background image

Mateusz Rodak 

 

O „Cyrku”, który nie był cyrkiem - rzecz o warszawskim międzywojennym 

domu noclegowym. 

1. 

 

W wydanej po II wojnie światowej pracy pt. „Warszawa”, jej autor, Jan S. Bystroń wspominał 

o  istnieniu  w  międzywojennej  Warszawie  trzech  domów  noclegowych,  czyli  miejsc  w  których 

schronienia, tylko na noc, szukać mogli ludzie pozbawieni dachu nad głową

1

. Instytucje te mieściły się 

na  ulicach  Jagiellońskiej  19,  Dzikiej  62  (od  1930  r., kiedy  zmieniono  numerację  ulicy:  Dzika  nr  4

2

oraz  Leszno  93  (dom  noclegowy  dla  kobiet).  Oczywiście  na  terenie  przedwojennej  Warszawy 

funkcjonowało  znacznie  więcej  miejsc  (przytułków,  schronisk,  osiedli  baraków),  w  których  mogli 

schronienia  szukać  jednak  przede  wszystkim  bezdomni  i  bezrobotni.  Dom  noclegowy  tym  różnił  się 

np. od przytułku, że pozostawał miejscem przechodnim, które z samego rana należało opuścić, po to, 

by na noc ewentualnie do niego powrócić. Jedyną funkcją domu noclegowego było więc zapewnienie 

schronienia  w  nocy,  czasem  wydawano  odpłatne  posiłki.  Poza  wymienionymi,  żadnych  więc  innych 

zadań  nie  spełniał.  Przynajmniej  takowych  nie  przewidywano.  Niemniej  jednak,  wbrew 

przeznaczeniu,  jakim  było  niesienie  doraźnej  pomocy  potrzebującym,  warszawskie  domy  noclegowe 

pełniły  przede  wszystkim  niechlubną  rolę  generatorów  kolejnych  członków  marginesu  społecznego. 

Kilka noclegów w takim miejscu nierzadko stanowiło moment, kiedy przekraczało się granicę między 

normalnością a społecznym wykluczeniem. Między innymi ten aspekt funkcjonowania wspomnianych 

placówek stanie się przedmiotem niniejszego tekstu. 

 

Warszawskie  noclegownie  międzywojenne  nie  doczekały  się  jak  dotąd  opracowania. 

Niniejszy tekst jest skromną próbą monografii jednego z nich, mieszczącego się w nieistniejących już 

dziś budynkach przy ul. Dzikiej. Otwartym pozostaje pytanie o sens pisania artykułów poświęconych 

tego  typu  miejscom.  Niemniej  jednak  instytucje  takie  pełniły  niezwykle  istotną,  najczęściej 

negatywną,  rolę  społeczną  i  już  z  tej  chociażby  racji  warte  są  zainteresowania.  Poza  tym  miejskie 

domy  noclegowe  stanowiły  i  stanowią  nieodłączny  element  przestrzeni  miejskiej.  Badanie  dziejów 

mechanizmów marginalizacji oraz szeroko rozumianego środowiska miejskiego, bez refleksji nad rolą 

miejskich  przytulisk,  noclegowni,  garkuchni,  schronisk  dla  bezdomnych  czy  domów  pracy 

przymusowej  mija  się  z  celem  i  pozostawia  wiele  niedopowiedzeń.  Warto  więc  przyjrzeć  się  temu 

niewielkiemu  skrawkowi  miejskiej  scenerii,  który  dla  wielu  ludzi  stał  się  bramą  do  społecznej 

degradacji. 

                                                             

1

 J. S. Bystroń, Warszawa, Warszawa 1949, s. 297. 

2

 Przyczyną  zmiany numeracji było skrócenie ul. Dzikiej. Część tej ulicy przemianowana została na ul. Zamenhoffa. Długa 

do tej pory ul. Dzika została skrócona o połowę.  

background image

Mateusz Rodak 

 

 

W  niniejszym  tekście,  chcąc  uniknąć  nieustannego  powtarzania  pojęcia  „dom  noclegowy” 

zamiennie  używać  będę  pojęć  „przytułek”,  „schronisko”  bądź  „noclegownia”.  Czytając  teks  należy 

jednak  pamiętać  o  rozróżnieniu,  które  przedstawiłem  wyżej.  Klasyczny  przytułek  np.  dla  starców 

zakładał pewną stabilność, trwałość. Dom noclegowy, w którym tylko część osób mieszkała dłużej niż 

jeden  dzień,  to  miejsce  pełne  nieustannego  ruchu,  ciągłych  zmian,  uniemożliwiających  stworzenie 

nawet pozorów normalności. 

W  związku  z  treścią  ustawy  o  ochronie  danych  osobowych,  publikowanie  danych  osób 

karanych,  bez  uzyskania  ich  zgody  (co  praktycznie  jest  niemożliwe  w  odniesieniu  do  kwestii  sprzed 

70  lat,  nawet  jeśli  żyją!)  jest  zabronione.  Aby  uniknąć  więc  kontrowersji  związanych  z  możliwością 

upowszechniania danych osobowych osób karanych, uznano, że podawane będą tylko inicjały imion i 

nazwisk (co bardzo utrudnia odbiór, ponieważ o narodowości często świadczy tylko nazwisko). Autor 

zdaje  sobie  sprawę,  że  może  spotkać  się  z  zarzutami  o  uprawianie  publicystyki  historycznej.  Biorąc 

jednak  pod  uwagę  fakt,  że  podawane  informacje  dotyczyły  czynów  mało  chwalebnych,  a  także 

kwestie prawne  związane z  ochroną danych  osób,  które były  karane, należy zachować anonimowość 

opisywanych  osób.  Zabieg  ten  nie  będzie  stosowany  jednak  w  stosunku  do  osób,  których  wizerunek 

został upubliczniony w międzywojennej prasie (dostęp do niej nie jest ograniczony, jak to ma miejsce 

w przypadku archiwaliów).  

2. 

Wśród  warszawskich  domów  noclegowych  najbardziej  znanym,  największym  i  owianym 

bardzo  złą  sławą  był  dom  przy  ul.  Dzikiej  zwany  potocznie  „Cyrkiem”.  Prawie  każdy,  kto  do  niego 

trafił, w zgodnej opinii, co było zresztą nadużyciem, skończyć miał jako zawodowy przestępca. Jeden 

z reportażystów „Kuriera Warszawskiego” tak, po wizycie w „Cyrku”, pisał o tych, którzy trafiali tam 

po  raz  pierwszy:  „Do  „Cyrku”  przychodzą  ludzie,  którzy  nie  stoczyli  się  jeszcze  na  dno  społeczne  i 

którzy  będąc  w  nędzy  i  nie  mając  gdzie  przenocować,  muszą  z  „pryczy”  korzystać.  Jednak  po  kilku 

tygodniach  stałego  noclegu  w  „Cyrku”  człowiek  taki  zupełnie  się  zmienia.  Pod  wpływem  otoczenia 

traci grunt pod nogami, następuje zanik uczuć moralnych, wstydu, poczucia obowiązku. Alkohol coraz 

bardziej  staje  się  główną  atrakcją  życia  nowego  „cyrkowca”,  niechęć  do  pracy,  lenistwo,  obojętność 

zastępują  dążenie  do  zarobkowania.  Tacy  nie  dają  się  już  uratować.”

3

.  Pojęcie  „cyrkowiec”  stało  się 

bardzo szybko  w  warszawskiej  gwarze synonimem łobuza, pijaka, złodzieja czy żebraka, a pieczątka 

zameldowania  „Dzika  62”,  umieszczona  w  dowodzie  negatywnie  stygmatyzowała  jego  właściciela. 

Mieszkaniec „Cyrku” uznawany był a priori  za potencjalnego przestępcę i próżno często poszukiwał 

pracy.  

                                                             

3

 Z przytułku noclegowego, Kurier Warszawski, 1929, nr 48, s. 5. 

background image

Mateusz Rodak 

 

Budynek  wybudowany  w  1895  r.  od  samego  początku  przeznaczony  był  na  schronisko  dla 

bezdomnych.  W  czasie  i  po  I  wojnie  światowej  pełnił  funkcję  schroniska  dla  reemigrantów 

powracających z Rosji.  W związku z powiększającą się  w Warszawie  liczbą bezdomnych  w 1923 r. 

powrócono  do  jego  pierwotnego  przeznaczenia  i  ponownie  uruchomiono  przy  ul.  Dzikiej  dom 

noclegowy.  Pierwotnie,  jak  donosiła  „Gazeta  Warszawska”,  miał  być  domem  noclegowym  dla 

warszawskich żebraków

4

. Szybko jednak zaczęli trafiać do niego nie tylko żebracy

5

.  

Po  remoncie,  który  trwał  od  3  do  15  września  1924  r.

6

  i  dostosowaniu  do  nowych  potrzeb, 

dom  przy  ul.  Dzikiej  nadal  pozostawał  drewnianym,  parterowym  budynkiem.  Składał  się  z  dwóch 

dużych  sal  (z  czasem  wydzielono  również  trzecią)  rozdzielonych  korytarzem.  Przed  salą  znajdującą 

się z lewej strony mieściła się niewielka jadalnia

7

. W salach mieszkańcy noclegowni spali na zbitych z 

desek  narach  (pojedynczych  i  podwójnych  tj.  piętrowych).  W  opisie  sal  czytamy:  „Nary  te 

poustawiane  są  jedna  przy  drugiej  i  tak  stoją  przy  każdej  ścianie,  przyczym  dwa  rzędy  jest  ich 

pośrodku w jednej z sal większych, w drugiej zaś sali sam środek jest pusty. Nary, podłoga poza tym 

nic  więcej.”

