background image

Biolog jak detektyw

Rozmowa z prof. Marileną Cipollaro

Tak jak dzisiaj praktycznie nie ruszamy się bez karty płatniczej, tak niebawem nie 
wyjdziemy z domu bez naszego osobistego kodu numerycznego

Jako pierwsza obejrzała pani pod mikroskopem DNA antycznych mieszkańców 
Pompejów. Jakie to wrażenie? 

Niezwykłe. Wie pani dlaczego? Dlatego, że do końca nie wierzyliśmy, że je znajdziemy. 
Byliśmy przekonani, że podczas wybuchu wulkanu panowała bardzo wysoka 
temperatura, a co za tym idzie, że DNA się nie zachowało. Fakt, że je znaleźliśmy, 
oznacza, że temperatura nie mogła być wysoka. Wulkanolodzy znaleźli w domostwie 
zwanym Casa dei Casti Amanti lapille, które powstają, gdy popiół wejdzie w kontakt z 
parą wodną. Gdyby temperatura była wyższa, nie byłoby wody. Mówię zawsze o tym 
zarówno moim studentom, jak i kolegom na międzynarodowych zjazdach, bo to jasno i w 
sposób oczywisty tłumaczy obecność DNA w szkieletach znalezionych w Pompejach. 

Dlaczego fakt, że w Pompejach szkielety perfekcyjnie się zachowały, wzbudził tak 
ogromne zainteresowanie naukowców? 

Jeśli w jakimkolwiek innym kraju bada się DNA antyczne 
(kopalniane), naukowiec ma do dyspozycji przede 
wszystkim fragmenty kostne pochodzące z nekropolii, co 
bardzo komplikuje badania, gdyż trzeba uwzględnić 
ogromną ilość czynników – wilgoć, zmiany zachodzące w 
ziemi, temperaturę czy działanie bakterii. Badając 
fragmenty szkieletów z Pompejów, nie znaleźliśmy DNA 
bakteryjnego. Kości pompejańskie dobrze się 
przechowały, popiół i inne materiały piroklastyczne 
doskonale ochroniły je przed bakteriami. A to dla badaczy 
oznacza niezwykle dużo. 

Mieszkańcy Pompejów jak żywi 

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu szkielety czy kości 

znajdowane w Pompejach wędrowały do skrzynek, dziś dzięki biologii 
molekularnej pozwalają określić wiek, płeć i pokrewieństwo antycznych 
mieszkańców miasta. 

Badaliśmy 13 szkieletów z domu bogatego eksniewolnika Polybiusa. Okazało się, że 
oprócz samego gospodarza, który musiał mieć około 65 lat, znaleźliśmy jego sześcioro 
dzieci: pięciu synów i jedną córkę. Dziewczyna miała około 18 lat i była w ostatnim 

background image

stadium ciąży, o czym świadczą kostki znalezionego obok płodu. Wśród pozostałych 
szkieletów nie było natomiast matki rodzeństwa, można więc przypuszczać, że w chwili 
wybuchu znajdowała się poza domem lub Polybius miał drugą, młodszą żonę. Istnieje 
też trzecia hipoteza – ponieważ brzemienna córka Polybiusa trzymała za rękę swego 
najmłodszego – dwu-, trzyletniego brata, matka mogła umrzeć podczas porodu. 

Czy są to pewne badania? 

Na początku było mnóstwo sceptycyzmu, ludzie nie wierzyli w rezultaty. Gdy pracuje się 
na DNA antycznym, badacz musi być ogromnie ostrożny, żeby nie analizować swojego 
DNA. Technika badania genów jest bardzo efektywna, ale nie rozróżnia DNA antycznego 
i współczesnego. Na przykład – przygotowuję moje probówki i rozmawiam z panią – z 
moich ust mogą wydostać się ze śliną komórki, które trafiając do probówki, rozbiją się i 
uwolnią DNA, które nałoży się na badane DNA antyczne. Jest wiele publikacji, które 
trzeba przyjąć ze sporą rezerwą. Ten typ badań staje się jednak coraz bardziej 
wiarygodny i dzięki temu coraz popularniejszy. Kongres w Australii dwa lata temu pokazał 
ogromny postęp w tej dziedzinie, najbardziej rozwinęły się badania nad starożytnymi 
chorobami, zwłaszcza gruźlicą. Bardzo ciekawie zapowiada się tegoroczny kongres w 
Łodzi.
Jeśli chodzi o nasze badania – niektóre nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości, na 
przykład rozróżnianie płci. Płeć identyfikujemy, badając proteinę zawartą w zębach, 
konkretnie w zębinie. Gen ten jest obecny zarówno w chromosomie X, jak i chromosomie 
Y, z niewielką różnicą – ten obecny w X jest krótszy, ma, obrazowo mówiąc, sześć 
cegiełek mniej, jeśli jest dłuższy, czyli ma 112 cegiełek, stanowi część chromosomu Y. W 
przypadku pokrewieństwa wygląda to już inaczej. Nasze badania nad 13 szkieletami 
znalezionymi w domu Polybiusa prowadziliśmy, opierając się na DNA mitochondrialnym, 
które dziedziczy się po matce – możliwe więc, że wśród sześciu szkieletów, które 
zidentyfikowaliśmy jako rodzeństwo, mógł się znaleźć kuzyn po kądzieli. 

