background image

Ludwig WITTGENSTEIN

WYKŁAD O ETYCE

Z angielskiego przełożył Wojciech Sady
(W   klamrach   numery   stron   wg   wydania:   Ludwig   Wittgenstein,  Wykłady   o   religii   i 
etyce
, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995, ss. 75-85.)

   

Ukończywszy w 1918 r. Traktat logiczno-filozoficzny, Wittgenstein przestał się filozofią zajmować. W 

styczniu 1929 r. powrócił niespodziewanie do Cambridge, aby podjąć przerwane dociekania. Wkrótce 
napisał, po angielsku, dwa niewielkie teksty. 
    Pierwszym był artykuł "Some Remarks on Logical Form", Proceedings of the Aristotelian Society, 
Supplemantary Volume
  t. 9, 1929, s. 162-171 (tłum. pol. Macieja Świerczyńskiego, "Kilka uwag o 
formie logicznej", Przegląd Filozoficzny - Nowa Seria nr 1, 1997, 151-156). Stanowił próbę usunięcia 
wady, jaką Frank Ramsey ujawnił w - stanowiącej fundament Traktatu - teorii obrazowania logicznego. 
Próba okazała się nieudana.
    Drugi to Wykład o etyce, wygłoszony dla Stowarzyszenia Heretyków pod koniec 1929 r. Zachował 
się maszynopis z tekstem tego odczytu; Wittgenstein nie próbował ogłaszać go drukiem. W tym czasie 
nadal   wyznawał,   jeśli   chodzi   o   idee   zasadnicze,   teorię   obrazowania   logicznego,   sam  Wykład 
natomiast kojarzy się z "mistycznymi" partiami  Traktatu.  Bez zmian pozostaje pogląd, że w języku 
można przedstawić fakty - i tylko fakty. Każda próba powiedzenia czegoś o wartościach absolutnych 
wiedzie do niedorzeczności: zdań, które - choć poprawne gramatycznie - w rzeczywistości niczego nie 
przedstawiają. Nadal Wittgenstein wyraźnie daje do zrozumienia, że istnieje coś niewyrażalnego - i 
tam   lokuje   wartości   absolutne.   Zachowana   zostaje   więź   między   etyką   a   estetyką.   Pojawia   się 
natomiast,   nieobecne   wcześniej,   powiązanie   wyrażeń   etycznych   z   religijnymi.   Podobnie   jak   w 
Traktacie, teza o niewyrażalności wartości nie jest w Wykładzie o etyce poparta żadnymi argumentami 
- głosi się ją niczym prawdę bezpośrednio doznaną. Teraz, w przeciwieństwie do swej młodzieńczej 
książki, Wittgenstein pisze wprost: "widzę jasno, jak gdyby w błysku światła". 
    Jest w Wykładzie o etyce coś, czego nie znajdziemy w Traktacie: przypisanie wartości absolutnej 
pewnego rodzaju - niewyrażalnym - doznaniom. Trudno powiedzieć, czy taki pogląd da się pogodzić z 
mistycyzmem Traktatu (słowo "mistyczny" w Wykładzie się nie pojawia).

