1
Tytuł: Animus
Autor: isolde13
Tłumacz: Kaczalka
CZEGO CHCĘ
ROZDZIAŁ I
Nazywam się Harry Potter i jestem bohaterem wojennym.
W zasadzie to nie jest do końca prawda, bohaterów wojennych jest wielu. Setki czarodziejów i
czarownic, którzy z wielkim poświęceniem walczyli z siłami ciemności. Ja jestem tym
wyjątkowym bohaterem wojennym.
Jestem tym, który pokonał Voldemorta - poniewaŜ takie było moje przeznaczenie. Albo on, albo
ja. Jeden z nas musiał umrzeć. A ja tym kimś być nie chciałem. Z Ŝycia trudno jest zrezygnować,
jakiekolwiek by ono nie było. Finałową walkę stoczyliśmy, tylko on i ja, w niewielkim,
opuszczonym domku niedaleko Hogwartu. Na zewnątrz szalała bitwa, a my walczyliśmy ze sobą
przez wiele godzin. Na koniec byliśmy jednakowo zmęczeni, a nasze siły magiczne praktycznie
wyczerpane.
Niewielu ludzi chciało w to uwierzyć, kiedy o tym opowiadałem, więc po prostu przestałem
mówić. Ale teraz powiem. Nie zabiłem Voldemorta klątwą, w ogóle nie uŜyłem do tego magii.
Zabiłem go własnymi rękami. Udusiłem.
CóŜ, czasem mugolskie metody są najlepsze.
Ś
mierć Voldemorta była początkiem końca dla jego wyznawców. Teraz wszystko poszło juŜ
łatwo. Wróg został pokonany i cały magiczny świat mógł zostać odbudowany i uzdrowiony.
Wszystko to zdarzyło się, kiedy byłem w siódmej klasie. Miałem siedemnaście lat.
To było dwa lata temu, chociaŜ czasem wydaje mi się, Ŝe minęły całe wieki. Ale są chwile, kiedy
mam wraŜenie, jakby to było wczoraj. Nieistotne, czy te wspomnienia są zamglone i niejasne,
czy bardzo wyraziste, zawsze jednak są bolesne. Zawsze.
Ale to teraz niewaŜne. Zapewne interesuje was, co robiłem przez te dwa lata. Pracuję w
Ministerstwie Magii. Mam robotę papierkową, przy biurku, i to jest właśnie to, czego potrzebuję.
Ta dawka spokoju jest mi niezbędna, teraz, kiedy pozbyłem się kompleksu bohatera.
Kiedy nie jestem w biurze, większość mojego wolnego czasu spędzam robiąc to wszystko, co
robią mugole. Pozostaję teŜ w bliskim kontakcie z Ronem i Hermioną oraz innymi znajomymi z
Hogwartu, którzy przetrwali wojnę. Dlaczego wolę Ŝycie wśród mugoli? To proste. PoniewaŜ oni
nie znają mojej historii. Nie krzyczą, kiedy mnie widzą i nie próbują witać się ze mną, jakbyśmy
byli znajomymi. Nie patrzą na mnie jak na jakiegoś boga, który zstąpił z niebios. Dają mi to,
czego potrzebuję najbardziej - anonimowość.
Właśnie to robię dzisiejszej nocy - cieszę się moją anonimowością wśród mugoli. Przemierzam
dzielnicę mającą bardzo złą reputację. Pełna jest niewiarygodnie obskurnych knajp, kin dla
dorosłych i ludzi, sprzedających swoje ciała.
Tej nocy moim celem jest tylko znalezienie miejsca, w którym mógłbym się napić. Nie patrzę na
tych wszystkich młodych ludzi i nie zastanawiam się, czy byłoby miło mieć ich w swoim łóŜku.
Nie dzisiaj.
Skręcam i jadę ulicą, na której jest więcej męskich prostytutek niŜ kobiet. Wszyscy są tacy
2
młodzi, właściwie chłopcy jeszcze. Przez chwilę zastanawiam się, jakie to smutne. Ale cóŜ, Ŝycie
pełne jest smutku.
Rozglądam się wzdłuŜ ciemnej ulicy szukając miejsca do zaparkowania i wtedy go dostrzegam.
Jestem przeraŜony uczuciem zaŜyłości, jakie mnie ogarnia i mam wraŜenie, jakby moje serce na
chwilę stanęło w miejscu.
Jest szczupły i jasnowłosy, ubrany w czarne spodnie, być moŜe winylowe albo skórzane, ale z tej
odległości nie jestem pewien. Są bardzo obcisłe. Srebrna, dopasowana i zakrywająca tylko część
klatki piersiowej koszulka, dopełnia stroju. Wygląda jak dziwka. Jedna pośród wielu podobnych.
Ale jest w nim coś, co go wyróŜnia. Nie jestem w stanie sprecyzować, co to jest. Coś w jego
postawie, w sposobie, w jaki pochyla głowę. Jak gdyby był lepszy od ludzi, którzy go otaczają.
Nagle gorączkowo pragnę zobaczyć go z bliska, kieruję się na najbliŜszy wolny parking, jaki
mogę znaleźć. Ledwie zauwaŜam, Ŝe znajduje się przed porno sklepem. WjeŜdŜam na pierwsze
wolne miejsce i gwałtownie hamuję. Wysiadam szybko, w pośpiechu trzaskając drzwiami.
Zaczynam iść w jego stronę kierując się smukłą sylwetką jak latarnią w ciemności. Wygląda
znajomo, ale ja ciągle nie mogę uwierzyć, Ŝe to on. Nie, dopóki nie zobaczę twarzy.
Jakiś samochód zatrzymuje się przed nim, a on podchodzi i niby przypadkowo pochyla się w
stronę okna.
“Nie wsiadaj. Nie wsiadaj” proszę bezgłośnie. Jeśli odjedzie, nigdy się nie przekonam, czy to
naprawdę on.
Nie wsiada. Prostuje się i cofa, a samochód odjeŜdŜa. Przyspieszam i chwilę później jestem
blisko niego, nie dalej niŜ dziesięć stóp. Jego twarz jest odwrócona w przeciwnym kierunku,
moŜe wypatruje następnego samochodu, następnego klienta.
- Malfoy? – mówię cicho.
Powoli obraca głowę w moją stronę i wreszcie mogę zobaczyć jego twarz. Moje serce zatrzymuje
się drugi raz tego wieczoru. Nie ma Ŝadnych wątpliwości. To jest Draco Malfoy.
W szeroko otwartych oczach widzę lęk i zaskoczenie. Kiedy mnie rozpoznaje, przez chwilę
jeszcze widzę w nich niedowierzanie, ale zaraz jego twarz przybiera obojętną maskę i juŜ nie
mogę odczytać na niej Ŝadnych uczuć. Z ust wyrywa mu się cichy szept.
- BoŜe, tylko nie ty.
Na dźwięk jego głosu czuję przepływającą przeze mnie falę nienawiści. Moje serce zaczyna bić
mocniej.
- Ja teŜ się cieszę, Ŝe cię widzę, Malfoy - odpowiadam szorstko.
Odwraca się w drugą stronę i znowu mówi cicho do siebie.
- To nie dzieje się naprawdę.
Robię krok w jego kierunku. Mój głos jest ostry i złośliwy kiedy się odzywam.
- Więc tak potoczyły się twoje losy po wojnie. Zostałeś dziwką.
Często zastanawiałem się, co robi moja szkolna nemezis. Ojciec w Azkabanie, cały majątek
zarekwirowany przez Ministerstwo.
Odwraca się do mnie i mówi.
- Odpieprz się, Potter.
Robię jeszcze jeden krok i teraz stoimy juŜ bardzo blisko siebie.
- Nigdy nie sądziłem, Ŝe doŜyję takiego dnia. Co by na to powiedziała twoja matka?
- Powiedziałem Potter, Ŝebyś się ode mnie odpieprzył - kładzie nacisk na ostatnie słowo.
Ma zamiar odejść - nie Ŝebym mu na to pozwolił - kiedy nagle coś przychodzi mu do głowy.
Patrzy na mnie z błyskiem w oku.
- Chwileczkę. Co do cholery TY tutaj robisz? Czy właśnie TYM wielki Harry Potter zajmuje się
po wojnie? KrąŜy po ulicach szukając młodych chłopców? Czy dzielny wojenny bohater jest
3
pedofilem? - Jego słowa trochę bolą, ale nie na tyle, Ŝebym zareagował. Dawno juŜ przestałem
przejmować się tym, co ludzie o mnie myślą. Szczególnie takie śmieci jak Malfoy.
- Myśl sobie co chcesz, Malfoy. Przynajmniej nie sprzedaję się za kilka marnych funtów. JeŜeli
jesteś wart chociaŜ tyle.
Patrzy na mnie przez dłuŜszą chwilę, jak gdyby chciał powiedzieć jakąś szczególnie złośliwą
uwagę, ale rezygnuje z tego, spuszcza wzrok i odwraca się.
- Jakkolwiek bym nie był szczęśliwy z powodu naszego spotkania, muszę iść. Było miło, jak
zawsze.
Bez zastanowienia wyciągam rękę i chwytam go za nadgarstek. Mocno, na pewno czuje ból.
Zatrzymuje się, chwilę patrzy na moją twarz, potem na nasze złączone dłonie.
- Pozwól mi odejść - syczy.
Chyba go rozzłościłem. Cudownie.
- Nie - odpowiadam. Ta dziecinna gra sprawia mi za duŜo przyjemności.
I wtedy ton jego głosu zmienia się. Nie ma w nim juŜ złości, teraz słyszę coś na kształt
desperacji. Nigdy bym nie przypuszczał, Ŝe usłyszę to właśnie od niego.
- Potter, ja mam co robić. Nie mogę stać tu z tobą całą noc.
I to jest to. Ślad desperacji w jego głosie zmieszany z moją nienawiścią do niego nieoczekiwanie
uzmysławia mi, Ŝe nie chcę tego skończyć. Nie tutaj. śe nie jestem gotowy pozwolić mu teraz
odejść z mojego Ŝycia.
- Zaczekaj - mówię. - Nie odchodź jeszcze.
Próbuje wyrwać się z mojego uścisku, ale jestem silniejszy i trzymam go mocno.
- Ile zarabiasz przez noc? - pytam.
Zamiera i patrzy na mnie bezmyślnie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Co?
- Ile? Pięćdziesiąt funtów?
Potrząsa głową i znowu próbuje się wyrwać.
- Co? Nie…zostaw mnie!
- Zapłacę ci pięć tysięcy. Ale nie za jedną noc. Chcę cię na dłuŜej.
- Nie! - krzyczy. Szarpie mocno ręką i wreszcie udaje mu się uwolnić nadgarstek z mojego
uścisku. - Nie ma Ŝadnej pieprzonej moŜliwości, Ŝebym pozwolił ci się dotknąć.
Myślę intensywnie co powiedzieć, Ŝeby zmienił zdanie. Nie mam czasu na zastanawianie się,
dlaczego tego chcę. Wiem tylko, Ŝe tak jest. Pomyślę nad tym później.
- Dziesięć tysięcy funtów.
Gapi się na mnie i w jego oczach widzę coś, czego nie było tam wcześniej. Walczy ze sobą,
zastanawia nad moją ofertą, skuszony kwotą.
- Dwanaście tysięcy - mówię.
- To duŜo pieniędzy, Potter - odpowiada powoli.
Ma rację, ale dla mnie to nic nieznacząca kwota. Nigdy nie twierdziłem, Ŝe bycie bohaterem
wojennym nie niesie ze sobą pewnych korzyści.
Patrzę na jego twarz, kiedy się zastanawia. Znając go, prawdopodobnie rozwaŜa wszystkie za i
przeciw, zastanawia się, jak wyciągnąć z tego układu jak najwięcej korzyści dla siebie. Ślizgon
na zawsze.
- Dwanaście tysięcy funtów, Malfoy, co ty na to?
- Jak długo? - pyta, a jego głos jest tylko trochę głośniejszy od szeptu.
Chwilę zajmuje mi zastanowienie się nad tym. Jak długo? Jak długo chcę tego gnojka w moim
Ŝ
yciu? Jak długo chcę go mieć, skoro teraz ledwie mogę patrzeć na niego?
Wreszcie odpowiadam.
4
- Miesiąc - mówię, niepewny, czy się zgodzi.
Wzrok ma wbity w ziemię, ale zaraz podnosi głowę do góry. Jego spojrzenie jest zmęczone, a
głos niepewny.
- Ja… Najpierw muszę to z kimś uzgodnić. Nie mogę tak po prostu zniknąć na miesiąc. Pozwól
mi to załatwić i będę…
Prawie się uśmiecham. Cała sytuacja jest przezabawna. Malfoy jest zawstydzony. Krępuje się, bo
musi zapytać o pozwolenie swojego sutenera. Zaczynam myśleć, Ŝe to jest najlepszy pomysł, jaki
miałem od bardzo dawna.
- Dobrze, załatw to. Poczekam tutaj. Masz pół godziny, jeŜeli nie wrócisz, ja i moje dwanaście
tysięcy znikniemy.
W jego oczach widzę błysk nienawiści, zaraz jednak zastąpiony zakłopotaniem. Mamrota coś
cicho do siebie i odchodzi.
Obserwuję jego sylwetkę dopóki nie znika w ciemnościach. Spoglądam na zegarek. “Co zrobię,
jeŜeli nie wróci za pół godziny?” “Nic nie zrobisz” - odpowiadam sam sobie. “JeŜeli nie wróci, to
widocznie tak miało być. Miałeś zabawę upokarzając go, więc jeŜeli nie wróci, ty teŜ stąd
odejdziesz”.
Ale on wraca. Jeszcze przed upływem trzydziestu minut.
Stoi przede mną, z rękami skrzyŜowanymi przed sobą i lekko wysuniętym podbródkiem.
- Dobrze, Potter. Mamy umowę. Jeden miesiąc.
Wygląda, jakby te słowa miały go zabić i prawdopodobnie tak jest. Duma to taka zabawna rzecz.
MoŜna ją pielęgnować tak długo, dopóki nie stanie się wobec brutalnej rzeczywistości. A
rzeczywistość jest taka, Ŝe dwanaście tysięcy to bardzo duŜo dla kurwy.
Pozbył się dumy, ale nie nienawiści. Widzę ją w jego oczach. I to jest dokładnie to, czego chcę.
To jest takie przyjemne widzieć go pobitego i złamanego. I nie byłby Draconem Malfoyem,
gdyby nie był takim kutasem.
Kiwam głową, aby potwierdzić naszą umowę, ale powstrzymuję się od uścisku dłoni. Zabawne...
Jestem gotowy go pieprzyć, ale nie mogę dotknąć jego dłoni.
Surrealizm tej sytuacji sprawia, Ŝe nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu. Malfoy patrzy na
mnie jak gdybym był obłąkany, ale nic nie mówi.
Wszystko, co teraz mogę, to śmiać się i myśleć, Ŝe zapowiada się na bardzo interesujący miesiąc.
ROZDZIAŁ II
W końcu przestaję się śmiać i chwytam jego rękę.
- Chodźmy.
Wygląda na przestraszonego, ale nie mam zamiaru się tym przejmować.
- Poczekaj. Daj mi trochę czasu na spakowanie się. Potrzebuję ubrań…
Mierzę go wzrokiem z góry na dół, patrzę na obcisłe spodnie - zdecydowanie winylowe, nie
skórzane - dopasowaną koszulkę, brudne, czarne buty… ma rację, ale naprawdę nie mogę czekać.
Nie chcę dać mu szansy na zmianę zdania. Idę dalej, trzymając kurczowo jego rękę. Nie ma
innego wyjścia, jak podąŜyć za mną.
- Tam, dokąd zmierzamy, nie będziesz potrzebował ubrań - mówię.
- Potter, zatrzymaj się.
Wzdycham, ale idę dalej, nawet przyspieszam kroku.
- Kupię ci jakieś ubrania, Malfoy. Teraz chcę tylko wynieść się stąd.
Nie odpowiada i całą drogę do samochodu pokonujemy w ciszy. Puszczam jego rękę i z
5
satysfakcją obserwuję, jak z grymasem bólu pociera skórę. Mam nadzieję, Ŝe zostaną mu ładne
siniaki.
Otwieram samochód i wsiadamy, ja za kierownicą, on na miejscu pasaŜera. Odwracam głowę,
Ŝ
eby na niego popatrzeć. Gapi się prosto przed siebie i, na ile moŜna się zorientować po profilu,
jego twarz nie wyraŜa Ŝadnych emocji. Chrząkam głośno i wtedy spogląda na mnie. Podnosi
lekko brew.
- Tak? - pyta, a w jego głosie słychać lekkie rozbawienie.
Tak nie moŜe być. Nie pozwolę mu bawić się tą sytuacją. Nie będzie miał nade mną przewagi.
Nigdy.
- Myślę, Ŝe powinniśmy przedyskutować nasze wzajemne relacje w trakcie trwania umowy -
mówię z nadzieją, Ŝe to uświadomi mu, Ŝe w gruncie rzeczy go kupiłem. I mogę złamać jego
opanowanie.
Pochyla odrobinę głowę w ten swój dystyngowany sposób. Nadęty gnojek. Zachowuje się tak,
jak gdyby jadł obiad z królową.
- Co tylko zechcesz, Potter.
Kiwam głową.
- Dobrze. Po pierwsze, nie nazywaj mnie więcej Potter. Przypomina mi to stare czasy i mam
ochotę walnąć cię w pysk.
Jego opanowanie trochę słabnie, kiedy słyszy moje słowa. Wygląda na zaskoczonego, moŜe
nawet trochę przestraszonego. Podoba mi się pomysł, Ŝe się boi, choć nie jestem pewien jego
uczuć.
- Jak byś chciał, Ŝebym cię nazywał? - pyta po krótkiej chwili ciszy. - Bo jeŜeli mam mówić
panie, nasza umowa jest niewaŜna.
CóŜ, to na pewno byłoby miłe.
- Wystarczy Harry.
Kiwa głową na znak zgody.
- W porządku… Harry. Coś jeszcze?
Oddycham głęboko, zastanawiając się, czego mogę chcieć. Nie planowałem tej sytuacji i nie
jestem przygotowany. Mówię to, co pierwsze przychodzi mi do głowy.
- Przez cały miesiąc, kiedy jesteś ze mną, przebywasz w domu lub ogrodzie. Nie wychodzisz
nigdzie sam i z nikim nie rozmawiasz. Rozumiesz?
- Oczywiście.
- Oczekuję, Ŝe będziesz na kaŜde moje skinienie. Nie jesteś niewolnikiem i nie mam zamiaru tak
cię traktować, ale jesteś moją osobistą prostytutką. Więc musisz… mmm… obsłuŜyć mnie, kiedy
tylko będę chciał i jak będę chciał. Bez protestu. Czy to jasne?
Przełyka głośno, jak gdyby miał w ustach gorzką pigułkę. Chwilę milczy. To zapewne jego duma
nie pozwala mu wykrztusić słowa.
- Rozumiem - mówi wreszcie.
- Świetnie - odpowiadam. - Myślę, Ŝe na razie to wszystko. Resztę moŜemy omówić później.
Zaczynam odwracać się od niego, kiedy pyta.
- Kiedy dostanę pieniądze?
- Co?
- Kiedy mi zapłacisz, Harry? - Wkładam kluczyk do stacyjki
- Po miesiącu. I nie obawiaj się, Malfoy. Nie jestem Ślizgonem. Nie spróbuję cię oszukać.
Parska ironicznie, ale nie mówi nic więcej.
Bardzo dobrze, bo naprawdę chcę juŜ stąd odjechać.
Zanim ruszam, rzucam jeszcze jedno szybkie spojrzenie na jego twarz. Nie jest zbyt jasno, tylko
6
ś
wiatło księŜyca i ulicznych latarni, ale wyraźnie widzę, Ŝe ciągle jest piękny. Mimo Ŝycia, jakie
prowadzi, pozostał piękny. Zawsze uwaŜałem to za ironię losu, Ŝe ktoś, kto wygląda jak anioł,
moŜe być tak okrutny i pełen nienawiści. I teraz, po dwóch latach, ironia tej sytuacji dociera do
mnie ponownie.
Odwracam się od tego bladego piękna i ruszam.
Całą drogę do domu pokonujemy w kompletnej ciszy. Nic dziwnego, zwaŜywszy na
okoliczności. Błaha rozmowa naprawdę byłaby nie na miejscu. Włączam radio tylko po to, aby
zagłuszyć tę ciszę.
W końcu docieramy do mojego domu na peryferiach Londynu. Jest dwupiętrowy, w stylu
Tudorów, nic szczególnie ekskluzywnego, ale osiem sypialni i dwa akry ziemi zapewniają
potrzebny mi spokój i prywatność.
Parkuję w garaŜu i wchodzimy do środka. Draco porusza się za mną cicho jak zjawa, kiedy
przechodzimy przez kuchnię do salonu. Gdy tam docieramy, obracam się w jego stronę. On
zatrzymuje się równieŜ. Splata ze sobą ręce i parzy na mnie, niepewny tego, co zrobię. Sytuacja
jest zabawna, bo ja sam tego nie wiem. Podchodzę jeszcze krok bliŜej, ciągle się nad tym
zastanawiając, i wtedy dostrzegam na jego twarzy makijaŜ. Niezbyt mocny, lekko podkreślone
kredką i tuszem oczy, jakiś błyszczący Ŝel we włosach. Denerwuje mnie to z powodu, którego
sam nie jestem pewien, i opuszczam rękę, którą chciałem go dotknąć.
- Na piętrze jest łazienka, trzecie drzwi po prawej stronie. Idź i zmyj to gówno z twarzy i włosów.
Przez chwilę patrzy na mnie uraŜonym wzrokiem.
- Niektórzy ludzie lubią to, co tak łaskawie nazwałeś gównem.
- MoŜe, ale ja do nich nie naleŜę. Pozbądź się tego.
Przewraca oczami i wzrusza ramionami, kiedy się odwraca i odchodzi. Obserwuję, jak wchodzi
po schodach, jego ciało porusza się z kocią gracją. Stoję w miejscu, dopóki nie słyszę prysznica.
Potem kieruję kroki do barku w rogu pokoju i nalewam sobie sporą porcję alkoholu. Wypijam
wszystko dwoma łykami, czując, jak pali mój przełyk. A potem zaskakuję sam siebie rzucając
szklanką o ścianę. Rozbija się, a ja walę pięścią w mebel ze złością i frustracją. O czym do diabła
myślałem przywoŜąc go tutaj? Dlaczego kiedykolwiek wydawało mi się, Ŝe to jest dobry
pomysł? Cały czas próbowałem ułoŜyć swoje Ŝycie tak, Ŝeby zapomnieć o przeszłości, a teraz
sam przyprowadziłem część tej przeszłości do domu.
Bardzo znaczącą, bardzo nieznośną, zepsutą i upierdliwą jej część.
Tym razem nie przejmuję się szklanką, przykładam butelkę prosto do ust i piję. Przełykam raz,
drugi, trzeci, aŜ robi mi się tak gorąco, Ŝe się pocę. Odstawiam butelkę i skupiam się na tym, jak
alkohol zaczyna działać. Wszystko powoli staje się mniej straszne.
To uczucie jest dobre, ale niewystarczająco. Podnoszę butelkę i piję dalej.
Kiedy słyszę miękkie kroki Malfoya za mną, butelka jest juŜ prawie pusta.
Odwracam się i widzę, jak stoi pośrodku salonu, ubrany tylko w ręcznik zawinięty wokół bioder.
Jego włosy są mokre i wydaje się, Ŝe błyszczą, ale nie tak jak wcześniej, tylko jakimś swoim
własnym blaskiem.
Odstawiam butelkę i podchodzę do niego lekko kołyszącym się krokiem. Zdaje się, Ŝe jestem
nieźle wkurzony. On stoi i patrzy na mnie, ze skrzyŜowanymi ramionami, w pół obronnej
postawie. Mimo to wygląda bardzo krucho. Jest drobny i delikatny. Przez chwilę czuję litość, ale
zdecydowanie odsuwam od siebie to wraŜenie. On nigdy nie okazał mi odrobiny litości czy
empatii, więc teraz nie zasługuje na to z mojej strony. Chwytam jego rękę i ciągnę za sobą na
piętro, do mojego pokoju. Wtedy po raz pierwszy tego wieczoru dostrzegam siniak na jego
policzku.
7
- Co ci się stało? - pytam zdumiony, dlaczego nie zauwaŜyłem tego wcześniej.
Natychmiast orientuje się o czym mówię i dotyka twarzy dłonią.
- Ukrywałem to pod makijaŜem, ale zmył się pod prysznicem.
- Kto ci to zrobił?
Odwraca ode mnie wzrok, jak gdyby nie mógł spojrzeć mi w oczy. Dłoń na twarzy drŜy mu
lekko.
- Jeden z moich klientów był za bardzo… napalony - mówi cicho.
Bezmyślnie gapię się na siniak psujący doskonałość jego twarzy. Znowu czuję to ukłucie litości.
Szybko jednak zastępuję je gniewem. Jestem zły, Ŝe czuję dla niego współczucie, zły, Ŝe zmusza
mnie do odczuwania czegokolwiek poza nienawiścią.
Ponownie chwytam jego przedramię i ciągnę za sobą. Nie sprzeciwia się. Wchodzimy po
schodach, do mojego pokoju i kiedy juŜ tam jesteśmy, odpycham go od siebie z niepotrzebną
agresją.
- Zdejmij ręcznik i wejdź na łóŜko - polecam.
Robi to. Upuszcza ręcznik na podłogę, siada na łóŜku i wdrapuje się na nie tyłem, podpierając z
obu stron rękami.
Więc ten moment wreszcie nadszedł.
Czy naprawdę mogę to zrobić? Nawet nie jestem twardy. Rozgniewany, więcej niŜ trochę pijany,
ale na pewno niepobudzony seksualnie.
Co teraz?
“Improwizuj, Harry” - mówię sam do siebie. - “Co mogłoby sprawić, Ŝebyś poczuł się lepiej?”
Dobre pytanie. Odpowiedź teŜ nie jest trudna. Więc improwizuję. Rozbieram się i wchodzę na
łóŜko. Klękam okrakiem nad jego głową i kaŜę mu ssać mój członek. Otwiera usta i zanim zdąŜę
się zorientować, jestem wewnątrz. Próbuję nie myśleć, tylko czuć, i po chwili jestem twardy.
Pozwalam ponieść się ogarniającemu mnie uczuciu, zatracić na moment, ale po chwili wiem, Ŝe
nie mogę dłuŜej czekać. Wysuwam się z jego ust i cofam wzdłuŜ ciała, przygniatam go,
dociskając pierś do piersi, biodra do bioder. Rozsuwa dla mnie nogi. Jak wspaniałomyślnie.
Trochę czasu zabiera mi wejście w niego, ale kiedy w końcu udaje mi się, robię to szybko i
mocno. Choć wciąga głośno powietrze, ignoruję go. Nie troszczę się o jego uczucia. W ogóle się
nim nie przejmuję. Jedyne, o czym myślę teraz… to potrzeba... potrzeba władzy.
Poruszam się tam i z powrotem, w końcu wpadam w odpowiedni rytm. Powinienem czuć się
dobrze, on jest ciasny i napięty, rzeczywistość zaczyna zamazywać swoje ostre kontury, ale nie
mogę dojść. Szczególnie, kiedy popełniam błąd i patrzę w jego twarz.
Oczy. Szare i bezdenne. Wpatrują się we mnie z nienawiścią i obrzydzeniem.
I nagle nie mogę dłuŜej znieść tego spojrzenia.
Wysuwam się z niego szybko i bez ostrzeŜenia.
- Nie mogę tego zrobić… nie w ten sposób - udaje mi się powiedzieć.
- Więc, czego chcesz…? - zaczyna pytać, ale powstrzymuję go.
- Odwróć się - mówię, sam zaskoczony, jak szorstki i opryskliwy jest mój głos.
Wykonuje polecenie natychmiast. Klęka podpierając się na przedramionach i szeroko rozsuwa
nogi. Teraz wygląda jeszcze bardziej jak ofiara. Wchodzę w niego ponownie i kołyszę się w
brutalnym rytmie.
Nie zapaliłem świateł, kiedy weszliśmy do pokoju, więc tylko blask księŜyca wpadający przez
okno rozjaśnia wnętrze. Patrzę na jego ciało pode mną i z ust wymyka mi się chrapliwy oddech.
Jego skóra jest tak jasna w świetle księŜyca, zdaje się sama promieniować jakimś wewnętrznym
blaskiem.
Niesamowity.
8
Nieziemski.
Piękny. Jest naprawdę piękny.
Wpatruję się w jego ciało, jasne włosy, krótko przycięte na karku. Krzywiznę ramion, silne ręce,
jego palce, wbijające się w materac.
I wszystko wydaje się być w porządku. Czuję się dobrze, otoczony przez jego ciało. On wygląda
dobrze pode mną. Ale to nie wystarczy. Ciągle czegoś mi brakuje. Pochylam się do przodu i
oplatam dłońmi jego gardło. Dochodzę zaciskając uchwyt na jego szyi i wbijając zęby w jego
ramię.
Odczucie jest przytłumione przez alkohol, choć nadal bardzo intensywne. Wyzwolenie.
Słodko-gorzkie wyzwolenie.
Staczam się z niego i kładę na łóŜku, próbując uspokoić oddech i zmusić serce do wolniejszego
bicia.
Draco zsuwa nogi, poza tym nie zmienia pozycji.
W tym momencie, gdyby to była prawdziwa historia miłosna, objąłbym go i powiedział, jaki był
wspaniały. Ale między nami nie ma nic romantycznego. To jest Ŝycie, a on jest Malfoyem i nie
mogę znieść jego obecności ani minuty dłuŜej.
- Wyjdź - mówię. Merlinie, mój oddech ciągle jest przyspieszony.
- Co? - pyta, odwracając się w końcu.
- Powiedziałem, wyjdź. Na piętrze są dwa pokoje gościnne, wybierz któryś. ChociaŜ jak dla
mnie, moŜesz spać nawet w cholernej kuchni, nic mnie to nie obchodzi. Tylko wyjdź z mojej
sypialni.
Oczekuję, Ŝe załoŜy na siebie ręcznik, ale nie robi tego. Idzie nago w stronę drzwi.
- To znaczy, Ŝe dzisiejszej nocy juŜ ze mną skończyłeś? Jestem wolny? - pyta z sarkazmem w
głosie.
Ignoruję go. “Po prostu wyjdź, Malfoy. Odejdź, albo cię zabiję. I niech diabli wezmą naszą
umowę”, mówię do siebie.
- Świetnie. Zatem nie będę plugawił dłuŜej twojego pokoju swoją obecnością - mówi i wychodzi.
I właśnie tego chcę, być sam. Samotny w ciemności, tylko ja, bicie mojego serca i ciche odgłosy
wymiotów, dochodzące z korytarza, kołyszące mnie do snu.
ROZDZIAŁ III
Budzę się jakiś czas później. Dociera do mnie, Ŝe noc dawno się skończyła, a moja głowa boli jak
diabli.
Dotykam dłonią czoła, chcąc złagodzić łomotanie w czaszce. Nie pomaga, nic a nic. Otwieram
oczy i patrzę na sufit poprzez palce.
Kolejny pochmurny dzień… Mogę to stwierdzić, widząc zamglone światło wpadające do pokoju.
Nie podnoszę się przez kilka minut łudząc się, Ŝe ból zmniejszy się chociaŜ na tyle, Ŝebym mógł
się ruszyć. W końcu dociera do mnie, Ŝe to płonne nadzieje i tylko przedłuŜam własne tortury.
Zmuszam się, Ŝeby wstać. Oślepiające igły bólu wbijają się w moją głowę i nie mogę
powstrzymać jęku.
Kiedy ból zmniejsza się do znośnego poziomu, rozglądam się i stwierdzam, Ŝe zasnąłem na
narzucie łóŜka. To nie jest nic nowego. Ale fakt, Ŝe jestem zupełnie nagi, juŜ wybiega poza
dotychczasowe normy.
I właśnie w tym momencie to się dzieje. Pamięć o zeszłej nocy, do tej pory bezpiecznie ukryta za
bólem głowy, dociera do mnie z całą ostrością.
9
Malfoy stojący na rogu ulicy... moja oferta, Ŝeby poszedł ze mną za pieniądze... dotykanie go...
jego usta... jego oczy... bycie wewnątrz niego...
Och bogowie... to wszystko zdarzyło się naprawdę. Gdyby Ron i Hermiona mogli mnie teraz
zobaczyć, zapewne bardzo szybko znalazłbym się u Świętego Munga. Nie znaczy to, Ŝe nigdy
wcześniej się o mnie nie martwili, ale to... to jest coś, czego nie byliby w stanie zaakceptować.
To jest przekroczenie wszelkich granic.
Do jasnej cholery, czy jestem obłąkany? Najprawdopodobniej tak.
Dobrze, szalony lub nie, nie mogę tu siedzieć bez końca. Mimo wszystko, to był mój pomysł.
Zaoferowałem mu pieniądze i zaproponowałem umowę. NajwyŜszy czas zejść na dół i
sprawdzić, czy młody pan Malfoy jest tu nadal, czy moŜe stwierdził, Ŝe nie jest to warte Ŝadnych
pieniędzy i uciekł.
Wstaję z łóŜka i idę do łazienki. Eliksir na kaca z pewnością przyniesie mi ulgę. Trzymam leki
blisko sypialni, Ŝeby były pod ręką w razie potrzeby. Nie, Ŝebym potrzebował ich szczególnie
często. Naprawdę.
Oszukuję sam siebie.
Wyjmuję z szafy szlafrok, ubieram go i idę sprawdzić, co ten dzień przyniesie.
Nie dalej niŜ dwa kroki od mojego pokoju czuję aromat świeŜo zaparzonej kawy. Więc jest tu
nadal.
Próbuję przygotować się jakoś na to spotkanie. Co mu powiem? Co moŜna powiedzieć komuś,
kogo się nie cierpi, a mimo to się z nim sypia? Nic nie przychodzi mi do głowy, więc znowu będę
musiał improwizować.
Kierując się zapachem kawy spoglądam do kuchni. Jest tutaj. Siedzi przy stole, a dłonie ma
oplecione wokół parującego kubka.
Patrzy na mnie, kiedy wchodzę.
- Wstałeś wreszcie?
Mmm... więc on zachowuje się normalnie. Ciekawe. Ignoruję jego pytanie i zadaję własne.
- Zrobiłeś kawę?
Po sekundzie juŜ Ŝałuję, Ŝe zapytałem. Oczywiście, Ŝe zrobił. Nie mógłbym wymyślić nic
głupszego.
Wzrusza ramionami.
- Pomyślałem, Ŝe nie będziesz miał nic przeciwko temu.
- Nie mam. Tylko nigdy bym nie pomyślał, Ŝe nadejdzie dzień, w którym ty zrozumiesz, jak
obsługiwać jakiekolwiek mugolskie urządzenie. - “Tak trzymaj Harry, dobra odpowiedź”.
- śyję wśród mugoli od prawie roku. Człowiek się przystosowuje.
Mruczę coś obojętnie, podchodzę do ekspresu, Ŝeby nalać filiŜankę kawy dla siebie i siadam
naprzeciwko niego przy stole. Patrząc na niego wreszcie dociera do mnie, Ŝe jest bez koszulki i w
tych samych czarnych spodniach, co wczoraj. Musiał zrozumieć moje spojrzenie, bo ponownie
wzrusza ramionami.
- Mówiłem ci, Ŝe nie mam ze sobą Ŝadnych ubrań.
- Później moŜemy iść coś kupić.
Kiwa głową i wlepia wzrok w blat stołu. Wyraźnie widzę na jego ramieniu ślad po moich zębach.
Ja mu to zrobiłem. Naznaczyłem go w ten sposób.
Ta myśl lekko mną wstrząsa, dlatego odpycham ją od siebie.
Siedzimy, a cięŜka, niewygodna cisza zalega pomiędzy nami. Zastanawiam się, jak często będę
teraz czuł podobny dyskomfort, czy chwile przyjemności, za które zapłaciłem, zrównowaŜą
momenty takie, jak ten. Wlepiam wzrok w filiŜankę, jak gdybym w niej mógł znaleźć
odpowiedź. Zaskakujące, Ŝe... nie znajduję.
