background image

 

Sergiusz Hessen 

 

Pedagog 

 

(fragmenty) 

[„Ruch Pedagogiczny”, R. XXXI, 1947/48, nr 4] 
 
 

Tematem niniejszych rozważań jest określenie tego, kim jest pedagog. 

Nie  wychowawca  lub  nauczyciel,  lecz  właśnie  pedagog,  tzn.  ten,  którego 
studia na uniwersytecie obejmują nauki pedagogiczne w szerszym sensie tego 
słowa.  Ukończenie  tych  studiów  nie  jest  koniecznie  związane  z 
wykonywaniem zawodu wychowawcy lub nauczyciela. Pedagog może zostać 
badaczem  naukowym,  może  również  wykorzystywać  uzyskaną  wiedzę  jako 
pracujący w administracji szkolnictwa lub w innych instytucjach oświatowych. 
Owszem,  może  także  stać  się  nauczycielem,  mianowicie  ucząc  tzw. 
przedmiotów  pedagogicznych  w  zakładach  kształcenia  nauczycieli,  tak  samo 
jak  może  stać  się  wychowawcą  w  węższym  czy  szerszym  zakresie,  kierując 
np.  internatem  albo  pracując  w  ruchu  młodzieżowym,  albo  też  prowadząc 
pracę  oświatową.  Nie  jest  to  jednak  konieczne,  ażeby  pedagog  poświęcił  się 
pracy wychowawczej lub nauczycielskiej, tak samo jak można być świetnym 
nauczycielem  i  wychowawcą,  nie  ukończywszy  na  uniwersytecie  studiów 
pedagogicznych.  Ażeby  być  dobrym  nauczycielem  historii,  matematyki, 
języka  polskiego,  języków  obcych  itd.  trzeba  przede  wszystkim  odbyć 
gruntowne  studia  uniwersyteckie  w  odpowiedniej  dziedzinie  wiedzy.  Jeszcze 
nie  tak  dawno  uczenie  się  pedagogiki  było  uważane  za  potrzebne  tylko 
nauczycielom  szkół  powszechnych,  nauczycielom  uprzywilejowanych  szkół 
średnich  wystarczały  w  ogólnym  mniemaniu  akademickim  studia  w  obranej 
dziedzinie wiedzy. Zainteresowanie swoim przedmiotem, zapał dla tego, czego 
się uczy, ciągłe samokształcenie nauczyciela w dziedzinie własnej specjalności 
uważane  było  za  to,  co  czyni  wykładowcę  dobrym  nauczycielem  i 
prawdziwym wychowawcą młodzieży.  
 

Jeżeli  obecnie  uznajemy,  że  zawód  nauczyciela  wymaga  również 

studiów pedagogicznych, to uważamy je za dodatkowe do studiów w obranej 
specjalnej  dziedzinie  wiedzy.  Nie  podzielamy  już  tzw.  pedagogizmu, 
rozpowszechnionego na początku stulecia. Porównując zawód nauczyciela do 
zawodu  inżyniera,  pedagogizm  ów  przedkładał  wiedzę,  na  której  opiera  się 
technika  nauczania,  a  więc  psychologię  i  pedagogikę  eksperymentalną,  nad 

wiedzę w zakresie samego przedmiotu nauczania. Nie respektował tego, że w 
zawodach  ściśle  technicznych  różnica  między  tym,  „jak  robić”  i  tym,  „co 
robić”  nie  potęguje  się,  jak  w  zawodzie  nauczycielskim,  do  dualizmu  dwu 
odmiennych  rodzajów  wiedzy,  z  których  jedna  jest  wiedzą  o  sposobach 
nauczania, druga zaś – o przedmiocie nauki. Nie uwzględniał także, że nawet 
tam,  gdzie  przedmiot  nauki  stanowi  wiedzę  o  zasięgu  tak  szczupłym,  jak  w 
nauczaniu początkowym, tajemnicy dobrego nauczyciela należy szukać nie w 
samym tylko opanowaniu techniki nauczania oraz nauk, na których ta technika 
się opiera, lecz również, a może przede wszystkim, w czymś innym, co można 
by nazwać za Dawidem „miłością dusz ludzkich” i co właściwie jest „miłością 
bliźniego”,  gdyż  jest  to  miłość  konkretnych,  indywidualnych  dzieci  ze 
wszystkimi  ich  wadami  i  ułomnościami,  zdolnościami  i  pozytywnymi 
cechami. [...] 
 

Ale  problematyka  dobrego  nauczyciela  i  dobrego  wychowawcy 

wykracza  poza  granice  mojego  tematu.  Podjąłem  ją,  aby  wyraźnie  oddzielić 
naszą problematykę pedagoga od tamtej. Zadaniem naszym jest wyznaczenie 
zakresu i treści studiów pedagogicznych, a potem dopiero tych zawodów, do 
których mogą one służyć przygotowaniem. Zawody te wcale nie pokrywają się 
z zawodem nauczycielskim.  
 

Przedmiotem  studiów  pedagogicznych  jest  wszechstronne  poznanie 

zjawiska wychowania. Wychowanie jest złożonym procesem składającym  się 
z  kilku  warstw  i  odpowiednio  do  tego  będącym  przedmiotem  badań  różnych 
nauk.  Jako  pierwszą  warstwę  możemy  wyróżnić  w  wychowaniu  warstwę 
psychofizjologiczną.  Stanowi  ona  biologiczne  podłoże  wychowania. 
Wychowanie  jako  proces  biologiczny  znajdujemy  u  człowieka  i  u  zwierząt. 
Przejawia  się  ono  w  postaci  opieki  i  tresury.  Opiekę  nad  potomstwem 
obserwujemy nawet tam, gdzie, jak u owadów, prawie nieograniczenie panuje 
instynkt,  a  więc  gdzie  nie  można  mówić  o  wychowaniu  jako  zamierzonej  i 
nawet  świadomej  czynności.  Ale  już  u  ssaków  i  tym  bardziej  u  człowieka 
opieka  ma  charakter  czynności  zamierzonej.  To  samo  można  powiedzieć  o 
tresurze, której istota polega na stwarzaniu tzw. odruchów warunkowych, tzn. 
pewnych 

nawyków 

postępowania, 

prawie 

automatycznie

background image

 

 działających  jako  reakcja  na  pewne  bodźce  lub  nawet  na  całe  sytuacje,  w 
których  znalazł  się  osobnik.  Stwarzanie  takich  nawyków  niewątpliwie  gra 
ogromną  rolę  w  wychowaniu  człowieka,  tak  że  tresura  jest  nieodzownym 
składnikiem  wychowania  nie  tylko  dziecka,  lecz  i  dorosłego  człowieka. 
Wspomnijmy  chociażby  naukę  gry  na  fortepianie  lub  innym  instrumencie 
muzycznym.  
 

