background image

BENTE PEDERSEN 

DZIECIĘ NIEBIOS 

background image

Dziecko  przyszło  na  świat  pewnej  lutowej  nocy  w  samym  środku  surowej  zimy. 

Równinę  nad  Dwiną,  ściśniętą  szponami  mrozu,  spowiła  bezkresna  biel.  Hulał  północny 

wiatr, a od jego gwałtownych uderzeń drżały ściany chaty. 

- Co jak co, głosik to ona ma donośny - stwierdził oschle Jewgienij, ale ze wzruszenia 

ugięły się pod nim nogi. 

Uklęknął  przy  łóżku,  nie  potrafiąc  zapanować  nad  uczuciami,  które  nim  zawładnęły. 

Gniew, strach, zawód, a równocześnie bezgraniczna czułość i trudna do określenia radość. 

Gdy  patrzył  na  maleństwo  w  zawiniątku  wymachujące  zawzięcie  czerwonymi 

piąstkami, na purpurową główkę tuż przy twarzy Raiji, jego twarde serce zmiękło jak wosk. 

A  przecież  najmniej  ze  wszystkich  życzył  sobie  narodzin  tego  dziecka.  Minionej 

jesieni i zimy nachodziły go różne ponure myśli i nie raz pragnął, by Raija straciła maleńkie 

ż

ycie,  jakie  w  sobie  nosiła.  O  zgrozo,  nawet  modlił  się  żarliwie  o  to,  by  dziecko  Wasilija  i 

jego żony umarło, zanim zdąży się narodzić. 

Ale ono przyszło na świat i zagłuszyło sztorm. Otwarte usteczka rozproszyły mroczne 

myśli.  Maleńka  miała  pomarszczone,  skulone  ciałko,  jej  główkę  pokrywał  ciemny  puch 

włosków,  a  twarzyczkę  wykrzywiały  gniewne  grymasy.  Trudno  więc  było  ustalić,  do  kogo 

jest podobna. Raija delikatnie tuliła dziecię z miłością w spojrzeniu, w uśmiechu, w każdym 

najdrobniejszym geście. 

Jewgienij  stanął  bliżej  przy  łóżku,  na  którym  obie  leżały,  i  poczuł,  że  dłużej  nie 

zniesie  zła,  które  zawładnęło  jego  sercem  i  czyniło  go  kimś  obcym,  kimś,  kogo  sam  nie 

chciałby znać. 

Dziecko  przyszło  na  świat.  Jego  istnienia  nie  da  się  ukryć.  Zresztą  wszystkie 

dokumenty zaświadczą, że to on jest ojcem. 

Narodziła  się  tak  lekko,  nie  sprawiając  Raiji  wielkich  boleści.  Nie  znajdował  na  to 

innego określenia jak tylko takie, że pojawiła się w ich życiu niczym anioł. 

Usiadł  obok  Raiji,  delikatnie  dotknął  rozgrzanej  twarzyczki  maleństwa  i  uśmiechnął 

się niepewnie do żony. 

Pamiętał, jaka wydawała mu się piękna, kiedy wydała na świat Misze. 

Teraz promieniała tą samą urodą. 

Nie czuł nienawiści do niej ani do dziecka. Czy można nienawidzić bezbronnej istoty? 

background image

Mała  przestała  na  chwilę  płakać.  Popatrzyła  ciemnymi  oczkami  w  mrok.  Nabrała 

powietrza i znów dała o sobie znać. 

-  Co  z  ciebie  za  matka?  Czemu  nie  nakarmisz  naszego  dziecka?  -  zapytał  Jewgienij, 

uchwyciwszy spojrzenie żony. 

Usłyszała,  co  powiedział,  i  zrozumiała  go.  Do  oczu  napłynęły  jej  łzy,  ale  zamrugała 

powiekami, żeby je powstrzymać, bo przecież nie powinno się płakać w takiej chwili. 

-  To  silna  mała  kobietka  -  stwierdziła,  odpinając  nocną  koszulę  i  przystawiając 

dziecko  do  piersi.  -  I  jaka  wybredna  -  dodała,  bo  maleństwo  zrazu  tylko  dotykało  jej 

języczkiem  i  drapało  leciutko  drobnymi  paluszkami.  A  gdy  wreszcie  zaczęło  ssać,  cud 

wydawał się jeszcze większy. 

-  Jak  ją  nazwiemy?  -  zapytał  Jewgienij,  a  obawiając  się  tego,  co  usłyszy,  wolał  sam 

zaproponować imię, którego tak naprawdę bardzo nie chciał: - Wasilissa? 

Raija pokręciła głową. 

-  Nie,  to  jest  Natalia  -  odpowiedziała.  Jewgienij  nie  zapytał,  skąd  przyszło  jej  to  do 

głowy. Wolał pozostać w nieświadomości. 

Tej  nocy,  kiedy  przyszła  na  świat,  nie  była  może  najpiękniejszym  dzieckiem,  jakie 

Jewgienij widział, ale głos miała donośny jak mało który noworodek. Później także potrafiła 

domagać  się  swego.  Była  głodnym  wszystkiego  dzieckiem,  od  jedzenia  poczynając,  na 

przeżyciach,  bliskości,  śmiechu,  ich  głosach,  uwadze  kończąc.  Domagała  się  i  otrzymywała 

to, czego chciała. W chacie nad Dwiną traktowano ją jak małą księżniczkę. 

Wypiękniała. 

Oczy 

straciły 

ciemnogranatowy 

odcień 

charakterystyczny 

dla 

wszystkich 

noworodków  i  przybrały  barwę  zieleni.  Włosy  miała  czarne  i  gęste.  Brwi  wyginały  się 

łukowato identycznie jak brwi Raiji. Usta, w kącikach lekko uniesione, z wysuniętą odrobinę 

dolną  wargą,  tak  samo  jak  Misza  odziedziczyła  po  matce.  Nie  miała  natomiast  wysuniętych 

kości  policzkowych  Raiji  i  zdecydowanego  podbródka.  Szczupła  i  drobna  twarz  kształtem 

przypominała  twarz  Wasilija.  Dla  tych,  którzy  wiedzieli,  czyjego  podobieństwa  się  do-

patrywać, dziedzictwo Uskowów było aż nadto widoczne. 

Jewgienij  pocieszał  się,  że  mogło  być  gorzej.  W  jego  sennych  koszmarach  Raija 

rodziła syna, któremu nadawała imię Wasilij. 

Kiedy  ludzie,  uśmiechając  się  ze  złośliwą  satysfakcją,  pytali  mimochodem,  do  kogo 

mała  jest  właściwie  podobna,  Jewgienij  wzruszał  tylko  ramionami  i  nie  przejmując  się  tym, 

co sobie pomyślą, odpowiadał: 

- Do samej siebie. 

background image

Nie zwracał uwagi na śmiech i drwiny. 

Natalia  była  księżniczką,  i  to  w  pewnym  sensie  jego  księżniczką.  To  jego,  a  nie 

Wasilija zapamięta jako ojca. Wasilij nigdy nie upomni się o nią. 

Natalia nie stanowiła zagrożenia. Pojawiła się w ich życiu niczym promyk słońca i jak 

każde małe dziecko wywróciła ich dotychczasowy świat do góry nogami. 

Miała  zaledwie  dziesięć  miesięcy,  kiedy  zaczęła  chodzić.  Tuptała  wokół  na 

malusieńkich  stopkach.  Dotykała  wszystkiego.  Czyniła  to  z  największym  zdumieniem. 

Zielone  oczy  chłonęły  wszystko  chciwie.  Miała  takie  dorosłe  spojrzenie.  Wcześnie  zaczęła 

ś

piewać, najpierw właściwie bawiąc się dźwiękami, by wnet smakować słów. A gdy wreszcie 

zaczęła mówić, a było to późnym latem w wieku półtora roku, z jej ust popłynął potok słów, 

którego nikt nie był w stanie powstrzymać. 

Była  malutka,  drobniejsza  niż  Misza  w  jej  wieku,  ale  wszędzie  jej  było  pełno  i 

bardziej niż Misza absorbowała wszystkich. 

Miała  gęste,  czarne,  jedwabiste  włosy,  błyszczące  oczki  i  uśmiech  od  ucha  do  ucha. 

Nieustannie  słychać  było  szybki  tupot  jej  maleńkich  nóżek,  radosne  piski  i  zadowolone 

westchnienia. Jej śmiech przypominał wesoły plusk strumyka. 

Natalia była niczym tchnienie wiatru w letniej spiekocie. 

Ci, którzy ją kochali, uznali ją od samego początku za niezwykłe dziecko. Na przykład 

Raija,  jeszcze  nim  wydała  ją  na  świat,  myślała  o  niej  jak  o  wyjątkowym  kwiatku  na  łące 

ż

ycia. Zawsze była przekonana, że to dziecko wyrośnie na kogoś nieprzeciętnego. 

Nikomu jednak nie przyszło do głowy, jaką naprawdę tajemnicę nosi w sobie Natalia. 

Szybko  się  wszystkiego  uczyła,  więc  mówiono,  że  jest  mądra  i  rozsądna.  A  że  była 

ś

liczna, nazywali ją księżniczką i aniołem. 

-  Misza  mokry  -  zawołała  Natalia  i  poklepała  Michaiła  po  udach.  Właśnie  dotąd  mu 

sięgała. 

W  piętnastym  roku  życia  Misza  bardzo  się  wyciągnął.  Widać  już  było,  że  gdy 

dorośnie,  będzie  wysoki  jak  jego  ojciec.  Na  razie  wyglądał  nieporadnie,  ramiona  i  nogi 

sprawiały wrażenie, jakby nie należały do niego. 

Raija dostrzegała, że z czasem syn zmężnieje. I upodobni się do Jewgienija. 

- Misza umył się, ale już nie jest mokry, Natalio - wyjaśnił Michaił z uśmiechem. 

-  Misza  mokry  -  ciągnęła  w  sobie  tylko  właściwy  sposób  niezrażona  Natalia.  W  jej 

zielonych  oczach  kryła  się  stanowczość.  -  Woda  -  dodała  i  zacisnęła  maleńką  buźkę,  z 

niezadowoleniem spoglądając na brata, który jej albo nie dowierzał, albo wcale nie rozumiał. 

- Woda. Misza mokry. 

background image

Roześmiał się. I ustąpił. Podniósł malutką i zakręcił w tańcu, aż zapiszczała radośnie. 

- Może trochę mokry - powiedział dobrodusznie i przycisnął swój nos do jej noska. 

Natalia  złapała  go  za  włosy  i  pociągnęła,  aż  krzyknął  dziko.  Trochę  zbyt  dziko,  by 

mogło to być prawdziwe. Natalia jednak, zachwycona, puściła go w końcu. 

-  Muszę  już  iść.  Tata  na  mnie  czeka  -  wyjaśnił  Misza  siostrzyczce.  -  Muszę  mu 

pomóc, rozumiesz? Muszę się wszystkiego nauczyć, żeby w przyszłości być taki jak on. Nie 

mogę tu z tobą zostać. 

Pokiwała swoją ciemną główką z rozwichrzonymi włosami. 

- Misza mokry - powiedziała niemal bezgłośnie. Stała z założonymi do tyłu rączkami i 

zadarłszy  głowę,  przyglądała  się  mu  badawczo.  -  Mokry  -  powtórzyła  i  uśmiechnęła  się 

szeroko. - Taaaki mokry! 

Rozłożyła ramiona i zakręciła się w tańcu. 

Misza  wzruszył  ramionami.  Pokiwał  młodszej  siostrze  raz  jeszcze  na  pożegnanie  i 

odszedł. 

Tym razem nie zdecydował się jechać konno. Równie szybko i bez wysiłku można się 

było  dostać  do  Archangielska,  płynąc  niewielką  łodzią  z  nurtem  rzeki.  Dwina  niosła 

bezpiecznie i pewnie jak koński grzbiet. 

Wróciwszy  z  rejsu  na  zachodnie  łowiska,  Michaił  upewnił  się  w  przekonaniu,  że  to 

woda jest jego żywiołem i do niej należy. 

Olga, tak samo jak Tonią, pasjonowała się końmi. Ujeżdżała je, jakby urodziła się na 

końskim grzbiecie. On zaś był synem morza. Czuł się w swoim żywiole, wszystko jedno, czy 

siedział w małej łodzi, czy płynął na pokładzie statku. 

Wiedział, że jego przyszłość związana będzie z morzem, i ta świadomość napawała go 

spokojem. Zawsze ciągnęło go do wody. 

Roiły mu się różne marzenia. Czasem zdawały się bardziej realne niż to, co działo się 

tu  i  teraz.  Wyobrażał  sobie,  jak  zostanie  kapitanem  na  własnym  statku,  jak  czuć  będzie  w 

nozdrzach  zapach  słonej  morskiej  wody,  a  załogą  będzie  mu  wiatr.  Przyszłość  taka  zdawała 

się  Michaiłowi  czymś  oczywistym,  był  wszak  synem  armatora.  Nigdy  nie  myślał  o  tym,  że 

aby  plany  i  marzenia  się  urzeczywistniły,  najpierw  z  życia  usunąć  się  musi  ojciec.  Zresztą 

który młody chłopak o tym myśli? 

On w każdym razie wiedział jedno: gdy dorośnie, zacznie się prawdziwe życie... 

Michaił,  pochłonięty  rozmyślaniami,  zapatrzył  się  w  siebie  i  całkiem  zapomniał  o 

mieliznach, które przecież dobrze znał. Ocknął się dopiero, gdy łódź utknęła. 

background image

Zaklął  pod  nosem.  Gdyby  mama  go  usłyszała,  zdumiona  uniosłaby  brwi.  Dobrze  o 

tym wiedział. Uważała go za świętoszka i nie miała pojęcia, że jej dziecko zna takie słowa. 

Michaił wstał, żeby odepchnąć się wiosłem, ale zarył łódkę jeszcze głębiej w piachu. 

Był wściekły na samego siebie. Pomyślał, że Olga pęknie ze śmiechu, gdy jej o tym opowie. 

Nie był jednak pewien, czy to uczyni. Dość się już z niego naigrywała! 

Nie ma co, utknąłem na dobre, stwierdził w duchu. 

Nie namyślając się więc wiele, zdjął ubranie, buty i wskoczył do rzeki. Pociągnął łódź 

na głębszą wodę. 

Woda była chłodniejsza, niż się spodziewał. 

Szczękając zębami, wdrapał się do łodzi i powiosłował dalej z nurtem Dwiny. Zmusił 

się, by pozostać jeszcze przez chwilę bez ubrania, tak by wiatr osuszył mokre ciało. W uszach 

dźwięczał mu mądry głosik małej Natalii, powtarzający w kółko: „Misza mokry!” 

Rzeczywiście,  teraz  był  mokry.  Uśmiechnął  się  sam  do  siebie  i  wciągnął  spodnie  na 

wilgotne  jeszcze  ciało.  Łódka  zachwiała  się  niebezpiecznie,  ale  na  szczęście  utrzymał 

równowagę. 

Zostanie kiedyś marynarzem. Nie boi się wody. 

Tymczasem w chacie nad Dwiną Natalia przyciskała nos do szyby. Musiała wejść na 

ławę, by dosięgnąć okna. 

-  Misza  mokry!  -  powiedziała  i  roześmiała  się,  stukając  dłońmi  o  gładką,  chłodną 

powierzchnię okna. - Misza mokry! 

- Ciągle powtarzasz to samo? - uśmiechnęła się Raija i zwichrzyła córeczce włosy. 

Natalia pokiwała głową. 

- Moookry! - chichotała. 

Raija  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu  i  wyściskała  słodkie  maleństwo.  Jej 

mały nieprzewidywalny wietrzyk. 

-  Na  pewno  już  wysechł  -  zapewniła  i  pocałowała  małą  w  policzek.  Znowu  poczuła, 

jakim  cudem  jest  to  dziecko.  Maleńkie  ciałko  tryskające  życiem.  Główka  pełna 

najróżniejszych pomysłów. Aksamitne policzki i promienny uśmiech. 

Nie  miała  się  czego  wstydzić,  że  ją  urodziła.  Dzięki  Natalii  poczuła  się  bogatsza, 

odkryła w sobie nowe pokłady miłości. 

- Do tej pory Misza na pewno już wysechł, nie sądzisz? 

Raija przycisnęła nos do policzka Natalii, rozkoszując się jej zapachem, i uśmiechnęła 

się do siebie. 

background image

Zastanawiała  się  czasem,  czy  inni  ludzie  także  przywiązują  taką  wagę  do  zapachów, 

czy w ogóle zwracają na nie uwagę. Może to tylko ona kolekcjonuje je tak starannie, próbując 

wywołać obrazy z czarnej czeluści pamięci. 

-  Mokry  -  trwała  przy  swoim  Natalia.  Miała  najpiękniejszy  na  świecie  uśmiech, 

serdeczny  i  radosny,  rozjaśniający  pucołowatą  twarzyczkę.  Ząbki  białe  jak  perełki,  a  w 

oczach radosne figliki. - Mokry - mówiła, jakby delektując się tym słowem. 

Raija znów się zaśmiała, rozbawiona uporem dziecka i jego naturalną radością. 

Dzieci nie mają w sobie cienia fałszu... 

-  Podoba  ci  się  to  słowo?  -  zapytała,  ale  do  Natalii  nie  dotarło  pytanie  mamy.  Stała 

przy oknie zapatrzona w stronę rzeki i niezmordowana mruczała pod nosem w kółko to samo. 

- Kąpałeś się, synu? - zapytał Jewgienij. Widząc mokre włosy Miszy, uśmiechnął się z 

grymasem.  -  Lepiej  nie  mów  tego  mamie  -  dodał  z  ojcowską  troską.  -  My,  mężczyźni, 

musimy się trzymać razem. 

-  Właśnie  -  odrzekł  Misza,  marszcząc  brwi.  Jego  oczy  zasnuły  się  mgłą,  ale  zaraz 

rozchmurzył się. 

- Mam nadzieję, że nie straciłeś łodzi? Michaił pokręcił głową. 

-  Natknąłem  się  na  mieliznę  -  wyjaśnił  krótko  i  znów  zmarszczył  brwi,  trapiony 

natrętną myślą. - Poszukam Olgi - rzucił. 

Właściwie  nie  zachowywał  się  tak  celowo.  Nie  był  w  złym  humorze.  Nie  miał 

powodu, by w rozmowie z ojcem skąpić słów. Samo jakoś tak wyszło. 

Coś ściskało go w gardle. No i ta uporczywa myśl wciąż nie dawała mu spokoju. 

- A co, już nie masz żadnych kolegów? - wyraził zdziwienie Jewgienij. 

Nie rozmawiał z żoną o tym, co go martwiło. Była tak zajęta przy małym dziecku, że 

pewnie podobne obawy w ogóle nie przyszły jej do głowy. 

Zamierzał  się  jej  poradzić  i  przygotować  do  rozmowy  z  Michaiłem,  ale  jakoś  nie 

trafiała  się  okazja.  Teraz  jednak  uznał,  że  nadeszła  najwyższa  pora,  by  poważnie  rozmówić 

się z synem. 

-  Poczekaj!  -  zatrzymał  go.  Być  może  zabrzmiało  to  jak  nakaz,  bo  chłopak  odwrócił 

się zdziwiony i spojrzał na ojca pytająco oczami do złudzenia przypominającymi oczy Raiji. 

Jewgienija  poraziło,  jak bardzo  syn  jest  podobny  do  Aleksieja.  Gdyby  Raija  urodziła 

jego tragicznie zmarłemu bratu dziecko, mogłoby wyglądać jak Michaił. 

Nie powinienem tak myśleć! skarcił się w duchu, a na głos powiedział: 

- Siadaj! Znów zabrzmiało to jak rozkaz. Michaił wykonał posłusznie polecenie ojca i 

usiadł  na  brzegu  krzesła.  Jewgienij  jednak  nie  zajął  miejsca  obok.  Nagle  pożałował,  że 

background image

sprowokował  tę  rozmowę.  Powinien  wcześniej  poradzić  się  Raiji.  Czuł,  że  skazany  jest  na 

niepowodzenie. Źle zaczął. 

- Chyba zbyt wiele czasu spędzasz z Olgą - odezwał się niepewnie. 

Nie  przypuszczał  nigdy,  że  będzie  się  czuł  taki  zakłopotany  w  towarzystwie  syna. 

Sporo  czasu  upłynęło,  odkąd  sam  był  wyrostkiem,  speszonym,  niepewnym,  nie  mającym 

pojęcia, jak się wysłowić ani skąd czerpać mądrość. 

Przeżył  od  tamtej  pory  kawał  życia,  jako  dorosły  mężczyzna  zebrał  wiele 

doświadczeń,  a  jako  ojciec  zdobywał  nowe  każdego  dnia.  Teraz  przede  wszystkim  kierował 

się ojcowską troską. 

- Lubię Olgę! 

- Nie masz innych znajomych, których także byś lubił? 

Jewgienij  zmrużył  oczy  i  spojrzał  na  syna,  w  duchu  modląc  się,  żeby  chłopak 

zrozumiał  jego  intencje.  Chętnie  uniknąłby  dokładnego  tłumaczenia  i  wykładania  kawy  na 

ławę. 

-  Owszem  -  odparł  Michaił.  -  Ale  Olgę  lubię  najbardziej.  Świetny  z  niej  kompan. 

Całkiem jak chłopak. 

- Ale to jednak nie chłopak - uchwycił się słów syna Jewgienij. 

Czy  ten  szczeniak  nie  może  tego  pojąć?  Przecież  w  innych  sprawach  wykazuje  się 

dużą bystrością umysłu! denerwował się w duchu. 

-  Olga  jest  dziewczyną.  Teraz,  kiedy  oboje  podrośliście,  to...  po  prostu  uważam,  że 

spędzacie ze sobą zbyt wiele czasu. To niezbyt fortunne i dla ciebie, i dla niej. 

-  Dlatego,  że  jestem  chłopakiem,  a  ona  dziewczyną?  -  spytał  Michaił  zdumiony.  Nie 

był pewien, czy ojciec żartuje, czy mówi poważnie. 

-  Żadnej  dziewczynie  w  wieku  Olgi  nie  wolno  przebywać  samej  w  towarzystwie 

chłopców - odrzekł Jewgienij z powagą. - Dlatego ze względu na Olgę powinieneś wziąć pod 

uwagę  to,  co  ci  powiedziałem.  Nie  warto,  by  za  bardzo  wyróżniała  się  wśród  innych 

dziewcząt. Chyba ma jakieś koleżanki? 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  nie  o  to  wcale  chodzi  -  odparł  Michaił.  -  Czego  się  właściwie 

obawiasz, tato? 

Jewgienij nabrał powietrza do płuc i patrząc synowi prosto w oczy, wypalił: 

- Boję się, że któregoś dnia zauważysz, że Olga nie jest chłopcem. Dostrzeżesz w niej 

budzącą  się  kobietę  i  ulegniesz  fascynacji.  Boję  się,  że  zaczniecie  igrać  z  ogniem,  nie 

dorósłszy  do  takich  zabaw.  Rzeczywiście,  obawy  moje  są  być  może  podyktowane  własnym 

background image

interesem. Ale myślę też o tobie, a przede wszystkim o Oldze. To zbyt dobra dziewczyna, by 

zajść w ciążę z nieodpowiedzialnym wyrostkiem. Wyraziłem się dostatecznie jasno? 

Michaił pokiwał głową, czując, jak na przemian zalewają go fale gorąca i chłodu. Nie 

miał  śmiałości  spojrzeć  ojcu  w  oczy.  Wstał  i  ze  wzrokiem  utkwionym  w  ścianę,  rzekł  z 

przekorą: 

-  Poszukam  Olgi.  Możesz  być  spokojny,  nie  mam  zamiaru  jej  uwieść.  Lubię  ją,  to 

prawda, ale traktuję jak siostrę. 

Jewgienij  westchnął.  Nie  mógł  na  siłę  zmusić  chłopaka,  by  został.  Zresztą  nawet  nie 

miał ochoty. 

Wystarczy,  że  ostrzegł  syna,  otworzył  mu  oczy  i  uświadomił  to,  czego  nie  chciał 

dostrzec. 

Ale tak naprawdę ta rozmowa go nie uspokoiła. 

-  Czy  twoi  rodzice  też  prowadzą  z  tobą  takie  głupie  rozmowy?  -  zapytał  Michaił, 

siadając obok Olgi na kupce słomy. 

Gładko przyczesane włosy nie całkiem mu jeszcze wyschły. 

- Jak to głupie? - nie rozumiała Olga. Machała nogami i żuła jakieś źdźbło. 

- Ojciec twierdzi, że za dużo czasu spędzam w twoim towarzystwie - wydobył z siebie 

wreszcie Misza. 

Napotkawszy na moment spojrzenie Olgi, poczuł się jeszcze bardziej nieswojo, mimo 

ż

e powtarzał jedynie słowa ojca. 

Olga uniosła brew i uśmiechnęła się lekko. 

W  dość  dusznej  stajni  panował  spokój,  bo  wszyscy  woźnice  gdzieś  wyszli.  Gniada 

klacz  żuła  starannie  siano.  Michaił  uznał,  że  Olga  trochę  ją  przypomina,  bezmyślnie  gapiąc 

się przed siebie i milcząc irytująco. 

-  Dorośli  bywają  niekiedy  głupi  -  odezwała  się  w  końcu  przyjaciółka  z  lekkim 

westchnieniem. 

Michaiłowi  wydało  się  nagle,  że  ma  przed  sobą  jakąś  inną  Olgę.  Po  raz  pierwszy 

zauważył, że dziewczyna, którą znał całe swoje życie, udaje kogoś innego. Ale nie zdobył się 

na to, by powiedzieć Oldze, że jej słowa zabrzmiały równie głupio jak upomnienia ojca. 

Bał się, że ostro odparuje, bo zawsze była bardziej wygadana. 

Wyobraził sobie, jak prostuje dumnie kark i nazywa go smarkaczem. 

Nie chciał, by traktowała go jak dziecko, ale jak kogoś równego sobie. 

Już  kiedy  miał  cztery  lata,  a  ona  pięć,  pragnął  dorównać  jej  wiekiem  i  wzrostem.  Z 

czasem jednak zatarła się między nimi ta różnica. 

background image

Teraz odnosił wrażenie, że powróciła. 

Poczuł niepokój. Zdawało mu się, że się wygłupił. 

-  Posłuchasz  go?  -  zapytała  Olga,  obserwując  uważnie  Misze  swymi  brązowymi, 

lśniącymi oczami. Jej spojrzenie paliło i piekło, jakby ptak wbił się szponami w nagą skórę. - 

Postąpisz tak, jak ci każe ojciec? - powtórzyła. 

-  Niby  dlaczego?  -  zapytał.  -  Przecież  cię  lubię,  jesteś  mi  bliska  niczym  siostra, 

chociaż  nie  łączą  nas  więzy  krwi.  Prawie  tak  samo  bliska  jak  Natalia  -  dodał  i  westchnął 

ciężko. - Naprawdę rodzice nigdy nie prawili ci takich morałów? 

Olga pokręciła głową, a na jej twarzy odmalował się lekki zawód. 

-  Może  ich  zdaniem  nie  jestem  dość  dorosła?  -  zastanawiała  się  na  głos.  -  Chociaż 

przecież dzieckiem też już nie jestem. 

-  Czego  tu  zazdrościć?  Chciałabyś,  żeby  ci  prawili  takie  kazania?  Jeśli  ci  tak  bardzo 

zależy, mogę poprosić tatę, to pouczy i ciebie. 

Uśmiechnął się szeroko i wyrzucił z siebie to, co najbardziej nie dawało mu spokoju: 

- Ojciec się boi, że cię uwiodę. 

Roześmiała się trochę niepewnie, ale i tak go uraziła. Poczuł gorycz, zacisnął wargi i 

w jednej chwili pożałował, że jej o tym powiedział. Niestety, za późno. 

Być może rzeczywiście jest jeszcze dzieckiem. 

Mrużąc oczy, spojrzał na Olgę. Z winy ojca zmienił swój stosunek do niej. Wezbrała 

w  nim  złość,  zacisnął  pięści  i  wyszarpnął  słomę.  Najchętniej  by  uciekł,  ale  z  drugiej  strony 

ciągnęło go, by zostać. 

Nagle nagromadziło się w nim tyle sprzeczności. Nic już nie było proste. 

- Kąpałeś się? - zauważyła dopiero teraz Olga, stając się jakby na powrót dawną Olgą. 

- Tak - odparł Michaił krótko, bo stracił ochotę, by jej o tym opowiadać. 

Zwykle  mówili  sobie  o  wszystkim.  Ale  może  teraz  już  nic  nie  będzie  takie  jak 

dawniej? 

Nie miał pojęcia. 

Wszystko  się  okropnie  skomplikowało.  Pożałował,  że  nie  został  w  domu,  tam 

przynajmniej Natalia niczego nie udawała. 

Może był jeszcze wyrostkiem, kochającym mocno swoją młodszą siostrę. I co z tego? 

Lepiej być wyrostkiem niż dorastającym młodzieńcem, któremu ojciec nie ufa. 

- Nie mam ochoty być dorosły - oznajmił. 

-  A  ja  bardzo  -  odparła  Olga,  uśmiechając  się.  Na  jej  twarzy  odmalowało  się 

oczekiwanie, którego Michaił nie pojmował. 

background image

Najwyraźniej Olga była już mniej dziecinna niż on. 

background image

-  Pan  na  kei!  -  powiedziała  zarumieniona  Natalia,  trzymając  Jewgienija  mocno  za 

palec. 

-  Tak,  tak,  kochanie  -  uśmiechnęła  się  Raija,  zagniatając  ciasto  rękami  po  łokcie 

ubielonymi mąką. 

Antonia zaśmiała się cicho i mruknęła: 

- Powinnaś była siebie słyszeć. Olga zdrapała z dłoni resztki ciasta, wytarła dłonie w 

fartuch i wykorzystując moment, że matka patrzy w inną stronę, szybko podeszła do Natalii, 

by pomóc jej zdjąć czapeczkę i kurtkę. Jewgienij przyjął z ulgą jej pomoc. 

- Mogę ją tu zostawić? - zapytał. - Bryka bardziej niż twoje źrebaki na wiosnę, Toniu. 

Cud, że nie wpadła do wody! 

- Dziwny ten pan na kei - mówiła tymczasem Natalia do Olgi, która uważniej słuchała 

małej niż dorośli. 

- Skąd się tam wziął? 

- Z morza - odpowiedziała Natalia. - Pan był w morzu. 

Uśmiechnęła się szeroko i żywo gestykulując, pulchną rączką omal nie uderzyła Olgi 

w oko. 

- Zszedł ze statku? - pytała Olga, kulając do małej kłębek wełny. - Z tego dużego? 

- Nie, z morza. - Tupnęła nogą mała. - Z morza! Olga ustąpiła z uśmiechem. 

- A więc wyszedł z morza. Znasz go? 

- Pan - powtórzyła Natalia i poturlała kłębek do Olgi, czekając niecierpliwie, by ta od 

razu poturlała go do niej z powrotem. 

-  Ty  w  jej  wieku  tyle  nie  mówiłaś  -  powiedziała  Antonia  do  córki.  -  Natalia  jest 

wyjątkowo rozmowna, wyrośnie z niej gaduła. 

-  Podobnie  jak  niektóre  osoby,  które  znam  -  zażartował  Jewgienij  i  pośpiesznie 

wyszedł, uciekając przed ripostą. 

Raija  umówiła  się  tego  dnia  z  Antonią  na  pieczenie  chleba.  Przyjechała  do  miasta  i 

zostawiła  Natalię  razem  z  Misza  i  Jewgienijem  w  porcie.  Nie  byli  wprawdzie  tym 

zachwyceni, ale Raija postawiła na swoim, okazując się z nich najbardziej uparta. 

Nie spodziewała się, że pieczenie zajmie im tyle czasu. Czasami jednak potrzebowała 

takich chwil, gdy skupić się mogła tylko na sobie. Trochę wstydziła się podobnych myśli, ale 

background image

nic  nie  była  w  stanie  poradzić  na  to,  że  nawet  zwykłe  pieczenie  chleba  wydawało  się  jej 

przyjemniejsze, gdy robiła to nie Bykowa, nie mama, nie żona Jewgienija, ale ona, Raija. 

Tylko Raija. 

Olga  gawędziła  z  Natalią,  szczęśliwa,  że  wywinęła  się  od  pracy.  Raija  tymczasem 

radowała  się,  że  Olga  zabawia  Natalię  i  ona  sama  jeszcze  przez  chwilę  może  nie  zajmować 

się córeczką. 

-  Dziecko...  w  morzu  -  odezwała  się  Natalia  i  ze  śmiechem  poturlała  do  Olgi  kłębek 

szarej włóczki, z którego rozwijała się coraz dłuższa przędza. 

-  Ty  przecież  nie  wchodziłaś  do  morza.  Olga  zareagowała  jak  dorośli,  którzy  w 

rozmowie  z  dziećmi  nieustannie  je  poprawiają,  przekonani,  że  pociechy  nie  wszystko 

rozumieją i że brakuje im słów, by wyrazić swoje myśli. 

- Dziecko. W morzu - powtórzyła Natalia stanowczo, ani myśląc ustąpić. 

Ta mała potrafiła z wyjątkowym uporem trwać przy swoim. 

Większość ludzi jej ustępowała. 

Olga także. 

Tonią  podśpiewywała  sobie  przy  pieczeniu.  Włosy  i  policzki  ubrudziła  trochę  mąką, 

ale  uśmiechała  się  promiennie.  Zdawało  się,  że  bije  od  niej  ciepło  promyków  słońca  i  blask 

migoczących gwiazd, a wszystko to spływa wprost do zagniatanego przez nią ciasta. 

Raija  żałowała  bardzo,  że  pod  tym  względem  nie  jest  podobna  do  Toni.  Czerpała 

bowiem przyjemność z pieczenia chleba tylko wówczas, gdy musiała wyrzucić z siebie złość. 

Zagniatając ciasto, pozbywała się gniewu. 

Ponieważ  teraz  nie  była  zdenerwowana,  wyrabiała  ciasto  bez  specjalnego 

zaangażowania. Przyszła, żeby pomóc Toni, bo chciała być miła dla swej przyjaciółki, a poza 

tym ceniła sobie jej towarzystwo. 

Nagle ktoś szarpnął drzwi, z hukiem uderzając o ścianę. Do środka wbiegł Jewgienij z 

rozwichrzonymi włosami. 

Wspaniale wygląda, uderzyło Raiję. 

-  Chodź,  kobieto,  natychmiast!  -  krzyknął,  a  w  jego  oczach  malowała  się 

niecierpliwość. 

- Co się stało? - zapytała Antonia ze spokojem, nie przerywając pracy. 

Zanurzała  dłonie  i  unosiła,  jakby  ciasto  było  morzem,  a  ona  nim  władała,  sama 

narzucając rytm falom. 

-  Tatuś!  -  Natalia  porzuciła  Olgę  i  kłębki  wełny.  Uchwyciła  się  kurczowo  nogi 

Jewgienija  i  przylgnęła  policzkiem  do  jego  spodni.  Uśmiechnęła  się  uszczęśliwiona,  gdy 

background image

potarmosił  jej  czuprynkę  i  podarował  jej  uśmiech  przeznaczony  tylko  dla  niej.  -  Dziecko  w 

morzu - powiedziała. 

Jewgienij  przełknął  ciężko  ślinę  i  mrużąc  oczy,  popatrzył  na  małą.  Potem  podniósł 

wzrok na Raiję, która zdążyła już zetrzeć z dłoni resztki ciasta i mąki, bo po wzburzeniu męża 

poznała, że chodzi o coś ważnego. Zresztą tylko w takich chwilach mówił do niej: „kobieto”. 

- Musisz iść do porodu - wyjaśnił Jewgienij i zamyślony pogłaskał Natalię po głowie. 

Brakowało  mu  odwagi,  by  spojrzeć  na  dziecko.  Jakby  się  bal,  że  dostrzeże  w  jej 

twarzy coś, czego u dziecka być nie powinno. 

-  Do  kogo?  -  zainteresowała  się  Antonia.  -  Chodzi  o  kogoś  znajomego?  Może  ja  też 

pójdę? Jeśli to coś poważnego... 

-  Żona  kupca  z  norweskiego  statku,  tego,  co  wczoraj  przypłynął  do  portu,  zaczęła 

rodzić - odpowiedział Jewgienij. - Nie pojmuję, jak można zabrać w rejs ciężarną kobietę. 

Raija  ściągnęła  brwi.  Zrozumiała,  dlaczego  Jewgienij  przybiegł  po  nią.  Wszystko  w 

niej jednak protestowało przeciwko temu. Nie chciała tam pójść, choć wiedziała, że musi. 

- Ona jest na statku? Jewgienij skinął głową. 

-  Przyszli  do  mnie  po  pomoc.  Wiedzą,  co  potrafisz.  Zresztą  uważam,  że  postąpili 

słusznie. Przecież tylko ty się z nią jakoś dogadasz. 

Raija pokiwała głową i westchnęła. 

Ostatecznie  może  pomóc  przyjść  na  świat  dziecku,  o  ile  oczywiście  nie  będzie 

komplikacji  i  poród  odbędzie  się  prawidłowo.  A  nawet  jeśli  pojawią  się  kłopoty,  to  także 

temu jakoś zaradzi. 

Poza  tym  rzeczywiście  tylko  ona  może  się  porozumieć  z  tą  kobietą.  Niechętnie 

wracała do wspomnień, ale uznała, że nie ma innego wyjścia. 

Trochę  obawiała  się,  że  znów  dadzą  o  sobie  znać  niezabliźnione  rany,  znów  odezwą 

się urywane wspomnienia, których nie do końca rozumie, a które ciągle bolą. 

Sięgnęła  po  szal  i  zarzuciła  go  sobie  na  ramiona,  a  uchwyciwszy  wzrok  Antonii, 

rzekła: 

- Spokojnie dokończ pieczenia. Jeśli będą jakieś kłopoty, przyślę po ciebie. 

Tonią pokiwała głową i uśmiechnęła się. 

Raija przed wyjściem ucałowała Natalię. Przykucnęła i poprosiła córeczkę, żeby była 

grzeczna.  Zapewniła  ją,  że  niebawem  wróci,  nie  mając  pojęcia,  jak  bardzo  daleka  jest  od 

prawdy. Wreszcie wyszła, poganiana przez Jewgienija, który niecierpliwie przebierał nogami, 

nie pojmując, dlaczego żona tak się grzebie. 

background image

-  Statek  handlowy  przypłynął  z  zachodu,  z  Tromso,  ale  większość  załogi  pochodzi  z 

Bergen - wyjaśnił po drodze. - Sama wiesz, jak rzadko cumują u nas statki z tamtych stron. 

Nazwy,  które  wymieniał  Jewgienij,  nie  wywoływały  w  Raiji  żadnych  wspomnień, 

choć czuła, że powinny. 

- Marynarze gadają, że właściciel statku zabrał ze sobą żonę, bo bał się, że go porzuci 

-  uśmiechnął  się  krzywo  Jewgienij.  -  Podobno  ma  już  swoje  lata  i  jedyne,  co  da  się  o  nim 

miłego  powiedzieć,  to  to,  że  jest  bogaty.  Ona  zaś  jest  jeszcze  bardzo  młoda,  a  przy  tym 

piękna. 

Raija  nie  uśmiechnęła  się,  nie  bawiły  jej  te  słowa.  Poza  tym  gdzieś  w  środku 

paraliżował  ją  strach.  Jej  własne  korzenie  znów  przypominały  o  sobie.  Że  też  nigdy  się  nie 

uwolni się od korzeni drzewa, które wrosło w czarną skalę oddzielającą ją od przeszłości! 

Nie miała pojęcia, czy  kiedyś ujrzy w  całości to  drzewo. Do tej pory zdołała dotrzeć 

tylko do kilku gałęzi, wystających ze skały. Przerażało ją to. 

Statek  zacumował  na  uboczu  od  portu.  Był  smuklejszy  i  zgrabniejszy  niż  rosyjskie 

szkuty.  Na  widok  norweskich  liter  pociemniało  Raiji  w  oczach.  Nie  miała  siły  odczytać 

nazwy statku. Nie miała siły sprawdzić, czy wydaje się jej znajoma. 

Jewgienij tymczasem poprowadził ją wzdłuż kei do miejsca, gdzie czekali marynarze 

w szalupie. 

Otoczywszy ją ramieniem, popatrzył w oczy z czułością, pogłaskał ją i zaproponował: 

- Mogę z tobą popłynąć. Raija pokręciła głową. 

-  Tylko  byś  przeszkadzał  -  odparła,  przekonana,  że  ma  rację.  -  Ale  zadbaj  o  to,  żeby 

Tonią  wkrótce  się  tu  zjawiła.  A  może  Oleg  też...  Przyda  się  jeszcze  jedna  osoba,  która  zna 

język. 

Jewgienij  skinął  głową.  Poczuł  suchość  w  gardle,  gdyż  domyślił  się,  że  Raija 

wyczuwa, co się z nią stanie. 

-  Oleg  przyjdzie  niezależnie  od  wszystkiego  -  obiecał  i  pośpiesznie  dotknął  jej 

włosów, które znów tak uroczo rozwichrzył wiatr. Poślinił palec i starł z jej skroni ślad mąki. 

- Przez cały czas myślami będę z tobą - zapewnił, ale nie pocałował jej, mimo że go bardzo 

korciło. Krępowała go obecność obcych ludzi. Raija wzruszyła ramionami. 

-  Będzie  dobrze  -  powiedziała.  Zawsze  potrafiła  pocieszać  innych.  Odwróciła  się  do 

marynarzy  i  przyjrzała  im  się  uważnie.  Byli  to  młodzi  chłopcy,  może  tylko  odrobinę  lepiej 

odziani niż marynarze na rosyjskich szkutach. Najwyraźniej armatorzy,  wszystko jedno,  czy 

ze wschodu, czy z zachodu, nie grzeszą hojnością. 

background image

Z  pamięci  wygrzebała  słowa,  ale  nie  miała  pewności,  czy  są  właściwe,  póki  nie 

wypowiedziała  ich  na  głos.  Niczym  młode  ptaki,  które  wpierw  próbują  skrzydeł,  tak  i  ona 

wypuściła na wolność drzemiące gdzieś w niej głęboko słowa. 

- Zawieziecie mnie na statek? - zapytała. - Podobno jakaś kobieta tam rodzi. 

Popatrzyli na nią szeroko rozwartymi oczami. 

- Mówisz, pani, po norwesku? 

Ich  zdumienie  sprawiło  jej  przyjemność.  Oznaczało,  że  wysłowiła  się  właściwie. 

Zresztą ona też ich zrozumiała. 

- Norweżka? - zdziwili się. 

- Nie, Rosjanka - odrzekła, prostując kark. 

Zakłuło  ją  w  piersiach,  ale  przecież  to,  co  im  powiedziała,  było  najbliższe  prawdy. 

Zresztą, co ich obchodzi historia jej życia. 

- Chyba nie powinniśmy zwlekać - upomniała marynarzy, którzy nagle oprzytomnieli i 

w pośpiechu pomogli Raiji zejść do łodzi. 

Zawstydzili  się,  że  tak  się  zapomnieli.  Ale  w  końcu  nieczęsto  spotyka  się  kobietę 

mówiącą po norwesku z rosyjskim akcentem. 

Raija  zacisnęła  powieki,  żeby  nie  patrzeć  w  otchłań.  Nie  pozbyła  się  całkiem  lęku 

przed wodą, ciągle jej się zdawało, że głębia chce ją pochłonąć. Tymczasem los nieustannie 

pchał ją ku morzu, zmuszając, by wciąż na nowo pokonywała w sobie ten strach. 

Marynarze, wiosłując zamaszyście, dowieźli Raiję do norweskiego żaglowca. 

Kolejny raz ktoś obcy potrzebował jej pomocy. 

-  Przysłali  takie  chuchro?  -  zadudnił  rosły  mężczyzna  nie  pierwszej  już  młodości, 

kiedy przyprowadzono Raiję do jednej z większych kajut. Nie zważał na to, że kapitan mruga 

i  chrząka,  usiłując  dawać  mu  znaki.  -  Nie  mają  tu  w  Rosji  dorodniejszych  bab?  Ta  wygląda 

tak, jakby sama jeszcze nigdy nie rodziła. Odeślij ją! 

- Mam syna, który niebawem skończy piętnaście lat - odezwała się Raija. - Nie raz już 

odbierałam porody, nawet bardzo skomplikowane... 

Mężczyzna wlepił w nią wzrok, równie zdumiony jak marynarze, których spotkała w 

porcie. 

- Mówisz po norwesku? 

- Nazywam się Raisa Bykowa - przedstawiła się i wyciągnęła rękę na powitanie. 

Zaskoczony,  uścisnął  jej  dłoń,  ale  zapomniał  ucałować  ją  zgodnie  ze  zwyczajem  w 

oba policzki. 

- Czy to pańska żona spodziewa się dziecka? - zapytała Raija. 

background image

- Jesteś Norweżką? Raija uśmiechnęła się swoim najpiękniejszym uśmiechem, niczym 

rozgwieżdżone  niebo  i  wiosenne  słońce  rozpromieniając  wszystko  wokół.  Twarz  jej 

pojaśniała  i  odmłodniała.  Nikt,  kto  teraz  by  na  nią  spojrzał,  nie  uwierzyłby,  że  jest  matką 

piętnastoletniego syna. 

Tym razem Raija użyła swego uroku z pełną premedytacją, choć zwykle tego unikała 

Doskonale  wiedziała,  że  mężczyźni  pod  wpływem  jej  uśmiechu  całkowicie  zmiękną.  Nie 

spodziewali się kogoś jej pokroju, byli więc bezbronni wobec jej czaru. 

Mężczyzna, który nazwał ją chuchrem i chciał odesłać z powrotem do Archangielska, 

teraz gotów był jeść jej z ręki. 

A więc tam, na zachodzie, mężczyźni są tak samo powierzchowni! 

Raija taka była pewna swego, że nie czuła nawet satysfakcji, kiedy właściciel statku, 

kłaniając się jej w pas, podprowadził ją do kolejnych drzwi. 

Raija przypuszczała, że kapitan był zmuszony odstąpić swoją kajutę, ale nie zapytała o 

to. 

- Nie mamy na pokładzie więcej kobiet - wyjaśnił kupiec i przedstawił się wreszcie: - 

Nazywam  się  Lorentz  Weimer.  Moja  rodzina  wywodzi  się  z  Niemiec.  Słodka  Karolina  nie 

chciała  zostać  sama  w  Tromso.  Powinienem  odwieść  ją  od  pomysłu,  by  płynęła  ze  mną  w 

rejs, ale nie potrafię jej niczego odmówić. 

Zaśmiał się wymuszonym śmiechem. 

Jewgienij  nie  przesadził.  Kobieta  była  bardzo  młoda.  Mogłaby  z  powodzeniem 

uchodzić za córkę mężczyzny, którego poślubiła. 

Raija ujrzała pobladłą twarz, zalęknione błękitne oczy i drżące usta. Rozsypane blond 

loki okalały głowę. Czoło pokrywał perlisty pot, a po policzkach spływały łzy. 

Lorentz  Weimer  miał  nie  mniej  niż  pięćdziesiąt  pięć  lat,  jego  żona  zaś,  jak  szeptano 

wśród  załogi,  szesnaście.  Raija  przysiadła  na  brzegu  łóżka.  Uchwyciła  szczupłą  dłoń, 

wczepioną w koc. Dziewczyna ścisnęła jej rękę, jakby czuła, że tylko Raija może ją uratować. 

Jakby gra toczyła się o jej życie. 

-  Jestem  Raisa  -  przedstawiła  się  Raija.  -  Przybyłam  tu,  żeby  ci  pomóc.  Bardzo  cię 

boli? 

Kobieta  pokiwała  głową.  Nie  zdziwiło  jej  wcale,  że  Raija  mówi  do  niej  w  jej 

ojczystym języku. Czuła głęboką wdzięczność, że zjawił się ktoś, w dodatku kobieta, kto się o 

nią zatroszczy i zechce jej pomóc. 

- Dziecko nie powinno się jeszcze urodzić, to za wcześnie - szlochała. 

- A kiedy? - zapytała Raija, czując przeszywający ją dreszcz. 

background image

Przeraziła się. Strach, malujący się w oczach tej młodej ciężarnej dziewczyny, spłynął 

na  nią.  Zauważyła,  że  jest  bardzo  szczupła,  a  w  takich  przypadkach  zwykle  nie  wszystko 

przebiega prawidłowo. 

-  Dopiero  po  powrocie  z  rejsu  -  odpowiedział  za  nią  mąż.  -  Zapewniała  mnie,  że 

dziecko przyjdzie na świat dopiero na jesieni. Inaczej bym jej ze sobą nie zabrał. Ale błagała 

mnie na klęczkach. 

Błękitne  oczy  młodej  kobiety  wyrażały  coś  zdecydowanie  przeciwnego  niż  słowa 

płynące z ust męża. Ale nie sprzeciwiała mu się na głos. 

Raija domyśliła się, jak mają się sprawy. 

-  Czy  wody  odeszły?  -  zapytała.  Karolina  potwierdziła,  pochlipując  cicho.  Raija 

przełknęła  ciężko.  Zacisnęła  zęby  tak  mocno,  że  aż  zabolały  ją  szczęki,  i  odwróciwszy  się 

przez ramię, rzuciła: 

-  Najlepiej  będzie,  jeśli  sprowadzicie  tu  jeszcze  moją  przyjaciółkę.  Powiadomcie 

mojego męża, on zatroszczy się o to, by ją tu przysłać. Powiedzcie mu też, żeby przybył Oleg. 

I to jak najszybciej. 

- Kim jest twój mąż? - zapytał Lorentz Weimer tubalnie. 

- Nazywa się Jewgienij Byków - odparła krótko Raija. - Jest armatorem. 

- A, to ten jednoręki... 

Weimer  pokiwał  głową  i  popatrzył  na  Raiję  badawczo.  Domyśliła  się,  co  sobie 

pomyślał. 

- Potrzebuję przegotowanej wody - zakomenderowała. - Gorącej słodkiej wody. Poza 

tym  będą  mi  potrzebne  czyste  opatrunki.  Jeśli  nie  macie,  podrzyjcie  na  pasy  prześcieradła 

albo obrusy. Muszę mieć też jakąś miskę, żeby umyć ręce, i miskę do umycia niemowlęcia. 

Ociągając się trochę, dodała po chwili: 

-  Proszę  przynieść  jeszcze  wódki.  Być  może  zajdzie  konieczność,  żeby  podać  matce 

coś mocniejszego. 

Kupiec  z  zachodu  wyraźnie  chciał  zaprotestować,  ale  Raija  nie  dała  mu  dojść  do 

słowa. 

- Tu ja decyduję  -  rzekła. - Jeśli nie dostanę tego, o co proszę, odejdę. Wtedy  ktoś z 

was  może  mnie  zastąpić,  ale  coś  mi  się  zdaje,  że  spośród  tu  obecnych  znam  się  na  tym 

najlepiej. 

