background image

ISSN 1509-460X 

INDEKS 356441 

http://www.faktyimity.pl

Nr 5 (465) 5 LUTEGO 2009 r. Cena 3 zł (w tym 7% VAT)

Ü

Str. 6

Ü

Str. 9

Ü

Str. 3

Ü

Str. 13

ISSN  1509-460X

KKSSIIĘĘŻŻAA GGWWAAŁŁCCIILLII UUPPOOŚŚLLEEDDZZOONNEE DDZZIIEECCII

Obrzydliwy skandal pedofilski pod samym nosem Watykanu

Ü

Str. 7

–  Wierzę,  pani  sędzio,  że

– podobnie jak rok temu – prawo
prawem,  ale  sprawiedliwość
będzie  po  naszej  stronie.
No i jeszcze  te  nawiązki  od
wyroków...  Na  co  pójdą?

–  Oczywiście,  że  na  Caritas

i inne instytucje kościelne, Wasza
Ekscelencjo.

– Niestety, rok temu było tego

zaledwie  piętnaście  milionów...

– Obiecujemy, że będzie więcej!

–  Wierzę,  pani  sędzio,  że

– podobnie jak rok temu – prawo
prawem,  ale  sprawiedliwość
będzie  po  naszej  stronie.
No i jeszcze  te  nawiązki  od
wyroków...  Na  co  pójdą?

–  Oczywiście,  że  na  Caritas

i inne instytucje kościelne, Wasza
Ekscelencjo.

– Niestety, rok temu było tego

zaledwie  piętnaście  milionów...

– Obiecujemy, że będzie więcej!

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

2

2

KSIĄDZ NAWRÓCONY

„Moment  prawdy”  –  tak  ma  się  nazywać  najnowsza  produk-
cja  Polsatu.  Podłączeni  do  wariografu  uczestnicy  będą  przed
kamerami  opowiadali  o  zdradach  małżeńskich,  świństwach,
które w życiu zrobili, nawet o przestępstwach. Jeśli odpowia-
dając na pytanie prowadzącego, skłamią, koło nosa przejdzie
im nagroda – kilkaset tysięcy złotych. Piękne czasy, kiedy roz-
rywka masowa w Polsce osiągnęła dno, bezpowrotnie minęły.
Teraz  tkwi  ona  głęboko  zagrzebana  w  dennym  mule.

W niedzielę szumnie zapowiadany kongres PiS. Do Krakowa
delegatów miał dowieźć specjalny pociąg – z wielką atrakcją,
czyli prezesem Kaczyńskim jako głównym nadzieniem w środ-
ku. Niestety, ach, niestety... PKP oświadczyły, że żadnego po-
ciągu nie dadzą, bo w tej chwili ważniejsze są ferie, czyli do-
wóz  dzieci  na  zimowy  wypoczynek.  Ważniejsze?  Przerażony
Tusk  już  rozważa  dymisję  ministra  transportu  Grabarczyka.

Czystka  w  publicznej  (za  przeproszeniem)  TV  trwa.  Na  cze-
le ośrodka w Kielcach stanął niejaki Dominik Tarczyński. Cie-
kawy gość. Wsławił się organizacją tournée księdza Josha Ba-
shbora z Ugandy. To facet jeszcze ciekawszy: podczas spotkań
z  wiernymi  twierdził,  że  posiada  dar  wskrzeszania  zmarłych,
co udowodnił już kilkadziesiąt razy. Tarczyński – zapytany, czy
zorganizuje jeszcze kiedyś spotkanie z szamanem – odparł, że
nie  jest  to  wykluczone.  Ech,  transmisja  na  żywo  z  takiego
wskrzeszania...  Murowane  100  procent  oglądalności!

„Uczmy  się  internetu”  –  zakrzyknął  do  moherów  ojciec  Ry-
dzyk  i  ogłosił  sześćdziesięciogodzinny  kurs  sieci  w...  sieci. 
A przy okazji studium edukacji katolickiej. Cena? Wręcz śmiesz-
na  –  jedyne  300  złotych  od  osoby.  Wykładowcy  online  to 
Antoni  Macierewicz,  Stanisław  Michalkiewicz,  Jerzy  Robert
Nowak i gwiazda przedsięwzięcia – Zbigniew Ziobro! W imię
Ojca  i  Syna,  i  Ducha  Świętego,  ENTER!

Ministerstwo  Zdrowia  przygotowuje  ustawę,  która  ma  raz  na
zawsze wyeliminować z tzw. rynku rozmaitych znachorów, uzdro-
wicieli, cudotwórców, zamawiaczy chorób itp. hochsztaplerów.
Czyli tych wszystkich, którzy pasożytując na naiwności, a czę-
sto i rozpaczy, robią ludziom wodę z mózgu. Ciekawe, czy bla-
dy strach padł na rodzimych kościelnych egzorcystów.

Założyciel ultrakatolickiego pisma „Aspekty”; współzałożyciel
ZChN;  członek  Diecezjalnej  Rady  Duszpasterskiej;  członek
Stowarzyszenia  Rodzin  Katolickich;  autor  słów:  „Dla  mnie
najważniejsza  w  życiu  jest  rodzina.  Państwo  powinno  stać  na
jej  straży”  (9.10.05)”  oraz  credo:  „Bez  zasad  nie  sposób  żyć.
Ja jestem człowiekiem z zasadami” (29.11.05), żonaty, czwór-
ka  dzieci,  najmłodsze  8  lat.  Kazimierz  Marcinkiewicz  zosta-
wia rodzinę i żonę dla dzierlatki młodszej o pokolenie. Wie-
le lat temu przewidział to Jean Paul Sartre, pisząc swoją „La-
dacznicę  z  zasadami”.

Na wieść o tym, że syn znalazł sobie nową, d...użo młodszą part-
nerkę, Pani Teresa Marcinkiewicz – rodzicielka byłego premie-
ra – powiedziała: „Nie wiedziałam, że on jest taki głupi”. Dziw-
ne,  o  tym  od  dawna  wie  cała  Polska.  No  tak,  ale  matki  zawsze
o wszystkim dowiadują się ostatnie. 

Krakowscy cystersi stanowczo odmówili wzięcia udziału w „Jar-
marku Cysterskim” – imprezie z okazji 60-lecia Nowej Huty, bo
– jak przyznali – boją się, co by na to powiedzieli... posłowie PiS
(sic!).  Na  co?  Na  to,  że  świętują  jubileusz  „miasta  bez  Boga”.
Jeśli  to  jest  powód,  to  Kościół  za  jakieś  30  lat  może  mieć  kło-
poty ze świętowaniem gdziekolwiek. 

W Rzymie zorganizowano wystawę poświęconą dzieciom z łódz-
kiego getta. Ekspozycja, nad którą patronat objął prezydent Gior-
gio  Napolitano,  odbiła  się  echem  w  całych  Włoszech  –  pisał 
o niej nawet watykański organ „L’Osservatore Romano”. Nato-
miast  swój  patronat  w  ostatniej  chwili  wycofał  prezydent  Łodzi
Jerzy  Kropiwnicki.  Tak  zazwyczaj  chętny  do  podróżowania,  nie
pofatygował się na wystawę i nie zezwolił na wyjazd delegacji mia-
sta. Powód? Kropiwnicki dowiedział się, że organizatorką impre-
zy  jest  polska  lewicowa  dziennikarka  mieszkająca  we  Włoszech.
Nad Tybrem dziwne zachowanie Kropy uznano za prowincjona-
lizm, czyli – jak to mówi u nas młodzież – za robienie wiochy. 

Niezastąpiony red. Cezary Michalski znów błysnął przenikliwym
intelektem w „Dzienniku”, pytając, czy Obama „umiejętnie ukry-
wa  swój  prawdziwy  kolor  skóry”.  Oczywiście,  że  tak.  Jest  zielo-
ny. Nocami przez sen powtarza: „E.T., go home. White Home”. 

Porządku  w  Moskwie  podczas  Soboru  Pomiestnego,  na  któ-
rym  wybrano  nowego  zwierzchnika  Cerkwi,  strzegło  kilkana-
ście  tysięcy  milicjantów  i  żołnierzy.  Wszystko  na  nic.  Cyrylo-
wi,  arcybiskupowi  jarosławskiemu  i  rostowskiemu,  nieznani
sprawcy podprowadzili niezbędny w duszpasterstwie sprzęt li-
turgiczny  –  toyotę  land  cruiser  prado. 

Rolka  papieru  toaletowego  –  145  tysięcy  dolarów;  kilogram
ziemniaków  –  10  milionów;  kanapka  na  stacji  benzynowej 
–  30  milionów.  Straszna  wizja  efektów  światowego  kryzysu?
Na  szczęście  nie.  To  przykładowe  aktualne  ceny  w  Zimba-
bwe, gdzie inflacja sięga 231 milionów procent rocznie. Uff...

Słynny chilijski projektant mody Ricardo Oyarzun przebrał mo-
delkę o ponętnym biuście za Matkę Boską i wypuścił ją na wy-
bieg. „O Matko Boska!” – zawyły miejscowe środowiska konser-
watywne  i  zawlokły  stylistę  przed  oblicze  sądu.  Ale  sąd  w  nim
winy nie znalazł i umył ręce. Jak to historia lubi się powtarzać...

F A K T Y

P

isałem  już  kiedyś,  że  po  tym,  jak  zrzuciłem  sutannę,
pozostało  mi  wśród  księży  wielu  kolegów,  z  którymi

utrzymuję okazjonalne kontakty. Kilku z nich dzielnie sekun-
duje  mi  w  tym,  co  robię,  czasem  podeślą  jakąś  informa-
cję,  coś  skomentują.  Co  ciekawe,  niemal  wszyscy  ode-
zwali się do mnie dopiero po tym, jak już uruchomiłem ga-
zetę,  co  mnie  bardzo  ucieszyło,  bo  wcześniej  mi  ich  bra-
kowało. Jednak wspólna dola i niedola seminarium bardzo
łączy  ludzi.  Nawiązują  się  przyjaźnie  na  całe  życie. 

Po  latach  znów  byłem  kilka  razy  na  plebanii  (oczywi-

ście  po  zmroku),  gdzie  wspominkom  i  żartom  nie  było
końca. Tylko wódki już tyle nie chcę i nie mogę wypić co
oni – zaprawieni w bo-
ju  kawalerowie...  Na
jednego  z  najbliższych
przyjaciół 

wpadłem 

w  hipermarkecie,  obok
lodówki  z  mrożonkami.
Był  mocno  speszony,
ale chyba cieszył się ze
spotkania podobnie jak
ja.  W  seminarium
świetnie  się  rozumieli-
śmy,  choć  zaintereso-
wania mieliśmy diame-
tralnie  różne:  on  –  za-
chowawczy intelektuali-
sta,  trochę  flegmatyk;
ja – niespokojna, poszu-
kująca  dusza.  Pamię-
tam, jak był zgorszony,
gdy na wykładach – za-
miast notować w skryp-
cie  teologiczne  mean-
dry  –  czytałem  Jacka
Londona  albo  wkuwa-
łem  słówka  angielskie.
Namówiłem Tomka (tak
go  nazwijmy)  na  zwie-
rzenia do „FiM”, choć nie było mi go łatwo przekonać. Za-
leżało  mi  jednak  bardzo,  bo  zawsze  ceniłem  jego  wywa-
żone  zdanie,  podziwiałem  za  życiową  mądrość,  po  prostu
go  lubiłem  i  nadal  lubię. 

Romek: – Opowiadaj, jak ci się żyje na tej parafii, cho-

ciaż pewnie moich Czytelników i tak do tego życia i tej ro-
boty  nie  przekonasz.  No  i  zarobić  też  byś  na  nich  nie  za-
robił,  bo  to  światli  ludzie  są.

Tomek: – Pewnie, ale na szczęście są też inni (śmiech).

A jak się żyje, to sam wiesz – trochę pracy, trochę nudy,
w  sumie  spokojnie,  trochę  samotnie...

R.: – Nie ściemniaj, stary, tylko mów zaraz – masz ja-

kąś  dziewczynę?

T.: – Wiesz, miałem nawet przez dwa lata, ale się roz-

leciało. Jeździliśmy trochę po Polsce, po hotelach. Zaczę-
ła  mnie  w  końcu  odwiedzać  na  plebanii.  A  co,  myślę  so-
bie,  przecież  nie  mam  18  lat.  No,  ale  proboszcz  na  „żar-
tach” się nie zna i zaczepia mnie kiedyś przy obiedzie: „Al-
bo ta dziewczyna przestanie tu przyjeżdżać, albo ksiądz wy-
jedzie  razem  z  nią”.  No  to  co,  nie  będę  mu
przecież wciskał, że to siostra cioteczna. Mó-
wię do niej: „Anka, musimy się spotykać rza-
dziej i poza parafią”, a ona na to: „Jestem dla
ciebie mniej ważna niż ta wiocha i proboszcz?”.
Pożyczyła ode mnie dwa tysiące złotych i wię-
cej  nie  przyjechała  ani  nie  zadzwoniła. 

R.:  –  A  dzieci  ci  nie  brakuje,  własnych

dzieci? 

T.:  –  Dobrze,  że  dodałeś  „własnych”,  bo

tych  innych  mam  już  dosyć.  Wiesz,  że  trud-
no  jest  mnie  wyprowadzić  z  równowagi,  ale

czasem na katechezie nie wytrzymuję i wytargam gnojka
za  ramię  albo  po  prostu  wychodzę  z  klasy.  Czytałem  kie-
dyś u was w gazecie o księdzu, który uderzył ucznia. Ro-
man,  nie  dziw  się,  zresztą  ty  sam  uczyłeś  i  wiesz,  jakie
niedobre są dzieciaki, jakie bezwzględne. Jak jesteś za do-
bry, to ci na głowę wchodzą, jak wymagasz, to jesteś ty-
ran  i  rodzice  się  skarżą  do  dyrektora  i  proboszcza.

R.:  –  No  cóż,  my  chodziliśmy  na  katechezę  do  salki

parafialnej i tam takich problemów nie było. Jak ktoś nie
chciał, to nie chodził i nie było zadymy, a na koniec roku
przyniósł kopertę i zdawał. Ale wróćmy do twoich dzieci...
Naprawdę  nie  masz  jeszcze  potomka?

T.: – Nie mam, sło-

wo. Ale czasem żałuję,
że  nikogo  po  sobie  nie
zostawię. Nazwisko za-
ginie, bo mam tylko Ga-
bryśkę,  siostrę.  Uczyli
nas w seminarium, że-
by swój instynkt i uczu-
cia ojcowskie przenieść
na dzieci parafialne, ale
to utopia. Ani nie prze-
niesiesz uczuć, ani ci to
nie  zastąpi  własnych
pociech, podobnych do
ciebie. Pewnie, że mógł-
bym mieć, ale boję się
kłopotów. Pamiętasz Ir-
ka,  on  ma  troje  dzieci 
z  jedną  kobietą,  dojeż-
dża do rodziny raz w ty-
godniu...

R.:  –  Żartujesz,  nie

wiedziałem! 

T  –  Tak,  ma,  i  to

trzech  synów.  Mówię
mu  kiedyś:  „Irek,  ty  to
już  się  nie  męcz,  tylko

rzuć  to  wszystko  i  żyj  z  nimi,  bo  jak  te  chłopaki  urosną,
to przyjadą i ci wp...lą za wszystkie czasy”. A on ręce tyl-
ko  rozkłada  i  mówi:  „A  co  ja  będę  robił,  gdzie  ja  znajdę
pracę, gdzie ja tyle zarobię?”. No i weź odmów mu racji...

R.:  –  Tomek,  ale  zdajesz  sobie  sprawę,  że  to  nie  jest

normalne  życie? 

T.: – Oczywiście, stary, a kto tu mówi o normalności! 
R.:  –  To  czemu  tego  nie  rzucisz  w  diabły?
T.:  –  A  co  ja  będę  robił,  a  gdzie  ja  znajdę  pracę...
R.:  –  Żartujesz  chyba,  przecież  to  całe  twoje  życie.

Chcesz  je  poświęcić  na  taką  fikcję?  Chyba  nie  wierzysz 
w  sens  tego,  co  robisz,  w  te  kościelne  wymysły?

T.:  –  Wierzę  w  Boga.  Jeszcze  wierzę...  A  co  to  jest

prawda,  to  ani  Piłat,  ani  my  na  tym  świecie  się  nie  do-
wiemy. Pewnie, że jak czytam list biskupów o in vitro czy
antykoncepcji,  to  mnie  skręca.  Ale  przynajmniej  sam  nie
poruszam w ogóle tych tematów, np. w kazaniach, bo al-
bo  bym  zaprzeczył  samemu  sobie,  albo  naraził  się  pro-
boszczowi  i  wyszedł  na  heretyka. 

JONASZ

KOMENTARZ NACZELNEGO

WWyywwiiaadd zz kkssiięęddzzeemm 

((11))

Fot.  WHO  BE

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

3

3

GORĄCY TEMAT

T

rzech  panów  bandytów
najbardziej  odpowie-
dzialnych  za  tragiczną
śmierć  uprowadzonego

w październiku 2001 r. Krzysztofa
Olewnika 
odebrało sobie życie:

Bandyta nr 1 – herszt wszyst-

kich pozostałych, zamachnął się na
siebie, nie doczekawszy wyroku. By-
ło to w czerwcu 2007 r., tuż po za-
kończeniu  śledztwa,  gdy  na  czele
Ministerstwa  Sprawiedliwości  stał
niejaki  Zbigniew  Z. (pełnego  na-
zwiska  nie  możemy  niestety  ujaw-
nić,  gdyż  rzeczony  Zbigniew  ma
obecnie status podejrzanego o prze-
kroczenie  uprawnień  i  ujawnienie
tajemnicy służbowej). Uznano wów-
czas, całkiem skądinąd słusznie, że

trudno:  skoro  człowiekowi  żyć  się
nie  chce,  to  nikt  go  nie  powstrzy-
ma.  Nikt  też  nie  wyleciał  na  zbity
pysk z roboty, odpowiedzialna w Mi-
nisterstwie Sprawiedliwości za wię-
ziennictwo  sekretarz  stanu  Beata
Kempa 
(dzisiaj  posłanka  PiS)  ani
na chwilę nie straciła rezonu, a nie-
długo później – na wniosek Zbignie-
wa  Z.  –  pan  prezydent  Lech  Ka-
czyński 
mianował szefa służby wię-
ziennej  Jacka  Pomiankiewicza
oraz jego zastępcę Pawła Nasiłow-
skiego 
generałami;

Gdy w kwietniu 2008 r. ban-

dyta  nr  2  zawisł  w  celi  na  własno-
ręcznie  sporządzonej  pętli,  mini-
strem  sprawiedliwości  był  już  Zbi-
gniew Ćwiąkalski
. Media specjal-
nie  nie  szalały  z  powodu  tego  sa-
mobójstwa, bo nastąpiło pięć dni po
wyroku  skazującym  na  dożywocie,
którym  desperat  miał  prawo  czuć
się  głęboko  zawiedziony.  Z  polity-
ków tylko Zbigniew Z. zawył z bó-
lu,  ogłaszając  na  specjalnie  zwoła-
nej konferencji prasowej, że on te-
go trupa nie daruje i na najbliższym
konwentyklu  swojej  partii  zażąda
sejmowej  komisji  śledczej,  bo  pro-
kuratura jest absolutnie niekompe-
tentna, gdyż „chodzi tu o wyjaśnie-
nie  mechanizmu  powiązań  polity-
ków  ze  światem  przestępczym”;

W  procesie  porywaczy  i  za-

bójców Olewnika dwóch sprawców
skazano  na  dożywocie,  a  pan  ban-
dyta  nr  3  był  jednym  z  nich.  Gdy
przed  kilkoma  dniami  powiesił  się
w  celi,  zasłynął  na  całą  Polskę,  nie
schodząc  z  czołówek  gazet  speku-
lujących m.in. o mafii rządzącej wię-
zieniami i mogącej tam zgładzić nie-
postrzeżenie  każdego  szkodzącego
jej interesom obywatela. Ba, dena-
towi  udało  się  nawet  wstrząsnąć

całą sceną polityczną. Najpierw pan
prezydent ogłosił, że jest to „skan-
dal  na  nieprawdopodobną  skalę” 
i on absolutnie nie wierzy bredniom,
jakoby pan bandyta nr 3 samodziel-
nie popełnił samobójstwo. A gdyby
nawet  jakimś  cudem  popełnił,  to
fakt,  że  zdołał  wszystkich  przechy-
trzyć, „podważa autorytet nie tylko
instytucji  więziennictwa,  ale  i  pań-
stwa polskiego” – tokował Lech Ka-
czyński.  Żeby  nie  pozostać  w  tyle 
i nie stracić w sondażach, pan pre-
mier  Donald  Tusk niezwłocznie
zdymisjonował  ministra  Ćwiąkal-
skiego oraz nadzorującego więzien-
nictwo  wiceministra  Mariana  Ci-
chosza
.  Odwołał  również  dopro-
wadzającego PiS do białej gorączki

prokuratora krajowego Marka Sta-
szaka
, a w Służbie Więziennej hur-
tem  stracili  posady:  gen.  Pomian-
kiewicz;  dyrektor  Biura  Ochrony 
i  Spraw  Obronnych  płk  Jerzy  Ko-
peć
; dyrektor okręgowy SW w Ło-
dzi płk Krzysztof Kaczyński oraz
dyrektor Zakładu Karnego w Płoc-
ku  płk  Artur  Kowalski

Mało tego: „Uprzejmie zawiada-

miam,  że  Centralny  Zarząd  Służby
Więziennej odwołuje zaplanowane na
dzień 2–3 lutego 2009 r. uroczystości
związane  z  obchodami  90-lecia  pol-
skiego więziennictwa” 
– ogłosił ogól-
nopolską  żałobę  pozostały  przy  ży-
ciu  zastępca  dyrektora  generalnego
SW płk Waldemar  Śledzik.

Doświadczony „klawisz” pracu-

jący na pierwszej linii frontu w du-
żym  zakładzie  karnym,  zapytany
przez  „FiM”  o  opinię  wobec  całej
tej histerii, wyrażał się o panu pre-
zydencie i panu premierze oraz ich
suflerach słowami, których niestety
nie  możemy  publicznie  przytoczyć.
O  swojej  codziennej  pracy  mówił
już  na  szczęście  spokojniej,  ale  za-
nim  oddamy  mu  głos,  uporządkuj-
my  nieco  fakty...

Krzysztof Olewnik został upro-

wadzony w nocy z 26 na 27 paździer-
nika  2001  r.,  lecz  dopiero  w  listo-
padzie 2005 r. policja dopadła pierw-
szego ze sprawców – wcześniej nie-
karanego  Sławomira  Kościuka
(bandyta  nr  2),  a  miesiąc  później
zatrzymano  w  Warszawie  recydy-
wistę  Wojciecha  Franiewskiego
(bandyta  nr  1).  Po  roku  pobytu 
w areszcie Kościuk pękł. Przyznał się
do  bezpośredniego  udziału  (wespół
z  Robertem  Pazikiem –  bandytą
nr  3,  wcześniej  niekaranym)  w  za-
bójstwie  dokonanym  na  polecenie

Franiewskiego i wskazał miejsce za-
kopania  zwłok  Olewnika  –  zabite-
go  po  odebraniu  okupu.

Franiewski milczał. Gdy w czerw-

cu  2007  r.  zaczął  zapoznawać  się 
z  aktami  zakończonego  śledztwa 
i  przeczytał  zeznania  wspólników,
zrozumiał,  że  już  się  nie  wywinie.
Rankiem 18 czerwca oficerowie CBŚ
zabrali  go  z  Aresztu  Śledczego 
w Olsztynie na kolejną sesję czyta-
nia  akt.  Po  powrocie  napisał  list-
-testament do żony. W nocy popeł-
nił samobójstwo w swojej jednooso-
bowej  celi  dla  „niebezpiecznych”.
Badania wykazały, że miał w moczu
(a nie we krwi, jak informowały me-
dia) mikroskopijne ślady amfetami-
ny i nieco więcej alkoholu. Zdaniem

biegłego,  powiesił  się  bez  „pomo-
cy”  osób  trzecich,  przy  czym  uczy-
nił  to  w  sposób  rzadko  spotykany,
bowiem  przywiązany  do  kraty  po-
wróz  z  bandaża  elastycznego  miał
dwa supły. Ich ucisk na tętnice spra-
wił,  że  Franiewski  najpierw  stracił
przytomność, po czym – już bez żad-
nych reakcji samoobronnych – osu-
nął  się  o  kilka  centymetrów,  defi-
nitywnie  zaciskając  pętlę...

– Wybrał najlepszą porę do sa-

mobójstwa, bo po apelu wieczornym
oddziałowy nie ma już kluczy. Mu-
si  je  zdać  dowódcy  zmiany  i  tylko
w  jego  obecności  można  w  nocy
otworzyć  celę.  Takie  są  przepisy. 
I gdyby nawet oddziałowy przypad-
kowo  uchwycił  na  ekranie  monito-
ra moment zadzierzgnięcia, a trze-
ba  pamiętać,  że  musi  obserwować
wielu  skazanych,  wypełniać  kwity
dotyczące  służby,  zajrzeć  do  cel, 
w których nie ma kamer, a czasem
też pójść za swoją potrzebą, to szan-
sa  na  zapobieżenie  śmierci  zde-
cydowanego  na  wszystko  despe-
rata  jest  żadna
.  Ile  czasu  potrze-
ba  wisielcowi  do  zgonu?  Minutę,
dwie? Zanim przybiegnie na oddział
ekipa z kluczami, jest już po wszyst-
kim – zauważa funkcjonariusz SW. 

– Tylko z tym alkoholem jest pe-

wien  problem,  bo  amfa  utrzymuje
się  w  organizmie  nawet  do  pół  ro-
ku, a śladowa ilość świadczy, że za-
żył  ją  kilka  miesięcy  wcześniej.  Je-
śli  zaś  chodzi  o  promile...  Wydaje
się  wątpliwe,  żeby  ktoś  udostępnił
Franiewskiemu gorzałę w areszcie,
bo miał już wówczas status „niebez-
piecznego”, a olsztyńscy klawisze by-
li  bardzo  „elektryczni”.  Prawdopo-
dobnie  koledzy  z  tamtejszego  Za-
rządu CBŚ dali mu łyka na rozluź-
nienie  i  doprawdy  nie  ma  w  tym
nic nadzwyczajnego, bo czasem ro-
bi  się  takie  gesty,  żeby  rozwiązać
bandziorowi  język  –  ujawnia  ope-
racyjny  warsztat  policjant.

Proces  rozpoczął  się  w  listopa-

dzie  2007  r.  przed  Sądem  Okręgo-
wym  w  Płocku.  Wobec  zgonu  Fra-
niewskiego  głównymi  oskarżonymi
byli „skruszony” Kościuk (51 l.) oraz
idący do samego końca w zaparte Pa-
zik (38 l.). 31 marca 2008 r. obaj zo-
stali skazani na dożywocie. Pierwszy
otrzymał szansę ubiegania się o wa-
runkowe przedterminowe zwolnienie
po odsiedzeniu 25 lat, drugiemu sąd
podniósł tę poprzeczkę do minimum
30  lat.  Pozostali  oskarżeni  otrzyma-
li kary od roku do 15 lat więzienia.

4 kwietnia ok. godz. 22 Kościuk

powiesił  się  na  kawałku  prześciera-
dła. Trzymano go w jednoosobowej
celi dla „niebezpiecznych” wydzielo-
nego oddziału aresztanckiego Zakła-
du  Karnego  w  Płocku,  gdzie  czekał

na  transport  do  więzienia  wyspecja-
lizowanego  w  przechowywaniu  tego
typu pensjonariuszy. Zwłoki znalezio-
no  w  tzw.  kąciku  sanitarnym  (zasło-
nięty parawanem sedes i umywalka),
jedynym  miejscu  celi,  które  –  zgod-
nie  ze  standardami  europejskimi 
– nie było objęte okiem monitorują-
cej  pomieszczenie  kamery.  Zawisł
na kracie koszowej, która stanowi do-
datkowe  zabezpieczenie  pozwalają-
ce osobie wchodzącej do celi uniknąć
ewentualnego ataku osadzonego. Bie-
gli  nie  stwierdzili  jakiegokolwiek
udziału  osób  trzecich,  w  organizmie
denata  nie  znaleziono  żadnych  śla-
dów po środkach odurzających. 

– Klasyczna załamka. Facet był

najstarszy i najsłabszy psychicznie
z nich wszystkich. Jeszcze na eta-
pie  śledztwa  –  siedział  wówczas 

w Barczewie – musiał dostawać psy-
chotropy.  Gorliwie  współpracował 
z prokuraturą, licząc na złagodzenie
kary, a dostał – uwzględniając jego
wiek – wyrok śmierci. Dodatkowym
dla  niego  obciążeniem  był  fakt,  że
w czasie procesu paskudnie wyzywa-
no go z innych cel, strasząc perspek-
tywą  „przecwelenia”  (gwałt  homo-
seksualny – dop. red.) przy pierwszej
nadarzającej  się  okazji.  Wieści  po
kryminałach  rozchodzą  się  błyska-
wicznie,  więc  gdziekolwiek  by  go 
w  Polsce  schować,  Kościuk  i  tak
miałby  całkiem  przesrane  wśród
więźniów, z czego doskonale zdawał
sobie sprawę – tłumaczy „klawisz”.

8  kwietnia  2008  r.  Pazik  został

przetransportowany  z  aresztu  śled-
czego w Łodzi (tu siedział w trakcie
procesu)  do  więzienia  w  Sztumie,
gdzie  istnieje  specjalny  oddział, 
w  którym  ostrożność  przedkłada  się
ponad  standardy  i  „niebezpieczny”
nawet kupę robi ze świadomością, iż
jest obserwowany przez kamerę. Ulo-
kowano go w celi dwuosobowej, a za-
chowywał się spokojnie i nie sprawiał
żadnych kłopotów wychowawczych. 

–  To  raczej  standard  w  przy-

padku  długoterminowych,  bo  tylko
w ten sposób mogą z czasem liczyć
na jakieś drobne ulgi, podjąć pracę
i zaaklimatyzować się, żeby nie zwa-
riować.  Zawsze  łudzą  się  nadzieją,
że kiedyś nadejdzie amnestia, odli-
czają czas do pierwszej teoretycznej
szansy na przepustkę, co w przypad-
ku „dożywotek” nie może nastąpić
wcześniej  niż  po  upływie  15  lat 
–  wyjaśnia  nasz  rozmówca. 

9 stycznia 2009 r. Pazika przywie-

ziono z powrotem do Płocka, bo mu-
siał stanąć przed obliczem Sądu Re-
jonowego w Sierpcu jako oskarżony
w sprawie pomocnictwa w planowa-
nym  przed  aresztowaniem  napadzie
na  konwój  z  pieniędzmi.  Osadzono
go w celi 509, jednej z sześciu zare-
zerwowanych dla „niebezpiecznych”.
Trzykrotnie  poddany  został  konsul-
tacji psychologicznej, a w ciągu dnia
oddziałowy co godzina otwierał drzwi,
żeby  zza  kraty  koszowej  sprawdzić,
czy  w  środku  nie  dzieje  się  coś  nie-
pokojącego. W nocy zerkał z koniecz-
ności  w  monitor  i  przez  wizjer.  19
stycznia  ok.  godz.  4.30  w  więzieniu
trochę  się  zakotłowało,  bo  jeden 
z  pensjonariuszy  zasłabł.  Przyjecha-
ło pogotowie, dowódca zmiany w asy-
ście  kilku  strażników  byli  zaabsor-
bowani  wpuszczaniem  do  celi  leka-
rza. 10 minut później funkcjonariusz
dyżurujący  na  oddziale,  gdzie  prze-
bywał Pazik, przechodząc obok jego
celi, zajrzał przez wizjer, ale nie do-
strzegł więźnia. Gdy na miejsce przy-
był  wezwany  dowódca  z  kluczami
(m.in. w towarzystwie obecnego aku-
rat  w  zakładzie  lekarza  pogotowia),
Pazik stygł na wewnętrznej kracie ko-
szowej, tuż przy kąciku sanitarnym...

A  później  było  już  tylko  bicie

piany i pojedynek na punkty w son-
dażach...

ANNA  TARCZYŃSKA

PS Za tydzień pokażemy, co tak

naprawdę  trapi  Służbę  Więzienną

W latach 2000–2008 Polacy popełnili ponad 40 tys.
samobójstw. Okazuje się, że ważne są tylko te,
które mogą politykom dostarczyć punktów 
w sondażach...

ŻŻyyw

wii ii m

maarrttw

wii

Fot.  RP

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

4

4

Z NOTATNIKA HERETYKA

Rano, w południe, po południu i wieczorem zajmuję się polityką.

(Jarosław Kaczyński)

¶ ¶ ¶

Spokojnie  wszedłem,  grzecznie  sobie  stałem,  potem  miło  porozmawiałem 
z kilkoma politykami, nikogo nie pogryzłem.
(Janusz Korwin-Mikke o swej obecności na inauguracji Andrzeja Czumy)

¶ ¶ ¶

Janusz Korwin-Mikke powiedział, że chciałby zobaczyć pierwszego uczciwe-
go ministra 
(Andrzeja Czumę – dop. red.), a ja powiedziałem że mogę mu
to umożliwić.

(Krzysztof Czuma) 

¶ ¶ ¶

Za Polski szlacheckiej przywiązali chłopa do ziemi, dzisiaj przywiązali go do
urzędnika europejskiego. My go odwiążemy. Chcemy Europy ojczyzn, tożsa-
mych państw, opartych o dekalog chrześcijański.

(Janusz Dobrosz, Naprzód Polsko)

¶ ¶ ¶

Dokąd dopłynie ten okręt? Jeśli zawieje silny wiatr z Torunia, może dopłynąć
nawet  do  Strasburga.  Później  jednak  rzuci  kotwicę  na  pięć  lat,  by  kapitano-
wie mogli w spokoju przygotowywać się do kolejnego rejsu, zapewne pod in-
ną banderą.

(Aleksander Sopliński, PSL, o partii Naprzód Polsko)

¶ ¶ ¶

Jeżeli jakaś partia lub polityk jest w zdecydowanej większości mediów przed-
stawiany jako ósmy cud świata, to można ludziom wmówić, że Aleksander
Kwaśniewski  jest  wysokim  mężczyzną.  Należy  rozważyć  fenomen  mediów,
ponieważ bez tego nie sposób zrozumieć polityki w Polsce.

(Jarosław Kaczyński)

¶ ¶ ¶

Jarosław Kaczyński jest największym atutem PO. Wystarczy, że się odezwie,
a poparcie dla naszej partii wzrasta od razu o kilka procent.

(Sebastian Karpiniuk, PO)

Wybrała  OH

MYŚLI NIEDOKOŃCZONE

Ksiądz Wieńczysław Ł., proboszcz pa-
rafii  w  Janikach,  już  tak  bardzo  nie

wypiera się swojej córeczki – dziś już kilkumiesięcznej. Przyznaje nawet, że
jest  możliwość,  iż  to  on  jest  jej  ojcem.  Dlaczego?  Częstochowska  prokura-
tura  zażądała  badania  DNA. 

Zatrzymany do rutynowej kontroli kie-
rowca z Nowej Wsi Lęborskiej po wy-

dmuchaniu  2,5  promila  przyznał,  że  właśnie  wypił  dwa  litry  piwa.  Funkcjo-
nariuszom  –  w  zamian  za  załatwienie  sprawy  –  zaproponował  2,5  tysiąca
złotych.  Nie  udało  się.  Za  jazdę  po  pijaku  facetowi  grożą  2  lata  pozbawie-
nia  wolności,  a  za  próbę  przekupienia  policjantów  –  do  8  lat.

Pod  jeden  z  bloków  w  Katowicach
zjechały  wozy  strażackie,  policyjne 

i karetki pogotowia. Ewakuowano 350 osób, a jedną z przerażonych sytuacją
mieszkanek odwieziono do szpitala. Reszta przez trzy godziny siedziała w pod-
stawionych specjalnie autobusach. Wszystko przez 28-latka, który chciał się
odegrać na teściu i zawiadomił funkcjonariuszy, że w jego bloku jest bomba.

O potędze uczucia, jakie żywi pewien
22-letni  mieszkaniec  Lublina  do  swo-

jej dziewczyny, miały świadczyć nie słowa, ale czyny. Toteż 18-latka zażąda-
ła,  aby  w  dowód  uczucia  włamał  się  do  przygodnego  sklepu  po  papierosy.
Obydwoje czekają teraz w areszcie. Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności. 

Oblał  się  benzyną  i  podpalił  30-latek
ze Żmijowisk. Zrobił to w obronie wła-

snej,  bo  –  jak  wyjaśnił  –  widział  ludzi,  którzy  chcieli  go  skrzywdzić.  Męż-
czyzna,  gdy  odwożono  go  do  szpitala,  był  kompletnie  pijany. 

Bezrobotny z Bytomia miał trochę dłu-
gów. Żeby się odkuć, postanowił zgro-

madzić kasę, napadając na lokalne stacje benzynowe. Obsługę terroryzował
siekierą albo atrapą pistoletu. Nie widział przy tym potrzeby zamaskowania
twarzy,  więc  policjanci  szybko  go  zidentyfikowali.  Zatrzymali  go,  gdy  wy-
chodził  z  niedzielnej  mszy.  O  swój  dług  może  się  nie  martwić  przez  najbliż-
sze  lata,  które  spędzi  za  kratami. 

Opracowała  WZ

P

Prroow

wiin

nccjja

ałłk

kii

CZYJE DZIECKO NICZYJE?

JAK PECH TO PECH

ALARM

DOWÓD MIŁOŚCI

FENIKS

MSZA DZIĘKCZYNNA?

B

enedykt XVI ze starej, przedsoborowej szafy wy-
ciąga nie tylko staromodne czapeczki i zabaw-

ne falbanki, w które lubi się stroić. Z mroków zapo-
mnienia wydobywa ostatnio także prawdziwe przed-
potopowe potwory, którymi straszy Kościół i świat.

O tym, że papież Ratzinger jest do bólu konserwa-

tywny,  pisaliśmy  już  niejednokrotnie.  Bezwarunkowe
rozgrzeszenie przez niego czwórki ekskomunikowanych
przez JPII lefebrystowskich bi-
skupów,  w  tym  chorobliwego
antysemity  negującego  Holo-
caust, to już nie jest nawet ko-
lejny  krok  w  tył,  to  efektowny
wsteczny  fikołek  Benedykta.

Kim  są  lefebryści?  To  ży-

wa  skamielina  Kościoła  przedsoborowego,  skupiająca
w sobie wszystko to, co najbardziej odrażające z daw-
nego katolicyzmu: przekonanie, że tylko rzymska wia-
ra jest dobra i zbawienionośna, a inne Kościoły i reli-
gie  są  narzędziami  szatana.  To  także  tradycyjny  kato-
licki antysemityzm w klasycznej postaci, chorobliwa an-
tylewicowość oraz masonofobia. Również zanegowanie
wolności  sumienia  i  dowodzenie,  że  wolność  religijna
przysługuje  tylko  Kościołowi  rzymskokatolickiemu 
w jego dziele podporządkowywania sobie państw, praw
i instytucji, czyli klerykalizm w wersji krystalicznie czy-
stej. Lefebryści nie uznają też mszału Pawła VI, mszy
w  języku  narodowym  odprawianej  przodem  do  wier-
nych,  którą  uważają  za  heretycki  wynalazek.

