background image

BENTE PEDERSEN 

CIENIE PRZESZŁOŚCI 

background image

Nastała  zima,  czas  ciszy  i  zadumy.  Maja  poddała  się  samotności,  której  żadna  inna 

pora roku nie obnaża tak dotkliwie. 

Mrok  nocy  polarnej  skrywał  przed  wszystkimi,  tylko  nie  przed  nią,  brutalną  prawdę, 

ż

e  jest  przeraźliwie  sama.  Wydeptana  w  śniegu  ścieżka  do  jej  domu  przypominała  cienkie 

pasemko.  Goście  nie  schodzili  się  tu  gromadnie.  Maja  nie  utrzymywała  kontaktów  z  nikim 

poza członkami swojej rodziny, a i z nimi tylko sporadycznie. 

Sama, ciągle sama. 

Ludzie we wsi zarzucali jej wyniosłość. Uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że 

mieszka w domu należącym niegdyś do matki, szeptali między sobą. 

Ci,  którzy  pamiętali  Raiję,  mówili,  że  Maja  Bakken  coraz  bardziej  upodabnia  się  do 

niej. Nie tyle może z wyglądu, co z zachowania. 

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, powtarzali, kiwając głowami. 

Maja tęskniła za Elise. 

W  dzieciństwie  nie  lubiła  przybranej  siostry,  niekiedy  z  trudem  tłumiła  w  sobie 

głęboką  niechęć  do  niej,  a  gdy  dorosły,  trzymała  ją  na  dystans.  Przywykła  skrywać  przed 

otoczeniem swoje myśli i tajemnice. 

Elise tak naprawdę stała się jej przyjaciółką krótko przed wyjazdem do Tornedalen. 

Maja  w  głębi  serca  tęskniła  za  matką,  ale  nauczyła  się  z  tym  żyć.  Właściwie  nie 

kochała Raiji, tęsknoty za nią jednak nie potrafiła zagłuszyć. Tęsknota i nienawiść wzajemnie 

się przeplatały, przypominając dwugłową bestię. Maja lękała się ich obu. 

O  wiele  gorzej  zniosła  utratę  Elise,  która,  poślubiwszy  Mattiego,  wyjechała  w  jego 

rodzinne strony. Całym sercem radowała się szczęściem siostry i nie zazdrościła jej, mimo że 

właściwie to Elise mogła zostać żoną Simona Bakkena. 

Los, Opatrzność, a może złe moce sprawiły, że stało się inaczej. 

Maja dostała za męża Simona, choć wcale tego tak bardzo nie pragnęła. Dostała go i 

zaraz,  równie  nieoczekiwanie,  straciła.  Potem  na  świat  przyszło  ich  dziecko,  synek.  Nie 

zdążyła  go  nawet  wziąć  w  ramiona,  a  kiedy  zgasło  w  nim  życie,  w  ogóle  na  niego  nie 

spojrzała. 

Najwyraźniej  nie  jest  jej  dane  otrzymać  cokolwiek  za  darmo.  W  chwilach 

zaprawionych goryczą nazywała siebie nieodrodną córką swojej matki. Nie mogła się oprzeć 

wrażeniu,  że  los  Raiji  przylgnął  do  niej  i  czeka  ją  równie  trudne  życie.  Czyżby  została  ska-

background image

zana, by odpokutować winy matki? Czy będzie musiała walczyć o swoje szczęście z jeszcze 

większym uporem niż ona? 

Maja,  dziecko  poczęte  z  wielkiej  miłości,  przyszła  na  świat  w  czarną,  chłodną  noc 

jako owoc grzechu. Może jej życie ma być karą za nie odkupione do końca winy rodziców? 

Tyle różnych myśli kołatało się jej w głowie. Nie widziała kresu tego wszystkiego, nie 

pamiętała początku. Z tej strasznej samotności zaczęła tęsknić za Simonem. 

W  towarzystwie  innych  wcale  nie  czuła  się  lepiej.  Może  właśnie  dlatego,  że 

niektórymi myślami nie potrafiła się dzielić nawet z najbliższymi. 

-  Zapraszam  cię,  Maju,  na  moje  siedemnaste  urodziny  -  oznajmiła  Ida,  która  wpadła 

do  izby  niczym  wiatr  i  leciutko  pogładziła  siostrę  po  policzku.  -  Proszę  cię,  nie  zamień 

przyjęcia w stypę. Przecież tylko raz w życiu kończy się siedemnaście lat. 

Na twarzy Mai pojawił się wymuszony uśmiech.  Nie czuła radości,  ale przywykła to 

ukrywać. 

Najedli  się  do  syta,  nawet  trochę  pośmiali,  choć  niezbyt  serdecznie  i  niezbyt  długo. 

Już od dawna w chacie na przylądku nie mieli po temu okazji. 

-  Szkoda,  że  nie  urodziłam  się  w  porze  jarmarku  tak  jak  Knut  -  westchnęła  Ida, 

przerywając  ciszę  słowami,  które  równie  dobrze  mogłyby  pozostać  nie  wypowiedziane.  - 

Wtedy Ailo może nie zdążyłby wyjechać i przy stole byłoby nas więcej... 

Reijo zacisnął swe duże dłonie na drewnianym kubku, w którym już dawno wystygła 

kawa.  Wpatrywał  się  w  brunatny  płyn.  Milczał.  Tylko  bruzdy  na  policzkach  leciutko  mu 

drżały. 

Ida zorientowała się, że powiedziała za dużo. 

-  Przy  stole  jest  tyle  wolnych  miejsc  -  usprawiedliwiała  się  cicho,  spoglądając  to  na 

Reijo, to na Maję. - Tak bym chciała, żeby wszystkie były zajęte. Powinien tu być Knut, Elise 

i Matti. Choćby na chwilę. Wiem, że nawet jeśliby przyjechali, to na krótko. Nie zamieszkają 

tu na zawsze. Ale teraz tak bardzo pragnę mieć ich wszystkich koło siebie. Ailo także, two-

jego przyrodniego brata, Maju! Przecież też należy do rodziny, w pewnym sensie jest i moim 

bratem. I Simona... I mamę... 

- Ona już do nas nie należy - rzuciła Maja z goryczą. 

-  Nie  pozwolę  mówić  o  niej  źle!  -  przerwał  ostro  Reijo,  a  z  jego  zielonych  oczu 

posypały się skry. 

Reijo skończył trzydzieści osiem lat. Kiedy patrzył, jak dorośleją mu dzieci, dostrzegał 

upływ  czasu,  ale  nie  czuł  się  jeszcze  stary.  Minione  lata  w  jego  świadomości  zlały  się  w 

background image

jedno.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  jego  córka,  Ida,  radość  i  promyk  słońca  rozświetlający  mu 

smutki codzienności, ma już siedemnaście lat. 

Raija powinna to widzieć... 

- Może ona tu jest - odezwał się łagodnie do córki. - Kto wie, czy nie zajęła pustego 

miejsca... 

Ida wpatrywała się w ojca swymi dużymi oczami, które miały niezwykłą barwę, jakby 

mieszankę jego lśniących zielonych i ciemnobrunatnych Raiji. 

- Nadeszła pora, żebyśmy powiedzieli sobie prawdę. - Reijo przybrał stanowczy ton. - 

Zdaje się, że ja najdłużej łudziłem się nadzieją. Nigdy was nie pytałem, co o tym myślicie, bo 

nie chciałem wiedzieć. Chyba jednak trzeba nazwać rzeczy po imieniu i pogodzić się z tym, 

ż

e  Raija  nie  wróci.  Upłynął  zbyt  długi  czas.  Myślę,  że  ona  po  prostu  nie  może  powrócić. 

Pewnie umarła. 

Powietrze  w  izbie  zadrgało.  Ida  śmiertelnie  się  bała,  że  Maja  wyrwie  się  z  jakimś 

komentarzem, powie „Bogu dzięki” czy coś takiego. Ale na szczęście nikt nie przerwał ciszy. 

-  Cieszę  się,  że  wreszcie  to  zrozumiałeś,  Reijo.  Cieszę  się,  że  do  nas  wróciłeś!  - 

odezwała się Maja po długiej chwili. W jej glosie brzmiało zmęczenie, a w oczach pojawił się 

blask, który przeraził Idę. Nigdy nie potrafiła zrozumieć siostry. 

Reijo  napotkał  wzrok  Mai  i  uśmiechnął  się  lekko.  Nadal  rozumieli  się  w  pół  słowa. 

Pod tym względem nic się nie zmieniło. Co prawda od dawna nie rozmawiali tak szczerze, ale 

upływ czasu nie zerwał łączących ich więzi. 

Ida, choć była rodzoną córką Reijo, zdawała sobie sprawę, że to Maja zaraz po Raiji 

jest ojcu najbliższa. 

Ida  ukończyła  właśnie  siedemnaście  lat,  ale  przypominała  dziecko,  nieświadomie 

zaglądające do świata dorosłych. 

-  Przecież  zawsze  tu  byłem  -  odparł  Reijo,  tym  prostym  stwierdzeniem  wyjaśniając 

dwie sprawy. - Nigdy nie przestałem żyć. Sam dokonałem wyboru. Nie chcę, by którekolwiek 

z  was  myślało  źle  o  Raiji.  -  Głos  nie  zadrżał  mu,  gdy  wypowiedział  jej  imię.  -  Rodzina  nie 

powinna jej nienawidzić. Tak nie wolno. Ona zawsze nas na swój sposób kochała. 

-  No  cóż,  niektórzy  z  nas  pragnęli  dostać  więcej  tej  miłości.  -  Maja  nie  potrafiła  do 

końca zdusić w sobie goryczy. Bywało, że Raija wydawała jej się bliska i wówczas otwierała 

się na wspomnienia. Nigdy jednak nie była bezkrytyczna. 

- Nadejdzie kiedyś dzień, gdy zrozumiesz, że ona w niczym nie zawiniła - powiedział 

Reijo. 

Maja wstała i zaczęła szykować się do wyjścia. 

background image

-  Zostań  -  poprosiła  Ida.  -  Przecież  to  też  twój  dom.  Przynajmniej  dziś  mogłabyś 

przenocować. 

Maja  potrząsnęła  głową  i  zawiązała  chustę  pod  brodą.  Z  oczu  siostry  wyczytała,  że 

wygląda  zbyt  poważnie  jak  na  swoje  dwadzieścia  lat.  Ida  ciągle  jej  przygadywała,  że 

upodabnia  się  do  matrony.  Przecież  jestem  zamężną  kobietą,  nie  jakimś  podlotkiem! 

oponowała zwykle. 

- W takim razie pójdę z tobą - upierała się Ida. 

-  Nie!  -  Głos  Mai  zabrzmiał  dość  szorstko,  ale  siostry  zawsze  były  wobec  siebie 

szczere.  -  Sama  wrócę!  Mieszkam  tam,  Ido.  W  swoim  domu  chcę  sama  decydować  i  nie 

muszę się z tego nikomu tłumaczyć. Rozumiesz? 

-  To  może  ja  mógłbym  cię  odprowadzić  -  zaproponował  Reijo.  -  Nie  jestem  jeszcze 

taki stary, żeby mi zaszkodził rześki nocny chłód. 

Maja znowu odmówiła. 

-  Jestem  już  dorosła  i  mogę  iść  sama.  Co  może  mi  grozić?  Ciemności  się  nie  boję, 

duchów też nie. One wolą mnie nie straszyć, bo wiedzą, że to na nic. 

- Ale tyle różnych ludzi się tu kręci... - próbował przekonać ją Reijo. - Nie chcę, żeby 

któremuś z moich dzieci stało się coś złego. 

Maja uśmiechnęła się, choć serce przeszył jej ostry ból. 

- Nikt mnie nie zaczepi, nawet gdybym natknęła się na kogoś obcego. Wystarczy, że 

na mnie spojrzy. Poza tym ani ze mnie panna, ani wdowa. Przynajmniej nic na ten temat nie 

wiadomo.  Wygodnie  jest  mieć  męża,  który  równie  dobrze  może  być  żywy,  jak  i  umarły. 

Innych dręczy jeszcze większa niepewność niż mnie. Tak czy inaczej tutejsi mężczyźni nadal 

czują respekt przed Simonem i żaden z nich nie ośmielił się tknąć jego żony. Myślę, że jestem 

bezpieczniejsza  niż  większość  kobiet  w  okolicy.  -  Zaśmiawszy  się  śmiechem  pozbawionym 

radości,  Maja  dodała:  -  Innych  zalet  z  posiadania  ducha  za  męża  raczej  nie  zauważyłam.  W 

łóżku wprawdzie można się wygodnie ułożyć, ale, do diabła, okropnie w nim zimno... 

Wyszła nie zatrzymywana przez nikogo. 

-  Ona  staje  się  coraz  większą  dziwaczką  -  stwierdziła  Ida.  -  Ailo  też  to  samo 

powiedział, bo nawet z nim nie chciała rozmawiać. Odsunęła się od wszystkich. Jest tu, a tak 

jakby jej nie było. 

Reij o pokiwał głową. 

-  Może  się  odsunęła,  ale  to  wcale  nie  znaczy,  że  dziwaczeje.  Ma  prawo  dać  wyraz 

własnym uczuciom. 

background image

- Ale ona właśnie tego nie robi - zaperzyła się Ida. - Zresztą zawsze taka była. Założę 

się, że do śmierci się nie zmieni. To już taki typ człowieka. 

Reijo  nie  odpowiedział.  Zastanawiał  się  tylko,  czy  Ida  dostrzega  coś,  czego  on  nie 

zauważa. 

Przyjemnie  było  wyjść  w  ciszę  nocy.  Ciemność  rozjaśniona  zorzą  falującą  po 

klarownym mroźnym niebie nie wydawała się wcale taka gęsta i wroga. Można by pomyśleć, 

ż

e  to  nie  wieczór,  lecz  ranek,  pora,  kiedy  między  jedną  a  drugą  nocą  niebo  przyobleka 

szafirową szatę. 

Napadało  dużo  śniegu  i  niewysoka  wzrostem  Maja  brnęła  w  nim  po  kolana.  Na 

skalistych zboczach śnieg się jednak nie utrzymywał, co napawało optymizmem tych, którzy 

nie  przepadali  za  zimą.  Wzdłuż  rzeki  ciągnęły  się  wydeptane  ścieżki  -  od  odnogi  fiordu  w 

górę, ku ciasnej, dzikiej dolinie, gdzie góry znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki, a 

wody  rzeki  z  najwyższym  trudem  torowały  sobie  między  nimi  drogę.  Teraz  rzeka  pokryta 

lśniącą taflą lodu kusiła i zapraszała na ślizgawkę. Do chaty Mai było bliżej przez las, ale o tej 

porze roku szło się tamtędy dłużej, bo śnieg wśród sosen nie był udeptany. Teraz także Reijo 

w domu na przylądku mało kto odwiedzał. 

Maja  postanowiła  wrócić  do  domu  rzeką.  Podbiegła  i  pomknęła  po  lodzie  na 

skórzanych podeszwach kumagów. Ślizgała się, potem rozpędzała na nowo. Na twarzy czuła 

chłodny powiew, policzki jej zmarzły, ale w sercu odezwała się młodzieńcza wesołość. 

Posuwała się po skutej lodem rzece, roześmiana, a zorza polarna zdawała się tańczyć 

w rytm jej radości. Ta odrobina zabawy pomogła Mai uwolnić się od wielu gorzkich myśli. 

Poczuła się jak nowo narodzona, kiedy rozgrzana zeszła na brzeg i grzęznąc po uda w 

ś

niegu, odnalazła wijącą się ku chacie ścieżynkę, szeroką zaledwie na trzy stopy. Tanecznym 

krokiem ruszyła ku domowi. 

Nic nie było w stanie odebrać jej tej odrobiny radości. 

W życiu Mai także zdarzały się krótkie chwile szczęścia. 

Jeśli  się  dobrze  zastanowić,  miniony  dzień  dostarczył  jej  wiele  powodów  do 

zadowolenia. Ida jest już dorosła. Reijo w końcu spojrzał prawdzie w oczy. Tyle jest rzeczy, 

które potrafią rozjaśnić zimową noc! 

Może, jeśli się mocno postara, zdoła wywołać marzenie. Nigdy nie wiadomo. 

W  kuchennym  oknie  chaty  dostrzegła  światełko,  słaby,  drżący  płomyk  lampki 

olejowej. 

Ale przecież nie zostawiła zapalonej lampy! Zawsze bardzo ostrożnie obchodziła się z 

ogniem. 

background image

Dopiero  co  tak  się  przechwalała,  że  nikt  nie  ośmieli  się  jej  tknąć.  Tymczasem  ktoś 

otworzył sobie zamknięte na klucz drzwi i wtargnął do jej chaty. 

Bardziej zła niż przestraszona kroczyła ku drzwiom, nie siląc się wcale na ostrożność. 

W końcu chata należy do niej! 

Otworzywszy z impetem drzwi, wrzasnęła niczym nieokrzesany rybak: 

- Kto, u diabła, śmiał się włamać do obcych ludzi? Chyba, do cholery, można zostawić 

w spokoju cudzy dom? Już Simon wam pokaże, kiedy wróci... 

W  półmroku,  poza  zasięgiem  płomyka  rozświetlającego  izbę,  powoli  wyprostowała 

się jakaś postać. 

Maja zatrzasnęła drzwi, bezwiednie założyła skobel i przekręciła klucz. 

Oparła  się  plecami  o  drzwi,  jakby  chciała  je  podeprzeć.  Ale  to  ona  potrzebowała 

oparcia. Nogi jej się trzęsły tak, że omal nie osunęła się na ziemię. 

- Simon... - Głos jej się załamał. - Dobry Boże, Simon. Wróciłeś... 

Przemknęło jej przez myśl, czy nie lepiej by było, żeby tam siedział jakiś duch, a nie 

człowiek z krwi i kości, który przypominał ducha... 

Czy tylko tyle z niego zostało? Dobry Boże, co oni ci zrobili, Simon? 

Nie powiedziała tego na głos, ale jego widok wywołał w niej prawdziwy wstrząs. 

-  Jak  wszedłeś  do  środka?  -  zapytała,  ganiąc  się  w  myślach  za  to  głupie  pytanie 

skierowane do męża, którego nie widziała prawie trzy lata. 

- To dziecinnie proste - odpowiedział. Jego głos także wydał jej się obcy. 

A może źle zapamiętała? Niemożliwe, żeby zapomnieć głos małżonka, nawet jeśli nie 

było to zwyczajne małżeństwo. A oni przecież wiele ze sobą rozmawiali. 

- Nie pamiętasz, że twój mąż jest przestępcą, Maju? Potrafi to i owo. 

Maja  przełknęła  ślinę  i  pod  pretekstem,  że  musi  rozpiąć  pelerynę,  odwróciła  się  od 

niego. Potrzebowała kilku chwil, żeby uciszyć rozpacz, i na nowo przybrać pozę silnej Mai, 

która nie cofa się przed niczym. 

Czując  na  sobie  jego  palące  spojrzenie,  podeszła  bliżej.  Przekonała  się  jednak,  że 

ogień  żarzy  się  w  oczach  męża  tylko  w  przebłyskach.  Przeraziła  się,  ujrzawszy  mgłę 

zasnuwającą jego spojrzenie. Nigdy go takim nie widziała. 

Czego Simon od niej oczekuje? 

Nie  była  w  stanie  rzucić  mu  się  na  szyję,  brzydziła  się  go  nawet  dotknąć.  Był  taki 

brudny,  zapchlony...  Mogłaby  przysiąc,  że  gdyby  zdjął  ubranie,  samo  powędrowałoby  do 

balii. 

background image

Usiadłszy obok Simona na stołku, nie odrywała od niego oczu. W pamięci zachowała 

obraz  mężczyzny,  którego  poślubiła,  najprzystojniejszego  chłopaka  po  tej  stronie  fiordu. 

Dziewczęta  płakały,  składając  mu  po  ceremonii  życzenia,  a  jej  rzucały  najbardziej  kąśliwe 

spojrzenia, jakie tylko można sobie wyobrazić. 

Simon Bakken o błyszczących błękitnych oczach i wesołym spojrzeniu. Jego  gładka, 

urodziwa twarz zawsze promieniała radością, a  w kącikach ust błąkał się uśmiech. Na czoło 

opadała  mu  grzywka.  Miał  niski  głos.  Dobrze  zbudowany  dziewiętnastoletni  Simon, 

nieodpowiedzialny, beztroski, spontaniczny... Wszystko to ją w nim pociągało. 

Taki był przed trzema laty. 

Teraz spod łachmanów wystawały szerokie jak  dawniej barki, ale ramiona - opalone, 

mimo  że  był  środek  zimy  -  mocno  mu  wychudły.  Policzki  miał  żałośnie  zapadnięte.  Nawet 

ciemna, gęsta broda nie mogła tego ukryć. Długie do ramion włosy sprawiały wrażenie, jakby 

od dawna nie dotykał ich grzebień. 

Maja  poczuła  swędzenie  na  całym  ciele  i  z  trudem  powstrzymywała  się,  by  się  nie 

podrapać. 

- Tak, mam wszy... - odezwał się głucho, jakby przepraszał. 

Maja zapłoniła się. Nie spodziewała się, że pozna po niej, co czuje. 

-  Nieważne  -  rzuciła,  a  na  jej  twarzy  odmalowała  się  pewność  charakterystyczna  dla 

rodu Alatalo. - Poradzimy sobie z tym. 

Czy tylko tyle ma mu do powiedzenia? Chciała coś dodać, szukała słów, ale w głowie 

miała kompletną pustkę. 

- Dotarły do ciebie moje listy? 

- Jeden - odparła wreszcie, odzyskując mowę. - Jeden, wysłany zaraz na początku. 

- Pierwszego roku pisałem wiele, ale potem przestałem. Mówili, że nie warto, bo i tak 

nikt  z  nas  nie  przetrzyma  więzienia.  A  jeśli  nawet  kiedyś  uda  nam  się  wrócić  do  domu,  na 

pewno żadna z żon nie będzie już nas oczekiwać. Jeśli dożyjemy do tego dnia... 

- Pisałam do ciebie często... 

Trochę przesadziła, ale rzeczywiście napisała wiele listów. Ostatnio też zamierzała. 

- Nie dostałem ani jednego. Domyślała się tego. 

- A dziecko? - zapytał z napięciem w głosie, ale jego wzrok na chwilę się ożywił. 

Maja  zmusiła  się,  by  napotkać  spojrzenie  błękitnych  oczu,  które  traciły  blask  równie 

łatwo jak cienki lód na sadzawce, gdy na niego nadepnąć. 

-  Umarło  -  powiedziała,  przełykając  z  trudem  ślinę.  -  Miałam  bardzo  ciężki  poród. 

Omal nie wyzionęłam ducha. To był chłopiec. Kiedy odzyskałam przytomność, już nie żył... 

background image

Simon splótł dłonie i zacisnął je mocno. 

- Jak wyglądał? Pokręciła głową i wyznała szczerze: 

- Nie byłam w stanie na niego patrzeć. Nie mogłam. Zdążyli go ochrzcić, zanim wydal 

ostatnie  tchnienie.  Artur  Mikkal.  Dla  mnie  to  tylko  imię  na  krzyżu.  Zobaczysz  jutro.  Jest 

pochowany tutaj. 

Simon tylko skinął głową. Maja nie była pewna, czy zrozumiał. 

- Masz kogoś? - zapytał  wprost, utkwiwszy w niej wzrok. - Trzy lata, Maju, to długi 

czas. Jesteś młoda. Masz kogoś, kto cię odwiedza albo u kogo bywasz? 

Pokręciła głową i uśmiechnęła się krzywo: 

- Mężczyźni nigdy nie uganiali się za mną. Takie jak ja nie mają powodzenia. 

-  Ja  też  uważałem,  że  jesteś  brzydka  -  powiedział  zamyślony.  -  Ale  to  było  dawno, 

kiedy  zobaczyłem  cię  po  raz  pierwszy.  Potem  mnie  zaintrygowałaś.  A  przez  tych  kilka  lat 

wiele o tobie myślałem. W moich wspomnieniach byłaś piękna... 

-  Rzeczywistość  nie  dorównuje  fantazji,  co?  -  zapytała,  udając,  że  ją  to  bawi. 

Samoironia była jej najlepszą obroną. 

- Nadal jesteś piękna - rzekł. - Właściwie dopiero teraz naprawdę przejrzałem na oczy. 

- Jesteś głodny? 

-  Poczęstowałem  się  jedzeniem  -  oznajmił.  Simona  skazano  na  trzy  lata  więzienia,  a 

tyle nie minęło jeszcze od wyroku. 

W  jaki  sposób  zapytać  go,  dlaczego  już  wrócił,  tak  by  jej  źle  nie  zrozumiał?  Nie 

chciała go urazić. 

-  Zwolnili  mnie  za  dobre  sprawowanie  -  odpowiedział  na  jej  nieme  pytanie.  Simon 

zawsze był domyślny. - Pozwolili mi wcześniej opuścić więzienie w nagrodę za... przykładne 

zachowanie - urwał na moment, jakby rozkoszował się tym słowem. - Wiesz, co to znaczy? 

Pokręciła głową. Nie mogła przyzwyczaić się do jego głosu, wydawał jej się obcy. 

- To znaczy, że sprawowałem się lepiej niż oczekiwano, lepiej niż ja sam bym się po 

sobie  spodziewał.  Chciałem  przetrwać.  Za  wszelką  cenę  pragnąłem  się  stamtąd  wydostać, 

Maju.  Gotów  byłem  uczynić  wszystko,  żeby  tylko  wyjść  na  wolność.  Wszystko.  Chcesz 

wiedzieć  więcej?  Gotów  byłem  nawet  zabić,  by  to  osiągnąć.  Ale  nie  uczyniłem  tego.  Nie 

uciekłem. Zostałem zwolniony. 

- A jak dotarłeś do domu? 

-  Przypłynąłem  łodzią  handlową,  na  którą  natknąłem  się  po  drodze.  Wykruszył  się 

jeden z członków załogi. Spotkałem ich, kiedy wracali z powrotem na północ. Przypadkowo 

zgadałem  się  z  kimś  z  załogi,  że  wędruję  w  tym  samym  kierunku,  i  pozwolili  mi  popłynąć 

background image

razem  z  nimi.  Ciężko  pracowałem.  Ale  nie  było  tak  źle.  Miałem  najgorsze  miejsce  na 

pokładzie,  zgodziłem  się  jednak  na  to  z  całą  świadomością.  Łodzią  dopłynąłem  do  Senja, 

stamtąd idę pieszo. 

Maja słuchała, jak Simon opowiada o sobie, obserwując uważnie jego twarz, na której 

nie malowało się żadne uczucie. Wzrok miał zamglony, mętny, martwy. 

Skrywał cierpienie większe, niż zapewne była w stanie sobie wyobrazić. A mówił, że 

nie było tak źle. 

Dobry Boże, co oni z nim zrobili? 

-  Wykąpiesz  się!  -  zarządziła  głosem  nie  znoszącym  sprzeciwu,  podrywając  się  z 

miejsca. 

Przystał  na  to  bez  mrugnięcia  okiem.  Simon,  którego  poślubiła,  na  takie  dictum 

zareagowałby protestem. Ten zaś powiedział: 

- Przyniosę wody... Maja popchnęła go na stołek i przełknąwszy ślinę, zmusiła się, by 

przytrzymać ręce na jego ramionach. Zmusiła się, by pogłaskać wychudzony policzek. 

Uchwycił  gwałtownie  jej  rękę  i  przycisnął  gorące  wargi  do  wnętrza  dłoni.  Potem  ją 

puścił. Błysk życia w jego oczach zgasł. 

- Skoro ty szedłeś aż z Senja, to ja chyba mogę przynieść wodę z rzeki - powiedziała 

zdecydowanym głosem. - Jedyne, co pozwalam ci zrobić, to przynieść balię z alkierza. 

Usłuchał jej. 

Maja  szła  wąską  ścieżką  w  dół  do  rzeki,  trzymając  na  ramionach  nosidło.  Nosidło, 

które niegdyś Raija otrzymała w prezencie ślubnym, dopasowało się do ramion ich obu. 

Z  oczu  kapały  jej  łzy.  Zastanawiała  się,  czy  Simon  kiedykolwiek  opowie  jej  coś 

więcej. Zastanawiała się, czy potrafi żyć u jego boku. 

Z  Simonem,  którego  pamiętała,  umiałaby  ułożyć  sobie  życie,  przeżyć  nawet  chwile 

szczęścia.  Wyobrażała  sobie,  że  się  przy  nim  zestarzeje.  Ale  czy  z  mężczyzną,  który  siedzi 

przy  palenisku,  obcym,  choć  wyglądającym  jak  Simon,  czeka  ją  wspólna  przyszłość?  Nie 

wiedziała. 

-  Dobry  Boże!  -  wyszeptała,  patrząc  na  polarną  zorzę,  która  zdawała  się  blednąc  w 

leniwym  tańcu  na  niebie.  -  Chciałabym  wiedzieć,  co  oni  z  nim  zrobili.  Chcę  wiedzieć, 

cokolwiek by to było. Pragnę odzyskać dawnego Simona... 

background image

Kiedy  wniosła  pierwsze  dwa  wiadra  wody,  Simon  zdążył  już  wystawić  drewnianą 

balię  i  duży  kocioł,  w  którym  zwykle  grzali  wodę  na  palenisku.  Drewna  w  izbie  było  pod 

dostatkiem,  bo  Reijo  zgromadził  w  chacie  zapas  na  kilka  dni.  Zawsze  troszczył  się  o  takie 

sprawy.  Mówił,  że  lepiej,  by  on  nadwerężył  stary  grzbiet,  niż  Maja  miałaby  zniszczyć  swój 

młody. 

Wlała wodę do kociołka, obrzucając przelotnym  spojrzeniem męża, który chuchał na 

szybę i wyglądał przez niewielki prześwit, jaki się na niej utworzył. 

W  bladożółtym  blasku  zorzy  krzyżyk  z  drewna  rzucał  długi  czarny  cień.  Maja 

przywykła do tego widoku. Nie robił już na niej wrażenia. Właściwie nie czuła, że tam było 

pochowane jej dziecko. 

Nosiła je w swym łonie i wydała na świat. Nadal pamiętała okropne bóle. Ale dziecko 

nie  stało  się  jej  radością.  Maleńkie  ciepłe  ciałko  nie  wypełniło  pustki  w  jej  ramionach  i  w 

sercu.  Jeśli  Simon  będzie  chciał  wiedzieć,  do  kogo  dziecko  było  podobne,  będzie  musiał 

zapytać  Reijo.  Maja  nigdy  nie  wyraziła  ochoty,  by  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o 

niemowlęciu. Łatwiej jej było znieść cierpienie, gdy nie wiedziała za wiele. 

- Mój syn - odezwał się Simon obco brzmiącym głosem. 

Pochłonięty własnymi myślami, nawet nie zauważył Mai. 

Zastanawiała  się,  czy  zawsze  zamyka  się  tak  przed  otoczeniem.  Ile  spraw  wokół 

mogło  się  dziać  bez  jego  zaangażowania?  Maja  lękała  się  bardzo,  że  i  jej  nie  dopuści  do 

siebie,  choć  równocześnie  dławił  ją  strach,  że  wciągnie  ją  w  coś,  na  co  nie  będzie  miała 

wpływu. 

Nowy Simon dziwił ją i przerażał. Ale przecież to jej mąż! 

Nie zwykła uciekać od swoich obowiązków, a jednak nie było jej lekko na sercu. 

Wniosła do izby kolejne wiadra wody i zarządziła kąpiel. 

Simon  zdejmował  z  siebie  sfatygowane  ubranie,  a  Raija  łapała  w  locie  każdą  sztukę 

odzienia, którą z siebie zdejmował. 

-  Trzeba  spalić  te  łachy,  i  to  jak  najszybciej  -  oznajmiła  tonem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. 

Simon  stal  przed  nią,  uciekając  wzrokiem.  Maja  miała  wrażenie,  że  jego  oczy 

nieustannie przepraszają. Bardzo się pilnowała, żeby  nie skrzywić nosa,  mimo że zarośnięty 

brudem Simon, w poszarzałej, sztywnej od potu bieliźnie, śmierdział na odległość. 

background image

Bardzo  chciała  mu  pomóc,  ale  nie  wiedziała  jak.  Niepewność  rozdzielała  ich  niby 

niewidzialny mur. Maja popatrzyła na rozbiegane oczy Simona i nagle zrozumiała, że i on jest 

zdenerwowany. Przeżyła prawdziwy szok. 

Simon,  który  z  taką  lubością  zawstydzał  niedoświadczone  dziewczęta,  teraz  krępuje 

się  przy  niej!  On,  taki  przystojny.  Trudno  byłoby  zliczyć  te  wszystkie  dziewczyny,  którym 

zawrócił w głowie. 

Maja  widywała  męża  nago  wiele  razy,  nie  tylko  wówczas,  gdy  spłodzili  dziecko. 

Kiedy  pozwalała  na  to  pora  roku,  chodził  rozebrany  po  izbie,  zanim  się  położył,  specjalnie 

ż

eby  ją  podrażnić.  Maja  płoniła  się  wówczas  zakłopotana.  Z  jednej  strony  uważała,  że  to 

nieprzyzwoite, że to grzech... z drugiej zaś znajdowała przyjemność w patrzeniu na męża. 

Odwróciła  się  do  niego  plecami  niby  zupełnie  przypadkowo.  Nie  znała  tego  Simona 

Bakkena, który wrócił z więzienia. Nie miała pojęcia, co może go zranić. 

Dopiero  kiedy  usłyszała  plusk  wody  i  nabrała  pewności,  że  Simon  usadowił  się  w 

balii, spojrzała znów w jego stronę. Ku jej zadowoleniu nie mógł widzieć, jak chwyta brudną 

bieliznę  w  dwa  palce  i  wyrzuca  kupkę  zawszonej  odzieży  na  dwór.  Nigdy  nie  trzymała  w 

dłoni gorszego świństwa. 

Simon  długo  rozkoszował  się  gorącą  kąpielą.  Oparł  się  ramionami  o  brzeg  balii, 

przymknął oczy i siedział odprężony tak, że nie drgnął mu nawet jeden mięsień. 

Mai zdawało się, że zasnął, ale na odgłos jej lekkich kroków po skrzypiącej podłodze 

poderwał się gwałtownie. Z jego oczu biła czujność. 

Maja cofnęła się i zasłoniwszy dłonią usta, ledwie zdołała stłumić w sobie krzyk. Ale 

nie jego spojrzenie ją tak przeraziło, lecz blizny na ciele. 

Simon  uśmiechnął  się  lekko,  w  milczeniu  obserwując  jej  reakcję.  A  potem  usiadł  z 

powrotem. 

Przyciągana  niczym  magnesem  zbliżyła  się  do  niego  i  nie  przejmując  się  tym,  że 

przemoczy wełnianą spódnicę, uklęknęła na mokrej podłodze. Bała się go dotknąć. Zacisnęła 

palce  na  kancie  drewnianej  balii,  która  pamiętała  jeszcze  czasy  jej  dzieciństwa,  i  blada 

zapytała: 

- To tak jest w więzieniu? 

Nie  mogła  oderwać  wzroku  od  krzyżujących  się  linii  pokrywających  jego  tors, 

ramiona i znaczną część pleców. 

- Tak, właśnie tak - odrzekł obcym, beznamiętnym głosem, w którym nie pobrzmiewał 

ani smutek, ani złość. Potwierdzało się to, na co już wcześniej zwróciła uwagę. 

- Jacy to ludzie zdolni są do takiego okrucieństwa? 

background image

-  zdziwiła  się.  -  I  dlaczego,  dopuściwszy  się  czegoś  podobnego,  mogą  tam  nadal 

pracować?  Powiedziałeś,  że  zostałeś  zwolniony  za  dobre  sprawowanie,  a  na  twoim  ciele 

wyraźnie  widać  ślady  po  karach  cielesnych.  Czy  w  ten  sposób  traktuje  się  dobrze 

sprawujących się więźniów? 

-  Wśród  skazanych  panują  odrębne  prawa,  Maju.  Wyznaczeni  więźniowie  mają  za 

zadanie  wybić  nowym  z  głowy  hardość.  Ja  nie  od  razu  się  w  tym  rozeznałem.  Dopiero  gdy 

zebrałem  solidne  baty,  wyciągnąłem  naukę  i  przestałem  się  buntować.  Wtedy  ktoś  z  kolei 

uznał, że jestem zbyt potulny, innych kłuło w oczy to, że jestem przystojny. Tam najlepiej być 

podobnym do samego diabła. 

Maja  pojmowała  i  nie  pojmowała.  Opowieść  Simona  napawała  ją  przerażeniem  i 

wstrętem, wolała nie pytać o szczegóły. 

- To straszne - wyszeptała tylko. 

-  Wszyscy  są  straszni  -  mówił  dalej,  ale  tym  razem  w  jego  słowach  słyszało  się 

uczucie.  -  Zapewniam  cię,  Maju,  w  każdym  z  nas  tkwi  okrucieństwo.  Nie  jestem  lepszy.  Ja 

także  katowałem  nowych  więźniów,  żeby  wytłuc  im  z  głowy  butę.  Kilku  z  nich  ledwie  to 

przetrzymało. Co do jednego zresztą nie mam pewności. Niektórzy mówili, że się wylizał, ale 

doszła też do mnie plotka, że zmarł. Nie wiem - dokończył, nie patrząc na Maję. Zamilkł na 

moment, a potem dodał: 

- Byłem tak samo zły jak wszyscy inni. Ja także znalazłem sobie słabszego i bardziej 

naiwnego  niż  ja  młodego,  ładnego  chłopaka.  Ja  także  nauczyłem  się  używać  władzy,  Maju. 

Czasami nawet rozkoszowałem się nią. Okrucieństwo tkwi w każdym z nas. Gdybyś musiała, 

postąpiłabyś zapewne tak samo. Ja uczyniłem wszystko, żeby stamtąd się wydostać. 

Maja  zacisnęła  dłonie  na  ścierce  i  wykręciła  ją,  chociaż  nie  ciekła  z  niej  woda. 

Zanurzyła ją ponownie i zaczęła szorować Simonowi plecy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, 

ż

e  skuli  się  z  bólu,  kiedy  dotknie  jego  blizn,  mimo  że  widziała,  iż  dawno  się  zrosły.  On 

tymczasem  siedział  z  wpółprzymkniętymi  powiekami  i  pozwalał  się  myć,  jakby  był 

dzieckiem. 

- Kristoffer nie żyje - powiedziała na wszelki wypadek, gdyby chodziła mu po głowie 

myśl o zemście. 

- Tak? - spytał obojętnie. - No cóż, był już stary. 

- Elise i Matti pobrali się i pojechali do Finlandii, do Tornedalen. Matti i... moja mama 

stamtąd pochodzą. 

Zastanawiała się, czy Simon nadal żywi uczucia do Elise. Kochali ją wszyscy, którzy 

ją znali, bo przypominała najpiękniejszy kwiat. 

background image

-  To  dobrze.  Pasowali  do  siebie.  Najwyraźniej  resztki  uczuć  do  Elise  wyblakły,  ale 

Maja nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć. Może nie wróżyło to niczego dobrego? 

-  Knut  udał  się  na  północ  -  ciągnęła  Maja.  -  W  porze  jarmarku  przesłał  nam 

pozdrowienia.  Donosił,  że  niebawem  zamierza  się  żenić.  Ale  potem  słuch  o  nim  zaginął.  A 

Ida dzisiaj ma urodziny. Skończyła siedemnaście lat. Właśnie od niej wracam. 

Simon pokiwał głową. 

-  W  twoim  rodzinnym  domu  wszystko  się  toczy  po  staremu.  Beret  i  Elina  wyszły  za 

mąż za Olavesa i Johannesa. Rzadko zdarza się, żeby siostry poślubiły braci. Domyślasz się, 

ż

e było dużo gadania. 

- Mieszkają osobno? 

- Nie, ciągle gnieżdżą się pod jednym dachem ze starymi rodzicami mężów. Z czasem 

zrobiło się tam ciasno. 

- Jutro pójdę do domu - postanowił. - Chyba muszę. 

-  Tu  jest  twój  dom  -  odparła  i  chociaż  nie  uczyniła  tego  celowo,  jej  głos  zabrzmiał 

ostrzej. 

- Przecież tu przyszedłem - powiedział, jakby nie zwracając na to uwagi. 

Maja przełknęła ślinę. Wydawało jej się, że tkwi w szponach snu, z którego nie potrafi 

się wyrwać, choć niczego bardziej nie pragnie. Ręce i nogi ciążyły jej niczym ołów. 

W rozpaczy zaczęła rozczesywać potargane kołtuny na jego głowie. Pozwalał jej na to 

odprężony,  przymknąwszy  powieki.  Ale  wysiłki,  by  doprowadzić  do  porządku  jego  gęste 

włosy, okazały się daremne. 

Odetchnęła jednak z ulgą, gdy się okazało, że Simon jest mniej zawszony, niż jej się 

początkowo zdawało. Widziała już gorsze przypadki. 

Natomiast widok wody w balii napawał ją obrzydzeniem. Woda wyglądała prawie tak 

jak  podczas  wiosennych  roztopów.  Na  powierzchni  unosiło się  robactwo,  dla  którego  kąpiel 

okazała się zabójcza, a na brzegu balii utworzyła się gruba warstwa brudu. 

Przełamując w sobie wstręt, po raz ostatni zanurzyła poszarzałą ścierkę. 

Starczy na dzisiaj, uznała. Póki co uporała się z pierwszymi warstwami brudu. Simon 

na pewno nie jest jeszcze lśniąco czysty, ale jutro może się znów wykąpać. 

Musiała nim potrząsnąć, by go zbudzić. Gwałtownie wyrwany ze snu, zesztywniał na 

całym ciele. Maja dotykała drżących, twardych jak skała muskułów, gotowych odpowiedzieć 

na każdy atak. 

background image

-  Zasnąłeś  -  wyjaśniła  najłagodniej  jak  potrafiła.  W  środku  czuła  lęk.  Czy  Simon  z 

czasem  pozbędzie  się  tego  strachu,  czy  zdoła  zapanować  nad  gwałtownymi  reakcjami?  Czy 

też do końca życia przyjdzie się jej z tym zmagać? 

-  Wyjdź  z  kąpieli  -  poprosiła.  -  Myślę,  że  na  dzisiaj  wystarczy.  Najlepiej  będzie,  jak 

napalimy w saunie Reijo któregoś dnia. Gorąco zabije do reszty wszystkie wszy i pchły. 

Simon,  ociekając  wodą,  wyszedł  z  balii.  Błyskające  bielą  blizny  odcinały  się  na  tle 

spalonego  na  ciemny  brąz  torsu.  Pajęczyna  starych  ran.  Mapa  niesprawiedliwości  i  nie 

dającego  się  zapomnieć  cierpienia.  Simon  nigdy  nie  musiał  się  wstydzić  swojego  ciała,  ale 

teraz był wychudzony. 

Maja  wiedziała,  że  mogłaby  pragnąć  tego  ciała.  I  zastanawiała  się,  co  on  czuje. 

Odnosiła wrażenie, że jej obecność nie ma dla niego żadnego znaczenia. 

Ale  może  teraz  po  prostu  był  wyczerpany  i  zmęczony.  Nie  spodziewała  się 

namiętnych uścisków zaraz po powrocie męża do domu, ale przecież tak długo była sama... 

Pospiesznie  osuszyła  dłonie  i  podała  mu  płócienny  ręcznik,  żeby  się  okrył  i  nie 

zmarzł,  a  potem  sięgnęła  do  kufra  z  ubraniami,  który  stał  nie  ruszany  przez  cały  okres 

nieobecności Simona. Oczywiście, raz do roku wietrzyła odzież, żeby nie cuchnęła stęchlizną 

po jego powrocie. 

W  milczeniu założył  czyste  ubranie.  Zapiął  pas  o  kilka  dziurek  dalej  niż kiedyś,  nim 

go zabrano. 

- Pomogę ci - rzekł, chwytając balię. Przydała się jego siła. Wspólnie wynieśli balię na 

podwórze  i  w  sporej  odległości  od  chaty  wylali  brudną  wodę.  Na  wszelki  wypadek,  bo  z 

robactwem nigdy nic nie wiadomo. 

Ś

cierka i płótno, w które Simon się wytarł, wylądowały na kupce wraz z łachmanami. 

- Trzeba cię ostrzyc! 

Maja kipiała energią. 

Łatwiej  było  jej  znieść  milczenie  męża,  gdy  pochłonięta  była  jakimś  zajęciem. 

Wówczas rozmowa nie była konieczna. 

Simon posłusznie usiadł przy palenisku. 

Przezwyciężając  obrzydzenie,  niezbyt  ostrymi  nożycami  po  kolei  obcinała  długie 

kędziory męża. Nim zdążyły spaść na ziemię, wrzucała je do ognia. 

W rezultacie tych zabiegów Simon stał się podobny do młodzieńca, którego poślubiła. 

- Ogolę się już sam - odrzekł, gotowy dokończyć dzieła przemiany. 

-  Brzytwa  jest  w  kufrze.  Znalazł  ją  i  zdecydowanymi  ruchami  dłoni,  które  nawet  nie 

zadrżały, zgolił zarost, spod którego wyłoniła się ogorzała twarz dojrzałego mężczyzny, silne-

background image

go  i  bezwzględnego.  Zmiana  wydala  się  Mai  oszałamiająca.  Pamiętała  wyrostka,  którego 

zaraz po ślubie zabrali jej z domu. Mężczyzna, który powrócił, miał w sobie coś z twardości i 

chłodu granitu. 

Maja podała mu kawałek lustra. Odbicie, jakie w nim ujrzał, jego samego zaskoczyło 

równie  mocno  jak  Maję.  W  zamyśleniu  potarł  brodę  brązową,  spracowaną  dłonią.  W  jego 

błękitnych oczach, w których zgasł dawny blask, czaiło się pytanie. 

- Czy bardzo się zmieniłem? - odezwał się po chwili niepewnym głosem, nie patrząc 

na żonę, lecz na swoje odbicie. 

- Trzy lata to sporo czasu - przyznała Maja, ocierając pot z czoła. 

- Tak - zgodził się z ociąganiem. W ich związku nie było kłamstw. Od początku grali 

w otwarte karty. 

-  Jesteś  inny.  Myślę,  że  zmieniłbyś  się,  nawet  gdybyś  nigdzie  stąd  nie  wyjeżdżał. 

Wszyscy  się  zmieniamy.  W  twoim  przypadku  ta  przemiana  jest  bardziej  widoczna. 

Wydoroślałeś...  Wszystko  to,  z  czym  się  zetknąłeś,  odbiło  się  piętnem  na  twojej  twarzy.  W 

twoich oczach. 

- Z czym się zetknąłem i co robiłem - odrzekł cicho i oddał jej lustro. 

Ostrożnie  wzięła  w  dłonie  lusterko,  które  stanowiło  dla  niej  jeden  z  największych 

skarbów.  Reijo  przywiózł  je  ze  swej  wędrówki  po  zachodnich  traktach.  Tam  na  wybrzeże 

wcześniej  docierały  takie  luksusy  niż  do  głębi  fiordów.  Ludzie  na  wybrzeżu  mieli  kontakt z 

osadami kupieckimi, do których przywożono towary z Europy. 

Przysunął  stołek  blisko  paleniska  i  usiadł.  Trzymał  Maję  na  dystans.  Pilnował,  żeby 

dzieliła ich cała podłoga. 

Może dlatego, że był zawszony? 

A może miał inne powody. 

Odnosiło się wrażenie, jakby nie mógł się nasycić ciepłem. 

-  Kiedy  mnie  stąd  zabierali,  byłem  niewinny  niczym  dziecko  nieświadome  istnienia 

zła  -  rzucił  gwałtownie.  -  Tylko  zdawało  mi  się,  że  jestem  mężczyzną!  Teraz  wiem,  że  w 

porównaniu  z  tymi,  których  spotkałem  w  więzieniu,  nawet  Kristoffer  wydaje  się  aniołem. 

Tak... skazali niewinnego chłopca, a dostajesz z powrotem bandytę. 

- Pozwól, że sama to osądzę. 

-  Nauczyłem  się  wielu  złych  rzeczy.  Grzeszne  myśli  stały  się  dla  mnie  czymś 

powszednim. Od dawna nie żyłem tak, jak żyją normalni ludzie. Nie wiem, czy potrafię. 

- Zamierzasz mordować, kraść, napadać na kogo popadnie? - przerwała mu. 

- Nie... 

background image

- Nie komplikuj wszystkiego jeszcze bardziej, Simonie. 

Maja nie wiedziała, czy  powinna go aż tak bardzo podnosić na duchu. W głębi serca 

dręczyła ją straszna niepewność. 

- Raz po raz przychodziło mi do głowy, by tu nie wracać. 

Siedział  zapatrzony  w  płomienie.  Wyciągnął  dłonie  ku  językom  ognia,  niemal 

pozwalając  im  lizać  skórę.  Tylko  cieniutka  warstwa  powietrza  chroniła  go  przed 

poparzeniem. 

-  Zamierzałem  wam  tego  oszczędzić.  Rodzinie,  tobie...  Ale  nigdy  nie  miałem  silnej 

woli.  I  teraz  też  mi  jej  brakuje.  Mimo  że  dorosłem,  pod  tym  względem  się  nie  zmieniłem. 

Więzienie właściwie tylko uwypukliło moje wady. Nie mam się gdzie podziać. Myślałem, że 

jestem potrzebny synowi... chociaż może dla niego też najlepiej by było, gdybym nie wrócił. 

Łatwiej kochać nieżyjącego bohatera, niż znieść zawód, jaki sprawia żywy człowiek... 

-  Domyślam  się,  że  wiadomość  o  śmierci  dziecka  była  dla  ciebie  szokiem...  - 

powiedziała cicho Maja. 

Simon odwrócił się w jej stronę. Ich spojrzenia spotkały się. Znów ujrzała czające się 

w jego oczach rozpaczliwe pytanie, ale także chłód, którego nigdy wcześniej nie dostrzegła. 

-  Być  może  lepiej,  że  tak  się  stało  -  odparł.  -  Może  tkwi  w  tym  głębszy  sens,  żeby 

Simon Bakken nie miał synów i tym samym położył kres złu. 

-  Simon  Bakken  będzie  miał  synów!  -  wykrzyknęła  Maja,  bezwiednie  składając 

mężowi  obietnicę.  -  Uważam,  że  na  to  zasługuje.  Myślę,  że  jego  synowie  będą  dumni  z 

takiego ojca. A córki będą czuły to samo. 

Simon tylko wzruszył ramionami i na powrót skupił całą swoją uwagę na tańczących 

płomieniach, tak jakby nic poza tym się nie liczyło. 

- Pokonałeś dziś długą drogę? Znów wzruszenie ramion. 

- Szedłem znad fiordu - rzucił lekko. - Wczoraj z Malselv zabrał mnie jakiś jeździec. 

Spałem  w  stajni  razem  z  koniem.  Przechodziłem obok  przylądka,  widziałem  światło.  Nawet 

chciałem wejść, ale bardziej ciągnęło mnie tutaj. Nie wiem nawet, czy bym wszedł, wiedząc, 

ż

e tam jesteś. 

Maja  wzdrygnęła  się.  Zranił  ją  świadomie?  Takim  się  stał?  A  może  powiedział  to 

niechcący? 

Ich związek nie opierał się na miłości, teraz bardziej jeszcze niż kiedyś. Simon patrzył 

na  nią  z  dziwnym  uśmieszkiem,  chwilami  tylko  przypominając  tego  mężczyznę,  którego 

mogłaby pokochać, gdyby w jej życiu nie było tyle cieni. 

- Najlepiej gdybym umarł, prawda, Maju? Byłoby ci wówczas łatwiej... 

background image

- Ale żyjesz... Z premedytacją go zraniła, odpłacając pięknym za nadobne. Nawet jeśli 

poczuł się dotknięty, umiejętnie to ukrył. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Zaśmiał się 

tylko nieprzyjemnie. Drażnił ją ten śmiech, równie obcy i przerażający jak wszystko inne w 

nim. 

- Nie miałem nawet na tyle przyzwoitości, by umrzeć - odezwał się ponuro. 

Czy on czasem nie udaje? Maja mimowolnie nabrała podejrzeń. 

-  To  prawda,  zawsze  brakowało  ci  przyzwoitości  -  odcięła  się,  przypominając  sobie 

kłótnie, które tak ich ze sobą związały. Nie pieszczoty i bliskość, tylko przycinki i walka na 

słowa. Właśnie takiej codzienności oczekiwała. Marzeń wolała nie mieszać z życiem. 

-  Byłaś  sama  przez  te  wszystkie  lata?  -  zapytał  głosem  ostrym  jak  brzytwa.  -  Może 

miałaś kogoś? Wszyscy pewnie są przekonani, że nie żyję... 

-  Nie  wiem,  co  myślą  inni.  Nie  rozmawiam  zbyt  często  z  ludźmi.  -  Odruchowo 

dotknęła blizny na policzku. 

Człowiek,  który  oszpecił  gładkie  policzki  dziecka,  osiągnął  swój  cel.  Maja  mogła 

wyrosnąć  na  prawdziwą  piękność.  Lśniące  czarne  włosy  opadające  kaskadami  na 

wyprostowane  plecy,  ciemne  brwi,  które  stanowiły  niezwykłą  mieszankę  wygiętych  jak 

skrzydła  ptaka  brwi  Raiji  i  prostych  jak  kreski  Mikkala.  Kanciasta  twarz  po  ojcu  i  oczy 

intensywnie  brązowe  z  żółtą  obwódką  wokół  źrenicy.  Wszystko  to  wyróżniało  ją  z  tłumu. 

Mężczyźni mogliby się za nią oglądać. 

Rzeczywiście  oglądali  się,  ale  z  innego  powodu.  Większość  nie  dostrzegała 

oryginalnej i niezwykłej urody Mai. Zauważali tylko dwie blizny na obu policzkach, ciągnące 

się aż do skroni.  Białe ślady  nienawiści pozostawione przez ostry  nóż. Dowód na to, że jest 

córką swojej matki. Córką swojego ojca. Mikkal jako pierwszy naznaczył ostrzem noża twarz 

nędznika  Isaaka.  Ponieważ  Isaak  nie  mógł  się  zemścić  na  Raiji,  skierował  całą  swoją 

nienawiść ku bezbronnemu dziecku. 

- Nie było nikogo - odparła oschle. - Zresztą któż by to mógł być, chyba ślepiec! 

- Elise powiedziała kiedyś, że jesteś piękna. Miała rację, Elise zwykle miała rację. 

Zamilkł i długo się jej przyglądał. 

-  Cieszę  się,  że  w  sypialni  nie  straszą  żadne  upiory.  Jesteś  jednak  zbyt  gorąca,  żeby 

być sama tak długo. - Jego oczy zwęziły się. - Tęskniłaś za tym? Brakowało ci mnie w łóżku? 

Zapewne  w  gospodarstwie  radziłaś  sobie  całkiem  dobrze,  ale  pod  derką  musiałaś  dotkliwie 

odczuwać pustkę. 

- Ty też jesteś gorący - odcięła się. 

background image

Takie rozmowy przestały już ją przyprawiać o rumieniec wstydu. Przypuszczała, że to 

tylko przedsmak tego, co ją czeka. Simon wracał przecież ze świata, w którym żyli wyłącznie 

mężczyźni i wulgarny ton był na porządku dziennym. 

- Nigdy nie pieprzyłem mężczyzn - wycedził, ale zaraz zawołał: - Wybacz, Maju, nie 

chciałem! 

Ona jednak spuściła wzrok, speszona. Słyszała, jak czasem mężczyźni żartowali sobie 

na ten temat, ale zwykle takie rozmowy cichły, gdy w pobliżu pojawiały się kobiety. Trudno 

sobie nawet wyobrazić, by coś tak nienormalnego mogło się zdarzyć naprawdę. W ogóle nie 

wolno o tym myśleć! 

Na  pewno  się  przesłyszała.  Simon  chyba  powiedział  coś  innego.  Takie  świństwo  na 

pewno by mu nawet nie przyszło do głowy. 

-  A  ty  co  myślałaś,  jaki  to  świat?  -  ciągnął  obcy  głos.  -  Gdzie  mnie  odesłali?  Że  to 

tylko troszkę gorsze miejsce niż to? Nigdy nie zdołasz sobie wyobrazić, jak wyglądało moje 

ż

ycie w ciągu tych ponad dwóch lat. Nie znajduję słów, którymi mógłbym ci to opisać. Chcę 

opowiedzieć  i  zarazem  nie  chcę.  Brakuje  mi  określeń,  widzę  tylko  obrazy.  Wciąż  mam  je 

przed oczyma, nie mogę się ich pozbyć. 

Jego oddech był drżący i urywany. 

- W tamtym świecie każdy wykorzystuje każdego. Na wszystkie sposoby. Jeśli chcesz 

czegoś, co ma ktoś inny, starasz się mu to zabrać. Nie istnieje coś takiego, jak solidarność czy 

prawdziwa  przyjaźń.  Zadźgałbyś  nożem  tego,  którego  nazywasz  najlepszym  przyjacielem, 

gdybyś tylko miał nóż. Zabrać dało się wszystko, z wyjątkiem duszy. 