    Zanim przejdę do właściwego tematu, chciałbym poczynić parę uwag wstępnych. 
Czuję, że będzie mi bardzo trudno przekazać wam swe myśli i sądzę, że część z 
tych trudności można zmniejszyć z góry je nadmieniając. Pierwsza, o której niemal 
nie muszę wspominać, bierze się stąd, że angielski nie jest mym językiem ojczystym, 
toteż moim słowom brak będzie tej precyzji i subtelności, jakich wymaga mówienie 
na trudny temat. Mogę tylko prosić was, byście ułatwili moje zadanie próbując pojąć, 
o   co   mi   chodzi,   mimo   błędów   gramatycznych,   w   jakie   obfitować   będzie   moja 
angielszczyzna. Druga trudność, o jakiej wspomnę, polega na tym, że zapewne wielu 
z was przyszło na ten wykład z nieco niewłaściwymi oczekiwaniami. I aby zapobiec 
związanym   z   tym   nieporozumieniom,   powiem   pokrótce,   dlaczego   wybrałem   taki 
właśnie temat. Kiedy poprzedni sekretarz zaszczycił mnie propozycją wygłoszenia 
odczytu dla waszego stowarzyszenia, pomyślałem zrazu, iż z pewnością to uczynię, 
potem zaś pomyślałem, że skoro nadarza mi się sposobność przemówienia do was, 
to powinienem powiedzieć o czymś, co bardzo bym chciał wam przekazać, i że nie 
powinienem   zmarnować   tej   okazji,   wygłaszając   wykład   na   przykład   o   logice. 
Określam to mianem zmarnowanej okazji dlatego, iż aby wyjaśnić wam jakąś kwestię 
naukową,   potrzebny   byłby   cykl   wykładów,   a   nie   godzinny   odczyt.   Mógłbym   też 
wygłosić dla was tak zwany wykład popularnonaukowy, czyli wykład mający sprawić, 
byście uwierzyli, że rozumiecie coś, czego naprawdę nie rozumiecie i zaspokoić to, 
co   stanowi,   moim   zdaniem,   jedno   z   najpośledniejszych   pragnień   ludzi 
współczesnych,   a   mianowicie   powierzchowne   zainteresowanie   najnowszymi 
odkryciami naukowymi. Odrzuciłem te możliwości i postanowiłem powiedzieć wam o 
sprawach   ogólnie,   jak   mi   się   wydaje,   doniosłych,   w   nadziei,   że   pomoże   to   wam 

background image

rozjaśnić wasze na ten temat myśli (nawet jeśli zupełnie nie zgodzicie się z tym, co 
powiem).   Trzecia   i   ostatnia   trudność,   o   jakiej   wspomnę,   towarzyszy   większości 
dłuższych wykładów filozoficznych, a polega na tym, że słuchacz nie jest w stanie 
jednocześnie widzieć drogi, po której się go prowadzi, i celu, do którego ona wiedzie. 
To znaczy: myśli albo: "Rozumiem wszystko, co on mówi, ale dokąd zmierza", albo: 
"Pojmuję,   dokąd   on   zmierza,   ale   jak   zamierza   tam   dotrzeć".   Mogę   jedynie  znów 
prosić was o cierpliwość, w nadziei, że w końcu ujrzycie zarówno drogę, jak i cel, do 
którego ona prowadzi,