8

.  W  budynku  znajdowały  się  również  prowizoryczne  ustępy.  Na  przechodzących  obok 

domu ludziach sprawiał raczej dobre wrażenie. Jeden z dziennikarzy „Głosu Prawdy” pisał: „Cyrk ten 

z ulicy wygląda nawet nieźle. Obszerny, piętrowy budynek z ogródkiem, chociaż co prawda z kratami 

w oknach. Wewnątrz duże sale, oświetlone elektrycznością, pośrodku izb i wzdłuż ścian długie rzędy 

prycz,  ale  korytarze  i  wszystkie  przejścia  zapełnione  ogromnym,  hałaśliwym  jak  na  jarmarku 

tłumem.”

9

Kuchnię  na  Dzikiej  prowadzić  miał  w  połowie  lat  20  niejaki  Marian.  Posiłki  wydawano 

między  6  i  9  rano  oraz  między  6  a  10  wieczorem.  W  jadalni  można  było  kupić  za  15  -  20  groszy 

gorącą zupę, za 45 gr.  jarzynę z  mięsem, zaś za 8 gr. napić się  gorącej herbaty

10

. Z czasem sytuacja 

uległa  zmianie.  W  1928  r.  czytamy:  „dziś  kuchnia  została  przeniesiona  do  innego  pokoju  i  jest  pod 

innym  zarządem,  a  na  jej  miejscu  sprzedają  obecnie  kartki  na  zupę,  herbatę  i  chleb,  jak  również  i 

papierosy po normalnej cenie.”

11

. W związku z tym, że opiekę nad domem sprawował katolicki zakon, 

w  przytułku  mieściła  się  również  na  podwórzu  kaplica,  w  której  tłum  zbierał  się  przede  wszystkim 

wówczas kiedy wydawano w niej darmowe święcone w czasie świąt wielkanocnych

12

.  

                                                             

4

 Walka z żebractwem, Gazeta Warszawska, nr 270, 1923, s. 3. 

5

 J. Czempiński, Z dna nędzy, Kurier Warszawski, nr 50, 1925, s. 9. W „Kurierze Warszawskim” czytamy: „Czyż śpią w tym 

przytułku żebracy? Nie. Żebractwo rozwija się w Warszawie doskonale i daje bardzo dostatnie utrzymanie. Lokatorzy nocni 
schroniska przy ul. Dzikiej to ludzie z nizin. […] To przeważnie ludzie, którzy nie mają absolutnie nic do stracenia.” 

6

 Archiwum Państwowe m. st. Warszawy (dalej AP m. st. Warszawy), Komenda Policji Państwowej m. st. Warszawy (dalej 

KPP m. st. Warszawy), sygn. 12, Rozkazy Komendanta PP m. st. Warszawy od nr 1 do 297, 1924, s. 209 i 220. 

7

 T. Jordan, W otchłani niedoli ludzkiej i nędzy. Tajemnica domu noclegowego przy ul. Dzikiej nr 62, Warszawa 1928, s. 4. 

8

 Tamże. 

9

 Ruthenus, W „Cyrku” na Dzikiej, Na dnie nędzy i upadku, Głos Prawdy, nr 138, 1926, s. 4. 

10

.T. Jordan, W otchłani niedoli…, s. 4. 

11

 Tamże. 

12

 A. Matoga - Ferus, W cyrku --- na święconym, Kurier Warszawski, nr 124, 1933, s. 9. 

background image

Mateusz Rodak 

 

Mieszkańcy  „Cyrku”  posiadający  gotówkę  mogli  deponować  swoje  oszczędności.  W  pokoju 

zarządcy  domu  noclegowego  „w  wielkiej,  brunatnej  szafie  stoją  w  szeregach  puste  pudełka  z 

papierosów.  Każde  z  numerem  porządkowym  lokatora  kryje  po  kilka,  kilkanaście,  a  nawet 

kilkadziesiąt  złotych”

13

.  Według  jednego  z  dziennikarzy  zwiedzających  przytułek,  wielu  z 

mieszkańców  Dzikiej  przechowywało  tam  spore  sumy  pieniędzy.  W  jednym  z  pudełek,  ów 

dziennikarz, widzieć miał książeczkę PKO na sumę 800 zł. Jak pisał: „to na „wypłat gruntu” odłożył 

chłop, który zarabia po piekarniach i na przystaniach wiślanych noszeniem worków”

14

Domami noclegowymi na Dzikiej oraz Jagiellońskiej opiekowali się bracia Albertyni, którym 

ta  niewdzięczna  misja  powierzona  została  przez  warszawski  magistrat  w  styczniu  1924  r.  Magistrat 

brał na siebie odpowiedzialność za utrzymywanie osób korzystających z noclegowni, których nie było 

stać  na  uiszczenie  drobnej  opłaty  (10  gr.).  Wydział  Opieki  Społecznej  zwracać  miał  zakonnikom  za 

każdego  bezdomnego  20  gr.  Suma  ta  pokrywać  miała  jeden  nocleg.  Jednocześnie  władze  miejskie 

„obowiązane  były  pokrywać  wszystkie  wydatki  związane  z  utrzymaniem  domów  noclegowych”

15

.  Z 

drugiej jednak strony wydział Opieki Społecznej, poprzez jednego ze swoich urzędników, miał prawo 

kontrolować  działalność obydwu  domów  noclegowych. Z czasem  okazało się, że  dość zachowawcze 

poglądy  zakonników  uniemożliwiały  celowe  i  skuteczne  gospodarowanie  noclegownią  na  Dzikiej. 

Stąd  już  w  1927  r.  miasto  planowało  utworzenie  własnego,  w  pełni  zależnego  od  Magistratu,  domu 

noclegowego na ul. Młynarskiej

16

. Ambitne plany zahamował jednak kryzys.  

Warto  w  tym  momencie  zaznaczyć,  że  choć  schroniskiem  opiekował  się  katolicki  zakon, 

nocowali w nim zarówno chrześcijanie jak i Żydzi. Nędza, bezdomność, bezrobocie dotykało jednych 

jak  i  drugich.  Każdy  więc,  komu  udało  się  do  noclegowni  dostać,  miał  prawo  korzystać  z  jej 

„gościnności”.  

Zaniepokojeni  zainteresowaniem  władz  miejskich  Albertyni  postanowili  w  1929  r. 

przeprowadzić  w  „Cyrku”  reformy.  Zdecydowano,  zdając  sobie  sprawę  z  bardzo  złej  kondycji 

moralnej  wielu  ze  stałych  bywalców  domu,  że  nowo  przybyli  będą  umieszczani  w  oddzielnym, 

mającym zostać wybudowanym, budynku noclegowym. Pomysłowe założenia pozostały jednak tylko 

w  sferze  planów

17

.  Z  każdym  rokiem  opiekunom  domu  przy  Dzikiej  coraz  trudniej  przychodziło 

zaspakajanie  potrzeb  rosnącej  lawinowo  rzeszy  bezdomnych  i  bezrobotnych,  którzy  trafiali  do 

noclegowni,  szczególnie  że  schronienia  w  „Cyrku”  szukali  ludzie,  których  zwykło  się  wówczas 

nazywać  „mętami  społecznymi”  czy  „wykolejeńcami”.  Stąd  nieustanne  apele  do  władz  miejskich  o 

pomoc  finansową  i  nawoływanie  do  budowy  kolejnych  noclegowni.  Między  innymi  w  1932  r. 

                                                             

13

 Tamże, s. 10. 

14

 Tamże. 

15

 Miejskie domy noclegowe, Kronika Warszawy, nr 11, 1924, s. 15. 

16

 Czy stanie w stolicy nowy dom noclegowy, Głos Prawdy, nr 230, 1927, s. 6. 

17

 Z przytułku noclegowego, Kurier Warszawski, nr 48, 1929, s. 5. 

background image

Mateusz Rodak 

 

Albertyni  w  memoriale  do  magistratu  wzywali  ten  do  natychmiastowego  urządzenia  kilku  nowych 

domów noclegowych, szczególnie na Woli i Mokotowie

18

.  

Przez  cały  więc  okres  funkcjonowania  noclegowni  dla  trzech  zaledwie  zakonników 

opiekujących  się  pensjonariuszami  domu  na  Dzikiej  największym  problemem  pozostawało 

permanentne  przepełnienie,  i  to  nie  tylko  w  okresie  zimowym.  Już  w  początkach  istnienia  domu 

okazało  się,  że  ilość  miejsc  (około  100)  była  zupełnie  niewystarczająca

19

.  Jeszcze  w  1924  r.,  dzięki 

funduszom  przeznaczonym  przez  wydział  Opieki  Społecznej  warszawskiego  Magistratu, 

przeprowadzono  w  „Cyrku”  remont.  Jednocześnie  zmodernizowano  budynek  poprzez  dobudowanie 

jednego  skrzydła,  dzięki  czemu  w  noclegowi  mogło,  według  jednego  ze  stołecznych  dzienników, 

nocować jednocześnie prawie 400 osób

20

. Liczba ta była grubo przesadzona. Wielokrotnie później  w 

warszawskiej prasie podkreślano, że  dom  na Dzikiej był  w stanie pomieścić  około 150  do 200 osób. 

Pomimo  przebudowy,  już  w  pierwszym  roku  funkcjonowania  placówki  (1924  r.)  w  „Robotniku” 

pisano,  że  nowo  powstały  przytułek  mogący  pomieścić  około  150  osób  przyjmuje  ich  cztery  razy 

tyle

21

. Rok później, w tych samych warunkach, nierzadko w zimowe noce, przebywać miało około 900 

osób, czyli sześć razy więcej niż przytułek  mógł pomieścić

22

. W czasie  największych  mrozów, kiedy 

noclegownia  „pękała  w  szwach”  i  „gdy  już  zajęte  są  wszystkie  izby  i  korytarze,  tak,  iż  o  przejściu 

przez pokotem leżące zwarto obok siebie ciała ludzkie niepodobna pomyśleć, pozostaje jeszcze 150 – 

200 osób, które śpią, stojąc, czyli tworząc żywą kolumnę istot, opierających się jeden o drugiego.”

