background image

 

 

 

background image

 

 

STUDIA Z DZIEJÓW 

KULTURY MEDYCZNEJ 

MORALNY WYMIAR CHOROBY, 

CIERPIENIA I ŚMIERCI 

pod redakcją Bożeny Płonki-Syroki 

Wroclaw 1999 

background image

 

 

STUDIA Z DZIEJÓW KULTURY MEDYCZNEJ 

tom 2 

Recenzenci:    ks. prof, dr hab. Ignacy Dec 

prof, dr hab. Edmund Waszyński 

© Copyright by Wydawnictwo Arboretum 

ISBN 83-86308-31-1 

Publikacja dofinansowana przez Komitet Badań Naukowych 

Oficyna Wydawnicza Arboretum 

50-327 Wroclaw, ul. Świętokrzyska 34/16 

tel./fax: Redakcja: (071 ) 327 83 32 

Dział Handlowy 0601 79 51 34 

Redakcja techniczna, koncepcja okładki: Andrzej Syroka 

Skład i łamanie: Line Art, Wrocław, ul. Parafialna 17a 

background image

 

- 4 -  

 

Wstęp 

Problem  choroby,  cierpienia  i  śmierci,  pojmowanej  jako  ostatni  etap  życia  czło- 

wieka,  od  dawna  stanowił  przedmiot  refleksji  myśli  filozoficznej  i  religijnej.  Jed- 
nakże  dopiero  w  ostatnim  okresie  tematyka  ta  wzbudziła  zainteresowanie  history- 
ków  medycyny,  co  można  wiązać  z  rozwojem  badań  nad  społeczno-kulturowym 
kontekstem  genezy  idei  medycznych,  a  także  nad  ich  recepcją  społeczną.  Niniejsza 
książka  podejmuje  temat  cierpienia  i  śmierci  chorego  w  sposób  wykraczający  po- 
za  obszar  badań  tradycyjnie  pojmowanej  historiografii  medycyny.  Ujmuje  zagad- 
nienie  śmierci  i  poprzedzającej  ją  choroby  w  kontekście  religijnym,  moralnym,  fi- 
lozoficznym  i  społecznym,  który  stawał  się  w  kolejnych  epokach  historycznych 

punktem  odniesienia  dla  genezy  i  recepcji  teorii  medycznych,  uznawanych  w  da- 

nym  okresie  za  racjonalne.  Moim  zamierzeniem  jako  redaktora  tego  tomu  studiów 
było  zestawienie  dwóch  punktów  widzenia  śmierci  i  choroby  -  reprezentowanego 
przez  współczesną,  XX-wieczną  medycynę  i  obecnego  w  świadomości  społecznej 

dawnych 

epok, 

zakorzenionego 

charakterystycznych 

dla 

nich 

strukturach 

my- 

ślowych, z właściwym dla każdej z epok sposobem wyjaśniania. 

Przyczyny  choroby  i  śmierci  indywidualnego  chorego  w  kolejnych  epokach 

w  dziejach  medycyny  bywały  odmiennie  pojmowane  i  przedstawiane,  co  pozosta- 
wało  w  zależności  od  ogólnego  społeczno-kulturowego  kontekstu,  a  także  od 

uznawanych  w  danym  czasie  za  wiarygodne  teorii  i  doktryn  medycznych

1

.  Rozma- 

icie  też  określano  przyczyny  śmierci  w  przypadku  poszczególnych  chorób,  zawsze 
jednak  postrzegano  ją  jako  zjawisko  nieuchronne  (lub  przynajmniej  w  większości 
zachorowań  bardzo  prawdopodobne)  i  częste.  Było  to  z  jednej  strony  związane 
z  pojmowaniem  medycyny  jako  sztuki,  której  wszystkie  oddziaływania  mają  cha- 

rakter  indywidualny  i  mogą  być  co  najwyżej  skierowane  w  stronę  wspomagania  sił 

natury,  z  drugiej  zaś  z  koncepcją  medycyny  o  charakterze  głównie  obserwacyjnym 
i  pielęgnacyjnym,  gdyż  praktyczna  skuteczność  podejmowanych  oddziaływań  le- 
karskich 

miała 

nader 

ograniczony 

charakter. 

Długotrwała 

lub 

przebiegająca 

w  sposób  gwałtowny  choroba  najczęściej  kończyła  się  śmiercią  chorej  osoby,  zaś 
zadaniem lekarza mogło być co najwyżej niesienie ulgi w cierpieniu i pomoc 

1        Por. Β Płonka-Syroka, Różne koncepcje podmiotowości człowieka w teoriach i doktrynach medycz- 

nych, „Medycyna Nowożytna. Studia nad Historią Medycyny" 1996, t. 3, z. 1-2, s. 23-50. 

background image

 

- 5 -  

 

w  przygotowaniu  chorego  do  śmierci.  Stan  medycyny  praktycznej  w  Europie,  w  za- 
sadzie  aż  do  połowy  XIX  stulecia,  uzasadniał  pojmowanie  w  świadomości  społecz- 
nej  choroby,  cierpienia  i  śmierci  przede  wszystkim  w  kategoriach  religijnych  i  mo- 
ralnych.  Ogólna  skuteczność  leczenia  była  niska,  zaś  szczupła  liczebnie  grupa  pro- 
fesjonalnie 

wykształconych 

lekarzy, 

legitymujących 

się 

pełnym 

wykształceniem 

uniwersyteckim, 

zdolna 

była 

nieść 

pomoc 

wyłącznie 

przedstawicielom 

warstw 

uprzywilejowanych,  podczas  gdy  szerokie  rzesze  społeczeństwa  zdane  były  w  tym 
zakresie  na  działania  samolecznicze  lub  wykonywane  przez  osoby  nie  posiadające 
przygotowania  akademickiego.  Tworzyło  to  uwarunkowania  występującej  w  Euro- 
pie  dywersyfikacji  świadomości  w  zakresie  choroby  i  śmierci,  która  kształtowała 
się  w  sposób  odmienny  w  środowisku  profesjonalistów,  próbujących  je  definiować 
w  kategoriach  medycznych  i  w  szerszych  kręgach  ludności,  do  której  wypracowy- 
wane  w  środowisku  akademickim  koncepcje  docierały  w  stopniu  ograniczonym. 
Powyżej  zarysowana  sytuacja  zaczęła  się  w  Europie  stopniowo  zmieniać  począw- 
szy  od  drugiej  połowy  XVIII  stulecia,  na  co  wpływ  wywarło  kilka  czynników, 
z których najważniejsze postaram się tu wymienić. 

Za  jeden  z  najbardziej  istotnych  czynników  przemian  świadomości  potocznej 

w  zakresie  pojmowania  choroby,  cierpienia  i  śmierci  uważam  dokonujące  się  od  lat 

70-tych  XVIII  wieku  zmiany  koncepcji  europejskiej  akademickiej  medycyny,  które 

stopniowo 

przenikały 

poza 

środowisko 

profesjonalne. 

Upowszechnienie 

pań- 

stwach  europejskich  nowej  koncepcji  medycyny  było  związane  z  prowadzeniem 
wśród  żołnierzy  służby  zasadniczej  systematycznej  akcji  oświatowej  w  zakresie 
podstaw  higieny  i  profilaktyki  zdrowotnej,  z  szeroką  popularyzacją  tematyki  higie- 

niczno-zdrowotnej  w  prasie  i  w  przeznaczonych  dla  szerokiego  grona  odbiorców  

wydawnictwach, 

a  także  ze  wzrostem  liczby  szpitali,  umożliwiającym  relatywne 

zwiększenie  dostępności  leczenia  szerszym  kręgom  ludności.  Recepcja  podstawo- 
wych  treści  akademickiej  medycyny  doprowadziła  z  czasem  w  ΧΙΧ-wiecznym  spo- 
łeczeństwie  do  wystąpienia  przemian  świadomości  w  zakresie  pojmowania  choro- 
by,  cierpienia  i  śmierci,  które  w  coraz  większym  stopniu  zaczęły  być  postrzegane 
w  sposób  charakterystyczny  dotąd  wyłącznie  dla  świadomości  lekarzy,  a  więc 
w  kategoriach  medycznych.  Człowiek  chory  zaczynał  być  z  czasem  coraz  po- 

wszechniej  postrzegany  jako  pacjent

2

,  dla  którego  podstawową  relacją  stała  się  re- 

lacja  terapeutyczna  z  lekarzem,  nie  zaś  inne  odniesienia  o  charakterze  moralnym 
i społecznym. 

Istotną  cechą  nowego  programu  ΧΙΧ-wiecznej  akademickiej  medycyny,  który 

upowszechniał się stopniowo w szerszej świadomości społecznej, były podejmowa- 

2      Por. B. Płonka-Syroka, Homo aegrotus - homo patiens, (w:) Wiedza a podmiotowość, pod red. 

Aliny Motyckiej, Warszawa 1998, s. 89-102. 

background image

 

 

ne  przez  lekarzy  próby  nowego  zdefiniowania  samego  zjawiska  choroby.  Dotąd 

obowiązujące  koncepcje,  wywodzące  się  jeszcze  z  czasów  starożytnych,  uznano  bo- 
wiem  w  tym  okresie  za  pozbawione  racjonalnych  podstaw.  Stało  się  tak  nie  tylko 
dlatego,  iż  uznano  związaną  z  nimi  diagnostykę  i  terapię  za  nieobiektywną  i  nie- 
skuteczną,  lecz  przede  wszystkim  z  uwagi  na  fakt,  iż  koncepcje  te  zostały  zbudo- 
wane  w  oparciu  o  fizyczną  koncepcję  wszechświata,  która  została  zanegowana 
i  odrzucona.  Pomimo  różnic  w  zakresie  rozwiązań  szczegółowych,  spotykanych 
u  podejmujących  ten  problem  lekarzy,  cechą  charakterystyczną  nowych  definicji 
choroby  wypracowanych  w  1  połowie  XIX  stulecia  było  dążenie  do  ich  uzgodnie- 

nia 

ze 

standardem 

nowej 

fizyki 

akademickiej 

opartym 

na 

newtonizmie. 

Fizyka 

newtonowska  była  przy  tym  w  poszczególnych  teoriach  i  doktrynach  medycznych 
tego  okresu  w  sposób  różnorodny  interpretowana,  co  prowadziło  częstokroć  do 
wzajemnie  sprzecznych  rezultatów,  nie  podważano  jednak  na  ogół  zarysu  tej  kon- 

cepcji  jako  teorii  adekwatnie  opisującej  rzeczywistość  fizyczną.  Newtonizm  wniósł 

do  medycyny  nowy  sposób  wyjaśniania,  jakim  było  wnioskowanie  przyczynowe, 

skoncentrowane 

na 

czynnikach 

materialnych

3

Zainspirował 

podejmowanie 

badań 

nad 

ludzkim 

organizmem 

pojmowanym 

jako 

obiekt 

materialny, 

pozostający 

w  pewnej  relacji  wobec  otaczającego  środowiska,  obiekt  którego  stan  w  danym 
momencie,  uznany  za  wypadkową  oddziaływania  czynników  wewnętrznych  i  ze- 
wnętrznych,  można  opisać  w  kategoriach  fizykalnych.  Był  to  przy  tym  obiekt  moż- 

liwy  nie  tylko  do  materialnego  opisania,  lecz  do  badania  metodą  porównawczą. 

Do  medycyny  wniesiona  została  idea  obiektywizmu  doświadczenia  i  pomiaru, 
umożliwiającego  postawienie  diagnozy  i  wprowadzenie  w  życie  ściśle  uzasadnionej 

terapii. 

Wyrazem  recepcji  powyższych  idei  w  medycynie  było  podjęcie  szeroko  zakrojo- 

nych  badań  nad  określeniem  stanu  ludzkiego  organizmu,  który  mógłby  zostać 
uznany  za  stan  normalny.  Wykonywano  w  tym  celu  szereg  pomiarów  i  doświad- 
czeń,  których  podstawą  było  definiowanie  ludzkiego  organizmu  w  kategoriach  ma- 
terialnych.  Człowiek  chory  postrzegany  jako  psychofizyczna  jedność,  zakorzenio- 
na  w  rzeczywistości  metafizycznej,  stopniowo  zniknął  z  pola  zainteresowań  XIX- 
wiecznej  akademickiej  medycyny  na  rzecz  dążenia  do  szczegółowego  poznania 
ludzkiego  ciała  definiowanego  w  kategoriach  fizyko-chemicznych  jako  obiekt  ma- 
terialny,  podobnie  jak  i  dokonujące  się  w  nim  procesy,  w  tym  proces  chorobowy.  
ΧΙΧ-wieczna  akademicka  medycyna  zwróciła  się  z  czasem  w  stronę  poszukiwania 
wyłącznie materialnych przyczyn chorób i materialnych metod oddziaływań dia- 

3  Odstępstwem  od  tej  reguły  były  koncepcje  choroby,  wypracowane  i  popularne  w  niemieckiej  my- 

śli  medycznej  1  połowy  XIX  stulecia.  Zostały  one  jednak  odrzucone  po  roku  1848,  kiedy  niemiec- 
ka  medycyna  akademicka  zbliżyła  się  do  standardu  obowiązującego  w  tym  zakresie  w  innych 
krajach europejskich. 

background image

 

- 7 -  

 

gnostycznych  i  terapeutycznych.  Rozwijały  się  badania  nad  anatomiczną  lokaliza- 
cją  procesu  chorobowego,  który  stopniowo  przestawał  być  rozpatrywany  w  kate- 
goriach  ogólnych,  które  to  pojęcie  zostało  z  czasem  wyparte  przez  definiowanie 

choroby 

jako 

zjawiska 

charakterze 

zlokalizowanym, 

ograniczonym 

do 

poszcze- 

gólnych  organów,  tkanek  i  komórek.  Dokonało  się  połączenie  fizjologii  z  patolo- 
gią w jedną naukę o żywym organizmie. 

Praktycznym 

wyrazem 

nowego, 

somatycznego 

ukierunkowania 

XIX-wiecznej 

akademickiej  medycyny,  było  postrzeganie  choroby  jedynie  jako  okresowego  od- 
stępstwa  od  stanu  zdrowia,  uznanego  za  naturalny  i  godny  zachowania.  Ludzkie 
ciało  idealne  zaczyna  być  postrzegane  jako  ciało  zdrowe  i  utrzymaniu  tego  stanu 
rzeczy  dziewiętnastowieczna  medycyna  poświęca  coraz  więcej  środków  i  coraz  wię- 
cej  czasu.  Refleksja  nad  chorobą  i  cierpieniem,  pojmowanymi  w  wymiarze  osobo- 
wym  i  indywidualnym,  staje  się  stopniowo  przedmiotem  większej  wagi  wyłącznie 
wśród  badaczy  podejmujących  w  swoich  pracach  problemy  etyki  lekarskiej  i  filo- 
zofii  medycyny,  podczas  gdy  powszechne  zainteresowanie  środowiska  profesjonal- 

nego  budzą  przede  wszystkim  kwestie  dotyczące  nowych  klasyfikacji  chorób,  prób 

określenia  ich  etiologii,  problemy  związane  z  wypracowaniem  i  wprowadzeniem 
w życie nowych procedur diagnostycznych i terapeutycznych. 

Zmiana  koncepcji  medycyny,  jaka  się  stopniowo  dokonywała  w  XIX  stuleciu, 

doprowadziła  nie  tylko  do  odmiennego  wobec  epok  wcześniejszych  zdefiniowania 
zjawiska  choroby,  lecz  także  do  nowego  zdefiniowania  zakresu  zainteresowań  aka- 
demickiej  medycyny,  której  podmiotem  stał  się  pacjent,  którego  ciało  i  dotykający 
je  proces  chorobowy  zaczęto  postrzegać  wyłącznie  w  kategoriach  biologicznych,  fi- 

zykalnych

4

.  Proces  ten,  nazywany  w  historiografii  medycyny  procesem  medykali- 

zacji  choroby,  miał  swoje  dalekosiężne  skutki  dla  świadomości  i  praktyki  społecz- 

nej.  O  ile  we  wcześniejszych  epokach  choroba  pojmowana  bywała  (poza  środowi- 

skiem  lekarskim)  przede  wszystkim  w  kategoriach  osobowych,  społecznych  i  reli- 

gijno-moralnych,  jako  przypadłość  dotykająca  człowieka  z  powodu  jego  win,  dla 

napomnienia, 

dla 

wzbudzenia 

refleksji  moralnej,  dla  wypróbowania  jego  cierpli- 

wości  i  wiary  itp.,  w  XIX  stuleciu  przez  wielu  chorych  zaczyna  być  postrzegana  wy- 
łącznie  jako  okresowa  przypadłość  ciała,  mająca  charakter  biologiczny,  przejścio- 
wy,  wymagający  postawienia  właściwej  diagnozy  i  zastosowania  skutecznego  lecze- 
nia,  a  ponadto  jako  zjawisko,  któremu  można  i  należy  zapobiegać.  Zaczęto  sobie 
także  uświadamiać  związek  występowania  chorób  o  charakterze  masowym,  takich 
jak dżuma, ospa czy cholera, z praktycznym działaniem ludzi - z brudem miejskich 

4  Por.  B.  Płonka-Syroka,  Problem  przemian  w  medycynie  europejskiej  XVI-XIX  w.  w  świetle  wybra- 

nych  koncepcji  z  zakresu  metodologii  historii  nauki.  „Medycyna  Nowożytna.  Studia  nad  Historią 
Medycyny" 1997, t. 4, z. 1-2, s. 32 

background image

 

- 8 -  

 

ulic,  brakiem  kanalizacji,  niedostatecznym  poziomem  higieny  osobistej,  niewłaści- 
wym  sposobem  odżywiania,  przemarszami  wojsk  itp.  Podjęte  także  zostały  działa- 
nia  mające  zapobiegać  występowaniu  chorób,  takie  jak  kordony  sanitarne,  szcze- 
pienia  ochronne,  aseptyka  i  antyseptyka.  Znaczny  wpływ  na  upowszechnienie 
świadomości 

społecznej 

biologicznego 

modelu 

choroby 

miał 

także 

postępujący 

w  XIX  stuleciu  proces  podziału  medycyny  wewnętrznej  na  specjalizacje,  przede 
wszystkim  ukierunkowane  anatomiczne,  tj.  pod  kątem  chorób  poszczególnych  ob- 
szarów  ciała  i  jego  organów  (np.  dermatologia,  laryngologia),  a  także  dostosowa- 
nych  do  wieku  i  płci  pacjenta  (np.  pediatria,  ginekologia).  Granicą  procesu  medy- 

kalizacji  choroby  w  świadomości  społecznej  był  jednak  problem  śmierci,  nadal  po- 

strzeganej w kategoriach osobowych i metafizycznych. 

W  niniejszej  publikacji  starano  się  przedstawić  tło  historyczne  zarysowanego 

powyżej  procesu  medykalizacji  choroby,  ukazać  główne  koncepcje  wyjściowe,  któ- 
re  stały  się  w  kulturze  europejskiej  podstawą  ewolucji  teoretycznego  ujmowania  te- 
go  problemu  nie  tylko  w  świadomości  lekarzy,  lecz  także  wśród  pacjentów.  Kolej- 
ne  studia  przedstawiają  chorobę  i  śmierć  z  odmiennej  perspektywy  aniżeli  ta,  któ- 
ra  wydaje  się  typowa  dla  współczesnej  świadomości  lekarskiej.  Zostały  w  nich  bo- 
wiem  ukazane  problemy  choroby,  cierpienia  i  śmierci,  przedstawione  przez  auto- 
rów w kategoriach filozoficznych, historycznych i socjologicznych. 

Pierwsza  część  książki  ma  w  zamierzeniu  ułatwić  odtworzenie  elementów  świa- 

domości  społecznej  w  zakresie  problematyki  cierpienia,  choroby  i  umierania,  któ- 
re  były  podstawą  i  punktem  odniesienia  koncepcji  medycznych  typowych  dla  okre- 
su  poprzedzającego  wystąpienie  w  pełnym  nasileniu  procesu  medykalizacji  choro- 

by. 

Przyjmowana 

kolejnych 

studiach 

perspektywa 

ma 

charakter 

indywiduali- 

styczny,  zaś  pojmowanie  ludzkiego  ciała,  także  osoby  chorej  i  umierającej,  jest  tu 
wpisane  w  bogaty  kontekst  odniesień  filozoficznych,  religijnych  i  moralnych.  Za- 
poznamy  się  z  powyższą  problematyką  w  ujęciu  Starego  Testamentu,  w  katego- 
riach  katolickiej  filozofii  personalistycznej,  a  także  w  kulturze  antyku,  średniowie- 
cza  oraz  w  polskiej  myśli  nowożytnej.  Ta  część  niniejszego  studium  pozwoli  czytel- 
nikowi  na  zorientowanie  się  w  zasadniczych  elementach  struktury  myślowej,  która 
przez  wieki  wywierała  istotny  wpływ  na  kształtowanie  się  teorii  i  praktyki  europej- 

skiej medycyny akademickiej. 

Druga  część  książki  obejmuje  natomiast  studia  wskazujące  na  to,  że  przekona- 

nie  o  absolutnym  charakterze  procesu  medykalizacji  choroby  i  umierania,  to  jest 

ich  pojmowania  wyłącznie  w  kategoriach  materialistycznie  zorientowanego  przy- 
rodoznawstwa,  jest  przekonaniem  złudnym.  Autorzy  zamieszczonych  tu 

opraco- 

wań  podejmują  problem  choroby  i  umierania  nie  z  perspektywy  standardu  współ- 

czesnej  medycyny  klinicznej,  lecz  z  perspektywy  pacjenta.  Jest  to  ta  sama  indywi- 

dualistyczna perspektywa, z którą mieliśmy do czynienia w omówionych powyżej 

background image

 

- 9 -  

 

strukturach  myślowych  dominujących  w  świadomości  społecznej  dawnych  epok. 
O  odmienności  ujęcia  decyduje  tu  jednak  nie  zanegowanie  samej  idei  medycyny 
ukierunkowanej  somatycznie,  której  ogólnej  koncepcji  oraz  związanych  z  nią 

ogromnych  sukcesów  w  zakresie  diagnostyki  i  terapii  autorzy  publikowanych  w  tej 

części  studiów  nie  zamierzają  negować,  ale  podejmowanie  prób  dostosowania  tej 
koncepcji  do  psychologicznych  potrzeb  pacjenta  jako  podmiotu,  nie  zaś  wyłącznie 
przedmiotu  oddziaływań  lekarskich.  Spotykamy  tu  więc  refleksję  nad  problemem 
cierpienia  i  śmierci  pacjenta,  ujmowaną  w  kategoriach  moralnych  i  etycznych, 
a  także  w  kategoriach  powinności  wybranych  instytucji,  podejmujących  działania 
ukierunkowane osobowo, nie zaś wyłącznie somatycznie. 

Większość  zawartych  w  niniejszym  tomie  studiów  została  przygotowana  na 

konferencję  pt.  (Nioralny  wymiar  choroby,  cierpienia  i  śmierci,  zorganizowaną 
w  grudniu  1997  r.  przez  wrocławską  filię  Instytutu  Historii  Nauki  Polskiej  Akade- 

mii  Nauk  w  Warszawieyteyła  to  kolejna  z  cyklu  wrocławskich  konferencji  nauko- 

wych,  poświęconych  społeczno-kulturowym  aspektom  historii  medycyny.  Materia- 
ły  z  tych  konferencji  publikowane  były  w  latach  1994-1999  w  wydawanym  przez  In- 

stytut  Historii  Nauki  PAN  w  Warszawie  czasopiśmie  naukowym  „Medycyna  No- 

wożytna.  Studia  nad  Historią  Medycyny".  Łączącą  owe  konferencje  ideą  było  uj- 
mowanie  medycyny  w  szerokim  kontekście  kultury  medycznej  epoki.  Powyższe 
ujęcie  charakteryzuje  także  serię  wydawniczą,  w  ramach  której  ukazuje  się  niniej- 
sza publikacja, zatytułowaną „Studia z Dziejów Kultury Medycznej". 

background image

 

 

 

background image

 

 

Franciszek M. Rosiński 

Śmierć wedlug wierzeń staroizraelskich 

Uświadomienie  sobie  ograniczoności  ludzkiego  życia,  zbliżania  się  śmierci,  re- 

fleksje  nad  stanem  pośmiertnym  człowieka  należą  do  unikalnych  cech  ludzkich; 
spotkać  je  można  co  najmniej  już  u  człowieka  neandertalskiego,  który  w  sposób 
intencjonalny  chował  swoich  zmarłych

1

.  Ze  specyfiki  bowiem  pochówków  Homo 

sapiens  neanderthalensis  i  wczesnego  Homo  sapiens  sapiens  zdaje  się  wynikać,  iż 
te  istoty  człowiekowate  nie  traktowały  śmierci  jako  ostatecznego  kresu  życia  i  zu- 
pełnego  wygaśnięcia  egzystencji  ludzkiej,  lecz  przyjmowały  po  zgonie  człowieka  ja- 
kiś  sposób  dalszego  jego  istnienia,  który  prawdopodobnie  wyobrażały  sobie  jako 
pewnego rodzaju kontynuację życia doczesnego. 

Na  podstawie  stanu  zachowania  najstarszych  pochówków  w  Kanaanie,  datowa- 

nych  na  okres  od  170  000  -  40  000  lat,  można  przypuszczać,  że  już  tamtejsi  nean- 

dertalczycy  uświadamiali  sobie,  że  wprawdzie  ciało  ulega  rozkładowi,  ale  coś 
z  człowieka  żyje  nadal;  wskazuje  na  to  określony  ryt  pogrzebowy

2

.  Prawdopodob- 

nie  wierzono,  że  zmarły  odczuwa  potrzeby  jak  za  życia;  np.  osobnik  w  Qafzech  11 
trzymał  w  ręce  poroże  olbrzymiego  jelenia

3

.  Pochowanie  bowiem  zmarłego,  jak 

wskazuje  A.  Ronen,  nie  wiąże  się  z  jakąś  korzyścią  materialną,  lecz  z  określoną  fi- 

lozofią  człowieka,  wierzeniami,  symboliką:  „Urządzenie  grobu  wskazuje  na  wie- 
dzę  o  śmierci  i  uświadomienie  sobie,  iż  życie  znajduje  się  poza  kontrolą  ludzką.  Bez 
takiej  wiedzy  grób  stałby  się  niezrozumiały.  Wiedza  o  śmierci  implikuje  również 
pojęcie  czasu,  przeszłości  i  przyszłości.  Skojarzenie  ze  sobą  koncepcji  czasu  i  śmier- 
ci doprowadza do wiedzy o nieuchronności własnej śmierci"

4

T.  Bielicki,  „Światopoglądnaukowy"  i  naczelne  wartości  ludzkiego  życia:  harmonia  czy  dysonans, 
(w:)  S.  Nowak  (red.),  Wizje  człowieka  i  społeczeństwa  w  teoriach  i  badaniach  naukowych,  Warsza- 
wa 1984 s. 190. 

M. u. L. Becque, Die Auferstehung des Fleisches, Aschaffenburg 1962, s. 36. 

B.  Vandermeersch,  De  begravingen  bij  de  Neanderthaler,  (w:)  D.  Bonjean  (ed.),  Neandertal,  An- 
denne 1996, s. 259. 

A.  Ronen,  Neandertaler  und  früher  Homo  sapiens  im  Nahen  Osten,  „Jahrbuch  des  Römisch-Ger- 
manischen Zentralmuseums Mainz" 37, 1990, s.14. 

background image

 

- 1 2 -  

 

Jest  rzeczą  interesującą,  że  na  stosunkowo  niewielkim  obszarze  Izraela  (ok. 

20 

000 

km

2

)  znaleziono  aż  40%  znanych  pochówków  środkowopaleolitycznych. 

Neandertalczyków  znaleziono  wewnątrz  jaskiń  w  Tabun,  Kebara,  Amud;  np.  25- 
letni  mężczyzna  w  Amud  ułożony  był  bocznie,  z  mocno  przygiętymi  kolanami,  tak 
że  pięty  dotykały  pośladków.  Szkielet  w  jaskini  w  Kebarze  nie  ma  czaszki.  Została 
ona  z  wielką  ostrożnością  przeniesiona  w  jakieś  inne  miejsce,  na  co  wskazuje  po- 
zostawiony  na  miejscu  ząb  ze  szczęki.  Stało  się  to,  gdy  ciało  uległo  już  rozkładowi. 

Prawdopodobnie 

ramach 

tzw. 

pogrzebu 

dwustopniowego  czaszkę  zdeponowano 

w  miejscu  bardziej  honorowym.  Natomiast  archaicznych  reprezentantów  człowie- 
ka  współczesnego  chowano  przed  wejściem  do  jaskini  albo  u  samego  wejścia. 
Szczątki kostne znaleziono wraz z darami grobowymi

5

W  następnych  epokach  korzystano  nie  tylko  z  licznych  w  Kanaanie  jaskiń,  ale 

wykuwano  także  komory  grobowe,  w  których  coraz  częściej  można  znaleźć  dary 
dla  zmarłego,  np.  w  Tel  el-Fara  albo  Tel  el-Adżul.  Z  okresu  hyksoskiego  odkryto 
groby  z  bogatą  ceramiką,  kosztowną  bronią,  niekiedy  nawet  klejnotami.  W  Tel  el- 
Adżul  wraz  z  człowiekiem  pochowano  konia

6

.  Ludność  zamieszkująca  ówczesny 

Izrael  uważała  więc,  że  jedzenie,  przedmioty  użytkowe,  lampki  będą  przydatne 
człowiekowi również w jego pośmiertnej egzystencji. 

Wyraźną  zmianę  pod  względem  wyposażenia  grobów  można  zauważyć  od  cza- 

su  zasiedlenia  Palestyny  przez  Izraelitów,  którzy  różnili  się  od  zastanych  tam  po- 
pulacji  oraz  ludów  sąsiednich  swą  wiarą,  obrzędowością  i  tradycją  kulturową, 
w  tym  także  odmiennym  podejściem  do  śmierci,  życia  pośmiertnego  i  zmarłych

7

np.  zwłoki  chowano  z  reguły  poza  osiedlami,  zwykle  jednak  w  bezpośrednim  ich 
sąsiedztwie

8

.  Nie  zaopatrywano  też  zmarłych  w  dary  grobowe,  z  wyjątkiem  lampek 

oliwnych, 

drobnych 

przedmiotów 

osobistych, 

naczyń 

ceramicznych 

i  amuletów. 

W  okresie  wpływów  hellenistycznych  zmarłych  obdarowywano  także  flakonikami 
z  wonnościami  i  naczyńkami  z  kadzidłem.  Nie  dawano  jednak  już  zmarłym  żyw- 
ności  na  drogę  do  zaświatów

9

.  Być  może,  iż  jedzenie  próbowano  dostarczyć  zmar- 

łemu  w  inny  sposób,  skoro  tego  rodzaju  praktyki  piętnowano  (Pwt  26,14;  Syr 

30,18)

10

5  A. Ronen, op. cit., s. 15; Ε. Hovers, Amud - Nahal, (w:) E. Stern (ed.), The New Encyclopedia of 

Archaeological Excavations in the Holy Land, t. 1, Jerusalem 1993, s. 58. 

6  W. M. F. Petrie, Ancient Gaza - Tell el-Ajjul, t. 1-4, London 1931-1934; O. Keel u. M. Küchler, 

Orte und Landschaften der Bibel, t. 2, Zürich 1982, s. 97. 

7  Szczegółowiej na ten temat w: Μ. Β. Arndt i F. M. Rosiński, Groby i zwyczaje pogrzebowe w daw- 

nym Izraelu, Quaestiones Selectae 2, 1995, s. 22-45. 

8  M. Noth, Die Welt des Alten Testaments, Berlin 1962, s. 155. 
9  G. Cornfeld u. G. J. Botterweck, Die Bibel und ihre Welt, 
Herrsching 1991, s. 39; J. Nelis, Begräb- 

nis, (w:) H. Haag (red.), Bibellexikon, Leipzig 1969, s. 184. 

10  Teksty Biblii i skróty ksiąg biblijnych cytowano według Pisma Świętego Starego i Nowego Testa- 

mentu - Biblia Tysiąclecia, Poznań-Warszawa 1987. 

background image

 

- 1 3 -  

 

W  Biblii  niejednokrotnie  poruszane  są  zagadnienia  tanatologiczne.  Rozpatry- 

wane  są  m.in.  różne  aspekty  śmierci  -  jej  geneza,  przyczyny,  skutki  prawne,  sym- 
bolika,  związane  z  nią  problemy  rytualne,  religijne,  społeczne.  Niekiedy  śmierć  by- 
wa  nawet  personifikowana,  ukazane  jest  jej  władztwo,  nigdy  jednak  nie  przypisuje 
się  jej  niezależności  od  Boga,  który  jest  dawcą  życia,  od  którego  zależy  ostateczny 
kres  życia  ludzkiego.  Pismo  Święte  ukazuje  też  różne  typy  śmierci:  najczęściej  tę 
zwykłą,  biologiczną,  ale  także  tragiczną  śmierć  grzechową,  śmierć  po  wypełnio- 
nym  życiu,  w  podeszłym  wieku,  przedwczesną,  śmierć  bohaterską,  męczeńską,  cen- 
ną  w  oczach  Boga.  Charakteryzuje  postawy  ludzi  wobec  nieuniknionej  śmierci 
i człowieka umierającego. 

Wypowiedzi  biblijne  o  śmierci  i  losie  pośmiertnym  człowieka  są  stosunkowo 

zróżnicowane.  Można  też  zauważyć  pewien  rozwój  koncepcji  dotyczących  śmierci 
i  egzystencji  pośmiertnej,  od  postawy  rezygnacji,  pesymizmu,  które  znajdują  się 
przeważnie  w  starszych  tekstach  biblijnych,  po  pewne  wątki  bardziej  optymistycz- 
ne,  związane  ze  śmiercią,  kończącą  życie  sprawiedliwe,  wartościowe.  Ukazywane  są 
też  pewne  wątki  o  przezwyciężeniu  śmierci  w  czasach  eschatologicznych.  Jednak 
pozytywne  wypowiedzi  o  śmierci  i  umieraniu  spotyka  się  w  Piśmie  Świętym  bar- 

dzo rzadko

11

Poglądy  na  śmierć  i  życie  pośmiertne  człowieka  wiążą  się  przede  wszystkim 

z  koncepcją  człowieka,  z  poglądem  na  jego  strukturę  istotową.  Należy  zauważyć, 
że  ludności  dawnego  Izraela  obca  była  filozofia  grecka  o  złożoności  człowieka 
z  materialnego  ciała  i  duchowej  duszy,  które  w  chwili  śmierci  ostatecznie  się  od  sie- 
bie  oddzielają,  przy  czym  zgon  obejmuje  właściwie  wyjście  duszy  z  ciała  (exitus). 
Natomiast  według  ujęć  starożydowskich  człowieka  tworzy  ożywiony  przez  Boga 
proch  ziemi,  stanowiąc  jedność  osobową  (nefesz),  którą  wprawdzie  często  tłuma- 
czy  się  jako  „dusza",  jednak  pojęciowo  dokładniejszy  byłby  termin  „istota  żyjąca", 
„osoba",  a  nawet  „człowiek".  I  chociaż  w  Starym  Testamencie  wyróżnia  się  niekie- 
dy  duszę  i  ciało  (Iz  10,18),  to  jednak  nie  przeciwstawia  się  tych  dwóch  pojęć.  Cza- 
sem  więc  można  spotkać  sformułowania,  jakoby  cały  człowiek  był  duszą  (a  więc 
istotą  żyjącą)  lub  ciałem  -  tzn.  cieleśnie  żyjącą,  słabą,  przemijalną  istotą.  Nie  po- 
trafiono  bowiem  wyobrazić  sobie  duszy  bez  ciała,  więc  ujmowano  człowieka  za- 
wsze  jako  całość;  stąd  prawie  bez  różnicy  mówiono:  człowiek,  dusza  lub  ciało  my- 
śli,  chce  czegoś,  życzy  sobie,  pragnie,  umiera.  Zawsze  jest  to  przecież  cały  człowiek, 
który stanowi podmiot tych różnych czynności

12

11  E.-J. Waschke, Untersuchungen zum Menschenbild der Urgeschichte, Berlin 1984, s. 92. 
12  P. v. Imschoot u. M. Limbeck, Mensch, 
(w:) H. Haag (red.), Bibellexikon, Leipzig 1969, s. 1124; J. 

Nelis, Tod, (w:) H. Haag (red.), Bibellexikon, Leipzig 1969, s. 1761. 

background image

 

- 1 4 -  

 

W  myśl  antropologii  biblijnej  śmierć  człowieka  następowała  wskutek  uchodze- 

nia,  upływu,  utraty  sił  witalnych,  substancji  życiowej,  ustania  wydolności  psycho- 
fizycznej,  możności  wykonywania  ruchów,  zaniku  funkcji  życiowych,  zwłaszcza 
oddychania,  powodujących  bezsilność,  bezwład,  wygasanie,  dezintegrację.  Śmierci 
więc  nie  traktowano  jako  zjawiska  granicznego,  klinicznego,  lecz  mogła  stanowić 
dłuższy  proces  „odpływu  życia".  Dlatego  o  umierającej  Racheli  w  Rdz  (35,  18)  czy- 
tamy,  iż  „życie  z  niej  uchodziło,  bo  konała";  albo  też  iż  „gaśnie  matka  siedmiu  sy- 
nów"  (Jr  15,  9).  Śmierć  obejmowała  więc  także  agonię,  a  za  stan  śmierciopodobny 
uważano  niekiedy  nawet  uwiąd  starczy  czy  zanikanie  istotnych  sił  życiowych  wsku- 
tek  ciężkiej  choroby,  a  nawet  publicznego  pohańbienia.  Końcowym  aktem  umiera- 
nia  jest  ostatnie  westchnienie  i  tchnienie  (Hi  11,  20;  Jr  15,  9)  czy  też  upływ  krwi 
z  unoszącą  się  nad  nią  parą;  we  krwi  bowiem  często  widziano  nośnik  życia:  „Bo 
życie wszelkiego ciała jest we krwi jego" (Kpł 17, 14; Pwt 12, 23). 

Według  innej  wersji,  częściej  spotykanej  dopiero  w  nowszych  tekstach  starote- 

stamentowych,  życie  jest  wynikiem  działania  Ducha  Bożego  (ruach).  Jeśli  Bóg  za- 
biera  człowiekowi  czy  zwierzęciu  tego  ducha  życia,  „wszelkie  ciało  zaginie  i  czło- 
wiek  w  pył  się  obróci"  (Hi  34,  15;  Ps  104,  29-30).  Należy  jednak  zauważyć,  że  ani 
nefesz,  ani  też  ruach  w  sensie  części  egzystencjalnej  człowieka,  nie  schodzą  po  jego 
śmierci do Szeolu. 

Problematyka 

sensu 

życia  ludzkiego, 

śmierci, 

życia 

pozagrobowego 

nabrała 

szczególnej  ostrości  od  czasów  niewoli  babilońskiej,  gdy  przeżywano  ogólnonaro- 
dową  klęskę,  upadek  państwowości,  rzezie,  wygnanie  ludności.  Zaczęto  intensyw- 
niej  zajmować  się  genezą  śmierci;  widziano  w  niej  wielkie  nieszczęście,  ciężki  los. 
Problem  stał  się  szczególnie  trudny,  gdy  przyszło  tłumaczyć  śmierć  tragiczną, 
przedwczesną,  nie  zawinioną.  Zwracano  większą  uwagę  na  powiązanie  między  wi- 
ną  indywidualną  a  śmiercią:  „Każdy  umrze  za  popełnione  przez  siebie  winy"  (Jer 

31,29-30; Ez 18, 1-3). 

Prawdopodobnie 

dopiero 

pod  wpływem  hellenistyczym  autor  Księgi  Mądrości 

dochodzi  w  Aleksandrii  do  nowej  koncepcji  człowieka,  a  w  związku  z  nią  do  no- 
wego  spojrzenia  na  śmierć  i  jego  stan  pośmiertny:  człowiek  składa  się  z  material- 
nego  ciała  oraz  z  duchowej  duszy.  Śmierć  w  takim  razie  stanowi  ostateczny  rozdział 
między  tymi  elementami  konstytutywnymi  człowieka  (Mdr  9,  15).  Brzmi  to  nie- 
omal  w  duchu  platońskim:  „Śmiertelne  ciało  przygniata  duszę  i  ziemski  przybytek 
obciąża  lotny  umysł".  Wyraźnie  inny  też  będzie  los  pośmiertny  duszy  i  ciała:  „Du- 
sze  sprawiedliwych  są  w  ręku  Boga  i  nie  dosięga  ich  męka.  Zdało  się  oczom  głu- 
pich,  że  pomarli,  zejście  ich  poczytywano  za  nieszczęście  i  odejście  od  nas,  za  uni- 
cestwienie,  a  oni  trwają  w  pokoju"  (Mdr  3,  1).  W  ostatnich  wiekach  przedchrześci- 
jańskich  genezę  śmierci  zaczęto  kauzalnie  wiązać  z  upadkiem  rajskim  prarodzi- 
ców; np. autor niekanonicznej Księgi 4 Ezd (3, 7) wypowiada myśl, iż Bóg nałożył 

background image

 

- 1 5 -  

 

na  Adama  tylko  jedno  przykazanie,  które  on  jednak  przekroczył,  za  co  rychło  zo- 
stał  ukarany  śmiercią,  tak  on,  jak  i  jego  potomkowie.  W  innej  wersji  spotykamy  tę 
myśl  w  Syr  (25,  24):  „Początek  grzechu  przez  kobietę  i  przez  nią  też  wszyscy  umie- 
ramy".  Dyskutowano  w  związku  z  tym  problem,  czy  istnieją  jacyś  ludzie  bez- 
grzeszni,  którzy  muszą  umrzeć  tylko  z  powodu  grzechu  prarodziców,  albo  też  czy 
wszyscy ludzie ponoszą karę śmierci za własne grzechy (grecki tekst ApBa 54,19)

13

W  wierzeniach  staroizraelskich  stan  postmortalny  człowieka  nie  jest  ujmowany 

jednolicie.  Wprawdzie  nie  przyjmowano,  że  śmierć  pociąga  za  sobą  totalne  unice- 

stwienie  egzystencji  ludzkiej,  ale  Izraelczyk  umierając  nie  miał  też  poczucia  Sokra- 
tesa,  który  w  tej  sytuacji  porównał  się  do  łabędzi,  powracających  do  boga  Apolli- 
na.  Człowiek  starotestamentowy  przede  wszystkim  zdawał  sobie  sprawę,  że  wraca 
do  prochu,  z  którego  został  utworzony  (Rdz  3,  19),  że  kończy  się  jego  bliskość 
z  Jahwe,  że  wypada  z  Jego  kultu,  gdyż  po  śmierci  już  nie  będzie  w  stanie  chwalić 
Pana  (Ps  115,17).  Nieuniknioność  śmierci  nawet  dla  pobożnego  Izraelity  stanowi- 
ła  wyzwanie  i  próbę  jego  wiary:  nie  ma  bowiem  nikogo,  kto  by  żył,  a  nie  zaznał 
śmierci,  kto  by  życie  swe  wyrwał  spod  władzy  Szeolu  (Ps  89,  48-49).  Pod  tym 
względem  los  mędrca  i  głupiego  jest  taki  sam  (Koh  2,1  6).  W  odróżnieniu  bowiem 
od  wielu  innych  społeczności  Izrael  widział  w  śmierci  przede  wszystkim  zjawisko 
naturalne,  uwarunkowane  powstaniem  człowieka  z  prochu  ziemi,  do  której  znowu 
musi wrócić (Rdz 3,19; Ps 103,14; 104,29; Koh 3,20)

14

Po  śmierci  człowieka  pozostaje  z  niego  nie  scharakteryzowany  bliżej  przez  Bi- 

blię  „cień",  „istota  wiotka",  „bezsilna"  (refaim),  która  w  myśl  staroorientalnej 
koncepcji,  przejętej  także  przez  dawnych  Izraelitów,  będzie  prowadziła  w  Szeolu 
beznadziejną,  smutną  egzystencję.  Dotyczy  to  jednak  tylko  człowieka,  bo  choć  „los 
synów  ludzkich  jest  ten  sam,  co  i  los  zwierząt;  los  ich  jest  jeden:  jaka  śmierć  jedne- 
go,  taka  śmierć  drugiego  i  oddech  życia  ten  sam"  (Koh  3,19-21),  to  jednak  tylko 
cień  człowieka,  nie  zaś  zwierząt,  zstępuje  do  Szeolu,  gdzie  „nie  ma  żadnej  czynno- 
ści ni rozumienia, ani poznania, ani mądrości" (Koh 9,10). 

Szeol  -  miejsce  pobytu  zmarłych  -  wyobrażano  sobie  jako  czarne,  pełne  prochu 

i  robactwa  pomieszczenie,  które  pochłania  wszystkich  ludzi,  z  którego  nie  ma  po- 
wrotu:  „Pójdą,  by  nigdy  nie  wrócić,  do  kraju  pełnego  ciemności,  do  ziemi  czarnej 
jak  noc,  do  cienia  chaosu  i  śmierci,  gdzie  świecą  jedynie  mroki"  (Hi  10,21-22;  Lm 
3,6;  Iz  5,  14).  Nie  rozlega  się  tam  chwała  Boża:  „Zaiste,  nie  Szeol  Cię  sławi  ani 
śmierć  wychwala  Ciebie;  nie  ci  oglądają  się  na  Twoją  wierność,  którzy  w  dół  zstę- 
pują" (Iz 38,18-19). Jak widać, życie człowieka żyjącego oparte jest na jasno okre- 

13  W. Schmithals, Thanatos (w:) L. Coenen, E. Bayreuther u. H. Bietenhard, Theologisches Begrif- 

fslexikon zum Neuen Testamment, t.2, Wuppertal 1986, s. 1224. 

14  J. Nelis, op. cit., s. 1761. 

background image

 

- 1 6 -  

 

słonych  relacjach  do  Boga,  społeczności  związanej  przymierzem  z  Jahwe.  Gdy 
człowiek  umiera,  staje  się  bezrelacyjny,  wyalienowany,  zerwane  zostają  więzi: 
„Wszyscy  żyjący  mogą  jeszcze  mieć  nadzieję  (...),  ponieważ  żyjący  wiedzą,  że 
umrą,  a  zmarli  niczego  zgoła  nie  wiedzą,  zapłaty  też  więcej  już  żadnej  nie  mają" 

(Koh  9,4-6).  Gdzie  nie  ma  już  żadnych  relacji,  tam  nie  ma  żadnej  nadziei;  stąd 

śmierć uważano za przypadek beznadziejny

15

Z  pewnych  tekstów  starotestamentowych  zdaje  się  jednak  wynikać,  że  w  stanie 

pośmiertnym  nie  dochodzi  do  całkowitej  depersonalizacji  człowieka,  że  zna  on 
przeszłość,  teraźniejszość,  poniekąd  nawet  przyszłość  (nekromancja  była  jednak 
surowo  zakazana),  iż  reaguje  w  jakiś  sposób  ludzki.  Wskazuje  na  to  chociażby 
barwnie  opisana  scena  spotkania  króla  Saula  z  duchem  Samuela  (1  Sm  28,7-19). 
Gdy  zaś  zmarł  znienawidzony  król  babiloński,  „podziemny  Szeol  poruszył  się 

przez  ciebie,  na  zapowiedź  twego  przybycia;  dla  ciebie  obudził  cienie  zmarłych, 

wszystkich  wielmożów  ziemi;  kazał  powstać  z  tronów  wszystkim  królom  narodów. 
Wszyscy  oni  zabierają  głos,  by  ci  powiedzieć:  Ty  również  bezsilny  jak  i  my,  stałeś 
się  podobny  do  nas!  Do  Szeolu  strącony  twój  przepych  i  dźwięk  twoich  harf.  Ro- 
bactwo  jest  twoim  posłaniem,  robactwo  też  twoim  przykryciem"  (Iz  14,9-10). 
W  tekście  tym  mamy  do  czynienia  z  pewną  personifikacją  Szeolu.  Nie  chodzi 
w  tym  przypadku  jednak  o  reminiscencję  jakiegoś  bóstwa  -  władcy  nad  światem 

podziemnym

16

;  w  innych  bowiem  tekstach  wyraźnie  jest  ukazana  władza  Jahwe 

także  nad  Szeolem  (Ps  139,  8;  Iz  7,11;  Am  9,2).  Również  los  pośmiertny  dobrych 
i  złych  nie  będzie  taki  sam,  np.  najwięksi  niegodziwcy  zostaną  strąceni  „do  Szeolu 
na  samo  dno  Otchłani  (Iz  14,15;  Ez  32,27).  Dopiero  w  późniejszych  tekstach  sta- 
rotestamentowych  zaznacza  się  silniej  idea  zmartwychwstania  -  o  ponownym  oży- 
ciu  „cieni  zmarłych"  (Iz  26,19;  2  Mch  7,9)

14

  oraz  przekonanie,  że  ciało  ludzkie  co 

prawda  przemieni  się  w  proch,  lecz  „duch  powróci  do  Boga,  który  go  dał"  (Koh 

12,7;  Mdr  3,1).  Idea  sądu  pośmiertnego,  nagrody  czy  też  kary  za  życie  doczesne, 
znana  była  w  Egipcie  już  tysiąc  lat  wcześniej;  w  Izraelu,  podchwycono  ten  aspekt, 
gdyż  przemawiał  do  poczucia  sprawiedliwości  etycznej

17

.  Jak  się  okazuje,  „prze- 

paść między światem żywych i umarłych nie miała charakteru absolutnego"

18

Jest  rzeczą  zrozumiałą,  że  Izraelita,  biorąc  pod  uwagę  perspektywę  smutnej  eg- 

zystencji  w  Szeolu,  ogromnie  cenił  sobie  życie,  które  uważał  za  najwyższe  spośród 
dóbr  ziemskich;  stąd  długie,  wypełnione  życie,  doczekanie  się  szczęśliwej  starości 
i pełni lat, uważano za największy dar Boży (Rdz 15,15; Sdz 8,32; Hi 5,24-26; 

15  E. Jüngel, Tod, Stuttgart 1983, s. 98-101. 
16  H. Ringgren, Israelitische Religion, 
Stuttgart 1963, s.223. 
17  P. Johnson, Historia Żydów, 
Kraków 1993, s. 131. 
18  H. Luckey, Totenwelt, 
(w:) K. Gutbrod, R. Kücklich u. T. Schlatter (red.), Calwer Bibellexikon. 

Stuttgart 1989, s. 1353-1354. 

background image

 

- 1 7 -  

 

42,16-17).  Ponieważ  Bóg  jest  stwórcą  życia,  który  je  daje  (Am  5,4-6)  i  podtrzymu- 

je,  stąd  też  ostateczna  jego  długość  zależy  od  Niego,  gdyż  On  je  znów  zabiera  (Ps 

104,29-30;  Hi  34,14-15).  Losy  człowieka,  liczba  dni  jego  i  kres  życia  ostatecznie  za- 

leżą  od  Stwórcy  (Rdz  6,3;  Ps  31,16).  Jednak  szanse  na  długie,  szczęśliwe  życie  ma 
tylko człowiek sprawiedliwy kierujący się mądrością (Prz 3,1-2; 9,11). 

Nie  ma  jednak  możliwości,  by  życie  biologiczne  trwało  „na  wieki"  (Rdz  3,22). 

Według  Biblii  bowiem  prawo  śmierci  jest  uniwersalne,  dotyczy  wszystkich  ludzi, 
jest  „drogą,  przeznaczoną  ludziom  na  całej  ziemi"  (1  Kri  2,2;  Joz  23,14).  W  obli- 
czu  nieunikalności  śmierci  Psalmista  retorycznie  pyta:  „Czy  jest  ktoś,  kto  by  żył, 
a nie zaznał śmierci, kto by życie swe wyrwał spod władzy Szeolu?" (Ps 89,49). 

W  związku  z  powyższym  wśród  teologów  dyskutowany  był  problem,  czy  praro- 

dzice  w  raju  żyliby  wiecznie,  gdyby  nie  przekroczyli  nakazu  Bożego.  Należy  zauwa- 
żyć,  że  wielu  teologów  nie  wiąże  genezy  śmierci  człowieka  z  upadkiem  prarodziców; 
np.  EJ.  Waschke  uważa,  iż  śmierć  nie  stanowiła  części  składowej  kary,  ponieważ 
„od  początku  tworzyła  czasową  granicę  człowieka"

19

.  Zwrot  „niechybnie  umrzesz" 

(Rdz  2,17)  znaczył  w  danym  kontekście  tyle,  iż  czyn,  którego  byś  się  ewentualnie 
dopuścił,  jest  godny  śmierci,  zasługuje  na  karę  śmierci,  z  czego  jednak  nie  wynika, 
iż  nie  popełniwszy  takiego  czynu  prarodzice  „z  natury"  mieli  zapewnione  życie 
wieczne  i  nigdy  by  nie  umarli.  Słowa:  „Wrócisz  do  ziemi,  z  której  zostałeś  wzięty,  bo 
prochem  jesteś  i  w  proch  się  obrócisz"  (Rdz  3,19-20)  stanowią  kategoryczną  dezilu- 
zję  człowieka  dążącego  do  dorównania  Bogu  i  uprzytomnienie  mu  nieprzekraczal- 

nych  granic  jego  conditio  humana,  których  wyznacznikiem  jest  także  śmierć  ciele- 

sna.  Niedostępna  więc  będzie  dlań  biologiczna  nieśmiertelność  (Rdz  3,22-24) 
i  wszelkie  starania,  przedsiębrane  przez  człowieka  celem  zapewnienia  sobie  nie- 
zniszczalnego  życia,  jak  wskazuje  epos  o  mitycznym  Gilgameszu,  ostatecznie  ska- 
zane  będą  na  niepowodzenie.  Zwrot  o  przekształceniu  się  człowieka  w  proch  ziemi, 
użyty  w  werdykcie  karnym  Boga,  ujęty  w  zdaniu  pobocznym,  według  C.  Wester- 
manna  wyznacza  koniec  przedziału  czasowego  dla  udręki  zdobywania  w  pocie  czo- 
ła  podstawowych  środków  do  życia

20

.  Autorzy  zwracają  nadto  uwagę,  iż  poprzednie 

wiersze  bynajmniej  nie  zawierają  wzmianki  o  jakiejś  nieśmiertelności  biologicznej 
człowieka;  również  zapowiedź  kary  nie  została  sformułowana  w  ten  sposób,  iż  sta- 
nie  się  on  śmiertelny.  Człowiek  uświadomił  sobie  jednak  teraz  kruchość  i  ograniczo- 
ność  swojej  egzystencji,  a  pamięć  o  nieuniknionej  śmierci  miała  odtąd  towarzyszyć 
mu  przez  całe  życie

21

.  Można  nadmienić,  że  już  w  niektórych  tekstach  starotesta- 

mentowych przewija się myśl o przezwyciężeniu przez Boga w czasach eschatolo- 

19  E.-J. Waschke, op. cit., s. 92. 
20  C. Westermann, Genesis 
(I Teilband, Genesis 1-11), Neukirchen -Vluyn 1974, s. 356-363. 
21  G. v. Rad, Das erste Buch Mose - Genesis, 
Göttingen 1976, s. 68. 

background image

 

- 1 8 -  

 

gicznych  śmierci,  gdy  nastąpi  zmartwychwstanie  (Iz  26,19;  Ez  37,1-14;  2  Mch  7,9- 
14). Wątki te zostały później rozwinięte w Nowym Testamencie. 

Biblia  wymienia  różne  konkretne  przyczyny  śmierci,  np.  zabójstwo  (Rdz  4,  8- 

10),  choroby  i  głód  (Jr  16,4),  komplikacje  okołoporodowe  (Rdz  35,19),  samobój- 
stwo  (2  Sm  17,23),  opilstwo  (Syr  31,30),  karę  za  przestępstwo  (Wj  21,14),  wielki 
wstrząs  psychiczny  (1  Sm  4,18),  uwiąd  starczy  (2  Krn  24,15),  karę  Bożą  (1  Sm 
25,38).  Ostatecznie  jednak  panem  życia  i  śmierci  jest  Bóg,  z  którego  ręki  nikt  nie 
może  się  uwolnić  (Pwt  32,39).  Najczęściej  jednak  w  Biblii  wymienia  się  naturalne 
przyczyny  śmierci,  rzadko  ingerencję  nadprzyrodzoną.  Jest  przy  tym  rzeczą  cha- 
rakterystyczną, że nie ma mowy, inaczej niż u wielu społeczeństw pierwotnych, 
0

 

spowodowaniu  śmierci  za  pomocą  magii  destrukcyjnej  albo  przez  jakieś  złośliwe 

duchy. 