    A więc zaczynam. Moim tematem jest, jak wiecie, Etyka. Przyjmę objaśnienie tego 
terminu podane przez profesora Moore'a w jego książce  Principia Ethica.  Powiada 
on: "Etyka to ogólne rozważania nad tym, co jest dobre". Tu zamierzam użyć terminu 
Etyka w nieco szerszym sensie, faktycznie obejmującym najistotniejszą, jak sądzę, 
część   tego,   co   powszechnie   określa   się   mianem   Estetyki.   I   aby   sprawić,   byście 
najjaśniej, jak to tylko możliwe, pojęli, co uważam za przedmiot Etyki, przedłożę wam 
kilka   mniej   lub   bardziej   synonimicznych   wyrażeń,   z   których   każde   można   by 
podstawić za powyższą definicję, a poprzez ich wyliczenie chcę osiągnąć efekt tego 
samego rodzaju, jaki osiągnął Galton robiąc szereg fotografii różnych twarzy na tej 
samej płycie fotograficznej, aby otrzymać obraz typowych cech, wspólnych dla nich 
wszystkich. I tak jak pokazując taką zbiorową fotografię mógłbym ukazać wam, jak 
wygląda   typowa   -   powiedzmy   -   twarz   chińska,   tak   jeśli   spojrzycie   przez   szereg 
synonimów,   jakie   wam   przedłożę,   zdołacie,   mam   nadzieję,   dostrzec   ich 
charakterystyczne cechy wspólne, a to są charakterystyczne cechy Etyki. Zamiast 
mówić Etyka to ogólne rozważania nad tym,  co jest dobre, mógłbym  powiedzieć: 
Etyka   to  rozważania  nad  tym,  co  wartościowe,  lub nad tym,   co jest  rzeczywiście 
ważne; a mógłbym też powiedzieć: Etyka to {77} rozważania nad sensem życia, czy 
nad tym, co powoduje, że warto żyć, lub nad właściwym sposobem życia. Wierzę, że 
jeśli spojrzycie na te wszystkie zwroty, pojmiecie z grubsza, czego dotyczy Etyka. A 
we wszystkich tych wyrażeniach z miejsca uderza mnie to, że każde z nich zostało 
użyte   w   dwóch   bardzo   różnych   sensach.   Nazwę   je   sensem   trywialnym   lub 
względnym   z   jednej   strony,   a   sensem   etycznym   lub   absolutnym   z   drugiej.   Gdy 
powiadam, na przykład, że to jest dobre krzesło, znaczy to, że służy ono pewnemu z 
góry przyjętemu celowi, a słowo dobry ma tutaj znaczenie tylko o tyle, o ile cel ten 
został wcześniej ustalony. Faktycznie słowo dobry w sensie względnym oznacza po 
prostu, że coś odpowiada pewnej z góry przyjętej normie. A więc gdy mówimy, że ten 
człowiek jest dobrym pianistą, to chodzi nam o to, że może on grać utwory o pewnym 
stopniu   trudności   z   pewnym   stopniem   wirtuozerii.   I   podobnie   gdy   mówię,   że 
przywiązuję wagę do tego, by się nie zakatarzyć, chodzi mi o to, iż katar powoduje 
pewne   opisywalne   zakłócenia   w   moim   życiu;   a   gdy   znów   powiadam,   że   to   jest 
właściwa droga, chodzi mi o to, iż jest ona właściwa w odniesieniu do pewnego celu. 
Wyrażenia te, użyte w taki sposób, nie wywołują żadnych trudnych czy głębokich 
problemów. Ale nie tak używa ich Etyka. Załóżmy, że grałbym w tenisa, a ktoś z was 
powiedziałby, przyglądając się grze: "Cóż, grasz dość kiepsko", ja zaś bym odparł 
"Wiem,   że   gram   kiepsko,   ale   wcale   nie   chcę   grać   lepiej";   temu   człowiekowi 
pozostałoby stwierdzić jedynie "Ach, więc wszystko w porządku". Ale załóżmy, że 
kogoś z was bezczelnie okłamałem, on zaś podszedł do mnie i rzekł "Postępujesz jak 
bydlę", na co ja bym odparł "Wiem, że postępuję źle, ale wcale nie chcę postępować 
lepiej";   czy   wtedy   stwierdziłby   on   może   "Ach,   więc   wszystko   w   porządku"?   Z 
pewnością   nie;   powiedziałby  "No,  powinieneś   chcieć   postępować   lepiej".   Oto  jest 
absolutny   sąd   o   wartości,   wcześniej   natomiast   przytoczyliśmy   przykład   sądu 