Powiecie,  że  obecny  Kościół  niewiele  się  różni  od

przedpoborowego, i że do pewnego stopnia jest on dzi-
siaj  cały...  lefebrystowski.  Kościół  nawet  za  Jana  Paw-
ła II i Benedykta starał się jednak choćby tylko udawać
dialog i sprawiać wrażenie, że akceptuje w świecie plu-
ralizm światopoglądowy i demokrację. Lefebryści takie

udawanie uważali za zdradę „Tradycji” (kochają to sło-
wo  zawsze  pisane  u  nich  z  dużej  litery)  oraz  wiary  oj-
ców.  Uważają,  że  Kościół  padł  ofiarą  masońskiego
spisku  wewnętrznego,  a  wszyscy  papieże,  począwszy
od  Jana  XXIII,  zwyczajnie  błądzą. 

Warto zauważyć, że Jan Paweł II ekskomunikował

owych czterech biskupów nie z powodu ich poglądów,
które  być  może  do  pewnego  stopnia  po  cichu  podzie-

lał,  ale  ze  względu  na  ich  nie-
posłuszeństwo  i  nielegalną 
z  punktu  widzenia  Watykanu
sakrę biskupią. Lektura pisma
papieskiego  cofającego  obec-
nie  klątwę  Wojtyły  budzi  zdu-
mienie zwłaszcza w tym zakre-

sie,  że  ekskomunikowani  niczego  nie  żałują  i  za  nic
nie przepraszają. Ratzinger rozgrzesza ich zupełnie jed-
nostronnie  i  gratisowo.  Zdaje  się  w  ten  sposób  suge-
rować, że to lefebryści, a nie Wojtyła, mieli rację pod-
czas konfliktu w 1988 roku. Takie cofnięcie ekskomu-
niki  oznacza,  że  lefebryzm  odniósł  potężny  sukces
propagandowy,  a  być  może  także  doktrynalny.  To  nie
lefebryści  stali  się  teraz  bardziej  katoliccy  –  to  katoli-
cyzm  stał  się  teraz  bardziej  lefebrystowski! 

Z punktu widzenia antyklerykałów, to może jest na-

wet właściwy obrót spraw. Nawrót do czasów przedpo-
borowych  jeszcze  dotkliwiej  osłabi  Kościół,  wykopie
jeszcze głębszy rów pomiędzy hierarchią i większością
wiernych, uczyni z katolicyzmu jeszcze bardziej archa-
iczne, dziwaczne i odrażające muzeum autorytaryzmu.
Odkryli to właśnie Żydzi, którym wręcz odebrało mo-
wę, gdy okazało się, że jeden z „ułaskawionych” bisku-
pów  ma  poglądy  zbliżone  do  nazistów.  Ale  czemu  się
dziwić, skoro Kościołem kieruje były żołnierz wermach-
tu  i  członek  Hitlerjugend. 

ADAM  CIOCH

Rozgrzeszenie

RZECZY  POSPOLITE

Na  dyskotece  trudno  rozmawiać 
z  dziewczyną  o  różańcu  –  zapła-
kał wielce świątobliwy informatyk
Maciek Koper. A dla spragnionych
takich  rozmów  założył  katolickie
internetowe biuro matrymonialne.

Portal  Przeznaczeni  pl.  powstał

z  myślą  o  tych,  którym  nie  udał  się
podryw w kościelnej ławce, choć przy-
szła  pora  na  założenie  własnego
chrześcijańskiego  stadła.  Osobisty
patronat nad nim sprawuje nieżyją-
cy  od  prawie  4  lat  Jan  Paweł  II
i Święta Rodzina. W praktyce ozna-
cza  to  jedno:  cel  zawieranych  zna-
jomości  jest  z  góry  ustalony  –  wę-
drówka do ołtarza, a potem „idźcie
i rozmnażajcie się”. Na przeciągają-
ce  się  w  nieskończoność  „chodze-
nie”,  docieranie  się  i  tym  podobne
duperele nie warto tracić czasu. I są
efekty!  Setki  zaręczonych  par,  mał-
żeństw  i  gromadka  dzieciątek. 

Jak na stronie www znaleźć te-

go, którego nam niebiosa przezna-
czyły? Po pierwsze, musimy zapew-
nić,  że  możemy  wziąć  katolicki
ślub i o niczym innym nie marzy-
my. Po drugie, uroczyście oświad-
czyć,  że  brzydzimy  się  abor-
cją,  antykoncepcją,  euta-
nazją,  a  czystość  przed-
małżeńską  uważamy  za
rzecz  świętą.  Po  trzecie,
pochwalić się frekwencją na
niedzielnych nabożeństwach.

Opłata  za  internetową  spowiedź 
–  99  zł.  Możliwość  poznania  tysię-
cy  kandydatów  na  zbożnego  męża
–  bezcenna! 

No właśnie... Jaki jest modelowy

Polak  katolik,  który  najpierw  chce
zaliczyć  księżowskie  błogosławień-
stwo, a nas – baby – dopiero w dru-
giej  kolejności?  Poza  tym,  że  świę-
cie wierzy w jedynie słuszne prawdy? 

Zdecydowana  większość  kawa-

lerów  do  wzięcia  szczyci  się  uczest-
nictwem na coniedzielnej mszy. Wie-
lu na kościółkowe modły biegnie jesz-
cze  w  dni  powszednie.  W  rubryce
„otwartość na rodzicielstwo” najczę-
ściej  udzielana  odpowiedź  to  „chcę
mieć  dzieci,  liczba  nieokreślona”
(czyt.: ile dwunożny inkubator da ra-
dę  wyprodukować).  Jeśli  wiedzą,  że
sami nie spłodzą, są „otwarci na ad-
opcję”. O ustatkowaniu i własnej ro-
dzinie myślą od zawsze

(„Z perspektywy czasu widzę, że pozna-
łem Małgosię za wstawiennictwem św.
Józefa,  do  którego  zwracałem  się  już
w  dzieciństwie  modlitwami  dołączo-
nymi do swojej książeczki od I Komu-
nii Świętej”
). W sierpniu w intencji po-
znania cnotliwej żony idą z pielgrzym-
ką do Częstochowy; w pozostałe mie-
siące  zagłuszają  samotność  umoral-
niającymi  słuchowiskami  –  w  Radiu
Józef  na  przykład.  Wieczorami  za-
bawiają się przy lekturze „Niedzieli”
i innych nabożnych pisemek. Na bez-
ludną  wyspę  zabiorą  żonę  –  jak  już
znajdą – a musowo różaniec i Pismo
Święte. Wśród hołubionych autoryte-
tów  moralnych  są:  JPII,  św.  Franci-
szek,  „skruszony  grzesznik  ukrzyżo-
wany z Panem Jezusem”...

Relacje z randek czyta się z wy-

piekami na twarzy: „Umówiliśmy się
pod  kościołem  po  niedzielnej  Eu-
charystii  i  wybraliśmy  się  na  herba-
tę”;  „Nasze  spotkanie  uwieńczyliśmy
wspólnym uczestnictwem we mszy św.
w kościółku pw. Matki Boskiej Wspo-
możenia  Wiernej”
.  Na  zachętę  do-
dam,  że  jak  wynika  z  relacji  „prze-
znaczonych”, aby doszło do zaręczyn,
wiele takich wspólnych mszy nie trze-
ba.  Przymusowa  przedślubna  posu-

cha sprawia, że miłość rozkwi-

ta w tempie wręcz zawrotnym.

A  potem  żyją  zgodnie  i  po

bożemu.  Amen. 

JUSTYNA  CIEŚLAK

POLKA  POTRAFI

PPrrzzeezznnaacczzoonnyy nnaarrzzeecczzoonnyy

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

5

5

NA KLĘCZKACH

DOTUJĄ BOGATYCH

W  całym  kraju  miasta  i  gminy

z naruszeniem prawa dotują para-
fie, przekazując pieniądze głównie
na remonty świątyń. Jest to – chy-
ba oczywisty – cel kultowy, zakaza-
ny  przez  prawo.  Nie  dla  większo-
ści  urzędników,  którzy  często  kil-
kusettysięczne  darowizny  dla  pro-
boszcza  podciągają  pod  troskę 
o dziedzictwo kulturowe gminy. Na
takim  patencie  dotację  otrzymały
np. parafie w Bałdrzychowie k. Pod-
dębic,  rok  temu  parafia  św.  Kata-
rzyny w samych Poddębicach, a na
obiecane  przez  gminę  publiczne
pieniądze czeka też parafia w Ka-
łowie,  o  czym  donieśli  nam  wzbu-
rzeni  Czytelnicy.  Te  trzy  parafie
graniczą  ze  sobą,  co  wymownie
świadczy o skali klerykalnego roz-
dawnictwa. 

RK

RŻNIE GŁUPA

„Niczego  nie  pamiętam,  o  ni-

czym  nie  wiem”  –  taką  taktykę
przed  gdańskim  sądem  przyjął  ks.
Wiesław  L.,  do  niedawna  jeden 
z prominentnych urzędników kurii
i  bardzo  ważny  świadek  w  proce-
sie dotyczącym olbrzymich nadużyć
w archidiecezjalnym wydawnictwie
Stella  Maris.  Prawa  ręka  byłego
metropolity  abp.  Tadeusza  Go-
cłowskiego
, który formalnie powi-
nien sprawować nadzór nad wydaw-
nictwem,  udaje,  że  nie  wie  nawet,
czym  zajmowała  się  Stella  Maris.
To kpina z sądu – mówią obrońcy
głównych oskarżonych. Na wniosek
jednego z nich sąd zdecydował, by
ksiądz Wiesław L. trafił na specja-
listyczne  badania,  które  potwier-
dzą,  czy  jest  sprawny  intelektual-
nie,  czy  też  celowo  rżnie  głupa.

Waga  zeznań  byłego  wikariu-

sza  generalnego  jest  bardzo  duża,
gdyż  sąd  zajmuje  się  nadużyciami
wysokości  ponad  67  mln  zł  (przy-
właszczenie mienia prawie 30 spół-
ek, narażenie na straty Skarbu Pań-
stwa) powstałymi w archidiecezjal-
nym  wydawnictwie  w  latach
1997–2001. Niestety, proces ciągnie
się  już  od  lat  i  jego  końca  nie  wi-
dać. 

BS

WIDZĘ CIEMNOŚĆ

Według sondażu przeprowadzo-

nego  przez  krakowską  PO,  zdecy-
dowanym  kandydatem  na  zwycię-
stwo  w  wyborach  na  urząd  prezy-
denta  Krakowa  w  2010  roku  jest
specjalista  od  katolickiej  bioetyki
Jarosław Gowin. Jeśli ten scena-
riusz się potwierdzi, to podwawel-
skim grodem już zupełnie zawład-
nie kolor czarny, a złośliwa nazwa
miasta ,,świętogród” stanie się fak-
tem. Z drugiej jednak strony, przy-
najmniej  będzie  wiadomo,  kto 
w Krakowie rządzi, a z pałacu Wie-
lopolskich (siedziba magistratu) na
ul. Franciszkańską 3, gdzie urzędu-
je kard. Dziwisz, jest naprawdę rzut

moherem. Gowin oświadczył, iż wy-
nikami  sondażu  czuje  się  zaszczy-
cony i traktuje to jako zobowiąza-
nie do jeszcze cięższej pracy. A te-
go  już  naprawdę  należy  się  oba-
wiać... 

PP

CHRAPKA NA 1 PROC.

Czego to się nie robi dla pienię-

dzy!  Krakowski  Caritas  oferuje  na
swoich stronach internetowych bez-
płatny program do rozliczeń z urzę-
dem  skarbowym.  W  zamian  ocze-
kuje tylko jednego – wpłaty 1 proc.
na  pomoc  potrzebującym.  Oferta
sutannowych  jest  w  gruncie  rzeczy
mało atrakcyjna, bo programy kom-
puterowe do rozliczeń oferuje dziś
nie  tylko  internet,  ale  i  np.  wiele
tytułów prasowych, które dołączają
specjalne płytki CD. 

PS 

NIE DLA SZKÓŁ

Szczecin  wspiera  edukację  jak

każde miasto – zapewniają lokalne
władze  –  tyle  że  czyny  świadczą 
o  czymś  innym.  Szczecińskie  szko-
ły  prywatne  piszą  do  prezydenta
miasta  z  prośbą  o  pomoc.  Skoro
miasto pomogło Opus Dei („FiM”
37/2008), nam również powinno po-
móc – uważają placówki oświatowe
i proszą o udostępnienie nierucho-
mości na preferencyjnych zasadach. 

Odpowiedź zastępcy prezyden-

ta miasta jest zdecydowana: mamy
inne  priorytety.  I  tak  jest  w  rze-
czywiści,  bo  te  inne  priorytety  to
właśnie  Opus  Dei. 

PPr

W SOSIE WŁASNYM...

Rada  nadzorcza  publicznego

Polskiego  Radia  Lublin  dokonała
zaskakujących  zmian  w  zarządzie
rozgłośni! Zamiast trzyosobowego
zarządu – będzie działać jednooso-
bowy. Jego sterem, żaglem i okrę-
tem zostanie dotychczasowy prezes
Mariusz Deckert, silnie powiąza-
ny z PiS-em. Wiceprezesem nie bę-
dzie już natomiast Ryszard Mon-
tusiewicz
,  drzewiej  korespondent
Polskiego  Radia  w  Ziemi  Świętej 
i współpracownik Radia Watykan.
Zatrzyma  on  jednak  dotychczaso-
wą  funkcję  redaktora  naczelnego
rozgłośni, co gwarantuje pobożną,
katolicką  linię  radia. 

KC

OCHOTNICY 

DO CZYTANIA

Zamość  poszukuje  półtora  ty-

siąca  osób.  Niestety,  to  nie  żadna
oferta pracy. Półtora tysiąca ochot-
ników  potrzebuje  parafia  Świętej
Opatrzności  Bożej  organizująca 
I  Zamojski  Maraton  Biblijny  do...
czytania Pisma Świętego. Istotą im-
prezy ma być publiczne czytanie Bi-
blii non stop w dzień i w nocy przez
5 dni, 18 godzin i 25 minut. Przeczy-
tanie  jednego  fragmentu  każdemu
powinno zająć około 5 minut. Wpraw-
dzie zamojski maraton ma rozpocząć
się  dopiero  1  marca,  a  skończyć  7,
ale  parafia  już  apeluje  o  pilne  za-
pisywanie  się  ochotników  na  listę.
Wszystkim zgłaszającym się zosta-
nie  przydzielony  fragment  Biblii
wraz  z  dokładnym  terminem  (go-
dzina,  minuta)  odczytania.  A  jak
zabraknie  ochotników? 

AK

KLASZTOR 

CZYNI ARTYSTĄ?

Gdzie artysta powinien szukać

twórczego natchnienia i najskutecz-
niej  odkryć  swój  talent?  W  klasz-
torze  –  podpowiadają  organizato-
rzy  turnusów  artystycznych  w  po-
wstałym  na  bazie  pokamedulskie-
go klasztoru w Rytwianach centrum
relaksacyjno-kontemplacyjnym. Po-
etom i malarzom rytwiańskie cen-
trum proponuje innowacyjną arte-
terapię  opartą  na  trzech  filarach
duchowości  kamedulskiej:  milcze-
niu, kontemplacji i samotności. Bez
radia,  telewizora  i  telefonu,  za  to
z kościołem na miejscu. Oprócz od-
nowy  ducha  w  klasztornej  ciszy
ośrodek  kusi  też  ciało  wspaniałą
domową kuchnią oraz fotelami ma-
sującymi. 

AK

KRUCJATA 

PRZECIW „FIM” 

Proboszczowi Polskiej Misji Ka-

tolickiej  w  Kolonii  księdzu  Stefa-
nowi  Ochalskiemu 
ze  Zgroma-
dzenia  Chrystusowców  zamarzyła
się rola cenzora. Aby pomysł wcie-
lić w życie, postanowił zlikwidować
działający od 15 lat w pobliżu świą-
tyni coniedzielny legalny kiermasz
polskiej prasy. Szczególnie irytowa-
ło go to, że parafianie zamiast ku-
pować  „Niedzielę”,  zaczytują  się
naszym  pismem,  które  rozchodzi-
ło się w Kolonii jak świeże bułecz-
ki. Po trzech miesiącach rozmyślań,
14  stycznia  2009  roku,  rozpoczął
realizację swojego planu. Na dzień
dobry  podczas  mszy  świętych  po-
mówił prowadzącego punkt Czytel-
nika  „Faktów  i  Mitów”  Janusza
Niemira 
o  handel  narkotykami 
i  alkoholem  (sic!).  W  Niemczech
takie  oskarżenia  dla  przedsiębior-
cy oznaczają biznesową śmierć. Pan

Janusz kilkakrotnie próbował skon-
taktować się z księdzem Ochalskim,
aby  wyjaśnić  całą  sprawę.  W  od-
powiedzi usłyszał, żeby spadał. Wo-
bec  tego  adwokat  Janusza  Niemi-
ra przygotował pozew przeciw pro-
boszczowi o oszczerstwo. Do przed-
siębiorcy zgłosili się także parafia-
nie  gotowi  do  zorganizowania  pi-
kiety w obronie stoiska. Obserwa-
torzy  zauważyli,  że  po  akcji  pro-
boszcza spadła frekwencja na nie-
dzielnych  mszach. 

MiC 

KOLEJNA KOBIETA

BISKUPEM

To,  co  jest  nie  do  pomyślenia

wśród protestantów w Polsce, w An-
glii  stało  się  faktem:  ks.  Jana  Je-
ruma-Grinberga 
została wprowa-
dzona  na  urząd  biskupa  Kościoła
luterańskiego  w  Wielkiej  Brytanii.

Nabożeństwo i cała ceremonia

biskupki pochodzącej z Ewangelic-
ko-Luterańskiego  Kościoła  Łotwy
odbyła  się  w  kościele  św.  Anny 
w Londynie. Co ciekawe, w uroczy-
stościach wzięły udział inne kobie-
ty  w  randze  biskupa:  Antje  Jac-
kelen 
ze Szwecji oraz Ilona Fritz
z  Holandii. 

PPr

POWAB PORNO

Oglądanie  filmów  porno  to

oczywiście nic złego. Może je oglą-
dać nawet ksiądz. Tym razem jed-
nak  zachłanny  50-letni  zakonnik 
z  benedyktyńskiego  opactwa  Ma-
ria Laach w Niemczech został przy-
łapany na kradzieży w sklepie spo-
rej  liczby...  bo  aż  42  filmów  DVD
wartych łącznie ok. 2 tys. euro. Nie-
udana  kradzież  skończyła  się  dla
zakonnika  karą  siedmiu  miesięcy
pozbawienia wolności i dodatkowo
300  euro  grzywny. 

PPr

IN GOD WE TRUST

W  Bogu  położyli  ufność  swoją

Melissa i  Randy  Prattowie,  gdy
podjęli  z  konta  ponad  175 tysięcy

dolarów, które pomyłkowo zaksię-
gował  na  ich  koncie  system  ban-
kowy. Prattowie mieli na koncie go-
tówkę w wysokości 1772,50 dol., ale
błąd  komputera  bankowego  prze-
sunął  im  pewnego  dnia  przecinek
o dwa miejsca we właściwą stronę.
Prattowie uznali to za cud, podzię-
kowali  Bogu,  porzucili  pracę  i  za-
kupili  dom  na  Florydzie.  Po  dro-
dze rozdali tysiące dolarów, w tym
25 tysięcy na kościelne dzieło cha-
rytatywne.  Teraz  czeka  ich  proces
sądowy z zarzutem kradzieży i zmo-
wy. 

MaK

NIE MIEJCIE LITOŚCI

W  Izraelu  wybuchł  skandal  po

opublikowaniu  materiałów  religij-
nych, jakie przesyłał żołnierzom wal-
czącym do niedawna w Gazie rabi-
nat  wojskowy.  Broszury  zawierały
treści  rasistowskie  wymierzone 
w  Palestyńczyków  oraz  podważały
międzynarodowe normy określają-
ce  sposób  traktowania  cywilów 
w  czasie  wojny.  Rabini  apelowali,
aby  żołnierze  nie  mieli  litości  dla
Palestyńczyków, i porównywali tych
ostatnich  do  starożytnych  Filistyń-
czyków. Dowodzili przy tym, że ca-
ła  ziemia  między  Morzem  Śród-
ziemnym  i  Jordanem  na  mocy  bo-
skich wyroków należy się wyłącznie
Żydom. Organizacje praw człowie-
ka  w  Izraelu  żądają  od  ministra
obrony  natychmiastowego  usunię-
cia głównego rabina armii Awisza-
ja Ronckiego
. W Izraelu, którego
większość  mieszkańców  jest  niere-
ligijna, wśród wierzących Żydów ist-
nieje całe spektrum poglądów reli-
gijno-politycznych: od morderczych,
rasistowskich  fanatyków,  poprzez
bardziej umiarkowanych izraelskich
nacjonalistów (najliczniejsi), huma-
nistycznych  pacyfistów,  po  Żydów
podważających  legalność  religijną
państwa  Izrael  (ci  uważają,  że  tyl-
ko Mesjasz ma prawo założyć pań-
stwo  żydowskie,  i  wspierają  Pale-
styńczyków jako właściwych gospo-
darzy „Ziemi Świętej”). 

MaK

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

6

6

POLSKA PARAFIALNA

N

ajwiększej  wyznaniowej
uczelni w kraju, finansowa-

nej  z naszych  podatków,  wciąż
mało  publicznego  majątku.

KUL parę lat temu przejął bu-

dynek dawnego Prywatnego Męskie-
go Gimnazjum im. Stefana Batore-
go. Okazały gmach, w którym obec-
nie mieści się wydział prawa, został
sto lat temu zbudowany dzięki skład-
kom rodziców i udziałowców Spół-
ki  Cywilnej  Szkoły  Średniej  w Lu-
blinie. Po II wojnie światowej spół-
ka,  bojąc  się  nacjonalizacji  obiek-
tu, przepisała go na KUL, zawiera-
jąc z ówczesnymi władzami uczelni
dżentelmeńską  umowę,  że  jeśli  sy-
tuacja polityczna w kraju zmieni się,
darowizna  zostanie  cofnięta  i „Ba-
tory”  odzyska  swoją  własność.  Bu-
dynek jednak i tak przeszedł na rzecz

Skarbu Państwa, ale kilka lat temu
KUL – wraz z odrodzonym po trans-
formacji ustrojowej Towarzystwem
Oświatowym  im.  Batorego  –  pod-
jął solidarne starania o jego zwrot.
Po  co  ręka  kościelna  sięga,  to  do-
staje,  więc  reprywatyzacja  nastąpi-
ła.  Ale  KUL  nawet  nie  chce  sły-
szeć o wywiązaniu się z umowy „na
gębę”. Konflikt zaognił się tak bar-
dzo,  że  uniwersytet  odmówił  prze-
kazania „Batoremu” także jego daw-
nych archiwów oraz pamiątek, w tym
oryginalnego sztandaru szkoły.

Ponadto znad wejścia do szko-

ły, bez zgody konserwatora zabyt-
ków, KUL usunął tablicę upamięt-
niającą  Wojsko  Polskie  (porów-
naj  zdjęcia).

KAZIMIERZ  CIUCIURKA

Fot.  Autor

Goliat i Batory

Kiedyś...

Obecnie

Wciąż  słyszymy,  że  priorytetem
obecnego  rządu  (każdego  obec-
nego rządu) jest jakość edukacji.
Jak dotąd nie znalazł się nikt, kto
słowa  te  przekułby  w czyny.

W Szkole  Podstawowej  numer

2 w Józefowie  rok  szkolny  zainau-
gurował uroczysty apel, podczas któ-
rego mowę wygłosił między innymi
miejscowy proboszcz. Na koniec wy-
recytował  wraz  ze  zgromadzonymi
modlitwę „Ojcze nasz”. Zareagowa-
li  rodzice.  W liście  skierowanym
do  dyrekcji  napisali,  że  wyznawcy
różnych religii, agnostycy czy ateiści
nie  powinni  być  narażani  przez
świecką instytucję na podobne prze-
życia, szczególnie że istnieje konsty-
tucyjny  zapis,  który  mówi,  że  nikt
nie  może  być  zmuszany  do  uczest-
niczenia  w praktykach  religijnych. 

Dostali  nawet  na  swoje  pismo

odpowiedź. „Szanowni Rodzice – na-
pisała pani dyrektor – religia jest jed-
nym z przedmiotów nauczanych w na-
szej szkole i 94,8 proc. uczniów uczest-
niczy w takich lekcjach (…). Szanu-
jemy  poglądy  osób  niewierzących 
–  nikt  nie  zmusza  nikogo  do  nauki
religii czy odmawiania modlitwy. Sza-
nujemy też poglądy osób wierzących,
których  w naszej  szkole  jest  zdecy-
dowana większość”
. Dlaczego w ta-
kim razie przemówienia nie wygło-
siła pani od matematyki czy też pa-
ni  od  biologii,  skoro  na  ich  lekcje
przychodzą wszyscy uczniowie – te-
go już pani dyrektor nie wyjaśniła.

Krzyże  i święte  obrazki  w pra-

cowniach, akademie okraszane mo-
dlitwą,  wspólne  wyprawy  na  mszę
świętą  –  takie  przejawy  neutralno-
ści światopoglądowej polskiej szko-
ły coraz częściej irytują rodziców. Tę
tendencję potwierdzają przedstawi-
cie kuratoriów. Według nich, rodzi-
ce coraz częściej angażują się w spra-
wy szkoły i głośno mówią o tym, co
im  się  nie  podoba.  Przestają  przy
tym  być  anonimowi.  Nie  podoba
im  się  głównie  to,  że  ich  dzieci 
– przez nich samych niewychowywa-
ne  w katolickiej  wierze  –  wciąż  są
narażane  na  manifestowanie  swej
„odmienności” bądź uczestniczenie
w praktykach religijnych. Bo jak ina-
czej wyjaśnić podobne sytuacje:

Święto patrona Szkoły Podsta-

wowej  numer  3 w Międzyrzeczu.
Główny punkt programu – msza świę-
ta. Zaalarmowane przez rodziców pra-
cownice kuratorium przyznają, że ma-
ją  nie  lada  zagwozdkę.  Uznały  jed-
nak, że rodzice są chyba przewrażli-
wieni, bo jesteśmy przecież oficjal-
nie państwem katolickim, jest kon-
kordat,  który  obowiązuje,  i trze-
ba być tolerancyjnym!

Uroczystość  poświęcenia

sztandaru w Szkole Podstawowej nr
4 w Raciborzu  połączono  ze  spo-
tkaniem  z czeskimi  uczniami  z za-
przyjaźnionej szkoły w Strahovicach.
W programie – wspólna msza świę-
ta,  przedstawienie  jasełkowe  i ko-
lędy. Projekt – jak głosi okoliczno-
ściowa  ulotka  –  był  współfinanso-
wany  z Europejskiego  Funduszu
Rozwoju  Regionalnego  oraz  z bu-
dżetu  państwa... 

„Chciałabym, by polska szkoła by-

ła nowoczesna, bardziej przyjazna dzie-
ciom i przynosiła lepsze efekty” 
– de-
klaruje  przy  każdej  okazji  minister
edukacji Katarzyna Hall. Jeden z po-
mysłów jej resortu, który miał słowa
pani minister wcielić w życie, to obo-
wiązkowe lekcje etyki. Chodziło o to,
aby  uczniowie  nieuczęszczający  na
tzw.  katechezę  przestali  plątać  się
po  szkolnych  korytarzach  czy  grzać
krzesło  na  świetlicy.  I tak:  od  wrze-
śnia br. każdy, kto nie zdecyduje się
na naukę religii, będzie musiał uczęsz-
czać na etykę. Najpierw – jak głoszą
ministerialne  wytyczne  –  ten  obo-
wiązek obejmie pierwsze klasy szkół
podstawowych  i gimnazjów,  następ-
nie  nowe  programy  będą  stopniowo
wchodzić do kolejnych klas. 

Pomysł  byłby  może  wart  mszy,

gdyby nie fakt, że na 32 tysiące szkół
w całym kraju przypada niewiele po-
nad  1100  nauczycieli  etyki!  Dyrek-
torzy postawieni pod pręgierzem już
dziś  przyznają,  że  w sytuacji  braku
wykwalifikowanej  kadry  nauczanie
etyki  będą  proponować...  kateche-
tom.  Co  więcej  –  lwia  ich  część
(w przeciwieństwie do rodziców) nie
widzi w tej praktyce niczego złego.

Innego zdania jest rzecznik wro-

cławskiej  kurii  ks.  Andrzej  Jerie,
który  tłumaczy,  że  nauczanie  przez
katechetę  religii  oraz  etyki  to  nic
innego  jak  konflikt  interesów.  „To
tak  jakby  ktoś  z przemysłu  spirytu-
sowego  brał  udział  w kampanii  an-
tyalkoholowej.  Jeśli  ktoś  wybiera
etykę,  to  wypiera  się  wiary
,  a je-
go  rodzicom  nie  zależy,  żeby  ich
dziecko pogłębiało wiedzę religijną”
– wyjaśnia. 

Ale  brak  świeckich  etyków  to

wcale  nie  jedyny  problem  ciepłej
jeszcze  „reformy”.  Żeby  w szkole
zorganizować  alternatywną  dla  ka-
techezy etykę, potrzeba co najmniej
siedmiu chętnych uczniów. Co jeśli
tylu się nie znajdzie, a dyrekcja nie
wykaże inicjatywy w tworzeniu grup
międzyszkolnych? Przymusowa ka-
techeza! Postanowiliśmy więc spraw-
dzić,  co  czeka  ucznia  niekatolika,
który  w wyniku  „reformy”  trafi  do
katechetycznej  salki. 

Według „Zasad oceniania osią-

gnięć  edukacyjnych  z religii  rzym-
skokatolickiej  w szkołach  publicz-
nych”, pod którymi podpisał się ar-
cybiskup  Kazimierz  Nycz,  prze-
wodniczący  Komisji  Wychowania
Katolickiego Episkopatu Polski, na
stopień  szkolny  z katechezy  (od
września  2007  roku  wliczany  prze-
cież do średniej ocen) nie mają wpły-
wu  praktyki  religijne,  a wyłącznie
wiedza  ucznia.  Oceniane  powinny
być  wiadomości,  gorliwość  w zdo-
bywaniu wiedzy, aktywne uczestnic-
two w katechezie, prowadzenie ze-
szytu,  odrabianie  pracy  domowej.
Tyle  teorii.  A praktyka? 

Zajrzeliśmy do wytycznych oce-

niania z religii katolickiej kilku przy-
padkowo  wybranych  placówek:

Zespół Szkół w Rudnej – że-

by otrzymać najwyższy stopień, uczeń
musi  posiąść  wiedzę  i umiejętności
znacznie przekraczające program na-
uczania katechezy, twórczo rozwijać
własne uzdolnienia oraz dbać o wła-
sną formację religijną. Musi też być
świadkiem wiary, brać czynny udział
w przygotowaniu liturgii mszy świę-
tej  oraz  nabożeństw,  wyróżniać  się
aktywnością  w grupie  katechetycz-
nej oraz w życiu parafii.

Szkoła  Podstawowa  nr 5

w Gliwicach – na ocenę oprócz wzo-
rowego  prowadzenia  zeszytu  ma
wpływ także rozwijanie postawy re-
ligijnej,  tj.  modlitwa,  osobiste  za-
angażowanie w rozwój darów sakra-
mentalnych,  udział  w niedzielnej
mszy,  nabożeństwach  (do  wyboru
droga  krzyżowa,  roraty,  rekolekcje
majowe,  czerwcowe  itd.).

Gimnazjum  nr  1 w Sanoku 

–  zaangażowanie  podczas  zajęć  to
tylko  jedno  z kryteriów  celującej
oceny. Poza tym uczeń powinien ak-
tywnie  uczestniczyć  w różnego  ro-
dzaju  przedsięwzięciach  kateche-
tycznych, wyróżniać się aktywnością,
np. brać udział w życiu małych grup
formacyjnych:  Liturgicznej  Służbie
Ołtarza,  Oazie,  Katolickim  Stowa-
rzyszeniu  Młodzieży  itp.

Szkoła  Podstawowa  nr 7

w Chełmie – tutaj obowiązkiem każ-
dego  ucznia  jest  udział  w rekolek-
cjach adwentowych i wielkopostnych,
co  „będzie  brane  pod  uwagę  w oce-
nianiu końcoworocznym”
. Poza tym
obowiązkiem uczniów klas III gim-
nazjum jest uczestniczenie w comie-
sięcznych nabożeństwach przygoto-
wujących  do  bierzmowania.  Odpo-
wiednio  premiowane  będzie  trwałe
zaangażowanie  w grupach  formal-
nych działających przy parafii. 

„Religia  kościoła  lub  innego

związku wyznaniowego o uregulowa-
nej sytuacji prawnej może być przed-
miotem  nauczania  w szkole,  przy
czym  nie  może  być  naruszona  wol-
ność sumienia i religii innych osób”
–  mówi  Konstytucja  Rzeczypospo-
litej  Polskiej.  I to  jedyna  nadzieja
dla  zdeterminowanych  rodziców
i uczniów. Oby tylko chciało im się
zawalczyć o etykę, która w polskiej
– świeckiej podobno – szkole wciąż
skazana  jest  na  niebyt.

JULIA  STACHURSKA

K

Ka

atte

ec

ch

he

etta

a

tte

eo

orrEEttyyk

k

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

7

7

POLSKA PARAFIALNA

K

odeks karny powia-
da, że „w razie ska-
zania  sprawcy  za
umyślne  przestęp-
stwo przeciwko życiu

lub zdrowiu albo za inne przestępstwo
umyślne, którego skutkiem jest śmierć
człowieka, ciężki uszczerbek na zdro-
wiu,  naruszenie  czynności  narządu
ciała lub rozstrój zdrowia”
, sąd mo-
że orzec nawiązkę w kwocie do 100
tys.  zł 
na  rzecz  instytucji  (organi-
zacji społecznej, stowarzyszenia, fun-
dacji), jeśli jej podstawowym zada-
niem  lub  celem  statutowym 
jest
„spełnianie  świadczeń  na  cele  bez-
pośrednio związane z ochroną zdro-
wia, z przeznaczeniem na ten cel”.

Podobnie  rzecz  się  ma  z prze-

stępstwami  przeciwko  środowisku
oraz bezpieczeństwu w komunikacji
(jeżeli sprawca był w stanie nietrzeź-
wości  lub  pod  wpływem  narkoty-
ków albo zbiegł z miejsca zdarzenia)
i z nawiązkami na rzecz podmiotów
zajmujących się odpowiednio ochro-
ną przyrody lub osobami poszkodo-
wanymi  w wypadkach.

Innego rodzaju instrumentem fi-

nansowym są „świadczenia pienięż-
ne”  (generalnie  do  20  tys.  zł,  ale
za  prowadzenie  pojazdu  pod  wpły-
wem alkoholu – do 60 tys. zł), któ-
re sądy orzekają, odstępując od wy-
mierzenia  kary  (np.  przy  warunko-
wym  umorzeniu  postępowania).
Również  w tym  przypadku  adresa-
tem zasądzonej kwoty może być wy-
łącznie  podmiot,  którego  „podsta-
wowym zadaniem lub celem statuto-
wym” 
jest działalność na rzecz celu
społecznego  „bezpośrednio  związa-
nego  z ochroną  dobra  naruszonego
lub zagrożonego przestępstwem”
.

Zarówno beneficjenci nawiązek,

jak  i świadczeń  pieniężnych  muszą
ponadto:

obejmować  swoją  działalno-

ścią  terytorium  całego  kraju;

figurować  w specjalnym  wy-

kazie  (są  tam  obecnie  772  organi-
zacje) prowadzonym i corocznie ak-
tualizowanym  przez  Ministerstwo
Sprawiedliwości;

wyodrębniać otrzymane środ-

ki w ewidencji księgowej i rozliczać
się przed ministrem z ich wykorzy-
stania.

Czy  jest  w Polsce  jakaś  firma,

która  lepiej  niż  agenda  kościelna
spełniałaby  te  wszystkie  wymogi?

–  Prawdopodobnie  nie  ma  ich

zbyt  wiele,  skoro  prawie  połowa
z wszystkich  orzekanych  nawiązek
oraz świadczeń pieniężnych trafia do
Caritasu  lub  organizacji  pośrednio
związanych z Kościołem. Nawiasem
mówiąc, Caritas Polska oraz jego die-
cezjalne odpowiedniki w Ełku, Kiel-
cach, Krakowie, Radomiu, Siedlcach
i Wrocławiu znajdują się na liście
uprawnionych w efekcie jakiegoś
„cudu”, bowiem żadną miarą nie
da  się  przyjąć,  jakoby  ich  „pod-
stawowe  zadania  lub  cele  statu-
towe” odpowiadały tym wyspecy-
fikowanym  w kodeksie 
– zauważa
urzędnik  z resortu  sprawiedliwości. 

Niektóre  świadome  tej  niezrę-

czności  Caritasy  stosują  bardzo

wyrafinowane  przykrywki.  Oto  np.
w Kielcach działa od 2003 r. Stowa-
rzyszenie  „Wspólnie  Pomagamy”
z siedzibą  w gmachu  tamtejszego...
Sądu Okręgowego. Dziwne? Nieko-
niecznie,  skoro  jednym  z założycie-
li  firmy  był  ówczesny  prezes  sądu
Mirosław  Gajek.

Na czele stowarzyszenia stoi od

lat  ksiądz  Andrzej  Drapała (szef
diecezjalnego Caritasu i Prezes Za-
rządu Stowarzyszenia „Nadzieja Ro-
dzinie”), a w jego ścisłych władzach
znajdujemy  nazwiska  7 kieleckich
kuratorów  sądowych,  co  niejako
z definicji sprawia, że „wspólnie po-
magający”  są  szczodrze  obdarowy-
wani przez lokalną Temidę nawiąz-
kami i świadczeniami. Wszystko jest
oczywiście lege artis: „Wspólnie Po-
magamy” (podobnie zresztą jak „Na-
dzieja  Rodzinie”)  figuruje  w mini-
sterialnym wykazie, bo „głównym ce-
lem Stowarzyszenia jest pomoc ofia-
rom  wypadków  komunikacyjnych
i ofiarom  przestępstw”
,  a dopiero
„drugim kierunkiem działalności Sto-
warzyszenia jest wspieranie organiza-
cji,  które  realizują  jego  cele  statuto-
we” 
–  czytamy  w dokumentach.

No i okazuje się, że wśród tych

organizacji  wspieranych  finansowo
nawiązkami  i świadczeniami  znaj-
dują  się  m.in.:  Caritas  i „Nadzieja
Rodzinie”  (jak  widać,  ks.  Drapa-
ła pomaga też sam sobie
), zakon-
nice ze Zgromadzenia Sióstr Kano-
niczek  Ducha  Świętego,  Stowarzy-
szenie Rodzin Katolickich Diecezji
Sandomierskiej  oraz  kilka  innych
ekspozytur  kościelnych.

A jakie  pieniądze  wchodzą  tu

w grę?

Resort  sprawiedliwości  zapewnił

nas,  że  nie  prowadzi  żadnych  zbior-
czych zestawień i ujawnił jedynie da-
ne o liczbie wszystkich nawiązek orze-
czonych przez polskie sądy (14 tys. 501
w roku 2006, 14 tys. 306 – w 2007 r.).