23

Teoretycznie  obowiązywały  przepisy  zakazujące  wpuszczania  do  przytułku  osób  ponad  miarę. 

Pozostawały  one  jednak  pobożnym  życzeniem.  Trzech  zakonników  i  jeden,  rzadko  odwiedzający 

dom,  posterunkowy  z  piątego  komisariatu  nie  było  w  stanie  zatrzymać  napierającego,  agresywnego 

tłumu  zziębniętych,  głodnych  i  gotowych  na  wszystko  mężczyzn,  w  większości  recydywistów, 

pijaków czy żebraków

24

. W 1927 r. Iza Moszczeńska z „Kuriera Warszawskiego” podawał, że średnio 

w „Cyrku”  mieszkać  miało zimą  około 850  osób,  latem zaś  około 550

25

. Podobnie  np. w listopadzie 

1930 r. średnio  dziennie  nocować  miało  około 820  osób (dla porównania na Jagiellońskiej  nocowało 

około 280  osób, przy 150  miejscach  noclegowych) 

26

. Przypuszczać tylko  można, że  w latach 30,  do 

momentu  kiedy  otworzono  dom  dla  żebraków  przy  ul.  Przebieg  3,  sytuacja  w  „Cyrku”  nie  uległa 

zmianie. Wręcz przeciwnie wraz z pogłębiającym się kryzysem ekonomicznym lokatorów Dzikiej 62 

z każdym rokiem zapewne przybywało.   

                                                             

18

 Domy noclegowe, Kurier Warszawski, nr 325, 1932, s. 4. 

19

 Nowe przytułki, Robotnik, nr 62, 1924, s. 4. 

20

 Rozszerzenie przytułku noclegowego, Kronika Warszawy, nr 10, 1924, s. 15.  

21

 Przytułek noclegowy przy ul. Dzikiej, Robotnik, nr 277, 1924, s. 6. 

22

 J. Czempiński, Z dna…, s. 9. 

23

 Tamże. 

24

 Dom noclegowy przy ul. Dzikiej, Robotnik, nr 54, 1925, s. 4. 

25

 I. Moszczeńska, Dno nędzy, Kurier Warszawski, nr 319, 1927, s. 15. 

26

 Przepełnienie w miejskich domach noclegowych, Gazeta Polska, nr 341, 1930, s. 8 

background image

Mateusz Rodak 

 

W  takiej  sytuacji,  co  jakiś  czas,  pojawiały  się  więc  kolejne  pomysły,  obok  planów  budowy 

nowych  schronisk,  powiększenia  przestrzeni  na  której  można  byłoby  pomieścić  nocujących.  Między 

innymi  w  sierpniu  1927  r.  przeprowadzono  na  Dzikiej  62  inspekcję  techniczną.  Wnioski  z  inspekcji 

były  następujące  „na  razie  należałoby  w  obecnych  domach  usunąć  istniejące  piece  do  ogrzewania, 

zajmujące  dużo  miejsca,  zaprowadzić  ogrzewania  centralne,  urządzić  należytą  wentylację  i 

zastosować  prycze  w  3  lub  4  kondygnacjach”

27

.  Dodatkowo  główna  komisja  sanitarna  wydziału 

zdrowia  stołecznego  Magistratu  doszła  do  wniosku,  że  uwzględniając  wysokość  pomieszczeń  domu 

(5,5 m.)  można było pokusić się o  dobudowanie  kolejnego piętra. Jak pokazała przyszłość  dom przy 

Dzikiej nie został poddany żadnym działaniom modernizacyjnym do wybuchu wojny w 1939 r.  

W  przepełnionym  ponad  miarę  budynku  panował  potworny  zaduch  i  smród  niemytych  ciał. 

Kilka toalet i brak łazienek nie sprzyjało poprawie atmosfery. T. Jordan pisał przerażony: „Ach co za 

Gehenna!  Piekło  Dantejskie!  A  ten  fetor  nieznośny,  ten  straszny  zaduch,  którym  oddychać  wprost 

niepodobna.  Oto  jest  obraz,  oto  tajemnica  domu  noclegowego!”

28

.  Przychodzący  co  wieczór  do 

noclegowni  mężczyźni,  w  ubraniach,  które  nosili  na  co  dzień,  bez  żadnej  toalety,  kładli  się  spać.  Ze 

specyficznym sposobem dbania o czystość, spotkał się jeden z dziennikarzy w domu noclegowym na 

Jagiellońskiej.  Z  dużą  dozą  prawdopodobieństwa  przyjąć  można,  że  podobne  praktyki  stosowano 

także na Dzikiej. Późnym  wieczorem: „Cicho skrzypnęły  drzwi. To wszedł jakiś zapóźniony lokator. 

Przed  snem  robi  jeszcze  przy  wpadającym  przez  okno  świetle  latarni  wieczorną  toaletę.  Co  chwilę 

słychać trzask rozgniatanego między paznokciami robactwa.”

29

.  

Odnieść  można  wrażenie,  że  pasywność  władz  miejskich,  jak  i  zakonników,  w  działaniach 

zmierzających  do  ewentualnej  modernizacji  „Cyrku”  była  zamierzona.  Stołeczny  Magistrat 

nieustannie planował  wybudowanie  nowego  domu  noclegowego,  Albertyni zaś zdecydowanie  więcej 

uwagi  poświęcali  drugiemu  domowi  noclegowemu  na  Jagiellońskiej,  który  w  powszechnej  opinii 

uchodził  za  lepszy  i  przeznaczony  dla  inteligencji  (co  zresztą  nie  było  prawdą).  Nocleg  na 

Jagiellońskiej nie był traktowany jako ostateczna społeczna degradacja. Dopiero meldunek w „Cyrku” 

oznaczał pełne społeczne  wykluczenie. Już same tytuły artykułów poświęconych  domowi  na Dzikiej 

jasno  wskazywały  miejsce  tej  instytucji  w  społecznej  przestrzeni  -  „Cyrk”  miał  być  „dnem  nędzy  i 

upadku”,  „otchłanią  nędzy”,  skupiskiem  „największej  nędzy”  czy  znów  „otchłanią  niedoli  ludzkiej”. 

Niemniej  jednak  trafiający  do  „giganta”  (określenie  domu  noclegowego  na  Jagiellońskiej)  mieli 

ogromne szanse stać się w przyszłości „cyrkowcami”. Stanisław Szpotański tak pisał o mieszkańcach 

Jagiellońskiej:  „Wielu  z  tych  ludzi  zawędruje  do  „Cyrku”,  nie  dlatego,  że  tam  o  grosz  taniej,  ale 

dlatego,  że  gdy  ubranie  z  nich  spadnie,  nie  będą  chcieli  pokazywać  się  w  łachach  wśród  ludzi, 

                                                             

27

 Dla bezdomnych, Kurier Warszawski, nr 212, 1927, s. 4. 

28

 T. Jordan, W otchłani niedoli…, s. 8. 

29

 A. Matoga - Ferus, Noc w „gigancie”, Kurier Warszawski, nr 353, 1932, s. 9. 

background image

Mateusz Rodak 

 

niezupełnie jeszcze obdartych. Na tych ostatnich schodach nędzy społecznej z niesłychaną szybkością 

odbywa się spadanie z jednego szczebla na drugi.”

30

.  

Dom  na  Dzikiej  wiecznie  pełnił  rolę  rozwiązania  tymczasowego,  które  z  czasem  zastąpione 

miałoby  zostać  nowoczesną  placówką.  Tymczasowość  tej  instytucji  wpływała  na  jakość  udzielanej 

tam  pomocy.  Przebywającymi  w  noclegowni  ludźmi  praktycznie  nikt  się  nie  zajmował,  a  pracujący 

tam zakonnicy, pomimo najszczerszych chęci, nie byli w stanie opanować trwającej sytuacji. Skazani 

na siebie, często odrzucający udzielaną im pomoc, mieszkańcy „Cyrku”, stworzyli w domu na Dzikiej 

zamknięte,  rządzące  się  swoimi  prawami,  środowisko.  Felietonista  „Głosu  Prawdy”  pisał:  „Cyrk  na 

Dzikiej  jest  niezaprzeczalnie  państwem  w  państwie,  posiada  on  bowiem  własną  ludność,  własną 

kulturę,  odrębny  język,  ma  nawet  swe  klasy  społeczne  i  szczeble  hierarchiczne”

31

.  Znaczna  część 

opinii  społecznej,  karmiona  przerażającymi  reportażami  z  domu  noclegowego,  uważała,  że  ludzie  ci 

najzupełniej w świecie nie zasługują na żadną pomoc ze strony społeczeństwa i pozostawieni powinni 

być  sami  sobie,  w  ostateczności  wtrąceni  do  więzienia  lub  wywiezieni  ze  stolicy.  O  nich  to  właśnie 

traktuje kolejny rozdział. 

3. 

W  „Cyrku”,  co  naturalne,  nocowali  przede  wszystkim  bezdomni,  zazwyczaj  jednocześnie 

bezrobotni,  mężczyźni.  Najczęściej  byli  to  robotnicy,  rzadziej  trafiali  tam  przedstawiciele  innych 

zawodów.  Tak  I.  Moszczeńska  charakteryzowała  społeczność  noclegowni:  „Są  tam  i  ludzie,  którzy 

mają  pracę,  lecz  dachu  nad  głową  nie  mają.  Inni  nie  mają  ani  jednego,  ani  drugiego.  Większość 

stanowią  robotnicy,  ale  są  i  rzemieślnicy,  handlarze  i  pracownicy  umysłowi.  Prawie  10%  są  ludźmi 

„bez  określonego  zajęcia”,  to  ci  co  o  swem  zajęciu  milczeć  wolą”

32

.  Z  reguły  Dzika  62  bywała 

przystanią dla ludzi uzależnionych od alkoholu. Biorąc pod uwagę głosy ówczesnej prasy i policyjne 

doniesienia,  alkoholicy  stanowić  mieli  zdecydowaną  większość  wśród  pensjonariuszy  noclegowni. 