W  dawnym  Izraelu  nigdy  nie  zgodzono  by  się  z  Menandrem,  że  ulubieńcy  bo- 

gów  umierają  młodo,  ponieważ  przedwczesna  śmierć  uchodziła  tam  za  nieszczę- 
ście, nieraz nawet za karę Bożą

22

. Jednak umieralność, zwłaszcza niemowląt 

1

 

dzieci,  również  w  Izraelu  była  duża;  stąd  osiągnięciem  było  „wykarmienie  i  wy- 

chowanie  synów"  (Iz  1,2).  Człowiek  bowiem  może  umrzeć  w  różnym  wieku,  na- 
wet  jako  płód  w  łonie  matki  (Hi  3,  1  6;  Koh  6,3);  życzenie  komuś  takiej  śmierci 
stanowiło  swoiste  przekleństwo,  gdyż  oznaczało  koniec  przed  początkiem  (Ps 
58,9).  Ale  również  zgon  w  połowie  życia  uważano  za  straszliwy  los  (Ps  55,24;  102, 
25;  Jr  17,11).  Natomiast  długie,  godne  życie  często  w  Starym  Testamencie  uwa- 
ża  się  za  znak  szczególnego  błogosławieństwa  Bożego;  np.  Abraham  „zmarł 
w  późnej,  lecz  szczęśliwej  starości,  syt  życia  i  połączył  się  ze  swoimi  przodkami" 
(Rdz  25,  8;  zob.  też  35,29;  Sdz  8,32;  1  Krn  23,1).  Gdy  człowiek  jest  już  syt  życia, 
jego  siły  życiowe  ustają,  a  słabości  i  dolegliwości  starcze  dają  się  we  znaki,  per- 
spektywa  zbliżającej  się  śmierci  staje  się  mniej  trwożna.  W  wieku  bowiem  star- 
czym  oczy  gasną  (Rdz  27,1;  48,10),  chód  staje  się  niepewny  (Za  8,4),  człowiek 
czuje  się  zziębnięty  (1  Kri  1,1),  przybywa  innych  niedomagań,  tak  iż  końcowy 
okres  życia  człowiek  może  określać  jako  „dni  niedoli",  a  w  zgrzybiałym  wieku 
nie  będzie  miał  upodobania  (Koh  12,1-6).  Tylko  o  Mojżeszu  z  uznaniem  mówi 
Pismo,  iż  do  końca  dni  swoich  zachował  „wzrok  nie  przyćmiony  i  siły  go  nie  opu- 
ściły"  (Pwt  34,7).  W  ten  sposób  „cień  śmierci"  może  już  padać  na  końcowe  od- 
cinki  życia  ludzkiego,  zaś  ciężka  choroba,  bezsilność,  niewola,  wygnanie,  bezna- 
dziejność,  zwłaszcza  zaś  zerwanie  łączności  z  Bogiem  mogą  być  scharakteryzo- 

wane w terminologii tanatologicznej

23

22  E. Jüngel, op. cit., s. 84-86. 
23  Ε. Jüngel, Der Tod als Geheimnis des Lebens, 
(w:) J. Schwartländer (red.), Der Mensch und sein 

Tod, Göttingen 1976, s. 116. 

background image

 

 

Szczególną  uwagę  zwraca  się  na  ostatnie  wypowiedzi  osób  umierających.  Nie- 

jednokrotnie  dany  człowiek  jest  w  pełni  świadomy  nieuniknionego  końca  swoich 
dni,  śmierć  przyjmuje  jako  ogólnoprawidłową  konieczność,  spełnienie  się  uniwer- 

salnego  prawa  Bożego;  np.  Jozue  rozpoczyna  swój  testament  życiowy  słowami:  „Ja 

sam  muszę  teraz  pójść  drogą,  którą  idą  wszyscy"  (Joz  23,14).  Podobnych  słów  uży- 
wa  Dawid  (1  Kri  2,2).  Często  przywódcy  izraelscy  zachęcają  lud  do  zachowania 

przymierza  z  Jahwe,  wydają  ostatnie  polecenia.  Choć  oczy  umierającego 

gasną, 

jednak  przenikają  mrok  przyszłości,  wypowiadają  proroctwa;  np.  Jakub  umierając 
w  Egipcie  przewiduje  przyszłość  swego  potomstwa;  prorocza  zapowiedź  umierają- 
cego,  jego  błogosławieństwo,  pomaga  potomnym  odpowiednio  kształtować  swoją 
przyszłość

24

Według  Biblii  mężczyzna,  zwłaszcza  na  wysokim  stanowisku  czy  dysponujący 

większym  majątkiem,  winien  był  zawczasu  rozporządzić  swoim  mieniem;  np.  do 
króla  Ezechiasza  zwrócił  się  Prorok  Izajasz:  „Tak  mówi  Pan:  Rozporządź  domem 
swoim,  bo  umrzesz"  (2  Kri  20,1;  zob.  też  2  Sm  17,23;  Iz  38,1).  Należało  jednak  przy 
tym 

zachować 

obowiązujące 

prawo 

zwyczajowe, 

np. 

pierworodny 

otrzymywał 

w  porównaniu  z  innymi  synami  podwójny  dział  spadku,  nawet  jeśliby  był  to  syn  żo- 
ny  niekochanej,  „gdyż  on  jest  pierwociną  jego  siły"  (Pwt  21,17).  Podobne  regulacje 
prawne  znane  były  także  w  Asyrii,  Nuzi  i  Mari.  Jeśli  umierający  nie  miał  dzieci,  to 
jego  dziedzictwo  nie  przypadało  wdowie,  lecz  jego  krewnym,  ewentualnie  nawet 
słudze  (Rdz  15,2-4).  Bezdzietna  wdowa  wracała  do  domu  ojca  albo  wychodziła  za 
mąż zgodnie z prawem lewiratu (Rdz 38,11; Kpł 22,13; Rt 1,8)

25

Pismo  Święte  nie  wymienia  modlitw,  które  odmawiał  konający  czy  też  jego  oto- 

czenie;  niewątpliwie  pewne  teksty  biblijne,  zwłaszcza  niektóre  psalmy,  szczególnie 
się  do  tego  nadawały.  Wiadomo,  że  np.  Chrystus  umierając  modlił  się  słowami 
Psalmu 22. „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił..." (Mk 15,34). 

Jest  rzeczą  charakterystyczną,  iż  inaczej  niż  w  wielu  religiach  czy  mitach  pro- 

blem  samego  umierania  i  spraw  okołośmiertnych,  w  tym  także  żałoby,  a  nawet  eg- 
zystencji  pośmiertnej  człowieka  omawiany  jest  w  Biblii  na  ogół  bardzo  skrótowo. 
Zagadnienia  tanatologiczne,  związane  z  przebywaniem  duszy  w  Szeolu,  nigdy  nie 
miały  w  dawnym  Izraelu  charakteru  priorytetowego.  Z  chwilą  bowiem,  gdy  nastą- 
piła  śmierć,  ciało  denata  stawało  się  obiektem  rytualnie  nieczystym,  a  także  jego 
bezpośrednie  otoczenie.  Również  kontakt  ze  zmarłym  czynił  człowieka  nieczystym 
pod  względem  sakralno-legalnym:  „Kto  się  dotknie  zmarłego,  jakiegokolwiek  tru- 
pa  ludzkiego,  będzie  nieczysty  przez  siedem  dni  (Lb  19,11;  Pwt  14,1;  Kpł  11,24-40; 
20,27). Ta nieczystość miała charakter wyjątkowo „zakaźny": nieczystym stawał 

24  H. W. Wolff, Anthropologie des Alten Testaments, München 1973, s. 151-153. 
25  G. Cornfeld u. G. J. Botterweck, op. cit., 
s. 499-500. 

background image

 

- 2 0 -  

 

się  i  ten,  kto  dotknął  się  człowieka,  mającego  uprzednio  kontakt  ze  zwłokami  (Lb 
19,15).  Nawet  wejście  do  namiotu  denata  i  samo  przebywanie  w  nim  skażały  czło- 
wieka  przez  7  dni;  „również  każde  naczynie  otwarte,  które  nie  ma  pokrywy  przy- 
mocowanej  sznurem,  będzie  nieczyste.  Podobnie  będzie  przez  siedem  dni  nieczysty, 

kto  w  otwartym  polu  dotknie  zabitego  mieczem,  zmarłego,  kości  ludzkich  albo 

grobu"  (Lb  19,14-16).  Procedura  oczyszczenia  rytualnego  była  dość  skomplikowa- 

na;  kto  nie  zechciałby  się  jednak  jej  poddać,  „będzie  wyłączony  ze  społeczności" 
(Lb  19,20).  Szczególnie  ostre  przepisy  w  tym  zakresie  obowiązywały  nazirejczyka 
„poświęconego  Panu";  nie  miał  prawa  zbliżyć  się  do  żadnego  trupa:  „Nawet  przy 
swoim  zmarłym  ojcu,  matce,  bracie  czy  siostrze,  nie  może  zaciągnąć  nieczystości" 

(Lb  6,6-7).  Podobnie  kapłan  „w  ogóle  nie  zbliży  się  do  żadnego  zmarłego,  nie  na- 

razi  się  na  nieczystość  rytualną  ani  z  powodu  ojca,  ani  z  powodu  matki";  a  na  znak 
żałoby  „nie  będzie  rozpuszczał  włosów  i  nie  będzie  rozdzierał  swych  szat"  (Kpł 

20,10-11). 

To  radykalne  przeciwstawienie  się  jakiejkolwiek  czci  dla  zmarłych  było  w  znacz- 

nym  stopniu  uwarunkowane  istniejącym  u  ludów  sąsiednich  rozwiniętym  kultem 
zmarłych,  nekromancją,  zwykle  o  charakterze  magicznym

26

.  Natomiast  kult  Jahwe 

zdecydowanie  wykluczał  jakąkolwiek  inną  formę  kultu:  „Zmarły  znajdował  się 

bezapelacyjnie  poza  zasięgiem  kultu  Jahwe  (...).  Zmarli  byli  odłączeni  od  Jahwe, 

pozbawieni wspólnoty życia z nim"

27

Stąd  oznaki  pietyzmu  okazywane  zmarłemu  i  żałoby  po  nim  były  w  dawnym 

Izraelu  na  ogół  dość  umiarkowane.  Gdy  umierający  skonał,  osoba  szczególnie  mu 

bliska  zamknęła  mu  oczy.  W  przypadku  patriarchy  Jakuba  przysługę  tę  oddał  mu 

ukochany  jego  syn  Józef  (Rdz  45,4),  po  czym  serdecznie  go  ucałował  (Rdz  50,1). 
Według  zwyczaju  najpierw  zmarłego  myto  -  wzmianka  o  tym  pochodzi  jednak  do- 

piero  z  Nowego  Testamentu  (Dz  9,37),  po  czym  nacierano  ciało  oliwą,  do  której 

dodawano  mirrę  i  pachnące  kadzidło,  aloes  (Pnp  1,12);  ostatni  z  wymienionych 
składników  stanowił  prawdopodobnie  żywicę  drzewa  aloesowego  o  wspaniałej  wo- 
ni,  importowaną  z  dalekiej  Indii

28

.  Nie  chodziło  jednak  o  właściwe  balsamowanie 

ciała czy jego mumifikację, lecz raczej o neutralizację trupiego zapachu. 

Zwyczajem  orientalnym  po  śmierci  osoby  bliskiej  rozpoczynał  się  głośny  płacz, 

lamentowanie,  biadolenie;  „publiczne  opłakiwanie"  bowiem  miało  nie  tylko  cha- 

rakter 

prywatny  i  należało  demonstrować  ogrom  przeżywanej  straty  z  powodu 

śmierci  osoby  bliskiej.  Mogło  mieć  nawet  ustalony,  oficjalny,  obrzędowy  charakter. 
Oficjalne opłakiwanie trwało u Żydów zwykle przez 7 dni: rozpoczynało się bez- 

26  G. v. Leeuw, Fenomenologia religii, Warszawa 1978, s. 259; E. Bourguignon, Necromancy, (w:) The 

Encyclopedia of Religion, t. 10, New York 1986, s. 345-347. 

27  G. v. Rad, Teologia Starego Testamentu, Warszawa 1986, s. 217. 
28  H. Daniel-Rops, Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa, 
Warszawa 1994, s. 297. 

background image

 

- 2 1 -  

 

pośrednio  po  śmierci  albo  też  po  otrzymaniu  o  niej  wiadomości.  W  przypadku 
szczególnie  bolesnej  straty  opłakiwanie  trwało  dłużej;  gdy  np.  Jakub  dowiedział 
się,  iż  jego  syna  Józefa  rozszarpało  dzikie  zwierzę,  „rozdarł  swoje  szaty,  a  potem 
przepasał biodra worem i opłakiwał syna przez długi czas" (Rdz 37, 33-34). 

Rodzinę  i  bliskich  „w  opłakiwaniu  zmarłego  dzielnie  wspomagali  profesjonalni 

płaczkowie  i  płaczki"

29

,  o  których  niejednokrotnie  wspomina  także  Pismo  Święte 

(2  Krn  35,25;  Jr  9,16-17).  Był  to  prawdopodobnie  „zawód  rodzinny":  Jeremiasz  bo- 

wiem  zaleca  kobietom,  by  uczyły  „córki  zawodzeń,  a  jedna  drugą  pieśni  żałobnej" 

Jr  9,19);  miały  też  w  tym  zakresie  różne  kwalifikacje  i  doświadczenie.  W  Ps  (56,9) 

jest  nawet  mowa  o  tajemniczym  bukłaku  do  przechowania  łez:  prawdopodobnie 
chodzi  o  naczyńko  o  kształcie  dzbanuszkowatym,  do  którego  zawodowe  płaczki 
zbierały  ronione  łzy,  których  ilość  potem  odpowiednio  graty  fikowano

30

.  Brak  żało- 

by uważano za widomy znak kary Bożej (Ez 24,15-22; Jr 22,18). 

Płaczkowie 

płaczki 

dysponowali 

najprawdopodobniej 

odpowiednim 

repertu- 

arem  lamentacji  i  śpiewów  żałobnych,  z  których  część  miała  charakter  ogólny, 
druga  zaś  dotyczyła  danego  zmarłego.  Znane  są  np.  improwizacje  lamentacyjne 
Dawida  po  śmierci  Saula  i  Abnera  (2  Sm  1,  19+27;  3,33-34).  Stały  się  one  ponie- 
kąd  wzorcem  późniejszych  tego  typu  utworów,  np.  lamentacji  po  bohaterskiej 
śmierci  Judy  Machabeusza  (1  Mch  9,21).  Płacz  i  lament  rozlegał  się  w  domu  zmar- 
łego  i  przed  jego  wejściem,  na  ulicach  i  placach  (Rdz  23,2-3;  2  Sm  3,32-34;  Koh 
12,5;  Am  5,16).  Zdarzało  się,  iż  płaczki  miały  górną  część  ciała  odsłoniętą,  głowę 
posypywały  popiołem,  twarz  pomazywały  mułem,  zarzucały  sobie  na  szyję  po- 
wróz,  biodra  okrywały  łachmanami;  donośnie  łkały,  lamentowały,  żałośnie  śpie- 
wały.  Prawdopodobnie  taki  charakter  miały  „płaczące  i  zawodzące  niewiasty"  na 
drodze  krzyżowej  Chrystusa  (Łk  23,27-28).  Szlochanie  i  ponure  zawodzenie  pła- 
czek  miały  spowodować  „wytryśnięcie  z  oczu  łez"  i  „wypłynięcie  z  powiek  wód" 

(Jr 9,16-17)

31

Osoby  bliskie  zmarłemu  rozdzierały  swe  szaty  od  dołu  do  góry  na  dwie  części 

(Rdz  37,34;  2  Sm  1,2;  13,41;  Hi  1,20).  Rozdartego  stroju  wierzchniego  czy  płasz- 

cza  po  minięciu  żałoby  nie  zszywano.  Zdaniem  H.  A.  Mertensa  ten  „dawny  orien- 
talny  zwyczaj  pochodzi  prawdopodobnie  z  czasów,  gdy  kult  zmarłych  i  lęk  przed 
ich  duchami  należały  jeszcze  do  podstaw  wiary".  Natomiast  autorzy  biblijni  wi- 

dzieli  w  tej  praktyce  jedynie  przejaw  żałoby,  nie  znając  już  jej  pierwotnego  sensu

32

Do przyjętych zwyczajów należało przepasanie swych bioder grubo tkanym worem 

29. G. Cornfeld u. G. J. Botterweck, op. cit., s. 293. 
30. Η. A. Mertens, Kleines Handbuch der Bibelkunde, 
Düsseldorf 1969, s. 410; G. Cornfeld u. G. J. 

Botterweck, op. cit., s. 293. 

31. G Cornfeld u. G. J. Botterweck, op. cit., s. 293. 
32. H. A. Mertens, Handbuch der Bikelkunde, 
Düsseldorf 1984, s. 757-758. 

background image

 

- 2 2 -  

 

ewentualnie  nawet  uderzanie  się  na  znak  żałoby  w  tę  część  ciała  (Rdz  37,4;  Lm 

2,10; Am 8,10; Jr 31,19). 

Nieraz  żałobnicy  zasłaniali  sobie  twarz,  szczególnie  usta,  mężczyźni  także  bro- 

dę  (2  Sm  19,5;  Ez  24,17);  włosom  pozwalano  zwisać  w  nieładzie;  nie  czesano  się 
(Kpł  10,6);  zdarzało  się,  że  golono  sobie  głowę,  choć  przez  Prawo  było  to  zabronio- 
ne;  w  przypadku  szczególnie  wielkiego  bólu  po  utracie  osoby  bliskiej  rwano  sobie 
włosy  z  głowy  (Mi  1,16).  Chodzono  bez  nakrycia  głowy,  którą  posypywano  sobie 
popiołem,  prochem,  ziemią  (2  Sm  1,2;  Joz  7,6;  Iz  61,13).  Zdarzało  się  też,  że  leża- 
no  nawet  krzyżem  na  ziemi  albo  też  siadano  lub  tarzano  się  w  prochu  (Joz  7,6;  2 
Sm  13,31;  Hi  1,20);  wyjątkowo  spożywano  także  popiół.  Nie  myto  się,  nie  przebie- 
rano,  nie  namaszczano  oliwą  (2  Sm  12,  20;  14,2;  Jdt  2,3).  Poszczono  zwykle  do  za- 
chodu  słońca  (2  Sm  1,12;  3,35;  Sdz  20,26),  po  czym  jadano  specjalny  „chleb  pła- 
czu". Krewni i bliscy pocieszali rodzinę zmarłego, wyrażali jej swe współczucie. 

Biblia  wspomina  jeszcze  o  pewnych  ekscesywnych  formach  żałoby;  np.  ludzie 

z  Sychem,  Szilo  i  Samarii  po  zamordowaniu  Godoliasza  przyszli  „z  ogolonymi 
brodami,  rozdartymi  szatami  i  pokryci  nacięciami"  (Jr  41,5).  Prawo  zakazywało  ta- 
kich  form  żałoby,  gdyż  przypominały  one  pogańskie  praktyki  (Kpł  19,27-28;  Pwt 
14,1),  że  zdawały  się  bliskie  kultowi  zmarłych  albo  bóstw  uśmiercających  i  ożywia- 
jących, zwłaszcza kultowi Baala (2 Kri 18,28). 

Po  śmierci  członka  rodziny  bliskich  obowiązywała  żałoba,  która  zazwyczaj 

trwała  7  dni  (1  Sm  31,13).  Jedynie  w  przypadku  bardzo  wielkich  ludzi  żałoba  trwa- 
ła  dłużej  i  miała  z  urzędu  charakter  powszechny,  mogła  objąć  nawet  cały  kraj;  np. 
Egipcjanie 

„opłakiwali 

Jakuba 

przez 

siedemdziesiąt 

dni" 

(Rdz 

50,3), 

Aarona 

i  Mojżesza  opłakiwano  przez  30  dni  (Lb  30,29;  Pwt  34,8).  Gdy  na  polu  chwały  po- 
legł  Juda  Machabejczyk,  cały  Izrael  opłakiwał  go  i  „przez  długi  czas  trwała  po  nim 
żałoba"  (1  Mch  9,20).  Niekiedy  czas  żałoby  trwał  jednak  krócej  (Syr  38,17);  tylko 
wyjątkowo  żałoba  wraz  z  postem  i  innymi  pokutami  przeciągała  się  przez  wiele  lat 

(Jdt 8,4-6). 

Czy  odprawiano  modlitwy  przy  zmarłym?  -  Aczkolwiek  Biblia  o  tym  nie  wspo- 

mina,  to  jest  to  jednak  prawdopodobne.  Z  2  Mch  (12,40-43)  wynika  bowiem,  że 

modlono  się  za  poległych  przy  zdobywaniu  Jamnii  wojowników:  „Żołnierze  odda- 
li się modlitwie i błagali, aby popełniony grzech został całkowicie wymazany". 

Pogrzeb  urządzano  na  ogół  rychło  po  zgonie,  zwykle  po  8  godzinach,  możliwie 

tego  samego  dnia.  Zmarłego,  owiniętego  w  płótna,  noszono  do  grobu  na  marach. 
Pochowanie  nagich  zwłok  poczytano  by  za  hańbę.  Ciał  nie  palono,  gdyż  kremacja 
uchodziła za bezczeszczenie zwłok, a nawet za przeszkodę w ich zmartwychwsta- 

33 J. A. Thompson, Hirten, Händler und Propheten, Giessen 1996, s. 298-299; H. Daniel-Rops, op. 

cit., s. 298-299. 

background image

 

- 2 3 -  

 

niu

33

.  Wprawdzie  Biblia  mówi  o  spaleniu  ciał  Saula  i  jego  synów,  ale  prawdopodob- 

nie  dotyczyło  to  tylko  części  miękkich,  gdyż  dzielni  ludzie  „wzięli  potem  ich  kości 

i  pogrzebali  pod  tamaryszkiem  w  Jabesz.  Pościli  potem  przez  siedem  dni"  (1  Sm 

31,12-13). Była to jednak wyjątkowa sytuacja. 

Aczkolwiek  teksty  staro  testamentowe  najczęściej  mają  na  uwadze  śmierć  biolo- 

giczną,  a  niekiedy  też  w  sposób  symboliczny  mówią  o  śmierci  grzechowej  w  sensie 

oddalenia  się  od  Boga,  zerwania  z  Nim  relacji,  choć  można  przeprowadzić  ze  wzglę- 

du  na  różne  rodzaje  śmierci  próby  jej  typologizacji  (np.  na  nagłą,  wytęsknioną,  od- 
roczoną, 

wymodloną, 

zesłaną 

przez 

Boga, 

chwalebną, 

nikczemną, 

bohaterską, 

oczekiwaną,  bezbożną,  samobójczą,  męczeńską,  naturalną  itd.),  to  jednak  niektóre 
wypowiedzi  biblijne  zdają  się  wskazywać  jeszcze  na  inne  aspekty  śmierci,  na  pewne 

jakoby 

jej 

cechy 

personalne,  autonomiczne, 

niekiedy 

nawet 

przeciwstawne 

Bogu.  

Ukazywana  jest  np.  złowroga  jej  moc,  często  kojarzona  przy  tym  z  grzechem  albo 
też  z  Szeolem;  mówi  się  o  jej  nieobliczalności  i  podstępności:  „Śmierć  wtargnęła 
przez  nasze  okna,  weszła  do  naszych  pałaców,  zgładziła  dziecko  z  ulicy,  a  młodzień- 
ców  z  placów"  (Jr  9,20).  Wskazuje  się  na  jej  władztwo,  na  „progi  i  bramy  śmierci" 
(Ps  88,16;  107,18),  jej  „fale"  i  „sidła"  (2  Sm  22,5-6;  Prz  13,14),  „więzy"  (Ps  1116,3), 
na  jej  nienasyconą  żarłoczność  i  podstępność  (Hi  18,1  2;  Hka  2,5),  łączność  ze  świa- 
tem  zmarłych  (Hi  28,22).  Jest  nawet  wzmianka  o  przymierzu  zawartym  ze  śmiercią 

(Iz 28,15-18). Śmierć, podobnie jak Szeol nie chwali Boga (Iz 6,1). 

W  Starym  Testamencie  wspomina  się  również  o  „niszczycielu"  albo  „aniele 

niszczycielu"  (Wj  12,23),  powodującym  zarazę  (2  Sm  24,15-16;  Mdr  18,25);  znano 

także  złego  ducha-zabójcę,  Asmodeusza  (Tb  3,8);  według  Hi  (2,6)  również  szatan 

może zabić człowieka. 

Można  nadmienić,  iż  więcej  cech  personalnych  śmierci  można  się  doszukać 

w  tekstach  nowotestamentowych,  gdzie  określona  jest  np.  jako  „wróg"  człowieka; 

ale  zostanie  ostatecznie  pokonana  w  czasach  eschatologicznych  (1  Kor  15,26);  nie 

ma  ona  też  żadnej  władzy  udzielnej,  gdyż  „klucze  śmierci  i  otchłani"  dzierży  sam 
Chrystus  Pan  (Ap  1,18),  a  kiedyś  Śmierć  i  Otchłań  będą  musiały  „wydać  zmarłych, 

co  w  nich  byli  (...)  A  Śmierć  i  Otchłań  wrzucono  do  jeziora  ognia.  To  jest  śmierć 

druga  -  jezioro  ognia"  (Ap  20,13-14).  Jan  w  widzeniu  ujrzał  nawet  śmierć  uposta- 

ciowaną  jako  jeźdźca  „na  koniu  trupio  bladym,  a  imię  siedzącego  na  nim  Śmierć, 
i  Otchłań  mu  towarzyszyła  (...),  zabijali  mieczem  i  głodem,  i  morem,  i  przez  dzikie 
zwierzęta" (Ap 6, 8). 

Część  tych  wypowiedzi  można  niewątpliwie  próbować  interpretować  w  sensie 

symbolicznym,  przenośnym;  oczywiście  Bóg  może  posłużyć  się  do  wykonywania 
swych  wyroków  aniołami  (Ap  9,14).  Nigdy  jednak  śmierć  (choćby  poniekąd  perso- 
nifikowana)  nie  występuje  w  Piśmie  Świętym  jako  bóstwo  czy  też  demon,  duch, 
anioł lub moc, które byłyby niezależne od Boga; np. Aniołowi-niszczycielowi, pu- 

background image

 

- 2 4 -  

 

stoszącemu  mieczem  zarazy  Jerozolimę,  Bóg  litując  się  nad  miastem,  wydaje  rozkaz: 
„Wystarczy!  Cofnij  twą  rękę!  (...)  Nakazał  więc  Pan  Aniołowi,  by  schował  swój 

miecz  do  pochwy"  (1  Krn  21,14-27).  Na  ogół  jednak  wypowiedzi  Biblii,  w  których 

można  dopatrywać  się  personifikowania  śmierci,  są  bardzo  enigmatyczne  i  niejed- 
noznaczne, co utrudnia ich interpretację. 

* 

* 

Z  powyższej  analizy  zdaje  się  wynikać,  iż  problematyka  tanatologiczna  i  zagad- 

nienia  z  nią  związane  nie  miały  w  Biblii  charakteru  priorytetowego.  Relacje  doty- 
czące  śmierci  i  umierania  są  zazwyczaj  krótkie,  aczkolwiek  nieraz  bardzo  celnie 
przedstawiają  tragizm  śmierci,  przeżywaną  boleść  bliskich,  żałobę  po  zmarłym,  po- 
grzeb.  Pismo  Święte  przedstawia  zarazem  wielorakość  rodzajów  śmierci,  ukazuje 
jej  powiązanie  z  grzechem  i  Szeolem,  poniekąd  także  jej  historię,  począwszy  od  jej 
zapowiedzi  w  raju  i  tragicznego  bratobójstwa  u  zarania  ludzkości.  Tzw.  „znamię 

Kaina"  -  zabijanie  osobników  własnego  gatunku  -  miało  odtąd  towarzyszyć  spo- 

łeczności  ludzkiej;  według  niektórych  autorów  stanowi  ono  jeden  z  niechlubnych 
wyznaczników  osobliwości  człowieka.  Biblia  w  zasadzie  nie  gloryfikuje  śmierci; 
tylko  enigmatycznie  wypowiada  się  o  losie  pośmiertnym  człowieka,  kreśląc  ponu- 

ry  obraz  Szeolu.  Dopiero  w  czasach  hellenistycznych  zyskuje  na  znaczeniu  idea 

zmartwychwstania, 

przezwyciężenia 

śmierci, 

ewaluacji 

życia, 

nowego 

spojrzenia 

na  śmierć  i  życie  pozagrobowe.  Koncepcja  ta  została  rozwinięta  jednak  dopiero 

w antropologii nowotestamentowej. 

background image

 

- 2 5 -  

 

Janusz Czarny 

Osoba  ludzka  w  umieraniu  i  śmierci 
(Ujęcie personalistyczne) 

"A jednak ona, gdziekolwiek dotknęła, 

Tło - nie istotę co na tle - rozdarłszy, 

Prócz chwili, w której wzięła - nic nie wzięła: 

Człek - od niej starszy!" 

(Cyprian K. Norwid, Śmierć) 

Nie  jest  to  zupełnie  zgodne  z  rygorami  metodologii,  by  analizę  „wydarzenia" 

śmierci  rozpoczynać  od  tezy,  ale  Norwida  strofa  o  śmierci,  oprócz  tego,  że  zawiera 
tezę,  doskonale  wprowadza  w  sedno  zagadnienia.  Zdaje  się  zresztą,  że  poezja 
w  ogóle  ma  wobec  takiego  przedmiotu  badań  największe  szanse  powodzenia,  nie 
musi  się  bowiem  liczyć  z  „determinacją  faktu",  z  „procedurami  uzasadniania"  czy 
z  „rodzajami  argumentacji".  [Poezja  i  wiara  w  przypadku  tak  bardzo  egzystencjal- 
nego  (!?)  problemu,  jakim  jest  umieranie  i  śmierć  człowieka,  może  adekwatnie, 
w jednym błysku refleksji, uchwycić samą jego istotę. 

1.  Przedmiot  to  bowiem  nader  niedostępny.  Wymieńmy  od  razu  problem  naj- 

ważniejszy  i  najbardziej  podstawowy:  człowiek  nie  ma  żadnego  bezpośredniego 
doświadczenia  śmierci.  Tym  czego  doświadcza  umierający  nie  jest  śmierć  w  swej 
wewnętrznej  rzeczywistości,  lecz  wyłącznie  pewien  zewnętrzny  aspekt  śmiercpNie 
możemy  w  związku  z  tym  oczekiwać  żadnej  rozstrzygającej  odpowiedzi  od  ludzi, 
którzy  kiedyś  stali  na  progu  śmierci  lub  uchodzili  w  oczach  otoczenia  za  zmar- 
łych

1

.  Wszelkie  „rewelacje"  R.  Moodyego  i  innych  w  najmniejszym  stopniu  nie 

odkrywają tajemnicy śmierci, ponieważ w tym przypadku nie możemy ująć i zde- 

1        L. Boros, Mysterium mortis. Człowiek w obliczu ostatecznej decyzji, tłum. B. Białecki, Warszawa 

1977, s. 13. 

background image

 

- 2 6 -  

 

terminować  „tego,  co  i  jak  dane",  a  kiedy  to  już  potrafimy,  nie  umiemy  tego  prze- 
komunikować. 

Doświadczenie 

śmierci 

pozostanie 

na 

zawsze 

doświadczeniem 

„progowym",  zazdrośnie  strzeżonym  przez  -  w  tym  przypadku  -  dokładnie  izolo- 
waną ludzką „monadę". Człowiek wobec śmierci jest zawsze sam. 

Wszelkie  zewnętrzne  doświadczenia  związane  z  umieraniem  i  śmiercią  niewiele 

przydadzą  się  do  jej  wyjaśniania.  Również  ci,  którzy  „zawodowo"  mają  do  czynienia 
z  umierającymi,  nie  są  w  stanie  pomóc  filozofom.  Wprawdzie  często  posiadają  głę- 
boki  wgląd  w  ludzką  agonię,  jednak  nigdy  nie  udało  im  się  zobaczyć  owego  właści- 
wego  przejścia.  Śmierci  nie  można  dokonać  z  zewnątrz.  Każdy  musi  ją  wziąć  na  sie- 

bie  sam,  musi  i  może  się  z  nią  spotkać  tylko  jeden  raz.  Tanatologia  zatem  wydaje  się 

być  nauką  niemożliwą.  Jej  przedmiot  -  śmierć  -  nie  pozwala  się  przecież  uchwycić. 
Śmierć,  jedyne  ze  zdarzeń  bezsprzecznie  konieczne,  w  doświadczeniu  subiektywnym 

jest  nieuchwytna  (tutaj:  intersubiektywnie  niekomunikowalna),  w  doświadczeniu  zaś 

obiektywnym,  zbiorowym  rozmywa  się  w  wizerunek  działań  medycznych,  objawów 
klinicznych,  dalej  rytuałów,  obrzędów  i  ceremoniałów  umierania,  pogrzebu  i  żałoby, 
które  pomagają  ją  oswoić  i  złagodzić  jej  tragiczny  wyraz,  ale  równocześnie  zakrywa- 
ją  jej  istotę  i  czynią  ze  śmierci  fenomen  należący  do  kategorii  estetyczno  -  kulturo- 
wych.  Śmierć  jest  po  prostu  kresem  doświadczenia

2

.  Potrzeba  zatem  już  tutaj  rozróż- 

nić  proces  umierania,  który  stanowi  przedmiot  badań  patologów  i  psychologów  -  ta- 
natologów,  od  „wydarzenia"  śmierci,  które  jest  zupełnie  niekomunikowalne,  a  więc 
niedostępne  poznawczo  w  sensie  obiektywnym

3

.  Jedynym  typem  rozumowania  przy- 

datnego  w  przypadku  problemu  śmierci  jest  rozumowanie  nie-wprost,  redukcyjne, 
właściwe  metafizyce,  którego  kształt  i  efekty  zależą  wszakże  od  założeń  systemo- 
wych.  Ten  typ  rozumowania  zaprowadzi  nas  na  płaszczyznę  określoną  pojęciem 
opozycyjnym w stosunku do śmierci, mianowicie pojęciem „nieśmiertelność". 

Warto  jednak  przyjrzeć  się  baczniej  powszechnie  obecnej  idei  nieśmiertelności, 

gdyż  zawiera  ona  bardzo  interesujący  aspekt  filozoficzny,  który  może  udzielić  od- 
powiedzi  na  pytanie  o  sens  śmierci.  Podstawową  daną  jest  tutaj  natura  naszej  świa- 
domości,  która  powoduje,  że  jednym  niepodzielnym  aktem  możemy  uchwycić  wła- 
sne  istnienie  jako  egzystencję  bytu  myślącego

4

.  Odwracając  to  twierdzenie  można 

powiedzieć,  że  myślenie  o  śmierci  zakłada  nasze  istnienie.  O  sobie  zmarłym  myślę 
więc jako o „innym - Ja". A to już stanowi jakiś rodzaj doświadczenia, który mo- 

Por  A.  Alichniewicz,  Tanatologia  filozoficzna  jako  podstawa  tanatologii  lekarskiej.  „  Twoja  śmierć, 
i,,bycie-  ku-śmierci"  a  sztuka  dobrego  umierania,  
(w:)  Umierać  bez  lęku.  Wstęp  do  bioetyki  kultu- 
rowej, 
red. M Gałuszka i K. Szewczyk, Warszawa-Łódź 1996, s. 126. 

Trudno  w  tym  świetle  zgodzić  się  z  ujęciem  prezentowanym  m.  in.  w  zawartości  hasta  „śmierć" 
w  Księdze  żałoby  i  śmierci  
gdzie  twierdzi  się,  że  pojęcie  „śmierć"  odnosi  się  „przede  wszystkim  do 
znaczenia  procesu  umierania  człowieka".  Zob.  M.  Wańczowski,  Księga  żałoby  i  śmierci,  
A-Z, 
Opole 1993, s. 337. 

Por. L. Kołakowski, Husserl i poszukiwanie pewności, Warszawa 1990, s. 15. 

background image

 

- 2 7 -  

 

że  być  punktem  wyjścia  do  dalszych  rozważań.  Samo  doświadczenie  bowiem  i  do- 
świadczenie  drugiego,  doświadczenie  wewnętrzne  i  zewnętrzne,  chociaż  są  nie- 
współmierne,  są  jednak  takoż  same.  Decyduje  o  tym  jedność  przedmiotu  doświad- 

czenia  -  w  obu  sytuacjach  jest  nim  człowiek

5

.  Trzeba  się  więc  przyjrzeć  dokładniej 

samemu  człowiekowi,  jego  naturze  i  stałym  „kodom"  w  niej  zawartym,  które  sta- 
nowią  bazę  dalszych  wnioskowań,  przekraczających  barierę  doświadczalności  we 
współczesnym  rozumieniu,  a  więc  postawy  dążącej  do  ujmowania  zdarzeń  w  kate- 
gorii  faktu  empirycznego,  zwłaszcza,  że  z  dużą  dozą  pewności  twierdzić  możemy, 
iż  tego  rodzaju  empiria  nikogo  z  nas  nie  ominie.  Póki  co  jednak  będzie  to  zawsze 
wnioskowanie  na  podstawie  doświadczalnych  faktów,  a  nie  doświadczenie  podle- 

gające procedurom weryfikacji lub falsyfikacji. Na to przyjdzie czas. 

2.  Zmagania  z  problemem  śmierci  doskonale  odzwierciedla  historia  filozofii  - 

która  nigdy  nie  jest  księgą  zamkniętą  -  czyli  historia  refleksji  zmierzającej  do  osta- 
tecznościowych  uzasadnień  tego,  co  i  jak  dane.  Otóż  śmierć  okazuje  się  tutaj  daną 
niekwestionowaną.  Ona  jest,  wywiera  skutki,  a  więc  -  jest.  Stanowi  zatem  przed- 
miot  godny  rozważań  tak  dalece,  że  bywało  iż  filozofia  na  przestrzeni  wieków  sta- 
wała  się  wręcz  „commentatio  mortis"

6

,  czy  też  „ars  moriendi"

7

.  Śmierć  stała  się  od- 

wiecznym  i  stałym  zagadnieniem  filozofii,  jednym  z  największych,  z  jakimi  spoty- 
ka  się  ludzka  myśl.  Także  i  współcześnie  „ars  moriendi"  wiąże  się  nierozłącznie 
z  „ars  vivendi"

8

,  choć  obecnie  w  cywilizacji  Zachodu  dominuje  wzorzec  „śmierci 

zdziczałej".  Mieści  się  w  nim  śmierć  na  opak,  śmierć  etykietalna  oraz  śmierć  na 
uzgodnienie.  Generalnie  wzorzec  ten  cechuje  wypchnięcie  śmierci  poza  obręb  świa- 
domości  indywidualnej  i  społecznej  -  swoista  zmowa  milczenia

9

,  której  wyrazem 

jest  przyjęta  przez  ONZ  prawna  definicja  śmierci,  gdzie  opisuje  się  ją  jako:  „trwa- 
łe  zaprzestanie  wszystkich  życiowych  czynności"

10

Przeciwko 

takiemu 

rozumieniu 

śmierci  występuje  niniejsze  przedłożenie,  chcemy  bowiem  tutaj  związać  śmierć 

z życiem. 

Trzeba  jednak  przyznać,  że  każda  analiza  fenomenu  śmierci  napotyka  na  pyta- 

nie,  czy  jest  ona  dla  człowieka  zjawiskiem  naturalnym?  Odpowiedź  jednoznaczna 
na to pytanie nie jest możliwa, dlatego że psychofizyczna osoba ludzka jest bytem 

Tak  omawia  Wojtyły  teorię  doświadczenia  J.  Galarowicz,  choć  znacznie  wcześniej  na  możliwość 
prawomocnego  wykorzystania  danych  doświadczenia  wewnętrznego  zwracał  uwagę  św.  Tomasz 
z  Akwinu  (por.  STh  I,  76,  I)  Zob.  J.  Galarowicz,  Imię  własne  człowieka.  Klucz  do  myśli  i  naucza- 
nia Karola Wojtyły - Jana Pawła II, 
Kraków 1996, s. 104. 

Por. Μ. Τ Cicero, Tusculanae Disputationes, I, 75. 

Por. J. Pieper, Śmierć i nieśmiertelność, tłum. A Morawska, Paryż 1970, s. 10. 

Por.  J  Szkodoń,  Ars vivendi - ars moriendi, (w:)  Medycyna i teologia o  życiu i śmierci,  red.  M.  Ren- 
kielska, Kraków 1997, s. 93-105. 

Por.  M.  Gałuszka.  K.  Szewczyk.  Od  śmierci  zdziczałej  do  sztuki  dobrego  umierania,  (w:)  Umierać 
bez lęku..., 
s. 207. 

10  J. Voigt, The signs of death, „World Medical Journal", 1964. nr 14. 

background image

 

- 2 8 -  

 

zróżnicowanym  ontologicznie,  choćby  przez  wyróżnienie  dwóch  poziomów  ontycz- 
nych:  materialnego  oraz  psychicznego.  Ujmując  człowieka  w  aspekcie  jego  mate- 
rialnego  ciała  i  biologicznego  życia  można  mówić  o  naturalnym  charakterze  śmier- 
ci,  tak  jak  to  ujmuje  wyżej  cytowana  definicja.  Człowiek  jest  przecież  cząstką  bio- 
kosmosu,  a  życie  biologiczne  posiada  ograniczony  czas  trwania:  ma  swój  początek 
i  kres.  Człowiek,  od  tej  strony  patrząc,  jest  bytem  kruchym  w  istnieniu,  przemijal- 
nym,  przygodnym  i  śmiertelnym.  Równocześnie  jednak  osoba  ludzka,  ujmowana 

aspekcie 

życia 

wewnętrzno-duchowego, 

jest 

nakierowana 

na 

nieśmiertelność. 

Pragnie  jej,  widzi  w  niej  utrwalony  sens  swego  życia  i  ten  fakt  dany  jest  nam  rów- 
nież  w  doświadczeniu,  tyle,  że  wewnętrznym.  Dlatego  perspektywa  śmierci  często 
wywołuje  odruch  buntu,  nawet  wobec  Boga.  Złożoność  bytu  ludzkiego  wywołuje 
dialektyczną  postawę  wobec  śmierci:  widzimy  jej  nieuchronność  i  naturalność,  za- 
razem  zaś  mówimy  o  jej  absurdalności,  a  więc  nienaturalności".  Tak  ujęty  feno- 
men  śmierci  -  w  powiązaniu  z  nieustającym  bytowaniem  -  wymaga  jednak  inter- 

pretacji filozoficznej. 

Klasycy  myśli  chrześcijańskiej,  św.  Augustyn  i  św.  Tomasz  z  Akwinu,  określali 

śmierć  jako  oddzielenie  duszy  od  ciała

12

.  Trzeba  przyznać,  że  ten  schemat  interpre- 

tacyjny  mocno  zakorzenił  się  w  mentalności  wypełniającej  obszar  cywilizacji  atlan- 
tyckiej,  której  korzenie  są  przecież  chrześcijańskie.  Niejako  automatycznie  stają 

nam  przed  oczyma  obrazy,  zaczerpnięte  także  z  ikonografii  chrześcijańskiej,  gdzie 

w  momencie  śmierci  dusza  wydobywa  się  z  ciała  przez  wszystkie  możliwe  jego 
otwory  w  postaci  najczęściej  białej  gołębicy

13

.  Także  i  współczesna,  popularna  du- 

chowość  chrześcijańska  dziedziczy  takie  wyobrażenia.  Ten  stosunkowo  prosty  opis 
przy  próbie  bliższego  wyjaśniania  napotyka  na  poważne  przeszkody  dwojakiej  na- 
tury:  przyrodniczej  i  filozoficznej.  Współczesna  medycyna  bowiem  ciągle  nie  jest 
w  stanie  określić  jednoznacznie  momentu  absolutnej  (a  nie  tylko  klinicznej)  śmier- 
ci  człowieka,  a*  wówczas  to  dopiero  następuje  ostateczna  separacja  duszy  i  ciała

14

Istnieją  również  trudności  natury  systemowo-filozoficznej,  na  które  zwraca  uwagę 
między innymi Pieper

15

. Pojęcie „oddzielenia" jest bowiem paralelne do pojęcia 

11  W tym sensie, zdaje się,  kard. B.  Hume  wyznaje: „Nie potrafię pojąć  jak  ktoś  może  kroczyć  przez 

życie i myśleć,  że po śmierci nie czeka go już  nic. Jest to mysi całkowicie nieludzka". Cytuję  za: J. 
Bowker, Sens śmierci, 
tłum. J. Łoziński, Warszawa 1996, s. 15. 

12  Por. Tomasz z Akwinu, Compeudium theologiae, I, 230. 
13  Takie  wyobrażenie  posiada  mniej  więcej  wartość  twierdzenia  Nikity  Chruszczowa,  który  nastę- 

pująco  skomentował  pierwszy  lot  w  przestrzeń  kosmiczną  Jurija  Gagarina:  „Wiele  można  było 
usłyszeć  od  księży  o  raju,  który  czeka  nas  w  niebie.  Woleliśmy  jednak  sami  przekonać  się  jak  to 
tam  wygląda,  więc  wysłaliśmy  naszego  zucha  Jurija  Gagarina.  Okrążył  glob,  ale  w  kosmosie  ni- 
czego  nie  znalazł;  nic,  powiada,  tylko  ciemność.  Żadnych  tam  ogrodów,  niczego,  co  by  przypo- 
minało jakikolwiek raj". (Cytuję  za: J.  Bowker,  Sens śmierci, 
s. 12). Chyba,  że obraz ten jest sym- 
bolem i posiada głębszą warstwę, czego nie da się zastosować do wypowiedzi Chruszczowa. 

14  S. Kowalczyk, Z refleksji nad człowiekiem. Człowiek - społeczność - wartość, Lublin 1995, s. 86. 
15  Zob. J. Pieper, Śmierć i nieśmiertelność, 
s. 31-44. 

background image

 

- 2 9 -  

 

„połączenia"  duszy  i  ciała,  dlatego  rozumienie  fenomenu  śmierci  jest  uzależnione 
od  koncepcji  człowieka.  To  właśnie  Platon  opisywał  człowieka  jako  duszę  posługu- 
jącą  się  ciałem,  dlatego  śmierć  rozumiał  jako  uwolnienie  duszy  z  krępującego  ją 
ciała

16

Charakterystyczne 

są 

metafory 

stosowane 

przez 

greckiego 

myśliciela: 

śmierć  to  wyjście  z  więzienia,  opuszczenie  łodzi  po  przebyciu  rzeki.  Wpływ  Plato- 
na  był  długotrwały  i  rozległy  w  zakresie  interpretacji  śmierci

17

.  Nawet  św.  Augustyn 

niejednokrotnie  opisywał  śmierć  jako  „ucieczkę  i  wyzwolenie  od  ciała"

18

,  choć  miał 

wówczas 

na 

myśli 

bardziej 

płaszczyznę 

moralno-religijną, 

aniżeli 

ontologiczną. 

W  każdym  razie  w  platońskiej  koncepcji  człowieka  śmierć  nie  narusza  jego  istoty, 
sprowadzonej  do  sfery  czysto  duchowej.  Stanowi  to  wszakże  minimalizację  roli 
śmierci,  którą  traktuje  się  niemal  jako  coś  pozornego,  i  kto  wie,  czy  taka  koncep- 
cja  śmierci  nie  znajduje  się  -  paradoksalnie  -  u  podłoża  współczesnej  śmierci  zdzi- 
czałej, skwapliwie zasłanianej sterylnym parawanem szpitalnym. 

3.  Tymczasem  realistyczna  interpretacja  śmierci  jest  inna,  uznaje  bowiem  udział 

całej  osobowości  człowieka  w  procesie  i  fakcie  śmierci.  Szczególnie  mocno  akcen- 
tuje  to  filozofia  tomistyczna.  W  tej  optyce  umiera  nie  samo  ciało,  lecz  człowiek  - 
jedność  psychofizyczna  zamknięta  w  strukturze  osoby.  Śmierć  niszczy  najbardziej 
fundamentalne  warstwy  ludzkiej  osobowości,  choć  trwa  dalej  niematerialne  „ja" 
człowieka.  Owo  „ja",  określane  językiem  filozofii  perypatetyckiej  jako  dusza,  jest 
niezniszczalne,  ale  naruszane  są  jego  naturalne  odniesienia  do  materii.  Śmierć  za- 
tem  jako  oddzielenie  duszy  i  ciała

19

  jest  naruszeniem  istotowo-naturalnych  powią- 

zań  obu  współelementów  ludzkiej  natury.  Nie  jest  ona  zejściem  żeglarza  z  łodzi  czy 
odłożeniem  instrumentu  ciała,  lecz  jest  tragicznym  zniszczeniem  ontycznych  więzi 
ludzkiej  egzystencji.  Nie  omija  to  nawet  duchowego  elementu  człowieka,  chociaż 
nie  niszczy  całkowicie  jego  bytu.  Antropologia  realistyczna  w  swym  widzeniu  czło- 
wieka  przeciwstawia  się  skrajnemu  dualizmowi  w  pojmowaniu  natury  ludzkiej. 
Dusza  i  ciało  nie  są  sobie  przeciwstawne  ani  powiązane  akcydentalriie,  lecz  wza- 
jemnie  przenikają  się  i  kształtują.  Taka  zaś  koncepcja  bytu  ludzkiego  modyfikuje 
wizję śmierci. Chociaż dystansujemy się tutaj od antropologii materialistycznej, to 

16  Por.  Platon,  Faidros,  2457  F.  Znamienne  jest  tutaj  wykorzystywanie  gry  słów:  „soma"  -  ciało 

i „syma" - więzienie. 

17  S. Kowalczyk, Zarys filozofii człowieka, Sandomierz 1990, s. 260. 
18  Augustinus Aurelius, De quantitatae animae, 
33, 76, PL 32, 1077. 
19  Określenia „oddzielenie duszy od ciała" używamy tutaj w sposób niezwykle ostrożny; co więcej ist- 

nieje od czasów Augustyna i Tomasza z Akwinu tradycja, w myśl której dusza, jako duch transcen- 
dentnie,  czyli  koniecznościowo  przyporządkowany  materii,  nie  może  się  pozbyć  tej  relacji  bez 
równo- 
czesnego przekreślenia swej bytowości. Jeśliby można mówić o oddzieleniu duszy od ciała, to najwy- 
żej od ciała tu i teraz zilościowanego, co zresztą nieustannie w czasie biologicznego trwania czynimy,  
pozbywając  się  komórek  uprzednio  konstytuujących  nasze  ciało  (Por  M.  A.  Krąpiec.  Ja-czlowiek, 
Lublin 1991, s. 456). W klimacie takiej tradycji trudno przyjąć także ustanie procesu organizowania  
materii przez formę substancjalną, jaką jest dusza, co najwyżej można by mówić o zmianie postaci 
organizowanej materii, wpierw jednak trzeba by znaleźć w ogóle adekwatną definicję materii. 

background image

 

- 3 0 -  

 

jednak  nie  sposób  iść  również  za  platonizmem,  trzeba  by  bowiem  ignorować  dane 
doświadczalne świadczące o substancjalnej jedności ciała i duszy. 

Jednakowoż  element  psychiczno-duchowy  nie  jest  tożsamy  ze  sferą  cielesności, 

choć  z  nią  złączony.  Dlatego  sensownym  jest  pytanie  o  „przeżywanie"  duszy 
w  śmierci,  śmierć  jest  bowiem  węzłowym  etapem  ludzkiej  egzystencji,  ale  nie  jest 

absolutnym  końcem  człowieka.  Dlatego  kładziemy  akcent  na  moment  „przeżywa- 

nia",  czyli  nie  tylko  i  nie  tyle  -  przetrwania,  ile  aktywnego  brania  udziału  w  przej- 

ściu.  Pamiętać  bowiem  trzeba,  że  owo  „ja"  przeżywające  jest  strukturą  aktywną, 
jest  osobą  obdarzoną  takimi  przymiotami,  jak  rozumność,  wolność,  zdolność  do 
miłości.  Przymioty  te  niekoniecznie  wiążą  się  z  materią,  z  ciałem,  nie  tylko  w  sen- 
sie  strukturalnym,  lecz  także  w  sensie  funkcjonalnym.  Sprawia  to,  że  osoba  ludzka 
może  przeżywać  „wydarzenie"  śmierci.  Te  zastrzeżenia  stawiają  śmierć  w  nieco  in- 
nej  perspektywie,  aniżeli  optyka  „oddzielenia  duszy  i  ciała".  Oddzielenie  bowiem 
duszy  od  ciała  jest  tylko  jednym  z  aspektów  śmierci,  i  to  śmierci  pojętej  biernie,  ja- 
ko  dokonującego  się  w  człowieku  rozpadu  jego  elementów  materialnych,  rozpadu, 
który  w  swej  istocie  jest  procesem  dezorganizacji,  a  więc  odwrotnym  w  stosunku 
do  właściwego  duszy  (jako  formie)  sposobu  działania.  On  dokonuje  się  poza  wła- 
dzami  duszy.  Dlatego  nad  tym  procesem  nie  mamy  żadnej  władzy  ani  mocy,  on 
„dzieje  się"  nie  powodowany  ludzkimi  aktami  osobowymi  i  dlatego  taka  śmierć  nie 
może  być  przeżywana  czynnie  i  w  sposób  wolny.  W  biernym  przeżyciu  śmierci  je- 
steśmy  nie  tyle  osobą,  ile  materialnym  przedmiotem  rozkładającym  się

20

.  W  filozo- 

ficznych  hipotezach  (bo  znajdujemy  się  ciągle  w  obszarze  hipotetycznym),  zmierza- 

jących  do  wyjaśnienia  „wydarzenia"  śmierci,  musi  znaleźć  się  model  ujmujący 
śmierć aktywnie. 

Modelem  spełniającym  te  warunki  jest  analiza  momentu  śmierci  dokonana 

w  obrębie  tzw.  hipotezy  ostatecznej  decyzji,  funkcjonującej  obecnie  w  wielu  róż- 
nych  wersjach.  Szczególny  rozgłos  zyskała  koncepcja  Borosa

21

,  w  której  twierdzi 

on,  że  człowiek  dopiero  w  momencie  śmierci  jest  zdolny  do  podjęcia  całkowicie 
świadomej  i  wolnej  decyzji.  Nawiązując  do  św.  Augustyna  rozgranicza  on  „człowie- 
ka  wewnętrznego"  oraz  „człowieka  zewnętrznego",  przy  czym  ich  linie  rozwojowe 
nie  są  identyczne.  Kiedy  bowiem  słabnie  cielesny  element  ludzkiej  osoby,  element 
duchowy  potęguje  się  i  zyskuje  autonomię.  Dopiero,  jak  pisze,  „w  śmierci,  w  cał- 
kowitej  utracie  zewnętrzności,  powstaje  całkowita  wewnętrzność.  W  ten  sposób 
dopiero  w  śmierci  człowiek  staje  się  sobą,  ostateczną  osobą,  bez  reszty  samodziel- 
nym ośrodkiem decyzji. Śmierć zatem byłaby w pełni osobowym i całkowitym za- 

20.  Por. Μ A. Krąpiec, Ja-czlowiek, s. 455. 
21.  Zob. L. Boros, Mysterium mortis. Człowiek w obliczu ostatecznej decyzji, 
passim. 
22.  Tenże, Czy życie ma sens? 
„Concilium", 6-10 (1970), s. 211. 

background image

 

- 3 1 -  

 

jęciem  stanowiska  wobec  osobowego  Boga"

22

.  Boros  nawiązuje  tutaj  nie  tylko  do 

Augustyna,  lecz  także  do  współczesnych  myślicieli:  Blondela,  Marechala,  Bergso- 

na  i  Marcela

23

.  Ich  myśl  ogniskuje  się  wokół  transcendencji  bytu  osobowego,  owej 

zdolności  przekraczania  granic  podmiotu.  W  tym  sensie  Blondel  akcentował  rolę 
woli  w  życiu  człowieka,  dzięki  niej  bowiem  poszukujemy  wartości  absolutnych 
i  nieskończonych.  Hipoteza  ostatecznej  decyzji  sugeruje,  że  w  trakcie  życia  wola 
człowieka  jest  chwiejna,  dlatego  dopiero  w  momencie  śmierci  możliwy  jest  trwały, 
ostateczny  czyn  woli.  Tak  samo,  wykorzystując  epistemologię  Marechala,  usiłuje 
się  wykazać,  że  dopiero  ustanie  blokady  materii  umożliwia  pierwszy,  doskonały 
akt  poznania  Boga  i  to  poznania  rzeczywiście  najbardziej  doskonałego  i  bezpo- 
średniego,  bo  intuicyjnego,  jak  to  ujmuje  w  swej  teorii  intuicji  H.  Bergson.  Boros 
odwołuje  się  tu  do  marcelowskiego  egzystencjalizmu  i  twierdzi,  że  w  momencie 
śmierci  realizuje  się  najdoskonalszy  akt  miłości  Boga,  który  zresztą  w  swej  istocie 

jest 

aktem 

wyboru 

Dobra 

Absolutnego, 

poprzedzonym 

owym 

intuicyjnym 

pozna- 

niem

2

!  Można  zatem  rzec,  że  kształt  ostatecznej  decyzji  uzależniony  jest  od  mo- 

mentu 

poznania 

intuicyjnego, 

dokonywanego 

bez 

pośredników 

poznawczych, 

a  więc  m.  in.  bez  poznania  zmysłowego,  uzależnionego  od  organów  materialnych 
i  materialnego  w  swym  przebiegu.  Tak  więc  śmierć  ma  stanowić  szczytowy  mo- 
ment  duchowego  rozwoju  człowieka,  następuje  bowiem  wówczas  niesłychana  in- 
tensyfikacja  aktów  poznania  i  miłości,  dzięki  czemu  człowiek  podejmuje  ostatecz- 
ną decyzję wyboru Boga. 

Nie  dziwi  nas  zatem,  że  hipotezę  ostatecznego  wyboru  ilustruje  się  przyrówna- 

niem  do  momentu  narodzin

25

  ze  wszystkimi  jego  konsekwencjami,  a  więc  także 

z  szokiem  porodowym,  jaki  przeżywa  noworodek  opuszczając  dotychczasowe  środo- 
wisko  życia,  ale  przede  wszystkim  chodzi  tu  o  analogię  do  rozwoju  embrionalnego. 
Jak  człowiek  w  łonie  matki  kształtuje  wszystkie  swoje  organy  do  życia  poza  łonem, 
do  życia  w  świecie  otwartym,  życia  bardziej  samoistnego  i  samodzielnego  -  tak  rów- 
nież  nasze  życie  już  samoistne  w  świecie  otwartym  ujawnia  takie  psychiczne  działa- 
nie,  działanie  osobowe,  które  nie  mieści  się  w  naturze  tego  świata,  które  nieustannie 
transcenduje  świat  natury  do  tego  stopnia,  że  człowiek  jest  zmuszony  tworzyć  kultu- 
rę,  by  mógł  istnieć  i  rozwijać  się  psychicznie.  Gdybyśmy  założyli  pewną  fikcję,  że  mia- 
nowicie  dziecko  w  łonie  matki  prowadzi  życie  psychiczne,  świadome,  to  moment  je- 
go  narodzenia  byłby  uznany  przez  nie  za  moment  śmierci.  Przecież  w  momencie  na- 

rodzenia  traci  ono  od  razu  wszystko:  pokarm,  powietrze,  wszystkie  realne  warunki 

istnienia. Przecięcie pępowiny byłoby przez nie uznane za ostateczny akt śmierci. 

23  Por. Tenże. Misterium mortis. Człowiek w obliczu ostatecznej decyzji, s. 93-96. 
24  Wola bowiem nie może wykonywać swych aktów, jeśli wpierw nie nastąpiło poznanie przedmio- 

tu „chcenia" i, dalej, akty te są tym mocniejsze, im intensywniejszy był moment poznawczy. 