Maja  przełknęła  ślinę.  Ujrzała  obrazy,  przed  którymi  się  cofnęła.  Po  prostu  nie 

pojmowała,  jak  coś  takiego  może  się  dziać.  Mężczyźni  nie  są  stworzeni  dla  mężczyzn,  tak 

sądziła,  to  nienormalne.  Nawet  nie  potrafiła  pojąć,  jak  to  możliwe.  Niektórzy  robili  to  ze 

zwierzętami. 

W głowie Mai kłębiły się gorączkowe myśli. 

Jeśli są tacy, którzy potrafią to zrobić z owcą... cóż, bardziej normalne wydaje się już, 

ż

e robią to z innym człowiekiem, nawet jeśli jest tej samej płci. 

Nie  miała  pojęcia,  czy  kobiety  również  robią  to ze  sobą.  Tego  zresztą  też  nie  umiała 

sobie wyobrazić. 

-  To  grzech  śmiertelny  -  mówił  Simon.  -  A  tam  wszyscy  tak  postępowali.  Wszyscy! 

Zawsze znalazł się ktoś, na którego widok ciekła ślinka. Nigdy o czymś takim nie słyszałem, 

póki tam nie trafiłem. Myślałem, że umrę, kiedy którejś nocy, zaraz na początku, dobrali się 

do mnie. Czterech chłopa, dla których byłem smakowitym kąskiem. 

background image

Popęd to straszna siła u mężczyzny. 

Skinęła głową, chociaż nadal go nie rozumiała. Było jej niedobrze. Nie wiedziała, czy 

będzie jeszcze miała chęć dotknąć go po tym, co usłyszała. 

Wystarczy  już,  że  wie,  iż  obściskiwał  wszystkie  znajome  dziewczyny.  Ale  że  sypiał 

także z mężczyznami... 

-  Niektórzy  tacy  już  są  -  mówił  twardo.  -  W  ogóle  nie  pragną  kobiety.  Nie  mam  nic 

przeciwko nim. Bo oni nie mają wyboru. To my wszyscy pozostali jesteśmy zepsuci... 

- To wszystko nic nie znaczy - zapewniła stanowczo, choć glos jej drżał. - Nie sądzę, 

ż

ebyś stanowił zagrożenie dla mężczyzn znad fiordu. 

Popatrzył  na  nią  smutno,  tak  przynajmniej  się  jej  zdawało.  Za  nic  w  świecie  nie 

chciała uwierzyć, że Simon został przemieniony w kamienny posąg. 

-  Nie  wiem,  Maju,  czy  mogę  wziąć  cię  w  ramiona,  nie  wiem,  czy  potrafię  się  z  tobą 

kochać.  Czuję  się  tak,  jakby  wszystko  we  mnie  umarło,  rozumiesz?  Odkąd  wyszedłem  z 

więzienia, nie miałem żadnej kobiety. Na żadną nawet nie miałem ochoty. 

Uwierzyła mu. 

-  Żyjesz  -  powiedziała,  nadrabiając  miną.  -  „Wróciłeś  do  domu.  Tylko  to  się  liczy. 

Możesz spać w alkierzu, ja położę się tutaj, w kuchni. W ten sposób utrzymamy robactwo w 

jednym miejscu. 

Pokiwał głową i rzucił z goryczą: 

- Całe robactwo. Maja nie miała nic złego na myśli, nie zamierzała go zranić. 

Nie tym razem. 

background image

Następnego ranka Reijo jak zwykle zajrzał sprawdzić, czy Maja czegoś nie potrzebuje. 

Jakież  było  jego  zdumienie,  gdy  przy  krzyżyku,  który  przed  dwoma  laty  wkopał  na  grobie 

dziecka Mai, zobaczył Simona. 

- Spotkałeś go? - zapytała Maja zmęczona. Prawie nie spała tej nocy. Ława w kuchni, 

na której ułożyła się do snu, była wprawdzie wygodna, ale myśli o mężu leżącym w alkierzu 

mąciły dziewczynie sen. 

- Tak, spotkałem - odpowiedział Reijo blady jak ściana. - Trudno uwierzyć, że to ten 

sam człowiek. Wygląda okropnie. 

-  Spodziewałam  się,  że  jeśli  wróci,  pozostanie  z  niego  tylko  skóra  i  kości  -  odparła, 

krzyżując ręce na piersi. - Ale nigdy nie pomyślałam, że... Jego oczy sprawiają, że przenika 

mnie lodowaty chłód. Niby to oczy Simona, a równocześnie jakby nie jego. Zresztą wszystko 

razem, sposób mówienia, słuchania. Przeraża mnie jego ciągła czujność, jakby przez cały czas 

spodziewał  się  najgorszego.  Nawet  wyrwany  z  głębokiego  snu  w  jednej  chwili  gotów  jest 

odeprzeć atak. To nie Simon, a równocześnie, w przebłyskach, mimo wszystko on. 

- Czeka cię, Maju, trudne wyzwanie. Oddychała z drżeniem. 

-  Zamierzał  pójść  do  swoich  rodziców.  Poszedł?  Reijo  skinął  głową  i  zdjął  skórzaną 

czapkę. Jego włosy, choć gdzieniegdzie przyprószone siwizną, nadal zachowały płową barwę. 

-  A  mnie  się  już  zdawało,  że  i  on  nie  żyje  -  rzekł  zmęczonym  głosem,  siadając  przy 

stole. - Dla ciebie, bez wątpienia, tak byłoby najlepiej. 

-  Lżej  -  przyznała.  -  Może  gdyby  łączyło  nas  głębsze  uczucie,  wszystko  byłoby 

prostsze, ale ja przecież nigdy go nie kochałam. A teraz czuję tylko litość. Czy na tak lichym 

gruncie  da  się  coś  zbudować?  Jak  sądzisz,  czy  on  kiedykolwiek  stanie  się  podobny  do  tego 

dawnego  Simona?  U  boku  tamtego  potrafiłabym  żyć,  ale  czy  potrafię  z  tym,  nie  wiem.  Nie 

mogę  go  jednak  zostawić.  Bo  wszyscy  wtedy  będą  mu  współczuć.  Ja  zresztą  też  mu 

współczuję... Co z nami będzie, Reijo? 

Ujął dłoń Mai w swoje duże ręce i delikatnie uścisnąwszy, starał się przekazać jej swą 

siłę. Zawsze był dla niej opoką. Nie pojmowała, skąd czerpie tę moc. 

-  Co  z  wami  będzie,  zależy  w  takim  samym  stopniu  od  ciebie,  jak  od  niego  -  rzekł 

spokojnie Reijo. 

- To takie proste, a zarazem takie trudne. Ale ty na pewno sobie poradzisz. 

background image

Maja  zamrugała  powiekami,  żeby  powstrzymać  łzy  napływające  jej  do  oczu.  Nie 

chciała, żeby Reijo widział, jak płacze. 

- I pamiętaj, nie jesteś sama - dodał. - Na przylądku jest ktoś, na kogo zawsze możesz 

liczyć. Pamiętaj, że jesteśmy tam, by ci pomóc. 

W  rzadkich  chwilach  takich  jak  ta  Maja  nie  zazdrościła  innym,  że  mają  normalnych 

rodziców.  Reijo  był  dla  niej  kimś  wyjątkowym  i  znaczył  więcej  niż  wszyscy  rodzice  razem 

wzięci. 

- Opowiedział mi, jak się tu dostał - ciągnął Reijo. 

- Musiało mu być bardzo ciężko. Nie można oczekiwać, że w okamgnieniu stanie się 

taki jak kiedyś. 

-  Ale  czy  to  w  ogóle  możliwe,  że  znów  będzie  taki  jak  przedtem?  -  zastanawiała  się 

Maja. - Boję się wyrazić słowami mój lęk. Kiedy próbuję, boję się i cierpię jeszcze bardziej. 

- Chodzi o coś więcej, prawda? Zadręczasz się jakimiś niedobrymi myślami. 

Maja potrząsnęła głową. 

-  Czy  on...  czy  on,  u  diabła,  skrzywdził  cię,  Maju?  -  zapytał  Reijo  wyraźnie 

zakłopotany. 

Maja skuliła się w dużym, odrapanym z brązowej farby krześle. 

-  Nie...  Nie  wiem,  czy  w  ogóle  jest  w  stanie  -  odrzekła  zamyślona,  a  w  jej  głosie 

pobrzmiewał  smutek  i  lęk.  -  I  czy  miałby  chęć.  Powiedział  mi,  że...  -  Maja  zasłoniła  twarz. 

Nie  mogła  się  przemóc,  by  wyznać  Reijo,  czego  się  dowiedziała.  Po  kilku  nieudanych 

próbach zrezygnowała. - Nie potrafię o tym mówić. 

Nagle  Reijo  doznał  olśnienia.  Bywały  takie  miejsca,  gdzie  mężczyźni  całkowicie 

pozbawieni kontaktu z kobietami... Nie potrafił jej pocieszyć. 

- Ale to jeszcze nie jest najgorsze, Reijo - odezwała się drżącym głosem. - Rozumiesz, 

to jeszcze nie jest najgorsze. Jest bowiem coś, o co nawet nie mogę go spytać, coś, o czym on 

też nie wspomniał nawet jednym słowem. 

Wstała z krzesła i zdjęła z półki niewielki worek, w którym schowany był pociemniały 

ze starości skórzany mieszek. 

-  Zamierzałam  wyrzucić  ten  worek  -  wyjaśniła.  -  Myślałam,  że  w  środku  są  same 

łachmany. I wtedy wypadło to. 

Reijo ze zdziwieniem ważył w dłoni ciężki mieszek, a kiedy go rozwiązał i zajrzał do 

ś

rodka, tak samo jak Maja stracił mowę. 

- Jak więzień może wejść w posiadanie srebrnych talarów? - zapytała. - Te pieniądze 

wprawiają mnie w przerażenie, Reijo. Przecież nie mógł ich zarobić uczciwie. Mówił, że jest 

background image

zły,  że  dopiero  teraz  jest  przestępcą.  Pewnie  je  ukradł!  Być  może  uczynił  coś  jeszcze 

gorszego. Czy to się nigdy nie skończy? 

Reijo  przypomniał  sobie  dawnego  Simona:  błysk  w  oku,  niedbała  poza,  uśmiech 

błąkający się w kącikach ust. Szybkie ruchy i wesołość. Raczej powierzchowny, ale nikomu 

to nie przeszkadzało. Nadrabiał urodą. Głupi jednak nie był. 

A teraz... 

Simon  klęczący  pod  krzyżem.  Kark  łatwo  mu  się  zginał.  W  oczach  nadal  zapalał  się 

błysk, tyle że całkiem inny, groźny. 

Być może lata upokorzeń odcisnęły na nim swoje piętno. Może znalazł własny sposób 

na  przetrwanie  w  miejscu,  gdzie  nikomu  nie  wolno  ufać.  Ale  głupcem  nie  jest,  o  tym  Reijo 

wiedział na pewno. 

- Chyba zbyt szybko zakładamy najgorsze... - powiedział ostrożnie. 

Czuł,  że  tak  właśnie  powinien  powiedzieć.  Maja  była  jego  ukochanym  dzieckiem, 

miała za sobą długi czas samotności. Nie powinna trafić znów na rafę. Od początku tak jej się 

nie wiedzie.  Zdawał sobie sprawę, że samotność będzie jej przeznaczeniem. Minione lata to 

potwierdziły.  Kto  by  przypuszczał,  że  Simon  zechce  wrócić?  Przypuszczał,  że  kiedy  wy-

puszczą  go  z  więzienia  po  odbyciu  trzech  lat  kary,  skorzysta  z  okazji,  by  rozpocząć  nowe 

ż

ycie - wolne od zobowiązań wobec żony o okaleczonej twarzy. 

Reijo nie miał najmniejszych wątpliwości, że Simon porzuci Maję. 

Jak bardzo można się pomylić, oceniając drugiego człowieka! 

Reijo nie chciał po raz drugi popełnić tego samego błędu. Bal się, że udzieli Mai złej 

rady.  To,  że  Simon  wrócił,  niewątpliwie  świadczyło  na  jego  korzyść.  Poza  tym  Reijo 

przypomniał sobie, że Elise lubiła tego chłopaka, wbrew wszystkiemu, i to także przemawiało 

za nim. 

-  Nie  chciałbym  się  w  to  mieszać  -  rzekł.  Wiele  go  kosztowało,  by  wypowiedzieć  te 

słowa. 

Najchętniej  solidnie  potrząsnąłby  Simonem,  żeby  wydobyć  z  niego  prawdę,  użyłby 

siły, żeby go zmusić do wyjaśnień. 

-  Wiem  tylko  jedno:  najważniejsze  jest  wzajemne  zaufanie.  Musicie  sobie  ufać!  Jak 

możesz oczekiwać, by powiedział ci o wszystkim, skoro ty rozmawiasz o tych pieniądzach ze 

mną, a nie z nim. Przecież ja ci nie wyjaśnię, skąd on je wziął. A on mógłby. 

-  Nie  mogę  go  zapytać!  -  Maja  była  zdruzgotana.  Na  jej  ściągniętej  twarzy  jasne 

blizny odbijały się jeszcze mocniej. 

Reijo pogładził ją po włosach, a wkładając jej do ręki ciężki mieszek, spytał: 

background image

- A jeśli nie może ci o tym powiedzieć? Czy tak ci to trudno zrozumieć? Nie wszystkie 

pomijane milczeniem sprawy muszą kryć w sobie zło. Przecież ty na pewno też nie mówisz 

mu wszystkiego. Zresztą wcześniej również ci się to zdarzało. Już taka jesteś skryta, Maja. 

Odwróciła się gwałtownie, żeby ukryć rozpalone policzki, choć Reijo, oczywiście, nie 

mógł  się  domyślać  jej  tajemnicy.  Nawet  Elise  nie  miała  o  niczym  pojęcia,  więc  jak  by  on 

mógł to odgadnąć. 

To prawda. Miała swoje tajemnice i z nikim się nimi nie dzieliła. 

Całe szczęście, że mogła zająć czymś ręce, nawet jeśli były to te judaszowe srebrniki. 

Włożyła je z powrotem do worka i ukryła na półce. 

- Myślisz, że opowie mi o wszystkim? - zapytała z powątpiewaniem. 

-  Kiedy  uzna  to  za  stosowne.  Chyba  po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  nie  dawała 

wiary słowom Reijo. 

- Chyba nie możesz oczekiwać, że on ci zaufa, jeśli ty mu nie ufasz. 

- Nie wiem, czy potrafię przestać się go bać. To raczej kiepski początek do zgody. A 

jeszcze do tego to przeklęte robactwo. Na miły Bóg, nie chcę mieć robactwa w domu! Wrzucę 

go  dziś  znów  do  gorącej  kąpieli  i  wyszoruję.  Będę  szorować  piaskiem  łóżko  i  miejsca,  po 

których stąpał... 

Reijo mimowolnie uśmiechnął się, choć daleko mu było do wesołości. 

-  Nie  martw  się,  Maju.  Z  twoim  zamiłowaniem  do  czystości  nigdy  nie  będziesz 

zawszoną Kwenką. Widziałem na podwórzu, że spaliłaś jego ubrania. 

Uśmiechnęła się także. 

-  Simonowi  ledwie  udało  się  uratować  balię.  Bo  już  gotowa  byłam  i  ją  wrzucić  do 

ognia. 

- Nie powinienem był się zgodzić na wasze małżeństwo - rzucił gwałtownie Reijo. 

W jego spojrzeniu czaiła się ojcowska rezygnacja i żal. 

- Ale zawsze trochę ci ulegałem. Powinienem jednak przewidzieć, że ten związek nie 

będzie błogosławiony. 

- Nie mogłeś mi przeszkodzić - odparła z niezachwianą pewnością. - Nawet ty, Reijo, 

nie mogłeś mnie odwieść od decyzji, którą podjęłam. Teraz przyszło mi płacić wysoką cenę 

za mój upór. Muszę jednak temu podołać. 

-  Mimo  wszystko  wolałbym,  żebym  ci  wówczas  zabronił  wyjść  za  mąż.  Ze  względu 

na siebie. 

Ukryła te słowa głęboko w pamięci. 

background image

Maja  miała  taką  naturę,  że  nie  potrafiła  milczeć,  kiedy  ją  coś  gnębiło.  Tylko  jednej 

tajemnicy strzegła niczym matka swe dziecko przed niebezpieczeństwem. Kiedy jednak coś ją 

poruszało  do  głębi  serca,  nie  była  w  stanie  trzymać  języka  za  zębami.  Miała  silne  poczucie 

sprawiedliwości.  Nienawidziła  tego,  że  musi  skrywać  przed  otoczeniem  fragmenty  swojego 

ż

yciorysu. Jej życie pełne było przemilczeń. Od urodzenia wplątana była w kłamstwa. 

Dorastać i stawać się kobietą w cieniu Raiji wcale nie było łatwo. 

Simon stanął w drzwiach i wyczuwszy zapach smoły, pospiesznie omiótł spojrzeniem 

izbę. Na piecu w cynowym kubku bulgotała smoła, a jej osobliwy zapach unosił się w całej 

chacie. 

- Tak, tak, pchły na pewno wyczują ten smród - zauważył, z uśmiechem napotykając 

wzrok Raiji. - Reijo już poszedł? 

Skinęła głową bez słowa. 

- Często tu zachodzi? 

- Pomagał mi, kiedy potrzebowałam - odpowiedziała ostro. - Niełatwo kobiecie samej. 

Wzruszył  ramionami  i  nie  odrywając  od  Mai  wzroku,  podrapał  się  po  plecach. 

Uśmiechnął się, gdy się wzdrygnęła. Choć ją także wszystko nagle zaczęło swędzić, zacisnęła 

zęby, starając się nie dać tego po sobie poznać. 

Drażnił  się  z  nią  celowo,  jakby  ją  chciał  sprowokować  do  gwałtownej  reakcji. 

Wyraźnie  go  to  bawiło.  Tych  dwoje  nigdy  nie  rozmawiało  ze  sobą  normalnie.  Zawsze 

kończyło się na kłótniach. 

- I jak zareagowała twoja rodzina? 

-  A  co  się  mówi,  gdy  się  zobaczy  zmartwychwstałego?  Lamentom  i  łzom  nie  było 

końca.  Syn  marnotrawny  wrócił  do  domu.  Tylko  że  oni  niczego  nie  rozumieją.  Ty,  Maju, 

jesteś mi bliższa niż ci, z którymi łączą mnie więzy krwi. 

Nie wiedziała, co kryje się za tymi słowami. 

Patrzył na nią, zmrużywszy oczy w wąskie szparki. Jego twarz, nadal urodziwa, chyba 

nigdy nie przestanie się podobać kobietom. Nawet mijające lata nie mogły jej zaszkodzić. Ale 

teraz malował się na niej kamienny chłód, przed którym Maja omal się nie cofnęła. 

- O co chodzi? - rzucił twardo. To krótkie pytanie przypominało smagnięcie bata. 

-  O  odrobinę  szczerości  -  powiedziała  Maja,  starając  się  utrzymać  równie  chłodny  i 

beznamiętny ton. - Szczerość, Simonie. Przynajmniej tyle mieliśmy zawsze dla siebie. Co to 

za pieniądze? I skąd je masz? 

-  Pieniądze?  -  Popatrzył  na  nią,  a  na  jego  wargach  błąkał  się  ów  przeklęty,  lekko 

szyderczy uśmiech. - Pieniądze, Maju? 

background image

Ś

cisnęła  pięści,  ledwie  się  powstrzymując,  by  go  nie  uderzyć.  Ukryła  ręce  pod 

fartuchem,  żeby  nie  zobaczył,  jak  bardzo  ją  rozzłościł.  Wypierał  się  czegoś,  o  czym  musiał 

wiedzieć. Czy aż tak go zmienili w więzieniu? 

-  Twoje  pieniądze,  Simonie  -  powtórzyła  aksamitnym  głosem,  nie  zdając  sobie 

sprawy,  że  pobielałe  blizny  na  rozpalonej  twarzy  zdradzają  jej  zdenerwowanie.  Simon 

przypatrywał się jej rozbawiony. Odgarnąwszy włosy z czoła, usiadł wygodnie na stołku. 

- Moje pieniądze? - zapytał, jakby prowadził z nią jakąś grę. Żadne z nich nie mogło 

wygrać. Oboje mogli zostać zranieni. 

Ale Maja nie potrafiła o tym milczeć. 

- Chodzi o srebrne monety w skórzanym mieszku, Simonie. - Jej słowa cięły jak ostrze 

noża. 

- A więc moja żonka mi nie ufa. Węszy w moich rzeczach. 

Simon popatrzył na nią przeciągle, oblizując wargi. 

- Skąd je masz? Kiedy cię zabrali, nie miałeś grosza przy duszy. O ile wiem, nikt nie 

dorabia się srebrnych talarów w więzieniu. 

Znów uśmiech. 

-  Co  ty  możesz  wiedzieć  o  więzieniu?  A  jeśli  zarobiłem  je  uczciwie,  tyle  że  gdzie 

indziej? 

Zamilkł  i  patrzył,  jak  jej  twarz  się  zmienia,  wyrażając  to  złość,  to  chęć,  by  mu 

wierzyć, aż wreszcie stracone nadzieje i przerażającą pewność. 

- Może je ukradłem? Łatwiej ci w to uwierzyć? Bo zdaje się, że już dobrze wiesz, że 

gotów byłbym dla nich zabić. Prawda, Maju, że bez najmniejszego trudu byś w to uwierzyła? 

Nie mogła zdobyć się na odpowiedź. Simon, z którym dzieliła łoże w dalekiej, okrytej 

niepamięcią przeszłości, nie byłby w stanie nikogo zabić. Ale tego nowego Simona nie znała. 

Maję  przerażało,  że  tak  myśli.  Strach,  jaki  czuła  wobec  swego  prawowitego  męża, 

wydawał  jej  się  wstrętny,  napełniał  ją  bólem.  Strach  uwłaczał  jej  godności.  Wiedziała,  że 

Simon ją przejrzał, a lęk, którego nie potrafiła ukryć, zranił go. To było najgorsze. 

- No cóż, będziesz musiała żyć ze swoimi podejrzeniami, żonko - rzucił lekko, ale w 

jego  głosie  zabrzmiała  fałszywa  nuta.  -  Skoro  już  wiesz  o  istnieniu  pieniędzy,  nie  będę 

zaprzeczał, że je mam. Na pewno już je nawet przeliczyłaś. Moglibyśmy za to sporo kupić... 

- Nie ma mowy! 

Wzruszenie  ramion.  Wszystko  było  dla  niego  takie  proste,  banalne,  a  zarazem 

niemożliwe. 

background image

-  To  twoje  zmartwienie,  Maju.  Ja  wiem,  w  jaki  sposób  je  zdobyłem.  Jeśli  zechcę, 

powiem ci. Nie inaczej. I nie wcześniej. Nikt mnie nie może do tego zmusić. Rozumiesz? 

Zrozumiała. Temu nowemu, nie znanemu Simonowi nie zadaje się takich pytań. 

To było największe wyzwanie, jakie zostało jej kiedykolwiek rzucone. Maja zdawała 

sobie sprawę, że szaleństwem jest je podejmować. By odnaleźć dawnego Simona, potrzebne 

były całe pokłady czułości i współczucia. 

Niełatwo będzie do niego dotrzeć. Nie ma też co liczyć na jego wdzięczność. Nikt jej 

nie może pomóc. Temu wyzwaniu będzie musiała podołać zupełnie sama. 

W każdym razie jest to jakiś cel. Nadzieja na odmianę szarego życia. 

- Więcej nie będę pytać - oznajmiła pewna, że dotrzyma słowa. On zresztą także. Ale 

było to ważne. Chodziło o szacunek. - Ale to nie znaczy, że przestanę się martwić, Simonie. 

Wiedz,  że  to  z  życzliwości.  Nie  potrafię  cię  nienawidzić,  nie  wiem  też,  czy  mogłabym  cię 

przestać lubić. 

-  A  może  mogłabyś  się  mnie  bać? Co  powiesz  na  taką  możliwość?  -  rzucił  niedbale, 

jakby  się  zastanawiał.  Maja  nie  wiedziała,  który  Simon  zadaje  jej  to  pytanie,  a  wolałaby 

wiedzieć. 

- Jest w tobie coś, co mnie przeraża - wyznała szczerze, choć wiele ją kosztowało, by 

odsłonić przed nim swoje uczucia. Ale nie mogła przecież otoczyć się murem, jeśli chciała do 

niego dotrzeć. 

-  Nawet  nie  przypuszczałaś,  co  cię  czeka,  wpuszczając  mnie  pod  spódnicę,  gdy 

ukrywałem się w górach. Wtedy po prostu chciałaś wziąć coś, co należało się Elise. Prawda? 

Niebezpiecznie ją przejrzał i ugodził w najczulsze miejsce. Tak łatwo zapominała, że 

Simon się zmienił i myśli inaczej niż ona. 

- Wtedy mało się nad tym zastanawiałam. Byłeś taki doświadczony. Nie było ci trudno 

zrobić ze mną to, co chciałeś... 

Simon  wstał  leniwie  i  pogładził  uda  żylastymi  dłońmi.  Mimowolnie  przyciągnął  jej 

spojrzenie.  Był  tego  świadom.  W  jego  ruchach  pojawiło  się  coś  zmysłowego,  a  w  oczach 

błysnęło zwierzęce pożądanie. Patrzył na nią jak drapieżnik na ofiarę. Poczuła, że ogarniają ją 

mdłości... 

Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej. 

-  Nadal  jestem  bardziej  doświadczony,  Maju  -  wycedził.  -  Wiele  widziałem  i 

próbowałem niejednego. Czy teraz też zrobię z tobą, co zechcę? 

Poznawała po jego tonie, że to aluzja, ale nie miała pojęcia, o co mu naprawdę chodzi. 

background image

Poprzedniego wieczoru nie okazywał nawet najmniejszego zainteresowania jej osobą. 

Odniosła nawet wrażenie, że ją odpycha. 

Teraz ujął w dłonie jej policzki, zasłaniając blizny. 

Z początku zawsze całował ją w taki sposób. Skrywał to, co ją szpeciło. 

Brutalnie rozchylił wargami jej usta i nie zważał na to, że sprawia jej ból. 

Nie zdążyła obudzić w sobie nawet odrobiny pożądania. 

Poranione wargi miały smak krwi. 

Tymczasem  Simon  wsunął  dłonie  pod  spódnicę  Mai  i  zadarłszy  ją,  gwałtownie 

szarpnął bieliznę. Działał jak w amoku, jak ogarnięty wściekłością. Ręce sunęły po jej ciele, 

zatrzymały  się na moment na łagodnie zaokrąglonych biodrach, a potem  palce  wdarły się w 

jej miękką kobiecość. Zacisnęła powieki. Miała wrażenie, że widzi pazury zwierzęcia, pazury 

ptaka - orła chwytającego zdobycz. 

Popchnął ją na chłodną podłogę, aż upadła. 

- Poczekaj! - rzucił twardo, gdy nieprzymuszona chciała otworzyć przed  nim to, co i 

tak wziąłby siłą. - Na kolana! 

Jego  oddech  stał  się  świszczący,  nierówny.  Palcami  rozchylał  jej  białe  pośladki, 

wpychał  w  nią  swą  męskość.  Pochyliła  głowę  i  zagryzła  wargi,  gdy  zaczął  ją  brutalnie 

ujeżdżać. Zaspokoiwszy żądzę, nawet nie zadał sobie trudu, by i ją rozpalić. Nie obdarzywszy 

jej najmniejszą pieszczotą, wysunął się z niej. 

Upokorzona  opadła  na  podłogę.  Mrugała  powiekami,  żeby  powstrzymać  płacz. 

Pozbawionymi czucia palcami poprawiała ubranie. 

Miała  w  życiu  tylko  jednego  mężczyznę,  Simona.  Kiedyś  był  czułym  i  delikatnym 

kochankiem.  Choć  zależało  mu  na  zaspokojeniu  własnych  pragnień,  lubił  także  ją 

wprowadzać w krainę rozkoszy. 

Teraz sprawił jej tylko ból. 

Poprawił spodnie i bez słowa przeprosin po prostu wyszedł. Usłyszała jedynie odgłos 

zamykanych drzwi. 

Ale i wtedy nie pozwoliła sobie na łzy. 

Niemożliwe, by go pokochała. Do takiego traktowania nie zdoła przywyknąć. 

Ale będzie musiała z nim żyć. 

Wrócił po krótkiej chwili i rzucił w progu: 

-  Spaliła  się  studnia.  Czy  to  kolejny  żart  z  jego  strony?  Nowy  sposób,  by  ją 

przestraszyć? 

- Studnia? 

background image

-  No,  drewniana  obudowa  w  ziemi.  Zachowywał  się  jakby  nigdy  nic.  Jakby  nie 

pamiętał, co jej zrobił przed chwilą. Maja wyminęła go, starając się go nie dotknąć. Na jakiś 

czas miała dość męskiego ciała. 

W  powietrzu  unosił  się  swąd  spalenizny.  W  izbie  go  nie  czuła,  bo  była  odwrócona 

twarzą do paleniska. A poza tym zapach smoły był silniejszy. 

Skierowała swe kroki w stronę ścieżki prowadzącej ku studni, którą Reijo wykopał dla 

niej, żeby nie musiała daleko chodzić po wodę. Ale ponieważ każdej zimy studnia zamarzała, 

Maja i tak nosiła wodę z rzeki. Wartki nurt sprawiał, że lód nie skuwał jej powierzchni. 

Ze studni zostały tylko tlące się zgliszcza. 

Na pokrytym śniegiem podwórzu oprócz wydeptanych wąskich ścieżek nie widać było 

ż

adnych śladów. 

Maja, słysząc za plecami odgłos kroków, odwróciła się gwałtownie. 

-  Nic  nie  mów!  -  rzucił  z  kamienną  twarzą  Simon.  -  Wiem,  Maju,  co  myślisz,  ale 

mylisz się: tego nie zrobiłem. Po co miałbym, u licha, podkładać ogień pod własną studnię? 

background image

Maja spędziła kolejną noc na kuchennej ławie i znów nie zmrużyła oka. 

Nie mogła się w tym wszystkim połapać. 

Ogień został podłożony mniej więcej wtedy, kiedy Simon wrócił od swoich rodziców. 

Może zanim wszedł do chaty? Ale po co miałby podpalać studnię? 

Kłóciło się to ze zdrowym rozsądkiem. 

Z kolei trudno było stwierdzić, czy w pobliżu domu kręcił się ktoś obcy. Na wąskich 

ś

cieżkach widniały odciśnięte niezbyt głębokie jednakowe ślady kumagów. 

Maja zapragnęła, by odwiedził ją Reijo. Jego mogłaby zapytać o radę, jemu wierzyła. 

Dreszcz jej przeszedł po plecach, gdy uświadomiła sobie, że on jest jedyną osobą, której nie 

boi się zaufać. 

Zapadła noc. Na dworze wiało, zza okien dochodził szum drzew. Sosny  szeptały coś 

tajemniczo  i  niezrozumiale.  W  chacie  zaczynało  się  robić  chłodno.  Maja  przewracała  się  z 

boku na bok. Podciągnęła kolana wysoko, żeby się rozgrzać pod przykrótką derką, którą była 

okryta. Na szczęście miękka wełna trzymała ciepło. 

Dręczyły  ją  wątpliwości  i  wyrzuty  sumienia.  Dawało  znać  o  sobie  coraz  silniejsze 

poczucie winy. Wolałaby, żeby Simon nie wrócił. Właściwie powoli oswajała się z myślą, że 

on nie żyje. 

W alkierzu zatrzeszczały deski. 

Maja szczelniej okryła się derką, spod której ledwie wystawał jej czubek głowy. 

Tylko  nie  to,  pomyślała  w  panice.  Żeby  tylko  tu  nie  przyszedł.  Niech  nie  egzekwuje 

swoich  praw!  Okropne,  wstrząsające  przeżycie  minionego  dnia  nadal  pozostawało  zbyt 

ś

wieże, przyprawiając ją o mdłości. 

Gdyby wiedziała, co ją czeka, nigdy by się nie pakowała w to małżeństwo. 

Drzwi uchyliły się bezgłośnie. Sama naoliwiła zawiasy, żeby nie. skrzypiały. 

Simon stąpał ostrożnie, by jej nie zbudzić. Zatrzymał się przy drzwiach wyjściowych, 

jakby  nasłuchiwał.  Maja  znała  dobrze  ten  dom  i  wiedziała,  jak  trzeszczy  każda  deska  w 

podłodze, mogła więc bezbłędnie określić miejsce, w którym się właśnie znajdował. 

Zgrzyt odsuwanej zasuwy. Maja przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi na klucz. 

Pęk kluczy nosiła przywieszony przy pasku spódnicy. 

Coś zaszurało lekko i do izby wdarło się mroźne powietrze. 

background image

Simon  musiał  chyba  nieco  unieść  drzwi,  bo  inaczej  zgrzytnęłyby  o  wiele  głośniej. 

Przeraziło ją, że Simon tak doskonale pamięta o wszystkich szczegółach. 

Drzwi  się zamknęły,  a  zza  okna  dobiegło  ciche  skrzypienie  śniegu.  Simon  zniknął  w 

czeluściach chłodnej nocy. 

Maja nie wstała. 

Co on, na Boga, robi na dworze w trzaskający mróz, i to o tej porze! Normalni ludzie 

ś

pią w nocy, a nie włóczą się po okolicy. 

Zdrętwiała  ze  strachu,  nasłuchiwała  czujnie.  Ale  choć  wyostrzyła  wszystkie  zmysły, 

nic więcej nie usłyszała. 

Dopiero  o  świcie  drzwi  wejściowe  otworzyły  się  równie  ostrożnie,  jak  wcześniej 

zostały  zamknięte.  Rozległ  się  szmer  zasuwy  i  ciche  człapanie  po  zimnej  podłodze,  lekkie 

skrzypnięcie drzwi do alkierza, a potem cisza. 

Maja  zasnęła  dopiero  nad  ranem,  kiedy  powinna  niedługo  wstać  i  rozniecić  ogień  w 

palenisku. Zaspała, zaniedbując obowiązki gospodyni. 

We  śnie  towarzyszył  jej  ogień.  Otaczał  ją  ze  wszystkich  stron,  zamykając  w  kręgu 

płomiennych  języków.  Zdawało  się  jej,  że  ktoś  się  śmieje.  Gromki  śmiech  wdzierał  się 

zewsząd, potężniał jej w uszach, wypełniał całą głowę, aż zdawała się pękać. Ogromne cienie 

kobiet  sięgały  aż  do  nieba  wysoko,  wysoko  ponad  nią.  Pragnęła  wzbić  się,  żeby  do  nich 

dosięgnąć, ale nie mogła. Nogi miała jak z kamienia. Próbowała nimi poruszyć, ale wrosły w 

skałę w tamtym miejscu, gdzie kiedyś ukrywał się Simon. Tam, gdzie ta brzemienna w skutki 

historia  wzięła  swój  początek.  Otoczyły  ją  skały,  ale  ogień  nie  gasł.  Czuła  swąd.  Ale  to 

przecież  nie  studnia,  widziała  jej  zgliszcza.  Była  pewna  obecności  Simona,  mimo  że  go  nie 

widziała. Po prostu wyczuwała. 

Cień... 

Ogromna kobieta zakryła słońce. 

Maja usłyszała swój głos, równie zniekształcony jak głosy i śmiech wokół: 

- Mam własne ciepło! Kradnij sobie słońce, ja ogrzeję się przy ogniu! 

Jakieś dłonie chwyciły ją i potrząsnęły mocno. 

- Maju, u licha! Ocknij się, kobieto! Naprawdę pachniało spalonym drewnem i darnią. 

Doleciał cichy trzask. 

Z jej ust nadal płynęły słowa, których znaczenia nie pojmowała. Wiedziała tylko, że są 

bardzo ważne. 

Simon poklepał ją mocno w oba policzki, nie przestając do niej przemawiać: 

- Maju, obudź się z tego koszmaru! To tylko zły sen, wstawaj, już dawno dzień! 

background image

Potrząsał nią jak szmacianą lalką. Jeszcze nigdy nie widział kogoś pogrążonego w tak 

głębokim śnie. 

Nagle  otworzyła  oczy.  Niezwykłe  połączenie  brązu  i  żółci  zawsze  robiło  na  Simonie 

wrażenie. Nikt nie miał takich oczu jak Maja. 

- Ogień - powiedziała, przygryzając niemal całkiem pobielałe wargi. Simon schylił się 

po  przykrycie,  które  zsunęło  się  z  posłania,  gdy  Maja  rzucała  się  we  śnie.  Miała  na  sobie 

ciepły gorsecik, zapięty przyzwoicie pod samą szyję, ale mimo to szczękała zębami z zimna. 

Simon postanowił, że od następnej nocy będzie spała w wielkim łożu w alkierzu. Nie 

pozwoli,  by  dłużej  marzła  na  kuchennej  ławie.  Niemal  całkiem  pozbył  się  pcheł.  Jeszcze 

jedna gorąca kąpiel i całkiem znikną. Poprosi Maję, żeby na wszelki wypadek jeszcze krócej 

ś

cięła mu włosy. 

-  Ogień  -  powtórzyła.  Patrzyła  na  Simona,  ale  jakby  go  nie  widziała.  Rozmawiała  z 

Simonem ze snu. - Widziałam, że też tam byłeś... 

Wypuścił ją z rąk. Nie pojmował tego, co ujrzał w jej twarzy. Nie chciał pojąć. 

Maja  siedziała  oparta  o  ścianę  z  drewnianych  bali,  na  której  ostrze  siekiery 

pozostawiło  nierówności,  opowiadając  historię  o  wielkim  uczuciu  i  ciężkim  znoju.  Kalle  i 

Reijo własnymi rękami postawili tę chatę z miłości do tej samej kobiety. 

Powoli  wracała  jej  przytomność.  Zdawało  się  jej,  że  mknie  na  nartach  po  świeżym 

ś

niegu. Czuła chłód, wszystkie członki jej zesztywniały. Opatuliła się szarą wełnianą derką. 

-  Wróciłaś,  Maju,  witaj!  -  powiedział  Simon,  uśmiechając  się  krzywo.  Stał  boso  w 

rozpiętej  koszuli  wyciągniętej  na  wierzch.  Włosy  sterczały  mu  na  wszystkie  strony. 

Przypominał  tego  Simona,  który  kiedyś  łamał  dziewczętom  serca.  -  Męczył  cię  chyba 

wyjątkowy koszmar! 

-  Tak  -  odrzekła  Maja,  biorąc  głęboki  oddech.  Nie  zapytała  go,  dlaczego  wychodził 

nocą na dwór. On nie zapytał, co jej się śniło. 

Ż

adne z nich nie powiedziało więcej niż konieczne, nie padło między nimi ani jedno 

zbędne słowo. Na powrót stali się dwojgiem obcych ludzi pod tym samym dachem. Posyłali 

sobie  uważne,  czujne  spojrzenia  i  pospiesznie  odwracali  głowy,  gdy  tylko  zauważyli,  że  to 

drugie  dostrzegło  na  sobie  ich  wzrok.  Zachowywali  się  trochę  jak  zakochani  na  początku 

znajomości. Tyle że im towarzyszyła gorycz. 

Obserwowali się nawzajem, siedząc nad wodnistą kaszą, w której przygotowanie Maja 

nie włożyła ani trochę serca. Maja potrafiła dobrze gotować, ale tego ranka jedzenie rosło im 

w ustach. 

Na odgłos kroków Simon wstał leniwie i wyjrzał zdziwiony. 

background image

Rozległo się mocne walenie w ciągłe zamknięte na zasuwę drzwi. 

-  Maja!  Maja!  Obudźcie  się,  Maju!  Simon  podbiegł  i  odsunął  zasuwę.  W  tej  samej 

chwili wprost w jego ramiona wpadła Ida. 

-  No,  Simonie  Bakken,  zmężniałeś  trochę  -  rzuciła  z  błyskiem  w  zielonych  oczach  i 

oderwała dłonie od jego nagiego torsu, specjalnie się przy tym nie rumieniąc. 

Zaraz  straciła  dla  niego  zainteresowanie,  dostrzegłszy  Maję,  która  siedziała  na 

drewnianej lawie. Siostra była ubrana, ale nie zdążyła się jeszcze uczesać, a pod oczami miała 

sińce. 

- Przysłał mnie tata. Ciągle walczy z ogniem, ale moim zdaniem to nie ma sensu. I tak 

nic się nie uratuje - paplała. 

Ida Kesaniemi nigdy nie potrafiła wyrażać się jasno. Mówiła nieskładnie i trudno było 

zrozumieć, o co jej chodzi. Ale Maja wyłapała złowróżbne słowa. 

-  Gasi  ogień?  -  zapytała  podejrzliwie.  Simon  usiadł  na  ławie  obok  Mai  i  patrzył 

wyczekująco na obie siostry. 

Maja zauważyła kątem oka, że ta już prawie dorosła Ida obudziła w Simonie instynkt 

myśliwego... 

- Szopa się pali - wyjaśniła Ida. 

Zdjęła  z  głowy  chustę  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła  po  drugiej  stronie 

solidnego  stołu.  Rude  włosy  uczesane  w  dwa  grube  warkocze  nadawały  jej  dziewczęcy 

wygląd. Wrażenie to potęgowały zarumienione od długiego biegu policzki. 

Była czarująca. 

To  określenie  pasowało  do  młodszej  siostry,  Maja  doskonale  zdawała  sobie  z  tego 

sprawę.  Ale  wiedziała  także,  że  owo  czarujące  stworzenie  potrafi  pokazać  ostre  pazurki.  Ci, 

których zmyli jej wygląd niewiniątka, przeżyją nie lada zaskoczenie. 

- Wasza szopa się pali. Maja i Simon popatrzyli po sobie, ale teraz to Maja zmrużyła 

oczy w wąskie szparki.  Doskonale pamiętała ostrożne kroki na podłodze i ciche skrzypienie 

drzwi. 

-  Tata  mówi,  że  musiało  się  zacząć  palić  tuż  po  świcie.  Bo  kiedy  on  wstał,  zobaczył 

słup ognia. Myślał, że uda mu się uratować chociaż łódź, ale, niestety, spłonęła doszczętnie. 

Simon  popatrzył  z  przerażeniem  na  Maję.  Przez  sen  majaczyła  coś  o  ogniu...  Ale 

przecież przez cały czas spała. Dlaczego śnił jej się pożar? Czy to zbieg okoliczności? 

- Ktoś puścił wczoraj z dymem naszą studnię - rzucił krótko Idzie. - Maja uważa, że to 

ja. 

background image

-  Bzdura!  -  Ida  popatrzyła  na  Maję  rozszerzonymi  ze  zdumienia  oczami.  -  Dlaczego 

Simon miałby to zrobić? Przecież nie jest głupcem. 

Maja wzruszyła ramionami. 

- Ale szopy już nie mógł podpalić - dodała Ida. 

Maja milczała, Simon też się nie odezwał. 

Wychodziłeś  dziś  w  nocy,  myślała  Maja.  Dlaczego  nic  o  tym  nie  mówisz?  Dlaczego 

nie  rozwiejesz  moich  wątpliwości?  Wystarczyłoby  parę  słów,  Simonie,  zaledwie  parę  słów. 

Ale  być  może  nie  wiesz,  że  ja  wiem.  I  dlatego  milczysz,  a  we  mnie  tymczasem  narastają 

wątpliwości. 

Simon  pospiesznie  się  ubrał,  a  w  jego  ruchach  widoczne  było  zdecydowanie,  które 

trochę uspokoiło Maję. 

- Idę tam i pomogę Reijo. Do diabła, ta łódź była nam potrzebna! Jak bez niej wypłynę 

na połów? Mówiłaś, że Kristoffer umarł. 

Spojrzał na Maję pytająco. Pokiwała głową. 

-  Dziwne,  bo  to  byłoby  w  jego  stylu  tak  się  mścić.  W  jego  słowach,  choć 

zaprawionych  goryczą,  zabrzmiała  bezwzględność,  która  przeraziła  Idę.  Zerknęła  ukradkiem 

na siostrę, ale Maja nawet nie mrugnęła okiem. 

-  Ale  umarli  nie  podkładają  ognia,  prawda,  Maju?  Znajdę  tego,  który  nam  to  robi. 

Pożałuje, obiecuję ci! 

Chwycił  w  locie  swoją  kurtkę  i  pomknął  wściekły  bez  czapki.  Maja  westchnęła, 

roztrzęsiona. Odsunęła włosy z twarzy i przeczesała je palcami. 

-  Wyglądam  okropnie  -  powiedziała  zmęczona.  Ida  z  przyzwyczajenia  chciała 

zaprzeczyć, ale milczała. 

- Wolałabym, żeby nie wrócił - ciągnęła Maja. Musiała to z siebie wyrzucić. Ida była 

córką  Reijo,  a  jej  przyrodnią  siostrą.  To  wystarczyło,  by  pozwolić  sobie  na  zwierzenia.  - 

Zmienił się tak, że nie przestaję się go bać. 

-  Ale  żeby  podejrzewać,  że  to  on  podpalił  studnię...  -  Ida  wyraźnie  sugerowała,  że 

siostra posunęła się zbyt daleko w swych domysłach. 

- Simon w nocy był poza domem - wyznała Maja. Powietrze między nimi zadrgało i 

na długą chwilę zaległa cisza. 

- On taki nie jest - powiedziała w końcu Ida. 

- Nie był - poprawiła ją Maja. - Zapamiętałaś go jako czarującego chłopaka. Nadal jest 

bardzo  przystojny,  tylko  że  teraz  jego  oczy  są  zimne  jak  metal.  Nie  wiem,  czy  stał  się  na 

wskroś zły, ale wydaje mi się taki nieczuły, gwałtowny, łatwo go rozgniewać... Jakby wstąpił 

background image

w  niego  diabeł.  Nie  wiem,  Ido,  jaki  on  jest  naprawdę.  Nie  potrafię  go  rozgryźć.  Myślę,  że 

byłby  zdolny  podpalić  zarówno  studnię,  jak  i  szopę.  Pożar  nie  wybucha  sam  z  siebie  w 

mroźną zimę. Ktoś musiał podłożyć ogień... 

- To niedorzeczne - powiedziała Ida, siląc się na spokój. 

- Właśnie - potwierdziła Maja lakonicznie. 

-  Jesteś  zdenerwowana  -  mówiła  dalej  Ida,  starając  się  nadać  swojemu  głosowi 

zdecydowane  brzmienie,  także  po  to  by  przekonać  samą  siebie.  -  Właściwie  sama  nie 

wierzysz,  że  to  mógłby  zrobić  Simon.  Zaskoczył  cię  po  prostu  tym  niespodziewanym 

powrotem.  Zresztą  od  początku  nie  układało  się  między  wami,  tak  jak  powinno.  Potem  go 

zabrali. To, co się dzieje teraz z wami, to po prostu ciąg dalszy tamtych nieporozumień. 

Maja uśmiechnęła się ze smutkiem i dotknęła dłoni Idy. 

Ida podniosła na nią wzrok. Maja nie zwykła szukać bliskości. To oznaczało, że jest u 

kresu wytrzymałości. 

-  Chciałabym  patrzeć  na  świat  twoimi  oczami,  kochana  siostro.  Ale  są  sprawy,  o 

których  nie  mogę  z  tobą  rozmawiać,  bo  jesteś  jeszcze  zbyt  młoda,  a  także  dlatego,  że  nie 

potrafię. 

-  Czyż  ja  nie  jestem  osobą  o  wyjątkowym  doświadczeniu  życiowym?  -  uśmiechnęła 

się Ida, usiłując wszystko obrócić w żart i skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory. 

-  Nie  pójdę  tam,  nie  chcę  na  to  patrzeć  -  wydusiła  Maja,  potrząsając  głową.  -  Być 

może to tchórzostwo, ale nie chcę. Jeszcze zobaczyłabym coś... 

- ...co wskazywałoby na winę Simona? Wątpię - odpowiedziała sucho  Ida. - Takiego 

pogorzeliska, Maju, jeszcze nie widziałam. Z szopy została sterta popiołu. 

Ida  była  jeszcze  zbyt  młoda,  by  zrozumieć  przepełniający  Maję  strach.  Strach  tym 

większy, że w serii zdarzeń trudno było doszukać się jakiejś logiki. 

Ucieszyła  się,  kiedy  w  kilka  godzin  później  zobaczyła  nadchodzącego  wraz  z 

Simonem  Reijo.  Na  szczęście  zdążyła  uczesać  włosy  i  uprzątnąć  stół.  Patrzyły  z  Idą  przez 

okno, jak dwaj mężczyźni, jeden wysoki, a drugi niższy i bardziej krępy, obeszli pozostałość 

po  studni.  Reijo  ukucnął  i  przyglądał  się  śladom  na  ziemi.  Maja,  która  dzień  wcześniej 

uczyniła to samo, dobrze wiedziała, że i tak niczego nie zobaczy. 

Simon  stał  w  rozkroku,  oparłszy  ręce  na  wąskich  biodrach,  i  obserwował  z  góry 

poczynania Reijo. 

-  Wygląda  wspaniale  -  westchnęła  Ida.  -  Powinno  się  zabronić  ludziom  być  tak 

urodziwymi... 

- Wówczas i ty mogłabyś mieć kłopoty - wymknęło się Mai. 

background image

Dlaczego nie ugryzła się w język? Przecież nie chciała, by zabrzmiało to tak ostro. 

Ida  jednak  przywykła  do  uszczypliwości  Mai.  Znała  swoją  siostrę  i  wiedziała,  co  ją 

gnębi. Cierń, jaki ją kłuł, tkwił zbyt głęboko, by dało się go wyjąć. 

- Zasłużyłam na twoją cierpką uwagę - stwierdziła. - Uroda nie jest najważniejsza, nie 

raz się o tym przekonałam. Nie jestem aż taka bezmyślna, Maju, ale czasami się zapominam. 

Naprawdę uważam, że Simon nadal jest jednym z najprzystojniejszych mężczyzn w okolicy. 

A jeśli oceniać to w ten sposób, to można stwierdzić, że zupełnie nieźle się urządziłaś... 

- Dobry Boże - westchnęła Maja. - Jak ja bym chciała mieć jeszcze raz siedemnaście 

lat. 

Do izby weszli tymczasem Reijo i Simon. 

Reijo wystarczyło krótkie spojrzenie, by się domyśleć, że z Mają nie jest dobrze. Nie 

chodziło bynajmniej tylko o to, że miała podkrążone oczy i bladą twarz. Po tym jak stała, jak 

prostowała  plecy,  po  jej  gwałtownych  ruchach  i  niespokojnych  dłoniach,  które  nerwowo 

starała się czymś zająć, poznał, że Maję coś gnębi. 

- Wszystko spłonęło - odezwał się Simon, zdruzgotany. 

- Ktoś podkłada u was ogień - powiedział Reijo,  uchwyciwszy  spojrzenie  Mai. -  Ale 

nie masz racji, winiąc Simona. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj? 

Maja pokiwała głową. Poczuła się jak skarcona przez ojca mała dziewczynka. 

- Podtrzymuję to. Daj Simonowi szansę, daj szansę sobie! 

Maja odwróciła się do wszystkich plecami i zacisnęła wargi. Tylko Simon zauważył, 

jak przez krótki moment zmrużyła oczy w wąskie szparki. Zauważył dziwny błysk, jaki się w 

nich zapalił, i zaciśnięte w pięści dłonie. Zaraz jednak jej twarz przybrała zwykły wyraz. 

Jak Reijo mógł to powiedzieć przy wszystkich? 

-  Simon  może  wypływać  razem  ze  mną  na  połowy  -  ciągnął  tymczasem  spokojnym 

głosem Reijo. - Albo może pożyczyć tę małą łódź. Knut wyjechał, a ja nie potrzebuję dwóch. 

Szkoda, żeby leżała na brzegu i wysychała na słońcu. 

-  Chętnie  ją  pożyczę.  Muszę  sobie  sam  radzić  -  oznajmił  Simon  chłodno  z  cieniem 

wrogości  w  głosie.  A  może  Maja  była  po  prostu  przewrażliwiona?  Zerknęła  na  Idę,  ale  ta 

zdawała się niczego nie zauważać. Twarz Reijo też pozostała nie zmieniona. 

Czyżby zwariowała? 

- Śmierdząca sprawa - stwierdził Reijo, patrząc przez okno. - To nie był nieszczęśliwy 

wypadek  ani  jakiś  zbieg  okoliczności.  Niemożliwe.  Ktoś  to  zrobił  celowo  przeciwko  tobie, 

Maju, przeciwko Simonowi. 

background image

-  Tylko  moja  rodzina,  Maja  i  ty  wiedziałeś,  że  wróciłem  do  domu...  -  powiedział 

powoli Simon. - Kiedy zapaliła się studnia - dodał. - Bo teraz to pewnie już wszyscy wiedzą. 

- Ktoś mógł cię zobaczyć. Mrok nie skrywa tak dokładnie, jak by się nam wydawało. 

- Tylko Kristoffer tak mnie nienawidził. - Simon wzruszył ramionami z rezygnacją. 

- Może jakieś dziewczyny? - rzuciła Ida. - Mszczą się za złamane serca. 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  -  warknął.  Zmieniał  się  równie  gwałtownie  jak  nagła 

wichura. 

- To, że ktoś chciałby skrzywdzić Maję, wydaje mi się jeszcze bardziej niedorzeczne. 

Ida wyraziła słowami to, o czym myślał także Reijo. 

- Głupie wybryki - stwierdził Simon. - Pewnie jakieś młokosy chcą się popisać. Jak ja 

ich złapię, to zobaczymy, jacy są mocni! Nie pozwolę, żeby ktoś sobie tak ze mnie kpił. 

Usta  Mai  zadrżały,  już  miała  coś  powiedzieć,  ale  ujrzawszy  zaciętą  twarz  Simona, 

ugryzła się w język. 

- Nie mamy więcej nic, czego nie widać przez okno - rzekł Simon. - Będę tu siedział i 

trzymał straż, dzień i noc. Biada temu, kto się ośmieli tu zbliżyć! 

-  Rozsądny  pomysł!  -  Reijo  zgodził  się  z  mężem  Mai.  -  Chętnie  ci  pomogę.  To 

zadanie dla dwóch. Będziemy się zmieniać, żeby nie zasnąć na posterunku. 

Przed nimi stał ten obcy Simon. Rysy jego twarzy były niczym wykute w skale, oczy 

lśniły  jak  stal,  kąciki  ust  wykrzywiły  się  w  szyderczym  uśmiechu.  Wyprostowany,  jakby 

wyższy i szerszy w ramionach, czujny. Pojawiło się w nim coś zwierzęcego. 

Ida  zrozumiała,  co  miała  na  myśli  Maja.  Przystojny  Simon  wyglądał  groźnie.  Ten 

błysk w jego oczach wydał się Idzie przerażający, choć zarazem bardzo pociągający. Wyczuła 

równocześnie, że ten mężczyzna może być zły. 

-  Nie  zasnę!  -  zapewnił  Simon  stanowczo,  ciskając  słowa  niczym  kamienie.  - 

Przywykłem do czuwania, robiłem to nie raz. Poradzę sobie. 

Ani jedno słowo podziękowania za zaproponowaną przez Reijo pomoc. 

Maja,  porzuciwszy  resztki  rozsądku,  zadała  Simonowi  pytanie,  które  ją  gnębiło. 

Wiedziała,  że  inaczej  nie  zazna  spokoju,  choć  przecież  obiecali  sobie  nie  przekraczać 

pewnych granic. Ona tymczasem świadomie to czyniła. 

Nie miała odwagi jednak czekać, aż zostaną zupełnie sami. 

-  Simon  -  odezwała  się  cicho,  tak  cicho  że  upłynęła  chwila,  nim  zorientował  się,  że 

zwraca  się  do  niego.  Odwrócił  się  wówczas  i  napotkał  jej  wzrok.  -  Czy  to  może  mieć  jakiś 

związek z pieniędzmi? Ze srebrnymi monetami? - dokończyła szeptem. 

background image

W oczach męża zobaczyła, że nie podoba mu się, że mówi o tym przy Reijo i Idzie. Ze 

w ogóle porusza ten temat. Że nie dotrzymała umowy... 

- Nie, Maju - odpowiedział jednak. - To nie ma żadnego związku. 

Maja uwierzyła mu, ale mimo to nie zrobiło jej się lżej na sercu. 

background image

Nieprzyjemne zdarzenia już się nie powtórzyły. Simon dowiódł jednak wszystkim, że 

przez lata spędzone poza rodzinną wioską nad fiordem, zmienił się w twardego mężczyznę. 

Przez  wiele  dni  siedział  wyprostowany  niczym  żołnierz  przy  okienku  w  kuchni. 

Przerwy robił wyłącznie wtedy, gdy musiał wykonać niezbędną pracę. 

Maja wielokrotnie proponowała, że go zastąpi, ale on się nie zgadzał, twierdząc, że to 

robota dla mężczyzny. 

Mogłaby  policzyć  na  palcach  jednej  ręki  krótkie  chwile  w  ciągu  tygodnia,  kiedy  się 

zdrzemnął.  Ale  brak  snu  zdawał  się  mu  nie  przeszkadzać.  Tyle  tylko  że  w  jego  ruchach 

wyczuwało się nerwowość, a wzrok miał rozbiegany. 

Maja zabrała się za porządki. 

