera na ościeŜ 
drzwiczki od 
antresoli. Potem dobiegł ich okrzyk pełen obrazy. Po chwili artystka, z wydętymi
usteczkami, 
znowu zjawiła się w pokoju.
-

Uciekł... - kapryśnie poskarŜyła się.

-

Jasnoszary? - gwałtownie spytał Arystarch, takŜe odstawiając kieliszek 

na stół. 
Wyjął z tylnej kieszeni znaną nam juŜ srebrną oliwiarkę.
Pankracy nie powiedział nic - jedynie po wilczemu podniósł się z fotela.
-

Jasnoszary... - W ogromnych oczach Niki juŜ pojawiły się, jak u dziecka,

łzy. - 
Puszysty...
-

Spokojnie... - rzekł Arystarch. - Nigdzie się stąd nie podzieje. Kiedy 

zaraz wszystko 
szybko pokropimy - to sam wyskoczy...
Podniósł oliwiarkę, ale wtedy otrzymał akustyczny cios takiej mocy, Ŝe zachwiał 
się, 
ledwie utrzymał się na nogach, a Pankracy, który dopiero co się podniósł, znowu 
opadł w 
fotel. Wydany przez Nike wrzask swoją wysokością zbliŜył się do granicy 
ultradźwięków.
-

Zwariowałeś?... - krzyknęła, wracając do słyszalnej częs'ci spektrum 

fonicznego. - 
Wodą!... Akwarele się rozmyją!...
-

PrzecieŜ to święcona... - wymamrotał zawstydzony Arystarch.

-

A ty myślisz, Ŝe od święconej się nie zmyją?... Zabieraj to naczynie! 

Koniec! 
Dopóki nie wypiję z Kulawcem bruderszaftu, ani słowa o skrzatach!
Pankracy rzucił spojrzenie pełne rozpaczy na Arystarcha, ale ten tylko bezradnie

uniósł brwi. Sam juŜ, półtora miesiąca wcześniej, był w takiej samej sytuacji...
Głowa podziemia z niezaleŜną artystką przepletli ręce trzymające kieliszki, 
wypili po 
sporej dozie DŜumachły. Nie nawykły do wina Pankracy chciał się cofnąć, ale Nika
tak 
spojrzała na niego, Ŝe musiał wypić do dna. A kiedy tylko biedny Kulawiec chciał
złapać 
powietrze, jego krzywe usta zostały szczelnie zapieczętowane gorącymi wargami 
gospodyni.
Patrząc na nich, Arystarch Retiwoj chrząknął, jednym łykiem opróŜnił swój 
kielich do 
dna...
II
Nikt z nich, oczywiście, nie dosłyszał szybkiego przekręcenia klucza ani dźwięku

Strona 78

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

otwieranych drzwi wejściowych.
- Nie ruszać się! - groźnie polecił twardy męski głos, wszyscy, ma się rozumieć,

zadrŜeli i odwrócili się. - Puść ją!...
W przejściu, trochę przykurczywszy nogi w kolanach, lekko pochylony do przodu, 
stał i celował do wszystkich za jednym zamachem z jednego pistoletu podpułkownik

kontrwywiadu Nikołaj Wybierzniew. MoŜna przypuścić, Ŝe kiedy wspinał się po 
schodach, 
usłyszał wrzask - on takŜe zrozumiał go na sposób trwale związany ze swoim 
zawodem... 
Dziwni są, mój BoŜe, ci wszyscy męŜczyźni!... Myślałby kto, Ŝe Nikołaj dopiero 
co, dzisiaj, 
poznał Nike! Znalazł się, rozumiecie, zbawca!...
W końcu Wybierzniew zrozumiał. O mało nie splunął.
-

M-miła... - z nieskończoną cierpliwością w głosie przemówił chowając 

niechętnie 
pistolet. - Ja cię kiedyś zastrzelę.
-

Pieseczek! - zapiszczała Nika, rzucając się na szyję Wybierzniewowi. - 

Okropny 
pieseczek!... Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, Ŝe Kulawiec przyjdzie dzisiaj?...
Nikołaj spróbował oswobodzić się z objęć, ale przypominałoby to oderwanie 
plastra 
przyklejonego do obrośniętej męskiej piersi. Zanosiło się na skandal. Napawając 
się 
marzeniami o rozstaniu z Niką, Wybierzniew był jednak zazdrosny o wszystkich jej

znajomych. Nawiasem mówiąc, jest to zjawisko dosyć rozpowszechnione...
- Na kogo, w dodatku, ty mnie zamieniłaś... - wycedził, spopielając pogardliwym 
wzrokiem Pankracego.
Rzeczywiście Kulawiec wyglądał kiepsko. Jego oczka ekstremalnie rozbiegły się, a
na 
krzywej twarzy terrorysty widniał przyklejony bezmyślny uśmieszek. Nawet trudno 
było 
uwierzyć, Ŝe to właśnie nim straszą ba-kłuŜyńską dziatwę, kiedy ta odmawia 
jedzenia 
kaszki...
- Jesteś jak Maur!... - z zachwytem jęknęła Nika, odsuwając się, jakby po raz 
pierwszy 
zobaczyła Nikołaja. - BoŜe, jaki zazdrosny!... Boję się ciebie...
Bezczelne kłamstwo! Jednak dzięki niemu nadchodzący skandal nie zdąŜył 
rozkwitnąć - usechł natychmiast. Podpułkownik głośno wciągnął powietrze 
nozdrzami, 
przewrócił oczyma - i zdecydował się przyjąć zaproponowany mu kieliszek 
szampana. 
PrzecieŜ nie miał Ŝadnego wyboru...
Pojawia się kwestia: no, partyzanci - dobra, partyzanci to w końcu zwykli 
ludzie: 
naiwni, oderwani od Ŝycia, dla nich najwaŜniejsza jest idea, ale Wybierzniew?! 
Wybierzniew!? Człowiek pragmatyczny, na wskroś pozbawiony jakichkolwiek iluzji! 
Jak 
moŜna wyjas'nić jego bezsilność - w dodatku wobec kogo?... Wobec Niki 
Niewyrazinowej, 
która, sądząc z wytartych, oklepanych wyraŜeń, nigdy nie błyszczała 
intelektem!...
Spróbujmy się zastanowić... Przyjęto uwaŜać, Ŝe w sporach zazwyczaj wygrywa ten,

który rozumniejszy. Kompletna bzdura!... Po pierwsze, głupszy zawsze jest pewny 
swojej 
racji, tymczasem mądry zawsze o swojej powątpiewa. Po drugie, mądry rozumie 
argumenty 
przeciwnika, a głupi - nie, choćby miał pęknąć... A jeśli sobie jeszcze 
przypomnimy, Ŝe 
durniom w dodatku zawsze się szczęści, to któŜ, pytam się, z takich dwóch 
adwersarzy 
powinien zostać zwycięzcą?
Jedynie w jednym jedynym przypadku obarczony intelektem biedaczek moŜe wygrać 

Strona 79

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

z głupszym kłótnię: jeśli na czas zrozumie, Ŝe trzeba odegrać rolę pełnego 
kretyna. Weźmy, 
dla przykładu, polityków... Myślicie, Ŝe w normalnym Ŝyciu są tacy, jak w 
parlamencie?... 
Oczywiście, Ŝe nie! W normalnym Ŝyciu to niegłupi ludzie. No, sami pomyślcie: 
czy 
rzeczywiście mógłby jakikolwiek przeciętny przygłup dosięgnąć tak wysokiego 
poziomu 
idiotyzmu, dzięki któremu zaufanie wyborców do swojego wybrańca stanie się 
zupełnie 
bezgraniczne?...
Tak, Nikołaj Wybierzniew był rozumny, ale nie na tyle, Ŝeby nie wydawać się 
takim. 
Tu pies był pogrzebany...
-

No, ty to umiesz pleść androny... - ze złym uśmiechem powiedział, 

uwaŜnie patrząc 
na Kulawca ponad kieliszkiem. - Atak ci się udał, wyglądał jak prawdziwy... 
NajwaŜniejsze, 
Ŝe ja uwierzyłem - lekarza do ciebie wezwałem... Czy zapewniłeś protopartorgowi 
ochronę? 
Piasek rzuciłeś mi w oczy, a sam prościutko tutaj?...
-

No, no, no! Wystarczy o pracy! - rozkazała Nika. - Lepiej niŜ gadać o 

pracy, 
pomógłbyś mi znaleźć skrzata! Detektyw mi się znalazł! Skrzata znaleźć nie 
moŜe!...
Wybierzniew o mało nie odkąsił brzegu kieliszka. Wiedza Niki o wszystkim, co jej
nie 
dotyczyło, niezmiennie go poraŜała. Rzeczywiście, miał zamiar zająć się 
poszukiwaniami 
jasnoszarego uciekiniera, tylko trochę
później, najpierw planował dać szkołę "cherubinom", którzy zjawili się zupełnie 
nie w 
porę...
- Chcieliśmy pokropić - nie pozwoliła... - nie pomyślał, wypalił prosto z mostu,
z miną 
winnego, Arystarch.
Podpułkownik powoli odwrócił się do Retiwoja.
-

A wam po co on?...

-

Nie im, a - mnie! - wmieszała się Nika. - MoŜe ja juŜ wydziergałam dla 

niego 
spodenki! Koronkowe!...
Nikołaj ze złością nachylił ucho do ramienia i potrząsnął głową - zupełnie jak 
pływak 
po wyjściu z wody. MoŜna przypuścić, Ŝe usuwał z niego słowa-śmieci...
- Ta-ak... - powiedział w końcu, z ciekawością popatrując to na Pankracego, to 
na 
Arystarcha. - W takim razie mówcie prawdę... Sami przyszliście po skrzata, czy 
teŜ was 
przysłał Afrykanin?...
Właśnie tego nie naleŜało w Ŝadnym razie powiedzieć.
- Afrykanin - w mieście? - zapiszczała Nika. - Chłopcy! To dlaczego 
milczeliście?...
***
Na szczęście protopaitorg jeszcze nie opuścił firmy handlowej "Niewygoda", udało
się 
z nim połączyć przez telefon słuŜbowy Klima Jezusowa. Z powstrzymywanym 
zdziwieniem 
Afrykanin wysłuchał splątaną przemowę Arystarcha Retiwoja. Jej sens był 
następujący: 
"Ograbank" jest zbyt znany, niewykluczone, Ŝe "Niewygoda" - takŜe. Spotkanie pod

którymkolwiek z tych dwóch adresów jest zbyt ryzykowne, grozi wpadką. Mogą po 
prostu, na 
przykład, wysadzić samochód pełen dynamitu przed klatką schodową... Dlatego 
Kulawiec 
proponuje coś innego: doprowadzić do spotkania o umówionej wcześniej porze, ale 

konspiracyjnym mieszkaniu - pod pretekstem zaproszenia na herbatkę. Gospodyni 

Strona 80

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

(dosyć 
popularna w BakłuŜynie artystka-projektantka) - jest absolutnie poza wszelkimi 
podejrzeniami, od dawna wspiera ruch "Czerwonych cherubinów", nie jeden raz 
wypełniała 
oddzielne kościelno-partyjne zadania - jednym słowem, pewny człowiek...
Protopaitorg chrząknął, pomyślał - jakoś zbyt łatwo i szybko się zgodził.
***
Arystarch Retiwoj bezsilnym gestem odłoŜył słuchawkę i z pustką w oczach 
spojrzał 
na zebranych. Nika radowała się. Zupełnie zmęczony podpułkownik Wybierzniew 
siedział w 
fotelu, ukrywając twarz w dłoniach.
- Czy ty nie moŜesz zrozumieć, chociaŜby tylko tyle... - głuchym, pozbawionym 
nadziei głosem powiedział - Ŝe nie mogę być obecny na tej waszej herbatce...
Nika strzeliła oczami.
- Chcesz mnie pozostawić samą, sam na sam z obcymi męŜczyznami? Podpułkownik 
wydał w głębi siebie przeciągły krzyk, jaki zazwyczaj rozbrzmiewa w izbie tortur
tuŜ 
przedtem, zanim wszystkich wsypią...
-

Pomyśl sama!... - wzburzył się. - Ja i Afrykanin przy jednym stole!... 

Za to mi 
grozi... trybunał...
-

Tak?... - złośliwie rzekła Nika. - APankracy?... Ryzykuje więcej od 

ciebie, a patrz, 
jak się trzyma!...
Wybierzniew odsunął dłonie - popatrzył. Pankracy był na granicy zemdlenia...
BoŜe mój! BoŜe mój! Jedna lekkomyślna babka - wszystko dookoła stoi do góry 
nogami, na krawędzi katastrofy: hasła, adresy, początek rewolucji... Jedyna 
pociecha w tym, 
Ŝe potem ze szkolnych podręczników historii wytną wszystkie te brednie! Czort z 
nimi! 
Słusznie zrobią. Po co zbijać z tropu młode, nieokrzepłe umysły...
ROZDZIAŁ 10
NIKOLAJ WYBIERZNIEW, lat trzydzieści, pułkownik
Wyobraźcie sobie jedną z wielkich bitew przeszłości - niewaŜne, którą 
konkretnie... 
Szczyt wzgórza. Na bębnie siedzi nadęty dowódca. Od kilku godzin w tępej 
rozpaczy patrzy 
na pole boju, nie odrywając wzroku. LeŜy tam, porozrzucane, z półtora tysiąca 
trupów, dymi 
setka lejów, a sama bitwa juŜ dawno wyrwała się spod kontroli, toczy się na 
własną rękę. Za 
zagajnikiem, sądząc po krzykach i trzasku wystrzałów, ciągle się jeszcze biją. 
Czasem 
przelatuje błędna kula, wystrzelona nie wiadomo do kogo i nie wiadomo przez 
kogo. Od 
czasu do czasu na wzgórze przedzierają się galopem zmordowani 
oficerowie-ordynansi z 
nieprzytomnymi oczyma, meldują ciągle jedno i to samo: taki to, a taki generał 
popadł w 
kłopoty, prosi o wsparcie. Krótko mówiąc - klęska...
Pochrząkując, dowódca posępnie zerka na s'witę. Bladzi sztabowcy przestępują z 
nogi 
na nogę, takŜe pochrząkują. Na twarzach - uprzejma wątpliwość: poddać się juŜ 
teraz - czy 
nie byłoby to zbyt wcześnie?... A moŜe, mimo wszystko, troszeczkę jeszcze 
odczekać?... Dla 
przyzwoitości...
Nagle wódz raptownie odwraca się do trębacza, waha się jeszcze sekundę, a potem 
ordynarnie mówi: "Do h... z tym wszystkim! Jak do końca - to do końca!... Odtrąb

zwycięstwo!"
W taki właśnie sposób wygrano praktycznie wszystkie waŜniejsze bitwy naszej 
epoki 
- hrabia Tołstoj jest tego gwarantem...
Coś podobnego stało się takŜe z podpułkownikiem Wybierzniewem, który 
mimowolnie popadł właśnie w wyŜej opisaną sytuację wodza. Za herbatkę z 
Afrykaninem 

Strona 81

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

mogą go zjeść z kopytami - Nikołaj rozumiał to zupełnie doskonale. Nie 
aresztujesz - spytają: 
"Dlaczego nie aresztowałeś? Siedziałeś przy tym samym stole i nie 
aresztowałeś!.." Odejść?... 
Nika powiedziała: tylko po moim trupie... Dobrze, przypuśćmy, Ŝe przestąpię 
przez jej trupa... 
Wszystko jedno - przecieŜ spytają: "Jak to, no...? Znałeś miejsce schadzki, 
wiedziałeś o której 
- dlaczego nie zwinąłeś ich wszystkich za jednym zamachem?..."
A po co mu to?...
Przez piętnaście minut Wybierzniew, pogrąŜony w tępej rozpaczy, nie dostrzegał 
wyjścia z sytuacji. A potem dotarło do niego to samo, co do dowódcy: zamyślił 
się jeszcze na 
sekundę - nagle na jego pięknej twarzy pojawiło się wyraŜenie, stosowne do 
wypowiedzianych, historycznych słów: "Do h... z tym wszystkim! Jak do końca - to
do 
końca!..."
I podpułkownik Nikołaj Wybierzniew rozkazał odtrąbić zwycięstwo.
- A więc, tak... - powiedział, zdecydowanie wstając z fotela. Wetknął palec 
wskazujący we wpadła pierś Pankracego. - Ja - jestem waszym człowiekiem w 
kontrwywiadzie... O tym, Ŝe "Ograbank" i "Niewygoda" są zdekonspirowane, to ja 
was 
poinformowałem... Afrykanin - jaki on jest? Tylko cudotwórca czy teŜ jeszcze 
jasnowidz?
"Cherubiny" spojrzały na siebie, wzruszyły ramionami. Zdolności pro-topartorga 
podczas jego nieobecności w BakłuŜynie z pewnością powinny wzrosnąć... MoŜe jest
teŜ 
jasnowidzem...
-

Jasne - rzekł Nikołaj. - W takim razie trzeba zredukować kłamstwa do 

minimum... - 
Odwrócił się do Niki. - Czy potrzeba coś do herbatki? No, nie wiem, ciasteczka, 
herbatniki...
-

Ojej! - spłoszyła się Nika. - Herbata! Kup herbatę...

-

Dobrze, zaraz zejdę... - Podpułkownik zrobił krok w kierunku 

przedpokoju, 
niespodziewanie zamarł, jakby poraŜony jakąś myślą, która - jak moŜna się było 
domyślić - 
jest wyjątkowo nieprzyjemna. - Coś mi się nie chce was pozostawiać samych... - z
męską 
bezpośredniością powiedział do Pankracego. - Idziemy razem!...
Oto co oznacza: na czas odegrać zwycięstwo! Jeszcze przed chwilą załamany, 
rozbity, 
o mało grzebiący siebie Ŝywcem, Nikołaj znowu był
skoncentrowany, gotowy do walki, wynalazczy. A jego ostatnie posunięcie 
najzwyczajniej w świecie wstrząsało swoją wirtuozerią.
- Pankracy - jest gos'ciem! - natychmiast rzuciła Nika. - Tego jeszcze brakowało

wysyłać gos'ci po herbatę! Weź Arystarcha...
Właśnie takiej reakcji Wybierzniew oczekiwał.
- M-m... Arystarcha?... - z powątpiewaniem w głosie zamruczał, mierząc wzrokiem 
Retiwoja. - Lepiej nie, lepiej niech Arystarch pozostanie tutaj. Tak będzie 
pewniej...
Wszystko, czego teraz potrzebował Nikołaj - to oderwać się od "Czerwonych 
cherubinów" chociaŜ na dziesięć minut.
***
Ostatni raz w Ŝyciu podpułkownik Wybierzniew zbiegł po schodach, otworzył drzwi 
klatki schodowej. ZbliŜał się wieczór. Kiedy odszedł o trzy kroki od schodków, 
wyciągnął z 
kieszeni komórkę.
-

Tol Tolicz? Melduję o sytuacji. Wyszedłem na Afrykanina. O dziewiątej 

spotykamy 
się... Potrzebuję twojej sankcji.
-

A-yyyyy... - Odniósł wraŜenie, Ŝe generał Wściekły zaczął się jąkać 

gorzej niŜ 
Kulawiec. Widać nie oczekiwał po Nikołaju takiego sprytu...
-

Co znaczy "a-yyyy"?... Wszystko! Wszystko, rozumiesz? Mam pięć minut - 

nie 
więcej!... Zlikwidować go?

Strona 82

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

A... - Zdaje się, Ŝe generał dochodził do siebie. - A dlaczego, 

właściwie, 
likwidować?...
Jego głos był ciut beczący.
- Tolu Toliczu! No co ty, z konia spadłeś?... PrzecieŜ to Afrykanin! Łap 
Kondratycza, 
rób, co chcesz, ale muszę wiedzieć dokładnie - co mam robić! I pośpiesz się - 
juŜ nas na 
pewno podsłuchują!
Brak mi słów! Podpułkownik błyskotliwie splótł ostatnią intrygę. Kończące 
rozmowę 
zdanie - o podsłuchu - było jak brylant! Niebieski karbun-kuł! Masz! KaŜde twoje
jąkanie, 
generale, kaŜde beczenie - zapisuje się, przepisuje się. Tym razem nie pomoŜe ci
twój 
standardowy trick: wydać mętny rozkaz - i w krzaki...
- Ach, jeszcze jedno... - juŜ podchodząc do sklepu, Nikołaj dobił ostatecznie 
generała 
Wściekłego. - Razem z Afrykaninem w konspiracyjnym
mieszkaniu zbiorą się "Czerwone cherubiny"... W ten sposób pojawia się moŜliwość

zdjąć ich wszystkich razem...
Generał znowu się zadławił. Nikołaj nie mógł powstrzymać się od złośliwego 
uśmieszku. Wściekły strzegł "cherubiny" jak źrenicy oka, poniewaŜ od kaŜdego 
zamówienia 
brał po cichu całkiem sporą prowizję. Wy-bierzniew, co prawda takŜe, ale on znał
granice...
- Zaraz... oddzwonię... - wydusił wreszcie generał i rozłączył się.
Nad skrzyŜowaniem ulic, niczym kropla atramentu w szklance wody, rozlewał się 
fioletowy wieczór. W przezroczystym, liliowym zmroku pojawiły się blade obrysy 
neonowych reklam, wybuchały kwadraty okien. Błogosławiony chłodek dotknął na 
poŜegnanie rozpalone czoło podpułkownika...
Wybierzniew kupił cejlońską herbatę, tort i solone krakersy (na wypadek, gdyby 
protopartorg nie spoŜywał słodyczy), wyszedł ze szklanego, błyszczącego białymi 
lampami 
baraczku. Chciał sięgnąć jeszcze po paczkę papierosów, kiedy ponownie zaterkotał
telefon.
- No i co, Tolu Toliczu?... - niecierpliwie spytał Nikołaj, przyciskając 
słuchawkę do 
ucha. - Jakie polecenia?...
- E-e... Pułkownik Wybierzniew?... - słuchawka spytała głębokim, dźwięcznym 
barytonem.
Nikołaj cichutko odchrząknął.
- Podpułkownik, Glebie Kondratyczu... - z szacunkiem, ale z godnością poprawił.
Na tamtym końcu przewodu zapadło niezadowolone milczenie - myślano.
- Nie... - powiedział potem baryton. - Podpułkownik - to brzmi zbyt długo... 
Lepiej 
niech będzie - pułkownik...
Podpułkownik Wybierzniew - zniknął. Na część sekundy Nikołaj został pozbawiony 
daru mowy.
-

SłuŜę BakłuŜynowi! - trochę zduszonym głosem powiedział.

-

Widzę... - z chmurnym zadowoleniem wyrzekł prezydent. - Kiedy i gdzie 

wyznaczono spotkanie z Afrykaninem?...
-

O dwudziestej pierwszej zero-zero, Jefrema Niedobrowa dwadzieścia jeden,

mieszkanie numer dziesięć...
-

W takim razie masz zadanie... - baryton stał się bardziej sympatyczny, 

zabrzmiał 
bardziej koleŜeńsko. - śadnej strzelaniny, Ŝadnych porwań...
-
Wyłącznie - być obecnym. Obserwować. To wszystko. Interesują mnie plany 
protopartorga... Zapamiętaj: od tej chwili podlegasz nie Wściekłemu, a mnie 
osobiście...
Po usłyszeniu tego, Nikołaj całkiem osłupiał z radości. Najbardziej się obawiał,
Ŝe 
Gleb Portniagin zaŜąda natychmiastowego porwania Afryka-nina za wszelką cenę. 
Zadręczał 
się rozwaŜaniami, jakby delikatnie przekonać prezydenta o przedwczesności takiej

Strona 83

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

akcji... A 
tu - pełen consensus!... W dodatku pagony pułkownika...
-

Pytania są?...

-

śadnych, Glebie KondratyczuL.

-

W takim razie, to wszystko... - prezydent odłoŜył słuchawkę. Zresztą w 

doskonałym 
momencie - Nikołaj juŜ wchodził do klatki schodowej. Chciał schować telefon do 
kieszeni, 
ale nie zdąŜył - znowu zaterkotał. Trzeba było pozostać jeszcze trochę pod 
daszkiem wejścia.
-

No? Co zdecydowano? - chciwie spytał generał Wściekły.

-

Tolu Toliczu... - wyrzekł Nikołaj. - Nie mam teraz czasu... Generał 

obraził się.
-

PrzecieŜ powinienem wiedzieć... - zaczął uraŜonym tonem.

- Nie powinieneś - ostro przerwał mu Wybierzniew. - Teraz juŜ nie powinieneś. 
Informacje są ściśle tajne. Przekazać je tobie mogę tylko po zezwoleniu 
Kondratycza. 
Rozumiesz - nie mogę, nie proś...
W słuchawce zapadła grobowa cisza. Wydaje się, Ŝe do generała w końcu dotarło, 
Ŝe 
jednak go podsiedli...
Ze złym uśmieszkiem Wybierzniew wyłączył komórkę, wszedł do klatki schodowej. 
Niewidzialna wojna z byłym dzielnicowym wstępowała w nową fazę...
Na półpiętrze, pomiędzy pierwszym i drugim piętrem, w rogu, umościł się pijany 
jak 
bela bezdomny. Kiedy pułkownik zrównał się z pijanicą, zatrzymał się i wyjął 
papierosy.
- Wszyscy mają się ukryć jak najstaranniej... - wycedził, przypalając papierosa.

Pozostać na stanowiskach, ale nosa nie wysuwać...
Schował zapalniczkę, energicznym, spręŜystym krokiem wbiegł po schodkach. W 
jego oczach błyszczały gwiazdy - wielkie, jasne. Teraz Ni-kołaja niepokoiły 
tylko dwie myśli. 
Pierwsza - o zadziwiającej uległości Afrykanina. Zbyt łatwo protopartorg zgodził
się zmienić 
miejsce spotkania
- niby niczego nie zaczął podejrzewać, co juŜ samo w sobie wzbudzało 
nieprzyjemne 
podejrzenia. Ale to jeszcze jest w porządku - niedługo się dowiemy. Lecz o 
drugiej 
okoliczności, prawdę mówiąc, nawet bał się pomyśleć. PoniewaŜ nazywała się - 
Nika 
Niewyrazinowa...
***
Nikołaj Wybierzniew wygasił blask oczu, usunął z twarzy ślady oznak 
jakiegokolwiek 
uczucia. Z zatroskanym, zasępionym czołem (skromny urzędnik w randze 
podpułkownika) 
wszedł do pokoju, gdzie wycałowała go Nika. Natychmiast teŜ pozbawiła go 
zakupów.
- Rozkazałem swoim, Ŝeby się lepiej ukryli... - burknął, zwracając się do 
Pankracego. - 
Ty teŜ lepiej daj instrukcje swoim "cherubinom"... Sam rozumiesz - tłoczą się na
chodniku w 
riasach, kamizelkach kuloodpornych...
Będąc profesjonalistą, Wybierzniew rzadko zniŜał się do kłamstwa. Ukrywał 
wszystkie poszlaki i dowody (na ogół) za pomocą prawdy. Oprócz tego, na ulicy 
obserwowano go (rzecz jasna!) - nie mogli więc nie zauwaŜyć, Ŝe idąc do 
minimarketu przez 
cały czas rozmawiał przez telefon.
Mieszkanie zapełnił szczebiot Niki, z łomotem przesuwano meble, dźwięczały 
nakrycia i naczynia, nad rozsuniętym stołem niczym spadochron uniósł się 
rozkładany 
obrus... Przygotowania do historycznej herbatki szły pełną parą...
Przed dziewiątą zaczęli się zbierać zaniepokojeni goście. Nikołaj znał 
wszystkich, 
poniewaŜ wszyscy pracowali dla niego. Na widok kontrwy-wiadowcy tracili dech, 
stawali jak 

Strona 84

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

sparaliŜowani - z przestrachem zerkając na swoich szefów, przysiadali się do 
nakrytego stołu.
- No, gdzie jest ten wasz Afrykanin?... - juŜ chyba po raz dziesiąty kapryśnie 
spytała 
Nika. - Herbata wystygnie!...
Protopartorg nie śpieszył się. Nieprzyjemnie będzie, jeśli - podejrzewając 
prowokację 
- w ogóle się nie pojawi... Taka sama myśl, sądząc z wyrazów twarzy, dręczyła 
Pankracego i 
Arystarcha nie mniej niŜ samego Wybierzniewa. Gorzej mogło być tylko w jednym 
wypadku: 
Afrykanin niczego nie przeczuł - i rzeczywiście niedługo przybędzie...
Za pięć dziewiąta Kulawiec, którego włosy juŜ nie oblepiały wąskiego, 
pomarszczonego czoła, na podobieństwo strumyczków smoły, ale - puszyste i 
kędzierzawe - 
błyszczały czystością, rozkazał zamknąć okna i zasunąć zasłony. Zezując silniej 
niŜ 
uprzednio, nastawił radioodbiornik na zakres fal łyckiego radia.
"(...) studiujemy cytaty z Pisma świętego - uprzejmie oznajmił piękny kobiecy 
głos. A 
więc: "Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie!" Pierwszy listśw. Jana 
Apostoła . 
Zapisaliście?... Doskonale! Następny cytat: "Strząśnijcie proch z nóg 
waszych!..." Ewangelia 
św. Mateusza". Zapisaliście? Znakomicie!... "Nie będziesz miał bogów innych 
oprócz 
Mnie!..." Księga Powtórzonego Prawa "... A teraz, wszyscy razem - chórem!..."
Z głośnika popłynął - zgrany, Ŝarliwy i silny śpiew:
Wyrzeczemy się starego świata, jak kaŜe pokora,
Strząśniemy jego brud i proch z naszych nóg!
Nie potrzebujemy złotego cielca-idola ...
Następnie w śpiew harmonijnie wplątał się dźwięk dzwonka u drzwi. To przyszedł 
Klim Jezusów. Z nim pojawił się jeszcze ktoś - okazało się później, Ŝe był to 
Afrykanin. Nie 
poznawany przez nikogo, protopartorg usiadł naprzeciw Wybierzniewa. Poskrzypując

krzesłem rozejrzał się po zebranych. Spotykając się spojrzeniami z pułkownikiem,
nachylił 
się do niego przez stół, po przyjacielsku zapytał półgłosem:
- Czy ty, miły panie, nie jesteś przypadkiem z kontrwywiadu?...
- No, dlaczego przypadkiem?... - z opanowaniem odpowiedział tamten. - Z 
kontrwywiadu...
- I pewnie szycha, nieprawdaŜ?...
- Oczywiście...
Nie rozpoznawany protopartorg z szacunkiem skinął głową. Albo - moŜliwe - po 
prostu ukrył uśmieszek, pochylając głowę...
Za oknem kuranty Jefrema Wielkiego wyraźnie wybiły dziewiątą. Uczestnikom 
schadzki nagle spadła mgła z oczu: zobaczyli, Ŝe Afrykanin jest tutaj - oto on, 
juŜ pośród 
nich... Wszyscy oniemieli - nawet radio. Nawet Nika!
Protopartorg wstał, chrząkając złoŜył zebranym niski pokłon, co - biorąc pod 
uwagę 
jego korpulencję - nie było takie proste.
- KaŜdemu - według potrzeb... - przeciągle powiedział w cmentarnej ciszy, 
podobnej 
do tej, która zapada przed rozstrzelaniem.
Zebrani poruszyli się. Wstali.
-

Zaprawdę według potrzeb... - zaszumiała odpowiedź - wystraszonych i 

niezgranych 
głosów.
-

Amen... - z satysfakcją zakończył protopartorg. Dał znak przyzwolenia - 

siadajcie.
Przed tym, zanim usiedli, wszyscy przeŜegnali się - nie wyłączając Wybierzniewa.

Postępek grzeczny, ale ryzykowny: Nikołaj nie miał kamizelki kuloodpornej, był 
tylko w 
marynarce, zaklętej przed ciosem białą bronią i przed kulą. Po przeŜegnaniu się,
czar, do 

Strona 85

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

jasnej cholery, zniknął... Teraz pozostawała tylko nadzieja, Ŝe dzisiaj nie 
dojdzie tutaj ani do 
strzelaniny, ani do rozróby z uŜyciem kozików...
-

Afrykanin! - zapiszczała Nika, przytomniejąc. Wybierzniew zachmurzył 

się, nie 
próbując sobie nawet wyobrazić, co nastąpi później. Pankracy i Arystarch 
najwidoczniej 
odczuwali to samo.
-

Nalewaj, dziewczyno, herbatkę, nalewaj... - łaskawie i powoli rzekł w 

plamistej i 
wibrującej ciemności Afrykanin. - A chusteczkę swoją, szeroką - zawiąŜ, zawiąŜ, 
jeśli łaska... 
Nieładnie tak, z roztrzepaną...
Nikołaj zmusił się do ostroŜnego rozwarcia oczu. To, co zobaczył, oszołomiło go.

Nika, bojaźliwie patrząc na protopartorga, pokornie zawiązywała pod podbródkiem 
końce 
czerwonej chusteczki... Wybierzniew nie naleŜał do strachliwych (do kontrwywiadu
innych 
nie biorą), ale teraz powaŜnie się przestraszył. Lepiej niŜ ktokolwiek z 
obecnych rozumiał, na 
ile niebezpieczny jest Afrykanin. Przejście granicy po wodzie, niczym po lądzie,
cud z kulą, 
członek, który wyrósł na pięcie pechowego złodziejaszka... Ale Ŝeby tak - 
rzucając kilka 
niedbałych słów - usadzić Nike Niewyrazinową!!!?...
Tak, teraz stało się jasne: pojawia się pytanie, kto tu kogo zwabił na 
herbatkę...!?
Pułkownik powtórnie natęŜył siły, ośmielił się spojrzeć wprost na groźnego 
współrozmówcę. Portret opisowy Afrykanina znał doskonale na pamięć, ale pośród 
opisywanych znaków szczególnych brakowało tego - najbardziej istotnego... 
Protopartorg był 
do kogoś - w sposób nieokreślony - podobny... Wybierzniew nerwowo próbował sobie

skojarzyć: do kogo konkretnie?...
Tymczasem Afrykanin, z widocznym zadowoleniem, upił łyk herbaty, nadgryzł 
krakersik (słodyczy najwidoczniej nie uznawał) i Ŝując, powiedział - ciągle tak 
samo 
spokojnie, powoli, rytmicznie:
- Co powinna ludziom dać Przenajświętsza Rewolucja?...
Przez jakiś czas wszyscy w zamyśleniu czekali na dalszy ciąg. Potem doszło do 
nich, 
Ŝe pauzę uczyniono nie dla piękna retoryki, Ŝe protopar-torg, rzeczywiście, 
interesuje się 
zdaniem obecnych.
-

Wolność... - po odkaszlnięciu odwaŜył się powiedzieć Retiwoj, za co 

został 
obdarzony przychylnym spojrzeniem.
-

Właśnie, wolność... - jakby lekko zadziwiony błyskotliwością Arystarcha,

zgodził 
się protopartorg. Przenikliwie spojrzał na otaczających go spod kosmatych, 
srokatych brwi. - 
A skąd ją wziąć?...
Ktoś chrząknął, ktoś mrugał oczyma, ktoś spuścił głowę... Wyjątkowo zaskakujące 
było to pytanie!... Zapadła cisza, w której słychać było tylko wyraźne 
postukiwanie dzióbka 
czajnika o brzeg filiŜanek - milcząca Nika w czerwonej chusteczce obchodziła 
stół, 
obsługiwała gości. Jaki koszmar!
- śeby dać komuś wolność - pouczająco mówił Afrykanin - trzeba ją najpierw komuś

odebrać... Inaczej przecieŜ nie będzie co dawać... A komu ją moŜna odebrać?
Wszyscy wyczekująco spojrzeli na Retiwoja. Odpowiadaj, do diabła-przecieŜ nikt 
ciebie za język nie ciągnął...
- Czarodziejom?... - zaproponował bez nadziei.
- Ilu ich jest, tych czarodziei? - lekcewaŜąco wymruczał protopartorg. - Jeden, 
drugi - i 
to wszystko! Nie, jeŜeli u nich dobrze poszukać, to znajdzie się jej tam sporo. 