25  Zob. L. Boros, Istnienie wyzwolone, Warszawa 1971, s. 99-109. 

background image

 

- 3 2 -  

 

Tymczasem  zaś  w  tym  właśnie  momencie  przechodzi  ono  w  inny  sposób  bytowania, 
i  to  bytowania  samodzielnego.  Ten  model  doskonale  stosuje  się  do  śmierci,  w  której 
człowiek  jest  zdolny  po  raz  pierwszy  użyć  ciągle  zapoczątkowanych,  niedoskonałych 
aktów 

swej 

osobowej 

struktury 

wobec 

nieskończenie 

poszerzonego 

kosmosu, 

a  przede  wszystkim  wobec  „Ty"  transcendentnego.  Podobnie  jak  tworzenie  organów 
embrionu  wskazuje  na  ich  pełne  użycie  w  życiu  pozałonowym,  tak  też  akty  psychiki 
ludzkiej,  akty  poznania,  miłości,  nasze  decyzje,  twórczość  i  praca  rozumna  transcen- 
dując  świat  zmienny,  wskazują  na  pełne  zrealizowanie  tego  wszystkiego,  co  teraz  tyl- 
ko zapoczątkowane, co jest jakby w stanie embrionalnym

26

W  tym  modelu  zatem  pojawia  się  wizja  śmierci  jako  przeżycia  czynnego  i  wol- 

nego.  Tutaj  śmierć  jawi  się  jako  dokończenie  zmiennego  sposobu  istnienia  i  przez 
to  samo  jako  dopełnienie  tego  wszystkiego,  co  było  przez  osobowe  akty  człowieka 
nieustannie  zaczynane  i  właściwie  nigdy  w  pełni  niedokończone,  gdyż  zmienna  bio- 
logia  życia  nie  stwarzała  pełnych  warunków  realnej  możliwości  takiego  rozwoju 
ludzkiej  jaźni,  jaka  jest  wyznaczona  przez  jej  duchową,  a  więc  nieskończoną  po- 
jemność.  Sądzimy  wszakże,  że  w  tym  modelu  śmierci  -  narodzin,  wielkiego  otwar- 
cia,  nie  można  zapominać,  skoro  mowa  o  pojemności,  o  aktywnym  charakterze 
duchowych  władz  bytu  osobowego,  a  więc  także  o  pewnej  capacitas  zdobywanej 
w  ciągu  życia  w  doczesności,  zdolności  intelektualnej,  a  nade  wszystko  moralnej, 

poszerzanej  w  ciągu  doczesnej  egzystencji.  Ona  jest  potencjalnie  nieskończona,  za- 

leży  jednak,  jak  każda  struktura  dynamiczna,  od  jej  nieustannej  aktualizacji.  Dla- 
tego  można  powiedzieć,  że  na  moment  ostatecznej  decyzji  składają  się  wszystkie 
poszczególne  decyzje  człowiecze,  dokonywane  w  warunkach  czasu  i  przestrzeni. 
Tutaj  znowu  służy  ilustracją  przypadek  embrionu  zatrzymanego  w  rozwoju  w  ca- 
łości  lub  w  pewnym  sektorze  swych  funkcji.  Z  tą  poprawką  hipoteza  ostatecznej 
decyzji  nie  jest  kolejną  wersją  teorii  powszechnej  apokatastazy.  Jest  natomias^on- 
cepcją  rzeczywiście  w  pełni  wolnej  decyzji  osoby  ludzkiej,  dokonywanej  w  węzło- 
wym  momencie  śmierci,  a  równocześnie  wiąże  tę  śmierć  z  życiem,  czyniąc  z  niej 
przedłużenie  owego  życia  w  wieczność.  Jest  to  zatem  moment  ostatecznego  zreali- 
zowania  tego,  co  w  osobie  było  rozwijane  w  trakcie  czasoprzestrzennej  egzystencji 
i  to  w  takim  stopniu  i  ukierunkowaniu,  w  jakim  było  rozwijane.  Śmierć  jest  zatem 
ostateczną  miarą  i  usankcjonowaniem  życia,  rozkwitem  na  miarę  wykorzystywa- 
nych  możliwości.  Nie  jest  więc  bezsensem,  jak  to  widział  J.  P.  Sartre,  czy  nicością, 
jak  chciał  Epikur  pisząc  do  Menoikeusa,  że  „śmierć  nie  ma  żadnego  związku  ani 
z  żywymi,  ani  z  umarłymi;  tamtych  nie  dotyczy,  a  ci  już  nie  istnieją"

27

.  Pozostańmy 

przy zdaniu Norwida: bezsilna, bo „- Człek - od niej starszy!" 

26  Por. M. A. Krąpiec, Ja -człowiek, s. 455. 
27  Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, 
Warszawa 1982, s. 645. 

background image

 

- 3 3 -  

 

Wiesław Suder 

Śmierć dziecka w starożytnym Rzymie 

Jaki  był  stosunek  do  śmierci  dziecka  w  starożytnym  Rzymie?  Czy  rodzice  i  najbliż- 

si  lub  społeczeństwo  cierpieli  z  jej  powodu  i  przejmowali  się  nią?

1

  Wydaje  się,  że  takie 

pytanie  jest  absurdalne  i  nie  na  miejscu  w  rozumieniu  naszej  współczesnej  moralności 
i  bez  zastanowienia  można  by  na  nie  odpowiedzieć  twierdząco.  Czy  rzeczywiście  jed- 
nak  odpowiedź  może  być  tak  jednoznaczna,  skoro  np.  jak  podaje  Plutarch  (II  w.  n.e.), 
następca  legendarnego  króla  rzymskiego  Romulusa,  Numa  Pompiliusz  (715-672 
p.n.e.)  ustanowił  zasadę,  że  dzieci  w  wieku  poniżej  3  lat  nie  należy  w  ogóle  opłaki- 
wać?

2

.  Zaś  Cyceron,  jeden  z  najbardziej  znanych  pisarzy,  filozofów  i  polityków  rzym- 

skich  (106-43  p.n.e.)  pisał  w  taki  oto  sposób  o  śmierci  dziecka:  „Kiedy  małe  dziecko 

umrze - spokojnie ludzie to znoszą, kiedy w kolebce, ani nawet o tern myślą"

3

Jak  zatem  przedstawiała  się  postawiona  powyżej  kwestia  w  świetle  antycznych 

przekazów  źródłowych?  Pierwszą  sprawą,  którą  trzeba  poruszyć  na  wstępie,  jest 

aspekt 

demograficzny 

śmierci  dzieci  w  starożytnym  Rzymie.  Sprowadza  się  on 

w  zasadzie  do  pytania  o  umieralność  okołoporodową  noworodków  i  niemowląt. 
Czy  było  to  zjawisko  dość  powszechne  i  o  dużym  natężeniu,  czy  też  względnie 
rzadkie?  Wiadomo,  że  współcześnie  w  wielu  krajach  wysoko  rozwiniętych,  gdzie 
nie  występują  w  zasadzie  perinatalne  komplikacje,  dzięki  postępom  medycyny  i  ko- 
rzystnym  warunkom  życia  prawie  każde  przychodzące  na  świat  dziecko  ma  szansę 
dożycia  wieku  dorosłego.  I  tak  na  przykład  w  Europie  w  1975  r.  najniższe  współ- 
czynniki umieralności niemowląt (liczba zgonów dzieci w wieku poniżej 1 roku ży- 

Ostatnio  na  ten  temat  patrz  m.in.  K.  Hopkins,  Death  and  Renewal.  Sociological  Studies  in  Roman 
History,  
Cambridge  1983,  s.  217-226;  J.-N.  Neraudau,  La  loi,  la  coutume  et  le  chargrin.  Reflexions 
sur la morts des enfants,  
(w:)  La mort, les morts et'au  - de 

la 

dans le monde romain,  ed.  F. Hinard, 

Caen  1987,  s.  195-208;  M.  Golden,  Did  the  Ancients  Care  when  their  children  Died?  „Greece  and 
Rome" 35, 1988, 2, s. 152-163. 

Plutarch, Numa, 12. 

Cicero, Tusculanae dusputationes, 1, 39, 93. 

Np. J. Holzer, Demografia, Warszawa 1980, s. 222-223. 

background image

 

- 3 4 -  

 

cia  przypadająca  na  1  000  żywo  urodzonych)  występowały  w  Szwecji,  Norwegii, 

Holandii (9-11 promille), zaś w Polsce wskaźnik wynosił 25 promille

4

A  jak  przedstawiała  się  sytuacja  w  starożytnym  Rzymie,  a  dokładniej  w  okresie 

cesarstwa,  z  którego  zachowało  się  więcej  źródeł  niż  z  czasów  republiki?  Otóż  wia- 
domo  na  podstawie  badań  z  zakresu  paleodemografii  i  demografii  historycznej,  że 
stosunki  ludnościowe  w  epoce  preindustrialnej  charakteryzowały  się  między  inny- 
mi  zjawiskiem  wysokiej  umieralności  noworodków  i  niemowląt  poniżej  1  roku  ży- 
cia.  Ocenia  się,  że  zgony  zabierały  około  30-40%  dzieci  (współczynnik  300-400  zgo- 
nów  na  tysiąc),  które  nie  zdążyły  dożyć  swoich  pierwszych  urodzin

5

,  co  sprawiało 

w  istotnym  stopniu,  że  przeciętne  trwanie  życia  człowieka  od  momentu  przyjścia 
na  świat  nie  przekraczało  w  Rzymie  30  lat

6

.  W  takich  warunkach  demograficznych 

zaledwie  około  49  %  dzieci  dożywało  5  roku  życia

7

,  zaś  każde  małżeństwo  musia- 

ło mieć przynajmniej 5 dzieci, z których 2 dożywało wieku dorosłego

8

Czy  zatem  postawa  obojętności  wobec  śmierci  noworodka,  o  której  piszą  Plu- 

tarch  i  Cyceron,  wiązała  się  w  pewnym  stopniu  z  przyzwyczajeniem  do  występowa- 

nia  w  Rzymie  wysokiej  umieralności  noworodków  i  dzieci?  I  była  odpowiedzią  i  re- 
akcją  związaną  z  zachowaniem  ładu  moralnego  oraz  ze  stoicką  refleksją  filozoficz- 
ną,  że  śmierć  dziecka  nie  zasługuje  na  żal  i  troskę?

9

  Część  badaczy  świata  antycz- 

nego,  między  innymi  Robert  Garland,  Keit  R.  Bradley,  Keith  Hopkins,  Thomas 

Wiedemann,  a  ostatnio  w  części  Suzan  Dixon  uważają,  że  tak  i  sądzą,  iż  demogra- 

fia  szeroko  wpływała  i  warunkowała  reakcje  uczuciowe  i  emocjonalne  ludzi

10

.  Opo- 

wiadają 

się 

oni 

za 

determinizmem 

demograficznym, 

propagowanym 

wcześniej 

przez  takich  historyków,  jak  na  przykład  Phillippe  Ariès,  Edward  Shorter,  Lawren- 

ce  Stone,  którzy  twierdzą,  że  uczucia  i  miłość  nie  występowały  często  w  popula- 

cjach  preindustrialnych,  ponieważ  wysoka  umieralność  czyniła  emocjonalne  zaan- 
gażowanie,  szczególnie  wobec  dzieci,  zbyt  niebezpiecznym  dla  jednostek  i  była  nie 
do  wytrzymania  dla  społeczeństw

11

.  Innymi  słowy,  aby  zachować  umysłową  rów- 

nowagę, rodzice byli zmuszeni do ograniczenia stopnia ich psychicznego zaanga- 

5  Np. T. Parkin, Demography and Roman Society, Baltimore 1992, s. 92 i nn. 
6  Ibidem. 
7  B.  Frier,  Roman  Life  Expectancy:  Ulpian's  Evidence,  
„Harvard  Studies  in  Classical  Antiquity", 

86,  1982,  213  i  nn.,  tenże,  Roman  Life  Expectancy:  the  Pannionian  Evidence,  „Phoenix"  37,  1983, 
328 i nn. 

8  Ibidem. 
9  K. Hopkins, op. cit., 
s. 226. 
10  R.  Garland,  The  Greek  Way  of  Death,  
London  1985,  s.  80-86;  K.  Bradley,  Wet-Nursing  at  Rome: 

a  Study  in  Social  Relations,  (w:)  The  Family  in  Ancient  Rome,  ed.  B.  Rawson,  London  1986,  s. 
126-220;  K.  Hopkins,  op. cit., 
s.  222-226;  Κ.  T.  Wiedemann,  Adults and Children in the Roman  Fa- 
mily, 
Baltimore 1992, s. 99 i nn. 

11  Ph.  Ariés,  L'Enfant et la vie familile sous l'ancien  regime,  Paris  1960,  szczególnie  s.  39;  E.  Shorter, 

The  Making  of  the  Modem  Family,  New  York  1976;  L.  Stone,  The  Family,  Sex  and  Marriage  in 
England 1500-1800, 
London 1977. 

background image

 

- 3 5 -  

 

żowania  w  stosunkach  ze  swoim  potomstwem

12

.  W  rezultacie  dzieci  cierpiały  więc 

z  powodu  obojętności  swoich  rodziców,  którą  pogłębiał  często  wśród  zamożniej- 

szych warstw zwyczaj oddawania dziecka mamkom

13

Wśród  przekazów  źródłowych  z  okresu  cesarstwa  znajdujemy  między  innym 

jeszcze  jedną  uwagę  Plutarcha  z  Cheronei  (II  w.  n.e.),  która  w  pierwszej  chwili  zda- 
je  się  potwierdzać  stanowisko  współczesnych  deterministów.  Otóż  Plutarch,  pisarz 
i  filozof  grecki,  wiele  miejsca  poświęcił  w  swoich  pracach  sprawom  rodziny  i  wy- 
chowania  dzieci.  W  jednym  z  utworów,  który  jest  konsolacją  (pismo  pocieszające 
po  ciężkiej  stracie)  zwróconą  do  żony  po  śmierci  jedynej  dwuletniej  córeczki,  Ti- 

mokseny,  Plutarch  pisał,  że  przedwczesna  śmierć  jest  bolesna.  Najczęściej  dotyka 

dzieci  oraz  niemowlęta  i  może  być  znoszona  ze  spokojem,  a  nawet  z  obojętnością, 

ponieważ  nie  wiązano  z  nimi  większych  nadziei,  w  przeciwieństwie  do  dzieci  star- 

szych

14

.  Tyle  Cheronejczyk,  który  nie  wyklucza  jak  widać  faktu  występowania  cier- 

pienia  z  powodu  śmierci,  choć  każe  ją  traktować  obojętnie.  Jego  uwagi  bez  wątpie- 
nia  są  związane  z  charakterem  utworu,  który  jest  konsolacją  -  pocieszeniem  dla 
żony.  Nie  świadczą  one  jednak  -  naszym  zdaniem  -  o  braku  miłości  i  obojętności 
wobec  zmarłych  i  żyjących  dzieci.  Według  Hopkinsa  opinia  Plutarcha  była  raczej 
zaleceniem  filozofa,  niż  konstatacją  okrutnego  charakteru  powszechnej  praktyki

15

Nie  wykluczone,  że  dla  Cheronejczyka  być  może  stanowiła  także  formę  ukrycia 
własnego  bólu  po  stracie  córki

16

.  Poza  tym  Plutarch  akceptował  poglądy  stoików, 

których  teoria  panowania  nad  bólem,  utratą  sił,  śmiercią  wywodziła  się  z  idei  po- 
stępu,  zrozumienia  człowieka  przez  niego  samego.  Taki  punkt  widzenia  kazał  więc, 
być może, ze spokojem znosić także i zgon dziecka

17

Czy  poglądy  Cycerona  i  Plutarcha  były  rozpowszechnione  w  społeczeństwie 

rzymskim  w  czasach  cesarstwa?  Nie  koniecznie.  Mamy  bowiem  także  świadectwa 
przeciwne,  które  mówią  o  przeżywaniu  bólu  z  powodu  zgonu  dzieci

18

.  I  tak  na 

przykład  Horacy  (65-8  p.n.e.)  w  jednym  z  utworów  pisał,  że  śmierć  dziecka  łamała 

serca  rodzicom

19

.  Podobną  uwagę  znajdujemy  także  u  Seneki,  gdzie  czytamy,  że  oj- 

cowie  ciągle  boleśnie  przeżywają  śmierć  swoich  dzieci,  chociaż  -  dodaje  pisarz  - 
powinni się już przyzwyczaić do powtarzających się często tragedii

20

. W tej ostat- 

12  Ibidem. 
13  Ibidem. 
14  Plutarch, Consolatio ad uxorem, 
8. 
15  Κ. Hopkins, op. cit., 
s. 226. 
16  Ibidem. 
17  L. Rosenmayr, Les étapes de la vie, 
Communication", 37, 1983, s. 93. 
18  Np. J.-N. Nereudau, op. cit.,; 
M. Golden, op. cit. 
19  Horatius, Epistulae, 1, 7, 2-4. 
20  Seneca, Consolatione ad Marciam, 
9, 2. 

background image

 

- 3 6 -  

 

niej  informacji,  oprócz  poświadczenia  faktu  opłakiwania  dzieci,  zawarta  jest  także 
wiadomość o ich bardzo częstych zgonach. 

Poza  przekazami  literackimi  istotnym  źródłem  dla  omawianego  problemu  są  ła- 

cińskie  napisy  nagrobne,  których  zachowało  się  z  okresu  cesarstwa  kilkaset  tysię- 
cy.  Wzniesienie  epitafium  służyło  uczczeniu  pamięci  zmarłego.  Było  reakcją  emo- 
cjonalną  i  uczuciową  na  śmierć  danej  osoby,  jak  również  aktem  kulturowym,  któ- 
ry  odzwierciedlał  status  zmarłego  i  jego  społeczną  ocenę  w  rodzinie  oraz  w  społe- 
czeństwie

21

 . 

Analiza  obejmująca  inskrypcje,  gdzie  podany  jest  m.in.  także  i  wiek  zmarłego 

pokazuje,  że  małym  dzieciom,  a  szczególnie  niemowlętom  (w  wieku  do  1  roku  ży- 

cia)  stosunkowo  bardzo  rzadko  wystawiano  epitafia

22

.  Fakt  ten  jest  tym  bardziej 

frapujący,  iż  występowała  wówczas,  jak  już  wspominano  wyżej,  bardzo  wysoka 
umieralność  okołoporodowa  niemowląt,  która  jednak  nie  znalazła  potwierdzenia 
w  omawianych  danych  źródłowych.  Ocena  demograficzna  wiarygodności  struktu- 
ry  zgonów  według  wieku  zmarłych  występujących  na  nagrobkach  wskazuje  na  ist- 
nienie  silnych  zniekształceń  w  zachowanym  materiale  epigraficznym.  Są  to  między 
innymi  zaniżona  reprezentacja  zgonów  niemowląt  i  dzieci  do  lat  10  oraz  nadrepre- 
zentacja ludzi starych w wieku powyżej 60 lat

23

I  tak  na  przykład  na  15  616  nagrobkach  z  Italii  z  okresu  kilkuset  lat  występuje 

zaledwie  1,3  %  niemowląt  w  wieku  poniżej  1  roku  życia

24

.  Podobnie  jest  także  w  in- 

nych,  zachodnich  częściach  Imperium  rzymskiego,  np.  w  prowincjach  afrykań- 
skich,  gdzie  ogółem  zachowało  się  około  18  056  nagrobków,  zaledwie  0,4  %  to  epi- 
tafia  niemowląt;  w  Galii  na  1204  epitafia  -  1  %  stanowią  inskrypcje  niemowląt; 
w  Hiszpanii  2396  epitafiów  -  0,4  %  nagrobki  dzieci

25

  itd.  W  sumie  zgony  niemow- 

ląt  w  żadnej  z  prowincji  nie  przekraczają  w  zasadzie  wśród  ogółu  zmarłych  1  %

26

Fakt  ten  świadczy,  jak  się  wydaje,  wydatnie  o  uczuciach,  a  także  zwyczajach  po- 
grzebowych  i  stosunku  do  śmierci  małych  dzieci.  Ich  nieliczna  reprezentacja  wśród 
ogółu  zmarłych  z  epitafiów  sugeruje,  być  może,  że  były  one  mniej  cenione  i  opłaki- 
wane,  niż  starsze  dzieci  i  dorośli

27

.  Jednakże  epitafia  niemowląt  są  mimo  wszystko 

wyrazem  upamiętnienia  śmierci,  opłakiwania  i  żalu.  Trudno  więc  mówić  o  po- 
wszechnej obojętności wobec zgonów dzieci w społeczeństwie rzymskim. Tym bar- 

21. Por. np. B. Shaw, The Cultural Meaning of Death. Age and Gender in the Roman Family, (w:) The 

Family in Italy from Antiquity to Present, eds. D. Kertzer, R. P. Sailer, New Haven 1992, s. 67. 

22. W. Suder, A Study of the Age and Sex Structure of Population in the Western Provinces of the Ro- 

man Empire, Wroclaw 1990, s. 13 i inn. 

23. Ibidem. 
24. Ibidem. 
25. Ibidem. 
26. Ibidem. 
27. Np. T. Wiedemann, op. cit., 
s. 17-19. 

background image

 

- 3 7 -  

 

dziej,  że  reprezentacja  niemowląt  na  epitafiach  jest  zróżnicowana  w  zależności  od 
wielkości  miejscowości,  z  których  pochodzą.  Otóż  silniejsza  jest  w  dużych  mia- 
stach,  a  słabsza  w  małych  miejscowościach  o  tradycyjnej,  konserwatywnej  kultu- 

rze

28

.  Trzeba  także  dodać,  że  na  epitafiach  chrześcijańskich  dzieci  jest  proporcjo- 

nalnie znacznie więcej, niż na inskrypcjach pogańskich

29

Pomimo 

że  procent  inskrypcji  dedykowanych  niemowlętom  jest  zróżnicowany 

w  prowincjach  rzymskich,  to  świadczy  on  wyraźnie,  obok  innych  źródeł,  o  wystę- 
powaniu  faktu  celebracji  śmierci  małych  dzieci  i  nieobojętnym  stosunku  uczucio- 

wym  do  nich  w  rodzinach  i  w  społeczeństwie  rzymskim  w  okresie  cesarstwa.  Na 

erekcję  nagrobków  oraz  miejsce  w  rodzinę  wpływała  pozycja,  jaką  zajmowali 
w  społeczeństwie,  w  życiu  publicznym,  pełnione  funkcje  itp.  Edgar  Morin  pisał 

w  swojej  pracy  L  'homme  et  la  mort,  że  cierpienie  wywołane  przez  czyjąś  śmierć  po- 

jawia  się  tylko  wtedy,  gdy  zmarły  jako  jednostka  był  znany  i  obecny.  Im  bardziej 
zmarły  był  bliski,  im  bardziej  było  się  z  nim  zżytym,  im  większe  były  więzy  rodzin- 
ne,  tym  gwałtowniejsze  jest  cierpienie;  brak  zaś  emocji  lub  jest  ich  niewiele,  gdy 
śmierć  dotyka  jakiejś  istoty  anonimowej,  a  taką  było  często  niemowlę.  W  społe- 
czeństwie  starożytnego  Rzymu  śmierć  dziecka,  jeśli  chodzi  o  uroczystości  pogrze- 
bowe,  wywoływała  względnie  mniejszy  oddźwięk,  niż  zgon  osób  ze  starszych  grup 

wieku

30

,  nie  oznaczało  to  jednak  braku  żalu  po  śmieci  noworodków  i  niemowląt, 

o  czym  świadczą  między  innymi  tysiące  epitafiów  łacińskich  i  innych  źródeł.  Tak 
więc 

hipoteza 

determinizmu 

demograficznego, 

mówiąca 

obojętności 

wobec 

śmierci niemowląt, nie znajduje potwierdzenia w świetle źródeł rzymskich

31

28  T. Shaw, op. ciî.,s. 73-77. 
29  Ibidem. 
30  E. Morin, L'homme et la mort, 
Paris 1970, s. 41. 
31  M.in. wg J.-N. Neraudau, op. cit.; 
M. Golden, op. cit. 

background image

 

- 3 8 -  

 

Jarosław Barański 

Motyw Tańca Śmierci 

O kulturowej erozji figury wyobraźni 

 
 
 

„ Skoro człowiek umrze, wówczas to, 

Co my trupem nazywamy, któremu się 

Wypada rozłożyć i rozpaść, i rozwiać 

Na wszystkie strony, wytrzymywać 

Zwykło dość długi czas" 

Platon, „Fedon" 

 
 

Quod fuimus, estis, quod sumus, eritis. 

„Legenda o trzech zmarłych i trzech żyjących" 

1. La Danse Macabre. 

 

Motyw  Tańca  Śmierci  był  splotem  wielu  figur  religijnej  i  ludowej  wyobraźni, 

charakterystycznej 

dla 

późnego 

średniowiecza. 

Najbardziej 

jednak 

urzekające 

w  tym  motywie  jest  to,  iż  jego  treść  wypełnia  średniowieczna  melancholia,  a  formę 
nadaje  renesansowa  konwencja  przedstawienia  plastycznego.  U  jego  podstaw  leża- 
ło  wyobrażenie  ciała  martwego  jako  rozkładających  się  zwłok  oraz  fascynacja 
zmysłem  wzroku.  To  właśnie  zmysłowe  doznanie  ciała  martwego  i  jego  reprezenta- 
cja  w  sztuce  plastycznej  stanowiły  warunek  rozwoju  motywu  Tańca  Śmierci  w  póź- 
nym  średniowieczu  i  wiekach  po  nim  następujących.  Źródła  motywu,  który  prze- 
obraził  się  w  najtrwalszą  figurę  wyobraźni,  do  dziś  przechowywaną  w  rudymen- 
tach  średniowiecznej  wrażliwości,  są  bogate  i  wielorakie.  Wydaje  się,  że  poprzedza- 
jąca  Taniec  Śmierci  o  orientalnym  pochodzeniu  legenda  O  trzech  zmarłych  i  trzech 
żyjących  
była  silną  inspiracją  dla  ukształtowania  wizerunku  śmierci.  W  legendzie 
tej  spotykają  się  żywi  z  umarłymi,  lecz  ich  wzajemna  obcość  i  odmienność  jest  je- 
dynie pozorna, bowiem określona przez upływający czas. Martwi mówią do ży- 

background image

 

- 3 9 -  

 

wych:  „Tym  jesteście,  czym  byliśmy  my,  tym  jesteśmy,  czym  wy  się  staniecie". 
W  ten  oto  sposób  przenika  do  średniowiecznej  wrażliwości  wątek  upływającego 
czasu  i  niechybnej  śmierci.  Czas,  który  mierzy  ludzką  codzienność,  żywi  swą  ułu- 
dą,  a  jednocześnie  lęka  upływem.  Jedyne,  co  jest  pewne  w  chwiejnej  doczesności, 
to  śmierć:  „Mors  certa,  hora  incerta".  Wątki  przemijania  i  śmierci  stanowiły  szczel- 
ne  horyzonty  Tańca  Śmierci:  marnością  był  czas  ludzki  wobec  wieczności  Boskiej, 
nicością  życie  śmiercią  zamknięte  wobec  Boskiej  nieśmiertelności.  Średniowieczna 
melancholia  jak  w  różańcu  odmawiała  przemijanie.  Pisał  w  XII  wieku  Bernard 

z Morlay: 

 

"Gdzież są Mariusz i Fabrycjusz, któremu złoto było obce? 

Gdzież jest zaszczytna śmierć i wielkopomny czyn Paulusa? 
Gdzież jest boski głos Filipek, gdzie niebiański głos Cycerona? 
Gdzież jest przychylność Katona dla obywateli i jego gniew na rebeliantów? 

Gdzie jest Regulus? I gdzie Romulus albo gdzie Remus?"

1

 

Nic  po  nich  nie  pozostało.  Przepadli  z  tego  świata  wraz  ze  swoją  sławą,  potęgą 

i  bogactwem.  Jedynie  ich  imiona  przetrwały:  „Wczorajsza  róża  istnieje  tylko 
z  imienia,  imiona  tylko  puste  zostały".  Śmierć  jest  imieniem  róży,  już  pustym  zna- 
kiem  ich  minionego  życia,  który  przechowywany  jest  jedynie  na  cmentarzu.  Pa- 
mięć  ludzka  zawodzi  z  upływem  czasu,  lecz  i  cmentarz  nie  jest  wiecznym  spoczyn- 
kiem  ludzkich  imion:  cmentarze  są  nieustannie  przebudowywane  na  potrzeby 
współczesnych.  Być  może  dlatego  u  Villona  pojawia  się  nawet  i  ta  nuta  silniejszej 
melancholii:  „Hiszpaniey  król  ów  nieprzezpieczny,  Którego  miana  iuż  nie  po- 
mnę..."

Przemijanie  jest  naoczne,  każdego  dnia,  każdego  roku  nie  skąpi  ono  swoich 

znamion.  Świat  jest  wypełniony  znakami  i  oznakami,  które  zapowiadają  nadejście 
końca  urody,  końca  sławy  i  bogactwa,  wreszcie  -  końca  życia,  jak  również  samego 
świata.  Są  one  naoczne  i  bezpośrednie  w  swej  wymowie.  Średniowiecze  ufało  zmy- 
słowi  wzroku

3

  i  uczyniło  z  niego  zmysł  dostępny  dla  prawdy  i  piękna.  Kto  chce  - 

ujrzy,  a  każdy  powinien  widzieć  naoczne  świadectwo  kruchości  świata  doczesnego. 
To jest jedyna prawda, którą człowiek widzi, a która mówi o ułudzie świata. 

Dlatego  wyobrażenie  ciała  żywego,  jak  i  ciała  martwego  utkane  było  z  jakości 

doznania zmysłu wzroku. Św. Augustyn pisał: „Czym jest piękno ciała? Polega ono 

J. Huizinga, Jesień średniowiecza, Warszawa 1996, s. 169. 

Ibidem, s. 170. 

Jest  więc  znamienne,  iż  „Jedyną  dziedziną,  w  której  zaznaczył  się  pewien  postęp  była  okulistyka, 
zarówno  gdy  chodzi  o  operacyjne  leczenie  zaćmy,  jak  i  stosowanie  okularów".  Por.  A.  S.  Lyons, 
R. J. Petrucell, Ilustrowana historia medycyny, 
Warszawa 1996, s. 335. 

background image

 

- 4 0 -  

 

na  proporcji  części,  której  towarzyszy  słodycz  barwy"

4

.  Doznać  piękna  ciała  ludz- 

kiego  można  jedynie  dzięki  zmysłowi  wzroku;  powłoka  skórna  oraz  budowa  ciała 
stają  się  średniowiecznymi  przedmiotami  zmysłowego  podziwu.  Inne  zmysły  się  nie 
liczą,  ba!,  zmysł  dotyku  może  kusić  grzesznym  pożądaniem  bądź  oparciem  dla 
wszelkiej  innej  nieczystości  i  chorób.  Tomasz  z  Akwinu  również  podziela  ów  po- 
gląd:  człowiek  jest  piękny,  ponieważ  ma  wyprostowaną  postawę,  aby  dzięki  temu 
wzrokiem  „swobodnie  poznawał  we  wszystkich  kierunkach  przedmioty  zmysłowe, 

tak  niebieskie,  jak  ziemskie"

5

.  Echa  ludzkiej  geometrii  Polikleta,  Lizypa  i  wreszcie 

Witruwiusza przemawiają w Livre deportraiture Honnecourta. 

Jeśli  więc  możemy  podziwiać  wzrokiem  piękno  ciała,  ten  sam  zmysł  daje  nam 

świadectwo  jego  brzydoty

6

.  Choroba  i  śmierć  dostarczają  jakości  zmysłowych,  któ- 

re  zaręczają  o  przemijaniu  i  chwiejności  ludzkiego  losu  oraz  potwierdzają,  iż  ciało 

-jak  pisał  Grzegorz  Wielki  -  to  „szkaradne  odzienie  duszy".  Ciało  chore  jest  za- 

powiedzią  śmierci:  „W  średniowiecznym  świecie  trąd  potwierdza,  aż  po  naoczną 
oczywistość,  że  być  chorym  to  tak  samo  jak  być  trupem:  ciało  zniszczone,  rysy 
zniekształcone,  wysięki.  Rozkład  nie  jest  tu  jedynie  tajemnym  mechanizmem  cho- 
roby,  jej  powolnym  postępowaniem  w  zakamarkach  organów;  jest  również  jej  stro- 
ną  jawną,  jej  potworną  inscenizacją"

7

.  Ciało  chore,  ciało  martwe  to  teatr  rozkładu 

i  gnicia,  na  scenie  której  robactwo,  larwy,  a  nawet  węże  odnajdują  pożywienie.  Ma- 
kabryczne  doświadczenie  tego,  iż  ciało  człowieka  staje  się  pożywieniem  zwierząt, 
żyjących  rozkładem  chorych  tkanek  bądź  trupów,  odnajdywało  wszędzie  swój  wy- 
raz  tam,  gdzie  pojawiał  się  temat  cierpienia,  choroby  i  śmierci.  Tak  też  przedstawiał 

piekielne cierpienie Dante: 

 

"Nędznym, co w świecie żyli nieżywotnie, 
Rój os i przykra kąsa ciało mszyca; 
Jęczą, gdy ból im do żywego dotknie. 
Od tych ukąszeń krew tryska na lica, 
Którą u stóp ich łzami napojoną 
Kłąb glist natrętnych kołduny nasyca"

8

 

Trudno  nie  docenić  obecności  pospolitych  robaków  w  życiu  codziennym  kilku 

stuleci, w których kształtował się motyw Tańca Śmierci. Musiały być powszechne 

U. Eco, Sztuka i piękno w średniowieczu, Kraków 1994, s. 47. 

Ibidem, s. 138. 

Por. J. Le Goff, Świat średniowiecznej wyobraźni, Warszawa 1997. 

G. Vigarello, Historia zdrowia i choroby. Od średniowiecza do współczesności, Warszawa 1997, s. 
11. 

Dante Alighieri, Boska komedia, przekł., E. Porębowicz, Warszawa 1959, s. 36. 

background image

 

- 4 1 -  

 

i  uporczywe,  szczególnie  tam,  gdzie  gromadzono  żywność  bądź  odpadki.  Aż  do 
XVI  wieku  podstawowym  jadłem  było  mięso,  ryby,  ser  i  masło.  Nie  ulega  jednak 
wątpliwości,  iż  rozkład  nie  zakonserwowanego  jedzenia  był  czymś  tak  codziennym, 
jak  pojawiające  się  w  nim  insekty.  Pozostawiło  to  głęboki  ślad  w  wyobraźni  ludo- 

wej:  Carlo  Grinzburg  opowiada  historię  młynarza  Menocchio,  który  w  zeznaniach 

przed  inkwizytorami  snuje  swój  mit  powstania  świata,  twierdząc  „iż  na  początku 
ten  świat  był  niczym  i  że  z  wody  morskiej  ubity  został  jak  piana,  i  ściął  się  niby  ser. 
z którego zrodziło się potem mnóstwo robaków, i robaki te stały się ludźmi..."

Średniowieczna  codzienność  dostarczała  inspiracji  dla  makabrycznej  wyobraź- 

ni:  umierający  ludzie  na  ulicach,  działania  wojenne,  nieustanne  ekshumacje  na 
cmentarzach,  różne  obyczaje  pochówku  bądź  przechowywania  zwłok,  pustelnicz- 
ki  umierające  za  życia  w  domkach  przy  kaplicach  cmentarnych,  publiczna  kaźń 
ciała.  Le  Goff  puentuje  ten  świat:  „kończące  średniowiecze  potyka  się  o  trupa"

10

Lecz  znikomość  życia  i  nieuchronność  przemijania  zagęszczała  się  w  wyobraźni  lu- 
dowej  dzięki  przede  wszystkim  kazaniu  i  rozdawanej  podczas  mszy  kartce  ulotnej, 
na  której  metodą  drzeworytnicza  uzyskiwano  żywe  i  zmysłowe  przedstawienie 
śmierci,  nie  stroniące  od  przesadnej  teatralizacji,  której  zadaniem  było  ofiarowanie 
bogactwa  wymownych  znaków.  To  odkrycie  późnego  średniowiecza  -  drzeworyt, 
upowszechnia  motyw  śmierci  i  nadaje  mu  czytelną  i  obrazową  treść.  Wieki  średnie 
coraz  silniej  dążyły  do  obrazowości.  Najpierw  pojawiły  się  zwoje  zwane  exultetami 
iluminowane  w  XI  i  XII  wieku.  Podczas  mszy  chór  intonował  hymn  słowami 
„Exultet  iam  angelice  turba  caelorum",  a  diakon  rozwijał  gruby  rulon  pergaminu, 
na  którym  „zapisany  był  tekst  hymnu,  a  drugą  stronę  zdobiły  liczne  ilustracje,  któ- 
re  wierni  mogli  oglądać  werset  po  wersecie"".  Zamiłowanie  do  obrazowości  wzma- 
gało  się  również  dzięki  tzw.  żywym  obrazom,  misteriom,  dramatom  liturgicznym. 
Oczy  średniowiecznego  człowieka  chłonęły  prawdę  objawioną  i  prawdę  tego  świa- 
ta.  Ówczesny  melancholik  „swoje  współczucie  wyrażał  czynnie,  za  sprawą  szcze- 
gólnej  orkiestracji  śmierci.  Przed  katedrą  Nôtre-Dame  paryżanie  oglądali  srodze 

realistyczne  misteria  pasyjne,  aktora,  który  grał  Jezusa,  często  smagano  aż  do 

krwi"

12

.  Należy  bowiem  zbliżyć  się  do  ciała  Chrystusa,  aby  zobaczyć,  jakie  znaki 

są przekazywane. 

Pierwsze  plastyczne  przedstawienia  motywu  śmierci  pojawiają  się  na  freskach 

z  kościoła  opactwa  La  Chaise  Dieu  w  Owernii  (1390-1410).  W  1424  r.  temat  ten  jest 
treścią  malowidła  ściennego  w  krużgankach  cmentarza  Niewiniątek  w  Paryżu.  Na 
owym, zniszczonym w XVII wieku, malowidle śmierć, jeszcze jako śmierć własna 

C. Grinzburg, Ser i robaki, Warszawa 1989, s. 99. 

10  J. Le Goff, Kultura średniowiecznej Europy, Warszawa 1995, s. 361 
11  J. Heers, Święta głupców i karnawały, 
Warszawa 1995, s. 40. 
12  R. Sennett, Ciało i kamień. Człowiek i miasto cywilizacji Zachodu, 
Gdańsk 1996, s. 137. 

background image

 

- 4 2 -  

 

ludzi,  szczerzyła  zęby  do  przedstawicieli  różnych  stanów  i  wzywała  ich  aby  towa- 
rzyszyli  jej  w  śmiertelnym  tańcu.  W  1449  roku  książę  Burgundzki  każe  wystawić 
w  swym  pałacu  w  Brugge  spektakl  Tańca  Śmierci.  W  1485  roku  Guyot  Marchant 

ozdabia  drzeworytami  pierwsze  wydanie  La  Danse  macabre

13

.  Wszędzie  prócz  mo- 

tywu  śmierci  pojawia  się  także  motyw  tańca.  To  jeden  z  wielu  niewiadomych  ele- 
mentów  gry  średniowiecznej  wyobraźni,  posiadający  wiele  źródeł  swej  kulturowej 
obecności. 

Taniec  był  fizyczną  ekspresją  ludu,  ciemną  stroną  ludzkiej  zmysłowości.  Jedy- 

nie  w  tańcu  zmysł  dotyku  i  ruchu  mógł  publicznie  stać  się  źródłem  doznania.  Tań- 
czono  wszędzie,  nie  szczędząc  miejsc  sakralnych,  jak  kościół  czy  cmentarz.  Tańczo- 

no  podczas  procesji  i  misteriów,  karnawałów  głupców  i  wszelkich  świąt.  Bodaj  naj- 

częściej  w  tańcu  trzymano  się  w  silnym  uścisku  za  ręce  i  tworzono  kręgi,  które  wi- 
rowały  w  szaleńczym  tempie,  dostarczając  tańczącym  zmysłowych  podniet.  Krąg 
tworzyli  wszyscy,  bez  względu  na  wiek  i  stan,  równi  w  rytmie  tańca.  Zabawy  te 
przetrwały  w  późniejszych  sabatach  wiedźm  i  czarownic,  w  których  to  „świętach  na 
opak"  uczestniczyli  członkowie  wszystkich  stanów,  czerpiąc  z  tańca  seksualną  pod- 
nietę,  łamiącą  wszelkie  społeczne  bariery.  Być  może  owa  równość  wobec  rytmu 
tańca,  równość  w  doznaniu  podniet  seksualnych  kojarzyła  się  z  równością  wszel- 
kich  stanów  wobec  śmierci.  Być  może  krąg  taneczny  odpowiadał  w  średniowiecz- 
nej  i  renesansowej  wyobraźni  kołu  fortuny,  które  przetaczało  się  przez  ludzki  ży- 
wot,  zaświadczając  o  kruchości  pozycji  społecznej  i  znikomości  doczesnych  dóbr. 
Przemijanie  winno  również  posiadać  swoją  zmysłową  dynamikę.  Być  może  to  wła- 
śnie taniec ją dostarczał. 

Pomimo  powszechności  tańca,  był  on  niemile  widziany  przez  kościelną  hierar- 

chię.  Taniec  nie  tylko  budził  mroczne  podniety,  które  trudno  było  oswoić  i  nad  ni- 
mi  zapanować,  ale  również  w  zabawach  karnawałowych  przedstawiał  „świat  na 
opak":  w  nich  każdy  żebrak  mógł  tańczyć  z  biskupem,  każdy  grzesznik  ze  świętym, 
każdy  plebejusz  ze  szlachcicem.  Taniec  budził  radość  i  śmiech,  dystansujący  do  sa- 
kralnego  porządku  doczesności.  Odwracał  porządek  rzeczy  i  parodiował  to,  co 
w  nim  uświęcone.  Pewnie  dlatego  Jean  Baptiste  Thiers  twierdził,  iż  Szatan,  „wielki 
mistrz 

wszelkiej 

niepowściągliwości",  na 

pokuszenie  podarował 

ludziom 

taniec. 

A  Jan  Chryzostom  przekonywał,  iż  Bóg  inny  cel  nadał  ludzkim  nogom:  nie  do  tań- 

ca,  lecz  do  skromnego  chodu

14

.  Plebejska  przewrotność  tańca  w  karnawale  głup- 

ców  posiada  tę  samą  siłę,  co  przewrotność  śmierci,  kwestionującej  w  sakralnym  ge- 
ście wszelkie wartości i dobra życia doczesnego. 

13 J. Huizinga, op. cit., s. 176. 
14 J. Heers, op. cit., 
s. 49. 

background image

 

- 4 3 -  

 

Lecz  tańce  zmarłych,  tańce  śmierci  nawiązywały  do  starego  obyczaju:  „z  całą 

pewnością  za  ich  pierwotne  źródło  należy  uznać  starodawny  obyczaj  tańczenia 
przy  grobach  bohaterów,  później  zaś  męczenników  w  rocznicę  ich  śmierci"'

5

.  Tań- 

czono  zataczając  nad  grobem  krąg  postaci  trzymających  się  za  dłonie.  Tradycyjne 
pogańskie  miejsca  pochówków  zakreślały  dwa  kręgi:  pierwszy,  wokół  samego  gro- 
bu  otulonego  kamieniami;  drugi,  wokół  całości  obramowanej  kamienną  granicą. 
Wydaje  się  więc,  że  przestrzeń  sakralnego  miejsca  wyznaczyła  przestrzeń  ekspresji 

tanecznej. 

Splata  się  taniec  ze  zwłokami  ludzkimi  w  bogatej  figurze  wyobraźni  -  w  La 

Danse  makabre.  Czy  jest  więc  zaskakujące,  że  znakiem  śmierci  staje  się  przedsta- 

wienie  szkieletu?  Przecież  ludzkie  kości,  uderzające  grozą  bieli,  to  jedyne,  co  z  czło- 
wieka  pozostanie,  gdy  rozkład  i  robactwo  dokończy  swego  dzieła.  A  poznać  śmierć 
i  odczuć  ją,  to  przede  wszystkim  ją  zobaczyć.  To  naoczne  świadectwo  marności 
ludzkiego  ciała,  które  rozpada  się  na  kości,  a  następnie  w  proch  się  obraca.  Pył 
ludzkich  szczątków  staje  się  kolejną  obsesją  zmysłową  późnego  średniowiecza.  A  te 
potwierdzają  niezwykle  przekonywująco  i  przejmująco,  iż  wobec  śmierci  każdy, 
niezależnie  od  majątku  i  pozycji  społecznej,  jest  równy  tak,  jak  równe  wobec  siebie 
są  szkielety  zmarłych,  jak  równe  są  wobec  siebie  ziarenka  pyłu.  Na  nagrobku  kar- 
dynała  Lagrange  z  1402  roku  widnieje  przedstawienie  rozkładających  się  zwłok 
oraz  napis:  „Jaki  masz  powód  do  dumy?  Jesteś  prochem  i  rychło  będziesz  podob- 
nym do mnie cuchnącym trupem, pokarmem robactwa". 

Jeszcze  w  połowie  XI  wieku  śmierć  w  sztuce  plastycznej  była  jedynie  zmarłym 

człowiekiem,  po  którym  nie  widać  ani  znamion  śmierci,  ani  rozkładu  zwłok.  Na 
miniaturze  w  rękopisie  Apokalipsy  z  St.-Sever,  zatytułowanej  Glos  drugiej  trąby 

anielskiej,  zmarli  leżą  w  bezkształtnych  pozach,  z  rozrzuconymi  nienaturalnie  ra- 

mionami  i  nogami,  z  otwartymi  (może  z  przerażenia)  ustami  i  zamkniętymi  powie- 
kami  (wyglądają  jak  oślepli  śmiercią).  W  1493  roku  Michael  Wolgemut  ilustruje 

drzeworytami  Liber  cronicarum  Hartmanna  Schedelsa.  Na  jednym  z  nich  (Taniec 

szkieletów)  widzimy  taneczny  krąg  szkieletów  trzymających  się  za  dłonie  (rye.  I)

16

Nie  są  to  jednak  „czyste"  szkielety.  Każda  z  pięciu  postaci  drzeworytu  przedstawia 
sobą  inny  stopień  rozkładu  zwłok:  gnijąca  skóra  zachowana  jest  na  różnych  czę- 
ściach  ciała;  także  włosy  u  jednych  postaci  są  szczątkowe,  u  innych  nawet  bujne; 
z  otwartych  wnętrzności  wydobywają  się  jelita;  ciało  leżącego  trupa  (być  może  do- 
piero  powstającego  z  grobu  na  głos  tańca  i  muzyki  -  jeden  ze  szkieletów  gra  na  in- 

strumencie) 

toczone 

jest 

przez 

robactwo,  symbolicznie  przedstawione  przez  małe 

węże. 

15  J. Heers, op. cit., s. 119. 
16  Kserokopie rycin ze zbiorów własnych. 

background image

 

- 4 4 -  

 

Rye. 
1. 

Na  drzeworycie  (bez  tytułu)  Albrechta  Durera  z  1510  roku  widzimy  już  jedne- 

go  trupa  symbolizującego  śmierć,  którego  ciało  gnije  odpadającymi  płatami  skóry, 
obnażając  rozkład  wewnętrznych  organów.  Śmierć  niesie  w  dłoni  klepsydrę  i  poka- 
zuje  lancknechtowi  jego  upływający  czas  życia.  Nie  oszczędza  nawet  władców  tego 
świata:  Hans  Holbein  Młodszy  unaocznia  Śmierć  w  szacie  błazna,  podskakującą 
w  błazeńskim  tańcu  i  uporczywie  przeciągającą  królową  na  swoją  stronę  zaświatów 
(Taniec  śmierci,  1540).  Na  miedziorycie  Heinricha  Aldegrevera  Śmierć  i  biskup, 
jednym  z  serii  ośmiu  miedziorytów  pt.  Potęga  Śmierci  z  1541  roku,  zwłoki  ulegają- 
ce  rozkładowi,  z  wielką  klepsydrą  w  dłoni,  w  tanecznym  kroku  uprowadzają  bisku- 
pa  (ryc.  2).  Ani  potęga  władzy  w  życiu  doczesnym,  ani  potęga  urody,  ani  potęga 
miłości  nie  może  oprzeć  się  władzy  śmierci.  Śmierć  przychodzi  po  wszystkich,  rów- 
nież  po  piękne  kobiety,  manifestując  przerażający  w  wyglądzie  koniec  ludzkiego 
nie tylko żywota, ale także ciała. Widzimy to na miedziorycie Monogrammiste 

background image

 

- 4 5 -  

  

Rye. 
2. 

Mort  alia  facta  peribunt  z  po- 

czątku  XVI  wieku,  na  którym 
niezwykłej  urody  kobieta  podzi- 

wia  w  lustrze  odbicie  swego  na- 

giego  ciała,  a  z  kąta  pomiesz- 
czenia  wychyla  się  jej  własna 
śmierć.  Na  miedziorycie  Hansa 

Selbalda  Behama  Śmierć  i  śpią- 

ca  kobieta  z  1548  roku  nawet 

piękno  nagiej  kobiety  nie  jest 

stanie 

zawładnąć 

śmiercią, 

może 

już 

Śmiercią, 

która 

skrada  się  nocną  porą  jak  ko- 
chanek,  choć  pała  jedynie  żądzą 

zniszczenia  urody  w  trupim  roz- 

kładzie  ciała  (ryc.  3).  Również 
na 

drzeworycie 

tegoż 

samego 

autora 

Godzina 

śmierci 

albo 

śmierć  i  para  kochanków  z  1522 
roku  Śmierć  przybywa  do  łoża 
miłosnej 

uciechy. 

Przerażona 

kobieta 

wygląda 

przez 

okno, 

a    jej      kochanek    ze    szpadą 

Ryc. 
3. 

background image

 

- 4 6 -  

 

 

w  dłoni  leży  martwy,  bezbronny 

w  swym  kunszcie  rycerskim  wo- 

bec nieubłaganego końca. 

Motyw 

Tańca 

Śmierci 

krzepnie  w  ludzkiej  wyobraźni 

codziennej  i  artystycznej.  A  jed- 

nak  taniec  wielu  szkieletów  co- 
raz 

wyraźniej 

ustępuje 

jednej 

postaci, 

spersonifikowanej 

Śmierci,  która  prowadzi  swych 
wybrańców  w  zaświaty.  Prowa- 
dzi  nie  zważając  na  pozycję 
społeczną, 

urodę, 

męstwo 

ani 

na  wiedzę  lekarską.  Na  drzewo- 

rycie 

Hansa 

Holbeina 

Medice, 

cura  te  ipsum  z  1554  roku  (ryc. 

4)  widzimy  Śmierć  wraz  ze  star- 
cem  w  domu  medyka.  Ów,  ode- 

rwany 

od 

lektury 

medycznej 

księgi, ogląda niesione przez 

Ryc. 4.

 

Śmierć szklane naczynie, w któ- 

rym 

prawdopodobnie 

znajduje 

się  mocz  chorego.  Lecz  Śmierć  nie  towarzyszy  choremu  u  medyka  po  to,  aby  zna- 
lazł  on  uzdrawiającą  pomoc,  ale  przyprowadza  go  po  to,  aby  medyk  potwierdził  je- 
dynie  oznaki  śmierci  chorego.  Drzeworyt  ten  znajdował  się  w  księdze  53  innych 
pod  znamiennym  tytułem  Icônes  mortis.  Motyw  ten  pojawił  się  również  na  począt- 
ku  XVI  wieku  na  ściennym  obrazie  klasztoru  w  Bernie.  Na  tym  przedstawieniu, 

autorstwa  Niklausa  Manuela,  Śmierć  z  otwartą  paszczą  jak  dzikie  zwierzę  chwyta 

medyka  za  ramię  i  piszczelą  niszczy  pojemnik  szklany,  w  którym  znajdował  się 
oglądany  przez  medyka  mocz  umierającego.  Bezbronność  lekarza  wobec  śmierci 
ujawnia  się  nawet  w  niewiedzy  oznak  nadchodzącej  śmierci.  Dopisane  przez  mala- 
rza  słowa  są  niezwykle  czytelne:  „Lekarze,  jaki  by  się  wam  nie  należał  szacunek,  to 
jednak  śmierć  tego  nie  uznaje.  Jej  niewidzialna  ręka  nie  przepuści  nikomu,  którego 
żywot jest przesądzony"

17

17 Kronika medycyny, Warszawa 1994, s. 136. 

background image

 

 

2. Erozja motywu Tańca Śmierci. 

 

Jeszcze  w  XVII  wieku  nieznany  niemiecki  twórca  przedstawia  na  miedziorytach 

klasyczny  Taniec  Śmierci:  kobiety  na  przemian  ze  szkieletami,  trzymając  się  za  dło- 
nie,  tańczą  w  kręgu  wokół  zmarłego  leżącego  w  trumnie.  Miedzioryt  okraszony  jest 
motywami  związanymi  z  grzechem  pierworodnym  Adama  i  Ewy,  śmiercią  Chry- 
stusa  na  krzyżu  i  (prawdopodobnie)  zapowiedzią  sądu  ostatecznego.  Główny  plan 
otaczają  sportretowani  wraz  ze  Śmiercią  przedstawiciele  różnych  stanów  w  naj- 
przeróżniejszych 

krokach 

tanecznych. 

Całości 

patronuje 

symbolika 

upływającego 

czasu  z  zegarem  i  klepsydrą.  Jednak  kolejne  wieki  oferują  plastyczne  przedstawie- 
nie  Śmierci  już  nie  na  usługach  ludowej  wyobraźni,  lecz  jako  grę  wyobraźni  arty- 
stycznej,  w  której  wątki  i  motywy  oraz  symboliczne  rekwizyty  przeplatają  się,  za- 
łamując  dawniejszą  spoistość  przedstawienia.  Ono  powoli  ogałacane  jest  także 
z  makabrycznych  akcesoriów  zmysłowości:  pierzcha  obraz  rozkładu  ciała  i  we- 
wnętrznych  organów,  w  niepamięci  kryje  się  żarłoczne  robactwo,  a  swoista  „orkie- 
stracja" śmierci chyli się zazwyczaj do jednego gestu. 

U  Rembrandta  Śmierć  jest  żebrakiem,  który  pokazuje  miłosnej  parze  klepsydrę 

z  upływającym  czasem,  żebrząc  o  ich  życie  {Kochankowie  i  śmierć,  1639),  u  Schel- 

lenberga  {Zniszczona  miłość,  1785)  Śmierć  zarzuca  sieć  na  baraszkującą  w  trawie 

parę  kochanków;  u  Chodowieckiego  {Dziecko  z  serii  Totentanz,  1791)  Śmierć  ze 
skrzydłami  porywa  z  kolebki  dziecko  w  obecności  śpiącej  matki,  porażonej  bólem 
cierpiącego  maleństwa.  U  Rethela  Śmierć  grająca  na  piszczeli  przygrywa  umiera- 
jącym  i  przerażonym  ludziom  na  balu  maskowym  podczas  pierwszych  oznak  epi- 
demii  cholery  na  przełomie  1847  i  1848  roku  w  Paryżu  {Śmierć-  dusiciel,  1851); 
u  Klingera  Śmierć  w  dzikiej  żądzy  kolumną  zabija  stłoczonych  ludzi  {Trzeciaprzy- 
szłość,  
1880);  u  Muncha  Śmierć  jest  kochankiem  zmysłowo  obejmującym  nagą  ko- 
bietę;  na  obrazie  Waltera  Crane'a  Śmierć-żniwiarz  (1900-1909)  olbrzymia  ludzka 
postać  z  czarnymi  skrzydłami  kosą  zamierza  się  na  drobne  istoty  ludzkie  przemy- 
kające  w  źdźbłach  trawy;  u  Kubina  jawi  się  jako  zmora  przemieszczająca  się  po  wy- 
marłym  na  skutek  działań  wojennych  mieście  {Stracone  miasto,  1916).  Coraz  silniej 
pojawiają  się  w  sztuce  obce  Tańcowi  Śmierci  elementy  symboliczne  i  wątki  wyobra- 
żeniowe:  na  obrazie  Gustave  Doré  Życie  i  Śmierć  grają  w  kości  (1898)  na  okręcie 
klęcząca  kobieta  przygląda  się  rzuconym  przez  siebie  kościom,  a  stojąca  pewnie 
Śmierć  w  szacie  z  kapturem  o  trupiej  czaszce  szykuje  się  do  bodaj  zwycięskiego 

rzutu.  Renesansowo-oświeceniowy  motyw  paktu,  zakładu  i  gry  ze  Śmiercią  zastę- 

puje  taniec  z  Nią,  świadcząc  o  tym,  iż  śmiertelny  wyrok  może  być  odwołany,  prze- 
łożony bądź oddalony w czasie. 

Artystyczna  wyobraźnia  nie  jest  wolna  od  cywilizacyjnych  przemian:  nie  tylko 

historyczne zdarzenia przeobrażają sacrum, naznaczając ją stygmatami przeraża- 

background image

 

- 4 8 -  

 

 

jącej  codzienności  wojny  czy  re- 
wolucji,  ale  również  przemiany 
społeczne 

odciskają 

piętno 

na 

kulturowej 

ilustracji 

Śmierci. 

Na  rycinie  Emila  Nolde'a  Cho- 

ry,  lekarz,  śmierć  i  diabeł  (1911) 
widzimy 

umierającego, 

Śmierć 

oraz  diabła,  jakby  paktujących 

z  lekarzem  o  pacjenta  (ryc.  5). 

W  świat  sacrum  wchodzi  lekarz 
jako  jedyna  postać  życia  co- 
dziennego, 

która 

potrafi 

zmie- 

rzyć  się  z  potęgą  Śmierci  bądź 
rości  sobie  do  tego  pretensje. 

Jest 

to 

istotny 

kulturowy 

sy- 

gnał,  że  tradycyjnie  rozumiane 
sacrum  rozpada  się,  profanując 
się  w  roli  zawodowej  lekarza. 
Wiele lat później wzmocni ów 

Ryc 5.

 

sygnał Andreas Paul Weber 

grafice 

Im 

guten 

Glauben 

(1956/58),  na  której  lekarz  z  oślim  łbem,  okularami  i  strzykawką  założoną  na  ra- 
mię  jak  broń,  trzymaną  rękoma  zakończonymi  kopytami,  stoi  na  księgach  medycz- 
nych,  a  wokół  niego  w  tanecznym  kręgu  poruszają  się  uniesione  nad  księgami, 
u  stóp  lekarza,  drobne,  rozradowane  makabryczną  zabawą  szkielety  (ryc.  6).  To  le- 
karz  współcześnie  dysponuje  atrybutami  Śmierci  i  może  ją  zadawać  nawet  w  dobrej 

wierze,  w  przekonaniu,  które  obce  było  dawnej  Śmierci.  Erozja  tradycyjnego  mo- 

tywu  jest  tutaj  znamienna:  1)  to  nie  Śmierć  jest  podmiotem  zdarzeń,  lecz  lekarz;  2) 
to  lekarz  włada  mocą  panowania  nad  ludzkim  życiem,  a  nie  Śmierć;  3)  Ona  jest  na 
usługach lekarza, a nie on Nią zniewolony i zaświadczający jedynie o Jej nadejściu. 