10
Wreszcie podnoszę głowę, tylko po to, Ŝeby stwierdzić, Ŝe on takŜe patrzy na swoją kawę.
Odchrząkuję, Ŝeby zwrócić na siebie uwagę.
- Słuchaj... mmm... Malfoy... kiedy mnie nie ma, masz dom do swojej dyspozycji... z wyjątkiem
mojego pokoju, oczywiście. Nie ma tu tyle przestrzeni, co w twojej rezydencji, ale moŜe
znajdziesz sobie jakieś zajęcie.
- Wychodzisz? - pyta.
- Tak - odpowiadam. Wstaję i mocniej zawiązuję szlafrok wokół siebie. - Muszę iść do pracy.
Posyła mi złośliwy uśmieszek.
- Wychodzisz do pracy o... - zerka na zegar na ścianie - w południe?
- Tak, właściwie...
- Jasne, rozumiem... Wielki Harry Potter pracuje wtedy, kiedy ma na to ochotę. To musi być
przyjemne, Pot... Harry... mieć własny rozkład godzin.
Dobrze, udało mu się mnie zdenerwować. Przyznaję. Jestem zły i na pewno słychać to w moim
głosie.
- Nie muszę się przed tobą usprawiedliwiać, Malfoy. Z Ŝadnej cholernej rzeczy.
Wygląda na kompletnie nieporuszonego, słysząc moją odpowiedź.
- Więc co teraz robisz? Jesteś Aurorem? Ciągle walczysz o dobrą sprawę?
Powinienem mu przywalić. Lub wyjść. Nie jestem winien Malfoyowi Ŝadnych wyjaśnień, ale z
jakiegoś powodu postanawiam odpowiedzieć.
- Pracuję w Ministerstwie.
- I co tam robisz? - zabawne, ale w jego głosie słyszę prawdziwe zainteresowanie.
- To naprawdę nie jest twoja sprawa Malfoy, ale jestem asystentem w Wydziale Magicznego
Transportu.
- Robota przy biurku? Przekładasz papierki? - jest wstrząśnięty, a jego głos pełen niedowierzania.
Do diabła, teraz on osądza mnie! Siedzi bezczelnie w swoich “pieprz mnie” spodniach i pozwala
sobie na krytykę mojego Ŝycia. Jestem wściekły. Jestem bardzo wściekły.
- Naprawdę myślisz, Ŝe masz prawo osądzać wybór mojej kariery zawodowej... ty kurwo?
Malfoy usiłuje się roześmiać, ale to próby z góry skazane na poraŜkę. Opada na krzesło jak
gdyby jego ciało zostało nagle pozbawione kości.
- Niezłe, Harry - potrząsa głową i patrzy przed siebie. - To akurat było bardzo trafne.
Mmm... zraniłem go. I wcale nie jestem zaskoczony, Ŝe mnie to cieszy. Ale poszło zbyt łatwo.
Czy stary Draco Malfoy poddałby się tak szybko?
Teraz jednak nie mam czasu o tym myśleć. Naprawdę muszę wyjść. Bez słowa idę na górę,
ubieram się tak szybko, jak mogę. Jeśli się pospieszę, zdąŜę prze lunchem i uniknę pełnych
wyrzutu spojrzeń mojego szefa.
Kiedy jestem ubrany, bez poŜegnania aportuję się do biura.
W tym, jak Malfoy mnie nazwał, jest sporo ironicznej prawdy, bo właśnie to robię przez cały
dzień. Przekładam na biurku pióra. Przesuwam pergaminy... Zmuszam się nawet, Ŝeby zrobić coś
faktycznie poŜytecznego, ale prawda jest taka, Ŝe nie mogę skoncentrować się na niczym, poza
obecnością Malfoya w moim domu. Wreszcie, około trzeciej, decyduję się wyjść. Nie chcę tu być
ani chwili dłuŜej. I tak nic nie zrobię.
Informuję przełoŜonego, Ŝe wychodzę. Nie jest zaskoczony, tylko wzdycha i kiwa głową na
odchodne.
Chwilę później aportuję się i jestem w domu. Panuje w nim nadzwyczajna cisza. Tak, jak gdyby
nikogo tu nie było. Zaczynam szukać Malfoya, pokój po pokoju, zaczynając od piętra. W końcu
11
natykam się na niego w bibliotece. Śpi, zwinięty na kanapie, nadal mając na sobie te śmieszne
spodnie. Podchodzę i staję bezpośrednio nad nim. Patrząc z góry nie mogę nadziwić się, jak
czysto i niewinnie wygląda, kiedy jest nieświadomy. Czy powinienem pozwolić mu jeszcze
pospać? Chwilę ta myśl krąŜy mi po głowie, w końcu decyduję mieć to za sobą. Lekko potrząsam
go za ramię i wypowiadam jego imię.
Nic.
Potrząsam jeszcze raz, trochę mocniej.
Słyszę jęk protestu, ale ciągle się nie budzi.
Zirytowany chwytam mocniej rękę i szarpię nią duŜo energiczniej, prawie wykrzykując jego
imię.
Tym razem otwiera szeroko oczy i odsuwa się ode mnie, kuląc na przeciwległym końcu kanapy,
jak gdyby w ten sposób mógł sprawić, Ŝe zniknie. Z ust wydobywa mu się krzyk.
- Nie! Przestań! Proszę…
Tego się nie spodziewałem. Przez chwilę kompletnie nie mam pojęcia, co zrobić. Wreszcie
kucam, tak, aby mieć twarz na jego poziomie, i mówię.
- Malfoy, to ja. Harry. Harry Potter.
Oczy jeszcze przez chwilę skupione ma na czymś, czego ja nie mogę zobaczyć, w końcu
koncentrują się na mnie, a jego ciało powoli się rozluźnia. Oddech ciągle ma przyspieszony,
kiedy przykłada dłoń do czoła.
- To tylko ty…
Wstaję i odsuwam się od kanapy.
- Nie chciałem cię przestraszyć, pomyślałem tylko, Ŝe powinniśmy wyjść, jeŜeli mamy zdąŜyć
coś ci kupić.
Opuszcza rękę i patrzy na mnie.
- Nie miałem zamiaru zasnąć. Która godzina?
- Około trzeciej.
- Wychodzisz w południe i wracasz o trzeciej? Cholera, nieźle się urządziłeś.
- Zamknij się, Malfoy - mówię, ale nie ma złości w moim głosie. Prawda jest taka, Ŝe ciągle
jestem trochę zbity z tropu tym, co się wydarzyło. Głos Malfoya był tak zdesperowany, jakby się
naprawdę przestraszył. Zastanawiam się, co jest tego powodem. Lub kto.
Podnosi ręce do góry, jakby w geście poddania, ale nic nie odpowiada.
- Więc chodźmy - mówię.
Krótki, gorzki uśmiech pojawia się na jego twarzy, kiedy wstaje.
- Chyba nie oczekujesz, Ŝe pójdę tak ubrany - splata ręce na piersi i wysuwa podbródek.
- Nie, nie oczekuję.
Tak, jak mógłbym na to pozwolić. To byłoby upokarzające dla nas obu.
Mówię mu, Ŝeby poszedł za mną na górę. Kilka minut później obaj jesteśmy ubrani jak mugole
(on w moich, poŜyczonych ciuchach) i gotowi do wyjścia.
Reszta dnia upływa powoli na usiłowaniu znalezienia odpowiedniej odzieŜy dla mojego „gościa”.
Kiedy inicjowałem naszą umowę, ostatnią rzeczą, o jakiej bym pomyślał, było spędzanie czasu w
towarzystwie tego człowieka. Teraz chcę to zakończyć tak szybko, jak to moŜliwe. On, dla
odmiany, bawi się chyba całkiem nieźle i przedłuŜa to, przymierzając wszystko, co wpada mu w
ręce. Wreszcie kończy, mając ubrań tak duŜo, Ŝe wystarczy na kolejne dwadzieścia dziewięć dni i
pewnie jeszcze na kilka następnych.
CóŜ, jestem wspaniałomyślny.
Wycieczkę kończymy cichym obiadem we włoskiej restauracji, po drodze do domu. Chwilę
12
zastanawiam się, co musi myśleć o nas kelner, co robi ze sobą dwoje ludzi, którzy przez cały
posiłek wymienili dwa słowa?
Wsiadamy do samochodu i wracamy. Właśnie mam zamiar włączyć radio, zmęczony zalegającą
ciszą, kiedy Draco niespodziewanie się odzywa.
Zaskakuje mnie to tak bardzo, Ŝe prawie wypadam z drogi. Odzywam się dopiero, kiedy udaje mi
się opanować pojazd, a moje serce wraca do normalnego rytmu.
- Co powiedziałeś?
- Jezu, Harry - mówi, chwytając się za klatkę piersiową. - Chciałeś nas zabić?
- Zapomniałem, Ŝe potrafisz mówić, Malfoy. O co pytałeś?
- Chciałem wiedzieć, dlaczego zacząłeś pracować w Ministerstwie, to wszystko.
- To po prostu praca. Ludzie pracują - odpowiadam sucho.
- Ale przecieŜ nie potrzebujesz zarabiać. Nie w przypadku, kiedy lekką ręką wydajesz dwanaście
tysięcy. Nie jestem ślepy, Harry. Masz porządny samochód, duŜy, ładnie urządzony dom. Bez
zmruŜenia oka wydałeś dzisiaj na mnie kupę pieniędzy…
Wzdycham.
- Masz rację Malfoy, nie potrzebuję zarabiać. Praca pozwala mi zając się czymś. Nie błąkam się
bezczynnie po domu cały dzień.
- Ale dlaczego nie zostałeś Aurorem? Albo graczem Quidditcha? Mógłbyś zarabiać jeszcze
więcej pieniędzy.
W jego głosie słychać autentyczną ciekawość. Naprawdę chce wiedzieć.
A ja nie mam najmniejsze ochoty wyjaśniać swoich pobudek. Chwytam mocno kierownicę.
- Cholera, to naprawdę nie jest twoja sprawa - mówię cicho.
- W porządku. Nie irytuj się. Próbowałem tylko podtrzymać rozmowę - odpowiada i odwraca się,
Ŝ
eby popatrzeć przez okno.
Do diabła, Malfoy. Co jest z nim nie tak? Dlaczego obchodzi go, co robię ze swoim Ŝyciem?
„ Pieprzyć go” myślę, wyrzucam z głowy tę rozmowę i próbuję skoncentrować się na
dowiezieniu nas do domu w jednym kawałku.
Pieprzyć go.
Kiedy jesteśmy wreszcie w domu, od razu szukam jakiegoś alkoholu. Potrzebuję czegoś, co
pozwoli mi rozluźnić się po tym nerwowym dniu. Czy mam wino? Najlepiej takie, jakie piliśmy
do obiadu. PrzewaŜnie wolę mocny alkohol, ale jedną z głównych zasad przy piciu jest, Ŝeby nie
mieszać. Naprawdę mam wino. Pinot noir. Cudownie.
Odkorkowuję je i szukając kieliszka spoglądam na Malfoya. Dziwne… patrzy na mnie z
zagadkowym wyrazem twarzy. Zastanawiam się, dlaczego. MoŜe teŜ chce się napić. Musi obejść
się smakiem.
Nawet podoba mi się uczucie bycia takim samolubnym. Nalewam kieliszek i sączę go powoli.
- Harry? - odzywa się po minucie.
Patrzę na niego i czekam. Przewraca oczami i wzdycha.
- Masz coś przeciwko, Ŝebym poszedł do łóŜka, czy chcesz…? - pozostawia pytanie
niedokończone.
BoŜe, ileŜ musiało go kosztować, Ŝeby je zadać.
Kiwam głową. Chcę go. Nie, Ŝebym był w jakimś szczególnym nastroju, ale chcę go.
Wzdycha z rezygnacją i patrzy na mnie, abym dał znak, co dalej.
- Rozbierz się - mówię. Kiedy to robi wypijam wino, nalewam kolejny kieliszek i piję dalej.
Stoi nagi przede mną, czeka. Moja kolej. Odkładam kieliszek, natychmiast o nim zapominając,
zdejmuję pospiesznie ubranie i wracam do sofy. Siadam i przywołuję go gestem dłoni.
13
Podchodzi.
- Klęknij.
Klęka.
- Zrób to, co wczoraj. Przygotuj mnie ustami.
Robi to. Pochyla się i zaczyna mnie lizać i ssać, początkowo delikatnie. Potem mocniej, bardzie
zdecydowanie, fachowo. Zamykam oczy i pozwalam uczuciom przepływać przeze mnie. Nie
mogę zaprzeczyć, Ŝe jest w tym dobry. I nawet nie chciałbym tego robić. Jest naprawdę sprawną
dziwką.
Chwytam go za włosy i odciągam od siebie. Rozumie i zatrzymuje się, patrzy na mnie. W jego
oczach widzę tą samą nienawiść, co wczoraj. Ale dzisiaj jest w nich coś więcej. Wstręt,
rezygnacja, wstyd. To zadziwiające, Ŝe nigdy wcześniej nie zauwaŜyłem, jak bardzo wyraziste są
jego oczy. Pokazują wszystko, co czuje.
Wstaję z kanapy i chwytam go za rękę, Ŝeby teŜ wstał. Kładę się na podłodze nadal trzymając
jego rękę.
- Jesteś na górze - mówię.
Nienawiść… obrzydzenie… rezygnacja… wstyd… wszystkie te uczucia znowu wypełniają jego
oczy.
Staje w rozkroku na moimi biodrami i powoli opada w dół. Pomagam mu ustawić się
odpowiednio, ignorują grymas i ciche sapnięcie, świadczące o bólu, kiedy w niego wchodzę.
- Zamknij oczy - mówię. Podobnie jak wczoraj, nie jestem w stanie znieść tego spojrzenia.
Wykonuje polecenie, zagryza dolną wargę i zaczyna poruszać się rytmicznie, nadziewając się na
mnie znowu i znowu.
Wszystko odbywa się tak, jak wczoraj. Jest bardzo ciasny wokół mnie, tarcie sprawia mi
przyjemność. Kiedy się porusza, odchyla głowę do tyłu, i jest piękny.
I ponownie przestaje mi to wystarczać. Jest dobrze, ale nie do końca.
Sięgam do jego bladej szyi, tak dokładnie w tej chwili wyeksponowanej, i oplatam ją palcami.
Przypominam sobie ostatnią bitwę, wtedy teŜ zaciskałem ręce na czyimś gardle.
Dochodzę tak gwałtownie, Ŝe to prawie boli.
Trochę czasu zabiera nam doprowadzenie oddechów do normalnego poziomu. Kiedy się
wreszcie uspokajamy, robi ruch, jak gdyby chciał wstać. Nie pozwalam mu na to. W zamian
chwytam go za biodra i przewracam tak, Ŝe teraz jest pode mną. Mój penis ciągle tkwi w jego
wnętrzu, chociaŜ kurczy się szybko.
Wpatruje się we mnie, ciekawy, co się stanie. Ale nie robię nic, tylko czekam.
- Harry? - pyta w końcu.
Ale ja chcę mu zadać własne pytanie.
- Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz, Malfoy?
- Co?
- Powiedz, dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz. Od pierwszego roku w szkole. Dlaczego
robiłeś te wszystkie wredne rzeczy? Mnie i moim przyjaciołom?
Wpatruje się we mnie świdrującym wzrokiem i gwałtownie potrząsa głową.
- Nie. Nie masz prawa pytać mnie o to.
Kładzie ręce na mojej klatce piersiowej i próbuje mnie odepchnąć.
- Po prostu chcę wiedzieć! - krzyczę, nieoczekiwanie wściekły.
- Zejdź ze mnie! - teraz on krzyczy takŜe, ciągle mnie odpychając, kręcąc się i walcząc pode
mną.
- BoŜe, Malfoy, odpowiedz tylko na to cholerne pytanie!
Nadal się szarpie, wrzeszcząc teraz na całe gardło.
14
- NIE! Kupiłeś mnie, moŜesz mnie pieprzyć, ale nie dostaniesz się do mojej głowy! Nie
zapłaciłeś za to. Nie zapłaciłeś za to!
- Świetnie! - gwałtownie odsuwam się od niego. - Świetnie. To było tylko jedno zasrane pytanie!
Wstaje, szybko zbierając ubrania z podłogi.
- Niech cię piekło pochłonie, Harry!
ChociaŜ nie wiem, po co to robię, chwytam go za rękę i przyciągam blisko siebie.
- JuŜ tam byłem, Malfoy - bardziej warczę niŜ mówię i odpycham go równie gwałtownie, jak
wcześniej przyciągnąłem.
Odwracam się od niego i idę w stronę stołu, na którym zostawiłem wino. Chwytam za kieliszek i
rzucam nim o ścianę. Patrzę, jak się rozbija, barwiąc wszystko wokół na czerwono.
Mmmm… juŜ drugi raz w ciągu ostatnich nocy postępuję w ten sposób.
Nie odwracam się.
- Gnojek - mamroczę. Przyglądam się czerwonej struŜce na ścianie i zaskakuje mnie, jak bardzo
przypomina krew. Ale krew jest duŜo gęstsza. I cieplejsza - krew jest bardzo ciepła, kiedy jest
ś
wieŜa.
To ją właśnie widzę - nie wino - na ścianie, kiedy podnoszę butelkę i piję. Zanim się orientuję,
jest pusta i w kolejnym przypływie gniewu ją takŜe rzucam.
I niespodziewanie złość odchodzi, pozostawiając mnie z poczuciem znuŜenia i wyczerpania.
Często tak się dzieje, emocje narastają we mnie gwałtownie, a potem odchodzą tak szybko, Ŝe
jestem w stanie zaledwie je poczuć, a nie zrozumieć.
Patrzę na odłamki szkła pokrywające podłogę i postanawiam zająć się sprzątaniem jutro. Zbieram
własne ubrania i praktycznie wlokę się na górę.
Zanim dochodzę do własnej sypialni, na moment zatrzymuję się przy pokoju Malfoya.
Drzwi są lekko uchylone i słyszę dobiegający z wnętrza cichy głos. Ciekawość zmusza mnie,
Ŝ
eby podejść bliŜej. Staram się robić to jak najciszej.
No tak, Malfoy szepta coś, najwidoczniej do siebie. Pochylam się, Ŝeby lepiej słyszeć.
Mówi szybko, a głos… głos brzmi tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać.
- Dasz radę, Draco. Dasz radę. To tylko miesiąc. Jeden miesiąc. Dasz radę…
Słucham tych słów, wypowiadanych na przyspieszonym oddechu, i przypominam sobie mdłości,
które wczoraj czułem.
Odchodzę od drzwi nie chcąc dłuŜej dzielić jego cierpienia.
MoŜe wcześniej, wieczorem, miałbym z tego powodu jakąś ponurą satysfakcję, moŜe nawet by
mnie to bawiło. Ale teraz… teraz sprawiania, Ŝe czuję się jeszcze bardziej zmęczony.
Wdrapuję się na łóŜko i zawijam narzutę szczelnie wokół siebie, ignorując wilgoć na udach i
podbrzuszu.
Zasypiam natychmiast.
CZEGO CHCĘ
ROZDZIAŁ IV
Budząc się stwierdzam, Ŝe ten dzień nie będzie róŜnił się niczym od poprzedniego.
Niebo jest zachmurzone.
Boli mnie głowa.
Idę do łazienki, Ŝeby sobie ulŜyć.
Wypijam eliksir na kaca.
15
W końcu schodzę na dół i czuję znajomy aromat.
Malfoy znowu jest w kuchni. Pije kawę dokładnie w tym samym miejscu, co wczoraj. Dopada
mnie tak silne uczucie déjà vu, Ŝe prawie się w nim zatracam.
Patrzy na mnie, kiedy wchodzę, odstawia kubek i wstaje.
Wreszcie coś nowego. Ma na sobie mugolskie dŜinsy i szary podkoszulek, wygląda
zdecydowanie lepiej, niŜ w swoich śmiesznych spodniach.
ZauwaŜam, Ŝe jest poirytowany i nerwowy.
- Cieszę się, Ŝe wstałeś, bo chciałem z tobą porozmawiać - zaczyna.
Splatam ręce na piersi i opieram się o blat szafki.
- Więc zaczynaj - mówię chłodno.
Przeczesuje palcami włosy, zdecydowanie nerwowym gestem. Dzieje się tu coś dziwnego.
Zmuszam się, Ŝeby czekać cierpliwie, dopóki sam nie zacznie.
- Chodzi o ostatnią noc - mówi. - Myślę… myślę, Ŝe zareagowałem zbyt gwałtownie.
Podnoszę głowę i patrzę na niego ze zdziwieniem, niepewny, do czego nas to zaprowadzi.
- Wiem, Ŝe przesadziłem. To było tylko pytanie. Naprawdę Ŝałuję, Ŝe nie odpowiedziałem.
Więc… jeŜeli ciągle chcesz wiedzieć… moŜesz...
Szeroki uśmiech pojawia się na mojej twarzy, poniewaŜ nagle wszystko staje się jasne.
Draco Malfoy - jak zawsze praktyczny Ślizgon. Wszystko przemyślał i zdecydował, Ŝe tak będzie
najlepiej, Ŝebym nie wyrzucił go na zbity pysk.
Bez pieniędzy.
Bez względu na to, czy chce, abym poznał jego myśli, czy nie, odpowie, bo nie ma innego
wyboru.
W porządku. Skoro jest skłonny udzielić mi informacji, powtarzam wczorajsze pytanie. Robię to,
bo naprawdę chcę wiedzieć. Zawsze chciałem wiedzieć.
Kiwa głową, jak gdyby z wdzięcznością, Ŝe się zdecydowałem. Mówi z wahaniem, wypowiadane
słowa najwyraźniej sprawiają mu ból.
- Odtrąciłeś mnie, pamiętasz? Nie przyjąłeś mojej dłoni, tego dnia, kiedy spotkaliśmy się…
- Odtrąciłem cię, bo byłeś napuszonym snobem, Malfoy.
- Wiem o tym. Teraz. Ale wtedy… do tego momentu nikt nigdy nie odrzucił mojej przyjaźni.
Byłem zawstydzony i zły i…
- Bzdury - mówię spokojnie.
- Co? - marszczy brwi, wpatrując się we mnie.
- Słyszysz, co mówię. Nie zaprzeczam, Ŝe cię to zdenerwowało. Ale nie chodziło tylko o to.
UŜyłeś wszystkich moŜliwych środków, Ŝeby uprzykrzyć mi Ŝycie. Dlaczego?
Bierze głęboki oddech i kiedy powoli wypuszcza powietrze, nie patrzy na mnie. W zamian gapi
się na jakiś punkt ponad moim ramieniem. Jego wzrok staje się nieobecny i nagle jestem pewny,
Ŝ
e Malfoya tu nie ma. Fizycznie tak. Ale jego umysł jest zupełnie gdzie indziej, być moŜe w
przeszłości, która nagle przed nim odŜyła.
- PoniewaŜ ty byłeś jak słońce, Harry - mówi cichym, odległym głosem.
Czy ja dobrze słyszę? Powiedział, Ŝe byłem jak słońce? Gdybym go lepiej nie znał,
pomyślałbym, Ŝe jest szalony. Po kilku sekundach wreszcie jestem w stanie wybełkotać
zdezorientowanym głosem.
- Co?
- Byłeś jak słońce, a ja jak księŜyc. Wiesz, księŜyc moŜe świecić jasno i w chwale, kiedy jest
sam. Ale jeśli wzejdzie słońce… nikt księŜyca juŜ nie widzi. Tak było ze mną i z tobą. Przy tobie
nikt mnie nie dostrzegał. Nikt. Ani moi rodzice, ani nauczyciele, tak naprawdę nawet moi
przyjaciele. Zaćmiłeś moją osobę. I nienawidziłem cię za to.
16
Tak. Mam wreszcie swoją odpowiedź. Nie jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałem. Był
okrutny, poniewaŜ czuł się gorszy ode mnie. Próbuję to zrozumieć. Postawić się w jego sytuacji,
ale nie mogę.
Jednak nie wypowiadam na głos Ŝadnej z tych myśli. Jestem pewien, Ŝe to nie miałoby sensu.
Tylko takie wyjaśnienie od niego otrzymam.
- Wyjątkowo piękna analogia, Malfoy - mówię w końcu, najbardziej sarkastycznym tonem, na
jaki mogę się zdobyć.
W jego oczach widzę, Ŝe wraca do rzeczywistości.
- Dzięki - odpowiada, dopasowując złośliwość w swoim głosie do mojego sarkazmu. - Całą noc
zajęło mi wymyślenie tego.
Moją twarz wykrzywia uśmiech. Uwierzcie, nie chcę tego, ale jego wypowiedź naprawdę mnie
rozbawia. Twarz Malfoya takŜe na moment się rozjaśniła, ale to szybko mija.
- W porządku. Więc byłem jak słońce i z tego powodu twoje Ŝycie zmieniło się w koszmar. Ale
to przeszłość. Dlaczego nienawidzisz mnie teraz?
- A dlaczego sądzisz, Ŝe cię nienawidzę?
- Przestań, Malfoy. Widzę to w twoich oczach zawsze, kiedy cię dotykam. Chyba, Ŝe na
wszystkich klientów patrzysz w ten sposób.
Posyła mi zrezygnowany uśmiech i odwraca głowę.
- Być moŜe nie znasz się na ludziach tak dobrze, jak ci się wydaje - mówi.
Otwieram usta, Ŝeby kontynuować dyskusję, ale niespodziewanie decyduję odpuścić juŜ tę
kwestię. Jeśli chce grać niewiniątko, niech tak będzie. Mam inne pytanie, które chciałbym zadać.
- JeŜeli chcesz być szczery, to jest jeszcze jedna rzecz, która mnie interesuje.
- Oczywiście - wzdycha.
Jego dyskomfort rzuca się w oczy, ale to mnie nie powstrzymuje.
- Jak to się stało, Ŝe skończyłeś w ten sposób? Sprzedając się?
Odwraca się w moją stronę, z twarzą wykrzywioną złością.
- Dlaczego chcesz to wiedzieć? śeby napawać się moimi niepowodzeniami jeszcze bardziej, niŜ
robiłeś to do tej pory?
Rozumiem, dlaczego tak myśli, ale ja naprawdę mam juŜ dostatecznie duŜo moŜliwości, Ŝeby go
ranić. Nie potrzebuję kolejnych. Prawda jest taka, Ŝe chcę wiedzieć. Mówię mu to. Chyba widzi
szczerość na mojej twarzy, bo nagle wiem, Ŝe odpowie. Nie pytajcie, skąd ta pewność. Po prostu
wiem.
Chwilę później udowadnia, Ŝe mam rację.
- Dobrze. Wiedziałem, Ŝe kiedyś o to zapytasz. BoŜe, potrzebuję więcej kawy. Zapytałbym o coś
mocniejszego, ale boję się cię prowokować.
Sztywnieję.
- Co to miało znaczyć?
- Nic - mówi i podchodzi do dzbanka z kawą, aby nalać sobie następną filiŜankę. Siada przy stole
i bardzo się stara nie patrzeć na mnie, kiedy mówi; nawet, kiedy zwraca się bezpośrednio do
mnie.
Rozsiadam się wygodnie naprzeciwko niego.
To będzie raczej interesujące.
- Po zakończeniu wojny zniszczyli moją róŜdŜkę i nałoŜyli na mnie zakaz uŜywania magii za
pomocą jakiejkolwiek innej - na chwilę milknie. - Prawdopodobnie wiesz o tym.
- Wiem.
Byłem jednym z ludzi, którzy zdecydowali, Ŝe to odpowiednia kara dla tych, którzy tylko
flirtowali z ciemną strona, ale nie przyłączyli się do niej w pełni.
17
- Pewnie orientujesz się takŜe w tym, Ŝe nasze ziemie, dom i wszystkie pieniądze zostały nam
odebrane...
- UŜyto ich jako zadośćuczynienie dla tych, którzy ucierpieli na wojnie. Tak, wiem to wszystko. -
Tym takŜe, po części, się zajmowałem.
Kiwa głową nieuraŜony, Ŝe mu przerwałem.
- Nasza sytuacja przedstawiała się beznadziejnie. Czarodziejski świat odwrócił się od nas. Nie
zostałem naznaczony - kiedy to mówi, wyciąga przedramię, jakby dla podkreślenia słów.
Faktycznie, jest gładkie, nieskalane.
- Ale piętno ojca przylgnęło do mnie na zawsze. Nazwisko Malfoy raptownie stało się
synonimem czegoś plugawego. Nikt - dosłownie nikt - nie chciał dać nam drugiej szansy. Nie
mieliśmy pieniędzy, pracy, Ŝadnej ochrony, ledwo starczało na coś do jedzenia... To było
prawdziwe piekło. Mieć wszystko i w ciągu tygodnia stracić wszystko... od bycia szanowanym i
podziwianym do bycia pogardzanym i unikanym... - jego głos lekko się załamuje, na moment
przestaje mówić i potrząsa głową.
Chyba potrzebował chwili, Ŝeby się uspokoić, ale zaraz powraca do tematu.
- To było... to było bardzo trudne. Po jakimś czasie zrozumiałem, Ŝe nie ma dla mnie juŜ miejsca
w czarodziejskim świecie, więc zostawiłem wszystko i postanowiłem Ŝyć jak mugol. Oni
przynajmniej nie znali mojej reputacji. Miałem nadzieję zacząć wszystko od nowa.
Znowu się zatrzymuje i bierze głęboki oddech. Odległe spojrzenie świadczy o tym, Ŝe ponownie
odpłyną do własnego, prywatnego świata.
Nie kaŜe mi jednak długo czekać na kontynuację.
- Niestety, nic nie okazało się łatwiejsze. Nie przepracowałem w swoim Ŝyciu ani jednego dnia i
nie miałem bladego pojęcia, jak Ŝyć wśród mugoli. Nie potrafiłem nawet zapalić w pokoju
cholernego światła. Nie wiedziałem czym jest samochód, telefon... nie znałem się na ich
pieniądzach... nie umiałem niczego. Po tym, co wyprawiałem, miałem szczęście, Ŝe nie zamknęli
mnie w jakimś schronisku dla obłąkanych. Ale skończyłem na ulicy, bez grosza i mieszkania.
- Byłem zdesperowany. Kiedy pewien człowiek podszedł do mnie i powiedział, Ŝe wie, jak
mógłbym zarobić trochę pieniędzy, zgodziłem się. Znienawidziłem to od pierwszego razu.
Bolało, a ten męŜczyzna był obrzydliwy. Przyrzekłem sobie, Ŝe jeŜeli przetrwam, to nie zrobię
tego nigdy więcej, Ŝe nigdy juŜ nie upadnę tak nisko. Ale potem włoŜył mi do ręki pieniądze... i
Pete obiecał, Ŝe będzie ich więcej... i... i... resztę juŜ znasz...
ChociaŜ nie kończy swojej opowieści, pozwala sobie na chwilę zapomnienia. Kiedy w powietrzu
zalega cisza, zauwaŜam, Ŝe Malfoy ma spuszczony wzrok i bezwiednie pociera dłonią miejsce na
przedramieniu, w którym mógłby być czarny znak.
Odrywam wzrok od jego skóry i próbuję przetrawić to, co usłyszałem. Czuję, jak wzbiera we
mnie litość. Ale tak jak wcześniej, tą konkretną emocją nie chcę go obdarzać. Odrzucam ją od
siebie, odpycham daleko. Sam siebie przekonuję, Ŝe owszem, miał cięŜko, ale wielu innym nie
powiodło się lepiej. Jego historia, choć smutna, jest tylko jedną z tysięcy zapisanych przez
brutalną wojnę.
Z moją włącznie.
- Oczekujesz, Ŝe będę ci współczuł? - pytam, gdy tylko litość jest juŜ dobrze ukryta.
Patrzy na mnie nieostrym wzrokiem.
- Zapytałeś. Odpowiedziałem. To wszystko.
Tak, zrobiłem to. A on wypełnił zobowiązanie.
Ale w tym, co mi opowiedział, ciągle coś jest nie w porządku. Nie sądzę, Ŝe mnie okłamał, ale
coś pominął. Jakiś waŜny szczegół, który chce ukryć.
Kilka minut zajmuje mi zorientowanie się, o co chodzi, aŜ w końcu rozumiem. Swoją opowieść
18
zaczął mówiąc „my”, „nas”, kiedy skończył, zostało tylko „ja”. Początkowo mówił o więcej niŜ
jednej osobie, potem tylko o sobie.
Nie trzeba być szczególnie bystrym, Ŝeby się domyślić, kim ta druga osoba moŜe być.
- A co się dzieje z twoją matką, Malfoy? - pytam.
Ciało mu sztywnieje, a oczy nabierają ostrości. Płoną z taką intensywnością, Ŝe trudno im się
oprzeć.
- Jak to, co z nią?
Kontynuuję, mimo wszystko.
- Nie powiedziałeś, co się z nią stało. Gdzie jest? Czy ona…?
Malfoy nagle zrywa się z miejsca i jest przy mnie szybciej, niŜ kiedykolwiek mógłbym
podejrzewać, Ŝe to moŜliwe. Jest bardzo, bardzo blisko, zaledwie cal ode mnie, jego dłonie na
moich ramionach, palce wbijające się w ciało.
- Słuchaj, jestem boleśnie świadomy, Ŝe trzymasz w rękach wszystkie atuty, ale nie odpowiem na
Ŝ
adne pytanie dotyczące mojej matki. JeŜeli będziesz się przy tym upierał, odejdę. AŜ tak bardzo
nie potrzebuję tych cholernych pieniędzy. Czy to jest dla ciebie dostatecznie jasne?
Jestem zbyt oszołomiony gwałtownością jego wybuchu, Ŝeby zrobić cokolwiek innego poza
twierdzącym kiwnięciem głową.
- Dobrze - mówi i nagle przypomina sobie, gdzie jest i co robi, puszcza moje ramiona i cofa się o
krok. Wygląda na bardzo zaŜenowanego i zakłopotanego.
- Ja… Chyba pójdę do mojego pokoju - mówi i prawie wybiega z kuchni.
Pocieram ramiona w miejscach, których dotykał, czuję szczypanie - pamiątkę jego gniewu.
Dopiero później, biorąc prysznic, dociera do mnie, Ŝe powinienem dać mu w zęby za to, jak mnie
potraktował.
Cały dzień spędzam w pracy, bezgranicznie zadowalając tym mojego szefa. Ciągle się do mnie
uśmiecha i chwali, jaką to dobrą robotę wykonuję.
Głupi palant. Czy myśli, Ŝe robi mi przysługę, nadskakując w ten sposób? Ja na jego miejscu
wywaliłbym mnie juŜ miesiąc temu.
Przed piątą jestem gotowy do wyjścia, a minutę po aportuję się do salonu. Pierwszą rzeczą, jaką
zauwaŜam, jest przyjemny zapach dochodzący z kuchni. Następną, Ŝe rozlane wczoraj wino i
rozbite szkło zostały posprzątane.
Mój gość miał zajęcie.
Wchodzę do kuchni i znajduję go mieszającego coś na piecu. Pachnie jak gulasz. W zasadzie,
pachnie całkiem przyjemnie.
- Zrobiłeś obiad? - pytam, choć jest to oczywiste.
Nawet się nie odwraca, Ŝeby na mnie spojrzeć.
- Musimy jeść, nie uwaŜasz?
- Czegoś jeszcze nauczyłeś się przebywając wśród mugoli?
Teraz patrzy na mnie.
- Właściwie tak. Byłbyś zaskoczony, ile rzeczy potrafię.
Złośliwą odpowiedź mam na końcu języka, ale powstrzymuję się. Zrobił po prostu obiad. I to
nawet nie była część naszej umowy.
Powraca do gotowania, a ja idę na górę umyć się i przebrać w coś wygodniejszego. Kiedy
schodzę do kuchni posiłek jest gotowy, a stół zastawiony.
Jemy w kompletnej ciszy, co nie jest niczym zaskakującym. Powinienem zacząć się do tego
przyzwyczajać, bo wątpię, Ŝeby którykolwiek z nas polubił towarzyskie pogawędki w
najbliŜszym czasie. Ograniczam się z alkoholem, bo trzeci z rzędu poranek z kacem byłby juŜ
19
przesadą.
Dopiero pod koniec posiłku Draco przerywa ciszę.
- Widzę, Ŝe dzisiaj zdołałeś przepracować cały dzień.