Sięgnęliśmy  więc  do  protokołów

Najwyższej Izby Kontroli, wedle któ-
rej łączna kwota nawiązek i świadczeń
pieniężnych oscylowała w 2004 r. wo-
kół 30 mln zł rocznie. Wobec wyraź-
nego zaostrzenia polityki karnej (m.in.
sądy  24-godzinne)  można  spokojnie
przyjąć,  że  nie  uległa  zmniejszeniu,
czyli  naszym  rodzimym  wielebnym
przypada ok. 15 mln zł
.

Dlaczego  akurat  im?

Nikomu rozumnemu nie trzeba

chyba tłumaczyć powodów, dla któ-
rych  duszpasterstwo  prawników,
zwłaszcza  sędziów  i prokuratorów,
jest  oczkiem  w głowie  biskupów...

W praktyce owa szczególna tro-

ska  przejawia  się  następująco:

Kościół ma bardzo silny wpływ

na dwie organizacje o zasięgu ogól-
nokrajowym:  Stowarzyszenie  Pol-
skich Prawników Katolickich (zrze-
szające  m.in.  takich  polityków  PiS
jak Zbigniew Wassermann czy Be-
ata  Kemp
a  –  niedawna  zastępczy-
ni Zbigniewa  Zio-
br
y  w  Ministerstwie
Sprawiedliwości)
oraz  Stowarzyszenie
im.  św.  Ivo  Helory
(wśród 

członków

znajdujemy  np.  zna-
nego z gorliwości re-
ligijnej  prokuratora
Jacka Wygodę – dy-
rektora Biura Lustra-
cyjnego Instytutu Pa-
mięci Narodowej);

We wszystkich

diecezjach  działają

starannie  wyselekcjonowani  księża,
oddelegowani  przez  biskupów  do
„opieki” nad prawnikami;

Na  czele  tego  oddziału  stoi

krajowy duszpasterz środowiska ks.
Jan Pasierbek z Krakowa, a głów-
nym ich szefem jest sufragan lubel-
ski  biskup  Artur  Miziński (na
zdjęciu) – delegat Konferencji Epi-
skopatu  Polski  ds.  duszpasterstwa
prawników;

Podstawową metodą „forma-

cji”  sędziów,  prokuratorów,  adwo-
katów  i radców  są  organizowane
specjalnie  dla  nich  comiesięczne
spotkania  połączone  z mszą  i wy-
kładem,  rekolekcje  wielkopostne,
imprezy  opłatkowe  z udziałem  or-
dynariusza oraz pielgrzymki (zwłasz-
cza  ogólnopolska  na  Jasną  Górę,
odbywana  tradycyjnie  w pierwszą
sobotę  października).

„Nie możemy ograniczać się tyl-

ko do tych, którzy sami przychodzą
na spotkania. Nasza działalność mu-
si  być  misyjna.  Trzeba  wchodzić
do  środowiska  prawniczego,  or-
ganizując  spotkania  nieformal-
ne
, które potem będą prowadzić do
zawiązywania grupy duszpasterskiej”

–  tego  typu  strategię  opracowano
w lutym  2006  r.  podczas  zamknię-
tej  narady  wielebnych  działających
„na  odcinku”  prawników. 

„Duszpasterz  diecezjalny  musi

objąć  swoją  troską  wszystkich  sę-
dziów,  prokuratorów,  adwokatów,
radców prawnych oraz komorników
pracujących na jego terenie” – kla-
rował  zebranym  bp  Miziński.

Na  efekty  nie  trzeba  było  dłu-

go  czekać.

– Z naszej posługi korzysta po-

łowa wszystkich polskich prawników
– ujawnił 19 lutego 2007 r. ks. ppłk

Jerzy  Osiński (kapelan  wojsko-
wego wymiaru sprawiedliwości) po
zakończeniu  dorocznej  narady  ak-
tywu kościelnego podległego bp. Mi-
zińskiemu.

Za najważniejsze z nowych wy-

zwań  uznano  wówczas:

aktywizację działań na rzecz

„uregulowania  życia  sakramen-
talnego  prawników”  oraz  „włą-
czenia  ich  dzieci  do  Kościoła”
;

organizowanie  ludziom  Te-

midy systematycznych szkoleń „po-
święconych  refleksji  nad  proble-
mami Polski w perspektywie naucza-
nia  Kościoła”. 

–  Jako  duszpasterze  nie  mamy

oczywiście  żadnego  wpływu  na  de-
cyzje  podejmowane  przez  sędziów,
prokuratorów  czy  adwokatów,  nie-
mniej jednak istnieje potrzeba oce-
ny, czy są one słuszne pod wzglę-
dem  etycznym 
–  tłumaczył  nieco
pokrętnie  ks.  Osiński.

Popatrzmy  więc  na  konkrety...

Ordynariusz  sandomierski  bi-

skup  Andrzej  Dzięga zwołuje
w czerwcu każdego roku spotkania
„modlitewno-dyskusyjne dla sędziów
i asesorów,  prokuratorów,  adwoka-
tów  oraz  radców  prawnych  pełnią-
cych  swoje  zadania  na  terenie  die-
cezji” 
(zaproszenie wystosowane do
elity  lokalnych  prawników).

Impreza  odbywa  się  w Diece-

zjalnym Ośrodku Kultury i Eduka-
cji w Rytwianach koło Staszowa (za-
bytkowy  klasztor  pokamedulski)
i gromadzi zwykle 60–70 osób, któ-
re  wysłuchują  tam  instrukcji  wręcz
niebywałych (cytaty z notatki diece-
zjalnego  duszpasterza  prawników
ks.  Jacka  Staszaka):

„Instrumenty  prawne,  także

z zakresu  prawa  świeckiego,  mogą
służyć  dobru  wszystkich  obywateli,
o ile  posługujący  się  prawem  będą
je  interpretowali  i stosowali  zgodnie
z prawem  naturalnym  (...).  W sytu-
acji, gdy zaistnieje konflikt wartości,
musimy  umieć  być  świadkami  war-
tości  ewangelicznych  i pomimo  sil-
nej nieraz pokusy nie dać się złapać
na  kompromis” 
–  niemal  otwarcie
biskup Dzięga nakłaniał sędziów
i prokuratorów  do  sprzeniewie-
rzania się regułom państwowym,
gdy  kolidują  zreligijnymi

„Prawnicy wysłuchali referatu

Dyrektora  Sandomierskiej  Caritas.
Ks.  Bogusław  Pitucha,  charaktery-
zując poszczególne dzieła prowadzo-
ne  przez  Caritas,  zwrócił  uwagę  na
fakt, że posiada ona status organiza-
cji użyteczności publicznej oraz wpis
do  rejestru  instytucji,  na  rzecz  któ-
rych  sądy  mogą  orzekać  nawiązki.
Ta  ostatnia  informacja  była  jedno-
cześnie zachętą dla sędziów, aby orze-
kali nawiązki na rzecz Sandomier-
skiej  Caritas” 
–  ks.  Staszak  nie-
opatrznie  uchyla  rąbka  kurtyny;

Na  zakończenie  „modlitew-

no-dyskusyjnej”  odprawy  przemó-
wiła sędzia Bronisława Kopeć z Są-
du  Okręgowego  w Tarnobrzegu.
W imieniu  wszystkich  zebranych
w Rytwianach  podziękowała  eks-
celencji za wskazówki, które ludzie
Temidy „bardzo sobie cenią i na mia-
rę  swoich  możliwości  dołożą  sta-
rań, aby sprostać zadaniom stawia-
nym  przez  księdza  biskupa”
!

Wiemy,  że  podobne  imprezy

(aczkolwiek  nie  zawsze  wyjazdo-
we) dla niezawisłych sędziów i nie-
zależnych  prokuratorów  odbywają
się także w innych diecezjach. Moż-
na  się  jedynie  domyślać,  choć  zde-
cydowanie wolelibyśmy tego nie czy-
nić,  co  z zapewnień  o „dokładaniu
starań”  później  wynika...

Podobnie  zresztą  jak  i z faktu,

że np. na oficjalnej stronie interne-
towej Sądu Rejonowego w Lublinie
znajdujemy  ogłoszenia  o mszach
i spotkaniach  w kościele,  relacje
z pielgrzymek,  wezwania  do  „zgłę-
biania posłannictwa świętej Siostry
Faustyny i błogosławionego księdza
Michała Sopoćki” oraz kilka linków
automatycznie  przekierowujących
do  specjalistycznych  stron  o tema-
tyce  ściśle  dewocyjnej...

Prześlemy ten artykuł Rzeczni-

kowi Praw Obywatelskich z uprzej-
mą  prośbą  o wyjaśnienie,  czy  oby-
watel  bądź  instytucja  pozostające
w sporze  sądowym  z funkcjonariu-
szem lub agendą kat. Kościoła, mo-
że  żądać  wyłączenia  się  ze  sprawy
sędziów  znanych  z zaangażowania
w duszpasterstwie  prawników...

ANNA  TARCZYŃSKA

Prawnicy 
szczególnej troski

W Polsce  nie  ma  już  chyba  źródła  pieniędzy,
do którego  Kościół  nie  zainstalowałby
swojego przyłącza.

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

8

8

A TO POLSKA WŁAŚNIE

G

dy  w 2005  r.  lewica
oddawała  władzę,
Polska – w rankingu
państw,  w których
obywatel  może  się

dowiedzieć,  co  szykuje  administra-
cja  –  zajmowała  14  miejsce  w Eu-
ropie  przed  Luksemburgiem.  Rzą-
dy  Leszka  Millera Marka  Bel-
ki 
zakończyły budowę tak zwanych
biuletynów informacji publicznej pu-
blikowanych  w internecie.  W nich
to  zaczęto  publikować  teksty  naj-
przeróżniejszych  deskryptów,  dzię-
ki  którym  obywatele  mogli  się  do-
wiedzieć,  czy  w okolicy  ich  domu

nie  planuje  się  budowy  jakiejś  fa-
bryki,  czy  –  nie  daj  Boże  –  kościo-
ła. Politycy lewicy chcieli, aby wraz
z rozwojem  takich  witryn  pojawiła
się  także  możliwość  załatwiania
spraw urzędowych (podatki, pozwo-
lenia  na  budowę  czy  rozstrzyganie
przetargów publicznych) za pośred-
nictwem  poczty  elektronicznej.  Na
przeszkodzie  stały  cztery  rzeczy:

po  pierwsze: koszt  dostępu

do  internetu,  który  w Polsce  nale-
żał wtedy do najwyższych w świecie; 

po  drugie: niedorozwinięta

i słaba sieć telekomunikacyjna, któ-
ra umożliwiałaby przesyłanie dużych
i ciężkich  plików; 

po trzecie: przyjęte przez rząd

Jerzego Buzka idiotyczne badanie
wiarygodności  nadawców  e-mailo-
wych przesyłek do urzędów; co wię-
cej narzucono obywatelom obowią-
zek  zakupu  drogiego  „elektronicz-
nego  podpisu”.  W Polsce  koszt
„podpisu”  sięga  nawet  kilku  tysię-
cy  złotych,  i  to  przy  minimalnych

gwarancjach  bezpieczeństwa,  gdy
tymczasem  na  Słowacji  jego  luksu-
sowa  wersja  kosztuje  kilkadziesiąt
złotych; 

po  czwarte: rozproszony

i niespójny  system  rejestrów  pań-
stwowych wymuszający osobiste sta-
wiennictwo  obywateli  w celu  wery-
fikacji  danych.

Przez  cztery  lata  rządów  lewi-

ca zrobiła wiele, aby te sprawy upo-
rządkować.  Część  z nich  skutecz-
nie blokowali politycy PSL, PiS i PO
do  spółki  z LPR.  Taki  los  spotkał
przygotowane przez Jacka Piecho-

tę rozwiązania  dotyczące  nowego
„podpisu  elektronicznego”.  Wiel-
ka koalicja liberalno-konserwatyw-
no-ludowo-narodowa uniemożliwia-
ła  uruchomienie  za  środki  z UE
budowy  centralnego  rejestru  nie-
ruchomości. Jednak obok porażek
były i sukcesy. Udało się zbudować
zintegrowany system ewidencji po-
jazdów  i kierowców  oraz  przebu-
dować  system  PESEL  tak,  aby
umożliwić  weryfikację  danych
w większości  gmin. 

Gdy  w 2007  roku  Komisja  Eu-

ropejska opublikowała coroczny ra-
port polskiej administracji, nikt nie
spodziewał  się,  że  będzie  tak  zły.
Okazało  się,  że  Polska,  jeżeli  cho-
dzi  o możliwość  załatwiania  urzę-
dowych spraw za pośrednictwem in-
ternetu,  zajmuje  26  miejsce  na  27
państw UE. Od nas gorsza była tyl-
ko Bułgaria. Wicepremier Grzegorz
Schetyna 
znalazł na to sposób i wy-
myślił nowy twór o nazwie Centrum

Projektów Informatycznych MSWiA.
Zdaniem ekspertów, z którymi roz-
mawialiśmy, przyjęte przez polity-
ków  PO  rozwiązanie  niesie  wiele
niebezpieczeństw.  Zwrócili  oni
uwagę na niezbyt szczęśliwy dobór
kadry kierującej CPI. Chodzi o to,
że jego szef pochodzi z PiS-owskich
komisarzy politycznych w Komen-
dzie Głównej Policji i wsławił się
przeprowadzeniem  największej
czystki  kadrowej  od  1990  roku.
To  powoduje,  że  nie  cieszy  się
szacunkiem w środowisku rządo-
wych  informatyków.  Dodatkowo
informatyczne  kadry  są  już  i tak

przetrzebione przez wcześniej-
sze czystki z czasów Dorna.
Następne oznaczają ich za-
gładę.

Poważnym  manka-

mentem  jest  też  ode-
rwanie  projektów  in-
formatyzacji urzędów
od  samej  administra-
cji  i procesu  legisla-
cyjnego.  Zamiast  za-
jąć  się  upraszczaniem
procedur, zajmujemy się
tworzeniem  rozwiązań,
z których  korzysta  znikoma
liczba obywateli. Świadczą o tym
statystyki.  Z budowanych  za  setki
milionów  złotych  tak  zwanych  re-
gionalnych  portali  informacyjnych
(ich średni koszt wynosi ok. 100 mi-
lionów), za pośrednictwem których
obywatele  mają  składać  podania,
skorzystało  dotąd  około  70  osób.
Powód? Wymagają one wspomnia-
nego, kosztownego „podpisu elek-
tronicznego”,  przez  co  nie  cieszą
się  popularnością.  Co  więcej,  nie
oferują one usług, którymi obywa-
tele  są  zainteresowani.  Nie  ma  na
przykład  możliwości  składania
zeznań  podatkowych  e-mailem.

Żaden  regionalny  por-

tal nie  daje  możliwości

zapisania  się  do  przy-
chodni.  W zamian  za  to

człowiek  może  poprosić

o zgodę na wydobywanie
ropy  naftowej. 

Planowana centrali-

zacja  zamówień  na

oprogramowanie za-

miast zakładanych

oszczędności mo-

że  przynieść

wzrost  kosz-

tów.  Dotąd

rynek 

był

dość  kon-
kurencyjny

i swoje miej-

sce  znajdo-

wały  i duże,

i małe firmy in-
f o r m a t y c z n e .

Działania  CPI
mogą,  zdaniem

ekspertów,  być

zabójcze  dla  tych

ostatnich. Nie wytrzyma-

ją  wymogów,  jakie  towarzyszą  ol-
brzymim  jednorazowym  zamówie-
niom.  Jedynymi,  którzy  będą  mo-
gli  je  zrealizować,  okażą  się  świa-
towi  i krajowi  potentaci  usług  in-
formatycznych.  A administracja
przetrzebiona przez czystki nie bę-
dzie  w stanie  krytycznie  ocenić  ja-
kości  ich  pracy. 

Dodatkowo należy zwrócić uwa-

gę, że CPI ma zamiar nadal rozwi-
jać  projekt  tak  zwanego  Peselu  2,

o którym  eksperci  (i to  na-

wet z Opus Dei) mieli jak

najgorsze  zdanie.  Otóż

politycy PiS chcieli z nie-

go  zrobić  centralną

składnicę wszystkich da-
nych o obywatelach RP

dedykowaną  służbom

specjalnym.  Każdy  ich

urzędnik  miałby  wówczas

prawo  do  przeglądania  w do-

wolnym  miejscu  i czasie  kartoteki
Peselu 2 bez jakiejkolwiek rejestra-
cji  i określeniu,  po  co  to  robił.

Czy  obawy  ekspertów  nie  są

przesadzone? Naszym zdaniem, nie.
Pomysłodawcy CPI zaliczyli już po-
ważną wpadkę i ośmieszyli MSWiA.
Otóż  okazało  się,  że  do  przygoto-
wanego  przez  podwładnych  Grze-
gorza Schetyny rozporządzenia re-
gulującego zasady publikacji wszel-
kich  urzędowych  dekryptów  dołą-
czono  poufną  dokumentację  pry-
watnej  firmy  i to  bez  jej  zgody.
Rzecznik  MSWiA  próbowała  nas
przekonać,  że  tego  aktu  piractwa
dokonali posłowie. Jak mieli to zro-
bić, skoro rozporządzenie pisali mi-
nisterialni  urzędnicy? 

Według  naszego  informatora,

było  tak:

Do rządowej drukarni trafił do-

kument  bez  załączników.  Opera-
torzy  fotoskładu  zadzwonili  do
MSWiA,  informując,  że  pliki  są
niekompletne  i oni  wstrzymują
druk.  W MSWiA  zaczęło  się  go-
rące poszukiwanie człowieka, któ-
ry  wie,  gdzie  jest  oryginał  kwitu.
Po  licznych  telefonach  ustalono,
że  dokumenty  są  w jakiejś  zielo-
nej  teczce.  Tyle  że  znaleziono
takich kilka, wzięto więc pierwszą
z brzegu  i...  I posłano  do  drukar-
ni. Zrobiła się afera, a poszkodo-
wana firma już chciała składać po-
zew o odszkodowanie za kradzież
jej  praw  autorskich.  Po  licznych
prośbach zrezygnowała z tego. Ja-
ką wobec tego możemy mieć pew-
ność,  że  CPI  po  przejęciu  całości
rządowej  informatyki  nie  pomyli
się  jeszcze  raz? 

MiC

Rządowi  spece  od  informatyzacji  powinni,
naszym  zdaniem,  wziąć  udział  w szkoleniach
pod  tytułem  „Komputer  dla  opornych”!

„Kasę  dawajcie,  o nic  nie  pytajcie”  – oto
demokracja w wydaniu arcybiskupa Kazi-
mierza Nycza. Przekonali się o tym kościel-
ni  konserwatyści. 

Roku 2008 archidiecezja warszawska nie

zaliczy  do  udanych.  Spadek  liczby  wiernych
i datków.  Mniejsze  zyski  przyniosły  kościel-
ne  biznesy  (biurowce  i drukarnia).  Budżet
kurii obciąża także kosztowna budowa Świą-
tyni  Opatrzności  Bożej.  Mimo  że  państwo
oraz  sejmik  województwa  mazowieckiego
przeznaczyły  na  jej  budowę  ponad  50  milio-
nów złotych. Deficyt pogłębiły lokalne medialne

przedsięwzięcia Kościoła rzymskokatolickie-
go. Wydawany przez warszawską kurię tygo-
dnik  „Idziemy”  sprzedaje  nie  więcej  niż
1200–1900  egzemplarzy.  Sytuację  pogarsza-
ją  stare  umowy,  na  mocy  których  za  pienią-
dze  kurii  warszawskiej  lokalne  wkładki  dla
stolicy  wydają  także  redakcje  „Niedzieli”,
„Gościa  Niedzielnego”  oraz  „Przewodnika
Katolickiego”. 

W najgorszej  kondycji  w 2008  roku  zna-

lazło  się  jednak  Radio  Józef.  Zabrakło  mu
kasy nawet na opłacenie obniżonych symbo-
licznych  opłat  za  nadajniki.  Aby  zapobiec

skandalowi  (gdyby  ich  administrator  wysłał
do  kurii  komornika),  arcybiskup  Kazimierz
Nycz  wezwał  wiernych  do  składania  specjal-
nych  datków.  Część  tej  zbiórki  została  prze-
prowadzona bez wymaganych pozwoleń i od-
bywała  się  podczas  koncertów  Arki  Noego.
Efekty zbiórki nie były imponujące. Większe
wpłaty  pochodziły  jedynie  od  osób  związa-
nych z konserwatywnymi periodykami „Fron-
da” i „Christianitas”. Ich redaktorzy zażąda-
li  od  arcybiskupa  Kazimierza  Nycza  wpływu
na  program  Radia  Józef.  Wyszli  z prostego
założenia, że jeżeli dają kasę, to mają prawo
do  decydowania,  na  co  ona  idzie.  I tu  spo-
tkała  ich  niespodzianka.  Wysłannicy  rządcy
archidiecezji na spotkaniu poświęconym Ra-
diu  Józef  oświadczyli,  że  „słuchacze  nie  po-
winni oczekiwać rozliczenia wpływów z akcji
z roku 2008”. Według nich, darczyńca nie po-
winien  dopytywać  się  o sposób  wykorzysta-
nia  daru. 

Zażądano  za  to,  aby  po  zmianie  ramówki

(czytaj: wyrzuceniu najbardziej konserwatywnych

audycji)  „Fronda”  nie  przeprowadzała  żad-
nych kampanii na rzecz zaprzestania wpłat na
rzecz  Radia  Józef. 

Środowiska  „Frondy”  i „Christianitas”

dotąd  stały  na  stanowisku  całkowitego  po-
słuszeństwa  wiernych  wobec  swoich  bisku-
pów.  Świeccy  są  od  wykonywania  poleceń
hierarchii.  W przypadku  sporu  o Radio  Jó-
zef ta zasada uległa pewnej modyfikacji i na
forum  „Frondy”  mogliśmy  przeczytać  na-
stępujące oświadczenie organizatorów akcji:
„Nie  mając  w chwili  obecnej  żadnego  wpły-
wu  na  to,  co  dzieje  się  z Radiem,  ani  też  na
kontrolę sposobu spożytkowania Waszych pie-
niędzy,  mogliśmy  podjąć  tylko  jedną  decyzję.
Akcja  »wspieramyradiojozef.  pl«  kończy  się
z dniem dzisiejszym. Nie przemawiają do nas
i nas  nie  przekonują  argumenty  doradców
ks.  Arcybiskupa  (...)”. 

Apel zakończony jest wezwaniem do dat-

ków  na  rzecz....  portalu  fronda.pl. 

Konserwatyści  przeciw  swemu  pasterzo-

wi?  I to  publicznie? 

MCH

F

Frro

on

nd

da

a p

prrzze

ecciiw

w

b

biissk

ku

up

po

ow

wii

IIn

nffo

orrm

ma

atto

ołłk

kii

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

9

9

POLSKA PARAFIALNA

Kustosz bazyliki Mariackiej sły-

nie  przede  wszystkim  ze  zdolności
w organizowaniu mamony. Nie go-
rzej  idzie  mu  także  w odzieraniu
miasta  z kolejnych  gruntów  i ka-
mienic. 

Krystyna  Sosnowska,  64-letnia

inwalidka,  aż  za  dobrze  poznała
zdolności organizacyjne księdza in-
fułata.  Na  krakowskich  Bronowi-
cach  –  w mieszkaniu  zakładowym
w budynku  należącym  do  niedaw-
na do spółki „Polan” – mieszka od
niemal  pół  wieku.  Przez  dziewięć
lat  jej  rodzina  starała  się  o wyku-
pienie  zajmowanej  części  domu  za
przysługujące  jej  zgodnie  z ustawą
dziesięć procent jego wartości, czy-
li około 10 tysięcy złotych. Bezsku-
tecznie. Wtedy jeszcze nie wiedzia-
ła, dlaczego. Ze zdumieniem też ob-
serwowała,  jak  otaczający  ją  teren
zarasta zielskiem, a wyremontowa-
ne  przez  spółkę  budynki  biurowe
i gospodarcze  niszczeją,  regularnie
rozkradane przez lokalnych zbiera-
czy  złomu  („W związku  z toczącym
się  postępowaniem  przed  Komisją
Majątkową, w sytuacji, gdy spodzie-
wana  była  konieczność  zwrotu  nie-
ruchomości na rzecz parafii, spółka
»Polan«  zaprzestała  prowadzenia
działalności, przenosząc ją do innych
budynków i gospodarstw” 
– dopiero
w 2006  roku  rozwiązał  tę  zagadkę
zastępca  dyrektora  Agencji  Nieru-
chomości  Rolnych  w Warszawie).

Trzy  lata  temu  władze  Polanu

zlikwidowały  kotłownię,  która  za-
pewniała ogrzewanie pracowniczych
mieszkań.  To  wtedy
Krystyna  Sosnowska
zniosła cały swój doby-
tek  do  jednego  po-
mieszczenia.  I tak  zo-
stało do dziś. – Musia-
łam się do kuchni prze-
prowadzić,  bo  to  jest
pomieszczenie,  które
można najtaniej ogrzać.
Zresztą  pozostałe  po-
koje  są  już  zagrzybio-
ne  –  wyjaśnia.

Jak  nie  ma  dużych

mrozów,  wystarcza  jej
jeden  piecyk.  Kiedy
temperatura  bardzo
spada,  musi  używać
dwóch. Robi to rzadko,
kiedy już naprawdę mu-
si,  bo  740  złotych  ren-
ty  wystarcza  wyłącznie
na  skromne  życie.

Właśnie  w kuchni,

która teraz spełnia tak-
że  funkcję  gościnnego
pokoju,  pani  Krystyna

opowiada swą historię. Z wykształ-
cenia jest elektronikiem. Zanim ode-
szła  na  rentę,  pracowała  w zakła-
dach  wojskowych.  Mówi  o sobie,
że całe życie przecierała ścieżki, udo-
wadniając, że baba też może anali-
tycznie  myśleć.  Dlatego  nie  mają
z nią  dziś  lekko,  bo  nie  zamierza
tak  po  prostu  skapitulować.

A było  tak:  w 2001  roku  wła-

dze  spółki  „Polan”  w końcu  wyja-
śniły  zdezorientowanej  kobiecie,
dlaczego wciąż odmawiają jej proś-
bom  o wykupienie  części  domu:
„W stosunku do nieruchomości po-
łożonych  przy  ulicy  Katowickiej  41
toczy  się  postępowanie  przed  Ko-
misją  Majątkową  w Warszawie

o zwrot na rzecz parafii Bazyliki Naj-
świętszej Maryi Panny w Krakowie”
.
Na  wszelki  wypadek  pani  Krysty-
na  powiadomiła  więc  komisję,  że
na  terenach,  nad  którymi  obradu-
je,  mieszkają  ludzie.  „Jako  długo-
letni najemcy mieszkań zakładowych
zawiadamiamy Komisję Majątkową,
że  na  działce  będącej  przedmiotem
negocjacji  (…)  znajdują  się  dwa
mieszkania  zakładowe”
.  Odpowie-
dzi nie otrzymała. Odwiedził ją za
to Marek Piotrowski, pełnomoc-
nik  bazyliki,  który  obiecał  pienią-
dze  na  zastępcze  mieszkanie,  jeśli
tylko  zdecyduje  się  wyprowadzić
z Bronowic. Miało tego być 100 ty-
sięcy złotych. Pani Krystyna od ra-
zu oferty nie przyjęła. W tym cza-
sie opiekowała się chorą na alzhe-
imera matką, a poza tym wciąż wie-
rzyła,  że  będzie  mogła  skorzystać
z przysługującego  jej  prawa  pier-
wokupu. 

W listopadzie 2005 roku Komi-

sja Majątkowa po trwającym 14 lat
postępowaniu  orzekła  przekazanie
ponad  12  hektarów  ziemi  w Bro-
nowicach  Małych  na  rzecz  bazyliki
Mariackiej,  zaznaczając  przy  tym,
że  nie  wyczerpuje  to  apetytu  su-
tannowych, i zobowiązując „Krakow-
ską Hodowlę i Nasiennictwo »Polan«
sp.  z o.o.  w Krakowie  oraz  Agencję
Nieruchomości  Rolnych  w Warsza-
wie  do  wydania  rzymskokatolickiej
Parafii  Bazyliki  Najświętszej  Maryi
Panny  w Krakowie  nieruchomości
w terminie do 21 dni od doręczenia
im  odpisu  orzeczenia  opatrzonego
klauzulą  wykonalności”
.  Poza  tym
w dacie  wydania  nieruchomość
miała być wolna od wszelkich ob-
ciążeń
. Nie była. 

Krystyna Sosnowska o tym, że jej

dom i ziemia, na którym stoi, nale-
żą  już  do  Kościoła,  dowiedziała  się
przypadkiem. Wówczas postanowiła

przyjąć  złożoną  jej  przed  cztere-
ma laty ofertę. – Pełnomocnik księ-
dza powiedział, żebym znalazła od-
powiednie  dla  siebie  mieszkanie.
Znalazłam.  Kosztowało  150  tys.
zł.  Wtedy  okazało  się,  że  Fidelus
da mi tylko 70 tysięcy złotych. Resz-
tę, czyli 80 tysięcy złotych, miałam
dołożyć ze swoich – opowiada pa-
ni  Krystyna.

Swoich,  rzecz  jasna,  nie  miała.

Została  więc  w rozpadającym  się
domu,  w który  nie  inwestowała  od
2002  roku,  a więc  od  czasu,  kiedy
ks. Bronisław (już pewny swego) do-
radził,  że  się  nie  opłaca,  bo  chału-
pę  i tak  zburzą. 

– Fidelus to jest specjalny ksiądz.

Wszyscy mają go dosyć. On nie po-
winien być pasterzem, a już tym bar-
dziej  proboszczem  parafii,  skoro
w ten  sposób  postępuje  z ludźmi.
Mój los go nie obchodzi. Jemu za-
leży wyłącznie na pieniądzach – mó-
wi  zrezygnowana  kobieta.

Rzeczywiście,  jak  tylko  bazylika

Mariacka tereny należące kiedyś do
„Polanu” dostała, na pniu się ich po-
zbyła. Nowy właściciel – spółka „Bra-
dus” – ma zapewne inne plany zwią-
zane  z nabytym  majątkiem,  aniżeli
niańczenie  schedy  po  księdzu  Bro-
nisławie. Pani Krystynie ustalono więc
czynsz. Ponad 400 zł miesięcznie. Dla
niej  oznacza  to  jedno  –  eksmisję.
Bo płacić nie ma z czego. 

W połowie grudnia ub. roku in-

fułat  zadeklarował  co  prawda  po-
przez lokalną prasę, że „jeśli rzeczy-
wiście  sytuacja  mieszkaniowa  pani
Sosnowskiej jest tak tragiczna, para-
fia  proponuje  jej  najem  mieszkania.
Jesteśmy gotowi wynająć mieszkanie
w centrum Krakowa. Mieszkanie lo-
katorskie 33-metrowe, pokój z kuch-
nią  i łazienką,  ogrzewanie  gazowe,
wszędzie blisko. Może w nim miesz-
kać sama do końca życia”

Piękny gest. Tyle że Sosnowskiej

zabrakłoby renty na opłacenie czyn-
szu w prywatnej kościelnej kamieni-
cy (bo o takiej – jak sam przyznaje
–  myślał  ksiądz  Fidelus).  Mimo  to
pytamy  infułata,  czy  jego  propozy-
cja jest wciąż aktualna.

–  Ta  pani  ma  urojone  pretensje

w stosunku do nas. Nie wiem, czego
chce.  A mieszkanie  zostało  już  wy-
najęte – wyjaśnia ksiądz Bronisław.

Komuś  innemu  –  dodajmy.

WIKTORIA  ZIMIŃSKA

wiktoria@faktyimity.pl

Fot.  Autor

K

Ko

ośścciió

ółł jjąą u

urrzząąd

dzziiłł

Ksiądz  infułat  Bronisław  Fidelus  –  wielka
osobistość.  Pani  Krystyna  Sosnowska
– zwykła rencistka.  Obydwoje  mieszkają
w Krakowie.  I to  jedyne  podobieństwo.

Prawnicy działający przy urzędzie
miasta starają się podważyć za-
sadność  roszczeń  bazyliki  ma-
riackiej.  Według  ustawy  o sto-
sunku  państwa  do  Kościoła,
zwrot  mienia  nie  może  bowiem
naruszać dóbr osób trzecich. Po-
za tym – według opinii urzędni-
ków – Komisja Majątkowa wy-
kazała się nadgorliwością w prze-
kazaniu  gruntów  i nieruchomo-
ści  na  Bronowicach  bazylice,
gdyż – zgodnie z ustalonym sta-
nem prawnym – ta ziemia para-
fii się nie należała. 

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

10

0

KRYMINAŁKI

...czyli  niesamowite,  mrożące
krew  w żyłach  opowieści  Czy-
telników  „Faktów  i Mitów”.

Opisywane przez nas „Miejskie

legendy” spotkały się z dużym Pań-
stwa zainteresowaniem. Przypomnij-
my,  że  socjologiczny  fenomen
„urban  legends”  to  zjawisko  dość
nowe,  polegające  na  tym,  że  jak
świat długi i szeroki ludzie opowia-
dają  sobie  niestworzone,  horrory-
styczne historie. Zasłyszane jakoby
z pierwszej ręki, no i oczywiście za-
wsze  jak  najbardziej  prawdziwe.
Otóż nie. Paradoks polega na tym,
że takie wydarzenia nigdy nie mia-
ły  miejsca,  ale  zaczynają  żyć  wła-
snym  życiem,  przemierzają  konty-
nenty, trafiają do brukowców w roz-
maitych  mutacjach  i wariantach.

W

poprzednich  numerach

„FiM”  opisaliśmy  najbardziej  zna-
ne miejskie legendy, które – bywa-
ło – wywoływały prawdziwą psycho-
zę, a czasem autentyczną panikę (np.
słynna rodzima „czarna wołga”) i po-
prosiliśmy  o listy  z zasłyszanymi
przez  Was  legendami.  Oto  wybór
najbardziej interesujących, czyli tych
krew  w żyłach  mrożących.

Pan Artur S. dzieli się taką oto

zasłyszaną  opowieścią: 

Pewna  młoda  kobieta  jechała

nocą  (gdzieś  w okolicach  Krako-
wa) samochodem terenowym szosą

przez las. W pewnym momencie zo-
baczyła leżącą w poprzek drogi ga-
łąź, która uniemożliwiała dalszą po-
dróż. Gdy wysiadła i usuwała prze-
szkodę, spostrzegła zbliżające się do
niej  światła  ciężarówki.  Czym  prę-
dzej  więc  oczyściła  drogę,  wsiadła
i odjechała. W tym samym momen-
cie  samochód  ciężarowy  przyspie-
szył,  trąbiąc  i migając  światłami.
Przerażona kobieta dodała gazu, ale
samochód za nią nie odpuszczał. Był
coraz bliżej. Zdesperowana zatrzy-
mała  się,  aby  w końcu  dowiedzieć
się,  o co  chodzi.  Na  miękkich  no-
gach wysiadła z samochodu i to sa-
mo zrobił kierowca tira. Zdenerwo-
wany  zaczął  wyjaśniać,  że  w tym
samym czasie, gdy niewiasta usuwa-
ła  konar,  ktoś  wsiadł  do  jej  auta.
Oboje podeszli sprawdzić, czy to nie
było  przywidzenie.  W wozie  niko-
go  nie  było.  Nikogo,  a jednak  na
tylnym siedzeniu leżał czarny pla-
stikowy  worek  i nóż...

Przeszły  Was  dreszcze?

No,  idźmy  dalej.  Artur  C.
z Myszkowa  o psychozie,
która nie tak znów daw-
no  opanowała  jego
okolice,  opowiada  na-
stępująco: 

W czarnym  mercedesie

z ciemnymi szybami (to jakaś od-
miana „czarnej wołgi”?) jeździł

po Polsce Antychryst i przygodnych
ludzi  pytał  o godzinę.  Gdy  grzecz-
nie mu odpowiadali, ten oznajmiał,
że  nazajutrz  o tej  właśnie  porze
umrą.  I tak  się  rzeczywiście  dzia-
ło”.  Nasz  Czytelnik  twierdzi,  że  na
mieszkańców Jury Krakowsko-Czę-
stochowskiej padł blady strach (rzecz
działa się 5 lat temu) i bali się wy-
chodzić z domów. Gdy czarny mer-
cedes  z Antychrystem  w końcu  so-
bie  „pojechał”,  okolicę  opanowa-
ła  kolejna  panika.  „Znajdowa-
no”  zwłoki  młodych  dziewcząt

z powycinanymi  narządami  we-
wnętrznymi. Nawet oficjalne komu-
nikaty policji, że to bujda, nie od ra-
zu powstrzymały histerię.

Pani  Katarzyna z Wałbrzycha

przytacza  podobną  legendę  sprzed
ledwie  czterech  lat:

Gruchnęła  –  ni  stąd,  ni  zowąd 

–  wieść,  że  w okolicy  grasuje  seryj-
ny morderca podcinający samotnym
kobietom  gardła.  Nie  było  niemal
dnia, aby nie „odnajdowano” kolej-
nych zwłok. Na nic zdały się komu-
nikaty policji, że to wierutna bujda,
ani nawet trzeźwy komunikat właści-
ciela zakładu pogrzebowego, że sko-
ro są hurtowe morderstwa, to gdzie
są zwłoki. Ludzie wiedzieli swoje.

Na nas największe wrażenie zro-

biła  i dreszcze  wywołała  legenda
opowiedziana przez panią Agniesz-

kę  K. Na  niej  również,  bo  pisze,

że przez dłuższy czas bała się sa-

ma  zostawać  w domu:

Pewna  nastolatka  wraz  z ro-

dzicami,  siostrą  i psem  pojecha-

ła  na  działkę:  grill,  opa-

lanie, te sprawy. Gdy zbli-

żał się wieczór, dziewczę-

ta uprosiły rodziców, by ci

pozwolili zostać im w dom-

ku  samotnie  na  noc.  Acz

niechętnie, w końcu się zgo-

dzili, stawiając warunek,

że córki zamkną się od

środka  wraz  z psem.

Tak też zrobiły i w koń-

cu zmęczone położyły się

spać.  Przy  łóżku  starszej

z sióstr zawsze spał wspomnia-

ny  pies,  który  taki  miał

zwyczaj,  że  od  czasu  do

czasu  pieszczotliwie  lizał  palce  jej
opuszczonej  ręki.  Tak  było  i tego
wieczora. W nocy dziewczynę obu-
dził odgłos kapiącej wody. Myśląc,
że  nie  zakręciła  prysznica,  wstała
i poszła  do  łazienki.  Przywiązany
za tylne nogi, z poderżniętym gar-
dłem,  wisiał  w niej  pies  i to  wła-
śnie jego krew kapała do brodzika.
Do  jego  sierści  przyczepiona  była
kartka:  „Czy  myślisz,  że  świry  nie
liżą  po  rękach?”.

Brrr...  no  to  się  faktycznie  mo-

że  przyśnić.

