background image

A

RTHUR 

C

ONAN 

D

OYLE

 

 
 
 

P

RZYGODY DETEKTYWA 

S

HERLOCKA 

H

OLMESA

 

 

T

YTUŁ ORYGINAŁU

:

 

A

DVENTURES OF 

S

HERLOCK 

H

OLMES

 

background image

S

KANDAL W 

C

ZECHACH

 

 
Dla  Sherlocka  Holmesa  była  zawsze  kobietą…  i  nigdy  nie  słyszałem,  by  mówił  o  niej 

używając  innego  określenia.  Jego  zdaniem  usuwała  w  cień  wszystkie  przedstawicielki  swej 
płci,  górując  nad  nimi  bezapelacyjnie.  Nie  znaczyło  to  bynajmniej,  że  obdarzał  Irenę  Adler 
uczuciem zbliżonym do miłości. Wszelkie uczucia, a zwłaszcza to, były obce temu chłodnemu, 
dokładnemu,  doskonale  zrównoważonemu  umysłowi.  Holmes  był,  muszę  to  przyznać, 
najdoskonalej  rozumującą,  obserwującą  maszyną,  jaką  kiedykolwiek  oglądał  świat,  i  jako 
kochanek postawiłby sam siebie w fałszywej sytuacji. O bardziej subtelnych uczuciach wyrażał 
się zawsze z pogardą i drwiną. Uważał je za doskonały materiał dla obserwatora — wspaniały 
sposób, by zedrzeć zasłonę z ludzkich pobudek i czynów. 

Dla człowieka posługującego się wyłącznie rozumem wpuszczenie tego rodzaju intruzów do 

tak  precyzyjnego  aparatu,  jakim  był  jego  umysł,  było  jednoznaczne  z  wprowadzeniem 
czynnika zaburzającego, który mógł podać w wątpliwość wszystkie wyniki dotychczasowych 
dociekań. Ziarnko piasku w czułym przyrządzie albo pęknięcie soczewki w mikroskopie nie 
wywołałyby większego niepokoju niż silne wzruszenie u takiego jak on człowieka. 

Ale i dla niego istniała tylko jedna kobieta i tą kobietą była właśnie Irena Adler, śpiewaczka 

o wątpliwej przeszłości. 

Ostatnio rzadko widywałem Holmesa. Moje małżeństwo oddaliło nas od siebie. Byłem — 

niezwykłe  szczęśliwy  i  przejęty  życiem  „rodzinnym.  Zainteresowania,  które  budzą  się  w 
człowieku, gdy po raz pierwszy poczuje się panem domu, pochłonęły mnie całkowicie. Holmes 
zaś, który z całej swej  cygańskiej duszy nienawidził każdej  formy współżycia społecznego, 
pozostał  w  naszym  mieszkaniu  na  Baker  Street,  zakopany  w  starych  książkach.  Był,  jak 
zwykle, pochłonięty studiowaniem zbrodni. Nadal poświęcał bez reszty swe wielkie zdolności i 
niezwykły dar obserwacji odczytywaniu nikłych poszlak i wyjaśnianiu tajemnic, które oficjalna 
policja uznała za beznadziejne. Od czasu do czasu dochodziły mnie jakieś mgliste wieści o tym, 
czego  dokonał:  o  wezwaniu  go  do  Odessy  w  sprawie  morderstwa  Trepowa,  o  rozwiązaniu 
przez  niego  dziwnej  tragedii  braci  Atkinsonów  w  Trinconmalee  i  wreszcie  o  misji,  z  której 
wywiązał  się  tak  delikatnie  i  pomyślnie  dla  rodziny  panującej  Holandii.  Ale  oprócz  tych 
informacji,  o  których  dowiadywałem  się  wraz  z  innymi  czytelnikami  prasy  codziennej,  nie 
wiedziałem wiele więcej o moim dawnym przyjacielu i towarzyszu. 

Pewnego wieczoru — było to 20 marca 1888 roku — wracałem właśnie z wizyty u chorego 

(w  tym  czasie  podjąłem  na  nowo  prywatną  praktykę)  i  droga  moja  prowadziła  przez  Baker 
Street.  Gdy  mijałem  dobrze  znane  drzwi,  ogarnęła  mnie  nagle  nieprzeparta  chęć,  by  znów 
zobaczyć Holmesa i dowiedzieć się, nad czym teraz ten niezwykły człowiek pracuje. W jego 
pokojach światło paliło się jasno i kiedy spojrzałem w górę, szczupła, ciemna sylwetka mignęła 
mi dwukrotnie na tle zasłony. Przemierzał pokój szybko, gwałtownie, z głową opuszczoną na 
piersi,  z założonymi do  tyłu  rękami. Mnie, który znałem każdy jego nastrój, najdrobniejsze 
przyzwyczajenia, ta postawa i to zachowanie powiedziały wszystko. Znów był przy pracy, na 
tropie  jakiejś  nowej  sprawy.  Zadzwoniłem  i  zostałem  wprowadzony  do  pokoju,  który  był 
kiedyś również moim. 

Holmes nie był wylewny, rzadko mu się to zdarzało, ale widziałem, że jest zadowolony z 

mej wizyty. Powiedział zaledwie kilka słów, lecz z przyjaznym błyskiem w oczach wskazał mi 
fotel, podsunął pudełko z cygarami, wskazał skrzynkę z trunkami i syfon w rogu stolika. Potem 
stanął przed kominkiem i spojrzał na mnie w znany mi dobrze, badawczy sposób. 

background image

— Wedlock  ci  służy  —  zauważył  —  myślę,  Watsonie,  że  od  czasu  naszego  ostatniego 

widzenia przybyło ci z siedem i pół funta. 

— Siedem — sprostowałem. 
— Przypuszczam  jednak,  że  nieco  więcej,  Watsonie,  tak  mi  się  zdaje.  Jak  widzę, 

praktykujesz. Nic mi nie mówiłeś, że znów zamierzasz wejść w ten kierat. 

— Skąd o tym wiesz? 
— Widzę fakty i wyciągam odpowiednie wnioski. A skąd wiem na przykład, żeś ostatnio 

bardzo przemókł i że masz najbardziej niezdarną i niedbałą służącą pod słońcem? 

— Mój drogi Holmesie,  tego już za wiele. Gdybyś żył kilka wieków temu, niewątpliwie 

zostałbyś spalony na stosie. To prawda, że w czwartek odbyłem mały spacer i wróciłem do 
domu  w  opłakanym  stanie,  zmieniłem  jednak  ubranie  i  nie  rozumiem,  z  czego  to 
wywnioskowałeś.  Co  do  Mary  Jane,  jest  ona  niepoprawnym  stworzeniem  i  moja  żona 
wielokrotnie zwracała jej uwagę; ale i tym razem nie rozumiem, jak wpadłeś na to. 

Zaśmiał się cicho i zatarł szczupłe, nerwowe dłonie. 
— To takie proste — powiedział — moje oczy mi mówią, że na wewnętrznej stronie twego 

lewego buta, akurat tam, gdzie pada odblask kominka, skóra jest zadrapana sześcioma prawie 
równoległymi rysami. Oczywiście zostały one zrobione przez kogoś, kto bardzo niestarannie 
zdrapywał  zaschłe  wokół  zelówki  błoto.  Skąd,  jak  widzisz,  mój  podwójny  wniosek,  że 
przebywałeś na dworze podczas niepogody i że posiadasz wyjątkowo złośliwy, niszczący buty 
okaz  służby  londyńskiej.  Co  się  tyczy  twojej  praktyki,  to  jeżeli  do  mego  pokoju  wchodzi 
dżentelmen pachnący na milę jodoformem, który ma na prawym serdecznym palcu plamę od 
azotanu srebra i wypukłość na cylindrze, wskazującą, gdzie schował stetoskop — musiałbym 
rzeczywiście być niezwykle tępy, gdybym nie stwierdził, że stał się czynnym przedstawicielem 
zawodu lekarskiego. 

Słysząc, z jaką łatwością przytaczał mi przebieg rozumowania, nie mogłem  powstrzymać 

śmiechu. 

— Kiedy wyłuszczasz mi swoje przesłanki — powiedziałem — cały problem okazuje się 

doprawdy śmiesznie prosty i wydaje mi się wtedy, że sam mógłbym dojść do takiego wyniku, 
chociaż przy każdym kolejnym etapie twego rozumowania jestem zupełnie zaskoczony, dopóki 
nie wytłumaczysz mi wszystkiego do końca. A przecież myślę, że mam równie dobre oczy jak 
ty. 

— Z pewnością — odparł zapalając papierosa i opierając się wygodnie w fotelu — ale ty 

patrzysz i nie obserwujesz. Różnica jest wyraźna. Na przykład: często widziałeś schody, które 
prowadzą z hallu do tego pokoju? 

— Często. 
— Ile razy? 
— Chyba kilkaset. 
— No, to powiedz mi, ile mają stopni? 
— Ile? Nie wiem. 
— Otóż to. Nie zauważyłeś, a jednak patrzyłeś. O to mi właśnie chodzi. Ja wiem, że mają 

siedemnaście stopni, ponieważ patrzę i obserwuję. A teraz przy okazji, ponieważ interesujesz 
się mymi drobnymi sprawami, a nawet niektóre z nich zapisujesz, może zajmie cię również i to. 
—  Podał  mi  leżący  dotąd  na  stole  arkusik  zapisany  czerwonym  atramentem.  —  Przyszedł 
ostatnią pocztą — dodał. — Przeczytaj głośno. 

List był bez daty, podpisu i adresu nadawcy. 
„Dziś wieczorem za piętnaście ósma odwiedzi pana — brzmiał list — pewien dżentelmen, 

który pragnie zasięgnąć rady w niezwykle ważnej sprawie. Przysługa, jaką oddał pan ostatnio 
jednej  z  królewskich  rodzin  europejskich,  dowiodła,  że  jest  pan  człowiekiem,  któremu  z 
całkowitym zaufaniem można powierzyć sprawę niezwykłej doniosłości. Takie świadectwo o 

background image

panu  było  ze  wszystkich  stron  otrzymane.  Proszę  być  o  oznaczonej  godzinie  w  domu  i  nie 
wziąć za złe, jeżeli pański gość będzie nosił maskę”. 

— To  rzeczywiście  bardzo  tajemnicza  sprawa  —  powiedziałem  —  Jak  myślisz,  o  co  tu 

chodzi? 

— Na  razie  nie  mam  żadnych  danych.  Wielkim błędem  jest  teoretyzować,  zanim  ma  się 

dokładne dane. Na chybił trafił łączy się fakty, tak by odpowiadały teoriom, a nic — by teorie 
odpowiadały faktom. Ale wróćmy do listu. Co możesz o nim powiedzieć? 

Uważnie obejrzałem pismo i papier, na którym skreślone były te słowa. 
— Człowiek,  który  to  napisał,  jest  zapewne  dobrze  sytuowany  —  zacząłem  starając  się 

naśladować  system  rozumowania  mego  przyjaciela  —  ponieważ  paczka  takiego  papieru 
kosztuje co najmniej pół korony, poza tym jest on dziwnie mocny i sztywny. 

— „Dziwnie  sztywny”,  dobrze  to  określiłeś  —  powiedział  Holmes  —  gdyż  to  nie  jest 

angielski papier. Podnieś go do światła. 

Uczyniłem  tak i  zauważyłem  wodne znaki  — duże „E” z małym  „g”, „p” i’ duże „G” z 

małym „t”. 

— Jak myślisz, co to znaczy? — spytał Holmes. 
— Jest to zapewne nazwisko fabrykanta albo raczej jego monogram. 
— A  właśnie,  że  nie.  „Gt”  jest  skrótem  „Gesellschaft”,  co  znaczy  po  niemiecku 

„Towarzystwo”, zwykły skrót, taki jak nasz „Tow.”, „P” naturalnie zamiast słowa papier. Teraz 
co do „Eg”. Zajrzyjmy do naszej encyklopedii geograficznej. — Zdjął z półki ciężki brązowy 
tom.  —  „Eglow”,  „Eglonitz”,  o  mam,  „Egria”!  „Miejscowość  w  Czechach  niedaleko 
Karlsbadu, w powszechnym użyciu język niemiecki. Znana z tego, że zmarł tu Wallenstein, jak 
również z licznych hut szkła i papieru”. Ha, ha, mój stary, i co powiesz na to? — Oczy mu 
błyszczały, triumfalnie wydmuchnął kłąb błękitnego dymu z papierosa. 

— Więc to jest czeski papier. 
— Masz  rację,  a  człowiek  który  napisał  list,  jest  Niemcem.  Czyś  zwrócił  uwagę  na 

dziwaczną budowę zdania: „Takie świadectwo o panu było ze wszystkich stron otrzymane”. 
Ani  Francuz,  ani  Rosjanin  by  tego  nie  napisali.  Tylko  Niemiec  może  tak  nieuprzejmie 
traktować czasowniki. Pozostało nam więc jedynie dowiedzieć się, czego pragnie ten Niemiec, 
który  pisze  na  czeskim papierze  i  woli  nosić  maskę  na  twarzy.  Jeżeli  się  nie  mylę,  właśnie 
nadjeżdża i sam rozwiąże nasze wątpliwości. 

Ledwie  skończył  mówić,  dał  się  słyszeć  mocny  stukot  kopyt  końskich  i  zgrzyt  kół 

ocierających  się  o  krawędź  chodnika,  a  zaraz  potem  ostre  szarpnięcie  dzwonka.  Holmes 
zagwizdał. 

— Sądząc po hałasie, to para. Tak — ciągnął wyglądając przez okno — piękna kareta i para 

cugowych koni, po 150 gwinei sztuka. W tej sprawie kryją się pieniądze, a może i coś jeszcze. 

— Może lepiej pójdę, Holmesie. 
— Nie  ma  mowy,  doktorze.  Pozostań  na  swoim  miejscu.  Bez  mego  Boswella

*

  jestem 

zgubiony, a sprawa zapowiada się ciekawie. Szkoda byłoby ją stracić. 

— Ale twój klient… 
— Mniejsza o niego. Być może będę potrzebował twojej pomocy, a tym samym i on. Ale oto 

nadchodzi. Siadaj, doktorze, w tym fotelu i pilnie uważaj. 

Ciężkie, powolne kroki, które słychać było na schodach i korytarzu, zatrzymały się  w tej 

chwili przed drzwiami, potem rozległo się mocne, pewne pukanie. 

Proszę wejść! — powiedział Holmes. 
Mężczyzna,  który  wszedł,  liczył  nieco  mniej  niż  sześć  stóp  i  sześć  cali  wzrostu,  a 

zbudowany był jak Herkules. Miał na sobie bogaty strój, którego przepych uważany byłby w 
Anglii  za  dowód  złego  smaku.  Rękawy  i  dwurzędowa  kurtka  obszyte  były  karakułami,  a 

                                                 

*

 James Boswell (1740–1795)  —  szkocki pisarz, przyjaciel i biograf dra Johnsona, znakomitego filologa i 

krytyka literackiego. 

background image

peleryna,  przerzucona  przez  ramię,  obrzeżona  szkarłatnym  jedwabiem  i  spięta  przy  szyi 
wspaniałym berylem oprawnym w broszę. Buty sięgające do połowy łydki, oblamowane u góry 
bogatym  futrem,  dopełniały  wrażenia  barbarzyńskiego  zbytku,  jaki  wywierała  cała  postać 
przybysza. W ręku trzymał kapelusz o szerokim rondzie, górną część twarzy miał zasłoniętą 
czarną maską sięgającą  poza kości policzkowe,  którą założył  widocznie  przed chwilą,  gdyż 
wszedł  z  podniesioną  jeszcze  ręką.  Z  dolnej  części  twarzy  można  było  sądzić,  że  jest 
człowiekiem  o  zdecydowanym  charakterze,  a  wydęta  warga  i  prosty,  mocny  podbródek 
świadczyły o silnej woli przechodzącej w upór. 

— Czy  otrzymał  pan  mój  list?  —  spytał  mocnym,  ostrym  głosem,  z  silnym  niemieckim 

akcentem. — Uprzedziłem, że przyjdę. — Patrzył to na jednego, to na drugiego z nas, jakby 
niepewny, do kogo ma się zwrócić. 

— Proszę, niech pan zajmie miejsce — powiedział Holmes. — Oto mój przyjaciel i kolega, 

doktor  Watson,  który  czasami  pomaga  mi  w  moich  sprawach.  Z  kim  mam  przyjemność 
rozmawiać? 

— Może  się  pan  do  mnie  zwracać  jako  do  księcia  von  Kramm,  czeskiego  szlachcica. 

Wierzę,  iż  ten  dżentelmen,  pański  przyjaciel,  jest  człowiekiem  honoru  i  dyskrecji,  któremu 
mogę zaufać w sprawie doniosłej wagi. Jeżeli nie, wolałbym to omówić tylko z panem. 

Wstałem, by wyjść, ale Holmes złapał mnie za przegub ręki i lekko pchnął na fotel. 
— Albo  my  dwaj  razem,  albo  żaden  —  powiedział  —  może  pan  mówić  przy  tym 

dżentelmenie wszystko, co by pan chciał powiedzieć tylko mnie. 

Książę wzruszył ramionami. 
— A więc na wstępie proszę panów o absolutną dyskrecję w ciągu dwóch lat; gdy minie ten 

okres, sprawa ta nie będzie miała żadnego znaczenia. Dziś jednak, bez przesady, wpłynąć może 
na historię Europy. 

— Obiecuję — przyrzekł Holmes. 
— I ja. 
— Wybaczcie, panowie, tę maskę — ciągnął dalej nasz dziwny rozmówca — ale wysoko 

postawiona osobistość, na której usługach jestem, pragnie, by jej pośrednik pozostał dla was nie 
znany, i wyznam od razu, że tytuł i nazwisko, które wymieniłem, jest zmyślone. 

— Wiedziałem o tym — powiedział sucho Holmes. 
— Sprawa jest niezwykle delikatna i trzeba przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności, by 

nie dopuścić do wielkiego skandalu i kompromitacji jednej z rodzin panujących w Europie. 
Mówiąc otwarcie, sprawa ta dotyczy domu królewskiego Ormstein, dziedzicznie panującego w 
Czechach. 

— I o tym również wiedziałem — mruknął Holmes sadowiąc się wygodniej i przymykając 

oczy. 

Nasz gość z widocznym zdumieniem spojrzał na nieruchomą, leniwie wyciągniętą w fotelu 

postać człowieka, o którym bez wątpienia słyszał, że jest najbardziej bystrym i energicznym 
detektywem  w  Europie.  Holmes  powoli  otworzył  oczy  i  spojrzał  niecierpliwie  na  swego 
imponującego klienta. 

— Gdyby  wasza  wysokość  zechciał  przedstawić  jasno  całą  sprawę  —  zauważył  — 

mógłbym lepiej udzielić rady. 

Mężczyzna zerwał się z krzesła i zaczął chodzić po pokoju wzburzony. Nagle rozpaczliwym 

gestem zerwał maskę i rzucił ją na ziemię. 

— Ma pan rację — krzyknął. — Jestem królem. Po cóż mam to ukrywać? 
— Istotnie,  po  co?  —  mruknął  Holmes.  —  Zanim  wasza  wysokość  odezwał  się,  byłem 

przekonany, że mam przed sobą Wilhelma Gottsreicha,  Zygmunta von Ormstein, wielkiego 
księcia Cassel–Falstein i dziedzicznego króla Czech. 

— Musi  pan  zrozumieć  —  powiedział  nasz  niezwykły  gość,  ponownie  siadając  i 

przesuwając dłonią po wysokim białym czole  — musi pan zrozumieć, że nie zwykłem tego 

background image

rodzaju  spraw  załatwiać  osobiście,  ta  jest  jednakże  tak  delikatnej  natury,  że  nie  mogę 
powierzyć  jej  żadnemu  detektywowi,  gdyż  mógłbym  znaleźć  się  całkowicie  w  jego  ręku. 
Przybyłem tu z Pragi incognito, by zasięgnąć pańskiej rady. 

— A więc proszę — powiedział Holmes zamykając ponownie oczy. 
— Pokrótce fakty przedstawiają się następująco: jakieś sześć lat temu, w czasie dłuższego 

pobytu  w  Warszawie,  poznałem  znaną  awanturnicę  Irenę  Adler.  Nazwisko  to  nie  jest  panu 
zapewne obce. 

— Doktorze, zechciej spojrzeć do mego rejestru — szepnął Holmes nie otwierając oczu. 
Od  wielu  lat  miał  zwyczaj  robienia  krótkich  notatek  dotyczących  ludzi  i  zdarzeń,  dzięki 

czemu, jeżeli mówiło się o jakiejś sprawie albo osobie, miał zawsze dokładną informację pod 
ręką.  Życiorys  Ireny  Adler  znalazłem  pomiędzy  życiorysami  jakiegoś  rabina  i  oficera 
marynarki, który napisał rozprawę o głębinowych rybach morskich. 

— Sprawdźmy  —  powiedział  Holmes.  —  Hm,  „urodzona  w  New  Jersey  w  roku  1858, 

kontralt”, hm. „La Scala!” „Primadonna opery w Warszawie!”, no tak. „Wycofała się ze sceny 
operowej,  mieszka  w  Londynie…”  aha!…  Więc  tak,  wasza  wysokość,  jak  przypuszczam, 
związał się z tą młodą osobą, napisał do niej kilka kompromitujących listów i teraz pragnie je 
odzyskać. 

— Owszem, ale jak… 
— Czy doszło do potajemnego małżeństwa? 
— Nie. 
— Czy w grę wchodziły jakieś urzędowe papiery albo świadectwa? 
— Żadne. 
— Tutaj  nie  rozumiem  waszej  wysokości.  Gdyby  ta  młoda  osoba  przedstawiła  listy,  aby 

nimi szantażować albo dla jakichś innych powodów, jak dowiedzie ich autentyczności? 

— A charakter pisma? 
— Phi! Sfałszowany. 
— Mój prywatny papier listowy. 
— Ukradziony. 
— Moja własna pieczęć. 
— Podrobiona. 
— Moja fotografia. 
— Kupiona. 
— Jesteśmy razem na tej fotografii. 
— O, to już gorzej. Wasza wysokość naprawdę popełnił nierozważny krok. 
— Byłem szalony, niespełna rozumu. 
— Pan się poważnie skompromitował. 
— Byłem  dopiero  następcą  tronu,  bardzo  młodym,  dopiero  niedawno  skończyłem 

trzydzieści lat. 

— Trzeba odzyskać tę fotografię. 
— Próbowałem, ale na próżno. 
— Wasza wysokość musi zapłacić, trzeba ją odkupić. 
— Ona jej nie sprzeda. 
— A więc wykraść. 
— Pięć  razy  próbowano.  Dwukrotnie  włamywacze  opłaceni  przeze  mnie  splądrowali  jej 

dom,  raz  w  podróży  przeszukano  jej  bagaż,  dwukrotnie  była  napadnięta,  ale  wszystko  bez 
skutku. 

— Ani śladu fotografii? 
— Absolutnie żadnego. Holmes roześmiał się. 
— A więc mamy ciekawy problem do rozwiązania. 
— Ale dla mnie bardzo poważny — odparł z wyrzutem król. 

background image

— Nawet bardzo. I cóż zamierza ona zrobić z tą fotografią. 
— Chce mnie zniszczyć. 
— Ale w jaki sposób? 
— Mam zamiar się ożenić. 
— Owszem, słyszałem o tym. 
— Z  Klotyldą  Lothman  von  Saxe–Meningen,  drugą  córką  króla  Skandynawii.  Zapewne 

słyszał pan o niewzruszonych zasadach tej rodziny. Moja narzeczona jest niezwykle wrażliwa, 
cień wątpliwości co do mego prowadzenia się zakończy natychmiast całą sprawę. 

— A Irena Adler? 
— Grozi, że pośle im tę fotografię. Zrobi to z pewnością, jestem o tym przekonany. Pan jej 

nie zna, ma serce ze stali. To kobieta o najpiękniejszej na świecie twarzy i umyśle najbardziej 
stanowczego mężczyzny. Pójdzie na wszystko, byle nie dopuścić do mego małżeństwa. 

— Czy jest pan pewien, że już jej nie przesłała? 
— Jestem pewien. 
— Dlaczego? 
— Ponieważ  uprzedziła,  że  wyśle  ją  w  dniu  publicznego  ogłoszenia  zaręczyn,  a  to  ma 

nastąpić w przyszły poniedziałek. 

— No, to mamy jeszcze trzy dni — powiedział ziewając Holmes. — Bardzo szczęśliwie się 

składa,  ponieważ  mam  kilka  spraw,  których  muszę  teraz  dopilnować.  Wasza  wysokość 
naturalnie tymczasem zostanie w Londynie? 

— Tak, znajdzie mnie pan w hotelu Langham pod nazwiskiem księcia von Kramm. 
— Zawiadomię pana, jak tylko będę coś wiedział. 
— Bardzo o to proszę, oczekiwać będę z niepokojem. 
— Teraz co do spraw pieniężnych. 
— Ma pan carte blanche. 
— Całkowicie? 
— Powiadam  panu,  oddałbym  jedną  z  prowincji  mego  królestwa,  żeby  tylko  zdobyć  tę 

fotografię. 

— A na bieżące wydatki? 
Młody król wyjął spod peleryny ciężki woreczek skórzany i położył na stole. 
— Tutaj jest trzysta funtów w złocie i siedemset w banknotach — powiedział. 
Holmes napisał pokwitowanie na kartce z notesu i podał mu. 
— A teraz poproszę o adres panny Adler. 
— Briony Lodge, przy Serpentine Avenue, dzielnica St. John’s Wood. 
Holmes zapisał to sobie. 
— Jeszcze jedno pytanie — powiedział. — Czy fotografia była rozmiarów portretowych? 
— Tak. 
— Więc dobranoc, wasza wysokość. Jestem przekonany, że wkrótce będziemy mieli dobre 

wiadomości dla pana. 

— Dobranoc,  Watsonie  —  dodał,  gdy  na  ulicy  ucichł  hałas  kół  karety  królewskiej.  — 

Gdybyś  był  tak  dobry  i  wpadł  do  mnie  jutro  po  południu  o  trzeciej,  omówiłbym  z  tobą  tę 
sprawę. 

background image

II 

 
Punktualnie  o  trzeciej  byłem  na  Baker  Street,  ale  Holmes  jeszcze  nie  wrócił.  Gospodyni 

powiedziała mi, że wyszedł z domu około ósmej rano. Usiadłem przy kominku postanawiając, 
że będę tak długo czekać, dopóki nie wróci. Zaciekawiło mnie to nowe zadanie, chociaż nie 
otaczała go ponura i dziwna atmosfera dwóch zbrodni, które opisałem poprzednio, jednak istota 
sprawy i wzburzenie nowego klienta Holmesa nadały tej historii specyficzny charakter. Muszę 
też  wyznać,  że  poza  samą  metodą  prowadzenia  badań,  którą  mój  przyjaciel  miał  w  małym 
palcu,  było  coś  w  mistrzowskim  ocenianiu  sytuacji  przez  niego  i  bystrym,  wnikliwym 
rozumowaniu, co sprawiało, że z prawdziwą przyjemnością obserwowałem jego system pracy, 
szybkie  subtelne  chwyty,  dzięki  którym  wyjaśniał  zawsze  najbardziej  zawikłane  tajemnice. 
Tak  byłem  przyzwyczajony  do  nieustannych  sukcesów,  że  nigdy  nie  dopuszczałem  myśli  o 
jego niepowodzeniu. 

Była blisko czwarta, gdy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł nędznie ubrany stajenny, 

rozczochrany i z bokobrodami, wyglądający na pijanego. 

Przyzwyczaiłem  się  już  do  niezwykłych  umiejętności  przebierania  się  mego  przyjaciela, 

musiałem jednak ze trzy razy spojrzeć, żeby się upewnić, że to naprawdę on. Skinął mi głową i 
zniknął w sypialni, skąd wyszedł po pięciu minutach ubrany w tweedowy garnitur, wytworny 
jak zawsze. Włożył ręce do kieszeni, wyciągnął nogi w stronę ognia i przez kilka minut śmiał 
się serdecznie. 

— Nie,  doprawdy!  —  zawołał  i  znów  zaczął  się  krztusić  ze  śmiechu,  aż  wreszcie  opadł 

bezwładnie na oparcie fotela. 

— O co chodzi? 
— To takie śmieszne. Jestem przekonany, że nigdy byś się nie domyślił, czym byłem zajęty 

rano i czego dokonałem. 

— Nie mam pojęcia, przypuszczam, żeś obserwował zwyczaje Ireny Adler, a może jej dom. 
— Masz rację, a wynik jest zupełnie nieoczekiwany. Ale wszystko opowiem ci po kolei. 

Dziś  rano  wyszedłem  z  domu  trochę  po  ósmej  jako  stajenny  bez  pracy.  Wśród  ludzi 
zajmujących się końmi istnieje wspaniałe porozumienie i koleżeństwo. Stań się jednym z nich, 
a  dowiesz  się  wszystkiego,  co  trzeba.  Wkrótce  odnalazłem  Briony  Lodge,  jest  to  urocza, 
niewielka  dwupiętrowa  willa,  stojąca  w  ogrodzie  tuż  przy  ulicy;  w  drzwiach  ma  patentowy 
zamek.  Po  prawej  stronie  ładnie  umeblowana  bawialnia,  z  sięgającymi  nieomal  do  podłogi 
oknami,  zamykanymi  na  te  niedorzeczne  zasuwy  angielskie,  które  byle  dziecko  potrafi 
otworzyć. Poza tym nie zauważyłem nic ciekawego, chyba tylko to, że okno od korytarza sięga 
dachu wozowni. Obszedłem cały dom i przekonałem się, że w bocznej uliczce, przylegającej z 
jednej strony do boku ogrodu, znajduje się stajnia. Pomogłem stajennemu w czyszczeniu koni, 
za  co  dostałem  dwa  pensy,  kufel  mieszanego  piwa,  machorki  na  dwa  nabicia  fajki  i  tyle 
informacji  o  Irenie  Adler,  ile  dusza  zapragnie,  nie  mówiąc  o  kilku  innych  osobach  w 
sąsiedztwie, które nic mnie nie obchodziły, ale których życiorysów musiałem wysłuchać. 

— Czego dowiedziałeś się o niej? 
— Och,  że  zawróciła  głowy  wszystkim  mężczyznom  w  okolicy,  że  jest  najpiękniejszą 

kobietą na naszej planecie. Takie jest zdanie stajennych z ulicy Serpentine, kiedy pyta o nią 
mężczyzna.  Irena  Adler  żyje  bardzo  spokojnie,  śpiewa  czasem  na  koncertach,  codziennie  o 
piątej po południu wyjeżdża na przechadzkę powozem i punktualnie o siódmej wraca na obiad. 
Rzadko wychodzi o innej porze, chyba że ma występ. Odwiedzają tylko jeden mężczyzna, ale 
za to często. Jest nim przystojny, pewny siebie brunet: bywa u niej co najmniej raz dziennie, a 
często  nawet  dwa.  Nazywa  się  Godfrey  Norton  i  jest  adwokatem  Inner  Temple

*

.  Oto,  jak 

                                                 

*

 Palestra londyńska podzielona jest na cztery jak gdyby izby: Gray, Lincoln, Middle Temple i Inner Temple. 

background image

widzisz,  korzyści  płynące  ze  zdobycia  zaufania  dorożkarza.  On  i  jego  koledzy  ze  Stajni 
Serpentine kilkanaście razy odwozili Nortona do domu i wszystko o nim wiedzą. Kiedy już 
wysłuchałem wszystkiego, co miał mi do powiedzenia, zacząłem się przechadzać koło Briony 
Lodge, żeby przemyśleć plan działania. 

Było całkiem oczywiste, że Norton Godfrey stał się ważnym czynnikiem w tej sprawie; jest 

prawnikiem, a to brzmi groźnie. Jakie są ich wzajemne stosunki i co jest przedmiotem jego 
częstych  wizyt?  Czy  Irena  Adler  jest  jego  klientką  czy  kochanką?  Jeżeli  jest  jego  klientką, 
zapewne  powierzyła  mu  fotografię,  jeśli  kochanką  —  przypuszczenie  to  jest  mniej 
prawdopodobne. Od rozwikłania tego problemu zależało, czy mam kontynuować swoją pracę 
w Briony Lodge, czy zwrócić uwagę na pokoje tego dżentelmena w Temple. Była to sprawa 
bardzo delikatna i rozszerzała zasięg moich poszukiwań. Obawiam się, że cię znudziłem tymi 
szczegółami,  ale  staram  się  naświetlić  moje  drobne  trudności,  żebyś  lepiej  zrozumiał  całą 
sytuację. 

— Słucham uważnie. 
— Ciągle jeszcze rozważałem tę sprawę, kiedy przed Briony Lodge zatrzymała się kareta i 

wyskoczył  z  niej  bardzo  przystojny  brunet,  z  wąsami,  o  orlim  profilu  —  bez  wątpienia 
dżentelmen, o którym przed chwilą słyszałem. Zdawał się bardzo śpieszyć; krzyknął woźnicy, 
żeby zaczekał, a służącą, która mu otworzyła drzwi, minął spiesznie z miną człowieka, który 
czuje się jak u siebie w domu. 

Przebywał tam około pół godziny. Od czasu do czasu przechadzając się po bawialni migał 

mi w oknie, mówił coś gorączkowo i gestykulował żywo. Jej nie udało mi się wtedy dostrzec. 
Wreszcie  znów  się  ukazał,  robiąc  wrażenie  jeszcze  bardziej  zaaferowanego  niż  przedtem. 
Kiedy wsiadał do karety, wyciągnął złoty zegarek i spojrzał na niego z niepokojem. 

— Pędź jak wszyscy diabli  — zawołał  do woźnicy  — najpierw do Grossa i  Hankeya na 

Regent  Street,  a  potem  do  kościoła  Świętej  Moniki  na  Edgware  Road.  Jeśli  dojedziesz  w 
dwadzieścia minut, dostaniesz pół gwinei! 

Ledwo  odjechali,  a  ja  zastanawiałem  się  właśnie,  czy  nie  należałoby  ich  śledzić,  kiedy 

ukazało się małe lando powożone przez woźnicę w na pół zapiętej liberii i przekrzywionym 
krawacie; wszystkie rzemienie uprzęży byle jak zapięte sterczały na różne strony. Pojazd nie 
zdążył się jeszcze zatrzymać, gdy Irena Adler wybiegła z drzwi hallu i wskoczyła do landa. 
Przez mgnienie oka widziałem jej twarz, to doprawdy piękna kobieta, dla której mężczyzna 
zgodziłby się nawet umrzeć. 

— Kościół Świętej Moniki, Johnie — zawołała — i pół suwerena, jeżeli dojedziesz tam w 

ciągu dwudziestu minut. 

Ta  okazja,  Watsonie,  była  zbyt  dobra,  by  ją  tracić.  Już  się  zastanawiałem,  czy  biec  za 

powozem, czy uczepić się z tyłu, kiedy nadjechała dorożka. Woźnica spojrzał z ukosa na tak 
marnego pasażera, ale wskoczyłem, zanim zdążył się sprzeciwić. 

— Kościół  Świętej  Moniki  —  powiedziałem  —  i  pół  suwerena,  jeżeli  dojedziesz  tam  w 

dwadzieścia minut. 

Była za dwadzieścia pięć minut dwunasta i wiedziałem już, co się szykuje. Mój dorożkarz 

pędził co koń wyskoczy. Chyba nigdy w życiu nie jechałem tak szybko, ale tamtych dwoje 
dotarło  na miejsce przed nami. Kiedyśmy dojechali, kareta i  lando stały  przed kościołem, a 
konie aż parowały ze zmęczenia. Zapłaciłem woźnicy i wszedłem spiesznie do kościoła. Nie 
było  tam  nikogo  prócz  pary,  którą  goniłem,  i  duchownego  w  komży,  który  zdawał  się 
przekonywać ich o czymś z ożywieniem. Wszyscy troje stali przed ołtarzem. Zacząłem powoli 
iść  boczną  nawą,  udając  przypadkowego  przechodnia,  który  na  chwilę  wpadł  do  kościoła. 
Nagle, ku memu zdziwieniu, cała trójka odwróciła się w moją stronę i Godfrey Norton szybko 
podbiegł do mnie. 

— Chwała Bogu! — zawołał. — To nam wystarczy. Chodźcie tu prędko! 
— Ale co takiego? — spytałem. 

background image

— Chodźcie  prędko,  człowieku,  bo  za  trzy  minuty  będzie  za  późno.  Zostałem  prawie 

zaciągnięty  przed  ołtarz  i  zanim  zdałem  sobie  sprawę,  co  się  dzieje,  mruczałem  jakieś 
odpowiedzi  i  świadczyłem  o  sprawach,  o  których  nie  miałem  pojęcia.  Jednym  słowem 
asystowałem  przy  zawarciu  związku  małżeńskiego  Ireny  Adler,  panny,  z  Godfreyem 
Nortonem, kawalerem. Wszystko to trwało bardzo krótko i po chwili z jednej strony dziękował 
mi pan młody, z drugiej panna młoda, a przede mną stał promieniejący z radości ksiądz. Była to 
najkomiczniejsza sytuacja w moim  życiu i  właśnie wspomnienie tego pobudziło mnie przed 
chwilą  do  śmiechu.  Mam  wrażenie,  że  w  ich  zezwoleniu  na  małżeństwo  była  jakaś 
niedokładność i że ksiądz stanowczo odmówił udzielenia im ślubu bez jakiegoś świadka. Moje 
szczęśliwe  nadejście  oszczędziło  im  poszukiwania  na  ulicy  kogoś  odpowiedniego.  Panna 
młoda dała mi suwerena, którego postanowiłem nosić przy łańcuszku od zegarka jako pamiątkę 
tego zdarzenia. 

— No, to  rzeczywiście sprawy przybrały nieoczekiwany  obrót  — powiedziałem.  —  I  co 

dalej? 

— Uważam,  że  moje  plany  zostały  poważnie  zagrożone.  Wygląda  na  to,  że  młoda  para 

może  natychmiast  wyjechać,  a  to  wymaga  z  mojej  strony  podjęcia  szybkich  i  energicznych 
kroków. Co prawda w drzwiach kościoła rozstali się, on pojechał z powrotem do Temple, a ona 
do domu. 

— Wyjadę do parku o piątej, jak zwykle — powiedziała mu na pożegnanie. 
Więcej  nic nie słyszałem; rozjechali się w różne strony,  a ja poszedłem poczynić pewne 

przygotowania. 

— Jakie? 
— Postarać się o zimną wołowinę i szklankę piwa — odpowiedział ciągnąc za dzwonek. — 

Byłem  zbyt  zajęty,  żeby  myśleć  o  jedzeniu,  i  zapewne  tego  wieczoru  będę  jeszcze  bardziej 
zajęty. Ale przy okazji, doktorze, chciałem cię prosić o współpracę. 

— Służę z największą radością. 
— Czy nie boisz się złamać prawa? 
— Ani trochę. 
— Ani zaryzykować możliwości aresztowania? 
— W dobrej sprawie na pewno nic. 
— Och, sprawa jest znakomita! 
— A więc rozporządzaj mną. 
— Wiedziałem, że można na tobie polegać. 
— Ale o co ci chodzi? 
— Ponieważ pani Turner wniosła właśnie tacę, zaraz ci wszystko wyjaśnię — powiedział i 

zgłodniały zajął się skromnym posiłkiem, który przygotowała nasza gospodyni.  — Muszę z 
tobą  omówić  tę  sprawę  w  trakcie  jedzenia,  ponieważ  mam  niewiele  czasu.  Dochodzi  teraz 
piąta, a za dwie godziny musimy być na miejscu akcji. Panna Irena, albo raczej pani, wraca ze 
swej przejażdżki o siódmej. 

— I co wtedy? 
— To już pozostaw mnie. To, co się ma stać, zostało już przeze mnie przygotowane. Jest 

tylko  jeden  punkt,  na  którym  mi  zależy.  Nie  wolno  ci  się  wtrącać,  cokolwiek  by  się  stało. 
Rozumiesz? 

— To znaczy mam pozostać neutralny? 
— Tak, nic nie robić. Może powstać niemiła sytuacja, trzymaj się na uboczu, zakończy się 

ona wniesieniem mnie do willi, potem w jakieś cztery, pięć minut zostanie otworzone okno i ty 
musisz znaleźć się blisko tego właśnie otwartego okna. 

— Tak. 
— Masz pilnie mnie obserwować, ponieważ będę dla ciebie widoczny. 
— Tak. 

background image

— Kiedy podniosę rękę, o, w ten sposób, wrzucisz do pokoju przedmiot, który ci dam, i w 

tej samej chwili zaczniesz wołać „pali się!” Czy dokładnie mnie rozumiesz? 

— Całkowicie. 
— To  nie  jest  nic  groźnego  —  powiedział  wyjmując  z  kieszeni  długą  rurkę,  z  kształtu 

podobną do cygara. — To po prostu zwyczajna świeca dymna, używana przez instalatorów, 
opatrzona z obu stron w spłonkę, żeby mogła się sama zapalić. Twoje zadanie ogranicza się do 
następujących czynności: kiedy zaczniesz krzyczeć „pali się”, powtórzą to za tobą ludzie na 
ulicy. Powinieneś odejść wtedy na róg ulicy, a ja dołączę się do ciebie w jakieś dziesięć minut 
potem. Mam nadzieję, że wszystko jasno podałem? 

— Mam się do niczego nie wtrącać, zbliżyć się do okna, obserwować ciebie i na dany znak 

wrzucić  ten  przedmiot  przez  okno  do  pokoju,  potem  krzyczeć  „pali  się!”  i  wreszcie  czekać 
twego powrotu na rogu ulicy. 

— Tak, co do joty. 
— Możesz więc polegać na mnie. 
— To doskonale, a teraz już czas, byś się przygotował do nowej roli, jaką mam odegrać. 
Zniknął  w  sypialni  i  po  paru  minutach  wrócił  jako  sympatyczny,  naiwny  duchowny,  w 

szerokim  czarnym  kapeluszu,  workowatych  spodniach  i  białym  krawacie;  ujmująco  się 
uśmiechał patrząc badawczo, a zarazem dobrodusznie. To nowe wcielenie było tak doskonałe 
w każdym szczególe, że chyba tylko sam John Hare

*

 mógłby mu dorównać. Przebierając się 

Holmes  nie  tylko  zmieniał  ubiór.  Jego  twarz,  sposób  bycia,  cała  jego  istota  zdawały  się 
zmieniać  z  każdym  nowym  przebraniem,  jakie  przywdziewał.  Z  chwilą  gdy  poświęcił  się 
badaniu zbrodni, scena straciła doskonałego aktora, a nauka wnikliwego badacza. 

Piętnaście po szóstej wyszliśmy z Baker Street i przed upływem godziny znaleźliśmy się na 

Serpentine  Avenue.  Zapadał  już  zmierzch  i  właśnie  zapalano  lampy,  kiedy  zaczęliśmy  się 
przechadzać przed Briony Lodge czekając na przybycie właścicielki willi. Dom był dokładnie 
taki, jak sobie wyobraziłem na podstawie dokładnego opisu Sherlocka Holmesa, ale dzielnica 
wydawała  się  mniej  zaciszna,  niż  oczekiwałem.  Wprost  przeciwnie,  jak  na  małą  uliczkę  w 
spokojnej  dzielnicy  była  niezwykle  ożywiona.  Na  rogu  stało  bezczynnie  kilku  nędznie 
ubranych mężczyzn, którzy paląc papierosy śmiali się głośno; niedaleko zatrzymał się szlifierz 
ze swym kołem, dwaj gwardziści flirtowali ze służącą, a kilku starannie ubranych młodzieńców 
przechadzało się powoli tam i z powrotem z cygarami w ustach. 

— Widzisz  —  zauważył  Holmes,  kiedyśmy  zaczęli  przechadzać  się  przed  domem  —  to 

małżeństwo  raczej  upraszcza  sprawę.  Dowód  stał  się  teraz  obosieczną  bronią.  Jest  bardzo 
prawdopodobne,  że  pokazanie  tej  fotografii  Godfreyowi  Nortonowi  będzie  dla  Ireny  Adler 
równie niemiłe, jak dla naszego klienta pokazanie jej księżniczce. Najważniejsze zadanie — to 
znaleźć fotografię. 

— Masz rację. 
— Zupełnie  niemożliwe,  żeby  nosiła  ją  przy  sobie,  jest  przecież za  duża  i  nie można  jej 

ukryć w fałdach sukni. Wie, że król gotów jest ukartować jakiś nowy napad. Zakładamy więc, 
że nie nosi jej przy sobie. 

— Więc gdzie jest? 
— Może  być  u  jej  bankiera  albo  prawnika.  Zawsze  istnieje  ta  podwójna możliwość.  Ale 

jestem  skłonny  obie  odrzucić.  Kobiety  z  natury  są  skryte  i  lubią  same  pilnować  swoich 
tajemnic. Po cóż miałaby ją powierzać komuś innemu? Sobie ufa, a nie może być pewna, że 
bankier  lub  prawnik  nie  ulegnie  jakiemuś  na  przykład  politycznemu  wpływowi.  Poza  tym 
pamiętaj, że postanowiła wykorzystać fotografię w przeciągu najbliższych paru dni. Musi ją 
mieć pod ręką, a więc znajduje się ona w jej własnym domu. 

— Przecież dwukrotnie był już przeszukany. 

                                                 

*

 John Hare — wybitny aktor londyński w drugiej połowie XIX w. 

background image

— Phi, nie wiedzieli, jak szukać. 
— A jak ty będziesz szukał? 
— Wcale nie będę szukał. 
— I co potem? 
— Zmuszę ją, by sama mi pokazała. 
— Ona odmówi. 
— Nie  będzie  mogła.  Ale  słyszę  już  turkot  kół,  to  jej  powóz.  Pamiętaj  wykonać  moje 

polecenie co do joty. 

Gdy  to  mówił,  na  zakręcie  ukazały  się  boczne  światła  jej  pojazdu  —  było  to  małe, 

eleganckie lando, które podjechało do drzwi Briony Lodge. W tej chwili jeden z próżniaków, 
stojących na rogu, rzucił się, by otworzyć drzwi, w nadziei, że uda mu się zarobić parę groszy, 
został  jednak  odepchnięty  przez  innego  obdartusa,  który  nadbiegł  w  tym  samym  celu. 
Wybuchła  kłótnia;  podsycał  ją  jeszcze  szlifierz  i  gwardziści,  którzy  przyłączyli  się  do 
awantury.  Ktoś  zadał  cios  i  nagle  wysiadająca  kobieta  znalazła  się  w  środku  walczących 
mężczyzn, bijących się na oślep pięściami i kijami. Holmes rzucił się w tłum, by jej bronić, ale 
w chwili gdy znalazł się przy powozie, krzyknął i upadł na ziemię z twarzą zalaną krwią. Na ten 
widok  gwardziści  uciekli  w  jedną  stronę,  obdartusy  w  drugą,  a  kilku  lepiej  ubranych 
przechodniów,  którzy  obserwowali  bijatykę  nie  biorąc  w  niej  udziału,  pośpieszyło  pomóc 
kobiecie i  rannemu.  Irena Adler  — tak już dalej będę ją nazywał  —  wbiegła na schody, ale 
zatrzymała  się  na  ostatnim  stopniu,  by  spojrzeć  na  ulicę;  jej  wspaniała  figura  rysowała  się 
wyraźnie na tle świateł hallu. 

— Czy ten biedny pastor jest poważnie ranny? — spytała. 
— On nie żyje — odezwały się głosy. 
— Nie, nie, oddycha — zawołał ktoś inny — ale umrze, zanim ero wezmą do szpitala. 
— To dzielny człowiek  — odezwała się jakaś kobieta — żeby nie on, ukradliby tej pani 

woreczek i zegarek. To była jedna szajka. No, już oddycha. 

— Nie może tak leżeć na ulicy, może go wnieść do domu, psze pani? 
— Ależ tak, zanieście go do bawialni, tam jest wygodna kanapa, o, tędy proszę! 
Powoli i uroczyście Holmes został wniesiony do Briony Lodge i ułożony w najpiękniejszym 

pokoju,  gdy  ja  tymczasem  obserwowałem  to  wszystko  ze  swego  stanowiska  przy  oknie. 
Zapalono lampy, ale jeszcze nie spuszczono zasłon, tak że mogłem widzieć mego przyjaciela 
leżącego na kanapie. Nie wiem, czy w tej chwili trapiły go wyrzuty sumienia z powodu roli, 
jaką  odgrywał;  jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nigdy  w  życiu  nie  wstydziłem  się  tak  swego 
postępowania jak wtedy, gdy zobaczyłem tę uroczą kobietę, przeciwko której spiskowałem, jej 
wdzięk i łagodność, z jaką się krzątała przy rannym. Wycofać się teraz z roli, jaką mi powierzył 
Holmes, byłoby jednak najczarniejszą zdradą. Uspokoiłem wyrzuty sumienia i wyciągnąłem 
spod płaszcza świecę dymną. Mimo wszystko — pocieszałem się — nie zrobimy jej krzywdy, 
po prostu staramy się zapobiec, by ona nie skrzywdziła kogoś innego. 

Holmes  usiadł  na  kanapie  i  zobaczyłem,  że  ciężko  oddycha,  jak  człowiek,  któremu  brak 

powietrza; widząc to pokojówka podbiegła do okna i otworzyła je szeroko. W tej samej chwili 
mój przyjaciel podniósł rękę, a ja według umowy rzuciłem świecę do pokoju i zawołałem „pali 
się!” Ledwo to się stało, mój okrzyk został pochwycony przez tłum gapiów na ulicy — byli to 
dobrze i źle ubrani przechodnie, dżentelmeni, stajenni i służące. Ciężkie kłęby dymu zasnuły 
bawialnię 1 zaczęły się wydobywać przez okno. Widziałem biegające w popłochu postacie, a 
zaraz potem usłyszałem uspokajające słowa Holmesa, ze to fałszywy alarm. Wysunąłem się z 
krzyczącego tłumu, a po dziesięciu minutach, ku mojej radości, Holmes wziął mnie pod rękę i 
odeszliśmy,  zostawiając  za  sobą  cały  zgiełk.  Przez  kilka  chwil  szedł  szybko,  bez  słowa,  aż 
wreszcie skręciliśmy w jedną z cichych ulic prowadzących do Edgware Road. 

— Bardzoś to zręcznie zrobił, doktorze — zauważył. — Nie można było lepiej. Wszystko 

udało się znakomicie. 

background image

— Masz fotografię?! 
— Na razie wiem tylko, gdzie się znajduje. 
— Jak doszedłeś do tego? 
— Pokazała mi; uprzedzałem cię, że to zrobi. 
— Nadal błądzę w ciemności. 
— Nie zamierzam robić z tego tajemnicy — powiedział ze śmiechem. — Sprawa jest bardzo 

prosta.  Zauważyłeś  pewnie,  że  wszyscy  przechodnie  na  Serpentine  Avenue  byli  mymi 
wspólnikami, wynająłem ich na ten wieczór. 

— Tak przypuszczałem. 
— Kiedy wybuchła kłótnia, miałem na dłoni trochę wilgotnej, czerwonej farby, rzuciłem się 

w zbiegowisko, przycisnąłem rękę do twarzy, w ten sposób budząc litość Ireny Adler. To stary 
trik. 

— Tego się również domyśliłem. 
— Potem wnieśli mnie do domu — musiała zezwolić, nie miała innego wyjścia. Znalazłem 

się  w  jej  bawialni,  a  miejsce,  które  najbardziej  podejrzewałem,  znajdowało  się  właśnie 
pomiędzy  sypialnią  a  bawialnią;  byłem  zdecydowany  zbadać  tę  sprawę.  Położyli  mnie  na 
kanapie, udałem, że mi duszno, musieli otworzyć okno i w ten sposób stworzyłem pomyślną 
dla ciebie sytuację. 

— Ale w czym ci to pomogło? 
— Właśnie od tego zależało wszystko. Kiedy wybucha pożar, kobieta ratuje rzecz, która jest 

dla  niej  najbardziej  cenna.  Jest  to  impuls  dominujący  nad  wszystkimi  i  nieraz  z  niego 
korzystałem.  Przydał  mi  się  w  sprawie  darlingtońskiego  skandalu,  jak  również  w  sprawie 
zamku  Arnsworth.  Mężatka chwyta dziecko, kobieta niezamężna szkatułkę z biżuterią. Było 
jasne,  że  nasza  dzisiejsza  ofiara  za  najcenniejszą  rzecz  uważa  fotografię,  której  szukamy. 
Wiedziałem,  że  rzuci  się  ją  ratować.  Fałszywy  alarm  z  pożarem  został  zaaranżowany 
doskonale. Dym i krzyki mogły poruszyć nawet nerwy ze stali. A ona zareagowała wspaniale. 
Fotografia schowana jest we wnęce ukrytej za ruchomą taflą boazerii, nieco powyżej rączki 
prawego dzwonka. W jednej chwili znalazła się przy schowku i już wyjmowała fotografię, gdy 
zawołałem,  że  to  fałszywy  alarm.  Wtedy  zamknęła  szybko  schowek,  spojrzała  na  świecę  i 
wybiegła  z  pokoju.  Więcej  jej  nie  widziałem.  Wstałem  z  kanapy,  przeprosiłem  za  kłopot  i 
uciekłem z domu. Wahałem się, czy od razu nie zabezpieczyć fotografii, ale do pokoju wszedł 
stangret  i  obserwował  mnie  tak  bacznie,  że  postanowiłem  poczekać.  Zbytni  pośpiech  może 
zepsuć wszystko. 

— I co dalej? 
— W praktyce nasze poszukiwania są skończone. Jutro rano złożę jej wizytę z królem; jeżeli 

masz ochotę, możesz iść z nami. Zostaniemy wprowadzeni do bawialni, by zaczekać na panią; 
bardzo możliwe, że kiedy wejdzie, nie zastanie już ani nas, ani fotografii. Dla jego wysokości 
odzyskanie fotografii własnoręcznie będzie na pewno wielką satysfakcją. 

— Kiedy zamierzasz złożyć tę wizytę? 
— Jutro rano o ósmej. Ona o tej porze jest jeszcze w łóżku, więc będziemy mieli swobodne 

pole do działania. Poza tym musimy się śpieszyć, gdyż małżeństwo może zmienić całkowicie 
jej tryb życia i przyzwyczajenia. Natychmiast wysyłam depeszę do króla. 

Doszliśmy  do  Baker  Street.  Mój  przyjaciel  szukał  właśnie  klucza  w  kieszeni,  gdy  jakiś 

przechodzień odezwał się: 

— Dobranoc, panie Sherlock Holmes. 
W tym momencie minęło nas kilka osób, ale mnie się zdawało, że słowa te wypowiedział 

szczupły młodzieniec w sportowym palcie, który odszedł szybkim krokiem. 

— Ten głos już kiedyś słyszałem — powiedział Holmes wpatrując się z natężeniem w słabo 

oświetloną ulicę. — Któż by to mógł być, u diabła? 

background image

III 

 
Tej nocy spałem na Baker Street i właśnie jedliśmy tosty popijając kawę, gdy król Czech 

wszedł do pokoju. 

— Czy  naprawdę  pan  ją  odzyskał?  —  zawołał  chwytając  Sherlocka  Holmesa  za  ramię  i 

patrząc na niego z niepokojem. 

— Jeszcze nie. 
— Ale ma pan pewne nadzieje? 
— Tak, pewne nadzieje. 
— No to chodźmy. Drżę z niecierpliwości, żeby już wyjść. 
— Musimy wziąć dorożkę. 
— Nie trzeba, na dole czeka moja kareta. 
— To nam uprości sprawę. 
Zeszliśmy i ruszyliśmy raz jeszcze do Briony Lodge. 
— Irena Adler wyszła za mąż — zauważył Holmes. 
— Wyszła za mąż? Kiedy? 
— Wczoraj. 
— Za kogo? 
— Za prawnika angielskiego nazwiskiem Norton. 
— Ale chyba go nie kocha? 
— Mam nadzieję, że nawet bardzo. 
— Dlaczego nadzieję? 
— Ponieważ  to  oszczędzi  waszej  wysokości  ewentualnych  kłopotów.  Jeżeli  ta  kobieta 

kocha  swego  męża,  to  nie  kocha  waszej  wysokości  i  nie  ma  powodu,  dla  którego  miałaby 
pokrzyżować plany waszej wysokości. 

— Tak,  to  prawda,  a  jednak…  Gdyby  pochodziła  z  tej  samej  sfery  co  ja,  byłaby 

nadzwyczajną królową! — Po tych słowach król pogrążył się w rozmyślaniach, których nikt nie 
przerywał aż do Serpentine Avenue. 

Drzwi Briony Lodge były otwarte, a na schodach stała starsza, siwa kobieta. Przyglądała się 

nam ironicznie, kiedy wysiadaliśmy z karety. 

— Zapewne pan Sherlock Holmes? — spytała. 
— Tak,  nazywam  się  Sherlock  Holmes  —  potwierdził  mój  przyjaciel,  patrząc  na  nią 

pytającym i nieco zaskoczonym wzrokiem. 

— Moja pani mi powiedziała, że pan z pewnością przyjdzie. Wyjechała dziś rano z mężem 

na kontynent, pociągiem piąta piętnaście, z dworca Charing Cross. 

— Co takiego? — Holmes aż się cofnął i pobladł z wrażenia. — Mówi pani, że wyjechała z 

Anglii? 

— I nigdy nie wróci. 
— A fotografia? — spytał ochryple król. — Wszystko stracone. 
— Zaraz się przekonamy — Holmes odsunął gospodynię i wpadł do bawialni, za nim król i 

ja.  Meble  stały  nieporządnie  porozsuwane,  półki  były  opróżnione,  a  szuflady  otwarte,  jak 
gdyby pani domu przeszukiwała je w pośpiechu przed ucieczką. Holmes podszedł do rączki 
dzwonka, usunął ruchomą taflę i wyjął fotografię z listem. Było to zdjęcie samej Ireny Adler w 
balowej sukni, na liście widniał napis: 

 
„WPan Sherlock Holmes, wydać na żądanie”. 
 
Mój  przyjaciel  rozdarł  kopertę  i  wszyscy  trzej  zaczęliśmy  czytać.  List  datowany  był  o 

północy poprzedniego dnia i brzmiał następująco: 

background image

 
„Drogi panie Sherlock Holmes! Zrobił pan to rzeczywiście doskonale. Zaskoczył mnie pan 

zupełnie.  Aż  do  chwili  udanego  pożaru  niczego  nie  podejrzewałam.  Kiedy  jednak  sama  się 
zdradziłam,  zaczęłam  myśleć.  Już  kilka  miesięcy  temu  ostrzeżono  mnie  przed  panem. 
Powiedziano  mi,  że  jeżeli  król  użyje  detektywa,  będzie  to  z  pewnością  pan.  Dano  mi  nawet 
pański adres. Mimo to zmusił mnie pan, bym zdradziła to, czego chciał się pan dowiedzieć. 
Nawet kiedy zbudziły się we mnie podejrzenia, nie mogłam uwierzyć, by taki miły, stary pastor 
mógł mieć złe zamiary. Ale jak pan wie, mam doświadczenie aktorskie. Męskie przebranie nie 
jest  dla  mnie  niczym  nadzwyczajnym,  a  daje  swobodę,  z  której  często  korzystam.  Posłałam 
Johna do bawialni, żeby pana pilnował, a tymczasem sama pobiegłam na górę, przebrałam się 
w mój strój spacerowy (jak go nazywam) i w chwilę po panu byłam na dole. 

Szłam  za  panem  aż  do  mieszkania  na  Baker  Street  i  dopiero  wtedy  upewniłam  się 

ostatecznie,  że  stałam  się  przedmiotem  zainteresowania  słynnego  Sherlocka  Holmesa.  Pod 
wpływem  nieostrożnego  odruchu  życzyłam  panu  dobrej  nocy  i  ruszyłam  do  Temple,  by 
zobaczyć się z mężem. 

Doszliśmy oboje do wniosku, że skoro mamy tak wybitnego przeciwnika, najlepszym dla nas 

wyjściem  będzie  ucieczka,  dlatego  gdy  pan  przyjdzie  do  mnie  jutro  rano,  zastanie  pan  dom 
pusty. Co zaś do fotografii, pański klient może być spokojny. Kocham i jestem kochana przez 
człowieka lepszego niż on. Król może sobie robić, co mu się podoba, bez przeszkód ze strony 
kogoś, kogo okrutnie skrzywdził. Zatrzymuję to zdjęcie, by się zabezpieczyć i mieć broń, która 
mnie uchroni przed ewentualną napaścią w przyszłości. W zamian zostawiam fotografię, którą 
może chciałby mieć, i pozostaję szczerze panu oddana 

Irena Norton, z domu Adler” 

 
— Niezwykła  kobieta!  Och,  jaka  niezwykła  kobieta!  —  wykrzyknął  król  Czech,  kiedy 

przeczytaliśmy list. — Czy nie mówiłem, jaka jest inteligentna i odważna? Byłaby wspaniałą 
królową! Jaka szkoda, że nie dorównuje mi poziomem. 

— Z  tego,  co  widziałem,  ta  kobieta  rzeczywiście  różni  się  bardzo  poziomem  od  waszej 

wysokości  —  powiedział  chłodno  Holmes.  —  Przykro  mi,  że  nie  zdołałem  doprowadzić 
sprawy waszej wysokości do bardziej pomyślnego końca. 

— Wprost przeciwnie, drogi panie — zawołał król — nie mógł pan załatwić tego lepiej. 

Wiem, że ona zawsze dotrzymuje słowa. Fotografia jest teraz równie bezpieczna, jak gdyby 
znalazła się w ogniu. 

— Z wielką radością słucham waszej wysokości. 
— Zawdzięczam  panu  bardzo  wiele,  proszę  mi  więc  powiedzieć,  w  jaki  sposób  mogę 

spłacić swój dług? Może ten pierścień… — zsunął z palca szmaragdowy pierścień w kształcie 
węża i położył na dłoni. 

— Wasza  wysokość  posiada  coś,  co  przedstawia  dla  mnie  o  wiele  większą  wartość  — 

powiedział Holmes. 

— Niech pan tylko powie. 
— Tę oto fotografię! 
Król spojrzał na niego ze zdumieniem. 
— Fotografię Ireny? Jeżeli pan chce, niech pan bierze. 
— Dziękuję waszej wysokości. W tej sprawie nie pozostało nic więcej do zrobienia. Mam 

zaszczyt pożegnać pana — skłonił się i odwrócił, nie widząc wyciągniętej ręki króla. Razem 
wróciliśmy na Baker Street. 

Taki  oto  skandal  groził  królestwu  czeskiemu  i  tak  kobiecy  rozum  pokrzyżował  starannie 

opracowane plany Sherlocka Holmesa. Zwykle żartował sobie z mądrości kobiet, ale ostatnio 
nie słyszałem, by to robił. Kiedy zaś wspomina o historii z fotografią albo Irenę Adler, mówi o 
niej zawsze z szacunkiem jako o kobiecie. 

background image

Przełożyła Irena Doleżal–Nowicka 

background image

S

TOWARZYSZENIE 

C

ZERWONOWŁOSYCH

 

 
Pewnego  dnia  odwiedziłem  mego  przyjaciela  Sherlocka  Holmesa  i  znalazłem  go 

pogrążonego  w  rozmowie  z  bardzo  otyłym,  rumianym  starszym  panem  o  płomiennie 
czerwonych włosach. Przepraszając za najście, chciałem się wycofać, lecz Holmes wciągnął 
mnie gwałtownie do pokoju i zamknął za mną drzwi. 

— Nie  mogłeś  przyjść  w  bardziej  stosownej  chwili,  mój  drogi  Watsonie  —  powiedział 

serdecznie. 

— Myślałem, że jesteś zajęty. 
— Jestem. Nawet bardzo. 
— Wobec tego zaczekam w sąsiednim pokoju. 
— Ależ nie. Ten dżentelmen, panie Wilson, był mi towarzyszem i pomocnikiem w moich 

najbardziej  udanych  dochodzeniach  i  nie  wątpię,  że  okaże  się  bardzo  użyteczny  także  i  w 
pańskiej sprawie. 

Otyły  pan  na  wpół  uniósł  się  z  krzesła  i  lekko  skinął  głową,  obejmując  mnie  szybkim, 

badawczym spojrzeniem swych małych, tonących w tłuszczu oczu. 

— Siadaj na kanapie — powiedział Holmes, opadając znowu na swój fotel i stykając palce 

obu dłoni, co oznaczało u niego, że rozmyśla nad jakąś sprawą. — Wiem, mój drogi Watsonie, 
że  dzielisz  ze  mną  miłość  do  spraw  niezwykłych,  leżących  poza  konwencjami  i  nużącą 
monotonią  codziennego  życia.  Twój  entuzjazm  dla  tych  spraw  kazał  ci  spisać  i  —  jeśli 
wybaczysz mi takie określenie — nieco upiększyć wiele moich małych przygód. 

— Twoje dochodzenia były rzeczywiście niezwykle interesujące dla mnie — zauważyłem. 
— Przypominasz sobie zapewne, co powiedziałem onegdaj, zanim zaczęliśmy rozwiązywać 

bardzo  prosty  problem,  który  przedstawiła  nam  panna  Mary  Sutherland  —  że  niezwykłych 
wrażeń  i  niecodziennych  powikłań  należy  szukać  w  prawdziwym  życiu,  które  jest  zawsze 
śmielsze niż jakikolwiek wysiłek wyobraźni. 

— Był to wniosek, o którego słuszności pozwoliłem sobie wątpić. 
— To prawda, doktorze, niemniej jednak będziesz musiał zgodzić się z moim poglądem, 

gdyż w przeciwnym wypadku będę tak długo zasypywał cię faktami, aż wreszcie rozumowanie 
twoje załamie się i przyznasz mi słuszność. Obecny tu pan Jabez Wilson był tak uprzejmy, że 
zgłosił się do mnie dzisiejszego ranka i właśnie rozpoczął swoją opowieść, zapowiadającą się 
może  najbardziej  niezwykle  spośród  tych,  jakie  ostatnio  słyszałem.  Przypominasz  sobie 
zapewne moje twierdzenie, że najdziwniejsze i najrzadsze wydarzenia połączone są zwykle nic 
z dużymi, ale z małymi przestępstwami, tak że czasem można mieć wątpliwości, czy w ogóle 
zostały  one  popełnione.  Z  tego,  co  dotychczas  usłyszałem,  nie  mogę  stwierdzić,  czy  w  tej 
sprawie mamy do czynienia z przestępstwem, czy nie, ale przebieg wypadków na pewno należy 
do najbardziej osobliwych, jakie kiedykolwiek do mnie dotarły. Panie Wilson, może będzie pan 
tak dobry i rozpocznie raz jeszcze swoje opowiadanie. Proszę o to nie tylko dlatego, że mój 
przyjaciel doktor Watson nie słyszał początku, ale także dlatego, że dziwaczny charakter tej 
historii skłania mnie do zebrania wszystkich możliwych szczegółów wprost z pańskich ust. W 
zasadzie,  kiedy  usłyszę  nawet  pobieżną  relację  wypadków,  mam  możność  kierowania  się 
tysiącem podobnych zdarzeń, które pojawiają się w mojej pamięci. Ale w obecnym przypadku 
jestem zmuszony przyznać, że fakty są bez precedensu. 

Korpulentny interesant wypiął pierś z wyrazem dumy i wyciągnął z zewnętrznej kieszeni 

tużurka pomiętą i brudną gazetę. Podczas gdy spoglądał na kolumnę ogłoszeń, mając głowę 
pochyloną  ku  przodowi,  a  pismo  rozpostarte  na  kolanach,  przyjrzałem  mu  się  dokładnie, 
usiłując  metodą  mego  przyjaciela  wyciągnąć  wnioski,  które  mogły  nasuwać  jego  wygląd  i 
ubranie. 

background image

Niestety, obserwacje moje nie dały mi wiele. Nasz gość był w każdym szczególe zwykłym 

handlowcem brytyjskim, tęgim, okazałym i powolnym. Ubrany był w nieco workowate, szare, 
kraciaste spodnie, nie za czysty czarny tużurek z poodpinanymi guzikami i płową kamizelką 
ozdobioną  ciężkim,  miedzianym  łańcuszkiem  w  stylu  księcia  Alberta.  Z  łańcuszka  zwisał 
kwadratowy,  przebity  po  środku,  metalowy  brelok.  Wytarty  cylinder  i  wyblakły,  brązowy 
płaszcz  z  pomarszczonym  aksamitnym  kołnierzem  wisiały  na  oparciu  jego  krzesła.  We 
wszystkim,  co  zauważyłem  patrząc  na  tego  człowieka,  nie  było  nic  godnego  uwagi,  poza 
płomiennie czerwonymi włosami oraz wyrazem wielkiego zmartwienia i niezadowolenia, jaki 
malował się na jego twarzy. 

Czujne  oko  Sherlocka  Holmesa  dostrzegło,  czym  jestem  zajęty.  Widząc  moje  pytające 

spojrzenie uśmiechnął się i potrząsnął głową. 

— Poza  rzucającymi  się  w  oczy  faktami,  jak  na  przykład:  że  swego  czasu  zajmował  się 

pracą fizyczną, że zażywa tabakę, że jest wolnomularzem, że był w Chinach i że ostatnio pisał 
wiele, nic więcej nie dostrzegam. 

Pan  Jabez  Wilson  wyprostował  się  gwałtownie.  Jego  wskazujący  palec  wciąż  jeszcze 

spoczywał na gazecie, ale oczy wlepione były w mego towarzysza. 

— W jaki sposób, na litość boską, zgadł  pan to  wszystko,  panie Holmes?  — zapytał.  — 

Skąd pan wiedział na przykład, że pracowałem kiedyś fizycznie? To prawdziwe jak Ewangelia. 
Zacząłem pracować jako stolarz na statku. 

— Pańskie dłonie, drogi panie. Prawa dłoń jest o wiele większa niż lewa. Widać, że pan nią 

pracował, zresztą mięśnie prawej są o wiele bardziej wyrobione. 

— No dobrze, ale tabaka i wolnomularstwo? 
— Nie chciałbym uwłaczać pańskiej inteligencji tłumacząc panu, jak to odczytałem; zresztą, 

wbrew ścisłym regułom swego związku, nosi pan spinkę w kształcie łuku i cyrkla. 

— Tak, rzeczywiście. Zapomniałem o tym. Ale pisanie? 
— A  czymże  innym  tłumaczyć  sobie  można  to,  że  prawy  rękaw  jest  wyświecony  na 

przestrzeni pięciu cali, a lewy ma lśniący ślad w pobliżu łokcia, w miejscu, gdzie opiera go pan 
o biurko? 

— No dobrze, a Chiny? 
— Ryba, którą wytatuował pan sobie tuż nad prawym przegubem, mogła być zrobiona tylko 

w Chinach. Przez pewien czas zajmowałem się studiowaniem tatuaży i przyczyniłem się nawet 
do  powiększenia  literatury  dotyczącej  tego  tematu.  Ten  sposób  barwienia  łuski  rybiej 
delikatnym  różowym  kolorem  jest  właściwy  jedynie  Chinom.  A  kiedy  w  dodatku  widzę 
chińską monetę zwisającą z pańskiego łańcuszka od zegarka, sprawa staje się jeszcze prostsza. 

Pan Jabez Wilson roześmiał się z przymusem. 
— Rzeczywiście  —  powiedział.  —  Początkowo  myślałem,  że  wymyślił  pan  to  bardzo 

mądrze, ale teraz widzę, że nie było w tym ostatecznie nic nadzwyczajnego. 

— —  Zaczynam  sądzić,  Watsonie  —  powiedział  Holmes  —  że  źle  robię  wyjaśniając  to 

wszystko.  Omne  ignotum  pro  magnifico

*

,  jak  wiesz,  a  moja  niewielka,  skromna  reputacja 

zostanie strzaskana, jeśli będę tak szczery. Czy nie może pan znaleźć tego ogłoszenia, panie 
Wilson? 

— Tak.  Już  je  mam  —  odpowiedział  wskazując  grubym,  czerwonym  palcem  środek 

kolumny. — Tu jest. Od tego właśnie wszystko się rozpoczęło. Ale niech pan to sam przeczyta. 

Wziąłem  od  niego  pismo  i  przeczytałem,  co  następuje:  „Do  Stowarzyszenia 

Czerwonowłosych:  W  związku  z  zapisem  spadkowym  pozostawionym  przez  zmarłego 
Ezechiasza  Hopkinsa  z  Lebanon,  Pensylwania,  USA,  każdy  członek  Stowarzyszenia  będzie 
mógł otrzymywać uposażenie w wysokości czterech funtów tygodniowo w zamian za czysto 
formalne  usługi.  Wszyscy  czerwonowłosi  mężczyźni,  zdrowi  na  ciele  i  umyśle,  którzy 

                                                 

*

 Omne ignotum pro magnifico (łac.) — wszystko, co nieznane, wydaje się wspaniałe. 

background image

przekroczyli  dwudziesty  pierwszy  rok  życia,  mogą  ubiegać  się  o  przyjęcie.  Zgłaszać  się 
osobiście w poniedziałek o godzinie jedenastej u Duncana Rossa w biurach Stowarzyszenia 
pod adresem 7 Pope’s Court Fleet Street”. 

— A cóż to, na miłość boską, oznacza? — zawołałem po dwukrotnym przeczytaniu tego 

zdumiewającego ogłoszenia. 

Holmes zachichotał i zaczął kołysać się w krześle, jak to miał we zwyczaju, kiedy był w 

doskonałym humorze. 

— To odbiega nieco od utartych ścieżek, prawda? — powiedział. — A teraz, panie Wilson, 

proszę natychmiast opowiedzieć nam wszystko o sobie, swoim otoczeniu domowym i o tym, 
jak to ogłoszenie wpłynęło na pańskie życie. Przede wszystkim zanotuj, doktorze, nazwę i datę 
gazety. 

— To jest „Morning Chronicie” z dnia 27 kwietnia 1890. Dokładnie sprzed dwóch miesięcy. 
— Więc było  to  tak, jak już panu opowiedziałem,  panie Sherlock Holmes  — powiedział 

Jabez Wilson ocierając czoło. — Jestem właścicielem małego lombardu przy Coburg Square, 
niedaleko City. Nie jest to wielkie przedsiębiorstwo i w ostatnich latach zaledwie wystarcza mi 
na  jakie  takie  utrzymanie.  Niegdyś  miałem  dwóch  pomocników,  obecnie  utrzymuję  tylko 
jednego i miałbym trudności z płaceniem mu, ale zgodził się pracować za pół wynagrodzenia, 
licząc na to, że nauczy się zawodu. 

— A jak brzmi nazwisko tego pilnego młodzieńca? — zapytał Sherlock Holmes. 
— Nazywa się Vincent Spaulding i nie jest znowu tak bardzo młody. Trudno zgadnąć, ile 

ma lat. Nie życzyłbym sobie bardziej bystrego pomocnika, panie Holmes, i wiem, że mógłby 
poprawić swój los zarabiając dwa razy więcej, niż ja mogę mu dać. Ale ostatecznie, jeżeli jest 
zadowolony, to czemu mam podsuwać mu takie pomysły? 

— Oczywiście,  powinien  pan  być  bardzo  zadowolony  mając  pracownika  za  pół  ceny 

rynkowej. Nie zdarza się to często pracodawcom w naszych czasach. Nie wiem, czy pański 
pomocnik nie jest równie zdumiewający jak to pańskie ogłoszenie. 

— Och,  ma  on  także  swoje  wady  —  powiedział  pan  Wilson.  —  Nigdy  nie  widziałem 

człowieka  tak  zakochanego  w  fotografowaniu.  Węszy  z  aparatem  wtedy,  gdy  powinien 
rozwijać swój umysł, a potem ucieka do piwnicy, jak królik do swojej nory, żeby wywoływać 
zdjęcia. To jego główna wada. Ale ogólnie biorąc, jest dobrym pracownikiem. Nie ma żadnych 
nałogów. 

— Pracuje nadal u pana? 
— Tak.  On  i  czternastoletnia  dziewczyna,  która  trudni  się  gotowaniem  naszych  prostych 

posiłków  i  utrzymuje  dom  w  czystości.  To  całe  moje  otoczenie  domowe,  gdyż  jestem 
wdowcem i nie mam rodziny. Żyjemy we trójkę bardzo spokojnie, proszę pana. Staramy się 
zachować  dach  nad  głową  i  płacić  nasze  zobowiązania,  jeśli  nie  możemy  dokonać  więcej. 
Pierwszą rzeczą, która  wytrąciła nas z równowagi,  było to  ogłoszenie.  Osiem  tygodni  temu 
Spaulding wszedł do biura z gazetą w ręce i powiada: 

— Chciałbym być rudy, daję słowo, panie Wilson! 
— Dlaczego? — pytam. 
— Dlaczego!  —  powiada  on.  —  Oto  jest  wolna  posada  dla  członka  Stowarzyszenia 

Czerwonowłosych.  Niezły  dochód  dla  człowieka,  który  ją  dostanie.  A  podobno  jest  więcej 
posad  niż  ludzi,  którzy  mogą  je  dostać,  i  powiernicy  testamentu  zachodzą  w  głowę,  jak  te 
pieniądze zużytkować. Gdyby tylko moje włosy chciały zmienić barwę, zaraz bym pobiegł do 
tego żłobu, który tylko czeka, żeby z niego jeść. 

— A o co chodzi? — zapytałem. 
Widzi pan, panie Holmes, jestem domatorem, a ponieważ moi interesanci przychodzą do 

mnie, a nie ja do nich, więc często całe tygodnie nie wychylam nosa z domu. W ten sposób 
niewiele wiem o tym, co się dzieje, i byłem zadowolony, że usłyszę jakieś nowiny. 

background image

— Czy  nie  słyszał  pan  nigdy  o  Stowarzyszeniu  Czerwonowłosych?  —  pyta  mnie  on  ze 

zdziwieniem w oczach. 

— Nigdy. 
— Patrzcie! Aż dziwne, bo przecież posada w sam raz dla pana. 
— A cóż ona jest warta? — zapytałem. 
— Och, mniej więcej paręset funtów rocznie, ale praca prawie żadna i nie zawadza w innych 

zajęciach. 

Domyślacie się panowie, że nadstawiłem uszu, bo interes kiepsko szedł w ostatnich latach, a 

paręset funtów rocznie ekstra bardzo by się przydało. 

— Opowiedz mi wszystko, co wiesz — powiedziałem. 
Jak widać z tego — rzekł pokazując mi ogłoszenie — stowarzyszenie ma wolne posady, a tu 

jest adres, pod który należy się udać po szczegóły. O ile wiem, stowarzyszenie zostało założone 
przez  amerykańskiego  milionera  Ezechiasza  Hopkinsa,  który  był  nieco  dziwacznym 
człowiekiem. Sam był rudy i darzył wielką sympatią wszystkich rudych ludzi. A kiedy umarł, 
pozostawił swój ogromny majątek w rękach powierników, z poleceniem, aby procenty szły na 
stworzenie  wygodnych  stanowisk  dla  ludzi  o  tym  właśnie  kolorze  włosów.  Z  tego,  co 
słyszałem, stanowiska te są znakomicie płatne i nie wymagają prawie żadnej pracy. 

— Są przecież miliony rudych ludzi, którzy staraliby się o nie. 
— Nie tak wielu, jak pan przypuszcza — odpowiedział. — Korzystać z tego mogą jedynie 

londyńczycy, i to dorośli. Ów Amerykanin karierę swoją rozpoczął w Londynie i w ten sposób 
chciał odwdzięczyć się miastu. Poza tym włosy muszą być prawdziwie rude, a nie jasnorude, 
ciemnorude czy ogniste. Oczywiście, gdyby pan chciał się o to starać, panie Wilson, mógłby 
pan tam pójść. Ale może nie warto zawracać sobie głowy kilkuset funtami. 

Faktem  jest,  panowie,  że  włosy  moje,  jak  to  sami  widzicie,  mają  bardzo  pełną  i  bogatą 

barwę.  Wydało  mi  się,  że  gdyby  doszło  rzeczywiście  do  współzawodnictwa  pod  tym 
względem,  mogę  mieć  takie  same  możliwości  jak  każdy  inny  człowiek.  Vincent  Spaulding 
wiedział  tak  wiele,  że  pomyślałem,  by  załatwić  sprawę  przy  jego  pomocy.  Kazałem  mu 
zamknąć  okiennice  i  pójść  tam  wraz  „ze  mną.  Ucieszył  się  bardzo  tym  niespodziewanym 
świętem, więc zamknęliśmy biuro i ruszyliśmy w stronę ulicy wskazanej w ogłoszeniu. 

Takiego widoku nie będę miał już chyba nigdy w życiu, panie Holmes. Z północy, południa, 

wschodu i zachodu każdy człowiek, który miał chociaż odcień czerwieni we włosach, ruszył do 
City, by odpowiedzieć na ogłoszenie. Fleet Street była wypełniona po brzegi rudym tłumem, a 
Pope’s Court wyglądał jak stragan z pomarańczami. Nie uwierzyłbym nigdy, że tylu ich jest w 
całym  kraju,  ilu  zebrało  się  po  tym  jednym  ogłoszeniu.  Były  różne  odcienie:  słomy, 
pomarańczy,  cegły,  irlandzkiego  setera,  wątroby,  gliny  —  ale,  jak  to  Spaulding  powiedział 
przedtem, niewielu było takich, którzy mieliby prawdziwie rude włosy. Kiedy zobaczyłem te 
tłumy, byłbym już dał za wygraną, lecz Spaulding nie chciał nawet o tym słyszeć. Jak tego 
dokonał, nie umiem sobie wyobrazić, ale pchał się i roztrącał tłum, aż wreszcie wydobył mnie 
ze ścisku i znaleźliśmy się na schodach prowadzących do biura. 

— Musiało to być bardzo zajmujące — zauważył Holmes, podczas gdy jego klient urwał i 

próbował odświeżyć swą pamięć potężnym niuchem tabaki. — Błagam, niech pan mówi dalej, 
to nadzwyczaj ciekawa historia. 

— W  biurze  nie  było  nic  poza  parą  drewnianych  krzeseł  i  sosnowym  stołem,  a  za  nim 

siedział  mały  człowieczek,  którego  głowa  była  chyba  jeszcze  bardziej  czerwona  niż  moja. 
Zamieniał kilka słów z każdym podchodzącym do niego kandydatem i u każdego znajdował 
jakąś wadę, która powodowała odrzucenie kandydatury. Jak z tego wynika, otrzymanie posady 
nie  było  rzeczą  łatwą.  Lecz  kiedy  nadeszła  nasza  kolejka,  mały  człowieczek  okazał  się 
łaskawszy dla mnie niż dla innych. Zamknął drzwi, aby móc zamienić z nami kilka słów na 
osobności. 

background image

— To jest pan Jabez Wilson — powiedział mój pomocnik. — Pragnie on uzyskać posadę w 

Stowarzyszeniu. 

— I cudownie się do niej nadaje — odpowiedział tamten. — Spełnia wszystkie wymagania. 

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem coś tak znakomitego. 

Cofnął się o krok, przechylił głowę na bok i zaczął wpatrywać się w moje włosy tak długo, 

że wreszcie poczułem się onieśmielony. Wtedy niespodziewanie rzucił się naprzód, chwycił 
moją rękę i zaczął mi gorąco gratulować sukcesu. 

— Byłoby niesłuszne, gdybym się wahał — powiedział. — Ale wierzę, że wybaczy mi pan 

konieczną przezorność. — Z tymi słowami chwycił mnie oburącz za włosy i szarpał tak długo, 
aż krzyknąłem z bólu. — Pana oczy są wilgotne — powiedział puszczając mnie. — Widzę, że 
wszystko jest tak, jak być powinno. Lecz musimy być ostrożni, gdyż dwukrotnie już byliśmy 
oszukani przez peruki, a raz za pomocą farby. Mógłbym panu opowiedzieć takie historyjki, 
które wywołałyby w panu wstręt do natury ludzkiej. 

Podszedł  do  okna  i  krzyknął  na  cały  głos,  że  wolna  posada  została  już  zajęta.  Jęk 

rozczarowania  dobiegł  do  naszych  uszu  i  ludzie  rozeszli  się  we  wszystkich  kierunkach.  Po 
chwili  nie  widać  już  było  ani  jednej  rudej  głowy  poza  moją  własną  i  tą,  która  należała  do 
kierownika biura. 

— Moje nazwisko brzmi Duncan Ross — powiedział — i jestem jednym ze stypendystów 

funduszu pozostawionego przez naszego szlachetnego dobroczyńcę. Czy jest pan człowiekiem 
żonatym, panie Wilson, czy ma pan rodzinę? 

Odpowiedziałem, że jestem samotny. Jego twarz wydłużyła się natychmiast. 
— O Boże! — powiedział ponurym głosem. — To rzeczywiście bardzo niedobrze. Przykro 

mi słyszeć o tym. Fundusz jest przeznaczony na rozmnażanie rudych, jak i na ich utrzymanie. 
Nieszczęśliwie się składa, że pan jest kawalerem. 

Twarz mi się wyciągnęła, panie Holmes, i pomyślałem sobie, że nic dostanę w końcu tej 

posady. Ale po parominutowym namyśle powiedział, że wszystko będzie dobrze. 

— W każdym innym wypadku — powiedział — ten brak mógłby być zgubny, ale musimy 

przymknąć oko, gdy chodzi o człowieka z taką głową jak pańska. Kiedy będzie pan w stanie 
objąć swoje nowe obowiązki? 

— Hm, to jest mi trochę nie na rękę; mam własne przedsiębiorstwo — powiedziałem. 
— Och, tym niech się pan nie przejmuje, panie Wilson! — powiedział Vincent Spaulding. 

— Wszystko panu załatwię. 

— Jakie byłyby godziny pracy? — zapytałem. 
— Od dziesiątej do drugiej. 
Musi pan wiedzieć, panie Holmes, że dawanie pieniędzy pod zastaw odbywa się przeważnie 

wieczorem, a najczęściej we wtorki i piątki, tuż przed dniami wypłat. Dlatego byłoby mi na 
rękę dorobić sobie coś niecoś w godzinach rannych. Poza tym wiedziałem, że mój pomocnik 
jest odpowiedzialnym człowiekiem i przypilnuje wszystkiego, co może się zdarzyć. 

— Bardzo mi to odpowiada — powiedziałem. — A pensja? 
— Cztery funty tygodniowo. 
— A praca? 
— Jest tylko czysto nominalna. 
— Co pan nazywa czysto nominalną pracą? 
— No, musi pan być w biurze, a co najmniej w budynku, w godzinach pracy. Jeżeli pan 

wyjdzie, utraci pan swoją posadę na zawsze. Testament nic pozostawia wątpliwości pod tym 
względem. Nie spełni pan warunków, jeśli ruszy się pan z biura w tych godzinach. 

— To  tylko  cztery  godziny  na  dzień  i  nie  przyszłoby  mi  nawet  do  głowy  wychodzić  — 

powiedziałem. 

— Żadne  usprawiedliwienie  nie  będzie  istotne  —  powiedział  pan  Duncan  Ross  —  ani 

choroba, ani interesy, ani nic innego. Musi pan być na miejscu albo straci pan stanowisko. 

background image

— A praca? 
— Chodzi o przepisywanie Encyclopaedia Britannica. Pierwszy jej tom znajduje się tutaj. 

Musi się pan zaopatrzyć we własny atrament, pióra i bibułę, my damy stół i krzesło. Czy będzie 
pan gotów jutro? 

— Oczywiście — odpowiedziałem. 
— W  takim  razie  do  widzenia,  panie  Jabez  Wilson,  i  raz  jeszcze  gratuluję  panu  tego 

znakomitego stanowiska, które pan tak szczęśliwie zdobył. 

W ukłonach odprowadził mnie do drzwi. Gdy szliśmy do domu z moim pomocnikiem, nie 

bardzo wiedziałem, jak się zachować, tak byłem uradowany szczęśliwym darem losu. 

Przez  cały  dzień  myślałem  nad  tą  sprawą  i  wieczorem  znowu  mój  nastrój  się  pogorszył. 

Doszedłem do przekonania, że cała ta afera musi być wielką kpiną albo oszustwem, chociaż 
jaki mógłby być powód tego, nie mogłem sobie wyobrazić. Wydawało mi się nie do wiary, że 
ktoś  pozostawił  taki  testament  albo  że  ktoś  mógł  płacić  taką  sumę  za  tak  prostą  pracę,  jak 
przepisywanie  Encyclopaedia  Britannica.  Vincent  Spaulding  robił,  co  mógł,  aby  mnie 
podtrzymać na duchu, ale w chwili udania się do łóżka wybiłem sobie z głowy całą sprawę. 
Jednak  rano  postanowiłem  przyjrzeć  się  wszystkiemu,  kupiłem  więc  butelkę  atramentu  za 
pensa, a potem z gęsim piórem i siedmioma arkuszami papieru ruszyłem w stronę Pope’s Court. 

Ku memu zdumieniu i zadowoleniu wszystko okazało się prawdziwe. Stół był już dla mnie 

przygotowany,  a  pan  Duncan  Ross  czekał,  żeby  sprawdzić,  czy  uczciwie  zasiądę  do  pracy. 
Kazał mi rozpocząć od litery „A” i wyszedł, lecz od czasu do czasu zaglądał, by sprawdzić, czy 
wszystko  jest  w  porządku.  O  drugiej  wpadł,  pogratulował  mi  ilości  przepisanego  tekstu, 
pożegnał się i wyszedł. 

Powtarzało  się  to  dzień  po  dniu,  panie  Holmes,  a  w  sobotę  kierownik  biura  przyszedł  i 

położył przede mną cztery złote suwereny jako zapłatę za moją tygodniową pracę. Tak samo 
było  następnego  tygodnia  i  w  tydzień  później.  Każdego  ranka  byłem  tam  o  dziesiątej  i 
odchodziłem o drugiej. Stopniowo pan Duncan Ross zaczął zaglądać tylko rano, a po pewnym 
czasie  przestał  przychodzić  w  ogóle.  W  dalszym  ciągu,  oczywiście,  nie  ośmieliłem  się 
opuszczać pokoju nawet na chwilę, bo nie byłem pewien, kiedy może nadejść, a praca była tak 
dobra i odpowiadała mi tak znakomicie, że nie chciałem ryzykować jej utraty. 

Osiem  tygodni  minęło  w  ten  sposób  i  napisałem  już  o  „Abbasydach”  i  „Abacji”, 

„Architekturze”  i  „Attyce”,  mając  nadzieję,  że  przy  pilnej  pracy  niezadługo  dojdę  do  „B”. 
Zajęło  mi  to  wiele  stron  pełnego  formatu  i  prawie  zupełnie  zapełniłem  już  półkę  tym,  co 
napisałem. Wtedy niespodziewanie wszystko się skończyło. 

— Skończyło się? 
— Tak,  proszę  pana.  Nie  dalej  jak  dzisiaj  rano.  Przyszedłem  jak  zwykle  do  pracy  o 

dziesiątej,  ale  zastałem  drzwi  zamknięte  i  zaryglowane,  a  na  nich  był  przybity  pluskiewką 
kawałek tektury. Mam go tu i może go pan sam przeczytać. 

Uniósł kawałek białej tekturki wielkości kartki z notesu. Napis na nim brzmiał następująco: 
 

„Stowarzyszenie Czerwonowłosych jest rozwiązane 

9 października 1890” 

 
Sherlock Holmes i ja patrzyliśmy na to krótkie oświadczenie i żałosną twarz naszego klienta 

tak długo, aż wreszcie zabawna strona wydarzenia tak zupełnie przesłoniła wszystko inne, że 
obaj wybuchnęliśmy szalonym śmiechem. 

— Nie widzę w tym nic śmiesznego — zawołał nasz klient, czerwieniąc się aż po korzonki 

swoich płomiennych włosów. — Jeśli potraficie tylko śmiać się ze mnie i nic więcej, mogę 
pójść gdzie indziej ! 

— Nie, nie! — krzyknął Holmes sadzając go na krześle z powrotem. — Nie zrezygnuję z tej 

sprawy za skarby świata. Jest ona tak odświeżająco niezwykła. Ale, jeżeli mi pan wybaczy to 

background image

określenie,  jest  coś  niesłychanie  komicznego  w  tym  wszystkim.  Proszę,  niech  pan  opowie, 
jakie podjął pan kroki po znalezieniu tej kartki na drzwiach? 

— Byłem  oszołomiony,  proszę  pana.  Nie  wiedziałem,  co  robić.  Później  zacząłem 

wypytywać się w sąsiednich biurach, ale okazało się, że nikt nic nie wie. Wreszcie poszedłem 
do właściciela domu, który jest z zawodu rachmistrzem i mieszka na parterze. Spytałem go, czy 
może mi powiedzieć, co się stało ze Stowarzyszeniem Czerwonowłosych. Odpowiedział mi, że 
nigdy nie słyszał o takim stowarzyszeniu. Wówczas zapytałem go, kim jest pan Duncan Ross. 
Odpowiedział, że nazwisko to jest mu zupełnie nieznane. 

— No, a ten pan spod numeru 4? — zapytałem. 
— Ten rudy? 
— Tak. 
— Aa,  on  się  nazywa  William  Morris.  Jest  adwokatem  i  używał  mego  pokoju  jako 

tymczasowego locum, póki nie przeniesie się do własnego. Wczoraj się wyprowadził. 

— A gdzie mógłbym go znaleźć? 
— W  jego  nowym  biurze.  Pozostawił  mi  adres.  Tak,  ulica  Króla  Edwarda  17,  niedaleko 

katedry Świętego Pawła. 

Wyruszyłem tam, panie Holmes, ale kiedy znalazłem się na miejscu, okazało się, że jest to 

fabryka protez i nikt tam nigdy nic słyszał ani o panu Williamie Morris, ani o panu Duncanie 
Ross. 

— Co pan zrobił wówczas? 
— Wróciłem do domu na Saxe–Coburg Square i zapytałem o radę mego pomocnika. Ale nic 

mi nie mógł poradzić. Wyraził tylko przypuszczenie, że jeśli zaczekam cierpliwie, powinienem 
otrzymać wiadomość pocztą. Ale to nie była najlepsza rada, panie Holmes. Nie chciałem stracić 
tak dobrego miejsca bez walki, więc wiedząc o tym, że jest pan tak uprzejmy, by udzielać porad 
biednym ludziom, którzy ich potrzebują, poszedłem wprost do pana. 

— I bardzo roztropnie pan postąpił — powiedział Holmes. — Pana sprawa jest naprawdę 

godna uwagi i będę szczęśliwy mogąc się nią zająć. Z tego, co mi pan opowiedział, odnoszę 
wrażenie, że będzie poważniejsza w skutkach, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje. 

— Już  są  poważne!  —  powiedział  pan  Jabez  Wilson.  —  Przecież  straciłem  cztery  funty 

tygodniowo. 

— Jeżeli chodzi o pana — zauważył Holmes — to nie widzę powodu, dla którego miałby 

pan żywić urazę do tego niezwykłego stowarzyszenia. Przeciwnie, jest pan, jak się domyślam, 
bogatszy  o  mniej  więcej  trzydzieści  funtów,  nie  mówiąc  już  o  dokładnej  wiedzy,  którą  pan 
musiał zdobyć o każdym przedmiocie, znajdującym się pod literą „A”. Nic pan przez nich nie 
stracił. 

— Nie, proszę pana. Ale chcę się dowiedzieć, kim oni są i jaki mieli cel wciągając mnie w 

ten  żart,  jeżeli  to  naprawdę  był  żart.  Kosztował  ich  zresztą  dość  drogo,  bo  trzydzieści  dwa 
funty. 

— Postaramy się wyjaśnić panu poszczególne punkty. Ale najpierw jedno albo dwa pytania, 

panie Wilson. Ten pański pomocnik, który pierwszy zwrócił pana uwagę na ogłoszenie, jak 
dawno pracuje u pana? 

— Wtedy był już miesiąc u mnie. 
— Jak go pan znalazł? 
— Stawił się w odpowiedzi na ogłoszenie. 
— Czy był jedynym kandydatem? 
— Nie. Było ich tuzin. 
— Dlaczego wybrał pan jego? 
— Bo wydawał się zręczny i nie żądał wiele. 
— Pół pensji, mówiąc szczerze. 
— Tak. 

background image

— A jak wygląda ten Vincent Spaulding? 
— Niski, krępy, szybki w ruchach, bez zarostu na twarzy, chociaż niewiele mu brakuje do 

trzydziestki. Ma na czole biały ślad po oparzeniu kwasem. 