Strona 86

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Ale jeśli 
złoŜymy ją całą do kupy - okaŜe się, Ŝe nie ma nic... Dlatego jedyne moŜliwe 
wyjście - to 
odebrać wolność tym, którym nie mamy zamiaru jej dawać...
Znowu zrobił pauzę, dojadł krakersa. Pozostali machinalnie złapali za 
porcelanowe 
uszka swoich filiŜanek, ale napić się - nie zdecydowali się.
- Jak myślicie: odbierzemy?... - zapytał Afrykanin, powoli ocierając wąsy i 
brodę z 
okruszków.
Zebrani milczeli, wpatrując się ze skupieniem, ze zmarszczonymi czołami, w 
serwis 
do herbaty.
- Nie odbierzemy! - skandując, jakby stawiał kamień na kamieniu, cegłę na cegle,

odpowiedział sam sobie protopartorg. - Jeśli sami nie odda-
dzą - w Ŝadnym razie nie odbierzemy... Widać trzeba, Ŝeby sami oddali... Jak?...

Spojrzał na wszystkich obecnych chytrym wszystkowiedzącym spojrzeniem. - 
Klim!... 
Słyszałem, Ŝe przyjmowałeś wkłady pienięŜne od ludności... Jak to robiłeś?
Klim Jezusów, pełny, róŜowawy blondynek z twarzyczką o prosiccych rysach, 
zadrŜał, wytarł spocone dłonie o wypukły brzuszek.
-

N-noo... Wiadomo... Pod procenty...

-

Pod procenty!... - wieloznacznie powtórzył Afrykanin, wznosząc gruby 

palec 
wskazujący. - Oto, gdzie pies pogrzebany!... Dajcie nam waszą wolność, a my ją 
potem wam 
zwrócimy z procentem... Przynosili, Klimie?...
-

No, jakŜe... Przynosili, oczywiście...

-

A dlaczego?

-

Panował kryzys... - wyjaśnił Klim, nastroszony swoją nietaktownością. - 

Oprócz 
tego obiecaliśmy największy zysk...
-

Kryzys!... - cichutko rzucił protopartorg, unosząc brwi i tajemniczo 

wytrzeszczając 
oczy. - A to oznacza, Ŝe z pieniędzmi było kiepsko. Tak samo jest z wolnością! 
Trochę ich 
przyciśnie - to zacznie do nas walić cały lud, przyjdą oddawać pod procenty 
swoją wolność... 
A przecieŜ obiecamy im te procenty!... Dwieście, trzysta... A choćby nawet - 
tysiąc!...
-

A-ałe... ale potem przecieŜ trzeba będzie wszystko oddawać! - 

przypomniał ktoś ze 
strachem.
Afrykanin obdarzył pytającego łaskawym, ojcowskim spojrzeniem. Znowu odwrócił 
się do Jezusowa.
- Klimie!... - wezwał go. - Właśnie!... A ty, czy zwróciłeś pieniądze 
wpłacającym?...
Pełniutki blondyn poróŜowiał jak przypieczony na wolnym ogniu, tak jak umieją 
się 
rumienić tylko pełni blondyni.
-

Zwrócę! - obiecał Ŝarliwie. - Z procentami! Słowo honoru 

ekspropriatoraL. No, 
rzecz jasna, jeszcze nie teraz... Trochę później...
-

O - oo... - z zadowoleniem ciągnął Afrykanin. - Tak samo będzie z 

wolnością... 
Zwrócimy. Ale nie teraz. W świetlanej przyszłości. A tymczasem - poczekajcie...
Weteran podziemia Markieł Sotow, z twarzą całą pomarszczoną w głębokie fałdy, 
westchnął smutnie, podrapał się w przeświecającą poprzez rzadką siwiznę głowinę.
- Co, Markieł? - współczująco zwrócił się do niego Afrykanin. - 
Skomplikowane?...
- A co, czy nie?... - odezwał się ten, zdenerwowany. - Jeśli ciebie Nikodemie 
posłucha 
się - rozum moŜna stracić. Wcześniej to wszystko jakieś prostsze było... Było 
jasne, kto jest 
winny, wiadomo było takŜe - co robić... Wiesz, co ja ci powiem? Niepotrzebnie 
wtedy 

Strona 87

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wszystkich Ŝydków wybiliśmy... Trzeba było chociaŜ parkę, na rozród, zostawić...
Nagle - jakby zasłona spadła mu z oczu - Nikołaj Wybierzniew zrozumiał, do kogo 
jest podobny protopartorg. Poprzez cielesną powłokę Afry-kanina z kaŜdą sekundą 
coraz 
wyraźniej przebijała się twarz zupełnie innego człowieka, znana Nikołajowi aŜ do

najdrobniejszego szczegółu. Ta sama miękka, a równocześnie władcza maniera 
mówienia, ta 
sama państwowa niespieszność i przekonanie o tym, Ŝe kaŜdy jego gest - stanie 
się dorobkiem 
historycznym... Protopartorg Afrykanin był dokładną kopią Gleba Portniagina - 
bez względu 
na dzielące ich wszystkie zewnętrzne róŜnice.
Obywatel spyta: "No i co? PrzecieŜ to byli przyjaciele!" Właśnie dlatego jest 
zwykłym obywatelem...? Wybierzniew był psychologiem praktykiem. Dobrze wiedział,
Ŝe 
podobni do siebie ludzie rzadko zostają przyjaciółmi... Nie, chwilowo, 
oczywiście, mogą się 
zaprzyjaźnić. Szybko jednak kaŜdemu z nich zacznie się wydawać, Ŝe przyjaciel 
złośliwie go 
przedrzeźnia... Kończy się to wszystko, rzecz jasna, wieczną niezgodą... KtóŜ by
chciał, 
powiedzcie, mieć przy sobie stale zwierciadło? W dodatku - krzywe?!...
A Gleb Portniagin i Nikodem Ludzki przez kilka lat z rzędu (aŜ do pechowego 
włamania do magazynu z artykułami Ŝywnościowymi) przyjaźnili się - na 
powaŜnie... 
Pozostało jedynie załoŜyć, Ŝe w młodości mieli zupełnie róŜne charaktery. A 
podobieństwa 
nabyli wskutek wieloletniej, Ŝarliwej wrogości... Walcząc ze sobą na śmierć, a 
nie o 
napełnienie pustego brzucha, kaŜdy z byłych partnerów niezauwaŜalnie, bezwiednie

formował się na podobieństwo przeciwnika...
Zresztą nie ma w tym Ŝadnego paradoksu. Weźmy, dla przykładu, złote czasy, o 
których niedawno z taką tęsknotą wspominał weteran podziemia Markieł Sotow. 
Dlaczego 
antysemici - co do jednego - wyróŜniali się z masy narodu kłótliwą, Ŝydowską 
naturą? 
Wszystko to jest bardzo proste. śeby pokonać silnego, trzeba samemu stać się 
silnym. śeby 
pokonać chytrego, trzeba samemu być chytrym. Zęby pokonać śyda... Tak-tak, 
właśnie 
tak...
-
-

Tak więc, tutaj pojawia się właśnie ta kwestia... - zamyślony Afrykanin 

kontynuował nie śpiesząc się. - Czy ludność BakluŜyna gotowa jest oddać swoją 
wolność na 
procent?... Nie, nie jest gotowa. Jeszcze ich nie przycisnęło tak, jak naleŜy...
A więc, 
najwaŜniejszym zadaniem "Czerwonych cherubinów" staje się dokręcić śrubę... A 
czym się 
zajmują "Czerwone cherubiny"?... Diabli wiedzą czym, przebacz mej grzesznej 
duszy, 
Panie!... Choćby, na ten przykład, wziąć - Pankracego... Człowiek jak krzemień, 
nie moŜna 
teŜ mu odmówić porządności...
-

Bo jeśli odmówisz, zastrzeli - cichutko, nie bez złośliwości przymówił 

pełny 
blondyn, Klim Jezusów.
Pankracy natychmiast się obrócił - wpatrzył się w Klima.
- MoŜe zastrzelić... - z szacunkiem zgodził się Afrykanin, takŜe, jak widać, 
mający 
czułe ucho. - No, w jaki sposób ten człowiek-krzemień starał się przybliŜyć 
dzień nadejścia 
naszej Przenajświętszej Rewolucji? Ano - nijak. Przetrzebił połowę parlamentu, 
ubawił naród, 
uradował bulwarową prasę... Pankracy!... - z delikatnym wyrzutem mówił 
protopartorg, 

Strona 88

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

odwracając się całym ciałem do Kulawca. - Nie rozumiem: straciłeś rozum, czy 
co?... 
Napadasz na niewinnych ludzi, a przestałeś napadać na tych, którzy są 
rzeczywiście winni! 
CzyŜ tak się robi rewolucję? O, popatrz, okap domu towarowego trzyma się na 
jednym 
zaklęciu! No to przeŜegnaj go krzyŜem raz, a jeszcze lepiej - pokrop solidnie 
kropidłem - 
runie... MoŜe jeszcze przy okazji kogoś zmiaŜdŜy! Wtedy naród wybuchnie... To 
nie na 
czarodziei, zrozumie, a na nas gruzy spadają... Jednym słowem - trzeba jeszcze 
popracować 
nad narodem, popracować...
Afrykanin przerwał swoją orację, podniósł filiŜankę do ust. Wybierz-niew 
wykorzystał tę okazję, obejrzał spod oka wszystkich zebranych. Pankracego 
męczyły 
dreszcze. Po pierwsze - nie zgadzał się, a po drugie - czuł się obraŜony. 
Pozostali w ciszy 
kiwali głowami - czy to dziwiąc się mądrości protopartorga, czy teŜ - na odwrót.
Wielkooka 
Nika siedziała pokornie przy odległym końcu stołu, z zachwytem wlepiała oczy w 
Afry-
kanina... Jak młoda topola w czerwonej chusteczce...
W końcu filiŜanka z brzękiem dotknęła spodka.
- Patrzycie na mnie, myślicie... - z westchnieniem ciągnął Afrykanin. - Po co, 
do 
cholery, ten stary baran przeszedł granicę? Po wodzie, jak po lądzie... Czemu 
nie siedzi w 
swoim Łycku!?...
Po takich słowach wszyscy natychmiast przestali kiwać głowami. Nawet Pankracemu 
trochę przestała drŜeć makówka... Sądząc ze wszystkiego, protopartorg zakończył 
słowo 
wstępne. Zsunął surowo kosmate, sroka-te brwi, oparł brodę o pierś, znowu 
zamyślił się. Tym 
razem na długo.
- Marność nad marnościami... - powiedział, podnosząc mądre, napełnione głębokim 
bólem oczy. - Nie chcemy pamiętać, Ŝe gdyby obok nie leŜał prawosławny, 
socjalistyczny 
Łyck - Gleb Portniagin wykosiłby podziemie - jak pokrzywy... Ale - strach!... 
Wie, 
paskudnik, Ŝe wzdłuŜ granicy stoją gotowe do boju, samobieŜne deszczownice 
"Fregata"... 
Jak przejadą, kropiąc wodą święconą - mało co się tutaj ostanie! Dlatego chce 
wciągnąć 
NATO... Cholera, kto mnie tu cały czas za riasę szarpie?!
Wszyscy zadrŜeli, dziko spojrzeli po sobie. Myśl o tym, Ŝe ktoś z obecnych mógł 
pod 
stołem szarpać za kraj riasy Afrykanina, nie mieściła się w głowach. 
Protopartorg zmarszczył 
się, z chrząknięciem wsunął rękę pod białe jak cukier, zwisające fałdy obrusa, i
- ku 
zdziwieniu wszystkich obecnych - wyciągnął za skórkę sporego skrzata jasnoszarej
maści.
-

Ba! - rzekł groźnie i kpiąco. - Anczutka? A ty, bratku, skąd się tu 

wziąłeś?...
-

A on... A ona... - wczepiony pazurkami w riasę skrzacik wskazywał palcem

to na 
Nike, to na Arystarcha... Z radością zaczął donosić na wszystkich po kolei. - 
Wydziergała 
koronkowe pantalony dla mnie!... A on chciał mnie spryskać święconą wodą!...
-

Aj-aj-jajaj... - rozŜalił się Afrykanin. - Niedobrze... Niedobrze jest 

męczyć boŜe 
stworzenia... - Obejrzał zebranych. Tylko Klim Jezusów domyślił się, Ŝeby 
przybrać 
przymilny wyraz twarzy (co zresztą upodobniło go juŜ w stu procentach do 
prosięcia). 
Pozostali patrzyli na jasnoszarą siłę nieczystą ze speszonymi i pełnymi odrazy 
minami. 

Strona 89

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Weteran podziemia Markieł Sotow odsunął się, podniósł trzy palce, wyraźnie mając
zamiar 
przeŜegnać skrzacika, ale kiedy jego spojrzenie zderzyło się ze wzrokiem 
protopartorga - 
podniesione palce skuliły się, opadły, wpełzły pośpiesznie pod stół...
-
- Co za pięknoduchy?! - podniósł głos Afrykanin na wszystkich za jednym 
zamachem. 
- Gdzie jesteście? W Łycku czy w BakłuŜynie?... Choć to nieczysta, ale mimo 
wszystko - 
siła!... Widzicie ich, nosy na kwintę! Dojdziecie do władzy - wtedy strójcie 
sobie miny, ile się 
da!... A tymczasem - przyda się nam kaŜdy sojusznik - czysta siła, nieczysta...
Nikt juŜ nie śmiał szepnąć jednego słówka. Protopartorg jeszcze raz parsknął z 
niezadowolenia, ale - jak się wydawało - powoli się uspokajał... Burza przeszła 
bokiem.
-

Tak, o czym to ja?... - rzekł Afrykanin, gładząc szeroką dłonią 

delikatną jasnoszarą 
sierść. Skrzacik z zadowoleniem zamruczał. - Ach, tak, Łyck... Łyck pomaga nam 
we 
wszystkim. My pomoŜemy Łyckowi... Dla Łycka nadchodzą cięŜkie czasy... 
PrzybliŜenie ich 
- jest naszym świętym obowiązkiem! Jeśli wiara nie została zahartowana w 
płomieniu - 
grosza nie warta... To - po pierwsze. A po drugie... Świątynia. No, jak moŜna 
przetrzymać 
cięŜkie czasy bez świątyni? - Afrykanin zatrzymał się, spojrzał na siedzących 
pytającym 
wzrokiem. Ci ze skruchą pokręcili głowami, ich miny wyraŜały pełne współczucie. 
Tak, bez 
świątyni w cięŜkie czasy - moŜna tylko lec - i umrzeć...
-

Co trzeba konkretnie zrobić?... - ciągnął cudotwórca. - O tym powiem 

kaŜdemu 
oddzielnie - w najbliŜszym czasie... No, a teraz...
Protopartorg nie dokończył, poniewaŜ w nocy za oknem coś ogłuszająco wybuchło, 
okna zadrŜały, fala uderzeniowa na ościeŜ otworzyła lufcik. Aleja Niedobrowa 
wypełniła się 
wystraszonymi, zadziwionymi krzykami...
-

Pankracy... - otrząsając się ze zdziwienia, z wyrzutem powiedział 

Afrykanin. - No, 
co ty? Nie mogłeś wybrać lepszej pory? To twoja robota?...
-

N-n-n... - zaczął Kulawiec - bezradnie popchnął łokciem Arystarcha.

- Nie nasza... - pośpiesznie wyrzekł Retiwoj. - Na dzisiaj w ogóle niczego nie 
planowaliśmy... Oprócz odzyskania materiałów kompromitujących, rzecz jasna...
Wtedy protopartorg uwaŜnie spojrzał na Wybierzniewa. Ten tylko lekko potrząsnął 
głową. A poniewaŜ marynarka juŜ i tak była pozbawiona czarów, powtórnie 
nakreślił ręką 
znak krzyŜa - jestem niewinny, ja...
- śyjecie sobie z rozmachem. Hałaśliwie... - zauwaŜył Afrykanin. Wstał, jak 
uprzednio trzymając skrzata na rękach. - No, cóŜ... Dziękuję, gospodyni, za 
herbatę!... 
Posiedzieliśmy sobie - czas wiedzieć, kiedy wyjść pora...
Wytrawny polityk Klim Jezusów przybliŜył się do protopartorga, z przymilną miną 
podrapał Anczutkę za uchem.
- Rozchodzimy się pojedynczo? - z troską zapytał weteran podziemia Markieł 
Sotow.
- Dlaczego pojedynczo?... - zdziwił się protopartorg. Chytrze zerknął na 
Nikołaja. - 
Rozchodźcie się jak chcecie... Czy tłumnie, czy parami... Dobrze mówię, 
nieprawdaŜ, 
pułkowniku?
Za stołem pozostali we dwoje: Wybierzniew i Nika - oboje w pełni osłupiali. 
Szczególnie Nika. Z zastygłym, zachwyconym uśmiechem, z natęŜoną uwagą 
wpatrywała się 
w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział Afrykanin. śadnych innych 
oznak Ŝycia nie 
okazywała... Ciekawe, czy to z nią tak na długo...? Och, jakby było dobrze!... 
Nikołaj 

Strona 90

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wyciągnął komórkę.
- Co to był za wybuch?... - ze zmęczeniem zapytał. Po usłyszeniu odpowiedzi o 
mało 
nie upuścił słuchawki.
Poinformowano go, Ŝe przed piętnastoma minutami wprost przed wejściem do firmy 
"Ograbank" nieustalone osoby spowodowały wybuch samochodu osobowego wyładowanego

dynamitem. Środek budynku osypał się. Sąsiednie budynki teŜ zostały uszkodzone, 
ale lekko. 
Liczba ofiar - właśnie się ustala...
Wprost przed wejściem do firmy "Ograbank"?... To jest tam, gdzie - zgodnie z 
pierwotnym zamiarem Afrykanina - powinno dojść do spotkania... B-bardzo ciekawe!
Ktoś 
rozpoczął polowanie na protopartorga... Ale kto? Kontrwywiad - wykluczone, 
"Cherubiny" - 
właściwie takŜe... Przestępcy? A po jakiego czorta bakłuŜyński światek 
przestępczy miałby 
chcieć sprzątnąć Afrykanina?... SłuŜby specjalne NATO?... Bzdura!... W ten 
sposób mogliby 
się pozbawić sojusznika... A moŜe jednak, mimo wszystko, przypadkowy zbieg 
okoliczności?... Lokalne, tubylcze rozliczenia z "Ogra-bankiem"?...
- PieseczkuL. - pisnęła, nagle oŜywając Nika, zrywając z głowy czerwoną 
chusteczkę. 
- Mój ty mądralo!... Ten twój Afrykanin to istne cudo! Grzeczny! Taktowny!... A 
jak damie 
rączkę całuje!...
...Nikołaj, któremu jakoś udało się zbiec na ulicę, natychmiast połączył się z 
prezydentem.
- Natychmiast przyjeŜdŜaj do mnie! - rozkazał gwałtownie Portniagin, po 
wysłuchaniu 
krótkiego raportu pułkownika. - Opowiesz wszystko po kolei...
***
Prezydent był ponury. Zaproponował Wybierzniewowi krzesło, rozkazał przystąpić 
do 
szczegółowego opowiadania, sam zaś stał. Następnie zaczął się przechadzać po 
gabinecie, od 
czasu do czasu gwałtownie odwracając się do pułkownika i pytająco wpatrując się 
w coś za 
jego plecami. Nikołaj nawet raz obejrzał się, wyczuwając odpowiedni moment, ale 
- rozumie 
się - nikogo z tyłu nie odkrył... Najwidoczniej wpatruje się w astral...
-

A ty sam co o tym sądzisz?... - warcząco spytał prezydent. - Rozgryzł 

ciebie?
-

Myślę, Ŝe tak... - uczciwie powiedział Nikołaj. Kłamstwo jest zawsze 

głupotą, a juŜ 
w takiej sytuacji - tym bardziej. Na pewno za plecami znajdują się straszki. 
Trochę 
rozminiesz się z prawdą - od razu wydadzą. - Rozgryzł... Odchodząc, nazwał mnie 
pułkownikiem...
Wyznanie Wybierzniewa Gleb Portniagin przyjął z wyraźnym zadowoleniem. Jego 
duŜe usta ułoŜyły się w coś podobnego do uśmiechu. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe 
prezydent do 
jakiegoś stopnia czuje się nawet dumny z Afrykanina. Nikołajem znowu wstrząsnęło

nieuchwytne podobieństwo dwóch zaklętych wrogów...
-

Twoje wnioski!?...

-

Protopartorg nie ma nadziei na przewrót państwowy w BakłuŜynie... - ze 

skupieniem, rozwaŜając kaŜde słowo, rzekł pułkownik. - Sam widzi, Ŝe naród nie 
powstanie. 
Na ile zrozumiałem, zabiera się do przeciwstawienia NATO Łyckowi, a podczas 
zawieruchy 
chce zrzucić Porfiriusza i zostać samemu Patriarchą. Myślę, Ŝe jutro moŜna 
oczekiwać serii 
prowokacji, no... - Nikołaj zrobił pauzę. - Najwidoczniej, jednak - ikona...
LeŜący na biurku długopis niespodziewanie powstał, potem upadł, zaczął kręcić 
się w 
miejscu. Prezydent jedynie zerknął z niezadowoleniem i pogroził długopisowi 
palcem.

Strona 91

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

Tak, ja teŜ tak sądzę, Ŝe... ikona - mówił zamyślony, ponownie 

odwracając się do 
Nikołaja. - Pułapka w etnograficznym - zastawiona?...
-

Tak jest. Wzmocnić?

-

N-n... Nie, nie warto... - po chwili wahania rzucił prezydent. - Wiesz, 

co najlepiej 
zrobimy?... Zdejmiemy pułapkę. Całkowicie...
Pułkownik uniósł brwi, a potem jego twarda, męska twarz zmiękła, nawet trochę 
zaczęła obwisać... Odniósł wraŜenie, Ŝe Portniagin zdecydował się poprzeć 
wszystkie tajne 
zamiary Nikołaja Wybierzniewa...
W poczekalni na pułkownika czekał generał Wściekły. JuŜ się dowiedział - moŜna 
się 
domyślić. Złapał Nikołaja pod łokieć, bojaźliwie się oglądając, wyciągnął na 
korytarz - jak 
najdalej od oczu sekretarza.
-

No, dzięki Bogu, Ŝyjesz! - błądząc spojrzeniem zaczerwienionych oczu 

wyszeptał. - 
Kiedy wybuchło - pomyślałem sobie: to juŜ koniec... Amen Koli!... Jak się 
uchowałeś - nie 
rozumiem...
-

Po prostu nie spotykaliśmy się w "Ograbanku" - wyjaśnił Nikołaj. TakŜe 

zniŜając 
głos. - W prywatnym mieszkaniu...
Generał spojrzał na pułkownika osłupiały - jego Ŝółtawe oczy nagle zaszkliły 
się, 
przestały wyraŜać jakiekolwiek uczucia...
- A-a... - z szacunkiem rzekł. - To tak... A mnie zameldowano - Ŝe w 
"Ograbanku"...
ROZDZIAŁ 11
PORFIRIUSZ, lat pięćdziesiąt sześć, Patriarcha
Patriarcha Łycka Porfiriusz był nie w humorze. Nigdy nie cierpiał 
nieoczekiwanych i 
niespodziewanych zdarzeń, słusznie dostrzegając w nich wyzwanie dla swojej 
dalekowzroczności i przenikliwości.
- Didim!... - wezwał, wymawiając dźwięki trochę przez nos. Wszedł (zawszasu 
wystraszony) komsomołobogomolec - jasnooki, siwiutki staruszek o wątłej budowie 
ciała. JuŜ 
dawno powinien - ze względu na wiek - utracić członkostwo komunistycznego 
związku 
bogobojnej młodzieŜy, ale Patriarcha uznał, Ŝe podeszłe lata nie stanowią 
przeszkody dla 
członkostwa. Byle dusza była młoda.
- No, o co chodzi, Didim?... - PrzełoŜony Łyckich Cudotwórców ze wstrętem 
poruszył 
leŜący przed nim na stole, rozłoŜony, świeŜy numer "Maga", oficjalnego organu 
Ligi 
Czarodziei BakłuŜyna. - Prosiłem przecieŜ: nie kropić, nie Ŝegnać krzyŜem... 
Gazetkę 
przysłano naładowaną, zaklętą - to znaczy, Ŝe taką masz mi podać.
Staruszek Ŝachnął się, zatrzepotał czarnymi rękawami riasy.
-

Naprawdę, słowo honoru stalinowca, nie kropiłem i nie Ŝegnałem 

krzyŜem!... - 
Ŝarliwie zaklinał się. - MoŜe ktoś na cle...
-

Na cle?... - Patriarcha zasępił się, pomyślał. - Dobrze, idź, 

sprawdzimy... Aaa... 
powiedz, Ŝeby zapisano ci naganę...
Staruszek-komsomołobogomolec z głośnym trzaskiem kręgów krzyŜa wykonał 
głęboki pokłon i - łapiąc głośno ustami powietrze - wyskoczył z celi.
Jak kaŜdy doświadczony polityk, Patriarcha Łycka Porfiriusz wyznawał starą 
regułę: 
karać natychmiast - wyłącznie niewinnych. Winni - przecieŜ nigdzie i nigdy przed
nim się nie 
skryją, kiedyś na nich teŜ nadejdzie kolej. PrzecieŜ nie będą stale winnymi...
Patriarcha westchnął i znowu zajął się lekturą wrogiej prasy - przejrzał 
nagłówki. 
"BAKŁUśYNO PRZYGOTOWUJE SIĘ DO POWITANIA WYSOKICH GOŚCI..." Dobrze, 
niech się przygotowuje... Tak, a to co? "NOWE SZCZEGÓŁY DśUMACHLIŃSKIEJ 

Strona 92

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

TRAGEDII..." To drań!... Tak próbują na nas nasłać skrzydlate rakiety!...
Szyby zadrŜały - kolejna eskadra amerykańskich samolotów wtargnęła w przestrzeń 
powietrzną Łycka... Patriarcha jedynie ze złością zmarszczył brwi, przystąpił do
czytania 
drugiej strony. Hm... "PIĄTE KOŁO U WOZU..." A to o czym?... "Uciekające koło 
prezydenkiej limuzyny łapali wszyscy..." śartobliwie, Ŝartobliwie... O, 
widzicie, jacy 
jesteśmy odwaŜni - nawet kpimy sobie z naszego prezydenta...
Reklamy, mnóstwo reklam... Ponad połowa gazety - to wyłącznie reklamy. "FIRMA 
"NIEWYGODA" SPRZEDAJE HURTOWE ILOŚCI CUKRU. KRADZIONE - 
SŁODSZE..." Zupełnie się juŜ nie krępują!...
A o zbiegłym protopartorgu - ani półsłówka...
Porfiriusz odłoŜył gazetę, zamyślił się.
A więc, wierny przyjaciel i współpracownik, aby wiecznie w piekle się smaŜył, 
wyczuł niebezpieczeństwo... Pojął, Ŝe w legowisku wroga grozi mu mniej 
niebezpieczeństw 
niŜ u przyjaciół. Afrykanin zawsze wyróŜniał się polityczną ślepotą, ale takiej 
małoduszności 
po nim Porfiriusz, trzeba przyznać, nie oczekiwał. No jak tak - wziąć nogi za 
pas, uciec? 
CzyŜby protopar-torg nie rozumiał, jak bardzo w tej chwili jego tragiczny zgon 
jest potrzebny 
Łyckowi?... Najwidoczniej - nie rozumiał. Nie rozumie. Nie chce zrozumieć!...
PrzecieŜ jeśli się dobrze zastanowić: kto jest winny tej całej burzy? Kto 
rozdmuchał w 
środkach masowej informacji pijacką, zwykłą bójkę łyckich mechanizatorów 
rolnictwa z 
bakłuŜyńskimi - do wymiaru pancernej bitwy pod chutorem Wieprzniki? Kto obiecał 
zniszczyć w powietrzu specjalną komisję ONZ? Kogo niedawno ogłoszono terrorystą 
politycznym? Za kim tęskni międzynarodowy trybunał w Hadze? Za czyje postępki 
juŜ od 
dwóch tygodni wyją nad Łyckiem turbiny amerykańskich samolotów szturmowych? Kto 
jest 
temu winien?...
Czy to z powodu Porfiriusza, czy co?! O nie, to nie z powodu Porfiriu-sza... To 

twojego powodu, drogi towarzyszu AfrykaninL.
Nawet jeŜeli załoŜymy, Ŝe jesteś bakluŜyńskim szpiegiem - kogo to 
usprawiedliwia?... 
Jeśli o tym zresztą wspominamy... Praktycznie zawsze najbardziej Ŝarliwi i 
krzykliwi 
członkowie kaŜdej partii zostali do niej wprowadzeni przez jej wrogów. Na 
wypadek rozpadu, 
chuligańskich wyczynów... No i co z tego? Wciągną się w partyjną robotę, będą 
zasuwać. Nie 
gorzej niŜ inni...
Swego czasu ludowy komisarz inkwizycji metropolitruk Pitirim przedstawił 
Porfiriuszowi szczegółową informację o Afrykaninie. Między innymi figurowały tam

świadectwa o młodzieńczej przyjaźni z Portniagi-nem, podejrzane włamanie do 
muzeum 
etnograficznego, jawnie sfingowana ucieczka z celi aresztu... Niemniej 
Patriarcha uznał za 
moŜliwe wprowadzenie Afrykanina do Biura Politycznego oraz zaliczenie w poczet 
Łyckich 
Cudotwórców. No i co takiego - szpieg!... Oznacza to jedynie, Ŝe trafił się 
pracownik-złoto! 
Tylko swoi - to obiboki! Wrogi agent będzie zasuwał przez okrągłą dobę, Ŝeby 
tylko nie 
wzbudzać podejrzeń...
No jasne, Ŝe bez pewnych strat się nie obejdzie... Zdarza się, Ŝe przekaŜe za 
granicę 
jakieś tajne materiały - ale przecieŜ ich, w Ŝadnym wypadku, nie wykorzystają...
Jeszcze się 
nie zdarzyło, Ŝeby wykorzystali!... Na przykład Richard Sorge przekazywał 
szczegółowo, 
kiedy rozpocznie się wojna. Kto go słuchał?... A SchellenbergL. Przedstawił 
wszystkie dane 

Strona 93

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Fiihrerowi - jak na talerzyku, prawie Ŝe na palcach wyliczył: nie wolno napadać 
na ZSRR... 
Jaki był rezultat?... A przecieŜ to był Sorge! I Schel-lenberg! Co w takim razie
mówić o 
szeregowych wywiadowcach... Ich donosów wcale się nie czyta - nie ma czasu...
Krótko mówiąc, szpieg czy nie szpieg - jaka róŜnica? NajwaŜniejsze - Ŝe w danej 
chwili protopartorg idealnie pasował do roli politycznego przy-głupa... Po 
pierwsze, moŜna 
było zepchnąć na niego - przy okazji - grzechy kaŜdej wagi, a po drugie, wszyscy
pozostali 
cudotwórcy wyglądali obok kosmatego, podobnego do zwierza Afrykanina prawie na 
Europejczyków.
"A niech sobie szpieguje! - zdecydował Porfiriusz. - Ale za to - morda, jaka 
morda!..."
Patriarcha nie był wtedy w stanie wyobrazić sobie wszystkich konsekwencji tej 
nieszczęsnej decyzji... ChociaŜ - jeśli chodzi o samego proto-partorga - to nie 
pomylił się ani 
o jotę. Protopartorg zachował się lepiej niŜ naleŜało: plótł z wysokich trybun 
krwioŜerczy 
bełkot, zajadle przyzywał wszystkich do bezlitosnej walki (po kolei) ze 
wszystkimi... Błąd 
Patriarchy polegał na czymś innym: był to typowy, odwieczny, fatalny błąd 
działaczy 
politycznych... Jakkolwiek byłoby to Ŝenujące, Porfiriusz nie docenił idiotyzmu 
mas 
ludowych. Ludowe masy poszły za Afrykaninem...
Trudno powiedzieć dlaczego, ale kaŜdemu z nas, w głębi duszy, obowiązkowo chce 
się być posadzonym, rozstrzelanym, prześladowanym - aŜ do ostatniego pokolenia. 
Tę 
nieszczęsną chętkę zazwyczaj nazywamy dąŜeniem do porządku i sprawiedliwości 
społecznej... Tak, mówimy sobie, przycisną mnie. Ale - moŜe nie przycisną... No,
sąsiadowi 
to juŜ na pewno dadzą popalić... Nic więcej, jak zwykła nostalgia. Tęsknota za 
utraconym, 
jaskiniowym rajem. BezboŜni antropolodzy po dziś dzień kłócą się o to, gdzie 
pojawił się 
praczłowiek... Najwidoczniej, cokolwiek by sądzili - w łagrze. Albo poprawczaku.
Tak więc - zadaniem polityka jest wyszukanie w duszach wyborców tej 
prehistorycznej Ŝyłki. Potem podkręcenie kółeczka, naciągnięcie jej aŜ do granic

wytrzymałości... Dalej to juŜ tylko sprawa techniki... Krzycz, struno, dopóki 
nie pękniesz! W 
tej dziedzinie, oczywiście, do Afrykanina nie moŜna było mieć pretensji: Ŝyłkę 
wyszukał, 
zagrał na niej tak, Ŝe duszę rozdzierało... Dopóki ludność Łycka namiętnie 
karczowała światła 
na skrzyŜowaniach i biegała po podwórkach sąsiadów z wodą święconą w 
poszukiwaniu siły 
nieczystej - dało się to jeszcze wytrzymać. Ale potem doszło do jawnego 
podsycania 
nienawiści do BakłuŜyna!... Nie, no jasne, Ŝe zewnętrzny przeciwnik takŜe jest 
niezbędny... 
Bez niego Ŝadne państwo po prostu nie wyŜyje. Jaki wielki był Związek Radziecki,

wystarczyło, Ŝe ze wszystkimi zawarł pokojowe traktaty - i natychmiast się 
rozpadł!...
Jednak trzeba znać miarę! Po co doprowadzać do wojny?...
Ach, protopartorgu, protopartorgu... RozdraŜniłeś NATO, podburzyłeś naród - i 
dałeś 
nogę! Zbiegłeś! Kaszę zwarzyłeś, a kto ją teraz zje?... Pojawiła się taka piękna
okazja - złoŜyć 
siebie w ofierze, wejść do historii, stać się legendą... W głowie się nie 
mieści!...
Patriarcha był nie tylko oburzony - był szczerze rozczarowany filister-skim 
postępkiem Afrykanina.
A uwaŜał się za działacza politycznego! W takim razie bądź tak uprzejmy i 
pojmij, Ŝe 
sumienie to sprawa delikatna. Od czasu do czasu - jest tak nikłe, Ŝe zupełnie 

Strona 94

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

zanika... Ale nie 
do takiego stopnia, no!...
Nad Łyckiem gromadziły się obłoki i sepleniły turbiny samolotów. DrŜały szyby 
okien...
Od gniewnych rozwaŜań Patriarchę Porfiriusza oderwał tenŜe sam kruchy jasnooki 
staruszek-komsomołobogomolec, który juŜ zaliczył dzisiaj jedną naganę 
cerkiewno-partyjną. 
Najwidoczniej - wydawało mu się, Ŝe to za mało...
-

Co tam jeszcze u ciebie?... - gderliwie spytał Patriarcha.

