background image

BENTE PEDERSEN

BUNTOWNICY

background image

1

- Są pewne sprawy, o których się nie mówi - rzekł Jewgienij z powagą.

Ciemnymi oczami spojrzał na Olega i na jego drobną, wesołą i pogodną żonę, Antonię.

Byli najbliższymi przyjaciółmi Jewgienija. Zostali też najbliższymi przyjaciółmi Raiji. 

O Jewgieniju wiedzieli prawie wszystko, a o Raiji więcej niż ona sama. Wiedzieli też o Jumali.

Oboje zgadzali się z Jewgienijem.

- To prawda, ale nie mogę obiecać, że tak po prostu zapomnę - odezwała się Antonia.

Ciemne loki podskakiwały, kiedy potrząsała głową. Na twarzy zazwyczaj beztroskiej 

Toni wyjątkowo malowała się powaga, w oczach pojawił się smutek.

Z myślami o bogini Jumali zawsze powracało cierpienie, ta niezwykła historia niosła z 

sobą ból.

- Ale postaramy się o tym nie wspominać - dokończył Oleg. Druh Jewgienija z okresu 

przewozów frachtowych na Morzu Białym i na rzece Dwinie oraz ku wybrzeżom północnej 

Norwegii   błyskawicznie   przeszedł   do   istoty   sprawy.   -   Masz   rację,   Jewgienij,   są   rzeczy,   o 

których się  nie mówi. Czasami  zastanawiam się,  czy to,  co widziała  Raija,  wydarzyło się 

naprawdę, i wraz z upływem czasu nabieram do tego dystansu. Czasami zdaje mi się nawet, że 

to był tylko sen...

Jewgienij   ze   smutkiem   pokiwał   głową.   Wszyscy   troje   wiedzieli   przecież,   że   było 

inaczej. Przeżyli to naprawdę.

- Chciałbym, żeby Raija o tym zapomniała - rzekł Jewgienij.

W jego głosie brzmiała troska. Ubóstwiał  Raiję, kochał ją z siłą, która nawet jego 

samego przerażała.

Być może nie powinien był dopuścić, by Raija znaczyła dla niego tak wiele.

Ale tak się ułożyło jego życie. Została jego żoną, stała się całym jego światem.

- Chciałbym, żeby cień Jumali zniknął z mego życia - rzekł stanowczo.

- A ja myślę, że Jumala nas przeżyje - zauważyła Antonia.

Słowa jakby wymknęły się z jej ust, niczym myśl, nad którą nie zdążyła się dobrze 

zastanowić.

Wyglądało  na to,  że Jewgienijowi  nie  spodobały się  jej  przypuszczenia.  Być może 

obawiał się, że mogą okazać się słuszne. Jednak nic nie powiedział.

Wróciła Raija.

Stąpała na palcach. W jej oczach pojawił się wyraz ulgi. Cicho zamknęła za sobą drzwi. 

Musiała zajrzeć do dzieci, ponieważ Michaił się obudził i domagał się późnej kolacji. Olga na 

background image

szczęście przespała jego nocny koncert.

- Misza jest mężczyzną, który wie, czego chce - uśmiechnął się Oleg.

Cieszył się, że mogą zostawić temat Jumali. Zawsze czuł się nieswojo, kiedy rozmowa 

toczyła się wokół owej pogańskiej bogini. Nie potrafił określić, co czuje. Nie bardzo wiedział, 

w co wierzyć. W głowie miał gmatwaninę wspomnień o zdarzeniach sprzed roku. Antonia 

uczestniczyła w nich niemal przez cały czas, on zaś przyjechał pod sam koniec. I nie dopuszczał 

do siebie tego, co się stało, tak długo jak potrafił, dopóki nie zagłuszył głosu rozsądku i ślepo 

nie zaakceptował faktów.

Nabrał już dystansu do niesamowitych przeżyć, które stały się udziałem Raiji.

Wydawało się, że ta kobieta przyciąga ku sobie wszystko, co niezwykłe.

Być może nie należało tworzyć jej nowego życia. Olegowi często zdarzało się żałować, 

że obiecał Jewgienijowi milczenie na temat przeszłości jego żony. Odnosił wrażenie, jakby 

także kłamał.

Ale   teraz   jest   za   późno,   by   się   wycofać.   Od   czasu,   kiedy   urodziło   się   dziecko, 

przeznaczeniem Raiji jest Rosja. Oleg zastanawiał się, czy Jewgienij to sobie zaplanował. Ta 

myśl nie dawała mu spokoju.

Siedzieli w domu Olega i Toni w Archangielsku. Był lipiec roku 1736.

Jeszcze   raz   Jewgienij   i   Raija   przywieźli   cały   inwentarz   z   domu   nad   Dwiną.   Raija 

ponownie miała zamieszkać w mieście. Ponownie jej uszy miały wypełnić odgłosy kroków na 

moście, rżenie koni i śmiech chłopców stajennych Toni. Stąd roztaczał się widok na port i statki 

ze świata oddalonego o wiele mil od północnej Rosji, ze świata, w którym rozmawiano po 

niemiecku.

- Może jednak nie pojadę - powiedziała Antonia chyba po raz dziesiąty tego wieczoru. 

Spojrzała na męża. Szukała w jego oczach choćby najmniejszego znaku, że się z nią zgadza, ale 

nie znalazła nawet cienia poparcia.

Jewgienij zaśmiał się cicho:

- Po raz pierwszy napotykam takie trudności, by namówić kobietę do wspólnej podróży!

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - zauważyła Raija wesoło i potargała go po włosach.

Jewgienij spojrzał na nią czule.

- Potrzebujemy koni czy nie? - spytał Oleg na wpół zrezygnowany.

Wzruszył się tym, że jego niezależna żona nie chce bez niego wyjeżdżać. Nie musiał 

szukać   zbyt   daleko   w   pamięci,   żeby   odnaleźć   czasy,   kiedy   Antonia   na   jedno   skinienie 

wyfrunęłaby z domu niczym wędrowny ptak jesienią.

Tonią ruchem głowy wskazała na pierś Olega i chwyciła brzeg jego kurtki.

background image

- Powinnam przyszyć ten guzik - mruknęła.

- Czy myślisz poważnie o prowadzeniu własnej hodowli? - dopytywał się dalej Oleg, nie 

dając żonie szans na wynajdywanie kolejnych wymówek.

- Wiem, że muszę jechać - przyznała z ciężkim sercem.

Westchnęła równie zrezygnowana jak przed chwilą Oleg. Po chwili jednak roześmiała 

się cicho. Jej twarz wydała się teraz bardzo ładna, pełna ciepła. Antonia śmiała się z siebie. 

Śmiała się tak zaraźliwie, że wszyscy wokół także musieli się uśmiechnąć.

Nikt nie potrafił tak rozładować atmosfery jak Antonia.