Holmes wyprostował się na krześle, bardzo podniecony. 
— Tak myślałem — powiedział. — Czy zauważył pan, że ma przekłute uszy? 
— Tak, proszę pana. Powiedział, że mu Cyganka przekłuła, kiedy był chłopcem. 
— Hm! — powiedział Holmes, zamyślając się znowu. — Czy jest ciągle jeszcze u pana? 
— O, tak, proszę pana. Przed chwilą rozstałem się z nim. 
— A czy pańskie przedsiębiorstwo było dobrze obsłużone podczas pana nieobecności? 
— Nie można się skarżyć, proszę pana. Nigdy zresztą nie ma rano za wiele roboty. 
— To na razie wszystko, panie Wilson. Bardzo bym chciał w możliwie najkrótszym czasie 

przekazać  panu  mój  pogląd  na  tę  sprawę.  Dziś  jest  sobota  i  mam  nadzieję,  że  nim  minie 
poniedziałek, dojdziemy do ostatecznych wniosków. 

— I cóż, Watsonie? — powiedział Holmes, kiedy nasz gość odszedł. — Co sądzisz o tym 

wszystkim? 

— Nic nie sądzę — odpowiedziałem szczerze. — To bardzo tajemnicza historia. 
— Jest zasada — powiedział Holmes — że im bardziej rzecz się wydaje niezwykła, tym 

mniej w końcu okazuje się tajemnicza. To te najzwyklejsze, pozbawione cech szczególnych 
zbrodnie  są  naprawdę  zagadkowe,  tak  jak  pospolita  twarz  jest  najtrudniejsza  do 
zidentyfikowania. Ale muszę przyspieszyć tę sprawę. 

— A co chcesz zrobić? — zapytałem. 
— Zapalić  —  odpowiedział.  —  To  jest  problem  na  trzy  fajki  i  bardzo  cię  proszę,  nie 

odzywaj się do mnie przez pięćdziesiąt minut. 

Zwinął się w kłębek na fotelu, podciągając kolana pod swój jastrzębi nos, i znieruchomiał z 

przymkniętymi  oczyma  i  czarną  fajką  wysuniętą  jak  dziób  jakiegoś  dziwacznego  ptaka. 
Doszedłem do wniosku, że zasnął, i sam nawet zacząłem drzemać, kiedy nagle zerwał się z 
fotela jak człowiek, który ustalił swój pogląd na sprawę. Położył fajkę na kominku. 

— Sarasate  gra  dziś  po  południu  w  St.  James  Hall  —  zauważył.  —  Co  myślisz  o  tym, 

Watsonie? Czy twoi pacjenci mogliby ci dać spokój przez kilka godzin? 

— Nie ma dzisiaj nic do roboty. Moja praktyka nigdy mnie zanadto nie absorbuje. 
— W  takim  razie  włóż  kapelusz  i  chodźmy.  Idę  przez  City  i  po  drodze  możemy  coś 

przekąsić. Zauważyłem, że jest w programie dużo muzyki niemieckiej, która lepiej przypada mi 
do gustu niż muzyka włoska czy francuska. Jest wnikliwa, a ja chcę dziś też być wnikliwy. 
Chodźmy! 

Pojechaliśmy kolejką podziemną aż do Adersgate i krótka przechadzka zaprowadziła nas do 

Saxe–Coburg Square, miejsca owego zdumiewającego zdarzenia, o którym dowiedzieliśmy się 
dzisiaj  rano.  Był  to  nędzny,  niewielki  placyk.  Cztery  rzędy  brudnych  piętrowych  domów  z 
cegły  spoglądały  na  niewielkie,  otoczone  sztachetami  ogrodzenie,  gdzie  zachwaszczony 
trawnik i kilka kępek usychających krzaczków wawrzynu toczyło ciężką walkę z niemożliwym 
do zniesienia, zadymionym powietrzem.  Trzy  pozłacane kule i  brązowy  szyld  na narożnym 
domu:  „Jabez  Wilson”,  wypisany  białymi  literami,  ogłaszały  miejsce,  gdzie  nasz 
czerwonowłosy  klient  prowadził  swój  interes.  Sherlock  Holmes  zatrzymał  się  i 
przekrzywiwszy  głowę  na  bok  obejrzał  dokładnie  to  miejsce.  Jego  oczy  lśniły  jasno  spod 
zmrużonych powiek. Poszedł wolno w górę ulicy, później zawrócił, ciągle spoglądając uważnie 
na domy. Wreszcie podszedł  do lombardu i  uderzywszy mocno dwa  albo  trzy razy laską w 
chodnik  zbliżył  się  do  drzwi  i  zapukał.  Otworzył  je  niezwłocznie  gładko  ogolony  młody 
człowiek o pogodnym wyrazie twarzy i poprosił nas do środka. 

— Dziękuję panu — powiedział Holmes. — Chciałem tylko zapytać, jak można dojść stąd 

do Strandu. 

background image

— Trzecia ulica na prawo, czwarta na lewo — odpowiedział młody człowiek bez wahania i 

zamknął drzwi. 

— Bystry chłopak — zauważył Holmes, kiedy odchodziliśmy. — Mani wrażenie, że jeżeli 

chodzi  o  bystrość,  to  zajmuje  czwarte  miejsce  w  Londynie,  a  jeżeli  weźmiemy  pod  uwagę 
śmiałość, to nie wiem, czy nawet nie trzecie. Niejedno już o nim dawniej słyszałem. 

— Widocznie pomocnik pana Wilsona zajmuje wiele miejsca w tajemnicy Stowarzyszenia 

Czerwonowłosych. Zdaje się, że zapytałeś o drogę tylko po to, by go zobaczyć. 

— Nie jego. 
— A co? 
— Jego spodnie w okolicy kolan. 
— I co zobaczyłeś? 
— To, czego się spodziewałem. 
— A czemu uderzałeś laską — w chodnik? 
— Mój  drogi  doktorze,  ten  czas  jest  przeznaczony  na  obserwację,  a  nie  na  rozmowę. 

Jesteśmy wywiadowcami w nieprzyjacielskim kraju. Wiemy coś o Saxe–Coburg Square. Teraz 
powinniśmy zbadać ścieżki, które leżą poza nim. 

Ulica, na którą weszliśmy po opuszczeniu placu Saxe–Coburg, różniła się od niego jak niebo 

i  ziemia.  Była  to  jedna  z  głównych  arterii  miasta,  przez  którą  tłum  pieszych  i  pojazdów 
przepływa ku północy i zachodowi. Jezdnia zatarasowana była olbrzymim strumieniem wozów 
z towarami, które sunęły podwójnym szeregiem w obie strony, podczas gdy chodniki były aż 
czarne od śpieszącego się tłumu przechodniów. Patrząc na rzędy pięknych sklepów i okazałych 
przedsiębiorstw  handlowych,  trudno  było  zrozumieć,  że  na  tyłach  ich  jest  wyblakły  i 
zapomniany plac, który przed chwilą opuściliśmy. 

— Chciałbym  bardzo  popatrzeć  —  powiedział  Sherlock  zatrzymując  się  na  rogu  i 

spoglądając  wzdłuż  ulicy  —  i  zapamiętać  kolejność,  w  jakiej  stoją  tu  domy.  Absolutna 
znajomość  Londynu  to  mój  konik.  Najpierw  jest  Mortimer,  potem  sklep  tytoniowy,  mały 
sklepik z gazetami, oddział Coburg Bank dla City i Przedmieść, restauracja dla jaroszy i skład 
powozów  firmy  Macfarlan.  Na  tym  kończy  się  jeden  blok.  A  teraz,  doktorze,  dokonaliśmy 
naszego dzieła i czas już na rozrywki. Mała przekąska i filiżanka kawy, a potem naprzód do 
krainy  skrzypiec,  gdzie  wszystko  jest  słodyczą,  wrażliwością  i  harmonią  i  gdzie  nie  ma 
żadnych rudych klientów, którzy by nas dręczyli swymi zagadkami. 

Mój  przyjaciel  był  entuzjastą  muzyki,  będąc  nie  tylko  dobrym  wykonawcą,  ale  i 

kompozytorem niemałej wartości. Całe popołudnie siedział w loży, pogrążony w zachwycie. 
Jego  długie  palce  poruszały  się  miękko  w  takt  muzyki,  podczas  gdy  łagodnie  uśmiechnięta 
twarz  i  rozmarzone  oczy  były  tak  bardzo  niepodobne  do  oczu  Holmesa  —  psa  gończego, 
Holmesa nieugiętego, przenikliwego detektywa, jak tylko można sobie było wyobrazić. W tym 
osobliwym człowieku obie strony jego natury wyłaniały się kolejno, a jego niezwykła ścisłość i 
przebiegłość  okazywały  się,  jak  często  obserwowałem,  reakcją  przeciw  poetyckim  i 
kontemplacyjnym nastrojom, które od czasu do czasu brały w nim górę. Wahadłowy ruch jego 
natury  przerzucał  go  z  zupełnego  rozmarzenia  do  stanu  wrzącej  energii  i  —  jak  dobrze 
wiedziałem — nigdy nie był tak straszliwy jak wówczas, gdy przez długie dni drzemał w fotelu 
pomiędzy swymi improwizacjami muzycznymi i starymi książkami. W takich chwilach żądza 
pościgu ogarniała go niespodziewanie, a siła rozumowania rozwijała się aż po granice intuicji, 
tak dalece, że ci, którzy nie byli przyzwyczajeni do jego metod, spoglądali na niego z ukosa, jak 
na  człowieka,  którego  wiedza  jest  nie  z  tego  świata.  Kiedy  przyglądałem  mu  się  tego 
popołudnia  w  St.  James  Hall,  tak  pogrążonemu  w  muzyce,  poczułem,  że  złe  chwile  mogą 
nadejść dla tych, których postanowił doścignąć. 

— Pragniesz na pewno pójść do domu, doktorze — zauważył, kiedy wychodziliśmy. 
— Właściwie wszystko mi jedno. 

background image

— A ja mam pewne zajęcie, które zabierze mi kilka godzin. Ta sprawa na Coburg Square 

jest poważna. 

— Dlaczego poważna? 
— Zaplanowane  jest  morderstwo.  Mam  jednak  wszelkie  podstawy,  aby  przypuszczać,  iż 

potrafimy  na  czas  temu  zapobiec.  Ale  fakt,  że  dzisiaj  jest  sobota,  trochę  komplikuje 
zagadnienie. Będę potrzebował twojej pomocy dziś wieczorem. 

— O której godzinie? 
— Najlepiej będzie o dziesiątej. 
— Zjawię się o tej godzinie na Baker Street. 
— Bardzo  dobrze.  I  jeszcze  jedno,  doktorze!  Może  być  trochę  niebezpiecznie,  weź  więc 

łaskawie ze sobą swój wojskowy rewolwer. 

Skinął mi dłonią, zakręcił się na pięcie i natychmiast zniknął w tłumie. Myślę, że nie jestem 

bardziej tępy niż moi bliźni, ale zawsze przytłacza mnie poczucie własnej głupoty, kiedy mam 
do  czynienia  z  Sherlockiem  Holmesem.  Słyszałem  przecież  wszystko  to,  co  on  usłyszał, 
widziałem to, co on zobaczył, a jednak z jego słów wynikało jasno, że zrozumiał dokładnie nie 
tylko to, co zaszło, ale także i to, co miało zajść, podczas kiedy dla mnie cała sprawa wciąż 
jeszcze była pogmatwana i groteskowa. 

Powracając do siebie na Kensington, przemyślałem raz jeszcze wszystko, od zdumiewającej 

opowieści rudego przepisywacza Encyclopaedia Britannica aż do wizyty na Coburg Square i 
złowróżbnych  słów,  którymi  mój  przyjaciel  mnie  pożegnał.  Cóż  miała  znaczyć  ta  nocna 
wyprawa  i  dlaczego  powinienem  być  uzbrojony?  Gdzie  pójdziemy  i  co  będziemy  robić? 
Wprawdzie  Holmes  wspomniał,  że  ten  gładkolicy  pomocnik  lichwiarza  jest  straszliwym 
człowiekiem  —  człowiekiem  zdolnym  do  wszystkiego.  Starałem  się  sprawę  rozwikłać,  ale 
moje  wysiłki  okazały  się  beznadziejne,  dałem  więc  spokój,  licząc  na  to,  że  noc  wszystko 
wyjaśni. 

Było piętnaście po dziewiątej, kiedy wyruszyłem z domu i rozpocząłem drogę przez Hyde 

Park, Oxford Street na Baker Street. Dwie dorożki stały przed bramą, a kiedy minąłem drzwi 
wejściowe, usłyszałem gwar ludzkich głosów na górze. Gdy  wszedłem do pokoju, zastałem 
Holmesa  w  ożywionej  rozmowie  z  dwoma  ludźmi.  W  jednym  z  nich  rozpoznałem  Petera 
Jonesa, agenta policji, podczas gdy drugi był wysokim, chudym człowiekiem o smutnej twarzy, 
bardzo lśniącym kapeluszu i narzucającym szacunek surducie. 

— Ha!  Nasza  grupa  jest  w  komplecie!  —  powiedział  Holmes  zapinając  płaszcz  i  biorąc 

szpicrutę z wieszaka. — Watsonie, wydaje mi się, że znasz pana Jonesa ze Scotland Yardu? 
Pozwól, że cię przedstawię panu Merryweatherowi, który będzie nam towarzyszył w naszej 
nocnej przygodzie. 

— Znowu  będziemy  polować  parami,  doktorze  —  powiedział  Jones.  —  Nasz  przyjaciel 

Holmes wspaniale się nadaje do pościgu. Potrzebuje tylko starego psa, który by mu pomógł 
dopaść zwierzynę. 

— Mam nadzieję, że zwykła kaczka nie będzie nas oczekiwać na końcu drogi — zauważył 

pan Merryweather ponuro. 

— Może pan całkowicie zaufać panu Holmesowi, proszę pana — powiedział agent policji z 

dumą.  —  Jego  metody  są,  jeśli  nie  będzie  mi  miał  za  złe  tego  stwierdzenia,  nieco  zbyt 
teoretyczne i fantastyczne, ale ma on zadatki na detektywa. Nie będzie przesadą, jeżeli powiem, 
że raz albo dwa razy, jak na przykład w sprawie zamordowania Sholto i skarbu Agra, był tak 
dokładny albo nawet bardziej dokładny w swoich poszukiwaniach niż przedstawiciele prawa. 

— No, jeśli pan tak twierdzi, panie Jones, w takim razie wszystko w porządku — powiedział 

nieznajomy z szacunkiem. — Muszę jednak przyznać, że żal mi mojej partyjki. Od dwudziestu 
siedmiu lat to pierwsza noc sobotnia bez wista. 

— Wydaje mi się — powiedział Sherlock Holmes — że dzisiejszej nocy będzie pan grał o 

wyższą  stawkę,  niż  się  to  panu  kiedykolwiek  zdarzyło.  Ręczę,  że  gra  będzie  także  o  wiele 

background image

bardziej podniecająca. Dla pana, panie Merryweather, stawką będzie około trzydziestu tysięcy 
funtów, a dla ciebie, Jones, będzie to człowiek, którego już od dawna chcesz mieć w swoim 
ręku. 

— John  Clay,  morderca,  złodziej,  rozpruwacz  i  fałszerz.  To  młody  człowiek,  panie 

Merryweather, ale jest mistrzem w swoim zawodzie i wolałbym założyć moje bransoletki jemu 
niż jakiemukolwiek innemu przestępcy w Londynie. To godny uwagi człowiek ten John Clay. 
Jego dziadek był  księciem  krwi, a on sam  uczył się w Eton i  Oxfordzie. Umysł  ma równie 
przebiegły, jak palce, i chociaż napotykamy jego ślady na każdym kroku, nigdy nie wiemy, 
gdzie  go  znaleźć.  Jednego  tygodnia  robi  włamanie  w  Szkocji,  a  w  następnym  zbiera  w 
Kornwalii  pieniądze  na  budowę  sierocińca.  Jestem  na  jego  tropie  od  lat  i  nigdy  jeszcze  nie 
widziałem go na oczy. 

— Mam nadzieję przedstawić go panu dziś w nocy. Miałem także jedną czy dwie sprawy 

związane  z  panem  Johnem  Clayem  i  zgadzam  się,  że  w  swoim zawodzie  dzierży  on  palmę 
pierwszeństwa. Ale już dziesiąta minęła i najwyższy czas, żebyśmy wyruszyli. Jeśli wy dwaj 
weźmiecie pierwszą dorożkę, Watson i ja pojedziemy za wami drugą. 

Podczas  tej  długiej  jazdy  Sherlock  Holmes  nie  był  zbyt  rozmowny;  siedział  wygodnie 

rozparty, nucąc melodie zasłyszane w ciągu popołudnia. Koła turkotały wzdłuż niekończącego 
się  labiryntu  oświetlonych  latarniami  gazowymi  ulic.  Wreszcie  wjechaliśmy  na  Farringdon 
Street. 

— Jesteśmy już niedaleko — zauważył mój przyjaciel. — Merryweather to dyrektor banku i 

jest osobiście zainteresowany całą sprawą. Uważałem, że będzie dobrze, jeżeli Jones pojedzie 
razem z nami. To nie jest zły chłop,  chociaż absolutnie niedołężny w swoim zawodzie. Ma 
jednak pewną zasadniczą cnotę. Jest odważny jak buldog i wytrwały jak homar, gdy uchwyci 
kogoś swymi kleszczami. Oto jesteśmy, a oni już czekają. 

Zajechaliśmy na tę samą zatłoczoną ulicę, na której byliśmy rankiem. Odesłaliśmy dorożki i 

pod przewodnictwem pana Merryweathera weszliśmy w wąską przecznicę, a stamtąd w jakieś 
boczne drzwiczki, które przed nami otworzył. 

Dalej  był  niewielki  korytarz,  który  kończył  się  masywną,  żelazną  bramą.  Otworzył  ją 

również  i  zeszliśmy  kręconymi  kamiennymi  schodami  ku  drugiej  potężnej  bramie.  Pan 
Merryweather  zatrzymał  się,  by  zapalić  latarnię,  a  potem  poprowadził  nas  ciemnym, 
pachnącym  wilgocią  korytarzem.  Wreszcie,  po  otwarciu  trzecich  drzwi,  znaleźliśmy  się  w 
wielkiej piwnicy zawalonej ciężkimi pakami i skrzyniami. 

— Nie  jesteście  nieprzezorni,  jeżeli  chodzi  o  włamanie  z  góry  —  zauważył  Holmes 

podnosząc latarnię i rozglądając się. 

— Ani z dołu! — powiedział pan Merryweather, uderzając laską w płyty kamienne, które 

tworzyły podłogę. — Jak to, przecież to brzmi pusto! — zawołał ze zdumieniem. 

— Prosiłbym  bardzo,  żeby  pan  spróbował  zachowywać  się  trochę  ciszej  —  powiedział 

Holmes  ostro.  —  Już  w  tej  chwili  naraził  pan  powodzenie  naszej  wyprawy  na 
niebezpieczeństwo. Czy mogę prosić, żeby pan usiadł na jednej z tych skrzynek i postarał się 
nie wtrącać? 

Dostojny pan Merryweather z urażoną miną zasiadł na jednej z pak, a Holmes osunął się 

tymczasem na kolana i świecąc sobie latarnią zaczął badać za pomocą powiększającego szkła 
szpary pomiędzy płytami. Kilka sekund wystarczyło, by go upewnić, gdyż zerwał się na nogi i 
wsunął szkło do kieszeni. 

— Mamy przed sobą co najmniej godzinę — zauważył. — Nie mogą rozpocząć żadnych 

kroków,  zanim  nasz  dobry  lichwiarz  nie  uśnie  bezpiecznie  w  swoim  łóżku.  Wówczas 
natychmiast  wezmą się  do dzieła, gdyż im prędzej  wykonają swoją pracę, tym  więcej  czasu 
pozostanie im na ucieczkę. Jesteśmy w tej chwili, jak się na pewno domyślasz, doktorze, w 
podziemiach  oddziału  jednego  z  największych  banków  londyńskich.  Pan  Merryweather  jest 

background image

przewodniczącym  rady  nadzorczej  i  wytłumaczy  ci,  dlaczego  najbezczelniejsi  przestępcy 
Londynu interesują się tą piwnicą. 

— Chodzi o nasze francuskie złoto — szepnął dyrektor. — Mieliśmy już liczne ostrzeżenia, 

że grozi nam włamanie. 

— Francuskie złoto? 
— Tak.  Przed  kilku  miesiącami  zaistniała  konieczność  wzmocnienia  naszych  zapasów, 

pożyczyliśmy więc trzydzieści tysięcy napoleonów od Banku Francuskiego. Stało się publiczną 
tajemnicą, że nie rozpakowaliśmy jeszcze tych pieniędzy i że znajdują się one nadal w naszym 
podziemiu.  Skrzynka,  na  której  siedzę,  zawiera  dwa  tysiące  napoleonów  opakowanych  w 
ołowianą folię. Nasza rezerwa w sztabach jest w tej chwili o wiele większa, niż bywa zwykle 
rezerwa przechowywana w jednym oddziale banku, i dyrektorzy mają ciągłe obawy. 

— Które są zupełnie uzasadnione — zauważył Holmes. — A teraz przystąpmy do ułożenia 

naszych  małych  planów.  Mam  wrażenie,  że  w  ciągu  godziny  sprawy  osiągną  punkt 
kulminacyjny. Tymczasem, panie Merryweather, musimy osłonić latarkę. 

— I siedzieć w ciemności? 
— Obawiam się, że tak. Przyniosłem w kieszeni talię kart, sądząc, że skoro jesteśmy partie 

carree

*

,  będzie  pan  miał  swoją  partyjkę  tak  czy  inaczej,  ale  teraz  widzę,  że  przygotowania 

nieprzyjaciela  posunęły  się  za  daleko.  Nie  możemy  ryzykować  obecności  światła.  A  przede 
wszystkim musimy ustalić nasze pozycje. To są ludzie odważni i chociaż weźmiemy ich przez 
zaskoczenie, mogą nam zrobić krzywdę, jeżeli nic będziemy ostrożni. Ja stanę za tą paką, a wy 
ukryjecie się za tymi. W chwili, kiedy ich oświetlę, rzućcie się na nich natychmiast. Jeśli będą 
strzelać, Watsonie, nie miej żadnych skrupułów i połóż ich trupem. 

Oparłem  mój  odbezpieczony  rewolwer  na  pokrywie  drewnianej  skrzyni,  za  którą 

przykucnąłem.  Holmes  osłonił  latarkę  i  ogarnęła  nas  ciemność  —  tak  absolutna,  jakiej  nie 
znałem nigdy przedtem. Woń gorącego metalu upewniała nas, że latarka nie zgasła, gotowa w 
każdej chwili rozbłysnąć światłem. Dla mnie, z nerwami napiętymi do ostateczności, było coś 
przygnębiającego  i  obezwładniającego  w  nagłym  mroku  i  w  zimnym,  wilgotnym  powietrzu 
podziemia. 

— Mają tylko jedną drogę odwrotu — szepnął Holmes. — Przez dom na Coburg Square. 

Mam nadzieję, że zrobiłeś to, o co cię prosiłem, Jonesie? 

— Jest tam inspektor i dwóch policjantów, którzy czekają przed bramą. 
— W takim razie zatkaliśmy wszystkie dziury. A teraz musimy być cicho i czekać. 
Jakże dłużył się ten czas! Z moich notatek, które sprawdzałem później, wynika, że minęła 

tylko godzina i kwadrans. Ale wydawało mi się, że chyba cała noc już przeszła i zorza błyska 
gdzieś  wysoko  nad  nami.  Wszystkie  mięśnie  mi  zesztywniały,  bo  bałem  się  poruszyć,  by 
zmienić pozycję. Ale nerwy trwały w najwyższym napięciu, a słuch stał się tak ostry, że nie 
tylko  słyszałem  przyciszone  oddechy  moich  towarzyszy,  ale  mogłem  odróżnić  głębszy, 
pełniejszy oddech otyłego Jonesa od cienkiego, podobnego do westchnień oddechu dyrektora. 
Z  miejsca,  które  zajmowałem,  mogłem  spoglądać  ponad  skrzynią  w  stronę  podłogi.  Nagle 
dostrzegłem błysk światła. 

Początkowo  była  to  tylko  blada  iskierka  na  kamiennej  posadzce.  Potem  zaczęła  się 

wydłużać, aż wreszcie stała się żółtą linią i nagle bez żadnego dźwięku ani ostrzeżenia ukazała 
się biała, prawie kobieca dłoń, która zaczęła się poruszać pośrodku małego kręgu światła. Przez 
minutę albo dłużej palce jej błądziły po podłodze. 

Nagle zniknęła równie szybko, jak się ukazała, i znowu ogarnęły nas ciemności, przecięte 

jedynie szparką świetlną pomiędzy kamiennymi płytami. 

Zniknięcie  ręki  było  jednak  tylko  chwilowe.  Z  przeszywającym,  zgrzytliwym  odgłosem 

jeden z szerokich białych kamieni przewrócił się na bok i ukazał kwadratową, ziejącą wyrwę, 

                                                 

*

 Partie carree (franc.) — tu: we czwórkę. 

background image

przez którą wpłynęło światło latarni. Nad brzegiem wyrwy ukazała się gładka, chłopięca twarz, 
która  rozejrzała  się  bystro.  Później,  oparłszy  dłonie  po  obu  stronach  otworu,  człowiek 
podciągnął się aż po pas i oparł kolano na brzegu podłogi. Po chwili stał już przy otworze i 
zaczął  wciągać  na  górę  małego  i  gibkiego  jak  on  sam  towarzysza  o  bladej  twarzy  i  bardzo 
czerwonych włosach. 

— W porządku — szepnął. — Czy masz dłuto i worki? Wielki Boże! Skacz, Archie, skacz! 

A ja za tobą! 

Sherlock Holmes  wyskoczył  i  chwycił intruza za kołnierz. Drugi  dał nurka do piwnicy i 

usłyszałem odgłos drącego się sukna, gdy Jones chwycił go za ubranie. Światło błysnęło na 
lufie rewolweru, ale szpicruta Holmesa opadła na przegub ręki i rewolwer uderzył o kamienną 
posadzkę. 

— Nie warto walczyć, Johnie Clay — powiedział Holmes. — Nie masz już żadnych szans. 
— I  ja  to  widzę  —  odpowiedział  tamten  zimno.  —  Zdaje  się,  że  mój  przyjaciel  jest 

bezpieczny, chociaż poły jego surduta są w waszych rękach. 

— Trzech ludzi czeka na niego przed bramą — powiedział Holmes. 
— O, doprawdy! Widać, że załatwiliście całą sprawę dokładnie. 
Muszę wam pogratulować. 
— A ja panu — odpowiedział Holmes. — Pański pomysł o czerwonowłosych był nowy i 

skuteczny. 

— Zaraz zobaczysz swego towarzysza — powiedział Jones. — Jest szybszy w nurkowaniu 

po dziurach niż ja. Wyciągnij ręce, założę ci obrączki. 

— Proszę, abyś nie dotykał mnie swymi plugawymi rękami — mruknął nasz więzień, kiedy 

kajdanki zadzwoniły na jego przegubach. — Być może nie wiesz, że mam królewską krew w 
żyłach. Tak samo chciałbym, abyś był tak uprzejmy i mówiąc do mnie używał słów „pan” i 
„proszę”. 

— Dobrze — powiedział Jones. Spojrzał na niego i zachichotał. — W takim razie może pan 

będzie łaskaw pomaszerować na górę, gdzie najmiemy powóz, który odwiezie waszą wysokość 
do komisariatu. 

— Tak jest o wiele lepiej — powiedział John Clay pogodnie. Złożył nam wszystkim niski 

ukłon i spokojnie odszedł pod opieką detektywa. 

— Doprawdy, panie Holmes — powiedział Merryweather, gdy ruszyliśmy za nimi. — Nie 

wiem, czy bank potrafi się panu odwdzięczyć. Nie ma żadnej wątpliwości, że wyśledził pan i 
całkowicie  udaremnił  jeden  z  najlepiej  zorganizowanych  zamachów  bankowych,  o  jakich 
kiedykolwiek słyszałem. 

— Miałem jeden albo dwa własne rachunki do wyrównania z panem Johnem Clayem  — 

powiedział Holmes. — Miałem także nieco wydatków w związku z tą sprawą; spodziewam się, 
że bank je pokryje; ale poza tym doświadczenie, pod wieloma względami niepowtarzalne, jakie 
zdobyłem, a także możność usłyszenia historii o Stowarzyszeniu Czerwonowłosych — to dla 
mnie największa nagroda. 

— Widzisz, Watsonie — zaczął mi tłumaczyć, kiedy wczesnym rankiem siedzieliśmy przy 

Baker Street nad szklanką whisky and soda — od pierwszej chwili było dla mnie zupełnie jasne, 
że  jedynym  możliwym  celem  tej  dość  fantastycznej  historii  ogłoszenia  i  przepisywania 
encyklopedii jest usunięcie na kilka godzin dziennie z domu naszego niezbyt przenikliwego 
lichwiarza. Była to ciekawa droga załatwienia całej sprawy, ale w rzeczywistości trudno było 
wymyślić  lepszą.  Sposób  ten  bez  wątpienia  nasunął  wynalazczemu  umysłowi  Claya  kolor 
włosów jego wspólnika. Cztery funty tygodniowo były niewątpliwie nieodpartą przynętą, a cóż 
znaczyły  one  dla  tych,  których  stawką  były  tysiące?  Dali  ogłoszenie.  Jeden  łajdak  zakłada 
tymczasowe  biuro,  drugi  dopinguje  Wilsona  do  starania  się  o  posadę  i  wspólnymi  siłami 
uzyskują to, że jest nieobecny w domu każdego ranka. Od chwili, gdy usłyszałem, że pomocnik 
najął się do pracy za pół pensji, było dla mnie jasne, że miał powód, aby tak zrobić. 

background image

— Ale w jaki sposób zgadłeś, co było tym powodem? 
— Gdyby w domu była kobieta, podejrzewałbym najzwyklejszy podstęp. Ale to nie miało 

miejsca. Przedsiębiorstwo tego człowieka było niewielkie i w domu nie znajdowało się nic, co 
usprawiedliwiałoby takie żmudne przygotowania i tak duże wydatki. W takim razie musiało to 
być  coś  poza  domem.  Cóż  to  mogło  być?  Pomyślałem  o  upodobaniu,  jakie  pomocnik 
znajdował w fotografii, i o jego znikaniu w piwnicy. Piwnica! Tu był koniec tego splątanego 
węzła. Wówczas zacząłem wypytywać o tego tajemniczego pomocnika i stwierdziłem, że mam 
do czynienia z jednym z najbardziej zimnokrwistych i śmiałych zbrodniarzy Londynu. Robił 
coś  w  tej  piwnicy  —  coś,  co  zabierało  mu  wiele  godzin  dziennie  przez  całe  miesiące.  Raz 
jeszcze zadałem sobie pytanie, co to może być? Nie mogłem wymyślić nic innego, tylko że 
drążą oni podkop do innego budynku. 

Tyle  wiedziałem,  kiedy  poszliśmy  obejrzeć  miejsce  akcji.  Zdumiałem  się  bijąc  laską  w 

trotuar. Sprawdzałem, czy piwnica znajduje się przed domem, czy za nim. Nie było jej przed 
domem.  Wówczas  nacisnąłem  dzwonek  i  tak  jak  przypuszczałem,  pomocnik  zjawił  się  w 
drzwiach. Mieliśmy kilka potyczek, ale nigdy nie widzieliśmy się jeszcze na oczy. Zaledwie 
spojrzałem  na  jego  twarz.  Istotne  były  dla  mnie  jego  kolana.  Sam  chyba  zauważyłeś,  jak 
znoszone, pomięte i poplamione ma spodnie. Świadczyły wyraźnie o tych godzinach, kiedy rył 
podkop. Ostatnim brakującym ogniwem była odpowiedź na pytanie, gdzie ci ludzie chcą się 
podkopać. Obszedłem róg ulicy, zobaczyłem, że Bank dla City i Przedmieść graniczy z domem 
naszego przyjaciela, i poczułem, że problem jest rozwiązany. Kiedy odjechałeś po koncercie do 
domu,  poszedłem do Scotland Yardu i  do przewodniczącego rady  nadzorczej  banku;  wynik 
widziałeś na własne oczy. 

— A  jak  udało  ci  się  przewidzieć,  że  spróbują  dokonać  włamania  dzisiejszej  nocy?  — 

zapytałem. 

— Kiedy  zamknęli  biuro  stowarzyszenia,  był  to  znak,  że  nie  zależy  im  już  więcej  na 

nieobecności pana Jabeza Wilsona. Innymi słowy, podkop jest już gotów. Ale jasne było, że 
muszą go użyć jak najszybciej, gdyż może zostać odkryty albo sztaby zostaną przewiezione. 
Sobota odpowiadała im lepiej niż jakikolwiek inny dzień, gdyż dawała dwie doby na ucieczkę. 
Z tych wszystkich przyczyn oczekiwałem ich przybycia dziś w nocy. 

— Pięknie to wyrozumowałeś! — zawołałem ze szczerym podziwem. 
— Uratowało to mnie od nudy — odpowiedział ziewając. — Niestety, znowu czuję, że mnie 

nachodzi!  Moje  życie  upływa  na  ucieczce  przed  pospolitością  istnienia.  Te  małe  problemy 
ułatwiają mi to. 

— Jesteś dobroczyńcą rodu ludzkiego — powiedziałem. 
Wzruszył ramionami. 
— Cóż, może mimo wszystko jest z tego jakiś mały pożytek — mruknął. — L’homme c’est 

rien — l’oeuvre c’est tout

*

jak to napisał Gustaw Flaubert do George Sand. 

Przełożył Kazimierz Kwaśniewski 

                                                 

*

 IJhotnme c’est rien — l’oeuvre c’est toul (franc.) — człowiek jest niczym, jego dzieło — wszystkim. 

background image

S

PRAWA TOŻSAMOŚCI

 

 
Mój  drogi  —  powiedział  Sherlock  Holmes,  gdy  siedzieliśmy  po  obu  stronach  płonącego 

kominka w jego mieszkaniu przy Baker Street. — Rzeczywistość jest o wiele dziwniejsza niż 
wszystko, co człowiek może wymyślić. Są sprawy, w których prawdziwość trudno uwierzyć, 
choć  zdarzają  się  one  co  dnia.  Gdybyśmy  mogli  wyfrunąć  przez  okno,  wzlecieć  ponad  to 
ogromne miasto, ostrożnie podnieść dachy i spojrzeć na zdumiewające wydarzenia, dziwaczne 
zbiegi  okoliczności,  zwalczające  się  pragnienia  i  cudowne  łańcuchy  zjawisk,  splatające  się 
przez całe pokolenia i  prowadzące do najbardziej  niesłychanych wyników  — uczyniłoby to 
całą fantazję ludzką, wraz z jej umownościami i łatwymi do przewidzenia wnioskami, zupełnie 
bezwartościową. 

— Nie jestem o tym przekonany — odpowiedziałem. — Wypadki, których przebieg podają 

nam  pisma,  są  z  reguły  bardzo  zwykłe  i  pospolite.  Z  naszych  raportów  policyjnych  bije 
naturalizm posunięty do najdalszych granic, a jednak wyniki nie są ani piękne, ani interesujące. 

— Konieczny  jest  pewien  zasób  zdrowego  rozsądku  i  dokonanie  wyboru,  jeżeli  się  chce 

uzyskać  realistyczny  efekt  —  zauważył  Holmes.  —  A  tego  właśnie  brakuje  raportom 
policyjnym,  w  których  jest  więcej  urzędniczych  komunałów  niż  szczegółów,  ukazujących 
bystremu  obserwatorowi  sedno  sprawy.  Nie  zapominaj  o  tym,  że  nie  ma  nic  bardziej 
niezwykłego niż zwykłe zdarzenia. 

Uśmiechnąłem się i potrząsnąłem głową. 
— Rozumiem, dlaczego tak sądzisz — powiedziałem. — Jasne jest, że ty, który stałeś się 

nieoficjalnym  doradcą  i  pomocnikiem  wszystkich  zatrwożonych  ludzi  trzech  kontynentów, 
stykasz się z tym, co dziwne i niecodzienne. Ale… — podniosłem z podłogi poranny dziennik 
— spróbujmy to poddać praktycznej próbie. Oto pierwszy z brzegu nagłówek: „Okrucieństwo 
względem  żony”. Jest  tego pół kolumny  druku, lecz wiem,  nawet  bez zaglądania, o co tam 
chodzi. Będzie oczywiście druga kobieta, pijaństwo, zniewaga, uderzenie, siniak, współczująca 
siostra  albo  gospodyni.  Najprymitywniejszy  z  pisarzy  nie  mógłby  wymyślić  nic  bardziej 
prymitywnego. 

— Przykład, który podałeś, jest jak najbardziej mylny — powiedział Holmes, biorąc gazetę i 

rzucając na nią okiem. — Jest to sprawa rozwodowa Dundasów; tak się złożyło, że swego czasu 
wyjaśniłem  kilka  spraw  z  nią  związanych.  Mąż  był  abstynentem,  nie  istniała  żadna  inna 
kobieta, a skargę złożono dlatego, że pan Dundas nałogowo zajmował się ciskaniem własnych 
sztucznych zębów we własną żonę. Robił to po zakończeniu każdego posiłku. Musisz chyba 
przyznać,  że  tego  rodzaju  poczynania  nie  przyjdą  łatwo  na  myśl  przeciętnemu 
powieściopisarzowi.  Lepiej  będzie,  jeżeli  weźmiesz  niuch  tabaki,  doktorze,  i  przyznasz,  że 
pokonałem cię za pomocą przykładu, który sam wybrałeś. 

Wyciągnął  ku  mnie  tabakierę  zrobioną  ze  starego  złota  i  ozdobioną  pośrodku  wieczka 

wielkim ametystem. Wspaniałość jej tak bardzo kłóciła się z prostym obejściem właściciela i 
jego skromnym trybem życia, że nie mogłem powstrzymać się od zwrócenia mu na to uwagi. 

— Ach — odparł. — Zapomniałem o tym, że nie widzieliśmy się już od kilku tygodni. Jest 

to upominek od króla Czech, ofiarowany za moją pomoc w sprawie fotografii Ireny Adler. 

— A pierścień? — zapytałem, spoglądając na piękny brylant, który lśnił na jego palcu. 
— To otrzymałem od panującej rodziny holenderskiej, lecz sprawa, w której oddałem im 

usługi,  jest  tak  delikatnej  natury,  że  nie  mogę  jej  powierzyć  nawet  tobie,  chociaż  byłeś  tak 
uprzejmy i opisałeś kilka moich niewielkich problemów. 

— A czy masz w tej chwili jakąś nową sprawę? — zapytałem z ciekawością. 
— Dziesięć albo dwanaście, ale żadna z nich nie przedstawia nic godnego uwagi. Są ważne, 

ale nie są ciekawe. Dochodzę do wniosku, że właśnie w błahych sprawach istnieje największe 
pole  do  obserwacji  i  szybkiej  analizy  przyczyn,  która  tak  umila  dochodzenie.  Poważniejsze 

background image

zbrodnie są prostsze, gdyż z reguły im większe przestępstwo, tym bardziej rzucająca się w oczy 
przyczyna. W żadnej z moich ostatnich spraw nie ma nic interesującego, poza jednym zawiłym 
wypadkiem, o którym doniesiono mi z Marsylii. Ale bardzo możliwe, że za chwilę zdarzy się 
coś ciekawszego,  gdyż  musiałbym się  chyba bardzo mylić,  gdyby  to  nie był  jeden z moich 
klientów. 

Zerwał się z krzesła i stanął pomiędzy rozsuniętymi storami okna, spoglądając z góry na 

posępną i szarą ulicę londyńską. Wyjrzałem spoza jego ramienia i zauważyłem, że na chodniku 
po przeciwnej stronie jezdni stoi wysoka kobieta w ciężkim futrzanym boa owiniętym wokół 
szyi i w kokieteryjnie zsuniętym na ucho kapeluszu o szerokim rondzie z dużym czerwonym 
piórem.  Spod  tej  ogromnej  przyłbicy  kobieta  rzucała  ku  naszym  oknom  nerwowe  i  pełne 
wahania spojrzenia, a palce jej bawiły się niespokojnie zapięciem rękawiczek. Nie mogąc się 
widocznie  zdecydować  wykonywała  jakieś  dziwne  ruchy.  Wreszcie,  jak  nurek  skaczący  z 
brzegu do wody, rzuciła się przez jezdnię i usłyszeliśmy ostry dźwięk dzwonka. 

— Widziałem już nieraz takie objawy — powiedział Holmes, cisnąwszy papieros w ogień. 

— Wahanie się przed wejściem zawsze oznacza affaire du coeur

*

Chciałaby zasięgnąć rady, 

ale obawia się, czy sprawa nie jest za delikatna, by ją komukolwiek powierzać. Lecz nawet i w 
tych  drobiazgach  notujemy  różnice.  Kiedy  kobieta  czuje  się  poważnie  skrzywdzona  przez 
mężczyznę, wówczas nie waha się i rezultatem tego jest zerwany drut naszego dzwonka. W tym 
wypadku możemy przyjąć, że chodzi o sprawę miłosną, ale dziewczyna jest nie tyle rozżalona, 
co  zakłopotana  albo  zasmucona.  Lecz  oto  nadchodzi  we  własnej  osobie,  aby  rozwiać  nasze 
wątpliwości. 

Rozległo się pukanie do drzwi, a w chwilę potem wszedł chłopiec do posług, zapowiadając 

pannę  Mary  Sutherland,  która  jednocześnie  ukazała  się  za  jego  drobną,  czarną  figurką  jak 
wielki statek handlowy, płynący pod pełnymi żaglami za maleńką łódeczką pilota. Sherlock 
Holmes  powitał  ją  z  charakterystyczną  dla  niego  dobroduszną  uprzejmością.  Zamknąwszy 
drzwi  i  wskazując  jej  ruchem  głowy  fotel,  zlustrował  ją  drobiazgowym,  ale  równocześnie 
roztargnionym spojrzeniem, które także należało do jego właściwości. 

— Czy nie znajduje pani — powiedział — że przy pani krótkim wzroku zbyt częste pisanie 

na maszynie jest nieco uciążliwe? 

— Początkowo tak było — odparła — ale teraz bez patrzenia wiem, gdzie są litery. 
Nagle,  zdając  sobie  sprawę  z  pełnego  znaczenia  jego  słów,  zrobiła  gwałtowny  ruch  i 

spojrzała na niego z lękiem. Na jej szerokiej, dobrodusznej twarzy odbiło się zdumienie. 

— Pan musiał słyszeć o mnie, panie Holmes! — zawołała. — Inaczej nie mógłby pan o tym 

wiedzieć! 

— Mniejsza  z  tym  —  powiedział  Holmes  śmiejąc  się.  —  To  mój  zawód  wiedzieć  różne 

rzeczy. Może po prostu nauczyłem się widzieć to, czego inni nie dostrzegają. Gdyby tak nie 
było, po cóż by pani przychodziła do mnie po radę? 

— Przychodzę do pana, bo słyszałam o panu od pani Etherege, której męża odnalazł pan tak 

łatwo, kiedy policja i wszyscy orzekli, że nie żyje. Och, panie Holmes, tak bardzo bym chciała, 
żeby pan mógł zrobić to samo dla mnie. Nie jestem bogata, ale mam sto funtów rocznie, oprócz 
tego, co dorabiam pisaniem na maszynie. Oddałabym wszystko, żeby wiedzieć, co się stało z 
panem Hosmerem Angel. 

— Dlaczego przybiegła pani po radę tak nagle i w takim pośpiechu? — zapytał Sherlock 

Holmes, wznosząc oczy ku górze i stykając dłonie koniuszkami palców. 

Nieco bezmyślna twarz panny Mary Sutherland znowu nabrała spłoszonego wyrazu. 
— Tak,  rzeczywiście  wybiegłam  z  domu  —  powiedziała  —  bo  zezłościło  mnie,  że  pan 

Windibank, to znaczy mój ojciec, tak łatwo przeszedł  nad tym  do porządku dziennego. Nie 
chciał pójść na policję i nie chciał iść do pana. W końcu, kiedy nie chciał nic zrobić i ciągle 

                                                 

*

 Affaire du coeur (franc.) — sprawa sercowa. 

background image

gadał, że nic złego się nie stało, wściekłam się, narzuciłam byle co na siebie i pobiegłam prosto 
do pana. 

— Pani ojciec? — powiedział Holmes — to chyba ojczym, jeżeli nazwiska macie różne? 
— Tak,  mój  ojczym.  Nazywam  go  ojcem,  chociaż  to  brzmi  śmiesznie,  bo  jest  ode  mnie 

starszy tylko o pięć lat i dwa miesiące. 

— A czy matka pani żyje? 
— O tak, mama żyje i dobrze się miewa. Nie byłam zadowolona, kiedy wyszła po raz drugi 

za mąż tak prędko po śmierci tatusia, i to za człowieka, który jest o piętnaście lat młodszy od 
niej…  Tatuś  był  blacharzem  przy  Tottenham  Court  Road  i  zostawił  dobrze  prosperujący 
warsztat. Mama prowadziła ten warsztat z majstrem, panem Hardy, ale kiedy pojawił się pan 
Windibank,  namówił  ją,  żeby  sprzedała  interes,  bo  uważał  się  za  coś  lepszego  będąc 
komiwojażerem składu win. Dostali cztery tysiące siedemset odstępnego, co nie było nawet 
połową tego, ile by dostał tatuś, gdyby jeszcze żył. 

Sądziłem,  że  Sherlock  Holmes  zacznie  się  niecierpliwić  tym  bezładnym  i  zagmatwanym 

opowiadaniem, ale przeciwnie, słuchał w najwyższym skupieniu. 

— Czy niewielki dochód pani pochodzi właśnie z tego źródła? — zapytał. 
— Och,  nie,  proszę  pana.  To  zupełnie  inna  sprawa.  Pozostawił  mi  go  mój  wujek  Ned  z 

Auckland. Są to nowozelandzkie akcje i dają 4 

1

/

2

 procenta. Kapitał wynosi dwa tysiące pięćset 

funtów, ale mogę korzystać tylko z procentów. 

— Niezwykle mnie to interesuje — powiedział Holmes. — Ponieważ otrzymuje pani tak 

znaczną  sumę  jak  sto  funtów  rocznie,  prócz  tego,  co  pani  zarabia  dodatkowo,  więc 
niewątpliwie podróżuje pani trochę i żyje dosyć wygodnie. Wydaje mi się, że samotna dama 
może dostatnio żyć z dochodu wynoszącego nawet sześćdziesiąt funtów. 

— Wystarczyłoby mi nawet znacznie mniej, ale musi pan zrozumieć, że jak długo pozostaję 

w domu, nie chcę być ciężarem, więc oni dysponują tymi pieniędzmi. Oczywiście do czasu. Na 
początku każdego kwartału pan Windibank podejmuje procenty od mojego kapitału i oddaje 
mamie,  a  ja  zadowalam  się  tym,  co  zarobię  pisaniem  na  maszynie.  Wystarcza  mi  to  w 
zupełności. Dostaję dwa pensy za stronę, a często piszę nawet piętnaście albo dwadzieścia stron 
dziennie. 

— Wyjaśniła mi pani swoją sytuację bardzo dokładnie — powiedział Holmes. — To jest 

mój przyjaciel, pan Watson, wobec którego może pani mówić tak otwarcie jak wobec mnie. A 
teraz może będzie pani tak uprzejma i opowie nam, co łączyło panią z panem Angel. 

Rumieniec przeleciał przez twarz panny Sutherland, a palce jej zaczęły nerwowo skubać 

brzeg żakietu. 

— Spotkałam  go  po  raz  pierwszy  na  balu  instalatorów  gazowni.  Zawsze  przysyłali 

zaproszenia tatusiowi, a teraz przypomnieli sobie o nas i wysłali je do mamy. Pan Windibank 
nie  życzył  sobie,  żebyśmy  poszły.  Nigdy  nie  życzy  sobie,  żebyśmy  gdziekolwiek  szły.  Jest 
wściekły nawet wtedy, kiedy chcę pójść na wieczorek do szkółki niedzielnej. Ale tym razem 
zdecydowałam, że pójdę, bo w końcu jakim prawem mi zabrania? Powiedział, że to nie jest 
odpowiednie  towarzystwo  dla  nas,  a  tymczasem  mieli  tam  być  wszyscy  przyjaciele  tatusia. 
Powiedział poza tym, że nie mam stosownego stroju, a miałam przecież purpurową aksamitną 
suknię,  której  jeszcze  nigdy  nie  wyjęłam  nawet  z  szafy.  Wreszcie  kiedy  nic  już  nie  mógł 
zdziałać, wyjechał do Francji w interesach firmy, a mama i ja poszłyśmy z panem Hardym, 
który  był  kiedyś  kierownikiem  w  warsztacie  ojca.  I  tam  właśnie  spotkałam  pana  Hosmera 
Angel. 

— Gdy  pan  Windibank  powrócił  z  Francji  —  powiedział  Holmes  —  był  chyba  bardzo 

niezadowolony, że poszła pani jednak na ten bal. 

— Nie,  zachował  się  bardzo  dobrze.  Pamiętam,  że  roześmiał  się,  wzruszył  ramionami  i 

powiedział, że nie ma sensu zabraniać czegokolwiek kobiecie, bo ona i tak postawi na swoim. 

background image

— Rozumiem.  Więc  na  tym  balu  instalatorów  spotkała  pani  dżentelmena  nazwiskiem 

Hosmer Angel. 

— Tak, proszę pana. Spotkałam go tego wieczoru. A na drugi dzień złożył nam wizytę, żeby 

upewnić  się,  czy  doszłyśmy  bezpiecznie  do  domu.  Potem  spotkałyśmy  go,  to  znaczy  ja 
spotkałam go jeszcze dwa razy na przechadzce. Ale potem ojciec wrócił i pan Hosmer Angel 
nie mógł już więcej przychodzić do naszego domu. 

— Nie mógł? 
— Widzi  pan,  ojciec  nie  lubi  przyjmować  gości  i  zawsze  powtarza,  że  kobieta  powinna 

szukać  szczęścia  w  swoim  kółku  rodzinnym.  Aleja  powiedziałam  mamie,  że  kobieta  musi 
przede wszystkim mieć swoje kółko rodzinne, a ja jeszcze nie mam. 

— A cóż na to pan Hosmer Angel? Czy nie próbował zobaczyć się z panią? 
— Tak. Następnego tygodnia ojciec miał znowu wyjechać do Francji i Hosmer napisał do 

mnie, że lepiej i bezpieczniej będzie, jeżeli nie będziemy się widywać aż do dnia jego wyjazdu. 
Tymczasem  mogliśmy  jeszcze  pisać  do  siebie…  On  pisywał  do  mnie  codziennie. 
Wyjmowałam listy ze skrzynki bardzo rano, więc ojciec o niczym się nie dowiedział. 

— Czy już wtedy była pani zaręczona z tym panem? 
— Tak, proszę pana. Zaręczyliśmy się po pierwszej przechadzce. Hosmer, to znaczy pan 

Angel, był kasjerem w przedsiębiorstwie przy Leadenhall Street i… 

— W jakim przedsiębiorstwie? 
— To jest najgorsze, panie Holmes. Wiem tylko tyle, że była to Leadenhall Street. 
— Więc jak adresowała pani swoje listy? 
— Do urzędu pocztowego przy Leadenhall Street na poste restante. Mówił, że gdybym je 

adresowała  do  biura,  inni  urzędnicy  zaczęliby  go  wyśmiewać,  że  dostaje  listy  od  damy. 
Powiedziałam, że w takim razie mogę je pisać na maszynie, tak samo jak on pisał swoje listy do 
mnie. Ale nie zgodził się. Kiedy widział list pisany moją ręką, czuł, że słowa pochodzą ode 
mnie.  A  gdyby  były  pisane  na  maszynie,  czułby,  że  maszyna  nas  dzieli.  To  powinno  panu 
powiedzieć, panie Holmes, jak bardzo byłam mu bliska i jak umiał myśleć o tych drobnych 
sprawach. 

— To  bardzo  słuszne  —  powiedział  Holmes.  —  Już  od  dłuższego  czasu  twierdzę,  że  te 

drobne sprawy są nieskończenie ważniejsze niż duże. Czy przypomina pani sobie jeszcze jakieś 
szczegóły z zachowania pana Hosmera Angel? 

— Był  człowiekiem  bardzo  nieśmiałym,  panie  Holmes.  Wolał  przechadzać  się  ze  mną 

wieczorami niż przy dziennym świetle, bo nie chciał się rzucać ludziom w oczy. Był bardzo 
skromny i dobrze wychowany. Nawet głos miał łagodny. Przechodził w młodości zapalenie 
krtani  i  migdałków.  Od  tego  czasu  miał  słabe  gardło  i  mówił  prawie  szeptem.  Zawsze  był 
ubrany schludnie i prosto, ale wzrok miał słaby — tak jak ja — i musiał nosić przyciemnione 
szkła. 

— Tak. I cóż się stało, kiedy pan Windibank, ojczym pani, wyjechał do Francji? 
— Pan  Hosmer  Angel  znów  przyszedł  do  nas  i  oświadczył,  że  powinniśmy  wziąć  ślub, 

zanim ojciec wróci. Był śmiertelnie poważny i zmusił mnie, żebym przysięgła z ręką na Biblii, 
że cokolwiek się stanie, zawsze będę mu wierna. Mama powiedziała, że każąc mi przysięgać 
miał  zupełną  rację  i  że  jest  to  oznaka  jego  wielkiej  miłości.  Mama  była  po  jego  stronie  od 
pierwszej chwili i nawet więcej go chyba lubiła niż ja. Potem, kiedy zaczęli oboje mówić o 
ślubie  przed  upływem  tygodnia,  zapytałam,  co  zrobimy,  kiedy  ojciec  się  dowie.  Ale 
powiedzieli, że nie trzeba nawet myśleć o ojcu. Powie mu się, kiedy będzie już po wszystkim, a 
mama podjęła się nawet go ułagodzić. Nie bardzo mi się to podobało, panie Holmes. Wydawało 
mi się zabawne, że mam go prosić o pozwolenie, kiedy jest tylko o parę lat starszy ode mnie. 
Ale  nie  chciałam  niczego  ukrywać.  Napisałam  więc  do  ojca,  do  Bordeaux,  gdzie  firma  ma 
swoją francuską filię. Ale list powrócił do mnie tego samego ranka, kiedy miał się odbyć ślub. 

— Rozminął się z nim? 

background image

— Tak. Bo ojciec wyruszył do Anglii na chwilę przed jego nadejściem. 
— Ha! Oto nieszczęśliwy zbieg okoliczności. A pani ślub został wyznaczony na piątek. Czy 

miał się odbyć w kościele? 

— Tak, proszę pana, ale bardzo skromnie. Miał się odbyć w kościele Zbawiciela niedaleko 

King’s Cross, a później mieliśmy pójść na śniadanie do hotelu St. Pancras. Hosmer przyjechał 
po nas dorożką, ale ponieważ było nas dwie, ulokował w niej nas obie, a dla siebie wziął kryty 
powozik,  który  był  jedynym  wehikułem,  jaki  stał  w  tej  chwili  na  ulicy.  Dojechałyśmy  do 
kościoła  pierwsze,  a  kiedy  powozik  dogonił  nas  i  zatrzymał  się,  czekałyśmy,  aż  Hosmer 
wysiądzie.  Ale  nie  wysiadł.  Dorożkarz  zszedł  z  kozła  i  zajrzał.  Nikogo  nie  było  w  środku! 
Dorożkarz powiedział, że nie może sobie nawet wyobrazić, co się z nim stało, bo na własne 
oczy  widział  go,  jak  wsiadał.  To  było  w  zeszły  piątek,  panie  Holmes,  i  od  tego  czasu  nie 
widziałam ani nie słyszałam nic, co mogłoby rzucić jakieś światło na tę całą sprawę. 

— Wydaje mi się, że została pani bezwstydnie potraktowana — powiedział Holmes. 
— Och,  nie,  proszę  pana!  On  był  za  dobry,  za  łagodny,  żeby  mnie  tak  porzucić.  Jak  to, 

przecież przez cały ranek mówił mi, że cokolwiek się stanie, mam być mu wierna, i to nawet 
wtedy, jeżeli stanie się coś zupełnie nieprzewidzianego, co nas rozdzieli. Powinnam zawsze 
pamiętać,  że  obiecałam  mu  całą  siebie  i  że  zgłosi  się  po  mnie  prędzej  czy  później.  Takie 
przemówienie w dzień ślubu wydało mi się trochę dziwne, ale po tym, co się stało, jego słowa 
nabrały znaczenia. 

— Na  pewno  nabrały.  Więc  w  pani  przekonaniu  spotkała  go  jakaś  nieprzewidziana 

tragiczna przygoda? 

— Tak, proszę pana. Myślę, że przewidywał jakieś niebezpieczeństwo, inaczej nie mówiłby 

tak. A później stało się to, co przewidywał. 

— Ale nie wyobraża sobie pani nawet, co się mogło stać? 
— Nie. 
— Jeszcze jedno pytanie. Jak matka pani przyjęła to zdarzenie? 
— Była bardzo zła i powiedziała, że nigdy więcej nie chce już o tym słyszeć. 
— A pani ojczym? Czy powiedziała mu pani? 
— Tak. Przypuszcza tak jak ja, że coś się musiało stać i że prędzej czy później będę miała 

wiadomość  od  Hosmera.  Po  co  miałby  zaprosić  mnie  pod  drzwi  kościoła  i  tam  zostawić? 
Gdyby pożyczył ode mnie pieniądze albo gdyby ożenił się ze mną i przepisał moje pieniądze na 
siebie, wtedy byłoby to zrozumiałe. Ale Hosmer był bardzo niezależny i nigdy nie wspominał 
nawet  o moich pieniądzach. A przecież coś się  musiało  stać? I dlatego  nie napisał do mnie 
później. Och, jestem na wpół oszalała, kiedy myślę o tym! Nie mogę oka zmrużyć po nocach. 

Wyciągnęła z mufki maleńką chusteczkę i zaczęła łkać, zakrywając nią usta. 
— Zajmę się pani sprawą — powiedział Holmes wstając — i nie wątpię, że osiągniemy jakiś 

ostateczny  wynik.  Niech  pani  przerzuci  cały  ciężar  tej  zagadki  na  mnie  i  nic  zamęcza  się 
więcej. A nade wszystko niech pani postara się, aby pan Hosmer Angel zniknął z pani pamięci, 
tak jak zniknął z pani życia. 

— Więc myśli pan, że go już nigdy nie zobaczę? 
— Obawiam się, że nie. 
— Ale co się z nim stało? 
— To  już  niech  pani  mnie  pozostawi.  Chciałbym  od  pani  otrzymać  dokładny  opis  jego 

osoby i wszystkie listy, które może pani zebrać. 

— Zeszłej soboty dałam ogłoszenie o jego zniknięciu w „Chronicle”. Mam je tu. A to są 

cztery listy od niego. 

— Dziękuję pani. A jaki jest pani adres? 
— Lyon Place 31, Camberwell. 
— O ile sobie przypominam, adresu pana Angel nigdy pani nie miała. A gdzie pracuje pani 

ojciec? 

background image

— Jest komiwojażerem dla Westhouse & Markbank, wielkich importerów czerwonych win 

francuskich. Firma znajduje się przy Frenchurch Street. 

— Dziękuję. Wyjaśniła mi pani wszystko. Proszę pozostawić te papiery tutaj i pamiętać o 

radzie, którą pani dałem. Niech całe to wydarzenie stanie się zapieczętowaną księgą, nie może 
ono zaważyć na dalszym pani życiu. 

— Pan jest bardzo dobry, panie Holmes, ale nie mogę tak zrobić. Będę wierna Hosmerowi. 

Będę na niego czekać. 

Mimo dziwacznego kapelusza i bezmyślnej twarzy naszego gościa było w jej prostej wierze 

coś  szlachetnego,  co  zmuszało  do  szacunku.  Położyła  listy  wraz  z  ogłoszeniem  na  stole  i 
odeszła, obiecując, że powróci, gdy tylko zajdzie potrzeba. 

Sherlock  Holmes  przez  kilka  minut  siedział  w  milczeniu,  stykając  dłonie  koniuszkami 

palców. Nogi wyciągnął przed siebie, a w; rok jego błądził po suficie. Wreszcie wziął z półki 
starą, zatłuszczoną glinianą fajkę, która była jego najlepszym doradcą. Zapaliwszy ją, opadł na 
fotel z wyrazem nieskończonej ospałości w twarzy, otoczony gęstą, niebieską chmurą dymu. 

— Bardzo ciekawe studium ta dziewuszka — zauważył. — Wydaje mi się, że jest o wiele 

bardziej interesująca niż ta jej sprawa, która nawiasem mówiąc jest banalna. Jeżeli zajrzysz do 
mego spisu, znajdziesz podobny wypadek w Andover w roku 1877, a coś podobnego zdarzyło 
się  przed  dwunastu  miesiącami  w  Hadze.  Ale  chociaż  pomysł  jest  bardzo  stary,  lecz  kilka 
szczegółów było nowych. Najciekawsza jest sama dziewczyna. 

— Wydaje  mi  się,  że  odgadłeś  w  niej  wiele  rzeczy,  które  dla  mnie  były  zupełnie 

niewidoczne — powiedziałem. 

— Nie  niewidoczne,  ale  przeoczone,  Watsonie.  Nie  wiedziałeś,  gdzie  patrzeć,  więc 

opuściłeś to wszystko, co było ważne. Nigdy nie mogę cię nauczyć, abyś zwracał baczną uwagę 
na rękawy i paznokcie albo wyciągał wnioski ze sposobu wiązania sznurowadeł. Co możesz 
powiedzieć o tej kobiecie? 

— Ubrana  była  w  piaskowego  koloru  kapelusz  z  dużym  rondem  i  ceglastoczerwonym 

piórem.  Żakiet  miała  czarny  i  obszyty  czarnymi  paciorkami,  suknię  brązową,  chyba  trochę 
ciemniejszego koloru niż kolor kawy, i obszytą czerwonym pluszem wokół szyi i rękawów, 
rękawiczki szare i przetarte na prawym wskazującym palcu. Bucików nie zauważyłem. Miała 
małe, wiszące, okrągłe kolczyki ze złota i sprawiała ogólne wrażenie osoby dość zamożnej w 
wulgarnym znaczeniu tego słowa. 

Sherlock Holmes cicho klasnął w ręce i zachichotał. 
— Słowo  daję,  Watsonie  robisz  wspaniałe  postępy.  Rzeczywiście,  zaobserwowałeś  to 

znakomicie. Wprawdzie opuściłeś wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie, ale nauczyłeś się 
metodycznego patrzenia i masz z dobre oko do chwytania barw. Nigdy nie wierz ogólnemu 
wrażeniu, mój stary, ale koncentruj się na szczegółach. Moje pierwsze spojrzenie pada zawsze 
na  kobiece  rękawy.  Jak  zauważyłeś,  ta  kobieta  miała  rękawy  obszyte  pluszem,  który 
najbardziej ze wszystkich materiałów zachowuje ślady. Podwójna linia biegnąca nieco ponad 
przegubem  w  miejscu,  gdzie  stenotypistka  dotyka  stołu,  była  bardzo  pięknie  zaznaczona. 
Ręczna maszyna do szycia pozostawia takie same znaki, ale nie przez środek, jak było w tym 
wypadku, tylko na lewej ręce, i to z tej strony, która jest odległa od kciuka. Potem spojrzałem 
na jej twarz i  zauważyłem  z obu stron nosa wgłębienie po  pince–nez. Stąd prosty wniosek, 
który ją tak zdziwił, że ma krótki wzrok i pisze na maszynie. 

— Przyznam, że też się zdziwiłem. 
— Ależ  to  było  chyba  zupełnie  jasne.  Później  zdumiałem  się,  gdy  spojrzawszy  w  dół, 

zauważyłem, że buciki na jej nogach są różne, chociaż bardzo podobne. Jeden z nich miał przód 
ozdobiony wzorkiem, a drugi był zupełnie gładki. Poza tym jeden był zapięty tylko na dwa 
dolne guziki spośród pięciu,  a drugi  — na pierwszy, trzeci  i  piąty  guzik.  Oczywiście skoro 
młoda dama, skądinąd schludnie ubrana, wychodzi z domu w dwóch różnych, nie dopiętych 
bucikach, nietrudny jest wniosek, że działa w wielkim pośpiechu. 

background image

— Co  jeszcze?  —  zapytałem,  zaciekawiony  jak  zwykle  ostrością  rozumowania  mego 

przyjaciela. 

— Mimochodem zauważyłem, że ubrawszy się do wyjścia na chwilę przed opuszczeniem 

domu, napisała kartkę; zwróciłeś uwagę, że prawa jej rękawiczka miała rozdarty palec, ale nie 
dostrzegłeś,  że  i  palec,  i  rękawiczka  były  powalane  fioletowym  atramentem.  Pisała  w 
pośpiechu i za głęboko zanurzała pióro w kałamarzu. Musiało to być dzisiejszego ranka, bo w 
przeciwnym  wypadku  ślad  na  palcu  nie  byłby  tak  wyraźny.  To  wszystko  jest  zajmujące, 
chociaż cokolwiek elementarne. Ale musimy powrócić do naszej pracy, Watsonie. Bądź łaskaw 
i przeczytaj mi rysopis pana Hosmera Angel, zamieszczony w ogłoszeniu. 

Uniosłem ku światłu mały zadrukowany kawałek papieru. Ogłoszenie brzmiało: 
„Rankiem dnia 14 zaginął dżentelmen o nazwisku Hosmer Angel. Wzrost około 5 stóp 7 

cali. Budowa ciała mocna, cera ziemista, czarne włosy, niewielka łysina pośrodku głowy, gęste 
bokobrody i wąsy, przyciemnione okulary, nieco niewyraźna wymowa. Kiedy go ostatni raz 
widziano, ubrany był w czarny żakiet frakowy, czarną jedwabną kamizelkę ozdobioną złotym 
łańcuszkiem, szare tweedowe spodnie i brązowe getry na bucikach z miękkiej skóry. Wiadomo, 
że był zatrudniony w biurze przy ulicy Leadenhall. Ktokolwiek dostarczy etc… 

— To wystarczy — powiedział Holmes. — Jeżeli chodzi o listy… — spojrzał na nie — to są 

one bardzo zwyczajne. Nie dają żadnej wskazówki o panu Hosmerze Angel, poza tym, że raz 
cytuje Balzaka. Ale istnieje jeden ciekawy punkt, który na pewno cię uderzy. 

— Są napisane na maszynie — zauważyłem. 
— Nie tylko to. Podpisuje się też na maszynie. Spójrz na te czyściuteńkie „Hosmer Angel” u 

spodu. Jest data, jak widzisz, ale nie ma żadnego adresu poza nazwą ulicy, co raczej niewiele 
mówi. Punkt dotyczący podpisu jest bardzo ciekawy, a właściwie decydujący. 

— O czym? 
— Mój drogi, czy naprawdę nie dostrzegasz, jak bardzo ciąży to nad całą sprawą? 
— Nie mogę powiedzieć, że dostrzegam; chyba że miałby zamiar wyrzec się tego podpisu, 

w wypadku, gdyby go oskarżono o złamanie obietnicy małżeńskiej. 

— Nie. Nie o to chodzi. Ale tak czy inaczej, napiszę dwa listy, które wyjaśnią tę sprawę. 

Jeden  zaadresuję  do  pewnego  przedsiębiorstwa  w  City,  a  drugi  otrzyma  ojczym  tej  młodej 
damy, pan Windibank. Zapytam go, czy mógłby się tu spotkać z nami o szóstej wieczór? A 
teraz,  doktorze,  ponieważ  nie  możemy  uczynić  nic  więcej  do  chwili,  kiedy  przyjdzie 
odpowiedź na te listy, musimy aż do tego czasu odłożyć naszą małą zagadkę na półkę. 

Miałem  wiele  powodów,  by  wierzyć  w  lotność  rozumowania  mojego  przyjaciela  i 

niezwykłą  energię  jego  działania.  Byłem  więc  przekonany  —  widząc,  jak  lekko  traktuje  tę 
osobliwą tajemnicę — że stoi na pewnym gruncie. Dotychczas raz tylko byłem świadkiem jego 
niepowodzenia. Stało się to, gdy rozwiązywał sprawę króla czeskiego i fotografii Ireny Adler. 
Ale  kiedy  pomyślałem  o  niesamowitej  zagadce  Znaku  Czterech  i  niezwykłych  okoliczności 
związanych ze Studium w szkarłacie, doszedłem do wniosku, że zagadnienie, którego by nie 
mógł rozwikłać, musiałoby być naprawdę zdumiewające. 

Pozostawiłem  go  więc  —  wciąż  jeszcze  pykającego  swoją  czarną  glinianą  fajkę  —  w 

przekonaniu, że gdy powrócę następnego wieczoru, będzie miał w ręku wszystkie wątki, które 
doprowadzą nas do odkrycia tożsamości zaginionego oblubieńca panny Sutherland. 

Bardzo poważny przypadek natury zawodowej zajął moją uwagę w tym czasie i w ciągu 

następnego dnia byłem zajęty przy łożu cierpiącego człowieka. Niewiele brakowało do szóstej, 
kiedy wreszcie uwolniłem się i wskoczywszy do dorożki pojechałem na Baker Street. Byłem 
przerażony  aa  —  myśl,  że  przybędę  za  późno,  by  asystować  przy  denouement

*

  tej  małej 

tajemnicy.  Tymczasem  znalazłem  Sherlocka  Holmesa  samego,  pogrążonego  w  półśnie. 
Siedział zwinięty w kłębek w zagłębieniu fotela. Potężna armia butelek i probówek, woniejąca 

                                                 

*

 Denouement (franc.) — rozwiązanie. 

background image

ostro  kwasem  solnym,  powiedziała  mi  od  razu,  że  spędził  dzień  na  swoich  ulubionych 
doświadczeniach chemicznych. 

— Czy rozwiązałeś zagadnienie? — zapytałem wchodząc. 
— Tak. To był dwusiarczan barytu. 
—  Nie, nie to! Tajemnicę! — zawołałem. 
— Och, o to ci chodzi. Myślałem o solach, nad którymi pracowałem. Nigdy nie było żadnej 

tajemnicy w tamtej sprawie, chociaż jak ci już wczoraj wspomniałem, kilka szczegółów budzi 
zainteresowanie. Jedyną wadą tego wszystkiego jest fakt, że nie ma żadnego prawa, które by 
mogło ukarać tego łajdaka. 

— Ale kim on jest i jaki miał cel w porzuceniu panny Sutherland? 
Ledwie  wymówiłem  to  pytanie,  a  Sherlock  Holmes  nie  zdążył  jeszcze  otworzyć  ust,  by 

odpowiedzieć, usłyszeliśmy ciężkie kroki na korytarzu i pukanie do drzwi. 

— To  pan  Windibank,  ojczym  dziewczyny  —  powiedział  Holmes.  —  Odpisał  mi, 

zapewniając, że będzie tu o szóstej. Proszę wejść! 

Wchodzący  był  człowiekiem  w  wieku  około  lat  trzydziestu,  średniego  wzrostu,  dobrze 

zbudowanym,  gładko  ogolonym,  o  ziemistej  cerze,  o  uprzejmym,  a  nawet  przypochlebnym 
zachowaniu  i  ostrych,  przenikliwych  szarych  oczach.  Kolejno  obrzucił  nas  obu  pytającym 
spojrzeniem, położył swój lśniący cylinder na konsolce i z lekkim ukłonem opadł na znajdujące 
się w pobliżu krzesło. 

— Dobry  wieczór,  panie  Windibank  —  powiedział  Holmes.  —  Sądzę,  że  list,  w  którym 

zgadza się pan na to spotkanie, pochodzi od pana? 

— Oczywiście,  proszę  pana.  Obawiam  się,  że  przyszedłem  z  małym  opóźnieniem,  ale 

niestety nie jestem panem swojego czasu. Bardzo żałuję, że panna Sutherland trudziła panów tą 
sprawą,  gdyż  sądzę,  że  tego  rodzaju  bielizny  nie  należy  prać  poza  domem.  Przyszła  tu 
absolutnie  wbrew  mojemu  życzeniu.  Ale  jest  to  bardzo  nieobliczalna  i  impulsywna 
dziewczyna,  jak  panowie  zapewne  sami  zauważyli.  Niełatwo  ją  powstrzymać,  kiedy  coś 
postanowi. Oczywiście nie jestem wam tak bardzo przeciwny, gdyż nie należycie do policji, ale 
nie  jest  przyjemnie,  kiedy  tego  rodzaju  nieszczęście  rodzinne  zostaje  szeroko  rozgłoszone. 
Poza  tym  uważam  to  za  niepotrzebny  wydatek,  bo  przecież  nie  ma  żadnych  danych  na  to, 
abyście mogli odnaleźć tego Hosmera Angel. 

— Przeciwnie — powiedział Holmes cicho. — Mam wszelkie powody, by przypuszczać, że 

uda mi się wykryć pana Hosmera Angel. 

Pan Windibank poderwał się gwałtownie i upuścił rękawiczki. 
— Bardzo się cieszę — powiedział. 
— Zdumiewająca rzecz — zauważył Holmes — że pismo maszynowe ma w rzeczywistości 

tyle samo cech indywidualnych co rękopis. Nie ma dwóch maszyn, które pisałyby jednakowo. 
Jeżeli oczywiście nie są zupełnie nowe. Niektóre litery niszczą się prędzej niż inne, niektóre 
zużywają  się  tylko  z  jednej  strony.  Niech  pan  zwróci  uwagę  na  to,  że  w  pańskim  liście 
wszystkie  litery  „e”  są  trochę  zamazane,  a  „r”  mają  mały  defekt  w  ogonku.  Jest  jeszcze 
czternaście innych miejsc charakterystycznych, ale te dwa najbardziej rzucają się w oczy. 

— Wszystkie listy w naszym przedsiębiorstwie pisze się na maszynie, więc niewątpliwie 

musi  być  trochę  zużyta  —  odpowiedział  nasz  gość,  spoglądając  bystro  na  Holmesa  swymi 
małymi, jasnymi oczkami. 

— A  teraz  pokażę  panu  coś,  co  jest  naprawdę  ciekawym  studium,  panie  Windibank  — 

ciągnął  dalej  Holmes.  —  Myślę  o  napisaniu  w  najbliższym  czasie  jeszcze  jednej  małej 
monografii, tym razem o maszynie do pisania i jej powiązaniach ze światem zbrodni. Jest to 
temat,  któremu  poświęciłem  nieco  uwagi.  Mam  tu  cztery  listy,  które  zostały  wysłane  przez 
zaginionego człowieka. Wszystkie są napisane na maszynie. W każdym z nich nie tylko „e” jest 
zalane i „r” bez ogonka, ale zauważy pan, jeśli zechce pan użyć mego szkła powiększającego, 
że jest tam także czternaście innych cech charakterystycznych, o których wspomniałem. 

background image

Pan Windibank zerwał się z krzesła i podniósł kapelusz. 
— Nie mogę tracić czasu na tego rodzaju dziwne rozmówki, panie Holmes — powiedział. 

—  Jeżeli  może  pan  schwytać  tego  człowieka,  niech  go  pan  schwyta  i  proszę  mnie  o  tym 
powiadomić. 

— Oczywiście — powiedział Holmes, podchodząc do drzwi i przekręcając klucz w zamku. 

— Zawiadamiam pana, że go schwytałem. 

— Co? gdzie? — krzyknął pan Windibank. Zbladł, usta mu zbielały i zaczął rozglądać się 

dokoła jak szczur schwytany w pułapkę. 

— Och, nie warto, naprawdę nie warto — powiedział Holmes łagodnie. — Nie ma żadnych 

możliwości ucieczki, panie Windibank. Wszystko jest aż nadto jasne i sądzę, że był to bardzo 
niegrzeczny  żart  z  pana  strony,  gdy  powiedział  pan,  że  nie  potrafię  rozwiązać  tak  prostej 
zagadki. Zrozumiał pan? To dobrze. Proszę usiąść i porozmawiajmy. 

Nasz gość opadł na fotel. Twarz miał przeraźliwie bladą, a na jego brwiach zauważyłem 

wilgotny połysk. 

— To… to nie jest karalne sądownie… — wyjąkał. 
— Obawiam  się, że nie  jest. Ale mówiąc między  nami, panie Windibank, był  to  jeden z 

najbardziej okrutnych, samolubnych i nikczemnych uczynków, na jakie udało mi się natrafić. 
Teraz proszę mi pozwolić na zrelacjonowanie przebiegu wypadków. Jeśli się omylę, zaprzeczy 
pan. 

Człowiek siedział skulony w fotelu. Głowę miał opuszczoną na piersi. Wyglądał jak ktoś 

zupełnie  załamany.  Holmes  oparł  stopy  na  obramowaniu  kominka  i  pochylony  do  tylu, 
trzymając ręce w kieszeniach, zaczął mówić, raczej do siebie niż do nas. 

— Pewien  człowiek  ożenił  się  dla  pieniędzy  z  kobietą  o  wiele  starszą  niż  on  sam  — 

powiedział.  —  Mógł  również  korzystać  z  pieniędzy  jej  córki,  jak  długo  z  nimi  mieszkała. 
Dochód córki  stanowił  poważną sumę dla ludzi  w ich położeniu  materialnym,  a utrata jego 
bałaby się we znaki. Warto więc było podjąć wysiłki, aby zatrzymać te pieniądze dla siebie. 
Córka była osobą o dobrym i łagodnym usposobieniu, serdeczna, ale nieco zbyt uczuciowa. 
Jasne było, że te osobiste zalety i stały dochód nie pozwolą jej pozostać w długim panieństwie. 
Ale małżeństwo jej oznaczałoby utratę stu funtów rocznie. Cóż więc robi ojczym, aby temu 
zapobiec?  Stara  się  ją  oczywiście  zatrzymać  w  domu  i  zabrania  szukać  towarzystwa  ludzi 
równych jej wiekiem. Ale wkrótce dochodzi do przekonania, że to mu się wiecznie nie będzie 
udawało.  Dziewczyna  staje  się  krnąbrna,  zaczyna  się  dopominać  o  swoje  prawa  i  wreszcie 
oznajmia, że postanowiła pójść na pewien bal.  Co robi wówczas mądry ojczym? Wpada na 
pomysł  przynoszący  więcej  zaszczytu  jego  głowie  niż  sercu.  Przy  pełnym  pobłażaniu  i 
współpracy swej żony przebiera się, zakrywa bystre oczy przyciemnionymi szkłami, maskuje 
twarz wąsami i parą krzaczastych bokobrodów, zmienia wyraźny głos w przypochlebny szept, 
po czym, podwójnie zabezpieczony — zważywszy krótki wzrok dziewczyny  — ukazuje się 
jako zalotnik, nie dopuszczając tym samym innych ewentualnych zalotników. 

— Początkowo to był żart — jęknął nasz gość. — Nigdy nie przypuszczaliśmy, że da się tak 

nabrać. 

— Bardzo możliwe. Tak czy inaczej, młoda dama dała się nabrać. Była przekonana, że jej 

ojczym znajdował się we Francji, i ani przez chwilę nie podejrzewała oszustwa. Uprzejmości 
świadczone przez tego dżentelmena pochlebiły jej, tym bardziej że matka mówiła o nim z takim 
podziwem. Wówczas pan Angel zaczął składać wizyty, gdyż stało się  oczywiste, że sprawa 
powinna posunąć się możliwie jak najdalej, jeżeli ma dać jakieś wyniki. Nastąpiły spotkania, 
wreszcie  zaręczyny,  które  miały  na  celu  ostateczne  zobowiązanie  jej  do  wierności.  Ale 
oszustwa nie można było przeciągać w nieskończoność. Pozorowane wyjazdy do Francji stały 
się  bardzo  uciążliwe.  Trzeba  było  zakończyć  sprawę,  i  to  w  sposób  tak  dramatyczny,  aby 
zakończenie to pozostawiło w umyśle dziewczyny trwały ślad i nie pozwoliło przez dłuższy 
czas  darzyć  względami  innych  zalotników.  Stąd  te  przysięgi  wierności  wsparte  Pismem 

background image

świętym,  stąd  także  wzmianki  w  dniu  ślubu  o  tym,  co  się  może  zdarzyć.  James  Windibank 
pragnął, aby panna Mary Sutherland, niepewna losów Hosmera, tak czuła się z nim związana, 
by w ciągu dziesięciu co najmniej lat nie mogła zainteresować się innym człowiekiem. Zawiózł 
ją aż pod drzwi kościelne i wówczas — ponieważ nie mógł już pojechać dalej — po prostu 
zniknął, dzięki starej sztuczce, polegającej na wejściu jednymi drzwiami do krytej dorożki, a 
wyjściu drugimi. Wydaje mi się, że taka była kolejność wypadków, panie Windibank. 

Podczas gdy Holmes mówił, nasz gość odzyskał nieco pewności siebie, wstał z krzesła. Na 

pobladłej twarzy miał zimny, szyderczy uśmiech. 

— Może tak jest, a może nie, panie Holmes — powiedział. — Ale jeśli jest pan tak bystry, 

powinien pan wiedzieć, że to pan właśnie łamie teraz prawo, nie ja. Od pierwszej chwili nie 
zrobiłem nic karalnego, ale tak długo, jak trzyma pan te drzwi zamknięte, wystawia się pan na 
oskarżenie o napad i bezprawne przytrzymywanie człowieka. 

— Prawo nie może cię dotknąć — powiedział Holmes, obracając klucz i otwierając drzwi na 

oścież. — Tym niemniej nigdy nie było człowieka, który by bardziej zasługiwał na karę. Jeżeli 
ta młoda dama ma brata albo przyjaciela, powinien on wysmagać cię szpicrutą po plecach. Na 
Jowisza!  —  ciągnął  dalej,  czerwieniąc  się  na  widok  gorzkiego  szyderstwa  widocznego  na 
twarzy tego człowieka. — Nie należy to do moich obowiązków wobec klienta, ale mam tu pod 
ręką szpicrutę i sądzę, że po prostu… 

Zrobił dwa szybkie kroki w kierunku szpicruty, ale zanim zdążył ją pochwycić, rozległ się 

głośny tupot po schodach, ciężkie drzwi wyjściowe trzasnęły i zobaczyliśmy z okna, że pan 
James Windibank pędził co sił w nogach w dół ulicy. 

— Oto bezczelny łajdak! — powiedział Holmes śmiejąc się i opadając znowu na fotel. — 

Ten  człeczyna  będzie  się  posuwał  od  przestępstwa  do  przestępstwa,  aż  wreszcie  zrobi  coś 
bardzo  złego  i  skończy  na  szubienicy.  Wypadek  ten  nie  był  pozbawiony,  pod  pewnym 
względem, ciekawych stron. 

— Nie dostrzegam, nawet teraz, całej drogi twego rozumowania — powiedziałem. 
— Oczywiście, jasne było od pierwszej chwili, że ten pan Hosmer Angel musi mieć jakieś 

ważne powody do zachowywania się w tak dziwny sposób. Jasne było także, że ojczym jest 
jedynym człowiekiem, który zyskiwał coś dzięki temu wydarzeniu. Poza tym wiele dawał do 
myślenia fakt, że ci dwaj ludzie nigdy nie znajdowali się razem, ale zawsze jeden ukazywał się 
wtedy,  kiedy  drugi  był  daleko.  W  równej  mierze  podejrzane  były  przyciemnione  okulary  i 
dziwny  głos.  Wskazywały  one  na  przebranie,  tak  samo  zresztą  jak  krzaczaste  bokobrody. 
Wszystkie moje podejrzenia potwierdza niecodzienny zwyczaj podpisywania się na maszynie, 
co  oczywiście  wskazywało,  ze  pismo  tego  człowieka  musi  być  dobrze  znane  dziewczynie  i 
poznałaby je nawet w tak drobnej próbce. Jak widzisz, wszystkie te rozrzucone fakty, wraz z 
wieloma mniejszymi, wskazywały na to samo. 

A jak je sprawdziłeś? 
Kiedy  raz  wyśledzę  człowieka,  reszta  idzie  łatwo.  Znam  przedsiębiorstwo,  w  którym  on 

pracuje. Wziąwszy z ogłoszenia opis zaginionej osoby, usunąłem wszystko to, co mogło być 
wynikiem  przebrania  — to  znaczy okulary,  wąsy,  głos  —  i  wysłałem  do przedsiębiorstwa z 
prośbą,  aby  odpowiedzieli  mi,  czy  zgadza  się  z  wyglądem  któregokolwiek  z  ich 
komiwojażerów.  Zanotowałem  już  osobliwości  maszyny  do  pisania  i  napisałem  do  tego 
człowieka  list  na  jego  biurowy  adres,  prosząc,  by  tu  przyszedł.  Tak  jak  się  spodziewałem, 
odpowiedź została napisana na maszynie i odkryła mi te same, pospolite, ale charakterystyczne 
defekty.  Tą  samą  pocztą  nadszedł  list  z  firmy  Westhouse  &  Markbank  przy  Frenchurch,  w 
którym doniesiono mi, że opis zgadza się pod każdym względem z wyglądem ich pracownika 
Jainesa Windibank. Voilà tout

*

! 

— A panna Sutherland? 

                                                 

*

 Voilà tout (franc.) — to wszystko. 

background image

— Jeżeli jej powiem, nie uwierzy mi. Przypomnij sobie stare perskie przysłowie: „Żyje w 

niebezpieczeństwie ten, kto pragnie odebrać młode tygrysowi, a także ten, kto pragnie odebrać 
złudzenie kobiecie”. Jest tyleż rozsądku u Hafiza

*

 co u Horacego

*

 — i tyleż znajomości świata. 

Przełożył Kazimierz Kwaśniewski 

                                                 

*

 Hafiz (ok. 1320 — 1389) — słynny poeta perski. 

*

 Horacy (I w. p.n.e.) — poeta i satyryk rzymski. 

background image

T

AJEMNICA 

D

OLINY 

B

OSCOMBE

 

 
Pewnego  poranku  siedziałem  z  żoną  przy  śniadaniu,  gdy  służąca  przyniosła  depeszę. 

Telegrafował Sherlock Holmes, co następuje: 

„Czy masz dwa dni wolne? Właśnie wzywają mnie telegraficznie do zachodniej Anglii z 

powodu  morderstwa  w  dolinie  Boscombe.  Cieszyłbym  się  bardzo,  gdybyś  udał  się  ze  mną. 
Wyborne powietrze i wspaniała okolica. Odjazd z Paddington 11.15”. 

— Czy myślisz jechać? — zapytała żona, patrząc na mnie. 
— Nie wiem doprawdy, co zrobić? Lista moich chorych jest właśnie teraz dosyć długa. 
— Ale  mniejsza  o  to;  Anstruther  cię  zastąpi.  W  ostatnich  czasach  wyglądasz  trochę 

mizernie,  więc  przejażdżka  posłuży  ci;  zresztą  wiem,  jak  bardzo  cię  zajmują  przygody 
Sherlocka Holmesa. 

— Jakżeby  mogło  być  inaczej;  wszak  jednej  z  nich  zawdzięczam  poznanie  ciebie.  Jeżeli 

jednak mam naprawdę jechać, to muszę się spieszyć, bo jest tylko pół godziny czasu. 

Z mojego pobytu w Afganistanie wyciągnąłem przynajmniej tę korzyść, że w każdym czasie 

potrafiłem szybko przygotować się do podróży. W drodze miałem niewielkie potrzeby, wkrótce 
więc siedziałem z moją torbą podróżną w dorożce, zdążając na dworzec Paddington. Sherlock 
już się tam przechadzał, a jego wysoka, chuda postać w długim, szarym płaszczu podróżnym i 
w małej czapce sukiennej wydawała się jeszcze większą i chudszą niż zwykle. 

— Bardzo to ładnie z twej strony Watsonie, że przybywasz  — rzekł. — Jest to dla mnie 

wielka korzyść mieć z sobą towarzysza, na którym można polegać. Pomoc miejscowa bywa 
zwykle stronnicza lub bez wartości. Zajmij dwa miejsca w kącie, a ja tymczasem przyniosę 
bilety. 

W wagonie pozostaliśmy sami z całym stosem gazet i papierów, które Holmes przyniósł z 

sobą. 

Aż do stacji Reading przeglądał je, czytał, robił notatki i rozmyślał. Nagle zebrał wszystko 

razem i rzucił w górę do siatki na pakunki. 

— Czy już słyszałeś o wypadku? — zapytał. 
— Ani słowa; w ostatnich dniach nie czytałem żadnej gazety. 
— Londyńska  prasa  podała  nie  bardzo  dokładne  sprawozdania.  Właśnie  przeglądałem 

najnowsze  dzienniki,  aby  się  dowiedzieć  o  szczegółach.  Jest  to,  jak  się  zdaje,  jeden  z  tych 
prostych wypadków, które są nadzwyczaj trudne do wyświetlenia. 

— To brzmi trochę sprzecznie. 
— A przecież jest głęboką prawdą. Im mniej dziwne, im pospolitsze jest przestępstwo, tym 

trudniejsze  do  wykrycia.  W  tym  wypadku  np.  są  ciężkie  poszlaki  przeciw  synowi 
zamordowanego. 

— A więc chodzi o jakieś morderstwo? 
— Tak  przynajmniej  twierdzą.  Ja  jednak  nic  nie  przyjmuję,  zanim  nie  zbadam  rzeczy 

osobiście. Opowiem ci w krótkości faktyczny stan rzeczy, o ile sam zdołałem go poznać. 

— Dolina Boscombe jest to okręg położony niedaleko Ross w Herefordshire. Największe 

posiadłości ma tam pan John Turner, który wzbogacił się w Australii i przed laty powrócił do 
ojczyzny. Jedno z jego dóbr, tak zwane Hatherley, dzierżawił pan Charles Mc Carthy, również 
dawny Australijczyk. Obaj poznali się w koloniach i łatwo zrozumieć, że potem osiedlili się 
możliwie najbliżej siebie. Turner był widocznie bogatszy, dlatego też Mc Carthy został jego 
dzierżawcą, co jednak — jak widać — nie przeszkadzało, że obaj pozostawali z sobą na równej 
stopie  towarzyskiej.  Mc  Carthy  miał  osiemnastoletniego  syna,  Turner  córkę  w  tym  samym 
wieku; obaj byli wdowcami. Unikali wszelkich stosunków z angielskimi rodzinami w okolicy i 
żyli  w  odosobnieniu,  chociaż  ojciec  i  syn  Mc  Carthy  lubili  sport  i  często  brali  udział  w 
wyścigach,  odbywających  się  w  sąsiedztwie.  Mc  Carthy  trzymał  dwoje  służby,  to  jest 

background image

służącego  i  kucharkę,  podczas  gdy  Turner  znacznie  więcej,  bo  co  najmniej  pół  tuzina.  To 
wszystko,  czego  mogłem  się  dowiedzieć  o  obu  rodzinach.  A  teraz  przystępuję  do  faktów 
związanych z samą zbrodnią. 

Trzeciego  czerwca  —  a  więc  w  zeszły  poniedziałek  —  wyszedł  Mc  Carthy  z  Hatherley 

około  godziny  trzeciej  po  południu  i  udał  się  do  stawu  Boscombe,  to  jest  małego  jeziora, 
powstałego  przez  nagłe  rozszerzenie  się  rzeki  w  dolinie.  Rano  był  ze  służącym  w  Ross  i 
oświadczył mu, że musi się spieszyć, bo o trzeciej ma umówioną ważną rozmowę; z tej to nie 
wrócił już żywy. 

Dwór w Hatherley jest oddalony od stawu o ćwierć mili; na drodze do stawu widziały pana 

Mc Carthy dwie osoby:  kobieta, której nazwiska nie  podano, i William Crowder, łowczy w 
służbie pana Turnera. Obydwoje zeznali, że Mc Carthy szedł sam. Łowczy oświadczczył nadto, 
że  w  kilka minut  po  przejściu  Mc  Carthy  spotkał  na  tej  samej  drodze  jego  syna,  Johna  Mc 
Carthy ze strzelbą pod pachą; twierdzi na pewno, że ojciec musiał zostać spostrzeżony przez 
syna. Zresztą nie myślał więcej o tym, aż wieczorem dowiedział się o strasznym wypadku. 

I  później  jeszcze  widziano  obu  Mc  Carthych,  gdy  ich  łowczy  już  z  oczu  stracił.  Staw 

Boscombe  jest  naokoło  otoczony  gęstym  lasem,  tylko  tuż  nad  brzegiem  rośnie  pas  traw  i 
trzciny.  Córka  dozorcy  dóbr  Boscombe,  Patience  Moran,  zbierała  właśnie  w  lesie  kwiaty. 
Zeznaje ona, że widziała stamtąd pana Mc Carthy’ego i jego syna; widocznie gwałtownie się 
sprzeczali, bo słyszała, że ojciec mówił bardzo ostro do syna, syn zaś wzniósł rękę, jakby chciał 
ojca  uderzyć.  Przerażona  gwałtownością  obu  mężczyzn  pobiegła  do  domu,  opowiedziała 
matce, co widziała nad stawem, i wyraziła obawę, że między oboma dojdzie pewno do jeszcze 
gwałtowniejszych czynów. Zaledwo skończyła, gdy wpadł młody Mc Carthy, prosząc o pomoc 
i mówiąc, że znalazł ojca zabitego w lesie. Był bardzo wzruszony, nie miał kapelusza i broni, a 
na prawej ręce i rękawie były widoczne ślady krwi. Udano się z młodym człowiekiem, a na 
trawie, nad stawem znaleziono rozciągniętego trupa ojca. Na czaszce były ślady kilkakrotnych 
uderzeń tępą bronią; mogły one pochodzić od strzelby syna, która leżała w odległości kilku 
kroków od trupa na trawie. Wskutek tych okoliczności uwięziono Mc Carthy’ego natychmiast; 
ponieważ  wstępne  śledztwo  we  wtorek  uznało  sprawę  za  „rozmyślne  zabójstwo”,  został 
oddany we środę prokuraturze w Ross, a najbliższa sesja sądu przysięgłych będzie obradowała 
nad tą sprawą. Oto jest prosty przebieg zdarzenia, jak się ono przedstawia sędziemu śledczemu 
i policji. 

— Nie mogę sobie  wyobrazić wypadku  —  rzekłem  — w którym  wszystkie okoliczności 

dokładniej wskazywałyby winowajcę. 

— Te  wszystkie  dowody  w  zeznaniach  są  często  bardzo  wątpliwe  —  odrzekł  poważnie 

Holmes. — Często oświetlają one bardzo wyraźnie jakiś oznaczony punkt, gdy jednak trochę 
tylko  zmienimy  obrany  punkt  wyjścia,  okazuje  się,  że  mogą  one  udowodnić  wcale 
niedwuznacznie coś wręcz przeciwnego. W tym wypadku występują takty bardzo poważnie 
przeciw synowi, i nawet możliwe, że on jest winowajcą. Jednak niektórzy sąsiedzi — a między 
nimi panna Turner, córka sąsiedniego właściciela dóbr — wierzą w jego niewinność; ona to 
uprosiła Lestrade’a, którego znasz już skądinąd, by podjął się bronić młodego Mc Carthy’ego. 
Lestrade,  uważając  sprawę  za  trochę  zagadkową,  oddał  ją  mnie  i  dlatego  właśnie  my  dwaj, 
stateczni panowie, jedziemy pospiesznym pociągiem na zachód, zamiast spokojnie i wygodnie 
trawić w domu śniadanie. 

— Obawiam  się,  czy  ta  historia  przyniesie  ci  choć  trochę  sławy,  bo  fakty  są  tu  nadto 

oczywiste! 

— Nic łatwiej nie zwodzi, jak właśnie tak zwane oczywiste fakty — odpowiedział śmiejąc 

się  Holmes.  Ale  będziemy  może  mieli  szczęście  i  odkryjemy  inne  „oczywiste  fakty”,  które 
uszły uwagi pana Lestrade. Bez chełpliwości, której — jak wiesz — nie posiadam, utrzymuję, 
że jego teorię stwierdzę lub obalę środkami, do jakich użycia byłby niezdolny i może ich nawet 
nie pojmuje. Weźmy pierwszy lepszy przykład: gdy spojrzę na ciebie, wiem zaraz, że okno w 

background image

twojej  sypialni  jest  po  stronie  prawej,  a  jednak  wątpię,  czy  pan  Lestrade  coś  równie 
oczywistego mógłby spostrzec. 

— W jakiż sposób?… 
— Mój kochany przyjacielu, wszak znam cię dobrze i twoją wojskową dokładność. Golisz 

się codziennie, a w tej porze roku czynisz to przy świetle dziennym; ponieważ jednak golenie 
twoje przedstawia pewne braki  im dalej na lewo, tak że nawet  na zaokrągleniu szczęki  jest 
niedbałe, to oczywiście lewa strona twarzy musi być oświetlona mniej jasno niż prawa. Nie 
mogę sobie wyobrazić, aby taki człowiek jak ty zadowolił się takim goleniem, chyba, że czyni 
to  w  nierównomiernym  oświetleniu.  Wymieniam  tylko  ten  drobny  przykład  obserwacji  i 
sposobu wyciągania wniosków. Na tym właśnie polega moje rzemiosło i być może, że przyda 
mi się ono w nadchodzącym śledztwie. Przy badaniu wstępnym wspomniano niektóre uboczne 
okoliczności, nad którymi warto się zastanowić. 