-

Rządowy biuletyn... o stanie zdrowia... - ze strachem zameldował starzec

o młodej 
duszy, kładąc na stole przed Porfiriuszem arkusz maszynopisu. (Patriarcha nie 
lubił 
komputerowej techniki).
-

Afrykanina, czy co?... - zapytał z Ŝółcią w głosie Porfiriusz. - A no, 

jak tam jego 
zdrowie?...
(Według oficjalnej wersji protopartorg chorował. PrzecieŜ trzeba było jakoś 
wyjaśnić 
ludowi nieobecność ulubieńca mas!).
Kruchutki staruszek stanął na baczność. Jego pergaminowa twarzyczka rozjaśniła 
się, 
stała się natchniona.
-

Ogólnie - stan zdrowia się poprawia, ale moŜliwe są komplikacje... - 

szybko 
zaraportował.
-

Taak?... - z powątpiewaniem wyrzekł Patriarcha, schylając się nad 

arkusikiem. - 
Komplikacje - to świetnie... A, właśnie... Co to za hałas na placu?...
Rzeczywiście - moŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe pod oknami wysokiej komnaty-celi 
zebrał się dosyć liczny tłum na mityng.
- Właśnie czekają na komunikat... Chcą zostać dawcami... No... oddać krew dla 
Afrykanina... szpik, aurę, mózg...
Porfiriusz głośno westchnął i zwrócił papier.
- Mózg... - powtórzył z niezadowoleniem. - Akurat z mózgiem to u niego wszystko 
jak 
najlepiej... Swoim moŜe się podzielić. Aurą takŜe... Dobrze, tekst akceptuję. 
Idź. Wywieś...
Komsomołobogomolec złamał się w pokłonie po pas, wyszedł, a Patriarcha znowu 
wrócił do przerwanego ciągu nurtujących go myśli...
Gdyby Afrykanin okazał się bardziej odwaŜny, albo mniej inteligentny (co, 
zresztą, 
jest jednym i tym samym), problem nie pojawiłby się w ogóle. No, pogrzebaliby 
go. 
Przydusiliby, jak naleŜy, w tłumie parę nazbyt ciekawskich staruszek, zmieniliby
nazwę wsi 
Gwiazdookiej na miasto Afry-kanińsk... Wznieśliby pomnik na placu, mauzoleum... 
Potem, 
pozostałyby juŜ tylko drobiazgi... W tajemnicy przed ludem przeprosiliby 
BakłuŜyno, 
państwa NATO... Całą winę zrzucono by na nieboszczyka-protopartorga, wykonano by
jakiś 
akt dobrej woli... MoŜna by uznać sprawę za załatwioną, a konflikt - za 
niebyły!...
Ale teraz - jak naleŜy postąpić?...
Ogłosić, Ŝe Afrykanin zbiegł do BakłuŜyna?... Niech Bóg broni! Ameryka nie 
uwierzy, poniewaŜ to prawda. A Portniagin, stary wyga, z pewnością będzie 
wszystkiemu 
totalnie zaprzeczał: zaneguje zarówno sam fakt przekroczenia zielonej granicy, 
jak i pozostałe 
figle Afrykanina, włącznie z cudem z ciąŜkiem, o którym zameldowano Patriarsze 
dzisiaj 
rano...
W pierwszym odruchu Porfiriusz chciał wykreślić protopartorga z listy 
cudotwórców, 
natychmiast rozgłosić to wydarzenie, ale na szczęście powstrzymała go myśl o 
tym, Ŝe naród 
go nie zrozumie. Dokładniej - zrozumie, ale niewłaściwie... Z ludem, jak 

Strona 95

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wiadomo, Ŝarty źle 
się kończą: jak juŜ się poderwie - na łańcuch go nie weźmiesz... Za swojego 
ulubieńca 
zniszczą stolicę. W takim razie trzeba będzie bunt uśmierzyć. Armia, oczywiście,
nie 
zawiedzie, poniewaŜ sumienia obywatelskiego wojskowi z definicji mieć nie mogą -
ale 
organizować strzelaninę wtedy, kiedy nad twoją głową huczą silniki samolotów 
pokładowych 
Szóstej Floty?...
Jeszcze nigdy w Ŝyciu Porfiriusz nie czuł się tak bezsilnym. Jeśli Afrykanin w 
najbliŜszym czasie nie zostanie oddany pod sąd w Hadze (albo, chociaŜby, nagle 
nie zginie), 
Amerykanie po prostu przeprowadzą rakieto-
wo-bombowe uderzenie na Łyck. Co to dla nich! W zeszłym roku grozili 
zbombardowaniem NiŜnego Czyru - za niewspółmiernie wysoką liczbę pieszych 
rozjechanych przez samochody... Ludobójstwo, psiakrew! Własny naród uciskają...
***
JuŜ pod wieczór, tak jak wyznaczono, pojawił się z raportem szef kontrwywiadu.
Ludowy komisarz inkwizycji Pitirim (w s'wieckim świecie - Kudłacz) był zupełnym 
przeciwieństwem nies'miałego komsomołobogomolca, który siedział w sekretariacie 
Porfiriusza. Po pierwsze, był nieprzyzwoicie młody, po drugie, zupełnie 
nieustraszony... 
Albowiem cóŜ to jest nieustraszo-ność? To taki stan ducha, kiedy człowiek został
zastraszony 
do takiego stopnia, Ŝe jest mu juŜ wszystko jedno... Po trzecie, chytra, Ŝywa 
twarzyczka 
młodziutkiego metropolitruka naznaczona była prędzej piętnem chytro-ści niŜ 
inteligencji - w 
dodatku wyraźnie czytelnym! Piętno niewątpliwie przykładano z rozmachem...
Innymi słowy, był to osobnik raczej nieoczekiwany na takim odpowiedzialnym 
stanowisku.
Wydawałoby się, Ŝe stanowisko ludowego komisarza inkwizycji powinien zajmować 
mądry starzec, ale to kolejne, powszechnie przyjęte mniemanie jest pomyłką. 
Sprawa w tym, 
Ŝe skupiając w swoim ręku taką władzę, mądry starzec bez wątpienia zrzuci głowę 
państwa i 
zajmie jej miejsce sam. Dlatego na to stanowisko bardziej pasuje obdarzony 
głębokim 
zaufaniem młodzian, od którego Ŝąda się tylko jednego: zapału, zapału, zapału.
Poza tym wiadomo, Ŝe osiągając kolejne stopnie większej władzy, kaŜdy usiłuje 
jak 
najszybciej sprzątnąć świadków tego swojego przestępstwa: przyjaciół, doradców, 
a jeśli 
starcza niezłomności charakteru - takŜe rodzinę i krewnych. Potem naleŜy usunąć 
bezpośrednich wykonawców usuwania - powtarza się to kilkakrotnie. Naturalnie, Ŝe

rezultacie podobnych rotacji, kadry kontrwywiadu niechybnie ulegają odmłodzeniu.
Stąd - młodość, stąd - nieustraszoność, stąd - spryt.
- MoŜliwy jest wariant Che Guevary - marszcząc ostry nosek, oznajmił 
metropolitruk. 
Rozwarł cieniutką teczuszkę pozbawioną rozpoznaw-
czych naklejek. - Płomienny protopartorg zdecydował się na własne ryzyko ogłosić
się 
prywatnym powstańcem, przejść granicę, rozpocząć wojnę partyzancką z 
czarownikami na 
ich własnym terytorium... Próbowano mu wytłumaczyć. Jednak namowy nie 
podziałały...
-

PrzecieŜ on, według oficjalnej wersji, jest chory!... - przypomniał 

Patriarcha.
-

No włas'nie. Pewnie z powodu gorączki, w malignie zdecydował się przejść

granicę...
-

Przypuśćmy... A kto go namawiał?

-

Wszyscy cudotwórcy pod wodzą Patriarchy!... - bez zastanowienia odbił 

pytanie 
dziarski junak.
-

A jak udowodnisz, Ŝe to zrobił?... BakłuŜyno - nie wiadomo z jakiego 

Strona 96

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

powodu - 
milczy, nie protestuje!...
Młodego metropolitruka zatkało na chwilę.
- Tak... - ze słabym Ŝalem w głosie przyznał. OdłoŜył arkusik na bok.
-

Dlatego uwaŜam, Ŝe bardziej odpowiedni jest drugi wariant scenariusza

-

trzepał dalej językiem, jakby nic się nie stało. - Zwrócić się jutro do 

ONZ ze skargą 
na słuŜby specjalne BakłuŜyna: wykradli nam Afrykanina. Potajemnie zabili... 
Wybuchu 
gniewu ludu organizować nie będzie potrzeby - sam nastąpi...
Patriarcha słuchał ze zsuniętymi brwiami, od czasu do czasu kiwał głową. 
"Młody... - 
pomyślał aprobująco. - Rozum pracuje ze strachu jak błyskawica... Tak, dobrze 
wymyśliłem 
tę nominację..."
Niegłośno chrząknął - metropolitruk natychmiast zamilkł.
- A oporu, z powodu swojej choroby, nie mógł okazać... PrzecieŜ do tego 
zmierzasz?... 
- uściślił Patriarcha. - Ogólne osłabienie, utrata sił... w tym 
cudotwórczych?... No, 
przypuśćmy, przypuśćmy... A jeśli spytają: na jaką cholerę był w ogóle potrzebny
słuŜbom 
specjalnym BakłuŜyna...
Jednak tym razem ludowego komisarza inkwizycji nie udało się zbić z tropu.
-

Bali się, Ŝeby nie ujawnił ich tajemnic na procesie w Hadze...

-

W jakiej Hadze?... - otwierając szeroko, groźnie oczy, spytał 

Patriarcha. - Czy... czy 
ty wiesz, co mówisz? śe moglibyśmy... my, ulubieńca partii, ulubieńca narodu... 
wydać tym 
psom - imperialistom? Tym heretykom?...
-

Nie, rzecz jasna, Ŝe my nie chcieliśmy go wydać... - pospieszył z 

wyjaśnieniami 
Pitirim. - Ale w BakluŜynie myśleli, Ŝe wydamy... Dlatego wykradli...
-

T-taaak?... - Porfiriusz pomyślał. - A jakie ich tajemnice mógłby 

ujawnić?
-

Pozbieramy dokumenty o przestępstwach... Wystarcza nam materiałów...

-

Dlaczego nie uczynił tego wcześniej?

-

PrzecieŜ Haga - to Haga... - zauwaŜył delikatnie metropolitruk. - 

Światowy 
rozgłos...
Patriarcha pomruczał, z powątpiewaniem pokiwał głową.
-

W takim razie okazuje się, Ŝe Afrykanin powinien sam zaŜądać sądu...

-

PrzecieŜ Ŝądał!... - ze świętym przekonaniem podchwycił Pitirim. - 

Chciał się zjawić 
w Hadze dobrowolnie, ale my go nie puszczaliśmy... bojąc się o jego 
bezpieczeństwo...
Patriarcha zamyślił się.
-

Potrzebny trup - w końcu surowo przemówił.

-

Potrzebny... - ze skruchą potwierdził Pitirim.

-

A gdy spytają: skąd macie?

-

Wykradliśmy z bakłuŜyńskich katowni...

-

To znaczy, Ŝe sami przyznamy się, Ŝe nasze siły specjalne penetrują ich 

terytorium?
- No, dlaczego siły specjalne?... Tubylczy patrioci wykradli - nam przekazali...
- Hmmm... - rzekł Patriarcha. Ciągle jeszcze się wahał. - A jak planujesz zabić?

spytał wręcz.
Pitirim chrząknął. Prawdę mówiąc, zadanie wydawało mu się nierozwiązywalne. 
Dopóki Afrykanin jest Ŝywy, nie moŜna go w Ŝaden sposób pozbawić statusu 
cudotwórcy! A 
dopóki ma status cudotwórcy - zamach nie ma sensu: ani kulą, ani noŜem go nie 
dosięgniesz...
-

N-no, moŜe... jakoś tak... wykreślić go z listy?... - z nadzieją 

powiedział.
-

Jak?... - zduszonym głosem spytał Patriarcha. - Jak to zrobisz bez 

rozgłosu?... A w 
niego wierzy trzy czwarte wyborców!... Chcesz ich przekonać, Ŝe nie...? Idź - 
przekonaj!...

Strona 97

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-
Młodziutki ludowy komisarz inkwizycji skurczył się, zmartwiał.
-

Spróbować dynamitem? - zaproponował z rozgoryczeniem.

-

Zwariowałeś? - wykrzyknął Patriarcha. - Dynamitem!... A co wtedy w ONZ 

będziesz pokazywał? Kłaki?...
**#
Za oknami wysokiej celi Patriarchy niczym czarna, ślepa ściana górowała dwunasta

godzina nocy (według czasu łyckiego). Sam Porfiriusz zasiadał za stołem. Ponuro 
wsłuchiwał 
się w złowieszczy szum dobiegający z nieba nad stolicą. "Night Marę" Szóstej 
Floty USA 
wznowiły rozpoznawanie celów. Widać, za mało im było jednego wypadku...
Cała ta historia z Afrykaninem zadręczyła Porfiriusza tak, Ŝe parę godzin temu 
wyrzucił ze składu Biura Politycznego i wysłał na emeryturę wiekowego 
protopartorga 
Wasilija, który był na tyle nieostroŜny, Ŝe swoją powierzchownością przypominał 
Afrykanina. W dodatku sformułowanie uzasadnienia brzmiało przeraŜająco: "Zwolnić

zajmowanego stanowiska w związku z ostrą niewydolnością serca..."
Cicho zabrzęczał, po czym usiadł na lewej ręce Patriarchy przezroczysty, 
chudziutki 
komar. Najwidocznie przyleciał skądś zza DŜumachlinki. Łyckie komary na takie 
bluźnierstwo po prostu by się nie odwaŜyły... KaŜdy, będący na miejscu 
Porfiriusza, od razu 
posłałby go tam, gdzie diabeł mówi dobranoc - rozmazując jednym uderzeniem. Ale 
Patriarcha na wskroś był politykiem. Pokiwał ze współczuciem głową, z delikatnym

wyrzutem obserwował jak, po wypiciu rubinowej kropelki rozdyma się brzuszek 
bezmyślnego krwiopijcy... "Po co tyle wypijasz, głuptasie? - wydawało się, Ŝe 
mówiły 
Ŝałośnie oczy Porfiriusza. - Mnie nie ubędzie, ale mógłbyś chociaŜ pomyśleć o 
sobie..." W 
końcu opity komar ocknął się, zahuczał z natęŜeniem, popróbował się zmyć. Za 
późno. 
Przesadził. Wypita krew pociągnęła go w dół... Dopiero wtedy Patriarcha 
westchnął i pogroził 
palcem spadającemu owadowi...
- Och, ty antychryście!...
Tego niewielkiego wstrząsu wystarczyło, choć moŜe doszło do jakiegoś zwykłego, 
niechcianego cudu, z których słynął Patriarcha, bo brzuszek natychmiast pękł, 
oblewając blat 
stołu krwią niewinnego, a sam komar (właściwie tylko jego górna połowa) uniósł 
się, 
brzęcząc, pod sufit...
Czy nie tak jest z człowieczą duszą?...
Nagle Patriarcha zaniepokoił się. Wstał, przeszedł się po celi, wyjrzał przez 
okno... W 
dole świecił złotymi ogniami nocny Łyck... Daleko, nad czteropiętrowym sklepem 
"Akcesoria kultowe" płonęły jasnoczerwone, neonowe literzyska: "DZIĘKI BOGU!" 
Stolica 
spokojnie pogrąŜała się w sen...
A mimo to, coś się wydarzyło przed sekundą... Coś bardzo, bardzo waŜnego... 
Zresztą, 
chyba nie tutaj - za DŜumachlinką...
Jasnowidz nie pomylił się. Właśnie w tej samej chwili przed budynkiem, w którym 
mieściła się firma "Ograbank", gdzie powinno było dojść, według pierwotnego 
zamierzenia 
Afrykanina, do spotkania "Czerwonych cherubinów", wybuchł samochód osobowy pełen

dynamitu...
-

Dziecię moje... - świętoszkowato wyrzekł Porfiriusz. - PrzecieŜ w 

zasadzie 
dogadaliśmy się: Ŝadnych wybuchów...
-

Ten wybuch nie jest nasz - bronił się pobladły Pitirim.

Odwaga odwagą, ale na widok takiej pokory kaŜdy stchórzy. Pokora, zdaniem 
Dostojewskiego, to - ogólnie rzecz biorąc - ogromna siła, a juŜ pokora 
Patriarchy... Od razu 

Strona 98

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

moŜna zamawiać trumnę.
-

Nie nasz, mówisz? - z miną nierozumiejącego dziecka zapytał Porfiriusz. 

- To czyj, 
w takim razie?...
-

Trudno powiedzieć... Sprawdzamy... NajwaŜniejsze - nie było tam 

Afrykanina... 
Pewnie wyczuł niebezpieczeństwo... zebrał podziemie pod innym adresem...
Oczy Patriarchy dobrotliwie rozjaśniły się, przenikając grzeszną duszę 
metropolitruka 
aŜ po samo dno... Wystraszył się - więc nie kłamie. W takich sytuacjach kłamią 
bez strachu i 
namysłu. Najwidoczniej, rzeczywiście ten wybuch nie jest dziełem jego rąk...
- Nawet jeŜeli nie nasz!... - w końcu wywarczał Patriarcha, ponownie stając się 
czepliwy i gderliwy. (Pitirimowi od razu kamień spadł z serca). - To co ty 
robiłeś?... Dobrze, 
Ŝe chociaŜ Afrykanin uchronił siebie! A gdyby
rozwaliło go w drobny puch?... Od razu pojawiłaby się legenda: Ŝyje, ocalał, to 
pokazał się jednemu, to ukazał się innemu, tam się pojawił... A jak potem 
zaprzeczysz? 
PrzecieŜ bez trupa będziemy jak bez rąk! - Porfiriusz parsknął, pomilczał, potem
spytał: - Co 
BakłuŜyno?
- Milczy... Najpewniej uwaŜają, Ŝe to robota prołyckich elementów.
-

Tak, to zrozumiałe... Myślisz, Ŝe juŜ zdąŜył komuś tam obrzydnąć?... 

Komu?
-

Jutro wyjaśnimy!... - oŜywiając się, szybko zapewnił Pitirim. - JuŜ mamy

pewne 
dane. Naprowadzającym był z pewnością któryś z "cherubinów", najprawdopodobniej 
przewerbowany przez nas szofer dŜipa. Nie wiedział, Ŝe zmieniono miejsce 
schadzki, podał 
poprzedni adres... Jak widać, nie tylko nam...
-

No, pochwalić, pochwalić - operacyjnie działacie, operacyjnie... - 

pochwalił 
Porfiriusz.
Ludowy komisarz inkwizycji po usłyszeniu komplementu znowu się przeraził. "Z 
powodu ostrej niewydolności serca..." - zabrzmiał w jego uszach oficjalnie 
Ŝałobny głos 
spikera radiowego.
Trzeba natychmiast coś zrobić. Natychmiast!... Mózg zdopingowany dodatkowym 
kopem adrenaliny nie zawiódł.
-

Sądzę - odwaŜył się rzec Pitirim, zarazem pokaszlując ostroŜnie. - Czy 

naprawdę 
koniecznie musimy mieć trupa?...
-

Jak to rozumieć? - zainteresował się Patriarcha.

-

Jeśli pogrzeb przerodzi się w masową, ogólnonarodową demonstrację... Mam

wraŜenie, Ŝe na Zachodzie uwierzyliby nam bez ciała... A u nas - tym bardziej...
-

Poczekaj, poczekaj... - powiedział odsuwając się Porfiriusz. - Co chcesz

zaproponować?
-

Wariant najprostszy. śałoba narodowa. Cynkowa trumna - i koniec 

sprawy!...
Przez kilka sekund Porfiriusz nie poruszał się. Potem wstał. Rzadki przypadek. 
Jakie 
to Ŝałosne, Ŝe Bóg nie obdarzył Patriarchy słusznym wzrostem. NiezasłuŜenie... -
Dlatego 
Porfiriusz starał się rozmawiać z ludźmi siedząc, a na trybunę wspinał się 
samotnie - Ŝeby nie 
moŜna było go z nikim porównać.
I
Niesłyszalnym krokiem lunatyka przeszedł się po celi wysłanej dywanem. Z boku, 
jakby ponownie chcąc odczytać i zapamiętać rysy jego twarzy, spojrzał na 
Pitirima.
-

A co zrobić z samym Afrykaninem? - zapytał przymilnie.

-

Samozwaniec! - odpowiedział energicznie ludowy komisarz inkwizycji.

-

Jak to - samozwaniec?... PrzecieŜ w BakłuŜynie cuda...!

-

Jakie tam cuda? PrzecieŜ będzie go grzebał cały naród! Szczerze!... Ze 

łzami!... A to 

Strona 99

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

oznacza, Ŝe sprawcza moc cudotwórcza od razu przejdzie z Afrykanina na jego 
mauzoleum! 
A z samozwańcem, pozbawionym mocy boŜej, poradzimy sobie bez kłopotów - 
sprzątniemy...
Patriarchy twarz wyraŜała zamyślenie. Obszedł stół, powoli usadowił się w 
wysokim 
fotelu. Wygląda na to, Ŝe znalazło się wyjście z sytuacji, ale trzeba jeszcze 
przemyśleć 
szczegóły - bardzo dokładnie...
-

Mówisz: cynkowa trumna? To znaczy, Ŝe zginął podczas wybuchu. Tak, 

patrioci 
wyciągnęli ciało spod gruzów, przekazali nam... - Wtedy na twarzy Patriarchy 
pojawił się 
wyraz pewnego zwątpienia. - Cynkowa... - powtórzył z niezadowoleniem. - Nie, to 
tak 
niesolidnie! Lepiej urna z prochami... Jasne, Ŝe idealnym wariantem byłaby 
mumia, ale... Na 
to, Ŝeby przygotować mumię nie mamy czasu... - Znowu zamyślił się. - 
Poczekaj!... A co z 
oficjalną wersją o chorobie?...
-

Wszystko pasuje... Poczuł zbliŜanie się śmierci - zdecydował się paść w 

boju. Ten 
sam wariant Che Guevary, tylko trochę bardziej skomplikowany...
-

No dobrze! A dzisiejszy biuletyn? Kto go wywiesił?

- Wrogowie - a któŜ by inny?... - patrząc z oddaniem na Patriarchę rzekł 
Pitirim. - 
Wrogowie wewnętrzni... Ich jawny proces - od razu po pogrzebie! Bez tego, w 
Ŝaden 
sposób...
Porfiriusz westchnął. Wyjątkowo nie chciało mu się rzucać w ofierze siwiutkiego,

jasnookiego Didima - no, ale co robić!... Trzeba.
ROZDZIAŁ 12
SASZKA, lat dwadzieścia jeden, lejtnant
Głupi mają szczęście. No jak to moŜliwe: pojawić się w biały dzień w rzucającym 
się 
w oczy ubiorze mnicha na głównym placu BakłuŜyna - i nie zostać zatrzymanym?... 
Na placu, 
pełnym kwiatów, dzieci, kontrwywiadow-ców... Tam, gdzie na kaŜdy metr kwadratowy
został 
rzucony urok! W głowie się nie mieści... gdyby to był czarownik albo cudotwórca 
- to jeszcze 
moŜna by zrozumieć! A to przecieŜ frajer nad frajerami. A udało mu się! 
Przeszedł...
Agenci operacyjni, co prawda, mówili potem, Ŝe uznali gada za swojego. Nawet do 
głowy im nie przyszło, Ŝe na plac moŜe przeniknąć ktoś obcy! Jeden nawet 
próbował 
twierdzić, Ŝe gdzieś juŜ widział tę obrośniętą gnidę: czy to na przyjęciu w 
ambasadzie 
Baszkartostanu, czy teŜ w sztabie korpusu pancernego...
Krótko mówiąc, prowokator nie zatrzymywany przez nikogo dotarł bez kłopotów do 
wzorzystej kraty przed Pałacem Prezydenckim. Wyczekał, kiedy szereg szerokich 
rządowych 
samochodów wyjedzie zza domu towarowego, szybciutko przykuł się do Ŝeliwnego, 
ślepego 
kąta ogrodzenia. Wyrzucił klucz od kajdanek w kwiaty na klombie i wyciągnął spod
czarnego 
podolka purpurowe płótno z sierpem i młotem. ZaŜądał odzom-birowania więźniów 
politycznych...
- Zostawić!... - błyskawicznie rozkazał znajdujący się o dziesięć kroków od 
miejsca 
zdarzenia starszy lejtnant Obruszyn (dla przyjaciół i zwierzchników - Pawełek).
Dwóch pracowników w cywilu, którzy rzucili się po klucz, natychmiast udało, Ŝe 
po 
prostu potknęli się. Unosząc ponownie brwi, w rozmarzeniu pogrąŜyli się w 
kontemplacji 
róŜanych krzewów.
- Saszka!. - wezwał zatroskanym głosem starszy lejtnant, patrząc spode łba na 

Strona 100

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

przybliŜającą się limuzynę prezydenta, którą otaczał złocisty, rozmyty blask. - 
Zajmij go... A 
ja pójdę, przyprowadzę rozwścieczone kobiety z domu towarowego...
Lejtnant Aleksander Koriepanow, z miną prostaka na twarzy, leniwym, spacerowym 
krokiem ruszył do prowokatora.
-

A ty co, chłopie, a?... - naiwnie zdziwił się, zatrzymując się przed 

przykutym. - A 
jeśli rzucą urok?...
-

Zgiń, szatanie! - przez zęby odpowiedział mu tamten. Był wściekły, 

wyczerpany, 
niewiarygodnie obrośnięty. - Nie boję się waszych diabelskich sztuczek!...
Aura - rzadziutka, z odcieniem prędzej ofiary niźli napastnika... Broni ani 
materiałów 
wybuchowych teŜ nie widać... CzyŜby rzeczywiście przyszedł tylko 
zaprotestować?...
- Dlaczego "naszych"?... - obraził się Saszka. - MoŜe ja teŜ jestem 
komsomołobogomolcem?!...
Przeciągnął się, przeŜegnał, nawet nie krzyŜem, a znakiem gwiazdy, kreśląc 
ściśniętą 
pięścią w modlitewny zygzak: czoło - lewy sutek - prawe ramię - lewe ramię - 
prawy sutek. 
Jednak przy tym uczynił mały podstęp: przesunął kciuk pomiędzy palcem 
wskazującym i 
środkowym, a mały - pomiędzy środkowym i czwartym, tak Ŝe gest nie miał świętej 
mocy. 
Kto będzie niepotrzebnie ryzykował - rękę ma stracić? A moŜe rzeczywiście 
obrzuci łaską - i 
Ŝegnaj, kariero czarownika!... Wtedy zresztą trzeba by poŜegnać się z kaŜdą 
karierą...
Przykuty mrugnął, z niedowierzaniem wpatrzył się w podejrzanego sojusznika. Ten 
zaś podszedł bliŜej, jakby przypadkiem zasłaniając podjeŜdŜającą kawalkadę 
samochodów, z 
ciekawością dotknął przypiętego do riasy Orderu Lenina, mistrzowsko wyciętego 
piłką 
włosową, wymalowanego i - w niektórych miejscach - nawet wyzłoconego.
- A dlaczego u ciebie order z dykty? Za Afrykanina, czy co, chcesz uchodzić?
Rzeczywiście protopartorg, jak lejtnant Koriepanow wiedział z całą pewnością, 
takŜe 
nosił na piersi podobną samoróbkę - nawet wielu nią uzdrowił.
-

A choćby za Afrykanina!... - odgryzł się owłosiony, próbując wyjrzeć, 

ale 
bezskutecznie poza plecy lejtnanta.
-

A co tam?... - prostodusznie zainteresował się tamten. - Odwrócił się.