Byłoby  jednak  mylne  sprowadzać  cały  proces  wychowania  do  tej 

biologicznej jego warstwy i odpowiednio do tego widzieć w pedagogice naukę 
techniczną, opierającą się wyłącznie na fizjologii i psychologii jako naukach w 
szerszym  sensie  biologicznych.  Jaskrawy  przykład  takiego  biologicznego 
naturalizmu,  sprowadzającego  zjawisko  wychowania  do  tresury,  stanowi 
kierunek  tzw.  behawioryzmu,  zwłaszcza  w  radykalnym  sformułowaniu 
nadanym mu przez amerykańskiego uczonego Watsona. W swojej rozprawie o 
losach pedagogiki M. Montessori („Przedszkole”, 1936) starałem się wykazać, 
że właśnie biologiczny naturalizm Montessori, usuwający coraz bardziej w cień 
inne  motywy  jej  pedagogiki,  spowodował  zwyrodnienie  jej  metody 
wychowania w tresurę.  
 

Nietrudno  pokazać,  że  tresura  człowieka  zasadniczo  się  różni  od 

tresury  zwierząt.  U  zwierząt  tresura  służy  wyłącznie  celom  biologicznym  – 
przystosowaniu  osobnika  do  jego  biosfery,  zachowaniu  się  jego  i  jego 
potomstwa, u człowieka natomiast tresura zostaje wprzęgnięta w służbę celom 
społecznym  właśnie  dlatego,  że  byt  społeczny  nawarstwia  się u  człowieka  na 
bycie  biologicznym  i  potrafi  go  nawet  przeobrazić  lub  zniekształcić,  jak  to 
przekonywająco  wykazał  w  swej  Socjologii  wychowania  rosyjski  pedagog  A. 
Kałasznikow.  Dopiero  człowiek  potrafi  tresować  zwierzęta  tak,  że  tresura  ta 
zostaje  wprzęgnięta  w  służbę  celom  pozabiologicznym,  ale  są  to  cele 
społecznie  ludzkie,  a  nie  zwierzęce.  Z  tym  łączy  się  brak  w  wychowaniu 
zwierzęcym tradycji: nie tylko wilczyca czy pingwiny tresują swoje małe tak, 
jak  tresowane  były  one  w  głębokiej  przeszłości,  lecz  więcej    -  nie  mamy 
żadnych danych, aby przypuszczać, że u zwierząt jedno pokolenie przekazuje 
następnemu  pokoleniu  zdobyte  przez  siebie  poglądy,  postawy,  sposoby 
postępowania,  wszystko  to,  co  stanowi  treść  tzw.  tradycji.  Jeżeliby  nawet 
właściwości  nabyte  były  przekazywane  przez  osobnika  zwierzęcego  jego 
potomstwu  (czemu  większość  biologów  zaprzecza),  to  działoby  się  to  drogą 
dziedziczności a nie tradycji i dotyczyłoby zmian organicznych a nie poglądów, 
postaw i innych treści tego, co nazywamy tradycją. Tresowane przez rodziców 
zwierzę korzysta z ich doświadczenia, ale w każdym pokoleniu doświadczenie 

to zaczyna się jakby na nowo, nie wykazując nie tylko wzbogacenia się, lecz 
nawet ciągłości. 
 

Ciągłość  tradycji  przekazywanej  z  pokolenia  na  pokolenie  jest 

zjawiskiem społecznym a nie biologicznym. W odróżnieniu od dziedziczności 
mówimy  w  tym  przypadku  o  dziedzictwie  społecznym,  przekazywanym  za 
pomocą  wychowania.  Na  płaszczyźnie  bytu  społecznego  wychowanie  spełnia 
funkcję analogiczną do tej, którą na płaszczyźnie bytu biologicznego spełniają 
rozrodczość  i  dziedziczność.  Jak  te  ostatnie  zapewniają  przedłużenie  gatunku 
biologicznego w czasie, tak wychowanie zapewnia trwanie grupy społecznej – 
klanu,  plemienia,  stanu,  grupy  zawodowej,  narodu  itp.  Gatunek  i  grupa 
społeczna  posiadają  w  porównaniu  z  osobnikiem  i  jednostką  nieporównanie 
dłuższy okres życia, który wydaje się być nieśmiertelnością. „Jednostki mijają, 
naród  jest  nieśmiertelny”  –  mówi  słynne  powiedzenie.  Podczas  gdy 
nieśmiertelność  biologiczna  jest  dziełem  rozrodczości  i  dziedziczności, 
nieśmiertelność  –  również  względna  –  grupy  społecznej  jest  dziełem 
wychowania.  
 

Jako  proces  społeczny  wychowanie  wykracza  poza  samą  opiekę  i 

tresurę.  Celem  jego  jest  urobienie  jednostki  na  członka  grupy  społecznej. 
Urobienie  to  jak  gdyby  nawarstwia  się  na  opiekę  i  tresurę  jako  na  swoje 
podłoże, posługując się przy tym szerokim wachlarzem swoistych środków nie 
dających  się  sprowadzić  do  aktów  automatycznych,  czyli  do  łańcucha 
odruchów warunkowych, jak np. sugestia, emulacja, współzawodnictwo, kary, 
nagrody  etc.  Wszystko  to  są  środki  zewnętrznego  oddziaływania  grupy  na 
jednostkę,  przy  czym  presja  ta  może  być  mniej  lub  więcej  łagodna,  ale 
pozostaje  zawsze  przymusem.  Za  pomocą  tych  środków  zewnętrznej  presji 
grupa  społeczna  urabia  młode  pokolenie  tak,  jak  tego  wymagają  społeczne 
potrzeby  tej  grupy.  Dąży  ona  do  reprodukowania  siebie  w  młodych 
jednostkach.  Patrząc  na  proces  urabiania  ze  strony  jednostki,  można 
powiedzieć,  że  wychowanie  jako  proces  społeczny  jest  włączeniem  jednostki 
do  grupy  społecznej.  Tak  właśnie  określają  istotę  wychowania  autorzy 
kierunku  socjologistycznego,  patrzący  na  wychowanie  jako  na  proces 
społeczny.  
 