- Och, zamknij się, Malfoy - odpowiadam automatycznie.
- Wiesz, co mnie zastanawia, Harry? - pyta, pochylając się nad stołem. Nie czeka na odpowiedź. -
To, Ŝe muszę zwracać się do ciebie po imieniu, a ty nie raczysz uŜywać mojego. Dlaczego?
- Bo tak chcę, Malfoy.
Posyła mi złośliwy uśmieszek.
- Och, rozumiem. Robisz tak, bo w twoim ciasnym umyśle daje ci to pewien rodzaj władzy nade
mną. A dla ciebie władza jest jak narkotyk, prawda?
Nie pozwalam, Ŝeby jego słowa w jakiś sposób mnie dotknęły. Zmuszam się do wykrzywienia
warg.
- JeŜeli nawet, to co?
Rozsiada się na krześle, a ironiczny uśmiech znika z jego twarzy.
- Co się z tobą dzieje, Harry? Co się stało z osobą, którą byłeś? A moŜe to tylko nienawiść do
mnie zmienia cię w zimnego, nieczułego drania?
Dobrze. To stanowczo zbyt wiele. Teraz jestem wkurzony.
- To się ze mną stało Malfoy, Ŝe Ŝycie dawało mi kopniaki z kaŜdej strony. śe moi rodzice zostali
zamordowani, zanim zdąŜyłem ich poznać. śe byłem wychowywany przez ludzi, którzy mnie
nienawidzili. Gardzili mną, ośmieszali i terroryzowali przez połowę mojego pieprzonego Ŝycia.
ś
e zmuszono mnie do wzięcia udziału w wojnie, kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, i
widziałem więcej bólu i śmierci niŜ ktokolwiek w moim wieku widzieć powinien. To właśnie się
ze mną stało.
Zabawne, kiedy zaczynałem tą przemowę, siedziałem wygodnie na krześle, a teraz stoję,
uczepiony stołu tak mocno, Ŝe kostki palców całe pobielały, a gardło miałem suche od krzyku.
Stoję, oddychając tak szybko, jakbym przebiegł maraton i czekam na reakcję Malfoya. Czy dalej
będę musiał wybijać mu z głowy błędne mniemanie o moim pełnym miłości, cudownym Ŝyciu?
Patrzy na mnie, jego szare oczy są szeroko otwarte.
- Przykro mi - mówi cicho.
Potrząsam głową, najwyraźniej nie usłyszałem dobrze.
- Co?
- Przykro mi, Ŝe miałeś takie wredne Ŝycie. Nie wiedziałem o tym.
Gniew, który jeszcze chwile temu mnie rozpalał, ulotnił się, pozostawiając uczucie dezorientacji i
podejrzliwości.
- W co ty grasz?
- W nic - wzdycha zmęczonym głosem. - Mówię tylko, Ŝe mi przykro z powodu tego
wszystkiego, co ci się przydarzyło.
- Malfoy, czy ty się naprawdę zmieniłeś? - mój głos jest ironiczny. Oczekuję odpowiedzi w
podobnym tonie. Ale nie dostaję jej.
- Masz rację - mówi powaŜnie, szczerze. Nie sądziłem, Ŝe kiedykolwiek usłyszę tyle uczciwości
w jego głosie.
Wpatruję się w stół. Czuję się bardzo niepewnie. Nie rozumiem, co tu się dzieje. Między nami
nie powinno dziać się w ten sposób.
Potrzebuję czegoś, co pozwoli nam wrócić do poprzedniego stanu, do poczucia bezpieczeństwa.
Chwytam się tej myśli, jak tonący brzytwy. I wreszcie wiem, co muszę zrobić. Odzywam się z
nutka triumfu w głosie.
- Chodź na górę, Malfoy.
20
Draco wydaje się rozumieć, o co mi chodzi. Wzdycha tylko.
- Jasne.
Idziemy prosto do mojej sypialni, zostawiając w kuchni bałagan na stole.
Odsuwam zasłony, Ŝeby wpuścić do pokoju światło księŜyca. Odwracam się i staję naprzeciwko
niego.
Właśnie ściąga przez głowę podkoszulek i upuszcza go na ziemię.
- Więc? Jak mnie dzisiaj chcesz? Na plecach, na brzuchu?
Nie odpowiadam, tylko chwytam go za rękę i ciągnę do łóŜka. Popycham i patrzę, jak upada na
materac.
- Na kolana - polecam.
Bez słowa zdejmuje spodnie i ustawia się w pozycji, której zaŜądałem.
Przyglądam mu się, pozwalając sobie cieszyć się jego pięknem. Zawsze był zbyt ładny, Ŝeby to
miało się dla niego skończyć dobrze. Jego ciało zbyt gładkie, zbyt smukłe.
Ś
lad po moim ugryzieniu jest ciemny i czerwony w przytłumionym świetle. Wyraźnie kontrastuje
z naturalną bladością skóry. Dotykam go językiem i czuję, jak przez ciało Malfoya przebiega
dreszcz. Odpinam spodnie i zsuwam je tylko tyle, ile to konieczne. Nie przejmuję się koszulą ani
butami.
Wciska się w niego, przytulam czoło do jego karku i zastanawiam, czy kiedykolwiek było mi tak
dobrze. Prawie niechętnie zaczynam się poruszać. Tym razem naznaczam go dwukrotnie, kiedy
dochodzę. Raz na ramieniu i raz na szyi. Prawie nie wydaje z siebie dźwięku, choć wiem, Ŝe to
musi boleć.
Staczam się z niego i obaj przewracamy się na plecy, próbując uspokoić oddechy.
Odzywa się sekundę przed tym, kiedy mam zamiar kazać mu wyjść.
- Dlaczego tutaj jestem, Harry? - jego głos przenika przez ciemność, uderza we mnie, przepływa
przez ciało.
To trudne pytanie. Nie powinno takie być, a jednak. Próbuję wymyślić jakąś satysfakcjonującą
odpowiedź, dla mnie i dla niego, ale nie mogę. W końcu zadowalam się prawdą.
- Nie wiem - szepczę.
Kiwa głową, nie widzę tego, ale mogę poczuć ruch przez materac.
- Pójdę juŜ - mówi.
- Tak, idź.
Robi to szybko. W jednej chwili leŜy obok mnie, a zaraz jest niczym więcej niŜ cieniem w
ś
wietle księŜyca. Drzwi zamykają się za nim i zostaję sam.
Mam sen.
Znam ten sen.
Nienawidzę go.
Jestem wewnątrz opuszczonego domu, ponurego, z kruszącymi się ścianami i nadpaloną podłogą.
Po przeciwległej stronie pokoju stoi Voldemort. Za nim widzę sylwetki tych, którzy juŜ nie Ŝyją:
rodziców, Syriusza, Cedrika, Seamusa, Tonks, Dumbledore’a i całą rzeszę innych. Nie wyglądają
jak niematerialne, migoczące duchy. Ich ciała pokrywają zakrwawione, gnijące resztki mięśni.
Wyciągają do mnie poskręcane ręce, błagając o pomoc. Ale ja jestem zmęczony. Jestem
zmęczony tak bardzo, Ŝe chciałbym tylko połoŜy się i usnąć na zawsze.
Ale nie pozwalają się ignorować. Błagają mnie, aŜ wiem, Ŝe nie mam wyboru. Muszę zabić
Voldemorta. Umarli potrzebują kogoś, kto ich pomści. Potrzebują mnie.
Robię krok do przodu i nagle jestem przed Voldemortem.
Patrzy na mnie płonącym, czerwonym wzrokiem i syczy.
21
- Przyszedłeś mnie zabić? Więc zrób to szybko, zanim ja zabiję ciebie.
Chwytam jego szyję i zaciskam tak mocno, jak jestem w stanie. Duchy próbują kibicować mi
urywanymi głosami. Ściskam jeszcze mocniej, aŜ mój wróg klęczy przede mną.
Zamykam oczy i modlę się, Ŝeby to skończyć jak najszybciej. Czy juŜ nie powinien być martwy?
Jak długo jeszcze muszę to robić?
Otwieram oczy i patrzę w dół, ale Voldemorta juŜ nie ma.
Przede mną klęczy Draco Malfoy.
Szare, niewidzące oczy skierowane są na mnie. Jego ciało robi się zimne pod moimi palcami,
strumień krwi wypływa z ust na zniszczoną podłogę…
Budzę się z krzykiem.
ROZDZIAŁ V
Dni mijają, a ja i Malfoy postępujemy według ustalonego schematu. Rano idę do pracy,
przebywam tam tak długo, jak jestem w stanie, wracam do domu, jem z nim obiad, potem go
pieprzę. Z wyjątkiem sporadycznych zakłóceń, układa nam się lepiej niŜ kiedykolwiek mógłbym
przypuszczać: ciągle Ŝaden z nas nie zabił drugiego.
Po tygodniu takiej rutyny wracam do domu pewien, Ŝe wszystko pójdzie ustalonym trybem.
Spodziewam się poczuć zapach obiadu, ale tym razem powietrze jest sterylnie czyste.
Zaintrygowany idę do kuchni. Jest nieskazitelnie czysta i pusta. Nie ma nic do jedzenia w
piekarniku ani na stole. Co do diabła?
Zdejmuję z ramion szatę i rzucam ją ze złością na krzesło. Dzisiaj był cięŜki dzień i gorący
posiłek byłby naprawdę mile widziany. Pracy było wyjątkowo duŜo i musiałem zostać dłuŜej.
Jestem zmęczony, zrzędliwy i głodny.
- Malfoy! - wrzeszczę tak głośno, Ŝe pewnie słychać mnie w całym domu.
- Tutaj! - odkrzykuje.
Odwracam się w stronę, z której dobiega dźwięk.
- Tutaj, to znaczy gdzie?!
- W bibliotece!
Rzeczywiście tam go znajduję, zwiniętego na kanapie, czytającego ksiąŜkę i przyjaznego, jak to
tylko moŜliwe. Zerkam na tytuł - „Duma i uprzedzenia”.
Nawet nie wiedziałem, Ŝe coś takiego posiadam.
- Malfoy, co ty robisz? - pytam, kiedy staję nad nim.
- To się nazywa czytanie, Harry. Powinieneś czasem spróbować. Dobrze by ci zrobiło -
odpowiada nie odkładając ksiąŜki.
- Wiem, Ŝe czytasz… to nie jest… mógłbyś ją na chwilę odłoŜyć?
Wkłada do ksiąŜki zakładkę i zamyka ją, dopiero potem patrzy na mnie, z pustym wyrazem
twarzy.
- Nie ma nic do jedzenia - mówię moim „jestem poirytowany” głosem.
- Nie gotowałem dzisiaj - stwierdza fakt.
- Cholera, widzę. Ale dlaczego?
- PoniewaŜ nie miałem ochoty. Przypomnij sobie, Harry. Gotowanie nie było częścią naszej
umowy. Mam mówić ci po imieniu, moŜesz mnie pieprzyć, siedzę w domu jak w jakimś
przeklętym więzieniu, ale nie było mowy o przygotowywaniu posiłków…
Racja, tego nie mam prawa wymagać. Najwidoczniej przyjąłem to za pewnik.
22
- Więc co, do diabła, będziemy jeść? - rozpaczliwie próbuję zachować twarz.
- A jak radziłeś sobie do tej pory? Naprawdę Harry, mógłbyś coś przygotować. Na pewno by cię
to nie zabiło - przerywa na chwilę. - Albo moŜemy gdzieś wyjść.
- Co?
- Na zewnątrz. Kolacja w restauracji.
Publicznie, z nim? JuŜ raz tak zrobiliśmy. CzyŜby miał ochotę na powtórkę?
Potrzebuję chwili, aby rozwaŜyć wszystkie moŜliwości. Gotowanie - jestem w tym beznadziejny.
Zanim Draco ze mną zamieszkał, przewaŜnie jadałem na mieście. Mógłbym teŜ zrezygnować z
obiadu. Lub, według sugestii, wyjść gdzieś z nim. Ostatnia opcja wydaje mi się najlepsza.
- Świetnie. Więc chodźmy. Daj mi tylko chwilę na przebranie - podejmuję decyzję.
Kiedy odwracam się, Ŝeby wyjść z pokoju, kątem oka dostrzegam na jego twarzy triumfalny
uśmieszek.
Czterdzieści minut później docieramy do restauracji w centrum miasta, serwującej amerykańskie
potrawy. Jest zapełniona, ale atmosferę ma relaksującą, a jedzenie bardzo dobre.
Gdy kelner przyjmuje nasze zamówienia, obserwuję Malfoya ponad stołem. Zadziwiające, jak
szybko potrafi przeobrazić się z powrotem w dobrze wychowanego, młodego panicza z wyŜszych
sfer, gdy tylko znajdzie się w kulturalnym otoczeniu. Ta dystyngowana, arystokratyczna aura,
którą wokół siebie roztaczał, wraca ze zdwojoną siłą.
Ciągle go obserwując, nie mogę przestać zastanawiać się, jak to robi. W jaki sposób zdołał
pozostać sobą, mimo tego, kim się stał.
Zabawne, ale jakaś część mnie podziwia go za to. Gdyby tylko nie był takim paskudnym, małym
skurwysynem w szkole…
Chwilę po tym, jak kelner odchodzi, Malfoy kieruje wzrok na mnie.
- O co chodzi? - pyta.
- To znaczy? - próbuję grać niewinnego.
- Gapiłeś się na mnie.
- Tak? Przepraszam. - Czekam, czy powie coś jeszcze, ale milczy. Pije wodę i rozgląda się,
oceniając wnętrze. Sądzę, Ŝe jest zadowolony.
Na szczęście jedzenie zostaje przyniesione szybko i obaj mamy się czym zająć. Patrzę jak je i
próbuję porównać tego miłego, młodego męŜczyznę z kimś, kogo miałem pod sobą na kolanach
zeszłej nocy. Nie udaje mi się to.
Ten dylemat sprawia, Ŝe chcę zadać mu kilka pytań. Wiem, Ŝe odpowie, dlatego w końcu się
decyduję.
- Jak długo to robisz, Malfoy?
- Co? Jem?
- Nie bądź idiotą, wiesz o co chodzi.
- Miałeś na myśli sprzedawanie się na ulicy jak kawałek mięsa?
- Jesteś strasznie bezpośredni, ale tak…
Wzrusza ramionami i nabija na widelec kawałek marchewki.
- Trochę ponad rok.
- Czy… lubisz to?
Słysząc moje pytanie zamiera w połowie ruchu. Odkłada widelec i wpatruje się we mnie.
- Kurwa, Harry. Jesteś powaŜny? Czy to lubię?
Rozumiem, dlaczego mógłby posądzać mnie o Ŝart, ale nie to jest moim celem. Wiele razy
zastanawiałem się, dlaczego robi to nadal, skoro tak bardzo tego nienawidzi. Jego reakcja
powoduje, Ŝe chcę się bronić.
23
- Więc dlaczego robisz to tak długo? - w moim głosie pobrzmiewa nutka oskarŜenia.
Studiuje przez chwilę moją twarz, zanim odpowiada.
- PoniewaŜ teraz nie mam juŜ wyboru.
- Nie moŜesz odejść - raczej stwierdzam, niŜ pytam.
- Nie. Jeszcze nie.
- Dlaczego?
- PoniewaŜ Pete zabiłby mnie.
- Zabiłby cię. Wiesz to na pewno - i znowu stwierdzam, nie pytam.
- Oczywiście. Nie mam Ŝadnych wątpliwości. JuŜ raz próbowałem. Kilka miesięcy temu, kiedy
stwierdziłem, Ŝe to nie jest warte Ŝadnych pieniędzy, chciałem odejść.
Bierze duŜy łyk wina i ostroŜnie wyciera usta serwetką. Patrzę na niego, czekając na ciąg dalszy.
Kiedy staje się oczywistym, Ŝe nie zamierza kontynuować, pytam ponownie.
- Co się wydarzyło?
- Znalazł mnie i wybił mi skutecznie takie myśli z głowy.
Przez chwilę tylko siedzę i gapię się na niego. Sposób, w jaki powiedział ostatnie zdanie…
równie dobrze mógłby czytać prognozę pogody… zupełnie bez emocji. Wytrąca mnie to z
równowagi bardziej, niŜ chciałbym przyznać.
Odzywa się, zanim decyduję, co mógłbym jeszcze powiedzieć.
- Zrozum, Harry. On nie jest tylko sutenerem. Macza swoje tłuste paluchy w róŜnych,
nielegalnych interesach. Narkotyki, porwania, Ŝeby wymienić tylko to. Jego działalność tworzy
bardzo rozległą siatkę.
- I ty, biedna, mała istota, dałeś się w nią złapać?
- Tak, dałem. I nie zdołałem uciec dostatecznie daleko, Ŝeby mnie nie znalazł. I, na Merlina,
skończ z tym.
- Skończyć z czym?
- Nie będę odpowiadał na twoje pytania, jeŜeli nie przestaniesz być taki sarkastyczny.
- W porządku - zgadzam się, raptownie tracąc ochotę na kłótnię.
- Naprawdę? - wygląda na zaskoczonego.
- Naprawdę - wzdycham. - Nie wszystko wokół dzieje się po to, Ŝeby cię jeszcze bardziej
unieszczęśliwić.
Patrzy na mnie czujnym, przenikliwym wzrokiem.
- No, nie wiem. MoŜe jesteś po prostu zbyt zmęczony, Ŝeby ciągnąć to dalej właśnie teraz.
Spoglądam na mój w połowie tylko zjedzony obiad. Zupełnie straciłem apetyt. W zamian sięgam
po wino i wypijam solidną porcję.
- Musisz być bardzo zdesperowany, skoro przyjąłeś moją propozycję.
- Tak, jestem - odpowiada cicho.
- Znienawidziłeś mnie pewnie jeszcze bardziej.
- Nienawiść to silne słowo - wzrusza ramionami. - Nienawidziłem cię w szkole i zobacz, gdzie
mnie to zaprowadziło.
Kiwam głową, chociaŜ nie rozumiem. Pamiętam jednak uczucie mdłości, atakujące mnie od
pierwszej nocy, i zastanawiam się, czy nienawiść nie jest słowem za słabym.
Malfoy wraca do posiłku, a ja, z braku wyboru, do picia.
PodąŜa za mną, kiedy idę przez dom, próbując zdecydować, gdzie zakończyć ten wieczór. Jego
kroki działają na mnie dziwnie uspokajająco. Chyba przyzwyczajam się do jego obecności. MoŜe
nawet będzie mi go potem trochę brakowało.
- Więc gdzie… - zaczyna mówić, ale urywa nagle.
24
Obracam się w jego kierunku i patrzę z zainteresowaniem.
- Harry, nie…
- Co nie? - pytam, biorąc z barku butelkę whisky.
- Nie pij więcej. Masz dość.
- Co? - mówię z niedowierzaniem. - Nie, nie mam.
- Harry, daj spokój. Musiałem przywieźć nas do domu.
- Ale teraz juŜ tu jesteśmy i nie muszę więcej prowadzić.
- Harry…
- Co cię to obchodzi, czy piję, czy nie? - przerywam mu ze złością.
Wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, ale obawia się mojej reakcji. Wreszcie odwaga bierze w
nim górę.
- Robisz się brutalny, kiedy jesteś pijany.
Brutalny? Być moŜe. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. I nadal potrzebuję drinka. A Malfoy,
do tej pory, nie sprawiał wraŜenia, jakby miał jakikolwiek problem z zaakceptowaniem tego
stanu rzeczy.
- Postaram się być delikatny - mówię, choć nie jestem pewien, co to znaczy.
Wygląda na pokonanego, kiedy siada na kanapie.
- Jasne, w takim razie oszukuj się dalej.
Zamieram. Stoję, z butelką w wyciągniętej ręce, jak gdybym mu ją proponował.
- Co to ma znaczyć?
Ma spuszczony wzrok i jest zamyślony. Czy teraz zdecyduje się to wyjaśnić? Wydaje mi się, Ŝe
juŜ wcześniej zadałem mu podobne pytanie, ale w jakiś sposób uniknął odpowiedzi.
Nie tym razem.
- To po prostu znaczy, Ŝe pijesz za duŜo - patrzy w górę. - Alkohol jest dla ciebie ucieczką.
Z hukiem odstawiam butelkę. Mimochodem zauwaŜam, jak kilka kropli rozpryskuje się po barku.
- Więc teraz bawisz się w psychologa?
- Nie muszę być psychologiem, Ŝeby widzieć, co się z tobą dzieje, Harry. Alkohol, praca, dom na
odludziu… wszystko po to, aby ukryć się przed światem. To, czego nie wiem, to powód, dla
którego to robisz.
- Gówno wiesz.
- A właśnie, Ŝe wiem. Mogłem to oglądać kaŜdego cholernego dnia, odkąd tu zamieszkałem.
- Słuchaj, to nie tak, Ŝe nie masz racji. Ale po tym, co przeszedłem, mam prawo czasem trochę…
- Oszczędź mi słuchania, jakie to okropne miałeś Ŝycie, Harry. JuŜ o tym mówiłeś. I jeŜeli
jeszcze nie zauwaŜyłeś, ja takŜe nie miałem lekko. Ale ty nie jesteś łaskaw zauwaŜyć, jak bardzo
próbuję o tym zapomnieć!
- To nie tak. Wszystko, czego chcę, to mieć święty spokój. Odwaliłem swoją robotę, uratowałem
ś
wiat… teraz po prostu potrzebuje się napić! - ja takŜe krzyczę. Kiedy zacząłem?
- Uratowałeś świat i moŜesz zapić się na śmierć? O to ci chodzi? śeby szybko dołączyć do
swoich rodziców?
- Malfoy, przysięgam na Boga, jeŜeli zaraz się nie zamkniesz…
- Co wtedy zrobisz? - wstaje. - Uderzysz mnie? Poczujesz się przez to lepiej? A moŜe znowu
zaciśniesz ręce na moim gardle? Co się do diabła z tobą dzieje, Harry?
Dosyć. Nie chcę słyszeć nic więcej. To, co mówi… Nie mogę…
Rzucam się na niego i powalam na podłogę. Pochylam nad nim i bez udziału świadomości
zaciskam mu palce na szyi. Ma szeroko otwarte oczy i urywany oddech.
Jest zaskoczony. CzyŜby sądził, Ŝe jednak tego nie zrobię?
Ale sam zaczął. To był jego pieprzony pomysł.
25
Wykrzykuje mu to w twarz, Ŝeby zrozumiał.
I nagle dzieje się coś strasznego.
Jego twarz zostaje zastąpiona tą z mojego snu. Zimną, martwą, pustą, krew płynie…
Nie!
Odsuwam od niego ręce i wstaję gwałtownie. Nogi nie bardzo mnie słuchają i zataczam się.
Muszę wyjść. Muszę się natychmiast stąd wydostać.
Malfoy przewraca się na bok i spazmatycznie łapie powietrze, trzymając dłonie na szyi. Jego
twarz nie jest juŜ martwa, ale za to bardzo, bardzo blada. Patrzy na mnie z zupełnie
nieodgadnionym wyrazem oczu.
Zanim powie cokolwiek, wsadzam do kieszeni kluczyki i wybiegam z pokoju.
Kiedy jestem juŜ w samochodzie, dociera do mnie, Ŝe nie mam pojęcia, co dalej. Wiem tylko, Ŝe
muszę stąd odjechać. Od Draco i jego martwej twarzy.
Trzęsącymi się rękami uruchamiam silnik i wyjeŜdŜam na ulicę. Bardzo się staram nie myśleć o
tym, Ŝe prawie go zabiłem.
Nie czuję się dostatecznie pijany, więc ruszam w kierunku miasta i najbliŜszego baru, miejsca,
odwiedzanego przeze mnie juŜ wielokrotnie. Barman mnie zna i pyta, czy chcę to, co zwykle.
Kiwam głową i dwie minuty później siedzę przy stoliku w rogu pomieszczenia, z ciągle
trzęsącymi się rękami, zawiniętymi wokół szklanki.
Piję przez dłuŜszy czas, tracąc w końcu rachubę, jak długo to trwa. Zapominam o wszystkim,
łącznie z powodem, dla którego tu siedzę.
ś
eby uciec, zapomnieć, ukryć się? Czy chcę się ukryć? Czy Malfoy ma rację?
Nie, oczywiście, Ŝe nie. Jak on mógłby cokolwiek wiedzieć?
„Być moŜe zna cię lepiej, niŜ ty sam siebie…”
Potrząsam głową i zmuszam się do wyrzucenia z głowy tej myśli.
Podnoszę szklankę do ust i piję… po łyku za wszystko - za wątpliwości, za lęk, za ból - wszystko
tonie w słodkich oparach gorzkiego trunku.
ROZDZIAŁ VI
Budzenie się przypomina mi próbę pływania w melasie - odzyskanie świadomości jest
niesamowicie trudne, powolne i wymagające wiele wysiłku.
W końcu udaje mi się otworzyć jedno oko, potem drugie, tylko po to, Ŝeby zaraz zamknąć je z
jękiem zaskoczenia. Dzisiaj dla odmiany słońce świeci jaskrawo, jego promienie wpadają do
pokoju i przewiercają moją czaszkę rozŜarzonymi do białości igłami bólu.
Znowu jęczę i rozpaczliwie próbuję wrócić do bezbolesnego snu, albo chociaŜ do stanu
nieświadomości zaraz po przebudzeniu. Niestety, jest juŜ na to za późno.
Być moŜe, jeŜeli tylko udałoby mi się poruszyć i znaleźć wygodniejszą pozycję…?
Ale kaŜdy ruch powoduje dobrze mi znane uczucie nudności. Oddycham głęboko, Ŝeby je
stłumić - ale znów jest za późno. JuŜ czuję w gardle palący smak Ŝółci. Chwilowo zapominam o
bólu, zrywam się z łóŜka i potykając, idę do łazienki tak szybko, jak mogę. W ostatniej chwili
opadam na podłogę nad toaletą i wymiotuję gwałtownie.
Mam wraŜenie, Ŝe trwa to godziny, choć zapewne mniej niŜ minutę. W końcu opieram się o
ś
cianę i wycieram gwałtownie usta.
Gardło szczypie jak zalane kwasem, a w głowie dudni dziesięć razy mocniej niŜ wcześniej. Mam
uczucie, jakby mózg chciał wydostać się z czaszki. Ból wywołuje kolejne nudności i wymioty.
Wymioty wzmagają ból, a on powoduje nawrót nudności. To jakieś błędne koło!
26
Po długim czasie mój Ŝołądek jest pusty, nawet suche torsje ustają. Odsuwam się od toalety i
chowam twarz w dłoniach.
BoŜe, co wyprawiałem zeszłej nocy? Jak duŜo musiałem wypić, Ŝeby skończyć w ten sposób?
Bar jest ostatnia rzeczą, jaką pamiętam. W jaki sposób dotarłem do domu? Przyjechałem
samochodem?
Tyle pytań i Ŝadnych odpowiedzi. Jestem sfrustrowany i trochę więcej niŜ przestraszony. Nigdy
wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem - takiej kompletnej utraty kontroli.
Ciągle jestem roztrzęsiony, kiedy spuszczam wodę w toalecie i zmuszam się do wstania.
Podtrzymując się jakieś półki, sięgam do następnej po eliksir na kaca.
„Błagam, niech jeszcze jakiś będzie”.
Wzrok mam mętny i nieostry, muszę grzebać w szafce kilka chwil, zanim znajduję to, co chcę.
Natychmiast chciwie wypijam lekarstwo.
Przez przeraŜającą chwilę wydaje mi się, Ŝe i to zwymiotuję, ale głębokie oddechy łagodzą
nudności i Ŝołądek powoli akceptuje eliksir.
Pochylam głowę i jeszcze chwilę czekam na reakcję organizmu.
Na szczęście, nie trwa to długo. Ból i ostatnie nudności powoli odpływają, chociaŜ nic nie jest w
stanie przywrócić mi pamięci.
Prostuję się z ogromnym westchnieniem ulgi, robię krok w stronę zlewu i odkręcam zimną wodę.
Nabieram jej w dłonie i przemywam twarz, Ŝeby doprowadzić się do porządku.
Woda jest chłodna i orzeźwiająca w kontakcie z rozpaloną skórą. Czuję się jak w niebie. W
końcu wszystko zaczyna wracać do normy. Jeszcze tylko filiŜanka kawy i będę…
Ta myśl zostaje nagle urwana, gdy po raz pierwszy uświadamiam sobie ból dłoni. Jak mogłem
nie zauwaŜyć tego wcześniej - pewnie przez łomot w głowie. Z ciekawością patrzę w dół i to, co
widzę, niemal zwala mnie z nóg. Kłykcie mam posiniaczone i opuchnięte. Zginam ostroŜnie
palce i widzę na nich zaschniętą krew. Niewiele, ale jednak.
Podnoszę głowę i po raz pierwszy dzisiaj spoglądam na swoją twarz w lustrze. To, co widzę, po
raz kolejny pozbawia mnie oddechu. Lewy policzek, podobnie jak dolna warga, jest opuchnięty.
Podnoszę dłoń, Ŝeby go dotknąć, ale za bardzo się trzęsie. Opuszczam rękę i gapię się w swoje
odbicie.
„Co mi się, do diabła, stało?”
„Co wyprawiałem ostatniej nocy?”
Znowu pytania bez odpowiedzi. Zmuszam mózg do przypomnienia sobie czegokolwiek… ale
bez skutku. I wtedy przypominam sobie o Malfoyu, drugim uczestniku tego dramatu.
Czy to moŜliwe, Ŝeby to jego krew była na moich rękach? JeŜeli tak, to co, na Merlina,
zrobiłem!?
Pobudzony strachem przebiegam przez sypialnię i na korytarzu głośno krzyczę jego imię. Prawie
spadam ze schodów i wpadam do salonu. To, co tam widzę, tylko zwiększa moje przeraŜenie.
Ława jest przewrócona, a stojący na niej do tej pory wazon, stanowi juŜ tylko stertę
roztrzaskanych skorup.
Jestem coraz bardziej pewny, Ŝe zrobiłeś coś naprawdę złego.
Dalej rozpaczliwie wołam Malfoya i ciągle nie otrzymuję odpowiedzi. Wybiegam z salonu i po
kolei sprawdzam pomieszczenia, w których przebywał - bibliotekę, kuchnię. Ani śladu. Nic.
Bliski szaleństwa wracam na górę i otwieram drzwi jego pokoju. Wchodzę i rozglądam się.
Mam serce w gardle, kiedy dostrzegam sylwetkę w łóŜku.
Znalazłem go, wszystko teraz zaleŜy od tego, w jakim stanie.
Biorę głęboki oddech i wypowiadam jego imię. Postać pod kołdrą nie porusza się. Nie powinno
mnie to dziwić, mimo Ŝe mój głos tym razem jest niewiele głośniejszy od szeptu.
27
Jeszcze raz wołam go po imieniu, tym razem głośniej. Ruszam w końcu w stronę łóŜka, a ciało
drŜy mi tylko trochę. Malfoy nadal nie daje Ŝadnego znaku Ŝycia.
Docieram do łóŜka i wyciągam rękę, Ŝeby odsunąć kołdrę. Robię to boleśnie powoli, nie mogąc
zmusić się do szybszych ruchów. Muszę się jednak przekonać, czy moje przeraŜenie jest
uzasadnione.
Biorę głęboki oddech i odsuwam kołdrę na tyle, Ŝeby zobaczyć twarz Malfoya.
Och, Merlinie! Jest dokładnie tak, jak podejrzewałem. Zrobiłem coś bardzo, bardzo złego.
Jego blada twarz jest pokryta siniakami, rozcięciami i plamami zakrzepłej krwi, opuchnięta tak
bardzo, Ŝe prawie nie moŜna jej rozpoznać. Ciągle się trzęsąc, odsuwam kołdrę z reszty ciała. Ma
na sobie to samo ubranie, co wczoraj, ale jest ono w duŜo gorszym stanie, niŜ moje.
Przyglądam się jego klatce piersiowej. Powoli i z wysiłkiem, ale jednak podnosi się i opada
rytmicznie. Śpi, choć to sen daleki od normalnego. Grymas bólu na twarzy jest tego najlepszym
dowodem.
To moja wina.
Ś
wiadomość tego powoduje, Ŝe świat zaczyna wirować wokół mnie ponownie, i czuję nawrót
mdłości. śeby się pozbyć tego uczucia zaciskam dłonie tak mocno, aŜ paznokcie wbijają mi się w
skórę. Właśnie teraz nie mogę pozwolić sobie zemdleć lub chorować.
Kiedy zawroty głowy mijają, siadam na brzegu łóŜka i delikatnie kładę dłoń na jego ramieniu.
- Draco?
Jęczy i nieznacznie porusza głową.
- Draco, proszę, obudź się. Proszę… - zabieram rękę z ramienia i dotykam jego włosów.
Tym razem jęk jest głośniejszy, a powieki zaczynają mu lekko drŜeć.
Moja dłoń napotyka na coś lepkiego we włosach. Patrzę na palce i widzę, ze są ciemnoczerwone.
Podobnie jak poduszka.
Chwytam jego dłoń i zaciskam delikatnie.
- Otwórz oczy, Draco.
Zaskakuje mnie, kiedy jednak otwiera jedno, to niespuchnięte. Mruga z wysiłkiem i chwilę
zajmuje mu skupienie wzroku na mnie.
- Harry? - charczy.
- Tak, to ja - bardzo się staram, Ŝeby mój głos brzmiał pocieszająco.
Jego spojrzenie, choć mętne, staje się twarde i zimne.
- Przyszedłeś… skończyć to, co… zacząłeś?
Chwilę zajmuje mi zrozumienie tego, co mówi. Opuchnięty nos i usta zniekształcają słowa.
- Nie… ja… - wyciągam w jego stronę drugą rękę, ale on wyszarpuje się spod mojego dotyku i
stara odsunąć jak najdalej.
- Nie waŜ się, kurwa, mnie dotykać! - krzyczy, a sekundę później jego twarz wykrzywia się z
bólu jak w agonii.
Nieruchomieję. Odsuwam od niego ręce.
- Czy to… czy ja to zrobiłem? - pytam, choć cholernie dobrze znam odpowiedź.
Patrzy na mnie krzywo i gorzki, zduszony śmiech wymyka mu się z ust.
- Och, cudownie… to jest po prostu wspaniałe. Ty nic nie pamiętasz… prawda?
Widać, Ŝe cięŜko mu mówić. Jego oddech jest urywany i płytki, musi robić przerwę po kaŜdym
słowie. To nie jest tylko rozbity nos. Być moŜe połamane Ŝebra. Krwawienie wewnętrzne. Ale
chyba nie, bo musiałby kaszleć krwią.
Przymykam oczy i przypominam sobie, Ŝe zadał pytanie.
- Nie - odpowiadam cicho.
- Tak, Harry… to twoja sprawka. Podobnie jak wielu moich pierdolonych klientów… zrobiłeś się
28
za bardzo… napalony.
Jego słowa trafiają celnie i muszę odwrócić twarz, bo wstyd nie pozwala mi dłuŜej na niego
patrzeć.
Kiedy wreszcie zmuszam się do ponownego spojrzenia, jego oczy są zamknięte. Gapię się
bezmyślnie na zabarwioną na fioletowo twarz, krzepnącą na włosach krew i podnoszącą się z
wysiłkiem klatkę piersiową i wiem, Ŝe muszę coś zrobić.
- Zawiozę cię do szpitala.
Niespodziewanie łapie mnie za rękę i ponownie otwiera oczy.
- śadnych szpitali.
- Co? Dlaczego?
- Pomyśl, Harry. Trafisz do więzienia - na chwilę przerywa i patrzy przed siebie. - Z więzienia
nie będziesz mógł mi zapłacić.
Więc wracamy do pieniędzy. Zawsze chodzi o pieniądze. Co do szpitala ma jednak rację.
Zabierając go tam, w obecnym stanie, nie obejdzie się bez policji. Ale przecieŜ nie moŜe zostać
tutaj i cierpieć, w nadziei, Ŝe wszystko samo się jakoś ułoŜy. A ja nie znam magii uzdrawiającej
na tyle dobrze, aby sobie poradzić.
Przykłada dłoń do czoła i pociera delikatnie, a twarz wykrzywia mu grymas bólu.
- Zostaw mnie samego - szepcze.