Kolumna zagranicznych samochodów, niczym kilwater zdąŜyła przybić do płasko 
opadających ku placowi stopni schodów pałacu. Prezydent opuścił limuzynę i - 
świecąc 
niewidoczną dla zwykłych wyborców złocistą aureolą - stał teraz w towarzystwie 
siwego 
Murzyna, dwóch malutkich Japończyków w okularach i rosłego, długozębnego 
Anglosasa... 
Pozostałych cudzoziemców moŜna było nie brać pod uwagę: Moskwa, Petersburg, 
Kazań... 
Wszyscy z powściągliwym zdziwieniem patrzyli na dziwaczną parkę stojącą przy 
Ŝeliwnym 
ogrodzeniu.
- Wiesz co?... - ryzykownie zaproponował Saszka, znowu odwracając się do 
prowokatora. - Hukniemy "Międzynarodówkę", no nie? Chórem! Fajnie będzie!
- Zgiń, maro nieczysta, powiedziałem!... - wysyczał ten bezsilnie, zasłonięty 
całkowicie przed widokiem ze skrzydła.
- A niech cię! Coś tak się zapętlił? "Zgiń... zgiń..." No! śeby usłyszeli! No! 
Razem!... 
Bo zaraz odejdą...
Lejtnant Koriepanow obejrzał się. Właśnie tak było - komisja ONZ prowadzona 
przez 
prezydenta szła juŜ do otwartych drzwi... Wtedy wreszcie, od domu towarowego 
podbiegły 
wyszukane przez Pawelka rozwścieczone kobiety. Na przedzie, z brezentowym 
plecakiem w 

Strona 101

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

odsuniętej ręce leciała jakaś miniaturowa osóbka. Zresztą nie, nie całkiem 
miniaturowa. 
Raczej - przyziemista, poniewaŜ przy całym swoim malutkim wzroście miała wielką 
głowę, 
szerokie bary i była wyjątkowo grubokoścista. Wydaje się, Ŝe Saszka juŜ miał 
szczęście 
kiedyś się z nią spotkać...
- Ach, wy, dranie!... - wypiszczała atletycznie zbudowana karlica, z rozmachem 
opuszczając twardy plecaczek na głowę Saszki. - Nam tu chłopów nie starcza, a 
ten do 
zakonu się wybrał?
Koriepanow gruchnął z łomotem na asfalt, wypełzł z tłumu, otrzymując jeszcze po 
drodze kilka kopniaków po Ŝebrach.
- Ej! Kobietki! Kobietki!... - mamrotał, zasłaniając potylicę. - A mnie to za 
co? Przecie 
ja tak, z ciekawości...
Kiedy przedarł się przez ścisk, obejrzał się. Komisja ONZ w pełnym składzie 
stała na 
schodach i - z zainteresowaniem mruŜąc oczy - obserwo-
wała rozwój sytuacji. Dwóch milicjantów w wyjściowych mundurach wcisnęło się w 
tłum. Starając się nikogo nie uszkodzić, przecisnęli się do przykutego, 
zasłonili go sobą. 
Trzeci milicjant ryl w klombie - szukał kluczy od kajdanek.
Prezydent z przepraszającym uśmiechem odwrócił się do zagranicznych gości, 
lekkim 
gestem rozłoŜył ręce. Tak u nas jest... Chronimy Ŝycie i zdrowie kaŜdego 
obywatela, bez 
względu na to, jakie ma przekonania...
Odkutego owłosionego odprowadzili do milicyjnego radiowozu. Przy samych 
drzwiczkach nagle odwrócił się, wyprostował prawą rękę i - widocznie czując, Ŝe 
juŜ nie ma 
nic do stracenia - szybko przeŜegnał krzyŜem na poŜegnanie naroŜnik domu 
towarowego. 
Kawał sztukatury na pierwszym piętrze, utrzymujący się jedynie na zaklęciu, 
oderwał się od 
ściany, z cięŜkim łomotem gruchnął na asfalt...
- Widzisz, ale bydlak, nie?... - wycedził Pawełek, który zdąŜył juŜ wrócić. 
Odprowadził nieprzyjaznym spojrzeniem odjeŜdŜającą "sukę". - Skąd się taki 
wziął?... A 
gliniarze gdzie patrzyli?... Oczu nie mają?
Saszka, krzywiąc się, potarł pulchny rumiany policzek z głębokim zadrapaniem od 
sprzączki plecaka. Nerwowym pstryczkiem strzepnął z klapy marynarki delikatny 
listek 
paprotnika.
- Słuchaj no, co to za dyletanci!... - poskarŜył się. - PrzecieŜ z nimi nie daje
się 
pracować!...
MoŜna było zrozumieć Saszkę... Spróbuj, człowieku, wyjaśnić temu owłosionemu, Ŝe

swoim głupim, samowolnym popisem zepsuł powaŜną, szczegółowo zaplanowaną 
prowokację!... Przygłup - zawsze będzie przy-głupem... Zapiał kogut - a świtu i 
tak nie 
będzie! A przecieŜ trzeba będzie go jeszcze przesłuchać... Jakby mało było 
roboty!
Z tłumu mieszkańców stolicy, którzy zjawili się przywitać przybyłą komisję ONZ, 
wystąpił i zatrzymał się zmieszany, szczupły, podobny do wyrostka chłopina w 
czarnej, 
dopasowanej w talii riasie. Na oko moŜna było mu dać zarówno trzydziestkę, jak i
cztery 
dychy, a jeśli się złośliwie uprzeć - nawet całe czterdzieści pięć lat. Z 
niezrozumieniem i 
obrazą patrząc na kontrwywiadowców, bezwstydnie zadarł podołek i pokazał im 
skraj 
czerwonego proporca. Co mu teraz z tym robić, no?...
Starszy lejtnant Paweł Obruszyn ze złością pokręcił głową, jakby strzą-snąć 
chciał 
komara, próbującego usiąść mu na prawym uchu: teraz mam
waŜniejsze sprawy niŜ ty... Chłopina od razu wszystko zrozumiał, zasłonił krocze

Strona 102

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga


zniknął wśród tłumu.
Wszyscy wiedzą, Ŝe milicja i kontrwywiad nienawidzą się serdecznie, ale mało kto

zdaje sobie sprawę, Ŝe ta wzajemna nienawiść zrodziła się jeszcze na szkolnej 
ławie. Jeśli do 
kontrwywiadu wybierają zazwyczaj wzorowych uczniów z wysokimi ocenami ze 
sprawowania, to do słuŜby patrolowej najczęściej idą chłopcy z biednych rodzin. 
Innymi 
słowy, od razu rzuca się w oczy konflikt pomiędzy pierwszą i oślą ławką, 
odwieczna 
nienawiść dwójkarza do kujona - i na odwrót.
Kiedy pyta się pedagogów, po co przyszłemu bandziorowi wiedza o trygonometrii, 
ci 
zazwyczaj gniewnie uchylają się od odpowiedzi, mówiąc, Ŝe dla ogólnego rozwoju. 
Jak kaŜde 
inne - pozbawione sensu - skrzydlate wyraŜenie, brzmi to diabelnie pięknie, więc
wszyscy 
szybko odczepiają się od nich, Ŝeby nie okazać się głupcami. Ale jeśli pokonać 
wstydliwość, 
zadać jeszcze bardziej nietaktowne pytanie: na jaką cholerę trzeba wmawiać 
przyszłym 
Ŝołnierzom, Ŝe bić się nieładnie! - wtedy pedagog ostatecznie się zbiesi, 
poniewaŜ podpisał 
dokument o zachowaniu tajemnicy...
Zatem informujemy wszystkich: powszechne obowiązkowe nauczanie jest 
rozpaczliwą próbą państwa unieszkodliwienia własnych obywateli jeszcze w 
kołysce, no, 
moŜe ciut później. Próbą otumanienia nieokrzepłych dziecięcych głów absolutnie 
bezsensowną wiedzą oraz nie mniej bezsensownymi normami zachowania się. Mówiąc 
prościej: wychować frajerów, poniewaŜ manipulowanie frajerami - to sama 
przyjemność. Ale 
chłopa-czyska są juŜ na tyle bystre, Ŝe najbardziej błyskotliwych trzeba nawet 
wysyłać do 
poprawczaka...
Dlatego podejścia do przygotowania przyszłych kadr dla gliniarzy i dla 
kontrwywiadu 
są zupełnie róŜne. Główne zadanie milicji - nauczyć byłego "trudnego" młodzieńca
napisania 
protokołu z wykorzystaniem wcześniej zatwierdzonych słów i wymówienia kilku zdań
pod 
rząd bez uŜycia bluzgów. Wszystko pozostałe juŜ umie - mimo całego 
wychowywania... 
Zadanie kontrwywiadu jest zupełnie przeciwstawne: zrobić z byłego maminsynka i 
kujona 
wyrachowanego zabójcę i kłamcę-wirtuoza.
Zresztą to zadanie nie jest juŜ tak bardzo skomplikowane. Wystarczy, Ŝe 
inteligent 
chociaŜ raz przekroczy pewną wewnętrzną granicę - potem kaŜdy bandyta przy nim 
blednie! 
Wystarczy wspomnieć - dla przykładu - Raskolnikowa... KaŜdy łysol na jego miescu

ograniczyłby się do jednej staruszki - zaś Rodion zaciukał dwie... Dlatego tak 
obraźliwe jest 
wysłuchiwanie brudnych, absurdalnych oskarŜeń pod adresem Władimira Iljicza 
Lenina! 
PrzecieŜ, bez najmniejszej wątpliwości, był najbardziej honorowym człowiekiem, o

kryształowo uczciwej duszy, inteligentem z najwznioślejszymi ideałami... 
Albowiem przelać 
taką ilość krwi moŜna jedynie w imię dobra i sprawiedliwości...
Jeśli moŜna wierzyć świadectwom mu współczesnych (chociaŜ, rzecz jasna, nie 
wolno 
im w Ŝadnym wypadku wierzyć), Ignacy Loyola jakoby mawiał, Ŝe - do czorta - cel 
uświęca 
środki... Tak! A im bardziej podłe są te środki, tym bardziej wzniosłego celu 
potrzebują do 
uświęcenia... A kiedy uczony znajduje w dokumentach historycznych podłość w 

Strona 103

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

takiej skali, 
Ŝe nie chce się w nią uwierzyć, ma świętą rację zakładając, Ŝe nie popełniono 
jej dla czystej 
sztuki, lecz dla osiągnięcia jakiegoś wyjątkowo światłego marzenia ludzkości.
Wróćmy jednak do naszych bohaterów...
O ile moŜna sądzić po tych zarozumiałych, niedbale rzuconych słowach dotyczących

dyletantów, młodzi ludzie uwaŜali siebie za doświadczonych profesjonalistów, 
zmęczonych 
cyników i - co zrozumiałe - nie całkiem mieli rację. Pół roku współpracy z 
Wybierzniewem - 
to, rzecz jasna, niezła szkoła, ale dla pełnej utraty iluzji ten okres wyraźnie 
nie wystarcza...
Pewną wewnętrzną granicę Pawełek i Saszka przekroczyli juŜ dawno, ale mimo 
wszystko puder, którym w liceum, w koledŜu obsypywano ich zwoje mózgowe, wytarł 
się 
jedynie w połowie. Na przykład, obaj szczerze wierzyli, Ŝe wrogowie znajdują się
po tamtej 
stronie granicy, a nie po tej; Ŝe cudzoziemski agent jest bardziej 
niebezpieczny, niŜ usiłujący 
ciebie podsiąść kolega... Pawełek jeszcze był w miarę, ale Saszka był na tyle 
naiwny, Ŝe 
jeszcze teraz sądził, Ŝe w dyskusji rodzi się prawda. (Młodszym czytelnikom 
wyjaśniam: w 
dyskusji rodzi się zbiorowy błąd, który nazywamy prawdą tylko dla zwięzłości 
wypowiedzi).
Właśnie teraz Pawełek z Saszka, zatroskani rozwaŜali, jak tu najdelikatniej 
zameldować Wybierzniewowi, Ŝe zaplanowana prowokacja nie wypaliła, a w zamian - 
doszło 
do niezaplanowanej. Jak to się mówi, komentarz zbyteczny...
-

Pozwolicie, Nikołaju Sanyczu?

-

Mhm...

Z niezapalonym papierosem przyklejonym do obwisłej dolnej wargi i z pilotem w 
ręku pułkownik Wybierzniew siedział bokiem na brzegu biurka, z uwagą wpatrując 
się w 
ekran telewizora. Transmisja szła słuŜbowym łączem bezpośrednio z Pałacu 
Prezydenckiego. 
Gleb Portniagin przyjmował wysokich gości w Sali Klonowej.
- W zasadzie nie ma Ŝadnych podstawowych róŜnic poglądów z 
komunoprawosławiem - czarująco uśmiechając się, wykładał przyjemnym barytonem. -
To 
oni mają do nas pretensje! Mówią, na przykład, Ŝe jesteśmy przeciwnikami wody 
święconej... 
PrzecieŜ my nie jesteśmy przeciw!... Kropcie sobie na zdrowie!... Ale trzeba 
przecieŜ 
wiedzieć, gdzie kropić!... Oni w swoich kościołach agitacyjnych kropią na oślep:
na prawo, 
na lewo, gdziekolwiek... A bies - gdzie on! Siedzi sobie na suficie i śmieje 
się...
Goście z zagranicy spojrzeli na sufit, na który wskazał szef państwa, z 
zaciekawieniem przysłuchiwali się szybkiemu terkotaniu tłumacza.
- Metropolitruk go nie widzi!... - prezydent podniósł głos. - PoniewaŜ nie jest 
czarownikiem! A nasze zaklęcia? Jak rozpoczynają się wszystkie? "Wyjdę ja, sługa
BoŜy..." 
Albo teŜ "słuŜka BoŜa..." To jest, my sami siebie uznajemy za sługi BoŜe, tylko 
oni nas za 
takich nie uznają... Dla nich w ogóle nie jesteśmy ludźmi - a bezpartyjnymi 
antychrystami...
Prezydent zamilkł obraŜony, potem niespodzianie groźnie spojrzał w pusty róg 
sali, 
dmuchnął na kogoś. Gdyby Saszka znajdował się w sali, rzecz jasna zobaczyłby, na
kogo 
właściwie, ale tak, z ekranu, za cięŜko... Przeniknąć w astral poprzez telewizor
- na to trzeba 
być, co najmniej - członkiem Ligi...
A Gleb Portniagin władczo poruszył brwią i kontynuował z narastającym 
oburzeniem:
- Zakazali dziewkom w Wielkim Październiku warzyć lubczyk - potem jeszcze skarŜą

Strona 104

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

się, Ŝe spada u nich przyrost naturalny!... Pewnie bakłuŜynianie rzucili na nich
uroki... A to, 
Ŝe myśmy jakoby rozjechali czołgami cerkiew w kołchozie w Wieprznikach - to juŜ 
czyste 
pomówienie... Po pierwsze nie była to cerkiew, a magazyn warzyw, a po drugie - 
nikt go nie 
rozjeŜdŜał. Od wstrząsu - tak, z tym mogę się zgodzić: mógł się rozwalić... 
Zresztą pewnie 
sami ją traktorem specjalnie sprasowali!...
- Daj Murzyna... - burknął Wybierzniew.
Saszka chciał zapytać, ale okazało się, Ŝe mówiono nie do niego. Gleb Portniagin

zniknął z ekranu, a kamera, prześlizgując się po twarzach siedzących za stołem, 
zatrzymała 
się na Murzynie w podeszłym wieku. Trzeba powiedzieć, Ŝe stało się to w dobrze 
wybranym 
momencie, poniewaŜ w następnej sekundzie czarnoskóry rozwarł szerokie, małpie 
usta i silnie 
mazurząc, głos'no spytał:
- W Bok-łuŜyn do-szło do wy-wibuch... Kto de-to-nator? I kogo?... Obraz zadrŜał.

Widocznie operator znowu chciał pokazać Portniagina.
- Trzymaj Murzyna... - wycedził Wybierzniew. - Powiększ...
Twarz powiększyła się, nie stając się z tego powodu bardziej pociągająca. Zza 
kadru 
doniósł się pełen Ŝalu przepiękny aksamitny baryton prezydenta:
-

Jeśli mister Jim Crow ma na myśli wczorajszy wybuch na alei 

Nostradamusa, to na 
razie Ŝadna organizacja nie wzięła na siebie odpowiedzialności za ten akt 
terrorystyczny. 
Śledztwo trwa...
-

Mmmm... tak - rzekł Wybierzniew i ściszył dźwięk. - Coś nie najlepiej 

idzie dziś 
Kondratyczowi... Widziałeś, jaką czarnuch ma podejrzaną mordę? W dodatku juŜ 
trzeci raz 
interesuje się tym wybuchem... Słyszysz? - Pułkownik podniósł palec.
Saszka wsłuchiwał się. Mruczał ściszony telewizor. Ktoś kręcił się, szeleszcząc,

ceglanej ścianie gabinetu. Czy to skrzat, czy teŜ kręciko-łek?
-

N-nie... Niczego nie słyszę...

-

Właśnie. Ja teŜ - z udręką mówił Wybierzniew. Zapalił, spojrzał na 

Saszkę. - Co tam 
u ciebie?
-

No więc... Pawełek przysłał mnie... zameldować...

-

No, no?...

Saszka tragicznie zmarszczył brwi i zameldował o zdarzeniu na placu. Wybierzniew

słuchał nieuwaŜnie i ciągle zerkał na ekran...
- Szkoda... - w roztargnieniu powiedział w końcu. - Rzecz jasna z 
"Międzynarodówką" byłoby bardziej malowniczo... Ale to, Ŝe domyśliliście się, 
aby ściągnąć 
baby - to doskonale!... Zuchy! Wyszła śliczna draka, wręcz napawałem się - z 
daleka... 
Dlatego dziękuję wam za mądre i szybkie działania!
- Ku chwale BakłuŜyna... - poczerwieniał, wycisnął z siebie Saszka. Jeszcze nie 
umiał 
pojąć, Ŝe prowokacja - to bardziej sztuka niŜ nauka.
Dlatego improwizacja często bywa genialna: oryginał wywiera silniejsze wraŜenie 
niŜ 
najbardziej drobiazgowo przygotowana podróbka, a amator, ustępując zawodowcowi w

mistrzostwie, wszędzie góruje nad nim szczerością...
-

Czy to wszystko?

-

Niestety nie, Nikołaju Sanyczu! Są problemy z zatrzymanym...

-

Co takiego?

-

Powołuje się na Afrykanina... - Saszka zaciął się. - Na pana takŜe...

-

Taa-k?... - Wybierzniew zamyślił się, zgasił papierosa. - Jak on 

Strona 105

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wygląda?
-

Taki obrośnięty...

-

Obrośnięty?... Hm... Dobrze, rozpocznijcie przesłuchanie, a ja do was 

trochę 
później zajrzę...
***
Przesłuchanie rozpoczęło się od usterek technicznych.
- Co, do diabła?... - wymamrotał zaniepokojony Saszka, wyciągając z woskowej 
lalki 
Ŝelazną igłę i podnosząc jej pordzewiałe ostrze ku oślepiającej lampie. - 
Dlaczego nie działa?
Prowokator siedział na przykręconym do podłogi krześle i sądząc po poruszających

się warstwach włosów, ironicznie uśmiechał się. Ręce miał skute za plecami.
-

A moŜe przesłuchać go ręcznie? Manualnie?...

-

PrzecieŜ nie jesteśmy glinami, Saszka... - z wyrzutem przypomniał 

bardziej 
doświadczony Pawełek. - Nie, nie, juŜ rób jak trzeba...
I starszy lejtnant ze skupieniem oglądał rozłoŜone na biurku instrumenty i 
dowody 
rzeczowe.
- No, jak mogła działać!... - wywarczał. - Obok leŜy święty Mikołaj, leszcze 
ten, 
łysy... Daj, schowam ich do sejfu...
Zawinął w purpurowy jedwab zarekwirowany obrazek ze świętym Mikołajem razem z 
Orderem Lenina, skierował się do sejfu. Saszka rzucił pytające spojrzenie na 
zatrzymanego - 
znowu przebił laleczkę. Przesłuchiwany od razu zajęczał, zaczął się kręcić na 
krześle.
-

Och, antychrysty!... - wydusił zdławionym głosem, dumnie wlepiejąc w 

dręczyciela 
zarośnięte włosami nozdrza. - RŜnijcie - nic wam nie powiem...
-

Słabo działa... - doradzał Saszka. - A-a... PrzecieŜ na nim jest jeszcze

krzyŜ!... 
Słuchaj, pomóŜ, bo znowu ukąsi...
We dwóch jakoś udało im się uwolnić wściekle broniącego się prowokatora od 
krzyŜyka na piersi.
- No, teraz to juŜ inna sprawa... - z zadowoleniem przemówił Saszka. - A więc...

jakim konkretnym celu, na czyje polecenie przeniknęliście na terytorium 
niepodległej 
Republiki BakłuŜyno?
Owłosiony przyznał się do wszystkiego od razu...
Po - w przybliŜeniu - dwudziestej minucie przesłuchania zajęczały cięŜkie 
piwniczne 
drzwi. Współpracownicy obejrzeli się, wyprostowali. Saszka odłoŜył igłę.
Szczera, pięknie ukształtowana twarz pułkownika Wybierzniewa była ponura. 
Najwidoczniej wstępna rozmowa prezydenta z przedstawicielami ONZ, jak uprzednio,

toczyła się nieprzychylnie, nie dała się kontrolować. Zasępiony pułkownik skinął
im głową, 
wziął ze stołu protokół przesłuchania.
- Ach, nawypisywali!... - zdziwił się, przeglądając pierwszy arkusz. - Agent 
Łycka? 
No, no, no! Prosto zza DŜumachlinki?...
Pawełek z Saszą, czując, Ŝe coś nie tak, spojrzeli na siebie. Widać 
przedobrzyli... A 
pułkownik roztargnionym gestem odsunął podziurawioną jak rzeszoto woskową 
laleczkę, 
usiadł na skraju stołu, z narastającym zainteresowaniem wczytując się w 
protokół.
-

Rozkujcie go... - warkliwie rozkazał, nie podnosząc głowy.

-

Tak, Nikołaju Sanyczu!... - przepłoszył się Pawełek. - Ale on 

natychmiast zacznie 
Ŝegnać krzyŜem wszystkie kąty!...
- Nie zacznie - rzekł Wybierzniew. - Zdejmijcie kajdanki. Saszka wzruszył 
ramionami, oswobodził paskudę z kajdanek.
- Oj-jojL. - Wybierzniew wstrząśnięty jakąś "perełką" jęknął. - Próba zamachu na

Strona 106

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

prezydenta... na osobiste polecenie Afrykanina... Chłopaki, co wy, tak szybko 
chcecie 
otrzymać kolejny awans?
Młodzi ludzie równocześnie zaczerwienili się - na wszystkich czterech 
policzkach.
- PotęŜnie, potęŜnie... - z szacunkiem mówił pułkownik. - A najwaŜniejsze, Ŝe 
tylko 
przez pól godziny przesłuchiwali, nawet niecałe!...
OdłoŜył protokół. Nie schodząc ze stołu, odwrócił się do owłosionego. Ten z 
wytrzeszczonymi oczyma wpatrywał się z nadzieją w swojego zbawcę. W twardej 
brodzie 
błyszczały łzy.
- No, zostawcie nas samych na dziesięć minut...
Saszka i Pawełek w milczeniu odwrócili się. Wyszli. Z pomocą nieskomplikowanych,

czarnoksięskich odbiorniczków, mogli, rzecz jasna, bez problemów podsłuchiwać 
rozmowę 
ubóstwianego przez nich Nikołaja Sa-nycza z zatrzymanym, ale - rozumie się - nie
śmieli. A 
szkoda. Połowę ich złudzeń od razu zdmuchnęłoby niczym wiatrem...
-

Witalij... - powiedział pułkownik, kiedy doczekał się cichego 

skrzypnięcia 
Ŝelaznych drzwi. - Kiedy spotkałeś się z Afrykaninem?
-

Przedwczoraj w nocy... - ze ściśniętym gardłem wysyczał domorosły 

prowokator.
-

Dlaczego nie zameldowałeś? Kudłata głowa bezsilnie opadła na pierś.

-

Jasne... A po co wpakowałeś się na plac? To Afrykanin ci polecił?

-

Nie... Ja sam...

-

Co ty? Co ci odbiło?

-

Podpuścili mnie... i na czarodziei jestem zły...

-

Za co na czarodziei?

- Dom wyburzyli... Obiecali od razu przesiedlić do nowego - nie przesiedlili...
- Ech, Witalij,Witalij... - z wyrzutem powiedział pułkownik. - Nie mogłeś do 
mnie się 
zwrócić?... Przypomnij sobie: czy choć raz było tak, Ŝe poprosiłeś, a ja ci nie 
pomogłem?...
Tłumiąc szloch, Witalij podniósł zarośniętą, jak u skrzata, twarz. Zapłakane 
oczy były 
pełne szaleństwa. Koniec porowatego nosa zbladł. Tak, to nic innego - owładnęła 
nim pycha...
-

Za to co robiłem, nie będę się kajał!... - Głos Witalija, w zamierzeniu 

miał 
okrzepnąć i zabrzmieć dźwięcznie, ale zamiast dzwonu słychać było jedynie 
skrzyp. - 
Wiedziałem, na co idę. Gotowy jestem rozliczyć się ze swoich czynów!...
-

A za co masz się kajać?... - zdziwił się Wybierzniew. - My, właściwie, 

tak to 
zaplanowaliśmy. Tylko z innym wykonawcą. Zadziałałeś czyściutko, nawet wpadło ci
do 
głowy sztukaturę na domu towarowym przeŜegnać... A co do rozliczenia - jak 
zwykle... - 
Pułkownik westchnął, zlazł ze stołu, wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni 
marynarki. Wyjął 
paczkę, odliczył kilka zielonych papierków, wyciągnął pokwitowanie. - Podpisz 
się tutaj - 
jesteś wolny... Kiedy będziesz potrzebny - dam ci znać...
Powoli, niezgrabnie Witalij podniósł się z przykręconego do podłogi siedziska. 
Chwiejąc się, podszedł do stołu. Nierozumiejącym wzrokiem spojrzał na dolary, na
kwit, 
wyciągnął rękę po długopis i nagle zamarł. Ach, gdyby byli tutaj Pawełek z Saszą
- na pewno 
zauwaŜyliby, Ŝe aura Witalija pokryła się plamami! Nawet pułkownik, chociaŜ nie 
był 
czarownikiem, mógłby, jak się wydaje, zwrócić uwagę na ogólny stan wzburzenia 
prowokatora. Jednak w danej chwili Wybierzniewa interesowały daleko waŜniejsze 
problemy: Afrykanin, dziwne zachowanie komisji ONZ, zagadkowy wybuch przed 
"Ograbankiem"...

Strona 107

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Niech Ŝyje Przenajświętsza Rewolucja!... - wystraszonym szeptem powiedział 
Witalij. Potem drŜącą ręką złapał jeszcze nie odczarowane narzędzie 
przesłuchania i, z 
przeraŜeniem jęknąwszy, jednym spazmatycznym ruchem ukręcił woskowej laleczce 
głowę.
Głośno trzasnęły kręgi szyjne, porośnięta włosami twarz ofiary niezgrabnie 
przekręciła się, wyszczerzyła zęby, oczy wytrzeszczyły się - i z tym okropnym 
grymasem 
biedak osiadł jak czarny, długi worek na betonowej podłodze piwnicy.
Pułkownik pospiesznie schował kwit i baksy - rzucił się do samobójcy, wiedząc z 
pewnością, Ŝe moŜna się juŜ nie spieszyć... Złamanie kręgosłupa, w dodatku u 
samej 
podstawy czaszki?... Nie, tu nie ma nadziei...
-

Ach, ty, głupi głuptasie! - z udręką wymówił po jakimś czasie 

Wybierzniew, 
wstając z klęczek. - No, jak moŜna tak... tak blisko przyjmować wszystko do 
serca!...
-
Z tyłu zaskrzypiało - cicho, ale donośnie. Nikołaj obejrzał się. Na Ŝelaznym 
progu 
stali, osłupiali, Pawełek z Saszą. Młodzi ludzie z przeraŜeniem patrzyli to na 
trupa Witalija 
leŜącego z rozwartymi ustami, to na woskową laleczkę z ukręconą głową, to na 
pułkownika...
- Zawołajcie lekarza sądowego... - burknął Wybierzniew. Długaśny Pawełek 
przełknął 
ślinę, rzucił się wypełnić polecenie. Znowu zaskrzypiały drzwi.
-

Nikołaju Sanyczu... - zacinając się rzekł Saszka. - To pan go?...

-

Nie... on sam...

-

A... A jak to teraz formalnie...

Pułkownik zamyślił się przez sekundę, spojrzał na rozpostarte ciało, poruszył 
muskularni policzków.
- Jak... jak... - rzekł roztargniony. - PrzecieŜ biły go baby z domu towarowego!
No 
więc, najwidoczniej przełamały mu kręgosłup...
***
Witalij, wieczne mu odpoczywanie, nie przyczynił kontrwywiadowi jakichkolwiek 
problemów. Ekspert nie patrząc podpisał akt, ciało odesłano do kostnicy. Wszyscy
wiedzieli, 
Ŝe dzień przybycia komisji ONZ będzie zwariowany. ObciąŜać go dodatkowymi 
kłopotami 
nikomu się nie chciało...
Około południa napięcie wzrosło... Do kolejnej prowokacji doszło zaraz po 
zakończeniu wstępnych rozmów, kiedy zagraniczni goście, po opuszczeniu Pałacu 
Prezydenckiego, wsiadali do samochodów, Ŝeby pojechać do DŜumachły, gdzie miano 
im 
pokazać ślady barbarzyńskiego ostrzału artyleryjskiego. Nagle dwóch nieznanych 
osobników 
w niebezpiecznie bliskiej odległości od cudzoziemców zaczęło na sobie wzajemnie 
stosować 
chwyty i bloki kung-fu. Kiedy ich zwinięto, wyjaśniło się, Ŝe było to dwóch 
głuchoniemych. 
To wcale nie była bójka, a gorąca polemika dotycząca krawatu Murzyna: Cardin czy
nie 
Cardin?...
Dokładnie w południe Saszka nie wytrzymał.
- Nikołaju Sanyczu!... - Ŝałośnie zajęczał, wpadając do gabinetu. - Mam na 
liście 
jedenaście łyckich prowokacji! A w alei doszło właśnie do dwudziestej 
pierwszej!...
W odróŜnieniu od młodego pędu pułkownik Wybierzniew zachowywał się coraz 
spokojniej. Wydawało się, Ŝe narastający chaos działa na niego uspokajająco.
-

PowaŜnie? - spytał. - No to dołącz ją do listy - i po krzyku!...

-

Ale przecieŜ nie planowaliśmy ich!...

-

Widać Afrykanin zaplanował - niewzruszenie odrzekł Nikołaj Sanycz. - A 

moŜe - 
tak, same z siebie...
Saszka złapał się za rozgorączkowane skronie, cichutko jęknął.

Strona 108

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

Migrena?... - upewnił się Wybierzniew, wsuwając rękę do szuflady biurka,

gdzie 
przechowywał tabletki.
-

Ostatnia klepka właśnie odpadła... - przyznał się zduszonym głosem 

Saszka. - 
Nikołąju Sanyczu! Powie mi pan szczerze! Pan, co? Zwerbował Afrykanina? Czy on 
dla nas 
pracuje?...
-

AleŜ dlaczego? - miękko odezwał się Wybierzniew. - Afrykanin pracował i 

pracuje 
przeciw nam... Po prostu nasze zadania w tym konkretnym przypadku się 
pokrywają... 
Zastraszyć komisję ONZ łyckim zagroŜeniem, zaostrzyć sytuację...
-

Ucieknę w astral... - obiecał Saszka załamany.

-

Tylko spróbuj! Przydasz mi się jeszcze tutaj. - Pułkownik westchnął, 

sposępniał, 
dorzucił: - Nieszczęście, Saszka, znajduje się gdzie indziej... Coś ani nam, ani
Afrykaninowi 
nic się, do diabła, nie udaje... A gdzie jest Pawełek?
-

PrzecieŜ odkomenderował go pan do DŜumachłyL.

-

A! No tak... Pewnie pojedziemy razem... Trzeba, widzisz, spotkać się z 

pewnym 
mafiosem...
-

Z kim?! - Saszka nie uwierzył własnym uszom.

- Z Czaszką... - szybko wyjaśnił Wybierzniew. - Dostałem o nim bardzo ciekawe 
informacje... A właśnie, Afrykanin dzisiaj rano oglądał muzeum etnograficzne... 
Przyjechał 
białym mercedesem... Czujesz, czym to pachnie?
Bezrobotny Maksym Krochotow czuł się obraŜony do głębi duszy wydarzeniem na 
placu. Wybierzniew nigdy wcześniej go takim nie widział.
-

No nie, to obraza, Nikołaju SanyczuL. - skarŜył się Ŝałośnie Maksym, 

miotając się 
po kuchni i wymachując czarnymi szerokimi rękawami dopasowanej riasy. W rogu, na

oparciu krzesła obijał się błyszczący purpurowy jedwab proporca, który na nic 
się nie przydał. 
- PrzecieŜ jeszcze nigdy was nie zawiodłem!... A tu nagle zamieniliście mnie na 
jakiegoś... 
niedorobionego!... No, mogliście wcześniej chociaŜby zrobić aluzję, Ŝe mi nie 
dowierzacie! 
Bo w takim razie, po co to?...
-

A niech tam cię... - łagodnie wyburczał Wybierzniew. Siedział, załoŜył 

nogę na 
nogę, smętny, palił... Pułkownik duŜo palił. - PrzecieŜ zapłaciliśmy ci za 
fatygę... Jaki jest, 
taki jest - zawsze zysk...
-

Czy na tym polega sprawa?... - cienko zapiszczał Maksym. - PrzecieŜ teŜ 

mam 
swoją dumę! No, widziałem tego waszego... zarośniętego!... Riasa - obwisa! 
Wyraźnie - 
cudza! Dykcja - do niczego! JuŜ o dziesięć kroków nic się nie da zrozumieć!... A
ja - 
dopasowałem riasę, egzorcyzm "Bądź przeklęty" na pamięć wyuczyłem... Ech, 
Nikołaju 
Sanyczu! PrzecieŜ ja bym to "Bądź przeklęty" tak na placu huknął, Ŝe nas by od 
razu, bez 
zastanowienia, do NATO przyjęli! Ze strachu!...
-

Komisja nie z NATO... - delikatnie zauwaŜył stojący w drzwiach Saszka. -

Z ONZ...
-

A to wszystko jedno - w głowę, albo po głowie!... Obraziliście mnie, 

Nikołaju 
Sanyczu... Wracałem do domu w tej riasie jak jakiś dureń - nie wiem nawet gdzie 
oczy 
podziać... Skrzata spotkałem po drodze - a ten szczerzy zęby... Ech!...
-

Dobrze juŜ, Maksym, nie gorączkuj się - Wybierzniew zgasił papierosa. - 

Jeszcześ 
młody - zdąŜysz swoje odegrać!... Zdejmuj to swoje przebranie, idź pospacerować 
na 

Strona 109

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

godzinkę, zgoda?...
ObraŜony Maksym Krochotow, gderając, poszedł się przebrać. Dumny. Będzie 
prowokatorem pierwszej wody... Bez zaangaŜowania w tym zawodzie nie osiąga się 
szczytów...
Prawdziwe nazwisko Czaszki wcale nie brzmiało Czaszkow, nawet nie Czaszkicyn, 
jak przypuściłoby wielu, lecz - Kalinnikow. Przezwano go Czaszką wyłącznie z 
powodu jego 
wyglądu. Był średniego wzrostu. Wszystko pozostałe odpowiadało ksywie.
-

Po co wzywałeś, naczelniku?...

-

Pogadać o minionych czasach... - niewzruszenie odezwał się Wybierzniew. 

- Jak 
tam ci było, w przeszłości?
-

Wszystko normalka... - ostroŜnie odpowiedział Czaszka.

- Nikt więcej nie okantował ciebie na piętnaście srebrników? Jakim cudem Czaszka

mógł zrobić grymas - to zupełnie nie do pojęcia. Skóra i kości. Ani jednego 
mięśnia na 
twarzy...
-

Niepotrzebnie śmieje się pan, naczelniku... Pan się podśmiewa, a ja w 

głębi duszy 
wierzę...
-

Tak i sądzę!... Jeśli juŜ Esauła musieli pogrzebać - widać, wierzysz.

-

A jak moŜna inaczej? Szanować przestaną...

-

To zrozumiałe... - Wybierzniew pokiwał. - Widać z tego, Ŝe Kulawiec ci 

nie w 
minionym Ŝyciu zalazł za skórę, a w bieŜącym?...
Czaszka poruszył się i pytająco wpatrzył w pułkownika.
- Osobówka z dynamitem...-przypomniał mu ten.- Czaszka!... PrzecieŜ właściwie 
nigdy nie pchałeś się do polityki... śycie ci obrzydło?... No, to idź do 
Pankracego, powiedz 
mu w oczy: tak, cholera, Ŝycie mi obrzydło. Będziesz miał jeszcze jedno minione 
Ŝycie poza 
sobą...
Przez sekundę Czaszka siedział, ze zmarszczonym, ściśniętym wpa-dłymi skroniami 
czołem.
- A dlaczego mam do niego pójść?...
- No to ja pójdę, jeśli chcesz... Zmarszczki z ulgą wygładziły się.
-

A kto ci na to pozwoli, naczelniku?... - ze szczerym niezrozumieniem 

powiedział 
Czaszka. - Pan co, swojego starego nie znasz? No to, jeśli chcesz, wszystko ci o
nim 
opowiem... jeszcze do rozpadu powiatu dwa razy mnie posadził...
-

Zrozumiałem! - energicznie, wesoło przerwał mu pułkownik. - To wszystko,

co 
chciałem wyjaśnić. Lejtnancie, odprowadźcie...
Saszka mrugał oczyma. Zbity z pantałyku Czaszka podniósł się z krzesła, z lekko 
uniesionymi kośćmi ramion wyszedł do przedpokoju. Widać do końca nie zrozumiał, 
o co tu 
chodzi...
- Nikołaju Sanyczu... - zamykając za gościem drzwi, zwrócił się do Wybierzniewa 
bardziej dociekliwy i zakłopotany Saszka. Na jego krągłych policzkach wyraźnie 
zbladły 
rumieńce. - Co to znaczy?... śe
generał Wściekły... - ściszył głos do szeptu -... zamówił pana u Czaszki?...
-

Nie mnie... - poprawił Wybierzniew, przypalając kolejnego papierosa. - 

Afrykanina... Mnie nie ma po co wysadzać... Po prostu Tol Tolicz nie miał 
wyboru. Donieśli 
mu, Ŝe my z Afrykaninem będziemy w jednej kompanii...
-

A pan teraz... zamelduje o tym prezydentowi?... - ze strachem spytał 

Saszka.
Rozbawiony strachem młodego współpracownika Wybierzniew uniósł brwi, popatrzył 
ironicznie na Saszkę.
-

Czytałeś Dostojewskiego?

-

T-tak... Coś tam...

-

Dziennik pisarza, na przykład?

-

N-nie...

-

Fiodor Michajłowicz tak rzekł: "W Rosji prawda prawie zawsze nosi 

charakter 

Strona 110

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

zupełnie fantastyczny..." Czy ty chcesz, Ŝebym z tą fantastyką poszedł do 
Kondratycza?...
-

PrzecieŜ jest magiem, Nikołaju Sanyczu! Głową Ligi!... Naprawdę nie 

zrozumie?...
-

Zrozumieć, to zrozumie. Ale nieprawdopodobieństwa nigdy nie wybaczy. 