Dużą  grupę  stanowili  żebracy,  zarówno  zawodowi  jak  i  ludzie  do  żebraniny  zmuszeni  tragicznymi 

warunkami socjalnymi. Spotkać w „Cyrku” można było również osoby chore psychicznie. W 1933 r. 

zwiedzający  przytułek  dziennikarz  „Kuriera  Warszawskiego”  pisał,  że  w  przytułku  „jest  przeszło 

dwudziestu  chorych  umysłowo  lub  na  zanik  nerwów.  Są  też  niedorozwinięci,  pół  idioci”

33

.  W  tym 

zróżnicowanym  środowisku  nie  brakowało  oczywiście,  często  ukrywających  się  w  „Cyrku”, 

przestępców. To oni stanowili tzw. „cyrkową” arystokrację. O nich to właśnie pisał Czempiński: „Za 

grosze zdobyte osobnicy ci kupują wódkę i idą z nią do swego przytułku. Do tego, jaki im daje rząd, 

miasto,  społeczeństwo.  Tam  piją  i  grają  w  karty.  Ludzi  uczciwszych,  nędzarzy  istotnych  wypędzają 

                                                             

30

 S. Szpotański, Domy noclegowe, Kurier Warszawski, nr 225, 1931, s. 6. 

31

 Ruthenus, W „Cyrku”…, s. 4. 

32

 I. Moszczeńska, Dno nędzy…, s. 15. 

33

 A. M. Matoga - Ferus, W cyrku…, s. 10. 

background image

Mateusz Rodak 

 

groźbą noża lub uduszeniem.”

34

. Generalnie więc, dom przy Dzikiej 62, był miejscem w którym obok 

zagubionych i przerażonych bezrobociem i bezdomnością ludzi pracy spotkać można było żebraków, 

złodziei, alfonsów, szulerów i nałogowych pijaków. Bez względu jednak z jakich przyczyn konkretne 

osoby trafiały do noclegowni, wszyscy, o czym już była mowa, traktowani przez opinię społeczną byli 

jednakowo.  

Warszawska  prasa,  a  wraz  z  nią  zdecydowana  większość  mieszkańców  stolicy,  miała 

jednoznaczną opinię o mieszkańcach „Cyrku” - „cyrkowcy” bezrefleksyjnie uważani byli za złodziei, 

alkoholików,  kryminalistów  (potwierdzały  to  niestety  policyjne  raporty),  żebraków,  męty, 

wykolejeńców,  margines. Felietonista „Kuriera Warszawskiego” J. Czempiński pisał o  mieszkańcach 

„Cyrku”  -  „byli  ludzie”

35

.  Gdzie  indziej  używając  zdecydowanie  mocniejszych  sformułowań  tak 

opisywał  czytelnikom  dziennika  mieszkańców  noclegowni  na  Dzikiej:  „Większość  –  jak  nam 

objaśniają ci, którzy ludzi tych często widują – to osobniki zwyrodniałe, męty społeczne i szumowiny, 

drwiące  z pracy zarobkowej. Robią oni  wrażenie zwierząt, w formy  ludzkie  obleczonych. Gotowi są 

na wszystko. Gotowi będą mordować, rabować, palić!”

36

. Podobnie T. Jordan, który swoje wrażenia z 

noclegowni  opisał  w  krótkiej  broszurce,  pisał:  „To  byli  ludzie  –  [to]  są  zredukowani  urzędnicy, 

wojskowi różnej rangi aż do generała włącznie, jest sędzia śledczy, różni adwokaci, dalej lekarze, byli 

obszarnicy,  inżynierowie,  artyści  i  inni.  Ze  średnich  klas  społecznych,  rzemieślnicy,  kupcy  prości 

robotnicy  i  aż  do  ostatnich  nizin,  alfonsi,  złodzieje,  bandyci,  idioci,  jak  też  i  ludzie  nieszczęśliwie 

nieumiejący pracować, przeważnie kalecy.”

37

. Wszystkich ich, jak pisał Jordan, połączyć miała miłość 

do  alkoholu.  Kiedy  indziej,  zwiedzający  noclegownię  dziennikarz,  przestępując  próg  domu  liczył  na 

spotkanie  prawdziwej  nędzy.  Rozczarowany  pisał:  „Omyliłem  się.  Można  tu  bowiem  obserwować 

tylko życie mętów społecznych. […] Prawdziwych bezrobotnych na Dzikiej jest niewielu. Większość 

stale  pracuje  w  pocie  czoła.  Połowę  z  nich  jako  przestępców  zawodowych  znają  rejestry  policyjne. 

Doliniarze, złodzieje kieszonkowi, kanciarze, szulerzy – cała wiązanka zawodów. Jest to arystokracja 

Cyrku, jego tubylcy, a niekiedy wychowankowie”

38

.  

W  reportażach  z  „Cyrku”  wielokrotnie  powtarzano,  że,  choć  dom  przeznaczony  był  dla 

każdego,  kto  na  noc  poszukiwał  dachu  nad  głową,  rządziła  w  nim  stała  grupa  bywalców,  która 

dokonywała  selekcji  wśród  przybywających.  Nocujący  po  raz  pierwszy,  niezorientowani  w 

niepisanych  zasadach  współżycia  „cyrkowego”  mężczyźni,  byli  bici,  okradani,  oszukiwani,  w 

najlepszym razie przepędzani. Najniższą kategorię w „cyrkowej” społeczności stanowili nowoprzybyli 

bezrobotni. O nowicjuszach pisano: „wszystko jest tu tak urządzone, że człowiek zapędzony na Dziką 

nędzą  i  nieszczęściem  wypłynąć  na  powierzchnie  już  nie  może.  […]  Wyraz  „pan”  w  stosunku  do 
                                                             

34

 J. Czempiński, Z dna nędzy…, s. 9. 

35

 J. Czempiński, Z dna …, s. 9. 

36

 Tamże. 

37

 T. Jordan, W otchłani…, s. 8. 

38

 Ruthenus, W „Cyrku”…, s. 4. 

background image

Mateusz Rodak 

 

niego  nie  istnieje.  Gdziekolwiek się położy, choćby  w najbrudniejszym zakątku pod pryczą, zajmuje 

on tam już czyjeś miejsce i w nocy podrywa go kopnięcie nogi.”

39

. Spędziwszy kilka tygodni w takich 

warunkach, pisał dziennikarz, po bezowocnych próbach znalezienia pracy, konfrontacji swojego życia 

z tym jakie prowadziła arystokracja „cyrkowa” „[…] człowiek ginie. Za pół roku już go nie poznacie. 

Sam  staje  się  „arystokratą”  i  nazwisko  jego  coraz  częściej  upiększa  kronikę  wypadków 

kryminalnych”

40

.  Najbardziej  ubolewano  nad  losem  trafiających  do  domów  noclegowych 

bezrobotnych  przedstawicieli  inteligencji.  Pozbawieni  umiejętności,  które  mogłyby  pomóc  im  w 

znalezieniu fizycznej pracy, zazwyczaj znacznie szybciej staczali się na dno. Dodatkowo szczególnie 

mocno  odczuwali społeczne odrzucenie,  jakie było  konsekwencją  meldunku  na Dzikiej. W jednym  z 

artykułów poświęconych noclegowni na Dzikiej czytamy: „Niezmiernie trudne jest wyszukanie dla tej 

kategorii  pensjonariuszy  [tj.  umysłowo  pracujących]  jakiegokolwiek  zajęcia.  Ludzie  uczciwi 

poszukujący  pracy,  traktowani  są  często  jako  wyrzutki  społeczeństwa,  wskutek  czego  częstokroć 

wykolejają  się,  istotnie  powiększając  kadry  kategorii  „e”  [bez  określonego  zawodu]  mieszkańców 

schronisk”

41

Jedną  z  licznie  reprezentowanych  grup  „zawodowych”  stanowili  żebracy,  dla  których  Dzika 

62  była  stałym  schronieniem.  T.  Jordan  tak  pisał  o  żebrakach  z  „Cyrku”:  „różni  kalecy,  beznodzy, 

niewidomi,  czy  też  w  pół  idioci,  ta  ostatnia  nędza  do  żebraniny  jest  już  przyzwyczajona,  to  jest  ich 

fach stały i tak pozostanie”

42

 Do momentu uruchomienia domu dla żebraków przy ul. Przebieg 3 wielu 

stołecznych żebraków, którzy wpadali w ręce policji, korzystała z noclegowni na Dzikiej. W styczniu 

1925  r.  w  jednym  z  podmiejskich  pociągów  zatrzymano  M.  Sz.,  szesnastoletniego  żydowskiego 

żebraka bez prawej  nogi, który zeznał  „trudnię się żebraniną po pociągach, trudnię się tym 3 ci rok. 

Wiem  o  tym,  że  w  pociągach  nie  wolno  żebrać,  lecz  nie  mam  za  co  żyć.”

43

.  Adres  zameldowania 

podał  Dzika  62,  lecz  poszukujący  go  dla  wykonania  wyroku  sąd,  w  przytułku,  skazanego  na  jeden 

dzień  aresztu  Sz.,  nie  odnalazł.  Ten  bowiem  w  maju  1925  r.  wymeldował  się  z  noclegowni

44

Ponownie  M.  Sz.  schwytany  na  żebraninie  został  niecały  rok  później  w  marcu  1926  r.  Znów  jako 

miejsce zameldowania podał Dzika 62, ponownie już go tam nie odnaleziono

45

.  