Rozejrzała się po twarzach, a mężczyźni, pobladłszy, wycofali się. 

- Poza tym wolałabym, żeby przyszły ojciec także stąd wyszedł - dodała. 

Lorentz z wyraźną ulgą opuścił kajutę. 

background image

- Boisz się? - zapytała Raija, dobrze wiedząc, że to głupie pytanie. Zależało jej jednak, 

ż

eby  nawiązać  bliższą  więź  z  młodą  kobietą.  Przedrzeć  się  przez  mur,  którym  szczelnie  się 

otoczyła, zajrzeć pod zastygłą na bladej twarzy maskę. 

Kobieta  pokiwała  głową.  Zagryzła  dolną  wargę.  Na  spierzchniętych  sinoróżowych 

ustach pojawiła się czerwona strużka krwi. 

- Ile masz lat? 

-  Siedemnaście.  Raija  była  zaskoczona.  Lekki  uśmiech  rozluźnił  nieco  spiętą  twarz, 

oczy odrobinę się ożywiły. 

- Wiem, wyglądam jak dziecko. Moja mama uważa, że to dobrze. Dzięki temu łatwiej 

było  odwlec  trochę  moje  zamążpójście,  nie  narażając  rodziny  na  wstyd.  Ale  i  tak  w  końcu 

wyszłam za mąż. 

Zaśmiała się głucho. 

- Poród zaczął się przedwcześnie - powiedziała Raija bezradnie, czując, jak ściska ją w 

ż

ołądku. - Może być ciężki i bolesny. 

-  W  bólu  rodzić  będziesz  swoje  potomstwo  -  wymamrotała  Karolina,  ściskając 

kurczowo dłonie i przymykając powieki. 

Raija  zacisnęła  zęby  i  westchnęła.  Zastanawiała  się,  co  też  jeszcze  nawbijano  do 

głowy temu siedemnastoletniemu dziewczęciu. Kobiecie, a zarazem ciągle jeszcze dziecku. 

-  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy  -  obiecała  Raija  -  ale  musisz  się  postarać 

stosować do tego, co ci powiem. Nie wiem, czy nam się uda. 

Czuła,  że  musi  być  szczera.  Nie  chciała  przerazić  Karoliny,  ale  nie  potrafiła  też  jej 

kłamać prosto w oczy. 

-  Musisz  urodzić  to  dziecko.  Może  się  jednak  zdarzyć,  że  nie  uda  nam  się  uratować 

maleństwa. 

-  Lepiej  pozwólcie  mi  umrzeć  -  wyszeptała  Karolina.  -  Ale  ratujcie  dziecko.  Lorentz 

tak  bardzo  pragnie  syna.  Tylko  dlatego  mnie  poślubił.  Jego  pierwsza  żona  nie  obdarzyła  go 

potomkiem. Ratujcie dziecko! 

Do kajuty wniesiono wodę i podarte na pasy prześcieradła, a także nożyce. 

Raija  zakasała  rękawy  i  strzepnęła  z  ręki  resztki  mąki.  Dziwne  wydało  jej  się,  że 

jeszcze przed chwilą zagniatała ciasto na chleb.  Ale przecież  wypiekanie chleba i narodziny 

dziecka są nierozłącznie związane z życiem kobiety. 

Skurcze  nasilały  się,  ale  odstępy  między  nimi  nie  były  jeszcze  dostatecznie  krótkie. 

Przyszła matka jęczała z bólu i zduszonym głosem żaliła się: 

background image

-  Czy  to  możliwe,  by  bolało  jeszcze  mocniej?  Tak  strasznie  cierpię.  Nie  wytrzymam 

więcej. Czuję, jakby coś rozrywało mnie od środka. 

Raija  ocierała  mokrą  szmatką  spocone  czoło  rodzącej.  Trzymała  mocno  szczupłe, 

białe dłonie, które nigdy nie szorowały podłogi, nigdy nie prały ubrań ani nie piekły chleba, i 

pocieszała  Karolinę  łagodnie.  Nie  mówiła  jednak,  że  to  dopiero  początek.  Ból  nasilać  się 

będzie  stopniowo,  miała  więc  nadzieję,  że  ciało  młodej  kobiety  przygotuje  się  na  to,  co  ma 

nastąpić, i zniesie najgorsze. 

Rodzenie jest bardzo bolesne. 

Cierpienie, a zarazem bezmierna miłość oddzielone jakże płynną  granicą. Potęgujący 

się  ból,  u  którego  kresu  znajduje  się  wielkie  spełnienie  i  szczęście,  nie  dające  się  wyrazić 

słowami. Radość, której nie sposób objąć rozumem. 

Raija  wiedziała  o  tym.  Zapragnęła,  by  móc  opowiedzieć  o  tym  Karolinie,  ale  ta, 

pogrążona w boleściach, głucha była na słowa pociechy. Nic do niej nie docierało. Jedyne, co 

mieściło się w świecie jej odczuć, to ból i pragnienie, by się go pozbyć. 

Raija trzymała ją za ręce, ocierała z potu jej „czoło i przemawiała słowami, które, choć 

nie trafiały do cierpiącej, to jednak jej pomagały. Ważny był ton, ciepłe dłonie i łagodne oczy. 

I uśmiech, który Karolina dostrzegała przez zasłonę łez. 

Raija  z  niecierpliwością  wyczekiwała  Toni.  Cała  była  w  strachu,  bo  skurcze 

następowały coraz częściej. 

Dziecko  rodziło  się za wcześnie.  Raija  obawiała  się,  że  płód  jest  martwy.  Próbowała 

sobie wyobrazić, jakiej wielkości będzie maleństwo. 

Karolina  napinała  ciało  okryte  kocami.  Trzymała  się  kurczowo  Raiji,  zamykała  się, 

drżała. Była taka szczupła, taka wąska w biodrach. 

Raija bała się. 

-  Wszystko  będzie  dobrze  -  mówiła.  -  Tylko  nie  walcz!  Poddaj  się  bólowi.  Wyobraź 

sobie,  że  unosi  cię  potężna  fala.  Pomyśl,  że  jesteś  jesiennym  liściem,  a  ból  to  wiatr.  Nie 

możesz  z  nim  walczyć.  Wtedy  jest  gorzej  dla  ciebie,  moja  droga.  Daj  się  ponieść,  nie 

sprzeciwiaj się! 

-  To  tak  strasznie  boli!  -  krzyczała  Karolina,  wlepiając  w  Raiję  swe  błękitne  oczy.  - 

Jak  mam  przestać  walczyć?  Nie  chcę,  żeby  mnie  tak  bolało.  Nie  chcę  tego  dziecka.  Nie 

wytrzymam! 

-  Musisz  urodzić  -  tłumaczyła  Raija,  a  kąciki  ust  drgały  jej  ze  współczucia  dla 

rodzącej.  -  Nic  na  to  nie  poradzisz  -  powtarzała  cierpliwie.  -  Dziecko  musi  się  wydostać. 

background image

Postaraj się! Tylko pogorszysz wszystko, jeśli będziesz z tym walczyć. Uwierz mi. Oddychaj 

miarowo, nie wstrzymuj oddechu. Nie przyj jeszcze, jeszcze za wcześnie! 

-  Nie  chciałam  tego  dziecka  -  płakała  Karolina.  -  Nie  chciałam.  Nie  chciałam  tego 

wstrętnego dziada. Nie chciałam w ogóle mieć dzieci. Teraz też nie chcę. 

- Ciii - prosiła Raija. - Tracisz za dużo sił. Przestań mówić. Odpręż się. Oddychaj. Nie 

krzycz. To zaraz minie. Dziecko wyjdzie, kiedy już będziesz gotowa. Odpoczywaj w przerwie 

pomiędzy skurczami. 

Karolina  starała  się.  Raija  dostrzegła  jej  wysiłki.  Ale  martwiła  się,  że  położnica 

utraciła zbyt dużo sił. Opierając się, szkodziła samej sobie i utrudniała tym, którzy chcieli jej 

pomóc. 

Czy Tonią i Oleg nie powinni już tu być? zastanawiała się w popłochu Raija, która nie 

spodziewała się, że poród tak szybko wejdzie w ostatnią fazę. Skurcze były coraz częstsze. 

Popatrzyła  w  pociemniałe  oczy  Karoliny,  która,  ściskając  jeszcze  mocniej  jej  dłoń, 

przymknęła powieki. 

Przestała krzyczeć. Ale słychać było zgrzyt zaciskanych zębów. Jęczała chrapliwie. Jej 

głos docierał jakby gdzieś z głębi. Ciało wygięło się w łuk. 

Skurcze następowały teraz już jeden po drugim. 

Raija  poczuła,  jak  oblewa  ją  pot  i  szczypią  oczy.  Wstała,  otarła  czoło  i  przyniosła 

płócienne szmatki. 

Odchyliwszy  koc,  podniosła  koszulę  rodzącej.  Ujrzawszy  biodra  Karoliny,  szczupłe 

niczym Michaiła, zadrżała. Dobry Boże, czy dziecko zdoła się przecisnąć? 

- Wytrzymaj - prosiła, nie będąc w stanie dłużej skrywać lęku. 

Karolina na moment popatrzyła przytomniej. Jakby poczuła się oszukana, dostrzegłszy 

malujący się strach na twarzy Raiji. 

- Nie mogę - wyszeptała. 

Ale  parła.  Raija  już  nie  musiała  jej  niczego  podpowiadać.  Ciało  Karoliny  wiedziało, 

jak reagować. 

Stała  się  liściem  unoszonym  przez  wiatr,  maleńką  łodzią  targaną  przez  fale.  Poddała 

się skurczom wywołującym najgorszy ból. 

Raija  odkryła,  że  oddycha  razem  z  Karoliną,  że  prze  razem  z  nią.  Czekała  napięta 

każdym  skrawkiem  ciała.  I  pomagała  Karolinie,  która  robiła  wszystko,  by  wydać  na  świat 

dziecko. 

Strasznie  krwawiła.  Raija  wymieniała  co  chwila  kawałki  płótna.  Straciła  poczucie 

czasu. Widziała jednak, jak bardzo Karolina jest już zmęczona i jak przeraźliwie się boi. 

background image

- Czy to się kiedyś skończy? - jęczała. 

-  Wkrótce  -  obiecała  Raija,  nie  do  końca  przekonana,  czy  bliska  jest  prawdy.  Już 

niczego nie była pewna. - Przyj, kochana! 

-  Przecież  mocniej  już  nie  mogę!  Kolejny  skurcz.  Karolina  wczepiła  się  palcami  w 

koc.  Zsunęła  się  i  zaparła  stopami  o  krawędzie  koi.  Wygięta  w  łuk,  parła,  jęcząc  przez 

zaciśnięte zęby. 

- Widzę główkę - zawołała Raija, wstrzymując oddech. - Wytrzymaj, Karolino. Widzę 

główkę,  jeszcze  trochę  przyj.  Jeszcze  trochę.  Kochana,  wytrzymaj!  Nie  opieraj  się.  Nabieraj 

powietrza między skurczami. Słyszysz? Między skurczami. Oddychaj! 

- Nie mogę - wrzasnęła Karolina. - Nie zniosę tego dłużej! 

- Musisz! Raija rozchyliła kolana rodzącej, ale ta zacisnęła je z powrotem. Rozchyliła 

je  więc  znów  na  siłę,  walcząc  z  opierającą  się  Karoliną.  Płakała  ze  złości  i  rozpaczy  razem 

nią. 

- Jeszcze trochę! - krzyknęła, ale zaraz pożałowała. Przecież nie tak należy zwracać się 

do kobiety wydającej na świat dziecko. - Jeszcze troszeczkę! - Zmieniła ton. - Nie jestem na 

ciebie  zła.  Ale  nie  wolno  ci  teraz  poprzestać,  bo  zabijesz  siebie  i  dziecko.  Dziecko  jest 

prawidłowo  ułożone.  Jeszcze  trochę  i  będę  mogła  ci  pomóc.  Na  razie  nie  mogę  sięgnąć  tak 

głęboko. 

Karolina, wpatrzona w Raiję, parła. Bezskutecznie. 

background image

Raija  całkiem  straciła  poczucie  czasu.  Wewnętrzną  kajutę  bez  okien  rozświetlało 

jedynie skąpe światło lampy palącej się niezależnie od pory dnia. Wydawało się więc, że czas 

przestał płynąć. 

Zza  zamkniętych  drzwi  doleciały  ją  podniesione  głosy.  To  znaczy,  że  wszyscy  ci,  z 

którymi wcześniej rozmawiała, czekali tam. Niby blisko, ale tak naprawdę daleko od tego, co 

tu się działo. 

Tonią  z  rozwichrzonymi  włosami  wśliznęła  się  do  środka.  Zdjęła  z  siebie  pelerynę, 

odpięła mankiety i podwinęła rękawy do łokcia. 

-  Ona  strasznie  krwawi  -  powiedziała  Raija.  Antonia,  ogarnąwszy  wzrokiem 

zakrwawione prześcieradło i czerwone ścierki obok koi, kiwnęła tylko głową. 

-  Muszę  jej  pomóc  -  rzekła  Raija.  -  Może  będziesz  musiała  sama  przyjąć  dziecko. 

Poradzisz sobie? 

-  Muszę,  mam  inny  wybór?  -  odpowiedziała  Antonia  i  przysunęła  bliżej  jedną  z 

miednic.  Wypłukała  i  wykręciła  szmatki.  -  Przynieście  gorącej  wody!  -  zawołała  przez 

zamknięte drzwi. - Tłoczą się na zewnątrz i nie mają odwagi wejść do środka - prychnęła. - 

Potężni i silni mężczyźni. 

- Może i dobrze - odparła Raija. - Nie wiem, czy wytrzymaliby taki widok. 

Przesunęła się aż do wezgłowia i uklęknęła przy koi. 

Karolina  jakby  się  poddała.  Dawno  już  przestała  krzyczeć  i  jęczeć,  tylko  łzy  płynęły 

jej z oczu nieprzerwanym strumieniem. 

-  Wiem,  że  jesteś  zmęczona  -  szeptała  Raija.  -  Wiem,  że  już  brakuje  ci  sił.  Strasznie 

się  nacierpiałaś!  Ale  teraz  spróbujemy  razem.  Pomogę  ci,  na  ile  zdołam.  Powiem,  kiedy 

przeć. Postaraj się wyczuć skurcze. Powiedz, czy czujesz targającą tobą falę... Słyszysz mnie, 

Karolino? 

Raija trzymała kobietę za ręce, próbując je ogrzać. Trzymała najmocniej, jak mogła. 

- Słyszę - wyszeptała Karolina, resztkami sił ściskając dłoń Raiji. 

-  Musisz  odnaleźć  w  sobie  porywy  wiatru.  Fruń  wraz  z  nim.  Nie  opieraj  się. 

Pamiętasz? Masz przeć, Karolino, przeć! Ja ci pomogę. Obiecuję, że uczynię wszystko, co w 

mojej mocy. A Antonia odbierze poród. Pomożemy ci obie, ja i Tonią. Ale ty też musisz się 

postarać. 

Karolina pokiwała głową. 

background image

Raija pochyliła głowę, zamknęła oczy i ścisnęła dłonie rodzącej. 

Całą sobą była teraz z nią. Nie miała pewności, czy da radę, wiedziała tylko, że musi 

spróbować. Wierzyła, że zdoła przekazać położnicy siłę, której tak bardzo potrzebowała. 

Zebrała  w  sobie  całą  odwagę,  pomyślała  o  tym  wszystkim,  co  w  niej  niezłomne, 

niepokorne... Wyobraziła sobie kwiaty, roślinki w pączkach wyrastające wbrew wszystkiemu 

ze  skalistego  nagiego  podłoża.  Targane  wiatrem  śliczności  wystające  na  wysokość  małego 

palca nad dywan porostów. 

I  usłyszała  gdzieś  z  boku  własny  głos.  Powtarzała  w  kółko,  jakby  zaklinała,  jedno 

słowo: „Przyj!” 

Wyczuwała skurcze.  Zdawało się, że pochodzą  z jej własnego ciała. Obie z Karoliną 

znalazły  się  na  tym  samym  morzu  i  rzucały  nimi  te  same  fale  nocnego  sztormu,  fale 

wieczności.  Razem  walczyły  pośród  spienionych  grzyw,  by  nie  dać  się  pochłonąć 

złotobiałemu chichotowi bałwanów. 

- Przyj! 

Ciało  Raiji  było  takie  gorące,  jakby  palił  je  ogień.  Płonęła.  Oddawała  swoje  ciepło, 

oddawała ów przechodzący przez nią strumień. Jej dłonie niemal żarzyły się. 

A  potem  znów  porwały  ją  fale.  Porwał  ją  wicher.  Uniósł  ją,  ale  ona  już  o  tym  nie 

wiedziała, odpłynęła. 

Leciała  w  powietrzu,  lżejsza  od  obłoków.  Istniała  i  nie  istniała.  Wieczna  i 

niewidzialna. Była niczym, a zarazem wszystkim. 

Raija użyczała swych sił. Musiała. To była jedyna jasna myśl, przenikająca jej umysł. 

Wiedziała, po co się tu znalazła. Nie mogła zawieść. Napełniła rodzącą strumieniem energii, a 

potem straciła świadomość. 

Antonia  walczyła  ze  łzami.  Nie  była  taka  szorstka  i  twarda,  jak  jej  się  zdawało. 

Wspomnienia wkradały się i prześladowały ją w najmniej pożądanej chwili. 

Tyle krwi. Dziewczyna jest bardzo wąska w biodrach, pomyślała. 

Ale przecież dziecka nie da się wcisnąć z powrotem do brzucha! 

Antonia  przeklinała  męża  młodej  kobiety,  przeklinała  wszystkich  mężczyzn,  którzy 

czynili kobiety brzemiennymi. Przeklinała, dobrze wiedząc, że nie powinno się używać takich 

słów przy narodzinach. Jej złość i tak na nic się nie zda. 

Bała się patrzeć na Raiję, ale jakby przyciągana niewidzialną siłą, mimowolnie zerkała 

w jej stronę. 

Ta klęczała przy głowie położnicy, ściskając mocno jej dłonie. Miała zamknięte oczy, 

a z jej ust w rytm ledwie wyczuwalnych skurczów wydobywały się w kółko te same słowa. 

background image

Tonią  nie  rozumiała  języka  norweskiego,  ale  domyśliła  się,  o  co  Raija  prosi 

młodziutką kobietę. 

Sama powtarzała błagalnie te same słowa, tyle że po rosyjsku, w tej samej chwili, gdy 

wypowiadała je Raija. 

Rodząca  była  bardzo  osłabiona.  Straciła  dużo  krwi.  Antonia  bała  się,  czy  uda  się  ją 

uratować. Odsuwała jednak powracającą natrętnie myśl, że młoda żona kupca umrze. 

Raija błagała ją, by parła. Kobieta poddawała się jej błaganiu, ale parła słabo, ledwie 

wyczuwalnie. Antonia wyobraziła sobie dwoje umarłych, matkę i dziecko. Straciła nadzieję, 

ż

e to może się skończyć dobrze. 

Oblizywała słone wargi, krople potu zalewały jej oczy. Dłońmi przytrzymywała stopy 

kobiety, by chociaż w ten sposób jej pomóc. 

Powoli  zauważyła  zmianę.  Nie  miała  odwagi  łudzić  się  nadzieją,  ale  w  Karolinę 

wyraźnie wstąpiły nowe siły. 

Parła mocniej, zapierając się stopami o kant koi, unosiła kolana. 

Emanowała  z  niej  złość  i  przekora,  płacz  i  ból,  bunt  i  miłość.  I  jeszcze  jedno: 

pragnienie, by wreszcie było po wszystkim. 

Antonia złapała się na tym, że wstrzymuje oddech razem z rodzącą, jakby poddawała 

się  tej  samej  fali.  Zamykała  oczy,  by  wyrwać  się  ze  szponów  wspomnień.  Nie  chciała 

przypominać sobie maleństwa, które urodziła i pochowała na wschód od Uralu. 

Z kobiety chlustała krew, ale coraz wyraźniej widać było maleńką główkę dziecka. 

Antonia wzięła się w garść. Porzuciła przykre wspomnienia i zakasała wysoko rękawy 

bluzki. Jeszcze  tylko  przemknęło  jej  przez  myśl,  czy  Olga  domyśli  się,  by  włożyć  bochenki 

do pieca, gdy ciasto urośnie, ale zaraz skupiła się na tym, co w tej chwili było najważniejsze. 

Tonią  nie  raz  pomagała  oźrebić  się  klaczom.  Zdarzało  się  jej  nawet  odwrócić  źle 

ułożony płód, ratując w ten sposób niejedno źrebię. 

Teraz nie było wcale trudniej. 

Maleńka główka! 

Na ten widok wezbrały w niej fale czułości i z trudem powstrzymała łzy. 

Matka  parła  z  całej  siły.  Antonia  delikatnie  przytrzymywała  główkę  dziecka,  by  jej, 

broń Boże, nie uszkodzić. Pociągnęła leciutko, wyczuła ramionka i uchwyciła je. 

Chlusnęła krew, a potem wydostało się dziecko, sine i śliskie niczym ryba. Maleństwo 

otworzyło buźkę i zachłysnęło się powietrzem. 

Nie krzyczało. Jęknęło tylko żałośnie. 

background image

Antonia  nie  była  w  stanie  dłużej  powstrzymać  łez.  Otarła  oczy,  nie  zważając,  że 

pobrudziła się krwią. 

Odcięła pępowinę i zawiązała. Uniosła dziecko, a serce ścisnęło jej się z rozpaczy. 

Mały chłopczyk kwilił niczym pisklę. 

Umyła go i otuliła kocykiem. Był bardzo maleńki. 

Nie widziała jeszcze nigdy takiej drobinki. 

Otuliła go podwójną warstwą płóciennych pieluch i zapłakała. 

Matka  maleństwa  leżała  nieprzytomna.  Majaczyła  coś,  ale  Antonia  i  tak  jej  nie 

rozumiała. 

Raija, oparta głową o krawędź koi, ściskała zupełnie białymi dłońmi ręce młodziutkiej 

matki. 

Antonia przypomniała sobie, że Raija uprzedzała ją, że być może będzie musiała sobie 

poradzić sama. 

Antonia  miała  pełną  świadomość,  że  gdyby  nie  pomoc  przyjaciółki,  która  użyczyła 

swojej energii, żona kupca nie przeżyłaby porodu. 

Umarłaby i ona, i dziecko. 

Tak  naprawdę  nie  wiadomo,  czy  to  nie  byłoby  lepsze.  Przynajmniej  nikt  nigdy  nie 

dowiedziałby się prawdy. 

Nie wolno tak myśleć, skarciła się w duchu. 

Teraz  trzeba  oddać  dziecko  komuś,  kto  się  nim  zaopiekuje  przez  chwilę,  i  zająć  się 

matką. Trzeba ją ratować. 

Tuż  przy  drzwiach  sąsiedniej  kajuty  Antonia  natknęła  się  na  Olega,  kapitana  statku  i 

kupca, ojca dziecka. 

Czekali. 

To było trudniejsze, niż przypuszczała. 

Przygarnęła maleństwo mocniej do piersi, jakby chciała osłonić je przed spojrzeniami 

i ofiarować mu całą swoją czułość. 

Popatrzyła na Olega zasmucona i rzekła błagalnie: 

- Muszę pomóc matce, Raija podróżuje... Uratowała życie jej i dziecku. 

Oleg przetłumaczył słowa żony na norweski, ale nie spuszczał z niej wzroku. 

Domyślił się, że coś jest nie tak jak powinno. 

Do Antonii podszedł siwy kupiec i wyciągnął ręce po dziecko. Chciał je wziąć od niej, 

ale ona  wzbraniała się, przyciskając maleństwo jeszcze mocniej do piersi,  jakby należało do 

niej. 

background image

- To przecież ojciec - odezwał się Oleg z uśmiechem i powiedział coś do mężczyzny. 

Zaśmiali się rubasznie. 

-  Pozwól  mu  potrzymać  dziecko,  Toniu  -  łagodnie  upomniał  żonę  Oleg.  -  Chce  się 

przekonać, czy może już wznieść toast za syna. 

Antonia  westchnęła  ciężko  i  popatrzyła  na  Weimera.  Wzbudzał  w  niej  niechęć,  nie 

spodobał  jej  się  grymas  na  jego  twarzy.  Ale  uchwyciwszy  spojrzenie  obcokrajowca, 

oznajmiła: 

- To syn. 

Oleg przetłumaczył. 

W  reakcji  na  jego  słowa  nastąpiło  to  wszystko,  czego  Antonia  się  spodziewała: 

ś

miech, ulga, duma. Mężczyźni tak reagują, gdy urodzą im się synowie. Nigdy nie mogła tego 

pojąć. Przecież narodzona dziewczynka jest takim samym cudem jak chłopiec. 

Zebrani poklepywali ojca po ramieniu, a on rechotał zadowolony. 

Wyciągnął ręce, żeby pokazać wszystkim syna. 

Antonia zacisnęła powieki. Nie chciała na to patrzeć. 

Pośpiesznie odwróciła się do Olega i wyrzuciła z siebie: 

- Dziecko nie ma oczu... 

Oleg  odruchowo  przetłumaczył  jej  słowa,  uświadamiając  sobie  ich  sens,  dopiero  gdy 

wypowiedział je na głos. 

Ś

miech ucichł gwałtownie. Zapadła grobowa cisza, zupełnie jakby nagle Tonią została 

z dzieckiem sama. 

Ale gdy podniosła powieki, ujrzała, że tak nie jest. 

Byli wszyscy, których widziała, nim zamknęła oczy. 

Ś

wieżo  upieczony  ojciec  odwrócił  się  z  obrzydzeniem.  Nie  miał  już  ochoty  brać 

dziecka na ręce. 

Antonia poprosiła więc Olega: 

- Weź maleństwo i potrzymaj przez chwilę. Trzeba je ogrzać. Ja muszę wracać do jego 

matki. Wybierz mu jakieś imię. Boję się, czy dane mu będzie żyć. 

Podała  Olegowi  maleńkie  zawiniątko  i  pośpiesznie  opuściła  grono  osłupiałych 

mężczyzn wzbudzających w niej nienawistne uczucia. 

Zajęła  się  położnicą.  Kobieta  leżała  blada  i  nieprzytomna.  Ciągle  krwawiła,  choć  już 

nie tak mocno. 

Antonia nakazała marynarzom spalić łożysko, poplamione prześcieradła i opatrunki. 

background image

Ś

wieżo upieczony ojciec nie wszedł nawet na chwilę do żony, żeby zobaczyć, jak się 

czuje. 

W Antonii narastał coraz większy gniew. Ciskała w duchu gromy. 

Była jednak tu obca. Nie mogła potrząsnąć kupcem i zmusić, by okazał choć odrobinę 

czułości,  której  pewnie  i  tak  nie  miał  w  sobie.  Serce  jej  pękało,  kiedy  myślała  o  młodej 

kobiecie. Umyła ją, przebrała w czystą koszulę nocną. Ubrań na szczęście, i to pięknych, jej 

nie  brakowało.  Mąż  zapewne  nie  ofiarował  Karolinie  miłości,  ale  rzeczy  przynajmniej  nie 

skąpił. 

Raija nadal klęczała przy koi. Na jej bladej twarzy perlił się pot. Była zupełnie zimna. 

Mimo to Antonia właściwie nie martwiła się o nią. Oglądała ją już w takim stanie. Raija sama 

podjęła decyzję, choć wiedziała, na co się naraża. 

Gdyby teraz zobaczył ją ktoś inny, pewnie by się przeraził. Może więc lepiej, że ojciec 

dziecka nie odważył się tu zajrzeć, a właściwie nie uznał za stosowne tego zrobić. 

Otworzyły się drzwi i do kajuty wszedł Oleg z maleństwem na rękach. 

Tonią  otuliła  chłopczyka  w  jeszcze  jeden  wełniany  szal,  bo  zdawało  jej  się,  że 

potrzeba mu więcej ciepła. 

-  Ma  taką  przezroczystą  skórę.  Widziałeś,  Oleg?  Mój  Boże,  przypuszczałeś,  że  taka 

kruszyna może się narodzić? 

Oleg westchnął. Dotknął leciutko palcem główki chłopca. 

- Kupiec nazwał go Anton - powiedział. - Podobno tak ma na imię jego teść. Odgrażał 

się, że to za karę, że wcisnął mu córkę, która rodzi kalekie dzieci. 

Antonię zalała fala nienawiści. 

- Zobaczył chociaż syna? Oleg pokręcił głową. 

- Nie chciał. Wziął karafkę z koniakiem i powiedział, żeby mu nie przeszkadzać, póki 

nie rozmówi się z żoną. 

Antonia była taka wściekła, że łzy same popłynęły jej z oczu, choć zdawało się jej, że 

wypłakała wszystkie. 

-  Tak  słabo  oddycha  -  powiedziała.  -  Jego  matka  leży  nieprzytomna,  powinnam  go 

czymś nakarmić, może dam mu posłodzonej wody. 

Oleg  wyjął  z  kieszeni  bryłkę  cukru  i  uśmiechnął  się  do  żony.  Rozpuścił  cukier  w 

letniej wodzie, sięgnął po czysty kawałek płótna, zwinął go i zanurzył w płynie. 

Namoczony rożek Tonią przyłożyła dziecku do buzi. 

Tliło się w nim życie. Usteczka zaróżowiły się. Poruszył leciutko rączkami i delikatnie 

kopnął nóżkami. 

background image

Mógłby  sobie  jeszcze  pobyć  w  brzuchu  mamy,  pomyślała  Tonią.  Niestety,  temu 

maleństwu i tak by to nie pomogło. W jego twarzy nie było otworów na oczy. 

Niemowlę zaczęło ssać. 

-  Jedz, mały  Antonku  -  przemawiała  do  niego  czule  Antonia  i  ucałowała  drobniutkie 

policzki pokryte delikatną skórą. 

Zlękła  się,  że  może  ją  uszkodzić  od  samego  dotykania.  Był  taki  piękny,  mimo 

wszystko. 

-  Przynajmniej  umiem  wymówić  jego  imię  -  uśmiechnęła  się  do  Olega,  który 

tymczasem podniósł Raiję z podłogi i usadził w fotelu. 

Antonia  trzymała  dziecko  nazwane  podobnie  jak  ona.  Podawała  mu  na  nasączonej 

szmatce wodę z cukrem. Obejmowała je czule i z największą miłością kołysała w ramionach. 

Jego  prawdziwa  matka  leżała  nieprzytomna  i  majaczyła  coś  w  malignie.  Oleg 

rozumiał jej słowa, ale twierdził, że pozbawione są sensu. 

Raija  siedziała  nieruchomo.  Oddychała  powoli,  ale  zauważyli,  że  powraca  już  z 

chłodu i wieczności, z której czerpała swe siły. 

Antonia nie martwiła się o nią. Lękała się o dziecko. 

-  Nie  pozwolę,  żebyś  marzł,  maleńki  -  przemawiała  doń  łagodnie.  -  Nie  będziesz 

płakał. Poczuj ciepło i bicie serca. 

Antonia  oddała  mu  całą  miłość  i  czułość,  jaką  w  sobie  nosiła.  Do  uszka szeptała  mu 

pieszczotliwe słowa i śpiewała ciche kołysanki. 

Ukołysała go do wiecznego snu, nucąc melodię. 

Antonia  nie  przestawała  nucić  i  kołysać  dziecka,  mimo  że  wiedziała,  iż  już  jej  nie 

słyszy.  Trzymała  je  kurczowo  w  objęciach,  jakby  to  było  jej  własne,  choć  dawno  przestało 

oddychać. 

Cierpiała nad jego stratą. 

Oleg  musiał  niemal  siłą  odebrać  jej  martwe  maleństwo.  Zakrył  mu  twarz  kawałkiem 

płótna i płacząc, powtarzał przez łzy: 

-  Ono  nie  było  nasze,  Toniu.  Nie  możesz  go  tak  dłużej  trzymać!  Nie  jest  nasze,  nie 

było. 

-  Ależ  tak  -  sprzeciwiła  się  Tonią.  -  Było  nasze!  Oleg  nie  odpowiedział.  Odszedł  z 

martwym dzieckiem w ramionach. 

Antonia szlochała. Wyobrażała sobie, jaką ulgę poczuje ojciec, który nie zaakceptował 

dziecka.  Może  rozpowie,  że  urodziło  się  martwe?  A  tym,  którzy  znają  prawdę,  zapłaci  za 

milczenie. 

background image

Antonia  odruchowo  wyszła  za  Olegiem.  Czuła,  że  w  kajucie,  gdzie  leżała 

nieprzytomna matka dziecka i Raija, jeszcze przez chwilę nie będzie potrzebna. Natknęli się 

na kupca, który zdążył opróżnić pół karafki, co mu bynajmniej nie dodało urody. 

Gdy Oleg powiedział, że dziecko umarło, kupiec odrzekł coś, co tak wzburzyło Olega, 

ż

e aż się cofnął. Antonia nie zrozumiała, o co chodzi. 

- Co on mówi? - zapytała męża, nie spuszczając wzroku z kupca. 

Nienawidziła go i chciała, by to odczuł. 

- Kazał zaszyć ciało dziecka w worek i wyrzucić do morza. 

Antonia  odwróciła  się,  bo  nie  była  w  stanie  znieść  takiej  bezduszności.  Zresztą  nie 

było o co walczyć. 

Dziecko nie żyło. 

Wróciła  do  kajuty.  Usiadła  obok  koi,  na  której  leżała  młoda  matka,  i  oparłszy  się 

plecami o ścianę, zapłakała. 

Nie miała pojęcia, co się wokół niej dzieje. Pogrążyła się w rozpaczy. 

Pierwsza ocknęła się Raija, zziębnięta i blada. 

- Co z dzieckiem? - zapytała, budząc Antonię, która zasnęła na siedząco. 

-  Z  dzieckiem?  -  powtórzyła  Tonią  z  twarzą  nieruchomą  jak  maska  i  opowiedziała 

wszystko  Raiji  o  maleńkim  chłopczyku,  który  otrzymał  imię  Anton  i  który  na  jej  rękach 

zasnął wiecznym snem, wtulony w jej pierś. 

Raija  nie  rozpłakała  się,  tylko  zacisnęła  pięści.  Jej  twarz  zhardziała,  uwydatniając 

kości policzkowe. Zmarszczyła brwi, a ciemne oczy zapłonęły intensywnym blaskiem. 

- Pewnie już kazał wyrzucić maleństwo do morza - dodała Antonia twardym głosem. 

-  Gdzie  moje  dziecko?  -  doleciał  głos  z  koi.  Młoda  kobieta  oprzytomniała,  a  jej 

błękitne oczy rozglądały się za maleństwem. - Gdzie moje dziecko? - krzyknęła i chciała się 

poderwać, ale nie starczyło jej sił. 

Raija uchwyciła dłonie Karoliny Weimer i opowiedziała jej o maleńkim synku, który 

otrzymał imię Anton i zasnął na wieki. 

-  Był  taki  maleńki,  widać  nie  było  mu  przeznaczone  zagościć  długo  na  naszym 

ziemskim padole. 

- Tak chciałam go przytulić - zapłakała Karolina. Raija nie wiedziała, jak ją pocieszyć. 

- Powiedziałaś jej wszystko? - odezwała się Antonia po rosyjsku. 

- Nie - odparła Raija. - To jeszcze młode dziewczę, nie zniosłaby całej prawdy. 

Przemawiała  łagodnym  głosem,  głaszcząc  Karolinę  po  głowie.  Pocieszała  ją  jak 

matka. 

background image

-  To  był  maleńki  aniołek,  użyczony  nam  tylko  na  chwilę  -  mówiła  łagodnie.  - 

Rozpromienił  na  chwilę  nasze  życie,  zstępując  na  krótko  z  nieba.  Pomyśl  o  nim  w  taki 

właśnie sposób, Karolino. Miał ciemne włoski i był najmniejszym dzieckiem, jakie można so-

bie  wyobrazić.  To  prawdziwy  cud,  że  przez  chwilę  był  w  stanie  sam  oddychać.  To  cud,  że 

przez chwilę tu z nami był. 

- Chciałam go zobaczyć! - szlochała Karolina, odwracając twarz. - Chcę go zobaczyć! 

Raija  zacisnęła  zęby  i  w  duchu  przeklinała  męża  tej  młodej  kobiety,  przeklinała  za 

wszystko, czego się dopuścił. 

Gdyby nie ciągnął żony ze sobą w rejs, leżałaby przynajmniej teraz w domu otoczona 

bliskimi: matką, siostrami. Wiedziałyby, jak ją pocieszyć. Miałaby bliskich przy sobie, a nie 

obce kobiety. 

Raija nienawidziła go, ale mimo to ze względu na to dziewczę wzięła go w obronę. 

- Twój mąż chciał ci zaoszczędzić przykrego widoku. Bał się, czy będziesz dość silna. 

Zatroszczył się o wieczny spoczynek waszego dziecka. 

- Co z nim zrobił? - przerwała jej głosem silnym niczym smagnięcie bicza. 

Wpatrywała się przytomnie swymi błękitnymi oczami. 

-  Kazał  wrzucić  do  morza  -  odparła  Raija.  Karolina  zaniosła  się  szlochem, 

przerywanym dzikimi wrzaskami. 

- To taki grób, na który będziesz mogła pójść także po powrocie do domu - pocieszała 

ją Raija, nie wiedząc, skąd biorą się w niej takie słowa. 

Miała wrażenie, że powtarza nie swoje myśli. 

Jakby ktoś stał za nią i mówił, a ona tylko powtarzała bezwiednie na głos, napełniona 

siłą, potrzebną, by przekonać innych. 

- To taki grób, który nie ma ani początku, ani końca. Staniesz sobie na brzegu morza 

w  swoich  rodzinnych  stronach,  Karolino,  i  wspomnisz  synka.  Będziesz  miała  przed  oczyma 

inne krajobrazy, ale bezkresne morze będzie takie samo. Bo tylko morze nie ma początku ani 

końca.  Tylko  morze  nie  jest  podzielone  granicami.  Gdyby  dziecko  zostało  pochowane  tu,  w 

ziemi,  nie  mogłabyś  później  być  blisko  niego.  A  przecież  nie  mogłabyś  zabrać  ze  sobą  jego 

ciała. Jest lato, a droga do Norwegii daleka. 

Płacz Karoliny ucichł dopiero, gdy wyczerpana zasnęła. Raija czuła jednak, że zdołała 

choć trochę przywrócić jej spokój. 

Mimo to opuszczała ją z bólem. 

Zanim wróciła na ląd, zażądała jeszcze rozmowy z Lorentzem Weimerem. 

background image

Nie  ukłoniła  mu  się,  choć  wiedziała,  że  w  swoich  stronach  jest  ważną  osobistością. 

Dla  takich  ludzi  posiadanie  syna  jest  punktem  honoru.  Przypomniało  jej  się,  z  jaką  nadzieją 

czekał na potomka, ale nie była w stanie zdobyć się na współczucie. 

Zresztą nawet nie próbowała. 

- Przyszłaś oczywiście po zapłatę, chociaż pozostaliśmy bezdzietni - raczej stwierdził, 

niż zapytał. 

Raija odrzuciła głowę do tyłu, nic nie odpowiadając. Ale uchwyciła jego spojrzenie i 

wzrokiem zmusiła do milczenia. 

-  Pańska  żona  wymaga  opieki  -  oznajmiła.  -  Opieki  godnej  samej  królowej.  Jeśli 

pozwoli pan, by żaglowiec wyruszył w dalszy rejs, nim Karolina wróci do zdrowia, zabije ją 

pan. 

Siedział zamyślony. 

- Czy ona może urodzić więcej dzieci? - zapytał. Raija nie odpowiedziała wprost. 

- Jest jeszcze młoda - odparła. - Ale jest bardzo wąska w biodrach, a ten poród bardzo 

ją wyczerpał. Mocno się wykrwawiła. W każdym razie pańska żona potrzebuje dużo spokoju, 

a  przy  następnym  porodzie  trzeba  zadbać,  by  były  przy  niej  najlepsze  akuszerki.  Ale  nie 

wolno  jej  tknąć,  póki  wszystkie  rany  dobrze  się  nie  zrosną.  Proszę  się  nie  zbliżać  do  niej 

przed powrotem do domu. A najlepiej poczekajcie z tym do nowego roku. 

Nie odpowiedział nic, popatrzył tylko na Raiję badawczo i zapytał: 

-  Skąd  o  tym  wszystkim  wiesz?  Przecież  sama  jeszcze  jesteś  młoda.  Nie  jesteś 

Norweżką, choć płynnie posługujesz się naszą mową. Kim ty właściwie jesteś? 

Raija  nie  odpowiedziała.  Nie  czuła  się  w  żaden  sposób  zobowiązana,  by  zdradzać 

tajemnicę swojego pochodzenia. 

- Nie powiedziałam Karolinie o oczach dziecka - zmieniła temat. 

- A jakże miałaś powiedzieć? - zaśmiał się głucho. - Przecież nie miało oczu. 

Spojrzenie Raiji paliło niczym rozżarzone węgle, ale kupiec niewzruszony przyglądał 

się jej badawczo. 

-  W  Finnmarku  krąży  taka  opowieść...  -  rzekł  zamyślony.  -  To  stara  historia. 

Wydarzyła  się  na  jarmarku  jesiennym  czy  zimowym  w  Skibotn.  Ale  to  chyba  niemożliwe, 

ż

ebyś miała z rym coś wspólnego. To było już tak dawno... Podobno jakiś człowiek zastrzelił 

Lapończyka,  poszukując  młodej  kobiety,  która  została  oskarżona  o  czary  i  miała  spłonąć  na 

stosie  koło  twierdzy  Vardo,  skąd  jednak  udało  jej  się  uciec.  To  była  prawdziwa  piękność. 

Włosy miała czarne jak smoła. Ludzie gadają, że cumowała wtedy w fiordzie rosyjska szkuta, 

background image

ale odpłynęła nieoczekiwanie następnej nocy po zabójstwie Lapończyka. Kobieta zaś zapadła 

się jak kamień w wodę. Nikt więcej o niej nie słyszał. 

Raija nic nie odpowiedziała. Zresztą wymienione przez kupca nazwy nie wywoływały 

w  niej  żadnych  wspomnień.  Czuła  tylko  ból  w  całym  ciele,  dudnienie  w  skroniach  i 

zaciskającą się wokół czoła niewidzialną obręcz. 

Była taka zmęczona. 

Bardzo ją wyczerpały godziny spędzone przy łożu rodzącej. 

- Może to ty - zakończył kupiec, ale Raija tylko wzruszyła ramionami, a jej spojrzenie 

pozostało nieprzeniknione. 

- Nic nie mówcie, panie, żonie o oczach dziecka - powtórzyła i odeszła, nie udzielając 

mu odpowiedzi. 

Nie  zostali  w  mieście,  chociaż  był  już  późny  wieczór,  gdy  wreszcie  dotarli  do  chaty 

Antonii  i  Olega.  Natalia  nie  spała.  Nie  wydawała  się  jednak  zmęczona.  Była  wyjątkowo 

rozmowna. Wdrapała się na kolana Raiji i mocno ściskała ją za szyję, ani myśląc zejść. 

-  Pan  na  kei  -  odezwała  się.  -  Dziecko  w  morzu...  Raija  poczuła  ukłucie  w  sercu. 

Jewgienij  także  się  odwrócił,  słysząc,  co  mówi  córka.  Zmarszczył  brwi  i  już  chciał  już  coś 

powiedzieć, ale zrezygnował. 

- Na kei było dużo panów - odpowiedziała Raija łagodnie, całując Natalię w czoło. 

- Pan i dziecko - odparła Natalia. - Razem. Bo dziecko nie widzi. 

Raija poczuła, jak przechodzą ją ciarki pomimo ciepłej letniej nocy. 

background image

-  Człowiekowi  trudno  się  uspokoić  po  czymś  takim,  nawet  jeśli  się  wygada  - 

powiedziała Antonia. 

Raija,  nie  mogąc  znieść  tego  ranka  samotności,  zaraz  po  wyjeździe  do  portu  męża  i 

syna zaprzęgła wóz i przyjechała do Archangielska. 

Teraz siedziały razem z Antonią i łatały koszule. Żadna z nich nie przepadała za taką 

robotą, ale w towarzystwie zapominały o tej niechęci. 

-  To  biedactwo  przeżyło  piekło!  -  westchnęła  Antonia  i  zniżyła  głos.  -  Sama 

poddałabym się rozpaczy, gdyby nie to, że musiałam się trzymać. A potem, kiedy zobaczyłam 

dziecko, miałam ochotę umrzeć. 

Raija nie opowiedziała jej, co mówiła Natalia w drodze powrotnej do domu. Miała to 

na końcu języka, ale zabrakło jej odwagi, by zwierzyć się Antonii. 

To na pewno nic nie znaczy, uspokajała się w duchu. 

- Może lepiej by było, gdyby umarli oboje? - westchnęła Antonia. 

Raija popatrzyła na przyjaciółkę poruszona i zaprotestowała gorąco: 

- Nie! Życie jest święte. 

-  Nie  rozumiem  cię  -  odparła  Antonia  i  pokręciła  głową.  -  Mam  wrażenie,  że  nawet 

gdyby  w  grę  wchodziło  ratowanie  najgorszego  wroga,  nie  zawahałabyś  się  i  uczyniłabyś  to 

samo, co dla tej kobiety na statku. 

- Nigdy nie wiadomo, jak się człowiek zachowa - odparła Raija, która nie uważała się 

za kogoś wyjątkowego. 

Nie  miała  jednak  żadnych  wątpliwości,  że  życie  jest  święte,  a  na  norweskim  statku 

uczyniła tylko to, co należało. 

Walka  i  ból  odcisnęły  w  niej  trwałe  piętno,  choć  przeżywała  poród  Karoliny  z  innej 

perspektywy  niż  Antonia.  Nie  wszystko  widziała  na  własne  oczy,  ale  za  to  odczuła  każdym 

skrawkiem swojego ciała. 

Najbardziej  jednak  utkwiła  jej  w  głowie  historia,  którą  opowiedział  jej  Lorentz 

Weimer. 

Zabity Lapończyk. Mężczyzna strzelający do kobiety. Rosyjski statek handlowy, który 

tej  samej  nocy  pośpiesznie  odpłynął  z  fiordu.  Oskarżenie  o  czary.  Czy  to  mogło  mieć  jakiś 

związek z nią? 

Oleg i Jewgienij opowiadali jej zupełnie inną historię. 

background image

Czy te zdarzenia znajdują odbicie w jej snach? 

Trudno powiedzieć. 

Lyngen  i  Skibom  -  obie  nazwy  brzmiały  obco  w  jej  uszach.  Nie  przywoływały  w 

pamięci żadnego obrazu, nawet gdy zamykała oczy. 

Jak  wielu  kobietom  udało  się  zbiec  i  uniknąć  spalenia  na  stosie?  Ile  z  nich  mogło 

wyglądać podobnie jak ona? Ile z nich uciekło na wschód? 

Te myśli napełniały ją trwogą. 

Kim są Lapończycy? 

Raija  nie  wiedziała.  Z  tonu  wypowiedzi  Lorentza  Weimera  można  było 

wywnioskować, że Lapończyk to człowiek o niższym statusie społecznym. Raija czuła, że nie 

może o to pytać Jewgienija. Zresztą nawet nie chciała. Dość już mu przysporzyła trosk. 

Może Oleg będzie mógł jej coś wyjaśnić? 

Z  drugiej  strony  nie  miała  odwagi  dzielić  się  z  nikim  swoimi  myślami,  mimo  że 

nagromadziło się ich już tyle, że wnet nie zdoła ich pomieścić w głowie. 

Otrząsnęła się pośpiesznie. Trzasnęły drzwi i do izby wpadł zdyszany Michaił. 

Ten  chłopak  robi  wokół  siebie  tyle  hałasu  tego  lata,  pomyślała  Raija.  Jakby  miał  za 

wiele par rąk i nóg. Jego ruchy zdawały się nieporadne, niespokojne. 

- Człowiek o niemieckim nazwisku z norweskiego żaglowca chce rozmawiać z mamą. 

Misza unikał spojrzeniem Olgi. Unikał rozmowy z nią. Nie odchodził od Natalii, która 

domagała się, by ją wziął na ręce. Objęła go mocno za szyję pulchnymi rączkami, przytuliła 

się  policzkiem  do  jego  twarzy  i  westchnęła  uszczęśliwiona,  że  ma  dla  siebie  swojego 

ukochanego starszego brata. 

- Przyszedł do portu. Zdaje się, że to coś pilnego, bo zwracał się do ojca takim tonem, 

jakby był generałem i rozkazywał swoim żołnierzom podczas bitwy. 

Raija  uśmiechnęła  się,  wyobrażając  sobie  tę  scenę.  Jej  syn  odziedziczył  po  niej 

zdolność postrzegania rzeczy i opowiadania o nich, potrafił ubrać w słowa swoje przeżycia. 

- Niech poczeka - odezwała się Antonia. - Dobrze mu to zrobi. 

Olga tylko pokręciła głową. 

- Boże, mamo, jaka ty jesteś dziecinna! W twoim wieku! 

Misza  mimo  woli  zerknął  na  przyjaciółkę  i  posłał  jej  lekki  uśmiech,  ale  gdy  ona 

odwzajemniła mu się promiennym uśmiechem, szybko umknął spojrzeniem. 

-  Dobrze  by  mu  zrobiło,  gdyby  trochę  poczekał  -  przyznała  Toni  rację  rozbawiona 

Raija. - Ale ze względu na Jewgienija powinnam chyba zachować się bardziej uprzejmie. 

Ś

miech Antonii zadźwięczał niby dzwoneczki. 

background image

Natalia  nie  chciała  zostać,  nie  chciała  też  puścić  Miszy.  Kazała  sobie  założyć 

płaszczyk i czapkę. Misza był dumny, że Natalia wybrała jego, a nie Olgę, ale równocześnie 

poczuł się zakłopotany. 

Nie wiedział, co Olga o tym sądzi, bo nie popatrzył w jej stronę. 

Weimer  nie  wydał  się  Raiji  sympatyczniejszy,  niż  zapamiętała  go  z  poprzedniego 

dnia.  W  półmroku  kajuty  zdawało  jej  się,  że  jest  w  nim  coś  ludzkiego,  ale  światło  dnia 

obnażyło  go  bezwzględnie.  Próbował  się  co  prawda  uśmiechać,  ale  wychodziło  mu  to 

nieszczerze. 

Przywitał się sztywno z Raiją i pocałował zgodnie ze zwyczajem w oba policzki. 

- Płyniemy na zachód - oznajmił. 

Raija  wstrzymała  oddech,  ale  zdusiła  w  sobie  głęboką  niechęć.  Bywają  takie  chwile, 

kiedy emocje należy trzymać na wodzy. 