- Nie myślcie tylko, że podoba mi się ten pomysł - dodała szybko, kiedy zauważyła, że 

odetchnęli z ulgą Jej twarz nie całkiem spoważniała. Tonią nigdy nie będzie wyglądała jak 

prawdziwa zrzęda, nawet jako stara babuszka będzie przypominała niesforną dziewczynę, na 

zawsze zachowując w sobie dziecięcy niepokój. - Wcale mi się to nie podoba. Niestety Oleg 

ledwie zauważa różnicę między pyskiem a zadem konia i nie mogę go wysłać w tę podróż. 

Wiem, że sama muszę wybrać odpowiednie okazy. Mnie przynajmniej nikt nie będzie usiłował 

oszukać. Dawno już przestali próbować!

Kiedy Tonią po śmierci ojca, który zostawił jej w spadku stadninę, zaczynała zajmować 

się hodowlą, nieraz starano się wywieść ją w pole. Wyglądała jak niewinny kwiat i gruboskórni 

mężczyźni dali się zmylić temu wizerunkowi. To właśnie wtedy Tonią wyrobiła sobie pogląd, 

że mężczyzn można łatwo oszukać, ponieważ bardziej wierzą oczom niż uszom.

Młodziutka Tonią udowodniła im, że zna się na koniach prawie tak samo dobrze jak oni. 

Udowodniła im, że doskonale wie, co decyduje o wartości konia, którego zamierza kupić.

Żaden   z   handlarzy   nie   przeprosił   za   nieuczciwość.   Ale   zapamiętali   ją   i   więcej   nie 

próbowali oszukiwać. Ani jeden z nich.

Wszyscy wiedzieli, kim jest Tonią.

Była jedyną kobietą, z którą hodowcy koni mieli do czynienia. Uznali ją za swoją, 

ponieważ śmiała się równie głośno, umiała opowiadać pikantne historie, śpiewała smutne pieśni 

fałszywym głosem. Potrafiła dorównać im w piciu, nie spadając pod stół. I znała się na koniach. 

Kochała zwierzęta równie mocno jak niektórych ludzi, darzyła je szacunkiem, dobrze się z nimi 

obchodziła.

Żadnemu   z  hodowców  na  północy   Rosji  nie   przyszłoby   do   głowy,   żeby   starać  się 

przechytrzyć Antonię. A ponieważ była kobietą, każdy z mężczyzn bez wahania stanąłby w jej 

obronie. Jednak nigdy  by się  do tego  nie przyznali.   Zresztą  Tonią,  silna  i niezależna, nie 

potrzebowała ich pomocy.

Antonia zdawała sobie sprawę, że gdyby sama nie przyjechała po konie, potraktowaliby 

background image

to jak zdradę.

Naturalnie wybaczyli jej to w zeszłym roku, kiedy dowiedzieli się, że urodziła dziecko. 

Wiedziała, iż pomyśleli,  że już przestanie zajmować się końmi, że podzieli los większości 

innych kobiet.

Chciała udowodnić, że pozostała sobą, choć trudno będzie znieść tak długą rozłąkę z 

córeczką.

- Oleg zna się na statkach, Toniu - przekonywał Jewgienij. - Ty i ja jesteśmy znawcami 

koni. Pozwólmy, by Oleg i Raija pilnowali spraw tu na miejsca Raija zajmie się Olgą jak 

księżniczką.   A   my   będziemy   mogli   się   upijać   każdego   wieczoru   i   płakać   na   ramieniu 

drugiego...

Tonią zwykła podróżować w towarzystwie jednego ze stajennych, ale tak bywało, zanim 

poznała Olega, w czasach kiedy nie przywiązywała szczególnej wagi do tego, z kim dzieli 

siennik. Kiedy lubiła wtulić się w silne ramiona stajennego.

To było inne życie. Nie żałowała, że minęło. Teraz wydawało się takie obce, jakby 

cudze.

Nie   chciała   stwarzać   powodów   do   nieporozumień,   tym   bardziej   że   Jewgienij   sam 

ofiarował się jej towarzyszyć.

Znał   się   na   koniach,   ludzie   słyszeli   o   nim   dużo,   powtarzali   historie   o   jednorękim 

kapitanie.

Jego obecność da jej poczucie bezpieczeństwa.

Jewgienij twierdził, że potrafi dobijać targu, choć może nie akurat w handlu końmi. 

Poza   tym   był   przyjacielem.   Nie   będzie   zatem   tracił   czasu   na   próby   wtargnięcia   jej   pod 

spódnicę. Jemu także odpowiadało, że Tonią nie oczekuje od niego umizgów.

Ufali sobie wzajemnie.

Mieli wyruszyć nazajutrz.

Raija i Jewgienij dzielili wąską kuchenną ławę. Czuli, że w pomieszczeniu jest chłodno, 

choć Tonią i Oleg palili nawet o tej porze roku. W domach, gdzie okna wychodziły na północny 

zachód, zrobiło się zimno. W nocy ucieknie jeszcze więcej ciepła.

- Nie pozwól się Antonii w nic wplątać! - szepnęła Raija.

Jewgienij poczuł ciepły oddech żony na swym szorstkim policzku. Objął ją i powoli 

gładził jej ramię.

- Tonią jest dorosła - roześmiał się cicho. - Może raczej to ją powinnaś poprosić, żeby 

mnie pilnowała, bym się w coś nie wplątał?

- Jesteś  okropny, Jewgieniju Dymitrowiczu! - odparła, choć wcale  tak nie myślała. 

background image

Najbardziej ceniła w nim właśnie ową chłopięcość, za to go kochała i dlatego chciała się z nim 

zestarzeć. - Tonią mówiła, że tam, dokąd jedziecie, będą sami mężczyźni. Wydaje mi się zatem, 

że nie mam się specjalnie czego obawiać?

- Hm... - Jewgienij na pozór obojętnie wzruszył ramionami. - Tonią zapomniała ci chyba 

wspomnieć o dziewczynach lekkich obyczajów, które podążają w ślad za handlarzami końmi, a 

które przybywają z Kozakami z południa znad Donu... znad Dniepru...

Raija roześmiała się tuż przy jego szyi.

-   Starasz   się   wzbudzić   we   mnie   zazdrość,   mój   drogi?   -   W  półmroku   nie   widziała 

wyraźnie twarzy męża, ale domyśliła się, że zgadła. - Ufam ci - powiedziała po prostu. - Nie 

muszę nikogo prosić, żeby cię pilnował. Wiem, że jesteś rozsądny, i wiem, że mnie kochasz. 

Więcej mi nie trzeba. Nie muszę posiąść na własność każdej przeżywanej przez ciebie chwili, 

mój najdroższy. Dopóki wiem, że wrócisz, potrafię oddychać, nawet jeśli przez jakiś czas będę 

sama. Po prostu nie jestem zazdrosna. - Zamilkła, zanim zaczęła mówić dalej. - I nie wyrażaj 

się źle o tych kobietach. Cóż możemy wiedzieć o powodach, które nimi kierują...

Jewgienij milczał. Mocniej uścisnął Raiję. To pewne, że na nią nie zasłużył.

Być może i świat nie zasłużył na kogoś takiego jak ona.