Kiedy coś ją dręczyło, nie potrafiła siedzieć pogrążona w rozmyślaniach. Musiała coś 

robić,  by  przez  cały  czas  mieć  zajęte  ręce.  Wyszorowała  podłogi  i  ściany  aż  po  powałę. 

Wyprała  ubrania  i  tak  długo  płukała  je  w  rzece,  że  niemal  straciła  czucie  w  palcach. 

Pozmywała naczynia, wytrzepała futrzane nakrycia i chodniki, wyszorowała ławy i półki. 

Na piecu nadal bulgotała w kubku smoła, chociaż w chacie nad rzeką nie było już ani 

jednej pchły. 

Po  ostrzyżeniu  Simona,  kiedy  Maja  wreszcie  zdołała  rozczesać  niesforne  kołtuny  na 

karku,  po  wielogodzinnych  kąpielach  w  parującej  wodzie  i  zużyciu  sporej  ilości  mydła  z 

ż

ywicy, najwyraźniej robactwo uznało, że to niedobre miejsce. 

Maja miała wolne. 

Simon  na  wszelkie  sposoby  próbował  ją  nakłonić,  by  przeniosła  się  do  alkierza,  ale 

Maja uparcie trwała przy swoim i nadal - sypiała na kuchennej ławie. 

Stół mogła dzielić z mężem, ale nie była jeszcze gotowa dzielić z nim łoża. 

Nadszedł nowy 1747 rok. 

Wreszcie  i  Simon  dał  się  przekonać,  że  podpalenie  studni  i  szopy  było  głupim 

wybrykiem.  Bezmyślnym  żartem,  który  miał  poważne  konsekwencje.  Sprawcy  musieli  się 

przestraszyć, kiedy spłonęła także łódź. Każdy, kto mieszkał w tych stronach, wiedział, jaką 

wartość ma łódź w gospodarstwie. 

Simon  wprawdzie  nadal  pomstował  i  wykrzykiwał,  co  zrobi  temu,  kto  ośmielił  się 

podłożyć ogień, ale z dnia na dzień jego zapał słabł. 

Maję nie przestawały dręczyć podejrzenia, ale zacisnęła zęby i przezornie milczała. 

background image

„Wreszcie i ona uspokoiła się, uznawszy, że ktoś im chciał zrobić kawał. 

Ale pierwszego dnia nowego roku znowu pochwyciły ich ogniste języki. 

Jak  większość  kobiet,  także  Maja  wstawała  pierwsza,  gdy  tylko  zaświtało.  Drżąc  z 

zimna,  rozpalała  w  palenisku,  nastawiała  kaszę  i  gotowała  w  małym  czajniczku  kawę.  Rzut 

oka  do  prawie  pustej  puszki,  w  której  przechowywała  cenne  ziarenka,  utwierdził  ją  w 

przekonaniu, że dobrze, iż niebawem odbędzie się styczniowy jarmark. 

Kiedy gromadziła zapasy, nie myślała, że będą musiały starczyć dla dwojga. 

Maja  umyła  się  w  letniej  wodzie.  Nie  miała  cierpliwości  czekać,  aż  woda  będzie 

cieplejsza. Starannie uczesała się i ubrała. 

Zostało niewiele wody, więc założyła kurtkę, otuliła głowę chustką i skierowała się do 

wyjścia. W pośpiechu nie mogła znaleźć rękawic, dlatego chwyciła rękawice Simona. 

Ranek  był  zwyczajny,  podobny  do  wszystkich  innych  zimowych  poranków.  Mróz 

szczypał dotkliwie. Wiedziała o tym już, gdy wstała, bo długo musiała chuchać na szybę, nim 

zdołała odmrozić maleńki prześwit pozwalający wyjrzeć w czarną noc. 

Z nosidłem na ramionach podążyła w dół do rzeki. Przez chwilę stała na lodzie przy 

przeręblu. Nim nabrała wody, stopy całkiem jej przemarzły. Wychodząc na brzeg, zachwiała 

się  i  wiadro  wody  chlusnęło  wprost  na  nią.  Lodowaty  strumień  przemoczył  kilka  warstw 

odzieży i kłuł nagą skórę niczym tysiące igieł. Maja wspięła się pod górę i zaklęła ze złości. 

Chciało  jej  się  płakać,  ale  już  od  dawna  nie  pozwalała  sobie  na  taki  przejaw  słabości  przy 

okazji codziennych niepowodzeń. Łzy oszczędzała na większe zmartwienia. 

Mokra spódnica zesztywniała na mrozie, ale Maja, nie zważając na to, nachyliła się i 

jeszcze  raz  nabrała  wody.  Tym  razem  obyło  się  bez  kłopotów.  Z  pełnymi  wiadrami  ruszyła 

pospiesznie do chaty. 

Schodząc nad rzekę spokojnym krokiem, nie zauważyła nic nienormalnego. Teraz zaś, 

mimo że biegła, trzęsąc się z zimna w przemoczonych ubraniach, natychmiast ujrzała blask w 

jaśniejącym mroku polarnego brzasku. 

Zatrzymała się, nie wierząc własnym oczom. Opuściła bezwładnie dłonie zaciśnięte na 

drewnianym  nosidle.  Stała  niczym  porażona,  tak  jakby  jej  przemoczone  nogi  przymarzły  do 

ziemi. 

Jej  rozum  nie  chciał  przyjąć  do  wiadomości  tego,  co  widziały  oczy,  i  tego,  co 

wyczuwała zmysłem węchu. 

Niemożliwe,  by  istniało  takie  zło.  Ida  nazwała  zdarzenia,  jakie  ich  dotknęły  w 

ostatnim  czasie,  wytworem  chorego  umysłu.  Ale  to,  co  ujrzała  Maja,  przeszło  wszelkie  jej 

background image

wyobrażenia.  Nie  znajdowała  na  to  słów.  Ogarnął  ją  ból  przemieszany  ze  złością,  a  z  oczu 

polały się skrywane na ciężkie chwile łzy. Ruszyła na oślep znajomą ścieżką w stronę chaty. 

Wpadła  do  izby,  bliska  utraty  zmysłów.  Nie  zamknęła  nawet  za  sobą  drzwi 

wejściowych. Plaskając przemoczonymi kumagami o drewnianą podłogę, szarpnęła drzwi do 

alkierza. Rozszlochana i przemoczona rzuciła się na łóżko, gdzie spał Simon. 

Simon  zareagował  gwałtownie,  gdy  opadło  na  niego  coś  zimnego,  mokrego  i 

ciężkiego.  Nie  zdążył  jeszcze  usiąść,  a  już  zaciskał  dłonie  na  szyi  napastnika.  Wyrwany  ze 

snu usiłował wzrokiem przeniknąć ciemności. W skroniach mu dudniło. 

Leżące na nim ciało stawiało opór. 

Lodowate dłonie odpychały, paznokcie drapały mu pierś. 

Otrząsnąwszy  się  z  resztek  snu,  zobaczył  nad  sobą  białą  plamę  i  usłyszał  stłumiony 

głos Mai. 

- Do diabla, Simon, to przecież ja! Chcesz mnie udusić? 

Cienie i złe wspomnienia odpłynęły. 

Puścił  ją  i  Maja  opadła  na  posłanie  niczym  szmaciana  lalka.  Ze  spódnicy  kapała  jej 

woda. Krople uderzały miarowo o podłogę. 

Simon dyszał ciężko, jego klatka piersiowa poruszała się gwałtownie w górę i w dół, a 

głowę rozsadzał ból nie do zniesienia. Zmusił się jednak, by zachować spokój. Wstał półnagi, 

nie zwracając uwagi na chłód w izbie. 

-  Wchodziłaś  do  rzeki?  -  zapytał.  Najchętniej  uciekłby  gdzieś,  byleby  nie  słyszeć  jej 

rozdzierającego płaczu. 

Nigdy nie potrafił poradzić sobie z kobiecymi łzami. Uważał, że tak skutecznej broni 

mężczyźni nie mają co przeciwstawić. 

- Przepraszam - westchnął. Omal jej nie udusił. Już zaciskał ręce na jej szyi. 

Na nic się nie zdało tłumaczenie, że działał w amoku, że nie chciał jej zrobić nic złego, 

ż

e zdawało mu się, iż jest gdzie indziej... 

Patrzyła na niego z wyrzutem, a sińce już zaznaczyły się na jej białej szyi. 

Na miły Bóg, chyba wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu! 

Wreszcie zdołał zrozumieć, co ona mówi, szlochając i zalewając się łzami. Ochrypłym 

głosem wydobyła z siebie słowa: 

-  Ten  potwór  znów  tu  był,  Simonie!  Był  tu!  Zrozpaczona  szarpała  skórę 

przykrywającą posłanie. Simon wyskoczył z łóżka i wciągnął spodnie. 

- Spalił krzyż - dokończyła rozdzierającym głosem. 

Zamarł w bezruchu i patrzył na nią z otwartymi ustami. Ręce mu drżały. 

background image

- Krzyż na grobie dziecka - powtórzyła. Odgadł, że serce jej krwawi. - Simonie, jacy 

ludzie są zdolni do takiej podłości? 

Simon znał wielu takich, tyle że nie w tych stronach. 

- Pójdę tam - rzekł. - A ty zostań! Maja jakby nie słyszała, co do niej mówi. Wstała i 

podążyła za nim jak lunatyk. 

Zatrzymał  się.  Wtedy  ona  też  się zatrzymała.  Mówił  do  niej  i  zdawało  się  mu,  że  go 

słucha, ale kiedy znowu ruszył z miejsca, ona znów szła za nim krok w krok. 

Simon westchnął ciężko i chwycił Maję za rękę. Zdziwił się, że jest taka lodowata. 

- Gdzie masz rękawice? - zapytał, a w jego głosie zabrzmiała czułość. 

- Nie wiem. 

- Przemarzniesz na kość. Jesteś przemoczona. 

- Nie - odpowiedziała. 

Cienka smużka dymu unosiła się chwiejnie ku niebu. Tylko tyle pozostało z krzyża na 

grobie ich dziecka. 

- Bezimienny  grób -  wymamrotał przez zęby.  Nie wiedział, czy Maja zrozumiała, co 

miał  na  myśli.  Zresztą,  jakie  to  miało  znaczenie?  -  A  więc  to  nie  wybryki  wyrostków  - 

powiedział cicho do siebie. Ukucnął i popatrzył na ziemię, która wyłoniła się spod stopionej 

przez ogień warstwy śniegu. Grób Artura Mikkela Bakkena syna Simona stał się bezimienny. 

Simon  wstał  ciężko,  ale  zdążył  jeszcze  w  ostatniej  chwili  podtrzymać  Maję,  która 

zachwiała się i omal nie upadła. Zarzuciła mu ręce na szyję, a jej drobnym ciałem wstrząsnęły 

spazmy. 

Kiedy ją otoczył ramionami, poczuł, że i on dygocze z zimna i rozpaczy. 

Nie mogli nic poradzić na to, co się stało, ale Simon poprzysiągł sobie w duchu, że nie 

puści tego płazem. 

Co  innego  drwić  sobie  z  niego  i  z  Mai,  a  co  innego  bezcześcić  pamięć  zmarłego 

dziecka, ich syna. I to w taki sposób. Tego nie wolno darować! 

Bez  wysiłku  wniósł  Maję  na  rękach  do  chaty.  Siadła  otępiała,  a  przed  oczami  miała 

ciągle  czarny  dół  w  śniegu  i  dogasający  żar.  Choć  skostniała  z  zimna,  nie  wykazywała 

najmniejszej chęci, by zdjąć przemoczone ubrania. 

Simon z ciężkim sercem zmagał się z nią, a gniew omal nie wziął nad nim władzy. 

-  Do  diabła,  Maju,  pomóż  mi  trochę  -  wycedził  przez  zęby  i  ściągnął  wreszcie 

wełnianą pończochę, która już przylgnęła do jej nogi. - Wchodziłaś do rzeki? - dziwił się. 

-  Nie  wiem.  Zaniepokoił  go  jej  zamglony  wzrok.  Przywykł,  że  nie  przejmowała  się 

nim,  ale  w  jej  zachowaniu  było  coś  nowego,  coś,  co  napawało  go  lękiem.  Pogrążyła  się  w 

background image

apatii.  Jej  spojrzenie  było  niemal  takie  samo  jak  wówczas,  gdy  budziła  się  z  koszmaru 

tamtego ranka, kiedy spłonęła szopa. Simon zląkł się, że ją utraci. 

Brutalnie  zdarł  z  niej  ostatnie  części  ubrania,  wszystko  było  mokre.  Przełknął  ślinę, 

ujrzawszy białe ciało Mai. Nie miał jednak odwagi, by się jej dokładnie przyjrzeć. Wiedział, 

ż

e ona by sobie tego nie życzyła. Po tym, jak wziął ją siłą, trudno oczekiwać innej reakcji. 

Nie miał pojęcia, co  w niego  wówczas  wstąpiło. Przez wszystkie te lata,  gdy mógł  o 

niej tylko marzyć, zawsze wyobrażał sobie, jak czule ją pieści. Bez pośpiechu, delikatnie. 

Tymczasem  wszystko  popsuł.  Bo  w  chwili,  gdy  pojął,  o  co  go  podejrzewa,  mimo  że 

nie  powiedziała  tego  na  głos,  ogarnął  go  straszny  gniew  i  nabrał  ochoty,  by  pokazać  jej,  że 

jest takim mężczyzną, jakiego się boi. 

Maja dygotała tak, że nie mogła nawet zacisnąć dłoni. 

Bez  zbędnych  ceregieli  zarzucił  wełnianą  derkę  na  jej  wstrząsane  dreszczami  ciało, 

potem  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  alkierza.  Ale  kładąc  na  posłaniu  i  otulając  nakryciem  z 

futra, wykazał się zdumiewającą delikatnością. 

Zamknął  drzwi  na  zasuwę  i  nalał  mocnej,  gorącej  kawy  do  drewnianego  kubka. 

Zaniósł go Mai i podał tak, jakby częstował ją jakimś luksusem. Maja pokręciła głową. 

- Musisz wypić - rzekł krótko, przystawiając jej kubek do ust. Niemal na siłę wlał w 

nią pierwszy łyk. Skrzywiła się, bo nie przepadała za kawą. Zawsze dziwiło ją, dlaczego kawa 

jest taka droga. Sądząc po cenie, powinna być lepsza od innych napojów. Przełknęła jednak i 

poczuła, jak ciepło dociera do żołądka. A kiedy wypiła cały kubek brązowego płynu, zdawało 

jej się, że nawet koniuszki palców trochę jej odtajały. 

Simon odstawił puste naczynie i rzuciwszy Mai przelotne spojrzenie, odchylił futrzane 

nakrycie i położył się obok niej. 

Maja cofnęła się na brzeg łóżka, ale nie zdołała usunąć się poza zasięg silnych ramion, 

które objęły ją i przyciągnęły mocno do siebie. 

Zrobiło się jej nawet przyjemnie, ale nie przestawała się opierać. 

- Odpręż się, żonko - usłyszała nad głową rozbawiony głos Simona, choć może jej się 

tylko  tak  zdawało.  Szczękała  zębami,  nie  potrafiła  nawet  zrozumieć  własnych  myśli.  -  Nie 

obawiaj się, Maju. Chcę cię tylko rozgrzać, żebyś się nie rozchorowała. 

Nie  dowierzała,  że  tkwi  w  nim  tyle  pokładów  czułości.  To  nie  pasowało  do  obrazu 

Simona, jaki sobie stworzyła. Nie dopuszczała nawet myśli, że w tym obrazie mogą pojawić 

się rysy. 

background image

Ale  jego  ramiona  nadal  ją  obejmowały.  Silne,  ciepłe,  bezpieczne.  Jak  dobrze 

spoczywać  w  takich  ramionach!  Zupełnie  inaczej.  Dzielić  kłopoty  z  drugim  człowiekiem  - 

jakie to osobliwe uczucie! Tak długo musiała radzić sobie sama. 

Ciepło powoli, nieśmiało wnikało jej pod skórę. 

- Nie zostawimy tego, Maju - usłyszała głos Simona, ostry niczym świeżo naostrzona 

kosa.  -  Nie  będziemy  już  dłużej  przymykać  oczu  i  wmawiać  sobie,  że  to  jakieś  głupie 

wybryki.  Bo  to  nie  są  wybryki!  Ktoś  nam  to  robi  celowo.  Ktoś  nas  obserwuje.  A  tego  nie 

lubię! Zdecydowanie nie lubię. Więcej się nic podobnego nie zdarzy. Nie jestem już nieporad-

nym  młodzikiem.  Tym  razem  nie  ucieknę,  by  ukryć  się  w  górach,  ale  odpłacę  pięknym  za 

nadobne. 

Choć gorzka to była pociecha, Maja ze zrozumieniem przyjęła jego słowa. 

Ona  także  czuła  jedynie  chłodną  nienawiść.  Największa  świętość  została  zhańbiona. 

Tak nie wolno sobie żartować! Zmarłym należy się szacunek - obojętnie, czy śmierć dotknęła 

człowieka, który przeżył długie życie, czy też maleństwo, które tylko zdążyło zerknąć na ten 

ś

wiat. 

- Myślisz, że to dlatego, że nie pochowaliśmy go na Karnes? - zapytała. 

Był taki zwyczaj grzebania zmarłych przy kościele po drugiej stronie fiordu. 

Wcześniej zmarłych przewożono aż do Helgoy na jedną z najdalej wysuniętych w głąb 

morza wysepek. Teraz parafia znajdowała się na zachodnim brzegu fiordu, bliżej i wygodniej 

dla  mieszkańców.  Zdarza  się,  że  człowiek  czuje  potrzebę,  by  pobyć  blisko  ukochanych 

zmarłych. 

Ich synek nie został przewieziony na drugi brzeg fiordu. Żył tak krótko. 

Jego  maleńkie  stopki  powinny  biegać  na  tej  ziemi.  Dlatego  pogrzebali  go  tutaj.  Bez 

pastora, ale przy słowach modlitwy wypowiedzianej przez Reijo w jego śpiewnym ojczystym 

języku. 

Może ktoś uznał to za profanację? 

-  Nie,  tutejsi  ludzie  nie  są  aż  tacy  pobożni  -  uznał  Simon.  Surowo  oceniał  swoich 

współziomków.  Mieszkała  tu  tylko  garstka  ludzi  -  trochę  Norwegów,  nadmorskich 

Lapończyków, Finów, którzy osiedli tu na stałe i już oderwali się od swych korzeni. Wielu z 

nich miało współmałżonków Lapończyków i przejęło ich kulturę i język. 

Oczywiście i tu przybywali duchowni z misją. Pastor miał tu poważanie, kłaniano mu 

się nisko i liczono z jego słowami. Przesądy jednak tkwiły głęboko w ludzkiej świadomości. 

Odmawiano modlitwy, ale ludzie nie mieli odwagi, by zawierzyć jedynie Panu Bogu. 

Na wszelki wypadek woleli nie narażać się innym siłom. 

background image

Przyjęli  chrześcijaństwo,  ale  nadal  z  przejęciem  słuchali  opowieści  najstarszych 

mieszkańców  osady,  którzy  pamiętali  niejedno,  a  ich  doświadczenia  stawiano  na  równi  z 

prawem naturalnym. 

-  Bóg  nie  gniewałby  się  z  tego  powodu,  że  niemowlę  zostało  pogrzebane  poza 

cmentarzem. Myślę, że ziemia tu jest równie święta jak na Karnes - stwierdził Simon. 

Maja czuła jeszcze chłód w piersiach, powoli jednak jej ciało wracało do życia, tajało. 

Mogła  już,  choć  nie  bez  bólu,  poruszać  palcami  u  rąk  i  u  nóg.  Stopniowo  otrząsnęła  się  z 

apatii. Narastał w niej coraz większy gniew. 

-  W  każdym  razie,  jeśli  nadal  się  zastanawiasz...  -  Simon  zniżył  głos,  bo  zaufanie  i 

szczerość  między  nimi  zdawały  się  jeszcze  nazbyt  kruche.  To,  że  przytulał  Maję,  nie 

oznaczało  wcale,  że  ma  do  tego  prawo,  nie  miał  też  wcale  pewności,  czy  sam  tego  chce.  - 

Jeśli  się  zadręczasz...  wiedz,  że  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  pieniędzmi.  Prawdą  jest,  że  te 

pieniądze nie są całkiem czyste, wiąże się z nimi cierpienie i ból. Pochodzą z więzienia, Maju, 

miałem je przy sobie przez całą drogę powrotną. Na razie nie mogę ci powiedzieć nic więcej. 

Nie  chcę,  jeszcze  nie  teraz.  Na  pewno  jednak  nikt  nam  tego  nie  zrobił  z  powodu  tych 

srebrników.  Zresztą  nikt  tu  o  nich  nie  wie,  nikt  poza  nami,  Reijo  i  Idą.  A  ich  przecież  nie 

podejrzewasz. 

Nie odpowiedziała. 

-  To  musi  być  ktoś  stąd  -  ciągnął  bezlitośnie.  -  Ktoś,  kogo  znamy.  Wykluczywszy 

twoich bliskich z przylądka i moją rodzinę, pozostają jeszcze tacy, którzy żywią niechęć albo 

do ciebie, albo do mnie. Ale czyja nienawiść jest tak silna, że pcha go do takich czynów? 

Simon  zawiesił  na  moment  głos,  a  potem,  ściskając  mocniej  ramiona  żony,  odezwał 

się, akcentując każde słowo: 

-  Pytałem  cię  już  o  to  wcześniej,  zapytam  raz  jeszcze,  ponieważ  to  konieczne.  Poza 

tym  dręczy  mnie  niepewność.  Czy  komuś  może  się  nie  podobać,  że  wróciłem?  Może  dla 

kogoś jesteś tak ważna, że uważa mnie za zawadę? 

-  Jestem  najbrzydszą  kobietą  nad  całym  fiordem  Lyngen  -  odpowiedziała  Maja 

beznamiętnie.  -  Tak  mówią  o  mnie  tutejsi  mężczyźni.  Przypadkowo  usłyszałam  na  ostatnim 

jarmarku. Zabolało mnie to bardzo i jeszcze długo na wspomnienie tych słów czułam, jak mi 

przykro. Ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby cię przekonać. 

Simon milczał. 

Nie  był  to  właściwy  moment,  żeby  jej  wyznać,  iż  jemu  z  dnia  na  dzień  wydaje  się 

piękniejsza.  Ilekroć  spoglądał  na  jej  twarz,  odkrywał  coraz  to  nowe  szczegóły,  które  go 

background image

urzekały.  Nigdy  nie  spotkał  tak  interesującej  kobiety.  Takiej  zagadkowej  i  tak  bardzo 

cierpiącej z powodu własnego wyglądu. 

Może  nigdy  nie  zdradzi  jej  tych  myśli.  Simon  Bakken  strzegł  pilnie  czułości  ukrytej 

gdzieś głęboko na dnie serca. Nie mógł uwierzyć, że Maja przez lata jego nieobecności była 

sama.  Raz  po  raz  dostrzegał  w  jej  spojrzeniu  coś  niepokojącego,  jakby  roztargnienie,  jakby 

smugę dymu z ogniska gdzieś w oddali. 

Wtedy nabierał pewności, że rozmyśla o innym mężczyźnie. 

Ale co do Mai trudno mieć pewność. 

Zrozumiał, że mężczyźni, których na co dzień spotykała, nie dostrzegali tego, co jego 

oczom  ukazywało  się  coraz  wyraźniej.  Oni  znali  ją  od  dawna.  Mówili,  że  jest  brzydka,  nie 

próbując  nawet  zatrzymać  na  niej  spojrzenia.  Nie  byli  na  tyle  bystrzy,  by  odkryć  jej 

niepospolitość.  Wszyscy  zaśmiewali  się  w  kułak,  nie  ukrywając  złośliwej  satysfakcji,  kiedy 

musiał zadowolić się oszpeconą żoną. 

Ale  przecież  w  wiosce  pojawiali  się  czasem  nieznajomi.  Chata  stała  na  uboczu. 

Samotny wędrowiec zmierzający nad fiord wzdłuż rzeki musiałby tędy przechodzić. Może ów 

przechodzień dostrzegł jej czar... 

-  Wszystkiego  się  dowiem  -  zapewnił  ją,  myśląc  zarówno  o  podpalaczu,  jak  i  -  jeśli 

taki istnieje - o mężczyźnie, z którego powodu jej oczy zasnuwała mgła. 

Maja  przełknęła  ślinę  i  na  moment  uciekła  spojrzeniem,  ale  zaraz  bez  lęku  znów 

napotkała jego wzrok. 

-  W  każdym  razie  to  nie  ty,  Simonie  -  powiedziała.  -  Pomyliłam  się.  Wybacz  mi, 

proszę. 

Skinął lekko głową, ale nic nie odrzekł, bo ze wzruszenia ścisnęło go w gardle. 

Wybaczył jej, choć nie było to dla niego łatwe, i równocześnie poczuł ulgę. 

Może to dobry początek, by powrócić do niej? A może dzieląca ich przepaść pogłębi 

się? Żadnej z tych możliwości nie da się wykluczyć. 

- To nasza wspólna sprawa - rzekł. 

- Proszę cię, nie zrób niczego, co byłoby wbrew prawu - ostrzegła go bezwiednie. 

A  jednak  przepaść  istniała.  Czułe  objęcia  i  parę  przyjaznych  słów  nie  mogło  jej 

zasypać. 

background image

Simon przestał być młodzieniaszkiem, który ucieka przed życiem i łudzi się, że ominą 

go kłopoty. Twarde więzienne życie nauczyło  go, że trzeba chwytać byka za rogi i otwarcie 

stawić czoło niebezpieczeństwu. 

Wczesnym  rankiem  otulił  Maję  dodatkowym  nakryciem.  Ubrał  się  i  odpiął  klucz  z 

pęku, który nosiła uwieszony na pasku spódnicy. 

-  Zamknę  za  sobą  -  rzekł.  -  Ale  czułbym  się  nieco  spokojniejszy,  gdybyś  zasunęła 

rygiel. Nie wstawaj jednak, póki się nie rozgrzejesz. 

Pokiwała głową. Właściwie było jej ciepło, ale sprawiło jej przyjemność, że Simon tak 

się o nią troszczy. 

- Co zamierzasz? 

- Zadam parę pytań - odrzekł. - I zażądam odpowiedzi. Ale przedtem jeszcze pójdę po 

Idę. Nie możesz zostać sama. Boję się o ciebie. 

-  Ida  jest  jeszcze  dzieckiem  -  odparła  Maja.  -  Jeśli  sama  sobie  nie  poradzę,  jej 

obecność nie na wiele się zda. 

- Potrzebuję pomocy Reijo - powiedział Simon z pociemniałym spojrzeniem. - Gdyby 

nie to, sprowadziłbym go tutaj. Nie chciałbym jednak, żebyś została zupełnie sama. Myślę, że 

nic się nie będzie działo. Wątpię, czy ośmielą się... - urwał w obawie, że jego słowa zdradzą 

emocje,  jakich  doświadczał.  Posyłając  Mai  przeciągłe  spojrzenie,  ukrył  oczy  za  długimi, 

ciemnymi rzęsami. 

Ma rzęsy jak dziewczyna, przemknęło Mai przez myśl. 

Przez chwilę stał się jej bliższy. Nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, że go straciła, 

ale czy można stracić kogoś, kogo się nigdy nie miało? 

Godzinę później wpadła do chaty zdyszana Ida. Policzki zarumieniły się jej od mrozu, 

a  na  twarzy  malowało  się  rozpaczliwe  niedowierzanie.  Maja  nie  zdążyła  zabarykadować 

drzwi,  nie  miała  siły  wstać.  Otulona  w  wełniane  derki  przymknęła  oczy  i  starała  się  zapo-

mnieć  o  tym,  co  się  stało.  Ogarnął  ją  błogi  spokój,  a  poranne  przeżycia  wydały  jej  się 

koszmarem ze snu. 

- Simon wszystko nam opowiedział! - Słowa wylały się strumieniem z ust Idy. 

Dziewczyna ściągnęła z głowy sięgającą jej do połowy pleców ciepłą chustę, która w 

zimowe  dni  dobrze  chroniła  przed  mrozem.  Zamknąwszy  wpierw  dokładnie  drzwi  i 

zasunąwszy rygiel, położyła na stole w kuchni pęk kluczy. 

background image

Dorzuciła drew do ognia i dopiero wówczas znów wtargnęła do alkierza. 

- W każdym razie to nie sprawka Simona - stwierdziła. 

Maja uśmiechnęła się smutnym, zmęczonym uśmiechem. 

-  Nie  -  potwierdziła.  -  Pomyliłam  się,  ale  to  przynajmniej  jakaś  pociecha  w  tym 

wszystkim. 

- Zrobił to ktoś, kto mści się za mamę - powiedziała Ida po dłuższej chwili. 

Maja pokiwała głową. Gdzieś głęboko z zakamarków pamięci wydobyła wspomnienie 

z dzieciństwa. 

Ogień. 

- Posadzili mnie wtedy na niewielkiej wysepce. Na tej, co wystaje, kiedy latem woda 

w  rzece  opada  -  odezwała  się  nieobecnym  głosem.  Nie  wiedziała,  czy  to  wspomnienie  jest 

prawdziwe,  czy  też  obraz  zielononiebieskiej  rzeki  i  falującego  nurtu  oraz  swąd  palącej  się 

trawy to tylko wytwór wyobraźni zrodzony pod wpływem zasłyszanych opowieści. Przeżyła 

pożar, ale może wtedy wszystko odbyło się inaczej? Była taka mała. Poza tym nie pamiętała 

nic więcej, ani Reijo, ani jego ojca Anttiego. 

- Reijo mi o tym opowiadał. Wtedy podłożyła ogień jakaś zazdrosna o mamę kobieta. 

Ida czuła się już dorosła i raz po raz mówiła do ojca po imieniu. 

- Tym razem na pewno powód jest inny - przerwała jej Maja. - Pod tym względem nie 

wdałam się w mamę. 

- Nie... to nie może być ktoś, kogo znamy... 

- To na pewno jest ktoś, kogo znamy - podkreśliła Maja ze śmiertelną powagą. -  I to 

jest najgorsze. Zawsze wiedziałam, że ludzie mnie nie lubią. Uważają, że jestem zarozumiała! 

Ale  nie  przypuszczałam,  że  mogą  mi  zrobić  coś  takiego.  Nie  sądziłam,  że  mnie  do  tego 

stopnia nienawidzą. 

- Ciebie albo Simona... -  Ida zawiesiła  głos. - Masz rację, jest w nim coś takiego, co 

napawa mnie lękiem. Z początku zaślepiła mnie jego uroda. Jest taki przystojny! Ale kiedy go 

obserwuję, ze strachu ciarki przechodzą mi po plecach. 

Maja pokiwała głową ze zrozumieniem. 

Kiedy Simon jej oznajmił, że idzie zadać parę pytań i zażąda na nie odpowiedzi, Maja 

nie przypuszczała, że zechce to uczynić w ich chacie nad rzeką. Zupełnie się nie spodziewała, 

ż

e zaprosi do nich całą wioskę, więc gdy ją o tym powiadomił, minę miała niewyraźną. 

-  Zobaczysz,  że  stawią  się  wszyscy  jak  jeden  mąż.  Nie  wymigają  się  od  tego  -  rzekł 

Simon.  -  A  jeśli  ktoś  się  nie  zjawi,  ludzie  od  razu  wezmą  go  na  języki.  Przyjdą...  Choćby  z 

ciekawości. I długo jeszcze będą o tym rozprawiać. 

background image

Maja właśnie tego lękała się najbardziej. Nie lubiła, gdy mówiono na jej temat. 

-  Być  może  niczego  się  nie  dowiemy  -  rozważał  Reijo  spokojnie.  -  Ale  z  pewnością 

trochę nimi potrząśniemy. 

Przybyli wszyscy bez wyjątku. W niewielkiej izbie zrobiło się tłoczno. 

Maja  jęknęła,  ujrzawszy  nachodzących  zwartą  gromadą  ludzi.  Szli  trochę  niepewnie, 

bo dokładnie nie wiedzieli, o co chodzi. 

- Czym ja, u licha, mam ich poczęstować? 

-  Niczym  -  odparł  spokojnie  Simon,  przeczesując  palcami  włosy.  Z  ich  drżenia 

domyśliła się, że nie jest bynajmniej taki spokojny, jak przed nią udaje. - Nie zaprosiliśmy tu 

ich w gości. Chcieli rozrywki, to im jej dostarczymy. 

Maja  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Po  porannym  przemarznięciu  nadal  trzęsło  ją  w 

ś

rodku, w sercu mróz malował jej kwiatowe wzory. 

-  Ty  nie  masz  się  czego  wstydzić!  -  wtrącił  się  Reijo  i  obejmując  ją  opiekuńczo 

ramieniem, pogładził pospiesznie po policzku. 

To jedyny człowiek na świecie, który nie dostrzega moich blizn, pomyślała Maja. 

-  Zgadzam  się  z  Simonem  -  ciągnął  Reijo.  -  Postąpiłbym  tak  samo.  To  wymaga 

odwagi. 

Maja zdawała sobie z tego sprawę, ale cena, jaką przyszło im za to zapłacić, wydawała 

się jej zbyt wysoka. 

Na  schodach  rozległo  się  szuranie.  Kiedy  Maja  później  przypominała  sobie  to 

popołudnie, słyszała zawsze ten odgłos. Od ich ślubu nie było w chacie nad rzeką tylu gości. 

Po tym dniu prowadziła do ich domu ścieżka tak szeroka, że nie trzeba było chodzić gęsiego. 

Wszyscy  starali  się  zachowywać  zwyczajnie,  udawali  obojętność,  ale  wchodząc  do 

ś

rodka,  omiatali  pomieszczenie  ciekawymi  spojrzeniami.  Tylko  nieliczni  byli  tu  w  ciągu 

ostatnich lat, a większość zamierzała na tej jednej wizycie poprzestać, dlatego też ważne było, 

by  jak  najwięcej  zapamiętać  i  potem  dzielić  się  wrażeniami  przez  wiele  zimowych  i 

wiosennych wieczorów. 

Pierwsze weszły kobiety w czarnych chustkach, rozglądając się ciekawie, potem lekko 

przygarbieni  mężczyźni  w  połatanych  samodziałowych  portkach.  W  twardych,  pooranych 

dłoniach  ściskali  ściągnięte  z  głów  skórzane  czapki.  Maja  górowała  nad  nimi  pomimo 

młodego wieku, pęk kluczy u pasa dodawał jej godności. 

Gorzej  się  poczuła,  kiedy  weszły  młode  dziewczęta  wystrojone  jak  na  sobotni 

wieczór,  gotowe  szturmem  zdobyć  ukochanego.  One  także  posyłały  głodne  spojrzenia.  Nie 

sprawdzały  jednak,  czy  na  ścianach  i  półkach  zalega  kurz,  ale  przepychały  się  do  Simona. 

background image

Otoczyły go niczym kręgi na wodzie tonący kamień, za wszelką cenę starając się zwrócić na 

siebie uwagę. 

Krygowały się przed Simonem, całkowicie lekceważąc Maję. 

Niektóre z nich znała. Zanim pojawiła się w życiu Simona i położyła temu kres, miały 

swój udział w jego licznych flirtach i przygodach. 

Patrzyła z zażenowaniem na dziewczęta w swoim wieku, które, nie zważając na to, że 

Simon jest żonaty, wdzięczyły się przed nim. 

Gdzie ich duma? Czyżby już straciły resztki ambicji? 

Na  końcu  weszli  młodzi  chłopcy  w  roboczych  ubraniach  z  butnymi  uśmieszkami  na 

ustach. W zębach trzymali skręty z tytoniu i przez cały czas rzucali kąśliwe uwagi. Ustawili 

się z tyłu tuż przy drzwiach, gotowi wyjść jako pierwsi. 

Przed  dwoma  laty  Simon  był  jednym  z  nich.  Wtedy  dziewczęta  w  świeżo 

uprasowanych  bluzkach  i  ze  starannie  zaplecionymi  warkoczami  mogły  mieć  u  niego  jakieś 

szanse. Wtedy pewnie też łatwiej byłoby mu zapomnieć na chwilę, że jest żonaty. 

Najgłośniej  dudnią  puste  beczki,  pomyślała  Maja  z  przekąsem,  obserwując  hałaśliwą 

bandę wyrostków okupujących drzwi. Dziwne, że tak niewiele dziewcząt zwróciło uwagę na 

to, że Simon przestał być taki jak oni. 

-  Ktoś  próbuje  się  zabawiać  naszym  kosztem  -  zaczął  Simon,  kiedy  gromada 

mieszkańców zgromadziła się pod dachem. 

W  niewielkiej  izbie,  która  wydawała  się  taka  duża,  gdy  byli  tylko  we  dwoje,  zrobiło 

się duszno i ciasno. Simon stał pośrodku, otoczony chichoczącymi dziewkami, które chłonęły 

każde jego słowo. 

- Właśnie dlatego poprosiłem was tutaj. Ktoś drwi sobie z Mai i ze mnie. Nie podoba 

nam się to! 

- Ktoś spośród nas? - odezwał się butnie wyrostek z meszkiem pod nosem, który był 

jeszcze  dzieckiem,  kiedy  Simona  zabierano  do  więzienia.  Teraz  najwyraźniej  wodził  prym 

wśród młodzieńców. 

-  Ktoś  z  was  -  odpowiedział  Simon  rozglądając  się  wśród  zebranych,  po  kolei 

zatrzymując wzrok na każdej twarzy. 

Zapadła śmiertelna cisza. 

-  Ledwie  wróciłem  do  domu,  kiedy  spłonęła  studnia,  potem  ogień  pochłonął  naszą 

szopę.  To  wszystko  jeszcze  da  się  znieść.  Ale  dziś  w  nocy  ktoś  podpalił  krzyż  na  grobie 

naszego synka. Miarka się przebrała. 

Zamilkł na chwilę, a potem dodał: 

background image

-  Poszczególne  zdarzenia  oddziela  odstęp  tygodnia.  O  tej  porze  roku  nie  przechodzą 

tędy  żadni  wędrowcy.  Nie  zrobiły  tego  gnomy.  To  nie  są  przypadkowe  nieszczęścia.  To 

sprawka człowieka, który chce nas skrzywdzić. Dlatego też pytam: Kto z was tak bardzo nie 

lubi Mai, mnie albo nas obojga, że nam to robi? 

Ludzie  zerkali  jeden  na  drugiego  w  kompletnej  ciszy,  mierzyli  wzrokiem  sąsiada, 

każdy miał swoje podejrzenia. 

Maja czuła się okropnie. Niewiele brakowało, by okręciła się na pięcie i uciekła, gdy 

nieoczekiwanie Simon wyrwał się z kręgu wielbicielek i w kilku krokach znalazł się przy niej. 

Objął ją ramieniem i pokazał całej wiosce, że stanowią jedność. Są razem także w niedoli. 

Maja  nie  widziała  lśniących  oczu  Idy  skierowanych  na  szwagra  i  nieznacznego 

kiwnięcia głową. Nie miała pojęcia, że to młodsza siostra uratowała jej honor. 

Bo Simon sam nie wpadł na taki pomysł. Ciągle jeszcze nie potrafił pomyśleć o sobie i 

Mai: „my”. 

Nagle tłum ożywił się i z różnych stron rozległy się wołania: 

- Nikt z nas by nie zrobił czegoś takiego! 

- Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie podpala grobu! 

- To na pewno ktoś obcy! 

- Może jacyś pijani Finowie? 

- Albo nieprzyjemny zbieg okoliczności... 

- Nikt nie robi celowo czegoś takiego. 

- Nie my... to nie my... 

Maja  słuchała  wraz  z  Simonem  i  ogarnęło  ją  uczucie  rezygnacji.  Od  początku 

wiedziała, że skończy się to tym, że wszyscy zaprzeczą i będą oczywiście rzucać podejrzenia 

na jakichś tajemniczych nieznajomych. Pijanych Finów na przykład... 

A nawet jeśli ktoś coś wie, to będzie milczał. 

Tu  wszyscy  byli  ze  wszystkimi  spokrewnieni.  Poprzez  małżeństwa  z  pokolenia  na 

pokolenie na dobrą sprawę wszystkie rodziny były ze sobą skoligacone. 

Nikt nie będzie przecież donosił na swoich krewnych. 

Na  nic  się  nie  zdało,  że  rodzina  Bakkenów  była  tu  szanowana  i  poważana.  I  także 

spokrewniona z większością mieszkańców osady. Maja nadal traktowana była jak obca. Obca 

wśród swoich. 

Znów  ten  odgłos  szurania  po  podłodze.  Zakłopotani  zebrani  kręcili  się  w  miejscu. 

Maja miała nadzieję, że kobiety zauważą chociaż, że podłoga także jest świeżo wyszorowana. 

background image

Ciekawe,  czy  wiele  z  nich  czyści  piaskiem  podłogi  także  w  zimie.  Ona  już  jesienią 

zgromadziła w chacie piasek na ten cel. Pod jej dachem brud nie miał prawa gościć. 

Glos  Simona  pobrzmiewał  złowrogim  spokojem  i  obcą  mieszkańcom  wioski 

hardością.  Lodowaty  chłód  bijący  z  jego  oczu  sprawiał,  że  wszyscy  najchętniej  by  się 

wycofali. Nie pojmowali bowiem, co się stało z grobem synka Mai i Simona, małego Artura 

Bakkena, ale opowieść Simona nimi wstrząsnęła. 

- Miałem nadzieję, że załatwimy to wspólnie. Przyrzekłem sobie, że nie podniosę ręki 

na tego... lub na tych, którzy dopuścili się tych niegodziwości. Pod warunkiem, że będą mieli 

odwagę  się  do  wszystkiego  przyznać.  Ale  najwyraźniej  nic  takiego  się  nie  stanie.  W  tej 

sytuacji chcę, żebyście wszyscy usłyszeli i zapamiętali: Jeśli dowiem się, kto sobie z nas drwi, 

nie  okażę  miłosierdzia.  A  możecie  być  pewni,  że  się  dowiem.  Nie  spocznę,  póki  nie  znajdę 

sprawcy. 

Maja  nie  nastawiła  kawy.  Takich  gości  nie  miała  zamiaru  częstować  kosztownym 

trunkiem.  Gdy  mieszkańcy  wioski  zorientowali  się  poniewczasie,  rozeszli  się  do  domów,  w 

kolejności  odwrotnej  do  tej,  w  jakiej  przybyli.  Najpierw  niecierpliwi  młodzieńcy, 

przestępujący z nogi na nogę, potem dziewczęta, które, zwiesiwszy głowy, powoli zaczynały 

rozumieć,  że  Simon  Bakken  przestał  być  czuły  na  ich  wdzięki.  Potem  wyszli  mężczyźni, 

uznawszy że dłużej siedzieć nie uchodzi, aż wreszcie kobiety, które przywykły zbierać się na 

pogawędki w różnych miejscach. 

Przed Mają zatrzymała się na chwilę bezzębna staruszka. Popatrzywszy na nią niemal 

ze współczuciem, wybełkotała: 

- Moja droga, marny twój los! Zawsze będziesz żyć w cieniu swojej matki. Tak, tak, 

wiele by można mówić o Raiji, ale ona miała w sobie coś! Bóg mi świadkiem, że żadne z jej 

dzieci nie zostało ulepione z tej samej gliny. A już najmniej ty. Żyjesz w cieniu... 

Staruszka odwróciła się i wyszła. Zostali sami. 

-  Nie  udało  się.  Nic  nie  wskóraliśmy  -  odezwał  się  Simon.  -  Wszyscy  wyglądali  jak 

niewiniątka. A już ja się na tym znam. Łotra wyczuję na odległość, mam wprawę. 

- W każdym razie ich ostrzegłeś - uznała  Ida, która jakby w imieniu Mai nastawiona 

była bojowo. 

-  Pozostaje  nam  czekać  -  uznał  Reijo.  -  Czekać  i  obserwować.  W  każdej  chwili 

możecie się przenieść na przylądek. Miejsca jest dość. 

- Tu jest nasz dom - odparła Maja blada jak płótno. Serce jej waliło, wciąż nie mogła 

zapomnieć proroczych słów staruszki. 

Reijo wychwycił w jej głosie ton lęku. 

background image

-  Nie  bierz  sobie  tego  do  serca  -  poprosił,  ujmując  jej  dłonie.  -  Nie  pierwszy  i  nie 

ostatni  raz  ktoś  cię  z  nią  porównuje  -  ciągnął.  -  Była  twoją  matką,  kobietą,  której  się  nie 

zapomina. Właściwie ona nie pasowała do tego miejsca. Nigdy jej tu nie zdołali bliżej poznać. 

To, co o niej opowiadają, to tylko ich wymysły. Teraz po latach stała się legendą. Nadają jej 

niezwykle cechy. To zawsze ubarwia nieco opowieść. Ale kiedy żyła pośród nich, nie chcieli 

jej zaakceptować! Dobrze znam tę starą. Kiedy spotykała Raiję, za każdym razem spluwała za 

nią pogardliwie. Nigdy nie powiedziała o niej dobrego słowa. Nie przejmuj się więc tym, co 

teraz  wygaduje.  Jesteś  równie  wyjątkowa  jak  twoja  matka,  dziecino.  Nie  jesteś  gorsza  ani 

mniej wartościowa. 

Maja  uśmiechnęła  się  blado.  Reijo  nie  miał  pojęcia,  ile  dla  niej  znaczą  te  słowa. 

Gdyby wiedział... 

Szkoda,  że  nie  powiedział  jej  tego  wcześniej,  zanim  starucha  wszczepiła  w  jej  serce 

swój jad. Zanim ona sama zaczęła marzyć... 

- Sprawia mi to ból - powiedziała tylko. - Co prawda powinnam już przywyknąć, ale 

za każdym razem jest mi przykro. 

- Nie tylko tobie - wtrąciła Ida. - Mnie też ta starucha nie pozostawiła nadziei. Żadne z 

nas  nie  dorównuje  mamie.  Założę  się,  że  mama  uśmiechnęłaby  się  tylko,  gdyby  to  słyszała. 

Bo chyba nie należała do kobiet, które śmieją się hałaśliwie. 

- Nie mów tak! - odezwał się Reijo ciepło. - Wasza mama nie była bez wad. 

Kiedy  tak  ożywały  w  nim  wspomnienia  o  Raiji,  widać  było  wyraźnie,  że  nigdy  nie 

stała  mu  się  obojętna.  Ich  związku  nic  nie  mogło  zniszczyć.  Ida  nie  nazywała  tego  uczucia 

miłością, Maja jednak nie była tego pewna. 

Simon  nie  pamiętał  Raiji  i  nie  potrafił  dzielić  z  pozostałymi  magii  wspomnień  o  tej 

niezwykłej  kobiecie.  Nie  pojmował  tego  wciąż  żywego  stosunku  dzieci  do  matki,  której 

właściwie nigdy przy nich nie było. 

- W każdym razie, Maju, nie rozmyślaj już o tym - zakończył Reijo stanowczo. 

Obiecała  mu  to,  ale  zielone  oczy,  przed  którymi  trudno  było  cokolwiek  ukryć, 

zauważyły, że ta obietnica nie zostanie dotrzymana. 

Kiedy Maja i Simon zostali sami, chata wydała im się bardzo przestronna. 

- Nie podobało ci się - stwierdził Simon, bo nie potrzebował pytać, by to wiedzieć. 

-  Nie  lubię  dopuszczać  ludzi  zbyt  blisko  siebie  -  wyznała  Maja.  Było  to  jedno  z 

niewielu zwierzeń w jej życiu. - Gdy zobaczyłam ten tłum, oblał mnie zimny pot. Dziękuję, 

ż

e stanąłeś przy mnie, że domyśliłeś się tego, Simonie. Nie spodziewałam się. 

background image

Nie zasłużył na to podziękowanie. Zakłopotany, wiedział dobrze, że był równie ślepy 

jak inni. Kiedy dziewki niczym gęsi otoczyły go ciasnym kręgiem, poczuł się przez moment 

tak jak w młodzieńczych latach. Pławił się w błyszczących, pełnych podziwu spojrzeniach. 

Nie  dostrzegł,  że  Maja  potrzebuje  czyjejś  bliskości.  Gdyby  nie  Ida,  nieświadomie 

zraniłby ją podwójnie. 

- Jesteś więcej warta niż te wszystkie gęsi razem wzięte - rzucił krótko, nie patrząc na 

ż

onę. Wolał nie mówić zbyt wiele, bo Bóg raczy wiedzieć, czego by się domyśliła. 

- Zawsze potrafiłeś rozdawać gładkie komplementy. 

-  Teraz  jednak  mówię  tylko  to,  co  myślę  naprawdę.  -  Popatrzył  na  nią  przeciągle  i 

dodał:  -  Nie  bawię  się  już  w  udawanie,  Maju,  ten  etap  mam  już  za  sobą.  Nie  jest  mi  to  do 

niczego potrzebne. Przynajmniej tyle się nauczyłem. 

- Co zrobimy, jeśli znów się coś stanie? 

-  Nie  uprzedzajmy  zdarzeń!  Może  ich  wystarczająco  przestraszyłem.  A  może  mimo 

wszystko będę musiał użyć pięści. 

-  Jeśli  to  się  nie  skończy,  Simonie...  -  Maja  urwała  wpatrzona  w  płomienie, 

dostrzegając  w  nich  coś  przerażającego.  -  ...a  my  nie  dowiemy  się,  kto  się  za  tym  kryje... 

Może wyjedziemy stąd? Po prostu wyjedziemy. Przecież są inne miejsca, gdzie moglibyśmy 

osiąść. 

-  Na  północ?  -  spytał  chłodno.  Nie  ma  mowy,  nie  będzie  szukał  szczęścia  wespół  z 

Finami z gór, z Lapończykami z wybrzeża i Kwenami. 

- Może na zachód? - rozmarzyła się.  - Podobno tam jest pięknie, rozległy płaskowyż 

jak okiem sięgnąć. Malselv, Bardu. Moglibyśmy rozpocząć tam nowe życie. W miejscu gdzie 

nikt nas nie zna. Gdzie nikt by nas z nikim nie porównywał. Gdzie po prostu bylibyśmy sobą. 

-  To  by  nic  nie  zmieniło.  Nie  da  się  uciec  od  siebie,  Maju  -  rzekł  ze  smutkiem,  a  na 

twarzy  przemknął  mu  uśmiech.  -  Zobaczymy.  Tam  jest  pięknie,  ale  nie  wiem,  czy  byłabyś 

tam szczęśliwa. Ja w każdym razie tęskniłbym okrutnie za ukochanymi górami. 

Nie  ponowiła  prośby.  Nie  zwykła  o  nic  żebrać.  Jeśli  tego  nie  zauważył,  nie 

potrzebowała innej odpowiedzi. Na pewno nie będzie go błagać na kolanach. 

-  Może  byśmy  już  tak  poszli  spać?  -  zaproponował,  nakarmiwszy  owce.  Pachniał 

oborą, przypominając dawnego Simona. 

- Już przeniosłam swoje posłanie. - Maja ruchem głowy wskazała na ławę kuchenną. 

Jej ściągnięta twarz wyglądała surowo, jak twarz jakiejś starej ciotki. 

background image

Simon bez słowa zdjął ubranie robocze i powiesił je w sieni. Potem zamknął dokładnie 

drzwi  i  dopiero  wówczas  znalazł  właściwe  słowa,  których  wypowiedzenie  nie  przyszło  mu 

jednak z łatwością. W rozmowie z Mają często brakowało mu słów. 

-  Maju,  jeśli  ty  będziesz  spała  w  kuchni,  to  nasz  związek  nie  ma  żadnych  szans. 

Wydawało mi się, że po dzisiejszym poranku wrócisz z powrotem do alkierza. 

- Czy ma to jakiś sens? - zapytała. 

- Żadne z nas pierwsze nie otworzy dzielących nas drzwi, wiesz to równie dobrze jak 

ja.  Nie  układa  nam  się  teraz  dobrze,  ale  jeśli  nie  podejmiemy  próby,  będzie  jeszcze  gorzej. 

Czuję się wypalony. Czasami mam straszną chęć ranić cię, tak żebyś cierpiała. Chodzą mi po 

głowie okropne myśli. Znienawidziłabyś mnie, gdybyś je znała. Ale mimo wszystko pragnął-

bym, żeby jakoś nam się ułożyło. Ze wszystkich ludzi w tych stronach jesteś jedyną osobą, z 

którą  wyobrażam  sobie  dalsze  życie.  Przy  której  chciałbym  się  zestarzeć.  Czy  to  nic  nie 

znaczy? Jesteś skłonna spróbować czy też wolisz niczego nie zmieniać? 

- Nie chcę zostać zraniona - odparła. - Nie chcę być wykorzystywana. 

Trafiła w czuły punkt. 

Odwrócił  się  bokiem  i  oparłszy  czoło  o  ścianę  z  drewnianych  bali,  zamilkł,  nie 

znajdując wytłumaczenia. 

-  Jestem  brutalny  -  rzekł  w  końcu.  -  Część  mnie  pragnie  posługiwać  się  przemocą.  I 

znajduje w tym upodobanie. Nie będę nic ukrywać przed tobą. Moja lepsza strona żałuje tego, 

co ci uczyniłem, ale ta druga, mroczna, znalazła w tym przyjemność. 

-  Nie  chcę  Simona,  który  używa  siły  i  gwałtu.  Który  jest  chłodny,  szydzi  sobie  ze 

mnie, by w tej samej niemal chwili mnie całować. 

- Nie chcę nim być! - krzyknął Simon, prostując się i pięściami bijąc w ścianę, że aż 

zadzwoniły naczynia na półkach. - Nie chcę, Maju! Ale on jest częścią mnie, tak jak ręce czy 

nogi.  Nie  mogę  sobie  dać  odrąbać  ręki,  tak  samo  nie  mogę  pozbyć  się  mrocznej  strony 

samego siebie. Bo ten zły Simon to także ja. 

Maja  czuła  się  zmęczona  samotnością  i  strachem.  Miała  dość  podejrzeń,  chłodu, 

walki, ciągłego czuwania, czy zło nie bierze nad nim władzy. 

-  Jeśli  podniesiesz  na  mnie  rękę,  wyprowadzę  się  -  zagroziła.  -  Do  kuchni  albo  na 

przylądek, jeśli to okaże się konieczne. 

Simon rozumiał ją i nie mógł jej tego zabronić. 

Przeniósł pościel do małżeńskiego łoża. 

Wśliznęła się pod futrzane okrycie i położyła na samym brzeżku łóżka. Dalej już się 

nie dało, by nie spaść. Zamknął oczy i wstrzymał oddech, nasłuchując przerażonego oddechu 

background image

ż

ony,  oddechu  ściganego  zwierzęcia.  Poczuł  jej  zapach,  zapach  kobiety.  Tak  różny  od  tego, 

który towarzyszył mu w ostatnich latach. 

Ostrożnie  podniósł  powieki,  ale  dostrzegł  jedynie  ciemność.  Nawet  po  chwili,  gdy 

wzrok  oswoił  się  z  mrokiem,  ciemność  zdawała  się  nieprzenikniona.  Jakby  trzymała  stronę 

Mai przeciwko niemu. 

Simon wyciągnął rękę, ostrożnie, jakby w obawie, że przestraszy Maję. 

Opuszki palców dotknęły krągłego ramienia. Uchyliła je prawie niezauważalnie. 

Simon przełknął rozczarowanie i przysunął się bliżej. 

-  Nie  wiem,  czy  tego  chcę  -  wyszeptała  w  ciemnościach.  Czuła  go,  mimo  że  w 

nocnym mroku odróżniała jedynie czarny cień. 

Nie cofnął dłoni, od której biło ciepło. Grzał ją i sam czuł ciepło. 

-  Pozwól  mi  tylko  ciebie  dotykać  -  wyszeptał.  -  Tylko  dotykać.  Nic  poza  tym.  Nie 

wiem, czy jestem zdolny do czegoś więcej. Ale tak bardzo pragnę cię czuć pod palcami. 

Skinęła przyzwalająco głową, ale uświadomiła sobie, że on tego nie widzi. Z wielkim 

trudem pokonała lęk, przemogła się i przysunęła bliżej. 

Przyciągnął ją do siebie, nieśmiało, jakby próbował tego po raz pierwszy. 

Poczuł jej ciało pod długą nocną koszulą. Delikatne ciepło przenikało go leniwie. 

-  Czy  bardzo  mnie  znienawidzisz,  jeśli  poproszę,  żebyś  zdjęła  koszulę?  -  zapytał 

ochryple. 

Ledwie  się  powstrzymała,  by  nie  krzyknąć  i  nie  cofnąć  gwałtownie.  Opamiętała  się 

jednak, uświadomiwszy sobie, że Simon, którego nienawidziła, nie pytałby o to. 

Bez  słowa  rozpięła  koszulę  i  zdjęła  ją  przez  głowę.  Ale  czuła  się  bardzo  nieswojo, 

leżąc z nim pod wspólną derką. Jego oddech pieścił jej twarz, dłonie, stwardniałe od ciężkiej 

pracy, gładziły ją czule. Maja nigdy dotąd nie przeżyła takiej bliskości z Simonem. 

Kiedy  go  poznała,  był  już  dorosły  i  doświadczony.  Na  tym  polu  zresztą  miał  więcej 

wprawy  niż większość rówieśników.  Znał się na sztuce uwodzenia i posługiwał się różnymi 

chwytami, by osiągnąć swój cel. Czy to jeden z nich? 