background image

względnego. Wydaje się oczywiste, że istota tej różnicy jest następująca: Każdy sąd 
o wartości względnej jest zwykłym stwierdzeniem faktów, a zatem można go wyrazić 
w postaci, w jakiej traci wszelkie znamiona {78} sądu o wartości: Zamiast mówić "To 
jest właściwa droga do Granchester", mógłbym równie dobrze powiedzieć "To jest 
właściwa droga, jaką musisz pójść, jeśli chcesz dotrzeć do Granchester w możliwie 
najkrótszym  czasie"; "Ten człowiek jest dobrym biegaczem" znaczy po prostu, że 
przebiega   on   pewną   liczbę   kilometrów   w   ciągu   danego   czasu   itd.   I   twierdzę,   że 
chociaż   można   wykazać,   iż   wszystkie   sądy   o   wartości   względnej   są   zwykłymi 
stwierdzeniami faktów, to żadne stwierdzenie faktu nie może być sądem o wartości 
absolutnej,   ani   taki   sąd   nie   może   zeń   wynikać.   Pozwólcie   mi   to   wyjaśnić: 
Przypuśćmy, że ktoś z was byłby osobą wszechwiedzącą, a zatem znałby wszystkie 
ruchy wszystkich ciał żywych i martwych w świecie i znałby również wszystkie stany 
umysłów wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli, i przypuśćmy, iż człowiek ów spisał 
całą swą wiedzę w wielkiej księdze, tak że zawierałaby ona całkowity opis świata. I 
chcę   powiedzieć,   iż   ta   księga   nie   zawierałaby   niczego,   co   nazwalibyśmy   sądem 
etycznym,   lub   czegoś,   z   czego   by   logicznie   taki   sąd   wynikał.   Zawierałaby   ona 
oczywiście   wszystkie   względne   sądy   o   wartości   i   wszystkie   prawdziwe   zdania 
naukowe, i faktycznie wszystkie  prawdziwe zdania, jakie można sformułować. Ale 
wszystkie   te   opisane   fakty   znajdowałyby   się,   niejako,   na   tym   samym   poziomie   i 
podobnie wszystkie zdania znajdują się na tym samym poziomie. Nie istnieją zdania, 
które w jakimś absolutnym sensie są wzniosłe, ważne czy trywialne. Niektórzy z was 
może się z tym zgodzą i wspomną słowa Hamleta: "Nic nie jest dobre ani złe, ale 
myślenie takim je czyni". Ale to znów prowadzić może do nieporozumień. Ze słów 
Hamleta zdaje się wynikać, że choć dobro i zło nie są cechami świata zewnętrznego, 
to są atrybutami naszych stanów umysłowych. Mnie chodzi natomiast o to, że stan 
umysłu,   o   ile   rozumiemy   przez   to   fakt,   jaki   możemy   opisać,   nie   jest   w   żadnym 
etycznym   sensie   dobry   lub   zły.   Jeśli,   na   przykład,   w   naszej   księdze   świata 
przeczytamy   opis   morderstwa   ze   wszystkimi   szczegółami   fizycznymi   i 
psychologicznymi, to zwykły opis tych faktów nie będzie zawierał niczego, co nazwać 
byśmy   mogli   zdaniem   etycznym.   Morderstwo   znajdzie   się   {79}   dokładnie   na   tym 
samym   poziomie,   co   każde   inne   zdarzenie,   na   przykład   upadek   kamienia. 
Oczywiście lektura tego opisu może sprawić nam ból, wzbudzić w nas gniew czy 
jakieś   inne   emocje,   a   może   przeczytamy   o   bólu   lub   gniewie,   jakie   wieść   o 
morderstwie wywołała u innych ludzi; ale to będą po prostu fakty, fakty i fakty, a nie 
Etyka. I muszę stwierdzić, że gdy rozważam, czym naprawdę musiałaby być Etyka, 
gdyby istniała taka nauka, to wynik wydaje  mi się dość oczywisty.  Wydaje mi się 
oczywiste, iż nic, co moglibyśmy kiedykolwiek pomyśleć czy powiedzieć, nie byłoby 
tym   czymś.   Że   nie   możemy   napisać   naukowej   książki,   której   temat   byłby 
wewnętrznie wzniosły i przewyższający wszelkie inne tematy. Mogę jedynie opisać 
swe uczucie za pomocą metafory, iż gdyby człowiek mógł napisać książkę o Etyce, 
która naprawdę byłaby książką o Etyce, to z hukiem zniszczyłaby ona wszystkie inne 
książki na świecie. Nasze słowa użyte tak, jak używamy ich w nauce, są naczyniami 
zdolnymi pomieścić i przekazać znaczenie i sens, naturalne znaczenie i sens. Etyka, 
jeśli jest czymkolwiek, to jest ponadnaturalna, nasze słowa zaś będą jedynie wyrażać 
fakty,  tak jak filiżanka pomieści tylko  określoną ilość wody,  choćbym wylał na nią 
kilka   litrów.   Powiedziałem,   że   o   ile   chodzi   o   fakty   i   zdania,   to   istnieje   jedynie 
względna wartość, względne dobro, względna słuszność itd. A zanim przejdę dalej, 
niech   mi   będzie   wolno   zilustrować   to   za   pomocą   oczywistego   dość   przykładu. 
Właściwa droga jest drogą prowadzącą do wcześniej arbitralnie określonego celu i 
chyba   dla   każdego   jest   jasne,   że   nie   ma   sensu   mówienie   o   właściwej   drodze 