Łatwo jest osądzać. Jemu także. Większości osób, które znał, przychodziło to bez trudu. 

Tak łatwo jest krytykować i pogardzać...

Przez moment ujrzał przed sobą te kobiety, o których rozmawiali. Większość z nich 

życie ciężko doświadczyło. W mroku trudno jest dostrzec linie pozostawione przez troski, lecz 

dzień je odsłaniał.

Jewgienij również trzymał kilka z tych dziewcząt w ramionach, kiedy miał jeszcze obie 

ręce. Kiedy uciekał od uczuć w wiecznym poszukiwaniu namiastki tego, czego nie mógł dostać.

Raija nie powinna o tym wiedzieć.

- Jesteś najpiękniejszą istotą na ziemi - szepnął przy jej czole. - Najpiękniejszą z kobiet - 

dodał. - Michaił zajmuje w moim sercu równie ważne miejsce, ale to zupełnie co innego. - 

Roześmiał   się   cicho.   -   Marzną   mi   stopy.   Zaraz   tak   jak   Antonia   zacznę   szukać 

usprawiedliwienia, żeby zostać w domu...

Raija pocałowała go. Pocałowała wargi, które potrafiły być tak surowe, a które teraz 

poddały się jej woli. Pocałowała jego chude policzki, które z każdym upływającym rokiem 

wydawały się coraz bardziej zapadnięte, co jednak wcale go nie postarzało. W każdym razie nie 

w jej oczach. Zresztą wszystko, na co się patrzy z miłością, staje się piękne.

- Dobrze ci zrobi, jeśli na trochę wyjedziesz - rzekła z mądrością w oczach.

Jewgienij zastanowił się przez chwilę, co będzie tego dnia, kiedy wszystko, co tłumione, 

background image

skrywane i zapomniane, wyłoni się z cienia.

Odsunął jednak od siebie tę myśl. Całkiem dobrze już mu się to udawało, żył z tym 

przecież na co dzień.

Jakoś sobie radził.

Jednocześnie potrafił być szczęśliwy. Potrafił kochać.

- Zawsze podróżowałeś - mówiła dalej Raija. - O wiele trudniej musisz znosić siedzenie 

w domu, niż to przyznajesz.

Rzeczywiście tęsknił za wiatrem we włosach.

Nie mówił jej o tym, lecz często za tym tęsknił.

Za   wiatrem   we   włosach,   pokładem   niespokojnym   pod   stopami,   morzem   dookoła. 

Morzem i niebem.

Człowiek   czuje   się   wtedy   taki   mały,   a   jednocześnie   taki   potężny.   Żeglowali   i   żyli 

pośrodku żywiołu, który nie został stworzony dla ludzi. Opanowali i morze, i wiatr.

Brakowało mu tego życia.

- Wybrałem dom - rzekł tylko. Nie potrafił wytłumaczyć Raiji swej tęsknoty.

Mógł nazwać słowami wszystkie inne pragnienia, ale nie to; owej tęsknoty kobiety nie 

znają. Trudno byłoby oczekiwać, że zrozumie. Nawet Raija.

- Kiedy się pojawiłaś, rozpocząłem nowe życie, Raiju. Byłoby niewdzięcznością tęsknić 

za czymś innym, skoro mam ciebie i chłopca.

Nie protestowała. Ale wiedziała, że tęsknił również za życiem, które zostawił, które, jak 

twierdził, zakończył. Wiedziony poczuciem taktu starał się, by się o tym nie dowiedziała, ale 

przecież nie była dzieckiem.

Widziała.

Wiedziała.

Jewgienij zasnął w jej ramionach. Raija ułożyła się tak, że jego głowa spoczęła na jej 

piersi.

A kiedy zamknęła oczy, przez moment wydał się jej obcy. Jednak to wrażenie zaraz 

zniknęło. Kiedy na powrót otworzyła oczy, znów był jej Jewgienijem, jej mężem.

Przespał noc, podczas której Raija na moment uchyliła zasłony skrywającej przeszłość. 

Ranek przywitał chłodem jej nagie stopy. Nie budząc męża, cicho wstała i rozpaliła w pieca 

Potem znowu wśliznęła się pod skóry. Ogrzała się pod okryciem. Przytuliła się do Jewgienija, 

przysunęła najbliżej jak mogła. Rozkoszowała się bliskością męża, ciszą i trzaskaniem drewna 

w piecu.

Jewgienij obudził się w jej ramionach.

background image

- Mogłaś się oswobodzić od mego ciężaru - rzekł ciepłym głosem, ziewając. - Nie 

wyspałaś się.

Uświadomił   sobie,   jak   bardzo   ją   kocha.   Jednocześnie   poczuł   ukłucie   wyrzutów 

sumienia, ponieważ dla niego zrezygnowała ze snu.

- Było mi dobrze - odparła.

Jewgienij wiedział, że w Raiji drzemie ogromna potrzeba obdarowywania. Ofiarowania. 

Bardziej siebie niż przedmiotów. Sam nie posiadał tego daru, ale Raija chętnie rozdawała, jeśli 

tylko mogła. Jeśli ktoś bardziej niż ona sama potrzebował tego, co miała.

Raija nie przyznała się, że nie z jego powodu nie mogła zasnąć.

Poza tym chciała popatrzeć na męża ostatniej nocy, zanim wyruszy. Posiąść te cenne 

minuty, których nawet on nie znał, kiedy spał w jej ramionach jak dziecko.

- Musiałam cię zaczarować, żeby nikt inny nie mógł cię obejmować, zanim znowu nie 

będziesz ze mną - zażartowała.

I chociaż Jewgienij uśmiechał się, zakładając wysokie buty do jazdy konnej, w jego 

głosie brzmiał cień powagi, kiedy powiedział:

- Nie zdziwiłoby mnie, gdybyś była w stanie tego dokonać, moja Raiju. Myślę, że już 

dawno ci się to udało. Już wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałaś, kim jestem...

Zamierzał powiedzieć więcej, ale ugryzł się w język, zanim zahaczył o obszary, które 

zatarły się w jej pamięci.

Omal się nie przyznał, że omotała go swą siecią już wtedy, kiedy kochał ją Aleksiej, a 

on sam traktował jak ukochaną siostrę.

Musi bardziej uważać na słowa, zwłaszcza kiedy jest zmęczony.

- Nie mam ochoty obejmować innych kobiet - zapewnił.

Nie musiał tego robić.

Raija wiedziała o tym. Była go pewna. Tak otwarcie starał się ją uszczęśliwić. Kochał ją 

wielką i niewzruszoną miłością. I chociaż Raija nie pamiętała czasów sprzed małżeństwa z 

Jewgienijem, miała uczucie, że nie zawsze tak było.

Była prawie pewna, że nigdy przedtem nie zaznała takiego spokoju, że owo poczucie 

bezpieczeństwa pojawiło się w jej życiu wraz z Jewgienijem.