W takim  razie  na  koniec  coś

znacznie lżejszego. Pan Wiesław S.
z Pleszewa  opowiada  historię  nie-
żyjącego już od kilku lat mieszkań-
ca  miasteczka,  którego  z niewyja-
śnionych przyczyn wszyscy nazywa-
li  „Odbijany”.  Niewielu  znało  jego
imię i nazwisko, ale słysząc „Odbi-
jany”,  każdy  wiedział,  o kogo  cho-
dzi.  Ot,  taki  kloszard,  ale  skąd  to
dziwne  przezwisko?  Opowiadano
otóż,  że  we  wczesnych  latach  sie-
demdziesiątych  jegomość  ów  ostro
zabalował w sylwestrową noc na ja-
kiejś  miejscowej  imprezie.  Prosto
z niej  udał  się  do  kościoła,  gdzie
utrudzony... kazaniem księdza przy-
snął  sobie  w ławce.  Tak  drzemał
i drzemał,  aż  tu  nagle  głośno  za-
grały  organy,  więc  balowicz  zerwał
się na równe nogi i na cały kościół
wrzasnął:  „Odbijany!”.

Bardzo dziękuję za liczną kore-

spondencję  i „straszne  miejskie  le-
gendy”.  Niewykluczone,  że  jeszcze
je  wykorzystamy.

MAREK  SZENBORN

Mam 82 lata. Jestem bezdziet-

ną  wdową  i właścicielką  małe-

go  domku,  w którym  mieszkam

wraz  z moim  partnerem.  Nota-

rialnie zapisałam mojemu konku-

bentowi  połowę  ww.  nieruchomości.  Chcia-
łabym zapisać mu cały swój majątek, ale mój
brat zapowiedział mi, że nie zgadza się z tym,
podważy  napisany  przeze  mnie  testament
i będzie dochodził zachowku. Co mogę zro-
bić, aby mieć pewność, że cały mój majątek
nabędzie  mój  partner  i że  rodzina  mojego
brata nie będzie go nękała?

Najpewniejszym sposobem sporządzenia te-

stamentu, uniemożliwiającym w znacznym stop-
niu jego późniejsze podważenie, jest testament
notarialny. Radzę więc Pani, aby udała się Pa-
ni  do  kancelarii  notarialnej  i przed  notariu-
szem  sporządziła  swój  testament,  w treści  któ-
rego swoim jedynym spadkobiercą uczyni Pani
swego partnera. Taka forma testamentu pomo-
że uniknąć w przyszłości niebezpieczeństwa pod-
ważenia testamentu przez Pani brata.

W sprawie ewentualnego zachowku dla Pa-

ni brata i jego rodziny należy wskazać, że zgod-
nie  z art.  991  par. 1 kodeksu  cywilnego,  rosz-
czenie  zachowkowe  przysługuje  jedynie zstęp-
nym (czyli dzieciom i wnukom), małżonkowi oraz
rodzicom  spadkodawcy,  którzy  byliby  powołani
do spadku z ustawy. Pani brat i jego rodzina nie
będą więc mogli żądać zachowku po Pani.

Jeżeli więc nie posiada Pani męża, ani dzie-

ci,  a Pani  rodzice  nie  żyją,  należy  uznać,  że  nie
istnieją  osoby  uprawnione  do  zachowku  po  Pa-
ni.  Sporządzenie  testamentu  w formie  aktu  no-
tarialnego powinno zapobiec ewentualnemu pod-
ważaniu testamentu przez Pani brata. 

Podstawa  prawna:  ustawa  z dnia  23  kwiet-

nia  1964  –  Kodeks  cywilny  –  DzU  z 1964  r.,  nr
16, poz. 93 z późniejszymi zmianami.

Mam 32 lata. Jestem przedsiębiorcą pro-

wadzącym własną działalność gospodarczą.
Moja  matka  nie  żyje,  natomiast  ojciec  ni-
gdy  się  mną  nie  interesował.  Wychowywa-
ła  mnie  moja  babcia.  Z trudem  dochodzi-
łem  do  wszystkiego,  co  osiągnąłem.  Mój
ojciec nie pracuje, jest alkoholikiem, a ostat-
nio  przyszedł  do  mnie,  żądając  pieniędzy
i strasząc  jednocześnie,  że  jeżeli  mu  ich
nie dam, pozwie mnie do sądu o alimenty.
Czy rzeczywiście ma takie prawo, skoro ni-
gdy się mną nie zajmował i nigdy nie łożył
na  moje  utrzymanie?

Zgodnie  z art. 128  kodeksu  rodzinnego

i opiekuńczego, obowiązek dostarczania środ-
ków  utrzymania,  a w miarę  potrzeby  także
środków wychowania (obowiązek alimentacyj-
ny)  obciąża  krewnych  w linii  prostej  oraz  ro-
dzeństwo.  W przypadku  obowiązków  alimen-
tacyjnych  innych  niż  obowiązek  wobec  mało-
letniego  dziecka  dodatkowym  warunkiem  ich

istnienia  jest  także  pozostawanie  uprawnio-
nego  w niedostatku.  Jeżeli  więc  Pana  ojciec
pozostaje  w niedostatku,  może  żądać  od  Pa-
na  alimentów  w wysokości  uzależnionej  od
jego  usprawiedliwionych  potrzeb  oraz  od  Pa-
na  zarobkowych  i majątkowych  możliwości.
Dla  obowiązku  alimentacyjnego  nie  ma  żad-
nego  znaczenia  fakt,  że  ojciec  nie  zajmował
się Panem, gdy był Pan dzieckiem. Ta okolicz-
ność  była  podstawą  ewentualnego  roszczenia
alimentacyjnego Pana wobec ojca, gdy był Pan
jeszcze  małoletni,  natomiast  nie  ma  żadnego
wpływu  na  obecne  roszczenie  alimentacyjne,
z którym  chce  wystąpić  Pana  ojciec. 

Zgodnie z uchwałą Sądu Najwyższego z dnia

16 grudnia 1987 r. (M. P. 88.6.60), „za znajdu-
jące  się  w niedostatku  należy  uważać  osoby,
które nie mogą własnymi siłami zaspokoić uspra-
wiedliwionych  potrzeb,  nie  posiadają  własnych
środków w postaci wynagrodzenia za pracę, eme-
rytury czy renty ani też dochodów z własnego ma-
jątku”
.  W związku  z powyższym,  jeżeli  Pana
ojciec  udowodni,  że  nie  posiada  środków  na
swoje  utrzymanie  i nie  jest  w stanie  ich  uzy-
skać  własnymi  siłami,  będzie  mu  przysługiwa-
ło roszczenie alimentacyjne od Pana. 

Podstawa  prawna:  ustawa  z dnia  25  lutego

1964  r.  –  Kodeks  rodzinny  i opiekuńczy  –  DzU
64.9.59;  uchwała  Sądu  Najwyższego  z dnia  16
grudnia 1987 r. (M. P. 88.6.60).

Zwracam się do Państwa w sprawie do-

datkowej emerytury funkcjonariusza służb
mundurowych  z racji  pracy  na  etacie.  Czy
ustawa obejmuje również byłych żołnierzy?
(Henryk  K.,  Świnoujście)

Byłych żołnierzy zawodowych dotyczy usta-

wa  z dnia  10  grudnia  1993  r.  o zaopatrzeniu
emerytalnym  żołnierzy  zawodowych  oraz  ich
rodzin. 

Zgodnie  z art.  12  tejże  ustawy  emerytura

wojskowa  przysługuje  żołnierzowi  zwolnione-
mu z zawodowej służby wojskowej, który w dniu
zwolnienia  z tej  służby  posiada  15  lat  służby
wojskowej w Wojsku Polskim, z wyjątkiem żoł-
nierza, który ma ustalone prawo do emerytu-
ry  określonej  w ustawie  o emeryturach  i ren-
tach  z Funduszu  Ubezpieczeń  Społecznych,
obliczonej  z uwzględnieniem  okresów  służby
wojskowej  w Wojsku  Polskim  i okresów  rów-
norzędnych  z tą  służbą.  Żołnierzom,  którzy
spełniają  te  warunki,  zalicza  się  do  tzw.  wy-
sługi emerytalnej posiadane przed powołaniem
do zawodowej służby wojskowej okresy skład-
kowe  i nieskładkowe  w rozumieniu  ustawy
o emeryturach  i rentach  z Funduszu  Ubez-
pieczeń  Społecznych.

Podstawa  prawna:  ustawa  z dn.  10  grudnia

1993 r. o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy za-
wodowych oraz ich rodzin, DzU 04.8.66 ze zm.

Drodzy  Czytelnicy! 
Nasza rubryka zyskała wśród Was uznanie. Z te-
go  względu  prosimy  o cierpliwość  –  będziemy
systematycznie  odpowiadać  na  Wasze  pytania
i wątpliwości.  Prosimy  o nieprzysyłanie  znacz-
ków pocztowych, bowiem odpowiedzi znajdzie-
cie  tylko  na  łamach  „FiM”.  Informujemy,  że
odpowiedzi  na  pytania  przysyłane  e-mailem
będą  zamieszczane  na  stronie  internetowej  ty-
godnika:  www.faktyimity.pl. 

Opracował  MECENAS

Porady prawne

S

Sttrraacch

h ssiięę bbaaćć......

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

11

1

PRZEMILCZANA HISTORIA

W poprzedniej części pisaliśmy,

jak to w rządzącym Polską sanacyj-
nym  obozie  coraz  większe  wpływy
zyskiwała profaszyzująca frakcja sku-
piona  wokół  marszałka  Edwarda
Rydza-Śmigłego 
i płk. Adama Ko-
ca 
–  przywódcy  organizacji  Ozon.
Jednak na drodze całkowitego prze-
jęcia władzy w Polsce stała tzw. le-
wica sanacyjna, utożsamiana z oto-
czeniem prezydenta Ignacego Mo-
ścickiego
. W jaki sposób podobne
problemy rozwiązywały w tym okre-
sie  państwa  faszystowskie,  ukazała
historia  Niemiec,  Włoch  czy  Hisz-
panii.  Jeśli  uwzględnić,  iż  filarem
Ozonu  było  faszystowskie  ugrupo-
wanie  ONR-Falanga,  można  do-
mniemywać,  iż  również  w  Polsce
przygotowywano ostateczną rozpra-
wę  z  przeciwnikami  politycznymi. 

W  lipcu  1937  roku  miał  miej-

sce nieudany zamach na Adama Ko-
ca. Zamachowiec, który zginął w wy-
niku przedwczesnego wybuchu bom-
by,  był  związany  z  opozycyjnym
Frontem  Morges,  utożsamianym
z gen.  Władysławem  Sikorskim.
Wydarzenia  te  ukazały,  iż  walka
o władzę  rozgorzała  na  dobre,
a prawdziwy ogień miał dopiero za-
płonąć.  Z  dokumentów  znajdują-
cych  się  w  archiwum  politycznym
Ignacego  Paderewskiego wynika,
że Koc – wraz ze swym sztabowcem
płk.  Zygmuntem  Wentą,  a  przy
błogosławieństwie Rydza i pomocy
podległych mu faszystowskich bojó-
wek  –  miał  dokonać  w  Polsce  za-
machu  stanu.  W  nocy  z  25  na  26
października 1937 roku planowano
aresztować  przeszło  trzy  tysiące
osób,  wśród  których  mieli  się  zna-
leźć  prezydent  Mościcki,  marsza-
łek senatu Aleksander Prystor, by-
ły  przewodniczący  BBWR  Walery
Sławek 
i  wdowa  po  Marszałku
– Aleksandra Piłsudska. Był rów-
nież  przygotowany  wariant  zamor-
dowania  niektórych  osób.  Według
planu, główny ciężar akcji miał spo-
cząć na barkach ONR-Falangi, zaś
Rydz,  by  uniknąć  podejrzeń,  miał
udać  się  z  oficjalną  wizytą  do  Ru-
munii. Rzeczywiście, 25 październi-
ka pojechał do Bukaresztu, by wziąć
udział  w  promocji  następcy  tronu,
księcia  Michała,  na  oficera  armii
rumuńskiej.  Jednak  planu  zama-
chu nie zdołano utrzymać w tajem-
nicy  i  sanacyjny  obóz  obiegła  hio-
bowa wieść o grożącej im – jak wtedy

mówiono – ,,nocy św. Bartłomieja”.
Choć miejsce i czas skłaniają, by do-
szukiwać się większej analogii z ,,no-
cą długich noży” w Niemczech, kie-
dy to hitlerowcy wymordowali swych
przeciwników  politycznych.  Na
szczęście polską mentalność słowiań-
ską  cechuje  niechęć  do  całkowite-
go skupienia się społeczeństwa wo-
kół jednego wodza, haseł i idei. Dla-
tego  ewentualna  groźba  zamachu
wywołała wielkie poruszenie, nie tyl-
ko w obozie sanacyjnym, i nastąpi-
ła  fala  antyozonowej  konsolidacji,
która ostatecznie zapobiegła zama-
chowi. Cała opozycja sku-
piła się wokół prezydenta
Mościckiego, który w Bel-
wederze  przyjął  nawet
przedstawicieli PPS-u, da-
jąc ozonowcom do zrozu-
mienia, jak silny jest blok
antyfaszystowski w Polsce.
Rydz, poddany ostrym na-
ciskom  wielu  środowisk,
głównie  kombatanckich,
ostatecznie  uległ  presji
i w styczniu 1938 r. odwo-
łał  Koca  z funkcji  szefa
Ozonu.  Jego  miejsce  za-
jął  generał  Stanisław
Skwarczyński
, który nie-
mal od razu zerwał współ-
pracę z ONR-Falangą i si-
łę  organizacji  postanowił
wesprzeć na środowiskach
legionowych.  Spowodowało  to  nie-
chęć  i  wystąpienie  ze  związku  nie-
których jego członków, jak chociaż-
by byłego premiera i hitlerowskiego
kolaboranta Leona Kozłowskiego,
czy znaną pisarkę Marię Rodziewi-
czównę
,  która  publicznie  zarzuciła,
iż Ozon przestał być organizacją na-
rodową  i  katolicką.  Pikanterii  spra-
wie dodaje fakt, że dwa lata później
faszysta  Koc  został  powołany  przez
Sikorskiego na jednego z ministrów
emigracyjnego rządu w Londynie. 

Charakteryzując  rządzący  Pol-

ską obóz sanacyjny, można przyjąć,
że  w  drugiej  połowie  lat  30.  prze-
szedł  on  ewolucję,  ulegając  silnym
wpływom endeckim. Decydującą ro-
lę  zaczął  odgrywać  ,,naród”  Pola-
ków  katolików. 

W  II  RP  Polacy  stanowili  65

proc.  społeczeństwa,  więc  automa-
tyczne  zepchnięcie  jednej  trzeciej
ludności  na  margines  musiało  do-
prowadzić do napięć. Najliczniejszą
15-procentową grupę mniejszościową

stanowili  Ukraińcy.  Zamieszkiwali
głównie  Wołyń  i  wschodnią  Mało-
polskę. W województwie wołyńskim
przez  wiele  lat  rządy  sprawował
Henryk  Józewski,  o  którym  bez
cienia przesady można powiedzieć,
że był człowiekiem, który przerastał
swoją epokę. Gdy przywódcy państw
europejskich – zaślepieni totalitary-
zmem  –  starali  się  na  każdym  kro-
ku  infiltrować  i  ograniczać  swobo-
dy obywatelskie, Józewski, szeroko
pojmując politykę wielonarodowośc-
iową,  zamierzał  uczynić  z Wołynia
miejsce,  które  będzie  łączyć,  a nie
dzielić oba narody. Przy obsadzaniu
stanowisk  kierował  się  kluczem  li
tylko kompetencyjnym, dlatego w ad-
ministracji publicznej pracowało wie-
lu  Ukraińców,  czujących  się  auto-
matycznie  współodpowiedzialnymi
za Polskę. Wprowadził do sejmu gru-
pę posłów, którzy utworzyli koło po-
selskie  –  Ukraińską  Reprezentację

Parlamentarną  Wołynia.  Planował
nawet utworzenie ukraińskiego uni-
wersytetu w Łucku. Tych działań nie
mogła zdzierżyć ani prawica, ani Ko-
ściół, który widział na Wołyniu wspa-
niały teren misyjny. Dlatego biskup
lubelski  Leon  Fulman naciskał
na dymisję  Józewskiego.  Drugim
wielkim  wrogiem  wojewody  były
wojskowe  służby  specjalne,  a  do-
kładniej  Odział  Drugi  Sztabu  WP
– popularni ,,dwójkarze”, odpowie-
dzialni za wywiad, kontrwywiad i poli-
tykę mniejszościową. Było to swoiste
państwo w państwie, bo nie podle-
gało  żadnej  kontroli,  a  miało  wiel-
kie  wpływy  w  rządzie.  Na  czele
,,dwójek” przeważnie stał figurant,
a w rzeczywistości  kierowali  nim
oficerowie  średniego  szczebla.  Ich
pokątną  działalnością  był  handel
bronią – potrafili ją sprzedawać na-
wet hiszpańskiemu Frontowi Ludo-
wemu.  Właśnie  z  ich  strony  grozi-
ło Józewskiemu największe niebez-
pieczeństwo  (pojawiały  się  groźby

zamachu). Ostatecznie Józewskiego
przeniesiono na analogiczne stano-
wisko  do  Łodzi.  Nowym  wojewodą
został ,,swój człowiek” Aleksander
Hauke-Nowak
,  który  stwierdził
krótko:  ,,O  zagadnieniu  wielkiej
Ukrainy  można  mówić  w  Warsza-
wie  lub  Kijowie,  lecz  nie  na  Woły-
niu”.  A więc  był  już  odpowiedni
grunt  dla  kościelno-wojskowej  mi-
sji cywilizacyjnej. Rozpowszechnio-
no wprowadzany już wcześniej pro-
gram  ,,szlachty  zagrodowej”,  który
polegał  na  zachęcaniu  miejscowej
ludności  do  porzucenia  prawosła-
wia i przejścia na katolicyzm. Pre-
tekstem  miało  być  ich  pochodze-
nie z dawnej rusyfikowanej szlach-
ty polskiej. Rząd tej akcji nadał wiel-
ki rozgłos, a Kościół ze swojej stro-
ny  dorzucił  kanonizację  Andrzeja
Boboli
, jezuity zabitego w wojnach
kozackich. 

Akcja  wynaradawiania,  choć

przynosiła  pewne  efekty,  spotkała
się  z silnym  protestem  Ukraińców.
Za namową greckokatolickiego me-
tropolity  lwowskiego  Andrzeja
Szeptyckiego 
(późniejszy protektor
UPA, a dziś kandydat na katolickie-
go świętego) zbierali się oni w swo-
ich świątyniach, manifestując wiarę
i odrębność,  lecz  tym  problemem

zajęli  się  już  „dwójkarze”.  Specjal-
ny  odział  II  Korpusu  WP  pod  do-
wództwem gen. Mieczysława Smo-
rawińskiego 
przystąpił do wysadza-
nia  w powietrze  i palenia  cerkwi
na  terenie  Wołynia  i  Chełmszczy-
zny. Wyznaczone oddziały saperów
lub  strażaków  pod  osłoną  wojska,
często w nocy, niszczyły obiekty kul-
tu religijnego o wielkich tradycjach.
W Białej  Podlaskiej  spalono  świą-
tynię  greckokatolicką  z 1582  roku,
w Zamościu  z  1582  r.,  w  Chełmie
spalono cerkiew z 1596 r. Ogółem,
według raportu Urzędu Wojewódz-
kiego w Lublinie, zburzono w 1938 r.
127 świątyń, w tym 91 cerkwi, 10 ka-
plic, 26 domów modlitw. Cztery cer-
kwie i cztery kaplice przekazano Ko-
ściołowi  katolickiemu. 

Zwierzchnik  Kościoła  prawo-

sławnego w Polsce, metropolita Dio-
nizy
,  wysłał  do  rządu  i  episkopatu
dramatyczne  telegramy,  prosząc
o wstrzymanie akcji niszczenia świą-
tyń.  Bez  rezultatu.  Rachunek  za

politykę elit rządzących okresu mię-
dzywojennego  przyszło  społeczeń-
stwu zapłacić podczas słynnej rzezi
wołyńskiej. 

Tradycyjnie  też  oberwało  się

Żydom  stanowiącym  10  proc.  spo-
łeczeństwa. W czerwcu 1936 r. pre-
mier Felicjan Sławoj-Składkowski
ogłosił przeciwko nim (obywatelom
własnego kraju!) „ekonomiczną woj-
nę”.  Miała  polegać  na  polonizacji
gospodarki,  m.in.  poprzez  wycofa-
nie  kontraktów  rządowych  zawar-
tych z podmiotami żydowskimi. Bar-
dziej  radykalny  był  Ozon,  który
– idąc wzorem III Rzeszy – dążył do
wprowadzenia  ustaw  antyżydow-
skich, m.in. programu przymusowej
emigracji. Taki kurs zyskał poklask
endecji i sympatyzującego z nią Ko-
ścioła,  którego  wielu  hierarchów
– jak chociażby KakowskiHlond,
Sapiecha czy Wyszyński – nie kry-
ło się ze swym antysemityzmem. Naj-
bardziej jątrzył franciszkański kon-
cern  medialny  z  późniejszym  świę-
tym  Maksymilinem  Kolbem na
czele,  który  na  każdym  kroku  wie-
trzył „antychrześcijański spisek” Ży-
dów  i  wzywał  do  przesiedlenia  ich
na Madagaskar. Na efekty nie trze-
ba  było  długo  czekać  –  przez  Pol-
skę przelała się fala pogromów. Do
historii  przeszły  wydarzenia  w  My-
ślenicach („FiM” 26/2008), Mińsku
Mazowieckim  czy  Brześciu,  gdzie
przez  kilkanaście  godzin  rozjuszo-
ne hordy narodowców terroryzowa-
ły  miasta,  pastwiąc  się  nad  miej-
scowymi  Żydami  i  paląc  ich  doby-
tek.  Według  raportu  MSW,  tylko
w czwartym kwartale 1936 roku do-
szło  w  Polsce  do  640  napadów  na
Żydów (w tym 13 zabójstw i 14 cięż-
kich  uszkodzeń  ciała)  oraz  1492
przypadków demolowania mieszkań
i  sklepów.  Innym  terenem  antyse-
mickich wystąpień były wyższe uczel-
nie  –  tam  gdzie  prawica  próbowa-
ła  zmuszać  uczelniany  senat  do
wprowadzenia  tzw.  numerus  calus,
czyli procentowego określenia licz-
by  studentów  wyznania  mojżeszo-
wego.  Dochodziło  też  do  częstych
pobić,  i  to  nie  tylko  protestują-
cych  Żydów,  lecz  również  sprzeci-
wiających się tym metodom profe-
sorów.  Do  powszechnych  praktyk
– stosowanych nawet w liceach – na-
leżało  zmuszanie  uczniów  żydow-
skich do zajmowania wydzielonych
miejsc  zwanych  gettami  ławkowy-
mi.  Na  znak  protestu  Żydzi  brali
udział w zajęciach na stojąco. W wy-
niku  tych  działań  w roku  akade-
mickim 1938/1939 liczba studentów
żydowskich spadła z 25 do 8 proc.
Kiedy  wojska  Hitlera zajmowały
Austrię,  karygodnym  posunięciem
polskiego  rządu  było  pozbawienie
polskiego  obywatelstwa  przeszło
dwudziestu  tysięcy  mieszkających
tam  polskich  Żydów.  Utrata  pol-
skich paszportów uniemożliwiła tym
ludziom ucieczkę przed faszystow-
skim reżimem, a do Polski przyje-
chali  później  – w transporcie  do...
Oświęcimia. 

MAREK  PAWŁOWSKI

marek503@op.pl

CIENIE  II  RP  (CZ.  6)

O wartości narodu świadczy jego stosunek do
mniejszości. Niestety, znaczna część społeczeństwa
polskiego II RP, a już na pewno jej elity rządzące
wspierane przez Kościół nie przeszły godnie tej 
próby i nie sprostały problemom, które nałożyła 
na nie odrodzona ojczyzna.

GGoorrssii oobbyyw

waatteellee

background image

1

12

2

ŻYCIE TO WALKA

P

od  względem  rozwoju
metod leczenia niepłod-
ności  jesteśmy  w euro-
pejskiej,  a być  może
i światowej  czołówce.

Paradoksalnie, dzięki bardzo ograni-
czonym  regulacjom  prawnym,  które
nie blokują rozwoju medycyny. Ale za
chwilę to się może skończyć. Kościół
i jego  słudzy  przystąpili  do  kolejnej
kontrrewolucji  ideologicznej.  Możli-
wości  legalnego  usunięcia  ciąży  już
prawie  nie  ma.  Leczenia  niepłodno-
ści poprzez sztuczne zapłodnienie mo-
że nie być za kilka tygodni.

Jeszcze  niedawno  premier  Do-

nald  Tusk zapowiadał,  że  będzie
refundacja zabiegów in vitro. Nic nie
zapowiadało katastrofy. Rządowy ze-
spół wypracował założenia nowej usta-
wy,  a  premier  przedstawił  dość  libe-
ralną  wersję.  I nagle  odmieniło  się.
Jarosław Gowin, który z nadania Tu-
ska  zajmuje  się  projektem,  pokazał,
o co  mu  naprawdę  chodzi.  Skutki
zmian, jakie chce wprowadzić, mogą
być  dramatyczne.  Kobiety  będą  mu-
siały  przechodzić  kilka  razy  bolesną
procedurę in vitro, bo Kościół nie go-
dzi się na zamrażanie zarodków. Sku-
teczność  metody  znacznie  się  obni-
ży,  a medycyna  ponownie  polegnie
w bitwie z religijną ideologią. Samot-
ne  kobiety  będą  mogły  zapomnieć
o dziecku, bo in vitro będzie wyłącz-
nie dla par ślubnych, a do tego tylko
dla  kobiet  do  40  roku  życia!  Osoby
leczące  niepłodność  będą  ciągle  in-
wigilowane  za  sprawą  krajowego  re-
jestru pacjentów klinik. O tajemnicy
lekarskiej  zapomnimy.  Znikną  też
banki spermy. Gowin przy okazji ty-
ka  się  też  aborcji.  Lekarz,  który  od-
mówi legalnej aborcji ze względu na
sumienie, nie będzie musiał wskazać
innej placówki, gdzie kobieta będzie
mogła  usunąć  ciążę  powstałą  w wy-
niku  gwałtu  czy  z wadą  genetyczną.
Skutek?  Jeszcze  szersze  podziemie
aborcyjne  bez  odpowiedniej  opieki
medycznej. Co ciekawe, zniknie moż-
liwość pozywania lekarzy do sądu, gdy
naruszą prawo. Przypadek Alicji Ty-
siąc 
może się już nie powtórzyć. I na
koniec jeszcze jeden news: w Polskiej
Radzie Bioetycznej, która uzyska du-
że  kompetencje,  zasiądą  duchowni
wyznaczeni  przez  Episkopat!

Projekt  Gowina  na  szczęście  nie

jest jeszcze przesądzony możliwe, że
trafi do kosza. Wielu trzeźwo myślą-
cym osobom w Platformie Obywatel-
skiej włos stanął na głowie, gdy usły-
szeli  o jego  propozycjach.  Poseł  Ja-
nusz  Palikot  
powiedział  wprost,  że
nie wyobraża sobie, aby takie prawo
mogło  zacząć  obowiązywać.  Na  ra-
zie  wersją  poselską  ustawy  zajmuje
się  zespół  pod  kierownictwem  Mał-
gorzaty Kidawy-Błońskiej
, młodej,
rozsądnej posłanki partii Tuska. Jest
duża szansa na złagodzenie nieludz-
kich zapisów i restrykcji. Środowiska
feministyczne  i osoby,  które  miały
(bądź czekają) na in vitro, wierzą, że
i w PO przyjdzie refleksja i opamię-
tanie.  Nad  inną  wersją  ustawy  pra-
cuje  też  społeczny  zespół  do  spraw
przygotowania  jej  obywatelskiego

projektu. To grono zacnych ludzi, dla
których liczą się nie względy ideolo-
giczne, ale przede wszystkim medycz-
ne, naukowe oraz racjonalizm. Część
z nich  jeszcze  niedawno  pracowała
z Gowinem w rządowym zespole, ale
przeraził  ich  wynik  końcowy  z kato-
lickimi  naleciałościami.  Dlatego  po-
stanowili  popracować  dalej,  tyle  że
nad  projektem  dla  ludzi,  a nie  dla

Kościoła.  Wśród  nich  są
m.in.  prof.  Eleonora  Zie-
lińska
, prof. Jacek Zarem-
ba
,  prof.  Jacek  Hołówka,
dr Marek Balicki, prof. Mi-

rosław  Nesterowicz,  posłanka  Iza-
bela Jaruga-Nowacka 
Wanda No-
wicka
.  Wstępny  projekt  ma  ujrzeć
światło  dzienne  pod  koniec  lutego,
a dokument będzie nosił tytuł „Usta-
wa  o wspomaganej  prokreacji”. 

Na  razie  w ograniczonym  zakre-

sie,  ale  rozkręca  się  społeczny  bunt
przeciwko  zapędom  Gowina.  Przed

gmachem  Sejmu  pojawiły  się  pierw-
sze  grupy  protestujących. 

–  Te  zwłoki  to  symbol  upadłej

transplantologii, to także symbol mo-
gącego  upaść  leczenia  niepłodności
metodą in vitro” – grzmiały działacz-
ki  feministyczne,  pokazując  leżącego
na ziemi trupa. „Medycyna, a nie ide-
ologia” – to najważniejsze hasło, z ja-
kim protestowano. Największy zarzut
to brak jakichkolwiek konsultacji spo-
łecznych  w sprawie  projektu  ustawy.
Wyszedł  przez  to  bubel  prawny,  któ-
ry  już  na  starcie  może  być  sprzeczny
z Europejską Konwencją Bioetyczną.

Niebawem  przekonamy  się,  co

ostatecznie  trafi  pod  obrady  Sejmu.
Lewica  zdecydowanie  opowiada  się
za  liberalizacją  w zakresie  in  vitro.
W Prawie i Sprawiedliwości coraz gło-
śniej mówi się pod dyktando radykal-
nej  części  Kościoła  –  o całkowitym
zakazie  metody  sztucznego  zapłod-
nienia. Największy sprawdzian przed
Platformą. Ulegnie wpływowi Kościo-
ła czy posłucha głosu społeczeństwa,
które  w zdecydowanej  większości
o blokowaniu in vitro nawet nie chce
słyszeć? 

DANIEL  PTASZEK

Fot.  Autor

Krzyczą,  bo  znowu
o ich  losie  zdecyduje
garstka  nawiedzonych
marionetek  Kościoła.
Krzyczą,  bo jak nigdy
wcześniej  grozi  nam
cofnięcie  do epoki
średniowiecza.  In vitro
– już  niedługo  tylko
dla garstki  wybrańców.
Gowin atakuje!

C

Ciieem

mn

no

og

grró

ód

d

jju

użż ssiięę zzb

blliiżżaa......

W proteście przed Sejmem prze-
ciwko  ustawie  Gowina  wzięła
udział  nowa  organizacja  kobieca
w Polsce  –  Europejska  Femini-
styczna  Inicjatywa,  która  oprócz
praw kobiet niezwykle silnie pod-
kreśla  kwestie  świeckości  pań-
stwa. Rozmawialiśmy z jej lider-
ką Niną Sankari (na zdjęciu u do-
łu,  po  prawej  –  z  mikrofonem). 
– Obecnie  najbardziej  znany
i komentowany jest projekt Ja-
rosława Gowina. Dlaczego pod-
dajecie  go  tak  ostrej  krytyce?
– Projekt jest niedemokratyczny,
bo  opracowany  bez  konsultacji
społecznych. Jest niecelowy, bo
prowadzi  do  tego,  że  metoda  in
vitro  będzie  nieefektywna.  Nie-
fachowy,  bo  opracowany  bez
uwzględnienia  opinii  ekspertów,
do tego nieracjonalny, gdyż opie-
ra się na przesłankach religijnych,
a nie  na  wiedzy  naukowej.  Jest
też nieuczciwy, bo odbiera kobie-
tom  prawo  dochodzenia  odszko-
dowania w przypadku wad gene-
tycznych płodu powstałych w wy-
niku in vitro, tymczasem nie ma
możliwości  dokonania  selekcji
ze  względu  na  obecność  tych
wad.  W końcu  projekt  jest  nie-
ludzki, bo wprowadza przy okazji
tylnymi drzwiami zmiany w usta-
wie  o zawodzie  lekarza  i znosi
obowiązek  wskazania  placówki,
w której  kobieta  może  przepro-
wadzić zabieg, co jest w prakty-
ce odmową zabiegu ze względów
światopoglądowych. Ten projekt
nie  jest  przyjazny  ani  dla  kobiet,
ani  dla  mężczyzn,  dla  obywateli,
których  ta  ustawa  dotyczy.  On
jest przyjazny tylko dla Kościoła.
– Po  raz  pierwszy  w Polsce
swoją obecność tak mocno pod-
kreśla  Europejska  Feministycz-
na  Inicjatywa.  To  zupełnie  no-
wa  organizacja  feministyczna.
Czym się wyróżnia na tle innych?
–  IFE-EFI  jest  taką  kobiecą  sie-
cią, która działa w całej Europie.
W tej chwili pączkują w krajach
europejskich jej sekcje. Nasza po-
wstała  niedawno.  Chodzi  głów-
nie  o obronę  praw  kobiet.  Prio-
rytety  to  walka  o prawo  kobiet
do  aborcji  i – ogólnie  rzecz  bio-
rąc  –  reprodukcyjne  prawa  ko-
biet.  Jest  to  walka  o świeckie
państwo  i władzę  polityczną  ko-
biet rozumianą jako udział kobiet
w procesie podejmowania decy-
zji  politycznych.

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

13

3

To z całą pewnością największy pe-

dofilski skandal w dziejach włoskiego
Kościoła,  a być  może  (skala  zjawiska
nie jest jeszcze znana) w Europie. Pol-
skie media zamieściły na ten temat nie-
wielkie omówienia, więc – dbając o to,
by Czytelnicy „FiM” byli należycie po-
informowani  –  przetłumaczyliśmy  ar-
tykuły  z „La  Stampa”  oraz  L’espres-
so”,  gazet,  które  ten  haniebny  proce-
der wspólnie ujawniły. Oto sumarycz-
ne streszczenie tych publikacji.

Jesteśmy ofiarami pedofilii ka-

płanów.

Setki  głuchoniemych  dzieci  by-

ło  gwałconych  i szykanowanych
w szkole  w Weronie.  To  trwało  od
połowy lat pięćdziesiątych do poło-
wy osiemdziesiątych. Po latach męki

wychowankowie  placówki  (dziś  już
osoby  dorosłe  lub  nawet  starsze)
znaleźli siłę, aby opowiedzieć o tam-
tych  okropnościach.  Tym  bardziej
że  wielu  księży  i ich  prześladow-
ców nadal czynnie uczestniczy w ży-
ciu  religijnym.

Ta  szkoła,  a raczej  instytut,  była

symbolem miłości i miłosierdzia Ko-
ścioła katolickiego. Specjalistyczna pla-
cówka miała zapewnić upośledzonym
wychowankom lepszą przyszłość. Wy-
ciszyć je, otoczyć opieką, wyedukować
i przygotować  do  normalnego  egzy-
stowania w życiu i na rynku pracy.

W Pravolo  Antonio  di  Verona

przebywały głuchonieme dzieci z bied-
nych rodzin całych północnych Włoch.
Instytut przedstawiany był w całej Eu-
ropie,  ba,  na  świecie,  jako  modelo-
we rozwiązanie problemów osób nie-
pełnosprawnych. Jak się okazuje, bar-
dziej przypominał jednak nieludzkie
więzienie, w którym stale dochodziło

do  straszliwych,  niemieszczących  się
w głowie  incydentów. 

Dlaczego dawni wychowankowie

dopiero dziś zdecydowali się mówić?
Stało się to po słowach papieża Rat-
zingera 
(w Sydney),  który  zachęcił
do  ujawniania  tych  przestępstw.
Wcześniej  –  twierdzą  –  nie  było  to
możliwe.

Na razie oskarżenia na piśmie zło-

żyło blisko 70 osób. Kolejne zapowia-
dają,  że  uczynią  to  samo.  Niestety,
nie ma to już dziś większego znacze-
nia, bowiem z punktu widzenia praw-
nego,  haniebne  przestępstwa  uległy
przedawnieniu.

Powstał  natomiast  pomysł,  aby

zrealizować o trwającej trzydzieści lat
makabrze  film  fabularny. 

Najstraszniejsze i zupełnie niezro-

zumiałe  dla  byłych  uczniów  szkoły
(została  zlikwidowana  w 1984  roku)
jest  jednak  to,  że  wielu  prześladują-
cych ich seksualnie księży – pomimo
sędziwego wieku – nadal pełni posłu-
gę  kapłańską. 

Ich  głuchonieme  ofiary  były

gwałcone w najohydniejszy sposób,
a z powodu  swojego  kalectwa  nie
mogły  i nie  miały  komu  się  po-
skarżyć.

Jeden z listów gwał-

conego niegdyś chłopca

–  skierowany  do  redakcji  „L’espres-
so”  –  pochodzi  z 20  listopada  2008
roku.  Czytamy  w nim  m.in.:  „Działo
się to najczęściej w weekendy. Do po-
koju, który pełnił rolę szkolnego kon-
fesjonału, księża zapraszali kolejno wy-
brane  dziewczynki  i nas,  chłopców.
Drzwi  zawsze  zamykano  wówczas  od
środka.  Wtedy  się  zaczynało
”.

Inni opowiadają, że do inicjowa-

nych przez kapłanów wspólnych, wie-
loosobowych  orgii  dochodziło  w ła-
zienkach.  Kto  odmawiał,  był  tortu-
rowany. 

Wspólne oświadczenie trzech by-

łych  wychowanków  instytutu  w We-
ronie:  „Często  kazano  się  nam  ma-
sturbować z trzema księżmi. Pod prysz-
nicem.  Wzajemnie
”.

Bruno – dziś pięćdziesięciolatek

–  opowiada,  jak  zmuszano  go,  gdy

miał 14 lat, do udziału w kilkunasto-
osobowych orgiach. To trwało do cza-
su,  gdy  ukończył  18  lat.

Ofiary  pedofilii  wymieniają  na-

zwiska swoich prześladowców, a są to
często osoby bardzo w Kościele wło-
skim  znane.

Dawny  przełożony  instytutu  Pra-

volo Antonio di Verona, według rela-
cji poszkodowanych, kilka lat temu (gdy
hańba  Instytutu  zaczęła  być  tajemni-
cą poliszynela), na kolanach (dosłow-
nie) przepraszał byłych podopiecznych
placówki za to, co je spotkało. Teraz,
indagowany  przez  „L’espresso”  i „La
Stampa”, odparł, że coś słyszał, ale nic
pewnego nie może sobie przypomnieć.

Tyle włoska prasa. A my pytamy:

jakim trzeba być człowiekiem – i czy
jeszcze człowiekiem – by za cel zbo-
czonych, obrzydliwych praktyk wybrać
sobie te dzieci, które z racji swojego
kalectwa  nie  są  w stanie  zaprotesto-
wać,  poskarżyć  się,  wykrzyczeć  ból,
uciec?  W jakim  stopniu  sutanna  de-
moralizuje i daje błogie poczucie bez-
karności.  Na  te  pytania,  jak  się  zda-
je,  nie  uzyskamy  odpowiedzi  ani  od
kościelnej hierarchii, ani od bezsilne-

go  i często  zastraszonego  wymiaru

sprawiedliwości. Ale musimy je sta-

wiać i tropić zwyrodnialców. We Wło-

szech, w USA, w Irlandii, Australii,
Polsce.  W setkach  innych  –  jeszcze

nieujawnionych miejscach. Bo to, co

czasem,  bardzo  rzadko,  wychodzi

na  światło  dzienne,  to  sam  czube-
czek góry lodowej. Wielkiej góry! 