Z  drżeniem  odsunęła  od  siebie  tę  myśl.  I  choć  wątpliwości  kłuły  niczym  igły,  to 

jednak wolała mu wierzyć. Musiała. Sama sobie złożyła tę obietnicę. 

Ze  zdumieniem  gładził  ciało  Mai,  jego  dłonie  stały  się  jakby  dodatkową  warstwą  jej 

skóry. Chociaż zdawała sobie sprawę, jaki potrafi być okropny, pod wpływem jego pieszczot 

rozbudziła się. Nic nie mogła na to poradzić. 

Czuła  przyjemne  drżenie  w  całym  ciele,  pragnęła  dotykać  go,  ale  zdołała  nałożyć  na 

siebie pęta. 

background image

Ciało jednak nie dało się przekonać. Zdradziły ją soki i zapach. Tętno bilo w szalonym 

rytmie,  kiedy  opuszki  palców  zatrzymały  się  oczarowane  na  jej  szyi.  Jej  wrażliwa  skóra 

dosłownie drżała, domagając się pieszczot i pocałunków. 

Słyszała, jak wstrzymał oddech, ale leżała na tyle blisko, że czuła, iż jej nie pożąda. 

Jego  dłoń  powędrowała  ku  piersiom.  Zdumiony,  pogładził  je  wargami,  pieścił 

koniuszkiem języka, budząc w Mai jeszcze żywszą namiętność. 

Jej dłonie zacisnęły się na jego pośladkach. Ocierała się o niego bezwstydnie, pragnąc 

go podniecić, pragnąc poczuć, że jest dla niego kobietą, choć zdawała sobie sprawę, że może 

zostać odtrącona. Położyła się ciężko na nim i skierowała jego męskość tam, gdzie chciała, po 

czym zaczęła ujeżdżać go z ogniem, jakiego nie czuła chyba od czasu, kiedy próbowali tego 

po raz pierwszy wśród skał i wrzosów. 

Zagryzła  wargi,  by  nie  krzyczeć  ze  szczęścia,  aż  poczuła  w  ustach  smak  krwi.  Ale 

dotarło  do  niej,  że  przecież  nikt  ich  i  tak  nie  może  usłyszeć,  pozwoliła  więc  dojść  do  głosu 

rozkoszy, która niczym ptasi krzyk wypełniła ciszę. 

Zamknął  ją  w  ramionach,  obrócił  na  plecy.  Zjednoczona  we  wspólnym  rytmie 

ponownie sięgnęła szczytu spełnienia. Wygięta ku niemu, każdym nerwem chłonęła doznania. 

Już po raz trzeci pragnęła przeżyć to samo, gdy on przerwał zawiedziony. Wysunął się 

z niej i obróciwszy się plecami, zacisnął mocno zęby, nie odzywając się nawet słowem. 

Delikatnie objęła go od tyłu. 

-  Nie  masz  się  czego  wstydzić.  Niewielu  mężczyzn  potrafi  ofiarować  kobiecie  tyle 

rozkoszy, ile ty mi ofiarowałeś. 

- A skąd ty możesz to wiedzieć? - prychnął. 

-  Domyślam  się.  Gdyby  potrafili,  nie  byłoby  na  świecie  tylu  niezadowolonych  żon, 

prawda? 

- Wygląda na to, że żaden ze mnie mężczyzna. 

- Nie narzekaj - rzekła. - Przeżyłam niebiańską rozkosz. Nigdy dotąd nie było mi tak 

wspaniale. 

-  To  dowodzi  tylko,  że  byłaś  wyposzczona  -  rzucił  z  goryczą.  -  Ale  zawsze  to  jakaś 

pociecha. 

Przytuliła się twarzą do jego policzka. 

- Wiele przeżyłeś, Simonie. Na każdym człowieku coś takiego pozostawia piętno. 

- Piętno utraty męskości? 

- Nie straciłeś jej, jedynie nie udało ci się zrobić tego do końca. 

Roześmiał się głucho. 

background image

- Powinniśmy rozpuścić o tym plotkę, Maju. Wyobraź sobie, jaki ludzie mieliby ubaw. 

Simon, taki ogier, ujeżdża na darmo. Tylko pot spływa mu po plecach. Nic więcej. 

- Pozostało ci przynajmniej poczucie humoru - stwierdziła. 

Trzymała go w ramionach, aż zasnął. Mimo wszystko odniosła jakieś zwycięstwo. 

Ale  bolało  ją  jedno  wspomnienie.  Simon  nie  miał  trudności  ze  spełnieniem,  kiedy 

wziął ją siłą. 

Jak wiele zmienił w jej mężu ten drugi Simon? 

background image

Senne koszmary, ogień, cień. Obca kobieta. 

Natrętne obrazy. Strumienie ciepła i chłodu. Nie można im się oprzeć, nie można się 

przed nimi schować. 

Maja przewracała się niespokojnie z boku na bok. Chciała się obudzić, ale nie mogła 

się wyrwać niewidzialnym dłoniom trzymającym ją w iluzji. 

Gdzieś  zniknęły  góry,  wokół  rozciągała  się  otwarta  równina.  Czyżby  śniło  się  jej 

Malselv? 

Czy jeden sen może pojawić się w innym śnie? 

Maja płynęła, napełniając się coraz większym spokojem. Czuła, jak jej ciało przestaje 

walczyć i stopniowo się poddaje. Chciała tego, choć się bała. Wirowała, a potem wniknęła w 

mglistą  przestrzeń,  jakby  w  inny  wymiar.  Była  i jej  nie  było.  Nie  miała  własnego  ciała.  Nie 

czuła bólu. Była tylko pospieszną myślą gnaną przez oddech wiatru, stanowiąc z nim jedność. 

Otwarta przestrzeń. 

Wiele domów, więcej niż kiedykolwiek widziała. Osobliwe chaty zbudowane z bali i 

kamieni. Takich nie stawiało się nad fiordem Lyngen. 

Ale we śnie wszystko jest możliwe. 

Otwarta  przestrzeń  przykryta  śniegiem.  Jakieś  morze?  Jest  większe  niż  jej  rodzinny 

fiord... 

Morze albo rzeka... Ale czy rzeki mogą być takie szerokie? 

We śnie chyba tak. 

Morze. Nie lubi morza. 

To szaleństwo! Przecież  kocha morze! zaprzeczała samej sobie. Uwielbia  przyglądać 

się,  jak  zmienia  się  jego  barwa,  patrzeć,  jak  spienione  fale  układają  się  w  coraz  to  nowe 

wzory, jak tańczą, bawią się i śmieją głosem dobywającym się z samej głębiny. 

Kocha morze. 

Ale w duchu coś jej szeptało, że go nienawidzi. 

Ziąb. 

Czuła  lodowaty  chłód  w  ciele,  którego  nie  posiadała.  Sen  wypełnił  się  chłodem,  stał 

się chłodem, bólem i smutkiem nie do zniesienia. 

Zapadła  noc,  gdy  nagle  niebo,  podświetlone  polarną  zorzą,  zabarwiło  się  pastelowo 

ż

ółto. 

background image

Zjednoczyła  się  z  zorzą,  wciągnął  ją  ten  świetlisty  szlak  na  niebie.  Miotał  nią  po 

nieboskłonie bez celu i sensu, ściskając niegroźnie, tak jak dziecko podczas zabawy. 

I  znów  ta  bezkresna  kraina.  Miasto  i  domy  zniknęły,  morze  także.  Pozostała  tylko 

szeroka rzeka, gdzieniegdzie pokryta cienkim lodem. 

Nie miała pojęcia, skąd to wszystko wie. Jej wiedza pochodziła po prostu ze snu. 

Poczuła, jak łagodna dłoń gładzi ją po policzku. Wtedy zorza, która miała w sobie coś 

ludzkiego,  cofnęła  się  z  powrotem  na  niebo,  pozostawiając  ją  razem  z  jakąś  kobietą  w 

ciemnej  pelerynie,  uszytej  z  delikatnego  sukna  układającego  się  miękko  w  podmuchach 

wiatru. 

Ujrzała  pobladłą  twarz  kobiety,  która  w  poświacie  zorzy  polarnej  wydawała  się 

jeszcze bielsza. 

Usta, których nie miała we śnie, wypowiedziały słowa: 

- Dlaczego nas opuściłaś? Dlaczego nie wracasz? Dlaczego mnie porzuciłaś? 

Na  twarzy,  tak  bardzo  przypominającej  twarz  Idy,  tyle  że  starszej,  pojawił  się  słaby 

uśmiech. 

- Zrobiłam to, co musiałam - odezwała się kobieta dobrze znajomym głosem. Niemal 

przez wszystkie lata swojego życia Maja tłumiła w sobie wspomnienie tego głosu. Nawet we 

ś

nie jego brzmienie sprawiało jej ból. - Zrobiłam to, co musiałam, Maju. Zawsze byłam sobie 

wierna,  wierna  swoim  obowiązkom.  Teraz  też  robię  to,  co  muszę,  dziecino.  Przekazuję  ci 

moje zdolności. Otrzymałam je, wcale o nie nie prosząc. Poniekąd stały się moim życiowym 

brzemieniem. Bez nich jednak nie potrafiłabym żyć. Nie chciałam ich nikomu przekazywać. 

Wolałabym  zabrać  je  ze  sobą  w  tę  inną  wieczność.  Ale  to  niemożliwe.  Moc  musi  trwać. 

Dźwigasz  wiele  na  swoich  barkach,  Maju,  ale  to  właśnie  ty  moich  zdolności  potrzebujesz 

najbardziej. Niechętnie pozostawiam ci takie dziedzictwo. Niech przyniesie ci mniej bólu niż 

mnie! Zapewne będziesz je przeklinać, przeklniesz i mnie, ale ja sama nie mogę pomóc tym, 

którzy są dla mnie tacy ważni. Ty musisz zrobić to za mnie. Przywrócisz życie komuś, kogo 

obie kochamy. 

Chłód. 

Masy chłodu, które otoczyły Maję, nadały jej ciało i formę, mimo że dla niej pozostały 

niewidzialne. Otrzymała nową mądrość, ale nie miała pojęcia, do czego jej użyć. 

- Spójrz, dlaczego! - usłyszała głos kobiety. 

Ujrzała ogień i lód. Usłyszała krzyk ludzi, poczuła przemożny lęk. 

Marzła,  ale  wiedziała,  że  potrafi  przezwyciężyć  chłód  i  lód.  Była  bezpieczna. 

Dziedzictwo, które otrzymała, chroniło ją jak pancerz. 

background image

Pokryta śniegiem kraina zniknęła. 

Maja odzyskała ciało, odzyskała własne uczucia. Szczękała zębami z zimna, ale nadal 

tkwiła w objęciach snu. 

-  Zapomniałam  zapytać,  czy  jesteś  szczęśliwa  -  mamrotała,  poruszając  pobielałymi 

wargami.  -  Zapomniałam  zapytać.  Mam  nadzieję,  że  ci  tam  dobrze.  Kocham  cię,  mimo 

wszystko... 

Simon bał się. Obudziły go obce głosy wydobywające się z ust Mai. 

Maja mówiła coś wyraźnie przez sen. 

Zrozumiał jedynie, że zapomniała zapytać kogoś, czy jest szczęśliwy. 

Dotknąć, oczywiście musi jej dotknąć. 

Usiłował  ją  obudzić,  potrząsał  nią  lekko,  ale  to  tylko  wzmogło  w  nim  strach.  Maja 

była  bowiem  bardziej  przemarznięta  niż  poprzedniego  ranka,  kiedy  przemoczona  wpadła 

gwałtownie do alkierza. 

Nie obudziła się. 

Spała cała zlana potem. Oddychała tak wolno, że serce skoczyło Simonowi do gardła. 

Wstał  niepewny.  Napalił  w  piecu  i  ubrał  się.  Poszedł  do  obory,  zobaczył,  że 

zapowiada  się  ładny  dzień.  Niebo  zarumieniło  się  lekko  na  wschodzie,  rozjaśniając  ciemną 

granatową barwę. 

Wróciwszy do chaty, odłamał kilka kawałków z okrągłego, płaskiego żytniego chleba 

z otworem w środku. Żuł go, nie czując wcale kwaskowatego smaku. 

Zanim ożenił się z Mają, nigdy nie próbował tego typowo fińskiego przysmaku. Teraz 

stał  się  częścią  jego  codzienności,  chlebem  powszednim.  Ile  jeszcze  nowych  rzeczy  wniosła 

w  jego  życie!  Fińskie  słowa,  których  używała  równie  często  jak  norweskich  i  które  on  z 

czasem  także  zaczął  rozumieć.  Krótkie  fińskie  przyśpiewki,  które  nuciła  pod  nosem.  Sauna, 

którą teraz uważał za coś oczywistego, za czym bardzo tęsknił przez te pełne goryczy lata. 

Stracić ją? Stracić Maję? 

Dobry Boże, nie! Nigdy nie chciał jej skrzywdzić. Zbyt wysoko ją cenił. 

Z kawałkiem chleba w ręce wsunął się do alkierza, już od drzwi nasłuchując uważnie. 

Czyżby oddychała szybciej? 

Chyba tak, odrobinę. Za wszelką cenę pragnął w to wierzyć. 

To musi być prawda! 

- Dobry, wszechmocny Boże, nie pozwól, by coś się jej stało - modlił się bezgłośnie, 

poruszając  ustami.  -  Nie  wiem,  co  się  z  nią  dzieje,  ale  ty  na  pewno  wiesz.  Spraw,  by  się 

obudziła!  Pewnie  tkwi  w  tym  jakiś  głębszy  sens,  chociaż  ja  go  nie  pojmuję  i  dlatego  się 

background image

lękam.  Błagam  cię  tylko  o  jedno,  żeby  się  obudziła  i  była  taka  jak  zwykle.  Reszta  jest 

nieważna. Niech Maja będzie po prostu Mają! Proszę cię, amen. 

Simon  nie  miał  odwagi  jej  dotknąć.  Nie  poruszyła  się  ani  trochę,  leżała  w  tej  samej 

pozycji, w której ją zostawił. Tylko oddychała inaczej, chyba szybciej. 

Nie mógł biec do matki po pomoc, bo ta prosta kobieta nic by z tego nie zrozumiała. 

Pewnie  zaraz  podejrzewałaby  moce  nieczyste,  uznałaby,  że  to  dzieło  szatana  i  rozpaplałaby 

na całą okolicę. Nie potrafiła trzymać języka za zębami i często wyrywała się z czymś nie w 

porę. 

Simon,  choć  nie  pojmował  do  końca,  co  dzieje  się  z  Mają,  wiedział  jedno:  musi  ją 

uchronić przed ludzkim gadaniem. 

Drżał ze strachu, ale nie pozostawało mu nic innego, jak czekać. 

Czy to kara? Czy w taki sposób musi zapłacić za srebrniki? Wysoka cena. 

Simon nie wierzył w wieczne potępienie. Zapłacił z nawiązką za te brzęczące monety. 

W księdze rachunkowej Boga ta pozycja z pewnością nie jest obciążona żadnym długiem. 

Maja jest chora. 

Jeden Bóg raczy wiedzieć, co jej dolega! 

Czy to jego wina? 

Nic nie mówiła, nie ruszała się, niemal nie oddychała. Leżała jak nieżywa. 

Ale nie wolno mu myśleć o najgorszym. 

Jakże Simon się zdziwił, gdy nieoczekiwanie w drzwiach pojawił się zdyszany Reijo. 

Widać, że drogę z przylądka przemierzył w pośpiechu. 

-  Nie  wszystko  u  was  dobrze  -  stwierdził  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  podszedł  do 

uchylonych drzwi i zerknął przez szparę do alkierza. 

- Masz pojęcie, co jej jest? - zapytał Simon zrezygnowany. 

Reijo stał przez chwilę nieruchomo, po czym wszedł do środka i usiadłszy na brzegu 

łóżka, wziął w dłonie chłodną rękę Mai. Simon obserwował go z odległości kilku kroków. 

-  Gdziekolwiek  teraz  przebywasz,  Maju,  wróć,  proszę,  natychmiast!  -  przemówił 

Reijo.  -  Ona  chciała  tego.  Nie  wolno  ci  pogrążyć  się  w  nicości.  Tam  nic  nie  zdziałasz.  Ona 

chciała,  żebyś  coś  dla  niej  zrobiła.  Otrzymałaś  zadanie,  dziecino.  Potrzebujemy  cię  tutaj, 

straszliwie potrzebujemy. 

Przez chwilę siedział tak, trzymając jej białą dłoń, a potem delikatnie schował ją pod 

futrzane  przykrycie.  Nie  okazał  zdziwienia,  gdy  zobaczył,  że  leży  w  łóżku  naga.  Może  go 

nawet ucieszyło, że żyją z Simonem jak mąż i żona. 

background image

-  Co  to  jest?  -  zapytał  Simon,  przeczesując  dłonią  włosy.  W  jego  oczach  czaiła  się 

jakaś dzikość. - Wydaje mi się, że wiesz, co się z nią dzieje... Jakbyś to już kiedyś widział... - 

urwał, nie spuszczając z Reijo rozszerzonych ze zdumienia oczu. - Skąd w ogóle wiedziałeś, 

ż

e dzieje się coś niedobrego? Powiedz! 

Reijo opadł ciężko na ławę. 

- Masz coś gorącego do picia? - zapytał. Simon podgrzał kawę z poprzedniego dnia i 

nalał do drewnianego kubka. 

- Tak, widziałem to już kiedyś - odezwał się Reijo, przełknąwszy łyk mocnego płynu. 

- Miałem nadzieję, że nigdy więcej tego nie ujrzę. Ale to chyba było nieuniknione. 

- Co to jest, do czarta? Reijo wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Boję się nazwać to słowami. Nie wierzę, ale przecież widzę, co się dzieje. 

- Co? 

- Zmarzła - zaczął Reijo. - Stała się nienaturalnie zimna, śniły jej się dziwne sny... 

- Skąd  wiesz? - Simon pokiwał  głową z zapałem. - To się zdarzyło już po raz drugi. 

Rzeczywiście straszliwie zmarzła. I te sny! Nie wiem, jak to się zaczęło teraz. Obudziło mnie 

jej majaczenie. Powtarzała, że zapomniała zapytać, jak ktoś się  czuje.  Że  bardzo kocha tego 

kogoś. A potem już tylko leżała nieruchomo, prawie nie oddychając. Reijo, czy ona umrze? 

-  Musimy  wierzyć,  że  powróci  do  nas  -  odparł  Reijo.  -  Nic  nie  możemy  zrobić.  To 

dotyczy sfery dla nas nie znanej i niepojętej. 

Głęboko odetchnął i zapatrzył się przed siebie, wspominając przeszłość. 

- Kiedyś coś takiego przytrafiło się Raiji - odezwał się po chwili. - Przebywaliśmy na 

odludziu,  w  dość  dziwnym  miejscu  na  płaskowyżu.  Po  tym  zdarzeniu  wiedziała  piekielnie 

dużo  o  dramacie,  jaki  się  tam  rozegrał,  wiedziała  o  takich  rzeczach,  o  których,  na  zdrowy 

rozum  biorąc,  nie  mogła  wiedzieć.  Trudno  było  to  wyjaśnić.  Tak  samo  zrobiła  się  zimna,  a 

oddech ledwo dało się wyczuć. Zapadła w jakiś niepojęty dla mnie stan. A potem śniły jej się 

prorocze  sny.  Przeżywała  niektóre  rzeczy  tak,  jak  gdyby  naprawdę  była  gdzie  indziej.  Jak 

gdyby  naprawdę  widziała  to,  co  się  miało  zdarzyć.  A  poza  tym  została  obdarzona 

nadprzyrodzonymi zdolnościami, których nie odziedziczyła po przodkach. Sama nie do końca 

to  rozumiała.  Próbowała  mi  o  tym  opowiedzieć.  Mówiła  coś  o  wierzeniach  lapońskich  i  o 

czarach. Ale ja nie wyrosłem w takim środowisku i nie przyjmowałem tego do wiadomości. 

Nadal nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie wierzę w magię, nie wierzę w to wszystko, ale nie 

mogę zaprzeczyć, że coś takiego miało miejsce. 

- Myślisz, że to samo dzieje się z Mają? 

background image

-  Maja  jest  córką  Raiji  -  odrzekł  Reijo,  starając  się  zachować  rozsądek.  -  To  nie  jest 

nienaturalne. To nas przeraża, ale ja myślę, że tkwi w tym jakiś sens. 

- Skąd wiedziałeś? - zapytał ponownie Simon. 

Kiedy  słuchał,  co  mówi  Reijo,  rosła  w  nim  nieufność.  Ojczym  Mai  zbyt  trzeźwo 

patrzył na świat, by opowiadać takie bzdury. Coś się musiało za tym kryć. 

- Dziś w nocy śniłem dziwny sen - wyjaśnił Reijo. - Tak, mnie się też to zdarza... Raija 

miała niezwykłą zdolność nawiązywania kontaktu z tymi, których kocha. 

- Wydawało mi się, że pogodziłeś się z jej śmiercią. 

- Tak silnych więzi nie może przerwać nawet śmierć - odrzekł cicho Reijo. 

- Naprawdę w to wierzysz? 

-  A  co  mi  pozostaje?  Zresztą  powtarzam  ci,  widziałem  coś  takiego  już  wcześniej. 

Wtedy wszystko się dobrze skończyło. Widziałem, co nastąpiło potem. Mogę wierzyć, mogę 

starać się odgadnąć, a jeśli dopisze mi szczęście, zobaczę, jak się wszystko potoczy. My obaj 

jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami, nie potrafimy w żaden sposób się temu przeciwstawić. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że Maja nie jest taka jak my? - zapytał Simon, a w jego 

głosie dało się wyczuć lodowaty chłód. 

-  Nie,  ale  jest  coś  osobliwego  w  kobietach  spokrewnionych  z  Raiją.  Są  wrażliwe  na 

rzeczy, których my, pozostali, nie dostrzegamy. To, co dla nas niedostępne, staje się częścią 

ich życia. Nie potrafię tego nazwać. Dlatego nie zwykłem o tym rozprawiać. 

Ludzie łatwo przyczepiają innym łatkę. Nie chciałem, żeby mieli mnie za przesądnego 

starucha. 

Reijo  pozostał  w  chacie.  Chciał  dotrzymać  towarzystwa  Simonowi,  który  z  rozpaczy 

bliski  był  utraty  zmysłów.  Zaczął  nawet  odczuwać  cieple  uczucia  wobec  tego  młodego 

mężczyzny, który był jego zięciem. 

Nie  rozmawiali  wiele  ze  sobą.  Reijo  zdawał  sobie  sprawę,  że  niełatwo  jest  wierzyć 

jego  słowom.  Sam  ciągle  nie  potrafił  się  uporać  z  tymi  niezwykłymi  wspomnieniami.  Miał 

głęboko  zakorzenioną  nieufność  wobec  wszystkiego,  czego  nie  dało  się  dotknąć,  choć 

dopuszczał,  oczywiście,  odczuwanie  wzruszenia  i  szczęścia  towarzyszące  pięknemu 

widokowi  zachodu  słońca  czy  też  okrzykowi  samotnej  siewki  złotej  na  bezludnym 

płaskowyżu. 

Ale to nie było to. 

Zapadł już wieczór, gdy Maja wreszcie się poruszyła. 

Odbywało się to według tego samego schematu, jaki Reijo zapamiętał. 

background image

Oddech stał się głębszy i stopniowo powrócił do normalności. Skóra najpierw pokryła 

się  kropelkami  potu,  potem  odzyskała  normalną  temperaturę,  a  bladość  na  twarzy  ustąpiła 

mocnym rumieńcom. 

Maja przewróciła się na bok, zwyczajnie, jak w czasie snu. 

Wreszcie się obudziła. 

- Taka jestem zmęczona - powiedziała. Spała prawie całą dobę. Simon opadł na kolana 

przy posłaniu z rękami złożonymi jak do modlitwy. 

- Dobry Boże - odezwał się. - Chyba jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałem. To się 

nie może już więcej powtórzyć! Nigdy więcej, Maju! 

W  rozświetlonym  wejściu  do  kuchni  dziewczyna  dostrzegła  Reijo,  który  otworzył 

szerzej drzwi, żeby rozproszyć mrok w alkierzu. 

- Pamiętasz coś? - zapytał, zwracając się do niej. - Pamiętasz cokolwiek? 

- To był sen - odpowiedziała z ociąganiem Maja, patrząc to na jednego, to na drugiego 

mężczyznę. - Simon, co się stało? - zapytała wreszcie. - Skąd się tu wziął Reijo? Przecież tak 

wcześnie nie przychodzi się z wizytą. Jeszcze ciemno. 

- Już wieczór - wyjaśnił Simon. - Spałaś cały dzień. 

-  A  taka  jestem  zmęczona  -  przerwała  mu.  -  To  był  tylko  sen,  prawda?  -  zapytała 

niepewnie. 

-  Co  ci  się  śniło?  Simon  przysiadł  na  brzegu  łóżka  i  pomógł  żonie  usadowić  się 

wygodnie,  a  potem,  otuliwszy  dodatkowo  wełnianą  derką,  otoczył  ją  ramieniem.  Był  przy 

niej, gotów ją chronić. 

- Opowiedz nam, Maju, co ci się śniło - powtórzył. 

-  Mama...  -  odrzekła,  kierując  rozbiegany  wzrok  w  stronę  Reijo.  Nie  widziała  jego 

twarzy,  bo  na  tle  światła  z  kuchni  odcinała  się  czarno  tylko  jego  sylwetka.  Stał  oparty  o 

framugę ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Wolałaby widzieć, jaką reakcję wywołały jej 

słowa. Potrzebowała teraz bardziej jego wsparcia niż pomocy Simona. 

- Teren był rozległy, pokryty śniegiem - zaczęła. - Trudno sobie nawet wyobrazić taki 

krajobraz.  Rzeka  szeroka  jak  fiord.  Domy...  Nie  widziałam  nigdy  takich.  I  zorza  polarna.  I 

mama ubrana w wełnianą pelerynę, która musiała kosztować mnóstwo pieniędzy. 

Wyglądała  pięknie.  Wokół  głowy  miała  upięty  warkocz.  Starsza,  ale  nie  zupełnie 

stara. Ida jest bardzo do niej podobna. To wszystko było takie dziwne. Powiedziała, że musi 

mi coś przekazać, coś, czego właściwie nie chciała mi dać, bo przyniosło jej to tylko smutek, 

tak mówiła. Ale ja mam kogoś uratować... To było dziwne. Tak jakby ona mnie widziała, ale 

ja nie widziałam samej siebie. Trudno mi to wytłumaczyć. 

background image

- To był sen - rzekł Simon. - Sen, Maju. Na pewno się przeziębiłaś. Wczoraj zmarzłaś, 

a poza tym przeżyłaś wstrząs. Za dużo rzeczy zdarzyło się naraz. To tylko sen. 

-  Oczywiście,  że  to  sen  -  przerwała  mu  zagniewana.  -  Nie  jestem  chyba  taka  głupia, 

ż

ebyś musiał powtarzać mi w kółko to samo. Ale to było takie dziwne... 

-  Potrzebowałaś  tego,  żeby  się  z  nią  pogodzić  -  odezwał  się  Reijo.  -  Zbyt  długo 

pielęgnowałaś  w  sobie  gorycz,  moje  dziecko.  Twoja  matka  robiła  tylko  to,  co  musiała  i  co 

uważała za słuszne. Jeśli ten sen pomoże ci to zrozumieć i zaakceptować, niech sobie nawet 

będzie dziwny. 

- Skąd wiesz, że użyła właśnie takich słów? 

- Sama przed chwilą powiedziałaś - pospieszył z wyjaśnieniem Simon. 

Maja  zdziwiła  się,  nie  wydawało  jej  się,  by  o  tym  mówiła,  ale  może  coś  jej  się 

pomyliło? Simon wstał. 

- Przyniosę ci ciepłej zupy. A może masz ochotę na kawę? 

Pokręciła głową. 

- To był sen? - zapytała ponownie, kiedy w alkierzu została sama z Reijo. 

Z ociąganiem podszedł do łóżka. 

- Sny mówią tak wiele, Maju. Nie wolno się tylko ich przestraszyć albo pozwolić, by 

zawładnęły naszym życiem. To nie był zupełnie zwyczajny sen. Zdajesz sobie z tego sprawę, 

prawda? 

Skinęła lekko głową. 

- Przemierzyłaś długą drogę, Maju. Spotkałaś Raiję, a ona coś ci przekazała. 

- Co? 

- Zdolność i zadanie. 

- Czy to znaczy, że ona żyje? Reijo wzruszył ramionami. Dobrze znała ten wyrażający 

bezradność gest. 

-  Nie  sądzę.  Ona  na  przykład  otrzymała  ten  dar  od  kogoś,  kto  od  dawna  nie  żył.  Od 

kogoś,  kto  już  nie  potrzebował  tych  sił.  Nie  wierzę,  żeby  mogła  ci  przekazać  te  zdolności, 

gdyby nadal żyła. 

Maja przełknęła ślinę. 

- Ale ona wydawała się taka żywa, Reijo... Taka piękna... 

-  Pewnie  chciała  ci  się  pokazać  z  najlepszej  strony.  Zawsze  była  trochę  próżna.  A  ty 

byłaś jej najukochańszym dzieckiem, dzieckiem Mikkala. Zawsze uważała cię za wyjątkową. 

-  Ale  co  ja  mam  zrobić?  -  wyszeptała  Maja.  Reijo  długo  się  nie  odzywał,  wreszcie 

przerwał ciszę i odrzekł: 

background image

- Masz uratować mi życie. 

-  Skąd  wiesz?  Słyszała,  jak  serce  wali  jej  młotem.  Reijo  zacisnął  dłonie  na 

drewnianym  oparciu  łóżka,  aż  pobielały  mu  palce,  a  potem  pochylił  głowę.  W  jego  gęstych 

włosach błysnęła siwizna. Bał się spojrzeć na Maję, nawet w półmroku obawiał się napotkać 

jej wzrok. 

Odetchnął  głęboko  i  nadal  nie  patrząc  na  nią,  zaczął  mówić  tak  cicho,  że  tylko  ona 

mogła go usłyszeć. 

Simon zajęty w kuchni, przypuszczał pewnie, że Reijo uspokaja Maję. Nie mógł się o 

tym  dowiedzieć.  Nie  znał  Raiji,  więc  nie  rozumiał,  że  ta  drobna  kobieta,  matka  Mai  i  żona 

Reijo, miała w sobie coś mistycznego. 

- Może jestem starym głupcem, Maju, ale ja też czasem miewam sny. Zdarza się, że są 

prorocze i sprawdzają się w życiu. Nie przywiązuję do nich zbyt wielkiej wagi. Ale wiem, do 

czego była zdolna Raija. Wiem, jak silne więzy łączyły ją z Mikkalem, nawet gdy dzieliła ich 

duża odległość. Ona miała w sobie coś, czego Mikkal także się w duchu obawiał. Widziałem 

ją  w  tamtym  miejscu,  gdzie  tańczyły  huldry...  Przytrafiło  się  jej  wówczas  to  samo,  co  teraz 

tobie.  Pamiętam,  jakie  potem  miała  zdolności.  Dzisiejszej  nocy  przyszła  też  do  mnie.  Nad 

ranem. Powiedziała, że muszę zajrzeć do ciebie, że teraz przekazała swój dar tobie, ponieważ 

to konieczne. Dodała też, że sama nie może mi uratować życia. Tylko ty możesz to uczynić. 

A  kiedy  wtrąciłem,  że  wolę  umrzeć,  byleby  cię  przed  tym  uchronić,  powiedziała,  że  to 

niemożliwe. Potrzebni jesteśmy oboje. 

- Wierzysz w to? - zapytała Maja. Dopiero wówczas podniósł wzrok. 

-  Uwierzyłem,  kiedy  opisałaś,  jak  wyglądała  w  twoim  śnie.  Do  mnie  też  przyszła 

ubrana  w  długą  wełnianą  pelerynę  z  kapturem.  Miała  zaplecione  włosy,  upięte  w  koronę 

wokół  głowy.  W  kącikach  oczu  dostrzegłem  delikatne  zmarszczki.  Peleryna  była  spięta 

piękną broszką... 

- ...z jakimś kamieniem ozdobnym - z ociąganiem dodała Maja. 

-  To  był  bursztyn.  Bursztyn  oprawiony  w  złoto.  Rajia  była  ubrana  z  wielkim 

przepychem. Ida jest rzeczywiście do niej podobna. Nawet sobie nie zdawałem sprawy, że aż 

tak bardzo. 

-  To  niemożliwe.  -  Maja  kręciła  głową.  -  Niemożliwe,  że  coś  takiego  mnie  się 

przytrafiło. 

-  Owszem.  Ale  teraz  musisz  wrócić  do  rzeczywistości.  Bądź  gotowa.  Mam  nadzieję, 

ż

e  nie  wyzionę  ducha  tylko  dlatego,  że  ty  będziesz  zaprzeczać,  że  coś  takiego  mogło  ci  się 

zdarzyć. 

background image

- Nadal nie mogę w to uwierzyć. Reijo wzruszył ramionami. 

- Wracam do domu. Już mnie nie potrzebujesz. Maja pozwoliła mu odejść, jedynemu, 

z którym mogła dzielić tę tajemnicę. 

-  To  był  sen  -  powiedziała  do  Simona,  kiedy  przyniósł  jej  miskę  z  parującą  zupą.  - 

Tylko sen. 

background image

To  niezwykłe  zdarzenie  pozostawiło  w  Mai  i  Reijo  trwałe  piętno  i  połączyło  ich 

niewidzialnymi więzami. 

Więcej nic złego nie spotkało mieszkańców chaty nad rzeką. 

Simon  nabrał  przekonania,  że  jego  groźby,  wypowiedziane  w  obecności  całej  wsi, 

poskutkowały. 

Maja zaś zdołała w pewnym sensie uporać się z tłumioną przez lata wrogością wobec 

matki. 

Kobieta ze snu i mama Raija pozostały co prawda dla niej dwiema różnymi osobami, 

ale sen pomógł jej wybaczyć. 

Sen dokonał w niej jeszcze jednej przemiany. Do tej pory wydawało jej się zawsze, że 

Reijo  jest  niczym  skala,  mocna,  niezłomna  i  niewzruszona.  I  nie  grozi  mu  żadne 

niebezpieczeństwo. Teraz przez cały czas drżała, że coś mu się stanie. 

A ona przecież miała mu uratować życie! 

Lękała się, czy nie zawiedzie w momencie próby. Czy zachowa przytomność umysłu? 

Nie wpadnie w panikę? Reijo jest przecież dla niej taki ważny! 

Podczas styczniowego jarmarku nie dotarły do nich żadne nowiny od Knuta. Żaden z 

przybyszów z północy nie przypominał sobie, by go spotkał. Tylko jakiś starszy mężczyzna z 

Alty,  zapytany  o  Knuta,  wspomniał,  że  ktoś  taki  mieszkał  tam  przez  jakiś  czas.  Czy  to  na 

pewno był on, pewien jednak nie był, zresztą podobno i tak już wyjechał. 

Na jarmarku nie pojawił się nikt z lapońskiej wspólnoty, której przewodził Ailo. O tej 

porze roku sita koczowała na skraju fiordu Varanger, szmat drogi od Lyngen. Ailo tylko raz 

do roku pokonywał tę odległość, głównie po to, by podtrzymać kontakty z tymi, których także 

uważał za swoją rodzinę. 

-  Knut  da  sobie  radę  -  uważała  Ida.  Z  nich  wszystkich  ona  przejawiała  największy 

optymizm. Być może wynikało to z tego, że nie wtajemniczano jej we wszystkie sprawy. 

-  Ani  się  obejrzymy  -  ciągnęła  niewzruszona  -  a  pojawi  się  tu  ze  swoją  wybranką  i 

znowu będziemy tworzyć pięcioosobową rodzinę. 

- Nie tak szybko! - Maja wylała jej na głowę kubeł zimnej wody. 

- A kiedy ty spodziewasz się dziecka? - spytała Ida jak zwykle znienacka. 

Maja  podniosła  wzrok  i  omal  nie  upuściła  robótki,  którą  zawsze  miała  w  rękach.  Na 

szczęście były same. 

background image

- Jak się domyśliłaś? - zapytała Maja, której zdawało się, że nikt nie zna jej tajemnicy. 

Ida zatrzepotała rzęsami i potarła płomienny warkocz. 

- Nie  jestem  taka  naiwna,  jak  wam  się zdaje  -  rzekła.  -  W  twoich  oczach  pojawił  się 

nowy  blask.  To  chyba  macierzyństwo  tak  zmienia  kobietę.  Częściej  chodzisz  się  załatwiać, 

częściej jesz. Pamiętam ciebie taką... w końcu już raz nosiłaś dziecko. 

Maja  potrząsnęła  głową  i  roześmiała  się.  Od  jakiegoś  czasu  już  wiedziała,  że  jest 

brzemienna, ale nikomu o tym nie powiedziała, nawet Simonowi. Póki co wolała zachować tę 

tajemnicę tylko dla siebie. 

-  Sądzę,  że  niesłusznie  uważamy  cię  ciągle  za  młodą  i  niedoświadczoną. 

Niewykluczone, że jesteś najmądrzejsza z nas wszystkich. 

- Powiedz o tym tacie - westchnęła Ida. 

- Poród we wrześniu - ujawniła Maja w zaufaniu. - Urodzi się nam jesienne dziecko. 

Powinno być zdrowe i silne, nie sądzisz? 

- Na pewno - potwierdziła Ida. - Simon wie? Maja pokręciła głową. 

- Mężczyźni nic nie widzą. Dopiero kiedy kobiecie wystaje wielki brzuch, zauważają 

zmianę. Niebawem mu powiem. Pragnęłam, żeby jeszcze przez jakiś czas było to tylko moje 

dziecko. Na pewno uważasz, że to głupie... 

Ida gwałtownie pokręciła głową. Serce Mai ścisnęło się z żalu na wspomnienie takich 

samych mądrych i wszystko rozumiejących oczu, ciemniejszych tylko o parę tonów. 

-  Chyba  nie  potrafię  tego  w  pełni  zrozumieć.  Ale  przecież  to  w  twoim  brzuchu 

dokonują się zmiany, nie w brzuchu Simona. 

-  Powinniśmy  bardziej  liczyć  się  z  tobą  -  stwierdziła  Maja  i  choć  nie  leżało  w  jej 

naturze zwierzać się komuś, ledwie się powstrzymała, by nie opowiedzieć siostrze o dziwnym 

ś

nie, który był czymś więcej niż tylko snem. 

-  Simon  gotów  zamienić  dom  w  twierdzę  -  uśmiechnęła  się  młodsza  siostra.  -  Za 

każdym  krzakiem  widzi  złoczyńcę.  Cieszę  się,  że  nie  ma  strzelby,  bo  nie  wiem,  czy 

dotarłabym tu cało. Na wszelki wypadek, gdy zbliżam się do waszej chaty, śpiewam na cały 

głos. 

Maja zwróciła uwagę na ten nowy zwyczaj Idy, ale nie odgadła, skąd się wziął. 

- Ty jesteś naprawdę wyjątkowa - uśmiechnęła się. 

- Mogę opowiedzieć tacie o dziecku? Maja pokręciła głową. 

- Nie, pomyśl o Simonie. Byłby niezadowolony, gdyby dowiedział się na końcu. Nie 

da  się  zaprzeczyć,  że  ma  także  swój  udział  w  tej  sprawie.  Reijo  powiem,  ale  nieco  później. 

Wszystko w swoim czasie. 

background image

- On się zmienił - powiedziała Ida z namysłem. Maja wzmogła czujność. 

-  Wiesz,  o  czym  mówię.  Bardziej  przypomina  tego  dawnego  Simona,  choć  stał  się 

bardziej  męski.  Rozumiałam  twój  lęk,  bo  chwilami  zachowywał  się  tak,  że  i  mnie  skóra 

cierpła. Ale mimo wszystko różni się od mężczyzn, których znam. Czy nie brzmi to głupio? 

- Już nie jest tak często tym drugim Simonem - odezwała się Maja cicho. - Choć nadal 

walczą w nim dwie natury, na ogół zwycięża Simon, którego poślubiłam. Ale pewnych stron 

samego siebie nigdy mi nie ukazuje. Przez sen wymawia jakieś imię, którego nigdy wcześniej 

nie  słyszałam,  i  klnie  tak  siarczyście,  że  rumienię  się  ze  wstydu.  A  kiedy  się  budzi,  prosi 

mnie, bym się nie denerwowała. Powtarza, że prześladują go koszmary z tego okresu w życiu, 

który najchętniej wymazałby z pamięci. Dlatego nie chce ze mną o tym rozmawiać. 

- Mówił coś na temat pieniędzy? Zręczne palce Mai zatrzymały się gwałtownie. 

-  Nie  wiem  nawet,  gdzie  one  teraz  są.  Domyślam  się  tylko,  że  je  zakopał.  Nie 

powiedział  mi,  skąd  je  ma.  Przestałam  pytać.  Może  kiedyś  uda  mi  się  o  nich  zapomnieć. 

Nigdy jednak nie zgodzę się na to, by coś za nie kupić. Wydaje mi się, że ociekają krwią. Ida 

obgryzała  paznokcie,  jak  zawsze  gdy  się  nad  czymś  intensywnie  zastanawiała.  Ściągnąwszy 

brwi przypominające kształtem ptasie skrzydła, zapytała: 

- Lubisz Simona? 

Maja  wykrzywiła  twarz  w  grymasie,  a  nozdrza  zadrgały  jej  lekko.  Palce,  na  które 

nawijała wełnę, zastygły na moment w bezruchu. 

-  Czy  lubię?  Jesteśmy  zmuszeni  lubić  się  nawzajem,  prawda?  Oboje  nawarzyliśmy 

piwa i musimy je teraz wypić. Nie mogę zrzucać na niego całej winy, bo przecież nie stało się 

to wbrew mojej woli. Byłam wprawdzie głupia, a on wydawał mi się taki interesujący... 

-  Chyba  się  trochę  w  nim  wtedy  podkochiwałam  -  wyznała  Ida.  -  Więc  go  nie 

kochasz? 

Maja rozłożyła ręce. Nieświadomie użyła takiego samego gestu, jakiego często używał 

Reijo. Ida zauważyła to, ale nic nie powiedziała. 

- Mój Boże, Ido, pytasz i pytasz. Życie nie jest takie proste. Bawić się trzeba, póki jest 

się  młodym,  bo  potem  zaczyna  się  już  prawdziwe  życie.  Dla  większości  z  nas  to  ciężki 

obowiązek.  Ty  i  ja  nie  urodziłyśmy  się,  by  siedzieć  bezczynnie,  panno  Kesaniemi.  - 

Uśmiechnęła  się  zrezygnowana.  -  Ty  i  tak  jesteś  z  nas  w  najszczęśliwszej  sytuacji. 

Przynajmniej masz właściwe nazwisko. Poprzysięgłam sobie, że moje dzieci także będą miały 

właściwe nazwisko. To wystarczający powód, żebym została z Simonem. Właściwie go lubię, 

choć czasem budzi we mnie lęk. Ale przecież niejedna żona boi się swego męża, nie jestem 

więc  wyjątkiem.  Wydaje  mi  się,  że  on  mnie  na  swój  sposób  kocha.  Nie  mówi  mi  tego.  Nie 

background image

jest  taki  rozmowny  jak  kiedyś.  Kiedyś  komplementy  łatwiej  mu  przechodziły  przez  usta. 

Teraz nie przywiązuje do tego już takiej wagi. 

- Potrafisz zrozumieć mamę, która dla Mikkala gotowa była poświęcić wszystko? 

Maja patrzyła na Idę, ale widziała ciemne oczy, o których nie wiedziała, czy są żywe 

czy martwe. 

Czy  potrafi  zrozumieć?  Czyż  sama  nie  chciałaby  przeżyć  takiego  uczucia? 

Wystarczyłyby okruchy takich wspomnień, by karmić się nimi do końca swoich dni. 

Ale żeby poświęcić tak wiele, ile poświęciła Raija? 

Trudno  osądzać  czyjeś  życie.  Każdy  kroczy  własną  drogą.  Idąc  za  kimś,  nigdy  nie 

dostrzega się tych samych rzeczy. 

Nie miała prawa osądzać. Decyzje Raiji zaważyły na jej życiu, ale nie miała prawa jej 

osądzać. 

Wielkodusznie z jej strony byłoby powiedzieć, że rozumie. 

- Chyba wszyscy postąpilibyśmy podobnie - rzekła niechętnie. - Ty, ja... Gdyby się tak 

ułożyło.  Być  może  uczucie,  jakie  ich  łączyło,  było  tak  wielkie,  że  warto  było  dla  niego 

poświęcić  wszystko.  Nigdy  się  tego  nie  dowiemy,  nie  ma  więc  sensu  tego  rozważać.  Tych 

dwojga,  którzy  mogliby  odpowiedzieć,  nie  ma  już  wśród  nas.  Na  zawsze  zatrzasnęły  się  za 

nimi bramy do krainy śmierci. 

-  Chciałabym  przeżyć  coś  takiego  -  rozmarzyła  się  Ida.  -  Jak  mama i  Mikkal.  Chyba 

mnie także może spotkać taka miłość. 

-  Każdy  by  chciał  -  powiedziała  Maja,  a  drewniane  druty,  na  których  dziergała, 

trzasnęły  jej  w  palcach.  -  Ale  nie  wszystkim  jest  to  dane.  Musisz  liczyć  się  z  tym,  Ido,  że 

czeka cię rozczarowanie. Niektórzy muszą zadowolić się tym, co dostaną. Takie jest życie. 

- Właśnie - odezwał się Simon. 

Nie  zauważyły,  kiedy  stanął  w  drzwiach.  Ida  musiała  przyznać  sama  przed  sobą,  że 

nadal na widok męża siostry czuje podniecający dreszcz. 

Był  wysoki  i  przystojny.  Grzywka  wichrzyła  się  niesfornie,  choćby  dopiero  co  się 

czesał, a wyraz jego niebieskich oczu nieustannie się zmieniał. 

- Wcześnie wróciłeś - stwierdziła Maja. Uśmiechnął się krzywo. 

-  Ryba  nie  brała.  Kipiel.  Nie  było  sensu  marznąć  na  fiordzie.  Bardziej  mnie  kusiło 

domowe ciepełko i ukochana żonka. 

Błysk w oku dowodził, że Simon słyszał ostatnie słowa Mai, ale nie wiedział, w jakim 

kontekście  je  wypowiedziała.  Ida,  widząc  malujący  się  na  jego  wychudzonej  twarzy  zawód, 

background image

nagle doznała olśnienia: Simon naprawdę kocha Maję. Co więcej, zależy mu na niej bardziej 

niż Mai na nim. 

-  Tłumaczysz  siostrze,  jak  ciężkie  jest  życie?  -  zdziwił  się,  ściągając  wierzchnie 

ubranie. Przysiadł się do nich i mrugnąwszy do Idy, powiedział: - Słyszałem, że na przylądku 

aż  roi  się  od  zalotników.  Reijo  chyba  się  cieszy,  że  nie  ma  więcej  córek.  Dość  przeżył 

kłopotów z dwiema starszymi, a teraz znowu ty, mała Ido. Wiesz, co chłopcy o tobie gadają? 

Maja  poderwała  się  gwałtownie,  robótka  spadła  jej  na  podłogę.  Nie  patrząc  na 

Simona,  zgarnęła  spódnice,  zarzuciła  gruby  szal  na  plecy  i  chwyciła  kociołek,  w  którym  z 

rybich  wnętrzności  gotowali  karmę  dla  zwierząt.  Wyszła  pospiesznie,  zatrzaskując  za  sobą 

drzwi. 

Simon  westchnął.  Oparł  się  o  krzesło  i  założył  dłonie  na  karku.  Nie  miał  sił  udawać 

przed Idą. 

- Widzisz, jak tu u nas  wesoło,  Ido -  rzucił ciężko. - Szczęśliwe małżeństwo, nie ma 

co.  Nie  bądź  taka  głupia  i  nie  wpuszczaj  pierwszego  lepszego  pod  spódnicę!  Nie  pozwól, 

ż

eby  z  tobą  stało  się  to  samo  co  z  Mają.  Nie  daj  się  omamić  gładkim  słówkom  jakiegoś 

czarusia, któremu tylko jedno w głowie. Tak, niektórzy muszą zadowolić się tym, co dostaną. 

Jeśli nie stracisz głowy, to nie musi się to przytrafić tobie. Jesteś piękną dziewczyną, Ido. Nie 

pozwól sobie zmarnować życia. 

-  A  co  z  tobą?  -  zapytała  Ida,  patrząc  na  niego  spod  długich,  gęstych  rzęs.  Podparła 

brodę i śmiało napotkała jego spojrzenie. Nagle poczuła się dorosła. - Co z tobą, Simonie? 

-  Musiałem  się  zadowolić  tym,  co  dostałem  -  odparł  głucho  i  przeczesał  silnymi 

palcami włosy, jak zawsze gdy tracił pewność siebie. 

- Na początku owszem, może tak było - rzekła Ida łagodnie, potrząsając głową. - Ale 

to  się  zmieniło.  Nie  znałeś  tak  naprawdę  Mai,  kiedy  musieliście  się  pobrać.  Nikt  mi  nie 

powie, że wielka miłość spada na każdego ot tak. Musiałeś ją jednak trochę lubić... 

-  Hmm...  -  mruknął  z  goryczą,  sądząc  zapewne,  że  ma  ku  temu  powody.  -  Kiedy 

człowiek jest młody, nie myśli o dzieciach. A dziewcząt, które cię chcą, nie brakuje... Wtedy 

ż

ycie  wydaje  się  takie  ekscytujące.  Czasem  chce  się  spróbować  czegoś  nowego,  tak  jak  na 

przykład  z  Mają...  Ona  chyba  mnie  z  początku  też  nie  lubiła  zbytnio  -  dodał  z  namysłem.  - 

Chciała mnie tylko dlatego, że byłem chłopakiem Elise. 

- Piękny Simon... - westchnęła Ida. - Taki biedny, wykorzystany... 

- Ja? 

Ida pokiwała głową. 

- Wykorzystany przez brzydką dziewczynę, przecież to miałeś na myśli. 

background image

- Maja nie jest brzydka - zaprotestował z gniewem. 

- O, proszę, gotów jesteś jej bronić! - uśmiechnęła się Ida ze smutkiem i dodała: - Ja 

też nie uważam, by Maja była brzydka. 

-  Zdradziłem  się  -  odezwał  się  z  rezygnacją,  a  na  jego  twarzy  przemknął  grymas.  - 

Cóż, Simon Bakken śmiertelnie się lęka, że ktoś odkryje, iż kocha swoją żonę. 

-  Mówisz  jej  o  tym?  Zaśmiał  się  śmiechem  pozbawionym  radości.  Ida  poczuła  na 

plecach zimny dreszcz. 

- Pilnujemy się, żeby to drugie nie zyskało przewagi. Nie bez pewnej radości dzielimy 

ze sobą stół i loże. Nawet gawędzimy ze sobą i razem patrzymy przed siebie. Ale nie sądzę, 

ż

e widzimy to samo. 

Zamilkł. Przez moment ociągał się, wreszcie wydusił z siebie: 

-  Zapewne  nie  powinienem  cię  o  to  pytać,  ale  nie  daje  mi  to  spokoju.  Wiem,  że  nie 

wzbudzam  w  Mai  najgorętszych  uczuć.  Czasem  mam  wrażenie,  że  ona  myśli  o  innym 

mężczyźnie. Czy przez te lata, kiedy mnie nie było, miała kogoś? 

- Nawet gdyby, nie powiedziałabym ci o tym. 

-  Owszem,  powiedziałabyś.  -  Simon  pochylił  się  na  krześle  i  chwycił  jej  dłonie, 

obrzucając  ją  spojrzeniem,  które  niejedną  dziewczynę  przyprawiłoby  o  rumieniec.  - 

Powiedziałabyś,  Ido,  bo  ty  mnie  rozumiesz.  Jesteśmy  do  siebie  podobni.  Ty  też  możesz 

dostać, kogo zechcesz. Ze mną było podobnie, z tą różnicą, że jestem mężczyzną. A ty jesteś 

ode  mnie  mądrzejsza.  Chłopcy  nie  mogą  cię  podejść.  Mówią,  że  nie  dasz  się  nawet 

pocałować.  Bawisz  się  z  nimi,  ale  sprawiasz  wrażenie,  jakbyś  się  nudziła.  Żadnego  nie 

wyróżniasz, wszystkich lubisz jednakowo. Zastanawiają się, czemu na żadnego nie spojrzysz 

łaskawszym okiem. Zachodzą w głowę, o kim marzysz. 

- Czy zawsze musi być ktoś taki? - zapytała lekko. 

- Nie próbuj zamydlić mi oczu. 

-  Żaden  nie  może  się  równać  z  moim  ojcem  -  uśmiechnęła  się  Ida.  -  Jeśli  będę 

wybierać męża, to musi być dobry i mądry jak on. 

- Zdaje się, że mało kto może równać się z Reijo - odparł Simon nie bez goryczy. - Nie 

zrozum  mnie  źle.  -  Podniósł  ostrzegawczo  ręce.  -  Nie  sądzę,  żebyś  durzyła  się  w  swoim 

szwagrze,  ale  twoje  oczy  są  takie  same  jak  oczy  Mai.  Odbija  się  w  nich  jakieś  odległe 

ognisko, zasnuwa je dym gdzieś z daleka. 

- Ładnie to ująłeś - rzuciła sucho Ida. - Nawet nie masz pojęcia, jak trafnie. 

- A ja wyglądam jak zbity pies - skwitował. - Czy Maja miała kogoś, kiedy mnie nie 

było? Wiesz, jak ważne dla mnie jest, by to wiedzieć. 

background image

-  Nikogo  -  oznajmiła  Ida  z  niezachwianą  pewnością.  -  Jedynymi  mężczyznami, 

których  Maja  widywała,  byli  Reijo,  Knut,  twój  ojciec  i  Ailo  przyjeżdżający  tu  w  porze 

jarmarku. Trudno jednak podejrzewać któregokolwiek z nich o to, że wywołuje w oczach Mai 

blask. 

Simon potrząsnął głową z namysłem. 

- Jest taka dziwna - rzekł zrezygnowany. - Taka zmienna w nastrojach. Staram się to 

zrozumieć, ale, niech to diabli, mnie też nie jest łatwo. Mógłbym sobie znaleźć jakąś chętną 

dziewkę, ale na żadną nie mam ochoty. Nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Ida ledwie się 

powstrzymała, by się nie roześmiać. 

- Coś ci powiem - przerwała mu, mając nadzieję, że Maja jej to wybaczy. Robiła to dla 

jej dobra, choć nie była pewna, czy Maja potrafi na to spojrzeć w ten sposób. - Kobiety, które 

spodziewają się dziecka, często są zmienne w nastrojach. 

Nie od razu ją zrozumiał. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, niezdolny wyrzec 

słowo. 

- Nie oszukujesz mnie? - odezwał się wreszcie. Ida pokręciła głową. 

-  Czy  sądzisz,  że  mogłabym?  Jesteśmy  do  siebie  trochę  podobni,  Simonie.  Nic  nie 

poradzę na to, że cię lubię. Wierzę, że ty i Maja możecie być szczęśliwi. Życzę wam tego z 

całego serca. Ze względu na ciebie, bo wiem, że ją kochasz, i ze względu na nią, ponieważ nie 

do końca sobie zdaje sprawę z tego, kogo ma u swego boku... 

Ale Simon już jej nie słuchał. 

-  Dziecko?  -  powtarzał,  jakby  był  pierwszym  mężczyzną,  który  zostanie  ojcem.  - 

Będziemy  mieli  dziecko?  -  zerwał  się  i  wbił  w  Idę  płomienne  spojrzenie  błękitnych  oczu.  - 

Jesteś tego pewna? Całkowicie pewna, Ido? 

Pokiwała głową i uśmiechnęła się na widok jego radości, utwierdzona w przekonaniu, 

ż

e postąpiła słusznie. 

- Dobry Boże, Ido! - zawołał, dając upust swemu szczęściu. Okręcił ją w dzikim tańcu 

na kuchennej podłodze i z rozpędu pocałował prosto w usta. 

-  Zaraz  jej  powiem,  co  o  tym  myślę!  Dźwigać  ciężki  kocioł  w  jej  stanie?  -  zawołał  i 

złapał kurtkę. 

Ida  została  w  kuchni,  kręcąc  głową.  Policzki  ją  piekły.  Nikt  jeszcze  nigdy  nie 

pocałował  jej  w  usta.  Wyobrażała  sobie  często,  jakie  to  romantyczne,  ale  ten  pocałunek  nie 

wywołał  w  niej  zawrotu  głowy,  nie  zawładnął  nią  z  siłą  wodospadu  ani  nie  wstrząsnął  jak 

piorun z jasnego nieba. 

background image

Najwyraźniej  opowieści  na  ten  temat  są  mocno  przesadzone.  A  może  po  prostu  nie 

dotyczy to pocałunków złożonych przez kochanego szwagra. 

Simon tanecznym krokiem przemierzył podwórze. Po raz pierwszy wydawało mu się, 

ż

e obora stoi daleko od chaty. 