-  Musimy  popłynąć  do  Onegi,  może  także  do  Kiem.  Ponieślibyśmy  zbyt  duże  straty, 

gdybyśmy za długo zostali w Archangielsku. 

- Pańska żona tego nie przetrzyma - oznajmiła Raija lodowato. 

-  Mam  tego  świadomość.  Nie  zamierzam  narażać  jej życia  -  odparł  Lorentz Weimer, 

uśmiechając  się  cierpko,  jakby  przejrzał  na  wylot,  co  myśli  o  nim  Raija.  -  Czy  można  ją 

przetransportować? 

- Dokąd? - zapytała Raija, nie zamierzając w ciemno zgodzić się na coś, co mogłoby 

zaszkodzić biednej Karolinie. 

-  Czy  zgodziłabyś  się  podjąć  opieki  nad  moją  żoną  do  czasu,  gdy  po  nią  nie  wrócę? 

Potrafisz się z nią porozumieć, ona ci ufa. Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem. 

-  Nie  zapewnię  jej  warunków,  do  jakich  przywykła  -  odpowiedziała  Raija  po  chwili 

milczenia. 

Odwróciła się do Jewgienija i wyjaśniła, o co chodzi. 

-  Bardzo  mi  żal  tej  dziewczyny  -  powiedziała  szybko,  chociaż  norweski  kupiec  i  tak 

nie znał rosyjskiego. - Boję się, że ta kanalia popłynie z nią, jeśli się nie zgodzę. Zaryzykuje, 

nie  zważając  na  grożące  jej  zdrowiu  niebezpieczeństwo.  Ona  nie  przedstawia  dla  niego  już 

ż

adnej wartości. 

- Nie zmuszaj mnie! - odparł Jewgienij najwyraźniej nie zachwycony tym pomysłem. 

Raija pokiwała głową. 

-  Wiem,  że  on  na  to  nie  zasługuje,  ale  ona  owszem.  Uchwyciwszy  wzrok  kupca  z 

Norwegii, odpowiedziała: 

background image

- Znieście ją na ląd, resztą sama się zajmę. Zadbam o to, by podstawiono wóz. Proszę 

tylko powiedzieć, kiedy. 

- Może od razu? - zaproponował, nie tracąc czasu. 

Ten człowiek był na wskroś kupcem. Raiję przeraziło, że wszystko nieustannie ujmuje 

w kategoriach zysków i strat. 

Wyglądało  na  to,  że  Karolina  znalazła  się  po  stronie  strat,  co  z  całą  pewnością  jej 

zakomunikował. 

- Dobrze - zgodziła się Raija. 

-  Znowu  udajesz  mamuśkę  -  westchnął  Jewgienij.  -  Mamuśkę  wszystkich 

skrzywdzonych.  Kiedy  wreszcie  z  tym  skończysz?  Pokrzywdzeni  jakoś  poradzą  sobie  i  bez 

ciebie. 

- Ona potrzebuje kogoś - odpowiedziała Raija. - Wiem, że nie muszę tego robić, ale z 

drugiej  strony  ta  młoda  kobieta  znalazła  się  sama  w  obcym  kraju.  Ma  dopiero  siedemnaście 

lat.  Możesz  to  sobie  wyobrazić,  Jewgieniju?  Nie  ma  tu  nikogo.  Nie  może  liczyć  nawet  na 

własnego męża, bo on bardziej troszczy się o swoje zyski niż o jej zdrowie. Ona przestała dla 

niego istnieć w momencie, gdy wydała na świat kalekie dziecko. Kupiec Weimer chce się jej 

pozbyć.  Gdyby  nie  to,  że  jestem  żoną  armatora,  pewnie  popłynąłby  w  dalszy  rejs,  nie 

zważając  na  jej  stan.  Ale  boi  się  rozgłosu  i  plotek.  -  Raija  uśmiechnęła  się.  -  Choć  raz 

przydała się moja pozycja społeczna. 

Jewgienij  objął  ją  ramieniem  i  przyciągnął  mocno  do  siebie.  Oparł  brodę  na  jej 

włosach i pogłaskał po plecach. 

- Czasami marzę o tym, żeby ci wszyscy nieszczęśnicy nie istnieli - powiedział. - Ci, 

przed  którymi  otwierasz  ramiona  i  swoje  serce.  Wszyscy  ci,  którym  podcięto  skrzydła, 

których  podeptano  czy  opluto.  Chciałbym,  żebyś  ich  nie  dostrzegała.  Zdaje  mi  się,  że 

wówczas bardziej należałabyś do mnie, Raiju, mój aniele. 

Pokręciła głową. 

- Nie można mieć drugiego człowieka na własność, Jewgieniju. Wierzę, że wszyscy ci, 

o których wspomniałeś, nieprzypadkowo znaleźli się na drodze wytyczonej mi przez los. Nie 

mogę ich minąć obojętnie. 

Jewgienij popatrzył na nią przeciągle. Dostrzegł powagę w jej twarzy. Chyba dopiero 

teraz zrozumiał ją naprawdę. Nigdy wcześniej nie pojmował, jakie to dla niej ważne. 

Reijo  powiedział  kiedyś,  że  Raija  musi  koniecznie  mieć  kogoś,  kto  jej  potrzebuje. 

Inaczej nie czułaby się spełniona. 

background image

Reijo  to  rozumiał  i  zaakceptował.  Żył  z  nią  i  kochał,  dzieląc  się  nią  ze  wszystkimi, 

którzy jej potrzebowali. 

Teraz Jewgienij był towarzyszem jej życia. 

-  Kocham  cię  -  powiedział  cicho.  -  Możesz  zapełnić  całą  chatę  tymi,  którzy  cię 

potrzebują,  najmilsza.  I  tak  będę  cię  kochał.  Mimo  wszystko.  A  może  właśnie  dlatego.  Nie 

jestem pewien. Wiem jedynie, że jesteś moją miłością. 

Raija roześmiała się. Wspięła się na palce i pocałowała go lekko. Wymknęła się, gdy 

chciał ją mocniej przytulić. 

- Nie teraz! - zawołała. - Nie teraz. 

I  lekko,  jakby  tanecznym  krokiem,  wybiegła  z  kantoru.  Czarny  obłok,  czarna  fala, 

gwałtowna,  zmiatająca  wszystko  niczym  huragan.  Mignął  mu  tylko  brzeg  spódnicy  i  już  jej 

nie było. 

Jak zwykle. 

-  Ja  też  ciebie  potrzebuję  -  rzucił  w  powietrze  Jewgienij,  ale  ona  już  nie  mogła  tego 

usłyszeć. 

Raija  znalazła  Michaiła  razem  z  Natalią  na  nabrzeżu.  Syn,  siedząc  w  kucki, 

obserwował swoją małą siostrzyczkę. Natalia stała przy samej krawędzi. Nigdy nie czuła lęku 

przed  wodą  w  przeciwieństwie  do  Raiji,  która  ledwie  się  opanowała,  by  nie  podbiec  do 

córeczki  i  jej  nie  przytrzymać.  Nie  chciała  jednak  swoich  własnych  lęków  przenosić  na 

dziecko. 

Usiadła więc obok Michaiła, który spojrzał na nią z ukosa. 

Natalia  nie  zauważyła  przybycia  mamy  i  paplała  sobie  spokojnie.  Gawędziła,  śmiała 

się sama do siebie. 

-  Zobaczyła  w  wodzie  swoje  odbicie  -  wyjaśnił  Michaił  spokojnie.  -  I  myśli,  że  ktoś 

tam jest. Rozmawia sobie z dziewczynką, którą widzi. 

- Często to robi? Michaił pokiwał głową i uśmiechnął się promiennie. 

- Jest urocza, prawda? 

Raija przytaknęła. Rzeczywiście, ta jej mała córeczka była niezwykła. Śmiała się teraz 

do  swojego  odbicia  zupełnie  tak  samo,  jak  śmiała  się  do  Raiji,  kiedy  razem  się  bawiły  i 

ś

piewały. 

-  Pan  -  powiedziała  Natalia  i  wskazała  palcem  na  wodę.  Cała  jej  twarzyczka 

rozpromieniła się w uśmiechu. Spojrzała na Raiję i Michaiła i tupnęła maleńkimi stopkami. - 

Pan! 

background image

Raija, zebrawszy się na  odwagę, podeszła bliżej krawędzi i chwyciła Natalię. Trochę 

to  pomogło,  ale  i  tak  szarozielona  toń  i  cichy  plusk  fal  wywołały  u  niej  zawroty  głowy.  W 

wodzie ukazało się odbicie ich obu. Obraz poruszył się, zafalował. 

-  Zobacz,  to  my  -  Raija  pokazała  palcem  najpierw  na  Natalię,  a  potem  na  siebie.  Jej 

zielone odbicie w wodzie uczyniło ten sam ruch. - Ty i ja, kochanie. To jest nasze odbicie. W 

wodzie nie ma nikogo, rozumiesz, kochanie? Nie można mieszkać w wodzie. 

Natalia  uśmiechnęła  się  cierpliwie,  jakby  z  wyrozumiałością,  ale  więcej  nie 

wspomniała o żadnym panu. 

-  My  -  powtórzyła  zachwycona  i  zaklaskała  w  dłonie.  Jeszcze  głośniej  zaśmiała  się, 

kiedy zobaczyła, że dziewczynka w wodzie robi to samo. Najchętniej wychyliłaby się jeszcze 

bardziej, tak ją to bawiło. 

Raija wzięła ją na ręce i odsunęła się od wody. Nie ufała morzu. 

- Biegnij do Toni i poproś, by zaprzęgła konie do krytego wozu - zwróciła się do syna. 

-  Tylko  żeby  był  solidny.  Ty  nie  siadaj  na  koźle.  Tym  razem  potrzebuję  doświadczonego 

woźnicy. Niech Tonią sama przyjedzie. 

- Co się stało? - zapytał Misza, nie patrząc na matkę. Czubkiem buta grzebał w piachu. 

Najwyraźniej domyślał się odpowiedzi. 

- Zamieszka u nas jakiś czas ta kobieta, która wczoraj straciła dziecko - odparła Raija. 

- Trzeba się nią zaopiekować, a tylko ja potrafię się z nią porozumieć. 

Michaił  popatrzył  na  matkę  przeciągle.  Raija  wyczytała  w  ciemnych  oczach  syna 

niemy wyrzut. Taki sam, jaki widziała w spojrzeniu Jewgienija. I ten sam grymas w kącikach 

ust. 

-  W  naszej  chacie  jest  dość  miejsca,  Misza  -  odparła,  w  duchu  zła  na  siebie,  że 

tłumaczy się przed czternastoletnim chłopcem. - Pokażmy, że i w naszych sercach nie brakuje 

miejsca  dla  kogoś,  kto  nas  potrzebuje.  Ta  kobieta  nie  ma  tu  nikogo,  trzeba  się  nią 

zaopiekować. Jest jeszcze taka młoda, tylko trochę starsza od ciebie. 

Wzruszył ramionami i rzucił krótko: 

- Pójdę już i powiem Toni, że moja mama znowu odgrywa wielkoduszną. 

Raija odprowadziła syna spojrzeniem i przytuliła mocniej do siebie Natalię. Nie miała 

pojęcia,  jak  rozumieć  oskarżenia  Jewgienija  i  Miszy.  Czy  odpychała  ich  od  siebie?  Przecież 

stara  się  nieustannie  okazywać  im  swoją  troskę.  Niczego  im  nie  brakuje,  gdy  zajmuje  się 

innymi. 

Z głową pełną niespokojnych myśli patrzyła w stronę norweskiego żaglowca. 

Czekała. 

background image

Tonią  przyjechała  wozem,  zanim  jeszcze  marynarze  zdążyli  przetransportować 

Karolinę Weimer na ląd. Widziała więc, jaką się popisali pomysłowością. 

-  Powinnam  zażądać,  by  być  przy  tym  -  jęczała  Raija,  która  teraz  mogła  tylko 

obserwować  zdarzenie  z  daleka,  nie  będąc  w  stanie  uczynić  niczego,  by  pomóc  przerażonej 

kobiecie, której krzyki zgromadziły w porcie tłum gapiów. 

- Nienawidzę mężczyzn! Nienawidzę marynarzy i kupców - mamrotała Antonia przez 

zaciśnięte  zęby.  -  Czy  żaden  z  tych  zuchów  nie  mógł  jej  po  prostu  znieść  na  rękach  do 

szalupy? Chyba, do diabła, nie jest znów taka ciężka. 

Kobietę  leżała  przywiązana  na  drzwiach,  które  czterech  marynarzy  opuszczało  na 

linach  tuż  przy  burcie  w  dół  do  szalupy.  Morze  było  spokojne,  ale  przecież  nigdy  nie  jest 

zupełnie  nieruchome.  Teraz  też  lekko  falowało.  Mężczyźni  zaś  nie  opuszczali  lin  idealnie 

równo,  bo  przecież  nie  było  to  takie  proste.  Drzwi  zakołysały  się,  szarpnęło  nimi  i 

kilkakrotnie  uderzyły  o  burtę.  Wrzaski  kobiety  uleciały  w  niebo  niczym  niesione  na  ptasich 

skrzydłach i zagłuszyły krzyk szybujących mew. 

Szalupę rzuciło na burtę żaglowca, który bujał się na falach, jakby tańczył. 

Kobieta krzyczała przeraźliwie. 

-  Jeśli  ona  to  przeżyje,  to  znaczy,  że  jest  mocniejsza  niż  większość  ludzi,  których 

znam. Nie pojmuję, jak oni mogą ją tak narażać - denerwowała się Raija, rozplatając warkocz. 

Stała niecierpliwie na nabrzeżu, czekając, aż żona Weimera zostanie przewieziona na 

ląd. 

-  On  chce  się  jej  pozbyć  -  stwierdziła  Antonia  ponuro.  -  Gdyby  Oleg  postąpił  tak 

wobec  mnie,  zastrzeliłabym  go,  odzyskawszy  siły.  Nie  zważałabym  na  to,  że  życie  jest 

ś

więte. 

- Więc rozumiesz, Antoniu, że to dziewczę mnie potrzebuje? 

Przyjaciółka pokiwała głową. 

- Rozumiem - stwierdziła, śledząc spojrzeniem dopływającą do brzegu łódź. - Myślę, 

ż

e  ona  żyje,  bo  w  innym  wypadku  kupiec  Weimer  nie  zadawałby  sobie  tyle  trudu,  tylko  od 

razu wyrzucił ciało za burtę. 

Czekały.  Raija  gryzła  nerwowo  kostki  dłoni  i  ciskała  przekleństwa,  których  na  co 

dzień nie używała. 

Natalia stała na wozie i trzymając się za ramę, podskakiwała sobie. Ani przez chwilę 

nie usiedziała spokojnie. 

background image

-  Mila  pani  -  powiedziała.  -  Miła,  miła,  miła.  Raija  słyszała  córeczkę,  ale  puszczała 

mimo uszu jej słowa. Tylko przez moment zakiełkował w niej ledwie niezauważalny lęk, ale 

go zlekceważyła. 

Natalia  próbowała  tylu  słów.  Szybko  zaczęła  mówić,  zestawiać  wyrazy  w 

najróżniejszy sposób, jakby szukając prawidłowej kombinacji. Nie wszystkie miały sens, ale 

niektóre i owszem. 

I te budziły niepokój, który Raija jednak starannie odsuwała. 

Kiedy  Karolinę  przenoszono  z  lodzi  na  ląd,  płakała  rozpaczliwie.  Nadal  leżała 

przywiązana do drzwi, na szczęście starannie otulona kocami. Oczywiście w żaden sposób nie 

zmieniało to faktu, że musiało to być dla niej straszne przeżycie. 

Raija przymknęła oczy i wyobraziła sobie męża Karoliny kołyszącego się w powietrzu 

przy burcie przytroczonego w taki sam sposób do lichych drzwi, by nie mógł ruszyć ani ręką, 

ani nogą. 

Najlepiej jeszcze podczas burzy. 

Trochę jej to pomogło przezwyciężyć największy gniew. 

Nie  odezwała  się  ani  słowem,  kiedy  wnoszono  młodą  żonę  kupca  do  wozu,  ale 

przypilnowała, by ułożono ją delikatnie. 

Lorentz  Weimer  przygładził  włosy  i  nakazał  marynarzom  przenieść  z  łodzi  torby  z 

rzeczami żony. 

- Ufam, że pozostawiam Karolinę w najlepszym rękach - oświadczył gładko. 

-  Nie  boi  się  pan?  -  zapytała  Raija,  nie  bawiąc  się  dłużej  w  grzeczności  i  ceregiele. 

Uznała, że człowiek, który tak traktuje żonę, nie zasługuje na nic innego. 

- Jak to? - Lorentz zmrużył oczy zdezorientowany. 

Wygląda  jak  ryba  wyrzucona  na  piasek,  pomyślała  Raija,  której  podsuwane  przez 

wyobraźnię obrazy poprawiały samopoczucie. 

- Przecież pan, panie Weimer sugerował, że jestem czarownicą. Czyż nie insynuował 

pan, że uciekłam ze stosu? 

Zaśmiał się tubalnie, udając rozbawienie. 

-  Jak  mógłbym  pomyśleć  coś  takiego  o  czarującej  żonie  armatora  Bykowa?  - 

powiedział z fałszywą serdecznością. -  Zresztą pan armator opowiedział mi, jak spotkaliście 

się  w  Finnmarku  i  jak  miłość  przywiodła  cię,  pani,  w  te  strony.  Nawet  takie  zatwardziałe 

serce jak moje poruszyła ta piękna historia. 

background image

A  więc  uznał  za  konieczne  zapytać  Jewgienija,  pomyślała  Raija  z  gniewem. 

Wyobraziła  sobie,  jak  mąż  wygłasza  ckliwą  opowieść,  a  Oleg  barwnie  ją  tłumaczy.  Trudno 

się dziwić, że ten drań się wzruszył. 

-  Karolina  ma  do  pani  zaufanie  -  ciągnął  Lorentz  Weimer.  -  A  ja  jestem  bardzo 

wdzięczny, że żona armatora zgodziła się przyjąć w swoje progi mój najdroższy skarb. 

Raija z trudem powstrzymała uśmiech. 

-  Zaopiekujemy  się  pańską  żoną  -  powiedziała.  -  Może  ma  pan  życzenie  pojechać  i 

sprawdzić,  w  jakich  warunkach  ją  zostawia?  Przy  okazji  spokojnie  pożegna  się  pan  z 

małżonką. 

Kupiec wycofał się. 

- Niestety, kapitan statku bardzo się spieszy. Obawiam się, że mógłby odpłynąć beze 

mnie, gdybym na czas nie wrócił na pokład. 

Zajrzał tylko do wozu i  rzucił kilka słów, których Raija nie dosłyszała, ale nie miała 

wątpliwości, że nie było to gorące wyznanie miłosne. 

Potem Lorentz pocałował ją w rękę, tak samo pożegnał się z Antonią i jakby ktoś go 

gonił, pośpiesznie oddalił się z nabrzeża. 

-  Żałuję,  że  nie  można  zabijać  myślą  -  powiedziała  Antonia,  spluwając  na  ziemię  w 

miejsce, gdzie przed chwilą stał kupiec. 

Raija  zatknęła  za  uszy  kilka  niesfornych  kosmyków,  zdjęła  z  kozła  Natalię,  by 

Antonia mogła tam usiąść, po czym z dzieckiem usadowiła się obok Karoliny. Na szczęście ją 

rozwiązano,  zresztą  inaczej  marynarze  nie  mogliby  zabrać  ze  sobą  drzwi,  na  których  ją 

transportowali. 

Karolina uczepiła się żałośnie ręki Raiji i zapłakała bezgłośnie. 

- On mnie nienawidzi - szepnęła i więcej już się nie odezwała. 

Łzy jednak nie przestawały płynąć jej z oczu. 

-  Będzie  ci  u  nas  dobrze  -  pocieszała  ją  Raija  i  pogłaskała  młodą  kobietę  po  głowie, 

uśmiechając się do niej promiennie. 

- Pani chora - odezwała się Natalia i poklepała ją po głowie. 

Karolina spojrzała na nią z ukosa zranionym wzrokiem, zamknęła oczy i odwróciła się 

tyłem do Natalii. 

Raija przygarnęła dziecko do siebie i wyjaśniła z powagą: 

-  Pani  jest  chora  i  smutna.  Zamieszka  u  nas  jakiś  czas.  Teraz  jest  bardzo zmęczona  i 

nie może się bawić ani rozmawiać. Poza tym ona używa innych słów niż ty i ja. Nie rozumie, 

background image

co do niej mówisz. A ty nie zrozumiesz jej. Tylko mama może z nią rozmawiać, bo mama zna 

te dziwne obce słowa z innego kraju. 

- A tata? Raija pokręciła głową. 

- Ani tata, ani Misza, ani Tonią, ani Olga, ani Natalia. Tylko jeszcze Oleg. 

Natalia zapatrzyła się w Karolinę Weimer. Raija nie spodziewała się, że mała tak bez 

oporu przyjmie jej wyjaśnienia. Na świecie ludzie mówią tyloma różnymi językami. Nawet ją 

to dziwiło i zdawało się równie niepojęte jak kształty obłoków sunących po niebie. 

- Chora pani - odezwała się Natalia. - Miła pani. Chore, małe dziecko... 

Mała pokiwała  głową i popatrzyła na  Karolinę  wielkimi, zatroskanymi oczami. Raiję 

przeszły ciarki. 

-  Mama  znowu  odgrywa  Madonnę  -  stwierdził  Michaił,  obserwując  z  niechęcią 

oddalający się powoli wóz powożony przez Antonię. 

- Jak możesz tak mówić?! - oburzyła się Olga. 

- No cóż, może to nieładnie z mojej strony, ale to prawda. 

Michaił  nie  miał  ochoty  rozmawiać  z  Olgą,  ale  nikomu  innemu  nie  mógł  tego 

powiedzieć. 

-  Przecież  doskonale  wiesz,  że  nie  masz  racji  -  upomniała  go  Olga,  sadowiąc  się  na 

blacie  stołu.  Patrzyła  tak  dorośle,  jakby  rozumiała  powody  postępowania  jego  matki,  jakby 

rozumiała to, co w nim wywoływało jedynie gorycz, złość, smutek. Co sprawiało, że czuł się 

odrzucony. 

- Ta młoda kobieta straciła dziecko. 

- I co z tego? 

- Nie możesz tego zrozumieć! - prychnęła Olga. 

- Nie, ja nie mogę - oburzył się, nie uciekając wzrokiem. - Za to ty możesz! Ciekawe, 

co wiesz o porodzie. Zdaje się, że niewiele więcej ode mnie. 

Zarumieniła  się.  Wyglądała  niemal  pięknie.  Misza  poczuł  radość,  że  zbił  trochę  z 

pantałyku  przemądrzałą  przyjaciółkę.  Przydałoby  się  trochę  utrzeć  jej  nosa,  by  nie  patrzyła 

tak na wszystkich z góry. 

- Potrafię sobie to wyobrazić - odgryzła się Olga. - Bo jak się zapewne domyślasz, ja 

także kiedyś urodzę dzieci. Dlatego dziewczęta są wrażliwsze w tych sprawach niż chłopcy. 

Wzruszył ramionami. Jednak nie udało mu się jej całkiem wyprowadzić z równowagi. 

Ale nie miał ochoty sprzeczać się z nią dłużej. Po co? Nie był głupi. 

- Słyszałeś, że dziecko nie miało oczu? 

background image

Nic  o  tym  nie  wiedział,  więc  nie  odezwał  się.  Przeszły  mu  dreszcze  po  plecach. 

Zdziwił się, czemu ta wiadomość go ominęła, skoro Olga ją zna. 

- Nie jesteś już dzieckiem, Misza - rzekła Olga. - Jesteś już na tyle duży, by umieć się 

dzielić swoją mamą z innymi, nie odczuwając przy tym gniewu ani zazdrości. 

Nie odpowiedział. 

Dzielić się mamą z innymi? 

Czy nie czynił tego przez całe swoje życie? 

- Zachowuj się więc jak dorosły! Nie cierpiał, kiedy nim tak dyrygowała. 

- Przecież ja nawet nie mogę z nią spokojnie porozmawiać - wybuchnął. - Ona już w 

ogóle  nie  zauważa  mojej  obecności.  Zresztą...  kobiety  niech  się  trzymają  razem,  ja  idę  do 

portu. 

Olga spojrzała tylko na niego swoimi brązowymi oczami. Czy odgadła jego myśli? 

Z rękami w kieszeniach Michaił długimi krokami przemierzył izbę. Nacisnął klamkę. 

Może zdążył się odwrócić tyłem, nim jego twarz oblał ciemny rumieniec. Nie miał jednak co 

do tego pewności, usłyszał bowiem za plecami chichot Olgi. 

Poszedł na nabrzeże i stanął blisko krawędzi tam, gdzie wcześniej bawiła się Natalia. 

Popatrzył w wodę i ujrzał zniekształcone odbicie samego siebie. Nawet gdyby płakał, obraz w 

wodzie by tego nie zdradził. 

Stał tak i przyglądał się swojej dziwnej postaci. Zrobiło mu się nieprzyjemnie. 

Olga  na  pewno  uważa  go  za  głupca.  Mama  mówi,  że  jest  już  duży,  ojciec,  że  za 

młody.  Dla  Natalii  zaś  jest  dorosłym  bratem.  Sam  zupełnie  się  w  tym  pogubił  i  nie  wie  tak 

naprawdę, kim jest. 

W domu mama opiekuje się tą obcą kobietą. Nic już nie jest takie jak dawniej. 

Zapragnął ujrzeć w wodzie odbicie maleńkiej siostrzyczki. Albo tego pana, o którym 

cały czas mówiła. Dobrze byłoby z kimś porozmawiać. 

Z kimś, kto może by zrozumiał. Kto udzieliłby rady, a może nawet pomógł. 

Ale w zielonkawej, lekko rozkołysanej wodzie nie dostrzegł nikogo. 

background image

-  Na  dobrą  sprawę  Weimer  mógłby  umieścić  żonę  u  kogokolwiek  -  stwierdził 

Jewgienij i westchnął ciężko. 

Minął tydzień od chwili, gdy przyjęli pod swój dach Karolinę, a ona nie odezwała się 

do nikogo nawet słowem. Z początku płakała dniami i nocami, teraz chlipała w poduszkę już 

tylko wtedy, gdy zdawało jej się, że wszyscy śpią. Za dnia zaś uparcie milczała. 

- Rozmowna to ona w każdym razie nie jest - dodał Jewgienij, sadowiąc się na progu 

stajni. 

Towarzyszył  Raiji,  która  wieszała  pranie.  Natalia  już  spała,  Michaił  pogalopował 

konno na wieczorną przejażdżkę, a Karolina została w izbie. Siedziała nieruchomo w fotelu i 

patrzyła obojętnie, jakby nikogo nie dostrzegała. 

-  To  jest  nie  do  zniesienia  -  ciągnął  Jewgienij,  przyglądając  się  zgrabnej  sylwetce 

ż

ony. 

Raija musiała wspinać się na palcach, by zawiesić mokrą bieliznę. 

Za wysoko umocowałem sznurki, pomyślał. Zapominał często, jaka jest drobna, bo w 

jego sercu zajmowała bardzo wiele miejsca. 

Raija  skończyła  pracę  i  usiadła  obok  męża.  Objął  ją,  a  ona  oparła  mu  głowę  na 

ramieniu. Przyjemnie było chwilę odpocząć. 

- Uważasz, że tym razem za dużo wzięłam na swoje barki, tak? 

Jewgienij  nie  odpowiedział.  Upajał  się  ciszą,  bliskością  żony  i  tym,  że  przez  chwilę 

ma ją tylko dla siebie. 

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale odkąd ona pojawiła się w naszym domu, ani razu się 

nie kochaliśmy. 

Raija popatrzyła na niego z ukosa. 

- Bywają ważniejsze sprawy - odparła, a na jej twarzy odmalowało się zmęczenie. 

Słowa  żony  dotknęły  go  do  żywego,  a  dostrzegłszy  w  jej  oczach  dziwny  wyraz, 

mimowolnie pomyślał, że komuś innemu nie odpowiedziałaby w ten sposób. 

Wstał gwałtownie i oddalił się w stronę rzeki. 

Raija,  odprowadzając  wzrokiem  męża,  uświadomiła  sobie,  że  znów  go  zraniła.  A 

przecież nie miała na myśli nic złego. Przecież mogła cofnąć niefortunne słowa. 

Nie  zrobiła  jednak  tego,  dzięki  czemu  odwlekła  w  czasie  rozmowę  na  dręczący  ją 

temat. Wolała zranić męża niż wyznać mu, czym naprawdę się trapi. 

background image

Jewgienij  stanął  na  brzegu.  Podnosił  kamienie  i  z  całej  siły  ciskał  je  do  wody.  Plusk 

przywołał  w  jego  pamięci  wspomnienia.  Wystarczyłoby  zamknąć  oczy,  a  ujrzałby  dwóch 

chłopców,  tak  samo  stojących  nad  rzeką  i  rzucających  do  wody  kamienie.  Starszy  z  nich, 

gdyby  tylko  chciał,  bez  trudu  wygrałby  z  młodszym  zawody,  ale  zawsze  pozwalał,  by  ten 

rzucił dalej. Mały chłopiec bardzo się złościł, gdy przegrywał. 

Jewgienij  bardzo  kochał  Aleksieja.  Rozumiał,  że  młodszy  brat  po  prostu  musi 

błyszczeć,  że  lubi,  gdy  uwaga  wszystkich  koncentruje  się  na  nim,  dlatego  sam 

wspaniałomyślnie  usuwał  się  w  cień.  Aleksiej  uwielbiał  brylować,  nie  potrafił  bez  tego  żyć, 

taką już miał naturę. Nie znaczyło to jednak, że był złym człowiekiem. 

Raija pod wieloma względami go przypominała. Nic dziwnego, że Aleksiej tak bardzo 

ją pokochał. Pewnie zdawało mu się, że odkrył w niej cząstkę samego siebie. 

Raija  roztaczała  wokół  siebie  blask  Nie  czyniła  tego  z  premedytacją,  jednak 

wspomagając najbardziej potrzebujących, mimowolnie ściągała na siebie spojrzenia. 

Jewgienij pomyślał sobie, że skoro potrafił żyć w cieniu swojego brata, to chyba tym 

łatwiej powinien usunąć się w cień żony, kobiety, którą kocha całym swoim sercem. 

Skłamałby,  upierając  się,  że  Raija  wymaga  od  niego  rzeczy  niemożliwych.  Sama 

przecież często podejmowała się o wiele trudniejszych zadań. 

Wrócił więc do żony, która nadal siedziała w miejscu, w którym ją zostawił, podał jej 

dłoń i pomógł wstać. 

- Kocham cię - oznajmił. - Nie zawsze cię rozumiem, ale i tak cię kocham, Raiju. Czy 

znajdziesz w swoim sercu trochę miejsca dla mnie? 

- Masz je niezmiennie od chwili, gdy cię poznałam - uśmiechnęła się. 

Przypomniał  sobie  tamtą  noc  rozświetloną  płomieniami  palącego  się  sklepu,  ludzi 

daremnie  próbujących  ugasić  pożar  i  ciskającą  gromy  rozgniewaną  kobietę  o  czarnych 

rozpuszczonych  włosach.  Jakie  to  szczęście,  że  Raija  nic  nie  pamięta.  Nie  całowałaby  go 

teraz tak kusząco, koniuszkiem języka łaskocząc kąciki ust. 

Dawno już nie smakował takich pocałunków. 

-  Czy  to  nagroda  za  to,  że  cię  przeprosiłem?  -  zapytał,  nie  mając  bynajmniej  nic 

przeciwko temu. Naprawdę nie? - zdziwił się, odkrywając, że to raczej zachęta z jej strony. 

Patrzył  z  przyjemnością  w  rozbawione  oczy  żony,  które  na  co  dzień  nierzadko 

przesłaniał smutek. Teraz stała się na powrót jego dawną Raiją. 

- Wstydziłabyś się zrobić to w stajni? - zapytał, całując skronie ukochanej. 

Wsunęła  dłonie  za  koszulę  męża  i  wodząc  po  nagiej  skórze,  mruknęła,  zanurzając 

twarz w zagłębieniu na jego szyi: 

background image

-  Wnieś  mnie  lepiej  do  środka,  bo  jeszcze  chwila  i  zrobię  to  tutaj,  nie  zważając  na 

wstyd. 

Niczym dwoje zakochanych przemknęli się ukradkiem do stajni, wdychając w nozdrza 

znajomy  zapach  zwierząt  i  siana.  Raija  zwinnie  wdrapała  się  po  drabinie  na  pięterko,  na 

ciasny,  pogrążony  w  półmroku  stryszek,  na  który  sączyło  się  przez  szpary  w  deskach  tylko 

odrobinę światła. 

Jewgienij potrzebował więcej czasu, by wejść na górę, ale Raija go nie pospieszała ani 

nie proponowała pomocy. Wiedziała, że mimo pewnych trudności na pewno sobie poradzi. W 

ten sposób także okazywała mu szacunek. 

Dawno już nie kochali się ze sobą. 

Ułożyła się wygodnie, czekając na męża, a kiedy wsunął się przez otwór, uśmiechnęła 

się doń promiennie. Jewgienij popchnął nogą drzwiczki i zatrzasnął je. 

Stryszek pogrążył się w mroku. Pachniało sianem, końmi, pachniało latem. 

Ich ciała odnalazły się bez trudu. Całowali się ciasno objęci. Pocałunki połączyły ich 

bardziej, niż zdołałyby uczynić to słowa. Zniknęła gdzieś dzieląca ich przepaść niedomówień. 

Gorące, wilgotne wargi szukały i odnajdywały się nawzajem. 

Pocałunki  Jewgienija  były  słone  niczym  morze.  Raiję  zawsze  to  zadziwiało,  ilekroć 

tulili  się  do  siebie.  Przecież  nie  stał  jak  dawniej  po  kolana  w  morskiej  wodzie,  a  ciągle 

przesiąknięty był jej zapachem. 

Kochali  się  pośpiesznie,  jakby  połączeni  tajemnicą,  jakby  smakowali  zakazanego 

owocu. 

Dorośli,  rozsądni  ludzie,  jakimi  byli,  powinni  odłożyć  to  na  noc.  Po  ciemku,  z 

zaciśniętymi powiekami wypełnić we wspólnym łożu małżeńskie powinności. 

Ale  w  ich  przypadku  nigdy  tak  się  to  nie  odbywało.  Raija  nie  pytała  innych  o  ich 

pożycie. Nawet Antonia, zwykle taka bezpośrednia, nie poruszała tego tematu. Tę sferę życia 

można dzielić wyłącznie z jedną ukochaną osobą. Najintymniejszych przeżyć nie wyjawia się 

niepowołanym. 

To  było  takie  cudowne,  takie  upajająco  słodkie.  Dotknęła  gorącej  skóry  Jewgienija. 

Zręcznie  rozpięła  guziki  koszuli  i  zdjęła  z  niego  koszulę.  Całowała  leciutko  nagi  tors  i 

delikatnie  gładziła  palcami,  a  pod  wpływem  jej  pieszczot  ciało  męża  rozpalało  się  jeszcze 

mocniej. 

On odgarnął na kark jej włosy i zebrał je w dłoni. Rozczesywał je palcami, pozwalając 

im swobodnie spływać, opuszkami zaś wyszukiwał na szyi żony wrażliwych miejsc, jeszcze 

bardziej pobudzając jej zmysły. 

background image

Rozpięła  bluzkę  i  rozwiązała  troczki  stanika,  kusząc  jego  dłoń,  by  zakosztowała 

ukrytych przyjemności. 

Jewgienij  nie  należał  do  tych,  którym  trzeba  dwa  razy  powtarzać  to  samo. 

Wystarczyło  lekko  napomknąć,  a  reszty  domyślał  się  w  lot.  Usta  szeptały  jej  do  uszu 

nieskładne,  przesycone  uczuciem  słowa.  Słowa  przesiąknięte  gorącym  oddechem,  słowa 

stworzone dla tej tylko chwili. Rodziły się na jego wargach, by zaraz ulecieć. 

Wsunął dłoń pod jej stanik i rozchylił wargi w uśmiechu, kiedy, spragniona pieszczot, 

przywarła ciałem do jego ręki. 

Niecierpliwie podwinęła spódnicę i zawiązała ją na biodrach. Pod spodem była naga. 

O  tej  porze  roku  nie  nosiła  bielizny.  Zacisnęła  kolana  na  jego  osłoniętych  szorstkimi 

spodniami udach. Powoli sunęła w górę, coraz wyżej i wyżej. 

Kto zdołałby wytrzymać takie napięcie? 

- Jak bardzo mam być gotowa? - zapytała chrapliwie. 

Frywolne żarciki i tłumiony śmiech w takich chwilach najbardziej burzyły jego krew. 

Nie potrzebował więcej, by jej pragnąć. 

Tylko uśmiechu. 

Był gotowy, każdym skrawkiem swego ciała niecierpliwie jej pożądał, a równocześnie 

z całą premedytacją powstrzymywał się, jakby chciał przedłużyć ten upojny stan. 

Tylko  ktoś  naprawdę  spragniony  doceni  w  pełni  smak  wody.  Jaką  ulgę  czuje  niemal 

umierający z głodu wędrowiec, któremu pozwolono najeść się do syta! 

- Musisz zatęsknić - odpowiedział, całując jej piersi. 

Koniuszkiem  języka  drażnił  je  niczym  zgłodniały  nektaru  trzmiel  nieprzytomnie 

latający z kwiatka na kwiatek. 

Uniosła się na łokciach i zacisnęła nogi wokół jego bioder. 

Zauważył,  jak  bardzo  go  pożąda,  wyczuwał  ten  zapach,  chciał  jej  smakować,  ale  go 

powstrzymała. 

- Zwykle lubisz, jak cię całuję - rzekł z błyskiem w oku, równie jak ona spragniony. 

-  Nie  chcę  teraz  twoich  ust,  chcę  ciebie  -  odparła,  a  jej  oczy  zalśniły  w  mroku 

niezwykłymi refleksami, jakby to były szlachetne kamienie albo płonący ogień. - Chcę ciebie! 

- powtórzyła. - Ściągaj spodnie! 

Jewgienij  powątpiewał,  czy  inne  żony  mówią  tak  do  swoich  mężów.  Może  jedynie 

Antonia.  Tak,  ona  zawsze  była  bardzo  bezpośrednia.  Tak  samo  jak  Raija  bardziej  była 

kochanką niż żoną. 

background image

Rozluźniła  uścisk  kolan,  odpięła  bluzkę  i  rozchyliwszy  szeroko  jak  wachlarz  uda, 

ułożyła się na plecach na miękkim sianie. Wsparła się o podłoże i przyjęła Jewgienija, który 

zanurzył się w niej aż do dna. Oplotła go ramionami i nogami. 

Odbyło się to tak gwałtownie, pośpiesznie, jakby musieli się przed kimś kryć. Słodycz 

rozlała się w ich ciałach. Przez szpary między spróchniałymi deskami wpadały cienkie strużki 

ś

wiatła, trzeszczała podłoga, pachniało końmi i sianem. 

Byli  dla  siebie  jakby  obcy,  nowi,  kochając  się  w  otoczeniu  zdecydowanie  innym  niż 

to, do którego przywykli. 

Raija,  niczym  ptak  roztaczający  trele  pod  pogodnym  niebem,  wydawała  z  siebie 

odgłosy radości płynące wprost z serca. 

Przez chwilę całowali się w ciszy, ale zaraz znów zapragnęli usłyszeć siebie, jakby to 

potęgowało ich rozkosz. 

Mieli  dużo  miejsca,  leżeli  na  miękkim  sianie  na  przewietrzonym  stryszku.  Zniknęły 

gdzieś  dzielące  ich  granice.  Turlali  się  rozbawieni,  odsuwali  od  siebie,  by  za  chwilę  znów 

wpaść sobie w ramiona. 

Pieścili  się  dłońmi,  wargami,  ocierali  o  siebie  ciałami.  Powoli  okiełznali  gwałtowny 

strumień i wreszcie wyciszeni, wtulili się w siebie. Tak bardzo jak to tylko możliwe. 

A  potem  znów  wzmogli  pieszczoty.  Ich  ciała  falowały  wspólnym  rytmem.  Znów 

porwał  ich  wartki  nurt.  Stali  się  rzeką  płynącą  ku  bezkresnemu  morzu,  zjednoczeni  w  tym 

samym nurcie. 

Jewgienij  z  jękiem  wtulił  się  w  zagłębienie  na  szyi  Raiji.  Z  przymkniętymi  oczami 

spijał z jej skóry smak potu i miłości. 

Krzyknęła targana niepohamowaną radością. 

Kochała i doznawała rozkoszy. 

W końcu ustali znużeni i leżąc obok siebie, spletli dłonie w uścisku. 

- Jesteś niczym nie oswojona klacz - uśmiechnął się. 

- A ty jedynym ogierem w stadzie? - drażniła się z nim Raija. 

- Nie potrzebuję stada - zapewnił ją. - Wystarczy mi jedna dzika klacz. 

Cmoknęła i przesłała mu pocałunek. 

-  Nie  zasługuję  na  ciebie  -  mruknął.  -  Cii!  Doleciały  ich  z  dołu  odgłosy,  na  które 

wcześniej  nie  zwrócili  uwagi.  Parskały  konie.  Musiało  ich  być  więcej  niż  te  dwa,  obok 

których się przemykali. 

- Misza wrócił - wyszeptała Raija rozbawiona. Twarz Jewgienija stężała. Zerwał się i 

pośpiesznie się ubrał. Przeczesał palcami włosy. 

background image

- On się i tak domyśli - uśmiechnęła się Raija. - Cóż innego można robić tu na górze... 

Ale Jewgienij nie uznał tego za zabawne. Szarpnął drzwiczki i czym prędzej zszedł na 

dół. 

Usłyszała podniesione głosy męża i syna, ale nie starała się rozróżnić słów. 

Nie  spieszyła  się.  Powoli  poprawiła  ubrania.  Czuła  rozpływający  się  po  całym  ciele 

spokój. 

Czyżby  Jewgienij  wstydził  się,  że  ich  dorastający  syn  mógł  coś  usłyszeć?  Poczuła 

ukłucie w sercu, słysząc, jak zakłopotany mąż usiłuje wytłumaczyć ich obecność na stryszku, 

jakby zapominając, co przed chwilą dzielili. 

Przecież  w  większości  chat  w  Archangielsku  całe  rodziny  sypiają  w  jednej  izbie. 

Rodzice kochają się pod cienkim kocem, podsłuchiwani przez niejedną parę uszu. Jewgienij 

również jako dziecko zaciskał oczy, ale dobrze słyszał charakterystyczne odgłosy. 

Ona pewnie też w dzieciństwie przeżyła to samo. Nie pamiętała wprawdzie, ale miała 

przeczucie, że wychowała się w ubogiej chacie. 

Czy to wstyd, że ludzie czerpią radość z wzajemnej bliskości? 

Przecież to takie cudowne czuć przy sobie ciało ukochanego człowieka! 

Jej  syn  nie  powinien  wzrastać  w  przekonaniu,  że  coś  takiego  może  odbywać  się 

wyłącznie pod osłoną ciemności. 

Jewgienij  ciągle  coś  wyjaśniał.  Słyszała  jego  głos.  Przeczesała  palcami  włosy  i 

zaplotła je w warkocz, czekając, aż mąż skończy. 

Kiedy  Raija  zeszła  po  drabinie,  natknęła  się  na  Michaiła,  który  zmierzył  ją 

wymownym spojrzeniem. Ale nie udało mu się zachować maski obojętności. Był jeszcze taki 

młody i nadal bardzo związany z rodzicami. 

Raija dostrzegła to. 

Usiadła na kupce siana obok syna i namyślając się, gryzła źdźbło. Michaił też trzymał 

w ustach słomkę. Spróbowała go sobie wyobrazić za jakieś pięć, a może dziesięć lat. 

Przychodziło jej to z trudem, tym większym że przecież samą siebie musiała postarzyć 

w  myślach.  Nie  potrafiła  myśleć  o  sobie  jako  o  pięćdziesięcioletniej  kobiecie.  Nie  wierzyła, 

ż

e dożyje takiego sędziwego wieku. Zresztą nie była wcale pewna, czy by chciała. 

-  Co  powiedział  ci  tata?  -  zapytała.  Michaił  tylko  zerknął  na  nią  z  ukosa.  Wypluł 

ź

dźbło i sięgnął po nowe. 

- Nie słyszałaś? - Nie. 

- A ja was słyszałem - odparł. Raija pokiwała głową w milczeniu. 

- To było... obrzydliwe... 

background image

Raija na moment zaniemówiła. Jak on śmie, pomyślała. Taki młodzik wyobraża sobie, 

ż

e może oceniać dorosłych. 

- Domyśliłeś się po odgłosach, że dla mnie to było nieprzyjemne? A może dla taty? 

Michaił nie odpowiedział. Siedział nieruchomo, nie patrząc na nią. 

- Jesteś na tyle dorosły, by o tym wiedzieć. Wiesz, jak to robią zwierzęta. Chłopcy w 

twoim  wieku  często  rozmawiają  o  tym,  śmieją  się,  ale  pali  ich  ciekawość.  To  normalne,  że 

ludzie się kochają. 

-  Ale  nie  gdzie  popadnie.  Nie  w  stajni!  Jak  zwierzęta.  Raija  wzruszyła  ramionami  i 

roześmiała się. 

- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? Takie szczegóły zwykle zachowuje się dla siebie. 

Nikt nie rozpowiada o tym na prawo i lewo. A my z tatą nie robimy tego z musu, ale dlatego, 

ż

e sprawia nam to przyjemność. 

Michaił spąsowiał aż po końce uszu. Może wyraziła się nazbyt otwarcie, ale było jej 

wszystko jedno. 

-  Mam  nadzieję,  że  kiedyś  też  pokochasz  kogoś  całym  sercem  i  przeżyjesz  równie 

upojne chwile. Wierzę, że znajdziesz szczęście w ramionach ukochanej kobiety. 

- Z Wasią też byłaś taka szczęśliwa? - cisnął. Słowa syna zabolały niczym zdradliwy 

cios.  Mogła  go  zrugać  i  zarzucić  mu  bezczelność,  ale  choć  nie  musiała,  odpowiedziała  mu, 

pochyliwszy głowę: 

-  Mam  dziwną  naturę,  synu.  Nie  potrafię  do  końca  zrozumieć  tego,  co  dyktuje  mi 

serce.  Nie  życzę  ci,  byś  kiedykolwiek  musiał  przeżywać  podobne  rozterki.  Trudno  mi  to 

wyjaśnić, ale Wasilija też kochałam. I nie żałuję tego, co się stało. Cieszę się, że mam Natalię. 

Misza milczał. Chętnie by wyszedł, ale nie mógł, bo mama zagradzała mu przejście do 

drzwi. 

- Tata obawia się, że mógłbym to zrobić z Olgą - odezwał się po chwili. 

Raija  spojrzała  na  Misze  zaskoczona.  Ale  zaraz  roześmiała  się.  Rozbawiły  ją  lęki 

Jewgienija. 

- Tobie tymczasem nawet to nie przyszło do głowy? - domyśliła się. 

Michaił przytaknął ponuro, nie pojmując, co mamę tak bawi. 

Samemu bynajmniej nie było mu do śmiechu, chociaż drgnęły mu kąciki ust. 

-  Zauważyłam,  że  ostatnio  unikasz  Olgi  -  stwierdziła  Raija  i  poklepała  Misze  po 

ramieniu. 

Syn nie uchylił się bardziej niż zwykle. 

background image

-  Tata  miał  ciężkie  dzieciństwo  -  wyjaśniła.  -  Razem  ze  swoim  bratem  przeżył  wiele 

niedobrego. Dlatego chciałby cię chronić. Dlatego cię przestrzega. 

Raija  wspomniała  o  tym  celowo.  Za  nic  w  świecie  nie  chciała  dopuścić,  by  dwaj 

najbliżsi jej mężczyźni stali się wrogami. Nie pozwoli, by pod ich dachem doszło do czegoś 

takiego. 

-  Może  on  sam  ci  kiedyś  o  tym  opowie  -  dodała  i  znów  się  zaśmiała.  -  Czy  twoja 

niewinna  dusza  bardzo  ucierpiała  z  powodu  odgłosów,  jakie  doszły  cię  ze  stryszku?  - 

zapytała, uchwyciwszy spojrzenie syna. Patrzyła mu prosto w oczy, nie zważając na to, że się 

rumieni  zakłopotany.  -  Czy  nie  bardziej  obrzydliwe  byłoby,  gdybyśmy  się  z  tatą  kłócili  i 

wyzywali? Gdybyśmy nigdy nie mówili sobie nic miłego? Nie przytulali się do siebie ani nie 

całowali? 

Syn uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem. 

- Pewnie dopiero za parę lat sam zapragniesz być z kimś tak blisko i doświadczyć tych 

niebiańskich  rozkoszy.  Mam  nadzieję...  -  Raija  uśmiechnęła  się  i  dodała:  -  Jestem  twoją 

matką,  a  ty  zawsze  pozostaniesz  moim  synkiem.  Nie  wątpię,  że  będę  tak  sądzić,  nawet  gdy 

dorośniesz, a wzrostem i siłą dorównasz ojcu. 

Popatrzyła  przeciągle  na  Misze.  W  jego  twarzy  dostrzegła  swoje  rysy,  a  także  rysy 

Jewgienija. Mieszanka, która tak zawsze ją zdumiewała. W tym chłopcu zawierała się cząstka 

jej i cząstka Jewgienija. 

Ale on sam był kimś odrębnym. Właściwie nie należał do nich. Był sobą. 

-  A  jeśli  kiedyś  usłyszę  przypadkiem  ciebie  razem  z  kimś,  kogo  kochasz...  - 

uśmiechnęła się. - Wtedy może też uznam, że to obrzydliwe. Zapomnę, że jesteś mężczyzną, 

bo dla mnie pozostaniesz zawsze moim synkiem. 

- Nie sądzę, mamo - odparł Misza z dorosłą powagą. 

Chwilami  porażał  Raiję  swoją  dojrzałością.  Nie  potrzebował  wielu  wyjaśnień,  by 

zrozumieć.  Potrafił  myśleć  samodzielnie  i  ufał  sobie.  W  przebłyskach.  Bo  za  chwilę  znów 

zachowywał się jak szczeniak uganiający się za własnym ogonem. 

- Wiesz, mamo, ty właściwie wiele rozumiesz. Chciałbym, żebyś częściej tak ze mną 

rozmawiała. No wiesz, tak jak z dorosłym... 

Raija pocałowała go pośpiesznie i zbierając się do wyjścia, obiecała: 

- Postaram się o tym pamiętać. Ale wiesz, że jeszcze trochę czasu musi upłynąć, nim 

naprawdę będziesz dorosłym mężczyzną. Rozumiemy się? 

Michaił pokiwał głową całkowicie tego świadomy. 