Właśnie mam odpowiedzieć, Ŝe nie mogę tego zrobić, kiedy uderza mnie myśl - Hermiona szkoli
się na magomedyka, ona mogłaby pomóc. Uczy się dopiero pierwszy rok, ale z jej zdolnościami
juŜ jest lepsza od większości starszych od niej uzdrowicieli.
I Hermiona zrozumie potrzebę dyskrecji.
Tak właśnie muszę zrobić. Sprowadzić Hermionę.
Kiedy wreszcie zdecydowałem, co robić, zwracam się do Malfoya
- Załatwię kogoś, kto ci pomoŜe, dobrze? Nie mugolskiego lekarza, ale ktoś musi cię obejrzeć.
Nie odpowiada, tylko odwraca głowę i drŜy nieznacznie.
Wygładzam kołdrę, Ŝeby go przykryć i jakoś udaje mi się oprzeć śmiesznemu pragnieniu otulenia
go nią.
Nie chcę tracić więcej czasu, kto wie jak długo juŜ tu leŜy i cierpi.
Zbiegam na dół, do kominka, i nabieram garść proszku z miski stojącej na jego obudowie.
Równocześnie wyciągam róŜdŜkę z tylnej kieszeni i celuję ją w stronę paleniska. Rozpalam mały
ogień i wrzucam proszek. Klękam i wkładam do niego głowę.
Patrzę na wnętrze domu, dobrze mi znanego, choć nie bywam w nim tak często, jak powinienem.
- Hermiona? Ron? - wołam.
Po kilku sekundach oboje biegną w stronę kominka, z przeciwległych kierunków, z wyrazem
zaskoczenia i zaciekawienia na twarzach.
- Harry? - pyta Ron, równocześnie z tym, jak słyszę Hermionę.
- Harry, czy stało się coś złego?
Patrzę na nią, ignorując przyjaciela.
- Hermiona, potrzebuję cię jak najszybciej, proszę…
- Ale co… - potrząsa głową z zakłopotaniem.
- Wyjaśnię wszystko na miejscu, tylko proszę, pośpiesz się…
- Dobrze… oczywiście…
- I… zabierz medykamenty.
Wygląda na bardzo zdezorientowaną, ale kiwa głową na znak zgody, a mnie w tej chwili tylko na
tym zaleŜy.
29
Wyciągam głowę z kominka i wstaję, ignorując ból w kolanach. Czekam.
Dwie minuty później, zarówno Ron, jak i Hermiona, aportują się do salonu.
- Jesteśmy, Harry. Co się dzieje? Jesteś chory? - pyta moja przyjaciółka podchodząc do mnie. W
ręce ma walizkę z lekarstwami.
- Nie, nie ja. Chodzi o kogoś innego.
- O kogo?
- Jest w pokoju na piętrze.
- Ale kto to jest? Jakiś mugol?
- Hermiona, wszystko ci później wyjaśnię. Teraz najwaŜniejsze jest, Ŝeby mu pomóc. - Chwytam
ją za rękę i ciągnę za sobą po schodach. Ron, który do tej pory nie odezwał się słowem, idzie za
nami.
Wchodzę do pokoju, oni za mną. Rzucają jedno spojrzenie na osobę w łóŜku i oboje jednocześnie
zarzucają mnie gradem pytań. Mówią tak szybko, Ŝe nie jestem w stanie rozpoznać, kto zadał
które pytanie.
- Malfoy?
- Co on tu robi?
- Co mu się stało?
- Harry, o co tu chodzi?
Malfoy z kolei patrzy na moich przyjaciół i przewraca zdrowym okiem.
- No tak, lepiej juŜ być nie moŜe - mówi.
- Harry, wyjaśnij. Natychmiast - Ron robi krok w moją stronę, ale po raz kolejny go ignoruję.
- Hermiona… proszę.
Patrzy na mnie przez dłuŜszą chwilę, jakby nie mogła zdecydować, czy ciągle jestem zdrowy
psychicznie. W końcu wzdycha i obraca się w stronę łóŜka.
- Wyjdźcie stąd, obydwaj. Zawołam was, kiedy skończę.
- Nie zostawię cię samej z tym gnojkiem! - wrzeszczy Ron.
Hermiona przewierca go spojrzeniem, które obaj tak dobrze znamy, a które oznacza „nie pierdol
mi tu”.
- Ron, wyjdź natychmiast. Proszę. Wszystko będzie w porządku, prawda Harry?
- Oczywiście - kiwam głową. - On nie jest niebezpieczny.
W stanie, w jakim się znajduje, nawet gdyby chciał, nie mógłby nikogo skrzywdzić.
„W stanie, do jakiego ja go doprowadziłem”
- Poczekamy w salonie - mówię i chwytam rękę Rona, Ŝeby wyciągnąć go z pokoju. Przez chwilę
wydaje mi się, Ŝe stawi opór, ale najwidoczniej postanawia mi zaufać i pozwala się wyprowadzić.
Schodzimy na dół i siadamy na kanapie, przodem do przewróconej ławy.
Ron splata ręce na piersi i patrzy na mnie.
- Porozmawiaj ze mną - prosi.
Milczę, czując się przyparty do muru tym pytaniem. Nie mam bladego pojęcia, jak zacząć
wyjaśnienia. Ale on nie chce zrezygnować.
- Dlaczego Malfoy jest w twoim domu? I dlaczego wygląda, jakby ktoś spuścił mu niezłe lanie?
- To... to naprawdę długa historia - odzywam się w końcu.
Odchyla się do tyłu w pozie parodiującej relaks.
- Mam czas. Kiedy Hermiona jest zajęta leczeniem naszego największego wroga… mam
mnóstwo czasu - faktem jest, Ŝe jego własne „nie pierdol mi tu” spojrzenie nie jest tak
przeraŜające jak Hermiony, ale mimo wszystko działa. Wiem, Ŝe muszę powiedzieć, co się stało.
Opowiadam, jak spotkałem Malfoya, tamtej pamiętnej nocy. Krótko opisuję nasza umowę, aŜ w
30
końcu dochodzę do wczorajszej kłótni i mojej wizyty w barze. Kończę opowiadając, co się
okazało, kiedy obudziłem się dzisiaj rano. Pomijam wiele szczegółów - są rzeczy, o których
nawet mój najlepszy przyjaciel nie musi wiedzieć.
W tym czasie Hermiona ciągle zajmuje się Malfoyem. To zabawne, Ŝe czasami ludzkie losy
toczą się zupełnie inaczej, niŜ moglibyśmy przypuszczać. Wszyscy spodziewali się, Ŝe moja
najlepsza przyjaciółka zostanie wysokiej rangi urzędnikiem w Ministerstwie, lub kimś
podobnym. Nikomu nie przyszłoby do głowy, Ŝe ona wolałaby pracować jako magomedyczka.
AŜ do dnia, kiedy w jednej ze szczególnie brutalnych bitew Ron stracił nogę. Trzymała go za
rękę na polu bitwy, kiedy krwawił, i później, gdy uzdrowiciel w magiczny sposób próbował
utraconą część ciała odzyskać. Ten człowiek uratował Ronowi Ŝycie. W tamtym memencie
zdecydowała, jak dalej potoczy się jej kariera. RównieŜ wtedy zrozumiała, Ŝe kocha jednego ze
swoich najlepszych przyjaciół.
ChociaŜ ciągle się uczy i technicznie nie jest w pełni wykwalifikowana uzdrowicielką, posiada
nadzwyczajne umiejętności. I właśnie ona, teraz leczy Draco - dziwkę. Ironia tej sytuacji jest
obezwładniająca.
- Co u diabła sprawiło, Ŝe uznałeś to za dobry pomysł, Harry? - Ron odzywa się, kończąc
wędrówkę moich myśli.
- Nigdy nie twierdziłem, Ŝe to był dobry pomysł - próbuje się bronić.
- Więc o co chodzi? - pochyla się w moją stronę.
Zaczynam tracić cierpliwość. Jak moŜe wymagać ode mnie wyjaśnienia czegoś, czego sam nie
rozumiem?
- Nie wiem, Ron! Nie wiem!
Potrząsa głową i mogę uznać, Ŝe ta kwestia jest zakończona.
- Malfoy skończył jako prostytutka. Muszę przyznać, Ŝe jest w tym jakaś historyczna
sprawiedliwość…, chociaŜ, znając go, pewnie czerpie z tego duŜo przyjemności.
Przypominam sobie pierwszą noc i dochodzące z korytarza odgłosy wymiotów.
- Nie, wcale tego nie lubi - mówię cicho.
Oddycha głęboko i wbija wzrok w podłogę.
- Słuchaj, Harry. Jesteś juŜ dorosły. Jeśli chcesz pieprzyć Malfoya… to… to jest tylko twoja
sprawa. Ale obiecaj mi, Ŝe będziesz ostroŜny. - Patrzy na mnie, a jego wzrok jest powaŜny,
prawie błagalny. - Mimo, Ŝe nie moŜe uŜywać magii, to ciągle Malfoy, Ślizgon całym sercem.
Wykorzystuj go, jak ci się podoba, ale nie pozwól sam zostać wykorzystanym.
Bez słowa kiwam głową na znak zgody. Jakaś bryła w gardle nie pozwala mi wykrztusić słowa.
- W takim razie w porządku - mówi jeszcze i z powrotem opiera się o kanapę.
Zalega niewygodna cisza, podczas której czekamy na wiadomości o „pacjencie”.
Około dwudziestu minut później Hermiona wreszcie do nas dołącza. Siada na krześle naprzeciw
nas, pobieŜnie lustrując przewróconą ławę i szkło na podłodze.
- Co z nim? - pytam.
Potrząsa głową i zmęczonym gestem przejeŜdŜa dłonią po włosach.
- PrzeŜyje. Najgorsze były złamane Ŝebra i wstrząs mózgu. Nadal nie mogę uwierzyć, w jaki
sposób udało mu się odzyskać przytomność. Naprawdę jest cholernym szczęściarzem. Przez dwa
lub trzy dni nie moŜe wstawać z łóŜka, Ŝeby ciało zupełnie się zregenerowało. Powinno być
wszystko w porządku. Teraz dałam mu eliksir i śpi.
Oddycham z ulgą.
- Dziękuje Hermiono. Nie wiem, jak ci się odwdzięczę.
- Wystarczą wyjaśnienia.
- Malfoy nie powiedział, co się stało?
31
- Twierdzi, Ŝe to nie jego problem. śe to naleŜy do ciebie.
Zaciskam dłonie razem i próbuję nie patrzeć jej w oczy.
- Nie sądzę, Ŝeby to był odpowiedni moment na zagłębianie się…
- Harry! Właśnie uzdrowiłam Malfoya. Draco Malfoya! Lepiej dla ciebie będzie, jeśli
natychmiast wyjaśnisz, co się dzieje!
- Hermiona, ja… - Dlaczego z Ronem wszystko było łatwiejsze?
Ale juŜ mnie nie słucha. Wpatruje się w moje opuchnięte dłonie. Powoli podnosi wzrok na twarz.
Mam nadzieję, Ŝe dopiero teraz zauwaŜa na niej siniaki.
- Harry… twoje ręce… i twarz. Czy to ty…?
- Tak - spuszczam głowę.
- Ale… Harry, dlaczego?
Spoglądam błagalnie na Rona. Nie mogę tego zrobić. Nie jestem w stanie opowiedzieć tej
obrzydliwej historii jeszcze raz. Szczególnie, Hermionie.
Mój przyjaciel wstaje, podchodzi do niej i czule obejmuje ramionami.
- Wracajmy, kochanie. Wyjaśnię ci wszystko w domu.
- Ale dlaczego nie moŜecie powiedzieć mi teraz?
- Harry miał cięŜki ranek, jest wyczerpany i musi odpocząć. Wszystko mi wyjaśnił, a ja opowiem
ci w domu, obiecuję.
Patrzy na niego, marszcząc z powagą brwi. Potem odwraca wzrok na mnie.
- Pozwól chociaŜ uzdrowić twoje ręce.
- Nie - mówię. Potrzebuję tego bólu. śeby przypominał, co zrobiłem. Do czego jestem zdolny.
- Harry.
- NIE!
- Świetnie! - ona takŜe krzyczy. Przez chwilę wygląda na dostatecznie rozgniewaną, aby kłócić
się ze mną, ale zaraz jej wzrok mięknie. Podchodzi do mnie i bierze moja twarz w dłonie.
- NiewaŜne, co się dzieje, Harry. Pamiętaj tylko, Ŝe jesteśmy tu i kochamy cię.
- Wiem - odpowiadam szeptem.
Staje na palcach, Ŝeby pocałować mnie w czoło w matczynym geście i odsuwa się. Podnosi swoją
walizkę i podchodzi do męŜa.
- Pamiętaj, co powiedziałem, stary. I nie izoluj się tak bardzo od nas - słyszę jeszcze głos Rona.
- Obiecuję. I postaram się. Dziękuję wam obojgu.
Uśmiechają się do mnie i aportują. Zostaję sam.
Dobrze, nie całkiem sam. Patrzę do góry, gdzie śpi Malfoy, a przed oczami mam jego twarz…
krew… słyszę słowa, które z takim wysiłkiem wypowiadał.
Opadam na kolana i chowam głowę w ramionach.
Ręce ciągle mnie bolą.
To dobrze. Powinny boleć. Na nic lepszego nie zasługuję. Ktoś taki jak ja, nie zasługuje na nic.
Zaciskam mocno oczy, kiedy zalewa mnie fala smutku i desperacji. Zaczynam się kołysać, tam i
z powrotem, wierząc, Ŝe mógłbym się rozpłakać. ChociaŜ ten jeden raz… CzyŜ ludzie nie czują
ulgi, kiedy płaczą?
Ale łzy nie nadchodzą. Jak zwykle.
ROZDZIAŁ VII
Malfoy przez większość dnia śpi. Łapię się na tym, Ŝe ciągle sprawdzam, czy jeszcze Ŝyje. Jak
jakiś cholerny paranoik, słucham jego oddechu i kontroluję temperaturę. Przypominam ciotkę
32
Petunię trzęsącą się nad chorym Dudleyem.
Bardzo mocno staram się ignorować fakt, Ŝe jestem w czymkolwiek podobny do tej starej suki.
Te kilka razy, kiedy Draco odzyskuje świadomość, nie godzi się na zjedzenie czegokolwiek,
mówiąc, Ŝe nie jest głodny. Nie zmuszam go, chociaŜ mam na to ochotę. To byłoby jednak
zdecydowanie zbyt podobne do postępowania mojej „drogiej” ciotki.
Poza proponowaniem jedzenia - przeze mnie, i odmawianiem - przez niego, nasze wzajemne
interakcje ograniczają się do pomagania mu w drodze do łazienki. Nawet wtedy wymieniamy ze
sobą nie więcej niŜ dwa słowa.
Następny dzień jest lepszy. Przynoszę zupę i kanapki, które zjada. RównieŜ do toalety idzie
samodzielnie, chociaŜ ze zwinnością osiemdziesięciolatka. Pod koniec dnia lecznicze
umiejętności Hermiony są wyraźnie widoczne. Siniaki przybierają barwę Ŝółtą, co przy
naturalnym procesie gojenia nastąpiłoby po około trzech tygodniach. Przecięta skóra bez
wątpienia wymagałaby szycia i, przy mugolskich metodach leczenia, pewnie zostałyby blizny.
Moja przyjaciółka spisała się na medal. Wiedziałem, Ŝe tak będzie.
Ostatnie dwie noce spędziłem na gapieniu się w sufit, próbując odtworzyć w głowie, co takiego
mogłem zrobić Malfoyowi. I niewaŜne, jak bardzo się staram, jedyne, co udaje mi się
przypomnieć, to chaotyczne, niemające Ŝadnego sensu sceny. Przypomina to próbę ułoŜenia
ogromnej łamigłówki posiadając tylko trzy jej kawałki - zajęcie nad wyraz nieefektywne i
frustrujące.
Wstając z łóŜka trzeciego dnia postanawiam nie iść do pracy.
Piszę usprawiedliwienie, Ŝe nie czuję się dobrze i wysyłam sowę do Ministerstwa. Potem biorę
szybki prysznic w nadziei, Ŝe to pomoŜe mi obudzić się. Próbuję sięgnąć po mydło, ale dłonie
odmawiają posłuszeństwa. Moje kłykcie i palce są teraz opuchnięte dwa razy bardziej niŜ
wcześniej. Ból pulsuje w nich bez przerwy, ale właśnie o to mi chodziło, kiedy nie pozwoliłem
Hermionie ich uzdrowić. Wbrew bólowi, albo moŜe właśnie z jego powodu, zmuszam się do
umycia, a potem do ubrania.
Schodzę do kuchni, Ŝeby zjeść coś i napić się kawy. Mimo, Ŝe mój organizm potrzebuje
poŜywienia, nie czuję głodu i tylko skubię tosta. Patrzę na zegar - Draco pewnie juŜ nie śpi.
Zostawiam niedopitą kawę i idę sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje.
Stojąc przed zamkniętymi drzwiami przebiega mnie lekki dreszcz na wspomnienie, jak trzy dni
temu wbiegłem tutaj jak szalony, nie wiedząc, czy osoba w pokoju jeszcze Ŝyje. Pamiętam
uczucie przeraŜenia, Ŝe zrobiłem coś niewybaczalnego. Siłą woli wpycham tę myśl w głąb
mózgu. Inaczej nie zdołam wejść do środka i będę tu stał cały dzień, tonąc we wspomnieniach.
Pukam i szybko otwieram drzwi, automatycznie lustrując wnętrze.
ŁóŜko jest puste. Rozglądam się zaskoczony i dostrzegam jego sylwetkę na tle okna, odwróconą
do mnie plecami. Jest ubrany w dŜinsy i sweter, a mimo to pociera dłońmi ramiona, jak gdyby
było mu zimno.
Odchrząkuję, Ŝeby być pewnym swojego głosu.
- Powinieneś leŜeć.
Odwraca głowę i posyła mi krótkie spojrzenie, zanim znowu zaczyna wpatrywać się w okno.
- Wiem, ale nie chcę.
- Musisz. Nie jesteś jeszcze dostatecznie… - mówię i robię krok do środka. - Hermiona
powiedziała, Ŝe powrót do zdrowia zajmie dwa lub trzy dni, a to dopiero początek trzeciego i…
W tym momencie zdaję sobie sprawę, Ŝe bełkotam i pozwalam słowom zawisnąć w powietrzu, z
nadzieją, Ŝe nie brzmiały całkiem głupio.
Malfoy w końcu odwraca się i stajemy twarzą w twarz. W jego oczach widzę iskierki ponurej
33
wesołości. Tańczą w nich, czyniąc jego twarz bardzo Ŝywą i odrobinę… niebezpieczną.
- To prawie zabawne słyszeć, jak się o mnie troszczysz… zwaŜywszy, Ŝe to właśnie ty mnie do
tego łóŜka połoŜyłeś.
Ś
wietnie, sarkazm najlepiej świadczy, Ŝe zdecydowanie wraca do zdrowia. Chwilę zastanawiam
się nad następnymi słowami. DuŜa część mnie kusi, Ŝeby uciąć tę rozmowę jakąś złośliwością,
tak, jak to zwykle między nami bywało. Ale inna część zna właściwą odpowiedź. Znajduję więc
słowa, o których sądziłem, Ŝe nigdy nie wypowiem do tego męŜczyzny.
- Draco, bardzo przepraszam.
- Och, ale dlaczego? - parska. - PrzecieŜ chciałeś to zrobić od lat. Powinieneś się cieszyć, Ŝe
wreszcie trafiła się okazja.
Potrząsam głową.
- Tak, wiem, ale… nie… to znaczy… to, co zrobiłem, było złe. Nie zasłuŜyłeś…
Ale on nie słucha, co mówię, tylko wyrzuca z siebie ze złością kolejne słowa.
- Nie chodzi o to, Ŝe bicie przez klientów jest dla mnie czymś zaskakującym. Ale nigdy nie
spodziewałem się, Ŝe mógłby to zrobić Cudowny Chłopiec, Obrońca - rozkłada szeroko ramiona,
jakby chciał objąć nimi cały świat. - Obrońca wszystkich, za wyjątkiem dziwek.
- Draco…
- Co?! - wykrzykuje i opuszcza ramiona. W głosie nie słychać juŜ złośliwości, raczej coś na
kształt udręki.
- Ja nie… nie wiem, co powiedzieć.
Cokolwiek wywołało w nim ten wybuch gniewu wydaje się znikać tak szybko, Ŝe po chwili nie
ma po nim śladu. Oddycha głęboko, podchodzi do łóŜka i siada. Bezwiednie zaczyna pocierać
bok szyi, jak gdyby coś go bolało.
- Ja teŜ nie - mówi cicho.
Skoro wreszcie obaj przyznajemy, Ŝe nie mamy sobie nic do powiedzenia, zalega cisza. Nie jest
uciąŜliwa, wręcz przeciwnie - właściwa i odpowiednia. Nie odczuwam potrzeby powiedzenia
czegokolwiek, tylko po to, Ŝeby ją złamać. Ale wiem, Ŝe to zrobię. PoniewaŜ jest coś, co musze
wiedzieć. I jeŜeli nie zapytam teraz, mogę nie odwaŜyć się zrobić tego później.
- Draco? - pytam ostroŜnie. Podchodzę do niego i takŜe siadam na łóŜku, starając się zachować
odpowiednią odległość.
Ciągle pociera szyję, ale kiedy odpowiada, nie patrzy na mnie.
- Tak?
W porządku, chyba mogę kontynuować. Biorę głęboki oddech i pozwalam słowom wypłynąć z
ust.
- Powiesz mi, co się stało tamtej nocy? Co zrobiłem?
Wreszcie na mnie patrzy. Jego spojrzenie jest jednocześnie niedowierzające i rozbawione.
- Nadal nie pamiętasz?
- Nie - potrząsam głową. - Naprawdę niczego.
Jego następne pytanie zupełnie mnie zaskakuje.
- A chcesz pamiętać?
Przez chwilę sam nie jestem pewien odpowiedzi. Czy chcę znać prawdę? Niewiedza czasami jest
błogosławieństwem. Ale nie tym razem. Teraz to tortura.
- Tak, muszę znać prawdę - odpowiadam stanowczo.
Wpatruje się we mnie na tyle długo i intensywnie, Ŝe to zaczyna być niewygodne. Nie chcę tego,
ale zmuszam się, Ŝeby spojrzeć w te szare oczy.
- Nie - słyszę w końcu.
- Co? - musiałem źle zrozumieć.
34
- Nie powiem. JeŜeli tak ci zaleŜy, przygotuj eliksir pamięci i sam sobie przypomnij. Nie mam
zamiaru robić tego za ciebie.
- Ale…
- To nie byłoby sprawiedliwe. Chcesz wiedzieć, co zrobiłeś? Poczuj te chwile samodzielnie.
Właśnie mam zamiar sprzeczać się z nim, kiedy dociera do mnie, Ŝe to on ma rację.
Okrucieństwem byłoby zmuszać go do przeŜywania tego koszmaru jeszcze raz.
- W porządku. Tak zrobię - odpowiadam w końcu.
Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, Ŝe to musi odbyć się właśnie w ten sposób, ale bałem się tej
wiedzy stawić czoła.
- Potrzebuję świeŜego powietrza. Będę w ogrodzie za domem.
Malfoy wstaje pośpiesznie, ale kiedy mnie mija, łapię go za rękę. I mimo, Ŝe robię to naprawdę
delikatnie, czuję jak próbuje się cofnąć. Puszczam go.
- Chcę ci zadać jeszcze jedno pytanie. Zanim sobie przypomnę. Muszę wiedzieć, czy…
zostaniesz?
Patrzy na mnie tak, jakby to była najbardziej idiotyczna rzecz, jaką usłyszał od wieków.
- A dlaczego nie? Miesiąc się jeszcze nie skończył.
Tak bardzo spodziewałem się, Ŝe będzie chciał jak najszybciej spakować swój skromny dobytek i
odejść, Ŝe jego odpowiedź zaskakuje mnie kompletnie.
- Myślałem... Ŝe, z powodu tego, co zrobiłem…
- Nie, Harry. Dobrze wiesz, Ŝe potrzebuję tych pieniędzy. Poza tym, juŜ mówiłem, Ŝe jestem
przyzwyczajony - wzrusza ramionami. - Widocznie takie ryzyko zawodowe.
Mimo, Ŝe nie patrzy na mnie, mogę poczuć promieniujące od niego fale wstydu. Wydają się być
zarówno gorące, jak i lodowate w swej intensywności. Ponownie czuję się okropnie, bo wiem, Ŝe
jestem częściowo za ten wstyd odpowiedzialny.
Właśnie mam zamiar przeprosić go jeszcze raz, kiedy robi coś niespodziewanego. Pochyla się
nade mną i prawie dotyka ustami mojego ucha. Wypowiadane cichym głosem słowa są gorące i
w jakiś mroczny sposób, uwodzicielskie. Zaciśnięte na moim ramieniu palce palą Ŝywym
ogniem.
- Chcę ci zadać pytanie, Harry. Z poczucia winy zacząłeś mówić do mnie po imieniu. Czy to
samo poczucie winy pozwoli ci przestać mnie pieprzyć?
Odsuwa się ode mnie, a ja trwam w kompletnym zaskoczeniu. Malfoy najwidoczniej interpretuje
zalegająca ciszę jako odpowiedź przeczącą. MruŜy oczy w wąskie szparki.
- Tak myślałem. W końcu po to tu jestem - mówi oschłym głosem, odwraca się i wychodzi.
Jestem zbyt zdezorientowany, Ŝeby zrobić cokolwiek, poza gapieniem się na niego, gdy opuszcza
pokój. O co tu chodzi? Co się prze chwilą wydarzyło? Czy Malfoy ma rację? Próbuję sobie
przypomnieć, kiedy zacząłem nazywać go Draco. Ale wspomnienia są mgliste i ukryte przede
mną.
Potrząsam głową, Ŝeby oczyścić umysł i skupić się na tym, co najwaŜniejsze. Muszę
przygotować eliksir pamięci. Najlepiej teraz, zanim stracę odwagę. Cała reszta problemów moŜe
poczekać do czasu, aŜ odzyskam pamięć.
Schodzę na dół, do biblioteki, i przekopuję stosy pergaminów w celu znalezienia odpowiedniej
instrukcji. Na szczęście przygotowanie mikstury nie jest trudne, choć dosyć czasochłonne.
Przygotowanie eliksiru zajmuje godzinę. Po jej upływie, w zwycięskim geście, trzymam w ręce
kubek pełen napoju. A Snape twierdził, Ŝe nie jestem w tym dobry.
Przez chwile przyglądam się mojemu dziełu. Płyn jest ciemny, o wściekle zielonej barwie, która
najprawdopodobniej nie mogłaby istnieć w naturze.
Ś
wietnie. Pewnie będzie smakować jak gówno. Marszczę nos i dzielnie przełykam solidną
35
porcję. Potem następną. Nie myliłem się, co do smaku.
Siadam ostroŜnie na kanapie w salonie i mówię: - 17 września, retrospekcja.
Czekam, trochę zdenerwowany. JuŜ po chwili coś zaczyna się dziać. Odczucie przypomina
trochę posiadanie trzeciego oka. Nadal widzę pokój, całe otoczenie, jestem świadomy miejsca, w
którym przebywam, ale jednocześnie jestem teŜ gdzie indziej.
Widzę siebie, siedzącego w ciemnym, cichym kącie baru. Trochę to przypomina oglądanie filmu,
naprawdę fascynujące wraŜenie. Skupiam na nim całą uwagę.
Wstaję od stolika i potykając się idę w stronę drzwi, dzielnie unikając spojrzenia barmana.
Widzę, jak niepewnie pochylam się nad samochodem, otwieram go i wsiadam.
W pełnych kolorach widzę jazdę do domu. Prawdziwy cud, Ŝe wróciłem Ŝywy i nikogo po drodze
nie zabiłem.
Parkuję i wysiadam. Moje ruchy są nerwowe, szybkie. Jestem zły. Nie mogę znaleźć kluczy, więc
wyjmuję róŜdŜkę i otwieram drzwi zaklęciem.
Wchodzę i przemierzam dom kołyszącym się krokiem.
Perspektywa trzeciego oka poszerza się i jestem w salonie. Draco siedzi zwinięty na kanapie i
czyta tę samą ksiąŜkę, co poprzednio. Wstrzymuję oddech, poniewaŜ dociera do mnie wreszcie, o
co chodzi.
- Wróciłeś - mówi, nie patrząc na mnie.
Moje drugie Ja w tej chorej wizji wypluwa jego imię.
Odkłada ksiąŜkę i patrzy na mnie. Jego spojrzenie jest zaciekawione, ale teŜ zaniepokojone, jakby
wiedział, Ŝe nie wszystko jest w porządku.
- Bierz się do roboty - mówię.
- Jesteś pijany - odpowiada.
- Masz rację. A teraz, do cholery, rób, co do ciebie naleŜy.
- Czego chcesz, Harry? - pyta, powoli podnosząc się z kanapy.
Podchodzę bliŜej niego. śeby nie upaść, muszę podtrzymywać się mebli.
- Chcę od ciebie tylko tego, czego moŜna chcieć od kurwy.
Sztywnieje i głośno wciąga powietrze.
- To nie jest dobry pomysł, Harry. Jesteś pijany… jesteś…
- Wiem o tym, Malfoy. Chodź tu! - ostatnie słowa są wrzaskiem, ale on mimo to stoi bez ruchu.
Próbuję podejść do niego bliŜej.
- Harry… - potrząsa głową. Jestem juŜ na tyle blisko, Ŝe łapię go za rękę i przyciągam do siebie.
- Za co ci, do kurwy nędzy, zapłaciłem, Malfoy?
Próbuję go rozebrać, Ŝeby dostać to, czego chcę. Chaotycznymi ruchami rozdzieram koszulę,
kilka guzików odrywa się i toczy po podłodze.
Nie stawia oporu, ale jest sztywny, bierny. Dotykam ustami jego szyi, gardła. To nawet nie są
pocałunki, raczej ich parodia. W zasadzie kąsam zębami bladą skórę.
Kładzie ręce na moich ramionach i przez chwile myślę, Ŝe chce mnie odepchnąć, ale nie robi
tego. Trzyma się mnie kurczowo i odchyla głowę z cichym jękiem.
A mnie ogarnia szaleństwo. Gryzę i liŜę jego skórę, zachłannie, we wszechogarniającym,
niezaspokojonym pragnieniu. Mocno odchylam mu głowę i znowu atakuję gardło, jednocześnie
wbijając paznokcie w ramiona. Jestem brutalny, bardzo… Bogowie, nie mam litości.
Wreszcie robię coś, czego do tej pory nie robiłem. Łapię mocno jego głowę i wściekle całuję w
usta. Po kilku sekundach odsuwam się od niego. Mój głos jest ochrypły.
- Zdejmij spodnie.
Puszcza moje ramiona i posłusznie robi, co kaŜę. Twarz ma zupełnie nieczytelną, a całe ciało
36
napięte. Chyba nie mógłby juŜ być bardziej sztywny. Jest jak posąg, który mogę zmusić do ruchu
jedynie za pomocą fizycznej siły.
Nie kłopotam się rozbieraniem własnych spodni. Rozpinam tylko zamek i wyciągam penisa.
Jestem zaledwie półtwardy. Ponownie chcę przyciągnąć Malfoya do siebie, ale tym razem
tracimy równowagę i upadamy. On na plecy, a ja na niego. Wcale nie zamierzam martwić się tą
niewygodną pozycją i nie chcę czekać ani chwili dłuŜej.
- Teraz - szepczę ochrypłym głosem.
Posłusznie rozsuwa nogi, a ja wpycham między nie biodra. Ale nie wszystko idzie tak, jak
powinno. Trochę się odsuwam. Na własnej twarzy widzę ogromną frustrację.
- Harry... - głos Draco jest bardzo cichy.
Nie reaguję na jego słowa i ponownie próbuję się w niego wcisnąć.
- Nie mogę... - mamroczę. - RozłóŜ nogi szerzej.
Robi to, a wyraz frustracji na mojej twarzy powoli zastępuje złość.
- Co jest, kurwa?! - krzyczę. - Dlaczego nie mogę...
Patrzę na niego i teraz jestem naprawdę wściekły.
- Przygotuj mnie. Zrób kurwa to, za co ci płacę!
Szybkimi, ale oszczędnymi ruchami zmienia pozycję ciała tak, Ŝe teraz nachyla głowę nad moją
pachwiną, i bierze mnie w usta. Bez pytań, bez protestu. Po prostu robi, co kaŜę.
Po kilku minutach sam odsuwam się od niego i ustawiam w odpowiedniej pozycji. Tym razem
wszystko odbywa się jak naleŜy, wchodzę w niego i zaczynam poruszać, tam i powrotem.
- Właśnie do tego się nadajesz, Malfoy. Zawsze tylko do tego się nadawałeś - szepczę, zadając mu
mocne pchnięcia.
Nie trwa jednak zbyt długo, kiedy czuję, Ŝe znowu się z niego wysuwam.
- Kurwa, co jest...
- Harry, przestań. Nic z tego nie będzie - Draco mówi i próbuje odsunąć się ode mnie,
podpierając na łokciach.
- Pierdol się! - krzyczę i uderzam go mocno w twarz. - Właśnie, Ŝe się uda. Po to tu jesteś!
Jego głowa z głuchym trzaskiem uderza o podłogę. Przykłada dłoń do miejsca, w które go
uderzyłem. Wygląda na zaszokowanego. Szybko jednak zaskoczenie zamienia się w gniew.
Kładzie obie dłonie na mojej klatce piersiowej i odpycha mnie mocno.
- Zejdź ze mnie! - krzyczy.
Nie przygotowany na to, upadam na podłogę. Malfoy próbuje wstać, ale nawet pijany, jestem
bardzo szybki. Łapię go za rękę i przyciągam powrotem. Potem chwytam za włosy i uderzam jego
głową o podłogę. Jęczy boleśnie, ale ciągle próbuje odtoczyć się na bok. Nie pozwalam na to,
ponownie przyciskając go do podłogi własnym ciałem.
- Zrób coś, Ŝeby się udało! - wrzeszczę.
- Jesteś chory, Potter!
- Kurwa! To twoja wina! To wszystko twoja wina! - Ponownie go uderzam. Mocno, potem znowu,
i znowu. W jakiś sposób udaje mu się wyswobodzić jedną rękę i oddaje ciosy. Są na tyle mocne,
Ŝ
e staczam się z niego.
Draco wstaje szybko, ale ja podąŜam za nim. Kilka chwil szarpiemy się, Ŝaden z nas nie uzyskuje
nad drugim przewagi. W pewnym momencie odpycham go mocno, a on upada do tyłu, uderzając
krawędź ławy i przewracając ją. Stojąca na niej waza spada i rozbija się na setki kawałków.
Draco leŜy bez ruchu na boku, z rękami wplecionymi we włosy. Po chwili wysuwa z nich jedną
dłoń. Palce ma poplamione krwią.
Daję sobie kilka sekund, zanim znowu się za niego zabieram. Kopię go w Ŝebra, raz, drugi, trzeci.
Cały czas wrzeszczę, Ŝe to wszystko jego wina, wszystko, co się wydarzyło. ChociaŜ Bóg jeden
37
wie, za co tak naprawdę go winię.
Malfoy próbuje się bronić, ale to próby z góry skazane na poraŜkę. MoŜe z powodu uderzenia w
głowę, a moŜe po prostu jestem szybszy i silniejszy. Być moŜe dlatego, Ŝe wściekłość dodaje mi
energii. Cokolwiek jest powodem, walka po chwili zmienia się w bezlitosne, jednostronne
uderzenia.
Słowa takie jak „szmata”, „kurwa”, bezustannie wypływają z moich ust.
W końcu Malfoy przestaje się ruszać, nawet nie próbuje się bronić.
Wreszcie odsuwam się od niego i wstaję. Na chwilę tracę równowagę, ale jakoś udaje mi się
utrzymać na nogach.
- To, w czym, do kurwy nędzy, jesteś dobry? - syczę i odwracam się od niego.
Zapinam spodnie i ruszam w kierunku schodów. Potykam się, prawie upadam, ale udaje mi się
złapać poręczy. Bez dalszych problemów docieram do sypialni i rzucam się na łóŜko.
W tym momencie wizja kończy się.