— Któreż by to były? 
— Jak  się  zdaje,  został  młody  człowiek  uwięziony  dopiero  po  powrocie  do  domu  w 

Hatherley. Gdy mu to oznajmiono, powiedział, że się wcale nie dziwi i że czego innego się nie 
spodziewał. Takie uwagi z jego ust musiały — rzecz naturalna — usunąć wszelkie wątpliwości 
sędziów. 

— Było to wyznanie — zawołałem. 
— Nie; albowiem potem nastąpiły zapewnienia niewinności. 
— Wobec takiego szeregu okoliczności obciążających bardzo podejrzane są te zapewnienia. 
— Przeciwnie, Watsonie; jest to właśnie najjaśniejszy punkt świetlny w całej sprawie, punkt 

przebijający ciemne chmury. Chociaż jest niewinny, musiałby być przecież bardzo głupi, aby 
nie  widzieć,  jak  ciężko  wszystko  przeciw  niemu  świadczy.  Gdyby  przy  uwięzieniu  okazał 
zdziwienie  lub  udawał  oburzenie,  wydałoby  mi  się  to  mocno  podejrzane,  ponieważ  takie 
uczucia byłyby wobec tego stanu rzeczy nienaturalne; zwykle jednak wydają się one każdemu 
przestępcy  najmądrzejsze.  Otwarte  postępowanie  syna  oznacza  albo  jego  niewinność,  albo 
wielką moc i panowanie nad sobą. Oświadczenie, że nie spodziewał się czego innego, nie było 
nienaturalne, gdy rozważysz, że stał wobec trupa ojca z przeświadczeniem, że w owym dniu tak 
dalece zapomniał o swych synowskich obowiązkach, iż popadł w sprzeczkę z ojcem, a nawet 
— według ważnego zeznania młodej dziewczyny — podniósł na niego rękę. Wyrzuty i skrucha 
leżące na dnie jego uwagi oznaczają raczej czystą aniżeli winną duszę. Wstrząsnąłem głową. 

— Niejednego już dla słabszych dowodów powiesili. 
— Tak — toteż niejednego powieszono niewinnie. 
— Cóż mówi sam oskarżony? 
— Boję się, że właśnie to, co on mówi, jest dla jego obrońców nie bardzo zachęcające; mimo 

to kilka punktów warto rozważyć. Masz to tutaj; przeczytaj sam. 

Holmes  odnalazł  w  swej  wiązce  akt  numer  gazety  z  Herefordshire  i  przeglądnąwszy  ją, 

wskazał  mi  rozdział,  w  którym  podane  były  zeznania  nieszczęśliwego  młodzieńca. 
Usadowiłem się wygodnie w kącie i czytałem uważnie sprawozdanie śledztwa sądowego. 

„Następnie wprowadzono pana Jamesa Mc Carthy’ego, jedynego syna zmarłego; zeznaje 

on,  co  następuje:  Byłem  trzy  dni  nieobecny  w  domu  i  dopiero  w  poniedziałek  o  trzeciej 
wróciłem z Bristolu. Nie zastałem ojca w domu, a służąca powiedziała mi, że pojechał do Ross 
ze  służącym  Johnem  Coblem.  Wkrótce  usłyszałem  w  podwórzu  turkot  powozu,  a 
przystąpiwszy do okna, spostrzegłem ojca wysiadającego i szybko oddalającego się, nie wiem 
nawet,  w  którym  kierunku.  Wziąwszy  strzelbę,  udałem  się  nad  staw,  aby  przeszukać  jamy 
królicze. W drodze spotkałem Williama Crowdera, łowczego, który to zresztą już zeznał; myli 
się tylko, twierdząc, że szedłem za ojcem. Nie przeczuwałem nawet, że idzie on przede mną. 
Może byłem oddalony o sto kroków od stawu, gdy usłyszałem krzyk: Cooee, było to zwykle 
hasło  między  mną  a  ojcem.  Pospieszyłem  za  głosem  i  znalazłem  ojca  nad  stawem.  Moje 
zjawienie się zdziwiło go trochę; dość ostro Zapytał mnie, czego chcę. Wywiązała się ostra 

background image

wymiana słów, która doprowadziła do kłótni, prawie do gwałtownych czynów, ojciec mój był 
bowiem  człowiekiem  bardzo popędliwym.  Gdy spostrzegłem, że  gniew jego przechodzi  już 
granicę,  opuściłem  go  i  chciałem  wrócić  do  Hatherley.  Zaledwie  uszedłem  ze  150  kroków, 
usłyszałem straszny krzyk; wróciłem i znalazłem na ziemi umierającego ojca z ciężką raną na 
głowie.  Odrzuciłem  strzelbę,  wziąłem  ojca  w  ramiona,  umarł  on  jednak  wkrótce.  Chwilę 
klęczałem  przy  nim,  a  następnie  pobiegłem  do  dozorcy  dóbr  Turnera,  którego  dom  był  w 
pobliżu, prosząc o pomoc. Gdy wróciłem, nie spostrzegłem koło ojca nikogo. W ogóle nie mani 
pojęcia, w jaki sposób został zamordowany. Nie był on wprawdzie lubiany, gdyż w zachowaniu 
się jego było coś zimnego i odpychającego, nie miał jednak żadnych prawdziwych wrogów. 
Więcej nie mam nic do powiedzenia. 

Sędzia śledczy: Czy panu ojciec powiedział coś przed śmiercią? 
Świadek: Szeptał jakieś słowa, ale nie mogłem nic zrozumieć, prócz czegoś, podobnego do 

wyrazu »a rat« [szczur]. 

Sędzia śledczy: O co chodziło w sporze pana z ojcem? 
Świadek: Proszę mnie uwolni od odpowiedzi na to pytanie. 
Sędzia śledczy. Żałuję, ale muszę domagać się tego usilnie. 
Świadek: Ja jednak stanowczo nie mogę powiedzieć. Zapewniam tylko pana, że rozmowa 

nie miała najmniejszego związku z tym, co się stało. 

Sędzia  śledczy:  To  rozstrzygnie  trybunał.  Zwracam  tylko  uwagę,  że  usuwanie  się  od 

odpowiedzi pogorszy jeszcze pana położenie. 

Świadek: Mimo tego muszę odmówić odpowiedzi. 
Sędzia śledczy: Jeśli dobrze pana zrozumiałem, to okrzyk  »Cooee« był  zwykłym hasłem 

między panem a ojcem. 

Świadek: Tak. 
Sędzia śledczy: Jakże więc mógł ojciec wołać, skoro pana nie widział, a nawet nie wiedział, 

czy pan wrócił z Bristolu? 

Świadek z widocznym zakłopotaniem: Tego nie wiem. 
Asesor: Czy w tej chwili,  gdy pan na krzyk ojca wrócił i znalazł  go ciężko rannego, nie 

spostrzegł pan nic, co by mogło wzbudzić jakieś podejrzenie? 

Świadek: Nic wyraźnego. 
Sędzia śledczy: Co pan chce przez to powiedzieć? 
Świadek: Gdy wybiegłem z lasu na pole, byłem tak przerażony i wzruszony, że o niczym 

innym nie myślałem, tylko o ojcu. Jednak przypominam sobie niejasno, że biegnąc naprzód, 
widziałem na lewo jakiś przedmiot leżący na ziemi. Było to coś szarego, jakby surdut lub pled. 
Gdy wracałem od ojca i spojrzałem tam znowu, przedmiotu tego już nie było. 

Sędzia śledczy: Sądzi pan, że przedmiot zniknął, zanim pan przyprowadził ojcu pomoc? 
Świadek: Tak, zniknął. 
Sędzia śledczy: Czy nie mógłby pan powiedzieć, co to było? 
Świadek: Nie, miałem tylko wrażenie, że tam coś leży. 
Sędzia śledczy: jak to daleko było od zwłok? 
Świadek: Może dwadzieścia kroków. 
Sędzia śledczy: A jak daleko od skraju lasu? 
Świadek: Może także tyle. 
Sędzia  śledczy:  A  zatem  przedmiot  został  usunięty,  chociaż  pan  był  od  niego  tylko  o 

dwadzieścia kroków oddalony. 

Świadek: Tak, w czasie, gdy się od niego odwróciłem”. 
Na tym zamknięto przesłuchanie. 
— Jak  widzę  —  rzekłem,  przeglądnąwszy  szybko  sprawozdanie  —  ostateczne  wnioski 

sędziego  śledczego  brzmią  poważnie  dla  młodego  Ml  Cailhy’ego.  Wykazał  on  trafnie 
sprzeczność  zeznania,  że  ojciec  wołał  na  syna,  nie  wiedząc  o  jego  obecności;  słusznie  też 

background image

podniósł uchylanie się uwięzionego od odpowiedzi, o czym rozmawiał z ojcem, dalej dziwne 
słowa umierającego. Wszystko to przemawia bardzo przeciw synowi. 

Holmes uśmiechnął się do siebie i wyciągnął na poduszce. 
— Ty i sędzia śledczy — rzekł — zadaliście sobie właśnie za mało trudu, aby podkreślić 

najważniejsze okoliczności  przemawiające na korzyść młodzieńca. Czy nie uważasz, że mu 
obaj  przypisujecie z jednej  strony za wiele, z drugiej za mało daru  zmyślania? Za mało, bo 
przecie  mógłby  wynaleźć  taki  powód  do  sprzeczki,  który  by  zapewniał  mu  współczucie 
trybunału;  za  wiele,  bo  sądzicie,  że  zmyśla  coś  tak  dziwnego,  jak  wzmianka  o  szczurze  ze 
strony umierającego ojca lub zajście z owym kawałkiem odzieży, który znikł. Nie, Watsonie, ja 
rozważając  te  okoliczności,  wychodzę  z  tego  stanowiska,  że  młodzieniec  mówi  prawdę; 
zobaczymy,  gdzie  mnie  zaprowadzi  to  założenie.  Tymczasem  wyjmę  sobie  z  kieszeni 
Plutarcha. Nie mów ani słowa o tej sprawie, dopóki nie staniemy na miejscu. Zjemy śniadacie 
w Swindon, gdzie będziemy — jak widzę — za dwadzieścia minut. 

Przed  godziną  czwartą  przybyliśmy  do  miłego  miasteczka  Ross,  przejechawszy  przez 

piękną dolinę Stroud i przez szeroką lśniącą rzekę Severn. Na dworcu czekał już na nas chudy 
mężczyzna o chytrych,  przebiegłych oczach. Mimo  ciemnoszarego prochowca i skórzanych 
kamaszy,  które  nosił  ze  względu  na  wiejską  okolicę,  poznałem  natychmiast  Lestrade’a, 
znanego detektywa londyńskiego. Pojechaliśmy z nim do „Hereford Arms”, gdzie był już dla 
nas zamówiony pokój. 

— Na  dole  stoi  powóz  —  rzekł,  gdyśmy  jeszcze  pili  herbatę;  —  znam  pańską  energię  i 

wiem, że nie odpocznie pan wpierw, zanim nie zobaczy widowni zbrodni. 

— Bardzo to chwalebne ze strony pana i uprzejme. Nasza podróż zależy jednak zupełnie od 

barometru. 

Lestrade zdziwił się. 
— Nie pojmuję — rzekł. 
— Co pokazuje barometr? 
— Na  dwadzieścia  dziewięć  —  to  dobrze.  Ani  wiatru,  ani  chmury  na  niebie.  Tu  mam 

pudełko papierosów, które sobie wypalimy, a ta sofa wydaje mi się lepsza niż niewygodne w 
hotelach. Dziś więc prawdopodobnie nie będę potrzebował powozu. 

Lestrade uśmiechnął się pobłażliwie. 
— Bez wątpienia utworzył sobie pan już na podstawie gazet pogląd na stan rzeczy. Sprawa 

jest jasna jak słońce i im dłużej nią się zajmować, tym jaśniejsza się staje. Jednak nie mogłem 
darnie — i do tego takiej, która stanowczo występuje — sprzeciwić się, chociaż zapewniłem ją, 
że i pan, panie Holmes, nie może nic więcej zrobić nad to, co już zrobiłem. Zaprawdę! Wszak to 
jej powóz staje przed drzwiami! 

Zaledwie to wyrzekł, gdy do pokoju wpadła panienka, jedna z najsympatyczniejszych, jakie 

kiedykolwiek widziałem. Jej fiołkowe oczy błyszczały, usta były wpół otwarte, lica płonęły; 
bezgraniczna troska i wzruszenie usunęły z jej myśli wszelką nieśmiałość wobec obcych. 

— Ach,  panie  Holmes  —  zawołała,  przenosząc  wzrok  swój  ze  mnie  na  Sherlocka,  aż 

wreszcie idąc za nieomylnym przeczuciem kobiecym zatrzymała spojrzenie na twarzy mojego 
przyjaciela — panie Holmes, jakaż jestem szczęśliwa, że pan przybył. Przyjechałam tu zaraz, 
aby to panu powiedzieć. Ja wiem na pewno, że James jest niewinny i pan powinien o tym się 
dowiedzieć, zanim pan jeszcze zabierze się do pracy. Niech pan ani na chwilę w to nie wątpi. 
Byliśmy razem od dziecka i znam jego wady jak nikt inny; on ma zbyt dobre serce, aby nawet 
muszce  sprawić  przykrość.  Kto  go  zna,  musi  uważać  podobne  oskarżenie  za  największą 
głupotę. 

— Mam nadzieję, że nam  się uda  go obronić  — rzekł  Holmes.  —  Proszę spuścić się na 

mnie, a zrobię, co tylko będzie w mej mocy. 

— Czytał pan oskarżenie? Jakie wyciągnął pan z tego wnioski? 
Widzi pan jakieś wyjście lub ocalenie? Czy nawet pan nie uważa go za niewinnego? 

background image

— Mnie się wydaje jego niewinność bardzo prawdopodobna. 
— Widzi  pan!  —  zawołało  dziewczę,  spoglądając  tryumfująco  na  Lestrade’a.  —  Słyszy 

pan! Pan Holmes robi nadzieję! 

Lestrade wzruszył ramionami. 
— Obawiam się — rzekł — że mój kolega spieszy się cokolwiek ze swymi wnioskami. 
— Ależ on ma słuszność — wiem, że ją ma. Przenigdy James tego nie zrobił. A co do sporu 

z ojcem, to jestem przekonana, że tylko dlatego nie chciał nic zeznać, bo chodziło o mnie. 

— Dlaczego? — zapytał Holmes. 
— Teraz byłoby nieuczciwością cokolwiek ukrywać. Otóż James miał częste sprzeczki z 

ojcem z mojego powodu. Mianowicie Mc Carthy życzył sobie gorąco, aby James ożenił się ze 
mną. Kochaliśmy się oboje bardzo jak rodzeństwo, ale on jeszcze młody, mało widział świata, i 
dlatego nie chciał się wiązać. O to powstawał często między ojcem i synem spór, z pewnością 
więc i tym razem tak się rzecz miała. 

— Czy ojciec pani był przychylny temu związkowi? — zapytał Holmes. 
— Nie. Był mu nawet bardzo przeciwny. Tylko pan Mc Carthy był za tym. Świeża, młoda 

twarzyczka spłonęła, gdy Holmes utkwił w niej swoje przenikliwe, pytające oczy. 

— Dziękuję pani za te wyjaśnienia — rzekł. — Czy będę mógł jutro rozmówić się z ojcem 

pani? 

— Obawiam się, czy lekarz na to pozwoli. 
— Lekarz? 
— Mój  biedny  ojciec  jest  od  kilku  lat  bardzo  chory,  a  ten  straszny  wypadek  całkiem  go 

powalił. Leży w łóżku, a dr Willows twierdzi, że cierpi na silne rozdrażnienie nerwów. Śmierć 
pana  Mc  Carthy’ego  dotknęła  ojca  bardzo,  gdyż  był  on  jedynym  znajomym  jego  z  czasów 
Pobytu w Wiktorii. 

— Tak — w Wiktorii! To jest rzecz ważna? 
— Tak, był on tam w kopalniach. 
— Ach prawda — w kopalniach złota, gdzie pan Turner — jak słyszałem — zdobył swój 

majątek. 

— Tak jest. 
— Dziękuję  pani  za  wiadomości  tak  pożyteczne  dla  całej  sprawy.  Nieprawdaż,  panie 

Holmes,  że  jutro  będę  mogła  usłyszeć  coś  nowego?  Zapewne  odwiedzi  pan  Jamesa  w 
więzieniu; proszę mu powiedzieć, że jestem przekonana o jego niewinności. 

— Zrobię to. 
— A teraz muszę spieszyć do domu, bo ojciec jest ciężko chory i zmartwi się, gdy mnie przy 

sobie nie znajdzie. Żegnam. Bóg niech panu dopomaga! 

Odeszła tak szybko, jak się zjawiła, i wkrótce usłyszeliśmy z ulicy turkot odjeżdżającego 

powozu. 

— Powinienem  się  wstydzić  za  pana,  panie  Holmes  —  rzekł  z  godnością  Lestrade  po 

krótkim  milczeniu.  —  Po  co  wzbudzać  nadzieję,  skoro  musi  nastąpić  rozczarowanie.  Nie 
jestem zbyt miękkiego serca, ale takie postępowanie nazywam okrutnym. 

— Kiedy ja mam pewną nadzieję, że uzyskam uniewinnienie Jamesa Mc Carthy’ego. Czy 

ma pan pozwolenie na odwiedzenie go w więzieniu? 

— Mam, ale tylko dla nas obu. 
— Postanowiłem bowiem nie odjeżdżać, dopóki wszystkiego dokładnie  nie zbadam. Czy 

jest jeszcze czas do pociągu do Hereford, abym mógł zobaczyć się z oskarżonym? 

— Jest dosyć czasu. 
— A więc chodźmy. Niechże ci się tu nie nudzi, Watsonie; za kilka godzin wrócę. 
Towarzyszyłem  obu  na  dworzec,  a  pochodziwszy  trochę  po  ulicach  małego  miasta, 

wróciłem do hotelu; położyłem się wygodnie i próbowałem czytać jakiś romans. Był on jednak 
tak płytki i niezajmujący w porównaniu z posępną tajemnicą, która nas otaczała, że moja myśl 

background image

wracała  ciągle  od  książki  do  rzeczywistości.  Odłożyłem  więc  romans  i  pogrążyłem  się  w 
rozmyślaniach nad wypadkami dnia dzisiejszego. Przyjąwszy, że nieszczęśliwy młodzieniec 
mówi  prawdę, cóż za niespodziewane, nieszczęsne zdarzenie,  co za szatańskie okoliczności 
zaszły w tak krótkim czasie, to jest, gdy syn oddalił się od ojca, do chwili, w której wrócił, 
usłyszawszy krzyk trwogi. Musiało to być coś okropnego. Ale co? Może mnie jako lekarzowi 
mógłby  coś  zdradzić  rodzaj  zadanych  ran.  Zadzwoniłem  i  zażądałem  gazety  z  dosłownym 
sprawozdaniem  z  przesłuchania.  Według  oświadczenia  chirurga  śmierć  nastąpiła  w  wyniku 
zmiażdżenia  uderzeniem  tępego  narzędzia  jednej  trzeciej  części  lewej  kości  ciemieniowej  i 
lewej połowy tylnej części czaszki. Wyszukałem to miejsce na własnej głowie. Uderzenie takie 
zadano oczywiście od tyłu. Poniekąd była to dla obwinionego okoliczność łagodząca, ponieważ 
— jak widziano — stał podczas sprzeczki naprzeciwko ojca. Fakt ten dałby się jednak zbić, 
gdyż zanim uderzenie padło, ojciec mógł się odwrócić. W każdym razie nie zaszkodzi zwrócić 
na to uwagę Holmesa. Dalej, cóż może znaczyć wzmianka umierającego o jakimś szczurze? 
Nie  było  to  przecież  delirium,  bo  nie  nawiedza  ono  człowieka  ginącego  nagłą  śmiercią. 
Najprawdopodobniej  słowo  to  odnosi  się  do  wypadku,  który  go  spotkał.  Ale  do  czego? 
Daremnie łamałem sobie nad tym głowę. A do tego szary przedmiot, który miał widzieć młody 
Mc  Carthy.  Jeżeli  nie  było  to  złudzenie,  morderca  zgubił  w  ucieczce  jakąś  część  ubrania, 
prawdopodobnie zarzutkę, i posiadał na tyle zuchwałości, aby wrócić po nią w chwili, kiedy 
syn zaledwie o dwadzieścia kroków klęczał przy zabitym, odwrócony do zabójcy plecami. Co 
za  tajemniczą  sieć  nieprawdopodobieństw  przedstawia  cała  historia!  Nie  dziwiło  mnie 
zapatrywanie  Lestrade’a,  jednak  silnie  wierzyłem  mojemu  przyjacielowi  i  nie  porzucałem 
nadziei  innego  wyświetlenia;  wszak  każda  nowa  okoliczność  poboczna  zdawała  się  tylko 
wzmacniać przekonanie Holmesa o niewinności młodzieńca. 

Późno już wrócił Sherlock; przyszedł sam, bo Lestrade zamieszkał w mieście. 
— Barometr stoi jeszcze bardzo wysoko — zauważył, siadając. — Jest to rzecz nadzwyczaj 

ważna, gdyż muszę zwiedzić miejsce wypadku, zanim będzie padał deszcz; z drugiej znowu 
strony konieczne byłoby jakieś orzeźwienie i wzmocnienie przed żmudną pracą, która mnie 
czeka.  Nie  mógłbym  jej  zaczynać,  tak  jestem  zmęczony  długą  jazdą.  Na  razie  widziałem 
młodego Mc Carthy’ego. 

— I czegóż się od niego dowiedziałeś? 
— Niczego. 
— Czy nie był w stanie nic wyjaśnić? 
— Nie. Z początku przypuszczałem, że zna mordercę i chce oszczędzić jego lub kogoś; teraz 

jednak  jestem  przekonany,  że  wie  on  o  tym  wszystkim  tyle,  co  każdy  inny  człowiek.  Nie 
wydaje mi się zbyt roztropny, robi jednak wrażenie człowieka przyjemnego i o dobrym sercu. 

— Ale  jego  gust  nie  imponuje  mi  wcale  —  rzuciłem  —  jeśli  rzeczywiście  wzbrania  się 

zaślubić tak urocze stworzenie, jakim jest panna Turner. 

— Pozostaje to w związku z pewną przykrą historią. Chłopak jest w niej zakochany po uszy, 

ale przed dwoma laty, zanim jeszcze dobrze poznał pannę Turner, która przez pięć lat była na 
pensji,  wpadł  w  sidła  jakiejś  kelnerki  z  Bristolu  i  zaślubił  ją;  był  wtedy  jeszcze  prawie 
dzieckiem, bo wyszedł zaledwie ze szkół. Nikt o tym nie wie, możesz więc sobie wyobrazić 
straszne położenie młodzieńca. Wypłynęło to z czystej rozpaczy, że wzniósł ręce do nieba, gdy 
ojciec podczas ostatniego spotkania napierał, aby starał się o pannę Turner. Ojciec jego — jak 
powszechnie mówią — człowiek bardzo surowy i twardy, byłby go po prostu wygnał, gdyby 
znał prawdę. Młodzieniec spędził ostatnie trzy dni u swej żony w Bristolu, a ojciec nie wiedział, 
gdzie  przebywał;  rozważ  tę  okoliczność  dobrze,  bo  to  rzecz  ważna.  Sam  wypadek  wpłynął 
jednak pod pewnym względem nieźle na przyszłość młodego Mc Carthy’ego; ledwo bowiem 
owa  kelnerka  dowiedziała  się  z  dzienników,  w  jak  strasznym  położeniu  znajduje  się  jej 
małżonek i że prawdopodobnie będzie powieszony, wyznała mu, że ma prawowitego męża w 

background image

Bermuda–Dockyards,  a  zatem  małżeństwo  ich  jest  nieważne.  Myślę,  że  ta  przyjemna 
wiadomość wynagrodziła młodemu człowiekowi wszystko, co wycierpiał. 

— A więc jeżeli on jest niewinny, któż popełnił zbrodnię? 
— Tak, kto? Muszę zwrócić twoją uwagę na dwie okoliczności. Pierwsze, że zamordowany 

miał z kimś schadzkę nad stawem, a nie mógł to być syn, bo był nieobecny i ojciec nie wiedział, 
kiedy wróci. Drugie, że wydał on okrzyk: „Cooee”, zanim jeszcze dowiedział się o powrocie 
syna. Około tych dwóch punktów obraca się cały wypadek. Ale teraz, proszę cię, rozmawiajmy 
o innych rzeczach, a resztę zostawmy na jutro. 

Jak to przepowiedział Holmes, nie było deszczu, ale zabłysnął ranek czysty i bezchmurny. 

Lestrade przybył o dziewiątej w powozie, którym pojechaliśmy do dzierżawy Hatherley i nad 
staw Boscombe. 

— Dziś rano odebrałem wiadomość — rzekł Lestrade — że pan Turner jest tak chory, iż 

należy wątpić, czy się z tej choroby podniesie. 

— Czy to jest starszy człowiek? 
— Może  sześćdziesięcioletni.  Pobyt  za  morzem  tak  wstrząsnął  jego  organizmem,  że  od 

dawna  już  choruje.  Ten  nieszczęśliwy  wypadek  wpłynął  na  niego  jeszcze  gorzej;  był  on 
bowiem  starym  przyjacielem  Mc  Carthy’ego  i,  jak  się  zdaje,  jego  dobrodziejem,  gdyż  o  ile 
słyszałem, oddał mu Hatherley w dzierżawę bezpłatnie. 

— Doprawdy? To bardzo ciekawe! — rzekł Holmes. 
— Tak, pomagał on nieraz w rozmaity sposób panu Mc Carthy’emu. Cała okolica nie może 

się nachwalić, czego dla niego nie czynił! 

— Doprawdy?  A  czy  panu  nie  wydaje  się  dziwne,  że  ten  Mc  Carthy,  który  przecież  był 

niezamożnym i tak wiele zawdzięczał Turnerowi, mówił w taki stanowczy i pewny sposób o 
związku syna z córką Turnera, przyszłą dziedziczką dóbr, jakby to była rzecz najprostsza w 
świecie.  Jest  to  tym  bardziej  zastanawiające,  że  Turner  był  otwarcie  przeciwny  temu 
małżeństwu, co nam zresztą córka wyraźnie oświadczyła. Czy z tego nie można by wyciągnąć 
jakich wniosków? 

— A więc stanęlibyśmy szczęśliwie znowu na wnioskach i domysłach — rzekł Lestrade, 

mrugając na mnie. — Uważam, panie Holmes, za rzecz bardzo trudną ustalić nagie fakty, a cóż 
dopiero uganiać się wyszukanymi teoriami. 

— Ma pan słuszność — rzekł drwiąco Holmes — bardzo ciężko panu pojąć te fakty. 
— A przecież jeden wydaje mi się zupełnie jasny, na który i pan będzie musiał się zgodzić 

— rzekł Lestrade nieco podrażniony. 

— Któryż to? 
— Że McCarthy ojciec został zamordowany przez McCarthy’ego syna i że wszelkie inne 

przypuszczenia są mdłe jak światło księżyca. 

— Na szczęście światło księżyca jest jaśniejsze niż mgła — odpowiedział wiedział Holmes 

z uśmiechem — ale jeśli się nie mylę, to tutaj na lewo jest dwór Hatherley. 

Tak, istotnie. Przed nami wznosił się dom duży, ładnie urządzony, dwupiętrowy i pokryty 

łupkiem. Pospuszczane żaluzje i bezdymne kominy nadawały mu wygląd martwoty, jak gdyby 
zaciążył nad nim zbrodniczy czyn. Zapukaliśmy do drzwi i na żądanie Holmesa niosła nam 
dziewka buty, które jej pan miał na nogach w dzień śmierci, jako też parę butów syna, nie te 
jednak, które miał wówczas. Holmes wymierzył je w ośmiu kierunkach, a następnie kazał się 
prowadzić na podwórze, skąd poszliśmy ścieżką nad staw Boscombe. 

Gdy Sherlock Holmes znajdował się na jakimś świeżym tropie, jak to teraz właśnie było, 

zmieniał się do niepoznania. Kto go znał jako spokojnego myśliciela i logika z Baker Street, 
uważałby  go  teraz  a  człowieka  zupełnie  innego.  Twarz  miał  zaczerwienioną  i  jakby 
ciemniejszą.  Brwi  ściągnęły  się  w  dwie  silne,  czarne  linie,  spod  których  świeciły  oczy 
stalowym blaskiem. Wzrok skierował ku ziemi, ramiona wyciągnął naprzód, zacisnął wargi, a 
na jego długiej szyi wystąpiły żyły jak naciągnięte struny. Nozdrza zdawały się drgać dzikim 

background image

pragnieniem łupu. Tak bardzo zajęty był swymi myślami, że nie słyszał nawet pytań i uwag 
skierowanych ku niemu, a jeśli przypadkiem coś dosłyszał, odpowiadał tylko niecierpliwym, 
szybkim mruczeniem. Prędko i w milczeniu szedł ścieżką przez łąkę nad staw. Jak wszędzie w 
okolicy, tak i tutaj grunt był bagnisty, czarny, a nie tylko na ścieżce, lecz i na wąskim pasie traw 
nadbrzeżnych  widać  było  wiele  śladów  stóp  ludzkich.  Holmes  już  to  biegł  naprzód,  już  to 
stawał bez ruchu lub biegł na łąkę. Ja i Lestrade postępowaliśmy za nim; detektyw obojętnie i 
pełen godności, ja zaś śledząc z natężoną uwagą ruchy przyjaciela, bo wiedziałem, że nie są one 
bez celu. 

Staw  Boscombe  o  powierzchni  małej,  bo  wynoszącej  zaledwie  pięćdziesiąt  metrów, 

obramowany sitowiem, leży między dzierżawą Hatherley a parkiem pana Turnera. 

Z  tamtej  strony  rzeki  ponad  lasami  widać  było  czerwone  wieże,  należące  do  posiadłości 

bogatego  właściciela.  Nad  stawem  od  strony  Hatherley  rósł  gęsty  las;  tylko  wąziutki  pasek 
zielonej  trawy  rozciągał  się  między  drzewem  a  nadbrzeżną  trzciną.  Lestrade  wskazał  nam 
dokładnie  miejsce,  gdzie  znaleziono  zwłoki.  Ziemia  była  tu  tak  wilgotna,  że  można  było 
widzieć ślady, jakie wycisnęło leżące ciało. Holmes — jak wskazywał skupiony wyraz jego 
twarzy i badawczy wzrok — wywnioskował ze stratowanej trawy jeszcze wiele innych rzeczy. 
Jak pies gończy wietrzy zwierzynę, tak on kręcił się naokoło, w końcu zwrócił się do mojego 
towarzysza. 

— Po co pan wchodził do wody? — zapytał. 
— Sądziłem, że znajdę w wodzie broń lub ślad czegoś podobnego. Ale skąd pan wie…? 
— Ach, zostawmy to! Teraz nie mam czasu tłumaczyć! Lewa pańska noga widoczna jest 

wszędzie;  mógłby  kret  nawet  iść  za  nią.  A  tu  w  trzcinie  nikną  ślady!  Ach!  O  ile  jaśniejsze 
byłoby dzisiaj niejedno, gdybym mógł tu być, zanim jeszcze wszystko zostało potratowane jak 
przez stado bawołów. Stąd przybyło towarzystwo z dozorcą i zatłoczyło wszystkie ślady innych 
stóp koło trupa. Ale tutaj są trzy osobne odciski jednej i tej samej nogi. 

To  mówiąc,  wyciągnął  Holmes  szkło  powiększające,  położył  się  na  swoim 

nieprzemakalnym płaszczu, aby móc lepiej widzieć i rzekł więcej do siebie niż do nas: 

— To są ślady młodego Mc Carthy’ego. Dwa razy szedł  spokojnie, raz biegł  szybko, bo 

podeszwy  są  odciśnięte  silnie,  obcasy  zaś  lekko.  W  tym  leży  cała  jego  historia.  Biegł,  gdy 
zobaczył ojca leżącego na ziemi. Dalej są ślady nóg ojca, gdy oddalał się; ale cóż to znowu? 
Koniec  kolby  karabinowej  w  miejscu,  gdzie  stał  syn  i  nadsłuchiwał.  A  to?  —  Ha!  ha!  Cóż 
znowu tu mamy? Końce innych stóp! Końce innych stóp! A są to niezwykle szerokie buty! 
Przychodzą, odchodzą, znowu przychodzą — naturalnie po płaszcz. Skąd jednak przyszły? 

Holmes biegał tu i tam, to znajdował ślad, to go tracił, aż dotarliśmy w ten sposób na skraj 

lasu,  gdzie  stał  ogromny  buk,  największe  drzewo  w  okolicy.  Holmes  stanął  w  cieniu  buka, 
położył się twarzą na ziemi i wnet wydał cichy okrzyk zadowolenia. Długo leżał w tej pozycji, 
przeszukując gałęzie i suche liście, wziął — jak mi się zdawało — do koperty nieco prochu i 
badał przez szkło powiększające nie tylko ziemię, lecz i korę drzewa tak wysoko, jak mógł 
dosięgnąć. Wśród mchu leżał ostry kamień, który Holmes dokładnie oglądał i zabrał z sobą. 
Następnie poszedł ścieżką przez las ku gościńcowi, gdzie niknął już wszelki ślad. 

— To był bardzo dziwny wypadek — rzekł, przybierając znowu swój zwykły wygląd. — 

Myślę, że ten szary dom jest mieszkaniem dozorcy. Muszę tam pójść i zamienić z Moranem 
parę słów, jako też napisać kilka wierszy. Potem wrócimy na śniadanie. Idźcie z łaski swojej do 
powozu, ja tam zaraz przybędę. 

W  dziesięć  minut  niespełna  jechaliśmy  już  do  Ross;  Holmes  trzymał  ciągle  kamień 

znaleziony w lesie. 

— Może  to  pana  zainteresuje  —  rzekł,  zwracając  się  do  Lestrade’a  —  gdy  powiem,  że 

popełniono mord tym kamieniem. 

— Nie widzę na nim żadnych znaków. 
— Bo ich wcale nie ma. 

background image

— Skądże więc pan o tym wie? 
— Pod kamieniem rosła trawa, a zatem leżał tam zaledwie od paru dni. Nie można odnaleźć 

miejsca, skąd został wzięty. Nadaje się również dokładnie do zadanych ran, które nie wykazują 
użycia żadnej innej broni. 

— A morderca? 
— Jest  wysokim  mężczyzną,  mańkutem,  utyka  na  prawą  nogę,  nosi  mocno  podbite 

myśliwskie buty i szary płaszcz, pali indyjskie cygara, używa cygarniczki i ma w kieszeni tępy 
scyzoryk. Istnieją jeszcze inne ślady, ale i te wystarczą, aby trafić na pewny trop. 

Lestrade zaśmiał się. 
Należę, niestety, zawsze do niewiernych — rzekł. — Teorie są dobre i ładne, ale wie pan, że 

mamy do czynienia z surowym angielskim sądem przysięgłych. 

— Nous verrons

*

 — odrzekł spokojnie Holmes. — Pan postępuje według swojej, ja według 

mojej metody. 

— Dziś  po  południu  będę  miał  jeszcze  trochę  pracy,  a  wieczornym  pociągiem  wrócę  do 

Londynu. 

— A sprawę zostawi pan w zawieszeniu? 
— Nie — skończę ją. 
— A tajemnica? 
— Rozwiązana. 
— Któż więc jest mordercą? 
— Człowiek przeze mnie opisany. 
— Któż to jest? 
— Odnalezienie go nie będzie zapewne trudne. Tutejsza okolica nie jest zbyt zaludniona. 
Lestrade wzruszył ramionami. 
Jestem  człowiekiem  praktycznym  —  rzekł  —  i  nie  mogę  latać  po  kraju,  aby  szukać 

kulawego  człowieka,  i  przy  tym  mańkuta.  Zostałbym  w  ten  sposób  pośmiewiskiem  całej 
policji. 

— Już  dobrze  —  rzekł  Holmes  spokojnie.  —  Nie  moja  będzie  wina,  gdy  się  pan 

skompromituje. Oto pańskie mieszkanie. Bywaj pan zdrów. Przed odjazdem napiszę jeszcze do 
pana. 

Gdy Lestrade wysiadł, pojechaliśmy do naszego hotelu, gdzie stało już gotowe śniadanie. 

Holmes milczał  i  siedział  pogrążony w przykrych rozmyślaniach, jak ktoś znajdujący się w 
położeniu bez wyjścia. 

— Chodź,  Watsonie  —  rzekł,  gdy  posprzątano  ze  stołu  —  siądź  sobie  wygodnie  w  tym 

fotelu  i  pozwól  mi  się  chwilę  wygadać.  Nie  wiem  doprawdy,  jak  zrobić.  Poradź  mi.  Zapal 
cygaro i słuchaj! 

— Proszę, mów. 
— Przy bliższym rozpatrywaniu sprawy młodego Mc Carthy’ego uderzyły natychmiast tak 

mnie,  jak  ciebie  dwie  okoliczności;  ja  wytłumaczyłem  je  na  korzyść  obwinionego,  ty 
przeciwnie.  Pierwsza  to  ta,  że  ojciec  zawołał  „Cooee”,  zanim  jeszcze  ujrzał  syna,  druga  to 
dziwne słowo a rat w ustach umierającego. Szeptał on jeszcze coś więcej, ale syn tyle tylko 
zrozumiał. Na tych dwóch punktach muszą opierać się nasze badania, a rozpoczniemy je od 
przypuszczenia, że młodzieniec mówił prawdę. 

— Jak więc tłumaczysz to „Cooee”? 
— Prawdopodobnie  nie  odnosiło  się  ono  do  syna.  Według  mniemania  ojca  był  on  w 

Bristolu, a tylko czysty przypadek sprawił, że znajdował się właśnie w pobliżu. Słowo „Cooee” 
miało  zwrócić  uwagę  tego,  z  kim  Mc  Carthy  miał  schadzkę.  „Cooee”  jest  okrzykiem 
australijskim,  używanym bardzo często  wśród Australijczyków.  Z tego  wnoszę, że osobą, z 

                                                 

*

 Nous verrons (franc.) — zobaczymy. 

background image

którą  Mc  Carthy  miał  się  spotkać  nad  stawem,  musiał  być  ktoś,  kto  przebywał  niegdyś  w 
Australii. 

— Cóż jednak chciał wyrazić słowem a rat? 
Wówczas Holmes wyjął z kieszeni złożony arkusz i rozłożył go na stole. 
— Tu  jest  mapa  kolonii  Wiktoria  —  rzekł  —  zamówiłem  ją  wczoraj  telegraficznie  w 

Bristolu. To mówiąc, zakrył ręką część mapy i zapytał: 

— Co tu jest napisane? Przeczytałem: „arat”. 
— A tu? — I podniósł rękę. 
— Ballarat. 
— Dobrze.  To  było  widocznie  owe  słowo,  które  wyszeptał  umierający,  a  którego  tylko 

ostatnią zgłoskę syn usłyszał. Ojciec wymawiał nazwisko mordercy: taki i taki z Ballarat. 

— Wyśmienicie! — zawołałem. 
— Rzeczywiście! Widzisz, jak koło tajemnic zacieśnia się coraz bardziej! Trzecim punktem 

do  zbadania  jest  to,  że  morderca  posiada  wierzchnią  część  odzieży  barwy  szarej.  Jeżeli, 
zgadzając się z zeznaniem syna, przyjmiemy to za pewnik, dojdziemy nawet z niejasnego do 
bardzo określonego pojęcia, że winowajcą jest Australijczyk z Ballarat, noszący szary płaszcz. 

— W istocie. 
— Dalej, musi to być człowiek, który mieszka w okolicy, gdyż do stawu można się dostać 

tylko przez park albo przez dzierżawę Hatherley, co dla obcego byłoby dość trudne. 

— Bardzo słusznie. 
— Teraz  kolej  na  naszą  dzisiejszą  wyprawę.  Poszukiwania  na  miejscu  dostarczyły  mi 

szczegółów o osobie zbrodniarza, które ja wyjawiłem temu głupcowi Lestrade’owi. 

— Ale jakże doszedłeś do tego wszystkiego? 
— Wszak znasz moją metodę, polegającą na obserwacji drobnostek. 
— Wiem, że z długości kroków wnosisz o wysokości ciała i że ślady stóp zdradzają rodzaj 

obuwia. Tak, były to zresztą szczególne buty! 

— Ale chromanie? 
— Odcisk prawej nogi występował zawsze słabiej niż lewej, a zatem morderca mniej nią 

naciskał. Dlaczego? Bo chromał, był kulawy. 

— Czemu jednak miał być mańkutem? 
— Wszak  ciebie  samego  dziwił  rodzaj  obrażeń  stwierdzony  przez  lekarza  przy  badaniu. 

Uderzenie nastąpiło od tyłu, a jednak trafiło w lewą stronę czaszki. Jakby się to mogło stać, 
gdyby morderca nie rzucał lewą ręką? Podczas rozmowy ojca z synem stał on za drzewem, a 
nawet tam palił, bo znalazłem popiół cygara; dzięki swojej znajomości popiołu tytoniowego 
mogłem dokładnie określić, że pochodził z cygara indyjskiego. Jak wiesz, zajmowałem się tą 
sprawą i napisałem nawet małą rozprawę o 140 rodzajach tytoniu fajkowego, cygarowego i 
papierosowego. Gdy wykryłem popiół, szukałem dalej i znalazłem porzucony we mchu koniec 
cygara rzeczywiście indyjskiego, pochodzącego z Rotterdamu. 

— A cygarniczka? 
— Widziałem, że cygaro nie było w ustach, a zatem musiał użyć cygarniczki. Koniec był 

ucięty nierówno, z czego wniosek o tępym scyzoryku. 

— Omotałeś tak winowajcę, że ci już nie ujdzie, a młodzieńca tak pewnie uratowałeś od 

śmierci, jak gdybyś przeciął powróz, na którym już wisiał. Widzę, dotąd to wszystko zmierza. 
Mordercą jest… 

— Pan  John  Turner  —  zameldował  kelner  donośnym  głosem,  otwierając  równocześnie 

drzwi, aby wpuścić gościa. 

Wchodzący  robił  dziwne,  uderzające  wrażenie.  Jego  powolny,  kulejący  chód,  jak  też 

pochylone barki wskazywały na człowieka bardzo słabego; za to ostre, surowe rysy i zwalista 
budowa  świadczyły  o  niezwykłej  sile  ducha  i  ciała.  Siwa  broda,  siwe  włosy,  krzaczaste, 
wystające  brwi  nadawały  mu  wyrazu  godności  i  powagi;  twarz  jednak  miała  popielate 

background image

zabarwienie, a koło nozdrzy i warg leżał już prawie błękitny blask śmierci. Na pierwszy rzut 
oka poznałem, że człowiek ten cierpi na chroniczną śmiertelną chorobę. 

— Proszę usiąść na sofie — prosił uprzejmie Holmes. — Czy pan otrzymał mój bilet? 
— Tak.  Przyniósł  mi  go  dozorca.  Pan  życzył  sobie  ze  mną  tutaj  rozmawiać,  aby  usunąć 

wszelkie domysły? 

— Obawiałem się plotek ludzkich, gdybym sam przyszedł do pana. 
— A w jakim celu pragnął pan widzieć się ze mną? — zapytał Turner, patrząc na Holmesa 

swymi zmęczonymi oczami z taką rozpaczą, jak gdyby znał już odpowiedź na to pytanie. 

— Tak — odrzekł Holmes, odpowiadając więcej na spojrzenie niż na słowa Turnera — tak, 

wiem wszystko o panu Mc Carthym. 

Starzec ukrył twarz w dłoniach. 
— Bóg  mi  świadkiem  —  zawołał  —  że  nie  pozwoliłbym,  aby  młodzieniec  cierpiał 

niewinnie.  Daję  panu  słowo,  że  byłbym  wyznał  wszystko  na  wiadomość,  że  sąd  uznał  go 
winnym. 

— Cieszę się, że słyszę to od pana — rzekł poważnie Holmes. 
— Uczyniłbym to już teraz, gdyby nie chodziło o moje ukochane dziecko. Pękłoby jej serce 

— i pęknie, gdy się dowie o moim uwięzieniu. 

— Może do tego nie dojdzie — rzekł Holmes. 
— Co! 
— Nie  jestem  urzędnikiem  sądowym.  O  ile  wiem,  pańska  córka  właśnie  tu  mnie 

sprowadziła,  a  zatem  jej  interesów  muszę  bronić.  Młody  Mc  Carthy  naturalnie  zostanie 
uniewinniony. 

— Jestem już człowiekiem skazanym na śmierć — mówił starzec. — Od wielu lat cierpię na 

cukrzycę i mój lekarz wątpi, czy będę żył jeszcze ze cztery tygodnie. Tylko pragnąłbym umrzeć 
pod własnym dachem — nie w więzieniu. 

Holmes tymczasem wstał i usiadł przy stole; wziął do ręki pióro i położył przed sobą kilka 

arkuszy papieru. 

— Opowiedz nam pan szczerą prawdę — prosił. — Spiszę fakty, pan się podpisze, a Watson 

będzie świadkiem. Pańskie zeznania przedłożę celem uratowania młodego Mc Carthy’ego, ale 
daję panu słowo, że uczynię to dopiero w ostatecznej potrzebie. 

— Zgadzam się na to. Jest to rzecz bardzo niepewna — rzekł starzec — czy dożyję dnia 

posiedzenia sądu przysięgłych, a więc jest mi już wszystko jedno; chodzi mi tylko o to, aby 
uchronić od hańby moją Alicję, wyznam zatem wszystko. 

— Panowie nie znali zmarłego — tego Mc Carthy’ego. Było to uosobienie szatana, proszę 

mi  wierzyć.  Niech  pana  Bóg  strzeże  od  szponów  takiego  człowieka!  Przez  dwadzieścia  lat 
trzymał  mnie  w  swoich  żelaznych  pazurach,  zatruwając  goryczą  moje  życie.  Teraz  dopiero 
może pan się dowie, w jaki sposób przyszło do tej zbrodni. 

Na początku lat sześćdziesiątych udałem się z poszukiwaczami złota do Australii. Byłem 

chłopakiem  młodym,  gorącej  krwi,  odważnym  aż  do  szaleństwa  i  gotowym  na  wszystko. 
Niezadługo wpadłem w złe towarzystwo, począłem pić, a ponieważ nie miałem szczęścia w 
poszukiwaniu  złota,  uciekłem  w  lasy  i,  krótko  mówiąc,  zostałem  zbójnikiem  przydrożnym. 
Było nas sześciu, żyliśmy wolno i dziko, napadając na wozy i namioty ludzi zdążających do 
kopalń. Znano mnie pod imieniem Black Jack of Ballarat, a nasz związek ballaracki pamięta 
jeszcze do dziś cała kolonia. 

Pewnego  razu  napadliśmy  na  konwój,  który  z  Ballarat  szedł  ze  złotem  do  Melbourne. 

Przewodników było sześciu, nas także tylu, a zatem sprawa była niepewna. Przy pierwszym 
natarciu zrzuciliśmy z siodeł czterech ludzi; z naszych padło trzech, zanim odebraliśmy skarby. 
Przewodnikowi konwoju, właśnie temu Mc Carthy’emu, trzymałem już pistolet przy głowie. 
Ach, czemuż Bóg nie dał, żebym go był wtedy zabił! Oszczędziłem go jednak, chociaż patrzał 
na mnie swymi małymi, złośliwymi oczami w taki sposób, jak gdyby chciał sobie na zawsze 

background image

wyryć  w  pamięci  moje  rysy.  Udało  nam  się  uciec  z  pieniędzmi;  byliśmy  teraz  bogaci  i 
wróciliśmy  do  Anglii  bez  ściągnięcia  na  siebie  jakiegokolwiek  podejrzenia.  W  Anglii 
zerwałem  z  moimi  dotychczasowymi  towarzyszami  i  postanowiłem  prowadzić  spokojne, 
uczciwe życie. Kupiłem tę posiadłość właśnie wtedy wystawioną na sprzedaż i starałem się jak 
najlepiej użyć marnie zdobyty majątek. Ożeniłem się, ale żona umarła niezadługo, zostawiając 
mi  moją  ukochaną  Alicję.  Już  jako  małe  dziecię  potrafiła  ona  prowadzić  mnie  drogą 
uczciwości,  jak  nikt  inny  tego  by  nie  zdołał.  Słowem,  zacząłem  nowe  życie  i  czyniłem,  co 
mogłem, aby naprawić przeszłe występki. Już sądziłem, że mi się udało zatrzeć przeszłość, gdy 
wpadłem w szpony tego Mc Carthy’ego. 

Raz pojechałem do miasta, aby tam umieścić swój kapitał, i wtedy właśnie na Regent Street 

spotkałem go w nędznej, podartej odzieży. 

— Jesteśmy tu Jacku — rzekł, chwytając mnie za ramię — możesz nas nadal uważać za 

swoich  krewnych.  Jest  nas  dwóch,  ja  i  syn,  a  ty  od  dziś  dnia  będziesz  starał  się  o  nasze 
utrzymanie. Jeżeli tego nie zrobisz, to w Anglii jest zawsze pod ręką prawo, sąd i policja. 

Przybyli obaj tutaj i nigdy już od nich się nie uwolniłem. Żyli na mojej najlepszej ziemi za 

darmo. Od tej chwili odbiegł ode mnie wszelki spokój i zapomnienie; gdzie się obróciłem, szła 
za mną wszędzie jego chytra twarz. Im starsza była Alicja, tym gorzej się działo, gdyż wiedział 
on  dobrze,  że  pragnąłem  ukryć  swą  przeszłość  bardziej  jeszcze  przed  nią  niż  przed  sądem. 
Żądał ode mnie wszystkiego, czego potrzebował, i mógł żądać, czego zapragnął, bo dawałem 
mu chętnie ziemię, pieniądze, budynki. Na koniec zażądał tego, czego mu dać nie mogłem — 
mojej Alicji. 

Jego  syn  i  moja  córka  dorośli.  Mc  Carthy  wiedział,  że  zdrowie  moje  było  podkopane, 

zapragnął więc, aby po mojej śmierci jego syn zabrał cały majątek. Co do tego byłem jednak 
nieugięty.  Mc  Carthy  groził.  Byłem  zdecydowany  na  najzaciętszy  opór.  Dla  omówienia  tej 
sprawy  wyznaczyliśmy  sobie  schadzkę  nad  stawem,  leżącym  w  jednakowej  odległości  od 
mieszkania nas obu. 

Gdy tam przybyłem, zastałem go już rozmawiającego z synem; zapaliłem cygaro i stanąłem 

za drzewem, czekając aż pozostanie sam. Gdy usłyszałem, o czym rozmawiają, zawrzała we 
mnie krew; ojciec domagał się natarczywie, aby syn poślubił moją córkę, nie pytając wcale, czy 
ona sobie tego życzy, tak jak gdyby była jaką prostą dziewką. Myśl, że wszystko, co mi jest 
najdroższe i najmilsze, ma przejść w ręce takiego człowieka, przyprawiała mnie o szaleństwo. 
Pomyślałem, czy nie mógłbym zerwać tych pęt? Byłem człowiekiem zrozpaczonym, bliskim 
śmierci.  Mimo  zdrowego  umysłu  i  dość  jeszcze  silnego  ciała,  wiedziałem  jaki  los  mnie 
niezadługo spotka. Ach, ale pamięć moja! Moja córka! Wszystko byłoby zapewnione, gdyby 
mi  się  udało  zmusić  ten  straszny  język  do  milczenia.  I  wtedy  to  uczyniłem,  panie  Holmes. 
Uczyniłbym  to  raz  jeszcze.  Wina  moja  była  wielka,  ale  odpokutowałem  za  nią  całym 
męczeńskim życiem; żeby jednak dziecko moje miało popaść w te same kajdany, w których ja 
jęczałem, to było więcej, niż mógłbym znieść. Zabiłem go, ale wcale tego nie żałuję, bo był 
jakby  potwornym,  wściekłym  zwierzęciem.  Na  krzyk  ojca  wrócił  młody  Mc  Carthy;  ja  już 
dobiegałem do lasu, gdy musiałem wrócić po płaszcz, który upuściłem, uciekając. Tak, a nie 
inaczej odbyło się wszystko. 

— Cóż pan zamierza czynić? 
— Ze  względu  na  pańskie  zdrowie  —  nic. Sam  pan  wie,  że  wkrótce  odpowie  pan  przed 

wyższym sędzią. Biorę pańskie zeznanie do siebie; jeżeli Mc Carthy zostanie skazany, będę 
zmuszony z nim wystąpić, w przeciwnym razie nie zobaczy dokumentu ludzkie oko i czy pan 
będzie żywy, czy umarły, pozostanie wszystko tajemnicą. 

— A zatem bądźcie panowie zdrowi — rzekł uroczyście starzec. — I wam kiedyś będzie 

milej  spoczywać  na  łożu  śmierci,  gdy  przypomnicie  sobie,  że  pozwoliliście  mi  w  spokoju 
odejść z tej ziemi. 

Drżący i złamany olbrzym wyszedł z pokoju. 

background image

— Boże  wesprzyj  nas!  —  rzekł  Holmes  po  długim  milczeniu.  —  Czemu  los  igra  tak 

podstępnie z biednymi, bezsilnymi robakami ziemskimi? 

Na podstawie licznych innych zarzutów, które Holmes podniósł i podsunął obrońcy, młody 

Mc Carthy został uniewinniony. Stary Turner żył jeszcze po naszej rozmowie siedem miesięcy. 
Dziś spoczywa już w grobie, syn zaś i córka wrogich sobie ojców tworzą według wszelkiego 
prawdopodobieństwa szczęśliwą parę i ani nie przeczuwają, jak ciemna chmura ciąży nad ich 
przeszłością. 

background image

P

IĘĆ PESTEK POMARAŃCZY

 

 
Moje  notatki  i  wspomnienia  z  lat  1882  —  1890  związane  z  Sherlockiem  Holmesem 

zawierają tyle ciekawych i dziwnych spraw, że doprawdy nie wiem, na których się zatrzymać, a 
które pominąć. Jedne były już drukowane, w innych mój przyjaciel nie miał pola do pełnego 
popisania się tymi niezwykłymi, wprost genialnymi talentami, które postanowiłem opisać w 
moich  wspomnieniach.  Inne  znów  nie  miałyby  zakończenia,  bo  —  mimo  wszystko  — 
analityczny  umysł  Holmesa  nie  zgłębił  ich  do  dna.  Jeszcze  inne  zostały  rozwiązane 
połowicznie,  i  to  tylko  na  podstawie  domysłów,  a  nie  za  pomocą  ścisłej  logiki,  którą  mój 
przyjaciel tak bardzo sobie cenił. Ale wśród nich napotkałem wypadek niezmiernie ciekawy w 
szczegółach i zadziwiający w wynikach. Nie mogę się więc oprzeć pokusie, by go opisać, choć 
nie wszystko w nim jest wyjaśnione i zapewne nigdy się nie wyjaśni. 

Rok 1887 przyniósł nam obfity zbiór bardziej lub mniej ciekawych zagadek. Wśród tytułów 

mojej  kroniki  z  tych  dwunastu  miesięcy  znajduję  relacje  ze  sprawy  Paradol  Chambairs, 
Stowarzyszenia  Miłośników  Żebractwa,  
utrzymującego  luksusowy  klub  w  głębokich 
podziemiach  wielkiego  składu  mebli,  z  wypadków  związanych  z  zatonięciem  brytyjskiego 
okrętu „Sophy Anderson”, z niezwykłych przygód Grice Patersonów na wyspie Uffa i wreszcie 
z otrucia Camberwella. W tej ostatniej sprawie niech mi wolno będzie przypomnieć, Sherlock 
Holmes nakręciwszy zegarek zmarłego zdołał udowodnić, że sprężyna była nakręcona dwie 
godziny temu, a więc zmarły w tym czasie położył się spać. Ta dedukcja znacznie przyczyniła 
się do wyjaśnienia tajemnicy. O tym wszystkim zapewne jeszcze kiedyś napiszę, ale żaden ze 
wspomnianych wypadków nie był tak niezwykły, jak dziwny splot wydarzeń, o którym zaraz 
opowiem. 

Było to w ostatnich dniach września i wiatry jesienne rozszalały się na dobre. Wicher wył 

tego  dnia  bez  przerwy,  a  deszcz  bił  w  okna  tak,  Ze  nawet  tu,  w  samym  sercu  olbrzymiego 
Londynu,  tworu  ludzkich  rąk,  odrywaliśmy  się  od  naszych  zwykłych  spraw,  by  choć  przez 
chwilę  zadumać  się  nad  potęgą  żywiołów,  które  jak  dzikie  zwierzęta  w  klatce  grożą 
człowiekowi ukrytemu za barierami cywilizacji. Pod wieczór wichura jeszcze się wzmogła, a 
wiatr  w  kominie  zawodził  i  łkał  jak  dziecko.  Sherlock  Holmes  siedział  po  jednej  stronie 
kominka  i  z  posępną  miną  przerzucał  swe  notatki  o  zbrodniach.  Ja,  po  drugiej  stronie,  tak 
zatonąłem w jednej z fascynujących opowieści morskich Clarka Russella

*

, że wycie wiatru na 

ulicy  brałem  za  żywą  ilustrację  fabuły,  a  plusk  deszczu  —  za  przeciągłe  bicie  fal.  Tak  się 
złożyło, że moja żona wyjechała do swej ciotki, a ja na te parę dni raz jeszcze zamieszkałem na 
Baker Street. 

— Co  to?  —  powiedziałem  odrywając  się  od  książki  i  patrząc  na  mego  towarzysza.  — 

Chyba dzwonek? Któż by się dziś wybrał do nas? Może któryś z twoich przyjaciół? 

— Nie mam nikogo prócz ciebie — odparł Holmes. — Nie jestem zbyt towarzyski. 
— A więc jakiś klient. 
— Jeśli  tak,  musi  to  być  coś  poważnego.  Nikt  nie  wybrałby  się  z  jakąś  błahostką  o  tej 

godzinie i w taką pogodę. Myślę, że to któraś z nieodłącznych kumoszek naszej gospodyni. 

Mylił się jednak. Ktoś szedł korytarzem i po chwili zapukał do drzwi. Holmes wyciągnął 

swe długie ramię i odwrócił lampę tak, by światło padało na jedyny pusty fotel. 

— Proszę — powiedział. 
W  drzwiach  stanął  młody  człowiek,  na  oko  dwudziestodwuletni,  elegancki, 

wypielęgnowany,  w  zachowaniu  subtelny  i  wytworny.  Mokry  parasol  i  lśniący  od  wody 
płaszcz  świadczyły,  jak  ciężką  miał  przeprawę  w  drodze  do  nas.  Gdy  przy  blasku  lampy 

                                                 

*

 Clark William Russell — pisarz i dziennikarz angielski żyjący w latach 1844–1911. Autor powieści morskich 

i przygodowych. 

background image

nerwowo rozglądał się wkoło, zauważyłem, że był bardzo blady i że wzrok miał niespokojny, 
jak ktoś przejęty trwogą. 

— Przepraszam bardzo — powiedział wkładając na nos binokle w złotej oprawie. — Chyba 

nie przeszkodziłem panom. Obawiam się, że wniosę trochę nieporządku do tego przytulnego 
pokoju. 

— Niech mi pan da palto i  parasol  — rzekł  Holmes.  — Powieszę je na  wieszaku, gdzie 

szybko przeschną. Widzę, że pan przyszedł z południowo–zachodniej dzielnicy. 

— Tak. Z Horsham. 
— Biała, kredowa glina na czubkach pańskich butów wyraźnie na to wskazuje. 
— Przychodzę po radę. 
— O to łatwo. 
— I o pomoc. 
— Z tym czasem jest trudniej. 
— Wiele słyszałem o panu. Major Prendergast  opowiadał  mi, jak  go pan uratował  przed 

skandalem w klubie „Tankerville”. 

— Ach tak. Niesprawiedliwie oskarżono go o szulerstwo. 
— Mówi, że pan potrafi rozwiązać każdą zagadkę. 
— Przesadza. 
— I że nikt jeszcze nie zdołał pana pokonać. 
— Pokonano mnie cztery razy. Trzy razy mężczyźni i raz kobieta. 
— Cóż to znaczy wobec pańskich sukcesów! 
— Istotnie. Przeważnie mi się wiodło. 
— To może i w moim wypadku tak będzie. 
— Proszę, niech pan przysunie fotel do ognia i powie, o co chodzi. 
— To sprawa niezwykła. 
— Nie powierzają mi innych. Jestem ostatnią instancją. 
— A jednak sądzę, że przy całym swym doświadczeniu nie miał pan jeszcze do czynienia z 

tak tajemniczym i niewytłumaczalnym splotem wypadków jak te, które zdarzyły się w mojej 
rodzinie. 

— To  zaczyna  być  ciekawe.  Niechże  pan  nam  poda  kolejno  główne  fakty,  a  później 

wypytam pana o szczegóły, które wydadzą mi się najważniejsze. 

Młody człowiek przysunął fotel do kominka i wyciągnął mokre stopy do ognia. 
— Nazywam się John Openshaw — powiedział — ale sam chyba mam mało wspólnego z tą 

okropną sprawą. To coś dziedzicznego i żeby panu dać pojęcie o wszystkim, zacznę od samego 
początku. 

Trzeba panu wiedzieć, że mój dziadek miał dwóch synów: mego stryja Eliasza i mego ojca 

Józefa.  Ojciec  miał  niedużą  fabryczkę  w  Coventry,  którą  udało  mu  się  rozbudować,  gdy 
wynaleziono rowery. On sam wynalazł opony Openshawa, odporne na przebicie, i tyle na tym 
zarobił, że niebawem sprzedał fabrykę i wycofał się z interesów ze znaczną fortuną. 

Mój stryj za młodu wyemigrował do Ameryki i tam, na Florydzie, założył — jak mówiono 

— dobrze prosperującą plantację. W czasie wojny

*

 walczył początkowo w armii Jacksona, a 

później  pod  Hoodem,  gdzie  dosłużył  się  stopnia  pułkownika.  Po  kapitulacji  generała  Lee

*

 

wrócił do swej plantacji i żył na niej jeszcze parę lat. W roku 1869 czy 1870 wrócił do Europy i 
nabył mająteczek w pobliżu Horsham w Sussex. W Stanach dorobił się znacznego majątku i 
porzucił  je  tylko  z  powodu  wstrętu,  jaki  żywił  do  Murzynów,  i  niechęci  do  polityki 
republikanów, którzy przyznawali im prawa. Był to człowiek o żywym temperamencie, który 
klął siarczyście, gdy wpadał  w złość, często  też zamykał  się w sobie i  stronił od ludzi. Nie 
wiem, czy mieszkając tyle lat w Horsham choć raz zajrzał do miasta. Koło domu miał ogród, a 

                                                 

*

 Mowa o wojnie Północy z Południem w Ameryce (1861–1865). 

*

 T.J. Jackson, J.B. Hood i R.E. Lee dowodzili konfederatami. 

background image

dalej  pole,  po  którym  się  przechadzał;  nieraz  zresztą  całymi  tygodniami  nie  wychodził  z 
pokoju.  Dużo  pił  i  palił,  ale  się  nie  udzielał,  nie  szukał  przyjaciół  i  nie  tęsknił  nawet  za 
rodzonym bratem. 

O mnie się nie troszczył, mimo że miał do mnie słabość. Po raz pierwszy zobaczył mnie, gdy 

byłem dwunastoletnim chłopcem. Było to już w roku 1878, to znaczy w osiem czy dziewięć lat 
po jego powrocie do Anglii. Uprosił ojca, bym zamieszkał u niego, i na swój sposób był dla 
mnie  dobry.  Gdy  był  trzeźwy,  grał  ze  mną  w  tryktraka  i  warcaby.  Powierzył  mi  całe 
gospodarstwo,  tak  że  w  szesnastym  roku  życia  byłem  panem  domu.  Układałem  się  z 
dostawcami, rządziłem służbą, miałem wszystkie klucze i mogłem chodzić, gdzie chciałem, i 
robić, co chciałem, bylebym nie zakłócił jego samotności. Ale był jeden wyjątek: ani mnie, ani 
nikomu  nie  wolno  było  wejść  do  stale  zamkniętej  rupieciarni  na  poddaszu.  Z  chłopięcej 
ciekawości zaglądałem tam  przez dziurkę od klucza, ale nigdy nie udało mi się nic dojrzeć 
prócz kolekcji starych kufrów i tłumoków, jakie bywają w takich graciarniach. 

Pewnego  dnia  —  było  to  w  marcu  1883  roku  —  na  stole  przed  nakryciem  mego  stryja 

zobaczyłem list ze stemplem zagranicznym. Listy do niego były rzeczą niezwykłą; wszystkie 
rachunki płacił gotówką, a przyjaciół nie miał. 

— Z  Indii  —  powiedział  biorąc  kopertę  do  ręki.  —  Stempel  urzędu  pocztowego  w 

Pondicherry. Co to może być? 

Szybko rozdarł kopertę. Wypadło z niej pięć małych, suchych pestek pomarańczy i z cichym 

stukiem  rozsypało  się  po  talerzu.  Roześmiałem  się  na  ten  widok,  ale  śmiech  zamarł  mi  na 
ustach, gdy spojrzałem na stryja. Dolna warga mu obwisła, oczy wyszły na wierzch, zbladł jak 
chusta i osłupiałym wzrokiem patrzył na kopertę, którą wciąż trzymał w drżącej ręce. 

— „K.K.K.”! — Wykrzyknął. — Boże, mój Boże, dawne grzechy mnie ścigają! 
— Co to znaczy, stryju? — zapytałem. 
— Śmierć — odpowiedział. 
Zerwał się od stołu i znikł w swoim pokoju, a ja siedziałem przerażony. Podniosłem kopertę 

i  wewnątrz  ujrzałem  trzy  razy  naskrobaną  czerwonym  atramentem  literę  „K”.  Poza  tym 
wewnątrz nie było nic prócz pięciu suchych pestek. Cóż więc mogło aż tak przerazić stryja? 
Wstałem  od  stołu,  a  gdy  wchodziłem  po  schodach  na  górę,  spotkałem  stryja;  trzymał 
zardzewiały klucz od graciarni w jednej ręce i małą mosiężną szkatułkę, jak na pieniądze — w 
drugiej. 

— Niech stają na  głowie, a ja się nie dam  — powiedział i  zaklął soczyście.  — Powiedz 

Mary, by napaliła u mnie w kominku, i poślij do Harsham po adwokata Fordhama. 

Zrobiłem, co mi kazał, a kiedy adwokat przybył, stryj wezwał mnie do pokoju. Na kominku 

płonął jasny ogień, a w palenisku leżało pełno czarnego, puszystego popiołu, jak po spalonych 
papierach. Otwarta, pusta mosiężna szkatułka stała obok. Drgnąłem ujrzawszy na jej pokrywie 
trzykrotnie powtarzającą się literę „K”, jak ta, którą rano widziałem na kopercie. 

— Chciałbym,  Johnie,  żebyś  był  świadkiem  mojej  ostatniej  woli  —  powiedział  stryj.  — 

Cały majątek z jego pasywami i aktywami pozostawiam memu bratu, a twemu ojcu. Po nim ty 
go odziedziczysz. Życzę ci, byś mógł z niego w pełni korzystać! Ale jeżeli przekonasz się, że 
nic ci po nim, radzę ci, mój chłopcze, podaruj go swemu najgorszemu wrogowi. Przykro mi, że 
ci zostawiam takie wątpliwe dziedzictwo, ale trudno mi przewidzieć, jak się sprawy obrócą. 
Podpisz tam, gdzie ci wskaże pan Fordham. 

Podpisałem dokument, gdzie mi kazano, a prawnik zabrał go ze sobą. Pojmuje pan zapewne, 

że cała ta historia zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Głowiłem się nad nią, ale nic nie mogłem 
zrozumieć. Nie mogłem się też pozbyć niejasnego lęku wywołanego tą tajemniczą sprawą. Z 
czasem  jednak  lęk  ustąpił,  zwłaszcza  że  nic  nie  zakłócało  naszego  normalnego  życia. 
Zauważyłem jednak pewną zmianę w stryju. Pił częściej i stał się jeszcze większym odludkiem. 
Przeważnie siedział zamknięty na  cztery spusty  w swoim  pokoju,  ale  czasem  jakby  go szał 
ogarniał. Wybiegał z domu i z rewolwerem w ręku miotał się po ogrodzie, krzycząc, że nikogo 

background image

się nie boi i że nikt, nawet sam diabeł, nie będzie go więził jak głupią owcę w owczarni. Ale gdy 
to nagłe szaleństwo mijało, uciekał przerażony do domu i ryglował za sobą drzwi, jak człowiek, 
który nie może opanować strachu czającego się na dnie duszy. Wówczas, nawet w chłodne dni, 
widziałem, że był skąpany we własnym pocie. 

Żeby  już  skończyć  i  nie  nadużywać  pańskiej  cierpliwości,  powiem,  że  pewnej  nocy  w 

przystępie takiego szału stryj wybiegł z domu i nie wrócił. Znaleźliśmy go leżącego twarzą do 
dna w małym, porośniętym rzęsą stawie na końcu ogrodu. Staw był płytki, na ciele zmarłego 
nie stwierdzono żadnych obrażeń, władze sądowe orzekły więc, znając dziwactwa stryja, że 
zachodzi wypadek samobójstwa. Ale ja nie dałem sobie wmówić, że popełnił samobójstwo, 
gdyż wiedziałem, jak bardzo bał się wzmianki o śmierci. Wszystko jednak ucichło, mój ojciec 
objął posiadłość, a oprócz tego odziedziczył około czternastu tysięcy funtów na rachunku stryja 
w banku. 

— Chwileczkę  —  przerwał  Holmes.  —  Pańskie  opowiadanie  jest  chyba  jednym  z 

najciekawszych, jakie słyszałem. Niech mi pan łaskawie poda, kiedy pański stryj otrzymał list, 
a kiedy popełnił domniemane samobójstwo. 

— List nadszedł 10 marca 1883 roku, a stryj umarł w siedem tygodni później, wieczorem 2 

maja. 

— Dziękuję. Proszę, niech pan mówi dalej. 
— Objąwszy  posiadłość  w  Horsham,  ojciec,  na  moje  nalegania,  starannie  zbadał  stale 

zamknięty pokój na strychu. Znaleźliśmy tam mosiężną szkatułkę, ale już pustą. Wewnątrz na 
pokrywce  zobaczyłem  nalepkę  z  trzema  literami  „K”  i  napisem:  „Listy,  notatki, 
pokwitowania”. Pozwoliło to domyślić się, co za papiery zniszczył pułkownik Openshaw. Poza 
tym  nie  znaleźliśmy  nic  ważnego  w  graciarni.  Poniewierało  się  tam  tylko  wiele  papierów  i 
notatek  z  okresu  pobytu  mego  stryja  w  Ameryce.  Niektóre  —  jeszcze  z  czasów  wojny  — 
świadczyły,  że  stryj  zyskał  sobie  opinię  dzielnego  żołnierza.  Inne  pochodziły  z  okresu 
rekonstrukcji  Południowych  Stanów  i  dotyczyły  przede  wszystkim  polityki  wymierzonej 
przeciw Północy. 

Ojciec przybył więc do Horsham na początku roku 1884 i aż do stycznia 1885 roku żyliśmy 

spokojnie. Ale czwartego stycznia, gdy siedzieliśmy razem przy śniadaniu, mój ojciec wydał 
nagle okrzyk zdziwienia i przerażenia. Zobaczyłem, że w jednej ręce trzyma otwartą kopertę, a 
w drugiej, wyciągniętej przed siebie — pięć suchych pestek pomarańczy. Zawsze wyśmiewał 
się z mego opowiadania o liście, jaki otrzymał pułkownik, nazywając je bzdurną historią, ale 
teraz, gdy i jemu się to przydarzyło, nie wiedział, co myśleć, i był przerażony. 

— Na Boga, co to znaczy, Johnie? — wyjąkał. Serce we mnie zamarło. 
— To „K.K.K.” — rzekłem. Zajrzał do środka. 
— Masz rację! — zawołał. — Są trzy litery. Ale co tu jest nad nimi napisane? 
— „Połóż papiery na zegarze słonecznym” — przeczytałem spoglądając przez jego ramię. 
— Jakie papiery? Jaki zegar? — pytał. 
— Zegar  w  ogrodzie.  Innego  nie  ma  —  odparłem.  —  A  papiery  pewnie  te,  które  stryj 

zniszczył. 

— Uff!  —  sapnął  ojciec  opanowując  się  z  trudem.  —  Żyjemy  w  cywilizowanym  kraju, 

gdzie podobne kawały są nie do pomyślenia. Skąd wysłano ten list? 

— Z Dundee

*

 — odparłem spojrzawszy na stempel pocztowy. 

— Jakieś głupie żarty. Co mnie obchodzi słoneczny zegar i papiery? Nie będę sobie głowy 

zaprzątał takimi głupstwami. 

— Na twoim miejscu zawiadomiłbym policję — powiedziałem. 
— Żeby się ze mnie wyśmiali! — Ani mi się śni. Więc pozwól, żebym ja to zrobił. 
— Nie. Zabraniam ci. Nie chcę żadnego hałasu wokół tych bzdur. 

                                                 

*

 Dundee — port w Szkocji. 

background image

Nie  sprzeczałem  się  z  nim  więcej,  bo  był  bardzo  uparty.  Gnębiły  mnie  jednak  ciężkie 

przeczucia. 

Na  trzeci  dzień  po  otrzymaniu  wspomnianego  listu  ojciec  wybrał  się  w  odwiedziny  do 

swego starego przyjaciela majora Freebody, komendanta jednego z fortów na Portsdown Hill. 
Cieszyłem się z tego, gdyż myślałem, że z dala od domu będzie bezpieczniejszy. Myliłem się 
jednak.  Nazajutrz  po  jego  wyjeździe  otrzymałem  depeszę  od  majora  wzywającą  mnie 
natychmiast. Ojciec wpadł do jednej z kredowych sztolni, których tam pełno, i leżał w szpitalu 
nieprzytomny,  z  pękniętą  czaszką.  Pospieszyłem  natychmiast,  ale  biedak  zmarł  nie 
odzyskawszy  przytomności.  Wracał  z  Fareham  o  zmroku,  nie  znał  okolicy,  a  sztolnia  była 
nieogrodzona,  władze  zawyrokowały  więc  bez  wahania:  śmierć  na  skutek  nieszczęśliwego 
wypadku. I choć starannie zbadałem wszystkie okoliczności, nie mogłem znaleźć niczego, co 
wskazywałoby  na  morderstwo.  Nie  było  żadnych  znaków  gwałtu  ani  żadnych  śladów  w 
pobliżu. Nie widziano też nikogo obcego na drogach. A jednak, jak się  pan chyba domyśla, 
wcale mnie to nie przekonało. Byłem niemal pewny, że padł ofiarą jakiegoś ohydnego spisku. 

W  taki  to  ponury  sposób  odziedziczyłem  mająteczek.  Zapyta  pan,  czemu  się  go  nie 

zrzekłem. Odpowiem na to: przekonany, że te nieszczęścia spadają na nas z winy stryja i że 
grożą mi tak czy inaczej. 

Nieszczęsny mój ojciec  zginął w styczniu  1885 roku. Od tego  czasu upłynęło  dwa lata i 

osiem miesięcy. Spokojnie żyłem przez cały ten czas w Horsham i zacząłem już mieć nadzieję, 
że  przekleństwo  ciążące  na  naszym  rodzie  sczezło  z  poprzednią  generacją.  Niestety, 
pocieszałem się za wcześnie: wczoraj rano przyszła na mnie kolej. 

Młody człowiek wyjął z kieszeni kamizelki zmiętoszoną kopertę i wysypał z niej na stół pięć 

suchych, małych pestek pomarańczy. 

— Oto koperta — ciągnął. — Stempel pocztowy z Londynu, ze wschodniej dzielnicy. W 

środku jest to samo, co w ostatniej przesyłce do mojego ojca: „K.K.K.” i „połóż papiery na 
słonecznym zegarze”. 

— I cóż pan zrobił? — zapytał Holmes. 
— Nic. 
— Nic? 
— Mówiąc  prawdę,  czułem  się  zupełnie  bezradny  —  ukrył  twarz  w  szczupłych,  białych 

dłoniach. — Jak królik przed skradającym się ku niemu wężem. Wydaje mi się, że oplotły mnie 
jakieś diabelskie moce, od których nic mnie nie ustrzeże. 

— Ho, ho, ho! — wykrzyknął Sherlock Holmes. — Trzeba działać, mój panie, bo inaczej 

jest pan zgubiony. Tylko energiczne działanie może pana ocalić. Nie czas na załamywanie rąk. 

— Byłem w policji. 
— No? 
— Wysłuchali mego opowiadania z uśmiechem. Inspektor, zdaje się, jest pewien, że te listy 

to  jakieś  niewczesne  żarty,  że  ojciec  i  stryj  zginęli  w  nieszczęśliwych  wypadkach,  jak  to 
stwierdziły władze, i że ich zgonu nie należy łączyć z otrzymanymi ostrzeżeniami. 

Holmes pogroził w powietrzu zaciśniętymi pięściami. 
— Co za głupota! — zawołał, 
— Przydzielili mi jednak policjanta, który pilnuje domu. 
— Czy przyszedł tu z panem? 
— Nie. Kazano mu pilnować domu. Holmes znów pogroził komuś pięścią. 
— Czemu przyszedł pan do mnie? — zapytał. — A przede wszystkim: czemu nie przyszedł 

pan od razu? 

— Nie wiedziałem, co robić. Dopiero dziś zwierzyłem się majorowi Prendergastowi, a on 

doradził mi pójść do pana. 

background image

— Dwa  dni  minęły  od  nadejścia  listu.  Powinniśmy  byli  już  przedtem  rozpocząć  kroki. 

Pokazał pan nam wszystkie dowody rzeczowe w tej sprawie… a może jest jeszcze coś, co by 
mogło nam pomóc? 

— Mam jeszcze coś — rzekł John Openshaw. 
Poszperał  w  kieszeni  marynarki,  wyciągnął  skrawek  spłowiałego  niebieskiego  papieru  i 

położył go na stole. 

— Przypominam sobie — powiedział — że kiedy mój stryj palił papiery, zauważyłem w 

popiele  strzępy  o  takim  dziwnym  kolorze.  A  ten  skrawek  znalazłem  na  podłodze  w  pokoju 
stryja. Pewno wyfrunął spomiędzy innych i ocalał. Nie wiem, na co mógłby się nam przydać, 
bo nic w nim nie ma prócz wzmianki o pestkach. To chyba jakaś stronica z pamiętnika, pismo 
niewątpliwie mojego stryja. 

Holmes przysunął lampę i obaj pochyliliśmy się nad arkusikiem papieru. Nierówny brzeg 

wskazywał,  że  go  wydarto  z  zeszytu.  Nosił  datę:  marzec  1869,  a  pod  nią  figurowały  takie 
zagadkowe notatki: 

„4–go. Przyszedł Hudson. Takie same poglądy. 
7–go. Poszczuto pestkami McCauleya, Paramore’a i Swaina z Saint Augustine. 
9–go. McCauley ulotnił się. 
10–go. John Swain ulotnił się. 
12 –go. Odwiedziny u Paramore’a. Wszystko w porządku”. 
— Dziękuję  panu  —  rzekł  Holmes  składając  skrawek  papieru  i  oddając  go  naszemu 

gościowi. — A teraz nie ma pan chwili do stracenia. Nie możemy sobie nawet pozwolić na 
przedyskutowanie pańskiego opowiadania. Musi pan zaraz wracać do domu i działać. 

— Co mam robić? 
— Może pan zrobić tylko jedno. Ale to zaraz. Musi pan włożyć ten kawałek papieru do owej 

szkatułki i załączyć karteczkę, w której w najbardziej przekonujących słowach wyjaśni pan, że 
wszystkie  inne  dokumenty  spalił  pański  stryj  i  nic  więcej  nie  zostało.  Potem  postawi  pan 
szkatułkę na słonecznym zegarze, tak jak panu kazano. Rozumie pan? 

— Rozumiem. 
— I w tej chwili niech pan nie myśli o żadnej zemście. Zapewne wywrzemy ją w prawny 

sposób. Ale my dopiero musimy spleść naszą sieć, gdy ich już jest gotowa. Przede wszystkim 
należy  usunąć  grożące  panu  niebezpieczeństwo.  Potem  trzeba  będzie  wyjaśnić  tajemnicę  i 
ukarać winnych. 

— Dziękuję  panu  —  powiedział  młody  człowiek  wstając  i  wkładając  palto.  —  Natchnął 

mnie pan nadzieją i dodał otuchy. Zrobię, jak pan radzi. 

— Niech  pan  nie  traci  ani  chwili.  I  nade  wszystko  niech  pan  uważa,  gdyż  grozi  panu 

zupełnie realne niebezpieczeństwo. Jak pan wraca? 

— Pociągiem z Waterloo

*

— Nie ma jeszcze dziewiątej. Na ulicach jest dużo ludzi, myślę więc, że dotrze pan do domu 

bezpiecznie. Lecz mimo wszystko musi pan być bardzo ostrożny. 

— Mam broń. 
— To dobrze. Zaraz jutro zabiorę się do tej sprawy. 
— Przyjedzie pan zatem do Horsham? 
— Nie. Zagadka tkwi w Londynie. I tują będę rozwiązywać. 
— Przyjdę więc do pana za jakieś dwa dni i przyniosę wiadomość o szkatułce i papierze. 

Zastosuję się całkowicie do pańskiej rady. 

Zamienił  z  nami  uścisk  dłoni  i  wyszedł.  Wiatr  wciąż  wył,  a  deszcz  zacinał  w  szyby. 

Niesamowita,  dziwna  historia,  zdawało  się,  zrodzona  wśród  rozpętanych  sił  przyrody  — 
przygnana do nas niby wodorosty szalejącą burzą, znów została przez nią pochłonięta. 

                                                 

*

 Waterloo — stacja w Londynie. 

background image

Sherlock Holmes, z lekka pochylony, wpatrzony w czerwony blask ognia, czas jakiś siedział 

w milczeniu. Po chwili zapalił fajkę, oparł się o poręcz fotela i przyglądał błękitnym kółkom 
dymu ulatującym w górę. 

— Myślę, mój drogi — powiedział — że żadna z naszych spraw nie była aż tak fantastyczna. 
— Z wyjątkiem chyba Znaku Czterech. 
— O,  tak.  Z  wyjątkiem  tamtej.  A  jednak  wydaje  mi  się,  że  na  Johna  Openshawa  czyha 

większe niebezpieczeństwo niż na Sholtonów. 

— Czy już doszedłeś, na czym to niebezpieczeństwo polega? 
— Co do jego istoty nie może być wątpliwości. 
— Więc o co chodzi? Kim jest ten „K.K.K.” i czemu prześladuje tę nieszczęsną rodzinę? 
Sherlock  Holmes  przymknął  oczy,  oparł  łokcie  na  poręczy  fotela  i  zetknął  dłonie 

koniuszkami palców. 

— Człowiek  idealnie  rozumujący  —  powiedział  —  z  jednego,  zasadniczego  dla  sprawy 

faktu  wysnuje  nie  tylko  cały  łańcuch  przyczyn,  ale  i  przepowie  wszystkie  skutki.  Cuvier

*

 

potrafił na podstawie jednej jedynej kości, drogą logicznego rozumowania, opisać całe zwierzę. 
Podobnie  skrupulatny  badacz,  który  uchwyci  jedno  ogniwo  w  splocie  wypadków,  powinien 
umieć ściśle określić wszystkie poprzednie i następne. My jeszcze nie umiemy opierać się na 
czystym  rozumowaniu.  Problemy  możemy  rozstrzygać  jedynie  przez  dociekliwe  badanie 
faktów,  co  sprawi  przykrą  niespodziankę  tym,  którzy  szukają  ich  rozwiązania  we  własnym 
umyśle. Ale sztukę logicznego rozumowania tylko wtedy można doprowadzić do szczytu, jeśli 
się umie wykorzystać wszystkie poznane fakty. A przyznasz, że to wymaga absolutnej wiedzy, 
której nawet dziś, przy naszym encyklopedycznym wykształceniu, nie posiadamy. Zdarza się 
jednak, że człowiek wie wszystko, co potrzebne mu jest w jego pracy. Zawsze do tego dążyłem. 
Przypominam  sobie,  że  na  początku  naszej  przyjaźni  bardzo  trafnie  określiłeś  zasób  mych 
wiadomości. 

— Tak  —  odpowiedziałem  śmiejąc  się  —  to  jest  niezwykły  dokument.  Pamiętam.  Z 

filozofii, astronomii i polityki postawiłem ci niedostatecznie. Z nauk przyrodniczych — słabo. 
Z geologii — świetnie, gdy chodzi o ślady błota z każdego terenu w promieniu pięćdziesięciu 
mil  od  miasta.  Z  chemii,  jak  stwierdziłem,  twe  wiadomości  są  niejednolite,  z  anatomii  — 
chaotyczne. Literaturę sensacyjną i kronikę kryminalną znasz niezrównanie. Poza tym jesteś 
prawnikiem  i  skrzypkiem.  Uprawiasz  boks  i  szermierkę.  Trujesz  się  tytoniem.  Zdaje  się,  że 
takie były najważniejsze punkty tej charakterystyki. 

Holmes roześmiał się przy moich ostatnich słowach. 
— No  tak  —  powiedział  —  zawsze  twierdzę,  że  człowiek  powinien  mieć  mózgownicę 

umeblowaną najpotrzebniejszym sprzętem, a resztę może wyrzucić do graciarni, dokąd sięgnie 
w razie potrzeby. W sprawie, którą nam dziś powierzono, trzeba będzie sięgnąć do wszystkich 
naszych zasobów. Podaj mi, proszę, amerykańską encyklopedię na literę „K”. Stoi na półce 
obok  ciebie.  Dziękuję.  Zastanówmy  się  teraz  nad  sprawą  i  pomyślmy,  co  się  da 
wywnioskować. Przede wszystkim załóżmy, że pułkownik Openshaw miał poważne powody 
do porzucenia Ameryki. Człowiek w jego wieku niechętnie rezygnuje ze swoich zwyczajów i 
zmienia  cudowny  klimat  Florydy  na  odludne  życie  w  angielskiej  mieścinie.  Jego  daleko 
posunięte zamiłowanie do samotności w Anglii nasuwa przypuszczenie, że bał się kogoś lub 
czegoś,  co  go  wygnało  z  Ameryki.  A  co  to  było,  możemy  ustalić  zastanowiwszy  się  nad 
złowieszczymi listami odebranymi przez niego i jego spadkobierców. Czyś zwrócił uwagę na 
stemple pocztowe tych listów? 

— Pierwszy był z Pondicherry, drugi z Dundee, a trzeci z Londynu. 
— Ze wschodniej dzielnicy Londynu. Jakie wnioski ci to nasuwa? 
— Wszystko to są porty. Nadawca musiał więc znajdować się na statku. 

                                                 

*

 George Leopold Cuvier (1769–1832) — przyrodnik francuski, twórca paleontogii, nauki o skamielinach. 

background image

— Doskonale.  Mamy  już  klucz  do  tajemnicy.  A  więc  rzeczą  prawdopodobną,  bardzo 

prawdopodobną,  jest,  że  piszący  znajdował  się  na  statku.  Teraz  zastanówmy  się  nad  inną 
okolicznością.  W  przypadku  „Pondicherry”  od  groźby  do  jej  wykonania  upłynęło  siedem 
tygodni, w „Dundee” — trzy do czterech dni. Czy ci to nic nie mówi? 

— Mieli większą odległość do przebycia. 
— Ale i list również. 
— No i co z tego? 
— Musimy  przypuścić,  że  statek,  na  którym  znajduje  się  ten  człowiek  czy  ludzie,  jest 

żaglowcem. Tak wygląda, że owo niezwykłe ostrzeżenie czy znak wysyłają, zanim wyruszają 
w swej misji. Widzisz jak prędko nadeszła śmierć po znaku wysłanym z Dundee. Gdyby ci 
ludzie z Pondicherry jechali parowcem, przybyliby prawie jednocześnie z listem. Ale w istocie 
upłynęło  siedem  tygodni,  zanim  się  zjawili.  I  ten  fakt,  jak  myślę,  należy  przypisać  różnicy 
czasu między datą przybycia do Anglii statku pocztowego z listem i żaglowca z nadawcą na 
pokładzie. 

— Zupełnie możliwe. 
— Więcej niż możliwe. Prawie pewne. I teraz rozumiesz, czemu ten trzeci list jest aż tak 

groźny i czemu tak usilnie ostrzegałem młodego Openshawa. Piszący listy zawsze zabijał przy 
końcu  tego  czasu,  jaki  był  mu  potrzebny  na  dotarcie  do  swej  ofiary.  A  że  ten  ostatni  list 
nadszedł z Londynu, nie wolno nam liczyć na zwłokę. 

— Na Boga! — zawołałem. — Co może być powodem tak okrutnego prześladowania? 
— Człowiekowi  czy  ludziom  na  żaglowcu  niezmiernie  musi  zależeć  na  dokumentach 

przechowywanych przez Openshawa. Dla mnie jest jasne, że tych ludzi musi być paru. Jeden 
człowiek nie mógłby dokonać dwóch morderstw tak, by oszukać władze śledcze. Musiało ich 
być kilku. Ludzi zdeterminowanych i przebiegłych. Postanowili wyrwać te papiery za wszelką 
cenę, chociażby samemu diabłu z gardła. 

Widzisz więc, że pod literami „K.K.K.” ukrywa się nie człowiek, lecz cała organizacja. 
— Ale jaka? 
Holmes pochylił się do mnie i zapytał ściszonym głosem: 
— Czy nigdy nie słyszałeś o Ku–Klux–Klanie? 
— Nigdy. 
Holmes odwrócił kartkę książki leżącej na jego kolanach. 
— Oto mamy: „Ku–Klux–Klan. Nazwa wzięta od trzasku kurka strzelby przy napinaniu. Tę 

straszną, potajemną organizację zawiązali ekskonfederaci, wojskowi, w południowych stanach, 
po wojnie Północy z Południem. Rozrosła się szybko, zwłaszcza w Tennessee, Luizjanie, obu 
Karolinach,  Georgii  i  na  Florydzie.  Miała  cele  polityczne,  przede  wszystkim  terroryzowała 
wyborców  Murzynów,  a  swych  przeciwników  mordowała  lub  wypędzała  z  kraju.  Przed 
popełnieniem  zbrodni  Ku–Klux–Klan  wysyłał  zwykle  upatrzonym  osobom  ostrzeżenie  w 
jakiejś  fantastycznej  postaci,  powszechnie  jednak  znanej:  dębowych  listków  w  jednych 
stanach, pestek z dyni lub pomarańczy w innych. Po otrzymaniu tego ostrzeżenia ofiara albo 
musiała  otwarcie  wyrzec  się  swych  przekonań,  albo  uciekać  z  kraju.  Jeśli  zlekceważyła  je 
sobie, mordowano ją bezlitośnie, i to w sposób tajemniczy. Organizacja działała tak sprawnie, 
że  nie  znamy  wypadku,  by  któraś  z  upatrzonych  ofiar  wyszła  cało  lub  by  władze  wykryły 
zabójców. Bezkarnie rozwijała się też przez parę lat wbrew wszystkim wysiłkom rządu Stanów 
Zjednoczonych i szlachetniejszych warstw społeczeństwa stanów południowych. W roku 1869 
działalność  Ku–Klux–Klanu  nagle  osłabła,  choć  i  po  tej  dacie  notujemy  wypadki 
sporadycznych wystąpień tej organizacji”. 

— Zauważ  —  powiedział  Holmes  odkładając  encyklopedię  —  że  nagłe  załamanie  się 

działalności  Ku–Klux–Klanu  łączy  się  ze  zniknięciem  z  Ameryki  Openshawa  i  jego 
dokumentów. Może to być równie dobrze przyczyna, jak i skutek. Trudno się więc dziwić, że 
jakieś  nieubłagane  duchy  ścigają  jego  i  jego  rodzinę.  Rozumiesz  chyba,  że  w  spisie  i 

background image

pamiętniku  mogą  figurować  nazwiska  najwybitniejszych  ludzi  Południa  i  że  wiele  osób  nie 
zaśnie spokojnie, dopóki nie zdobędzie tych papierów. 

— A więc strona, którą widzieliśmy… 
— Potwierdza  nasze  przypuszczenie.  Było  tam  napisane,  o  ile  pamiętam:  „Poszczuto 

pestkami  A,  B,  C”,  co  znaczy,  że  osobom  tym  wysłano  ostrzeżenie.  Potem  były  kolejne 
wzmianki, że „A” i „B” —  — .ulotnili się”, czyli wyjechali, a „C” złożono wizytę. Obawiam 
się, że z tragicznym dla niego wynikiem. Myślę, mój drogi, że uda się nam rzucić trochę światła 
na tę ponurą aferę. Tymczasem młodemu Openshawowi pozostaje tylko usłuchać mojej rady. 
Nic  więcej  dziś  wieczorem  zrobić  nie  możemy.  Podaj  mi  więc  skrzypce  i  na  pół  godziny 
zapomnijmy o okropnej pogodzie i jeszcze okropniej szych czynach naszych bliźnich. 

 
Rano  przejaśniło  się  nieco.  Słońce  świeciło  blado  poprzez  mgłę  nawisłą  nad  wielkim 

miastem. Sherlock Holmes siedział już przy stole, gdy zszedłem na śniadanie. 

— Przepraszam,  że  nie  czekałem  na  ciebie  —  powiedział.  —  Mam  dziś  moc  roboty  w 

związku ze sprawą Openshawa. 

— Co zamierzasz przedsięwziąć? — zapytałem. 
— To zależy od wyników moich pierwszych badań. Pewnie jednak będę musiał pojechać do 

Horsham. 

— Czy nie od tego zaczniesz? 
— Nie. Naprzód pójdę do City. Zadzwoń, żeby ci podano kawę. Czekając na kawę wziąłem 

ze stołu jeszcze nie ruszoną gazetę i zacząłem ją przeglądać. Wzrok mój padł na jeden z tytułów 
i poczułem, jak serce zamiera mi w piersi. 

— Słuchaj! — zawołałem. — Już za późno! 
— Ach! — powiedział Holmes odstawiając filiżankę. — Tego się właśnie bałem. Jak się to 

stało? 

Mówił spokojnie, ale widziałem, że był wstrząśnięty. 
— Zauważyłem nazwisko Openshawa w tytule. Tragiczny wypadek przy moście Waterloo. 

Oto co piszą: 

„Wczoraj  wieczorem,  między  dziewiątą  a  dziesiątą,  konstabl  Cook  z  pododdziału  H  na 

służbie  koło  mostu  Waterloo  usłyszał  wołanie  o  pomoc  i  plusk  wody.  Noc  była  niezwykle 
ciemna  i  burzliwa,  toteż  mimo  pomocy  przechodniów  nie  udało  się  uratować  ofiary. 
Zaalarmowano  policję  rzeczną,  która  wyłowiła  zwłoki  młodego  mężczyzny.  Ze  znalezionej 
przy  nim  koperty  ustalono,  że  był  to  John  Openshaw  zamieszkały  w  pobliżu  Horsham. 
Prawdopodobnie spiesząc na ostatni pociąg odchodzący ze stacji Waterloo  denat  pomylił  w 
ciemności  drogę  i  wszedł  na  sam  brzeg  przystani  dla  rzecznych  statków.  Żadnych  śladów 
obrażeń  nie  stwierdzono.  Niewątpliwie  mamy  do  czynienia  z  nieszczęśliwym  wypadkiem, 
który powinien zwrócić uwagę władz na niedostateczne zabezpieczenie przystani na rzece”. 

Chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Nigdy nie widziałem jeszcze Holmesa tak przejętego. 
— Bolesny  cios  dla  mojej  ambicji  —  powiedział  wreszcie.  —  Brzydkie  uczucie,  bez 

wątpienia, ale to boleśnie zraniło moją dumę. Teraz już dotknięty zostałem osobiście i jeśli Bóg 
mi da zdrowie, nakryję tę szajkę. Przyszedł do mnie po pomoc, a ja go wysłałem na śmierć !… 

Zerwał  się  i  w  podnieceniu  zaczął  się  przechadzać  po  pokoju.  Rumieniec  zabarwił  jego 

żółtawe policzki, a długie, szczupłe dłonie zaciskały się nerwowo. 

— Diablo chytrzy ludzie! — wykrzyknął wreszcie. — Jak go tam ściągnęli? Przystań leży 

nieco  na  uboczu.  Nawet  w  taką  pogodę  na  moście  musiało  być  za  ludno  na  morderstwo. 
Zobaczymy jednak, kto w końcu wygra. Wychodzę! 