- Mamo... 

background image

Raija  zatrzymała  się.  Misza  rozłożył  ramiona,  które  wydawały  się  jakby  za  długie  i 

uśmiechnął się tak samo jak ona. 

-  Wiesz...  -  powiedział  z  ociąganiem.  -  Podziwiam  cię  za  to,  że  troszczysz  się  o 

innych. Co prawda czasem się złoszczę, bo mi się zdaje, że bardziej zajmujesz się obcymi niż 

najbliższymi,  ale  przeważnie  jestem  z  ciebie  dumny.  Chcę,  żebyś  o  tym  wiedziała.  Nie 

przeszkadza  mi  obecność  tej  kobiety.  Jest  co  prawda  jakaś  dziwna,  ale  wiem,  że  ciebie 

potrzebuje.  Zamilkł.  Ale  to,  co  powiedział,  bardzo  Raiję  uradowało.  Czuła,  że  może  być 

dumna ze swojego syna, który potrafi dostrzec coś więcej niż tylko czubek własnego nosa. 

background image

Jewgienij przechadzał się po podwórku z rękami w kieszeniach. 

- Nie mogę znieść jej spojrzenia - wyjaśnił Raiji, odwrócił się i skierował się ku rzece. 

Zawsze ciągnęło go do wody. 

Nie zapytał nawet żony, o czym rozmawiała z Misza. 

Raija weszła do chaty sama. 

Przy kuchennym stole zobaczyła Karolinę Weimer opartą o blat. Jej ciałem wstrząsały 

drgawki. 

Raija poczuła nagle, że znalazła się w jakimś obcym, nierzeczywistym świecie, mimo 

ż

e stała we własnej kuchni. 

Przytulne,  wymalowane  na  niebiesko  pomieszczenie  uważała  za  serce  domu  i  lubiła 

szczególnie.  Na  belkach  u  powały,  ociosanych  ostrzem  siekiery,  odznaczały  się  słoje 

przypominające żyły w ludzkim ciele. 

Kuchnia,  miejsce,  gdzie  gotuje  się  i  spożywa  strawę.  Gdzie  przetwarza  się  to 

wszystko, co potrzebne jest, by żyć. 

W  poryty  blat  stołu  wsiąkła  krew.  Wypełniła  liczne  rysy  pozostawione  przez  ostrze 

noża używanego do zwykłych, codziennych prac. 

Raija chwyciła nóż i z nienawiścią rzuciła go na podłogę, jak najdalej od siebie. 

Czym  prędzej  położyła  Karolinę  na  ławie,  złapała  to,  co  miała  pod  ręką,  fartuch  i 

chustkę, i owinęła krwawiące nadgarstki młodej kobiety. W przejrzystych oczach dostrzegła 

niemą pogardę, bezdenną rozpacz i pogrzebane nadzieje. Raiji zrobiło się słabo, gdy patrzyła 

na czerwone ślady po ostrzu noża, dowód desperackiego czynu. Przez chwilę zdawało jej się, 

ż

e czas przestał płynąć, a ona unosi się w powietrzu wśród obłoków. 

Płacząc ze złości i rozczarowania, zaciskała dłonie na nadgarstkach Karoliny. 

Potrzebuję pomocy, przemknęło jej przez myśl,  widząc, jak prowizoryczne opatrunki 

szybko nasiąkają krwią. Sama nie dam rady przeciwstawić się śmierci! 

Rozejrzała się wokół przerażona. 

Natalia  spała.  W  piecu,  do  którego  dawno  nie  podkładano  drewna,  ledwie  żarzył  się 

ogień. 

Raija krzyknęła tak głośno, że zadrżały szyby w oknach. 

background image

Rozległo się trzaśniecie drzwi, ale kiedy odwróciła głowę, zobaczyła, że są zamknięte. 

Zmrużyła oczy. Uświadomiła sobie, że Jewgienij nie mógłby w tak krótkiej chwili dobiec tu 

znad rzeki, Misza też nie. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle usłyszeli jej wołanie. 

Poczuła lekki uścisk w ramię. 

Była pewna, że się nie myli. Wiedziała, że nie jest sama, i napełniło ją to spokojem. 

Bez lęku odwróciła głowę. 

Ujrzała  mężczyznę  o  czarnych,  potarganych  przez  wiatr  włosach.  W  szerokiej,  miłej 

twarzy  błysnęły  wąskie  oczy  z  miodowobrązowymi  plamkami  wokół  czarnych  źrenic. 

Zwróciła uwagę na proste brwi i usta wyrażające zdecydowanie. 

Poczuła na swych ramionach jego silne dłonie. 

Nie byli sobie obcy. Znała dobrze ten dotyk. 

Przybysz  wskazał  ruchem  głowy  Karolinę.  Nic  nie  powiedział,  ale  Raija  zrozumiała, 

ż

e chce jej pomóc. Spłynął na nią spokój i poczucie bezpieczeństwa. 

Kiedy Jewgienij z Michaiłem wpadli do kuchni, zobaczyli leżącą na ławie Karolinę i 

Raiję,  która  klęczała  obok  i  ściskając  dłońmi  nadgarstki  młodej  Norweżki,  trzymała  jej  ręce 

uniesione nad klatką piersiową. 

Karolina była nieprzytomna. 

Raija odbywała swą niezwykłą podróż. 

W drzwiach do alkierza stała Natalia. Patrzyła szeroko otwartymi oczami, ale nie była 

przestraszona. Kiedy Michaił wziął ją na ręce, złapała go za szyję i przytuliła się policzkiem 

do jego twarzy. 

- Miły pan - powiedziała zaspana. 

- Gdzie? - spytał Michaił. 

- Z mamą - odparła. Michaił poczuł dreszcze. Bał się spojrzeć w stronę Raiji. Cieszył 

się, że musi zanieść Natalię z powrotem do łóżka. 

- Jedź po Antonię! - usłyszał polecenie ojca. - I sprowadź doktora! Ja nie mogę ich tak 

zostawić. Nie odejdę od mamy. Ktoś musi przy niej być... 

-  Może  już  jest  -  rzucił  Michaił.  Ojciec  spojrzał  na  niego  ostro,  ale  nic  nie 

odpowiedział. 

- Pośpiesz się! - zakomenderował po chwili, unikając wzroku syna. 

Michaił pognał do Archangielska, jakby sam diabeł deptał mu po piętach. 

- Nie wiem, co ją uratowało - orzekł lekarz, zwracając się z powagą do Jewgienija. 

Zbadał  Karolinę  Weimer,  która  wprawdzie  nie  odzyskała  jeszcze  przytomności,  ale 

nic już nie zagrażało jej życiu. 

background image

-  Pańskiej  żonie  jednak  nie  potrafię  pomóc  -  powiedział  otwarcie,  gdy  wyszli  do 

kuchni. - Nie wiem, co się z nią dzieje. 

- Przejdzie jej - odparł krótko Jewgienij, patrząc gdzieś w bok. 

Lekarz  nie  dociekał  szczegółów.  Wiedział,  że  o  żonie  armatora  Bykowa  krążą  różne 

opowieści,  portowa  biedota  śpiewa  nawet  o  niej  piosenki,  ale  nigdy  nie  wsłuchiwał  się 

dokładnie w ich słowa. 

Teraz zrozumiał jednak, że tę kobietę nie bez powodu otacza legenda. 

Był  rozsądnym  człowiekiem.  Może  gdyby  dociekał  prawdy,  otrzymałby  odpowiedź, 

wolał  jednak  nie  pytać,  żeby  nie  burzyć  swojego  spokoju.  Nie  chciał  narażać  się  na 

konieczność formułowania sądów. 

To, co zobaczył, wolał nazwać cudem i łaską opatrzności, uznając, że niebezpiecznie 

byłoby myśleć inaczej. 

Zostawił  rannej  kobiecie  lekarstwa  na  wzmocnienie.  Nie  był  pewien,  czy  w  ogóle  są 

potrzebne, ale nie powiedział tego na głos. 

Do Archangielska odwiózł go syn armatora. Nie zamienili jednak w drodze powrotnej 

wielu słów. 

- Misza twierdzi, że Natalia opowiada o jakimś panu! 

Antonia  ze  skrzyżowanymi  na  piersi  rękoma  oparła  się  o  futrynę  i  nie  spuszczając  z 

wzroku z Jewgienija, czekała na odpowiedź. 

- To prawda - potwierdził. - Stałem nad rzeką, gdy usłyszałem wołanie Raiji. Biegiem 

rzuciłem się jej na pomoc. Misza był w stajni. Zdążył więc dobiec do chaty przede mną, ale to 

ja wpadłem pierwszy do środka. Karolina leżała na ławie, a Raija klęczała obok na podłodze. 

Na chwilę zamilkł i pokręcił głową. 

- Natalia stała boso w tym samym miejscu, gdzie ty teraz. Oczy miała szeroko otwarte 

i  uśmiechała  się.  Nie  była  ani  trochę  przestraszona.  Kiedy  sobie  o  tym  przypomnę, 

przechodzą mnie ciarki. 

- Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stało - wtrąciła Antonia. 

Jewgienij potrząsnął głową i wykrzywił kąciki ust. 

-  Chciałbym  w  to  wierzyć  -  odparł  zamyślony.  -  Strasznie  się  boję,  Tonią  Możesz 

sobie powątpiewać, ale ja wiem swoje. Mała sprawiała wrażenie, jakby doskonale wiedziała, 

co  się  dzieje.  Nie  mów  mi,  że  Natalia  nie  ma  jeszcze  dwóch  lat.  Widziałem  ją.  Miała  taką 

minę, jakby była święcie przekonana, że wszystko się dobrze skończy. Jakby tak ufała temu... 

Misza opowiada, że Natalia rozmawia z jakimś wymyślonym panem z morza. 

background image

-  Olga  w  jej  wieku  też  miała  przyjaciół,  których  tylko  ona  widziała.  To  normalne  u 

dzieci - odparła Antonia ze spokojem. 

Jewgienij pokręcił głową zniecierpliwiony. 

- Wiem o tym! - przerwał jej. - Ale Misza mówi, że ona z nim rozmawia. Twierdzi, że 

ten pan jest w morza. 

Popatrzył przeciągle na Antonię i wyznał: 

- Raija bardzo kochała pewnego mężczyznę. To była jej pierwsza miłość. Pierwsza i z 

tego, co wiem, największa. Łączyła ich osobliwa, trudna do wytłumaczenia więź, której nikt, 

kto ich znał, nie podawał w wątpliwość. On pomógł nam uratować Raiję przed stosem. Dzięki 

zbiegowi  okoliczności,  na  pozór  niemożliwych,  Raiji  udało  się  uciec.  Przez  jakiś  czas  żyli 

razem, ale potem, gdy wrócili na wybrzeże, on został zastrzelony. Kula przeznaczona była dla 

niej, ale on zasłonił ją własnym ciałem. 

- To na jego cześć wybrałeś imię dla syna - domyśliła się Antonia, starając odsunąć od 

siebie wzruszenie. 

Wolałaby  o  tym  nie  wiedzieć.  Opowiadając  jej  prawdę,  Jewgienij  czynił  ją 

współwinną i zmuszał do milczenia. 

Oczywiście, że nie powtórzy tego nikomu, ale wiele ją kosztowało ukrywanie prawdy 

przed  Raiją.  Poza  tym  nie  była  pewna,  czy  przez  takie  postępowanie  nie  zadają  Raiji 

cierpienia. 

- Po co go wspominasz? Przecież on nie żyje, prawda? 

- A sądzisz, że tu, w tej izbie, stał dzisiaj żywy człowiek? Myślisz, że Natalia widzi w 

wodzie człowieka z krwi i kości? 

-  Ja  myślę,  że  Natalia  widzi  kogoś,  kogo  sobie  sama  wymyśliła  -  odparła  Antonia.  - 

Nie  wierzę  w  duchy,  Jewgieniju.  Przywykłam  do  tego,  że  Raija  -  Raisa  podróżuje.  Nie 

rozumiem  tego,  ale  akceptuję.  Nigdy  nie  uwierzę  jednak,  że  umarli  wracają  do  naszego 

ś

wiata. Nie potrafię, Jewgieniju. 

- Mikkal nie ma grobu - powiedział Jewgienij cicho. - Przyjaciele chcieli go pochować 

w  jego  rodzinnych  stronach,  w  głębi  lądu  na  bezkresnej  równinie.  Ale  łódź,  którą  płynęli, 

rozbiła  się  i  poszła  na  dno  razem  z  ciałem  Mikkala.  Morze  stało  się  jego  grobem,  Toniu. 

Rozumiesz więc chyba, dlaczego właśnie o nim myślę. Dlaczego strach ściska mi serce. 

-  Przesadzasz  -  odrzekła  Antonia  pewnym  głosem,  nie  dając  po  sobie  poznać,  że 

trochę ją zaraził swym niepokojem. 

Tym  razem  Olga  wypatrzyła  Michaiła.  Czekała  na  niego  i  przybiegła,  gdy  tylko  się 

pojawił. Nie musiał więc czuć się zakłopotany. 

background image

- Mogę jechać do was? Tata mi pozwolił - zawołała i wskoczyła na wóz, nim zdążył 

cokolwiek odpowiedzieć. 

Było mu wszystko jedno. 

-  Będzie  żyła  -  powiedział  z  dorosłą  powagą,  bo  czuł  się  tak,  jakby  od  dzisiejszego 

ranka przybyło mu lat. 

Poradził  sobie  z  odpowiedzialnym  zadaniem,  mimo  że  serce  przepełniał  mu  strach. 

Sprowadził i odwiózł doktora. 

-  Jak  to  się  mogło  stać?  -  dziwiła  się  Olga.  Michaił  spojrzał  w  jej  błyszczące,  żądne 

sensacji  oczy  i  poczuł  się  nieswojo.  Po  raz  kolejny  uświadomił  sobie,  że  tragedie  budzą  w 

ludziach oprócz smutku także ciekawość. 

Dostrzegł  to  najpierw  u  siebie,  a  teraz  to  samo  zauważył  u  Olgi.  Z  jednej  strony 

okropne było się przekonać, że przyjaciółka nie różni się od innych, z drugiej zaś pocieszyło 

go, że on sam nie jest najgorszy. Ale nie wstydził się przez to ani trochę mniej. 

-  Ktoś  przecież  mógł  ją  powstrzymać!  -  upierała  się  przy  swoim  Olga,  przekonana  o 

swojej racji. 

- Mnie nie było w pobliżu - przerwał jej. - Wybrałem się na konną przejażdżkę. 

-  A  Raija  -  Raisa?  A  Jewgienij?  Michaił  oblał  się  rumieńcem  i  popędził  biednego 

konia. Znów przypomniały mu się te odgłosy. Prześladowały go natrętne obrazy. Najchętniej 

zamknąłby oczy, ale nie mógł, przecież powoził. 

Po rozmowie z mamą zmienił trochę swój stosunek do tego, co rodzice robili tam we 

dwoje.  Mama  potrafiła  szczerze  wyjaśnić  nawet  najtrudniejsze  sprawy.  Ale  potem,  kiedy 

weszli do chaty, znów wszystko wydało mu się obrzydliwe i wstrętne. 

- Oni w tym czasie kochali się w stajni - rzekł bezlitośnie, patrząc przed siebie. 

Za nic w świecie nie mógłby w tej chwili spojrzeć na Olgę. 

- Nakryłeś ich? - zachichotała. Michaił zerknął na nią spode łba. 

- Nakryłeś ich? - powtórzyła. Okropna dziewczyna! Trudno z nią wytrzymać! 

Chyba nie sądzi, że będzie jej odpowiadać na takie pytania? 

- Widziałeś ich? - drążyła. 

- Słyszałem - wyznał. 

Olga  zaśmiała  się  i  odrzuciła  głowę  do  tyłu.  Podpatrzyła  ten  gest  u  jego  matki. 

Zdenerwowało  go  to  i  omal  nie  rzucił  się  na  nią,  byleby  przestała  ruszać  głową,  pozwalając 

włosom falować na wietrze. Tylko jego mama ma do tego prawo. Teraz jednak o niej też nie 

chce myśleć. 

- Boję się o Natalię - wyrwało mu się. 

background image

Właściwie  chciał  to  zachować  w  tajemnicy,  w  każdym  razie  przed  Olgą,  bo  mamie 

może by powiedział. Zły był na samego siebie, że się wygadał. 

-  A  to  dlaczego?  -  zainteresowała  się  Olga,  nadal  chichocząc.  -  Chyba  przesadzasz, 

Misza. Cóż może grozić małej Natalii? 

- Nie chodzi o to, że coś jej zagraża. Raczej o to, co się z nią dzieje! Wydaje mi się, że 

w  naszej  rodzinie  nie  tylko  mama  ma  wyjątkowe  zdolności.  Natalia  też  nie  jest  zupełnie 

zwyczajna.  Ona  widzi  mężczyznę  w  morzu.  Rozmawia  z  nim.  Siedziałem  przy  niej  na  kei. 

Nikogo tam nie było, a ona paplała w najlepsze. 

- Dzieci mają bujną wyobraźnię - prychnęła Olga i zamilkła nagle, pochłonięta myślą, 

na którą naprowadził ją Michaił. 

- Ona widziała tego mężczyznę dziś w domu, jak stał koło mamy - ciągnął Misza. 

- Może ją źle zrozumiałeś? Michaił pokręcił głową. 

- Wiem, co mówiła. Rozumiem moją młodszą siostrę lepiej niż inni. Zresztą ona mówi 

wyjątkowo wyraźnie. Chyba nie zaprzeczysz, że mama ma ponadnaturalne zdolności. Myślę, 

ż

e  Natalia  odziedziczyła  je  po  niej.  Boję  się,  bo  uważam,  że  to  nic  dobrego  dla  takiego 

małego dziecka. 

Olga przyjęła milczeniem jego słowa, ale po chwili odezwała się niepewnie: 

-  Kiedy  Jewgienij  przybiegł  po  Raiję  -  Raisę,  żeby  sprowadzić  ją  do  rodzącej 

Karoliny,  Natalia  powiedziała  „dziecko  w  morzu”.  Paplała  o  tym  panu,  którego  widziała  w 

wodzie,  i  nagle,  zupełnie  bez  związku,  powiedziała:  „dziecko  w  morzu”.  A  przecież  wtedy 

jeszcze nikt nie wiedział, że ojciec każe wyrzucić ciało zmarłego synka za burtę. 

Olga  plątała  się  w  słowach,  a  w  jej  głosie  pobrzmiewał  lęk.  Przysunęła  się  bliżej 

Michaiła,  a  on  napotkał  jej  spojrzenie  i  zauważył  czający  się  w  jej  oczach  strach.  Bała  się 

chyba tak samo jak on, mimo że była o rok starsza. Domyślił się, że nie odważyłaby się mu o 

tym powiedzieć, gdyby on pierwszy nie wyraził swojego niepokoju. 

Kiedy ujrzeli wyłaniające się w oddali zabudowania, Michaił przestał popędzać konia. 

Z niechęcią myślał o powrocie do domu. 

- Skąd Natalia mogła wiedzieć? - zapytała Olga. 

- Nie mam pojęcia - odrzekł. - I to mnie napawa lękiem. 

- Czy twoi rodzice czegoś się domyślają? Pokręcił głową. 

-  Mówiłem  tacie  o  rozmowach  Natalii  z  niewidzialnym  panem.  Zresztą  on  też  ją 

słyszał. Nie wspomniałem mu jednak o swoich podejrzeniach. Przecież ma swój rozum. 

- Myślisz, że oni uznaliby nas za niemądrych, gdybyśmy im zwrócili na to uwagę? 

- Może, ale przywykliśmy już do tego - dodał dorośle. 

background image

- Chyba nie możemy im tego powiedzieć - stwierdziła. 

Przyznał jej rację i dodał: 

- Będę miał na oku Natalię. Muszę jej pilnować. Przecież to moja siostra. 

Kiedy  weszli  do  stajni,  żeby  zaprowadzić  konia,  Olga  zachichotała,  rozglądając  się 

dookoła. Zachowywała się tak, jakby szukała jakichś śladów. 

Michaił, zrezygnowany, wskazał jej ruchem głowy na stryszek. 

Wspięła się po drabinie i wetknąwszy głowę do pomieszczenia na górce, zaśmiała się. 

-  Nic  tu  nie  widać  -  zawołała  rozbawiona.  Michaiła  denerwowało  jej  zachowanie. 

Krzątał  się  przy  koniu  dłużej,  niż  to  było  konieczne,  a  potem  zajrzał  jeszcze  do  innych. 

Każdego  poklepał  i  zagadnął.  Olga  tymczasem  zniknęła  w  czeluściach  stryszku.  Po  chwili 

wyjrzała i zaczęła go drażnić. 

- Przyznaj się, nie masz odwagi tu wejść! 

- Nie, po prostu nie chcę! - odpowiedział, co Olga przyjęła gromkim śmiechem. 

Zdenerwowała  go.  Nie  chciał  tam  wchodzić  i  już!  Za  nic  w  świecie  nie  da  się 

namówić! 

Wyszedł  ze  stajni  i  usiadł  na  progu,  czekając  na  Olgę.  Nie  zamierzał  wspominać 

więcej o tym, o czym rozmawiali po drodze z miasta. 

- Chcesz iść do domu? - zapytała. 

-  Nie  chcę,  ale  muszę  -  przyznał  szczerze.  Podała  mu  rękę,  żeby  pomóc  mu  wstać. 

Zaraz jednak cofnęła dłoń jak oparzona. 

Misza  zachowywał  się  jakby  nigdy  nic.  W  każdym  razie  nie  zarumienił  się.  Zerknął 

ukradkiem na Olgę, ale i na jej twarzy nie dostrzegł rumieńców. 

Dziwne!  Z  pozoru  wyglądała  tak  jak  zwykle,  a  mimo  to  między  nimi  wszystko  się 

zmieniło. Michaił nie mógł tego pojąć. 

Nagle znów jego głowa napełniła się myślami, które wprawiały go w zakłopotanie. 

Jej  oczom  ukazał  się  cudowny  krajobraz.  Otwarta,  soczysto  zielona  przestrzeń 

pofałdowana wzgórkami ciągnęła się aż po horyzont. Błękit nieba raził w oczy. Pomyślała, że 

nie należy zbyt długo zadzierać  głowy i wpatrywać się w bezmiar niebiańskiego oceanu, by 

się w nim nie utopić, choć taka perspektywa wydawała się bardzo kusząca. 

To miejsce było absolutnie doskonałe. 

Niemal  czuło  się  łagodne  tchnienie  cudownej  krainy,  a  delikatne  muskanie  wiatru 

przypominało najczulszą pieszczotę. 

background image

Słońce,  złote  niczym  dojrzałe  moroszki,  zsyłało  ciepło  i  lśniące  promienie  na  tę 

arkadię: na rośliny, zwierzęta i ludzi. Tylko nieliczne lekkie obłoczki sunące po niebie rzucały 

raz po raz cień. 

Błogosławiona  kraina,  zaludniona  przez  umiłowanych  przez  Stwórcę  mieszkańców, 

którzy otrzymali w darze ten raj. Bezkresne, zielone pastwiska opromienione miłością. 

Jej  oczy  wypatrzyły  przejrzystą,  błękitną  wodę,  zwierciadło  owej  krainy 

szczęśliwości,  które  pożyczało  od  nieba  swą  barwę.  Ukochane  przez  słońce,  rozrzucające  w 

nim złote iskry. 

Nieoczekiwanie też doleciały ją głosy, które wcale nie wydały się jej obce. Usłyszała 

ś

piew ptaków. Niektóre zawodziły żałośnie, inne zanosiły się radosnym trelem. Jedne nuciły 

sobie  od  niechcenia,  a  inne  z  maleńkich  gardeł  dobywały  kunsztownych  dźwięków, 

wyśpiewując  pod  niebiosa  pieśń  życia.  Ze  zdumieniem  uświadomiła  sobie,  że  zna  nazwy 

skrzydlatych  stworzeń,  które  zanoszą  się  wesołym  świergotem,  jakby  ją  witały.  Każdego 

ptaka potrafiła rozpoznać po śpiewie. 

W  oddali,  tam  gdzie  wzgórze  zlewało  się  z  niebem,  mignęło  jej  stado  reniferów. 

Zmrużyła  oczy  i  rozpoznała  zwierzęta  iskrzące  z  daleka  bielą  niczym  śnieg  w  pogodny, 

mroźny dzień. Na jasnym tle odbijały się gęste, ciemne poroża podobne do nagich gałęzi. 

Stała cicho, przymknęła oczy i nasłuchiwała, całą sobą chłonąc wrażenia. 

Wciągnęła  w  nozdrza  woń  tej  krainy  i  rozpoznała  znajomy  zapach  wrzosów,  zarośli, 

charakterystyczny  zapach  bagien  i  pastwisk.  Rozpoznała  głosy  ptaków,  szelest  skradającego 

się  lisa,  tupot  kopyt  reniferów  i  ich  pomruki  dobywające  się  gdzieś  głęboko  z  gardeł. 

Doleciały ją też odgłosy rozmowy. I chociaż słowa brzmiały jakoś inaczej, rozumiała je. 

Otworzyła  oczy  i  ujrzała  znajomy  widok.  Z  rozstawionych  w  krąg  spiczastych 

namiotów unosiły się ku niebu smużki dymu. Widziała już takie miejsca, ale to wydało się jej 

jeszcze piękniejsze i doskonalsze. To był raj. 

Czy  wolno  stąpać  po  tym  zielonym  kobiercu?  Czy  mam  do  tego  prawo?  Ostrożnie 

zrobiła  parę  kroków.  Tak  jak  przypuszczała,  poczuła  pod  stopami  miękki  mech,  a  nie  jakiś 

ugór. Z soczystej zieleni wystawały liliowe wrzosy. 

Zakręciło jej się w głowie. Zapragnęła zawirować w tańcu, pobiec boso przed siebie. 

- Zdejmij buty - usłyszała znajomy głos. Równie znajomy jak otaczający ją krajobraz, 

który musiała kochać ponad wszystko na długo wcześniej, nim ujrzała tę krainę. 

Obok niej stał mężczyzna. Jego czarne włosy potargał wiatr. Miał na sobie spodnie ze 

skóry i skórzaną kurtkę założoną na nagi tors. Przez ramię przewiesił arkan. 

background image

Raija  mimowolnie  zakryła  twarz.  Opuszkami  palców  wyczuła  siateczkę  zmarszczek. 

Wygładziła włosy. Chciała się odwrócić, żeby mężczyzna nie oglądał jej w takim stanie. 

Był taki młody. 

-  Jesteś  piękna  -  powiedział  i  uśmiechnął  się.  Kanciasta  twarz  nabrała  ciepła.  W 

wąskich  oczach  odbijało  się  słońce,  a  proste  brwi  zdawały  się  tak  czarne,  jakby  były 

pomalowane węglem. 

Był taki młody i taki urodziwy. Wolny. 

Zrozumiała, że go kocha, a właściwie że kochała, zanim go tu zobaczyła. Zawsze  go 

kochała. 

- Ciągle jesteś piękna, Mały Kruku - stwierdził z czułością, ale nie dotykał jej. Ona zaś 

nie  zdobyła  się  na  to,  by  wyciągnąć  dłoń  i  pogładzić  palcami  umiłowaną  twarz.  -  Dla  mnie 

zawsze byłaś piękna i taka już pozostaniesz. 

Raija zdjęła buty, ale nie chciała ich trzymać w ręce. Miała ochotę pobiec przed siebie. 

Stała jednak, nie chcąc go zostawić. 

- Pragnąłem ci tylko pokazać to miejsce - rzekł, unosząc rękę, jakby oprowadzał ją po 

swoim  królestwie.  -  Tak  wygląda  wieczność,  pełnia  doskonałości.  Chciałem,  żebyś  to 

zobaczyła. Będę tu na ciebie czekał. Niczego się nie lękaj. Nie ma tu cierpienia. Tylko to, co 

widzisz. Pamiętaj, że tu na ciebie będę czekał. 

Popatrzył na nią przeciągle. Patrzył i patrzył, a potem pobiegł... 

- Zanim się obudziłaś, zrzuciłaś z nóg buty - powiedział Jewgienij, uśmiechając się do 

Raiji. 

Przemawiał  wesoło,  jakby  się  z  nią  droczył.  Raija  pamiętała.  Pamiętała,  skąd 

przybywa. Przypomniawszy sobie mężczyznę stamtąd, poczuła dreszcze. 

- Co z Karoliną? - spytała chrapliwie. 

- Żyje - odparł Jewgienij. - Udzielono jej pomocy. Raija kiwnęła głową, ale nie mogła 

o tym mówić. Tym razem jednak pamiętała, skąd wraca. Przypomniała sobie też, że ta kraina 

opromieniona słońcem nazywa się Saivo. 

background image

Postanowili  podjąć  rozmowę.  Opowiedzieli  Raiji  wszystko  szczerze,  tak  by  mogła 

sama zobaczyć to ich oczami. 

Michaił  stał  obok  Jewgienija  zakłopotany,  wyjawiając  to,  co  wcześniej  powiedział 

Antonii,  ojcu,  Oldze.  Jewgienij  zaś  powiedział  o  tej  chwili,  kiedy  zaspana  Natalia,  stojąc  w 

drzwiach, mówiła o miłym panu. 

Olga  nie  odzywała  się,  ale  Raija  zauważyła,  że  posyłają  sobie  z  Misza  ukradkiem 

porozumiewawcze spojrzenia. 

Nie  rozumiała,  o  co  im  chodzi,  co  wspólnie  ukrywają.  Tej  nocy  połączyła  ich  jakaś 

tajemnica. Coś się musiało wydarzyć między nimi po jej rozmowie z Misza w stajni. 

-  Nic  nie  czułaś?  -  pytał  Jewgienij  Raiję,  dotykając  jej  kolan  i  wpatrując  się  w  nią 

intensywnie. 

Odniosła wrażenie, że jej silny mąż się boi, i poruszyło to w niej czułe struny. Był taki 

opiekuńczy,  chciał  jej  dobra.  Ale  nigdy  by  nie  zrozumiał.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  jaką 

mocą została obdarzona. 

Antonia podeszła o krok bliżej. Antonia była niebezpieczna, zbyt dobrze znała Raiję, 

może nawet lepiej niż ona samą siebie. 

-  Nic  nie  widziałaś?  -  zapytała  przyjaciółka.  Tak,  Antonia  była  najgroźniejsza,  bo 

potrafiła poznać, kiedy Raija udaje. Jewgienij nigdy się nie domyślał, kiedy kłamała. 

Raija  w  milczeniu  patrzyła  na  Antonię,  a  potem  długo  nie  spuszczała  wzroku  z 

Jewgienija.  Spojrzała  też  na  swojego  syna  i  na  córkę  Antonii.  Oni  wszyscy  byli  jej 

najbliższymi, tworzyli wspólnie rodzinę. 

Ale istniały jeszcze inne więzy. 

Znów  przypomniała  jej  się  twarz  młodego  mężczyzny.  Teraz,  w  otoczeniu 

najbliższych, uświadomiła sobie, jak egzotycznie wyglądał. Zrozumiała, że należał do obcego 

ludu. Nie pochodził z tych stron. 

On  pochodził  zza  skały  blokującej  jej  pamięć.  Już  wcześniej  jego  twarz  mignęła  jej 

parę razy we śnie. Majacząc jakby we mgle, niknęła wciąż w mroku, tak że nigdy nie udało 

się Raiji przyjrzeć dokładnie jego rysom. 

Dopiero teraz. 

Kiedy wszystko w niej wołało o pomoc, pojawił się on. Dotknął jej ramion. Wydawał 

się taki rzeczywisty, choć rozsądek podpowiadał jej coś zupełnie przeciwnego. 

background image

Teraz już wie. 

On  istniał  za  tą  skałą.  Pogrążony  w  mroku.  Był  częścią  jej  życia.  Miała  pewność,  że 

się  nie  myli.  Wprawdzie  we  śnie  nie  mówił,  że  ją  kocha,  a  jednak  tak  właśnie  było.  W 

niczyich oczach nie widziała tyle miłości. 

Odniosła wrażenie, że pod wpływem jego spojrzenia kruszeje skała odgradzająca ją od 

przeszłości. 

Nie  wiedziała  jednak,  czy  jest  dość  silna,  by  wyjść  na  spotkanie  minionego.  By 

dowiedzieć się prawdy. 

I żyć potem dalej jakby nic się nie stało. 

Kochała go, to pewne. Jak mogłaby go nie kochać? 

-  Nic  nie  pamiętam  -  odpowiedziała  wreszcie,  wytrzymując  spojrzenia  zebranych 

wokół niej osób. 

Nie uchyliła się nawet przed wzrokiem Toni, która długo nie spuszczała z niej oka. 

-  Nikogo  nie  widziałam  -  powtórzyła  bez  zmrużenia  oka,  odwracając  się  do 

Jewgienija. 

W  ciszy  dało  się  wyczuć  ulgę.  Tylko  Antonia  uniosła  lekko  brew,  najwyraźniej 

powątpiewając w słowa Raiji, ale nie drążyła tego tematu. 

Raija tymczasem ciągle tkwiła w mroku nocy, która miała się ku końcowi. Rozmyślała 

o pieszczotliwym przydomku, którym zwrócił się do niej mężczyzna. Nikomu z tu obecnych 

nie wpadłoby do głowy, żeby nazwać ją Małym Krukiem. 

Ten  mężczyzna  musiał  ją  znać  od  dawna,  kto  wie,  czy  nie  od  czasu,  gdy  była 

dzieckiem. 

Gdyby  wyłonił  się  z  mroków  jej  pamięci,  może  by  się  dało  rozwikłać  tę  zagadkę,  a 

skała  oddzielająca  ją  od  przeszłości  rozprysnęłaby  się  w  drobny  mak.  Nie  wiedziała  jednak, 

czy  zniosłaby  ciężar  prawdy.  Czy  potrafiłaby  żyć,  poznawszy  tajemnice  z  przeszłości,  która 

najwyraźniej  kryła  w  sobie  więcej  niespodzianek,  niż  Raija  przypuszczała.  Może  lepiej  nie 

pamiętać tego, co się kiedyś zdarzyło? 

Może lepiej nie wracać do korzeni? 

Kto wie, czy to nowe życie nie jest dla niej łaską, wybawieniem? 

Nie umiała sobie na to odpowiedzieć. 

Teraz chciała tylko spać. Spać i śnić, wierząc, że w którymś ze snów odnajdzie znowu 

jego. 

background image

Lekarz  przyjechał  sprawdzić,  jak  czuje  się  Karolina.  Starał  się  zachować  obojętność, 

ale  z  trudem  krył  zdumienie.  Młoda  kobieta  bowiem  została  wyleczona  w  niezrozumiały 

sposób. 

Nie  zapytał  Raiji,  jak  tego  dokonała,  choć  był  pewien,  że  musiała  użyć  jakichś 

nadzwyczajnych zdolności. 

- Pomogło to lekarstwo, które pan zostawił, doktorze - powiedziała Raija. 

Ona także nauczyła się udawać. Nie lubiła tego, ale przekonała się, że czasami więcej 

można  osiągnąć,  jeśli  człowiek  postępuje  według  ustalonych  reguł.  Miała  tylko  nadzieję,  że 

doktor  nie  zajrzy  do  słoiczka  na  półce  przy  drzwiach.  Od  razu  poznałby,  że  lekarstwo  stoi 

nietknięte. 

Lekarz nic nie odrzekł, ale zbierając się do wyjścia, zapytał: 

-  Dlaczego  nie  robi  pani  tego  częściej?  Raija  zwlekała  z  odpowiedzią.  Nie  miała 

ochoty o tym rozmawiać, ale nie wypadało lekceważyć medyka. 

-  Nie  ja  o  tym  decyduję  -  odezwała  się  po  chwili  milczenia.  -  Po  prostu  czasami 

otrzymuję  dar,  który  muszę  wykorzystać.  Ale  nie  chciałabym,  żeby  coś  takiego  przytrafiało 

mi się pięć razy dziennie. 

Popatrzyła na lekarza z powagą i dodała: 

- Za każdym razem czuję się tak, jakbym oddawała cząstkę siebie. Gdybym to robiła 

częściej, pewnie szybko dokonałabym żywota. 

Popatrzył na nią przeciągle. Widział, że ma do czynienia z kobietą wyjątkową. 

-  Może  kiedyś  kobiety  takie  jak  wy,  Bykowa,  uczynią  świat  lepszym  -  rzekł  z 

przekonaniem. 

- Kiedyś może tak, ale ja żyję teraz - odparła ze smutkiem. 

Pokiwał  głową  i  wyszedł.  W  drodze  powrotnej  do  miasta  zastanawiał  się,  jaki  byłby 

ś

wiat, gdyby zaroiło się od kobiet jej pokroju. 

Ale choć myślał intensywnie, nie potrafił sobie tego wyobrazić. 

- Co mówił o mnie? Pewnie mnie potępia? 

Raija  aż  się  wzdrygnęła,  usłyszawszy  nieoczekiwanie  głos  Karoliny  Weimer. 

Przywykła już bowiem do jej milczenia. 

Usiadła na brzegu łóżka i pogłaskała młodą kobietę po włosach. Poprawiła niesforny 

kosmyk  równie  naturalnie,  jakby  poprawiała  włosy  Natalii  czy  Michaiłowi.  Pokochała  to 

dziewczę. 

- Może potępia, nie wiem. Nie wspomniał nic o tym. 

- A ty? 

background image

-  Jak  bym  mogła?  -  Raija  pokręciła  głową.  -  Bardzo  mnie  zasmuciło,  że  próbowałaś 

sobie odebrać życie, ale cię nie potępiam. Raczej staram się zrozumieć. 

- Powinniście mi byli pozwolić umrzeć - rzekła Karolina ze smutkiem. 

Nie  roztkliwiała  się  nad  sobą  ani  nie  próbowała  żebrać  o  współczucie.  Mówiła 

szczerze. 

Raija zwróciła uwagę na jedno: Karolina mówiła w liczbie mnogiej. 

- Kim był ten mężczyzna? - zapytała Norweżka. 

- Który? Raija usłyszała strach w swoim głosie. 

-  Nie  widziałam  go  tu  wcześniej  -  ciągnęła  Karolina.  -  Trzymał  dłonie  na  twoich 

ramionach.  Miał  czarne  włosy  i  takie  dziwne  oczy.  Ubrany  też  był  jakoś  inaczej.  Podobnie 

ubierają  się  Lapończycy  górscy  w  naszych  stronach.  Latem,  kiedy  pędzą  renifery,  mają  na 

sobie  takie  stroje.  Byliśmy  kiedyś  oglądać  ich  obozowiska  w  dolinie  Troms,  niedaleko 

Tromso. Ale tu w Rosji chyba nie spotyka się Lapończyków? 

Karolina nawet nie miała pojęcia, jak ważne było to, co powiedziała. Raija poczuła się 

tak, jakby otrzymała w prezencie nowe, brakujące elementy obrazu przeszłości, i przeszły ją 

dreszcze. 

Ukryła starannie w sercu zasłyszane słowa. Kiedyś powstanie z nich historia jej życia, 

począwszy od nieznanych, przesłoniętych czarną skałą korzeni. 

Raija trzymała chłodne dłonie Karoliny i leciutko gładząc bandaże, odpowiedziała: 

-  Nie  wiem.  On  nie  był  rzeczywisty.  Nie  zaprzeczam,  że  coś  czułam,  kogoś  może 

widziałam, ale nie wiem, kto to był. 

Karolina rozszerzyła oczy, na chwilę zapominając o sobie. 

- Jak to nierzeczywisty! - zdumiała się. - Przecież go widziałam! Stał za tobą i trzymał 

cię za ramiona. Patrzył na ciebie, na mnie. On ci pomógł! 

Raija pokiwała głową ze słowami: 

-  Tak,  a  jednak  nie  był  to  człowiek  z  krwi  i  kości.  Przydarzają  mi  się  czasem  takie 

dziwne rzeczy. Tylko dlatego udało mi się dwukrotnie uratować ci życie. Tym razem jednak 

potrzebowałam pomocy. I pomoc nadeszła. 

Karolina  przełknęła  ciężko  ślinę.  Po  tak  długim  okresie  milczenia  dziwnie  się  czuła, 

rozmawiając. 

- Był bardzo urodziwy - powiedziała po chwili i uśmiechnęła się lekko. - Może to jakiś 

anioł?  Chociaż  anioły  chyba  nie  noszą  ubrań  ze  skóry.  Poza  tym  nie  miał  skrzydeł.  Ale  był 

taki piękny! Emanowała z niego siła i wolność. 

background image

Raija  uśmiechnęła  się.  Wszystko  się  zgadzało.  Ukazała  się  im  ta  sama  postać. 

Przeraziło ją tylko, że i Natalia widziała zjawę. 

- Pomyśl sobie, że to był sen - powiedziała. - Lepiej nie roztrząsajmy dłużej, kto nas 

odwiedził. I tak się tego nigdy nie dowiemy. Po prostu uznajmy, że przyśnił ci się mężczyzna, 

który tak jak i ja, Karolino, nie chciał, żebyś umarła. Twoje życie to cenny dar, to świętość. 

- A życie mojego dziecka nie było dość cenne? 

- Mnie się zdaje, że twój synek był maleńkim aniołkiem - odrzekła Raija, uśmiechając 

się łagodnie. 

-  Jesteś  pewna,  że  on  naprawdę  nie  żyje?  Może  Lorentz  tylko  mi  go  odebrał? 

Widziałaś, że dziecko było martwe? 

- Twoje dziecko nie żyje - powtórzyła z naciskiem Raija. 

Karolina długo jej się przyglądała, zwilżając językiem spierzchnięte wargi. 

- Słyszałam rozmowy - rzekła w końcu. - Nie spałam bez przerwy i nie przez cały czas 

płakałam.  Z  dzieckiem  coś  było  nie  tak,  prawda?  Nie  było  zdrowe,  dlatego  mi  go  nie 

pokazano? Ktoś mówił, że dobrze, iż umarło. Rozumiem teraz, dlaczego Lorentz chętnie się 

mnie pozbył. Nie chce mieć kalekich synów. Z tego też powodu moje dziecko nie ma praw-

dziwego grobu. 

-  Skoro  wiesz,  czemu  pytasz?  -  odparła  Raija.  -  Sama  prosiłam  twojego  męża,  żeby 

oszczędził ci prawdy. Bałam się, że się załamiesz. 

- Wolałabym dowiedzieć się prawdy od niego, niż słyszeć za plecami tłumione szepty. 

Urwała i leżała cicho. Zamknąwszy oczy, odgrodziła się od Raiji. Znów pogrążyła się 

we własnym świecie, do którego nie dopuszczała nikogo. 

Raija siedziała przy Karolinie, póki ta nie zasnęła. 

Misza bawił się z Natalią na podwórzu. Bez proszenia został w domu. Właściwie sam 

się zadeklarował. Raija  podejrzewała co prawda, że to za sprawą Jewgienija, ale przyjemnie 

jej było, że tak się o nią troszczą. 

Dzieci nie zauważyły, gdy siadła na schodach z robótką w ręku. Musiała czymś zająć 

ręce, żeby nie zwariować. 

Wciąż na nowo powracały do niej te same wspomnienia. Raija nie mogła tego znieść. 

Uporczywe myśli doprowadzały ją do obłędu. 

Nawet nie musiała zamykać oczu, aby zobaczyć tego mężczyznę ze snu. Graniczyło to 

z szaleństwem. Jak to możliwe, by zawładnęła nią jakaś nierealna postać? Nie powinna na to 

pozwolić! 

background image

- Jaki jest ten miły pan? - usłyszała cichy  głos Miszy, zwracającego się z powagą do 

Natalii. 

Raija  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Chciała  się  poderwać  i  powstrzymać  syna.  Chciała 

krzyknąć, że nie ma prawa wypytywać Natalii. Nie uczyniła jednak nic. Trzymała w dłoniach 

kawałek materiału w błękitno - brązową kratkę, z którego szyła spódniczkę z fartuszkiem dla 

córeczki, i nie ruszyła się nawet z miejsca. 

- Jest taki jak tata? 

- Tata? - powtórzyła Natalia jasnym głosikiem, a jej twarzyczka rozpromieniła się. 

Uśmiechnęła się serdecznie od ucha do ucha. 

- Czy ten pan jest taki duży jak tata? Dziecko pokręciło głową i trzymając palec w bu-

zi, uśmiechało się bez przerwy. 

- A może jest mały? - drążył Michaił. 

- Nieee! Duuuży! - odparła Natalia i wysoko podniosła rączki, jakby chciała pokazać. 

Raija uśmiechnęła się rozbawiona. Niepokój trochę ustąpił. Dla Natalii wszystko było 

duże, wszystko, co było większe od niej samej. 

- W morzu - paplała mała. - Miły pan w morzu. 

- Był tu u nas w domu? - spytał Michaił i przytrzymał Natalię za ręce, gdy chciała się 

wyrwać. 

Mała wierciła się i złościła. Nie podobała jej się ta zabawa. Nie chciała się dłużej tak 

bawić. Miała ochotę pobiegać. Krzyknęła więc wniebogłosy. 

Michaił  westchnął  zrezygnowany  i  wypuścił  ją  z  rąk.  Natalia  pokicała  dookoła  jak 

mały zajączek, a jej śmiech unosił się niczym niesiony na skrzydłach motyla. 

Misza uśmiechnął się. 

Raija zauważyła, że jest zawiedziony, ale i on nie potrafił się gniewać na Natalię. Było 

to po prostu niemożliwe. 

Natalia  zakręciła  się  w  tańcu,  a  potem  przybiegła  do  Raiji,  z  radością  sobie 

podśpiewując: 

- Mama, mama, mama... 

Raija  bez  żalu  odłożyła  robótkę  i  chwyciła  córeczkę  w  ramiona.  Z  przyjemnością 

przytuliła się do jej miękkiego, pulchnego policzka. 

-  Kochana  mama  -  westchnęła  Natalia  uszczęśliwiona  i  zwinęła  się  w  kłębuszek  na 

kolanach Raiji, pozwalając się ściskać i całować. 

Przyjmowała pieszczoty jak coś najbardziej oczywistego. 

Spotykała się na co dzień tylko z miłością. Zresztą zasługiwała na nią. 

background image

-  Kocham  cię,  mamusiu  -  powiedziała.  Takie  słowa  były  niczym  plaster  miodu  na 

serce Raiji. Pozwalały zapomnieć o chłodzie, zwątpieniu, o strachu. 

- Miły pan też kocha mamusię - zaszczebiotała. Raiji zdawało się, że krew zakrzepła 

jej w żyłach. 

Ponad  ciemną  główką  córeczki  napotkała  spojrzenie  Michaiła.  On  też  słyszał,  co 

mówiła  Natalia,  ale  tylko  zmrużył  oczy,  udając  obojętność  i  przeczesał  palcami  włosy,  tak 

samo jak jego ojciec. 

Raiję  przeszły  dreszcze,  choć  niebo  było  pogodne,  a  nieliczne  obłoki  nie  zakrywały 

słonecznej tarczy. 

-  Kim  on  jest?  -  zapytał  Michaił  po  chwili  milczenia.  Kiedy  tak  siedział  obok  na 

schodach,  wydał  jej  się  niemal  dorosły.  Gdyby  spojrzała  na  niego  pod  słońce,  ujrzałaby 

ciemny zarys męskiej sylwetki. 

Choć nie musiała odpowiadać, zapragnęła mu jednak wszystko wyjaśnić. To przecież 

jej syn! Ale w tej chwili nie było to możliwe. Nie potrafiła. Zresztą nie była pewna, czy by jej 

uwierzył. 

- Dlaczego Natalia go widzi? - nie dawał za wygraną Misza. 

- Chciałabym znać odpowiedzi na twoje pytania - odparła Raija. 

Ś

miech  Natalii  zabrzmiał  niczym  wesołe,  dźwięczne  perełki.  Ożywczy  niczym 

poranna rosa albo łagodny deszczyk. 

- Boję się - wyznał Michaił. - Przeraża mnie to. 

-  Sądzisz,  że  ja  się  nie  lękam?  -  spytała  Raija.  Michaił  uścisnął  jej  dłoń.  Miał  takie 

same ręce jak niegdyś Jewgienij. 

Misza  przecież  jeszcze  jest  dzieckiem,  pomyślała.  Nie  mogę  go  obarczać  swoimi 

problemami  i  oczekiwać,  że  będzie  mnie  pocieszał  jak  dorosły.  Nadal  jestem  za  niego 

odpowiedzialna. 

Odrzekła więc: 

- Zapewne dlatego mnie to spotyka, bo mimo wszystko mam w sobie dość siły, by z 

tym  żyć.  Zresztą  kimkolwiek  jest  ów  mężczyzna,  to  przecież  nie  robi  nam  nic  złego  i  nie 

zamierza nas skrzywdzić. 

Michaił  milczał,  ale  jego  oczy  wpatrywały  się  w  nią  badawczo.  Czasami  ten  jej  syn 

potrafił  być  niebezpieczny.  Wiele  rzeczy  nie  umykało  jego  uwagi.  Bardzo  był  pod  tym 

względem podobny do niej. Kierował się intuicją i wyczuwał nastroje. 

Za  nic  w  świecie  nie  powinien  się  teraz  niczego  domyślić,  uznała  Raija,  strzegąc 

prawdy. 

background image

- Czasami chciałbym, żebyś była zwyczajna, mamo - westchnął Misza. - Ale, niestety, 

nie jesteś. 

Raija  zapragnęła  przebić  się  przez  pancerz,  jakim  się  otoczył,  i  dowiedzieć  się,  co 

dręczy  syna.  Był  taki  daleki,  obcy.  Chciałaby  wiedzieć,  dokąd  tak  ucieka  myślami.  Co 

naprawdę o niej sądzi, a czego jej nie mówi. 

Michaił przypomniał sobie znów tajemnicę ojca. Bał się w niej pogrążyć. Nie chciał w 

tym  uczestniczyć,  przekonany,  że  cokolwiek  uczyni,  zdradzi  jedno  z  rodziców.  Tak  to 

przynajmniej odbierał. Straszne byłoby zawieść mamę. 

-  Do  jesieni  wszystko  wróci  do  normy  -  obiecała  Raija,  nie  do  końca  pewna,  czy 

dotrzyma  przyrzeczenia.  -  Postaramy  się,  żeby  Karolina  była  zupełnie  zdrowa,  kiedy  już 

będzie opuszczać nasz dom. 

-  Nie  potrafisz  być  zwyczajna,  mamo  -  stwierdził  Michaił.  -  Nie  uda  ci  się,  nawet 

gdybyś się starała! 

- Dzieci nie powinny być takie domyślne - uśmiechnęła się Raija. - Nie wzdrygaj się, 

Misza, jesteś moim dzieckiem i pozostaniesz nim nawet wtedy, gdy skończysz pięćdziesiąt lat 

- dodała, ucinając rozmowę. 

Pośpiesznie  wstała  i  wróciła  do  chaty,  gdzie  czekało  ją  gotowanie,  zmywanie  oraz 

mnóstwo innych codziennych zajęć. 