Wyruszyli   jednym   ze   statków   płynących   Dwiną   na   południe.   Raija   usłyszała 

napomnienia Toni dobiegające jeszcze z pokładu. Roześmiała się na poły rozbawiona, na poły 

zrezygnowana Zdawało się, że Tonią nie wierzy, iż Raija potrafi zajmować się dziećmi. Ona, 

która...

Coś zablokowało tę myśl, nie pozwoliło jej dokończyć, jakby gładka ściana, jak skała 

background image

mokra od deszczu.

Raija poczuła ucisk w skroniach.

Wiedziała, co to oznacza.

Myśl zapędziła się za daleko, zamierzała przebić się przez skałę.

Na próżno...

Raija zdusiła ją. Tłumienie myśli stało się już nawykiem, nauczyła się tego. Za każdym 

razem czyniła to z mniejszym bólem. Już nawet nie zdawała sobie sprawy, że to nie jest 

normalne, że nie wszyscy tak robią.

Patrzyła, jak statek z Jewgienijem i Antonią wślizguje się w ujście rzeki. Nie potrafiła 

rozróżnić ich postaci na pokładzie, ale wiedziała, że tam są. Że starają się dojrzeć dom i ją w 

niedużym oknie kuchni za powiewającymi firankami, ponieważ w ciągu dnia otwierała je na 

oścież. Czasami w mieszkaniu robiło się za gorąco, poza tym Raija lubiła też słuchać dźwię-

ków, które brzmiały dziwnie, obco.

Już tęskniła za Jewgienijem. Kochała go. Czuła się z nim szczęśliwa.

Ale czy żyła?

Była kobietą i matką. Robiła to, co robiły inne kobiety i matki.

A kiedy Olga i Michaił spali, nudziła się. Nawet pośród tych wszystkich odgłosów z 

zewnątrz, nawet z robótką w ręku czy pilnując na ogniu jedzenia dla synka, odnosiła wrażenie, 

jakby całe życie toczyło się gdzieś obok.

Jej myśli wydawały się bardziej żwawe niż palce łatające ubranie. Dłonie nie poruszały 

się wprawnie, wydawały się tak niezgrabne, że się tego wstydziła. Wszystkie kobiety potrafiły 

przecież szyć!

Z dworu dobiegł ją tupot nóg. Nie należał do niezwykłych odgłosów, często go słyszała. 

Rozmaite   kroki,   rozmaite   buty.   Chodaki,   skórzane   trzewiki,   buty   z   kory   brzozowej,   które 

szurały o podłoże w całkiem szczególny sposób, ciche kumagi.  Musiały tam być, słyszała 

przecież głosy ludzi.

Tym razem za oknem rozległ się stukot chodaków i Raija od razu wiedziała, że to kroki 

marynarza.

Nie zapukał. Otworzył drzwi na oścież, jakby zawsze był mile widzianym gościem.

- Gdzie pryncypał? - rzucił w progu zdyszany. Bez wstępów, nawet bez przywitania.

Raija zrozumiała, że szuka Olega, a nie Jewgienija. Wiedział zatem, że Jewgienija nie 

ma w mieście, widocznie już z kimś rozmawiał.

- Zaraz powinien przyjść - odparła. - Szukałeś w porcie? W kantorze?

Skinął głową.

background image

Stał w drzwiach, wpuszczając do środka popołudniowe powietrze. Miał na sobie szare 

spodnie, tak szerokie, że luźno zwisały wokół nóg - jako pasek służył sznur, związany nad 

biodrem w kunsztowny węzeł. Szeroką koszulę z rozcięciem na głowę, sięgającym do polowy 

piersi, bez guzików czy wiązania, co sprawiało, że nie mogła być przyzwoita, choćby nie wiem 

jak się starać.

Przybysz był marynarzem. Raija wiedziała o tym, nie pytając.

Nie  zaprosiła go  do środka. Pogardzała   sobą z tego powodu,  nie uważała przecież 

niespodziewanego gościa za kogoś gorszego.

Ale nieprzyjemnie pachniał morzem, rybami, potem i jeszcze czymś, czego nie potrafiła 

określić.

Czyżby odgadł, co o nim myślała? Uśmiechał się krzywo, jakby drwiąco. Jego zęby 

lśniły bielą na tle opalonej twarzy.

Usłyszała kroki Olega, jego skórzane buty uderzające o kamienny bruk mostu. Po chwili 

postać przyjaciela ukazała się w drzwiach. Oleg pochylił głowę i kark, żeby wejść.

Rozpoznał w mężczyźnie jednego ze swych pracowników. Spojrzał na niego pytająco. 

Zaprosił do środka, wskazał krzesło przy stole.

Raija   unikała   wzroku   przybysza.   W   jego   oczach   pojawiła   się   śmiałość,   której   nie 

potrafiła wytłumaczyć. Coś tak wyzywającego, że poczuła się nieswojo.

- Co się dzieje, Wasilij? - spytał Oleg. Bezceremonialnie ściągnął kurtkę i buty, patrząc 

jednocześnie na marynarza. - Myślałem, że macie dość roboty na „Antonii”, żeby przygotować 

ją do drogi.

-   Jednym   z   kutrów   rybackich   nadeszła   wiadomość   z   Morza   Białego   -   wyjaśnił 

marynarz. Wstrzymał na chwilę oddech, zanim zaczął mówić dalej. Jego niebieskozielone oczy 

przykuły  wzrok   Olega.   -   Na   naszym  drugim   statku   wybuchł   bunt.   Na   tym,   który  nosi  to 

piekielne imię.

- To moje imię - Raija usłyszała swój własny głos. - Nie uważam, żeby było piekielne...

- Tak czy owak marynarze wszczęli bunt - rzekł Wasilij. - Załoga wyrzuciła kapitana i 

sternika za burtę. Kapitan nie żyje, sternika uda się może uratować. Rybacy wyciągnęli go na 

pokład kutra i przywieźli na ląd...

Patrzył wyczekująco na Olega.

Oleg znieruchomiał z pochyloną głową.

Raija pomyślała, że niedobrze się stało, iż Jewgienij dziś odpłynął. Coś jej mówiło, że 

buntownicy o tym wiedzieli.

- Dlaczego? - spytała. Wasilij spojrzał na nią. Wzruszył ramionami.

background image

Skrzywił się. Wzrokiem przebiegł po garnku na piecu. Policzki Raiji zaczerwieniły się.

Gotowała dziś zupę na mięsie. Wiedziała, że nie takie zapachy marynarze wdychali na 

statku.

-   Może   ktoś   powinien   się   tego   dowiedzieć?   -   rzucił   obojętnie.   Wstał.   -   Ja   tylko 

przekazałem wiadomość. Reszta nie należy do mnie. Nie biorę w tym udziału.

- Płyną dalej? - spytał Oleg. - Czy zakotwiczyli statek? Znowu wzruszenie ramion. 

Mężczyzna sugerował, że niewiele go to obchodzi, że to nie jego sprawa. Nic na tym nie 

skorzysta ani też wiele nie straci.