Wychowanie  jako  urabianie  ma  tę  samą  strukturę,  co  inne  procesy 

społeczne.  Zasadą  urabiania  jest  władza.  W  urabianiu  stosunek  wychowawcy 
do  wychowanka  jest  stosunkiem  zwierzchnictwa,  z  którym  sprzężony  jest 
odwrotny  stosunek  posłuszeństwa.  Odpowiada  to  całkowicie  istocie  bytu 
społecznego,  którego  zasadą  jest  władza,  albowiem  władza  jest  tym 
czynnikiem,  który  scala  poszczególne  jednostki  w  grupy  społeczne,  podobnie 

background image

 

do  tego,  jak  zasada  dziedziczności  łączy  na  płaszczyźnie  bytu  biologicznego 
poszczególne osobniki w gatunki. Walka o władzę, której li tylko rodzajem jest 
posiadanie ekonomiczne, stanowi główną treść bytu społecznego. Jeżeli nawet 
wyobrazimy  sobie  społeczeństwo,  w  którym  walka  o  władzę  przestała  być 
główną  treścią  i  czynnikiem  rozwoju,  zostanie  w  nim  przecież  jakaś 
organizacja,  która  nie  będzie  mogła  obejść  się  bez  władzy,  chociażby  bardzo 
łagodnej  i  nie  natrafiającej  na  żaden  opór  ze  strony  jednostek  lub  ich 
częściowych ugrupowań. Z drugiej zaś strony, jeśli nawet zgodzimy się z tym, 
że byt społeczny zawiera również grupy nie organizowane, płynne, nietrwałe, 
badanie  tych  grup  wykaże,  że  twory  te  stanowią  grupy  dzięki  zewnętrznej 
presji  czy  to  narzuconych  warunków  pracy,  czy  to  opinii  publicznej,  mającej 
charakter bądź trwałej tradycji, bądź przemijającej mody, przy czym presja ta, 
mimo że rozproszona i nie skoncentrowana w jednym ośrodku, działa w sposób 
bardzo zbliżony do działania władzy.  
 

Nie  znamy  ludzi,  którzy  by  nie  byli  istotami  społecznymi.  Nawet  u 

najbardziej  prymitywnych  ludów  znajdujemy  już  życie  społeczne  oraz 
zróżnicowanie  na  dzierżących  władzę  i  podwładnych.  Znajdujemy  również  u 
nich  wychowanie  mające  wyraźny  charakter  urabiania  jednostki  według 
potrzeb grupy społecznej. Wychowanie zapewnia klanowi lub szczepowi jego 
trwanie  w  czasie  przez  reprodukowanie  w  młodym  pokoleniu  wierzeń, 
obyczajów, mowy, postawy wobec świata i sposobów działania, przyjętych w 
danej grupie społecznej i charakteryzujących ją w odróżnieniu do innych grup. 
Namalowany  przez  Rousseau’a  obraz  pierwotnego  człowieka  jako  istoty 
wolnej  od  wszelkich  więzów  społecznych  dawno  już  został  obalony  przez 
etnologię  i  socjologię.  Badacze  ludów  pierwotnych  są  zgodni  w  tym,  że  w 
słabo  zróżnicowanych  społeczeństwach  prymitywnych  jednostka  ulega 
większej  presji  ze  strony  grupy  społecznej  niż  w  tzw.  społeczeństwach 
cywilizowanych,  w  których  tradycja  bez  dziejów,  reprodukująca  się  ciągle  w 
tym  samym  zwyczaju,  zostaje  coraz  bardziej  zastępowana    przez  tradycję 
historyczną, w której każde pokolenie uzupełnia, a często i przezwycięża nową 
twórczością to, co odziedziczyło po przodkach. Prymitywna grupa społeczna w 
większym  stopniu  nie  pozwala  jednostce  na  odchylenie  od  ustalonego  trybu 
życia i postępowania, wymaga od jednostki pełniejszego włączenia się w całość 
grupy, większego jej konformizmu i podporządkowania władzy tradycji, niż to 
ma  miejsce  w  społeczeństwach  bardziej  zróżnicowanych  o  tradycji 
historycznej.  
 

Dlatego  właśnie  w  pierwotnych  społeczeństwach  wychowanie,  jak  to 

wykazały  badania  socjologów  ostatnich  dziesięcioleci,  ma  wyraźny  charakter 

urobienia  jednostki  według  wzoru  przyjętego  w  danej  grupie  społecznej  jako 
coś odwiecznego, nietykalnego, sakralnego. Jeżeli u zwierząt wychowanie nie 
wykracza poza pielęgnowanie i tresurę, to u ludów pierwotnych - których życie 
społeczne nie jest po prostu dalszym ciągiem bytu biologicznego, lecz posiada 
swoiste  prawa  nie  sprowadzalne  do  praw  biologicznych  –  wychowanie  nie 
wykracza poza urabianie jednostki. Urabianie nawarstwia się na pielęgnowaniu 
i tresurze, wyciska na nich swą pieczęć, formuje je, wprzęga do służby celom 
wytkniętym  przez  tych,  którzy  dzierżą  władzę  w  grupie  społecznej.  Jest  to 
szczególny przykład tego, jak w ogóle byt społeczny nawarstwia się na bycie 
biologicznym i formuje go jako swe podłoże lub „materię” w sensie nadanym 
temu terminowi przez Arystotelesa.  
 