Dawne  wyobrażenie  rozpadło  się  pod  naporem  naukowo-technologicznych  prze- 

mian  i  stało  się  w  swych  symbolicznych  rudymentach  jedynie  makabrycznym  określe- 
niem  codzienności.  Przemijanie,  rozkład  ciała  i  znikomość  doczesności  przestały  być 
eksponowane  w  wyobraźni  człowieka  jako  atrybuty  obecności  sacrum  w  życiu  codzien- 
nym.  Jeśli  więc  ma  miejsce  Taniec  Śmierci,  to,  jak  w  innej  grafice  Webera  -  Intensivsta- 

tion,  jest  to  makabryczny  taniec  lekarzy,  reanimujących  w  dzikiej  żądzy  panowania  nad 

życiem, resztki człowieka, w których tli się jeszcze niechybnie gasnące już życie. 

Jakie  są  przyczyny  rozpadu  tak  silnej  i  przez  wieki  panującej  figury  wyobraźni, 

jaką był Taniec Śmierci? Wydaje się, że istnieją dwie istotne: pierwsza związana jest 

background image

 

- 4 9 -  

 

Ryc. 
6. 

przemianami 

obyczajowymi, 

które  odsuwają  z  doznania  zmy- 
słowego 

umieranie 

człowieka, 

jego  śmierć  i  martwe  ciało,  osła- 
biając  i  opróżniając  z  treści  zmy- 
słowych 

ludzką 

wyobraźnię 

„Obraz  śmierci  zmniejsza  się  jak 
zamykająca  się  przesłona  apara- 

tu 

fotograficznego"

18

natomiast 

druga  wiąże  się  ze  zjawiskiem 

wkraczania 

dyskursu 

naukowe- 

go  i  technologii  w  świat  ludzkiej 
wyobraźni  i  obyczaju,  zwanym 
medykalizacją śmierci. 

Postęp 

cywilizacyjny 

czyni 

dotychczasową 

makabryczną 

codzienność  życiem  coraz  bar- 
dziej 

wygodnym, 

którym 

uczestniczą 

masy 

społeczne, 

a  nie  ekonomicznie  i  politycznie 

uprzywilejowane 

warstwy. 

Re- 

zultatem  tego  postępu  jest  sa- 
kralizacja codzienności, która 
odwraca 

porządek 

ideologiczny 

zaszczepiony  kulturze  przez  późne  średniowiecze:  życie  codzienne  nosi  w  sobie 
wartość  samo  dla  siebie;  przemijanie  żywota  ludzkiego  nie  jest  ani  nagłe,  ani  nie- 
odgadnione,  a  jego  tempo  można  spowolnić,  czas  -  wydłużyć;  choroby,  ból  i  cier- 
pienie  mają  swoje  przyczyny,  które  można  usunąć  -  nie  należą  już  do  palety  mani- 
festacji  sacrum;  motywy  działań  ludzi  wyznaczone  są  przez  społeczny  podział  pra- 
cy,  a  nie  przez  tradycyjny  porządek  uświęcony  wyobrażeniem  religijnym.  Negaty- 
wem  tej  tendencji  jest  profanacja  sacrum,  która  znamienna  jest  we  wspomnianej 
medykalizacji  śmierci,  gdzie  atrybuty  świata  ponadzmysłowego  przejmowane  są 
przez reprezentantów określonych ról społecznych, w tym przypadku - lekarza. 

Od  XVIII  wieku  rośnie  powszechne  przekonanie  o  tym,  iż  choroba  nie  jest  za- 

powiedzią  śmierci,  lecz  motywacją  do  poszukiwania  uzdrawiającej  interwencji  me- 
dycznej.  Leczenie  przywraca  zdrowie,  a  jednocześnie  niweczy  wyobrażeniowe  wię- 
zy choroby ze światem sakralnym, z którego pochodziła czy jako kara, czy jako ko- 

18 Ph. Aries, Śmierć odwrócona, (w:) Antrolpologia śmierci. Myśl francuska, Warszawa 1993, s. 258. 

background image

 

- 5 0 -  

 

lejna  próba  czystości  moralnej,  poświadczająca  o  znikomości  doczesnego  życia. 
Zmienia  się  pozycja  lekarza  i  przeobrażają  się  tradycyjne  obyczaje  oswajające  cho- 
robę,  umieranie  i  śmierć.  Lekarz  z  tradycyjnie  określonej  pozycji  osoby,  która  słu- 
ży  pomocą  przy  umieraniu,  wkracza  w  sakralną  relację  chory  -  ksiądz  i  zastępuje 
ją  relacją  codzienności  lekarz  -  pacjent.  Lekarz,  który  od  połowy  XIX  wieku  sta- 
nie  się  również  osobą  ukrywającą  śmierć  i  w  XX  wieku  osobą  będącą  ostoją  śmier- 
ci  dyskretnej,  uzbrojony  jest  w  naukę  i  technologię  medyczną,  która  może  odwró- 
cić  los,  czyli  cofnąć  zmiany  patologiczne  organizmu,  „wygrywając"  z  tradycyjną 
Śmiercią  walkę  o  ciało  człowieka.  Przejmuje  zatem  te  insygnia,  jakie  dotychczas 
przynależne  były  jedynie  sacrum,  reprezentowane  w  doczesności  przez  równie  bez- 

bronnego wobec niego i także nim onieśmielonego księdza. 

Medycyna 

jest 

wyrazem 

tendencji 

związanych 

postępem 

cywilizacyjnym, 

a  jednocześnie  sama  kształtuje  obyczajowość  współczesnej  codzienności,  rozkłada- 
jąc  dawny  już  świat  wyobraźni  i  towarzyszące  jej  obyczaje,  zwyczaje,  emocje  i  ge- 
sty.  Szpital  staje  się  nie  tylko  miejscem  efektywnych  działań  leczniczych,  ale  rów- 
nież  miejscem  umierania.  Interwencje  medyczne  są  skuteczne  w  przeciwdziałaniom 
następstw  dotąd  nieuleczalnych  chorób,  które  nieodłącznie  wiązano  z  aktywnością 
sacrum.  Medyczne  sukcesy  terapeutyczne  są  też  zapowiedzią  sukcesów  w  przyszło- 
ści  w  leczeniu  pacjentów  chorych  dziś  nieuleczalnie.  Medycyna  wydłuża  ludzkie  ży- 
cie,  definiuje  śmierć,  relatywizując  ją  w  zmiennym  repertuarze  oznak  i  podziałów 

na  etapy  i  rodzaje.  Technologia  medyczna  umożliwia  to,  co  kiedyś  było  jedynie  ele- 

mentem 

fantastycznych 

skojarzeń 

wyobraźni: 

podtrzymywanie 

życia 

ciała 

po 

śmierci  pacjenta,  transplantacje,  w  szczególności  post  mortem.  Medycyna  jako  in- 
stytucja  zawłaszcza  zwłoki  ludzkie  i  dysponuje  prawem  do  ich  użytku.  Śmierć  co- 
raz  bardziej  jest  rozumiana  jako  słabość  medycyny,  a  jej  obecność  spacyfikowana 
jest  działaniami  instytucji,  oddalającymi  ją  od  powszednich  ludzkich  zabiegów. 
Nie  ma  już  miejsca  na  sacrum,  które  wpisałoby  śmierć  w  strukturę  mitologiczną 
czy  religijną.  Nie  paktuje  się  o  życie  ze  Śmiercią,  ani  z  inną  postacią  świata  sakral- 
nego,  lecz  z  lekarzem,  firmami  ubezpieczeniowymi,  sędzią  i  instytucjami  medycz- 

nymi. 

Współczesne 

obyczaje 

aktywność 

społeczna 

medycyny 

usuwa 

umieranie 

i  śmierć,  a  przede  wszystkim  martwe  ciało  z  kręgu  społecznych  przedmiotów  do- 
znań  zmysłu  wzroku.  Nie  doznając  ich,  nie  nosimy  w  sobie  tych  jakości  zmysło- 
wych,  które  mogą  być  pożywką  dla  wyobraźni.  Obserwujemy  jedynie  rudy  men  ty 

dawnych 

obyczajów, 

które  są  świadectwem  erozji  tradycyjnej  formy  wyobraźni 

śmierci.  Taniec  Śmierci  nie  kojarzy  się  nam  dzisiaj  z  żadnym  wyobrażeniem,  a  do 
tradycyjnego  posiadamy  tak  daleki  dystans,  iż  staje  się  ono  niezrozumiałe,  a  nawet 
kłopotliwie  śmieszne.  Jego  elementy  są  szklanymi  paciorkami,  które  nawlekamy  na 
nasze lęki - są grą wyobraźni, która nie obliguje nas jednak do ufności w jej rezul- 

background image

 

 

tat. 

Wyobrażenie  śmierci  traci  swoją  obiektywność  i  powszechność.  Interesującą 

diagnozę  słabnącej  wyobraźni  sformułował  Stanisław  Cichowicz:  „Wobec  śmierci 
człowiek  rozporządza  obrazem  bez  przedmiotu  -  ów  przedmiot  przez  wzgląd  na 
człowieka,  którym  pewnego  dnia  sam  rozporządzi,  jest  z  kolei  bez  obrazu.  Idea 
śmierci  posiada  własne  ideatum,  lecz  nie  jest  ono  w  niej  przedstawione.  Pusta  idea 
wchłonie  w  siebie  wszystko,  wszystko  może  poddawać  się  ślepej  idei  za  jej  przed- 

miot"

19

Taniec  Śmierci  jako  wielowiekowa  figura  kulturowej  wyobraźni  zamiera  wraz 

ze  zmysłowością  współczesnej  wyobraźni  tam,  gdzie  nauka  i  wiedza  proponuje 
własne  figury  rozumienia  i  odczuwania  świata  człowieka./Dziś  możemy  powie- 
dzieć,  że  zbliżamy  się  do  czasu,  w  którym  po  motywie  Tańca  Śmierci  pozostanie  je- 
dynie  nazwa.  Zbyt  często  jednak  desakralizujące  tendencje  współczesnej  kultury 
wywołują  nostalgiczną  krytykę,  w  której  lekarza  wraz  z  jego  działaniami  realizują- 
cymi  potrzeby,  nadzieje  i  pragnienia  chorych  obarcza  się  odpowiedzialnością  za 
utratę  powszechnych  dawniej  wyobrażeń  oraz  demonizuje  jego  wiedzę  medyczną 
i  umiejętności  lekarskie.  W  tej  popędliwej  nostalgii  za  tym,  co  minione,  sztuka  le- 
czenia  jawi  się  jako  tajemna  sztuka  zadawania  bólu,  cierpienia  i  śmierci.  Zanikanie 
motywu  Tańca  Śmierci  i  innych  figur  przeszłej  wyobraźni  nie  jest  bowiem  sympto- 

mem  erozji  samej  kultury,  która  wyzwala  jedynie  drzemiące  w  jej  porach  demony 

współczesności  -  każde  czasy  mają  własne  demony.  Czy  można  bowiem  nazwać 
erozją  kultury  tendencje,  jakie  przynoszą  powszechną  i  racjonalną  praktykę  dba- 
łości  o  zdrowie  i  życie?  Czy  nie  warto  zapłacić  cenę  śmierci  wyobraźni  za  życie  po- 
koleń?  Nostalgia  za  minionym  sacrum  jest  przecież  złudna:  usilnie  pragnie  zapo- 
mnieć  o  profanum,  które  wyniosło  dawne  wyobrażenia  do  sfery  świętości.  A  prze- 
cież  zanik  motywu  Tańca  Śmierci  jest  przede  wszystkim  potwierdzeniem  historycz- 
nej śmierci dawnego profanum. 

19 St. Cichowicz, Śmierć: gwałt na idei lub reakcja życia. Wstęp, (w:) Antropolgia śmierci, op. cit., 

s. 19. 

background image

 

- 5 2 -  

 

Bogdan Rok 

Problem cierpienia w chorobie 

w dziejach staropolskiego społeczeństwa 

Cierpienie  wypływa  z  ograniczoności  naszego  organizmu  i  jest  stałym  komponen- 

tem  naszego  istnienia  w  rzeczywistości  ziemskiej.  Jest  to  niedomaganie  naszej  struk- 
tury  fizycznej  wywołane  bólem  fizycznym  albo  psychicznym.  Najczęściej  wynika  ono 
z  choroby.  Z  punktu  widzenia  nauki  psychologii  określamy  je  mianem  stanu  psy- 
chicznego.  W  rozważaniach  nad  dziejami  cierpienia  w  czasach  nowożytnych  nasze- 
go  kręgu  cywilizacji  należy  od  razu  wskazać  na  możliwość  jego  pokonywania  przez 
kształtowanie  cierpliwości.  Cierpliwość  jest  bowiem  rodzajem  sprawności  naszego 
organizmu,  a  jednocześnie  cnotą,  dzięki  której  możliwe  jest  znoszenie  przykrych  sta- 
nów  psychicznych  wywoływanych  przede  wszystkim  przez  chorobę.  Z  ustaleń  współ- 

czesnej  psychologii  wiemy,  że  cierpienie,  a  raczej  stopień  jego  odczuwania,  uwarun- 

kowane  jest  odpowiednimi  dyspozycjami  uczuciowymi  jednostki.  Podobnie  kształto- 
wanie  cierpliwości  warunkuje  struktura  jednostki  ludzkiej.  Na  cierpienie  i  cierpli- 
wość  wpływają  jednocześnie  uzależnienia  wynikające  z  wartości  prezentowanych 
przez  określoną  kulturę.  W  naszych  rozważaniach  rozpatrywać  będziemy  problemy 
cierpienia  i  cierpliwości  z  punku  widzenia  wartości  chrześcijańskich.  One  bowiem 
kształtowały  życie  naszych  przodków.  Trzeba  więc  jeszcze  dodać  dla  pewnego  upo- 
rządkowania  podstawowych  pojęć,  że  przytoczone  powyżej  pojęcie  cnoty  -  to  moral- 
nie  uporządkowana  postawa  do  realizowania  czynów  dobrych  w  określonej  dziedzi- 
nie ludzkiego działania; jest ona komponentem osobowości człowieka. 

Cywilizacja  chrześcijańska  bardzo  wcześnie  zwróciła  uwagę  na  człowieka  cier- 

piącego  w  chorobie.  Chrześcijaństwo  propagując  ideę  miłości  bliźniego  już  od  IV 
w.  zaczyna  organizować  domy  dla  potrzebujących  wsparcia,  jak  też  dla  ludzi  cier- 
piących  w  chorobie.  Nazywano  je  Domami  Bożymi  (Domus  Dei,  po  francusku 
Hôtel-Dieu).  Znajdowali  tu  schronienie  między  innymi  cierpiący  w  chorobie,  obok 
ludzi  ubogich,  starych  i  pielgrzymów.  W  początku  VI  w.  Reguła  Św.  Benedykta 

(480-547)  określiła  znaczenie  opieki  nad  ubogimi,  pielgrzymami  i  chorymi  jako 

ważny obowiązek zakonników. „Chorymi należy się opiekować przede wszystkim" 

background image

 

- 5 3 -  

 

{Infirmorum  cura  ante  omnia  adhibenda  est).  Jest  to  jedna  z  wielkich  idei  wywodzą- 

ca się od obecnego chrześcijańskiego patrona Europy, św. Benedykta

1

Nowy,  nowożytny  wymiar  tej  idei  nadał  Sobór  Trydencki  w  XVI  w.  W  postano- 

wieniach  soborowych  zwrócono  bowiem  uwagę  na  konieczność  obowiązkowego 

stworzenia  instytucjonalnych  podstaw  opieki  nad  chorymi  i  cierpiącymi,  w  posta- 

ci szpitali organizowanych przez poszczególne parafie. 

Problemami  szpitali  zajęły  się  następnie  posoborowe  synody  prowincjonalne 

i  diecezjalne.  Trzeba  się  przy  tym  odwołać  przede  wszystkim  do  synodu  prowincjo- 

nalnego  biskupa  mediolańskiego  św.  Karola  Boromeusza  z  1565  r.  Był  to  bowiem 

prototypowy  pod  każdym  względem  synod

2

.  Nawiązywać  będą  do  niego  inne  syno- 

dy,  między  innymi  odbywające  się  w  diecezjach  dawnej  Rzeczypospolitej.  We 

wszystkich  tego  typu  zgromadzeniach  kleru  zalecono  troskę  o  szpitale  i  inne  miej- 

sca  przeznaczone  dla  chorych,  starców,  ubogich  i  podróżnych.  Uchwalane  dekrety 
synodalne  zawierały  zazwyczaj  dwa  paragrafy  dotyczące  opieki  nad  chorymi: 
pierwszy  ogólny  „De  hospitalibus"  i  drugi  specjalny  paragraf  dotyczący  tylko  stanu 

duchownego  „Hospitale  pro  sacerdotibus  infirmis".  W  dekretach  synodalnych  po- 

średnio zawsze zwracano uwagę na niesienie ulgi w cierpieniu chorujących

3

Pozostając  w  kręgu  działania  administracyjnego  Kościoła  w  sprawach  opieki 

nad  chorymi  trzeba  wskazać,  że  idea  pomocy  cierpiącym  w  chorobie  znajdowała 

także  odbicie  w  postanowieniach  dotyczących  organizacji  życia  zakonnego.  Dla 
przykładu  należy  się  odwołać  do  konstytucji  Zakonu  Kaznodziejskiego.  Czytamy 
w  nich  między  innymi:  „Niech  przeor  strzeże  się  aby  nie  zaniedbał  chorych.  Zgod- 
nie  z  Regułą  Św.  Augustyna,  chory  może  jeść  mięso  tylko  wtedy  jeżeli  to  ułatwi 
[przyspieszy]  powrót  do  zdrowia.  Miejscem  pielęgnacji  wszystkich  chorych  jest  in- 
firmeria.  Jeżeli  bracia  zapadli  na  trąd  to  należy  ich  umieścić  w  oddzielnym  po- 

mieszczeniu jednak na terenie klasztoru"

4

. Troska o chorych zakonników i o orga- 

1  Glemma, Z dziejów miłosierdzia chrześcijańskiego w Polsce, Kraków 1947, s. 25-26. 
2  W.  Góralski,  Reforma  trydencka  w  diecezji  i  prowincji  kościelnej  mediolańskiej  w  świetle  pierwszych 

synodów kard. Karola Boromeusza, Lublin 1988, s. 358- 362. 

3  Przegląd  ustawodawstwa  kościelnego  w  Polsce  w  sprawie  ubogich  i  szpitali  dają  L.  J[anczak],  A.  

Z[aremba]  (w:)  Encyklopedii  kościelnej  M.  Nowodworskiego,  t.  28,  Warszawa  1905,  s.  5-68.  Por. 
też:  W.  Męczkowski,  Szpitale  dawnej  Rzeczypospolitej  w  uchwałach  synodów  polskich,  
„Archiwum 
Historii  i  Filozofii  Medycyny",  R.  15,  (1935),  s.  70-95;  Z.  Podgórska-Klawe,  Od  hospicjum  do 
współczesnego  szpitala.  Rozwój  historyczny  problematyki  szpitalnej  w  Polsce  do  końca  XIX  wieku, 
Wrocław  1981;  J.  Sawicki,  Concilia  Poloniae.  Źródła  i  studia  krytyczne,  Warszawa-Wroclaw  1948- 
1957,  t.  10;  I.  Subera,  Synody  prowincjonalne  arcybiskupów  gnieźnieńskich.  Wybór  tekstów  ze  zbio- 
ru Jana Wężyka z R. 1761, 
Warszawa 1981. 

4  B.  Regula,  Augustini  episcopi  et  constiutiones  fratrum  Ordinis  Praedicaorum  cum aliis  ut  in  sequen- 

tipagina  cum  licentia  superiorum,  Barcinone  1620,  k.  32  i  nn.  oraz  34  i  nn.  De  infirmis.  De  minu- 
tione.;  Regula  S.  Augustini  et  constitutiones  FF.  Ordinis  Praedicatorum  nunc  recenter  reimpressae 
jussu  R.  Paris  Antonini  Cloche,  ejusdem  Ordinis  magistri  generalis,  
Romae  1690,  s.  54  i  nn  oraz  57 
i nn. De infirmis i De minutione.
 

background image

 

- 5 4 -  

 

nizowanie infirmerii znana jest także z ustaleń reguł innych zakonów. 

W  okresie  potrydenckim  w  dawnej  Rzeczypospolitej  problem  szpitali  i  ludzi 

chorych  najszerzej  potraktowano  w  słynnym  liście  pasterskim  Bernarda  Maciejow- 

skiego  (1548-1608)

5

  z  1601  r.  -  w  tzw.  Pastoralnej.  Problematykę  tę  pomieścił  w  roz- 

dziale  21  swego  listu  i  zatytułował  „De  cura  et  administratione  Hospitalium".  Bi- 
skup  krakowski,  a  potem  arcybiskup  gnieźnieński,  wskazywał  przede  wszystkim 

na  sprawne  administracyjne  działanie  systemu  opieki  parafialnej  w  formie  szpita- 

li.  W  Pastoralnej  odnajdujemy  także  i  pouczenia  duszpasterskie  w  sprawie  kształ- 

towania  w  cierpiących  chorych  cnoty  cierpliwości.  Warto  przytoczyć  odpowiedni 
cytat  z  tego  dokumentu  zwracający  uwagę  na  rolę  duszpasterzy  w  podległych  im 
szpitalach  wobec  chorych:  „Aby  zaś,  gdy  się  leczy  ciała,  dusze  nie  były  zaniedby- 
wane,  powinien  proboszcz  lub  osobny  kapelan  napominać  ich  do  cierpliwości  i  po- 
uczać  o  rzeczach  potrzebnych  do  zbawienia.  Powinni  się  modlić  regularnie  i  przy- 
najmniej  raz  na  miesiąc  po  uprzedniej  Spowiedzi  przystępować  do  Komunii  Św.". 
Pocieszenia  duszpasterskie,  zachęta  do  modlitwy,  a  dodatkowo  udział  w  sakramen- 
cie  Komunii  Św.  były  ważnym  elementem  pomocy  duchowej  chorym.  Nakazane 

działania 

duszpasterskie  słynnego  biskupa  Maciejowskiego  w  szpitalach  wskazują 

na  wielką  troskę  Kościoła  katolickiego  o  cierpiących.  Rozbudowaną  sieć  szpitali 
parafialnych  z  odpowiednią  opieką  duszpasterską  ocenić  należy  bardzo  wysoko, 
zwłaszcza,  że  nie  zawsze  możliwe  było  udzielanie  pomocy  medycznej  na  odpowied- 
nim  poziomie.  Kościół  starał  się  wypełniać  braki  w  ówczesnej  fachowej  opiece  le- 

karskiej

6

Konieczne  jest  dalej  zwrócenie  uwagi  na  ówczesną  chrześcijańską  literaturę  de- 

wocyjną,  szeroko  propagującą  podstawowe  idee  wiary.  W  piśmiennictwie  tym 
przede  wszystkim  propagowano  kształtowanie  u  chorych,  zwłaszcza  w  ciężkiej, 
śmiertelnej  chorobie,  cnoty  cierpliwości.  Duszpasterze  ówcześni  podawali  teksty 
specjalnych  „aktów  cierpliwości"  -  aktów  modlitewnych  do  odmawiania  przez  sa- 
mych  chorych,  czy  też  przez  otoczenie  pielęgnujące  chorego,  albo  też  przez  jednych 

i  drugich  razem

7

.  Długie  teksty  modlitw  odgrywać  mogły  wielką  rolę  w  kształto- 

waniu  cierpliwości  w  chorobie.  Szerokie  rozpatrywanie  stanu  psychicznego  czło- 

wieka,  zwracanie  uwagi  na  jego  bolesne  odczucia  i  niedomagania  organizmu  za- 

pewne  w  poważnym  stopniu  pocieszały  cierpiących,  czyniąc  często  dużą  ulgę 
w cierpieniu. Odwoływano się do miłości Boskiej, zwracano uwagę na rolę cierpie- 

J.  Dzięgielewski,  J.  Maciszewski,  Maciejowski  Bernard,  (w:)  Polski  słownik  biograficzny,  Wrocław 
1974, t. 19, s. 48-52. 

J.  Fijałek,  Pastoralna  ks.  Bernarda  Maciejowskiego  w  redakcji  z  r.  1601  i  korekturze  rzymskiej  z  r. 
1608,  zatwierdzona  przez  papieża  Urbana  VIII  w  r.  1629.  Z  historii  recepcji  prawa  trydenckiego 
w  Kościele  polskim,  
Poznań  1925.  Odb.  IV  Zjazd  Historyków  Polskich  w  Poznaniu.  Sekcja  IV;  S. 
Nasiorowski, „Listpasterski" kard. Bernarda Maciejowskiego, 
Lublin 1992, s. 244-245. 

background image

 

- 5 5 -  

 

nia  w  planie  zbawczym  Boga  i  to  także  skłaniać  mogło  chorego  do  tworzenia  po- 

stawy  przeciwstawiania  się  boleści.  Wreszcie  przywoływanie  w  modlitwach  i  innych 
aktach  rozmyślań  cierpień  Chrystusa,  Boga-Człowieka,  cierpień  Maryi  Bogurodzi- 
cy,  dawało  poczucie  ulgi  w  znojach  choroby  w  zjednoczeniu  się  z  ich  doznaniami. 
W  ówczesnych  medytacjach  katolickich  zwracano  także  uwagę  na  pouczenia  wie- 
lu  świętych  w  wyrabianiu  w  sobie  cnoty  cierpliwości.  Znamienite  przykłady  śre- 
dniowiecznych  ludzi  Kościoła  inspirować  mogły  wiernych  do  przyjmowania  wzo- 
rów  ich  postępowania  we  własnym  życiu.  Upowszechnianie  w  czasach  nowożyt- 
nych  wszelkiego  rodzaju  pobożnych  rozmyślań  prowadziło  wiernych  do  tworzenia 
postaw przezwyciężania cierpienia w ewentualnej chorobie. 

W  szczególny  sposób  cnoty  cierpliwości  nauczano  w  piśmiennictwie  sztuki  do- 

brej  śmierci.  0.d  początków  XV  w.  tego  typu  literatura  dewocyjna  zdobywała 
wielką  popularność.  Na  gruncie  polskim  już  w  początkach  XVII  w.  w  poradniku 

artis  bene  moriendi  Wojciecha  z  Pakością  wskazywano  na  „wyróżnienie"  ludzi  do- 

znających  choroby.  Ludzie  bowiem  chorujący  potrafią  dojść  do  wielkiej  cnoty  cier- 
pliwości

8

Pozostając  przy  piśmiennictwie  sztuki  dobrego  umierania  zwrócimy  uwagę  na 

prace  jezuickie.  Szczególnym  powodzeniem  cieszyły  się  w  Europie  rozprawy  jezui- 

ty  francuskiego  Jeana  Crasseta  (1618-1692).  Znane  one  były  też  na  ziemiach  daw- 

nej  Rzeczypospolitej.  Warto  może  przytoczyć  dłuższe  wywody  tego  autora  na  te- 
mat  przezwyciężania  cierpienia,  oczywiście,  poprzez  wypracowywanie  cnoty  cier- 
pliwości. Jezuicki teolog stwierdzał na wstępie, że: 

 

„Chory ma na trzy rzeczy być gotowym, 
Cierpieć, posłusznym być i umrzeć. 
Cierpieć dla Boga, 
Posłusznym być ludziom, 
Umrzeć samemu sobie". 

 

Surowy  i  dramatyczny  nakaz  teologa  zdania  się  na  wolę  Bożą  zgodny  był  z  ów- 

czesnym 

myśleniem, 

śmierć  bowiem  po 

odpowiednim 

zaopatrzeniu 

na  drogę 

wieczności,  prowadziła  do  uzyskiwania  życia  w  szczęśliwości  wiecznego  zbawienia. 
Dalej  też  wspomniany  autor  wyjaśniał  istotę  cierpienia.  Otóż  cierpieć,  jak  pisał, 
należało: „wspaniałym sercem", „bez szemrania", „cierpieć jak grzesznik", „cier- 

J.  Morawski,  Droga  przed  Bogiem.  Śmierć  świętych  albo  dyspozya  na  śmierć  dobrą....  Poznań  1698, 
s.  262-271.  Równocześnie  ukazało  się  w  Poznaniu  wydanie  łacińskie  tej  książki,  a  potem  w  1704 
r. także po łacinie w Nysie. 

Wojciech  z  Pakością,  Medycyna  duchowna  dla  chorych  i  bliskich  śmierci  ludzi  chrześcijańskich 
a osobliwie zakonnych... z doktorów świętych pilno zebrana..., 
Poznań 1618, s. 2 

background image

 

- 5 6 -  

 

pieć  wszystko  co  się  Bogu  podoba  nam  spuścić".  Istota  cierpienia  otrzymywała 
wymiar  ponadziemski,  wiązano  ją  z  grzechem,  a  więc  upadkiem  człowieka.  Rów- 
nocześnie  zachęcano  do  wyrobienia  w  sobie  hartu  ducha  w  trudnych  chwilach 
przeżywania dolegliwości ciała

9

Wydawnictwa  typu  poradników  dla  duszpasterzy  dawały  wiele  specjalnie  sfor- 

mułowanych,  gotowych  wypowiedzi,  które  wykorzystywać  można  było  w  pracy 
z  wiernymi.  Szczególnego  rodzaju  opieki  wymagali  ludzie  chorzy,  do  nich  formu- 
łowano  we  wspomnianych  pracach  wiele  jednoznacznych  pouczeń.  Warto  tu  może 
przytoczyć  kilka  pouczeń  z  poradnika  artis  bene  moriendi  włoskiego  franciszkani- 

na 

konwentualnego 

Giuseppe 

Antonio 

Marchesellego 

(1676-1742). 

Książka  jego 

wydana  była  dwukrotnie  po  polsku.  Pierwszego  tłumaczenia  dokonał  nieznany 
dzisiaj  franciszkanin  konwentualny  z  Krakowa  i  tłumaczenie  to  wydano  w  1754  r. 
w  Krakowie.  Drugie  tłumaczenie  pewnego  duchownego  diecezjalnego  z  diecezji 
wrocławskiej  ukazało  się  w  1766  r.  na  Śląsku  w  Nysie.  Wydaniem  tym  posługiwać 
się  mogło  wielu  duszpasterzy  pracujących  na  Śląsku  wśród  ludności  polskojęzycz- 
nej.  Odwołajmy  się  do  tekstów  pobożnego  franciszkanina.  Najpierw  duszpasterz 
starał  się  okazać  politowanie  nad  stanem  cierpiącego,  przypominając  cierpienie 
Chrystusa  jakby  dla  ulżenia  choremu.  „Bogu  wiadomo  jak  wielkie  mam  nad  tobą 
politowanie  widząc  cię  w  tych  boleściach,  i  tak  rozumiem,  że  muszą  być  większe 
niż  ty  powiadasz.  Lecz  powiedz  mi  synu,  będziesz  większe  nad  owe,  które  dla  cie- 
bie  wycierpiał  Pan  Jezus".  Możliwe  było  też  pocieszanie  nawet  śmiertelnie  chorego 
dodając  mu  optymizmu,  a  nawet  obiecując  uzdrowienie.  „Ej,  synu,  znoś  cierpliwie 
tę  chorobę,  która  dłużej  trwać  nie  będzie,  jak  przez  kilka  dni,  a  podobno  przez  kil- 
ka  godzin.  Miej  cierpliwość,  oddaj  się  na  wolą  Boską".  Warto  zauważyć,  że  w  po- 
uczeniu  tym  w  razie  nie  spełnienia  się  go,  duchowny  zabezpieczał  się  odwołaniem 
do  konieczności  podporządkowania  się  woli  Boskiej.  Inne  pouczenia  przytaczane 
przez  włoskiego  franciszkanina  były  bardziej  dosadne,  cierpienie  w  chorobie  mia- 
ło  dawać  możliwość  uzyskania  szybciej  chwały  Bożej  po  śmierci.  „Słuchaj  synu, 
każdy  moment,  w  którym  chętnie  znosisz  boleści,  przyczynia  ci  wieczność  dóbr 
niebieskich,  ponieważ  za  każdy  moment  da  ci  Bóg  po  jednym  stopniu  chwały 
w  niebie,  która  trwać  będzie  przez  całą  wieczność".  Poza  tym  przypominano,  że 
cierpienie  jest  wynikiem  życia  grzesznego,  pozwoli  jednak  uniknąć  wielu  kar  czyść- 
cowych.  „Słuchaj  synu,  kto  zgrzeszył  musi  pokutować  albo  tu  albo  na  tamtym 
świecie, czy nie lepiej cierpieć przez kilka dni, niż tam w mękach czyśćcowych przez 

9

 

J. Crasset, Przygotowanie do śmierci..., Warszawa 1693, s. 193-195. Było inne wydanie polskie 
w Sandomierzu w 1754 r. 

10

 

J. Marcheselle, Theorema et praxis, to jest: rozważne y sprawne ratowanie chorych, pomaganie umie- 

rającym,  posilanie  konających.  Dla  informacji  kapłanom  poczynającym  kolo  choprych  pracować..., 
Kraków 1754, s. 40-42. Zob też. [G. Marcheselli], Konającym obecny dobrze zaopatrzony kapłan 

background image

 

-57- 

 

lat  kilkanaście"

10

.  Eschatologiczny  wymiar  cierpienia  dawał  możliwość  wyrabiania 

w  cierpiącym  cnoty  cierpliwości.  Cierpienie  stawało  się  elementem  w  planie  zbaw- 
czym  Boga  i  dla  wszystkich  wierzących  dawało  poczucie  sensu  przeżywania  dole- 

gliwości.  Pouczenia  te  powyżej  przytoczone,  mimo  swej  na  pierwszy  rzut  oka  dra- 

maty  czności  i  bezwzględności  duszpasterskiej,  miały  duży  ładunek  humanizmu 

stanowiły 

autentyczną 

pomoc 

cierpiącym 

pokonywaniu 

bólu, 

zwłaszcza 

w  okresie  gdy  nie  stosowano  odpowiednich  farmakologicznych  środków  uśmierza- 

jących.  Podobne  pouczenia  duszpasterskie  zwracające  uwagę  na  troskliwe  zajęcie 
się  cierpiącym  w  chorobie  człowiekiem  znajdujemy  w  wielu  jeszcze  innych  drukach 
tamtych  czasów.  Może  warto  zwrócić  tu  uwagę  na  pouczenia  jezuity  polskiego  pra- 
cującego  wśród  ludu  greckokatolickiego  na  kresach  wschodnich  Rzeczypospolitej, 

Marcina Kurzenieckiego (1705-1768)". 

Powyższy  przegląd  administracyjnych  zarządzeń  kościelnych,  a  potem  przed- 

stawienie  wybranych  fragmentów  dotyczących  cierpienia  z  piśmiennictwa  dewocyj- 
nego  wskazują  na  wielką  troskę  Kościoła  w  pomocy  cierpiącym  w  chorobie.  Ko- 
ścioły  chrześcijańskie  stworzyły  szeroki  i  sprawnie  działający  system  pomocy  cho- 
rym  i  cierpiącym.  Trzeba  też  dodać,  że  duszpasterstwo  tamtych  czasów  wypraco- 
wało  odpowiednie  metody  pracy  z  cierpiącymi.  Stworzone  zostały  przekonywują- 
ce  ideowe  założenia  niesienia  ulgi  chorym.  Wszystko  to  dawało  możliwość  stosun- 
kowo  szerokiej  pomocy  człowiekowi  doznającemu  dolegliwości  choroby.  Powyższe 
dociekania  obracały  się  wokół  problematyki  Kościoła  katolickiego,  nie  można  jed- 
nak  nie  wskazać,  że  także  nowe  Kościoły  protestanckie  twórczo  przetwarzały  i  roz- 
budowywały  w  czasach  nowożytnych  ideę  chrześcijańskiej  pomocy  ludziom  cho- 
rym i cierpiącym. 

albo  książeczka  z  włoskiego  na  niemiecki  język,  z  niemieckiego  na  polski  przetłumaczona  od  jedne- 
go  kapłana  wrocławskiej  diecezji  na  pożyteczną  potrzebę  wszystkim  pasterzom  biskupstwa  wrocław- 
skiego,  
Nysa  1766,  s.  37-38.  Por.  G.  Odoardi,  Marcheselli  Giuseppe  Antonio,  (w:)  Dizionario  degli 
Instituti  di  Perfezione  diretto  da  GPelliccia  (1962-1968)  e  da  G.Rocca  (1969-),  
t.  5,  Roma  1978, 
sz.  898-900.  B.Rok,  Troska  o  chorego  i  umierającego  w  świetle  śląskiego  poradnika  artis  bene  mo- 
riendi  z  drugiej  połowy  XVIII  wieku,  
(w:)  Studia  i  materiały  z  dziejów  Śląska,  pod  red.  K.  Matwi- 
jowskiego 

I. 

Sroki, 

t. 

20, 

Katowice 

1992, 

s. 

51-57. 

11  M.  Kurzeniecki,  Nauki  Ewangelii  na  niedziele  i  święta  Kościoła  Greckiego  w  unii  z  Kościołem  
Rzymskim  zostającego  do  pojęcia  prostego  ludu  ułożone...,  
Wilno  1752,  s.  1  13  i  195  i  nn.  Por.  tak- 
że:  M.  Kurzeniecki,  Rozmowa  kapelana  albo  teologa  nadwornego  z  ojczystym  panem  chrześcijań- 
skim  służące  do  zasięgania  wiadomości  zbawiennej  y  do  rezolucyi  rzeczy  do  sumienia  należących  po- 
żyteczne..., 
Wilno 1752, s. 424 i nn. 

background image

 

 

 

background image

 

- 5 9 -  

 

Jerzy Strojnowski 

Cierpienie fundamentem poznania 

Poznanie  według  filozofów,  to  pewne  czynności  psychiczne  zwane  aktami  po- 

znawczymi  oraz  ich  rezultat  wyrażony  w  postaci  twierdzeń.  Owe  psychiczne  funk- 

cje  -  to  działanie  zmysłów,  a  także  „pojęcia,  sądy  i  w  ogóle  myśli"

1

.  Takie  podej- 

ście  wydaje  się  jednak  nader  uproszczone  i  w  rezultacie  prowadzące  do  pojawienia 
się  nierozstrzygalnych  antynomii,  jaką  jest  np.  sprzeczność  między  postulatem  em- 
pirycznej  genezy  wszelkiej  wiedzy  wobec  niewątpliwego  udziału  ludzkiej  psychiki 
zarówno w postrzeganiu, jak i w sądzeniu. 

Nie  ma  żadnego  wyizolowanego  działania  „zmysłów"  czy  „umysłu";  to  czło- 

wiek,  istota  psychofizyczna,  wrażliwa  i  obdarzona  pamięcią,  całym  sobą  -  chcia- 

łoby  się  powiedzieć  -  poznaje,  a  równocześnie  kształtuje  siebie  i  poznawane  środo- 
wisko.  Konsekwentnie,  w  tym  ujęciu  poznanie  nie  będzie  jedynie  wyizolowanym 

aktem  psychicznym  lub  jego  rezultatem  sformułowanym  w  postaci  zdania  twier- 

dzącego,  ale  okaże  się  tworzeniem  świadomości  bycia  w  świecie  rzeczywistym  oraz 
uznaniem  realności  bytu  autonomicznego,  różnego  od  wytworów  własnej  świado- 
mości. 

Aby  uzasadnić  adekwatność  oraz  wartość  heurystyczną  rozszerzonego  rozu- 

mienia  poznania,  najpierw  odwołam  się  do  współczesnej  wiedzy  o  genezie  procesu 
poznawczego.  Noworodek  dysponuje  określonymi  możliwościami  tworzenia  struk- 
tur  z  masy  docierających  doń,  tak  z  wnętrza  jego  własnego  organizmu,  jak  i  ze  śro- 

dowiska,  bodźców.  Wiadomo,  że  dysponuje  on  wrodzoną  zdolnością  wykonywa- 

nia  pewnych  czynności,  jak  oddychanie,  ssanie,  połykanie,  wydalanie.  Procesy  do- 
znawania  i  poznawania  dokonują  się  u  niego  przeważnie  jako  składniki  owej  wro- 
dzonej  własnej  aktywności.  Doznania,  które  powtarzają  się  lub  występują  w  jakiejś 
czasowej  czy  też  przestrzennej  sekwencji,  utrwalają  się  w  postaci  śladów  pamięcio- 

wych. 

Noworodek  wykazuje  predylekcję  do  tworzenia  (a  potem  rozpoznawania)  okre- 

ślonych struktur: linii, twarzy ludzkiej, fonemów ludzkiego głosu. Te jakby wro- 

1      Por. K. Ąjdukiewicz, Zagadnienia i kierunki filozofii, Czytelnik, Kraków 1949, s, 15, 37. 

background image

 

- 6 0 -  

 

dzone  schematy  pod  wpływem  bodźców  środowiska  zostają  wypełnione  konkret- 
nymi  treściami.  Owe  treści  natomiast  zostają  „zapisane"  w  postaci  połączeń  mię- 
dzyneuronalnych mózgu i ich funkcji. 

Rozwijające  się  dziecko  jest  spontanicznie  aktywne  i  w  sposób  czynny  poszuku- 

je  bodźców,  a  także  potrafi  bronić  się  przed  ich  nadmiarem.  Toteż  świat  odzwier- 
ciedlony  w  rozwijającej  się  świadomości  dziecka  nie  jest  fotograficzną  odbitką  te- 
go,  co  się  na  zewnątrz  niego  dzieje  lub  działo,  ale  raczej  dzięki  jego  własnej  twór- 
czości  zgodnej  z  wrodzonymi  skłonnościami,  jest  subiektywnym  obrazem  owej  ze- 
wnętrznej rzeczywistości. 

Równolegle  i  w  związku  z  tworzeniem  obrazu  świata  kształtuje  się  obraz  siebie 

dziecka,  jego  jaźń

2

.  Dziecko,  stopniowo  uzyskując  świadomość  swojej  odrębności, 

jednak  przeżywa  siebie  w  nieustannej  relacji  do  rzeczywistości  zewnętrznej.  Toteż 
poznanie można określić jako relację osoby do rzeczywistości. 

Obserwując  niemowlę,  można  łatwo  zauważyć,  iż  bywa  ono  pogodne,  uśmiech- 

nięte,  zainteresowane,  w  innych  zaś  momentach  płaczące,  złoszczące  się,  smutne... 

Te  stany  przeżyciowe  mają  ścisły  związek  z  doznawaniem.  Można  przyjąć,  że  dziec- 

ko  okazuje  stany  przeżyciowe  pozytywne,  gdy  jego  potrzeba  doznawania  (np.  sma- 
ku  pokarmu,  wrażeń  proprioceptywnych  z  aparatu  ruchowego)  jest  zaspokajana 

adekwatnie,  natomiast  stany  negatywne  pozostają  w  związku  z  frustracją  tych  po- 

trzeb  lub  z  doznawanym  bólem.  Trzeba  jednak  przyznać,  że  ta  zależność  nie  zawsze 

jest dostrzegalna. 

Zgodnie  z  przedstawionym  wyżej  schematem,  aktywna  percepcja  wrażeń  powo- 

duje  rozwój  psychiczny  dziecka,  powiększa  jego  samoświadomość,  samowiedzę 
i  wiedzę  o  otoczeniu.  Zasadnicze  znaczenie  w  tym  procesie  ma  postawa  i  zachowa- 
nie  się  osoby  pielęgnującej,  którą  normalnie  jest  matka;  ona  stanowi  niemal  cały 
świat,  w  którym  dziecko  żyje.  Pozostawanie  stale  do  dyspozycji  dziecka,  odnosze- 
nie  się  czułe,  ciepłe,  spędzanie  z  dzieckiem  dostatecznej  ilości  czasu  na  wzajemnym 
komunikowaniu  się  jest  podstawowym  warunkiem  wytworzenia  się  u  dziecka  po- 
stawy  ufnej  i  otwartej  wobec  świata,  a  zarazem  pozytywnej  samooceny  i  wiary  we 
własne siły. 

Z  drugiej  strony  ból,  cierpienie,  frustrację  jesteśmy  skłonni  oceniać  negatywnie 

i  takich  doznań  chcielibyśmy  zaoszczędzić  zarówno  sobie,  jak  i  innym.  Ale  czy  za 
wszelką  cenę?  Czy  wolność  od  cierpienia  to  cel  i  ideał,  do  którego  mamy  dążyć? 
Skoro  zostaliśmy  biologiczne  wyposażeni  w  zdolność  odczuwania  bólu  i  cierpienia, 
to  widocznie  ta  zdolność  ma  jakieś  doniosłe  znaczenie  dla  naszego  życia  i  naszych 
szans przeżycia. Powszechnie wiadomo, że ból sygnalizuje naruszenie tkanek, a lęk 

2      Zob. J. Strojnowski, Interakcyjne koncepcje tworzenia się jaźni u dziecka, „Roczniki Filozoficzne 

KUL", 1955, t. 43, z. 4, s. 61-74. 

background image

 

- 6 1 -  

 

i  strach  -  zagrażające  niebezpieczeństwo.  Usiłując  uchwycić  sens  bólu,  cierpienia 

i  niszczenia,  możemy  sięgnąć  jeszcze  głębiej.  Otóż  podstawowa  właściwość  dyna- 
miki  natury,  odkryta  już  przez  starożytnych,  wyraża  się  w  następującym  prawie: 
„Powstawanie  jednego  z  dwóch  jest  zawsze  niszczeniem  drugiego,  a  niszczenie  jed- 

nego  jest  powstawaniem  drugiego  (...)  i  nie  ustaje  nigdy".  Tu  Arystoteles,  którego 

właśnie  cytuję,  wprowadza  promyk  optymizmu;  „Przyroda  zmierza  zawsze  do  te- 

go, co jest lepsze"

3

Tu  chciałbym  natomiast  rozważyć  znaczenie  doznań  negatywnych  w  rozwoju 

osobowym  człowieka.  Bezradne  niemowlę,  które  nie  doznawałoby  nigdy  bólu,  któ- 

rego  potrzeby  byłyby  natychmiast  zaspokajane,  a  nieudolna  manipulacja  materia- 
łem  znajdującym  się  w  zasięgu  jego  rączek  nie  napotykałaby  na  opór,  doświadcza- 
łoby  poczucia  nieograniczonej  szczęśliwości,  wiedzy  i  mocy.  Twory  jego  umysłu, 
nie  konfrontowane  z  rzeczywistością,  byłyby  przez  owo  niemowlę  traktowane  jako 
sama rzeczywistość. 

Tak  się  jednak  nigdy  nie  zdarza;  świadczą  o  tym  częste  wyrazy  niezadowolenia, 

jakie  u  dziecka  obserwujemy.  Zawsze  upływa  pewien  czas  miedzy  wyrażeniem  po- 

trzeby  przez  dziecko,  a  reakcją  choćby  najtroskliwszej  matki.  Narząd  pokarmowy 
dziecka  przejawia  perturbacje,  bywa  dziecku  mokro  lub  chłodno;  wszystko  to  jest 
źródłem doznań negatywnych. 

Warto  zwrócić  uwagę  na  opór  materiału,  na  jaki  dziecko  usiłujące  nim  manipu- 

lować,  natrafia.  Dziecko  przyciąga,  odpycha,  chwyta,  odrzuca,  obserwuje  z  uwagą 
(przy  czym  występuje  koordynacja  między  wzrokiem  a  ręką),  bierze  do  buzi,  roz- 
rywa,  gniecie.  Według  D.  W.  Winnicotta  ta  pierwotna  forma  zabawy  ma  zasadni- 
cze  znaczenie  dla  rozwoju  osobowości  dziecka:  „Tylko  w  zabawie  i  poprzez  zaba- 
wę  człowiek  -  dziecko  lub  dorosły  -  staje  się  zdolnym  do  bycia  twórczym".  W  tej 
aktywności,  która  często  prowadzi  do  zniszczenia  przedmiotu,  zdaniem  tegoż  au- 
tora,  nie  przejawia  się  agresja,  ale  raczej  potrzeba  sprawdzenia  swoich  sił  oraz  po- 
znania właściwości materiału

4

Tutaj  pojawia  się  ważny  moment,  w  którym  frustracja  wspiera  rozwój  dziecka. 

Niszczony  przedmiot  może  przetrwać  działanie  manipulacyjne.  Dziecko  wówczas 
doświadcza  poczucia  ograniczenia  swoich  możliwości.  To,  co  je  ogranicza,  będzie 
doświadczane  jako  rzeczywistość  zewnętrzna,  „nie-ja".  Przetrwały  przedmiot  staje 
się  cennym  nabytkiem,  z  którym  można  wchodzić  w  wielostronny  dialog,  wypró- 
bowując swoje siły oraz doświadczając trwałości tego właśnie przedmiotu. 

Relacje  międzyosobowe  i  społeczne  są  szczególnym  źródłem  doświadczania 

własnych sprawności oraz realności i odrębności świata zewnętrznego. Dziecko 

Arystoteles, O powstawaniu i niszczeniu, 319 a,b. 

D. W. Winnicott, Playing and reality, Tavistock Publications, 1971, s. 62 η. 

background image

 

 

może  stawiać  opór  rodzicowi,  który  -  dysponując  nieporównanie  większą  siła  fi- 
zyczną  -  przenosi  je  z  miejsca  na  miejsce.  Doznaje  ono  wówczas  upokarzającego 
poczucia  własnej  bezradności  oraz  siły  fizycznej  rodzica.  Takie  doznanie  nieko- 
niecznie  musi  wspomagać  rozwój  dziecka.  Zresztą  osobnicza  odporność  dziecka 

na frustracje jest niejednakowa i obejmuje szeroką skalę. 

Bywają  również  sytuacje  inne.  Małe  dziecko,  pozostając  w  bliskim  kontakcie 

z  rodzicem,  zaczyna  go  traktować  jak  jeden  z  przedmiotów:  depcze  po  nim,  po- 

szturchuje  go  lub  szarpie,  wreszcie  kieruje  swoje  zainteresowanie  na  jego  twarz, 

próbując  wkładać  paluszek  do  ust  rodzica,  do  jego  oka...  Tu  zasadnicze  znacze- 
nie  ma  sposób,  w  jaki  rodzic  reaguje  na  takie  bezceremonialne  obchodzenie  się 
z  nim.  Jest  dobrze,  kiedy  rodzic  stara  się  zrozumieć  motywy  zachowania  się 
dziecka.  Jeżeli  dziecko  traktuje  tu  rodzica  jak  przedmiot,  to  również  w  stosun- 
ku  do  niego  wypróbowuje  swoje  siły  i  możliwości  oraz  bada  odporność  tego 
„przedmiotu". 

Mając 

do 

czynienia 

rodzicem 

życzliwym 

tolerancyjnym, 

dziecko  przekonuje  się,  że  rodzic  nie  daje  się  zniszczyć,  że  jest  trwały,  a  więc  go- 

dzien  jest  szacunku.  Kiedy  w  pewnym  momencie  rodzic  nie  pozwala  dziecku  na 

wydłubanie  paluszkiem  jego  oka,  dziecko  doświadcza  zakazu,  który  ujawnia  mu 
istnienie  granicy,  jaką  druga  osoba  wyznacza  jego  aktywności.  Zakaz  z  jednej 
strony  sprawia,  że  dziecko  doświadcza  frustracji,  z  drugiej  zaś  strony  konfrontu- 
je  dziecko  z  nowym  dla  niego  rodzajem  rzeczywistości,  mianowicie  rzeczywisto- 
ści  społecznej,  której  nie  wolno  naruszać.  Natomiast  karanie  dziecka  w  takiej 

sytuacji  nie  wydaje  się  właściwe.  Dziecko  nie  ponosi  tu  żadnej  winy,  gdyż  dopie- 

ro  teraz  dowiaduje  się  o  zakazie,  natomiast  wartość  wychowawcza  np.  klapsa 
jest wątpliwa. 

Równocześnie  dziecko  odkrywa,  że  istnieje  wola  rodzica  odrębna  od  jego  woli 

i  na  tej  drodze  poznaje  różnicę  między  rzeczą,  jaką  jest  zabawka,  a  osobą.  Odkry- 

wając  osobę  rodzica,  dziecko  uświadamia  sobie  zarazem  to,  że  sam  jest  czymś  róż- 
nym od rzeczy, że jest osobą. „Ja" tworzy się jedynie poprzez relację z „drugim ja". 

Nie  tylko  dziecko,  również  osoba  dorosła  nieraz  bada  rzeczywistość  -  a  zara- 

zem  swoje  siły  -  narażając  się  świadomie  na  cierpienie,  np.  gdy  podejmuje  wypra- 
wę  odkrywczą,  wspinaczkę  wysokogórską  itp.  Są  osoby,  które  prowokują  społecz- 
ność,  działając  na  granicy  tego,  co  nie  zakazane,  by  sprawdzić,  jak  dalece  ta  spo- 
łeczność jest skłonna - nie wymierzając kary - tolerować nietypowe zachowanie. 

Różne  bywają  motywy  i  sytuacje,  w  których  człowiek  świadomie  naraża  się  na 

cierpienie.  Bylibyśmy  skłonni  niektóre  z  nich  uważać  za  pozytywne,  inne  natomiast 
jako  naganne.  Zatem  stosunek  osoby  do  cierpienia  ma  wymiar  moralny.  Toteż  nie 
dla  każdego  i  nie  w  każdej  sytuacji  cierpienie  lub  jego  unikanie  prowadzi  do  wzbo- 
gacenia  osobowości.  Nieraz,  kiedy  trudno  podjąć  trudną  decyzję  lub  wykonać  po- 
ważne zadanie, bojąc się cierpienia pewne osoby wycofują się, wracają do dziecię- 

background image

 

- 6 3 -  

 

cych  form  zachowania  się.  Jest  to  regresja,  rezygnacja  z  rozwoju,  ucieczka  przed  ży- 
ciem świadomym i odpowiedzialnym. 

Jako  małoduszne  oceniamy  znoszenie  cierpienia  z  lęku  lub  opieszałości,  np. 

u  tych,  którzy  wolą  ból  zębów  od  wizyty  u  dentysty  lub  którzy  „nie  mają  czasu" 
na  naprawę  zniszczonej  odzieży  lub  domu.  „Ucieczka  w  chorobę"  lub  „choroba 

dyplomatyczna"  -  to  pospolita  metoda  wywinięcia  się  od  odpowiedzialności.  Lu- 

dzie  godzą  się  na  cierpienie,  by  wymusić  określone  świadczenie,  by  poprawić  swo- 
ją  sytuację  życiową,  by  zemścić  się  na  rodzinie,  a  także  przyjmują  je  jako  samo  uka- 
ranie  lub  dążność  do  samozniszczenia.  Spotyka  się  też  osoby,  które  czerpią  szcze- 
gólną  satysfakcję,  gdy  ktoś  zadaje  im  ból  lub  poniża;  tę  dewiację  nazywamy  maso- 
chizmem.  Cierpienie  może  być  też  podejmowane  z  motywów  religijnych  lub  rytu- 
alnych, a także dla zamanifestowania postawy ideowej

5

Cierpienie  jest  nieodłącznie  związane  z  ludzkim  bytowaniem;  jego  szczególne 

znaczenie  dostrzegamy  w  tym,  iż  konfrontuje  ono  człowieka  z  rzeczywistością, 
umożliwia  odróżnienie  marzeń  i  fantazji  od  tego,  co  realne.  Dzięki  temu  cierpienie 
w  określonych  warunkach  wzbogaca  osobowość,  a  szczególnie  poszerza  wiedzę 
o świecie i o sobie samym. 

Z  drugiej  strony,  cierpienie  jest  złem  dla  człowieka.  Może  ono  go  poniżać,  ha- 

mować  jego  rozwój  osobowy,  a  nawet  może  go  zniszczyć.  Toteż  roztropnie  postę- 

puje  ten,  kto  bez  potrzeby  nie  naraża  się  na  nie,  a  lekarze  działają  słusznie,  stara- 

jąc  się  uchronić  ludzi  od  cierpień  lub  wyzwolić  z  nich.  Człowiek,  stopniowo  docho- 
dząc  do  świadomości  i  do  osobowej  dojrzałości,  staje  się  zdolnym  do  roztropnego 
podjęcia  lub  odrzucenia  cierpienia,  stosownie  do  swojej  psychicznej  odporności 
oraz wyznawanego systemu wartości. 

Rodzice  i  wychowawcy  są  odpowiedzialni  za  powierzone  im  dzieci  również 

w  tym  zakresie,  by  te  wykształciły  w  sobie  właściwy  stosunek  do  cierpienia.  Gdy- 
byśmy  naszych  wychowanków  chronili  przed  wszelkim  cierpieniem,  to  ci  rośliby 
w  świecie  ułudy,  nie  nabyliby  umiejętności  radzenia  sobie  z  trudnościami,  które  są 
nieodłącznym  składnikiem  życia.  Dziecko  winno  się  przekonać,  że  pewne  jego  wy- 
obrażenia  nie  są  adekwatne  do  rzeczywistości,  a  pewne  jego  działania  okażą  się 
nieskuteczne  lub  nawet  powodujące  bolesne  skutki.  Wychowawczo  szkodliwe  było- 
by  chronienie  dziecka  przed  wszelkimi  urazami,  „chowanie  pod  kloszem",  a  także 
beztroskie narażanie go na poważne uszkodzenia ciała lub nawet utratę życia. 

Bardzo  ważnym,  a  zarazem  trudnym  zadaniem  wychowawczym  jest  konfronta- 

cja dziecka z rzeczywistością społeczną. Restrykcyjność, chronienie się przed szu- 

5  Obszerniej  na  ten  temat  zob.  J.  Strojnowski,  Motywacja  cierpienia  i  śmierci  człowieka  wobec  męki 

Chrystusa,  (w:)  H.  D.  Wojtyska  CP  i  J.  J.  Kopeć  (red),  Męka  Chrystusa  wczoraj  i  dziś,  RW  KUL, 
Lublin 1981, s. 197-202. 

background image

 

 

kającym  kontaktu  i  penetrującym  dzieckiem  sprawi,  że  stanie  się  ono  bojaźliwe, 

bez  wiary  w  siebie,  z  niską  samooceną.  Ze  strony  drugiej,  nie  stawianie  tamy  dziec- 

ku  działającemu  destrukcyjnie  sprawia,  że  wyrośnie  ono  na  osobę  niedostosowa- 
ną, która nie zna ani nie uznaje norm społecznych. 