Maja,  klęcząc,  tuliła  jedną  z  owiec.  Ukryła  twarz  w  pokrytym  wełną  grzbiecie 

zwierzęcia.  Wyglądała  tak,  jakby  płakała.  Simon  przełknął  ślinę.  Po  cichu  zamknął  za  sobą 

drzwi.  W  niskim  pomieszczeniu  panował  półmrok  rozświetlony  jedynie  lampą  rzucającą 

ż

ółte,  rozbiegane  cienie.  Simon  był  wyższy  od  tych,  którzy  zbudowali  oborę,  więc  musiał 

zawsze pochylać się i uważać, by się nie uderzyć głową o belki. 

Zwierzęta  pierwsze  wyczuły  jego  obecność  i  becząc,  dały  znak  swojej  gospodyni,  że 

nie jest już sama. 

Simon podłożył kilka szczap do pieca. 

Niech zwierzakom będzie trochę cieplej w taki cudowny dzień! pomyślał. 

- Co tu robisz? - zapytała. 

Musiała płakać, bo zwykle nie miała takich czerwonych oczu. 

-  Chcę  z  tobą  porozmawiać  -  powiedział,  a  kiedy  zamierzał  podejść  bliżej,  owce 

otoczyły go. - Bo zdaje się, że tylko tu możemy być teraz sami... 

- Tak - odrzekła, zwracając ku niemu twarz. 

Szal na ramionach otaczał jej postać niczym czarna rama. Włosy miała rozpuszczone. 

Rzadko  je  tak  nosiła.  Zwykle  widywał  ją  w  ciasno  zaplecionym  warkoczu  albo  uczesaną  w 

kok tuż nad karkiem. Obie fryzury dodawały jej lat. 

Teraz była sobą, młodą, wrażliwą Mają. 

-  Nie  zamierzałem  cię  kopnąć  -  zaśmiał  się,  uświadomiwszy  sobie,  że  odchyliła  się, 

przyjmując postawę obronną, jakby spodziewała się uderzenia. - Ida mi powiedziała - wyznał 

wprost. 

- Nie potrafi utrzymać języka za zębami - westchnęła Maja. 

-  Nie  mam  prawa  o  tym  wiedzieć?  -  zapytał  ostro,  ostrzej,  niż  zamierzał.  Nic  nie 

układało się po jego myśli, wszystko było nie tak. 

- Wolałabym powiedzieć ci o tym sama - usłyszał jej cichy głos. 

- Kiedy? 

Wzruszenie ramion. Simon przedarł się ku żonie, odsunąwszy na bok owce. 

Usiadł przy Mai i kładąc dłonie na policzkach, zwrócił jej twarz ku swojej. 

background image

-  Spójrz  na  mnie  -  wyszeptał.  -  Spójrz  na  mnie,  u  licha.  Maju,  nie  widzisz,  jak  się 

cieszę? Nie widzisz, że naprawdę jestem szczęśliwy? Uważam, że to cudowne. Ja także chcę 

mieć dziecko. 

Nagle puścił ją i odwrócił się profilem. 

- Czyżbyś nie chciała tego dziecka? - zapytał z drżeniem. - Dlatego, że jest moje? 

- Coś ty, Simon, nie mów takich rzeczy! Chcę mieć dziecko, ale jeszcze nie w pełni to 

sobie  uświadamiam.  Nie  mam  odwagi  w  to  uwierzyć,  ale  wiem,  że  to  prawda.  Takie  rzeczy 

się po prostu wie. Boję się, że mogę je stracić... 

- A ja tak się ucieszyłem - jego wargi poruszyły  się  w szepcie. - Bardzo bym chciał, 

ż

eby wszystko się między nami ułożyło, Maju. Jak myślisz, czy to możliwe? 

Napotkała  jego  wzrok,  ale  zaraz  umknęła  spojrzeniem.  Jej  oczy  znów  zasnuły  się 

mgłą, której tak się lękał. Ona nie myślała o nim, kiedy tu wszedł. Ida musiała się mylić. Na 

pewno Maja ma innego, kogoś spoza tych, których wymieniła Ida. 

-  Chyba  możliwe  -  odezwała  się  w  końcu.  Położyła  dłoń  na  brzuchu.  Simonowi 

wydawało  się  nieprawdopodobne,  że  w  środku  rosło  dziecko.  -  Dla  tego  maleństwa  musi  to 

być możliwe, Simonie. 

Ale jej spojrzenie pozostało dalekie. 

background image

Trzy dni później spłonęła sauna na przylądku. 

Reijo  był  niepocieszony.  Czuł  się  niemal  tak,  jakby  ktoś  pozbawił  go  duszy.  Kiedy 

ś

piącą w alkierzu Idę zbudził blask płomieni, na ratunek było już za późno. 

Wiadra  z  wodą  pomogły  jedynie  ugasić  ogień  i  uchronić  zabudowania  gospodarskie, 

ale  saunę  trzeba  było  spisać  na  straty.  Musieli  się  pożegnać  z  regularnymi  kąpielami  do 

wiosny, do czasu kiedy Reijo zbuduje nową saunę. 

Simon  sprzeciwił  się,  by  Maja  szła  na  przylądek.  Uznał,  że  jest  zbyt  ślisko,  a  w  jej 

stanie nie powinna narażać się na niebezpieczeństwa. 

- W takim razie zawieź mnie tam saniami - burknęła Maja w odpowiedzi na jego upór 

i stoicki spokój. - Do diabła, nie zamierzam siedzieć w tych czterech ścianach aż do jesieni. 

Nie  jestem  chora,  Simonie.  Po  prostu  będę  miała  dziecko.  To  jedyne,  co  mi  dolega.  Na 

przylądku  był  pożar,  dlatego  muszę  tam  pójść.  Przecież  to  mój  rodzinny  dom,  do  stu 

piorunów! 

-  Brzemiennej  kobiecie  nie  przystoi  przeklinać  -  rzekł  Simon  z  powagą,  ale  widząc 

zdumioną minę Mai, wybuchnął śmiechem i wygłosił tonem kaznodziei: - Marjo Bakken, w 

ogóle  nie  znasz  się  na  żartach.  Dobrze  już,  pozwolę  ci  pójść.  Uprzedzam  jednak,  że  jeśli 

kogoś spotkamy, biorę cię na ręce. Niech wszyscy wiedzą, że noszę cię na rękach... 

- Simonie Bakken, trzymają się ciebie żarty!  Zapominasz chyba, że na przylądku był 

pożar. To dotyczy także nas. 

Nie  odpowiedział.  Kłócili  się  bez  przerwy,  zmagali  na  słowa,  sprzeczali.  Nie  mógł 

sobie przypomnieć nawet jednej rzeczy w ostatnim tygodniu, co do której byliby zgodni. 

Pożar na przylądku wywołał u Simona i Reijo podobną reakcję. Ida i Maja miały takie 

same skojarzenia. 

-  To  musi  mieć  jakiś  związek  z  nami  wszystkimi  -  stwierdził  Reijo  usmolony  na 

twarzy.  Przez  całe  przedpołudnie  na  kolanach  gasił  tlące  się  pogorzelisko.  Ręce  miał  nadal 

czarne, chociaż Ida na siłę zaciągnęła go do wody i przypilnowała, by je wyszorował. Popiół 

wniknął głęboko w skórę. 

- Te działania skierowane są nie tylko przeciwko Mai i Simonowi, ale przeciwko nam 

wszystkim. Kto nas tak bardzo nie lubi? 

-  Ci,  którzy  nie  cierpią  Finów  -  odpowiedziała  ponuro  Maja.  -  To  znaczy  większość 

mieszkańców wioski. 

background image

-  Nie  przesadzaj!  -  Ida  wzniosła  oczy  ku  niebu.  -  Mówimy  o  jakiejś  garstce  ludzi, 

niezadowolonych  ze  swego  życia  i  usiłujących  obarczyć  winą  za  swoje  niepowodzenia 

innych. 

-  Ja  też!  Nawet  Reijo  wziął  stronę  mieszkańców  wioski,  którzy  mimo  wszystko  nie 

traktowali go tak źle. 

-  Przemawia  przez  ciebie  gorycz,  Maju,  ale  nie  masz  racji.  W  naszej  okolicy  nie 

brakuje dobrych ludzi. 

- Tak, dobrzy ludzie spalili twoją saunę - odgryzła się Maja. 

Simon i Ida wymienili znaczące spojrzenia. Reijo, który nie wiedział tego co oni, nie 

rozumiał zrzędzenia Mai, ale zaniepokoiło go łączące ich ciche porozumienie. 

Postanowił  uważnie  obserwować  tych  dwoje,  mieć  oczy  i  uszy  szeroko  otwarte. 

Simon zawsze był niepoprawnym fircykiem. To, że dzielił z Mają łoże, nie znaczyło, że stale 

w nim spał. 

Mai nikomu nie pozwoli skrzywdzić! Nawet jej własnemu mężowi. Przede wszystkim 

jemu! 

-  Ogień  podłożył  jakiś  mężczyzna  -  odezwał  się  ze  swojego  stołka.  Wokół  czarnego 

wysłużonego siedziska, stojącego blisko pieca, koncentrowało się życie w izbie. 

Wszyscy troje zwrócili twarze w stronę Reijo. 

- Nie wierzyłem własnym oczom, gdy ujrzałem tuż przy stopionym śniegu ślady stóp. 

Oczywiście  kręcą  się  tutaj  młodzieńcy...  -  Reijo  rzucił  Idzie  wymowne  spojrzenie,  co 

rudowłosa piękność przyjęła z niewinnym uśmiechem. - ...ale rzadko koło sauny. Przeważnie 

ś

lady urywają się pod oknem tej panny. Ślady stóp, które widziałem, były większe niż moje, a 

więc nie mogły należeć do kobiety. 

- W takim razie wiemy trochę więcej - odezwał się powoli Simon. 

Maja  poczuła  ulgę.  Gdzieś  w  głębi  serca  ciągle  czuła  lęk,  że  jakaś  wzgardzona 

kochanka mści się na Simonie, a w następnej kolejności swoją nienawiść skieruje przeciwko 

niej. 

Pożar na przylądku wykluczył taką możliwość. 

Za to serce Simona waliło młotem. 

Mężczyzna... pomyślał, rzucając Mai ukradkowe spojrzenie. Czy nie wygląda inaczej 

niż zwykle? Może domyśla się, kto za tym wszystkim stoi? 

Maja  siedziała  na  ławie  blisko  Reijo  i  rozmawiała  z  nim  cicho.  Podwinęła  nogi  jak 

mała dziewczynka i rozluźniona, oparła się o ścianę z bali. 

background image

Maja  zawsze  z  taką  radością  odwiedzała  chatę  na  przylądku.  Simon  widział,  że  jego 

ż

ona stawała się tu na powrót młodą, pogodną dziewczyną. 

On  sam  nie  czuł  się  dobrze  u  swoich  rodziców.  Wizyty  w  rodzinnym  domu  nie 

nastrajały  go  ani  trochę  radośniej.  Może  z  dziewczętami  jest  inaczej,  może  są  bardziej 

przywiązane do rodziny? 

Maja  wyglądała  właściwie  zwyczajnie,  ale  kto  wie,  czy  nie  ukrywa  domysłów  pod 

maską obojętności. 

Reijo powiedział, że ogień podłożył mężczyzna. 

- Czy nie powinniśmy teraz trzymać się razem? - rzuciła nieśmiało Ida. Wydarzenia z 

ostatnich  tygodni  napawały  ją  lękiem,  ale  dopiero  teraz,  kiedy  dramat  rozegrał  się  tuż  za 

oknem jej alkierza, poczuła się naprawdę przerażona. 

Nie mogła się pozbyć okropnego wrażenia, że równie dobrze mógł się spalić ich dom, 

ona sama mogła spłonąć żywcem. 

- Mamy ułatwić zadanie temu niegodziwcowi? - zaperzyła się Maja. - Nigdy w życiu. 

My zostaniemy w naszej chacie, a wy tutaj... 

Oczy  zwęziły  jej  się  w  szparki.  Wpatrywała  się  przez  chwilę  w  ogień  buzujący  w 

palenisku, jakby coś tam dostrzegła, coś, czego inni nie mogli zauważyć. 

-  Chodzi  o  nas,  Ido  -  odezwała  się  obcym  głosem.  Reijo  poderwał  się  z  siedziska,  a 

dłonie zacisnął na poręczy tak mocno, że pobielały mu kostki, a drewno zatrzeszczało. 

Zaraz jednak opadł na siedzenie. Ida także się zerwała, próbując uchwycić wzrok Mai, 

ale to nie było możliwe. Chciała podbiec i chwycić siostrę, ale Simon ją powstrzymał. Oboje 

wpatrywali się w nią rozszerzonymi ze zdumienia oczami, przerażeni. 

-  Chodzi  o  mnie  i  o  ciebie,  Ido...  Na  nas  obu  kładzie  się  jej  cień...  Ogień  był 

przeznaczony dla nas - dodała, odzyskując swój głos, po czym zachwiała się. 

Simon  wypuścił  z  rąk  Idę  i  zdążyłby  podbiec  do  Mai,  nim  upadła,  ale  Reijo  już 

chwycił ją za ramiona. Spojrzał na Simona wzrokiem pełnym gniewu i pogardy. 

Simon,  nie  pojmując  tego  spojrzenia,  wziął  Maję  na  ręce  i  skierował  się  w  stronę 

alkierza,  niegdyś  należącego  do  Mai.  Teraz  to  pomieszczenie  stało  puste.  Simon  bez  słowa 

wszedł  do  środka  i  położył  Maję  na  łóżku.  Poluzował  jej  ubranie,  żeby  łatwiej  jej  się 

oddychało.  Stwierdziwszy,  że  jest  zupełnie  zimna,  owinął  ją  szybko  kocami,  ale  nie 

wypuszczał z rąk jej dłoni. Bał się o nią, bal się o ich dziecko. Na razie było jeszcze maleńkie, 

ale  czekali  na  nie  z  takim  utęsknieniem.  Dziecko,  które  być  może  uratuje  ich  małżeństwo 

przed ostateczną ruiną. 

background image

Usłyszał  szelest  spódnicy  ocierającej  o  podłogę.  Do  izby  weszła  Ida  i  stając  za 

oparciem krzesła, zapytała zalękniona: 

- Co się z nią dzieje? Jest chora? Dlaczego tak dziwnie mówiła? Przecież to nie był jej 

głos, prawda? 

Simon pokręcił głową. 

- Zostaw otwarte drzwi - poprosił Idę. - I dołóż do ognia. Ona marznie. Macie więcej 

kocy? Ona jest zupełnie zimna, u diabła! 

-  Co  się  stało?  -  powtórzyła  Ida  i  nie  ruszając  się  z  miejsca,  wpatrywała  się 

intensywnie w Simona. Zwykle roześmiana twarz była teraz śmiertelnie poważna. - Jest coś o 

czym nie wiem, prawda? Coś przede mną ukrywacie? Czy tata o tym wie? 

- Zapytaj go - westchnął Simon - Zapytaj Reijo! Ale, do licha, dołóż do pieca, bo Maja 

zmarznie na kość. Ona i dziecko! 

Ida wycofała się z alkierza, dołożyła drew do ognia, ale przez cały czas zerkała przez 

otwarte drzwi w stronę siostry. 

- Ida - odezwał się ze swojego siedziska Reijo. Mówił cicho, ale tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. Dawno się tak do niej nie zwracał. - Czy łączy cię coś z Simonem? 

Drwa,  które  trzymała  w  rękach,  upadły  z  hukiem  na  podłogę  i  potoczyły  się  aż  pod 

nogi ojca. Wytrącona z równowagi, schyliła się po nie i klęknęła przed Reijo. 

-  Jak  mogłeś  coś  takiego  pomyśleć,  tato?  Delikatnie  pogładził  ją  po  włosach.  Kiedy 

była małą dziewczynką, zawsze ją tak głaskał wieczorem, zanim położyła się spać. 

-  Rzeczywiście,  jak  mogłem  -  odpowiedział  zmęczonym  głosem.  -  Wybacz  mi,  Ido. 

Czasami  i  mnie  się  zdarza  ulec  fałszywym  złudzeniom.  To  pewnie  znak,  że  zaczynam  się 

starzeć. Wybacz mi, moje dziecko. Ale zrozum, po prostu nie chcę, żeby któraś z was została 

zraniona. Jesteście dla mnie najważniejsze na świecie. Tylko wy mi pozostałyście. Człowiek 

bardzo źle znosi utratę wciąż nowych osób, które kocha. Bardzo źle... 

Ida  usiadła  u  stóp  ojca,  obejmując  go  rękami  za  kolana.  Popatrzyła  z  dołu  na  jego 

twarz. Cień uwypuklił bruzdy i zmarszczki, których wcześniej nie dostrzegła. Zawsze jej się 

zdawało,  że  ojciec  nigdy  się  nie  zestarzeje,  że  się  nie  zmieni.  Teraz  uświadomiła  sobie,  że 

była w błędzie. Mimo to nadal wydawał się jej wspaniały. Mało kto mógł się z nim równać. 

Może dlatego, że jest jej ojcem? 

-  Pytałam  Simona,  co  się  dzieje  z  Mają,  ale  nie  chciał  mi  nic  powiedzieć.  Prosił, 

ż

ebym zapytała ciebie. Coś przede mną ukrywasz tato, prawda? 

-  Sny  -  odrzekł.  -  Twoja  matka  miała  nadprzyrodzone  zdolności.  To  prawdziwe 

przekleństwo.  Nigdy  tego  do  końca  nie  rozumiałem...  Wiedziała  takie  rzeczy,  o  których  nie 

background image

mogła wiedzieć. Miejsca i ludzi, których kochała, widziała nawet wtedy,  gdy znajdowali się 

daleko  od  niej.  Widziała  tak  wiele...  Nie  chciała  o  tym  rozmawiać...  Teraz  żałuję,  że  nie 

próbowałem jej do tego nakłonić. 

- Myślisz, że Maja to po niej przejęła? Dlaczego nie ja? Dlaczego mnie się nigdy nic 

ciekawego nie przydarza? - spytała Ida z wyrzutem. 

-  Nie  ma  czego  zazdrościć  -  odparł  Reijo.  -  Maja  otrzymała  tę  zdolność  w 

dziedzictwie.  Wiem  o  tym  na  pewno.  A  dziś  wieczorem  zyskałem  ostateczną  pewność,  że 

twoja mama nie żyje. 

Ida wpatrywała się w niego. Jej oczy wraz z nadzieją utraciły blask. 

-  Pewnie  się  zastanawiasz,  dziecino,  skąd  to  wiem.  Reijo  uśmiechnął  się  smutno, 

kierując wzrok w stronę otwartych drzwi. 

- Pogodziłem się z tym, że Raija nie wróciła. Nawet powiedziałem wam, że nie żyje. 

Ale  gdzieś  w  głębi  serca  ciągle  się  łudziłem  i  nie  dopuszczałem  do  siebie  takiej  myśli. 

Dzisiejszego  wieczoru  jednak  musiałem  to  przyjąć  do  wiadomości.  Kiedy  Maja  przemówiła 

głosem Raiji... 

Ida  przełknęła  ślinę,  przerażona,  nie  dowierzając  temu,  co  usłyszała.  Trudno  jej  było 

zrozumieć coś, co wykraczało całkowicie poza granice rozsądku. 

- Chcesz powiedzieć, że mama jest w Mai? - zapytała, nie potrafiąc ukryć lęku. 

- Nie, przekazała jej jedynie pewne zdolności, jakie posiadała. Otrzymała je ta, którą 

Raija kochała najbardziej z nas wszystkich, Maja. Sam nie pojmuję, dlaczego usłyszeliśmy jej 

głos, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to był jej głos. Rozpoznałbym go na końcu 

ś

wiata, mimo że upłynęło tyle lat. Może to pożegnanie? 

Ida  wstała,  czując  w  myślach  kompletny  zamęt.  Stanęła  obok  ojca  i  skinęła  głową  w 

stronę  alkierza.  Maja  nadał  leżała  zupełnie  nieruchomo,  tak  jakby  spała,  ale  to  nie  był  sen, 

tylko jakiś dziwny, napawający otoczenie lękiem stan. 

- Czy mamie też się coś takiego przydarzało? Reijo uśmiechnął się. 

- Trzymałem ją w objęciach przez długie godziny, tak jak teraz Simon przytula Maję. 

Ileż to dni i nocy drżałem ze strachu, że ją utracę. Ale ją chroniły jakieś siły. Nigdy tego nie 

pojmowałem  do  końca,  ale  wydaje  mi  się,  że  Maja  ma  też  ochronę.  Jest  w  końcu  nie  tylko 

córką twojej mamy, ale także Mikkala. Myślę, że nic jej się nie może stać. 

-  A  co  z  dzieckiem?  Reijo  popatrzył  w  stronę  Mai  i  Simona.  Tych  dwoje  młodych 

ludzi  zostało  złączonych  wbrew  swojej  woli.  Kolejny  osobliwy  związek,  do  których 

przywykł,  dzieląc  życie  z  Raiją.  To  nie  skończyło  się  wraz z  nią,  ale  przylgnęło  do  Mai,  do 

Knuta... Reijo obawiał się, że Idę także czeka podobny los. 

background image

Było coś w tym śnie Mai... O cieniu, jaki rzucała Raija. 

-  Będzie  miała  dziecko?  -  zapytał  spokojnie.  Ida  pokiwała  głową.  Przypomniał  sobie 

pierwszy  poród  Mai.  Bardzo  cierpiała,  a  cała  odpowiedzialność  spoczywała  na  nim.  Teraz 

Simon będzie musiał działać. 

-  Dobrze  -  powiedział  ochryple.  -  Maja  potrzebuje  dziecka,  wiele  dzieci.  Powinna 

mieć dużo zajęć, żeby brakowało jej czasu na ciągłe rozmyślania. 

- Czy to może zaszkodzić dziecku? Wzruszył ramionami. 

- Wam nie zaszkodziło, więc chyba nie ma o czym mówić. A kto wie, czy dziecko nie 

jest w sposób szczególny chronione. 

Maja czuła obejmujące ją silne ramiona. Słyszała tuż przy uchu bicie serca, miarowe, 

tylko dla niej. Zalało ją ciepło, którego tak bardzo pragnęła. Gorący oddech muskał jej czoło, 

słyszała szept, ale nie rozpoznawała słów. 

Ręce  Simona  tulące  ją  tak  delikatnie.  Ciało  Simona  chroniące  ją  przed  czymś,  przed 

czym  nikt  nie  mógł  jej  uchronić.  Serce  Simona  bijące  dla  niej.  Usta  Simona  szepczące 

miłosne wyznania. 

Leżała nieruchomo. Odzyskiwała świadomość. Myśli i uczucia powróciły. Znów była 

Mają. 

Wyszła  z  pustki  i  znalazła  się  na  powrót  w  swoim  alkierzu  w  chacie  na  przylądku, 

powróciła do życia. 

-  Tak  bardzo  się  boję  o  ciebie  -  rozległ  się  szept  jej  męża.  -  Boję  się,  że może  ci  się 

stać  coś  złego.  Nie  potrafię  zaradzić  temu,  co  się  z  tobą  dzieje,  Maju,  ani  temu,  co  zagraża 

nam z zewnątrz. Choć z całego serca uczyniłbym dla ciebie wszystko. Tak się boję o ciebie i 

maleństwo, Maju, najdroższa, najlepsza, ukochana... 

Z  ust  Simona  płynęły  słowa,  na  które  nigdy  nie  potrafił  się  zdobyć.  Ale  mówić  do 

uśpionej twarzy, tak blisko przytulonej, to co innego. Nie przejmował się Idą i Reijo, którzy 

byli w sąsiednim pomieszczeniu. Nie mogli go słyszeć. Przemawiał tylko do niej, powiedział 

wszystko, o czym tyle rozmyślał, wszystko, co tyle razy już chciał jej wyznać, ale brakowało 

mu odwagi. 

Mijały godziny, a on nie wypuszczał Mai z objęć, choć zdrętwiały mu ramiona. Za nic 

w świecie jednak nie odszedłby teraz od niej. 

To,  co  się  działo  z  Mają,  przerażające  i  niepojęte  zarazem,  pomogło  mu  zrozumieć, 

jaka jest dla niego ważna. Uświadomił sobie, że nie może jej stracić. 

background image

Kłócili  się  o  wszystko.  Od  momentu  gdy  budzili  się  ze  snu,  sprzeczali  się  o  każdą 

najdrobniejszą codzienną sprawę. Były to potyczki na słowa, równie wyczerpujące i niszczące 

jak walka na pięści. 

Trzymał Maję w ramionach i nie miał najmniejszej wątpliwości, że bez względu na to, 

co  się  zdarzy,  będzie  ją  wspierał.  Nie  odda  jej  nikomu,  nawet  jeśli  zażąda  tego  jakiś 

mężczyzna. 

Kiedyś  wreszcie  zniknie  jej  zamglone  spojrzenie.  Zapomni  tego,  o  którym  teraz 

marzy. 

Będzie przy Mai przez cały czas. Nie zabraknie jej powodów, by go pokochać, tak jak 

powinna  go  kochać  od  początku.  Znajdowali  przyjemność  w  obcowaniu  ciał,  jedyne,  czego 

im brakowało, to prawdziwe, płynące z głębi serca uczucie. 

Pasowali  do  siebie,  potrafili  czerpać  radość  w  łożu.  Tylko  Maja  mogła  mu  pomóc 

powrócić  do  normalnego  życia  po  tych  okropnych  latach,  kiedy  był  wykorzystywany  i 

wykorzystywał innych. 

Dostrzegał  urodę  innych  kobiet,  jego  uwodzicielskie  spojrzenia  nadal  robiły  na  nich 

wrażenie.  Tego  się  nie  zapomina.  Flirtowanie  przychodziło  mu  równie  naturalnie  jak 

oddychanie, jedzenie czy spanie. I równie trudno było mu z tym skończyć. 

Traktował to jako zabawę, nie kryły się za tym żadne poważne zamiary, nikogo też nie 

chciał skrzywdzić. To tak jakby podarować pięknej kobiecie kwiat. A jeśli przystawała na tę 

grę, utwierdzała go tylko w przekonaniu, że nie jest jeszcze całkiem do niczego. 

Potrafił flirtować z kobietami, ale one na niego nie działały. Pożądał tylko ciała Mai. 

Tylko  ona  umiała  ugasić  w  nim  rozpaczliwą  tęsknotę,  tylko  ona  potrafiła  okiełznać 

namiętność i sprawić, że czuł się jak w niebie. 

Nigdy  się  jej  z  tego  nie  zwierzył.  Na  pewno  by  go  nie  wyśmiała,  na  tyle  ją  znal,  a 

mimo to obawiał się, że go odrzuci. Bał się jej reakcji. 

Ktoś, kto przez lata karmił się tylko lichą nadzieją, nie porzuca tak łatwo cienkiej kry, 

która utrzymuje go na powierzchni. 

Mai  wrócił  normalny  oddech.  Delikatnie  dotknął  wargami  jej  czoła  i  leciutko 

pocałował. Ostrożnie odgarnął niesforne loki. 

Miał w sobie wiele tkliwości, ale bał się ją okazywać. 

Maja  nie  chciała,  by  czar  prysnął.  Chyba  jeszcze  nigdy  nie  odczuwała  takiej 

wspólnoty z Simonem. Kiedy ją obejmował, nie dręczyły jej podstępne myśli. Chociaż ciepłe 

słowa  płynące  z  jego  ust  wywoływały  lekkie  wyrzuty  sumienia,  dobrze  było  leżeć  w  jego 

ramionach, poddać się jego czułej opiece. Nie marzyła o tym, by ktoś przez całe życie nosił ją 

background image

na  rękach,  ale  czasami  miała  ochotę  poczuć  się  jak  delikatny  górski  fiołek,  który  tylko  się 

podziwia, dotykając leciutko palcami jego płatków. 

Kiedy mówił do niej „ukochana”, doznawała radości przemieszanej z bólem. 

Przyjemnie  było  to  usłyszeć,  choć  miałby  to  być  jedyny  raz  w  życiu.  Nawet  jeśli  te 

wyznania płynęły z ust Simona. No cóż, żyła w cieniu. Pełnia szczęścia widocznie nie jest jej 

pisana. 

Otworzyła  oczy,  nie  chcąc  już  dłużej  udawać,  że  śpi.  Napotkała  spojrzenie 

zatroskanych oczu. 

- Znowu się to stało? - zapytała. Simon pokiwał głową i wyszeptał: 

- Dzięki Bogu, Maju, że się ocknęłaś. Mam nadzieję, że to nie będzie się zbyt często 

powtarzać, bo za każdym razem coś we mnie umiera. 

- Nic nie pamiętam - powiedziała zdumiona, nagle to sobie uświadomiwszy. - Wielka 

pustka. Po prostu mnie tu nie było. To nawet nie był sen. Co się stało, Simonie? 

-  Powiedziałaś,  że  wszystkie  te  nieprzyjemne  zdarzenia  dzieją  się  z  twojego  i  Idy 

powodu. A potem zachwiałaś się i upadłaś prosto w ramiona Reijo. 

Zagryzła dolną wargę i mocniej się do niego przytuliła. 

- Boję się, Simon. To jest wstrętne. Czuję się chora, mdli mnie, marznę od środka. 

- Byłaś bardzo zimna, musieliśmy cię mocno otulić kocami. 

Simon zdjął z niej nakrycie i zauważył na czole perlisty pot. 

-  Nie  cierpię  tego  -  wyznała,  ukrywając  twarz  w  zagłębieniu  na  jego  szyi.  Był  taki 

ciepły, pełen życia, taki rzeczywisty. 

Simon  gładził  ją  po  włosach  i  po  karku,  starając  się  ją  uspokoić,  przemawiał  tymi 

samymi pełnymi miłości słowami, którymi zwracał się do niej, gdy spała. 

- Jestem przy tobie, maleńka. Nigdy nie pozwolę, żeby  coś ci się stało. Nie mam nic 

od ciebie cenniejszego. 

Nigdy  jeszcze  nie  powiedział  jej  tego  tak  wyraźnie.  Oboje  o  tym  dobrze  wiedzieli. 

Takie wyznania domagały się odpowiedzi, której nie mogła mu dać. 

Przytuliła się tylko mocniej i uniósłszy twarz, uchyliła usta. Ich wargi spotkały się  w 

pocałunku  pełnym  desperacji,  w  którym  dali  wyraz  pożądaniu  i  czułości.  Wtuleni  mocno  w 

siebie,  zanurzali  nawzajem  palce  w  swoich  włosach,  a  ich  wargi  i  języki  poruszały  się  z 

ożywieniem, aż stali się jednością jak nigdy dotąd. 

Simon zapomniał, że drzwi do sąsiedniej izby stoją otworem. Maja pamiętała o tym, a 

mimo to mocniej przywarła do męża. 

background image

Ida obserwowała ich nie bez pewnego zainteresowania. Przypomniał jej się pocałunek, 

jaki Simon złożył na jej ustach. Najwyraźniej pocałunki bywają różne. Chyba dobrze, że nie 

przestała wierzyć w ich cudowną moc. Jeśli kiedyś spełnią się jej marzenia, to czeka ją wiele 

wspaniałości. 

Reijo,  lekko  speszony,  odwrócił  głowę.  Dopiero  po  długiej  chwili  rzucił  pospieszne 

spojrzenie w stronę alkierza, a Ida rozbawiona dostrzegła rumieniec na jego policzkach. 

-  Nie  powinieneś  się  chyba  martwić,  tato,  że  Simon  ugania  się  za  innymi 

dziewczętami - rzuciła sucho. 

Reijo  nie  odpowiedział.  Posłał  tylko  jeszcze  jedno  spojrzenie  na  czule  objętą  parę,  a 

potem wyszedł. 

background image

10 

Zbliżała  się  pora  wiosennego  jarmarku.  Po  pożarze  na  przylądku  nie  zdarzyło  się 

więcej nieszczęść. Ogień nie został podłożony w innych miejscach. 

Simon i Reijo, poniekąd wbrew swojej woli, polubili się. Odkryli, że w okolicy mogą 

liczyć tylko na siebie nawzajem. 

Simon  nie  wypływał  już  sam  na  połowy.  Porzucił  fałszywą  dumę  i  nastawiał  teraz 

sieci  razem  z  Reijo.  Razem  też  je  wyciągali  i  sprawiedliwie  dzielili  się  rybami.  Mimo 

początkowej  niechęci  zawiązała  się  między  nimi  przyjaźń  w  najgłębszym  tego  słowa 

znaczeniu. Wspólnota, jakiej Simon nigdy dotąd  nie doświadczył. Nawet  z rodzonym ojcem 

nie rozumiał się tak dobrze. 

Reijo dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo brakowało mu kompana. Właściwie 

od śmierci Mikkala nie miał prawdziwego przyjaciela. 

Co prawda Simon był bardzo młody, mógłby być jego synem, ale rozumieli się, a duża 

różnica wieku żadnemu nie przeszkadzała. 

Siedzieli w łodzi naprzeciwko siebie. 

- Maja chce wyjechać - odezwał się nieoczekiwanie Simon, wiążąc mocno linkę, którą 

trzymał w osłoniętych rękawicami dłoniach. 

Reijo  zerknął  w  stronę  chaty  na  przylądku,  która  z  daleka  wyglądała  jak  brunatna 

plama u stóp góry. 

Z tej odległości nie widział dokładnie swoich córek, razem pracujących w obejściu. 

- Chyba za dużo kłopotów spadło na nią ostatnio - odrzekł z namysłem. W błękitnych 

oczach Simona dojrzał bezradność. - Ale  wiesz, ona ma to we krwi. Raija często próbowała 

rozwiązać  problemy,  wyruszając  w  drogę.  W  jej  przypadku  niejednokrotnie  przynosiło  to 

oczekiwany skutek. Mai nie pomoże, ona jest ulepiona z innej gliny. Chyba to rozumie, tyle 

ż

e nie do końca. Tak naprawdę nie wie, jak bardzo różni się od matki. 

-  Do  diabła,  to  przekleństwo  być  nieustannie  porównywanym  do  kobiety,  której  się 

nawet dokładnie nie pamięta. 

Reijo wyciągnął z wody sporego dorsza, zdjął go z haczyka i rzucił na dno łodzi, gdzie 

już leżało trochę ryb, potem na nowo założył przynętę i zawiesił linkę za burtą. 

W powietrzu wyczuwało się lodowate tchnienie wschodniego wiatru z Finlandii. 

background image

-  Oczywiście,  że  przekleństwo  -  przyznał  Reijo.  -  Tym  bardziej  że  przy  Raiji  każda 

kobieta  chowa  się  w  cień.  Ona  sama  starała  się  nie  wchodzić  nikomu  w  drogę,  nie  chciała 

wywoływać zamieszania. A jednak wszędzie, gdzie się pojawiła, siała niezgodę i zamęt. 

-  Niezbyt  dobry  materiał  na  żonę  -  skwitował  Simon,  który  słyszał  krążące  na  ten 

temat  plotki.  Zresztą  samo  to,  że  każde  z  dzieci  Raiji  miało  innego  ojca,  mówiło  samo  za 

siebie. - Cieszę się, że Maja nie jest do niej bardziej podobna... 

- Życie z nią przypominało obcowanie z wiatrem - rozmarzył się Reijo, zapatrzony w 

dal,  a  jego  głos  nabrał  ciepła.  -  W  jednej  chwili  łagodna  bryza,  w  następnej  gwałtowny 

północno  -  zachodni  sztorm.  Była  nieobliczalna,  nieokiełznana  i  nieprzewidywalna.  Ale 

równocześnie na swój sposób wierna. Chociaż w jej życiu przewinęło się wielu mężczyzn. 

- Wierna? - Simon popatrzył na Reijo z ukosa. - Słyszałem od Mai, że wyjechała stąd i 

ż

yła z innym mężczyzną, który  potem został zabity. Jak się okazało, ojcem Mai. A przecież 

wtedy była twoją żoną. 

- Tak - uśmiechnął się Reijo. - A on moim najlepszym przyjacielem, zaraz po niej. Bo 

po  prawdzie  Raija  była  mi  bardziej  przyjacielem  niż  żoną.  Nie  z  nią  przeżyłem  największą 

miłość,  choć  wiele  lat  życia  strawiłem  na  marzeniach  o  niej.  Łączyło  nas  coś  „na  kształt 

miłości”, jak zwykliśmy mawiać, jednak nie ona była miłością mojego życia, nie... 

Ponieważ  Reijo  zamilkł,  Simon  nie  próbował  nakłonić  go  do  wyjawienia,  kim  była 

wybranka jego serca. 

- Jaka była matka Mai? - zapytał. - Maja jej nie pamięta albo raczej nie chce pamiętać. 

A  mnie  się  coraz  częściej  wydaje,  że  jej  cień  naprawdę  pada  nie  tylko  na  Maję,  ale  na  nas 

oboje. 

-  Była  piękna  -  zamyślił  się  Reijo.  Starał  się  przywołać  z  pamięci  jej  obraz  z 

przeszłości, a nie ten ze snu. - Wyobraź sobie Idę z kruczoczarnymi włosami, ciemnobrązowe 

oczy, nos i kości policzkowe jak u Mai, i coś z Mattiego, czoło, buntownicze spojrzenie. Naj-

bardziej  jednak  przypomina  ją  Ida,  choć  tylko  zewnętrznie,  bo  Raiji  daleko  było  do  jej 

łagodności. Mściwa, uparta, kłótliwa jak wszyscy diabli, a jaka przekorna! - Reijo uśmiechnął 

się.  -  W  jednej  chwili  gwałtowna,  potrafiła  pokazać  ostre  pazury,  zaraz  potem  milutka  jak 

kotka,  wcielenie  łagodności.  Kobieta  w  każdym  calu.  Drobna,  niewysoka,  ale  obdarzona 

wyjątkową siłą i nieugiętą wolą. Potrafiła zakasać rękawy i pracować jak mężczyzna. Trudno 

ją  było  przechytrzyć,  bo  mało  kto  dorównywał  jej  bystrością.  Obdarzona  gorącym 

temperamentem,  pozbawiona  zahamowań,  ciekawa.  Kobieta,  o  jakiej  marzy  niejeden 

mężczyzna...  -  Reijo  trochę  się  zmieszał,  ale  ciągnął  dalej:  -  Pod  tym  względem  była  także 

inna niż wszystkie. Wiesz, co mam na myśli. Nie będę ci opowiadał szczegółów, bo czułbym 

background image

się  tak,  jakbym  ją  zdradzał.  Sam  rozumiesz,  to  tak,  jak  ty  nie  chciałbyś  mi  opowiadać  o 

intymnych szczegółach z życia twojego i Mai. Simon wykrzywił twarz. 

- Raija była wyjątkowa - mówił dalej Reijo. - Pewnie dlatego tak łatwo ulegało się jej 

czarowi. Rzadko kiedy starała się przypodobać ludziom. Kobiety w większości nie znosiły jej. 

Mężczyźni fantazjowali na jej temat. Gdy poczuła łączność z mężczyzną, łatwo mu ulegała. 

Miała wielkie serce. I nie potrafiła być sama. Kiedy spoglądam wstecz, wszystko wydaje się 

takie bezsensowne. Raija i Mikkal byli dla siebie przeznaczeni, ale żadne z nich nie było na-

prawdę szczęśliwe. Trawiła ich ciągła tęsknota. 

Zamilkł, a po chwili dokończył: 

- Maja wiele cech odziedziczyła po matce. Jest okropnie dumna i równie uparta. I też 

ma  takie  dobre  serce.  Dla  Raiji  przyjaźń  stanowiła  świętość.  Maja  także  potrafi  być  bardzo 

lojalna. 

Simon  pokiwał  głową.  Trudno  powiedzieć,  czy  podobała  mu  się  matka  Mai.  Takie 

kobiety nie są dla zwyczajnych mężczyzn. Tylko z nimi kłopoty. 

- Mógłbym cię zapytać jeszcze o coś, Reijo? Reijo wyciągnął kolejną rybę. Simonowi 

póki co nie dopisywało szczęście. 

- Oczywiście, że możesz, traktuj mnie jak teścia, przecież właściwie nim jestem. 

- To niesłychane - uśmiechnął się Simon. - Wydajesz się taki młody! 

-  Powiedz  to  moim  córkom!  -  Reijo  roześmiał  się  szeroko.  -  Idzie  się  zdaje,  że 

niedługo trzeba będzie mi pomagać przeżuwać. W ogóle nie słucha, kiedy jej mówię, że mam 

jeszcze wszystkie zęby. Pod tym względem dzieci potrafią być uciążliwe. 

Przez twarz Simona przemknął cień. 

- Trochę mi niezręcznie o to pytać - zaczął, spluwając przez burtę. - Ale spędza mi to 

sen z oczu. Czy Maja miała kogoś, kiedy byłem w więzieniu? Czy jakiś mężczyzna zawładnął 

nie tylko jej ciałem, ale i sercem? 

Reijo, zakładając przynętę, zastygł w bezruchu, ale oczy ciskały mu błyskawice. 

- Chyba nie zasłużyła na to, by jej nie ufać - odrzekł w końcu. - Pytałeś ją o to? 

Simon skinął głową. 

- W takim razie znasz odpowiedź - odparł chłodno. On zawsze będzie trzymał stronę 

Mai, nic tego nie zmieni, uświadomił sobie Simon. 

-  Ona  myśli  o  innym  mężczyźnie  -  twardo  obstawał  przy  swoim.  Głos  jego  brzmiał 

równie chłodno, ale przebijała z niego gorycz. - Takie rzeczy się po prostu wie. Ciągle mi się 

zdaje, że w łóżku zacznie szeptać imię innego, zadając mi ostateczny cios. Póki co jest jakaś 

nieobecna... Ona ucieka ode mnie w marzenia, Reijo. 

background image

Reijo szarpnął haczyk, dziurawiąc rękawicę. Pomyślał, że Ida będzie musiała znów ją 

cerować. 

- Maja powinna wyjść za mąż z miłości - rzekł w końcu cicho. - Sam wiesz, dlaczego 

nie było to możliwe. To ironia losu, że mężczyzna, którego poślubiła, pokochał ją na przekór 

wszystkiemu, a ona nie może odwzajemnić tego uczucia. Ale to przecież może się zmienić. 

-  Tak  myślisz?  -  zdziwił  się  Simon,  potrząsając  głową.  -  Czy  to  możliwe?  Przecież 

widzę,  jak  patrzy  nieobecnym  wzrokiem.  Kogo  ona,  u  diabła,  spotkała?  Kto  odcisnął  w  jej 

sercu takie piętno? Mam wrażenie, że moim rywalem jest jakiś duch! Nie mogę przestać się 

zastanawiać nad tym, kim on jest, jak wygląda. Niech to licho, o kim ona marzy? 

Reijo  pokręcił  tylko  głową,  ale  nic  nie  powiedział,  choć  nagle  nabrał  pewnych 

podejrzeń. 

- Musisz się starać - poradził w końcu. - Nie  wolno ci tracić nadziei!  Nie przestawaj 

jej kochać! Na pewno pokonasz wówczas jej nierealne, z góry skazane na klęskę marzenia. 

- Przecież ja nic innego nie robię, Reijo. Przypuszczam jednak, że byłoby mi jeszcze 

gorzej, gdyby mi przyszło żyć bez niej. 

- Na pewno. Łowili ryby w milczeniu. Nagle wydało im się, że nie ma nic więcej do 

powiedzenia. Przyjaciele potrafią także razem milczeć. 

Kierowali się powoli ku brzegowi, kiedy z daleka zauważyli zaprzęg reniferów. Reijo 

przysłonił  ręką  czoło  i  mrużąc  oczy,  popatrzył  w  stronę  lądu,  ale  z  daleka  trudno  mu  było 

rozpoznać przybysza. 

-  Czyżby  to  był  Ailo?  -  zastanawiał  się  na  głos.  Simon  odwrócił  się  także,  ale  nie 

potrafił pomóc Reijo. 

-  Wyjątkowo  wcześnie  przybywa  na  jarmark.  Może  u  nich  na  północy  tak  szybko 

zawitała wiosna i boją się, że śnieg całkiem stopnieje, gdy przyjdzie im wracać - zażartował. 

Na  ustach  Reijo  pojawił  się  wymuszony  uśmiech.  Za  każdym  razem,  gdy  ktoś  obcy 

przybywał  do  jego  chaty,  denerwował  się,  czy  nie  przynosi  złych  wieści.  Niezbyt  często 

rozmawiał o Knucie, ale przecież o nim nie zapomniał. Nigdy nie zapomni. 

Chociaż rybacy wiosłowali zamaszyście, zaprzęg dotarł do domostwa przed nimi. 

-  Pamiętaj,  że  to  nie  obcy  podłożyli  u  nas  ogień  -  przypomniał  Simonowi  Reijo, 

widząc jego posępną twarz. 

Simon  tymczasem  spochmurniał,  bo  pomyślał  sobie,  że  ów  obcy  może  być  tym,  o 

którym Maja wciąż rozmyślała. Może przybył jak teraz zaprzęgiem ze świata, który wcale nie 

był  Mai  obcy.  W  jej  żyłach  płynęła  wszak  lapońska  krew.  Pojawił  się  niczym  ożywczy 

background image

powiew  w  szarej  rzeczywistości,  a  potem  zniknął.  Simon  podejrzewał,  że  właśnie  ktoś  taki 

mógł mu podstępnie odebrać Maję. 

Przecinali łodzią bladozieloną toń, a piana rozpryskiwała się na dziobie. 

Simon,  nie  czekając,  aż  dopłyną,  wyskoczył  z  łodzi  i  brnąc  po  kolana  w  lodowatej 

wodzie, wciągnął łódź na brzeg. 

- Och, młodość! - westchnął Reijo, wznosząc wzrok ku niebu. - Uchowaj Boże przed 

taką gorączką! Jak to dobrze, że w moim wieku to już poza mną. 

Ida zauważyła, że wrócili, i wybiegła z chaty, żeby jako pierwsza przekazać nowiny. 

Pod tym względem nadal zachowywała się jak dziecko. Zapomniała nawet zarzucić na siebie 

coś  ciepłego  i  w  samej  tylko  bluzce  zbiegła  oblodzoną  ścieżką  na  brzeg,  a  rude  warkocze 

podskakiwały jej na plecach. 

- Tato, tato! - krzyczała rozpromieniona, wieszając się Reijo na szyi. 

Nie zważała na to, że się pobrudzi rybimi łuskami i wnętrznościami. Zwykle brzydziła 

się nawet zapachu ryb i ledwie znosiła ich smak. 

- Knut przesyła pozdrowienia. On żyje, tato! On żyje! 

Reijo poczuł ogromną ulgę, tak jakby w piersiach pękł mu z trzaskiem lód. 

- Wujek Anders przywiózł takie dobre nowiny - mówiła dalej Ida. 

Reijo potrząsnął lekko głową, wciąż nie dowierzając, że to prawda. Tak się zamartwiał 

o Knuta. Ostatnio, kryjąc się z tym przed dziewczętami, podejrzewał już nawet, że Knut też 

nie żyje. 

- O wujku Andersie nie słyszałem - wtrącił się Simon. 

-  U  nas  w  rodzinie  panują  trochę  skomplikowane  układy  -  uśmiechnęła  się  Ida 

uszczęśliwiona, wsuwając szwagrowi rękę pod ramię. - Wzajemne pokrewieństwo nie jest tak 

oczywiste  jak  u  was,  Bakkenów.  My  wszyscy  jesteśmy  przyrodnim  rodzeństwem,  mamy 

rodzonych ojców, ojczymów i mnóstwo wujków, którzy tak naprawdę są wujkami niektórych 

z  nas,  ale  nie  wszystkich.  Anders  jest  wujkiem  Ailo.  A  skoro  Ailo  jest  przyrodnim  bratem 

Mai, to wujek Anders jest prawie tak samo jej wujkiem. A ja jestem przyrodnią siostrą Mai, 

więc on także jest trochę moim wujkiem... 

- Starczy, starczy... 

Simon porzucił nadzieję, że cokolwiek z tego zrozumie. Wyjaśnienia Idy były równie 

mętne, jak rodzinne układy. 

- Każdy, kto nazywa się wujkiem, ma prawo nim być - skwitował uspokojony. 

background image

Kiedy  zaś  zobaczył  Andersa,  prysnęły  wszelkie  podejrzenia.  Niewysoki,  krępy 

mężczyzna o krzywych  nogach nie mógł być obiektem westchnień Mai. Jeśli można o kimś 

powiedzieć, że wygląda jak wujek, to właśnie o Andersie. 

Reijo uściskał go roześmiany i pozdrowił: 

-  Andersie  synu  Pawy,  wcześnie  przybywasz  na  jarmark.  Chyba  w  tym  roku  jesteś 

pierwszy. Jak mniemam, nie jesteś sam? 

- Odłączyłem się od grupy - odpowiedział szwagier Mikkala po fińsku. - Ale jeśli się 

przywozi przyjacielowi dobre nowiny, należy się spieszyć. 

Reijo zdjął buty rybackie, dwa swetry i czapkę. 

-  Przybywasz  od  Knuta?  -  zapytał.  Spojrzenia  wszystkich  obecnych  spoczęły  na 

Andersie.  Maja  i  Ida  wprawdzie  wyciągnęły  już  od  niego  trochę  wieści,  ale  i  one  chłonęły 

chciwie jego słowa. 

- Knut jest u nas od zeszłej zimy - zaczął Anders. - Ma się dobrze. Zamieszkał razem z 

Ailo. Ci dwaj są jak bracia. Zresztą powinni nimi być. 

-  Przybył  do  was  sam?  -  spytał  Reijo,  zgarniając  przemoczone  ubrania  pod  ścianę. 

Nawet  Maja,  która  wraz  z  upływem  lat  stała  się  wyjątkowo  wyczulona  na  porządek,  nie 

zmarszczyła brwi. - Kiedy ostatnio doszły do nas wieści od niego, wspomniał coś o ożenku. 

-  Przyszedł  sam  -  rzekł  Anders,  rozkładając  ręce.  -  A  właściwie  Ailo  natknął  się  na 

niego  na  szlaku  prowadzącym  na  jarmark.  Knut  był  wycieńczony,  ale  z  czasem  doszedł  do 

siebie.  Ciężka  harówka  i  pożywne  jedzenie  potrafią  zdziałać  cuda.  Potrzebowaliśmy 

dodatkowej pary rąk do pracy, a ten twój chłopak ma dryg. 

Reijo nie poprawił Andersa, bo choć Knut nie był jego rodzonym synem, to traktował 

go jak własnego. 

- Nie powiedział, skąd wraca? Co się mu przydarzyło? 

Anders  pokręcił  głową.  Miał  trzydzieści  dziewięć  lat,  tak  samo  jak  Reijo,  ale  przez 

całe  życie  koczował  pod  gołym  niebem.  Dlatego  też  jego  ogorzała  twarz  pokryta  była 

głębokimi zmarszczkami. W czarnych zwichrzonych włosach pobłyskiwały srebrne nitki, ale 

oczy wydawały się młodsze niż oczy Reijo. 

- Pewnie tylko Ailo zna prawdę, bo ci dwaj są nierozłączni. Ja wyciągnąłem od niego 

tylko  tyle,  że  wracał  z  Alty.  Był  w  kiepskim  stanie.  Przez  pierwsze  tygodnie  chodził  jak 

otępiały.  Gdyby  nie  Ailo,  pewnie  by  się  rzucił  do  morza.  Nie  przesadzam.  Aż  żal  było 

patrzeć.  Nawet  teraz  jeszcze  się  nie  śmieje,  ale  już  nie  wygląda  tak,  jakby  jednego  dnia 

pogrzebał całą rodzinę... 

background image

- To znaczy, że mu nie  wyszło - stwierdziła  Ida. - Pewnie tylko udawał,  że znalazł... 

wiecie  co.  Nie  wyszło  mu,  a  dziewczyna  poszukała  sobie  innego.  Knut  tymczasem  jest  tak 

piekielnie dumny i głupi, że woli się powiesić, niż wrócić do domu i przyznać do porażki. 

-  Ale  ty  masz  gadane!  -  rzucił  Simon.  - Jeszcze  nie  słyszałem,  żeby  ktoś  wytrajkotał 

tyle jednym tchem. 

Ida pokazała mu język. 

Anders chrząknął, żeby skupić na sobie uwagę, a kiedy już wszyscy znów patrzyli na 

niego, powiedział: 

-  Knut  i  Ailo  hasają  teraz  bardziej  niż  samce  w  stadzie  reniferów.  Na  przedwiośniu 

byli  bardzo  zajęci,  ale  to  chyba  nic  poważnego.  Cielęta  muszą  się  wybiegać  za  młodu  - 

zażartował. 

Mało  brakowało,  by  Ida  i  jemu  pokazała  język,  ale  powstrzymała  się.  Był  starszy 

wiekiem, mógł się obrazić. Poza tym to gość. 

-  Rozumiem  -  Reijo  westchnął  z  ulgą.  -  Nawet  nie  wiesz,  Anders,  jak  ciężko 

człowiekowi żyć w niepewności. Knut ma tyle samo lat, ile ja miałem, kiedy wędrowałem po 

Finnmarku z Raiją. Ale człowiekowi się zdaje, że to ciągle dzieci... 

Maja wstała i bezradnie krążyła po izbie. Reijo zauważył w jej oczach ten sam wyraz, 

którego  tak  się  obawiał  Simon.  Ogarnął  go  niepokój.  Jeśli  między  nią  a  Simonem  się  nie 

poprawi, będzie musiał z nią porozmawiać, mimo że niechętnie ingerował w ich sprawy. 

Ciągle  to  odwlekał.  Chyba  się  starzeję,  pomyślał.  Kiedyś  nie  uchylałem  się  od 

załatwiania drażliwych i trudnych spraw. 

- Nic nie mówił, kiedy zamierza wrócić do domu? - zapytał Andersa. - A może już na 

dobre rozwinął skrzydła tam na północy? 

- Miał coś do załatwienia, prosił, bym was pozdrowił. Powiedział, że chce jeszcze coś 

przynieść,  a  potem  wróci  do  domu.  Często  was  wspomina.  -  Anders  z  ociąganiem  wstał  i 

dodał: - Mam dla was coś jeszcze. Oprócz pozdrowień Knut polecił mi przekazać przesyłkę. 

Zamierzał  ją  posłać  wcześniej,  ale  nie  mógł  jej  powierzyć  byle  komu.  Nikt  od  nas  nie 

wybierał  się  w  ubiegłym  roku  na  jarmark,  więc  Knut  musiał  się  wstrzymać.  Poczekajcie 

chwilę, rozpakuję pułki. 

- Do licha! - wymknęło się  Idzie.  Zacisnęła mocno pięści i uderzyła nimi o kolana. - 

Jednak znalazł to, jednak znalazł! 

- O ile wiem, moja córka nie jest drwalem - upomniał ją spokojnie Reijo. - Może więc 

byś przestała mówić jak oni. 

background image

Simon bardzo się starał, by zrozumieć prowadzoną po fińsku rozmowę. Nigdy nie był 

szczególnie biegły w obcej mowie, ale jeśli rozmawiano powoli, co nieco rozumiał. 

Anders  mówił  z  dziwnym  akcentem,  co  trochę  Simonowi  przeszkadzało.  Reijo  znał 

dobrze  lapoński,  więc  wtrącane  przez  Andersa  lapońskie  słowa  nie  utrudniały  mu 

zrozumienia. 

Simon  tymczasem  nie  bardzo  pojmował,  co  takiego  miał  czy  znalazł  Knut,  a  to 

między innymi dlatego, że tej rodzinnej tajemnicy Maja mu nie powierzyła. 

Nie  zdążył  zapytać,  a  Anders  już  wrócił  ze  średniej  wielkości  workiem  z  brzozowej 

kory, który wydawał się mu mocno ciążyć. Kiedy położył go na stole, stuknęło głośno. 

- Ciężkie - powiedział Anders z błyskiem w oku. - Ten twój chłopak ma gest, jak już 

wysyła podarek, to ho, ho! 

Ida  i  Maja  podeszły  zaintrygowane.  Także  Simon  wyczuł  niezwykłe  napięcie. 

Przysunął się bliżej stołu i stanął za Mają, kładąc jej ręce na ramionach. 

- Otwórz, tato - prosiła Ida. - Otwórz! - powtarzała, nie mogąc ustać w miejscu. 

Ale Reijo się nie spieszył. Powoli sięgnął po worek i popatrzył ze spokojem na córki. 

W kąciku ust pojawił się lekki uśmieszek. 

-  Drażnisz  się  z  nami!  -  poskarżyła  się  Ida.  Odwiązał  więc  pakunek.  Na  wierzchu 

leżało  dla  niepoznaki  wędzone  mięso  z  renifera.  Na  ten  widok  Reijo  poczuł,  jak  ślinka 

napływa mu do ust. 

- Miło z jego strony, że pamięta o tym, iż brakuje nam mięsa - uśmiechnął się. 

-  Tu  jest  coś  jeszcze!  -  Ida  niecierpliwie  przejęła  inicjatywę.  Wyciągnęła  bryłkę 

wielkości pięści, pod której ciężarem aż wygiął jej się nadgarstek. Wzięła więc bryłkę w obie 

dłonie i z niedowierzaniem przytrzymała ją na wysokości twarzy. 

-  Nie  przypuszczałam,  że  jest  takie  ciężkie  -  powiedziała  blada  i  z  nabożeństwem 

podała bryłkę Mai, której także odjęło mowę. 