Im bardziej prymitywne jest społeczeństwo, w tym mniejszym stopniu 

stosunek wychowawczy wykracza poza stosunek władzy, tzn. zwierzchnika do 
poddanych  i  vice  versa.  I  w  tym  względzie  urobienie  w  swej  najczystszej 
postaci, którą spotykamy u ludów pierwotnych, ma tę samą strukturę, co cała 
kultura  duchowa  w  społeczeństwach  prymitywnych.  Jest  ona  skrępowana  i 
skazana  na  odtwarzanie  odwiecznie  przyjętych  wzorów  dlatego  właśnie,  że 
służy  jako  wyłączne  narzędzie  władzy.  Tak  więc  religia  jest  ujęta  przede 
wszystkim  jako  środek  osiągnięcia  władzy  nad  bogami,  jako  narzędzie  dla 
zmuszenia  tajemniczych  sił  nadprzyrodzonych  do  działania  pomyślnego  dla 
grupy społecznej i szkodliwego dla wrogów. Taka sama magia charakteryzuje 
twórczość  artystyczną  ludów  pierwotnych:  ażeby  działać  jako  amulet,  tzn. 
środek  zabezpieczający  od  szkód  i  obiecujący  pomyślność,  obraz  dzikiego 
zwierzęcia  wyryty  na  ścianie  jaskini  lub  na  skale  nie  może  odchylać  się  od 
wzorca wypróbowanego w obyczaju. Grubym pierścieniem magii są otoczone 
również  wiedza  i  myślenie  ludów  pierwotnych.  Dążenie  do  władzy  nad 
wrogimi  siłami  przyrody  lub  nad  nieprzyjaciółmi  wyprzedza  rzeczywistą 
wiedzę  o  przyrodzie,  a  więc  posiadaną  siłę.  Pragnienie  bezpieczeństwa  jest 
jednak  tak  mocne  i  tak  niecierpliwie  żąda  swego  zaspokojenia,  że  myślenie 
logiczne zostaje odsunięte przez symboliczne myślenie paralogiczne, w którym 
wyobraźnia  zastępuje  brakującą  wiedzę.  Jeżeli  takie  magiczne  myślenie  nie 
daje prawdziwej wiedzy ani władzy nad przyrodą, którą osiąga się tylko przez 
poznanie  rzeczywistych  praw  przyrody,  za  to  daje  ono  poczucie 
bezpieczeństwa i subiektywne poczucie siły, mające duże znaczenie w walce o 
władzę.  
 

Podczas gdy wychowanie jako proces biologiczny (jako pielęgnowanie 

i  tresura)  jest  przedmiotem  badań  fizjologii  i  psychologii  wychowawczej, 
opierających  się  na  ogólnej  fizjologii  bądź  psychologii  ujętej  jako  nauka 

background image

 

biologiczna,  wychowanie  jako  urabianie  jest  przedmiotem  socjologii 
wychowawczej,  będącej  stosowaniem  badawczych  metod  socjologii  do 
zagadnień  wychowania.  I  tak  samo  jak  naturalistyczny  biologizm, 
sprowadzając  całe  zjawisko  wychowania  do  biologicznych  procesów 
pielęgnowania  i  tresury,  chce  oprzeć  pedagogikę  wyłącznie  na  fizjologii  i 
psychologii, istnieje również w pedagogice kierunek, który można by nazwać 
socjologizmem, gdyż nie widząc w zjawisku wychowania nic poza urabianiem, 
ujmuje pedagogikę jako dział socjologii lub jako socjologię stosowaną. Do tego 
socjologicznego  kierunku  należą  autorzy  bardzo  różniący  się  pod  względem 
politycznym,  jak  np.  liberalny  demokrata  E.  Durkheim  we  Francji,  rzecznik 
narodowej  pedagogiki  w  Niemczech  E.  Krieck,  niektórzy  przedstawiciele 
marksistowskiej  pedagogiki  w  Rosji,  jak  np.  A.  Kałasznikow,  autor  już 
wspomnianej świetnej książki  Socjologia wychowania. W Polsce socjologizm 
w  nieco  bardziej  umiarkowanej  odmianie  reprezentowany  jest  przez  takich 
autorów, jak F. Znaniecki, J. St. Bystroń, J. Chałasiński.  
 

Ale  właśnie  najwybitniejszy  z  polskich  socjologów  wychowania,  F. 

Znaniecki  wykracza  w  toku  swoich  rozważań  poza  socjologiczne  ujęcie 
wychowania.  Powiada  on,  że  w  ciągu  dziejów  takie  dziedziny  kultury  
duchowej,  jak  język,  nauka,  sztuka,  uzyskują  pewną  autonomię  i  zaczynają 
rozwijać  się  według  własnych  swoistych  praw,  a  nie  według  praw  bytu 
społecznego,  którego  wytworem  i  funkcją  były  na  początku  swego  rozwoju. 
[...] 
 

Nie wdając się tutaj w sporną kwestię wytworzenia kultury duchowej 

przez  byt  społeczny  i  wzajemnego  ich  oddziaływania,  ograniczymy  się  do 
postawienia  pytania,  czy  na  płaszczyźnie  kultury  duchowej  [...]  wychowanie 
pozostaje  tym  samym,  czym  jest  na  płaszczyźnie  bytu  społecznego,  tj. 
urobieniem  jednostki  według  potrzeb  grupy  społecznej  w  celu  jak 
najpełniejszego  włączenia  jej  w  tę  grupę.  Czy  rzeczywiście  nie  ma  żadnej 
różnicy  między  wychowaniem  w  społeczeństwie  o  rozwiniętej  kulturze 
duchowej  i  bogatej  tradycji  historycznej  a  wychowaniem  w  społeczeństwie 
pierwotnym, w którym kultura duchowa jest wyłącznym narzędziem władzy i 
nie  jest  w  stanie  wydostać  się  spod  całkowitego  podporządkowania  się 
wymogom bytu społecznego? Wydaje mi się, że różnica niewątpliwie jest i że 
w  społeczeństwach  o  rozwiniętej  kulturze  duchowej  wychowanie  wykracza 
poza  samo  tylko  urobienie  jednostki  według  przyjętego  w  grupie  społecznej 
wzorca.  Wychowanie  jako  proces  duchowy  najlepiej  można  by  nazwać 
wykształceniem,  co  odpowiada  rosyjskiemu  terminowi  obrazowanije  i 
niemieckiemu Bildung. Francuzi i Anglicy używają dla oznaczenia tej wyższej 

warstwy  w  zjawisku  wychowania  terminu  culture.  Zresztą  i  po  polsku 
„człowiek o wysokiej kulturze” (umysłowej czy artystycznej lub moralnej) jest 
czymś więcej niż człowiek urobiony tak, jak tego wymagają potrzeby panującej 
grupy społecznej lub jak tego życzą sobie tzw. czynniki miarodajne. Uznajemy, 
że  taki  naprawdę  wykształcony  człowiek  musi  być  nie  po  prostu  odtwórcą 
narzuconego z zewnątrz wzorca, lecz raczej powinien być samym sobą, albo, 
mówiąc inaczej, musi być osobowością. 
 