Mrugam kilkakrotnie i próbuję wrócić do rzeczywistości, ale nie do końca mi się to udaje. Ciągle
mam przed oczami tamte obrazy. Obrazy, które najprawdopodobniej doprowadzą mnie do
rozpaczy. Ale nie one są najgorsze. Są niczym, w porównaniu z uczuciami, które im towarzyszą.
Wreszcie mam świadomość, co czułem, robiąc te wszystkie straszne rzeczy. Oczywiście, byłem
zły, sfrustrowany i rozgoryczony. Ale kiedy zacząłem bić Draco... Nie czułem nic, poza czystą
przyjemnością.
Ostatnia myśl powala mnie na podłogę. Upadam cięŜko na kolana i gapię bezmyślnie w podłogę.
Otwieram usta i dźwięk, który się z nich wydobywa, brzmi prawie nieludzko.
Nie mogę przestać, a po głowie krąŜy mi tylko jedno słowo.
Potwór.
Potwór.
Potwór.
Jestem potworem.
Dokładnie tak, jak myślałem. Myślałem... kurwa, wiedziałem o tym!
Wiedziałem.
Patrzę na swoje dłonie, na dwa kawałki ciała, których nie pozwoliłem uleczyć, i czuje tak
ogromną falę wstrętu, Ŝe zaczynam mieć mdłości.
Och, Merlinie, to boli. To boli tak bardzo. Ta wiedza.
Potrząsam gwałtownie głową i jakoś udaje mi się zastąpić te samooskarŜenia inną myślą.
Jasną, wspaniałą myślą.
Alkohol.
Alkohol sprawi, Ŝe zapomnę. Zabiorę butelkę, zamknę się w pokoju i upiję w samotności. Nie
skrzywdzę nikogo, jeŜeli będę zamknięty.
Nie skrzywdzę.
Podnoszę się z podłogi, podchodzę do barku i chwytam pierwszą z brzegu butelkę. Nie ma
znaczenia, co to jest, jeŜeli tylko pozwoli zapomnieć. Kiedy zawijam palce wokół cennej szyjki,
słyszę za sobą kroki.
Nie musze się odwracać, Ŝeby wiedzieć, kto to.
Draco.
Draco tu jest.
Mocniej zaciskam palce na butelce.
38
ROZDZIAŁ VIII
Głos Malfoya jest ostry, czysty i wściekły.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz?!
Obracam w jego stronę twarz, jednocześnie chwytając butelkę i przytulając ją do siebie.
- Zostaw mnie w spokoju, Draco - niemalŜe warczę.
- Co tam chowasz? - pyta, choć z tonu głosu moŜna wywnioskować, Ŝe doskonale wie, co.
- Po prostu odejdź… idź robić, cokolwiek robiłeś do tej pory. To wyłącznie moja sprawa.
Przysuwa się jeszcze bliŜej. Biorę krok do tyłu. Zupełnie jak w jakiejś parodii walca.
- Myślę, Ŝe to jednak jest moja sprawa - mówi. - Narobiłeś hałasu, jakbyś kogoś mordował.
Przychodzę i co widzę? Znowu chcesz się upić? Sądzisz, Ŝe mnie to nie interesuje?
Potrząsam głową w zaprzeczeniu. To nie jego interes. Nie tym razem. Naprawdę.
- Po prostu chcę zostać sam.
Patrzy na mnie, potem na kurczowo trzymaną butelkę, znowu na twarz, i wtedy wreszcie do
niego dociera.
- Przypomniałeś sobie - mówi beznamiętnym głosem.
Skoro juŜ wie, nie muszę potwierdzać.
- Zabieram butelkę do mojej sypialni. Muszę się napić. Obiecuję, Ŝe tamta noc juŜ się nie
powtórzy. Nawet nie spróbuję się do ciebie zbliŜyć.
Bierze głęboki oddech i kiwa głową nieznacznie, jakby na znak zgody. Potem podchodzi do mnie
bliŜej, z uniesionymi ramionami. W jego zachowaniu nie ma nic niepokojącego, więc nie czuję
potrzeby ucieczki. Staje blisko mnie, z ciągle wyciągniętymi w moją stronę rękami, i kładzie dłoń
na butelce, którą wciąŜ kurczowo trzymam. Twarz ma pogodną, spojrzenie pokojowe, pełne
zrozumienia i akceptacji. Zanim orientuję się, co chce zrobić, odbiera mi butelkę, a ja na to
pozwalam.
- Widzisz? - pyta, przysuwając ją do mojej twarzy.
Kiwam bezmyślnie głową, przez chwilę urzeczony taką wersją Draco Malfoya.
- PIERDOLIĆ TO! - wrzeszczy, obraca się i gwałtownie rzucą butelką przez pokój. Szkło uderza
o ścianę i roztrzaskuje się. Wydaję z siebie niesprecyzowany odgłos, odpycham go i podbiegam
do resztek mojej whisky. Widzę, jak płyn powoli zaczyna wsiąkać w dywan.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz?! - krzyczę, odwracając się w jego stronę.
- To jest ostatnia rzecz, jakiej ci w tej chwili potrzeba! - wskazuje na bałagan na podłodze.
Podchodzę do Malfoya bliŜej, mocno zaciskając pięści.
- O czym ty mówisz? Chciałem tylko napić się drinka. Mówiłem, Ŝe więcej cię nie skrzywdzę!
- Naprawdę jesteś tak ślepy? Nie widzisz, co się z tobą dzieje?
- Widzę, Ŝe zniszczyłeś dobry alkohol zupełnie bez powodu!
- Jasna cholera, ty idioto - teraz mówi juŜ całkiem cicho, jakby sam do siebie. Potem jednak
podnosi głos, choć daleko mu do wcześniejszych wrzasków.
- Powiem to bardzo powoli, Ŝebyś dokładnie zrozumiał, Harry - przerywa tylko na moment. - Ty.
Jesteś. Alkoholikiem.
Co? Co on wygaduje? Mój głos, kiedy znowu jestem w stanie go uŜywać, jest pełen oburzenia.
- Nie jestem alkoholikiem!
- Naprawdę? W takim razie, to, co się właśnie stało, nie powinno mieć dla ciebie większego
znaczenia.
Ze wszystkich rzeczy, które miał prawo mi powiedzieć... alkoholik! W innych okolicznościach
mogłoby to nawet brzmieć zabawnie. Ale nie w tej chwili. Teraz absolutnie takie nie jest.
39
- Cholera, Malfoy, nie masz pojęcia, o czym mówisz. W ogóle mnie nie znasz!
- Nie, kurwa, nie znam! - on takŜe podnosi głos.
W zasadzie mógłbym kontynuować kłótnię, ale jaki miałoby to sens? JeŜeli myśli, Ŝe mam
problemy z alkoholem, niech idzie do diabła. Nie obchodzi mnie to.
- Trzymaj się z daleka od mojego Ŝycia - mówię, przechodząc obok niego w stronę barku. Aby
podkreślić słowa, kiedy jestem blisko, odpycham go lekko. Draco szybko jednak odzyskuje
opanowanie.
- Wiesz, Ŝe tego nie chciałem. Sam mnie do swojego Ŝycia zaprosiłeś, pamiętasz?
Idzie za mną, nawet nie muszę się odwracać, Ŝeby to wiedzieć. Mogę wyczuć jego obecność, jest
jak mój własny cień.
- Odejdź - wypluwam z siebie, gotów tym razem osiągnąć swój cel.
- Dotknij tylko innej butelki, a zrobię z nią to samo.
- Co?
Jego słowa na chwile mnie zatrzymują, głos mam pełen niedowierzania.
- Słyszałeś.
- Świetnie. Właśnie mam zamiar wziąć następną - mówię, kuląc się w sobie. Zachowuję się, jak
pięciolatek kłócący się z innym dzieckiem w piaskownicy. Gdzie się podziała ta wściekłość,
którą czułem jeszcze dwie minuty temu?
- Rozbiję wszystkie, Harry.
Och, super, złość powraca. Tak się zwykle dzieje, gdy czuję się zagroŜony.
- Tylko spróbuj, Malfoy, a przysięgam, Ŝe...
Zanim mam szansę skończyć groźbę, słyszę jego głos.
- Co zrobisz? Znów pobijesz mnie niemal na śmierć?
Cały gniew ulatnia się ze mnie. Odchodzi. Coś musi być w sposobie, w jaki wypowiada te
słowa... coś w nieruchomej postawie, mimo, Ŝe zbliŜam się do niego. Coś w tonie głosu,
spokojnym, zrelaksowanym, chociaŜ oczy błyszczą mu z wściekłości.
„Pobijesz mnie niemal na śmierć. Znowu...”
Och, BoŜe pomóŜ, pewnie dokładnie tak bym zrobił. Skrzywdził go z powodu nędznej butelki
whisky.
Te myśli, oraz trzy nieprzespane noce, wysysają z mojego ciała resztę energii. Naglę czuję się tak
kompletnie zmęczony, Ŝe nie jestem w stanie ustać na nogach. Nogi uginają się pod mną i cięŜko
upadam na podłogę.
Znowu mnie nachodzi to uczucie, ta potrzeba, Ŝeby pozwolić sobie zapłakać. Ciśnienie wewnątrz
czaszki, parzące Ŝądła w oczach... są tam, wszystkie małe, dokuczliwe i draŜniące sugestie,
niemoŜliwe do zrozumienia.
Znowu czuję jego obecność i to pozwala na chwilę zapomnieć o mojej własnej klęsce. Czuję, Ŝe
pochyla się nade mną, ale jest poza zasięgiem wzroku.
- Nie spałeś ostatnio zbyt wiele? - pyta.
Niezdarnie kiwam głową, nawet nie próbując spojrzeć na niego. Słyszę westchnięcie.
- Idź do łóŜka, Harry. Po prostu idź do łóŜka i zostaw to gówno.
Chwilę zastanawiam się nad tymi słowami. ŁóŜko brzmi miło. Podobnie jak spanie. Co prawda,
nie tak miło jak alkohol, ale ten rodzaj ulgi raczej nie będzie mi dany. Przynajmniej nie bez
walki.
- Dobrze - udaje mi się powiedzieć, pokonując wszechogarniające uczucie zmęczenia.
Chwilę zabiera mi zrozumienie, Ŝe chcieć i móc, to dwie róŜne rzeczy. Dopiero po kilku próbach
udaje mi się zmusić nogi do posłuszeństwa i wstać. Chyba oczekuję, Ŝe Draco mi pomoŜe, ale nie
robi tego. Tylko stoi, z załoŜonymi rękami i pustym, choć niepozbawionym do końca złości,
40
wzrokiem.
Idę sztywno przez pokój, chwytając się mebli, Ŝeby nie upaść. Pewnie wyglądam, jakbym znów
był pijany.
Jakimś cudem udaje mi się wejść po schodach, dotrzeć do sypialni i paść cięŜko na łóŜko. Jestem
zbyt zmęczony, Ŝeby martwić się rozbieraniem. Tak okropnie zmęczony, Ŝe nie mogę pojąć,
dlaczego mogłem pragnąć czegokolwiek bardziej, niŜ snu.
Zamykam oczy i będąc na granicy jawy wydaje mi się, Ŝe słyszę z dołu dźwięk rozbijanych
butelek.
Budzę się pogrąŜony w ciemnościach. Przez krótki, pełen dezorientacji moment, mam wraŜenie,
Ŝ
e ciągle trwa wojna, a ja ocknąłem się na polu bitwy. Wstrzymując oddech, sięgam po
róŜdŜkę… ale rzeczywistość nagle zastępuje koszmar.
Jestem w łóŜku, we własnym domu, za który zapłaciłem zbyt duŜo.
Jestem bezpieczny.
Wstaję, gdy tylko mój oddech wraca do normy. Patrzę w okno, za którym niebo jest doskonale
czarne. BoŜe, musiałem przespać... patrzę na zegarek... tak, około 12 godzin. Na Merlina, nie
pamiętam, Ŝebym kiedykolwiek spał tak długo. Powinienem być wypoczęty, ale nie jestem.
Czuję się dziwnie oszołomiony i boli mnie głowa.
Idę do łazienki, potem schodzę po schodach. Moje ruchy są automatyczne. Wchodzę do ciemnej
kuchni i po omacku sięgam do lodówki po coś do jedzenia. Jem tylko tyle, Ŝeby pozbyć się
uczucia ssania w Ŝołądku.
Wracam na piętro, do pokoju Draco.
Czy od początku właśnie tutaj zmierzałem?
Siadam na krześle naprzeciwko łóŜka. Jego sylwetka jest skąpana w srebrnym blasku księŜyca,
wpadającym przez okno. Wygląda tak spokojnie. śadnych zmarszczek, Ŝadnego grymasu bólu
czy niepokoju na twarzy. Młodo, niewinnie... jak zupełnie inna osoba.
Wyciągam rękę, nakrywam jego dłoń swoja i lekko ściskam. Budzi się niemal natychmiast w
odruchu kogoś, kto przeŜył wojnę. W odruchu tak dobrze mi znanym. Odsuwam się i siadam
głębiej na krześle. Draco patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Harry? - pyta głosem ochrypłym od snu.
Odwracam się wiedząc, Ŝe patrząc na niego, nie mógłbym powiedzieć tego, co zamierzam. W
ogóle nie chcę mówić, ale on na to zasługuje. JeŜeli komukolwiek naleŜy się prawda, to właśnie
jemu. Ze spuszczoną głową wyglądam, jakbym rozmawiał z dywanem, chociaŜ wcale go nie
widzę. Przed oczami przesuwają mi się obrazy z przeszłości. Mój głos, kiedy wreszcie zaczynam
mówić, jest zimny i martwy, obcy nawet dla mnie samego.
- Kiedy ostatni raz walczyłem z Voldemortem... nie pokonałem go zaklęciem. Udusiłem go.
Własnymi rękami...
- Słyszałem o tym - dochodzi do mnie cichy głos. - Ale nie byłem pewny, czy moŜna w to
wierzyć.
- Zaciskając palce wokół jego gardła, czułem się tak... dobrze. Wszystkim, czego wtedy
pragnąłem, było zabicie go.
Przez chwilę jest cicho, jakby rozwaŜał moje słowa.
- I co dalej?
Wreszcie podnoszę głowę, Ŝeby na niego spojrzeć. Siedzi na łóŜku, z kołdrą zawiniętą wokół
talii. Alabastrowa skóra prawie świeci w półmroku. Widok jest tak piękny, Ŝe aŜ nie pasuje do
chwili takiej, jak ta.
41
Wiem, Ŝe mój głos zdradzi mnie, kiedy tylko się odezwę. Nie potrafię dłuŜej go opanować.
- Nie rozumiesz? - jęczę Ŝałośnie. - Polubiłem zabijanie. Jestem potworem - ostatnie słowa są juŜ
tylko udręczonym szeptem.
- W czasie wojny kaŜdy zabija, Harry. To nie był twój pierwszy raz.
- Nie, ale to był pierwszy raz, kiedy mi się podobało. Zabicie go sprawiło mi przyjemność. Nie
rozumiesz, co to znaczy? Co to ze mną zrobiło? - Nie daję mu szansy na odpowiedź i ciągnę
dalej. - Tej nocy, kiedy cię pobiłem. Wszystko wróciło. Poczucie zadowolenia z krzywdzenia
innej osoby.
Draco wierci się na łóŜku, jakby nie miał pojęcia, co powiedzieć. Nie ma to dla mnie znaczenia.
Wiem, co ja muszę wyznać. To, o czy myślałem przez ostatnie dwa lata, a co właśnie sobie w
pełni uświadomiłem.
- KaŜdy myśli, Ŝe jestem bohaterem, a ja jestem potworem.
- Harry - mówi miękko.
- Nie! - krzyczę, chociaŜ nawet nie wiem, co chcę wykrzyczeć. - Nie!
- W porządku. Więc popraw mnie, jeŜeli źle zrozumiałem - jego głos jest teraz odrobinę
twardszy. - UwaŜasz się za zwyrodnialca, poniewaŜ sprawiło ci przyjemność zabicie kogoś, kto
zamordował twoich rodziców, kilka razy chciał zabić ciebie i zamienił twoje Ŝycie w piekło.
Kiwam powoli głową. Mniej więcej tak to wygląda.
Draco wzdycha głęboko i mogę niemal wyobrazić sobie, jak przewraca oczami.
- Głupi Gryfon. Część ciebie naprawdę uwielbia być nieszczęśliwa.
Nieznacznie podnoszę głowę i próbuję spojrzeć na niego przez okrywające moją twarz dłonie.
- Harry, takie uczucia nie czynią z ciebie potwora. Są jak najbardziej ludzkie.
- Nie...
- Tak! Dlaczego stawiasz sobie wymagania, którym Ŝaden człowiek nie jest w stanie podołać?
Czy ja to robię? Oczywiście, Ŝe nie. To inni stawiają takie wymagania przede mną. Ja tylko
próbuję ich zadowolić. Albo próbowałem.
- A co... z tym, co zrobiłem tobie...? - pytam niepewnie.
- Nie oczekujesz chyba, Ŝe ci to wyjaśnię, Harry.
- Nie, oczywiście, Ŝe nie - odpowiadam szybko.
Przez chwilę mam wraŜenie, Ŝe nasza rozmowa jest skończona, ale słyszę, jak Draco bierze
głęboki oddech, co niechybnie świadczy, Ŝe chce powiedzieć coś, co jest dla niego trudne. Teraz
ja wstrzymuję oddech, czekając, aŜ się odezwie. Wreszcie zdejmuję dłonie z twarzy, Ŝeby go
lepiej widzieć, i opuszczam je na kolana.
- Noc, kiedy podszedłeś do mnie na tej ulicy, była jak spełnienie mojego najgorszego koszmaru.
Byłeś tam, ty - wykonuje palcami w powietrzu znak w kształcie cudzysłowie. – Mój „super
wróg”, i najwyraźniej świetnie się bawiłeś. Wielki wojenny bohater, tak uwielbiany przez
wszystkich. I ja, upadły tak bardzo, Ŝe niŜej się chyba nie da. Zaakceptowanie twojej oferty było
jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie musiałem w Ŝyciu zrobić. Początkowo nie byłem pewny,
czy będę w stanie to znieść.
- Wiem. Słyszałem cię, pierwszej nocy - przerywam mu - jak wymiotowałeś. I drugiej, kiedy sam
siebie próbowałeś przekonać, Ŝe dasz radę.
Kiwa głową i, jeŜeli w ogóle jest zaskoczony moim wścibstwem, nie daje tego po sobie poznać.
- Tak. Na początku to nie było łatwe. Ale im dłuŜej tu przebywałem, tym lepiej zaczynałem coś
rozumieć. I Ŝycie z tobą stało się łatwiejsze. Nie łatwe, ale łatwiejsze.
- Co zrozumiałeś?
Słyszę jego śmiech.
- śe jesteś jednym z najbardziej popieprzonych ludzi, jakich kiedykolwiek w Ŝyciu spotkałem -
42
potrząsa głową. - Ale nie jesteś potworem. Jesteś tylko strasznie, Ŝałośnie ludzki.
Siedzę spokojnie, pozwalając słowom dotrzeć do mojej świadomości. Nie potwór, a człowiek.
Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Nie jestem nawet pewien, czy w to wierzę, ale pomysł
był... miły.
- Cholera, ty się naprawdę zmieniłeś - mówię, a moje kaŜde słowo jest zabarwione
oszołomieniem i zaskoczeniem.
- Mówiłem ci.
- Mógłbyś... - Mógłbyś potwierdzić, Ŝe jestem potworem. Mógłbyś wkręcić głębiej ten nóŜ. NóŜ,
który sam w siebie wbiłem juŜ dawno temu. Ale nie zrobiłeś tego.
- Mówię tylko, co myślę, Harry. Nic poza tym.
Jakby to mogło być takie proste. I być moŜe dla niego jest, ale nie dla mnie.
- Draco... - zaczynam cicho.
- Mmm?
- Jestem samotny.
- Chcesz się pieprzyć, Harry? - jego głos jest gorzki od cynizmu i czegoś na kształt
rozczarowania.
- Nie. Ja tylko chciałbym... - pochylam się nad pustą częścią łóŜka. - Mogę?
- To twój dom - wzrusza ramionami.
Ma rację. Sam nie mogę uwierzyć w to, co robię. Ale on wygląda tak pewnie, tak realnie, a ja
jestem taki samotny, juŜ od dawna. Był dla mnie dobry, nie chciał mnie zranić.
Zdejmuję spodnie i koszulę i wsuwam się pod kołdrę obok niego.
Momentalnie obraca się i nachyla nade mną, przesuwając własne ciało w dół mojego.
- Nie - mówię i zatrzymuję go, chwytając rękami. - Tylko się obróć.
Patrzy na mnie trochę zaintrygowany, ale kładzie tak, jak chcę. Oplatam jego talię ręką, a klatkę
piersiową przytulam do pleców.
- Harry? - pyta niepewnie. - Nie chcesz...
- Nie, tylko to - uspokajam go. - To wszystko, czego potrzebuję.
- W porządku - odpowiada, ale nie ma pewności w jego głosie. Nie wierzy mi. Jakby spodziewał
się, Ŝe w kaŜdej chwili mogę zacząć go molestować. Jest zdenerwowany, o czym świadczy
szybki oddech i lekkie drŜenie ramion. A ja nie wiem, jak mu powiedzieć, Ŝe jedyne, czego
potrzebuję, to jego bliskość. Jak bardzo jestem wdzięczny, Ŝe nie zranił mnie, chociaŜ mógł.
- Jesteś taki piękny - moje wargi ledwie muskają jego szyję. - Dlaczego musisz być taki piękny?
Jego głos jest niepewny, bliski załamania, kiedy odpowiada.
- Nie, nie jestem. Uwierz, nie jestem.
- Tak. Jesteś. Piękny.
Nie odpowiada. Ja takŜe nie odzywam się więcej.
Wiele minut zabiera mu zrelaksowanie się na tyle, Ŝeby usnąć, dla mnie trwa to jeszcze dłuŜej.
LeŜymy w ciemności i ciszy, kaŜdy pogrąŜony we własnych myślach. Nie umiem w nich czytać,
więc nie wiem, co dzieje się w jego głowie. Ale moja własna świadomość jest jasna i przejrzysta.
Ktoś inny wie. JuŜ nigdy nie będę tak samotny.
ROZDZIAŁ IX
Kiedy następnego ranka budzę się z przyjemnego, relaksującego snu, uświadamiam sobie inność
sytuacji, w jakiej się znajduję. Jeszcze nigdy nie obudziłem się z drugą osobą w moim łóŜku. I
nie chodzi o to, Ŝe z nikim przed Draco nie uprawiałem seksu. Takich ludzi było wielu. Ale po
43
wszystkim, kaŜdy odchodził.
Pierwsze wraŜenie jest przyjemne. Ciepło i pewność, jakiej nie czułem nigdy wcześniej. Po
chwili jednak zaczynają mnie atakować sprzeczne uczucia. CzyŜ nie miałem nienawidzić tego
męŜczyzny? Prawdopodobnie tak, ale teraz nie jestem w stanie wykrzesać z siebie tego uczucia.
Przypominam sobie ostatnią noc, wszystkie straszne rzeczy, które powiedziałem, a których nikt
nigdy wcześniej ode mnie nie usłyszał.
Przypominam sobie takŜe reakcję Draco. Nie wyśmiał mnie, nie kpił, nie drwił.
Powiedział, Ŝe jestem tylko człowiekiem.
Dziwne uczucie ściska moje gardło i muszę się od niego odsunąć. Siadam i przyglądam się
cichej, śpiącej sylwetce. Jak gdyby niedotykanie go miało mi pozwolić spojrzeć na wszystko z
dystansem.
Tak się jednak nie dzieje. Co najwyŜej chaos w mojej głowie przybiera na intensywności.
Brakuje mi jego ciepła. I dalej nie mam pojęcia, gdzie podziała się nienawiść.
- Nikt ci nigdy nie powiedział, nie nieładnie jest tak się gapić?
Miękki głos łamie ciszę tak nagle, Ŝe ze strachu prawie spadam z łóŜka. W ostatniej chwili
odzyskuję równowagę na tyle, Ŝeby uchronić się przed bólem i upokorzeniem.
Draco odwraca się na plecy i otwiera oczy.
- Nie wiedziałem, Ŝe juŜ nie śpisz - dyszę, kładąc rękę na bijącym w oszalałym tempie sercu.
- Jasne - mówi sucho, podnosząc jedną brew w geście tak bardzo charakterystycznym dla niego,
Ŝ
e nie mógłbym wyobrazić go sobie u kogoś innego.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie nawzajem, bicie mojego serca wraca do normalnego rytmu,
a Draco wydaje się coś rozwaŜać.
- Słuchaj, Harry...
Podskakuję gwałtownie. JeŜeli zaczyna w ten sposób, moŜe to oznaczać tylko jedno. śe chce
rozmawiać. A ja nie jestem na to przygotowany.
Wstaję z łóŜka i kieruję się w stronę drzwi.
- Muszę iść - mówię szybko.
- Iść? Gdzie? - pyta z zakłopotaniem.
- Do pracy - odpowiadam, jak gdyby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem. Spoglądam na
zegarek, wpół do ósmej. Rzeczywiście, to najlepsza pora, Ŝeby wyjść. MoŜe uda mi się nawet nie
spóźnić tak bardzo, jak zwykle. Szef będzie zadowolony.
- Och. I musisz wyjść właśnie teraz - mówi Draco i podnosi się do pozycji siedzącej.
- Tak, naprawdę powinienem.
Cofam się jeszcze dwa kroki. Dwa kroki bliŜej wolności.
Twarz Draco przybiera dziwny, intensywny wyraz, jakby z całych sił starał się czytać moje
myśli, ale nie jest w stanie tego zrobić.
- Muszę iść - powtarzam, robiąc kolejne dwa kroki. Drzwi mam teraz tuŜ za plecami.
- JuŜ to mówiłeś - ponownie podnosi brew. Czekam, aŜ powie coś zgryźliwego i sarkastycznego,
ale zaskakuje mnie wzruszając tylko ramionami i odwracając się ode mnie. - W porządku. Idź.
Wychodzę. Ciągle zaskoczony, nie mogę uwierzyć, Ŝe tak łatwo udało mi się uciec. Teraz ruszam
się znacznie szybciej. Zamykam drzwi i zbiegam po schodach myśląc w tej chwili tylko o tym,
jak bardzo potrzebuję kawy.
Wchodzę do kuchni i od razu zmierzam w kierunku ekspresu. Próbuję pozbyć się draŜniącej
myśli o tym, co, u diabła, dzieje się z moim Ŝyciem! Nie dane jest mi jednak długo łamać sobie
nad tym głowy, wkrótce moje rozwaŜania przerywa cichy dźwięk. Rozglądam się i szybko
odnajduję jego źródło. Sowa stuka w kuchenne okno. Sowa Hermiony.
44
Och, to nie powinno być nic złego.
Otwieram okno i odczepiam wiadomość. Jest bardzo zwięzła. Moja przyjaciółka chce sprawdzić
stan swojego pacjenta i pyta, kiedy moŜe się u mnie zjawić.
Przez chwilę się zastanawiam, czy nie skłamać i nie odpisać, Ŝe dzisiaj to niemoŜliwe, ale wiem,
Ŝ
e tak czy siak nie uniknę spotkania z nią. Hermiona jest zbyt sumienna, Ŝeby zaniedbać swoje
obowiązki.
W końcu akceptuję, Ŝe będę musiał się z nią zmierzyć i szybko piszę notatkę na kawałku
serwetki. Proponuję dzisiejsze popołudnie, w przerwie na lunch. Przyczepiam wiadomość do
nóŜki sowy i wysyłam ją w drogę powrotną. Obserwuję ptaka, dopóki nie zniknie mi z oczu,
dopiero wtedy moje myśli powracają do kawy.
Kiedy tylko parujący kubek jest w moich dłoniach, dochodzi do mnie, Ŝe znowu będę musiał
stanąć przed Draco. Powinien wiedzieć, Ŝe będzie miał gościa.
Pierwsze kilka godzin pracy upływa nieznośnie powoli. Nie jestem w stanie skupić się na
papierkach, skoro miliony myśli krąŜą mi po głowie.
Choćby fakt, Ŝe Draco uwaŜa mnie za alkoholika.
A ja nie mogę tego traktować jako całkowicie nierealnej i śmiesznej idei.
Oraz sposób, w jaki się do mnie odnosił.
I powód, dla którego chciałem zostać z nim zeszłej nocy, chociaŜ nie miałem ochoty na seks.
Wszystkie te myśli wirują mi pod czaszką aŜ czuję, Ŝe za chwilę eksploduje. Pod wpływem
natłoku niechcianych uczuć pozwalam głowie opaść swobodnie i uderzyć o blat biurka. W tej
odrobinie bólu znajduję pewną satysfakcję, niestety działającą zbyt krótko. Niechciane pytania
powracają, a wiele z nich wymaga odpowiedzi, których nie jestem w stanie udzielić.
Wzdycham i po raz siódmy czytam tę samą notatkę słuŜbową.
W nocy wszystko wydawało się prostsze.
Wreszcie przychodzi popołudnie i czas konfrontacji z Hermioną. Aportuję się do domu i nie
kłopocząc się zdejmowaniem szaty zaczynam ze zniecierpliwieniem krąŜyć po salonie. Przy
trzeciej rundzie moją uwagę zwraca błysk szkła. Odwraca się w kierunku barku i stwierdzam, Ŝe
wszystkie butelki są tam, całe i nietknięte.
A więc nie zrobił tego...
Patrzę na alkohol z uczuciem zdziwienia, kiedy głośny dźwięk rozlega się w pokoju. Z niejakim
trudem odwracam wzrok od butelek.
- Hej - witam Hermionę słabym głosem, bo w tym momencie nie mogę zdobyć się na nic więcej.
- Cześć, Harry - uśmiecha się do mnie, chociaŜ uśmiechu tego na pewno nie moŜna uznać za
całkowicie swobodny. Podchodzi do mnie i przytula przez chwilę, i nawet kiedy juŜ wypuszcza
mnie z objęć, nie tracimy kontaktu.
- Chcesz zobaczyć Draco - mówię szybko, z nadzieją, Ŝe prawdziwa rozmowa mnie ominie.
JeŜeli jest zaskoczona, Ŝe uŜyłem jego imienia, nie daje tego po sobie poznać.
- Tak, oczywiście - na pewno wyczuwa moją niewygodę i nie chce mnie naciskać.
Prowadzę ją na piętro i pukam do drzwi. Jestem zaskoczony, kiedy Draco sam je otwiera, w pełni
ubrany. Chyba spodziewałem się, Ŝe będzie leŜał w łóŜku i udawał cierpiącego, lub coś w tym
rodzaju. W ten sposób postąpiłby stary Draco. Ale ten jest inny. Czy sam tego nie stwierdziłem
zeszłej nocy?
- Granger - kiwa głową w kierunku Hermiony, mnie ignorując zupełnie. Wydaje się być
wkurzony moją poranną ucieczką.
- Malfoy - odpowiada mu grzecznie.
Niewygodna cisza zaczyna zalegać między nami, więc zmuszam się do zabrania głosu.
45
- Zostawię was teraz samych.
- Tak, Harry. Dziękuję - Hermiona odwraca się w moją stronę.
- Poczekam na dole, gdybyś czegoś potrzebowała.
Kiwa głową, a Draco odsuwa się, wpuszczając ja do pokoju. Popchnięte drzwi kołyszą się chwilę
i prawie zamykają.
Pozostawiona szpara ma nie więcej niŜ kilka cali. Naprawdę mam zamiar odejść, ale jakiś impuls
powstrzymuje mnie. Własna ciekawość nie pozwala zejść po schodach i poczekać cierpliwie, tak,
jak zamierzałem. Powinienem tak zrobić. Jednak potrzeba wiedzy, co zdarzy się za tymi
drzwiami, opanowuje mnie całkowicie. Dociskam plecy do ściany i zbliŜam się do szpary na tyle,
na ile to bezpieczne. Nadsłuchuję.
Głosy są niskie i odrobinę przytłumione, ale zrozumiałe.
- Musisz się rozebrać - słyszę głos Hermiony.
- Granger, nie wiedziałem, Ŝe takie z ciebie ziółko.
- Po prostu to zrób, Malfoy - głos mojej przyjaciółki niepozbawiony jest frustracji.
- Dobra, dobra.
Zalega minuta ciszy.
- Czy to w porządku? - głos Hermiony jest teraz rzeczowy.
- Tak.
- Nie boli?
- Nie - słyszę nagłe westchnienie. - Teraz boli.
- Obawiam się, Ŝe to nie jest wyleczone do końca. Dam ci maść. W których miejscach czujesz
jeszcze ból?
- Tutaj, ale tylko trochę.
Ciekawy tych miejsc, przysuwam się bliŜej drzwi. Kolejne dwie minuty ciszy.
- Musiał ci powiedzieć, dlaczego tu jestem.
- Kto i co musiał mi powiedzieć? - głos Hermiony jest lekko zdezorientowany i oszołomiony.
- Harry. Powiedział ci, w jakim celu tu jestem.
- Dlaczego tak sądzisz?
- PoniewaŜ nie jesteś w stanie spojrzeć mi w oczy, Granger.
- Tak... wspomniał coś... to znaczy...
- Przepraszam. Nie chciałem wprowadzać cię w zakłopotanie.
Wiele bym dał, Ŝeby zobaczyć jej twarz w tym momencie. Draco Malfoy przeprasza. Pewnie
pomyślała, Ŝe zbliŜa się koniec świata.
Tym razem cisza zalega na dłuŜej. Pewnie ogląda rany, nakłada maść, lub wykonuje inne
medyczne czynności.
- Och! - nagle słyszę pełen zdenerwowania głos mojej przyjaciółki. - Musiałam to zupełnie
przeoczyć. Wygląda bardzo nieładnie. Będę musiała uŜyć więcej magii.
- Nie martw się, Granger. Niczego nie przeoczyłaś. Ta rana jest starsza.
- Skąd... - Hermiona nie kończy zdania, bo przepełniony gniewem głos Draco przerywa jej.
- To od noŜa, Granger. Pewien miły, starszy pan uwaŜał, Ŝe seks nie jest wystarczająco
przyjemny bez dawki krwi i bólu.
- Malfoy, ja... - ale znowu nie pozwala jej skończyć.
- Pewnie ci się to podoba, Granger? Widzieć mnie, w taki stanie. MoŜesz na tym skorzystać.
Chcesz być podobna do swojego przyjaciela? Wiesz, z kobietami teŜ mogę.
- Malfoy, nie bądź takim pieprzonym głupkiem! BoŜe, nie, nie chcę cię! I wcale mi się cała ta
sytuacja nie podoba. Mimo wszystkich złych rzeczy, które zrobiłeś, nikt nie zasługuje na takie
Ŝ
ycie. Nawet ty.
46
Zapada pełna napięcia cisza. Wstrzymuję oddech i modlę się, Ŝeby teraz nikt nie wybiegł z
pokoju.
- Nie wiem, dlaczego to powiedziałem - słyszę wreszcie jego głos.
- Zapomnij. Tylko pozwól mi skończyć.
Znowu cisza, przerywana tylko odgłosem wykonywanych przez Hermionę zabiegów.
- W porządku, skończyłam. Wszystko goi się bardzo ładnie, choć nie jestem jeszcze
wykwalifikowaną magomedyczką. W ciągu kilku dni wrócisz do zdrowia całkowicie.
- Granger - słyszę, jak Draco mówi cichym, prawie dziecinnym głosem.
- Tak?
- Dziękuję. Byłaś miła dla mnie, chociaŜ nie musiałaś.
- Ja...
- Nic nie mów. Chcę tylko, Ŝebyś wiedziała, Ŝe jestem wdzięczny.
- W porządku. Nie ma za co. - Jest głos brzmi na całkowicie zdezorientowany, a ja mogę tylko
współczuć, bo sam bardzo dobrze znam to uczucie.
Hermiona pakuje juŜ swoje przybory i wiem, Ŝe teraz jak najszybciej muszę odejść, aby nie
zostać złapanym na podsłuchiwaniu.
Zbiegam po schodach tak szybko i tak cicho, jak tylko mogę, siadam na kanapie i próbuję
wyglądać niewinnie, jakbym nie robił nic innego, tylko czekał tu grzecznie przez cały czas. JuŜ
po chwili słyszę kroki Hermiony. Przemierza salon i siada obok mnie. Delikatnie chwyta moje
dłonie.