Chłodny metal mamił wzrok. Przyciągał z niepojętą siłą. 

Simon  ciężko  przełykał  ślinę.  Kiedy  Ida  wyjęła  bryłkę  z  niewinnie  wyglądającego 

worka, od razu pojął, co to jest. Zrozumiał, ale nie mógł uwierzyć. 

Knut, ten młokos! Niemożliwe, że trafił na takie bogactwo. 

- Co to jest, do czarta? - zapytał chrapliwie, bo w ustach mu zaschło. 

Maja podała mu kamień, który trzymała w dłoniach. Tym razem blasku w jej oczach 

nie wywołało wspomnienie innego mężczyzny. 

Ciężar  bryłki  upewnił  go,  że  się  nie  myli.  Przełknął  ślinę  i  zeskrobał  paznokciem 

warstwę błota. Błysnęło. Poczuł, jak serce mu mocniej zabiło, w uszach zaszumiało. 

background image

Reijo wyjął jeszcze dwie bryłki niemal tej samej wielkości. 

Przyjrzał  im  się  z  zaciekawieniem,  ale  bez  pożądania,  którego  troje  młodych  nie 

potrafiło ukryć. 

- To złoto, Simonie - powiedział, jakby mówił o ziemniakach czy o pogodzie. 

Zważył bryłki w dłoniach i uśmiechnął się lekko na widok ich twarzy. 

- Mam nadzieję, że Knut ci zapłacił? - mrugnął do Andersa. 

Anders kiwnął głową. 

-  Nie  potrzebujemy  tego  dużo.  I  bez  złota  sobie  poradzimy,  ale  dobrze  mieć  coś  w 

zapasie,  kiedy  zjawią  się  tu  poborcy  podatkowi  piąty  raz  w  ciągu  roku  -  powiedział  Reijo, 

wzruszając ramionami. - Trzeba jednak być ostrożnym, bo jeśli ci krwiopijcy zobaczą, że ma 

się tego dużo, człowiek się ich nigdy nie pozbędzie. Czy Knut zdaje sobie z tego sprawę? 

Anders przytaknął. 

- Knut jest mądry. Nie rzuca zlotem na prawo i lewo. Odniosłem nawet wrażenie, że 

nie znaczy ono dla niego tak wiele. Tak jakby to były kamienie. 

- Bo to są kamienie - rzekł Reijo. 

- Złoto - wyszeptał Simon, ciągle nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Ściskał bryłkę 

w dłoniach, jakby nie mógł się od niej oderwać. Jedna taka wystarczy, żeby człowiek urządził 

sobie  na  nowo  życie.  A  worek  był  wypełniony  takimi  grudkami  przynajmniej  do  połowy. 

Możliwości, jakie się przed nim otwierały, przyprawiały go o zawrót głowy. 

Simon nie miał odwagi myśleć. 

- Knut powiedział, że to dla sióstr i dla ciebie, Reijo. 

Reijo odłożył złoto i popatrzył na Idę i Maję. 

-  Nie  potrzebuję  złota  -  oznajmił.  -  Wystarczy  mi  w  życiu  to,  co  mam.  Knut  myślał 

dobrze, ale ja nic nie chcę. Trzymałem już kiedyś w dłoniach takie bryłki, ale nie przyniosły 

mi szczęścia. Podzielcie się, dziewczęta. Złoto jest wasze. 

Wysypał  zawartość  worka  na  stół.  Obserwował  je,  kiedy  rozdzielały  grudki,  i 

przypomniało  mu  się,  jak  dzieliły  się  pięknymi  muszelkami  w  dzieciństwie.  Pragnął,  by 

pozostały  równie  niewinne  jak  wtedy.  Ale  teraz  ich  twarze  promieniały  nie  tylko  radością. 

Pojawiła się w nich zachłanność. 

background image

11 

Czasem  w  najmniej  oczekiwanej  chwili  życie  może  się  odmienić,  i  to  z  różnych 

powodów.  Bryłki,  które  Simon  niósł  w  niewinnie  wyglądającym  węzełku,  stanowiły 

bogactwo przekraczające najśmielsze wyobrażenia. 

Do  tej  pory  uważał,  że  srebrne  monety  zapewnią  Mai  i  jemu  bezpieczną  przyszłość. 

Potrzebował ich, musiał mieć coś w zanadrzu na czarną godzinę. 

Odkąd  Maja  zaczęła  myśleć  o  wyjeździe  do  Malselv,  pewność,  że  ma  te  pieniądze, 

napawała go spokojem, bo wiedział, że jeśli będzie trzeba, umożliwią spełnienie jej marzeń. 

Srebrne monety jednak w porównaniu ze złotem znaczyły niewiele. 

Dzięki  podarunkowi  Knuta  otworzyły  się  przed  nimi  nowe  możliwości.  Widział  już 

okolice na południe od odnogi fiordu, znad której pochodził, i zdawał sobie sprawę, że świat 

nie kończy się na Lyngen ani nawet na Finnmarku, Malselv czy Tornedalen. 

Przyprawiało go to o zawrót głowy. 

Stwarzało też perspektywę zbudowania przyszłości na solidnych podstawach. 

Reijo  opowiedział  mu  o  dziedzictwie,  jakie  przekazał  Knutowi  jego  ojciec.  Simon 

poczuł lekkie ukłucie zazdrości. Z jednej strony cieszył się, że bratu Mai tak się powiodło, ale 

z drugiej nie potrafił się wyzbyć uczucia zawiści. Sam wiele by dał, żeby odnaleźć taki skarb. 

Ale  na  tyle  był  realistą,  żeby  wiedzieć,  iż  jemu  to  się  nie  uda.  Nie  pisane  mu  bogactwo 

większe  niż  to,  które  niesie  właśnie  na  swoim  grzbiecie,  udając,  że  w  środku  jest  tylko 

przysłane przez Knuta mięso z renifera. 

Zresztą  wiadomość  o  złocie  muszą  zachować  tylko  dla  siebie,  bo  gdyby  jakieś 

pogłoski dotarły do wójta, rychło nasłałby na nich poborcę podatków. 

Całą drogę do domu przebyli w milczeniu. Dopiero w chacie podjęli rozmowę. Simon 

zaryglował  drzwi,  mimo  że  dopiero  było  popołudnie,  otworzył  kufer  na  ubrania  i  ukrył 

węzełek na samym dnie. 

Maja, obserwując jego poczynania, zauważyła cierpko: 

-  Gdybym  szukała  u  kogoś  pieniędzy,  zaczęłabym  od  kufra.  Pół  wioski  chowa 

wartościowe rzeczy właśnie tam albo pod siennikiem. 

-  Połowa  wsi  nie  ma  co  ukryć  pod  siennikiem.  Popatrzyli  po  sobie  i  wybuchnęli 

ś

miechem. Simon odgarnął palcami grzywkę. 

-  Najwyraźniej  zawsze  musimy  mieć  odmienne  zdanie,  prawda?  -  powiedziała  Maja, 

uśmiechając się łagodnie. 

background image

- Czyżby? 

Simon rozchylił ramiona i nie ruszając się z miejsca, popatrzył na Maję wyczekująco. 

Maja przyjęła zaproszenie. Simon nadal potrafił być niezwykle czarujący. Trudno było mu się 

oprzeć, kiedy posyłał swoje dwuznaczne spojrzenia. W jego błękitnych oczach można by się 

zatracić, gdyby nie znało się prawdy... 

Maja ją znała. 

Ciągle  jeszcze  pachniał  morzem.  Zamknął  ją  w  swych  ramionach  i  przytuliwszy  do 

szerokiej,  okrytej  błękitną  koszulą  piersi,  skubnął  leciutko  wargami  koniuszek  jej  ucha,  a 

palcem zatoczył kółka na wrażliwej skórze karku. 

- Jesteśmy dosyć bogaci, Maju - rzekł. - Bogacze nie muszą pracować całymi dniami, 

tak jak to czyni biedota. Będzie nam się trochę trudno przyzwyczaić, co? 

Tulił się do jej policzka, a Maja nie uchyliła się, pozwalając mu się uwodzić w samym 

ś

rodku dnia. Uległa radosnemu szaleństwu, jakie nieoczekiwanie na nich spadło. 

-  Co  mi  proponujesz  zamiast  pracy,  mój  bogaty  mężu?  -  westchnęła  rozbawiona  z 

udawaną rezygnacją. 

Simon wstrzymał oddech, a potem delikatnie chuchnął jej na skroń. 

- Co sobie zażyczysz. Wybieraj, Maju! - odpowiedział cicho, z nagłą powagą. 

Maja wolała zachować lekki ton. Uśmiechała się i żartowała, byleby nie znaleźć się na 

grząskim gruncie. Nie chciała okłamywać Simona, a czuła się okropnie, widząc, jak błagalnie 

wypatruje tego, czego mu nie może ofiarować. 

- Co mam wybrać? Powiedz! 

- Mnie... 

- Zgoda. 

Simon  odsunął  ją  od  siebie  na  odległość  ramion,  przyglądając  się  jej  z  uwagą.  Za 

każdym razem szukał tego samego. Teraz także bezskutecznie. 

- Mówisz poważnie? - zapytał zdziwiony chrapliwym głosem, na nowo przytulając ją 

mocno. - Naprawdę mnie chcesz, Maju? 

- Mhm... - zapewniła, całując go w szyję. Uwierzył, bo bardzo pragnął w to wierzyć. A 

kiedy odpięła mu koszulę i wsunęła pod nią dłonie, porzucił wszelkie wątpliwości. 

Mai  było  trochę  przykro,  że  dal  się  podejść  jej  sztuczkom,  ale  skoro  miała  na  niego 

ochotę? Zresztą on sam zaczął tę zabawę. 

- Chyba lubię być bogaty - powiedział, pociągając ją za sobą na łoże. Drzwi do kuchni 

pozostawili otwarte, ale żadne z nich się tym nie przejmowało. 

Zapach morza odurzył Maję. Był wszędzie: w jego włosach, ubraniu i na dłoniach. 

background image

Nie mogła się nim nasycić. Wtulała mocno twarz w ciało Simona, chciała go wąchać, 

smakować... 

Maja  nigdy  nie  przejmowała  steru,  kiedy  się  kochali.  To  Simon  był  doświadczonym 

nauczycielem, a ona jego uczennicą. 

Dlatego  też  oniemiał  ze  zdumienia,  gdy  jego  drobna  żona  zdecydowanym  ruchem 

przewróciła go na plecy i dosiadłszy go, pospiesznie zdarła z niego ubranie. Jej usta i dłonie 

wyczyniały z nim rzeczy, o których nawet nie śnił. 

Nie  miał  pojęcia,  że  jest  w  niej  taki  ogień,  ale  zbyt  wielką  odczuwał  rozkosz,  by  się 

zastanawiać, co go wywołało. 

Maja zresztą też nie wiedziała. To się samo działo. Wyzwanie, zwycięstwo, zemsta... 

Poddała  się  tej  fali  pożądania,  po  raz  pierwszy  od  początku  pragnąc  tego  całą  sobą. 

Simon nie potrzebował uciekać się do swych sztuczek, żeby wciągnąć ją do zabawy. 

Nic jej nie narzucał. Ona sama tego chciała. 

Pragnęła czuć jego bliskość, patrzeć w świetle dnia na to ciało, którego przecież często 

dotykała, pieściła. Ciało, które garnęło się do niej i prężyło w namiętności. 

Pragnęła  oglądać  jego  blizny  na  piersiach,  ramionach,  a  także  te  na  plecach,  które 

nadal  wzbudzały  w  niej  największe  przerażenie,  a  wiązały  się  z  nieodległą  przecież 

przeszłością.  Więzienne  przeżycia  męża  wydawały  się  Mai  nierzeczywistym  koszmarem, 

póki nie ujrzała śladów, jakie na zawsze pozostały na jego ciele. 

Z ociąganiem podniosła się i nie spuszczając wzroku z Simona, powoli odpięła bluzkę. 

- Pozwolisz mi to zrobić? - zapytała. - Ale tym razem po mojemu. Zgadzasz się, bym 

decydowała? 

Jeszcze żadna kobieta nie zadała mu takiego pytania. Simon przełknął ciężko ślinę, ale 

skinął głową. 

Zawsze brał, co mu dawały. 

Teraz  uświadomił  sobie,  że  wiele  stracił,  bo  rzadko  kiedy  czuł  takie  podniecenie. 

Nigdy nie pomyślał, że poddanie się woli kochanki może wyzwolić tak silne doznania, że to 

takie ekscytujące mieć w łóżku silną kobietę. 

Maja pospiesznie zdjęła ubrania, pragnąc jak najszybciej wtulić się w niego. Nie siliła 

się  na  wystudiowane  ruchy.  Ileż  to  razy  rozbierała  się  przy  nim  w  ten  sam  sposób  i  nie 

działało to na niego tak jak teraz. 

Uśmiechając  się,  zawstydzona  i  śmiała  zarazem,  zręcznie  znalazła  się  nad  nim.  Jej 

ciało w ostatnim czasie nabrało kształtów. Piersi powiększyły się, a talia przy zaokrąglonych 

biodrach i mocnych udach wydawała się wąska. 

background image

Podobała mu się taka, odkrył, że lubi jej ciało. W jego oczach była piękna. 

Dosiadła  go  tak,  by  poczuł,  co  go  czeka,  jednak  nie  na  tyle  blisko,  by  w  pełni 

zakosztował rozkoszy. Była gorąca, ale łagodna i powolna w pieszczotach. 

Zawsze  uważał  siebie  za  doskonałego  kochanka,  teraz  przekonał  się,  że  Maja  chyba 

wie o kochaniu więcej od niego. Potrafiła pieścić tak leciutko, że zdawało się, iż to muśnięcia 

słonecznych promieni w gorący dzień lata. Znajdowała najwrażliwsze miejsca na jego ciele i 

obsypywała pocałunkami. Niemal błagał ją, by wreszcie ją posiąść. 

Ale  ona  mruczała  tylko  niczym  zadowolona  kotka.  A  kiedy  chciał  ją  przygarnąć 

mocniej, łagodnie acz stanowczo go powstrzymała. 

Oczy zasnuła jej mgła, teraz jednak wiedział, że nie ucieka gdzieś w marzenia. 

-  Poczekaj,  Simonie  -  odezwała  się  drżącym  głosem.  Jeszcze  jej  takiej  nie  słyszał.  - 

Pamiętasz? Miało być po mojemu. Całkowicie po mojemu. 

Opadł ciężko, obawiając się, że dłużej nie zdoła już nad sobą panować. 

Pragnął dotykać jej piersi, pośladków, wsunąć palce między uda. 

Ale  ona  nie  chciała  go  wpuścić.  Siedziała  na  nim  i  z  uśmiechem  kołysała  się, 

doprowadzając go do szaleństwa. 

A kiedy wreszcie wsunął się w nią, niemal natychmiast doznał spełnienia. Opadła na 

niego i tak leżała wypełniona jego męskością, policzkiem wtulona w jego pierś. 

Przestał pachnieć morzem. Znów był tylko Simonem, w którego zapachu nie kryła się 

magia. 

Maja przymknęła oczy, pragnąc ukryć przed mężem rozczarowanie. Siebie jednak nie 

mogła oszukać. 

Więc to było tylko marzenie... 

Nadal  złączeni  obrócili  się  na  bok.  Pocałował  ją  w  czoło,  potem  w  powieki, 

zakrywające  jej  cudowne  oczy.  Z  miłością  wodził  wargami  wzdłuż  jaśniejszych  śladów  na 

policzkach, jakie pozostawiło ostrze noża. 

- Nikt nie był dla mnie taki dobry - wyszeptał i stęskniony odnalazł jej usta. 

Jeszcze nigdy jego ciało nie zareagowało ponownie tak szybko. 

- Teraz ja - wymruczał między pocałunkami, które zdawały się nie mieć ani początku, 

ani końca. 

Nadeszła jego kolej, żeby jej ofiarować całego siebie. 

W  zmysłowym  oszołomieniu  sądził,  że  czegoś  się  nauczył.  Pieścił  ją  delikatniej,  nie 

dość delikatnie jednak, ruchy były powolniejsze, ale nie tak powolne jak jej. Znów skończył 

za szybko. 

background image

Nie zdołał jej doprowadzić na sam szczyt. 

Kolejna porażka. 

Uśmiechnęła  się,  ale  on  był  niepocieszony,  nie  mogąc  przestać  myśleć,  czy  innemu 

mężczyźnie udało się to, co on zepsuł. 

-  Chyba  nie  będziemy  przez  cały  dzień  bawić  się  w  bogaczy  -  zażartował,  ale  wcale 

nie było mu do śmiechu. 

Maja, nie chcąc go pognębiać, udawała, że nie domyśla się jego rozterek. Wolała nie 

zapewniać go, że nic się nie stało, bo to tylko pogorszyłoby sprawę. 

-  Ty  też  musisz  się  ubrać,  bo  mój  syn  zaczyna  marznąć  -  powiedział  Simon  z 

wymuszonym uśmiechem. 

- Za to mojej córce jest ciepło i miło - odcięła się, ale wstała tak szybko, że nie zdążył 

uchwycić jej spojrzenia. 

Simon  czuł,  że  przegrali  swoją  szansę.  Że  on  przegrał.  Przez  krótką  chwilę  była  mu 

bliższa  niż  kiedykolwiek.  Mimo  szczerej  chęci  nie  potrafił  zrozumieć,  dlaczego  znów 

odgrodziła się od niego. 

Nie  domyślił  się,  że  sprawił  to  słony  zapach  morza.  Cóż  mógł  wiedzieć  o  marzeniu 

ulotniejszym niż wiatr i równie nieosiągalnym? 

Simon  przypomniał  sobie,  że  musi  wypatroszyć  ryby  otrzymane  od  Reijo,  który 

podzielił się z nim swoim połowem. On sam nie miał dobrego dnia. Wyraźnie prześladował 

go pech, jeśli nie liczyć złota, oczywiście. 

Odsunął  zasuwę  i  otworzył  drzwi  wyjściowe.  Słyszał,  jak  Maja  wychodzi  z  alkierza. 

Odgłos jej lekkich kroków zawsze brzmiał w jego uszach jak muzyka. 

Na schodach prawie nadepnął na nastroszone zawiniątko. 

Ukucnął, żeby sprawdzić, co to jest, i aż ścisnęło mu gardło. Omal nie zwymiotował. 

Przed  oczami  przemknęły  mu  obrazy  z  lat  spędzonych  w  więzieniu,  lat  przemocy  i 

upokorzeń. 

To  było  równie  okropne,  choć  wydarzyło  się  na  wolności.  Ktoś,  komu  zrodził  się  w 

głowie taki pomysł, musiał mieć chory umysł. 

- Co to? - usłyszał za plecami głos Mai. Ona nie może tego zobaczyć! 

Simon  poderwał  się  i  chciał  zagrodzić  żonie  drogę,  ale  ponieważ  była  niższa, 

przemknęła się mu pod ramieniem, nim zdążył ją zatrzymać. 

- Jak można tak skrzywdzić zwierzę? - wyszeptała, dławiąc się łzami. 

Simon  podniósł  małego  kota  z  nastroszoną  sierścią,  jednego  z  wielu  dzikich  kotów 

ż

yjących w lasach. Ktoś przetrącił mu kark i wcisnął do narządów płciowych złamaną gałąź. 

background image

Simon czuł w żołądku twardą kulę. 

Maja zacisnęła ręce na piersiach i poprosiła, uciekając wzrokiem: 

-  Spał  go,  Simonie!  Spal!  Posłuchał  jej  i  rozpalił  ognisko,  choć  wiele  go  to 

kosztowało. 

Poczekał,  aż  szczątki  się  zwęgliły,  a  w  powietrzu  uniósł  się  swąd  palonej  sierści  i 

mięsa.  Otarł  twarz  śniegiem,  by  Maja  nie  zauważyła,  że  płakał.  Odczekał  chwilę,  a  potem 

zajrzał  do  obory.  Nagle  bowiem  uderzyła  go  myśl,  że  jeśli  ktoś  mógł  zrobić  coś  takiego 

bezbronnemu kotu, to mógł też skrzywdzić ich owce. 

Na szczęście w oborze nic złego się nie stało. 

Choć  przyjął  to  z  ulgą,  gdzieś  w  głębi  serca  czuł  narastający  strach.  To  wszystko 

zaczynało być ohydne, a już on się trochę na tym znał. Dobrze wiedział, co jest ohydne. 

Maja siedziała w chacie przy piecu otulona szalem. Spojrzała na męża, a na jej twarzy 

malowała się bezbronność. 

-  Ktoś  tu  był,  Simonie  -  powiedziała  z  trudem,  przełykając  ślinę.  -  Widziałam  ślady 

przy  oknie.  Stanęłam  w  tym  samym  miejscu  i  zajrzałam  do  środka.  Zostawiliśmy  otwarte 

drzwi do alkierza. Sprawdziłam, widać stamtąd całe łóżko... 

Słuchał  jej  oniemiały,  a  potem  jak  w  amoku  wyszedł  przed  chatę.  Znalazł  ślady, 

pochylił się i popatrzył przez okno. Rzeczywiście, łóżko widać było jak na dłoni. 

Zalała go nowa fala obrzydzenia, przemieszana ze złością. 

Ś

lady  wielkości  jego  stóp  mogły  należeć  zarówno  do  mężczyzny,  który  dorównywał 

mu wzrostem, jak i do kogoś niższego. Jedno nie ulegało wątpliwości: ten człowiek był chory. 

Maja i Simon właściwie nigdy nie zasłaniali okien w kuchni. Przerobiona ze spódnicy 

zasłonka w kratkę służyła głównie jako ozdoba. Na zewnątrz wszystko wydawało się równie 

przyjazne i bezpieczne jak wewnątrz czterech ścian ich chaty. 

Teraz, kiedy Simon wrócił, Maja zasłoniła okno. 

Doskonale  ją  rozumiał, bo  sam  ciągle  nie  mógł  się  otrząsnąć  z szoku.  Powoli  jednak 

złość brała w nim górę. 

Maja  tymczasem  czuła  jedynie  głęboką  odrazę,  poznawał  to  po  jej  twarzy,  po 

zalęknionym spojrzeniu. 

- Kto ma czas zajmować się czymś takim? - zapytała, unosząc brwi. 

Każde  z  tych  okropnych  zdarzeń  potęgowało  w  niej  strach.  Zastanawiała  się,  co 

jeszcze może ich spotkać i kiedy. 

- Potrafisz pojąć to, Simonie? Przecież każdy mężczyzna ma dość roboty. Kto ma czas 

chodzić po sąsiadach i rozsiewać zło! 

background image

-  Rzeczywiście,  warto  by  się  zastanowić.  Simon  objął  Maję,  a  ona zesztywniała.  Nie 

cofnął jednak rąk, ale zsunął je na wysokość jej talii. Po chwili Maja się odprężyła. 

-  Starców  możemy  wykluczyć  -  myślał  na  głos  Simon.  -  A  pozostali  mężczyźni 

pewnie  dopiero  wracają  z  połowu.  My  przecież  przypłynęliśmy  wcześniej  tylko  dlatego,  że 

zobaczyliśmy Andersa. A może ktoś wracał tędy z lasu z polowania? 

Pokręciła głową. 

-  To  może  być  praktycznie  każdy.  Ktoś  młody  lub  stary,  ktoś,  kto  mieszka  bliżej 

fiordu lub bliżej osady. Czy to się kiedyś skończy? 

-  Niebawem  -  obiecał,  muskając  wargami  jej  ucho.  Trudno  mu  się  było  oprzeć 

pokusie. 

Maja jednak odsunęła się, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz. 

- Nie, Simonie, nie teraz. Ciągle myślę o tym człowieku, który stał tam i... podglądał 

nas, a potem tak straszliwie okaleczył biedne bezbronne zwierzę. Zdaje mi się, że mogłabym 

go udusić i powiesić... 

Simon  uśmiechnął  się  na  ten  wybuch  gniewu  swojej  żony,  która  potrafiła  się  złościć 

jak mało kto. W takich chwilach daleko jej było do łagodnej i wyrozumiałej kobiety. 

-  Rozumiem  cię  -  odparł,  chcąc  jej  uświadomić,  że  pojmuje,  czemu  nie  chce  przyjąć 

jego  pieszczot.  Nie  wiedział  tylko,  czy  wyraził  się  wystarczająco  jasno,  ale  by  nie  być 

posądzony  o  naprzykrzanie  się,  wolał  się  nie  powtarzać.  Pospiesznie  zmienił  temat,  starając 

się stłumić podniecenie. 

- Nie sadzę, żeby to był ktoś starszy wiekiem. Chociaż, gdyby przyjąć, że mści się na 

tobie  i  Idzie  za  waszą  matkę?  Nie,  nie  wierzę  w  to.  Zresztą  starsi  mają  więcej  szacunku  dla 

zwierząt. Mnie się zdaje, że chodzi o jakąś świeższą sprawę. Może źle kojarzymy fakty? Poza 

tym  to  musi  być  ktoś  zręczny.  Dużo  ryzykował,  przecież  mógł  zostać  zauważony,  kiedy 

przemykał się przez otwartą przestrzeń. 

- Nadal mamy zbyt duży krąg podejrzanych - wyszeptała zmęczona. - Co sprawia, że 

ludzie stają się tacy źli? 

Długo obejmował spojrzeniem niewysoką postać o zaokrąglonych kształtach. Lubił ją 

najbardziej w rozpuszczonych włosach, tak jak teraz. Tyle tylko że mężatce nie pasowała taka 

fryzura. 

Maja  była  całym  jego  życiem,  mimo  że  tak  łatwo  zdarzało  mu  się  odsuwać  ją  od 

siebie. Oddzielała ich okryta milczeniem przeszłość. 

background image

Nie opowiedział jej wszystkiego, usprawiedliwiając się tym, że to zbyt okropne. Maja 

dała  mu  jednak  do  zrozumienia,  że  gotowa  jest  dzielić  z  nim  także  te  fragmenty  jego  życia, 

które przed nią ukrywał. 

Zdecydowanym  krokiem  wszedł  do  alkierza  i  z  kryjówki  w  kufrze  wyjął  skórzany 

woreczek. 

Wrócił  do  kuchni  i  z  brzękiem  wysypał  jego  zawartość  na  blat  solidnego  stołu. 

Błysnęło zmatowiałe srebro. 

Uciekając przed nią spojrzeniem, siadł przy stole i ścisnął dłonie. 

- Mogło tu być trzydzieści monet, ale nie ma tyle - odezwał się niechętnie. - Zdobyte 

zostały równie niegodziwie, Maju. 

-  Jak  to?  -  zapytała  ostro,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Stała  wyprężona  jak  struna.  - 

Przecież mówiłeś, że te pieniądze nie mają nic wspólnego... Przysięgałeś, Simonie! 

Unikał jej brązowych oczu, które, jak mu się zdawało, potrafiły przejrzeć go na wylot. 

Może rzeczywiście ma taki nadprzyrodzony dar? Po ostatnich niezwykłych snach można się 

było spodziewać także tego. 

Czuł,  że  ją  traci.  To,  co  chciał  jej  wyznać,  mogło  sprawę  tylko  pogorszyć.  Ale  teraz 

nie mógł już się zatrzymać. Postanowił opowiedzieć jej wszystko. 

- Pytałaś mnie, co sprawia, że ludzie stają się tacy... - zaczął, spuszczając wzrok. - Co 

sprawia,  że  człowiek  staje  się  zły?  -  Nabrał  powietrza  w  płuca  z  drżącym  jękiem.  -  Och, 

wiele,  moja  Maju.  Dlatego  myślę,  że  musimy  się  liczyć  z  tym,  iż  może  to  być  każdy.  Bo 

każdy  z  nas  skłonny  jest  do  popełnienia  zła.  Nawet  ty,  gdyby  sytuacja  cię  do  tego  zmusiła. 

Gdyby wywierano na ciebie silny nacisk... Powiem ci, skąd mam te srebrniki. Dopuściłem się 

rzeczy strasznej, niewybaczalnej. Chcesz posłuchać? 

Skinęła głową. Z ociąganiem usiadła po drugiej stronie stołu naprzeciwko Simona. 

- Czy możesz mi obiecać, że mnie nie znienawidzisz? - zapytał, ale zaraz się poprawił. 

- Nie, nie musisz mi niczego obiecywać, Maju. Nieuczciwie z mojej strony byłoby cię prosić 

o  to,  zanim  poznasz  prawdę.  Nie  mam  zamiaru  cię  do  niczego  przymuszać,  kochana. 

Wysłuchaj mnie, proszę, a potem możesz mnie nawet znienawidzić, gardzić mną albo... 

Uśmiechnął  się  ze  smutkiem.  Słowa  „albo  mnie  pokochać”  nie  przeszły  mu  przez 

gardło. 

- Pamiętasz, jak ci mówiłem, że niedobrze być zbyt urodziwym? 

Maja wykrzywiła twarz w grymasie. 

-  Właściciel  tego  woreczka,  Maju,  dzierżył  sporą  władzę,  oczywiście  na  ile  to 

możliwe, jeśli jest się więźniem. Podobno miał dożywotni wyrok, bo bogata rodzina wykupiła 

background image

go od szubienicy. Przypuszczam, że to prawda, choć on sam nigdy o tym nie mówił. Kiedyś 

się  upił.  Zwykle  płacił  srebrnymi  monetami,  kiedy  chciał  kupić  sobie  coś,  co  ułatwiało  mu 

ż

ycie. 

„Dość szybko zatroszczył się o to, żebym był jego... 

Simon  z  poszarzałą  twarzą  spojrzał  na  Maję.  Czy  to  zrozumie?  Trudno  mu  było 

wyrazić  wstyd  i  poczucie  winy.  On,  mężczyzna,  i  to  w  pełnym  tego  słowa  znaczeniu,  tak 

upokorzony, sprowadzony do roli zabawki... 

-  Było  to  lepsze,  niż  mieliby  mnie  wykorzystywać  wszyscy  -  rzucił  twardo.  -  Bo  dla 

takich młodych chłopaków jak ja istniały tylko  dwie możliwości, rozumiesz? Chyba że ktoś 

był  na  tyle  silny  i  brutalny,  że  sam  narzucał  swoje  rządy.  Na  początku  byłem  zielony  jak 

trawa, jak pierwsze wiosenne listki. 

- Opowiedz o nim - poprosiła beznamiętnym głosem. 

Simon  zobaczył  znów  przed  oczami  króla  więzienia,  który  jedną  ręką  wymachiwał 

kilofem. Bary miał szerokie niczym drzwi do obory, a dłonie mocarne. Jego oczy miały barwę 

granitu,  a  kiedy  zanosił  się  tubalnym  śmiechem,  ukazywał  zęby,  mocno  przerzedzone  na 

skutek marnego odżywiania. 

-  Był  potężny  -  zaczął,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  głos  mu  drży.  Już  samo 

wspomnienie  przyprawiało  go  o  obezwładniający  lęk.  Dawny  prześladowca  nadal  wzbudzał 

w  nim  respekt.  -  W  życiu  nie  widziałem  takiego  olbrzyma.  Nawet  strażnicy  się  go  bali.  A 

srebrniki  dawały  mu  pewną  władzę  także  nad  nimi.  Dobrze  wiedział,  jacy  są  pazerni,  i  to 

wykorzystywał. Nikt nie odważył się zabrać mu tych pieniędzy. Zapowiedział, że łeb rozwali 

temu,  kto  tylko  spróbuje,  i  nikt  nie  wątpił,  że  gotów  jest  spełnić  swoją  groźbę.  Więźniowie, 

którzy  siedzieli  za  murami  najdłużej,  mówili,  że  skazano  go  za  morderstwo.  I  to  niejedno! 

Opowiadano  o  nim  przeróżne  historie.  Na  przykład  że  jest  chłopskim  synem  i  w  ataku 

zazdrości  zabił  kochankę  i  swego  rywala.  Albo  że  wywodzi  się  z  rodziny  urzędniczej  i 

podciął  gardło  własnej  matce.  Co  było  prawdą,  nie  wiadomo,  ale  na  jedno  wychodzi. 

Wiedzieliśmy, że może zabić, a on wiedział, że my wiemy. Upajał się władzą. 

Simon  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Straszliwe  wspomnienia,  ukryte  gdzieś  głęboko  w 

ś

wiadomości,  nie  dały  się  całkowicie  zagłuszyć.  Teraz,  kiedy  je  wreszcie  ujawniał,  czuł  się, 

jakby rozdrapywał rany. 

-  Byłem  jednym  z  wielu  jego  niewolników.  Lubił  mnie,  bo  mógł  sobie  ze  mną 

pogadać.  Nie  był  głupcem,  nic  podobnego,  o  wiele  bystrzejszy  ode  mnie.  Manipulował 

ludźmi.  Umiał  nastawiać  przeciwko  sobie  innych  więźniów.  Mnie  także  wykorzystywał  do 

swoich  gier.  Bawiło  go,  kiedy  wychodziły  z  nas  najgorsze  cechy.  Człowiek  jest  zdolny  do 

background image

wszystkiego,  żeby  przetrwać.  Potrafi  znieść  więcej,  niż  z  początku  przypuszczałem.  Niż  ty 

możesz  sobie  w  ogóle  wyobrazić...  Nienawidziłem  go,  ale  równocześnie  czułem  respekt. 

Wszyscy  żywiliśmy  do  niego  nienawiść.  Ale  żeby  mu  się  przeciwstawić,  trzeba  było  być 

równie wyrafinowanym. Jednemu, który mu się postawił, złamał rękę. Potem chłopak mówił 

wszystkim, że upadł. Innego, który się przystawiał do jego chłopaków, skatował. Rozumiesz, 

Maju? Życie tam za

 - 

murami przypominało ciągłe stąpanie po rozżarzonych węglach. Trzeba 

się było mieć przed wszystkimi na baczności. 

- Zabiłeś go? 

Simon spojrzał w źrenice z miodową obwódką. Pokiwał głową. 

- Tak, Maju, zabiłem go. Zabiłem, kiedy się ze mną kochał. Tak to nazywał... 

Simon roześmiał się chrapliwie, a potem westchnął i z wielkim trudem mówił dalej: 

-  Było  nas  trzech.  Potajemnie  kupiliśmy  nóż  od  innego  podobnego  mu  więźnia. 

Umówiliśmy  się,  że  zrobi  to  ten,  który  pierwszy  zostanie  wybrany.  Padło  na  mnie.  Wbiłem 

mu nóż prosto w brzuch. Krzyknął przeraźliwie prosto w moje uszy.  Ledwie się uwolniłem, 

kiedy  zacisnął  mi  na  szyi  potężne  łapska.  Potem  zdołałem  wbić  mu  nóż  w  tętnicę  szyjną. 

Strażnicy  byli  tak  samo  zadowoleni  jak  my  z  tego,  co  się  stało.  Uznali,  że  działałem  w 

samoobronie i że tak naprawdę mu się to należało. Rodzinie przekazano wiadomość, że zginął 

przygnieciony  kamiennym  blokiem.  Pogrzebano  go  za  więziennym  murem,  uzasadniając  to 

tym, że jego ciało jest własnością króla i państwa. Simon potrząsnął głową. 

-  Mnie  się  nic  nie  stało.  Przeciwnie,  zyskałem  respekt,  podobny  jaki  miał  on.  Udało 

nam  się  ukryć  srebrniki  przed  strażnikami.  Podzieliliśmy  je  na  trzy  części.  Mnie  przypadła 

największa. 

Bawiąc się monetami, dokończył: 

- Te pieniądze, Maju, są splamione krwią. 

-  To  co  innego  -  rzekła  blada  na  twarzy.  -  Proszę,  nie  każ  mi  mówić  nic  więcej  - 

poprosiła, podnosząc ostrzegawczo rękę. - Nie oczekuj tego od mnie w tej chwili. 

Rozumiał, właśnie dlatego opuścił najbardziej drastyczne szczegóły. Dlatego starał się 

mówić bezosobowo i, na ile to możliwe, beznamiętnym tonem. 

Bo naprawdę było straszniej, o wiele straszniej. Tych upokorzeń i cierpień nie da się 

opisać. 

- Nienawidzisz mnie? - zapytał. Milczenie przeciągało się. 

- Nie - odpowiedziała w końcu. - Chyba nie, Simonie. Może ci strażnicy  mieli rację, 

ż

e działałeś w obronie własnej? 

Wstała z trudem i dodała: 

background image

-  Wydaje  mi  się,  że  teraz  ciebie  lepiej  rozumiem.  Nie  miał  pojęcia,  czy  uznać  to  za 

swoje zwycięstwo czy początek ostatecznej klęski. 

background image

12 

Simon postanowił pozbyć się pieniędzy. Wrzucił srebrne monety jedną po drugiej do 

otwartego dołu, jaki pozostał po spalonej studni. 

Nadchodziła  wiosna.  Na  z  wolna  odmarzającym  dnie  monety  wyglądały  niczym 

lśniące ziarno. 

Te pieniądze ociekały krwią i stanowiły świadectwo, kim jest... kim był. 

Co prawda  gdzieś  głęboko w sercu tkwiło w nim przekonanie, że za to  wszystko, co 

uczynił dla tego starego capa, należała mu się zapłata. 

Ale  to  nie  było  takie  proste.  Świat  nie  jest  czarno  -  biały.  Przeważnie  wszyscy 

poruszają się w strefie szarości. Zastanawiał się, jak postrzega go Maja. Łudził się, że nie w 

zupełnie czarnych barwach. 

Maja,  pomimo  swego  gwałtownego  usposobienia,  miała  w  sobie  olbrzymie  pokłady 

dobroci.  Nawet  w  najgorszym  nędzniku  potrafiła  dojrzeć  jakieś  zalety.  Co  prawda  zdarzało 

się jej rzucić ostrą uwagę o tym czy tamtym, ale w gruncie rzeczy była naiwna, zdumiewająco 

naiwna. 

Dlatego właśnie tak boleśnie przeżywała dosięgające ich nieszczęścia. 

Chętnie by jej uświadomił, że ludzie są mniej idealni, niż to sobie wyobraża. 

Chodził  tak  i  rozmyślał.  Zmarzł  trochę,  ale  postanowił  jeszcze  zabezpieczyć  otwór 

studni, który stanowił zagrożenie. Od dawna nosił się z tym zamiarem. 

Porąbał  siekierą  kilka  młodych  drzewek,  poobcinał  gałęzie  i  związał  razem.  Ta 

prowizoryczna osłona będzie musiała wytrzymać, póki nie zbuduje nowej studni. 

O ile w ogóle potrzebna będzie nowa studnia. 

Simon  poznawał  po  Mai,  że  jej  marzenia  koncentrują  się  wokół  jednej  nazwy: 

Malselv. 

Trochę  go to złościło, bo chociaż Maja wspominała o tym już wcześniej, nie potrafił 

jej  zrozumieć.  Uważał,  że  bardziej  naturalne  by  było,  gdyby  pragnęła  wyruszyć  na  wschód, 

nawet do Finlandii. Niektóre nazwy brzmiały wszak znajomo. 

Dlaczego  więc  dla  Mai  rajską  krainą  był  zielony  płaskowyż  porośnięty  smukłymi 

drzewami? 

Owszem, to piękne miejsce, ale kiedy Simon wędrował tamtędy, brakowało mu gór. 

Co prawda gdzieś w oddali widniały zarysy szczytów, ale nie dość blisko, by w jego 

sercu  odzywało  się  znajome  echo.  Urodził  się  i  mieszkał  nad  fiordem,  u  stóp  gór,  i  to  było 

background image

jego  miejsce  na  ziemi.  Z  Mają  chyba  było  inaczej.  Ona  nie  należała  właściwie  do  żadnego 

miejsca.  Ale  skąd  wzięło  się  w  niej  to  marzenie?  Może  obdarzył  ją  nim  jakiś  mężczyzna, 

szepcząc jej miłośnie tę nazwę do ucha? 

To by po części wyjaśniało jej determinację. 

Gdyby  Maja  chciała  rzucić  wszystko  i  wyjechać,  ruszyłby  z  nią.  Zdolny  byłby  do 

takiego poświęcenia, bo bardziej się męczył, gdy patrzył, jak trawi ją tęsknota. 

Ale nie był na tyle wspaniałomyślny, by oddać ją innemu. Widocznie nie miłował jej 

aż  tak  głęboko.  Nie  byłby  w  stanie  zdobyć  się  na  aż  taką  ofiarę.  Zresztą  to  raczej  byłaby 

głupota, nie miłość. 

Tak  więc  gdy  Maja  już  na  sam  dźwięk  słowa  „Malselv”  zatapiała  się  w  marzeniach, 

on  w  tym  samym  czasie  przeżywał  koszmar.  Czuł  się  taki  niepewny,  z  drżeniem  myślał  o 

tym, że jeśli straci Maję, to tak jakby grunt usunął mu się spod nóg. 

Wszystko inne mógłby znieść, ale tego nie. 

Maja  starała  się  ukryć  głęboko  swoje  uczucia...  Cieszyła  się,  że  Knut  żyje  i  ma  się 

dobrze.  Cieszyła  się  złotem.  W  pewnym  sensie  sprawiło  jej  radość,  że  Simon  jej  zaufał  i 

powiedział prawdę o srebrnikach. Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że się ich pozbył. 

Poza tym wszystko inne sprawiało jej ból. 

Bała  się,  bo  sprawy  przybrały  nieprzyjemny  obrót.  Zdarzeń,  które  ich  dotknęły,  nie 

dało  się  dłużej  tłumaczyć  szczeniackimi  wybrykami.  Już  dawno  przekroczyły  granice 

kiepskiego żartu. 

Przeszłość  Simona  także  budziła  jej  głęboką  niechęć.  Potrafiła  sobie  dokładnie 

wyobrazić, co przeżył, i przyprawiało ją to niemal o fizyczny ból. 

W odruchu samoobrony starała się wyrzucić z pamięci straszne wspomnienia, ale nie 

przestawała się gryźć. Ciągle powracał do niej obraz upokorzonego, pozbawionego godności 

Simona, i łzy same napływały jej do oczu. 

Pragnęła,  żeby  jej  Simon  był  silny  i  nieugięty.  Jeśli  mają  ze  sobą  żyć,  nie  może  być 

inny!  Pokochał  ją  zbyt  mocno.  Obawiała  się,  że  gdyby  go  odtrąciła,  doprowadziłaby  go  do 

zguby. 

- Czy to twój los, mamo, kładzie się cieniem na mym życiu? - wyszeptała, wznosząc 

oczy ku niebu. 

Zła była sama na siebie za ten gest. Ale zaraz przestała się tym przejmować. Przecież 

nikt jej nie słyszał. 

Często teraz rozmawiała tak z Raiją. Wreszcie czuła, że na swój sposób pogodziła się 

z nią. 

background image

- Nigdy nie będę miała wielu mężczyzn, a mimo to odnoszę wrażenie, że twój los stał 

się też moim. Ciebie kochało wielu, teraz to rozumiem. Nie byłaś aniołem. Ale tego jedynego, 

który  znaczył  dla  ciebie  wszystko,  nie  mogłaś  zatrzymać  przy  sobie  na  zawsze.  Dane  wam 

były  tylko  krótkie  wykradzione  chwile...  Simon  jest  chyba  dla  mnie  zbyt  dobry.  Mimo  że 

zabił  człowieka.  Ale  tego  nie  da  się  porównać.  On  mnie  po  prostu  zbyt  mocno  kocha. 

Tymczasem mnie się zdarzają chwile, kiedy nie wiem nawet, czy go lubię. Nie, nie żywię do 

niego nienawiści, bo w końcu nie uczynił mi wiele złego, bardzo się stara. Ale nic nie poradzi 

na uczucie, jakie wypełnia mi serce. To nie jego wina. Ten jedyny nie jest mi przeznaczony. 

Pewnie to wiesz... Nigdy go nie dostanę. Jak mam z tym żyć? Jak ty z tym żyłaś? Tak, mamo, 

chyba  dosięgnął  mnie  twój  cień.  Tak  się  modlę,  żeby  Ida  nie  musiała  tego  przeżywać,  nie 

pozwól,  by  spotkał  ją  twój  los.  Ona  chyba  z  nas  wszystkich  najbardziej  zasługuje  na 

szczęście.  Jest  naszym  światłem,  to  ona  potrafi  obrócić  najgorszy  smutek  w  radość... 

Najbardziej ze wszystkiego pragnęłabym mieć takie dziecko jak Ida - wyszeptała na koniec i 

bezwiednie złożyła ręce. - Tak, dziecko jak Ida! 

Do wsi zjeżdżało coraz więcej ludzi. 

Na terenach za kołem polarnym jarmarki stanowiły  - ważne wydarzenia. Wkrótce po 

Andersie synu Pawy z Finlandii przybył człowiek, o którym na północy krążyły legendy. 

W  1747  roku  granice  na  dalekiej  północy  praktycznie  nie  istniały.  Wielkie  połacie 

płaskowyżu zdawały się być ziemią niczyją albo raczej ziemią należącą do wszystkich. 

Prawie dziesięć lat wstecz, w 1738 roku, podjęte zostały próby wytyczenia dokładnej 

linii granicznej pomiędzy królestwem Szwecji a Norwegią. Wydawało się to dość proste, póki 

posuwano się wzdłuż górskiego łańcucha Kjolen. 

Ale  na  północnym  płaskowyżu,  pozbawionym  wzniesień  i  rzek,  gdzie  od  dawien 

dawna  żyli  ludzie  mówiący  czterema  językami:  po  szwedzku,  norwesku,  fińsku  i  lapońsku, 

sprawa okazała się o wiele trudniejsza. Brakowało tu naturalnych granic, które dzieliłyby ten 

wielki  obszar,  a  ludzie  czuli  łączność  z  całym  rozległym  terenem.  Być  może  właśnie 

zamysłem Boga było pozostawienie bezkresnego płaskowyżu na północy, bo między Torne a 

lapońskimi pastwiskami Kemi i wybrzeżem nie istniały żadne naturalne granice. 

Inżynierowie  reprezentujący  interesy  obu  państw  bez  większych  sporów  ustalili 

większość odcinków granic, jednak kiedy dotarli w okolice Lyngen, pojawiły się niejasności. 

Odkurzono stare traktaty, które pilnie studiowano w obu stolicach, interpretując je na 

bardzo  różne  sposoby.  Zażartym  dyskusjom  nie  było  końca.  Wytyczono  kilka  linii 

granicznych, a każde z państw rościło sobie prawa do większego obszaru. 

background image

Norwegowie  przesunęli  linię  graniczną  tak,  że  większość  terenów,  które  Szwedzi 

uważali za własne, znalazła się po ich stronie. Zaś szwedzcy inżynierowie przesunęli granicę 

aż na obszar przez Norwegów traktowany jako odwiecznie norweski. 

Na  domiar  wszystkiego  do  sporu  włączyła  się  Rosja,  zgłaszając  swoje  aspiracje  do 

terenu na wschodzie. 

Stare  jak  świat  spory  o  Laponię,  ziemię  niczyją,  nie  doczekały  się  rozstrzygnięcia  w 

1747 roku. 

Rokowania były trudne. Duńsko - norweski rząd za żadną cenę nie zamierzał dopuścić 

Szwedów aż do Morza Norweskiego, obawiając się zmiany układu sił w tym rejonie. 

Mieszkańcy  wysp  i  fiordów  dalekiej  północy  nie  orientowali  się  zupełnie,  jacy  są 

ważni.  Nie  wiedzieli,  że  dwa  królestwa,  szwedzkie  i  duńskie,  w  którego  skład  wchodziła 

Norwegia,  zawzięcie  walczą,  by  uczynić  ich  swoimi  poddanymi.  Ci  biedni  ludzie  nie 

otrzymali żadnego dowodu na to, że są tak cenni - ani od jednego, ani od drugiego króla. 

Człowiek z północnego wschodu spotkał wielu inżynierów, zagranicznych przybyszy 

z  dużych  miast.  Nie  spodobali  się  mu,  on  zresztą  także  wydał  im  się  osobą  wątpliwej 

reputacji. 

-  Ale  nim  opuściłem  miejsce  przy  wspólnym  ognisku  -  powiedział  z  chytrym 

uśmieszkiem,  sadowiąc  się  przy  solidnym  drewnianym  stole  kuchennym  w  chacie  Reijo  - 

przeczytałem to i owo. I nie wydaje mi się, by w sprawie granic miało dojść do porozumienia 

jeszcze przez jakiś czas. 

Zadowolony nabił fajkę. 

Heikki  Kataja  był  bardzo  osobliwym  człowiekiem,  w  którym  skłonność  do 

melancholii  mieszała  się  z  nieprawdopodobną  bystrością.  Niektórzy  utrzymywali,  że  gość 

Reijo to jeden z najgroźniejszych ludzi w całej Finlandii. 

Reijo poznał go przed kilkoma laty. Heikki Katają nie należał do tych, którzy szukają 

przyjaciół.  Ponieważ  krążyła  o  nim  nie  najlepsza  opinia,  ludzie  zachodzili  do  niego  tylko 

wtedy, gdy byli w potrzebie i szukali pomocy. Mało kto odwiedzał go z innych powodów. 

Prawda,  że  Heikki  wyglądał  niezbyt  schludnie.  Trudno  się  dziwić  inżynierom  z 

miasta,  że  potraktowali  go  niepoważnie.  Przybysze  z  Kopenhagi  i  Sztokholmu  marszczyli 

nosy na widok zarośniętego mężczyzny w połatanym ubraniu, który sprawiał wrażenie, jakby 

od kilku lat nie golił się ani nie ścinał włosów. Kiedy zaczął ich ostro pouczać, gdzie powinna 

przebiegać  granica,  kazali  mu  znaleźć  sobie  inne  miejsce  na  odpoczynek.  Może  nie 

uczyniliby tego, gdyby wiedzieli, że znaleźli się twarzą w twarz z najsłynniejszym szamanem 

background image

w całej Laponii. Chociaż z mieszczuchami różnie bywa. Nie wiadomo, czy w ogóle wierzyli 

w takie rzeczy. 

- Wzywałeś mnie! - Heikki spojrzał na Reijo. 

Na północy nie krążyli posłańcy, więc do Heikkiego nie mógł dotrzeć żaden człowiek 

z nowiną, ale to nie było potrzebne. 

Wystarczyło, że Reijo bardzo tego pragnął. 

- Owszem - odparł Reijo. - Nie podoba mi się bowiem to, co się tu ostatnio dzieje. Na 

tych, których kocham, spadają nieszczęścia. Myślę, że mógłbyś mi pomóc. 

Heikki  skinął  głową  i  kołysząc  swym  wychudzonym  ciałem,  z  przejęciem  nabijał 

fajkę. 

- Zauważyłeś, Reijo, że wokół chaty są skoncentrowane siły? - zapytał. 

- Chronią? 

-  W  pewnym  stopniu  tak  -  potwierdził  Heikki.  -  Ale  ona  sama,  przyjacielu,  tu  nie 

dociera. 

- Ona? - zapytał Reijo, bacznie nastawiając uszu. - O kim mówisz? W oczach starego 

pojawił się błysk. 

-  Myślę,  że  doskonale  wiesz,  o  kim  mówię,  Reijo  Kesaniemi.  Ona  chce  kogoś 

ochronić,  ale  sama  nie  może.  Wybrała  więc  kogoś  innego,  tylko  że  to  nie  wystarczy.  Może 

właśnie dlatego tak mnie tu do was ciągnęło? 

- Kto to robi? 

- Mężczyzna. Mści się z powodu kobiety, młodej kobiety. Wyraźnie  czuję nienawiść 

do kobiety, a może nawet do dwóch. Do ciebie, Reijo, nie. Jest w to zamieszany jeszcze jakiś 

mężczyzna... Za dużo ludzi, trudno coś zrozumieć. 

-  Przecież  jesteś  szamanem  -  powiedział  Reijo,  podając  Heikkiemu  szklaneczkę 

wódki. - Myślałem, że wszystko mi wyjaśnisz. 

-  To  nie  ode  mnie  zależy.  Wiesz  o  tym,  bo  już  kiedyś  się  z  tym  zetknąłeś.  Nie 

decydujemy o tym sami. To po prostu na nas spływa. Są okresy, kiedy wykorzystywanie tych 

zdolności  przychodzi  nam  z  większą  łatwością,  ale  nic  nie  jest  dane  raz  na  zawsze.  Przykro 

mi z powodu twojej nogi - dodał, wlewając w siebie mocny bimber. 

- Mojej nogi? Heikki roześmiał się. 

- Przepraszam, przyjacielu! Przepraszam, to się jeszcze nie stało. Ale wszystko będzie 

dobrze.  Wybrała  właściwą  osobę.  Chyba  najbardziej  martwiła  się  o  ciebie,  ale  wszystko 

dobrze się skończy, Reijo. Dla ciebie oznaczać to będzie początek nowego. 

I koniec starego. 

background image

- Coś mi się zdaje, że za dużo wypiłeś - stwierdził z troską Reijo, zabierając butelkę. 

Heikki jednak nie chciał przystać na to, by ten miły wieczór zakończył się tak szybko. 

-  Zapomnij  o  tej  nodze  -  powiedział.  -  Gdzie  dziewczynka,  która  ma  sobie  z  tym 

poradzić? Może będę mógł jej pomóc. 

- Dziewczynka jest już dorosła - odpowiedział Reijo, uśmiechając się krzywo. - Jestem 

starszy, niż myślisz. Moje dzieci już są gotowe do dorosłego życia. 

- O ile wiem, to nie jest twoje dziecko - zauważył cierpko Heikki. - Miałeś na nią nie 

mniejszą ochotę niż inni, ale ktoś cię ubiegł. 

- Ale mimo wszystko stała się moim dzieckiem - upierał się Reijo. 

-  Z  doświadczenia  mi  wiadomo,  że  nie  należy  podejmować  się  ojcostwa,  o  ile  to  nie 

jest  konieczne  -  uznał  Heikki  Kataja,  najgroźniejszy  człowiek  w  Laponii.  -  Chcę  się  z  nią 

spotkać, Reijo, i to od razu. 

Maja  nie  przepadała  za  rodziną  Simona.  Szczerze  mówiąc,  nie  znosiła  jej.  Jeszcze 

kiedy  spotykała  ich  pojedynczo,  jakoś  potrafiła  się  przemóc.  Nie  cierpiała  tylko 

nieoczekiwanych  wizyt  teściowej,  która  palcem  sprawdzała,  czy  na  stole  i  pólkach  nie  ma 

kurzu.  Najwyraźniej  trudno  jej  się  było  uwolnić  od  zakorzenionej  podejrzliwości  wobec 

Finów, że są brudasami. Maja co prawda była tylko na pół Finką, ale jej teściowa mimo to nie 

dawała wiary, że potrafi zadbać o jej najdroższego syna. 

Maja  tolerowała  ojca  Simona,  chociaż  wydawał  jej  się  wyjątkowo  ograniczony.  Po 

każdej jego wizycie Maja zachodziła w głowę, po kim Simon odziedziczył bystrość umysłu. 

Narastało  w  niej  podejrzenie,  że  teściowa  miała  jakiś  romans  na  boku,  bo  pozostali 

potomkowie  Bakkenów  wypisz  wymaluj  przypominali  ojca.  Tępi,  służalczy  wobec  tych, 

którzy  mieli  władzę,  zmienni,  łatwo  potępiali  innych.  Zawsze  ustawiali  się  z  wiatrem. 

Trzymali stronę tych, z którymi warto było trzymać. 

Maja  nie  znosiła  takiej  obłudy.  Dlatego  też  kiedy  Simon  oznajmił  jej,  że  zaprosił  na 

obiad swoje siostry z mężami, zwróciła się o pomoc do Idy. 

-  Sama  nie  wytrzymam  z  tą  zgrają  -  oznajmiła.  -  Musisz  przyjść.  Muszę  mieć  przy 

sobie przynajmniej jedną rozsądną osobę, bo gotowa jestem uczynić coś głupiego. A nie chcę 

robić Simonowi przykrości. 

Ida nie zawiodła. 

Beret  i  Olaves  oraz  Elina  z  Johannesem  zjawili  się  punktualnie.  Simon  kierował  się 

szlachetnymi  pobudkami,  ale  to  rodzinne  spotkanie  z  góry  było  skazane  na  niepowodzenie. 

Po prostu brakowało im wspólnych tematów. 

background image

Bracia, których poślubiły siostry Simona, byli małomówni. Maja często czuła na sobie 

ich  spojrzenia,  ale  ilekroć  się  odwróciła,  uciekali  wzrokiem.  Beret  i  Elina  nie  przepadały  za 

nią, o czym Maja dobrze wiedziała. Obie siostry łączyła silna więź, tak że Maja, nawet gdyby 

bardzo  się  starała,  nie  zostałaby  dopuszczona  do  ich  spraw.  Tak  naprawdę  wcale  jej  na  tym 

nie zależało, co w oczach szwagierek stawiało ją jeszcze w gorszym świetle. 

Przy  stole  panowała  napięta  atmosfera,  chociaż  gospodarze  przygotowali  bardzo 

wykwintny poczęstunek. Nieczęsto tu we wsi stawiano na stole równocześnie mięso z renifera 

i ryby. Ale siostry Simona przyjęły to z udawaną obojętnością. 

Nawet Ida, która potrafiła wprowadzić zawsze pogodny nastrój, nie zdołała rozruszać 

gości. 