Karolina  nie  spała,  ale  gdy  Raija  do  niej  zajrzała,  szybko  zamknęła  oczy.  Raija 

domyśliła się, że Karolina także na swój sposób ucieka. 

- Mam dla ciebie zupę - powiedziała. 

Miska parzyła ją w ręce. Pachniało kusząco mięsem i cebulą, ale dla Karoliny Weimer 

pewnie zapach ten był obcy. 

Jeśli Lorentz Weimer zamierzał zapewnić swojej żonie warunki, do jakich przywykła, 

to zwrócił się do niewłaściwej osoby. 

- Dziękuję, nie mam ochoty - odrzekła Karolina cicho, ledwie poruszając wargami. 

Wydawała  się  zupełnie  bezbarwna.  Przy  bladej  twarzy  nawet  włosy  wyglądały  na 

bardziej spłowiałe niż zwykle. 

-  Jeśli  nie  będziesz  jadła,  to  zabraknie  ci  siły  nawet  na  to,  żeby  mi  się  sprzeciwić  - 

rzuciła Raija. 

- Naprawdę dziękuję. Nie teraz. Raija nie zmuszała jej. Zaniosła miskę z powrotem do 

kuchni.  Nie  zamierzała  jednak  szykować  dla  chorej  czegoś  innego.  Odgrzeje  jej  zupę,  gdy 

zgłodnieje. Trudno, musi jeść to co wszyscy. 

- Lorentz mnie zostawił - odezwała się Karolina. - On nie wróci. 

background image

-  Że  też  opowiadasz  takie  bzdury!  -  zdenerwowała  się  Raija.  -  Twój  mąż  popłynął 

tylko do Kiem i Onegi, a potem oczywiście wróci. Nie przetrzymałabyś trudów takiego rejsu. 

Potrzebujesz opieki. Nie jestem pewna, czy załoga potrafiłaby ci ją zapewnić. 

- On się chce mnie pozbyć - upierała się Karolina cienkim głosem. - Nie jestem mu już 

potrzebna.  Niepotrzebna  mu  żona,  która  wydała  na  świat  kalekę.  Lorentz  chce  mieć  dużo 

synów. Dlatego wziął sobie młodą żonę. Ale po tym, co się stało, stracił wiarę, że urodzę mu 

zdrowych potomków. Dlatego chce się mnie pozbyć Wiem o tym! 

Raiji przemknęło przez myśl, że Karolinę mogłoby dotknąć większe nieszczęście niż 

to, że uwolniłaby się od pozbawionego serca męża, ale nie powiedziała tego na głos. 

Zostać  samej  w  świecie  Karoliny  nie  było  łatwiejsze,  niż  żyć  z  człowiekiem  pokroju 

Lorentza Weimara. Jedno i drugie było beznadziejne. 

-  Zabrał  mi  moje  dziecko!  Chciałam  je  przytulić.  Nawet  mi  nie  było  wolno  go 

potrzymać przez chwilę. 

- Kiedy odzyskałaś przytomność, maleństwo już nie żyło - powiedziała cicho Raija. - 

A ty byłaś taka osłabiona. 

-  Jesteś  po  jego  stronie?  Karolina  próbowała  się  podnieść,  ale  nie  miała  dość  siły. 

Opadła na poduszkę niebezpiecznie blada, a zza firanek rzęs popłynęły strumienie łez. 

- Chciałam wziąć na ręce moje dziecko, nawet jeśli umarło. Czy to tak trudno pojąć? 

Przecież to był mimo wszystko mój syn. Obojętnie, jak wyglądał. To ja go nosiłam w swoim 

łonie, był mój. Znałam go. Lorentz nawet nigdy nie przyłożył dłoni do mojego brzucha, żeby 

poczuć, jak to maleństwo kopie. Nigdy nie zapytał, czy się rusza. Nigdy nie poprosił, bym mu 

opowiedziała, jakie to uczucie. Ale to  Lorentz kazał wyrzucić moje dziecko za burtę, zanim 

wzięłam  je  w  ramiona.  Lorentz  nadał  mu  imię.  Lorentz  zadecydował!  On,  który  nigdy  nie 

troszczył się o to, by pokochać to dziecko. On go nie kochał! Nigdy go nie kochał! 

Karolina  wykrzyczała  z  siebie  gniew  i  ucichła.  Twarz  miała  nadal  bladą,  ale  już  nie 

płakała. Znów ogarnęła ją apatia. 

-  Chciałam  przytulić  synka,  rozumiesz?  Potrzymać  na  rękach.  A  teraz  nie  wiem,  ani 

czy naprawdę istniał, ani czy umarł. Rozpaczam po nim, ale tak naprawdę nie wiem, po kim 

rozpaczam. Nie wiem, czy powinnam okryć się żałobą. Urodziłam dziecko, ale tak naprawdę 

nigdy go nie miałam! 

Raija trzymała ją za ręce i tuliła. Tylko tyle mogła dla niej zrobić. 

background image

- Podobają mi się te kwiaty. W rozświetlone słońcem przedpołudnie Karolina siedziała 

wraz z Raiją na ciepłej skórze na schodach. Kolana miała okryte pięknym tkanym kocem,  a 

na  ramiona  zarzucony  szal  Raiji.  W  związanych  jedynie  tasiemką  włosach  wyglądała  tak 

młodo,  że  można  by  ją  wziąć  za  dziewczynkę.  Raija  śmiała  się,  nazywając  ją  „cioteczką”. 

Karolinę też bawił ten żart. 

-  Na  bukiety  raczej  się  nie  nadają.  Są  za  duże  -  odparła  Raija.  -  A  rozrastają  się 

dookoła niczym zaraza. Daremnie by się starać zapanować jakoś nad nimi. Same decydują o 

tym, gdzie chcą rosnąć. 

-  Ale  rosną!  -  wtrąciła  Karolina,  która  pochodziła  z  miasta,  gdzie  panował  surowy 

klimat.  -  Marzę  o  tym,  żeby  mieć  ogród  -  zwierzyła  się.  -  Siostry  Lorentza  mają  piękne 

ogrody  z  różami  sprowadzonymi  aż  z  Europy,  z  Niemiec.  Róże  to  cudowne  kwiaty  o 

niebiańskim wprost zapachu. Nikt inny w Tromse nie ma takich. Ale te tutaj także są piękne. 

Podobnych nie uświadczysz w moich stronach. 

Karolina uśmiechnęła się lekko. 

- Wyglądają jak wielkie krwawniki. Jak wy je nazywacie? 

-  Nijak  -  odparła  Raija.  -  Tylko  ja  czasem,  gdy  się  denerwuję,  używam  niezbyt 

przyzwoitych  określeń,  ale  nie  powiem  ci,  jakich.  Sok  z  tych  roślin  strasznie  parzy.  Ale 

właściwie  masz  rację,  są  całkiem  urodziwe.  Poza  tym  rozkrzewiają  się  i  rosną  wysoko, 

tworząc  osłonę  przed  wiatrem.  Kiedy  będziesz  wyjeżdżać,  możesz  wziąć  ze  sobą  nasiona.  - 

Zaśmiała się. - Będziesz miała takie rośliny, jakich nie ma nikt inny w Tromso. One się łatwo 

przyjmują  i  rosną  bez  opamiętania.  Mam  nadzieję,  że  masz  dość  miejsca,  bo  nim  się 

obejrzysz, utworzą gęsty las. 

- O, nic, co posiada Lorentz, nie jest małe - odparła Karolina cicho i dodała po chwili: 

- Prócz mnie. Tylko ja nie przedstawiam żadnej wartości. 

Raiji  cisnęły  się  na  usta  niezbyt  przyjemne  słowa  na  temat  kupca  Weimera,  ale 

milczała, obawiając się, że Karolina poczuje się urażona i uzna za atak na nią. A przecież nie 

o to chodziło. 

- Może to zabrzmi niestosownie - odezwała się wreszcie Raija - ale pamiętaj, że jesteś 

młoda. Możesz urodzić jeszcze wiele dzieci. 

background image

Karolina  popatrzyła  na  nią  przenikliwie.  Na  jej  dziecinnej  twarzy  nie  odznaczała  się 

nawet jedna zmarszczka. Nawet w okolicach oczu, gdzie wraz z upływem czasu często tworzą 

się zmarszczki od uśmiechu. 

-  Tak,  mogę  -  powiedziała  Karolina,  a  jej  klarowne,  błękitne  oczy  błysnęły 

nienawiścią. 

Zaskoczyła tym Raiję, która domyślała się, że dziewczynie od wczesnych lat wpajano, 

iż nie należy okazywać emocji. 

-  Ale  Lorentz  zaczyna  się  starzeć  i  nie  może  czekać.  A  chce  koniecznie  zapewnić 

sobie  męskiego  potomka.  Ma  trzy  córki  ze  służącymi.  Głośno  się  o  tym  nie  mówi,  ale  ja 

wiem. Pewnie gdyby jakaś dziewka ze służby urodziła mu syna, wolałby go oficjalnie uznać, 

niż ożenić się ze mną. Uśmiechnęła się. 

-  Rozumiesz  chyba,  o  co  mi  chodzi.  Lorentza  nie  można  zawieść,  tak  jak  ja  go 

zawiodłam.  Jemu  się  śpieszy,  bo  ja  mam  duże  szanse,  by  go  przeżyć.  Nie  może  się  mnie 

pozbyć, ale musi mieć syna. 

Raija wzdrygnęła się. 

- Chłód - powiedziała Karolina cicho. 

Raija domyśliła się, że nie ma na myśli pogody. Pytanie, czy mogłaby uwolnić się od 

męża, Raija uznała za bezsensowne. Nie mogła. 

- Skąd znasz norweski? - zmieniła temat Karolina. - Nigdy mi nie mówiłaś. 

- Bo nie wiem. Nie pamiętam - odpowiedziała Raija i wstała, nie mogąc usiedzieć na 

miejscu. 

Pytanie  to  nie  dawało  jej  spokoju.  Wiele  wiedziała  i  wiele  potrafiła,  ale  nie  miała 

pojęcia, dlaczego. 

-  Przybyłam  do  Archangielska  niczym  obcy  ptak  -  zaśmiała  się.  -  No  i  tu  zostałam, 

przywykłam.  Nie  czuję  się  już  obco  w  tym  mieście,  chociaż  prawdziwą  Rosjanką  pewnie 

nigdy się nie stanę. Sama nie wiem dokładnie, kim jestem. 

Karolina Weimer nie dopytywała się o nic więcej. Chyba już myślała o czym innym. 

Nie  została  nauczona,  by  troszczyć  się  o  bliźnich.  Zainteresowanie  jej  było  jedynie 

powierzchowne. Przyglądając się dorastającym do wysokości dorosłego mężczyzny roślinom, 

powiedziała z namysłem: 

-  Zupełnie  przypominają  dzięgiel,  ale  dzięgiel  jest  mniejszy.  Niektórzy,  głównie 

biedota, jadają kwiaty tej rośliny i musi im to starczyć za całe pożywienie. 

Okropne, prawda? Tak mi tylko wpadło do głowy. 

- Czasami nie bierz tego do ust - ostrzegła Raija i poczuła pulsowanie w skroniach. 

background image

Wyobraziła sobie roślinę, mniej więcej do połowy tak wysoką jak ta, która rosła w jej, 

jak  to  mawiała,  ogrodzie.  Roślinę  o  mocnych  liściach,  długiej,  pustej  w  środku  łodydze, 

zakończonej  sztywnym  wianuszkiem  kwiatów.  Znała  jej  smak,  chrupiący,  niemal  słodki  i 

orzeźwiający. 

Dzięgiel. 

Tak,  jadała  go.  To  znaczy,  że  należała  do  biedoty.  Zresztą  tego  była  zawsze  niemal 

pewna.  Być może właśnie z tego powodu czuła  się tak swobodnie w towarzystwie Wasilija. 

Wprawdzie Jewgienij też pochodził z ubogiej rodziny, ale on w odróżnieniu od Wasi szybko 

przywykł do dobrobytu. 

A więc nie jest całkiem pozbawiona korzeni. Tkwią one gdzieś daleko stąd. 

-  Natalia  nie  jest  podobna  do  ciebie.  Do  Jewgienija  też  nie.  Czarujące  dziecko. 

Aniołeczek! 

Raija słuchała jednym uchem zachwytów Karoliny. Nie miała ochoty się jej zwierzać. 

W  tej  chwili  wprawdzie  jej  podopieczna  zdawała  się  być  troskliwa  i  miła,  ale  zaraz  pewnie 

znów spojrzy na nią z góry, jakby chciała podkreślić dzielącą je różnicę społeczną. 

-  Natalia  jest  sobą  -  ucięła.  -  Lepiej  wracaj  do  izby,  Karolino,  bo  nam  się  na  dobre 

rozchorujesz i wyzioniesz ducha. 

- O, nie, takiej przyjemności nie mam zamiaru sprawić Lorentzowi - odparła z goryczą 

i zaśmiała się głucho. 

Raija znów pomyślała o dzięglu. 

Tej  nocy  Raiji  nie  śnił  się  czarnowłosy  mężczyzna  o  miodowych  oczach.  Właściwie 

nic  jej  się  nie  śniło.  Leżała  w  objęciach  Jewgienija,  czując  ciepło  płynące  od  jego  ciała. 

Niczym cuma wiązał ją z życiem w Archangielsku. Przerażało ją to, ale i napawało spokojem. 

Tyle że mężczyzna o miodowych oczach nie pojawił się w jej śnie. 

Przynajmniej tego nie pamiętała. 

Jewgienij  obserwował  Raiję  ukradkiem,  coraz  bardziej  zafrasowany.  Napawało  go 

lękiem, że Raija nic nie mówi i zachowuje się tak, jakby coś przed nim ukrywała, mimo że jej 

oczu nie zasnuwała mgła ani nie płonęły policzki, jak wówczas gdy żył jeszcze Wasia. 

Przez  sen  Raija  powtarzała:  „Mikkal”,  a  wymawiając  to  imię,  uśmiechała  się 

uszczęśliwiona,  jakby  w  mroku  nocy  widziała  ukochanego.  Wtulona  w  ramię  męża, 

wzdychała zadowolona. 

Jewgienij tłumaczył sobie, że zazdrość jest głupotą, bo przecież Mikkal od dawna nie 

ż

yje. Ale przyłapał się na tym, że uważnie obserwuje Raiję. 

Tego dnia powróciły jeszcze inne wspomnienia. 

background image

Kiedy  Jewgienij  dotarł  do  Archangielska,  natknął  się  na  dwóch  znajomych 

młodzieńców. Ucieszył się ze spotkania, mimo że na ich widok przypomniał sobie wszystko, 

co najchętniej wyrzuciłby z pamięci. 

Nikołaj  Norkin,  od  ostatniego  razu,  gdy  się  widzieli,  zmężniał  i  spoważniał,  ale 

jednocześnie wyglądał na weselszego. 

Uścisnął serdecznie dłoń Jewgienija, który od razu zauważył, że ręce Nikołaja nie są 

już takie białe i delikatne, jakby dotykały tylko papieru. 

- Wróciłeś na dobre? - zapytał. 

Nikołaj pokręcił głową. 

- Na razie jeszcze nie. Czekam, aż moja rodzina będzie mi w stanie wybaczyć. A może 

to ja muszę wydorośleć, żeby wybaczyć im? Chcielibyśmy z Walerijem odwiedzić Raiję. Jeśli 

oczywiście nie będziesz miał nic przeciwko temu. 

Jewgienij uśmiechnął się. 

-  Chyba  nie  muszę  się  obawiać  dwóch  takich  parweniuszy.  O  ile  pamiętam,  Raija 

traktuje was po matczynemu. Tylko zachowujcie się grzecznie! 

Opowiedział im przy okazji o Norweżce, która przebywa pod ich dachem. 

-  Możemy  z  nią  porozmawiać  -  oznajmił  Nikołaj  z  miną  niewiniątka.  -  Nauczyliśmy 

się wielu potrzebnych słów, kiedy żeglowaliśmy wzdłuż norweskiego wybrzeża. 

-  Niestety  większość  z  nich  to  przekleństwa  -  wtrącił  Walerij  Uskow,  bratanek 

Wasilija. 

Podobieństwo  do  Uskowów  stało  się  jeszcze  bardziej  widoczne  w  jego  rysach. 

Jewgienij mimowolnie zastanowił się, jak Raija  zareaguje,  gdy zobaczy  chłopaka. W mroku 

łatwo wziąć go było za Wasilija. 

Ale przecież nie będzie pilnować i śledzić młodzieńców! A tym bardziej chronić Raiji, 

gdy ona być może wcale tego nie potrzebuje. Musi jej ufać. 

Poza  tym  o  tej  porze  roku  zmrok  nie  zapada.  Jeszcze  przez  parę  tygodni  cieszyć  się 

będą białymi nocami. Raija więc nie ulegnie złudzeniu, że przyszedł ten, którego już nie ma 

wśród  żywych.  Ale  wspomnienia  z  przeszłości  na  pewno  powrócą  na  nowo.  Co  do  tego  nie 

miał wątpliwości. 

Niepokój zagościł w jego sercu. 

Raija  siedziała  przy  krosnach  i  delektowała  się  ciszą.  Z  przyjemnością  przetykała 

czółenko między nitkami osnowy. Lubiła tkać, lubiła tworzyć nowe wzory. Nie przejmowała 

się tym, że Natalia zabiera jej kłębki i turla je po podłodze. 

background image

Pofarbowała wełnę wczesnym latem. Udało jej się otrzymać motki w najpiękniejszych 

odcieniach  brązu  i  żółci,  przechodzącej  w  kolor  rdzy,  a  także  wszystkie  tony  zieleni. 

Brakowało jej tylko niebieskiego. Ubolewała, że nie potrafi wyczarować błękitnej barwy, jaką 

przybiera  niebo  w  słoneczny  letni  dzień.  Zapragnęła  otrzymać  głęboki  odcień  szafiru,  jaki 

mają jeziora w pogodne jesienne popołudnie, kiedy niebo przegląda się w nich kokieteryjnie 

jak w zwierciadle. Chętnie nadałaby włóczce chłodny ton granatu, jaki spowija niebo podczas 

mroźnych zimowych nocy, gdy nad głowami ludzi faluje, kusząc i drażniąc, polarna zorza. 

Tak  bardzo  gorąco  pragnęła  uzyskać  wszystkie  te  odcienie!  Miała  je  w  głowie  i  pod 

powiekami,  ale  nie  potrafiła  otrzymać  podczas  farbowania  w  specjalnej  balii.  Brakowało  jej 

wełny  w  tym  kolorze.  Wiedziała,  że  jej  tkaniny  nigdy  nie  będą  stanowić  całości,  jeśli  nie 

wplecie w nie barwy nieba, barwy własnego życia. 

- Idą panowie - zaszczebiotała Natalia i rozrzuciła po podłodze kłębki. 

Raija uśmiechnęła się do niej. 

Karolina  miała  w  gruncie  rzeczy  rację,  nazywając  córeczkę  Aniołkiem.  Czasami  tak 

właśnie  wyglądała,  gdy  odsłaniała  rząd  drobnych  ząbków  w  promiennym  uśmiechu.  W  tej 

małej dziewczynce nieustannie gościł śmiech i radość. 

- Kłębki to panowie, maleńka? - zapytała, przetykając zieloną włóczkę. 

Zielone były liście, zielone trawy i wszelka inna bujna, soczysta roślinność lata, wśród 

której tylko gdzieniegdzie wystawały suche trawy. Wplotła więc tu i ówdzie żółte i brązowe 

nitki, by zaznaczyć plamki na zielonym tle. 

Natalia była naprawdę obdarzona wyobraźnią. Żywszą niż jej własna. Niestety, Raija 

nie  wiedziała,  czy  jako  dziecko  snuła  podobne  fantazje.  Mało  kto  pamięta  dokładnie  swoje 

dzieciństwo, jej jednak nie dane było pamiętać czegokolwiek. 

Nagle  otworzyły  się  drzwi,  choć  nie  słychać  było  wcześniej  pukania.  A  kiedy  do 

ś

rodka weszli goście, Raiję przeszły ciarki po plecach. 

W  niewielkiej  izbie  przybysze  tylko  przez  chwilę  zdawali  się  mrocznymi  cieniami. 

Chociaż  rozpoznała  ich  obu,  na  moment  zamarła,  ujrzawszy  sylwetkę  Wasilija  w  ciele 

chłopca, którego znała jako Walerija, jego bratanka. 

Zaraz  jednak  ochłonęła  i  Z  radością  wyściskała  ich  obu,  zarówno  tego,  który 

wychowywał się w biedzie, jak i drugiego, który mógłby żyć po królewsku. 

Walerij  Uskow  i  Nikołaj  Norkin  byli  tacy  różni,  ale  w  marynarskich  koszulach  i 

prostych spodniach wydawali się dziwnie jednakowi. 

Raija  zauważyła,  że  dawna  wrogość  między  nimi  zniknęła,  przeobrażając  się  w 

przyjaźń i braterstwo. A więc i nienawiść przemieniła się w coś dobrego. 

background image

W pewnym sensie obaj byli jej synami. Nie urodziła ich wprawdzie, ale była przy nich 

w najtrudniejszych, najtragiczniejszych momentach ich życia. 

- Jak dobrze was znowu widzieć! - zawołała, nie mogąc się powstrzymać, by ich nie 

pocałować, czym wprawiła ich w lekkie zakłopotanie. 

Zarumienili  się  i  spuścili  oczy.  Raija  roześmiała  się,  uszczypnęła  ich  w  policzki,  a 

potem zwichrzyła czupryny. 

-  Nie  potrzebujecie  się  czerwienić.  Jestem  dla  was  za  stara.  Nawet  gdyby  zsumować 

wasze lata, i tak miałabym więcej. 

Wybuchnęli  serdecznym  śmiechem,  burząc  tę  barierę,  która  nieoczekiwanie  stanęła 

między nimi, gdy zobaczyli w niej piękną kobietę. 

-  Przyszli  panowie  -  odezwała  się  Natalia.  Młodzieńcy  dopiero  teraz  zauważyli 

pośrodku  izby  małego  brzdąca.  Pucatą  dziewczynkę  uśmiechniętą  od  ucha  do  ucha,  z 

dołeczkami w policzkach i oczkami o barwie morza, w którym odbijają się promyki słońca. Z 

włosami czarniejszymi niż wnętrze jaskini. 

-  Panowie  przyszli  -  wołała  zachwycona  dziewczynka.  Raija  przypomniała  sobie,  co 

wcześniej mówiła córeczka, i przeszły ją ciarki. 

- Dobry Boże - wyrwało się Walerijowi, który, pobladłszy, nie mógł oderwać oczu od 

dziecka. 

Patrzył  to  na  nią,  to  na  Raiję  i  przełykał  ciężko  ślinę.  Nikołaj  uciekł  spojrzeniem  w 

bok. Może nie miał najbystrzejszego oka w tych sprawach, ale w tym przypadku trudno było 

się mylić. 

- Czy Jewgienij się domyśla? - zapytał w końcu Walerij, wbijając wzrok w Raiję. 

Pokiwała głową. 

-  Wszyscy  wiedzą  -  odpowiedziała.  -  Takie  sprawy  trudno  utrzymać  w  tajemnicy. 

Przecież mieszkaliśmy  razem tamtego lata, nie kryjąc się przed ludźmi. Myślałam, że plotki 

dotarły dalej niż do Archangielska. Walerij znów przełknął ślinę, zrozumiawszy, że Piotr dla 

jego dobra pominął je milczeniem. Dobrze wiedział, że wujek Wasia kochał Raiję, domyślał 

się też, że i Raiji Wasia nie jest obojętny. Ale coś takiego nie przyszłoby Walerijowi nigdy do 

głowy. 

-  Jest  podobna  do  niego  -  rzekł,  czując,  że  zaschło  mu  w  gardle.  -  Dobry  Boże,  jak 

bardzo! 

Raija wzięła na ręce Natalię i stanęła obok Walerij a. 

background image

- Przywitaj się z Walerijem - zwróciła się do córeczki i pocałowała ją w policzek. - To 

twój kuzyn. Nie zaszkodzi, byś o tym wiedziała. Pewnie i tak nie zapamiętasz, ale najwyżej ci 

o tym później przypomnę. Kiedyś będziesz dość duża, żeby zrozumieć. 

- Uskowa na wskroś - stwierdził Walerij. 

-  No,  nie  zupełnie  na  wskroś,  ja  też  mam  z  tym  coś  wspólnego!  Do  mnie  też  jest 

trochę  podobna.  Ale  cieszę  się,  że  Wasilij  pozostawił  coś  po  sobie.  Był  zbyt  wspaniałym 

człowiekiem, żeby odejść bez śladu. Dumna jestem, że ją urodziłam i że on jest jej ojcem. 

- Zupełnie jak aniołek - powiedział Walerij i nieśmiało podał małej palec. 

Natalia nie zawiodła. Złapała go i nie puściła, póki nie wziął jej na ręce i nie podrzucił 

kilka razy do góry. Pokrzykiwała przy tym radośnie. 

Natalia jak zwykle postawiła na swoim. 

Walerij, który trochę bał się małych dzieci, przynajmniej tak mu się zdawało, teraz nie 

mógł się nią nacieszyć i wcale nie miał ochoty wypuścić jej z rąk. 

Była  tak  ciepła,  taka  ufna.  Poza  tym  stanowiła  jedyną  więź  łączącą  go  z  rodziną. 

Należeli do siebie, on i ta mała dziewczynka! 

Więzy krwi zyskały nagle dla Walerija nowe znaczenie. 

-  Tylko  ktoś  taki  jak  ty  może  chodzić  z  dumnie  uniesioną  głową  po  czymś  takim  - 

stwierdził zakłopotany, bo brakowało mu wprost słów podziwu. 

- No i jest jeszcze ktoś, kto potrafi! wybaczyć - odpowiedziała cicho Raija i uchwyciła 

spojrzenie młodzieńca, przypominające ukochane spojrzenie Wasilija. 

Ale  przecież  to  nie  on,  mimo  uderzającego  podobieństwa!  Raija  zmuszała  się,  by 

pamiętać,  że  stoi  przed  nią  inny  człowiek,  który  niekoniecznie  potrafi  zrozumieć  jej 

najskrytsze myśli, tak jak rozumiał Wasilij. 

Zresztą nie miała zamiaru szukać u niego takiego zrozumienia. Nie można wskrzesić 

umarłego w innym człowieku. To byłoby nadużycie. 

-  Mam  klucz  do  izby  Wasi  -  rzekła.  -  Chętnie  bym  umieściła  was  tam  obu,  ale  nie 

mogę, nie ma miejsca. Jewgienij opowiadał wam może o Karolinie? 

Walerij pokiwał głową. 

- Wchodziłaś tam po tym, co się stało? - zapytał zdziwiony. 

Raija przytaknęła. 

- Posprzątaliśmy, a potem izba stała zamknięta. Nie chciałam do niej zaglądać. Wasia 

nie kojarzy mi się wcale bardziej z tym miejscem niż z innymi. Rzadko odwiedzam jego grób. 

Bardziej  potrzebna  jestem  żywym.  A  jeśli  go  potrzebuję,  mam  go  zawsze  tutaj  -  wskazała  z 

powagą na serce. 

background image

Karolina obudziła się, ale leżała cicho okryta kocem utkanym przez Raiję. 

Raija jednak zajrzała do niej, zapraszając, by przyszła się przywitać z gośćmi. 

- Przecież i tak się nie potrafię porozumieć, więc równie dobrze mogę tu zostać. 

- Zajmowałam się kiedyś nimi tak, jak teraz opiekuję się tobą - wyjaśniła jej Raija. - 

W  pewnym  sensie  więc  wszyscy  tworzycie  rodzinę.  Poza  tym  podejrzewam,  że  oni  znają 

trochę twój język. Obaj żeglowali wzdłuż wybrzeża norweskiego. 

Raija  zauważyła,  że  Karolina,  zupełnie  bezwiednie,  zmarszczyła  lekko  nos. 

Zrozumiała,  że  tę  młodą  arystokratkę  przeraża  nie  to,  że  ma  się  spotkać  z  obcymi,  ale  że  ci 

obcy wywodzą się z nizin społecznych. Ale zaraz zawstydziła się w duchu. Być może opory 

Karoliny  nie  wynikają  z  niechęci  do  biedoty.  Może  po  prostu  onieśmiela  ją  spotkanie  z 

dwoma młodymi mężczyznami, których nie zna. 

Serce jej zmiękło. 

Karolina  była  bardzo  specyficzna.  Nie  dało  jej  się  lubić  nieustannie.  Czasami 

pokazywała się z takiej strony, że Raija aż zamierała. Powtarzać sobie musiała wówczas, że ta 

młoda kobieta nie jest niczemu winna, bo takie odebrała wychowanie. 

Raija rozczesała Karolinie włosy i zaplotła starannie. Rozumiała, że jak każda kobieta 

chce ładnie wyglądać. 

- Jesteś śliczna - powiedziała i pocałowała Karolinę w policzek. - Nic się nie obawiaj, 

już ja ich przypilnuję. Jeśli tylko spróbują się źle zachować, będą mieli ze mną do czynienia. 

Pamiętaj jednak, że wszyscy należycie do mojej rodziny. 

Raiję  uderzył  wzrok  Karoliny  i  jej  złagodniała  w  uśmiechu  twarz.  Pomyślała,  że  ta 

młoda kobieta zbyt rzadko się śmieje, choć rozumiała, że w ostatnim czasie nie miała ku temu 

wielu powodów. 

-  Strasznie  liczna  ta  twoja  rodzina,  Raiju  -  powiedziała.  -  Masz  takie  dobre  serce  i 

znajdujesz w nim miejsce dla tylu ludzi. Jak ty to robisz? 

Raija nie umiała jej tego wyjaśnić. Nie czuła się inna lepsza od innych. Po prostu była 

sobą. 

-  Cóż,  nie  potrafię  inaczej  -  odparła  od  niechcenia  i  popychając  lekko  Karolinę, 

poprowadziła ją do kuchni. 

Wśród drewnianych ścian izby rozlegał się śmiech Natalii, radosny niczym szemranie 

wody  i  plusk  kamyków  w  przejrzystym  potoku.  Walerij  i  Nikołaj  tańczyli  z  dziewczynką  w 

kółko i podrzucali ją wysoko swoimi silnymi rękami. A wykrzykiwali przy tym, zachwyceni 

niemal tak samo jak mała Natalia. 

background image

Nikołaj, ujrzawszy wchodzące do kuchni kobiety, przekazał małą Walerijowi. W jego 

oku  pojawił  się  osobliwy  błysk.  Raija  rozumiała  go.  Karolina  była  na  swój  sposób  piękna. 

Przypominała przezroczystego elfa tańczącego w porannej mgle nad jeziorkami w lesie. 

Nikołaj ujął dłoń Karoliny i pocałował, kłaniając się przy tym dwornie, czym wprawił 

ją w najwyższe zdumienie. 

- Nikołaj Norkin - przedstawił się gładko. - Marynarz. 

Słowa te wypowiedział w ojczystym języku Karoliny. Była tym tak zaskoczona, że w 

pierwszej chwili nie pomyślała, iż jego maniery nie świadczą o przynależności do biedoty. 

-  To  zaszczyt  powitać  taką  elegancką  damę  i  do  tego  tak  urodziwą  -  rzekł  Nikołaj, 

uśmiechając  się  przekornie,  gdy  zauważył  ostrzegawcze  mruganie  Raiji.  -  Nie  mówię, 

niestety,  płynnie  po  norwesku  -  dodał  kokieteryjnie,  doskonale  wiedząc,  że  to  nieprawda. 

Miał talent do języków obcych. 

-  Nie  spodziewałam  się,  że  będziecie  umieli  powiedzieć  cokolwiek  -  wyrwało  się 

Karolinie, która cofnęła dłoń, jakby się sparzyła. 

Przyjrzała się uważnie Norkinowi i zmarszczyła czoło, ale nie umiała stwierdzić, co ją 

w nim zaniepokoiło. 

- Walerij Uskow - przedstawił się Walerij, unikając bliższego kontaktu. Nie pocałował 

Karoliny  w rękę, jak uczynił przyjaciel, ani nie pocałował jej w oba policzki, jak uczyniłby, 

witając się z kimkolwiek innym. 

Trzymał na rękach Natalię i miał nadzieję, że była to odpowiednia wymówka. 

Raija zauważyła, jak Karolina stłumiła okrzyk, przenosząc wzrok to na Walerija, to na 

Natalię. W kręgach, z których się wywodziła, nie należało okazywać zaskoczenia. Byłoby to 

nieuprzejme. 

Ale  podobieństwo  tych  dwojga  było  uderzające.  Karolina  nie  znała  Wasilija,  Raija 

zresztą nie widziała powodu, dla którego miałaby jej o nim opowiedzieć. A od nikogo innego 

chora nie mogła dowiedzieć się prawdy, ponieważ nie znała rosyjskiego. 

Karolina wyciągnęła więc teraz własne wnioski. 

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

Walerij widział twarze obu kobiet i zarumienił się po czubek głowy. 

-  Walerij  jest  naprawdę  członkiem  mojej  rodziny  -  wyjaśniła  Raija,  pragnąc  uwolnić 

chłopaka od fałszywych podejrzeń. 

Wprawdzie Karolina i tak nikomu by o tym nie powiedziała, ale sytuacja była bardzo 

kłopotliwa dla Walerij a. 

Raiji zrobiło się go żal. 

background image

-  Walerij  i  jego  siostra  wychowywali  się  u  mnie  Jego  wuj  Wasilij  był  kapitanem  na 

statkach Jewgienija. A co to za życie dla dzieci na pokładzie statku? Nikołaj zamierzał ożenić 

się z siostrą Walerija, ale Jelizawieta umarła. Wasilij też już nie żyje prawie od trzech lat... 

Być może Karolina wyczuła ból w słowach Raiji, a może potrafiła dobrze liczyć, bo o 

nic nie pytała. 

Raija  zaś  nie  zamierzała  jej  mówić  więcej.  Nie  miała  ochoty  odkrywać  przed  nią 

swojego  serca.  Aż  takim  zaufaniem  nie  darzyła  tej  delikatnej  osóbki,  której  udzieliła 

schronienia. 

Nikołaj podał Karolinie krzesło i pomógł jej usiąść. Sam siadł przy piecu niemal u jej 

stóp. Gawędzili o błahych sprawach. Karolina wreszcie poczuła się swojsko, bo przywykła do 

takich rozmów. Norkin zresztą doskonale znał konwenanse. 

Raija tymczasem wzięła na ręce Natalię, otworzyła drzwi i wyszła z nią na schody. Za 

nią  podążył  Walerij,  którego  norweska  dama  z  wielu  powodów  wprawiała  w  zakłopotanie. 

Wolał towarzystwo małej dziewczynki. 

-  Ta  kobieta  nie  jest  jedną  z  nas  -  stwierdził  z  naciskiem,  siadając  na  schodach  obok 

Raiji. 

Zbierał w dłoni kamyki, które mu przynosiła Natalia. 

- Linie będzie smutno - powiedziała mała. 

-  Karolina  rozmawia  z  Nikołajem,  nie  będzie  jej  więc  smutno,  kiedy  my  tu  sobie 

posiedzimy - odpowiedziała Raija. 

Natalia  popatrzyła  na  nią  przeciągle  z  powątpiewaniem  w  oczach,  ale  zaakceptowała 

słowa mamy. Pobiegła po nowe kamyki. 

-  Nigdy  nie  czuję  się  gorszy  w  towarzystwie  Nikołaja  -  wyrwało  się  Walerijowi. 

Rzucał bezwiednie kamykami w duży kamień leżący parę metrów przed nim. Trafiał niemal 

za każdym razem. - A ona jednym spojrzeniem sprawiła, że poczułem się nikim. Na Nikołaja 

tak nie patrzyła. Zauważyłaś? Czy oni rozpoznają się po zapachu? 

Raija zwichrzyła mu czuprynę. Miał dwadzieścia lat, ale ciągle było w nim coś z tego 

małego chłopca, którego powierzył jej Wasilij. Chłopca, który nikomu nie ufał, a jej pozwolił, 

by przytuliła go do swojego serca. 

-  Myślę,  że  mną  także  jest  nieco  rozczarowana  -  pocieszyła  go  Raija.  -  Spodziewała 

się,  że  armator  ma  większy  dom.  A  ja  też  nie  jestem  taka  jak  kobiety,  z  którymi  przywykła 

obcować. Ale ufa mi. To dosyć dziwne. Ona w ogóle jest dość dziwna. 

Walerij  uśmiechnął  się  półgębkiem,  zupełnie  tak  samo  jak  robił  to  Wasilij.  Raija  na 

ten widok znów poczuła przechodzące jej po plecach ciarki. 

background image

- Ona myśli, że Natalia jest moim dzieckiem. Walerij pokręcił głową i roześmiał się. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odparła  Raija,  uśmiechając  się  także.  -  I  tak  nikomu  nie  powie. 

Poza tym zbyt długo nie będzie zaprzątać sobie tym głowy. Za bardzo zajęta jest sobą. 

Walerij odrzucił kark. 

-  Nikiemu  się  spodobała,  a  przecież  pod  żadnym  względem  nie  przypomina 

Jelizawiety.  Chyba  trudno  sobie  wyobrazić  kogoś  bardziej  odmiennego.  A  może  właśnie 

dlatego zwrócił na nią uwagę? 

- Karolina jest żoną jednego z najbogatszych kupców w Tromso. Na nic więc się nie 

zda to, że przypadła Nikołajowi do gustu. On zresztą się domyśli, że nie wolno mu się zbytnio 

zaangażować. 

Walerij wzruszył ramionami, a napotkawszy spojrzenie Raiji, rzekł: 

-  Nie  wiem.  Niki  jest  świetnym  kompanem,  ale  pozostał  Norkinem.  On  też  myśli 

głównie o sobie. Jego korzenie dają o sobie znać. Tak samo jak u niej. Są siebie warci. 

Raija miała nadzieję, że chłopak się myli. 

background image

- Nazwisko Norkin obiło mi się już kiedyś o uszy - odezwała się Karolina i popatrzyła 

na Raiję wyczekująco. 

Cały  dzień  powstrzymywała  się  od  zadawania  pytań,  ale  pod  wieczór  ciekawość 

wzięła górę nad konwenansami. 

Raija  pewnie  nawet  by  się  nie  zdziwiła  jej  zainteresowaniem,  ale  po  tym,  co 

powiedział Walerij, odczuła lęk. 

-  Nikołaj  jest  synem  właściciela  Przedsiębiorstwa  Handlowego  Norkin  -  odparła 

oschle. - I jedynym spadkobiercą. Ale odciął się od rodziny. 

-  Przedsiębiorstwo  Handlowe  Norkin  -  delektowała  się  Karolina,  a  na  jej  ustach 

pojawił się uśmiech. 

Wyglądała  jak  zadowolony  kotek,  który  oblizuje  się,  opróżniwszy  miseczkę  z 

mlekiem. 

- Chciał się ożenić z siostrą tego drugiego? - zapytała, wbijając w Raiję błękitne oczy, 

a na jej bladej twarzy odmalowało się zdumienie. 

Raiję  zabolało,  że  Karolina  potraktowała  Walerija  jak  kogoś  nic  nie  wartego.  Nawet 

nie użyła jego imienia. „Ten drugi” brzmiało mniej więcej tyle samo co „nikt”. 

- Jelizawieta i Nikołaj bardzo się kochali - odparła Raija z przekorą w głosie. Zdawała 

sobie sprawę, że zachowuje się trochę dziecinnie, ale przyniosło jej to ulgę. - Jelizawieta była 

piękna.  Dostarczyłaby  rodowi  Norkinów  świeżej  krwi,  bo  oni  tam  zbyt  często  żenią  się 

między sobą. Ale nie udało się, nie było jej to pisane. 

- Na co umarła? Raija przymknęła powieki. Tych wspomnień nie chciała wyciągać na 

ś

wiatło  dzienne,  a  tym  bardziej  powierzać  ich  Karolinie,  która  sama  niedawno  przeżyła 

wielką tragedię. 

- Nie mam prawa opowiadać o tym nikomu - odparła. 

Może  przesadzała.  Karolina  pewnie  by  zniosła  prawdę  o  Jelizawiecie,  choć  nie 

otrząsnęła  się  jeszcze  z  nieszczęścia,  które  ją  dotknęło.  Nie  była  takim  delikatnym 

kwiatuszkiem, za jaki ją miała Raija, ani różą w ogrodzie, choć  Lorentz  Weimer chciał taką 

właśnie ją widzieć. 

- Najlepiej zapytaj Nikołaja - dodała Raija, żeby nieco złagodzić swoje słowa. - Może 

ci  o  tym  opowie.  Pochodzicie  z  tych  samych  sfer.  On  wprawdzie  nie  żył  w  ostatnich  latach 

jak na Norkina przystało, ale sądzę, że prędzej czy później będzie musiał wrócić do swoich. 

background image

-  Ma  maniery  -  stwierdziła  Karolina  i  oczy  jej  zalśniły.  Opanowała  się  jednak 

pośpiesznie i odwróciła do Raiji plecami. 

Raija westchnęła, domyślając się, jakie myśli snują się jej po głowie. Nie spodziewała 

się, że Karolina jest usposobiona tak marzycielsko. 

Jewgienij wziął kubek z kwasem chlebowym i od razu zauważył rezygnację w oczach 

Raiji. 

-  Za  dużo  masz  na  głowie  -  stwierdził.  -  Moim  zdaniem  ona  jest  rozpieszczona. 

Powinniśmy może oddać ją pod opiekę komuś innemu. 

- Powoli dochodzi do siebie - westchnęła Raija i usiadła obok męża. 

Oparła  mu  głowę  na  ramieniu,  a  on  ją  objął.  Bawił  się  jej  włosami,  nawijał  na  palce 

kosmyki wymykające się z warkocza owiniętego wokół głowy. 

-  Wydaje  mi  się,  że  dziś  była  mi  bardzo  wdzięczna,  ale  nie  podziękowała  nawet 

słowem. Nieładnie z mojej strony tak mówić, prawda? 

- Przecież jesteś szczera - stwierdził Jewgienij. - Po prostu szczera, Raiju, mój aniele. 

-  Aż  jej  ślinka  leci  na  Nikołaja.  Zresztą  głównie  z  jego  winy.  Zachował  się 

szarmancko. Pocałował ją w rękę i konwersował z nią uprzejmie, tak jak jest w zwyczaju w 

wyższych sferach. Nie wiedziałam, że tak potrafi. Zawsze mi się zdawało, że tym gardzi i od 

tego właśnie chciał uciec. Ale być może się myliłam. Kto wie, czy po prostu nie zatęsknił za 

dawnym  życiem.  Siedział  u  stóp  Karoliny  jak  jakiś  paź.  Uważam, że  przesadził. Walerijowi 

też się to nie podobało. 

- Cóż, w naszym środowisku inaczej adoruje się kobiety - uśmiechnął się Jewgienij. - 

Ja w każdym razie nigdy nie siedziałem u twoich stóp. Przynajmniej nie pamiętam. 

- Rzeczywiście, taki beznadziejny nigdy nie byłeś. 

-  A  inni?  Raija  przymknęła  oczy.  Nie  miała  siły  niczego  udowadniać  ani  jemu,  ani 

sobie. Trudno. Jewgienij musi się z tym pogodzić. 

- Wasia w każdym razie nie - odparła. - Dobrze o tym wiesz. On nigdy nie płaszczyłby 

się  przed  nikim.  Ale  proszę  cię,  Jewgieniju,  nie  wracajmy  do  przeszłości!  On  nie  żyje. 

Jesteśmy my. Ty i ja. Razem. 

Poczuła nagle zaciskającą się wokół czoła obręcz. 

Mrugała  powiekami,  ale  obraz  mężczyzny  o  miodowych  obwódkach  wokół  źrenic  i 

włosach czarnych jak noc nie znikał. Pomyślała, że on raczej też nie należał do tych, którzy 

klękaliby przed kimkolwiek. 

- Myślę, że nikt tego nie robił - odezwała się w końcu. I dodała po chwili: - Czasami 

potrafię  niemal  przeniknąć  przez  mrok  oddzielający  mnie  od  przeszłości.  Czuję  się  tak, 

background image

jakbym  stała  przy  drzwiach  wykutych  w  grubej  skalnej  ścianie.  Drzwiach,  które  prowadzą 

być może w głąb skały, a może na drugą jej stronę. Jestem tak blisko, a nie mogę przejść... nie 

mam siły... 

- Czy to takie ważne dla ciebie? - zapytał cicho, jakby żałośnie. Wyczuła w jego głosie 

drżenie  i  urazę.  To  rzucone  z  pozoru  mimochodem  pytanie  nie  było  wcale  błahe.  Jewgienij 

bowiem pytał naprawdę o to, czy ich związek, czyli to, co razem stworzyli, jej nie wystarcza. 

Czy nie znalazła oparcia i szczęścia w tym, co jej ofiarował. 

Raija mogłaby odpowiedzieć, że jest zadowolona i więcej jej do szczęścia nie trzeba. 

Ze nie odczuwa tęsknoty, spoglądając ku horyzontowi. Mogła tak powiedzieć. 

Ale skłamałaby. 

A przecież postanowiła skończyć z kłamstwem. 

- Myślę, że to ważne - przyznała łagodnie, choć stanowczo. 

Czuła, że to ważniejsze niż wiele innych spraw w jej życiu. 

-  Nie  mogę  ci  pomóc  -  odrzekł  Jewgienij  chrapliwie.  Raija  spojrzała  na  niego. 

Wyczuła w jego słowach, a właściwie między wierszami, jakiś fałszywy ton. 

Ale Jewgienij wyglądał zwyczajnie. Może się przesłyszała? 

-  Mogę  jedynie  być  przy  tobie  -  rzekł  zmęczonym  głosem.  -  I  kochać  cię,  tu  i  teraz. 

Kochać  zawsze.  Więcej  uczynić  nie  mogę,  Raiju.  Jestem  w  twoim  życiu  tylko  tym,  kim  mi 

być pozwolisz. Nie odgradzaj się ode mnie ścianą. Nie zostawiaj mnie po drugiej stronie! 

Jego usta były słone, spierzchnięte, a pocałunki suche. Powstrzymywał w sobie wielki 

ogień. 

- Nie mogę się z tobą teraz kochać - rzekł nieoczekiwanie. - Może to dziwne, ale po 

prostu nie mogę, chociaż jesteś moją największą miłością. 

Zwykle ona go od siebie odsuwała. Ona się wycofywała. 

Ale  teraz  to  on  się  odgrodził.  A  wszystko  dlatego,  że  odsłoniła  się  przed  nim  i 

opowiedziała o skale. O tym, że musi przez nią przeniknąć. Ranili się nawzajem, mimo iż się 

kochali. 

Zabolało ją to. 

Ale dotknęła wargami jego ust i przywołała uśmiech na jego twarzy. 

Nie zdołała jednak przebić się przez dzielący ich mur. 

-  Kocham  cię  -  powiedziała.  To  nie  było  kłamstwo.  Raija  nigdy  nie  kłamała  w 

uczuciach. Wiedział o tym. Słów, na których mu zależało, nie usłyszał od niej. 

Nikołaj przychodził często do chaty nad Dwiną, a Walerij razem z nim. Uśmiechał się 

półgębkiem, marszczył brwi tak samo jak to robił Wasilij i w ten sam sposób co Natalia. 

background image

A  lato  było  piękne,  pogodne.  Tylko  nieliczne  chmurki  przesuwały  się  wysoko  na 

niebie, tak że nawet orły nie mogły ich dotknąć swoimi skrzydłami. 

Raija  zaplanowała  tego  dnia  pranie,  a  gdy  oznajmiła  to  Karolinie,  ta  wzbiła  oczy  ku 

niebu. 

- Sama pierzesz? - zapytała zdumiona. Nawet pod wpływem szczerego śmiechu Raiji 

nie pozbyła się resztek niedowierzania. Spojrzała krytycznie na jej ręce. 

-  Całkiem  gładkie  nie  są  -  przyznała  Raija  z  uśmiechem.  -  Ale  ja  lubię  sama 

wykonywać swoje obowiązki. 

Karolina wzdrygnęła się. 

-  Nie  oczekuję,  że  będziesz  mi  pomagać  -  pośpiesznie  uspokoiła  ją  Raija.  -  Przede 

wszystkim dlatego, że nie jesteś jeszcze całkiem zdrowa. Z tego powodu też proszę, byś nie 

spacerowała zbyt długo z Nikołajem. 

Wychodząc z chaty, Raija chwyciła Nikołaja za ramię i niemal siłą szarpnęła za sobą 

na schody. Przytrzymała go pod ścianą i spojrzała mu prosto w oczy. 

Nie dorównywała mu wzrostem, ale kiedy przybierała surową minę i zachowywała się 

tak władczo, mało kto odważyłby się jej sprzeciwić. 

- Uff! Raiju - mateczko, wyglądasz groźnie - zaśmiał się Nikołaj, ale zrozumiał, że nie 

jest to pora na żarty. 

- Jakie masz wobec niej plany? - zapytała Raija. 

- Plany? - Uniósł brwi zdziwiony. 

Miał coś takiego w twarzy. Nie porażał może urodą, ale potrafił wywołać odpowiednie 

wrażenie. Raija jednak nie dała się zwieść jego urokowi. 

-  Tym  razem  nie  ma  tu  twojej  matki,  która  przemówiłaby  ci  do  rozsądku  -  rzekła.  - 

Zresztą  pewnie  i  tak  byś  jej  nie  posłuchał.  Dlatego  ja  muszę  o  to  zapytać.  Jakie  masz  plany 

wobec Karoliny, Niki? Chyba rozumiesz, że ona nie jest dla ciebie. Nie chcę, żebyś ją zranił. 

Nikołaj  roześmiał  się.  Objął  Raiję  i  uścisnął,  a  potem,  odsunąwszy  ją  na  odległość 

ramion, popatrzył w oczy i pokręcił głową. 

-  Kiedyś  prawie  cię  znienawidziłem  za  to,  że  Jelizawieta  tak  się  ciebie  słuchała  - 

powiedział. - Zdawało mi się, że stoisz nam na drodze do szczęścia. 

W jego stłumionym śmiechu wyczuła cierpienie. Zrozumiała, że on także nosi w sobie 

wspomnienia, którymi nie chce się z nikim dzielić. 

- Ona nie jest nową Jelizawietą - zapewnił Nikołaj Raiję. - To tylko flirt. Wszyscy tak 

się zabawiają w moich sferach. 

background image

Nikołaj  Norkin  uśmiechnął  się  z  lekkim  grymasem,  a  w  jego  głosie  zabrzmiała 

pogarda. Niby mówił o sobie, ale z takim dystansem, jakby go to nie dotyczyło. 

-  Karolina  może  się  w  tobie  zakochać  -  rzekła  z  troską  Raija.  -  Chcę  jednak,  żebyś 

wiedział,  że  ma  za  sobą  bardzo  ciężki  poród,  nie  próbuj  więc  w  żaden  sposób  się  do  niej 

dobierać. Jesteś na tyle dorosły, że mogę ci to powiedzieć bez owijania w bawełnę. 