- Pozwól mi je uzdrowić.
- Nic mi nie jest - odpowiadam, pochylając głowę. - Co z nim? - pytam tylko po to, Ŝeby zmienić
temat.
- Wszystko w porządku. Jeszcze dzień lub dwa i będzie całkowicie uleczony.
Kiwam głową.
- Harry?
- Mmm...
- Wiem, jakim człowiekiem jest Malfoy. Ale nie mogę się pogodzić z tym, co robisz.
A więc przyszedł czas na szczera rozmowę. Biorę głęboki oddech.
- Hermiona, on jest prostytutką. Robię z nim „to”, za co mu płacę.
Potrząsa głową ze zniecierpliwieniem.
- Nie mówię o seksie. Chodzi mi o to, dlaczego go krzywdzisz. Wiem, Ŝe w przeszłości zranił cię
wiele razy. Wiem, Ŝe był kompletnym dupkiem. Ale czy uwaŜasz, Ŝe znęcanie się nad nim jest
najlepszą metodą na rozprawienie się z przeszłością?
- Nie skrzywdzę go więcej.
- Harry... - patrzy na mnie z niedowierzanie.
- Hermiona, to był pierwszy i ostatni raz.
- Naprawdę chcę ci wierzyć, ale...
- Więc zrób to! Ciebie przecieŜ nie okłamię.
- Wiem, Ŝe nie. Ale ukrywasz coś przede mną.
- Hermiona...
- Ja tylko... Martwię się o ciebie, Harry. Wiem, Ŝe nie wszystko jest z tobą w porządku i
chciałbym ci pomóc. Ron takŜe. Ale nie wiemy, jak.
- Po prostu... Bądźcie moimi przyjaciółmi. Proszę. Tego właśnie potrzebuję.
- Zawsze będę twoim przyjacielem.
- W taki razie wszystko jest w porządku.
47
W jej twarzy widzę, Ŝe nie jest przekonana i chętnie kontynuowałaby rozmowę, ale chyba zdaje
sobie sprawę, Ŝe nic więcej nie osiągnie. Bardzo delikatnie ściska moja rękę, pochyla się i całuje
w policzek, potem jeszcze raz, w czoło.
- Zawsze pamiętaj, Ŝe cię kocham, dobrze?
- Tak, wiem. Ja teŜ cię kocham.
Puszcza moje dłonie, rzuca jedno spojrzenie na schody, a potem patrzy uwaŜnie na mnie.
- Między wami będzie w porządku? - pyta, a ja wiem, o co tak naprawdę jej chodzi.
- Nie zranię go nigdy więcej.
Kiwa głową i uśmiecha się, choć nie ma w tym uśmiechu radości. Zastanawiam się, czy w ogóle
mi wierzy.
- Wyślij mi wiadomość, dobrze?
- Oczywiście. Pójdziemy gdzieś na obiad. Ja, ty i Ron, jak za starych, dobrych czasów.
- Bardzo byśmy tego chcieli.
Wstaje i jeszcze raz mnie przytula. Szepta kilka słów poŜegnania i odchodzi.
Wracam do biura. Pracuję do późna tak intensywnie, Ŝe nadrabiam zaległości z całego miesiąca.
Najwidoczniej potrzeba unikania myślenia o pewnych sprawach działa na mnie niezwykle
motywująco. Szef jest wstrząśnięty. Nieustannie mnie chwali i nawet namawia do pójścia do
domu, kiedy nadchodzi koniec dniówki. Mówię mu, Ŝe chcę jeszcze zostać, ale on moŜe juŜ
wyjść.
Oczywiście, robi to. Skoro wielki Harry Potter kaŜe...
Kiedy docieram do domu, znajduję Draco zwiniętego na kanapie, czytającego w dalszym ciągu
„Dumę i uprzedzenia”. Widzę, Ŝe większość powieści ma juŜ za sobą.
- Późno juŜ - mówi, nie podnosząc głowy.
- Wiem. Miałem dzisiaj duŜo pracy - odpowiadam zdejmując szatę i rzucając ją na oparcie
krzesła.
- Obiad zostawiłem ci w lodówce.
- Nie trzeba, jadłem w biurze - mówię idąc w stronę schodów i bardzo starając się nie spieszyć.
Prawie mi się udaje, jeszcze tylko dwa kroki i wyszedłbym z pokoju, ale wtedy dobiega do mnie
pytanie.
- Dlaczego mnie unikasz, Harry?
Jasna cholera!
Zatrzymuję się i śmieję, Ŝeby pokazać, jak niedorzeczne jest to, co mówi. Ale nie jestem w stanie
na niego spojrzeć.
- Nie unikam cię.
- Uciekłeś rano do pracy, potem znowu, kiedy tylko Granger wyszła. Zostałeś w biurze tak długo,
jak nigdy.
- Miałem duŜo do zrobienia.
- Naprawdę?
- Tak, naprawdę.
- Skoro tak twierdzisz - odpowiada nonszalancko.
Mój pokój, moje małe sanktuarium jest tak blisko. Więc dlaczego odwracam się? Dlaczego
wciągam mocno powietrze i mówię?
- Masz rację. Unikam cię.
Widzę, Ŝe ksiąŜka jest juŜ zamknięta.
- Masz coś przeciwko wyjaśnieniu mi, dlaczego?
48
Wciskam ręce do kieszeni.
- Bo nie mam pojęcia co o tym wszystkim myśleć - odpowiadam z frustracją.
- O co ci chodzi?
- Nie rozumiem, dlaczego właśnie teraz nie czuję do ciebie nienawiści. Ani dlaczego nie czułem
jej przez cały dzień. To nie jest normalne. Tak nie powinno być!
- Och - wzdycha i nie mówi nic więcej.
- I twoje zachowanie! Nie mogę pojąć, dlaczego zeszłej nocy byłeś taki wspaniałomyślny.
PrzecieŜ tak bardzo mnie nienawidzisz!
Jego opanowany głos przerywa moją narastającą histerię.
- Nie nienawidzę cię.
Te słowa tak gwałtownie przerywają moją tyradę, Ŝe teraz brakuje mi słów.
- Co? - to jedyne, co potrafię z siebie wykrztusić.
- Powiedziałem, Ŝe cię nie nienawidzę - powtarza.
Próbuję odzyskać wewnętrzną równowagę. Chwilę zabiera mi pozbieranie myśli.
- Ale przecieŜ widzę ją - upieram się. - Widzę ją w twoich oczach zawsze, kiedy cię dotykam.
Nie wmawiaj mi, Ŝe to tylko moja wyobraźnia.
- Niczego nie chcę ci wmawiam, ale... zrozum, nienawidziłem cię bardzo długo. Potem zaczęła
się wojna i poszliśmy oddzielnymi drogami. Nie myślałem o tobie wtedy zbyt duŜo. Nienawiść
zabiera duŜo energii, Harry. Nie mogłem pozwolić sobie na taki wysiłek. Kiedy spotkaliśmy się
ponownie, nienawiść wróciła. Ale nie na długo. Myślę, Ŝe to, co widzisz w moich oczach, to
kompletne i całkowite obrzydzenie do rzeczy, które muszę robić.
Gapię się na niego bezmyślnie.
- Powiedziałeś, Ŝe przestałeś czuć nienawiść. Dlaczego?
- PoniewaŜ coś zrozumiałem...
- Dotarło do ciebie, Ŝe jestem najbardziej popieprzoną osobą, jaką kiedykolwiek spotkałeś?
- Coś w tym rodzaju.
- śałujesz mnie? - pytam nagle.
Jego chichot jest zaskakujący.
- śałuję? Dlaczego powinienem cię Ŝałować? Masz świat w zasięgu ręki, tylko musisz obudzić
się i sobie to uświadomić - przerywa i pozwala, aby ostatnie echo śmiechu ucichło. Twarz jednak
ciągle nosi ślady wesołości.
- JeŜeli ktokolwiek zasługuje na litość, to tylko ja. Mam kurewsko pojebane Ŝycie.
Nie mogę powstrzymać krótkiego śmiechu. Nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja. Draco
mówi coś wesołego, a ja usiłuje nie dać po sobie poznać, Ŝe mnie rozbawił. Nie wiem, dlaczego.
Zaciskam wargi i zmuszam się do zachowania powagi. Przeczesuję palcami włosy i spoglądam w
kierunku barku. Wypowiadam pierwsze słowa, jakie przychodzą mi do głowy.
- Muszę się napić.
Draco patrzy na mnie w ciszy.
- Nie będziesz mnie powstrzymywał? - pytam oszołomiony. „Czy w moim głosie słychać
rozczarowanie?”
- Nie wyglądasz dzisiaj na zdenerwowanego. Raczej przygnębionego. Myślę, Ŝe wszystko będzie
w porządku.
Dobrze, więc nie będzie próbował mnie zatrzymać. Świetnie. Mogę robić, co chcę, bez
konieczności usprawiedliwiania się. W takim razie, dlaczego nie ruszam się z miejsca?
PoniewaŜ nie jestem alkoholikiem.
Być moŜe Draco jest spostrzegawczy i w wielu sprawach ma rację, ale w tej akurat kwestii się
myli.
49
I wcale nie muszę mu niczego udowadniać. Gdybym naprawdę chciał się napić, zrobiłbym to.
Ale nie chcę. Być moŜe dzisiaj wieczorem naprawdę tego nie chcę.
Mając dość tego wewnętrznego monologu, odwracam się od barku. Uczucie jest niemal fizycznie
bolesne, ale nie pozwalam sobie na wahanie.
- Myślę, Ŝe... pójdę do siebie - mówię trochę niepewnie.
- W takim razie dobranoc - odpowiada i wraca do ksiąŜki.
- Dobranoc.
Nie wiem, jak długo siedzę we własnej sypialni, gapiąc się na gazetę, której nie czytam, lub na
program w telewizji, z którego nic nie rozumiem. Czas na zmianę wlecze się niemiłosiernie, albo
pędzi jak szalony, by po chwili znowu zwolnić. Próbuję przestać myśleć o męŜczyźnie
przebywającym w moim domu.
W końcu rezygnuję z czytania i oglądania, zrzucam ubranie i zakładam spodnie od piŜamy.
Jednak nie kładę się do łóŜka.
Wychodzę na korytarz i sam siebie przekonuję, Ŝe jeŜeli Draco nie będzie w swoim pokoju,
wrócę do siebie i pójdę spać.
Bardzo mocno chcę w to uwierzyć.
Dochodzę do zamkniętych drzwi i pukam cicho.
Otwiera natychmiast, jak gdyby stał za nimi i czekał na mnie. Jego oczy, wpatrzone we mnie, nie
mówią mi absolutnie nic.
- Ja... - zaczynam, ale od razu mi przerywa.
- Przyszedłeś po to, za co płacisz.
Nie mogę zaprzeczyć, więc nie odzywam się wcale. Zamiast tego kiwam głową.
- Pójdziesz ze mną? - pytam cicho.
Przytakuje i rusza w kierunku mojej sypialni. Kiedy jest juŜ w środku rozbiera się szybko, zanim
kaŜę mu to zrobić. Zwykle gaszę wszystkie światła, ale nie tym razem. Dzisiaj chcę widzieć.
OstroŜnie kładę go na łóŜku i opadam obok. Błądzę palcami po ciele, dopóki nie wyczuwam
blizny, którą znalazła Hermiona. Moje palce delikatnie śledzą jej kształt, wyczuwając nierówność
skóry. Zabawne, Ŝe nigdy wcześniej jej nie zauwaŜyłem. Ale czy kiedykolwiek przyglądałem mu
się tak naprawdę?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - mówi przytłumionym głosem.
- Co? - pytam i cofam rękę.
- Wiedziałeś o niej wcześniej i nie mogłeś wytrzymać, Ŝeby nie zobaczyć, prawda?
Nie ma sensu zaprzeczać, obaj wiemy, o czym mówi.
- Skąd wiesz, Ŝe tam byłem? - pytam, walcząc usilnie, Ŝeby się nie zarumienić.
- Tak, jakbyś kiedykolwiek mógł nadchytrzyć Ślizgona - śmieje się.
- Chyba nie ma takiego słowa, jak nadchytrzyć.
- Kiedy ja mówię, to jest.
Moje wargi wyginają się w uśmiechu i tym razem nie próbuję się powstrzymać.
A potem zapominam o wszystkim. O bliźnie, wymyślonych słowach i czymkolwiek innym.
Wcześniej dotknąłem jego warg tylko raz, ale teraz nie ma w tym Ŝadnej przemocy. Nie ma teŜ
czułości, jest za to niemal przytłaczająca potrzeba i pasja, która zaciera wszystko inne. Draco
odwzajemnia pocałunek, wyginając ciało w moją stronę i jestem zgubiony. Całkowicie,
ostatecznie stracony.
Przesuwam dłonie w dół jego ciała, zatrzymując je na biodrach. Ściskam mocno, a cichy jęk,
który wydobywa się spomiędzy jego warg, wprost w moje usta, sprawia mi przyjemność.
- Chcę cię - przerywam pocałunek tylko po to, Ŝeby wyszeptać mu do ucha te słowa.
50
- Wiem.
- BoŜe, chcę cię tak bardzo - powtarzam, bardziej do siebie, niŜ do niego, jakbym sam siebie
chciał przekonać, Ŝe to uczucie jest prawdziwe. Wcześniej chciałem go posiąść, zranić i
upokorzyć. Ale nigdy, tak naprawdę, nie pragnąłem JEGO. Nie tak, jak teraz.
Składam chciwe pocałunki wzdłuŜ linii jego szczęki, na bladej skórze szyi, w tym czasie błądząc
rękami po całym ciele. Nie mam Ŝadnego planu, pragnę tylko czuć, chłonąć go jak najwięcej.
Dłonie nie zaprzestają wędrówki, kiedy wpatruję się w jego twarz, w szare, tak jasne oczy. Nie
chcę, Ŝeby je zamykał. Chcę go widzieć. Chcę, Ŝeby on widział mnie.
W jakiś sposób udaje mi się pozbyć spodni od piŜamy, wsuwam się w niego i jestem niemal
odurzony tym, jak bardzo jest ciasny i ciepły. Wymowny, przyspieszony oddech, którego nie
umie opanować, działa niezwykle oszałamiająco.
Kiedy poruszam się w nim rytmicznie, nie potrafię myśleć.
Nie jestem w stanie powiedzieć, jak długo trwa ten taniec - ekstaza nie zna pojęcia czasu. Bardzo
chciałbym, Ŝeby ta chwila nigdy się nie skończyła, ale wiem, Ŝe moment kulminacji jest
nieuchronny.
Przyciskam twarz do jego szyi, kiedy jęczę i drŜę w jego wnętrzu.
Po kilku sekundach wysuwam się i opadam na plecy obok niego. Przeczesuję trzęsącymi się
dłońmi wilgotne od potu włosy, ciągle odczuwając dreszcze przyjemności. Myślę, Ŝe to był
najwspanialszy orgazm, jaki kiedykolwiek przeŜyłem. Przymykam oczy i próbuję utrwalić to
uczucie w pamięci.
Nasze oddechy powoli wracają do normy i czuję, jak materac ugina się pod jego cięŜarem.
Wiem, Ŝe wstaje. Nie otwierając oczu chwytam go za nadgarstek.
- Gdzie idziesz?
- Do siebie. PrzecieŜ zawsze tak robię.
- Zostań.
- Co?
- Proszę, zostań.
- Dlaczego?
- Bo cię o to proszę. Nie wystarczy?
- Do tej pory nie mogłeś znieść mojej obecności, kiedy juŜ zrobiłeś swoje.
- Niektóre rzeczy się zmieniają.
- Naprawdę?
- Nie próbuj teraz filozofować. Tylko zostań.
- Pocałowałeś mnie.
- Tak.
- I nie zraniłeś.
- Nie.
- Nie rozumiem tego.
- Za duŜo gadasz.
Cisza. Ponownie wyczuwa ugięcie materaca, kiedy kładzie się z powrotem.
- Zostanę.
ROZDZIAŁ X
Nasze wspólne Ŝycie znowu toczy się według ustalonego schematu. Ale tym razem jest trochę...
lepiej... inaczej?
51
Idę do pracy, wracam, jem z Draco obiad. Czasami resztę wieczoru spędzamy oddzielnie, kaŜdy
zajęty własnymi sprawami, a czasami jesteśmy razem. Oglądamy filmy w telewizji lub
pozwalamy, Ŝeby czas upływał w raczej niekrępującej ciszy.
NiewaŜne jednak jak wieczór się zacznie, kończymy go zawsze w moim łóŜku, a Draco pozostaje
ze mną do rana.
Podczas wspólnych nocy miałem okazję wiele się o nim dowiedzieć. Na przykład to, Ŝe chrapie,
chociaŜ bardzo, bardzo cicho. I ma tendencję do przywłaszczania sobie całej kołdry. A takŜe, Ŝe
męczą go złe sny. ChociaŜ “koszmary” byłoby bardziej adekwatnym określeniem. Oddech mu
przyspiesza, wierci się i mamrocze niewyraźne słowa, coś na kształt “nie” i “proszę”. Zawsze
się wtedy budzę i nie jestem w stanie zasnąć, dopóki koszmar się nie skończy. Kilka razy próbuję
w jakiś sposób pomóc, klepiąc go po ramieniu lub plecach. Czuje się z tym niewygodnie, ale
wiem, Ŝe coś robić muszę. Nie mam pojęcia, czy moje gesty w czymkolwiek pomagają. Draco w
zasadzie uspokaja się szybko, z moją ingerencją, lub bez niej.
W momentach rozbudzenia zastanawiam się, o czym moŜe śnić. MoŜe o tym, jak ułoŜyło się jego
Ŝ
ycie i co musiał robić, Ŝeby przetrwać? Albo o mnie? Być moŜe to ja jestem jego koszmarem. A
moŜe chodzi o coś zupełnie innego, o czym nie mam pojęcia?
Jakiekolwiek by nie były, sny nie trwają długo i nigdy go nie budzą. Albo nie budziły - do
ostatniej nocy. Tym razem wszystko dzieje się inaczej. Zaczyna się normalnie, przyspieszonym
oddechem, wierceniem i niewyraźnym szeptaniem. AŜ w pewnej chwili, zupełnie
niespodziewanie, padają słowa, w które w pierwszym momencie nie chcę uwierzyć. Uznałbym,
Ŝ
e się przesłyszałem, gdyby ich nie powtórzył. Brzmią, jak łamiąca serce, wypływająca z jego ust
prośba.
“Nie, mamo. Proszę... nie.”
LeŜę cicho, w zupełnych ciemnościach, czując się niesamowicie zaintrygowany i wcale nie
przeszkadza mi ta odrobina podglądacza we mnie. Draco nie przestaje ni to szeptać, ni to jęczeć,
aŜ w końcu cichy głos przeradza się w krzyk. Gwałtownie siada, z wyciągniętymi rękami i
zakrzywionymi palcami, desperacko łapiącymi powietrze.
Podnoszę się takŜe, choć nie mam Ŝadnego pomysłu, co powinienem zrobić. Decyduję się
jedynie na dotknięcie jego ręki i ciche słowa uspokojenia.
- Draco, to tylko sen.
Jego ciało odpręŜa się, choć nie sądzę, Ŝe z powodu mojego dotyku. Mamrota coś w stylu
„wiem” i opada z powrotem na poduszkę, prawie natychmiast pogrąŜając się we śnie. Ja wręcz
przeciwnie, kręcę się i wiercę, nie mogąc zasnąć. Moje myśli krąŜą wokół tego, co usłyszałem i -
Ŝ
eby być uczciwym - męczy mnie gryfońska ciekawość.
Mija godzina, a ja ciągle siedzę w ciemnościach, czekając na poranek. W końcu promienie
słońca, wpadające przez okno, zaczynają oświetlać pokój, a Draco budzi się niedługo później.
Kilka razy mruga, zanim otwiera szeroko oczy. Ziewa, przeciąga leniwie, tak powoli, jakby miał
na tę odrobinę przyjemności cały czas świata. To są chyba jedyne chwile, kiedy pozwala
swojemu ciału aŜ tak się rozluźnić. Wydaje się nawet nie pamiętać, Ŝe jestem obok.
- Nie idziesz dzisiaj do pracy? - pyta po chwili.
- Nie, jest sobota - odpowiadam z roztargnieniem.
Przeciąga się znowu, z wdziękiem ogromnego kota, pełnego gracji i próŜności.
Zmuszam się do skoncentrowania na tym, o co chcę zapytać.
- Draco?
- Mmm? - mruczy w odpowiedzi.
- O czym śniłeś dzisiaj w nocy?
- Nie pamiętam. Dlaczego pytasz? - jego wzrok jest zwyczajny, bez śladu niepokoju.
52
- Mówiłeś przez sen... coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem.
- Naprawdę? - swobodny sposób, w jaki to mówi pasuje do wyrazu oczu, ale nie mogę się pozbyć
wraŜenia, Ŝe jest w tym jakiś fałsz.
Biorę głęboki wdech, jakbym chciał zanurkować w głębokiej, niespokojnej wodzie. Cała sytuacja
sprawia, Ŝe tak właśnie się czuję.
- Mówiłeś o matce.
- Naprawdę? - pyta znowu, ale teraz w jego głosie dźwięczy ślad ostroŜności. - Co mówiłem?
- Wołałeś ją i byłeś bardzo zdenerwowany.
Wzrusza ramionami i chowa ręce pod kołdrą.
- Zabawne, nic nie pamiętam.
Robi ruch, jak gdyby chciał wstać z łóŜka, ale szybko łapię go za nadgarstek.
- Powiedz, co się z nią stało.
- Nie - odpowiada i próbuje wyrwać rękę. Nie pozwalam na to.
- Powiedz mi, co się wydarzyło.
Znowu chce się uwolnić, ale moja dłoń trzyma go mocno.
- Umówiliśmy się, Ŝe nie będziemy o tym rozmawiać. Nie pamiętasz?
- Draco...
- Daj spokój.
- Nie! Chcę wiedzieć.
Teraz szarpie ręką na tyle mocno, Ŝe udaje mu się uwolnić. Szybko wstaje z łóŜka.
- Gdzie idziesz? - pytam i takŜe się podnoszę.
Zabiera z podłogi spodnie od piŜamy i ubiera je tak szybko, Ŝe aŜ dziwię się, w jaki sposób udaje
mu się utrzymać równowagę.
- Odchodzę! - krzyczy. - Ostrzegałem cię. Powiedziałem, Ŝe jeŜeli spytasz mnie o nią jeszcze raz,
to koniec z naszą umową. Spytałeś. Ja odchodzę!
Kończy ubieranie i dopada drzwi.
Nadeszła chwila prawdy. Mógłbym pozwolić mu wyjść. Mieliśmy umowę i złamałem ją. Nie
powinienem spodziewać się niczego innego. Ale wtedy nachodzi mnie myśl - dlaczego naciskam
tak bardzo? Dlaczego nie chcę odpuścić? Myśl odpływa i wiem, Ŝe muszę podjąć decyzję. Nie
ma czasu na wątpliwości, czy domysły. Muszę coś zrobić teraz.
Więc robię. W przeciwieństwie do niego mam w nosie skromność. Wyskakuję z łóŜka i nagi
biegnę do drzwi, dopadam ich w momencie, w którym Draco juŜ je otworzył. Uderzam je tak
mocno, Ŝe zamykają się z trzaskiem.
Nawet się nie obraca, Ŝeby na mnie spojrzeć. Wzdycha tylko i patrzy na sufit.
- Co ty, do diabła, wyprawiasz?
Nie waham się juŜ. śadnego owijania w bawełnę. W końcu wskoczyłem na głęboką wodę.
- Powiedz, co się stało z twoją matką.
- Zabierz tę cholerną rękę z drzwi - mówi i szarpie energicznie za klamkę, ale udaje mu się
zaledwie je uchylić.
- Nie, dopóki nie odpowiesz na pytanie - zatrzaskuję drzwi z powrotem.
- Pierdol się! - wrzeszczy, odwraca się i odpycha mnie z całych sił. Powinienem się tego
spodziewać, a jednak udaje mu się mnie zaskoczyć. Chwilę desperacko młócę rękami powietrze,
zanim nie upadam cięŜko na tyłek.
Gapi się na mnie nie dłuŜej niŜ sekundę, po czym odwraca i ponownie otwiera drzwi. Ale ja
jestem szybszy. Jestem diabelnie szybki. Podsycany niewypowiedzianą potrzebą zrywam się i
doskakuję do niego. Tym razem nie zaprzątam sobie głowy zamykaniem drzwi. Rzucam się i
przyciskam do nich jego ciało.
53
- Oszalałeś?! - krzyczy.
- Powiedz... - zaczynam, ale przerywa mi jego wrzask.
- Kurwa, ona nie Ŝyje, w porządku?! Nie Ŝyje! To właśnie chciałeś usłyszeć?! Jesteś teraz
szczęśliwy?!
Zabawne. Często słyszałem, Ŝe czas moŜe stanąć w miejscu, ale jeszcze nigdy tego nie
doświadczyłem. WraŜenie jest niesamowite, odczucie, jak wszystko wokół zwalnia, krystalizuje
się, powietrze twardnieje jak szkło. A ja jestem w tym szkle zawieszony i nie mogę zrobić nic,
poza czekaniem, aŜ ta powłoka się roztrzaska. Nie wiem, ile czasu tak stoimy, wpatrzeni w
siebie, oddychają szybko, jak po długim biegu. Mam wraŜenie, Ŝe całą wieczność.
- Tak mi przykro... - mówię wreszcie cicho, zaskoczony, Ŝe tak faktycznie jest. Naprawdę mi
przykro.
I właśnie w tym momencie czas wznawia swój bieg. Draco wpatruje się we mnie z
niedowierzaniem.
- Ty... co...? - tylko tyle udaje mu się wydusić, zanim jego spojrzenie nie twardnieje, a grymas
wściekłości nie opanowuje twarzy. Wygląda, jakby mógł rozszarpać mnie gołymi rękami.
Tylko jedna myśl przebiega mi przez głowę, zanim on rzuca się na mnie.
W tej chwili wcale nie wygląda pięknie.
Uderza we mnie z taka siła, Ŝe obaj upadamy na podłogę, ja na plecy, on na mnie. Kolanami
oplata moje biodra, a wplątane we włosy dłonie szarpią nimi tak gwałtownie, jakby chciał
oderwać moją głowę od karku.
W pewnym momencie, poprzez ból i kompletne zaskoczenie, docierają do mnie jego słowa.
- Pierdol się! Odwołuję wszystko. Nienawidzę cię! Jak ja cię, kurwa, nienawidzę!
Ponawia atak, a ja przestaję myśleć i działam czysto instynktownie. Wrodzone odruchy kaŜdą mi
się bronić, więc bez zastanowienia zaciskam pięść i wymachuję nią w powietrzu. Wydaje mi się,
Ŝ
e trafiam w cel, ale nie jestem pewny. Nie czekam na potwierdzenie i uderzam ponownie. Draco
ciągle wrzeszczy, jak bardzo się mną brzydzi, ale tym razem nie udaje, Ŝe nie odczuł uderzenia,
puszcza moje włosy i zaczyna gorliwie odwzajemniać ciosy.
Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu trwa ta bitwa. Naprawdę nie mogę, upojony
wściekłością i szaleństwem.
I nagle - objawienie!
MoŜe objawienie jest zbyt mocnym słowem, ale w jednej chwili walczę ze wszystkich sił, a w
następnej przed oczami pojawia się wizja z nocy, kiedy prawie go zabiłem. I juŜ wiem, Ŝe muszę
to przerwać, Ŝe to jest złe, a Draco potrzebuje teraz zupełnie czegoś innego.
Mimo tych myśli nie zamierzam dłuŜej być jego workiem treningowym.
Obejmuję go mocno i podciągam nas do pozycji siedzącej. Trzymam kurczowo, jak coś
niezbędnego do Ŝycia. Próbuje się wyrwać i krzyczy, jak bardzo mnie nienawidzi, Ŝebym poszedł
do diabła, poszedł się pieprzyć i dziesiątki innych zniewag, na które przestaję juŜ zwracać uwagę.
Jest jak robak wijący się na wędce.
Ale mój uchwyt jest mocny, jego ręce są unieruchomione po obu stronach ciała, a obejmujące
mnie uda przywierają tak, Ŝe nie ma moŜliwości manewru. Nie jest w stanie się uwolnić.
Jego ruchy powoli słabną, a wykrzykiwane słowa zamieniają się w niezrozumiały, cichnący
bełkot. Kiedy juŜ całkowicie zaprzestaje walki, jego ciałem zaczynają wstrząsać dreszcze. Ale
dopiero, kiedy czuję wilgoć na klatce piersiowej, uświadamiam sobie, Ŝe płacze.
- Ty draniu - mówi łamiącym się głosem, przerywanym szlochaniem.
Kiwam potwierdzająco głową. Czy mam prawo zaprzeczać? Sprowokowałem całą sytuację.
Doprowadziłem go do takiego stanu.
- Nienawidzę cię - odzywa się znowu, choć w jego słowach nie ma juŜ zapału.
54
- Wiem - odpowiadam.
TakŜe kiwa głową, ale nie przestaje drŜeć i łkać w moich objęciach. Wiem, Ŝe to głupie, ale mam
wraŜenie, Ŝe jeŜeli nie będę go mocno trzymał, to rozsypie się na kawałki.
Nie poruszam się i nie odzywam, dopóki jego ciało w końcu się nie uspokaja, a jedyne dźwięki,
jakie do mnie dochodzą, to jego cięŜki oddech.
Odsuwam go od siebie, obejmuję dłońmi twarz i zmuszam, aby na mnie spojrzał.
- Jak umarła? - pytam cicho.
Szybko odsuwa się ode mnie i wyciera oczy wierzchem dłoni. Kiedy podnosi głowę widzę, Ŝe są
zaczerwienione, opuchnięte i pełne przeraŜenia.
- Popełniła samobójstwo.
Czuję, jak moje serce na chwilę przestaje bić. Nie tego się spodziewałem. Absolutnie nie tego.
- Jak... dlaczego to zrobiła? - pytam.
Otwiera usta, jakby juŜ miał odpowiedzieć, ale zaraz zamyka je z powrotem. Jego wzrok jest
nieobecny.
- Nie mogę uwierzyć, Ŝe choćby biorę pod uwagę moŜliwość rozmowy o tym z tobą.
- Dlaczego nie ze mną?
Niewesoły chichot wydobywa się z jego ust.
- Dlaczego? Myślisz, Ŝe moŜemy tak po prostu podyskutować o naszych martwych matkach?
Kiwam głową powoli, Ŝeby zrozumiał, jak bardzo jestem powaŜny.
- Tak.
Nie wygląda na przekonanego. Opuszcza głowę i wpatruje się w podłogę, jakby czegoś na niej
szukał, ale po chwili wraca spojrzeniem do mnie.
- Opowiadałem ci, jak wyglądało nasze Ŝycie, jak zostaliśmy potraktowani. Matka... nie mogła
tego znieść. Nie była w stanie wytrzymać traktowania jak gówno pod czyimś butem. Całe swoje
Ŝ
ycie była otoczona magią, a tu z dnia na dzień została tej magii pozbawiona. Nienawidziła
takiego Ŝycia, jak charłak, albo jeszcze gorzej, jak mugol. Cały czas była strasznie przygnębiona
- przerywa na chwilę. - Być moŜe powinienem coś zauwaŜyć, przewidzieć, nie wiem... - potrząsa
głową. - Tego dnia poszedłem szukać pracy. Oczywiście bez skutku. Kiedy wróciłem do rudery,
w której mieszkaliśmy, ona była juŜ... była juŜ martwa. Podcięła sobie Ŝyły. Zabiła się jak mugol
- ostatnie zdanie wypowiada juŜ tak cicho, Ŝe ledwo go słyszę.
Siedzę przez chwilę w milczeniu, próbując poukładać w głowie to wszystko.
- Naprawdę mi przykro, Draco. Nikt nie powinien przez coś takiego przechodzić.
- Byłem na nią taki wściekły - mówi, zupełnie ignorując mój komentarz. - Nie rozumiałem, jak
mogła mi to zrobić. Jak mogła mnie zostawić. Była wszystkim, co miałem, Harry. I opuściła
mnie...
Dwie łzy wypływają z jego oczu i toczą się po twarzy, ale nie próbuje ich ścierać. Obserwuję je i
odzywam się dopiero, kiedy docierają do gardła.
- Nie wszyscy są tacy silni jak ty, Draco.
- Silny? - powtarza zduszonym i słabym głosem. - Chyba zbyt uparty, Ŝeby wiedzieć, kiedy
zrezygnować.
Nie zaprzeczam, bo ma rację. Na ile zdąŜyłem się zorientować, zna się na ludzkiej naturze lepiej
ode mnie. Nie wiem, co jeszcze, poza tym, Ŝe mi przykro, mógłbym powiedzieć. Nie jestem
dobry w pocieszaniu innych. Trudno jest mi znaleźć słowa, zapewne dlatego, Ŝe przez pierwsze
dziesięć lat mojego Ŝycia nikogo nie obchodziło, co mam do powiedzenia.
- MoŜe wrócisz do łóŜka, a ja zrobię coś do picia? - decyduję się wreszcie zapytać, chociaŜ nie
brzmię przekonująco.
- Whisky?
55
- Myślałem raczej o herbacie.
- Chyba właśnie teraz bardziej potrzebuję alkoholu. JeŜeli nie masz nic przeciwko.
- O czym...? - przerywa mi i macha lekcewaŜąco ręką.
- Mam to w nosie! Czy spijesz się do nieprzytomności lub pobijesz mnie na krwawą miazgę.
Muszę się napić.
Podnoszę się i wyciągam rękę, Ŝeby pomóc mu wstać. Zmierza do łóŜka zmęczonym krokiem, a
ja nakładam coś na siebie. Schodzę na dół, sięgam po dwie szklanki, ale zanim udaje mi się je
napełnić, uderza we mnie świadomość tego, co powiedział. Jego matka... martwa. Sama się
zabiła, a on był tym, który ją znalazł. Najprawdopodobniej całą we krwi. Ręce zaczynają mi się
trząść, kiedy wyobraŜam sobie, jak to mogło wyglądać. Podcięte Ŝyły, krew wszędzie, na niej...
Zawsze tyle krwi.
Zawsze otoczony przez nią.
Tonący w niej...
Zaciskam mocno oczy i potrząsam głową, Ŝeby się pozbyć niechcianego obrazu. PrzeraŜającego,
chociaŜ tak idealnie wpasowanego we wszystkie inne, straszne wspomnienia z mojego Ŝycia.
Rezygnuję z napełniania szklanek, zabieram całą butelkę i idę na górę.
Kiedy wchodzę do pokoju, widzę, Ŝe siedzi na łóŜku i czeka na mnie. Nowe siniaki zaczynają
wykwitać na bladej skórze. To przypomina mi o moich własnych, które od razu zaczynają
pulsować. Ignoruję to uczucie, siadam na skraju materaca i napełniam szklanki, najpierw dla
niego, potem dla siebie. Przyjmuje napój z wdzięcznością i od razu bierze duŜy łyk.
- Nigdy nie opowiadałem o matce. Nikomu. Nawet ojcu - mówi prawie normalnym głosem, ale w
jego oczach widzę wyzwanie. CzyŜby oczekiwał, Ŝe będę z niego kpił?
A ja nikomu, poza tobą, nie powiedziałem o Voldemorcie.
Nie wypowiadam jednak na głos tej myśli.
- KaŜdy potrzebuje z kimś porozmawiać - mówię w zamian.
Kiwa głową i bierze kolejny łyk alkoholu.
- Wiem. Ale nigdy nie sądziłem, Ŝe to mógłbyś być ty.
- Wiesz, Ŝe mi przykro.
- Czego Ŝałujesz? śe mnie zmusiłeś do mówienia, czy z powodu tego, co spotkało moją matkę?
- Pewnie po trochu z obu powodów - wzruszam ramionami.
Pijemy w ciszy, aŜ nasze szklanki są puste. Nalewam kolejną porcję i ją takŜe wypijamy. Z
trzeciej kolejki rezygnuję, chociaŜ on chce jeszcze. Nie zamierzam dopuścić do utraty kontroli,
właśnie teraz, kiedy osiągnęliśmy względne porozumienie i mógłbym wszystko zrujnować.