Oleg na powrót założył buty. Wstał. Nic nie zjadł. Raija zauważyła, że jest zmęczony. 

Ale musiał teraz podejmować decyzje. Nie miał prawa do odpoczynku.

- „Antonia” nie odpłynie zgodnie z planem. Muszę najpierw dostać się na „Raiję” i 

dowiedzieć, czego chcą buntownicy. Muszę ich powstrzymać, nie dopuścić, by posunęli się za 

daleko!

- Czy aby już nie posunęli się za daleko? - spytała cicho Raija. - Kapitan nie żyje...

Ale tylko Wasilij ją słyszał Oleg był w drodze do portu Wzrok marynarza świadczył, że 

życie nie szczędziło mu gorzkich doświadczeń.

- Nie myśl tyle o obcych, którzy zginęli - rzekł. Uśmiechał się, gdy wychodził. Nie 

zamknął za sobą drzwi. Popołudniowe powietrze wypełniło pokoje.

background image

2

Oleg wrócił dopiero następnego dnia. Był zarośnięty, bruzdy na jego twarzy pogłębiły 

się, oczy pociemniały.

-   Sytuacja   jest   poważna   -   oznajmił   Raiji.   Był   tak   zmęczony,   że   nie   miał   siły   się 

rozebrać. Opadł wyczerpany na krzesło, oparł głowę o ścianę. Na chwilę przymknął oczy. - 

Dlaczego my? - spytał i z trudem podniósł powieki. Napotkał wzrok Raiji. - Czy potrafisz to 

zrozumieć? Przecież dobrze ich traktujemy! W porównaniu z innymi właścicielami statków 

naprawdę dobrze traktujemy naszych marynarzy! Więcej im płacimy niż inni. Staramy się dla 

nich o ubrania, o żywność. Pomieszczenia dla załogi są lepsze niż na innych frachtowcach. 

Przebudowaliśmy cały statek, żeby poprawić marynarzom warunki codziennego bytowania. 

Dlaczego właśnie nas to spotyka?

- Być może uznali, że jesteście jedynymi, którzy potrafią ich zrozumieć? - zgadywała 

Raija.

Minęła ponad doba od chwili, kiedy Oleg i marynarz o śmiałych oczach wyszli z domu. 

Raija wypełniła czas domowymi obowiązkami i opieką nad dziećmi. Cieszył ją śmiech i nowe 

miny Olgi i Miszy, odpowiadała czule na ich gaworzenie.

Ale myślami była daleko na morzu, razem z Olegiem.

Bała się.

- Inni właściciele statków i tak nie poszliby na ustępstwa - powiedziała zamyślona. - Wy 

pokazaliście marynarzom, że traktujecie ich jak ludzi.  Może dlatego mają nadzieję, że ich 

wysłuchacie, może na innych machnęli ręką...

- Mówisz, jakbyś trzymała ich stronę - rzekł Oleg z goryczą. Rwał duże kawałki chleba, 

który przed nim położyła. Podgrzała zupę. Nalała pełną miskę. Oleg pił z niej, nawet nie 

spojrzał na łyżkę, którą mu podała. - Zabili kapitana. Może on się nie liczy? Miał żonę i 

ośmioro dzieci. Czy to też się nie liczy?

Raija nie odpowiedziała.  Ujrzała przed oczami twarz człowieka,  który dowodził  na 

„Raiji”. Znała kobietę, która została wdową.

- Zabili go z zimną krwią - mówił dalej Oleg. - Poderżnęli mu gardło. Czy nadal jest ci 

ich żal? Tych, którzy zaczęli ustanawiać własne prawa? - pytał wzburzony.

- Nikogo nie żałuję - odparła Raija. Usiadła po drugiej stronie stołu. Łagodnie poprosiła, 

by trochę zniżył głos.

Oleg skończył jeść. Przetarł ręką oczy i czoło. Uśmiechnął się przepraszająco, rozjaśnił 

surową twarz.

background image

- Wybacz - rzekł cicho. Nie miał zwyczaju przyznawać się do własnych błędów, ale 

Raija była niepodobna do innych ludzi. Cenił ją i szanował. Poza Antonią niewiele osób było 

mu tak bliskich. W każdym razie pośród kobiet.

Kruszył chleb między dużymi dłońmi, zlepiał okruchy w palcach i zjadał je. Pewnie 

robił   tak   jako   chłopiec.   To   dziwne,   jak   tego   rodzaju   przyzwyczajenia   mogą   towarzyszyć 

człowiekowi przez całe życie.

- Nie staję po niczyjej stronie - rzekła Raija z naciskiem. Oleg nagle uświadomił sobie, 

że dostrzega w Raiji zbyt wiele życiowej mądrości, a w jej ciemnobrązowych oczach zbyt wiele 

zrozumienia. Jest zbyt młoda, skąd u niej to doświadczenie? - Nie mam pojęcia o życiu na 

morzu, Oleg, ale tak, jak nie chcę stawać po żadnej ze stron, tak też nie chcę nikogo osądzać. 

Trudno jest poznać czyjeś troski, nie będąc w jego skórze. Zgadzasz się? Nie możemy wiedzieć, 

co kierowało tymi ludźmi. Nie wszystko jest takie, jak to widzimy. Musimy spojrzeć nie tylko 

oczyma, ponieważ obraz, który postrzegamy, może okazać się bardzo zwodniczy. Chcę tylko 

zrozumieć, nie zamierzam nikogo osądzać.

- Myślisz, że i ja nie chciałbym zrozumieć? - spytał ostrym tonem. - Do diabła, że też 

Jewgienij   musiał   wyjechać   właśnie   w   takiej   chwili!   Marynarze   nie   mogli   chyba   o   tym 

wiedzieć...

- Bunt nie jest skierowany przeciw tobie, żadne żądania nie zostały wysunięte wobec 

ciebie, Oleg!

Skinął głową.

Miska była pusta, ale Oleg nadal trzymał ją w dłoniach. Nie chciał dokładki.

- Wiem, że ludzie buntują się przeciw wszystkim właścicielom statków. Może przeciw 

całemu porządkowi.

Wzruszył ramionami.

- Czy zamierzasz wysłać przeciw nim żołnierzy? - spytała Raija.

Tak radzili kapitanowie z innych krajów. Kapitan niemieckiego statku, który zawinął 

niedawno do portu, twierdził, że tylko broń przemówi do buntowników.

- Żołnierze Romanowa potrzebują czasu, żeby tu dotrzeć - odparł i zmęczony zamknął 

oczy.

- Nie mógłbyś chyba tego zrobić, prawda? - rozległ się głos Raiji, przemknął przez 

pokój niczym powiew wiatru.

Oleg napotkał jej spojrzenie. Potrząsnął głową. Przeczesał palcami sztywne włosy.