— Na policję! 
— Nie.  Sam  będę  własną  policją.  Dopiero  gdy  utkam  pajęczynę,  dam  im  muchę.  Nie 

wcześniej. 

background image

Cały  dzień  zajęty  byłem  swymi  zawodowymi  czynnościami  i  na  Baker  Street  wróciłem 

dopiero  późnym  wieczorem.  Sherlocka  Holmesa  jeszcze  nie  było.  Przyszedł  przed  samą 
dziesiątą, blady i zmęczony. Podszedł do kredensu, odłamał kawał chleba i łapczywie począł go 
jeść, popijając dużymi łykami wody. 

— Głody jesteś? — zauważyłem. 
— Śmiertelnie. Zupełnie nie myślałem o jedzeniu. Od śniadania nie miałem nic w ustach. 
— Nic? 
— Ani kęska. Byłem tak piekielnie zajęty. 
— A jak ci się udało? 
— Dobrze. 
— Wpadłeś na ślad? 
— Mam ich w garści. Młody Openshaw wkrótce będzie pomszczony. Wiesz, odpłacimy im 

tym samym. To dobry pomysł. 

— Co masz na myśli? 
Wyjął pomarańczę z kredensu i podzieliwszy ją na części wycisnął pestki na stół. Wybrał 

pięć  i  włożył  do  koperty.  Na  jej  wewnętrznej  stronie  wypisał  „S.H.  dlaJ.C”,  zakleił  i 
zaadresował: „Kapitan James Calhoun, na pokładzie »Lone Star«, Savannah, Georgia”. 

Doręczą mu po wejściu do portu — powiedział chichocząc. — opędzi mu to sen z powiek. 

Zrozumie, że to wyrok śmierci, jak Openshaw zrozumiał. 

— Kimże jest ten kapitan Calhoun? 
— To herszt szajki. Złapię i pozostałych, ale on pójdzie na pierwszy ogień. 
— Jakżeś ich wyśledził? 
Holmes wyjął z kieszeni spory arkusz papieru zapisany datami i nazwiskami. 
— Cały dzień przesiedziałem nad rejestrami Lloydu

*

 i plikami starych gazet, śledząc drogę 

każdego  statku,  który  zawinął  do  Pondicherry  w  styczniu  i  lutym  1883  roku.  Naliczyłem 
trzydzieści sześć większych statków, które tam były w tym okresie. Z nich uwagę moją przykuł 
„Lone Star”, gdyż, po pierwsze, wyruszył do Londynu, a po drugie, takie przezwisko nadano 
też jednemu ze stanów Ameryki. 

— Texasowi, zdaje się. 
— Nie wiem któremu, ale wiem, że statek musi być amerykański. 
— No i co potem? 
— Przejrzałem  sprawozdania  z  Dundee  i  upewniłem  się  w  mych  podejrzeniach. 

Przeczytałem, że „Lone Star” był tam w styczniu 1885 roku. A potem zbadałem, jakie statki 
stoją teraz w Londynie. 

— No i? 
— „Lone  Star”  przybył  tu  w  ubiegłym  tygodniu.  Pojechałem  do  basenu  Alberta  i 

stwierdziłem,  że  statek  odszedł  do  Savannah  z  rannym  przypływem.  Depeszowałem  do 
Gravesend

*

 i dowiedziałem się, że już go minął. A że wiatr mamy wschodni, sądzę, że teraz 

„Lone Star” minął też mielizny Goodwins i jest gdzieś koło wyspy Wight. 

— Cóż chcesz zrobić? 
— Och,  trzymam  go  w  ręku.  Kapitan  i  jego  dwaj  zastępcy  są  jedynymi  urodzonymi 

Amerykanami z całej załogi. Reszta to Finowie i Niemcy. Wiem też, że tej trójki nie było na 
pokładzie  ubiegłej  nocy.  Powiedział  mi  o  tym  jeden  z  ładowaczy  pracujących  przy  statku. 
Zanim żaglowiec dojdzie do Savannah, mój list już tam przybędzie parowcem pocztowym, a 
policja  dowie  się  z  depeszy,  że  żądamy  wydania  tych  trzech  dżentelmenów  pod  zarzutem 
morderstwa. 

Los  potrafi  jednakże  pokrzyżować  nawet  najlepsze  ludzkie  plany.  Mordercom  Johna 

Openshawa nie było sądzone odebrać pięciu pestek pomarańczy, które by im powiedziały, że 

                                                 

*

 Lloyd — angielskie towarzystwo morskie transportowe i ubezpieczeniowe, prowadzące rejestr statków. 

*

 Gravesend — port morski na Tamizie. 

background image

ktoś  równie  przebiegły  i  energiczny  depcze  im  po  piętach.  Tego  roku  jesienne  burze  były 
długotrwałe  i  groźne.  Długo  czekaliśmy  na  wiadomość  o  „Lone  Star”  z  Savannah,  ale  na 
próżno.  Wreszcie  dowiedzieliśmy  się,  że  gdzieś  na  dalekim  Atlantyku  widziano  na  falach 
szczątki rozbitego statku z literami „L.S.” I już nic więcej nie usłyszeliśmy o losie „Lone Star”. 

Przełożył Tadeusz Evert 

background image

C

ZŁOWIEK Z BLIZNĄ

 

 
Isa Whitney, brat śp. Eliasza Whitneya, doktora teologii i rektora seminarium duchownego 

w St. Georgen był wielkim palaczem opium. O ile mi wiadomo, uległ on temu nałogowi przez 
swą młodzieńczą głupotę, gdy jeszcze był w szkole. Wtedy to czytał opowiadania Quinceysa o 
jego snach i uczuciach i zaczął swój tytoń nasycać tynkturą opiumową, aby osiągnąć ten sam 
skutek.  Stało  się  z  nim  jednak  to  samo,  co  z  innymi:  stwierdził,  że  łatwiej  się  do  czegoś 
przyzwyczaić niż odzwyczaić; tak więc przez całe lata pozostał niewolnikiem tej trucizny, a dla 
swych przyjaciół i krewnych stał się przedmiotem odrazy lub współczucia. Jeszcze go widzę, 
jak siedzi skulony w swym fotelu, widzę jego żółtą, nabrzmiałą twarz, senne powieki i źrenice 
zmniejszone do wielkości główki szpilki — smutną minę szlachetnego niegdyś człowieka. 

Pewnego wieczoru — a było to w czerwcu 1889 — o tej porze, gdy człowiek poczyna już 

ziewać i spoglądać na zegar, pociągnięto za dzwonek przy moich drzwiach. Zerwałem się, a 
żona moja porzuciła robótkę, którą była zajęta. „Chory” — powiedziała — „będziesz znowu 
musiał iść”. 

Westchnąłem, gdyż właśnie wróciłem z codziennej ciężkiej pracy. 
Usłyszeliśmy  otwieranie  drzwi  od  przedpokoju,  potem  kilka  prędko  rzuconych  słów, 

następnie  szybkie  kroki  po  linoleum.  Drzwi  od  pokoju  otwarły  się  i  weszła  dama  ciemno 
ubrana i w czarnej woalce. 

— Wybaczcie  państwo  tak  późną  wizytę  —  zaczęła,  tracąc  wszelką  siłę,  a  zobaczywszy 

żonę, rzuciła się jej z płaczem na szyję. 

— Ach, jestem w strasznym położeniu — zawołała — i potrzebuję natychmiast pomocy. 
— Co? To jest Katy Whitney? — rzekła moja żona, podniósłszy damie woalkę. — Jakżeś 

mnie przestraszyła Katy! Gdy wchodziłaś, ani nie przeczuwałam, że to ty. 

— Nie miałam innej rady, jak przybiec do ciebie. 
Była to stara historia; każdy, kto był w potrzebie, biegł do mojej żony, jak ptaki zbłąkane na 

morzu lecą do latarni morskiej. 

— Jak to dobrze, że przyszłaś. Najpierw wypijesz szklankę wody z winem, usiądziesz sobie 

wygodnie i dopiero opowiesz nam wszystko. A może wolałabyś, abym wysłała Janusa spać? 

— Nie, właśnie nie! potrzebuję także rady i pomocy lekarza. Chodzi o mojego męża. Od 

dwóch dni nie ma go w domu, a ja jestem ogromnie strwożona o niego. 

Nie pierwszy to raz mówiła z nami o swej trosce o męża, ze mną jako lekarzem, a z żoną jako 

starą przyjaciółką i powierniczką jeszcze z czasów szkolnych. Pocieszaliśmy ją i uspokajali, jak 
mogliśmy. Zapytałem, czy nie wie, gdzie się mąż znajduje, i czy będziemy mogli jej pomóc w 
sprowadzeniu go do domu. 

Rzecz miała się tak. W ostatnich czasach — jak się dowiedziała — gdy napadał męża jego 

chorobliwy  pociąg,  udawał  się  do  lokalu  dla  zażywających  opium,  w  najodleglejszej, 
wschodniej  części  miasta.  Dotąd  zwykle  trwały  te  jego  orgie  jeden  dzień,  wieczorem  zaś 
chwiejny i złamany wracał do domu. Tym razem jednak już od dwóch dni oddawał się swej 
namiętności  i  leżał  bez  wątpienia  wśród  wyrzutków  żeglarzy,  nasycając  się  trucizną  lub 
przesypiając jej skutki. Tam, w tej „Złotej Szynkowni” na górnej ulicy Swandam, można by go 
z pewnością znaleźć. Ale jakże to ona zrobi? Jak wejdzie w takie miejsce młoda, bojaźliwa 
kobieta, aby wyprowadzić swego męża spośród motłochu, jaki się tam zbiera? 

Tak  stała  sprawa  i  w  istocie  było  tylko  jedno  wyjście.  Czyja  nie  chciałbym  jej  tam 

towarzyszyć lub — co ostatecznie byłoby lepiej — abym tam sam poszedł? Byłem lekarskim 
doradcą  jej  męża  i  jako  taki  miałem  na  niego  pewien  wpływ.  Zresztą  sam  byłbym  o  wiele 
swobodniejszy. Dałem więc słowo, że w przeciągu dwóch godzin przyślę jej do domu męża, 
przypuszczając, że go rzeczywiście zastanę w oznaczonym miejscu. W dziesięć minut później 

background image

byłem już daleko od wygodnego fotelu i pokoju, a jechałem w sprawie, która wydała mi się 
zrazu nie tak dziwna, jak się to później pokazało. 

Pierwsza  część  mojej  wyprawy  odbyła  się  bez  trudności.  Górna  ulica  Swandam  jest 

wstrętna, ciągnie się za ogromnymi składami na Północnym brzegu Tamizy, aż na wschód od 
London Bridge. Jaskinię, której szukałem, znalazłem między jakąś budą tandeciarską a jakąś 
knajpą; strome schody prowadziły do lochu ciemnego jak noc. Kazałem woźnicy czekać, a sam 
wszedłem na schody mocno w środku wydeptane przez nieprzerwaną wędrówkę pijanych stóp. 
Przy  migotliwym  blasku  olejnej  lampy,  umieszczonej  nad  drzwiami,  znalazłem  klamkę  i 
wszedłem  do  niskiego,  długiego  pokoju,  napełnionego  gęstym  dymem  i  zastawionego 
drewnianymi tapczanami, jak to bywa na okrętach dla wychodźców. 

Wśród  duszącego  dymu  ledwo  rozróżniłem  postaci,  które  w  fantastycznych  pozycjach 

leżały dokoła; jedne z założonymi ramionami, drugie z podgiętymi kolanami, inne z odrzuconą 
w tył głową i zadartą brodą. Ciemne, bez blasku oczy, skierowały się tu i ówdzie na przybysza. 
Z  niewyraźnych  postaci  wydobywały  się  czerwone,  małe  paski  światła,  to  jaśniejsze,  to 
bledsze, według tego, czy palącą się truciznę wciągano, czy wypuszczano z metalowych fajek. 
Większość z nich leżała cicho; niektórzy szeptali do siebie, inni cichym, monotonnym głosem 
rozmawiali, inni jeszcze wypowiadali gwałtownie jakieś zdania i nagle popadali w milczenie; 
każdy snuł własne myśli dalej, nie zwracając uwagi na mowę sąsiada. Na drugim końcu sali stał 
mały kocioł z żarzącymi się węglami, a obok niego na trójnogu siedział chudy, stary człowiek. 
Brodę podparł rękami, łokcie oparł na kolanach i tak pochylony patrzał nieruchomo w żar. 

Gdy wszedłem, przeskoczył brudny Malajczyk z fajką i dawką opium, wskazując mi pusty 

tapczan. 

— Dziękuję, nie mam zamiaru tu pozostać — rzekłem. Znajduje się tu mój przyjaciel, pan 

Isa Whitney, i z nim tylko chciałbym się widzieć. 

Nagle poruszyło się coś na prawo i usłyszałem cichy okrzyk. Obejrzałem się i poznałem w 

dymie  Whitneya,  który  blady,  zmieszany,  z  rozwianymi  włosami  siedział,  patrząc  na  mnie 
wytrzeszczonymi oczami. 

— Mój  Boże!  to  pan,  Watsonie  —  rzekł.  Whitney  znajdował  się  w  opłakanym  stanie; 

trucizna jeszcze działała i każdy nerw w nim drgał. 

— Która godzina? — zapytał. 
— Wkrótce będzie jedenasta. 
— A którego dziś mamy? 
— Piątek, 19 czerwca. 
— Sprawiedliwy Boże! Myślałem, że to środa. Jak pan może tak mnie straszyć? To mówiąc, 

ukrył twarz w dłoniach i począł głośno płakać. 

— Zapewniam  pana,  że  jest  rzeczywiście  piątek,  a  pan  jest  człowiekiem  pożałowania 

godnym. Pańska żona oczekuje pana już od dwóch dni. Powinien się pan wstydzić sam przed 
sobą. 

— Wstydzę się. Ale pan się myli, panie Watsonie, boja tu jestem dopiero od kilku godzin — 

trzy, czy cztery fajki — zresztą nie wiem, bo nie chciałbym trwożyć mojej biednej, kochanej 
Katy. Daj mi pan rękę. Czy ma pan dorożkę? 

— Tak, czeka na dworze. 
— A  więc  skorzystam  z  niej.  Muszę  jednak  być  tu  coś  winny.  Zechciej  to  pan  załatwić. 

Jestem zupełnie oszołomiony i niezdolny dać sobie radę. 

Aby uchronić się od działania wstrętnej, odurzającej pary, szedłem z zapartym oddechem 

wąskim  przejściem  między  podwójnym  rzędem  śpiących,  szukając  gospodarza.  Gdy 
przechodziłem  koło  chudej  postaci  na  trójnogu,  uczułem,  że  mnie  ktoś  nagle  pociągnął  za 
surdut i cicho szepnął: „Przejdź koło mnie, a potem się oglądnij!” Słowa te doszły wyraźnie do 
mojego ucha. Spojrzałem. Mogły one pochodzić tylko od tego starego, a jednak siedział on bez 
ruchu,  bezprzytomny,  drżący  i  zgięty  ze  starości;  jego  fajka  z  opium  chwiała  się  między 

background image

kolanami,  jakby  mu  dopiero  wypadła  z  bezsilnych  palców.  Poszedłem  dwa  kroki  dalej  i 
oglądnąłem się. Musiałem jednak użyć całej siły woli, aby nie wydać okrzyku bezgranicznego 
zdumienia.  Człowiek  na  trójnogu  obrócił  się  tak,  że  nikt  go  prócz  mnie  nie  mógł  widzieć. 
Postać  stała  się  piękną,  znikły  zmarszczki,  matowe  oczy  odzyskały  swój  blask,  słowem, 
człowiekiem, który siedział przy ogniu, bawiąc się moim zdumieniem, był nie kto inny, tylko 
Sherlock  Holmes.  Skinął,  abym  się  do  niego  zbliżył,  a  kiedy  zwrócił  znowu  ku  innym  swe 
oblicze, przybrał wyraz bezsilnej starości. 

— Holmes! — szepnąłem, w jaki sposób przybyłeś do tej jaskini? 
— Mów,  tak  cicho,  jak  tylko  możesz  —  słuch  mam  znakomity.  Gdybyś  był  tak  dobry  i 

pozbył się twego nieszczęsnego przyjaciela, to pragnąłbym z tobą trochę porozmawiać. 

— Na dworze stoi dorożka. 
— Więc  odeślij  go  do  domu.  Nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa,  bo  jest  on  zanadto 

osłabiony  i  znużony,  aby  sprowadzać  dalsze  nieszczęścia.  Możesz  także  dać  znać  przez 
woźnicę żonie, że mamy razem coś do załatwienia. Zaczekaj na dworze, a za pięć minut będę 
przy tobie. 

Odmówić  czegoś  Holmesowi  było  rzeczą  bardzo  trudną,  gdyż  prosił  on  zawsze  z 

największym  spokojem  i  stanowczością.  Uważałem  zresztą,  że  z  chwilą,  kiedy  Whitney 
wsiądzie do powozu, skończy się moje zobowiązanie wobec niego. Czy mogłem sobie życzyć 
cego  lepszego,  jak  znowu  móc  współdziałać  z  moim  przyjacielem  jakiejś  z  jego  dziwnych 
przygód, które stały się  po prostu  treścią jego życia. W paru minutach napisałem  kartkę do 
mojej żony, zapłaciłem za rachunek Whitneya, sam wsadziłem go do dorożki i odesłałem do 
domu. 

— Wkrótce potem wyszedł z jaskini Sherlock Holmes. Przez dwie ulice wlókł on się obok 

mnie  z  trudem  i  pochylony.  Następnie,  rozglądnąwszy  się  naokoło,  wyprostował  się  i 
wybuchnął serdecznym śmiechem. 

— No teraz — rzekł — pewno sobie wyobrażasz, że do wstrzykiwania kokainy i innych 

słabostek,  których  nabyłem  dzięki  szacownej  znajomości  z  tobą,  przybyło  jeszcze  palenie 
opium? 

— W istocie byłem zdumiony, zobaczywszy cię w tym miejscu. 
— Nie mniej niż ja, widząc ciebie. 
— Szukałem przyjaciela! 
— A ja nieprzyjaciela. 
— Nieprzyjaciela? 
— Tak,  jednego  z  moich  nieprzyjaciół  albo,  lepiej  mówiąc,  mojej  zdobyczy.  Słowem, 

Watsonie,  jestem  znowu  zawikłany  w  dziwną  historię  i  spodziewałem  się  w  bezmyślnej 
paplaninie  tych  hultajów  znaleźć  klucz,  co  już  nieraz  miałem  szczęście  osiągnąć.  Gdybym 
jednak w tej jaskini został poznany, byłoby już po mnie, albowiem bywałem tam już niegdyś 
dla swych celów i Malajczyk, łotr–gospodarz, zaprzysiągł mi zemstę. W tylnej części budynku 
znajdują się spuszczone drzwi, w pobliżu legarów Pawła, które mogłyby opowiedzieć straszne 
historie o tym, co strącono w bezksiężycowe noce. 

— Jak to? Myślisz może, że trupy?… 
— Tak,  trupy  Watsonie;  bylibyśmy  bardzo  bogaci,  gdybyśmy  za  każdego  biedaka,  który 

tam zamilkł na wieki, otrzymali tysiąc funtów. Jest to najokropniejszy rów morderczy na całym 
tym  brzegu  i  obawiam  się,  że  St  Clair  wpadł  tu  po  to,  aby  się  już  nigdy  nie  wydostać.  To 
powiedziawszy, włożył do ust oba palce wskazujące, wydał ostry świst, któremu odpowiedział 
podobny z pewnej odległości, po czym usłyszeliśmy turkot kół i tętent konia. 

— No,  jak  Watsonie  —  zapytał  Holmes,  gdy  z  ciemności  wynurzył  się  ogromny  powóz 

myśliwski, którego dwie boczne latarnie rzucały złote pasy światła — czy jedziesz ze mną? 

— Chętnie, jeżeli mogę ci być w czym pożyteczny. 

background image

— Wierny przyjaciel jest zawsze pożyteczny, tym bardziej, gdy jest człowiekiem pióra. Mój 

pokój „Pod Cedrami” ma dwa łóżka. 

— „Pod Cedrami?” 
— Tak, mianowicie w domu St Claira, gdzie zamieszkałem na czas poszukiwań. 
— Gdzie leży ten dom? 
— Przy Lee w Kent. Mamy przed sobą siedmiomilową podróż. 
— Ależ ja dotąd nie wiem o niczym. 
— Dowiesz  się  o  wszystkim  wkrótce.  Siadaj  tylko.  Już  dobrze,  Janie;  sami  będziemy 

powozili. Masz tu napiwek. Jutro o jedenastej znowu będziecie na mnie czekali. Teraz odejdź, a 
my naprzód! 

Uderzył konia lekko biczem i pomknęliśmy przez nieskończenie długie, ciemne, samotne 

ulice,  które  się  powoli  rozszerzały,  aż  wreszcie  wjechaliśmy  na  szeroki  most,  pod  którym 
płynęła leniwo błotnista rzeka. Po tamtej stronie znowu to samo morze domów; nocną ciszę 
przerywały tylko jednostajne kroki stróżów lub wrzaski spóźnionych hulaków. Ciemna masa 
chmur zaległa powoli niebo, a tylko tu i ówdzie błysnęła wśród chmur blada gwiazda. Milcząc, 
kierował Holmes końmi; głowę skłoniwszy na piersi, zatopił się w myślach, podczas gdy ja 
siedziałem obok niego dręczony ciekawością, jakiż to nowy wypadek zajął go tak zupełnie; nie 
śmiałem  jednak  przerywać  jego  rozmyślań.  Przebyliśmy  już  parę  mil  i  dostaliśmy  się  na 
zewnętrzny  pas  will  przedmieścia,  gdy  nagle  Holmes  podniósł  się,  wzruszył  ramionami  i 
zapalił fajkę z miną człowieka zadowolonego i świadomego, co czyni i co może. 

— Dana ci jest piękna cnota milczenia — rzekł, i to cię czyni nieocenionym towarzyszem. 

Na honor, jest to dla mnie ogromnie cenne mieć kogoś, z kim nie potrzebuję mówić, gdy moje 
myśli  nie  są  bardzo  zachwycające.  Właśnie  rozmyślałem,  co  powiedzieć  kobietce,  która 
wyjdzie dziś wieczorem naprzeciw mnie. 

— Zapominasz, że nie wiem o niczym. 
— Jeszcze  jest  dość  czasu,  aby  ci  opowiedzieć  przed  przyjazdem  do  Lee  wszystkie 

szczegóły  wypadku.  Przedstawia  się  on  śmiesznie  po  prostu,  a  jednak  nie  wiem,  co  mam 
począć.  Nici  jest  mnóstwo,  nie  mogę  jednak  znaleźć  należytego  końca.  Zestaw  sobie  więc, 
Watsonie, jasno i wyraźnie szczegóły, które ci opowiem, a może zabłyśnie światło dla ciebie 
tam, gdzie dla mnie wszystko jest ciemne. 

— A więc zaczynaj. 
— Przed  kilku  laty  albo,  powiedziawszy  dokładniej,  w  maju  1884,  przybył  do  Lee  pan 

nazwiskiem  Neville  St  Clair,  będący  według  wszelkich  pozorów  w  bardzo  dobrych 
materialnych warunkach. Nabył wielką willę, założył wspaniałe ogrody i prowadził dom pod 
każdym względem na wysokiej stopie. Powoli zyskał w sąsiedztwie przyjaciół, ożenił się w 
roku  1887  z  córką  osiadłego  tam  piwowara,  która  urodziła  mu  dwoje  dzieci.  Nie  miał  on 
określonego  zajęcia,  brał  jednak  udział  w  rozmaitych  przedsiębiorstwach  i  każdego  rana 
wychodził regularnie do miasta, skąd powracał  o piątej  wieczorem pociągiem nr 14. Pan St 
Clair ma lat trzydzieści siedem, prowadzi życie porządne, jest dobrym mężem, tkliwym ojcem, 
a wszyscy, którzy go znają, kochają go bardzo. Mogę dodać jeszcze to, że długi jego wynoszą 
osiemdziesiąt osiem funtów i 10 szylingów, podczas gdy gotówka w banku wynosi dwieście 
dwadzieścia funtów. Nie ma więc żadnego powodu do przypuszczenia, że miał on jakieś troski 
pieniężne. 

— W  zeszły  poniedziałek  udał  się  pan  Neville  St  Clair  do  miasta  nieco  wcześniej  niż 

zwykle, oświadczając, że ma do załatwienia dwie ważne sprawy i obiecując przywieźć synkowi 
skrzynkę  budowlaną.  Tego  samego  dnia,  wnet  po  odjeździe  męża,  otrzymała  jego  żona 
telegraficzną wiadomość, że może odebrać oczekiwany pakiecik znacznej wartości w urzędzie 
pocztowym towarzystwa żeglugi Aberdeen. Jeżeli dobrze znasz Londyn, to wiesz, że biura tego 
towarzystwa znajdują się przy ulicy Fresno, która wychodzi na górną ulicę Swandam, gdzie 
byliśmy dziś w nocy. Pani St Clair zjadła drugie śniadanie i udała się do miasta, gdzie załatwiła 

background image

kilka  sprawunków,  odebrała  pakiecik  na  poczcie  i  przez  ulicę  Swandam  wróciła  na  stację 
kolejową o godzinie czwartej 35 minut. Czy słuchałeś dotąd wszystkiego? 

— Wszystko to jest zupełnie jasne. 
— Przypominasz sobie może, że w poniedziałek było niezwykle gorąco. Pani St Clair szła 

dlatego powoli i rozglądała się dokoła w nadziei, że spostrzeże dorożkę, tym bardziej że się jej 
ta okolica wydawała niezupełnie bezpieczna. Gdy tak szła wzdłuż ulicy Swandam, usłyszała 
nagle krzyk i stanęła jak martwa z przerażenia, gdyż z okna drugiego piętra spostrzegła swego 
męża, który patrzył na nią i jakby przyzywał do siebie. Okno było otwarte, tak że wyraźnie 
mogła rozpoznać jego twarz, która według jej opisu była wtedy niezwykle wzruszona. Gdy tak 
na nią kiwał, znikła nagle z okna, jak gdyby ktoś za nim stojący porwał go z niepokonaną siłą. 
Nie uszedł jej uwagi jednak pewien szczegół, mianowicie, że chociaż mąż miał na sobie ten 
sam ciemny surdut, w którym opuścił dom, to przecież był bez kołnierza i krawata. 

Przekonana, że się panu St Clairowi coś musiało przytrafić, wbiegła na schody — albowiem 

był to właśnie ten dom, w którym mnie dziś w nocy znalazłeś — i przebiegła przez przedpokój, 
chcąc dostać się na pierwsze piętro; wtem zbliżył się do niej ów Malajczyk, łotr, o którym już 
wspominałem, i z pomocą Duńczyka, który pełni tam obowiązki pomocnika, wypchnął ją na 
ulicę. Pełna szalonej obawy i troski chodziła po ulicy, aż wreszcie szczęśliwy traf sprawił, że 
spotkała  na  ulicy  Fresno  kilku  strażników,  którzy  pod  wodzą  inspektora  odbywali  obchód. 
Inspektor wrócił się z nią i dwojgiem ludzi i mimo upartego oporu właściciela domu wtargnął 
do pokoju, w którym pani St Clair spostrzegła męża. Na całym piętrze nie było nikogo, prócz 
nędznego kaleki, odstraszającej powierzchowności, który zdaje się tu mieszkał. Tak on, jak i 
gospodarz zaklinali się, że przez całe popołudnie prócz nich nie było w tym pokoju nikogo. Ich 
zaklęcia wydały się tak wiarogodne, że inspektor począł już przypuszczać, iż pani St Clair się 
omyliła,  gdy  nagle  ta  z  gwałtownym  krzykiem  pobiegła  do  skrzyneczki  stojącej  na  stole  i 
zerwała z niej przykrywkę. Wysypało się z niej mnóstwo małych cegiełek budowlanych. Była 
to zabawka, którą ojciec przyrzekł przynieść do domu. 

To odkrycie, jako też widoczne zakłopotanie, jakie okazał kaleka, przekonały inspektora, że 

sprawa jest poważna. Przeszukano starannie dom i wszystko, co spostrzeżono, wskazywało, że 
odbyła  się  tu  straszna  zbrodnia.  Pokój,  umeblowany  bardzo  prosto,  sąsiadował  z  sypialnią, 
której okna wychodziły na tylną stronę legarów. Między legarami a oknem sypialni znajdowała 
się wąska droga, która podczas odpływu była sucha, a w czasie przypływu napełniona wodą co 
najmniej do wysokości pięciu stóp. Okno było szerokie i odsuwane do góry. Przy dokładnym 
badaniu spostrzeżono ślady krwi na gzymsie, a na podłodze w sypialni były także widoczne 
pojedyncze krople. Za zasłoną w pokoju mieszkalnym leżały na kupie wszystkie części ubrania 
pana Neville’a, brakowało tylko surduta. Obuwie, skarpetki, kapelusz, zegarek — wszystko to 
było  zgromadzone  bez  jakiegokolwiek  śladu  gwałtu,  ale  też  nie  znaleziono  nigdzie  innych 
śladów  pana  Neville’a.  Według  wszelkich  pozorów  został  on  wyrzucony  przez  okno,  gdyż 
innego wyjścia nie odkryto;  podejrzane ślady  krwi na  gzymsie usuwały  nadzieję, że pan St 
Clair mógł  się uratować pływaniem,  gdyż właśnie podczas strasznego  czynu stan wody był 
najwyższy.  A  teraz  co  do  łotrów,  którzy  jeszcze  bardziej  wikłali  sprawę.  Malajczyk  był  to 
człowiek  o  bardzo  złej  opinii.  Ponieważ  jednak,  według  zeznania  pani  St  Clair,  stał  on  na 
schodach przez kilka sekund po pojawieniu się jej męża w oknie, mógł więc przy dokonaniu 
zbrodni odgrywać tylko rolę uboczną. Obrona jego polegała na upartym twierdzeniu, że nie wie 
o niczym. Zastrzegał się przed jakąkolwiek wiadomością o tym, co czyni jego lokator Hugo 
Boone, i oświadczył, że nie jest w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób znalazła się tu odzież 
zaginionego pana St Claira. 

Tyle co do gospodarza. A teraz trochę o kalece, mieszkającym na drugim piętrze tej jaskini. 

Był  on  pewnie  ostatnim  człowiekiem,  na  którego  patrzały  oczy  pana  Neville’a.  Nazywa  się 
Hugo  Boone,  a  każdy,  kto  przechodzi  często  przez  City  [centrum  Londynu],  zna  jego 
odstraszająco wstrętne oblicze. Jest to zawodowy żebrak. Żeby jednak ujść przed policyjnymi 

background image

rozporządzeniami  co  do  żebractwa,  zajmuje  się  obok  tego  drobnym  handlem  woskowymi 
zapałkami. Mała przestrzeń ulicy Threadneedle tworzy z lewej strony niewielki kąt. Tam siada 
co dzień, ten łotr, zakłada na krzyż nogi i rozłożywszy swój drobny zapas towarów, spogląda 
tak miłosiernie, że do jego wytłuszczonej czapki leżącej na bruku toczy się deszcz pieniędzy.. 
Nim jeszcze przeczuwałem, że kiedyś zaznajomię się z powodu swego zawodu z tym hultajem, 
często go obserwowałem i byłem zdumiony olbrzymim plonem, jaki zbierał w bardzo krótkim 
czasie. Jego osoba jest tak uderzająca, że nikt nie może go nie zauważyć. Wiecheć czerwono — 
rudych włosów, blada twarz, zeszpecona straszną blizną, która jeden kąt ust podnosi krzywo do 
góry, szczęki buldoga, para ciemnych oczu, tworzących z barwą włosów dziwny kontrast — 
oto  cechy,  odróżniające  go  od  reszty  żebraków;  odróżniał  go  też  jego  dowcip,  miał  zawsze 
gotową trafną odpowiedź na każdy żart przechodniów. To jest właśnie ów lokator w znanym ci 
domu, to człowiek, na którego pan Neville patrzył po raz ostatni. 

— Ależ on jest kaleką — rzuciłem. Jakże więc mógłby sam podołać człowiekowi w pełni 

sił. 

— Jest  kaleką  o  tyle,  że  potrzebuje  do  chodzenia  kuli,  zresztą  jednak  wydaje  się  silny  i 

dobrze  odżywiony.  Z  pewnością  twoje  lekarskie  doświadczenie  nauczyło  się,  że  słabość 
jednego członka wyrównuje się tym większą siłą drugiego. 

— Proszę, opowiadaj dalej. 
— Pani St Clair zemdlała na widok śladów krwi, a więc jeden ze strażników odwiózł ją do 

domu, tym bardziej że jej obecność była zbyteczna przy dalszym badaniu. Inspektor Barton, 
który prowadził sprawę, zbadał raz jeszcze wszystko jak najdokładniej, nie znalazł jednak nic 
więcej, co mogłoby wypadek choć trochę wyjaśnić. Popełniono jednak błąd, że natychmiast nie 
uwięziono Boona, lecz zostawiono go przez kilka minut na wolności, tak że mógł porozumieć 
się ze swoim przyjacielem Malajczykiem, wnet jednak błąd naprawiono, żebraka uwięziono i 
przeszukano;  jednak  nie  znaleziono  przy  nim  nic  podejrzanego.  Wprawdzie  na  prawym 
rękawie koszuli znajdowało się kilka krwawych plam, ale uwięziony twierdził, że pochodzą 
one ze skaleczenia paznokciem, dodając, że i ślady na oknie stąd powstały, gdyż siedział tam 
niedawno. Przeczył stanowczo, aby kiedykolwiek widział pana Neville’a, i zapewniał, że jak 
dla policji, tak dla mego jest rzeczą niezrozumiałą, w jaki sposób odzież dostała się do pokoju. 
Co do zeznania pani St Clair, jakoby widziała męża żywego przy oknie, to musiało się jej śnić 
lub  zdawać.  Mimo  głośnego  oporu  został  odesłany  na  policję,  zaś  inspektor  pozostał,  aby 
obserwować odpływ, który miał dostarczyć nowych wskazówek. 

I okazało się, że chociaż w mule nie było trupa samego pana Neville’a St Claira, to gdy wody 

ustąpiły, znaleziono jego surdut. I jak myślisz, co było w kieszeniach? 

— Nie mogę odgadnąć. 
— Nie, nigdy nie odgadłbyś. Każda kieszeń była napełniona miedzianymi monetami — 421 

całych, 270 półpensów. Nic więc dziwnego, że odpływ nie zabrał ze sobą ciężkiego surduta. 
Ciało ludzkie — to rzecz inna. Między legarami a domem jest silny wir; łatwo więc zrozumieć, 
że obciążony surdut pozostał, podczas gdy nagie ciało pochłonęła rzeka. 

— Słyszałem, że resztę  odzieży znaleziono  w pokoju.  Czyżby  ciało było ubrane tylko  w 

surdut? 

— Naturalnie, że nie; ale ten fakt świadczy o czym innym. Przypuśćmy, że Boone wyrzucił 

pana  St  Claira  z  okna  tak,  że  tego  ludzkie  oko  nie  widziało  —  co  więc  przede  wszystkim 
później  uczynił?  Musiał  naturalnie  pozbyć  się  jego  ubrania.  Porwał  więc  surdut,  aby  go 
wyrzucić, wpadło mu jednak na myśl, że jest za lekki, więc będzie pływał. Czas uciekał, a z 
dołu słychać było już głos pani St Clair, która chciała wtargnąć do mieszkania; może też jego 
towarzysz, gospodarz, dał mu jakiś znak, że policja jest w pobliżu. Nie było chwili do stracenia. 
Spieszy  więc  do  kryjówki,  gdzie  przechowuje  użebrane  pieniądze,  napycha  nimi  kieszenie 
surduta,  aby  ten  mógł  się  zanurzyć.  Wyrzuca  go,  jak  zresztą  zrobiłby  z  innymi  częściami 
ubrania, gdyby nie kroki nadchodzących; zostało mu zaledwie tyle czasu, aby zamknąć okno. 

background image

Wszystko to wygląda na dość możliwe. 
Musimy na razie opierać się na tych przypuszczeniach, aż znajdzie się coś lepszego. Boone 

więc, jak mówiłem, został ujęty i oddany na policję; nie można jednak było nic mu wykazać z 
dawniejszych czasów, co by przeciw niemu świadczyło. Od kilku lat znany był jako zawodowy 
żebrak, zdawało się jednak, że zresztą prowadzi  ciche, nienaganne życie. Tak daleko zaszła 
sprawa do tej chwili; jeszcze czekają na rozwiązanie pytania, co robił Neville St Clair w jaskini 
palaczy opium, co się tam z nim stało, gdzie jest teraz i o ile Hugo Boone przyczynił się do jego 
zniknięcia. Muszę jednak przyznać, że jestem jeszcze bardzo daleko od rozwiązania i że przy 
całym  moim  doświadczeniu  nic  przypominam  sobie  wypadku  tak  na  pozór  prostego,  a  w 
gruncie rzeczy przedstawiającego tyle trudności. 

Podczas opowiadania Holmesa minęliśmy ostatnie domy przedmieścia, a po obu stronach 

mieliśmy  już  zielone  zarośla.  Przejechaliśmy  jeszcze  dwie  rozproszone  wioski,  gdzie  z 
niektórych tylko okien błyskało światło. 

— Zbliżamy  się  do  See  —  rzekł  Holmes;  w  tak  krótkiej  podróży  zaczepiliśmy  o  trzy 

hrabstwa. Rozpoczęliśmy w Middlesex, przebyliśmy koniuszek Surrey, a teraz kończymy w 
Kent.  Widzisz  tam  wśród  drzew  migające  światło?  Pochodzi  ono  z  „Pod  Cedrów”,  gdzie 
oczekuje kobieta, która już na pewno usłyszała tętent kopyt naszego konia. 

— Ale dlaczego nie zajmujesz się tą sprawą ze swego mieszkania — zapytałem. 
— Gdyż stąd mogę zbierać liczne wiadomości. Pani St Clair odstąpiła mi sama dwa pokoje i 

możesz  być  pewny,  że  równie  chętnie  przyjmie  mojego  przyjaciela  i  kolegę.  Ogromnie  mi 
przykro,  Watsonie,  że  przybywam  bez  żadnych  wiadomości  dla  niej.  Oto  już  jesteśmy  na 
miejscu! Hola! 

Zatrzymaliśmy  się  przed  dużą  willą  otoczoną  ogrodami.  Natychmiast  przybiegł  parobek, 

który potrzymał konia. Wysiedliśmy i wąską, wysypaną żwirem ścieżką poszliśmy do domu. 
Gdyśmy się zbliżyli, otwarły się drzwi i na progu stanęła drobna blondynka. Ubrana była w 
lekką  jedwabną  suknię,  ozdobioną  koronkami  na  ramionach  i  szyi.  W  powodzi  światła, 
płynącego  przez  drzwi,  uwydatniała  się  jej  postać  lekko  wygięta  naprzód,  z  jedną  ręką  na 
klamce, a drugą wzniesioną jakby z tęsknoty i oczekiwania, z twarzą o badawczych oczach i 
półotwartych ustach; stojąc tak, wyglądała, jak żywy znak pytania. 

— No, cóż jest? zawołała — a gdy spostrzegła, że jest nas dwóch, wydała okrzyk nadziei, 

który jednak wnet zamarł w westchnieniu, kiedy Holmes wzruszył ramionami i potrząsł głową. 

— Nie ma dobrych wiadomości? 
— Żadnych. 
— Ale nic ma i złych? 
— Nie. 
— Bogu dzięki. Ale proszę wejść; musi pan być bardzo zmęczony po całym dniu. 
— Przedstawiam pani mojego przyjaciela, dr Watsona. Był mi on w rozmaitych sprawach 

bardzo pomocny i szczęśliwy traf zrządził, żem go spotkał i zaznajomił z naszą sprawą. 

— Cieszę się, że mogę pana poznać — odpowiedziała, uścisnąwszy serdecznie moją rękę — 

proszę tylko wybaczyć, jeśli dzisiejsze przyjęcie pozostawi coś do życzenia; wie pan jednak, 
jaki cios spotkał nas niespodziewanie. 

— Jestem starym żołnierzem, łaskawa pani — a choćbym i nie był, to przecież rozumie się, 

że nie trzeba żadnych przeproszeń. Będę się uważał za szczęśliwego, jeżeli tylko będę mógł być 
potrzebnym pani lub mojemu przyjacielowi. 

— A  teraz,  panie  Holmes  —  zaczęła  dama,  gdyśmy  weszli  do  jasno  oświetlonej  jadalni, 

gdzie  czekała  na  nas  zimna  przekąska  —  teraz  pragnęłabym  pana  o  coś  otwarcie  zapytać. 
Zechce pan mi także otwarcie odpowiedzieć? 

— Rozumie się, łaskawa pani! 
— Niech pan nie bierze w rachubę moich uczuć. Nie jestem ani histeryczką, ani skłonną do 

zemdlenia. Chodzi mi jedynie tylko o zapatrywanie pana? 

background image

— Pod jakim względem? 
— Czy pan w głębi duszy wierzy, że Neville jeszcze żyje? 
To pytanie zakłopotało Holmesa. 
— A więc otwarcie! — powtórzyła. 
On usiadł w fotelu, a ona stojąc przed nim, patrzyła badawczo. 
— Jeśli mam wyznać prawdę, łaskawa pani, to nie. 
— Sądzi więc pan, że nie żyje? 
— Tak, tak myślę. 
— Zamordowany. 
— Tego na pewno nie twierdzę; może. 
— A którego dnia mógłby być zamordowany? 
— W poniedziałek. 
— A więc niech pan będzie tak dobry i wytłumaczy mi, jak to się stało, że dziś otrzymałam 

od niego list. 

Sherlock Holmes skoczył z krzesła jakby zelektryzowany. 
— Co? — zakrzyknął. 
— Tak, dzisiaj. Uśmiechnięta stała przed nim, trzymając list w ręce. 
— Czy mogę przeczytać? 
— Naturalnie. 
Wyrwał jej z ręki list, wygładził, zbliżył lampę i najdokładniej przeglądnął. Wstałem i ja, 

spoglądając  mu  przez  ramię.  Koperta  była  z  grubego  papieru,  stempel  z  Gravesend,  data 
dzisiejsza, a właściwie wczorajsza, bo dawno było już po północy. 

— Niewprawne pismo — mruknął Holmes. Z pewnością nie jest to ręka męża pani? 
— Nie, ale list jest od niego. 
— Wygląda tak, jakby piszący musiał się dopiero dokładnie dowiadywać o adres. 
— Z czego pan to wnosi? 
— Nazwisko — jak pani widzi, jest zupełnie czarne, gdyż atrament sam wysychał. Reszta 

jest  czarno  —  szara,  to  znaczy  użyto  bibuły.  Gdyby  napisano  wszystko  od  jednego  razu  i 
osuszano bibułą, nie wystąpiłby żaden wyraz tak czarno. Piszący napisał najpierw nazwisko, 
potem  nastąpiła  przerwa,  zanim  uzupełnił  wszystko  adresem,  co  dowodzi,  że  przyszło  mu 
niełatwo  wysłanie  listu,  jest  to  tylko  drobnostka,  ale  właśnie  nie  ma  nic  ważniejszego  nad 
drobnostki. A teraz oglądnijmy list. O, jest tu coś! 

— Tak, jego pierścień z pieczątką. 
— Czy pani jest przekonana, że to pismo męża? 
— Tak, jeden z rodzajów jego pisma. 
— Jeden? 
— Pismo, gdy mu się spieszyło. Jest ono inne od zwyczajnego, ale znam je dobrze. 
Na papierze były następujące słowa: 
 
„Najdroższa, nie obawiaj się. Wszystko będzie dobrze. Zaszła wielka omyłka, która wnet się 

wyjaśni. Miej cierpliwość. 

Neville”. 

 
— Napisany  ołówkiem,  na  półćwiartce,  bez  żadnego  znaku  wodnego!  Hm!  rzucony  do 

skrzynki w Gravesend przez człowieka, ma brudny wielki palec. Ha! i koperta, jeśli się nie 
mylę, jest zaklejona przez kogoś, kto  pali tytoń. Czy pani  jest zupełnie pewną, że to  pismo 
męża? 

— Zupełnie. Neville pisał te słowa. 
— List  ten  nadano  dzisiaj  w  Gravesend.  Chmury  zaczynają  się  rozjaśniać,  chociaż  nie 

można twierdzić, że niebezpieczeństwo już minęło. 

background image

— Ale on żyje, prawda, panie Holmes? 
— Prawdopodobnie. Chyba, że jest to tylko podstęp, celem wprowadzenia nas na fałszywe 

ślady. Pierścień nie dowodzi niczego, bo mógł mu zostać zabrany. 

— Nie, nie, to jest stanowczo jego pismo. 
— Dobrze. Jednak list napisany był już w poniedziałek, a jest dziś dopiero nadany. 
— To przecież możliwe. 
— Jeżeli tak, to w tym czasie mogło się coś stać. 
— Ach, panie Holmes, niech mi pan nie odbiera nadziei. Wiem na pewno, że mu się nic nie 

stało. Między nami istniał taki związek duchowy, że musiałabym przeczuć, gdyby mu groziło 
niebezpieczeństwo. Właśnie tego dnia, gdy go widziałam po raz ostatni, zranił sobie palec, a 
był „wtedy w sypialni; ja byłam w tej chwili w jadalni, a jednak przybiegłam zaraz pędzona 
nieomylną pewnością, że mu się coś przydarzyło. Jeżeli więc odczuwałam taką drobnostkę, to 
czyż pan może sądzić, abym nie przeczuła jego śmierci. 

— Za wiele już przeżyłem, aby nie być przekonany o tym, że uczucie kobiety więcej jest 

„warte niż wnioski zimnego rozumu. Do tego jeszcze znalazła pani w tym liście silne poparcie 
swego  twierdzenia.  Jeżeli  więc  mąż  pani  żyje  i  nawet  może  pisać  listy,  to  dlaczegóż  się 
ukrywa? 

— O tym nie mam pojęcia. 
— Czy nie zostawił pani żadnych wskazówek, gdy w poniedziałek odchodził z domu? 
— Nie. 
— I bardzo była pani zdziwiona, zobaczywszy go na ulicy Swandam? 
— Nadzwyczajnie. 
— Czy okno było otwarte? 
— Tak. 
— Więc mógł zawołać panią? 
— Tak jest. 
— Jednak — o ile pamiętam — wydał tylko jakiś nieartykułowany okrzyk! 
— Tak. 
— Który pani wzięła za wołanie o pomoc! 
— Tak. Podniósł także ręce. 
— Mógł  to  jednak  być  okrzyk  zdumienia,  a  podniesienie  rąk  spowodowane  było 

niespodziewanym widokiem pani. 

— I to być może. 
— Czy pani się zdawało, jakby go ktoś odciągnął w tył? 
— Znikł bardzo nagle. 
— Mógł sam odskoczyć. Nie widziała pani nikogo więcej w pokoju? 
— Nie, ale ten straszny człowiek przyznał, że tam był, a na schodach stał Malajczyk. 
— Słusznie. A czy mąż, o ile pani spostrzegła, miał zwykłe swe ubranie? 
— Tak, tylko bez kołnierza i krawata. Widziałam wyraźnie gołą szyję. 
— Czy kiedyś mówił o ulicy Swandam? 
— Nigdy. 
— Nie zauważyła pani u niego oznak zażywania opium? 
— Nigdy. 
— Dziękuję  pani.  Są  to  główne  dane,  z  których  wyciągnę  coś  pewnego.  Teraz  zjemy 

wieczerzę i pójdziemy spocząć, bo jutro czeka nas niespokojny dzień. 

Wielki,  wygodny  pokój  był  już  dla  nas  przygotowany;  ja,  bardzo  zmęczony  przygodami 

wczorajszego  dnia,  położyłem  się  zaraz  do  łóżka.  Holmes  zaś  mógł  wytrzymać  bez 
odpoczynku całe dni i tygodnie, dopóki nie rozwiązał problemu, który go zajmował. Oświetlał 
sprawę ze wszystkich stron, zmieniał to i owo, gromadził niezmordowanie materiał dowodowy, 
aż  wreszcie  znalazł  rozwiązanie  lub  przekonał  się,  że  dowody  są  jeszcze  niewystarczające. 

background image

Wiedziałem więc dobrze, że i dzisiaj przygotowuje się do takiego posiedzenia nocnego. Zdjął 
surdut i kamizelkę, włożył obszerny, niebieski szlafrok i pozbierał wszystkie poduszki, jakie 
znalazł na łóżku, sofie i fotelach. Ułożył z nich rodzaj wschodniego kobierca, na którym usiadł, 
założywszy nogi, i położył przed sobą paczkę tytoniu i pudełko zapałek. Przy mdłym świetle 
lampy  —  widziałem  go  —  siedział  paląc  swą  starą  fajkę,  cichy,  nieruchomy,  jakby 
bezprzytomny, z oczami utkwionymi w sufit; błękitne chmury dymu otaczały jego postać, tylko 
wydatne rysy twarzy były oświetlone. Tak siedział, gdy zbudzony jego wołaniem o wschodnie 
słońca otwarłem oczy. Jeszcze trzymał w ustach fajkę, jeszcze wił się z niej dym, a cały pokój 
napełniał gęsty zapach tytoniowy; nie było tylko owej paczki tytoniu, którą widziałem w nocy. 

— Nie śpisz już, Watsonie? — zapytał. 
— Nie. 
— Jesteś gotowy do rannej podróży? 
— Naturalnie. 
— A  więc  ubieraj  się.  Nikt  się  jeszcze  nie  rusza,  ale  wiem,  gdzie  śpi  parobek,  i  wnet 

dostaniemy powóz. 

Śmiał się przy tym do siebie, oczy jego rzucały iskry, słowem zmienił się zupełnie i nikt nie 

poznałby w nim posępnego myśliciela z ubiegłej nocy. Ubierając się, spojrzałem na zegar. Nic 
dziwnego,  że  się  nikt  nie  ruszał,  gdyż  było  dopiero  dwadzieścia  pięć  minut  po  czwartej. 
Zaledwie się ubrałem, gdy wszedł Holmes, oznajmiając, że już zaprzęgają. 

— Muszę wypróbować jedną z moich teoryj — rzekł, wciągając trzewiki. Wiesz, Watsonie 

— według mego przekonania — widzisz przed sobą największego osła w Europie. Zasługuję 
na takie kopnięcie, żebym stąd zaleciał do Charing Cross. Ale sądzę, że wreszcie znalazłem 
klucz i do tej tajemnicy. 

— A gdzież on jest? — zapytałem z uśmiechem. 
— W  łazience  —  odparł.  Tak,  wcale  nie  żartuję  —  ciągnął  dalej,  widząc  moją  minę 

niedowiarka. — Właśnie tam byłem i wziąłem go do torby. Dalej więc, chłopcze, zobaczymy, 
czy się nada do zamka. 

Cichutko zeszliśmy ze schodów i stanęliśmy w jasnym, porannym słońcu. Pojazd stał już 

gotowy, a półubrany parobek trzymał konia. Prędko wsiedliśmy i skierowaliśmy się w stronę 
Londynu. Liczne domy po obu stronach drogi były jeszcze ciche i martwe i tylko trochę hałasu 
czyniły wozy wiejskie, zwożące na targ jarzyny; zresztą całe miasto pogrążone było w śnie. 

— Ten wypadek jest pod pewnym względem bardzo osobliwy — rzekł Holmes, popędzając 

galopem konia. — Byłem ślepy jak kret, ale zawsze lepiej później zmądrzeć niż nigdy. 

Wjechaliśmy  w  ulice  dzielnicy  Surrey;  tu  dopiero  zobaczyliśmy  gdzieniegdzie  jakiegoś 

rannego ptaszka, wyglądającego zaspanymi oczami przez okno. Przez ulicę Mostu Waterloo 
dostaliśmy się nad rzekę, następnie skręciliśmy na prawo i stanęliśmy na ulicy Bow. Sherlock 
Holmes był na policji dobrze znany, więc też obaj strażnicy ukłonili mu się uprzejmie; jeden 
potrzymał konia, a drugi wprowadził nas do środka. 

— Kto ma służbę? — zapytał Holmes. 
— Inspektor Bradstreet. 
— A dzień dobry Bradstreet, jak się macie? 
Na  korytarzu  wyłożonym  kamiennymi  płytami  ukazał  się  wysoki,  okazały  urzędnik,  w 

urzędowej czapce i mundurze. 

— Czy mógłbym zamienić z wami parę słów, Bradstreet? 
— Naturalnie. Wejdź no pan tylko do pokoju. 
Był to pokoik mały, urządzony jak biuro. Na stole leżała ogromna księga, w ścianie sterczał 

telefon. Inspektor siadł przy pulpicie. 

— Czym mogę panu służyć? 
— Przybywam  z  powodu  tego  żebraka  Boona,  tego  człowieka,  wie  pan,  który  jest 

podejrzany o udział w zniknięciu pana Neville St Clair z Lee. 

background image

— Tak, jest tu umieszczony i ma być dalej przesłuchany. 
— To mi już powiedziano. Czy jest tutaj? 
— Tak, w jednej z cel. 
— Czy zachowuje się spokojnie? 
— Tak, nie ma z nim kłopotu, tylko jest to straszny brudas. 
— Brudny? 
— Tak. Ledwo zdołaliśmy go skłonić do umycia rąk; twarz ma tak czarna jak kotlarz. Ale 

skoro tylko śledztwo będzie w toku, musi się poddać obowiązkowej kąpieli więziennej i, na 
honor, gdy go pan zobaczy, będzie musiał pan przyznać, że ogromnie jej potrzebuje. 

— Chciałbym go zobaczyć. 
— Doprawdy? To łatwo uskutecznić. Proszę iść ze mną. Torbę może pan tu zostawić. 
— Nie, dziękuję, wezmę ją lepiej ze sobą. 
— A więc dobrze. Oto tu, proszę. 
Sprowadził  nas  na  dół,  otworzył  zaryglowane  drzwi  i  zszedł  krętymi  schodami  na  biało 

tynkowany korytarz, na którym po obu stronach widniał rząd drzwi. 

— Trzecie drzwi na prawo prowadzą do niego — rzekł inspektor. Te tutaj. 
Powoli odsunął zasuwkę i spojrzał przez otwór w górnej części drzwi. 
— Śpi — rzekł. Możemy go teraz wygodnie zobaczyć. Zbliżyliśmy się obaj i spojrzeliśmy 

przez kratę. Więzień zwrócony twarzą ku nam leżał pogrążony w głębokim śnie, oddychając 
ciężko i powoli. Był średniego wzrostu, nędznie ubrany, stosownie do swego zawodu, a przez 
dziury  potarganego  surduta  widać  było  pstrą  koszulę.  Inspektor  słusznie  nazwał  go 
nadzwyczajnym  brudasem,  a  jednak  i  ten  brud  nie  ukrywał  jego  odstraszającej  brzydoty. 
Zabliźniona szrama biegła szeroką pręgą od oka do brody i wskutek zrośnięcia podciągnęła tak 
górną wargę, że trzy zęby były odkryte, co czyniło wrażenie ciągłego wykrzywiania się. Gęsty 
snop rudożółtych włosów spadał mu na oczy i czoło. 

— Czyż to nie Adonis? — żartował inspektor. 
— W  każdym  razie  potrzebuje  umycia  —  zauważył  Holmes.  —  Ponieważ  tego  się 

spodziewałem, pozwoliłem sobie przynieść potrzebne do tego rzeczy. 

To mówiąc otworzył swą torbę i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu wydobył z niej dużą 

gąbkę do mycia. 

— Ha, ha! — śmiał się inspektor — co za dowcipny człowiek z pana! 
— Proszę  bardzo  o  łaskawe  otworzenie  tych  drzwi,  a  więzień  pokaże  nam  swoje  piękne 

oblicze. 

— Mogę  to  uczynić  —  odrzekł  inspektor.  —  Nie  przynosi  on  zaszczytu  tutejszemu 

więzieniu — ciągnął dalej. 

Włożył klucz do zamku, otworzył cicho i wszyscy trzej weszliśmy do celi. Więzień nawet 

się nie ruszył, lecz spał dalej mocno. Holmes wziął dzbanek z wodą, zwilżył gąbkę i dwa razy 
potarł nią silnie twarz śpiącego. 

— Moi panowie, pozwólcie sobie przedstawić pana Neville’a St Claira z Lee w hrabstwie 

Kent — zawołał głośno. 

Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Twarz człowieka łuszczyła się pod gąbką, 

jak  kora  od  drzewa.  Zniknęła  wstrętna  bura  barwa!  Zniknęła  straszna  szrama  i  zeszpecona 
górna warga, która sprawiała odstraszający, złośliwy wyraz twarzy! Silnym targnięciem zerwał 
Holmes rozczochrane, rude włosy i oto przed nami na łóżku siedział mężczyzna blady, smutny 
i  delikatny,  o  czarnych  włosach  i  delikatnej  cerze;  rękami  tarł  oczy  i  rozespany  spoglądał 
naokoło siebie. Nagle zrozumiał swe położenie i ukrywszy twarz w poduszkach, począł głośno 
krzyczeć. 

— Wielki Boże! — zawołał inspektor — ależ to istotnie zaginiony. Poznaję go z fotografii. 
Więzień podniósł się ze spokojem człowieka, który poddał się już swojemu losowi. 

background image

— A  więc  niech  tak  będzie  —  rzekł.  —  A  teraz  proszę  mi  powiedzieć,  o  co  jestem 

obwiniony? 

— O usunięcie pana Neville’a St Claira — chociaż właściwie już pan o to nie możesz być 

obwiniony, chyba żeby sąd chciał wnieść skargę o usiłowane samobójstwo — rzekł śmiejąc się 
inspektor.  —  Już  dwadzieścia  siedem  lat  służę  tutaj,  ale  coś  podobnego  jeszcze  mi  się  nie 
zdarzyło. 

— Jeżeli jestem Nevillem St Clair, to oczywiście nie mogłem popełnić żadnego zabójstwa, a 

zatem jestem tutaj trzymany bezprawnie. 

— Nie  popełnił  pan  żadnej  zbrodni,  ale  wielki  błąd  —  rzekł  Holmes.  —  Lepiej  by  pan 

zrobił, gdybyś był zwierzył się swej żonie. 

— Nie chodziło mi tyle o żonę, co o dzieci — jęknął więzień. — Mocny Boże, one miałyby 

się wstydzić z powodu swego ojca! O, co za hańba! Co ja pocznę! 

Wtedy Sherlock Holmes usiadł przy nim na łóżku i przyjaźnie położył mu rękę na ramieniu. 
— Gdyby się sprawę pańską oddało sądowi — rzekł — to naturalnie wyszłaby ona na widok 

publiczny. Jeżeli jednak udowodni pan policji, że nie ma żadnego powodu do wnoszenia skargi, 
w takim razie cała historia pozostanie tajemnicą i nie dostanie się do dzienników. Inspektor 
Bradstreet spisze wszystko, co nam pan wyzna, i przedłoży to zeznanie tylko władzy, której 
należy. W ten sposób nie będzie trzeba oddawać sprawy do sądu. 

— Niech panom Bóg to wynagrodzi — zawołał namiętnie St Clair. — Wolałbym więzienie, 

a nawet śmierć, niż zdradzić swoją nędzną tajemnicę i sprowadzić hańbę na moje dzieci. 

— Panowie  jesteście  pierwszymi,  którym  opowiadam  swoją  historię.  Ojciec  mój  był 

nauczycielem  w  Chesterfield  i  dał  mi  znakomite  wychowanie.  W  młodości  dużo 
podróżowałem, następnie wstąpiłem na scenę, w końcu zaś zostałem sprawozdawcą pewnego 
pisma londyńskiego. Raz zażyczył sobie dyrektor naszego dziennika artykułu o żebraninie w 
Londynie,  zobowiązałem  się  dostarczyć  mu  takiego.  Był  to  powód  późniejszych  moich 
przygód. Aby zgromadzić potrzebny materiał do artykułu, spróbowałem osobiście zajmować 
się żebraniną. Jako dawny aktor byłem wtajemniczony we wszystkie sekrety przebierania się, 
tak  że  nawet  swojego  czasu  bardzo  słynąłem  z  tej  sztuki.  Talent  mój  przydał  mi  się  teraz. 
Wymalowałem  twarz,  a  celem  nadania  sobie  wyrazu  wzbudzającego  litość  narysowałem 
straszną szramę i podciągnąłem górną wargę za pomocą wąskiego paska lepkiego plastra barwy 
ciała. Do tego dodałem czerwoną perukę i odpowiedni strój i tak przygotowany usadowiłem się 
w  najbardziej  ożywionej  części  miasta,  pozornie  jako  handlarz  zapałkami,  w  istocie  jako 
żebrak.  Siedem  godzin  oddawałem  się  interesowi,  a  gdy  wieczorem  wróciłem  do  domu, 
przekonałem  się  ku  mojemu  wielkiemu  zdziwieniu,  że  zebrałem  aż  dwadzieścia  sześć 
szylingów i cztery pensy. 

Napisałem artykuł i nie myślałem już wcale o tej sprawie, gdy niedługo potem zdarzyło się, 

że  musiałem  wykupić  weksel  25–funtowy,  podpisany  przeze  mnie  dla  przyjaciela.  Nie 
wiedziałem, jak zdobyć tyle pieniędzy, aż nagle wpadła mi szczęśliwa myśl. Przede wszystkim 
więc poprosiłem wierzyciela o czternastodniową zwłokę, następnie wziąłem urlop na ten czas i 
jako  żebrak,  przebrany  jak  poprzednio,  puściłem  się  na  miasto.  W  dziesięć  dni  zebrałem 
pieniądze i zapłaciłem dług. 

Możecie sobie panowie wyobrazić, jak mi teraz było ciężko zabrać się do wyczerpującej 

pracy,  przynoszącej  mi  zaledwie  dwa  funty  tygodniowo,  wiedząc,  że  za  pomocą  odrobiny 
szminki mogę, siedząc spokojnie, zebrać do czapki tyle właśnie za jeden dzień. Toczyłem długą 
walkę  z  swą  dumą  i  chciwością,  aż  wreszcie  ta  ostatnia  zwyciężyła.  Porzuciłem  więc 
dziennikarstwo  i  odtąd  siadywałem  sobie  co  dzień  w  kącie,  upatrzonym  już  poprzednio,  i 
wzbudzając  swym  opłakanym  wyglądem  „współczucie  przechodniów,  napełniałem  swą 
czapkę i kieszenie miedziakami. Jeden tylko człowiek znał moją tajemnicę. Był nim właściciel 
nędznej knajpy na ulicy Swandam, gdzie przychodziłem, aby rano przebierać się za żebraka, a 

background image

wieczorem zamieniać się w zamożnego mieszczucha. Człowiekowi temu płaciłem dobrze za 
pokój, a więc wiedziałem, że nie zdradzi tajemnicy. 

Wkrótce okazało się, że posiadam wcale znaczną sumę. Jest to rzecz trudna do uwierzenia, 

że każdy żebrak uliczny w Londynie może zebrać rocznie siedemset funtów — a przecież tyle 
co najmniej wynosił mój przeciętny dochód; nadto muszę dodać, że wiodło mi się nadzwyczaj 
dobrze,  gdyż  z  czasem  zasłynąłem  w  całym  mieście  jako  człowiek  dowcipny,  mający  na 
wszystko gotową, a trafną odpowiedź. Mnóstwo miedziaków i srebrniaków przez cały dzień 
płynęło do mej czapki i było źle, kiedy dochód dzienny był mniejszy niż dwa funty. 

Z bogactwem wzrastała chciwość. Nabyłem willę, ożeniłem się i nikt nie przeczuwał, czym 

się właściwie zajmuję. Moja dobra żona wiedziała tylko, że mam w mieście coś do czynienia, 
ale ani nie przypuszczała, co by to być mogło. 

W zeszły poniedziałek, gdy ukończyłem swą pracę i właśnie ubierałem się w wynajętym 

mieszkaniu, ujrzałem nagle przez okno moją żonę, która stała na ulicy i ku wielkiemu memu 
zdziwieniu i przerażeniu już mnie spostrzegła. Wydałem okrzyk zdumienia i podniosłem ręce, 
aby zasłonić twarz; następnie „wpadłem do gospodarza, błagając go, aby nikogo nie wpuszczał. 
Na  dole  słyszałem  już  głos  żony,  wiedziałem  jednak,  że  nie  dostanie  się  do  mnie.  Szybko 
rozebrałem się, włożyłem swój strój żebraczy, ucharakteryzowałem twarz i nasadziłem perukę. 
Nie  poznałaby  mnie  nawet  własna  żona.  Ale  nagle  przypomniałem  sobie,  że  mogą 
przeszukiwać pokój, a wtedy zdradzi mnie zdjęta odzież. Otworzyłem prędko okno, przy czym 
jednak  rozdarłem  sobie  ranę,  którą  zadałem  sobie  jeszcze  rano  w  domu,  w  swej  sypialni. 
Następnie  chwyciłem  surdut,  obciążyłem  go  miedziakami,  wziętymi  ze  skórzanej  torby  i 
wyrzuciłem go przez okno do Tamizy. To samo miałem zrobić z resztą odzieży, ale ze schodów 
słychać  już  było  kroki  strażników,  zaś  w  parę  minut  potem  —  ku  wielkiej  mojej  uldze  — 
zostałem ujęty nie jako sam Neville St Clair, lecz jego morderca. 

Dalszych wyjaśnień już chyba nie trzeba. Byłem zdecydowany zachowywać swą maskę, jak 

długo się to uda, i stąd to pochodzi moje upodobanie w brudzie. Ponieważ wiedziałem, że żona 
musi być w strasznej trwodze, dałem Malajczykowi swój pierścień w chwili, gdy nie zwracano 
na mnie uwagi, i prosiłem, aby go odesłał do niej wraz z pospiesznie napisaną karteczką, w 
której ją uspokoiłem co do swego losu. 

— Tę karteczkę otrzymała dopiero wczoraj — rzekł Holmes. 
— Wielki Boże! Co za straszny tydzień musiała przeżyć! 
— Policja strzegła gospodarza — wtrącił inspektor — myślę więc, że było dla niego dość 

trudną  rzeczą  oddać  niepostrzeżenie  list  na  pocztę.  Prawdopodobnie  polecił  to  któremuś  z 
majtków, a ten pewno za parę dni przypomniał sobie o liście. 

— Tak, tak — potwierdził Holmes — z pewnością tak było. Nigdy pan nie był karany z 

powodu żebractwa? 

— Często, ale cóż mi tam kara pieniężna! 
— A jednak z tym musi być raz koniec — rzekł Bradstreet. Jeżeli policja ma milczeć, to nie 

może dalej istnieć żaden Hugo Broone. 

— Przysiągłem to już sobie najuroczyściej. 
— W takim razie prawdopodobnie nie będzie się czyniło żadnych kroków w tej sprawie. 

Gdyby  jednak  schwytano  pana  na  żebractwie,  wyjawimy  wszystko.  Panu  Holmesowi 
winniśmy  wielką  wdzięczność  za  wyjaśnienie  sprawy.  Bardzo  chciałbym  wiedzieć,  w  jaki 
sposób dochodzi pan do swych osobliwych wniosków? 

— Do tego ostatniego doszedłem, siedząc na pięciu poduszkach i wypaliwszy wielką porcję 

tytoniu.  A  teraz,  Watsonie,  pojedziemy  na  Baker  Street,  a  myślę,  że  trafimy  właśnie  na 
śniadanie. 

background image

B

ŁĘKITNY KARBUNKUŁ

 

 
Nazajutrz  po  Bożym  Narodzeniu  wpadłem  do  mego  przyjaciela  Sherlocka  Holmesa  z 

zamiarem  złożenia  mu  życzeń.  Leżał  wyciągnięty  na  kanapie,  w  szkarłatnym  szlafroku;  po 
prawej strome, tuż pod ręką, miał podstawkę do fajek i stertę zgniecionych gazet porannych, 
widać niedawno przeczytanych. Koło kanapy stało drewniane krzesło, a na jego poręczy wisiał 
stary,  zniszczony  kapelusz  pilśniowy,  popękany  w  kilku  miejscach.  Szkło  powiększające  i 
szczypce, leżące na siedzeniu krzesła, nasuwały przypuszczenie, że został on tak zawieszony 
dla przeprowadzenia skrupulatnego badania. 

— Jak widzę, jesteś zajęty — powiedziałem — może ci przeszkadzam? 
— Wcale mc. Jestem rad, że przyszedł przyjaciel, z którym mogę omówić moje wnioski. 

Sprawa jest najzupełniej błaha — wskazał palcem w stronę starego kapelusza — ale zawiera 
pewne punkty ciekawe, a nawet pouczające. 

Rozsiadłem  się  w  fotelu  i  zacząłem  grzać  ręce  przy  trzaskającym  ogniu,  gdyż  właśnie 

zaczęły się ostre mrozy i okna były pokryte grubą warstwą szronu. 

— Kapelusz  ten  wygląda  tak  niewinnie  —  zauważyłem  —  a  jest  zapewne  kluczem  do 

rozwiązania jakiejś mrożącej krew w żyłach tajemnicy i pomoże ci schwytać zbrodniarza. 

— Nie, nie, to nie zbrodnia — powiedział Sherlock Holmes śmiejąc się — tylko jedna z tych 

zabawnych drobnych historii, jakie zdarzają się, kiedy na przestrzeni kilku mil kwadratowych 
ocierają się o siebie cztery miliony ludzi. Tam, gdzie działa i przeciwdziała tak wielka masa 
ludzka, można oczekiwać każdej kombinacji zdarzeń, można napotkać wiele drobnych spraw 
ciekawych i dziwnych, wcale nie kryminalnych. Spotykaliśmy się już z takimi. 

— I to dość często — zauważyłem. — Z ostatnich sześciu spraw, które zanotowałem, trzy 

były całkowicie pozbawione cech prawnego przestępstwa. 

— Istotnie, masz na myśli próbę odzyskania fotografii Ireny Adler, dziwną sprawę Mary 

Sutherland i przygodę człowieka z zajęczą wargą. 

Myślę,  że  i  tę  drobną  sprawę  będzie  można  zaliczyć  do  tej  samej  kategorii.  Czy  znasz 

Petersona, posłańca? 

— Tak. 
— Właśnie do niego należy ta zdobycz. 
— Więc to jego kapelusz? 
— Nie, znalazł go, a właściciel jest nieznany. Proszę cię, byś spojrzał na niego nie jak na 

zniszczone  nakrycie  głowy,  ale  jak  na  problem,  który  musisz  rozwiązać.  Najpierw  jednak 
powiem  ci,  jak  się  tu  znalazł.  Pojawił  się  u  mnie  rano,  w  dniu  Bożego  Narodzenia,  w 
towarzystwie  dużej,  tłustej  gęsi,  która  zapewne  piecze  się  teraz  u  Petersona.  Fakty 
przedstawiają się następująco: Około czwartej tego ranka Peterson, który, jak wiesz, jest bardzo 
porządnym  człowiekiem, wracał  ze skromnej  zabawy koleżeńskiej  do domu  i  szedł  właśnie 
przez Tottenham Court Road. Nagle ujrzał przed sobą w  świetle latarni gazowej wysokiego 
mężczyznę, chwiejącego się nieco na nogach, który niósł białą gęś przerzuconą przez ramię. 
Peterson doszedł właśnie do rogu Goodge Street, kiedy między nieznajomym a jakąś bandą 
łobuzów wybuchła sprzeczka. Jeden z nich zrzucił mężczyźnie kapelusz, tamten zaś podniósł 
laskę,  by  się  bronić,  ale  zamachnął  się  tak  nieszczęśliwie,  że  zbił  szybę  wystawową,  która 
znajdowała  się  za  nim.  Peterson  rzucił  się,  aby  bronić  nieznajomego,  ale  ten,  przestraszony 
zbiciem szyby i widząc nadbiegającego człowieka w mundurze, upuścił gęś, wziął nogi za pas i 
zniknął w labiryncie małych uliczek, które leżą na tyłach Tottenham Court Road. Na widok 
Petersona napastnicy również uciekli i tak stał się on panem pola bitwy, jak również łupów w 
postaci tego zniszczonego kapelusza i wspaniałej gęsi świątecznej. 

— Którą z pewnością oddał właścicielowi. 

background image

— W tym właśnie problem, mój stary. Co prawda, na małej kartce przyczepionej do lewej 

łapy ptaka był napis: „Dla pani Henrykowej  Baker”, a na podszewce tego kapelusza można 
odcyfrować  również inicjały „HB”,  ale w naszym  mieście mieszka kilka tysięcy  Bakerów i 
kilkuset Henryków Bakerów, niełatwo więc będzie oddać zgubioną własność jednemu z nich. 

— Co potem zrobił Peterson? 
— Zaraz  z  samego  rana  przyniósł  mi  kapelusz  i  gęś,  wiedząc,  że  interesują  mnie 

najdrobniejsze sprawy. Gęś zatrzymałem aż do dzisiejszego ranka, kiedy to pomimo lekkiego 
mrozu  pojawiły  się  widome  oznaki,  że  niezwłocznie  powinna  zostać  zjedzona.  Jej  znalazca 
zabrał  ją  więc  stąd,  by  dopełnić  ostatecznego  przeznaczenia  gęsiego  rodu,  a  ja  tymczasem 
zachowałem kapelusz nieznanego dżentelmena, który zgubił swój świąteczny obiad. 

— Czy nie dał ogłoszenia? 
— Nie. 
— Jakie więc masz poszlaki co do jego osoby? 
— Tylko tyle, ile można wywnioskować na podstawie obserwacji. 
— Tego kapelusza? 
— Tak. 
— Chyba żartujesz? Czegóż można się dowiedzieć ze starego, zniszczonego pilśniu? 
— Tu masz szkło powiększające. Znasz moje metody; co możesz powiedzieć o człowieku, 

który nosił ten kapelusz? 

Wziąłem go do ręki i zacząłem niezdecydowanie obracać. Był to zwykły czarny kapelusz, 

okrągły,  twardy  i  bardzo  zniszczony.  Podszewka  z  czerwonego  jedwabiu,  ale  mocno 
wypłowiała. Nie miał nazwy firmy, ale, jak to zauważył Holmes, inicjały „HB” wydrapane na 
brzegu  skórki.  W  jednym  miejscu  ronda  zrobiony  został  otworek  dla  gumki,  której  zresztą 
brakowało.  Poza  tym  był  pognieciony,  bardzo  zakurzony  i  poplamiony,  chociaż  w  kilku 
miejscach ktoś widocznie chciał ukryć te plamy smarując je atramentem. 

— Nic nie widzę — powiedziałem oddając kapelusz przyjacielowi. 
— Wprost przeciwnie, Watsonie, możesz dostrzec wszystko, tylko nie potrafisz rozumować 

na podstawie tego, co widzisz. Obawiasz się samodzielnie wyciągać wnioski. 

— A więc powiedz mi, co wnioskujesz na podstawie tego kapelusza? 
Wziął go do ręki i spojrzał w charakterystyczny, badawczy sposób. 
— Może nie nasuwa on zbyt wiele przypuszczeń — zauważył — a jednak na jego podstawie 

można  wysnuć  parę  wniosków  zupełnie  oczywistych  i  parę  o  wszelkich  cechach 
prawdopodobieństwa.  To,  że  jego  właściciel  jest  człowiekiem  pracującym,  jest  zupełnie 
oczywiste na pierwszy rzut oka, jak również to, że jeszcze trzy lata temu powodziło mu się 
zupełnie dobrze, choć teraz znalazł się w biedzie. Jest teraz mniej przewidujący niż dawniej, co 
dowodzi upadku duchowego, a to razem z pogorszeniem się jego sytuacji materialnej wskazuje, 
że jest pod jakimś złym wpływem, zapewne alkoholu. To by również potwierdzało oczywisty 
fakt, że przestała go kochać żona. 

— Ależ mój drogi… 
— Zachował  jednak  pewną  dozę  szacunku  dla  samego  siebie  —  ciągnął  Holmes  nie 

zwracając  uwagi  na  mój  okrzyk.  —  Jest  człowiekiem,  który  prowadzi  siedzący  tryb  życia, 
znajduje się w kiepskiej kondycji fizycznej, jest w średnim wieku, ma szpakowate włosy — 
strzygł  je  kilka  dni  temu  i  natłuszczał  cytrynowym  kremem.  Oto  są  pewne  wnioski,  które 
można wyciągnąć na podstawie tego kapelusza. Przy okazji muszę dodać, iż prawdopodobnie 
w domu nic ma instalacji gazowej. 

— Ty chyba kpisz sobie ze mnie. 
— Ani trochę. Czyż to  możliwe, że nawet  teraz, kiedy podaję ci  moje spostrzeżenia, nie 

pojmujesz, jak do tego doszedłem? 

— Bez wątpienia jestem skończonym głupcem, ale przyznaję, że nie nadążam za biegiem 

twych myśli. Na przykład jak doszedłeś do tego, że człowiek ten pracuje umysłowo? 

background image

W odpowiedzi Holmes założył na głowę kapelusz, który wpadł mu aż po nasadę nosa. 
— Po  prostu  zagadnienie  pojemności  czaszki,  tylko  człowiek  o  dużym  mózgu  może  go 

nosić. 

— A pogorszenie się sytuacji materialnej? 
— Ten kapelusz ma trzy lata. Takie płaskie ronda o podwiniętych brzegach weszły wtedy w 

modę. Jest to kapelusz w najlepszym gatunku. Spójrz na wstążkę z jedwabnej mory i doskonałą 
podszewkę.  Jeżeli  ten  człowiek  mógł  sobie  pozwolić  trzy  lata  temu  na  kupno  tak  drogiego 
kapelusza i do tej pory go nosi, dowodzi to, że jego pozycja w świecie znacznie się obniżyła. 

— To rzeczywiście jasne. Ale co z przewidywaniem i duchowym upadkiem? 
Sherlock Holmes zaśmiał się. 
— Tu mamy przewidywanie — powiedział kładąc palec na małym kółeczku i pętelce od 

gumki. — Przy gotowych kapeluszach nigdy nie ma gumki… Trzeba ją specjalnie zamawiać. 
Jasne  więc,  że  posiadał  pewną  zdolność  przewidywania,  gdyż  zabezpieczył  się  przeciwko 
wiatrowi. Ponieważ jednak zauważyliśmy, że zerwał gumkę i nie zatroszczył się o zastąpienie 
jej nową, jest oczywiste, że obecnie jest mniej przewidujący niż dawniej, a to dowodzi pewnej 
abnegacji.  Usiłował  jednak  ukryć  niektóre  plamy  smarując  je  atramentem,  co  świadczy,  że 
niezupełnie zatracił poczucie godności osobistej. 

— Twoje rozumowanie ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa. 
— Następne punkty: że jest w średnim wieku, szpakowaty, że ostatnio strzygł się i używał 

kremu  cytrynowego,  można  ustalić  po  dokładnym  zbadaniu  dolnej  części  podszewki.  Przez 
szkło  powiększające  widać  dużą  ilość  równo  ściętych  włosów,  które  lepią  się  i  wydzielają 
wyraźny zapach kremu cytrynowego. Ten kurz, który można dostrzec na kapeluszu, nie jest 
chropowatym, szarym pyłem ulicznym, ale miękkim, brązowym kurzem domowym i wskazuje 
na to, że kapelusz wisiał w domu dość długo, ślady natomiast wilgoci na wewnętrznej stronie są 
przekonującym  argumentem,  że  właściciel  kapelusza  łatwo  się  poci,  a  więc  jest  marnego 
zdrowia. 

— Ale co z jego żoną? Powiedziałeś, że go przestała kochać. 
— Ten kapelusz nie był od tygodni czyszczony. Jeżeli ciebie, mój drogi Watsonie, zobaczę z 

tygodniową kolekcją kurzu na kapeluszu i jeżeli twoja żona pozwoli ci wyjść w takim stanie z 
domu,  pomyślę  sobie,  że  spotkało  cię  podobne  nieszczęście  i  że  twoja  żona  przestała  cię 
kochać. 

— Może on jest kawalerem? 
— O  nie,  niósł  gęś  do  domu  jako  prezent  pojednania.  Przypomnij  sobie  kartkę  na  łapie 

ptaka. 

— Na wszystko masz gotową odpowiedź. Ale jak u licha wywnioskowałeś, że w domu nic 

ma gazu? 

— Jedna plama ze stearyny albo nawet dwie mogły się znaleźć przypadkowo, ale jeżeli jest 

ich co najmniej pięć, niewątpliwie można założyć, że ta osoba często ma do czynienia z palącą 
się  świecą  —  na  przykład  idzie  w  nocy  po  schodach  z  kapeluszem  w  jednej  ręce  i  kapiącą 
świecą w drugiej. Przecież lampa gazowa nie plami. Czy ci to wystarcza? 

— Bardzo  to  wszystko  logiczne  —  powiedziałem  śmiejąc  się  —  ale  przed  chwilą 

powiedziałeś, że nie zostało popełnione żadne przestępstwo i nikomu nie stało się nic złego 
poza zgubieniem gęsi, wydaje mi się więc, że niepotrzebnie tracisz czas i energię. 

Sherlock Holmes już otworzył usta, by mi odpowiedzieć, gdy nagle drzwi się otworzyły i 

Peterson wpadł do pokoju; był zaczerwieniony, twarz jego wyrażała oszołomienie i zdumienie. 

— Gęś, panie Holmes, ta gęś, panie! — ledwie mógł złapać oddech. 
— Co się z nią stało? Czy ożyła i wyfrunęła przez okno kuchenne? — Holmes odwrócił się 

na kanapie, by lepiej widzieć podnieconą twarz przybyłego. 

background image

— Niech pan spojrzy, co moja żona znalazła w jej żołądku! — Wyciągnął dłoń, na której 

leżał  skrzący  się  błękitny  kamień,  nieco  mniejszy  od  ziarna  fasoli,  ale  o  takiej  czystości  i 
blasku, że promieniował w ciemnym wgłębieniu dłoni jak elektryczny punkcik. 

Sherlock Holmes gwizdnął i usiadł ze zdumienia. 
— Na Jowisza, Petersonie, znalazłeś skarb. Zapewne wiesz, coś znalazł? 
— Brylant, panie, albo jakiś inny szlachetny kamień, tnie szkło jak diament. 
— To nie jest jakiś szlachetny kamień, ale bezcenny klejnot. 
— A może błękitny karbunkuł księżny Morcar? — spytałem bez tchu. 
— Masz rację, Watsonie. Znam jego wielkość i kształt, ponieważ ogłoszenia o nim czytałem 

ostatnio w „Timesie” codziennie. Ten kamień jest unikatem i jego wartość można określić tylko 
w przybliżeniu, ale wyznaczona nagroda tysiąca funtów z pewnością nie stanowi nawet jednej 
dwudziestej ceny rynkowej. 

— Tysiąc  funtów!  Miłosierny  Boże!  —  zawołał  posłaniec  i  opadł  na  najbliższe  krzesło 

spoglądając w zdumieniu to na mnie, to na Holmesa. 

— Taka  jest  wyznaczona  nagroda,  ale  mam  pewne  prawo  twierdzić,  że  kryją  się  za  tym 

względy  uczuciowe,  dla  których  księżna  oddałaby  pół  swojej  fortuny,  żeby  tylko  odzyskać 
klejnot. 

— O ile przypominam sobie, zginął w hotelu „Cosmopolitan” — zauważyłem. 
— Zgadza się, dwudziestego drugiego grudnia, akurat pięć dni temu. O wykradzenie go ze 

szkatuły  księżnej  oskarżony  został  John  Homer,  ślusarz.  Dowody  jego  winy  były  tak 
oczywiste, że sprawa została od razu przekazana do sądu. Pewnie mamy jakieś wiadomości na 
ten temat. 

Zaczął szukać w gazetach sprawdzając daty, wreszcie wyciągnął jedno pismo, wygładził, 

złożył na pół i zaczął czytać następujący artykuł: 

 

„Kradzież klejnotu w hotelu »Cosmopolitan« 

 
Ślusarz John Horner, lat dwadzieścia sześć, został oskarżony o wykradzenie w dniu 22 bm. 

cennego  klejnotu,  zwanego  błękitnym  karbunkułem,  ze  szkatułki  księżnej  Morcar.  James 
Ryder, zarządzający służbą hotelu, złożył zeznanie, że w dniu rabunku wprowadził Homera do 
garderoby  księżnej,  gdzie  miał  on  naprawić  obluzowany  drugi  pręt  kraty.  Przez  chwilę 
pozostawał  z  Homerem,  ale  potem  został  odwołany.  Po  powrocie  przekonał  się,  że  Horner 
zniknął, zamek w biureczku został wyłamany i niewielka marokańska szkatułka, w której, jak 
później zeznała księżna, był przechowywany kamień, leżała pusta na stole. Ryder natychmiast 
wszczął  alarm  i  Horner  został  aresztowany  jeszcze  tego  wieczoru,  kamienia  jednak  nie 
znaleziono  ani  przy  nim,  ani  w  jego  mieszkaniu.  Katarzyna  Cusack,  pokojówka  księżnej, 
zeznała pod przysięgą, że usłyszała okrzyk przerażenia Rydera po odkryciu kradzieży i wbiegła 
do  pokoju,  gdzie  zastała  wszystko  tak,  jak  to  opisał  ostatni  świadek.  Inspektor  Bradstreet  z 
Oddziału B wydał rozkaz aresztowania Homera, który opierał się rozpaczliwie i przysięgał, że 
jest  niewinny.  Ponieważ  był  on  już  poprzednio  karany  za  kradzież,  inspektor  policji 
prowadzący przesłuchanie odmówił natychmiastowego rozpatrzenia sprawy i przekazał ją do 
wyższej  instancji.  Horner,  który  w  czasie  całej  procedury  przesłuchania  był  niezwykle 
wzburzony, usłyszawszy to postanowienie zemdlał i został wyniesiony z sali”. 

 
— Hm, tyle o przesłuchaniu — powiedział zamyślony Holmes odkładając gazetę na bok. — 

Problem,  jaki  teraz  mamy  rozwiązać,  to  ustalenie  kolejności  wypadków  prowadzących  od 
okradzenia  szkatułki  aż  do  żołądka  gęsi  na  Tottenham  Court  Road.  Jak  widzisz,  Watsonie, 
nasze  małe  rozumowanie  nabrało  o  wiele  większego  znaczenia  i  przestało  być  niewinną 
zabawką. Tu mamy kamień, kamień znajdował się w gęsi, a gęś była własnością pana Henryka 
Baker,  dżentelmena  w  zniszczonym  kapeluszu,  obdarzonego  charakterystycznymi  cechami, 

background image

których opis tak bardzo cię znudził. Musimy zabrać się teraz bardzo poważnie do odnalezienia 
tego  jegomościa  i  ustalenia  roli,  jaką  odegrał  w  tej  tajemniczej  sprawie.  By  to  osiągnąć, 
musimy  spróbować  najprostszej  metody:  damy  ogłoszenie  we  wszystkich  gazetach 
wieczornych. Jeżeli to zawiedzie, ucieknę się do innych sposobów. 

— Co podasz? 
— Daj mi ołówek i kartkę papieru. A teraz: „Na rogu Goodge Street znaleziono gęś i czarny 

pilśniowy kapelusz. Pan Henryk Baker może je odzyskać około godziny szóstej trzydzieści dziś 
wieczorem, 221b Baker Street”. Chyba zwięźle i jasno? 

— Dobrze, ale czyje zauważy? 
— Z  pewnością  pilnuje  gazet,  dla  biednego  człowieka  była  to  poważna  strata.  Tak  się 

przeraził zbicia szyby i  nadejścia Petersona, że uciekł na nic nie zważając. Teraz na pewno 
żałuje odruchu, który spowodował utratę gęsi. Zresztą własne nazwisko w ogłoszeniu zwróci 
jego  uwagę  albo  powie  mu  o  tym  ktoś  ze  znajomych.  A  więc,  Petersonie,  biegnij  do  biura 
ogłoszeń i umieść to w wieczornych gazetach. 

— W jakich proszę pana? 
— W  Globe,  „Star”,  „Pali  Mali”,  „St.  James’s  Gazette”,  „Evening  News”,  „Standart”, 

„Echo” i we wszystkich innych, jakie ci przyjdą do głowy. 

— Dobrze, proszę pana, a co z tym kamieniem? 
— Kamień zatrzymam. Możesz iść, ale jeszcze jedno, Petersonie, wracając kup gęś i zostaw 

u  mnie,  ponieważ  musimy  ją  zwrócić  temu  dżentelmenowi  zamiast  tej, którą  twoja  rodzina 
właśnie zajada. 

Gdy posłaniec odszedł, Holmes wziął kamień pod światło. 
— To piękny okaz. Spójrz, jak błyszczy się i skrzy. Jak każdy cenny klejnot, przyciąga do 

siebie  zbrodnię.  Klejnoty  są  ulubioną  przynętą  diabła.  W  starych  drogocennych  kamieniach 
każda powierzchnia szlifu związana jest z jakimś krwawym czynem. Ten kamień nie ma nawet 
dwudziestu  lat,  znaleziono  go  nad  brzegami  rzeki  Amoj  w  południowych  Chinach.  Jest 
niezwykle  ciekawy,  gdyż  mając  wszystkie  cechy  karbunkułu  jest  błękitny,  a  nie 
rubinowoczerwony. Mimo młodego wieku ma już swą ponurą historię. Z powodu tego kawałka 
skrystalizowanego  węgla  drzewnego  oblano  kogoś  witriolem,  popełniono  dwa  morderstwa, 
samobójstwo i kilka rabunków. Któż by przypuszczał, że taki śliczny kryształ może pchnąć 
człowieka na szubienicę czy do więzienia. Zamknę go teraz w mojej stalowej kasetce i napiszę 
kartkę do księżnej, że zguba się znalazła. 

— Czy przypuszczasz, że Horner jest niewinny? 
— Na razie nie mogę nic powiedzieć. 
— Ale wobec tego czy myślisz, że ten drugi, Henryk Baker, ma coś wspólnego z tą sprawą? 
— Wydaje mi się, że Henryk Baker jest absolutnie niewinny, nie przypuszczał nawet, że 

ptak, którego niesie, jest więcej wart, niż gdyby zrobiony był ze szczerego złota. Łatwo się o 
tym przekonamy, jeżeli dostaniemy odpowiedź na nasze ogłoszenie. 

— A do tego czasu nic się nie da zrobić? 
— Nic. 
— Wobec  tego  pójdę  dokończyć  mój  lekarski  obchód.  Wrócę  tu  wieczorem,  o  godzinie, 

którą podałeś w ogłoszeniu; chciałbym się dowiedzieć, jaki obrót przybierze ta sprawa. 

— Z radością cię powitam, obiad jem o siódmej, będzie pewno bekas. Z powodu ostatnich 

wydarzeń powinienem poprosić panią Hudson, żeby zbadała jego żołądek. 

Zasiedziałem się przy jednym pacjencie i było już nieco po wpół do siódmej, gdy po raz 

wtóry znalazłem się na Baker Street. Kiedy zbliżałem się do domu, zauważyłem wysokiego 
mężczyznę  w  szkockiej  czapce,  zapiętego  pod  samą  szyję;  stał  on  oświetlony  jaskrawym 
blaskiem bijącym z okienka nad drzwiami i czekał na wpuszczenie do mieszkania. W chwili 
gdy i ja się zatrzymałem, drzwi się otworzyły i obydwaj weszliśmy do pokoju Holmesa. 

background image

— Zapewne pan Henryk Baker — powiedział wstając z fotela i witając swego gościa z tą 

ujmującą grzecznością, która tak łatwo mu przychodziła. — Proszę, niech pan zajmie miejsce 
przy kominku, panie Baker. Zimny mamy wieczór, a jak widzę, pan jest raczej przyzwyczajony 
do lata niż do zimy. A ty, Watsonie, przyszedłeś w samą porę. Czy to pański kapelusz? 

— Tak, proszę pana, to bez wątpienia mój kapelusz. 
Henryk Baker był postawnym mężczyzną o zgarbionych plecach, dużej głowie i szerokiej, 

inteligentnej twarzy zakończonej  ostrą, nieco posiwiałą bródką. Czerwone plamy na nosie i 
policzkach  oraz  lekkie  drżenie  wyciągniętych  rąk  kazały  się  domyślać  nałogu,  o  którym 
wspomniał  mój  przyjaciel.  Wyrudziały  czarny  surdut  zapięty  był  do  samej  góry,  kołnierz 
postawiony, a spod rękawów widać było szczupłe przeguby rąk; nic jednak nie świadczyło o 
obecności mankietów czy koszuli. Mówił cicho, urywanie, starannie dobierając wyrazy i robił 
wrażenie człowieka wykształconego, który ostatnio dostał cięgi od losu. 

— Zatrzymaliśmy te rzeczy przez kilka dni — mówił Holmes — ponieważ czekaliśmy na 

pańskie ogłoszenie i adres. Nie rozumiem, dlaczego pan tego nie zrobił? 

Nasz gość uśmiechnął się zażenowany. 
— Nie  mam  obecnie  tyle  szylingów  co  dawniej  i  byłem  pewny,  że  banda,  która  mnie 

napadła,  zabrała  i  kapelusz,  i  gęś.  Uważałem,  że  nie  warto  było  wydawać  pieniędzy  na  tak 
beznadziejną sprawę. 

— No, to jest jasne. A teraz co do ptaka, muszę pana zawiadomić, że został zjedzony. 
— Zjedzony? — Baker ze wzruszenia na wpół uniósł się z krzesła. 
— Tak, i uważam, że nikomu z tego powodu nie stała się krzywda. Przypuszczam, że ta 

druga gęś, która leży na kredensie, tak samo świeża i ciężka jak tamta, równie dobrze będzie 
odpowiadała swemu przeznaczeniu. 

— Ależ oczywiście, tak! — odpowiedział przybyły z westchnieniem ulgi. 
— Zostały  jeszcze  z  pańskiego  ptaka  pióra,  żołądek,  łapy  i  tak  dalej,  i  jeżeli  pan  sobie 

życzy… 

Nasz gość wybuchnął serdecznym śmiechem. 
— Chyba  na  pamiątkę  mojej  przygody  —  powiedział  —  ale  poza  tym  cóż  mi  po  tych 

disiecta  membra

*

  nieboszczki  gęsi.  Nie,  nie,  za  pańskim  pozwoleniem  całą  moją  uwagę 

poświęcę temu wspaniałemu okazowi gęsiego rodu, który widzę na kredensie. 

Sherlock Holmes spojrzał na mnie znacząco i lekko wzruszył ramionami. 
— Tu jest pański kapelusz, a tu gęś. Przy okazji, czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie pan 

nabył tamtego ptaka? Przepadam za drobiem, a rzadko widziałem równie dorodny okaz. 

— Ależ  bardzo  proszę  —  powiedział  Baker,  który  właśnie  włożył  pod  pachę  odzyskaną 

własność. — Ja i kilku przyjaciół bywamy często w gospodzie „Alfa” koło Muzeum, gdzie 
pracujemy cały dzień. Tego roku nasz miły gospodarz założył gęsi klub; każdy członek tego 
klubu  wpłacając  co  tydzień  parę  pensów  miał  dostać  na  Boże  Narodzenie  gęś.  Ja  pilnie 
płaciłem składkę, a resztę pan zna. Jestem panu niezmiernie wdzięczny, gdyż szkocka czapka 
nie odpowiada ani mojemu wiekowi, ani powadze. — Z komiczną pompatycznością ukłonił się 
nam i wyszedł. 

— Tyle co do pana Henryka Bakera — powiedział Holmes, gdy drzwi się za nim zamknęły. 

— Jedno jest pewne, że nic nie wie o tej sprawie. Czy jesteś głodny, Watsonie? 

— Nie bardzo. 
— Proponuję więc, żebyśmy nasz obiad zamienili na kolację i ruszyli za tropem, dopóki jest 

jeszcze świeży. 

— A więc chodźmy. 
Noc  była  zimna.  Włożyliśmy  ciepłe  palta,  a  szyje  owinęliśmy  szalikami.  Na  dworze  na 

bezchmurnym niebie świeciły zimno gwiazdy, a kłęby pary wydychanej przez przechodniów 

                                                 

*

 Disiecta membra (łac.) — rozrzucone członki. 

background image

podobne  były  do  dymu  po  salwie  pistoletowej.  Przechodziliśmy  przez  dzielnicę  lekarzy: 
ulicami Wimpole, Harley i dalej przez Wigmore aż do Oxford Street; tupot naszych kroków 
brzmiał ostro i głośno. Po kwadransie byliśmy w Bloomsbury przed gospodą „Alfa”, która była 
niewielką piwiarnią na rogu jednej z ulic prowadzących do Holborn. Holmes pchnął drzwi i 
zamówił u rudawego gospodarza w białym fartuchu dwa kufle piwa. 