Człowiek  dorastając,  sam  przyjmuje  odpowiedzialność  za  swoje  postępowanie 

i  za  przebieg  swego  dalszego  życia.  Przekonuje  się  on,  że  bez  wysiłku,  trudu,  nara- 
żania  się  na  cierpienie,  stawianych  sobie  celów  nigdy  nie  osiągnie.  Z  drugiej  strony 
jest  dobrze,  kiedy  zda  sobie  sprawę,  że  narażanie  się  na  cierpienie  nie  jest  monetą, 
którą  można  wymienić  na  wszelkie  dobra  świata.  Człowiek  o  prawidłowym  stosun- 
ku  do  cierpienia  nie  będzie  go  wykorzystywał  do  manipulowania  innymi,  ani  do 
czerpania zeń wątpliwych korzyści moralnych lub materialnych. 

Frustracje  i  cierpienia  są  kluczem  do  poznania,  ale  mogą  one  też  stać  się  drogą 

prowadzącą  do  zatraty.  One  rzeźbią  kształt  rzeczywistości  w  materiale,  który  pro- 
dukuje twórcza fantazja. 

background image

 

- 6 5 -  

 

Barbara Zaorska 

Rozmowy z dziećmi umierającymi 
na choroby nowotworowe* 

 
 
 
 

Śmierć  dziecka  wywiera  dramatyczny  wpływ  na  rodzinę.  U  rodziców  może  budzić  się 

poczucie  winy,  że  nie  poświęcili  dziecku  dostatecznie  dużo  miłości  i  uwagi,  obciążają  się 
odpowiedzialnością za jego śmierć lub wyrzucają sobie, że podjęli leczenie zbyt późno. 

Pięcioletni  Piotruś  leczony  był  w  Klinice  Onkologii  Dziecięcej  z  powodu  rzad- 

ko  spotykanego  w  jego  wieku  rodzaju  nowotworu  pęcherza  moczowego.  Ujmował 
mnie  swym  zachowaniem,  był  poważny,  spragniony  okazywania  mu  uczuć,  a  ko- 
chająca  matka,  mieszkająca  bardzo  daleko,  musiała  ograniczyć  swe  wizyty  z  powo- 
du odległości od miejsca zamieszkania. 

Piotruś  nie  skarżył  się,  ale  na  pytanie  odpowiadał,  że  odczuwa  ból.  Po  wypisa- 

niu  przyjeżdżał  jeszcze  przez  pewien  czas  na  kontrolę  z  matką  będącą  już  w  czasie 
ciąży.  Potem  przyszła  wiadomość,  że  zmarł  w  domu.  Z  pewnością  dla  matki  zajmo- 
wanie się nowo narodzonym dzieckiem zmniejszyło ból rozstania z Piotrusiem. 

W  jednym  ze  szpitali  amerykańskich  obserwowano  leczone  tam  śmiertelnie 

chore  dzieci.  Rodziców  zachęcano,  by  spędzali  z  nimi  dużo  czasu  w  szpitalu.  Za- 

uważono,  że  umierające  dzieci  odnosiły  wówczas  wiele  korzyści:  zmniejszał  się  ich 
lęk przed rozłąką, a relacje uczuciowe z rodzicami stawały się głębsze. 

Przybysza  z  Europy  dziwi  to,  że  w  oddziałach  leczenia  białaczek  dzieci  rozma- 

wiają  o  swojej  chorobie  w  sposób  naturalny.  Pediatra  amerykański  potwierdza  to: 
„Zdecydowaliśmy się mówić im prawdę". 

W  szpitalach  oraz  poradniach  onkologicznych,  gdzie  leczy  się  dzieci  z  chorobą 

nowotworową,  oprócz  lekarzy  onkologów  są  zatrudnieni  psycholodzy  i  asystenci 
socjalni,  zajmujący  się  psychoanalizą.  Oni  odpowiadają  na  wszystkie  pytania  dzie- 
ci  i  ich  rodziców.  „Najwięcej  pytań  stawianych  jest  na  początku  choroby,  ale  stale 
jesteśmy  gotowi  udzielać  odpowiedzi"  -  dodaje  lekarz.  Zapytany,  czy  możliwe  jest 

powiedzenie  im  wszystkiego  o  ich  chorobie  -  odpowiada,  że  tak,  szczególnie,  że  są 

to  bardzo  ciężko  chore  dzieci,  które  mogą  niedługo  umrzeć.  „Mówi  się  im,  że  le- 
czenie  będzie  trudne  do  zniesienia  i  że  powstałe  z  jego  powodu  komplikacje  mogą 
też  być  dla  nich  niebezpieczne.  Zapewniam  je,  że  zrobimy  wszystko,  by  mogły  być 
wyleczone i że one same muszą też podjąć duży wysiłek". 

background image

 

- 6 6 -  

 

Nasza  postawa  wywołuje  dość  często  zdziwienie:  „czasem  słyszy  się,  że  chore 

dzieci  po  leczeniu  szpitalnym,  któremu  zostają  poddane,  po  powtarzających  się  ba- 
daniach,  po  konieczności  oddzielenia  ich  od  rodziców,  po  stracie  włosów,  zmęcze- 
niu,  często  gorączce,  po  wielu  długich  miesiącach  walki  ze  śmiertelną  chorobą  ni- 
gdy  nie  będą  takimi  dziećmi  jak  przedtem".  Mali  chorzy  powinni  być  traktowani 
jak  pełnowartościowe  istoty  ludzkie,  które  nabrały  praw  przychodząc  na  świat 
i które powinny być traktowane na równi z innymi. 

Nasz  stosunek  do  śmierci,  polegający  na  unikaniu  myślenia  o  niej  jest  też  prze- 

kazywany  dzieciom.  Uważa  się,  że  te  problemy  nie  powinny  być  tematem  rozmów 
z  dziećmi.  Boimy  się,  że  mogą  one  pozostawić  trwały  ślad  w  psychice  dziecka. 
Dziecko  nie  styka  się  w  zmienionej  dziś  strukturalnie  rodzinie  ze  śmiercią,  nie  za- 
stanawia  się  więc  nad  nią.  Ale  patrząc  na  nią  na  filmach  czy  w  TV  wytwarza  się 
u niego przekonanie, że śmierć stanowi jakby element świata fikcyjnego. 

Na  ogół  przyjmuje  się,  że  dzieci  9  czy  10-letnie  rozumieją  już,  że  śmierć  jest  nie 

tylko  zjawiskiem  nieodwracalnym,  ale  także  nie  do  uniknięcia.  Niektórzy  uważają, 
że  podobnie  jak  dorośli  odczuwają  one  strach  przed  śmiercią.  Inni  utrzymują,  że 
odchodzą  z  życia  z  niesłychaną  łatwością.  Rozumieją  też,  że  śmierć  jest  czymś,  co 
kiedyś im się przydarzy podobnie jak wszystkim ludziom. 

Dzieci  mają  prawo  być  świadome  swej  choroby,  czego  nie  rozumieją  jakże  czę- 

sto  ich  najbliżsi.  Przykładem  może  być  10-letni  chłopiec,  który  dwukrotnie  już 
przeszedł  operacje  na  otwartym  sercu.  Obecny  jego  stan  wymaga  ponownej  opera- 
cji:  jedyną  nadzieją  dla  niego  jest  przeszczep  zdrowego  serca,  gdyż  jego  własne  jest 
zbyt  zniszczone.  Rodzice  odwożą  go  więc  do  najsłynniejszej  kliniki  dokonującej 
przeszczepów,  stawiając  jednak  warunek,  aby  dziecko  nie  dowiedziało  się,  że  ocze- 
kuje  na  transplantację  serca.  Obawiają  się,  że  tego  nie  zniesie.  Po  przyjęciu  pacjen- 
ta  chirurdzy  zastanawiają  się,  jak  będą  mogli  w  tej  sytuacji  wytłumaczyć  małemu  te 
liczne  badania,  którym  będzie  poddany,  jak  wytłumaczyć  przestrzeganie  obowiązu- 
jącego  reżimu  i  intensywnego  leczenia.  Dlatego  szef  oddziału  prosi  jednego  z  chi- 
rurgów,  aby  porozmawiał  z  dzieckiem  w  jego  ojczystym  języku  (nie  znało  angielskie- 
go).  Chirurg  zaczyna  z  nim  rozmowę  pytając,  czy  wie,  dlaczego  znalazł  się  w  tym 

szpitalu. 

-  Naturalnie,  przybyłem  tu  na  przeszczep  serca,  bo  to  najlepszy  szpital  w  Ame- 

ryce. 

-  Rodzice ci to powiedzieli? - pyta lekarz. 

-  Ach  nie,  za  każdym  razem,  gdy  zaczynałem  mówić  na  ten  temat,  robili  taką 

minę, że od razu przestawałem. 

Czy  w  ogóle  jest  możliwe  poznanie,  jak  dziecko  przeżywa  swoją  śmierć?  Dok- 

tor  D.  Oppenheim  z  Oddziału  Onkologii  Dziecięcej  Instytutu  G.  Roussy  w  Villeju- 

if przekonuje na podstawie rozmów z dziećmi, które odwiedzał, że dialog, który to- 

background image

 

- 6 7 -  

 

czy  się  między  chorym,  rodzicami  czy  osobami  opiekującymi  się  jest  w  tych  warun- 
kach  bardzo  intensywny  i  bardzo  bogaty.  Autor  sugeruje,  że  to,  co  mu  dzieci  po- 
wiedziały,  chciałby  aby  zostało  przekazane  dalej.  Na  podstawie  licznych  rozmów 
z  umierającymi  uważa  on,  że  pojęcie  śmierci  pojawia  się  u  dziecka  jako  samotność 
wynikająca  z  tego,  że  nie  może  podzielić  się  z  nikim  doświadczeniem  z  bliskości 
śmierci.  Śmierć  jest  dla  niego  czymś  nieznanym,  rodzice  nie  przekazali  mu  tego  do- 
świadczenia,  którego  nie  przeżyli  sami.  Jest  ono  odmienne  od  dziecięcych  strachów 
i  obce  zwykle  doświadczanemu  cierpieniu  czy  bólowi.  I  choć  w  tym  doświadczeniu 

dziecko  nie  traci  nikogo,  kogo  kocha,  traci  samo  siebie  w  momencie,  kiedy  nie 

uświadomiło  sobie  jeszcze,  kim  jest  zarówno  dla  siebie,  jak  i  dla  innych.  Mimo  iż 
zdaje  sobie  sprawę,  że  żadne  słowo  nie  potrafi  oddać,  ani  żadne  ucho  wysłuchać 
jego  przeżyć,  szuka  ono  możliwości  przekazania  swego  największego  doświadcze- 
nia  sądząc,  że  może  chociaż  w  ten  sposób  będzie  mogło  odnieść  przewagę  nad 
śmiercią. 

Pewna  cierpiąca  dziewczynka  tak  pisała:  „Muszę  przekazać  nadmiar  tego  bó- 

lu,  choć  wiem,  że  nie  posłuży  to  do  niczego,  ani  innym,  ani  mnie:  za  każdym  ra- 
zem,  gdy  czytam  jego  opis,  odczuwam  ten  ból  jakby  tylko  jego  pojawienie  się  udo- 
stępnia  mi  go  na  nowo.  Jest  on  we  mnie,  a  jednocześnie  jest  dla  mnie  obcy".  Dla 
tej  dziewczynki,  podobnie  jak  dla  innych  dzieci,  bliskość  śmierci  uświadamia  im 
pewną  sprzeczność.  Choć  wiedzą,  że  śmierć  się  zbliża,  nie  wierzą  w  to,  nie  dlatego, 
że  się  boją,  lecz  czują  po  prostu,  że  życie  nie  może  być  przez  to  zniszczone.  Dziew- 
czynka  ta  pisała  dalej:  „Życie  jest  we  mnie  wciąż  obecne  ze  swoimi  niejasnościami, 
przypływami,  niedoskonałościami  i  życie  przyjmie  też  w  siebie  ten  nieznany  mi 

jeszcze fragment". 

Inne  10-letnie  dziecko,  po  amputacji  nogi  z  powodu  nowotworu,  mówi  o  swojej 

kończynie  jako  o  fantomie:  mrozi  to  najbliższych,  którzy  nie  podejrzewali  go 
o  używanie  takich  określeń.  Nie  wiedzą  też,  czy  określenie  to  tkwiło  w  nim,  od 
dawna  zasklepione,  czy  też  zostało  powiedziane  wobec  nich,  rodziców,  jako  wy- 
mówka.  Dziecko  to  zaś  chciało  przekazać  rodzicom:  popatrzcie,  nie  ma  tu  nic  do 
zobaczenia,  moje  cierpienie  jest  powyżej  waszych  spojrzeń,  nie  mieści  się  w  nich, 

tkwi  w  intensywności  odczuwanego  braku  utraconej  nogi.  W  ten  sposób  chciało 

ono  też  zapytać  rodziców:  co  stanie  się  ze  mną  gdy  umrę?  Jaki  będzie  rodzaj  mojej 
nieobecności?  Czy  moja  śmierć  i  wspomnienie  mojego  życia  staną  się  częścią  wa- 
szego?  To  jest  sposób,  w  jaki  dziecko  pyta  dorosłych  i  leczących,  czy  nie  jest  już  dla 
nich taką kończyną - fantomem za życia. 

Chore  dziecko  wie,  że  nigdy  nie  będzie  zrozumiane,  gdyż  codziennie  ma  na  to 

dowody.  Widzi  ciągłe  ucieczki  dorosłych,  ich  zażenowanie,  uczucie  litości  i  okazy- 
wane  mu  niezrozumienie.  Pozostaje  samo  ze  swoim  doświadczeniem  i  ta  samotność 
stanowi dla niego już obraz śmierci. Jeżeli próbuje powiedzieć to co czuje, spotyka 

background image

 

- 6 8 -  

 

się  z  niedowierzaniem,  gdyż  dorośli  nie  mogą  sobie  wyobrazić  śmierci  żyjącego 
dziecka.  Nie  prowadzą  też  z  nim  rozmowy,  bojąc  się,  że  nie  sprostają  dialogowi 
z  nim,  świadomym  tego  nieznanego,  które  nosi  w  sobie.  A  więc  wybierają  ucieczkę 
i  zaczynają  rozmawiać  o  sprawach  banalnych  albo  starają  się  zredukować  niezna- 

ne  do  znanego.  Czasem  usiłują  wyrazić  mu  swoje  zrozumienie,  miłość  czy  sympa- 

tię.  „Rozumiem,  co  przeżyłeś,  czym  żyjesz:  ja  również  to  znam,  cierpię  razem  z  to- 
bą".  Ponieważ  dziecko  wie,  że  każdy  jest  sam  w  swoim  doświadczeniu,  nie  wierzy 
w to, co mu mówią, pozostając jeszcze bardziej samotne i zawiedzione. 

Wie  też,  że  nie  może  wypowiedzieć  słów  ostatecznych:  „Jestem  bliski  śmierci", 

ponieważ  czuje  ono,  że  te  słowa  prawdy  dotknęłyby  kogoś,  kto  nie  jest  w  stanie  nic 
dla  niego  uczynić.  Prawda  okazałaby  się  miażdżąca.  Może  więc  tylko  pomyśleć  so- 
bie,  że  prawda  jest  gorsza  od  kłamstwa  i  aby  nie  zostać  w  całkowitej  samotności, 
zgadza  się  na  udział  w  ogólnym  udawaniu,  że  to  najgorsze  jeszcze  nie  nadeszło... 
Przytakuje więc: „Tak, to było ciężkie, ale już o tym nie myślę, żyję normalnie". 

Samotność  dziecka  wypływa  też  z  niemożności  oglądania  się  jak  w  lustrze 

w  spojrzeniu  własnych  rodziców:  oni  bowiem  nierzadko  uciekają,  odwracają  swe 
spojrzenie  od  dziecka  lub  patrzą  na  nie  przez  pewien  zastygły  obraz,  prawdziwy, 

ale dla innego okresu jego życia, życia sprzed choroby. 

Nie  wszystkie  dzieci  chore  na  raka  potrafią  zintegrować  swą  chorobę  ze  śmier- 

cią,  która  tak  nagle  wtargnęła  w  ich  świat  psychiczny.  Na  ogół  zachowują  w  świa- 
domości  jej  istnienie,  wpisując  ją  nie  tylko  w  realność  swojej  istoty  fizycznej,  ale 
i  w  realność  codziennego  życia.  Objawiać  się  to  może  w  niechęci  do  działania, 
w  niezdolności  do  pracy,  do  odczuwania  przyjemności:  dzieci  te  czują  się  wyobco- 
wane  przez  chorobę,  która  zaczęła  nimi  rządzić  i  która  je  całkowicie  posiadła.  Wy- 
kazują  przy  tym  wierność  tej  decydującej  chwili  w  życiu  tak  drogo  opłaconej. 
Wciąż  powracają  do  niej  myślami,  stając  się  jakby  strażnikami  świątyń  własnej  pa- 
mięci,  odważnymi  choć  pozbawionymi  nadziei.  Dlatego  dziecko  z  kończyną-fanto- 
mem  albo  blizną  pooperacyjną,  jeśli  nawet  nie  może  niczego  pokazać  oprócz  pust- 
ki  swego  ciała,  pustki  swego  istnienia,  może  mówić  i  chce  mówić  o  swojej  chorobie, 

w tym przypadku o raku. 

Niektórzy  rodzice  zachowują  więź  słowną  z  własnym  dzieckiem,  inni  widzą  je- 

go  los  zredukowany  do  trudnych  do  zniesienia  obrazów,  które  przeżyli,  a  które 
spowodowały  wytworzenie  się  czegoś  w  rodzaju  szklanej  ściany  między  dzieckiem 
a  nimi.  Inni  zgubili  słowa  lub  zredukowali  je  do  sterylnego  opisu  obrazów,  bez  żad- 

nego komentarza. 

Doktor  Oppenheim  często  odnosił  wrażenie,  że  ciężka  choroba  staje  się  dla 

chorych  dzieci  azylem,  wygnaniem,  wyrażonym  czy  to  w  słowach,  czy  w  ich  braku. 
Zarówno  swoje  ciało,  jak  i  całą  istotę  usuwają  wtedy  od  świata,  od  innych,  a  nawet 
od siebie, przenosząc je na wygnanie. 

background image

 

- 6 9 -  

 

Choroba,  a  wraz  z  nią  możliwość  śmierci,  wdziera  się  zwykle  nagle  i  brutalnie 

w  spokojne  dotychczas  życie.  Jednocześnie  przemoc  świata  znaczonego  nowotwo- 
rem,  związane  z  tym  bóle  i  cierpienia  powodują,  że  nie  tylko  dzieci,  ale  i  ich  rodzi- 
ny  stają  się  nagle  odcięci  od  swego  dawnego  życia.  Choroba  staje  się  ich  nową  rze- 
czywistością.  Nie  jest  to  łatwe  i  proste,  gdyż  muszą  się  całkowicie  przestawić  i  przy- 
zwyczaić  do  tego  „nowego",  znaleźć  nierzadko  odmienny  język.  Wszechświat,  któ- 
ry  zamknął  się  nad  nimi,  jest  jednak  wystarczająco  bogaty,  aby  mogli  odnaleźć 
w  nim  odpowiedź  na  pytania,  jak  również  na  potrzeby  miłości,  nadziei  czy  niena- 
wiści.  W  tym  sztucznie  stworzonym  świecie  powstają  nowe  więzy,  często  mocniej- 
sze  niż  poprzednie.  W  każdym  razie  dzieci  te  nie  mają  innego  wyboru:  dla  nich  jest 
to  bowiem  miejsce,  gdzie  samotność  zbliża  je  do  śmierci,  a  śmierć  wciela  się  w  ich 
własne życie, staje się ich własnym życiem. 

Gdy  skończy  się  ich  leczenie  trudno  jest  im  to  zaakceptować,  nawet  jeśli  uwie- 

rzą,  że  są  wyleczone.  Wiedzą,  że  muszą  powrócić  do  banalności  codziennego  życia, 
że  muszą  znów  zacząć  myśleć  o  niezbyt  istotnych  problemach  rodzinnych,  szkol- 
nych, społecznych, z których wyrwała je uprzednio choroba. 

Powrót  z  „wygnania",  na  którym  przebywały,  nie  jest  łatwy  i  prosty.  Czują  też, 

że  wyleczenie  nie  zawsze  jest  wystarczające,  aby  ten  powrót  uczynić  trwałym.  Ich 
życie  codzienne  naznaczone  zostało  strachem  przed  śmiercią,  przed  nawrotem  bo- 
lesnej  choroby,  przed  zespołem  Damoklesa,  który  oznacza  życie  z  ciągle  wiszącym 
nad  nim  niebezpieczeństwem  śmierci,  z  czego  człowiek  zdrowy  nie  zawsze  zdaje  so- 
bie  sprawę.  Uprzednio  w  czasie  trwania  choroby,  kiedy  zagrożenie  śmiercią  było 
bliskie  i  realne,  dzieci  nie  odczuwały  takiego  strachu  jak  teraz.  Zwykle  tak  się  dzie- 
je,  że  na  strach  przed  wilkiem  pozwalają  sobie  dopiero  wtedy,  gdy  wiedzą,  że  on  im 
nie zagraża, że nie spotkają go w rzeczywistości. 

Wyjście  z  choroby  może  być  więc  przykrym  momentem  niezrozumienia  między 

dzieckiem  a  leczącymi.  Ci  ostatni  sądzą,  że  zakomunikowanie  choremu,  że  jest  już 
zdrowy  i  że  kuracja  została  zakończona  wymazuje  z  jego  świadomości  chorobę, 
pozwala mu na porzucenie azylu, w którym przebywa. 

Dla  niektórych  dzieci  nowotwór  stał  się  jakby  nowym  narodzeniem,  od  które- 

go  zaczęła  się  liczyć  ich  historia.  Co  było  przedtem,  zostaje  zatarte  i  wymazane 
z  ich  pamięci.  Zgodzić  się  na  wyzdrowienie,  to  w  świadomości  dziecka  zgodzić  się 
na  ponowną  śmierć,  by  móc  narodzić  się  po  raz  trzeci  czy  jeszcze  następny...  I  ta- 
kie  doświadczenie  staje  się  dla  dziecka  zbyt  ciężkie,  woli  więc  odmówić  wyjścia  ze 

stanu swego wygnania. 

Jeśli  rodzice  potrafili  w  czasie  trwania  choroby  zachować  żywe  więzy  uczucio- 

we  łączące  ich  z  własnym  dzieckiem,  to  wyjście  z  wygnania  staje  się  łatwiejsze,  choć 
czasem  odbywa  się  ono  w  dramatycznych  warunkach,  gdyż  ryzyko  śmierci  nabiera 
znów realności, co zbliża ich do dziecka. Odkrywają wówczas, że narodzenie nie 

background image

 

- 7 0 -  

 

jest  tylko  wydarzeniem  naturalnym,  lecz  zwycięstwem  nad  śmiercią  -  życie  nie  jest 
dane, ale staje się wygrane. 

Czasem  znów  obserwacja  dziecka,  że  nie  jest  jedynym  w  rodzinie,  które  przeży- 

ło  wygnanie,  pozwala  mu  na  szybszy  powrót  do  normalnego  życia.  Pomocna  jest 
postawa  rodziców,  którzy  potrafili  przełamać  strach  wobec  utraty  dziecka.  Wie 
ono,  że  rodzice  nie  opuścili  go  w  czasie  choroby  i  że  może  uniknąć  negatywnych 
skutków  przebywania  na  wygnaniu.  Zauważa  jednocześnie,  że  więzy  jakie  je  łączą 

z  rodzicami  są  mocniejsze  i  bardziej  złożone,  a  jednocześnie  bardziej  delikatne,  niż 

sądziło przedtem: choroba wcale nie oddaliła go od rodziców. 

Po  to,  by  wyzwolić  się  z  tej  konfrontacji  ze  śmiercią,  dziecko  odczuwa  potrzebę, 

by  jego  doświadczenie  śmierci  -  które  przeżyło  -  było  docenione  przez  otoczenie. 
Na  pewno  nie  prowadzi  do  tego  namawianie  do  zapomnienia  czy  chęć  zbanalizo- 
wania  choroby  („nie  myśl  o  tym,  to  choroba  jak  wszystkie  inne  -  tylko  cięższa 
i dłuższa"). 

Konfrontacja  ze  śmiercią  jest  dla  każdego  z  nas  pewnym  doświadczeniem,  któ- 

re  może  zdarzyć  się  w  życiu  także  w  innych  sytuacjach.  Psychoanaliza  wykazuje,  że 
we  wczesnym  okresie  wszyscy  przeżywamy  takie  momenty,  kiedy  jesteśmy  ogarnię- 
ci  strachem,  w  sytuacjach  bez  nazwy,  bez  sensu,  bez  obrazów.  Uważa  się,  że  siłę 
twórczą pewnych artystów można odnieść właśnie do wspomnień z tego okresu. 

Rodzice  nierzadko  przechowują  w  swojej  pamięci  obraz  dzieci  jakby  zastygłych 

w  jakiejś  chwili  z  przeszłości.  Wtedy  dziecko  nie  starzeje  się  jak  Dorian  Gray  i  nie 

zmienia  się  pod  wpływem  choroby.  Znajduje  się  w  tym  stanie,  w  jakim  było  przed 

jej  wystąpieniem.  Nawet  samo  chore  dziecko  odnosi  wrażenie,  że  jego  rodzice  kie- 
rują  swe  słowa  do  jakiegoś  innego  dziecka,  gdyż  ono  nie  potrafi  się  w  tym  niepraw- 

dziwym  obrazie  odnaleźć.  Oni  zaś,  zrozpaczeni,  przylgnęli  do  tego  obrazu,  który 

trwa  w  ich  pamięci  jako  obraz  niezmieniony,  drogi  i  niezapomniany,  jako  obraz  ich 
dziecka, które wsiadło do pociągu bez możliwości powrotu. 

Trudno  jest  też  wyobrazić  sobie  rodzicom,  że  choroba  znacznie  przyspieszyła 

proces  dojrzewania  dziecka.  Oznacza  to,  że  teraz  ono,  analogicznie  do  nich  doro- 
słych,  ma  podobny  pogląd  na  życie  i  śmierć.  Ma  inny  rodzaj  świadomości,  której 
dorośli  nigdy  nie  osiągnęli  i  być  może  nie  osiągną,  co  powoduje  u  nich  pewne  za- 
żenowanie  wobec  dziecka.  Stąd  metoda  zastygania  w  przeszłości  okazuje  się  dobra 
dla  uniknięcia  konfrontacji  z  nieznanym.  Bo  śmierć  jest  nieznanym  -  nie  ma  nic 
więcej, oprócz śmierci w naszym życiu, które toczy się mimo wszystko. 

Czteroletnia  Karolina  ma  białaczkę.  Jej  matka  postanowiła  cały  swój  czas  poświę- 

cić  dziecku.  Zamieszkała  więc  z  nią  w  szpitalu.  W  przypadku  remisji  choroby  wyjeż- 
dża  z  nią  nad  morze.  Później  potrafiła  zorganizować  dla  Karoliny  warunki  szpitalne 
w  domu,  do  którego  codziennie  przychodzi  lekarz,  pielęgniarka,  ale  matka  spełnia 
rolę najważniejszej pielęgniarki: nadzoruje kroplówkę, karmi, ojciec zaś dostarcza 

background image

 

- 7 1 -  

 

potrzebne leki i krew. Jej brat pozostawiony na boku cierpi z tego powodu. 

Pewnego razu Karolinka, otoczona bliskimi, słyszy pytanie: 

-

 

Jaka będzie gdy dorośnie? 

I zadziwiająca odpowiedź małej pacjentki: 

-

 

Ja nigdy nie będę duża. 

W  ślad  za  tym  stwierdzeniem  zalega  przerażająca  cisza,  przerwana  po  chwili 

przez chore dziecko. 

-

 

Chodźmy na telewizję, bo już się zaczęła. 

Co  znaczy  dla  dziecka  żyć?  Czyż  nie  oznacza  to  być  „dużą"  -  to  znaczy  siedzieć 

na  krześle,  dotykając  stopami  podłogi,  jeść  przy  stole  z  dorosłymi,  ubierać  się  jak 
mama,  malować  się  jak  mama,  czy  grać  w  piłkę  jak  tata.  „Ja  nigdy  nie  będę  duża". 
Karolina była tego pewna. 

U  Karoliny  nastąpił  nawrót  choroby.  Lekarz,  który  się  nią  opiekował,  posiada- 

jąc  klucz  od  mieszkania,  przychodzi  o  różnych  porach  dnia  i  nocy.  Tym  razem  sa- 
ma Karolina wzywała go przez telefon. 

-

 

Widzisz,  mam  wiaderko  i  łopatkę,  za  dwa  dni  wyjadę  z  rodzicami  nad  morze 

- mówi witając się z nim po przybyciu. 

Mała  skarży  się  na  bóle  brzucha,  ma  też  trudności  z  oddychaniem,  dopomina 

się  o  wzięcie  jej  na  ręce.  Matka  bierze  ją  na  kolana,  wzywa  ojca.  Nagle  matka,  trzy- 
mając  przytuloną  Karolinę,  wybucha  płaczem.  Panie  doktorze,  jej  już  nie  ma!  To 
tak, jakby odfrunęła jak ptaszek - dodaje matka. 

U  dziecka,  które  wie  o  swojej  chorobie  i  jest  świadome  jej  skutków,  łatwiej 

wzbudzić  motywację  do  walki  z  nią.  U  dzieci  jest  ona  równie  ważna,  jak  u  doro- 
słych,  niektóre  z  nich,  nawet  te  małe,  potrafią  podjąć  ją  w  sposób  świadomy,  jak  na 
przykład  Aleksandra,  która  w  wieku  siedmiu  lat  trafiła  do  szpitala.  Badania  po- 
zwoliły  szybko  postawić  rozpoznanie  ostrej  białaczki,  dając  małe  szanse  na  wyle- 
czenie.  Wdrożono  wówczas  odpowiednie  leczenie.  Znosi  je  źle,  mimo  że  je  akcep- 
tuje:  sama  wyciąga  rączkę  i  wskazuje  pielęgniarce  najlepszą  żyłę.  Nie  oponuje  też 
przeciwko  iniekcjom  dolędźwiowym,  ukrywając  wówczas  twarz  zalaną  łzami.  Po 
miesiącu leczenia uznano remisję. 

Aleksandra zwraca się do lekarza: 

-  Czuję się już dobrze. 

-  Tak, czujesz się lepiej. 

-  Czy to znaczy, że nie jestem jeszcze zdrowa? 

-  Nie, trzeba jeszcze kontynuować twoje leczenie. 

-  Czy moja choroba jest ciężka? 

-  Będziemy czynić wszystko - zapewnia lekarz - ale ty musisz nam pomóc. 

-  A jak nazywa się moja choroba? 

-  Białaczka. 

background image

 

- 7 2 -  

 

-  Co to jest? 

-  Jest  to  choroba  krwi.  W  twojej  krwi  znajdują  się  złe  komórki,  które  usi- 

łują wyprzeć te dobre i trzeba je unieszkodliwić - informuje. 

-  A kiedy można być pewnym, że ich nie ma? 

-  Niestety  dziś  jeszcze  nie  można  tego  stwierdzić,  gdyż  mogą  się  one  ukrywać 

i  dlatego  nie  można  ich  zobaczyć,  trzeba  więc  kontynuować  leczenie,  aby  zabić  je 
w ich kryjówkach. 

-  Czy to leczenie będzie trwało długo? Czy cały czas muszę być w szpitalu? 

-

 

Nie - możesz wrócić do domu i będziesz zgłaszać się do nas co pewien czas. 

Aleksandra, której główka wygląda niczym u oskubanego ptaka, zamyśliła się. 

A  w  jej  spojrzeniu  można  było  odczytać  wolę  walki  o  życie...  Leczenie  jest  nadal 
kontynuowane.  Po  trzech  latach  utrzymującej  się  remisji,  chemioterapię  zastąpio- 
no  immunoterapią  stosowaną  w  warunkach  szpitalnych.  Po  kilku  miesiącach  ta- 

kiego  leczenia  rodzice  zabrali  ją  na  inny  kontynent.  Aby  nie  przerwać  leczenia,  wy- 

jechała  z  ampułkami  leków,  które  ma  przyjmować  co  miesiąc.  Aleksandra  nie  za- 
pomina przysyłać do szpitala kartek z pozdrowieniami. 

W  pięć  lat  potem  remisja  trwa  nadal,  zaprzestano  więc  leczenia.  W  wieku  18  lat 

Aleksandra  przyjechała  do  Paryża  i  przybyła  do  swego  pierwszego  szpitala  po  za- 
świadczenie,  aby  zapisać  się  na  uniwersytet:  chce  zostać  adwokatem.  „Zawsze 
umiałam  to  robić,  nawet  jak  byłam  mała  -  wyjaśnia  w  rozmowie  z  lekarzem,  pyta- 
jąc: - Dlaczego nie mówi mi pan doktor „ty" jak wtedy, gdy byłam mała"? 

Medycyna  zrobiła  duże  postępy,  prognoza  białaczek  zmieniła  się.  Również 

Aleksandra  pełna  odwagi  i  godności,  nauczyła  otoczenie,  że  nigdy  nie  można  tra- 
cić nadziei. Siła jej woli przyczyniła się do wygrania walki. 

Dzięki  takim  jak  ona,  która  mimo  młodego  wieku  była  dojrzała  mądrością  ży- 

cia,  medycyna  może  posuwać  się  naprzód.  Na  zakończenie  należy  dodać  -  mówiąc 

o  chorobach  nowotworowych  u  dzieci  -  parę  obserwacji  a  także  parę  słów  o  ich 

matkach. 

Jestem  w  dużym  międzynarodowym  ośrodku  leczenia  chorób  nowotworowych 

u  dzieci.  Przybywają  do  niego  matki  leczonych  dzieci,  których  życie  po  śmierci 
dziecka  nigdy  nie  będzie  takie  jak  przedtem,  pozostający  smutek  w  sercu  będzie 
bowiem  wciąż  żywy.  A  więc  matka  z  Rumunii  -  zabiła  się  w  kwadrans  po  śmierci 

swego  dziecka.  Francuzka  -  czytała  codziennie  gazety  ze  strachem,  czy  nie  dowie 

się  zbyt  późno  o  odkrytym  leku,  który  mógłby  uratować  jej  dziecko.  Włoszka, 
dwukrotnie  w  ciągu  dnia  przebywała  długą  drogę  z  hotelu  do  szpitala,  aby  przy- 
nieść  przygotowane  przez  siebie  spaghetti  specjalnie  takie,  jakie  lubił  jej  syn;  mat- 
ka  z  Jugosławii  pozostawała  przez  cały  dzień  za  szybą  sterylnego  pokoju,  by  czy- 
tać  dziecku  bajki  o  czarodziejach;  matka  z  Turcji,  tkwiła  także  za  szybą  i  zadowa- 
lała się tylko patrzeniem na syna; matka z Grecji wyzbywa się wszystkiego, nawet 

background image

 

 

ojcowizny,  aby  zapewnić  dziecku  leczenie  w  tym  ośrodku,  czy  ta  z  Paryża,  która 
wychodziła  często  z  pokoju,  aby  poprawić  makijaż,  nie  chcąc  pokazać  dziecku 
swych  łez.  I  ta  z  Portugalii,  ubrana  tamtejszym  zwyczajem  na  czarno,  która  po 

stracie  swego  20-letniego  syna  powiedziała:  „We  wszystkich  językach  istnieje  sło- 

wo  na  określenie,  że  się  straciło  ojca,  jest  to  sieroctwo,  męża  wdowieństwo,  ale  nie 
ma słowa, by wyrazić, że straciło się dziecko, tak jest to nienaturalne". 

 
 

*  

( O d  

redakcji)

Autorka 

swoim 

artykule 

oparła 

się 

na 

pracach 

dr 

D. 

Oppenheima 

Oddziału 

Onkologii 

Dziecięcej 

Instytutu 

G. 

Roussy 

w Villejuif. 

background image

 

- 7 4 -  

 

Ewa Budzyńska 

Mass media jako pomoc w przeżywaniu choroby 
i w umieraniu (na podstawie socjologicznych 
badań nad recepcją programu radia katolickiego) 

 
 
 

I. Wstęp 

 

Choroba, 

cierpienie,  umieranie  są  tymi 

kategoriami  losu 

człowieka, 

które 

prowokują  do  stawiania  sobie  i  innym  pytań  typu  egzystencjalnego:  o  sens  życia 
i  ostateczny  jego  cel,  zwłaszcza  wtedy,  gdy  wypełnia  się  ono  tym  wszystkim,  co 
w  dzisiejszym  świecie  dalekie  jest  od  uznania  za  synonim  szczęścia.  „Obyśmy  tyl- 

ko  zdrowi  byli"  -  to  najczęściej  wypowiadane  życzenie  doskonale  odzwierciedla 

nasze  postawy  wobec  tych  wszystkich  ograniczeń,  jakie  niesie  ze  sobą  bardziej 
lub  mniej  długotrwała  choroba.  Mimo  owych  życzeń  i  pragnień  człowieka,  te 
trzy kategorie losu wciąż naznaczone są powszechnością; mimo rozwoju wiedzy 
0

 

przyczynach, 

rozwoju 

zapobieganiu 

chorobom, 

mimo 

rozwoju 

techniki 

wspierającej 

medycynę, 

mimo 

poprawy 

warunków 

bytowych, 

człowiek 

wciąż 

choruje, 

cierpi, 

wreszcie  umiera.  Mimo  zmieniającego  się  kontekstu  historyczno- 

społecznego,  człowiek  wciąż  zadaje  sobie  te  same  pytania  egzystencjalne,  na  któ- 
re  coraz  trudniej  znaleźć  mu  odpowiedź,  gdyż  współcześnie  przestało  mieć  zna- 
czenie  powszechne  odwoływanie  się  do  tak  niegdyś  oczywistej  eschatologii  chrze- 
ścijańskiej

1

Jednocześnie 

coraz 

trudniej 

człowiekowi 

uzyskać 

psychologiczne 

wsparcie  w  środowiskach,  w  których  dotychczas  toczyło  się  jego  życie:  dom 
w  swym  społecznym  wymiarze  w  trakcie  przemian  cywilizacyjnych  powoli  zatra- 
cił  swoje  funkcje  środowiska,  zaspokajającego  różnorakie  potrzeby  osób  w  nim 
zamieszkujących,  w  tym  chorujących  i  umierających,  stając  się  często  tylko  miej- 

scem  noclegu

2

.  W  pracy  zawodowej  liczy  się  wyłącznie  dyspozycyjność  oraz  pro- 

dukcyjna  wydajność,  zatem  nie  jest  to  środowisko  zainteresowane  wspieraniem 
chorujących.  Z  kolei  środowiska  medyczne,  których  podstawowym  zadaniem  by- 
ło niesienie pomocy w cierpieniu, oddały się nowej religii, w centrum której znaj- 

1J. Ratzinger, Śmierć i życie wieczne, Warszawa 1986, s. 29-30; s. 35-36. 
2M. Ogryzko-Wiewiórowska, Rodzina i śmierć, 
Lublin 1994, s. 13-29. 

background image

 

-75- 

 

duje  się  zdrowie  fizyczne;  lekarz  awansuje  w  niej  do  rangi  kapłana,  zaś  nagrodą 
za  jej  wyznawanie  jest  długie  i  spędzone  w  zdrowiu  życie

3

.  Jeżeli  choroba,  na  któ- 

rą  cierpi  człowiek,  nie  daje  szans  na  realizację  tych  wartości,  pacjent  staje  się 
w  szpitalu  „persona  non  grata",  a  jego  śmierć  -  niejednokrotnie  najlepszym  roz- 

wiązaniem 

trudnej  sytuacji

4

.  Podobnie  oparcia  cierpiącemu  człowiekowi  nie  daje 

kultura  masowa,  koncentrując  się  w  swych  treściach  na  problematyce  rozrywko- 
wej,  bądź  sensacyjnej.  O  ile  pojawia  się  w  niej  śmierć,  to  tylko  w  wersji  brutalnej, 

nienaturalnej,  pokazywana  jako  „news",  po  których  pojawia  się  relacja  z  koncer- 

tu rockowego czy baletu

5

Jedyną 

instytucją 

pozytywnie 

wychodzącą 

naprzeciw 

duchowym 

potrzebom 

człowieka  cierpiącego  jest  Kościół  ze  swoją  teologią  cierpienia

6

;  ale  w  tym  wypad- 

ku  realne  możliwości  skorzystania  z  pomocy,  jaką  daje  on  cierpiącemu,  zależą  od 
wielu  czynników  dodatkowych,  takich  jak  poziom  religijności,  gotowość  do  kon- 
taktu  z  osobą  duchowną  i  przyjęcia  jej  posługi,  jak  i  gotowość  do  podjęcia  w  roz- 
mowach z nią trudnej tematyki sensu cierpienia i śmierci

7

Konkludując  -  współczesność  ze  swoimi  bóstwami,  jak  dobrobyt,  wykształce- 

nie  i  wiedza,  serdeczne  kontakty  międzyludzkie,  osiągnięcia  naukowe,  równowaga 
emocjonalna,  indywidualność  człowieka,  smak  artystyczny,  sława,  zdrowie  psy- 

chiczne

8

,  nie  daje  realnych  możliwości  przygotowania  się  ani  do  naturalnego  przy- 

jęcia  cierpienia  i  śmierci,  ani  do  uczynienia  ich  wartością,  prowadzącą  do  innej  - 
nadrzędnej:  ponadczasowego  bycia  z  TYM,  KTÓRY  JEST.  Współczesność  skła- 
nia  do  życia  w  taki  sposób,  jakby  człowiek  był  nieśmiertelny.  Czy  zatem  można  się 
dziwić,  iż  sytuacje  dotknięcia  cierpieniem,  perspektywą  śmierci  własnej  lub  naj- 
bliższych  są  postrzegane  jako  wydarzenia  tragiczne,  rujnujące  dotychczasowy  po- 
rządek życia, a w swej treści bezsensowne

9

R.  A. Kalish,  Rodzina wobec śmierci,  (w:) L. Pearson (red.),  Śmierć i umieranie,  Warszawa 1975, s. 
75. 

M. Ogryzko-Wiewiórowska,  op. cit., s. 45 - 50;  A. Ostrowska,  Śmierć i umieranie,  Warszawa 1991, 
s. 76-86; R. Fenigsen, Eutanazja. Śmierć z wyboru?, 
Poznań 1994. 

M. Ogryzko-Wiewiórowska, op. cit., s. 27-28. 

Por.: Jan Paweł II,  List Apostolski Salvißci doloris o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia; Ka- 
techizm  Kościoła  Katolickiego,  
Poznań  1994,  p.  1499-1532;  R.E.  Rogowski,  Światłość  i  tajemnica, 
Katowice 1986; J. M. Sailer, Słowa życia. Biblia dla chorych,  Warszawa 1989. Bogatą w treść litera- 
turę na temat wiary i cierpienia można również znaleźć w innych wyznaniach chrześcijańskich. 

Z.  Pawlak,  Aspekty  duchowe  kresu  życia,  (w:)  Eutanazja  a  opieka  paliatywna.  Aspekty  etyczne,  re- 
ligijne,  psychologiczne  i  prawne,  
Lublin  1996,  s.  173-178;  H.  Pera,  Sam  nie  podołam,  (w:)  H.  Bort- 
nowska  (red.),  Sens  choroby,  sens  śmierci,  sens  życia,  
Kraków  1993,  s.  177-252;  P.  Sporken,  Postę- 
powanie z umierającymi, 
(w:) H. Nikelski, Z pomocą umierającym, Warszawa 1989, s. 85-98. 

R. A. Kalish, op. cit., s. 76. 

M. Ogryzko-Wiewiórowska, op. cit., s. 28. 

background image

 

-76- 

 

2. 

Społeczno-kulturowy kontekst postaw wobec cierpienia, 

choroby i umierania 

 

Problematyki  zmian  w  postawach  wobec  trzech  omawianych  kategorii  ludzkie- 

go  życia  nie  można  oderwać  od  ogólnych  uwarunkowań  społeczno-kulturowych, 
ujmowanych 

perspektywie 

długotrwałego 

procesu 

przekształcania 

się 

społe- 

czeństw  tradycyjnych  w  nowoczesne  i  ponowoczesne.  Społeczeństwo  tradycyjne 
tworzyło  bardzo  stabilne  ramy  życia  dla  jednostek,  zaś  wartości  religijno-moralne, 
będące  jedyną  propozycją  światopoglądową,  dawały  oparcie  w  różnych  sytuacjach 
życiowych,  stanowiąc  pewny  i  trwały  punkt  odniesienia  w  życiu  każdego  człowie- 
ka.  Religia  była  niezbędnym  elementem  życia,  umożliwiając  zaspokojenie  określo- 
nych  ludzkich  potrzeb,  gwarantując  ład  w  życiu  jednostkowym  i  społecznym,  da- 

jąc  poczucie  bezpieczeństwa  i  sprawiedliwości  oraz  powodzenia  w  życiu

10

,  a  zara- 

zem  stanowiła  tę  rzeczywistość,  na  której  można  było  oprzeć  się  podczas  śmierci". 
Ów  globalny  kontekst  społeczny  wpływał  z  jednej  strony  na  jednostkę,  dostarcza- 
jąc  jej  poczucia  sensu  życia,  mimo  jego  przemijalności,  poczucia  naturalności 
śmierci,  jak  i  aprobaty  dla  wyrażania  żałoby  i  społecznego  w  niej  uczestnictwa; 

z  drugiej  strony  -  wpływał  na  funkcjonowanie  społecznych  mikrostruktur,  w  tym 

rodziny,  która  dawała  oparcie  i  opiekę  w  różnych  trudnych  sytuacjach,  także  w  cza- 
sie choroby, umierania i śmierci. 

Przekształcenie 

społeczeństwa 

tradycyjnego 

industrialne 

postindustrialne 

spowodowało  pojawienie  się  procesów,  które  przyczyniły  się  do  zasadniczej  zmia- 

ny  stosunku  do  choroby,  cierpienia  oraz  śmierci  jako  szczególnych  kategorii  ludz- 

kiego  życia,  pozbawiając  je  powszechnego  pozytywnego  sensu,  doprowadzając  za- 
razem  do  społecznego  odrzucenia  osób  nimi  dotkniętych

12

.  Pośród  nich  wymienia 

się proces: 

•  urbanizacji  -  powodującej  osłabienie  związku  człowieka  z  naturą  oraz  wpły- 

wającej na głębokie przemiany w obrębie rodziny; 

•  technologicznego  rozwoju  i  postępującej  specjalizacji  medycyny  -  prowa- 

dzących  do  segregacji  ludzi  starych,  chorych  i  umierających  od  reszty  społe- 
czeństwa, jak i do zamazania wyraźnej granicy między życiem i śmiercią; 

•  sekularyzacji  -  eliminującej  wiarę  w  życie  pozagrobowe,  a  wraz  z  nim  me- 

chanizmy  łagodzące  stres  i  lęki  związane  z  umieraniem  oraz  obrzędy  będące 
rytuałem przejścia z „tego" do „lepszego" świata; 

 

zmian wartości otaczających starość - uwidocznione w apoteozie młodości, 

10  J. Mariański, Moralność w procesie przemian. Szkice socjologiczne, Warszawa 1990, s. 33-39. 
11  J. Ratzinger, op. cit., 
s.35. 

12  Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 198.9, s. 19-41 i 550-603. 

background image

 

-77- 

 

siły, sprawności, produktywności i sukcesu, podczas gdy starość kojarzona 
jest z niedołężnością, sklerozą i uzależnieniem od innych

13

Ostatnie dwa procesy mają charakter szerszy, gdyż są związane z kulturą post- 
modernistyczną, przypisywaną społeczeństwu postindustrialnemu. W ową kulturę 
bardzo silnie wpisują takie zjawiska, jak: 

•  deinstytucjonalizacja  -  prowadząca  m.  in.  do  zachwiania  relacji  pomiędzy 

obiektywnym 

(instytucjonalnym) 

subiektywnym 

światopoglądem 

na 

ko- 

rzyść  tego  ostatniego;  obejmująca  wszystkie  znaczące  instytucje  społeczne 
od  rodziny  począwszy,  na  Kościele  i  państwie  skończywszy.  Utrata  przez  nie 
znaczenia 

doprowadziła 

do 

prymatu 

własnych, 

indywidualnych 

potrzeb 

przed 

potrzebami 

społecznymi 

(związanymi 

funkcjonowaniem 

rodziny, 

państwa),  a  jednocześnie  poprzez  uniezależnianie  się  jednostki  od  różnych 
struktur  społecznych  i  wspólnot  -  do  społecznej  atomizacji  oraz  osamotnie- 

nia jednostki

14

•  pluralizm  kulturowy  -  polegający  na  tworzeniu  swoistego  rynku  różnych, 

często  przeciwstawnych,  konkurencyjnych,  a  zarazem  równorzędnych  war- 
tości,  na  którym  nie  istnieje  jedna  prawda.  Człowiek  z  tej  bogatej  oferty  wy- 
biera  sobie  sam  te  wartości  i  cele  życiowe,  które  uważa  za  atrakcyjne  dla  sie- 
bie,  gdyż  nie  jest  związany  żadną  rzeczywistością  normatywną  lub  wzniosły- 
mi  ideałami.  Zaś  „kultura  współczesna  pozbawiona  religijnego  zaplecza  nie 
może  wydobyć  z  siebie  istotnego  dla  człowieka  przesłania  co  do  głębszych 
wymiarów  ludzkiego  losu,  co  do  celu  i  sensu  życia.  W  warunkach  radykal- 
nego pluralizmu łatwo o bezradność wobec niebezpieczeństw i nieszczęść, 

0

 

utratę  sensu  życia,  mimo  że  otwiera  on  nieograniczone  możliwości  wybo- 

ru spośród różnorodnych opcji, w tym także moralnych i religijnych"

15

 

strukturalny indywidualizm - oznaczający indywidualizację stylów życia 

1

 

sposobów  bycia,  indywidualizację  wartości  i  norm,  w  ścisłym  powiązaniu 

ze  wzrostem  materialnego  standardu  życia,  z  dostępem  do  masowej  kon- 

sumpcji  i  czasu  wolnego.  W  indywidualizmie  liczy  się  tylko  to,  co  jest  zwią- 

zane  z  ekspresją  i  przekształcaniem  własnego  „ja"  w  celu  samorealizacji, 
która  staje  się  najwyższym  prawem.  „Nie  liczy  się  życie  jako  pewna  rzeczy- 
wistość  uniwersalna  czy  komunikacja  z  innymi,  lecz  «moje  zycie»  jako  naj- 
wyższe  dobro,  podstawa  i  warunek  wszelkiego  dobra,  pełnego  zadowolenia 
i szczęścia. Społeczeństwo jest natomiast zobowiązane do tworzenia warun- 

13  A. Ostrowska, op. cit., s. 12-13. 
14  J.  Mariański,  Młodzież  między  tradycją  iponowoczesnością,  
Lublin  1995,  s.  21-26;  Z.  Tyszka,  Ro- 

dzina  w  świecie  współczesnym  -  jej  znaczenie  dla  jednostki  i  społeczeństwa,  „Roczniki  Socjologii 
Rodziny", 1994, t. 6, s. 30-3 1. 

15  J. Mariański, op. cit., s. 30. 

background image

 

-78- 

 

ków do samorealizacji jednostki"

16

. W strukturalnym indywidualizmie zni- 

ka odpowiedzialność przed Bogiem i społeczeństwem, pozostaje jedynie od- 

powiedzialność przed samym sobą. W efekcie strukturalny indywidualizm 

rodzi typ człowieka nieodpornego, słabego, nieprzygotowanego do pokony- 

wania trudności, skłonnego do zniechęcenia lub załamania w obliczu naj- 

mniejszych przeciwności losu; człowieka niezdolnego do miłości, gdyż ona 

może skomplikować życie

17

Tak więc pluralizm i konkurencyjność norm i wartości, połączone z odrzuce- 

niem perspektywy wieczności wraz z odpowiedzialnością przed Bogiem, wreszcie 

koncentracja na tym, co doczesne i ziemskie, odnoszące się wyłącznie do własnego 

„ja", przyczyniły się w efekcie do zmiany stosunku do omawianych wyżej katego- 

rii ludzkiego życia z naturalnego i opiekuńczego na negatywny, a w niektórych 

aspektach na wręcz niehumanitarny

18

, będący głównym filarem moralności zwanej 

tajgetejską

19

 
 

3. 

Psychologiczny wymiar cierpienia, choroby i umierania 

 

W  aspekcie  psychologicznym  choroba  i  związane  z  nią  cierpienie  budzą  u  czło- 

wieka  nimi  dotkniętego  zróżnicowane  postawy.  W  obrębie  komponentów  tych  po- 
staw  można  wyróżnić:  emocjonalny  szok,  strach,  lęki  i  związane  z  nimi  bóle  oraz 
wzmożenie  napięcia  mięśniowego,  znużenie,  gniew,  przygnębienie,  ale  też  podwyż- 
szenie  nastroju  bądź  jego  wyrównanie  (komponent  emocjonalny  postawy  wobec 
choroby);  do  komponentu  poznawczego  można  włączyć  sposób  oceniania  stopnia 
ciężkości  choroby  (tzw.  poznawczy  schemat  choroby),  a  także  sposób  postrzegania 

choroby:  jako  przeszkody,  nieodwracalnej  straty  lub  uszkodzenia,  jako  ulgi  od  do- 

tychczasowych  obowiązków,  jako  korzyści  będącej  wynikiem  wzmożonego  zainte- 

resowania  i  troski  ze  strony  innych  ludzi,  wreszcie  jako  wartości  umożliwiającej 

własny  duchowy  rozwój,  wspomagającej  innych  ludzi  w  ich  trudnościach  życio- 
wych  (choroba  jako  modlitwa),  jak  też  jako  wartości  przybliżającej  do  Boga.  Po- 
strzeganie  i  przeżywanie  w  ten  czy  inny  sposób  choroby  prowadzi  do  pewnych  kon- 
sekwencji 

behawioralnych 

(komponent 

behawioralny 

postawy) 

czyli 

sposobów 

zmagania  się  z  chorobą:  od  walki  do  rezygnacji  poprzez  stany  pośrednie  -  pełne 
wahań pomiędzy mobilizacją i zwątpieniem w efekt leczenia; od buntu do akcep- 

16 Tamże, s. 37. 
17 Tamże, s. 35. 
18 Por. R. Fenigsen, op. cit.; 
H. Gulanowska, Wybrane zagadnienia diagnostyki prenatalnej, (w:) 

J. W. Gałkowski i J. Gula (red.), W imieniu dziecka poczętego, Rzym - Lublin 1988, s. 53-64. 

19 R. Fenigsen, op. cit., s. 13-40. 

background image

 

-79- 

 

tacji,  przy  wykorzystaniu  tzw.  mechanizmów  obronnych

20

/Warto  zwrócić  uwagę, 

iż  postawa  wobec  własnej  choroby  nie  jest  kategorią  statyczną,  lecz  posiada  swo- 
istą  dynamikę  w  postaci  labilności  tak  w  poszczególnych  komponentach,  jak 
i  w  osiąganiu  pewnych  etapów  w  procesie  adaptacji  do  choroby  oraz  w  procesie 
zdobywania  umiejętności  chorowania,  ściśle  powiązanej  z  rozwojem  własnej  oso- 
bowości

21

Sytuacja  jeszcze  bardziej  komplikuje  się  w  momencie  przekroczenia  granicy  po- 

między  „byciem  chorym"  i  „byciem  umierającym"

22

.  Uważa  się,  że  umieranie  bę- 

dące  dramatem,  czyli  wydarzeniem  poważnym,  często  kryzysogennym,  stanowią- 
cym  wyzwanie,  czasem  powodującym  konflikty,  jest  zarazem  swoistym  i  niepowta- 

rzalnym  (do  pewnego  stopnia)  procesem  życiowym

23

.  Pojawia  się  tu  problem  lęków 

antycypujących  własną  śmierć  (przed  cierpieniem  fizycznym,  poniżeniem,  zmiana- 
mi  zachodzącymi  w  ciele,  uzależnieniem  od  innych,  przed  konsekwencjami  własnej 
śmierci  dla  innych,  przed  przerwaniem  realizacji  zadań  życiowych,  przed  nieistnie- 
niem  oraz  przed  karą  za  grzechy)

24

,  jak  też  problem  etapów  umierania  oraz  mecha- 

nizmów  obronnych,  stosowanych  w  sytuacji  zagrożenia  życia  (odsuwających  groź- 
bę  śmierci,  wypierających  ją  poza  świadomość,  podejmujących  próbę  jej  kontrolo- 

wania)

25

Procesowi 

umierania 

towarzyszy 

cierpienie  fizyczne 

(ból, 

bezsenność, 

zmęczenie,  zaburzenia  oddychania,  jedzenia,  wydalania),  a  także  cierpienie  psy- 
chiczne  (silne  stresy  i  napięcia  emocjonalne,  gniew,  rozpacz,  poczucie  zagrożenia, 

bezsilności,  smutek,  depresja,  poczucie  winy,  wstydu,  poczucie  alienacji  związanej 

z  pewnymi  chorobami)

26

  oraz  cierpienie  duchowe,  związane  z  tzw.  bólem  egzysten- 

cjalnym

27

.  W  tym  okresie  życia  dokonuje  się  także  jego  bilansu,  stanowiącego  po- 

moc  bądź  przeszkodę  w  akceptacji  i  „dokonaniu"  się  we  własnej  śmierci

28

.  Pojawia 

się  także  świadomość  powolnego  tracenia  tego  wszystkiego,  co  się  dotychczas  po- 
siadało

29

.  Wydaje  się  jednak,  iż  dla  osoby  umierającej  głównym  problemem  jest 

osamotnienie,  przeżywane  w  wielu  aspektach:  po  pierwsze  -  „umieranie  człowieka 
jest sytuacją graniczną, czyli takim doświadczeniem egzystencjalnym, które trzeba 

20  V. E. Franki, Homo patiens, Warszawa 1971; M. Jarosz, Psychologia lekarska, Warszawa 1978, 

s. 221-237 i 315-319; K. Osińska, Twórcza obecność chorych, Warszawa 1980. 

21  K. Osińska, Umiejętność chorowania, (w:) K. Osińska (red.), Refleksje nad etyką lekarską, War- 

szawa 1990, s. 156-159. 