Zniszczyć wszystko?
O czym ja w ogóle myślę?
- Dlaczego ona mnie opuściła, Harry? - pyta nagle, rozpraszając moje własne myśli.
Ten głos tak bardzo przypomina małego, zagubionego chłopca, Ŝe praktycznie jestem w stanie
odczuwać jego ból.
Najwidoczniej martwe matki połączyły nas ze sobą w jakiś sposób.
- Nie wiem, Draco - mówię szczerze.
- Nie kochała mnie na tyle, Ŝeby ze mną zostać? - pyta, a głos mu się załamuje i świeŜe łzy
napływają do oczu.
- Draco - zaczynam, ale nie istnieje nic, co mógłbym teraz powiedzieć.
Naprawdę nie umiem pocieszać, choć wiem, Ŝe muszę spróbować. Odkładam okulary, otaczam
go ramionami i ściskam tak delikatnie, a zarazem mocno, jak jestem w stanie.
Wtula się we mnie i płacze, nie próbując się nawet powstrzymywać.
56
- Szsz... - mruczę cicho do jego ucha.
I mogę tylko mieć nadzieję, Ŝe dodaję mu trochę otuchy.
ROZDZIAŁ XI
Dopiero kilka dni przed końcem naszej umowy uświadamiam sobie, Ŝe moje postępowanie z
Draco było niewłaściwe. Jak to świadczy o mnie, jako człowieku? Jestem dobry, zły czy po
prostu normalny? Nie wiem, choć myślę o tym nieustannie. Zabawne to sumienie - męczy
właśnie teraz, po wszystkim, kiedy juŜ nie mam szansy na poprawę.
Jest wieczór i czuję się niewiarygodnie zmęczony, choć przez cały dzień nie zrobiłem niczego
szczególnie forsownego. O tej porze moje myśli krąŜą szczególnie intensywnie. Siadam cięŜko
na łóŜku i opadam na poduszkę, nakłaniając Draco do pójścia w moje ślady. Mam nadzieję, Ŝe
moŜe dziś w nocy walka w mojej głowie wymęczy mnie na tyle, Ŝe będę w stanie usnąć.
- Musisz przestać traktować mnie w ten sposób, Harry - jego głos dociera do mnie, kiedy próbuję
umościć się na poduszce. Zamieram w połowie ruchu. Słyszę, Ŝe jest wściekły i nawet nie
próbuję ukryć zaskoczenia. Jak go traktuję? Przez ostatnie dni bardzo się starałem. Odkąd
dowiedziałem się, co spotkało Narcyzę i na nowo odkryłem istnienie moralnych dylematów,
mógłbym uchodzić za wzór dobrego wychowania.
- W jaki sposób? - pytam, a w moim głosie wyraźnie słychać zdziwienie.
- Nie dotknąłeś mnie od kilku dni.
Jestem zbyt zmęczony, aby zastanawiać się nad prawdziwym sensem tych słów. Patrzę na moją
rękę, obejmującą go w tali.
- Teraz cię dotykam.
- Nie o to mi chodzi - mówi i siada, odpychając od siebie moje ramię. - Nie uprawialiśmy seksu,
odkąd opowiedziałem ci o matce.
Och, boŜe. Właśnie tego tematu najbardziej chciałem uniknąć, przynajmniej do czasu, aŜ
uporządkuję własne myśli.
- Myślałem tylko... - zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie rób mi tego, Harry. Nie traktuj mnie w ten sposób - przez gniew w jego głosie przebija teŜ
nutka desperacji, moŜe nawet błagania.
- W jaki sposób? - teraz jestem kompletnie zdezorientowany. Co robię źle? Jakie mu daję
powody do skarg?
- Jakbym był ze szkła. Jakbym był kruchy - teraz prawie warczy. Pochyla głowę i przewierca
mnie lodowatym spojrzeniem. - Nie lituj się nade mną.
A więc o to chodzi - myślę i jakaś metaforyczna Ŝarówka zrozumienia rozjaśnia się w mojej
głowie. Kierując się tą wskazówką siadam i przysuwam do niego, zachowując tylko minimalną
odległość. Chwilę trwam w tej pozycji, próbując zdecydować, co powiedzieć. Nie oczekiwałem
takiej reakcji. Nigdy bym nie przypuszczał, Ŝe brak mojego dotyku tak go zdenerwuje. Czy
powinienem wyjaśnić swoje powody?
Oczywiście. I zrobię to. Skoro to dla niego takie waŜne. Ale kiedy tylko decyduję się mówić,
słowa zamierają mi w gardle. Zamiast próbować je z siebie wyrzucić, rezygnuję i poddaję się
narastającemu przymusowi dotknięcia go. Sam stwierdził, Ŝe dawno tego nie robiłem, chociaŜ
bardzo za tym tęskniłem. Unoszę rękę i samym kciukiem muskam miękką powierzchnię jego
warg.
- Jesteś taki dumny, prawda? - szepczę.
Patrzy na mnie, wzrokiem ciągle zimnym, ale nie mówi nic.
57
- Właśnie tej dumy w tobie nienawidziłem - kontynuuję, a mój kciuk zaczyna zataczać leniwe
kręgi po jego ustach. - Była jednym z powodów mojej wrogości. Kiedy szedłeś korytarzami
szkoły, jakbyś był jej właścicielem. Jakbyś był lepszy, niŜ wszyscy inni. - Unoszę dłoń i teraz
pieszczę policzek, ostroŜnie, Ŝeby nie urazić siniaków. Wypuszcza powietrze, nie odrywając ze
mnie wzroku, ale chłód powoli zostaje zastąpiony ciekawością.
- Teraz – mówię. - Teraz myślę, Ŝe nie mogę nic na to poradzić, ale podziwiam cię.
Mruga kilka razy, jak ktoś wyrwany ze snu.
- Właśnie dzięki dumie byłeś w stanie przetrwać, prawda? To ona sprawia, Ŝe jesteś taki silny -
kiedy kończę zdanie, uświadamiam sobie, jak bardzo te słowa są prawdziwe.
Mruga znowu i lekko wzdycha.
- Nie wiem.
- Poczucie dumy jest w tobie tak bardzo zakorzenione, Ŝe prędzej pozwolisz mi wykorzystywać
cię seksualnie, niŜ litować się nad tobą - kontynuuję, jakbym nie słyszał jego słów.
- Do czego zmierzasz, Harry? - jego wzrok odrobinę twardnieje.
- Mam rację?
Wzrusza ramionami i nieznacznie odwraca głowę. Opuszczam rękę.
- Być moŜe - odpowiada wreszcie i zaczyna się śmiać, trochę łamiącym się głosem. - Ale kiedy
mówisz w ten sposób, to wszystko wydaje się jakieś chore.
TakŜe próbuję się roześmiać, choć uczucie dziwnego smutku nie chce mnie opuścić.
Kładę dłonie na jego piersi i popycham delikatnie. Rozumie mój gest i opada na poduszkę. Patrzy
na mnie z wyrazem ulgi na twarzy. Pewnie myśli, Ŝe wszystko wraca do normy. Jakby miłe,
szybkie pieprzenie było remedium na nasze dylematy i mogło pozwolić zapomnieć.
- Nie lituję się nad tobą - szeptam mu wprost do ucha, przyciskając swój policzek do jego i
czując, jak bardzo jest ciepły.
- Nie? - wzdycha.
- Nie.
- Więc co czujesz?
Opieram się na łokciu i obracam twarz tak, abym mógł patrzeć mu prosto w oczy. Potrzebuję
chwili, Ŝeby pomyśleć i w tym czasie wplątuję palce w jego włosy.
- Zdecydowanie empatię. TakŜe szacunek. Nie wiem. Słuchaj, nie zaprzeczam, Ŝe mój stosunek
do ciebie się zmienił, ale to nie musi być złe.
Potrząsa głową, nieumyślnie wprawiając w ruch takŜe moją rękę.
- Nie rozumiem. Wiem, Ŝe mnie chcesz - przesuwa wzrokiem wzdłuŜ naszych ciał, a ja czuję
zawstydzenie. Oczywistym jest, o czym mówi, jestem juŜ całkiem twardy. Ostatnio dzieje się tak
zawsze, kiedy tylko znajdę się dostatecznie blisko niego. To wyjątkowo ironiczne, zwaŜywszy,
Ŝ
e jeszcze nie tak dawno musiałem zmuszać się, aby go dotknąć.
- Naprawdę cię pragnę - odpowiadam szczerze.
- Ale nie chcesz... - przerywa nagle, a zakłopotanie w jego oczach zostaje zastąpione
zrozumieniem. - Męczą cię wyrzuty sumienia, Harry? - posyła mi złośliwy uśmieszek.
Jakbym został uderzony w głowę. Jego słowa działają równie dobrze, jak kubeł zimnej wody.
Kierowany nagłą potrzebą odsuwam się od niego i wzruszam ramionami.
- Chyba moŜna tak powiedzieć.
Podnoszę się z łóŜka i podchodzę do stojącego przy ścianie kredensu. Za sobą słyszę szelest
materiału świadczący, Ŝe Draco takŜe postanowił wstać.
W mojej głowie trwa walka. Czy powinienem podzielić się z nim własnymi myślami? Uczciwie
wyznać swoje dylematy? JuŜ raz mu zaufałem i nie zawiodłem się... więc moŜe warto?
- Wiesz, dlaczego przyprowadziłem cię do mojego domu? - pytam, nie odwracając się. -
58
Dlaczego w ogóle przyszło mi to do głowy?
- Chciałeś mnie zranić - odpowiada po prostu.
Ponownie trafia w samo sedno. Chwilę dławię się śmiechem pozbawionym radości i przyciskam
dłoń do chłodnej, drewnianej powierzchni mebla.
- Tak, chciałem. Kiedy cię wtedy ujrzałem, nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Wreszcie
nadarzała się okazja, Ŝeby odpłacić za wszystko, co zrobiłeś mnie i moim przyjaciołom. Za
wszystkie głupie i okrutne Ŝarty.
Draco nie odpowiada i niewygodna cisza zawisa w powietrzu. Kreślę palcem skomplikowane
wzory na drewnianej powierzchni i zastanawiam się, czy kontynuować moje zwierzenia. Ale
skoro zacząłem, to muszę skończyć.
- Nie chodziło tylko o to, Ŝeby cię ukarać za faktyczne winy. Mściłem się za wszystko.
WyŜywałem się na tobie za kaŜdą straszną rzecz, jaka mnie w Ŝyciu spotkała, poniewaŜ byłeś tu,
blisko, taki dostępny, pod ręką, wygodny i... bezradny.
WciąŜ wlepiam wzrok w powierzchnię kredensu. Gdybym trzymał w dłoni pędzel, zdąŜyłbym
stworzyć arcydzieło.
- BoŜe - mój głos jest teraz trochę histeryczny i pełen zdumienia. - Przez cały ten czas karałem
cię za coś, czego nie zrobiłeś.
Przez chwilę jedynym słyszalnym w pokoju dźwiękiem jest mój chrapliwy oddech. Draco jest tak
cichy, Ŝe równie dobrze mógłby być duchem. Napinam wszystkie mięśnie i zaciskam dłonie w
pięści czekając, co się teraz wydarzy.
- Wiem o tym, Harry. Wiedziałem od samego początku - mówi łagodnie, prawie dobrotliwie.
Znał prawdę? Przez cały ten czas? Co, do kurwy nędzy, jest z nim nie tak?! Znowu bawi się w
psychologa? BoŜe, jak mogłem być taki ślepy?
- Więc dlaczego... dlaczego zostałeś? - pytam po chwili i obracam się w jego stronę. Mój głos
drŜy tylko nieznacznie.
Kiedy patrzę na niego, podnosi się wreszcie z łóŜka i podchodzi bliŜej. Wzrusza ramionami i
potrząsa głową.
- Rozmawialiśmy juŜ o tym, Harry. Ja teŜ wyciągam korzyści z naszej umowy.
- Pieniądze - mówię stanowczo.
- Tak, pieniądze - potwierdza.
Kiwam głową na znak zrozumienia. Kiedy namawiałem go na zamieszkanie ze mną, wiedziałem,
Ŝ
e właśnie ten argument skusi go najbardziej.
Przeczesuję palcami włosy, chcąc zyskać chwilę na zastanowienie, zanim wypowiem kolejne
słowa. Kiedy wreszcie się decyduję, mówię powoli i z rozwagą. To, co chcę powiedzieć, jest
rezultatem kilku dni przemyśleń i pragnę być dobrze zrozumiany.
- Wydaje mi się, Ŝe dopiero niedawno dotarło do mnie, Ŝe nasza umowa tak naprawdę była
gówno warta. Krzywdzenie ciebie niczego nie zmieniło. Nie zwróciło mi ani rodziców, ani
przyjaciół, których straciłem. Nie odzyskałem mojego Ŝycia - biorę głęboki oddech. - I nie
sprawiło, Ŝe ból odszedł.
I nagle coś w rodzaju zduszonego kwilenia ucieka mi z ust, a całe ciało zaczyna drŜeć.
„To wszystko przez zmęczenie”, myślę, kiedy opadam na podłogę.
„A moŜe powodem jest, Ŝe odkryłeś swoją duszę przed tym męŜczyzną?” - pyta dziwny głos
wewnątrz mojej czaszki.
Siadam na podłodze i przyciskam zgięte nogi do klatki piersiowej. Obejmuję je szczelnie
ramionami, zamykam oczy i przytulam do nich czoło. Mam nadzieję, Ŝe w ten sposób opanuję
głupie dreszcze.
Niestety, nie pomaga. Siedzę i trzęsę się jak wystraszony dzieciak, czekając na jego następne
59
słowa.
- Dobrze. Zastanawiałem się, ile czasu zabierze ci zrozumienie tego - w końcu z ciemności
wydobywa się cichy głos.
Otwieram oczy i widzę, Ŝe jest teraz znacznie bliŜej. Gdybym wyciągnął rękę, mógłbym dotknąć
jego skóry.
- Nie chcę cię zranić, Draco. W tym cała rzecz, nigdy więcej.
Zaplata na piersi ramiona i przechyla głowę, jakby zastanawiał się nad szczególnie trudną
zagadką.
- W takim razie naszą umowę mogę uznać za zakończoną? - pyta w końcu ostroŜnie.
- Z twojej strony, tak - kiwam głową - Bardzo chciałbym, Ŝebyś został do końca miesiąca, ale
jeśli się nie zgodzisz, zrozumiem. Zapłacę ci tak czy owak. I nie musisz juŜ nic więcej robić, dla
mnie, lub... ze mną - pragnienia krąŜą mi po głowie, więc wypowiadam je szybko, zanim
zabraknie mi odwagi. - Chyba, Ŝe chcesz... - kończę nieśmiało.
Ś
mieje się, ale nie ma w tym dźwięku niczego okrutnego.
- Nie mam nic przeciwko tobie, Harry. Wyglądasz całkiem nieźle i jestem pewien, Ŝe, kiedy to
szaleństwo w tobie śpi, moŜesz być absolutnie wspaniałym facetem. Ale seks... nie jest... juŜ
nigdy nie będzie dla mnie niczym przyjemnym.
- Przykro mi, ja...
- Nie zamartwiaj się. Tak było, zanim pojawiłeś się w moim Ŝyciu.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe nigdy nie odczuwasz... W ogóle tego nie lubisz?
- Nie, to było... nie... nigdy więcej - odpowiada po prostu, niemalŜe smutno.
Kiwam głową.
- Więc, co postanowiłeś? Zostaniesz, czy korzystasz z okazji i uciekasz? - pytam.
- Nie wiem. Sądzę, Ŝe trzy dni mnie nie zabiją - wzrusza ramionami i odczekuje chwilę, zanim
kończy. - Mogę zostać.
Zalewa mnie uczucie ulgi. MoŜe i jest to patetyczne i jakieś nielogiczne, ale naprawdę nie chcę,
Ŝ
eby odszedł. Zalega niezgrabna cisza, kiedy obaj tylko wpatrujemy się w siebie, zastanawiając
się, co jeszcze moŜemy powiedzieć. Po minucie słyszę szuranie jego stóp.
- W takim razie... - mruczy.
Przerywam mu, zanim powie cokolwiek więcej. Nie mam pojęcia, czy moje słowa są właściwe.
- Słuchaj, jest juŜ późno, dlaczego nie... mmm... czy chcesz spać w swoim pokoju? Mam na
myśli... to jest bardzo wygodne łóŜko, szkoda, Ŝeby się marnowało.
- Naprawdę? - pyta i wygina brew.
- Tak - odpowiadam i wykonuję w powietrzu falujący ruch dłonią, aby moje słowa zabrzmiały
swobodnie, choć w rzeczywistości jest to minimum, jakie mogę dla niego zrobić, po tym, jak go
potraktowałem.
- Przyznaję, Ŝe własne łóŜko brzmi całkiem miło - mówi.
- W takim razie, idź - robię krótka przerwę. - Dobranoc.
Ponownie kładę głowę na kolanach. Przestałem się trząść, ale zmęczenie powróciło,
zwielokrotnione, i wszystko, o czym mogę marzyć, to zamknąć oczy i zapomnieć o otaczającej
mnie rzeczywistości.
W pozycji, w jakiej siedzę, nie mogę go widzieć, ale wiem, Ŝe podszedł bliŜej i pochylił się.
Czuję to. Gdyby się zastanowić, to cała sytuacja jest dziwna i niepokojąca. To moje „nastrojenie
się” na niego.
Podnoszę głowę.
Widzę, jak nachyla się nade mną i dech zamiera mi w piersi. Po chwili drŜący, płytki oddech
ucieka z moich ust i wtedy... naprawdę nie jestem w stanie ponownie zaczerpnąć powietrza.
60
Patrzę z fascynacją na jego twarz, tuŜ przede mną i zamykam oczy tylko sekundę przed tym, jak
jego usta dotykają moich.
Pocałunek jest bardzo niewinny, a jednak napełnia moje ciało ciepłem, jakiego jeszcze w swoim
Ŝ
yciu nie doświadczyłem. Uczucie jest tak dobre, Ŝe nie chcę, aby się kiedykolwiek skończyło.
Bez zastanowienia próbuję podnieść rękę, Ŝeby go dotknąć, przyciągnąć bliŜej. Abym mógł
sięgnąć po to piękne, tajemnicze, doprowadzające do szaleństwa stworzenie. Ale nie jestem w
stanie się ruszyć, nie mogę oddychać, nie mogę niczego... poza czuciem.
Och, boŜe, jego pocałunek jest jak zbawienie... odpuszczenie... odkupienie.
I wtedy on porusza się i juŜ nie jesteśmy połączeni.
Poczucie straty jest tak brutalnie intensywne, Ŝe ponownie zaczynam się trząść.
- Dlaczego to zrobiłeś? - szepczę.
- Bo chciałem - odpowiada, a na twarzy gości mu cień psotnego uśmiechu.
Otwieram usta próbując wymyślić, co mogę powiedzieć, ale moje zdolności całkowicie mnie
zawodzą.
- Dobranoc, Harry - mówi prostując się i wychodzi, zanim jestem w stanie wykrztusić cokolwiek.
Dotykam palcami warg i ciągle mogę wyczuć na nich ciepło.
To był najbardziej szczodry pocałunek, jaki kiedykolwiek otrzymałem.
Kto by pomyślał, Ŝe właśnie Draco Malfoy będzie tym, od kogo taki prezent dostanę.
ROZDZIAŁ 0,5 XII
Zespół oderwanych od siebie, drobnych momentów - tym właśnie jest nasz ostatni, wspólny
dzień. Pojedyncze chwile, splecione razem, tworzą dwadzieścia cztery godziny, jedyne, jakie
kiedykolwiek jeszcze spędzę z Draco.
Rano zmuszam się, aby pójść do pracy, ale będąc tam, nie mogę zrobić nic, poza gapieniem się
na otaczające mnie cztery ściany. Nawet nie próbuję udawać, Ŝe robię coś poŜytecznego. Po co?
Gdyby szef chciał mnie zwolnić, nie miałbym nic przeciwko. Pewnie zacząłbym go nawet
bardziej szanować. Ale nie. Woli mnie ignorować i udawać, Ŝe nie widzi mojego lenistwa.
Nie wiem, ile czasu upływa, zanim w końcu postanawiam dać sobie spokój. Powinienem
przewidzieć, Ŝe dzisiaj nie będę w stanie skupić się na niczym i nie przychodzić w ogóle.
ChociaŜ prawdą jest, Ŝe nawet w najlepszych okresach Ŝycia praca nie była czymś, czemu
potrafiłem poświecić całą uwagę.
Pospiesznie kiwam głową, mamroczę jakieś usprawiedliwienie o złym samopoczuciu i
opuszczam biuro tak szybko, jak mogę. Pierwszą myślą jest udać się od razu do domu, ale niemal
natychmiast z tego pomysłu rezygnuję. Nie jestem w stanie stawić czoła niezręczności, jaką w
ciągu ostatnich dni odczuwam w towarzystwie Draco Malfoya. Właśnie to jest najdziwaczniejsze
- od owej nocy, kiedy nasze dotychczasowe stosunki zmieniły się tak dramatycznie, Ŝaden z nas
nie wiedział, jak postępować w stosunku do drugiego. Obaj zgadzaliśmy się, Ŝe nie ma juŜ
między nami nienawiści - ale Ŝaden nie miał pojęcia, czym ta nienawiść została zastąpiona.
Chyba jednak nie powinienem mówić w imieniu Draco. Jedyne, co mogę stwierdzić, to to, Ŝe ja
nie jestem świadomy swoich uczuć. Malfoy, jeŜeli wie, swoją wiedzą się ze mną nie dzieli.
Zamiast wracać do domu, aportuję się do znanego mi, bezpiecznego i opuszczonego miejsca,
gdzie mogę zrzucić szatę i złapać taksówkę. Postanawiam zrobić jakieś zakupy.
Początkowo chcę zjeść szybki obiad, aby nie tracić czasu, a potem kupić coś dla siebie. Ale
61
zamiast tego, ciągle napotykam rzeczy, które wydają mi się jakby stworzone dla Draco.
Właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, Ŝe kompletnie oszalałem.
Uparcie odmawiam kupienia mu czegokolwiek... do chwili, aŜ natrafiam na coś, co wydaje mi się
absolutnie dla niego odpowiednie, i nie mogę pozostać obojętnym.
W porządku, wcześniej byłem zły. Właśnie tamto zachowanie zasługuje na miano szaleństwa.
Po zrobieniu zakupu uznaję, Ŝe grałem na zwłokę wystarczająco długo. Przyszła pora, by wrócić
do domu.
Wchodzę do salonu i widzę Draco w jego ulubionym miejscu - zwiniętego na kanapie, z nosem w
ksiąŜce. Nie sprawia wraŜenia, Ŝe mnie zauwaŜył, więc chrząkam znacząco.
- Kolejna ksiąŜka? - pytam.
„Świetnie, Harry. Po prostu cudownie. Masz taki talent do stwierdzania oczywistości.” Zerka na
mnie szybko i powraca do czytania.
- Mmm... - podkradam się, aby spojrzeć na tytuł. - „Wichrowe Wzgórza”?
- Lubię klasykę - odpowiada bez patrzenia na mnie. - Chciałbym zdąŜyć przeczytać do jutra jak
najwięcej.
Dociera do mnie, co moŜe mieć na myśli.
- MoŜesz ją zabrać - mówię bez zastanowienia.
Palcem zaznacza miejsce, które czyta, przymyka ksiąŜkę i podnosi głowę.
- Co?
- Weź ją... jeśli chcesz. Mnie i tak nie na wiele się przyda.
Marszczy brwi.
- Po co ci tyle ksiąŜek, skoro ich nie potrzebujesz?
- Były tu, kiedy kupiłem dom - odpowiadam i wzruszam ramionami.
- Rozumiem - mówi i chichocze nieznacznie. - Dzięki, to bardzo miłe z twojej strony.
Zalega cisza, a my wpatrujemy się w siebie. Jego spojrzenie prześlizguje się po mojej sylwetce i
zatrzymuje na walizce, którą trzymam w ręce. Mój jedyny zakup.
- Co to jest? - pyta z zainteresowaniem.
- Och - staram się brzmieć swobodnie. - Nic takiego. Po prostu przypomniałem sobie, Ŝe nie
masz w co spakować swoich ubrań.
- Dlatego kupiłeś mi walizkę? - pyta oszołomionym tonem.
- Właściwie... niech to będzie prezent na poŜegnanie.
- Ale ja nie mam nic, co mógłbym do niej spakować - mówi i potrząsa głową.
- Wiesz... ubrania, które nosiłeś przez ten miesiąc. Są twoje.
- Och... - wzdycha miękko. - Ja... nie chciałbym naduŜywać... - kontynuuje, a jego głos nagle
wcale nie brzmi jak głos dorosłego męŜczyzny. Raczej nieśmiałego, niepewnego chłopca.
Łapię się na tym, Ŝe próbuję zwalczyć w sobie dziwne pragnienie otoczenia go ramionami i
pocieszenia po raz kolejny. Jednak tylko chwilę później Draco prostuje odrobinę ramiona, a jego
głos odzyskuje normalne brzmienie, juŜ bez śladów bezradności.
- To naprawdę miłe. Dziękuję.
Kulturalnie odpowiadam, Ŝe nie ma za co i kolejny moment niezgrabnej ciszy zalega pomiędzy
nami. Na szczęście Draco szybko ją rozbija.
- Skoro mam walizkę i nie muszę spieszyć się z czytaniem, równie dobrze mogę pójść się
spakować - mówi, odkładając ksiąŜkę i wstając jednym, płynnym i szybkim ruchem.
Podchodzę i wręczam mu mój zakup. Z kolejnym, cichym „dzięki” odbiera go ode mnie i
odchodzi w stronę schodów.
- Draco - wołam, kiedy jest juŜ w połowie drogi na górę.
62
Zatrzymuje się i odwraca głowę. Ja kolejny raz próbuję brzmieć swobodnie i bezceremonialnie...
i jestem świadomy, Ŝe ponoszę kompletną poraŜkę.
- Pomyślałem, Ŝe... wiesz... skoro to nasz ostatni wspólny wieczór, moglibyśmy pójść gdzieś na
kolację, lub obejrzeć coś...
- Och - przerywa, jakby musiał się chwilę zastanowić. - Jest nowy film z De Niro, który chętnie
bym zobaczył...
Jego słowa docierają do mnie głośno i wyraźnie, ale nie mogę do końca ich pojąć. Czy Draco
Malfoy właśnie powiedział, Ŝe lubi Robera De Niro? Musiał dostrzec wyraz zakłopotania na
mojej twarzy.
- O co chodzi? - pyta, mruŜąc oczy.
- Nic... tylko... ciągle jest dla mnie dziwne słyszeć, Ŝe cokolwiek mugolskiego moŜe ci się
podobać.
- Och - mówi po raz kolejny i niewielki uśmiech rozjaśnia jego twarz. - JeŜeli przyznam, Ŝe
jadam Big Macki, słucham U2 i wykazuję dość spore zainteresowanie futbolem, to pewnie
zrujnuję twój umysł zupełnie?
- Masz rację - odpowiadam i potrząsam głową z niespodziewaną wesołością. - Czuję się
niezdolny do logicznego myślenia.
Jego uśmiech staje się szerszy.
- Kolacja i kino brzmią świetnie, Harry.
Nie mogę nic na to poradzić i odwzajemniam jego uśmiech. Rzeczywiście, pomysł jest niezły.
Jestem dumny, Ŝe przyszedł mi do głowy.
Po filmie trafiamy do tej samej restauracji, w której jedliśmy trzy tygodnie temu. Początkowo
zabawiamy się omawianiem najwaŜniejszych wątków filmu i umiejętności aktorskich De Niro,
ale kiedy kelner przynosi nasze posiłki, obaj zajmujemy się jedzeniem, jakbyśmy byli bardzo
głodni, i rozmowa ustaje.
Nie na długo jednak, bo juŜ po kilku minutach Draco wydaje się być najedzony i odsuwa talerz.
- Harry?
- Tak? - odpowiadam, przełykając kęs łososia.
- Jest kilka rzeczy, które muszę ci powiedzieć.
Postanawiam takŜe przerwać posiłek. Jego głos brzmi tak powaŜnie i formalnie, Ŝe moja
ciekawość jest naprawdę pobudzona.
- W porządku. O co chodzi?
Prostuje ramiona i splata ze sobą dłonie. Nagle wygląda jak prawdziwy, młody arystokrata,
którym kiedyś był.
- Chciałem podziękować za to, jak się zachowałeś tego dnia, kiedy znęcałeś się nade mną i
zmusiłeś do opowiedzenia o mojej matce. Co, na marginesie, wcale nie było miłe. Ale nie
oczekiwałem, Ŝe zareagujesz w ten sposób... - przerywa i przez chwile wpatruje się w stół, zanim
nie kieruje spojrzenia z powrotem na mnie. - To było bardzo... wspaniałomyślne. Więc, dziękuję.
Zaskakuje mnie kompletnie. Z wiadomych powodów nigdy nie spodziewałem się, Ŝe będzie mi
wdzięczny, a tym bardziej, Ŝe zechce to wyrazić. Chcę mu odpowiedzieć, Ŝe nie ma za co
dziękować, ale wtedy inne, męczące pytanie wpada mi do głowy i czuję, Ŝe muszę je zadać.
- Draco, jakiej reakcji się po mnie spodziewałeś?
Rozplata dłonie i powraca do jedzenia. Ja nie mam juŜ apetytu.
- Oczekiwałem raczej, Ŝe będziesz się śmiał lub powiesz, Ŝe na to zasłuŜyłem. Nie wiem - mówi.
Jego odpowiedź jest dla mnie bardziej przykra, niŜ powinna.
- Naprawdę myślałeś, Ŝe to powiem? śe będę aŜ taki okrutny?
63
Nieznacznie wzrusza ramionami.
- Według zasady... wiesz... kopnąć leŜącego. Większość ludzi tak właśnie by zrobiła.
- Nieprawda - potrząsam głową. - Na pewno większość ludzi nie postąpiłaby w ten sposób.
- Myślałem, Ŝe juŜ dawno przestałeś być taki naiwny, Harry. To jest dokładnie to, co ludzie by
zrobili.
Tak, co najmniej... Myślę, Ŝe ma rację, ale tak naprawdę juŜ go nie słucham. Mój umysł
zdecydował się zrobić sobie spacer po wspomnieniach i jestem teraz zbyt zaabsorbowany
obrazem Draco szlochającego w moich ramionach, aby skoncentrować się na czymkolwiek
jeszcze.
- Nie byłem pewny, czy robię to dobrze - mówię nagle.
„Skąd ta myśl?...”
- Co? - jego głos jest całkowicie zdezorientowany.
Próbuję odsunąć z przed oczu niepokojące wizje, ale nie za bardzo jestem w stanie to zrobić.
- Cierpiałeś tak bardzo i chciałem pomóc... ale chyba nie potrafiłem nic poradzić.
Wiem, Ŝe moje słowa nie są zbytnio zrozumiałe, ale skoro sam zacząłem paplać, co mi ślina na
język przyniesie, to teraz muszę się postarać i wytłumaczyć, o co mi chodzi.
- Kiedy byłem młodszy i przydarzył mi się jakiś wypadek, ciotka z wujem nie pozwalali mi
płakać i musiałem trzymać się daleko od nich. Czasami przychodziłem ze szkoły cały we łzach,
kiedy ktoś był dla mnie szczególnie okrutny, a oni mówili, Ŝe na pewno sam jestem sobie
winien... i nie oferowali Ŝadnej pomocy - przerywam na chwile i biorę głęboki oddech, aby się
uspokoić, bo stare rany ciągle potrafiły wyprowadzić mnie z równowagi. - A potem
obserwowałem, jak pocieszali Dudleya. Jak przytulali go, kiedy się denerwował. To zawsze
działało. Dlatego z tobą próbowałem postąpić podobnie. Ale ty nie przestawałeś płakać.
Domyśliłem się, Ŝe coś robię nie tak. Nigdy osobiście nie zaznałem pocieszenia, więc nie miałem
pojęcia, jak to zrobić.
- Harry - szepcze moje imię. - Naprawdę miałeś zasrane dzieciństwo, co?
Na szczęście wspomnienia odpłynęły, ale jakieś poczucie wstydu nie pozwala mi oderwać
wzroku od talerza na stole.
- Tak sądzę.
Przytłumione rozmowy otaczających nas ludzi dają jakieś ciche poczucie bezpieczeństwa,
kiedy...
- Postąpiłeś dobrze, Harry.
Teraz podnoszę głowę pewny, Ŝe źle usłyszałem.
- Ale nie przestałeś...
- Czasami ludzie po prostu muszą się wypłakać. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie pozwoliłem
sobie rozpaczać po stracie matki - przerywa na chwilę. - Zrobiłeś to, co naleŜy. Byłeś bardzo
naturalny.
Po jego słowach czuję się tak dobrze, Ŝe nie znam nawet słów, aby opisać mój stan. Świadomość,
Ŝ
e starałem się zrobić coś normalnego i odniosłem w tym sukces, napełnia moje serce ciepłem.
Uczucie tak rzadkie w moim Ŝyciu, Ŝe aŜ nieznośnie obce. Ale nie całkiem. Przez kilka chwil
pozwalam sobie wygrzewać się w tym cieple, w końcu jednak przypominam sobie, Ŝe Draco
chciał jeszcze coś powiedzieć.
- O czym, poza tym, miałeś zamiar rozmawiać? - pytam i staram się skupić na czymkolwiek
innym, niŜ ten mój prywatny moment błogości.
- Ach tak. Chciałem przeprosić za bycie takim kompletnym i całkowitym gnojkiem w szkole.
- Naprawdę? - pytam, kiedy wreszcie udaje mi się uwolnić od poprzednich wraŜeń na tyle, Ŝe
mogę podnieść ze zdziwienia brew.
64
- Naprawdę. Myślę... Byłem okropny, teraz to widzę. Postępowałem źle.
Przez kilka sekund tylko siedzę i patrzę na jego powaŜną i przejętą twarz.
- Gdybyś tylko w szkole był taki - mówię nieco smutnym głosem.
Parska śmiechem.
- Wiem. Ale nie umiałem inaczej, Harry. Nie miałem pojęcia, jak to jest, kiedy ludzie oceniają
cię na podstawie fałszywych przesłanek.
Przez chwilę kusi mnie, aby zapytać, czy właśnie w ten sposób inni odnoszą się do niego teraz,
ale smutek w jego oczach mówi wszystko. Przez ostatnie dwa lata Draco Malfoy doświadczył
kompletnego upokorzenia. Nie mam co do tego wątpliwości. Podobnie, jak jestem pewien, Ŝe nie
jest juŜ tą samą osobą, którą kiedyś znałem i którą gardziłem.
- Przeprosiny przyjęte - mówię cicho.
- Serio? - pyta, jak gdyby nie mógł mi do końca uwierzyć.
- Tak - odpowiadam i kiwam głową na potwierdzenie.
- Wybaczasz mi?
- Tego nie powiedziałem.
- Przebaczenie to zbyt wiele? - jego głos jest nieco opryskliwy.
- Wybaczysz mi to, co ja zrobiłem? - rewanŜuję się.
- Zbicie mnie do nieprzytomności? To masz na myśli?
Szybko kiwam głową.
- Tak - odpowiada.
- Dlaczego?
- Bo wiem, Ŝe naprawdę Ŝałujesz. Widziałem, jak torturowałeś sam siebie. Jeden z nas musi ci
wybaczyć.
Jeden z nas. Stwierdzenie równie poetyckie, jak prawdziwe. Ciągle nie mogę pogodzić się z
tamtymi wydarzeniami. Zaskakuje mnie tylko, Ŝe on wie, co czuję.
Ale choćbym chciał, nie jestem w stanie odwzajemnić mu się taką samą wielkodusznością.
- Myślę, Ŝe przebaczenie ci jest dla mnie ciągle niemoŜliwe - mówię w końcu.
Czekam na jego reakcję, spodziewając się, jaka będzie, ale słyszę tylko:
- Jedz, Harry. Twoja kolacja stygnie.