— Pańskie piwo powinno być równie znakomite jak gęsi — odezwał się mój przyjaciel. 
— Gęsi? — spytał zdumiony gospodarz. 
— Tak, niecałe pół  godziny temu rozmawiałem  z panem  Henrykiem Bakerem,  który był 

członkiem pańskiego klubu gęsiego. 

— Tak, teraz to rozumiem, ale widzi pan, to nie były nasze gęsi. 
— Czyjeż więc? 
— Dwa tuziny ich kupiłem u handlarza na rynku Covent Garden. 
— Znam ich tam kilku, u którego? 
— U Breckenridge’a. 
— Tego  akurat  nie znam.  A teraz życzę panu dobrego zdrowia i  pomyślności dla całego 

domu. Dobranoc. 

— Idziemy do Breckenridge’a — powiedział Holmes zapinając płaszcz, gdy wyszliśmy na 

mróz. — Pamiętaj, Watsonie, że choć na jednym końcu tego łańcucha mamy tak prozaiczne 
stworzenie  jak  gęś,  na  drugim  znajduje  się  człowiek,  który  na  pewno  dostanie  siedem  lat 
ciężkich  robót,  jeżeli  nie  uda  się  dowieść  jego  niewinności.  Być  może  nasze  śledztwo 
potwierdzi tylko jego winę, ale w każdym razie znaleźliśmy trop, który uszedł uwagi policji, a 
dziwnym zbiegiem okoliczności nam się nawinął. Idźmy teraz jego śladem aż do końca. A teraz 
zwrot na południe i naprzód marsz! 

Minęliśmy  Holborn,  Endell  Street  i  zygzakiem  slumsów

*

  doszliśmy  do  targu  Covent 

Garden. Nad jednym z większych straganów wisiał szyld z nazwiskiem Breckenridge, a sam 
właściciel, z twarzy podobny do konia, pomagał właśnie chłopcu zakładać deski. 

— Dobry wieczór, ale dziś zimno — powiedział Holmes. 
Kupiec przytaknął i spojrzał na mego towarzysza. 
— Już pan sprzedał wszystkie gęsi? — spytał Holmes wskazując na puste lady. 
— Jutro rano mogę panu dostarczyć choćby pięćset sztuk. 
— Nic mi z tego. 
— Jeszcze mają kilka w sklepie z gazowym oświetleniem. 
— Ale mnie polecono pana. 
— A kto? 
— Właściciel „Alfy”. 
— A tak, niedawno posłałem mu dwa tuziny. 
— Piękne ptaki. Gdzie je pan nabył? 
Ku memu zdziwieniu pytanie to wywołało wybuch gniewu kupca. 
— Mój panie! — krzyknął przekrzywiając głowę i podpierając się pod boki. — O co panu 

chodzi? Niech pan mi to zaraz szczerze powie. 

— Zupełnie szczerze: chciałbym wiedzieć, kto panu sprzedał gęsi, które dostarczył pan do 

„Alfy”. 

— A ja nie powiem i basta! 
— To nie ma dla mnie znaczenia, nie wiem tylko, dlaczego pan się tak unosi z powodu byle 

głupstwa? 

— Unosi, dobre sobie! Pan by się też uniósł, gdyby pana tak prześladowano jak mnie. Kiedy 

płacę dobrze za dobry towar, to sprawa powinna się na tym skończyć, ale jak się ciągle słyszy to 

                                                 

*

 Slums (ang.) — londyńskie siedliska nędzy. 

background image

trajkotanie: „Gdzie te gęsi?” i „Komu je pan sprzedał?” i „Ile pan wziął za te gęsi?”, to można 
pomyśleć, że innych gęsi nie ma na świecie. 

— Nie  mam  mc  wspólnego  z  tymi,  którzy  pana  wypytywali  —  powiedział  Holmes  od 

niechcenia.  —  Jeżeli pan nam  nie powie, po prostu  pewien zakład nie dojdzie do skutku, to 
wszystko. Ale ja znam się na drobiu, dlatego stawiam pięć szylingów, że ptak, którego jadłem, 
pochodzi ze wsi. 

— No, to pan stracił pięć szylingów, bo jest z miasta — warknął kupiec. 
— Nic podobnego. 
— A ja powiadam, że tak. 
— Nie wierzę panu. 
— Mój panie, niech pan sobie nie wyobraża, że pan wie o drobiu więcej niż ja, który zajmuję 

się tym od szczeniaka. Powiadam jeszcze raz, że wszystkie ptaki, które sprzedałem „Alfie”, 
były hodowane w mieście. 

— Nigdy mnie pan nie przekona. 
— No to założy się pan? 
— Nie chcę pana naciągać, gdyż jestem przekonany, że mam rację. Stawiam suwerena, po 

prostu żeby oduczyć pana uporu. 

Kupiec zaśmiał się drwiąco. 
— Bill, przynieś mi książki. 
Mały chłopiec wniósł cienki zeszyt i wielką oprawną księgę i położył je pod wiszącą lampą. 
— A teraz, panie uparty — powiedział kupiec — byłem pewien, że nie mam gęsi w sklepie, 

ale zanim skończę, przekona się pan, że jeszcze jedna tu została. Czy widzi pan ten zeszyt? 

— Tak. 
— Mam tu listę osób, od których kupuję. Na tej strome zapisane są nazwiska dostawców 

wiejskich i numery przy ich nazwiskach odpowiadają numerom rachunków w wielkiej księdze. 
A  teraz,  czy  widzi  pan  drugą  stronę  zapisaną  czerwonym  atramentem?  Tu  mam  listę  moich 
dostawców z miasta. O tu, trzecie nazwisko, proszę przeczytać. 

— M. Oakshott, 117 Brixton Road 249 — przeczytał Holmes. 
— O to chodziło, teraz proszę wziąć księgę główną. 
Holmes odszukał wskazaną stronę. — O mam, M. Oakshott, 117 Brixton Road, dostawczyni 

jaj i drobiu. 

— Jaki jest ostatni zapis? 
— Dwudziesty drugi grudnia — 24 gęsi po 7 szylingów 6 pensów. 
— Dobrze, a co pod spodem? 
— Sprzedano Windigate’owi z „Alfy” po 12 szylingów. 
— I co pan na to? 
Holmes wyglądał na poważnie zmartwionego. Wyciągnął z kieszeni suwerena, rzucił go na 

ladę  i  wyszedł  z  miną  człowieka,  którego  oburzenie  nie  ma  granic.  Kilka  jardów  dalej 
zatrzymał się pod lampą i zaśmiał się bezgłośnie, po swojemu. 

— Jeżeli  zobaczysz  człowieka  z  tak  przyciętymi  bokobrodami  i  różowym  programem 

wyścigowym  sterczącym  z  kieszeni,  możesz zawsze  złapać  go  na  zakład  —  powiedział.  — 
Jestem  przekonany,  że  gdybym  położył  przed  nim  sto  funtów,  nigdy  nie  udzieliłby  mi  tak 
wyczerpujących  informacji.  Zrobił  to  wyłącznie  dlatego,  żeby  wygrać  ze  mną  zakład.  Tak, 
Watsonie,  zbliżamy  się  do  końca  naszych  poszukiwań,  musimy  tylko  zdecydować,  czy 
pójdziemy do pani Oakshott zaraz, czy odłożymy tę wizytę do jutra rano. Z tego, co mówił ten 
ponury jegomość, jasno wynika, że jeszcze inne osoby interesują się tym, i chciałbym… 

Nagle  przerwała  mu  głośna  wrzawa,  która  powstała  przed  straganem  Breckenridge’a. 

Odwróciliśmy  się  szybko:  w  kręgu  wiszącej  lampy  ulicznej  stał  niepozorny  człowieczek  o 
twarzy szczura, a rozwścieczony kupiec wymachiwał nad nim pięściami. 

background image

— Mam już dosyć pańskich gęsi i pana — krzyczał — idźcie razem do diabła. Jeżeli jeszcze 

raz przyjdziesz pan do mnie z tą idiotyczną gadaniną, to poszczuję psem. Proszę przyprowadzić 
panią Oakshott, jej odpowiem, ale panu nic do tego, nie od pana kupiłem gęsi! 

— Nie, ale mimo to jedna z nich była moja — jęknął płaszczący się jegomość. 
— To upominaj się pan o nią u pani Oakshott. 
— Ona mi powiedziała, żeby spytać pana. 
— Pytaj pan choćby króla pruskiego, mnie to nic nie obchodzi. Mam już tego dość, jazda 

stąd! — Ruszył groźnie do przodu, a pytający zniknął w ciemności. 

— Ten człowiek oszczędzi nam wizyty na Bricton Road — szepnął Holmes. — Chodź ze 

mną, zobaczymy, na co się on nam przyda. 

Zaczęliśmy szybko iść mijając ludzi przechadzających się przed oświetlonymi straganami i 

wkrótce dogoniliśmy małego człowieczka. Gdy mój towarzysz dotknął jego ramienia, ten aż 
podskoczył  i  odwrócił  się  gwałtownie,  a  w  świetle  lampy  mogłem  dostrzec,  że  zbladł  jak 
ściana. 

— Kim pan jest i czego pan chce? — spytał łamiącym się głosem. 
— Zechce  mi  pan  wybaczyć  —  powiedział  uprzejmie  Holmes  —  ale  przypadkiem 

usłyszałem pytania, które przed chwilą zadawał pan kupcowi. Myślę, że mógłbym panu pomóc. 

— Kim pan jest? Co pan wie o tej sprawie? 
— Nazywam się Sherlock Holmes i moim zajęciem jest wiedzieć to, czego nie wiedzą inni. 
— Ale pan przecież nic nie może o tym wiedzieć! 
— Proszę  mi  wybaczyć,  wiem  wszystko.  Stara  się  pan  natrafić  na  ślad  gęsi,  które  były 

sprzedane  przez  panią  Oakshott  z  Brixton  Road  kupcowi  nazwiskiem  Breckenridge,  przez 
niego  z  kolei  Windigate’owi,  właścicielowi  gospody  „Alfa”,  który  sprzedał  je  wreszcie 
członkom swego gęsiego klubu, a jednym z nabywców był Henryk Baker. 

— Och,  jest  pan  człowiekiem,  którego  pragnąłem  spotkać!  —  zawołał  nieznajomy 

wyciągając drżące ręce. — : Trudno mi wprost wytłumaczyć panu, jak bardzo ta sprawa mnie 
obchodzi. 

Sherlock Holmes zatrzymał przejeżdżającą karetę. 
— Tę sprawę lepiej omówić w zacisznym pokoju niż na targu, gdzie hula wiatr — zauważył. 

— Ale zanim wsiądziemy, niech mi pan powie, z kim mam przyjemność rozmawiać? 

Mężczyzna chwilę się wahał. 
— Nazywam się John Robinson — odpowiedział patrząc z ukosa. 
— Nie,  nie,  proszę  o  prawdziwe  nazwisko  —  powiedział  łagodnie  Holmes  —  to  jakoś 

niezręcznie omawiać ważną sprawę z kimś, kto używa pseudonimu. 

Twarz nieznajomego spłonęła krwawym rumieńcem. 
— A więc naprawdę nazywam się John Ryder. 
— Wiem, zarządzający hotelem „Cosmopolitan”. Proszę, niech pan wsiada, a wkrótce będę 

mógł wyjaśnić panu wszystko, co pan zechce. 

Niski  człowieczek  patrzył  to  na  mnie,  to  na  Holmesa  na  poły  z  przerażeniem,  na  poły  z 

nadzieją,  jak  człowiek,  który  nie  wie,  czy  jest  u  progu  szczęścia  czy  katastrofy.  Po  chwili 
wahania wsiadł i w pół godziny potem znaleźliśmy się znów w bawialni na Baker Street. 

W czasie jazdy milczeliśmy, ale szybki oddech naszego towarzysza, nerwowe splatanie i 

rozplatanie rąk świadczyły wyraźnie, w jakim stanie napięcia nerwowego się znajduje. 

— Jesteśmy na miejscu! — zawołał wesoło Holmes, gdy weszliśmy do pokoju. — W taką 

pogodę ogień na kominku to najlepsza rzecz. Wygląda pan na zmarzniętego, Ryder. Proszę, 
niech pan usiądzie na tym wyplatanym krześle. Zanim jednak przystąpimy do sprawy, włożę 
miękkie pantofle. No, teraz jestem gotów! Zapewne chciałby pan wiedzieć, co się stało z tymi 
gęśmi. 

— Tak, proszę pana. 

background image

— A  raczej,  jak  przypuszczam,  z  tą  gęsią.  Był  jeden  ptak,  którym  interesował  się  pan 

specjalnie — biały z czarną łatą w poprzek ogona. 

Ryder zadrżał z wrażenia. 
— Och, panie! — zawołał. — Czy może mi pan powiedzieć, co się z nią stało? 
— Znalazła się tutaj. 
— Tutaj? 
— Tak, i okazało się, że jest to niezwykle ciekawy okaz. Wcale się nie dziwię, że pan tak się 

nią  interesuje.  Po  śmierci  złożyła  jajko,  najpiękniejsze  błękitne  jajko,  jakie  kiedykolwiek 
widziałem. Mam je tu w moim muzeum. 

Nasz  gość  zerwał  się  na  równe  nogi  i  prawą  ręką  chwycił  za  brzeg  kominka.  Holmes 

otworzył kasetkę i wyjął błękitny karbunkuł, który zabłysnął promienistą jasnością jak zimna, 
lśniąca gwiazda. Ryder stał jak wryty, wpatrzony w kamień, boleśnie skurczona twarz wyrażała 
niepewność, czy zażądać zwrotu klejnotu, czy się go wyprzeć. 

— Gra się skończyła, Ryder — powiedział spokojnie Holmes. — Trzymaj się, człowieku, 

bo inaczej wpadniesz w ogień. Watsome, posadź go na krześle. Nie ma dość zimnej krwi, aby 
bezkarnie  popełniać  przestępstwo.  Daj  mu  łyk  brandy.  Tak,  teraz  jest  bardziej  podobny  do 
człowieka. Jakiż to podły tchórz! 

Przez chwilę Ryder chwiał się, tak że omal nie upadł, ale brandy przywróciło kolor jego 

policzkom, siadł wpatrzony z przerażeniem w swego oskarżyciela. 

— Mam  w  ręku  wszystkie  potrzebne  mi  dowody,  więc  niewiele  chciałbym  się  od  pana 

dowiedzieć.  Te  nieliczne  szczegóły  mogą  jednak  wyjaśnić  całkowicie  sprawę.  Skąd  pan 
wiedział o błękitnym kamieniu księżnej Morcar? 

— Powiedziała mi o tym Katarzyna Cusack — odpowiedział łamiącym się głosem Ryder. 
— A  więc  tak,  pokojówka  księżnej.  Pokusa  nagłego,  łatwego  wzbogacenia  się  była  zbyt 

silna  dla  pana,  zresztą  i  lepsi  od  pana  ludzie  jej  ulegali,  ale  pan  nie  przebierał  w  środkach. 
Wydaje mi się, Ryder, że ma pan wszelkie zadatki na skończonego łotra. Wiedziałeś pan, że 
ślusarz Horner zamieszany już był w podobną sprawę i że przede wszystkim na niego padną 
podejrzenia. Cóż pan zrobił? Przygotował pan razem ze swą wspólniczką Cusack jakąś drobną 
reperację  w  pokoju  księżnej  i  tak  pokierował  sprawą,  żeby  posłano  po  Homera.  A  kiedy 
wyszedł,  okradłeś  pan  szkatułkę,  wszcząłeś  alarm  i  spowodowałeś  aresztowanie  tego 
nieszczęśliwca. Potem… 

W tej chwili Ryder rzucił się nagle do kolan mego przyjaciela. 
— Na miłość boską! Miej pan litość nade mną — zawołał. — Pomyśl o moim ojcu i matce, 

to ich załamie. Nigdy nie popełniłem nic złego! I nigdy więcej tego nie zrobię. Przysięgnę na 
Biblię. Tylko nie oddawaj sprawy do sądu! Błagam, nie rób tego! 

— Usiądź, Ryder — powiedział surowo Holmes. — Dobrze ci teraz wić się i pełzać, ale 

przedtem jakoś nie pomyślałeś o tym biedaku Homerze, który niewinnie znalazł się na ławie 
oskarżonych. 

— Ucieknę, panie Holmes! Wyjadę z kraju, a wtedy oskarżenie przeciwko niemu zostanie 

wycofane. 

— Hm. — Musimy o tym jeszcze porozmawiać. A teraz proszę mówić prawdę, jak to było 

dalej. Jakim sposobem kamień znalazł się w gęsi i jak się ta gęś dostała na rynek? Mów prawdę, 
Ryder, bo tylko w niej leży nadzieja twego ratunku. 

Ryder zwilżył językiem wyschnięte wargi. 
— Opowiem panu wszystko, jak było. Kiedy Horner został aresztowany, wydawało mi się, 

że najlepiej będzie uciec, bo przecież nie wiedziałem, kiedy policja może wpaść na pomysł 
przeszukania  mnie  i  moich  rzeczy,  a  w  hotelu  nie  było  dla  kamienia  bezpiecznego  miejsca. 
Wyszedłem udając, że mam coś pilnego do załatwienia, i poszedłem do mojej siostry. Wyszła 
ona  za  mąż  za  Oakshotta,  mieszka  na  Brixton  Road  i  tuczy  drób  na  sprzedaż.  Po  drodze 
wydawało mi się, że każdy człowiek, którego spotykam, jest detektywem albo policjantem, i 

background image

chociaż wieczór był zimny, pot mi spływał po twarzy. Moja siostra zapytała mnie, czego chcę i 
dlaczego jestem taki blady. Odpowiedziałem jej, że się przejąłem kradzieżą biżuterii w hotelu. 
Potem poszedłem na podwórko, zapaliłem fajkę i zacząłem myśleć, co mam począć. 

Miałem kiedyś przyjaciela nazwiskiem Maudsley, który zszedł na złą drogę i odsiadywał 

karę w Petonville. Pewnego dnia spotkał mnie i zaczął opowiadać o sposobach złodziejów i o 
tym, jak się pozbywają ukradzionych rzeczy. Wiedziałem, że mi pomoże, bo znam kilka jego 
sprawek,  postanowiłem  więc  iść  do  Kilburn,  gdzie  mieszka,  opowiedzieć  mu  wszystko  w 
zaufaniu  i  poradzić  się,  jak  spieniężyć  kamień.  Ale  jak  się  do  niego  dostać?  Pomyślałem  o 
strachu,  jaki  przeżyłem  idąc  z  hotelu  do  siostry.  Mogłem  przecież  w  każdej  chwili  być 
zatrzymany i zrewidowany, a w kieszeni mojej kamizelki leżał kamień. Oparłem się o ścianę i 
zapatrzyłem na gęsi, które kręciły się koło moich nóg. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł, 
dzięki któremu mogłem wyprowadzić w pole najlepszego na świecie detektywa. 

Kilka tygodni temu siostra powiedziała mi, że mam sobie wybrać jako prezent świąteczny 

jedną z gęsi — wiedziałem, że zawsze dotrzymuje słowa. Postanowiłem, że zaraz wezmę gęś i 
w niej przeniosę kamień do Kilburn. Na podwórku stała niewielka szopa, wpędziłem za nią 
tłustą gęś z czarną łatą na ogonie. Tam ją złapałem, otworzyłem dziób i wsadziłem kamień tak 
daleko, jak sięgnął palec. Gęś przełknęła i wyczułem, że kamień przeszedł przez przełyk do 
żołądka. Tak się przy tym wyrywała i machała skrzydłami, że wyszła moja siostra zobaczyć, co 
się dzieje. Kiedy się odwróciłem, żeby jej powiedzieć, podłe ptaszysko wyrwało mi się z rąk i 
uciekło do innych. 

— Coś ty tu wyprawiał z tą gęsią. Jem? — spytała siostra. 
— Powiedziałaś,  że  dasz  mi  jedną  na  Boże  Narodzenie,  patrzyłem  więc,  która  jest 

najtłustsza. 

— Twoją trzymamy osobno, nazywamy ją gęsią Jema, o, to ta biała, duża. Mam ich teraz 

dwadzieścia sześć: jedna dla ciebie, druga dla nas i dwa tuziny na sprzedaż. 

— Dziękuję  ci  bardzo,  Maggie,  ale  jeżeli  nie  zrobi  ci  to  różnicy,  wezmę  tę,  którą  przed 

chwilą oglądałem. 

— Tamta jest ze trzy funty cięższa, tuczyliśmy ją specjalnie dla ciebie. 
— Mniejsza o to. Chcę mieć tamtą i zaraz ją zabiorę. 
— Rób,  jak  ci  się  podoba  —  powiedziała  trochę  zagniewana  Maggie.  —  No  więc  którą 

wybrałeś? 

— O, tę z łatą na ogonie, w samym środku stada. 
— Dobrze, zabij ją i zabieraj sobie. 
Zrobiłem, jak mi powiedziała, panie Holmes, i zaniosłem ptaka do Kilburn. Opowiedziałem 

memu kumplowi o wszystkim; to człowiek, z którym łatwo mówić o takich rzeczach. Śmiał się, 
aż go zatkało, potem wzięliśmy nóż i rozcięliśmy gęś. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłem, że 
nie  ma  kamienia,  i  zrozumiałem,  że  popełniłem  straszną  omyłkę.  Zostawiłem  u  niego  gęś  i 
pobiegłem do siostry. Wpadłem na podwórko — nie było ani jednego ptaka. 

— Gdzie się podziały gęsi, Maggie? 
— Odesłane do handlarza. 
— Do jakiego znów handlarza? 
— Do Breckenridge’a na Covent Garden. 
— A czy była inna z łaciastym ogonem? — spytałem. — Taka sama jak ta, którą wybrałem? 
— Tak. Jem, były dwie z łaciastymi ogonami i nigdy nie mogłam ich rozróżnić. 
Poleciałem do Breckenridge’a, ale sprzedał całą partię od ręki i nie chciał mi powiedzieć, 

komu. Sam pan go słyszał. Tak mi zawsze odpowiadał. Moja siostra myśli, że zwariowałem. 
Mnie samemu też się czasem tak wydaje. A teraz… teraz jestem napiętnowany na zawsze jako 
złodziej, choć nawet nie tknąłem bogactwa, dla którego zaprzedałem dobre imię. Boże, zmiłuj 
się! Zmiłuj się nade mną! — Ryder ukrył twarz w dłoniach i wybuchnął rozpaczliwym łkaniem. 

background image

Zapanowała  długa  cisza  przerywana  tylko  płaczem  i  rytmicznym  uderzeniem  palców 

Sherlocka Holmesa o brzeg stołu. Nagle mój przyjaciel wstał i otworzył drzwi. 

— Precz stąd! 
— Co?… Niech pana Bóg błogosławi! 
— Ani słowa więcej, precz stąd! 
To wystarczyło. Rozległ się tylko tupot na schodach, trzaśniecie drzwiami i głośne kroki na 

ulicy. 

— Mimo wszystko, Watsonie — powiedział Holmes wyciągając rękę po swą glinianą fajkę 

—  nie  jestem  zaangażowany  przez  policję,  żeby  naprawiać  ich  pomyłki.  Gdyby  Homerowi 
groziło  niebezpieczeństwo,  to  co  innego,  ale  Ryder  nie  będzie  zeznawał  i  sprawa  zostanie 
umorzona. Być może popełniłem przestępstwo, ale jest równie możliwe, że ratuję od zagłady 
człowieka.  Ryder  nie  zrobi  więcej  nic  złego,  jest  na  to  zbyt  przerażony.  Poślij  go  teraz  do 
więzienia, a zrobisz z niego przestępcę na całe życie. Poza tym mamy teraz okres przebaczenia. 
Przypadek postawił na naszej drodze dziwną i zabawną historię, a jej rozwiązanie powinno być 
wystarczającą  nagrodę.  Bądź  tak  dobry,  doktorze,  i  pociągnij  za  dzwonek,  a  za  chwilę 
zaczniemy innego rodzaju dochodzenie, w którym ptak również będzie grał główną rolę. 

Przełożyła Irena Doleżal–Nowicka 

background image

N

AKRAPIANA PRZEPASKA NIESIE ŚMIERĆ

 

 
Przeglądam  swe  notatki,  obejmujące  siedemdziesiąt  jakże  oryginalnych  wypadków,  w 

których  toku  na  przestrzeni  ubiegłych  ośmiu  lat  przestudiowałem  metody  działania  mego 
przyjaciela  Sherlocka  Holmesa.  Znalazłem  tam  wiele  spraw  tragicznych,  kilka  nie 
pozbawionych  aspektu  humorystycznego,  wreszcie  sporą  liczbę  zasługujących  jedynie  na 
miano dziwacznych, lecz ani jednej banalnej. Holmes bowiem powodował się w swej pracy 
umiłowaniem sztuki, a nie chęcią zdobycia bogactw. Dlatego też nigdy nie chciał zajmować się 
dochodzeniami,  które  by  nie  dotyczyły  czegoś  niezwykłego  czy  też  wręcz  fantastycznego. 
Wśród wszystkich jednak tych przeróżnych przypadków nie pomnę bardziej osobliwego niż 
sprawa wiążąca się z dobrze znaną w Surrey rodziną Roylott ze Stoke Moran. Akcja sprawy 
rozegrała się w początkowym stadium mojej przyjaźni z Holmesem, kiedy jako kawalerowie 
zajmowaliśmy wspólne mieszkanie na Baker Street. Niewykluczone, iż mógłbym ją wcześniej 
umieścić  w  swym  zbiorku,  lecz  w  owym  czasie  zobowiązałem  się  zachować  wszystko  w 
tajemnicy.  Zwolniła  mnie  od  tego  dopiero  w  ostatnim  miesiącu  przedwczesna  śmierć  owej 
lady, której właśnie złożyłem to przyrzeczenie. Obecnie sprawa ujrzy światło dzienne. I chyba 
dobrze się stanie. Jak się bowiem okazało, odnośnie do śmierci dr Grimesby Roylotta szerzyły 
się  pogłoski  przedstawiające  zdarzenie  w  o  wiele  straszniejszych  barwach,  niż  było  to  w 
rzeczywistości. 

Zdarzyło się to w kwietniu 1883 roku. Obudziłem się bardzo wcześnie rano i spostrzegłem 

Sherlocka  Holmesa,  zupełnie  już  ubranego,  stojącego  obok  mego  łóżka.  Z  reguły  wstawał 
późno, a tymczasem, jak wskazywał zegar stojący na gzymsie kominka, było dopiero kwadrans 
po siódmej. Mrużąc oczy, spojrzałem nań ze zdumieniem, a nawet może trochę z niechęcią, 
ponieważ lubiłem się trzymać swoich obyczajów. 

— Bardzo  mi  przykro  Watsonie,  że  cię  obudziłem  —  rzekł  —  lecz  dziś  nam  wszystkim 

przypadło to w udziale. Najpierw ktoś obudził panią Hudson, ona z kolei mnie, a ja ciebie. 

— Co się stało? Pali się? 
— Nie!  To  klient.  Młoda  dama.  Przybyła,  jak  mi  się  zdaje,  w  stanie  największego 

wzburzenia, które zmusiło ja do znalezienia mnie. Teraz czeka w pokoju bawialnym. No cóż! 
Gdy  młode  damy  rankiem  o  takiej  godzinie  przyjeżdżają  do  stolicy  i  wyciągają  z  łóżek 
śpiących ludzi, to najprawdopodobniej mają do zakomunikowania coś bardzo pilnego. Gdyby 
sprawa ta okazała się ciekawym przypadkiem, pragnąłbym śledzić tok wydarzeń od początku. 
W każdym razie sądziłem, że powinienem cię obudzić i dać ci okazję. 

— Drogi przyjacielu! Za nic nie chciałbym jej stracić! 
Cóż  było  dla  mnie  przyjemniejszego,  jak  towarzyszyć  Holmesowi  w  jego  zawodowych 

dochodzeniach i podziwiać bystry, dedukcyjny sposób jego rozumowania, tak lotny i zarazem 
intuicyjnie  wyczulony.  Wnioski  jednak  zawsze  opierały  się  na  rzetelnej  logice,  za  pomocą 
której rozwiązywał zawiłe zagadki, jakie mu przedkładano. 

W pośpiechu chwyciłem ubranie i po kilku minutach byłem już gotów towarzyszyć memu 

przyjacielowi. Zeszliśmy na dół do ba — wialni. Przy oknie siedziała dama w czarnej sukni, 
mocno zawoalowana. Skoro tylko weszliśmy, wstała. 

— Dzień dobry pani! — rzekł Holmes pogodnie. — Nazywam się Sherlock Holmes. A oto 

mój zaufany przyjaciel i wspólnik, dr Watson, wobec którego może pani mówić tak swobodnie 
jak  wobec  mnie.  O,  bardzo  mnie  cieszy,  że  pani  Hudson  wpadła  na  myśl,  by  napalić  w 
kominku. Proszę przysunąć się do niego, a ja każę pani podać filiżankę gorącej kawy. Widzę 
bowiem, że pani drży. 

— Drżę nie z powodu zimna! — odrzekła cicho kobieta, zmieniając miejsce stosownie do 

rady Holmesa. 

— A z jakiej przyczyny? 

background image

— Ze strachu, Mr Holmes! Z przerażenia! — Mówiąc te słowa, zerwała woalkę. Mogliśmy 

naocznie  przekonać  się,  iż  rzeczywiście  znajdowała  się  w  politowania  godnym  stanie 
wzburzenia. Poszarzała, skurczona twarz o niespokojnych, przerażonych oczach, podobnych 
do  oczu  szczutego  zwierzęcia.  Rysy  twarzy  i  figura  kobiety  trzydziestoletniej,  lecz  włosy 
przedwcześnie szpakowate, a ruchy nieopanowane i zmęczone. Sherlock Holmes zbliżył się, 
obrzucając ją jednym ze swych szybkich, wszystko obejmujących spojrzeń. 

— Proszę się nie obawiać! — powiedział łagodnie, pochylając się do przodu, gładząc lekko 

jej ramię. — Wkrótce uporządkujemy sprawy i wszystko będzie dobrze. Nie mam co do tego 
żadnych wątpliwości. Pani, jak widzę, przyjechała pociągiem. 

— A więc pan mnie zna? 
— Nie!  Lecz  zauważyłem  drugą  połowę  powrotnego  biletu  zatkniętą  za  pani  lewą 

rękawiczką. Musiała pani wcześnie wyjechać z domu i odbyć długą jazdę dwukołową bryczką 
po okropnych drogach, zanim dotarła pani na stację. 

Kobieta  poruszyła  się  gwałtownie  i  kompletnie  zmieszana  wlepiła  w  mego  przyjaciela 

zdumiony wzrok. 

— To nie czary, droga pani! — dodał Holmes ze śmiechem. — Lewy rękaw pani żakietu jest 

zabrudzony  błotem  co  najmniej  w  siedmiu  miejscach.  Plamy  są  zupełnie  świeże.  Spośród 
wszystkich  pojazdów  konnych  jedynie  w  dwukołowej  bryczce  można  się  w  ten  sposób 
pobrudzić, i to tylko wtedy, gdy siądzie pani z lewej strony, obok woźnicy. 

— Jakiekolwiek były pana przesłanki, odtworzył pan wszystko tak, jak było — przytaknęła. 

—  Wyruszyłam  z  domu  przed  szóstą,  dotarłam  do  Leatherhead  dwadzieścia  po  szóstej.  I 
przyjechałam pociągiem do Waterloo. Proszę pana, ja nie zniosę dłużej tego napięcia! Oszaleję, 
jeśli  to  potrwa  dłużej!  Nie  mam  nikogo,  do  kogo  mogłabym  się  zwrócić  w  tej  sprawie,  z 
wyjątkiem jednego człowieka, który troszczy się o mnie. Ale on, biedaczysko, niewiele może 
mi  pomóc.  Słyszałam  o  panu  Mr  Holmes.  Słyszałam  o  panu  od  Mrs  Farintosh,  której  pan 
pomógł, gdy znalazła się niegdyś w okropnej sytuacji. Właśnie od niej mam pański adres. Och, 
proszę pana! Jak pan sądzi, czy mógłby mi pan pomóc i rzucić w końcu choćby nikły promień 
światła w gęste ciemności,  jakie mnie otaczają? Obecnie byłoby ponad  moje siły próbować 
wynagrodzić pańskie usługi. Lecz w ciągu miesiąca lub dwu wyjdę za mąż i otrzymam wiano, 
zachowując  kontrolę  swych  dochodów.  Wówczas  przekona  się  pan,  że  nie  jestem 
niewdzięczna. 

Holmes  odwrócił  się  do  biurka.  Otworzył  je  i  wyjął  mały  notatnik,  którego  rady  często 

zasięgał. 

— Farintosh — rzekł. — Ach tak! Pamiętam ten przypadek. Łączył się z tiarą z opali. To 

było chyba, zanim zaczęliśmy współpracować, Watsonie. Mogę tylko powiedzieć, proszę pani, 
że z radością poświęcę pani sprawie tyle samo starań co jej przyjaciółce. Co do wynagrodzenia, 
to  samo  wykonywanie  mego  zawodu  stanowi  dostatecznie  wynagrodzenie.  Lecz  naturalnie 
pozostawiam  pani  zupełną  swobodę  pokrycia  w  czasie  dla  niej  najbardziej  odpowiednim 
ewentualnych wydatków, które bym poczynił. A teraz proszę opowiedzieć nam wszystko, co 
mogłoby pomóc w wyrobieniu sobie jasnego pojęcia o sprawie. 

— Niestety! — odparł nasz gość. — Moje obawy są mgliste, a podejrzenia opierają się na 

całkowicie kruchych przesłankach, które osobom postronnym mogą wydawać się nieistotne. 
Toteż nawet ten spośród wszystkich, którego pomocy i rady mam prawo się spodziewać, uważa 
wszystko, co mu opowiadam na temat tej sprawy, za urojenia kobiety o wrażliwych nerwach. 
Nie mówi tego. Lecz myśl mogę wyczytać z łagodnych odpowiedzi i umykających spojrzeń. 
Otóż na tym polega cała groza mej sytuacji. Lecz słyszałam, Mr Holmes, że pan potrafi zgłębić 
liczne  tajniki  i  zło  ludzkich  serc.  Pan  mi  zapewne  poradzi,  jak  poruszać  się  wśród 
niebezpieczeństw, które mnie zewsząd otaczają. 

— Słucham panią z największą uwagą! 

background image

— Nazywam  się  Helena  Stoner.  Mieszkam  wraz  z  ojczymem,  jedynym  pozostałym  przy 

życiu potomkiem jednej z najstarszych saksońskich rodzin w Anglii, Roylott ze Stoke Moran, 
na zachodnich rubieżach hrabstwa Surrey. 

Holmes skinął głową. 
— Nazwisko nie jest mi obce — rzekł. 
— Niegdyś ród ten należał do najbogatszych w Anglii. A włości rozciągały się poza granice 

w  kierunku  Serkshire  na  północy  i  Hampshire  za  zachodzie.  Jednak  w  ostatnim  stuleciu 
czterech kolejnych dziedziców fortuny odznaczało się rozpustnym i utracjuszowskim trybem 
życiu. A karciarz spowodował zupełny upadek w czasach regencji. Nic nie ocalało z wyjątkiem 
kilku akrów ziemi i starego dwustu — letniego domu, który zresztą jest obciążony hipotecznie 
do  granic  możliwości.  Zamieszkał  w  nim  ostatni  dziedzic,  wiodąc  żałosny  żywot  biednego 
arystokraty. Jednak jego jedyny syn, a mój ojczym, zrozumiał, że musi się przystosować do 
nowych warunków. Dzięki radzie i pomocy krewnego został lekarzem i wyjechał do Kalkuty. 
Umiejętności zawodowe i siła charakteru pozwoliły mu na rozwinięcie tam rozległej praktyki. 
Ale w napadzie gniewu spowodowanego kradzieżą, jaka wydarzyła się w domu, zabił swego 
służącego tubylca i ledwo uniknął wyroku śmierci. W każdym razie skazano go na długoletnie 
więzienie. A po odbyciu kary wrócił do Anglii jako załamany i zrzędzący człowiek. 

Będąc jeszcze w Indiach, dr Roylott ożenił się z moją matką, panią Stoner, młodą wdową po 

generale  —  majorze  Stonerze  z  Bengalskiej  Artylerii.  Moja  bliźniacza  siostra  Julia  i  ja 
miałyśmy  zaledwie  po  dwa  lata,  gdy  mama  wyszła  powtórnie  za  mąż.  Posiadała  pokaźny 
kapitał,  przynoszący  co  najmniej  tysiąc  funtów  szterlingów  rocznego  dochodu,  i  w  całości 
zapisała  go  w  spadku  dr  Roylottowi  do  chwili,  gdy  będziemy  mieszkały  wraz  z  nim,  z 
zastrzeżeniem, iż każdej z nas w wypadku  małżeństwa przyznana zostanie pewna określona 
kwota rocznego dochodu. 

Krótko  po  naszym  powrocie  do  Anglii  matka  moja  umarła.  Zginęła  osiem  lat  temu  w 

wypadku  kolejowym  nie  opodal  Crewe.  Dr  Roylott  poniechał  prób  rozwinięcia  praktyki 
lekarskiej  w  Londynie  i  skłonił  nas  do  zamieszkania  z  nim  w  starej  rezydencji  rodzinnej  w 
Stoke Moran. Pieniądze pozostawione przez matkę wystarczały na wszelkie nasze potrzeby i 
wydawało się, że naszego szczęścia nic nie jest w stanie zakłócić! 

W  owym  czasie  jednak  ojczym  strasznie  się  zmienił.  Zamiast  nawiązywać  przyjaźnie  i 

wymieniać wizyty z sąsiadami, którzy zrazu cieszyli się, widząc znów Roylotta ze Stoke Moran 
w starej siedzibie rodowej, zamknął się w swym domostwie i rzadko zeń wychodził. A gdy już 
to  czynił,  wywoływał  gwałtowne  kłótnie  z  każdym,  kto  stanął  mu  na  drodze.  Gwałtowne 
usposobienie  graniczące  z  manią  dziedziczyli  wszyscy  potomkowie  tego  rodu.  U  mojego 
ojczyma  cechy  te  występowały  ze  zwiększoną  siłą  prawdopodobnie  wskutek  długotrwałej 
bytności  w  tropikach.  Dochodziło  do  wielu  awantur,  z  których  dwie  zakończyły  się  na 
posterunku policji. W końcu stał się postrachem wioski i ludzie uciekali na sam jego widok. Był 
bowiem człowiekiem o niespotykanej sile i zupełnie nie umiał hamować swego gniewu. 

W ubiegłym tygodniu rzucił miejscowego kowala przez poręcz mostu do rzeki. I jedynie 

dzięki odszkodowaniu, na które poszły wszystkie pieniądze, jakie tylko mogłam zebrać, udało 
się  zapobiec  dalszym  nieprzyjemnościom.  Zupełnie  nie  ma  przyjaciół  z  wyjątkiem 
wędrownych Cyganów. Pozwala tym włóczęgom rozbijać obóz na kilku akrach ziemi pokrytej 
jeżynami  i  cierniami,  stanowiącej  pozostałość  rodowych  włości.  A  w  zamian  przyjmuje 
gościnę  pod  ich  namiotami  i  wędruje  czasem  z  nimi  całymi  tygodniami.  Znajduje  również 
upodobanie  w  indyjskich  zwierzętach,  które  specjalnie  sprowadził.  Obecnie  trzyma  geparda 
azjatyckiego  i  pawiana,  chodzą  one  swobodnie  po  jego  gruntach  i  stanowią  postrach 
okolicznych chłopów, podobnie zresztą jak ich właściciel. 

Z tego, co powiedziałam, może pan sobie wyobrazić, że ani moja siostra Julia, ani ja nie 

miałyśmy zbyt przyjemnego życia. Nikt ze służby nie mógł u nas wytrzymać i przez długi czas 

background image

musiałyśmy  same  wykonywać  wszelkie  roboty  domowe.  Siostra  liczyła  w  chwili  śmierci 
trzydzieści lat, a już włosy poczęły jej siwieć, podobnie jak moje. 

— A więc siostra pani nie żyje? 
— Zmarła przed dwoma laty. I właśnie o jej śmierci pragnęłam mówić z panem. Jak się pan 

zorientował,  prowadząc  tego  rodzaju  tryb  życia,  nie  miałyśmy  właściwie  żadnej  okazji 
widywania  jakichkolwiek  rówieśników  o  równym  nam  poziomie.  Mamy  jednak  ciotkę, 
niezamężną siostrę mojej matki, pannę Honorię Westpail. Mieszka ona nie opodal Harrow i 
czasami  otrzymywałyśmy  pozwolenie  na  krótkie  odwiedziny  w  domostwie  tej  damy.  Julia 
wybrała  się  tam  dwa  lata  temu  na  święta  Bożego  Narodzenia  i  poznała  majora  piechoty 
morskiej, w którym zakochała się. Ojczym dowiedział się o tym po jej powrocie do domu. Nie 
stawiał  jednak  żadnych  przeszkód  na  drodze  do  małżeństwa.  Lecz  na  dwa  tygodnie  przed 
ustaloną datą ślubu zdarzył się straszny wypadek, w następstwie którego utraciłam mą jedyną 
siostrę. 

Dotychczas  Sherlock  Holmes  spoczywał  wygodnie  w  fotelu,  mając  oczy  przymknięte  i 

głowę  wspartą  na  poduszeczce.  Teraz  jednak,  na  wpół  otwierając  powieki,  przeszył  gościa 
przenikliwym spojrzeniem. 

— Proszę dokładnie opowiedzieć wszystko ze szczegółami — rzekł. 
— Nie  sprawi  mi  to  trudności,  gdyż  wszelkie  okoliczności,  jakie  miały  wtedy  miejsce, 

głęboko  wryły  mi  się  w  pamięć.  Dwór,  jak  już  wspomniałam,  jest  bardzo  stary  i  obecnie 
zamieszkujemy  tylko  jedno  jego  skrzydło.  Sypialnie  umieszczone  są  w  tym  skrzydle  na 
parterze, a pokoje bawialne znajdują się w centralnym bloku kompleksu budynków. Pierwszy z 
pokoi  sypialnych  należy  do  dr  Roylotta,  drugi  należał  do  mojej  siostry,  a  trzeci  do  mnie. 
Wszystkie wychodzą na ten sam korytarz, lecz między sobą nie mają żadnych połączeń. Czy 
opisuję to w zrozumiały sposób? 

— Najzupełniej. 
— Pod oknami wszystkich trzech pokoi rozciągał się trawnik. Owej nieszczęsnej nocy dr 

Roylott udał się wcześnie do sypialni. Wiedziałyśmy jednak, że nie poszedł spać, gdyż siostra 
poczuła przykry dla niej dym niezwykle mocnych cygar indyjskich, jakie miał zwyczaj palić. 
Dlatego  właśnie  opuściła  swój  pokój  i  przyszła  do  mnie.  Przez  jakiś  czas  siedziałyśmy, 
gawędząc  o  jej  nadchodzącym  ślubie.  O  jedenastej  godzinie  zamierzała  mnie  opuścić,  lecz 
odwracając się przy drzwiach, przystanęła. 

— Powiedz, Heleno — rzekła — czy nigdy nie dochodziły cię wśród głębokiej ciszy nocnej 

jakieś gwizdy? 

— Nigdy — odparłam. 
— Nie sądzę, żebyś to ty gwizdała przez sen? 
— Na pewno nie! Lecz dlaczego o to pytasz? 
— Ponieważ w ciągu ostatnich kilku nocy około trzeciej godziny zawsze słyszałam cichy, 

wyraźny  gwizd.  Odgłos  ten  budził  mnie  z  sąsiedniego  pokoju  albo  też  od  strony  trawnika. 
Właśnie chciałam cię spytać, czy ty niczego nie słyszałaś. 

— Nie, nie słyszałam. Zapewne to ci nikczemni Cyganie z obozu. 
— Bardzo możliwe. Jeśli jednak odgłosy pochodziły od strony trawnika, dziwię się, że ty 

nic nie słyszałaś. 

— Ach, przecież śpię znacznie mocniej niż ty. 
— No  dobrze!  Ostatecznie  nie  ma  to  większego  znaczenia  —  uśmiechnęła  się  do  mnie, 

zamykając  drzwi,  a  w  chwilę  potem  usłyszałam  odgłos  przekręcanego  przez  nią  klucza  w 
zamku. 

— Być może — rzekł Holmes. — Czy panie miały zwyczaj zawsze zamykać się na noc na 

klucz. 

— Zawsze. 
— A dlaczego? 

background image

— Zdaje się, wspomniałam panu, że doktor trzymał geparda i pawiana. Nie czułyśmy się 

bezpiecznie, dopóki drzwi nie były zamknięte na klucz. 

— Oczywiście. Proszę, niech pani opowiada dalej. 
— Owej nocy nie mogłam zasnąć. Przytłaczało mnie nieokreślone uczucie nadchodzącego 

nieszczęścia.  Siostra  i  ja,  jak  pan  wie,  byłyśmy  bliźniaczkami.  Zapewne  zna  pan  również 
subtelne więzy łączące dwie dusze tak mocno ze sobą zjednoczone. Straszna to była noc. Wiatr 
wył na dworze, a deszcz zacinał, rozbryzgując się o szyby. Nagle wśród szumu i wycia wichru 
rozległ  się  rozdzierający  krzyk  przerażonej  kobiety.  Poznałam  głos  mojej  siostry. 
Wyskoczyłam  z  łóżka,  owinęłam  się  szalem  i  wybiegłam  na  korytarz.  W  chwili,  gdy 
otwierałam drzwi mego pokoju, wydało mi się, że słyszę cichy gwizd podobny do tego, jaki 
opisała  moja  siostra.  A  po  chwili  rozległ  się  głośny  łoskot,  jakby  zwaliła  się  jakaś  sterta 
żelastwa. Kiedy jednak dotarłam do pokoju siostry, drzwi okazały się nie zamknięte na klucz i 
łatwo otworzyły się. Moim zdumionym oczom ukazała się wstrząsająca scena. W pierwszej 
chwili nie wiedziałam, co począć. Otóż w świetle lampy korytarzowej na pierwszym planie 
ujrzałam moją siostrę z twarzą pobladłą wskutek okropnego przerażenia. Jej ręce niepewnie, 
jakby po omacku szukały pomocy. Chwiała się przy tym na wszystkie strony, podobnie jak 
człowiek  zamroczony  alkoholem.  Skoczyłam  ku  niej,  chwyciłam  ją  w  ramiona.  Lecz  w  tej 
samej chwili ugięły się pod nią kolana i upadła bezwładnie na podłogę. Poczęła się wić jak ktoś, 
kogo  chwyciły  okropne  boleści,  a  kończyny  jej  drgały  w  budzących  grozę  konwulsjach. 
Początkowo myślałam, że nie poznała mnie. Gdy jednak schyliłam się nad nią, nagle krzyknęła 
głosem,  którego  nie  zapomnę:  „O  mój  Boże!  Heleno!  To  była  przepaska!  Na  —  krapiana 
przepaska!”  Chciała  jeszcze  coś  powiedzieć  i  już  wskazywała  palcem  w  kierunku  pokoju 
doktora,  gdy  chwycił  ją  nowy  atak  konwulsji,  dławiąc  jej  słowa.  Zerwałam  się  z  podłogi, 
głośno wołając ojczyma. Natknęłam się na niego wybiegającego pośpiesznie w szlafroku ze 
swej sypialni. Dobiegł do mojej siostry, lecz stanął bezradnie. I chociaż wlał jej do gardła nieco 
brandy, a następnie posłał do wsi po pomoc lekarską, wszelkie wysiłki okazały się daremne. 
Stopniowo opadała z sił i  zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Taka  oto  straszna śmierć 
dotknęła moją ukochaną siostrę. 

— Chwileczkę — wtrącił Holmes. — Czy jest pani pewna gwizdu i metalicznego odgłosu? 

Czy mogłaby pani przysiąc na tę okoliczność? 

— O to samo właśnie pytał mnie okręgowy sędzia śledczy coroner podczas przesłuchania. 

Mam  nieodparte  wrażenie,  że  słyszałam,  i  to  coś  pomiędzy  szumem  porywu  wichru  i 
trzeszczeniem starego domu. Lecz może się mylę. 

— Czy pani siostra była ubrana? 
— Nie. Miała na sobie strój nocny. W jej prawej dłoni znaleziono wypaloną zapałkę, a w 

lewej całe pudełko zapałek. 

— Świadczy to o tym, że zapaliła światło i rozglądała się dokoła, gdy powstał hałas. To jest 

ważne. A do jakich wniosków doszedł sędzia śledczy? 

— Badał sprawę bardzo starannie, albowiem tryb życia i prowadzenie się dr Roylotta były 

szeroko znane w całej okolicy. Sędzia śledczy nie mógł jednak podać żadnego zadowalającego 
powodu śmierci. Moje zeznania wskazywały, że drzwi były zamknięte od wewnątrz, a okna 
zabezpieczone  staromodnymi  okiennicami  z  szerokimi  żelaznymi  sztabami,  które  zawsze 
zakładano  na  noc.  Dokładnie  zbadano  wszystkie  ściany,  lecz  okazały  się  bardzo  solidne. 
Równie  szczegółowo  sprawdzono  posadzki  —  z  takim  samym  rezultatem.  Kominek  jest 
szeroki,  lecz  zakratowany  czterema  masywnymi  prętami  z  klamrami.  Stąd  właśnie  płynęła 
pewność, że moja siostra była zupełnie sama, gdy spotkała ją śmierć. 

— A czy była mowa o truciźnie? 
— Lekarze badali ją pod tym kątem, lecz bez skutku. 
— A więc jak pani sądzi, od czego zginęła ta nieszczęsna kobieta? 

background image

— Moim zdaniem umarła po prostu ze strachu i szoku nerwowego. Chociaż nie mogę sobie 

wyobrazić, co właściwie ją tak okropnie przeraziło. 

— Czy w owym czasie znajdowali się na plantacji Cyganie? 
— Tak! Oni zawsze przebywają tu gdzieś w pobliżu. 
— Aha! A jakie wnioski wyciąga pani z aluzji na temat przepaski? 
— Chwilami myślałam, że było to jedynie majaczenie nieprzytomnej, a chwilami znów, że 

odnosiło się do jakiejś bandy, może do tych Cyganów z plantacji. Nie wiem, czy nakrapiane, 
poplamione chustki, jakimi wielu z nich przewiązuje sobie głowy, mogły jej nasunąć dziwne 
określenie, jakiego przed śmiercią użyła. 

Holmes potrząsnął głową, jak człowiek bardzo daleki od zadowolenia z uzyskanego wyniku. 
— Niezwykle zagmatwana sprawa! — rzekł. — Proszę, niech pani opowiada dalej. 
— Od  tego  czasu  minęły  dwa  lata.  Życie  moje  stało  się  jeszcze  bardziej  samotne  niż 

kiedykolwiek przedtem. Atoli przed miesiącem drogi przyjaciel, którego znam od wielu lat, 
oświadczył  mi  się,  zdecydowany  mnie  poślubić.  Nazywa  się  Armitage,  Percy  Armitage,  to 
drugi syn pana Armitage z Crane Water, nie opodal Reading. Mój ojczym nie czynił żadnych 
sprzeciwów co do tego małżeństwa. I na wiosnę mamy się pobrać. Tymczasem przed dwoma 
dniami wynikła konieczność pewnych remontów w zachodnim skrzydle domostwa i przebito 
ścianę mojej sypialni. W rezultacie musiałam przenieść się do pokoju, w którym zmarła siostra, 
i spać w tym samym łóżku, co ona. Niech pan jednak wyobrazi sobie okropny strach, jaki mnie 
ogarnął ostatniej nocy, gdy leżałam nie śpiąc i rozmyślając o strasznym przeznaczeniu, które 
dotknęło siostrę — nagle usłyszałam wśród ciszy nocnej lekki gwizd, zupełnie taki sam jak ten, 
co stał się zwiastunem właśnie jej śmierci. Wyskoczyłam z łóżka i zapaliłam lampę. Lecz w 
pokoju nie ujrzałam niczego szczególnego. Byłam jednak zbyt wstrząśnięta, by pójść do łóżka. 
Ubrałam  się  więc  i  gdy  tylko  nastał  świt,  wymknęłam  się.  Wzięłam  dwukołową  bryczkę  z 
sąsiedniej  gospody  „Korona”  i  pojechałam  do  Leatherhead,  skąd  przyjechałam  dziś  rano 
ożywiona jedną myślą: ujrzeć pana i prosić o radę. 

— Mądrze  pani  uczyniła  —  rzekł  mój  przyjaciel.  —  Lecz  czy  powiedziała  mi  pani 

wszystko? 

— Tak wszystko! 
— Nie, miss Stoner, nie wszystko! Pani osłania ojczyma. 
— Jak to? Co pan przez to rozumie? 
W odpowiedzi Holmes odchylił żabot czarnej koronki, w której tonęła ręka spoczywająca na 

kolanach naszego gościa. Pięć małych sinych pręg, znaków po czterech palcach i kciuku, było 
odciśniętych na białej skórze przegubu dłoni. 

— Potraktowano panią okrutnie — rzekł Holmes. 
Kobieta mocno się zarumieniła i skryła posiniaczony przegub ręki. 
— On  jest  twardym  człowiekiem  —  odpowiedziała.  —  I  być  może  nie  zdaje  sobie 

dostatecznie sprawy ze swej siły. 

Zapanowała  długa  cisza,  podczas  której  Holmes  z  podbródkiem  wspartym  na  rękach 

wpatrywał się w buzujący na kominku ogień. 

— To bardzo zagmatwana sprawa — rzekł w końcu. — W grę wchodzi z tysiąc szczegółów, 

które pragnąłbym poznać, zanim zdecyduję się obrać kierunek działania. Wszelako nie mamy 
ani chwili do stracenia. Jeśli zatem pojechalibyśmy dziś jeszcze do Stoke Moran, to czy byłoby 
możliwe, abyśmy obejrzeli interesujące nas pokoje bez wiedzy pani ojczyma? 

— Owszem,  albowiem  wspomniał  on,  iż  dzisiaj  właśnie  musi  się  wybrać  do  miasta  w 

pewnej niezmiernie ważnej sprawie. Prawdopodobnie więc będzie nieobecny w domu przez 
cały dzień i nic tam panu nie stanie na przeszkodzie. Co prawda obecnie mamy gosposię. Ale to 
zniedołężniała staruszka. Bez trudu będzie można się jej pozbyć na ten czas. 

— Wyśmienicie. Nie masz nic przeciwko takiej wyprawie, Watsonie? 
— Naturalnie, że nie. 

background image

— W takim razie przyjedziemy obaj. Czy ma pani coś do załatwienia w mieście? 
— Jedną lub dwie sprawy, które chciałabym załatwić przy okazji pobytu  w stolicy. Lecz 

powrócę  południowym  pociągiem  o  godzinie  dwunastej,  ażeby  przybyć  do  domu  na  czas, 
zanim panowie przyjadą. 

— Może  się  pani  nas  spodziewać  wczesnym  popołudniem.  Pragnę  osobiście  doglądnąć 

kilku drobnych spraw. A teraz jeśli pani się nie śpieszy, zapraszam na śniadanie. 

— Nie, dziękuję. Muszę już iść. Spadł mi kamień z serca, gdy zwierzyłam się panu ze swych 

trosk.  Będę  oczekiwała  z  niecierpliwością  pańskiego  przyjazdu,  aby  znów  pana  ujrzeć  po 
południu. 

Opuściła na twarz gęstą, czarną woalkę i wyszła z pokoju. 
— No, i cóż myślisz o tej całej historii, Watsonie? — spytał Sherlock Holmes, wyciągając 

się wygodnie w swym fotelu. 

— Moim zdaniem to niedobra i ciemna sprawa. 
— W takim samym stopniu ciemna, co niedobra! 
— Skoro jednak ta pani mówiła prawdę, że posadzki i ściany zostały dokładnie zbadane, a 

przez drzwi, okno i kominek nie można było przejść, to jej siostra niewątpliwie znajdowała się 
w pokoju sama w chwili, gdy spotkała ją tajemnicza śmierć. 

— Cóż więc oznaczają owe nocne świsty, a cóż nader osobliwe słowa umierającej kobiety? 
— Nie mam pojęcia… 
— Jeśli  skojarzysz  wrażenia  świstów  nocnych,  obecność  bandy  Cyganów,  będącej  w 

zażyłych stosunkach ze starym doktorem, fakt, że posiadamy poważne podstawy, by przyjąć 
zainteresowanie  doktora  w  niedopuszczeniu  do  ślubu  pasierbicy,  słów  umierającej  na  temat 
przepaski,  a  w  końcu  okoliczność,  iż  Miss  Helena  Stoner  słyszała  metaliczny  dźwięk,  który 
mogły wywołać żelazne sztaby zabezpieczające okiennice, obsuwając się na swoje miejsce — 
to  nasuwa  się  myśl,  że  całą  tę  tajemniczą  sprawę  można  wyjaśnić,  trzymając  się 
przedstawionych przesłanek. 

— Cóż jednak mają do tego Cyganie? 
— Nie mam pojęcia. 
— Teoria ta budzi we mnie szereg zastrzeżeń. 
— We mnie także. Dlatego też jedziemy dziś do Stoke Moran. Zobaczymy, czy zastrzeżenia 

nasze ugruntują się, czy też rozwieją. Ale cóż to takiego, u diabła?! 

Mój przyjaciel zaklął, gdyż nagle drzwi rozwarły się z trzaskiem i wpadł przez nie ogromny 

mężczyzna odziany w dziwaczną mieszaninę miejskiego stroju z wiejskim: czarny cylinder, 
długi surdut i wysokie getry. A trzymana w ręku szpicruta uzupełniała jego sylwetkę. Był tak 
wysoki,  że  cylinder  jego  sięgał  górnej  futryny  drzwi.  Wydawało  się,  jakby  każdy  oddech 
przekrzywiał go to w tę, to w tamtą stronę. Szeroką twarz, opaloną słońcem na brąz, pokrywało 
mnóstwo zrnarszczek. Rysowały się na niej wszelkie złe skłonności. Gdy tak spoglądał raz na 
jednego, raz na drugiego z nas, wówczas jego głęboko osadzone, złowrogie oczy i wąski, suchy 
nos upodabniały go do starego, drapieżnego ptaka. 

— Który z was jest Holmesem? — spytało to dziwadło. 
— Tak się nazywam, sir. Lecz właściwie pan powinien się pierwszy przedstawić — odparł 

ze spokojem mój przyjaciel. 

— Jestem dr Grimesby Roylott ze Stoke Moran. 
— A więc, doktorze — odezwał się Holmes uprzejmie — proszę zająć miejsce. 
— Ani mi w głowie. Tu była moja pasierbica. Śledziłem ją, cóż ona panu naopowiadała? 
— Jest trochę zimno jak na tę porę roku… — rzekł Holmes. 
— Cóż ona panu naopowiadała?! — wrzasnął wściekle starzec. 
— …lecz  słyszałem,  że  krokusy  zapowiadają  się  dobrze  —  ciągnął  mój  przyjaciel 

niewzruszenie. 

background image

— Ha! Pan mnie chce zbyć! Może nie?!  — wykrztusił  nasz nowy  gość,  postępując krok 

naprzód  i  potrząsając  swą  dziwaczną  szpicrutą.  —  Znam  cię,  ty  szelmo!  Już  przedtem 
słyszałem o tobie. Jesteś Holmes, który wtrąca się do nieswoich spraw. 

Przyjaciel mój uśmiechnął się. 
— Holmes wścibski! 
Uśmiech zaznaczył się jeszcze wyraźniej. 
— Holmes, służalec Scotland — Yardu! Holmes roześmiał się serdecznie. 
— Sposób prowadzenia rozmowy przez pana jest bardzo interesujący — odparł. — Skoro 

pan wyjdzie, proszę zamknąć drzwi, ponieważ tu wyraźnie wieje. 

— Wyjdę wówczas, gdy skończę to, co mam do powiedzenia. Nie waż się pan wtrącać do 

moich spraw! Wiem, że miss Stoner tu była. Śledziłem ją. Jestem zbyt groźnym człowiekiem, 
by  ze  mną  zadzierać.  Popatrz  tylko!  —  Chwycił  pogrzebacz  i  zgiął  go  w  pałąk  swymi 
ogromnymi, opalonymi na brąz rękami. 

— Uważaj, żebym nie zrobił tego samego z tobą! — warknął. Rzucił zgięty pogrzebacz na 

palenisko kominka i wielkimi krokami opuścił pokój. 

— On wygląda na bardzo miłą osobę, co? — rzekł Holmes, śmiejąc się. — Nie jestem tak 

masywny, lecz jeśliby pozostał nieco dłużej, pokazałbym mu, że mój chwyt nie jest tak znów 
bardzo słabszy niż jego. — Mówiąc te słowa, chwycił stalowy pogrzebacz i szybkim ruchem na 
powrót go wyprostował. 

— Cóż to za bzdura! W toku bezczelnego najścia pomylił mnie z urzędowym detektywem. 

Ten  incydent  przydaje  jednak  dodatkowego  posmaku  naszym  dochodzeniom.  I  nasza  mała 
przyjaciółka,  mam  nadzieję,  nie  ucierpi  wskutek  swej  nieostrożności.  Przecież  nawet  nie 
zorientowała się, że ten brutal ją śledził. A teraz, Watsonie, poprosimy o śniadanie i  potem 
udam się do gmachu Kolegium Cywilistów

*

, gdzie w rejestrach spadkowych, majątkowych i 

małżeńskich mam nadzieję uzyskać pewne dane, które mogą nam pomóc w naszej sprawie. 

Dochodziła  już  pierwsza  godzina,  gdy  Sherlock  Holmes  powrócił  ze  swej  wycieczki.  W 

ręku trzymał arkusz niebieskiego papieru, cały pokryty notatkami i rysunkami. 

— Widziałem testament zmarłej wdowy — rzekł. — Aby dokładnie określić jego znaczenie, 

byłem  zmuszony  przeliczyć  na  obecne  ceny  lokaty  kapitałowe,  których  dotyczył  testament. 
Całkowity dochód, który w okresie śmierci wdowy wynosił niemal 1100 funtów szterlingów, 
obecnie nie przekracza  750 funtów szterlingów, wskutek spadku cen w  rolnictwie. Każda z 
córek  ma  prawo  domagać  się  dochodu  w  wysokości  250  funtów  w  wypadku  małżeństwa. 
Dlatego  jest  zupełnie  oczywiste,  że  jeśliby  obie  panny  wyszły  za  mąż,  to  z  tego  majątku 
pozostałaby mu zaledwie niewielka część. A obecnie druga pasierbica chce ograniczyć go w 
poważnym  stopniu  przez swoje zamążpójście. Moja ranna praca nie była więc daremna, od 
czasu jak okazało  się, że on ma bardzo poważne motywy, aby przeszkadzać wszelkim  tego 
rodzaju zamiarom. A teraz, Watsonie, sprawy nabrały zbyt poważnego obrotu, aby tracić czas. 
Zwłaszcza  że  stary  został  ostrzeżony  o  naszym  zainteresowaniu  jego  sprawami.  Jeśliś  więc 
gotów, wezwiemy dorożkę i pojedziemy na dworzec. Waterloo. Byłbym ci bardzo wdzięczny, 
gdybyś  wziął  rewolwer.  Eley’s  2  może  stanowić  doskonały  argument  w  dyskusji  z 
dżentelmenem zwijającym w pałąki stalowe pogrzebacze. To oraz szczotka do zębów  — to 
wszystko, co moim zdaniem będzie nam potrzebne. 

Na  dworcu  Waterloo  szczęśliwie  złapaliśmy  pociąg  do  Leatherhead.  Tam  w  gospodzie 

dworcowej wynajęliśmy dwukołową bryczkę i przejechaliśmy nią cztery do pięciu mil wśród 
uroczych dróg hrabstwa Surrey. Dzień był wspaniały. Słońce świeciło jasno, a na niebie błąkało 
się  jedynie  kilka  wełnistych  obłoków.  Drzewa  i  przydrożne  żywopłoty  wypuściły  właśnie 
pierwsze zielone pędy, a powietrze przenikał miły zapach wilgotnej ziemi. Dla mnie stanowiło 

                                                 

*

  Kolegium  Cywilistów,  czyli  „Doctors  Commens”,  są  to  budynki  byłego  Kolegium  Profesorów  Prawa 

Cywilnego,  w  których  w  drugiej  połowie  XIX  w.  umieszczono  część  wydziałów  sądu  cywilnego  i  rejestrów 
spadkowych, majątkowych, małżeńskich itp. 

background image

to co najmniej dziwaczny kontrast pomiędzy słodką zapowiedzią wiosny a nieszczęsną sprawą, 
w  którą  zaangażowaliśmy  się.  Mój  przyjaciel  siadł  na  przodzie  bryczki.  Skrzyżował  ręce, 
kapelusz zsunął mu się na oczy, spuścił głowę. Trwał tak pogrążony w głębokim zamyśleniu. 
Ale oto nagle zerwał się, klepnął mnie w ramię i wskazał w kierunku łąk. 

— Popatrz tam! — powiedział. 
Gęsto  zadrzewiony  park  roztaczał  się  na  łagodnej  pochyłości,  gęstniejąc  stopniowo  i 

przechodząc nieco wyżej w lasek. Spośród gałęzi drzew wyłaniały się szare szczyty dachów i 
wysokie, drewniane sklepienia prastarego dworzyszcza. 

— Czy to Stoke Moran? — zagadnął. 
— Tak, sir, to dom dr Grimesby Roylotta — zauważył woźnica. 
— Przeprowadza  się  tam  prace  budowlane  —  rzekł  Holmes  —  właśnie  w  tej  sprawie 

przyjechaliśmy. 

— Tu jest wioska — odparł woźnica, wskazując na skupisko dachów, rozciągające się w 

pewnej odległości po lewej stronie — lecz jeśli panowie chcą iść do dworku, krótsza droga 
prowadzi tamtymi oto schodkami, a następnie ścieżką przez pola. To właśnie tam, którędy idzie 
pani. 

— Tą  panią,  wydaje  mi  się,  jest  miss  Stoner?  —  zauważył  Holmes,  przysłaniając  dłonią 

oczy. — Tak! Myślę, że najlepiej uczynimy, idąc za twą radą. 

Wysiedliśmy,  płacąc  za  przejazd,  i  bryczka  turkocząc  odjechała  z  powrotem  do 

Leatherhead. 

— Uważam za wskazane — napomknął Holmes, gdy wspinaliśmy się po schodkach — aby 

ten poczciwiec nabrał przekonania, że przybyliśmy tu jako architekci lub w jakimś określonym 
interesie.  To  może  powstrzymać  go  od  plotek.  Dzień  dobry,  Miss  Stoner.  Widzi  pani,  że 
dotrzymaliśmy słowa… 

Nasza ranna klientka podbiegła na spotkanie z radosnym wyrazem twarzy. 
— Czekałam  na  panów  niecierpliwie  —  zawołała,  gorąco  ściskając  nam  dłonie.  — 

Wszystko wspaniale się odmieniło. Dr Roylott pojechał do stolicy i jest mało prawdopodobne, 
aby wrócił przed wieczorem. 

— Mieliśmy  przyjemność  poznać  doktora  —  rzekł  Holmes  i  w  krótkich  słowach 

opowiedział, co się wydarzyło. 

Gdy to usłyszała Miss Stoner, pobladła jak ściana. 
— Wielkie nieba! — zawołała. — A więc on mnie śledził! 
— Na to wygląda. 
— On  jest  taki  przebiegły,  że  nigdy  nie  wiem,  czy  jestem  przed  nim  bezpieczna.  Co  on 

powie, gdy powróci? 

— Niechże się strzeże, bo może się przekonać, że na jego tropie jest ktoś przebieglejszy niż 

on sam. Musi się pani zabezpieczyć przed nim na noc. Jeśli jest gwałtowny, wyślemy panią do 
ciotki  w  Harrow.  No,  a  teraz  musimy  jak  najlepiej  wykorzystać  czas.  Niech  pani  będzie 
uprzejma zaprowadzić nas od razu do pokojów, które mamy zbadać. 

Domostwo zbudowane było z szarej, omszałej skały. Ze środkowej, wyższej jego części po 

obu stronach wyrastały dwa zaokrąglone skrzydła, okna były potłuczone i zabite deskami, a 
dach  podziurawiony.  Istny  obraz  ruiny!  Część  środkowa  znajdowała  się  w  nieco  lepszym 
stanie.  Natomiast  prawe  skrzydło  wyglądało  stosunkowo  nowocześniej.  Firanki  w  oknach  i 
smugi  niebieskiego  dymu  unoszące  się  z  kominów  wskazywały,  że  właśnie  tu  zamieszkała 
rodzina.  Naprzeciw  szczytowej  ściany  ustawione  było  rusztowanie  i  rozpoczęte  roboty 
kamieniarskie.  Lecz  w  chwili  naszego  przybycia  nie  było  widać  ani  śladu  jakichkolwiek 
robotników. Holmes przeszedł wolno w górę i w dół poprzez źle utrzymany trawnik i zbadał 
bardzo uważnie wszystkie okna z zewnątrz. 

Małe  boczne  drzwi  wiodły  do  pobielonego  korytarza,  z  którego  prowadziły  drzwi  do 

wszystkich trzech pokoi sypialnych. Holmes zaniechał badania trzeciego pokoju, od razu więc 

background image

przeszliśmy  do  drugiego,  w  którym  siostra  naszej  klientki  znalazła  swe  tragiczne 
przeznaczenie.  Był  to  przytulny  mały  pokój  o  niskim  suficie  i  otwartym  kominku  na  wzór 
starych wiejskich dworków. W jednym kącie stała brązowa komoda, w drugim wąskie, biało 
zasłane łóżko, a na lewo od okna gotowalnia. Meble te wraz z dwoma małymi wyplatanymi 
krzesłami  stanowiły  całe  urządzenie  pokoju,  po  środku  którego  leżał  kwadratowy  dywan  z 
Wilton.  Zaokrąglone  deski  i  okładziny  ścian  zrobione  z  brązowej,  stoczonej  przez  robaki 
dębiny, były tak stare i wyblakłe, że można było sądzić, iż pochodziły chyba  z czasów, gdy 
wznoszono  to  domostwo.  Holmes  przesunął  jedno  z  krzeseł  do  kąta  i  usiadł  w  milczeniu, 
jednocześnie lustrując całe pomieszczenie wzdłuż i wszerz oraz z dołu do góry, nie pomijając 
nawet najmniejszego szczegółu. 

— Dzwonek łączy się z pokojem gospodyni. 
— Czyż nie wygląda on na nowszy niż inne przedmioty? 
— Tak! Założono go dopiero kilka lat temu. 
— Prawdopodobnie na prośbę pani siostry? 
— Nie! Nigdy nie słyszałam, by go używała. Zawsze brałyśmy same, co potrzebowałyśmy. 
— Istotnie, wydaje się niepotrzebne założenie tak ładnego sznura do dzwonka. A teraz, jeśli 

pani pozwoli, to w ciągu kilku minut przebadam jeszcze posadzkę. — Przypadł niemal twarzą 
do  ziemi,  trzymając  lupę  w  ręku.  Czołgał  się  szybko  to  w  tę,  to  w  tamtą  stronę,  badając 
dokładnie  szczeliny  pomiędzy  deskami.  To  samo  uczynił  z  drewnianymi  okładzinami 
pokrywającymi ściany apartamentu. 

W końcu przysunął się do łóżka, przez pewien czas wpatrywał się w nie uważnie, lustrując 

okiem ścianę od dołu do góry. Wreszcie chwycił sznur dzwonka i mocno zań pociągnął. 

— Ale co to? On milczy? — zdziwił się. — Dlaczego nie dzwoni? Nie! On nawet nie jest 

połączony  linką!  Nadzwyczajne,  interesujące!  Teraz  może  pani  przekonać  się,  że  sznur  jest 
umocowany do haka akurat ponad małym otworem wentylatora. 

— Ależ to zupełny absurd! Nigdy tego przedtem nie zauważyłam! 
— Bardzo dziwne! Bardzo! — mruknął Holmes, pociągając za sznur. — W tym pokoju jest 

jedno,  a  raczej  dwa  bardzo  osobliwe  miejsca.  Na  przykład,  cóż  to  musiał  być  za  głupiec  z 
budowniczego,  aby  otwór  wentylatora  przeprowadzać  do  sąsiedniego  pokoju,  podczas  gdy 
przy takim samym nakładzie pracy i kosztów mógł on połączyć go ze świeżym powietrzem z 
zewnątrz. 

— To także jest zupełnie nowe — odrzekła panna Stoner. 
— Wykonane w tym samym czasie, co instalacja dzwonka? — zauważył Holmes. 
— Tak! W owym czasie przeprowadzono kilka niewielkich zmian… 
— …które  mają  nadzwyczaj  interesujący  charakter:  nie  działające  sznury  dzwonków, 

wentylatory,  które  nie  dają  dopływu  powietrza.  Jeśli  pani  pozwoli,  miss  Stoner,  to  może 
przeniesiemy nasze poszukiwania do innych pomieszczeń. 

Pokój  dr  Grimesby  Roylotta  był  większy  niż  pokój  jego  pasierbicy,  lecz  prościej 

umeblowany.  Łóżko  polowe,  mała  drewniana  półka  zapełniona  książkami,  przeważnie  o 
tematyce  technicznej,  gładkie  drewniane  krzesło  przy  ścianie,  okrągły  stół  i  duży  żelazny 
schowek  szafkowy  stanowiły  zasadnicze  przedmioty,  jakie  zauważyliśmy.  Holmes  obszedł 
dokoła cały pokój i zbadał wszystkie meble z największym zainteresowaniem. 

Wyszliśmy wszyscy przed dom. 
— To okno, którego dotykam, należy do pokoju, w którym zwykła pani sypiać, to środkowe 

natomiast do pokoju pani siostry, a następne, w głównym budynku, do pokoju dr Roylotta? 

— Dokładnie tak. Lecz obecnie sypiam w środkowym pokoju… 
— W wyniku zmian, jeśli dobrze zrozumiałem. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by 

istniała gwałtowna konieczność napraw szczytowej ściany. 

— Zupełnie nie! Moim zdaniem to tylko pretekst do przeniesienia mnie z mojego pokoju. 

background image

— Ach!  To  bardzo  prawdopodobne!  Ale  cóż  dalej?  Po  drugiej  stronie  tego  ciasnego 

skrzydła ciągnie się korytarz, na który wychodzą wszystkie trzy pary drzwi interesujących nas 
pokoi. Oczywiście, posiada on okna? 

— Tak, lecz bardzo małe. Zbyt wąskie, aby ktoś mógł się przez nie przecisnąć. 
— Skoro panie obie zamykały swe drzwi na noc, to wasze pokoje były niedostępne z tej 

strony. A teraz niech pani będzie tak uprzejma pójść do swego pokoju i zamknąć okiennice. 

Miss Stoner uczyniła to. 
I  Holmes,  po  starannym  badaniu,  poprzez  otwarte  okno  usiłował  różnymi  sposobami 

otworzyć  okiennicę.  Wszystko  nadaremnie!  Nie  można  było  natrafić  na  najmniejszą  nawet 
szczelinę, przez którą prześliznąłby się nóż, by podważyć sztabę, zamykającą okiennicę. Teraz 
przy pomocy lupy zbadał zawiasy. Były one zbudowane z mocnego żelaza. 

— Hm! — rzekł, drapiąc się po brodzie. — Moja teoria napotyka pewne luki. Nikt nie mógł 

przejść przez okiennice, jeśli były one zamknięte. No, dobrze, zobaczymy więc, czy oględziny 
wnętrza nie rzucą nieco światła na tę sprawę… 

— A  cóż  tu  jest?  —  zapytał,  z  lekka  uderzając  w  schowek  szafkowy,  kiedy  już 

znajdowaliśmy się w pokoju Roylotta. 

— Papiery handlowe ojczyma. 
— Och! A więc pani zaglądała do wnętrza? 
— Tylko raz przed kilku laty. Pamiętam, że schowek pełen był papierów. 
— Czy tu nie było na przykład kota? 
— Nie! Cóż za dziwny pomysł? 
— Dobrze! Niech więc pani spojrzy na to! — podniósł małą miseczkę z mlekiem, która stała 

na szczycie żelaznego schowka. 

— Nic!  My  nie  mamy  kota.  Mamy  natomiast  geparda  indyjskiego,  zwanego  „Czita”,  i 

pawiana… 

— Ach tak! Oczywiście! Zgadza się! Gepard jest właśnie dużym kotem, to by się mogło 

zgadzać, że miseczka przeznaczona jest dla niego. Oto jeden punkt, który chciałem ustalić. — 
Przycupnął  przed  drewnianym  krzesłem  i  badał  jego  siedzenie  z  największą  uwagą.  — 
Dziękuję pani! To wszystko! — rzekł, podnosząc się i chowając lupę do kieszeni. — Halo! O, 
tu jest coś interesującego! 

Przedmiot, który zauważył, był małą smyczą dla psa, wiszącą w rogu łóżka. Smycz tak była 

jednak pozakręcana i powiązana w węzły, jakby miała służyć za batog i kaganiec zarazem. 

— Do czego byś tego użył, Watsonie? 
— To jest całkiem zwyczajna smycz. Lecz nie wiem, dlaczego ją tak powiązano w pętle. 
— Nie  jest  tak  zupełnie  zwyczajna!  Cóż  myślisz?  Świat  nasz  jest  zepsuty.  I  gdy  mądry 

człowiek wysila rozum, aby popełnić zbrodnię, bywa to zazwyczaj zbrodnia straszna. Zdaje się, 
że już dosyć tu zobaczyłem, Miss Stoner. I jeśli pani pozwoli, przespacerujemy się po trawniku. 

Nigdy  nie  widziałem  twarzy  mego  przyjaciela  tak  ponurej,  a  czoła  tak  zasępionego  jak 

wówczas,  gdy  opuszczaliśmy  miejsce,  w  którym  właśnie  prowadziliśmy  dochodzenie. 
Kilkakrotnie  przemierzyliśmy  wzdłuż  i  wszerz  trawnik.  Ani  jednak  Miss  Stoner,  ani  ja  nie 
ośmieliliśmy się przerwać mu rozmyślań, dopóki sam nie ocknął się z głębokiej zadumy. 

— Nader ważne jest, panno Stoner — rzekł wreszcie — aby pani pod każdym względem 

zastosowała się do mych wskazówek. 

— Z całą pewnością tak uczynię. 
— Sprawa wygląda zbyt poważnie, aby pozwolić sobie na jakiekolwiek wahania. Życie pani 

może zależeć od tego, czy pani będzie posłuszna moim radom. 

— Obiecuję uczynić wszystko, co tylko pan zarządzi. 
— A więc po pierwsze, obaj z mym przyjacielem musimy spędzić noc w pani pokoju. 
Miss Stoner i ja jednocześnie wlepiliśmy w Holmesa zdumiony wzrok. 

background image

— Tak! — dodał. — W taki właśnie sposób musi się to odbyć! Pozwólcie mi to wyjaśnić. 

Zapewne znajduje się tu wiejski zajazd? 

— Owszem, nazywa się „Korona”. 
— Doskonale! Czy z niego widać wasze okna? 
— Na pewno! 
— Gdy powróci ojczym, musi się pani zamknąć w swym pokoju pod pozorem bólu głowy. 

A gdy tylko usłyszy pani nocą, że udaje się on na spoczynek, musi pani niezwłocznie otworzyć 
okiennice okna swego obecnego pokoju, odsunąć rygiel, postawić lampę jako sygnał dla nas, a 
następnie  odejść,  zabierając  z  sobą  niezbędne  rzeczy,  do  pokoju  poprzednio  przez  panią 
zajmowanego. Niewątpliwie pomimo pewnych kłopotów może pani to zorganizować na jedną 
noc. 

— Och tak! Bardzo łatwo! 
— Resztę niech pani pozostawi w naszych rękach! 
— Lecz cóż panowie uczynią? 
— Spędzimy  noc  w  pani  pokoju  i  postaramy  się  wykryć  powód  hałasu,  który  panią 

zaniepokoił. 

— Wydaje mi się, Mr Holmes, że pan już dotarł do sedna sprawy. 
— Być może dotarłem! 
— A więc, przez litość, niech pan powie, co spowodowało śmierć mojej siostry? 
— Wolałbym posiadać wyraźniejsze dowody, zanim cokolwiek powiem. 
— Niech mi pan przynajmniej powie, czy moje własne przypuszczenia są słuszne i czy ona 

zmarła wskutek gwałtownego przerażenia? 

— Nie! Myślę, że nie z tego powodu! Najprawdopodobniej musiała to być jakaś bardziej 

namacalna przyczyna. A teraz, Miss Stoner, musimy panią opuścić. Gdyby dr Roylott powrócił 
i ujrzał nas razem, to cała nasza wyprawa poszłaby na marne. 

Ani Sherlock Holmes, ani ja nie mieliśmy najmniejszych trudności z wynajęciem sypialni z 

salonikiem w gospodzie „Korona”. Znajdowały się one na górnym piętrze i z naszych okien 
mieliśmy widok na aleję prowadzącą do bramy i na nie zamieszkane skrzydło dworu Stoke 
Moran. 

O  zmierzchu  ujrzeliśmy  wreszcie  nadjeżdżającego  dr  Grimesby  Roylotta,  jego  ogromną 

sylwetkę wyłaniającą się obok małej postaci wiozącego go chłopca stajennego. Chłopak miał 
trochę kłopotu z otwarciem ciężkiej, żelaznej bramy. Usłyszeliśmy ochrypły wrzask doktora i 
dostrzegliśmy,  jak  z  wściekłością  wymachiwał  nad  nim  zaciśniętymi  pięściami.  Wreszcie 
bryczka  odjechała,  a  po  kilku  minutach  pomiędzy  drzewami  rozbłysło  nagle  światło,  jakby 
zapalono lampę w jednym z pokoi bawialnych. 

— Wiesz co, Watsonie? — rzekł Holmes, gdy obaj siedzieliśmy w gęstniejących stopniowo 

ciemnościach.  —  Mam  naprawdę  wątpliwości,  czy  zabrać  cię  ze  sobą  tej  nocy.  To  bardzo 
niebezpieczna gra. 

— Czy mógłbym ci jednak towarzyszyć? 
— Twoja obecność może okazać się nieoceniona! 
— A więc koniecznie muszę pójść z tobą! 
— To bardzo ładnie z twojej strony. 
— Wspomniałeś  o  niebezpieczeństwie.  Prawdopodobnie  więc  zauważyłeś  w  tamtych 

pokojach coś więcej niż ja… 

— Nie!  Lecz  wydaje  mi  się,  że  mógłbym  wydedukować  nieco  więcej.  Widziałeś  chyba 

wszystko, co robiłem? 

— Nie  spostrzegłem  nic  szczególnego  z  wyjątkiem  przewodu  dzwonka.  Ale  jakiemu 

właściwie celowi ma on służyć, przyznam, że nie mam najmniejszego pojęcia. 

— Wentylator jednak widziałeś? Co? 

background image

— Tak? Nie mogę jednak powiedzieć, żeby istnienie tego rodzaju małego otworu pomiędzy 

dwoma  pokojami  było  jakąś  zupełnie  niezwykłą  rzeczą.  Zresztą  jest  on  tak  mały,  że  nawet 
szczur z trudem się przezeń przeciśnie. 

— Zanim jeszcze w ogóle przybyliśmy do Stoke Moran, wiedziałem, że natrafimy chyba na 

wentylator. 

— Ależ mój drogi Holmesie!… 
— Och,  tak!  Wiedziałem!  Przypomnij  sobie,  jak  ona  w  swej  opowieści  wspomniała,  że 

siostra poczuła u siebie dym cygar dr Roylotta. To oczywiście od razu nasuwa przypuszczenie 
o istnieniu połączenia między obu pokojami. Naturalnie mógł to być jedynie mały otwór. Ale 
powinna być o tym wzmianka w dochodzeniu przeprowadzonym przez sędziego śledczego. W 
ten sposób, drogą dedukcji, doszedłem do wentylatora! 

— Ale cóż złego oznacza wentylator? 
— Otóż  tak!  W  końcu  mamy  tu  do  czynienia  z  niezwykłą  zbieżnością  dat.  Wykonano 

wentylator, zawieszono linkę i kobieta umarła. Czy to cię nie uderzyło? 

— Jak dotychczas, nie mogę się tu dopatrzyć żadnego związku. 
— Czy nie podpadło ci nic specjalnego w tym łóżku? 
— Nie! 
— Było ono przymocowane do podłogi. Czy kiedykolwiek przedtem widziałeś w ten sposób 

przytwierdzone łóżko? 

— Nie! Raczej nie! 
— Ta kobieta nie mogła przesunąć tego łóżka. Ono zawsze musiało znajdować się w takiej 

samej pozycji wobec wentylatora i wobec sznura, który tylko tak możemy nazwać, skoro na 
pewno nigdy nie był pomyślany jako linka do dzwonka. 

— Holmesie!  —  wyrwał  mi  się  okrzyk.  —  Wydaje  mi  się,  że  jakby  przez  mgłę 

przypominam sobie twoje aluzje na ten temat. Ależ to już najwyższy czas, byśmy zapobiegli 
jakiejś misternie przygotowanej a okropnej zbrodni. 

— W takim samym stopniu misternej co okropnej! Gdy lekarz staje się przestępcą, to jest on 

asem wśród kryminalistów. Ma bowiem wiedzę. Na przykład Falmar i Pritchard należeli do 
wybitnych  w  swoim  fachu.  Ten  człowiek  uderza  celnie.  Lecz  my,  Watsonie,  chyba  jednak 
będziemy w stanie uderzyć jeszcze celniej. A jednak przeżyjemy sporo zgrozy i okropności, 
zanim przeminie dzisiejsza noc. Więc ze względu na dobro sprawy spokojnie zapalmy fajkę i 
przez kilka godzin starajmy się skierować myśli na jakiś pogodniejszy temat. 

Około  godziny  dziewiątej  światło  dochodzące  poprzez  gałęzie  drzew  zgasło  i  wokół 

dworzyszcza zapanowały ciemności. Minęły dwie długie godziny. Aż tu nagle, właśnie gdy 
biła jedenasta, zabłysło na wprost nas jasne, samotne światło. 

— Oto nasz umówiony znak! — oznajmił Holmes, zrywając się gwałtownie. — Pochodzi ze 

środkowego okna. 

Gdy wyszliśmy, Holmes zamienił kilka słów z karczmarzem, wyjaśniając, że udajemy się na 

późną  wizytę  do  znajomych  i,  być  może,  spędzimy  tam  resztę  nocy.  W  chwilę  potem 
znaleźliśmy się już na ciemnej drodze,  gdzie chłodny wiatr dął  nam  w twarz. Jedynie żółte 
światło, mrugające akurat na wprost nas poprzez mrok, prowadziło do miejsca, gdzie czekało 
smutne zadanie do wypełnienia. 

Nie  mieliśmy  trudności  z  przedostaniem  się  w  obręb  posiadłości,  gdyż  nie  naprawione 

wyrwy  w  starym  murze  ułatwiały  wejście  na  teren  parku.  Przemykając  wśród  drzew, 
dotarliśmy do trawnika. Przeszliśmy przezeń i właśnie zabieraliśmy się do wejścia przez okno, 
gdy nagle spośród kępy krzaków wawrzynu wyskoczyło coś, co wyglądało na grymaszące i 
wykrzywiające  się  dziecko,  które  rzuciło  się  na  murawę,  wierzgając  rękoma  i  nogami.  Po 
chwili to „coś” chyżo pomknęło poprzez trawnik, ginąc w ciemnościach. 

— O Boże! — wyszeptałem. — Widziałeś? 

background image

Holmes przez chwilę był tak wstrząśnięty jak ja. Wskutek podniecenia dłoń jego niczym 

obręcz zacisnęła się wokół przegubu mej ręki. Potem zaśmiał się z cicha i zbliżając usta do 
mego ucha, wyszeptał: 

— Ładnych  tu  mają  domowników,  co?  To  przecież  pawian!  Zapomniałem  o  strasznych 

ulubieńcach  doktora.  Równie  dobrze  moglibyśmy  spotkać  geparda!  Może  w  każdej  chwili 
skoczyć nam  na kark!  Idąc za przykładem  Holmesa, zdjąłem  buty, by łatwiej dostać się do 
wnętrza  domostwa.  I  przyznam  szczerze,  że  dopiero  wówczas  poczułem  się  raźniej,  gdy 
znalazłem się już w sypialni. Mój przyjaciel bezszelestnie zamknął okiennicę, postawił lampę 
na  stole  i  rozglądnął  się  dokoła  po  całym  pokoju.  Wszystko  było  w  takim  stanie,  w  jakim 
widzieliśmy za dnia. Wówczas Holmes skradając się na palcach, zbliżył się do mnie i zwijając 
dłoń  w  trąbkę,  wyszeptał  mi  wprost  do  ucha  tak  cicho,  że  zaledwie  z  wielkim  trudem 
rozróżniłem następujące słowa: 

— Najmniejszy odgłos, jaki byśmy wydali, może mieć fatalne następstwa dla całego planu. 
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem. 
— Nie zaśnij tylko! Od tego może zależeć twoje życie! Trzymaj pistolet w pogotowiu na 

wypadek, gdyby był potrzebny. Siądź na tamtym krześle, a ja usiądę na brzegu łóżka. 

Wyjąłem rewolwer i położyłem u narożnika stołu. 
Holmes uniósł cienką laskę trzcinową i umieścił ją tuż przy sobie na łóżku. Obok położył 

pudełko zapałek i ogarek świecy. Wtedy przykręcił lampę naftową i otoczyły nas ciemności. 

Nigdy  zapewne  nie  zapomnę  strasznego  i  pełnego  grozy  oczekiwania,  jakie  wówczas 

nastąpiło.  Nie  słyszałem  żadnego  odgłosu  ani  nawet  lekkiego  tchnienia  oddechu,  a  jednak 
wiedziałem dobrze, że mój przyjaciel siedzi, mając na wszystko oczy otwarte, że siedzi o kilka 
stóp  ode  mnie  w  takim  samym  stanie  napięcia  nerwów  jak  ja.  Okiennice  nie  dopuszczały 
najmniejszego promienia światła. Czuwaliśmy w zupełnych ciemnościach. Z zewnątrz słychać 
było od czasu do czasu głos nocnego ptaka, a raz nawet, tuż przy oknie, długie, przeciągłe, 
podobne  do  kociego,  płaczliwe  zawodzenie,  które  przypominało  nam,  że  gepard  istotnie 
znajdował się na wolności. 

Skądś  z  daleka  dochodził  głęboki  ton  dzwonu  parafialnego,  który  wydzwaniał  godziny. 

Jakżeż  dłużyły  się  wówczas  te  kwadranse!  Wybiła  już  dwunasta,  potem  pierwsza,  druga  i 
trzecia.  A  my  ciągle  siedzieliśmy  w  zupełnym  milczeniu,  oczekując  na  coś,  co  miało  się 
zdarzyć… 

Nagle w górze, w okolicy wentylatora, na chwilę błysnęło światło i wkrótce rozszedł się 

silny zapach przypalonej oliwy. W sąsiednim pokoju ktoś zapalił ślepą latarnię. Doszedł mnie 
odgłos jakiegoś poruszenia, a potem znów zapanowała całkowita cisza. Zapach natomiast stał 
się  silniejszy  i  wyraźniejszy.  Siedziałem,  przez  pół  godziny  nastawiałem  uszy,  aby  coś 
usłyszeć. Aż tu nagle rozległ się inny dźwięk — bardzo delikatny, łagodny odgłos, podobny do 
syku,  jaki  wydaje  strumień  pary,  stale  uchodzący  z  kotła.  W  tej  samej  chwili,  gdyśmy  to 
usłyszeli,  Holmes  zerwał  się  z  łóżka,  potarł  zapałkę  i  z  furią  począł  smagać  swą  trzciną 
przewód dzwonka. 

— Widzisz to, Watsonie?! — syknął przeraźliwie. — Widzisz?! 
Lecz nic nie spostrzegłem. Gdy Holmes zapalił światło, usłyszałem cichy, wyraźny gwizd. 

Ale nagły błysk zapalonej zapałki tak poraził moje zmęczone oczy, że nie mogłem określić, co 
to był za stwór, którego mój przyjaciel tak okrutnie zbił. Zauważyłem natomiast śmiertelnie 
bladą twarz Holmesa, wykrzywioną wstrętem i przerażeniem. 

Przestał  uderzać  i  wlepił  wzrok  w  otwór  wentylatora.  Nagle  ciszę  nocną  rozdarł  straszny 

krzyk. Wzmagał się coraz bardziej ten chrapliwy ryk pełen tonów bólu, strachu i wściekłości, 
łączących  się  i  przeradzających  w  jeden  przeraźliwy  wrzask.  Słyszano  go  daleko  w  dole  w 
wiosce. A nawet na odległej plebanii krzyk ten obudził wszystkich i wyrwał z łóżek. Nam także 
zmroził  serca!  Staliśmy  nieruchomo.  Wpatrywałem  się  jak  urzeczony  w  Holmesa,  a  on  we 
mnie, dopóki ostatnie echo strasznego ryku nie zamarło w tej samej ciszy, z której powstało. 

background image

— Cóż to znaczy? — wykrztusiłem z trudem. 
— To oznacza, że wszystko już skończone! — odpowiedział Holmes. — I być może, przede 

wszystkim, skończone dla tej bestii. Bierz pistolet w garść i wejdziemy do pokoju dr Roylotta. 

Z zatroskaną miną zapalił  lampę i  skierował  się  w dół  korytarza.  Dwukrotnie zapukał  do 

drzwi. Nie było stamtąd żadnej odpowiedzi. Nacisnął więc klamkę i wszedł do wnętrza, a ja tuż 
za nim z gotowym do strzału pistoletem w dłoni. 

Osobliwy widok roztoczył się przed naszymi oczyma. Na stole stała zaciemniona latarnia z 

na poły zasuniętymi zasłonami, rzucająca jasny snop światła na żelazną szafę, której drzwi były 
uchylone. Przy  stole siedział na drewnianym  krześle dr Grimesby Roylott odziany w długi, 
szary szlafrok, spod którego wystawały u dołu nagie kostki nóg i stopy wsunięte w czerwone 
tureckie  pantofle  bez  pięt.  Na  jego  kolanach  leżała  krótka  laska  z  długim  harapem,  którą 
widzieliśmy u niego za dnia. Miał zadarty w górę podbródek i nieruchome oczy zamarłe w 
przeraźliwym  zapatrzeniu  w  róg  sufitu.  Czoło  jego  spowijała  dokoła  dziwaczna,  żółta 
nakrapiana brązowo przepaska, która zdawała się być ciasno związana wokół głowy. Gdyśmy 
wchodzili, nie powiedział ani słowa i nie poruszył się. 

— Przepaska! Nakrapiana przepaska! — szepnął Holmes. Uczyniłem krok do przodu. W tej 

samej chwili dziwaczne przybranie głowy zaczęło się poruszać i spośród włosów uniosła się 
przyczajona, o romboidalnym kształcie głowa oraz rozdęta szyja obrzydliwego węża. 

— To  bagienna  żmija!  —  krzyknął  Holmes.  —  Najjadowitszy  wąż  w  całych  Indiach! 

Doktor zmarł w ciągu dziesięciu sekund po ukąszeniu. Otóż ostatecznie okrucieństwo obróciło 
się  przeciw  okrutnikowi  i  planujący  zasadzkę  sam  wpadł  przypadkiem  w  zastawioną  przez 
siebie  pułapkę.  A  teraz  wsuńmy  z  powrotem  tego  gada  do  jego  legowiska.  Następnie 
przeniesiemy Miss Stoner do bezpiecznego miejsca i zawiadomimy o całym zajściu miejscową 
policję. 

Mówiąc to ściągnął błyskawicznie z kolan zmarłego psią smycz z obrożą i zacisnął ją wokół 

szyi węża. Ściągnął gada z jego niesamowitego schroniska i uniósł w wyciągniętej do przodu 
ręce, by wrzucić do żelaznej szafy–schowka, którą natychmiast zamknął. 

Oto  wierny  opis  śmierci  dr  Grimesby  Roylotta  ze  Stoke  Moran.  Nie  uważam  zresztą  za 

konieczne przedłużanie — i tak już bardzo długiego — opowiadania dalszymi szczegółami. 
Powiem krótko: po zawiadomieniu przerażonej dziewczyny o smutnym wypadku zawieźliśmy 
ją rano pociągiem do Harrow i oddaliśmy pod opiekę dobrej ciotki. Warto jeszcze wspomnieć o 
wyniku wolno posuwającego się śledztwa. Władze doszły do wniosku, iż doktora dosięgnęło 
jego  przeznaczenie  podczas  nieostrożnej  zabawy  z  groźnym  ulubieńcem.  Nieco  więcej 
dowiedziałem  się  o  tym  wypadku  od  Sherlocka  Holmesa  następnego  dnia  w  czasie  drogi 
powrotnej. 