W  rzeczy  samej  stosunek  prawdziwego  nauczyciela  do  ucznia 

wykracza  poza  stosunek  przełożonego  do  poddanego.  Gdy  chodzi  o  wyższą 
warstwę wychowania, nauczyciel i jego uczniowie tworzą wspólnotę duchową, 
w  której  są  złączeni  przez  dążenie  do  wspólnych  wartości  i  przez  wspólny 
wysiłek  nad  ich  realizacją.  Platon  nazywał  tę  tęsknotę  do  wartości,  tę  miłość 
dla  nich,  która  wywołuje  w  ludziach  dążenia  do  ich  realizacji  –  Erosem  i 
uważał, że człowiekiem wykształconym jest ten, który czuje, iż jest poddanym 
Erosa, a nie ludzi i ich zmiennych opinii. Prawdziwym zaś nauczycielem jest, 
według  Platona,  ten,  który,  po  pierwsze,  potrafi  nie  zgasić,  lecz  rozniecić  w 
duszach swych uczniów miłość prawdy, piękna, sprawiedliwości, objawiającą 
się  normalnie  w  duszy  młodzieńca  w  okresie  młodości,  oraz,  po  drugie, 
pomagać im przy realizacji tych wartości, przy odkrywaniu przez nich prawdy i 
piękna, nie zaś narzucać im swoje poglądy – podobnie jak położna, która tylko 
pomaga  przy  urodzinach  i  stwierdza,  czy  urodzone  dziecko  jest  zdrowe,  nie 
zastępuje zaś kobiety rodzącej.  
 

Podczas  gdy  w  procesie  urabiania  jednostka  jest  biernym  obiektem 

zabiegów  wychowawczych  ze  strony  czynników  posiadających  władzę,  w 
procesie  wykształcenia  jest  ona  czynnym  podmiotem,  tak  że  rację  mają  ci 
pedagogowie,  którzy  mówią,  że  wykształcenie  w  prawdziwym  sensie  tego 
słowa jest samokształceniem. [...] 
 

Rzeczywiście,  wykształcenie  pod  wieloma  względami  wykracza  poza 

czysto  społeczny  proces,  jakim  jest  urobienie.  Jest  ono  procesem 
pozaspołecznym,  duchowym,  chociaż  i  opartym  na  urobieniu  jako  na  swoim 
podłożu. Jednostka przestaje być biernym obiektem presji wywieranej na nią z 
zewnątrz  przez  wychowawców  jako  jej  przełożonych.  Staje  się  osobowością, 
tzn.  istotą  obdarzoną  samowiedzą  i  wolnością,  która  szuka  prawdy,  pragnie 
piękna i realizuje dobro wskutek miłości dla tych wartości.  
 

Właśnie te duchowe wartości spełniają w procesie wykształcenia rolę, 

którą  w  procesie  urabiania  spełnia  zasada  władzy,  ale  w  jakże  inny  sposób 
wykonują  one  swą  funkcję?  Działają  za  pomocą  atrakcji,  którą  wywołują  w 
osobowości  wychowanka,  nie  zaś  presji  z  zewnątrz.  Zwracają  się  one  do 

background image

 

wychowanka  z  apelem,  nie  z  rozkazem.  Wychowanek  ma  je  realizować  za 
własnym przyzwoleniem jako istota wolna, nie pod przymusem jako niewolnik. 
Wspomniane  powyżej  środki,  którymi  posługuje  się  wychowanie  przy 
urabianiu  jednostki  –  sugestia,  emulacja  i  rywalizacja,  kary,  nagrody  –  w 
wykształceniu  zawodzą.  Zamiast  tych  środków  zewnętrznej  presji  kształcenie 
osobowości  posługuje  się  środkami  wewnętrznej  atrakcji,  jak  rozbudzenie  w 
uczniach miłości wartości dla samych wartości, wyzwolenie w wychowankach 
popędów  twórczych  i  ukrytych  zdolności,  „zarażenie”  uczniów  przez  zapał 
nauczyciela  i  jego  postawę  w  aktach  poznania,  twórczości  artystycznej  i 
moralnej,  przeżycie  wewnętrznego  zadowolenia  ze  spełnionego  obowiązku, 
jakże  różniącego  się  od  sukcesu  społecznego.  Stosując  te  bardziej  subtelne 
środki  o  charakterze  duchowym  wychowawca  występuje  jako  nosiciel 
duchowych wartości, jako ten, który żyje nimi i realizuje je w swej twórczości, 
nie jako dzierżący władzę i wymagający samego tylko posłuszeństwa.  
 

W  procesie  kształcenia  osobowość  wychowanka  bynajmniej  nie  jest 

izolowana,  jest  on  członkiem  szerszej  wspólnoty  duchowej,  stwarzanej  przez 
uczestnictwo  we  wspólnej twórczości,  a to  dzięki  partycypacji  we  wspólnych 
wartościach,  które  ta  twórczość  ma  realizować.  Wartości  kulturowe  łączą 
osobowości  we  wspólnoty  duchowe,  spełniając  na  płaszczyźnie  kultury 
duchowej funkcję analogiczną do tej, którą spełnia władza na płaszczyźnie bytu 
społecznego,  łącząc  jednostki  w  grupy  społeczne.  I  chociaż  wspólnota 
duchowa, aby trwać w czasie, wymaga pewnej organizacji, a więc zasadza się 
na  bycie  społecznym  jako  na  swym  podłożu  –  tak  samo  zresztą  jak  byt 
społeczny  może  istnieć  tylko  na  podłożu  bytu  biologicznego,  wspólnota 
duchowa różni się od grupy społecznej w sposób wyraźny i zasadniczy  – tak 
jak atrakcja wywoływana przez wartości różni się od presji wywieranej przez 
władzę,  albo  miłość  wartości,  platoński  Eros,  różni  się  od  przywiązania  do 
swego  środowiska,  do  swej  grupy  społecznej,  albo  wreszcie,  co  na  to  samo 
wychodzi, jak twórczość różni się od posiadania.  
 