background image

niezależnie   od   takiego   celu   przyjętego   z   góry.   A   teraz   zastanówmy   się,   co 
moglibyśmy   rozumieć   przez   wyrażenie   "ta   absolutnie   właściwa   droga".   Myślę,   że 
byłaby to droga, którą każdy, ujrzawszy ją, musiałby, przymuszony przez logikę [with 
logical necessity
], pójść, lub wstydziłby się, że nią nie idzie. I podobnie absolutne 
dobro, gdyby było opisywalnym stanem rzeczy, byłoby czymś, co każdy, niezależnie 
od swych gustów czy skłonności, nieuniknienie [necessarily] by czynił, lub czułby się 
winny, iż tego nie czyni. A chcę powiedzieć, że taki stan  rzeczy  jest chimerą. {80} 
Żaden stan rzeczy nie ma, sam w sobie, tego, co chciałbym nazwać przemożną siłą 
sądu   absolutnego.   A   zatem   co   takiego   my   wszyscy,   którzy,   tak   jak   i   ja,   wciąż 
odczuwamy pokusę, by używać  wyrażeń  w rodzaju "absolutne dobro", "absolutna 
wartość" itp., co mamy na myśli i co próbujemy wyrazić? Ilekroć próbuję sobie to 
jasno przedstawić, to naturalnie powinienem uzmysłowić sobie przypadki, w których 
z pewnością użyłbym tych wyrażeń; jestem zaś wówczas w takiej sytuacji, w jakiej wy 
byście się znaleźli, gdybym, na przykład, miał wygłosić dla was wykład z psychologii 
przyjemności. Usiłowalibyście wówczas uzmysłowić sobie pewną typową sytuację, w 
jakiej zawsze odczuwaliście przyjemność. Gdybyście  bowiem mieli tę sytuację na 
myśli,   wszystko,   co   bym   do   was   mówił,   stałoby   się   konkretne   i,   niejako, 
kontrolowalne. Ktoś przywołać mógłby wrażenia, jakich doznał podczas spaceru w 
pogodny, letni dzień. W takiej właśnie jestem sytuacji, próbując skoncentrować się na 
tym, co rozumiem przez absolutną lub etyczną wartość. I w moim przypadku jest 
zawsze   tak,   że   jawi   mi   się   idea   pewnego   szczególnego   doznania,   które   stanowi 
zatem, w pewnym sensie, moje doznanie  par excellence  i dlatego właśnie, mówiąc 
teraz do was, posłużę się nim jako swym pierwszym i najważniejszym przykładem. 
(Jak   już   powiedziałem,   jest   to   kwestia   najzupełniej   osobista   i   inni   inne   przykłady 
uznać by mogli za bardziej uderzające.) Opiszę to doznanie, aby, jeśli to możliwe, 
pobudzić was do przywołania takich samych lub podobnych doznań, tak aby nasze 
dociekania opierały się na wspólnej podstawie. Uważam, że najlepiej można opisać 
je mówiąc, że kiedy je mam, dziwię się istnieniu świata. I czuję wtedy skłonność do 
używania zwrotów w rodzaju "Jakież to nadzwyczajne, że coś istnieje" lub "jakież to 
nadzwyczajne, że świat istnieje". Wspomnę od razu o innym doznaniu, jakie również 
znam i z jakim obeznani mogą być niektórzy z was: jest to, można by rzec, doznanie 
uczucia   absolutnego   bezpieczeństwa.   Chodzi   mi   o   stan   umysłu,   w   jakim   ma   się 
skłonność rzec: "Jestem bezpieczny, nic, cokolwiek się zdarzy, nie może wyrządzić 
mi krzywdy". Pozwólcie mi teraz rozważyć te doznania, ujawniają one {81} bowiem, 
jak sądzę, te właśnie cechy,  co  do których  próbujemy zyskać   jasność.  I  od razu 
muszę   stwierdzić,   że   słowny   wyraz,   jaki   nadajemy   tym   doznaniom,   jest 
niedorzecznością! Jeśli powiadam "dziwię się istnieniu świata", to błędnie używam 
języka. Spróbuję to wyjaśnić: Doskonale poprawny i jasny sens ma stwierdzenie, że 
dziwię się czemuś, co jest faktem. Wszyscy rozumiemy, co znaczy powiedzenie, iż 
zdumiewa mnie wielkość psa, który jest większy od innych psów, jakie widziałem 
wcześniej, lub coś innego, co, w zwykłym tego słowa znaczeniu, jest niezwykłe. W 
każdym takim przypadku dziwię się czemuś, co jest faktem, o którym mógłbym sobie 
wyobrazić,   że faktem nie jest. Dziwi  mnie  wielkość tego psa, ponieważ  mógłbym 
wyobrazić sobie psa innej, a mianowicie zwykłej wielkości, która by mnie nie dziwiła. 
Powiedzenie "dziwię się, że to a to jest faktem" ma sens tylko wtedy, gdy mogę sobie 
wyobrazić,   że   to   faktem   nie   jest.   W   tym   sensie   ktoś   może   dziwić   się   istnieniu, 
powiedzmy, domu, który widzi, a w którym dawno nie był i sądził, iż go tymczasem 
zburzono.   Ale   niedorzeczne   jest   powiedzenie,   że   dziwię   się   istnieniu   świata, 
ponieważ nie mogę wyobrazić sobie, by on nie istniał. Mogę oczywiście dziwić się 
temu, że świat wokół mnie jest taki, jaki jest. Jeśli, na przykład, mam to doznanie 