- Sam pływałem jako marynarz - rzekł. - Siedziałem przy tych wielkich kotłach na 

pokładzie.   Bywałem   tak   głodny,   że   rozrywało   mi   wnętrzności,   że   miałem   przywidzenia. 

background image

Tkwiłem na tym cholernym pokładzie na deszczu i wietrze i czekałem, aż jedzenie będzie 

gotowe.   Czekałem,   aż   wszystko   się   rozgotuje,   tak   żebyśmy   nie   mogli   rozróżnić   ryby   od 

robaków, tak żeby powstała jednolita papka. Smakowała równie obrzydliwie, jak wyglądała, ale 

przynajmniej już nie kręciło mi się w głowie. Mogłem wstać następnego dnia do pracy, po któ-

rej padałem między twarde maty w kajucie razem z piętnastoma towarzyszami. Spaliśmy tak 

ciasno obok siebie, że pluskwy nawet nie musiały brać rozpędu, by przeskoczyć z jednego na 

drugiego... - Oleg westchnął. - Byłem prostym marynarzem, Raiju. Zbyt dobrze to pamiętam. 

Być może nadal jestem jednym z nich. Być może dlatego traktuję ten bunt jako zdradę...

Pokręcił głową. Złożył wielkie dłonie, może się modlił.

- Czego chcą? - spytała Raija.

- Lepszych warunków pracy. - Uśmiechnął się zmęczony.

- Czy nie możesz na to przystać? Skinął głową.

- To żaden kłopot.

- Ale to nie wszystko?

- Nie. Domagają się wykreślenia długu, dla siebie i dla załogi na „Antonii”. Myślę, że 

chcą tamtych pozyskać, żądając czegoś również dla nich. Mogą powiedzieć, że walczą także w 

ich   imieniu.   Może   to   zaplanowali?   Nie   wiem.   Nic   już   nie   wiem,   Raiju.   Nigdy   bym   nie 

pomyślał, że ci, którym dajemy pracę, zbuntują się przeciw nam...

Raija wiedziała, że Jewgienij i Oleg byli bardziej ludzcy niż inni właściciele statków.

Marynarze   otrzymywali   zapłatę   po   rejsie.   To   uniemożliwiało   ich   odejście   przed 

zakończeniem   wyprawy.   Lecz   wielu   z   nich   zostawiało   w   domu   rodziny,   którym   często 

brakowało środków do życia, kiedy mężczyzna wypływał w morze.

Niektórzy właściciele statków nie przejmowali się tym i uważali, że to nie ich sprawa.

Jewgienij   i   Oleg   udzielali   pożyczek   tym   marynarzom,   którzy   jej   potrzebowali. 

Naturalnie inni właściciele statków postępowali podobnie, ale w zamian za lichwiarski procent. 

Jewgienij i Oleg nie naliczali odsetek, a jedynie oczekiwali spłaty pożyczonej kwoty.

Wielu spośród załogi zwracało pożyczkę, traktując ją jak dowód zaufania.

Ale byli też tacy, którzy nie byli w stanie uregulować długu.

Bywało,   że   Jewgienij   i   Oleg   nie   powinni   wypłacać   wynagrodzenia,   ponieważ 

pracownicy byli im winni więcej, niż zarobili.

Raija rozumiała, dlaczego mimo wszystko dłużnicy otrzymywali wypłatę, ale czuła, że 

nie tak należy prowadzić interesy.

- Nie możemy się na wszystko zgadzać - rzekł Oleg, ciężko wzdychając. - Wtedy po 

prostu prowadzenie handlu stanie się niemożliwe. Poza tym inni kupcy i armatorzy również 

background image

wywierają   na   nas   nacisk.   Twierdzą,   że   powinniśmy   trzymać   się   razem,   nie   godzą   się   na 

uległość z naszej strony. Grożą, że jeśli mimo wszystko pójdziemy na ustępstwa, wykorzystają 

swoje kontakty. Postarają się, żeby nie było dla nas towaru, żeby nikt nam nie sprzedał drewna, 

niezależnie od tego, ile będziemy chcieli za nie zapłacić...

- Co zamierzasz zrobić? - spytała Raija. Zaczynała dostrzegać powagę sytuacji. Przeciw 

Olegowi   wystąpili   nie   tylko   zbuntowani   marynarze.   Przeciwko   niemu   obrócili   się   także 

właściciele innych statków.

Oleg podlegał naciskom obu grup.

- Przespać się - odparł. - Nie za długo, ale muszę się choć trochę przespać, Raija. Być 

może dziś w nocy coś się wydarzy. Nie wiem. Powinienem dostać wiadomość. Obudź mnie! 

Ale teraz muszę się położyć...

Raija nie protestowała. Oleg potrzebował snu. Zdjęła mu nawet buty. Sam nie zadbał o 

to albo może zasnął, zanim zdążył o tym pomyśleć. Przykryła go. Delikatnie, tak jak okrywa się 

dziecko, które zasnęło ze zmęczenia.

Potem usiadła na kuchennej ławie. Pilnowała ognia w piecu. Nie zamknęła drzwi na 

klucz.

Po kilku godzinach zjawił się ten sam marynarz, co wcześniej, Wasilij. Raija miała 

dobrą pamięć do imion.

Znowu stanął w drzwiach. Znowu zostawił je otwarte. Wypuszczał ciepło, przyniósł ze 

sobą chłód nocy.

- Wejdź - Raija zaprosiła go do środka. Mówiąc to, nie spuszczała wzroku z przybysza.

Nie powinien sobie pomyśleć, że ma nad nią przewagę, że ją onieśmiela.

Uśmiechnął się drwiąco, ale zamknął za sobą drzwi. Usiadł przy stole, oparł się o blat, 

jakby był u siebie.

- Czy coś się dzieje? - spytała.

- Śpi? - Wasilij odpowiedział pytaniem. Właściwie nie udzielił jej odpowiedzi, jakby ją 

lekceważył.

Raija skinęła głową. Była na siebie zła za ten gest, choć przecież nie miała powodu do 

złości. Wstała.

- Mogę go obudzić...

Marynarz powstrzymał ją ruchem ręki i uśmiechem równie zmęczonym, jak uśmiech 

Olega kilka godzin wcześniej.

- Nie ma pośpiechu. Nic nie możemy teraz zrobić. To, co się stało, zostało zaplanowane 

już wcześniej...

background image

Raija usiadła.

Ten mężczyzna kogoś jej przypominał. Jednak nie była w stanie sobie uzmysłowić, 

kogo.

- Załoga „Antonii” przyłączyła się do buntu i jakiś czas temu również wypłynęła - 

wyjaśnił. - Nikt nie zdoła jej powstrzymać. Teraz w morzu są oba statki. „Antonia” uzupełniła 

zapasy wody do picia. Kapitan na „Raiji” zdążył pozbyć się części słodkiej wody. Być może 

właśnie to przypłacił życiem...

- Czy ty nie pływasz na „Antonii”? - spytała Raija. Niebieskozielone oczy pochwyciły 

jej spojrzenie.

- Nie - odpowiedział. - Już nie. Raija przełknęła ślinę.

- Dlaczego nie jesteś na pokładzie? Musiała zapytać. Zbyt wiele się tu nie zgadzało.