Żebraków  z  „Cyrku”  można  było  spotkać  w  całej  Warszawie.  Na  jesieni  1926  r.  na  pl. 

Krasińskich  żebrak  Stefan  Zbroja,  zameldowany  na  Dzikiej  62  „włożył  na  głowę  dużą  menaszkę  i 

uzbrojony  w  sękaty  kij,  domagał  się  od  przechodniów  w  natarczywy  sposób  jałmużny”

46

                                                             

39

 Ruthenus, W „Cyrku” na Dzikiej, Na dnie nędzy i upadku, Głos Prawdy, nr 139, 1926, s. 4. 

40

 Tamże. 

41

 Walka z najgorszą nędzą. Odwiedziny u braci Albertynów, Gazeta Warszawska Poranna, nr 293, 1927, s. 6. 

42

 T. Jordan, W otchłani…, s. 6. 

43

 AP m. st. Warszawy odział w Otwocku (dalej AP m. st. Warszawy o. Otwock), Sąd Pokoju w Otwocku (dalej SPO), Akta 

w sprawie…, sygn. 13354, s. 1. 

44

 Tamże, s. 3. 

45

 AP m. st. Warszawy o. Otwock, SPO, Akta w sprawie…, sygn. 16179. 

46

 Nowy sposób zbierania jałmużny, Kurier Warszawski, nr 284, 1926, s. 4. 

background image

Mateusz Rodak 

10 

 

Powszechnym procederem wśród bywalców noclegowni na Dzikiej było symulowanie żebractwa. Co 

zresztą  problemem  nie  było,  już  bowiem  sam  fakt  meldunku  w  „Cyrku”  traktowany  był  na  równi  z 

uprawianiem  żebractwa.  W  styczniu  1926  r.  na  rogu  Krakowskiego  Przedmieścia  i  Królewskiej 

przodownik I komisariatu nazwiskiem Łukawski aresztował żebraka. Jeden ze stołecznych dzienników 

relacjonował:  „Po  przyprowadzeniu  do  komisariatu,  w  czasie  osobistej  rewizji  stwierdzono,  że 

aresztowany żebrak 22 letni Józef Mikołajczyk (Dzika 62) jest symulantem, gdyż w celu wzbudzania 

większej litości udawał, iż jest kaleką bez lewej ręki. Tymczasem okazało się, że Mikołajczyk rękaw 

od palta ma spięty agrafkami, zaś ręka była przywiązana sznurkiem do brzucha. Symulanta osadzono 

w areszcie.”

47

. Tego samego dnia złapano złodzieja, podszywającego się pod żebraka chodzącego pod 

domach,  który  usiłował  okraść  mieszkanie  w  al.  Jerozolimskich.  Również  zameldowany  był  na 

Dzikiej

48

.  

Niezmiennie  widok  setek  nocujących  na  Dzikiej  nędzarzy,  przede  wszystkim  właśnie 

żebraków,  robił  wrażenie  na  odwiedzających  noclegownie  dziennikarzach.  Dość  sugestywny  obraz 

przybywających co wieczór do przytułku ludzi dał w jednym z reportaży Stanisław Szpotański, pisał: 

„Wchodzą po jednemu, po dwóch, po trzech. Przy otwartym okienku kładą po pięć groszy i udają się 

na  noclegowe  sale.  Ciągną  koło  okienka  długą  sienią,  starzy  i  młodzi,  obdarci  i  zabrudzeni.  Patos 

łachmanów!  Rzadko  przesunie  się  ktoś,  kto  ma  na  sobie  całe  ubranie.  Choć  są  i  tacy.  Ludzie  ci  są 

śmiertelnie  znużeni”

49

.  Szczegółowe  opisy  mieszkańców  domu  na  Dzikiej,  ich  ubrań,  fizjonomii, 

zachowań,  gestów,  mowy  uświadamiać  miały  czytelnikom  miejsce  i  role  społeczną,  którą 

przychodziło  ludziom  „Cyrku”  w  społeczeństwie  pełnić.  Brud,  fetor,  łachmany,  żółć  skóry,  puste 

spojrzenia, apatia - to najczęściej pojawiające się określenia. Znakiem rozpoznawczym zdecydowanej 

większości  osób  nocujących  w  domu  na  Dzikiej  było  zniszczone  ubranie.  Nie  tylko  żebracy,  ale  i 

drobni złodzieje, chorzy umysłowo, zdegradowani robotnicy, wszyscy niemalże mieszkańcy „Cyrku” 

nie  zwykli  byli  przywiązywać  szczególnej  uwagi  do  swojego  wyglądu.  Tak,  reportażysta  „Kuriera 

Warszawskiego” opisywał stojących w kolejce po święcone na Wielkanoc bywalców noclegowni: „Co 

najmniej połowa bez koszul. Wystarcza złachmaniona kamizelka lub rzadziej taki sam sweter wprost 

na gołym grzbiecie. Większość bez płaszczy, tylko w ubraniach lub raczej w łachmanach, które kiedyś 

tak  nazywano.  Stopy  w  szmatach  powiązanych  sznurkami.  Niektórzy  w  starych  pantoflach  lub 

śniegowcach,  oczywiście  bez  bucików.  Kilku  innym  przeświecają  bose  stopy  z  dziurawych 

tenisowych  pantofli”

50

.  Całość  dopełniać  miały  bardzo  zły  stan  fizyczny  pensjonariuszy, 

spowodowany  nie  tylko  głodem  i  wyziębieniem,  ale  przede  wszystkim  powszechnym  w  „Cyrku” 

alkoholizmem.  Jeden  z  odwiedzających  noclegownię  dziennikarzy  stwierdzał,  że  spotykało  się  tam 

uzależnione od alkoholu dwa pokolenia, ojców jak i synów. Do problemu powrócę.      
                                                             

47

 Uzdrowienie kaleki, Gazeta Warszawska Poranna, nr 2, 1926, s. 6. 

48

 Złodziej w roli żebraka, Gazeta Warszawska Poranna, nr 3, 1926, s. 8.  

49

 St. Szpotański, Domy noclegowe, Kurier Warszawski, nr 225, 1931, s. 6. 

50

 A. M. Matoga - Ferus, W cyrku…, s. 9. 

background image

Mateusz Rodak 

11 

 

Ważne  miejsce  w  dyskursie  o  „Cyrku”  zajmował  wątek  poświęcony  grupie,  wcale  nie 

najliczniejszej,  „cyrkowym”  kryminalistom.  Tamtejszej  „arystokracji”.  Obliczano,  że  „element” 

przestępczy  stanowił  około  10  -  15%  wszystkich  mieszkańców  schroniska

51

.  Niemniej  jednak, 

pomimo  tego  że  stanowili  mniejszość,  to  oni  właśnie,  przez  swoją  brutalność  i  fakt  dysponowania 

kradzioną  gotówką  wiedli  prym  w  przytułkowych  salach,  terroryzując  pozostałych  mieszkańców

52

Wielu z nich, celowo - chcąc uniknąć kontaktów z policją - choć często nocowało na Dzikiej w ogóle 

się  tam  nie  meldowało.  Niemniej  jednak  o  tym,  że  dom  noclegowy  na  Dzikiej  był  miejscem 

schronienia  dla  wielu  przestępców,  świadczyć  mogą  często  organizowane  tam  policyjne  naloty. 

Między  innymi  w  nocy  z  7  na  8  stycznia  1936  r.  dokonano  obławy  na  terenie  schroniska  przy  ul. 

Dzikiej,  w  czasie  której  zatrzymano  57  podejrzanych

53

.  W  kwietniu  tego  samego  roku  zatrzymała 

policja  278  osób  do  sprawdzenia  (około  1/3  wszystkich  nocujących!)

54

.  W  styczniu  1938  r.  obławę 

przeprowadzono  na terenie Dworców Głównego, Wschodniego  i Wileńskiego  oraz w przytułkach ul. 

Dzika 4 i Jagiellońska 19. Zatrzymano 101 osób podejrzanych w tym 4 osoby poszukiwane

55

. W 1937 

r.  obławę  w  noclegowni  na  Dzikiej  4  przeprowadzono  w  nocy  z  21  na  22  grudnia,  tym  razem 

zatrzymano  147  osób

56

.  Dwa  miesiące  później,  w  lutym  1938  r.,  z  udziałem  dwóch  oficerów,  32 

wywiadowców  oraz  76  policjantów  w  czasie  obławy  zatrzymano  69  podejrzanych

57

.  Ostatnią 

zarejestrowaną przez policję obławę na Dzikiej 4 przeprowadzono w nocy z 25 na 26 stycznia 1939 r. 

Zatrzymano wówczas, łącznie z przytrzymanymi na Jagiellońskiej, dworcach: Głównym, Wschodnim 

i Wileńskim, 101 osób w tym 4 poszukiwane listami gończymi

58

.  

Obydwa  więc  domy  noclegowe,  podobnie  jak  i  dworce,  w  przestrzeni  miejskiej  pełniły  rolę 

kolonii  przestępczych,  które  w  pierwszej  kolejności  stawały  się  celem  policyjnych  obław.  Panująca 

tam atmosfera anonimowości, tymczasowości, a przede wszystkim bezkarności, sprzyjała niedającemu 

się  opanować  chaosowi.  Czytamy:  „Sal  jest  trzy  i  we  wszystkich  dzieje  się  jedno  i  to  samo.  W 

obłokach  dymu,  w  bladym,  żółtawym  świetle  elektrycznym  –  zgiełk  hałas  i  tłok  nie  do  opisania. 