W drodze do domu, w samochodzie, pytam go, jakie ma plany i co zrobi z pieniędzmi. Wyjaśnia,
Ŝ
e sutenerowi przyznał się tylko do dziesięciu tysięcy, a za pozostałe dwa ma zamiar wyjechać
jak najdalej stąd. Kiedy mówi o przyszłości, jego głos jest tak radosny, jak dziecka w czasie
BoŜego Narodzenia.
- A co z tobą? - pyta.
- To znaczy?
- Co będziesz robił dalej?
- Wrócę do mojego starego Ŝycia. Co innego mógłbym robić?
- I ty to nazywasz Ŝyciem?
- O co ci chodzi?
Nie odpowiada i resztę drogi do domu pokonujemy w ciszy.
Kiedy juŜ w nim jesteśmy, z trudem wspinam się po schodach, niewytłumaczalnie przygnębiony,
chociaŜ wieczór moŜna by uznać za całkiem udany.
Zatrzymuję się przy drzwiach, obracam i widzę, Ŝe Draco stoi obok swojego pokoju i nie
wykonuje Ŝadnego ruchu, aby wejść do środka.
Myślę, Ŝe nastała doskonała chwila, aby wygłosić jakąś wzniosłą mowę, która podsumuje
wszystko, co się ostatnio wydarzyło i co obaj w sobie odkryliśmy.
65
Ale jedyne, co mogę z siebie wydusić, jest cichym: - Dobranoc.
Draco kiwa głową, chociaŜ nie wykonuje Ŝadnego ruchu, aby otworzyć drzwi.
- Harry, skoro to jest nasza ostatnia wspólna noc, dlaczego nie spędzimy jej w jednym łóŜku? W
imię starych czasów? - słyszę wesołość w jego głosie i czuję, jak na moją własną twarz wypełza
uśmiech.
- Mój pokój, czy twój?
- Mój - decyduje, otwiera drzwi i wchodzi do środka.
PodąŜam za nim i widzę, jak staje przy łóŜku i od razu zdejmuje koszulę. Zrzucam z siebie
marynarkę, wieszam ją niedbale na krześle i wtedy do mnie dociera, Ŝe Draco przestał się
poruszać. Stoi nieruchomo, wpatrując się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Co się stało? - pytam szeptem.
- Nie mogę uwierzyć, Ŝe to koniec - odpowiada równie cicho.
Kiwam głową z pełnym zrozumienie, bo sam czuję podobnie.
- Musisz być szczęśliwy. W końcu moŜesz zacząć nowe Ŝycie.
- Tak. Szczęśliwy.
Ale ani jego głos nie brzmi radośnie, ani on sam nie wygląda na zadowolonego.
Po chwili, z małym westchnieniem, powraca do rzeczywistości, podchodzi do mnie i staje blisko.
- Co? - pytam, zwalczając pragnienie cofnięcia się.
- Twoje oczy... są najbardziej zielone ze wszystkich, jakie w Ŝyciu widziałem. Nigdy ci tego nie
powiedziałem, ale uwaŜam, Ŝe są piękne.
Stało się. Jakiej reakcji spodziewał się, mówiąc takie rzeczy, tym swoim zamglonym, sennym
głosem, stojąc przede mną półnagi? Jestem w końcu dziewiętnastoletnim męŜczyzną!
Przysuwam się, pokonując dzielącą nas przestrzeń szybciej, niŜ mógłbym sądzić, Ŝe potrafię.
Jedną dłoń wplatam mu we włosy z tyłu głowy, a drugą ręką obejmuję ramiona i przyciągam do
siebie jeszcze bliŜej. Kiedy wreszcie łączymy nasze wargi, pocałunek jest powolny i słodki, a ja
mogę rozkoszować się tym, jak niewiarygodnie dobrze jego usta smakują i jak bardzo miękkie są
jego włosy pod moimi palcami.
Przygotowuję się na odepchnięcie. Wmawiam sobie, Ŝe jeŜeli poczuję z jego strony jakikolwiek
opór, po prostu wyjdę, przeproszę i wrócę do własnego łóŜka.
Nic takiego się jednak nie dzieje. Draco otwiera usta i odwzajemnia pocałunek z gwałtownym
zapałem, który wywołuje maleńkie iskierki podniecenia przebiegające po mojej skórze.
I właśnie wtedy, kiedy doznania zaczynają nabierać takiej intensywności, Ŝe nawet myśleć juŜ
dłuŜej nie mogę (gdzie są moje ręce?), on odsuwa się.
Otwieram oczy i widzę, Ŝe cofnął się kilka kroków, a dłoń ma przyciśniętą do ust. Wygląda na
zupełnie oszołomionego.
- Harry? - odzywa się głosem pełnym zdumienia.
Wszystko, o czym mogę teraz myśleć, to, Ŝe powinienem przeprosić, bo w jakiś sposób go
zraniłem. Naciskałem za bardzo, przekroczyłem linię, do której nie powinienem się zbliŜać.
- Co? - pytam zachrypniętym głosem.
- To było... to było miłe - odpowiada.
Takich słów na pewno nie spodziewałem się usłyszeć. Zanim jednak zaczynam zastanawiać się
nad odpowiedzią, on odzywa się ponownie.
- Zrób to jeszcze raz.
Więc robię. Przyciągam go do siebie, całuję i dotykam natarczywie, Ŝeby poczuć znowu te
cudowne iskry. BoŜe, nie mam dosyć jego smaku, jego zapachu, w jakiś sposób leŜymy teraz na
łóŜku, (kiedy to się stało?), a ja wpatruję się bezmyślnie w te wspaniałe, dziwne oczy.
Trwa to tylko chwilę i zaraz kontynuuję umieszczanie rozkosznych, pełnych pragnienia,
66
głodnych pocałunków na jego skórze, podczas gdy moje dłonie wędrują po całym ciele. Jego
ręce, zaskakująco silne, są w moich włosach, na moich plecach, zachłanne, jak gdyby on takŜe
nie miał mnie dość.
Mija kolejna chwila i moje palce rozpinają jego spodnie, dłoń wślizguje się pod materiał majtek i
zawija wokół niego, dotykając miękkiej, aksamitnej skóry.
Oczekuję teraz jęku przyjemności, ale zamiast tego jego ciało nieruchomieje, sztywnieje, z jedną
ręką, jakby skutą lodem, w moich włosach. Druga, jeszcze chwilę temu obejmująca mnie mocno,
leŜy teraz na mojej klatce, jakby chciała mnie odepchnąć.
- O co chodzi? - dyszę.
- Nic, tylko... - jego oddech wcale nie jest mnie zasapany, niŜ mój.
Puszcza moje włosy i patrzy z zakłopotaniem.
- To za duŜo. Wszystko dzieje się zbyt szybko.
- śartujesz sobie ze mnie?! - krzyczę bezmyślnie, bez zastanowienia, pierwsze, nasuwające mi
się słowa.
- Przepraszam, Harry...
Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to „prowokator”, zaraz jednak zastąpiona
określeniem „dziwka”.
- PrzecieŜ spaliśmy juŜ ze sobą - mówię głosem pełnym oburzenia, chociaŜ tak naprawdę chcę
powiedzieć: „ jesteś prostytutką!, dla ciebie nie ma czegoś takiego, jak za szybko!”.
- Teraz jest inaczej - odpowiada obronnym tonem.
Nie mogę zrobić nic więcej, jak tylko gapić się na niego i próbować opanować kiełkujący gniew.
- JeŜeli chcesz, Ŝeby było jak dawniej, to proszę. Mogę to zrobić! - mimo, Ŝe nie podnosi głosu,
jego słowa wydają mi się bardzo głośne.
„Harry, uspokój się. Tylko się uspokój. Nie ma powodu do zdenerwowania.”
Ale tak znajome uczucie gniewu juŜ we mnie jest.
Wstaję z łóŜka i odwracam się, zaciskając pięści i wmawiając sobie, Ŝe nic strasznego się nie
dzieje. śe denerwuję się bez powodu. śe muszę tylko oddychać głęboko i policzyć do dziesięciu.
Nic nie pomaga.
Zwracam twarz w jego stronę, Ŝeby spojrzeć mu w oczy, Ŝeby powiedzieć bóg wie, jak okropne
słowa, kiedy łapię jego spojrzenie. Szare oczy pokazują to, czego nie są w stanie wyrazić słowa.
Mówią mi, jak bardzo go zraniłem.
„Co ja, do diabła, wyprawiam? PrzecieŜ powiedział mi, Ŝe seks nie sprawia mu przyjemności.
CzyŜ jeszcze kilka minut temu nie martwiłem się, Ŝe przekraczam granice? A teraz, kiedy
naprawdę to zrobiłem, wściekam się na niego. Jaki, tak naprawdę, jest mój problem?”
I gniew odchodzi.
Odchodzi tak szybko, jak przyszedł, pozostawiając po sobie jeszcze jeden, ohydny nastrój, który
mogę dołoŜyć do niesławnej kolekcji Harry’ego Pottera.
Jak zawsze po wybuchu złości, czuję się wyczerpany. Chwiejnym krokiem podchodzę do łóŜka i
wyciągam do niego rękę.
- Przepraszam - mówię. - Naprawdę bardzo mi przykro.
Bierze moją dłoń i pociąga mnie obok siebie.
- W porządku - odpowiada, choć ból w jego oczach nie znika.
- Przepraszam - powtarzam.
- Twoje huśtawki nastrojów są przeraŜające, Harry.
- Przykro mi.
- Wiem - mówi. - Naprawdę mi się podobało... na początku.
- Jestem idiotą.
67
- Jesteś. Ale powiedziałem, Ŝe wszystko w porządku, pamiętasz?
I wtedy mówię mu coś, o czym nie sądziłem, Ŝe powiem kiedykolwiek w Ŝyciu. ChociaŜ
myślałem o tym, przeanalizowałem kaŜdą sylabę.
- Jesteś dobrym człowiekiem, Draco.
- Ty teŜ, Harry. Czy chcesz w to wierzyć, czy nie - bierze głęboki oddech i przebiega palcami
przez moje włosy. - Dlaczego nie pójdziemy spać?
Kręcimy się przez chwile na łóŜku, splatając ciała i szukając wygodnej pozycji, i juŜ po chwili
zasypiamy.
A ja nadal jestem idiotą.
ROZDZIAŁ XII
Kiedy się budzę, Draco jest juŜ spakowany i gotowy do wyjścia. Nalegam, Ŝe sam go odwiozę,
zamiast korzystania z taksówki, co było jego pierwszą sugestią.
Nie wspominamy wydarzeń z ostatniej nocy. Właściwie wcale nie rozmawiamy. Bo co, tak
naprawdę, moŜna powiedzieć w takiej chwili?
Kiedy docieramy do miasta, Draco kieruje mnie w stronę zniszczonego budynku, niedaleko
miejsca, w którym spotkałem go po raz pierwszy, i kaŜe mi się zatrzymać.
- Tutaj mieszkasz? - pytam.
- Domu, słodki domu - mówi, a sarkazm kapie z kaŜdej wypowiedzianej sylaby.
Rzucam budynkowi ostatnie spojrzenie i wyciągam wypisany wczoraj rano czek. Dwanaście
tysięcy funtów, dokładnie tyle, na ile się umawialiśmy. Jest jakaś ironia w tym, Ŝe kwota, która
dla mnie nic nie znaczy, wystarczy, by odmienić jego Ŝycie.
- Zostało jeszcze to - wyciągam w jego stronę rękę.
Odbiera świstek ode mnie, nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem, zgina starannie i
chowa do kieszeni koszuli.
- Tak - mówi.
Kolejny moment na wygłoszenie jakiejś wzniosłej mowy. Jednak mój mózg odmawia
sformułowania odpowiednich słów.
- Draco... dbaj o siebie. Mam nadzieję, Ŝe wszystko ułoŜy się tak, jak zaplanowałeś. - Tylko takie
kulawe słowa przychodzą mi do głowy.
- Dziękuję, Harry. - Wyciąga do mnie rękę. - Robienie z tobą interesów było... ciekawe -
kontynuuje i mocno ściska moją dłoń.
- TeŜ tak myślę - odpowiadam i uśmiecham się.
Puszcza moją rękę, otwiera drzwi samochodu i wysuwa jedną nogę na zewnątrz. Ale zanim robi
kolejny ruch, waha się i zastyga w tej dziwnej pozycji. Po chwili wsuwa głowę z powrotem do
wewnątrz.
- Pewnego dnia, Harry, będziesz musiał wyjść z ukrycia i wrócić do bycia kimś, kim się
urodziłeś. Bohater wcale nie musi oznaczać czegoś złego - mówi szybko, a potem podrywa się z
miejsca, trzaska drzwiami i odchodzi.
Wracam do pustego domu. Stoję, wsłuchując się w ciszę, która zdaje się pokrywać wszystko
wokół niczym całun.
WraŜenie jest paraliŜujące. JuŜ raczej wolałbym ciszę, która jest niezręczna, krępująca, nawet
pełna tłumionego gniewu, ale ta dławi i dusi, niemalŜe obezwładnia.
Próbuję obrócić się, aby przerwać ten ogłuszający bezruch, ale moje oczy od razu zatrzymują się
68
na kanapie, na której Draco lubił czytać.
Od tego widoku takŜe chcę uciec.
Wchodząc do kuchni wmawiam sobie, Ŝe wcale mi go nie brakuje. Ani trochę. Tak jest lepiej. On
był tylko krótkim epizodem, a teraz mogę kontynuować moje własne Ŝycie. Tak, jak sam tego
chcę.
Chyba, Ŝe...
Stoję na środku podłogi, wyłoŜonej połyskującymi kafelkami i rozglądam się wkoło.
Chyba, Ŝe tak naprawdę, to nie było prawdziwe Ŝycie?
Odpycham tę myśl i robię krok w stronę lodówki. Zanim tam jednak docieram, mój wzrok
zatrzymuje się na krześle, gdzie Draco zwykle siedział rano pijąc kawę, i drętwieję. Kolejne
miejsce, gdzie przygotowywał nam śniadanie. Z mojego gardła wydobywa się przeciągły jęk. To
przeraŜające, jak prawie wszystko wokół na swój sposób przypomina mi o nim. JeŜeli tak dzieje
się tutaj, na piętrze będzie milion razy gorzej. Dochodzę do absurdalnego wniosku, Ŝe we
własnym domu nie mam gdzie się ukryć.
Ś
mieję się z tego głośno, czując się odrobinę wyprowadzony z równowagi przez własny,
rozbijający ciszę głos.
BoŜe, potrzebuję drinka.
Skoro nie ma Draco, mogę pić, co chcę, bez poczucia winy. CzyŜ to nie jest wspaniałe?
Z kuchni kieruję się prosto do barku.
Pierwsza porcja jest cudowna - jak płynne, ogniste niebo spływające w dół gardła.
Druga szklanka jest nawet lepsza, a trzecia bije na głowę poprzednie.
Po szóstej, z butelką w ręce, chwiejnym krokiem kieruję się do swojej sypialni. JuŜ niemal
osiągnąłem stadium, w którym za moment stracę świadomość, fakt potwierdzony
doświadczeniem, i chciałbym być w łóŜku, kiedy to się stanie.
Siadam na skraju materaca, podnoszę butelkę do ust i wlewam w siebie więcej alkoholu.
Nie tęsknię za Draco Malfoyem. W Ŝadnym tego słowa znaczeniu.
Podoba mi się cisza. Podoba mi się, Ŝe mogę pić ile chcę, bez zamartwiania się o kogokolwiek.
Podoba mi się samotność i Ŝe nie muszę z nikim rozmawiać. Podoba mi się, Ŝe mam dla siebie
całe łóŜko dzisiaj i kaŜdej następnej nocy będzie tak samo.
Nie tęsknię za Draco.
Moje Ŝycie było w porządku, zanim go spotkałem, i teraz teŜ takie będzie.
„Pewnego dnia, Harry, będziesz musiał wyjść z ukrycia i wrócić do bycia kimś, kim się urodziłeś.
Bohater wcale nie musi oznaczać czegoś złego.”
„Nie ukrywam się!”
Przełykam kolejną, sporą porcję. Jestem juŜ bardzo, bardzo pijany.
W porządku, moŜe trochę się ukrywam.
Ale nie ma w tym niczego złego. Draco nie zna się na wszystkim. Wystarczy spojrzeć, jak
zrujnował własne Ŝycie.
„Jeden z nas musi ci wybaczyć.”
- Wynocha z mojej głowy! - krzyczę na głos, aby zatrzymać uciąŜliwie powracające słowa
Draco.
O czym przed chwilą myślałem? Ach, tak. śycie Malfoya jest o wiele bardziej popieprzone, niŜ
moje. W porządku, moŜe się ukrywam, ale to jest tylko mój wybór. I co w tym złego, Ŝe czasem
jestem sam dla siebie zbyt surowy?
Nie brakuje mi go.
Ani jego uśmiechu, ani poczucia humoru. Ani jego oczu, czy miękkiej skóry. Nawet sposobu, w
jaki zawsze mówił mi to, czego potrzebowałem, czy chciałem to usłyszeć, czy nie.
69
A juŜ na pewno nie tego, Ŝe przy nim czułem się, jakbym wreszcie wrócił z krainy umarłych.
I zdecydowanie, zdecydowanie nie tej głupiej, wyginającej się w łuk, brwi.
Jeszcze jeden, solidny łyk whisky.
- Jutro będę umierał - mówię sam do siebie.
Mam zamiar pić nadal, ale butelka wyślizguje mi się z ręki i upada na podłogę.
- Cholera! - Rano czeka mnie sprzątanie.
Domyślam się, Ŝe picie na dzisiaj dobiegło końca.
Pozwalam memu ciału opaść na łóŜko i jęczę, kiedy świat wokół zaczyna wirować.
- Niedobrze - mamroczę. - Niedobrze... za duŜo...
LeŜę tak przez chwilę, próbując opanować okropne wraŜenie, niestety, bezskutecznie. W końcu
decyduję się czerpać z tej przejaŜdŜki przyjemność.
Nie za bardzo mogę. Mam wraŜenie, jakbym zaraz miał zwymiotować.
- Muszę wysiąść! - mówię i nawet udaje mi się roześmiać.
Jest to ostatnia, spójna myśl, zanim moje powieki nie opadają, i w końcu pogrąŜam się w
nieświadomości.
W pewnym momencie mam sen. Właśnie ten sen.
Jestem w tej okropnej chałupie, otoczony przez zmarłych.
Ale od razu dostrzegam, Ŝe coś jest inaczej. Nie ma Voldemorta.
Zaintrygowany, robię kilka kroków do przodu, czekając, aŜ gnojek wyłoni się z ciemności i jak
zwykle będę mógł go udusić. On, niestety, nie pojawia się.
Patrzę pytająco na rodzinę i przyjaciół, ale wydają się nie mieć dla mnie Ŝadnych wyjaśnień...
Nie wiem, co robić. Jaki inny, niŜ ponowne przeŜywanie śmierci Voldemorta, mógłby być cel tego
snu?
Właśnie wtedy ojciec podchodzi do mnie. Sztywnieję, kiedy jego poszarpane ciało zbliŜa się. W
końcu wyciąga rękę, przyciąga mnie do miaŜdŜącego uścisku i mówi:
- Kocham cię.
- Ja teŜ cię kocham, tato - odpowiadam juŜ bez strachu, poniewaŜ kaŜda komórka mojego ciała
czuje jego wielką miłość.
Kiedy wreszcie się odsuwa, mogę zobaczyć, Ŝe nie jest juŜ martwym ciałem, które podeszło do
mnie zaledwie chwilę temu. Teraz jest przystojny, nieskalany. Oddycham cięŜko, zszokowany tym
cudem, wyciągam do niego ręce, ale on znika, zanim udaje mi się go dotknąć.
Nie mam nawet czasu, aby pomyśleć, co się wydarzyło, gdy następna sylwetka wyłamuje się z
tłumu i podchodzi do mnie. To Syriusz. Robi dokładnie to, co ojciec przed chwilą. Przytula
mocno, mówi, Ŝe mnie kocha i znika.
Potem robi to cała reszta. Podchodzą pojedynczo, kaŜdy oferuje uścisk i słowa miłości, zanim nie
rozpłynie się w powietrzu. Ale to nie wszystko. Oni pozwalają mi poczuć swoją miłość do mnie.
To sprawia, Ŝe moje serce cierpi. Ale tym dobrym rodzajem cierpienia.
Matka jest ostatnia. Kiedy juŜ odsuwa się, wiem, Ŝe patrzę na anioła. Nigdy wcześniej nie
widziałem kogoś bardziej promiennego i wspaniałego. Patrzenie na nią niemalŜe sprawia ból.
- Kocham cię, Harry.
- Mamo - mówię zdławionym głosem.
- Proszę, Harry, nie smuć się juŜ nigdy więcej. My wreszcie zaznaliśmy spokoju.
- Ale straciłem ciebie!
- Ja zawsze jestem z tobą.
- Nie czuję tego! - mówię łamiącym się głosem.
70
- Bo sobie na to nie pozwalasz.
- Mamo - zaczynam, ale szlocham teraz zbyt mocno, by kontynuować. Pierwszy raz udaje mi się
zapłakać i dzieje się to akurat we śnie, ciekawe.
Wyciera palcami jedną z moich łez, a jej wzrok wędruje gdzieś w głąb pomieszczenia. PodąŜam
za jej spojrzeniem i widzę, Ŝe ktoś nadal tu jest. Zabawne, mógłbym przysiąc, Ŝe jesteśmy sami.
- Pragnę jedynie, abyś osiągnął spokój i mógł być szczęśliwy. Rozumiesz, Harry?
Odwracam się do niej, Ŝeby odpowiedzieć, Ŝe nie, nie rozumiem, Ŝe musi mi to wyjaśnić, ale jej
juŜ nie ma. Zniknęła tak, jak wszyscy inni.
Czuję się całkowicie zdezorientowany i pusty, ciągle płaczę jak dziecko i rozglądam się po
pokoju, mając nadzieję rozpoznać, kto jeszcze, poza mną, tutaj jest.
- Draco? - szepczę, kiedy wreszcie mi się to udaje.
- Harry.
- Co ty tu robisz? PrzecieŜ nie jesteś martwy.
- Nie jestem?
Wycieram łzy z twarzy.
- Oczywiście, Ŝe nie. Jesteś w Londynie i właśnie zaczynasz nowe Ŝycie.
- Więc dlaczego znalazłem się tutaj? - pyta spokojnie.
- Cholera, nie wiem! - teraz krzyczę.
Podchodzi bliŜej i wreszcie mogę zobaczyć go wyraźnie.
- Jestem tutaj, poniewaŜ umieram - mówi.
Właśnie mam zamiar powiedzieć mu, Ŝe chyba kompletnie oszalał, kiedy głęboka, czerwona rana
pojawia się na jego przedramieniu. Krew zaczyna się lać, a on cofa się nieznacznie.
- Co się z tobą dzieje?
- Fizycznie, nic - mówi, zanim kolejne cięcie nie pojawia się na jego policzku i szyi.
- Do diabła, co ci jest? - pytam ponownie, teraz juŜ bardzo zaniepokojony.
- Fizycznie, nic.
Kolejna rana, więcej krwi. A potem jeszcze jedna i jeszcze. Sen staje się coraz bardziej
dziwaczny.
- JuŜ to mówiłeś! - krzyczę, podbiegam do niego i chwytam go za rękę. Jest śliska i moja dłoń
zsuwa się z niej z łatwością.
- Ale to prawda - mówi.
BoŜe, teraz krew wycieka nawet z jego uszu. Co tu się, do diabła, dzieje?!
- JuŜ niedługo, Harry, nie będę niczym więcej, niŜ wspomnieniem. Wtedy umrę dla ciebie.
- Nie musisz umierać... Nie chcę, Ŝebyś umarł.
Ale on juŜ przewraca się, jedno z oczu zaczyna mu krwawić, krew wypływa teŜ z kącika ust...
Łapię go, zanim uderza o podłogę i kołyszę, przytulając mocno do siebie.
- Nie umieraj - proszę cicho.
- Nie pozwól mi na to - szepcze.
- Co mam zrobić? - pytam rozgorączkowanym głosem.
Ale jest juŜ za późno. Czuję, jak jego ciało wiotczeje w moich ramionach. Widzę, Ŝe oczy ma juŜ
zamknięte, a jego klatka piersiowa się nie porusza.
Przyciągam go jeszcze bliŜej i przytulam głowę do mojej piersi.
Jego ciało robi się zimne.
Wydaje mi się, Ŝe znowu płaczę.
Usilnie staram się wyrwać ze snu, szczególnie z jego makabrycznej końcówki. Jakiś czas zabiera
mi przebicie się przez kolejne warstwy świadomości, ale w końcu otwieram oczy napotykając
71
wokół kojącą ciemność sypialni.
Instynktownie wycieram ręce, oczekując, Ŝe będą lepkie od krwi, ale okazuje się, Ŝe są normalne,
czyste. I właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, Ŝe z mojego gardła wydobywają się
jakieś obce dźwięki. Przenikliwe i straszne odgłosy, jakich nigdy wcześniej u siebie nie
słyszałem. Co więcej, czuję, jakbym nie mógł swobodnie oddychać, a na klatce piersiowej zaległ
ogromny cięŜar, zgniatając ją bezlitośnie.
Co się, do diabła, ze mną dzieje?
Podnoszę trzęsącą się rękę, kładę ją na gardle i czuję jego wibracje, spowodowane tym dziwnym
hałasem. Pocieram dłońmi twarz i wtedy czuję to.
Jest mokra.
Wraz z odczuciem wilgoci, mogę poczuć teŜ smak.
Słony.
Och, mój dobry BoŜe! Ja płaczę!
„Proszę, Ŝebym się tylko nie spóźnił!”
Straciłem rachubę, do jak wielu drzwi zapukałem i ilu obcych ludzi otworzyło je przede mną.
Kiedy pukam w kolejne i zmuszam się do cierpliwego czekania, zaczyna ogarniać mnie poczucie
desperacji.
Tym razem jednak, kiedy się uchylają, widzę, wpatrującą się we mnie, twarz Draco.
W końcu go znalazłem.
Po szaleńczej jeździe do Londynu, a potem równie obłąkanym slalomie po jego ulicach, po
zapukaniu do tak wielu mieszkań, Ŝe moje kłykcie juŜ zaczynają sinieć... znalazłem go. Ulga jest
tak wielka, Ŝe prawie zwala mnie na kolana.
Oczy Draco rozszerzają się ze zdziwienia.
- Harry? Co ty tu...
- Muszę ci coś powiedzieć - przerywam mu szybko.
- Przyjechałeś taki kawał, Ŝeby ze mną porozmawiać?
- Proszę. To bardzo waŜne. Mogę wejść?
Cofa się i wykonuje ręką zapraszający gest.
- Czuj się jak u siebie.
Wchodzę i rozglądam się wokół szybko. Mieszkanie jest małe i tak samo zaniedbane, jak cały
budynek.
- Wybacz nieporządek, ale musiałem zwolnić pokojówkę.
Tak naprawdę, nie ma tu Ŝadnego bałaganu. Właściwie, jest całkiem schludnie. Obracam się, aby
mu to powiedzieć i napotykam jego psotny uśmiech.
Odwzajemniam się.
- Usiądziesz? - pyta, wskazując na wytarty, brązowy fotel.
Kiedy juŜ zajmuję miejsce, on siada naprzeciwko mnie.
- Jak mnie znalazłeś? - pyta.
- Zapukałem do kaŜdych drzwi w tym budynku, aŜ w końcu trafiłem na właściwe - odpowiadam
szczerze.
Patrzy na mnie, jak gdyby do końca nie wierzył w to, co usłyszał.
- W takim razie musisz mieć do powiedzenia coś naprawdę waŜnego.
- Tak sądzę.
Kiwa głową i pochyla się do przodu, czekając, aŜ zacznę. Ale słowa utykają mi w gardle.
- Więc? - pyta.
Biorę głęboki oddech. „W porządku. Wyduś to z siebie, Harry i miej za sobą. No juŜ!” - mówię
72
sam do siebie.
- Dzisiaj rano zrezygnowałem z pracy w Ministerstwie - odpowiadam wreszcie.
- Naprawdę? - Podnosi w zdziwieniu brew.
- Tak. I postanowiłem zafundować sobie długie wakacje. PodróŜować, zobaczyć świat.
- Brzmi naprawdę interesująco, Harry. Ale co to ma wspólnego ze mną?
- Kupiłem dwa bilety. Moglibyśmy wyjechać pojutrze, z Irlandii. JeŜeli zgodzisz się mi
towarzyszyć.
Zalega cisza, poniewaŜ obaj milczymy. On w szoku, a ja w cierpliwym oczekiwaniu.
- Jesteś powaŜny? - pyta w końcu.
Odchylam się w fotelu.
- Całkowicie.
- W takim razie, kompletnie oszalałeś.
- Nie, wcale tak nie sądzę.
- Ale dlaczego? Dlaczego teraz, dlaczego ja?
- PoniewaŜ bardzo chcę, Ŝebyś ze mną pojechał, Draco.
W jednej chwili przez jego twarz przebiegają róŜne, sprzeczne ze sobą uczucia. ZaŜenowanie,
zrozumienie, wreszcie litość.
- Och, boŜe. Harry, ja... ja cię nie kocham - mówi wreszcie łagodnie.
- Wiem, ja teŜ cię nie kocham - odpowiadam szybko. - W zasadzie dopiero zaczynam cię lubić.
Potrząsa lekko głową i widzę, Ŝe wyraz litości opuścił jego twarz, po raz kolejny zastąpiony
zakłopotaniem.
- W takim razie, o co chodzi?
- Trudno to wyjaśnić.
Posyła mi niedowierzający uśmiech.
- Jednak będziesz musiał jakoś to zrobić.
- Miałem sen, Draco.
- Tak? A ja myślałem, Ŝe to specjalność Martina Luthera Kinga.*
Biorę głęboki oddech i przewracam oczami, ale nie ma w tym geście Ŝadnej złości.
- Ten sen pozwolił mi pewne rzeczy zrozumieć. Uświadomił, Ŝe coś między nami jest. Nie wiem,
jak to nazwać, ale jest waŜne. Myślę, Ŝe obaj moglibyśmy sobie duŜo dać. A przynajmniej ty
mógłbyś zrobić dla mnie wiele dobrego. JuŜ zrobiłeś. I z biegiem czasu, przy odpowiedniej
dawce cierpliwości, ja takŜe nauczyłbym się to odwzajemniać.
Draco wygląda, jakby myślał, Ŝe w kaŜdej chwili mógłbym się roześmiać i powiedzieć, Ŝe to
wszystko jest tylko Ŝartem.
Pochylam się w jego stronę.
- Słuchaj, nie wymagam od ciebie jakiegoś wielkiego zaangaŜowania. Chciałbym tylko, Ŝebyśmy
spędzili ze sobą więcej czasu i zobaczyli, co z tego wyniknie.
- Zwiedzając razem świat?
- Myślałem, Ŝe mogłoby to być całkiem przyjemne. Zobaczyć wszystko, o czym do tej pory tylko
słyszałem. Sądzę, Ŝe tobie teŜ by się spodobało.
Draco w milczeniu wbija wzrok w podłogę. Znam go na tyle, Ŝeby wiedzieć, Ŝe zastanawia się
teraz intensywnie. W końcu podnosi głowę.
- To... to nie mogłoby się odbywać tak, jak do tej pory, Harry... Ŝe tylko pstrykniesz palcami, a ja
pobiegnę do twojego łóŜka. Nigdy więcej nie będę twoją dziwką.
- Nie! O boŜe, Draco, wcale nie myślałem...
- Więc czego tak naprawdę chcesz? - pyta z pewnym rozdraŜnieniem w głosie.
- Tylko, Ŝebyś tam był. Ze mną. Nie oczekuję od ciebie niczego. MoŜemy spać w oddzielnych
73
łóŜkach. Cholera, nawet w osobnych pokojach, jeŜeli będziesz chciał.
Przyciska palce do skroni i marszczy brwi.
- Popraw mnie, jeŜeli czegoś nie zrozumiałem. Chcesz, abym z tobą pojechał, bo myślisz, Ŝe coś
mogłoby między nami być.
Kiwam głową na potwierdzenie.
- Ale niczego ode mnie nie oczekujesz. Poza towarzystwem w podróŜy. A jeŜeli zdecyduję, Ŝe
nie chcę ci juŜ dłuŜej towarzyszyć? Co wtedy?
- Kupię ci bilet powrotny, albo gdzie tylko będziesz chciał. Po prostu.
- Z tobą nic nie jest proste, Harry.
- To jest.
- Nie wiem...
- Draco, posłuchaj. PrzecieŜ czujesz to samo, co ja. Powiedz, Ŝe nie zwariowałem.
Kiedy przez dłuŜszą chwilę nie otrzymuję odpowiedzi, wstaję.
- Albo powiedz, Ŝe nie mam racji i zaraz zniknę z twojego Ŝycia.
BoŜe, co za napięcie! Powietrze jest nim wręcz przesycone. Kiwam głową ponownie, czekając,
aŜ zdecyduje, jak dalej potoczy się moje Ŝycie. Zdaję sobie sprawę, Ŝe jestem melodramatyczny,
ale brak mi słów, by opisać to inaczej.
To jest trudniejsze, niŜ zabijanie ŚmiercioŜerców.
Draco wzdycha głęboko.
- Nie jesteś szalony.
Dreszcz podekscytowania i ulgi przebiega przez moje ciało i sprawia, Ŝe trzęsę się juŜ tylko
trochę.
- To znaczy...
Teraz on z kolei przewraca oczami.
- Zgadzam się, jest coś między nami... i nie, nie mam pojęcia, czym to moŜe być.
- Moglibyśmy razem spróbować to zrozumieć, Draco.
- Sądzę, Ŝe tak. Ale równie dobrze moŜemy bardzo szybko uciec od siebie z wrzaskiem.
Podchodzę do niego i wyciągam rękę. Kiedy ją ujmuje, przyciągam go delikatnie do siebie, aŜ
stoimy twarzą w twarz.
- Tak, czy nie?
Odwraca głowę i mamrocze pod nosem:
- To jest kompletne szaleństwo.
Wolną dłonią łapię go za podbródek i obracam twarz w moją stronę.
- Jestem zmęczony udawaniem, Draco.
- Harry...
- Tak, czy nie?
- Tak - wypuszcza powietrze.
Ś
mieję się, otaczam go ramionami i przytulam mocno do siebie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, Ŝe to powiedziałeś - szepczę mu miękko wprost do ucha.
Odwzajemnia uścisk, mocno, a potem nieznacznie się odsuwa. Jego twarz jest strasznie powaŜna.
- Zeszłej nocy takŜe miałem sen. O tobie. Umierałeś, na moich oczach i... wcale mi się to nie
podobało.
Jego słowa powodują, Ŝe przed oczami jawi mi się mój własny koszmar i przez chwilę czuję się
chory na wspomnienie Draco, całego we krwi...
- Mam nadzieję, Ŝe nie - udaje mi się powiedzieć przez nagle wyschnięte gardło.
- Harry, myślisz, Ŝe to coś znaczy?
Potrząsam głową, Ŝeby przegonić niechciane obrazy. Końcówka snu była straszna, wręcz
74
potworna, ale posłuŜyła jakiemuś celowi. Przy odrobinie szczęścia wyniknie z niej coś dobrego.
- Nie, to nie ma znaczenia. To był tylko sen.
- Harry, ja... - zaczyna, ale słowa przestają wypływać z jego ust. Jeszcze chwilę nimi porusza,
jakby naprawdę chciał coś powiedzieć, ale nie miał pojęcia, co.
- Wiem, Draco... czuję tak samo - mówię.
A potem go całuję.
Oplata mnie ramionami i odwzajemnia pocałunek.
Zawsze myślałem, Ŝe prawdziwe szczęście jest tylko stekiem bzdur. Czymś, co moŜna znaleźć
jedynie w ksiąŜkach i bajkach dla dzieci. Ale kiedy odsuwamy się od siebie i Draco patrzy na
mnie, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy, zaczynam wierzyć, Ŝe szczęście naprawdę istnieje.
Nie to jednak jest w tym najlepsze. Nie to wywołuje uśmiech na mojej własnej twarzy.
NajwaŜniejsze jest, iŜ zaczynam wierzyć, Ŝe ja takŜe na to szczęście zasługuję.
KONIEC
* Nawiązanie do słynnych słów:
„I have a dream that my four little children will one day live in a nation where they will not be
judged by the color of their skin but by the content of their character.”