background image

patrząc   na   błękitne   niebo,   mogę   dziwić   się   temu,   że   jest   ono   tak   błękitne,   w 
przeciwieństwie do przypadku, gdy jest zachmurzone. Nie o to mi jednak chodzi. 
Dziwię się niebu jakiekolwiek by ono było. Ktoś miałby może ochotę powiedzieć, że 
to,   czemu   się   dziwię,   jest   tautologią,   a   mianowicie   niebu,   które   jest   lub   nie   jest 
błękitne. Jest jednak niedorzecznością powiedzieć, że kogoś zdumiewa tautologia. 
To   samo   zaś   odnosi   się   do   drugiego   ze   wspomnianych   przeze   mnie   doznań, 
doznania absolutnego bezpieczeństwa. Wszyscy wiemy, co znaczy być bezpiecznym 
w życiu codziennym. Jestem bezpieczny w swoim pokoju, gdy nie może przejechać 
mnie   autobus.   Jestem   bezpieczny,  jeśli   przeszedłem   koklusz,   a   zatem   nie   mogę 
znów   nań   zachorować.   Być   bezpiecznym   znaczy   w   istocie,   że   jest   fizycznie 
niemożliwe,   iż   przydarzą   mi   się   pewne   rzeczy,   a   zatem   jest   niedorzecznością 
powiedzieć,   że   jestem   bezpieczny   {82}   cokolwiek   się   zdarzy.   Mamy   tu   znów   do 
czynienia   z   błędnym   użyciem   słowa   "bezpieczny",   tak   jak   poprzednio   mieliśmy 
przykład błędnego użycia słowa "istnienie" lub "zdziwienie". A teraz chcę wbić wam 
do głów, że pewne charakterystyczne błędne użycie naszego języka występuje we 
wszystkich wyrażeniach etycznych i religijnych. Wszystkie te wyrażenia, na pierwszy 
rzut oka, wyglądają po prostu na porównania. Wydaje się więc, że gdy używamy 
słowa właściwy w sensie etycznym, to choć rozumiemy przez nie coś innego niż to, 
co oznacza ono w swym sensie trywialnym, to zachodzi tu pewne podobieństwo; a 
gdy mówimy "To jest dobry chłopak", to choć słowo dobry nie oznacza tu tego, co 
oznacza w zdaniu "To jest dobry piłkarz", to znaczenia te wydają się podobne. A gdy 
mówimy "Życie tego człowieka było wartościowe", to choć nie rozumiemy tego w tym 
samym sensie, w jakim mówilibyśmy o jakichś wartościowych klejnotach, to zdaje się 
tu   zachodzić   pewnego   rodzaju   analogia.   Wygląda   więc   na   to,   że   w   tym   sensie 
wszystkich terminów religijnych używa się jako podobieństw lub alegorii. Gdy bowiem 