Ten mężczyzna z pewnością nie stał po stronie Olega i Jewgienija. Należał do załogi. 

Raija szybko się zorientowała, że nie jest głupi. Poza tym kipiała w nim wola walki, której nie 

potrafił   ukryć.   Nie   było   w   nim   nic   z   pokory,   nie   płaszczył   się,   nie   ugiął   karku.   Wręcz 

przeciwnie: wysuwał żądania. Był śmiały... Czyżby działał na dwa fronty?

- Wyrzucili mnie za burtę - rzekł beztrosko. Dopiero wtedy Raija zauważyła, że ma 

mokre ubranie i że przyszedł boso. Dlatego nie usłyszała jego kroków.

- Z „Antonią” jest trochę inaczej niż z „Raiją” - wyjaśnił, jakby tłumaczył coś trudnego 

nierozgarniętemu dziecku. - Na „Antonii” wszyscy przyłączyli się do buntu. Kapitan i sternik 

też.   Wszyscy   bez   wyjątku.   Nie   trzeba   było   nikogo   zabijać.   Nie   trzeba   było   nikogo   się 

pozbywać...

- ... nikogo poza tobą? - spytała Raija z niedowierzaniem. To, co usłyszała, nie mieściło 

jej się w głowie. Wasilij skinął twierdząco. Jego włosy wydawały się teraz ciemniejsze niż za 

dnia. Być może dlatego, że gęsta czupryna jeszcze nie całkiem wyschła. - Dlaczego, do licha, 

ciebie, a nie kapitana? - wyrwało się Raiji. - Jesteś tylko...

- Zwykłym marynarzem? - dokończył z uśmiechem.

Jego twarz nie wyrażała wrogości. Raija odniosła niemal wrażenie, że Wasilij darzy ją 

sympatią.

- Jesteś przecież tylko zwykłym marynarzem - powtórzyła bezbarwnie.

Właśnie   to   chciała   powiedzieć.   Nie   widziała   powodu,   dla   którego   miałaby  udawać 

lepszą, niż była. Zresztą ten człowiek i tak zdawał się prześwietlać ją na wskroś. Okazywał taką 

surowość, że prawie się go bała.

Jakby nie był tylko zwykłym marynarzem.

Z taką swobodą rozsiadł  się przy kuchennym stole Olega.  Rozmawiał  z nią z taką 

background image

lekkością, jakby uznał, że są sobie równi. Nie zważał na to, że Raija jest kobietą, że jest żoną 

pryncypała.

Tak, ten człowiek z pewnością nie był zwykłym marynarzem.

Raija odgadła to, jeszcze zanim wymówił słowa, które potwierdziły jej domysły:

- To ja zaplanowałem bunt.

- Ty?! - wybuchnęła.

- Ty? - rozległo się od drzwi do bocznej izby. Oleg zamknął je za sobą. Z butami w ręce 

usiadł ciężko obok Raiji.

- Ja - odparł Wasilij z powagą na twarzy i pewnością siebie.

Nie zamierzał niczego ukrywać.

- „Antonia” również odpłynęła - rzekła cicho Raija, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.

Oleg drgnął.

- Czy to stanowiło część planu? - spytał ostrym tonem.

- Tak - przyznał Wasilij.

- Dlaczego przychodzisz do mnie i mi o tym mówisz? - zdziwił się Oleg. Wreszcie 

postawił buty na podłodze, zdjął z ramienia rękę Raiji. - Chyba nie przypuszczasz, że nadal 

będę ci ufał - dodał ze śmiechem.

-   Wyrzucili   mnie   ze   statku   -   rzekł   Wasilij.   Uczynił   gwałtowny   ruch   głową.   Raija 

zauważyła, że jego włosy nadal są mokre, choć ubranie zdążyło już wyschnąć. Widocznie było 

uszyte z cienkiego materiału...

- Przychodzisz tu i opowiadasz, że ty to wszystko zaplanowałeś. I jeszcze mówisz, że 

wyrzucono cię za burtę. Chcesz, żebym ci uwierzył? - Oleg pokręcił głową. - Nie jesteś chyba 

aż taki głupi!

- Ja mu wierzę - usłyszała Raija swój własny głos.

Obaj mężczyźni popatrzyli na nią: jeden z niedowierzaniem, drugi trochę drwiąco, ale 

też i z uznaniem.

- Nie, nikt nie jest taki głupi! - utrzymywał Oleg.

- Mieliśmy walczyć o poprawę warunków na pokładzie - wyjaśnił Wasilij.

Jego głos nie drżał, nie zdradzał cienia strachu.

Raija uznała, że Wasilij rzeczywiście mógł zaplanować bunt: był nieustraszony, nie 

lubił się podporządkowywać, miał dość rozumu.

I wiedział, czego może żądać.

- O zapłatę, kajuty, racje żywnościowe... - mówił dalej.

-   Dajemy   lepsze   warunki   niż   większość   armatorów   -   wtrącił   Oleg.   -   Dużo 

background image

korzystniejsze!

Marynarz wzruszył ramionami.

- Być może - przyznał. - Ale mimo wszystko nie jesteśmy traktowani jak ludzie. Biorę 

zapłatę, ale muszę za nią służyć jak pies.

Raija spuściła głowę.

- Być może niektórzy z nas mogliby spłacić dług, gdyby dostawali więcej pieniędzy. 

Być może niektórzy pracowaliby lepiej, gdyby posiłki dawały im więcej siły, gdyby mogli się 

porządnie wyspać.

Słowa   Wasilija   zawisły   w   powietrzu.   Pozostały   bez   odpowiedzi.   Zapadły   w 

słuchających.

- Możesz mnie teraz posłać do więzienia - zwrócił się po chwili do Olega wciąż tym 

samym lekkim tonem. - Możesz mnie wpisać na czarną listę. Masz wszelką władzę, panie. 

Zdaję sobie z tego sprawę. Uważam jednak, że powinieneś znać prawdę, skoro już wypadki 

potoczyły się tak, jak się potoczyły.

- Czy nie wszystko przebiegło zgodnie z twoimi założeniami? - spytała Raija.

Wasilij odpowiedział jej niedbałym uśmiechem.

- Nigdy nie było mowy o zabijaniu - odparł stanowczo. - Jesteśmy ludźmi, a nie dzikimi 

bestiami. Powinniśmy zachowywać się jak ludzie, ale niektórzy stracili panowanie nad sobą. To 

nie należało do planu. Być może powinniśmy zacząć na „Antonii”...

Zamilkł na chwilę.

- Ale załoga „Raiji” nie przyłączyłaby się do „Antonii” - dokończyła Raija. - Kapitan na 

„Raiji” nie stał po waszej stronie.

Dostrzegła uznanie w twarzy Wasilija. Nieznacznie uniósł kącik ust.

- To prawda, kapitan „Raiji” nas nie poparł... Ponownie spojrzał na Olega.