Maja,  widząc  to,  zrezygnowała  i  zamknęła  się  w  sobie.  Nawet  wówczas,  gdy  Beret 

zapytała ją o coś, a ona nie wiedziała, o co jej chodzi, nie wzięła się w garść. Nie zareagowała 

też  na  ostrzegawcze  spojrzenie,  jakie  posłał  jej  Simon.  Po  prostu  nie  mogła  znieść  tego  to-

warzystwa, choć wiedziała, że to jego krewni. 

Zanosiło  się  na  to,  że  rodzina  Simona  jeszcze  bardziej  ją  odsunie.  Sytuację  uratował 

odgłos kroków za oknem i znajome pukanie do drzwi. Do środka wszedł Reijo, a wraz z nim 

wychudzony  mężczyzna  w  starych  skórzanych  spodniach  i  samodziałowej  koszuli,  na  którą 

założył  wełnianą  kurtkę,  połataną  w  tylu  miejscach,  że  trudno  było  określić  jej  pierwotny 

kolor. Od czasu, kiedy Maja widziała go ostatnio, przybyło mu zmarszczek na obliczu. 

Rozłożył  ręce,  a  ona  dała  się  wyściskać.  Już  w  chwili,  kiedy  go  ujrzała,  wiedziała 

natychmiast, że wiele ich łączy. 

Ida zmarszczyła nos, ale dała się ucałować Finowi. 

- Twoja córka jest piękna - powiedział Heikki do Reijo. - A ta odziedziczyła po matce 

więcej, niż przypuszcza. 

Heikki  przeszył  Maję  wzrokiem.  Próbowała  zasłonić  przed  nim  swoje  serce,  ale  pod 

tym względem nikt nie dorównywał mu zdolnościami, które wykorzystywał wszak przez całe 

swoje życie. 

Maja nie potrafiła kierować siłami, jakie wyczuwała w sobie, ale przyjmowała, że to 

właśnie stanowi jej największą moc. 

Uśmiechnęła się ostrożnie do Heikkiego i patrząc w jego bystre oczy, zrozumiała, że 

przed nim niczego nie ukryje. Równocześnie nie wątpiła ani przez chwilę, że jej nie zdradzi. 

Reijo wyjaśnił trzymającemu się na uboczu Simonowi, że Heikki jest bliskim przyjacielem. 

-  Łatwo  to  poznać  -  skwitowała  z  przekąsem  jedna  z  sióstr  Simona,  ale  Maja 

postanowiła nie wnikać, która szwagierka jest taka złośliwa. 

background image

Początkowa  niechęć  Simona  rychło  ustąpiła,  bo  gość  okazał  się  bardzo  miły  w 

obejściu.  Mówił  mieszanką  szwedzkiego,  fińskiego  i  norweskiego,  który  brzmiał  dość 

zrozumiale.  Był  prawdziwym  gawędziarzem  i  wnet  udało  mu  się  wciągnąć  do  rozmowy 

wszystkich. 

Nawet Olaves i Johannes wtrącili parę słów. 

Wszyscy słyszeli o Heikkim Katai, ale upłynął jakiś czas, nim się zorientowali, że to 

on we własnej osobie siedzi wśród nich. 

Krążyło o nim tyle opowieści, legend niemal, że łatwo go było sobie wyobrazić jako 

kogoś  o  ponadludzkich  cechach.  Kogoś,  kto  unosi  się  nad  bezkresną  równiną  i  przypomina 

samego diabła. 

Opowiadano historię o młodej dziewczynie, która przyszła do niego i poprosiła, by jej 

ukochanego spotkała kara za to, że porzucił ją dla innej. Heikki podobno zapytał, czy chce, by 

na niego zesłać chorobę, czy śmierć. 

Dziewczyna, która była dość porywcza i mściwa, odpowiedziała: śmierć. 

We wsi, gdzie mieszkał ów niewierny zalotnik, ludzie źle spali tej nocy. Rozszalała się 

straszna  burza.  Wicher  wiał  ze  szczególną  mocą  koło  kościoła,  tak  jakby  tysiące  diabłów 

tłukło  się  na  śmierć  i  życie.  Podobno  słychać  było  krzyki,  jakiś  człowiek  błagał  o  pomoc. 

Ktoś widział krążące w powietrzu kruki. 

Dziewczyna,  która  pochodziła  z  sąsiedniej  wioski,  obudziła  się  następnego  ranka  z 

wyrzutami sumienia. Widocznie nie była taka kryształowo czysta i ukochany rzucił ją nie bez 

powodu. Przybiegła boso do Heikkiego, który spał na strychu, i zapukała. 

Ten otworzył jej zmęczony. 

- Bardzo żałuję - powiedziała dziewczyna. - Zapomnij, o co cię prosiłam. Nie chcę, by 

mojemu ukochanemu coś się stało. 

Heikki Kataja popatrzył na nią przeciągle, a zamykając drzwi, oznajmił: 

-  Za  późno.  Ukochany  tymczasem  zaginął  i  nikt  go  już  więcej  nie  widział.  Podobno 

następnego  dnia  ktoś  znalazł  na  pobliskim  cmentarzu  jego  ubranie  poszarpane  na  strzępy. 

Heikki jednak nigdy nie odezwał się słowem na ten temat. 

Ale  siedzący  przy  stole  znali  tę  opowieść,  powtarzaną  z  ust  do  ust  w  całej  Laponii  i 

dalej aż w Ruiji. 

-  Czy  jesteś  jasnowidzem?  -  zapytał  Olaves  wprost.  Od  dłuższego  czasu  widać  było, 

ż

e się nad czymś mocno zastanawia, obserwując ukradkiem człowieka, o którym tyle słyszał. 

- Tak samo jak ty - odparł Heikki. - No, może umiem trochę więcej. 

- A potrafisz powiedzieć, co się stało z ludźmi, którzy zaginęli? 

background image

- To zależy. - Heikki zmrużył oczy. - Nie zawsze, ale bardzo często. 

Ida ruchem warg przekazała Mai bezgłośnie: Su - san - na. 

Młodsza siostra Olavesa i Johannesa miała opinię latawicy. Przed trzema czy czterema 

laty w porze jarmarku zaginęła. Powiadano, że uciekła z jakimś mężczyzną. Uciekła od biedy 

w chałupie. 

Ale jej bracia nie chcieli w to uwierzyć. Twierdzili, że coś się jej musiało stać. 

Wszyscy na ogół starają się myśleć jak najlepiej o swoich bliskich. 

Olaves  opowiedział  Heikkiemu  o  młodszej  siostrze,  która  tak  nieoczekiwanie 

zniknęła. 

Heikki popatrzył na niego, na Johannesa, wreszcie zatrzymał wzrok na Simonie. 

- Myślę, że ona nadal tu jest - rzekł. Olaves zacisnął pięści, aż pobielały mu kostki. 

- Ona nie żyje - ciągnął Heikki łagodnie. - Jest w walącym się budynku. Znajdziecie ją 

tam. Wiecie, gdzie - dokończył, patrząc na braci. 

Nawet  Maja  wiedziała,  i  nie  dlatego  bynajmniej,  że  odezwały  się  w  niej 

nadprzyrodzone  zdolności,  lecz  dlatego,  że  cała  wieś  znała  starą  oborę,  którą  ojciec  braci 

zamierzał  zburzyć,  odkąd  wszyscy  sięgali  pamięcią.  Obora  była  starsza  od  większości 

zebranych  i  sądząc  po  jej  stanie,  postawiona  została  przez  pierwszych  osadników  po  tej 

stronie  fiordu.  Od  lat  wszystkie  dzieciaki  z  okolicy  bawiły  się  tam  w  duchy.  Podłogi  zbu-

twiały, a ściany w każdej chwili groziły zawaleniem. Stary ojciec tłumaczył, że nie zamierza 

ryzykować życia dla obory, która sama się zawali. 

Olaves  i  Johannes  poderwali  się  na  równe  nogi.  Ich  żony  pobladły  i  starały  się  ich 

zatrzymać,  przekonując,  że  zaraz  zapadną  całkowite  ciemności  i  nie  warto  rozpoczynać 

poszukiwań. 

- Dziś wieczorem jest już za późno - potwierdził Heikki. 

Ale  oni  nie  dali  się  zatrzymać.  Nie  podziękowawszy  za  gościnę,  wybiegli  z  chaty. 

Maja,  która  wcale  nie  spodziewała  się,  że  usłyszy  z  ich  ust  choćby  skromne  dziękuję,  teraz 

gotowa im była wybaczyć. Nawet Reijo wyglądał tak, jakby miał ochotę pójść za nimi. 

- Potrzebna im pomoc w poszukiwaniach - zadecydował Simon, a Reijo skinął głową, 

wdzięczny, że może się wymknąć pod tak szlachetnym pozorem. 

- Pozwól im, Maju - rzekł Heikki. - Muszą tam iść. Rozumiesz? 

Ida  także  przebierała  nogami.  Chwyciła  szal  Mai  i  pokręciwszy  się  nerwowo, 

oznajmiła, że i ona musi zobaczyć. 

Maja miała zastrzeżenia. Uważała, że jest zbyt późno, że to niebezpieczne. 

- On może gdzieś czatować, wiesz, o kim mówię. 

background image

- Pozwól jej pójść! Nikt jej nie skrzywdzi - wtrącił Heikki spokojnym głosem. 

Ida nie dawała się prosić dwa razy. 

- Ten, którego się obawiasz, nie zrobi ci więcej nic złego - dodał Heikki. 

- Reijo ci opowiedział? - Maja rozszerzyła oczy ze zdumienia. 

-  Trochę  -  przyznał  Heikki.  -  A  resztę  sam  zobaczyłem.  On  jest  teraz  zajęty,  nie 

skrzywdzi  ani  Idy,  ani  ciebie,  Maju.  Masz  w  sobie  moc,  ale  jeszcze  nie  wystarczającą  - 

uśmiechnął się ciepło Heikki. - Siedziałaś dziś wieczór przy jednym stole z tym człowiekiem i 

go  nie  rozpoznałaś.  A  ja  wyczułem  go  natychmiast,  gdy  tylko  przekroczyłem  próg  chaty.  I 

zorientowałem się, co się dzieje. 

Maja, pobladłszy, opadła na ławę. 

-  Był  tutaj?  -  zapytała  z  niedowierzaniem.  -  Przecież  zaprosiłam  tylko  najbliższych: 

ciebie, Reijo, Olavesa, Johannnesa, Simona. Samą rodzinę... Głos jej zamarł. 

-  Właśnie  -  potwierdził  Heikki.  -  Samą  rodzinę.  Nie  masz  pojęcia,  jak  wiele  zła 

ujawnia się właśnie w rodzinie. 

Przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, wreszcie oznajmiła: 

- Nie mogę tu siedzieć, nic nie wiedząc. Próbował ją powstrzymać, ale Maja, mimo że 

drobna  i  wiotka,  była  dość  silna.  I  choć  Heikki  Kataja  uchodził  za  najgroźniejszego 

mężczyznę  w  całej  Laponii,  nie  zdołał  zatrzymać  córki  Raiji,  która  wyrwała  mu  się  i  nie 

pamiętając o tym, by narzucić na siebie ciepłe ubranie, pobiegła za innymi. 

background image

13 

Reijo i Simon ruszyli pospiesznym krokiem, niemal biegnąc. 

- Dlaczego on mi się tak przyglądał? - zagadnął Simon. Widać było, że nie daje mu to 

spokoju. - Patrzył na mnie tak, jakby chciał się o czymś przekonać. 

Reijo także zauważył badawcze spojrzenie Heikkiego skierowane na Simona. 

-  Wolałbym,  żebyś  wiedział  -  odpowiedział  chłopakowi.  -  Bo  jeżeli  coś  taisz  i 

narażasz Maję... 

-  Nie  wiem  -  zapewnił Simon  szczerze.  Grzebał w  pamięci,  ale  niczego  nie  mógł  się 

doszukać.  -  Niewiele  pamiętam  z  tamtego  okresu,  zanim  mnie  wzięli  do  więzienia  -  dodał 

zrezygnowany. - Późniejsze zdarzenia zupełnie zatarły większość wspomnień... 

- Mam nadzieję, że nic nie ukrywasz - rzucił Reijo, patrząc na niego surowo. - Lubię 

cię,  Simonie.  Na  miły  Bóg,  lubię,  i  nie  chciałbym  się  na  tobie  zawieść.  Maja  ciebie 

potrzebuje. Potrzebuje kogoś silnego, mocno stąpającego po ziemi... 

-  Maja  zawsze  miała  oparcie  w  tobie  -  sprzeciwił  się  Simon.  -  Ty  byłeś  jej  ojcem  i 

matką. Prawda, że Maja potrzebuje kogoś, ale czy ja jestem tym kimś? Chyba jednak nie. 

-  Kiedy  to  wszystko  się  skończy,  porozmawiam  z  Mają  -  przerwał  mu  Reijo.  - 

Zaryzykuj, Simonie! 

Odważ się postawić na życie u jej boku! Przecież będziecie mieli dziecko. 

Simon uśmiechnął się lekko. 

- Ciągle sobie powtarzam, że wszystko się ułoży, gdy na świat przyjdzie dziecko. Ale 

nie do końca w to wierzę. 

- Macie... złoto. 

Simon zwolnił nieco i wcisnął do kieszeni zaciśnięte pięści. 

- Tak, Reijo, złoto wszystko ułatwia, ale równocześnie komplikuje. Maja snuje swoje 

marzenia, choć nie wypowiada ich na głos, a ja mam swoje. 

- Jakie są te twoje marzenia? 

-  Chciałbym  osiąść  tu  na  stałe,  nad  rodzimym  fiordem,  wśród  znajomych  szczytów. 

Dokupić więcej ziemi, postawić solidny dom dla niej i dziecka. Hodować zwierzęta. 

- A łódź? Simon pokręcił głową. 

- Życie rybaka to nie dla mnie. 

-  A  o  czym  marzy  Maja?  Simon  zapatrzył  się  w  dal.  Na  tle  ciemniejącego  nieba  w 

zmierzchu wiosennego wieczoru odbijały się nagie brzozy i wierzby. 

background image

- Maja chce wyjechać do Malselv. Potrafisz to zrozumieć? Ubzdurała sobie, że czeka 

ją tam rajskie życie. 

-  Ucieczka  -  wycedził  Reijo.  -  Chce  wyjechać,  żeby  uciec  od  wszystkich  kłopotów. 

Trudno jej się dziwić. Raija też ciągle uciekała. 

Reijo  zamilkł,  ale  po  jego  twarzy  i  zamaszystych  krokach  Simon  poznawał,  że  jest 

wściekły. 

- Porozmawiam z Mają - powtórzył Reijo. - Moim zdaniem twoje marzenia są o wiele 

bardziej  realne.  Co  prawda  ziemię  moglibyście  kupić  i  tam  na  zachodzie,  ale  musielibyście 

zaczynać  wszystko  od  podstaw.  Tu  już  coś  macie.  I  chociaż  Maja  nigdy  specjalnie  nie 

trzymała z mieszkańcami osady, ma tu dom. Nie może od tego  wszystkiego uciec. Ty także 

masz tu swoją rodzinę. Ważne, żeby mieć gdzieś korzenie. 

-  Maja  ich  nie  ma  -  odpowiedział  Simon  cicho.  Reijo  był  tego  świadomy.  Maja  nie 

należała do żadnego miejsca, tak samo jak Raija. 

I pod tym względem los Raiji kładł się cieniem na życie Mai. 

-  Myślę,  że  i  tym  razem  rozsądek  weźmie  w  niej  górę  -  rzekł  Reijo.  -  To  mądra 

dziewczyna. 

- Czy ten Heikki przybył tak sam z siebie? Reijo wyczuł drżenie w głosie Simona. 

- Maja nie miała z tym nic wspólnego - zapewnił go. - To ja posłałem po niego. 

Simon  odetchnął  z  ulgą.  Reijo  cieszył  się,  że  nie  wspomniał  chłopakowi,  w  jaki 

sposób zawiadomił Heikkiego. 

Stara drewniana obora połatana darnią, jak większość budynków tego rodzaju, stała tu 

chyba od 1710 roku, jeśli nie dłużej. Reijo pamiętał ją jeszcze z czasów swojego dzieciństwa. 

Już  wtedy  było  to  intrygujące  miejsce.  Dzieciaki  wymyślały  o  nim  mrożące  krew  w  żyłach 

historie, wyobrażając sobie, że to siedziba złych mocy. 

Tu  zamieszkiwał  Bola,  śmiertelnie  niebezpieczny  potwór,  którego  każde  dziecko 

wyobrażało sobie po swojemu. 

W przekonaniu Reijo Bola miał ogromne świecące oczy, był rozczochrany i kościstym 

palcem groził nieposłusznym dzieciom. 

Kolejne pokolenia rodziców straszyły Bolą swoje dzieci. 

Gdy  byli  mali,  szerokim  łukiem  omijali  miejsca,  gdzie  -  w  ich  przekonaniu  -  się 

ukrywał. A kiedy dojrzałość wygoniła z ich - serc wszystkie strachy dzieciństwa, i tak się od 

niego  nie  uwolnili.  Podtrzymywali  go  przy  życiu  dla  swoich  dzieci.  Gdy  dziecko  było 

nieposłuszne, straszono je Bolą. 

„Jak będziesz niegrzeczny, przyjdzie Bola i cię zabierze!” 

background image

- Siedlisko strachów - odezwał się Simon z krzywym uśmiechem. - O mój Boże, jak 

myśmy się bali tej rudery, kiedy byliśmy mali. 

Reijo poklepał młodzieńca w ramię: 

- Wszyscy widzieliśmy tam Bolę, chłopcze. Ale to przecież tylko zwykła obora. 

Między dwoma szczytami rozciągała się otwarta równa przestrzeń. Rzeka zakręcała w 

stronę  fiordu,  a  jej  brzegi  pokrywał  piasek.  Dalej  w  dole  ciągnęła  się  osada.  Brzozy  i  sosny 

wyrastały  u  stóp  szczytów,  okalały  brzegi  rzeki,  korzeniami  wnikając  w  glebę  w 

poszukiwaniu wody. 

Skały  często  zatrzymywały  deszcz  i  było  tu  bardzo  sucho.  Rośliny  musiały  szukać 

pożywienia głęboko, musiały być oszczędne, jak tutejsi ludzie. 

Na  cyplu  wcinającym  się  w  rzekę  stały  zabudowania  należące  do  rodziny  Olavesa  i 

Johannesa.  W  ich  domu  nigdy  nie  panował  dostatek.  Kawałek  ziemi  nie  mógł  utrzymać 

licznej  rodziny.  Bo  chociaż  pięcioro  dzieci  spoczywało  na  Karnes,  w  chałupie  i  tak  jeszcze 

pozostało siedem gąb do wyżywienia. 

Nie licząc Susanny, z którą nie wiadomo, co się stało. 

Oczywiście  z  czasem,  gdy  dzieci  dorosły,  przybyło  rąk  do  pracy.  Ale  podzielona  na 

spłachetki ziemia, wyjałowiona przez lata, wcale nie rodziła więcej. 

Nadeszli  bracia  z  lampami,  a  kiedy  zauważyli  Reijo  z  Simonem,  zatrzymali  się  przy 

wejściu do obory. 

- Nie potrzebujemy tu obcych - rzucił wrogo Olaves. - A już najmniej was. 

-  Przecież  jestem  waszym  szwagrem  -  odpowiedział  Simon.  -  Chętnie  wam  pomogę. 

Przeszukiwanie tej walącej się obory może być niebezpieczne. 

- To wracaj do siebie i przeszukuj własną, Simonie Bakken! - odpowiedział Johannes. 

- Jest trochę mniej zrujnowana. 

-  Przeklęta  zawiść  -  syknął  Simon  przez  zęby.  -  Kole  ich  w  oczy  wszystko,  co  mają 

inni. Tak jakbyśmy im coś z Mają ukradli! 

-  Niektórzy  już  tacy  są  -  odparł  cicho  Reijo  i  zwracając  się  do  braci,  rzucił 

pojednawczo:  -  Pożyczymy  lampy  od  waszego  ojca.  Znam  się  z  nim  od  dawna.  Jest  zbyt 

chory, żeby wziąć udział w poszukiwaniach, więc chyba wolno mi będzie mu trochę pomóc. 

Zresztą przyda się każda para rąk, bo zaraz zrobi się zupełnie ciemno... 

Reijo  ruszył  w  stronę  poszarzałej  chałupy,  pozostawiając  trochę  niepewnego  i 

bezradnego  Simona  w  towarzystwie  szwagrów.  Olaves  i  Johannes  popatrzyli  na  niego 

nieprzeniknionym wzrokiem, po czym otworzyli wrota i nie zamykając ich za sobą, weszli do 

obory. 

background image

Simon, nie zastanawiając się długo, ruszył za nimi. 

Smród,  jaki  uderzył  go  w  nozdrza,  omal  nie  zbił  go  z  nóg.  Przez  szpary  co  prawda 

wiał wiatr, a i wrota pozostały otwarte na oścież, ale nie na wiele się to zdało. 

Simon przystanął na moment, żeby przyzwyczaić wzrok do ciemności. 

Z dzieciństwa pamiętał, że ta obora była podpiwniczona. Na dół zrzucano gnój. 

Sądząc po panującym tu smrodzie, przez wiele lat nikt nie opróżniał zbiornika. Teraz 

wraz  z  cieplejszymi  podmuchami  wiosny  gnojówka  zapewne  częściowo  odmarzła,  o  ile  w 

ogóle kiedykolwiek zamarzała. 

Simon wykrzywił się z powątpiewaniem. 

Zgromadzony  w  piwnicy  gnój  przeżerał  deski  podłogowe.  Przypomniał  sobie  ten 

dreszcz emocji, kiedy jako wyrostki wchodzili na już wtedy spróchniałą podłogę, trzeszczącą 

i uginającą się pod ich ciężarem. 

Nad głową usłyszał odgłos kroków i zauważył migoczące światła lamp. 

Olaves  i  Johannes,  obznajomieni  z  otoczeniem,  weszli  na  górę,  na  strych,  gdzie 

składowano siano, i stąpając ostrożnie, rozglądali się wokół. 

Tam  na  górze  było  chyba  trochę  bezpieczniej,  ale  skoro  zgłosił  swoją  pomoc,  musi 

przecież coś zrobić. 

Dobry Boże, gdzie tu szukać? 

Oswoiwszy  się  z  ciemnością,  prześliznął  się  spojrzeniem  po  odgrodzonych  boksach 

dla  zwierząt.  Porozrzucane  zardzewiałe  narzędzia  leżały  po  kątach  obok  beczek,  które 

zdawały się podtrzymywać ściany. 

Susanna tutaj? 

Nie  wierzył  w  to.  Niech  nazywają  Heikkiego  Kataję,  kim  tylko  chcą.  Tym  razem 

jednak  musiał  się  pomylić.  Susanna  na  pewno  uciekła  z  jakimś  nieznajomym,  który  obiecał 

jej  złote  góry.  Była  porywcza  i  naiwna.  Pamiętał,  że  łatwo  ją  było  oszukać.  Nie  on  jeden 

zaciągnął ją na siano i uwiódł, jak by to można określić. Nie przypominał sobie szczegółów, 

więc pewnie na tym jednym razie poprzestał. 

Czy to grzech? Trudno powiedzieć. Wielu rzeczy nie pamiętał dokładnie. 

A  jeśli  postanowiła  z  sobą  skończyć?  Nie,  nie  wybrałaby  własnej  obory!  Nie 

powiesiłaby się przecież na rzemieniu na strychu, gdzie składowano siano! 

Susanna  nie  należała  do  tego  typu  ludzi,  którzy  odbierają  sobie  życie.  Nie  wpadłaby 

na to, pomyślał nie bez złośliwości. Bo myślenie nie było jej mocną stroną. 

- Znalazłeś Susannę, Simon? - usłyszał z góry głos Olavesa. 

- Wydaje mi się, że Heikki się pomylił. 

background image

- Wątpię, jest jasnowidzem. Umilkł. Simon odważył się postawić kilka kroków. Uznał, 

ż

e  bezpieczniej  będzie  posuwać  się  wzdłuż  ściany,  ale  ponieważ  leżało  tam  tyle  rupieci, 

musiał stąpnąć na niepewny grunt, w dosłownym tego słowa znaczeniu. 

- Pamiętasz Susannę, Simon? - odezwał się głos z góry. - Powiedz, pamiętasz ją? 

Simon  zatrzymał  się,  popatrzył  w  górę,  ale  zobaczył  tylko  śliskie  deski  i  dwa 

poruszające się świecące kółka. 

- Pewnie, że pamiętam - odparł zirytowany. Znów postąpił kilka kroków. Słyszał, jak 

podłoga trzeszczy pod nim niebezpiecznie. Był zdecydowanie cięższy niż jego szwagrowie i 

to, że podłoga nie złamała się pod nimi, nie oznaczało wcale, że i jego utrzyma. 

Odważył  się  postawić  kolejne  kroki.  Zmierzał  w  stronę  drabinki  prowadzącej  na 

strych, mimo że rozsądek mówił mu, że nawet jeśli Susanna gdzieś tu jest, to na pewno nie na 

strychu. 

Przecież tam nie było żadnego schowka. 

Dzieciaki ze wsi bawiły się na strychu przez te wszystkie lata i gdyby była, musiałyby 

ją znaleźć. 

Ale skoro Olaves i Johannes postanowili tam szukać... 

Przy drzwiach błysnęło drżące światełko. 

-  Simon,  ta  podłoga  jest  niebezpieczna  -  usłyszał  głos  Reijo.  -  Stary  też  tak  mówi. 

Lepiej  nie  wchodzić  na  środek,  ale  przesuwać  się  pod  ścianą.  Co  robisz?  Zwariowałeś, 

chłopcze? 

Simon  odważył  się  na  skok,  bo  wydawało  mu  się,  że  stoi  na  belce  nośnej.  Miał 

nadzieję,  że  jest  ona  trochę  mocniejsza  niż  pozostałe  deski.  Ocenił  odległość  do  drabinki. 

Kiedyś mu się to udawało. 

Odwaga, jakiej nabył w więzieniu, teraz mu się przydała. Wiara, że to, co niemożliwe, 

może  być  w  zasięgu.  Diabelna  pewność  siebie,  którą  tak  przeklinał,  okazała  się  w  tym 

przypadku błogosławieństwem. 

Niestety,  w  miejscu,  gdzie  opadł  całym  ciężarem  ciała,  podłoga  się  załamała.  Deski, 

które przez lata przylegały do siebie, rozdzieliły się z jękiem. 

Simon zdążył w ostatniej chwili uchwycić się dolnego szczebelka drabiny. 

Od  pasa  w  dół  wisiał  w  dziurze,  która  powstała  w  podłodze,  ze  stopami  niemal 

zanurzonymi  w  płynnej  masie.  Miał  rację,  przypuszczając,  że  gnojówka  nigdy  całkiem  nie 

zamarza. 

Smród, jaki uderzył go w nozdrza, był tak nieznośny, że ledwie oddychał. Zbierało mu 

się na wymioty, ale zacisnął zęby. 

background image

Znal  dobrze  ten  smród.  Wychodki  w  więzieniu  były  równie  ohydne.  Zresztą  nie 

zawsze mogli z nich korzystać, a kiedy wielu mężczyzn przez długie tygodnie załatwia się w 

kąt ciasnej celi, to śmierdzi równie okropnie. 

Simon wyciągnął jedną rękę wysoko w górę. 

Pod  palcami  wyczuł  drewno,  ale  kiedy  wyciągnął  się  jeszcze  mocniej,  na  ile  zdołał, 

koniuszkami  palców  dotknął  następnego  szczebla.  Modlił  się  w  duchu,  żeby  drabinka  była 

mniej spróchniała niż cała obora. 

Chwycił  się  i  przez  chwilę  trwał  w  takiej  pozycji,  póki  nie  był  pewien,  że  zdoła  się 

podciągnąć.  Jeśli  uda  mu  się  sięgnąć  do  kolejnych  szczebelków,  wydostanie  się  na  tyle,  że 

będzie mógł podeprzeć się kolanami o kant podłogi. 

Obtarł sobie dłoń i przerzucając na nią cały ciężar ciała, poczuł piekący ból. Zacisnął 

tylko mocniej zęby. Ból potrafił znieść. Odległości między szczeblami były nieznośnie duże. 

Drabinkę musiał zbijać jakiś wyjątkowo leniwy stolarz. 

Uchwycił  się  i  podciągnął  na  kolejny  szczebel.  Nadludzkim  wysiłkiem  udało  mu  się 

wyszarpnąć  nogę.  Ostre  brzegi  dziury  w  podłodze  skaleczyły  mu  kolano,  ale  on  prawie  nie 

zwrócił na to uwagi, koncentrując się na tym, by oprzeć stopę o najniższy szczebel drabinki. 

Podciągnął się cały, stanął na moment i złapał oddech. Czuł, że bolą go ramiona, ale poza tym 

nic poważniejszego mu się nie stało. 

- Wychodź stamtąd czym prędzej! - nakazał mu Reijo, który zdawał sobie sprawę, w 

jakim  niebezpieczeństwie  był  Simon.  On  sam  nie  dałby  rady  wykonać  takiej  ewolucji.  Do 

tego trzeba było gibkiego, silnego ciała. - Nie narażaj życia! Jej tu nie ma. Lepiej przesuń się 

całkiem pod ścianę... 

-  Poradzę  sobie,  Reijo,  poradzę.  Simon  zręcznie podciągnął  się  na  drabince  i  zniknął 

na strychu. 

Reijo  mógł  tylko  obserwować  go,  stojąc  w  drzwiach.  Nie  miał  odwagi  wejść  na 

spróchniałą  podłogę.  Byłoby  to  równie  niebezpieczne,  jak  stąpanie  po  pułapce  na 

niedźwiedzia. 

Przez  dziurę  w  podłodze  zauważył  gnojówkę  i  nagle  uświadomił  sobie  z 

przerażeniem, że w tej walącej się ruderze była to jedyna kryjówka. 

Zrozumiał nieprzeniknione spojrzenie Heikkiego, kiedy mówił, gdzie jest Susanna. 

Heikki wiedział także to. 

Reijo poczuł dreszcz. 

Co jeszcze wiedział Heikki? 

background image

Nad  głową usłyszał kroki Simona. Zastanawiał się, czy podłoga na  górze  jest równie 

licha. 

Nagle  za  plecami  Reijo  rozległy  się  lekkie  kroki.  Odwrócił  się  z  niepokojem  i  nim 

zdążył otworzyć usta, wprost w jego ramiona wpadła Maja. 

- O Boże - wybuchnął. - Co ty tu robisz, na dodatek bez kurtki? 

Maja  dopiero  teraz  zadrżała  z  zimna.  W  ustach  czuła  smak  krwi.  Ida  miała  na  tyle 

rozumu, żeby schować się pod dachem. Reijo nakazał Mai uczynić to samo, ale odmówiła. 

-  W  każdym  razie  nie  pozwolę  ci  tam  wejść  -  oznajmił,  skinąwszy  głową  na  otwarte 

drzwi. 

Zdjął kurtkę i zarzucił jej na ramiona. Otuliwszy dokładnie, przyciągnął ją mocno do 

siebie, żeby się ogrzała. 

- Gdzie Simon? - zapytała. Nie potrzebował odpowiadać, bo z góry doleciał jego głos. 

- Tutaj szukacie siostry? Przecież tu nawet kromkę chleba trudno schować... 

- A może ty, Simon, ją znajdziesz? Maja rozpoznała charakterystyczny głos Olavesa, 

który skrzeczał, jakby ciągle jeszcze przechodził mutację. 

- Przecież bywałeś tu na sianie razem z Susanną, prawda? 

- Wielu bywało - odpowiedział Simon w przypływie brutalnej szczerości. 

-  Nieprawda!  -  zaprzeczył  Johannes,  a  w  jego  głosie  pobrzmiewała  tłumiona 

wściekłość. 

-  Prawda,  wiecie  o  tym  równie  dobrze  jak  ja.  Susanna  podnosiła  spódnicę  na  widok 

każdego mężczyzny. 

Maja  przełknęła  ciężko  ślinę.  Przykro  jej  było  słuchać  takiego  Simona.  Znów 

wychodziła  z  niego  ta  druga,  niedobra  natura.  Z  takim  Simonem  nie  chciała  mieć  nic 

wspólnego. 

Rozległo się szuranie, coś spadło. Usłyszeli przekleństwa. 

Maja ukryła twarz na piersi Reijo i wpiła się palcami w jego ramiona. Ale zaraz znów 

skierowała wzrok na strych, który widział więcej, niż można się było spodziewać. 

-  Simon,  zejdź  stamtąd!  -  zawołała.  -  Pod  górnymi  drzwiami  jest  usypana  zaspa. 

Możesz zeskoczyć. 

Brak odpowiedzi. 

Podłoga  na  górze  uginała  się  niebezpiecznie.  Ze  strychu  dochodził  odgłos  bijatyki. 

Jęki, kopniaki, walka na pięści. I gwałtowne dyszenie. 

-  Jest  was  dwóch  na  jednego!  -  krzyknęła  Maja  zdenerwowana.  -  Puść  mnie,  Reijo! 

Pójdę tam. Muszę pójść do niego. 

background image

Reijo przytrzymał ją mocno i po cichu powiedział: 

-  Simon  potrafi  się  bić,  zna  wszystkie  sztuczki.  Nie  wiem  dokładnie,  o  co  w  tym 

wszystkim  chodzi,  ale  coś  zaczynam  podejrzewać.  Nie  pozwolę  ci  tam  pójść,  młoda  damo. 

Nic nie możesz pomóc. Simon sam musi sobie z tym poradzić. 

- Przecież oni go stłuką  na kwaśne jabłko. Na  górze zrobiło się cicho, nieprzyjemnie 

cicho. Reijo nie zwolnił uścisku. Ani na moment nie wypuszczał Mai z rąk. 

- Słyszysz tę swoją dziwkę, Simon? - zaskrzeczał zmienionym głosem Olaves. 

A potem nastąpił prawdziwy potok wściekłych przekleństw. Rzucanych z emocją słów 

bez związku nie sposób było zrozumieć, ale rozpoznali głos Simona. 

Reijo także zaklął pod nosem. 

- To ją chcieliśmy tu zwabić, szwagierku. Nie ciebie. Zamierzaliśmy się zabawić z nią 

na  sianie,  tak  jak  ty  zabawiałeś  się  z  Susanną.  Sponiewierać  ją  tak,  jak  ty  sponiewierałeś 

naszą siostrę. A przy okazji jeszcze tę drugą. 

Zarechotał znacząco. 

- Mało ci było jednej, co? Zachciało ci się dwóch córek wiedźmy. Co będzie, jak obie 

zapłodniłeś? 

- O kim on, u diabła, mówi? - wyszeptał Reijo chrapliwie. 

Maja potrząsnęła głową. 

- Nie wiem, Reijo, nie wiem! 

- Chyba nie o Idzie? Tylko nie to! - wyrzucił z siebie Reijo. - Jeśli się okaże, że tknął 

Idę, zabiję go własnymi rękoma. 

-  To  niemożliwe,  na  pewno  nic  takiego  nie  miało  miejsca  -  powiedziała  Maja, 

zadowolona z reakcji Reijo, ale pełna lęku o Simona. 

Była jakby odrętwiała. 

Dlaczego  nic  nie  mogę  zrobić,  skoro  otrzymałam  jakieś  zdolności?  myślała  tylko. 

Teraz kiedy są mi potrzebne, nie potrafię ich wykorzystać! 

Rozpaczliwie usiłowała się skoncentrować, ale nie czuła nic prócz bólu głowy. 

-  Susanna  spodziewała  się  twojego  dziecka  -  rzucił  Simonowi  jeden  z  braci.  -  Nie 

wiedziałeś,  co?  Ożeniłeś  się  z  tą  szkaradną  dziewuchą,  a  Susanna  nosiła  w  brzuchu  twoje 

dziecko! 

- Może moje, a może kogoś innego - odrzekł Simon. - Ona pewnie sama nie wiedziała 

tego dokładnie. 

Znów rozległ się trzask. Jęk bólu. 

- Reijo, czy nic nie możemy zrobić? Maja zagryzała wargi do krwi. 

background image

- Powinnaś była zostać w domu - odrzekł jej tylko. - Nie powinnaś tego wszystkiego 

słyszeć. 

-  Zostawimy  was  tu  razem  -  usłyszeli  nad  sobą  zatrważająco  spokojny  głos.  - 

Zostaniesz  tu  razem  ze  swoją  rodziną,  Simon.  Najchętniej  wrzucilibyśmy  tam  obie  twoje 

dziwki, żebyś się przekonał, jak boli strata kogoś bliskiego. Ale zadowolimy się tym... 

- Gnojówka przymarzła - odpowiedział drugi głos. 

- Johannes - wyszeptała Maja. 

Reijo skinął głową. Bracia uknuli razem ten spisek, ale prowodyrem był z pewnością 

Olaves. Johannes tylko ślepo słuchał brata. 

- To może trochę ją podgrzejemy! Śmiech, który rozległ się na górze, przyprawił Maję 

o dreszcze. 

-  Wprawdzie  to  jeszcze  nie  ta  pora  roku,  ale  ty,  Simonie,  wykąpiesz  się.  To  będzie 

twoja ostatnia kąpiel. 

Reijo i Maja spojrzeli na dziurę w podłodze, przez którą widać było brązową breję. 

- Nie! - krzyknęła Maja. - Nie! Nie! 

-  Nie  przeszkodzisz  nam  w  tym!  -  zawołał  do  niej  Olaves.  -  Nie  uda  ci  się, 

pokiereszowana gębo! Już więcej nie będziesz się z nim kotłować. Szkoda, że nie dopadliśmy 

tu ciebie. Mogłabyś nam dogodzić, tak jak dogadzałaś Simonowi. Czy czasami robiłyście mu 

dobrze we dwie, razem z siostrą? A może o niej nie wiedziałaś? 

-  Do  czarta  z  tobą!  -  warknęła  Maja.  -  Puść  Simona!  Odpowiedział  jej  tylko  głośny 

rechot. 

- Uciekaj, Maju! - usłyszała jeszcze zduszony głos męża. - Reijo, do cholery, zabierz 

ją stąd! Zaraz puszczą z dymem tę ruderę! 

Reijo,  szarpiąc  się  z  Mają,  która  nie  chciała  ruszyć  się  z  miejsca,  odciągnął  ją  od 

drzwi, zapominając w tym wszystkim zabrać lampę. 

A na strychu już słychać było trzask płomieni. Stare suche siano natychmiast zajęło się 

ogniem, a drewno, torf i spróchniała podłoga zaraz potem. 

- Sami się spalicie! - krzyczała Maja. - Simon, dołóż im i uciekaj! 

Ale wśród syku płomieni słychać było tylko śmiech. Reijo cofnął się jeszcze kawałek, 

przytrzymując ciągle Maję, która opierała się mu jak oszalała. 

- Reijo! Oni zabiją Simona! Zabiją go, do diabła! 

-  Nie  puszczę  cię,  jeśli  będziesz  próbowała  tam  pobiec  -  wysyczał  przez  zęby.  - 

Przysięgam, że gotów jestem poświęcić Simona, żeby uratować ciebie. Uspokoiła się. 

background image

-  Trzeba  ugasić  pożar  -  powiedział,  ciągle  trzymając  ją  w  żelaznym  uścisku.  - 

Potrzebna jest pomoc. 

Ciemności przeszył straszny krzyk. Zobaczyli, jak przez podłogę na górze wypadł cień 

wprost do piwnicy wypełnionej śmierdzącą mazią. Krzyk się nasilił. 

Reijo puścił Maję i ruszył biegiem do palącej się rudery. Znikając w ciemnym otworze 

drzwi, zawołał: 

- Trzeba ugasić ogień! Maju, zrób wszystko, żeby to ugasić! 

background image

14 

Reijo w ogóle się nie zastanawiał, na co się porywa. Po prostu uczynił to, co musiał. 

Nie  mógł  pozostawić  Simona  własnemu  losowi  w  płonącym,  w  każdej  chwili  grożącym 

zawaleniem budynku, bo sumienie nie dałoby mu spokoju. 

Stanął  w  deszczu  iskier,  które  zapalały  wszystko,  co  napotkały  po  drodze. 

Spojrzawszy  w  górę,  zobaczył,  że  pali  się  już  cały  dach.  Trzask  płomieni,  pochłaniających 

suche drewno, wdzierał mu się nachalnie do uszu. 

W  rozświetlonym  wnętrzu  lampa  nie  była  potrzebna.  Posuwając  się  wzdłuż  ściany, 

Reijo rozglądał się desperacko za czymś, co pomogłoby wydostać się Simonowi. 

Wiele by dal, żeby mieć teraz przy sobie linę. 

-  Uciekaj,  Reijo!  -  doleciał,  z  dołu  głos  Simona.  Chłopak,  zanurzony  do  ramion  w 

brązowej mazi, walczył, żeby utrzymać się na powierzchni. 

- Trzymaj się! - odkrzyknął mu Reijo. - Trzymaj się, Simon! Spróbuj przesunąć się w 

bok, może tam dalej jest lód. 

- Tu nie ma - odpowiedział Simon. Reijo z rozpaczą spojrzał na przeciwległą ścianę, o 

którą  ktoś  oparł  kilka  par  grabi  osadzonych  w  dość  długich  drzewcach.  Ale  Simon  był  za 

daleko... Gdyby udało się mu przesunąć trochę bliżej... 

- Spróbuj podpłynąć tam - pokazał ręką, ale zaraz odruchowo uczepił się ściany, gdyż 

podłoga ugięła się pod nim niebezpiecznie. Simon zrozumiał. 

- Spróbuję! - zawołał, kierując się w kierunku wskazanym przez Reijo. Zdawał sobie 

sprawę, że stawką jest jego życie. 

Ś

ciany  z  wolna  trawił  ogień  i  gdzieniegdzie  już  prześwitywało  przez  nie  wieczorne 

niebo.  Konstrukcja  budynku  w  każdej  chwili  groziła  zawaleniem.  Reijo miał  tylko  nadzieję, 

ż

e Simon nie patrzy w górę. 

Muszą sobie sami poradzić! 

- Nikt nie może tu uratować mi życia, Raiju - mruknął pod nosem z goryczą. - Nawet 

Maja. Muszę sobie sam poradzić. Sam. 

Przemykając się pod ścianą, zauważył zagrody dla zwierząt, które musiał pokonać, by 

dotrzeć  do  grabi.  Śmiertelnie  się  lękał,  że  zajmą  się  ogniem,  zanim  zdoła  się  do  nich 

przedrzeć. 

Nagle  z  góry  doleciał  przeraźliwy  wrzask.  Ogarnięta  płomieniami  postać  miotała  się 

bezsilnie po strychu, a właściwie po jego pozostałości. 

background image

Drugi chłopak nakrył ciałem palącego się brata, próbując go ugasić, ale ogień tylko się 

wzmógł.  Zawodząc  straszliwie,  zamieniony  w  żywą  pochodnię  nieszczęśnik  wypadł  przez 

otwór w ścianie. 

Reijo jeszcze nigdy nie słyszał tak nieludzkiego krzyku. Przełykając ciężko ślinę, stał 

bez  ruchu,  nie  mogąc  oderwać  oczu  od  ciemnej  sylwetki  Olavesa  odcinającej  się  na  tle 

płomieni. Nie wyglądał  na przestraszonego, przeciwnie - na jego widocznej z daleka twarzy 

malowała się ekstaza. 

- Jesteś tam, Simon? - zawołał Olaves. - Żyjesz jeszcze? 

Podłoga zasłaniała mu widok. Nie widział z góry Simona, który brnął w  śmierdzącej 

gnojówce, próbując ratować swoje życie. Nie wyrzucany od kilku lat obornik pod wpływem 

gorąca roztapiał się coraz bardziej. 

-  Wyskakuj,  Olaves!  -  krzyknął  Reijo.  -  Zginiesz  tam!  Nie  wytrzymał.  Nienawidził 

tego szaleńca, ale przecież był człowiekiem. 

-  I  co  z  tego!  Wezmę  ze  sobą  Simona!  Nie  zjawię  się  u  Susanny  z  pustymi  rękoma. 

Zdaje się, że i ty wybierzesz się z nami na tamten świat! 

Olaves stracił rozum, rozmowa z nim była stratą czasu, a na to Reijo nie mógł sobie 

pozwolić. Zresztą nie czuł się za niego odpowiedzialny. 

Nie tracąc z oczu gribi, posuwał się naprzód. Zamiast stąpać, lepiej byłoby pełznąć na 

brzuchu, bo wówczas ciężar ciała rozłożyłby się na większą powierzchnię. Ale to by za długo 

trwało! 

Simon  podpłynął  bliżej  ściany.  Reijo  co  chwila  patrzył  w  jego  stronę,  jakby  się 

upewniał, czy jest jeszcze nadzieja. 

Zacisnął szczęki, z trudem znosił gorąco. Miał wrażenie, że pod skórą na twarzy krew 

mu buzuje. 

Pomyślał o Mai, o jej nie narodzonym dziecku. Nie dopuści do tego, żeby przyszło na 

ś

wiat jako sierota. 

Dalej, dalej. 

Każdy  centymetr  był  okupiony  ogromnym  wysiłkiem.  Część  ściany,  przy  której  się 

przesuwał i w którą chwilami musiał się mocno wczepiać, zajęła się ogniem. 

Nie wolno mu się tym przejmować! Musi iść dalej! 

Stąpał bosymi stopami po rozżarzonej podłodze, bo w kumagach wypaliły się dziury. 

Dalej, byle dalej. Nie może odwrócić uwagi od celu! 

Zdawało  mu  się,  że  z  zewnątrz  dobiegają  głosy  kobiet.  Wśród  trzasków  i  syku 

płomieni usłyszał jakiś krzyk. 

background image

Niczego  jednak  nie  był  pewien,  poza  tym  że  obory  nic  już  nie  uratuje.  Dla  Simona 

ciągle jeszcze istniała nadzieja na ratunek. I dla niego też. 

Dalej. 

-  Uciekaj,  Kwenie,  uciekaj  stąd!  -  usłyszał  histeryczny  krzyk  Olavesa.  -  Nie  mieszaj 

się do tego! Nie ciebie chcę zabrać ze sobą! Uciekaj stąd, do diabła! Zostaw go! On jest mój... 

nasz... Należy do Susanny i trafi do niej. Ona tego chce! 

Simon  nadal  utrzymywał  ramiona  nad  powierzchnią  mazi.  Nagle  z  góry,  dosłownie 

kilkanaście centymetrów od niego, spadła płonąca belka. Z sykiem runęła w breję, zakołysała 

się na moment i zatopiła z bulgotem. 

Wtedy Olavesowi nasunął się pewien pomysł. Gołymi rękami odrywał płonące belki i 

ciskał nimi w Simona i Reijo, nie przejmując się zbytnio, którego trafi. 

Reijo  spojrzał  na  swoje  poparzone  ręce,  ale  choć  czuł  straszliwy  ból,  ani  na  moment 

nie ustawał w wysiłku. 

Przełożył nogę przez ostatnią przegrodę i przytrzymując się jej, odetchnął z ulgą. 

Jeszcze  tylko  kilka  kroków  i  grabie  znajdą  się  w  jego  zasięgu.  Simon  za  moment 

powinien być na tyle blisko, by złapać się drzewca. Koszmar dobiega końca. 

Reijo  nie  pojmował,  jak Olaves  wytrzymuje  taki  żar.  Stał  przecież  już  tak  długo  pod 

samym dachem, gdzie panowało największe gorąco. Dla niego nie było już ratunku! Kołysał 

się na jednej z belek, która z obu końców zajęła się ogniem, zbyt daleko od ściany, by mógł 

wyskoczyć. Zresztą taki skok także przypłaciłby życiem, bo z tamtej strony było wysoko. 

Olaves  czuł,  że  jego  czas  się  kończy.  Bezradnie  rozejrzał  się  wokół  i  chwycił  widły, 

które znalazły się w zasięgu jego ręki. 

Reijo  tymczasem  sięgnął  po  grabie,  a  potem  cofnął  się  do  ścianki  oddzielającej 

zagrody dla zwierząt i uchwyciwszy się mocno, czekał, aż Simon znajdzie się na tyle blisko, 

by złapać się drzewca. 

Olaves to zauważył i odgadł, co ci dwaj knują. 

Widział,  że  w  ścianie  za  plecami  Reijo  zaraz  wypalą  się  deski  i  utworzy  się  otwór, 

przez który ów odważny mężczyzna zdoła wyskoczyć. 

Ś

nieg  na  dworze  ugasi  palące  się  ubranie.  Kwen  Reijo  nie  należy  do  słabeuszy.  Uda 

mu  się  uratować  siebie  i  Simona.  Czyżby  wszystko  miało  pójść  na  marne?  Czy  poświęcił 

Johannesa na darmo? 

Zemsta wymykała mu się z rąk. 

Susannie  by  się  to  nie  podobało.  Nie  będzie  zadowolona,  gdy  zjawi  się  u  niej  bez 

Simona... 

background image

Spojrzał na widły, które trzymał w dłoni, ciężkie, zardzewiałe, i uśmiechnął się. 

Reijo ukucnął i wczepił się palcami w przegrodę. 

Olaves  pomyślał  z  niechęcią,  ale  i  z  podziwem,  że  temu  Kwenowi  naprawdę  nie 

brakuje odwagi. Nie da się zaprzeczyć! 

Ale stał mu na przeszkodzie, jemu i Susannie! Dlatego musi go poświęcić. 

Reijo wyciągnął grabie. 

- Jeszcze kawałek, Simonie, jeszcze trochę! Dasz radę! - wołał. 

Olaves patrzył, jak Simon przesuwa się naprzód, wystawia oblepione gnojem ramię z 

wciągającej go głębi i końcami palców dotyka grabi. 

Reijo przechylił się lekko i podsunął drzewce jeszcze bliżej. 

Wtedy  Olaves  wycelował  i  cisnął  widły,  trafiając  ostrzem  wprost  w  udo  Reijo.  Trzy 

zęby przedarły spodnie i wbiły się w ciało. 

Reijo  krzyknął,  wpatrując  się  z  niedowierzaniem  w  zardzewiałe  widły,  które 

zachwiały  się  i  przechyliły  pod  własnym  ciężarem,  szarpiąc  mięsień,  po  czym.  zsunęły  się 

wprost do gnojówki. 

Reijo  wył  jak  oszalały  z  bólu,  oczy  zasnuła  mu  mgła,  ale  uczepiony  z  całych  sił 

przegrody,  nie  wypuścił  z  ręki  grabi.  Nie  widział  już,  jak  Olaves  zachwiał  się  i  spadł.  Nie 

widział, jak Simon rzucił się ku grabiom, chwycił je i powoli podciągnął się na brzeg. 

Reijo pogrążał się w bolesnej mgle, która gęstniała z każdą sekundą. 

Simon usłyszał nad głową trzask, ale, wycieńczony, nie miał siły spojrzeć. 

W chwili gdy już mu się zdawało, że został ocalony, znów Olaves zyskał przewagę. 

Reijo chwiał się, ale Simon musiał ufać, że zdoła go utrzymać. 

Płonące kawałki drewna spadały jak grad. 

Simon  uchwycił  się  złamanej  deski  podłogowej.  Trzeszczała  okropnie,  kiedy 

podciągał się w górę, ale choć się wygięła, nie pękła. 

Dopiero  wówczas  odważył  się  wypuścić  grabie  z  ręki.  Nie  mógł  przecież  narażać 

Reijo  na  większy  wysiłek.  Panicznie  się  bał,  że  Reijo  przechyli  się  za  mocno  i  wpadnie  do 

gnojówki, a wtedy on nie zdoła go stamtąd wydostać. 

Wspinał  się  jak  po  śliskich  nagich  kamieniach,  wczepiając  się  w  deski  palcami. 

Przydała się dyscyplina wewnętrzna, jaką w sobie wyrobił w więzieniu. 

Powoli,  centymetr  po  centymetrze,  podciągał  się,  a  w  odpowiednim  momencie 

wykrzesał z siebie ostatnie siły. Nie miał pojęcia, skąd je wziął, ale udało mu się wydostać na 

wąski  kawałek  podłogi,  który  jeszcze  się  trzymał.  Objął  ramionami  Reijo  i  wtedy  dostrzegł, 

background image

ż

e cała ściana stoi w ogniu. Rzucił się w tył, ufając, że nie znaleźli się z tej strony budynku, 

która przylega do skały. Nie po to z nadludzkim wysiłkiem walczył o życie, by teraz zginąć. 

Jego ubranie stanęło w płomieniach. Więcej nie pamiętał. Stracił przytomność. 

U  Elvegardów  nie  uwierzyli  Mai.  Śmiali  jej  się  prosto  w  twarz,  póki  nie  dostrzegli 

zamienionej w słup ognia obory. 

Nadal  jednak  nie  przyjmowali  do  wiadomości,  że  Johannes  i  Olaves  mieli  z  tym  coś 

wspólnego. 

Dopiero kiedy przez ogień przedarły się głosy, dali wiarę słowom żony Simona. 

Pospiesznie sięgnęli po wiadra. Wiedzieli, że to się na nic nie zda, ale wszyscy biegli z 

wiadrami  wypełnionymi  lodowatą  wodą  z  najbliższej  przerębli,  wylewali  na  ogień  i  biegli  z 

powrotem do rzeki... 

Tak  naprawdę  uświadomili  sobie  grozę  sytuacji  dopiero  wtedy,  gdy  z  płonącego 

budynku wypadło ogarnięte ogniem ciało Johannesa. 

Stoczył się na samo dno zaspy, roztapiając grubą warstwę śniegu. 

Nie  udało  się  powstrzymać  Eliny,  która  rzuciła  mu  się  na  pomoc.  Ale  gdyby  nie 

resztki  ubrania,  nawet  nie  rozpoznałaby  męża.  Szlochała  rozdzierająco  i  zawodziła  głośno, 

gdy usiłowano ją oderwać od zwęglonych zwłok. 

Nadszedł  też  Heikki  i  mimowolnie  przejął  dowodzenie.  Kazał  wszystkim  dalej  nosić 

wodę wiadrami i wskazał miejsce, gdzie mają gasić. 

Wiedział,  że  obory  i  tak  nie  da  się  już  uratować,  ale  ludzie  musieli  czuć,  że  ich 

wysiłek nie idzie na marne... 

Maję jednak zatrzymał. 

-  Tobie  nie  wolno  nosić  wody,  mateczko.  Niechętnie  oddała  wiadro.  Twarz  miała 

czarną od sadzy i mokrą od łez. 

- Chodź ze mną - poprosił i pociągnął ją na szczyt budynku. 

Przystanęli  w  bezpiecznej  odległości,  tak  żeby  nie  spadła  na  nich  żadna  belka  czy 

deska, gdyby stało się najgorsze. 

- Nic nie mogę zrobić! - chlipała Maja. - Miałam go uratować, a nie potrafię! W ogóle 

nie wiem, co się dzieje! 

Przytrzymywał ją ostrożnie i cicho do niej przemawiał: 

- Powinnaś się cieszyć, że tego nie wiesz. Nie o to chodzi, żebyś wiedziała. Nie jesteś 

jeszcze na tyle silna, żeby udźwignąć podobny ciężar. Teraz nikt nie może im pomóc. Muszą 

liczyć tylko na siebie. Są sami, zwyciężą albo przegrają! My oboje włączymy się potem. 

- Czy wszystkie historie, jakie o tobie opowiadają, są wymyślone? 

background image

Heikki uśmiechnął się ze smutkiem. 

-  Nie  wszystkie.  Ale  prawdą  jest,  że  czyniąc  zło,  traci  się  moc.  Nigdy  o  tym  nie 

zapominaj! 

Nagle,  niczym  oszczep  ciśnięty  w  wieczorne  niebo,  ciemności  rozdarł  straszliwy 

krzyk. 

Maja zesztywniała w ramionach Heikkiego. 

- Reijo! - krzyknęła. - To Reijo! 

Zachwiała się i omal nie straciła przytomności. Ale coś z zewnątrz, jakaś niewidzialna 

siła, przytrzymała ją i zmusiła, by stała i słuchała nabrzmiałego bólem wycia. 

- Nie wolno ci teraz zawieść - rzucił spokojnie Heikki. - Nie możesz go teraz zawieść! 

Ida,  która  także  usłyszała  krzyk  ojca,  rzuciła  się  ku  płonącemu  budynkowi,  ale 

zatrzymała ją ściana płomieni. 

Zawróciła i z płaczem rzuciła się Mai na szyję. 

- On nie może umrzeć! - krzyczała. - Tata nie może umrzeć! Ja tego nie przeżyję! Zrób 

coś! Zrób coś! Nie pozwól mu umrzeć! 

Ale w tej chwili mogły jedynie próbować wzajemnie się pocieszać. 

Wydawało  im  się,  że  upłynęła  wieczność,  gdy  wreszcie  dwie  postaci  spowite  w 

płomienie przedostały się przez ścianę ognia. 

Tę samą, którą Heikki kazał polewać wodą, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie 

przystanął z Mają i Idą. 

Rzucili im się na ratunek, kurtkami i gołymi dłońmi gasząc ogień. 

Simon,  cały  oblepiony  śmierdzącym  gnojem,  leżał  nieprzytomny,  ale  oddychał  dość 

miarowo. Częściowo spłonęły mu włosy, rzęsy i brwi. Poparzoną twarz i ręce pokrywały rany 

i pęcherze. 