Wszędzie te dziwne, fantastyczne postacie. Przeważnie obdartusy w łachmanach. Ale są i przyzwoicie 

ubrani.  […]lecz  tu  w  Cyrku,  są  oni  u  siebie,  w  domu,  w  swoim  państwie”

59

.  W  panującym  tam 

bałaganie wszelkiej maści przestępcy odnajdywali się doskonale.  

                                                             

51

 I. Moszczeńska, Dno nędzy…, s. 15. Felietonistka „Kuriera Warszawskiego” pisała: „Prawie 10% [z nich] są ludźmi „bez 

określonego zajęcia”, to ci co o swem zajęciu milczeć wolą.” 

52

  Ruthens,  W  „Cyrku”  na  Dzikiej…,  nr  138,  s.  4.  „Częściej  od  innych  mają  oni  pieniądze,  przyzwoiciej  się  ubierają, 

wyniośle  traktują  inne  klasy  społeczne  jak  żebraków  ,  chłopców  –  czyścibutów,  ulicznych  handlarzy  i  w  ogóle 
przedstawiciele bardziej uczciwych lecz mniej intratnych zawodów.” 

53

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, sygn. 372, Komunikaty sytuacyjne Urzędu Śledczego, 1936, s. 5.  

54

 Tamże, s. 107. 

55

 Tamże, sygn. 375, Komunikaty sytuacyjne Urzędy Śledczego m. st. Warszawy, 1939, s. 183. 

56

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Komunikaty Sytuacyjne Urzędu Śledczego, 1937 - 1938, sygn. 373, s. 233. 

57

 Tamże, s. 280 

58

 Tamże, Komunikaty sytuacyjne Urzędu Śledczego m. st. Warszawy, 1939, sygn. 375, s. 183. 

59

 Ruthenus, W „Cyrku”…, s. 4. 

background image

Mateusz Rodak 

12 

 

Często już sam pobyt w okolicach domu noclegowego na Dzikiej wystarczył by przekonać się, 

jakiego  pokroju  osoby  w  nim  nocują.  Między  innymi  27  sierpnia  1939  r.  przechodzącemu  obok 

„Cyrku” W. K. ekspedytorowi kolejowemu Głównej Składnicy Wojsk Łączności (Powązkowska 13) – 

kilku nieznanych osobników wyciągnęło z kieszeni 600 zł

60

Najliczniejszą  grupę  wśród  „cyrkowych”  przestępców  stanowili  złodzieje.  Byli  wśród  nich 

zarówno  „wybitni”  profesjonaliści,  drobni  szopenfeldziarze,  jak  i  kradnący  z  nędzy  żebracy.  W 

styczniu  1932  r.  schwytano  na  kradzieży  żarówek  na  klatce  domu  przy  ul.  Dzikiej  25,  stałych 

mieszkańców noclegowni przy Dzikiej 4, Aleksandra Wilskiego i Jerzego Tkaczyka

61

. Kiedy indziej w 

czerwcu 1933 r., stałego lokatora „Cyrku”, notowanego w policji jako „starego pijaka”, awanturnika i 

złodzieja  Stanisława  Mohucza  zatrzymano  na  kradzieży  w  magazynie  „Satalecki”  przy  ul.  Nowy 

Świat

62

.  Niezwykle  często  mieszkający  w  noclegowni  przy  ul.  Dzikiej  mieli  za  sobą  całą  listę 

wyroków i  nazywanie ich drobnymi złodziejami byłoby  mijaniem się z prawdą. Wśród „cyrkowych” 

bywalców  znaleźć  możemy  takich,  którzy  notowani  byli  14,  22  a  nawet  47  razy

63

.  Często  dom 

noclegowy  na  Dzikiej  traktowano  jako  melinę,  w  której  przemieszkiwano  między  kolejnymi 

przestępstwami.  O  jednym  ze  złodziei  zameldowanym  na  Dzikiej  w  notatce  policyjnej  czytamy: 

„Utrzymuje  kontakt  z  najlepszymi  i  najniebezpieczniejszymi  złodziejami  włamywaczami 

zamieszkującymi  w  stolicy.  Bardzo  często  wyjeżdża  na  prowincję  w  celu  dokonania  włamań,  a  jako 

nieznany  miejscowej policji  ma większe szanse uniknięcia ujęcia na kradzieży lub udowodnienia  mu 

winy.”

64

.  Bywali  tam  również  przestępcy  karani  między  innymi  w  Wilnie,  Suwałkach,  Grodnie, 

Augustowie,  Łowiczu,  Piotrkowie  Trybunalskim,  Częstochowie,  Brześciu  n.  Bugiem,  Tomaszowie 

Mazowieckim  i  innych  miastach.  Wielu  ze  stołecznych  złodziei,  jak  wynika  z  policyjnych  doniesień 

rzeczywiście  „królowało”  w  noclegowni  na  Dzikiej,  wprowadzając  tam  swoje  prawa.  O  notowanym 

14  razy  za  kradzieże,  opór  policji,  nożownictwo,  awantury,  rabunek  i  wymuszenie  W.  F.  pisano: 

„Jeden  z  najbardziej  czynnych,  niebezpiecznych  chuliganów,  awanturników  zamieszkałych  w  domu 

noclegowym przy ul. Dzikiej 4 tzw. „Cyrku”. Organizator szajek  łupieżców ulicznych, napadających 

na  spóźnionych  przechodniów  i  przejeżdżające  osoby.  Przy  wystąpieniach  złodziejsko  –  bandyckich 

posługuje  się  bronią.  Należał  do  bandy  czyli  zorganizowanego  związku  mającego  cele  przestępne. 

[…]  Posiada  zdecydowany  charakter,  a  stosując  groźby  i  używając  broni  podporządkowuje 

współlokatorów „Cyrku” do współdziałania w jego działalności zbrodniczej.”

65

                                                             

60

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Komunikaty sytuacyjne…, sygn. 375, s. 7. 

61

 Kradzież żarówek, Kurier Warszawski, nr 22, 1932, s. 4. 

62

 Recydywista, Kurier Warszawski, nr 175, 1933, s. 4. 

63

  AP  m.  st.  Warszawy,  KPP  m.  st. Warszawy,  Wnioski  o  osadzenie  przestępców  kryminalnych  w  miejscach odosobnienia

1938, sygn. 393. 

64

 Tamże, s. 5. 

65

 Tamże, s. 7. 

background image

Mateusz Rodak 

13 

 

Wielu  z  nocujących  na  Dzikiej  przestępców  notowanych  bywało  w  czasie,  wspomnianych 

wyżej, policyjnych nalotów. Biorący udział w akcji funkcjonariusze policji nie mieli łatwego zadania. 

Przyłapani  w „Cyrku”  kryminaliści  często bronili się, nierzadko  obława kończyła się użyciem siły, a 

nawet  strzałami.  Częściej  jednak  niż  w  obławach,  policjanci  zmuszani  byli  do  interweniowania  na 

terenie  noclegowni  z  innych  powodów.  W  styczniu  1926  r.  „Gazeta  Warszawska  Poranna” 

relacjonowała  następujące  zdarzenie:  „Czterech  podchmielonych  lokatorów  tego  przytułku:  Wacław 

Wojakowski  (przezwiskiem  „Han  –  Wacek”),  brat  jego  Józef,  Stanisław  Jackierski  i  Kazimierz 

Rabenda – znani awanturnicy  wpadli  do  kuchni  w przytulisku i zamierzali dokonać rabunku słoniny, 

mięsa  itp.  artykułów.  Rządca  przytuliska  zaalarmował  IV  komisariat;  skąd  przybył  wkrótce 

posterunkowy,  32  letni  Teodor  Gutowski.  Najbardziej  awanturniczy  „Han  –  Wacek”  rzucił  się  na 

Gutowskiego i ugryzł go w lewe przedramię. Mimo dokuczliwego bólu policjant nie wypuścił go z rąk 

i  odprowadził  go  do  IV  komisariatu.  Pozostali  sprawcy  zajścia  zbiegli.”

66

.  Bicie  i  gryzienie 

interweniujących  policjantów,  jak  się  okazuje,  było  w  „Cyrku”  zjawiskiem  dość  powszechnym. 

Mieszkający tam złodziej mieszkaniowy, awanturnik i nożowiec W. W. z Rygi „W czasie zatrzymania 

przez policję rzuca się na policjantów, bije „bykiem”, odgryza palce u rąk, co miało miejsce w czasie 

interwencji  policjantów,  kiedy  nożem  chciał  ugodzić  swego  współtowarzysza  w  domu  noclegowym  

przy  ul.  Dzikiej.  Groźny  dla  policji  i  otoczenia  swego.  Odgrażał  się  policjantom,  że  ich  będzie 

zabijał.”

67

.  Powszechnym  zjawiskiem  w  „Cyrku”  były  bijatyki  między  jego  pensjonariuszami.  Bójki 

wybuchały z wielu powodów, najważniejszym pozostawało jednak przeludnienie i nagromadzenie na 

niewielkiej  przestrzeni  głodnych,  zazwyczaj  pijanych  mężczyzn.  Między  innymi  w  styczniu  1932  r. 

„dwu  „cyrkowców”  wszczęło  bójkę  między  sobą.  Jeden  z  nich  otrzymawszy  kilka  ciosów  nożem, 

upadł,  drugi  zaś,  nie  odniósłszy  szwanku,  uciekł.  Rannym  zaopiekowali  się  bracia  Albertyni, 

wzywając pogotowie. Lekarz stwierdził rany cięto – kłute klatki piersiowej i głowy.”