Ponieważ  wartości  kulturowe,  np.  prawda  naukowa  lub  dzieło  sztuki, 

nie  pomniejszają  się  w  swym  walorze  od  tego,  że  więcej  ludzi  w  nich 
partycypuje, wspólnota duchowa jest otwarta dla wszystkich. Uczestnictwo w 
niej zależy wyłącznie od przyzwolenia duchowego tego, kto pragnie pracować 
nad realizacją konstytuujących ją wartości. Po drugie, wspólnota duchowa jest 
oparta  nie  na  samym  podporządkowaniu  się  całości  i  posłuszeństwie  władzy, 
lecz  na  czynnym  uczestnictwie  we  wspólnej  twórczości.  Osobowość  nie 
roztapia  się  w całości, lecz  przeciwnie  –  uwydatnia się jako  niezastąpiona  na 
swym miejscu indywidualność. Tak np. obiektywna struktura nauki lub języka 

woła  jak  gdyby  do  osobowości:  „badaj  prawdę  na  własną  rękę  i  własną 
odpowiedzialność, względnie mów i pisz po swojemu”, tzn. bądź samym sobą 
w  poszukiwaniu  prawdy,  względnie stwarzaj  własny  styl  w  wyrażaniu  swych 
myśli i uczuć za pomocą języka. Gdy w jakiejś wspólnocie panuje konformizm, 
to  znaczy,  że  przestała  ona  być  czystą  wspólnotą  duchową,  a  zesztywniała  i 
zamknęła  się  wskutek  przerostu  organizacji,  która  miała  być  jej  podłożem  i 
rusztowaniem, a stała się jej celem. [...] 
 

Jako  trzecia  cecha  podstawowa  wspólnoty  duchowej  występuje  jej 

płynność  –  w  przeciwieństwie  do  sztywności  grupy  społecznej.  Wspólnota 
duchowa  jest  dynamiczna,  gdyż  stała  twórczość  stanowiąca  jej  treść  życiową 
nie pozwala jej zatrzymać się w swym ruchu i zesztywnieć. Jeżeli często mówi 
się o rewolucji w życiu nauki, sztuki, języka, to używa się tego terminu jako 
przenośni. Obalona prawda nie jest po prostu zburzona jak władza zwyciężonej 
grupy społecznej, lecz przezwyciężona tak, że przeszłość zostaje zachowana w 
nowych  osiągnięciach,  a  nie  odrzucona.  Dlatego  też  duchowa  tradycja  jest 
jednością negacji i afirmacji: obalona prawda zostaje zachowana i włączona w 
szerszą  całość,  podniesiona  na  wyższy  poziom  w  sensie  heglowskiego 
Aufhebung.  Na  tym  polega  właśnie  różnica  między  dynamiczną  tradycją  na 
płaszczyźnie  kultury  duchowej  a  statyczną  tradycją  na  płaszczyźnie  bytu 
społecznego.  Podczas  kiedy  ta  ostatnia  jest  przekazywaniem  posiadania, 
pierwsza  jest  przekazywaniem  pochodni  twórczości.  Taką  właśnie  statyczną 
tradycją  jest  reprodukująca  się  w  tym  samym  zwyczaju  tradycja  ludów 
pierwotnych,  oparta  wyłącznie  na  urabianiu  młodego  pokolenia  według 
odwiecznego  niezmiennego  wzorca.  Natomiast  ciągle  przezwyciężająca  się 
tradycja  narodów  historycznych  jest  już  dziełem  wykraczającym  daleko  poza 
urabianie wykształcenia.  
 

Ujęte 

jako 

proces 

duchowy 

wykształcenie 

jest 

więc 

samokształtowaniem  się  osobowości,  która  z  własnego  przyzwolenia,  jako 
istota wolna, słucha apelu duchowych wartości i realizuje je w życiu. Dawniejsi 
przedstawiciele tzw. „pedagogiki humanistycznej”, czyli „pedagogiki kultury” 
określali  kształcenie  w  tym  właśnie  sensie  jako  „harmonijny  rozwój 
osobowości”. Współcześnie angielscy przedstawiciele tego kierunku  mówią o 
„samourzeczywistnieniu  się  osobowości”  przez  jej  kontakt  z  wartościami 
kulturowymi  o  walorze  ponadindywidualnym.  Już  Rousseau  twierdząc,  że 
prawdziwe  wychowanie  jest  wychowaniem  człowieka,  a  nie  rzemieślnika, 
oficera,  dworzanina,  rozumiał  wychowanie  jako  kształcenia  osobowości,  tj. 
kształcenie  człowieka  wolnego,  będącego  samym  sobą,  a  nie  odtworzeniem 
wzorca  narzuconego  przez  społeczeństwo.  Dlatego  też  był  on  prekursorem 

background image

 

pedagogiki  kultury,  gdyż  widział  w  wychowaniu  proces  o  charakterze 
ponadspołecznym,  chociaż  posługiwał  się  hasłem  „natury”,  którą  zresztą 
ujmował  anarchistycznie  –  jako  królestwo  wolności  –  a  nie  w  sensie 
biologicznego  naturalizmu,  jako  bytu,  w  którym  niepodzielnie  panuje  zasada 
względnego naturalizmu.  
 

Powyższa definicja kształcenia jako procesu duchowego dotyczy tylko 

jednego aspektu tego zjawiska. Określa kształcenie z punktu widzenia subiektu. 
Indywidualizm  charakteryzujący  pedagogikę  Rousseau’a  wcale  nie  musi 
towarzyszyć  pedagogice  kultury  ujmującej  wychowanie  jako  kształcenie,  tj. 
proces  o  charakterze  pozaspołecznym,  duchowym.  Jak  biologiczne  pojęcie 
osobnika  może  być  pomyślane  tylko  w  korelacji  z  pojęciem  gatunku,  a 
socjologiczne  pojęcie  jednostki  jest  myślowo  sprzężone  z  pojęciem  grupy 
społecznej, tak samo i osobowość urzeczywistniająca się w miarę uczestnictwa 
swojego w ponadindywidualnych wartościach, nie może być pomyślana inaczej 
niż  jako  członek  szerszej  wspólnoty  duchowej,  która  samorzutnie  i 
nieodzownie  powstaje  wokół  wspólnych  wartości.  Toteż  subiektywny  aspekt 
procesu  kształcenia  jest  nierozerwalnie  sprzężony  z  obiektywnym  jego 
aspektem,  który  polega  na  tym,  że  kształcenie  zapewnia  ciągłość  twórczości 
kulturowej  w  różnych  dziedzinach  sztuki,  nauki,  techniki,  jak  również 
twórczości moralnej.  
 