Prawidłowo postąpi!... PoniewaŜ nieprawdopodobieństwo, zapamiętaj, to pierwszy 
znak 
nieprofesjonalizmu...
Wybierzniew pomilczał, potem z tęsknotą popatrzył na obłupany sufit kuchni.
- Cisza... - zauwaŜył. - Od samego ranka...
Wtedy w końcu Saszka skojarzył, o co chodzi. Umilkł przeciągły, syczący dźwięk 
amerykańskich turbin. Niebo nad BakłuŜynem ogłuchło. Zresztą nad Łyckiem pewnie 
takŜe... 
Pogoda zaczynała się psuć. Od strony DŜumachłinki pełzła płodna w błyskawice 
ołowiana 
chmura.
Nagle pułkownik poklepał lewą kieszeń marynarki, jakby łapiąc za rękę 
niewidzialnego złodzieja. Najwidoczniej jego pager został nastrojony na 
wibrację, a nie na 
sygnał dźwiękowy. Wybierzniew wyjął aparacik, nacisnął przycisk...
- "Maszkę... złamano..." - przeczytał głośno wiadomość. - No i masz całe 
wyjaśnienie... Łyck przyjął wszystkie warunki NATO... Włączając wydanie 
Afrykanina...
-

NiemoŜliwe!...-jęknął Saszka.

-

NiemoŜliwe - zgodził się ponuro Wybierzniew. - A to oznacza, Ŝe 

najprawdopodobniej tak jest rzeczywiście...
W tej sekundzie z otworu wentylacyjnego dobiegło cichutkie, pytające 
pojękiwanie. 
Pułkownik zmarszczył się, wsunął pager do kieszeni. Wstał, odkręcił gipsową 
kratkę. W 
kwadratowej czarnej dziurze natychmiast ukazała się pokryta miękką sierścią o 
barwie 
grochowin twarzyczka. Wypukłe oczka - odnosiło się wraŜenie - Ŝe wyskakiwały z 
orbit.
- Dziś' o czwartej będą brać ikonę z etnograficznego! - z marszu zameldował 
Łachudrzak. - Afrykanin, Pankracy, Nika. Z nimi jasnoszary, jeśli, rzecz jasna, 
nie kłamie!...
ROZDZIAŁ 13
ANCZUTKA, wiek nieznany, konspirator
Człowiekowi do szczęścia wystarczy skleroza... Tego, co zrobione, juŜ się nie da

poprawić, a uwaŜać siebie za łajdaka nikt nie chce. Prościej chyba wszystko 
zapomnieć i spać 
spokojnie. W tym sensie skrzaty mają gorzej niŜ my. My Ŝyjemy najwyŜej z 
osiemdziesiąt lat, 
a oni - po trzysta... No, pomyślcie sobie sami, ile łajdactw moŜna nawyprawiać w
ciągu trzech 
stuleci!...
Zresztą, długość Ŝycia specjalnej roli tu nie odgrywa, poniewaŜ nieprzyjemne 
fakty ze 
swojej biografii i ludzie, i skrzaty zapominają praktycznie momentalnie. Dlatego
nie warto 
przypominać staremu dysydentowi o tym, Ŝe do domu wariatów wysłała go teściowa, 
a wcale 
nie KGB, jak mu to się teraz wydaje. Po prostu nie będzie mógł w to teraz 
uwierzyć, a nawet, 
co gorsza, uzna, Ŝe go obmawiacie...
Szczególnie łatwo zapomina się to, co najgorsze, w dni sukcesu. An-czutce nawet 
sny 
wydawały się takie sympatyczne, Ŝe zupełnie nie chciało się wstawać. Nikt nie 
zmuszał go do 
zeznań, nikt nie biegał za nim z wodą święconą, nie próbował zamachu na niego 
kadzidłem, 
nie wymuszał donosów na lokatora. Śniły mu się jasnopopielate skrzaty - 
dobrotliwe, 
Ŝyczliwe...
- Braciszku, braciszku... - śpiewnie wzywały go. - Nie chcesz śmietanki?... To 
nie 

Strona 111

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

sklepowa - z rynku...
Anczutka na wpół otworzył wypukłe, ciekawskie oczko - dostrzegł na wprost przed 
sobą głęboką ceramiczną miskę ze śmietanką. Podniósł twarzyczkę - odkrył zaraz 
obok miski 
kucającego Karmiciela.
- Szaraki ciągną do karmazyna... - świecąc radością, przywitał obudzonego szef 
lyckiej mafii. - Ty się na nas, bratku, nie gniewaj... - dorzucił prosząco. - 
No, nie 
zorientowaliśmy się na początku... Komu się to nie przytrafi?...
Anczutka wylazł zza Ŝeberek kaloryfera centralnego ogrzewania, obli-, zał się. 
Jak 
kaŜdy skrzat, na widok śmietanki z rynku tracił swoją wolę.
- Myśleliśmy, Ŝe jesteś frajerem... - w zaufaniu powiedział mu Karmiciel. - Kto 
mógł 
wiedzieć, Ŝe masz takie plecy!... Z Papciem przy jednym stole siadasz...
- Z Papciem? - nie zrozumiał Anczutka. - Z jakim Papciem? Karmiciel zdziwił się,

potem porozmyślał chwilkę, coś tam sobie, widać, skalkulował - z szacunkiem 
spojrzał na 
krewniaka.
- No nie, Afrykanin, rzecz jasna jest waŜniejszy... - zmuszony był przyznać. - 
Ale 
tylko w Łycku, zauwaŜ!... A tutaj, jakby na to nie patrzeć - BakłuŜyno... Tutaj 
my wszyscy 
podlegamy Papciowi... Widziałeś go za stołem: taki wielki, prawie jak 
prezydent... Dlaczego 
nie jesz śmietanki?...
Anczutka zmruŜył oczy - liznął. Trudno mu było ocenić, co jest bardziej 
przyjemne: 
chłeptać śmietankę czy słuchać przymilnych słów jasnoszarego szefa mafii. Mafios

podlizywał się: przecieŜ to jasne, Ŝe Anczutka podczas spotkania siedział nie za
stołem, a pod 
stołem... a jednak tak nie chciało się mu poprawiać Karmiciela...
Za oknem w nieprzyzwoicie cichym (zdąŜyli juŜ wszyscy odwyknąć) niebie świtu 
gromadziły się monumentalne obłoki. Na alei ktoś samotnie skandował: "Yankee, go
home!" 
i "Ręce przecz od Łycka!". Potem nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, ryknął: 
"Puszkin, 
spieprzaj do Afryki! Jesienin, zwiewaj do RiazaniaL." Najwidoczniej repetycja - 
gardło 
gimnastykował...
Mieszkanie konspiracyjne umeblowane było po spartańsku: skrzynka amunicji w 
rogu, oparty o ściankę granatnik. Pusto i głucho. Ani jednego straszka, ani 
kątnika, ani 
wiercipiętki. Za ścianą, zawinięty w wojskową pelerynę, pochrapywał Afrykanin.
- Bratku, przecieŜ my wszyscy jesteśmy jasnopopielaci... - mruczał Karmiciel, 
wspierając swoje słowa wyrazistą gestykulacją. - Po co mamy się kłócić?...
Wtedy ścianę przebiło ostre purpurowe świecenie - protuberancja, która oderwała 
się 
od potęŜnej, kipiącej aury protopartorga. Pewnikiem, coś mu się przyśniło... 
MoŜliwe, Ŝe 
Przenajświętsza Rewolucja... Kosmaty, migotliwy obłoczek przepłynął poprzez 
skrzaty, obaj 
poczuli ni to Ŝar, ni to mróz. Karmiciel otrząsnął się jak szczeniak, 
rozpryskując złote i 
purpurowe iskierki. Złote (jeśli im się dobrze przyjrzeć) miały kształt sierpa i
młota. 
Purpurowe - pięcioramiennych gwiazdek.
- Słuchaj, bratku... - mafios bojaźliwie ściszył głosik. - U nas mówią, Ŝe tyś 
wczoraj 
zrobił porządek z samą Niką. Chciała ciebie obrazić, chciała ciebie, tak jak 
Gołbieczyka... JuŜ 
wydziergała pantalony... A ty ją usadziłeś, pokazałeś jej miejsce... Zawiązałeś 
jej kokardkę... 
róŜową... Czy to prawda?...
Anczutka tylko zmruŜył oczy... Chrząknął coś niewyraźnego w odpowiedzi, 
uchylając 

Strona 112

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

się od bezpośredniego zaprzeczenia. Nie chciał zaprzeczać... ChociaŜ, jeśli 
uczciwie, to 
zawiązał nie on - zawiązała sama Nika na prośbę Afrykanina. I nie kokardkę, a 
chusteczkę... I 
nie róŜową, a czerwoną...
A niech tam, niech sobie opowiadają...
Za ścianą ochryple odkaszlnął Afrykanin. Karmiciel natychmiast rozejrzał się, 
skojarzył, Ŝe pozostało mu mało czasu.
-

Ja do ciebie po co, bratku... - szybko, z troską w głosie zaczął. - 

Kiedy obudzi się 
stary, powiedz: Papcio prosił przekazać, Ŝe zasadzka z etnograficznego została 
zdjęta... W 
dowód przyjaźni, rozumiesz? Tak więc, jeśli mu potrzebna deska, niech ją sobie 
bierze...
-

Mhm... - odezwał się roztargniony Anczutka, wylizując z rozmachem 

ceramiczne 
denko miski.
Wstali przy pierwszych promykach słońca, wybrali się na rozpoznanie.
- H-h-h... - rzekł stroskany Pankracy, wpatrując się w czarne tylne okno 
mercedesa. 
W czarnym kaszmirowym palcie, w kapeluszu o miękkich połach i z białym szalikiem

wyglądał wyjątkowo imponująco.
- Widzę... - obojętnie odrzekł z przedniego siedzenia Afrykanin, nie odwracając 
głowy. Nie miał takiego nawyku. Jeśli juŜ się odwracał - to całym swoim 
ciałem...
Rzeczywiście, za mercedesem od dawna ciągnął się ogon - toyota na 
dŜumachlińskich 
numerach. Pewnie stolicę patrolowały wszystkie siły MSW republiki, w tym grupy 
operacyjne staŜystów-chiromantów. Zupełnie naturalne, Ŝe absolwenci koledŜu 
imienia 
Jefrema Niedobrowa po prostu nie mogli nie zwrócić uwagi na mercedesa, omotanego

purpurową, kosmatą aurą.
- Lepiej mi powiedz, Pankracy... - w zamyśleniu przemówił Afrykanin. - Dlaczego 
sam ani razu nie spróbowałeś?... Ochrony - Ŝadnej, drzwi
- nawet nie zaczarowane, nie udało im się...
-

P-p... - zaczął Pankracy, potem ze złością chrząknął i palcem wskazał 

Arystarcha.
-

Bo to inna ikona! - wyjaśnił natychmiast Retiwoj, który juŜ dawno 

przywykł 
wypełniać przy Kulawcu tę samą rolę, jaką wypełniał Aaron przy MojŜeszu. - 
Portniagin 
sprzedał oryginał za granicę, prywatnemu kolekcjonerowi. Tam się do dziś 
znajduje... 
Dlatego pomyśleliśmy: jaki sens jest ekspropriować podróbkę?...
-

Hm... Tak sądzicie?... - odezwał się Afrykanin. - A skąd bierze się moc 

cudotwórcza, jeŜeli to podróba?
-

Nie ma tam Ŝadnej mocy cudotwórczej... - sprzeciwił się Arystarch.

- Deska, to deska... To tylko ludzie Portniagina plotą o cudach, Ŝeby prawda nie

wypłynęła na wierzch...
Zwinięty w kłębuszek Anczutka drzemał na kolanach Afrykanina, rozmowie 
właściwie się nie przysłuchiwał. Słowa Karmiciela przekazał pro-topartorgowi, a 
pozostałe go 
mało wzruszały...
- Hi, friend!...
Anczutka otrząsnął się, otworzył oczka. Ze schowka wyglądała ruda, bezczelna 
mordka gremlinsa.
-

Kadzidło y-yes?... - spytała zagraniczna siła nieczysta prawie bez 

zająknięcia. 
Naćpał się, paskuda! Zdolny... Mercedes przecieŜ nowiutki, nie dłuŜej niŜ dwa 
miesiące krąŜy 
po drogach BakłuŜyna - a ten, patrzcie, jak juŜ włada rosyjskim!...
-

No nie - w odpowiedzi szepnął z przestrachem Anczutka. - Skąd? 

Skończyłem z 
kadzidłem... JuŜ dawno rzuciłem...
Gremlins z niedowierzaniem poruszył noskiem. Od brody i riasy Afrykanina 

Strona 113

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wyraźnie 
niósł się zapach opium dla ludu, i pozostałych narkotyków.
- Do c-corta!... - rzucił zagraniczniak i znowu zniknął w schowku. Mercedes 
zahamował przed muzeum etnograficznym. Toyota z dŜu-machlińskimi numerami 
przejechała obok, skręciła w zaułek. Pewnie przekazali obiekt kolejnej grupie 
obserwatorów.
Kierowca wyskoczył z samochodu, energicznie go okrąŜył z przodu, otworzył 
drzwiczki protopartorgowi. Ten postawił niedźwiedzią stopę na ziemi (cały czas 
chodził 
boso!), stęknął, wygramolił się z pojazdu. Zaraz za nim, jak puszysty jasnoszary
kłębuszek, 
wytoczył się Anczut-ka.
- A więc, mówicie, Ŝe nie ma Ŝadnej mocy?... - śmiejąc się w szeroką, srokatą 
brodę, 
powiedział Afrykanin. - To poczujcie ją, poczujcie...
Pankracy i Arystarch spojrzeli na siebie. Konspiratorzy nie byli ani 
cudotwórcami, ani 
jasnowidzami. A jednak, kaŜdy z nich nagle odczuł jakieś' tętnienie, dobiegające
z prawego 
skrzydła muzeum.
Anczutka zmarszczył się. Fluidy przenikały puszyste ciałko na wskroś'.
-

Widzę, Ŝe tutaj ani razu nie zaglądaliście... - zauwaŜył mądrze 

Afrykanin. - 
Rozumiem: nie było czasu...
-

N... n-n... - zaczął Pankracy, wytrzeszczając oczy i szarpiąc za rękaw 

oniemiałego 
Arystarcha.
-

To co, co to więc?... - ocknął się i wyrzekł: - Wychodzi, Ŝe ikona, mimo

wszystko, 
jest prawdziwa!
Afrykanin wydał głośne, cierpiętnicze westchnienie - prawie jęk. Naiwność 
konspiratorów juŜ zaczynała go dręczyć...
-

Jeśli naród wierzy, Ŝe ikona jest prawdziwa - szybko wycedził przez zęby

- to 
znaczy, Ŝe jest prawdziwa...
-

T-to zna-a-aczy nie ma Ŝadnej róŜ-Ŝnicy?... - Arystarch zaczął się nawet

jąkać, na co 
zazwyczaj nigdy sobie nie pozwalał. Kulawiec był podejrzliwy i łatwo się obraŜał
- mógł 
pomyśleć, Ŝe go przedrzeźnia.
-

śadnej - potwierdził Afrykanin.

"Cherubiny" stały wstrząśnięte. Słowa protopartorga zabrzmiały dla nich jak 
odkrycie. 
ChociaŜ, właściwie, odkrycie czego?... Czy nie powiedziano, Ŝe głos narodu - to 
głos BoŜy?...
Dlatego sceptycy mogą sobie wyliczać, nawet z dokładnością do piątego miejsca po

przecinku, z jaką siłą wylatywała kula z karabinu maszynowego faszystów, na ile 
metrów 
powinna odrzucić od ambrazury szere-
gowego Aleksandra Matrosowa... Jeśli naród wierzy, Ŝe był bohaterski czyn
- to znaczy, Ŝe był. Nic nie zmienią tutaj Ŝadne obliczenia!...
Ranek płynnie przechodził w dzień. Tłumy ciągnęły do centrum miasta, gdzie 
niedługo powinno rozpocząć się spotkanie specjalnej komisji ONZ, mityngi, 
prowokacje... 
Krótko mówiąc - święto.
Obok zaparkowanego przy chodniku mercedesa, w kierunku pałacu prezydenta 
przeszedł szczupły, podobny do wyrostka chłopina w czarnej, dopasowanej do talii
riasie. Na 
oko moŜna było mu dać trzydziestkę, albo i cztery dychy, a jeśli wrednie się 
uprzeć - całe 
czterdzieści pięć lat... Twarz - natchniona, uduchowiona... Z takimi twarzami 
kroczy się w 
świetlaną przyszłość.
-

Wasz? - spytał Afrykanin, wskazując głową przechodnia.

-

N-n... - Pankracy potrząsnął głową. - P-p...

-

Tak pomyślałem... - rzekł z westchnieniem protopartorg. - No cóŜ... 

Jedziemy z 

Strona 114

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

powrotem...
-

A-y?... - Kulawiec nerwowo wskazał palcem w kierunku głównego korpusu 

muzeum.
-

Nie ma czasu, Pankracy... - zatrzymał go delikatnie Afrykanin. - No, 

załóŜmy, Ŝe 
zabierzemy ją teraz... i kto o tym się dowie? Kto w to uwierzy?... Nie, bratku, 
jak juŜ kraść, to 
kraść - z hałasem i cudami! Jak myślisz, dlaczego twój przyjaciel, 
kontrwywiadowca, zdjął 
zasadzkę?... Właśnie dlatego... śeby było jak najmniej rozgłosu. PrzecieŜ na 
pewno mają 
jeszcze parę duplikatów w odwodzie. "Jak to ukradli? Kto ukradł?...
- ogłoszą. - Nic podobnego! Oto ikona: jak wisiała - tak wisi..." Wygląda na to,
Ŝe 
naszym głównym zadaniem nie jest teraz znalezienie wykonawców, lecz świadków... 
Takich, 
którzy rozniosą to po całym mieście. Na przykład ta kobieta, artystka, u której 
wczoraj 
piliśmy herbatkę... Mówiłeś, Arystarchu, Ŝe wykonywała juŜ poszczególne 
cerkiewno-
partyjne zadania...
"Cherubiny" zadrŜały. Arystarch przełknął ślinę.
-

Ona nie ma telefonu... - słabo wyszeptał.

-

Poślemy kuriera - pocieszył go Afrykanin. Z uśmiechem spojrzał na 

podrygującą, 
nieszczęsną twarz Kulawca. - Postaraj się mnie pozbyć, Pankracy, jak 
najszybciej... Odejdę z 
ikoną do Łycka - znowu będziesz sam sobie panem... AnczutkaL. Wyłaź, 
odjeŜdŜamy...
Kiedy dosłyszał wezwanie, skrzacik od razu wyszedł spod mercedesa i zanurkował 
do 
kabiny.
Rację miał wszystkowiedzący Afrykanin: dla świętej sprawy i nieczysta siła się 
przyda. Pankracemu i Arystarchowi bardzo nie chciało się udać pod wskazany przez

protopartorga adres. Obaj zgrabnie uchylili się od zadania, powołując się na to,
Ŝe byłoby 
zupełnie nierozumnie wykorzystywać szefów podziemia w charakterze zwykłych 
kurierów. 
Naruszenie subordynacji, i tak dalej... A wtajemniczać zwykłych kurierów w sedno
tajnych 
planów takŜe nie było warto. Dlatego trzeba było posłać Anczut-kę.
Jak kaŜdy porządny skrzat, Anczutka wolał ze swojego podwórza nosa nie wysuwać. 
Ale jeśli juŜ Afrykanin powiedział: "Trzeba", znaczy się - trzeba...
Odniósł wraŜenie, Ŝe dziś na ulice wyszła cała ludność stolicy. Jedni się 
radowali, inni 
- przeklinali... Na placu, u podnóŜa Car-stopy rozkręcał się potęŜny mityng pod 
łycką flagą. 
"Ludzie!... - grzmiał megafon. - Przypomnijcie sobie, kim byliście i co 
jedliście!... Kim 
staliście się i co jecie teraz?..." Przed pałacem prezydenta kogoś juŜ bili, a 
wśród bijących nie 
moŜna było dostrzec Ŝadnego męŜczyzny - same baby z siatami... Potem przybiegli 
gliniarze, 
odebrali babom ich ofiarę, chcieli ją wepchnąć do "suki" - ale wtedy, bez 
Ŝadnego powodu, 
odwalił się kolejny kawał sztukaterii na domu towarowym. Dzięki Bogu, Ŝe nikogo 
nie 
przygniotło...
Zagapiony Anczutka prawie wpadł pod tramwaj pośpieszny, który z piskiem i 
łomotem wypełzł z betonowej nory na świat BoŜy. Przylepiony do szorstkiej ściany
jakiegoś 
ministerstwa, skrzacik z bijącym serduszkiem patrzył, jak obok niego przeleciało
to straszne 
akwarium na kółkach. Wewnątrz akwarium siedzieli i stali bakłuŜynianie, wszyscy 
z nosami 
wsuniętymi w otwarte ksiąŜki...
Tak, czasy zmieniają się. Wcześniej, do rozpadu powiatu, za czytanie w 

Strona 115

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

transporcie 
publicznym moŜna było od razu zarobić w ryja. A teraz, patrzcie, wszystko na 
odwrót... 
Niczego nie da się zrozumieć - stolica. Stanowisko zobowiązuje...
Gdyby Anczutka miał skłonności do filozofowania, niewątpliwie pogrąŜyłby się w 
ontologiczne rozwaŜania: Jak to tak? Czytać - czytają, a Ŝyją - jak Ŝyli... 
Kiedy to się zmieni?
Ale Anczutka nie lubił filozofować, zresztą nie umiał - w takim razie trzeba 
będzie 
zrobić to za niego...
Borges, powołując się na s'wiadectwo świętego Augustyna, twierdzi, Ŝe pod koniec

IV wieku ludzie przestali czytać mamrocząc czytany tekst pod nosem... A my, 
powołując się 
na Nikołaja Wasiliewicza Gogola, twierdzimy, Ŝe od około połowy XIX stulecia 
czytaniu nie 
towarzyszyły juŜ nawet procesy myślowe... ChociaŜ, moŜliwe, Ŝe ten skok 
jakościowy 
dokonał się u nas juŜ o wiele wcześniej. Kiedy człowiek czytając milczy, nie 
porusza 
wargami, jest to fakt zauwaŜalny dla wszystkich. Ale zauwaŜyć, Ŝe czytający w 
dodatku nie 
porusza korą mózgową, mógł tylko Gogol ze swoją - rzeczywiście diabelską - 
spostrzegawczością...
Tak, jesteśmy najbardziej zawziętymi czytelnikami na całym świecie, i nie ma w 
tym 
Ŝadnego paradoksu...
Tak właśnie mógłby rozmyślać Anczutka, gdyby miał skłonności do wyciągania 
wniosków z teoretycznych rozwaŜań...
Kiedy dotarł do skrzyŜowania dwóch alei (Niedobrowa i Nostradamu-sa), skrzacik 
przeniknął do naroŜnego domu, szybko przedarł się przez rury wentylacyjne i 
znalazł się na 
drugim piętrze. Otwór znajdujący się w kuchni zasłonięty był gipsową kratką, a 
kratka dla 
skrzatów, trzeba to podkreślić - to przeszkoda nie do pokonania, poniewaŜ składa
się z 
samych krzyŜy. ChociaŜ - bywało i gorzej!... Kiedyś Anczutka przebywał w budynku

czasów stalinowskich - tam to juŜ w ogóle było okropnie: kratki były albo w 
kształcie 
gwiazdek (pięcioramiennych), albo w sierpy i młoty. Nic gorszego sobie chyba juŜ
nie moŜna 
wyobrazić!...
- Ej, ty, jasnoszary... - cichutko zawołano z ciemności. Anczutka przyjrzał się,

dostrzegł trochę wysuniętą ze ściany mordccz-kę koloru grochowin.
-

Ty, widzę, jesteś odwaŜny! - przesadnie zachwycił się nieznajomy. - Nie 

boisz 
się?...
-

A co to, czy ja pierwszy raz? - wycedził Anczutka. TakŜe wszedł w 

ścianę.
Prawdę mówiąc, bał się, ale bardzo chciał sprawić przyjemność Afry-kaninowi...
Nika Niewyrazinowa w zachlapanych farbą spodniach i takiej samej koszulce stała 
pośrodku kuchni. Krytycznie marszcząc brwi, przyglądała
się oślepiająco białym skrzypcom na tle niedbale poprzypalanej deski do 
krojenia.
Przezornie wysuwając się ze ściany tylko do polowy, Anczutka zatrzymał się, 
wyglądając w tym momencie jak coś w rodzaju płaskorzeźby, potem nabrał odwagi i 
melodyjnie oczyścił gardełko.
Nika odwróciła się.
-

Ja-aki puszysty!... - wykrzyknęła w pełnym zachwycie.

-

Ja - od Pankracego... - pośpiesznie uprzedził ją skrzacik, na wszelki 

wypadek 
opierając się jak najsilniej o ścianę. PrzecieŜ wczoraj juŜ to przeszedł... 
Najpierw pogładzi, 
potem poniańczy, a potem, zobaczysz - koronkowe pantalony, niebieska kokardka - 
i amen!...
-

Oj, Pankracy!... - klasnęła Nika.

Strona 116

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

-

I od Afrykanina... - dorzucił Anczutka.

-

Oj, AfrykaninL.

Na szczęście Pankracy i Afrykanin teraz bardziej interesowali Nike niŜ mały, 
jasnoszary skrzacik.
-

Okropny Pankracy!... Obiecał wziąć mnie na akt terrorystyczny!... No, 

kiedy?...
-

Dzisiaj!... - wypalił Anczutka. - O czwartej po południu obok muzeum 

etnograficznego...
Źrenice Niki rozszerzyły się.
-

Będzie strzelanina?...-jęknęła.

-

N-nie wiem... - uczciwie powiedział Anczutka. - Powiedziano: spotykacie 

się z 
Pankracym u wejścia i czekacie na nas z Afrykaninem. Będziemy kraść ikonę!... - 
nie 
wytrzymał, pochwalił się.
Nika podskoczyła, rzuciła się do szafy odzieŜowej i na ościeŜ rozwarła jej 
drzwi. Po 
pokoju rozleciały się wyrzucane razem z wieszakami ciuchy.
- Cholera! Nie mam w co się ubrać!...
W końcu światło dnia ujrzał kombinezon o ochronnej barwie.
- No, no... właściwie całkiem do rzeczy... - mówiła powątpiewająco Nika i 
pytająco 
spojrzała na skrzacika. - A?...
Ale skrzacik juŜ zniknął. Ze ściany sterczało tylko delikatne uszko, które 
zresztą, 
natychmiast takŜe się skryło. Nie wiadomo dlaczego, było nie jasnoszarego, a 
oliwkowego 
koloru...
Pośród białych, tektonicznych ruin "Ograbanku" stali w gromadzie jaskrawo 
odziani 
ratownicy i skromnie odziani maruderzy.
- Nie słuchają rodziców... - wzdychając, szeptał półgłosem jeden z nich. - 
Przyszedł 
wczoraj nad ranem - cały w siniakach! No, ile razy moŜna powtarzać: nie chodź 
nocą po 
oświetlonych miejscach... PrzecieŜ tam pełno gliniarzy!...
Anczutka zatrzymał się, aby posłuchać i znowu zderzył się z ciągle tym samym 
przeciętnym facetem w dopasowanej w talii riasie. Tylko, Ŝe tym razem facet 
szedł w 
przeciwnym kierunku: nie do pałacu, a od pałacu. Właściwie nie szedł, a prawdę 
mówiąc - 
ledwie powłóczył nogami. Jego twarz wyraŜała kompletne rozgoryczenie.
Co do Anczutki, to ten przemieszczał się niezauwaŜalnie - przebiegając wzdłuŜ 
ścian. 
Właściwie dostrzec go facet nie miał moŜliwości... Jednak wiadomo, Ŝe w chwilach
silnych 
wstrząsów psychicznych w człowieku budzą się drzemiące zdolności, których 
obecności w 
sobie nawet nie podejrzewał.
Jednym słowem, kiedy spotkał się wzrokiem z Anczutka, facet Ŝałośnie wykrzywił 
usta, wymówił z udręką i goryczą:
- No nie, najwaŜniejsze jest to, na kogo zamienili!... Na jakiegoś 
zarośniętego... Co tak 
się gapisz?... Ty teŜ tam?...
Widać jednak zauwaŜył skrzata...
Anczutka bojaźliwie popatrzył za nim. Spod czarnego podołka riasy wlókł się po 
asfalcie skrawek czerwonego płótna...
W tej sekundzie serduszko zabiło mu jak dzwoneczek i zamarło na długo. Niestety 
Anczutka dobrze wiedział, co to oznacza. Pierwszy raz odczuł podobne wraŜenie, 
kiedy 
biedniacy szli rozkułaczyć Jegora Karpy-cza, za którego potem bardzo długo 
opieprzał go 
śledczy z NKWD, Grigo-rij Siemionowicz Tych. Drugi raz Anczutka poczuł to samo 
przed 
samym aresztowaniem kierownika sklepu Wasilija Sidorowicza Lalkina, któremu 
zarekwirowano znalezione pod parkietem brylanty oraz wszystko pozostałe. Skrzaty
zawsze 
wyczuwają serduszkiem, kiedy gospodarzowi domu grozi niebezpieczeństwo...

Strona 117

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Anczutka pobiegł po chodniku z całych sił swoich malutkich nóŜek, ile tylko pary

sobie znalazł. Strach narastał z kaŜdym krokiem. Swoim
rozumkiem skrzacik pojmował, Ŝe wielkie zagroŜenia tak potęŜnego cudotwórcy, jak

protopartorg, nie mogą spotkać, ale nic na to nie mógł poradzić... denerwował 
się.
Dookoła szumiała stolica. Przeszła kompania marynarzy - pojawiając się nie 
wiadomo 
skąd. Za kaŜdą czapką wlokły się liczne jedwabne tasiemki we wszystkich kolorach
tęczy...
Obłoki zbierały się coraz większe i większe. Od strony Łycka zbliŜała się 
najeŜona 
błyskawicami chmura barwy ołowiu.
Tracąc siły ze strachu, Anczutka przeniknął do klatki schodowej, wbiegł po 
schodach, 
przeszedł do konspiracyjnego mieszkania przez s'cianę. Przed jego oczyma ukazało
się 
okropne widowisko.
Protopartorg Afrykanin siedział na skrzynce z amunicją - nieruchomo i ocięŜale, 
jak 
gruda. Gruda, która na tyle wyschła, Ŝe tylko ją dotknij - rozsypie się... 
rozsypie się na kupkę 
pyłu. Wykrzywione usta - jak u teatralnej, tragicznej maski. Wielkie ręce 
bezsilnie leŜały na 
kolanach. Oczy bezmyślnie wpatrzone w przeciwległy kąt pokoju.
Nawet na brzegu DŜumachlinki, przed samym przejściem państwowej granicy, 
Afrykanin nie wyglądał aŜ tak Ŝałośnie.
Ale najwaŜniejsze - aura... Zamiast ogromnej, purpurowej poświaty, porównywalnej

jedynie z koroną słoneczną w momencie pełnego zaćmienia, potęŜną figurę 
protopartorga 
otaczało teraz coś zupełnie nieokreślonego, rudawego, podpalanego... Z rzadka 
pojawiał się w 
tym podejrzanym dymku purpurowy, kosmaty języczek, ale od razu znikał, gasł...
To odchodziło zaufanie wyborców, odchodziła miłość narodu. Gdzieś tam, daleko, 
za 
DŜumachlinką, nieutulony Łyck Ŝegnał się ze swoim ulu-bieńcem - ze zdradziecko 
wykradzionym, zabitym i ponownie wykradzionym Afrykaninem, o czym Anczutka, 
rzecz 
jasna, nie wiedział... Niektórzy w Łycku z początku po prostu nie chcieli 
wierzyć w śmierć 
płomiennego protopartorga, ale szlochające tłumy, Ŝałobne głosy w megafonach i 
głośnikach, 
opuszczone do połowy sztandary z czarnym kirem - wszystko to szybko utwierdzało 
wątpiących... Jedna po drugiej zaczęły znikać czerwone protuberancje w aurze 
cudotwórcy. 
W miarę tego, jak owinięta Ŝałobnymi wstęgami laweta przepływała przez główny 
plac 
miasta Lycka, juŜ niosący imię Afry-kanina, łaska opuszczała gospodarza 
Anczutki, 
przechodząc na urnę z - Bóg wie - czyimi prochami, oraz na wzniesione w ciągu 
nocy 
mauzoleum...
Jasnopopiełata siers'ć stanęła dęba. Pojękując z Ŝalu, Anczutka podszedł do 
Afrykanina, wczepił się pazurkami w riasę.
Protopartorg z wysiłkiem skierował oczy na skrzacika - wpatrzył się 
nierozumiejącym 
wzrokiem.
- A jednak wykreślił... - z niewyraŜalnym zdziwieniem, ochryple wymamrotał. - 
Patrzcie no! Nie poŜałował siebie - wykreślił... Jak się na to mógł 
zdecydować?...
Do pokoju, najpierw powoli, potem - ośmielając się - zaczęli niespiesznie 
przenikać 
przedstawiciele astralnej fauny: przepłynęło stadko kątni-ków, za plecami 
protopartorga stał i 
ponuro zgarbił się średniej wielkości straszek. Skądś tam przybył nawet 
energiczny, malutki 

Strona 118

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wiercipiętka, przebiegł po suficie, potrząsnął Ŝyrandolem. Potem spadł na stół, 
pociągnął 
protopartorga za rękaw riasy... Ach ty, gadzie!... Myślałby kto, Ŝe wtedy, gdy 
Afrykanin miał 
moc, to byś swoje łapki tutaj wyciągnął! A teraz pojawiła się odwaga?...
Wściekły Anczutka złapał przezroczystego chama za skórkę (łapać wiercipiętka za 
cokolwiek innego nie ma sensu - nie da się go utrzymać) i juŜ gotowy był 
wyrzucić bydlaka 
przez ścianę, kiedy nagle wyczuł, Ŝe do Afrykanina podkrada się jeszcze jedno 
niebezpieczeństwo - tym razem śmiertelne. W zamku drzwi zaskrzypiał wytrych.
Ze strachu Anczutka obejrzał się - zobaczył, Ŝe zza stojącego w rogu granatnika 
złośliwie wytrzeszcza oczka zdumiona jasnopopiełata mordka Karmiciela, widać 
znowu 
przysłanego przez Papcia - powiadomić o jakimś kolejnym przyjacielskim uczynku.
- PomóŜ, bratku!... - błagał Anczutka.
Karmiciel cynicznie spojrzał na niego, i zniknął. W tej samej sekundzie drzwi 
otwarły 
się, w przedpokoju pojawił się młodzieniec w riasie, z pistoletem o tępym pysku 
w ręku. 
Anczutka zobaczył tego młodzieńca po raz pierwszy, protopartorg - po raz drugi. 
Szofer 
dŜipa.
- Pozdrowienia z Łycka!... - złowieszczo wyrzekł przybysz. Afrykanin ze wstrętem

spojrzał na szoferaka, podnoszącego juŜ broń, i jedynie z obrzydzeniem skrzywił 
usta. Strata 
własnego Ŝycia w porównaniu ze stratą zaufania ludu wydała mu się drobnostką.
Tak, ale Anczutka tak nie uwaŜał! Skrzacik (dla zabójcy był niewidzialny) pisnął
i z 
rozmachem rzucił w bandytę wiercipiętka. Lepki bydlak
uchwycił swoimi czterema łapkami zadarty ryj pistoletu, w upojeniu potrząsnął 
zdobyczą. Czy to z zaskoczenia, czy teŜ od wstrząsu, killer nacisnął spust. 
Grzmot i smród 
prochu... Kule trafiały wszędzie - tylko nie w Afrykanina, który jak uprzednio 
siedział 
nieruchomo.
Na twarzy zabójcy pojawiło się przeraŜenie. Biedak uznał widocznie, Ŝe go 
wrobili. 
Nie będąc ani czarodziejem, ani jasnowidzem, nie mógł naocznie się przekonać, Ŝe
łaska 
opuściła protopartorga. To, co się zdarzyło, wydało się łajdakowi cudem. 
Najwidoczniej 
okłamali go... Najwidoczniej lider prawicowych radykałów ma jeszcze moc...
W delikatnych uszkach Anczutki huczały echa i odgłosy wystrzałów, dlatego cięŜki

stuk upadającego na podłogę pistoletu zabrzmiał ledwie do-słyszalnie. Zabójca 
drobnymi 
kroczkami rzucił się do drzwi... Potem błyskawicznie odwrócił się - i wyleciał z
mieszkania 
szybciej od wiatru...
- Nie trzeba było... - obojętnie zachrypiał Afrykanin.
***
Basztowy zegar na Jefremie Wielkim wybił w oddali trzecią po południu.
- Anczutka... - bezsilnym głosem wezwał go protopartorg. - Idź, powiedz 
Pankracemu, 
Ŝe wszystko odwołujemy... Bo będzie czekał... Nie daj BoŜe, jeszcze coś 
nawyrabia... ze 
swoim wielkim rozumkiem...
Anczutka cofnął się o krok, zmarszczył się, uparcie zaprzeczył głową. Pozostawić

gospodarza samego?... W takim stanie?... Jak kaŜdy porządny skrzat, po prostu 
nie mógł się 
na to zgodzić...
Protopartorg spojrzał na skrzacika spod kudłatej srokatej brwi, zmusił się do 
uśmiechu.
- Dobrze... W takim razie - razem... PomóŜ mi wstać...
We dwóch opuścili konspiracyjne mieszkanie, pozostawiając je otwarte. Zeszli po 
schodach, wyszli na aleję... Wydawało się, Ŝe Afrykanina opuściła nie tylko 

Strona 119

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

cudotwórcza, ale 
i fizyczna moc: kulał, ledwie dreptał. KaŜdy krok czynił z wysiłkiem... Ubiór 
protopartorga 
nie przyciągał niczyjej uwagi - z okazji przyjazdu komisji specjalnej ONZ miasto
było 
przepełnione prowokatorami w riasach.
Naprzeciw szli dwaj milicjanci, których twarze wydały się Anczutce znajome. 
Glosy - 
takŜe.
-

Ech, sz-szakale... - cicho oburzał się jeden z nich. - Jak przyjechała 

komisja - od 
razu podkulili ogon!... Słyszysz?... Milczą... Ani jednego samolociku nie 
wypuścili!...
-

To nie z powodu komisji... - odpowiedział mu niskim głosem drugi.