2 tys. lat od wybuchu Wezuwiusza naukowcom udało się odtworzyć twarze 
mieszkańców Pompejów. Na ile rekonstrukcja jest wiarygodna? 

Od lat podejmowano tego rodzaju próby, były one jednak dość rzemieślnicze, używano 
plasteliny. My dokonaliśmy rekonstrukcji twarzy antycznych za pomocą algorytmów. 
Istnieją algorytmy, które są w stanie odtworzyć rysy, oczywiście z wyjątkiem nosa i uszu, 
bo to chrząstka. Jak to się robi? Trzeba stworzyć bazę danych współczesnych twarzy, 
robiąc trójwymiarową tomografię czaszki i jednocześnie tej samej osobie robi się skan 
części miękkich twarzy. Mając bazę danych twarzy i przyporządkowanych im czaszek, 
robimy tomografię czaszki antycznej, wprowadzamy otrzymane wyniki do naszej bazy 
danych z poleceniem wybrania najbardziej podobnej. Czy pani wie, co jest 
najtrudniejsze? Zbudowanie bazy danych – nie można poprosić zwykłej osoby o 
zezwolenie na zrobienie jej tomografii komputerowej twarzy i czaszki, możemy 
wykorzystać dane pacjentów, którzy muszą być poddani tomografii ze względu na ich 
stan zdrowia. 

background image

Badała pani również DNA pompejańskich koni. 

Badaliśmy pięć szkieletów zwierzęcych znalezionych w domostwie znanym pod nazwą 
Casa dei Casti Amanti i jeden z Herkulanum. Ze względu na niewielkie rozmiary szkielety 
pompejańskie uznawane były za ośle. Badając DNA, absolutnie wykluczyliśmy tę 
możliwość. Z całą pewnością nie są to osły. Są to konie lub muły. Badania nad DNA 
mitochondrialnym pokazały, że nie należały do jednej wyselekcjonowanej rasy, to 
oznacza, że starożytni Rzymianie nie przykładali wagi do rasy koni, kupowali je w 
różnych obszarach, mieli szeroki dostęp do rynków zbytu – oczywiście wszystko to 
wiemy z przekazów historycznych, a teraz potwierdziło się to dzięki naszym badaniom. 

GMO – plusy i minusy 

W swoich badaniach nie zajmuje się pani wyłącznie przeszłością. Szefuje pani 
pierwszemu włoskiemu centrum powołanemu do kontroli produktów genetycznie 
modyfikowanych – jakie są jego zadania? 

Unia Europejska zezwala na sprzedaż produktów zawierających zmodyfikowaną 
kukurydzę, soję, rzepak i bawełnę. Naszym zadaniem jest analiza tych właśnie 
produktów. Weźmy na przykład paczkę krakersów – w jednym ciastku może być więcej 
niż jeden produkt GMO, może zawierać zmodyfikowaną soję, kukurydzę, olej, czekoladę. 
Na czym polega trudność – otóż na tym, że w przypadku produktów spożywczych mamy 
do czynienia z DNA mocno uszkodzonym, to normalne, bo przecież mąka to zmielone 
ziarno, czyli DNA uszkodzone mechanicznie, potem poddane obróbce w wysokiej 
temperaturze, bo ciastko trzeba upiec. 

Czyli macie do czynienia z nieźle zmaltretowanym DNA... 

Można to tak obrazowo nazwać. W gruncie rzeczy sytuacja badawcza jest porównywalna 
do badań nad DNA antycznym. Mamy bowiem obowiązek certyfikowania nie tylko 
produktu finalnego, ale i wszystkich produktów wchodzących w jego skład, bo w każdym 
momencie może być wprowadzony element zmodyfikowany. 

Od ponad roku obowiązuje rozporządzenie Unii Europejskiej, zgodnie z którym 
etykietka powinna informować, czy dany produkt zawiera składniki genetycznie 
zmodyfikowane. Kiedy możecie wydać certyfikat, że dany produkt jest GMO free? 