68

Obok licznie reprezentowanej w „Cyrku” profesji, jaką było złodziejstwo, spotkać można było 

tam  również  sutenerów.  Najczęściej  bywali  to  złodzieje,  którzy  jednocześnie  zajmowali  się 

stręczeniem  do  nierządu.  Między  innymi  W.  R.,  o  którym  w  policyjnym  sprawozdaniu  czytamy,  że 

był złodziejem włamywaczem i sutenerem, notowanym 19 razy za kradzieże, opilstwo, obelgi policji, 

bójki, posiadanie narzędzi złodziejskich, uszkodzenie ciała i sutenerstwo. Za to ostatnie przestępstwo 

dwukrotnie  był  karany

69

.  Warto  wspomnieć,  że  cieszyć  się  miał  wśród  „kompanów”  nie  byle  jaką 

opinią.  Zgodnie  z  policyjnym  doniesieniem,  miał,  między  innymi  na  Dzikiej,  przewodzić  sądom 

złodziejskim (tzw. dintojrą).  

                                                             

66

 Awantura w „Cyrku”, Gazeta Warszawska Poranna, 1926, nr 24, s. 8. 

67

  AP  m.  st.  Warszawy,  KPP  m.  st. Warszawy,  Wnioski  o  osadzenie  przestępców  kryminalnych  w  miejscach odosobnienia

1938 - 1939, sygn. 401, s. 60. 

68

 Krwawa rozprawa w „Cyrku”, Kurier Warszawski, 1932, nr 22, s. 4. 

69

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Wnioski o osadzenie …, 1938, sygn. 393, s. 16. 

background image

Mateusz Rodak 

14 

 

Trudno  mówić  o  odrębnej  grupie,  ale  wśród  „cyrkowych”  przestępców  zdarzali  się  również 

mordercy. O ile  jednak przez  noclegownię  na Dzikiej  przewijały się setki, często  doskonale znanych 

policji  złodziei,  sutenerów  czy  oszustów,  o  tyle  wydaje  się,  że  przestępcy  popełniający  ciężkie 

przestępstwa (np. właśnie zabójstwa) unikali tego typu miejsc. Niemniej jednak wielu pensjonariuszy 

domu noclegowego miało na sumieniu niejedno znacznie poważniejsze przestępstwo niż kradzież. 19 

kwietnia  1937  r.  na  Słodowcu  znaleziono  zwłoki  zamordowanego  mężczyzny,  którym  okazał  się 

Marian  B.,  lat  23  z  powiatu  konińskiego.  B.  pracował  jako  pomocnik  dozorcy  w  domu  przy  ul. 

Nalewki 18. Jak ustaliło policyjne dochodzenie B. zamordowali mieszkańcy „Cyrku” W. T. lat 33 i A. 

U. lat 42 oraz kochanka T. M. P. Sprawcy morderstwa przyznali się, że dokonali go w celu rabunku

70

.  

By stać się częścią „cyrkowej” elity nie należało stronić od alkoholu i gry w karty. Nałogowe 

pijaństwo  i  hazard  to  dwa  główne  problemy,  które  stały  się  przyczyną  permanentnej  dezorganizacji 

życia  w  noclegowni.  T.  Jordan  pisał:  „Główną  przyczyną  [bijatyk]  jest  tutaj  alkohol;  piją  go  ponad 

wszelką  miarę,  piją  go  aż  do  utraty  przytomności”

71

.  I dalej  opisując  mieszkańców  „Cyrku”  zwracał 

się do czytelników: „Wyobraźcie sobie te bladotrupie, lub czerwono opite twarze, na których alkohol 

wyrył  swoje  piętno,  głębsze  jeszcze  położył  na  ich  moralnej  istocie,  tchnącej  zwyrodnieniem, 

upadkiem  i  zbrodnią,  zatruł  cały  organizm  wziął  w  całkowite  posiadanie  duszę  i  ciało.  Bankruci 

moralni  i  fizyczni,  których  nic  już  nie  ocali.  W  przytułku  jest  ich  legion.”

72

.  Pieniądze  na  alkohol  i 

hazard  najczęściej  pochodziły  z  kradzieży  bądź  rozbojów.  Liczne,  zachowane  policyjne 

charakterystyki  mieszkańców  noclegowni  z  lat  30  przy  ul.  Dzikiej  zawierają  między  innymi  takie 

sformułowania: „Pijak i awanturnik, napada na interweniujących policjantów. Utrzymuje kontakty ze 

złodziejami  i  awanturnikami.  Nie  zdradza  najmniejszych  chęci  do  zerwania  z  przestępstwem. 

Organizuje bandy. Groźbami i terrorem wymusza na wódkę. Nie dokonuje przestępstw i nie wyrządza 

krzywd  jedynie  wtedy,  kiedy  jest  pozbawiony  wolności.”

73

.  Powszechnym  zjawiskiem  na  ulicach 

Warszawy  byli  awanturujący  się  po  pijanemu  mieszkańcy  noclegowni  na  Dzikiej.  Na  przykład  8 

października  1927  r.,  jak  podawała  „Gazeta  Warszawska  Poranna”,  na  pl. Teatralnym  awanturował 

się pijany do nieprzytomności Hipolit Anioł - mieszkaniec przytułku na ul. Dzikiej 62

74

.  O jednym z 

mieszkańców  Dzikiej,  notowanym  18  i  karanym  9  złodzieju,  w  policyjnym  raporcie  czytamy: 

„Zawodowy  złodziej  włamywacz,  poza  kradzieżami  i  wypatrywaniem  obiektów  nadających  się  do 

okradzenia  niczym  zajęty  nie  jest.  Wszystkie  pieniądze  uzyskane  z  przestępstwa  przepija  i  dlatego 

przeważnie  mieszka  w  domach  noclegowych.”

75

.  Nie  jesteśmy  w  stanie  ocenić  jaki  procent  wśród 

mieszkańców przytułku stanowili alkoholicy. Sądząc jednak  z  doniesień policyjnych  oraz prasowych 

                                                             

70

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Komunikaty Sytuacyjne…, s. 44. 

71

 T. Jordan, W otchłani niedoli…, s. 5. 

72

 Tamże, s. 6. 

73

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Wnioski o osadzenie …, 1938, sygn. 393, s. 3.  

74

 Anioł nie anioł, Gazeta Warszawska Poranna, 1927, nr 277, s. 9. 

75

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Wnioski o osadzenie …, 1938, sygn. 393, s. 17. 

background image

Mateusz Rodak 

15 

 

zdecydowana  większość  mieszkańców  noclegowni  nadużywała  alkoholu.  Ten  zresztą  był  zazwyczaj 

przyczyną z powodu której ludzie do przytułku trafiali, nierzadko i skutkiem dłuższego w nim pobytu. 

Podobnie  hazard,  który  obok  alkoholu  był  jedną  z  niewielu  szans  na  oderwanie  się  do  przytułkowej 

atmosfery.  Grano  o  wszystko:  pieniądze,  papierosy,  ubrania  (często  kradzione  nowoprzybyłym), 

jedzenie,  wódkę  czy  miejsce  do  spania.  A.  M.  Matoga  -  Ferus  z  „Kuriera Warszawskiego”  pisał,  że 

butelczyna i karty to dwa demony, które opętały większość młodych i starych

76

.  

Obok żebraków, przestępców, alkoholików czy hazardzistów społeczność domu noclegowego 

przy ul. Dzikiej stanowili przede wszystkim, ciężko doświadczeni przez los ludzie. Pozbawieni pracy i 

domu,  często  po  długich  wahaniach,  w  końcu  trafiali  do  noclegowni.  Stały  bywalec  domu 

noclegowego  przy  Jagiellońskiej  tak  opisywał  swoje  wątpliwości  zanim  przekroczył  próg  przytułku: 

„Gdy szedłem tu pierwszy raz, przygnany nędzą i zimnem, chciałem by most Kierbedzia wydłużył się 

w    nieskończoność.  Chodziłem  długi  czas  przed  domem,  zanim  zdecydowałem  się  wreszcie  wejść. 

Ostatecznie  wszedłem  i  dziś  jestem  „starym  giganciarzem”  […]I  dziś  czuję,  jak  wciąga  mnie  to 

środowisko  łatwych  zarobków.  Chciałbym  wyrwać  się  stąd  jak  najszybciej.”

77

.  Zapewne  wielu 

mieszkańców przytułku na Dzikiej mogłoby podpisać się pod tą historią. Część z tych, którzy czy to z 

powodu  bezrobocia  czy  bezdomności  trafiali  na  Dziką,  staczała  się  na  dno  i  pozostawała  tam  na 

zawsze.  Z  drugiej  jednak  strony  dla  wielu  pobyt  na  Dzikiej  był  tylko  krótkim,  mało  chwalebnym, 

życiowym  epizodem.  Charakterystyczną  może  być  historia  W.  D.  z  pow.  Włocławskiego

78

.  33  letni 

malarz  pokojowy  z  domu,  w  poszukiwaniu  pracy,  wyruszył  18  listopada  1926  r.  Kilka  dni  później 

znalazł się w Warszawie, gdzie pierwsze dwie noce przespał na dworcu Wschodnim, kilka następnych 

zaś  w  domu  noclegowym  na  ul.  Dzikiej.  W  przytułku  zaraził  się  nieokreśloną  chorobą  skóry,  którą 

leczył  w  szpitalu  św.  Łazarza.  18  stycznia  1927  r.  opuściwszy  szpital  ponownie  sypiał  bądź  to  na 

dworcach,  bądź  na  Dzikiej.  Kiedy  skończyła  mu  się  gotówka  (40  zł),  którą  zabrał  z  miejsca 

zamieszkania,  opuścił  Warszawę  i  25  stycznia  pod  zarzutem  włóczęgostwa  został  zatrzymany  w 

Otwocku,  gdzie  próbował  uzyskać  finansową  zapomogę  w  tamtejszym  Magistracie.  Istnieje  duże 

prawdopodobieństwo, że trafiając na Dziką, W. D. nie znał czarnej legendy tego miejsca. Wędrując za 

pracę, jak wiele jemu podobnych, korzystając z najtańszego sposobu spędzenia w Warszawie zimowej 

nocy pod dachem, trafił na Dziką. Nie wiemy z jakim przyjęciem się tam spotkał, nie musiało ono być 

jednak  traumatyczne,  po  wyjściu  ze  szpital  nie  szukał  przecież  innego  noclegu.  Jak  wielu 

bezimiennych, zapomnianych przez historię ludzie przeszło przez „Cyrk” nie sposób policzyć. Wiemy 

o tych, którzy nocowanie schronisku na Dzikiej łączyli z profesjami, wzbudzającymi zainteresowanie 

                                                             

76

 A. M. Matoga - Ferus, W cyrku…, s. 9. 

77

 Tenże, Noc w…, s. 9. 