Rozwój osobowości oznacza więc równocześnie wdrożenie jej w żywy 

prąd twórczości kulturowej. Biorąc czynny udział lub nawet tylko orientując się 
krytycznie w tej czy owej dziedzinie twórczości duchowej, człowiek staje się 
członkiem  wielorakich  płynnych  wspólnot  duchowych  (matematyków, 
historyków,  filozofów,  zoologów,  lekarzy,  poetów,  malarzy  itp.),  z  których 
składa  się  tradycja  kulturowa.  Wdrożenie  w  żywą  tradycję  wymaga 
umiejętności  „czytania”  tzw.  „dóbr  kulturowych”,  tzn.  dzieł  naukowych, 
artystycznych,  technicznych.  Człowiek  wykształcony  potrafi  przeczytać  te 
dzieła,  zrozumieć  je  samodzielnie,  nie  będąc  uzależniony  od  pośrednika. 
Potrafi  czerpać  swą  wiedzę  z  pierwszej  ręki,  z  samego  źródła  a  nie  z 
podręcznika  lub  literatury  popularnej.  Tę  umiejętność  czytania  dzieł 
kulturowych  i  samodzielnego  krytycznego  rozumienia  ich  osiąga  się  przez 
długie,  ciągłe  obcowanie  ze  „źródłami”  kultury,  tj.  z  najlepszymi  i 
najpiękniejszymi  wytworami  geniuszu  ludzkiego,  toteż  głównym  środkiem 
kształcenia  jest  bezpośrednie  obcowanie  ze  źródłami  kultury,  jak  również  z 
nosicielami  twórczości  duchowej,  powolne  wdrożenie  do  uczestnictwa  w  tej 
twórczości.  

 

Jakież nauki badają życie duchowe – czy to będzie struktura i typologia 

osobowości,  czy  istota  i  rodzaje  wartości  duchowych,  czy  struktura  dóbr 
kulturowych  (prawd  i  systemów  naukowych,  dzieł  artystycznych),  czy  też 
struktura  i  typologia  wspólnot  duchowych?  Nie  trzeba  być  zwolennikiem  ani 
filozofii Hegla, ani filozofii Wundta, ażeby uznać, że życie duchowe tak w jego 
subiektywnym  (osobowość),  jak  w  obiektywnym  (wartości  kulturowe  i 
wspólnoty  duchowe)  oraz  zobiektywizowanych  aspektach  (dzieła  kultury) 
stanowiło  i  stanowi  przedmiot  nauk  filozoficznych.  Działem  filozofii  będzie 
także i nauka o wykształceniu jako procesie duchowym.  
 

Pogląd,  że  pedagogika  należy  do  nauk  filozoficznych,  jest  obecnie  – 

mimo  nowych  prób  „odfilozofowania”  pedagogiki  –  nadal  szeroko 
rozpowszechniony.  Wspomniałem  już  o  kierunku  tzw.  pedagogiki 
humanistycznej,  czyli  pedagogiki  kultury,  do  którego  ze  współczesnych 
autorów w Polsce należą: B. Nawroczyński i B. Suchodolski, a z zagranicznych 
autorów  –  G.  Kerschensteiner  i  E.  Spranger  w  Niemczech,  L.  Volpicelli  i  G. 
Lombardo-Radice  we  Włoszech,  J.  Dewey  w  Ameryce,  James  S.  Ross  w 
Anglii, P. Häberlin i L. Meylan w Szwajcarii. Moje prace pedagogiczne należą 
też  do  tego  kierunku.  Moja  książka  Podstawy  pedagogiki  ma  w  swym 
pierwszym  wydaniu  (1923)  podtytuł  Teoria  wykształcenia  (taki  właśnie  tytuł 
nadał  później,  w  1925  r.  swemu  głównemu  dziełu  G.  Kerschensteiner)  i  jest 
konsekwentnie  ujęta  jako  „stosowana  filozofia”.  W  książce  tej  wykazuję,  że 
struktura wartości duchowych i  ich realizacji w obiektywnych tworach kultury 
(tzw.  dobrach  kulturowych)  jest  przedmiotem  poszczególnych  nauk 
filozoficznych:  logiki  jako  teorii  nauki,  etyki  jako  teorii  moralności,  estetyki 
jako  teorii  sztuki,  filozofii  prawa,  filozofii  religii.  Ponieważ  ostateczne  cele 
wykształcenia  pokrywają  się  z  celami  kultury,  badanie  wartości  kulturowych 
daje  jednocześnie  wiedzę  o  ostatecznych  celach  wykształcenia.  Pedagogika 
różni się tym od filozofii, że bada cele wykształcenia w procesie ich stopniowej 
realizacji w osobowości wychowanka oraz we wspólnotach wychowawczych. 
Zadania wykształcenia rosną razem ze wzrostem dzieci i młodzieży. W różnych 
okresach  rozwojowych  cele  wykształcenia  przyjmują  różną  postać,  aby  na 
najwyższym  stopniu  rozwojowym  człowieka  jak  najwięcej  zbliżyć  się  do 
ostatecznych  postaci  poszczególnych  wartości  kulturowych,  których  strukturę 
badają  dyscypliny  filozoficzne.  Każdej  z  tych  dyscyplin  odpowiada  dział 
pedagogiki  jako  filozofii  stosowanej:  na  logice  opiera  się  teoria  kształcenia 
naukowego,  etyka  jest  podstawą  dla  teorii  kształcenia  moralnego,  teoria 
kształcenia artystycznego opiera się na estetyce, poszczególnym działom logiki 
– metodologii matematyki, historii, lingwistyki – odpowiadają opierające się na 

background image

 

nich metodyki nauczania matematyki bądź historii, języków itp. Taki właśnie 
podział  systemu  pedagogiki  jako  ogólnej  teorii  kształcenia  zastosowałem  w 
mym  wspomnianym  już  pierwszym  dziele  pedagogicznym  –  Podstawach 
pedagogiki
 – gdzie potrafiłem przedstawić tylko dwa działy: teorię moralnego i 
teorię  naukowego  kształcenia.  Ale  można  stosować  i  często  stosuje  się  inny 
podział  systemu  pedagogicznego:  według  okresów  rozwojowych  dzieci  i 
młodzieży.  W  tym  wypadku  dla  każdego  okresu,  np.  wczesnego,  średniego, 
późnego  dzieciństwa,  okresu  chłopięcego,  wczesnej  młodości,  podaję  analizę 
całego  wachlarza  zadań  wychowawczych:  pod  względem  kształcenia 
moralnego,  naukowego,  artystycznego,  prawnego,  gospodarczego,  religijnego. 
Taki  sposób  przedstawienia  systemu  pedagogicznego  ma  swoje  zalety,  gdyż 
łączy się z bardziej konkretną i wszechstronną charakterystyką poszczególnych 
instytucji  wychowawczych:  przedszkola,  szkoły  początkowej,  szkoły  średniej, 
szkoły licealnej itd. Zastosowałem ten właśnie podział w swej ostatniej pracy 
pedagogicznej:  Struktura  i  treść  szkoły  współczesnej.  Zasady  nowej  dydaktyki 
(Nasza Księgarnia, 1947). [...] 
 