Gdy zawartość GMO jest mniejsza niż 0,9% – tak stanowi prawo unijne. 

Praktycznie producenci artykułów spożywczych powinni mieć interes w tym, żeby 
na ich produktach znalazł się taki właśnie napis, bo konsumenci nie mają zaufania 
do artykułów modyfikowanych genetycznie, przynajmniej w Europie. W Stanach 
Zjednoczonych przeciętny obywatel jest bardziej otwarty. Kto ma rację? 

background image

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie jestem w stanie stwierdzić, jaki mają 
wpływ na nasze zdrowie – pozytywny czy negatywny – bo to jest pytanie najważniejsze. 
Ale żeby na nie odpowiedzieć, trzeba czasu. 

Mówi się o różnego rodzaju alergiach... 

Jeśli zmienimy genetycznie roślinę, w gruncie rzeczy wprowadzimy DNA, którego 
wcześniej tam nie było, może się zdarzyć, że ktoś, kto jest uczulony na daną proteinę, 
ucierpi. 

Czy GMO rzeczywiście zagrażają naturalnym uprawom? 

W basenie Morza Śródziemnego, jak i praktycznie w całej Europie, mamy niezwykłe 
bogactwo roślinne, jeśli chcemy je zachować, a uważam, że to nasz obowiązek w 
stosunku do następnych pokoleń, trzeba otwarcie powiedzieć, że duże uprawy GMO są 
zagrożeniem; przede wszystkim dlatego, że rośliny modyfikowane są fizycznie silniejsze i 
mogą zdominować, a z biegiem czasu wyprzeć, te naturalne. W Europie nie mamy 
rozległych terenów uprawowych takich jak w USA, gdzie można całe hektary obsiewać 
ziarnem modyfikowanym, my mamy niewielkie skrawki ziemi, gdzie jedne uprawy 
graniczą z drugimi. I to jest właśnie niebezpieczne. DNA niektórych roślin genetycznie 
zmodyfikowanych ma zdolności powielania się horyzontalnego, dlatego jest 
rozporządzenie, które stanowi, jaka powinna być odległość między uprawą GMO i 
uprawą naturalną. W Europie prawo zakazuje upraw GMO, możliwa jest jedynie 
produkcja, sprzedaż i konsumpcja artykułów spożywczych wyprodukowanych na bazie 
składników poddanych modyfikacji genetycznej. 

Czy w krajach takich jak Indie albo Chiny, gdzie należy nakarmić ogromne rzesze 
ludzi, GMO jest dobrym rozwiązaniem? 

Oczywiście. Ponieważ są to uprawy bardzo odporne i gwarantują wyższe zbiory. I jest to, 
rzeczywiście, szansa na walkę z głodem. Nie wszystkim się to jednak podoba. Zawsze 
wchodzą w grę pieniądze. Nie wiem, czy pani sobie przypomina aferę z ziarnem o 
nazwie Terminator – zostało ono tak zmodyfikowane, że nadawało się tylko do 
jednokrotnego zasiewu, na drugi rok rolnik musiał kupić nowe ziarno, na szczęście 
zostało ono wycofane z produkcji. 

Czy to prawda, że ziemia przyzwyczaja się do roślin GMO i nie można wrócić do 
upraw naturalnych? 

Nie użyłabym terminu „przyzwyczaja się” – zachodzi inny proces, ale skutek jest ten 
sam, ponieważ pozostaje w ziemi, nazwijmy to, „zapis” danej rośliny, zanim gleba się od 
niego uwolni, potrzeba czasu. 

background image


Kod genetyczny może uratować życie 

Biologia molekularna to nauka dość młoda... 

Liczy sobie niespełna pół wieku, punktem wyjściowym może być odkrycie struktury DNA 
przez Watsona i Cricka. Ale już sporo wniosła i ciągle wnosi do naszej wiedzy o tym, 
skąd wychodzimy i dokąd zmierzamy. 

Co uznaje pani za największe odkrycie? 

To, że neandertalczyk nie jest naszym przodkiem. Nawet jeśli pomiędzy człowiekiem 
neandertalskim i homo sapiens upłynęło 40 tys. lat, różnice w DNA mitochondrialnym są 
zbyt duże, abyśmy mogli być spokrewnieni. Pewność ta bierze się stąd, że znamy 
szybkość zmian DNA mitochondrialnego. Biorąc pod uwagę szybkość ewolucji DNA, nie 
jesteśmy następcami neandertalczyka, prawdopodobnie naszym praprzodkiem jest jakiś 
jego kuzyn. 