78

 AP m. st. Warszawy o. Otwock, SPO, Akta w sprawie…, sygn. 18211. 

background image

Mateusz Rodak 

16 

 

policji. To oni zresztą, a nie  wystający przed  domem  noclegowym,  oczekujący  na oferty pracy, tłum 

bezrobotnych, stali się głównym przedmiotem dyskursu poświęconego „Cyrkowi”

79

.       

 

Trudną  do  określenia  ilość  „cyrkowców”  kończyła  swój  żywot  jako  ludzie  kompletnie 

zdegenerowani.  Pijąc  do  nieprzytomności,  zatruwali  się  alkoholem,  zamarzali,  tonęli

80

.  Nierzadko 

popełniali  również  samobójstwa.  Między  innymi  w  marcu  1936  r.  z  niewiadomych  powodów, 

zameldowany  na  Dzikiej  4  Karol  D.  wypił,  chcąc  popełnić  samobójstwo,  kwas  solny.  Po 

przewiezieniu  do  szpitala  Przemienienia  Pańskiego  zmarł

81

.  Zdarzało  się  również,  że  szczególnie 

„cyrkowi”  kryminaliści,  ginęli  w  wyniku  przestępczych  porachunków.  13  kwietnia  1936  r.  w 

okolicach godziny 17 do noclegowni wrócił M. S. (l. 28), który został śmiertelnie postrzelony w plecy. 

W  stanie  ciężkim  został  przewieziony  do  szpitala  św.  Ducha,  gdzie  zmarł

82

.  Jeśli  przyczyną  śmierci 

nie stawał się nóż bądź pistolet, to mogła nią być złapana w więzieniu np. gruźlica. W lipcu 1939 r. do 

biura Komisariatu Rządu m. st. Warszawy z więzienia mokotowskiego nadeszła informacja w sprawie 

poszukiwanego  E.  K.,  stałego  bywalca  domu  noclegowego  przy  ul.  Dzikiej  4.  Naczelnik  więzienia 

donosiło,  że  „dnia  6  października  1938  r.  [EK]  zmarł  na  gruźlicę  w  więzieniu  w  Mokotowie.  Akt 

zejścia  został  sporządzony  w  kancelarii  parafii  rzymsko  –  katolickiej  św.  Michała  w  Mokotowie.”

83

Miał zaledwie 34 lata. 

 

4. 

 

Nie  znamy  losów  domu  noclegowego  na  Dzikiej  w  okresie  niemieckiej  okupacji.  W  1942  r. 

nieparzysta część ulicy została włączona  do Getta, w  1944 r. ulica, kompletnie zniszczona, przestała 

istnieć. Wówczas zapewne spłonęły drewniane zabudowania „Cyrku”. Nie wiemy czy w czasie wojny 

nadal  pozostawał  miejscem,  w  którym  pomocy  szukać  mogli  warszawscy  bezdomni.  Wydaje  się,  że 

raczej  nie,  budynek  znajdował  się  w  bezpośrednim  sąsiedztwie  getta,  co  wykluczało  go  jako 

schronisko dla bezdomnych. 

 

Analizując  ówczesną  stołeczną  prasę,  bardzo  łatwo  zaobserwować  można  spadające 

zainteresowanie domem noclegowym na Dzikiej. W drugiej połowie lat 20 i na przełomie lat 20 i 30, 

wielu  warszawskich  dziennikarzy,  za  obowiązkową  uznawała  wizytę  w  tej  najmroczniejszej  z 

warszawskich  noclegowni.  Ponura  sława  „Cyrku”  przyciągała  ciekawskich,  którzy  na  własne  oczy 

                                                             

79

 St. Szpotański, Domy…, s. 6. W Cyrku „Gdy tylko dzień ustaje, przed bramą domu noclegowego, zwanego powszechnie 

„Cyrkiem” na ulicy Dzikiej, widać bezrobotnych i bezdomnych mężczyzn, czekających aż brama się otworzy, albo zbliży się 
ktoś do nich, kto jakiejś chwilowej usługi potrzebuje, przeniesienia rzeczy lub czegoś podobnego. Dlatego to miejsce przed 
bramą domu noclegowego zwą ci ludzie z ponurą żartobliwością „giełdą pracy”. 

80

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Komunikaty sytuacyjne Urzędu Śledczego m. st. Warszawy, 1937 - 1938, s. 34. 

81

 AP m. st. Warszawy, KPP m. st. Warszawy, Komunikaty sytuacyjne…, sygn. 372, s. 58. 

82

 Tamże, s. 92. 

83

  AP  m.  st.  Warszawy,  KPP  m.  st.  Warszawy,  Poszukiwania  przestępców  kryminalnych  w  celu  osadzenia  ich  w  miejscu 

odosobnienia, 1939, sygn. 442, s. 63. 

background image

Mateusz Rodak 

17 

 

chcieli  ujrzeć  bezmiar  ludzkiej  nędzy  i  upadku.  W  latach  30  niewielu  już  interesowało  się  sytuacją 

mieszkańców  Dzikiej  4  i  samym  domem  noclegowym.  „Cyrk”  oczywiście  nadal  żył  swoim  życiem, 

stając  się  jednak  rzeczywiście  miejscem,  w  którym  dachu  nad  głową  szukali  ludzie  warszawskiego 

marginesu.  Rzadko  trafiali  tam  już  bezdomni  czy  bezrobotni,  którzy  nie  zdążyli  jeszcze  wejść  w 

konflikt z prawem.  Budynki  noclegowni pełniły  wówczas już raczej rolę  oficjalnej stołecznej  meliny 

złodziejskiej ewentualnie dobrowolnej izby wytrzeźwień.   

 

Restrykcyjne prawo i dość skuteczne akcje policji sprawiły, że wielu żebraków zniknęło z ulic 

Warszawy. Poza tym, często  wbrew  ich  woli, żebraków umieszczano przymusowo w  otworzonym  w 

połowie lat 30 domu etapowym przy ul. Przebieg 3, z którego wysyłani byli do domów zarobkowych 

znajdujących się poza miastem. Na Dzikiej ubyła więc spora grupa dotychczasowych pensjonariuszy, 

co nie oznacza bynajmniej, że żebracy przestali tam nocować. Główną klientelę domu noclegowego na 

Dzikiej stanowili pod koniec lat 30 przestępcy. W takiej sytuacji zwiedzanie noclegowni nie należało 

do  najrozsądniejszych  pomysłów.  Wydaje  się,  że  władze  miejskie  nie  miały  pomysłu  w  jaki  sposób 

poradzić sobie z sytuacją w przytułku, a bracia Albertyni, tolerowani przez pensjonariuszy, zajmowali 

się swoją pracą, opiekując się nocującymi tam nadal pogubionymi życiowo ludźmi.  

 

Dlaczego,  biorąc  pod  uwagę  rzeczywistą  rolę  jaką  pełnił,  nie  zlikwidowano  domu 

noclegowego  na  Dzikiej.  Wydaje  się,  że  co  najmniej  z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze  była  to 

placówka częściowo prywatna, i bez zgody zakonu, miasto nie było władne podjąć żadnych decyzji. Z 

drugiej  strony,  w  ówczesnej  Warszawie  nie  było  przez  bardzo  długi  czas  realnej  alternatywy  dla 

noclegowni  na  Dzikiej.  Zgoda  na  funkcjonowanie  tego  typu  miejsca,  to  również  jak  można 

przypuszczać,  wynik  specyficznie  rozumianego  miłosierdzia,  zgodnie  z  którym  każdy  ma  prawo 

szukać schronienia. Udzielanie jednak pomocy ograniczonej do zapewnienia na noc dachu nad głową, 

bez  podejmowania  jakichkolwiek  działań  wspomagających  np.  w  wychodzeniu  z  bezdomności, 

bardziej  pasowało  do  średniowiecza,  w  żaden  sposób  nie  sprawdzała  się  i  nadal  nie  sprawdza  w 

zmodernizowanym społeczeństwie.  

 

Miał  rację,  jeden  z  reportażystów,  który  pisał  o  domu  noclegowym  na  Dzikiej,  że  człowiek 

trafiając tam  z zewnątrz ma wrażenie, że „ za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniesiono go do 

jakiegoś  innego  świata”

84

.  Dodajmy,  świata,  którego  nie  rozumiał,  nie  potrafił  pojąć,  którego,  z 

wzajemnością, nie był  w stanie zaakceptować. Społeczeństwo  wybrało  najlepszy sposób na pozbycie 

się  problemu  jakim  byli  mieszkańcy  domu  noclegowego  na  Dzikiej  -  obojętność.  Społeczność 

noclegowni - pozostawiona sama sobie - wrogość, nienawiść i świadomość braku wyboru.    

 

                                                             

84

 Ruthenus, W „cyrku” na Dzikiej…, s. 4.