- Afrykanin odwalił kopyta... No, ten... ekstremista... W Łycku go dzisiaj 
chowają... 
Właśnie przed chwilą przekazywali...
-

[co?...

-

No, Amerykanie właśnie dlatego! PrzecieŜ Ŝądali jego wydania... A teraz 

nie mają 
czego Ŝądać...
Protopartorg zatrzymał się, długo patrzył za nimi.
- A-a... - w końcu, wstrząśnięty, wyrzekł. - To wymyślili, okazuje się...
- Patrz! - wypalił Anczutka z nadzieją, pokazując paluszkiem. Afrykanin 
niechętnie 
spojrzał. W podejrzanym rudawym dymku, okrąŜającym jego rękę, uparcie przebijały
się 
purpurowe Ŝyłki i włókienka.
- Myślisz, Ŝe jeszcze są tacy, co wierzą, Ŝe Ŝyję? - z powątpiewaniem powiedział

protopartorg. - Nie, Anczutka, wątpliwe... Raczej leŜą pijani i o niczym nie 
wiedzą...
Nad głowami ściemniało, potem błysnęło. Grom wykaszlał się - i zamilkł... Potem 
chmury, jakby wystraszyły się własnej śmiałości, zaczęły błyskawicznie rozpływać
się, nad 
aleją Nostradamusa znowu wyjrzał błękit...
Ruszyli dalej. Właściwie ruszył sam Anczutka. Kiedy usłyszał z tyłu bolesne 
chrząkanie protopartorga, obejrzał się, zobaczył, Ŝe ten ze wszystkich sił 
próbuje podnieść 
prawą stopę, która jakby wrosła w asfalt. Skrza-cik rzucił się na pomoc - i 
wtedy z nim stało 
się to samo. Prawą nóŜkę - jakby przykuł magnes.
- To koniec, Anczutka... - z mrocznym zadowoleniem podsumował Afrykanin, 
przerywając próby. - Amen, rzucili urok! Niewątpliwie - robota kontrwywiadu...
Poufale zasepleniły opony, do chodnika podpłynął długi, ciemny samochód. Pojawił

się jakby znikąd. Drzwiczki otworzyły się równocześnie
- jacyś ludzie w cywilu rzucili się do Afrykanina.
- No, dzięki Bogu, zdąŜyliśmy... - z ulgą westchnął, stając przed 
protopartorgiem, 
postawny, młody, trzydziestoletni piękniś. Pułkownik Wybierzniew. Papcio.
-

Dokąd zdąŜyliście?... - ze złośliwą goryczą zapyta! Afrykanin.

-

Nie dokąd, a skąd... - poprawi! pułkownik. - Na pana teraz, obywatelu 

Ludzki, nie 
mniej niŜ trzy zespoły killerów polują. MoŜna powiedzieć, Ŝe wyciągnęliśmy im 
pana sprzed 
nosa... - Z tymi słowami, grzecznie, ale zdecydowanie wziął Afrykanina za 
łokieć. - Proszę do 
samochodu!...
-

Jak?... - ze wstrętem rzucił protopartorg, próbując bez powodzenia 

unieść bosą nogę 
nad trotuar.
-

Saszka!... - wycedził Wybierzniew, odwracając się. - No, o co chodzi?...

Młody, okrągły na twarzy Saszka rzucił się do protopartorga i - odczarował 
stopę. 
Dwóch barczystych agentów natychmiast złapało Afrykanina, energicznie wepchnęli 
go do 
wnętrza samochodu. Ten chciał się obejrzeć, szukając oczyma Anczutkę, ale 

Strona 120

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

drzwiczki 
zatrzaśnięto. Samochód ruszył gwałtownie z miejsca.
Pojękując, Anczutka siedział w kucki pośrodku chodnika i od czasu do czasu 
próbował z wysiłkiem oderwać od niego swoją prawą nóŜkę. Gdyby znajdował się 
choć 
trochę bliŜej ściany budynku, mógłby nabrać energii, wzmocnić swoje siły, 
spróbować zdjąć 
urok samemu. A tak - chcesz, czy nie chcesz - trzeba siedzieć, czekać, póki 
zaklęcie nie utraci 
mocy. Sił starczało mu jedynie na to, aby podtrzymywać swoją niewidzialność. 
Dobrze 
jeszcze, Ŝe trafił się młodziutki czarownik. Gdyby to był ktoś doświadczony, z 
Ligi 
Czarodziei, rzuciłby urok - cały dzień trzeba by było posiedzieć jak przykuty, a
moŜe nawet 
całą dobę...
Nie wiadomo skąd pojawiło się trzech obywateli, którzy juŜ zdąŜyli powitać 
komisję 
ONZ. Chwiejąc się, jak paski na państwowej fladze, zatrzymali się obok Anczutki.
- W Łycku - to jak?... - z zakłopotaniem skarŜył się jeden. - Wypijesz - był 
system 
dwupartyjny, otrzeźwiejesz - znowu jednopartyjny. A u nas, w BakłuŜynie, nawet 
nie wiesz: 
jesteś jeszcze pijany, czy teŜ juŜ trzeźwy...
Drugi słuchał, od czasu do czasu opuszczał głowę - jakby się zgadzał.
- Dajcie mi kałacha!... - gorączkował się trzeci. - Ja ich, wałów, zaraz 
wystrzelam!... 
Zgubili powiat!... Wszystkich, bydlaki, sprzedali!...
- A ty, jak zawsze, na krzywy ryj chcesz - twardo odrzekł pierwszy. - Kalacha 
tobie! A 
chociaŜ wiesz, ile teraz kosztuje automat?... A co, samemu na lufę nie moŜesz 
zapracować? 
Sil nie starcza?...
Wydaje się, Ŝe zaklęcie zaczynało powoli słabnąć... Anczutka spręŜył się - pięta

mlaśnięciem oderwała się od szorstkiej powierzchni pokrycia. Skrzat rzucił się w
prawo, 
potem w lewo - zamarł w rozterce. No, dokąd teraz? Pójść za Afrykaninem do 
kontrwywiadu, 
czy pójść uprzedzić Pan-kracego? Anczutka trochę się bał "Cherubinów", ale 
jednocześnie 
rozumiał, Ŝe oprócz nich nikt mu teraz nie pomoŜe...
Skrzacik szybko podreptał w kierunku muzeum etnograficznego.
Spóźnił się tylko o kilka minut. Przy wejściu do muzeum trwało aresztowanie - 
takŜe z 
uŜyciem najbardziej czarnej magii... Członkowie terrorystycznej organizacji 
"Czerwone 
cherubiny" zastygli bez ruchu w znudzonych pozach. Najwidoczniej zaklęcie 
ogarnęło ich 
zupełnie niespodziewanie. Między nimi, energicznie zabierając wszystko, co 
wybuchowe i 
strzelające, biegali smętni i zatroskani ludzie w cywilu. Po rozbrojeniu, 
zdejmowali 
bojowników ze schodków i odnosili do suki.
Okrągłymi ze strachu oczyma, Anczutka patrzył, jak znikają w czarnym otworze 
głęboko wycinane podeszwy butów Arystarcha Retiwoja. Zachwiał się, jakby 
machając na 
poŜegnanie, biały szalik zanoszonego do furgonu Pankracego. Koniec. Odjechali...
Skrzat opuścił wątłe ramionka z goryczą i poszedł na opustoszałe schody. Więcej 
juŜ 
nie mógł liczyć na nikogo - tylko na siebie...
- Nie rozumiem!... - zabrzmiał za nim melodyjny głosik. - Skrzacik, stawiając 
jasnoszarą sierść dęba, podskoczył w miejscu.
Odwrócił się. Przed nim, w plamistym kombinezonie komandosa, z winchesterem w 
rękach stała obraŜona, pełna najlepszych chęci, Nika Nie-wyrazinowa, która - 
według 
swojego obyczaju - spóźniła się o pół godziny...
- Nie rozumiem! - chłodno powtórzyła. - Gdzie pozostali?

Strona 121

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

ROZDZIAŁ 14
GLEB PORTNIAGIN, lat czterdzieści cztery, prezydent
Nadzwyczajne wydanie "Czerwonego Sztandaru" zostało cale poświęcone 
pompatycznemu i monumentalnemu pogrzebowi Afrykanina. Gleb Por-tniagin czytał 
będąc 
bliski apopleksji. Ach, wieprze! Ale sobie wymyślili!... Portniagin zmusił się 
do oderwania od 
parszywej gazetki - oczyścił czakry...
Za szybami ściemniło się, potem błysnęło. Grom odkaszlał się - i zniknął. 
Prezydent 
złapał słuchawkę.
- No, co tam się u nas dzieje, za oknami?... Aha, z Łycka przypełzło?... Co 
teraz? 
Mam sam chmury rozganiać?...
Rzucił słuchawkę, o mało nie rozbijając aparatu. Przepłukał swoje wnętrze 
energią - 
znowu wściekle pochylił się nad rozesłanym na stole "Sztandarem"...
Kolejny artykuł opisywał z zachwytem cuda, do których doszło juŜ podczas 
pogrzebu... Komsomołobogomołka Sierioznowa tylko spojrzała na mauzoleum 
protopartorga 
- i wyleczyła się z bezpłodności, od razu okazała się brzemienna - wprost na 
placu. Kilku 
ślepych, którzy dotknęli lawety, na której wieziono urnę z prochami Afrykanina, 
przejrzało 
politycznie na oczy i przy świadkach objawiło, Ŝe następnym razem obowiązkowo 
zjawią się 
na wyborach...
O, kłamcy!... Frazesowicze! Portniagina dusiła nienawiść. Trudno było się z tym 
pogodzić, ale teraz Patriarcha Porfiriusz ograł go błyskotliwie... Trzeba było 
znowu oczyścić 
czakry.
Pogoda za oknem błyskawicznie się poprawiała... Spróbowałaby się nie poprawić! W

końcu zadzwonił telefon, który zresztą, prawdę mówiąc, juŜ dawno powinien 
zadzwonić...
-

No?...

-

Przywieźli, Glebie Kondratyczu...

-

Co z nim?

-

śywy... - jakoś' zbyt energicznie uchylając się od odpowiedzi odezwano 

się na 
tamtym końcu przewodu.
-

Wprowadzić!...

Gleb Portniagin wsparł się o oparcie fotela, wpatrzył się w drzwi. Twarz 
prezydenta 
skamieniała - nawet nie dlatego, Ŝe bał się, Ŝeby jakiś straszek, który 
podkradnie się za jego 
plecami, nie wydał bezwiednie jego uczuć. Po pierwsze, straszki siedziały, tak 
jak naleŜy, za 
portierą. A po drugie, prezes Ligi Czarodziei BakluŜyna w tej chwili nie 
zamierzał niczego 
ukrywać. Wielkie ludzkie serce prezydenta, o którym tak często pisały stołeczne 
gazety, biło 
jak dzwon. W końcu pochyliła się błyszcząca klamka drzwi - do gabinetu wstąpił, 
krzywo 
stawiając stopy, silnie się garbiąc i patrząc spode łba...
Prezydent westchnął i wstał.
Do gabinetu wstąpił obrzmiały starzec z sokratesową, wypukłą łysiną i srokatą, 
rozczochraną brodą. Z niejasnego powodu był bosy i odziany w obszerną, starą 
riasę z 
szaroburymi plamami... Dla pełni wraŜenia brakowało jedynie wianka z polnych 
kwiatów. 
BoŜe, co z nami wyprawia czas!... CzyŜby rzeczywiście, z tym ledwie stojącym na 
nogach 
próchnem, Gleb Portniagin - kiedyś tam, w młodzieńczym wieku - próbował razem 
włamać 
się do magazynu z artykułami Ŝywnościowymi? Mój BoŜe, mój BoŜe!...
Za ponurym ramieniem przybysza wznosiła się postać rosłego pułkownika 
Wybierzniewa. Piękna męska twarz wyraŜała stosowną do okazji powstrzymywaną 

Strona 122

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Ŝałość.
Gleb Portniagin wzruszył brwiami. Pułkownik potakująco skinął głową - wyszedł. 
Zapadłe ze współczucia oczy prezydenta znowu zwróciły się ku byłemu 
przyjacielowi i 
wspólnikowi.
Widowisko rozdzierające serce... Zamiast potęŜnej purpurowej aureoli - jakieś 
rzadziutkie kłaczki i kołtuny rudawych pajęczynowych promycz-ków. Nawet gwiazdy 
filmowe, których aury juŜ dawno wypiły zwierciadła i kamery filmowe, nie 
wyglądają tak 
Ŝałośnie.
Tropem Afrykanina wprost przez ścianę do gabinetu wdarła się cała gromada 
obrzydliwie zgarbionych straszków. Ogromne nieszczęście pro-topartorga było dla 
nich tym 
samym, co uczestnictwo w proszonym obiedzie.
Prezydent wyszedł zza stołu, zrobił krok ku przybyszowi i delikatnie, jak na 
pogrzebie, objął byłego przyjaciela.
- Ech, Nikodemie... - z bólem powiedział.
Sokratesowa łysina protopartorga oparła się o szeroką pierś czarownika.
- Glebie... - w gardle pokonanego słychać było szloch. - Nie uwierzysz... ale 
sam 
szedłem się oddać...
Podtrzymując za ramiona stojącego niepewnie na nogach Afrykanina, Gleb 
Portniagin 
odprowadził go do fotela, posadził.
- Łajdaki, ach jakie łajdaki... - powiedział zduszonym głosem. - Co oni z tobą 
zrobili!...
Afrykanin opadł na fotel, zgarbił się jeszcze bardziej.
- Wyślesz mnie do Hagi? - mlaszcząc jak starzec, zapytał z widoczną obojętnością
dla 
swojego dalszego losu. Uprzednich słów współczucia protopartorg albo nie 
dosłyszał, albo 
nie potraktował ich powaŜnie.
Gleb wyprostował się. Z jego oczu błysnęły ciemne błyskawice.
- Do Hagi?... - ogłuszającym głosem zapytał, szeroko otwierając lwią paszczę. - 
No, 
nie!... Takiego prezentu ode mnie się nie doczekają!...
Gniewnie spojrzał przez ramię i lekkim dmuchnięciem rozwiał tłum pętających się 
pośrodku gabinetu straszków. RozdraŜniały go...
Powoli, raczej z kompletnym niezrozumieniem niŜ z nadzieją, Afrykanin podniósł 
umęczoną twarz, wpatrzył się... Znając Portniagina z dzieciństwa, nie liczył 
nawet na litość... 
Tylko jednego Nikodem nie wziął pod uwagę: czasami ludzie z wiekiem mądrzeją. 
Szczególnie, jeŜeli dopchają się do wysokich stanowisk...
Wielkoduszność prezydenta zaskoczyła Afrykanina - u protopartorga pojawił się 
syndrom Iwana Groźnego, lubiącego w trudnych chwilach oddawać się samoponiŜeniu 

samobiczowaniu.
- Glebie... - złamanym głosem, ze łzami skruchy w oczach westchnął Afrykanin. - 
Wybacz mi, Glebie!... Jestem winny, winny!... Nawet wtedy... Nawet wtedy w 
magazynie... 
Gdybym nie upuścił skrzynki z wódką -
ni cholery nie złapałby nas dzielnicowy! - protopartorgowi znowu kamień stanął w

gardle. - Glebie, wycofam się z polityki!... - przysiągł szybko. - JuŜ się 
wycofałem... 
Zapomnijmy o wszystkim... Stańmy się znowu przyjaciółmi...
Ta nie poplątana przemowa wywarła na prezydencie wyjątkowo silne wraŜenie, ale 
zupełnie nie takie, na jakie po cichu liczył sam Nikodem. Z początku Gleb 
Portniagin słuchał 
protopartorga ze zdziwieniem, które szybko przeszło w zakłopotanie. A kiedy 
doszło do 
zapewnień o przyjaźni, twarda twarz czarodzieja z brązowej stała się Ŝeliwna. 
Powietrze w 
gabinecie stało się cięŜkie, jak przed burzą. Po kątach ze strachem zakłębiły 
się kątniki i 
pozostałe, drobne astralne bydlątka. Pod sufit wystrzeliła rozgałęziona 
błyskawica, a za 
kołyszącą się zasłoną podniósł się wściekły rwetes...

Strona 123

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- A na jaką cholerę jesteś mi potrzebny tutaj jako przyjaciel? - podnosząc ku 
Ŝyrandolowi ogromne kułaki, zagrzmiał Portniagin z całą mocą swoich pojemnych 
płuc. - Ty 
mi - tam!... Jesteś mi tam potrzebny, wśród wrogów! - i prezydent z siłą wskazał
palcem w 
kierunku Łycka. - Dopóki jesteś tam - jesteś zagroŜeniem! Tobą nawet w Ameryce 
dzieci 
straszą!... Przeciwko tobie potrzebny jest - jak powietrze - powaŜny 
sojusznik!... A kto będzie 
ich sojusznikiem - no, kto? To - ja!... To - BakłuŜynoL. A więc: pomoc 
humanitarna, 
wstąpienie do NATO!... Kredyty, inwestycje, do diabła!... A teraz co?... 
Słyszysz?...
I dwóch odwiecznych, speszonych wrogów wsłuchało się w ciszę nad prezydenckim 
pałacem.
-

Koniec... - wyjęczał Gleb. - Odlecieli... dopiero co ogłosili: desantowy

helikopterowiec "Tarava" zawrócił w Zalewie Szczuki. Wraca z powrotem na Morze 
Kaspijskie!... Niczego nie będzie... Nie ma ciebie w Łycku - to znaczy nie ma 
czego się bać! 
A ty tutaj jakąś partyzancką partaninę rozwinąłeś!... Czego, do cholery, 
zapomniałeś w 
BakłuŜynie? Po co tu w ogóle się przypętałeś?...
-

Tam chcieli mnie sprzątnąć, Glebie...

-

A co, nie mogłeś się ze mną skontaktować?... Skontaktować, wyjaśnić: tak

a tak 
jest, chcą mnie sprzątnąć, ratuj... Czego ci potrzeba?... Ikony?... Masz, bierz 
ikonę, bierz co 
chcesz i wracaj do Łycka. Zrzuć tego bękarta Porfiriusza, ałe wróć mi Zachód!...
Wróć mi 
sojuszników!...
-
Ścierając łzy radości i nie wierząc własnym uszom, Afrykanin patrzył na 
rozzłoszczonego Gleba... Najwidoczniej jednak, w głębi duszy, mimo wszystko, 
protopartorg 
był bardzo dobrym człowiekiem. PoniewaŜ tylko bardzo dobry człowiek moŜe okazać 
się 
takim patentowanym durniem.
***
Wróg - nie jest przyjacielem. Przyjaciele są jak dziewczynki na dworcu: tylko 
gwizdnij - od razu się zbiegną... A wroga trzeba wybierać uwaŜnie, jak małŜonkę 
- Ŝeby raz, i 
na całe Ŝycie.
Weźmy, na przykład, takiego Napoleona... No, jak rozpoczął, jak pięknie 
rozpoczął! I 
co z tego wynikło? Waterloo - i Wyspa Świętej Heleny. A dlaczego? Dlatego, Ŝe 
zbyt łatwo 
wzgardził starymi wrogami!... To z jednym powojował - zawarł pokój, to z 
drugim... Potem 
ze wszystkimi za jednym zamachem... No i go porzucili...
Zupełnie inny był Piotr Wielki!... Jak sobie wybrał Karla, tak przez całe Ŝycie 
z nim 
walczył. Kiedy zastrzelili Karla - kontynuował wojnę z jego spadkobiercami. 
Dlatego stał się 
Wielki! Historyk Kluczewski, co ten uczony o nich napisał? "Wrogowie, kochający 
siebie 
nawzajem". Historyk wiedział, co pisze... Kim bowiem jest WRÓG?... Przede 
wszystkim to 
twój nauczyciel! Twoja lepsza połowa! Im więcej ciebie bije, tym stajesz się 
mądrzejszy. 
Dlatego trzeba chronić swojego wroga. Na przykład zobaczysz: ma cięŜką sytuację 
- to mu 
pomóŜ, w Ŝadnym przypadku nie dobijaj. Powiedzmy: dał plamę pod Połtawą - to 
okaŜ mu w 
zamian grzeczność: zorganizuj sobie klapę na rzece Prut...
W ogóle trzeba być bardzo naiwnym człowiekiem, Ŝeby wpadłszy w nieszczęście, 
zwrócić się o pomoc do przyjaciół. Przyjaciele, najpewniej, wypną się na was, 
ale za to 

Strona 124

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wrogowie - wątpliwe. Oczywiście, pod warunkiem Ŝe wybraliśmy sobie rozumnych 
wrogów...
W pozostałym - i ci, i tamci są zadziwiająco podobni do siebie. Miał rację, miał

absolutną rację pułkownik Wybierzniew, kiedy będąc jeszcze podpułkownikiem, 
wypowiedział się, Ŝe wrogość to kontynuacja przyjaźni innymi środkami.
-

Teraz o czym tu myśleć!... - powiedział Afrykanin z goryczą. - Gdyby to 

było... Za 
późno, Glebie...
-

A to dlaczego za późno?...

-

No-o... - Zamiast odpowiedzi protopartorg, nie powstając z fotela, 

niezgrabnie 
wzruszył ramionami i rękoma, jakby prezentował wszystkie fałdy garnituru 
kupionego bez 
sensu na tandecie. - Sam widzisz. Nie, jak juŜ pogrzebali - to znaczy 
pogrzebali...
-

I co, na emeryturę się wybierasz?... - złowieszczo wydusił z siebie 

Portniagin. - 
Czekaj sobie tatka latka!... No, popatrzcie - jakie pieszczoty: pochowali!... 
Niczego sobie!... 
Zmartwychwstaniesz, jeśli trzeba!...
-

W takiej formie?... - Afrykanin jeszcze raz, bez nadziei, obejrzał swoją

rzadziutką 
aurę.
-

A dlaczego w takiej formie?... - ryknął Gleb, wyprowadzony z równowagi 

nieustępliwością Nikodema. - Będziesz miał w rękach ikonę! Cudotwórczą, 
zauwaŜ!...
Protopartorg chrząkał, pełen wątpliwości.
-

Cudotwórcza... Nie, Glebie, bez wsparcia narodu nawet z ikoną w ręku nic

nie 
stworzysz...
-

A to juŜ nie twoje zmartwienie... - wycedził Portniagin, łapiąc 

słuchawkę telefonu. - 
Matwieicz u mnie w sześć sekund dowolny cud zorganizuje... Jeśli będzie potrzeba
- całą 
Ligę podłączymy, ale cuda - będą!... Wybierzniewa do mnie!... - rozkazał urwanym
głosem i 
znowu odwrócił się do Afrykanina. - Na kiedy naznaczono nalot na etnograficzne?
Ten tylko uśmiechnął się w odpowiedzi - uprzejmie i Ŝałośnie, jakby uśmiechał 
się do 
wspomnień o naiwnych chłopięcych marzeniach (o ograbieniu magazynu z artykułami 
spoŜywczymi)...
- Dzisiaj, o szesnastej... - z westchnieniem powiedział. Portniagin spojrzał na 
zegarek.
- No, ten termin juŜ przegapiliśmy... Musimy w takim razie wszystko przełoŜyć na

siedemnastą trzydzieści... Punktualnie o wpół do szóstej na oczach wszystkich 
wyniesiesz 
cudotwórczą z muzeum. W twoim kierunku zostanie otwarty ogień... - prezydent 
zatrzymał 
się, postrzelał stawami palców. - O, właśnie tutaj potrzebny będzie pierwszy 
cud... - z troską 
oznajmił ni to Afrykaninowi, ni to sam sobie.
-

Czy ty nie rozumiesz, Ŝe oficjalnie - jestem nieboszczykiem? - 

Protopartorg z 
wysiłkiem podniósł głos. - No, załóŜmy, Ŝe w BakłuŜynie uwierzą, Ŝe ja Ŝyję... A
w Lycku?
-

Łyck teŜ rozpracujemy... - odpowiedział przez zęby Gleb i przebiegł 

gabinet. - A 
więc tak... Dotrzesz do szosy, z ikoną w rękach ruszysz w kierunku DŜumachły. 
M-m... - 
Portniagin znowu zatrzymał się. - N-nie... - dodał z widocznym Ŝalem. - Ognia 
artyleryjskiego nie warto otwierać - ONZ-owcy nie zrozumieją... Ograniczymy się 
do 
ładunków wybuchowych...
-

Pozwolicie, Glebie Kondratyczu?...

Portniagin odwrócił się. W przejściu, przytrzymując drzwi, stał podejrzanie 
ponury 

Strona 125

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

pułkownik Wybierzniew.
-

Wchodź! - rzucił Portniagin. Ciągnął dalej - upartym, nie dopuszczającym

sprzeciwu głosem: - Przy muzeum etnograficznym zebrali się teraz terroryści i 
oczekują... - 
prezydent wbił dociekliwy wzrok w pustkę za ramieniem Wybierzniewa. - Co się 
stało?...
-

JuŜ nie czekają, Glebie Kondratyczu... - głosem winnego zameldował 

pułkownik. - 
Wzięci...
-

Kto to rozkazał?!

Pułkownik spuścił wzrok, nie odpowiedział. Jednak pierwszy czarodziej państwa 
zrozumiał go bez słów. Mimika straszków, stojących tłumnie za plecami 
Wybierzniewa, była 
dostatecznie wyrazista...
-

Wściekłego do mnie!...

-

JuŜ tu jest, Glebie Kondratyczu...

Do gabinetu generał Wściekły wszedł bokiem.
- Zajmujesz się szkodnictwem?... - świszczącym szeptem zapytał Gleb Portniagin. 

Co? Nostalgia cię opanowała?... Zatęskniłeś za etatem dzielnicowego?... 
Siadaj!... - rozkazał, 
wskazując brwią w kierunku długiego stołu do zebrań. Odwrócił się do 
Wybierzniewa. - Ty - 
takŜe!...
Przysiedli. Generał Wściekły ukradkiem zerknął na Afrykanina. W jego wzroku nie 
moŜna było dostrzec Ŝadnych ciepłych uczuć. Jak zresztą w spojrzeniu-odpowiedzi 
protopartorga.
- Natychmiast skończyć! - ryknął prezydent, uderzając w stół cięŜką dłonią. - 
Widzicie, zezować na siebie będą!... - Złapał oddech, ciągnął przez zęby: - 
Wszyscy razem 
siedzimy po uszy w jednej kałuŜy! Kiedy
wypłyniemy - wtedy porachujecie się między sobą: kto i kiedy kogo ukąsił, kto 
kogo 
pałką walił... Kto pod kogo dynamit podkładał...
Obaj kontrwywiadowcy zamarli na sekundę, potem z ogromnym szacunkiem 
popatrzyli na Gleba Kondratycza. A ten rozmyślał ze wszystkich sił. Wyraziste 
palce 
prezydenta masowały zmarszczone czoło, jakby wyszukiwały potrzebnych myśli.
- MoŜe to i dobrze, Ŝe wszystkich zdjęto... - w zamyśleniu wymamrotał w końcu 
Portniagin. - Nie trzeba szukać, zbierać. No, tego... ich lidera... co się 
trzęsie... TeŜ tutaj!
Generał Wściekły pośpiesznie wyciągnął telefon komórkowy, rozkazał natychmiast 
dostarczyć zatrzymanego Kulawca do gabinetu prezydenta.
Protopartorg pomlaskał wargami jak starzec. Wydaje się, Ŝe oŜywał. Spod 
kosmatych, 
srokatych brwi drwiąco i ze zrozumieniem wyjrzały głębokie uwaŜne oczy.
- A więc, Glebie, oddajesz mi ikonę... - przerywając, a nawet jakby z pewnym 
wyrzutem powiedział. - Asystujesz mi do Łycka... Mówisz, Ŝe ze starej 
przyjaźni... Albo, no, 
nie wiem - wrogości... Oj, Glebie!... JuŜ nie kręć, powiedz od razu: czym się 
tobie będę 
musiał odwdzięczyć?...
Pytanie celne jak kula snajpera! Prezydent chrząknął, opuścił wzrok. Potem 
wstał, 
przeszedł po gabinecie. Brwi - zsunięte, usta - zaciśnięte w grymasie 
zamyślenia. W końcu 
zatrzymał się przed fotelem protopar-torga.
- Zorganizujesz wystrzelenie rakiety bojowej w mój Pałac Prezydencki?... - 
zapytał 
cicho.
Generał z pułkownikiem, kompletnie zapominając o obecności za ich plecami 
straszków, spojrzeli na siebie oszołomieni. KaŜdy z nich - w myślach - pokręcił 
przystawionym do skroni palcem. Nawiasem mówiąc, Afrykanin takŜe trochę 
zgłupiał. 
Wystrzelić do pałacu Portniagina rakietę bojową?... PrzecieŜ o tym przez całe 
Ŝycie marzył!...
Prezydent Republiki BakluŜyno patrzył z nadzieją na swojego byłego wspólnika. I 

Strona 126

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

czy 
to się prezydentowi wydało, czy teŜ rzeczywiście w aurze Afrykanina przybyło 
purpurowych 
niteczek: zapłonęły, zamigotały...
Ten zastanowił się, poruszył brodą.
- Hm... Rakietą! - burknął, poprawił order. - Łatwo powiedzieć... Tam tylko 
nazwa 
pozostała, Ŝe to rakieta. Kropiłem, to wiem... No nie, wystartować, pewnie 
wystartuje... Jeśli 
ją poświęcić, modlitwą wesprzeć, to widzicie, z BoŜą pomocą, do granicy 
dociągnie. Ale 
dalej...
-

Dalej - to juŜ mój problem - z ulgą przerwał mu Gleb. - Przechwycimy, 

zaczarujemy 
- i prościutko w kopułę!
-

Tylko w niej nie ma co wybuchnąć - uczciwie uprzedził Afrykanin. - 

PowaŜnie 
uszkodzona...
-

Nawet nie trzeba!... - prezydent poweselał głośno, klasnął w dłonie i 

zatarł je. - W 
najgorszym razie zaminujemy pałac. Ale trzeba to zrobić najpóźniej jutro, 
podczas kolejnego 
spotkania z komisją ONZ... - Jego twarz znowu zmarszczyła się. - A, jeszcze 
jedno - dorzucił 
z niepokojem. - Dobrze by było, Ŝeby ją oznakować... Napisać na niej coś w 
rodzaju... 
"Śmierć czarownikom!" czy teŜ, powiedzmy, "Nasza odpowiedź imperializmowi!" śeby
było 
jasne, skąd wystrzelono... Jednym słowem: "Pozdrowienia z ŁyckaL."
Kulawca dostarczyli w stanie nieodczarowanym. Dziecięcymi, niepewnymi kroczkami 
przybliŜył się do stołu prezydenta, w czymś podobny do gibbona w długim, 
kaszmirowym 
palcie. Oczy Pankracego nie wyraŜały niczego, oprócz błogiego niezrozumienia.
Portniagin ze złością zmarszczył się, jednym ruchem małego palca zdjął urok. 
Kulawiec zadrŜał - ocknął się... Zobaczył wprost przed sobą wroga ludzkości 
numer jeden, 
nerwowo zapuścił prawą rękę pod biały szalik, ale pistoletu, jasna sprawa, 
nigdzie nie znalazł.
- Tak... - władczo rzekł prezydent. - Nie mam czasu ciebie przekonywać. Dlatego 
słuchaj uwaŜnie... Twoich bojowników zaraz wypuszczą... Razem z nimi skierujesz 
się do 
muzeum i dokończysz to, co rozpocząłeś. Wedrzesz się do prawego skrzydła, a póki

Afrykanin będzie brał ikonę, zrobisz tam jak najwięcej hałasu...
Spopielając Portniagina wzrokiem pełnym nienawiści, Pankracy Kulawiec zadrŜał, 
nerwowo potrząsnął kędziorkami. Nie, z czarnoksięŜnikami nie będzie Ŝadnych 
negocjacji.
- Dobrze... - wycedził prezydent. - Nie wierzysz mi - uwierz w takim razie 
chociaŜby 
jemu...
Zaczarowany płynnym, szerokim gestem pierwszego maga kraju, Kulawiec odwrócił 
się. Na widok siedzącego w fotelu, rozwalonego Afryka-nina zadrŜał, głupkowato 
wywalił 
oczy, a pułkownik Wybierzniew, znając namiętność szefa podziemia do ataków 
epileptycznych, pospiesznie wstał, gotując się podchwycić opadające w 
konwulsjach ciało. 
Jednak do ataku nie doszło.
- Ach, ty bydlaku!... - wypalił ze złością Kulawiec, wyprostował się, ruszył na 
protopartorga. - Sprzedałeś się Lidze?...
Ani Afrykanin, ani Portniagin, ani Wybierzniew, ani Wściekły, ani nawet sam 
Kulawiec w pierwszej sekundzie nie pojęli, Ŝe wymówił to wszystko czysto, bez 
zająknięcia... 
Ludzka psychika takŜe ma swoje granice wytrzymałości. Najwidoczniej szok okazał 
się na 
tyle silny, Ŝe poprawił mowę oraz postawę Pankracego. W dodatku - raz na zawsze.
- Bóg z tobą, Pankracy... - z Ŝartobliwym wyrzutem odezwał się Afrykanin, 
powstając 
z fotela. - Kto komu się sprzedał?... My z Glebem, jak uprzednio, pozostajemy 

Strona 127

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

wrogami - no i 
co z tego?... PrzecieŜ ciebie i pułkownika takŜe nie moŜna nazwać przyjaciółmi, 
a patrz, jak 
współpracujecie...
Płynna, równomierna mowa protopartorga otuliła Pankracego na podobieństwo 
ciepłej, kołyszącej mgiełki. Cudotwórcza moc opuściła Afry-kanina, ale nie 
stracił talentu 
mówcy... śeby namówić szefa podziemia, potrzebował niewiele więcej niŜ pięć 
minut.
Stracono jeszcze pięć minut na to, Ŝeby rozwinąć pośrodku stołu szczegółowy plan

miasta, przygotować plan operacji przechwycenia cudotwórczej ikony. Ale wtedy w 
kieszeni 
generała Wściekłego oŜył telefon komórkowy. Generał przeprosił, odszedł na bok i
złym, 
głośnym szeptem rzekł do słuchawki:
- Słucham... Kto-kto?... Zadzwońcie później... Jak to, ograbili?!
Kiedy usłyszeli okrzyk, wszyscy podnieśli głowy. Ze strachem wpatrzyli się w 
generała. Ze słuchawki wyraźnie dobiegało podenerwowane kwakanie jakiejś 
staruszki.
- No, co tam jeszcze?... - wycedził prezydent.
Wściekły zakończył rozmowę, przez jakiś czas stał i mrugał oczyma, opuściwszy 
rękę 
z komórką. Dwóch generalskich straszków odegrało za jego plecami całą pantomimę.
Prezes 
Ligi Czarodziei patrzył z zimną krwią,
z jaką uroczystą złośliwością energetyczne bliźniaki Tola Tolicza stroją miny do

pułkownika Wybierzniewa - rozszerzają usta, wysuwają język... W końcu Wściekły, 
jak mu 
się samemu wydawało, wziął się w garść, stłumił wewnętrzną radość, odwrócił się 
do 
Portniagina.
- Dzwoniła dyrektorka muzeum etnograficznego... - zaraportował. - Przed 
dziesięcioma minutami na muzeum dokonano zbrojnego napadu. Budynek został 
uszkodzony, 
a cudotwórcza ikona - została skradziona.
Odnosiło się wraŜenie, Ŝe ta pechowa wiadomość rozbawiła prezydenta - nic 
więcej. Z 
duŜym zainteresowaniem przyglądał się surowej, nieprzeniknionej mordzie byłego 
dzielnicowego.
-

Czyja to robota?...