22  A. Ostrowska, op. cit., s: 49 -51. 
23  J. Makselon, Dramat umierania, 
(w:) Eutanazja a opieka paliatywna..., op. cit., s. 142. 
24  Tamże, s. 19-20. 
25  Tamże, s. 60-66. 
26  Tamże, s. 51-60. 
27  Z. Pawlak, op. cit., 
s. 173-178. 
28  P. Sporken, Postępowanie z umierającymi, 
(w:) H. Nikelski (red.), Z pomocą umierającym, s. 68. 
29  J. Makselon, Dramat umierania, 
(w:) Eutanazja a opieka paliatywna..., s. 145; R. A. Kalish, op. 

cit., s. 76. 

background image

 

-80- 

 

samemu  przyjąć,  osobiście  przez  nie  przejść,  nie  można  go  złożyć  na  barki  kogoś 

innego"

30

,  po  drugie  -  z  uwagi  na  liczne  uwarunkowania  kulturowe,  o  których 

wspomniano  wcześniej,  jak  też  tzw.  proces  pornografizacji  śmierci,  polegający  na 
swoistym  ocenzurowaniu  jej  w  sferze  zachowań,  poglądów,  myśli,  a  przede  wszyst- 
kim  w  obrębie  języka

31

,  umierający  nie  może  otwarcie  rozmawiać  o  swoich  proble- 

mach  ani  z  rodziną,  ani  z  przyjaciółmi,  ani  z  personelem  medycznym,  gdyż  przy  je- 
go łożu toczy się zazwyczaj swoista gra wzajemnego udawania

32

Kolejnym  problemem,  ściśle  powiązanym  z  poprzednio  omówionym,  jest  pro- 

blem  żałoby  przeżywanej  przez  bliskich  osoby  zmarłej.  Śmierć  bliskiej  osoby  nale- 
ży  do  wydarzeń  znaczących,  które  wywierają  istotny,  dynamiczny  wpływ  na  dalsze 
życie  jednostki,  jak  też  na  jej  późniejszy  stosunek  do  śmierci  innych  ludzi  i  do 
śmierci  własnej.  Zarazem  jest  to  przyczyna  ciężkiego  stresu,  niejednokrotnie  wpły- 
wającego  na  utratę  celu  życia,  na  obniżenie  odporności  na  choroby,  a  nawet  na 
skrócenie  życia

34

.  W  procesie  przeżywania  żałoby  daje  się  zauważyć  pewne  etapy: 

pierwszy  etap  -  obejmujący  reakcję  szoku,  odrętwienia,  niedowierzania,  kiedy  to 

jednostka  usiłuje  zablokować  w  sobie  świadomość  straty,  nie  dopuszczając  do  gło- 
su  bolesnych  odczuć.  Na  drugim  etapie  pojawia  się  uczucie  ostrej  żałoby,  z  silnie 

zaznaczonymi  objawami  somatycznymi  (np.  niechęć  do  jedzenia,  duszność)  i  psy- 

chicznymi  (np.  żal,  smutek,  rozpacz,  poczucie  winy,  pretensja,  gniew).  Ten  etap 
obejmuje  także  odczuwanie  obecności  zmarłego  oraz  jego  idealizację

35

.  Mogłoby 

się  wydawać,  iż  ten  bardzo  trudny  okres  opłakiwania  kogoś  bliskiego  powinien 
sprzyjać  mobilizacji  otoczenia  społecznego  do  dzielenia  bólu  i  żalu  po  zmarłym 
z  jego  bliskimi  tak,  jak  to  się  działo  przez  całe  wieki,  kiedy  to  żałoba  była  bardziej 
aktem  społecznym  niż  indywidualnym,  chroniąc  tym  samym  jednostkę  przed  osa- 
motnieniem  i  rozpaczą.  Niestety  wiek  XX  dokonał  i  w  tej  sferze  istotnych  prze- 
kształceń,  polegających  na  eliminacji  z  życia  społecznego  żałoby.  W  efekcie  wokół 
dotkniętych  żałobą  wytworzyła  się  swoista  pustka  społeczna,  która  nie  pozwala 

ani  na  ujawnianie  przez  jednostkę  dramatycznych  uczuć  żalu  po  zmarłym,  traktu- 

jąc  je  jako  przejaw  choroby  bądź  słabości  charakteru,  ani  na  przejawianie  współ- 
czucia  wobec  osoby  osieroconej  przez  bliskich,  co  przejawia  się  w  swoistej  elimina- 

cji wszelkich z nią kontaktów, stwarzając klimat kwarantanny

36

. Wydaje się więc 

30  J. Makselon, op. cit., s. 144. 
31  G. Gorer, The pornography of death, 
(w:) W. Philips i P. Rahv (red.), Modem writing, New York 

1956, s. 56-62; cyt. za: R. A. Kalish, op. cit., s. 77. 

32  A. Ostrowska, op. cit., s. 66-86; M. Sokołowska, Socjologia medycyny, Warszawa 1986, s. 119-139. 
33  R. A. Kalish, op. cit., 
s.92-93. 
34  M. Sokołowska, op. cit., 
s. 53-54. 
35  Y. Novak, Poradnictwo i terapia w okresie żałoby, 
(w:) B. Hołyst, Człowiek w sytuacji trudnej, War- 

szawa 1991, s. 177-182; A. Ostrowska, op. cit., s. 101-106. 

36  Ph. Aries, op. cit., s. 567-572. 

background image

 

-81- 

 

zrozumiałe,  że  współczesny  człowiek  przeżywający  śmierć  bliskich,  nie  doznając 
wsparcia  ze  strony  społecznej,  zostaje  skazany  na  zupełne  osamotnienie  w  radze- 
niu sobie z przeżyciem niewątpliwie najtrudniejszego wydarzenia życiowego

37

Przeżywanie  żałoby  oraz  sposób  radzenia  sobie  z  jej  tzw.  „przepracowaniem" 

uzależnione  jest  od  wielu  zmiennych  psychospołecznych:  od  czynników  sytuacyj- 

nych  -  związanych  z  okolicznościami  śmierci,  psychicznych  -  związanych  z  emo- 

cjonalnymi  relacjami,  jakie  zachodziły  pomiędzy  zmarłym  i  jego  rodziną,  wreszcie 
od  czynników  społecznych,  wśród  których  warto  wymienić  postawy  światopoglą- 
dowe  i  religijne,  stosunek  do  życia  i  śmierci,  a  także  życia  po  śmierci

38

.  Powyższe 

czynniki mogą wpływać łagodząco na przejawy żałoby, bądź ją pogłębiać. 

 

4. 

Cierpienie, choroba i śmierć w aspekcie teologicznym i religijnym. 

 

Teologia  Kościoła  Rzymskokatolickiego  silnie  koncentruje  się  na  problematyce 

cierpienia,  choroby  i  umierania  nadając  im  sens  poprzez  włączenie  ich  w  cierpienie 
i  śmierć  Chrystusa  na  krzyżu

39

.  Ten  aspekt  ludzkiego  cierpienia  w  sposób  szczegól- 

ny  zostaje  rozwinięty  przez  Jana  Pawła  II  w  Liście  apostolskim  Sahifici  doloris. 
O  chrześcijańskim  sensie  ludzkiego  cierpienia.  
W  tym  ujęciu  cierpienie  może  mieć 
charakter  kary  lub  pokuty  i  prowadzić  do  nawrócenia,  może  też  mieć  charakter 
ciężkiej  próby.  Zawsze  jednak  posiada  charakter  twórczy,  czerpiąc  go  z  „dopełnia- 
nia"  „braków  Chrystusowych  udręk"  (p.  24),  zaś  „uczestnicy  cierpień  Chrystusa  są 
poprzez  swoje  cierpienia  wezwani  również  do  uczestnictwa  w  chwale"(p.  22).  Zatem 
„cierpieć  -  to  znaczy  stawać  się  jakby  szczególnie  podatnym,  szczególnie  otwartym 
na  działanie  zbawczych  mocy  Boga,  ofiarowanych  ludzkości  w  Chrystusie"  (p.  23). 
Jednocześnie  cierpienie  daje  człowiekowi  szansę  duchowego  hartowania  się  oraz 
wypracowania  cnoty  wytrwałości  w  znoszeniu  tego,  co  dolega  i  boli,  wyzwalając 
w  nim  nadzieję,  że  cierpienie  go  nie  przemoże,  nie  pozbawi  właściwej  człowiekowi 
godności  wraz  z  poczuciem  sensu  życia.  „I  oto  ten  sens  objawia  się  wraz  z  działa- 
niem  miłości  Bożej,  która  jest  największym  darem  Ducha  Świętego.  W  miarę  jak 

uczestniczy  w  tej  miłości,  człowiek  w  cierpieniu  odnajduje  do  końca  siebie:  odnaj- 

duje «duszę», którą zdawało mu się, że przez cierpienie «stracił»" (p.23). 

Ukazując  pozytywny  wymiar  cierpienia  jednocześnie  nie  dokonuje  się  jego  ab- 

solutyzacji, uznając za moralnie usprawiedliwioną terapię paliatywną, nawet jeśli 

37  W niektórych krajach usiłuje się wypełnić tę lukę powstałą wskutek eliminacji śmierci z życia spo- 

łecznego  przez  tworzenie  poradnictwa  w  okresie  żałoby  -  por.  B.  Nordelius,  Szwedzki  system  po- 
radnictwa  dla  osób  w  okresie  żałoby,  
(w:)  B.  Hołyst,  op.  cit.,  s.  173-176;  oraz:  Y.  Novak,  Poradnic- 
two i terapia w okresie żałoby, 
tamże, s. 177-182. 

38  M.Ogryzko-Wiewiórowska, op. cit., s. 183-185; A. Ostrowska, op. cit., s. 103-106. 
39  Ks.  R.  Ε.  Rogowski,  Światłość  i  tajemnica.  Z  problematyki  teologii  egzystencjalnej,  
Katowice 

1986, s. 100-103. 

background image

 

-82- 

 

w  konsekwencji  prowadzi  ona  do  ograniczenia  świadomości  i  skrócenia  życia  (o  ile 
bezpośrednim  celem  tej  terapii  nie  jest  zadanie  śmierci)

40

.  Zarazem  Kościół  zaleca 

wobec  chorych  i  cierpiących  modlitwę  oraz  udzielenie  im  sakramentu  namaszcze- 
nia, mającego im przynieść: 

•  zjednoczenie chorego z męką Chrystusa dla jego własnego dobra oraz dla 

dobra całego Kościoła; 

•  umocnienie, pokój i odwagę, by przyjmować po chrześcijańsku cierpienia, 

choroby lub starość; 

•  przebaczenie grzechów, jeśli chory nie mógł go otrzymać przez sakrament 

pokuty; 

•  powrót do zdrowia, jeśli to służy dobru duchowemu; 
•  przygotowanie na przejście do życia wiecznego

41

Nadanie  w  ten  sposób  głębokiego  i  ostatecznego  sensu  cierpieniu,  a  zarazem 

ludzkiemu  życiu  dotkniętemu  cierpieniem  sprawia,  że  stają  się  one  czymś  niesłycha- 
nie  wartościowym

42

,  godnym  akceptacji

43

.  Jeśli  więc  przyjęcie  ostatecznego  uzasad- 

nienia,  jakim  jest  perspektywa  zjednoczenia  z  cierpiącym  Chrystusem,  by  ostatecz- 
nie  w  wieczności  radować  się  w  objawieniu  jego  chwały  (1  Ρ  4,13),  stanowi  istotny 
czynnik  w  oswojeniu  cierpienia,  umierania  i  śmierci,  to  należałoby  się  spodziewać,  iż 
człowiek  o  pogłębionej  religijności  będzie  łatwiej  znosił  cierpienie  i  chorobę  w  swym 
życiu,  niż  osoba  religijnie  indyferentna.  Inaczej:  należałoby  się  spodziewać,  że  religia 
poprzez  wyjaśnianie  ostatecznego  celu  ludzkiego  życia,  ułatwi  pojedynczemu  czło- 

wiekowi  proces  przyjęcia  cierpienia  jako  wartości.  Jednakże  badania  psychologiczne 

i socjologiczne dostarczają zróżnicowanych danych na temat tej kwestii. 

Wydaje  się,  iż  wyniki  podejmowanych  badań  są  silnie  uzależnione  od  uwzględ- 

nienia  bądź  pominięcia  kryteriów  jakościowych  religijności,  które  wiążą  się  z  trak- 
towaniem  religii  jako:  1)  celu,  któremu  przyporządkowuje  się  własne  życie,  całość 
podejmowanych  zadań  oraz  całokształt  ocen  zachodzących  zdarzeń;  2)  środka, 
przy  pomocy  którego  można  zrealizować  różne  życiowe  cele,  takie  jak  zapewnienie 
sobie  popularności  wśród  innych  ludzi,  zdobywanie  i  utrzymywanie  pozycji  spo- 
łecznej,  znajdowanie  rozrywki  i  sposobu  spędzania  wolnego  czasu;  3)  sposobu  po- 
szukiwania  sensu  życia  -  religia  tu  stanowi  ogólny  system  integrujący  próby  znale- 
zienia swojego miejsca w świecie i wypracowania własnego systemu wartości

44

40  Encyklika Evangelium vitae, p. 65. 
41  Katechizm Kościoła Katolickiego, p. 
1532. 
42  Warto  przypomnieć  tu  poglądy  V.  E.  Frankla  -  twórcy  logoterapii,  skoncentrowanej  na  poszuki- 

waniu  wartości  obiektywnych,  nadających  ludzkiemu  życiu  sens;  por.  V.  E.  Franki,  Homo  patiem, 
Warszawa 1971 oraz S. Kuczkowski, Psychologia religii, Kraków 1993, s. 168-171. 

43  O  nabywaniu  sensu  cierpienia  oraz  dojrzewaniu  do  jego  akceptacji  w  różnych  okresach  życia  pi- 

sze także E. Kübler-Ross w książce Życiodajna śmierć, Poznań 1996, s. 36-40. 

44  H. Grzymała- Moszczyńska, Psychologia religii. Wybrane zagadnienia, Kraków 1991, s. 103. 

background image

 

- 8 3 -  

 

Ad.  1)  Z  całą  pewnością  religia  nie  jest  kategorią,  która  wpływa  na  różne  sfery 

ludzkiego  życia  w  sposób  automatyczny,  lecz  zależy  od  tego,  w  jaki  sposób  czło- 
wiek  ustosunkowuje  się  do  niej,  angażując  całą  swoją  osobowość

45

.  Traktowaniu 

religii  jako  wartości  autotelicznej  sprzyja  typ  religijności  dojrzałej

46

  oraz  wewnętrz- 

nej,  czyli  takiej,  w  której  jednostka  jest  bardziej  zainteresowana  w  służeniu  swej  re- 
ligii,  niż  tym,  by  religia  jej  służyła;  ponadto  religia  dla  jednostki  stanowi  wartość 
naczelną,  ostateczną,  wpływającą  na  całość  życia  i  przejawiającą  się  w  regularno- 
ści  religijnych  praktyk,  w  respektowaniu  przykazań  oraz  w  internalizacji  całego 
„Credo"  i  pełnej  jego  realizacji

47

.  Ten  typ  religijności  wpływa  na  zmniejszenie  lęku 

przed  śmiercią  i  przed  trudem  istnienia,  uwalnia  od  poczucia  absurdu,  czasem 
ogranicza  działania  autodestrukcyjne,  a  przede  wszystkim  zaspokaja  potrzebę  sen- 
su  życia.  Modlitwa  ludzi  o  religijności  wewnętrznej,  przeżywana  jako  spotkanie 
z  Bogiem,  redukuje  napięcie  psychiczne,  zmniejsza  poczucie  bezradności  i  braku 
wiary  we  własne  siły,  pomnaża  nadzieję,  a  tym  samym  wpływa  na  zmniejszanie  się 
podatności  na  chorobę  i  przyspiesza  proces  leczenia

48

.  Wydaje  się,  iż  z  tym  poję- 

ciem  religijności  koresponduje  tzw.  wysoka  centralność  przedmiotu  postawy  reli- 

gijnej

49

,  wpływająca  na  dostrzeganie  w  religii  czynnika  usensawiającego  i  ułatwia- 

jącego poznanie prawdy przez osoby ją posiadające

50

Ad.  2)  Instrumentalne  traktowanie  religii  (religijność  zewnętrzna)  wiąże  się 

z  podporządkowaniem  jej  interesom  osobistym,  pozareligijnym,  takim,  jak:  poczu- 
cie  bezpieczeństwa,  pozycja  społeczna,  potrzeba  towarzystwa,  pociechy,  aprobaty, 
uzyskania  poparcia  dla  wybranego  przez  siebie  stylu  życia,  potrzebie  rozrywki, 
a  nawet  biznesu.  Ten  typ  religijności  nie  przenika  całego  życia,  sprzyja  selektywno- 
ści  i  liberalności  wobec  religijnej  doktryny  oraz  rozdziałowi  pomiędzy  sferą  „sa- 
crum"  i  „profanum",  jak  też  niesystematycznym  praktykom  religijnym

51

.  Tak  więc 

osoby  zewnątrzreligijne  zwykły  traktować  wiarę  jako  narzędzie  motywacji  docze- 
snej,  zaś  obowiązki  religijne,  będące  dla  nich  pewnym  ciężarem  i  udręką,  są  przez 
nie  spełniane  o  tyle,  o  ile  pozwalają  na  osiągnięcie  ziemskich  celów.  Ponieważ  mo- 
dlitwa u nich jest zawsze modlitwą o coś, a nie bezinteresownym kontaktem z Sa- 

45  Konieczne  jest  uwzględnienie  rozróżnienia  pomiędzy  „religią"  i  „religijnością".  „Religia"  to  zbiór 

prawd,  nakazów  i  zakazów  regulujących  stosunek  pomiędzy  Bogiem  i  człowiekiem  (aspekt  przed- 
miotowy),  zaś  „religijność"  odnosi  się  do  ustosunkowania  się  osoby  do  systemu  prawd  przy  za- 
angażowaniu całej osobowości (aspekt podmiotowy) - por. S. Kuczkowski, op. cit., 
s. 22. 

46  G.W. Allport, Osobowość i religia, Warszawa 1988, s. 141-160. 
47  S. Kuczkowski, op. cit., 
s. 95-97 
48  J. Kozielecki, Z Bogiem albo bez Boga, 
Warszawa 1991, s. 118 i 130. 
49  W.  Prężyna  centralność  postawy  wiąże  z  jej  rolą  jako  części  systemu  wartości,  która  pozostaje  

w  bliskiej  relacji  do  self-comcept  jednostki  -  por.  W.  Prężyna,  Motywacyjne  korelaty  centralności 
przedmiotu postawy religijnej, 
„Roczniki Filozoficzne", 1997, t. 25, z. 4, s. 18. 

50  Tamże, s. 138. 
51  S. Kuczkowski, op. cit., 
s. 95-97. 

background image

 

 

crum,  nie  pełni  ona  swej  roli  regulacyjnej  i  w  związku  z  tym  nie  zmniejsza  u  nich 

napięcia 

psychicznego  i  bezradności,  nie  wzmacnia  zaufania  we  własne  siły. 

W  związku  z  tym  osoby  te  gorzej  dają  sobie  radę  z  trudnościami,  chorobami  itp.

52

Z  instrumentalnym  traktowaniem  religii  związana  jest  obniżająca  się  centralność 

przedmiotu  postawy  religijnej.  Wpływa  ona  na  traktowanie  religii  jako  źródła:  „si- 

ły 

utrzymaniu 

właściwego 

poziomu 

moralnego", 

„poczucia 

bezpieczeństwa 

w trudach życia" oraz jako czynnika zmniejszającego lęk przed śmiercią

53

Ad.  3)  Religia  wyjaśniając  obraz  świata  i  odpowiadając  na  podstawowe  pytania 

egzystencjalne  oraz  na  podstawową  potrzebę  człowieka  -  potrzebę  transcendencji, 
dostarcza  człowiekowi  poczucia  trwałości  i  bezpieczeństwa,  uwalniając  go  tym  sa- 
mym  od  poczucia  zagrożenia,  pozwalając  mu  zbudować  swoiste  zaufanie  do  nie- 
znanej  bliższej  i  dalszej  przyszłości,  a  poprzez  to  przyczynia  się  do  utworzenia  rów- 

nowagi  psychicznej

54

.  Badania  psychologiczne  potwierdzają  tę  zależność  w  odnie- 

sieniu  do  religijności  wewnętrznej  i  do  wysokiej  centralności  przedmiotu  postawy 

religijnej,  ale  jednocześnie  wykazują,  że  wysokie  poczucie  sensu  życia  posiadają 

także  osoby  niewierzące,  rozstrzygające  swoje  problemy  egzystencjalne  bez  udzia- 
łu  religii.  Jedynie  obojętność  religijna  wpływa  negatywnie  tak  na  poczucie  sensu 
życia,  jak  i  na  gorsze  przystosowanie  psychologiczne  i  społeczne  oraz  na  mniejszą 
odporność na frustracje

55

Jednocześnie  warto  pamiętać,  iż  na  powyższe  trzy  wymiary  jakościowe  religij- 

ności  nakłada  się  dynamika  związana  z  przebiegiem  faz  ludzkiego  życia.  To,  co  jest 

mało  ważne  i  mało  prawdopodobne  dla  młodego  człowieka,  zachłyśniętego  tym,  

co  dzieje  się  „hic  et  nunc",  to  dla  człowieka  starzejącego  się  nabiera  całkowicie  in- 
nego  ciężaru,  gdyż  w  jego  życie  coraz  silniej  wdziera  się  świadomość  konieczności 
śmierci.  Stąd  w  wieku  zaawansowanym  może  pojawiać  się  większe  zapotrzebowa- 
nie  na  religię  jako  wartość  sensotwórczą,  choć  ta  zależność  -  jak  wynika  z  różnych 
doniesień - również nie jest absolutnie pewna

56

W  perspektywie  socjologicznej  ważkim  problemem  pozostaje  społeczny  zasięg 

danego zjawiska. Badania nad religijnością wskazują, iż pluralizacja życia społecz- 

52  J. Kozielecki, op. cit., s. 118 i 131. 
53  W. Prężyna, op. cit., 
s. 138-140. 
54  Badania  nad  motywami  wiary  u  ludzi  wierzących  dają  obraz  pewnej  hierarchii  motywów:  1)  re- 

ligia  nadaje  sens  ludzkiemu  życiu  -  84%,  2)  świat  bez  Boga  jest  niezrozumiały  -  64%,  3)  religia 
daje  siłę  do  życia  -  47%  -  por.  Z.  Chlewiński,  Z  badań  obrazu  religii  w  świadomości  społecznej, 
„Więź"  1980,  nr  2;  ponadto:  Z.  Chlewiński,  Rola  religii  w  funkcjonowaniu  osobowości,  (w:)  Z. 
Chlewiński (red.), Psychologia religii, 
Lublin 1982, s. 70-73. 

55  W  Prężyna,  Funkcja  postawy  religijnej  w  osobowości  człowieka,  Lublin  1981,  s.  149-157;  Tenże, 

Motywacyjne korelaty.., dz. cyt., s. 138-139. 

56  H.  Grzymała-Moszczyńska,  op.  cit.,  s.  58-59;  L.  Dyczewski,  Ludzie  starzy  i  starość  w  społeczeń- 

stwie  i  kulturze,  Lublin  1994,  s.  97-110;  S.  Kuczkowski,  Psychologia  religii,  Kraków  1993,  s.  41-42 
i 81-83. 

background image

 

- 8 5 -  

 

nego  przyczyniła  się  do  pogłębienia  selektywności  religijności.  Owa  selektywność 
uwidacznia  się  m.  in.  w  aspekcie  ideologiczno-wierzeniowym  religijności,  obejmu- 
jącym  aprobatę  dla  podstawowych  twierdzeń  wiary,  formułowanych  i  przekazywa- 
nych  jako  obowiązujące  w  danej  religii  (np.  Credo  Kościoła  Rzymskokatolickiego). 
W  obrębie  tego  parametru  największej  dewaluacji  ulegają  dogmaty  odnoszące  się 
do  spraw  eschatologicznych,  takich  jak  życie  pozagrobowe,  zmartwychwstanie  ciał, 
istnienie  nieba  i  piekła

57

.  Europejczycy  ustosunkowując  się  do  wybranych  prawd 

wiary  najbardziej  (ponad  50%)  akceptują  trzy  prawdy  wiary:  w  Boga,  duszę 
i  grzech  (Polacy  odpowiednio:  94,5%,  72,1%,  83,6%),  natomiast  wiarę  w  życie  po 
śmierci,  niebo  i  zmartwychwstanie  wyznaje  około  30%  (Polacy  odpowiednio: 

61,5%,  66,6%,  63,6%),  zaś  wiarę  w  szatana  i  piekło  -  jedynie  około  20%  (Polacy  od- 

powiednio:  30,1%,  36,9%)

58

.  Prawie  co  piąty  Europejczyk  (18,3%)  wierzył  w  rein- 

karnację  (Polacy:  31,4%).  Jednocześnie  -  według  danych  z  1990  r.  -  75,6%  Euro- 
pejczyków  życzyło  sobie  religijnej  posługi  przy  pogrzebie

59

;

  co  może  świadczyć 

o  schizofreniczności  postaw  religijnych,  kiedy  to  dużą  wagę  przywiązuje  się  do  ze- 
wnętrznych  i  społecznie  widocznych  obrzędów,  nie  wiążąc  ich  z  pierwotnym  zako- 
rzenieniem  w  prawdach  wiary.  Inaczej:  obrzędy  religijne  uniezależniają  się  od  swo- 
jego  religijnego  podłoża  i  zaczynają  funkcjonować  samodzielnie,  wyłącznie  jako 

forma  kulturowo-obyczajowa,  zaś  od  Kościoła  wymaga  się,  aby  przedzierzgnął  się 

w  instytucję  realizującą  owe  kulturowe  potrzeby  klientów,  zgodnie  z  zasadą:  „pła- 
cę i wymagam". 

Powyższe  dane  wskazują  na  upowszechnianie  się  tzw.  „wiary  koktajlowej"

60

której  składowe  elementy  każdy  dobiera  sam,  na  miarę  własnego  zapotrzebowania 

-  w  tym  również  zapotrzebowania  na  sens  życia.  Naprzeciw  tym  zapotrzebowa- 

niom  wychodzi  cały  rynek  różnych  ofert,  na  którym  działają  przemysły,  ideologie, 

prorocy,  dziwacy  i  «wspaniali  ludzie»,  którzy  rywalizują  w  oferowaniu  „sensu", 

„spełnienia",  „szczęścia",  „zapomnienia",  „prawdy"  i  „wspólnoty"

61

.  W  efekcie  re- 

ligia  przestaje  pełnić  swoją  sensotwórczą  funkcję  u  tych  osób,  które  oddalają  się  od 
niej, przechodząc na „wiarę koktajlową", zaś osią poczucia sensu życia staje się 

57  J. Mariański, Religijność w procesie przemian, Warszawa 1991, s. 20-21. 
58  J.  Mariański,  Religia  i  Kościół  między  tradycją  iponowoczesnością.  Studium  socjologiczne,  
Kraków 

1997, s. 220. 

59  Tamże, s. 218. 
60  Określenie  wprowadzone  przez  F.  X.  Kaufmanna,  oznaczające  włączanie  we  własny,  indywidual- 

ny  system  religijny  wierzeń  pochodzących  z  różnych  systemów  światopoglądowych  (religii,  nauki, 
ideologii,  reklam,  religii  wschodnich).  Bazą  dla  powstawania  takiej  wiary  nie  jest  kultura  czy  spo- 
łeczeństwo,  lecz  jednostka  działająca  na  zasadzie  „do  it  yourself"  -  por.  J.  Mariański,  Religia 
i Kościół..., 
s. 217. 

61  B.  Luckmamn,  The  Small  Life-Worlds  of  Modern  Man,  (w:)  T.  Luckmamn  (ed.),  Phemonology 

and  Sociology,  Harmondsworth  1978,  s.  280;  cyt.  za:  Z.  Bokszański,  Tożsamość.  Interakcja.  Gru- 
pa, Łódź 
1989, s. 210. 

background image

 

- 8 6 -  

 

własne  „ja"  postrzegane  wyłącznie  w  kontekście  doczesności,  ujmowanej  w  sposób 

hedonistyczno-eudajmonistyczny

62

Reasumując:  patrząc  na  zagadnienie  funkcji  religii  z  perspektywy  psychologicz- 

nej  nie  ulega  wątpliwości,  iż  głęboka,  dojrzała  religijność  przyczynia  się  do  odna- 
lezienia  sensu  życia  także  w  sytuacjach  trudnych,  wpływa  na  obniżenie  poziomu  lę- 
ku  przed  śmiercią,  motywuje  do  aktywności  w  radzeniu  sobie  z  kalectwem,  choro- 
bą,  stresem.  Jednak  perspektywa  socjologiczna  uświadamia  nam,  iż  w  obszarze  eu- 
ropejskim  systematycznie  zmniejsza  się  krąg  ludzi  charakteryzujących  się  cechami 
religijności  dojrzałej  i  wewnętrznej,  o  wysokim  stopniu  centralności  przedmiotu 

postawy  religijnej.  Oznacza  to,  że  w  miarę  zmniejszania  się  kręgu  osób  posiadają- 

cych  -  dzięki  interioryzacji  religijnych  prawd  wiary  „en  block"  -  akceptujący  sto- 

sunek  do  cierpienia,  choroby  i  śmierci  własnej  oraz  cudzej,  będzie  się  zwiększał 
krąg  ludzi  nie  dostrzegających  w  tych  trudnych  sytuacjach  żadnego  sensu,  nie  ak- 
ceptujących  ich  -  jako  sprzecznych  z  ich  pojęciem  szczęścia  -  i  dążących  do  elimi- 
nacji  ich  tak  z  własnego  życia,  jak  i  z  życia  społecznego.  W  tym  momencie  docho- 
dzimy  do  wyjaśnienia  jednej  z  podstawowych  przyczyn  zjawisk  społecznych  opisa- 

nych w paragrafie drugim. 

 
 

5. Mass media jako pomoc w przeżywaniu cierpienia, choroby i śmierci. 

 

Nie  ulega  wątpliwości,  że  mass  media  są  głównymi  czynnikami  kształtowania 

mentalności  i  działań  ludzi,  a  także  formacji  przyszłych  pokoleń.  Tworzą  one  po- 
nadto  wzorce  zachowań,  które  rządzą  faktycznie  życiem  większości  ludzi.  Jednak- 
że  ich  siła  nie  bierze  się  z  przymusu,  lecz  z  samej  siły  przyciągania  (realnej  lub 
sztucznej,  sfabrykowanej  przez  specjalistów  od  komunikowania  masowego)  wzor- 
ców, jakie proponują

63

Jednym  z  mediów  jest  radio.  Na  ogół  przypisuje  się  mu  pełnienie  dwóch  podsta- 

wowych  funkcji:  informacyjnej  i  rozrywkowej.  Spośród  wielu  różnych  programów 
właśnie  te  dwa  pola  zainteresowań  słuchaczy  radia  w  Polsce  obejmują  około  50% 
wyborów.  Na  dalszych  miejscach  wymieniane  są  inne  dziedziny,  takie  jak:  rozmo- 
wy  ze  słuchaczami,  publicystyka,  sport,  programy  religijne,  kulturalne,  edukacyj- 
ne.  Zarazem  oczekiwania  co  do  realizacji  owych  programów  są  uzależnione  od  wy- 
boru  typu  radiostacji,  jakiej  się  słucha.  Od  radia  publicznego  oczekuje  się  progra- 
mów politycznych, informacyjnych, edukacyjnych oraz zgodnych z prawdziwym 

62  J. Mariański, Religia i Kościół..., s. 308-309. 
63  J. Mariański, Mass media jako nośniki wartości i antywartości, 
(w:) W Zdaniewicz (red.), Religia 

a mass media, Ząbki 1997, s. 109. 

background image

 

- 8 7 -  

 

stanem  rzeczy.  Od  rozgłośni  komercyjnych  oczekuje  się  relaksu,  rozrywki,  ko- 
niunkturalizmu,  kontaktu  ze  słuchaczami  oraz  niezależności

64

.  Nie  można  zatem 

się  spodziewać,  iż  na  antenie  radia  (publicznego  bądź  komercyjnego)  -  z  jednej 
strony  wychodzącego  naprzeciw  społecznym  oczekiwaniom,  z  drugiej  będącego  tu- 
bą  współczesnej  cywilizacji,  sławiącej  życie  lekkie,  łatwe  i  przyjemne  -  pojawiać  się 
będą  programy  skoncentrowane  na  tematyce  bolesnej  i  trudnej,  należącej  niewąt- 
pliwie do swoistego „tabu"

65

Alternatywę  dla  radia  publicznego  i  komercyjnego  stanowią  rozgłośnie  kato- 

lickie,  powstające  dopiero  od  1991  r.  na  mocy  podpisanej  przez  Sekretariat  Epi- 
skopatu  Polski  i  Ministerstwo  Łączności  umowy.  Podejmując  tematykę  religijną 
przybliżają  słuchaczom  nauczanie  Kościoła  odnoszące  się  do  różnych  wymia- 
rów  ludzkiego  życia,  w  tym  także  do  wymiaru  cierpienia,  choroby  i  śmierci,  któ- 

re  to  kategorie  -  jak  wyżej  wspomniano  -  zajmują  wyjątkowe  miejsce  w  katolic- 

kiej  teologii.  Media  katolickie  dają,  moim  zdaniem,  szansę  na  odnalezienie  sen- 
su  w  cierpieniu  i  śmierci,  a  tym  samym  na  przyjęcie  ich  i  zaakceptowanie.  Po- 
przez  przybliżenie  prawdy,  że  na  samo  dno  ludzkiego  cierpienia  schodzi  Chry- 
stus  ze  swoim  cierpieniem  krzyżowania,  przemieniając  jego  absurd  w  świt  wiel- 
kanocnego  poranka,  i  że  każdy  (bez  jakiegokolwiek  wyjątku!),  najbardziej  na- 
wet  niszczący,  upadlający,  „bezsensowny"  ból  znajdzie  ów  jedyny  sens  ofiarowa- 
ny  ludzkiemu  cierpieniu  w  Krzyżu  Chrystusa

66

,  media  te  mogą  sprawić,  iż  będzie 

łatwiej  to  cierpienie  znosić  na  co  dzień,  mimo  że  obiektywnie  nic  w  nim  się  nie 

zmieni. 

Badania  nad  pomocną  czyli  sensotwórczą  rolą  mediów  w  sytuacji  cierpienia, 

choroby  i  śmierci  przeprowadzono  w  1995  r.  na  ogólnopolskiej  próbie  1134  słucha- 
czy  Radia  „Maryja".  Radio  to  zaistniało  w  1991  r.  w  Toruniu,  dzięki  inicjatywie 
kapłana  z  zakonu  OO.  redemptorystów  -  o.  Tadeusza  Rydzyka.  Stanowi  ono  swo- 

isty  fenomen  pod  względem  dynamiki  rozwoju,  zarówno  w  zakresie  terytorialnego 

zasięgu,  jak  i  społecznego  odbioru,  gdyż  dociera  ono  do  krajów  Europy  oraz  obu 
Ameryk,  zaś  audytorium  Radia  szacowane  jest  obecnie  na  około  5  milionów  radio- 
słuchaczy  w  Polsce

67

.  Radio  „Maryja"  posiada  swoją  specyfikę  pośród  mediów 

elektronicznych,  w  tym  wśród  samych  mediów  katolickich,  gdyż  realizuje  formułę 
radia  pobożnościowego,  o  dużej  ilości  programów  modlitewnych  i  formacyjnych, 
a zarazem dopuszcza aktywny udział w programach radiosłuchaczy. Nie nadaje re- 

64  S. Jędrzejewski, Radio w pięć lat po zniesieniu monopolu państwa, (w:) J. Kantyka i M. Jachimow- 

ski (red.), Transformacja radia w Polsce i na świecie (1990-1995), Katowice 1996, s. 74-75. 

65  A. Ostrowska, op. cit., s. 68-69. 
66  Ks. Jerzy Szymik, Zamiast wstępu. Zaproszenie do Lourdes, 
(w:) A. Wojterzanka, Gdzie miłość 

wzajemna. Wybór reportaży radiowych, Katowice, 1995, s. 10. 

67  Katolickie środki masowego przekazu w Polsce, „Biuletyn KAI" 1997, nr 4; Ważniejsze daty z hi- 

storii Radia Maryja, „Stówo - Dziennik Katolicki" 1997, nr 7, s. 11. 

background image

 

- 8 8 -  

 

klam,  lecz  utrzymuje  się  z  ofiar  radiosłuchaczy,  a  jego  program  realizują  wolonta- 

riusze

68

Podstawą  badań  była  ankieta  socjologiczna  obejmująca  cztery  obszary  proble- 

mowe:  1)  ocenę  poszczególnych  elementów  audycji,  2)  recepcję  treści  słuchanych 
audycji,  3)  opis  przemian  obejmujących  różne  sfery  życia,  dokonujących  się  pod 
wpływem  Radia,  w  perspektywie  subiektywnej  oceny  słuchaczy,  4)  proces  dokonu- 
jącej  się  społecznej  integracji  i  aktywizacji  słuchaczy  w  działaniach  na  rzecz  innych 
ludzi  oraz  instytucji  społecznych.  Ankieta  została  rozesłana  do  słuchaczy  poprzez 
sieć  Biur  Radia  „Maryja".  Oznacza  to,  że  trafiała  ona  przede  wszystkim  do  osób 

aktywnych  i  zaangażowanych  w  prace  na  rzecz  Radia  bądź  też  do  osób  z  kręgu  ich 

znajomych.  Ponadto  część  ankiet  (30)  skierowano  do  pacjentów  leczących  się  w  In- 

stytucie Onkologii w Gliwicach. 

Wśród  respondentów  przeważały  kobiety  (77,4%,  mężczyźni  -  21,8%);  w  struk- 

turze  wieku  zaznaczyła  dominacja  osób  od  40  lat  i  powyżej  (40-59  lat  -  43,6%,  po- 
wyżej  60  lat  -  35,9%),  pozostających  w  związku  małżeńskim  -  52,8%  (osoby  wol- 

ne  -  23,1%,  owdowiałe  -  17,5%),  przede  wszystkim  z  wykształceniem  średnim  - 

45,5%  (wykształcenie  wyższe  -  22,7%,  podstawowe  -  20,2%,  zasadnicze  zawodowe 

-  9,53%).  Pod  względem  struktury  zawodowej  dominowały  osoby  zawodowo  nie- 

aktywne  -  59,0%:  ponad  połowa  z  nich  to  renciści  i  emeryci,  w  niewielkim  odset- 

ku  gospodynie  domowe,  uczniowie  i  studenci  oraz  bezrobotni.  Wśród  osób  zawo- 

dowo 

aktywnych 

(35,8%) 

dominowali 

zatrudnieni 

instytucjach 

budżetowych 

(14,7%),  prywatnych  (5,4%),  urzędach  państwowych  lub  samorządowych  (5,3%) 

i  in.  Dwie  trzecie  słuchaczy  zadeklarowało  głęboką  wiarę,  29,7%  -  określiło  się  ja- 

ko  wierzący.  Niemal  wszyscy  respondenci  (98,41%)  zadeklarowali  wiarę  w  zmar- 
twychwstanie ciała człowieka na Sądzie Ostatecznym. 

Oddziaływanie  środków  masowego  przekazu  na  słuchaczy  jest  ściśle  powiąza- 

ne  z  poziomem  aktywności  świadomych  swych  dążeń  odbiorców,  pragnących  za- 
spokoić  swoje  konkretne  potrzeby  oraz  czerpiących  określone  korzyści  z  mass 
mediów

69

.  Dzięki  owej  aktywności  odbiorców  w  ustosunkowaniu  się  do  emitowa- 

nych  treści,  z  nastawieniem  na  ich  przyjęcie,  opanowanie  i  odbiór,  dokonują  się 

odbiorcach 

zmiany, 

które 

można 

określić 

mianem 

„recepcji"

70

Całokształt 

tych  zmian  zachodzących  w  jednostce  pod  wpływem  mass  mediów  może  być  roz- 
patrywany na trzech płaszczyznach: emocjonalnej, poznawczo-intelektualnej 

68  J. Chrapek, Pięciolecie transformacji radia katolickiego w Polsce (1989-1994), (w:) J. Kantyka, M. 

Jachimowski op. cit., s. 198. 

69  M. Mrozowski, Między manipulacją a poznaniem. Człowiek w świecie mass mediów. Warszawa 

1991, s. 245. 

70  W. Szewczuk, Recepcja treści oświatowych, Wrocław 1966, s. 8; cyt. za: J. Chrapek, Uwarunkowa- 

nia recepcji programów telewizyjnych przez młodzież, Lublin 1985, s. 12. 

background image

 

- 8 9 -  

 

oraz 

behawioralnej

71

.  Dotarciu  do  tych  zmian  posłużyły  cztery  otwarte  pytania 

ankiety: 

Jaki  program  Radia  w  ostatnim  czasie  dostarczył  Panu/i  głębokich  przeżyć? 
(dlaczego? proszę to uzasadnić) 

•  Jaki  program  w  ostatnim  czasie  dostarczył  Panu/i  najwięcej  informacji,  po- 

szerzając wiedzę? (dlaczego? proszę to uzasadnić) 

•  Czy  pod  wpływem  słuchania  Radia  „Maryja"  zmieniło  się  coś  w  Pana/i  ży- 

ciu (osobistym, rodzinnym)? Jakby Pan/i to opisał/a? 

•  Czy  Radio  „Maryja"  pomogło  Panu/i  w  trudnych  sytuacjach  życiowych 

(choroba,  śmierć  bliskiej  osoby,  poczucie  bezradności,  utrata  sensu  życia)? 
Proszę to krótko opisać. 

Analizy  odpowiedzi  pozwoliły  ustalić,  iż  tylko  w  dwóch  ostatnich  pytaniach  re- 

spondenci  opisali  wpływ  Radia  na  swoje  przeżycia  w  związku  z  cierpieniem,  cho- 
robą,  śmiercią.  Ten  temat  w  swoich  wypowiedziach  poruszyło  220  respondentów 
(19,4%  całej  próby  badawczej).  Wypowiedzi  respondentów  zostały  pogrupowane 
w kilka bardziej ogólnych kategorii: 

1.  refleksje  nad  cierpieniem,  w  tym  podkreślanie  uzyskania  pomocy  w  znosze- 

niu własnego cierpienia; 

2.  zmiana  w  postrzeganiu  własnej  ciężkiej  lub  śmiertelnej  choroby  w  postaci 

zaakceptowania jej oraz dostrzeżenia w niej sensu; 

3.  przekonanie 

rzeczywistej 

interwencji 

Boga 

(np. 

postaci 

cudownego 

uzdrowienia)  w  sytuacji  zagrożenia  ciężką  lub  śmiertelną  chorobą  własnej 

osoby; 

4.  odnalezienie  sensu  ciężkiej  choroby  lub  śmierci  bliskiej  osoby;  postawa  ak- 

ceptacji  śmierci  w  perspektywie  połączenia  z  Bogiem;  ułatwienie  przeżywa- 
nia żałoby po osobach bliskich; 

Ad.  1)  Respondenci  (stanowiący  21,8%  z  grupy  220-osobowej)  podkreślają  wpływ, 

jaki  wywiera  Radio  na  ich  podejście  do  własnego,  różnorakiego  cierpienia.  Jedni 

wskazują  na  odzyskanie  wewnętrznego  pokoju  i  cierpliwości  w  chorobie  (ankieta 
833),  także  spokoju,  radości,  na  pozbycie  się  smutku  i  samotności  (ankieta  157  i  345), 
bądź  na  ulgę  w  znoszeniu  cierpień  duchowych  i  fizycznych  (ankieta  853  i  1020),  tak- 
że dzięki oderwaniu od nich uwagi w trakcie słuchania programu (ankieta 130). 

Radio  „Maryja"  umożliwia  także  wyrwanie  się  z  „zaklętego"  kręgu  nieustan- 

nych  rozmyślań  o  swoim  nieszczęściu  i  otworzenie  się  na  potrzeby  innych,  dzięki 
uwrażliwieniu  na  przejawy  obecności  w  ich  życiu  Boga:  „Zaczynam  umieć  nieść 
krzyż,  który  był  dla  mnie  niezrozumiały  -  przestały  nurtować  mnie  destrukcyjne 
myśli - dlaczego to mnie i moją rodzinę spotkało? To jest wspaniałe widzieć we 

71 M. Mrozowski, op. cit., s.252-264. 

background image

 

- 9 0 -  

 

wszystkim  rękę  Boga  i  mieć  najwspanialszą  Matkę,  która  wstawia  się  za  nami  - 
z  nią  nic  nie  jest  trudne!"  (ankieta  750);  „Przez  słuchanie  Radia  «Maryja»  pogłę- 

bia  się  we  mnie  miłość  bliźniego,  pozwala  mi  bezinteresownie  dostrzec  potrzeby 

innych.  W  każdej  osobie  (nawet  bliskiej),  która  sprawia  mi  przykrość,  widzieć 
Chrystusa,  a  zadane  mi  cierpienie  łączyć  z  cierpieniem  Matki  Najświętszej  i  Jej 
Syna"  (ankieta  889);  „W  moich  dość  częstych  dolegliwościach  zdrowotnych  Ra- 

dio  «Maryja»  pomaga  mi  przyjąć  i  zrozumieć  wartość  cierpienia,  że  jest  ono  dla 

mnie  błogosławieństwem  i  oczyszczeniem,  a  ofiarowane  Bogu  przyczynia  się  do 
ratowania  bliźniego"  (ankieta  763);  „Dziękuję  za  samotność  umożliwiającą  mi 
pełniejszy,  głębszy  odbiór  treści  przekazywanych  przez  Radio;  Radio  pogłębia 
moją  wiarę,  uczy  mnie  wiary,  elementarnych  jej  podstaw,  a  więc  i  śmierć,  choro- 
bę,  własne  niepowodzenia  coraz  łatwiej  mi  znosić;  nie  szukam  już  „na  siłę"  towa- 
rzystwa  i  przyjaźni  innych  -  uczę  się  być  z  Jezusem  Chrystusem;  uczę  się  pojmo- 
wania  sensu  mojego  życia  przez  pryzmat  miłości  Boga  i  Jego  planów."  (ankieta 
257);  „Zmieniłam  sposób  oceniania  wartości.  Najważniejszą  stał  się  Bóg.  Umiem 
pogodzić  się  z  każdym  cierpieniem.  Stałam  się  bardzo  wyrozumiała  i  uprzejma 
w  stosunku  do  wszystkich.  Egoizm  już  nie  ma  miejsca  w  moim  życiu."  (ankieta 
1106);  „Poucza  mnie,  jak  przyjąć  trudne  sytuacje,  takie  jak  choroba.  Ofiarować 
Panu  Bogu  i  modlić  się  o  własne  zdrowie  i  za  tych,  którzy  tego  potrzebują."  (an- 

kieta 857). 

Ad.  2)  W  sytuacji  własnej  choroby  (36,8%  grupy  220-osobowej)  najczęściej  re- 

spondenci  podkreślają  pomocniczą  rolę  Radia  dzięki  wspólnej  z  całym  Kościołem 
modlitwie,  lekturze 

duchowej, 

przeżywaniu 

codziennej 

Eucharystii 

(np. 

ankiety 

121 i 186). 

Pod  wpływem  słuchania  Radia  zmienia  się  na  korzyść  sam  stosunek  do  życia: 

„Byłam  przez  tydzień  chora  -  leżąc,  dopiero  wtedy  spostrzegłam,  co  to  by  było, 

gdyby  takie  Radio  «Maryja»  nie  istniało.  Słuchając  nabiera  się  sensu  życia.  Bogu 

niech będą dzięki - to Cud w Kraju." (ankieta 979). 

Pomocniczość  Radia  uwidacznia  się  w  szczególny  sposób  w  znoszeniu  długo- 

trwałej  choroby:  „Radio  «Maryja»  pomogło  mi  bardzo  w  chorobie,  także  w  szpi- 
talu,  w  którym  przebywałam  1  miesiąc,  miałam  ze  sobą  radio  i  wspólnie  z  chory- 
mi  odmawiałyśmy  różaniec  i  koronkę  do  Miłosierdzia  Bożego."  (ankieta  829); 
„Bardzo  mi  pomogło  w  czasie  mojej  ciężkiej  choroby  w  1993  roku  i  jest  moim 
Wielkim  Przyjacielem  w  mojej  nadchodzącej  starości  i  trudnej  obecnej  rzeczywi- 
stości."  (ankieta  122);  „Bardziej  utrwala  mnie  we  wierze  w  moim  inwalidztwie 

i cierpieniu (50 lat cierpienia, proteza nogi)." (ankieta 535). 

Najbardziej  godna  podkreślenia  jest  sensotwórcza  rola  Radia  w  sytuacji  choro- 

by  i  cierpienia:  „W  czasie  mojej  choroby  i  osób  mi  bliskich  Radio  «Maryja»  poma- 

ga mi przeżyć chwile ciężkie, kojąc ból i niosąc nadzieję" (ankieta 1080). Słuchacze 

background image

 

- 9 1 -  

 

podkreślają  też  zdobyty  sens  cierpienia  i  poczucie  jego  wartości  dzięki  pogłębieniu 
życia  chrześcijańskiego  (ankieta  269).  Spora  część  radiosłuchaczy  łączy  odzyska- 
nie  sensu  życia  w  cierpieniu  z  motywami  religijnymi:  porównaniem  własnego  cier- 
pienia  z  cierpieniem  Jezusa,  np.:  „Gdy  spotyka  mnie  przykrość,  odtrącenie  - 
zwłaszcza  przez  domowników  -  łatwiej  przebaczyć  po  usłyszeniu  słów  o  Miłosier- 
dziu  Bożym  (dla  mnie)  i  o  konieczności  przebaczenia  innym  (...  jako  i  my  odpusz- 
czamy...)  i  o  porównaniu  cierpień  moich  z  cierpieniami  P.  Jezusa"  (ankieta  1048); 

z  ofiarowaniem  cierpienia  Bogu,  co  przyczynia  się  do  uzyskania  pokoju  i  poczucia 

sensu,  np.:  „Dzięki  Radiu  «Maryja»  -  umiem  nieraz  zrozumieć,  że  i  ból,  i  cierpie- 
nie,  cierpliwość,  moją  biedę  mogę  ofiarować  Bogu,  a  prawdziwe  szczęście  to  tylko 
w życiu wiecznym" (ankieta 26). 

Ad.  3)  Przekonanie  o  cudownej  interwencji  Boga  oraz  efekcie  w  postaci  uzdro- 

wienia  z  choroby  opisało  4,5%  spośród  wypowiadających  się  na  temat  cierpienia. 
Część  osób  opisała  ustąpienie  zaburzeń  o  charakterze  prawdopodobnie  nerwico- 
wym,  np.:  „Słucham  Radia  «Maryja»,  porzucając  oglądanie  telewizji  i  słuchanie 
innych  rozgłośni,  wyleczyłam  się  z  wszelkich  chorób  na  tle  nerwowym.  Od  trzech 
lat  nie  odwiedziłam  lekarza  na  te  choroby,  jak:  nerwica,  duszności,  wrzody  żołąd- 
ka,  bezsenność.  Moi  bliscy  odczuwają  również  spokój  swojego  wnętrza"  (ankieta 
1128);  „Choroba  ustąpiła  (serce).  Nie  biorę  leków.  Ustawiczny  strach  paraliżujący 
dniem  i  nocą  -  ustąpiły.  Zycie  ma  sens,  a  zapracowaniu  i  modlitwie  towarzyszy 
ustawiczna  radość,  bliskość  Boga  i  świadomość  łaski.  Nie  zasłużyłam  na  tyle  do- 
bra,  stale  czuję  się  zobowiązana.  Wiem,  co  mam  robić.  Jak  w  Przesłaniu  Herberta: 
„Masz mało czasu - musisz dać świadectwo" (ankieta 156). 

Jednak  u  innych  respondentów  pojawia  się  opis  sytuacji  ciężkiej,  organicznej 

choroby  oraz  przekonanie  o  uzdrowieniu  z  niej  całkowitym  lub  częściowym,  np.: 

„Od  12  lat  choruję  na  gościec  postępowy,  było  bardzo  źle,  zmarł  także  mąż,  by- 
łam  w  depresji,  ale  wiara  pozwoliła  mi  to  przetrwać.  Modliłam  się  zawsze  do  Mat- 
ki  Bożej,  a  teraz  modlę  się  codziennie  z  Radiem  «Maryja».  Jestem  bardzo  szczę- 
śliwa,  bo  choroba  została  zatrzymana  w  rozwoju  i  czuję  się  nawet  dobrze,  za  co 
składam  Bogu  dzięki"  (ankieta  1066);  „Pięć  lat  [temu]  operowano  mi  nerkę.  W  li- 
stopadzie  1994  roku  zachorowałam  na  drugą  nerkę.  Po  trzech  miesiącach  syste- 
matycznego  leczenia  zdecydowano  operację.  Trzy  miesiące  co  dzień  słuchałam 
Mszy  Św.,  modliłam  się  gorąco  i  kiedy  poszłam  na  operację,  okazało  się,  że  nerka 
jest  zdrowa,  ale  operowano  mi  woreczek.  Czuję  się  dobrze"  (ankieta  571);  „[pod 
wpływem  słuchania  Radia]  po  18  latach  ciężkiej  choroby  (dyskopatia)  wstałam 
stopniowo  z  deski,  na  której  leżałam  6  lat,  porzuciłam  gorset  ortopedyczny  noszo- 
ny  12  lat,  wózek  i  kulę  mimo  choroby  postępującej  i  wewnętrznych  schorzeń  po- 
wstałych  wskutek  długiego  brania  lekarstw.  Żyję,  chodzę  i  jestem  szczęśliwa. 
Również w życiu rodzinnym są ogromnie korzystne zmiany: mąż po 2-ch zawa- 

background image

 

- 9 2 -  

 

łach,  z  problemem  alkoholowym,  żyje  i  nie  pije.  W  domu  jest  miłość  i  zrozumie- 

nie,  aczkolwiek  nieraz  lekko  nie  jest;  pomaga  modlitwa  i  tylko  modlitwa"  (ankie- 

ta  336).  Wśród  wielu  tego  typu  odpowiedzi  pojawiła  się  też  inna  krótka  relacja: 
„W  czasie,  gdy  musiałam  leżeć  na  podtrzymaniu  ciąży  2  miesiące,  modliłam  się 
i dziecko przeżyło" (ankieta 809). 

Ad.  4)  Największą  liczebnie  grupę  stanowią  respondenci,  którym  Radio  ułatwi- 

ło  przeżycie  ciężkiej  choroby  lub  śmierci  kogoś  bliskiego  oraz  żałoby  po  nim 
(51,8%  omawianej  grupy).  Z  pewnością  ciężka  choroba  osoby  bliskiej  stanowi  sy- 
tuację  bardzo  trudną,  budzącą  lęk,  niepokój  o  dalsze  jej  życie,  a  w  przypadku  prze- 
dłużania się jej - także zmęczenie i brak cierpliwości. 

Wielu  respondentów  opisuje  te  sytuacje  bardzo  szczegółowo:  „Radio  «Maryja» 

pomaga  mi  w  chorobie  mojego  męża,  uczy  cierpliwości  w  trudnej  sytuacji,  w  pogo- 
dzeniu  się  z  Wolą  Bożą.  Są  okresy,  kiedy  załamuję  się,  ale  potem  wracam  do  Boga 
z  głębszą  wiarą"  (ankieta  613);  „Radio  «Maryja»  pomogło  mi  w  przetrwaniu  w  cza- 
sie  ciężkiej  choroby  mojego  męża.  Modliłam  się  jeszcze  więcej.  Zawierzyłam  Panu 

Jezusowi  i  ufałam  Matce  Najświętszej,  że  mi  pomogą  i  u  Nich  szukałam  pomocy.  

Nie  zawiodłam  się  i  mój  mąż  wyzdrowiał,  a  lekarze  mówili  o  nim,  że  jest  cudownie 
uzdrowiony"  (ankieta  1110);  „Gdy  dowiedziałam  się  o  bardzo  ciężkiej  chorobie  mo- 
jego  męża  moją  rozpacz  i  strach  rozproszyły  audycje  z  radia  i  modlitwy,  które  ra- 
zem  odmawiamy.  Pogodziłam  się  z  Wolą  Bożą  i  z  pełnym  zaufaniem  zwracam  się  ra- 

zem  z  Radiem  «Maryja»  w  modlitwach  różańcowych  do  Matki  Najświętszej.  Kate- 

chezy  rozpraszają  moje  zmartwienia  i  poczucie  bezradności.  Radio  «Maryja»  wy- 
pełniło  tę  pustkę  w  życiu  moim,  którą  często  odczuwałam"  (ankieta  172);  „Uczycie 
miłości  bliźniego  i  Boga,  pomogliście  mi  zaakceptować  moją  sytuację,  nieuleczalną 
chorobę  syna,  jak  przyjmować  Wolę  Bożą  dzięki  katechezom  i  interpretacji  Pisma 
Św.,  pomagacie  żyć!"  (ankieta  313);  „[Radio]  pomaga  mi  bez  przerwy,  mam  wnuka, 
który  ma  słaby  wzrok;  przez  Radio  «Maryja»  zrozumiałam,  że  to  wola  Boża  i  z  tym 
się  pogodziłam;  ciągle  się  za  niego  modlę  i  wierzę,  że  nic  bez  Boga  się  nie  dzieje"  (an- 
kieta  553);  „Mam  tzw.

x

«ciężkie  chwile»,  ponieważ  opiekuję  się  moją  córką,  upośle- 

dzoną  umysłowo  (42  lata).  Razem  z  nią  słucham  R  «M»,  tłumacząc  jej,  jeżeli  nie  ro- 

zumie  wszystkiego.  To  mi  «dodaje  skrzydeł»"  (ankieta  175);  „W  ciężkiej  chorobie 

i  poważnej  operacji  męża  wytrwałam  w  modlitwach,  potrafiłam  siebie  i  całą  rodzi- 
nę  uspokoić  i  zawierzyć  Panu  Bogu"  (ankieta  1041);  „[Radio]  pomogło  bardzo. 
W  ciężkiej  chorobie  syna,  kiedy  byłam  osamotniona  i  bezradna,  moją  nadzieją  by- 
ła  Maryja  i  wspólne  modlitwy  z  Radiem  «Maryja»  oraz  świadomość,  że  w  cierpie- 
niu  nie  jestem  sama,  że  Bóg  ma  swoje  plany,  których  nie  rozumiemy  i  buntujemy  się, 
a trzeba powiedzieć «Bądź wola Twoja». Bóg mnie nie skrzywdzi"(ankieta 1014). 