Analiza  zjawiska  wychowania  pozwoliła  nam  określić  zakres  studiów 

pedagogicznych. Każda z wyróżnionych przez nas warstw wychowania stanowi 
przedmiot badań osobnych grup nauk. Warstwa biologiczna wychowania, tzn. 
wychowanie jako pielęgnowanie i tresura, jest przedmiotem badania fizjologii i 
psychologii  wychowawczej,  których  studium  zakłada,  oczywiście,  znajomość 
biologii  ogólnej,  jak  również  ogólnej  fizjologii  i  psychologii.  Warstwa 
społeczna  wychowania,  tzn.  urabianie  jednostki  według  potrzeb  grupy 
społecznej,  stanowi  przedmiot  socjologii  wychowawczej,  której  studium 
zakłada  znajomość  socjologii  ogólnej.  Wreszcie  wychowanie  jako  proces 
duchowy,  tzn.  kształcenie,  jest  przedmiotem  pedagogiki  jako  filozofii 
stosowanej,  której  studium  zakłada  znajomość  podstawowych  zagadnień 
filozoficznych.  Do  wymienionych  dyscyplin  pedagogicznych  i  nauk  będących 
ich  bazą  teoretyczną  należy  jeszcze  dodać  wspomnianą  już  historię  doktryn 
pedagogicznych,  zakładającą  znajomość  historii  filozofii,  oraz  teorię 
organizacji 

instytucji 

wychowawczych 

(szkolnictwa, 

wychowania 

przedszkolnego i oświaty dorosłych). [...] 
 

Wiele  rozlicznych  nauk  składa  się  więc  na  studia  pedagogiczne. 

Obejmują  one  szeroki  wachlarz  dyscyplin  –  od  filozofii  do  statystyki,  od 
psychologii i socjologii do finansów szkolnictwa. W rozbudowanym wydziale 
czy  „studiu”  pedagogicznym  powinny  istnieć  następujące  katedry  lub  grupy 
katedr:  1)  fizjologii  wychowawczej  i  wychowania  fizycznego  oraz  higieny 
szkolnej, 2) psychologii wychowawczej razem z psychopatologią dziecka oraz 

pedagogiki  specjalnej,  3)  socjologii  wychowawczej  razem  z  pedagogią 
społeczną  (opieką  nad  dzieckiem),  4)  pedagogiki  w  ścisłym  sensie  (jako 
filozofii stosowanej) razem z metodykami różnych przedmiotów nauczania, tak 
naukowych  jak  artystycznych,  5)  historii  wychowania  obejmującej  historię 
instytucji  wychowawczych  i  doktryn  pedagogicznych,  6)  organizacji 
szkolnictwa  razem  z  administracją,  finansami  i  statystyką  szkolną.  Nie 
wymieniłem  takich  działów,  jak  oświata  dorosłych,  organizacja  szkolnictwa 
zawodowego, organizacja oświaty rolniczej lub organizacja wczasów. Chociaż 
działy  te  nie  stanowią  odosobnionych  teoretycznie  dyscyplin,  mogą  być  ze 
względów praktycznych wyodrębnione w osobne katedry czy docentury  – tak 
samo  zresztą  jak  pedagogika  specjalna,  metodyka  wychowania  muzycznego 
czy  metodyka  nauczania  języków,  bądź  też  takie  techniczne  dyscypliny,  jak 
radio  w  szkole,  film  w  szkole  itp.    W  powyższym  katalogu  katedr 
pedagogicznych  pominąłem  również  teoretyczne  nauki  będące  fundamentem 
dyscyplin pedagogicznych, gdyż przyszły pedagog będzie mógł studiować je na 
odpowiednim  wydziale:  fizjologię  ogólną  na  wydziale  przyrodniczym  lub 
lekarskim,  psychologię,  socjologię  i  dyscypliny  filozoficzne  (logikę  i  teorię 
poznania, historię filozofii) na wydziale humanistycznym.  
 

Jeżeli  pewne  minimum  wiedzy  z  wymienionych  dyscyplin  powinno 

być  wspólną  podstawą  każdego  pedagoga,  to  pogłębione  studia  możliwe  są, 
oczywiście,  tylko  w  jednym,  dwóch  z  wyżej  wymienionych  działów  studiów 
pedagogicznych. Wybór tych działów zależeć będzie od praktycznego zawodu, 
który  przyświeca  pedagogowi,  lub  od  teoretycznych  jego  zainteresowań, 
zwłaszcza dla tych, których ambicją jest praca naukowo-badawcza. [...] 
 

Studia  pedagogiczne,  powiedziałem,  dają  znajomość  doświadczenia 

wychowawczego  i  techniki,  która  niejednego  nauczyciela  może  uchronić  od 
zbytecznych eksperymentów i rozczarowań. Ale nie mniej ważna korzyść ich 
polega na tym, że stanowią one najlepszy środek od „zatrucia techniką”. Takie 
zatrucie  przejawia  się  w  uleganiu  rutynie  i  jest  ono  najgorszym  wrogiem 
nauczyciela. Mechanizuje bowiem jego pracę i zniekształca duchowy stosunek 
wychowawcy do wychowanków w stosunek przełożonego do poddanych, zaś z 
żywego  nosiciela  duchowych  wartości  czyni  stróża  porządku  i  programu. 
Dlatego też w żadnym innym zawodzie, oprócz może lekarskiego, nie zachodzi 
taka  potrzeba  okresowego  dokształcania  jak  w  zawodzie  nauczycielskim. 
Każdy  nauczyciel  powinien  po  5  latach  otrzymywać  krótszy,  a  po  10  latach 
roczny  płatny  urlop,  aby  odświeżyć  swój  umysł  w  atmosferze  studiów 
akademickich.  A  wśród  tych  studiów  niepoślednie  miejsce  zajmowałyby 
dyscypliny pedagogiczne.