-

Obywatelki Niewyrazinowej... Dyrektorka ją rozpoznała... - niechętnie 

wydusił z 
siebie generał. Zerknął posępnie na Nikołaja. Wybacz mi, druhu. Przyjaźń - 
przyjaźnią...
-

Gospodyni mieszkania konspiracyjnego - westchnąwszy, wyjaśnił Afrykanin.

- TeŜ 
z "cherubinów"... Właśnie chciałem ją uŜyć w akcji...
Wzruszając ramionami, kręcąc w zamyśleniu głową, prezydent wrócił na swoje 
robocze miejsce za stołem, usiadł.
- Szczegóły!... - cicho zaŜądał, uderzając cięŜką dłonią w numer "Czerwonego 
Sztandaru".
-

Grabiła w parze z jasnoszarym skrzatem... - skąpo poinformował generał.

-

Anczutka... - ze zrozumieniem skłonił głowę Afrykanin.

Wznosząc w zamyśleniu brwi, Prezes Ligi Czarodziei ciągle wpatrywał się w 
generała 
Ws'ciekłego. Czuło się, Ŝe prezydent jest silnie rozczarowany.
- Tolu Toliczu... - przemówił po chwili. - Nie pytam ciebie, dla jakiego celu 
chciałeś 
zwinąć całe podziemie za jednym zamachem... Ale jeśli juŜ się na to zdecydowałeś
- to zwijaj 
wszystkich!... Nawet tego nie potrafiłeś zrobić... jeszcze ten przypadek z 
dynamitem... 
Starzejesz się, Tolu Toliczu, starzejesz...
Straszki za plecami generała zwiesiły głowy, za to za plecami pułkownika 
odtańczyły 
taniec radości.

Strona 128

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

- Co będziemy robić? - zainteresował się Gleb Portniagin, przesuwając spojrzenie
na 
Wybierzniewa.
-

Wydaje mi się, Ŝe wszystko idzie doskonale - ten bezczelnie powiedział. 

Jakby nic 
się nie stało, kontynuował: - Uczciwie powiedziawszy, coś w naszym planie mnie 
niepokoiło 
od samego początku... Po pierwsze: brak zaskoczenia... Do posterunku granicznego

Afrykanin dociera, o ile dobrze zrozumiałem, około dziewiątej, przez całą noc 
idzie do Łycka 
z ikoną w rękach, tworząc po drodze róŜne cuda... najpierw z naszą pomocą, a 
potem juŜ - 
własnymi siłami. To posunięcia, jasne, piękne, sprawdzone: coś jak ucieczka 
Napoleona z 
Korsyki... Ale z tego wychodzi, Ŝe pozostawiamy przeciwnikowi całą noc na to, 
Ŝeby 
oprzytomniał...
-

No, no?... - podtrzymał go prezydent.

Straszki za plecami pułkownika zatarły ręce z radości.
-

Po drugie - niewzruszenie ciągnął swoje Wybierzniew. - Przekonanie 

BakłuŜyna nie 
będzie trudne - mamy do naszej dyspozycji środki informacji masowej... Ale 
główne zadanie 
- to przekonać Łyck!
-

Krócej! - przyspieszył prezydent. - Co proponujesz?

-

Afrykanin powinien zmartwychwstać w Łycku. Inaczej cały nasz pomysł - 

nie jest 
nic warty...
-

Hm... - prezydent zastanowił się, pomyślał. - No... a jak to widzisz, 

konkretnie?...
Jeśliby nie było straszków, Portniagin pomyślałby, Ŝe plan operacji pułkownik 
przemyślał wcześniej.
-

Pracujemy według scenariusza zmartwychwstania carewicza Dymitra - to 

jest - na 
tle potęgujących się plotek, Ŝe pochowano nie tego i Ŝe w rzeczywistości - 
Afrykanin Ŝyje... 
Uratował się cudem... W Łycku teraz powódź, kilka osiedli pozostaje odciętych od
stolicy. 
UwaŜam, Ŝe właśnie tam, w pierwszym rzędzie, naleŜy podjąć obróbkę opinii 
publicznej... W 
ten sposób chociaŜ częściowo przywrócimy Afrykaninowi wiarę wyborców, to jest - 
cudotwórczą moc...
-

Ile na to potrzeba czasu?... - zazdrośnie wepchnął się generał. Lepiej 

by, rzecz jasna, 
siedział cicho, ale nie mógł spokojnie patrzeć, jak Papcio napawa się swoim 
sukcesem!...
Prezydent z niezadowoleniem zerknął na generała - i przemilczał.
- Sądzę, Ŝe wystarczą dwie godziny, licząc od momentu rozpoczęcia operacji - 
spokojnie odpowiedział Wybierzniew Wściekłemu. - Odtworzyć łaski w uprzedniej 
mocy w 
ciągu tego czasu, to zrozumiałe, nie moŜemy, ale to nie będzie potrzebne. Na 
początek w 
Łycku obywatel Ludzki będzie musiał dokonać tylko jednego, jedynego cudu, i to 
dostatecznie skromnego: na jakiś czas być nierozpoznany dla zwykłych wyborców...
Portniagin myślał... Widział, Ŝe próbując wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji, 
pułkownik Wybierzniew sam sobie przeczy. JeŜeli Afrykanin, zgodnie z plotką, 
ocalał po 
wybuchu w BakłuŜynie, to z jakiego, do diabła, powodu ma zmartwychwstać w Łycku?
I po 
jakiego diabła ma w ogóle zmartwychwstać?! Zresztą, to akurat najmniej 
interesowało 
prezydenta... Wiedział, Ŝe plotka na początek powinna być absurdalna - inaczej 
nikt w nią po 
prostu nie uwierzy... Czy jest dostatecznie nielogiczna - to był główny problem,
który teraz 
rozwaŜał Gleb Portniagin...
Pytająco spojrzał na protopartorga i trzeba przyznać, osłupiał. Aura Afrykanina 

Strona 129

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

powoli, ale silnie napełniała się purpurową poświatą. Oznaczać mogło to tylko 
jedno: 
obywateli Lycka, wierzących w to, Ŝe protopar-torg Ŝyje, z kaŜdą minutą 
przybywało...
***
Właściwie, w czym tkwi sens prawdziwej mądrości? Po pierwsze w tym, Ŝeby 
wyjaśnić sobie, dokąd zmierzamy, i jeśli zmierzamy we właściwym kierunku, 
przekonać 
otoczenie, jakoby dzieje się tak wyłącznie dzięki nam.
W tym sensie pułkownik Wybierzniew wszystko wykonał prawidłowo: przewidział 
nadchodzące wydarzenia i zdecydował się, moŜna tak powiedzieć, do nich się 
dopisać. MoŜna 
do niego mieć jedną pretensję: trochę się spóźnił. Plotki pojawiły się 
wcześniej, niŜ zaczął je 
rozpowszechniać...
Skąd to się wzięło?... Łycka Patriarchia nie potrafiła ukryć przed zwykłymi 
wyborcami swojej zgody na spełnienie Ŝądań bloku NATO. A pogłoski nie mogły nie 
powiązać tego uwłaczającego faktu ze śmiercią protopartorga, za którego czasów, 
jak 
wiadomo, Ameryka bała się Łycka jak diabeł święconej wody, a nawet bogoburczy 
sojusz 
atlantycki siedział cicho, jak myszka...
To oznacza, Ŝe do tego momentu, kiedy Nikołaj Wybierzniew tylko przygotowywał 
się wyłoŜyć swój przebiegły plan, w Łycku juŜ wszyscy
uznawali pragnienia za rzeczywistość: Ŝywy ojciec nasz, o... o... zaraz się nam 
objawi... da komu trzeba popalić tak, Ŝe ten popamięta... i pragnienia stawały 
się 
rzeczywistością.
-

No, no... widzę, Ŝe rozwaŜać to juŜ nie ma potrzeby... - wymruczał po 

chwili 
prezydent. - Afrykanina przeprawiamy natychmiast do Łycka... A w jaki sposób 
trafi tam 
ikona?
-

Ten, kto ją ukradł, ten ją dostarczy - twardo powiedział Nikołaj.

-

To... obywatelka Niewyrazinowa?... Hm... A zgodzi się?

-

Myślę, Ŝe tak.

ROZDZIAŁ 15 (początek)
WSZYSCY DO KUPY, wiek - przeróŜny, rodzaj zajęcia - takŜe
-

A więc tak... - ze skupieniem wyrzekł Nikołaj, łapiąc za sznurek od 

dzwonka do 
drzwi. - Mówię ja, a wy dwaj wspieracie mnie i potakujecie... Zaraz, a gdzie 
Pankracy?...
-

Zatrzymał się na dole... - odpowiedział zawstydzony Retiwoj. - Przed 

wejściem...
Mina Arystarcha była trochę dziwna. JuŜ zbyt wiele silnych wraŜeń spadło dzisiaj
na 
jego głowę: urok, areszt, oswobodzenie... i najwaŜniejsze - Kulawiec, który 
przestał się jąkać. 
W dodatku - takŜe trząść się i zezować...
-

Co to znaczy: zatrzymał się? - nie uwierzył Wybierzniew. - Idziemy do 

roboty!...
-

Spotkał dziewczynę, z którą chodził do jednej klasy... - patrząc 

ogłupiało na 
Nikołaja, wyjaśnił Arystarch. - N-no... właśnie... zagadali się...
Wybierzniew zaklął po cichu, skokami ruszył na dół po schodach. Wybiegł z klatki

schodowej - i zrozumiał, Ŝe najprawdopodobniej się spóźnił. Przystojny, 
imponujący brunet 
Kulawiec rozmawiał z atrakcyjną blondynką w wieku balzakowskim. Właściwie 
rozmowę 
prowadziła ona, ale kiedy pojawiała się moŜliwość wtrącić swoje, Pankracy 
wykorzystywał 
okazję z widoczną przyjemnością.
- Zamęczył mnie juŜ swoją zazdrością, Pankusiu! - lał się staccatem sopran. - 
Rozwód 
i wyłącznie rozwód!... Wczoraj spóźniłam się o pięć
minut - a on mi powiedział: odgryzę ci nos!... Na cholerę mi taki potrzebny?... 
No, 

Strona 130

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

powiedz!...
- Sytuacja... - dumny z siebie, płynnie wyrzekł Kulawiec.
Na oczach Wybierzniewa, kontynuując rozmowę w tym samym stylu parka odwróciła 
się i trzymając się pod rękę skierowała się do ławki stojącej na środku 
podwórza. Nikołaj 
chciał zawołać przeobraŜonego Pankra-cego, ale rozmyślił się. Doświadczenie 
podpowiadało 
Wybierzniewowi, Ŝe Kulawca lepiej teraz nie brać na Ŝadną robotę. Kiedy przestał
wyglądać 
jak potwór, Pankracy utracił swoją wartość w oczach kontrwywiadu. No po co mu 
teraz 
polityka - jemu, normalnemu człowiekowi?... Jasne było, jak BoŜy dzień, Ŝe 
Arystarch 
Retiwoj, mimo swoich ciepłych uczuć do Pankracego, szybko zepchnie go na drugi 
plan i sam 
zostanie szefem podziemia...
Nikołaj zawrócił w miejscu i błyskawicznie wbiegł na drugie piętro.
- Idziemy bez Kulawca... - powiedział do Arystarcha, nie wdając się w szczegóły.

Pociągnął za sznurek dzwonka.
Dobrze, Ŝe chociaŜ drzwi mieszkania numer dziesięć otwierały się do środka, a 
nie na 
zewnątrz: inaczej Nika ze swoją manierą otwierania wszystkiego na ościeŜ za 
kaŜdym razem 
przyczyniałaby swoim gościom cięŜkich obraŜeń...
-

Zjawiliście się w końcu?... - wypaliła jeszcze na progu, strzelając 

oczyma to w 
stronę Pieseczka, to ku Arystarchowi. - No i co to wszystko znaczy?... Dlaczego 
musiałam, 
jak głupia, okradać muzeum do spółki z jakimś skrzatem? Czy tak się umawialiśmy?
Gdzie 
Afrykanin? Gdzie Pankracy?...
-

Cicho bądź, cicho... - ściszonym głosem wyrzekł Wybierzniew i ze 

strachem 
rozejrzał się po klatce schodowej. Tak intrygujący początek wywarł na Nice 
odpowiednie 
wraŜenie. Szybko przepuściła gości do przedpokoju, z kolei sama uwaŜnie 
obejrzała 
półpiętro, zamknęła drzwi prawie bezgłośnie.
Nikołaj poszedł do duŜego pokoju, opadł w fotel i długo nie mógł wymówić słowa. 
Cudotwórcza ikona stalą w rogu, obok opartego o ścianę winchestera. W 
przeciwległym 
kącie, z ogłupiałą miną przyczaił się nastroszony skrzacik jasnoszarej maści, 
wyraźnie 
gotowy w razie czego dać nogę.
-

Czy ty choć sama rozumiesz, co narobiłaś?... - spytał załamanym głosem 

Wybierzniew.
-

A co ja narobiłam?! - natychmiast zapiszczała Nika. - Ani Pankracego, 

ani 
Afrykanina - w ogóle nie było nikogo! Stoję przy wejściu, jak głupia, sama, w 
pełnym 
kamuflaŜu, w kombinezonie, z bronią!... Czekam! Nikt się nie zjawia!...
-

Nie trzeba było... nie trzeba było kraść tej ikony!

-

Dlaczego nie trzeba?... A co tam stoi w kącie?...

-

Nie, ja nie mogę... - wyjęczał Nikołaj. - Arystarch, spróbuj choć ty jej

wyjaśnić!...
-

A jak ja jej mogę to wyjaśnić? - ze strachem rzekł Arystarch. - PrzecieŜ

sam 
mówiłeś, Ŝe to tajemnica państwowa...
Doskonale powiedziane! MoŜna od razu pójść o zakład, Ŝe po takich słowach Nika 
wypatroszy obu, ale dotrze do prawdy... Tak teŜ się stało. JuŜ po kilku minutach
zupełnie 
zamęczony Nikołaj Wybierzniew siedział na fotelu, z głową opuszczoną pomiędzy 
dłonie, 
starczym, bezsilnym głosem ujawniał wszystko, jak na spowiedzi:
-

Nasza współpracowniczka...

-

Ach, wasza współpracownica?...

-

Tak... nasza współpracownica... powinna zabrać cudotwórczą ikonę, 

Strona 131

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

dostarczyć ją 
na posterunek graniczny... AbakłuŜyńscy pogranicznicy dostali zadanie: spróbować
ją 
zatrzymać... ale na widok ikony, wszyscy padają na twarz... jak na rozkaz...
-

Cu-u-u-u-downieL. Jeśli trzeba zarekwirować ikonę - to ja, a jak padać 

na twarz - to 
przed nią?...
-

Po łyckiej stronie wszyscy takŜe padają na twarz...

-

Och, po łyckiej takŜe?...

-

Tak... Do mostu zbiegną się tłumy komsomołobogomolców... No, w tym 

sensie - Ŝe 
nasi ludzie-komsomołobogomolcy. Potem juŜ wszyscy pozostali... Eskortowana przez
tłum, 
współpracownica idzie z ikoną do Łycka...
-

A dlaczego nie ja?!

Wybuchła cisza. Wybierzniew i Arystarch, patrząc na wściekłą Nike, trochę się 
odsunęli. Anczutka do połowy wsunął się w ścianę.
- Dlatego, Ŝe ja tobie zakazuję! - opamiętał się i ryknął Wybierzniew. Właściwie
od tej 
chwili moŜna było uznać operację za rozpoczętą...
***
W tym samym czasie, albo nawet ciut wcześniej, do pomieszczeń słuŜbowych 
dŜumachlińskiego posterunku granicznego wpadł rozjuszony, barczysty młodzian w 
kamizelce kuloodpornej narzuconej na wierzch kombinezonu w ochronne plamy.
-

Zastrzelę tę padlinę!... - krwioŜerczo zagroził.

-

Jaką padlinę?... - z zaciekawieniem spytano go, przerywając czyszczenie 

broni.
-

Jaką-jakąL. Tego z h... na pięcie! Ciągle lezie za szlaban! Co go 

odepchnę - znowu 
lezie!...
-

A po co mu to?

-

Jak to po co... Afrykanin przeklął go przed s'miercią, a nasi odczarować

nie mogą!... 
Teraz rwie się do mauzoleum - do Lycka...
-

A jak go przeklął?...

Młodzik chciał znowu zakląć, ale zamiast tego przełknął ślinę, poweselał i 
jasnymi, 
prostymi słowy oznajmił towarzyszom broni, jak dokładnie 
nieboszczyk-protopartorg przeklął 
złodziejaszka, który zwinął mu buty, oraz co takiego wyrosło mu na pięcie...
-

Bredzisz!... - zwątpił któryś.

-

Nie wierzysz - idź sobie popatrz...

Nieszczęśnik siedział, załamany, na poboczu, ze dwadzieścia metrów od szlabanu. 
Jego prawa noga owinięta była szmatą.
- Cześć, kontrabando... - powitał go jeden z pograniczników. - PokaŜ, co ty tam 
bez 
cła chciałeś do Łycka przewieźć... Będziemy wypełniać deklarację...
Kaleka spojrzał ponuro na Ŝartownisia i nie odpowiedział.
-

Pokazuj, a obiecujemy... - pogranicznik trochę podniósł głos.

-

No, to obszukuj! - rzucił ze złością kaleka i podniósł w górę owiniętą 

piętę.
Pogranicznicy odsunęli się z trochę obraŜonymi twarzami, załoŜyli ręce za plecy.
- Patrzcie, obraził się!... - ze zdziwieniem rzekł jeden do drugiego.
- śreć się chce... - złym głosem rzucił kaleka. - Od rana nie jadłem...
Stanęło na bochenku chleba i puszce tuszonki. Pokarany przez Afry-kanina 
nieszczęśnik odwinął szmatę, wystawił swoją dojrzałą płciowo piętę na publiczny 
widok. 
Potem, nie zwracając uwagi na gromki śmiech po-graniczników, rzucił się na 
Ŝarcie. Kiedy 
zaspokoił pierwszy głód, podniósł głowę i zauwaŜył, Ŝe dookoła stoi więcej 
ludzi.
-

Tak! - powiedział zdecydowanie, znowu owijając stopę. - A wy co, na 

krzywy ryj? 
Znaleźli się, cwaniaki...
-

Ile za obejrzenie? - uśmiechając się, spytał ogromny szofer jadącego za 

granicę 
furgonu.
-

Czerwoniec - rzucił kaleka, kładąc przed sobą czapkę. Jeszcze raz 

Strona 132

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

przyjrzał się 
tłumowi, a kiedy dostrzegł miłą, dziewiczą twarzyczkę z naiwnie rozszerzonymi 
oczyma, 
dorzucił surowo: - Baby - dwadzieścia pięć!...
Przy moście w ten dzień zebrało się sporo samochodów. Do czapki leciały 
czerwonce 
z profilem Niedobrowa, tęczowe dwudziestki piątki, gdzie stary czarodziej Jefrem
został 
sportretowany w półobrocie. Potem kaleką zainteresowali się zagraniczni turyści 
i w czapce 
zazieleniło się.
Mrugając ze skupieniem oczyma cierpiętnik przeliczył zarobek. Wtedy pojął, Ŝe za

taką sumę moŜe sobie wynająć kaŜdego przemytnika i bez Ŝadnych problemów 
przeprawić 
się na drugi brzeg. Rozejrzał się. Obłoki po łyckiej stronie juŜ poróŜowiały i 
pozłociły się, 
odbijając się w perłowej, pofalowanej powierzchni DŜumachlinki. W oddali, w 
niedwuznacznej bliskości neutralnych wód, kołysała się motorowa łódeczka znanego

kłusownika Kotwicy. Sam Kotwica rozmawiał z kimś, kto uczepił się burty - 
najwidoczniej z 
wodnikiem... Potem pociągnął linkę startera - i łódka ruszyła do bakluŜyńskiego 
brzegu. 
Popłynął po klienta...
Kaleka jeszcze raz zajrzał do leŜącej przed nim czapki - przeszło mu przez myśl,
Ŝe za 
granicę właściwie juŜ go nie ciągnie. Tutaj, jakkolwiek-by na to patrzeć, jaka 
jest, taka jest, 
ale ojczyzna...
Środek i koniec maja dla floty rzecznej to trudny okres. Zresztą, innej floty na

DŜumachlince być nie mogło... Mało tego, Ŝe powódź, a tutaj jeszcze bałagan z 
kalendarzami! 
To w jedną stronę powierzchnia wody nachy-
łona, to w drugą... O ile z tego powodu bardziej zuŜywają się silniki kaŜdej 
wiosny - 
lepiej nie liczyć...
W BakłuŜynie juŜ przed tygodniem woda opadła, a w Łycku dopiero zamierza zacząć 
opadać - zaległa na nizinach, po wąwozach, pokryła się błonką, jak bielmem oko 
kury...
Kotwica miał paszport bakłuŜyński, dlatego za dnia starał się bez potrzeby nie 
zapuszczać na terytorialne wody Łycka. O tej samej porze, kiedy nad lewym 
brzegiem 
zaczyna róŜowieć i złocić się zachód słońca, a na prawym brzegu było mu (słońcu)
wszystko 
jedno, za burtą plusnęło cos' nie po rybiemu, potem na skraju burty pojawiła się
płetwiasta 
łapa - wynurzyła się morda wodnika, wielkości prawie twarzy ludzkiej. Oczy - jak
pęcherze.
-

No, czego?... - leniwie spytał Kotwica.

-

Posłali mnie po ciebie... - przeziębionym, ochrypłym głosem odpowiedział

mieszkaniec rzeki.
-

A czego chcą?... - tak samo obojętnie zapytał stary flibustier rzecznych

toni.
-

Trzeba kogoś przeprawić do Łycka...

-

Poczekają... - rzucił Kotwica. - Ściemnieje, to wtedy...

- Nie! Nie poczekają... - powiedział wodnik. - Polecili: natychmiast... Kotwica 
przeciągnął się.
- Słuchaj, Chlupąjło... - zaczął ziewając. - Chcesz, to podaruję ci grzebień na 
dzień 
demobilizacji? Będziesz miał czym brodę rozczesać...
W następnej sekundzie łódka głęboko przechyliła się, przemytnik o mało nie wpadł

głową w płaską toń rzeki.
- Ty co?! - wrzasnął. - śartów nie rozumiesz?... śabi pysk rozszerzył się 
jeszcze 

Strona 133

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

silniej.
-

Nie!... - ochryple i ostro odezwał się Chlupąjło. - I ci, którzy na 

ciebie czekają - 
takŜe...
-

A kto czeka?... - spytał oszołomiony Kotwica.

-

"Cherubiny"... pogranicznicy... prezydent...

-

Jaki jeszcze, do diaska...? Prezydent?...

-

Jaki-jaki... Portniagin!

-

A płyń stąd ty... jak najdalej!... - wymamrotał Kotwica, ale mimo 

wszystko zapuścił 
motorek...
-
Diabli go wiedzą, prezydent - nie prezydent, ale na brzegu ukrytej przed 
postronnym 
wzrokiem zatoczki zebrał się rzeczywiście spory tłumek. Zapłacili tyle, Ŝe 
Kotwica najpierw 
własnym oczom nie uwierzył. Co prawda, uprzedzili: lepiej sam się utop, ale 
klienta musisz 
całego dostarczyć. Powiedzieli, gdzie wysadzić, powiedzieli - przywitają was... 
A kiedy 
Kotwica zająknął się, Ŝe dobrze by do zmierzchu poczekać - uspokoili: nikt 
niczego nie 
zobaczy, nie usłyszy... Najpewniej - czarownicy...
Klientem okazał się krzepki, łysy, brodaty męŜczyzna. Odziany w ria-sę. 
Pewnikiem 
szpieg...
- Słyszysz - powiedział do niego Kotwica, przyglądając się. - PrzecieŜ juŜ raz 
ciebie 
przeprawiłem do Łycka... Tak ci się spodobało, czy co?...
***
Prawy brzeg był jeszcze ozłocony zachodem, a na lewym juŜ po zło-dziejsku 
skradał 
się fioletowy zmierzch o barwie denaturatu, kiedy bakłu-Ŝynianie nagle, bez 
Ŝadnych 
widocznych przyczyn, podnieśli alarm bojowy na posterunku granicznym. Z 
niezrozumieniem i strachem pogranicz-nicy Łycka obserwowali dziwaczne zachowania

przeciwnika. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe ich bakłuŜyńscy koledzy oczekują z minuty
na minutę 
napadu z kierunku DŜumachły - z głębi własnego terytorium.
Potem rozpoczęło się coś zupełnie juŜ niepojętego. Na szosie zabrzmiały wybuchy.

Bez Ŝadnej wątpliwości ktoś w walce przedzierał się do mostu. Reflektory jak 
oszalałe 
przeczesywały rzekę, słychać było gniewne rozkazy... Potem rozróba przeniosła 
się na lewy 
brzeg. Nie wiadomo skąd pojawiły się tłumy młodych i nie całkiem juŜ młodych 
obywateli 
Łycka, którzy runęli na jezdnię, zapchali sobą terminal, dotarli do szlabanu. Od
nich 
dowiedziano się, Ŝe komsomołobogomołka Nika w pojedynkę, pośród białego dnia 
ograbiła 
muzeum etnograficzne w BakłuŜynie, porwała cudotwórczy obraz Łyckiej Matki BoŜej
i teraz 
kieruje się, wsparta łaską, wprost na posterunek graniczny...
Naczelnik łyckiego posterunku granicznego próbował połączyć się ze sztabem, ale 
kiedy się łączył, na drodze, w świetle skrzyŜowanych promieni reflektorów 
pokazała się 
samotna, zgrabna figurka w czarnej, świetnie skrojonej riasie. Widać było, jak 
plugawi 
poplecznicy czarodziej, nie bę-
dąc w stanie sprzeciwić się cudotwórczej mocy ikony, uciekają całymi grupami, 
gubiąc broń, starając się zniknąć. A szlabany podniosły się same...
Jedyny człowiek po bakłuŜyńskiej stronie, który nie padł na twarz i nie próbował

uciekać, siedział na poboczu, wystawiając przed sobą bosą stopę, i patrzył 
osłupiały, jak obok 
niego przechodzi wielkooka istotka w czarnej riasie z ikoną w rękach.

Strona 134

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Nika, kiedy zrównała się z nieszczęsnym, nagle zatrzymała się, widocznie 
kierowana 
intuicją wycelowała w niego cudotwórczy obraz... Dopiero wtedy biedak skojarzył,
Ŝe 
najwyŜsza pora uciekać. Podniósł się - i błyskawicznie ruszył, kulejąc na prawą 
nogę, starając 
się dotykać powierzchni jedynie czubkami palców... Jednak nie udało mu się. Z 
rozmachem 
stąpnął na asfalt całym cięŜarem ciała. Przewrócił się i zamarł w oczekiwaniu na
ból... Potem, 
nie mogąc sam uwierzyć w to, co się zdarzyło, usiadł, obmacał piętę. Pięta była 
jak pięta - bez 
jakichkolwiek dodatków...
Oszalałymi oczyma odszukał oddalającą się po moście Nike... Tak odchodziło 
szczęście: syte, pełne dostatku dni, szelest zielonych biletów kredytowych w 
czapce i - do 
diabła! - przychylność jakiejś zamoŜnej hetero-seksualnej baby, zmęczonej szarą,
seksualną 
codziennością...
- AŜeby cię pokręciło!... - wykrzyknął płacząc, groŜąc kułakiem w ślad za 
cudotwórczy nią. - PrzecieŜ dopiero co rozpoczynało się moje Ŝycie!...
Koniak "Stary czarodziej" dŜumachlińscy winiarze pędzili głównie na eksport.
- Gruchniemy!... - zdecydowanie powiedział Wybierzniew, rozlewając do trzech 
kieliszków Ŝyciodajny płyn. - Za sukces!... Bez niego dzisiaj - koniec z nami...
Działo się to w byłym gabinecie Tola Tolicza.
-

Komu sukces, a komu... - Pułkownik Wściekły nie dokończył, skrzywił się 


machnął ręką w rozgoryczeniu. Głęboko przeŜywał...
-

Tolu Toliczu... - z wyrzutem powiedział Nikołaj. - No, coś ty, 

Kondratycza nie 
znasz?... W złości ukarze, potem znowu się zlituje... przy okazji... - Spojrzał 
na zegarek. - 
Teraz juŜ do mostu się zbliŜają... Matwieicz!... Nie będzie Ŝadnych wpadek z 
cudami?... Na 
pewno?
-
Matwieicz wypił kieliszek nie zakąszając, wzruszył pomiętymi ramionami, podniósł

znudzone oczy do sufitu - czy to zastanawiając się, czy teŜ dziwiąc naiwności 
szefostwa. 
Kiedy to on, Matwieicz, dał plamę?... Tym bardziej z cudami...
LeŜący na skraju stołu telefon komórkowy drŜał co minutę. Nie pozostawiał czasu 
na 
podniesienie kieliszka do ust.
- Słucham... Wchodzą na most? A jak tam się trzyma Nika?... A, do diabła! No, 
nie 
moŜe czegoś od siebie nie dorzucić!... Aha... Nasi padli na twarz... Ałyccy?... 
TakŜe?... Kto 
strzelał?!
Wściekły i Matwieicz uwaŜnie popatrzyli na Wybierzniewa. Ten do-słuchał, z 
zagadkową miną odłoŜył komórkę na skraj stołu.
- Wopista z Łycka wystrzelił ze strachu... - otępiałe, jakby nie wiedząc, jak 
ocenić taką 
nowinę, powiedział. - Natychmiast go zadeptali... Dzięki Bogu - chybił...
Podniósł nie wypity kieliszek, ale znowu nie zdąŜył donieść go do ust.
- Aby cię...! Słucham! Tak... Co, juŜ jestes'cie w stolicy? Ach, nawet na 
placu?... 
Szybko... A, dŜipem podjechaliście? No to z Bogiem, chłopaki, z Bogiem!...
Znowu zamienił komórkę na kieliszek, ale tym razem postąpił mądrzej - najpierw 
wypił, a dopiero potem podzielił się nowiną:
-

Afrykanin - juŜ w Łycku. Stanął w kolejce do mauzoleum...