MAREK  SZENBORN

N

Niie

em

my

y k

krrz

zy

yk

k

W

Włłoocch

hyy ssąą w

wssttrrzząąśśn

niięęttee.. K

Kiillk

kaasseett ggłłu

ucch

hoon

niieem

myycch

h d

dzziieeccii

((jju

użż d

dzziiśś w

wiiaad

doom

moo,, żżee n

niiee m

mn

niieejj n

niiżż 330000)) b

byyłłoo

ggw

waałłccoon

nyycch

h ((n

naaw

weett p

prrzzyy oołłttaarrzzu

u ii w

w k

koon

nffeessjjoon

naallee))

p

prrzzeezz k

kssiięężżyy k

koośścciieelln

neeggoo iin

nssttyyttu

uttu

u w

w W

Weerroon

niiee..

P

Prroocceed

deerr ttrrw

waałł p

poon

naad

d 3300 llaatt,, w

wiięęcc zzb

boocczzeeń

ńccyy

w

w ssu

uttaan

nn

naacch

h ssttaallee m

miieellii d

doop

płłyyw

w „„śśw

wiieeżżeejj k

krrw

wii””..

N

ie  tylko  Komisja  Majątkowa  Rządu
i Episkopatu bez cienia wstydu robi
dobrze  sukienkowym.  Nie  odstają

w tej  kwestii  także  lokalne  władze  samo-
rządowe.  Ito  różnej  maści.

Proboszcz parafii Błogosławionego Czesła-

wa w Opolu zamarzył sobie na własność 1,2 ha
atrakcyjnie położonego gruntu, który dziś użyt-
kuje pod warunkiem prowadzenia działalności
sportowo-rekreacyjnej  dla  mieszkańców.  Przy-
kruchtowy prezydent Ryszard Zembaczyński
(PO)  natychmiast  zaproponował  bonifikatę.
95 procent. Do zapłaty wyszłoby więc niewiele
ponad 3 tysiące złotych. Radni mają zagwozd-
kę.  Ci  z lewicy  krzyczą,  że  to  rozdawnictwo
i brak  dbałości  o budżet  miasta.  Ci  z prawicy
–  że  na  zbożne  cele.  A jak  wyjdzie?  Pewnie
tak  jak  zwykle.

Władze  Ostrowa  Wielkopolskiego  swoim

mieniem dzieliły się z parafią Stanisława Bisku-
pa  kilka  razy.  Niemal  dwa  hektary  w 1994  ro-
ku,  ponad  17 ha  (z przeznaczeniem  na  cmen-
tarz) trzy lata później, kolejne 2,5 ha – tym ra-
zem  m.in.  pod  budowę  probostwa  –  w 1998  r.
Ponad  dwa  lata  temu  władze  miasta  odtrąbiły
swój  wielki  sukces  –  otóż  przed  „Krajową  Ko-
misją  Majątkową  w Warszawie  przedstawiciele
Gminy Miasta Ostrowa Wielkopolskiego oraz pa-
rafii  rzymskokatolickiej  pw.  św.  Stanisława  Bi-
skupa  w Ostrowie  Wielkopolskim  złożyli  podpi-
sy pod Ugodą regulującą częściowo sprawy wła-
snościowe”
. Ojcem owego „sukcesu” był ówcze-
sny  wiceprezydent  Ostrowa  Andrzej  Jaroń,
a na jej mocy Zgromadzenie Córek Maryi Wspo-
możycielki  dostało  od  miasta  budynek  po  by-
łym Zespole Szkół Budowlanych, zaś proboszcz
Alfred  Mąka –  grunty  przy  ul.  Brzozowej.

Całość  (ok.  1,1 ha)  o wartości  ponad  1,8 mi-
liona  złotych.  Na  czym  więc  polegał  sukces 
–  nie  wiadomo.  Tym  bardziej  że  lokalny  Ko-
ściół katolicki nie powiedział ostatniego słowa,
a w ugodzie jasno zapisano, że nie wyczerpuje
ona wszystkich roszczeń parafii. I chociaż pre-
zydent  Radosław  Torzyński zapewnia  zanie-
pokojonych mieszkańców, że obecnie nie toczy
się żadne postępowanie z wniosku parafii o zwrot
nieruchomości  kościelnych  czy  zamianę  na  in-
ne tereny, wiadomo, że do rozliczenia – jak się
okazuje  –  wciąż  pozostaje  27,4 ha. 

W Busku-Zdroju  0,1698 ha  ziemi  wraz  ze

stojącą na niej nieruchomością wpadło w ręce
proboszcza  od  Niepokalanego  Poczęcia  Naj-
świętszej  Maryi  Panny,  księdza  Tadeusza
Szlachty
.  Wnioskodawcą  był  starosta  święto-
krzyski Zenon Janus (PSL), który permanent-
nie  nie  miał  pomysłu,  co  zrobić  z zalegającą
w mieście „ruderą” („Na dzień dzisiejszy budy-
nek ten stanowi pustostan i podlega dewastacji”
).
W końcu  postanowił  –  tak  po  prostu  –  dać  ją
parafii. Szafarzem był wojewoda Grzegorz Ba-
naś 
(PiS),  który  kilka  miesięcy  przed  końcem
swoich rządów nie tylko przyznał kościółkowym
ów  budynek  w centrum  miasta,  ale  też  przy-
klepał  na  niego  99,5 proc.  bonifikaty.  Dlacze-
go?  Bo  –  jak  czytamy  w uzasadnieniu  decyzji 
– pleban żalił się, że parafii zabrakło pomiesz-
czeń  przeznaczonych  na  cele  sakralne,  a poza
tym budynek po byłym sądzie rejonowym (a więc

ten,  który  łyknął  klecha)  i budynek  tzw.  sta-
rej plebanii stanowią ten sam kompleks obiek-
tów zabytkowych. I co z tego? – zapytałby za-
pewne przytomny włodarz. Banaś takiego py-
tania  nie  zadał.

Hojni  okazali  się  też  lewicowi  radni  Rze-

szowa. Ci uchwałą nr XLIII/708/2008 sprzeda-
li  niezabudowaną  nieruchomość  (5042  mkw.)
parafii rzymskokatolickiej pw. Matki Bożej Czę-
stochowskiej.  A że  tuż  obok  było  jeszcze  208
mkw. ziemi, dołożyli ją dla równego rachunku.

Całość poszła za 1 procent wartości, co wzbo-
gaciło  miejski  budżet  o zawrotną  kwotę  5 ty-
sięcy  złotych.  A można  było  sprzedać  za  pół
miliona... Uzasadnienie? „Nowo powstała pa-
rafia  rzymskokatolicka  (...)  zwróciła  się  wnio-
skiem  o nieodpłatne  nabycie  prawa  własności
nieruchomości niezabudowanej (...) będącej wła-
snością  Gminy  Miasto  Rzeszów,  z przeznacze-
niem  pod  budowę  domu  parafialnego.  Głów-
nym  jego  przeznaczeniem  będzie  działalność
duszpastersko-modlitewna,  tj.  spotkania  orga-
nizacji katolickich, chóru, przygotowujących się
do  przyjęcia  sakramentów  świętych,  opłatkowe
itp.”
.  I wystarczy. 

Korona  Gdańska,  a więc  parafia  Wniebo-

wzięcia Najświętszej Maryi Panny (bazylika Ma-
riacka),  na  brak  dotacji  nie  narzeka.  Pod  ko-
niec  2008  roku  z polecenia  premiera  Donal-
da  Tuska 
2 miliony  złotych  dało  państwo  na

remont  okien,  13  milionów  złotych  udało  się
z kolei  wyrwać  z Norweskiego  Mechanizmu
Finansowego i Mechanizmu Finansowego Eu-
ropejskiego  Obszaru  Gospodarczego.  Z kolei
30  października  ubiegłego  roku  Rada  Miasta
Gdańska  doszła  do  wniosku,  że  nieładnie  jest
potrzebującemu  odmówić  i postanowiła  para-
fii odpalić z budżetu odpowiednio wysoką dział-
kę.  Projekt  uchwały  całkiem  pro  forma trafił
przed odpowiednią komisję. „Z uwagi na brak
głosów w dyskusji Marek Bumblis – przewodni-
czący  Komisji  Kultury  i Sportu  Rady  Miasta
Gdańska – poddał pod głosowanie przyjęcie i po-
zytywne  zaopiniowanie  przedmiotowego  projek-
tu uchwały bez poprawek” 
– zapisano w proto-
kole  z posiedzenia.  Trzy  głosy  „za”  przy  czte-
roosobowej  frekwencji  otworzyły  radnym  dro-
gę do klepnięcia wcześniejszego pomysłu. I tak
na  mocy  uchwały  nr  XXIX/812/08  księdzu  in-
fułatowi Stanisławowi Bogdanowiczowi przy-
znano  maksymalną  kwotę  pożyczki  w wysoko-
ści  5 milionów  złotych.  Oczywiście  z budżetu
miasta.  Na  prace  realizowane  w ramach  pro-
jektu  „Podniesienie  turystycznej  atrakcyjności
bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Etap pierwszy.
Kompleksowa  konserwacja  wieży  gotyckiej”.
Pieniądze infułat odda – jak ustalono – w cią-
gu kilku najbliższych lat, czyli jak będzie miał.
A to nastąpi pewnie nieprędko, bo chociaż na
dopieszczenie „perły Pomorza” kasa płynie róż-
nymi  kanałami  (remont  ma  trwać  do  2020  ro-
ku,  potrzeba  na  niego,  bagatela,  75  milionów
złotych, z czego 15 proc. wyłoży miasto, resztę
pokryją fundusze unijne i norweskie, a Kościół
dokładać się nie zamierza), wciąż nie zaspoka-
ja  wilczego  apetytu. 

WIKTORIA  ZIMIŃSKA 

wiktoria@faktyimity.pl

SSttoossuunnkkii nniieepprrzzeerryyw

waannee

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

14

4

ZE ŚWIATA

W Barcelonie musi być teraz bar-
dzo  zabawnie.  Ideowe  reklamy
na  środkach  komunikacji  miej-
skiej wynajęli zarówno wierzący,
jak i niewierzący. W mieście mi-
jają  się  więc  autobusy  z napisa-
mi:  „Bóg  nie  istnieje”  oraz  „Tak,
Bóg istnieje”. Tolerancja i demo-
kracja  czy  kabaret? 

Autobusowe wojny religijne za-

częły się w Wielkiej Brytanii. Tam-
tejsze kościoły protestanckie wyna-
jęły przestrzeń reklamową w trans-
porcie  miejskim,  by  straszyć  ludzi
piekłem i potępieniem wieczystym.
Z plakatów nawoływano pasażerów
do opamiętania, bo Bóg wszystkich
widzi i jak cię złapie, to ci pokaże. 

Taka strategia zaniepokoiła ate-

istów – dostatecznie już rozdrażnio-
nych potężnymi kampaniami rekla-
mowymi  Kościoła  anglikańskiego
przy okazji Bożego Narodzenia, też
na  autobusach.  Organizacje  ate-
istyczne zebrały od darczyńców po-
nad  140  tysięcy  funtów.  Za  tę  su-
mę 200 autobusów w Londynie i 600
na prowincji oblepiono hasłem: „Bo-
ga prawdopodobnie nie ma. Dlate-
go  przestań  się  martwić  i ciesz  się

życiem”.  5 stycznia  na  ulice  stolicy
wyjechało  30  pierwszych,  wywołu-
jąc  u wierzących...  popłoch.

Organizacja Christian Voice pró-

buje... zakazać ateistom reklam, ale
nie drogą „obrazy uczuć religijnych”,
bo  to  przechodzi  tylko  w Polsce.
Chrześcijanie odwołali się do brytyj-
skiego  regulatora  rynku  reklamy, 

dowodząc, że napisy ateistów łamią
etykę  reklamową,  gdyż  są...  kłamli-
we! Bo „materialnych dowodów” na
istnienie Boga jest jakoby więcej niż
na  jego  nieistnienie.  Swoją  drogą,
werdykt  brytyjskiego  regulatora  re-
klamowego w tej sprawie będzie lek-
turą jedyną w swoim rodzaju.

Akcję  ateistów  poparł  Richard

Dawkins,  którego  Katolicka  Agen-
cja  Informacyjna  określa  mianem
„darwinistycznego biologa”. Jakby by-
li dziś biolodzy „niedarwinistyczni”...
Choć  z drugiej  strony  może  w KAI
są. U nas nie takie cuda się dzieją.

Jeszcze  weselej  niż  w zeświec-

czonej  Wielkiej  Brytanii  mają  się
sprawy  w katolickiej  Hiszpanii.
Unia  Ateistów  i Wolnomyślicieli
skopiowała  tam  brytyjski  pomysł
w mieście Barcelona, gdzie opatrzone

ateistycznym hasłem autobusy rów-
nież wyjechały na ulice. Oczywiście,
katolicka diecezja Katalonii nie mo-
gła  znieść,  że  ktoś  głosi  co  innego
niż ona, i wydała specjalne oświad-
czenie: „Dla wierzących w Boga wia-
ra  w Jego  istnienie  nie  jest  powo-
dem do niepokoju ani też przeszko-
dą,  by  uczciwie  cieszyć  się  życiem.
Jest  to  solidna  podstawa,  aby  żyć
w postawie solidarności, pokoju i po-
czuciu  transcendencji”.

No  chyba  że  się  używa  prezer-

watyw  albo  ma  dziecko  z in  vitro.
Wtedy co innego. Ale o wiele spryt-
niej  zareagowali  katalońscy...  pro-
testanci. Jest ich mało, forsy nie ma-
ją,  więc  wynajęli  tylko  jeden  auto-
bus,  który  jeździ  teraz  po  Barcelo-
nie z napisem: „Bóg – tak, istnieje.
Korzystaj  z życia  w Chrystusie”. 

Pastor Francisco Rubiales mó-

wi: „Szanujemy wszystkie osoby i in-
stytucje, które publicznie głoszą swo-
je opinie, idee i wierzenia. Jeśli wszy-
scy  mogą  wyrażać  w sposób  wolny
swoje  opinie  i fundamentalne  pra-
wa,  to  my  również”.

No  i pewnie.  Tyle  wieści  ze

świata  cywilizowanego.  Wracamy
do  Polski.

Jak  myślicie:  jak  długo  pojeź-

dziłby w Polsce autobus miejski z ha-
słem „Boga nie ma”? Zanim rekla-
modawcę zaciągnięto by do sądu za
„obrazę uczuć religijnych”, a pojazd
zdewastowaliby „nieznani sprawcy”?

W Hiszpanii czy Anglii mijają się

autobusy,  na  których  wypisano  wy-
kluczające się prawdy. W Polsce jest
tylko Prawda. Słuszna i niewzruszo-
na.  Jedyna.  Tak  jedyna,  że  pod  jej
dyktando  rząd  pisze  ustawy,  które
mają obowiązywać wszystkich – wie-
rzących i niewierzących. Nawet usta-
wy  czysto  medyczne,  jak  ta  o in  vi-
tro.  Ostatecznie  „katolicki”  znaczy
„powszechny”. A „powszechny” za-
wsze  w Polsce  oznaczało  „przymu-
sowy”. 

MAGDA  HARTMAN

Świat obawia się huraganów,
tajfunów,  tsunami  i nie  ma

świadomości,  że  kataklizm  znacznie  większych  rozmiarów  może
nadejść  z kosmosu. 

Nie  chodzi  bynajmniej  o zderzenie  Ziemi  z asteroidem,  lecz  o coś

znacznie bardziej prawdopodobnego. Ostrzegli przed tym właśnie ucze-
ni  z Krajowej  Akademii  Nauk  USA.

Chodzi o burzę słoneczną. Nasza gwiazda wchodzi w okres wyso-

kiej  aktywności,  której  maksimum  przewidywane  jest  na  rok  2012.
W rezultacie  potężnych  erupcji  miliardy  ton  materii  słonecznej  po-
szybują  w kierunku  naszej  planety,  powodując  burze  elektromagne-
tyczne.  Eksperci  zapewniają,  że  nie  chcą  podnosić  alarmu,  ale  naj-
wyższy czas na przygotowanie się na konsekwencje intensywnych wy-
buchów  na  Słońcu. 

Po raz pierwszy ich skutki zarejestrowano w roku 1859, kiedy to pali-

ły  się  kable  telegrafów.  Od  tego  czasu  świat  opleciony  został  siatką  prze-
wodów,  wprowadzono  do  użytku  nowe  generacje  urządzeń  elektronicz-
nych – odbierających i wysyłających różnego rodzaju fale. Naukowcy oba-
wiają się burzy elektromagnetycznej nazwanej umownie „kosmiczną Katri-
ną” – dla upamiętnienia wielkiego huraganu, który w roku 2005 zdemolo-
wał Nowy Orlean. Ta burza byłaby znacznie gorsza. Mogłoby dojść do wy-
łączenia linii wysokiego napięcia, co – w rezultacie efektu domina – przy-
niosłoby zakłócenia w transporcie, komunikacji, bankowości. Ucierpiałyby
systemy finansowe i usługi rządowe, doszłoby do przerwania dostaw wody
pitnej  na  skutek  wyłączenia  pomp,  zapasy  żywności  i leków  uległyby  ze-
psuciu z powodu niedziałających lodówek. Przestałby działać system łącz-
ności satelitarnej, wysiadłyby telefony i urządzenia nawigacyjne. 

Koszty? Straty szacuje się na 1–2 biliony dolarów, choć burza przy-

puszczalnie  trwałaby  kilka  minut  lub  niecały  dzień.

Nie jesteśmy w stanie prognozować burz słonecznych, przyznają na-

ukowcy,  ale  wiemy,  że  nie  jesteśmy  przygotowani  na  tę  wielką.

JF

Nie wiesz, czy masz żyłkę do
robienia pieniędzy? Spójrz na

swój serdeczny palec. Jeśli jest dłuższy od wskazującego, biegnij
natychmiast  zatrudnić  się  na  giełdzie.  Zarobisz  pieniądze!

To  nie  żadne  przesądy  –  tak  wynika  z badań  fizjologów  brytyjskie-

go  University  of  Cambridge.  Zmierzyli  długość  palców  osób  pracują-
cych na londyńskiej giełdzie i tak im właśnie wyszło. Dłuższy palec ser-
deczny oznacza dłuższą ekspozycję na męski hormon androgen w życiu
płodowym.  Taka  ekspozycja  owocuje  większą  pewnością  siebie,  agre-
sywnością, gotowością podejmowania ryzyka, wytrwałością, szybszym re-
fleksem.  Naukowcy  rano  pobrali  do  badania  ślinę  traderów  z londyń-
skiej giełdy i okazało się, że ci, którzy mieli najwyższy poziom testoste-
ronu,  zarabiali  tego  dnia  najwięcej  pieniędzy.  Po  20  miesiącach  obser-
wacji  okazało  się,  że  osoby  z dłuższym  palcem,  na  którym  nosi  się  ob-
rączkę,  zarobiły  na  giełdzie  11  razy  więcej  pieniędzy  niż  inne.

Badania  przeprowadzone  wcześniej  wykazały,  że  palec  serdeczny

dłuższy  od  wskazującego  oznacza  większe  szanse  na  sukces  w niektó-
rych dziedzinach sportu, np. koszykówce i piłce nożnej. Hormony wpły-
wające  na  wyższą  agresywność  i aktywność  seksualną  przyczyniają  się
też  do  sukcesu  na  giełdzie. 

Nie wszyscy z długim palcem serdecznym zostaną milionerami. Z ko-

lei  dłuższy  palec  wskazujący  charakteryzuje  osoby  odnoszące  sukcesy
na  polu  matematyki,  nauki  i inżynierii.

PZ

Alan Bittner bardzo przejął się
apelami  o ochronę  środowi-

ska naturalnego; również ceny benzyny wydawały mu się skanda-
liczne.  Ale  nieco  inaczej  niż  wszyscy  inni  postanowił  coś  z tym
zrobić. 

Ponieważ był wziętym chirurgiem plastycznym w Beverly Hills, miał

większe  możliwości.  No  i coś  w rodzaju  własnego  źródła  paliwa.

W ciągu  10-letniej  kariery  wykonał  ponad  7 tys.  operacji  odciąga-

nia  tłuszczu.  Z litra  tłuszczu  można  ponoć  uzyskać  litr  paliwa.  Po  co
sadło  marnować?  –  zapytał  dr  Bittner  i uruchomił  prywatną  rafinerię.
Odtąd  jego  terenowy  ford  explorer  nie  zatrzymywał  się  na  stacjach
benzynowych.  Dawcy  tłuszczu  zgadzali  się  na  wykorzystanie  go  do  ce-
lów  napędowych.

Okazało  się  jednak,  że  przepisy  USA  zakazują  wykorzystywania  me-

dycznych odpadków ludzkich w roli benzyny. Jednocześnie niektórzy pa-
cjenci  oskarżyli  chirurga,  że  operacje  wykonywała  jego  narzeczona  bez
kwalifikacji  lekarskich,  na  skutek  czego  doznali  trwałych  okaleczeń.  No-
wator zamknął przychodnię i zbiegł do Bogoty w Kolumbii. 

Biodiesel  do  napędu  aut  uzyskiwany  jest  legalnie  z oleju  roślinnego,

a także ze świńskiego i byczego tłuszczu. Po co w dobie paliwowego kry-
zysu wylewać tony sadła do rynsztoka, zanieczyszczając środowisko? ST

SŁONECZNY HURAGAN 

K

Krruuccjjaattyy aauuttoobbuussoow

wee

JECHAŁ NA BRZUCHU

Czasy  są  takie,  że  wszyscy,  którzy  mają  jeszcze
forsę, trzymają się z dala od akcji i wolą inwesto-
wać  w najdziwniejsze  dobra. 

Na aukcji w Los Angeles uzyskano 30

tys.  dol.  za  taśmę  z nagraniem  Johna
Lennona
. Nieznanym dotąd, więc teo-
retycznie  cena  mogłaby  być  znacznie
wyższa.  Śpiew  nie  nadaje  się  jed-
nak  do  komercyjnego  wyko-
rzystania, bo Lennon wykonał
6-minutowy  utwór  kompletnie
pijany. Uwieczniającą pijacki wo-
kal  kasetę  zawierającą  próbę
wykonania  –  w roku  1973 
–  utworu  „Just  Because”  be-
atles osobiście sprezentował do-
tychczasowemu  właścicielowi.

Aktorka  Scarlett  Johansson nie  musi  dorabiać,

by  starczyło  jej  do  pierwszego,  ale  wynalazła  pomy-
słowy sposób robienia pieniędzy. Podczas wywiadu dla

programu  amerykańskiej  TV  „Tonight”

gwiazda  wysmarkała  się  dwukrotnie

w chusteczkę  higieniczną,  którą  na-

stępnie wręczyła gospodarzowi Jay-

owi  Leno i oznajmiła,  że  zamie-

rza  wystawić  swe  gile  na  aukcji

eBay i przekazać pieniądze orga-

nizacji  charytatywnej  na  walkę

z głodem.  Niedożywionym

przybędzie  żywności,  bo  już

kilka  godzin  po  wystawie-

niu  osmarkana  chusteczka

osiągnęła cenę ponad 2 tys. dol.

JF

Wszystko na sprzedaż

PALEC FORTUNY 

Ariane  Sherine,  pomysłodawczyni  brytyjskiej  akcji

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

15

5

KOŚCIÓŁ POWSZEDNI

K

to by przypuszczał, że Hiszpania, przez cztery de-
kady  będąca  w okowach  arcykatolickiego  pra-

wicowego  reżimu  Franco,  w której  jeszcze  w 1975
roku kobiecie nie wolno było otworzyć konta banko-
wego  bez  zgody  ojca  lub  męża,  tak  szybko  stanie
się głównym europejskim ringiem walki z Kościołem.

„Hiszpania  zmieniła  się  bardzo,  bardzo  szybko 

– konstatuje Jose Maria Contreras Mazario, dyrek-
tor  departamentu  spraw  religijnych  ministerstwa  spra-
wiedliwości.  –  Dziś  nie  jest  katolicka  ani  teoretycznie,
ani  kulturowo,  ani  politycznie”.

I dlatego  Kościół  desperacko  walczy  o utrzymanie

wpływów  w kraju,  w którym  przez  wieki  panowała  za-
sada przymierza ołtarza i tronu. Zaczął je tracić po prze-
granej  prawicy  i wyborze  lewicowego  rządu  socjalisty
Zapatery. Zalegalizowano małżeństwa gejów, ułatwio-
no  procedurę  rozwodów,  planuje  się  legalizację  prawa
przerywania ciąży i eutanazji. Antyklerykalnemu rządo-
wi  długo  sprzyjała  świetna  koniunktura  gospodarcza. 

Widownią  najnowszego  starcia  rządu  z klerem  jest

szkoła  podstawowa  Macias  Picavea  w Valladolid.  Sąd
orzekł niedawno, że owa placówka edukacji publicznej

musi usunąć ze ścian klas krucyfiksy, bo są one pogwał-
ceniem  ponadwyznaniowego  statusu  szkolnictwa.  Ko-
ściół potępił orzeczenie jako atak na historyczny i kul-
turowy symbol. Kler wie, że musi za wszelką cenę wal-
czyć o zachowanie wpływu na życie publiczne, jeśli nie
chce zostać zmarginalizowany, tak jak w innych krajach

Europy Zachodniej. Zaczyna sobie jednak zdawać spra-
wę, że musi zachować umiar w walce z lewicowym rzą-
dem:  w roku  2011  w Madrycie  ma  odbyć  się  katolicki
Światowy Dzień Młodzieży, którego Kościół nie zorga-
nizuje  bez  państwowych  dotacji.  Dlatego  organizuje
przedsięwzięcia  opozycyjne  –  na  przykład  28  grudnia
marsz 158 tys. katolików w Madrycie – nie pod hasłem
walki  z rządem,  ale  akcji  na  rzecz  rodziny.

Jeśli Hiszpania z 42 milionami katolików (90 proc.

populacji  jest  tego  wyznania,  co  jednak  nie  przekłada
się na poparcie dla Kościoła), będąca kluczowym punk-
tem  odniesienia  dla  Ameryki  Łacińskiej  z jej  342  mi-
lionami  katolików  zostanie  zlaicyzowana,  Kościołowi
pozostanie  w Europie  tylko  Polska,  bo  Irlandią  kolej-
ny  rok  wstrząsają  konwulsje  skandalu  pedofilskiego. 

PIOTR  ZAWODNY

W

Wyyrrooddnnaa ccóórraa K

Koośścciioołłaa

RReelliiggiiaa aallbboo kkoonnssttyyttuuccjjaa

O

O

to  kolejny,  czysto  symboliczny  akt  sprzeciwu  wobec  ureligij-
nienia  sfery  politycznej  i państwowej  w USA.

Amerykańskie  Stowarzyszenie

Humanistyczne,  Fundacja  Wolno-
ści od Religii oraz ugrupowania ate-
istów ze stanów Minnesota, Flory-
da  i Waszyngton  wytoczyły  proces
przeciwko inwokacji „Tak mi dopo-
móż, Boże” i ślubowaniu na Biblię
w trakcie uroczystości zaprzysięże-
nia prezydenta USA. Jednym z sy-
gnatariuszy pozwu jest kalifornijski
doktor  i prawnik  Michael  New-
dow
, weteran walki z klerykalizmem
sfery państwowej. 

Inicjatorzy  oskarżenia  wnoszą,

że „jedynym celem włączenia inwo-
kacji »Tak mi dopomóż, Boże« do
tekstu przysięgi jest promocja mo-
dlitwy  i wiary,  że  Bóg  istnieje.  Ta-
kie ujęcie daje sygnał, że tylko ten,
kto  wierzy  w Boga,  jest  prawdzi-
wym, prawym Amerykaninem. Resz-
ta jest dyskryminowana”. 

Pozew  jako  oskarżonych  wy-

mienia  przewodniczącego  Sądu
Najwyższego USA Johna Robert-
sa
,  który  przysięgę  odbierał,  oraz
kilka  instytucji  zaangażowanych

w ceremonię. Także dwu duchow-
nych,  którzy  czynnie  uczestniczyli
w uroczystości. Jednym z nich jest
pastor ewangelistów Rick Warren,
który  wygłosił  inwokację.  Spotka-
ło się to z protestami liberałów i ho-
moseksualistów,  których  Warren
zwalcza. Akt oskarżenia przytacza
jego wypowiedź: „Nie mógłbym gło-
sować na ateistę, bo ateiści mówią:
nie potrzeba nam Boga”. 

Na  liście  oskarżonych  nie  zna-

lazł  się  jednak  prezydent  Obama.
Uzasadniono  to  tym,  że  jako  jed-
nostka ma prawo wyrażać swe prze-
konania religijne. „Jeśli zdecydował
się prosić Boga o pomoc, nie będę
tego zwalczał” – oznajmił Newdow,
zauważając,  że  jako  przedstawiciel
mniejszości  etnicznej  Barack  Oba-
ma  powinien  szanować  reprezen-
tantów innej mniejszości, ateistów.

Autorzy pozwu otwarcie stwier-

dzają,  że  nie  mają  złudzeń  co  do
sukcesu swego przedsięwzięcia, pro-
ces tego typu jest bowiem wytacza-
ny nie po raz pierwszy.

PZ

N

Niieekkaattoolliiccccyy kkaattoolliiccyy

P

P

rzyszłość  katolicyzmu  maluje  się  czarno,  ale  nikt  nie  wiedział,
że aż tak. Centrum Studiów nad Katolickim Szkolnictwem Wyż-

szym,  działające  przy  towarzystwie  Cardinal  Newman  Society,  za-
łamuje  ręce  nad  wynikami  sondażu,  który  ostatnio  przeprowadziło. 

Większość  studentów  38  ame-

rykańskich  katolickich  szkół  wyż-
szych  odrzuca  kluczowe  dogmaty
wiary i wartości moralne. Nie to jed-
nak  jest  najgorsze:  okazuje  się,  że
edukacja w uczelni wyznaniowej po-
woduje postępującą demoralizację.
Poparcie studentów (w wieku 18–29
lat)  dla  katolickiego  stosunku  wo-
bec  aborcji,  ślubów  homoseksuali-
stów  oraz  innych  nakazów  moral-
no-obyczajowych maleje wprost pro-
porcjonalnie do długości edukacji. 

60 proc. studentów jest mocno

przekonana, że aborcja powinna być

legalna. Taki sam odsetek nie uwa-
ża  seksu  przedmałżeńskiego  za
grzech,  a 78  proc.  oponuje  prze-
ciwko  zakazowi  używania  kondo-
mów. 57 proc. sądzi, że homomał-
żeństwa  powinny  zostać  zalegali-
zowane. Czteroletnie studia w re-
ligijnej atmosferze nie sprawiły, że
studenci mają większy respekt wo-
bec  papieża  i kleru.  Jest  wręcz
przeciwnie. 

Może  studenci  wystarczająco

bacznie przyglądają się hierarchom
i nie wpływa to dobrze na ich wia-
rę  ani  stosunek  do  prawdy?

TN

P

Prraaw

wii oosszzuuśśccii

U

U

czniowie amerykańskich szkół średnich to w większości chrze-
ścijanie  różnych  wyznań.  Tym  bardziej  więc  badania  sonda-

żowe przeprowadzone wśród licealistów z USA dają do myślenia.

30 proc. uczniów przyznaje się

do  kradzieży  sklepowych;  dziew-
częta niewiele pozostają w tyle za
chłopakami.  64  proc.  indagowa-
nych (anonimowo) stwierdziło, że
oszukuje na klasowych testach. 42
proc.  wyznaje,  że  kłamie,  by  za-
oszczędzić pieniądze. Te negatyw-
ne tendencje systematycznie nasi-
lają  się  z roku  na  rok.  Naukowcy
prowadzący badanie konstatują, że

jest to między innymi rezultat sil-
niejszych  niż  kiedyś  pokus  kon-
sumpcyjnych,  wzrostu  presji,  ko-
nieczności  współzawodnictwa
i większych  pokus. 

Jednocześnie  93  proc.  ankie-

towanych stwierdza, że postępuje
etycznie i ma dobry charakter. 77
proc.  uważa,  że  pod  tym  wzglę-
dem przoduje w porównaniu z in-
nymi. 

JF

Chodzi  o Penitencjarię  Apo-

stolską.  Trybunał  ten  zajmuje  się
grzechami  tak  obrzydliwymi,  że
moc ich odpuszczania posiada wy-
łącznie  papież. 

Ostatnimi  czasy  Watykan  ujaw-

nia sporo ze swych wewnętrznych pro-
cedur – wszystko po to, żeby dowieść
ich rzekomej przezroczystości i ukró-
cić teorie spiskowe, które mnożą się
jak króliki za sprawą zjawisk popkul-
tury w rodzaju „Kodu da Vinci”. 

Penitencjaria,  zwana  też

„trybunałem  sumienia”,
działała  w ścisłym  se-
krecie, odkąd powo-
łał ją w roku 1179
papież  Aleksan-
der  III
.  Nigdy
dotąd  Watykan
nie 

informował

o jej pracach – zresz-
tą  zgodnie  z tym,  co
powiedział  biskup  Gian-
franco Girotti
, wiceprzewod-
niczący trybunału: „Choć jesteśmy
najstarszym watykańskim urzędem,
mało o nas wiadomo – szczególnie
dlatego,  że  z natury  rzeczy  zajmu-
jemy  się  rzeczami,  które  są  tajne”.

Występki  najstraszliwsze  są

w opinii Kościoła następujące: oczy-
wiście  zamach  na  papieża  –  udany
bądź  nie;  złamanie  przez  księdza
tajemnicy spowiedzi poprzez ujaw-
nienie  grzechu  i osoby,  która  go 

popełniła.  Również  udzielenie
przez  duchownego  rozgrzeszenia
własnemu partnerowi seksualnemu.
Albo sytuacja, w której o święcenia
duchowne  ubiega  się  osoba,  która

miała jakikolwiek udział w aborcji.
W tym przypadku papież może jed-
nak  udzielić  dyspensy.

Jak opowiadał noszący tytuł Pe-

nitencjarza  Większego  przewodni-
czący  trybunału,  kardynał  James

Francis  Stafford,  pod  jego  jurys-
dykcję  podpada  również  bezczesz-
czenie  hostii.  Tego  typu  grzechów
jest  podobno  coraz  więcej.  W ser-
wisie  internetowym  YouTube  pe-
wien  Kanadyjczyk  zamieszczał  na-
wet  filmiki,  na  których  przynoszo-
ne z kościoła hostie poddawał róż-
nym dziwnym zabiegom, typu przy-
palanie papierosem lub spłukiwanie
w klozecie.  Nie  był  odosobniony 
– w lipcu ubiegłego roku Paul „PZ”

Myers,  profesor  biologii  z Uni-
versity of Minnesota, wsławił się wbi-
ciem w hostię zardzewiałego gwoź-
dzia.  Chciał  pokazać  naukowo,  że
nic  się  nie  stanie  i – jak  to  ujął 
–  „wafelek  nie  zacznie  krwawić”.

Takie  ekscesy  pociągają  za  so-

bą automatyczne wyklucze-

nie  z Kościoła  na  dro-

dze  ekskomuniki,

którą  tylko  papież

może uchylić. Je-

śli nie uchyli, de-

likwent idzie pro-

sto do piekła. Jak

widać,  wśród  naj-

większych grzechów

nie  ma  ludobójstwa

czy wielokrotnej pedofi-

lii.  No  bo  co  innego  wy-

rządzić  krzywdę  zwykłemu

dziecku,  a co  innego  –  Jezusowi
w hostii  ukrytemu. 

Ujawnienie tajemnic Penitencja-

rii  ma  nakłonić  ludzi  do  wyznawa-
nia grzechów. Sakrament spowiedzi
przechodzi bowiem w Kościele ka-
tolickim głęboki kryzys. Nawet w tra-
dycyjnie  katolickich  Włoszech  ko-
rzysta z niego już tylko co drugi wier-
ny,  i to  niezwykle  rzadko. 

MH

„Zwykłe” ludobójstwo może rozgrzeszyć szeregowy
ksiądz. Targnięcie się na życie następcy św. Piotra 
– tylko sam papież. Takich rewelacji dowiedzieliśmy się
na konferencji poświęconej działalności najstarszego
i najbardziej tajnego urzędu w Kościele katolickim. 

G

Goorrsszzee oodd lluuddoobbóójjssttw

waa

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

16

6

NASI OKUPANCI

Latem  1980  r.  społeczeństwo

polskie wymknęło się spod kontro-
li  władz.  Narastająca  w  kraju  sytu-
acja  kryzysowa  znalazła  swój  naj-
bardziej  ostry  i  powszechny  wyraz
w fali masowych strajków, które ob-
jęły cały kraj (według raportu MSW
30 sierpnia 1980 r. w 28 wojewódz-
twach strajkowało przeszło 700 za-
kładów  pracy  i  700  tys.  pracowni-
ków).  Ich  największe  nasilenie  wy-
stąpiło na Wybrzeżu i na Śląsku, da-
jąc  impuls  do  mozolnego  procesu
upadku  realnego  socjalizmu.  Naj-
ważniejszy strajk okupacyjny rozpo-
częły  14  sierpnia  w  Stoczni  Gdań-
skiej im. Lenina Wolne Związki Za-
wodowe Wybrzeża; światowe agen-
cje pokazywały rozmodlonych i przy-
stępujących do komunii św. strajku-
jących  robotników,  a  na  bramie
stoczni  –  wizerunek  MB  Często-
chowskiej. Strajkującym towarzyszy-
li duchowni. Zaniepokojone w naj-
wyższym stopniu władze zareagowa-
ły  w  sposób  typowy  dla  autorytar-
nych  systemów:  zarządzono  mobi-
lizację  sił  i  środków  w  celu  uśmie-
rzenia „buntu” i ewentualnego spa-
cyfikowania  niezależnego  ruchu
związkowego,  który  wkrótce  przy-
brał  nazwę  NSZZ  „Solidarność”.

W ramach akcji „Lato 80” powoła-
ny  został  w  tym  celu  m.in.  specjal-
ny sztab MSW, a centrum jego uwa-
gi stanowiły sprawy związane z Krk.
W dyrektywie  nr  AB  001612/80
z sierpnia 1980 r. szef resortu gen.
Stanisław Kowalczyk polecił „roz-
poznanie stosunku i sposobu reago-
wania  kleru  i katolików  świeckich
w powstawaniu  napięć  w lokalnych
grupach społecznych; niedopuszcza-
nie  do  tego,  aby  obiekty  sakralne
lub  obrzędy  religijne  wykorzystywa-
ne  były  przez  grupy  antysocjalistycz-
ne do organizowania pro-
wokacyjnych akcji po-
litycznych; przeci-
nanie  wszelkich
prób  wspierania
przez  Krk  działań
grup  ekstremi-
stycznych i anty-
socjalistycznych
oraz wykorzystywanie możliwości ope-
racyjnych w celu inspirowania kleru
na  rzecz  rozładowania  napięć  spo-
łecznych”. 
Władze nie widziały jesz-
cze  możliwości  siłowego  rozwiąza-
nia  konfliktu. 