Nikołaj roześmiał się rozbrajająco. 

- Nie próbuj tego obracać w żart! Mówię poważnie - upomniała go Raija. - Wiem, że 

bez trudu mógłbyś ją omotać. Ona niemal żebrze o to, by mieć o  czym marzyć. Ale proszę, 

nie krzywdź jej. Widziałeś opatrunki na jej rękach, prawda? Ona nie zrobiła tego dla zabawy 

ani  po  to,  żeby  kogoś  nastraszyć.  Chciała  umrzeć.  Sporo  wysiłku  mnie  kosztowało,  żeby  ją 

odratować. Nie wiem, czy udałoby mi się to po raz kolejny. Kiedyś nadejdzie dzień, gdy nie 

zdołam tego uczynić. Bardzo mnie to wyczerpuje. 

Nikołaj ustąpił. Oparł się o ścianę i popatrzył na Raiję przeciągle. 

- Wyglądasz zbyt młodo, by upominać mnie jak matka - uśmiechnął się. - Ale mimo to 

cię  posłucham.  Obiecuję,  że  nie  przekroczę  granic  przyzwoitości.  Ale  nie  zaprzeczam,  że to 

bardzo  słodkie  dziewczę.  Czy  jej  mąż  jest  na  tyle  stary,  bym  mógł  mieć  nadzieję,  iż 

niebawem wyzionie ducha? 

Raija spojrzała na niego tak, że zrozumiał bez słów, iż jej zdaniem z takich spraw nie 

wolno sobie stroić żartów. Mimo to z uśmiechem ciągnął: 

-  Jeśli  tak,  to  gotów  jestem  na  nią  poczekać.  To  chyba  niezła  partia.  Nawet  w  tak 

wybrednej rodzinie jak moja powitano by ją z radością. 

- Nie kpij! - poprosiła Raija. - Nawet o tym nie myśl, Niki. 

-  Dlaczego?  - Wzruszył  ramionami.  -  Karolina  dobrze  wie,  że  to  tylko  niewinny,  nic 

nie znaczący flirt. Ona lubi prowadzić takie błahe rozmowy. Ty z nią tak nie rozmawiasz, a 

Walerij ani nie potrafi, ani nie ma ochoty. Poza powitaniem nie zamienił z nią słowa. A ja ją 

zabawiam. Ona potrzebuje się trochę pośmiać, Raiju. 

- Może. 

Raija  nie  była  co  do  tego  w  pełni  przekonana.  Nikołaj  tymczasem  uwolnił  się  i  na 

odchodnym pocałował ją lekko w policzek. 

-  Gdybyś  ty,  Bykowa,  moja  droga  Raiju  -  mateczko,  była  samotna,  uderzyłbym  w 

konkury do ciebie. Może spodobałyby mi się dojrzalsze kobiety? Kto wie? 

Klepnęła  go  ze  śmiechem,  ale  miała  nadzieję,  że  choć  trochę  z  tego,  co  mu 

powiedziała, weźmie sobie do serca. 

background image

Walerij  pomógł  Raiji  nanosić  wody  do  dużego  kotła  w  pralni,  pod  którym  rozpaliła 

ogień. Zawsze gotowała białe rzeczy. Bardzo dużą wagę przywiązywała do tego, żeby wokół 

niej było czysto. 

Prawdę  mówiąc,  gotowała  też  rzeczy  ciemniejsze.  Właściwie  wszystko  oprócz 

samodziału. 

Potrzeba było dużo wody. Trochę nanosił wcześniej Michaił, zanim wyjechał z ojcem 

do  miasta.  Ale  Raija  nie  robiła  wielkich  ceregieli  z  tego,  gdy  sama  musiała  przynieść  parę 

wiader wody. 

Dorzuciła  torfu  do  ognia.  W  pralni  zrobiło  się  nieludzko  gorąco,  chociaż  drzwi  były 

otwarte na oścież. Na zewnątrz panował ciepły letni dzień, trudno więc było spodziewać się 

stamtąd ochłody. 

Walerij  zajął  się  Natalią.  Bawił  się  z  nią,  udawał  konia,  trolla  i  wiatr.  Natalia  była 

szczęśliwa, że poświęca jej tyle uwagi. 

Raija  widziała,  że  oboje  należą  do  siebie.  Byli  do  siebie  podobni.  Natalia  jakby 

wyczuwała  łączące  ich  silne  więzi,  mimo  że  była  jeszcze  taka  mała.  Jej  śmiech  dźwięczał 

niczym muzyka. Zdawał się radośniejszy niż szczebiot ptaków o poranku. 

Raiji przemknęła myśl, że tak właśnie radują się anioły, i przeszedł ją zimny dreszcz, 

mimo że stała w gorącej pralni z podwiniętymi do łokci rękawami, a wilgotne loki opadały jej 

na czoło i kark. 

Wylewając  z  siebie  litry  potu,  mieszała  gotowaną  w  kotle  bieliznę  ułamanym 

wiosłem,  które  trzymała  w  obu  rękach.  Było  to  zajęcie  męczące,  ale  zarazem  przyjemne. 

Gorąca  biała  para  wypełniła  niewielkie  pomieszczenie.  Spódnica  nasiąkła  wilgocią  i  zrobiła 

się cięższa. Ale to była ciepła i przyjazna wilgoć. 

Pot  smakował  słono  jak  morska  woda.  Jak  pocałunki  Jewgienija.  Zmieszał  się  ze 

łzami, które popłynęły jej z oczu. 

Raija  płakała  bez  powodu.  Płakała,  bo  dobrze  było  trochę  się  zmęczyć  nawet  taką 

codzienną  czynnością.  Płakała,  bo  była  na  swój  sposób  szczęśliwa  i  zadowolona  z 

otaczającego ją świata. Cieszyło ją, że Natalia bawi się i śmieje razem z Walerijem nad brze-

giem Dwiny. Ze jej dziecko ma prócz niej jeszcze kogoś bliskiego, z kim łączą ją więzy krwi. 

Wyszła na dwór na słońce. Wśród szumu rzeki rozlegał się głosik Natalii, a wysoko na 

błękitnym niebie słychać było krzyk unoszących się na skrzydłach mew. 

Raija  usiadła  na  chwilę,  by  odpocząć.  Natalia  zaraz  przybiegła  do  niej.  Zacisnęła 

mamie na szyi pulchne rączki i przytuliła się policzkiem do jej twarzy. 

background image

-  Kochana  mama,  kochana  mama!  -  zawołała.  Raija  ukołysała  ją  w  ramionach  i 

napomknęła, że cała będzie mokra. 

-  Bardzo  mokra  -  przytaknęła  Natalia  z  powagą.  -  Boli!  Raija  złagodziła  uścisk, 

sądząc, że Natalię zabolało, gdy ją mocno przytulała. 

Natalia uwolniła się z objęć mamy, ale złapała ją za rękę, żeby jej pomóc wstać. I nie 

dała za wygraną, póki Raija się nie podniosła. Mała pociągnęła ją za sobą na brzeg rzeki. 

- Miły pan - powiedziała. 

Walerij  siedział  oparty  o  ścianę  pralni,  odprowadzając  je  spojrzeniem.  Na  pozór 

obojętnie  zerwał  źdźbło  trawy,  ale  przygryzał  je  zamyślony.  Uśmiechnął  się,  gdy  Raija 

obejrzała się na niego. 

Natalia chciała iść nad Dwinę. 

- Miły pan - powiedziała. 

Nagle zaczęło jej się spieszyć, pobiegła więc, a Raija za nią, choć coś w środku w niej 

protestowało. 

Natalia zatrzymała się na przy brzegu. Usiadła i zaczęła paplać po swojemu. Słowa nie 

miały żadnego związku, ot, taka zabawa dźwiękami. Podobnie gaworzyła, zanim nauczyła się 

dobrze mówić. 

Ale Raiję przeraziło spojrzenie dziecka utkwione w jeden punkt, jakby na coś, a może 

na kogoś. 

Raija bała się dokończyć tę myśl. 

Ale  rzeczywiście,  gdyby  ktoś  siedział  obok  Natalii,  mała  patrzyłaby  na  niego 

dokładnie w ten sam sposób. Natalia przerywała raz po raz swoją paplaninę, tak jakby kogoś 

słuchała. 

Raija zamknęła oczy przerażona. Wyobraziła sobie mężczyznę w skórzanym ubraniu. 

Był  przystojny,  ale  miał  nietutejszą  urodę.  Otaczała  go  jakaś  obca  poświata.  Równocześnie 

wydawał się znajomy. Miał takie dobre oczy, dobre ręce, a jego twarz emanowała ciepłem. 

Jeśli to jego Natalia widziała, nic dziwnego, że nazywała go miłym. 

Wymyślam sobie, strofowała się w duchu Raija. 

To,  że  dostrzegam  rzeczy  niezauważalne  dla  innych  i  potrafię  więcej  niż  zwykli 

ś

miertelnicy, to jedno. Natalia niech będzie normalnym dzieckiem. Nie chcę, by dotknęło ją 

takie dziedzictwo. 

-  Miły  pan  -  odezwała  się  mała  i  rozłożyła  szeroko  rączki.  -  Miły  dla  Talii,  bardzo 

miły. 

background image

- To dobrze - uśmiechnęła się Raija. Natalia wyglądała tak radośnie. Była szczęśliwa. 

Jej  oczy  lśniły.  Raija  widziała  kiedyś  zielone  kamienie  szlachetne.  Oczy  Natalii  miały  taką 

samą  barwę,  ale  były  piękniejsze  niż  obsadzone  w  złocie  czy  srebrze  kamienie,  którymi 

bogate damy przyozdabiały szyje. Bo odbijało się w nich życie. 

-  Pan  kocha  mamę.  Uśmiech  zamarł  na  ustach  Raiji.  Natalia  patrzyła  w  powietrze  i 

nasłuchiwała uważnie. Uśmiechnęła się tak, jakby  ktoś opowiedział jej coś zabawnego i po-

głaskał ją w policzek. 

Gdyby tak było, pochyliłaby się w tę stronę, z której skierowany był dotyk. 

Natalia przechyliła główkę w prawo. 

Raiję przeszły ciarki. Czyżby ktoś stał między nią a dzieckiem? 

-  Talia  i  miły  pan  -  mówiła  mała  -  pójdą  do...  do  Sa...  Potknęła  się  na  tym  słowie. 

Zmarszczyła brwi zupełnie tak samo jak Wasilij i Walerij. 

- ...do Saivo - wydukała wreszcie Natalia. Raiję oblał zimny pot. Chwyciła córeczkę i 

mocno przytuliła do siebie. Wycałowała ją w czoło i w policzki. Pogłaskała jej czarne włoski 

delikatniejsze niż jedwab. 

Najchętniej nie wypuściłaby dziecka spod opiekuńczych skrzydeł. 

Ale to przecież niemożliwe. 

Jak wszystkie dzieci Natalia także została jej tylko użyczona. 

- Mama bardzo cię kocha, maleńka - szepnęła jej do ucha. - Nie mam nic cenniejszego 

niż ty, Natalio. 

-  Kocham  mamę!  -  zawołało  dziecko  i  zarzuciło  Raiji  rączki  na  szyję.  Malutkim 

noskiem  potarła  nos  Raiji  i  popatrzyła  z  miłością  swoimi  zielonymi  oczkami,  w  których 

odbijały się słoneczne promienie. 

Zaraz jednak zaczęła się wiercić. Chciała pobiegać. Trawa była taka miękka, a rzeka 

mruczała swą pieśń, przy której chciało się tańczyć. 

Raija  wypuściła  z  rąk  Natalię.  Jej  ramiona  nie  mogły  ochraniać  dziecka  przez  cały 

czas. Kochać dziecko to dać mu przestrzeń, wolność, pozwolić mu rozłożyć skrzydła. 

- Tyle życia w tej małej - powiedziała Karolina, która siedziała na schodach otulona w 

koc utkany przez Raiję. 

Nikołaj  zatroszczył  się,  by  miała  ciepło,  i  rozłożył  dodatkowo  na  stopniach  skórę. 

Karolina  zerkała  ukradkiem  na  jego  odsłonięte,  silne  ramiona.  Podobało  jej  się,  że  ma  taką 

jasną karnację. Nigdy nie widziała tak mocnych ramion u mężczyzn w kręgach, w których się 

obracała. 

Oczywiście, czasem rzucała ukradkowe spojrzenia na plebejuszy... Zarumieniła się. 

background image

Widziała  ich  na  wsi  w  czasie  żniw,  rozebranych  do  połowy.  Śmiesznie  białe  ciała  z 

ogorzałymi twarzami i dłońmi. Spalone słońcem karki i białe brzuchy. Mięśnie drgające pod 

skórą, bez warstw tłuszczu, jakie odkładają się od dobrobytu. 

Widziała spocone ciała, ogorzałe dłonie, ale nigdy nie marzyła, by ich dotknąć. 

Nie zadawała się z plebsem. 

Nikołaj  natomiast  należał,  tak  jak  i  ona,  do  wyższych  sfer,  nawet  jeśli  na  jakiś  czas 

porzucił wystawne życie. 

Miał  umięśnione  ciało  plebejusza,  ale  należał  do  jej  świata.  Nie  było  więc  grzechem 

rzucać ku niemu spojrzenia. 

W każdym razie nie takim ciężkim grzechem. 

- Mała jest podobna do tego twojego kompana - rzekła Karolina. - Ma takie trudne do 

wymówienia imię - uśmiechnęła się, jakby się usprawiedliwiała. 

Właściwie  nie  musiała  tego  robić,  Nikołaj  zrozumiałby,  dlaczego  jej  usta  nie  lubią 

smaku imienia tamtego mężczyzny. 

Nikołaj to jeden z Norkinów. Przyszedł na świat w pałacu. 

- Są spokrewnieni - uciął Nikołaj krótko. - Nie słyszałaś, co mówiła Raija? 

- On jest ojcem małej? 

Nikołaj  poderwał  się,  nie  patrząc  na  Karolinę.  Mimowolnie  rozgniewał  się  na  nią. 

Włożył ręce do kieszeni i zacisnął pięści. 

Nagle przypomniało mu się wszystko to, co porzucił. Nie pamiętał już, że ludzie mogą 

być tacy puści. 

- Nie - uciął. - A ty chciałabyś mieć jeszcze dzieci? 

Trochę  mu  ulżyło,  gdy  zobaczył,  jak  się  skuliła.  Zaraz  jednak  się  zawstydził.  Usiadł 

obok i objąwszy ją ramieniem, rzekł: 

-  Przepraszam,  Karolino.  Nie  powinienem  ci  zadawać  takich  pytań.  Wiem,  że 

przeżyłaś  wielką  tragedię.  To  było  bezduszne  z  mojej  strony,  bezmyślne.  Możesz  mi 

wybaczyć? 

Wybaczyła, ale twarz jej pobladła. Cerę miała mlecznobiałą, tak przezroczystą, że aż 

strach było jej dotknąć. Nikołaj zastanawiał się, czy choć trochę się zarumieni od słońca. 

-  Oczywiście,  że  chciałabym  mieć  dzieci  -  odpowiedziała  cienkim,  zalęknionym 

głosem. - Czyż nie takie właśnie jest zadanie kobiety i żony? Zadanie, a równocześnie radość. 

Spuściła  wzrok  i  nerwowo  splotła  palce.  Nikołajowi  zrobiło  się  jej  żal.  Przecież  nie 

chciał jej tak zdenerwować. Właściwie nawet ją lubił. Uważał, że jest słodka. Jej bezradność 

wzruszała go i sprawiała, że coś w nim topniało. 

background image

Chyba nie różniła się specjalnie od młodych kobiet, które pamiętał z pałacu swojego 

ojca, z czasów gdy uznano, że osiągnął wiek właściwy do ożenku. Żadna jednak nie miała w 

oczach takiej bezradności i żadna nie wydawała się tak zagubiona. 

Ale też nie pozostawiono ich samych na zupełnie obcej ziemi. 

Nikołajowi  zrobiło  się  jej  żal.  Zawstydził  się,  że  tak  wtargnął  bez  zaproszenia  do  jej 

intymnego świata. Przecież nie było to w jego stylu. 

Dlatego też otworzył przed nią serce i wyjawił swoją tajemnicę. 

- Ja także straciłem dziecko - rzekł. - Jelizawieta spodziewała się mojego dziecka, gdy 

umarła. Próbuję je sobie wyobrazić, choć nigdy nie było mi dane trzymać go na rękach. Ona 

umarła na moich oczach. Tuliłem ich oboje, ale dziecka nigdy nie ujrzałem. 

Karolina  Weimer  wpatrywała  się  w  niego  rozszerzonymi  ze  zdumienia  oczyma. 

Zapomniała, że kobieta, o której jej opowiada, była siostrą tego, którego  imienia nie chciała 

wymawiać,  by  nie  splamić  swoich  ust.  Wyobraziła  sobie  umierającą  kobietę  w  ramionach 

Nikołaja i zrozumiała, dlaczego uciekł. 

- To znaczy, że coś nas łączy - wyrwało się jej.. 

Raija  weszła  do  pralni,  a  Natalia  za  nią,  trzymając  się  mocno  spódnicy  mamy. 

Towarzyszył im Walerij. 

background image

10 

Dzień nie zakończył się dobrze. 

Niebo rozpościerało się nad ziemią niczym ogromna lśniąca kula z niebieskiego szkła. 

Na  żyznym  brzegu  Dwiny  trawa  zieleniła  się  jak  przedtem,  a  kwiaty  kłaniały  się  na  wietrze 

zadowolone. 

Ale ten dzień zakończył się źle. 

Właściwie w ogóle się nie zakończył. 

Walerij  pomógł  Raiji  wyciągnąć  mokre  pranie  z  wielkiego  kotła  i  włożyć  do  koszy. 

Były takie ciężkie, że we dwoje musieli je zanieść na brzeg do płukania. 

Raija  podwinęła  spódnicę.  Stojąc  tak  po  łydki  w  wodzie  i  płucząc  upraną  bieliznę, 

poczuła prawdziwy smak lata. Bolały ją plecy i ramiona, ale nie chciała, by ktoś jej pomagał. 

Uważała, że jak każda kobieta potrafi sobie sama poradzić. 

-  Natalia  nie  wchodzi  do  wody!  -  powstrzymała  córeczkę,  która  przybiegła  za  nimi  i 

chciała  być  tam,  gdzie  mama.  -  Zostań  na  brzegu,  skarbie!  -  poprosiła,  wiedząc,  że  nie 

upilnowałaby jej, zajęta pracą. 

Natalia,  o  dziwo,  posłuchała  bez  sprzeciwu,  choć  zazwyczaj  próbowała  postawić  na 

swoim, a jej błagalnej mince trudno było się oprzeć. 

Obejrzała się na odchodzącego w stronę pralni Walerija i dogoniła go. Raija patrzyła 

przez  chwilę  za  nimi  i  zrobiło  jej  się  cieplej  na  sercu.  Z  przyjemnością  obserwowała,  jak 

Natalia  ufnie  chwyciła  dłoń  Walerija  i  przebiera  pośpiesznie  nóżkami,  żeby  dotrzymać  mu 

kroku. On zaś zwolnił nieco, by mała mogła za nim nadążyć. 

Zwróceni  do  siebie  twarzami,  rozmawiali.  Natalia  nie  znała  wszystkich  dorosłych 

słów, którymi się posługiwał Walerij, on także nie pojmował całej jej paplaniny, ale żadnemu 

z nich to nie przeszkadzało. Dobrze im było razem. Łączyły ich silne więzy. 

Raija  wypłukała  w  rzece  koszule,  bluzki,  halki,  pończochy,  bieliznę  i  ułożyła 

wszystko w koszu. Potem przyszła kolej na poszewki i prześcieradła. 

Dłonie  jej  już  poczerwieniały  od  zimnej  wody,  palce  zesztywniały  i  pobolewały 

trochę, ale się tym nie przejmowała. 

Raija płukała. 

Czuła, że życie kobiet to jakby nieprzerwana żegluga. Woda towarzyszy im od bólu i 

radości  narodzin  poprzez  codzienność  pełną  ubrań,  które  trzeba  uprać,  podłóg  do 

wyszorowania, kubków i misek do pozmywania, i dzieci, które trzeba wykąpać. 

background image

Woda. 

Ręce zanurzone w niej po łokcie. 

Woda to życie. 

Raija uśmiechnęła się do siebie. Dawno nie rozmyślała na takie tematy. 

Dzień nie zakończył się dobrze. 

Dla Raiji zatrzymał się mniej więcej w chwili, gdy stała po kolana w rzece. 

Pamiętała, że jedno z prześcieradeł porwał nurt, jakby na suknię dla matki Dwiny. 

Pamiętała  swoje  krwistoczerwone  dłonie.  Takie  szczegóły  utkwiły  jej  w  pamięci, 

wypierając cierpienie. 

Walerij lubił słuchać Natalii. Nie wszystko, a właściwie niewiele rozumiał, ale lubił ją 

mieć koło siebie. 

Kiedy ta mała pociecha kręciła mu się pod nogami, czuł się doroślejszy. Prawie na tyle 

dojrzały, by założyć rodzinę. 

Sam  tak  naprawdę  nigdy  nie  miał  rodziny.  W  dzieciństwie  przeżył  tyle  niepewności, 

lęku i ponurych chwil, że wymazał niemal zupełnie z pamięci ten okres. Nie chciał wracać do 

straszliwych wspomnień nawet teraz. 

Gdy  opiekę  nad  nim  i  siostrą  przejął  Wasilij,  też  nie  tworzyli  prawdziwej  rodziny. 

Tylko w owe miesiące, kiedy mieszkali u Raiji i Jewgienija, oglądał z bliska rodzinne życie. 

Przypomniał  sobie,  jak  się  wówczas  modlił  o  to,  by  Jewgienij  umarł.  Wydawało  mu 

się, że wtedy Raija poślubiłaby Wasilija, a on stałby się prawdziwym członkiem rodziny. 

Jakie naiwne marzenia noszą w sobie dzieci! 

Walerij  zapragnął  mieć  własne  dzieci.  Gdzieś  głęboko  w  sercu  odczuwał  taką 

tęsknotę, mimo że żadnej ze znanych mu kobiet nie wyobrażał sobie w roli ich matki. Pragnął 

ofiarować  potomstwu  zupełnie  inne  dzieciństwo  niż  to,  w  którym  sam  doświadczył  tyle 

cierpienia. 

Kiedyś  przekaże  Natalii  dziedzictwo  Uskowów.  Dziewczynka  wprawdzie  nie  nosiła 

tego  nazwiska,  ale  chciał,  by  usłyszała  opowieści,  które  niegdyś  Wasilij  opowiadał  swoim 

bratankom,  nauczyła  się  piosenek,  które  Wasilijowi  śpiewano  w  dzieciństwie  do  snu.  Być 

może nie stanowiło to jakiegoś wyjątkowego bogactwa, ale Walerij pragnął przekazać małej 

wszystko, co pamiętał. 

Wyjął  z  wielkiego  kotła  resztę  bielizny.  Przesunął  ciężki  kosz  pozostawiony  przez 

Raiję i podniósł go z trudem. Z kosza pociekła gorąca woda. Syknął i odwrócił się do wyjścia. 

Przez ramię zawołał do Natalii, żeby poszła za nim. 

- Idziemy do mamy - powiedział. 

background image

- Miły pan - zawołała Natalia i podskakując, klasnęła w dłonie. - Miły pan! 

Ujrzawszy  radosną  twarzyczkę  dziewczynki,  Walerij  znów  dał  się  oczarować.  Jej 

uśmiech mógł zmiękczyć najtwardsze serca. 

- No nie taki znów miły - uśmiechnął się i święcie przekonany, że Natalia podąża za 

nim, wytoczył się z pralni. 

Dzień nie zakończył się dobrze. 

Przeciął go rozdzierający krzyk. 

Walerij rzucił kosz i wbiegł do pralni. 

Raija  wypuściła  z  rąk  prześcieradło,  które  popłynęło  z  prądem  rzeki.  Potykając  się, 

biegła co sił w nogach, a mokry brzeg spódnicy plaskał jej o łydki. 

Nikołaj,  zdezorientowany,  też  puścił  się  biegiem  i  wpadł  do  pralni  niemal 

równocześnie z Raiją. 

Walerij trzymał na rękach Natalię, krzyczącą wniebogłosy. 

Dziewczynka wdrapała się na odwrócone puste wiadro, po nim na stołek i wpadła do 

opróżnionego z prania kotła. 

Jej krzyk zdawał się nie mieć końca. 

A  na  zewnątrz  niebo  pozostało  tak  samo  błękitne.  Trawa  równie  zielona.  Rzeka 

toczyła wody, szemrząc nadal swą pieśń, a słońce spokojnie wędrowało po niebie. 

Dzień nie zakończył się dobrze. 

Czuła się tak, jakby płynęła pod wodą: nie było zupełnie cicho, ale też nie dochodziły 

jej dźwięki. Nie czuła ani bólu, ani spokoju, nie czuła nic. 

Kiedy  sprowadzili  Jewgienija,  Raija  nadal  klęczała  oniemiała  na  mokrej  podłodze  w 

pralni z Natalią w ramionach. 

Nie udało im się odebrać jej dziecka. Nie reagowała na prośby ni na groźby. 

Trzymała córeczkę kurczowo, tuląc mocno. Nie odezwała się ani słowem, nie uroniła 

ani jednej łzy, ale dziecka nie wypuszczała z rąk. 

Karolina  Weimer  jadła  zimną  zupę  w  pustej,  pomalowanej  na  niebiesko  jak  niebo 

kuchni. 

Prosty  drewniany  stół  wydawał  jej  się  większy  niż  przykryte  adamaszkowymi 

obrusami eleganckie stoły, przy których zdarzało jej się spożywać posiłki. 

Siedziała odwrócona plecami do okna. Nie chciała na nich patrzeć, nie chciała o nich 

myśleć. 

Nie chciała o tym wszystkim myśleć. 

Było cicho. 

background image

Krzyk przeciął dzień. Ale umilkł. Teraz tylko cisza dzwoniła w uszach. 

Jewgienij popatrzył na syna i rzekł: 

- Musisz sprowadzić Tonie! Gnaj, co koń wyskoczy, i czym prędzej wracaj. Z tym nie 

poradzę sobie sam... 

Misza  pokiwał  głową.  Twarz  mu  zastygła.  Nie  był  w  stanie  wydobyć  z  siebie  głosu. 

Czuł ulgę, że wolno mu będzie stąd uciec. 

Najgorsza była ta cisza. 

Galopował  ostro,  po  policzkach  płynęły  mu  łzy.  Wiatr  chłodził  mu  twarz,  a  pęd 

powietrza osuszał słone krople. 

Wzburzony,  wykrzyczał  swój  ból  tak  przeraźliwie,  że  spłoszył  konia,  który  omal  nie 

zrzucił go z grzbietu. 

Opanował się ogromnym wysiłkiem woli. Wyczerpany gwałtownym wybuchem żalu, 

nie  miał  siły  więcej  krzyczeć.  Targał  nim  gniew.  Wszystko  w  nim  protestowało  przeciwko 

niesprawiedliwości tego świata. 

Natalia  nie  zrobiła  nikomu  nic  złego.  Jego  mała  siostrzyczka  była  taka  dobra  i  miła! 

Nie  znał  słodszego  dziecka.  Lubił  wracać  wieczorami  do  domu  właśnie  dlatego,  że  ona  tam 

czekała.  Ponieważ  jej  twarz  promieniała  silniej  niż  lampa,  ponieważ  jej  śmiech  brzmiał  tak 

radośnie. Uczyniła go kimś ważnym. 

To niesprawiedliwe! 

Gniew ściskał mu żołądek, serce, gardło. 

Cwałował  jak  oszalały  przez  ulice  Archangielska,  ślepy  i  głuchy  na  wszystko.  Gnał, 

jakby czuł na karku oddech goniącego go diabła. O mały włos stratowałby ludzi. 

Jego koń był kompletnie zdrożony, gdy dotarł na miejsce, ale Michaił nawet tego nie 

zauważył. 

- Musisz ze mną jechać! - zawołał, wpadając do izby, gdzie Antonia grubym piaskiem 

i wodą szorowała do białości deski podłogi. - Natalia nie żyje! Musisz przyjechać, tata mówi, 

ż

e sam sobie z tym nie poradzi! 

-  Co  z  Raiją?  -  zapytała  Antonia,  zorientowawszy  się,  że  nie  może  wypytywać  teraz 

Miszy o szczegóły tego, co się stało. 

Widziała, ile wysiłku kosztowało go przekazanie tragicznej wiadomości. 

Michaił zamknął oczy, zachwiał się i upadłby, gdyby nie złapał się futryny. 

- Nie wiem - odparł. - Nic nie wiem. Nie wypuszcza z rąk Natalii. 

Antonia nie pytała o nic więcej. 

background image

-  Zostań  tu!  -  nakazała  Miszy.  -  Teraz  nie  powinieneś  tam  wracać.  Nie  dasz  rady. 

Wejdź do środka, połóż się i wypłacz. Jak zgłodniejesz, Olga przygotuje ci coś do jedzenia. 

Nie sprzeciwiał się. Dobrze, że ktoś za niego zadecydował, że nie musiał sam myśleć. 

-  Olga  zajmie  się  koniem  -  dodała  Antonia,  spojrzawszy  na  córkę,  która  wyjątkowo 

nie  wyraziła  sprzeciwu,  wpatrzona  w  Misze.  Ten  oparł  łokcie  o  kuchenny  stół  i  ukrywszy 

twarz w dłoniach, szlochał. 

Dziewczynka  wyszła.  Oporządziła  konia,  zaprowadziła  go  do  stajni  i  zadbała,  by  nic 

mu nie brakowało. Kiedy wróciła, Misza ciągle płakał. 

Czuła  się  zakłopotana.  Chętnie  pogłaskałaby  go  po  głowie,  ale  coś  ją 

powstrzymywało. Ukryła dłonie w fałdach spódnicy. 

Widziała  już  kiedyś,  jak  płakał.  Ale  nie  tak  rozdzierająco.  Nie  mogła  go  pocieszyć. 

Nie miała pojęcia, co się właściwie stało. Nie chciała być wścibska, była jednak ciekawa. 

To okropne, że mała Natalia nie żyje. 

Przecież dzieci nie umierają tak nagle, z niczego. 

Natalia nie żyje. 

Nigdy więcej nie usłyszą jej szczebiotu, rozkosznej paplaniny, nie zobaczą uśmiechu 

na jej twarzy. Nigdy więcej pulchne rączki nie uwieszą się na niczyjej szyi. Nigdy więcej nie 

przytuli się pulchnym policzkiem, delikatniejszym niż miękki aksamit. 

Nigdy więcej. 

„Nigdy”, straszne słowo. 

Michaił zanosił się szlochem, a łzy ciekły na drewniany blat. Olga była pewna, że już 

na zawsze pozostanie w tym miejscu ciemniejsza plama i za każdym razem przypominać jej 

będzie o śmierci Natalii. 

Stała, opierając ręce na oparciu krzesła, a w głowie dudniło jej jedno słowo: „śmierć”. 

Zdawało  jej  się,  że  odbija  się  ono  echem  i  wypełnia  całą  izbę.  Wszystko  wokół  niej 

powtarzało w kółko: „Śmierć, śmierć...” 

Michaił płakał. 

A na dworze było tak pięknie! Miało się ku wieczorowi, niebo było bezchmurne. Olga 

wyobraziła  sobie,  jak  w  nocy  zabarwi  się  płomieniem,  a  czerwona  słoneczna  poświata 

roztańczy się na falach Morza Białego i płynącej wartko Dwiny. 

Nad rzeką zaś zawiśnie delikatna, biała siateczka mgły. Elfy w tiulowych sukienkach 

wirować będą lekko po powierzchni wody. 

To będzie piękna noc. 

Natalia nie żyje. 

background image

Olga  nagle  zrozumiała  wszystko.  Gdzieś  głęboko  w  serce  zapadły  jej  dwa  słowa: 

„nigdy” i „śmierć”. Pojęła, że oznaczają to samo. 

Usiadła  obok  Michaiła  i  oparła  się  plecami  o  ścianę.  Przypomniała  sobie  małą, 

uśmiechniętą  twarzyczkę  Natalii  z  dołeczkami  w  policzkach.  Zdawało  jej  się,  że  słyszy 

cieniutki, zawsze taki stanowczy głosik. I coś w niej pękło. 

- Nie! - zawołała. - Nie... 

Wierzyła i nie wierzyła zarazem w to, co usłyszała od Miszy. 

Odwróciła  się  do  niego  i  objęła  go  ramionami,  przytulając  twarz  do  jego  pleców. 

Czuła, jak wstrząsa nim szloch, ale nie umiała go pocieszyć. Brakowało jej słów. 

Sama się rozpłakała. 

Rozpaczali oboje. 

Tym dwóm słowom: „śmierć” i „nigdy”, mogli przeciwstawić jedynie łzy. 

Obejmowali się kurczowo w spazmatycznym szlochu. 

-  Jak  to  się  stało?  -  zapytała  w  końcu  Olga.  Michaił  opowiedział  jej  wszystko,  nie 

mogąc powstrzymać łez. Wypłakiwał całe cierpienie i ból. 

-  Ona  już  nie  żyła  -  mówił  udręczony,  a  przed  oczyma  miał  nadal  obraz  matki  z 

Natalią w ramionach. - Tak mówił Nikołaj. Krzyknęła i w jednej chwili już nie żyła. 

Nie żyła. 

Olga  zamknęła  oczy,  ale  na  niewiele  się  to  zdało.  Wyobraziła  sobie  to  wszystko,  co 

zobaczył Misza. Nie potrzebowała prosić, by opowiedział dokładniej. Straszliwy ból przeszył 

każdy skrawek jej ciała, poczuła niemal, jak przeniknął jej do krwi. 

- Biedne maleństwo! Tak cierpiało! Michaił tylko pokiwał głową. Opowiedział to, co 

zobaczył. Ale ani słowem nie wspomniał, co czuje. Tymczasem wszystko go paliło i piekło. 

Zdradliwy  szept  przypominał  mu,  jak  nie  chciał,  żeby  Natalia  przyszła  na  świat.  Tyle  razy 

pragnął, żeby umarła, zanim się narodzi. 

Ale to przecież było kiedyś! 

Zanim  pojawiła  się  w  ich  życiu.  Zanim  stała  się  najcudowniejszym  małym 

stworzeniem, jakie w ogóle można sobie wyobrazić. 

Była jak aniołek Bardzo ją kochał. Bardziej niż byłby w stanie wyjaśnić Oldze. Nawet 

ona by tego nie pojęła. 

Właśnie  dlatego,  że  kiedyś  nie  chciał  jej  narodzin,  później  pokochał  ją  jakby 

podwójnie. 

Olga nie zrozumiałaby tego. 

background image

Michaił  obejmował  Olgę  i  pozwalał,  by  wypłakała  się  w  jego  koszulę.  Głaskał  ją  po 

głowie i czuł się jak dorosły mężczyzna. 

Zaraz potem jednak sam wypłakiwał się na jej piersi i to ona 'wichrzyła mu „włosy i 

trzymała drżące od płaczu ramiona. 

Płakali oboje. 

Natalia nie żyła. 

Raiję oddzielono w końcu od martwego dziecka. 

Antonii udało się ją przekonać, by wypuściła dziecko z rąk. Objęła mocno Raiję, żeby 

ją  podnieść  z  zimnej,  kamiennej  posadzki,  ale  ona  tylko  pokręciła  głową  i  pozostała  w  tej 

samej pozycji. Przemoczona, klęczała na kolanach, patrząc ze zdumieniem na swoje puste rę-

ce. Ruchy miała powolne. 

-  To  moja  wina  -  odezwała  się,  podnosząc  wzrok  na  Antonię.  -  Nie  powinnam 

spuszczać  jej  z  oka,  powinnam  na  nią  uważać,  nie  powinnam  pozwolić,  żeby  się  ode  mnie 

oddaliła! 

Antonia  słuchała  przyjaciółki,  z  której  ust  wylewał  się  potok  oskarżeń  pod  własnym 

adresem. Słowa, które sforsowały tamę milczenia, popłynęły z siłą wodospadu. 

Antonia niczemu nie zaprzeczała. Usiadła obok Raiji i słuchała w milczeniu. 

W drzwiach stanął Jewgienij i także przysłuchiwał się temu, co mówi Raija. Antonia 

dała mu znak dłonią, jakby go chciała powstrzymać. 

Zrozumiał.  Pozostał  jeszcze  przez  chwilę  i  pokręciwszy  lekko  głową,  obrzucił  Raiję 

spojrzeniem pełnym miłości. W końcu zacisnął pięść i wyszedł. Uznał, że Antonia ma rację; 

nie  mógł  teraz  dotrzeć  do  Raiji.  Otoczyła  się  szczelnym  murem,  niedostępna  dla  nikogo.  A 

przecież on też kochał Natalię! Z pełnym przekonaniem mógł to powiedzieć. 

Ponieważ  jednak  nie  był  ojcem  Natalii,  Raija  zamknęła  się  sama  w  swoim  bólu. 

Jewgienij nie miał na to żadnego wpływu. 

Raija zadecydowała, że to jej dziecko i jej ból. 

Ufał, że później go do siebie dopuści. 

Później. 

- Czy to moja wina? - powtarzała Raija w kółko. 

Patrzyła  w  ciemne  oczy  Antonii  i  spojrzeniem  pytała  wciąż  o  to  samo.  Nie  czekała 

jednak, aż Antonia jej odpowie. Nim Antonia zdążyła otworzyć usta, Raija już mówiła dalej. 

- Dlaczego moje dziecko musiało umrzeć? Dlaczego zginęło w taki sposób? 

Wciąż na nowo dawała wyraz wątpliwościom i wyrzutom sumienia. Stawiała pytania, 

na które nie było odpowiedzi, a które w równym stopniu dręczyły Antonię. 

background image

-  Ona  tak  cierpiała,  Toniu  -  mówiła  Raija,  wpatrując  się  wielki  kocioł  do  gotowania 

bielizny. - Tak cierpiała, że wolałam, żeby umarła. 

Zamilkła na długą chwilę. 

- Czy mogłam poświęcić siebie, żeby ją uratować? Myślisz, że mogłam, Toniu? 

Cisza. 

-  Nawet  o  tym  nie  pomyślałam.  Słyszałam  tylko  ten  jej  krzyk.  Maleńka,  tak  bardzo 

cierpiała! Pragnęłam tylko jednego: skrócić jej cierpienie... 

Raija potrząsnęła głową. Nasiąkłe wilgocią włosy zwisały w strąkach. 

- Nie myślałam, Toniu, o tym, żeby ona żyła. Chociaż... może przez chwilę? Ale nie 

wierzyłam.  Widziałam  ją.  Jej  krzyk  rozsadzał  mi  głowę.  I  myślałam  jedynie  o  tym,  żeby 

uwolnić moje dziecko od bólu. I to jak najszybciej. 

Raija oddychała cicho. 

-  Nie  wiem,  czy  użyłam  swojej  mocy.  Nie  wiem,  czy  cokolwiek  zrobiłam,  po  prostu 

nie  wiem.  Nie  pamiętam,  Toniu.  Wiem  jedynie,  że  pragnęłam  uwolnić  ją  od  cierpienia.  Ale 

czy chciałam jej śmierci? Nie wiem. Myślisz, że chciałam? 

Antonia znów nie potrafiła odpowiedzieć Raiji. Ściskała tylko jej chłodne dłonie. 

-  Moje  ręce  były  krwistoczerwone  -  powiedziała  Raija.  -  Myślisz,  że  chciałam  jej 

ś

mierci? Jak sądzisz, może ona umarła, bo ja jej coś zrobiłam? 

- Nie wiem - odparła Tonią. - Ale nie możesz tutaj siedzieć, bo będziesz chora. 

-  Chora?  -  zdziwiła  się  Raija.  -  Gdzie  Natalia?  Patrzyła  długo  na  Antonię.  Może 

ujrzała w jej oczach własne odbicie i wszystko sobie przypomniała? 

-  Możesz  przyprowadzić  do  mnie  Walerija?  -  poprosiła.  -  Chcę  z  nim  porozmawiać. 

Ty nie przychodź, Toniu. Tylko Walerij. 

- Mogę odejść od ciebie? Raija pokiwała głową, ściskając dłonie. 

- Ja tu zostanę. A ty przyprowadź Walerija. 

Walerij siedział w pomalowanej na niebiesko kuchni i płakał, powtarzając w kółko to 

samo pytanie: „Czy to moja wina?” 

Odpowiadali mu, że nikt tu nie zawinił, ale im nie dowierzał. 

-  Powinienem  sprawdzić,  czy  idzie  za  mną.  Ta  myśl  nie  dawała  mu  spokoju.  Chciał 

powiedzieć  o  tym  Raiji.,  ale  słowa  nie  przechodziły  mu  przez  gardło.  Rzucił  się  na  klęczki, 

Raija otoczyła go ramionami i tak drżąc, trwali oboje w objęciach. 

Zacisnęli  powieki,  żeby  nie  patrzeć  na  to  miejsce,  ale  wciąż  mieli  przed  oczami 

koszmarny obraz, a w uszach świdrował im rozdzierający krzyk. 

background image

W końcu Walerij wstał i pomógł Raiji się podnieść. Przytrzymał ją, gdy zachwiała się, 

z trudem utrzymując się na ścierpniętych nogach. 

Zataczając  się,  wyszli  razem  z  pralni.  Pod  zachwycającym  barwami  nieboskłonem 

skierowali się na brzeg Dwiny. 

Kosz z wypraną bielizną stal w tym samym miejscu, gdzie Raija  go zostawiła, a ona 

pomyślała mimo woli, że prześcieradło pewnie dopłynęło już do Morza Białego. 

Wsłuchani  w  odwieczną  pieśń  rzeki,  płakali  objęci.  Raija  siadła  na  brzegu,  a  kiedy 

Walerij usadowił się obok, zapytała: 

- Czy ona kogoś zobaczyła? Mówiła, że ktoś tam jest? 

- Nie - odparł Walerij, ale zmarszczył czoło, jakby myślał o czymś intensywnie. 

- Nie widziała czasem miłego pana? 

- Ja myślałem, że ona mówi tak o mnie... - odrzekł Walerij, czując, jak ściska go serce. 

-  Nie  pytaj  mnie,  dlaczego,  Waleriju  -  poprosiła  Raija  i  westchnęła  ciężko.  -  Ale 

wiedz, że to jest jakaś pociecha. Kiedyś ci może o tym opowiem. Ale nie teraz. 

-  Myślałem,  że  ona  idzie  za  mną...  Prosiłem,  żeby  wyszła...  Nigdy  bym  nie 

przypuszczał. 

Raija potrząsnęła głową i uśmiechnęła się blado. Otarła łzy, ale nowe nie przestawały 

płynąć jej z oczu. Nie dało się zatrzymać potoku słonych kropli. 

-  Nikt  nie  mógł  tego  przewidzieć  -  odparła.  -  Ani  ty,  ani  ja.  Nie  obwiniam  cię, 

Waleriju... 

Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. 

- Czy to moja wina? - zapytała, właściwie nie oczekując odpowiedzi. 

Walerij pokręcił głową. 

- To nie była niczyja wina. 

Miał rację. Raija dobrze o tym wiedziała, ale potrzebowała, by ją w tym utwierdził. 

- Była aniołkiem - powiedziała. 

- Przybyła do nas tylko na chwilę - dodał Walerij. 

background image

11 

Raija nie była przygotowana na to, że jej życie tak gwałtownie się zmieni. Nikt jej nie 

uprzedził,  że  dni  mogą  wlec  się  powoli,  a  nocami  nastanie  cisza  tak  wielka,  że  aż  dzwonić 

będzie w uszach. 

Natalią  zajęła  się  sama,  pozwalając  jedynie,  by  towarzyszyli  jej  Jewgienij,  Michaił  i 

Walerij. Przed innymi zatrzasnęła drzwi. 

Umyła  starannie  ciałko  martwego  dziecka  i  ubrała  w  najpiękniejszą  sukienkę, 

czerwoną jak życie, jak krew, jak barwa, którą przybrało niebo pierwszej nocy po tragicznym 

wypadku. 

Czuwała przy Natalii przez cztery noce i tyle samo dni. Dni i noce stopiły się w jedno. 

Nie miały początku ani końca. Zlały się razem jak wody rzeki wpływające do słonego morza. 

Nie rozmawiała z nikim. Nie pozwalała się pocieszyć. Unikała tych, którzy chcieli się 

do niej zbliżyć. Nie jadła. 

Siedziała przy trumnie z dzieckiem i płakała. 

Piątej nocy, wyczerpana, zasnęła na siedząco. 

- Nie będziesz sama - powiedział. - Nikt nie jest stworzony do samotności, nawet ty, 

Raiju. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  się  tam  znalazła,  ale  czuła,  że  w  tym  właśnie  miejscu  być 

powinna. 

Był piękny dzień, krajobraz porażał swym pięknem. 

W  tej  krainie  nie  istniał  ból  ani  smutek,  ani  cierpienie.  Jedynie  dobro.  Wokół 

przechadzali się uśmiechnięci i radośni ludzie. Pasły się dorodne zwierzęta. 

- Kiedyś cię zabiorę i zostaniesz tu na dobre - po

wiedział, uśmiechając się. - Kiedyś... 

ale nie teraz. Jest jeszcze za wcześnie, Raiju. 

- A moje dziecko? - zapytała. - Czy jest tu moje dziecko? Czy to ty jesteś tym miłym 

panem? 

Uśmiechnął się znowu. Był taki urodziwy, taki pociągający, kiedy się uśmiechał. 

Zapragnęła, by jej dotknął. Ale wyczuwała, że to niemożliwe. 

Pamiętała dotyk jego dłoni na ramionach. Pamiętała ten ułamek chwili. 

On należał do tego miejsca. Zupełnie innego niż to, skąd przyszła. Rozumiała, że nie 

można mieszać ze sobą tych dwóch światów. 

background image

-  Możesz  płakać  po  niej.  To  nic  złego.  Ale  chcę,  żebyś  wiedziała,  że  ona  nie  cierpi. 

Zabrałem ją ze sobą, bo nadszedł jej czas. 

- Dlaczego? - zapytała Raija. 

Ręce zdawały się jej ciążyć. Oczy daremnie wypatrywały Natalii. Może on kłamał? 

-  Dlaczego  właśnie  Natalia?  Była  jeszcze  taka  mała!  Nie  zdążyła  nawet  pożyć.  Nie 

zrobiła nic złego! Była moim dzieckiem, naszym promyczkiem, naszą radością, światełkiem, 

naszym aniołkiem. 

- Śmierć nie jest karą - przerwał jej, a z jego młodej twarzy biła powaga, jakby posiadł 

całą  mądrość  tego  świata.  Jakby  wiedział  to  wszystko,  na  co  ona  bezskutecznie  usiłowała 

znaleźć odpowiedź. Raija czuła, że pojmuje nawet jej ból. Miał takie głębokie spojrzenie. 

Ale  nie  chciała  go  zrozumieć.  Nie  potrafiła  doszukać  się  jakiejś  racji  w  tym,  że  jej 

dziecko leży martwe w drewnianej trumience. Nie była w stanie dopatrzyć się sensu w takiej 

okropnej śmierci. 

Nie przemawiało do niej, że może to być przeznaczenie lub palec Boży. 

Nie zniosłaby takiego wytłumaczenia. 

Natalia była słońcem. Była aniołem. Była jej dzieckiem. 

-  Dzieci  są  nam  użyczone  -  powiedział  mężczyzna.  Jakby  tego  nie  wiedziała!  Ale 

dzieci powinno się wypuszczać spod skrzydeł ku życiu, a nie ku mrokowi śmierci! 

Dzieci są użyczone, to prawda. 

Ale nie tak. 

- Nadeszła jej pora - tłumaczył ze spokojem mężczyzna. -  Żyła na tyle  długo, byście 

dostrzegli w niej promyk słońca i radość. Myślę, że zdążyła pozostawić po sobie trwały ślad 

w waszych sercach. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Kochaliście ją i zapamiętacie. Nie da 

się cofnąć czasu, nie da się jej przywrócić życia. 

Stał  skąpany  w  słonecznej  poświacie,  a  jego  cera  przybrała  złotawy  odcień. 

Zmrużywszy oczy, spoglądał ku Raiji. Nad wąskimi szparkami odznaczały się czarne, proste 

kreski brwi. 

- Może była aniołem, który zstąpił do was na ziemię i na chwilę podzielił się z wami 

ś

wiatłem. 

Raija chciała mu się sprzeciwić. 

On jednak uśmiechnął się tylko, jakby  posiadł wszelką mądrość. Wiedział, gdzie jest 

jej dziecko, ale jej nie pokazał go ani nie pozwolił dotknąć. 

Rozpłynął się w powietrzu i zniknął. 

background image

A  może  to  ona  zniknęła?  Może  została  odciągnięta  z  tej  rajskiej  krainy  gdzieś  na 

skraju tęczy, po drugiej jej stronie? 

Nie mogła tam się teraz dostać. 

-  Zasnęła,  Bogu  dzięki!  -  powiedział  Jewgienij  po  cichu  do  Walerija.  -  Nawet  ją 

musiało to w końcu wyczerpać. Zaniesiesz ją do chaty? 

Walerij  kiwnął  głową.  On  także  się  bał.  Wszyscy  ukrywali  lęk,  nie  zwierzając  się 

sobie  nawzajem.  W  milczeniu  zerkali  ukradkiem  w  stronę  stodoły  na  uchylone  okienko,  w 

którym świeciła się lampa. 

W letnie noce nie zapadał mrok, ale ich myśli i serca pogrążyły się w ciemności. 

Podniósł  Raiję  ostrożnie  i  przeraził  się,  że  jest  całkiem  zimna.  Palcami  odszukał 

tętnicę  na  szyi.  Wyczuł  puls,  ale  nie  był  pewien,  czy  mu  się  nie  zdaje.  Przyłożył  kciuk. 

Zarejestrował powolne uderzenia. 

-  Ona  żyje  -  powiedział  Jewgienij  z  twarz  spiętą,  jakby  pozbawioną  wyrazu.  -  Coś 

takiego jej się zdarza - dodał, otwierając i zamykając drzwi. 

Położyli ją tak, jak zasnęła, zdjęli jej jedynie buty. 

Walerijowi wydała się taka młoda. Obca, choć równocześnie znajoma. 

Uważał ją za ciotkę, ale traktował jak matkę. I tak na nią patrzył. Owszem, dostrzegał, 

ż

e jest piękna, ale nigdy do końca nie rozumiał, dlaczego Wasilij tak ją pokochał. Nie potrafił 

pojąć, że wuj gotów był zmienić dla niej całe swoje życie i ofiarować jej wszystko. 

Dopiero teraz zrozumiał. 