mówimy o Bogu i o tym, iż widzi on wszystko, i gdy klękamy i modlimy się do niego, 
to wszystkie  nasze   wyrażenia  i czyny  zdają   się  stanowić  części  wielkiej i zawiłej 
alegorii,   która   przedstawia   Go   jako   istotę   ludzką   o   wielkiej   mocy,   której   łaski 
próbujemy uzyskać itd., itd. Ale ta alegoria również opisuje te doznania, do jakich się 
przed  chwilą  odwołałem.  Pierwsze  z nich  bowiem  jest  dokładnie  tym,   do  którego 
ludzie   odwoływali   się   mówiąc,   że   Bóg   stworzył   świat;   uczucie   zaś   absolutnego 
bezpieczeństwa opisane zostało słowami, iż czujemy się bezpieczni w ręku Boga. 
Trzecim   doznaniem  tego   samego   rodzaju   jest   poczucie   winy,  a   to  znów opisane 
zostało za pomocą zwrotu, że Bóg gani nasze postępowanie. Tak więc zdaje się, że 
w języku etycznym i religijnym stale używamy porównań. Ale porównanie musi być 
porównaniem do czegoś. I jeśli mogę opisać fakt za pomocą porównania, to muszę 
również   być   w   stanie   porównanie   to   opuścić   i   opisać   fakt   bez   jego   pomocy.   W 
naszym zaś przypadku, gdy tylko  próbujemy porównanie opuścić i po {83} prostu 
wyrazić kryjące się za nim fakty, stwierdzamy, że takich faktów nie ma. Tak więc to, 
co pierwotnie wydawało się porównaniem, teraz wygląda na zwykłą niedorzeczność. 
A te trzy doznania, o jakich wam wspomniałem (a mógłbym dodać inne), wydają się 
tym, którzy ich doświadczyli, na przykład mnie, mieć w pewnym sensie wewnętrzną, 
absolutną wartość. Gdy powiadam jednak, że są doznaniami, to oczywiście są one 
faktami; miały miejsce tam i wtedy, trwały przez pewien określony czas i w rezultacie 
są opisywalne. Tak więc zgodnie z tym, co powiedziałem kilka minut temu, przyznać 
muszę, że stwierdzenie, iż mają one wartość absolutną, jest niedorzeczne. A jeszcze 
bardziej to uwyraźnię mówiąc "Jest paradoksem, by doznanie, fakt, zdawało się mieć 
ponadnaturalną   wartość".   Istnieje   pewien   sposób,   na   jaki   skłonny   byłbym   stawić 
temu   paradoksowi   czoło.   Pozwólcie   mi   najpierw   znów   rozważyć   nasze   pierwsze 
doznanie zdziwienia istnieniem świata i niech mi będzie wolno opisać go w nieco 