— W początkowej fazie doszedłem do zupełnie błędnej konkluzji — rzekł Holmes — która 

wykazała, mój drogi Watsonie, jak niebezpieczne jest rozumowanie oparte na niekompletnych 
przesłankach. Obecność Cyganów i słowo „przepaska”, jakiego użyła nieszczęsna dziewczyna, 
bez  wątpienia  celem  wyjaśnienia  zjawiska  zauważonego  podczas  nagłego  błysku  zapalonej 
zapałki, wystarczyły, aby naprowadzić mnie na zupełnie fałszywy trop. Jedyną moją zasługą 
było ponowne natychmiastowe rozważenie swego stanowiska w tej sprawie, skoro tylko stało 
się dla mnie jasne, iż jakiekolwiek niebezpieczeństwo, które zagrażałoby osobie zajmującej ów 
pokój  — pułapkę, nie może nadejść ani  przez okno, ani  drzwi. Uwagę moją szybko jednak 
przyciągnął,  jak  ci  już  wspomniałem,  wentylator  i  sznur  dzwonka  zwisający  nad  łóżkiem. 
Odkrycie,  iż  sznur  nie  jest  podłączony  do  dzwonka  oraz  że  łóżko  było  przyśrubowane  do 
podłogi, dało impuls do podejrzenia, że sznur miał stanowić niejako pomost dla jakiejś istoty, 
przedostającej się przez otwór wentylatora i zmierzającej do łóżka. Nagle przyszedł mi na myśl 
wąż. I skoro skojarzyłem to z wiadomością o utrzymywaniu przez doktora wielu zwierząt z 
Indii, poczułem, iż prawdopodobnie wpadłem na właściwy ślad. Pomysł posłużenia się takim 
rodzajem  trucizny,  który  był  niemożliwy  do  wykrycia  przez  próbę  chemiczną,  oto  właśnie 

background image

pomysł,  jaki  mógł  obmyślić  jedynie  sprytny  i  bezlitosny  człowiek,  obyty  z  obyczajami 
Wschodu i tresurą dzikich zwierząt. 

Z jego punktu widzenia bardzo sprzyjającą okoliczność stanowiła również gwałtowność i 

szybkość  działania  tego  rodzaju  trucizny.  Trzeba  by  istotnie  bardzo  spostrzegawczego 
funkcjonariusza,  badającego  zawsze  urzędowo  ciała  zmarłych  nienaturalną  śmiercią,  aby 
zauważył  dwa  małe  nakłucia,  które  wskazałyby,  którędy  jadowite  kły  wsączyły  truciznę. 
Wówczas właśnie pomyślałem o gwizdach. Oczywiście sprawca musiał odwołać węża przed 
świtem,  zanim  by  w  rannym  świetle  został  odkryty  przez  domowników.  Doktor 
prawdopodobnie tresował węża, aby powracał do niego na każde wezwanie, posługując się w 
tym  celu  mlekiem,  które  widzieliśmy.  Wystarczyło  umieścić  węża  w  otworze  wentylatora  o 
godzinie, jaką się uznało za stosowną, by mieć pewność, że zsunie się on w dół po sznurze 
dzwonka i wyląduje na łóżku. Wówczas ukąsiłby lub też nie ukąsił śpiącej tam osoby. Mogłaby 
ona  uciekać  nawet  co  noc,  powiedzmy  przez  tydzień,  lecz  wcześniej  czy  później  musiałaby 
paść jego ofiarą. 

Do  tych  wniosków  doszedłem,  zanim  jeszcze  przestąpiłem  próg  owego  pokoju.  Badanie 

krzesła doktora wskazało  mi, iż miał zwyczaj  często  na nie wchodzić. Oczywiście było  mu 
potrzebne  w  celu  dosięgnięcia  wentylatora.  Rzut  oka  na  żelazną  szafę  —  schowek,  spodek 
mleka  i  pętlę,  jaką  zakończona  była  pleciona  szpicruta,  wystarczył  do  ostatecznego 
rozproszenia  resztek  wątpliwości,  jakie  jeszcze  mogły  się  wyłonić.  Metaliczny  dźwięk, 
słyszany  przez  Miss  Stoner,  spowodował  oczywiście  jej  ojczym,  gwałtownie  zatrzaskując 
drzwi  żelaznej  szafy  za  jej  strasznym  mieszkańcem.  Po  zapoznaniu  się  wreszcie  z 
całokształtem mojego rozumowania zrozumiesz teraz kroki,  jakie podjąłem  celem wykrycia 
zagadki. Gdy usłyszałem syk, który niewątpliwie nie uszedł także twojej uwagi, natychmiast 
zapaliłem światło i zaatakowałem go. 

— Z takim skutkiem, że umknął przez wentylator! 
— I nadto z takim skutkiem, że sprowokowało go to do wzięcia sobie odwetu po drugiej 

stronie na swym panu. Ciosy mej trzcinowej laski spłoszyły go, zdenerwowały i podnieciły do 
tego stopnia, że rzucił się na pierwszą spostrzeżoną osobę. W ten sposób jestem niewątpliwie 
pośrednio odpowiedzialny za śmierć dr Grimesby Roylotta i nie mogę powiedzieć, żeby ten 
fakt był w stanie poważniej zaciążyć mi na sumieniu. 

Przełożył Witold Engel 

background image

S

HERLOCK 

H

OLMES W 

E

YFORD

 

 
W  ciągu  długich  lat  naszej  serdecznej  przyjaźni  Sherlock  Holmes  rozwiązał  mnóstwo 

zawikłanych spraw. Trudno wprost zliczyć! Tysiące skomplikowanych zagadek i prawdziwych 
„historii z dreszczykiem…” Ale chyba tylko dwie z nich były naprawdę godne jego geniuszu: 
sprawa  Hatherleya  i  szaleństwo  pułkownika  Wartburtona.  Każda  jedyna  w  swoim  rodzaju! 
Smutny  wypadek  obłędu  otwierał  pole  do  popisu  dla  wnikliwego  w  całym  tego  słowa 
znaczeniu  obserwatora  Natomiast  historia  inżyniera  Hatherleya  zasługuje  na  specjalne 
wyróżnienie ze względu na wstrząsającą akcję, która obfituje wprost w dramatyczne epizody 
pełne napięcia i grozy. Co za bogactwo wrażeń! Zapomina się nawet, że mój przyjaciel nie miał 
w tym wypadku wiele okazji do zastosowania swej słynnej metody dedukcyjnej. A przecież 
metoda ta — to sława Holmesa! Dzięki niej osiągał zawsze wspaniałe wyniki. 

Całe wydarzenie, o ile mi wiadomo, znalazło się na łamach prasy. Lecz czyż może wzbudzić 

większe  zainteresowanie  wzmianka  objętości  pół  kolumny  druku?  Tymczasem  to  sarno 
zdarzenie,  ujęte  w  formie  opowieści,  fascynuje  swą  niezwykłością  i  barwą.  Tu  dopiero 
roztoczyć  można  plastycznie  przed  oczyma  czytelnika  cały  bieg  wydarzeń  i  ukazać  żywe 
postacie. W miarę zaś jak każde nowe odkrycie zbliża nas krok za krokiem do rozwiązania 
zagadki, coraz wyraźniej zarysowuje się niesamowitość akcji. 

Okoliczności towarzyszące sprawie Hatherleya wywarły na mnie  głębokie wrażenie.  I to 

jeszcze jakie?! Po dwu nawet latach niewiele się zatarło! Pamiętam jak dziś. Było to latem 1889 
roku,  krótko  po  moim  ślubie.  Powróciłem  właśnie  do  praktyki  lekarskiej  i  ostatecznie 
wyprowadziłem się z mieszkania. Holmesa przy Baker Street. Niemniej stałe go odwiedzałem i 
zawsze serdecznie zapraszałem do siebie. Ileż to razy namawiałem go, by porzucił, w miarę 
możności, swój cygański tryb życia! Wszystko na nic. 

Tymczasem  moja  praktyka  powoli  powiększała  się.  Mieszkałam  nie  opodal  dworca 

Paddington. I tak się stało, iż mimo woli zdobyłem sobie kilku pacjentów wśród tamtejszych 
urzędników.  Jednego  z  nich  bowiem  wyleczyłem  z  bolesnej  i  przewlekłej  choroby,  za  co  z 
wdzięczności  robił  mi  wielką  reklamą  i  przysyłał  każdego  chorego,  którego  tylko  dało  się 
namówić. A był bardzo wymowny! 

Pewnego  dnia,  krótko  przed  godziną  siódmą  rano,  obudziło  mnie  donośne  stukanie  do 

drzwi. Była to służąca Betty. Oznajmiła, że z Paddington przyszły dwie osoby i czekają na dole. 
Ubrałem się pośpiesznie i szybko zbiegłem po schodach na dół. Chyba wypadek kolejowy?! 
Doświadczenie nauczyło mnie, że wymagają one niezwłocznej interwencji, a z reguły bywają 
skomplikowane.  Na  parterze  spotkałem  mojego  starego  sympatyka.  Oczywiście  znowu 
przyprowadził chorego. Właśnie zostawił go w gabinecie. 

— On już tam jest! — wyszeptał wskazując za siebie. — Wszystko w porządku! 
— Co się stało? — zapytałem zaciekawiony. Zachowywał się bowiem tak, jakby zamknął w 

moim gabinecie jakiegoś niesamowitego osobnika. 

— Nowy pacjent — wyszeptał. — Wolałem go osobiście przyprowadzić. W ten sposób nie 

mógł się już „odmyślić”. Stąd już nie umknie! Ech! Zresztą jest przecież w dobrych rękach. 
Muszę już iść, doktorze, mam swoje obowiązki tak samo jak pan. 

Mój „sprzymierzeniec” wyszedł, nie dając mi nawet czasu na podziękowanie. 
W  gabinecie  zastałem  siedzącego  przy  stole  człowieka  o  powierzchowności  budzącej 

zaufanie. Ubrany był w dobry tweedowy garnitur o barwie wrzosu. Zmiętą czapkę położył na 
moich  książkach.  Całą  jego  dłoń  spowijała  chusta  zbroczona  krwią.  Był  to  młodzieniec 
najwyżej  dwudziestopięcioletni.  Zdecydowanie  męski  typ.  Uderzyła  mnie  jego  niezwykła 
bladość.  Za  wszelką  cenę  starał  się  opanować  zdenerwowanie,  wywołane  jakimś 
wstrząsającym przeżyciem. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. 

background image

— Dzień dobry, doktorze! — odezwał się nieznajomy. — Przykro mi, że zerwałem pana z 

łóżka  o  tak  wczesnej  porze,  ale  spotkał  mnie  tej  nocy  naprawdę  poważny  wypadek. 
Przyjechałem,  o  świcie  z  Eyford  do  Paddington.  Na  stacji  pytałem  się  o  jakiegoś  dobrego 
lekarza  i  ostatecznie  ów  zacny  człowiek  przyprowadził  mnie  do  pana.  Dałem  służącej  bilet 
wizytowy. Niestety, zostawiła go tu na brzegu stołu. 

Przeczytałem wizytówkę: Mr Wiktor Hatherley, inżynier hydraulik, 16, A. Victoria Street, 3 

piętro. Teraz znałem już nie tylko nazwisko, lecz zawód i adres mego pacjenta. 

— Przykro mi bardzo, iż musiał pan chwilę czekać — powiedziałem. — Proszę! Niech pan 

siada  wygodnie  i  odpocznie  trochę  po  nocnej  podróży,  która  z  natury  rzeczy  jest  nudna  i 
męcząca. 

— Och! Takiej nocy, jaką dziś przeżyłem, w żadnym wypadku nie nazwałbym nudną! — 

odparł  ze  śmiechem.  Odchylił  się  do  tyłu.  Śmiech  jego  stopniowo  wzmagał  się,  trząsł  nim, 
chwilami przechodził niemal w spazmatyczny chichot. Wzdrygnąłem się. Co za niesamowity 
wybuch wesołości! Jako lekarzowi dał mi on wiele do myślenia. 

— Spokojnie!  Opanuj  się  pan!  —  krzyknąłem  i  chlusnąłem  nań  wodą  z  karafki.  Nic  nie 

pomogło. Typowy atak histerii. Ulegają mu również i silne natury. Widocznie zbyt długo starał 
się  opanować  zdenerwowanie,  wywołane  jakimś’  wstrząsającym  przeżyciem,  i  to 
spowodowało  reakcję.  Po  chwili  —  zaczął  się  uspokajać.  Śmiał  się  coraz  słabiej,  potem 
uderzyła nań fala gorąca. Znać było po nim kompletne wyczerpanie. 

— No zrobiłem z siebie durnia — rzekł wreszcie, z trudnością łapiąc oddech. 
— Ech! Nie jest tak źle! Niech pan to wypije. — Dolałem nieco wódki do wody i podałem 

mu. Bezkrwiste policzki poczęły stopniowo nabierać rumieńców. 

— Już mi lepiej — powiedział. — A teraz, panie doktorze, może pan będzie łaskaw obejrzeć 

mój palec, a raczej miejsce, na którym mój palec powinien się znajdować. 

Rozwiązał chustkę i wyciągnął rękę. Chociaż jestem lekarzem, widok ten podziałał mi na 

nerwy. Straszna, gąbczasta, poszarpana rana wśród czterech sterczących palców. Wyglądało to 
tak, jakby kciuk został wyszarpnięty potężną siłą. 

— Wielkie nieba! — krzyknąłem. — Ależ to straszna rana. Musiała chyba silnie krwawić. 
— Tak!  —  odrzekł.  —  Straciłem  przytomność,  gdy  to  się  stało.  Prawdopodobnie  przez 

dłuższy  czas,  leżałem  bez  zmysłów.  Wreszcie  ocknąłem  się.  Rana  jeszcze  krwawiła. 
Związałem silnie przegub ręki, pod chustką zaś umieściłem kawałek drewna. Miał on uciskiem 
tamować krew. 

— Wspaniale, powinien pan być chirurgiem! 
— No cóż! To jest niejako sprawa z dziedziny hydrauliki, a więc wchodzi tym samym w 

zakres mojej specjalności. 

— Jak to się stało? — rzekłem badając ranę. — Co to za narzędzie? Chyba coś ostrego i 

ciężkiego? 

— Pewnego rodzaju obcęgi — powiedział. 
— Wypadek, przypuszczam? 
— Ależ! Nic podobnego! 
— Co? Czy chciano więc może pana zamordować? 
— Ba! I to jeszcze w jaki sposób?! 
— Niemożliwe?! 
Przemyłem i oczyściłem ranę. Po wydezynfekowaniu założyłem opatrunek i bandaż. Pacjent 

leżał spokojnie. Tylko chwilami przygryzał wargi, 

— No, jak pan się czuje? — spytałem go po skończonym opatrunku. 
— Świetnie!  Wódka  i  opatrunek  sprawiły,  że  czuję  się  jak  nowo  narodzony.  Osłabienie 

zupełnie już minęło? 

— Może by było  lepiej  dla pana nie mówić o tej  całej sprawie? Niewątpliwie jest to dla 

pańskich nerwów niewskazane. 

background image

— Ach, nie! Teraz już nie! Właściwie powinienem donieść o moim wypadku policji. Ale 

mówiąc  między  nami,  gdyby  nie  to,  że  jest  przekonywający  dowód  w  postaci  rany,  to  sam 
dziwiłbym się, gdyby oni uwierzyli mojemu opowiadaniu. Jest to bowiem całkiem niezwykły 
wypadek. Właściwie nie jestem nawet w stanie udowodnić, że w istocie on mi się przydarzył. 
Nawet jeśliby mi dano wiarę, to informacje, jakich mógłbym udzielić, są nader skąpe. Toteż 
wątpię, czy udałoby się policji ująć przestępców. 

— Ha!  —  krzyknąłem.  —  Chce  pan  naprawdę  wyjaśnić  tę  sprawę?  A  więc  przed 

zgłoszeniem do policji zwróć się pan najpierw do mojego przyjaciela, Sherlocka Holmesa. 

— O! Toć już o nim słyszałem! Byłbym bardzo  wdzięczny,  gdyby chciał się zająć moją 

sprawą. Chociaż, naturalnie, muszę również zawiadomić policję. Czy mógłby mu  pan mnie 
polecić? 

— Jeszcze lepiej! Zaprowadzę pana do niego. 
— Będę panu niezmiernie zobowiązany, doktorze. 
— A więc bierzemy dorożkę i jedziemy. Czy to panu odpowiada? 
— Ależ oczywiście! Nie odzyskam spokoju, dopóki nie opowiem o mojej przygodzie. 
— Wobec tego mój służący wezwie dorożkę, a ja wrócę tu za chwilę. 
Pobiegłem szybko na górę i wyjaśniłem sprawę mej żonie. Nie upłynęło nawet pięć minut, 

jak znalazłem się w dorożce i ruszyłem z moim nowym znajomym na Baker Street. 

Sherlock  Holmes,  jak  się  tego  spodziewałem,  siedział  w  niedbałej  pozie  w  bawialni. 

Odziany jeszcze w szlafrok, czytał rubrykę zgonów „Timesa” paląc poranną fajkę. Składały się 
na nią resztki tytoniu z poprzedniego dnia, starannie zbierane i suszone na gzymsie kominka. 
Przyjął  nas  z  tak  charakterystycznym  dla  niego,  niezmąconym  spokojem.  Następnie  kazał 
podać jajecznicę na boczku. Zasiedliśmy wspólnie do gorącego posiłku. Kiedyśmy skończyli, 
zaprosił naszego znajomego, by zajął miejsce na kanapie. Położył mu poduszkę pod głowę i 
postawił koło niego szklankę brandy z wodą. 

— No, pana przejścia musiały być niezwykłe, Mr Hatherley! To widać na pierwszy rzut oka 

— zaczął Holmes. 

— Proszę, niech pan leży spokojnie i czuje się jak u siebie w domu. O tak, znakomicie! A 

teraz może pan będzie łaskaw nam opowiadać. W razie, gdyby pan poczuł znużenie, proszę się 
pokrzepiać tym oto „wzmacniającym płynem”. 

— Dziękuję uprzejmie — odrzekł mój pacjent. — Po opatrunku, założonym przez doktora, 

poczułem się jak nowo narodzony… a pańskie śniadanie, Mr Holmes, podniosło mnie na duchu 
Nie chcę jednak zabierać panu jego cennego czasu i dlatego od razu rozpocznę moją dziwną 
historię. Postaram się wiernie odtworzyć cały tok wydarzeń. 

Holmes usiadł tymczasem w swym wielkim fotelu. Przymknął powieki, a na twarzy jego 

malowało się głębokie skupienie. .Cóż kryło ono w sobie? Namiętną chęć poznania prawdy i 
rozwiązania skomplikowanej zagadki. Usiadłem naprzeciw niego. 

Inżynier  rozpoczął  swą  dziwną  historię.  W  miarę  opowiadania  przykuwała  ona  coraz 

mocniej naszą uwagę. 

 
Historia,  która  przytrafiła  mi  się  w  1889  roku,  była  zaiste  i  niesamowita,  i  tajemnicza… 

prawdziwa  historia  „z  dreszczykiem”.  Na  wstępie  podam  panom  dla  orientacji  kilka 
szczegółów  z  mojego  życia.  Mieszkałem  wówczas  i  nadal  mieszkam  zupełnie  samotnie  w 
Londynie. Z zawodu jestem inżynierem hydraulikiem. W czasie siedmiu lat pracy w znanym 
przedsiębiorstwie Venner i Matsheson w Greenwich nabyłem dużego doświadczenia. Dwa lata 
temu  umowa  o  pracę  z  przedsiębiorstwem  wygasła.  Jednocześnie  niemal  otrzymałem  dość 
znaczną  sumę  pieniędzy  po  moim  drogim  ojcu.  Wówczas  to  postanowiłem  założyć  własrfe 
przedsiębiorstwo.  W  tym  celu  wynająłem  lokal  na  Victoria  Street.  Przypuszczam,  iż 
samodzielne organizowanie przedsiębiorstwa stanowi przykre przeżycie dla każdego, kto czyni 
to po raz pierwszy. Dla mnie było wyjątkowo przykre. W rezultacie w ciągu dwu lat udzieliłem 

background image

zaledwie trzech porad i wykonałem jakąś tam drobną pracę. To było absolutnie wszystko. Moje 
wpływy  wynosiły  27,5  funta.  Codziennie  od  dziewiątej  rano  do  czwartej  po  południu 
wyczekiwałem na próżno w moim maleńkim kantorku. Wreszcie począłem tracić wiarę w swe 
siły i nabierać coraz silniejszego przekonania, że nigdy nie zdobędę sobie klienteli. 

Wczoraj jednak, gdy już miałem zamiar opuścić biuro, wszedł mój pracownik. Oznajmił mi 

z ożywieniem, iż jakiś pan chce się ze mną zobaczyć w pilnej, sprawie. 

Na bilecie wizytowym przeczytałem: pułkownik Lizander Stark. Zaraz potem wszedł sam 

pułkownik. Był on niezwykle chudy. Nigdy nie przypuszczałem, że może istnieć tak szczupły 
człowiek.  Niesamowite  wrażenie  potęgowała  jeszcze  jego  twarz,  zwężająca  się  w  kierunku 
nosa  i  podbródka,  zaś  policzki  —  to  po  prostu  skóra  naciągnięta  na  wystające  kości.  Ta 
nadmierna  szczupłość  nie  była  jednak  wynikiem  choroby.  Widać  to  było  zresztą  już  na 
pierwszy rzut oka: bystre wejrzenie, sprężysty krok i pewne siebie zachowanie. Ubrany był bez 
smaku, lecz schludnie. Mógł mieć około czterdziestu lat… 

— Pan Hatherley? — spytał krótko z lekkim niemieckim akcentem. — Polecono mi pana, 

Mr  Hatherley,  nie  tylko  jako  dobrego  fachowca,  lecz  również  jako  człowieka  umiejącego 
dochować tajemnicy. 

— Dziękuję uprzejmie! Czuję się zaszczycony jako młody człowiek tak pochlebną opinią. 

Czy mogę zapytać, kto jej o mnie udzielił? 

— Owszem! Uważam jednak, że w obecnej chwili nie powinienem z pewnych względów o 

tym  mówić.  Z  tego  samego  źródła  otrzymałem  dalsze  informacje.  Jest  pan  sierotą  i 
kawalerem… Mieszka pan samotnie w Londynie. 

— Rzeczywiście! Wszystko się zgadza — odparłem. — Proszę mi jednak wybaczyć, ale nie 

widzę żadnego związku pomiędzy tymi informacjami a moją fachowością. Przypuszczam też, 
iż chciał się pan ze mną zobaczyć w jakiejś sprawie zawodowej? 

— Oczywiście! Przekona się pan jednak, iż to,  co powiedziałem,  ma pośredni  związek s 

pana  sprawą.  Mam  dla  pana  zlecenie  z  zakresu  pańskiej  specjalności,  lecz  wymagam 
absolutnej” d y s k r e c j i ! Naturalnie możemy tego oczekiwać raczej od człowieka samotnego 
niż obarczonego rodziną. 

— Jeśli Zobowiążę się do zachowania tajemnicy, to może pan całkowicie polegać na moim 

słowie. — Gdy to mówiłem, pułkownik mierzył mnie kamiennym, niesamowitym spojrzeniem. 
Brr! Chyba jeszcze nigdy nie czułem na sobie tak badawczego i przenikliwego spojrzenia.  . 

— A więc przyrzeka pan? — rzekł wreszcie. 
— Tak! Przyrzekam! 
— Całkowite i bezwzględne milczenie? Teraz i w przyszłości? Ani słowa na ten temat, ani 

żadnej pisaniny? 

— Przecież dałem już panu moje słowo! 
— A więc zgoda! — Poderwał się nagle i przebiegł jak strzała przez pokój i gwałtownie 

otworzył drzwi. Korytarz był pusty. — Wszystko w porządku! Pracownicy nieraz interesują się 
nadmiernie  sprawami  swych  pracodawców.  Teraz  już  możemy  mówić  i  swobodnie.  — 
Przysunął  swoje  krzesło  blisko  do  mojego  i  znów  począł  przewiercać  mnie  badawczym 
spojrzeniem. 

Stopniowo dziwaczne zachowanie tego chudego człowieka poczęło budzić we mnie coraz to 

większą odrazę i obawę. Było w nim bowiem prócz kabotyństwa coś, co wywoływało niepokój. 
Nawet  obawa  przed  utratą  klienta  nie  mogła  mnie  powstrzymać  od  okazania  ogarniającego 
mnie zniecierpliwienia. 

— Proszę, niech pan przedstawi swoją sprawę, bo naprawdę tracimy czas niepotrzebnie. — 

Słowa te wyrwały mi się nieopatrznie. Bardzo się nimi zaniepokoiłem. 

— Czy odpowiada panu 50 gwinei za pracę nocną? 
— Ależ to wspaniale! 

background image

— Wspomniałem o pracy nocnej. Ale będzie to zaledwie kilka godzin Chodzi po prostu o 

zbadanie hydraulicznej prasy drukarskiej, która się popsuła. Wystarczy, że wskaże nam pan 
uszkodzenie, a my już sami ją naprawimy, Co pan sądzi o tej robocie? 

— Praca lekka, a zapłata sowita. 
— Doskonale! Będę więc oczekiwał pana przyjazdu tej nocy ostatnim pociągiem. 
— A gdzie? 
— W  Eyford…  w  hrabstwie  Berkshire.  Jest  to  maleńka  miejscowość  na  pograniczu 

hrabstwa Oxfordshire w odległości siedmiu mil od Reading. Pociąg z Paddington przychodzi 
tam o godzinie 23.15. 

— Świetnie! 
— Przyjadę po pana powozem. 
— A więc trzeba tam jeszcze dojechać końmi? 
— Nasza siedziba leży całkiem na uboczu. Znajduje się ona o dobre siedem mil od stacji 

Eyford. 

— Och!  To  przed  północą  chyba  tam  nie  dojedziemy.  Wydaje  mi  się,  iż  nie  będę  miał 

pociągu powrotnego. Zmusi mnie to do zatrzymania się na noc. 

— Tak jest! A więc zanocuje pan u nas. 
— Ależ  to  sprawi  państwu  dużo  kłopotu.  Czy  nie  mógłbym  raczej  przyjechać  o  jakiejś 

stosowniejszej porze? 

— Nie ma o czym mówić! To już postanowione! Właśnie najlepiej będzie, jeśli przyjedzie 

pan  późnym  wieczorem.  Celem  wynagrodzenia  panu  wszelkiego  rodzaju  niedogodności 
dajemy młodemu i nie znanemu inżynierowi zapłatę godną najlepszych specjalistów. Jeśli zaś 
panu to nie odpowiada, to oczywiście nie nalegam! 

Pomyślałem o 50 gwineach i o ich znaczeniu dla mnie. 
— Ależ nie — odrzekłem — z prawdziwą przyjemnością zastosuję się do pańskich życzeń. 

Chciałbym jednak zorientować się dokładniej, czego właściwie pan ode mnie żąda? 

— Naturalnie! Wcale się nie dziwię. Przyrzeczenie dochowania tajemnicy podnieca pana 

ciekawość Nie mam zamiaru polecać panu czegokolwiek bez uprzedniego zaznajomienia go z 
całokształtem sprawy. Przypuszczam, że nikt nas tu nie podsłuchuje? 

— Z całą pewnością! 
— A więc sprawa przedstawia się następująco. Jak pan się z pewnością orientuje, ziemia 

fulerska jest cennym i poszukiwanym surowcem. Występuje ona na terenie Anglii w jednym 
lub najwyżej w dwu miejscach. 

— Słyszałem o tym. 
— Otóż niedawno zakupiłem niewielką posiadłość zupełnie maleńką, w odległości 10 mil 

od Reading. Szczęście uśmiechnęło się do mnie. Odkryłem mianowicie na jednym z pól złoża 
ziemi  fulerskiej.  Po  bliższym  zbadaniu  okazało  się  jednak,  iż  złoża  te  nie  są  zbyt  bogate  i 
stanowią  jedynie  połączenie  pomiędzy  dwoma  innymi,  znacznie  zasobniejszymi.  Natomiast 
właściwe  pokłady  ziemi  fulerskiej  znajdowały  się  u  moich  sąsiadów.  Ci  poczciwcy  nie 
podejrzewali nawet, że ich grunty kryją coś, Co jest niemal tak cenne jak złoto. Oczywiście w 
moim interesie leżało, aby nabyć tę ziemię, zanim oni odkryją jej prawdziwą wartość. Niestety, 
nie miałem na to dostatecznych funduszów. Wtajemniczyłem więc w tę sprawę kilku moich 
przyjaciół. Oni to właśnie poddali mi myśl, iż powinniśmy po cichu eksploatować nasze złoża. 
W  ten  sposób  uzyskalibyśmy  pieniądze  na  zakup  sąsiednich  terenów.  Do  chwili  obecnej 
pracujemy więc i zachowaniem najściślejszej tajemnicy. Dla usprawnienia naszej działalności 
zainstalowaliśmy  prasę  hydrauliczną.  Prasa  ta,  jak  poprzednio  wyjaśniłem,  popsuła  się.  W 
związku z tym potrzebujemy pańskiej porady. Strzeżemy oczywiście naszej tajemnicy jak oka 
w głowie. Gdyby rozeszła się wiadomość, iż do naszego domku sprowadziliśmy inżyniera — 
hydraulika,  to  ludzie  poczęliby  interesować  się  tym  i  wszystko  mogłoby  wyjść  na  jaw. 
Wówczas utracilibyśmy bezpowrotnie możność nabycia terenów i urzeczywistnienia naszych 

background image

planów.  Dlatego  też  wymagałem  przyrzeczenia,  iż  nikomu  nie  wspomni  pan  nawet  o  swej 
dzisiejszej podróży do Eyford. Teraz, mam nadzieję, wszystko jest jasne? 

— Całkowicie pana rozumiem — odpowiedziałem. — Jedno tylko wydaje się niejasne, a 

mianowicie: do czego właściwie służy prasa hydrauliczna przy wydobywaniu ziemi fulerskiej? 
O ile wiem, leży ona w głębi ziemi i trzeba ją wykopywać jak żwir. 

— Ach — rzekł beztrosko pułkownik. — Stosujemy własną metodę wydobycia. Prasujemy 

ziemię w cegły, aby zamaskować, co ona w sobie kryje. Zresztą to nieważne! Zaznajomiłem 
pana z całą moją tajemnicą! To chyba najlepszy dowód mego zaufania. — Wstał kończąc. — 
Oczekuję więc pana w Eyford o godzinie 23.15. 

— Będę tam na pewno! 
— Nikomu ani słowa! — Jeszcze raz przeszył mnie przeciągłym badawczym spojrzeniem. 

Uścisnął chłodno mą dłoń, co miało oznaczać podziękowanie… i pospiesznie opuścił pokój. 

Dopiero  po,  jakimś  czasie  ochłonąłem  z  pierwszego  wrażenia.  Zacząłem  się  spokojnie 

zastanawiać  nad  całą  tą  sprawą.  Opanowało  mnie  jakieś  dziwne  uczucie.  Niespodziewane 
zamówienie  pułkownika  wywołało  u  mnie  rozterkę  wewnętrzną.  Z  jednej  strony  byłem 
zadowolony  z  wynagrodzenia,  gdyż  przewyższało  ono  przecież  dziesięciokrotnie  normalną 
cenę za tego rodzaju usługi. Ponadto miałem jeszcze nadzieję na dalszą współpracę. Z drugiej 
jednak strony cały wygląd i zachowanie się mojego klienta wywarły na mnie zdecydowanie 
ujemne wrażenie, zaś jego mętne wyjaśnienia o ziemi fulerskiej wcale nie przekonały mnie o 
konieczności tajemniczej wyprawy wśród nocy. Ach, jakiż on był niespokojny, chociaż starał 
się opanować! To właśnie wzbudziło we mnie nieprzepartą chęć porozmawiania z kimkolwiek 
i podzielenia się wątpliwościami. W końcu odrzuciłem jednak od siebie podejrzenia. Zjadłem 
gorącą kolację i udałem się do Paddington, skąd ruszyłem w podróż. 

Tak  więc  zdecydowałem  się  dochować  tajemnicy.  W  Reading  musiałem  się  przesiąść. 

Trzeba było iść na inny dworzec. Zdążyłem jednak na ostatni pociąg do Eyford. Wysiadłem na 
małej, źle oświetlonej stacji po godzinie jedenastej w nocy. Byłem jedynym podróżnym, który 
tam  przybył.  Na  peronie  nie  zauważyłem  nikogo  prócz  zaspanego  tragarza  z  latarnią.  Gdy 
jednak  wychodziłem  z  dworca,  natychmiast  natknąłem  się  na  mojego  znajomego.  Czekał 
ukryty w cieniu po drugiej stronie ulicy. Bez słowa chwycił mnie za ramię i szybko wepchnął 
przez  otwarte  drzwiczki  do  powozu.  Zasłonił  okna  po  obu  stronach  i  zapukał  mocno  w 
drewnianą ściankę na stangreta. Ruszyliśmy co koń wyskoczy… 

— Jeden koń? — spytał Holmes. 
— Tak! Tylko jeden! 
— Czy zdążył pan zauważyć, jakiej był maści? 
— Owszem! Spostrzegłem  to,  gdy  wsiadałem do powozu, w świetle latarni  padającym z 

boku. Był to kasztan. 

— Czy wyglądał na zmoczonego, czy wypoczętego? 
— Wydawał się zupełnie świeży i lśniący. 
— Dziękuję panu! Przykro mi, że przerwałem. Proszę, niech pan ciągnie dalej swą ciekawą 

opowieść. 

Pojechaliśmy więc… Jazda trwała chyba co najmniej godzinę. Pułkownik Lizander Stark 

zapewniał mnie, iż miało to być 7 mil. Osobiście jednak jestem zdania, sądząc po szybkości, z 
jaką pędziliśmy, i czasie, jaki podróż pochłonęła, że musiało to być około 12 mil. Pułkownik 
siedział obok mnie i milczał jak zaklęty przez całą drogę. 

W  pewnej  chwili  poczułem  się  jakoś  nieswojo.  Ilekroć  rzuciłem  okiem  w  jego  stronę, 

napotykałem badawcze spojrzenie. 

Wiejskie  drogi  okolicy,  którą  mijaliśmy,  były  wyboiste  Rzucało  i  trzęsło  wprost 

niemożliwie.  Chciałem  wyjrzeć  przez  okno,  by  zorientować  się,  dokąd  jedziemy.  Niestety 
matowe szyby zasłaniały widok. Czasem tylko błyskały światła napotykanych latarń. Od czasu 
do czasu próbowałem rzucić taką  czy inną uwagę, by  urozmaicić nudną  podróż, pułkownik 

background image

jednak zbywał półsłówkami moje usiłowania i… rozmowa zamierała. Wreszcie skończyły się 
wyboje  wiejskiego  gościńca.  Wjechaliśmy  w  aleję  wysypaną  żwirem,  a  po  chwila  powóz 
stanął. Pułkownik Stark wyskoczył pierwszy. Poszedłem za jego przykładem. Pociągnął mnie 
żywo w kierunku wejścia do budynku stojącego przed nami otworem. Wysiedliśmy z prawej 
strony  powozu,  zupełnie  na  wprost  drzwi  i  dlatego  nie  zdążyłem  dokładnie  przyjrzeć  się 
frontowi  domu.  Skoro  tylko  przekroczyliśmy  próg,  drzwi  głucho  zatrzasnęły  się  za  nami. 
Usłyszałem jeszcze turkot oddalającego się powozu… 

Wewnątrz  domostwa  panowały  ciemności.  Pułkownik  mrucząc  pod  nosem  szukał  po 

kieszeniach zapałek. Nagle otwarto drzwi na drugim końcu korytarza. Strumień jasnego światła 
spłynął  w  naszym  kierunku.  Stopniowo  poszerzał  się,  wreszcie  ujrzeliśmy  kobietę  niosącą 
lampę. Szła z głową podaną ku przodowi, bacznie się nam przyglądając. Stanąłem jak olśniony. 
Była  uderzająco  piękna.  Ciemna,  bogata  suknia  mieniła  się  w  blasku  lampy…  Powiedziała 
kilka  słów  w  obcym  języku  tonem  pełnym  zdziwienia.  Pułkownik  zbył  ją  opryskliwym 
burknięciem. Spłoszyła się wówczas… zadrżała i niewiele brakowało, a lampa wypadłaby jej z 
ręki. Stark podszedł do niej i szepnął jej coś do ucha, w końcu popchnął z powrotem do pokoju, 
skąd przyszła. Po chwili wrócił do mnie z lampą. 

— Może  pan,  z  łaski  swej,  poczeka  w  tym  pokoju  kilka  minut  —  rzekł  otwierając  inne 

drzwi. Znajdowałem się w niewielkim pomieszczeniu urządzonym bez smaku. Na środku stał 
okrągły  stół  Leżało  na nim w nieładzie kilka niemieckich książek. Stark  postawił  lampę na 
fisharmonii,  umieszczonej  obok  wejścia  —  Nie  będzie  pan  długo  czekał  —  powiedział  i 
zniknął w ciemnościach. 

Rzuciłem  okiem na książki  znajdujące się na stole. Nie znam,  co prawda, dobrze języka 

niemieckiego,  zorientowałem  się  jednak,  iż  dwie  z  nich  są  traktatami  naukowymi,  a  reszta 
tomikami  poezji.  Następnie  podszedłem  do  okna.  Spodziewałem  się  bowiem,  że  będę  mógł 
zorientować  się  jakoś  w  okolicy.  Niestety,  przeszkodziła  temu  szczelnie  zaryglowana 
okiennica. W całym domu panowała głucha cisza. Jedynie gdzieś w głębi korytarza rozlegało 
się  miarowe  tykanie  starego  zegara.  Stopniowo  począł  mnie  ogarniać  coraz  to  silniejszy 
niepokój.  Kim  właściwie  są  ci  Niemcy?  I  co  oni  tu  robią  w  tym  dziwnym,  położonym  na 
pustkowiu domostwie? A w ogóle gdzie właściwie ten dom się znajduje? Chyba tylko 10 mil od 
Eyford — pomyślałem. — Ale w jakim kierunku? O tym nie miałem najmniejszego pojęcia. 
Być może, iż Reading, a także jakieś inne większe miejscom leżą po drodze. W takim wypadku 
dom  nie  mógł  być  na  pustkowiu.  Panująca  wokół  cisza  świadczyła  o  tym,  że  musiałem  — 
chyba znajdować na wsi. Począłem przechadzać się po pokoju, nucąc pod nosem dla dodania 
sobie odwagi. Stopniowo doszedłem do wniosku, że nie będzie prostą sprawą zarobić tych 50 
gwinei. Nagle drzwi pokoju uchyliły się bezszelestnie, nie mącąc — głębokiej ciszy, w jakiej 
dom  był  pogrążony.  Na  tle  ciemnego  przedpokoju  ukazała  się  piękna  nieznajoma,  którą 
spotkałem przedtem w korytarzu. Niepokój malował się na jej twarzy. Była czymś wyraźnie 
wstrząśnięta i  przerażona. Od razu rzucało  się to w oczy. Jej  niepokój udzielił się również i 
mnie. Położyła ostrzegawczo palec na ustach. Niepewnie rozejrzała — się dokoła a wreszcie 
wyrzuciła z siebie kilka urywanych słów łamaną angielszczyzną: 

— Muszę stąd odejść! 
Z trudem starała się opanować. Tak mi się przynajmniej zdawało. 
— Odejdę stąd! Tak! Nie powinnam tu zostać! A pana też tu nic dobrego nie czeka. 
— Ależ  pani  —  odparłem.  —  Ja  przecież  jeszcze  nie  wykonałem  pracy,  która  mnie  tu 

sprowadziła. Nie mogę stąd odejść dopóki nie zobaczę maszyny. 

— Po co pan czeka? To nie ma sensu! Teraz jeszcze może pan opuścić bez przeszkód to 

miejsce… 

Uśmiechnąłem się niedowierzająco, poruszając przecząco głową. Wówczas straciła pozorny 

spokój. Postąpiła krok naprzód i szepnęła błagalnie, załamując ręce: 

— Na miłość boską! Niech pan ucieka, póki nie jest — za późno. 

background image

— Ale ja jestem z natury  uparty  —  rzekł  dla wyjaśnienia do Holmesa  — i  tym  mocniej 

utwierdzam  się  w  postanowieniu,  im  większe  na  swej  drodze  napotykam  przeszkody. 
Pomyślałem o 50 gwineach, o męczącej podróży i według wszelkiego prawdopodobieństwa 
nieprzyjemnej nocy. I to wszystko miałoby pójść na marne!? Miałbym uciec stąd chyłkiem jak 
złodziej? Nie wykonać zlecenia i nie otrzymać zapłaty? Ejże?! A może ta piękna dama jest 
niespełna rozumu…? Chociaż więc zachowanie jej wstrząsnęło mną mocniej, niż to po sobie 
okazywałem,  w  rezultacie  nie  dałem  się  przekonać.  Odmownie  potrząsnąłem  głową, 
zdecydowany pozostać na miejscu. Chciała ponowić prośby, gdy wtem gdzieś u góry trzasnęły 
drzwi.  Na  schodach  usłyszeliśmy  odgłos  kroków.  Nieznajoma,  nasłuchiwała  chwilę  w 
napięciu.  Potem  rozłożyła  ręce  gestem  rozpaczy  i  znikła  tak  nagle  i  bezszelestnie,  jak  się 
zjawiła. 

Nadszedł pułkownik Stark z jakimś niskim mężczyzną noszącym bokobrody. Przedstawił 

go jako Mr Fergussona. 

— Oto mój sekretarz i kierownik robót zarazem — rzekł pułkownik. — Ale cóż to? Drzwi 

otwarte? Zaraz, zaraz! Wydaje mi się, iż wychodząc zamknąłem drzwi. Czy nie dokuczał panu 
przeciąg? 

— Wręcz przeciwnie! — odrzekłem. — Otworzyłem drzwi, gdyż było mi duszno. 
Stark spojrzał na mnie podejrzliwie. 
— Ech! Lepiej chyba będzie, jeśli od razu przystąpimy do interesu — powiedział. — Razem 

z panem Fergussonem pokażemy panu maszynę. 

— Świetnie! Już idę, tylko włożę kapelusz! 
— Ach! Nie potrzeba! Maszyna znajduje się tu w domu. 
— Co? Wydobywa pan ziemię fulerską w mieszkaniu? 
— Nie,  nie!  Tutaj  tylko…  sprasowujemy  ją.  Zresztą  co  to  pana  obchodzi?!  Od  początku 

stawiałem sprawę jasno! Do pana należy jedynie wykrycie uszkodzenia mechanizmu prasy. I 
koniec. 

Udaliśmy  się  po  schodach  na  piętro.  Prowadził  pułkownik  z  lampą  w  ręku,  zaś  gruby 

kierownik robót i ja postępowaliśmy za nim. Stare domostwo stanowiło prawdziwy labirynt 
korytarzy, przejść i wąskich a krętych klatek schodowych, oraz niewielkich alków i pokoików, 
nie zamieszkanych od pokoleń. Nie było tam ani dywanów, ani w ogóle śladu jakichkolwiek 
mebli. Miejscami tynk odpadł ze ścian. Widniały tam zielone plamy wilgoci i pleśni. Starałem 
się  zachować  całkowity  spokój.  —  Nie  zapomniałem  jednak  o  ostrzeżeniach  pięknej 
nieznajomej i chociaż nie usłuchałem jej, to jednak bacznie obserwowałem mych towarzyszy. 
Fergusson  wyglądał  na  człowieka  posępnego  i  małomównego.  Z  kilku  słów,  jakie  ze  sobą 
zamieniliśmy, zorientowałem się, iż jest stałym mieszkańcem tej okolicy. 

Wreszcie  pułkownik  Stark  zatrzymał  się  przed  niskimi  drzwiami  Otworzył  je.  Ujrzałem 

maleńką komórkę, w której nas trzech ledwo mogłoby się pomieścić. Fergusson pozostał na 
zewnątrz, a pułkownik wprowadził mnie do, środka. 

— Znajdujemy  się  —  objaśnił  mnie  —  we  wnętrzu  prasy  hydraulicznej.  Byłoby  bardzo 

niedobrze,  gdyby  ktoś  puścił  ją  w  ruch.  Powała  tego  małego  pokoiku  stanowi  zakończenie 
ruchomego tłoka, który, obniżając się ku tej oto metalowej podłodze, ciśnie na nią z siłą wielu 
ton. Rurami, znajdującymi się na zewnątrz, dochodzi woda poruszająca tłok maszyny na znanej 
panu zasadzie Maszyna działa dość sprawnie. Dopiero ostatnio zaczęła się zacinać i moc jej 
wyraźnie się zmniejszyła. Tak! No, a teraz może będzie pan łaskaw obejrzeć ją i wskazać nam 
sposób naprawy? 

Wziąłem od niego lampę i dokładnie obejrzałem prasę hydrauliczną. Rzeczywiście była to 

potężna  maszyna  o  gigantycznej  mocy.  Wszedłem  na  górą.  Nacisnąłem  dźwignie  kontrolne 
prasy. Po świszczącym odgłosie, wydobywającym się z maszyny, od razu zorientowałem się, 
co  się  stało.  To  boczne  cylindry  są  nieszczelne  i  przepuszczają  wodę.  Dokładnie  zbadałem 
mechanizm.  Jedna  z  uszczelek  gumowych  otaczających  wał  kotłowy  wytarła  się  do  tego 

background image

stopnia, że nie przylegała ściśle do ścian komory. Dlatego właśnie maszyna traciła swą moc. 
Podzieliłem  się  tymi  spostrzeżeniami  ze  Starkiem  i  Fergussonem.  Słuchali  mnie  bardzo 
uważnie i zadawali cały szereg pytań, dotyczących sposobu naprawy maszyny. Kiedy wszystko 
już  wyjaśniłem,  wszedłem  ponowi  do  pokoiku,  stanowiącego  wnętrze  prasy  hydraulicznej. 
Jeszcze  raz  przyjrzałem  się  jej  dokładnie,  aby  zaspokoić  swą  ciekawość.  Od  chwili,  gdy 
ujrzałem  prasę,  byłem  przekonany,  że  cała  historia  o  ziemi  fulerskiej  była  tylko  bajeczką 
Niedorzeczne  nawet  było  samo  przypuszczenie,  iż  tak  silną  i  potężną  maszynę  można 
przeznaczyć  do  tak  nieodpowiedniego  i  błahego  zadania.  Ściany  prasy  były  co  prawda 
drewniane, lecz podłoga żelazna. Dokładnie oglądnąłem tę podłogę. Zauważyłem teraz na całej 
powierzchni jakiś zaskorupiały osad metalowy. Pochyliłem się i począłem zdrapywać osad, aby 
go potem szczegółowo zbadać, gdy wtem usłyszałem przytłumiony, chrapliwy okrzyk… chyba 
po niemiecku. Poderwałem się i… ujrzałem pułkownika. Stał jak wryty, wpijając się we mnie 
niesamowity wzrokiem, a potworny grymas wykrzywiał jego chudą twarz. 

— Co pan tam robi? — zapytał. 
Byłem oburzony. Wprowadził mnie przecież w błąd zmyśloną historyjką. Toteż odparłem 

gniewnie: 

— Podziwiam  pańską  ziemię  fulerską.  Sądzę,  iż  mógłbym  służyć  lepszą  radą,  gdybym 

wiedział, do jakiego celu służy naprawdę ta maszyna. 

W  tej  samej  jednak  chwili,  gdy  wyrzuciłem  z  siebie  te  słowa,  pożałowałem  swej 

gwałtowności. Rysy jego stwardniały, a w stalowych oczach zabłysły złowrogie ogniki. 

— Oczywiście!  Powinien  pan  dokładniej  zapoznać  się  z  maszyną.  —  Cofnął  się  o  krok, 

zatrzasnął  za  sobą  drzwi  i  przekręcił  klucz  w  zamku  Rzuciłem  się  ku  wyjściu  i  począłem 
szarpać za klamkę. Nadaremno! Nie pomogło również gwałtowne dobijanie się. Drzwi ani nie 
drgnęły Począłem krzyczeć: Halo, Halo, Pułkowniku! Niech mnie pan wypuści!!! 

Wówczas  usłyszałem  nagle  odgłos,  który  zmroził  mi  krew  w  żyłach.  Głucho  szczęknęła 

dźwignia,  a  z  nieszczelnej  komory  tłokowej  wydobywał  się  złowrogi,  syczący  poświst.  .To 
Stark  puścił  w  ruch  maszynę,  w  której  wnętrzu  zostałem  zamknięty.  W  świetle  stojącej  na 
podłodze lampy ujrzałem czarny pułap Obniżał się powoli i nierównomiernie. Nikt też lepiej 
ode mnie nie mógł wiedzieć, że siła ta jest w stanie zmiażdżyć mnie w ciągu jednej minuty na 
bezkształtną masę. Ponownie rzuciłem się z krzykiem do drzwi. Wpiłem się w nie kurczowo. 
Zaklinałem pułkownika, by mnie wypuścił. Lecz szczęk dźwigni zagłuszył moje krzyki. Była 
to  jedyna  odpowiedź.  Pułap  znajdował  się  już  o  stopę,  lub  dwie  od  mej  głowy.  Bez  trudu 
dosięgnąć  mogłem  ręką  jego  twardej  i  szorstkiej  powierzchni.  Przyszło  mi  na  myśl,  iż  ból 
którego doznałbym w chwili śmierci, zależeć będzie w dużym stopniu od pozycji, w jakiej się 
będę znajdował. Gdybym się położył na brzuchu to tłok prasy przygniótłby mi kręgosłup i… 
nastąpiłby krótki, straszliwy trzask. Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym. Przypuśćmy zatem, 
iż  położyłbym  się  na  plecach.  Czyż  miałbym  dość  spokoju,  by  potrzeć  na  czarny  pułap, 
zniżający się ku mnie stopniowo lecz nieuchronnie? Metalowy pułap dotknął już mej głowy… 
Musiałem  się  pochylić…  Wtem  zauważyłem  coś,  co  natchnęło  mnie  otuchą,  budząc  nikły 
promień nadziei. 

Jak już wspomniałem, sufit i podłoga były żelazne, a ściany drewniane. W jednej ze szczelin 

między deskami zauważyłem smugę światła, która stopniowo poszerzała się. Wydawało się, 
jakby część ściany wypchnięto. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć swemu szczęściu. 
Droga ratunku stała przede mną otworem. Rzuciłem się gwałtownie w tajemnicze przejście, 
lecz zaraz za progiem padłem na wpół omdlały. Tafla zasunęła się za mną… a więc była to już 
ostatnia chwila. Zaraz potem doszedł mnie zgrzyt i trzask tłuczonej lampy naftowej, a następnie 
metaliczny łoskot… Ruchomy pułap prasy hydraulicznej uderzył o posadzkę. 

Odzyskałem  przytomność.  Ktoś  gwałtownie  szarpał  mnie  za  przegub  ręki.  Leżałem  na 

kamiennej podłodze wąskiego korytarza, nade mną zaś pochylała się piękna kobieta. Lewą ręką 

background image

usiłowała mnie z wielkim trudem odciągnąć od maszyny, w prawej zaś trzymała lampę. Była to 
ta sama tajemnicza i dobra nieznajoma, której ostrzeżenie tak nierozsądnie zlekceważyłem. 

— Prędzej! Prędzej! — wołała bez tchu. — Oni zaraz odkryją, iż pana tam nie ma. Będą tu 

za chwilę. Och! Nie traćmy cennego czasu! Uciekajmy! 

Teraz  już  bez  wahania  zastosowałem  się  do  jej  wskazówek.  Dźwignąłem  się  z  ziemi… 

Pobiegliśmy pędem przez korytarz i dalej w dół krętymi schodami, aż wreszcie znaleźliśmy się 
w  szerokim  przejściu.  W  tym  momencie  doszły  nas  odgłosy  gorączkowej  bieganiny  i 
nawoływania. Słychać je było na naszym piętrze i na dole. Moja przewodniczka zatrzymała się 
i rozejrzała wokół bezradnie. Wreszcie otworzyła drzwi do sypialni. Przez okno wpadał jasny 
blask księżyca, oświetlając cały pokój. 

— Oto ostatnia szansa! — powiedziała przerywanym głosem. Stąd jest wysoko, ale może 

się panu uda zeskoczyć. 

Gdy  to  mówiła,  na  drugim  końcu  korytarza  błysnęło  światło…

 

i  ujrzałem  chudą  postać 

pułkownika.  Biegł  trzymając  w  jednym  ręku  latarnię,  a  w  drugim  jakieś  wielkie  obcęgi.  W 
kilku skokach byłem przy oknie. Otworzyłem je na oścież i wyjrzałem. Ogród tonął w łagodnej 
poświacie księżycowej. Panowała tu głęboka cisza i niezmącony spokój. Okno znajdowało się 
na wysokości najwyżej trzydziestu stóp. Byłem już na parapecie, zawahałem się jednak przed 
skokiem.  Wtedy  właśnie  usłyszałem  gwałtowną  sprzeczkę  pomiędzy  moją  wybawicielką  a 
łotrem, który mnie ścigał. Zdecydowany byłem oczywiście przyjść jej z pomocą, jeśliby tylko 
zagrażało  jej  najmniejsze  chociaż  niebezpieczeństwo.  Pułkownik  ukazał  się  w  drzwiach… 
Chciał ją wyminąć, lecz chwyciła go nagle oburącz i usiłowała zatrzymać. 

— Fryc! Fryc! Przypomnij sobie swą ostatnią obietnicę — wołała łamaną angielszczyzną. 

— Przyrzekłeś, że to się już więcej nie powtórzy. Och! On będzie milczał! Na pewno dochowa 
tajemnicy. 

— Czyś  ty  oszalała,  Elizo?  —  krzyknął,  starając  się  od  niej  uwolnić.  —  Chcesz  nas 

zrujnować?!  On  widział  zbyt  wiele!  Puść  mnie,  mówię  ci!  —  Odepchnął  ją  gwałtownie. 
Skoczył  błyskawicznie  do  okna.  Byłem  już  na  zewnątrz…  Wisiałem  jeszcze,  kurczowo 
trzymając  się  parapetu,  gdy  spadł  na  mnie  cios  Starka.  Uczułem  okropny,  tępy  ból. 
Rozluźniłem uchwyt i runąłem w dół do ogrodu. Doznałem silnego wstrząsu, lecz poza tym od 
upadku nie ucierpiałem. Podniosłem się i ruszyłem pędem poprzez krzaki i zarośla ogrodu tak 
szybko,  jak  tylko  mogłem.  Doskonale  rozumiałem,  iż  niebezpieczeństwo  nadal  mi  zagraża. 
Nagle ogarnęła mnie dziwna słabość. Spojrzałem na rękę. Przenikał mnie ostry pulsujący ból. 
Teraz dopiero zorientowałem się, iż odcięto mi duży palec. Z rany buchała krew. Zdążyłem 
tylko  owinąć  ją  chusteczką.  W  uszach  poczęło  mi  dzwonić.  W  następnej  chwili  padłem 
nieprzytomny wśród różanych krzewów. 

Nie mogę bliżej określić, jak długo znajdowałem się w tym stanie. Musiało to jednak  — 

trwać kilka godzin. Gdy wreszcie się ocknąłem, świtało… Odzież całkowicie przemokła mi od 
rosy,  rękaw  marynarki  był  zbroczony  krwią  Ostry  ból  zranionej  ręki  przypomniał,  mi 
natychmiast wszystkie przeżycia ostatniej nocy. Zerwałem się gwałtownie z silnym uczuciem 
grożącego  mi  niebezpieczeństwa  ze  strony  tajemniczych  prześladowców.  Lecz  ku  memu 
zdziwieniu,  gdy  począłem  się  wokół  rozglądać,  nie  znalazłem  ani  domu,  ani  ogrodu. 
Znajdowałem się przy jakimś żywopłocie. W pobliżu wysokiego nasypu biegł gościniec. Dalej 
stał długi budynek. Zbliżyłem się doń. Był to dworzec, kolejowy, na który nocą przybyłem… 

Gdyby  nie  dokuczliwa  rana,  mógłbym,  wszystko,  co  spotkało  mnie  tej  nocy,  uważać  za 

koszmarny sen. 

Jeszcze półprzytomny udałem się na stację, by dowiedzieć się o ranny pociąg. Odchodził on 

do Reading za niespełna godziną. Służbę pełnił  ten sam  bileter, którego  widziałem  nocą po 
przyjeździe. Zapytałem go, czy nie wie czegokolwiek o pułkowniku Starku. Nie znał nawet 
tego nazwiska. Czy zauważył pojazd, który czekał na mnie tej nocy? Nie! Nie widział! Czy jest 
gdzieś w pobliżu posterunek policji? Owszem, w odległości trzech mil. 

background image

Było to zbyt daleko dla mnie, osłabionego i chorego. Postanowiłem poczekać, wrócić do 

miasta i wówczas zawiadomić policję. Było nieco po szóstej, gdy dotarłem do Londynu. Tu 
przede wszystkim zatroszczyłem się o opatrunek, a następnie… doktor był na tyle uprzejmy, że 
przyprowadził mnie do pana. Teraz oddaję sprawę w pańskie ręce i będę tak postępował, jak mi 
pan poleci. 

Po  wysłuchaniu  niezwykłej  opowieści  Hatherleya  przez  dłuższą  chwilę  siedzieliśmy  w 

milczeniu.  Wywołała  ona  w  nas  silne  wrażenie.  Następnie  Sherlock  Holmes  wyciągnął  z 
etażerki jedną ze swych ciężkich, zniszczonych książek, w których przechowywał różne notatki 
i wycinki z gazet. 

— Oto ogłoszenie, które z pewnością pana zainteresuje — powiedział. — Ukazało się ono 

przed  rokiem  we  wszystkich  pismach  Niech  pan  uważnie  posłucha:  Dnia  dziewiątego 
bieżącego  miesiąca  zaginął  Mr  Jeremiah  Hayling,  inżynier  hydraulik,  lat  26.  Opuścił  swe 
mieszkanie w nocy o godzinie 10 i od tej chwili wszelki ślad po nim zaginął. Był ubrany… i tak 
dalej. No cóż? Przypuszczam, iż chodzi tu o poprzednią naprawę maszyny pułkownika. 

— Wielkie  nieba!  —  krzyknął  mój  pacjent.  —  To  przecież  wyjaśnia  słowa  tajemniczej 

nieznajomej. 

— Bez  wątpienia  —  rzekł  Holmes.  —  Pułkownik  to  okrutny  i  pozbawiony  skrupułów 

przestępca. Był zdecydowany na usunięcie każdej przeszkody ze swej drogi Zachowanie jego 
przypomina  znanych  i  opowieści  zdeterminowanych,  dzikich  piratów,  którzy  po  zdobyciu 
okrętu nie pozostawiali nikogo przy życiu. Lecz teraz do — dzieła! Każda chwila jest droga! 
Skoro czuje się pan na siłach, chodźmy natychmiast do Scotland Yardu, a potem w drogę do 
Eyford. 

Mniej  więcej  po  trzech  godzinach  znaleźliśmy  się  wszyscy  w  pociągu,  podążającym  z 

Reading  do  małej  miejscowości  w  hrabstwie  Berkshire.  Wśród  nas  był  Sherlock  Holmes, 
inżynier  —  hydraulik,  inspektor  Bradstreet  ze  Scotland  Yardu,  jeszcze  jakiś  cywil  i  ja. 
Bradstreet  rozłożył  mapę  okolicy  na  ławce  i  starannie  wykreślił  cyrklem  koło,  w  środku 
którego znajdowało się Eyford. 

— Zdarzyło  się  to  chyba  gdzieś  w  tej  okolicy  —  powiedział.  —  Krąg  zakreśliłem 

promieniem  dziesięciomilowym.  Miejsce,  którego  szukamy,  musi  się  znajdować  w  pobliżu 
narysowanej  na  mapie  linii.  Zdaje  mi  się,  że  pan  coś  wspominał  o  dziesięciu  milach, 
nieprawdaż? 

— Była to godzina szybkiej jazdy. 
— Czyżby wieźli pana nieprzytomnego taki szmat drogi z powrotem? 
— Chyba tak zrobili… Ale nie przypominam sobie, aby mnie ktoś podnosił i wiózł. 
— Jednego nie mogę zrozumieć — powiedziałem. — Dlaczego zostawili pana przy życiu po 

znalezieniu  go  bez  przytomności  w  ogrodzie?  Czyżby  ten  łajdak  uległ  błaganiom  pana 
tajemniczej nieznajomej? 

— Bardzo  w  to  wątpię.  Nigdy  w  życiu  nie  spotkałem  tak  nieubłaganego  i  zaciętego 

człowieka. 

— Ech! Niedługo wszystko się wyjaśni — powiedział Bradstreet. — Oto koło zakreślone na 

mapie. Teraz chcę tylko wiedzieć, gdzie znajdują się ludzie, których szukamy? 

— Wydaje mi się, iż punkt ten mogę wskazać — powiedział spokojnie Holmes. 
— Co  takiego?!  —  krzyknął  inspektor.  —  Pan  już  rozwiązał  zagadkę?  Proszę  bardzo! 

Zobaczymy, kto ma rację. Ja twierdzę, że jest to na południu, ponieważ w tamtej okolicy leżą 
pustkowia. 

— A ja przypuszczam, iż na wschodzie — powiedział mój pacjent. 
— Raczej  na zachodzie  — zauważył  cywil  — bo tam właśnie znajduje  się kilka małych 

wiosek. 

— Moim zaś zdaniem na północy — dodałem — ponieważ nie ma tam żadnych pagórków. 

Według opowiadania inżyniera powóz jechał równiną, nie pokonując żadnych wzniesień. 

background image

— Ależ  to  paradne!  —  krzyknął  inspektor,  śmiejąc  się  serdecznie.  —  Co  za  wspaniała 

rozbieżność zdań! Podzieliliśmy się stronami świata. 

— A jakie jest pańskie zdanie, Mr Holmes? 
— Wszyscy jesteście w błędzie! 
— To niemożliwe! Wszyscy przecież nie możemy się mylić! 
— A  jednak  tak  jest!  Tu,  moim  zdaniem,  znajduje  się  miejsce,  którego  szukamy  —  i 

umieścił palec w samym środku koła. — Tam powinniśmy ich znaleźć. 

— A jak pan wytłumaczy dwunastomilową jazdę? — wyrzucił bez tchu Hatherley. 
— Sześć  mil  w  jedną  stronę  i  sześć  z  powrotem.  Nic  prostszego.  Pan  nam  przecież 

powiedział, iż koń był świeży i lśniący, gdy wsiadaliście do powozu Czyż byłoby to możliwe, 
gdyby zrobił przedtem 12 mil po ciężkich drogach? 

— Rzeczywiście!  Cóż  to  za  chytry  podstęp!  —  zauważył  Bradstreet  w  zadumie.  — 

Naturalnie, nie ma żadnej wątpliwości co do rodzaju przestępstwa i całej tej szajki. 

— Oczywiście  —  powiedział  Holmes.  —  To  byli  fałszerze  pieniędzy  na  wielką  skalę. 

Posługiwali się maszyną do wybijania monet ze specjalnego stopu mającego zastąpić srebro. 

— Już od pewnego czasu otrzymywaliśmy wiadomości o działaniu jakiejś sprytnej bandy. 

Puszczali oni w obieg tysiące fałszywych półkoronówek. Prowadząc śledztwo, dotarliśmy do 
okolic Reading. Dalej jednak ślady ginęły. Potrafili oni tak umiejętnie je za sobą zacierać, jak 
tylko umieli to czynić doświadczeni przestępcy. Przypuszczam jednak, iż tym razem szczęście 
się do nas uśmiechnęło. Wpadną nam chyba w ręce. 

Inspektor się jednak pomylił.  Nie było  bowiem sądzone, by  przestępcy  ci  wpadli w ręce 

sprawiedliwości.  Gdy  pociąg  wtoczył  się  na  stację  Eyford,  ujrzeliśmy  olbrzymi  słup  dymu, 
który wydobywał się spoza niewielkiej kępy drzew rosnących ni« opodal i wisiał nad okolicą 
na podobieństwo pióropusza ze strusich piór. 

— .Cóż  to  za  pożar?  Czy  to  dom  się  pali?  —  zapytał  Bradstreet  dyżurnego,  gdy  pociąg 

stanął. 

— Tak, sir! — odpowiedział dyżurny ruchu. 
— Kiedy to się stało? 
— Jak słyszałem, — w ciągu — nocy. Później ogień rozszerzył się i objął całe domostwo. 
— A kto jest właścicielem tego domu? 
— Doktor Becher. 
— Niech pan mi powie — wtrącił inżynier — czy ten doktor Becher nie jest przypadkiem 

Niemcem? Takim bardzo szczupłym o spiczastym nosie? 

— Nie, proszę pana — zaśmiał się dyżurny. — Doktor Becher jest Anglikiem. Nie ma też w 

całej okolicy nikogo, kto by z większym trudem mieścił się w swej kamizelce. Ale zatrzymał 
się u niego pewien pan, jak przypuszczam, pacjent. Jest on cudzoziemcem i wygląda jakby stale 
nie dojadał. 

Ledwo dyżurny skończył mówić, a już spieszyliśmy w kierunku pożaru. Droga pięła się po 

łagodnej  pochyłości  ku  szczytowi,  niewielkiego  pagórka.  Stał  tam  duży  biały  budynek, 
otoczony  licznymi  przybudówkami.  Ze  wszystkich  okien,  otworów  i  szczelin  buchał  dym  i 
ogień.  W  ogrodzie  stały  trzy  wozy  straży  pożarnej.  Daremnie  jednak  usiłowano  stłumić 
płomienie. 

— To właśnie tu! — krzyknął podniecony Hatherley. 
— O,  tam  jest  zajazd  wysypany  żwirem,  a  tu  rosną  krzaki  róży,  w  których  leżałem 

zemdlony. Z tego oto drugiego z rzędu okna wyskoczyłem. 

— No, przynajmniej odwzajemnił mu się pan z nawiązką. Nie ulega bowiem najmniejszej 

wątpliwości, że drewniane ściany zapaliły się od pozostawionej przez pana lampy naftowej, 
zgniecionej przez prasę. Pańscy prześladowcy zbyt byli pochłonięci pościgiem, dlatego też nie 
spostrzegli w porę grożącego niebezpieczeństwa. I oto skutki… Teraz niech pan — przyjrzy się 

background image

uważnie tłumowi i szuka swych „znajomych” z ostatniej nocy. Obawiam się jednak bardzo, że 
znajdują się oni w tej chwili o dobre sto mil od nas. 

Obawy Holmesa potwierdziły się w całej pełni. Od tego bowiem dnia wszelki słuch zaginął 

o  pięknej  nieznajomej,  złowrogim  Niemcu  i  grubym  Angliku.  Wczesnym  rankiem,  jakiś 
wieśniak spotkał wóz, załadowany po brzegi skrzyniami, na którym znajdowało się ponadto 
kilka osób. Wóz ten jechał z dużą szybkością w kierunku Reading. Tam jednak wszelkie ślady 
po uciekinierach znikły. Nawet geniusz — Holmes nie był w stanie ustalić choćby z minimalną 
dozą prawdopodobieństwa miejsca ich pobytu. 

Strażaków  bardzo  zainteresowały  dziwne  urządzenia,  które  znaleźli  wewnątrz  domu,  a 

jeszcze więcej odcięty ludzki palec, leżący pod parapetem okna na drugim piętrze. O zachodzie 
słońca, dzięki wysiłkom strażaków ugaszono pożar. Dom jednak już się zawalił. Z wyjątkiem 
kilku skręconych wskutek wielkiego żaru tłoków i rur żelaznych nie pozostało śladu po prasie 
hydraulicznej, która tak drogo kosztowała naszego nieszczęśliwego inżyniera. W składach na 
zapleczu  domostwa  znaleziono  wielkie  ilości  niklu  i  cyny.  Nie  odkryto  natomiast  żadnych 
monet. Prawdopodobnie szajka zdołała je zabrać ze sobą. 

W jaki jednak sposób trafił nasz inżynier z ogrodu na miejsce przy drodze, gdzie odzyskał 

zmysły?  Zostałoby  to  pewnie  wieczystą  tajemnicą,  gdyby  nie  odkryto  delikatnych  śladów, 
które  w  bardzo  prosty  sposób  wszystko  wyjaśniły.  Były  to  odciski  stop  dwóch  osób.  Jedne 
maleńkie, — a drugie wielkie. Należały one najprawdopodobniej do tajemniczej nieznajomej i 
milczącego Anglika. Widocznie w Fergussonie tkwiło jeszcze coś ludzkiego. Pomógł Elizie 
przenieść nieprzytomnego Hatherleya z miejsca, w którym zagrażało mii niebezpieczeństwo. 

— No tak! — powiedział inżynier żałośnie, gdyśmy zajęli miejsca w pociągu wracającym 

do Londynu. — To był dla mnie zaiste „wspaniały” interes. Straciłem palec, a 50 gwinei nawet 
nie ujrzałem Co więc zyskałem? 

— Doświadczenie! — powiedział Holmes ze śmiechem. — Ostatecznie zgodzi się pan ze 

mną, że i ono jest coś warte. Wypadek ten będzie dla pana cenną przestrogą na resztę życia. 

background image

P

RZYGODA SZLACHETNIE URODZONEGO KAWALERA

 

 
Małżeństwo lorda Saint Simon i dziwne jego zakończenie długo skupiały zainteresowanie 

kręgów wyższego towarzystwa, w których obracał się pechowy nowożeniec. Usunęły je w cień 
nowe skandale, a bardziej pikantne szczegóły odwróciły uwagę plotkarzy od dramatu sprzed 
czterech  lat.  Jak  jednak  nie  bez  podstaw  przypuszczam,  nie  podano  nigdy  do  ogólnej 
wiadomości  wszystkich  faktów.  Ponieważ  zaś  mój  przyjaciel  Sherlock  Holmes  odegrał 
decydującą  rolę  w  wyjaśnieniu  zagadki,  mam  wrażenie,  że  wspomnienia  o  nim  nie  byłyby 
zupełne, gdyby choć z grubsza nie został zarysowany ten godny uwagi epizod. 

Pewnego  popołudnia,  na  kilka  tygodni  przed  moim  małżeństwem,  gdy  wciąż  jeszcze 

mieszkaliśmy razem na Baker Street, Holmes po powrocie do domu zastał na stole czekający na 
niego list. Pozostałem tego dnia w domu, gdyż po nagłym załamaniu się pogody zaczął padać 
deszcz w połączeniu z gwałtownym, jesiennym  wiatrem, a odłamek pocisku tkwiący w mej 
nodze — pamiątka udziału w kampanii w Afganistanie  — dawał o sobie znać uporczywym, 
pulsującym bólem. Leżałem nieruchomo w fotelu klubowym, wśród stosu starych i nowych, 
przeładowanych nowinami gazet, które odsunąłem na bok, wpatrując się w olbrzymi herb na 
kopercie,  znajdującej  się  na  stole,  i  leniwie  zastanawiałem  się,  kim  mógł  być  szlachetnie 
urodzony korespondent mojego przyjaciela. 

— Czeka tu oto na ciebie bardzo wytworny list  — zauważyłem, gdy wszedł  Holmes.  — 

Twoja poranna korespondencja, o ile pamiętam, była od handlarza ryb i celnika portowego. 

— Tak, moją korespondencję rzeczywiście cechuje urok różnorodności — odpowiedział z 

uśmiechem  —  a  najskromniejsze  listy  bywają  zazwyczaj  najciekawsze.  Ten  wygląda  mi  na 
jedno z tych nieoczekiwanych zaproszeń na spotkanie towarzyskie, gdzie człowieka zanudzają 
lub okłamują. 

Złamał pieczęć i spojrzał na zawartość. 
— No, no, to może być coś interesującego mimo wszystko. 
— Nie spotkanie zatem? 
— Nie, na odmianę sprawa zawodowa. 
— I od wysoko urodzonego klienta? 
— Z jednego z najświetniejszych rodów w Anglii. 
— Gratuluję ci, mój drogi! 
— Mogę cię zapewnić, Watsonie, bez przesady, że pozycja społeczna mojego klienta jest 

naprawdę o wiele mniej  dla mnie ważna od zainteresowania jego sprawą. Być może, iż nie 
zabraknie  go  również  i  tym  razem.  Wydaje  mi  się,  że  pilnie  czytałeś  najnowsze  dzienniki, 
prawda? 

— Wygląda na to — rzekłem ponuro, wskazując stertę gazet — że nie miałem nic innego do 

roboty. 

— To świetnie, bo może udzielisz mi wyczerpujących informacji. Nic nie czytałem poza 

rubryką  kryminalną  i  nekrologami.  List  zawsze  jest  pouczający.  Jeśli  jednak  tak  uważnie 
śledziłeś najnowsze wydarzenia, chyba też czytałeś o lordzie Saint Simon i jego ślubie. 

— O tak, z najgłębszym zainteresowaniem. 
— To dobrze. Trzymam w ręku list od lorda Saint Simon. Przeczytam ci go, a ty musisz w 

zamian przerzucić te gazety i powiedzieć mi o wszystkim, co dotyczy tej sprawy. Oto, co pisze: 

 
„Szanowny i Drogi Panie Sherlocku Holmesie! 
Lord Backwater powiedział mi, że mogę bezwarunkowo polegać na Pana opinii i dyskrecji. 

Zdecydowałem się zatem poprosić Pana o radę w bardzo bolesnej sprawie, związanej z moim 
ślubem. P. Lestrade ze Scotland Yardu podjął już działania dotyczące tego wydarzenia, lecz 
zapewnił mnie, że nie widzi żadnych przeszkód, by współpracować z Panem, a nawet uważa, że 

background image

mogłoby mu to bardzo pomóc. Odwiedzę Pana o czwartej po południu, a jeśli miałby Pan inne 
zajęcia  w tym czasie,  mam nadzieję, że zechce  Pan je odłożyć, gdyż jest  to  sprawa wielkiej 
doniosłości. 

Oddany Panu 

Saint Simon” 

 
— List nadany w Grosvenor Mansions, napisany gęsim piórem, a szlachetnie urodzony lord 

na  nieszczęście  poplamił  sobie  atramentem  zewnętrzną  stronę  małego  palca  prawej  ręki  — 
zauważył Holmes składając list. 

— Pisze, że o czwartej. Jest już trzecia. Będzie tu za godzinę. 
— Mam więc dość  czasu, by  przy  twojej pomocy  wyjaśnić sprawę. Przejrzyj te  gazety i 

uporządkuj je po kolei, tak bym mógł na podstawie notatek prasowych bodaj pobieżnie wyrobić 
sobie zdanie, kim jest nasz klient. 

Wyjął tom w czerwonej oprawie z rzędu informatorów stojących na półce obok kominka. 
— Jest  tutaj  —  powiedział  siadając  i  podążając  wzrokiem  za  palcem  —  lord  Robert 

Walsingham de Vere Saint Simon, drugi syn księcia Balmoral. Hm! Herb: lazur, trzy osty w 
rzędzie na czarnym polu. Urodzony w 1846 r. Ma 41 lat, a więc jest w wieku odpowiednim do 
małżeństwa. Był podsekretarzem do spraw kolonii w poprzednim rządzie. Książę, jego ojciec, 
był  swego  czasu  sekretarzem  w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych.  Spokrewnieni  z 
Plantagenetami w prostej linii i z Tudorami po kądzieli. Ha! Nie ma tu więc nic szczególnie 
ważnego. Myślę, że teraz kolej na ciebie, Watsonie. Potrzebujemy czegoś rzetelniejszego. 

— Niewiele wysiłku kosztowało mnie odnalezienie tego, o co ci chodziło  — rzekłem — 

fakty bowiem są świeżej daty, a sprawa od razu zwróciła moją uwagę. Obawiałem się tylko o 
niej wspomnieć, ponieważ, jak mi wiadomo, nie lubisz, by cię odrywano od pracy do innych 
spraw. 

— Ach, myślisz o tej zagadce związanej z wozem meblowym z Grosvenor Square. Jest już 

prawie  rozwiązana.  Od  początku  zresztą  była  dość  prosta.  Proszę  cię,  przedstaw  mi  wyniki 
przeglądu gazet. 

— Oto  pierwsza  notatka,  jaką  udało  mi  się  odnaleźć.  Znajduje  się  w  rubryce  z  życia 

prywatnego w „Morning Post” i pochodzi, jak widzisz, sprzed kilku tygodni: 

„Małżeństwo pomiędzy lordem Robertem Saint Simon, drugim synem księcia Balmoral, i 

panną Hatty Doran, jedyną córką Aloysiusa Dorana, Esq., z San Francisco, Kalifornia, USA, 
zostało ułożone i, jeśli pogłoski są prawdziwe, wkrótce zostanie zawarte”. 

— To wszystko. 
— Lapidarnie  i  rzeczowo  —  zauważył  Holmes,  wyciągając  swoje  długie,  chude  nogi  w 

kierunku ognia. 

— Jest  też  obszerniejszy  fragment  na  ten  temat  w  kronice  towarzyskiej  z  tego  samego 

tygodnia. 

„Wkrótce trzeba będzie zażądać ochrony rynku matrymonialnego, ponieważ obecna zasada 

wolnego handlu wydaje się poważnie zagrażać rodzimym wyrobom. Jeden po drugim domy 
arystokratyczne  Wielkiej  Brytanii  przechodzą  w  ręce  naszych  pięknych  kuzynek  zza 
Atlantyku. W bieżącym tygodniu lista łupów zdobytych przez nasze czarujące najeźdźczynie 
została poważnie powiększona. Lord Saint Simon, który złożył w ciągu ponad dwudziestu lat 
liczne  dowody  odporności  na  strzały  małego  bożka,  zapowiedział  wreszcie  swój  ślub  w 
najbliższym czasie z panną Hatty Doran, zachwycającą córką kalifornijskiego milionera. Panna 
Doran, której pełna wdzięku postać i twarz o uderzającej urodzie zwróciły powszechną uwagę 
w czasie uroczystości w Westbury House, jest jedynaczką i, jak się obecnie mówi, jej posag 
osiągnie  sumę  znacznie  przewyższającą  sześć  cyfr,  z  perspektywą  powiększenia  się  w 
przyszłości.  Ponieważ  jest  publiczną  tajemnicą,  że  książę  Balmoral  w  ostatnich  latach 
zmuszony  był  do  sprzedaży  obrazów  ze  swoich  zbiorów  i  że  lord  Saint  Simon,  który  nie 

background image

posiada  własnych  nieruchomości,  ocalił  jedynie  małą  posiadłość  w  Birchmoor,  rzecz  jasna 
kalifornijska  spadkobierczyni  nie  będzie  jedyną  osobą,  która  zyska  na  tym  związku, 
umożliwiającym  jej  łatwe  i  proste  przeistoczenie  się  z  republikańskiej  damy  w  żonę 
brytyjskiego para”. 

— Czy coś jeszcze? — spytał Holmes ziewając. 
— O  tak,  mnóstwo.  Oto  inna  notatka  w  „Morning  Post”  mówiąca  o  tym,  że  ślub  będzie 

absolutnie cichy, że się odbędzie w kościele Św. Jerzego na Hanover Sąuare, że zaproszonych 
będzie jedynie dwanaście osób z grona bliskich przyjaciół i że goście wrócą do umeblowanego 
domu na Lancaster Gate, w którym zamieszkał p. Aloysius Doran. W dwa dni później, tzn. w 
ostatnią środę, podano krótką wiadomość, iż odbył się ślub i że miodowy miesiąc nowożeńcy 
spędzą w posiadłości lorda Backwatera, niedaleko Petersfield. Wszystkie te notatki ukazały się 
przed zniknięciem panny młodej. 

— Przed czym? — zapytał Holmes zaskoczony. 
— Przed zniknięciem młodej małżonki. Kiedyż zatem zniknęła? 
— W czasie śniadania wydanego na cześć nowożeńców. 
— Rzeczywiście,  to  bardziej  interesujące,  niż  się  zapowiadało.  W  rzeczy  samej  dość 

dramatyczne. 

— Tak. Mnie też uderzyło, że sprawa jest dość niezwykła. 
— Panny  młode  często  znikają  przed  uroczystością,  często  przepadają  młode  mężatki  w 

czasie  miodowego  miesiąca,  nie  mogę  jednak  sobie  przypomnieć  wypadku,  by  nastąpiło  to 
natychmiast po ślubie, jak tutaj. Proszę cię o więcej szczegółów. 

Ostrzegam, że informacje są bardzo niekompletne. 
Być może uda się je nieco uzupełnić. 
Te, które mamy, pochodzą z jedynego artykułu we wczorajszej gazecie porannej, który ci 

przeczytam. Jego tytuł brzmi: „Osobliwe wydarzenie w czasie wytwornego ślubu”: 

„Rodzina lorda Roberta  Saint Simon wprawiona  została w najwyższą konsternację przez 

dziwne i ubolewania godne wypadki, które zaszły w dniu jego ślubu. Uroczystość, zgodnie z 
anonsami  we  wczorajszych  dziennikach,  odbyła  się  wczoraj  rano,  jednakże  dopiero  dziś  w 
godzinach  porannych  udało  nam  się  uzyskać  potwierdzenie  dziwnych  pogłosek,  które  tak 
uporczywie krążyły na ten temat. Mimo wysiłków przyjaciół, zmierzających do zatuszowania 
sprawy,  wydarzenie  to  do  tego  stopnia  zajmuje  powszechną  uwagę,  że  wszelkie  próby 
zlekceważenia tego, co stało się przedmiotem towarzyskiej konwersacji, okazały się daremne. 

Uroczystość, która odbyła się w kościele Św. Jerzego na Hanover Square, była skromna, 

obecni  byli,  prócz  ojca  panny  młodej,  p.  Aloysiusa  Dorana,  jedynie  księżna  Balmoral,  lord 
Backwater, lord Eustachy i lady Klara Saint Simon (młodszy brat i siostra pana młodego) oraz 
lady Alicja Whittington. Całe towarzystwo udało się następnie do domu p. Aloysiusa Dorana 
na  Lancaster  Gate,  gdzie  przygotowano  śniadanie.  Jak  się  okazuje,  niewielkie  zamieszanie 
spowodowała  kobieta,  której  nazwiska  nie  ustalono,  usiłująca  wedrzeć  się  do  domu  wraz  z 
gośćmi, twierdząca, że rości sobie pewne prawa wobec lorda Saint Simon. Dopiero po przykrej, 
długotrwałej  scenie  kamerdynerowi  i  lokajowi  udało  sieją  usunąć.  Młoda  małżonka,  która 
szczęśliwie weszła do domu przed tym nieprzyjemnym incydentem, zasiadła do śniadania wraz 
ze  wszystkimi,  lecz  zaczęła  się  uskarżać  na  nagłą  niedyspozycję  i  opuściła  pokój.  Gdy 
przedłużająca  się  jej  nieobecność  zaczęła  wywoływać  komentarze,  ojciec  wyszedł,  by  ją 
odnaleźć, lecz dowiedział się od pokojówki, że jej pani jedynie na chwilę wróciła do swojego 
pokoju, zabrała płaszcz i czepek, po czym pośpiesznie udała się do wyjścia. Jeden z lokajów 
oświadczył, iż widział młodą damę w takim stroju opuszczającą dom, lecz odrzucił myśl, by 
mogła to być jego pani, gdyż był przekonany, że przebywa z resztą towarzystwa. Upewniwszy 
się, że jego córka znikła, p. Aloysius Doran wraz z panem młodym natychmiast skontaktowali 
się  z  policją  i  rozpoczęto  bardzo  energiczne  śledztwo,  które  być  może  doprowadzi  do 
szybkiego wyjaśnienia tej bardzo szczególnej sprawy. Do późnych godzin ubiegłego wieczoru 

background image

jednakże  nie  ujawniono  żadnych  nowych  faktów  w  sprawie  zaginionej.  Krążą  na  ten  temat 
niesmaczne  pogłoski,  mówi  się  również,  że  policja  doprowadziła  do  aresztowania  kobiety, 
która była przyczyną zajścia, w nadziei, że kierując się zazdrością lub innymi motywami mogła 
być zamieszana w sprawę dziwnego zaginięcia panny młodej”. 

— I to wszystko? 
— Jeszcze jedna mała notatka w porannym dzienniku, zawierająca jednak pewną sugestię. 
— To znaczy… 
— Że  miss  Flora  Millar,  kobieta,  która  wywołała  zamieszanie,  rzeczywiście  została 

aresztowana. Jak się okazuje, była ostatnio tancerką w „Allegro” i zna pana młodego od kilku 
lat. Brak dodatkowych szczegółów, a ty znasz już całą sprawę, a przynajmniej  to,  co dotąd 
podano do wiadomości w prasie. 

— Niezmiernie interesująca sprawa, jak się okazuje. Nie zrezygnowałbym za żadne skarby. 

Ale oto ktoś dzwoni do drzwi, Watsonie, a skoro zegar wskazuje kilka minut po czwartej, nie 
wątpię, że jest to nasz klient znakomitego rodu. Niech ci nie przyjdzie do głowy wychodzić z 
domu,  Watsonie,  bo  bardzo  chciałbym  mieć  świadka,  choćby  tylko  dla  sprawdzenia  mojej 
własnej pamięci. 

— Lord Robert Saint Simon — zapowiedział boy, otwierając szeroko drzwi. 
Wszedł  gentleman  o  sympatycznym,  kulturalnym  wyglądzie,  bladej  twarzy  z  wielkim 

nosem, nie pozbawionej być może pewnego wyrazu rozdrażnienia w okolicy ust, i o czujnym i 
stanowczym  spojrzeniu  człowieka  obdarzonego  przez  los  przyjemnością  wydawania 
rozkazów, które zawsze są wykonywane. Ruchy miał energiczne, a jednak ogólny wygląd nosił 
widoczne  piętno  wieku,  na  który  wskazywało  lekkie  pochylenie  ku  przodowi  i  nieznaczne 
ugięcie kolan, gdy szedł. Jego włosy również, jak się okazało, gdy zdjął zamaszyście kapelusz o 
powyginanym  rondzie,  były  przyprószone  siwizną  na  skroniach  i  przerzedzone  na  czubku 
głowy. Jego strój — wysoki kołnierz, czarny surdut, biała kamizelka, żółte rękawiczki, lakierki 
i jasne getry — wymuskany był niemal do przesady. Gość wszedł powoli do pokoju, obracając 
głowę na lewo i prawo i bawiąc się łańcuszkiem, na którym zwisały binokle w złotej oprawie. 

— Dzień  dobry,  lordzie  Saint  Simon  —  ukłonił  się  Holmes,  wstając  z  fotela.  —  Proszę 

usiąść w wyplatanym krześle. To mój przyjaciel i kolega dr Watson. Proszę przysunąć się nieco 
bliżej ognia i możemy zacząć omawianie sprawy. 

— Sprawy  bardzo  dla  mnie  bolesnej,  jak  bez  trudu  może  pan  sobie  wyobrazić,  panie 

Holmes. Zostałem zraniony do żywego. Domyślam się, że rozwikłał pan już szereg delikatnych 
spraw tego rodzaju, sir, chociaż, jak przypuszczam, nie dotyczą one chyba naszej sfery. 

— Nie, schodzę w dół. 
— Co proszę? 
— Ostatnio moim klientem w sprawie tego pokroju był król. 
— Rzeczywiście? Nie miałem pojęcia. Który król? 
— Król Skandynawii. 
— Co?! Czy utracił żonę? 
— Jak pan rozumie — odrzekł Holmes uprzejmie — sprawy innych klientów objęte są taką 

samą tajemnicą, jaką zapewniam również panu. 

— Oczywiście!  Bardzo  słusznie!  Bardzo  słusznie!  Doprawdy,  bardzo  pana  przepraszam. 

Jestem gotów do udzielenia panu wszelkich informacji, jakie mogą panu pomóc w wyrobieniu 
sobie zdania. 

— Dziękuję. Dowiedziałem się już wszystkiego, co było w gazetach, nic ponadto. Jak sądzę, 

mogę uznać za zgodny z prawdą ten artykuł o zniknięciu panny młodej. 

Lord Saint Simon spojrzał na niego. 
— Tak, jest zgodny z prawdą, jeśli o to idzie. 
— Wymaga jednak wielu uzupełnień, aby można było sobie wyrobić jakieś zdanie. Myślę, 

że mógłbym łatwiej ustalić fakty pytając pana. 

background image

— Proszę, niech pan to uczyni. 
— Kiedy spotkał pan po raz pierwszy pannę Hatty Doran? 
— W San Francisco przed rokiem. 
— Czy podróżował pan po Stanach? 
— Tak. 
— Czy wówczas się pan z nią zaręczył? 
— Nie. 
— Lecz był pan na przyjacielskiej stopie? 
— Jej towarzystwo sprawiło mi przyjemność i ona to zauważyła. 
— Czyjej ojciec jest bardzo bogaty? 
— Mówi się, że jest najbogatszym człowiekiem na wybrzeżu Pacyfiku. 
— A jak dorobił się swoich pieniędzy? 
— Na  kopalniach.  Jeszcze  przed  kilkoma  laty  nic  nie  miał.  Gdy  natrafił  na  złoto, 

zainwestował je i wzbogacił się w zawrotnym Temple. 

— Jakie właściwie jest pana osobiste wrażenie co do charakteru młodej damy — pańskiej 

żony? 

Arystokrata zaczął nieco wolniej obracać swoje szkła i zapatrzył się w ogień. 
— Otóż, panie Holmes, moja żona miała dwadzieścia lat, gdy jej ojciec stał się bogatym 

człowiekiem. Przez wszystkie te lata poruszała się swobodnie po obozie poszukiwaczy złota i 
wędrowała po lasach i górach, tak iż jej edukacja jest raczej dziełem natury niż nauczyciela. 
Była tym, co my w Anglii określamy jako narwańca, o silnej naturze, dzikiej i swobodnej, nie 
skrępowanej  żadnymi  tradycjami.  Ma  temperament  gwałtowny,  popędliwy,  jeśli  mogę  tak 
powiedzieć. Szybko podejmowała decyzje i bez obawy przeprowadzała swoje postanowienia. 
Z  drugiej  strony  jednak  nie  obdarzyłbym  jej  nazwiskiem,  które  mam  zaszczyt  nosić  —  tu 
chrząknął z godnością — gdybym nie uważał jej w gruncie rzeczy za szlachetną kobietę. Sądzę, 
że jest zdolna do bohaterskiego poświęcenia i że wszelki niecny postępek budzi w niej odrazę. 

— Czy ma pan jej fotografię? 
— Zabrałem to ze sobą. 
Otworzył medalionik i pokazał nam pełną twarz uroczej kobiety. Nie było to zdjęcie, lecz 

miniatura na kości słoniowej. Artysta w pełni uwydatnił piękno lśniących, czarnych włosów, 
wielkich, ciemnych oczu i rozkosznych ust. Holmes przyglądał się miniaturze z uwagą. Potem 
zamknął medalion i zwrócił go lordowi Saint Simon. 

— Młoda dama przybyła zatem do Londynu, a pan odnowił tę znajomość? 
— Tak, jej ojciec przywiózł ją na ostatni sezon towarzyski do  Londynu. Spotkaliśmy się 

wiele razy, zaręczyłem się z nią, a wreszcie teraz ożeniłem się. 

— Otrzymała, jak sądzę, znaczny posag? 
— Nie najgorszy. Nie większy, niż zazwyczaj jest przyjęte w naszej rodzinie. 
— Który przypadnie panu, gdy małżeństwo stanie się fait accompli?

*

 

— Doprawdy nie interesowałem się tą sprawą. 
— Ależ naturalnie. Czy widział pan pannę Doran w dniu poprzedzającym ślub? 
— Tak. 
— Czy była w dobrym nastroju? 
— Jak nigdy. Bez przerwy mówiła o tym, jak powinno wyglądać nasze przyszłe życie. 
— Doprawdy! To bardzo ciekawe. A rano w dniu ślubu? 
— Była w najwyższym stopniu ożywiona — przynajmniej przed ceremonią zaślubin. 
— Czy zauważył pan wtedy jakąś zmianę w jej nastroju? 

                                                 

*

 fait accompli (franc.) — fakt dokonany. 

background image

— No cóż, prawdę mówiąc, zauważyłem nic po raz pierwszy oznaki pewnej gwałtowności 

jej usposobienia. Wydarzenie jednakże było zbyt błahe, by warto o nim mówić, i nie może mieć 
żadnego związku ze sprawą. 

— Proszę nam je mimo to opowiedzieć. 
— Ach, to dziecinada. Upuściła swój bukiet, gdy zbliżaliśmy się do zakrystii. Przechodziła 

wówczas  obok  ławki  i  jej  bukiet  potoczył  się  pod  ławę.  Nastąpiła  chwilowa  zwłoka,  lecz 
stojący  tam  gentleman  podał  go  jej  i  zdawało  się,  że  nic  ważnego  nie  zaszło.  Dopiero  gdy 
zagadnąłem  ją  na  ten  temat,  odpowiedziała  mi  szorstko,  a  w  powozie  w  drodze  do  domu 
wydawała się niedorzecznie wstrząśnięta tą drobnostką. 

— Rzeczywiście?  Powiedział  pan,  że  obok  ławy  stał  mężczyzna.  Była  zatem  również 

publiczność? 

— O tak. Nie można było jej usunąć, gdyż kościół był otwarty. 
— Czy ten gentleman był jednym z przyjaciół pana żony? 
— Nie,  nie.  Określiłem  go  jako  gentlemana  raczej  przez  uprzejmość,  lecz  był  raczej 

człowiekiem o pospolitej powierzchowności. Zaledwie go zauważyłem. Wydaje mi się jednak, 
że oddalamy się od tematu. 

— Pani Saint Simon zatem wróciła ze ślubu w mniej pogodnym nastroju, niż udawała się do 

kościoła. Co zrobiła po powrocie do domu swego ojca? 

— Jak zauważyłem, rozmawiała z pokojówką. 
— A kim jest jej pokojówka? 
— Ma na imię Alice. Jest Amerykanką, a przyjechała wraz z panią z Kalifornii. 
— Zaufana służąca? 
— Nawet  za  bardzo.  Wydaje  mi  się,  że  pani  pozwala  jej  na  zbyt  wiele.  Jakkolwiek  w 

Ameryce, rzecz jasna, mają inny pogląd na te sprawy. 

— Jak długo rozmawiała z ową Alice? 
— Och, kilka minut. Miałem inne sprawy do przemyślenia. 
— Nie słyszał pan przypadkiem, o czym rozmawiały? 
— Pani Saint Simon mówiła o kimś, kto „wskoczył na działkę”. Była przyzwyczajona do 

posługiwania się tego rodzaju slangiem. Nie mam pojęcia, o czym myślała. 

— Amerykański slang czasem bywa bardzo obrazowy. A co robiła pana żona po rozmowie z 

pokojówką? 

— Przeszła do jadalni. 
— Wsparta na pana ramieniu? 
— Nie,  sama.  Jest  bardzo  niezależna  w  takich  drobnych  sprawach.  Usiadła,  a  po  około 

dziesięciu minutach wstała pośpiesznie, mamrocząc słowa przeprosin, i opuściła pokój. Nigdy 
już nie wróciła. 

— Lecz  pokojówka,  jak  zrozumiałem,  zeznała,  że  jej  pani  poszła  do  swego  pokoju, 

narzuciła długi płaszcz na ślubną suknię, włożyła czepek i wyszła. 

— Dokładnie  tak.  A  później  widziano  ją  w  Hyde  Parku  w  towarzystwie  Flory  Millar, 

kobiety,  która  znajduje  się  obecnie  w  areszcie  i  która  wywołała  zamieszanie  w  domu  pana 
Dorana tego ranka. 

— Ach tak. Prosiłbym o kilka szczegółów na temat tej pani, a także pana z nią związku. 
Lord Saint Simon wzruszył ramionami i uniósł brwi. 
— Utrzymywaliśmy  przyjazne  stosunki  od  kilku  lat  —  mogę  powiedzieć,  że  bardzo 

przyjazne.  Pracowała  w  „Allegro”.  Nie  byłem  sknerą  i  nie  miała  doprawdy  powodów  do 
uskarżania  się  na  mnie,  ale  wie  pan,  jakie  są  kobiety,  mr  Holmes.  Flora  była  słodkim 
maleństwem, ale bardzo zapalczywym i była bezgranicznie do mnie przywiązana. Pisywała do 
mnie okropne listy, gdy dowiedziała się o moich planach matrymonialnych, i — jeśli mam być 
szczery — powodem cichego ślubu była moja obawa, by nie wywołała skandalu w kościele. 
Przybyła pod drzwi domu pana Dorana zaraz po naszym powrocie i zamierzała się do niego 

background image

wedrzeć, wykrzykując bardzo niewłaściwe słowa pod adresem mojej żony, a nawet grożąc jej, 
lecz przewidywałem  taką możliwość i  miałem  dwu policjantów w cywilu, którzy szybko ją 
wypchnęli  na  zewnątrz.  Uspokoiła  się,  gdy  zrozumiała,  że  nic  nie  osiągnie  wywołując 
awanturę. 