Znacznie  trudniejszą  do  przeżycia  sytuacją  jest  śmierć  bliskich  osób  -  rodziców, 

rodzeństwa, innych krewnych, męża, a w szczególności własnych dzieci. Niejedno- 

background image

 

- 9 3 -  

 

krotnie  przyczynia  się  ona  do  utraty  sensu  życia,  cierpienia  z  powodu  długotrwa- 
łej  depresji,  samotności,  odczuwania  życiowej  pustki.  Wszystkie  te  elementy,  zwią- 
zane  ze  stanem  żałoby  i  opisane  we  wcześniejszym  rozdziale,  znajdują  odzwiercie- 
dlenie  w  wypowiedziach  respondentów.  Zarazem  opisywany  jest  pozytywny  wpływ 

Radia  -  kojącego  ból  rozstania,  ukazującego  nowy  sens  życia  w  perspektywie 

wieczności,  wypełniającego  samotność.  „23  lata  temu  straciłam  mamusię,  tamtego 
roku  tatusia,  świat  się  zawalił;  dzięki  Wam  zrozumiałam,  że  to  jest  życie  i  to  musia- 
ło  się  stać;  dziękuję  Wam,  moja  Rodzino,  że  pomogliście  mi  dojść  do  siebie.  Bóg 
Wam  zapłać"  (ankieta  880);  „W  coraz  trudniejszej  sytuacji  w  domu  przez  powięk- 
szanie  się  obowiązków  przy  b.  chorej  Mamie,  Radio  «Maryja»  wniosło  wielką  otu- 
chę  i  stało  się  pomocą  w  tej  opiece  -  w  domu  teraz  „ciągle  ktoś  był"!  Od  roku,  po 
śmierci  Mamy  niepodobna  byłoby  znieść  pustki  w  domu,  gdyby  nie  było  tego  Ra- 
dia"  (ankieta  762);  „[Radio]  pomogło  mi  bardzo.  Po  śmierci  ukochanej  mamy  czu- 
łam  się  zagubiona,  bez  rodziny,  koniec  z  pracą  -  przejście  na  rentę.  Dzięki  Radiu 
życie  moje  nabrało  sensu;  wcześniej  bezradna,  dzisiaj  odważna,  zdrowa.  Radio  do- 
daje  mi  sił,  ładuje"  (ankieta  385);  „Po  nagłej  śmierci  mojego  ojca,  zniosłam  to  lżej. 
Codziennie  modlę  się  za  dusze  w  czyśćcu  cierpiące.  Wiara  w  Boga  pozwala  mi  się 
z  tym  pogodzić"  (ankieta  1016);  „Pomogło  bardziej  przeżyć  w  duchu  Chrystusa 
odejście  z  tego  świata  Taty  -  ciągle  wydaje  mi  się,  że  on  modli  się  za  całą  naszą  ro- 
dzinę  i  zależy  mu  na  tym,  żeby  Boże  sprawy  były  najważniejsze  w  życiu  rodziny 
(jest  poprawa  w  wydostaniu  się  z  alkoholizmu  szwagra  -  zięcia  Taty)"  (ankieta 
138);  „Chwała  Panu  za  łaskę  trwania  przy  Nim!  Prawdą  jest,  że  utraciłam  bliską 
osobę.  Jest  to  mój  teść,  ale  nigdy  nie  odczuliśmy  z  mężem,  ani  z  dziećmi  aż  tak  bar- 
dzo  boleśnie  jego  braku,  ponieważ  na  to  miejsce  wszedł  Jezus  ze  swoją  miłością. 
Zrozumiałam,  że  każdy  człowiek  jest  darem  od  Boga  drugiemu,  i  że  ten  dar,  wcze- 
śniej  czy  później  musi  wrócić  do  Dawcy.  Jestem  wdzięczna  Bogu,  że  mogłam  go  po- 
znać,  cieszyć  się  jego  obecnością  i  pomocą,  a  teraz  kiedy  odszedł  z  życia  wiary  do 
życia  chwały,  też  jestem  wdzięczna  Bogu,  że  mogę  ja  i  cała  rodzina  modlić  się  za 
niego,  a  poprzez  modlitwę  jest  on  obecny  z  nami"  (ankieta  1133);  „Radio  «Mary- 
ja»  uchroniło  mnie  od  rozpaczy  po  stracie  córki.  Ponieważ  w  modlitwie  widzę  ra- 
tunek i wierzę, że Maryja roztacza nad nią opiekę i niebo" (ankieta 1045). 

Wyjątkowo  częstym  doświadczeniem  przeżywanym  przez  słuchaczki  jest  do- 

świadczenie  wdowieństwa  (wiąże  się  ono  ze  społecznym  zjawiskiem,  jakim  jest 
w  Polsce  tzw  nadumieralność  mężczyzn  po  40-stym  roku  życia):  „Jestem  osobą  sa- 
motną,  więc  Radio  «Maryja»  jest  dla  mnie  wiernym  i  niezawodnym  przyjacielem 
po  śmierci  męża;  wniosło  wiele  optymizmu  w  szarym,  codziennym  życiu;'  przeła- 
małam  depresję  życiową"  (ankieta  402);  „[Radio  pomogło]  bardzo  w  chorobie, 
śmierci  męża,  samotności  -  wiem,  że  nie  jestem  sama  i  w  każdej  chwili  mogę  się  po- 
dzielić z innymi słuchaczami" (ankieta 129); „Dwa lata temu, gdy zmarł mój mąż, 

background image

 

- 9 4 -  

 

załamała  się  moja  wiara,  gdyż  bardzo  gorąco  prosiłam  Boga  o  ratunek  i  nie  zosta- 
łam  wysłuchana;  straciłam  sens  życia  i  tylko  katechezy  w  Radiu  «Maryja»  przy- 
wróciły  mi  sens  życia  i  umocniły  moją  wiarę"  (ankieta  163);  „Radio  «Maryja»  po 
śmierci  mojego  męża  i  wyjeździe  dorosłych  dzieci  za  granicę  pomogło  mi  znieść 
cierpienie  i  uśmierzyć  trochę  ból  samotności.  To  był  ktoś  żywy  w  domu,  a  ja  mo- 
dliłam  się  na  głos"  (ankieta  925);  „Po  śmierci  męża  byłam  bardzo  zrozpaczona  i  za- 
gubiona,  dzięki  Radiu  «Maryja»  powróciła  chęć  do  życia,  odnalazłam  utracony 

sens  życia"  (ankieta  524);  „Radio  «Maryja»  pomaga  mi  w  codziennym  życiu  uwie- 

rzyć,  że  spotkam  moich  zmarłych.  Zmarł  mi  mąż,  ostatnio  brat,  rodzice  dawniej. 
Jestem bardziej pogodna, choć zawsze bardzo samotna" (ankieta 290). 

Odrębną  analizą  zostały  objęte  ankiety  osób  dotkniętych  chorobą  nowotworo- 

wą  (30  ankiet).  Choroba  ta  wciąż  budzi  przerażenie,  lęk  oraz  niewiarę  w  możliwość 
wyleczenia.  Z  uwagi  na  perspektywę  długotrwałego  umierania,  połączonego  z  bó- 
lem  i  powolnym  rozkładem  ciała  za  życia  (przerzuty),  stanowi  doświadczenie  ob- 
ciążające  znacznie  silniej  pacjenta  i  jego  rodzinę,  niż  jakakolwiek  inna  choroba 
prowadząca w efekcie do zgonu. 

Część  (8  osób)  grupy  „onkologicznej"  nie  ustosunkowała  się  wcale  do  pytania 

o  doświadczenie  pomocy  ze  strony  Radia  w  trudnej  sytuacji  życiowej,  bądź  odpo- 
wiedziała  lapidarnie  „w  chorobie",  co  może  świadczyć  o  nie  uporaniu  się  z  proble- 

mem  akceptacji  choroby,  jak  i  o  tendencjach  magiczno-eskapistycznych  („nie  roz- 

mawiam o tym, nie myślę, więc problem nie istnieje"). 

U  części  respondentów  pojawiały  się  wypowiedzi  ogólne,  informujące  o  dozna- 

niu  pomocy:  „Jestem  bardzo  chora  i  słuchanie  Radia  «Maryja»  pomaga  mi  prze- 
żyć  trudne  chwile"  (ankieta  1098);  „[Radio]  pomogło  -  choroba,  szpital  i  te  chwile 
z nim to coś dobrego" (ankieta 113). 

W  innych  wypowiedziach  respondenci  podnoszą  pozytywny  wpływ  Radia  na 

ich  samopoczucie  psychiczne:  „Większą  część  dnia  jestem  sama  w  domu,  słucham 

Radia  «Maryja».  Ponieważ  jestem  b.  poważnie  chora,  męczą  mnie  natrętne  myśli 

o  mojej  chorobie.  Słuchając  głosów  z  Radia  «Maryja»  nie  jestem  samotna;  to  mi 
bardzo  pomaga  żyć"  (ankieta  903);  „Łatwiej  jest  mi  pogodzić  się  z  losem  i  przykro- 
ściami,  jakie  mnie  ostatnio  spotykają,  gdyż  jestem  sama  i  chora,  więc  dzięki  Radiu 
«Maryja» nie czuję się osamotniona" (ankieta 1103). 

Uwidoczniła  się  także  pomocnicza  rola  Radia  w  odnalezieniu  na  nowo  sensu 

życia  i  cierpienia,  w  wyjściu  ze  stanu  koncentracji  na  sobie  samym  i  zwróceniu  się 

ku  innym  -  równie  dotkniętym  nieszczęściami.  Dzięki  temu  słuchacze  mogą  do- 

świadczyć  z  innymi  osobliwej  wspólnoty  w  chorobie.  Szczególną  pomoc  stanowi  tu 
modlitwa.  „Radio  «Maryja»  pomogło  mi  przetrwać  najcięższe  chwile  mojego  ży- 
cia,  zwłaszcza  choroby.  Właśnie  ono  nie  pozwoliło  mi  się  załamać.  Dzięki  niemu 
zrozumiałam cel i sens mojego cierpienia i zrozumiałam, że nie jestem z tym 

background image

 

- 9 5 -  

 

wszystkim  sama.  Radio  «Maryja»  jest  moją  ogromną  radością  i  siłą"  (ankieta  985); 

„Leczę  się  na  onkologii;  byłam  bardzo  bezradna,  kiedy  zaczęłam  leczenie.  W  pew- 

nym  momencie  straciłam  sens  życia;  wtedy  zaczęłam  słuchać  Radia  «Maryja».  Ra- 

dio  to  pomaga  mi  wytrwać  w  chorobie"  (ankieta  1116);  „Radio  «Maryja»  bardzo 
mi  pomaga  w  chorobie  i  częstym  pobycie  w  szpitalu.  Poprzez  słuchanie  katechez 
codziennych  i  dla  chorych,  zrozumiałam  sens  cierpienia.  Największe  ukojenie  znaj- 
duję  w  modlitwach,  np.  różańcu  i  koronce  do  Miłosierdzia  Bożego,  które  to  ofia- 
ruję  za  innych.  Radio  «Maryja»  jest  moim  najlepszym  przyjacielem"  (ankieta  981); 
„Dzięki  Radiu  «Maryja»  życie  stało  się  piękne  i  ma  sens.  Z  pogodą  i  całkowitym 
poddaniem  woli  Bożej  zawierzyłam  swoje  zdrowie  (mam  chorobę  nowotworową, 
którą  znoszę  bardzo  pogodnie  -  niosąc  pociechę  innym  chorym  z  otoczenia). 
Śmierć  męża  przeżyłam  pogodnie"  (ankieta  844);  „[Radio  pomogło]  -  jestem  po 

trudnej  operacji  onkologicznej,  w  leczeniu  onkologicznym;  podniosło  moją  wiarę 

w  Boga  i  dobrych  ludzi"  (ankieta  982);  „Radio  «Maryja»  jest  moim  nieodłącznym 
TOWARZYSZEM  BOŻEJ  RADOŚCI  na  trudnej  drodze  cierpienia,  w  czasie  dłu- 
gich  pobytów  w  szpitalu.  W  specyficznych  warunkach  szpitalnych  pomaga  mi 
w  modlitwie,  rozmyślaniu,  modlitwie  różańcowej.  Szczególnej  radości  doświad- 
czam,  kiedy  mogę  codziennie  uczestniczyć  za  pomocą  Radia  «Maryja»  we  Mszy 
Św.,  ponieważ  zdrowie  nie  zawsze  pozwala  mi  na  udział  w  kaplicy"  (ankieta  929); 
„Jestem  chora  od  dziecka.  Mam  próchnicę  kości  w  prawym  nadgarstku  ręki.  Przez 
wiarę  w  naszego  Pana  Jezusa  Chrystusa  i  w  Matkę  Najświętszą,  do  których  stale 
się  modlę,  choroba  się  nie  rozszerza.  Dzisiaj  leczę  się  w  Instytucie  Onkologii  w  Gli- 

wicach  i  przez  modlitwę  i  wiarę  w  Boga  jakoś  dzielnie  znoszę  swoje  położenie.  Pan 

Bóg czuwa" (ankieta 1096). 

U  nielicznych  respondentów  pojawia  się  refleksja  nad  darem  uzdrowienia:  „Ra- 

dio  «Maryja»  pomogło  mi  bardzo  w  chwilach  dla  mnie  trudnych,  kiedy  to  dowie- 

działam  się  o  mojej  chorobie  nowotworowej.  Dziś,  kiedy  powoli  wracam  do  zdro- 
wia,  dziękuję  Panu  Bogu  za  łaski  uzdrowienia  i  łączę  się  z  wami  codziennie  w  mo- 
dlitwie  różańcowej"  (ankieta  1022);  „Jestem  inwalidą  1  grupy.  Choruję  25  lat.  Ro- 
kowano  mi  życie  tylko  do  15  lat.  Ale  gorąca  wiara  w  Boga,  Jezusa  i  Matkę  Bożą, 
szczera  modlitwa  w  ciągu  dnia  i  nocy  oraz  Radio  «Maryja»  pozwoliły  mi  przeżyć 
do  dziś"  (ankieta  1097);  „Uzmysłowiłam  sobie,  że  nie  jestem  samotna  w  cierpieniu, 
że  mogę  jeszcze  komuś  pomóc  i  liczyć  na  czyjąś  pomoc.  [Radio  w  trudnej  sytuacji] 
mi  nie  pomogło,  ale  widziałam  na  własne  oczy  w  szpitalu,  jak  pacjentka  w  bardzo 
ciężkim  stanie  słuchając  modlitw  Radia  «Maryja»  i  gorliwie  się  modląc,  wróciła  do 
zdrowia. Dla mnie było to cudem" (ankieta 1100). 

background image

 

- 9 6 -  

 

6. Podsumowanie i wnioski 

 

Analizy  treści  wypowiedzi  słuchaczy  Radia  „Maryja"  na  temat  przeżyć  związa- 

nych  z  sytuacjami  cierpienia,  choroby  i  śmierci  wykazały,  że  pod  wpływem  słucha- 
nia  Radia,  recepcji  treści  audycji  przez  nie  emitowanych,  jak  i  pod  wpływem 
uczestniczenia  w  różnorakich  modlitwach,  odmawianych  wspólnie  z  innymi  radio- 
słuchaczami: 

•  zmienia  się  u  respondentów  ich  sytuacja  wewnętrzna:  odzyskują  wewnętrz- 

ny  pokój,  cierpliwość  w  znoszeniu  dolegliwości  swoich  bądź  tych,  którymi 
się  opiekują,  niejednokrotnie  pojawia  się  u  nich  radość,  optymizm  i  pogoda 

ducha; 

•  uczestniczenie  w  programie  Radia  (z  możliwością  aktywnego  i  bezpośred- 

niego  udziału  dzięki  łączności  telefonicznej)  przełamuje  u  słuchaczy  poczu- 
cie  opuszczenia  i  samotności,  koi  ból  rozstania  z  najbliższymi  (zmarłym 
współmałżonkiem,  rodzicami,  dzieckiem).  Dochodzi  tu  nawet  do  zjawiska 
personifikacji Radia („tak, jakby ktoś ze mną zamieszkał"); 

•  pogłębia  się  religijność  słuchaczy,  w  której  odnajdują  oparcie  w  ekstremal- 

nie trudnych sytuacjach życiowych; 

•  uwidacznia  się  u  nich  etap  pogodzenia  się  z  aktualną  sytuacją:  pojawia  się 

zaufanie do Boga, powierzenie się Mu w modlitwie, poddanie się Jego woli; 

•  pojawia  się  także  nadzieja  na  wysłuchanie  modlitw  i  cudowną  interwencję 

Boga  w  ich  życiowy  dramat,  bądź  głębokie  przekonanie,  że  takiej  interwen- 
cji doświadczyli w swoim życiu; 

•  zaczynają  oni  dostrzegać  głębszy  sens  choroby,  cierpienia  i  śmierci  -  tak 

w  odniesieniu  do  siebie,  jak  i  do  najbliższych  -  wykraczający  poza  perspek- 

tywę doczesności; 

•  doświadczenie  choroby  i  śmierci  bliskich  jest  przeżywane  w  kategoriach 

tymczasowej  rozłąki;  pojawia  się  przekonanie  o  ich  dalszym  życiu  w  obecno- 
ści  Boga,  a  niejednokrotnie  -  o  pozytywnym  wpływie  zmarłych  na  pozosta- 
łą na tym świecie rodzinę; 

•  zaangażowanie  w  słuchanie  Radia  ułatwia  oderwanie  od  własnych  proble- 

mów,  pomaga  w  wyjściu  ze  stanu  koncentracji  na  sobie  samym,  na  swojej 

chorobie  i  cierpieniu  i  w  zwróceniu  się  ku  innym  -  dotkniętym  nieszczę- 

ściem,  chorobą,  borykającym  się  ze  swoją  bezradnością  i  przerażeniem.  Ro- 
dzi  się  w  ten  sposób  swoista  wspólnota  w  chorobie.  Pojawia  pragnienie  po- 
magania  innym  będącym  w  potrzebie:  poprzez  pocieszanie,  wspólną  z  nimi 
modlitwę, jak i ofiarowanie własnej modlitwy i cierpienia za nich. 

Powyższe  dane  pozwalają  stwierdzić,  iż  radio  jako  medium  społecznego  prze- 

kazu może pełnić wyjątkową rolę w przeciwdziałaniu skutkom społecznych proce- 

background image

 

 

sów 

deinstytucjonalizacji, 

indywidualizacji 

oraz 

pluralizacji 

kulturowej, 

ukazując 

pozytywny  wymiar  cierpienia,  choroby,  umierania  i  śmierci,  ujmowany  w  perspek- 
tywie  ostatecznej,  jaką  jest  spotkanie  z  Bogiem.  Może  ono  także  pełnić  rolę  po- 
mocniczą  w  procesie  dojrzewania  jednostki  do  przyjęcia  cierpienia  i  nadania  mu 

sensu,  z  jednej  strony  -  dzięki  przemienieniu  go  w  ofiarę  w  czyjejś  intencji

72

,  z  dru- 

giej - dzięki przeżywaniu go w kontekście wiary chrześcijańskiej. 

Reasumując: 

Środki 

społecznego 

przekazu 

mogą 

stanowić 

cenną 

pomoc 

w  przełamywaniu  tak  społecznych,  jak  i  psychologicznych  skutków  utraty  sensu 
życia  w  sytuacjach  ekstremalnych,  do  jakich  niewątpliwie  należy  cierpienie,  choro- 
ba,  umieranie  i  śmierć,  pod  warunkiem,  że  sytuacje  te  zostaną  odniesione  do  świa- 
ta wartości uniwersalnych i ostatecznych oraz objęte perpektywą wieczności. 

72 Por. V. E. Franki, op. cit., s. 69-90. 

background image

 

- 9 8 -  

 

Włodzimierz Piątkowski 

Stosowanie niekonwencjonalnych metod leczenia 
w świetle badań socjologicznych. 
Analiza wybranych dylematów moralnych 

 
 

Od  kilkunastu  lat  w  środowisku  socjologów  medycyny  związanych  z  Uniwersy- 

tetem 

Marii 

Curie-Skłodowskiej 

prowadzone 

są 

systematyczne 

prace 

naukowe 

zmierzające  do  stworzenia  podstaw  „socjologii  lecznictwa  niëmedycznego".  Pierw- 
sze  wyniki  zostały  przyjęte  do  druku  w  „Studiach  Socjologicznych"  w  roku  1980 
i  ukazały  się  po  przerwie  spowodowanej  stanem  wojennym  w  numerze  3  (82),  1981. 
Od  tego  momentu  opublikowano  ponad  20  artykułów  i  rozpraw  poświęconych  tej 
problematyce  (2  teksty  zostały  wydrukowane  za  granicą)  oraz  5  publikacji  zwar- 
tych (Piątkowski 1984; 1988; 1990; 1998; Piątkowski i in. 1993). 

„Efektem  ubocznym"  było  wprowadzenie  tych  zagadnień  jako  propozycji  tema- 

tów  prac  magisterskich  na  Wydziale  Filozofii  i  Socjologii  UMCS,  czego  rezultatem 
było  napisanie  4  prac  oraz  9  prac  na  Wydziale  Pielęgniarskim  AM  w  Lublinie.  Ba- 
dania  nad  socjologią  lecznictwa  niëmedycznego  są  obecnie  kontynuowane,  między 

innymi  finalizowana  jest  rozprawa  habilitacyjna  poświęcona  tej  problematyce,  roz- 

wijane  są  też  próby  stosowania  jakościowych  metod  badawczych,  zwłaszcza  anali- 
zy dokumentów osobistych. 

Niezmiernie  trudno  dokonać  oceny  wyników  badawczych  uzyskiwanych  w  tak 

długim  okresie  i  obejmujących  tak  złożony  i  zmieniający  się  obszar  społecznej  rze- 
czywistości,  jednak  pewne  ustalenia  wydają  się  szczególnie  istotne.  Spróbujmy  spo- 
rządzić z konieczności nieco „subiektywny" i „arbitralny" bilans tych osiągnięć. 

Nie  ulega  wątpliwości,  że  postęp  każdej  dziedziny  wiedzy  jest  wstrzymywany 

przez  chaos  terminologiczny.  Koniecznym  jest  zatem  uporządkowanie  taksonomii, 
ustalenie  stałych  kryteriów  definiowania  pojęć  i  terminów.  W  1984  roku  podjęto 
pierwsze  próby  w  tym  zakresie,  wcześniej  w  literaturze  przedmiotu  (etnologicznej, 
socjologicznej,  historycznej,  medycznej)  funkcjonowało  na  przykład  21  różnych 
terminów  dla  określenia  metod  leczenia  nieakceptowanych  przez  medycynę  akade- 
micką. 

Biorąc  pod  uwagę  charakter  medycyny  empirycznej,  z  drugiej  strony  uwzględ- 

niając  cechy  kilkuset  metod  i  technik  leczenia  pozostających  poza  jej  obszarem,  a 
także opierając się na wybranych kryteriach socjologicznych (charakter roli spo- 

background image

 

- 9 9 -  

 

łecznej  oraz  cechy  metod  i  technik  terapeutycznych),  wydzielono  3  zasadnicze,  hi- 
storycznie  ukształtowane  formy  pomocy  w  chorobie  nie  spełniające  kryterium  „by- 
cia  medycyną  jako  nauką  przyrodniczą".  Dla  ich  określenia  użyto  terminu  „lecznic- 
two  niemedyczne",  z  podziałem  na:  samolecznictwo,  tradycyjne  lecznictwo  ludowe 
(znachorskie)  i  praktyki  lecznicze  współczesnych  uzdrowicieli  (healerów).  W  każdej 
z  tych  form  wyodrębniono  elementy:  etiologiczne,  profilaktyczne,  diagnostyczne 
i  najbardziej  rozbudowane,  teoretyczne  (Piątkowski  1984;  1990;  1993).  Ta  propozy- 
cja  metodologiczna  była  dyskutowana  na  polu  etnologii,  socjologii  i  medycyny  oraz 
stanowiła  punkt  odniesienia  między  innymi  dla  takich  autorów,  jak:  W.  Dega,  M. 
Weiss,  M.  Obara,  S.  Sterkowicz  (nauki  medyczne);  M.  Sokołowska,  A.  Firkowska- 

Mankiewicz,  A.  Titkow,  M.  Libiszowska-Żółtkowska,  E.  Kasperek  (socjologia);  D. 

Penkala-Gawęcka (etnologia); J. Jeszke (historia medycyny). 

Niewątpliwie  jednym  z  podstawowych  dylematów,  na  jakie  natykają  się  bada- 

cze  prowadzący  prace  nad  lecznictwem  niemedycznym,  są  problemy  metodologicz- 
ne.  Pojawia  się  tu  trudny  do  przezwyciężenia  stereotyp,  szczególnie  ugruntowany 
na  gruncie  nauk  przyrodniczych,  gdzie  dominuje  ideologia  neopozytywistyczna,  że 

badania 

naukowe 

nad 

lecznictwem 

niekonwencjonalnym 

są  niewarte  prowadzenia, 

bowiem  ocierają  się  o  sferę  zachowań  zabobonnych,  irracjonalnych,  przesądnych, 
będących 

przedmiotem 

„ludzkiej 

ciemnoty". 

Problematyka 

ta 

traktowana 

jest 

więc  lekceważąco,  jako  jeden  z  wielu  „pseudoproblemów"  (Scheinprobleme).  Ta- 

kim 

przekonaniom 

przeciwstawiono 

socjologiczny 

punkt 

widzenia, 

gdzie 

za 

po- 

mocą  standardowych  metod  badawczych  (ilościowych  i  jakościowych)  można  z  po- 
wodzeniem  badać  fakty  społeczne  „otaczające"  lecznictwo  niemedyczne  -  a  więc 
na  przykład:  stan  potocznej  wiedzy  o  zdrowiu  i  chorobie,  świadomość  społeczną 
osób  korzystających  z  usług  uzdrowicieli,  charakter  i  uwarunkowania  ról  społecz- 
nych healerów, zakres i przyczyny społecznej aprobaty dla tych metod itp. 

Próbowano  udowodnić,  że  lecznictwo  niemedyczne  jest  nie  tylko  możliwe  do 

badania,  opisu  i  interpretacji  za  pomocą  metod  i  technik  badawczych  oraz  pojęć 
socjologicznych,  ale  też,  że  jest  to  jeden  z  najważniejszych  tematów  badawczych  so- 
cjologii  medycyny,  zwłaszcza  w  okresie  nasilenia  się  zjawisk  deinstytucjonalizacji, 
deprofesjonalizacji, 

zwiększania 

się  indywidualnej 

odpowiedzialności 

i  inicjatywy 

w  sprawach  zdrowotnych,  a  także  coraz  powszechniej  uświadamianego  wśród  pa- 
cjentów  kryzysu  technochemicznej  medycyny  naprawczej  o  znacznej  jatrogenności 

(Sterkowicz, 1995, s. 5-6). 

Specyficznym  problemem  metodologicznym  jest  również  konieczność  poczynie- 

nia  rozstrzygnięć,  co  jest  „racjonalne"  a  co  „nieracjonalne"  w  metodach  i  techni- 
kach  leczenia  stosowanych  przez  nieprofesjonalistów  (zwłaszcza  w  ramach  lecznic- 
twa  ludowego).  Pamiętać  tu  trzeba,  że  nie  istnieje  „jedna  jedyna"  racjonalność 

oparta na redukcjonistycznym i empiryczno-scientystycznym paradygmacie. Musi- 

background image

 

- 1 0 0 -  

 

my  dostrzegać  także  inny  (nie  gorszy!)  rodzaj  „logiki  leczenia",  oparty  na  odmien- 
nych  przesłankach,  wkomponowany  w  odmienne  systemy  aksjologiczne  (np.  sys- 
tem  wartości  kultury  chłopskiej)  i  odwołujących  się  do  odmiennych  od  naszych 
sposobów  myślenia,  rozumowania  i  działania.  Problemem  szczególnym  jest  też  hi- 
storyczna  zmienność  i  niestałość  kryteriów,  za  pomocą  których  system  medycyny 
w  wielu  krajach  arbitralnie  inkorporuje  jedne  metody  terapeutyczne  w  skład  me- 
dycyny  profesjonalnej,  mimo,  że  nie  spełniają  większości  kryteriów  stawianych  me- 

todom 

leczniczym 

przez 

nauki 

przyrodnicze 

(akupunktura, 

homeopatia), 

innym 

takiego statusu odmawia (rozmaite wersje bioenergoterapii). 

Osobnym  zagadnieniem  jest  problematyczna  wiarygodność  osób  badanych  za 

pomocą  metod  socjologicznych  -  zarówno  pacjenci,  zwolennicy  metod  niekonwen- 
cjonalnych,  jak  i  sami  terapeuci  (healerzy)  bardzo  często  wykazują  silną  identyfi- 
kację  z  preferowanymi  metodami,  brak  krytycyzmu  i  dystansu.  Trzeba  to  uwzględ- 
nić  przy  interpretacji  uzyskanych  wyników.  Podobnie  sami  uzdrowiciele  niekiedy 
nie  są  w  stanie  obiektywnie  spojrzeć  na  swe  sukcesy  (te  są  absolutyzowane)  i  po- 
rażki,  których  istnienie  jest  kwestionowane  lub  wypierane  ze  świadomości.  Spoty- 
kamy  tu  częściej  niż  w  innych  środowiskach  osoby  o  cechach  maniakalnych,  fana- 

tycznym i bezkrytycznym nastawieniu do tego co robią. 

Remedium  wydaje  się  prowadzenie  badań  na  próbach  reprezentatywnych  o  du- 

żych  liczebnościach,  a  także  odnoszenie  i  porównywanie  wyników  z  grupą  kontro- 
lną.  Oprócz  badań  surveyowych,  prowadzonych  na  przykład  na  kilkuset  pacjen- 
tach  będących  w  trakcie  leczenia  przez  C.  Harrisa,  od  początku  lat  90-tych  w  Za- 
kładzie  Socjologii  Medycyny  i  Rodziny  UMCS  prowadzimy  studia  z  wykorzysta- 
niem  dokumentów  osobistych  (listy,  pamiętniki).  Pierwsza  w  polskiej  socjologii 
medycyny  pozycja,  oparta  na  analizie  1907  listów,  jakie  wpłynęły  po  seansach  tele- 

terapii 

prowadzonych 

przez 

ponad 

lata  przez 

niekonwencjonalnego 

psychotera- 

peutę,  A.  M.  Kaszpirowskiego,  potwierdziła  fakt,  że  metody  jakościowe  są  szcze- 
gólnie  wartościowe  dla  analiz  socjomedycznych,  co  więcej  ukazują  swą  szczególną 
przydatność 

badaniach 

lecznictwa 

niëmedycznego 

zachowań 

otaczających 

chorobę. 

List  czy  pamiętnik,  mimo  swych  znanych  ograniczeń  (min.  subiektywizm,  emo- 

cjonalny  charakter,  niepełna  reprezentatywność),  jest  niezwykle  cennym  źródłem  in- 
formacji  socjologicznych  o  zachowaniach  i  sposobie  myślenia  ludzi  przeżywających 
silnie  emocje,  wywołane  na  przykład  wchodzeniem  w  rolę  społeczną  chorego,  prze- 
żywaniem bólu i cierpienia, stanów fizycznego kalectwa, starości czy umierania. 

Z  drugiej  strony  jedynie  w  liście  (pamiętniku)  mamy  do  czynienia  z  tak  bogaty- 

mi,  wielowątkowymi  i  dramatycznymi  opisami  prób  leczenia  (udanymi  i  nieudany- 
mi),  procesów  zdrowienia,  potęgowaniem  (zanikiem)  nadziei,  wiary  i  optymizmu. 
Listy przynoszą unikalny materiał badawczy, pozwalający zrozumieć, co składa się 

background image

 

- 1 0 1 -  

 

na  tak  ważne  kategorie  socjomedyczne,  jak  „subiektywny  stan  zdrowia"  i  „subiek- 
tywny  stan  choroby"  oraz  wedle  czego  ocenia  się  „wyzdrowienie"  lub  „pogorszenie 

samopoczucia". 

Pisanie  listu  jest  „per  se"  rodzajem  zachowania  społecznego,  trzeba  podkreślić, 

że  nie  wszystko,  co  stanowi  treść  listów  miałby  szanse  usłyszeć  ankieter  od  osoby, 
z  którą  przeprowadza  wywiad  socjologiczny.  Przekonani  o  rosnącej  roli  materiału 
badawczego,  niezwykle  rzadko  wykorzystywanego  w  socjologii,  jakim  są  listy, 
przedstawiliśmy  szeroko  walory  i  ograniczenia  tej  metody,  na  IX  Ogólnopolskim 
Zjeździe 

Polskiego 

Towarzystwa 

Socjologicznego 

(Piątkowski, 

Latoszek, 

1995). 

Rezultaty  badań  socjomedycznych  opartych  o  metody  jakościowe  zostały  też  za- 

prezentowane  na  Kongresie  Europejskiego  Towarzystwa  Socjologii  Zdrowia  i  Me- 

dycyny - E.S.H.M.S. w Wiedniu i Budapeszcie (Piątkowski 1994, 1996). 

Jednym  z  najważniejszych  problemów  każdej  nauki  jest  zbudowanie  trwałych 

i  adekwatnych  do  poruszanych  problemów  podstaw  teoretycznych.  W  pracach  po- 
dejmowanych  w  Zakładzie  Socjologii  Medycyny  i  Rodziny  UMCS  badania  w  tym 
zakresie  zostały  zainicjowane  na  początku  lat  90-tych.  Nie  wdając  się  w  tym  miej- 
scu  w  szczegółowe  rozważania  trzeba  jedynie  zasygnalizować,  że  punktem  odnie- 
sienia  uczyniliśmy  koncepcję  E.  Freidsona  „lay  referral  system"  (Freidson  1970), 
pozwalającą  opisać  i  interpretować  zachowania  zdrowotne  laików  oraz  sposoby  re- 

alizacji 

potrzeb 

zdrowotnych 

poza 

instytucjami 

medycyny 

profesjonalnej 

(Freid- 

son, 1 1961, s. 198). 

Innym  podejściem,  obiecującym  i  przydatnym  przy  prowadzeniu  badań  na  in- 

teresującym  nas  obszarze,  są  poglądy  R.  M.  Hesslera  i  A.  C.  Twaddle'a  omawiają- 

cych  4  systemy  lecznictwa  niemedycznego  (uzdrawianie  duchowe,  tradycyjne  lecz- 

nictwo  indiańskie,  meksykańskie  lecznictwo  ludowe,  tradycyjne  lecznictwo  chiń- 
skie).  Autorzy  wyróżniają  tu  4  poziomy  analizy:  symboliczny,  techniczny,  etiolo- 

giczny oraz organizacje ról społecznych uzdrowicieli (Twaddle, Hessler, 1977). 

Na  szczególną  uwagę  zasługują  jednak  3  teorie,  jak  się  wydaje  użyteczne  do 

opisu  i  interpretacji  interesujących  nas  zjawisk:  fenomenologia,  symboliczny  inte- 

rakcjonizm 

etnometodologia. 

Umożliwiają 

one  badanie  subiektywnej,  właściwej 

pacjentowi  rzeczywistości  społecznej,  wyznaczanej  przez  pojęcia  „zdrowia"  i  „cho- 
roby",  analizowanie  Wiedzy  potocznej,  zdroworozsądkowej,  „nielogicznej",  obcią- 
żonej  wielkimi  emocjami,  chaotycznej  i  niespójnej.  Taki  właśnie  obszar  „stety"  czy 
„niestety"  otacza  proces  chorowania,  zdrowienia  i  umierania.  Teorie  te  dobrze 
wkomponowują  się  w  perspektywę  socjologii  humanistycznej,  która  w  badaniach 
socjomedycznych  ułatwia  rozumienie  punktu  widzenia  pacjenta,  jego  oczekiwań 
i  interesów,  zarówno  w  kontakcie  z  lekarzem,  jak  i  uzdrowicielem.  Osobnym  pro- 
blemem  jest  możliwość  opisu  „koncepcji  teoretycznych"  uzdrowicieli  (S.  Nardelli, 

A. Kaszpirowski i inni). Charakterystyka takich koncepcji pozwala lepiej zrozu- 

background image

 

- 1 0 2 -  

 

mieć,  jak  próbuje  się  tworzyć  synkretyczne  konstrukcje,  mające  za  zadanie  wyja- 
śnić  fenomen  uzdrawiania  w  oparciu  o  subiektywnie  interpretowane  działanie  „sił 

psychicznych". 

Oczywiście  oprócz  „strategicznych"  obszarów  badawczych,  które  próbowaliśmy 

wyżej  scharakteryzować,  nasze  badania  nad  lecznictwem  niemedycznym  przynio- 
sły  szereg  szczegółowych  rezultatów,  które  zdają  się  być  szczególnie  istotne  przy 
podejmowaniu  prób  rozumienia  „fenomenu  innej  medycyny".  Oto  przegląd  nie- 
których 

uzyskanych 

wyników: 

podstawowym 

czynnikiem 

akcelerującym 

rozwój 

zjawiska  są  media,  zarówno  komercyjne  pisma  popularne,  jak  też  periodyki  wyda- 
wane  przez  uzdrowicieli,  a  także  cykliczne  programy  TV  z  udziałem  znanych  he- 
alerów;  przyspieszają  rozwój  nieprofesjonalnych  metod  leczniczych  liberalne  regu- 
lacje  prawne  (np.  możliwość  zalegalizowania  swej  praktyki  jako  „działalności  rze- 
mieślniczej");  nieprzestrzeganie  ustawy  o  zawodzie  lekarza  („może  leczyć  tylko  le- 

karz"); brak regularnych ocen lecznictwa niëmedycznego ze strony izb lekarskich. 

Ogólnie  rzecz  biorąc  przyczyny  rosnącej  popularności  leczących  laików  należy 

szukać  zarówno  w  cechach  systemu  społecznego  (poszukiwania  „alternatywnych 
elementów  stylów  życia",  upowszechnianie  ideologii  healthizmu  etc),  jak  i  zmia- 
nach  zachodzących  wewnątrz  systemu  medycznego:  tendencji  do  deinstytucjonali- 
zacji  i  demedykalizacji  opieki  zdrowotnej,  świadomości  jatrogenności  współcze- 
snych  metod  medycyny  naprawczej,  demokratyzacji  stosunków  lekarz  -  pacjent, 
rosnącej  tolerancji  części  lekarzy  dla  metod  niekonwencjonalnych  określonych  ja- 
ko  tanie  i  bezinwazyjne,  upowszechnianiu  się  holistycznego  podejścia  do  zdrowia 
i  choroby,  problemów  z  uzyskaniem  efektywnego  leczenia  w  chorobach  chronicz- 

nych,  wzrostu  znaczenia  nauk  behavioralnych  w  medycynie  i  możliwości  osiągania 

przez  nie  „subiektywnego  stanu  zdrowia",  wzrostu  zainteresowania  metodami  nie- 
konwencjonalnymi w lecznictwie rodzinnym i pielęgniarstwie itd. 

Metody  niekonwencjonalne  są  w  społeczeństwie  polskim  stosowane  jako  kom- 

plementarne,  a  nie  alternatywne  w  stosunku  do  świadczeń  medycznych,  równocze- 
śnie pacjenci postulują ścisłą współpracę lekarzy i uzdrowicieli. 

Przyczyną  wysokiej  aprobaty  dla  najbardziej  znanych  uzdrowicieli  są  nieko- 

niecznie 

ich  bardzo  dobre  rezultaty  w  zakresie  całkowitego  usuwania  choroby 

w  sensie  somatycznym,  raczej  przynoszenie  rodzaju  ulgi  psychicznej,  wsparcia  i  po- 

prawy „subiektywnego stanu zdrowia". 

Zdaniem  pacjentów  uzdrowiciele  najskuteczniej  likwidują  dolegliwości  bólowe, 

dolegliwości związane ze stresem, napięciem, choroby serca. 

Główną  przyczyną  skłaniającą  do  wizyty  u  healera  jest  przekonanie  o  jego 

„ludzkim"  podejściu  do  pacjenta  i  świadomość,  że  o  takie  podejście  trudno  w  kon- 

takcie  z  lekarzem.  Pacjenci  są  zdania,  że  ryzyko  jakie  ponoszą  korzystając  z  usług 

nielekarza jest minimalne, bądź nie ma go wcale. 

background image

 

- 1 0 3 -  

 

Wśród pacjentów większości uzdrowicieli dominują kobiety. 

badań 

przeprowadzonych 

lubelskim 

ośrodku 

socjomedycznym 

(1990, 

1993)  wynika  też,  że  popularność  większości  metod  i  technik  leczenia  oferowanych 
w okresie transformacji systemowej powoli rośnie. 

Badania  socjologiczne  prowadzone  nad  lecznictwem  niemedycznym  od  ponad  17 

lat  bezspornie  wskazywały,  że  fakt  realizacji  części  potrzeb  zdrowotnych  przez  niele- 
karzy jest trwałym elementem zachowań w chorobie społeczeństwa polskiego. 

Jak  wcześniej  wskazano,  metody  te  stosowane  są  w  sposób  masowy  a  ich  popu- 

larność  nie  maleje.  W  związku  z  trwałą  obecnością  lecznictwa  niekonwencjonalnego 
na  polskim  rynku  świadczeń  medycznych,  jak  też  z  koniecznością  nadzwyczajnej 
ochrony  najwyższej  ludzkiej  wartości  -  zdrowia  -  konieczne  stało  się  publiczne  po- 
stawienie pytań o charakterze etyczno-deontologicznym. Oto niektóre z nich: 

•  Czy  podejmujący  się  leczenia  laicy  powinni  ponosić  taką  samą  odpowie- 

dzialność 

za 

czynności 

profilaktyczne, 

diagnostyczne, 

rehabilitacyjne, 

jak 

wykonujący analogiczne zabiegi lekarze medycyny; 

•  Czy  uzdrowiciele  mogą  samodzielnie  podejmować  się  czynności  leczniczych, 

czy  też  powinni  obligatoryjnie  współpracować  z  lekarzem,  który  mógłby 
brać odpowiedzialność za całość procesów leczenia; 

•  Czy  healerzy  mogą  się  podejmować  prób  leczenia  wszystkich  rodzajów  cho- 

rób,  czy  należałoby  na  przykład  ustawowo  ustalić  listę  jednostek  chorobo- 
wych,  w  których  mogliby  oferować  usługi  terapeutyczne  (np.  choroby, 
w których może wystąpić „efekt placebo"); 

•  Czy  i  jakie  gwarancje  formalno-prawne,  chroniące  interesy  pacjenta,  musi 

uzyskać  chory  poddający  się  kuracjom  uzdrowicielskim  (np.  ochrona  przed 
leczeniem celowo przedłużonym z chęci zysku); 

•  Czy  uzdrowiciel  może  żądać  od  pacjenta  rezygnacji  z  równoległego  leczenia 

w placówkach medycznych (takie żądanie wyrażają np. niektórzy homeopaci); 

•  Czy  w  ogłoszeniach  publikowanych  przez  uzdrowicieli  i  ich  pacjentów  (czę- 

sto  zamiast  honorariów)  można  sugerować,  że  leczy  się  choroby  uznane 

w medycynie akademickiej za nieuleczalne; 

•  Czy  uzdrowiciele  winni  być  poddani  kontroli  merytorycznej  (biotechnicznej) 

i  etycznej  ze  strony  korporacji  lekarskich  lub  urzędów  administracji  pań- 
stwowej, czy należy uznać ich profesję za autonomiczną i samodzielną; 

•  Czy  należy  tolerować  łamanie  ustawy  o  zawodzie  lekarza,  zakazującej  mu 

stosowania  metod  szkodliwych  i  bezwartościowych  oraz  współpracy  lekarza 

i uzdrowiciela (Kodeks Etyki Lekarskiej 1994, s. 18); 

•  Czy  w  przyszłości  należy  z  publicznych  funduszy  ubezpieczeniowych  zwra- 

cać  koszty  poniesione  przez  chorych  stosujących  niekonwencjonalne  meto- 

dy leczenia; 

background image

 

- 1 0 4 -  

 

•  I  na  koniec,  czy  nie  uznać  (tak,  jak  na  to  wskazują  wyniki  badań  socjopsy- 

chologicznych),  że  istotą  leczenia  laików  jest  najczęściej  „amatorsko  prakty- 

kowana  socjo-  i  psychoterapia".  Może  prowadzić  nas  na  koniec  do  dwoja- 

kich wniosków: 

a)  Istnieje 

konieczność  wprowadzenia  na  studiach  lekarskich  bloku  przed- 

miotów  behawioralnych,  włącznie  z  obligatoryjnymi  kursami  socjotera- 

pii  i  psychoterapii  oraz  tzw.  socjologii  klinicznej,  co  spowoduje  uzyska- 

nie  pełniejszych  kompetencji  w  dziedzinie  stosowanych  metod  humani- 
stycznych u absolwentów Akademii Medycznych, 

b)  Należy  dążyć  do  praktycznej  realizacji  od  dawna  wysuwanego  postulatu 

szerszego  udziału  socjologów  medycyny  i  psychologów  klinicznych  na 
wielu etapach współczesnego procesu leczenia. 

Konkludując,  literatura  przedmiotu  oraz  wyniki  prowadzonych  od  roku  1980 

badań  własnych  pozwalają  na  sformułowanie  uprawnionego,  jak  się  wydaje,  wnio- 

sku  o  charakterze  ogólnym:  problemów  związanych  ze  zdrowiem  i  chorobą  nie  roz- 

wiążą  w  Polsce  końca  XX  wieku  uzdrowiciele,  mogą  to  zrobić  po  części  samodziel- 
nie  ludzie  zdrowi  i  chorzy  w  ramach  samolecznictwa  oraz  wyposażeni  w  duży  za- 

kres  praktycznej  wiedzy  behawioralnej,  życzliwi  pacjentowi  lekarze  medycyny  lub 

wyspecjalizowani  eksperci  z  zakresu  socjologii  medycyny  i  psychologii,  efektywnie 

współpracujący  (team  approach)  zarówno  z  zespołami  lekarskimi,  jak  i  samymi 
chorymi za ich aprobatą i dla ich dobra. 

Bibliografia 

1.  E. Freidson, Pacients views of medical practice, New York, 1961. 
2.  E. Freidson, Profesion of medicine, New York, 1970. 

3.  Kodeks Etyki Lekarskiej, Warszawa 1994. 

4.  W.  Piątkowski,  W  stronę  unii  medycyny  naturalnej  i  naukowej,  (w:)  J.  Aleksan- 

drowicz, Nie ma nieuleczalnie chorych, Warszawa 1982. 

5.  W. 

Piątkowski, 

Naturalne 

sposoby 

leczenia, 

Wrocław-Warszawa-Kraków- 

Gdańsk-Łódź 1984. 

6.  W. Piątkowski, Spotkania z inną medycyną, Lublin 1990. 

7.  W.  Piątkowski,  J.  Jezior,  R.  Ohme,  Listy  do  Kaszpirowskiego.  Spojrzenie  socjo- 

logiczne, Lublin 1999. 

8.  W.  Piątkowski,  Z  badań  socjologicznych  nad  lecznictwem  ludowym  w  Polsce. 

Wybrane  problemy  metodologiczne,  (w:)  B.  Kuźnicka  (red.)  Historia  leków  na- 

turalnych, Warszawa 1993. 

9.  W.  Piątkowski,  Complementary  medicine  in  Poland.  Sociological  approac,  (w:) 

Health and medicine in the New Europe, Vienna 1994. 

background image

 

 

11.  W.  Piątkowski,  M.  Latoszek,  Nowe  propozycje  i  problemy  metodologiczne,  (w:) 

A.  Sułek,  J.  Szyk  (red.)  Stawanie  się  ładu  społecznego.  Pamiętnik  IX  Ogólnopol- 
skiego Zjazdu Socjologicznego, 
Lublin 1998. 

12.  W.  Piątkowski,  Polish  Complementary  Medicine.  Selected  Results  of  Qualitati- 

ve  Analysis,  (w:)  Health  and  Social  Change  in  the  Integration  of  Europe,  Buda- 

pest 1996. 

13.  W.  Piątkowski,  O  leczeniu  nieuleczalnie  chorych,  (w:)  B.  Block,  W.  Otrębski 

(red.) Człowiek nieuleczalnie chory, Lublin 1997. 

14.  W. 

Piątkowski, 

A. 

Libiszowska-Żółtkowska, 

M. 

Ogryzko-Wiewiórkowska 

(red.), Szkice z socjologii medycyny, Lublin 1998. 

15.  S.  Sterkowicz,  Listy  do  Kaszpirowskiego.  Spojrzenie  socjologiczne,  (rec),  „Pro- 

mocja Zdrowia. Nauki Społeczne i Medycyna" 5-6, 1995. 

16.  A. C. Twaddle, R.L. Hessler, Sociology of Health, St. Louis 1977. 

background image

 

- 1 0 6 -  

 

Lucyna Reczek 

„Godnie umrzeć". 

Opieka paliatywna barierą eutanazji 

 
 
 

„Jeśli choroba wkracza w ostateczne stadium, 
Lekarz stosuje ostateczne środki 
lub zgoła żadnych" 

„Hamlet", akt IV, scena 5 

przekład S. Barańczak 

 
 

Starając  się  chronić  zagrożone  życie  jednostki  medycyna  skupiła  swe  wysiłki  na 

poznaniu,  zrozumieniu  i  opanowaniu  biologicznych  przyczyn  choroby.  Śmierć  jest 
naturalną  konsekwencją  życia,  nie  jest  chorobą,  choć  czasami  bywa  zakończeniem 

choroby,  jest  zdarzeniem  towarzyszącym  każdej  konkretnej  jednostce  w  jej  kon- 

kretnym  życiu,  jest  aktem,  poprzez  który  wszystko  co  żyje  odchodzi.  Mimo  iż 
śmierć  nie  jest  chorobą,  współcześnie  większość  ludzi  umiera  „na  rękach  lekarza". 
Lekarze  nie  są  jednak  przygotowani  do  spełniania  kłopotliwego  zadania  towarzy- 
szenia choremu człowiekowi w ostatnich chwilach życia. 

Strach  przed  śmiercią  jest  dany  tylko  człowiekowi,  nawet  jeśli  mu  bezpośrednio 

nie  grozi,  ponieważ  jedynie  on  spośród  rzeszy  istot  żywych  pojmuje  jej  nieuchron- 
ność.  Jedynie  człowiek  wśród  istot  żywych  ma  wyobrażenie  o  śmierci,  choć  jest  ono 
nieokreślone  i  mgliste.  Jedynie  on  ma  przywilej  wiedzy  o  śmierci,  toteż  strach  przed 
nią  przeżywa  w  swoisty  sposób.  Przeżywa  go  zawsze  wtedy,  kiedy  jego  odczucie 
wyzwoli  ból  psychiczny  i  fizyczny.  Stan  ten  zwiększa  zwłaszcza  obawa  przed  cier- 
pieniem  fizycznym.  Inaczej  odczuwa  się  strach  wobec  konkretnej  śmierci  grożącej 
człowiekowi  bezpośrednio.  W  wieczór  poprzedzający  własną  śmierć  znacznie  wię- 
cej  ludzi  sobie  ten  fakt  uświadamia,  niż  się  powszechnie  sądzi.  Jednak  obawa  nie 
jest  wywoływana  samym  faktem  śmierci.  Dołączają  się  do  niej  obawy  przed  rozłą- 
ką,  umieraniem  i  temu  podobne.  Instynkt  występuje  zawsze  w  obronie  życia  i  na- 
wet  w  takiej  sytuacji,  „kiedy  odgadł  koniec  drogi,  nie  wykroczy  przeciw  swej  roli 
obrońcy  roli  życiowej".  Tanatofobia  nie  jest  więc  wyłączną  sprawą  umierających, 
jest  udziałem  wszystkich  w  pełni  żyjących,  bowiem  człowiek  nie  żyje  jako  istota  sa- 
motna i niezależna, przeciwnie, jest zależny i zniszczalny. Tę prawdę uświadamia 

background image

 

- 1 0 7 -  

 

sobie  dopiero  wtedy,  kiedy  spotyka  go  cierpienie  z  jakiegokolwiek  powodu.  Cier- 

pienie  nawiedza  go  przy  różnych  okazjach  jako  coś  niezrozumiałego,  daremnego 
i  bezsensownego.  Doświadcza  go  z  różną  siłą  -  intensywność  cierpienia  jest  pro- 
porcjonalna  do  dyspozycji  emocjonalnej  człowieka.  Przeważnie  jednak  zwycięża 
nadzieja,  że  ból  przejdzie,  osłabnie  i  wygaśnie.  Brutalne  doświadczenie  cierpienia, 
które  każdego  spotyka,  znajduje  ujście  w  poczuciu  obawy  przed  zgubą  własnego 
ja.  Uświadamia  człowiekowi  jego  wrażliwość  i  urealniła  jego  poczucie  śmiertelno- 
ści.  Tysiąc  razy  zwycięży  człowiek  boleść  i  jej  przyczynę,  ale  kiedyś  musi  przyjść  ta- 
ka chwila, gdy podjęcie walki z nią zakończy się niepowodzeniem. 

Ból  nie  jest  czymś,  co  staje  przed  człowiekiem,  on  łączy  się  z  jego  egzystencją 

i  współtworzy  jego  los.  Odczuwanie  bólu  jest  twórczym  bodźcem  w  rozwoju  zmy- 
słów  u  dziecka  i  niezbędnym  składnikiem  prawa  biologicznego,  któremu  podlega 
życie.  Poprzez  swą  bezwzględność  i  grozę  uczy  człowieka,  że  nie  może  on  żyć  lek- 
ceważąc  swoje  ciało.  W  tym  sensie  ból  jest  uważany  za  objaw  służący  ochronie  ży- 
cia,  za  znak  ostrzegawczy  i  w  tym  sensie  jako  tak  zwana  „konieczność  prewencyj- 
na" jest bodźcem i podstawowym elementem postępu ludzkiego. 

Ból  zawsze  pomaga  lekarzowi  zorientować  się  w  sytuacji,  podczas  gdy  dla  cho- 

rego  jest  tylko  kłopotem,  uciążliwym  przez  swe  natężenie  i  czas  trwania.  Filozofu- 
jący  lekarz  Buytundijk  pisze,  że  zasięg  bólu  dotyczy  najintymniejszych  warstw 
człowieka,  jego  naturalnej  jedności  psychofizycznej  i  doprowadza  ludzką  osobo- 
wość  do  konfliktu  z  własnym  ciałem,  związaną  z  nim  właśnie  przez  ową  wrażliwość 
fizyczną.  Oznacza  to  między  innymi,  że  człowiek  wie  o  swej  słabości  fizycznej, 
a  także  i  to,  że  ból  jako  przejaw  nieograniczonego  naporu  na  jednostkę  może  kie- 
dyś  stać  się  nieodwracalny.  Może,  a  nawet  musi  skończyć  się  kiedyś  uspokojeniem, 
czyli  w  sferze  niebytu.  Człowiek  potrafi  świadomie  przyjąć  na  siebie  ból  nawet  bar- 

dzo  intensywny  i  okrutny,  lecz  tylko  w  zamian  za  odmianę,  na  przykład  w  oczeki- 

waniu  na  utęsknioną  rozkosz.  Miarą  tego  zjawiska,  jakie  człowiek  musi  zapłacić 
i  jakie  musi  wytrzymać  jest  wielkość  wartości,  którą  chce  osiągnąć.  W  odmiennej 
sytuacji  niż  człowiek  poddający  się  świadomie  cierpieniu  jest  ten,  którego  ból  za- 
skoczył  niespodziewanie.  Choroba  podstępnie  spowodowała  zmianę  kolejności  wy- 
darzeń.  Rozpoznanie  jest  nie  do  pogodzenia  z  życiem.  Ale  i  w  takim  przypadku 
człowiek  odczuwa  potrzebę  działania,  pocieszenia  przez  przyjaciół  i  doznania  jesz- 
cze  trochę  z  życia.  W  takich  okolicznościach,  po  strachu  i  bólu,  u  chorego  pojawia 
się  nadzieja.  Pojawia  się  ona  i  tam,  gdzie  nic  innego  nie  pozostaje.  Nadzieja  umie- 

ra  ostatnia,  praktycznie  dopiero  wtedy,  kiedy  umiera  człowiek.  Całkowite  przeży- 

cie  załamania  pozwala,  co  jest  paradoksem,  odzyskać  nadzieję.  Jej  podstawą  jest 
utrzymanie  iluzji  dalszego  biegu  życia.  Nadzieja  ta  nie  daje  człowiekowi  przekona- 
nia,  że  jego  choroba  przejdzie,  przeminie  rozpacz.  Zniesienie  cierpienia  również  nie 
jest jej funkcją. Ona tylko umożliwia mu obronę, pozwala dalej żyć. Pod jej wpły- 

background image

 

- 1 0 8 -  

 

wem  u  nieuleczalnie  chorych  może  nastąpić  korzystna  przemiana,  która  pomaga 

zwalczyć  dotychczasową  postawę  egocentryczną,  pozwala  nawiązać  nowe  stosun- 
ki,  przywraca  pacjentom  wewnętrzną  samodzielność.  Choroba  przestaje  wtedy  być 
ważna,  pacjent  uniezależnia  się  od  niej.  Nadzieja  zaczyna  zajmować  miejsce  stra- 
chu.  Ta  prawdziwa  nadzieja  nie  zna  zawodu,  nie  jest  zależna  od  spraw  świeckich, 
chociaż  je  przenika.  Dlatego  też  jest  podstawową  składową  istoty  ludzkiej  tak  sa- 

mo jak cierpienie./ 

Śmierć  jako  taka,  jako  zamknięcie  okresu  życia  jednostki,  nie  jest  czymś  złym. 

Śmierć  jako  swoiste  obciążenie  ludzkie,  uświadamiane  sobie  przez  człowieka  przez 
całe  lata,  śmierć  jako  wartość  i  jako  czynnik  wartościotwórczy  Maeterlinck  odróżnia 
od  pojęcia  śmierci  jako  chwili,  „sekundy  pożegnania",  istotnego  faktu  biologiczne- 

go.  Pompa  mortis  magis  teret  quam  mors  ipse.  Atrybutem  śmierci  jest  ta  jedna,  jedy- 

na sekunda. Cała reszta należy do życia, choćby zgnębionego chorobą i bólem. 

 

* 

*                * 

 

„Jeśli  istnieje  prawda,  która  wyzwala  człowieka,  to  wartość  tej  prawdy 
nie może ujść naszej uwadze" (M. K. Bowers) 

 

Każdy  lekarz  w  swej  praktyce  staje  wielokrotnie  wobec  pewnych  problemów 

etycznych  związanych  z  jego  zawodem.  Na  nim  spoczywa  ciężar  rozstrzygania,  on 
działa.  Postępuje  zależnie  od  tego,  jak  rozumie  stosunek  życia  do  śmierci,  jaki  na- 
daje  jej  sens.  W  związku  z  tym  pomyślmy  chociażby  o  problemie  prawdy  przy  łóż- 

ku chorego i o problemie eutanazji. 