Wuj  Wasilij  był  silnym  człowiekiem.  Nie  oczekiwał  ślepego  podziwu  ze  strony 

kobiety. Nie marzył też o tym, by nadmiernie chronić ukochaną i decydować za nią. Wasilij 

szukał  kobiety,  przy  której  mógłby  żyć.  Niewiele  kobiet  to  rozumiało,  bo  mało  kto  tego  od 

nich oczekiwał. 

Walerij  popatrzył  na  Raiję,  na  jej  bladą  twarz  otoczoną  wieńcem  czarnych  włosów. 

Spała, ale jej usta wyrażały powagę. 

Jej twarz o zdecydowanych rysach przywodziła na myśl dziki krajobraz. Sama w sobie 

była drobna, ale nie znać po niej było cienia słabości. 

Walerij zauważył w niej tę Raiję, którą kochał Wasia. I zrozumiał wuja. 

- Bogu dzięki! - westchnęła Antonia, kiedy już wrócili do kuchni. Ona też była blada i 

zmęczona. Musiała uporać się ze wszystkimi pracami w gospodarstwie, którymi na co dzień 

zajmowała się Raija. - Ona... podróżuje? - zapytała Jewgienija. 

Skinął lekko głową. 

background image

Antonia miała na końcu języka: „Bogu dzięki”, ale powstrzymała się. Bo za to akurat 

nie było co dziękować Stwórcy. 

-  Chyba  powinnam  zabrać  tę  młodą  damę  do  Archangielska  -  westchnęła  znowu.  - 

Niki mógłby ją częściej odwiedzać. Miałaby z kim porozmawiać. 

Karolina  spała,  dużo  spała.  Przynajmniej  tak  to  wyglądało.  Na  pytania  Walerija 

odpowiadała  półsłówkami.  A  przy  Nikołaju  też  nie  była  rozmowniejsza.  Nie  próbowała 

zbliżyć się do Raiji. Po prostu odcięła się od wszystkich. Przyjmowała jedynie ich opiekę i ja-

dła, co jej podano. 

- Naprawdę chcesz ją zabrać? - zapytał Jewgienij. 

-  Szczerze  mówiąc  nie  -  odpowiedziała  Antonia.  -  Przecież  z  nią  nie  jest  tak  źle! 

Mogłaby zwlec się z łóżka i trochę pomóc. Okazać trochę serca. Ona tymczasem kaprysi. Nie 

zaprzeczaj, Nikołaju! To są zwykłe kaprysy! Przecież nie jej jest najciężej. 

- Jesteś bardzo okrutna - uznał Nikołaj. - Wszak ona też straciła dziecko! 

-  Wiem  o  tym  -  odparła  oschle  Tonią.  -  Byłam  przy  tym.  Jest  mi  przykro,  ale  ona 

chyba powinna zrozumieć, że przecież z tego powodu nikt jej nie będzie współczuł do końca 

ż

ycia. Mogłaby się postarać choć trochę odwdzięczyć Raiji, która tyle dla niej zrobiła! 

Michaił  przysłuchiwał  się  tej  rozmowie  i  patrzył  ze  zdumieniem  na  dorosłych. 

Zastanawiał się i coraz bardziej wątpił, czy rzeczywiście ludzie z wiekiem stają się mądrzejsi. 

W ich słowach trudno było się doszukać sensu. 

Antonia  w  kółko  wałkowała  to  samo.  Zupełnie  tak  samo  kręciły  się  napędzane  siłą 

wody koła, które na wiosnę umieszczał z ojcem na strumyku, kiedy był młodszy. 

- To chyba nie wyścigi - wybuchnął wreszcie, nie mogąc dłużej tego znieść. 

Zerwał się gwałtownie z krzesła, chwycił kurtkę i rzucił podniesionym głosem: 

-  Czy  to  ważne,  która  z  nich  bardziej  cierpi?  Żadnej  z  pewnością  nie  będzie  od  tego 

lepiej.  Wasza  kłótnia  nie  zwróci  dziecka  Karolinie  ani  nie  sprawi,  by  Natalia  znów  była  z 

nami! 

Trzasnął  drzwiami  tak  mocno,  że  aż  się  zatrzęsła  chata,  i  wybiegł  na  dwór. 

Powędrował na oślep przed siebie, omijając stajnię i pozostałe zabudowania. Nie potrzebował 

ś

cian ani dachu nad głową. 

-  Mogę  iść  z  tobą?  -  usłyszał  za  plecami  głos  doganiającej  go  Olgi.  -  Ja  też  uważam 

ich za głupców! Zresztą oni sami chyba to sobie teraz uświadomili. 

Przeszli  razem  nad  rzekę  i  usiedli  na  brzegu.  Olga  podciągnęła  kolana,  otulając  nogi 

spódnicą.  Uniesione  kolana  przypominały  górskie  szczyty,  a  ramiona,  którymi  je  objęła, 

zasłaniające je chmury. 

background image

- Zakochałeś się w niej? - zapytała Olga, opierając policzek na ręce i patrząc uważnie 

na Michaiła. Zdmuchnęła z oczu kosmyk włosów. - Dlatego się rozzłościłeś, prawda? Dlatego 

jej broniłeś? 

-  Pytasz,  czy  zakochałem  się  w  Karolinie?  Michaił  wpatrywał  się  w  Olgę,  mrużąc 

oczy z niedowierzaniem. 

-  Wiesz,  Olga,  teraz  to  ty  jesteś  głupia!  -  odrzekł,  bo  nie  spodziewał  się,  że 

przyjaciółka może zachować się tak nierozumnie. 

- Przecież jest piękna - tłumaczyła się Olga. 

-  Czy  w  takiej  chwili  można  się  w  ogóle  w  kimś  zakochać?  -  wybuchnął  Michaił.  - 

Moja młodsza siostra poparzyła się na śmierć, a ty mnie pytasz, czy się zakochałem w jakiejś 

beznadziejnej kobiecie z Norwegii. Boże drogi, Olga, jak ty możesz być taka bezmyślna? 

- Ja też rozpaczam - odparła żałośnie Olga. - Chociaż dość często mi uświadamiałeś, 

ż

e Natalia nie jest moją siostrą. Wiem o tym, ale mam prawo płakać po niej. Nie możesz mi 

tego zabronić, Misza. 

- Ona nie była taka jak my - rzekł Michaił, jakby nie słyszał słów Olgi. - Natalia nie 

była jedną z nas. 

Rzucał kamieniami do rzeki. Jeden po drugim. Czasem kilka naraz. Rzucał ze złością, 

poruszając gwałtownie ręką. 

- Nie sądzę, by ona odeszła sama - dodał po chwili. - Ktoś po nią przyszedł. Walerij 

mówił, że tuż przed tym strasznym wypadkiem trajkotała coś o miłym panu. Podobno mama 

też  słyszała.  On  ją  zabrał!  Mów  sobie,  co  chcesz,  Olga,  ale  ja  w  to  wierzę.  Natalia  kogoś 

widziała. 

Oldze zaschło w gardle. Nie zamierzała się sprzeciwiać Miszy. Bała się go urazić. Ale 

nie wiedziała właściwie, co o tym wszystkim sądzić. Michaił tymczasem ciągnął z namysłem: 

-  Myślę,  że  mama  wie,  kim  jest  ten  mężczyzna.  Myślę,  że  znała  go  w  swoim 

wcześniejszym życiu. 

Cisnął kamieniami i zamilkł gwałtownie. 

Przestraszył  się,  że  omal  nie  wygadał  wszystkiego,  co  wie.  Omal  nie  zdradził 

tajemnicy, którą powierzył mu ojciec podczas rejsu na zachód. 

Tajemnicy,  dzięki  której  ich  rodzina  mogła  istnieć.  Najchętniej  Michaił  zrzuciłby  z 

siebie to brzemię. Zbyt mocno mu ciążyło. 

- Zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? - zapytała Olga i nie dodała więcej, póki na 

nią nie spojrzał. - Zdajesz sobie sprawę? - powtórzyła z naciskiem. 

background image

-  Myślę,  że  tak  -  odparł  Michaił,  oddychając  z  drżeniem.  Zerknął  w  stronę  chaty,  z 

której komina unosił się dym, potem w stronę stajni, aż wreszcie zatrzymał na dłużej wzrok 

na okienku w stodole, gdzie ustawili trumnę z Natalią. Czarne, puste okno. 

- Tak mało wiemy o mamie, zanim tu przybyła, prawda? - powiedział, próbując jakoś 

z tego wybrnąć. 

-  Przecież  mówisz  o  mężczyźnie,  który  nie  istnieje  -  przerwała  mu  Olga  z  brutalną 

szczerością.  -  O  mężczyźnie,  którego  my  nie  możemy  zobaczyć.  Twierdzisz,  że  Natalia  go 

widziała i dlatego, twoim zdaniem, była inna niż my. Nie mówisz tego na głos, ale myślisz to 

samo o Raiji - Raisie! 

Olga zamilkła. 

- Tak - potwierdził Misza niechętnie, marząc o tym, by odwrócić się do niej plecami i 

odejść. 

- Uważasz, że ten mężczyzna to ktoś, kogo Raija znała, a kto już nie żyje. 

Pokiwał głową twierdząco, ale specjalnie uczynił to nieznacznie, jakby  w obawie, że 

Olga  wyśmieje  go  swoim  dźwięcznym  śmiechem.  Łatwo  wszystko  przekręcała.  Ktoś  inny 

wysłuchałby  tego,  co  powiedział,  bez  słowa,  ale  ona,  oczywiście,  musiała  urządzić 

przedstawienie. 

Zapadła kłopotliwa cisza. 

Olga stwierdziła fakty, cóż więc jemu pozostało do dodania? 

-  Natalia  o  wielu  rzeczach  wiedziała  wcześniej  -  rzekł  po  chwili.  -  Może  o  tym,  że 

umrze, też? Nie mam pojęcia. Dlaczego więc nie uniknęła nieszczęścia? Była taka mała! Nic 

już nie wiem, Olga! Jestem taki zmęczony. To wszystko jest dla mnie jak koszmarny sen. Nie 

mogę  się  pogodzić  z  tym,  że  jej  już  nie  ma  wśród  nas.  Lepiej  by  było,  gdybym  to  ja  umarł 

zamiast  niej.  Zdążyłem  już  przecież  przeżyć  swoje!  Może  mamy  moja  śmierć  by  aż  tak  nie 

załamała? Nie wiem, Olga. To takie bolesne... 

Olga wstała, pogłaskała go w policzek i pocałowała. Bez słowa otarła mu łzy. Długo 

stali w milczeniu, trzymając się za ręce. 

-  Ona  nie  żyje  -  odezwała  się  w  końcu  Olga.  -  Stało  się  i  nie  możemy  tego  zmienić. 

Ale  nigdy  jej  nie  zapomnimy.  Może  masz  rację,  Misza.  Może  ona  rzeczywiście  kogoś 

widziała?  Może  ten  ktoś  przyszedł  ją  zabrać?  Kto  wie,  czy  nie  przebywa  teraz  w  miejscu 

najlepszym dla takich aniołów i jest jej tam dobrze? 

Michaił  zapragnął,  by  Olga  nie  potrafiła  tak  ładnie  mówić.  Zdawało  mu  się  bowiem, 

ż

e  tylko  chce  go  w  ten  sposób  pocieszyć.  Była  mądrzejsza  od  wszystkich  dorosłych  razem 

wziętych. Rozumiała go aż nadto dobrze. Tak wspaniałe, że mógł ją trzymać teraz za rękę! 

background image

Nie patrząc na przyjaciółkę, ścisnął jej dłoń, a ona odwzajemniła uścisk. 

Niebo pobladło. Była noc. 

Na grobie Natalii umieszczono krzyż. 

Gromadka  najbliższych  stała  blada,  pogrążona  w  bólu.  Na  pogrzeb  nie  przybyły 

tłumy. W części osób taka śmierć jak śmierć Natalii budziła lęk, dla innych zaś strata dziecka 

wydawała się czymś błahym. 

Po smutnej uroczystości zasiedli razem przy stole, ale nikt nie miał ochoty na posiłek. 

Karolina  Weimer  rozgrzebywała  jedzenie  na  talerzu  bardziej  niż  zwykle.  Starannie 

wybierała, co wziąć do ust, a co odłożyć na bok. Usiadła ze wszystkimi, jednak swym pełnym 

dystansu  zachowaniem  demonstrowała,  że  nie  należy  do  tego  grona.  Zdawało  się,  że  nie 

dostrzega nikogo prócz Nikołaja, któremu posyłała raz po raz lekki uśmiech. Dlatego też za-

skoczenie było pełne, gdy nieoczekiwanie odezwała się do Raiji. 

- Po co ta rozpacz? - spytała. - Możesz urodzić jeszcze niejedno dziecko. 

Nikołaj  złapał  Karolinę  za  ramiona,  aż  jęknęła,  i  podniósł  z  krzesła.  Opanował  się 

jednak i popchnął ją w stronę drzwi do alkierza. 

-  Idź  tam!  -  nakazał  zdecydowanym  głosem.  Bez  słowa  sprzeciwu  wypełniła  jego 

polecenie, ale wyszła z dumnie uniesioną głową. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odezwała  się  Raija.  -  Ja  powiedziałam  jej  to  samo.  Po  stracie 

dziecka  przekonywałam  ją,  że  jest  młoda  i  urodzi  zapewne  jeszcze  niejedno.  Zabolały  mnie 

jej słowa, ale teraz rozumiem, co ona wtedy czuła. Powinnam się była domyślić. 

- Czy ona jest już na tyle zdrowa, by można ją było stąd zabrać? - zapytał Nikołaj. 

-  Spaceruje  o  własnych  siłach  -  odparł  chłodno  Walerij.  -  A  gdy  nikogo  nie  ma  w 

pobliżu, potrafi sobie poradzić. Słabowitą udaje jedynie, kiedy jest wokół niej wiele ludzi. 

- Całkowicie się z tobą zgadzam. Nie ujęłabym tego lepiej - odparła Antonia, patrząc 

na Walerija. - Ona już wy dobrzała, rany się zagoiły. Powinna teraz się trochę więcej ruszać, a 

nie ciągle siedzieć okryta kocem. Od tego szybciej nie wyzdrowieje. 

Nikołaj nabrał powietrza w płuca. 

-  Zabieram  ją  ze  sobą  do  Archangielska  -  rzekł.  -  Raija  ma  teraz  dość  własnych 

kłopotów. 

- Ludzie będą gadać - sprzeciwiła się Raija zmęczonym głosem. 

-  Zabiorę ją do siebie  -  oznajmił Nikołaj. - Dorosłem i mam teraz więcej odwagi niż 

kiedyś.  Zresztą  ona  pochodzi  z  wyższych  sfer,  więc  pewnie  zostanie  dobrze  przyjęta  przez 

moją rodzinę. A ludzie pogadają trochę z początku, ale w końcu przestaną. Nikt nie odważy 

się zarzucić niemoralności Norkinowi. To nazwisko nadal cieszy się poważaniem. Poza tym 

background image

w  mojej  rezydencji  jest  dość  pokoi  i  jeśli  zechcę,  możemy  się  z  Karoliną  w  ogóle  nie 

spotykać. 

Nikt nie zaprotestował. 

Nikołaj  wszedł  do  alkierza.  Karolina  demonstracyjnie  przykryła  się  kocem  aż  pod 

brodę, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że zachował się nieodpowiednio. 

On jednak udawał, że tego nie widzi. Nie tłumacząc niczego, sięgnął po ustawione pod 

jedną ze ścian walizki Karoliny. Przemknęło mu tylko przez myśl pytanie, po co jej ten cały 

dobytek.  Nie  roztrząsał  jednak  tego,  lecz  zgarnął  do  walizek  wszystko,  co  stanowiło  jej 

własność. Nie starał się porządnie składać ubrań. Ostatecznie w pałacu nie brakowało służby, 

gotowej na skinięcie palca spełnić każde polecenie. 

- Co robisz? - zapytała Karolina, a w jej podniesionym głosie pobrzmiewał niepokój. - 

Co robisz, Nikołaju Norkin? 

-  Pakuję  twoje  rzeczy,  Karolino  Weimer  -  odparł.  -  Dziś  jeszcze  się  stąd 

wyprowadzisz. Raija ma teraz co innego na głowie. 

- Ale Lorentz spodziewa się mnie zastać tutaj - zaprotestowała. 

-  Nie  obawiaj  się.  Dostarczymy  cię  Lorentzowi  -  przerwał  jej  Nikołaj.  - Nie  doznasz 

ż

adnego uszczerbku. Zabiorę cię do jednego z moich pałaców. Wprawdzie nie ma tam nikogo 

z mojej rodziny, za to jest służba, która się tobą zajmie. Będziesz miała do dyspozycji więcej 

osób niż tutaj. 

Nie  protestowała  już  tak  zdecydowanie,  choć  nie  do  końca  była  przekonana  do  jego 

planów. 

-  Kto  jeszcze  tam  zamieszkuje  prócz  ciebie?  - zapytała.  -  Mam  nadzieję,  że  spotkam 

jakieś  kobiety.  Muszę  dbać  o  swoją  reputację.  Mój  mąż  byłby  bardzo  niezadowolony, 

gdybym zachowała się niestosownie. 

- Nie obawiaj się, zatroszczę się o to - odparł lekko Nikołaj, nie patrząc na Karolinę. 

Zdenerwowało  go,  że  nadal  mu  się  podoba,  choć  powinien  być  na  nią  zły.  Kochał 

Raiję bardziej niż własną matkę, a to, co Karolina jej powiedziała, uznał za niewybaczalne. 

Mimo to nadal uważał, że młoda Norweżka jest słodka. 

-  Pójdziesz  sama  -  rzekł  do  niej  chłodno.  -  Tylko  nie  zapomnij  podziękować  za 

gościnę. Spodziewam się po pani Weimer odpowiednich manier. 

Karolina wyszła i podziękowała za gościnność. Ale aż nazbyt było wyraźne, że słowa 

te nie płyną wprost z serca, lecz zostały wypowiedziane pod przymusem. 

Jewgienij odetchnął, nie kryjąc ulgi, gdy drzwi się za nią zamknęły. 

background image

- Jesteście wobec Karoliny trochę niesprawiedliwi - odezwała się Raija. - To przecież 

nie jej wina, że jest, jaka jest. Zapomnieliście już, jak zachowywał się Niki, nim posmakował 

ż

ycia na morzu? Oni po prostu odebrali inne wychowanie i dlatego myślą nie tak jak my. 

-  Oni  chyba  w  ogóle  nie  nauczyli  się  myśleć  -  wyraził  swą  opinię  Walerij.  -  Mam 

nadzieję,  że  ten  norweski  żaglowiec  niedługo  przypłynie  z  Onegi  czy  Kiem.  Bo  tu  nie  ma 

miejsca dla Karoliny Weimer. Nawet w pałacu Nikołaja, mimo że jemu zdaje się coś innego. 

-  Sporo  czasu  upłynęło  od  śmierci  Jelizawiety  -  odezwała  się  cicho  Raija,  patrząc 

Walerijowi w oczy. 

Patrzyła na niego przeciągle, uśmiechnęła się ciepło, ze zrozumieniem, i dodała: 

-  Karolina  nie  jest  taka  jak  Jelizawieta.  Ani  ty,  ani  ja  nie  rozumiemy  teraz  w  pełni 

postępowania Nikołaja. Zbyt mocno kochaliśmy Jelizawietę. Znaczyła dla nas tak wiele. Ale 

ż

adne  z  nas  nie  ma  prawa  decydować  za  Nikołaja.  Jest  dorosły.  Jeśli  dostrzegł  w  Karolinie 

coś,  co  wywołuje  w  nim  piękne  uczucia,  nie  mamy  prawa  tego  niszczyć.  Nie  wolno  nam 

umniejszać jej w jego oczach. 

- Ona jest mężatką - zauważył Walerij. 

-  Nikołaj  dobrze  o  tym  wie.  Karolina  także.  Oni  wyznają  się  lepiej  niż  my  na 

konwenansach. Zapewne znają też zasady, którymi należy się kierować w podobnej sytuacji. 

Walerij  nie  odpowiedział,  tylko  wbił  wzrok  w  blat  stołu  i  zacisnął  zęby.  Upór 

Uskowów nie znikał wraz z wiekiem. 

Chata  opustoszała.  Michaił  na  prośbę  Raiji  wyniósł  łóżeczko  Natalii.  Wcześniej  nikt 

nie miał odwagi tego uczynić. 

- Ona już nie potrzebuje łóżeczka - powiedziała Raija. - Póki co więc w naszym domu 

obejdziemy się bez niego. Ja jestem już za stara na dzieci, a Michaił jeszcze zbyt młody, by 

obdarzyć nas wnukami, które by wypełniły tę dzwoniącą w uszach ciszę. 

Uśmiechnęła  się  blado.  Michaił  z  ulgą  opuścił  izbę,  ale  ustawiwszy  mebel  w  kącie 

stajni, zapłakał. 

Raija  zauważyła  ślady  łez  na  policzkach  syna,  kiedy  wrócił,  mimo  że  wcześniej 

opłukał  twarz  i  oczy  zimną  wodą.  Przytuliła  go  mocno  jak  wówczas,  gdy  był  małym 

dzieckiem. Zabolało go, ale Michaił nie skarżył się. Był na tyle duży, by zrozumieć. 

- Myślę, że ona odeszła do jakiejś szczęśliwszej krainy - powiedziała Raija łagodnie, 

wtulona  twarzą  we  włosy  syna.  -  Myślę,  że  jest  jej  tam  lepiej.  Ona  nie  poszła  tam  sama, 

Misza. 

background image

12 

W izbach opustoszało. Raija siedziała przy krosnach i tkała, przetykając  na przemian 

brązową i szarą włóczkę. Tkała całe pledy wyłącznie z wełny z ciemnych owiec. 

Smutny i mroczny był dla niej koniec lata. 

Łapała  się  wciąż  na  tym,  że  nasłuchuje  głosu  Natalii.  Kiedy  przymykała  powieki  i 

trwała tak przez jakiś czas, potrafiła niemal wywołać radosny głosik córeczki. 

Zamykała  oczy,  pragnąc  zapaść  w  głęboki  sen.  Chciała  odbyć  podróż  do  zielonej 

krainy  pod  wysokim  niebem,  tam  gdzie  przebywała  Natalia  i  on,  mężczyzna  o  miodowych 

oczach. 

Raija  prowadziła  jakby  podwójne  życie.  To  wewnętrzne,  niewidoczne  dla  innych, 

często było znacznie bogatsze. 

Dużo tkała. 

Nigdzie nie chodziła. 

Tragedia,  która  ją  dotknęła,  odstraszyła  innych.  Bali  się  ją  odwiedzać.  Przykre,  jak 

szybko  ludzie  zapomnieli,  że  to  właśnie  ona  zawsze  wspierała  ich  w  najtrudniejszych 

chwilach. 

Jewgienij codziennie jeździł do portu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że zniósł dzielnie 

cios,  jaki  dotknął  ich  rodzinę,  ale  szeptem  dodawali  wytłumaczenie:  „Przecież  to  nie  było 

jego dziecko”. 

O Raiji krążyły plotki, że tragedia tak ją załamała, iż unika ludzi. 

Ludzie pamiętali dobrze Wasilija. 

Całe  miasto  rozprawiało,  że  Natalia  była  jego

  dzieckiem.  Póki  mała  żyła,  nikt  nie 

odważył się o tym głośno mówić. Szeptano jedynie po kątach. Teraz przestali się kryć. 

Podobno Bykowa tak ciężko zniosła tragedię, bo Wasilij był jej największą miłością, 

gadano. 

Ludziom  nie  wystarczało  nieszczęście,  które  dotknęło  żonę  Jewgienija,  ubarwiali  je 

więc i dodawali zmyślone szczegóły, żeby zwiększyć tragizm sytuacji. 

W chacie nad Dwiną zaś Raija siedziała przy krosnach i nie miała pojęcia, co się o niej 

wygaduje. Łączyła czarną włóczkę z brązową, czarną z szarą. Nie wiedziała, czy zatrzyma dla 

siebie gotowe pledy. Nie miała też pojęcia, czy komukolwiek przypadną do gustu. 

Może na wiosnę wyśle je szkutą na zachód? 

- Lorentz na pewno zapyta mnie o blizny - powiedziała Karolina Weimer. 

background image

Siedziała  na  balkonie  w  pałacu  Norkinów.  Na  każdym  piętrze,  prócz  najwyższego, 

ciągnęły się wzdłuż ścian balkony. 

Były  zadaszone,  a  podtrzymywały  je  fantazyjnie  rzeźbione  kolumny.  Ramy  okien 

otaczały podobne zdobienia. 

Było tu zupełnie inaczej niż w chacie Jewgienija i Raiji nad Dwiną. Karolina nadal nie 

mogła się nadziwić, że Bykowowie nie pobudowali czegoś porządniejszego. Niemożliwe, by 

interesy  Jewgienija  i  Olega  szły  tak  kiepsko,  by  nie  stać  ich  było  na  to,  aby  mieszkać  na 

odpowiednim poziomie. 

-  To  mu  wszystko  opowiesz  -  odparł  Nikołaj.  Siedział  na  poręczy,  oparty  plecami  o 

kolumnę. 

Miał stąd dobry widok. 

Także na nią. 

Nikołaj  nic  na  to  nie  mógł  poradzić,  że  Karolina  wywoływała  w  nim  sprzeczne 

uczucia. 

Daremnie próbował się przed nimi bronić. 

Chyba  tylko  sobie  utrudnił  życie,  zabierając  ją  do  pałacu.  W  każdym  razie  nie  mógł 

uczynić  czegoś  bardziej  głupiego,  jeśli  nie  chciał  jej  widywać.  Sam  zaplątał  się  w  tę  sieć,  z 

której nie dało się uciec. 

-  Mam  mu  opowiedzieć?  Zwariowałeś?  Nie  udawała  przerażonej.  Ona  była 

przerażona. Nikołaj już nie raz widział ów strach w jej oczach. 

Ilekroć  była  mowa  o  jej  mężu,  reagowała  jak  zalęknione  dziecko,  jak  spłoszone 

zwierzę nasłuchujące czujnie. 

- Przecież rozmawiałaś o tym z Raiją. 

-  Raija  jest  kobietą.  A  to  zupełnie  co  innego.  Zresztą  nie  miałam  wówczas  nikogo 

innego, z kim mogłabym porozmawiać. 

- A w domu masz kogoś takiego, komu mogłabyś się zwierzyć? 

Umknęła  spojrzeniem.  Nikołaj  znał  odpowiedź  na  to  pytanie.  Nie  powinien  tak  jej 

docinać. Nie robiłby tego jednak, gdyby nie miał pewności, że wyjdzie jej to na dobre. 

Może dzięki temu wreszcie dorośnie. 

Może wreszcie, przeglądając się w lustrze, ujrzy odbicie samodzielnej kobiety. 

- Ze mną przecież rozmawiałaś o tym. 

- To co innego! Ty jesteś... 

Karolina przerwała i odwróciła głowę w bok. Miała taką szczupłą, białą szyję. Włosy, 

szczotkowane codziennie, nabrały blasku. 

background image

Nikołaj wiedział, że Karolina jest taką kobietą, z którą mógłby się pokazać. Umiała się 

zachować  w  towarzystwie.  Potrafiła  się  odpowiednio  ubrać.  Nie  wprawiała  w  zakłopotanie 

niestosownym zachowaniem. Znała konwenanse. 

Na  pewno  zostałaby  zaakceptowana  przez  jego  rodzinę.  Mogłaby  zamieszkać  w  tym 

domu na innych warunkach niż tylko w charakterze gościa. 

-  Wiem  -  powiedział.  Karolina  nieoczekiwanie  spojrzała  na  niego  i  uchwyciła  jego 

wzrok. Nikołaj nigdy by nie pomyślał, że kiedyś się na to zdobędzie. 

Zarumieniła się, ale nie starała się wcale tego ukryć. To nie była gra. Oboje doskonale 

zdawali  sobie  z  tego  sprawę.  Ale  czuli  się  w  swoim  towarzystwie  dziwnie  bezpieczni.  Na 

przekór wątpliwościom i przeciwieństwom cenili w sobie pewne cechy, choć nie towarzyszył 

temu pożar zmysłów. 

-  Jesteś  jedyny,  z  którym  mogłabym  porozmawiać  -  powiedziała  Karolina  z  lekkim 

uśmiechem. - Jedyny, który wydaje się mnie rozumieć. 

- Raija też cię rozumiała - zapewnił Nikołaj, a widząc, jak Norweżka potrząsa głową z 

niedowierzaniem,  dodał:  -  Wszystkie  kobiety  się  jej  trochę  boją.  Pomimo  wieku  nadal  jest 

zbyt piękna. Jej uroda wydaje się im groźna. 

Karolina  była  innego  zdania.  W  czym  innym  według  niej  tkwił  problem.  Raija, 

owszem, dominowała, ale nie jej uroda wywoływała lęk. 

- Ona nie jest taka jak ludzie, do których przywykłam - wyjaśniła Karolina, starannie 

dobierając słowa. Nie chciała urazić Nikołaja, wyrażając się nieodpowiednio o Raiji. Był dla 

niej zbyt ważny. 

Nikołaj  zaśmiał  się,  ale  nie  lekceważąco.  Zupełnie  inaczej  niż  Lorentz,  który  miał  w 

zwyczaju  wyśmiewać  ją  tak,  że  czuła  się  upokorzona.  Lorentz  zresztą  na  wiele  sposobów 

starał się utwierdzić ją w przekonaniu, że jest nic nie warta. 

Karolina  nie  miała  pojęcia,  że  istnieją  tacy  mężczyźni  jak  Nikołaj.  Nigdy  nie 

zauważyła  takiej  łagodności  u  mężczyzn  w  sferach,  z  których  się  wywodziła.  Nie 

przypuszczała, że to takie ważne. W ogóle niewiele wiedziała o mężczyznach. 

A na co teraz przyda jej się taka wiedza? Wnet wróci Lorentz i popłyną z powrotem na 

zachód. Znów ta okropna kajuta. Okropny statek. Morze... 

Na samą myśl robiło jej się niedobrze. 

- A co powiedziałabyś na to, byśmy poznali się bliżej? - spytał Nikołaj, nie wstając z 

miejsca. 

Pieścił  ją  spojrzeniem.  Oboje  osiągnęli  ten  stopień  zażyłości,  że  uznał,  iż  może  o  to 

zapytać. Nie zostało zbyt wiele czasu, by odwlekać to dłużej. A równocześnie nie byli ze sobą 

background image

aż tak blisko, by jej odmowa go złamała, jeśli wolałaby nie wychodzić poza granice flirtu. Do 

niej należy wybór, czy potraktuje to tylko jako zabawę. 

Ale on nie żartował. 

Tym razem nie było tak jak z Jelizawietą. Nie tonął w powodzi uczuć, nad którymi nie 

był w stanie zapanować. Nie musiał się wynurzać, by zaczerpnąć tchu. 

Nie trawił go ogień namiętności. 

Ale było coś takiego w Karolinie, co go do niej przyciągało. 

- Nie powinieneś mnie o to pytać - uśmiechnęła się z lekkim smutkiem. 

W każdym razie przyjęła jego słowa z równą powagą. Ale czy ma się z tego powodu 

cieszyć czy smucić, Nikołaj nie wiedział. 

- Dlaczego nie? - zapytał. 

-  Dlatego,  że  nigdy  nie  będę  mogła  się  na  to  zgodzić  -  odparła,  trzepocząc  jasnymi 

rzęsami. 

Nie rozpłakała się. Udało jej się powstrzymać łzy. 

- Nie powinieneś pytać, Niki! A więc wiedziała, jak brzmi zdrobnienie od jego imie-

nia. Nigdy wcześniej tak się do niego nie zwracała. 

Wzruszyło go to. 

Nie mógł podejść do niej i jej dotknąć. Nie chciał, by myślała, że chodzi mu tylko o jej 

ciało. Bo to nie była prawda. 

Nie  podniecała  go  w  taki  sposób.  Poruszała  w  nim  zupełnie  inne  struny.  Wydawała 

mu się czarująca. 

-  Mogłabyś  się  od  niego  uwolnić  -  zaproponował.  -  Słyszałem  już  o  takich 

przypadkach. 

Nie  wyraził  się  zbyt  fortunnie.  Przerażenie,  jakie  odmalowało  się  na  jej  twarzy, 

przekonało go o tym aż nazbyt wyraźnie. 

-  Nie  mogłabym!  To  by  zniszczyło  moją  rodzinę!  Uznano  by  mnie  za  kobietę 

rozwiązłą. 

- Dla mnie to bez znaczenia - zażartował Nikołaj, próbując ratować sytuację. 

Zależało  mu  na  tym,  by  wiedziała,  że  jego  propozycja  jest  poważna.  Chciał  też 

wierzyć, że istnieje dla nich jakaś nadzieja. 

- Z Tromso do Archangielska jest daleko - powiedział. 

-  Nie  dość  daleko  -  odparła  trzeźwo.  Była  zdumiona,  że  Nikołaj  nadal  trwa  przy 

swoim pomyśle. Zaszokowało ją to, ale i trochę jej pochlebiło. 

background image

-  Na  tej  trasie  kursują  statki  handlowe,  Nikołaju.  Plotki  docierają  daleko,  wiesz 

dobrze. 

- A gdybyś mogła wybierać. Zgodziłabyś się? Zaśmiała się. 

-  To  zabrzmiało  niemal  jak  oświadczyny,  Nikołaju  Norkin!  Takiego  pytania  nie 

powinieneś chyba kierować do mężatki. A może o to właśnie chodzi? Czujesz się bezpieczny, 

bo wiesz, że nie będziesz musiał podejmować żadnych wiążących decyzji? 

- Zgodziłabyś się? - powtórzył z uporem. 

- Tak - odparła. 

Zsunął się z poręczy i popatrzył przed siebie. Odwrócony do niej plecami, westchnął 

ciężko: 

- Wygląda na to, że kobiety, których pragnę, nie są dla mnie. 

I uśmiechnął się z goryczą. 

-  Kiepski  ze  mnie  spadkobierca  potężnego  nazwiska  i  niemałej  fortuny.  Zobaczysz, 

wraz ze mną skończy się ród Norkinów. 

-  Jeśli  zależy  ci  na  przedłużeniu  rodu,  powinieneś  zwrócić  swoją  uwagę  na  inną 

kobietę.  Ja,  jak  ci  wiadomo,  nie  najlepiej  się  sprawiłam  w  tym  względzie  -  stwierdziła  z 

sarkazmem Karolina i staranniej okryła się kocem. 

Roześmiał  się  głośno.  Karolina  Weimer  nigdy  nie  zdobyłaby  się  na  takie  słowa  w 

Tromso. Widać było, że tu, z dala od rodzinnych stron, pozbyła się niektórych zahamowań. 

Za gładką, wypolerowaną fasadą Nikołaj dostrzegł inną Karolinę i zapragnął poznać ją 

bliżej. Obawiał się jednak, że zabraknie mu na to czasu. 

- W takim razie pozostaje nadzieja, że niebawem twój mąż wyzionie ducha! 

Karolina wykrzywiła twarz z niesmakiem, ale nie oburzyła się głośno. 

- Przyślesz mi wiadomość, jeśli to się stanie? - zapytał Nikołaj, kucając przy niej. 

Chwycił jej chłodne, drobne dłonie i rozgrzał je własnymi. 

- Przyślesz mi list, jeśli on umrze w ciągu najbliższych lat? 

- Czy zdajesz sobie sprawę, o co pytasz, Nikołaju Norkin? - wyszeptała z lękiem. 

Nikołaj  skinął  głową.  Był  świadom  wypowiedzianych  przez  siebie  słów,  choć  i  jego 

one trochę wystraszyły. 

Nie zamierzał posuwać się aż tak daleko. Ale skoro uczynił ten decydujący krok, nie 

zamierzał się wycofać. Już nie! 

Zbyt gorzkie doświadczenia zebrał w przeszłości. 

Teraz  postanowił  wziąć  odpowiedzialność  za  własne  słowa.  Zresztą  kiedy  już  je 

wypowiedział, nabrał przekonania, że postąpił słusznie. 

background image

-  Nie  mogę  jednak  czekać  w  nieskończoność  -  dodał.  Mówił  klarownie  i 

zdecydowanie,  jakby  wcześniej  ułożył  sobie  mowę,  tymczasem  była  ona  wytworem  tej 

chwili. 

- Mogę  czekać dwa lata, Karolino. No, powiedzmy, trzy... Trzy lata od  dnia twojego 

wyjazdu. Jeśli odzyskasz wolność w ten jedyny akceptowany przez ciebie sposób, wiedz, że 

ja tu na ciebie czekam. I z ogromną radością cię poślubię, by dzielić z tobą życie. Bardzo tego 

pragnę.  Ale  nie  mogę  czekać  wieczność.  Gdy  upłyną  trzy  lata,  znajdę  sobie  inną  kobietę, 

która nie będzie do ciebie podobna pod żadnym względem. 

Karolina  nie  odzywała  się  przez  długą  chwilę.  Nikołaj  nie  obiecywał  jej  złotych  gór, 

ale jego słowa na pewno pozostawią trwały ślad w jej sercu. 

- Przyślę ci wiadomość - rzekła w końcu. - Jeśli będę wolna... 

Trochę ścisnęło ją w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, że życzy Lorentzowi śmierci. 

- W każdym razie ofiarowałeś mi jakąś nadzieję - dodała. - Może nie powinnam tego 

mówić, ale to prawda. 

Nikołaj ucałował jej dłoń gorącymi wargami, a jego oczy patrzyły błagalnie. 

-  Czy  wolno  mi  będzie  ciebie  pocałować,  Karolino?  Wiem,  że  to  nie  uchodzi.  Nie 

powinienem z tobą przebywać sam na sam. Ale przyznaję, że poleciłem służbie trzymać się z 

dala od balkonu. Chciałem mieć ciebie tylko dla siebie. 

- Pocałuj mnie! - wyszeptała pospiesznie w obawie, że za chwilę pożałuje swych słów, 

skrępowana gorsetem nakazów i zakazów, nałożonych na nią przez wychowanie. 

Nie  chciała,  by  Nikołaj  był  taki  zasadniczy  i  szlachetny  po  czubki  palców.  Nagle 

zapragnęła, aby dał upust pierwotnym żądzom. 

Nikołaj  był  zwinny  i  łagodny  niczym  kot.  Z  zapałem  zaspokajał  ciekawość.  Nie 

musiał okiełznać ognia namiętności. Ale pocałunki smakują słodyczą, niezależnie od tego, co 

kryje się za nimi. 

Objął  Karolinę,  tę  wypożyczoną  mu  porcelanową  lalkę.  A  raczej  nie  wypożyczoną, 

lecz zabraną po kryjomu. 

Był  ostrożny.  Rozchylił  jej  wargi  i  dotykał  ich  pieszczotliwie  koniuszkiem  języka. 

Ś

cisnął ją mocniej, a jego pocałunki stały się intensywniejsze. 

Słyszał,  jak  wzdycha,  czuł  gorący  oddech  na  swym  policzku,  i  nie  mógł  oderwać  od 

niej ust. 

Objęła  go  za  szyję  i  wbiła  się  paznokciami  w  nagi  kark  pod  koszulą.  Jej  dłonie  nie 

leżały już skromnie na jego ramionach. 

Była taka wygłodzona. 

background image

A on nie zamierzał przestać jej karmić. 

Na początku nie było w nim wielkiego żaru, ale skusiła go słodycz pocałunków. 

Całował  jej  policzki,  ucho.  Karolina  z  przymkniętymi  powiekami  upajała  się 

pieszczotami, a zanurzywszy palce we włosach Nikołaja, gładziła go, rozbudzona. 

Pocałował  jej  szyję,  rozkoszując  się  jej  białą,  gładką  skórą.  Leciutko  gryzł  ją  i  ssał, 

znacząc alabastrową powierzchnię własnymi śladami. 

Pragnął jej. 

Pragnął więcej. 

Nie  był  już  taki  szlachetny.  Nie  pytał  o  pozwolenie.  Zrobiło  mu  się  gorąco,  ale  nie 

wiedział, czy to popołudniowy upał mu doskwiera, czy też burzy się w nim krew? 

Wymacał  guziczki  na  jej  plecach.  Przez  krótką  chwilę  zapragnął,  by  jej  suknia 

zapinała się z przodu jak suknie dziewcząt z ludu. 

Pochyliła  się  tak,  by  mógł  dosięgnąć.  Ale  nic  nie  powiedziała.  W  razie  czego  będzie 

mogła zaprzeczyć, jakoby to ona go do tego zachęcała. 

Na niego przerzuci całą winę za to, co się stało, i powie, że po prostu nie była w stanie 

oprzeć się jego natarczywości. 

Nikołaj dokładnie wiedział, jakich użyłaby słów, gdyby musiała. Słyszał wielokrotnie 

takie opowieści. Właśnie dlatego poprzysiągł sobie, że nigdy nie weźmie w ramiona kobiety 

w szeleszczącej sukni. 

Suknia  Karoliny  uszyta  była  z  lekko  krochmalonej  bawełny.  Ale  pod  palcami 

wydawała  się  miękka.  Nie  szeleściła.  Tylko  pieściła,  tylko  zapraszała.  A  niezbyt  drobne 

guziki bez większych oporów dały się rozpiąć. 

Nie  przestając  całować  Karoliny,  odsłonił  jej  dekolt.  Odchyliła  się  lekko  i  ułożyła 

wygodniej w fotelu, jakby go zapraszała. 

Sunął wargami wzdłuż nieznanych równin, szukał dolin i pagórków. 

Dłonie tymczasem wyszukiwały tasiemek i sznureczków. 

Usta  zaznaczały  to,  co  odkrywały  dłonie.  Niewidzialne  linie  graniczne,  znaki, 

widoczne tylko jego oczom, paliły jej skórę. 

Zsunął suknię tak nisko, jak się dało. Uwolnił ręce Karoliny z rękawów. 

Pytającym wzrokiem odszukał jej spojrzenia. Czekał na jej ruch. 

Mogła się wycofać. Mogła  go od siebie odsunąć. Ale ona zamknęła oczy, ukrywając 

się w mroku. Odsłoniła jedynie w uśmiechu białe zęby. 

Nikołaj  nigdy  nie  widział  jej  takiej  zmysłowej.  W  jej  rozluźnionej,  wyczekującej 

twarzy malowało się wewnętrzne szczęście, mimo że nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. 

background image

Całował wnętrza jej dłoni, widział, że oddycha szybciej i powstrzymuje się, by głośno 

nie jęczeć. Nie chciała zdradzić, że pieszczoty sprawiają jej przyjemność. 

Nikołaj  słyszał  rozmowy  dam  na  ten  temat.  Przekonywały  się  nawzajem,  że  tylko 

kobiety lekkich obyczajów czerpią z miłości rozkosz. 

Widać to kłamstwo powtarzane jest nie tylko w jego kraju. 

Nie  miał  odwagi  poprosić  Karoliny,  by  się  rozluźniła.  Lękał  się  mówić,  że  to  nie 

grzech odczuwać ekstazę, bo ten dar otrzymały kobiety na równi z mężczyznami. 

Nie  chciał  zakłócić  słowami  drżącej  ciszy,  obawiając  się,  że  Karolina  mogłaby  się 

ocknąć ze stanu upojenia i z panicznym lękiem w oczach uciec z krzykiem z jego objęć. 

Całował  jej  ramiona,  dłońmi  pieścił  białe  wzgórki.  Sunął  wzdłuż  krajobrazu  ciała, 

jakby odkrywał nowy ląd. 

Jej  skóra  była  biała  niczym  mleko.  Nigdy  wcześniej  takiej  nie  widział.  Niczym 

przezroczysta  chińska  porcelana.  Pod  skórą  widoczne  były  błękitne  żyłki,  takie  same,  jak 

dostrzec  można,  oglądając  pod  światło  dna  filiżanek  z  prawdziwej  porcelany  z  Dalekiego 

Wschodu. 

Zatrzymał dłonie na jej piersiach. Nie potrafił się powstrzymać, by nie dotknąć ustami 

nabrzmiałych  pąków,  podobnych  do  tych  na  wiosennych  drzewach.  Język  igrał  figlarnie 

wokół nich. Czuł, jak twardnieją i stają się bardziej spiczaste. 

Karolina poddała się pieszczotom. Doznawała rozkoszy. 

Jej usta przypominały kwiat. Policzki zarumieniły się. 

Nikołaj znał te objawy. 

Pieścił  ją  ustami  i  dłońmi.  Pragnął  ofiarować  jej  chwile,  jakich  nie  otrzymała  od 

nikogo. 

Wiedział,  że  nie  miała  innych  mężczyzn  przed  Lorentzem,  któremu  gorąco  życzył 

ś

mierci,  choć  nigdy  nie  widział  go  na  oczy.  Nie  sądził,  by  ów  Lorentz  zadał  sobie 

kiedykolwiek trud, by dostarczyć żonie uciech cielesnych. Raczej tylko zaspakajał pośpiesz-

nie własne potrzeby. 

Nikołaj  uniósł  dół  sukni  Karoliny,  a  także  kilka  warstw  halek.  Pod  spodem  miała 

sięgające kolan pantalony. 

Większość  panien,  pod  których  spódnice  udało  mu  się  zakraść,  nie  nosiło  takich 

nowomodnych strażników cnoty. Z tamtymi było mu łatwiej. 

Pieścił jej uda, grzał dłonie w ich cieple. 

background image

Przypomniał  sobie  upomnienia  Raiji.  Brzęczały  mu  w  uszach  natrętnie,  ale  on  bronił 

się  w  duchu,  że  przecież  nie  zamierza  w  nią  wchodzić.  Nie  zamierza  uczynić  niczego 

wyłącznie dla zaspokojenia własnej żądzy. 

Chciał  jej  jedynie  pokazać,  że  można  się  kochać  także  w  inny,  łagodny  sposób. 

Wprowadzić ją w krainę rozkoszy, których smaku nigdy nie poznała. 

- Nie - szepnęła, kiedy chciał poluzować tasiemki. - Nie... 

Posłuchałby  jej,  gdyby  mówiła  bardziej  przekonująco.  Gdyby  to  samo  powtórzyła 

więcej  razy.  Odsunął  się  trochę  i  czekał.  Spodziewał  się,  że  otworzy  oczy  i  powie,  że  tego 

sobie nie życzy. 

Ale  ona  tylko  usadowiła  się  wygodniej  w  fotelu  z  odchylonym  oparciem.  Właściwie 

teraz bardziej leżała, niż siedziała. 

Jej piersi przypominały białe szczyty na tle nieba. Sterczące, kuszące. 

Rozsunęła kolana i niczym wiosenny kwiat otworzyła się przed nim. 

Nikołaj  zsunął  do  kolan  ten  fragment  bielizny,  który  bronił  dostępu  do  ukrytego 

między jej udami ciepła. 

Koc, którym wcześniej się okrywała, upadł na podłogę obok fotela. Ale Karolina nie 

wyglądała na zmarzniętą. 

Dłonie Nikołaja pieściły jej ciało: uda, brzuch, biodra, pośladki. 

Pocierał delikatnie tam, gdzie jej sprawiało to największą przyjemność, aż krzyknęła, 

osiągnąwszy stan ekstazy, której nigdy wcześniej nie zaznała. 

Pocałował jej piersi, policzki, założył jej z powrotem suknię i zapiął starannie. 

Okrywszy Karolinę kocem, usiadł u jej stóp. 

-  A  ty  niczego  ode  mnie  nie  chcesz?  -  zapytała  po  długiej  chwili,  kiedy  wreszcie 

otworzyła oczy. 

Nikołajowi zdawało się już, że zasnęła. Pokręcił głową. 

- To było tylko dla ciebie. 

- Żałuję, że nie spotkałam cię wcześniej - wyrwało jej się. 

- A Nikołaj nie przyjdzie? - zapytała Raija, kiedy do chaty wszedł tylko Walerij. 

- Nie, właśnie uwodzi na balkonie norweską damę - odparł oschle bratanek Wasilija, 

marszcząc charakterystycznie dla Uskowów brwi. 

Nie musiał ściszać głosu w obawie, że jego słowa wyłapie para dziecięcych uszu. 

-  Przechodziłem  tamtędy  -  wyjaśnił.  -  Szedłem  od  tej  strony,  której  mało  kto  używa. 

Widziałem Nikołaja w momencie, gdy właśnie zdejmował suknię z Karoliny. 

background image

Raija mimowolnie uśmiechnęła się. Obdarzona bujną fantazją z łatwością wyobraziła 

sobie tę scenę. 

- Niki jest dorosły - powiedziała. - Mam tylko nadzieję, że potraktuje ją ostrożnie. Ona 

nie doszła jeszcze całkiem do siebie po trudnym porodzie. 

Walerij uśmiechnął się krzywo. 

-  Mało  która  kobieta  zareagowałaby  tak  jak  ty  w  tej  chwili  -  stwierdził.  -  Czy  z 

równym spokojem przyjęłabyś wiadomość o tym, że to ja liżę ją między udami? 

- Teraz to wyrażasz się jak prostak! Raija zwichrzyła mu włosy i dodała zamyślona: 

- Gdyby tak było, znaczyłoby, że to dla ciebie coś bardzo ważnego. Wy, Uskowowie, 

traktujecie miłość śmiertelnie poważnie. 

Patrzyła długo na niego. 

- Pozostałeś tylko ty, Waleriju, no i Piotr. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy! 

- Obawiam się, że to może być trudne - odparł. - Wygląda bowiem na to, że nad naszą 

rodziną wisi jakaś klątwa. 

-  Czasem  mi  się  zdaje,  że  to  ja  jestem  tym  przekleństwem  -  odpowiedziała  Raija.  - 

Niekiedy wolałabym, aby Wasilij nigdy nie stał mi się tak bliski. Ale to nie było możliwe. Od 

pierwszej chwili... Nie, nie dało się tego uniknąć. 

-  Wiem  o  tym  -  odrzekł  Walerij.  -  I  zastanawiam  się,  czy  chciałbym  kogoś  aż  tak 

mocno kochać. Czy nie istnieje coś pośredniego? 

-  Owszem  -  odparła  Raija,  uśmiechając  się.  -  Ale  nie  wiem,  czy  takim  jak  ty  to 

wystarczy. Jestem pewna, że żyjąc namiastką, pytałbyś, czy nie istnieje coś więcej. 

- Czy ty też teraz o tym rozmyślasz? Raija milczała. 

background image

13 

-  To  dla  ciebie  coś  poważnego?  -  zapytała  Raija  Nikołaja,  przybierając  zatroskane 

matczyne spojrzenie. 

Popatrzyła  na  niego  tak,  jakby  patrzyła  na  swojego  syna,  Michaiła,  gdyby  nie 

akceptowała jego postępowania. 

-  Bóg  raczy  wiedzieć  -  westchnął.  -  Trudno  mi  się  od  niej  oderwać.  Ona  teraz 

wypoczywa, a Antonia mówiła, że cię tu znajdę. 