— Czy pana żona wszystko to słyszała? 
— Nie, chwała Bogu nie. 
— I widziano ją spacerującą z tą właśnie kobietą? 
— Tak. I pan Lestrade ze Scotland Yardu traktuje tę sprawę bardzo poważnie. Przypuszcza 

się, że Flora zwabiła moją żonę do jakiejś straszliwej pułapki. 

— No cóż, to prawdopodobna hipoteza. 
— Czy pan też tak uważa? 
— Nie powiedziałem, że możliwa. Ale czy pan tak się na tę sprawę nie zapatruje? 
— Nie sądzę, by Flora mogła skrzywdzić choćby muchę. 
— A jednak zazdrość w dziwny sposób przeistacza charaktery. Proszę mi powiedzieć, jaka 

jest pańska teoria dotycząca tej sprawy? 

— No cóż, doprawdy nie wiem, przyszedłem tu oczekując, że pan ma jakaś teorię, nie zaś po 

to, by zgłaszać własną. Przedstawiłem panu wszystkie fakty. Skoro pan jednak mnie pyta o 
zdanie,  mogę  powiedzieć,  że  podniecenie  wywołane  tą  sprawą,  świadomość,  iż  nabrała  tak 
szerokiego  rozgłosu,  mogły  —  jak  mi  się  zdaje  —  wywołać  u  mojej  żony  coś  w  rodzaju 
niewielkiego zaburzenia nerwowego. 

— Krótko mówiąc, spowodować mogło obłęd? 
— No cóż, istotnie, gdy zrozumiałem, że zrezygnowała… — nie chcę tu mówić o sobie, lecz 

o tym wszystkim, do czego tylu ludzi dążyło bez powodzenia — doprawdy trudno mi sobie to 
postępowanie wytłumaczyć w inny sposób. 

— Cóż,  to  jest  z  całą  pewnością  także  prawdopodobna  hipoteza  —  odrzekł  Holmes  z 

uśmiechem.  —  Właściwie,  wasza  lordowska  mość,  jak  sądzę,  mam  już  niemal  wszystkie 
potrzebne  dane.  Chciałbym  jeszcze  pana  zapytać,  czy  ze  swego  miejsca  przy  stole  mogli 
państwo w czasie śniadania widzieć, co się dzieje za oknem? 

— Mogliśmy zobaczyć drugą stronę ulicy i Hyde Park. 
— Ano właśnie! Zatem nie sądzę, bym musiał pana dłużej zatrzymywać. Porozumiem się z 

panem. 

— Być może rzeczywiście uda się panu szczęśliwie rozwiązać ten problem — rzekł klient 

wstając. 

— Ja go już rozwiązałem. 
— Hę? Co pan powiedział? 
— Powiedziałem, że go rozwiązałem. 
— Gdzie zatem jest moja żona? 
— To jest szczegół, który szybko uzupełnię. 
Lord Saint Simon potrząsnął głową. 
— Obawiam  się,  że  trzeba  tu  mądrzejszych  głów  niż  pana  czy  moja  —  zauważył  i 

skłoniwszy się w staroświecki, pełen godności sposób, wyszedł. 

— To bardzo ładnie ze strony lorda Saint Simon, że uhonorował moją głowę, stawiając ją na 

tym samym poziomie, co i swoją  — rzekł Sherlock Holmes ze śmiechem.  — Napiłbym się 
whisky z wodą sodową i zapaliłbym cygaro po tym ogniu krzyżowych pytań. Rozwikłałem tę 
sprawę, zanim nasz klient wszedł do pokoju. 

— Ależ drogi Holmesie! 
— Mam notatki na temat wielu podobnych spraw, chociaż żadna nie miała tak szybkiego 

przebiegu jak ta. Całe moje dochodzenie zmierzało tylko do tego, by przypuszczenia obrócić w 
pewność. Dowód pośredni bywa czasem bardzo przekonujący. Gdy np. znajdujemy pstrąga w 
mleku, by wspomnieć przypadek Thoreau. 

background image

— Ależ ja też słyszałem to wszystko, co i ty słyszałeś. 
— Jednakże nie znając wszystkich poprzednich spraw, które tak mi pomogły. Był podobny 

wypadek  w  Aberdeen  przed  kilku  laty,  a  także  coś  bardzo  podobnego  wydarzyło  się  w 
Monachium,  w  rok  po  wojnie  francusko–pruskiej.  To  jedno  ze  zdarzeń  tego  rodzaju  —  ale 
hello, otóż i pan Lestrade! Witam pana! Zechce pan łaskawie sięgnąć po dodatkowy kubek do 
kredensu, a oto cygara w pudełku. 

Urzędowy  detektyw  wystroił  się  w  kurtkę  i  fular,  które  nadawały  mu  zdecydowanie 

marynarski wygląd, a w ręku trzymał czarny worek płócienny. Po krótkim powitaniu usiadł i 
zapalił zaofiarowane mu cygaro. 

— O  cóż  chodzi  zatem?  —  spytał  go  Holmes  z  błyskiem  w  oku.  —  Wygląda  pan  na 

niezadowolonego. 

— Bo jestem niezadowolony. To przez tę piekielną sprawę małżeństwa Saint Simona. Nie 

mogę rozeznać się w tej sprawie. 

— Doprawdy? Zaskakuje mnie pan! 
— Kto  słyszał  o  tak  zagmatwanej  sprawie!  Każdy  trop  wydaje  mi  się  wymykać  z  rąk. 

Pracowałem cały dzień. 

— I jak się wydaje, porządnie przy tym pan zmókł — rzekł Holmes, kładąc dłoń na rękawie 

jego kurtki marynarskiej. 

— Tak, przeszukiwałem dno Serpentine. 
— Wielkie nieba! Po co? 
— W poszukiwaniu ciała lady Saint Simon. 
Sherlock Holmes przechylił głowę do tyłu i wybuchł serdecznym śmiechem. 
— A czy przeszukał pan basen fontanny na Trafalgar Square? — zapytał. 
— Dlaczego? Co pan ma na myśli? 
— Ponieważ równie dobrze można by znaleźć tam ciało tej pani, jak i gdzie indziej. 
Lestrade rzucił memu przyjacielowi gniewne spojrzenie. 
— No cóż, przypuszczam, że pan wie już wszystko na ten temat — warknął. 
— Co prawda zapoznałem się dopiero z faktami, lecz podjąłem już decyzję. 
— Och, doprawdy? Sądzi pan zatem, że Serpentine nie odgrywa żadnej roli w tej sprawie? 
— Uważam, że to zupełnie prawdopodobne. 
— Wobec tego może zechce pan uprzejmie wyjaśnić, dlaczego znaleźliśmy w rzece to? — z 

tymi  słowami  otworzył  swoją  torbę  i  wyrzucił  na  podłogę  przemoczoną  suknię  ślubną  z 
jedwabiu,  parę  satynowych  pantofelków  i  wianek  panny  młodej  z  welonem,  wszystko  to 
pozbawione koloru i ociekające wodą. 

— Oto orzeszek do zgryzienia dla pana, mistrzu Holmes. 
— Och,  w  rzeczy  samej  —  rzekł  mój  przyjaciel,  wypuszczając  błękitne  kółko  dymu.  — 

Wyłowił to pan w Serpentine? 

— Nie, wyłowił je niedaleko brzegu stróż z Hyde Parku. Ustalono, że jest to jej odzież i 

wydaje mi się, że skoro było tam ubranie, to i ciało musi znajdować się w pobliżu. 

— W  myśl  tego  błyskotliwego  rozumowania  ciało  każdego  człowieka  powinno  być 

znalezione  w  sąsiedztwie  jego  szafy  ubraniowej.  Proszę  mi  łaskawie  powiedzieć,  co  pan 
zamierza osiągnąć tym sposobem? 

— Pewne dowody wskazują, że Flora Millar jest zamieszana w to zniknięcie. 
— Obawiam się, że trudno będzie to udowodnić. 
— Czy rzeczywiście tak pan sądzi? — zawołał Lestrade. — Obawiam się, panie Holmes, że 

pańskie dedukcje i wnioski nie bardzo sprawdzają się w praktyce. Popełnił pan dwa błędy w 
ciągu kilku minut. Ta suknia dowodzi, że panna Flora Millar jest zamieszana w tę sprawę. 

— Ale w jaki sposób? 
— W sukni jest kieszeń. W kieszeni znajduje się kartka w kopercie. A oto kartka — rzucił ją 

na biurko. — Proszę przeczytać notatkę na niej: 

background image

 
„Zobaczymy się, gdy wszystko będzie gotowe. Przyjdź natychmiast 

F.H.M.” 

 
Moja zaś teoria od początku była taka, że pani Saint Simon została zwabiona przez Florę 

Millar  i  że  ta  ostatnia  wraz  ze  wspólnikami  niewątpliwie  ponosi  odpowiedzialność  za  to 
zniknięcie.  Oto  notatka,  podpisana  jej  inicjałami,  która  z  pewnością  została  ukradkiem 
wsunięta do jej dłoni przy drzwiach i która spełniła rolę przynęty. 

— Znakomicie,  Lestrade  —  wykrzyknął  Holmes  ze  śmiechem.  —  Jest  pan  doprawdy 

wspaniały. Proszę mi to pokazać.  — Wziął kartkę obojętnie, lecz nagle  jego uwaga została 
pobudzona i wydał okrzyk zadowolenia. — To rzeczywiście ważne. 

— Ha! Tak pan sądzi? 
— Zdecydowanie  tak.  Serdecznie  panu  gratuluję.  Lestrade  triumfował;  pochylił  się  nad 

kartką. 

— Ależ — wykrzyknął — pan patrzy na niewłaściwą stronę! 
— Wprost przeciwnie, to jest właściwa strona. 
— Właściwa strona? Pan oszalał! Notatka ołówkiem jest na tej stronie. 
— A  na  drugiej  stronie,  jak  się  okazuje,  jest  kawałek  rachunku  hotelowego,  który  mnie 

bardzo interesuje. 

— Tam nic nie ma. Obejrzałem to już wcześniej — rzekł Lestrade. 
 
„4 paźdz., pokoje 8 szyi., śniadanie 2 szyi. 6 p., coctail 1 szyil, lunch 2 szyi., szklanka sherry 

8 p.” 

 
Nic w tym nie widzę ciekawego. 
— Najprawdopodobniej nic. Dla mnie to jednak jest najważniejsze, mimo wszystko. Co do 

notatki,  jest ona również ważna, a co najmniej ważne są inicjały, a więc  gratuluję panu raz 
jeszcze. 

— Dość czasu zmarnowałem — powiedział Lestrade wstając. — Wierzę w ciężką pracę, a 

nie w przesiadywanie przy kominku i snucie pięknych teorii. Do widzenia, mister Holmes, i 
zobaczymy, która metoda doprowadzi prędzej do celu. 

Zebrał odzież, wcisnął ją do torby i odwrócił się ku drzwiom. 
— I jeszcze jedna rada dla pana, Lestrade — wycedził Holmes, zanim jego rywal zniknął. — 

Chcę panu powiedzieć, jakie jest prawdziwe rozwiązanie sprawy.  Lady  Saint Simon to mit. 
Taka osoba nie istnieje i nigdy nie istniała. 

Lestrade spojrzał ze smutkiem na mego towarzysza. Potem zwrócił się ku mnie, puknął się w 

czoło trzykrotnie, wzruszył ramionami i pośpiesznie wyszedł. Zaledwie zamknęły się za nim 
drzwi, Holmes wstał i włożył płaszcz. 

— Jest coś w tym, co ten człowiek mówi o pracy na świeżym powietrzu — zauważył. — 

Sądzę więc, Watsonie, że muszę cię na chwilę zostawić z twoimi gazetami. 

Gdy mnie Sherlock Holmes opuścił, było już po piątej, nie pozostałem jednak długo sam, 

gdyż  mniej  więcej  po  godzinie  przyszedł  posłaniec  od  cukiernika  z  olbrzymim  kartonem. 
Zaczął go rozpakowywać przy pomocy chłopca, którego przyprowadził ze sobą, i ku memu 
ogromnemu  zdumieniu  na  naszym  skromnym  stole  jadalnym  zostawił  zimną  kolację  dla 
smakoszy. Było tam kilka par bekasów na zimno, bażant, pâte de foie gras

*

 oraz kilka starych, 

omszałych butelek. Po rozstawieniu na stole tych wszystkich wspaniałości obie zjawy znikły 
jak dżiny z Księgi tysiąca i jednej nocy, bez słowa wyjaśnienia poza tym, że wszystkie te rzeczy 
zostały opłacone z dostarczeniem pod tym właśnie adresem. 

                                                 

*

 pâte de foie gras (franc.) — pasztet z gęsich wątróbek. 

background image

Tuż przed godziną dziewiątą Sherlock Holmes wszedł nagle do pokoju. Wyraz jego twarzy 

był  bardzo  skupiony,  jednak  błysk  oczu  pozwalał  sądzić,  że  nie  zawiódł  się  na  swym 
wnioskowaniu. 

— A zatem kolację dostarczono — rzekł zacierając dłonie. 
— Wydaje mi się, że oczekujesz gości. Dostarczono ją około piątej. 
— Tak, spodziewam się, że wpadnie do nas parę osób — powiedział. — Jestem zaskoczony, 

że lord Saint Simon jeszcze nie przybył. — Ha! Chyba słyszę jego kroki na schodach. 

Był to rzeczywiście nasz gość z dzisiejszego popołudnia, który wszedł pośpiesznie, kręcąc 

jeszcze  prędzej  okularami  na  łańcuszku  i  z  wyrazem  silnego  zaniepokojenia  na 
arystokratycznej twarzy. 

— A zatem otrzymał pan moje zawiadomienie? — zapytał Holmes. 
— Tak,  i  wyznam,  że  jego  treść  niezmiernie  mnie  zaskoczyła.  Czy  uzyskał  pan 

potwierdzenie swoich przypuszczeń? 

— Najlepsze z możliwych. 
Lord Saint Simon osunął się na krzesło i przesunął dłonią po czole. 
— Co też powie książę — mruknął — gdy usłyszy, że jednego z członków rodziny spotkało 

takie upokorzenie? 

— To najzwyklejszy przypadek. Nie widzę tu żadnego upokorzenia. 
— Ach, pan patrzy na te sprawy z zupełnie innego stanowiska. 
— Nie dostrzegam  powodu do oskarżania kogokolwiek. Trudno mi wyobrazić sobie, jak 

inaczej mogła postąpić pani, aczkolwiek jej gwałtowną metodę działania niewątpliwie należy 
uznać za godną pożałowania. 

— To był policzek, sir, wymierzony publicznie policzek — rzekł lord Saint Simon uderzając 

palcami w stół. 

— Powinien  pan  uwzględnić  okoliczność,  że  ta  biedna  dziewczyna  znalazła  się  w  tak 

nieoczekiwanej dla niej sytuacji. 

— Niczego  nie  uwzględnię.  Jestem  doprawdy  bardzo  zagniewany,  gdyż  zostałem 

niegodziwie wykorzystany. 

— Wydaje mi się, że słyszałem dzwonek  — rzekł Holmes. — Tak, to kroki na podeście 

schodów.  Skoro  nie  udało  mi  się  pana  skłonić  do  wyrozumiałości,  lordzie  Saint  Simon, 
sprowadziłem adwokata, który być może będzie miał więcej szczęścia. 

Otworzył drzwi i wprowadził do pokoju panią w towarzystwie gentlemana. 
— Lordzie Saint Simon — rzekł — pozwoli pan, że mu przedstawię pana i panią Francis 

Hay Moulton. Panią, jak sądzę, już pan poznał. 

Na  widok  przybyłych  nasz  klient  zerwał  się  z  krzesła  i  stanął  wyprostowany,  ze 

spuszczonym wzrokiem i rękami w kieszeniach surduta, w postawie urażonej godności. Pani 
szybko  podeszła  i  wyciągnęła  dłoń  w  jego  kierunku,  lecz  on  ciągle  nie  podnosił  wzroku. 
Postanowił tak postąpić prawdopodobnie również dlatego, że błagalnemu wyrazowi jej twarzy 
trudno było się oprzeć. 

— Gniewasz się, Robercie — powiedziała. — Cóż, chyba masz po temu wszelkie powody. 
— Błagam, nie przepraszaj mnie — odrzekł lord Saint Simon cierpko. 
— Och tak, wiem, że potraktowałam cię doprawdy źle i że powinnam była porozmawiać z 

tobą przed odejściem, lecz przeżyłam taki wstrząs i od czasu, gdy znowu ujrzałam Franka, i to 
tutaj, po prostu nie wiedziałam, co robię czy mówię. Starałam się tylko nie upaść i nie zemdleć 
tam, przed ołtarzem. 

— Być może, pani Moulton, wolałaby pani, byśmy opuścili wraz z przyjacielem pokój na 

czas wyjaśnienia przez panią całej sprawy? 

— Jeżeli wolno mi wyrazić swoje zdanie — zauważył obcy gentleman — było już aż nadto 

tajemnic. Ze swej strony chciałbym, by zarówno w Europie jak i w Ameryce wiedziano, jak się 
sprawa przedstawia. 

background image

Był  to  niski,  żylasty,  gładko  ogolony  mężczyzna,  o  ogorzałej,  inteligentnej  twarzy  i 

żwawych ruchach. 

— Opowiem  zatem  panom  całą  sprawę  —  rzekła  pani.  Frank  i  ja  poznaliśmy  się  w 

obozowisku McQuire’a, w pobliżu Rockies, gdzie papa pracował na swojej działce. Frank i ja 
zaręczyliśmy  się,  lecz  pewnego  dnia  ojciec  natknął  się  na  bogatą  żyłę  i  nabił  sobie  kabzę, 
podczas  gdy  biedny  Frank  miał  działkę,  która  nic  nie  przyniosła  i  do  niczego  nie  doszedł. 
Ojciec był coraz bogatszy, a Frank coraz biedniejszy, aż w końcu ojciec nie chciał już nawet 
słyszeć  o  naszych  zaręczynach  i  wysłał  mnie  do  Frisco

*

.  Frank  ze  swej  strony  nie  chciał 

zrezygnować także, zatem pojechał za mną i spotkał się ze mną bez wiedzy papy. Gdyby się 
ojciec  dowiedział,  oszalałby  ze  złości,  więc  ustaliliśmy  wszystko  między  sobą.  Frank 
powiedział, że też chciałby się wzbogacić i że wróci poprosić o moją rękę, dopiero gdy będzie 
miał tyle pieniędzy, co papa. Obiecałam więc także, że będę czekała na niego aż do śmierci i 
poprzysięgłam  nie  wyjść  za  innego,  póki  Frank  będzie  żył.  „Dlaczego  nie  mielibyśmy  się 
pobrać od razu?” — powiedział wówczas. — „Byłbym pewien ciebie i nie domagałbym się 
swoich  praw  małżeńskich  przed  powrotem”.  Tak  więc  umówiliśmy  się,  a  on  tak  dobrze 
wszystko ułożył, że ksiądz na nas czekał i pobraliśmy się od razu. I gdy Frank odjechał, by 
zdobyć fortunę, ja wróciłam do papy. 

Potem miałam wiadomości od Franka z Montany, a następnie prowadził poszukiwania w 

Arizonie, a potem przyszła wiadomość z Nowego Meksyku. Potem dotarł do mnie długi artykuł 
z gazety o tym, jak Apacze zaatakowali obóz poszukiwaczy złota, w którym wśród zabitych 
wymieniono nazwisko mojego Franka. Popadłam w głębokie omdlenie i przez wiele miesięcy 
byłam  bardzo  smutna.  Papa  widział,  że  tracę  siły  i  zaprowadził  mnie  do  wielu  lekarzy  we 
Frisco. Ponad rok nie nadchodziły żadne wieści; byłam pewna, że Frank nie żyje. Wtedy lord 
Saint  Simon  przybył  do  Frisco,  a  my  przyjechaliśmy  do  Londynu  i  ułożone  zostało  nasze 
małżeństwo, i papa był bardzo zadowolony, ale ja czułam, że żaden mężczyzna na świecie nie 
zajmie miejsca Franka w moim sercu. 

Mimo to, gdybym wyszła za lorda Saint Simon, oczywiście wypełniałabym wobec niego 

moje  obowiązki.  Nie  możemy  nakazać  sobie  miłości,  możemy  jednak  kierować  swoim 
postępowaniem. Idąc z nim do ołtarza zamierzałam być dla niego tak dobrą żoną, jak bym tylko 
potrafiła. Można sobie wyobrazić, co poczułam, gdy zbliżając się do stopni ołtarza spojrzałam 
za siebie i zobaczyłam Franka stojącego obok pierwszej ławy i patrzącego na mnie. Najpierw 
pomyślałam,  że  to  jego  duch,  lecz  gdy  obejrzałam  się  jeszcze  raz,  stał  tam  ciągle  jakby  z 
pytaniem w oczach, jakby pytając mnie, czy jestem szczęśliwa czy zmartwiona jego widokiem. 
Starałam  się  nie  upaść.  Pamiętam,  że  wszystko  wokół  mnie  zawirowało,  a  słowa  księdza 
brzmiały  jak  brzęczenie  pszczoły.  Nie  wiedziałam,  co  robić.  Czy  powinnam  przerwać 
ceremonię i wywołać scenę w kościele? Spojrzałam na niego jeszcze raz i wydawało mi się, że 
wiem,  o  czym  myśli,  gdyż  podniósł  palec  do  warg,  by  nakazać  mi  milczenie.  Potem 
zauważyłam, że coś pisze na kartce papieru i wiedziałam, że to liścik do mnie. Gdy mijałam 
jego ławkę w powrotnej drodze, upuściłam bukiet koło niego, a on wsunął kartkę do mej dłoni, 
gdy podawał mi kwiaty. Była to tylko jedna linijka, z prośbą, bym się z nim połączyła, gdy da 
mi znak. Oczywiście nie miałam ani przez chwilę wątpliwości co do tego, że powinnam przede 
wszystkim spełnić moje obowiązki wobec niego. 

Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko pokojówce, która poznała go w Kalifornii i 

zawsze była mu przychylna. Nakazałam, by nic nikomu nie mówiła, lecz by zapakowała parę 
rzeczy  osobistych  i  przygotowała  mój  płaszcz.  Wiedziałam,  że  powinnam  porozmawiać  z 
lordem Saint Simon, lecz było to strasznie trudne w obecności jego matki i tych  wszystkich 
ważnych ludzi. Postanowiłam więc odejść, a potem wyjaśnić wszystko. Siedziałam przy stole 
niecałe dziesięć minut,  gdy przez okno zobaczyłam  Franka po drugiej stronie ulicy. Dał  mi 

                                                 

*

 Frisco — San Francisco. 

background image

znak ręką i wszedł do Hyde Parku. Wymknęłam się, narzuciłam płaszcz i poszłam za nim. Jakaś 
kobieta podeszła, mówiąc do mnie coś o lordzie Saint Simon — niewiele zrozumiałam, lecz 
wydaje mi się, że ukrywał przede mną jakiś mały sekret z okresu przedmałżeńskiego — jednak 
udało  mi  się  od  niej  uwolnić  i  wkrótce  dogoniłam  Franka.  Wsiedliśmy  razem  do  dorożki  i 
pojechaliśmy do umeblowanego mieszkania, które on wynajął na Garden Square, i to było moje 
prawdziwe  wesele  po  tych  wszystkich  latach  oczekiwania.  Frank  był  więźniem  Apaczów, 
uciekł, przybył do Frisco, dowiedział się, że uznałam go za zmarłego i przyjechał do Anglii, 
odszukał mnie i przyszedł wreszcie w ten poranek mego drugiego ślubu. 

— Zobaczyłem  zawiadomienie  w  gazecie  —  wyjaśnił  Amerykanin.  —  Była  tam  nazwa 

kościoła, ale nie wiedziałem, gdzie pani mieszka. 

— Gdy  rozmawialiśmy  o  tym,  co  powinniśmy  zrobić,  Frank  był  za  otwartym 

postępowaniem, ja jednak czułam się tak zawstydzona tym wszystkim, że chciałam zniknąć na 
zawsze i nigdy nie oglądać więcej nikogo spośród nich — wysłałabym tylko być może kilka 
słów do papy, aby mu dać znak, że żyję. To było straszne dla mnie, myśl o tych wszystkich 
lordach i ladies siedzących dokoła stołu przy śniadaniu i czekających na mój powrót. Zatem 
Frank zabrał moją suknię ślubną i rzeczy, zrobił z nich tłumok i by zatrzeć ślady wyrzucił to 
wszystko  gdzieś,  gdzie  nie  można  było  tego  znaleźć.  Prawdopodobnie  wyjechalibyśmy  do 
Paryża, lecz ten gentleman, mister Holmes, przyszedł do nas dziś po południu — nie rozumiem 
zresztą,  jak  nas  odnalazł  —  i  wyjaśnił  nam,  że  ja  się  myliłam,  a  rację  miał  Frank,  i  że  źle 
postąpilibyśmy zachowując naszą tajemnicę. Potem zaproponował nam możliwość rozmowy z 
lordem Saint Simon na osobności, tak że przyszliśmy wprost tutaj, od razu do domu. Teraz, 
Robercie, wszystko słyszałeś i bardzo mi przykro, że sprawiłam ci ból, i mam nadzieję, że nie 
uważasz mnie za zupełnie nikczemną. 

Lord  Saint  Simon  wyraźnie  złagodniał,  ale  słuchał  ze  zmarszczonymi  brwiami  i 

zaciśniętymi wargami tej długiej opowieści. 

— Przepraszam  —  powiedział  —  lecz  nie  mam  zwyczaju  omawiać  moich 

najintymniejszych spraw osobistych publicznie. 

— Nie chcesz mi więc wybaczyć? Nie chcesz uścisnąć przed odejściem mojej ręki? 
— Och, oczywiście, jeśli sprawi ci to przyjemność — wyciągnął z kieszeni rękę i chłodno 

ujął wyciągniętą ku niemu dłoń. 

— Miałem nadzieję — zaproponował Holmes — że zechce pan wziąć udział w skromnej 

kolacji z przyjaciółmi. 

— Wydaje mi się, że wymaga pan zbyt wiele — odpowiedział Jego Lordowska Mość. — 

Można było mnie zmusić do zaaprobowania ostatnich wydarzeń, lecz trudno byłoby wymagać, 
bym weselił się z tego powodu. Sądzę, że za zgodą państwa mogę życzyć wszystkim obecnym 
dobrej nocy. 

Skłonił się nam zamaszyście i wyszedł z pokoju krokiem pełnym godności. 
— Pozostaje  mi  zatem  nadzieja,  że  przynajmniej  państwo  zaszczycą  mnie  swoim 

towarzystwem — rzekł Sherlock Holmes. Spotkanie z Amerykanami zawsze sprawia radość, 
zwłaszcza  że  wierzą  oni,  iż  kaprys  króla  i  gafa  popełniona  przez  ministra  przed  laty  nie 
zapobiegną temu, by nasze dzieci pewnego dnia stały się obywatelami kraju obejmującego cały 
świat, pod flagą, która mogłaby łączyć Union Jack z Gwiazdami i Pasami. 

— Jest to bardzo interesujący wypadek — zauważył Holmes po wyjściu naszych gości — 

ponieważ  bardzo  wyraźnie  dowodzi,  jak  proste  może  być  rozwiązanie  sprawy,  która  na 
pierwszy  rzut  oka  wydaje  się  prawie  nie  do  wyjaśnienia.  Nic  prostszego  niż  kolejność 
wydarzeń opowiedziana przez młodą lady i nic dziwniejszego niż wynik, do którego doszedł — 
jak widzieliśmy — pan Lestrade ze Scotland Yardu. 

— Zatem ty sam nie popełniłeś w ogóle błędu? 
— Przede wszystkim dwa fakty były dla mnie oczywiste; pierwszy  — że panna zupełnie 

dobrowolnie poddała się ceremonii zaślubin, i drugi — że żałowała tego już w kilka minut po 

background image

powrocie do domu. Zatem było oczywiste, że tego poranka zaszło coś, co spowodowało zmianę 
jej  poglądów.  Cóż  to  mogło  być?  Nie  mogła  z  nikim  porozmawiać  po  wyjściu  z  kościoła, 
ponieważ przebywała cały czas w towarzystwie pana młodego. Czy zatem kogoś zobaczyła? 
Jeśli tak, musiał to być ktoś z Ameryki. W Anglii bowiem przebywała zbyt krótko, aby poznać 
kogoś, kto mógłby wywrzeć tak głęboki wpływ, by sam tylko widok tej osoby spowodował tak 
głęboką przemianę. Jak widzisz, dzięki procesowi eliminacji doszliśmy do wniosku, że mogła 
zobaczyć Amerykanina. Kim zatem mógł być ten Amerykanin i dlaczego miał taki wpływ na 
nią? Mógł być kochankiem, mógł też być mężem. Wczesną młodość spędziła, jak wiem, wśród 
brutalnych  scen  i  w  osobliwych  warunkach.  Doszedłem  do  tego,  zanim  usłyszałem 
opowiadanie  lorda  Saint  Simona.  Gdy  nam  powiedział  o  człowieku  w  ławie,  o  zmianie 
zachowania  panny  młodej,  o  tak  grubymi  nićmi  szytym  pomyśle  odebrania  kartki,  jak 
upuszczenie bukietu, o tym, że zwróciła się do zaufanej pokojówki i o jej bardzo wymownej 
aluzji do „wskoczenia na działkę”, co w mowie poszukiwaczy złota oznacza zagarnięcie terenu, 
należącego do kogo innego — cała sytuacja stała się absolutnie jasna. Odeszła z mężczyzną, 
który był kochankiem lub jej pierwszym mężem. Wszystko przemawiało za tym ostatnim. 

— Lecz jakże, na Boga, ich odnalazłeś? 
— To  mogło  sprawić  trudność,  lecz  nasz  przyjaciel  Lestrade  miał  w  swych  rękach 

wiadomość, z której znaczenia nie zdawał sobie sprawy. Inicjały miały oczywiście ogromne 
znaczenie, lecz jeszcze ważniejsza była informacja, że mężczyzna przed tygodniem zapłacił 
rachunek w jednym z najznakomitszych hoteli Londynu. 

— Jak to wydedukowałeś? 
— Dzięki wysokim cenom. Osiem szylingów za łóżko, osiem pensów za szklankę sherry 

wskazuje na jeden z najdroższych hoteli. Niewiele jest takich w Londynie. W drugim z kolei, 
do którego wszedłem na Northumberland Avenue, stwierdziłem przeglądając księgę gości, że 
Francis H. Moulton, amerykański gentleman, opuścił hotel poprzedniego dnia i przeglądając 
jego  rachunki  natrafiłem  na  te  same  pozycje,  które  widniały  na  kopii.  Listy  do  niego  były 
przekazywane na Gordon Square 226, zatem udałem się pod ten adres i szczęśliwie zastałem 
zakochaną parę w domu, odważyłem się więc na udzielenie im ojcowskiej rady i zwróciłem 
uwagę,  że  lepiej  byłoby  w  jakiś  sposób  wyjaśnić  nieco  swoją  sytuację  zarówno  opinii 
publicznej, jak zwłaszcza lordowi Saint Simon. Zaprosiłem ich tutaj na rozmowę z nim i, jak 
widzisz, prowadziłem go na spotkanie. 

— Jednak z nie najlepszym wynikiem — zauważyłem. — Jego zachowanie na pewno nie 

było zbyt łaskawe. 

— Ach, Watsonie — rzekł Holmes z uśmiechem — być może nie zachowałbyś się również 

zbyt łaskawie, gdybyś po tych wszystkich kłopotach z zalotami i ślubem został pozbawiony za 
jednym zamachem żony i fortuny. Uważam, że powinniśmy osadzać lorda Saint Simon bardzo 
łagodnie  i  podziękować  naszemu  losowi,  że  prawdopodobnie  nigdy  nie  znajdziemy  się  w 
podobnej  sytuacji.  Przysuń  swoje  krzesło  i  podaj  mi  skrzypce,  gdyż  pozostał  nam  jedynie 
problem, jak skrócić to mroczne, jesienne popołudnie. 

Przełożył Edward Rutkowski 

background image

K

ORONA Z BERYLÓW

 

 
Spójrz — powiedziałem pewnego dnia do Holmesa, stojąc w wykuszu okiennym i patrząc 

na ulicę — jakiś szaleniec tam biegnie. Że też rodzina puszcza go samego! 

Mój przyjaciel ospale podniósł się z fotela i z rękami w kieszeniach szlafroka spojrzał przez 

moje  ramię.  Był  pogodny,  rześki,  lutowy  ranek.  Śnieg,  który  spadł  wczoraj,  gęsto  zaścielał 
ulicę  skrząc  się  w  promieniach  zimowego  słońca.  Na  środku  jezdni  śnieg,  zorany  kołami, 
zamienił się w sypki, ciemny miał,  ale po bokach i z brzegów trotuaru, odgarnięty w kupy, 
pozostał  dziewiczo  czysty.  Białawe  chodniki,  odmiecione  i  wyskrobane,  były  jednak 
niebezpiecznie śliskie, tak że przechodniów widziało się mniej niż zwykle. Od stacji metra, na 
przykład, nikt nie szedł prócz tego mężczyzny, na którego zwróciłem uwagę. 

Był to człowiek koło pięćdziesiątki, wysoki, dorodny, o imponującej postawie i mięsistym, 

rzucającym się w oczy obliczu — budził respekt całym swym wyglądem. Ubrany był skromnie, 
ale  wytwornie:  w  czarne  palto,  błyszczący  cylinder,  eleganckie,  brązowe  getry  i  doskonale 
skrojone  szaroperłowe  spodnie.  Ale  jego  zachowanie  rażąco  kontrastowało  z  godnością 
wyglądu.  Biegł  co  sił,  od  czasu  do  czasu  podskakując,  jak  człowiek  zmęczony,  który  nie 
przywykł liczyć na własne nogi. Biegnąc, gorączkowo gestykulował, kiwał głową i wykrzywiał 
twarz w najdziwaczniejszych grymasach. 

— Co mu się mogło stać, u licha? — zapytałem. — Patrzy na numery domów. 
— Zdaje się, że idzie do nas — powiedział Holmes zacierając ręce. 
— Do nas? 
— Tak. Pewnie przychodzi po zawodową poradę. Znam te objawy. Ha, czy nie mówiłem! 
Tymczasem nieznajomy ciężko sapiąc dopadł naszych drzwi i począł szarpać za dzwonek, 

napełniając cały dom przeraźliwym hałasem. W parę chwil potem już był w pokoju, zdyszany, 
gestykulujący bez przerwy, z tak żałosnym wyrazem oczu, że przejęci współczuciem i lękiem 
od razu zapomnieliśmy o naszej wesołości. Przez kilka minut nie mógł wydobyć głosu i tylko 
zataczał się i targał za włosy, jak człowiek na granicy obłędu. Wreszcie począł bić głową o 
ścianę tak silnie, że obaj skoczyliśmy do niego i z trudem odciągnęliśmy go na środek pokoju. 
Sherlock Holmes posadził go w miękkim fotelu, siadł obok, dotknął jego ręki i zaczął mówić 
tym łagodnym, uspokajającym tonem, którym tak świetnie umiał się posługiwać: 

— Chce  mi  pan  powiedzieć,  co  pana  gnębi,  prawda?  Zmęczył  się  pan  biegnąc.  Proszę 

odetchnąć, uspokoić się, a wtedy chętnie wysłucham, co pana tu sprowadza. 

Nieznajomy z minutę siedział spokojnie, ciężko dysząc i walcząc ze wzruszeniem. Potem 

otarł chustką czoło, zacisnął usta i zwrócił się do nas. 

— Pewnie uważacie mnie panowie za wariata? — zapytał. 
— Widzę, że spotkało pana jakieś nieszczęście — odparł Holmes. 
— Okropne nieszczęście!… Tak okropne i nagłe, że można oszaleć. Samą hańbę jeszcze 

bym zniósł, choć cieszę się nieskalaną opinią. Osobiste nieszczęście może spotkać każdego. 
Ale te dwa ciosy razem, i w tak strasznej postaci, wstrząsnęły mną do głębi. A poza tym nie 
chodzi tu tylko o mnie. Najwyższe sfery Anglii mogą ucierpieć, jeśli nie znajdzie się wyjścia z 
sytuacji. 

— Spokojnie, drogi panie — rzekł Holmes. — Proszę, niech mi pan powie, kim pan jest i co 

się panu przydarzyło. 

— Pewnie zna pan moje nazwisko — odparł gość. — Jestem Aleksander Holder z domu 

bankowego „Holder & Stevenson” z Threadneedle Street. 

Znaliśmy dobrze to nazwisko. Był to szef drugiego z kolei największego prywatnego domu 

bankowego w londyńskim City. Cóż mogło doprowadzić do takiej rozpaczy i zdenerwowania 
jednego z najpoważniejszych obywateli Londynu? 

Zamienieni w słuch, niecierpliwie czekaliśmy, aż Holder zbierze siły i zacznie opowiadać. 

background image

— Czuję,  że  czas  nagli  —  odezwał  się  „wreszcie  —  i  dlatego  przybiegłem  co  tchu,  gdy 

inspektor policji poradził mi zwrócić się do pana. Przyjechałem podziemną kolejką na Baker 
Street  i  piechotą  pośpieszyłem  tutaj,  bo  dorożki  za  wolno  jadą  po  śniegu.  Dlatego  tak  się 
zmęczyłem,  bo  w ogóle  zażywam  mało ruchu. Już trochę odpocząłem i  zaraz krótko,  jasno 
opowiem, co się stało. 

Pewnie  panowie  wiecie,  że  rozwój  interesów  bankowych  zależy  od  pomyślnej  lokaty 

kapitału,  rozszerzania  stosunków  i  zdobywania  nowych  wkładów.  Najintratniejszą  dla  nas 
operacją  finansową  są  pożyczki  zastawowe.  W  ciągu  paru  ostatnich  lat  znacznie 
rozszerzyliśmy te dział. Nasza klientela, której pożyczaliśmy duże kwoty pod zastaw obrazów, 
księgozbiorów i sreber, rekrutuje się z najwyższych sfer. Wczoraj rano, gdy siedziałem u siebie 
w gabinecie w banku, po dano mi wizytówkę. Wzdrygnąłem się przeczytawszy nazwisko, nie, 
nawet  panu  nie  zdradzę,  o  kogo  chodzi.  Wspomnę  tylko,  że  to  nazwisko  znane  jest 
powszechnie  na  całym  świecie  i  że  należy  dc  pierwszych  nazwisk  Anglii.  Czułem  się 
niezwykle zaszczycony tą wizytą i chciałem temu dać wyraz przy powitaniu, ale mój gość od 
razi przystąpił do interesu, z miną człowieka, który jak najszybciej cha już mieć wszystko za 
sobą. 

— Panie Holder — powiedział — mówiono mi, że pan pożycza pieniądze. 
— Tak, udzielamy pożyczek pod dobre zastawy — odpowiedziałem. 
— Potrzebuję  natychmiast  pięćdziesięciu  tysięcy  funtów.  Oczywiście,  mógłbym 

dziesięciokrotnie większą sumę niż ta bagatela pożyczyć od moich przyjaciół. Ale nie chcę 
nikomu nic zawdzięczać i wolę sam sobie jakoś poradzić. Mnie, jak pan rozumie, nie wypada 
zaciągać moralnych zobowiązań. 

— Czy mogę zapytać, na jak długo potrzebuje pan tych pieniędzy? 
— W najbliższy poniedziałek będę rozporządzał znaczną kwotą i wtedy wpłacę dług wraz z 

żądanymi  przez  pana  odsetkami.  Podkreślam  jednak,  że  zależy  mi  na  natychmiastowym 
otrzymaniu pieniędzy. 

— Chętnie pożyczyłbym panu bez słowa tę kwotę z osobistych funduszów — powiedziałem 

— gdyby to nie przekraczało moich możliwości. Udzielając zaś pożyczki z ramienia banku, 
muszę — przez wzgląd na wspólnika — domagać się, nawet od pana, jakiegoś zabezpieczenia, 
tak jak tego wymagają interesy. 

— Jestem  na  to  przygotowany  —  odparł  i  podniósł  kwadratowe  puzdro  z  czarnej  skóry, 

które siadając postawił przy sobie. 

— Słyszał pan chyba o koronie z berylów? 
— Jednym z najcenniejszych skarbów Anglii? — zapytałem. 
— Tak. — Otworzył puzdro i wewnątrz ujrzałem wtulony w miękki, cielisty aksamit cudny 

klejnot. — Jest w niej trzydzieści dziewięć olbrzymich berylów — rzekł. — A złota oprawa jest 
wprost bezcenna. Nawet według najniższego szacunku wartość korony dwukrotnie przewyższa 
potrzebną mi kwotę. Ten klejnot gotów jestem dać panu w zastaw. 

Ująłem  w  ręce  cenne  puzdro  i  zmieszany  patrzyłem  to  na  nie,  to  na  mego  znakomitego 

klienta. 

— Wątpi pan w jej wartość? — zapytał. 
— Nie. Wątpię tylko… 
— Czy mam prawo ją zastawić. Może pan być spokojny. Nawet by mi to przez myśl nie 

przeszło, gdyby nie pewność, że ją odbiorę za cztery dni. To tylko formalność. Czy zastaw jest 
dostateczny? 

— Aż nazbyt. 
— Pan rozumie, panie Holder, że opierając się na pańskiej reputacji daję panu wielki dowód 

zautania. Liczę nie tylko na pańską dyskrecję — nie chciałbym plotek — ale przede wszystkim 
na to, że potrafi pan upilnować korony. Nie potrzebuję chyba mówić, jaki skandal wynikłby, 
gdyby się jej co stało. Najmniejsze uszkodzenie tego klejnotu oznaczałoby zupełną jego utratę, 

background image

bo na świecie nie znajdzie pan podobnych berylów. Ale ufam panu i zjawię się osobiście po 
odbiór korony w poniedziałek rano. 

Widząc,  że  mój  klient  się  spieszy,  bez  słowa  zawołałem  kasjera  i  kazałem  wypłacić 

pięćdziesiąt  tysięcy  funtów.  Ale  gdy  zostałem  sam  z  bezcennym  puzdrem  przed  sobą,  nie 
mogłem myśleć spokojnie o ogromnej odpowiedzialności, jaka na mnie spadła. Tak czy owak, 
był  to  klejnot  narodowy  i  gdyby  mu  się  stało  co  złego,  wynikłaby  niesłychana  awantura. 
Żałowałem nawet, że się zgodziłem go przyjąć. Ale już się stało, zamknąłem więc puzdro w 
mojej prywatnej kasie i wróciłem do pracy. 

Wieczorem  pomyślałem  sobie,  że  byłoby  nieostrożnie  zostawić  tak  kosztowną  rzecz  w 

biurze.  Rozpruwano  już  kasy  bankowe,  czemu  więc  i  mojej  nie  mogłoby  się  to  zdarzyć.  A 
wówczas w jak tragicznym położeniu byłbym się znalazł! Postanowiłem więc, że przez te parę 
dni będę woził puzdro ze sobą, by je mieć stale na oku. Zawołałem dorożkę i pojechałem do 
Streatham, zabierając klejnot do domu. Odetchnąłem spokojnie dopiero, gdy wniosłem koronę 
na górę i zamknąłem ją w biurku w mej ubieralni. 

A teraz kilka słów o moim domu, panie Holmes, gdyż chcę, by się pan dobrze zorientował w 

sytuacji. Mój stajenny i chłopiec do posług śpią poza domem i dlatego można ich nie brać pod 
uwagę. W domu mam trzy służące, w których uczciwość nie wątpię: są już u mnie od lat. Co do 
Lucy  Parr,  młodszej  pokojówki,  to  ta  jest  u  nas  dopiero  od  kilku  miesięcy.  Miała  jednak 
wyborne rekomendacje i od początku sprawuje się doskonale. Jest bardzo ładna, toteż wielu 
adoratorów  włóczy  się  koło  domu.  Gdyby  nie  to,  nie  mielibyśmy  jej  nic  do  zarzucenia. 
Uważamy ją za dobrą dziewczynę pod każdym względem. 

Tyle o służbie. Moja rodzina jest tak mała, że opiszę ją bardzo prędko. Jestem wdowcem i 

mam  syna  jedynaka.  Sprawia  mi  on  wielki  kłopot,  panie  Holmes,  ogromnie  się  na  nim 
zawiodłem. Niewątpliwie sam sobie jestem winien. Ludzie mówią, że go zepsułem. Pewnie tak 
jest. Po śmierci mej ukochanej żony na niego przelałem całą miłość. Spełniałem wszystkie jego 
zachcianki.  Musiałem  zawsze  widzieć  uśmiech  na  jego  twarzy.  Lepiej  byłoby  dla  nas  obu, 
gdybym był surowszy, ale chciałem jak najlepiej. 

Naturalnie życzyłem sobie, żeby objął po mnie interes. Ale on się do tego nie nadaje. Jest 

uparty, samowolny, kapryśny i  prawdę mówiąc nie mógłbym  mu  powierzyć większej  sumy 
pieniędzy.  Już  za  młodu  zapisał  się  do  arystokratycznego  klubu  i  dzięki  swym  czarującym 
manierom przystał do złotej młodzieży, żyjącej na wielką skalę. Hazarduje się przy zielonym 
stoliku, wyrzuca pieniądze na wyścigi i bezustannie molestuje mnie o nowe zaliczki na swoją 
miesięczną  pensję,  by  pospłacać  honorowe  długi.  Parokrotnie  starał  się  zerwać  ze  swym 
niebezpiecznym towarzystwem, ale za każdym razem ulegał wpływowi swego przyjaciela sir 
George’a Burnwella, który potrafił go od tego odwieść. 

Mówiąc szczerze, nie dziwię się, że taki człowiek jak George Burnwell ma wpływ na mego 

syna. Mój syn często zapraszał go do nas i nawet ja ledwie nie uległem jego czarowi. Starszy od 
Artura,  światowiec  w  każdym  calu,  wszędzie  był,  wszystko  widział.  Jest  wspaniałym 
rozmówcą i bardzo przystojnym mężczyzną. Ale na trzeźwo, z dala od jego uroku, sądząc z 
cynicznych wypowiedzi i niedobrych błysków jego oczu, wiem, że trzeba się go strzec. Tak 
myślę  nie  tylko  ja,  ale  i  moja  mała  Mary,  która  w  tych  sprawach  ma  prawdziwie  kobiecy, 
nieomylny instynkt. 

Teraz już tylko o niej pozostało parę słów do powiedzenia. Mary to moja bratanica. Gdy pięć 

lat temu mój brat umarł i osierocił ją całkowicie, adoptowałem ją i od początku traktuję jak 
córkę.  To  prawdziwe  słoneczko  w  moim  domu…  słodka,  kochająca,  ładna,  doskonała 
gospodyni, a zarazem kobieco łagodna, spokojna i czarująca. Jest moją prawą ręką. Nie wiem, 
co  bym  bez  niej  począł.  W  jednym  tylko  zawsze  mi  się  sprzeciwiała.  Dwa  razy  mój  syn 
oświadczał się jej, bo kocha ją bardzo, i za każdym razem mu odmówiła. Myślę, że tylko ona 
mogłaby sprowadzić go ze złej drogi i że to małżeństwo by go ocaliło. Ale, niestety, już jest za 

background image

późno… już za późno! Teraz, panie Holmes, gdy poznał pan moich domowników, wrócę do tej 
nieszczęsnej historii. 

Po obiedzie, przy wieczornej kawie, opowiedziałem Arturowi i Mary o dziwnej wizycie i 

cennym  klejnocie,  który  znajduje  się  pod  naszym  dachem.  Zataiłem  tylko  nazwisko  mego 
klienta. Jestem pewien, że Lucy Parr, która podawała nam kawę, już wyszła z pokoju, ale nie 
mogę ręczyć, czy drzwi nie były otwarte. Mary i Artur bardzo się zainteresowali całą historią i 
prosili, żeby im pokazać koronę, ale wolałem jej nie ruszać. 

— Gdzieś ją schował? — zapytał Artur. 
— W biurku. 
— Miejmy nadzieję, że dziś w nocy nie obrabują domu — powiedział. 
— Zamknąłem ją. 
— To biurko można otworzyć każdym kluczem. Kiedy byłem mały, otwierałem je kluczem 

od kredensu. 

Zawsze coś gadał, byle gadać, nie przywiązywałem więc wagi do jego słów. Tego wieczoru 

odprowadził mnie do pokoju z bardzo poważną miną. 

— Słuchaj,  tatusiu  —  powiedział  patrząc  w  podłogę  —  czy  mógłbyś  mi  dać  dwieście 

funtów? 

— Nie — uciąłem ostro. — Dałem ci już za dużo. 
— Byłeś bardzo uprzejmy — odparł — ale muszę mieć pieniądze, bo inaczej nie będę się 

mógł pokazać w klubie. 

— To ci tylko wyjdzie na dobre! — zawołałem. 
— Tak. Ale pewnie nie chciałbyś, by się to stało kosztem mego honoru. Nie mógłbym tego 

znieść.  Muszę  jakoś  zdobyć  te  pieniądze.  Jeśli  mi  ich  nie  dasz,  chwycę  się  jakichś  innych 
środków. 

Rozgniewałem się, bo była to już trzecia taka prośba w tym miesiącu. 
— Ode mnie nie dostaniesz ani grosza — zawołałem, a on skinął głową i wyszedł bez słowa. 
Po jego wyjściu otworzyłem biurko, przekonałem się, że korony nikt nie ruszył, i znów je 

zamknąłem.  Potem  obszedłem  dom,  by  sprawdzić,  czy  pozamykano  drzwi  i  okna.  Zawsze 
robiła to  Mary, ale tym  razem  wolałem przekonać się sam.  Kiedy schodziłem  po schodach, 
zobaczyłem Mary przy bocznym oknie w hallu. Właśnie je zamykała. 

— Tatusiu — powiedziała z lekka zmieszana — czyś zwolnił Lucy na dzisiejszy wieczór? 
— Co znowu! 
— Właśnie wróciła kuchennymi drzwiami. Musiała się z kimś widzieć przy furtce. Trzeba z 

tym skończyć, bo to niebezpieczne. 

— Pomów z nią jutro albo jeżeli wolisz, ja z nią pomówię. Czy wszystko pozamykane? 
— Tak, tatusiu. 
— No to dobranoc. — Pocałowałem ją, poszedłem do sypialni i niebawem usnąłem. 
Staram się opowiadać jak najdokładniej, panie Holmes. Jeśli coś jest niejasne, proszę niech 

mnie pan zapyta. 

— Wszystko jest zupełnie jasne. 
— Teraz  przechodzę  do  wypadków,  które  wymagają  ścisłości  i  dokładności  w  każdym 

szczególe. 

Sypiam lekko, ale tej nocy, pod wpływem niepokoju o koronę, spałem jeszcze lżej. Koło 

drugiej obudził mnie jakiś szmer. Ucichł, zanim się zupełnie ocknąłem, ale wydało mi się, że 
gdzieś ktoś ostrożnie zamykał okno. Nadstawiłem uszu. Nagle, ku memu przerażeniu wyraźnie 
usłyszałem ciche stąpanie w ubieralni. Drżąc z przerażenia wyskoczyłem z łóżka i wyjrzałem 
zza drzwi. 

— Artur! — krzyknąłem przeraźliwie. — Nicponiu! Złodzieju! Jak śmiesz ruszać koronę?! 
.  Gazowa  lampa  paliła  się  skręcona  do  połowy,  tak  jak  ją  zostawiłem.  Mój  nieszczęsny 

chłopiec w spodniach i koszuli stał przy niej i coś majstrował koło korony: wykręcał ją czy 

background image

zginał z całej siły. Usłyszawszy mnie upuścił ją i odwrócił się śmiertelnie blady. Porwałem 
koronę i przyjrzałem się jej: brakowało jednego złotego rogu z trzema berylami. 

— Łotrze! — krzyknąłem nieprzytomny z wściekłości. — Zniszczyłeś ją! Zhańbiłeś mnie 

na zawsze! Gdzieś podział skradzione klejnoty? 

— Skradzione?! — wykrzyknął. 
— Tak, skradzione, złodzieju! — ryczałem trzęsąc nim. 
— Nic nie brakuje, nic nie może brakować — powiedział. 
— Brakuje trzech kamieni. I ty wiesz, gdzie są. Nie tylko kradniesz, ale i kłamiesz? Może 

nie widziałem, jak chciałeś jeszcze coś ułamać! 

— Dość tych obelg — powiedział. — Dłużej tego nie zniosę. Skoro wolisz mi wymyślać, 

nie powiem ani słowa. Rano wyniosę się z domu i sam sobie dam radę. 

— Wyniesiesz  się,  ale  w  kajdankach!  —  krzyczałem  obłąkany  z  wściekłości  i  bólu.  — 

Dowiem się, muszę dojść prawdy! 

— Ode mnie nie dowiesz się niczego — powiedział z tak zawziętym uporem, jakiego się po 

nim nie spodziewałem. — Jeżeli wolisz wezwać policję, niech pokaże, co umie. 

Tymczasem cały dom był już na nogach, obudzony moim nieprzytomnym krzykiem. Mary 

pierwsza  wpadła  do  pokoju.  Ujrzawszy  twarz  Artura  i  koronę  domyśliła  się  wszystkiego. 
Krzyknęła i upadła zemdlona. Posłałem po policję i bez namysłu powierzyłem jej całą sprawę. 
Kiedy inspektor i konstable wchodzili do domu, Artur z ponurą miną i skrzyżowanymi na piersi 
rękoma  zapytał  mnie,  czy  naprawdę  oskarżam  go  o  kradzież.  Powiedziałem  mu,  że  sprawa 
nabrała publicznego charakteru, gdyż korona jest majątkiem narodowym. Zdecydowałem, że tu 
musi wkroczyć prawo. 

— Przynajmniej nie pozwól aresztować mnie od razu. Dla nas obu będzie lepiej, jeśli na pięć 

minut wyjdę z domu. 

— Żeby  uciec  albo  ukryć  zrabowane  klejnoty?  —  powiedziałem  i  widząc  całą  grozę 

sytuacji, błagałem go, by pamiętał nie tylko o moim honorze, ale i honorze osoby znacznie 
wyżej  postawionej.  Mówiłem,  że  swoim  uporem  spowoduje  skandal,  który  wywoła  ogólne 
oburzenie i wstrząśnie opinią publiczną. Można tego będzie uniknąć, jeśli się przyzna, gdzie 
podział brakujące kamienie. 

— Chyba zdajesz sobie sprawę — ciągnąłem — że przyłapano cię na gorącym uczynku i 

przyznanie do winy już ci  nie zaszkodzi. Jeżeli postarasz się naprawić swój czyn i  powiesz, 
gdzie są kamienie, przebaczę ci i zapomnę o wszystkim. 

— Przebacz tym, którzy tego potrzebują — powiedział i odwrócił się ode mnie z ironicznym 

uśmiechem. 

Zdałem  sobie  sprawę,  że  się  zaciął  i  że  nie  przełamię  jego  uporu.  Nie  było  innej  rady: 

wezwałem inspektora i kazałem aresztować Artura. Zaraz go zrewidowano, przeszukano jego 
pokój i cały dom, wszystkie miejsca, gdzie mógł ukryć klejnoty. Nic jednak nie znaleziono, a 
nieszczęsny  chłopiec,  mimo  perswazji  i  gróźb,  milczał  jak  zaklęty.  Rano  zabrano  go  do 
więzienia, a ja, załatwiwszy formalności policyjne, co tchu przybiegłem tutaj i błagam, żeby 
pan zrobił, co pan może, by odnaleźć kosztowności. Policja otwarcie mówi, że jest bezsilna. Ja 
pokryję  wszystkie  koszty.  Już  wyznaczyłem  nagrodę  tysiąca  funtów.  Boże,  Boże,  co  robić! 
Jednej nocy straciłem honor, bezcenny klejnot i syna. Och, co robić! 

Obiema rękami schwycił się za głowę i począł się chwiać całym ciałem w lewo i w prawo, 

jak dziecko w nieutulonym bólu. 

Sherłock Holmes rozmyślał parę minut ze zmarszczonym czołem i wzrokiem utkwionym w 

ogniu. 

— Czy dużo osób przyjmuje pan w domu? — zapytał. 
— Nikogo,  prócz  mego  wspólnika  z  rodziną  i  czasem  przyjaciół  Artura.  Ostatnio  często 

odwiedzał nas sir George Burnwell. I nikt poza tym. 

— A państwo dużo bywacie? 

background image

— Artur tak. Mary i ja siadujemy w domu. Nie jesteśmy towarzyscy. 
— To niezwykłe u młodej dziewczyny. 
— Ma spokojne usposobienie. I nie jest już taka młoda. Skończyła dwadzieścia cztery lata. 
— Ta afera, jak pan mówił, bardzo nią wstrząsnęła. 
— Okropnie. Więcej nawet niż mną. 
— Oboje wierzycie w winę Artura? 
— Jakże możemy nie wierzyć, kiedy na własne oczy widziałem go z koroną w ręku. 
— Nie uważam tego za dowód. A czy reszta korony jest uszkodzona? 
— Tak. Powyginana. 
— Czy nie sądzi pan, że syn próbował ją wyprostować? 
— Niech Bóg panu nagrodzi pańskie dobre serce! Chce pan jak najlepiej dla mnie i dla syna. 

Ale szkoda trudu. Po co w ogóle wchodził do pokoju? A jeżeli  nie zrobił nic złego, czemu 
milczy? 

— No  tak.  Lecz  jeżeli  jest  winien,  czemu  nie  wymyślił  jakiegoś  usprawiedliwienia?  To 

milczenie można sobie dwojako tłumaczyć. Dużo w tym jest niejasności. Cóż policja mówi o 
tym szmerze, który pana zbudził? 

— Przypuszcza, że to Artur zamknął drzwi swej sypialni. 
— Zadziwiające! Przestępca, który tak trzaska drzwiami, że budzi śpiących! No, a co mówią 

o zniknięciu kosztowności? 

— Ciągle opukują podłogę i przeszukują meble. 
— Szukali też poza domem? 
— Tak. Bardzo energicznie. Przetrząsnęli cały ogród. 
— A więc, drogi panie — ciągnął Holmes — czy nie przyszło panu do głowy, że sprawa 

sięga znacznie głębiej, niż przypuszcza pan i policja? Pan uważa, że to wypadek prosty, ale dla 
mnie to rzecz niezwykle zawiła. Rozważmy pańską hipotezę. Sądzi pan, że syn wstał z łóżka i 
narażając się na wielkie ryzyko wszedł do pańskiego pokoju, otworzył biurko, wyjął koronę, 
gołymi  rękami  wyłamał  mały  kawałek,  udał  się  dokądś,  gdzie  ukrył  trzy  kamienie  tak 
przezornie,  że  nikt  ich  nie  może  znaleźć,  i  mimo  niebezpieczeństwa  wrócił  do  pańskiego 
pokoju, aby znów majstrować przy koronie. Pytam pana, gdzie tu sens? 

— Więc jak to sobie wytłumaczyć?! — krzyknął bankier machnąwszy ręką z rozpaczą. — 

Jeśli nic złego nie zrobił, to czemu się nie wytłumaczył? 

— Naszym  zadaniem  będzie  to  wykryć  —  odparł  Holmes.  —  Jeśli  pan  pozwoli,  panie 

Holder,  pojedziemy  teraz  razem  do  Streatham  i  poświęcimy  godzinkę  na  dokładniejsze 
zbadanie szczegółów. 

Holmes nalegał, bym się udał z nimi, co zresztą chętnie zrobiłem, bo zaciekawiła mnie i 

głęboko poruszyła ta dziwna historia. Przyznaję, że wina młodego Holdera wydawała mi się tak 
oczywista, jak jego biednemu ojcu. Ale jednocześnie, przy moim bezgranicznym zaufaniu do 
zdrowego rozsądku Holmesa, nie uważałem sprawy za straconą, dopóki on sam nie wierzył w 
winę  Artura.  Holmes  milczał  prawie  całą  drogę.  Siedział  z  głową  opuszczoną  na  piersi,  z 
kapeluszem nasuniętym na oczy, zatopiony w myślach. Nasz klient dojrzawszy promyk nadziei 
nabrał jakoś ducha i nawet rozgadał się ze mną o swoich interesach. Krótka podróż koleją i 
jeszcze krótszy spacer przywiodły nas do Fairbank, skromnej rezydencji znanego bankiera. 

Był to duży, kwadratowy dom z białego kamienia, nieco odsunięty od drogi. Wejście do 

niego  zamykały  dwie  żelazne  bramy,  do  których  wiodły  dwie  kręte  aleje;  pomiędzy  nimi 
rozciągał się pokryty śniegiem trawnik. Po prawej stronie widać było małą, drewnianą furtkę, a 
za nią wąską ścieżkę między dwoma równymi rzędami żywopłotu, prowadzącą od drogi do 
kuchennych drzwi. Było to wejście dla dostawców. Po lewej stronie, już za posiadłością, biegła 
droga do stajni. Było to przejście publiczne, mało jednak uczęszczane. Holmes zostawił nas 
przed drzwiami domu, a sam wolno go obszedł, przespacerował się wzdłuż fasady, przeszedł 
ścieżką dla dostawców i przez ogród za domem wyszedł na drogę ku stajniom. Nie było go tak 

background image

długo,  że  weszliśmy  z  Holderem  do  jadalni  i  przy  kominku  czekaliśmy  na  jego  powrót. 
Siedzieliśmy w milczeniu, gdy nagle drzwi się otworzyły i weszła młoda kobieta. Była wzrostu 
nieco powyżej średniego, szczupła, miała ciemne oczy i włosy, które przy niezwykłej bladości 
jej  twarzy,  wydawały  się  prawie  czarne.  Chyba  nigdy  jeszcze  nie  widziałem  kobiety  aż  tak 
śmiertelnie bladej. Nawet usta miała blade. A oczy — zaczerwienione od łez. 

Gdy bezszelestnie wsunęła się do pokoju,  uderzył mnie wyraz ogromnego smutku na jej 

twarzy i  pomyślałem,  że jest bardziej zmartwiona i  przejęta, niż bankier był  rano.  Zdziwiło 
mnie to, bo sprawiała wrażenie kobiety o silnym charakterze, która umie panować nad sobą. 
Nie zwracając na mnie uwagi podeszła do stryja i łagodnym, kobiecym ruchem pogładziła go 
po głowie. 

— Kazałeś zwolnić Artura, tatusiu? — zapytała. 
— Nie, córeczko. Musimy doprowadzić sprawę do końca. 
— Ale ja wiem, że on jest niewinny. Zaufaj kobiecemu instynktowi. Nie zrobił nic złego. Ja 

wiem. Będziesz żałował swej surowości. 

— Jeśli jest niewinny, to czemu milczy? 
— Czy ja wiem? Może dotknęło go twoje podejrzenie. 
— Czy mogę go nie podejrzewać? Widziałem go z koroną w ręku. 
— Och,  oglądał  ją  tylko.  Po  to  ją  wziął.  Daję  ci  słowo,  że  jest  niewinny.  Zatuszuj  całą 

sprawę i już. Strach pomyśleć, że nasz drogi Artur siedzi w więzieniu. 

— Dopóki kamienie się nie znajdą, nie zaniecham jej… za nic na świecie! Z przywiązania 

do Artura zapominasz, czym mnie to wszystko grozi. Nie tylko nie myślę o umorzeniu sprawy, 
ale nawet przywiozłem jednego pana z Londynu, by się nią zajął jak najgoręcej. 

— Czy tego pana? — zapytała spoglądając na mnie. 
— Nie. Jego przyjaciela. Chciał zostać sam. Jest teraz na drodze koło stajni. 
— Koło  stajni?  —  uniosła  czarne  brwi.  —  Czegóż  tam  szuka?  A,  oto  chyba  i  on.  Mam 

nadzieję  —  zwróciła  się  do  Holmesa  —  że  uda  się  panu  dowieść  tego,  czego  sama  jestem 
pewna: niewinności kuzyna Artura. 

— Podzielam  pani  zdanie  i  również  wierzę,  że  tego  dowiedziemy  —  odparł  Holmes 

wracając do wycieraczki, by otrząsnąć śnieg z butów. — Zdaje się, że mam zaszczyt mówić z 
panną Mary Holder. Czy wolno mi pani zadać kilka pytań? 

— Proszę, jeśli to może się przyczynić do wyjaśnienia tej okropnej zagadki. 
— Nic pani nie słyszała ubiegłej nocy? 
— Nic. Dopiero podniesiony głos mego stryja. I wtedy przybiegłam. 
— Pani zamykała wieczorem drzwi i okna. Czy zamknęła pani wszystkie okna? 
— Tak. 
— I czy rano wszystkie były zamknięte? 
— Tak. 
— Jedna  ze  służących  ma  jakiegoś  ukochanego.  Zdaje  się,  że  pani  powiedziała  wczoraj 

wieczorem stryjowi, iż wyszła na schadzkę z nim. 

— Tak. To była ta sama służąca, która podawała do stołu i która mogła słyszeć, co stryj 

mówił o koronie. 

— Rozumiem.  Pani  przypuszcza,  że  wyszła,  by  się  podzielić  usłyszaną  wiadomością  z 

ukochanym, i że oboje mogli uplanować rabunek. 

— Na co te wszystkie domysły, kiedy panu mówiłem, że widziałem Artura z koroną w ręku! 

— wykrzyknął zniecierpliwiony bankier. 

— Chwileczkę, panie Holder. Powrócimy do tego. Więc co do służącej: zdaje się, że pani 

widziała ją wracającą kuchennymi drzwiami? 

— Tak. Kiedy sprawdzałam, czy drzwi są zaryglowane na noc, widziałam, jak się wśliznęła. 

Widziałam też jej ukochanego w mroku. 

— Pani go zna? 

background image

— O, tak. To nasz dostawca jarzyn. Nazywa się Francis Prosper. 
— Stał na lewo od drzwi — rzekł Holmes. — W górze ścieżki, z dala od wejścia. 
— Tak. 
— Ma szczudło zamiast nogi. 
W czarnych oczach dziewczyny zamigotała iskierka strachu. 
— Pan jest chyba jasnowidzem — powiedziała. — Skąd pan to wie? 
Uśmiechnęła  się,  ale  uśmiech  ten  nie  znalazł  oddźwięku  na  rasowej,  poważnej  twarzy 

Holmesa. 

— Chętnie  poszedłbym  teraz  na  górę  —  powiedział.  —  Pewnie  jeszcze  raz  będę  musiał 

obejść dom. Ale może najprzód obejrzę sobie okna na parterze. 

Szybko  przechodził  od  jednego  okna  do  drugiego,  a  zatrzymał  się  tylko  przy  dużym, 

wychodzącym na drogę do stajni. Otworzył je nawet i uważnie przez silnie powiększające szkło 
zbadał parapet. 

— Teraz możemy już pójść na górę — powiedział w końcu. Ubieralnia bankiera była mała i 

skromnie umeblowana. Stało w niej wielkie biurko, na ścianie wisiało duże lustro, a podłogę 
przykrywał szary dywan. Holmes przede wszystkim podszedł do biurka i bacznie przyjrzał się 
zamkowi. 

— Jakim kluczem go otworzono? — zapytał. 
— Tym, o którym wspomniał mój syn… kluczem od kredensu z graciarni. 
— Gdzie on jest? 
— Leży na toaletce. 
Sherlock Holmes wziął klucz i otworzył biurko. 
— Zamek otwiera się bez szmeru — powiedział. — Nic dziwnego, że się pan nie zbudził. 

Korona leży w tym puzdrze, prawda? Trzeba ją zobaczyć. 

Otworzył puzdro, wyjął koronę i położył ją na stole. Było to wspaniałe dzieło jubilerskiej 

sztuki i nigdy w życiu nie widziałem piękniejszych kamieni. Po jednej stronie korony widać 
było szczerbaty brzeg. Tu wyłamano trzy cenne beryle. 

— Panie Holder — powiedział Holmes — mamy tu taki sam róg jak ten, który zginął. Może 

by pan spróbował go ułamać? 

Bankier cofnął się przerażony. 
— Ani mi się śni — powiedział. 
— No, to ja spróbuję. 
Holmes wytężył siły, ale nie udało mu się odłamać rogu. 
— Trochę  się  poddaje  —  powiedział.  —  Ale  choć  jestem  wyjątkowo  silny  w  palcach, 

musiałbym się bardzo nad nim namordować. Człowiek przeciętnie silny — nie podoła. Jak pan 
myśli, co by się stało, gdybym ułamał róg? Trzasnęłoby jak wystrzał z pistoletu. Czy powie 
pan, że mogłoby się to wydarzyć niedaleko pańskiego łóżka i pan by tego nie usłyszał? 

— Nie wiem, co o tym myśleć. To jakaś zagadka. 
— Może z czasem rzucimy na nią trochę światła. A co pani myśli? — zwrócił się do panny 

Holder. 

— Przyznaję, że tak samo nic nie rozumiem. 
— Pański syn był boso, gdy go pan zobaczył? 
— Był tylko w spodniach i koszuli. 
— Dziękuję.  Szczęście  nam  dopisało  w  tych  badaniach  i  mocno  byśmy  zgrzeszyli, 

gdybyśmy nie rozwiązali tej zagadki. Jeśli pan pozwoli, będę dalej szukał poza domem. 

Wyszedł sam, gdyż twierdził, że nasze ślady pomieszają się z innymi i utrudnią mu zadanie. 

Nie  było  go  przeszło  godzinę.  Gdy  wrócił,  buty  miał  zaśnieżone,  a  twarz  jak  zawsze 
nieprzeniknioną. 

— Zdaje się, że widziałem tu wszystko, co było godne widzenia — powiedział — i najlepiej 

zrobię wracając do siebie. 

background image

— Ale klejnoty, panie Holmes, co się z nimi stało? 
— Tego nie wiem. 
Bankier załamał ręce. 
— Przepadły! — krzyknął. — A mój syn… czy pan robi jakieś nadzieje? 
— Nie zmieniłem zdania. 
— Więc, na miłość boską, co za dramat rozegrał się tu ubiegłej nocy? 
— Niech pan wpadnie do mnie na Baker Street jutro między dziewiątą i dziesiątą rano, a 

postaram się to panu wyjaśnić. Czy pozwala mi pan działać według mego uznania i czy daje mi 
pan wolną rękę w wydatkach dla odzyskania kamieni? 

— Poświęcę na to całą fortunę. 
— Doskonale.  Tymczasem  będę  dalej  pracował.  Do  widzenia.  Być  może  zjawię  się  tu 

jeszcze przed wieczorem. 

Zrozumiałem,  że  mój  przyjaciel  już  sobie  wyrobił  własne  zdanie,  choć  nie  miałem 

najmniejszego  pojęcia,  do  jakich  wniosków  doszedł.  W  powrotnej  drodze  próbowałem  go 
wybadać,  ale  zawsze  tak  umiejętnie  zmieniał  temat,  że  wreszcie  dałem  spokój.  W  domu 
byliśmy przed trzecią. Holmes pośpieszył do siebie i w parę minut zszedł na dół w przebraniu 
obdartusa. W wyświeconym, wytartym płaszczu z podniesionym kołnierzem, w czerwonym 
krawacie i przydeptanych butach był typowym okazem ludzi tego pokroju. 

— Chyba ujdzie — powiedział przeglądając się w lustrze nad kominkiem. — Chciałbym, 

abyś  poszedł  ze  mną,  ale  to  nie  będzie  dobrze.  Może  wpadłem  na  trop,  a  może  gonię  za 
błędnym ognikiem. To się szybko wyjaśni. Wrócę za parę godzin. 

Odkrajał płatek wołowiny ze stojącego na kredensie półmiska, włożył między dwa kawałki 

chleba i wsunąwszy ten prosty posiłek do kieszeni wyruszył na swą wyprawę. 

Właśnie kończyłem pić herbatę, gdy wrócił. Wszedł w doskonałym humorze, wymachując 

starym sztybletem

*

. Cisnął go w kąt i nalał sobie herbaty. 

— Wpadłem tylko po drodze i zaraz idę — powiedział. 
— Dokąd znowu? 
— Na drugi koniec West Endu. Mogę wrócić późno. Nie czekaj na mnie. 
— Jak ci idzie? 
— Nieźle.  Nie  mogę  narzekać.  Od  naszego  rozstania  byłem  już  w  Streatham,  ale  nie 

wchodziłem do domu. Fascynująca sprawa i za nic w świecie nie chciałbym popełnić błędu. 
Ale siedzę tu i gadam, gdy powinienem zrzucić te kompromitujące łachy i wrócić do własnej, 
szanownej skóry. 

Z  jego  zachowania  wywnioskowałem,  że  ma  większe  powody  do  zadowolenia,  niż  to 

okazuje. Oczy mu błyszczały, a na policzkach miał nawet jakby rumieńce. Pobiegł na górę, a w 
parę minut potem usłyszałem, jak zatrzasnął drzwi wejściowe. Zrozumiałem, że znów jest na 
swym ukochanym tropie. 

Czekałem na Holmesa aż do północy, ale że przepadł jak kamień w wodę, poszedłem do 

siebie. Zdarzało się, że gdy go zajęła jakaś ciekawa sprawa, nie pokazywał się w domu całymi 
dniami  i  nocami.  Nie  lękałem  się  więc  o  niego.  Nie  wiem,  o  której  wrócił,  ale  gdy  rano 
zszedłem na śniadanie, zastałem go jak gdyby nigdy nic, świeżego i wypoczętego, z filiżanką 
kawy w jednej ręce i gazetą w drugiej. 

— Przepraszam  cię,  że  nie  czekałem  ze  śniadaniem  —  powiedział  —  ale  jak  sobie 

przypominasz, mój klient ma przyjść dość wcześnie. 

— Już po dziewiątej — odparłem — i wcale się nie zdziwię, jeżeli to on idzie, bo słyszę 

dzwonek. 

Istotnie, był to nasz znajomy bankier. Zaskoczyła mnie zmiana w jego wyglądzie. Mięsiste z 

natury policzki zapadły w głąb, włosy jakby nieco zbielały. Wszedł zmęczony i apatyczny, co 

                                                 

*

  Sztyblety  —  kamasze  męskie  z  nie  rozciętymi  cholewkami  i  wszytymi  po  bokach  kawałkami  elastycznej 

gumy. 

background image

sprawiało  jeszcze  większe  wrażenie  niż  wczorajsza  nerwowość,  i  opadł  na  fotel,  który  mu 
podsunąłem. 

Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na taką ciężką karę — powiedział. — Jeszcze dwa dni 

temu byłem człowiekiem szczęśliwym, u szczytu powodzenia, nie znającym trosk. Teraz czeka 
mnie samotna, niesławna starość. Jedno nieszczęście spada po drugim. Moja bratanica uciekła. 

— Uciekła? 
— Tak. Łóżko jej było nie ruszone, pokój pusty, a w hallu na stole leżała kartka. Wczoraj 

wieczorem  powiedziałem  jej  — nie ze złością, lecz z żalem  — że gdyby  wyszła za Artura, 
nigdy by się to nie było stało. Pewnie zrobiłem głupstwo. Do tej uwagi nawiązuje ona w swym 
liście:  „Najdroższy  stryjku,  zdaję  sobie  sprawę,  że  to  ja  ściągnęłam  na  ciebie  to  straszne 
nieszczęście i że gdybym postąpiła inaczej, nigdy by cię ono nie spotkało. Z tą świadomością 
nie mogę żyć pod twoim dachem i dlatego muszę odjechać na zawsze. Nie trap się o mnie, bo 
mój los jest zabezpieczony. A przede wszystkim nie szukaj mnie, bo to się na nic nie przyda, a 
mnie  tylko  wyrządzi  krzywdę.  Zawsze  jednako  cię  kochająca  Mary”.  Co  chciała  przez  to 
powiedzieć, panie Holmes? Czy pan przypuszcza, że popełniła samobójstwo? 

— Nie, nie przypuszczam. Ale to chyba najlepsze, co pana mogło spotkać, panie Holder, i 

myślę, że pańskie kłopoty już się kończą. 

— Ha?  Tak  pan  myśli?  Pan  coś  słyszał?  Może  się  pan  już  czegoś  dowiedział?  Gdzie  są 

klejnoty? 

— Czy uważa pan, że tysiąc funtów za każdy to cena zbyt wygórowana? 
— Zapłaciłbym po dziesięć tysięcy. 
— To  niepotrzebne.  Trzy  tysiące  wystarczy.  No  i  jeszcze  małe  wynagrodzenie.  Ma  pan 

książeczkę  czekową  przy  sobie?  Proszę  pióro.  Niech  pan  wypisze  czek  od  razu  na  cztery 
tysiące. 

Oszołomiony bankier wypisał żądany czek. Holmes podszedł do biurka, wyjął mały, złoty 

trójkąt z trzema berylami i rzucił go na stół. 

Bankier pochwycił klejnoty z radosnym okrzykiem. 
— Odnalazł je pan! — dyszał ciężko. — Jestem uratowany! Uratowany! — Przyciskając 

odzyskane kamienie do piersi cieszył się równie obłędnie, jak przedtem martwił. 

— Ma pan jeszcze jeden dług do uiszczenia — zauważył Holmes surowo. 
— Dług? — bankier chwycił za pióro. — Niech pan wymieni sumę, zapłacę każdą. 
— Nie  chodzi  o  mnie.  Winien  pan  w  pokorze  przeprosić  szlachetnego  młodzieńca, 

pańskiego  syna.  W  tej  sprawie  zachował  się  on  tak,  jakbym  sobie  życzył,  by  się  mój  syn 
zachował, gdybym go miał. 

— A więc to nie Artur ukradł klejnoty? 
— Powiedziałem panu wczoraj i dziś powtarzam, że nie. 
— Jest pan tego pewien? Jedźmy więc do niego, by mu powiedzieć, że prawda wyszła na 

jaw. 

— Już wie. Po wyjaśnieniu tajemnicy poszedłem do niego i wiedząc, że sam nic nie zdradzi, 

pierwszy opowiedziałem mu wszystko, jak było. On mi to tylko potwierdził. Wyświetlił też 
parę szczegółów, które nie były dla mnie dość jasne. Ale ta pańska wiadomość z dzisiejszego 
ranka może mu rozwiązać język. 

— Na Boga, niechże mi pan wyjaśni tę niezwykłą tajemnicę! 
— Chętnie.  I  nawet  wyjaśnię  panu,  jak  stopniowo  dochodziłem  prawdy.  Tylko  najpierw 

muszę panu coś oznajmić. Mnie przykro będzie o tym mówić, a panu — słuchać: sir Burnwell i 
pańska bratanica porozumieli się potajemnie i razem uciekli. 

— Moja Mary! Niemożliwie! 
— Niestety, zupełnie możliwe, a nawet pewne. Ani pan, ani pański syn nie wiedzieliście, 

kogo  przyjmujecie  pod  swym  dachem.  To  jeden  z  najniebezpieczniejszych  ludzi  w  Anglii. 
Zbankrutowany szuler, nicpoń, zdolny do wszystkiego. Człowiek bez serca i sumienia. Pańska 

background image

bratanica nie zna ludzi tego typu. Kiedy jej szeptał przysięgi do ucha, jak przedtem wielu innym 
kobietom,  pochlebiała  sobie,  że  wzbudziła  w  nim  prawdziwą  miłość.  Ale  łajdak  dobrze 
wiedział, co robi, i wreszcie stała się jego narzędziem. Widywali się co wieczora. 

— Nie uwierzę, nie mogę uwierzyć! — krzyknął śmiertelnie blady bankier. 
— A  więc  powiem  panu,  co  zaszło  w  pańskim  domu  owej  nocy.  Gdy  pańska  bratanica 

przekonała się, że pan poszedł do siebie, cicho prześliznęła się na dół i rozmawiała ze swym 
ukochanym  przez  okno  wychodzące  na  stajnie.  Burnwell  musiał  stać  tam  bardzo  długo,  bo 
ślady jego nóg głęboko odcisnęły się w śniegu. Pańska bratanica powiedziała mu o koronie. 
Żądza złota podsycona tą wiadomością wzięła górę nad resztkami sumienia i nikczemnik zdołał 
namówić Mary do kradzieży. Nie wątpię, że bratanica kocha pana, ale pewnie należy do tych 
kobiet, u których miłość do wybranego mężczyzny gasi wszelkie inne uczucia. Ledwie zdążyła 
wysłuchać  jego  instrukcji,  zobaczyła  pana  schodzącego  na  dół.  Zatrzasnęła  więc  okno  i 
powiedziała o schadzce służącej z jej amantem kuternogą, co zresztą było prawdą. 

Pański  syn,  Artur,  po  rozmowie  z  panem  poszedł  do  łóżka.  Spał  źle,  gnębiły  go  długi 

klubowe. W środku nocy usłyszał, że ktoś cicho przesunął się koło jego drzwi. Wstał, wyjrzał i 
zdziwił  się,  widząc  kuzynkę  przemykającą  się  korytarzem  i  znikającą  w  pańskiej  ubieralni. 
Zaintrygowany  wciągnął  na  siebie  spodnie  i  koszulę  i  czekał  po  ciemku,  co  wyniknie  z  tej 
dziwnej  historii.  Niebawem  Mary  wymknęła  się  z  pokoju  i  wtedy,  w  świetle  korytarzowej 
lampy, ujrzał, że niesie bezcenną koronę. Mary zeszła ze schodów, a on, drżąc z przerażenia, 
ukrył  się  za  kotarą  przy  pańskich  drzwiach,  skąd  widział,  co  się  dzieje  na  dole,  w  hallu. 
Zobaczył,  jak  Mary  cichaczem  uchyliła  okno,  podała  koronę  komuś  stojącemu  w  mroku, 
zamknęła je i pośpieszyła do swego pokoju, minąwszy Artura ukrytego za kotarą. 

Aż  dotąd  nie  mógł  nic  zrobić  nie  narażając  ukochanej  kobiety.  Ale  gdy  znikła  u  siebie, 

uprzytomnił sobie, że okropne nieszczęście gotowe spaść na pana i że trzeba temu zapobiec. 
Tak jak stał, boso zbiegł na dół, otworzył okno, wyskoczył na śnieg i pobiegł drogą za jakimś 
cieniem widocznym w świetle księżyca. Sir George Burnwell próbował uciec, lecz Artur go 
dogonił  i  wywiązała  się  bójka.  Każdy  ciągnął  koronę  do  siebie,  Artur  uderzył  wreszcie 
Burnwella i przeciął mu brew. W zamieszaniu coś nagle chrupnęło, a pański syn — widząc, iż 
trzyma koronę w ręku, pobiegł do domu, zamknął za sobą okno, wszedł do pańskiego pokoju i 
dopiero wtedy zobaczył, że podczas walki korona się zgięła. Próbował ją wyprostować, gdy 
pan się zjawił. 

— Czy to możliwe? — zachłystując się ze zdziwienia pytał bankier. 
— Swymi  obelgami  rozgniewał  go  pan.  Wiedział  bowiem,  że  zasłużył  sobie  na  jak 

największą  wdzięczność.  Nie  mógł  wyjawić  panu  prawdy  nie  narażając  tej,  która,  szczerze 
mówiąc,  nie  zasługiwała  na  jego  względy.  Postąpił  jednak  po  rycersku  i  nie  zdradził  jej 
tajemnicy. 

— Ach, to dlatego Mary krzyknęła i zemdlała, gdy ujrzała koronę! — zawołał Holder. — 

Och, mój Boże, jakże byłem ślepy! A prosił, żebym mu na pięć minut pozwolił wyjść! Biedny 
chłopiec,  na  miejscu  bitki  chciał  poszukać  brakujących  kamieni.  Jakże  okrutnie  go 
skrzywdziłem! 

— Po przybyciu do pańskiej rezydencji — ciągnął Holmes — natychmiast bardzo uważnie 

obszedłem  dom  szukając  śladów,  które  by  mi  coś  powiedziały.  Od  ubiegłej  nocy  śnieg  nie 
padał,  a silny mróz zakonserwował  ślady. Przeszedłem kuchenną ścieżką, ale tam wszystko 
było już zadeptane i zatarte. Tuż za ścieżką, z dala od wejścia do kuchni, zobaczyłem ślady 
kobiety  i  mężczyzny.  Małe,  okrągłe  wgłębienie  po  jednej  stronie  wskazywało,  że  ów 
mężczyzna  miał  szczudło  zamiast  nogi.  Mogę  nawet  powiedzieć,  że  ktoś  ich  spłoszył,  bo 
kobieta szybko uciekła do kuchni, co widać po silnym wgłębieniu palców i słabym odcisku 
pięty. Kuternoga natomiast czekał jeszcze chwilę i dopiero potem odszedł. Pomyślałem sobie, 
że  to  mogła  być  ta  służąca,  o  której  pan  mi  mówił,  i  jej  ukochany.  Dalsze  badania  to 
potwierdziły.  Przeszedłem  ogród  wkoło,  ale  znalazłem  tylko  przygodne  ślady,  które 

background image

przypisałem policji. Lecz na drodze przed stajniami zobaczyłem wypisaną  na śniegu bardzo 
długą i zawiłą historię. 

Były  tam  dwie  linie  śladów  mężczyzny  obutego  i  również  dwie  linie  śladów  —  ku  mej 

radości — bosego. Z tego, co pan mówił, od razu wiedziałem, że należą do pańskiego syna. 
Mężczyzna obuty szedł spokojnie w obie strony, gdy bosy biegł szybko. A że jego ślady niemal 
szły po śladach butów, najwidoczniej gonił pierwszego. Poszedłem tymi śladami i przekonałem 
się,  że  —  wiodą  pod  okno  w  hallu,  gdzie  „buty”  zdeptały  śnieg  czekając  na  coś.  Wtedy 
wróciłem na drugi koniec śladów, oddalony o jakieś sto jardów. Zobaczyłem miejsce, gdzie 
człowiek obuty przystanął i obrócił się, gdzie śnieg był zdeptany i gdzie wreszcie spadło parę 
kropli krwi, co przekonało mnie, że mam rację w mych podejrzeniach. „Obuty” pobiegł w dół 
drogi, a małe pasemko krwi wskazywało, że to on ucierpiał. Dalej przy szosie ślady urywały 
się, bo tam śnieg już był odmieciony i nie było czego szukać. 

W  domu,  jak  pan  zapewne  pamięta,  zbadałem  przez  powiększające  szkło  parapet  i  ramę 

okienną  w  hallu.  Od  razu  spostrzegłem,  że  ktoś  tamtędy  się  wydostał.  Dojrzałem  też  zarys 
wilgotnej  stopy  odciśniętej  przy  wchodzeniu.  Wtedy  już  mogłem  odtworzyć  sobie  przebieg 
tego,  co  zaszło.  Ktoś  czekał  na  dworze,  ktoś  inny  podał  mu  klejnot.  Pański  syn  podpatrzył 
złodzieja,  rzucił  się  w  pogoń,  walczył  z  nim.  Jeden  chciał  wyrwać  koronę  drugiemu  i  tak 
mocując się, połączonymi siłami odłamali róg, czemu żaden w pojedynkę nie dałby rady. Syn 
pański wrócił ze zdobyczą, ale jej cząstka została w rękach złoczyńcy. To już wiedziałem. Lecz 
pozostawała jeszcze kwestia, kto jest tym złoczyńcą i kto mu podał koronę. 

Zawsze  trzymam  się  mojej  starej  maksymy:  wyłączyć  wszystko  niemożliwe,  a  to,  co 

zostanie, choćby nawet nieprawdopodobne, musi być prawdziwe. Wiedziałem, że to nie pan 
wyniósł koronę, a więc pozostawały służące i pańska bratanica. Jeśli to jednak były służące, to 
czemu  pański syn wziął  winę na siebie? Nie miał  do tego żadnego powodu. Kochał  jednak 
swoją kuzynkę i to doskonale tłumaczyło jego milczenie. Nie chciał zdradzić jej tajemnicy, tym 
bardziej tak kompromitującej. A kiedy przypomniałem sobie, że widział pan bratanicę przy tym 
oknie i że zemdlała na widok korony, moje przypuszczenie zamieniło się w pewność. 

Lecz któż był jej wspólnikiem? Oczywiście — kochanek. Bo kogóż mogła kochać więcej od 

pana i dla kogo mogłaby zapomnieć o powinnej panu wdzięczności? Państwo prawie nigdzie 
nie  bywacie,  a  grono  waszych  przyjaciół  jest  małe.  Jednakże  między  nimi  jest  sir  George 
Burnwell. Słyszałem już, że jest on bawidamkiem i lowelasem. A więc to on musiał być tym 
obutym  mężczyzną,  który  posiada  brakujące  kamienie.  I  choć  wiedział,  że  Artur  zna  jego 
tajemnicę,  mógł  się  czuć  bezpieczny.  Chłopiec  musiał  trzymać  język  za  zębami,  by  nie 
kompromitować rodziny. 

Zdrowy rozum powie panu, co potem przedsięwziąłem. W ubraniu włóczęgi — obdartusa 

wszedłem do domu Burnwella, zawarłem znajomość ze służącym i dowiedziałem się, że jego 
pan  skaleczył  się  w  głowę  ubiegłej  nocy.  Za  sześć  szylingów  zdobyłem  ostateczny  dowód 
kupując parę jego zniszczonych trzewików. Z nimi pojechałem do Streatham i przekonałem się, 
że doskonale pasują do śladów. 

— Widziałem wczoraj jakiegoś obdartusa przed stajnią — powiedział Holder. 
— Właśnie.  To  byłem  ja.  Widząc,  że  mam  już  przestępcę  w  ręku,  wróciłem  do  domu  i 

przebrałem  się.  Czekało  mnie  delikatne  zadanie.  Chcąc  uniknąć  skandalu,  musiałem 
zrezygnować z pomocy prawa. Chytry szubrawiec wiedział, że mamy związane ręce. Byłem u 
niego.  Początkowo  oczywiście  zaparł  się  w  żywe  oczy.  Ale  gdy  mu  wszystko  dokładnie 
wyłożyłem, spróbował pogróżek i sięgnął po laskę z ołowianą gałką. Wiedziałem jednak, z kim 
mam do czynienia, i uprzedziłem go przykładając mu pistolet do głowy. Wtedy nabrał rozumu. 
Powiedziałem, że zapłacimy mu za kamienie po tysiąc funtów za każdy. To dopiero wywołało 
w nim pierwszy odruch żalu: „O, do licha — jęknął — a ja je spuściłem ryczałtem za sześćset 
funtów!”  Wydostałem  w  końcu  od  niego  adres  nabywcy,  obiecując,  że  nie  rozpoczniemy 
śledztwa.  Udałem  się  do  pasera  i  po  długich  targach  odkupiłem  beryle  po  tysiąc  funtów  za 

background image

sztukę. Potem wpadłem do pańskiego syna, powiedziałem mu, że sprawa się wyjaśniła, i koło 
drugiej w nocy byłem już w łóżku, przyzna pan — po naprawdę pracowitym dniu. 

— Dniu,  który  uchronił  Anglię  od  głośnego  skandalu  —  powiedział  bankier  wstając.  — 

Trudno  mi  znaleźć  słowa  podzięki,  ale  przekona  się  pan,  że  potrafię  być  wdzięczny. 
Przewyższył  pan  wszystko,  co  o  panu  mówią.  Teraz  pobiegnę  do  mego  kochanego  syna  i 
przeproszę go za wyrządzoną mu krzywdę. Szczerze martwię się tym, co mi pan powiedział o 
mej biednej Mary. Czy pan wie, gdzie ona się teraz znajduje? 

— Można chyba śmiało powiedzieć, że tam gdzie i sir George Burnwell — odparł Holmes. 

— I pewne też jest, że niebawem spotka ją kara o wiele cięższa, niż zasłużyła. 

Przełożył Tadeusz Evert 

background image

P

RZYGODA W 

C

OPPER 

B

EECHES

 

 
— Człowiek, który kocha sztukę dla sztuki — zauważył Sherlock Holmes, odkładając na 

bok  stronę  z  ogłoszeniami  w  „Daily  Telegraph”  —  przeważnie  najwięcej  radości  czerpie  z 
najmniej  znaczących  i  najskromniejszych  jej  przejawów.  Z  przyjemnością  obserwuję, 
Watsonie,  że  i  ty  uznałeś  to  za  słuszne  i  w  krótkich  opisach  naszych  przygód,  które  byłeś 
łaskaw odtworzyć i — czuję się w obowiązku dodać — nieco upiększyć, uwydatniłeś nie te 
liczne  causes  celebres  ani  sensacyjne  procesy  sądowe,  w  jakich  występowałem,  lecz  raczej 
przypadki nie posiadające same w sobie wielkiego znaczenia, ale dające pole do wykazania 
umiejętności dedukcji i logicznej syntezy, którą to dziedzinę uczyniłem swoją specjalnością. 

— A mimo to — odrzekłem uśmiechając się — nie uważam, aby moje zapiski były wolne 

od ładunku sensacji, która przeważyła wbrew mej woli. 

— Być może, popełniłeś błąd — zauważył, chwytając szczypcami płonący żużel i odpalając 

od  niego  długą  fajkę  z  wiśniowego  drzewa,  która  zazwyczaj  zastępowała  mu  glinianą  gdy 
bywał bardziej skłonny do dysputy niż do medytacji. — Być może, popełniłeś błąd, usiłując 
każdemu swemu sprawozdaniu dodać barw i życia, zamiast poprzestać na zaprotokołowaniu 
ścisłego dedukowania ze skutków o przyczynach, 

.które jest doprawdy jedynym godnym uwagi momentem w tej sprawie. 
— Wydaje  mi  się,  że  pod  tym  względem  oddałem  ci  całkowicie  sprawiedliwość  — 

zauważyłem  dość  chłodno,  gdyż  mierził  mnie  ten  egzotyzm,  będący,  jak  niejednokrotnie 
zaobserwowałem, poważnym czynnikiem w osobliwym charakterze mego przyjaciela. 

— Nie, to nie jest samolubstwo ani zarozumiałość — rzekł Holmes, odpowiadając swoim 

zwyczajem raczej na moje myśli niż na słowa. — Jeżeli żądam, aby całkowicie doceniano moją 
sztukę, to dlatego, że jest ona rzeczą bezosobową, czymś, co działa poza mną. Zbrodnia jest 
pospolita. Logika jest rzadka. Dlatego też powinieneś kłaść nacisk raczej, na przejawy logiki 
niż na samą zbrodnię. A ty zdegradowałeś temat, z którego mógł powstać cykl wykładów, do 
serii opowiastek. 

Był chłodny poranek wczesnej wiosny, więc po śniadaniu usiedliśmy z obu stron wesołego 

ognia  w  naszym  starym  pokoju  przy  Baker  Street.  Gęsta  mgła  kłębiła  się  nisko  pomiędzy 
rzędami ciemnobrunatnych domów, a znajdujące się naprzeciwko okna wyglądały z daleka jak 
ciemne,  bezkształtne  plamy  wynurzające  się  z  ciężkich,  żółtych  zawojów.  Zapalona  lampa 
gazowa jaśniała nad białym obrusem, a jej migotliwe światło odbijało się w porcelanie i metalu 
sztućca, albowiem nakrycia nie były jeszcze sprzątnięte. Sherlock Holmes był przez całe rano 
milczący, pochłonięty kolumnami ogłoszeń różnych dzienników, aż w końcu zrezygnował z 
poszukiwań  i  ulegając  niezbyt  miłemu  nastrojowi,  zaczął  mi  robić  wykład  na  temat  moich 
literackich niepowodzeń. 

— Poza  tym  —  zauważył  po  małej  przerwie,  podczas  której  siedział  pykając  ze  swojej 

długiej fajki i patrząc w ogień — nie wydaje mi się, aby cię można było oskarżać o sensację, 
ponieważ  z  tych  przypadków,  którymi  byłeś  łaskaw  się  zainteresować,  .znaczna  część  nie 
traktowała o przestępstwie w znaczeniu prawnym. Owa błaha sprawa, w której starałem się 
pomóc  królowi  Bohemii,  niezwykła  przygoda  panny  Mary  Sutherland,  problem  związany  z 
człowiekiem  o  wykrzywionej  wardze,  przeżycie  szlachetnie  urodzonego  oblubieńca,  to 
wszystko  były  sprawy  nie  podlegające  sądownictwu.  Obawiam  się  jednak,  że  gdybyś  się 
zupełnie wyzbył sensacji, znalazłbyś się na pograniczu trywialności. 

— I tak by się w końcu stało — odpowiedziałem. — Ale metody, które opisuję, są nowe, 

nieznane i interesujące. 