Mówić  prawdę  pacjentowi,  czy  też  nie  -  oto  pytanie,  na  które  nie  ma  definityw- 

nej  odpowiedzi  i  którym  lekarze  zajmują  się  od  setek  lat.  Należy  prowokować,  by 

pacjent  pytał,  a  sama  odpowiedź,  szczera  i  prawdziwa,  jest  tylko  uwieńczeniem,  al- 

bo i początkiem... 

-  Pani doktor, co pani myśli o mojej chorobie? 

-  Przewlekła, postępująca 

-  Czy jest to rak? 

-  Tak 

(...  rozpacz,  chaos  w  głowie,  uczucie  zagubienia,  ale  i  oczekiwanie  pomocy 

w nadaniu sensu dalszemu życiu...) 

Ten  ostatni  okres  życia  chorego  na  nowotwór  R.  Buckaman  dzieli  na  trzy  eta- 

py.  Okres  wstępny,  kiedy  chory,  zagrożony  rychłą  śmiercią,  reaguje  na  tę  sytuację 
mieszaniną  uczuć,  takich  jak  strach,  niepokój,  szok,  niedowierzanie,  gniew,  wypie- 
ranie  wiadomości  o  chorobie  z  własnej  świadomości,  tłumienie  poczucia  winy,  tar- 
gowanie się, rozpacz. Na etapie przewlekłej choroby chory znajduje się w depresji, 

background image

 

- 1 0 9 -  

 

ale  problemy  emocjonalne  ulegają  stopniowemu  osłabieniu,  a  nawet  częściowemu 
rozwiązaniu.  W  trzecim  etapie  choroby  -  etapie  akceptacji  i  godzenia  się  ze  śmier- 
cią  -  następuje  rozładowanie  lęku,  myślenie  o  życiu  w  czasie  przeszłym,  ale  i  podej- 
mowanie decyzji co do najbliższej przyszłości. 

Toczący  się  proces  chorobowy  jest  źródłem  cierpienia  człowieka  umierającego 

na  nowotwór.  Kiedy  onkologia  mówi,  że  nic  nie  może  już  zrobić  jeśli  chodzi  o  le- 

czenie 

przyczynowe, 

wtedy 

podejmuje 

się  dalej  leczenie  objawowe,  paliatywne. 

„Robimy  wszystko,  by  zmniejszyć  objawy,  skutki  zaawansowania  choroby.  Są  grani- 
ce  wytrzymałości  chorego  -  ale  my  nie  mamy  granic,  do  końca  walczymy  z  objawami 

choroby"  -  mówi  dr  Jadwiga  Pyszkowska  z  Poradni  Przeciwbólowej  w  Katowicach. 

Cierpienie  dotyczy  całej  osobowości:  ciała,  psychiki  i  duszy.  Jest  to  nazwany  przez 

C. Saunders, ból totalny, wszechogarniający. 

-  Co pana/panią niepokoi? (lub) 

-  Czy ma panlpani jakieś pytanie? 

To  pytania,  jakie  winien  lekarz  często  kierować  do  pacjenta,  bowiem  ten,  znaj- 

dując  się  w  terminalnym  okresie  swego  życia,  ma  prawo  przeżywać  związany  z  tym 
niepokój.  Na  jego  sytuację  składają  się  dolegliwości  somatyczne,  narastający,  
a  często  wszechogarniający  ból,  uczucie  utraty  dotychczas  pełnionej  roli  życiowej, 
bezradność  wobec  rozwijającego  się  procesu  chorobowego,  nieskuteczność  lecze- 
nia, 

niekomunikatywność 

lekarza, 

biurokratyczne 

traktowanie, 

samotność... 

bo 

nawet  rodzina  rozchodzi  się,  popłakując  po  kątach,  jedni  pod  pozorem  szukania 
cudownego leku, drudzy w przekonaniu, że to nie prawda. 

Zadaniem  lekarza  jest  utrzymanie  życia  za  wszelką  cenę,  ale  również  trudne  jest 

przeprowadzenie  pacjenta  w  spokoju  przez  próg  śmierci,  kiedy  już  nie  ma  dla  niego 
żadnej  możliwości  życia.  Pacjent  powinien  mieć  możliwość  współpracy  z  lekarzem 
jak  z  równoprawnym  partnerem.  Sztuka  lekarska  to  także  pomoc  bliźniemu,  a  le- 
karz  jest  wobec  pacjenta  także  bliźnim.  Jest  on  przeciwnikiem,  nieprzyjacielem 
śmierci,  jest  człowiekiem,  który  powinien  zawsze,  za  wszelką  cenę,  starać  się  o  za- 
chowanie  życia  drugiego  człowieka.  Lekarz  powinien  podać  pomocną  dłoń  i  umoż- 
liwić  człowiekowi  przejście  przez  śmierć  w  godny  sposób.  Wielu  ludzi  chciałoby 
umrzeć  z  godnością,  wyczuwając  bliskość  ostatniej  godziny,  szukają  spokoju,  miej- 
sca,  gdzie  mogliby  rozstać  się  z  życiem.  Trzeba  uczłowieczyć  śmierć,  docenić  znacze- 
nie  osobistego  kontaktu  z  lekarzem,  rozmowy,  pociechy.  Dlatego  należy  szerzej  niż 
dotąd zajmować się pacjentem i etyką lekarza wobec umierającego człowieka. 

 

„Kto uczy ludzi jak umierać, uczy ich zarazem jak żyć" (M. Montaigne) 

 

W  kontekście  uwag  o  etyce  lekarskiej  nie  można  nie  wspomnieć  choćby  w  kil- 

ku słowach o problemie eutanazji - czyli świadomego zakończenia życia cierpiące- 

background image

 

- 1 1 0 -  

 

go  pacjenta.  Jest  to  problem  przede  wszystkim  natury  moralnej.  Obowiązujący  za- 

kaz  eutanazji  pociąga  za  sobą  trudny  obowiązek  asystowania  przez  lekarza,  nie- 
kiedy  przez  całe  miesiące,  nieludzkim  mękom  chorego  człowieka,  na  próżno  doma- 
gającego  się  łaski  śmierci.  Właśnie  dlatego  lekarze  zabierają  głos  w  dyskusji  na  ten 
temat.  Prawdą  jest,  że  nakaz  stosowany  przez  lekarzy  jako  norma  prawna  brzmi: 
„przedłużaj  i  utrzymuj  życie  za  każdą  cenę".  Ma  to  i  odwrotną  stronę  medalu,  po- 
nieważ  ci  sami  lekarze,  walczący  o  każdą  minutę  przeżycia  jednostki,  muszą  przy- 
glądać  się  dziełu,  które  znajduje  się  całkowicie  w  ich  rękach  -  gdy  człowiek  staje  się 
męczennikiem, dla którego śmierć wydaje się wybawieniem. 

Eutanazja  nie  może  stać  się  jednak  narzędziem  stosowanym  przez  lekarzy  prze- 

ciw  cierpieniu.  Trzeba  ją  odrzucić,  najwyższą  powinnością  lekarską  jest  szacunek 
dla  życia.  Eutanazja  należy  do  szczególnych  przypadków  skracania  ludzkiego  ży- 
cia.  Badacze  prawa  natury  rozpatrują  ją  z  reguły  na  tle  naturalnego  i  zarazem  jej 
przeciwstawnego  dążenia  człowieka  do  możliwie  najdłuższego  życia.  Jeśli  to  dąże- 
nie  jest  pragnieniem  naturalnym,  eutanatyczne  gaszenie  życia,  nawet  człowieka 
beznadziejnie  chorego  i  nawet  z  litości,  należało  by  uznać  za  akt  nienaturalny,  go- 
dzący  w  prawa  natury.  Taką  ocenę  eutanazji  komplikuje  inny  fakt.  W  okoliczno- 
ściach  nieuleczalnej  choroby  cierpienie  człowieka  także  można  interpretować  jako 
zdarzenie  naturalne.  Gdyby  przyjąć  takie  rozumowanie  za  słuszne,  eutanazja  była- 
by  przykładem  kolizji  praw  natury.  Pragnienie  długiego  życia  ustępuje  tutaj  pod 
presją  przemożnej  siły  cierpienia,  skłaniającej  człowieka  do  dobrowolnego  skróce- 
nia swego życia, aby w ten sposób usunąć cierpienie. 

Sens  określenia  „eutanazja"  ulegał  w  ciągu  stuleci  zmianom.  Zanim  sprecyzo- 

wano  jej  treść,  wahano  się  także  co  do  kwalifikacji  prawnej  eutanazji.  Zaliczano  ją 
bowiem  do  samobójstw,  gdy  była  oceniana  z  punktu  widzenia  ofiary  -  osoby  nie- 
uleczalnie  chorej.  Zaliczano  ją  też  do  morderstw,  gdy  brano  pod  uwagę  współ- 
udział  innych  osób  w  dokonywaniu  aktu  skracania  beznadziejnie  chorego  życia. 
Od  około  XVII  wieku  termin  eutanazja  oznacza  łatwą  śmierć,  zwaną  też  mniej  pre- 
cyzyjnie  dobrą  śmiercią.  Przez  wiele  stuleci  o  eutanazji  nie  wypowiedziano  bardziej 
znaczących  opinii  medycznych.  Dopiero  F.  Bacon  w  swoim  dziele  Advancement  of 

Learning  (1605r.)  i  bardziej  znanej  Nowej  Atlantydzie  stwierdził,  że  zadaniem  leka- 

rza  jest  nie  tylko  przywracać  zdrowie,  ale  również  łagodzić  ból  i  cierpienie,  nie  tyl- 
ko  wówczas,  gdy  takie  łagodzenie  może  prowadzić  do  wyzdrowienia,  ale  również 
wtedy, gdy ma służyć do lekkiego i łatwego zgonu. 

Niemal  każda  społeczność  ludzka  pragnie  oddalić  od  siebie  widmo  śmierci 

i  w  tym  celu  obwarowuje  surowymi  rygorami  zasady  skracania  ludzkiego  życia.  Sy- 

tuacja  ulega  istotnej  zmianie,  kiedy  życie  staje  się  ogromnie  bolesne.  Pojawia  się 

wówczas  pragnienie  śmierci.  Sytuacja  taka  stwarza  dylemat  wyboru  wśród  konku- 
rujących ze sobą wartości. Jest to wybór między życiem a śmiercią (śmierć staje się 

background image

 

- 1 1 1 -  

 

tutaj  wartością),  dobrem  i  złem,  wiernością  religii  a  grzesznością,  respektem  dla 
naturalnego  instynktu  życia  i  uległością  wobec  również  naturalnej  konieczności 
śmierci.  O  ile  w  typowych  sytuacjach  śmierć  jest  złem,  to  w  przypadku  eutanazji 
może  uchodzić  za  dobro.  Obrońcy  eutanazji  przytaczają  zwykle  wiele  ważnych  ar- 
gumentów:  litość,  współczucie,  pragnienie  niesienia  pomocy  nieuleczalnie  choremu 
i  straszliwie  cierpiącemu  człowiekowi.  Współczucie  nakazuje  ich  zdaniem  skraca- 

nie  nieznośnego  życia.  Tylko  sama  jednostka  powinna  decydować,  czy  miałaby 

kontynuować  taką  egzystencję.  Decyzja  ta  mogłaby  być  rezultatem  racjonalnej  kal- 
kulacji  i  wynikać  z  porównania  dobrodziejstw  dłuższego  życia  z  cierpieniami  po- 
wodowanymi chorobą. 

Przyznanie  człowiekowi  prawa  do  eutanazji  skłaniać  musi  do  rozważania  mo- 

ralnego  charakteru  pomocy  w  spełnieniu  pragnienia  chorego.  Zwolennicy  legaliza- 
cji  eutanazji  uznają  taką  pomoc  za  moralną.  Ale  istnieją  i  tacy,  którzy  usprawiedli- 
wiając  eutanazję  sądzą,  że  udzielenie  pomocy  żądającemu  skrócenia  jego  życia  jest 
przewinieniem  moralnym.  Poszczególne  akty  eutanazji  obejmują  zasięgiem  różne 
kręgi  osób.  Chory  pragnący  podać  się  zabiegowi  eutanazji  jest  głównym  bohaterem 
dramatu.  Eutanazja  także  dotyka  jednak  rodzinę  chorego,  lekarzy,  administrację 
szpitalną,  instytucje  prawne,  osoby  duchowne,  autorytety  moralne,  a  nawet  niekie- 
dy władze polityczne. 

Etyka  lekarska  odrzuca  jednomyślnie  możliwość  stosowania  środków  mogą- 

cych  przyspieszyć  umieranie,  a  równocześnie  technika  medyczna  przedłuża  ten 
proces  za  pomocą  środków  mechanicznych  i  farmakologicznych.  Medycyna  nie  da- 
je  nieśmiertelności,  ona  jest  przy  chorym  w  chorobach,  prowadząc  go  ku  zdrowiu 
lub  części  zdrowia,  ale  również  tam,  gdzie  chory  musi  odejść.  Chory  na  ten  fakt 
przygotowuje  się  sam,  ale  my,  lekarze,  mamy  mu  w  tym  towarzyszyć,  nie  okłamu- 
jąc  go  i  nie  odbierając  mu  świadomości.  Całościowy,  holistyczny  charakter  opieki 
nad  terminalnie  chorym  jest  warunkiem  jej  skuteczności.  Osobisty,  opiekuńczy 

kontakt to największe dobro jakie możemy choremu zaoferować. 

 
 

Idea i praktyka hospicjum 

 

„My   to  wszystko  zgarniamy,  uczymy  rodzinę  towarzyszyć  człowiekowi  choremu, 

przez  własne  postawy  i  skuteczność  leczenia  objawowego"  -  mówi  dr  J.  Pyszkowska. 

Dla 

opanowania 

bólu  (fizycznego,  psychicznego,  społecznego  i  duchowego)  po- 

trzebna  jest  opieka,  czyli  otoczenie  chorego  całym  programem  wsparcia  medycz- 

nego  i  niëmedycznego.  Taki  sposób  leczenia  objawowego  realizowany  jest  w  zespo- 

łach  opieki  paliatywnej  i  hospicyjnej.  Lekarz  współpracujący  z  rodziną  chorego, 
wsparty przez pielęgniarki, psychologa, rehabilitanta i wolontariuszy, stwarza cho- 

background image

 

- 1 1 2 -  

 

remu  atmosferę  spokojnego,  bo  bez  cierpienia  i  dolegliwości,  terminowania  do 
śmierci.  Zaspokajanie  podstawowych  potrzeb  chorego  i  uzyskane  przezeń  poczu- 
cie  bezpieczeństwa,  w  gronie  bliskich  osób  i  pod  kontrolą  lekarza,  daje  lepszą  moż- 
liwość  „sterowania"  objawami  fizycznymi.  Lekarz  medycyny  paliatywnej  i  hospi- 
cyjnej  musi  być  dyspozycyjnym  dla  pacjenta,  aktywnie  słuchając  nawet  takich  py- 
tań,  na  które  nie  ma  odpowiedzi,  dając  tym  samym  wyraz  empatii,  zrozumienia 
i  współodczuwania.  Chory  potrzebuje  drugiego  człowieka.  Obecność  rodziny,  le- 
karza  oraz  ich  spokój  i  opanowanie,  nawet  w  obliczu  nieustannego  rozwoju  choro- 
by,  sprawiają,  że  chory  przestaje  się  bać,  cieszy  się  każdą  chwilą  życia  i  buduje  na- 
dzieję. 

To  jest  istota  skuteczności  opieki  paliatywnej,  która  „ożywia"  model  lekarza 

zawarty  w  myśli  Hipokratesa  -  „nie  opuszczę  cię  aż  do  śmierci".  Ruch  hospicyjny 
jest 

odpowiedzią  na 

odhumanizowanie 

medycyny 

XX 

wieku, 

na 

ignorowanie 

umierania, śmierci i powstawanie postaw sprzyjających eutanazji. 

Hospicjum  -  odwołujące  się  w  nazwie  do  średniowiecznej,  chrześcijańskiej  tra- 

dycji  opieki  nad  chorymi,  wędrowcami  i  pielgrzymami,  obecnie  jest  miejscem  prze- 
znaczonym  dla  osób  chorych,  które  dotknięte  nieuleczalną  chorobą,  prócz  facho- 
wej  pielęgnacji  i  opieki  lekarskiej,  potrzebują  także  pomocy  w  osiągnięciu  we- 
wnętrznego  spokoju,  przezwyciężenia  lęku  i  akceptacji  własnego  losu.  Hospicjum 
stało  się  miejscem,  w  którym  chorzy,  podążając  do  innego  świata,  mogą  się  jeszcze 
zatrzymać  nad  swoimi  sprawami.  Mogą  trwać,  przebywać  do  ostatnich  dni  wśród 
ludzi  im  życzliwych,  serdecznych,  gotowych  nieść  pomoc.  Są  wolni  od  dominują- 
cego bólu. 

Gdy  nadchodzi  moment,  w  którym  lekarz  stwierdzi,  że  nic  nie  można  już  wię- 

cej  zrobić,  że  wyczerpano  już  wszelkie  środki,  wówczas  rola  lekarza  winna  się  zmie- 
nić.  Nie  powinien  dążyć  do  odsunięcia  śmierci  za  wszelką  cenę  lecz  do  jej  uszla- 
chetnienia.  Właśnie  tutaj  opieka  paliatywna  -  hospicyjna  pomaga,  bo  polega  ona 
w  znacznym  stopniu  na  opanowaniu  tak  zwanego  bólu  totalnego.  Aby  wszelkie 
potrzeby  chorego  mogły  być  w  pełni  zaspokojone  istnieje  zespół  ludzi,  którzy,  od- 

powiednio  przeszkoleni  i  przygotowani,  są  gotowi  nieść  pomoc  ludziom  terminal- 

nie  chorym  w  sposób  kompetentny  i  fachowy.  Opieka  hospicyjna  jest  bowiem  opie- 
ką zespołową. 

Pacjenci  otoczeni  są  opieką  interdyscyplinarnego  zespołu,  składającego  się  z  le- 

karza,  pielęgniarki,  psychologa,  pracowników  socjalnych,  kapłana  oraz  specjalnie 
przeszkolonych  wolontariuszy.  Zadaniem  takiego  zespołu  hospicyjnego  jest  bycie 
z  chorym,  trwanie  z  nim.  Opieka  nie  ogranicza  się  tylko  do  wykonywania  zabiegów 
pielęgnacyjnych.  Ważniejsza  wydaje  się  być  obecność  przy  łóżku  chorego,  „trzy- 
manie  go  za  rękę",  aby  w  ten  sposób  zmniejszyć  jego  lęk  przed  śmiercią.  Na  pierw- 
szym miejscu zawsze jest pacjent, potem pielęgniarka i lekarz, chociaż z profesjo- 

background image

 

- 1 1 3 -  

 

nalnego  punktu  widzenia  to  lekarz  przewodniczy  opiece,  ale  tak  naprawdę  to  cho- 

ry  jest  przewodnikiem  całego  zespołu  hospicyjnego.  To  on  właśnie  wybiera  sobie 
osobę,  która  mu  najbardziej  odpowiada,  przed  którą  potrafi  się  otworzyć  i  której 
potrafi zaufać, zwierzyć się ze swoich trosk i lęków. 

Osoby  służące  chorym  muszą  temat  śmierci,  własnej  śmierci,  rozważyć  w  swo- 

im  wnętrzu  -  nie  mogą  się  jej  bać.  Personel  hospicyjny  uczestniczy  w  procesie 
umierania  ludzi,  do  których  się  przywiązał,  których  pokochał  i  zaakceptował.  „  Ca- 
la  organizacja  pracy  skierowana  jest  przeciw  samotności  -  nie  tylko  chorych,  lecz 
i  współpracowników.  Każdy  pacjent  powierzony  jest  szczególnej  trosce  nie  jednej,  lecz 
dwóch  pielęgniarek,  które  wspólnie  «  biorą  go  na  siebte»  i  pomagają  jedna  drugiej, 

także  w  znoszeniu  ciężaru  jakim  jest  uczestniczenie  w  cierpieniu  drugiego  człowieka. 

Trzeba  się  starać  by  zawsze  byt  do  dyspozycji  ktoś  przyjazny  i  zaufany,  z  kim  można 
porozmawiać, kogo można się poradzić". 

Nie  tylko  dba  się  o  to,  aby  chory  miał  wsparcie  psychiczne  w  swojej  chorobie, 

ale  ważne  jest  również  to,  aby  posługujący  nie  byli  sami  w  momentach  przygnębie- 
nia  czy  nawet  zwątpienia  w  sens  swojej  pracy.  Taki  moment  przychodzi  po  okresie 
fascynacji  i  olśnienia,  pielęgniarka  czy  też  wolontariusz  mówią:  „ja  tych  ludzi  ko- 
cham,  przywiązuję  się  do  nich,  a  oni  umierają.  Nie  mogę  tego  wytrzymać".  
Wówczas 
osoby  te  potrzebują  podtrzymania  na  duchu,  rozmowy,  wyjaśnień,  czy  nawet  silnej 
argumentacji  pomagającej  przejść  przez  ten  trudny  okres.  Jest  to  zjawisko  „wypa- 
lania  się",  przejawiające  się  w  wyczerpaniu,  braku  adaptacji  do  stresujących  sytu- 
acji.  Aby  temu  zapobiec  stosuje  się  szereg  działań.  W  wielu  hospicjach  odbywają 
się  regularne  spotkania  personelu  połączone  z  dyskusją  o  problemach  własnych 
i  pacjentów.  Doświadczenie  wskazuje,  że  zapał,  energia  i  siły  wzrastają,  gdy  czło- 
nek  zespołu  ma  oparcie  w  innych,  może  na  nich  polegać  i  nie  musi  obawiać  się  wła- 
snej słabości. 

Organizacja  pracy  w  hospicjum  jest  wielowymiarowa,  złożona  i  wymagająca 

uwzględnienia  zarówno  interesów  samego  pacjenta  i  jego  rodziny,  jak  również  in- 
teresów  zespołu  sprawującego  opiekę.  W  trakcie  terapii  objawowej  i  troskliwej  pie- 
lęgnacji  grupa  hospicyjna  nawiązuje  kontakt  psychiczny  i  duchowy  zarówno  z  cho- 
rym,  jak  i  jego  rodziną.  Chory  może  w  ten  sposób  bezpiecznie,  spokojnie  przeby- 
wać  w  domu,  wśród  najbliższych,  a  równocześnie  być  pod  dobrą,  fachową,  całodo- 
bową opieką medyczną. 

Instytucja  hospicjum  obejmuje  opieką  nie  tylko  terminalnie  chorych,  lecz  rów- 

nież  udziela  pomocy  i  wsparcia  rodzinie  chorego,  która  dzięki  temu  nie  zostaje  osa- 
motniona  w  tej  trudnej  sytuacji.  Opieka  ta  nie  ustaje  po  śmierci  pacjenta  -  perso- 
nel  pomaga  rodzinie  w  okresie  żałoby,  głównie  w  zwalczaniu  stresów  i  napięć  emo- 

cjonalnych, jakim jest ona poddana. 

Na podstawie dokumentu wydanego przez Państwową Organizację Hospicjów, 

background image

 

- 1 1 4 -  

 

która  określa  zasady  działania  oraz  standardy  opieki  w  USA,  hospicjum  rozumia- 
ne  jest  jako  skoordynowany  program  opieki  paliatywnej  i  podtrzymującej  (w  sen- 
sie  psychicznym,  fizycznym,  społecznym  i  duchowym)  dla  osób  umierających  i  ich 
rodzin,  prowadzonych  przez  interdyscyplinarny  zespół  specjalistów,  wolontariuszy 
i  centralnie  administrowanych.  Opieka  sprawowana  jest  przez  24  godziny,  dzień 
w  dzień.  Celem  tej  opieki  jest  utrzymanie  pacjenta  w  jak  najlepszej  kondycji  fizycz- 
nej,  przez  uśmierzenie  bólu  i  innych  dokuczliwych  objawów  towarzyszących  cho- 
robie.  Opieka  hospicyjna  tworzy  system  wsparcia  umożliwiając  choremu  prowa- 
dzenie,  aż  do  zgonu,  życia  tak  czynnego,  jak  to  tylko  jest  możliwe,  aby  w  ten  spo- 
sób nie zatracił on poczucia sensu życia. 

Inicjatorką  ruchu  hospicyjnego  była  dr  Cicely  Saunders,  która  w  1967  roku 

w  Londynie  założyła  Hospicjum  św.  Krzysztofa.  Od  tego  momentu  idea  hospicjów 
została  rozpropagowana  wśród  innych  państw,  które  stworzyły  nowe  formy  i  me- 
tody  działania.  Londyńskie  Hospicjum  jest  instytucją  łączącą  elementy  szpitala  na 
poziomie  uniwersyteckim  z  domem  opieki  o  rozwiniętym  zapleczu  społecznym 
i  z  domem  rodzinnym,  prowadzącą  także  opiekę  domową  i  wspierającą  rodzinę 
chorego.  Hospicjum  św.  Krzysztofa  stanowi  międzynarodowe  centrum  ruchu  ho- 
spicyjnego,  ośrodek  badawczy  i  szkoleniowy,  w  którym  proponuje  się  nowe  meto- 
dy i sosób podejścia do opieki nad umierającymi. 

W  Polsce  ruch  hospicyjny  został  zapoczątkowany  w  1981  roku,  w  momencie  po- 

wołania  do  życia  Towarzystwa  Przyjaciół  Chorych  Hospicjum  w  Krakowie.  Do  tej 
pory  działa  w  Polsce  50  społecznych  towarzystw  hospicyjnych,  zarówno  świeckich, 
jak  i  kościelnych,  których  członkowie  bezpłatnie  opiekują  się  chorymi.  Od  końca  lat 

80-tych  opieka  paliatywna  włączona  jest  do  sieci  zakładów  służby  zdrowia,  w  ob- 

szarze  których  pracuje  30  jednostek.  Centralnym  punktem  szkoleniowym  jest  Kli- 
nika  Opieki  Paliatywnej  i  Zespół  Opieki  Domowej  Akademii  Medycznej  w  Pozna- 

niu,  pod  kierownictwem  prof.  Jacka  Łuczaka.  W  tym  ośrodku  są  prowadzone  co- 

miesięczne  szkolenia  przed-  i  podyplomowe  członków  wielodyscyplinarnych  zespo- 
łów potrzebnych dla zapewnienia holistycznej pomocy ludziom umierającym. 

Idea  hospicjum  nie  jest  jeszcze  dostatecznie  rozpowszechniona  w  naszym  spo- 

łeczeństwie.  Często  można  usłyszeć  stwierdzenie,  że  hospicjum  jest  „przybytkiem 
beznadziejności".  Jednak  takie  porównanie  budzi  zdecydowany  sprzeciw,  zwłasz- 
cza  u  osób  zaangażowanych  w  to  dzieło.  Dzięki  opiece  paliatywnej  wielu  ludzi  bez- 
nadziejnie  chorych  odzyskało  sens  dalszego  życia,  przyjęło  i  zaakceptowało  swoją 
chorobę  i  znalazło  nową  jakość  swojego  życia.  „Życie,  które  zostało  skierowane 
z  przyszłości  ku  teraźniejszości,  na  przeżywanie  i  smakowanie  chwili  bieżącej,  za- 
miast gorączkowego pędu do przodu". 

Posługa  hospicyjna  nie  jest  zapewne  identyfikowana  z  „medycyną  sukcesu". 

Mimo tego, że opieka nad terminalnie chorymi nie rokuje w większości przypad- 

background image

 

- 1 1 5 -  

 

ków  określenia  sukcesu  terapii,  nie  można  jej  określać  jako  „medycynę  porażki". 
Dzięki  tej  opiece  chorzy  mogą  z  godnością  przyjąć  i  przeżyć  trudny  dla  nich  czas 
choroby.  Mogą  przeżywać  w  komforcie  i  bez  bólu  ostatni  okres  życia,  mogą  się  do- 
brze przygotować na przyjęcie śmierci. 

Hospicja  nie  powstały  po  to,  aby  przyspieszać,  ani  też  by  odsuwać  śmierć  osób 

nieuleczalnie  chorych.  Istnieją,  by  afirmować  życie  poprzez  dostarczenie  opieki 
i  wsparcia  osobom  znajdującym  się  w  ostatniej  fazie  nieuleczalnej  choroby,  aby 
osoby  te  mogły  żyć  tak  wszechstronnie  i  wygodnie,  jak  to  jest  tylko  w  danej  sytu- 
acji  możliwe.  Stale  wzrastająca  liczba  hospicjów  i  popularyzacja  ich  idei  w  społe- 
czeństwie  stwarzać  może  szansę  i  nadzieję  na  zaprzestanie  rozpatrywania  eutana- 

zji  jako  jednej  z  możliwości  rozwiązywania  problemu  osób  ciężko  i  nieuleczalnie 

chorych.  Opieka  paliatywna  podejmuje  ten  problem  w  sposób  trudniejszy,  kosz- 
towny  i  skomplikowany,  za  to  zgodny  z  zasadaniczą  ideą  zawodu  lekarskiego  i  po- 

wszechnym 

odczuciem 

moralnym. 

Kształtowanie  wśród  lekarzy  postawy  szacun- 

ku,  współczucia  i  zrozumienia  dla  świata  odczuć  śmiertelnie  chorego  człowieka, 
nie  zaś  wyłącznego  skocentrowania  się  przez  fachowy  personel  medyczny  na  tech- 

nicznych  problemach  diagnostyki  i  terapii  pozwoli  nadać  inny  wymiar  ostatniej  fa- 

zie  choroby.  Pozwoli  zachować  człowiekowi  godność  wobec  śmierci  i  poczucie,  że 
nie  jest  wobec  niej  osamotniony.  Fundamentalną  podstawą  medycyny  winna  być 
bowiem miłość (Paracelsus). 

Bibliografia 

1.  S. Cichowicz, Antropologia śmierci. Myśl francuska, Warszawa 1993. 

2.  H. Haskovcova, Między życiem a śmiercią, Warszawa 1978. 

3.  E. Jaszuńska, Zwalczanie bólów nowotworowych, Warszawa 1994. 

4.  B. Krzakiewicz, Eutanazja - śmierć godna czy niegodna człowieka, Katowice 

1996. 

5.  L. Pearson, Śmierć i umieranie, Warszawa 1973. 
6.  C. Saunders, Hospicjum św. Krzysztofa, Kraków 1993. 
7.  R. Tokarczyk, Prawa narodzin, życia i śmierci, Lublin 1984. 

background image

 

- 1 1 6 -  

 

Małgorzata Kowalska 

Konieczność współpracy lekarzy, farmaceutów 
i pacjentów na tle sytuacji ekonomicznej 
ludności w Polsce 

 
 

Działania  zmierzające  w  kierunku  poprawy  i  utrzymania  zdrowia  ludności,  ta- 

kie  jak:  kształtowanie  prozdrowotnego  trybu  życia,  skuteczne  zapobieganie  choro- 

bom 

oraz 

ogólne 

zmniejszenie  zachorowalności,  usprawnienie  skuteczności  opieki 

zdrowotnej  mają  wymiar  nie  tylko  techniczny,  ale  i  społeczny.  Zapewnienie  sku- 
tecznej,  bezpiecznej  i  możliwie  niezbyt  kosztownej  dla  pacjenta  farmakoterapii  po- 
winno  być  bowiem  osiągnięte  poprzez  nawiązanie  współpracy  pomiędzy  lekarzem 
i  farmaceutą  oraz  ich  pacjentem,  zmierzającej  do  poprawy  efektywności  leczenia 
i  osiągnięcia  efektu  terapeutycznego  za  pomocą  środków  dostępnych  i  jak  najmniej 
obciążających  budżet  domowy  osoby  chorej.  Niniejsza  praca  podejmuje  analizę 
wybranych aspektów tego zagadnienia. 

Badania  ankietowe  przeprowadzone  wśród  studentów  VI  roku  medycyny  Aka- 

demii  Medycznej  w  Gdańsku,  opiniujących  tematykę  przedmiotu  „Zdrowie  Pu- 
bliczne"  wykazały,  że  przyszli  lekarze  uznali  za  najbardziej  przydatne  w  swojej 
praktyce  zajęcia  przedstawiające  między  innymi  zadania  służby  farmaceutycznej 
[1].  Ponadto  można  zauważyć  zmianę  poglądów  studentów  na  szeroko  rozumianą 
profilaktykę,  promocję  zdrowia  i  jego  ochronę,  polegającą  głównie  na  docenieniu 
znaczenia  działań  zapobiegawczych  i  promocyjnych  dla  poprawy  stanu  zdrowia 
społeczeństwa. 

Działania  zmierzające  w  kierunku  racjonalizacji  farmakoterapii  popiera  Mini- 

ster  Zdrowia  i  Opieki  Społecznej  [6]  zalecając  opracowanie  i  wdrożenie  w  progra- 
mach  szkolenia  studentów  medycyny  oraz  specjalizujących  się  lekarzy  zasad  ordy- 
nacji  leków  uwzględniających  koszt  i  skuteczność  oraz  korzyść  /  ryzyko  propono- 

wanej farmakoterapii. 

W  ostatnich  latach  aptekarze  reformują  swój  zawód  poświęcając  coraz  więcej 

uwagi  pacjentowi  [5].  Aptekarze,  jako  członkowie  zespołów  opieki  zdrowotnej  od- 
powiadają  za  to,  by  wszyscy  chorzy  mieli  zapewnioną  właściwą  opiekę  farmaceu- 
tyczną.  Zgodnie  z  definicją  opieka  farmaceutyczna  jest  „odpowiedzialnym  zapew- 

nieniem  farmakoterapii  pozwalającej  na  uzyskiwanie  określonych  wyników  poprawia- 

jących jakość życia pacjenta". Związek pomiędzy pacjentem a aptekarzem musi 

background image

 

- 1 1 7 -  

 

uzupełniać  istniejące  już  od  dawna  związki  pacjenta  z  lekarzem,  pielęgniarką  i  in- 

nymi  członkami  zespołu  opieki  zdrowotnej  [11].  Opieka  farmaceutyczna  jest  dzia- 

łaniem  interdyscyplinarnym,  a  podstawowym  jej  zadaniem  jest  rozpoznawanie  wy- 
stępujących  problemów  lekowych,  ich  rozwiązywanie  oraz  zapobieganie,  aby  pro- 

blemy  potencjalne  nie  przekształciły  się  w  problemy  rzeczywiste.  Istotne  znaczenie 

dla  nawiązania  dialogu  z  innymi  zawodami  medycznymi  ma  działalność  informa- 
cyjna  i  szkoleniowa  prowadzona  przez  farmaceutów,  szczególnie  cenne  są  wykłady 
monograficzne  dla  lekarzy.  Ważną  formą  działania  jest  inicjowanie  i  prowadzenie 
badań  farmakoekonomicznych  związanych  ze  zużyciem  leków  i  kosztami  leczenia. 
Ich  wyniki  mogą  bowiem  kształtować  bardziej  racjonalne  i  oszczędne  stosowanie 
leków [4]. 

Polski  rynek  farmaceutyczny  różni  się  znacznie  od  rynku  innych  państw  euro- 

pejskich  w  zakresie  zużycia  leków  z  różnych  grup  klasyfikacji  ATC  (anatomiczno- 

terapeutyczno-chemicznej)  [3].  Wiodącą  grupą  leków  na  rynku  polskim  są  produk- 

ty  stosowane  w  schorzeniach  układu  pokarmowego  i  metabolizmu  -  22%  oraz  le- 

ki  przeciwbakteryjne  -  16%,  leki  stosowane  w  schorzeniach  układu  sercowo-na- 

czyniowego  -  14%.  Natomiast  w  krajach  europejskich  dominuje  sprzedaż  leków 

stosowanych  w  schorzeniach  układu  sercowo-naczyniowego,  w  Niemczech  i  Fran- 
cji średnio 25% sprzedaży, w Anglii - 17%, na Węgrzech - 24% [3]. 

Wielu  pacjentów  w  Polsce,  cierpiących  na  choroby  serca  i  naczyń  krwiono- 

śnych,  w  przypadku  złego  samopoczucia  bierze  leki  doraźnie,  zamiast  stosować  je 
systematycznie,  tak  aby  zapobiegać  nawrotom  choroby.  Według  Bogusławskiego 
[3]  sytuacja  ta  wynika  z  niskiego  poziomu  oświaty  zdrowotnej  w  Polsce,  co  w  kon- 
sekwencji  może  prowadzić  do  znacznie  gorszego  stanu  zdrowia  naszego  społeczeń- 
stwa w porównaniu do populacji innych krajów [19]. 

Analiza  negatywnych  mierników  stanu  zdrowia  ludności  wykazuje,  że  przecięt- 

ne  dalsze  trwanie  życia  w  Polsce  jest  znacznie  krótsze  (dla  kobiet  -  76,1  lat,  dla 
mężczyzn  67,5  lat)  niż  w  krajach  takich  jak  Japonia,  Francja,  Szwajcaria,  kraje 
skandynawskie,  Włochy  czy  Austria,  gdzie  wynosi  odpowiednio:  dla  kobiet  80-82 
lat,  a  dla  mężczyzn  74-76  lat  [13].  Mamy  również  znacznie  wyższy  współczynnik 
umieralności  niemowląt,  w  1995  roku  wynosił  on  13,5  zgonów  na  1000  urodzeń  ży- 
wych,  podczas  gdy  w  krajach  Unii  Europejskiej  jest  on  poniżej  12,0.  Najpoważ- 
niejszymi  przyczynami  zgonów  w  Polsce  są,  tak  jak  i  w  innych  krajach  europej- 
skich,  zgony  z  powodu  chorób  układu  krążenia  (51  %  wszystkich  zgonów),  nowo- 
tworów złośliwych (20 %) oraz urazów i zatruć (8 %) [13]. 

Na  wielkość  i  strukturę  użytkowania  leków  w  danym  kraju  mają  wpływ:  -  sytu- 

acja  zdrowotna  społeczeństwa  i  działalność  służby  zdrowia  -  czynniki  prawne 
i  ekonomiczne,  takie  jak:  wzrost  cen  leków,  koszty  nowych  leków,  zasady  dotacji  le- 
ków oraz sytuacja finansowa ludności korzystającej z leków [15]. 

background image

 

- 1 1 8 -  

 

Polska,  z  obrotami  rzędu  1  mld  USD  rocznie,  w  zakresie  dystrybucji  leków  mie- 

ściła  się  w  1994  r,  w  grupie  państw  europejskich  o  średniej  wielkości  rynku.  Polski 
rynek  farmaceutyczny  charakteryzuje  się  wysoką  dynamiką  wzrostu,  przy  czym 
najbardziej  dynamicznie  rośnie  sprzedaż  produktów  z  kategorii  tzw.  samoleczenia 
(sprzedaż  bez  recept)  [2].  Przeciętny  Polak  w  1995  roku  wydawał  miesięcznie  oko- 
ło  3,5  %  swojego  budżetu  domowego  na  ochronę  zdrowia  [13],  przy  czym  najwię- 

cej wydają emeryci i renciści (5,4 %). 

Polacy  przeznaczają  na  leki  około  30  bin  starych  złotych  rocznie,  z  czego  50% 

finansuje  państwo,  a  drugie  tyle  to  fundusze  osobiste  pacjenta  [8]  i  należy  zazna- 
czyć, że ciężar finansowy coraz to bardziej przesuwany jest na pacjenta. 

Blisko  połowę  z  tych  pieniędzy  Polacy  wydają  na  leki  importowane,  w  tym  pa- 

raleki.  Prawdopodobnie  jest  to  spowodowane  szeroko  prowadzoną  reklamą  przez 
bogate  firmy  farmaceutyczne,  a  nie  rzetelną  informacją  uzyskiwaną  w  gabinecie  le- 

karskim. 

Zasadnicze  zmiany  użytkowania  leków  w  Polsce  nastąpiły  dopiero  po  1990  ro- 

ku.  Charakterystyczny  jest  wzrost  kosztów  leczenia  i  finansowania  leków,  zarówno 
przez  budżet  jak  i  społeczeństwo.  Nastąpiła  zmiana  z  monopolistycznej  formy  ob- 
rotu  na  formę  wielopodmiotową.  W  ciągu  ostatnich  lat  wielokrotnie  wzrastały  ce- 
ny  leków,  co  wymagało  wycofania  się  z  dotowania  przez  państwo  niektórych 
z  nich.  Część  ludności  chorującej  zwłaszcza  na  choroby  przewlekłe  napotyka  na 
coraz to wyższą barierę ekonomiczną blokującą dostęp do leków. 

Większość  ankietowanych  w  1992  roku  aptekarzy  (ponad  75%)  stwierdziła,  że 

w  wyniku  wprowadzenia  nowych  zasad  odpłatności  za  leki  zmniejszyła  się  ilość 
leków  nabywanych  przez  pacjentów  w  aptekach  [15].  Prawdopodobnie  jest  to  spo- 
wodowane  barierą  ekonomiczną  oraz  zdyscyplinowaniem  pacjenta  do  wykupywa- 
nia  leków  rzeczywiście  niezbędnych  w  zaleconej  terapii  (nie  gromadzenie  zapa- 
sów).  Blisko  90  %  ankietowanych  aptekarzy  i  pacjentów  wskazywała  na  częstsze 
rezygnacje  pacjentów  dorosłych  z  leków  przepisywanych  im  przez  lekarzy  niż  z  le- 
ków  przepisywanych  dzieciom.  Może  to  świadczyć  o  większej  trosce  o  zdrowie 

dzieci. 

Postęp  naukowo-techniczny  w  farmacji,  promocja  leku  oraz  jego  opatentowa- 

nie  powodują  wzrost  cen  leków,  który  znacznie  wyprzedza  wzrost  dochodu  naro- 

dowego.  Leki  markowe,  tzw.  „branded",  są  drogie  ponieważ  są  własnością  firmy, 
która  je  lansuje.  Lekarze  przyzwyczajeni  do  nazw  „brand"  zapisują  je  swoim  pa- 
cjentom.  Na  rynku  obecne  są  również  leki  popularne,  tzw.  „generic".  Są  one  znacz- 
nie  tańsze,  lecz  mniej  używane  ze  względu  na  brak  promocji  i  reklamy.  Istnieje  więc 
pilna  potrzeba  używania  przez  lekarzy  i  farmaceutów  generycznych  nazw  leków 
zamiast  nazw  fabrycznych,  co  mogłoby  przyczynić  się  do  obniżenia  kosztów  pono- 
szonych przez pacjenta [18]. Ewentualnie należałoby informować pacjenta o istnie- 

background image

 

- 1 1 9 -  

 

niu  leków  generycznych,  tańszych,  tak  aby  nie  pozostawić  go  w  ogóle  bez  leku  (pa- 
cjenci często rezygnują z zakupu leku ze względu na wysoką cenę specyfiku). 

Racjonalna  i  prawidłowa  opieka  farmaceutyczna  może  przyczynić  się  do  popra- 

wy  stanu  zdrowia  społeczeństwa  pod  warunkiem,  że  będzie  ona  realizowana  przez 
wszystkie  zespoły  opieki  medycznej,  w  tym  również  lekarzy  [12].  Idee  opieki  farma- 
ceutycznej  próbuje  się  realizować  w  różny  sposób  i  w  różnych  warunkach,  często  ba- 
zując  na  farmacji  klinicznej,  która  wymaga  licznego  personelu  i  zabiera  dużo  cza- 
su,  nie  spełnia  swojej  funkcji  w  sposób  zadowalający.  Istnieje  więc  konieczność 
opracowania  praktycznej  strategii  dla  farmaceutów  zatrudnionych  zarówno  w  szpi- 
talach, jak i w aptekach otwartych, możliwej do codziennego stosowania. 

Jedną z takich strategii jest propozycja Strand i wsp. [17]. Polega ona na udzie- 

leniu odpowiedzi na podstawowe pytania, które należy sobie zadać wydając lub 

sprzedając lek. Są to pytania związane z praktyczną realizacją opieki farmaceu- 
tycznej, użyteczne zarówno dla aptekarza, jak i lekarza oraz dostosowane do indy-. 

widualnych potrzeb pacjenta. 

Obowiązkiem  apteki  jest  pouczenie  pacjenta  o  dawkowaniu,  sposobie  odżywia- 

nia  się  w  czasie  leczenia,  działaniach  niepożądanych  wydanego  leku.  Jeśli  aptekarz 
uzna,  że  lek  lub  połączenie  ordynowanych  przez  lekarza  leków,  może  być  szkodli- 
we,  powinien  odmówić  ich  wydania,  porozumieć  się  z  lekarzem  lub  odesłać  doń  pa- 
cjenta  [16].  Brak  nowoczesnej  współpracy  pomiędzy  lekarzem  a  farmaceutą  jest 
kosztowny  i  szkodliwy  dla  pacjenta,  przykładem  jest  antybiotykoterapia,  gdzie  an- 

tybiotyk  dobiera  się  metodą  prób  i  błędów.  Równie  kosztowny  i  szkodliwy  dla  pa- 

cjenta  jest  fakt  nieznajomości  przez  lekarza  lub  nie  branie  pod  uwagę  takich  za- 
gadnień  jak:  interakcja,  biologiczny  okres  półtrwania  leku,  konieczność  przyjmo- 
wania  leku  przed  lub  po  posiłku  [9].  Tak  więc  u  podstaw  prawidłowej  farmakote- 
rapii  leży  rzetelna  i  stale  uzupełniana  informacja.  Sama  recepta  niewiele  mówi  o  le- 
czeniu  [10].  Rodzą  się  pytania:  jak  długo  należy  stosować  lek,  jakie  efekty  pozwo- 
li  on  uzyskać,  czy  można  spodziewać  się  wystąpienia  działań  niepożądanych,  czy 
stosowaniu  leku  towarzyszyć  powinny  inne  działania  prozdrowotne,  czy  nowo 
przepisany  lek  zastępuje  inny  lek,  już  stosowany  itp.  Na  te  pytania  powinien  odpo- 
wiedzieć pacjentowi lekarz lub farmaceuta. 

Współpraca  lekarza  i  farmaceuty  nastręcza  czasami  pewne  kłopoty  poprzez 

nieuregulowanie 

sytuacji 

prawnej 

lub 

poprzez 

niedoinformowanie. 

Powstał 

np. 

problem  z  receptami  wzoru  Mz/Pom  -  34  (białe  z  niebieskim  paskiem),  na  które  le- 

karz 

przepisuje 

pacjentom 

przewlekle 

chorym 

leki 

przeznaczone 

do 

stosowania 

przez  dłuższy  okres  czasu  (nawet  kilkuletni).  Problem  powstaje  wtedy,  gdy  lekarz 
nie  określi  na  recepcie  ilości  przepisanego  leku  lub  sposobu  dawkowania,  w  przy- 
padku  przepisania  leku  na  dwumiesięczną  kurację  -  farmaceuta  nie  wyda  takiego 

leku - pacjent ponosi konsekwencje [14]. 

background image

 

- 1 2 0 -  

 

Na  tle  tych  wszystkich  doniesień  wydaje  się  być  uzasadnionym  potrzeba  bada- 

nia  rynku  leków,  potrzeba  uregulowań  prawnych,  potrzeba  prowadzenia  szkoleń 
zawodowych  dla  przyszłych  lekarzy  oraz  rzetelna  informacja  i  efektywna  współ- 
praca  lekarzy,  farmaceutów  oraz  ich  pacjentów.  Pozwoli  to  na  skuteczną,  bezpiecz- 
ną i możliwie niezbyt kosztowną dla pacjenta farmakoterapię. 

Badania  własne  przeprowadzone  przez  autora  w  maju  1997  r.,  w  których  ankie- 

towano  losowo  wybranych  absolwentów  Wydziału  Lekarskiego  SI.A.M.  oraz  far- 
maceutów  zatrudnionych  w  wybranych  aptekach  woj.  katowickiego  wykazały,  że 
aż  80,8  %  lekarzy  i  75  %  farmaceutów  uważa,  że  współpraca  lekarza  z  farmaceutą 

pacjentem 

pozwoli  ograniczyć  koszty  farmakoterapii.  W  opinii  większości  re- 

spondentów  (61,5  %  lekarzy  i  80  %  farmaceutów)  ich  wzajemna  współpraca  przy- 
czyni  się  do  poprawy  stanu  zdrowia  społeczeństwa.  Zdecydowana  większość  re- 
spondentów  (96,1  %  lekarzy  i  95  %  farmaceutów)  widzi  konieczność  wprowadze- 
nia  szkoleń  dla  przyszłych  lekarzy  w  zakresie  praktycznej  realizacji  farmakoterapii. 
Prawidłową 

zadowalającą 

współpracę 

dla 

osiągnięcia 

bezpiecznej, 

skutecznej 

i  możliwie  niezbyt  kosztownej  farmakoterapii  dla  pacjenta  widzą  respondenci 
w  spełnianiu  następujących  warunków:  wzajemne  kontakty,  wymiana  informacji, 
partnerstwo  i  wzajemny  szacunek,  stabilność,  czytelność  oraz  jednoznaczność  re- 
gulacji prawnych dotyczących ordynowania leków. 

Piśmiennictwo 

1. 

Cz. Baran, E. Wojdak-Haase, „Zdrowie Publiczne", 1994, t. CV, nr 10, s.355 

2. 

Biuletyn Informacyjny Okręgowej Izby Aptekarskiej w Katowicach Apothe- 

carius 1996, nr 2, s. 38. 

3. 

S. Bogusławski, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 17, s. 787. 

4. 

J. Brandys, B. Stępniewska, „Farmacja Polska", 1997, t. LIII, nr 2, s. 51. 

5. 

L. Broadfield, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 4, s. 168. 

6. 

tamże. 

7. 

„Czasopismo Aptekarskie", 1996, t. III, nr 2, s. 35. 

8. 

Komisja Leków Rady Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP, „Aptekarz", 

1995, t. III, nr 7, s. 245. 

9. 

L. Krówczynski, A. Dank, Zarys Farmacji Klinicznej, Warszawa, s. 9, 1982. 

10. 

J. Łazowski, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 2, s. 74. 

11. 

J. Łazowski, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 18, s. 837. 

12. 

J. Łazowski, „Farmacja Polska", 1997, t. LIII, nr 1, s. 28. 

13. 

Mały Rocznik Statystyczny GUS, Warszawa 1996, s. 59-60. 

14. 

D. Moska, B. M. Molęda, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 6, s. 245. 

background image

 

 

16.  T. Olczyk-Andryszek i inni, „Zdrowie Publiczne", 1994, t. CV, nr 12, s. 427. 

17.  Z. Rajkowski, „Farmacja Polska", 1996, t. LII, nr 16, s. 759. 

18.  L. Strand, Ν. Winslade, J. Pugsley, D. Pernier , On Continuing Practice, 1992, 

t. 19(4), nr9. 

19.  J. Szajewski, „Aptekarz", 1995, t. 3, nr 9, s. 327. 

20.  E. P. Wąsiewicz, T. Maksymiuk, J. Marciniak, „Zdrowie Publiczne", 1994, 

t. CV, nr 7, s. 248. 

background image

 

 

Wykaz autorów 

dr nauk hum. Jarosław Barański 

Zakład Humanistycznych Nauk Lekarskich Akademii Medycznej we Wrocławiu 
50-368 Wrocław, ul. Mikulicza Radeckiego 7 

dr nauk hum. Ewa Budzyńska 
Instytut Socjologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach 
40-007 Katowice, ul. Bankowa 11 

ks. dr nauk hum. Janusz Czarny 
Papieski Wydział Teologiczny we Wrocławiu 
50-329 Wrocław, pl. Katedralny 1 

mgr Małgorzata Kowalska 
Zakład Higieny i Epidemiologii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach 
40-752 Katowice, ul. Medyków 18 

dr nauk hum. Włodzimierz Piątkowski 

Pracownia Socjologii Medycyny Akademii Medycznej w Lublinie 

50-059 Lublin, Al. Racławickie 1 

dr nauk hum. Bożena Płonka-Syroka 

Instytut Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie 
00-330 Warszawa, ul. Nowy Świat 72 

Lucyna Reczek 
studentka V roku Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach 
38-300 Gorlice, ul. Kopernika 9/23 

prof, dr hab. Bogdan Rok 
Instytut Historyczny Uniwersytetu Wrocławskiego 
50-139 Wrocław, ul. Szewska 49 

ks. prof, dr hab. Franciszek M. Rosiński 
Instytut Etnografii Uniwersytetu Wrocławskiego 
50-139 Wrocław, ul. Szewska 50/51 

prof, dr hab. Jerzy Strojnowski 
Em. Kierownik Katedry i Zakładu Dynamiki Grupowej i Psychoterapii 
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego 

proif. dr hab. Wiesław Suder 
Instutut Historyczny Uniwersytetu Wrocławskiego 
50-139 Wrocław, ul. Szewska 49 

dr. hab. med. Barbara Zaorska 

Em. pracownik Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, Kliniki Onkologii 
Dziecięcej oraz Instytutu Villejuif pod Paryżem 
02-466 Warszawa, ul. Stajenna 3/2 

- m -  

background image

 

- 1 2 3 -  

 

Spis treści 

Wstęp .................................................................................................................................... 3 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA ...............................................................................................................9 

Franciszek M. Rosiński 
Śmierć według wierzeń staroizraelskich .......................................................................... 11 

 

Janusz Czarny 
Osoba ludzka w umieraniu i śmierci (ujęcie personalistyczne) ......................................... 25 

 

Wiesław Suder 

Śmierć dziecka w starożytnym Rzymie ........................................................................... 33 

 

Jarosław Barański 
Motyw Tańca Śmierci. O kulturowej erozji figury wyobraźni .......................................... 38 

 

Bogan Rok 
Problem cierpienia w chorobie w dziejach staropolskiego społeczeństwa ...52 

 

CZĘŚĆ DRUGA ..................................................................................................................59 

Jerzy Strojnowski 

Cierpienie fundamentem poznania ................................................................................... 60 

 

Barbara Zaorska 
Rozmowy z dziećmi umierającymi na choroby nowotworowe .......................................... 66 

 

Ewa Budzyńska 
Mass media jako pomoc w przeżywaniu choroby i w umieraniu 
(na podstawie socjologicznych badań nad recepcją programu radia 
katolickiego) .................................................................................................................. 75 

 

Włodzimierz Piątkowski 

Stosowanie niekonwencjonalnych metod leczenia w świetle 
badań socjologicznych. Analiza wybranych dylematów moralnych .................................. 99 

 

Lucyna Reczek 
„Godnie umrzeć". Opieka paliatywna barierą eutanazji .................................................. 107 

 

Małgorzata Kowalska 
Konieczność współpracy lekarzy, farmaceutów i pacjentów 
na tle sytuacji ekonomicznej ludności w Polsce ............................................................. 117 

background image

 

- 1 2 4 -  

 

W Wydawnictwie Arboretum 
ukazały się dotąd następujące 

pozycje z zakresu nauk przyrodniczych, filozofii i historii: 

1.

 

Bożena Płonka-Syroka 

Mesmeryzm. Od astrologii do bioenergoterapii, Wrocław 1994 

2.  XVII  Krajowy  Zjazd  Polskiego  Towarzystwa  Historii  Medycyny  i  Farmacji, 

Wrocław 9-11 września 1994. Streszczenia referatów, Wrocław 1994 

3.  Marek Dutkiewicz, Czesław Marmura, Jan Sordyl, Mirosław Wdowczyk 

Sztandary wojskowego szkolnictwa medycznego, Wrocław 1995 

4.  Paweł Bergmann (red. ) 

Bliźnięta wrocławskie, t. 2, Wrocław 1995. 

5.  Konferencja 

naukowa 

pt. 

Koncepcje 

choroby 

podmiotowość 

chorego 

w  dziejach  medycyny,  Wrocław  21-22  września  1995.  Streszczenia  referatów, 
Wrocław 1995 

6.  Konferencja 

naukowa 

pt. 

Historia 

medycyny 

wojskowej 

na 

przestrzeni 

dziejów, Wrocław 3 listopada 1995. Streszczenia referatów, Wrocław 1995 

7.  Janusz Pluta, Andrzej Syroka 

Uroczystości 

jubileuszu 

50-lecia 

Wydziału 

Farmaceutycznego 

Akademii 

Medycznej we Wrocławiu, Wrocław 1996 

8.  Konferencja  naukowa  pt.  Medycyna  i  człowiek  chory  w  literaturze  i  sztuce. 

Wrocław 30 maja 1996. Streszczenia referatów, Wrocław 1996 

9.  Jaromir Jeszke 

Lecznictwo  ludowe  w  Wielkopolsce  w  XIX  i  XX  wieku.  Czynniki  i  kierunki 

przemian, Wrocław 1996 

 

10. Jean-Nicolas Corvisier, Wiesław Suder 

Polyanthropia 

oliganthropia.  Bibliographie  de  la  démographie  du  monde 

Grec, Wrocław 1996 

background image

 

- 1 2 5 -  

 

11.

 

Ingrid Kästner, Christina Schröder 

Zygmunt  Freud.  Neurolog,  badacz  umysłu,  psychoterapeuta.  Teksty  wybrane. 
Tłumaczenie:  Bogumił  Płonka,  Bożena  Płonka-Syroka.  Przekład  tekstów  Z. 
Freuda: Ryszard Ziobro, Wrocław 1997 

 

12.

 

Tadeusz Srogosz 

Dżuma  ujarzmiona  ?  Walka  z  czarną  śmiercią  za  Stanisława  Augusta, 
Wrocław 1997 

 

13.

 

Andrzej Kierzek 

Rozwój warszawskiej myśli otolaryngologicznej w XIX wieku, Wrocław 1997 

 

14.

 

Andrzej Felchner, Bożena Płonka-Syroka (red.) 

Historia  medycyny  wojskowej  na  przestrzeni  dziejów.  Studia  z  Dziejów 

Kultury Medycznej 1.1, Wrocław 1997 

 

15.

 

Andrzej Kierzek 
Otolaryngolodzy warszawcy w XIX wieku, Wrocław 1998 

 

16.

 

Włodzimierz Ługowski, Koichiro Matsuno (red.) 

Uroboros. Biology between mythology and philosophy, Wrocław 1998 

 

17.

 

Jerzy Strójnowski 

Psychoterapia.  Poradnik  dla  osób,  które  chcą  się  odnaleźć  oraz  dla  ich  tera- 
peutów, Wrocław 1998. 

 

18.

 

Roman Cilek 

Kulisy tajnych służb III Rzeszy. Alfred Naujocks, Wrocław 1998.