- Nic mu nie będzie - oznajmił Heikki, rzuciwszy na niego okiem. 

Wydobył go ze śniegu i przeciągnął bliżej domostwa Elvegardów, gdzie zatroszczyły 

się o niego siostry. Bo chociaż obwiniały go za śmierć swoich mężów, to przecież łączyły ich 

więzy krwi. 

Gorzej było z Reijo. 

Strumienie krwi tryskały mu z uda, barwiąc śnieg na czerwono. 

Ida, zanosząc się płaczem, opadła na kolana obok leżącego w kałuży krwi ojca. Objęła 

go  i  ułożyła  mu  głowę  na  swoich  kolanach,  prosząc  niebiosa  o  pomoc.  Gotowa  była  oddać 

duszę, żeby go uratować, ale krwotok nie ustawał. 

background image

Maja  rozdarła  nogawkę  spodni  w  miejscu,  gdzie  była  rana,  ale  kiedy  zobaczyła 

rozszarpane aż do kości ciało, nie wytrzymała. 

Odbiegła  kilka  kroków  na  bok,  bo  chwyciły  ją  gwałtowne  torsje.  Zdawało  jej  się,  że 

ż

ołądek wywróci jej się na drugą stronę, paliło ją w gardle. 

Kiedy zdołała wreszcie podnieść się i wrócić chwiejnym krokiem, przy Reijo klęczał 

już  Heikki.  Z  pobladłą  twarzą,  świadom  celu  swego  działania,  przyłożył  dłonie  do  rany  i 

oddychając  powoli,  wpatrywał  się  w  rannego.  Wciągał  powietrze  przez  nos,  a  wypuszczał 

przez półotwarte usta. 

Ida obserwowała go okrągłymi ze zdumienia oczami. 

Heikki spojrzał w jej stronę nieprzytomnym wzrokiem i zapytał: 

- Kiedy on się urodził? 

- Trzeciego czerwca tysiąc siedemset ósmego roku - odpowiedziała blada. 

Maja  podeszła  bliżej,  jakby  przyciągana  niewidzialną  siłą.  W  ustach  czuła  niesmak. 

Otarła łzy, aż zabolały ją oczy, ale musiała zobaczyć, co robi Heikki. Musiała posłuchać słów, 

jakimi się posługiwał. 

Nie zauważył jej. 

Nadal  trzymał  dłonie  na  poszarpanej,  broczącej  krwią  ranie.  Czerwona  krew  tryskała 

mu przez palce. 

Nie pojmowała, że Heikki jest w stanie to robić. 

On tymczasem nabrał powietrza do płuc i powoli je wypuszczając, wyrecytował: 

Zatrzymaj się, krwi, 

Tak jak stanęły wody Jordanu, 

gdzie Jezus przyjął chrzest. 

Na Jego bolesne rany, 

zatrzymaj się, krwi! 

Reijo Kesaniemi, trzeci czerwca 1708. 

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. 

Amen. 

Heikki  nabrał  powietrza.  Zamilkł,  a  po  chwili,  nie  zdejmując  rąk  z  rannego,  powoli 

wypowiedział  szeptem  te  same  słowa.  Maja  widziała,  jak  bezgłośnie  porusza  wargami,  i 

bezwiednie powtarzała to, co mówił. Ale krew tryskała równie mocno jak z początku. 

Twarz Reijo zrobiła się blada. 

- On umiera - szlochała Ida. 

background image

-  Nie  przeszkadzaj!  -  rzucił  krótko  Heikki,  nim  wypowiedział  kolejną  formułę.  Tym 

razem jego szept był tak cichy, że Maja nie rozróżniała słów. 

Domyśliła  się  tylko,  że  użył  swoich  najmocniejszych  zaklęć,  których  nie  chciał 

nikomu zdradzić. 

Czoło pokryło mu się perlistym potem. Nie był już młody i taka koncentracja bardzo 

go  osłabiła.  Zrezygnowany  odwrócił  się  do  Mai,  która  zrozumiała,  że  uczynił  wszystko,  co 

było w jego mocy, i więcej pomóc już nie mógł. 

- Nie daję rady - powiedział zmęczony, podnosząc się z kolan. - Nie potrafię w żaden 

sposób zatrzymać tej rzeki krwi. 

- Nie możesz go tak zostawić, on się wykrwawi! - krzyczała Ida. - Ma tak leżeć, póki 

nie ujdzie z niego życie? Czy nie jesteś największym szamanem w Finlandii? 

-  W  Finlandii  może  tak  -  odpowiedział  z  trudem.  -  Ale  nie  tutaj.  Teraz  pozwólmy 

działać Mai. 

Maja  napotkała  łagodne,  zachęcające  spojrzenie  Heikkiego,  ale  wyczytała  w  nim 

niedowierzanie. 

- Pewnie właśnie to miałaś zrobić - powiedział. - Ale wydaje mi się, że jest za późno, 

moja droga. Chyba za późno. 

Zdesperowana Maja padła na kolana przy Reijo. 

Nie  miała  w  nikim  oparcia.  Heikki  odszedł  na  bok,  a  w  oczach  Idy  malowała  się 

jedynie bezdenna rozpacz, jakby wraz z wycofaniem się szamana zniknęła ostatnia nadzieja. 

- Nie zawiedziemy go - orzekła stanowczo Maja. - Nigdy cię nie zawiedziemy, Reijo. 

Nie wiedziała, co ma robić. Kierowała się jedynie przekonaniem, że jest jedyną osobą, 

która może pomóc. 

Powoli odszukała miejsce, do którego Heikki przykładał dłonie. 

Zdawało  się  jej,  że  znalazła.  Ścisnęła,  pocieszając  się  w  duchu,  że  i  tak  nie  może 

zaszkodzić. 

Po  palcach  ciekła  jej  ciepła  krew,  i  to  krew  Reijo.  Wydawało  jej  się,  że  przez  palce 

przecieka  jej  jego  życie.  Nabrała  powietrza,  tak  jak  robił  to  Heikki.  Otworzyła  usta, 

zamierzając odmówić tę samą modlitwę, ale słowa utknęły jej w gardle. 

Nagle zyskała niezachwianą pewność, że nie potrzebuje słów. 

Jakby  upominana  jakąś  natarczywą  myślą,  zamknęła  oczy  i  ściskała  poszarpane  udo, 

ś

ciskała mocno. 

Wyczuwała pod palcami mięśnie, brzegi rany, krew. 

background image

Nagle przeszło przez nią jakby ssanie. Jej ciałem wstrząsały dreszcze i zrobiło jej się 

strasznie zimno. A potem zakręciło jej się w głowie i zapadła w sen, z którego nie chciała się 

obudzić. Zapadała się coraz głębiej i głębiej, aż przestała myśleć. 

Ida  wpatrywała  się  w  siostrę  z  takim  przerażeniem,  że  serce  niemal  przestało  jej  bić. 

Maja  drżała  tak  mocno,  jakby  za  moment  miała  zamarznąć.  Ida  chciała  ją  błagać,  żeby  się 

uspokoiła, ale głos ją zawiódł i z jej gardła wydobył się tylko szept. 

Maja  ściskała  udo  Reijo,  tak  jak  czynił  to  Heikki.  Niemal  całym  ciężarem  ciała 

napierała na ten jeden punkt. Dłonie miała czerwone od krwi. 

Ida mocniej chwyciła ojca. Gładziła go po włosach, pewna tylko tego, że nie może go 

stracić. 

-  Nie  możesz  umrzeć,  tato!  -  szeptała.  -  Proszę, nie  odchodź!  I  niech  Mai  nic  się  nie 

stanie. 

Nagle  Maja  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  przed  siebie  z  zachwytem,  jakby  zobaczyła 

coś  cudownego.  Oddychała  bardzo  powoli  i  nie  odrywając  wzroku  od  miejsca,  gdzie  inni 

niczego nie dostrzegli, napięła się jak cięciwa. 

Przerażona tym widokiem Ida z trudem łapała powietrze. 

Z rany nadal ciekła krew, ale już tylko małą, gęstą strużką. 

Ida odrzuciła gwałtownie głowę, z lękiem spoglądając na twarz ojca. Trzęsła się cała, 

przekonana,  że  wyzionął  ducha,  bo  inaczej  nie  potrafiła  wytłumaczyć  nagłego  ustania 

krwotoku. 

Ale Reijo oddychał. Sprawdziła to, przykładając ucho do jego ust. 

Nie wierzyła. 

Nie miała odwagi patrzeć ani na Maję, ani na ranę. 

Maja  miała  czerwone  dłonie  i  ubranie  przesiąknięte  krwią.  Na  śniegu  utworzyła  się 

wielka czerwona plama, która ciągle się powiększała. 

Ale krwotok ustał. 

Maja zatrzymała go. 

Ida,  zalana  łzami,  z  drżeniem  dostrzegła,  że  siostra  straciła  świadomość.  Nie 

wiedziała, co robi, nie pojmowała, co się dzieje. 

A tata uśmiechnął się, leciutko unosząc kąciki ust. 

Blado uśmiechnął się do życia. 

Ale, oczywiście, było to tylko złudzenie. 

background image

Nagle  jak  spod  ziemi  wyrósł  Heikki.  Zatrzymał  się  u  boku  Mai  i  popatrzył  na  nią 

przeciągle.  A  potem,  pogładziwszy  ją  leciutko  po  włosach,  uśmiechnął  się  i  rzekł  cicho  do 

Idy: 

- Będzie żył. Byłaś świadkiem prawdziwego cudu. A ja już straciłem wiarę! 

Reijo tymczasem całkiem przestał krwawić. Ida płakała, nie mogąc zatrzymać potoku 

łez. Heikki wziął na ręce Maję i podniósł ją jak lalkę. 

-  Wniosę  ją  do  chaty  -  powiedział.  -  A  potem  przeniosę  jego.  Teraz  już  mogę  ci 

obiecać, Ido, że będzie żył. 

-  Co  z  Mają?  Heikki  uśmiechnął  się,  patrząc  na  bladą  twarz  Mai,  a  w  jego  wzroku 

pojawiła się czułość. Gdyby miał dziecko, chciałby, żeby było takie jak ona. 

- Też będzie żyć. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu. 

background image

15 

Simon dość szybko odzyskał przytomność i od razu przypomniał sobie, co się stało. 

- Co z Reijo? Żyje? - To było pierwsze, o co zapytał. Czuwała przy nim Ida, która, o 

dziwo, nawet nie marszczyła nosa, mimo że od Simona ciągle śmierdziało. 

- Tak, udało mu się. Miał szczęście. 

-  Maja  siedzi  przy  nim?  Ida  pokręciła  głową.  Dopiero  wówczas  Simon  zauważył,  że 

leży we własnym łóżku. 

Usiłował usiąść, ale całe ciało paliło go tak, jakby został obdarty ze skóry. Wykrzywił 

twarz w grymasie bólu. Zauważył, że jest czysty. 

Mimo to nadal czuł ohydny smród gnoju. 

- Umyliśmy cię - powiedziała Ida. 

- Ty też? Uśmiechnęła się krzywo. 

-  Heikki  uważał,  że  trzeba  ratować  ci  życie,  nawet  gdyby  moje  niewinne  oczęta 

zobaczyły  więcej  niż  powinny.  Baliśmy  się,  że  dojdzie  do  zakażenia  ran.  Ale  nie  wygląda 

najgorzej. Poparzyłeś trochę plecy, Heikki jednak mówił, że to się zagoi. 

Simon zamknął oczy. 

Znów  był  w  płonącej  oborze,  czuł  smród  gnoju  i  swąd  spalenizny.  Słyszał  trzask 

ognia. 

- A więc to Olaves i Johannes tak nas prześladowali - rzekł ciężko do Idy. - Obawiam 

się, że z mojej winy pomyśleli źle o tobie i dlatego podpalili waszą saunę. 

- Jak to? 

- Pamiętasz ten dzień, kiedy powiedziałaś mi, że Maja spodziewa się dziecka? - zaczął 

udręczonym głosem i zmrużywszy oczy, popatrzył na Idę. - Zdaje się, że okno w kuchni było 

wtedy otwarte. Drzwi także. Nie pamiętam dobrze. Nie przypominam sobie też dokładnie, co 

ci  wtedy  mówiłem,  ale  oni  musieli  to  źle  zrozumieć.  Tak  samo,  jak  źle  zrozumieli 

pocałunek... 

Ida zarumieniła się. 

- Myśleli, że ty i ja... 

- Olaves wykrzykiwał coś takiego do Mai - westchnął Simon. - Nic nie wspominała? 

Ida pokręciła głową. 

-  Gdzie  ona  jest?  -  zapytał  gwałtownie,  znów  próbując  się  podnieść  z  tym  samym 

ż

ałosnym rezultatem. - Chyba nie rzuciła się w ogień? 

background image

W jego głosie zabrzmiał lęk. 

Ida wzruszyła się, widząc, jak bardzo troszczy się o Maję, i z całego serca zapragnęła, 

by siostra potrafiła to docenić. Simon zasługiwał na więcej niż okruchy, jakie otrzymywał. Na 

znacznie więcej. 

- Coś jej się stało, prawda? Cokolwiek by to było, mam prawo wiedzieć, Ido! Mów! 

Silna  dłoń  zamknęła  jej  nadgarstek  w  żelaznym  uścisku.  Ida  zrozumiała  nagle,  że  w 

przyszłości pragnie pokochać właśnie kogoś tak silnego jak Simon. 

-  Maja  uratowała  Reijo  życie  -  powiedziała.  -  Uratowała  tatę.  Byłam  przy  tym  i 

wszystko  widziałam,  ale,  Simonie...  nie  potrafię  wytłumaczyć,  jak  to  się  stało.  W  jednej 

chwili  była  blada  i  zielona,  wymiotowała  okropnie,  a  zaraz  potem  z  chłodnym  spokojem 

zatrzymała krwotok. 

Z drżeniem nabrała powietrza i napotkała spojrzenie błękitnych oczu Simona. 

- Heikki próbował pierwszy, ale choć przez cały czas mruczał modlitwy i zaklęcia, nic 

nie  wskórał.  Zrezygnował.  I  wtedy  ona  uklęknęła  przed  tatą.  Przyłożyła  ręce  na  ranę  i  nie 

wypowiedziała nawet słowa. Zdawało się, że odpłynęła. To znaczy klęczała nadal przy nim, 

ale to jakby nie była ona. Rozumiesz? 

Simon pokiwał głową. Zdawało mu się, że pojmuje. 

- I wtedy krwotok ustał - ciągnęła Ida. - Myślałam, że tata umarł, że ona też nie żyje, 

ż

e oni oboje... Ze zostałam zupełnie sama. Ale Heikki powiedział, że stał się cud. Oni żyją. 

Simon przypomniał sobie wielkie widły, które Olaves wbił Reijo w udo, i potok krwi. 

Łatwo  było  wyobrazić  sobie  ranę.  Zdawało  mu  się,  że  ciągle  słyszy  rozdzierający  krzyk 

teścia. 

Zgadzał  się  z  Heikkim,  rzeczywiście  stał  się  cud.  Maja  przecież  nie  uporałaby  się  z 

tym sama. 

Nie jego drobna Maja... 

- Odzyskała przytomność? Ida pokręciła głową. Jej rude włosy nie były tak lśniące jak 

zwykle. W oczach miała łzy. 

- Dlaczego nie leży tutaj? - Simon poklepał miejsce obok siebie w małżeńskim łożu. - 

Coś jeszcze się stało? Czy ona... 

Ida  pokiwała  głową  i  chwyciła  jego  dłoń.  Uścisnęła  ją  mocno.  Potrzebowała  siły 

Simona bardziej, niż on potrzebował jej pociechy. 

-  Dźwigała  ciężkie  wiadra  z  wodą,  dopiero  Heikki  ją  powstrzymał...  To  wszystko  jej 

zaszkodziło. - Ida napotkała wzrok Simona i rozpłakała się. - Maja straciła dziecko. 

Simon opadł na posłanie. Zamknął oczy i czuł pod powiekami wzbierające łzy. 

background image

Twarda kula rosła i rosła, aż wypełniła mu całą pierś. 

-  Jej  nic  nie  grozi  -  usłyszał  jakby  z  oddali  łamiący  się  głos  Idy.  -  Heikki  mówi,  że 

wyzdrowieje  i  że  będzie  mogła  mieć  jeszcze  dużo  dzieci.  Heikki  mówi,  że  widocznie  to 

dziecko nie powinno się urodzić. 

-  To  było  nasze  dziecko  -  odezwał  się  Simon  przygnębiony.  -  Nasze  dziecko. 

Oczywiście, że powinno się urodzić! 

Zapłakał. 

Ida  także  płakała.  Ściskała  dłoń  szwagra  i  szlochała  rozdzierająco  nad  dzieckiem, 

które nigdy nie będzie biegać po tej ziemi. 

Maja  gwałtownie  i  brutalnie  została  wyrzucona  z  mroku.  Poczuła  skurcze  w 

podbrzuszu, odeszły jej wody... 

Dziecko nie powinno się jeszcze urodzić... 

Otworzyła oczy i ujrzała powałę własnej kuchni. 

Pochylała się nad nią znajoma, pokryta zmarszczkami twarz Heikkiego. 

W  pomieszczeniu  unosił  się  słodkawy  zapach  krwi,  zapach  smoły,  znajoma  woń 

ziołowych wywarów. 

Odetchnęła z ulgą. 

- Dzięki Bogu, wróciłaś - odezwał się Heikki. - Wiesz, czego dokonałaś? 

Maja  przełknęła  ślinę,  w  ustach  miała  sucho,  wargi  spierzchnięte,  a  dłonie  lodowato 

zimne. Bolał ją brzuch. 

- Reijo żyje? 

W spojrzeniu Heikkiego dostrzegła podziw. 

- Tak, dzięki tobie. Niech cię Bóg błogosławi, moje dziecko. Dokonałaś cudu. Jak to 

zrobiłaś? 

Maja pokręciła głową. 

Na twarzy Heikkiego odmalował się zawód. Zetknął się z czymś, czego nie pojmował. 

Wydawało  mu  się,  że  to,  co  ujrzał,  było  tylko  odbiciem,  odblaskiem  czegoś  potężniejszego. 

Jak  światło  zorzy  polarnej.  Nie  mógł  jednak  zaprzeczyć,  że  to  Maja  dokonała  cudu,  wtedy 

gdy on sam już się poddał. Pragnął się dowiedzieć, jak to zrobiła. Pożądał tej prawdy bardziej, 

niż kiedykolwiek pożądał kobiety. 

-  Nie  wiem,  Heikki.  Nie  wiem.  To  spływało  z  moich  rąk...  Jakby  ktoś  to  włożył  w 

moje dłonie. To samo się działo. Nie mam pojęcia, jak. 

- Reijo mówił, że potrafisz... opuszczać własne ciało... Maja popatrzyła bezradnie. 

background image

-  Nie  wiem,  co  to  jest.  Reijo  wie  więcej,  bo  przeżył  już  kiedyś  podobną  historię  z 

mamą.  Mówi,  że  otrzymałam  od  niej  te  zdolności,  że  to  dziedzictwo.  Że  na  pewno  ona 

umarła, skoro ja je otrzymałam. 

Heikki skinął, zamyślony. Wyjaśniła mu więcej, niż mogła przypuszczać. 

- Nie bój się tego, Maju - rzekł po długiej chwili. - Kiedyś zapanujesz nad tymi siłami, 

ale to wymaga czasu. O ile kiedykolwiek nastąpi. Są to niezbadane sprawy. Może też się stać 

tak,  że  utracisz  te  zdolności,  bo  nie  będą  ci  już  potrzebne.  Może  twoim  zadaniem  było 

uratować Reijo? - Uśmiechnął się z roztargnieniem. Mówił bardziej do siebie niż do niej. - To 

nie  są  twoje  siły,  Maju.  To  wszystko  wyjaśnia...  wyjaśnia  wszystko,  czego  nie  rozumiałem. 

To  po  prostu  nie  są  twoje  siły...  Tyle  jest  różnych  odmian  miłości  -  dodał,  kręcąc  głową  i 

uśmiechając  się  nieznacznie.  Nie  tłumacząc  bliżej  tego,  zmienił  temat.  -  To  jeszcze  nie 

wszystko, Maju - powiedział. - Za cuda często przychodzi zapłacić wysoką cenę. 

Jej dłonie mimowolnie dotknęły brzucha. Chociaż Heikki nie powiedział tego wprost, 

ona domyśliła się bez słów. 

- Straciłam je? - zapytała. - Straciłam dziecko? Przytaknął ciężko. Skuliła się w kłębek 

na szerokiej kuchennej ławie i obróciwszy się plecami, zatrzęsła się od płaczu. 

Nic nie mógł dla niej zrobić. 

Ida  powiedziała  Heikkiemu  o  synku  Mai,  który  umarł  zaraz  po  urodzeniu.  To  drugie 

dziecko nie będzie miało nawet swojego krzyża, który by o nim przypominał. 

Gdyby  teraz,  patrząc  jej  w  oczy,  powiedział,  że  widocznie  tak  miało  być, 

zabrzmiałoby to jak szyderstwo. Nie mówi się matce, że dziecko, które nosiła w swoim łonie, 

nie powinno się urodzić. Ze nie było przeznaczone dla tego świata. 

Cicho jak cień wsunęła się do izby Ida. 

-  Simon  zasnął  -  oznajmiła  szeptem.  -  Ciężko zniósł  wiadomość  o  dziecku.  Nie  było 

go tu, kiedy urodził im się synek. Ani przez chwilę nie dane mu było poczuć się ojcem. 

Przykro, że tak się to wszystko ułożyło. 

Heikki poczuł tkliwość dla Mai. Dobrze wiedział, że kobietom takim jak ona nie dane 

jest  zaznać  w  życiu  zbyt  wiele  szczęścia.  Rozpoznał  ją,  zobaczył  jej  los  w  tysiącach  twarzy 

innych kobiet, których ona sama może nigdy nie spotka, i zapragnął ją chronić. 

Bo świat nigdy nie będzie dobry dla takich jak ona. Będzie ranił Maję boleśnie, póki 

nie nauczy się oddawać ciosu za cios. 

-  Pozwól  jej  pobyć  samej  -  powiedział,  przytrzymując  Idę,  która  chciała  już  usiąść 

przy siostrze. - Nie ma słów, które mogłyby pocieszyć w takiej chwili - dodał. 

background image

- A co z tatą? - zapytała Ida, skinąwszy w stronę najmniejszej izdebki, która od czasu, 

kiedy mieszkali tu Raija i Kalle, nie była używana. 

- Potrzebuje spokoju - rzekł Heikki. - Okłady trzeba mu zmieniać pięć razy dziennie. 

Nie chcę ryzykować. Pierwszy raz mam do czynienia z cudem. 

Maja  pierwsza  z  nich  trojga  stanęła  na  nogi.  Krzątała  się  blada  jak  cień,  nie 

pozwalając  Heikkiemu  zmieniać  okładów  na  ranie  Reijo.  Ledwie  wywalczył  sobie  prawo 

przyrządzania ziołowych wywarów. Maja jednak kręciła nosem, zaglądając mu do garnków i 

krytykując go bez przerwy. Przeważnie kończyło się to kłótnią. 

Maja twierdziła, że spokój to ostatnie, czego potrzebuje Reijo. 

Jeśli ma wrócić do życia, to musi to życie wokół siebie usłyszeć, uznała i otworzyła na 

oścież drzwi do jego izby. 

Ida nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, obserwując jej gorliwość. 

Simonowi zaś nie było do śmiechu. 

Ledwie siedział. Zdawało mu się, że maści, które wcierają mu w plecy, tylko potęgują 

ból. Miał wrażenie, że wypalają mu resztki ciała, którego nie zdołał wypalić ogień. 

Maja specjalnie się nad nim nie roztkliwiała. 

- Możemy mieć jeszcze dużo dzieci - odezwał się zakłopotany i uścisnął jej dłoń. Ale 

wyczuł mur niechęci. 

Nie  takich  słów  używał,  kiedy  rozmawiał  z  nią  w  myślach  o  dziecku,  którego  nigdy 

nie  zobaczą.  W  myślach  potrafił  wyrazić  swój  ból  i  bezgraniczny  smutek.  Teraz  jego  słowa 

zabrzmiały głupio, chłopięco niedojrzale. Tak jakby w ogóle nie cierpiał z powodu tej straty. 

-  Ale  nie  to  -  odpowiedziała.  -  To  zresztą  jeszcze  nie  było  nawet  dziecko,  ot, 

bezkształtna oślizła masa, trochę krwi. 

- Nie mów tak! Spokojnie napotkała jego wzrok. 

-  To  prawda.  Wolałbyś,  żebym  się  oszukiwała?  Pokręcił  głową.  Pragnąłby,  żeby  nie 

była szczera aż do bólu i nie żądała tego samego od niego. 

-  Czułem  się  taki  bogaty  -  rzekł,  myśląc  o  nieodległej  przeszłości.  -  Sądziłem,  że 

wszystko można kupić. Że najgorsze minęło i wszystko się dobrze ułoży. 

Zraniona, odwróciła się. Nie potrafiła z Simonem dzielić łez ani rozpaczy. 

Wiedziała,  że  jemu  też  jest  ciężko,  ale  swój  ból  wolała  zachować  dla  siebie,  chociaż 

zdawała sobie sprawę, że rani tym męża. 

Nie  chciała  dźwigać  na  barkach  jeszcze  jego  cierpienia.  Zresztą  to  uderzało  w  obie 

strony, ale było nie do uniknięcia. 

background image

-  Widocznie  nie  jest  nam  dane  mieć  razem  dzieci,  Maju.  Nie  jest  nam  to  pisane...  - 

powiedział zgaszony. 

W tym momencie powinna otworzyć przed nim ramiona i poprosić, żeby w ogóle tak 

nie myślał. Ale ona się nie poruszyła. 

Zraniła go tak, jak on zranił ją. 

Słowa Simona zabolały Maję mocno, bo trafiły w najczulszy punkt. Prześladowała ją 

bowiem ta sama myśl. 

Miała  straszne  wyrzuty  sumienia,  że  jest  winna  temu  wszystkiemu,  co  się  stało.  Nie 

powinna  była  pozwolić,  wtedy  przed  kilku  laty,  żeby  między  nią  a  Simonem  do  czegoś 

doszło. 

Dopuściła się zła. 

Wszystkie późniejsze zdarzenia były karą za ten postępek. 

-  Nie  uwiodłem  Idy  -  dodał,  przypominając  sobie  absurdalne  oskarżenie  Olavesa.  - 

Nawet  tego  nie  pragnąłem.  Po  powrocie  nigdy  nie  miałem  ochoty  na  inne  kobiety,  Maju. 

Kiedy rozpocząłem nowe życie, liczyła się dla mnie tylko jedna. Dobrze wiesz kto. 

Maja pokiwała głową zawstydzona. 

Nie  pamiętała  o  tym,  co  mówił  o  Idzie  Olaves.  Każda  inna  żona  na  pewno  by  o  to 

spytała, ale dla niej to tak niewiele znaczyło. Z tego powodu także miała wyrzuty sumienia. 

On pewnie myśli, że nic ją nie obchodzi. 

Czuła gorycz tym większą, że nie mijało się to z prawdą. 

- W każdym razie nikt więcej nie będzie cię prześladował - powiedział Simon. 

Maja pokiwała głową. 

-  To  było  twoje  dziecko?  -  zapytała.  Wcześniej  Heikki  długo  po  cichu  rozmawiał  z 

Simonem. Paliła ją ciekawość, o czym tak rozprawiali. 

- Czy dziecko, którego oczekiwała Susanna, mogło być twoje? - sprecyzowała. 

Simon zamknął oczy. 

Stał  na  skraju  przepaści.  Dlaczego  nie  rzucił  się  w  nią,  kiedy  miał  szansę?  Z  taką 

desperacją walczył o życie, a teraz nagle czuje przemożny pociąg do wieczności. Pragnienie, 

by uciec od wszystkiego i odnaleźć spokój. 

- Simon... - odezwał się głucho. - Simon Bakken, ojciec martwych dzieci. 

Maja poczuła się tak, jakby ktoś wbił jej nóż w piersi. 

- To mogło być moje dziecko - dodał ciężko. -  Moje albo wielu innych. Plotki, jakie 

rozpowiadano  o  Susannie,  w  większości  pokrywały  się  z  prawdą.  Pokój  jej  duszy! 

background image

Gdziekolwiek teraz jest. Ona nie robiła z tego zbytnich ceregieli. Wszyscy wiedzieli o tym i 

wykorzystywali to. Kiedy żadna inna nie była chętna, zawsze jeszcze pozostawała Susanna... 

Po  jego  twarzy  przemknął  cień.  Nie  lubił  tego  zadufanego  w  sobie  młodzieniaszka, 

jakim był niegdyś. Teraz oceniał się znacznie surowiej niż w przeszłości. 

- Podejrzewam, że wpadłem jej w oko. Musiała powiedzieć Olavesowi i Johannesowi, 

ż

e jestem ojcem dziecka. Może sama w to wierzyła? A może tak powiedziała dlatego, że już 

byłem żonaty, więc nikt nie mógł jej zmusić do poślubienia ojca dziecka? Nieważne. Istotne 

w tym wszystkim jest to, że bracia jej uwierzyli. 

Maja pokiwała głową. 

- Jeśli ona rzeczywiście leży w tym gnoju, to na pewno nie zrobiła tego sama. Żadna 

kobieta nie wybrałaby sobie takiej śmierci. 

Simon przyznał jej rację. 

-  Można  przypuszczać,  że  ktoś  jej  w  tym  pomógł.  Wówczas  łatwiej  znieść  to 

wszystko, co się stało. Ci dwaj byli w końcu moimi szwagrami i obaj nie żyją. 

- Byli źli - orzekła Maja. Nie potrafiła zdobyć się na współczucie. 

Zastanawiała się, czy Heikki coś wie o dziecku Susanny. Tak badawczo przyglądał się 

Simonowi wówczas, kiedy mówił braciom, gdzie znajdą siostrę. 

Chyba nie robiłby tego, gdyby Simon nie odegrał w jej życiu istotnej roli? 

Ale  Simon  nic  nie  mówił,  a  Heikki,  na  ile  go  znała,  takie  tajemnice  zachowywał  dla 

siebie. 

Jeśli już je zdradzał, to tylko tym, których dotyczyły bezpośrednio. 

Dotychczas  bardzo  to  w  nim  ceniła,  ale  teraz  uznała  za  przekleństwo.  Chętnie 

dowiedziałaby się, jak było naprawdę. 

Nie  zwierzyła  się  Simonowi  ze  swych  myśli.  Powiedziała  jedynie,  że  powinien 

odpoczywać. 

Reijo otworzył oczy dopiero po trzech dniach. Maja, która całymi godzinami czuwała 

przy jego łóżku, dziergając na drutach, zauważyła to pierwsza. 

- Udało ci się - wyszeptał Reijo, ale głos zaraz uwiązł mu w gardle. 

Drgnęła, wypuściła z ręki robótkę i upadła na kolana przy łóżku. 

Płacząc i śmiejąc się na przemian, całowała jego rękę i wołała: 

- Dzięki Bogu! Tysiąckrotne dzięki! Już myślałam, że się z tego nie wygrzebiesz! 

Jej  radość  dobrze  mu  zrobiła.  Poczuł  ciepło  w  piersi.  Jak  dobrze  było  oglądać 

rozweseloną buzię Mai! 

Ale powieki tak mu ciążyły. 

background image

Reijo znów zapadł w sen, ale już inny niż ten przypominający czarną nicość, w której 

był pogrążony przez trzy dni. 

Teraz spał i nabierał sił. 

Kiedy  znów  otworzył  oczy,  Maja  nie  była  sama.  Przy  łóżku  pochylali  się  też  Ida  i 

Heikki. 

Ida obsypała jego twarz pocałunkami. 

Heikki  uśmiechał  się,  ale  Reijo  widział,  że  oczy  tego  szczwanego  lisa  nienaturalnie 

błyszczą. 

- Przepadł ci cały jarmark, stary druhu - odezwał się Heikki, chrząkając. 

-  Opowiesz  mi  o  wszystkim  -  zdołał  wydusić  z  siebie  Reijo.  Zaraz  zauważył,  że 

brakuje mu jeszcze jednej osoby, i zapytał: - Simon? Co z nim? 

-  Simon  wyciągnął  cię  z  ognia,  tato  -  odpowiedziała  Ida  z  dumą  w  glosie  i  dodała 

szybko: - Prosił, żeby cię pozdrowić i zapewnić, że nigdy nie miał zamiaru mnie zbałamucić. 

Zresztą mnie też nic takiego nie przyszłoby do głowy. 

Reijo uśmiechnął się, zresztą od początku nie wierzył w słowa Olavesa. 

- Mogę więc dziękować wam obojgu - powiedział, uchwyciwszy spojrzenie Mai, które 

nie  wydało  mu  się  beztroskie.  -  Tobie  i  Simonowi  zawdzięczam  życie.  Podołałaś  zadaniu, 

Maju. 

Bez słowa pokiwała głową. 

-  Simon  jest  poparzony  -  opowiadała  dalej  Ida.  -  A  obora  spłonęła  doszczętnie, 

Johannes i Olaves także. Ich ojciec zabronił grzebać w gnoju. Nawet jeśli Susanna tam leży, 

powiedział, to ma zostać. Dowiedziałam się o tym od Eliny. Ludziom we wsi mówi, że pożar 

sam wybuchł, a Olaves i Johannes w nim spłonęli. Ty i Simon zaś pomagaliście gasić. 

-  Nikt  w  to  nie  wierzy  -  dodała  zgryźliwie  Maja.  -  Elvegardowie  jednak  za  wszelką 

cenę chcą ratować honor. Tylko co to da... 

- Czasami lepiej, żeby prawda nie została ujawniona - wtrącił się Heikki, napotykając 

wzrok Reijo. 

Reijo przytaknął, przyznając mu rację. Tym razem Heikki także się nie mylił. 

- Co z tobą? - wyszeptał Reijo do Mai. - Powiedz, co się stało? 

-  To  dziewczę  potrafi  więcej  ode  mnie  -  stwierdził  Heikki.  -  Ja  wypowiedziałem 

wszystkie znane mi modlitwy i nic. A ona dotknęła cię i wróciłeś do życia. 

- Nie wierzyłam w to - mówiła Ida. - Nagle krwotok ustał. A Maja zemdlała. 

- Straciłam dziecko - Maja popatrzyła Reijo w oczy. W tym jednym spojrzeniu kryła 

się bezdenna rozpacz. 

background image

- Tak mi przykro, Maju. Nawet nie masz pojęcia, jakim mnie to napełnia bólem. 

Jego  cierpienie  było  prawdziwe.  Zamknął  oczy  i  uciekł  w  sen.  Nic  innego  nie  mógł 

uczynić. 

background image

16 

Z czasem plotki ucichły. Ciekawscy sąsiedzi przestali odwiedzać Bakkenów i rodzinę 

Kesaniemi,  kiedy  zrozumieli,  że  nie  dowiedzą  się  nic  więcej  ponad  to,  co  usłyszeli  u 

Elvegardów. 

Ż

aden  z  mieszkańców  wioski  nie  wierzył  w  ich  wyjaśnienia,  ale  wyglądało  na  to,  że 

prawda i tak nie wyjdzie na jaw. 

Nastała  pełnia  wiosny.  Potem  lato.  Okolica  zazieleniła  się.  Plamy  krwi  wsiąkły  w 

ziemię. 

Heikki Kata ja wrócił do swojej ukochanej Finlandii. Zabrał ze sobą wiele sekretów. 

Simon, który doszedł już do siebie, żartował z goryczą, że jedna blizna na ciele więcej 

czy mniej nie sprawia mu różnicy. 

Maja  przestała  rozmyślać  całymi  dniami  o  dziecku,  które  powinna  jeszcze  nosić  w 

swoim łonie. 

Nie  próbowała  wywołać  uśpionych  głęboko  sił,  które  ją  przerażały.  Same  też  się  nie 

ujawniły.  Heikki  powiedział,  że  te  zdolności  zostały  jej  użyczone,  a  w  jego  spojrzeniu 

wyczytała ostrzeżenie. Nie mówił niczego wprost, ale domyśliła się, o co mu chodzi. Między 

takimi  ludźmi  jak  ona  i  Heikki  nie  zawsze  potrzebne  są  słowa.  Innym  nie  potrafiła  się 

zwierzyć ze swoich niepokojów, ani Simonowi, ani Idzie, a już szczególnie Reijo. 

Reijo  walczył  z  przygnębieniem  i  dręczącymi  go  myślami.  Z  marzeniami,  jakie 

nawiedzały go na jawie i we śnie. Z bólem i zgorzknieniem. 

Bywały dni, kiedy miał chęć zrezygnować. Gdyby nie wielki hart i siła woli, pewnie 

położyłby się w łóżku na dobre i pogodził się, że już nie nadaje się do niczego. 

Ś

miać  mu  się  chciało,  kiedy  przypominał  sobie,  co  tłumaczył  Mikkalowi,  kiedy  ten 

załamał się po wypadku z niedźwiedziem. 

Mikkal ucierpiał wtedy bardziej niż on teraz, a jednak potrafił odzyskać radość życia i 

wiarę w siebie. 

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy Reijo podniósł się z łóżka. 

Sporządził sobie laskę i przeklinając ból, postawił pierwsze kroki. 

Ida mówiła, że jest wobec siebie nazbyt surowy, ale nie chciał jej słuchać. 

Ć

wiczył codziennie i wreszcie w środku lata wyrzucił laskę. 

Co prawda nadal trochę kulał, ale zwyciężył. 

background image

Pokonał niewiarę i zwątpienie - to  wszystko, co  omal nie zdławiło jego  wewnętrznej 

siły, którą przecież zawsze miał w sobie. 

Dotrzymał tego, co sobie poprzysiągł. 

Skończył trzydzieści dziewięć lat i czuł, że może zacząć nowe życie. Najpierw jednak 

musiał się uwolnić od wszystkich upiorów z przeszłości. 

Pamiętał,  co  przyrzekł  Simonowi,  mimo  że  było  to  dość  dawno,  i  zamierzał 

porozmawiać z Mają. 

Niedługo nadarzyła się ku temu okazja. 

Oznajmił Idzie, że chce sprawdzić, czy da radę dojść sam aż do chaty Mai, co zresztą 

było zgodne z prawdą. 

Zaznaczył  przy  tym  jasno,  że  pod  żadnym  pozorem  nie  życzy  sobie,  by  Ida  poszła 

wraz z nim. 

-  Jesteś  szalony,  stary,  uparty  i  nieokrzesany,  i  niemądry!  -  wykrzykiwała  córka  w 

bezsilnej złości. 

- Celnie to ujęłaś - przyznał Reijo, ale nie zważając na słowa Idy, ruszył w drogę. 

Okazało  się,  że  wędrówka  mocno  go  zmęczyła.  Często  zatrzymywał  się  na 

odpoczynek, przez cały czas układając w głowie mowę, jaką zamierzał wygłosić Mai. 

Właściwie wiedział, co chce jej powiedzieć, przemyślał każde słowo. Przygotował się 

tak, by zachować zimną krew i nie stracić nad sobą kontroli. 

Między Mają i Simonem wszystko się musi ułożyć! 

Kiedy myślał o dziecku, które straciła, serce mu pękało. Bo jak już kiedyś wspomniał 

Idzie, nadal był przekonany, że Maja potrzebuje dzieci. 

Tego  wieczoru,  jak  w  każdy  piątek,  Simon,  wziąwszy  torbę  na  plecy,  poszedł 

sprawdzić sidła, które zastawił w górach. 

Reijo było to bardzo na rękę, ponieważ zależało mu na tym, by porozmawiać z Mają 

w cztery oczy. 

U  Mai  zawsze  panował  nienaganny  porządek.  Kiedy  wyprowadziła  się  do  własnego 

domu, Reijo przekonał się ze zdumieniem, że to, co wydawało mu się dotąd oczywiste, wcale 

takie  być  nie  musi.  Ida  bowiem,  z  natury  bardziej  roztrzepana  i  nieporządna,  nigdy  nie 

potrafiła posprzątać w chacie dokładnie jak Maja. 

Ida pod tym względem przypominała Raiję. 

Maja nie. 

Była sama, jak się spodziewał. 

- Przyszedłeś aż tutaj? - przeraziła się i niemal siłą posadziła go na krześle. 

background image

- Nie jestem jeszcze taki stary  - rzucił zadowolony z siebie. - Czas najwyższy  ruszać 

się trochę dalej niż tylko na brzeg i z powrotem. 

-  Prosiłam  Idę,  żeby  nad  tobą  czuwała!  Miała  pilnować,  by  nic  ci  się  nie  stało!  - 

gderała  Maja  niezadowolona.  -  Ale  ona  pewnie  pobiegła  na  tańce  albo  na  spotkanie  z 

przyjaciółmi! 

Reijo  miał  nadzieję,  że  Maja  nie  chciała  być  niesprawiedliwa  i  że  w  głębi  serca  nie 

myślała źle o siostrze. Po prostu przemawiała przez nią gorycz. Reijo nie potrafił zapewnić jej 

radosnej młodości. 

Mój  Boże,  pomyślał.  Wyświadczyłem  jej  niedźwiedzią  przysługę,  chroniąc  ją  tak 

bardzo przed bezlitosnym światem. 

Cierpienie, jakie na nią spadło, było nieuniknione. 

Nie została na nie przygotowana, dlatego tym boleśniej je odczuła. 

Nie miała pojęcia o istnieniu aż takiego zła. 

-  Ida  wyprasowała  mi  koszule  -  zaprotestował.  Nawet  Mai  nie  pozwoli  powiedzieć 

złego słowa o własnej córce. 

- Zabroniłem jej deptać mi po piętach. 

- Wiesz o tym, że jesteś strasznie uparty, Reijo? - zapytała Maja ciepło.  W jej głosie 

brzmiała radość. Dawno nie widział jej uśmiechniętej. 

Jak dobrze było znów widzieć ją taką! 

- Ida też mówiła coś podobnego - odparł, obserwując Maję, która krzątała się, coraz to 

wynajdując sobie coś nowego do zrobienia. 

Doszła  do  siebie  po  dramatycznych  wydarzeniach  wiosny.  Promienie  letniego  słońca 

zabarwiły  jej  policzki  na  brązowo.  Do  twarzy  jej  było  z  opalenizną.  Tyle  tylko,  że  bardzo 

wychudła. 

Zauważył, że zwęziła spódnicę. Przyczyną nie była utrata dziecka, bo przecież w tych 

pierwszych miesiącach ciąży specjalnie nie przytyła. 

Włosy miała rozpuszczone. Reijo mimowolnie uśmiechnął się do siebie. Raija też nie 

lubiła  tych  gładkich  fryzur,  które  zgodnie  ze  zwyczajem  nosiły  mężatki.  Twierdziła,  że  od 

upiętego  koku  nad  karkiem  czy  ciasno  splecionych  warkoczy  boli  ją  głowa.  Nic  sobie  nie 

robiąc z tego, że zwraca na siebie uwagę otoczenia, nosiła włosy rozpuszczone. 

- Zamyśliłeś się... Głos Mai wyrwał go ze wspomnień. 

-  To  te  twoje  włosy  -  rzucił  z  uśmiechem.  -  Mężatki  powinny  je  zaplatać,  drogie 

dziecko - dodał, udając, że przybiera surową minę. 

background image

-  Ja  nie  -  odpowiedziała,  zarzucając  włosy  na  plecy.  Reijo  poczuł,  jak  dreszcz 

przebiega mu po plecach. 

-  Twoja  mama  też  się  tego  nie  trzymała  -  rzekł  cicho.  -  Ostatnio  myślę  o  niej  coraz 

częściej. Patrzę na Idę i każdy jej gest wydaje mi się znajomy. 

- U mnie też? 

- U ciebie nie tak bardzo. Ty jesteś do niej podobna bardziej z charakteru, Ida podobna 

jest zewnętrznie. 

- Nie chcę być nową Raiją - wyrzekła z przekonaniem, jakby ze złością. 

Usiadła, podciągając kolana pod brodę i obejmując je rękoma. 

Spędzili  ze  sobą  niejeden  wieczór,  siedząc  przy  stole  i  rozmawiając  o  różnych 

sprawach. 

- Nigdy nie staniesz się nową Raiją - zapewnił ją. 

-  Dlatego  że  ona  była  jedyna?  -  rzuciła  wyzywająco,  tak  jakby  poczuła  się  dotknięta 

jego zapewnieniem. 

- Kochana Maju, jak zwykle sama sobie zaprzeczasz - wyrwało mu się. 

- Dlatego że była taka niezwykła? - ciągnęła, wysuwając brodę. Nie chciałaby pewnie 

usłyszeć,  że  Raija  też  tak  robiła.  -  Kobieta,  o  której  mężczyźni  marzą,  pragnąc  ją  zdobyć? 

Dlatego, że była mądra i potrafiła owinąć sobie ludzi wokół małego palca? Czy może dlatego, 

ż

e pakowała się we wszelkie możliwe kłopoty i komplikowała sobie życie, wierząc, że inni za 

nią rozwiążą jej problemy? 

-  Dlatego,  że  ty  jesteś  Maja  -  przerwał,  a  w  kącikach  ust  czaił  mu  się  uśmiech.  - 

Jedyna w swoim rodzaju. Nikt inny nie może stać się nową Mają; tak samo jak ty nie staniesz 

się nową Raiją. 

Maja odetchnęła i ukryła twarz w dłoniach. 

- Wybacz  mi  -  odezwała  się,  pochylając  się  nad  blatem  stołu.  - Ja  chyba  też za  dużo 

rozmyślam.  Chodzę  tak  i  myślę  o  niej  od  wiosny.  Byłoby  lepiej,  gdyby  zostawiła  mnie  w 

spokoju. 

- I gdybym umarł? 

Nie powinien zadawać jej takiego pytania, ale wyrwało mu się, nim się zastanowił, co 

mówi. 

Na rzęsach Mai zalśniły łzy. 

- Wiesz dobrze, że nic takiego nie miałam na myśli. Jak w ogóle możesz mówić coś 

takiego? 

Tym razem Reijo musiał prosić, by Maja mu wybaczyła. 

background image

-  Czy  ona  naprawdę  była  taka,  jak  wszyscy  mówią?  -  zastanawiała  się  głośno 

dziewczyna. - Mikkala, ojca, nie liczę. Bo jego naprawdę kochała. Był jej jedyną prawdziwą 

miłością. Ale wszyscy inni... Wy wszyscy... kim, u licha, była dla was? Dlaczego tobie ciągle 

się błyszczą oczy, kiedy o niej myślisz, Reijo? 

Co takiego w niej było, co sprawiało, że była lepsza od innych? 

- Lepsza od innych? Reijo popatrzył na swoje palce i oparł splecione o stół dłonie. 

-  Nigdy  nie  starała  się  być  lepsza  od  innych  i  nie  była  -  odpowiedział  po  chwili.  - 

Oczywiście mężczyźni porównywali ją z innymi kobietami i uważali, że nie ma takiej drugiej, 

ale oni obserwowali ją z zewnątrz. Ja, Maju, żyłem z nią na co dzień i wiem, że miała swoje 

wady. Ty też pewnie trochę pamiętasz, prawda? 

Maja pokiwała głową. 

- Dostrzegałem jej wady - ciągnął Reijo - ale kochałem ją pomimo tego. 

- Tą jedyną wielką, cudowną miłością? - zapytała jakby z obrzydzeniem w głosie. Tak 

jakby trzymała w rękach wstrętnego małego płaza i przyglądała mu się z bliska. Zmusiła się, 

by to powiedzieć. 

- Kiedyś tak myślałem - przyznał Reijo, nie przypuszczając, że rozmowa potoczy się 

w  tym  kierunku.  -  Młody  człowiek  ma  prawo  do  gorących  uczuć  -  rzekł,  zaczynając  swoją 

dawno  ułożoną  i  wyćwiczoną  przemowę.  -  Ma  prawo  popełnić  błąd,  wyznając  miłość.  Do 

diabła, w tym wieku tak łatwo sobie coś ubzdurać. Nazwać uczucia niewłaściwie... 

-  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  jej  nie  kochałeś?  -  zapytała  z  niedowierzaniem.  - 

Przecież  poświęciłeś  dla  niej  całe  swoje  życie!  Nie  jesteśmy  twoimi  dziećmi,  z  wyjątkiem 

Idy,  więc  nie  musiałeś  brać  sobie  nas  na  kark.  Mogłeś  założyć  własną  rodzinę.  Tymczasem 

czekałeś na nią pół życia, nie dopuszczając nawet myśli o tym, że jesteś wdowcem, dopiero 

niedawno... Dobry Boże, Reijo, nie jestem aż taka naiwna! Co to jest jak nie miłość? 

Jego uśmiech był odbiciem uśmiechu z przeszłości. 

- Coś na kształt miłości - odparł jakby z przekorą. - Słyszałaś o przyjaźni, Maju? 

-  Takich  dobrych  przyjaciół  nigdy  nie  miałam  -  oznajmiła,  zakładając  ręce  na 

piersiach. 

- Nie wszyscy mają to szczęście - rzekł Reijo z powagą. - Ja miałem. Raija była moim 

przyjacielem. Zrobiłem dla niej tylko to, co ona uczyniłaby dla mnie. Ani mniej, ani więcej. 

- Przyjaźń więc czy miłość? 

Reijo westchnął i  gestykulując żywo, zaczął wyjaśniać, jak to z nimi było naprawdę. 

Mówił z przejęciem jak młody chłopak. 

background image

Jego  zielone  oczy  promieniały.  Przeczesał  dłońmi  włosy  w  ten  swój  jedyny 

niepowtarzalny sposób. 

Dawno Maja nie widziała tego gestu i wzruszył ją niemal do łez. 

To było niczym niespodziewane spotkanie z dobrym przyjacielem. 

-  Oczywiście,  że  ją  kochałem.  Właśnie  tak  nadużywa  się  słowa  „miłość”  -  mówił  z 

przejęciem.  -  Pożądałem  jej,  spałem  z  nią,  w  jej  ramionach  przeżyłem  chyba  najpiękniejsze 

chwile.  Dla  niej  gotów  byłem  pójść  na  śmierć.  Ale  zawsze  zdawałem  sobie  sprawę,  że  ona 

należy do Mikkala. Nigdy tak do końca nie była moja. Wiedziałem, że nigdy nie stanę się dla 

niej tym kimś wyjątkowym. Ona nazywała to czymś na kształt miłości. Kochaliśmy się, Maju, 

na swój sposób. Ale ja tego nie nazywam miłością. Miłość to coś znacznie więcej. Czujesz to 

całą sobą: kochasz kogoś, jesteś do niego przywiązana, szanujesz go, ufasz mu, jesteś z niego 

dumna... Wszystkie te dobre uczucia połączone z niezwykłym ogniem, żarem... 

Maja mrugała powiekami. 

Wielkie nieba, jak cudownie to zabrzmiało! 

- Naprawdę istnieje takie uczucie? - zapytała cicho. - Naprawdę ludzie mogą przeżyć 

coś takiego? 

Reijo przełknął ślinę. 

-  Tak  -  odpowiedział.  -  Wierzę,  że  tak.  Niektórzy  zadowalają  się  namiastką,  a  inni 

mają  taki  los  jak  Raija  i  Mikkal.  Ale  chyba  nie  ma  ich  tak  wielu.  Bo  z  takim  żarem  trudno 

ż

yć.  Oni  oboje  właśnie  tego  doświadczyli...  A  równocześnie  z  dala  od  siebie  przeżywali 

piekło. 

Zapadła cisza. 

Reijo nie powiedział tego, co sobie przygotował. 

- Między tobą a Simonem nie wszystko układa się dobrze? 

Roześmiała się z goryczą. 

-  Ten  związek  nie  został  pobłogosławiony  przez  niebiosa  -  rzuciła  cierpko.  -  Od 

początku był skazany na klęskę. 

- Czy naprawdę próbowałaś, kochanie? 

- Pewnie jakoś by się ułożyło... na swój sposób - odrzekła zamyślona. - Gdyby nie ten 

pożar  w  oborze.  Na  Simonie  odcisnął  się  trwałym  piętnem.  Ja  nie  mam  siły  żyć  z  jego 

koszmarami,  nie  mam  siły  się  ciągle  bać,  że  straci  nad  sobą  panowanie  i  znów  stanie  się 

agresywny... - Przyciskając brodę do kolan, oparła policzek na dłoni. - Nie mogę, Reijo. Nie 

mogę. 

background image

- Wiesz o tym, że Simon cię kocha? Kocha prawdziwie, głęboko. Być może nigdy nie 

spotka kogoś, kogo pokocha równie silnie. 

Maja skinęła głową. 

-  To  właśnie  tak  wszystko  komplikuje.  Ale  ja  już  powoli  oswajam  się  z  tym,  że 

zawsze jestem najgorsza. Jak widzisz, nie na darmo jestem córką mojej matki. 

Reijo przerwał jej. 

-  Czy  nie  chodzi  o  coś  więcej,  Maju?  Ujrzawszy  w  jego  oczach  pytanie,  spuściła 

wzrok. 

Policzki okrył rumieniec. Zacisnęła wargi, starając się odzyskać spokój. 

Ale nie pomogło. 

Odrzuciła  w  tył  głowę;  znów  ten  charakterystyczny  gest.  Otwarcie  i  odważnie 

napotkała jego badawcze spojrzenie. 

- Jesteś zbyt spostrzegawczy, Reijo - powiedziała, a głos jej zadrżał, chociaż starała się 

mówić spokojnie. 

-  Długo  żyję  na  tym  świecie  -  odrzekł  z  czułością.  -  Człowiek  uczy  się  dostrzegać 

takie  rzeczy  wraz  z  upływem  lat.  Przenikliwość  przydałaby  się  człowiekowi  bardziej,  kiedy 

jest młody. Niestety, mężczyźni, których znam, byli wtedy zupełnie ślepi. 

Pokiwał głową z rezygnacją. 

Niełatwo było mu patrzeć na nią - na Maję kobietę, nie dziecko. 

Równocześnie trochę mu to pochlebiało. 

-  To,  co  jak  ci  się  zdaje,  czujesz  do  mnie  -  zaczął  powoli  -  to  takie  młodzieńcze 

zakochanie,  które  cię  minęło.  Tobie  się  wydaje,  że  to  coś  więcej.  Myślisz,  że  to  coś,  czego 

Simon nie może ci ofiarować. W marzeniach może jestem tym, którego mogłabyś pokochać. 

Ale nie w rzeczywistości. 

Nie  odpowiedziała,  patrzyła  tylko  na  niego  swymi  głębokimi  brązowymi  oczami  z 

lśniąco złotą otoczką wokół źrenicy. 

Przełknął ślinę i mówił dalej: 

-  Myślę,  że  jeśli  dasz  Simonowi  szansę,  to  on  może  stać  się  dla  ciebie  właśnie  kimś 

takim. Jeżeli porzucisz marzenia i odważysz się żyć naprawdę. 

Reijo  nabrał  powietrza.  Wiedział,  że  musi  zniszczyć  to  uczucie,  które  tak  starannie 

pielęgnowała w swoim sercu. Wiedział, że musi być bezwzględnie brutalny. 

- Nie jestem dla ciebie odpowiednim kochankiem, Maju. I nigdy nie mógłbym się nim 

stać. Nie chcę, byś była nową Raiją, nie obawiaj się. Dla mnie jesteś dzieckiem Raiji, prawie 

background image

moim dzieckiem. Dla ciebie jestem ojcem. Tak się czuję, mimo że dość często przypominałaś 

mi, że to nieprawda. 

Cisza była przytłaczająca. 

- Jeśli chcesz spojrzeć na to w taki sposób - dodał wprost - to można powiedzieć, że 

rzeczywiście stoisz w cieniu Raiji. 

Maja roześmiała się gorzkim śmiechem. 

- Uważasz, że powinnam postawić na Simona? Reijo przytaknął. 

-  Myślę,  że  wam  obojgu  dobrze  będzie  razem.  Simon  jest  dobrym  chłopakiem. 

Przyznaję,  że  na  początku  miałem  do  niego  zastrzeżenia,  ale  teraz  lubię  go  coraz  bardziej. 

Myślę, że to właściwy mężczyzna dla ciebie, Maju. 

Zapłakała cicho. 

Nie odważył się pogłaskać jej po głowie, nie miał odwagi jej dotknąć. 

- Za późno przyszedłeś wygłosić ten hymn pochwalny na cześć Simona - rzuciła przez 

łzy.  -  Simon  odszedł  dziś  ode  mnie.  Wspólnie  uznaliśmy,  że  nie  możemy  razem  żyć. 

Zostawiliśmy  sobie  nawzajem  wolną  rękę.  Powiedział,  że  jeśli  uzna  to  za  właściwe,  zwróci 

mi wolność, rozpuszczając wieść o swojej śmierci. Podzieliliśmy się złotem. 

Reijo zamknął oczy. 

To nie może być prawda. 

Maja nie przestawała się śmiać. 

-  Myślę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  wrócisz  do  siebie  na  przylądek,  ojczulku  Reijo. 

Przyrzekam, że nie pójdę za tobą. Spróbuję zniszczyć moje marzenia. Nauczę się żyć w cieniu 

Raiji. 

Odszedł, z każdym krokiem nienawidząc siebie coraz bardziej.