-

Widzialny?... - burkliwie spytał Wściekły.

-

Na razie-tak...

-

Nie rozpoznają go?...

-

No, w najgorszym razie pomyślą, Ŝe podobny. Zasłonę ma - w zasadzie - 

dostateczną - wszystkich naszych tamtejszych agentów postawiliśmy na nogi... 
Dajcie, 
wypijemy jeszcze po jednym... dla uspokojenia nerwów...

Strona 135

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Gdy juŜ odprowadził Wściekłego i Matwieicza do drzwi gabinetu, czasowo pełniący 
obowiązki szefa kontrwywiadu BakłuŜyna Nikołaj Wybierz-niew chciał wrócić do 
stołu, 
kiedy ze ściany wyszedł nagle jasnoszarej maści skrzat z kopertką w prawej 
łapce.
- W sam raz... - kłótliwie zauwaŜył pułkownik. - No, to co teraz z tobą zrobimy,
a?... 
Dziobem kłapiesz, Wściekłemu donosisz... Afrykanina przez ciebie o mało nie 
sprzątnęli...
- Papciu! - ze strachem pisnął skrzat. - PrzecieŜ to nie on! To ja!... Nikołaj 
przyjrzał 
się. Przed nim, najeŜywszy sierść, stał i bojaźliwie wyciągał kopertkę nie 
Karmiciel, a 
ulubieniec Afrykanina - Anczutka.
-

Ta-ak... - przeciągle wyrzekł Wybierzniew, przyjmując z zamszowych 

paluszków 
występną łapówkę. - A ja, prawdę mówiąc, sądziłem, Ŝe ty z Afrykaninem do Łycka 
pojedziesz... ChociaŜ, prawda!... PrzecieŜ sam stamtąd dałeś nogę... A co z 
Karmicielem?...
-

Ondulowali Karmiciela! - radośnie powiadomił skrzacik. - Cala diaspora 

go 
ondulowała! I przywiązano mu kokardkę... niebieściutką!
-

JuŜ dawno była pora... - wyburczał Wybierzniew, rzucając kopertę do 

szuflady 
biurka. - A towarzycho, widać, wybrało ciebie na szefa?...
-

Papciu... - z wyrzutem mruknął Anczutka, jego zamszowe paluszki lekko 

się 
wyprostowały. - No, sam pomyśl...
Nikołaj patrzył na niego z zainteresowaniem i pomyślał, jaki skrzat musi mieć 
teraz 
autorytet, ten który na rękach Afrykanina przekroczył granicę po wodzie, niczym 
po lądzie, 
który umiał obronić się przed Niką i razem z nią ograbił - aŜ strach pomyśleć! -
muzeum 
etnograficzne... Tak, to lider. To legenda... śywa legenda...
- No cóŜ... - w zamyśleniu powiedział Papcio. - Idziesz prawidłową drogą, 
Anczutka...
ROZDZIAŁ 15 (zakończenie)
WSZYSCY DO KUPY, wiek - przeróŜny, rodzaj zajęcia - takŜe
Dzień zbliŜał się ku wieczorowi. Nad Łyckiem podobne do chorągwi powiewały 
purpurowe obłoki ze złotym haftem. Powiewały zwycięsko...
Patriarcha Porfiriusz stał przy oknie swojej wysokiej celi i patrzył w dół, na 
mauzoleum Afrykanina. Tłum jeszcze się nie rozszedł, ale uporządkował się. Po 
placu wiła 
się jak DŜumachlinka niekończąca się kolejka do spoczywającego w pokoju 
protopartorga. 
Cała była czarna, jakby w Ŝałobie, poniewaŜ wielu przyszło w riasach. Tam, na 
dole, z 
pewnością tworzono niesłychane ilości cudów. Będąc pierwszym jasnowidzem kraju, 
Patriarcha wyraźnie dostrzegał purpurowo-złote, promieniste lśnienie nad 
mauzoleum.
Kilka razy Porfiriuszowi wydawało się, Ŝe w kolejce stoi sam Afryka-nin, co - 
oczywiście - po prostu nie mogło być prawdą. Długo, och jak długo, będzie się 
ukazywał 
Patriarsze...
Pojawił się z meldunkiem zatroskany metropolitruk Pitirim. Patriarcha przyjął go

stojąc pod oknem - nawet nie starał się wdrapywać na swój wywyŜszony fotel, tak 
był 
zadowolony z widoku otoczonego aurą łaski mauzoleum.
-

Jak tam Didim? - nie odwracając się, ze skrywanym smutkiem spytał 

Porfiriusz.
-

Najpierw się upierał... - ze skruchą powiadomił go młodziutki ludowy 

komisarz 
inkwizycji. - Ale jak mu wyjaśniono, Ŝe to wszystko nie dla
-
zła, a dla dobra - wtedy od razu podpisał... Teraz wkuwa przemowę skruchy...
- A samozwaniec?... No, ten, który w BakłuŜynie...

Strona 136

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Pitirim cicho chrząknął, Porfiriusz obejrzał się. śywa twarzyczka 
me-tropolitruka 
wyglądała na cierpiącą.
-

Zgubiliście, czy co?

-

Gorzej... - przyznał się Pitirim. - Siedzi w kontrwywiadzie BakłuŜyna.

-

Sam się oddał?

-

Nie, przechwycili... ZdąŜyli na pięć minut przed nami...

Jednak nawet to nieprzyjemne zdarzenie nie mogło Patriarsze zepsuć humoru.
-

Myślisz, Ŝe Portniagin odeśle go do Hagi?... Wątpliwe... Tam przecieŜ, 

najprędzej 
uznają, Ŝe chce im podsunąć sobowtóra... Nie, nie... Portniagin, rzecz jasna, to
łajdak, ale na 
pewno nie dureń... Czy to wszystko?
-

Niestety nie... - powiedział tak, jakby wskakiwał do przerębli, Pitirim.

- Mimo 
wszystko na poŜegnanie protopartorg podłoŜył nam świnię!... Okazało się, Ŝe 
planował 
wykraść z muzeum cudotwórczy obraz Łyckiej Matki BoŜej (metropolitruk przeŜegnał
się 
gwiazdą) i z nim chciał powrócić do Łycka...
-

No cóŜ, to byłoby niegłupie - po krókim zastanowieniu się przyznał 

Patriarcha. - 
Powrócić jako bohater... Bohaterów nie zabija się od razu - najpierw trzeba ich 
uczcić... Ale, 
jak mówiłeś, aresztowali go?...
-

Aresztowali... - z westchnieniem potwierdził Pitirim. - Jego i 

konspiratorów... Ale 
jedna fanatyczka (wedle plotek, ulubienica Afrykanina) pozostała na wolności... 
O szesnastej 
trzydzieści pięć ograbiła muzeum samodzielnie. A pół godziny temu dotarła do 
granicy, 
przebiła się na naszą stronę...
-

Z ikoną? - uściślił krótko Patriarcha.

-

Z ikoną...

Porfiriusz zasępił się, jednak wrócił za stół. Wdrapał się na wysokie siedzisko,

pogładził blat... Ostatnia wiadomość była najbardziej nieprzyjemna. Po pierwsze,
jeśli ikona 
wraca do Łycka, to o jedną pretensję do Ba-kłuŜyna będzie mniej... A po drugie, 
jak to 
wszystko od razu komplikuje międzynarodową sytuację polityczną... Zresztą, są w 
tym pewne 
korzystne aspekty:
chociaŜby dla przykładu - zachwyt klasy robotniczej... Bo wystarczyło, Ŝe 
dogadaliśmy się z NATO, a od razu coś zaczęło zgrzytać wśród ludu...
-

Ale na pewno nie jest agentką Portniagina?

-

Raczej nie... Zbyt juŜ jest znana...

-

A co na to BakłuŜyno?

-

śąda wydania.

-

Czego?

-

Obojga...

Patriarcha pomyślał, westchnął.
-

Przeliczą się! - zdecydował. - Nie wydamy Matki BoŜej!... A fanatyczkę? 

N-no, tę 
to moŜe... Po jakimś czasie... Co tam teraz się dzieje? Mam na myśli: na 
granicy...
-

Zbiegły się tłumy... - oznajmił niewesoło metropolitruk. - Całą kupą idą

do Łycka, 
niosą ikonę... Nad ranem tutaj będą.
I nad ranem dotarli na miejsce. Jednak plotki o powrocie do Łycka cudotwórczej 
ikony, a takŜe o odwaŜnej komsomołobogomołce niosącej zwycięskie imię Nika, 
dosięgły 
stolicy znacznie wcześniej niŜ sama procesja... Na długo przed świtem wszystkie 
ulice, 
przyległe do głównego placu, były znowu zapchane tłumami. Wielu płakało ze 
szczęścia.
Z pierwszymi promieniami słońca ludzkie zbiegowisko zakołysało się, zaszumiało. 
Próbując oczyścić drogę pochodowi, ścisnęli się - zadeptano jeszcze cztery 

Strona 137

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

staruszki, jako 
aneks do tych pięciu, które zrównano z ziemią wczoraj.
To była gwiazdorska godzina Niki Niewyrazinowej. W czarnej riasie, czerwonej 
chusteczce, z cudotwórczym obrazem w rękach, wstąpiła Nika na plac. Oczy 
artystki płonęły. 
W końcu doczekała się takiego powitania, na jakie zasługiwała! Tłumy schylały 
głowy przed 
nią z naboŜeństwem. ChociaŜ, właściwie, nie tyle przed nią, ile przed ikoną, 
jednak wielu, 
porównując cudotwórczy obraz z wielkooką twarzą Niki, nie mogło nie zauwaŜyć 
wyraźnego 
podobieństwa. (Między nami mówiąc, nic dziwnego: kopista, wypełniający swego 
czasu tajne 
zamówienie Portniagina, dobrze znał Niewyrazinową).
Tłum rozsunął się, tworząc wąski, prosty korytarz do mauzoleum Afry-kanina. Tym 
przejściem Nika przybliŜyła się do niewysokiego, lecz monumentalnego budynku.
Łyccy cudotwórcy (całe Biuro Polityczne w pełnym składzie) stali na pierwszym 
stopniu. Na trzecim, górując nad pozostałymi, stał tylko Porfi-riusz. WyŜej, po 
bokach 
prostokątnego, wypełnionego czernią wejścia, rozmieszczeni byli zamarli na 
baczność 
wartownicy...
Obiema rękoma Nika uniosła ikonę - i wtedy stało się to, o czym mieszkańcy 
prawosławnego, socjalistycznego Lycka długo będą jeszcze w przyszłości opowiadać

wnukom i prawnukom.
Niezbyt głośny, ale mocny jęk przetoczył się nad tłumem. Trudno było powiedzieć:

czy to sam tłum jęknął, czy teŜ - mimo wszystko - dźwięk dobiegł z mauzoleum. 
Potem 
zapadła cisza, słychać było szurające kroki, z ciemnego wejścia, stąpając jak 
niedźwiedź, 
wyszła na świat BoŜy znajoma do bólu krępa, przysadzista figura, odziana w 
starą, obszerną 
riasę, z burymi plamami... Z niezadowoloną miną dopiero co obudzonego Afrykanin 
spojrzał 
na rozpościerający się u jego nóg nieskończony bruk z ludzkich głów...
Zbyt późno wyczuwając nieszczęście, Patriarcha Porfiriusz odwrócił się - i ku 
swojemu przeraŜeniu spotkał się ze wzrokiem protopartorga. Straszliwa pauza 
ciągnęła się 
przez sekundę, moŜe przez dwie. W końcu serce Patriarchy nie wytrzymało - opadł 
jak czarna 
szmatka na świeŜo połoŜone marmurowe płyty...
Tłum ryknął. Agent wywiadu BakłuŜyna, obserwujący wydarzenia z dachu jednego z 
domów, szybko wystukał jakiś numer na komórce - do drugiej, która została cwanie

połączona z zapalnikiem. Ryk ludzki był tak głośny, Ŝe wybuchu nie dosłyszano. 
Powoli, 
bezdźwięcznie, mauzoleum za plecami protopartorga zapadło się jakby samo w 
siebie.
Zdumiony Afrykanin spojrzał na ciało Porfiriusza, potem na wartownika. Wartownik

stał, choć wzrok jego był nieprzytomny... Przesunął wzrok na Nike. Ta szła 
prosto na 
zmartwychwstałego protopartorga, wyciągając ku niemu cudotwórczy obraz.
Przyjął ikonę - i w tej sekundzie nie tylko jasnowidze, ale takŜe zwykli wyborcy

ujrzeli, jak pojawiło się i uniosło aŜ do niebios migotliwe, złoci-sto-purpurowe
lśnienie. Łaska 
przemnoŜyła się przez łaskę, aura - przez aurę... spotęgowały się...
Bez jakiekokolwiek wątpienia, to była najbardziej błyskotliwa operacja 
bakłuŜyńskich 
słuŜb specjalnych, przeprowadzona za granicą.
ChociaŜ, jeśli wniknąć w sedno, to właściwie na czym polegała ich zasługa?... 
Doszło 
do tego, czego nie dało się uniknąć. Po zawarciu spisku z blokiem NATO 
Patriarcha 
Porfiriusz sam postawił się w roli Borysa Go-dunowa. Szepty o tym, Ŝe spod ruin 

Strona 138

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

"Ograbanku" wyciągnięto zwłoki wcale nie Afrykanina, a jakieś' zupełnie 
postronne ciało 
(głupio zrobili, Ŝe grzebali urnę zamiast mumii!), roznosiły się juŜ podczas 
Ŝałobnej 
ceremonii. Do myślenia zmuszał sam pośpiech pochówku... Krótko mówiąc, juŜ wtedy
lud 
był moralnie przygotowany do drugiego pojawienia się protopartor-ga. A kiedy lud
jest 
gotowy moralnie do czegokolwiek, to niechybnie się to wydarzy.
Nawet gdyby Afrykanin nie spotkał się z Glebem Portniaginem i nie skorzystał z 
pomocy bakluŜyńskiego kontrwywiadu, jego aura tak albo inaczej szybko 
napełniłaby się 
purpurowym blaskiem, i zagoniłaby go do Łycka z tą samą ikoną w rękach...
Ktoś moŜe powiedzieć: no, a jeśliby Anczutka chybił, rzucając wierci-piętką w 
zabójcę? Jeśliby - krótko mówiąc - zastrzelili Afrykanina?... AleŜ 
zmartwychwstałby, jak 
nowo narodzony!... Jeśli naród wierzy, Ŝe Afrykanin Ŝyje - to znaczy, Ŝe Ŝyje. 
Nie ma po co tu 
mędrkować!...
Dobrze. ZałóŜmy, Ŝe zabili - i nie zmartwychwstał! I tak wszystko jedno - 
przecieŜ 
zaraz znajdzie się ktoś podobny! Albo nawet niepodobny - tak teŜ się zdarzało...
Ogólnie 
rzecz biorąc: w czym tu róŜnica?... Dymitr Samozwaniec II działał wcale nie 
gorzej niŜ 
Dymitr Samozwaniec I...
Obywatel, ma się rozumieć, przerazi się, jęknie: "Jak to nie ma Ŝadnej róŜnicy? 
PrzecieŜ nie ma człowieka!" Ale, na to jest obywatelem, Ŝeby głupieć z powodu 
drobnostek i 
zadawać kompletnie bzdurne pytania. W rodzaju powiedzmy: "Dlaczego obowiązkowo 
właśnie ja mam zginąć?..." W Ŝaden sposób nie da się przekonać, aby spojrzał na 
to z 
państwowotwór-czego punktu widzenia...
Jeśli jednak wszystko tak pięknie zakończyłoby się samo, to po co były potrzebne

Wybierzniewowi te zbędne wysiłki: wprowadzić do akcji Nike,
wysadzać mauzoleum?... Jak to "po co"? Jak to "po co"?... A ranga genera-ła-
majora?... A fotel szefa bakluŜyńskiego kontrwywiadu?... Zrozumcie w końcu: 
zrzucenie 
Patriarchy Porfiriusza było jedynie środkiem! A prawdziwym celem jego operacji, 
choćby 
Wybierzniew nie wiadomo jak się wykręcał, było zrzucenie Tola Tolicza.
Afrykanin nie oszukał wspólnika. Nawet nie miał zamiaru go okłamywać. Kolejna 
rozmowa Gleba Portniagina ze specjalną komisją ONZ powinna rozpocząć się o 
dziesiątej 
rano w Sali Klonowej Pałacu Prezydenckiego. O wpół do dziewiątej protopartorg 
przybył z 
ikoną na porzucone stanowisko bojowe Obrony Przeciwlotniczej. Z sześciu leŜących
na 
prowadnicach urządzeń, tylko jedno - i to w ogólnych zarysach - przypominało 
rakietę. 
Właśnie "to" przeładowano na stanowisko ogniowe, a potem, kiedy odstąpiono, 
pokiwano 
głowami ze współczuciem. Szczególnie niesolidnie wyglądały dziury w poszyciu - 
rezultat 
zeszłorocznych ćwiczeń, kiedy próbowano pospiesznie przeładować urządzenie, nie 
czekając, 
aŜ Ŝyroskopy zupełnie się zatrzymają. Szaleńczo wirujące bączki wyskoczyły z 
rakiety na 
świat BoŜy i narobiły mnóstwo szkód, zanim wojskowemu metropolitrukowi przyszło 
do 
głowy unieszkodliwić je modlitwą...
Jednak nie było wyboru... Czasu teŜ juŜ nie starczało. Za jednym zamachem 
pokropili, 
poświęcili, pomalowali... Jasne, Ŝe nie obeszło się bez pomyłek i usterek: przy 
okazji 
poświęcili artystę-kaligrafa, który czołgał się po korpusie urządzenia, nanosząc
nań litery 

Strona 139

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

napisu: "Łycka nie złamie się!" Po zakończeniu pracy nieborak złamał pędzel, 
wylał 
kopniakiem farby - i poszedł do monastyru. A dwóch chorąŜych, którzy przypadkowo
trafili 
pod kropidło, natychmiast, nie opuszczając posterunku, pokajało się, przyznało 
do 
łapówkarstwa i zaŜądało dla siebie trybunału...
Przed dziesiątą przygotowania zakończono. Afrykanin wyjął komórkę, wystukał 
numer Gleba.
- U mnie wszystko gotowe... Startować?
- Na szczęście, na pohybel... - z rozrzewnieniem odezwał się prezydent, a 
protopartorgowi zabiło serce... Zapachniało młodością. Właśnie te same słowa 
wyrzekł Gleb 
Portniagin tej dawnej wiosny, kiedy we dwóch
zatrzymali się niezdecydowani przed Ŝelaznymi drzwiami magazynu z artykułami 
Ŝywnościowymi...
Dokładnie o dziesiątej wypuszczono urządzenie w powietrze. Jasne, Ŝe w 
normalnych 
warunkach daleko by nie odleciało... Ale w tym konkretnym przypadku zbyt wielu 
było 
zainteresowanych w udanym starcie. Wsparta łaską i sterowana ideologicznie z 
ziemi, rakieta 
powłócząc dymem, ze świstem i łomotem wzniosła się w powietrze, potem wyrównała 
lot i 
błyskawicznie poszła w kierunku BakłuŜyna... Nad DŜumachlinką, diabli wiedzą 
dlaczego, 
wyłączył się odrzutowy silnik na paliwo ciekłe. Albo zatkała się jakaś rurka, 
albo skończyło 
się paliwo, a moŜe wyczerpała się łaska...
Ale to juŜ było niewaŜne... Srebrzystą, ostronosą, upierzoną pałeczkę sztafety 
przejęła 
społem cała Liga Czarodziei. Podchwycony kolektywnym zaklęciem o niesłychanej 
mocy, 
zaczarowany odrzutowy ładunek, nie posiadając na pokładzie Ŝadnych przyborów 
nawigacyjnych, dojrzał cel i ruszył na niego - nie wiadomo jak...
Jak przewidział wczoraj Gleb Portniagin, trafił dokładnie w iglicę. Trafienie 
było 
wyjątkowo celne. Przebijając dach, rakieta z łomotem wsunęła swój ryj wprost do 
Sali 
Klonowej, jakby chciała zapytać zaciekawiona: "Aczym wy się tutaj, dobrzy 
ludziska, 
zajmujecie?" Wybuchnąć w niej nie miało co, rzecz jasna, ale mimo to nie obeszło
się bez 
ofiar. Mister Jim Crow (tenŜe sam podstarzały Murzyn) oberwał kawałkiem tynku z 
sufitu, a 
długozębnemu Angłosasowi, jak to przyjęto określać u nich, za granicą, "odjęło 
pamięć"...
A najwaŜniejsze - na ciekawskim nosie rakiety, wypisane wielkimi purpurowymi 
literami, płonęło dumne słowo: "Łyck..." Reszty moŜna było nie czytać...
Światem wstrząsnęło. Desantowy helikopterowiec "Tarava" znowu wszedł do Zalewu 
Szczuki. Sojusz NATO ogłosił, Ŝe ma zamiar natychmiast nanieść rakietowo-bombowe

uderzenia na Łyck - poniewaŜ, dzięki Bogu, rozpoznanie celów przygotowano 
zawczasu. 
Mimo to, dla przyzwoitości, przysłali kolejne ultimatum. W odpowiedzi Patriarcha

Wszechłycka Afrykanin, który zastąpił na tym stanowisku zmarłego wskutek ostrej 
niewydolności serca Porfiriusza, z właściwą mu bezczelnością ogłosił, Ŝe sam 
wyjdzie na 
spotkanie pokładowego lotnictwa USA. śeby łatwiej im było celować...
W Łycku, jak zresztą i w BakłuŜynie, objawiono podwyŜszoną gotowość bojową, 
rozesłano listy mobilizacyjne szeregowym i oficerom rezerwy. W Dzumachli w 
trybie 
alarmowym powołano do szeregów siły obrony cywilnej i zrealizowano dawną groźbę,

dotyczącą mobilizacji skrzatów.
Starszy lejtnant Paweł Obruszyn (dla przyjaciół i szefostwa - po prostu Pawełek)

Strona 140

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

został pilnie odkomenderowany do DŜumachły - jako wybitny specjalista od 
skrzatów, 
kołowiertków i pozostałych miastowych sił nieczystych. Ponury i długachny, 
siedział na 
połoŜonym na boku taborecie pośrodku archiwum, z którego wyniesiono - nie 
wiadomo 
dlaczego - całe umeblowanie, i prowadził instruktaŜ:
- A więc, powtarzam... Amerykanie ogłosili, Ŝe dokładnie o trzeciej zaczynają 
bombardowanie Łycka. Ale!... Powtarzam: ale!... MoŜliwe, Ŝe to celowa 
dezinformacja... To 
jest - bombardowanie moŜe rozpocząć się o godzinę wcześniej, o godzinę później, 
a moŜe się 
wcale nie rozpocząć... Niech was to nie niepokoi, nie smuci i nie raduje... 
Wcześniej albo 
później - zacznie się... Nie dziś - to jutro...
RóŜnokolorowe skrzaty dŜumachlińskie pokornie siedziały w kucki wokół 
instruktora. 
Słuchały, nie oddychając, i bojaźliwie łypały oczkami.
- Wasze zadanie... Rozejść się do domów i pozostawać tam zachowując podwyŜszoną 
uwagę... Maksymalnie!... Jeśli nagle poczujecie, Ŝe waszemu domowi grozi 
niebezpieczeństwo (w tym przypadku - zniszczenie), natychmaist powiadomcie 
gospodarzy i 
starszego grupy. W Ŝadnym razie nie próbujcie własnymi siłami zbić z kursu 
skrzydlatą 
rakietę albo zapobiec temu w jakikolwiek inny sposób. Nawet jeśli wam się to 
uda, rakieta z 
pewnością wpadnie w dom sąsiada, skąd my juŜ ewakuować mieszkańców po prostu nie

zdąŜymy... Co?... Pytanie?... Kto tam wyciąga rączkę?...
Z puszystego tłumu wstał niewyróŜniający się niczym, łopuchouchy trójbarwny 
skrzacik, z którym starszy lejtnant rozmawiał wczoraj rano o Afrykaninie, i 
zatykając się 
spytał:
-

A... dlaczego Amerykanie będą nas... bombardować?...

-

Powtarzam... - wycedził Pawełek. - Dla wyjątkowo tępych... Nas 

Amerykanie nie 
będą bombardować... Będą bombardować Łyck... Ale!...
-
Skrzydlata rakieta, choć uwaŜana jest za broń wysoce celną, mimo to moŜe 
przypadkowo... Rozumiecie? Przypadkowo!... chybić i trafić nie tam...
-

A... dlaczego ona tak... moŜe?...

-

A dlatego, Ŝe sprzedawaliście "kadzidło" gremlinsom!... - nie wytrzymał 

i wrzasnął 
Pawelek. - Cholerni narkotykowi baroni!...
Po zakończeniu instruktaŜu i rozpuszczeniu zmobilizowanej siły nieczystej do 
domów, starszy lejtnant Paweł Obruszyn podniósł się z taboretu, postawił go jak 
naleŜy, 
podszedł do otwartego na ościeŜ okna, oparł się o parapet. Archiwum sztabu 
obrony cywilnej 
mieściło się na trzecim piętrze, z tej wysokości widać było szeroką panoramę 
miasta. W dole, 
z zieleni sadów wysuwały się dachy prywatnego sektora. Trochę dalej leŜały 
zapylone ruiny 
dwóch skrajnych rejonów, które niedawno stały się celem barbarzyńskiego, 
okrutnego 
ostrzału artyleryjskiego z Łycka... Jeszcze dalej błyszczała i straszyła się 
DŜumachlinka, a na 
tamtym jej brzegu... Pawełek wyprostował się, ze złością pokręcił głową - jakby 
strząsał 
komara, który zaplanował sobie lądowanie na jego prawym uchu.
Na tamtym brzegu błyszczącej łuską DŜumachlinki poruszał się ogromny tłum. Ale 
nawet nie to wstrząsnęło Pawełkiem. Absolwent koledŜu imienia Jefrema 
Niedobrowa, 
dyplomowany czarownik, wyraźnie dostrzegał sięgające zenitu migotliwe, 
purpurowo-złote 
lśnienie, otaczające wszystkich zgromadzonych. Aura kolektywna... Takie zjawisko

zazwyczaj występuje podczas modlitw zbiorowych, mityngów, pogromów i pozostałych

Strona 141

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

masowych przejawów jednomyślności. Na pogrom to nie wygląda. Widać, albo mityng,
albo 
modły...
Epicentrum blasku bez wątpienia znajdowało się nad niewysokim, przysadzistym 
człowiekiem w obszernej riasie, stojącym przed wszystkimi z ikoną w rękach... Ot
co! A więc 
Afrykanin nie Ŝartował, kiedy objawił, Ŝe sam wyjdzie na spotkanie skrzydlatych 
rakiet. 
Fanatyk - był i pozostanie fanatykiem!... (Pawełek był poruszony i oburzony do 
głębi duszy). 
Po co przywlókł ze sobą ludzi? Ilu ich tam? Z dziesięć tysięcy? Nie, więcej... 
Dwadzieścia, 
trzydzieści... i wszyscy z jakiegoś powodu z rozwartymi ustami... Śpiewają, czy 
co?...
Pawełek szybko wymamrotał zaklęcie, wsłuchał się.
Kipi nasz rozum oburzony... - s'piewano na tamtym brzegu.
No, oczywiście... Zresztą, purpurowo-złocista, sięgająca niebios aura 
rzeczywiście aŜ 
kipiała od szlachetnej wściekłości, nawet w niektórych miejscach rozpalając się 
do białości...
Kiedy dostrzegł kątem oka jakieś poruszenie po tej stronie DŜuma-chlinki, 
Pawełek 
zmusił się do oderwania wzroku od tego wstrząsającego widowiska i spojrzał na 
szosę. Tam, 
w kierunku posterunku granicznego, z olbrzymią szybkością jechały dwa samochody:
czarna 
limuzyna i trochę z tyłu dŜip z ochroną. CzyŜby prezydent?... Dokąd go tam 
niesie?...
Domyślić się Pawełek nie zdąŜył... LeŜące w ruinie rejony DŜumachły wypuczyły 
się 
brudnym obłokiem, a w część sekundy później napłynęła podobna do gromu fala 
uderzeniowa. Dobrze, Ŝe okno, przy którym stał instruktor, było otwarte - w 
dwóch sąsiednich 
wyleciały szyby. Sady wzburzyły się, z jednego z dachów zwiało parę arkuszy 
blachy. 
Powietrze pociemniało od wzniesionego z ziemi w górę brudu...
Pozostało nam tylko podziwiać, jak doskonale przeprowadził starszy lejtnant 
Obruszyn swój instruktaŜ... Bombardowanie Łycka rozpoczęło się przed wyznaczonym

czasem i na chybił trafił.
Gdy tylko zameldowano Portniaginowi, Ŝe na przeciwległym brzegu DŜumachlinki 
zebrał się niesłychanie wielki tłum, natychmiast przerwał nadzwyczajne 
posiedzenie Ligi 
Czarodziei, nie tracąc ani minuty wyjechał na miejsce nadchodzących wydarzeń. Po
co?... 
Właściwie - rzeczywiście - po co? CóŜ za potrzeba? Wszystkie rachunki zostały 
wyrównane, 
bilans zamknięty. Afrykanin uczciwie wystrzelił rakietę w jego pałac, a o nic 
więcej się nie 
umawiali...
Poszukiwanie rozumowego wyjaśnienia tej dziwacznej eskapady Gleba Portniagina 
nie ma sensu. PoniewaŜ jedynym jej powodem był strach. Strach o kumpla...
CzyŜby rzeczywiście był aŜ tak głupi, Ŝeby wyjść na spotkanie pokładowego 
lotnictwa 
USA? Na co on liczy? Na to, Ŝe do tłumu strzelać nie
będą?... No, oczywiście, nie będą!... Będą strzelać do Afrykanina, a za 
pozostałych 
potem, hurtem, w ostateczności, złoŜą przeprosiny...
Na zakręcie do posterunku granicznego prezydent rozkazał zatrzymać samochód i 
wysiadł z niewłaściwym dla siebie pośpiechem. Właśnie w tej sekundzie skrzydlata
rakieta 
trafiła w ruiny prywatnego sektora...
- Glebie Kondratyczu! - czepiając się rękawa marynarki, zupełnie po babsku zawył

referent. - Nie wolno panu tutaj przebywać!... Niebezpiecznie!...
Ruchem łokcia Portniagin uwolnił rękaw, ale od tyłu nadbiegali mor-dziaści z 
ochrony... Trzeba było ich pozbawić moŜliwości poruszania się zaklęciem.

Strona 142

background image

Lukin Jewgienij - Purpurowa aura protopartoga

Tymczasem nad rejonem pojawił się cięŜki i sepleniący ryk turbin. Nad łęgiem, 
wstrząsając i marszcząc gładź zalanych łąk, drapieŜnie i leniwie zawracało 
"skrzydło" 
amerykańskich samolotów.
Zabójcy!... Portniagin nienawidził ich. Nienawidził tych rekinów wyszczerzonych 
pysków, tych czarno-Ŝółtych stabilizatorów, nienawidził świszczącego, tępego 
dźwięku 
silników... Albowiem tam, na lewym brzegu DŜumachlinki, pośród ogromnego, z 
natchnieniem śpiewającego tłumu, stał z ikoną w rękach jedyny bliski mu 
człowiek...
- Zaklęcie... - przymilnie podszepnął jakiś wewnętrzny głos (moŜliwe, Ŝe 
gadułki). - 
Rzuć na nich zaklęcie... Jesteś szefem Ligi...
Jaka pokusa!
"Zwariowałeś? - w myślach zaczął opierać się prezydent. - Tutaj wszystko się 
wyda!..."
- Myślisz o czarnych skrzynkach?... - zapytał hałaśliwie ten sam głosik.
"Ja o gremlinsach! Skrzynka, załóŜmy, Ŝe zamilknie, ale gremlinsy nie będą 
milczały!..."
Portniagin nie wytrzymał, zmarszczył się, ale nawet to mu nie pomogło. Wybuch na

niebie na moment zaćmił słońce. Powieki jakby roztajały, stały się Ŝółtorózowe, 
prawie 
przezroczyste. A potem po okolicy jakby ktoś przywalił ogromnym, tęgim kułakiem 
- lup!... 
Dźwięk był tak gęsty i spręŜysty, Ŝe odbierało się go całym ciałem.
Gleb zmusił się, otworzył oczy, podświadomie wybierając moment, kiedy na niebie 
wybuchła jeszcze para takich samych oślepiających ogni
- i w okolicę przywalił juŜ nie jeden kułak, ale oba za jednym zamachem.
Otoczona zlocisto-purpurową poświatą gromada na tamtym brzegu stała nie 
naruszona. Za to na wysokościach, nad poczerniałą DŜumachlinką pojawiło się 
kilka białych 
baloników z czarnym oŜyłkowaniem. Z gęstego białego dymu, nieregularnie kręcąc 
fikołki, 
sypały się czarne odłamki. To, nie mogąc się oprzeć mocy cudotwórczej ikony i 
szlachetnej 
wściekłości łyckiego ludu, wybuchały w powietrzu samoloty szturmowe Szóstej 
Floty USA...
Prezydent stał jak skamieniały.
- Przyjacielu... - ledwie słyszalnie szepnął.
Na tak szczodrą wdzięczność Gleb nawet nie liczył. Nie, nie odłamki - cały złoty

deszcz spadł na BakłuŜyno: kredyty, inwestycje, pomoc humanitarna... Wstąpienie 
do NATO, 
niech to diabli!...
I ten dureń chciał odejść na emeryturę! Sam do Hagi się prosił!...
- Nie, przyjacielu... - zduszonym głosem rzekł Gleb Portniagin, czując, jak do 
oczu 
napływają łzy. - My jeszcze sobie z tobą powojujemy...
Protopartorg - nieprzetłumaczalny neologizm: proto- (przez analogię z cerkiewnym
terminem protodiakon) i partorg (skrótowiec ze słów 
part-org, czyli partyjny organizator), termin czasów ZSRR odpowiadający 
polskiemu "sekretarz podstawowej organizacji partyjnej" (przyp. 
tłum.).
Przekład za: Słownik przysłów i powiedzeń polsko-rosyjskkh i rosyjsko-polskich, 
Warszawa 2003 (przyp. tłum.).
1 List św. Jana Apostola (2:15) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Ewangelia wg św. Mateusza (10:14) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Księga Powtórzonego Prawa (5:7) (Biblia Tysiąclecia) (przyp. tłum.).
Neologizm utworzony z przedrostka metro- (z cerkiewnego terminu metro-polita) i 
uŜywanego w Polsce skrótowca wzorowanego na 
nowomowie radzieckiej "politruk", tj. zastępca (dowódcy) do spraw politycznych 
(przyp. tłum.)

Strona 143