Dramaturgię wydarzeń tamtych

dni  oddaje  zachowanie  I  sekreta-
rza  KC  PZPR  Edwarda  Gierka.

Po powrocie z Moskwy nie mógł on
zapanować nad sytuacją i przeżywał
załamanie.  25  sierpnia  na  własną
prośbę  spotkał  się  z prawie  80-let-
nim  już  wówczas  prymasem  Stefa-
nem  Wyszyńskim
.  Gierek  był  po-
noć tak przerażony, że „płakał i wtu-
lił głowę w pierś Prymasa” 
(Peter Ra-
ina
, „Kościół w Polsce 1981–1984”).
Partia  postrzegała  Wyszyńskiego 
w tym trudnym dla siebie czasie ja-
ko  swojego  sojusznika.  I  rzeczywi-
ście, był on czynnikiem łagodzącym
napięcia na linii „Solidarność”–wła-
dze  PRL,  zachowując  wobec  wyda-
rzeń Sierpnia ’80 dużą rezerwę. Hie-
rarchów  zaskoczyło  tempo  i  zakres
wypadków sierpniowych; real-
nie  przyjmowali  groźbę  so-
wieckiej interwencji. Również
prymas  Wyszyński  kilka-
krotnie mówił o groźbie
ingerencji  „czynnika

zewnętrznego”  w  sprawy  polskie.
Z  tego  m.in.  powodu  nie  był  zain-
teresowany  pogłębianiem  kryzysu,
obawiając  się,  że  wymknie  się  on
spod kontroli. Co prawda przyzna-
wał, że żądania strajkujących są za-
zwyczaj słuszne, ale w szybkiej per-
spektywie nierealistyczne, bo nie do
przyjęcia  przez  władze.  W  homilii
wygłoszonej  26  sierpnia  na  Jasnej
Górze wezwał strajkujących do spo-
koju  oraz  „dojrzałości  narodowej 
i obywatelskiej”, co natychmiast pod-
chwyciły  władze,  emitując  ocenzu-
rowane  fragmenty  homilii  w  ogól-
nopolskim radiu (zdarzyło się to po
raz pierwszy od 1956 r.). Strajkują-
cy odebrali wystąpienie prymasa ja-
ko wezwanie do umiaru i zaprzesta-
nia akcji. Niektórzy uznali wręcz, że
prymas stanął po stronie rządu. Cel
władz  był  jasny  –  przeciwstawienie
hierarchów Krk strajkującym robot-
nikom  i  pogłębienie  podziałów
wśród  strajkujących. 

Tymczasem Krk, jak zawsze w kry-

zysowych sytuacjach, starał się ugrać

jak najwięcej dla siebie. Bisku-

pi  na  prośbę  władz  tonowali

co prawda radykalne nastroje, a na-
wet przemawiali z władzą jednym gło-
sem,  sprzeciwiając  się  przekształce-
niu „Solidarności” w organizację po-
lityczną,  ostro  krytykując  członków
Komitetu Obrony Robotników za ich
„ambicje polityczne” oraz zakazując
podległemu duchowieństwu, aby ich
kazania nie podburzały strajkujących
(istotną  rolę  odegrał  w  tym  m.in.

ordynariusz gdański Lech Kaczma-
rek
), jednak nie czynili tego bezin-
teresownie.  Istotnym  wątkiem,  wy-
nikającym  z  raportu  MSW  sporzą-
dzonego  na  początku  1981  r.,  było
stwierdzenie, że Krk widział w „So-
lidarności”  siłę,  która  –  odpowied-
nio stymulowana – umocni pozycję
Krk i da mu jeszcze większą nieza-
leżność.  Podczas  telekonferencji
przeprowadzonej  6  października
1980  r.  biskupi  uszczegółowili  swo-
je  postulaty:  uwolnienie  od  krępu-
jących zapisów w kwestii budownic-
twa kościelnego, zwrócenie Krk „Ca-
ritasu”, dostęp w szerszym zakresie
do  środków  masowego  przekazu
(m.in.  wznowienie  pozwolenia  na
wydawanie  tygodnika  „Niedziela”),
jak również rewindykację mienia ko-
ścielnego przejętego przez państwo
po  1944  r.  Niepokój  władz  budziło
również  ukościelnienie  samego  ru-
chu  związkowego,  objawiające  się
w coraz częstszych przejawach „za-
chowań  chrześcijańskich”  w  życiu
publicznym – nadawaniu religijnego
charakteru  uroczystościom  organi-
zowanym przez „Solidarność” (m.in.
święto  Barbórki,  obchody  10  rocz-
nicy wydarzeń grudniowych, święce-
nie lokali, sztandarów itp.).

Przez  cały  ten  okres  episkopat

grał na obydwie strony, przypisując
sobie  rolę  mediatora  między  „Soli-
darnością” a rządem. Hierarchowie
przez cały czas utrzymywali stały kon-
takt ze związkowcami, zaś 15 stycz-
nia 1981 r. Jan Paweł II przyjął na
audiencji  przywódców  „Solidarno-
ści”  z  Lechem  Wałęsą na  czele.
Tymczasem władze PRL rozważały
rozmaite  scenariusze  na  wypadek
śmierci prymasa, o którym wiedzia-
no, że jest nieuleczalnie chory. Brak
stabilizacji na tak istotnym odcinku
życia społecznego budził obawy.

ARTUR  CECUŁA

PRAWDZIWA  HISTORIA  KOŚCIOŁA  W  POLSCE  (124)

S

Siie

errp

piie

ń ’’8

80

0

Sierpień 1980 był jednym z tych miesięcy, 
które – z powodu fali strajków – odcisnęły największe
piętno na historii PRL. Biskupi obawiali się sowieckiej
interwencji, ale też upatrywali w „Solidarności” siłę,
która mogła wzmocnić pozycję Krk. 

W tym numerze możemy przeczytać kilka

nietypowych jak na „FiM” listów do redakcji
(patrz str. 19). Wśród nich zamieściliśmy tra-
gikomiczną korespondencję od młodego gor-
liwego  katolika  ze  Szczecina.  Zarzuca  nam
on szerzenie zła, ponieważ... zbyt wiele pisze-
my o grzechach Kościoła. Jego zdaniem, cięż-
kie wykroczenia, jakich zastanawiająco często
dopuszcza się kler, to nic szczególnego, bo tak-
że duchowni miewają słabsze dni...

Jeżeli  poważne  nadużycia  seksualne  oraz

oszustwa  finansowe  wynikają  ze  złego  samo-
poczucia kleru w „słabsze dni”, to aż boję się
pomyśleć,  czego  dokonuje  w  trakcie  trwania
„dni  lepszych”.  Jak  to  mówią  wierni  katolicy 
–  „księża  to  też  ludzie”.  Ale  czy  wy,  Drodzy
Czytelnicy, kiedy macie „słabsze dni”, molestu-
jecie seksualnie podległych Wam służbowo ma-
łoletnich, rozbijacie samochód po pijaku, a na
dokładkę  okradacie  własną  gminę  z  atrakcyj-
nych  działek  budowlanych?  Być  może  ani  ja,
ani Wy, nie jesteśmy w takim razie ludźmi?! 

Naiwniutkie i zdradzające też skutki de-

moralizującego  wychowania  w  kościelnych
pseudowartościach  usprawiedliwienia  mło-
dego człowieka ze Szczecina warte są jednak
głębszego namysłu. Bardzo często bywa tak,
że  wyjaśnienia  jakichś  negatywnych  zjawisk

doszukujemy się w ludzkich słabościach, „gor-
szych  dniach”,  a  prawda  jest  taka,  że  leżą
one  w  wadliwych  systemach  i  patologicz-
nych  strukturach.

Humanistyczny myśliciel profesor Jerzy

Drewnowski  zwraca  uwagę,  że  ludzie  po-
pełniają zło, ponieważ opłaca się je czynić:
grożąca  za  nie  kara  jest  nikła  albo  wręcz
żadna.  Nie  chodzi  o  to,  aby  w  ten  sposób
usprawiedliwiać  ludzi  czyniących  zło,  lecz
żeby  zrozumieć  jego  przyczyny  i  starać  się
mu  zaradzić.  Nie  przez  przypadek  np.  prze-
moc  w  rodzinach  częściej  występuje  w  kra-
jach, gdzie rozwody są piętnowane, a pozycja
ekonomiczna  kobiet  jest  słaba.  Mężczyznom

mającym skłonność do agresji zwyczajnie opła-
ca się jej uleganie, bo wiedzą, że prawdopo-
dobieństwo  bycia  porzuconym  przez  żonę 
i groźba napiętnowania brutalności przez spo-
łeczeństwo są nikłe. Podobnie branie łapów-
ki w przeżartym korupcją kraju jest grzechem

łatwym  i  przyjemnym,  bo  niemal  na  pewno
bezkarnym. 

A jak się ma powyższa teza do niegodzi-

wości  popełnianych  w  Kościele?  Rzymski
katolicyzm  jest  systemem  tak  skonstruowa-
nym, że rozmaite nadużycia są prostą konse-
kwencją panujących w nim obyczajów i struk-
tur.  Przede  wszystkim  kler  stanowi  odrębną
kastę  rządzącą  się  własnymi  prawami.  Du-
chowni  nie  podlegają  jakiejkolwiek  kontroli
ze  strony  wiernych:  w  kościelnym  wymiarze
sprawiedliwości zawsze są sądzeni wyłącznie
przez innych duchownych. To niebywale sprzy-
ja  wszelkim  nadużyciom  i  rodzi  atmosferę
przyzwolenia na zło. W Kościele w sprawach

przestępstw  seksualnych  obowiązuje  nakaz
milczenia i tajemnicy – jakie to rodzi spusto-
szenie moralne, nietrudno sobie wyobrazić. 

Najcięższym  i  jedynym  niewybaczalnym

grzechem, jakiego może się dopuścić duchow-
ny,  jest  brak  lojalności  wobec  własnych  ko-
legów,  a  zwłaszcza  przełożonych.  Czyni  to 
z kleru rodzaj mafii, umywającej sobie wza-
jemnie  ręce  i  zamiatającej  brudy  pod  dy-
wan.  Jakby  tego  było  mało,  duchowni  wie-
dzą,  że  wierni  ich  na  ogół  nie  porzucą,  bo
wpajają  katolikom  od  dzieciństwa,  że  odej-
ście od Kościoła to największa hańba i grzech
śmiertelny.  Spustoszenie  robi  także  prakty-
ka  katolickiej  spowiedzi,  która  rozgrzesza 
z najgorszych łajdactw i umożliwia dalsze ich
popełnianie...  aż  do  następnej  spowiedzi.

Zatem  Kościół  nie  dlatego  jest  przeżar-

ty przez skandale i afery, bo duchowni mie-
wają  „gorsze  dni”  oraz  tzw.  chwile  słabości,
lecz dlatego, że jest... rzymskokatolicki. Spe-
cyficzna katolicka doktryna i struktura spra-
wiają, że zło i nadużycia są niejako pod ochro-
ną  systemu.  Moralizowanie  nic  tutaj  nie  da
–  aby  zakończyć  ze  złem,  trzeba  zmienić
system  z  autorytarnego  na  demokratyczny.
A tego Kościół nigdy dogłębnie nie zrobi, bo
straciłby  rację  własnego  istnienia. 

MAREK  KRAK

S

Słła

ab

bs

szze

e d

dn

nii

Z

Z

łło

o,, k

kttó

órre

e ssp

po

ottyyk

ka

am

myy w

w tta

ak

k zzd

du

um

miie

e-

w

wa

ajją

ąccyym

m n

na

attę

ężże

en

niiu

u w

w K

Ko

ośścciie

elle

e k

ka

a-

tto

olliicck

kiim

m  ii  w

w  iin

nn

nyycch

h  zzw

wiią

ązzk

ka

acch

h  w

wyy-

zzn

na

an

niio

ow

wyycch

h,, n

niie

e jje

esstt b

byyn

na

ajjm

mn

niie

ejj e

effe

ek

ktte

em

m

zzb

biie

eg

gu

u o

ok

ko

olliicczzn

no

ośśccii cczzyy zzw

wyyk

kłłyycch

h llu

ud

dzzk

kiicch

h

ssłła

ab

bo

ośśccii.. T

To

o e

effe

ek

ktt d

dzziia

ałła

an

niia

a ssyysstte

em

mu

u,, ffu

un

nk

k-

ccjjo

on

no

ow

wa

an

niia

a  o

ok

krre

eśśllo

on

nyycch

h  ssttrru

uk

kttu

urr..

ŻYCIE  PO  RELIGII

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

17

7

PRZEMILCZANA HISTORIA

P

aryska La Loge des Neufs
Soeurs  (Loża  Dziewięciu
Sióstr) była najważniejszą
lożą  francuską.  Wielki

Wschód  Francji  powstał  w  1772  r.,
zaś podlegająca mu loża Neufs So-
eurs – 11 marca 1776 r. Jej geneza
związana jest z Towarzystwem Dzie-
więciu  Sióstr.  Od  1769  r.  udzielała
się  m.in.  w  Królewskiej  Akademii
Nauk.  Nazwa  loży  wywodzi  się  od
dziewięciu  muz,  córek  Mnemosy-
ne, boginek sprawujących pieczę nad
siedmioma naukami i sztukami.

Wielką zasługą loży było powo-

łanie  w  jej  ramach  Towarzystwa
Apolońskiego 
(zwanego  później
Muzeum oraz Liceum Paryskim), co

miało  miejsce  17  listopada  1780  r.
Był to swoisty „wolny uniwersytet”,
na czele którego stanął Antoine Co-
urt de Gebelin
, sekretarz loży Dzie-
więciu  Sióstr,  a  jego  celem  było
wsparcie rozwoju kilku dziedzin na-
uki, związanych z techniką oraz go-
spodarką. Osiągano je w ten sposób,
że  udostępniano  naukowcom,  tak-
że amatorom, laboratoria do ekspe-
rymentów, a także uczono używania
wytworów nowoczesnej techniki i ich
zastosowań. Program obejmował na-
stępujące dziedziny: chemię, fizykę,
fizykę eksperymentalną, matematy-
kę,  astronomię,  organizowanie  fa-
bryk, anatomię, fizjologię, język an-
gielski,  włoski,  hiszpański  i  in.  To-
warzystwo  powołało  do  życia  Li-
ceum,  które  powstało  z  połączenia
Muzeum Paryskiego z Muzeum Na-
ukowym. Celem Liceum było zapew-
nienie wysokiej jakości edukacji pu-
blicznej. Instytucja ta przetrwała re-
wolucję  francuską  i  przez  dalsze
sześćdziesiąt  lat,  do  1848  r.,  konty-
nuowała idee zapoczątkowane w lo-
ży  Neufs  Soeurs  (pod  nazwą
Athenée Royal). Towarzystwo Apo-
lońskie rozkrzewiło w społeczeństwie
francuskim pragnienie wyższych stu-
diów, wniosło wielkie zasługi w eks-
pansji  nowych  idei  i  popularyzacji
odkryć  naukowych,  a  także  stymu-
lowało  ideę  publicznej  edukacji.

O  Neufs  Soeurs  Jerzy  Wojto-

wicz pisał  tak:  „(...)  była  jakby  bar-
dziej  zeświecczona,  praca  nad  rytu-
ałami odgrywała w niej nieco mniej-
szą  rolę,  z  rytuałów  usunięto  wątki 
biblijne  tak  ważne  w  innych  lożach, 
a na ich miejsce wprowadzono ryty bar-
dziej zracjonalizowane, odwołujące się

do pewnych abstrakcyjnych pojęć jak
Mądrość, Sprawiedliwość i Szczęście.
Loża  kładła  także  mniejszy  nacisk
na samokształcenie i samodoskona-
lenie,  ale  za  to  bardziej  preferowała
inne  formy,  działalność  naukową 
i artystyczną, popieranie poczynań li-
terackich,  młodych  początkujących
pisarzy  i  artystów”. 

Bardzo wiele uwagi loża poświę-

cała  sprawie  obrony  praw  człowie-
ka  i  zwalczaniu  nadużyć  zacofane-
go, surowego prawa karnego. Z ini-
cjatywy  loży  jej  wybitni  członkowie
prawnicy, tacy jak Elie de Baumont,
Dupaty i  inni,  prowadzili  wielkie
kampanie  prawne  w  obronie  ofiar
sądownictwa  feudalnego,  którego 

arbitralność uderzała przede wszyst-
kim  w  protestantów.  Elie  de  Bau-
mont współdziałał z Wolterem przy
obronie i rehabilitacji protestanckiej
rodziny Calasów z Tuluzy, która pa-
dła ofiarą złej woli i niedbałości miej-
scowego sądu. Usilna kampania pu-
blicystyczna Woltera i wnikliwe ba-
danie  okoliczności  wydarzenia  (sa-
mobójstwo  uważane  przez  sędziów
za  mord  rodzinny  na  tle  wyznanio-
wym), a także przebieg śledztwa, do-
prowadziły do zmiany wyroku na ko-
rzyść  pokrzywdzonej  rodziny.  Wol-
nomularz Dupaty podjął się również
obrony  trzech  francuskich  chłopów
niesłusznie skazanych na karę śmier-
ci,  doprowadził  do  rewizji  procesu 
i  wyroku  uniewinniającego.  Tenże
prawnik  opublikował  w  roku  1788
pismo pt. „Lettres sur la procesure
criminelle” (Listy o procedurze kry-
minalnej),  które  skłoniło  sąd  fran-
cuski na krótko przed rewolucją do
zajęcia się tą sprawą. Po jego śmier-
ci dzieło reformy kontynuował inny
znakomity prawnik – Pastoret, wiel-
ki  mistrz  loży  w  roku  1788.  Wydał
on,  już  w  czasie  rewolucji  (1790),
„Traktat naukowy o prawie karnym”.
Warto  też  dodać,  że  loża  Dziewię-
ciu Sióstr odegrała istotną rolę w or-
ganizowaniu  francuskiego  wsparcia
dla rewolucji amerykańskiej.

Do loży tej należało wielu zna-

mienitych  braci  spośród  hrabiów,
markizów, wybitnych prawników, na-
ukowców, czołowych literatów, ma-
larzy  o  renomie  światowej,  muzy-
ków.  Byli  także  czołowi  działacze
rewolucji  francuskiej  oraz  niemało
kapłanów. Poniżej wymieniamy naj-
znakomitszych  członków  loży. 

l

Wolter (1694–1778)

l

Benjamin Franklin (1706–1790)

–  afiliowany  do  loży  w  1778  r.,  poli-
histor, jeden z Ojców Założycieli Sta-
nów Zjednoczonych

l

John  Paul  Jones  (1747–1792)

– przyjęty w 1778 r., „Ojciec Amery-
kańskiej Marynarki”

l

Joseph  Jérôme  Lalande

(1732–1807) – astronom i pisarz, pro-
fesor Collège de France, członek Aka-
demii Nauk

l

Jean-Nicolas  Démeunier

(1751–1814)  –  pisarz  i  polityk  oraz
cenzor królewski 

l

Charles Dupaty (1744–1788)

l

Jean  Valentin  Fabroni

(1752–1822)

l

Johann  Reinhold  Forster

(1729–1798)

l

François  de  Neufchâteau

(1750–1828)  –  francuski  mąż  stanu,
poeta i naukowiec

l

Joseph  Ignace  Guillotin

(1738–1814)  –  lekarz  i  polityk,  prze-
wodniczący Komitetu ds. szczepień

l

Pierre  Cabanis  (1757–1808) 

– lekarz nadworny Ludwika XVI, fi-
lozof  oświeceniowy,  empirysta,  przy-
czynił się do rozwoju psychologii

l

Jean-Antoine 

Houdon

(1741–1828) – rzeźbiarz neoklasyczny

l

Bernard Germain de Lacépède

(1756–1825) – przyrodnik i polityk

l

Jacques  Etienne  de  Montgol-

fier (1745–1799) – współwynalazca ba-
lonu na ogrzane powietrze

l

Louis-Marcelin  de  Fontanes

(1757–1821) – poeta i polityk

l

Gabriel  Victor  Riqueti,  Com-

te  de  Mirabeau  „Le  Grand”
(1749–1791)

l

Alexandre 

Stroganov

(1733–1811)

l

Dominique  Joseph  Garat

(1749–1833)  –  hrabia,  francuski  po-
lityk

l

Jean-François  Marmontel

(1723–1799)  –  pisarz,  historyk  i  filo-
zof  polityki,  członek  ruchu  Encyklo-
pedystów

l

czołowi literaci: Sébastien Roch

Nicolas Chamfort (1741–1794) – lite-
rat, aforysta, uważany przez współcze-
snych  za  następcę  Woltera;  Delille;

Lemierre; 

Jean-Pierre 

Florian

(1755–1794);  Pierre-Louis  Ginguené
(1748–1815)

l

malarze: Antoine Charles Ho-

race  Vernet  (1758–1836);  Jean-Bap-
tiste Greuze (1725–1805)

l

muzycy:  Niccolò  Piccini

(1728–1800) – włoski kompozytor ope-
rowy;  Nicolas  Dalayrac  (1753–1809)
– kompozytor, autor oper komicznych

l

rewolucjoniści:  Emmanuel-Jo-

seph  Sieyès  (1748–1836);  Bailly;  Pe-
tion;  Rabaut  Saint-Etienne;  Brissot;
Cerutti; Foucroy; Camille Desmoulins;
Danton;  Joseph  Michel  Montgolfier
(1740–1810); Etienne Joseph Garnier
Pages  (1801–1841);  A.  Louis  Roet-
tiers de Montaleau (1748–1808)

l

de  Seze  –  obrońca  Ludwika

XVI.

l

Jej Czcigodni Mistrzowie (prze-

wodniczący) w najważniejszym okre-
sie jej istnienia:

l

Benjamin Franklin (1779–1781) 

l

Adrien-Nicolas Piédefer, Mar-

kiz de La Salle (1781–1783) – pisarz
i oficer kawalerii 

l

Milly (1783–1784) 

l

Charles Dupaty (1784) 

l

Elie de Beaumont (1784–1785) 

l

Claude-Emmanuel  de  Pasto-

ret (1788–1789) – pisarz i polityk.

Jedną z najważniejszych inicjacji

w dziejach loży było przyjęcie doń de
Voltaire’a, który był symbolem epo-
ki  Oświecenia,  a  miało  to  miejsce 
7  kwietnia  1778  r.  –  kilka  tygodni
przed  jego  śmiercią.  W  ceremonii
uczestniczyło  ok.  250  braci.  Wolter
miał wówczas 84 lata. Na spotkaniu
7 kwietnia brat Cordier de Saint-Fir-
man zakomunikował loży, że ma za-
szczyt  przedstawić  jej  kandydata  na
ucznia  mularskiego,  pana  de  Volta-
ire’a.  Brat  Lalande  zebrał  uprzed-
nio opinie brata Bacona de la Che-
valiere
,  wielkiego  mówcy  Wielkie-
go Wschodu Francji, oraz innych bra-
ci loży. Wyznaczył hrabiego Strogo-
noff,  Cailhave’a,  prezydenta  Me-
slaya
,  markiza  de  Lort,  Brinona,
księdza  Roneya i  paru  innych  do
przygotowania  i  przyjęcia  wyśmie-
nitego  kandydata.  Pominięto  jed-
nak w przypadku tak znamienitego

kandydata typowe procedury rekru-
tacyjne. Wolter zaś został przyjęty ja-
ko  członek  honorowy.  „Po  otrzyma-
niu słów, znaków i dotknięć brat Wol-
ter  zajął  miejsce  na  wschodzie  obok
Mistrza. Jeden z braci z Kolumny Mel-
pomeny  włożył  mu  na  głowę  wieniec
laurowy,  który  on  pospiesznie  zdjął.
Mistrz  opasał  go  fartuszkiem  brata
Helwecjusza,  który  wdowa  po  filozo-
fie przekazała Loży Dziewięciu Sióstr”
.
Brat Lalande wygłosił strzelistą mo-
wę na cześć Woltera, mówiąc: „Tak
więc,  drogi  bracie,  byłeś  wolnomula-
rzem  przed  nadaniem  ci  tego  tytułu 
i  wypełniałeś  jego  obowiązki,  zanim
się  pod  nim  własnoręcznie  podpisa-
łeś”
. Po tym następowały liczne hym-
ny i akty dziękczynienia, wielu braci
deklamowało swe własne wiersze, na-
stępnie wysłuchano symfonii. Wszyst-
ko to trwało bardzo długo, lecz scho-
rowany Wolter wytrzymał do końca.
Zdumiewające jest jednak, że tak póź-
no dołączył do braci w fartuszkach...
A. Nowicki podsumował to tak: „Dłu-
ga  była  droga  Voltaire’a  do  masone-
rii.  Najpierw  przez  przeszło  czterdzie-
ści  lat  prowadził  odważną,  szlachet-
ną, wytrwałą walkę z przesądami, za-
bobonami,  fanatyzmem,  szerząc  idee
Oświecenia,  racjonalizmu,  humani-
zmu, tolerancji; dorobek myślowy ma-
sonerii  był  w  owych  czasach  jeszcze
bardzo skromny, to nie ona kształto-
wała  poglądy  i  postawę  Voltaire’a,
ale  on  oddziaływał  na  rozwój  poglą-
dów  i  postaw  kilku  kolejnych  poko-
leń  masonów,  a  zdecydował  się  na
przystąpienie  do  masonerii  wówczas,
gdy  niemal  wszyscy  ci,  którzy  go  do
niej  przyjmowali,  byli  wolterianami”
(Ex  Oriente  Lux,  1998).  Po  śmierci
Woltera,  w  Paryżu  odmówiono  mu
mszy  i  religijnego  pochówku.  Uro-
czystą  ceremonię  pożegnalną  urzą-
dziła mu Loża Dziewięciu Sióstr. Mia-
ło  to  miejsce  28  listopada  1778  r., 
a  obecny  był  nawet  Franklin.  „Za-
proszono  na  biesiadę  wszystkie  sztu-
ki, muzyka przeplatała się z wierszem
i  prozą.  Ledwo  przebrzmiała  symfo-
nia, a już zastępowała ją oda, wznio-
słe kantaty roztaczały nieustannie swój
poetycko-muzyczny czar” 
(J. Orieux,
„Wolter”, s. 777–778, 795).

W pierwszym okresie rewolucji

francuskiej, od 1789 do 1792 r., lo-
ża  przemieniła  się  w  Towarzystwo
Narodowe  Dziewięciu  Sióstr.  Nie
uchroniło jej to jednak od oskarżeń,
iż  jest  zrzeszeniem  arystokratów. 
W tym czasie, kiedy Królewskie To-
warzystwo Nauk i Sztuk zostało dra-
stycznie  przeorganizowane,  dwóch
członków loży, Antoine Laurent de
Jussieu
, zasłużony francuski bota-
nik, oraz Gilbert Romme, francu-
ski  matematyk,  we  współpracy 
z  Henriem  Grégoirem,  pomogło
zorganizować  „Société  Libre  des
Sciences,  Belles  Lettres  et  Arts”.

Loża  Dziewięciu  Sióstr  rekon-

stytuowała  się  pod  swą  oryginalną
nazwą w 1805 r. W latach 1829–1836
zawiesiła swoje prace, a swój żywot
zakończyła  70  lat  po  śmierci  Wol-
tera  –  w  1848  r.

MARIUSZ  AGNOSIEWICZ

www.racjonalista.pl

HISTORIA  MASONERII  (7) 

L

Loożża

a W

Wooll

tteerra

a

L

Loożża

a W

Wooll

tteerra

a

W osiemnastowiecznej Europie istniały setki lóż, 
ale duże znaczenie ponadlokalne odgrywało tylko kilka.
Do trzech największych i najznamienitszych zalicza się
Prawdziwą Harmonię z Wiednia, Pod Trzema Globami 
z Berlina i Dziewięć Sióstr z Paryża.

Wolter

background image

Referendum w sprawie odwołania
prezydenta  Olsztyna  po  raz  kolej-
ny  pokazało,  że  polska  demokra-
cja  lokalna  w  dziesięć  lat  po  re-
formie  wciąż  jest  w  powijakach.
Niestety, sporą winę za taki stan
ponoszą  „niezależne”  media.

Kiedy  1  stycznia  1999  roku  we-

szła w życie reforma wprowadzająca
nowy, trzystopniowy samorząd, obie-
cywano nam, że będzie już tylko le-
piej. Silne, niezależne samorządy te-
rytorialne, w założeniu, miały stać się
aktywnym podmiotem rozwoju lokal-
nego, silnym partnerem dla regionów
w Europie. Z perspektywy prawie 10
lat  wygląda  na  to,  że  nie  jest  lepiej,
tylko inaczej. 

Podstawowym ogniwem samorzą-

du w Polsce została gmina. To gmi-
na  odpowiada  za  organizację  życia
społecznego na najniższym poziomie:
miejsca w przedszkolach, szkoły pod-
stawowe i gimnazja, opiekę zdrowot-
ną,  transport  publiczny,  lokale  ko-
munalne,  wywóz  śmieci,  odśnieża-
nie ulic, zieleń miejską i wiele innych
aspektów naszego codziennego życia.
Po  ostatnich  zmianach  w  ordynacji
samorządowej szef gminy – w zależ-
ności od jej wielkości i typu może to
być  wójt,  burmistrz  lub  prezydent
miasta – wybierany jest w wyborach
bezpośrednich na czteroletnią kaden-
cję. Niestety, poza nielicznymi przy-
padkami  jest  on  także  pozbawiony
jakiejkolwiek kontroli. Teoretycznie
szefa gminy można „ustrzelić” przez
referendum.  Niestety,  z  referenda-
mi  w  samorządach  jest  poważny 
problem – zazwyczaj się nie udają... 
Na  31  referendów,  które  odbyły  się 

w bieżącej kadencji samorządu (do
dn.  17.11.2008  r.  –  czyli  z  odwoła-
niem prezydenta Olsztyna włącznie),
tylko 8 było ważnych. Reszta, przez
zbyt  niską  frekwencję,  została  zre-
dukowana  do  poziomu  niedzielne-
go spaceru nielicznych. Niechlubny
rekord kadencji padł 6 lipca 2008 r.
w  Skierniewicach  (woj.  łódzkie) 
–  w  referendum  nad  odwołaniem
prezydenta miasta wzięło udział 6,79
proc. uprawnionych do głosowania. 

Z  odwoływaniem  szefa  gminy 

w trakcie kadencji jest jeszcze jeden,
i to znacznie większy kłopot. Szcze-
gólnie w dużych ośrodkach (np. mia-
stach typu Łódź, Wrocław, Poznań)
prezydent  jest  największym  praco-
dawcą. Nie wierzycie? No to policz-
my na przykładzie Łodzi: prawie 150
przedszkoli, 89 szkół podstawowych,
53  gimnazja,  20  szpitali  i  przychod-
ni, kilkadziesiąt spółek miejskich, do
tego armia ponad 2 tys. urzędników,
a  wszędzie  etaty,  etaty,  etaty...  Od
prezydenta Łodzi zależy bezpośred-
nia przyszłość zawodowa kilkunastu
tysięcy  ludzi,  a  do  tego  należy  doli-
czyć  ich  rodziny! 

Najbardziej poronionym tworem,

który  powstał  w  wyniku  ostatniej
reformy administracyjnej, są powia-
ty.  W  zasadzie  nie  ma  żadnych  lo-
gicznych  przesłanek  dla  ich  istnie-
nia, oczywiście poza mitycznym przy-
wiązaniem  do  „przedwojennej  tra-
dycji”.  Tyle  tylko,  że  przed  wojną
starosta  był  urzędnikiem  państwo-
wym,  a  nie  samorządowym!  Powia-
ty w teorii powinny uzupełniać i ko-
ordynować  działalność  kilku  gmin,
organizować  specjalistyczną  opiekę

medyczną,  szkolnictwo  ponadgimna-
zjalne, rejestrować samochody, wyda-
wać  prawa  jazdy,  utrzymywać  w  do-
brym stanie technicznym drogi powia-
towe oraz prowadzić Powiatowe Urzę-
dy Pracy (tzw. pośredniaki). Tyle tyl-
ko,  że  wszystkie  szczeble  samorządu
są  wzajemnie  niezależne  i  żadnych
działań koordynować nie muszą. Do-
datkowo wszystkie te zadania mogły-
by, bez uszczerbku dla jakości ich re-
alizacji, zostać rozdzielone pomiędzy

gminy  i  samorządowe  województwo,
zwłaszcza że ustawodawca nie wymy-
ślił sposobu na sprawne finansowanie
działalności  powiatów.  W  większości
instytucji  powiatowych,  także  w  sa-
mych starostwach, bieda aż piszczy. 

Największymi  obszarowo,  a  jed-

nocześnie  najmniej  rozpoznawalny-
mi  jednostkami  samorządu  teryto-
rialnego  w  Polsce  są  samorządowe
województwa.  Wiedza  przeciętnego

mieszkańca o samorządzie wojewódz-
kim i jego zadaniach jest żadna. Na-
wet  jeżeli,  przez  przypadek,  komuś
kołacze się po głowie nazwisko mar-
szałka województwa, to i tak najczę-
ściej myli go z wojewodą. 

W wyborach samorządowych wy-

bieramy radnych wojewódzkich (wy-
brani w ten sposób radni tworzą sej-
miki  wojewódzkie).  Następnie  rad-
ni wybierają marszałka i zarząd wo-
jewództwa, które są organami wyko-
nawczymi  samorządu.  Do  pomocy 
w realizacji swych wiekopomnych za-
dań marszałkowie mają stado urzęd-
ników  zatrudnionych  w  Urzędach
Marszałkowskich  i  innych  jednost-
kach podległych. Do zadań samorzą-
du  wojewódzkiego  należy  organiza-
cja ponadgimnazjalnego szkolnictwa

zawodowego, specjalistycznej służby
zdrowia (np. sieć szpitali wojewódz-
kich,  pogotowie  ratunkowe),  trans-
portu publicznego, pomocy społecz-
nej  Wojewódzkie  Centra  Pomocy
Społecznej)  oraz  rynku  pracy  (Wo-
jewódzkie  Urzędy  Pracy).  Do  za-
dań  marszałka  należy  również  po-
dział  środków  z  Unii  Europejskiej
przeznaczonych  na  Regionalny  Pro-
gram Operacyjny i tzw. komponenty

regionalne  programów  krajowych. 
A jest co dzielić! W ramach Regio-
nalnych Programów Operacyjnych są
do wydania w latach 2007–2013 mi-
liardy  euro.  Dla  przykładu  –  RPO
województwa mazowieckiego dyspo-
nuje kwotą 1 831 496 698 euro (słow-
nie:  miliard  osiemset  trzydzieści  je-
den milionów czterysta dziewięćdzie-
siąt  sześć  tysięcy  sześćset  dziewięć-
dziesiąt  osiem  euro),  województwa
śląskiego – 1 712 980 000 euro, a wo-
jewództwa  pomorskiego  1  227  100
000 euro. Porównywalne kwoty ma-
ją do dyspozycji/dystrybucji marszał-
kowie  innych  województw  –  nawet
jak  na  siedem  lat  to  całkiem  sporo
kasy. I jednocześnie potężny oręż po-
lityczny.  Jeżeli  zarządy  województw
mądrze, a przynajmniej sprytnie, ro-
zegrają  mapę  inwestycji  dofinanso-
wywanych z funduszy unijnych, to za-
konserwują  obecną  strukturę  i  po-
dział  władzy  w  regionach  na  naj-
bliższych  kilkanaście  lat.  A  wiele
przemawia na korzyść wojewódzkich
samorządowców:  ludzie  nie  bardzo
się interesują ich działaniem, bo nie-
wiele  o  tym  wiedzą,  media  zaś  nie-
zbyt dokładnie patrzą im na ręce, bo
przecież  ludzie  się  nie  interesują...

Ogłupieni  ilością  wiadomości 

o „polityce warszawki” – Sejmie, Se-
nacie, rządzie i prezydencie – uwie-
rzyliśmy, że tam właśnie decyduje się
nasz  los.  Przestaliśmy  więc  zwracać
uwagę na to, co dzieje się w naszym
najbliższym  otoczeniu,  a  tu,  w  sa-
morządzie,  najczęściej  podejmowa-
ne są decyzje, które mają bezpośred-
ni  wpływ  na  jakość  naszego  życia. 
I na naszą teraźniejszość, i na naszą
przyszłość,  i  na  przyszłość  naszych
dzieci. Kiedy więc znowu nadarzy się
okazja,  warto  poświęcić  kilkanaście
minut  i  udać  się  do  lokalu  wybor-
czego. Tylko zanim wrzucimy głos do
urny, zastanówmy się, komu tę przy-
szłość chcemy powierzyć. 

Jerzy  Serafin

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

18

8

A TO POLSKA WŁAŚNIE

VADEMECUM  OBYWATELSKIE

PPoo ccoo kkoom

muu ssaam

moorrzząądd??