— Phi, mój drogi, co mogą obchodzić szerokie masy mało spostrzegawczej publiczności, 

która nie potrafi rozpoznać tkacza po zębie, a kompozytora po jego lewym kciuku, subtelne 
odcienie analizy i dedukcji? Ale istotnie, o ile nawet stałeś się trywialny, nie mogę mieć do 

background image

ciebie  o  to  pretensji,  gdyż  dni  wielkich  wydarzeń  przeminęły.  Człowiek,  a  przynajmniej 
przestępca, stracił wszelką przedsiębiorczość 

i oryginalność. Jeśli zaś chodzi o moją własną niewielką praktykę, wydaje , mi się, iż uległa 

zwyrodnieniu,  stając  się  agencją  do  odnajdywania,  zgubionych  ołówków  automatycznych  i 
udzielania porad pensjonarkom.; Myślę, że doszedłem już do kresu mej kariery. Kartka, którą 
otrzymałem  dziś  rano,  świadczy  najlepiej  o  moim  poniżeniu.  Przeczytaj  ją!  —  Rzucił  mi 
zmięty list. 

Był nadany z placu Montague ubiegłego wieczoru i zawierał, co następuje: 
 
Szanowny panie! 
Mam zamiar zwrócić się do pana po poradę, czy powinnam przyjąć zaoferowaną mi posadę 

guwernantki, czy też nie. O ile nie sprawi to panu kłopotu, pozwolę sobie wpaść jutro o godzinie 
10.30. 

Z poważaniem Violetta Hunter 

 
Znasz tę młodą damę? spytałem. 
— Ja? Nie. 
W tej chwili jest akurat 10.30. 
— Tak. I niewątpliwie to ona dzwoni. 
— Może  się  zdarzyć,  że  sprawa  ta  okaże  się  ciekawsza,  niż  przypuszczasz.  Pamiętasz 

historię  błękitnego  diamentu,  która  z  początku  wyglądała  na  rzecz  błahą,  a  jednak  później 
wywiązało się z tego poważne dochodzenie. W tym wypadku może być podobnie. 

— Cóż, miejmy nadzieję. Wątpliwości nasze niebawem się rozproszą, bowiem, o ile się nie 

mylę, oto jest osoba, o którą chodzi. 

Zaledwie  wymówił  te  słowa,  drzwi  się  otworzyły  i  do  pokoju  weszła  młoda  dama.  Była 

skromnie, lecz schludnie ubrana, o żywej, ruchliwej twarzyczce, piegowatej jak indycze jajo, i 
energicznym sposobie bycia kobiety, która sama musi sobie torować drogę w życiu. 

Proszę mi wybaczyć kłopot, jaki sprawiam — powiedziała, gdy mój towarzysz powstał, aby 

ją powitać — ale spotkało mnie bardzo dziwne wydarzenie, a ponieważ nie mam rodziny ani 
żadnych krewnych, których mogłabym prosić o radę, pomyślałam sobie, że może pan będzie 
uprzejmy poradzić mi, co mam robić. 

— Proszę  zająć  miejsce,  panno  Hunter.  Będę  szczęśliwy,  jeżeli  okażę  się  pani  w 

czymkolwiek pomocny. 

Widziałem, że nowa klientka swoim zachowaniem i słowami wywarła dodatnie wrażenie na 

Holmesie. Przyjrzał się jej całej uważnie, na swój sposób, po czym spokojnie, z opuszczonymi 
powiekami i złączonymi czubkami palców przygotował się do wysłuchania jej opowieści. 

— Byłam przez 5 lat guwernantką — rozpoczęła panna Hunter — w rodzinie pułkownika 

Spence  Munro.  Przed  dwoma  miesiącami  pułkownik  otrzymał  nominację  na  stanowisko  w 
Halifax,  w  Nowej  Szkocji  i  zabrał  swoje  dzieci  ze  sobą  do  Ameryki,  w  związku  z  czym 
zostałam bez posady. Dawałam anonsy do gazet i sama odpowiadałam na ogłoszenia, ale bez 
powodzenia.  W  końcu  zaoszczędzona  przeze  mnie  suma  pieniędzy  zaczęła  maleć  i  nie 
wiedziałam,  co  począć.  W  Westend  znajduje  się  znane  biuro  pośrednictwa  pracy  dla 
guwernantek pod nazwą Westaway, tam tedy zgłaszałam się raz w tygodniu, żeby sprawdzić, 
czy się nie znajdzie coś odpowiedniego dla mnie. Westaway to nazwisko założyciela instytucji, 
ale  w  rzeczywistości  kierowniczką  jest  panna  Stoper.  Kierowniczka  urzęduje  w  osobnym, 
małym gabinecie; a panie szukające pracy siedzą w poczekalni, po czym wchodzą kolejno, a 
panna Stoper przegląda swój rejestr i wyszukuje dla nich odpowiednie zajęcie. Otóż gdy się 
tam  zgłosiłam  w  ubiegłym  tygodniu,  wprowadzono  mnie  jak  zwykle  do  tego  gabinetu,  ale 
okazało  się,  że  panna  Stoper  nie  jest  sama.  Nadzwyczaj  tęgi  mężczyzna  o  uśmiechniętej 
szeroko twarzy i wielkim, ciężkim podbródku, który kilkoma fałdami opadał mu aż na szyję, 

background image

siedział  obok  niej  w  okularach  na  nosie,  przyglądając  się  z  powagą  wchodzącym  paniom. 
Kiedy się ukazałam, aż podskoczył na krześle i zwrócił się z pośpiechem do panny Stoper. 

— Ta  pani  mi  odpowiada  —  powiedział.  —  Nie  mógłbym  mieć  większych  wymagań. 

Kapitalne! Kapitalne! 

Wydawał się pełen entuzjazmu i zacierał ręce z największym ukontentowaniem. Wyglądał 

przy tym tak poczciwie, że patrzałam na niego z prawdziwą przyjemnością. 

— Pani szuka posady? — zapytał. 
— Tak, proszę pana. 
— Guwernantki? 
— Tak, proszę pana. 
— A jakiego wynagrodzenia żąda pani? 
— Na ostatniej posadzie u pułkownika Spence Munro otrzymywałam 4 funty miesięcznie. 
— Rety! Rety! Co za wyzysk! Co za haniebny wyzysk!  — zawołał, unosząc w górę swe 

tłuste ramiona jak człowiek nie posiadający się z oburzenia. — Jak można było zaofiarować tak 
nędzną sumę osobie o podobnych walorach i takim wykształceniu! 

— Moje wykształcenie, proszę pana, być może, wcale nie jest takie, jak pan sobie wyobraża 

— powiedziałam. — Znam trochę francuski, trochę niemiecki, muzykę, rysunki… 

— Cicho, sza! — zawołał. — To nie ma najmniejszego znaczenia. Chodzi o to, czy ma pani 

obejście i ułożenie prawdziwej damy, czy też nie? Jasne jak na dłoni! Jeżeli nie, to znaczy, że 
nie jest pani odpowiednią wychowawczynią dla dziecka, które być może pewnego dnia odegra 
poważną  rolę  w  historii  kraju.  Ale  jeśli  jest  pani  damą,  jak  może  Szanujący  się  człowiek 
wymagać, aby pani przyjęła cokolwiek poniżej setki. U mnie dostanie pani na początek 100 
funtów rocznie. 

Może  pan  sobie  wyobrazić,  panie  Holmes,  że  mnie,  pozbawionej  wszelkich  środków  do 

życia, oferta ta wydała się zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa. Jegomość ów jednak, widząc 
prawdopodobnie niedowierzanie na mojej twarzy, otworzył portfel i wyjął banknot. 

— Zgodnie z moim zwyczajem — rzekł, uśmiechając się bardzo mile, podczas gdy oczy mu 

się zamieniły w dwie wąskie szpareczki, błyszczące wśród białych fałd twarzy — wypłacam 
młodym damom połowę uposażenia tytułem zaliczki, aby mogły pokryć wydatki związane z 
podróżą oraz garderobą. 

Pomyślałam  sobie,  że  nigdy  jeszcze  dotąd  nie  spotkałam  tak  czarującego  i  troskliwego 

mężczyzny. Byłam zadłużona u mego kupca, toteż taka zaliczka stanowiła dla mnie wielkie 
udogodnienie.  Mimo  to  wyczuwałam  jednakże  coś  nienaturalnego  w  tej  całej  transakcji  i 
pragnęłam przed ostatecznym zaangażowaniem się otrzymać trochę informacji: 

— Czy mogę wiedzieć, gdzie pan mieszka? 
— W Hampshire. W uroczej wiejskiej posiadłości Copper Beeches, oddalonej o 5 mil  od 

Winchester. To prześliczna okolica, miła panienko, i przemiły stary dwór. 

— A moje obowiązki, proszę pana? Chciałabym wiedzieć, na czym będą polegały? 
— Mam jedno dziecko, sześcioletniego łobuziaka. Ach, gdyby pani wiedziała, jak on zabija 

trzewikami karaluchy!. Bęc, bęc, bęc! I już trzy sztuki wykończone, zanim się zdąży mrugnąć 
okiem! — Odchylił się do tylu na krześle i znów się roześmiał, aż mu oczy zupełnie znikły z 
twarzy. 

Byłam nieco zaskoczona sposobem zabawiania się tego dziecka, ale śmiech ojca wskazywał 

na to, że to mógł być żart. 

— A więc do obowiązków moich — spytałam — należy opieka nad jednym dzieckiem? 
— Nie,  nie!  Nie  tylko,  miła  panieneczko!  wykrzyknął.  —  Do  pani  obowiązków  będzie 

również  należało,  a  własny  pani  rozsądek  z  pewnością  to  uzna  za  słuszne,  wykonywanie 
pewnych  drobnych  poleceń  mojej  żony,  z  tym  zastrzeżeniem,  że  to  będą  polecenia  jak 
najbardziej stosowne dla młodej damy. Nie przewiduje pani chyba żadnych trudności? Co? 

— Będ£ uszczęśliwiona, mogąc być pożyteczna. 

background image

— Doskonale.  A  więc,  na  przykład,  sprawa  ubioru.  Jesteśmy  dziwakami,  wie  pani, 

dziwakami, ale poczciwymi dziwakami. Gdybyśmy poprosili panią, aby pani włożyła tę czy 
inną  suknię  przez  nas  samych  dostarczoną,  chyba  to  małe  dziwactwo  nie  może  wywołać 
obiekcji z pani strony? Co? 

— Nie — powiedziałam zdumiona jego słowami. 
— A jeśli się panią poprosi, aby pani usiadła tam czy gdzie indziej, prośba ta nie będzie pani 

ubliżała? 

— O, nie! 
— A gdyby pani obcięła sobie całkiem krótko włosy, zanim pani do nas przyjedzie? 
Ledwie mogłam uwierzyć własnym uszom. Może pan zauważył, panie Holmes, że włosy 

mam dość bujne, o nader rzadko spotykanym kasztanowatym odcieniu. Fryzurę moją uważano 
za artystyczną. Ani mi się śniło poświęcać ją tak, od ręki. 

— Obawiam się, że to niemożliwe — powiedziałam. 
Przyglądał  mi  się  bystro  swymi  małymi  oczkami  i  spostrzegłam,  że  twarz  mu 

spochmurniała, gdy się odezwałam. 

— A ja się obawiam, że to bardzo istotna rzecz — powiedział. — Taki jest bowiem kaprys 

mojej żony, a kaprysy kobiece, wie pani sama, kaprysy kobiece muszą być brane pod uwagę. 
Więc nie zetnie pani sobie włosów? 

— Nie, proszę pana, naprawdę nie mogę — odrzekłam stanowczo. 
— Ach, no to trudno. Odmowa pani, oczywiście rozstrzyga kwestię. Szkoda. Albowiem pod 

każdym innym względem odpowiadałaby mi pani jak najbardziej. Wobec tego, panno Stoper, 
może bym obejrzał jeszcze kilka innych młodych dam. 

Kierowniczka biura była przez cały czas zajęta swymi papierami i nie odzywała się do nas 

ani słowem. Teraz jednak spojrzała na mnie z takim wyrazem niechęci na twarzy, że mimo woli 
nasunęło mi się podejrzenie, iż na skutek mojej odmowy straciła ładną prowizję. 

— Czy pani w dalszym ciągu pragnie figurować w naszym rejestrze? — zapytała. 
— Bardzo o to proszę, panno Stoper. 
— Nie wydaje mi się to, doprawdy, celowe, skoro pani w ten sposób odrzuca tak świetną 

ofertę  —  powiedziała  ostro.  —  Proszę  się  po  nas  nie  spodziewać  szczególnych  starań  w 
szukaniu innej wolnej posady dla pani. Do widzenia, panno Hunter. 

Zadzwoniła w stojący na stole dzwonek i zostałam wyprowadzonej przez gońca. 
Otóż,  panie  Holmes,  gdy  wróciłam  do  swego  mieszkania  i  nic  prawie  nie  znalazłam  w 

kredensie,  a  na  stole  dwa  czy  trzy  rachunki,  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie  popełniłam 
wielkiego głupstwa. Ostatecznie, jeśli ci ludzie mają pewne dziwactwa i chcą, aby ulegano ich 
niezwykłym żądaniom, przynajmniej są gotowi dobrze zapłacić za swoje fanaberie. Niewiele 
guwernantek  w  Anglii  otrzymuje  100  funtów  rocznie  wynagrodzenia.  A  zresztą,  co  mi  po 
włosach? Jest dużo kobiet, które znacznie korzystniej wyglądają z krótkimi włosami. Może ja 
się również znajdę w ich liczbie? Nazajutrz byłam już skłonna wierzyć, że istotnie popełniłam 
błąd,  a  następnego  dnia  nabrałam  przekonania,  że  tak  było.  Przezwyciężyłam  nawet  swoją 
dumę tak dalece, że chciałam znów udać do biura pośrednictwa pracy, aby zapytać, czy tamta 
posada jeszcze jest wolna, gdy otrzymałam list od tego jegomościa. Mam go tu przy sobie i 
przeczytam panu: 

 

Copper Beeches koło Winchester 

Szanowna Pani! 

Panna Stoper była tak uprzejma, że dała mi pani adres, więc piszę, żeby się zapytać, czy nie 

rozpatrzyła pani ponownie swojej decyzji. Moja żona chciałaby bardzo, aby pani przyjechała, 
gdyż bardzo jej się podoba zrobiony przeze mnie opis pani osoby. Jesteśmy potowi płacić pani 
30  funtów  kwartalnie,  czyli  120  funtów  rocznie,  aby  wynagrodzić  pani  te  drobne  subiekcje, 
jakie nasze dziwactwa mogą spowodować. Nie będziemy zresztą zbyt wymagający. Moja żona 

background image

gustuje w pewnym szczególnym odcieniu jasnego błękitu i życzyłaby sobie, aby pani w domu 
przed południem nosiła taką suknię. Nie potrzebuje pani zresztą jej kupować i narażać się na 
wydatki,  gdyż  mamy  tutaj  suknię  mojej  drogiej  córki  Alicji  (przebywającej  obecnie  w 
Filadelfii).  Moim  zdaniem,  będzie  ona  na  panią  świetnie  pasowała.  Inne  żądania,  aby  pani 
siadywała  w  tym  czy  innym  miejscu  i  zajmowała  się  w  określony  sposób,  nie  sprawią  pani 
najmniejszego kłopotu. Natomiast jeśli chodzi o włosy, szkoda ich niewątpliwie, tym bardziej, 
że nie mogłem nie zauważyć w czasie naszego krótkiego spotkania, jakie są piękne. Obawiam 
się  jednakowoż,  że  na  tym  punkcie  muszę  okazać  stanowczość,  żywiąc  jedynie  nadzieję,  że 
podwyższona pensja wynagrodzi pani tę stratę. Obowiązki związane z opieką nad dzieckiem 
będą  bardzo  lekkie.  Proszę  się  postarać  przyjechać,  a  ja  spotkam  panią  dogcartem  w 
Winchester. Niech pani mnie zawiadomi, jakim przyjedzie pociągiem. 

Z poważaniem — Jephro Rucastle 

 
— Taki  oto  list  otrzymałam,  panie  Holmes,  i  zdecydowałam  się  na  przyjęcie  tej  posady. 

Pomyślałam sobie jednak, że zanim uczynię ostateczny krok, najchętniej przedstawię panu tę 
całą sprawę do rozważenia. 

— No cóż, panno Hunter, o ile pani się już zdecydowała, kwestia jest rozstrzygnięta — rzekł 

Holmes z uśmiechem. 

— Więc pan nie uważa, że powinnam odmówić? 
— Przyznam się, że nie chciałbym, aby moja siostra ubiegała się o tego rodzaju posadę. 
— Co to wszystko może znaczyć, panie Holmes? 
— Och,  nie  mam  żadnych  danych.  Nic  nie  mogę  powiedzieć.  Może  pani  sama  ma  już 

wyrobione jakieś własne zdanie? 

— Wydaje mi się, że jest tylko jedno możliwe wyjaśnienie. Pan Rucastle wygląda na bardzo 

grzecznego  i  poczciwego  człowieka.  Czyż  nie  jest  prawdopodobne,  że  ma  umysłowo  chorą 
żonę, więc pragnąc ukryć ten fakt w obawie, aby jej nie zabrano do zakładu, spełnia jej każdą 
zachciankę, żeby nie dopuścić do ataku? 

— To jest rozwiązanie możliwe, a faktycznie, tak jak sprawy stoją, jedynie prawdopodobne. 

W każdym bądź razie nie wydaje mi się, aby to mógł być przyjemny dom dla młodej damy. 

— Ale pieniądze, panie Holmes, pieniądze? 
— Tak, istotnie, wynagrodzenie jest dobre, zbyt dobre. To właśnie mnie niepokoi. Czemu 

oni dają pani 120 funtów rocznie, gdy mogą zrobić dobry wybór za 40 funtów. Na to muszą być 
poważne przyczyny. 

— Sądziłam, że jeśli opowiem panu wszystkie okoliczności, będzie pan już zorientowany w 

tej  sprawie,  gdybym  później  potrzebowała  pańskiej  pomocy.  Czułabym  się  znacznie 
pewniejsza, gdybym wiedziała, że mogę mieć w panu oparcie. 

— Och, może pani jechać z tym przekonaniem. Zapewniam panią, że od kilku miesięcy nie 

miałem  problemu,  który  by  się  zapowiadał  równie  interesująco.  Niektóre  momenty  mają 
najwyraźniej cechy dotychczas nieznane. Gdyby pani miała jakieś wątpliwości albo znalazła 
się w niebezpieczeństwie… 

— Niebezpieczeństwo? Jakie pan przewiduje niebezpieczeństwo? 
Holmes z powagą potrząsnął głową. 
— Niebezpieczeństwo przestałoby istnieć, gdyby je można było określić — powiedział. — 

Wysłany przez panią telegram sprowadzi mnie o każdej porze, w dzień lub w nocy, na ratunek. 

— To mi wystarczy! — panna Hunter zerwała się z krzesła, a niepokój znikł całkowicie z jej 

twarzy. — Pojadę teraz do Hampshire zupełnie spokojna. Natychmiast odpiszę panu Rucastle, 
dziś jeszcze poświęcę moje biedne włosy, a jutro wyruszę do Winchester. 

Podziękowała Holmesowi w kilku słowach i życząc nam dobrej nocy, wyszła spiesznie. 
— Ta przynajmniej — powiedziałem, słysząc odgłos jej szybkich, stanowczych kroków na 

schodach — wygląda na młodą osobę, która potrafi świetnie się sama o siebie zatroszczyć. 

background image

— Będzie  do  tego  zmuszona  —  rzekł  Holmes  poważnie.  —  I  grubo  bym  się  pomylił, 

gdybyśmy przed upływem kilkunastu dni nie otrzymali od niej wiadomości. 

Niewiele czasu upłynęło, a sprawdziła się przepowiednia,. mego przyjaciela. Minęły dwa 

tygodnie,  w  którym  to  czasie  moje  myśli  często  zwracały  się  ku  pannie  Hunter  i  nieraz  się 
zastanawiałem,  na  jakie  manowce  ludzkich  przeżyć  ta  samotna  kobieta  zawędrowała. 
Niezwykle  wysokie  wynagrodzenie,  dziwne  warunki,  łatwe  obowiązki,  wszystko  to 
wskazywało  na  sytuację  anormalną;  ale  określić,  czy  były  to  istotnie  dziwactwa,  czy  jakieś 
knowania, czy ów człowiek był filantropem, czy łajdakiem — nie leżało w mojej mocy. Co zaś 
do  Holmesa  zauważyłem,  iż  często  przesiadywał  po  pół  godziny  i  dłużej  ze  ściągniętymi 
brwiami i nieobecnym wyrazem twarzy, ale każdą moją wzmiankę o tej sprawie likwidował 
machnięciem ręki. — „Dane, dane, dane! — wołał niecierpliwie. — Nie mogę lepić cegieł nie 
mając gliny!” Mimo to zawsze kończył rozmowę mrucząc, że żadna z jego sióstr nie przyjęłaby 
nigdy podobnej posady. 

Telegram,  który  w  końcu  otrzymaliśmy,  przyniesiono  późno  pewnego  wieczoru,  gdy 

zamierzałem  już  położyć  się  spać,  a  Holmes  zabierał  się  właśnie  do  jednej  ze  swych 
całonocnych  prac  badawczych,  którym  się  często  oddawał.  Pozostawiałem  go  wówczas 
wieczorem  pochylonego  nad  retortą  czy  probówką,  a  gdy  schodziłem  rano  na  śniadanie, 
znajdowałem go wciąż w tej samej pozycji, Holmes otworzył żółtą kopertę i zerknąwszy na 
depeszę, rzucił mi ją. 

— Sprawdź  pociągi  w  rozkładzie  jazdy  —  powiedział  i  wrócił  do  swych  chemicznych 

badań. 

Wezwanie było krótkie i naglące: 
 
Proszę być w hotelu „Czarny Łabędź” w Winchester jutro w południe — brzmiał tekst. — 

Proszę przyjechać. Nie wiem, co począć. Hunter. 

 
— Pojedziesz ze mną? — zapytał Holmes podnosząc wzrok. 
— Bardzo chętnie. 
— Więc sprawdź pociągi. 
— Jest  pociąg  o  9.30  —  powiedziałem,  zaglądając  do  rozkładu  jazdy.  —  Przychodzi  do 

Winchester o 11.30. 

— Ten nam akurat  odpowiada. Wobec tego może lepiej  odłożę moją analizę acetonową, 

ponieważ powinniśmy jutro być w jak najlepszej formie. 

Następnego dnia około godz. 11 byliśmy już w drodze do dawnej stolicy Anglii. Holmes w 

czasie całej podróży był zagłębiony w porannych dziennikach, ale skorośmy minęli granicę 
Hampshire,  odrzucił  je  i  zaczął  podziwiać  krajobraz.  Był  wspaniały  wiosenny  dzień. 
Jasnobłękitne  niebo  usiane  było  plamkami  małych,  białych  jak  owcze  runo  chmurek, 
pędzących  z  wiatrem  z  zachodu  na  wschód.  Słońce  świeciło  promiennie,  a  mimo  to  w 
powietrzu panował lekki chłód, wyzwalający całą energię w człowieku. W całej okolicy aż do 
falistych  pagórków  wokół  Aldershot  widniały  małe,  czerwone  i  szare  dachy  budynków 
gospodarskich, wyglądające spoza jasnej zieleni młodego listowia. 

— Czyż nie są świeże i śliczne? — zawołałem z entuzjazmem człowieka, który dopiero co 

się wydostał z mgły nad Baker Street. 

Ale Holmes z powagą potrząsnął głową. 
— Czy  ty  wiesz,  Watsonie  —  powiedział  —  że  posiadanie  takiego  umysłu  jak  mój  jest 

przekleństwem,  ponieważ  zmuszony  jestem  patrzeć  na  wszystko  z  punktu  widzenia  mojej 
specjalności. Ty się przyglądasz tym rozrzuconym domkom i odczuwasz ich piękno. A gdy ja 
patrzę na nie, jedyne uczucie, jakie mnie ogarnia, to wrażenie wywołane ich odosobnieniem i 
bezkarnością, z jaką tu może być dokonana zbrodnia. 

background image

— Wielkie  niebal  —  zawołałem.  —  Jak  można  kojarzyć  zbrodnię  z  tymi  przemiłymi, 

starymi domkami? 

— One  mnie  zawsze  napełniają  swego  rodzaju  przerażeniem.  Mam  pewność,  Watsonie, 

opartą  na  doświadczeniu,  że  najgorsze  i  najpodlejsze  zaułki  londyńskie  nie  posiadają  w 
rejestrze protokołów tak potwornych przestępstw jak ta promienna i piękna okolica wiejska. 

— Przerażasz mnie. 
— Przyczyna tego jest oczywista. W mieście presja opinii  publicznej  potrafi zdziałać to, 

czego nie może dokonać prawo. Nie ma tak upodlonej dzielnicy, w której krzyk torturowanego 
dziecka lub głuche odgłosy razów pijaka nie wywołałyby odruchu, współczucia lub oburzenia 
wśród  sąsiadów.  Poza  tym  cala  machina  sprawiedliwości  znajduje  się  tak  blisko,  że  jedno 
słowo skargi może ją uruchomić, a wówczas od zbrodni do ławy oskarżonych jest tylko jeden 
krok. Ale spójrz na te samotne domki, wznoszące się na prywatnych gruntach, zamieszkałe po 
większej  części  przez  ludzi  ubogich  i  niewykształconych,  którzy  o  prawie  wiedzą  bardzo 
niewiele. Pomyśl o pełnych szatańskiego okrucieństwa czynach, o ukrytych niegodziwościach, 
popełnianych ustawicznie, przez lata całe, o których nikt nie wie. Gdyby owa pani zwracająca 
się  do  nas  o  pomoc  miała  zamieszkać  w  Winchester,  nie  lękałbym  się  o  nią  wcale.  Ale  ta 
pięciomilowa odległość od miasta stwarza niebezpieczeństwo. Choć widać, że jej osobiście nic 
nie grozi. 

— Nie. Jeżeli może przyjechać, aby się z nami spotkać, to znaczy, że jej wolno wychodzić. 
— Właśnie. Ma swobodę działania. 
— O cóż w takim razie może chodzić? Czy nie nasuwa ci się jakieś wyjaśnienie? 
— Wymyśliłem siedem różnych wyjaśnień, a każde pokrywa się z faktami o tyle, o ile są 

nam znane. Ale które z nich jest właściwe, można będzie stwierdzić dopiero po otrzymaniu 
świeżych  informacji,  jakie  niewątpliwie  na  nas  czekają.  Widać  już  wieżę  katedry,  więc 
niebawem dowiemy się wszystkiego, co panna Hunter ma nam do zakomunikowania. 

„Czarny  Łabędź”,  powszechnie  znany  hotel,  znajduje  się  przy  High  Street,  niedaleko  od 

stacji i tam zastaliśmy ową młodą damę, która czekała na nas. Zarezerwowała osobny pokój i 
na stole oczekiwało nas śniadanie. 

— Ogromnie się cieszę, żeście przyjechali — powiedziała poważnie. — Bardzo to ładnie z 

waszej  strony,  bo  też  naprawdę  nie  wiem,  co  począć.  Wasza  rada  będzie  dla  mnie  wprost 
bezcenna. 

— Proszę nam opowiedzieć, co się pani przydarzyło. 
— Zaraz to  zrobię i  muszę się pośpieszyć, ponieważ obiecałam panu Rucastle, że wrócę 

przed godziną trzecią. Pozwolił mi wyjść rano do miasta, ale nie wiedział, w jakim celu. 

— Więc proszę opowiadać wszystko po kolei. 
Holmes wyciągnął swoje długie, cienkie nogi w stronę ognia i przygotował się do słuchania. 
— Przede wszystkim powinnam zaznaczyć, że w ogólności nie byłam źle traktowana przez 

pana  i  panią  Rucastle.  Uczciwość  wymaga,  abym  to  powiedziała.  Nie  mogę  ich  jednak 
zrozumieć i dlatego jestem niespokojna. 

— Czego pani nie może zrozumieć? 
— Motywów  ich  zachowania.  Ale  opowiem  dokładnie,  co  się  tam  działo.  Kiedy 

przyjechałam,  pan  Rucastle  spotkał  mnie  na  stacji  i  przywiózł  swym  dogcartem  do  Copper 
Beeches.  Dwór  jest,  tak  jak  mówił,  pięknie  położony,  ale  dom  nieładny.  Jest  to  wielki, 
czworokątny masyw, biało otynkowany, ale brudny, zabłocony i cały w plamach od wilgoci. 
Otaczające  go  grunta  są  z  trzech  stron  zalesione,  a  z  czwartej  ciągnie  się  pole  opadające 
pochyłością w dół ku głównemu traktowi, wiodącemu do Southampton. Droga ta wije się w 
odległości stu jardów od frontowej bramy. Kawał pola przed domem należy do dworu, ale lasy 
wokoło są częścią rezerwatu lorda Southertona. Kępie czerwonych buków, znajdujących się na 
wprost wejścia do hallu, dwór zawdzięcza swą nazwę. 

background image

Mój pracodawca, który mnie przywiózł, był, równie uprzejmy jak poprzednio, a wieczorem 

tego samego dnia zostałam przedstawiona jego żonie i dziecku. Otóż nic się nie potwierdziło, 
panie  Holmes,  z  przypuszczenia,  które  nam  się  wydawało  prawdopodobne  w  pańskim 
mieszkaniu  przy  Baker  Street.  Pani  Rucastle nie jest  wariatką. To milcząca kobieta o bladej 
twarzy, znacznie młodsza od męża, mająca według mnie niewiele ponad trzydziestkę, podczas 
gdy  on  niewątpliwie  ma  około  45  lat.  Z  ich  rozmów  zmiarkowałam,  że  są  po  ślubie  od  lat 
siedmiu, on natomiast był wdowcem, a jego jedynym dzieckiem z pierwszego małżeństwa jest 
córka,  która  wyjechała  do  Filadelfii.  Pan  Rucastle  powiedział  mi  w  zaufaniu,  że  przyczyną 
wyjazdu córki była nieuzasadniona niechęć do macochy. Ponieważ córka nie mogła mieć mniej 
niż dwadzieścia lat, łatwo mi było sobie wyobrazić, że jej położenie przy boku młodej żony 
ojca nie było miłe. 

Pani Rucastle wydała mi się równie bezbarwna umysłowo, co fizycznie. Nie wywarła na 

mnie ani dodatniego, ani ujemnego wrażenia. Była osobą zupełnie bez znaczenia. Widać było 
natomiast wyraźnie, że jest gorąco przywiązana do swego męża i małego, syna. Jej jasnoszare 
oczy ustawicznie błądziły od jednego do drugiego, usiłując odgadnąć ich najmniejsze życzenie 
i  uprzedzić,  jeśli  to  możliwe.  Pan  Rucastle  również  był  dla  niej  dobry  na  swój  rubaszny, 
hałaśliwy sposób i ogólnie biorąc, stanowili szczęśliwe stadło małżeńskie. A jednak ta kobieta 
miała jakieś ukryte zmartwienie. Nieraz bywała głęboko pogrążona w myślach, a na twarzy 
miała  wyraz  smutku.  Niejednokrotnie  zastawałam  ją  we  łzach.  Nieraz  myślałam,  że  to 
skłonności  jej  dziecka  tak  ją  przygnębiały,  albowiem  nie  widziałam  nigdy  stworzenia  tak 
rozpuszczonego  i  o  równie  złośliwym  usposobieniu.  Jest  niski  na  swój  wiek,  o 
nieproporcjonalnie  wielkiej  głowie.  Całe  jego  życie  upływa,  jak  mi  się  wydaje,  na  dzikich 
wybuchach  złości  na  przemian  z  ponurymi  okresami  dąsów.  Jedyną  jego  rozrywką  jest 
dręczenie  wszystkich  stworzeń  słabszych  od  niego.  Wykazuje  nieprzeciętne  zdolności  i 
pomysłowość przy chwytaniu myszy, małych ptaszków i owadów. Wolę już więcej nie mówić 
o tej kreaturze, panie Holmes, tym bardziej że niewiele ma wspólnego z moją opowieścią. 

— Rad jestem wszelkim szczegółom — zauważył mój przyjaciel — niezależnie od tego, czy 

według pani mają znaczenie, czy też nie. 

— Postaram się nie opuścić niczego ważnego. Bardzo nieprzyjemnym zjawiskiem w tym 

domu, które od razu zwróciło moją uwagę, były wygląd i zachowanie się służby. Jest ich tam 
tylko dwoje, służący i jego żona. Toller, gdyż tak się nazywa, jest nieokrzesanym prostakiem, o 
siwiejących  włosach,  i  bokobrodach,  stale  cuchnący  wódką.  W  czasie  mego  pobytu  był 
dwukrotnie całkiem pijany, ale pan Rucastle zdawał się tego nie zauważać. Żona Tollera jest 
wysoką  i  silną  kobietą  o  skwaszonej  twarzy  i  nie  milcząca,  jak  pani  Rucastle,  ale  znacznie 
mniej  uprzejma.  Małżeństwo  to  jest  bardzo  nieprzyjemne,  ale  na  szczęście  spędzam  cały 
niemal  czas  w  pokoju  dziecinnym  lub  swoim  własnym,  które  znajdują  się  obok  siebie  w 
jednym z narożników domu. 

W ciągu dwóch dni po przyjeździe do Copper Beeches wiodłam bardzo spokojny żywot, ale 

trzeciego dnia, zaraz po śniadaniu, pani Rucastle zeszła na dół i szepnęła coś do swego męża. 

— Ach, tak — powiedział pan Rucastle, — zwracając się do mnie — jesteśmy pani bardzo 

zobowiązani,  panno  Hunter,  że  zadośćuczyniła;  pani  tak  dalece  naszym  wymaganiom, 
obcinając sobie włosy. Zapewniam panią, że to w najmniejszym stopniu nie wpłynęło ujemnie 
na  pani  wygląd  Teraz  zobaczymy,  czy  będzie  na  panią  pasowała  ta  niebieska  suknia  — 
Znajdzie ją pani na łóżku w swoim pokoju. O ile zechce ją pani włożyć, będziemy oboje bardzo 
wdzięczni. 

Suknia,  która  czekała  na  mnie,  miała  szczególny  odcień  błękitu.  Była  uszyta  z  bardzo 

dobrego wełnianego materiału, ale niewątpliwie była już używana. Leżała na mnie jak ulał, jak 
gdyby była robiona na miarę. Państwo Rucastle na mój widok okazali zachwyt, w którym sporo 
było przesady. Czekali na mnie w salonie, pokoju bardzo obszernym, ciągnącym się wzdłuż 
całego frontu domu, o trzech olbrzymich oknach do ziemi. Przy środkowym oknie stało krzesło 

background image

odwrócone  tyłem  do  okna.  Poproszono  mnie,  abym  na  nim  usiadła,  a  pan  Rucastle, 
przechadzając  się  po  pokoju,  tam  i  z  powrotem,  zaczął  mi  opowiadać  najzabawniejsze 
historyjki, jakie kiedykolwiek słyszałam. Nie może pan sobie wyobrazi, jaki on był komiczny, 
a ja się tak śmiałam, że byłam cała obolała. Natomiast pani Rucastle, która jak widać, nie miała 
poczucia humoru, nie tylko się ani razu nie uśmiechnęła, ale siedziała ze złożonymi rękoma i 
smutnym  a  niespokojnym  wyrazem  twarzy.  Po  upływie  mniej  więcej  godziny  pan  Rucastle 
zauważył  nagle,  że  już  czas  zacząć  normalne  zajęcia  i  że  mogę  zdjąć  suknię  i  udać  się  do 
małego Edwarda do dziecinnego pokoju. 

Dwa dni później rozegrała się ta sama scena w zupełnie podobnych okolicznościach. Znowu 

zmieniłam  suknię,  znów  siedziałam  przy  oknie  i  znowu  się  serdecznie  zaśmiewałam  z 
dykteryjek,  których  mój  pracodawca  miał  pokaźny  repertuar,  a  które  opowiadał  w  sposób 
niezrównany. Następnie podał mi jakąś powieść w żółtej okładce i po odsunięciu krzesła nieco 
w bok, aby mój cień nie padł  na strony książki,  poprosił mnie o głośne  czytanie. Czytałam 
około  dziesięciu  minut  tekst  wyjęty  wprost  ze  środka  rozdziału,  a  potem  nagle  w  połowie 
zdania pan Rucastle kazał mi przerwać i pójść się przebrać. 

Może pan sobie wyobrazić, panie Holmes, jak bardzo byłam zaintrygowana tym, jaka mogła 

być przyczyna tego niezwykłego przedstawienia. Zauważyłam, że państwo Rucastle dokładali 
wszelkich starań, abym miała twarz stale odwróconą od okna, toteż ogarnęło mnie przemożne 
pragnienie  zobaczenia,  co  się  dzieje  za  moimi  plecami.  Z  początku  sądziłam,  że  to  jest 
niemożliwe,  ale  niebawem  znalazłam  sposób.  Stłukło  mi  się  właśnie  kieszonkowe  lusterko, 
więc wpadłam na szczęśliwy pomysł i ukryłam kawałek lustra w mojej chustce do nosa. Przy 
następnej  okazji,  akurat  w  chwili  gdy  się  zaśmiewałam,  przyłożyłam  chustkę  do  oczu  i 
manipulując ostrożnie, zdołałam zobaczyć całą przestrzeń za moimi plecami. Przyznam się, że 
się rozczarowałam. Tam nie było nic. A przynajmniej takie odniosłam pierwsze wrażenie. Przy 
następnym jednak wejrzeniu zobaczyłam, że na drodze do Southampton stał jakiś człowiek, 
niski,  brodaty  mężczyzna  w  szarym  ubraniu,  który  jak  mi  się  wydało,  spoglądał  w  moim 
kierunku.  Droga  ta  jest  ważną  trasą  i  zazwyczaj  kręci  się  tam  sporo  ludzi.  Ten  człowiek 
jednakże opierał się o ogrodzenie otaczające nasze pole i patrzył uważnie na dom. Opuściłam 
chustkę i spojrzałam na panią Rucastle, której badawcze oczy były skierowane na mnie. Nic nie 
powiedziała, ale byłam przekonana, że się domyśliła, iż miałam w ręku lusterko i widziałam, co 
się za mną dziali. Wstała natychmiast. 

— Jephro — powiedziała — tam jakiś impertynent stoi na drodze i przygląda się pannie 

Hunter. 

— To nie pani znajomy, panno Hunter? — spytał pan Rucastle. 
— Nie. Ja nie znam nikogo w tych stronach. 
— Mój Boże! Co za bezczelność! Niech pani się odwróci z łaski swojej i skinie mu ręką, aby 

sobie poszedł. 

— Z pewnością lepiej nie zwracać nań uwagi. 
— Nie, nie, bo stale będzie się tu włóczył. Proszę się łaskawie odwrócić i machnąć ręką, 

żeby sobie poszedł. 

Zrobiłam, jak mi kazano, a pani Rucastle w tej samej chwili opuściła zasłonę. Stało się to 

przed tygodniem, a od tego czasu ani razu nie siedziałam przy oknie, nie wkładałam błękitnej 
sukni i nie widziałam owego mężczyzny na drodze. 

— Proszę, niech pani mówi dalej — powiedział Holmes — pani opowieść zapowiada się 

bardzo interesująco. 

— Obawiam  się,  aby  się  panu  nie  wydała  nieco  pozbawiona  związku,  i  faktycznie  owe 

drobne  zdarzenia,  o  których  będę  mówiła,  mogą  nie  mieć  ze  sobą  nic  wspólnego.  Zaraz 
pierwszego  dnia  mego  pobytu  w  Copper  Beeches  pan  Rucastle  zabrał  mnie  do  małej 
przybudówki  znajdującej  się  w  pobliżu  kuchennych  drzwi.  Kiedy  zbliżaliśmy  się  do  niej 
usłyszałam brzęk łańcucha i szmer wskazujący na to, że się tam porusza jakieś wielkie zwierzę. 

background image

— Proszę popatrzeć! — powiedział pan Rucastle, pokazując mi szparę pomiędzy dwiema 

deskami. — Czyż nie jest piękny? 

Zajrzałam  tam  i  zobaczyłam  dwoje  płonących  oczu  i  niewyraźny  kształt,  skulony  w 

ciemności. 

— Niech się pani nie obawia — powiedział mój pracodawca ze śmiechem widząc, że się 

wzdrygnęłam. — To tylko Carlo, mój brytan. Uważam go za swoją własność, ale właściwie 
jedyną  osobą,  która  może  sobie  z  nim  poradzić,  jest  mój  stary  służący  Toller.  Zwierzę  jest 
karmione tylko raz dziennie, a i to dość skąpo, toteż jest zawsze ostre jak brzytwa. A Toller go 
spuszcza na noc i Boże zmiłuj się nad tym rzezimieszkiem, w którym zatopi swe kły. Na litość 
Boską, proszę nigdy, pod żadnym pozorem nie wychodzić w nocy poza próg domu, bo to może 
kosztować życie. 

Owa przestroga nie była gołosłowna. Tak się bowiem złożyło, że dwa dni później, około 

godziny  2  nad  ranem,  wyjrzałam  przez  okno  mojej  sypialni.  Była  piękna,  księżycowa  noc, 
murawa  gazonu  przed  domem  lśniła  srebrzyście,  a  jasno  było  jak  w  dzień.  Stałam  upojona 
spokojnym  pięknem  krajobrazu,  gdy  nagle  zauważyłam,  że  coś  się  porusza  w  cieniu 
czerwonych  buków.  Kiedy  to  coś  wyszło  na  światło  księżycowe,  zobaczyłam,  że  był  to 
olbrzymi  pies,  wielki  jak  cielak,  ciemnej  maści,  o  czarnym  pysku  z  obwisłymi  żuchwami  i 
potężnych,  wyraźnie  zarysowanych  kościach.  Pies  przeszedł  powoli  przez  gazon  i  znikł  w 
cieniu  po  jego  drugiej  stronie.  Ten  straszny,  milczący  strażnik  zmroził  mi  serce,  które  nie 
zlękłoby się, jak sądzę, żadnego włamywacza. 

A teraz opowiem panu bardzo dziwne zdarzenie. Wie pan o tym, że . obcięłam sobie włosy 

w Londynie, a ścięte sploty włożyłam na dno mego kufra. Pewnego wieczoru, gdy dziecko już 
było w łóżku, zajęłam się dla rozrywki urządzaniem swego pokoju i porządkowaniem moich 
osobistych drobiazgów. W pokoju znajdowała się stara komoda; dwie jej górne szuflady były 
otwarte  i  puste,  dolna  zaś  zamknięta.  Do  górnych  szuflad  włożyłam  bieliznę,  a  ponieważ 
miałam jeszcze sporo rzeczy do wypakowania, byłam oczywiście niezadowolona, że nie mogę 
zrobić użytku z tej trzeciej szuflady. Przyszło mi na myśl, że być może, została zamknięta przez 
przeoczenie, wobec czego wyjęłam z wiązki moich własnych kluczy jeden i spróbowałam tę 
szufladę otworzyć. Pierwszy lepszy klucz pasował doskonale, więc ją otworzyłam. Znajdował 
się tam tylko jeden przedmiot, ale jestem przekonana, że pan nigdy nie zgadnie jaki. To były 
moje włosy. 

Wzięłam  je  do  ręki  i  obejrzałam.  Miały  ten  sam  rzadko  spotykany  odcień  i  były  równie 

gęste. Jednakże w tej samej chwili zdałam sobie, sprawę z niemożliwości tego faktu. W jaki 
sposób  mogły  moje  włosy  znajdować  się  w  tej  zamkniętej  szufladzie?  Drżącymi  rękoma 
otworzyłam swój kufer, przewróciłam całą jego zawartość i wyciągnęłam z dna moje włosy. 
Położyłam  oba  warkocze  obok  siebie  i  zapewniam  pana,  że  były  identyczne.  Czyż  to  nie 
nadzwyczajne? Znalazłam się wobec jakiejś tajemnicy, nie mając najmniejszego pojęcia, co to 
wszystko znaczy. Włożyłam cudze włosy z powrotem do szuflady i nic o tym nie powiedziałam 
państwu Rucastle, gdyż miałam wrażenie, że źle postąpiłam otwierając zamkniętą przez nich 
szufladę. 

Jestem  spostrzegawcza  z  natury,  co  pan  miał  możność  zauważyć,  panie  Holmes,  toteż 

wkrótce  miałam  już  w  głowie  plan  całego  domu.  Otóż  znajdowało  się  tam  jedno  boczne 
skrzydło,  które  sprawiało  wrażenie  niezamieszkałego.  Drzwi  znajdujące  się  naprzeciwko 
wejścia  do  mieszkania  Tollerów  i  prowadzące  do  kilku  pokojów,  mieszczących  się  w  tym 
skrzydle,  były  stale  zamknięte.  Jednakże  pewnego  dnia,  gdy  szłam  po  schodach,  spotkałam 
pana  Rucastle  wychodzącego  tymi  drzwiami  z  kluczem  w  ręku.  Twarz  miał  zmienioną  i 
niepodobny był zupełnie do okrągłego, jowialnego człowieka, którego znałam. Jego policzki 
były  mocno  zaczerwienione,  brwi  ściągnięte  gniewnie,  a  żyły  na  skroniach  nabrzmiały  z 
irytacji. Zamknął drzwi i przeszedł obok mnie bez jednego słowa czy spojrzenia. 

background image

To podnieciło moją ciekawość, udając się tedy na spacer z moim pupilem, przechadzałam 

się wokół domu z tej strony, skąd mogłam] widzieć okna znajdujące się w owym  skrzydle. 
Okien  było  cztery,  w  jednym  rzędzie,  trzy  po  prostu  brudne,  czwarte  natomiast  miało 
zamknięte okiennice. Najwidoczniej były puste i opuszczone. W tym czasie, gdy spacerowałam 
tam i z powrotem, spoglądając na nie raz po raz, zbliżył się do mnie pan Rucastle, wesoły i 
jowialny jak zawsze. 

— Ach, proszę nie myśleć — powiedział — że chciałem być niegrzecznym, przechodząc 

obok pani bez słowa, moja miła panienko. Byłem zaabsorbowany interesami. 

Zapewniłam go, że się nie czuję obrażona. 
— Ale, ale — powiedziałam — widzę, że pan ma tam szereg pustych pokoi, a okno jednego 

z nich jest zamknięte okiennicami. 

Był zdziwiony i jak mi się wydało, nieco zaskoczony moją uwagą. 
— Jestem  zamiłowanym  fotografem  —  powiedział.  —  Zrobiłem  sobie  ciemnię  z  tego 

pokoju. Ale, mój Boże, z jakże bardzo spostrzegawczą młodą osóbką mamy do czynienia. Nie 
do wiary! Wprost nie do wiary! — Mówił tonem żartobliwym, lecz w jego oczach, patrzących 
na mnie, nie było rozbawienia. Widziałam w nich podejrzliwość i niechęć, ale nie rozbawienie. 

— Tak, panie Holmes, od chwili kiedy zrozumiałam, że ukrywano przede mną coś, co miało 

związek z tymi pokojami, paliłam się wprost, aby się dostać na tamtą stronę. Nie była to zwykła 
ciekawość, choć i tego mi nie brakło. Raczej jednak poczucie obowiązku, przekonanie, że coś 
dobrego wyniknie z mego wtargnięcia w to miejsce. Wiele się mówi o instynkcie kobiecym; 
być może, to instynkt wyrobił we mnie to przekonanie. W każdym bądź razie tak właśnie rzecz 
się miała i z niecierpliwością wypatrywałam sposobności, aby się przedostać przez zakazane 
drzwi. 

Dopiero  wczoraj  nawinęła  się  okazja.  Powinnam  jeszcze  zaznaczyć,  że  poza  panem 

Rucastle, Toller i jego żona mają również coś do roboty w tych pustych pokojach, a pewnego 
razu  widziałam,  jak  Toller,  wchodząc  przez  te  drzwi,  niósł  wielki,  czarny,  płócienny  wór. 
Ostatnio Toller dużo pił, a wczoraj wieczorem był zupełnie pijany. Idąc na górę po schodach 
zauważyłam, że w owych drzwiach tkwił klucz. Nie miałam najmniejszej wątpliwości, że to on 
go zostawił. Państwo Rucastle byli na dole, a dziecko z nimi, toteż nadarzała mi się świetna 
okazja. Obróciłam ostrożnie klucz w zamku, otworzyłam drzwi i wsunęłam się do środka. 

Przede mną ukazał  się  mały korytarzyk bez tapet  i  chodnika, który na  końcu zakręcał  w 

prawą stronę. Za zakrętem znajdowało się w jednym rzędzie, obok siebie troje drzwi: Pierwsze 
i trzecie były otwarte i powadziły do pustych pokoi, zakurzonych i smutnych. W jednym były 
dwa okna, w drugim jedno, o szybach tak brudnych i pokrytych kurzem, że światło wieczorne 
przeświecało  przez  nie  mgliście.  Środkowe  drzwi  były  zamknięte,  a  z  zewnętrznej  strony 
znajdowała się na nich poprzeczna gruba sztaba z jakiegoś żelaznego łóżka. Na jednym końcu 
sztaby na żelaznym kółku wbitym w ścianę wisiała kłódka; drugi zaś koniec był przewiązany 
mocnym sznurem. Same drzwi były poza tym również zamknięte, a klucza w zamku nie było. 
Te  zabarykadowane  drzwi  odpowiadały  w  zupełności  oknu  o  zamkniętych  okiennicach,  a 
mimo to widziałam, że spod drzwi sączyło się światło, a pokój nie był zaciemniony. Widocznie 
w suficie był otwór wpuszczający światło górą. Gdy tak stałam w korytarzu, przyglądając się 
tym złowieszczym drzwiom i zastanawiając się, jaka się za nimi kryje tajemnica, usłyszałam 
nagle odgłos kroków w tym pokoju i zobaczyłam jakiś cień, przesuwający się tam i z powrotem 
na tle oświetlonej niewyraźnym światłem szpary pod drzwiami. Na ten widok ogarnął mnie 
szalony,  nieuzasadniony  strach,  panie  Holmes!  Moje  napięte  nerwy  nie  wytrzymały, 
odwróciłam się nagle i rzuciłam się do ucieczki, a uciekałam tak, jak gdyby jakaś widmowa 
dłoń  usiłowała  mnie  złapać  i  wpadłam  prosto  w  ramiona  pana  Rucastle,  który  czekał  na 
zewnątrz. 

— Ach, tak — powiedział z uśmiechem — więc to pani była. Tak też sobie pomyślałem, gdy 

zobaczyłem otwarte drzwi. 

background image

— Och, jak ja się boję! — wymamrotałam, dysząc ciężko. 
— Moja miła panienko! Kochana, miła panieneczko! 
Nie ma pan pojęcia, jak pieszczotliwe i łagodne było jego obejście. 
— .Cóż panią tak przeraziło, miła panieneczko!? 
Jego głos był nieco zbyt przymilny. Przebrał miarę. Toteż miałam się na baczności. 
— Byłam taka niemądra, że poszłam sama do pustego skrzydła — odrzekłam. — Ale tam 

było tak pusto i samotnie w tym półmroku, że ogarnął mnie strach i wybiegłam stamtąd. Och, 
cóż za potworna cisza tam panowała! 

— Czy tylko to? — rzekł, przyglądając mi się bacznie. 
— Tak. A co pan ma na myśli? — spytałam. 
— Jak pani sądzi, czemu ja zamykam te drzwi? 
— Nie mam pojęcia. 
— Po to, aby tam nie wchodzili ludzie niepowołani. Rozumie pani? — Jeszcze się wciąż 

uśmiechał w bardzo uprzejmy sposób. 

— Gdybym wiedziała… 
— No to teraz pani wie! A jeżeli pani jeszcze kiedykolwiek przekroczy ten próg  — jego 

uśmiech  stwardniał  raptownie  i  zamienił  się  w  grymas  wściekłości.  Wlepił  we  mnie  ostry 
wzrok, a jego twarz przybrała szatański wyraz — rzucę panią na pożarcie brytanowi! 

Byłam tak przerażona, że nie wiedziałam sama, co robię. Prawdopodobnie wyminęłam go i 

wbiegłam do swego pokoju. Nic więcej nie pamiętam. Oprzytomniałam, leżąc cała drżąca na 
łóżku.  Wówczas  pomyślałam  o  panu,  panie  Holmes.  Nie  mogłam  tam  dłużej  mieszkać,  nie 
zasięgnąwszy przedtem czyjejś rady. Bałam się tego domu, tego człowieka, jego żony, służby, 
nawet  dziecka.  Wszyscy  mi  się  wydawali  przerażający.  Gdyby  mi  się  udało  pana  tu 
sprowadzić, wszystko byłoby dobrze. Mogłam, rzecz jasna, uciec z tego domu, ale ciekawość 
moja była nieomal równie silna co przerażenie. Wkrótce powzięłam decyzję. Wyślę telegram 
do pana. Włożyłam płaszcz i kapelusz i poszłam do urzędu pocztowego, oddalonego o pół mili 
od  dworu,  a  gdy  wracałam,  byłam  już znacznie spokojniejsza.  Gdy  zbliżałam  się  do  bramy, 
ogarnął mnie lęk i niepewność, czy pies nie został spuszczony, ale przypomniałam sobie, że 
Toller tego wieczoru był pijany do nieprzytomności, a wiedziałam przecież, że tylko on jeden z 
całego  domu  umiał  sobie  poradzić  z  tą  dziką  bestią,  poza  nim  zaś  nikt  inny  nie  mógł  go 
wypuścić. Dostałam się bezpiecznie do domu i pół nocy nie spałam, ciesząc się na myśl, że 
pana zobaczę. Bez trudu uzyskałam dziś rano zezwolenie na wyjście do Winchester, ale muszę 
wrócić przed trzecią, ponieważ państwo Rucastle wyjeżdżają z wizytą i będą nieobecni przez 
cały  wieczór,  wobec  czego  powinnam  zająć  się  dzieckiem.  Opowiedziałam  panu  wszystkie 
moje przygody, panie Holmes, i bardzo się będę cieszyła, jeżeli pan mi powie, co to wszystko 
znaczy, a przede wszystkim, co mam teraz począć. 

Holmes  i  ja  słuchaliśmy  jak  zaczarowani  tej  niezwykłej  historii.  Mój  przyjaciel  wstał  i 

zaczął  chodzić  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  z  rękoma  w  kieszeniach  i  wyrazem  głębokiej 
powagi na twarzy. — Czy Toller jest wciąż jeszcze pijany? — zapytał. 

— Tak. Słyszałam, jak jego żona mówiła do pana Rucastle, że nic nie może na to poradzić. 
— To dobrze, Czy państwo Rucastle wyjeżdżają dziś wieczorem? 
— Tak. 
— Czy jest tam jakaś piwnica z dobrym, mocnym zamkiem? 
— Tak. Piwnica na wino. 
— Uważam,  że postępowała pani  przez cały ten czas jak dzielna i  rozsądna dziewczyna, 

panno  Hunter.  Czy  mogłaby  pani  dokonać  jeszcze  jednego  wyczynu?  Nie  prosiłbym  o  to, 
gdybym nie uważał pani za zupełnie wyjątkową kobietę. 

— Spróbuję, O co chodzi? 
— Mój przyjaciel i ja zjawimy się w Copper Beeches o 7 godzinie. 

background image

Państwa  Rucastle  w  tym  czasie  już  nie  będzie,  a  Toller,  miejmy  nadzieję,  będzie 

nieprzytomny. Pozostanie więc tylko pani Toller, która może wszcząć alarm. Gdyby ją pani 
mogła wysłać z jakimś poleceniem do piwnicy, a następnie zamknąć na klucz, ułatwiłaby nam 
pani ogromnie całe zadanie. 

— Zrobię to. 
— Doskonale. Wobec tego rozpatrzmy dokładnie tę sprawę. Oczywiście, jest tylko jedno 

możliwe wyjaśnienie. Została tu pani sprowadzona po to, aby uosabiać kogo innego, podczas 
gdy właściwą osobę uwięziono w tamtym pokoju. To jest oczywiste. Co do osoby uwięzionej 
nie mam wątpliwości, że to jest córka, panna Alicja Rucastle, o ile pamiętam, która —rzekomo 
wyjechała  do  Ameryki.  Wybrano  panią  niewątpliwie  ze  względu  na  podobieństwo  wzrostu, 
figury  i  koloru  włosów.  Prawdopodobnie  w  czasie  jakiejś  choroby,  którą  tamta  osoba 
przechodziła,  obcięto  jej  włosy,  wobec  tego  i  pani,  rzecz  jasna,  musiała  poświęcić  swoje. 
Dziwnym  trafem  pani  znalazła  te  jej  warkocze.  Mężczyzna  wypatrujący  na  drodze,  jest 
niewątpliwie  jej  przyjacielem,  być  może  narzeczonym.  Ponieważ  pani  w  sukni  tamtej 
dziewczyny była bardzo do niej podobna, chodziło im o to, aby widząc panią za każdym razem 
roześmianą, a tym bardziej gdy pani skinęła ręką, przekonał się naocznie, że panna Rucastle 
jest w świetnym humorze i nie życzy sobie bynajmniej jego względów. Psa spuszcza się na noc, 
aby  zapobiec  jego  usiłowaniom  skontaktowania  się  z  nią.  To  wszystko  jest  jasne. 
Najpoważniejszym momentem w tej całej sprawie są skłonności dziecka. 

— Co to może mieć wspólnego, do licha?— wykrzyknąłem. 
— Mój  drogi  Watsonie,  ty  jako  lekarz  ustawicznie  zaznajamiasz  się  ze  skłonnościami 

dziecka na podstawie obserwacji rodziców. Czyż nie rozumiesz, że odgrywa to równie doniosłą 
rolę w przypadkach odwrotnych? Często mi się zdarzało, że obserwując dzieci, wyrabiałem 
sobie właściwe pojęcie o charakterze ich rodziców. To dziecko jest skłonne do nienormalnego 
okrucieństwa dla samej przyjemności, a czy skłonność tę odziedziczyło po swym jowialnym 
ojcu, co podejrzewam, czy po matce, nie wróży to nic dobrego tej biednej dziewczynie, która 
jest w ich mocy. 

— Pan z całą pewnością ma rację, panie Holmes — zawołała nasza klientka. — Przypomina 

mi się teraz tysiąc rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, te pan trafił w sedno. Och, nie 
zwlekajmy ani chwili z pomocą temu biednemu stworzeniu! 

— Musimy być oględni, gdyż mamy do czynienia z bardzo podstępnym jegomościem. Do 

godziny  7  nic  nie  możemy  zrobić.  Ale  o  7  będziemy  już  przy  pani  i  długo  nie  potrwa,  a 
rozwiążemy tę tajemnicę. 

Byliśmy bardzo słowni, gdyż o 7 przybyliśmy do Copper Beeches, zostawiając nasze bagaże 

w przydrożnej gospodzie. Kępa drzew o liściach ciemnych i lśniących jak polerowany metal w 
blasku  zachodzącego  słońca  wskazałaby  nam  drogę  do  dworu,  nawet  gdyby  nie  było 
uśmiechniętej panny Hunter, która stała na progu domu. 

— Czy pani uporała się ze wszystkim? — zapytał Holmes. Z tyłu, pod schodami, rozlegało 

się głuche, lecz donośne dudnienie. 

— To pani Toller w piwnicy — powiedziała panna Hunter. — Jej mąż leży w kuchni na 

kocu i chrapie. Oto jego klucze, które są odpowiednikami kluczy pana Rucastle. 

— Dobrze się pani spisała!—zawołał Holmes z entuzjazmem. — Teraz proszę nam wskazać 

drogę, a niebawem położymy kres tym wszystkim ciemnym sprawkom. 

Weszliśmy na schody, otworzyliśmy drzwi, minęliśmy korytarz i znaleźliśmy się tuż przed 

zabarykadowanymi  drzwiami,  które  nam  panna  Hunter  opisywała.  Holmes  przeciął  sznur  i 
odsunął poprzeczną sztabę. Następnie próbował  dopasować różne klucze do zamku, ale bez 
powodzenia. Żaden dźwięk nie wydobywał się z wewnątrz i wobec tej ciszy twarz Holmesa 
spochmurniała. 

background image

— Mam nadzieję, że nie przybyliśmy za późno  — powiedział.  — Wydaje mi się, panno 

Hunter,  że  lepiej,  abyśmy  tam  weszli  bez  pani.  Watsonie,  pomóż  nam  swoim  ramieniem,  a 
zobaczymy, czy można się tędy przedostać do pokoju. 

Drzwi były stare, słabe w zawiasach i ustąpiły od razu pod naciskiem naszych złączonych 

sił. Wpadliśmy obaj do pokoju. Był pusty. Mebli nie było tam żadnych poza małym łóżkiem, 
małym stolikiem i koszem z bielizną. Dziura w suficie stała otworem, a więzień zniknął. 

— Tu  popełniono  jakieś  łajdactwo  —  powiedział  Holmes  —  ten  gagatek  domyślił  się 

zamiarów panny Hunter i uprowadził swą ofiarę. 

— Ale w jaki sposób? 
— Przez otwór w suficie. Zaraz zobaczymy, jak on to zrobił. 
Holmes wciągnął się na dach. 
— Ach, tak — zawołał — tu jest koniec długiej, lekkiej drabiny, opartej o okap. Więc on to 

tak zrobił. 

— Ależ  to  jest  niemożliwe  —  powiedziała  panna  Hunter  —  drabiny  tam  nie  było,  gdy 

państwo Rucastle wyjeżdżali. 

— Wobec  tego  on  wrócił  i  wtedy  to  zrobił.  Mówię  pani,  że  to  sprytny  i  niebezpieczny 

człowiek. Nie byłbym zbytnio zdziwiony, gdyby się okazało, że to jego kroki słyszę właśnie na 
schodach. Według mnie, Watsonie, lepiej abyś miał pistolet w pogotowiu. 

Zaledwie wymówił te słowa, gdy w drzwiach ukazał się tęgi, krzepki mężczyzna z ciężką 

laską w ręku. Panna Hunter krzyknęła na jego widok i przycisnęła się do ściany, ale Sherlock 
Holmes skoczył mu naprzeciw. 

— Ty łajdaku — zawołał — gdzie twoja córka? 
Grubas potoczył wokoło oczyma i podniósł je ku otwartej dziurze w dachu. 
— To ja powinienem o to zapytać — wrzasnął. — Złodzieje! Szpicle i złodzieje! Złapałem 

was, co? Mam was w swoim ręku! Ja się wam przysłużę! 

Odwrócił się i zagrzmocił z całych sił po schodach na dół. 
— On poszedł po psa! — krzyknęła panna Hunter. 
— Mam rewolwer — powiedziałem. 
— Zamknijmy lepiej wejściowe drzwi — zawołał Holmes i zbiegliśmy wszyscy razem w 

dół  po  schodach.  Ale  zaledwie  dotarliśmy  do  hallu,  usłyszeliśmy  ujadanie  psa,  a  następnie 
okropny krzyk bólu i straszliwy, żałosny jęk, którego nie można było słuchać bez przerażenia. 
Stary  człowiek  o  czerwonej  twarzy  i  drżących  kończynach  wyszedł  chwiejnie  z  bocznych 
drzwi. 

— Mój  Boże!  —  wołał.  —  Ktoś  wypuścił  psa!  A  on  nie  był  karmiony  przez  dwa  dni. 

Szybko, szybko, bo będzie za późno! 

Holmes  i  ja  wybiegliśmy,  skręcając  za  róg  domu,  a  Toller  śpieszył  za  nami.  Ujrzeliśmy 

olbrzymią, zgłodniałą bestię o czarnym pysku wczepionym w krtań Rucastle’a, który krzyczał i 
wił się na ziemi. Strzeliłem biegnąc i roztrzaskałem psu łeb, aż upadł, ale jego ostre, białe zęby 
wciąż  jeszcze  były  zwarte  na  pofałdowanej  szyi  Rucastle’a.  Rozdzieliliśmy  ich  z  wielkim 
trudem,  po  czym  zanieśliśmy  go  jeszcze  żywego,  ale  straszliwie  okaleczonego,  do  domu. 
Położyliśmy  Rucastle’a  w  salonie  na  sofie  i  po  odesłaniu  trzeźwego  już  Tollera,  aby 
zawiadomił  swoją  żonę,  czyniłem  wszystko,  co  mogłem,  żeby  mu  ulżyć  w  bólu.  Staliśmy 
wszyscy wokół niego, gdy drzwi się otworzyły i do pokoju weszła wysoka, chuda kobieta. 

— Pani Toller! — zawołała panna Hunter. 
— Tak, panienko. Pan Rucastle mnie uwolnił po swym powrocie, zanim poszedł do was na 

górę.  Ach,  panienko,  szkoda,  że  mnie  panienka  nie  zawiadomiła  o  swoich  zamiarach,  bo 
byłabym powiedziała, że wasze wysiłki były niepotrzebne. 

— Ha! — powiedział Holmes, patrząc na nią przenikliwie. — Widać, że pani Toller więcej 

wie o tej sprawie niż ktokolwiek inny. 

— Istotnie, proszę pana, i jestem gotowa opowiedzieć to, co wiem. 

background image

— Wobec tego proszę usiąść i opowiadać, albowiem jest tu kilka momentów, które muszę 

przyznać, są wciąż dla mnie niejasne. 

— Ja je panu zaraz wyjaśnię — rzekła pani Toller — i zrobiłabym to już wcześniej, gdybym 

się  mogła  wydostać  z  piwnicy.  O  ile  wyniknie  z  tego  sprawa  sądowa,  proszę  pamiętać,  że 
byłam jedyną osobą, która trzymała stronę pańskiej znajomej, a byłam również przyjaciółką 
panny Alicji. Panna Alicja nie była szczęśliwa w tym domu, odkąd się jej ojciec powtórnie 
ożenił.  Była  zawsze  taka  mała,  cicha  i  nie  miała  tu  nigdy  nic  do  powiedzenia.  Ale  dopiero 
wówczas zaczęło się jej źle powodzić, gdy w znajomym domu poznała pana Fowlera. O ile 
wiem,  panna  Alicja  miała  własny  majątek,  zapisany  jej  w  testamencie,  ale  była  zawsze 
spokojna  i  cierpliwa,  w  te  sprawy  się  nie  wtrącała  i  wszystko  zostawiała  w  rękach  pana 
Rucastle.  On  wiedział,  że  mu  z  jej  strony  nic  nie  groziło,  ale  gdy  się  nawinęła  okazja  do 
zamążpójścia, a mąż zażądałby z całą pewnością wszystkiego, co by mu się prawnie należało, 
ojciec  postanowił  —  położyć  temu  kres.  Zażądał  od  córki,  żeby  podpisała  papier, 
upoważniający go do dysponowania jej pieniędzmi niezależnie od zamążpójścia. Gdy ona na to 
nie  przystała,  tak  ją  męczył,  aż  dostała  zapalenia  mózgu  i  przez  sześć  tygodni  walczyła  ze 
śmiercią. Wreszcie wyzdrowiała, ale wychudła jak cień, a jej piękne włosy zostały obcięte. Nie 
zmieniło  to  jednak  uczuć  jej  kawalera  i  trwał  przy  niej  wiernie,  jak  to  czasem  mężczyzna 
potrafi. 

— Ach — powiedział Holmes. — To, co pani nam była dobra opowiedzieć, zupełnie sprawę 

wyjaśnia, a resztę potrafię już uzupełnić sam. Pan Rucastle wówczas prawdopodobnie wziął się 
na sposób i zastosował rodzaj aresztu? 

Tak, proszę pana. 
— A  pannę  Hunter  sprowadził  z  Londynu  w  tym  celu,  aby  się  pozbyć  przykrej 

natarczywości pana Fowlera? 

— Tak było, proszę pana. 
— Ale  pan  Fowler,  jako  dobry  marynarz,  był  człowiekiem  wytrwałym,  obstawił  dom  i 

spotkawszy  się  z  panią,  przekonał  ją  za  pomocą  pewnych  argumentów,  metalowych  czy 
innych, że w pani interesie leży współdziałanie z nim. 

— Pan Fowler to bardzo grzecznymi hojny pan — powiedziała pani Toller pogodnie. 
— No i w ten sposób, dzięki jego staraniom, pani małżonek mógł pić, ile chciał, a drabina 

została przystawiona akurat w tej samej chwili, gdy pan wasz odjechał? 

— Ma pan rację, proszę pana, tak się to stało. 
— Moim  zdaniem,  powinniśmy  panią  przeprosić,  pani  Toller  —  powiedział  Holmes  — 

bowiem pani nam wyjaśniła to, co było dla nas zagadką. Ale oto zbliżają się miejscowy chirurg 
i  pani  Rucastle,  toteż  uważam,  Watsonie,  że  powinniśmy  towarzyszyć  pannie  Hunter  w 
powrotnej drodze do Winchester, wydaje mi się bowiem, że nasze  locus standi jest obecnie 
raczej wątpliwe. 

W  ten  oto  sposób  została  rozwiązana  tajemnica  ponurego  domostwa  z  kępą  czerwonych 

buków  przed  frontowym  wejściem.  Pan  Rucastle  wyzdrowiał,  ale  odtąd  był  już  zawsze 
człowiekiem  załamanym,  żyjącym  jedynie  dzięki  troskliwej  opiece  oddanej  mu  żony. 
Mieszkają  stale  w  swym  dworze  wraz  z  dawną  służbą,  która  prawdopodobnie  sporo  wie  o 
przeszłości pana Rucastle, w związku z czym trudno mu się z nią rozstać. Pan Fowler i panna 
Rucastle,  po  uzyskaniu  specjalnego  zezwolenia,  pobrali  się  w  Southmapton  nazajutrz  po 
dokonaniu ucieczki. Pan Fowler jest obecnie urzędnikiem państwowym, piastującym urząd na 
Wyspie Mauritiusa. Co do panny Violetty Hunter, jak tylko przestała być ośrodkiem jednego z 
problemów,  mój  przyjaciel  Holmes,  ku  mojemu  rozczarowaniu,  stracił  wszelkie 
zainteresowanie  dla  jej  osoby.  Obecnie  jest  kierowniczką  prywatnej  szkoły  w  Walsall  i 
podobno osiągnęła w pracy duże powodzenie. 

Przetłumaczyła Irena Szeligowa 

background image

D

ODATEK

 

C

ONAN 

D

OYLE O SWOIM BOHATERZE

 

(

ZE 

W

SPOMNIEŃ I PRZYGÓD

) 

 
Od  roku  1884  pracowałem  od  czasu  do  czasu  nad  dłuższą  historią,  pełną  sensacyjnych 

przygód, pt. Firma Girdlestone, która była moją pierwszą próbą dłuższej opowieści. Pomijając 
kilka krótkich ustępów, jest to rzecz bez wartości i jak każda pierwsza książka — wyjąwszy 
utwory wielkich i oryginalnych geniuszów — jest zbyt oczywistym naśladownictwem innych. 
Miałem  już  wtedy  świadomość  tego,  ta  samowiedza  zaś  rosła  z  postępem  czasu.  Kiedy 
wydawcy odrzucili ją, pogodziłem się z ich wyrokiem i schowałem dość pomięty rękopis do 
niższej szuflady. 

Równocześnie  czułem,  że  stać  mnie  na  pracę  bardziej  świeżą,  mocniejszą  i  artystycznie 

lepszą. Pociągał mnie wtedy Gaboriau przez swą umiejętność rozwiązywania intrygi, Dupin 
zaś, detektyw z powieści Poego, był moim umiłowanym bohaterem od wczesnej młodości. Czy 
zdołam jednak stworzyć w tej dziedzinie coś własnego? To pytanie nie dawało mi spokoju. Na 
myśl  przychodziła  mi  postać  mego  starego  profesora  Joe  Bella,  z  jego  orlą  twarzą, 
dziwacznymi nałogami, z jego bajecznym zmysłem wydobywania szczegółów. Gdyby on był 
detektywem, na pewno podniósłby z czasem ten wysoce zajmujący sposób do wyżyn ścisłego, 
prawie naukowego systemu. Trzeba spróbować, czy się nie uda osiągnąć tego wyniku. Jeśli 
była taka możliwość w życiu rzeczywistym, czemuż by nie można stworzyć jej wiarygodnego 
obrazu fikcyjnego? Nie dość jest powiedzieć, że ktoś jest zdolny; czytelnik żąda dowodów i 
przejawów tej zdolności, takich przejawów na przykład, jakie profesor Bell składał codziennie 
w sali wykładowej. Ta myśl mnie bawiła. Ale jak nazwać takiego jegomościa? Do dziś dnia 
zachowałem  kartkę  z  notatnika,  zapełnioną  różnymi  nazwiskami  proponowanymi.  Pospolita 
metoda,  która  nazwiskiem  zaznacza  charakter  i  daje  w  rezultacie  różnych  Bystroniów  lub 
Szperalskich,  nie  pociągała  mnie  zupełnie.  Początkowo  chciałem  go  nazwać  Sherringford 
Holmes, ostatecznie miał się nazywać Sherlock Holmes. Oczywiście nie może on opowiadać 
sam o swych przygodach; musi mieć towarzysza, człowieka wykształconego, który by mógł 
brać  udział  w  przygodach  i  umiał  je  opowiedzieć.  Zwykłe,  pospolite  nazwisko  dla  takiego 
zausznika; niech się nazywa Watson. Tak oto powstały moje figury książki, której dałem tytuł: 
Studium w szkarłacie. 

Miałem  wrażenie,  że  utwór  jest  napisany  tak,  iż  nie  pozostawia  nic  do  życzenia,  stąd 

przywiązywałem doń wielkie nadzieje. Kiedy rękopis Girdlestone wracał za każdym razem do 
punktu wyjścia, jak gołąb pocztowy, robiło mi się przykro, lecz nie byłem zdziwiony; kiedy 
jednak ta mała książeczka o Holmesie zaczęła podobnie krążyć między  mną a wydawcami, 
czułem się skrzywdzony, gdyż wiedziałem, że rzecz zasługuje na coś więcej niż na odprawę. 
James Payn uznał jej zalety, lecz ze słusznością oświadczył, że jako nowela rzecz jest za długa, 
a jako powieść za krótka. Wydawca Arrowsmith, który otrzymał ją w maju roku 1886, odesłał 
ją nie czytając w lipcu. Podobnie postąpiło kilku innych. W końcu postanowiłem posłać do 
firmy  „Ward,  Lock  and  Co.”,  wiedząc,  że  specjalnością  jej  jest  tania  i  sensacyjna  powieść. 
Istotnie dnia 30 października 1886 otrzymałem list treści następującej: 

 
„Szanowny Panie! 
Przeczytaliśmy utwór pański i przyjmujemy go z przyjemnością. Nie możemy jednak wydać 

go w tym roku z powodu nadmiaru materiału. Jeśli Pan się zgodzi na wstrzymanie wydania do 
następnego roku, jesteśmy gotowi nabyć prawa autorskie za sumę 25 funtów. 

Z poważaniem 

background image

Ward, Lock and Co.” 

 
Propozycja ta nie była zbyt kusząca, tak że nawet ja, nie opływający w dostatki, wahałem się 

z  jej  przyjęciem.  Chodziło  nie  tylko  o  bardzo  małą  sumę,  lecz  także  o  zwłokę.  Lecz  ciągłe 
odmowy i zawody znudziły mnie. Sądziłem przy tym, że lepiej jest dać się poznać późno niż 
wcale. Dlatego się zgodziłem i książka ukazała się w roku 1887. Nie otrzymałem za nią nigdy 
ani grosza więcej. 

 

 
Z wiosną (1891) ukończyłem moje studia wiedeńskie i przez Paryż wróciliśmy do Londynu. 

W  Paryżu  zatrzymaliśmy  się  kilka  dni,  gdyż  chciałem  się  zaznajomić  z  Laudoltem, 
najsłynniejszym okulistą paryskim tego czasu. Znalazłszy się w Londynie, czuliśmy oboje z 
żoną, że nadeszła chwila stanowczej walki z losem, która miała zadecydować o całym naszym 
życiu. Patrząc wstecz na te chwile, zda się, że wynik nie ulegał wątpliwości, lecz wtedy nie 
miałem  tej  pewności,  gdyż  jakkolwiek  reputacja  moja  wzrastała,  zarobki  były  ciągle  małe. 
Ufność moja polegała głównie na moim przekonaniu o trwałej wartości  mej powieści  Biała 
kompania, 
która się ukazywała wtedy regularnie w miesięczniku „Cornhill”. Osobiście też nie 
byłem zaniepokojony, przeżywszy przed ożenkiem znacznie cięższe czasy, lecz troska o żonę i 
dziecko zmieniały sytuację. 

Zamieszkaliśmy  przy  Montagne  Place,  skąd  było  niedaleko  do  dzielnicy  lekarzy 

specjalistów.  Wiedząc,  że  wielu  słynnych  okulistów  nie  może  podołać  nawałowi  pracy, 
postanowiłem  na  razie  wynająć  i  urządzić  dwa  pokoje,  gdzie  bym  przyjmował  pacjentów 
przysyłanych przez innych okulistów. Odpowiedni lokal znalazłem tuż przy Harley Street za 
sto  dwadzieścia  funtów  rocznie.  Jeden  pokój  urządziłem  jako  pokój  przyjęć,  a  drugi  jako 
poczekalnię.  Niestety  wkrótce  przekonałem  się,  że  prawdziwą  poczekalnią  był  mój  pokój 
przyjęć. Lecz w rezultacie nie żałuję tego. Codziennie rano około dziesiątej maszerowałem do 
swojej  siedziby  zawodowej,  gdzie  czekałem  cierpliwie  na  pacjentów  do  jakiejś  trzeciej  lub 
czwartej. Dzięki zupełnej ciszy, której nie przerwał ani razu dzwonek pacjenta, mogłem ten 
cały  czas  poświęcać  mej  pracy  literackiej;  toteż  jedynym  rezultatem,  z  jakim  wracałem  do 
domu, był plik zapisanych kartek. Istotnie trudno było o bardziej idealne warunki do pracy i tak 
długo, jak długo pacjenci się nie pokazywali, miałem sposobność wydoskonalenia mego stylu. 

W tym czasie zaczynał wychodzić szereg miesięczników, między którymi na pierwszy plan 

wybijał  się  „The  Strand”,  redagowany  bardzo  zręcznie  przez  Greenhongha  Smitha. 
Zastanawiając się nad zawartością tych czasopism, zwłaszcza nad ich długimi powieściami, 
ciągnącymi się czasem lata całe, doszedłem do przekonania, że umieszczanie cyklu krótkich 
opowiadań,  stanowiących  całość  dla  siebie,  lecz  połączonych  postacią  głównego  bohatera, 
mogłoby danemu miesięcznikowi przysporzyć dużą liczbę stałych czytelników. Zdaje mi się, 
że  ja  pierwszy  wpadłem  na  ten  kompromis  między  powieścią  i  nowelą,  a  „The  Strand 
Magazine” był pierwszym miesięcznikiem popularnym, który tę ideę wprowadził w życie. 

Rozglądając  się  za  taką  „centralną”  postacią  czułem,  że  Sherlock  Holmes,  który  był  już 

bohaterem dwóch małych książek

*

, nadawał się doskonale do cyklu krótkich opowiadań. Ten 

cykl  rozpocząłem  pisać  podczas  długich  godzin  w  mej  poczekalni  pod  numerem  2  przy 
Devonshire  Place.  Greenhongh  Smith  zapalił  się  do  mej  idei  od  początku,  opowiadania 
podobały mu się bardzo i zachęcał mnie do napisania ich jak najwięcej. Handlową stronę mej 
literackiej produkcji oddałem w ręce A. P. Watta, tego króla ajentów literackich, który nie tylko 
zwolnił mnie od wszystkich kłopotów z wydawcami i redaktorami, lecz pilnował mych spraw 

                                                 

*

 Studium w szkarłacie (1887) i Znak czterech (1890). 

background image

tak skutecznie, że wszelka troska o byt materialny wkrótce znikła, a fakt, że ani jeden pacjent 
nie przekroczył progu mej poczekalni, okazał się po prostu błogosławieństwem. 

 

 
Trudność,  a  raczej  kłopot  z  cyklem  Holmesa  polegał  na  tym,  że  każdy  człon  wymagał 

osobnej intrygi. Oczywiście nie można tych rzeczy robić jak na zamówienie, gdyż zamieniają 
— się one na sztuczne fabrykaty, nikłe i coraz mniej interesujące. Dlatego postanowiłem — 
zwolniony od trosk materialnych — nie pisać nic bezwartościowego; każda dalsza część cyklu 
Holmesa  miała  mieć  zajmującą  intrygę  i  zawierać  jakiś  problem,  który  by  mnie  samego 
interesował,  to  bowiem  jest  pierwszą  rękojmią  zainteresowania  drugich.  Mogę  wyznać  z 
czystym sumieniem, iż pozostałem wierny temu postanowieniu. 

 

 
Publiczność ciągle domagała się dalszych przygód Sherlocka Holmesa, tak że musiałem ich 

od  czasu  do  czasu  dostarczać.  W  końcu,  po  napisaniu  dwóch  cyklów

*

,  doszedłem  do 

przekonania,  że  mi  grozi  niebezpieczeństwo  nierozerwalnego  związku  z  dziełem  literackim, 
należącym do niższego gatunku. Dlatego postanowiłem uśmiercić mego bohatera. Przyszło mi 
to  na  myśl  podczas  wycieczki  do  Szwajcarii,  kiedym  wraz  z  żoną  oglądał  wodospady 
Reichenbach,  budzące  swym  widokiem  grozę;  uznałem,  że  miejsce  to  jest  godne  grobowca 
Holmesa. Tam więc złożyłem jego szczątki, z mocnym postanowieniem, że tam muszą zostać; 
istotnie zostały tam szereg lat. 

Postawa publiczności wprawiła mnie w zdumienie. Istnieje zdanie, że człowiek spotyka się z 

uznaniem  dopiero  po  śmierci;  ilość  protestów,  które  mnie  doszły  przeciw  mojej  egzekucji 
Holmesa,  dowiodła  mi,  ilu  przyjaciół  potrafił  on  sobie  zjednać.  „Ty  bestio  dzika…”  — 
rozpoczynał się protest listowny jakiejś damy, przemawiającej niewątpliwie w imieniu wielu 
innych.  Słyszałem,  że  byli  ludzie,  którzy  płakali.  Przyznaję,  że  mogłem  zrobić  wrażenie 
brutala, skoro zdobyłem się na tak okrutny czyn, lecz z drugiej strony byłem rad ze sposobności 
przeniesienia  mej  wyobraźni  w  inny  świat,  gdyż  wysokie,  kuszące  ceny  za  dalsze  epizody 
Holmesa, czyniły rozstanie się z nim sprawą coraz trudniejszą. 

Że  Sherlock  Holmes  był  dla  wielu  ludzi  postacią  rzeczywistą,  tego  dowodem  listy 

adresowane do niego, przysyłane na moje ręce z prośbą o doręczenie. Watson otrzymał również 
szereg  listów,  w  których  proszono  go  o  adres  i  autograf  Holmesa.  Jakaś  ajencja  literacka 
zapytywała Watsona, czy Holmes nie chciałby korzystać z jej usług. Kiedy Holmes czasowo 
się wycofał ze służby, wiele pań ofiarowało mu się na gospodynie, a jedna wyznała mi, że się 
zna  na  hodowli  pszczół  i  umie  „oddzielić  królową”.  Miał  też  cały  szereg  propozycji  co  do 
rozwiązania  pewnych  tajemnic  familijnych.  Jedna  z  tych  propozycji  z  Polski  domagała  się 
także mego przyjazdu, przyrzekając mi honorarium, jakiego bym sam zażądał. Oczywiście nie 
odpowiadałem na tego rodzaju propozycje. 

Pytano mnie również często, czyja sam posiadam zdolności, które opisuję, lub czy też jestem 

po  prostu  Watsonem.  Rzecz  prosta,  że  zdaję  sobie  sprawę  z  różnicy  między  rozwiązaniem 
danego  zagadnienia  w  praktyce  a  rozwiązaniem  tegoż  zagadnienia  w  teorii,  to  znaczy  w 
warunkach przez siebie samego stworzonych. Co do tego nie mam żadnych złudzeń. Z drugiej 
strony jednak człowiek nie może nic wyssać z palca, nie może stworzyć żywej postaci, o ile nie 
posiada w sobie odnośnego materiału — twierdzenie niezbyt zaszczytne w ustach człowieka, 
który stworzył tylu zbrodniarzy. W każdej indywidualności jednak istnieje pewna złożoność, 
jak gdyby splot wielu osób. Wśród tych osób danej indywidualności może się znaleźć również 

                                                 

*

 Przygody Sherlocka Holmesa (1892) i Pamiętniki Sherlocka Holmesa (1894). 

background image

zdolny detektyw; lecz w życiu rzeczywistym musiałem zawsze postawić się w jego położeniu, 
gdy  usiłowałem  rozwiązać  metodą  Holmesa  jakieś  zagadnienie,  przez  władze  policyjne 
zaniechane.  Natomiast  w  życiu  codziennym  nie  posiadam  wcale  szczególnego  zmysłu 
obserwacyjnego,  czyli  że  muszę  się  sztucznie  wprawiać  w  odpowiedni  stan  umysłu  dla 
rozwiązania dowodów i uprzedzenia kolejności wypadków. 

background image

P

OSŁOWIE

 

 
Miłośnicy  literatury  kryminalnej  o  Arthurze  Conan  Doyle’u  wiedzą  wszystko.  I  to,  że 

urodził  się  w  1859  r.  w  Edynburgu  w  irlandzkiej  rodzinie  katolickiej,  ubogiej  choć 
legitymującej się starymi pergaminami szlacheckimi; że dziadek Michał Conan przekazał mu 
na chrzcie swoje nazwisko jako jego drugie imię, że Arthur przez wiele lat pobierał nauki u 
jezuitów — w szkole o bardzo surowej dyscyplinie, że dobierając lektury przekładał westerny 
Mayne Reida i powieści fantastyczne Verne’a nad obowiązującą go klasykę antyczną, że w 
latach 1876–1881 studiował medycynę w Edynburgu i uzyskał tam dyplom lekarza okulisty. 
Silny, zdrowy, zuchwały, rosły młodzieniec wziął udział — jak na prawdziwego Brytyjczyka 
przystało  —  w  kilkumiesięcznej  wyprawie  arktycznej  na  wieloryby,  przeżywając  wiele 
przygód i doznając nadzwyczajnych wrażeń. Praktykę lekarską rozpoczął na statku handlowym 
„Mayumba”,  którym  opłynął  całe  wybrzeże  zachodniej  Afryki.  W  późniejszych  latach  na 
kontynent  ten —  należący  w połowie do Wspólnoty  Brytyjskiej  —  powracał  parokrotnie:  w 
1896  r.  jako  lekarz  w  Egipcie,  w  1898  jako  korespondent  wojenny  podczas  walk  przeciw 
mahdystom — tym samym, którzy porwali Stasia i Nel. Gdy wybuchła w Afryce Południowej 
wojna z Burami, która swym okrucieństwem wzburzyła opinię całego świata, Doyle zaciągnął 
się do wojska jako lekarz — ochotnik i pilny obserwator wypadków. Po powrocie do kraju 
wystąpił,  kierując  się  poczuciem  obowiązku  obywatelskiego,  w  obronie  honoru  Imperium: 
napisał  liczącą  ponad  500  stronic  książkę  Wielka  wojna  burska  (1902),  w  której  usiłował 
przeciwstawić „oszczerstwom” wrogów obiektywny obraz kampanii. Staraniem Ministerstwa 
Spraw Zagranicznych książkę wydano w nakładzie 300 tysięcy egzemplarzy oraz przełożono ją 
na  kilka  języków  europejskich.  Zachęcony  powodzeniem  stanął  w  szranki  wyborcze  do 
parlamentu,  jednak  „konserwatywni”  anglikanie,  nie  doceniając  jego  patriotycznych 
pryncypiów, wytknęli mu jezuicką przeszłość i uniemożliwili zrobienie kariery politycznej. 

Życie Conan Doyle’a obfitowało w wiele innych jeszcze niecodziennych zdarzeń, o których 

dowiedzieć  się  można  z  jego  Wspomnień  i  przygód  (1924).  Przypomnieć  tylko  można  dla 
porządku, że był żonaty, miał syna i córkę, prowadził nienaganny tryb życia; zmarł w 1930 r. 

Zdolności pisarskie Doyle’a ujawniły się już w szkole. Rychło więc zaczął komponować 

krótkie  powiastki  „pełne  przygód”  i  wysyłać  je  do  różnych  czasopism.  W  tamtej  epoce 
beletrystyka była chlebem powszednim milionów czytelników. Ogromne zapotrzebowanie na 
„ciekawe” książki stworzyło armię literatek i literatów, którzy za niewielką opłatą płodzili setki 
utworów  mniej  lub  bardziej  udanych.  Conan  Doyle  okazał  się  jednym  z  najbieglejszych  w 
sztuce pisarskiej. 

Największe  ambicje  wiązał  z  powieścią  historyczną,  która  jego  zdaniem  łączy  „wysoką 

godność literatury z duchem awanturniczych przygód”. Naśladował Waltera Scotta, a sądził, że 
go  „poprawia”  i  „uzupełnia”.  Nad  poszczególnymi  epokami  prowadził  powierzchowne, 
niestaranne studia, a wiedzę, nie przekraczającą ujęć podręcznikowych, ubarwiał atrakcyjnymi 
zdarzeniami fikcyjnymi. Odmalował w ten sposób średniowieczną epokę Edwarda III (Biała 
kompania,  Sir  Nigel),  
prześladowania  purytanów  po  upadku  rewolucji  Cromwella  (Micah 
Clarke), 
tragiczne losy hugonotów w czasach Ludwika XIV (Uciekinierzy). Najwięcej uwagi 
poświęcił  epoce  Napoleona  Bonapartego,  którą  prezentują  cztery  utwory:  Groźny  cień, 
Przygody brygadiera Gerarda, Wuj Bernac 
Rodney Stone. Sceny batalistyczne (m.in. bitwa 
pod Waterloo) przeplatają się z przygodami żołnierzy, zapasami atletów i boksem. 

Pewne  uznanie  uzyskały  powieści  fantastyczno  —  naukowe  Świat  zaginiony  i  Trujące 

pasmo, a także parę innych książek przygodowych, tłumaczonych po części na język polski. 

Warto jeszcze zauważyć, że Conan Doyle, skłonny zawsze do rozważań na tematy religijne, 

żywo zajmował się modną wtedy problematyką spirytystyczną, omawianą przez niego z całą 
powagą w kilku ambitnych pracach popularnonaukowych (m.in. Nowe objawienie). 

background image

Całe  to  pisarstwo  nie  wystarczyłoby  jednak  do  zachowania  w  trwałej  pamięci  nazwiska 

Doyle’a,  gdyby  nie wpadł  on na „genialny” pomysł  stworzenia postaci  Sherlocka Holmesa. 
Wprowadził go do dwóch niedużych powieści: Studium w szkarłacie (1887) i Znak czterech 
(1890). Później poświęcił mu cykl opowiadań, opublikowanych w dwóch zbiorkach: Przygody 
Sherlocka  Holmesa  
(1892,  12  utworów;  przekład  tego  zbioru  drukowany  jest  w  całości  w 
niniejszym tomie) i Pamiętniki Sherlocka Holmesa (1894, 11 utworów). 

Powodzenie  „przygód”  było  oszałamiające.  Przyćmiły  wszystko,  co  Doyle  napisał 

dotychczas. Smak sukcesu i duże zyski dawały satysfakcję, ale „ustawiczna pogoń za intrygą” 
zaczęła nużyć, a aspiracje literackie kierować w stronę innych gatunków i tematów. Postanowił 
więc  Doyle  „zabić”  Holmesa  w  końcowym  opowiadaniu  Pamiętników  (Ostatnia  zagadka). 
Presja  czytelników  okazała  się  jednak  silniejsza:  autor  musiał  „wskrzesić”  genialnego 
detektywa  i  ciągnąć  dalej  swój  proceder.  W  rezultacie  powstały  dwie  nowe  powieści:  Pies 
Baskerville’ów 
(1902) i Dolina trwogi (1915), oraz trzy zbiory opowiadań: Powrót Sherlocka 
Holmesa  
(1905,  13  utworów),  Jego  ostatnie  pociągniecie  smyczkiem  (1917,  8  utworów), 
Biblioteczka Sherlocka Holmesa (1927, 12 utworów). Łącznie napisał o Holmesie 4 powieści i 
56 opowiadań. Większość z tych utworów, z wyjątkiem 10 opowiadań, wydano po wojnie w 
Polsce. 

W pierwszych latach XX w., a w Polsce w 1907 r., opowiadania Doyle’a zaczęły pojawiać 

się w postaci oddzielnie wydawanych zeszytów. Pomysł ten okazał się rewelacją wydawniczą. 
Obok serii o Holmesie drukowano zeszyty o innych „genialnych” detektywach (Nick Carter, 
Nat  Pinkerton),  a  także  o  nieuchwytnych  przestępcach  (Lord  Lister)  i  bohaterach  Dzikiego 
Zachodu (Buffalo Bill, Jack Teksas). Była to nowa formuła powieści: każdy zeszyt stanowił 
zamkniętą całość, a kolejne numery serii połączone są osobą głównego bohatera; technika ta 
znana  nam  jest  dobrze  ze  współczesnych  seriali  telewizyjnych.  Okazało  się  przy  tym,  że  w 
Polsce, podobnie jak gdzie indziej, o Sherlocku Holmesie opublikowano ponad sto opowiadań, 
zatem  o  wiele  więcej,  niż  napisał  Conan  Doyle!  Nienasycenie  czytelników  i  „opieszałość” 
autora sprawiły, że zaczęli go wyręczać różni pismacy, robiący na sławnym detektywie dobre 
interesy. 

Swoista wielkość tego twórcy literatury detektywistycznej polega jeszcze na wprowadzeniu 

całkowicie  nowego  i  atrakcyjnego  dla  czytelnika  tematu:  zagadki  i  gry  intelektualnej. 
Dotychczas  w  literaturze  dominowały  wielkie  idee  społeczne  i  moralne,  dramaty  ludzkie, 
głębokie uczucia i żywe namiętności, w piśmiennictwie zaś popularnym — przygody rycerzy i 
cowbojów,  pojedynki,  ucieczki,  pościgi,  cierpienia  „niewinności  uciśnionej”,  dozgonna 
miłość, intrygi uwodzicieli i kobiet fatalnych, zjawianie się upiorów, wampirów, wilkołaków 
itd. Sherlock Holmes jest rycerzem epoki scjentyzmu i racjonalizmu; ze swoimi przeciwnikami 
prowadzi  pojedynki  intelektualne. Nie stosuje siły, jeśli nie musi, nie ucieka się do  represji 
policyjnych.  Podejmuje  się  spraw  „oryginalnych”  i  ciekawych  z  punktu  widzenia  ich 
złożoności, dlatego często unika przestępstw pospolitych jako zbyt prostych i nieraz angażuje 
się  w  historie  nie  podlegające  rygorom  kodeksu  karnego.  Rozwiązywanie  zagadek  i 
wyjaśnianie tajemnic jest dla niego wartością samą w sobie. 

W  utworach  Conan  Doyle’a  prowadzona  jest  ponadto  subtelna  gra,  w  której  uczestniczą 

cztery osoby: autor, Watson  — narrator, Holmes i czytelnik. Watsona nie można kojarzyć z 
autorem — jest niezbyt spostrzegawczy i inteligentny. Przypisywanie cech Holmesa autorowi 
również  wywołuje  opory:  Watson  często  gorszy  się  megalomanią,  zarozumialstwem  i 
ekstrawagancją  swojego  idola.  Autor  nie  wspiera  więc  swym  autorytetem  ani  jednego,  ani 
drugiego.  Całkowicie  ukrył  się  za  światem  przedstawionym,  nadał  mu  pełną  autonomię. 
Dlatego  w  oczach  wielu  współczesnych  Holmes  i  Watson  uchodzili  za  osoby  rzeczywiste, 
otrzymywali od ludzi prywatnych i policji wiele listów i różnych propozycji. 

W  zaproponowanej  przez  Doyle’a  grze  literackiej  czytelnik  stoi  na  niewygodnej  pozycji 

Watsona: wie i rozumie tyle, co on. Ale po otrzymaniu wstępnych wiadomości od klientów 

background image

Holmesa  może  przekroczyć  próg  inteligencji  Watsona  i  formułować,  „rywalizując”  z 
detektywem  własną  propozycję  rozwiązania.  Jednak  hipotezy  Holmesa,  tworzone  metodą 
dedukcyjną, zachowane są przez niego w tajemnicy, tak jak większość informacji o dalszych 
czynnościach  śledczych.  Czytelnik,  nawet  najbystrzejszy,  ma  małe  szansę  na  sprostanie 
mistrzowi;  może  tylko  podziwiać  jego  „genialność”  i  niepospolity  umysł.  „Wyrównanie 
krzywd”  w  stosunku  do  czytelnika  dokona  się  dopiero  u  spadkobierców  Conan  Doyle’a.  A 
mimo  to  opowiadania  o  Holmesie  —  dzięki  swej  nieskazitelnej,  ascetycznej  konstrukcji  — 
nigdy się nie zestarzeją i nigdy nie utracą swoich sympatyków. 

Tadeusz Zabski