W  porcie  panował  ożywiony  ruch.  Lato  miało  się  ku  końcowi.  Z  dalekich  rejsów 

powracały  macierzyste  szkuty,  a  zagraniczne  statki,  które  przypłynęły  do  Rosji,  pośpiesznie 

podnosiły żagle i kierowały się na zachód, do domu. 

Raija już dawno nie odwiedzała Archangielska. Dziś też trudno jej było się zebrać. 

Ale musiała. 

Sny  nie  natchnęły  jej  prawdą.  Nie  znajdowała  ukojenia  w  tkaniu.  Zresztą  tkała 

wyłącznie ponure pledy. 

Zrozumiała jednak, że nikt inny nie nada na powrót sensu jej życiu, jeśli ona sama go 

nie odnajdzie. 

-  Sypiasz  razem  z  nią?  -  zapytała  Raija,  a  kiedy  skinął  głową,  jęknęła  przerażona:  - 

Boże, Niki! Przekroczyłeś granice flirtu - stwierdziła po chwili, poprawiając wymykające się 

z upiętej fryzury kosmyki włosów. 

-  Gdyby  była  wolna,  ożeniłbym  się  z  nią  -  powiedział  Nikołaj.  -  Traktuję  ją  bardzo 

poważnie. Nie jest Jelizawietą, ze wszystkich kobiet przypomina ją najmniej. Kto wie, czy nie 

dlatego właśnie ją wybrałem. 

- Byłbyś wspaniałym mężem dla Karoliny. Szkoda, że ona musi wracać. 

-  Cóż,  niektórym  z  nas  nie  jest  pisane  szczęście  -  stwierdził  Nikołaj,  wzruszając 

ramionami. 

- Ona czeka na Lorentza? 

-  Czeka  -  uśmiechnął  się  Nikołaj.  -  Ale  równocześnie  ma  nadzieję,  że  jej  wyjazd  się 

jeszcze  trochę  odwlecze.  Boi  się  wszystkiego,  biedulka.  Nie  przywykła  do  tego,  by 

lekceważyć ustalone normy. Z jednej strony nie chce wracać w swoje rodzinne strony, z dru-

giej zaś serce jej się wyrywa. Rozumiesz to? 

- Czy mogłabym ją odwiedzić? Jak myślisz, zechce ze mną porozmawiać? 

- Na pewno. - Nikołaj pokiwał głową. 

background image

- Zajrzę tylko na chwilę do Jewgienija - wyjaśniła Raija. - Tak dawno tu nie byłam, że 

mój mąż powątpiewa, czy sobie sama poradzę. Wy, mężczyźni, jesteście dziwni. 

Karolina wzruszyła się. Nie widziała Raiji od dnia pogrzebu Natalii. 

Wiele się wydarzyło od tamtej pory. 

Tak  wiele,  że  teraz,  na  wspomnienie  swoich  słów,  zarumieniła  się  ze  wstydu.  Choć 

przeprosiny z trudem przechodziły jej przez gardło, wyjąkała: 

- Nie powinnam ci była tego mówić, Raiju. Zachowałam się okropnie. Może w innych 

okolicznościach nie sprawiłabym ci takiej przykrości, ale wtedy... 

Raija objęła ją i poklepała dobrotliwie po plecach. 

- Przyjmuję przeprosiny - powiedziała. - Zresztą tak naprawdę powtórzyłaś tylko moje 

własne słowa. Ja też powinnam cię za to przeprosić. I zapomnijmy już o wszystkim. 

-  Bardzo  wyszczuplałaś  -  stwierdziła  Karolina,  kiedy  Raija  zdjęła  z  ramion  szal  i 

powiesiła go na balustradzie. - Ja natomiast przybieram na wadze jak tuczona gęś - zaśmiała 

się niepewnie. - Co mówią o mnie ludzie? Niki nie chce mi nic wyjawić. Ale czasami wydaje 

mi się, że wyczytuję plotki z twarzy służących. 

- O Norkinach nikt nie śmie plotkować - uśmiechnęła się Raija. - Ale chyba wszyscy 

myślą, że jesteś kochanką Nikiego. 

Karolina okryła się rumieńcem. 

- On się nie wstydzi - stwierdziła Raija. - A twój mąż póki co nie przypłynął. Plotki na 

pewno jeszcze doń nie dotarły. Nie musisz się zamartwiać. 

- Ty potrafiłabyś wznieść się ponad to - westchnęła Karolina. - Nikołaj mówił mi dużo 

o tobie. Tutejsi ludzie uważają cię za boginię. A ja jestem zwyczajna. Tylko nazwisko mojego 

ojca czyniło mnie kimś. A teraz godności dodaje mi nazwisko mojego męża. Ale nie w tych 

stronach.  Tutaj  jestem  nikim.  Nawet  gdy  jestem  z  Nikołajem,  przysłania  mnie  cień  innej 

kobiety.  Nie  mnie  najbardziej  chciałby  mieć  u  swego  boku.  Gdyby  to  działo  się  w  moich 

stronach,  byłabym  kimś  ważniejszym  od  tamtej,  ale  nie  tu.  Tu  stoję  w  cieniu  Jelizawiety, 

której jego rodzina nie chciała zaakceptować. 

Raija  słuchała  uważnie,  pozwalając  się  wyżalić  Karolinie  z  tego,  co  ukrywała  nawet 

przed Nikołajem. 

-  Dla  Nikołaja  jesteś  Karoliną  -  zapewniła  w  końcu.  -  Nie  wolno  ci  w  to  wątpić. 

Jelizawieta nie żyje. Nie może ci go odebrać. 

-  Odpycham  go  od  siebie  -  rzekła  Karolina  Weimer.  -  Przypominam  mu  moje 

nazwisko i wszystko to, co nas dzieli. Ale daremnie. 

background image

Popatrzyła w stronę portu, w stronę cumujących tam statków. Widziała także te, które 

opuszczały Archangielsk. 

- Przecież Lorentz musi tu przybyć. Nie wierzę więc w tę deskę ratunku, której chwyta 

się Nikołaj. Robię wszystko, by zniszczyć to uczucie, bo nie mogę znieść myśli o tym, że nie 

zostanie spełnione. 

Jewgienij  pojawił  się  w  pałacu  po  południu.  Ale  nie  przyszedł  po  Raiję.  Szukał 

Nikołaja. 

- Jeden z naszych frachtowców przypłynął właśnie z Onegi - wyjaśnił mu po rosyjsku. 

- Kapitan twierdzi, że opuścili tamtejszy port niemal równocześnie z norweskim żaglowcem. 

Przerwał  i  zerknął  ukradkiem  w  stronę  Karoliny.  Raija  wyczuła,  że  coś  się  musiało 

stać. 

- Żaglowiec ma o wiele większą powierzchnię żagli niż frachtowiec - dodał. 

Nikołajowi nie musiał tego tłumaczyć. Zresztą Raiji też nie. A Karolina nie rozumiała, 

o czym mówi, mimo że chodziło właśnie o nią. 

- Czemu więc jeszcze nie przypłynęli? - zapytał Nikołaj. 

Jewgienij pokręcił głową. 

-  Sądząc  po  tym,  co  mówią  marynarze  z  frachtowca,  żaglowiec  nie  wziął  kursu  na 

Archangielsk. 

- Na pewno był to ten sam żaglowiec? 

- Na pewno. Nikołaj zacisnął pięści i zaklął. Potem podszedł do Karoliny i objąwszy ją 

mocno, przytulił czoło do jej czoła. Nie spuszczając z niej wzroku, rzekł: 

-  Chodzi  o  ciebie,  Karolino.  Twój  mąż  kieruje  się  już  na  zachód.  Płynie  do  domu,  a 

ciebie postanowił tu zostawić. 

- Nie! - krzyknęła. Nikołaj pokiwał głową. 

-  Obawiam  się,  Karolino,  że  to  prawda.  On  nie  zamierza  przypłynąć  tu  po  ciebie. 

Takie znalazł rozwiązanie. Tyle dla niego znaczysz! 

-  Nienawidzę  go  -  rzekła  Karolina  Weimer,  która  nigdy  wcześniej  nie  użyła  tak 

ostrych słów. 

Może  jedynie  w  myślach.  Nauczyła  się  trzymać  język  za  zębami  i  nie  ulegać 

emocjom. 

-  Niech  sobie  płynie!  -  szepnął  jej  z  żarem  do  ucha  Nikołaj.  -  Niech  płynie.  Takie 

rozwiązanie jest i nam na rękę. Widzisz, wszystko się układa po naszej myśli. 

- Wszyscy i tak by się dowiedzieli, że nie możesz mnie formalnie poślubić - odparła 

zgaszona. - Zostanę tu uznana za kobietę rozwiązłą. 

background image

Nikołaj spojrzał na Jewgienija. 

- Możemy go dogonić? - zapytał. - Jeśli wypłyniemy od razu? 

Jewgienij pokiwał głową. 

- Popłynę za nim - rzekł Niki do Karoliny. - Jewgienij ma własne statki. Popłyniemy 

którymś  z  jego  lekkich  frachtowców.  Złapię  Lorentza,  Karolino,  i  zmuszę,  by  zawrócił  do 

portu. Choć tak naprawdę jestem przekonany, że lepiej byłoby ci ze mną. 

- Popłynę z tobą - odparła. - Nie możesz mi tego zabronić. On nie zawróci. Ale skoro 

odstawił mnie na ląd, w ogóle nie cumując przy brzegu, to i na pokład może mnie zabrać, nie 

wpływając do portu. 

-  Naprawdę  tak  myślisz?  Była  pewna  swojego  zdania.  Tak  zmienił  ją  pobyt  w 

Archangielsku,  że  w  jednej  chwili  sama  zapakowała  wszystko,  co  chciała  ze  sobą  zabrać. 

Wzięła ze sobą tylko jedną walizkę. 

-  Zegnaj,  Raiju  -  powiedziała.  -  Niewiele  znaczę,  ale  nie  pozwolę  Lorentzowi  siebie 

zniszczyć. Pewnie zamierzał sam wrócić do domu i rozgłosić, że umarłam przy porodzie wraz 

z dzieckiem. Nie pozwolę na to! 

Doprawdy zmieniła się Karolina od tamtej pory, gdy przetransportowano ją do brzegu 

na noszach z drzwi. 

- Uważaj, żeby Niki nie zrobił głupstwa - poprosiła Raija Jewgienija. 

Ten tylko pokiwał głową i zwichrzył jej włosy. 

-  Pewnie  nie  przypuszczałaś,  że  jeszcze  kiedyś  wyruszę  w  morze  -  uśmiechnął  się  i 

pocałował ją w policzek. - Zabiorę ze sobą Misze. Dobrze chłopakowi zrobi, gdy poczuje pod 

stopami deski pokładu. 

Raija zgodziła się. 

-  Uważaj  na  siebie,  Jewgieniju!  -  poprosiła.  -  Czekam  na  ciebie.  Może  wreszcie 

zaczniemy żyć na nowo? Musimy! Przecież Natalii nic nie zwróci życia. 

Jewgienij  przygarnął  ją  mocno  i  pocałował  z  żarem,  jakby  byli  bardzo  młodzi  i  na 

zabój zakochani. 

-  Kocham  cię,  aniele  -  rzekł.  -  Wrócę  z  radością.  Cieszę  się,  Raiju.  Może  i  dla  nas 

nastanie nowy dzień? Kto wie, czy jeszcze nie urodzisz mi dziecka? 

Raija roześmiała się. 

- Jesteś taka piękna, gdy się uśmiechasz - powiedział poważnie i ruszając w pogoń za 

innymi, zawołał: - Pryncypał musi już lecieć! 

Jeszcze raz ucałował Raiję i pobiegł. Z daleka wydawał się taki młody jak Nikołaj. 

Mimo wszystko, pomyślała Raija, mam jeszcze tak wiele! 

background image

Z  Archangielska  wypływała  zupełnie  inna  Karolina  niż  ta,  która  przybyła  tu  przed 

paroma tygodniami. Stała na pokładzie wpatrzona w horyzont. Bez lornetki szukała w oddali 

ż

aglowca, którym przypłynęła na wschód. 

- Nie powinnaś tu stać, Karolino! Nikołaj podszedł do niej pośpiesznie i okrył ją swoją 

kurtką. Pozwoliła mu na to. 

- Jesteś jeszcze zbyt słaba - dodał. Nigdy jeszcze nie widział, by z jej oczu wyzierała 

chłodna  nienawiść.  Teraz  poznał  jeszcze  tę  jedną  stronę  jej  charakteru  i  cieszył  się,  że  nie 

przeciwko niemu jest zwrócona. 

-  Niech  ten  łajdak  mnie  zobaczy  -  odparła.  -  I  wszyscy  marynarze  na  statku.  Jeśli 

popłynie mimo to beze mnie, któryś z nich z pewnością opowie, co widział. Niech się później 

tłumaczy  w  Tromso  i  w  Bergen.  Wszyscy  na  pokładzie  zobaczą,  że  żyję  i  mam  się  całkiem 

dobrze. 

Nikołaj uścisnął ją pospiesznie. Stał przez chwilę za jej plecami, obejmując ją w pasie. 

Najchętniej by ją zatrzymał, ale nie mógł. Zresztą sam namówił Jewgienija, by dogonić statek 

jej męża. 

Nad  wieczorem  zauważyli  żaglowiec  norweski.  Rozłożyli  wszystkie  żagle,  choć  nie 

było to całkiem bezpieczne. Wiatr im sprzyjał. 

Jewgienij nakazał Karolinie schować się pod pokładem. 

-  Zawołamy  cię,  gdy  tylko  ich  dogonimy  -  obiecał.  -  Nie  umkną  ci  te  wydarzenia, 

Karolino.  Wszyscy  cię  zobaczą.  Podpłyniemy  tak  blisko,  że  będziesz  mogła  z  nimi 

porozmawiać. 

Wiał  tak  silny  wiatr,  że  trudno  jej  było  utrzymać  się  w  pozycji  stojącej.  Dlatego 

pozwoliła  się  odprowadzić  pod  pokład.  Siedziała  tam,  zaciskając  pięści,  i  pomstowała  w 

myśli. 

Po raz pierwszy czuła, co to naprawdę znaczy kogoś nienawidzić. 

Podpływali  coraz  bliżej.  Marynarze  znali  te  wody  i  wiedzieli,  jak  się  ustawić,  by 

dogonić uciekającą łódź. Wiedzieli, w którym miejscu trzymać się trzeba bliżej lądu, a gdzie 

wypływać bardziej w morze. Wiedzieli, jak najlepiej wykorzystać wiatr. 

To były ich wody. Fale Morza Białego nie raz kołysały ich do snu. 

Znali Biełoje Morie. 

Dogonili żaglowiec z Norwegii. Tak szybko dopłynęli, że załoga żaglowca pewnie się 

zorientowała, iż ich ścigają. 

Ale kapitan nie dał komendy, by zrefować żagle. Płynęli dalej jakby nigdy nic. 

- On naprawdę zamierza uciec - syknął Nikołaj przez zaciśnięte zęby. 

background image

Trudno było to pojąć. Nadal nie rozumiał, jak można uczynić coś podobnego. Fakt, że 

chodziło o Karolinę, wywoływał w nim podwójną złość. 

-  Przyprowadź  ją!  -  poprosił  Jewgienij.  -  Zrobimy  im  niespodziankę.  Poczciwy 

Lorentz Weimer nigdy nie zapomni swej podróży handlowej do Rosji! 

- Dopływamy - powiadomił Karolinę Nikołaj i w ciemności wziął ją w ramiona. 

-  Nie  ma  aż  takiego  pośpiechu  -  zapewnił,  gdy  się  zerwała.  -  Oparł  ją  o  ścianę  i 

pocałował żarliwie. Ogrzał ją tym pocałunkiem, pocałował jej szyję, sycił się jej zapachem. - 

Zapomnisz o mnie? - zapytał, trzymając ją w uścisku. Stała między ścianą a nim. 

- Jakżebym mogła? 

- Pamiętasz o naszej umowie? Nie zapomnij, co ustaliliśmy, Karolino. 

- Nadal podtrzymujesz swoją propozycję? - zdziwiła się. 

-  Tak  -  odparł,  przyciskając  czoło  do  jej  czoła.  Pomimo  mroku  mignęła  biel  zębów. 

Choć żadne z nich nie miało teraz powodów do śmiechu. 

- W takim razie nie zapomnę - obiecała Karolina. - Jeśli owdowieję, zawiadomię cię, 

Niki. Trzy lata od dzisiaj. 

Znów pocałowali się, jakby chcieli pocałunkiem przypieczętować swoją umowę. 

Z trudem oderwali się od siebie. 

Nikołaj  miał  ochotę  jej  wyznać,  że  jeśli  będzie  trzeba,  zaczeka  na  nią  pięć,  a  nawet 

dziesięć lat. Ale nie powiedział. 

Ruszył przodem, prowadząc ją na pokład. 

Podpłynęli już na tyle blisko żaglowca, że widzieli marynarzy na pokładzie. 

- Poznaję kapitana - powiedziała Karolina, zatrzymując się przy relingu. Chwyciła się 

kurczowo liny. 

Obok  niej  stanął  Nikołaj  i  otoczył  ją  ramieniem.  Chciał  jej  ofiarować  swoje  ciepło.  I 

dodać odwagi, jeśli zajdzie taka potrzeba. 

-  Widzę  Lorentza  -  odezwała  się  znów  i  zadrżała  na  całym  ciele.  Poczuł  to  przez 

kurtkę. Jej głos znów zabrzmiał cicho i trwożliwie. 

Nikołaj zerknął na nią ukradkiem i dostrzegł w jej oczach lęk. 

-  Zostań  ze  mną  -  szepnął  żarliwie.  -  Zostań,  Karolino!  Będzie  ci  tu  lepiej  niż  z 

tamtym człowiekiem. On cię w ogóle nie chce! 

- Nie mogę - odpowiedziała blada jak ściana, choć jej lęk jakby nieco zelżał. - Chętnie 

bym została, Niki. Nie myśl, że jest inaczej. Ale nie mogę! Nie mogę żyć w grzechu. Muszę 

wracać do domu. I to razem z nim. To mój mąż, Nikołaju. Mój małżonek wobec Boga i ludzi. 

background image

- Nie znam bardziej upartej istoty niż ty - westchnął Nikołaj, pragnąc w duchu gorąco, 

by  Lorentz Weimer padł trupem na pokładzie, zanim dogonią żaglowiec.  - Czy to, że ciebie 

kocham, może coś zmienić? 

Spojrzała na niego. 

-  Sięgasz  po  taką  broń,  by  mnie  zatrzymać,  Niki?  Pokręcił  głową  dotknięty.  To  on 

odkrywa przed nią całą swoją miłość, a ona go nie rozumie? 

-  Wiele  znaczą  dla  mnie  twoje  słowa  -  mówiła.  -  Ale  one  nie  są  w  stanie  niczego 

zmienić. Lorentz nadal jest moim mężem. 

- Nie kochasz mnie? 

- Owszem. Nikołaj zrozumiał, że nie może wywierać większej presji. Karolina podjęła 

decyzję i nie zmieni zdania, nawet jeśli będzie ją błagać na klęczkach. Lepiej więc dodać jej 

otuchy i wesprzeć ją w tej trudnej chwili. 

Nie przyszło mu to łatwo, ale nie chciał, by zapamiętała go słabym. 

- Przecież to nie Bóg - rzucił przez zęby, kiedy podpłynęli jeszcze bliżej norweskiego 

statku.  -  Ani  diabeł  -  dodał.  -  Kocham  cię.  Pamiętaj  o  tym  koniecznie.  Znaczysz  dla  mnie 

więcej, niż ci się zdaje! 

Może  to  pomogło,  bo  uśmiechnęła  się,  ale  jej  ciało  pozostało  napięte  i  drżało  jak 

struna. 

Byli coraz bliżej. 

Oleg krzyknął. 

Do relingu podszedł kapitan i zawołał do nich: 

-  Uiściliśmy  wszystkie  opłaty.  Nie  mamy  żadnych  innych  zobowiązań  wobec 

rosyjskich  władz.  Czego  chcecie?  Jeśli  jesteście  piratami,  to  ostrzegamy,  że  mamy  broń  i 

będziemy się bronić. 

Stojący niczym ściana za swoim kapitanem uzbrojeni w karabiny mężczyźni postąpili 

parę kroków wprzód. Wycelowali prosto w załogę frachtowca. 

- Cholera - mruknął Nikołaj, czując, jak strach ściska go za gardło. 

Aż takie środki przedsięwziął mąż Karoliny, żeby się jej pozbyć! 

Zabolało go to. 

Nie chciał nawet myśleć, co ona w tym momencie czuje. Jakie to dla niej upokorzenie. 

Nikt nie ma prawa tak traktować drugiego człowieka. Nie można być aż tak na wskroś złym i 

bezwzględnym. 

Jewgienij nie bał się muszkietów. Wystąpił z niewielkiej gromadki załogi frachtowca i 

zawołał: 

background image

- Nie będę rozmawiać z tobą, kapitanie! Jestem pryncypałem i armatorem. Nazywam 

się Byków. Zresztą znasz mnie. Wiesz, kim jestem. 

Oleg przetłumaczył pośpiesznie jego słowa. Ledwie skończył, a Jewgienij dodał: 

- Żądam rozmowy z Lorentzem Weimerem! 

- Nie ma go tu! - krzyknął kapitan, nie czekając, aż Oleg przetłumaczy. 

Zrozumiał, o co chodzi, słysząc nazwisko właściciela statku. 

Jewgienij kiwnął na Karolinę. Nikołaj podprowadził ją do Jewgienija. 

Stanęła  tam  drobna  jak  cień,  ubrana  na  ciemno,  jasnowłosa.  Kupiec  grubo  się  mylił, 

sądząc, że jego żona umarła. 

-  Mamy  na  pokładzie  panią  Weimer  -  powiedział  Nikołaj.  Wszedł  Jewgienijowi  w 

słowo, ale umilkł, zgromiony jego spojrzeniem. 

Zrozumiał, o co chodzi. 

To była taka gra. Jewgienij rzucił na szalę tytuły i władzę, by kapitan wiedział, że stoi 

wyżej  od  niego  w  hierarchii.  Kapitan  dowodził  wprawdzie  statkiem,  ale  był  opłacany  przez 

kupca. 

W szeregach na pokładzie żaglowca zapanowało poruszenie. Kapitan nie był pewien, 

co  powinien  uczynić,  czyjego  rozkazu  posłuchać.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  rozpoznał 

Karolinę. 

I wtedy pojawił się Lorentz Weimer. Dostojny niczym car. 

Kapitan wycofał się. Widać było wyraźnie, że jest szczęśliwy, że nie musi odpowiadać 

za  to,  co  się  stanie.  Za  taką  odpowiedzialność  nie  był  wynagradzany.  Chętnie  umył  od  tego 

ręce. 

-  Ozdrawiałaś,  Karolino!  -  zawołał  jej  mąż.  -  A  słyszałem,  że  umarłaś.  Podobno  w 

Archangielsku  panuje  epidemia,  dlatego  nie  mieliśmy  odwagi  zawinąć  do  portu.  Czy  to 

czasem nie ty sama rozpuściłaś takie plotki? Może wolałaś zostać, niż wracać do domu? 

Słyszałem  to  i  owo  o  tobie,  Karolino.  Podobno  mieszkałaś  wygodnie  w  pałacu 

należącym do wysoko urodzonych ludzi. 

- On o wszystkim wie - wyszeptała Karolina, pobladłszy jeszcze bardziej. 

-  Chce  cię  zostawić  -  odparł  Nikołaj.  -  Gdyby  o  nas  wiedział,  musiałby  również 

wiedzieć, że w Archangielsku nie było żadnej epidemii. On kłamie, moja droga. 

- Twoja żona, Weimer, chce wracać do domu! - zawołał Jewgienij, czekając, aż Oleg 

przetłumaczy  jego  słowa  na  norweski.  -  Przeprowadzę  ją  na  pokład  żaglowca.  Mam  ci  dwa 

słowa do powiedzenia! 

background image

-  Puść  moją  żonę  samą  -  odparł  Lorentz  Weimer  lodowato.  -  Nie  życzę  sobie  na 

pokładzie żadnych obcych. Tylko moja żona, nikt więcej. 

-  Ciekawe,  jaki  on  wiezie  ładunek?  -  mruknął  Walerij.  Nikt  nie  potrafił  mu 

odpowiedzieć, choć pomyśleli swoje. 

-  Karolina  nie  da  rady  przejść  na  wasz  pokład  bez  pomocy!  -  Znów  zapomniał  się 

Nikołaj. 

-  To  niech  zostanie!  -  burknął  Lorentz  Weimer.  -  Ustawimy  się  burtą  do  was  i 

pozwolimy  wam  podpłynąć  bliżej.  Rzucimy  drabinkę.  Ale  nikomu  prócz  Karoliny  nie 

zezwalamy wejść na pokład. Zastrzelimy każdego, kto nie posłucha tego rozkazu. 

Chwilę  trwało,  nim  frachtowiec  podpłynął  bokiem  do  żaglowca.  Cala  załoga  miała 

ś

wiadomość, że wykonują manewr, pilnowani przez uzbrojonych w muszkiety Norwegów. 

- On coś na pewno przemyca - stwierdził Jewgienij. Popatrzył na Karolinę i pokręcił 

głową.  Podpłynęli  zupełnie  blisko.  Rzucili  w  górę  cumy,  a  na  dół  spuszczona  została 

sznurowa drabinka. 

- Znając mojego męża, nie zdziwiłabym się wcale, gdyby była przegniła - uśmiechnęła 

się Karolina. 

Ucałowała Jewgienija, a nawet Walerija. Na koniec podeszła do Nikołaja i pozwoliła 

mu się pocałować mimo obstrzału spojrzeń z góry. 

Ale  gdy  stanęła  przy  drabince,  złapał  ją  strach.  Zakręciło  jej  się  w  głowie.  Chwyciła 

się szczebla, jakby się wzbraniając przed wspinaczką po chwiejnej drabince. 

Jewgienij  przytrzymał  jej  dłoń  i  jeszcze  raz  wzrokiem  zapytał,  czy  na  pewno  chce 

wejść na górę. 

Karolina pokiwała twierdząco. 

Jewgienij  postawił  stopę  na  pierwszym  szczeblu  drabinki.  Obciążył  ją,  żeby  była 

stabilniejsza. Chciał pomóc Karolinie. Zrobił krok. 

W pierwszej chwili nikt nie pojął, co się stało, kiedy rozległ się huk. Zobaczyli tylko, 

jak Jewgienij spada. Na jego piersi pojawiła się krwawa plama, która powiększała się niczym 

rozwijający się kwiat. 

On zaś patrzył w niebo z niedowierzaniem. 

Karolina tymczasem wspinała się po szczeblach drabinki. 

- Wracaj! - krzyknął Nikołaj. 

- Nie mogę - odpowiedziała, nim wciągnięto ją przez reling na pokład. 

Z góry zrzucono cumę utrzymującą oba statki obok siebie. 

A na pokładzie frachtowca leżał martwy Jewgienij. 

background image

14 

Noc  napierała  nachalnie.  Raiji  wydawało  się,  że  w  ciszy  nocy  słyszy  jakieś 

nawoływanie. 

Uparła  się,  że  wróci  do  domu,  mimo  iż  Antonia  na  kolanach  niemal  ją  błagała,  by 

została w Archangielsku. 

-  Przecież  Jewgienij  i  Misza  popłynęli.  Będziesz  zupełnie  sama  -  tłumaczyła 

przyjaciółce. 

Raija jednak nie dała się przekonać. Postawiła na swoim. Wróciła do domu, tam gdzie 

było jej miejsce. 

Ale chata wydała jej się taka pusta. Wędrowała od izby do izby, jakby miała nadzieję 

kogoś spotkać. 

Rozsądek  jej  podpowiadał,  że  to  niemożliwe.  Przecież  Natalia  nie  żyje,  a  Misza  z 

ojcem popłynęli w morze. Sama całowała Jewgienija na pożegnanie. 

Ale coś w niej pragnęło, by pomieszczenia zapełniły się ludźmi, których kocha. 

Usiadła  przy  krosnach.  W  izbie  panował  mrok,  mimo  że  zapaliła  lampę  i  podkręciła 

mocniej płomień. 

Okropnie ponuro wyglądały tkaniny utkane ze zgaszonych brązów, słotnych szarości i 

czerni. 

A przecież Natalia tak bardzo kochała barwy. Zawsze wybierała do zabawy jaskrawo 

kolorowe kłębki. Na szare rzadko zwracała uwagę. 

Dłonie  Raiji  sięgnęły  mimowolnie  po  kłębki,  które  wybrałaby  Natalia:  żółte, 

napuszone,  jakby  skradły  słońcu  promienny  blask,  płomienne  oranże,  przy  których  jesienne 

liście poblakłyby z zazdrości, czerwone, a wreszcie zielone niczym soczysta trawa na łące, po 

której tańczyła boso Natalia w pogodne dni lata. 

Raija utkała zielony pas łąki przetykany żółtymi plamami, chmury na tle płomiennego 

nieba letniej nocy, słońce, morze i obłoki odbijające się w jego falach. 

Tkała  jak  w  natchnieniu.  Bezwiednie  przekładała  barwne  nitki,  łączyła  kolory. 

Niepotrzebny był jej żaden wzór. Wszystko ułożyło się samo w harmonijną całość. 

W tkaninie Raija zawarła wszystkie swoje uczucia. 

Zaklęła w niej Natalię. 

Znużona, usnęła przy krosnach. 

background image

Tym razem nie ujrzała go w cudownej zielonej krainie pod wysokim niebem, za którą 

tak tęskniła. 

Tym razem on przyszedł do niej. 

Stanął  przy  gotowej  tkaninie  i  pogładził  delikatnie  barwną  powierzchnię  ogorzałymi 

dłońmi. 

Raiji zdawało się, że to ją głaszcze. 

Wiedziała, że nie może jej dotknąć, i to, co uczynił, musiało starczyć za pieszczotę. 

- Zrozumiałaś - odezwał się łagodnym głosem. - Naprawdę zrozumiałaś, Raiju. Jestem 

z  ciebie  dumny.  Przecież  twoje  dziecko  nie  ukryło  się  w  ponurych  barwach,  w  których 

próbowałaś  ją  odnaleźć.  Twoje  dziecko  lubiło  jasne,  wesołe  kolory.  Twoja  córka  cala  była 

ś

miechem, którego nie możesz zapomnieć. Myślę, że wspominać ją będziesz, ilekroć sama się 

roześmiejesz. 

Raija pragnęła zapytać go o Natalię, ale nie mogła odnaleźć właściwych słów. 

Uświadomiła sobie, że on nie przemawia do niej ani po rosyjsku, ani po norwesku. 

Rozumiała  go,  choć  nie  pojmowała,  w  jaki  sposób,  bo  ilekroć  usiłowała  mu 

odpowiedzieć, coś się w niej zamykało i nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 

-  Pewnie  chciałabyś,  żebym  cię  teraz  ze  sobą  zabrał  -  ciągnął.  -  Chętnie  bym  to 

uczynił,  ale  nie  mogę.  Tam,  gdzie  przebywam,  czas  nie  istnieje.  Dla  mnie  to  nie  ma 

znaczenia,  ale  z  tobą  jest  inaczej.  Będzie  ci  teraz  ciężko,  Raiju.  Ale  wiedz,  że  tylko  dlatego 

przytrafia ci się coś takiego, że jesteś dość silna, aby to znieść. 

Raiji słowa te wydały się dziwnie znajome. Miała niemal pewność, że sama wyraziła 

się podobnie, ale do kogo, kiedy i dlaczego, nie pamiętała. Zresztą we śnie nie próbowała tego 

dociekać. 

-  Jesteś  silna,  Raiju.  I  nie  zostaniesz  sama.  Będziesz  wiedziała,  jak  należy  postąpić. 

Wierzę,  że  spośród  wielu  wybierzesz  właściwą  drogę.  A  kiedy  już  uporasz  się  z  tym 

wszystkim, co konieczne, wtedy będziesz mogła pójść ze mną. Przyjdę po ciebie. Namiot już 

czeka. Jesteś silna, Raiju! 

Echo  tych  słów  tłukło  jej  się  po  głowie,  kiedy  rankiem  obudziła  się  ze  snu,  i  nie 

dawało jej spokoju. 

„Jesteś silna, Raiju!” 

A jeśli nie okaże się dość silna? 

Intrygowało ją, dlaczego tak dobrze zapamiętała ten sen. 

Był taki piękny. 

„Jesteś silna, Raiju”, śpiewało jej w duszy, kiedy na dziedzińcu rozległ się stukot kół. 

background image

Wyjrzała na dwór i w jednej chwili zrozumiała wszystko. Zobaczyła usadowionych na 

koźle  Misze  i  Olega,  Antonię  zgarniającą  spódnicę  i  zeskakującą  na  ziemię,  zobaczyła 

Nikołaja i Walerija. Brakowało tylko jednej osoby. 

- Jesteś silna, Raiju... 

Misza podszedł do niej pierwszy. Wziął ją w ramiona, sam pozwalając się objąć. Syn i 

pocieszyciel  w  jednej  osobie.  Dziecko,  potrzebujące  matczynej  otuchy,  i  mężczyzna,  na 

którego piersi mogła się wypłakać. 

- Tata nie żyje - powiedział, prowadząc ją w stronę wozu. Wyjaśnił, co się stało. 

Uchylili koc, pod którym leżał Jewgienij, i odsłonili twarz. Oczy miał zamknięte. Nie 

chcieli jednak pokazywać jej krwawej róży na jego piersi. 

Zobaczyła ją później sama, kiedy myła i ubierała ciało męża. 

- Jesteś silna, Raiju. Była silna, przez chwilę... 

Koniec  lata  przyniósł  jesienne  chłody.  Ziemia  jednak  nie  zmarzła,  więc  bez  trudu 

wykopali mu grób. 

Niebo zabarwiło się na horyzoncie czerwoną poświatą. 

Raija  wpatrywała  się  w  przygotowany  dół,  wystarczająco  głęboki,  by  pochować  w 

nim mężczyznę, którego kochała i z którym było jej tak dobrze. 

Jutro wyprawią mu pogrzeb. 

Zakopią trumnę i usypią kopiec, a u wezgłowia wbiją krzyż, który nagle wydał jej się 

jakiś obcy. 

Miał dobre życie. W końcu nikomu nie obiecuje się, że będzie żył wiecznie. Ale Raija 

chętnie by zatrzymała przy sobie męża jeszcze przez jakiś czas. 

Kochała go na swój sposób. 

Oleg  odłożył  łopatę,  podszedł  do  Raiji  i  otoczył  ją  ramieniem.  Niemal  utopiła  się  w 

przyjaznych objęciach tego potężnego mężczyzny. 

- Po co tu przyszłaś, Raiju? - zapytał cicho i odciągnął ją na bok. - Czy ta Tonią nie 

potrafi  cię  zatrzymać  w  chacie?  Chyba  będę  musiał  wbić  wam  do  głowy  trochę  rozumu, 

jednej  i  drugiej!  Przecież  sami  poradzimy  sobie  z  wykopaniem  dołu!  Byliśmy  jego 

przyjaciółmi.  A  ty  uważaj  lepiej  na  siebie!  Gdzie  Michaił?  Chłopak  powinien  chyba  być  w 

domu przy matce. 

- Pozwoliłam mu pojechać do miasta, do portu - wyjaśniła Raija zmęczonym głosem. - 

To przecież nie jego wina, że tak kocha morze. Ty i Jewgienij zaszczepiliście mu tę miłość, 

więc bardziej was należy winić, nie jego. On bardzo przeżywa śmierć ojca. Lepiej więc, żeby 

był teraz tam, gdzie czuje się najlepiej. 

background image

Oleg puścił Raiję i długo się jej przyglądał. Miała około czterdziestu lat, ale wyglądała 

znacznie  młodziej.  Zachowała  dziewczęcą  sylwetkę  i  nadal  była  niebezpiecznie  piękna, 

zupełnie  jak  wówczas,  gdy  zabrali  ją  na  pokład  „Sankt  Nikołaja”  w  jednym  z  fiordów  na 

zachodzie.  Przybyły  jej  jedynie  drobniutkie  zmarszczki  wokół  oczu  i  w  okolicach  ust,  ale 

ciemne oczy nie straciły swego blasku. Roztaczała wokół siebie ciągle taki sam czar. 

Czuwała już tyle nocy, nie spała od tamtego ranka, gdy przywieźli Jewgienija wozem. 

Wszyscy  myśleli,  że  to  nieszczęście  kompletnie  ją  załamie  i  odbierze  jej  rozum. 

Ledwie przecież zdążyła się otrząsnąć po śmierci Natalii. 

Rozpaczała, czuwając przy marach. Płakała, złorzecząc Bogu i ludziom. 

Ale nie straciła rozumu. 

Przez cały ten czas byli przy niej Oleg z Tonią. Raija co prawda wiele razy prosiła, by 

poszli do siebie, ale zaraz błagała, by jednak z nią zostali. 

-  Jesteś  wyjątkowa,  Raiju  -  rzekł  Oleg  łagodnie.  -  Ale  teraz  już  wracaj  do  domu. 

Musisz się przespać. Jewgienij  gniewałby się,  widząc, że o siebie nie dbasz. On nie żyje, to 

prawda, ale ty przecież nie umarłaś. 

Raija  nie  odpowiedziała.  Popatrzyła  na  niego  przeciągle,  a  potem  odwróciła  się  i 

ruszyła  w  stronę  chaty.  Kolorowy  szal  zsunął  jej  się  z  głowy,  a  czarne  loki  załopotały  na 

wietrze. Olegowi przyszło na myśl, że wyglądają zupełnie jak ptasie skrzydła. 

Serce  ścisnęło  mu  z  żalu,  kiedy  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  Raija  będzie  teraz 

samotna. 

Jewgienij  stanowił  jej  oparcie  w  życiu,  opokę,  na  której  zbudowała  cały  swój  świat. 

Inni, którzy mogliby teraz być jej wsparciem, odeszli tak samo jak Jewgienij. 

Michaił kochał morze. 

Nie  bez  wyrzutów  sumienia  Oleg  zauważył  to  z  całą  jaskrawością.  Na  równi  z 

Jewgienijem ponosił za to winę. 

Przyjaciel  przeznaczył  syna  morzu.  Takie  było  jego  największe  marzenie.  Ale  z 

pewnością nigdy nie pomyślał, że z tego powodu Raija zostanie zupełnie sama. 

Jewgienij planował, że z czasem wycofa się z interesów i spędzi starość u boku Raiji 

na brzegu Dwiny. 

Pewnie nigdy nie przypuszczał, że umrze przed nią. 

Raija zostanie teraz zupełnie sama. 

Noc była chłodna, jak bywają nawet letnie noce na północy. 

Raija  nie  mogła  zasnąć.  Czuła  się  kompletnie  wyczerpana,  a  przecież  wiedziała,  że 

musi być silna. Musi podczas pogrzebu zachować się godnie, by uczcić pamięć męża. 

background image

Udało jej się to, kiedy umarł Wasilij. Poradziła sobie nad grobem Natalii. 

Jewgienij był dobrym mężem. Uszczęśliwił ją. Żadne z nich nigdy nie przypuszczało, 

ż

e taki spotka ich koniec. 

Raija zarzuciła szal na ramiona i przeszła przez izbę, starając się stąpać  po cichu, by 

nikt  jej  nie  usłyszał.  Nie  chciała  wysłuchiwać  znowu  upomnień  przyjaciół,  że  powinna 

wypocząć. Rozumiała, że chcieli dla niej jak najlepiej, ale przecież to był jej smutek, jej ból i 

ż

ałoba. 

Piec  w  kącie  izby  nadal  wysyłał  miłe  ciepło,  ale  nic  nie  mogło  ogrzać  lodowatego 

chłodu, jaki zagościł w jej wnętrzu. 

Daleko na zachodzie ujrzała na niebie świetlisty blask. Patrzyła nań ze zdumieniem. O 

tej porze roku zwykle nie widywało się zorzy polarnej. Blask przykuwał jej wzrok. Patrzyła w 

tamtą stronę jak zahipnotyzowana. 

A potem wszystko wokół niej zniknęło. 

Ostatnie, co pamiętała, to ów blask. 

Obudziła  się  tuż  przed  świtem.  Już  dniało,  gdy  wstała  ścierpnięta.  Nie  chciała,  by 

ktokolwiek zobaczył, że spała na podłodze. 

Dziś zostanie pochowany Jewgienij. 

Raija  zatrzymała  się  gwałtownie  i  zamknęła  oczy.  Nagle  zrozumiała,  że  nie 

przypadkiem  przyśniła  jej  się  polarna  zorza.  Ten  niezwykły  sen  niósł  w  sobie  głębsze 

przesłanie. 

I uczucie wewnętrznej pustki zniknęło. 

Raija przełknęła ślinę i wyszła na spotkanie tego dnia. 

Godnie jak na Raisę Bykową przystało. 

Ale  kiedy  później  odchodziła  od  grobu,  trzymając  rękę  na  ramieniu  swego  prawie 

piętnastoletniego syna, nie miała już żadnych wątpliwości, że powrót do roli Raisy Bykowej 

nie jest możliwy. 

Tę kobietę pogrzebała razem z mężem, z którym przeżyła to życie. 

Od grobu odeszła Raija córka Erkkiego. Raija Alatalo. 

Noc i polarna zorza zdjęły zasłonę z jej pamięci i odsłoniły prawdę. 

Wiedziała już, kim jest. Pamiętała wszystko. Żadna skała nie blokowała jej dostępu do 

przeszłości. 

Ujrzała wszystko w pełnym świetle. 

Zobaczyła twarze i miejsca. Przypomniała sobie imiona i nazwy. Wiedziała, kiedy tam 

była i dlaczego. 

background image

Ale nadal mieszkała w chacie nad Dwiną w postaci Raiji - Raisy. Dla tych, dla których 

musiała, pozostała Bykową. Carycą. 

Była  wdową  po  Jewgieniju,  niektórzy  traktowali  ją  także  jak  wdowę  po  Wasiliju.  W 

swoim życiu żyła w wielu wcieleniach. 

Cieszyła się jedynie, że otaczający ją ludzie nie ma - . ją pojęcia o jej tajemnicach. 

Przejrzała  wszystkie  rzeczy  Jewgienija.  Wszystkie  dokumenty  i  papiery,  jakie 

pozostawił. Przeczytała każdy wyraz i zapisane starannym szerokim pismem liczby. 

Miała dziwne przeczucie, że pozostawił jej jakiś list z wyjaśnieniem. 

A wiele powinien jej wyjaśnić! 

Nic jednak nie znalazła. 

Usprawiedliwiła  go.  Nie  spodziewał  się,  że  śmierć  dopadnie  go  tak  nieoczekiwanie. 

Nie zdążył napisać listu. Tkwiło w niej jednak głębokie przekonanie, że miał zamiar wyznać 

jej całą prawdę. 

Mężczyzna o miodowych oczach więcej się nie pojawił w jej snach. Czekała na niego. 

Modliła się, by uchylił jej choć rąbka tajemnicy tego, co ją czeka. 

Ale żarliwe modlitwy nie pomogły. 

Nie przybył. 

Raija zrozumiała, że musi sobie sama poradzić z własną przyszłością, z prawdą. 

Nie miała nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Nie ufała nikomu. 

Wydawało  jej  się,  że  w  oczach  bliskich  dostrzega  jakiś  fałsz.  Jakby  coś  przed  nią 

ukrywali. 

Nawet w spojrzeniu Michaiła. 

Nie ufała więc już nikomu. 

Nikomu. 

Pierwszy dowiedział się tego od niej Walerij. 

Na jej prośbę Oleg przydzielił Walerijowi pracę na lądzie. 

Chciała  go  mieć  przy  sobie.  Był  najbliższym  krewnym  Wasilija.  I  traktowała  go  jak 

syna. 

Nie byłaby taka samotna, gdyby żył Wasilij. Ale nie było im to pisane. 

Stała razem z Walerijem najpierw przy grobie Wasilija, a potem na dłużej zatrzymali 

się  przy  grobie  Natalii.  Na  śniegu  odcisnęły  się  ich  ślady,  tworząc  ścieżkę  pomiędzy 

mogiłami. 

- Na wiosnę stąd wyjadę - powiedziała Raija znienacka, wyrażając nieoczekiwanie na 

głos myśl, którą długo kryła w sobie. 

background image

-  Wyjedziesz?  -  zapytał  Walerij  przerażony.  -  Nie  możesz  stąd  wyjechać!  Twoje 

miejsce  jest  w  Archangielsku.  Co  my  poczniemy  bez  ciebie?  Nie  możesz  zostawić  grobu 

Natalii! 

-  Nie  wyjadę  na  zawsze  -  uspokoiła  go  Raija,  chociaż  nie  była  pewna,  czy  mówi 

prawdę.  -  Po  prostu  wyjadę  tak  jak  ty,  tak  jak  wszyscy  mężczyźni  co  roku  na  wiosnę.  Też 

bym chciała się trochę stąd ruszyć, zobaczyć kawałek świata. 

- Dlaczego? - zapytał. - Czy nie jest ci tu dobrze? 

- Teraz nie jest - odparła szczerze. Walerij poczerwieniał i czubkiem buta rozgrzebując 

ś

nieg, mruknął: 

- Nie powinienem tak mówić. Ale myślałem, że twoje życie jest tu przy nas. 

-  Może  -  uśmiechnęła  się  Raija.  -  Wiele  mi  się  tu  przydarzyło  dobrego,  choć  nie 

brakuje  też  złych  wspomnień.  Bywałam  tu  jednak  bardzo  szczęśliwa.  Na  wiele  sposobów. 

Kochałam tu... - urwała na moment i dodała: - ...na wiele sposobów. 

-  Dużo  kobiet  płynie  w  rejs  na  statkach  handlowych  -  przyznał  Walerij.  -  No,  w 

każdym  razie  niektóre.  Nikogo  nie  zdziwią  więc  twoje  plany.  Zresztą  nikt  nie  uważa  za 

dziwne tego, co ty robisz. 

W tym stwierdzeniu tkwiło wiele prawdy. 

-  Czy  chciałbyś  popłynąć  ze  mną?  -  zapytała  Raija.  Bardzo  chciała  mieć  przy  sobie 

Walerija, a także wszystkich, których kochała. Miała nadzieję, że będzie to możliwe. 

- Zgadzam się na wszystko, o co mnie poprosisz - powiedział Walerij Uskow. 

-  W  takim  razie  zamustruję  cię  na  wiosnę  na  „Raiji”.  Popłyniesz  ze  mną  na  zachód, 

Walerij u. 

Olegowi zupełnie nie spodobał się ten pomysł. Ani jemu, ani Antonii. 

Przyjaciółka tłumaczyła: 

- Rozumiem, że jesteś przygnębiona i chciałabyś uciec od wszystkiego, co przypomina 

ci Jewgienija i Natalię. 

-  Gdyby  nie  to,  że  Morze  Białe  jest  skute  lodem,  pewnie  popłynęłabyś  od  razu  - 

wtrącił się Oleg. - Nie postępuj pochopnie, Raiju! Nie mogę ci oczywiście niczego zabronić, 

ale pamiętaj, że to męczący rejs! 

- Przecież kiedyś zabrałeś ze sobą Antonię i Olgę - odparła Raija. - Nie słyszałam, byś 

wówczas wspominał o niebezpieczeństwie. A Wasilij pokonał tę trasę nawet na niewielkich, 

mało stabilnych łodziach. 

- To co innego - zapewniał ją Oleg. - Jesteś teraz w nie najlepszej formie. Przeżyłaś w 

krótkim  czasie  straszne  tragedie,  Raiju.  Każdy  odradzałby  ci  takie  eskapady.  Zastanów  się, 

background image

poczekaj  do  wiosny.  Wtedy  porozmawiamy.  Musisz  trochę  odpocząć,  dojść  do  siebie. 

Wstrzymaj się z tą wyprawą do następnego sezonu. Misza skończy wówczas szesnaście lat i 

będzie  mógł  zostać  pryncypałem.  Teraz  latem  będzie  miał  dopiero  piętnaście.  Tylko  raz 

płynął na zachód! Powinien przejść najpierw przez wszystkie stopnie na statku, mimo że już 

jest armatorem. 

- Jeśli chcesz, poczekam do wiosny, ale możesz być pewien, że nie zmienię zdania. A 

ty  będziesz  musiał  to  zaakceptować.  Bo  jestem  matką  twojego  wspólnika,  Olegu  Jurków!  I 

mam nadzieję, że on nie sprzeciwi się mi w tej sprawie. 

Wyszła.  Ale  gdy  zamykała  drzwi,  usłyszała,  jak  Antonia  prosi  męża,  żeby 

porozmawiał z Misza. I dodała, że trzeba temu przeszkodzić. 

- Chcesz płynąć na zachód, mamo? Do Norwegii? Dlaczego? - pytał Michaił. Na jego 

twarzy malowało się zdziwienie. Często się zapominał. Nadal był młodym chłopcem, chociaż 

bardzo się starał odgrywać w domu rolę mężczyzny. 

Oleg miał rację w tym jednym. Misza był jeszcze bardzo młody. Nie skończył nawet 

piętnastu lat. 

-  Chcę  -  odparła  Raija.  -  Coś  mnie  tam  ciągnie.  Myślę,  że  nie  muszę  ci  więcej 

tłumaczyć. Zresztą nic więcej nie mogę dodać. Po prostu muszę tam popłynąć. Rozumiesz? 

Misza pokiwał głową zamyślony. A Raija pojęła, że jej syn w jakiś sposób miał swój 

udział w tajemnicy. Znał prawdę o niej. 

- Chcę, żebyśmy popłynęli tam na „Raiji”. Ty będziesz kapitanem. 

- Nie wiem, czy potrafię - odparł szczerze. 

- Oleg popłynie z nami. Póki co się nie zgadza, ale jestem pewna, że popłynie. Będzie 

też Walerij, może zabierzemy Nikołaja. Ale chcę, żebyś to ty, mój syn, był kapitanem. To dla 

mnie bardzo ważne. 

- Będę potrzebował pomocy we wszystkim - uśmiechnął się Misza. - Ale zrobię to dla 

ciebie, mamo. Powiedz, co cię do tego skłoniło? 

Raija także się uśmiechnęła i pocałowała go. Pomimo że starał się być dorosły, nadal 

pozwalał jej na takie czułości. 

-  Czasem  w  człowieku  nagromadzi  się  taka  tęsknota,  synku.  Może  to  aniołowie 

zstępują  na  ziemię  i  obdarowują  nas  marzeniami?  Nie  wiem.  Wiem  jedynie,  że  muszę 

popłynąć  na  zachód.  Tylko  to  jedno  trzyma  mnie  teraz  przy  życiu.  I  chcę,  żebyś  to  ty  mnie 

tam zawiózł. 

- Zrobię, jak sobie życzysz, mamo - odparł Michaił. - Skoro aniołowie obdarowali cię 

takim marzeniem, trzeba się zatroszczyć, by się spełniło.