D

Do

olln

ny

y  Ś

Śllą

ąs

sk

k::

M

Ma

arre

ek

k  Ł

Ła

ap

piiń

ńs

sk

kii –  marszałek  (PO)

T

Ta

ad

de

eu

us

sz

z  D

Drra

ab

b  –  wicemarszałek  (PSL)

P

Piio

ottrr  B

Bo

orry

ys

s  –  wicemarszałek  (PO)

G

Grrz

ze

eg

go

orrz

z  R

Ro

om

ma

an

n  –  członek  zarządu

Z

Zb

biig

gn

niie

ew

w  S

Sz

zc

cz

zy

yg

giie

ełł  –  członek  zarządu  (PO)

P

Po

od

dk

ka

arrp

pa

ac

ciie

e::

Z

Zy

yg

gm

mu

un

ntt  C

Ch

ho

olle

ew

wiiń

ńs

sk

kii  –  marszałek  (PiS)

B

Bo

og

gd

da

an

n  R

Rz

zo

ńc

ca

a  –  wicemarszałek  (PiS)

K

Ka

az

ziim

miie

errz

z  Z

Ziio

ob

brro

o  –  wicemarszałek  (PiS)

S

Stta

an

niis

słła

aw

w  B

Ba

ajjd

da

a  –  członek  zarządu  (PiS)

J

Ja

an

n  B

Bu

urre

ek

k  –  członek  zarządu  (PiS)

O

Op

po

olls

sk

kiie

e::

J

óz

ze

eff  S

Se

eb

be

es

stta

a  –  marszałek  (PO)

J

óz

ze

eff  K

Ko

otty

ś  –  wicemarszałek  (mniejszość  niemiecka)

T

Te

erre

es

sa

a  M

Ma

arriia

a  K

Ka

arro

oll  –  wicemarszałek  (PSL)

T

To

om

ma

as

sz

z  T

Ta

ad

de

eu

us

sz

z  K

Ko

os

sttu

ś  –  członek  zarządu  (PO)

A

An

nd

drrz

ze

ejj  K

Ka

as

siiu

urra

a  –  członek  zarządu  (mniejszość  niemiecka)

Ł

Łó

ód

dz

zk

kiie

e::

W

Włło

od

dz

ziim

miie

errz

z  F

Fiis

siia

ak

k  –  marszałek  (PO)

E

Ellż

żb

biie

etta

a  N

Na

aw

wrro

oc

ck

ka

a  –  wicemarszałek  (PSL)

A

Arrttu

urr  B

Ba

ag

giie

ńs

sk

kii  –  wicemarszałek  (PSL)

E

Ellż

żb

biie

etta

a  H

Hiib

bn

ne

err  –  członek  zarządu  (PO)

W

Wiitto

olld

d  S

Sttę

ęp

piie

ń  –  członek  zarządu  (PO)

(z  cichym  udziałem  ultrakatolików  od  Jurka)

Z

Za

ac

ch

ho

od

dn

niio

op

po

om

mo

orrs

sk

kiie

e::

W

Włła

ad

dy

ys

słła

aw

w  H

Hu

us

se

ejjk

ko

o  –  marszałek  (PO)

W

Wiitto

olld

d  J

Ja

ab

błło

ńs

sk

kii  –  wicemarszałek  (PO)

J

Ja

an

n  K

Krra

aw

wc

cz

zu

uk

k  –  wicemarszałek  (PSL)

M

Ma

arre

ek

k  H

Ho

ok

k  –  członek  zarządu  (PO)

W

Wo

ojjc

ciie

ec

ch

h  D

Drro

żd

ż  –  członek  zarządu  (PO)

P

Po

om

mo

orrs

sk

kiie

e::

J

Ja

an

n  K

Ko

oz

złło

ow

ws

sk

kii  –  marszałek  (PO) 

M

Miie

ec

cz

zy

ys

słła

aw

w  S

Sttrru

uk

k  –  wicemarszałek  (PO)

L

Le

es

sz

ze

ek

k  C

Cz

za

arrn

no

ob

ba

ajj  –  wicemarszałek  (PO)

W

Wiie

es

słła

aw

w  B

By

yc

cz

zk

ko

ow

ws

sk

kii  –  członek  zarządu  (PO)

K

Krry

ys

stty

yn

na

a  P

Pa

ajju

urr  –  członek  zarządu  (Krajowa  Partia  Emerytów  i  Rencistów)

Ś

Św

wiię

ętto

ok

krrz

zy

ys

sk

kiie

e

A

Ad

da

am

m  J

Ja

arru

ub

ba

as

s  –  marszałek  (PSL)

Z

Zd

dz

ziis

słła

aw

w  W

Wrrz

za

ałłk

ka

a  –  wicemarszałek  (PO)

członkowie  Zarządu  Województwa  Świętokrzyskiego: 
M

Ma

arrc

ciin

n  P

Pe

errz

z  (PiS)

M

Ma

arre

ek

k  G

Go

os

s  (PSL)

L

Le

ec

ch

h  J

Ja

an

niis

sz

ze

ew

ws

sk

kii  (PiS)

P

Pr

rz

zy

yk

kłła

ad

do

ow

we

e s

sk

kłła

ad

dy

y z

za

ar

rz

ąd

ów

w w

wo

ojje

ew

ód

dz

zt

tw

w

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

1

19

9

LISTY OD CZYTELNIKÓW

Spieprzaj,  dziadu!

Kilka  miesięcy  temu  prezydent

Sarkozy  skorzystał  z  prawa  przy-
sługującego  każdemu  obywatelowi
francuskiemu.  Zwrócił  się  do  sądu
w procesie cywilnym ze skargą na
obywatela, który w tłumie nie chciał
podać mu ręki i głośno obrzucił go
słowami powszechnie uważanymi za
obraźliwe.  Zajście  można  obejrzeć
i  wysłuchać  go  w  internecie. 

Sarkozy  proces  przegrał.  Sąd

stwierdził,  że  jak  ktoś  decyduje  się
być  politykiem,  a  także  prezyden-
tem państwa, to musi mieć grubszą
skórę i nie przysługuje mu taka sa-
ma  ochrona  jak  zwykłemu  obywa-
telowi.  To  orzeczenie  jest  zgodne 
z  wykładnią  Europejskiego  Trybu-
nału Praw Człowieka w Strasburgu. 

W  Polsce  jest  odwrotnie.  Pre-

zydentowi Najjaśniejszej wolno rzu-
cić z pogardą pod adresem zwykłe-
go obywatela: „Spieprzaj, dziadu!”,
natomiast tenże prezydent nie wsty-
dzi  się  korzystać  z  prokuratury 
i  sądu,  żeby  na  koszt  podatników
ścigać  obywatela,  który  użył  takich
samych  słów.

Jest to co najmniej drugi proces

tego  typu.  W  poprzednim  policja
całej  Polski  szukała  bezdomnego,
który  w  ordynarnych  słowach  dał
wyraz niezadowoleniu ze swego lo-
su,  do  czego  przecież  miał  niewąt-
pliwie  powód,  i  z  działalności  pre-
zydenta.  Toczył  się  regularny  pro-
ces  karny 
przed  sądem,  oczywi-
ście  na  koszt  podatnika. 

Wstyd mi, że mamy takiego pre-

zydenta. 

Teresa  Jakubowska

RACJA  Polskiej  Lewicy

teresa.jakubowska@op.pl

Jak  witaliśmy  księdza

Niestety, w tym roku w czasie ko-

lędy nie będzie mnie w Polsce, gdyż
wracam do tego „bezbożnego i zbo-
czonego”  (czyt.  świeckiego  do  szpi-
ku kości i normalnego) kraju, jakim
jest  Holandia.  Jednakże  chciałbym
opisać wizytę pasożyta z zeszłego ro-
ku.  A  skłonił  mnie  to  tego  artykuł
„Jak  przywitać  księdza?”  („FiM”
3/2009).  Zjechałem  akurat  na  świę-
ta wigilijne do Polski. Mam 23 lata.
Koszulka z Marleyem. Dreadloki. Po
wojsku  odnalazłem  nową  drogę  ży-
cia  (od  roku  Rastafari  jest  moją  fi-
lozofią). Cała rodzinka jest antykle-
rykalna („FiM” w domu od bodajże
2  numeru),  jednak  żyjąca  na  małej
wsi  i  w  związku  z  tym  licząca  się 
z  tym,  „co  ludzie  powiedzą”.  Jeżeli
chodzi o mnie, to – mówiąc językiem
młodzieżowym – wali mnie to, co lu-
dzie na mój temat gadają. 

W  końcu  nadszedł  ON.  Jedyny

sprawiedliwy  autorytet  moralny:
„Szczęść  Boże...  bla,  bla,  bla”.  No 
i  zaczęła  się  inwigilacja.  Najpierw
mój  ojciec  emeryt,  potem  mama, 
w końcu mój starszy brat oraz jego

żona i półroczny dzidziuś. Nadeszła
chwila  prawdy:  pytania  o  to,  gdzie
pracuję, czy jestem kawalerem, czy
nie,  jak  tam  moja  wiara,  co  to  za
kudły na głowie?! Chciał się czegoś
dowiedzieć  na  temat  „Rasta”.  Za-
cząłem opowiadać o początkach tej
wiary/filozofii życia. Wtedy powie-
działem,  zresztą  zgodnie  z  nauką
„Rasta”, że dla nas Bóg ma nazwę
Jah (czyt. dża), czyli Ojciec, jest tyl-
ko  jeden  na  świecie  i  nieważne,
czy nazywa się Bóg Jahwe, Budda,
Sziwa,  etc.  Tego  pasożyt  już  nie
mógł  przełknąć.  Stwierdził,  że  nie

powinienem  przyjeżdżać  na  święta
bożonarodzeniowe (czyt. odwiedzić
rodzinę,  której  nie  widziałem  pra-
wie  rok),  gdyż...  JEST  TO  ŚWIĘ-
TO KATOLICKIE!!! Prawdę mó-
wiąc,  pierwszy  raz  w  życiu  miałem
ochotę kogoś uderzyć... Jednak da-
lej, kulturalnym tonem, postanowi-
łem  doinformować  naszego  pro-
boszcza, że „religia Rasta” jest za-
czerpnięta z wielu religii świata, ale
bierze  tylko  to,  co  pozytywne.  Sa-
ma nazwa „Jah” jest wzięta od sło-
wa  Jahwe.  Stawia  na  miłość,  bra-
terstwo, pomoc potrzebującym. Od-
rzuca tak zwany Babilon, czyli kłam-
stwo,  wyścig  szczurów,  bogactwo,
władzę.  Ale  ksiądz  mnie  zupełnie
zignorował i zapytał mojego brata,
czy będą mieli kolejne dziecko. Brat
odpowiedział,  że  tak  (ożenił  się 
z ewangeliczką i przyjął jej wiarę).
I znów jak grom z jasnego nieba pa-
dło  stwierdzenie,  że  w  takim  razie
ja nie mogę być ojcem chrzestnym,
gdyż „odwróciłem się od Boga”. Pro-
szę mi wybaczyć prostactwo, ale ty-
mi słowami wk...ł mnie tak, że wo-
lę nie cytować słów, których użyłem
pod jego adresem, bo mogłyby nie-
którym  uszy  poodpadać. 

Po  wyjściu,  a  raczej  ucieczce

księdza  z  naszego  domu  sytuacja
wyglądała  następująco:  mamusia
–  prawie  zawał,  ojciec  –  szczery
uśmiech  i  poklepanie  mnie  po  ra-
mieniu,  brat  stwierdził,  że  „idymy
na  piwo”,  a  szwagierka  popłakała
się  ze  śmiechu.  Jednak  dla  mnie 
i tak najbardziej pozytywne było to,
że w całym tym zamęcie ksiądz za-
pomniał wziąć kopertę. Dopiero od
tamtej  pamiętnej  kolędy  rodzice
zrozumieli, dlaczego chcę zostać za
granicą i dać moim przyszłym dzie-
ciom  lepszy  start.  Bez  wrodzonej

zawiści,  nędzy,  strachu  przed  ju-
trem  oraz  prania  mózgu  w  szko-
łach  i  na  ulicach.

Niech  Wam  Jah  błogosławi

ciufciaJah

Pan  proboszcz 

Na początku chcę pogratulować

Panu Kotlińskiemu jego książek. Po-
trzeba  wiele  odwagi  i  determinacji 
w  działaniu,  kiedy  chce  się  ujaw-
nić „niewygodną prawdę” o Koście-
le.  Pochodzę  z  Brodnicy,  małego

miasta k. Torunia. Prawie dwadzie-
ścia lat temu mieszkałem tam i by-
łem  świadkiem  zapomnianej  już
awantury  pomiędzy  proboszczem 
a  parafianami.  W  mieście  pojawił
się  wspaniały  kapłan,  który  pocią-
gnął  za  sobą  wiele  osób  pragną-
cych żyć wiarą. Stworzył prężną gru-
pę  oazową,  która  z  czasem  stała
się młodzieżową grupą modlitewną
o charakterze Odnowy w Duchu św.
Proboszcz nie był dla tej grupy zbyt
silnym autorytetem, ale nie to było
powodem konfliktu, jaki miał miej-
sce.  Zaistniała  sytuacja,  która  zbu-
rzyła  we  mnie  wizerunek  Kościoła
jako skarbnicy sakramentów i ostoi
moralności. Incydent polegał na tym,
że  członek  lokalnej  grupy  satani-
stycznej zbezcześcił komunię św. (by-
li  świadkowie).  Proboszcz  dopuścił
(za pewną opłatę, jak opowiadał oj-
ciec satanisty po wizycie u probosz-
cza)  owego  świętokradcę  do  bierz-
mowania.  Kapłani  wikariusze  wraz
z lokalną grupą oazową zbuntowa-
li się. Powołując się na swego kole-
gę  z  seminaryjnej  ławki,  biskupa,
proboszcz  nazwał  wspólnotę  pazu-
rem  szatana  i  powiedział  o  sobie:
„Ja  jestem  Kościołem”.  Mój  kole-
ga odparł, że to wspólnota jest Ko-
ściołem,  ale  to  proboszcz  miał  ra-
cję, a co do wikariuszy, to postarał
się  o  „zmianę”.  Cóż,  wszelkie  akty
przeciwstawiania  się  proboszczowi
można było wówczas zaszeregować
jako  oddziaływanie  służb  bezpieki
i  tak  to  przedstawiła  propaganda
kościelna (to były czasy PRL-u), ale
ja  byłem  członkiem  tej  wspólnoty 
i świadkiem tych wydarzeń. Wspól-
nota  rozpadła  się,  a  na  jej  miejsce
powstała  nowa,  bardziej  uległa. 
Z  tego  powodu  wiele  osób  na  za-
wsze utraciło szacunek do Kościoła. 

Delegacja  parafian  została  odpra-
wiona z kwitkiem. Po jakimś czasie
„wszystko  wróciło  do  normy”,  tyl-
ko  ilu  na  zawsze  odeszło  od  wia-
ry...  Cieszę  się,  że  ktoś,  pisząc 
o ciemnych stronach Kościoła, nie-
wygodnych,  utajnionych  czy  prze-
milczanych,  jednocześnie  pokazuje
swoje  oblicze  i  przyczyny  odejścia
ze  struktur  Krk. 

Jakub

Ohydne  mordy

Z  wielkim  zainteresowaniem

przeczytałem  artykuł  Pana  Marka
Szenborna  pt.  „Ohydne  mordy”
(„FiM” 51–52/2008). Ośmieliłem się
liczne  przykłady  „miłosierdzia”
chrześcijan  przesłać  do  ks.  Marka
Dziewieckiego  (pomawia  on  ate-
istów o zbrodnie) poprzez redakcję
„Przewodnika Katolickiego”, zazna-
czając,  że  moim  przesłaniem  jest
wykorzystanie ich przez ww. w jego
wykładach propagujących styl życia
i metody zdobywania władzy przez
jego sektę. Z nieukrywaną satysfak-
cją  informuję,  że  wysłałem  2–3  ta-
kowe listy elektroniczne, w których
kilka faktów z historii przemyciłem
do niezbyt chłonnej świadomości ks.
Dziewieckiego. 

Chociaż  cel  swój  osiągnąłem 

i  pewnie  Bóg  zaliczy  mi  na  plus  tę
formę  edukacji  zacofanego  w  swo-
ich  poglądach  człowieka,  to  czuję
się trochę niespełniony, bo ks. Dzie-
wiecki  stanowczo  poinformował
mnie, iż następnych listów ode mnie
otwierał  już  nie  będzie.  Trochę  mi
przykro, ale może to i lepiej, bo nie-
stety nic a nic z nich nie zrozumiał.
W swoim „pożegnalnym” słowie na-
pisał,  że  ma  dość  przykładów...
„mordowania ludzi przez ateistów”.
Rozumiecie coś z tego? Skoro ww.
ksiądz jest jakimś tam autorytetem
dla ludzi owładniętych chrześcijań-
stwem  i  stosuje  szczeniacką  meto-
dę  odwracania  kota  ogonem,  to 
w  jednym  muszę  przyznać  mu  ra-
cję: nie mam w nim partnera do roz-
mowy. 

Czytelnik

Szczyt pazerności kleru!

W  artykule  „Jak  powitać  księ-

dza?”  („FiM”  3/2008)  przytoczyli-
ście wypowiedzi internautów na te-
mat  kolędy.  Pragnę  podzielić  się 
z czytelnikami swoją obserwacją do-
tyczącą  pazerności  księży  z  parafii
pw. św. Bogumiła w Kole. Jak wia-
domo,  po  kolędzie  chodzą  z  księż-
mi ministranci, którzy zapowiadają
przybycie księdza i wychodzą na uli-
cę,  aby  oczekiwać  na  jego  wyjście 
z jednego domu, aby móc wprowa-
dzić  go  do  następnego.  Przyjął  się
zwyczaj,  że  tym  chłopcom  daje  się
2–5 zł. W ubiegłym roku było 2 mi-
nistrantów.  Gdy  u  nas  dostali  po 
2 zł, usłyszałem, jak szeptali do sie-
bie, że pieniądze trzeba będzie scho-
wać  w  skarpetce.  Zapytałem  więc,
dlaczego muszą tak zrobić. Powie-
dzieli  mi,  że  ksiądz  po  zakończe-
niu  kolędy  rewiduje  ich  i  zabiera

pieniądze. Chyba księża zorientowa-
li się, że ministranci ich przechytrzy-
li,  bo  w  tym  roku  z  księdzem  cho-
dził  już  tylko  jeden  ministrant,  ale
wyposażony w skarbonkę, do której
należało  wrzucać  pieniądze.  Po  za-
kończeniu  kolędy  ksiądz  zabierał
skarbonkę,  a  ministrantowi  dawał
parę  złotych.  Wniosek  nasuwa  się
sam. Celem kolędy jest zebranie jak
największej  sumy  pieniędzy,  przy
czym  wszystkie  chwyty  są  dozwolo-
ne. Zasada jest taka – zwykły ksiądz
musi  oszukać  proboszcza,  żeby  coś
mieć  dla  siebie,  a  ministrant  musi
oszukać  księdza,  żeby  mieć  coś 
z tego, co było przeznaczone dla nie-
go. I w ten sposób prowadzona jest
praca wychowawcza w Krk.

Wasz  sprzymierzeniec

Głosicie  zło!

Każdy ma prawo popełniać błę-

dy  (grzechy).  Nawet  księża.  Oni
też mają słabsze dni. Oni też krad-
ną,  zabijają,  gwałcą  itp.,  itd.  To  są
tylko  ludzie.  Procent  tych,  którzy
wykonują te czynności, jest tak nie-
wielki,  że  dziwię  się,  że  ta  gazeta
ośmiela  się  wypominać  te  uczynki.
Ile setek milionów księży jest, a sły-
szy się, że jakiś tam ksiądz zabił mło-
dą dziewczynę w USA, inny zgwał-
cił  w  Polsce...  Sprytnie  wychwytu-
jecie to i opisujecie w swoich żało-
snych  felietonach.  Nie  mówię,  że
pochwalam to postępowanie, wręcz
przeciwnie. Ale każdy człowiek na-
rażony jest na grzechy i musi je po-
pełniać!  Taka  jest  natura  ludzka. 

Nie  jestem  beretem  ani  dewo-

tem. Mam 25 lat, chodzę do kościo-
ła regularnie. Nie widzę żadnego zła
wśród księży z mojej parafii. Wręcz
przeciwnie. Są oni przykładami po-
prawności postępowania. Uczą mnie,
jakim należy być, głoszą mądre ka-
zania o tym, jak należy pomagać in-
nym. Między innymi Wam, pochło-
niętym  złem.  Niestety,  Wasza  ga-
zeta  głosi  zło.  Zajmijcie  się  polity-
kami, jedźcie sobie po nich, bo jest
się  z  czego  śmiać  (chociaż  politycy
to  też  ludzie).  Co  do  Kościoła...
Ciężka  sprawa,  bo  nie  jestem  do
końca  przekonany,  czy  potrafię
szczerze modlić się w kościele. Wo-
lę  robić  to  w  samotności,  we  wła-
snych  myślach...  Ale  szanuję  Ko-
ściół,  który  staje  się  często  jedyną
rozrywką dla ludzi starszych. To wła-
śnie  księża,  Kościół,  poświęca  się 
i daje nadzieję dla tych ludzi. NA-
DZIEJA.  To  jedno  z  najważniej-
szych  słów,  sens  naszego  życia.
Wszyscy  mają  jakąś  nadzieję.  Jed-
ni  większą,  inni  mniejszą. 

Tomek,  Szczecin

LISTY

P

PR

RA

AW

WD

DZZIIW

WA

A E

EW

WA

AN

NG

GE

EL

LIIA

A

R

RE

EL

LIIG

GIIA

A,, K

KT

ÓR

RA

A M

MA

A S

SE

EN

NS

S

Bezpłatny  kurs  biblijny  od:

Bracia  w  Chrystusie  skr.  7

UP  Poznań  45,  filia  36

ul.  Głogowska  179

60-130  Poznań

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

2

20

0

OKIEM BIBLISTY

Zacznijmy od wiary. Otóż w świe-

tle Pisma Świętego wiara człowieka
jest zarówno skutkiem działania Bo-
ga (łaska), jak również odpowiedzią
człowieka  na  Boże  Słowo  i  Jego
zbawcze  działanie  (Rz  12.  3;  J  6.
44,  65;  Hbr  12.  2;  Rz  10.17;  Mk  1.
15).  W  pewnym  sensie  wiara  jest
więc i cnotą. 

Najlepiej  ilustruje  to  przykład

Abrahama, który nazwany został oj-
cem  wszystkich  wierzących.  W  Li-
ście św. Pawła do Rzymian czytamy,
że jemu to Bóg dał obietnicę ziemi
i potomstwa „na podstawie wiary, aby
była  z  łaski  i  aby  była  zapewniona
całemu potomstwu (…) które ma wia-
rę  Abrahama,  ojca  nas  wszystkich.
Jak  napisano:  Ustanowiłem  cię  oj-
cem wielu narodów (…)”. 
Abraham
zaufał bowiem Bogu, „który to, cze-
go nie ma, powołuje do bytu. Wbrew
nadziei, żywiąc nadzieję, uwierzył, aby
się  stać  ojcem  wielu  narodów  zgod-
nie z tym, co powiedziano: Takie bę-
dzie potomstwo twoje. I nie zachwiał
się w wierze, choć widział obumarłe
ciało swoje, mając około stu lat, oraz
obumarłe  łono  Sary;  i  nie  zwątpił 
z  niedowiarstwa  w  obietnicę  Bożą,
lecz  wzmocniony  wiarą  dał  chwałę
Bogu, mając zupełną pewność, że co-
kolwiek On obiecał, ma moc i uczy-
nić.  I  dlatego  poczytano  mu  to  za
sprawiedliwość” 
(Rz 4. 16–22).

Historia Abrahama jest więc przy-

kładem  żywej  wiary,  czyli  zaufania 
i  posłuszeństwa.  Ukazuje  jednocze-
śnie  łaskawe  działania  Boga,  który
przemawiał do patriarchy i dawał mu
obietnice,  „który  to,  czego  nie  ma,
powołuje  do  bytu”.  I  w  tym  sensie
wiara jest łaską, bo Abraham nie stał
się  ojcem  wielu  narodów  z  własnej
inicjatywy,  lecz  jedynie  dlatego,  że
odpowiedział na inicjatywę Boga. 

Taka  też  wiara,  okazująca  cał-

kowite zaufanie i posłuszeństwo, da-
je pewność co do rzeczy, których nie
widzimy. Pismo mówi: „A wiara jest
pewnością  tego,  czego  się  spodzie-
wamy, przeświadczeniem o tym, cze-
go nie widzimy” 
(Hbr 11. 1). Dodaj-
my  jednak,  że  pewność  tę  możemy
posiadać wyłącznie na podstawie Bo-
żych  obietnic.  Jak  napisano,  „wiara
jest ze słuchania, a słuchanie przez Sło-
wo  Chrystusowe” 
(Rz  10.  17).  A  za-
tem  wiara  (chrześcijańska)  zawsze

musi  mieć  podstawę.  Jeśli  tej  pod-
stawy nie ma lub za podstawę przyj-
muje  się  tzw.  tradycję,  czyli  nauki
ludzkie  (por.  Mk  7.  7–9,  13),  czło-
wiek  nie  tylko  nie  ma  obowiązku
wierzyć, ale nie ma nawet prawa wie-
rzyć. Jeśli zaś wierzy w coś bezpod-
stawnie,  nie  jest  wierzącym  w  bi-
blijnym tego słowa znaczeniu, a je-
dynie człowiekiem religijnym.

Jedyną  bowiem  pewną  podsta-

wą wiary są Boże obietnice, czyli Sło-
wo Boże. Idąc za przykładem Jezu-
sa  oraz  uczniów  Pańskich,  nie  ma-
my  więc  obowiązku  wierzyć  w  „nic
ponad  to,  co  powiedzieli  prorocy 
i  Mojżesz,  że  się  stanie,  to  jest,  że
Chrystus  musi  cierpieć,  że  On  jako
pierwszy,  który  powstał  z  martwych,
będzie  zwiastował  światłość  ludowi 
i poganom” 
(Dz 26. 22–23). 

Stąd  też  czytamy:  „Jeśli  świa-

dectwo ludzkie przyjmujemy [ludziom
wierzymy],  to  tym  bardziej  świadec-
two Boże, które jest wiarygodniejsze;
a  to  jest  świadectwo  Boga,  że  złożył
świadectwo o swoim Synu. Kto wie-
rzy  w  Syna  Bożego,  ma  świadectwo
w  sobie  [wie,  że  świadectwo  to  jest
prawdziwe].  Kto  nie  wierzy  w  Boga,
uczynił go kłamcą, gdyż nie uwierzył
świadectwu, które Bóg złożył o Synu
swoim.  A  takie  jest  to  świadectwo,
że żywot wieczny dał nam Bóg, a ży-
wot ten jest w Synu jego. Kto ma sy-
na,  ma  żywot;  kto  nie  ma  Syna  Bo-
żego, nie ma żywota” 
(1 J 5. 9–11).

To znaczy, że Bóg ze swojej stro-

ny  uczynił  wszystko,  abyśmy  uwie-
rzyli.  Możemy  zatem  wierzyć.  Bóg
bowiem  nigdy  nie  oczekiwał  od  lu-
dzi czegoś, czego ci nie mogliby uczy-
nić.  Podobnie  Jezus  nie  wzywałby
ludzi:  „Nawróćcie  się  i  wierzcie
ewangelii” (Mk 1. 15), gdyby to nie
leżało  w  możliwościach  człowieka.
Tym  bardziej  że  „każdy,  kto  prosi
[szczerze],  otrzymuje,  a  kto  szuka,
znajduje,  a  kto  kołacze,  temu  otwo-
rzą” 
(Mt  7.  8).  Innymi  słowy:  Bóg
ze  swojej  strony  uczynił  wszystko,
aby  człowiek  mógł  uwierzyć.  Spra-
wił nawet, że Jego Duch wciąż „prze-
konuje  świat  o  grzechu  i  o  sprawie-
dliwości,  i  o  sądzie;  o  grzechu,  gdyż
nie uwierzyli we mnie” 
(J 16. 8–9).

Zwykle  też  bywa  tak,  że  tam,

gdzie  rozpoczyna  się  dzieło  wiary,
dochodzi  również  do  nawrócenia

(w  biblijnym  znaczeniu).  Dlatego
też Jezus powiedział: „Błogosławie-
ni  ubodzy  w  duchu,  albowiem  ich
jest  Królestwo  Niebios” 
(Mt  5.  3).
Takie  błogosławieństwo  zapewnio-
ne jest bowiem ludziom wierzącym,
mającym świadomość swojej grzesz-
nej natury (Mt 9. 12–13), którzy „nie
pokładają  ufności  w  sobie  samych,
że  są  usprawiedliwieni” 
(Łk  18.  9),
lecz  podobnie  jak  celnik,  proszą:
„Boże, bądź miłościw mnie grzeszne-
mu” 
(Łk 18. 13). Jezus powiedział:
„Ten  poszedł  usprawiedliwiony  do
domu swego, tamten zaś nie; bo każ-
dy,  kto  siebie  wywyższa,  będzie  po-
niżony,  a  kto  się  poniża,  będzie  wy-
wyższony” 
(Łk 18. 14). 

Jak  wiać,  błogosławieni  ubodzy

w duchu to ludzie, którzy mają świa-
domość  swoich  duchowych  braków
i pokładają całkowitą nadzieję w Bo-
gu. Są błogosławieni, bo dostępu-
ją odpuszczenia grzechów.
Czytamy o tym m.in.
w  Księdze  Psal-
mów:  „Błogosła-
wiony ten, które-
mu  odpusz-
czono  wy-
stępek,  któ-
rego  grzech
został zakry-
ty!  Błogosła-
wiony  człowiek,
któremu  Pan  nie
poczytuje  winy, 
a  w  duchu  jego
nie  ma  obłudy”
(Ps  32.  1–2);
„Bliski  jest  Pan
tym, których ser-
ce  jest  złamane,
a wybawia utra-
pionych  na  du-
chu” 
(Ps 34. 19)
oraz:  „Ofiarą
Bogu  miłą  jest
duch  skruszo-
ny” 
(Ps 51. 19). 

Z  podobnym  zapewnieniem

spotykamy  się  również  w  Księdze
Izajasza:  „Bo  tak  mówi  Ten,  który
jest Wysoki i Wyniosły, który króluje
wiecznie,  a  którego  imię  jest  »Świę-
ty«:  Króluję  na  wysokim  i  świętym
miejscu,  lecz  jestem  też  z  tym,  który
jest skruszony i pokorny duchem, aby
ożywić ducha pokornych i pokrzepić
serca skruszonych” 
(57. 15). 

Dobra Nowina zawarta w pierw-

szym  z  ośmiu  błogosławieństw  wy-
raża  się  więc  w  tym,  że  gwarantuje
nie tylko odpuszczenie grzechów, ale
również całkowite pojednanie z Bo-
giem,  społeczność  z  Nim,  jednym
słowem  –  prawdziwe  szczęście  (Ps
73.  28).  Nasze  życie  i  szczęście 
– jak głosił Jezus – nie tyle więc za-
leży od czynników zewnętrznych, na
przykład  od  obfitości  dóbr,  ale  od

duchowego przebudzenia i odrodze-
nia  oraz  zespolenia  z  Bogiem  (Mt
6. 33; Łk 12. 21).

Oto  dlaczego  Jezus  podkreślał,

że najważniejszą potrzebą człowieka
jest  jego  duchowa  przemiana.  Tyl-
ko ona bowiem prowadzi do zjedno-
czenia z Bogiem, gwarantuje pomyśl-
ność  i  daje  nadzieję  na  wieczność
(Mt 18. 3; J 3. 3–8; 2 Kor 5. 17). 

Pomiędzy  błogosławieństwem

ubogich  w  duchu  a  Królestwem
Niebios istnieje ścisły związek. Aby
bowiem być „bogatym w Bogu” (Łk
12. 21), trzeba być „ubogim w du-

chu”.  Napisano  prze-

cież:  „Bóg  wybrał  ubo-

gich w oczach świata, aby

byli  bogatymi  w  wierze 

i  dziedzicami  Królestwa  obiecane-
go tym, którzy go miłują” 
(Jk 2. 5). 

Szczęście ubogich duchem spro-

wadza  się  więc  nie  tylko  do  ziem-
skiej egzystencji, która z chwilą du-
chowego odrodzenia nabiera nowej
jakości,  ale  dotyczy  również  wiecz-
nego  przeznaczenia.  Jezus  powie-
dział  bowiem:  „Radujcie  się  raczej
z  tego,  iż  imiona  wasze  w  niebie  są
zapisane” 
(Łk 10. 20). 

O  tym  zaś,  że  Bóg  od  samego

początku  pragnął  dobra  człowieka
i był dlań wystarczająco miłosierny,
świadczy  już  sam  opis  wydarzenia
w  edenie.  Potwierdzają  to  nie  tyl-
ko raz za razem przytaczane słowa,
że cokolwiek Bóg stworzył, było do-
bre, a nawet „bardzo dobre” (Rdz
1.  31),  ale  również  Jego  stosunek

do  człowieka,  pomimo  jego  upad-
ku. Czytamy bowiem, że to On wy-
szedł naprzeciw upadłym. Co ozna-
cza,  że  nie  trzeba  było  ofiary,  aby
zmienić  rzekomo  mściwego  Boga 
w  miłosiernego.

Chociaż  z  takim  wyobrażeniem

Boga  (bóstw)  spotykamy  się  w  róż-
nych starożytnych religiach, a nawet
wśród  ówczesnych  Żydów  (o  czym
również  mówi  Biblia),  scena  z  ede-
nu obala to błędne wyobrażenie o za-
gniewanym Bogu, który rzekomo nie
chce mieć nic wspólnego z upadłym
człowiekiem, dopóki ten Go nie prze-
błaga i nie złoży Mu ofiary. Ukazu-
je bowiem, że to nie Bóg oddalił się
od człowieka, ale przeciwnie – to czło-
wiek  oddalił  się  od  Niego,  a  nawet
próbował ukryć się przed Nim. 

Jak widać, pomimo takiej posta-

wy i chociaż żadna ofiara nie zosta-
ła  złożona,  to  właśnie  Bóg  przejął
zbawczą inicjatywę. Nie tylko uświa-
domił upadłym ich nowe położenie
i uprzedził ich o bolesnych skutkach
grzechu, ale również wskazał im osta-
teczne i całkowite rozwiązanie pro-
blemu grzechu (Rdz 3. 15, por. Ga
3.  16).  Co  więcej,  czytamy,  że  Bóg

przyodział  również  Adama  i  Ewę

w  skóry  ze  zwierząt  (Rdz  3.  21).

Zatroszczył się więc o nich, oka-
zując im swoje miłosierdzie.

Według  Biblii,  owo  odzienie

symbolizowało  też  szaty  zbawie-

nia, czyli usprawiedliwienie w Chry-

stusie  (Iz  61.  10;  Za  3.  3–4;  Ef  4.

22, 24; Ap 3. 18). Dodajmy, że póź-

niej  ów  soteriologiczny  aspekt  wy-
rażać  będzie  tzw.  stała  codzienna
ofiara całopalna (por. Wj 29. 38–39,
42–46;  Lb  28.  3–8)  zwana  też  „mo-

ją ofiarą” (Lb 28. 2), czyli ofiarą

Bożą (Baranka Bożego), któ-
ra w pełni zostanie urzeczy-

wistniona  w  ofiarowaniu  Je-

zusa  Chrystusa.  Czytamy  bo-

wiem: „Albowiem  tak  Bóg  umiło-

wał  świat,  że  Syna  swego  jednoro-
dzonego dał, aby każdy, kto weń wie-
rzy, nie zginął, ale miał żywot wiecz-
ny” 
(J  3.  16).  Wszystko  to  świadczy
więc  o  tym,  że  to  nie  ofiara  Chry-
stusa spowodowała zmianę rzekomo
mściwego Boga w miłosiernego, ale
że  Bóg  w  swej  istocie  jest  „łaskawy
i  miłosierny,  cierpliwy  i  pełen  łaski,
który  żałuje  człowieka” 
(Jon  4.  2).
Jest  niezmienny  (Ml  3.  6).  Nie  po-
trzebował  zatem  ofiary.  To  my  ra-
czej jej potrzebujemy. 

Cokolwiek  by  więc  powiedzieć 

o Bogu, Biblia mówi, że śmierć Je-
zusa  Chrystusa  na  zawsze  pozosta-
nie  świadectwem  Ojcowskiej  i  Sy-
nowskiej miłości do człowieka, ofia-
ry  za  nas  i  dla  nas,  ofiary  „pojed-
nawczej”  i  „przebłagalnej”  –  nas
ludzi.  Innymi  słowy:  Bóg  nie  ofia-
rował  Syna,  aby  przebłagać  siebie 
i uśnieżyć swój gniew, ale aby „prze-
błagać”  nas  i  uśnieżyć  nasz  gniew.
To  my  bowiem  jesteśmy  źli  (Mt  7.
11;  Rz  8.  7  1  J  5.  19)  i  wciąż  ucie-
kamy  od  Boga,  podczas  gdy  On 
–  jak  w  edenie  –  w  osobie  Jezusa
Chrystusa  wyszedł  nam  naprzeciw 
i wzywa, abyśmy zawrócili. 

BOLESŁAW  PARMA

W

Wiiaarraa ii bbłłooggoossłłaawwiieeńńssttwwoo

PYTANIA  CZYTELNIKÓW

Mam kilka pytań: katechizm głosi, że wiara jest cnotą,
tymczasem często się słyszy o „łasce wiary”. Jak to jest
w świetle Biblii? Jak rozumieć słowa: „Błogosławieni
ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios”
(Mt 5. 3)? I jeszcze jedno: czy ofiara złożona z Chrystusa
spowodowała, że starotestamentowy Bóg, mściwy, groźny,
wymagający absolutnego posłuchu, zmienił się 
w Boga miłosiernego, wspomagającego człowieka?

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

2

21

1

TRZECIA STRONA MEDALU

U  króla  Tuska  nie  działo  się  najlepiej.  To
znaczy  nie  działo  się  najlepiej  i  u  innych
królów,  którzy  byli  przed  nim,  ale  tak  się
jakoś  w  tym  królestwie  składało,  że  za
wszystko obrywał król bieżący. Szczegól-
nie  gdy  niewiele  robił  i  tylko  przesiady-
wał  z  astrologami,  którzy  ciągle  stawiali
mu jakieś horoskopy – nowomodne takie,
sondaże  i  PR-y.

No  więc  król  Tusk  nie  zrobił  kroku,  za-

nim  nie  poznał  najnowszego  sondażu  i  PR-
-u. To było uciążliwe, bo wszędzie łaził z astro-
logami i na wszystko trzeba było czekać. Lud
to  jakoś  znosił,  bo  Tusk  obalił  króla  Kaczy-
niaka, który się we wszystko wtryniał i strasz-
nie ludowi obrzydł. Tusk się nie wtryniał, bo
interesowały  go  wyłącznie  horoskopy.

Aż  tu  razu  jednego  znów  ukradli  kozę.

Kozy  kradli  też  wcześniej,  bo  taka  była  spe-
cyfika.  Ale  jakoś  tak  wyszło,  że  lud  oczeki-
wał, że za Tuska kraść nie będą. No to skan-
dal wybuchł wielki i wszyscy szemrali po ką-
tach:  Do  czego  to  podobne! 

Szemranie  posłyszał  król  Tusk  i  dalejże

do  astrologów  –  jaki  jest  PR  i  sondaż?  A  ci

mu na to, strapieni: – Źle jest, królu. PR do
chrzanu  masz,  a  co  do  sondażu,  to  płacz 
i zgrzytanie zębów. No to siedzi Tusk na tro-
nie  i  myśli:  psiakrew.  Co  by  tu  poradzić?
Mniejsza  z  kozą,  a  nawet  z  szemraniem,  ale
ten  PR...  Nagle  wymyślił.

– Wołać błazna Palikota! – krzyczy. Fak-

tycznie, wiele razy król coś zawalił, lud szem-
rał i sondaż zły wyszedł, a błazen Palikot coś
śmiesznego  palnął,  kogoś  wyzwał,  kogoś  ob-
raził  i  ludzie  zapomnieli.  No  to  teraz,  myśli
Tusk,  zrobimy  podobnie.  Palikot  fiknie  ko-
ziołka albo sobie nos rozkwasi, bę-
dzie śmiesznie i o kozie zapomną.

–  Aleś,  panie,  błazna  prze-

gnał  –  odrzekł  nieśmiało  zza
drzwi  dworzanin.

No prawda, stropił się król,

przegnałem. Palikot się, z prze-
proszeniem, wyknocił w sali tro-
nowej, bo już mu konceptów za-
brakło, sondaż wyszedł nieszcze-
gólny, a PR nędzny. Psiakrew, psia-
krew, myśli Tusk. Myśli, myśli – aż
tu  w  czoło  się  palnął,  wymyślił.

–  Ćwiąkała  wołać!  –  krzyczy. 
Mianowicie, król Tusk miał dwie klasy mi-

nistrów. Pierwsza to byli jego kamraci z cza-
sów,  kiedy  jeszcze  nie  królował.  Oni  w  ogó-
le niewiele robili, ale nikt się ich nie czepiał.
Zaś druga to byli różni tam karierowicze, któ-
rych Tusk nie lubił, ale tolerował, no bo ktoś
w końcu musiał odwalać robotę. Najbardziej

zaś Tusk nie lubił Ćwiąkała – mini-

stra od katów, lochów i królewskich

siepaczy.

–  Słuchaj  no,  Ćwiąkał  –  rze-

cze  Tusk.  –  Źle  jest.  Kozę  ukra-

dli, i ja mam taki sondaż, że gło-

wa  boli. 

–  Najjaśniejszy  panie  –  od-

rzekł Ćwiąkał – ale ja mam na

głowie  rzeczy  sto  razy  waż-

niejsze niż jakaś zakichana

koza. Co, ja miałem jej pil-

nować,  czy  jak?