background image

inny sposób. Wszyscy wiemy, co w życiu codziennym nazwalibyśmy cudem. Jest to 
oczywiście zdarzenie takiego rodzaju, z jakim nigdy wcześniej się nie zetknęliśmy. I 
przypuśćmy,   że   takie   zdarzenie   zaszło.   Rozważmy   przypadek,   że   komuś   z   was 
nagle wyrosła głowa lwa i zaczęła ryczeć. Trudno mi wyobrazić sobie coś równie 
niezwykłego.   Gdy   już   ocknęlibyśmy   się   ze   zdziwienia,   zaproponowałbym,   by 
sprowadzić doktora i zbadać ten przypadek naukowo, gdyby zaś to nie wyrządziło 
mu   krzywdy,   dokonałbym  na   nim   wiwisekcji.   I   gdzie   podział   się   cud?   Jasne   jest 
bowiem, że gdy patrzymy na to w taki sposób, wszystko, co cudowne, niknie; chyba 
że przez to słowo rozumiemy po prostu, iż pewien fakt nie został jeszcze wyjaśniony 
przez naukę, a to znów oznacza, że jak dotąd nie udało nam się połączyć tego faktu 
z   innymi   w   systemie   naukowym.   To   pokazuje,   iż   absurdem   jest   mówić   "Nauka 
udowodniła, że nie ma cudów". Prawdą jest, iż naukowy sposób patrzenia na fakt nie 
polega   na   patrzeniu   nań   jako   na   cud.   Jakikolwiek   bowiem   fakt   zdołamy   sobie 
wyobrazić, to sam w sobie nie jest on cudowny w absolutnym tego słowa znaczeniu. 
Widzimy   teraz,   że   używaliśmy   słowa   "cud"   w   sensie   {84}   względnym   i   w   sensie 
absolutnym. I opiszę teraz doznanie zdziwienia istnieniem świata, mówiąc: jest to 
doznanie postrzegania świata jako cudu. A teraz skłonny jestem rzec, iż właściwym 
wyrazem w języku cudu istnienia świata, choć nie jest to żadne zdanie w języku, jest 
istnienie samego języka. Co jednak wobec tego znaczy, że uświadamiamy sobie ten 
cud w tym a nie w innym czasie? Wszystko bowiem, co powiedziałem, przenosząc 
wyrażenie   tego,   co   cudowne,   z   wyrażenia   za   pomocą   środków   językowych,   na 
wyrażenie za pomocą istnienia języka, wszystko, co powiedziałem, to znów tyle, iż 
nie możemy wyrazić tego, co wyrazić chcemy, i że wszystko, co mówimy o tym, co 
cudowne w sensie absolutnym, pozostaje niedorzecznością. Wielu z was wyda się 
teraz,   że   na   to   wszystko   udzielić   można   jasnej   odpowiedzi.   Powiecie:   Cóż,   jeśli 
pewne   doznania   stale   skłaniają   nas   do   tego,   by   przypisywać   im   własność,   którą 
nazywamy absolutną lub etyczną wartością i doniosłością, to po prostu widać stąd, iż 
za pomocą tych słów nie wyrażamy niedorzeczności; że koniec końców to, co mamy 
na myśli, mówiąc, iż pewne doznanie ma wartość absolutną, jest tak samo faktem jak 
inne fakty i że rzecz tylko w tym, iż jak dotąd nie udało nam się znaleźć poprawnej 
analizy logicznej tego, co rozumiemy przez nasze wyrażenia etyczne i religijne. Ale 
gdy postawiono mi ten zarzut, od razu widzę jasno, jak gdyby w błysku światła, nie 
tylko   to,   że   żadne   słowa,   o   jakich   mogę   pomyśleć,   nie   zdołają   opisać   tego,   co 
rozumiem przez wartość absolutną, ale iż odrzuciłbym  każdy sensowny opis, jaki 
ktokolwiek mógłby zasugerować,  ab initio,  na tej podstawie, że jest sensowny. To 
znaczy: widzę teraz, iż te niedorzeczne wyrażenia nie były niedorzeczne dlatego, że 
jak   dotąd   nie   znalazłem   wyrażeń   poprawnych,   ale   iż   ich   niedorzeczność   stanowi 
samą ich istotę. Albowiem za ich pomocą chciałem po prostu przekroczyć granice 
świata, a zatem granice sensownego języka. Wszystkie moje skłonności i, jak sądzę, 
skłonności każdego z ludzi, którzy kiedykolwiek próbowali pisać czy mówić o Etyce 
lub   Religii,   sprowadzały   się   do   zmagań   z   granicami   języka.   To   zmaganie   się   ze 
ścianami naszego {85} więzienia jest doskonale, absolutnie beznadziejne. Etyka na 
tyle, na ile wypływa z pragnienia, by powiedzieć coś o ostatecznym sensie życia, o 
absolutnym dobru, o tym, co ma wartość absolutną, nie może być nauką. To, co ona 
mówi,   w   żadnym   sensie   nie   wnosi   niczego   do   naszej   wiedzy.   Ale   jest   ona 
dokumentem   skłonności   tkwiącej   w   ludzkim   umyśle,   której   osobiście   nie   potrafię 
głęboko nie poważać i której nigdy w życiu bym nie lekceważył.