A co panią najbardziej zdumiało podczas badań nad DNA? 

To, w jak doskonały sposób DNA zachowało się w Pompejach i w Herkulanum. Ja i moi 
współpracownicy byliśmy pewni, że nie znajdziemy DNA – fakt, że je znaleźliśmy, 
mogliśmy badać, był ogromnym przeżyciem. Przypominam sobie emocje, jakie nam 
towarzyszyły, kiedy mieliśmy przed sobą pierwszą sekwencję nukleotydową mieszkańca 
Pompejów sprzed 2 tys. lat. 

Biologia molekularna wykorzystana jest także w medycynie sądowej. 

Również w diagnostyce, w gruncie rzeczy są to podobne techniki. Czy ma pani przed 
oczyma etykietkę cyfrową jakiegokolwiek produktu, który kupujemy w sklepie? Otóż – 
genom to taka właśnie etykietka człowieka. Ja i pani możemy mieć dwa takie same 
numery, trzy, ale nie wszystkie 15 – dlatego analizując np. ślad krwi, mogę powiedzieć, 
że dana krew należy do określonego osobnika i tylko do niego, że jestem dzieckiem 
danej matki i danego ojca itp. Tak jak dzisiaj nie ruszamy się praktycznie bez karty 
płatniczej, telefonicznej, różnego rodzaju elektronicznych kart wstępu itp., niebawem nie 
wyjdziemy z domu bez naszego osobistego kodu numerycznego. 

To straszne... 

Niezupełnie. W wielu przypadkach taki właśnie kod może uratować życie. Zilustruję to 
przykładem – ja mogę w części mego DNA mieć zapis, że dany lek jest w moim 
przypadku skuteczny, inna osoba cierpiąca na tę samą chorobę może nie reagować na 
dany lek lub zgoła być na niego uczulona – wszystkie tego typu informacje znajdą się w 
naszym kodzie cyfrowym. W przyszłości lekarz, zanim przepisze nam lek, obejrzy nasz 

background image

kod. Farmakogenomika to obecnie najbardziej rozwijająca się dziedzina badań. To 
prawdziwa rewolucja. Tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się bal – jak się zachowuje te 
35 tys. genów, które są w naszej komórce, jakie są relacje między nimi, co należy zrobić, 
żeby jednemu ułatwić funkcjonowanie w stosunku do drugiego lub przeciwnie – 
uniemożliwić, gdy powiem jednemu genowi, że nie może działać, co stanie się z 
pozostałymi genami, które są z nim w kontakcie – to jest nasza przyszłość. 
Farmakogenetyka i farmakogenomika to jest to, co nas czeka. 

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. 

To fakt. W USA już dawno pojawił się problem, ale zaczyna się i tutaj, z polisami 
ubezpieczeniowymi. Przed założeniem polisy klient musi zrobić szczegółowe badania, 
tzw. diagnozę ryzyka. Jeśli się okaże, że w niedługim czasie zachoruje na ciężką lub 
nieuleczalną chorobę, nie tylko nie założą mu polisy, ale jego życie zmieni się w koszmar. 
Ale, oczywiście, nie zatrzyma to rozwoju nauki. 

A co pani profesor myśli o eksperymentach na embrionach? 

Jestem absolutnie przeciwna. Tego rodzaju eksperymenty to wykorzystywanie życia – 
mogłoby to być moje życie i z pewnością nie byłabym z tego zadowolona. Obok aspektu 
naukowego istnieje aspekt etyczny. Jestem natomiast za wykorzystaniem dorosłych 
komórek macierzystych. 

Czy zagraża nam modyfikacja genomu? 

Prawo zabrania tego rodzaju eksperymentów i przynajmniej na razie jest respektowane. 
Zawsze znajdzie się jakiś szaleniec, ale jak do tej pory wszelkie oświadczenia w tej 
dziedzinie okazały się fałszywym alarmem, nie potwierdziły się. Na szczęście, bo 
oznaczałoby to modyfikację rasy ludzkiej. 

Prof. Marilena Cipollaro – pracuje na wydziale Medycyny Eksperymentalnej 
Drugiego Uniwersytetu w Neapolu (Seconda Universita degli Studi di Napoli). 
Specjalizuje się w badaniach nad DNA mieszkańców antycznych Pompejów. Prof. 
Cipollaro jest również dyrektorem pierwszego włoskiego centrum 
diagnostycznego zajmującego się produktami genetycznie modyfikowanymi
 

Małgorzata Brączyk/27.09.2006 10:26