–  Nie  no,  tak  nie

można, rozumiesz – ob-

raził  się  Tusk.  –  Tu-

taj  chodzi  o  sondaż.

Ty  weź  jakoś  to  odkręć,  wiesz,  powiedz,  że
twoja  wina,  że  ci  przykro,  kogoś  tam  wy-
chłoszcz  albo  połam  kołem,  żeby  ludzie  wi-
dzieli,  że  coś  robimy. 

–  Ale  jakże  tak,  wychłoszcz?  Na  chybił

trafił?  –  zdumiał  się  Ćwiąkał.  –  Ja  jeszcze
nie  wiem,  kto  z  tą  kozą  zawinił.

– Diabła tam, kto zawinił! – zirytował się

król.  –  To  trzeba  zaraz  załatwić,  bo  zaczną
drążyć,  pytania  zadawać,  czemu  te  kozy  gi-
ną,  i  w  ogóle...  Mnie  się  PR  pogorszy!

–  Ja  tam  nic  nie  wiem  o  PR-ach  –  upie-

rał się Ćwiąkał. – Ja mogę zrobić dochodze-
nie. Nie będę nikogo chłostał gratis. To wszyst-
ko  kosztuje.

–  To  tak  ze  mną  pogrywasz?  –  wściekł

się  król.  –  To  ja  cię  wypędzam. 

– No i dobrze – stwierdził Ćwiąkał. – W du-

pie mam takiego króla.

I  poszedł.  Tusk  natomiast  zalecił,  by

wszystkich,  którzy  widzieli  ukradzioną  kozę,
łamać kołem i chłostać. Ludowi, który nie był
zbyt mądry, to się spodobało. Ależ się dziad
zawziął  –  mówił  lud  z  podziwem.  Gorzej 
z dworzanami. Ci już bowiem zdążyli poroz-
powiadać,  że  ta  koza  to  się  sama  gdzieś  za-
błąkała,  Ćwiąkał  jest  niewinny,  a  królowi  to
już  od  tych  PR-ów  odbija.  I  teraz  wyszli  na
kretynów. A jak dworzanin wychodzi na kre-
tyna,  to  zaczyna  spiskować.  Więc  po  jakimś
czasie, gdy w zamek trafił piorun, dworzanie
rozpuścili plotkę, że to wszystko przez Tuska
i jego sondaże. I lud Tuska przepędził. Amen.

MAGDA  HARTMAN

Niedzielny  wieczór.  Telefon.  Na
wyświetlaczu  „nasza  Joasia”,
w  słuchawce  „nasza  Joasia”,
ale...  zirytowana.  Mówi:  –  Mik-
ke  się  skorwił.

–  Co  takiego?  –  pytam  oszoło-

miony.

– Szlag mnie, Marek, trafia. Cho-

lera  bierze,  bo  kolejny  raz  widzę
ludzkie draństwo, prymitywne oszu-
stwo,  nieczystą  grę. 

Zdezorientowany ponawiam py-

tanie  i  dowiaduję  się,  że  chodzi  o
ogłoszony przez Onet.pl konkurs na
blog roku. Czyli na autora najciekaw-
szego  internetowego  pamiętnika,
dziennika, codziennego komentarza
– w każdym razie czegoś w tym rodza-
ju.  Świat  oszalał  na  punkcie  blogów,
są ich setki milionów, w Polsce ponad
trzy  miliony.  Naturalną  konsekwen-
cją jest więc ranking popularności. No
to Onet takowy ogłosił. Słusznie.

Słusznie jednak tylko dopóty, do-

póki gra jest jasna, czysta, jej zasady
przejrzyste, a internauci głosują wła-
snymi  kciukami,  wystukując  na  ko-
mórce  stosowny  SMS  poparcia  dla
swojego ulubieńca – blogera. Ale gra
czysta nie jest. Bo nazywa się Janusz
Korwin-Mikke. To, jak wiecie, tłuma-
czy wszystko, a nawet jeszcze więcej. 

Swojego bloga od dawna prowa-

dzi nasza Joasia i... wyżej wymienio-
ny  pa...  Chciałem  napisać  „pajac”,

ale palec zawisł mi nad klawiaturą,
no  bo  jakież  ja  mam  prawo  obra-
żać  bohaterów  opery  Leoncavalla
czy  postaci  komedii  dell’arte.

No więc ten panjac wymyślił so-

bie,  że  zrobi  wszystko,  dosłownie
wszystko, by Joasia nie wygrała. Każ-
dy: diabeł wcielony, morderca, gwał-
ciciel wielokrotny tudzież zbiorowy
może  uwieńczyć  skroń  wawrzynem
blogera  roku,  tylko  nie  Senyszyn.
No  i  knuje.  Na  swoim  blogu  i  na
swój  sposób.  A  jak  knuje?  A  tak,
że  powinien  zainteresować  się  tym
niezwłocznie  prokurator.  Na  razie
ja  się  zainteresowałem.

Oto co pisze panjac: „Lewicowa

hołota  i  inni  zboczeńcy  nie  powinni
pojawić się w finale”
. W innym miej-
scu  nazywa  Joasię  „profesoressą”
i  „czerwonym  cierniem”.  Byłbyż  to
swoisty  panjacowy  bełkot,  gdyby  nie
pewne  gdyby.  Otóż  otwarcie  twier-
dzi panjac, że ma wpływ na wynik gło-
sowania: „Na szczęście zgłosiła się oso-
ba, dzięki której otrzymuję (i będę otrzy-
mywał) te informacje, które mieć po-
winienem.  To  ułatwi  rozgrywkę
”.  Ja-
kie  to  informacje,  zdradza  innego
dnia,  rozgoryczony  nieco,  że  nie
wszystko  idzie  po  jego  myśli:  „Prze-
cież  pisałem,  że  znam  wyniki  na  bie-
żąco  –  i  skoro  prosiłem,  by  już  nie
głosować na Stanisława Michalkiewi-
cza, to widocznie coś wiedziałem”.

Co  to  oznacza  „już  nie  głoso-

wać na Michalkiewicza”? Otóż pan-
jac niemal z dnia na dzień ogłasza,
na kogo teraz głosy oddawać nale-
ży,  a  na  kogo  nie.  „Na  finiszu,  by
osiągnąć  zapowiadany  cel,  musimy
się  zasadniczo  przegrupować!  Tylko
tak  mamy  szansę” 
–  pisze.

Może  to  jednak  jest  jakiś  „sen

wariata śniony nieprzytomnie”, pro-
jekcja  marzeń  megalomana?  Otóż,
jak się wydaje, nie do końca. Do fi-
nałowej  rozgrywki  (dotarło  do  niej
100 z ponad 9 tys. blogów) nasza Jo-
asia weszła na trzecim miejscu. Przed
nią dwóch, zaraz za nią jeszcze pię-
ciu  z  listy  skorwionego  panjaca.  Li-
sty,  którą  –  jak  twierdził  –  manipu-
luje  i  wprowadził  ją  do  finału,  bo
wie, jak to zrobić. (Swoją drogą cie-
kawe,  co  na  to  Onet.pl  –  organiza-
tor „uczciwego” współzawodnictwa...)

Czy  to  jedyny  dowód  na  to,  że

coś tu nie gra? Że nie wszystko jest
fair? Niestety, wcale nie jedyny. Pe-
wien znany portal internetowy (skąd-
inąd sympatyczny i do tej pory rze-
telny), komentując piórem swojego
dziennikarza  (sprzyjającego  panja-
cowi) zmagania panjaca i Joasi, na-
pisał  coś  zdumiewającego: 

„Cóż, przez Joannę Senyszyn

przemawia zapewne nieco złości
z powodu poniesionej w konkur-
sie  klęski”.

Niesamowite! Finał konkursowe-

go plebiscytu za dwa tygodnie (9 lu-
tego),  a  on  –  redaktor  –  już  wie 
o  „klęsce”  Joasi.  Zapaliła  się  Wam
żaróweczka? Mnie niemal eksplodo-
wała, więc zatelefonowałem do rze-
czonego portalu i zapytałam
zazdrośnie,  jak  po-
siąść aż taką zdolność
antycypacji, prekognicji,
wieszczenia. Wszak dla
dziennikarza  to  skarb
wart wszystkich pienię-
dzy  świata.  Z  drugiej
strony  słuchawki  naj-
pierw  zapanowało
kłopotliwe milcze-
nie,  a  później
usłyszałem  za-
pewnienie,  że
oddzwonią  za
godzinkę.  Jak
ustalą  „co
jest 

czym

czego”. Fak-
tycznie 

od-

dzwonili. I bar-
dzo uradowani
oświadczyli, że
zaszło  „pewne
nieporozumienie”
i już dokonali „stosow-
nej  korekty”.  Natych-
miast wlazłem na por-
tal i przetarłem oczy

ze  zdumienia.  Teraz  bowiem  czy-
tałem:  „Cóż,  przez  Joannę  Se-
nyszyn przemawia zapewne nie-
co  złości  z  powodu  zbliżającej
się  klęski”.

No i to są dopiero jaja. Zgniłe.

Takie,  że  naprawdę  czuć  zatęchłą
woń  siarkowodoru.

Ale furda tam panjac, furda tam

niechętne, ba – wrogie naszej Joasi
portale... Bo skoro to wszystko tak
wygląda,  to  zwracam  się  do  sza-
nownych  Czytelników  „FiM” 
z  apelem  i  wielką  prośbą:  weź-
cie, Kochani, do rączek swoje ko-

mórki i wyślijcie SMS na nu-

mer 7144 o treści C00170.

(Uwaga!  W  treści  nie

wolno  robić  spacji,  czyli

odstępów, pierwsza jest

duża litera C, potem cy-

fry,  0  oznacza  zero.)

Pokażmy temu panjacowi, że się

nie damy i że nie damy na-

szej Joasi. My „lewicowa

hołota”  i  „wredni  anty-

klerykałowie”. Jeśli bę-

dzie nas wystarcza-

jąco  wielu,  Jo-

asia  wygra. 

A  to  ozna-

cza,  że  i  my

wygramy!

Wtedy,

panjacu, 
w  swoim

mizernym

panjaco-

watym  móżdż-

ku, zrozumiesz (co nie

jest jednak takie pewne),

że  ten  się  śmieje,  kto  się

śmieje ostatni. 

MAREK  SZENBORN

GŁASKANIE  JEŻA

BAJKI  DLA  DOROSŁYCH

JJaak

k Ć

Ćw

wiiąąk

kaałłaa w

wyyććw

wiiąąk

kaałł

ŚŚm

miieejj ssiięę,, ppaa((nn))jjaaccuu......

Fot.  PAP/Jacek  Bednarczyk

background image

Możliwość dokonywania wyboru
jest największą zdobyczą ludzko-
ści.  Nieważne,  czy  zawdzięcza-
my  ją  pramatce  Ewie  (która 
w kobiecym pędzie do wiedzy ze-
rwała jabłko i zaraz nieopatrznie
dała je Adamowi), zniesieniu nie-
wolnictwa i pańszczyzny, czy do-
piero  rozpowszechnieniu  się
względnej  zamożności. 

Ponieważ  jednak  „nie  ma  dar-

mowych obiadów”, za swobodę de-
cydowania  płaci  się  odpowiedzial-
nością  za  swoje  czyny. 

Wybór  stanowi  przeciwieństwo

narzucanej  przez  innych  woli. 

Wbrew powszechnemu mniema-

niu, zazwyczaj jest pozorny. W do-
datku  niewiele  daje,  bo,  jak  ma-
wiali już starożytni: cokolwiek uczy-
nisz,  będziesz  żałował.  Pomimo  to
nie wierzymy Spinozie, że wolność
jest  zrozumieniem  konieczności.
Może  i  słusznie.  Wszak  nie  jest  to
kwestia  wiary.

Wiary wymaga wyłącznie to, co

niesprawdzalne. Ponieważ w miarę
rozwoju  nauki  coraz  więcej  ujaw-
niamy i udowadniamy, wiara kurczy
się w postępie geometrycznym. Jesz-
cze nie tak dawno trzeba było wie-
rzyć, że naprawdę są takie zwierzę-
ta  jak  żyrafa,  i  sklepy,  w  których
półki uginają się pod atrakcyjnymi

towarami. Dziś widzimy wszystko na
własne  oczy.  W  naturze,  w  TV, 
w internecie. Świat się skurczył i stał
globalną  wioską,  w  której  wszyscy
o  wszystkim  wszystko  wiedzą.  No,
chyba  że  to  są  tajne  amerykańskie
więzienia.  Wiadomości  rozchodzą
się  już  nie  piechotą  czy  konno,  ale
z prędkością światła. Cesarz Bizan-
cjum  dowiedział  się  o  śmierci  Jo-
anny  d’Arc 
po  18  miesiącach. 
O  ataku  na  WTC  było  wiadomo
po  minutach.  Tylko  dyskusje  o  ist-
nieniu  Boga  wciąż  są  podobne. 

Ateiści twierdzą, że Boga nie ma.

Chrześcijanie  –  przeciwnie,  ale  już
bez  tej  żarliwości,  która  kiedyś  po-
zwalała im ginąć za wiarę. W Polsce
najbardziej zdeterminowani najwyżej
podadzą  ateusza  do  sądu  za  obrazę
uczuć  religijnych.  Jeszcze  tylko 
w Ameryce, korzystając z dobrodziej-
stwa posiadania broni, zastrzelą cza-
sem  bezbożnego  ginekologa,  który
się sprzeciwia woli bożej i dokonuje
aborcji.  Minister  Czuma pragnie
amerykańskie  doświadczenie  prze-
nieść na grunt III RP i dać taką moż-
liwość  swoim  rodakom.  Najwidocz-
niej uważa, że polityczno-ideologicz-
ne dysputy są u nas za mało krwiste.

W  odpowiedzi  na  liczne  chrze-

ścijańskie  akcje  autobusowe  i  bill-
boardowe,  grupa  ateistów  zaczęła

akcję  przekonywania  o  nieistnieniu
Boga. W Londynie i Barcelonie jeź-
dziły  autobusy  oklejone  napisami:
„Zła wiadomość jest taka, że Bóg nie
istnieje, a dobra – że go nie potrze-
bujesz”.  W  Genui  kierowcy  odmó-
wili prowadzenia tych „ateobusów”,
co w Polsce z dumą okrzyknięto „sro-
motną klęską ateistów”. Całkowicie
niesłusznie. W zlaicyzowanej i zbiu-
rokratyzowanej  Europie,  gdzie  już
mało kto na co dzień pamięta o Bo-
gu, „ateobusy” skłoniły ludzi do za-
stanowienia nad wiarą. 

W dodatku sam tekst jest moc-

no wątpliwy. Dlaczego wiadomość,
że Bóg nie istnieje, miałaby być zła?
Dla grzeszników jest ona bardzo do-
bra. Jak mówi znane, żartobliwe po-
wiedzenie:  jeżeli,  co  daj  Boże,  Bo-
ga nie ma, to chwała Bogu. Ale je-
żeli,  co  nie  daj  Boże,  Bóg  jest,  to
niech  nas  ręka  boska  broni.

Druga  część  hasła,  odnosząca

istnienie Boga do ludzkich potrzeb,
jest  już  ewidentnie  nieprawdziwa.
Większość  ludzi  potrzebuje  Boga.
Dlatego  go  sobie  wymyślili.  Nawet
ci  wątpiący  wychodzą  z  założenia,
że  bezpieczniej  jest  wierzyć,  bo  je-
śli Boga nie ma, to nic nie szkodzi,
a  jeśli  jest  –  może  się  przydać. 

JOANNA  SENYSZYN

www.senyszyn.blog.onet.pl

KATEDRA  PROFESOR  JOANNY  S.

2

22

2

RACJONALIŚCI

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

W

Wiieeddzzaa,, wwiiaarraa,, wwyybbóórr

Nic  nie  powróci.  Oto  czasy
już  zapomniane;  tylko  w  lustrach
zasiada  się  ciemność  w  moje  własne
odbicia  –  jakże  zła  i  pusta.

O  znam,  na  pamięć  znam  i  nie  chcę
powtórzyć,  naprzód  znać  nie  mogę
moich  postaci.  Tak  umieram
z  półobjawionym  w  ustach  Bogiem.

I  teraz  znów  siedzimy  kołem,
i  planet  dudni  deszcz  –  o  mury,
i  ciężki  wzrok  jak  sznur  nad  stołem,
i  stoją  ciszy  chmury.

I  jeden  z  nas  –  to  jestem  ja,
którym  pokochał.  Świat  mi  rozkwitł
jak  wielki  obłok,  ogień  w  snach
i  tak  jak  drzewo  jestem  prosty.

A  drugi  z  nas  –  to  jestem  ja,
którym  nienawiść  drżącą  począł,
i  nóż  mi  błyska,  to  nie  łza,
z  drętwych  jak  woda  oczu.

A  trzeci  z  nas  –  to  jestem  ja
odbity  w  wypłakanych  łzach,
i  ból  mój  jest  jak  wielka  ciemność.

I  czwarty  ten,  którego  znam,
który  nauczę  znów  pokory
te  moje  czasy  nadaremne
i  serce  moje  bardzo  chore
na  śmierć,  która  się  lęgnie  we  mnie.

Okienko z wierszem

N

ie  jestem  w  stanie  powiedzieć,  czy  można
po latach wybaczyć Niemcom ruiny Warsza-

wy  i  napis  nad  oświęcimską  bramą  „Praca  czyni
wolnym”. Nie jestem z pokolenia, które ma prawo
podejmować  takie  decyzje.  Gdy  jednak  myślę 
o  Krzysztofie  Kamilu  Baczyńskim,  zastrzelonym

przez swoich rówieśników noszących na wojskowych pasach na-
pis  „Bóg  jest  z  nami”,  ogarnia  mnie  złość.  I  smutek...  Co  mógł
jeszcze w przyszłości napisać ten ledwie dojrzały mężczyzna, sko-
ro  w  wieku  22  lat  w  wierszu  „Spojrzenie”  pisał  tak:

List otwarty do marszałka Bronisława Komorowskiego

Piszę  do  Pana  Marszałka  jako  do  konstytucyjnego  urzędu  RP,  a  nie  do  osoby  –  Bronisława  Komorow-
skiego,  będąc  świadomy  tego,  że  jako  urząd  ma  Pan  szczególny  obowiązek  przestrzegania  praw,  co
przysięgał  Pan  w  uroczyście  składanym  ślubowaniu  poselskim. 

Z  premedytacją  wprowadzam  rozróżnienie  pomiędzy  urzędem  a  osobą  na  nim  zasiadającą,  bo  urząd  jest  bezdusz-

ny, podporządkowany prawu i realizujący prawo, zatem nie podlega ewangelizacji, nie przyjmuje sakramentów, nie cho-
dzi  do  Kościoła,  spowiedzi,  chrztu  i  nie  umiera.  Jedynie  prawo  może  go  zmienić  lub  zlikwidować. 

Ponieważ  ponad  konstytucyjne  prawa  przedkłada  Pan  osobistą  wiarę,  będę  argumentował  Pańską  wiarą.  Wspo-

mnę tylko artykuły Konstytucji RP, które Marszałek Sejmu RP, jako urząd, łamie poprzez tolerowanie symbolu religijne-
go w sali obrad Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej: art. 1, 2, 7, 8, 9, 25, 28, 31, 32. Proszę Pana Marszałka o przeanali-
zowanie  tych  przepisów  i  wyciągnięcie  odpowiednich  wniosków,  dodam  do  tego  jeszcze  art.  1  Konkordatu.  A  co  na
ten  temat  mówi  najwyższe  prawo  watykańskiego  Kościoła  do  Bronisława  Komorowskiego?  Cytaty  za  Biblią,  Księgą
Wyjścia:  „Nie  będziesz  miał  innych  bogów  obok  mnie.  Nie  czyń  sobie  podobizny  rzeźbionej  czegokolwiek,  co  jest  na
niebie w górze i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im słu-
żył, gdyż, Ja, Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego
pokolenia  tych,  którzy  mnie  nienawidzą”. 

Przejdźmy teraz do preambuły Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Mówi ona m.in. „My, Naród Polski – wszyscy

obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga, jak i niepodzielający tej wiary (...), równi w prawach i powin-
nościach  wobec  dobra  wspólnego  Polski  (...)  pragnąc  na  zawsze  zagwarantować  prawa  obywatelskie,  a  działaniu  in-
stytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym
sumieniem, ustanawiamy tę Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na po-
szanowaniu  wolności  i  sprawiedliwości”.  I  dalej:  „Wszystkich,  którzy  dla  dobra  Trzeciej  Rzeczypospolitej  tę  Konstytu-
cję  będą  stosowali,  wzywamy,  aby  czynili  to,  dbając  o  zachowanie  przyrodzonej  godności  człowieka,  jego  prawa  do
wolności i obowiązku solidarności z innymi, a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospo-
litej  Polskiej”.  I  ja,  w  oparciu  o  tę  Konstytucję,  jako  pełnoprawny  obywatel,  niepodzielający  wiary  w  katolickiego  Bo-
ga,  w  imieniu  swoim,  szerokiego  grona  znajomych,  wielu  towarzyszy  z  mojej  organizacji,  obywateli  innych  wyznań,
również  niepodzielających  wiary  w  katolickiego  Boga,  agnostyków  i  ateistów,  wzywam Pana  Marszałka  Sejmu  Rze-
czypospolitej  Polskiej  do  przestrzegania  jej  postanowień. 

Wzorem wielu innych funkcjonariuszy urzędów państwowych i samorządowych może Pan Marszałek nie odpowia-

dać na moje wystąpienie. Oni łamiąc prawo w zakresie wywyższania wiary katolickiej i deptania praw obywatelskich,
również nie odpowiadają na wystąpienia do niech kierowane, powołując się na Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Pol-
skiej  w  słowach:  „Przecież  w  Sejmie  też  wisi”.  Jak  widać,  wisi,  nie  tylko  on,  jako  jedyny,  we  wszystkich  parlamen-
tach  Zjednoczonej  Europy,  ale  wisi  również  pogarda  dla  podstawowych  praw  i  wolności  obywatelskich  w  Rzeczypo-
spolitej  Polskiej. 

Stanisław  Błąkała,  Racja  PL  Kraków

Kontakty wojewódzkie RACJI Polskiej Lewicy

dolnośląskie

Jerzy Dereń 

tel. 0 698 873 975

kujawsko-pomorskie

Józef Ziółkowski

tel. 0 607 811 780

lubelskie

Ziemowit Bujko

tel. 0 606 924 771

lubuskie

Czesława Król

tel. 0 604 939 427

łódzkie

Halina Krysiak

tel. 0 607 708 631

małopolskie

Stanisław Błąkała

tel. 0 692 226 020

mazowieckie

Joanna Gajda

tel. 0 501 760 011

opolskie

Kazimierz Zych

tel. 0 667 252 030

podkarpackie

Andrzej Walas

tel. 0 606 870 540

podlaskie

Bożena Jackowska

tel. 0 502 443 985

pomorskie

Barbara Krzykowska

tel. 0 691 943 633

śląskie

Waldemar Kleszcz

tel. 0 606 681 923

świętokrzyskie

Józef Niedziela

tel. 0 609 483 480

warmińsko-mazurskie

Jan Barański

tel. 0 698 831 308

wielkopolskie

Witold Kayser

tel. 0 618 217 406

zachodniopomorskie

Tadeusz Szyk

tel. 0 510 127 928

R

RA

AC

CJ

JA

A  P

Po

olls

sk

kiie

ejj  L

Le

ew

wiic

cy

www.racja.org.pl, tel. (022) 620 69 66

Darowizny  na  działalność  RACJI  PL 

(adres:  ul.  E.  Plater  55/81,  00-113  Warszawa) 

ING  Bank,  nr  04  1050  1461  1000  0022  6600  1722 

(niezbędny  PESEL  darczyńcy  w  tytule  wpłaty)

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

2

23

3

ŚWIAT SIĘ ŚMIEJE

K

KR

RZ

ZY

ŻÓ

ÓW

WK

KA

A

P

Po

oz

ziio

om

mo

o::  1)  gdy  przyciśnie,  to  aż  piszczy,  5)  Święta  na  Ma-

zurach,  8)  ciasta  z  piasku,  10)  co  nakryjesz  kołdrą  z  krowy?,
11)  będzie  z  niego  miś  na  piątkę,  z  plusem,  14)  wieje  z  pacz-
ką  papieru,  15)  karierowicz,  którego  stworzył  Dołęga-Mosto-
wicz, 16) facet z rolki, 18) kupa gnoju, 19) belkami znaczona,
21) pięciu z zadęciem, 22) Jones z Fordem, 23) ona może rzu-
cić  pawia,  25)  ponoć  pieniądze  na  niej  właśnie  leżą,  26)  bo-
gini  prawa  i  sprawiedliwości,  29)  gdy  niewola  mu  zbrzydła,
przypiął  sobie  skrzydła,  30)  pierwszy  oka,  32)  osłucha  malu-
cha,  33)  skrót,  którym  nikt  nie  chodzi,  34)  ogórek  z  kwasem,
38)  policjantka  z  aspiracjami,  42)  figi  bez  pestek,  43)  wycho-
dząc bez niego, będziesz zdrów, 44) giełdowa umowa, 49) mo-
kra  robota,  54)  z  niej  stworzony  Maserati,  56)  E=mc

2

,  57)  ży-

je cacy dzięki tacy, 58) usypiacz w swetrze, 59) kolorowy na-
skórek,  63)  jak  w  psiarni,  65)  intryga  pierwszego  sekretarza,
68) o gazach z UAZ-a, 69) najważniejszy w gabinecie, 70) tam
są  od  rana  kupcy  przy  straganach,  71)  bezzałogowe  badanie
opinii publicznej, 72) szatan w kapeluszu, 73) jasny na śrubie,
74)  w  grillowym  serwisie,  75)  przysłowiowy  kruszec  niemo-
wy,  76)  zielony  z  hakiem,  77)  cały  naród  w  alienacji,  78)  sy-
rena  bez  silnika,  79)  pieści  panie  na  ekranie.
P

Piio

on

no

ow

wo

o::  1)  Testament  na  piśmie,  2)  sztuka  dla  kłótnika, 

3)  niejedno  zajście  spowodował,  4)  biegają  po  krzyżu,  5)  tam
robią  lody  za  pieniądze,  6)  powtórka  czarno  na  białym,  7)  robi
zdjęcia  z  atrapy,  8)  od  rana  rozmazana,  9)  ramiona  na  rzece,
12)  tę  wyspę  znam,  13)  strome  zgromadzenie,  17)  mądry  po-
śród baranów, 20) zaczyna się od dodatku, z jankesa, 23) ana-
tomiczne  centrum  świata,  24)  jest  czysta,  27)  do  niego  –  bez
reszty, 28) dusicielka, 29) tam był szach, a nie mat, 31) co ro-
bią głuszce w Tokio?, 35) szukaj go w polu, 36) nadaje w ka-
synie ton, 37) najlepsi z najlepszych, 39) Ryszardy z pędzelka-
mi,  40)  inflacja  nad  głową,  41)  w  tym  naczyniu  one  są, 
44)  jest  wyczerpany  na  końcu  rozmowy,  45)  specjalny  w  wy-
wiadzie,  46)  władza  go  rozsadza,  47)  poznasz  prosię  po  tym
głosie,  48)  boi  się  wpadki  bardziej  niż  nastolatki,  49)  nad-
wrażliwość na dwa fronty, 50) tam pochlebców chór, 51) uwiel-
bia  procenty,  52)  Kiepura  lub  Cura,  53)  lufa  bez  muszki, 
55)  wyższa  forma  turystyki,  56)  biuro  wystawiania  recept, 
60)  duży  z  burzy,  61)  pierożek  w  filiżance,  62)  mowa  bazaro-
wa,  64)  powtarza  z  uporem,  65)  wielki  slalom,  66)  imitacja 
z  Cezara,  67)  ma  okulary,  ale  w  nich  nie  chodzi.

L

Liitte

erry

y  z

z  p

óll  p

po

on

nu

um

me

erro

ow

wa

an

ny

yc

ch

h  w

w  p

prra

aw

wy

ym

m  d

do

olln

ny

ym

m  rro

og

gu

u  u

uttw

wo

o-

rrz

ą rro

oz

zw

wiią

ąz

za

an

niie

e z

z c

cy

yk

kllu

u „

„N

Niie

ez

za

ap

po

om

mn

niia

an

ne

e s

słło

ow

wa

a w

wy

yb

brra

ńc

ów

w n

na

a-

rro

od

du

u”

”  ((L

Le

es

sz

ze

ek

k  M

Miilllle

err))

Rozwiązanie  krzyżówki  z  numeru  3/2009:  „Bogu,  co  boskie,  cesarzowi,  co  cesarskie.  A  co  ludziom?”.  Nagrody  otrzymują:  Roman  Czaicki  z  Zakopanego,  Zofia  Lelujka  z  Ostrołęki,  Jerzy  Kukulski  ze
Szczecinka.  Aby  wziąć  udział  w  losowaniu  nagród,  wystarczy  w  terminie  7  dni  od  ukazania  się  aktualnego  numeru  „FiM”  przesłać  hasło  krzyżówki  e-mailem  na:  wiktoria@faktyimity.pl  lub  pocztą
na  adres  redakcji  podany  w  stopce.

TYGODNIK FAKTY i MITY (ISSN 356441); Prezes zarządu i redaktor naczelny: Roman Kotliński (Jonasz); Zastępcy red. naczelnego: Marek Szenborn, Adam Cioch; Sekretarz redakcji: Paulina Arciszewska;
Dział reportażu: Ryszard Poradowski – tel. (42) 630 72 33; Dział historyczno-religijny: Bolesław Parma, e-mail: parmab@wp.pl; Redaktor graficzny: Tomasz Kapuściński; Fotoedycja: Karol Strzelecki; Dział
promocji i reklamy: tel. (42) 630 73 27; Dział łączności z czytelnikami: (42) 639 85 41; Adres redakcji: 90-601 Łódź, ul. Zielona 15; e-mail: faktyimity@faktyimity.pl, tel./faks (42) 630 70 65; Wydawca: „BŁAJA News”

Sp. z o.o.; Sekretariat: tel./faks (42) 630 70 65; Druk: POLSKAPRESSE w Łodzi. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do adiustacji i skracania tekstów.

WARUNKI PRENUMERATY: 1. W Polsce przedpłaty przyjmują: a) Urzędy pocztowe i listonosze. Cena prenumeraty – 39 zł za jeden kwartał; b) RUCH SA. Wpłaty  przyjmują  jednostki  kolportażowe  RUCH  SA  w miejscu zamieszkania prenumeratora. 2. Prenumerata zagraniczna: Wpłaty w PLN

przyjmuje  jednostka  RUCH  SA  Oddział  Krajowej  Dystrybucji  Prasy  na  konto  w  PEKAO  SA  IV  O/Warszawa  nr  68124010531111000004430494  lub  w  kasie  Oddziału.  Informacji  o  warunkach  prenumeraty  udziela  ww.  Oddział:  01-248  Warszawa,  ul.  Jana  Kazimierza  31/33,  tel.:  0  (prefiks)  22  532

87 31, 532 88 16, 532 88 19; infolinia 0 800 12 00 29. Prenumerata zagraniczna RUCH SA płatna kartą płatniczą na www.ruch.pol.pl 3. Prenumerata w Niemczech: Verlag Hûbsch & CO., Dortmund, tel. 0 231 101948, fax 0 231 7213326. 4. Dystrybutorzy w USA: New York – European 

Distribution  Inc.,  tel.  (718)  782  1135;  Chicago  –  J&B  Distributing  c.o.,  tel.  (773)  736  6171;  Lowell  International  c.o.,  tel.  (847)  349  1002.  5.  Dystrybutor  w  Kanadzie: Mississauga  –  Vartex  Distributing  Inc.,  tel.  (905)  624  4726.  Księgarnia  „Pegaz”  –  Polska  Plaza  Wisła,  tel.  (905)  238  9994. 

6. Prenumerata redakcyjna: cena 39 zł za kwartał (156 zł za rok). Wpłaty (przekaz pocztowy) dokonywać na adres: BŁAJA NEWS, 90-601 Łódź, ul. Zielona 15. 7. Zagraniczna prenumerata elektroniczna: p-ele@faktyimity.pl. Szczegółowe informacje na stronie internetowej http://www.faktyimity.pl 

Prenumerator  upoważnia  firmę  „BŁAJA  News”  Sp.  z  o.o.  ul.  Zielona  15,  90-601  Łódź,  NIP:  725-00-20-898  do  wystawienia  faktury  VAT  na  prenumeratę  tygodnika  „Fakty  i  Mity”  bez  podpisu.

Zaczęła się elementarna nauka Jasia. Ojciec posłał go do szkoły publicznej. Po miesiącu na-

uczycielka  wzywa  ojca  chłopca  i  mówi  mu,  że  Jaś  jest  diabłem  wcielonym,  wszyscy  się  go
boją, dziewczynki nie mogą spać po nocach po jego wybrykach i w związku z tym usuwa go
ze szkoły. Ojciec zapisał więc Jasia do szkoły prywatnej. Po miesiącu nauczycielka wzywa go
i  historia  się  powtarza  –  opowieści  o  znerwicowanych  kolegach  i  koleżankach,  połamanych
meblach  itp.  Ojciec  wymyślił  więc,  żeby  Jasia  zapisać  do  szkoły  jezuitów  (że  niby  Bóg  to
ostatnia  deska  ratunku  dla  syna).  Po  miesiącu  jezuici  wzywają  ojca  Jasia  na  wywiadówkę.
Ten,  przygotowany  na  najgorsze,  przychodzi  i  słyszy,  że...  dawno  takiego  porządnego  ucznia
nie  mieli.  Pomaga  kolegom,  zawsze  jest  przygotowany,  uczy  się  pilnie  itp.  Ojciec  –  w  szoku,
że  syn  doznał  takiej  przemiany  –  pyta  Jasia,  co  ją  spowodowało.  Jaś  na  to: 

–  Ojciec,  bo  tam  jest  tak:  wchodzisz  do  szkoły,  a  tam  na  korytarzu  człowiek  na  krzyżu,

idziesz  na  stołówkę  –  wisi  człowiek  na  krzyżu,  u  dyrektora  –  człowiek  na  krzyżu.  Ojciec!  Ja
nie  miałem  wyjścia,  ja  chcę  żyć!

Lody  po  węgiersku

background image

Nr 5 (465) 

30 I – 5 II 2009 r.

2

24

4

JAJA JAK BIRETY

Rys. 

Tomasz 

Kapuściński

Ś

ŚW

WIIĘ

ĘT

TU

US

SZ

ZE

EN

NIIE

E

Hojność pani Hani

Warszawa  to  jedyna,  obok  albańskiej  Tirany,  stolica  europejska
pozbawiona  obwodnicy  drogowej.  Ale  miasto  stołeczne  widzi  pil-
niejsze  potrzeby... 

Fot.  L.S.

M

inister niemieckiej propagan-
dy  Joseph  Goebbels,  który

w latach wojny sprawował total-
ną  władzę  nad  wszelkimi  aspek-
tami życia kulturalnego, znany był
ze swoich licznych romansów. 

Chociaż facet był niski i mało uro-

dziwy, potrafił tak oczarować kobie-
ty,  że  te  nie  mogły  mu  się  oprzeć.
Magda,  żona  Josepha,  przykładna
żona, matka i Niemka oddana całym
sercem Hitlerowi (ponoć była w nim
zakochana), tolerowała romanse mę-
ża, dopóki ten nie związał się z cze-
ską aktorką Lidą Baarovą.

Kobieta pojawiła się w Niemczech

pod  koniec  1934  roku,  by  zagrać 
u  boku  amanta  faszystowskiej  kine-
matografii – Gustawa Frölicha. Mia-
ła 20 lat, niezwykłą urodę i talent dra-
matyczny,  który  nie  tylko  stworzył 
z niej gwiazdę, ale sprawił, że zosta-
ła  kochanką  wspomnianego  aktora.
Para planowała ślub, do którego za-
pewne by doszło, gdyby na drodze ak-
torki  nie  pojawił  się  Goebbels.  Spo-
tkali się w wytwórni „Ufa”, gdzie mi-
nister – oczarowany Lidą – zaczął ją
nachalnie podrywać w jednym z tam-
tejszych studiów. Kiedy Frölich zoba-
czył  Josepha  całującego  Baarovą  po
szyi,  dostał  szału  i  spoliczkował  mi-
nistra.  Lida  zaczęła  błagać  adorato-
ra, by ten okazał litość dla jej narze-
czonego. Goebbels, zauroczony pięk-
ną Czeszką, zażądał od Frölicha prze-
prosin  i  sprawę  uznał  za  niebyłą.

Pozornie jednak, bowiem wkrótce mi-
nister odbił aktorowi ukochaną. O ile
wcześniejsze  romanse  były  dla  Jose-
pha  bez  znaczenia,  o  tyle  w  Lidzie
naprawdę się zakochał. Obsypywał ją
kwiatami i upominkami, a Berlin aż
huczał  od  plotek.  Takiego  upo-
korzenia  Magda  Goeb-
bels  nie  mogła
znieść.  Pewne-
go  dnia  po  pro-
stu zaprosiła prze-
rażoną tym faktem
rywalkę  do  swojego
domu, żeby spokojnie,
acz stanowczo z nią po-
rozmawiać.  Zdradzona
żona jasno dała do zrozu-
mienia Lidzie, że kochać Jo-
sepha, owszem może, ale nie
wolno jej urodzić mu dziecka. Baaro-
va,  dla  której  stało  się  jasne,  że  po-
zostaje jej rola nałożnicy, zaczęła na-
kłaniać  kochanka,  by  ten  wyjechał 
z nią do jednej z republik południo-
woamerykańskich  i  tam  objął  urząd
ambasadora Rzeszy. Gdy owa wiado-
mość  dotarła  do  pani  Goebbels,  ta
kazała  mężowi  wynosić  się  z  domu,
grożąc dodatkowo rozwodem. 

Führer, dowiedziawszy się o wszyst-

kim, wezwał do siebie ministra, żąda-
jąc, by ten przestał widywać się z Ba-
arovą. Następnego dnia Czeszka przy-
musowo  znalazła  się  u  szefa  berliń-

skiej  policji  i  otrzymała  roz-

kaz opuszczenia stolicy i za-

pomnienia o Goebbelsie. 

Nie  opuściła  jednak

miasta,  licząc,  że  mini-

ster  będzie  próbował

się  z  nią  skontakto-

wać. Wyjechała wte-

dy,  gdy  zobaczyw-

szy  dawnego  ko-

chanka na ulicy,

nie dostrzegła w je-

go  spojrzeniu  żadnego

uczucia. W tym czasie Hitler w cią-

gu zaledwie 15 minut doprowadził do
pogodzenia zwaśnionego małżeństwa.
Po  tym  zdarzeniu  aktorka  wyjecha-
ła z Niemiec, by zacząć występować
w filmach czeskich i włoskich.

Pod  koniec  wojny,  kiedy  mini-

ster palił swoje dokumenty, odnalazł 
w nich zdjęcie Baarovej. Ponoć miał
wówczas powiedzieć do swego osobi-
stego  sekretarza:  –  Piękna  kobieta,
prawda? No cóż, do ognia ją!  PAR

FFaasszzyyssttaa ii aakkttoorrkkaa

KRYMINALNA  HISTORIA  KINA  (11)