- „Antonia” wypłynęła, tak jak to ustalono, ale żądania załogi zaczęły rosnąć, ludzie nie 

znali umiaru. Byłem temu przeciwny i dlatego wyrzucili mnie za burtę. Już nie jestem z nimi.

- Czy w takim razie jesteś z nami? - spytał Oleg. Znowu kogoś zapytał, po czyjej stoi 

stronie. Raija zadrżała. Życie to nie tylko czarne i białe, nie tylko dobro i zło. Bierze w nim 

udział wiele innych sił.

Wasilij  długo milczał. Ten mężczyzna, który wzniecił  bunt przeciwko właścicielom 

statków,   który  z   nich   zadrwił,   który   mógł   odnieść   zwycięstwo,   gdyby   go   posłuchano,   nie 

przyszedł   pokornie   prosić   o   wybaczenie.   Wciąż   zachowywał   się   tak,   jakby   miał   prawo 

negocjować.

- Nadal uważam, że należy poprawić warunki życia marynarzy - rzekł.

background image

Czekał.

Oleg nie odpowiadał. Raija wstrzymała oddech. To szczyt bezczelności! Jednak wbrew 

własnej woli podziwiała tego człowieka. Ależ on ma odwagę! Albo nic do stracenia...

- Zawsze będę uważał, że ludzie traktowani jak ludzie również zachowują się jak ludzie. 

- Mówił z wyższością, chociaż miał na sobie nędzne marynarskie łachmany. Odznaczał się 

wrodzoną   dumą,   wewnętrznym   poczuciem   godności,   której   nawet   te   szmaty   nie   zdołały 

przesłonić. - Ale uważam też, że ci, którzy zabili kapitana, powinni zostać ukarani - dodał. - Nie 

mieliśmy zamiaru zabijać, nie szukaliśmy zemsty i krwi. Chcieliśmy tylko, żeby zaczęto nas 

godziwie   traktować.   Chcieliśmy   otrzymać   to,   czego,   jak   sądzimy,   jesteśmy   warci.   Nie 

pragniemy was zrujnować, nic nie osiągniemy, jeżeli statki będą musiały stać w porcie albo 

jeżeli będziecie musieli je sprzedać. Po was przyszliby inni, pewnie gorsi, którzy myśleliby 

tylko o zysku. Chcemy, żeby wam się dobrze powodziło, ale pragniemy tego też dla siebie.

Oleg skinął głową na znak, że rozumie.

- Czy stoisz teraz po mojej stronie? - spytał. Nie poddawał się. Odznaczał się wieloma 

spośród tych cech charakteru, które posiadał Wasilij. Raija dostrzegała to wyraźniej niż sam 

Oleg. Marynarz przytaknął.

- Teraz jestem z wami. Żal mi statków. Jeszcze długo posłużą i my jeszcze na nich 

posłużymy. Marynarze nie mogą na razie dojść do porozumienia. Niektórzy chcą płynąć do 

Norwegii i sprzedać wszystko, co znajduje się na pokładzie. Inni wolą wziąć kurs na Kem lub 

Onegę, by sprzedać tam ryby. Inni znów chcą czekać na to, co zaproponuje właściciel...

- Ale żądasz lepszych warunków? Wasilij spojrzał Olegowi w oczy. Nie uciekł wzro-

kiem.

- Nie jestem w stanie czegokolwiek żądać - odparł. Raija zauważyła, że to wyznanie 

przyszło mu z trudem, że wiele go kosztowało.

- Możesz mnie posłać do więzienia. Możesz mnie umieścić na czarnej liście, co byłoby 

chyba najgorsze, jak wiesz. Sam byłeś marynarzem tak jak ja, nie zawsze posiadałeś statki, 

również pływałeś dla innych.

- Tak - przyznał Oleg. - Ja również byłem psem. - Zamilkł. - Chcę, żebyś ze mną został, 

Wasilij.  Wolę,   żebyś   był  ze  mną niż przeciw   mnie.  Jeżeli   odzyskamy statki...  obiecuję  ci 

poprawę warunków.

Wasilij nawet nie drgnął.

- Nie mogę wam umorzyć długów - mówił dalej Oleg. - Nie mogę nic więcej wam 

obiecać. Nie mogę się zobowiązać, że będę mógł wam płacić inaczej niż za cały sezon. Inni 

zawierają kontrakty tylko na poszczególne wyprawy... - Zapadła cisza. - Nie mogę posunąć się 

background image

tak daleko. Podejmuję teraz decyzje, których właściwie  nie powinienem podejmować sam. 

Powinienem je uzgodnić z Jewgienijem, który jest współwłaścicielem statków, ale on wyjechał.

- Ona tu jest.

Wasilij skinął na Raiję. Postawił ją na równi z Olegiem i Jewgienijem.

Raija poczuła ogarniającą ją radość. Ceniła sobie takie uznanie.

- Jewgienij również nie mógłby posunąć się dalej. Dopiero zaczynamy. Zamierzamy 

kupić więcej statków i proponować na nich takie same warunki, jakie zaproponowaliśmy na 

„Raiji” i „Antonii”.

Wasilij skinął głową ze zrozumieniem.

- Zostaję z tobą - rzekł.

- Czy będziesz ze mną również po zakończeniu buntu? - naciskał Oleg.

Wasilij podniósł wzrok. Raija po raz pierwszy dostrzegła zaskoczenie na jego twarzy.

- Niewielu  jest takich  jak ty,  Wasilij   -  mówił  dalej   Oleg.  -  Cenię  twoją  odwagę  i 

nieustępliwość. Możesz być nam potrzebny, a i my możemy ci się przydać. Mógłbyś zostać 

kapitanem...

- Czy to znaczy, że chcesz mnie kupić? - uśmiechnął się.

Raija jednak zorientowała się, że ta propozycja wydała się Wasilijowi kusząca.

- Nie dostaniesz więcej, niż na to zasłużyłeś - odparł Oleg. - To twoja jedyna szansa. 

Niełatwo jest z niej skorzystać, na to potrzeba odwagi. Jednak uważam, że jesteś odpowiednim 

człowiekiem.

- To ja przygotowałem bunt...

- To też wymagało odwagi i uporu - nie ustępował Oleg. Zamilkł i przez moment 

badawczo przyglądał się marynarzowi. - Przyszedłeś prowadzić ze mną negocjacje? Przyprzeć 

mnie do muru? Wasilij skinął głową.

-  Taki   był  mój   zamiar.  Uznałem,   że  najlepiej   będzie,  jeśli   to  ja przedstawię  nasze 

żądania.

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu, cały czas w niej narastał. Wreszcie nie 

zdołała się pohamować.

- Myślę, że na pewno będziesz pasował do Jewgienija i Olega - rzekła rozbawiona. - To 

bardziej zuchwałe niż jakikolwiek ich wspólny pomysł! Bierz stanowisko kapitana i dziękuj! 

Bierz i dziękuj, zanim się rozmyśli!

- Idę z wami - rzekł Wasilij z przekonaniem. - Stanę po waszej stronie i postaram się 

uspokoić marynarzy. Bunt może szybko wymknąć się spod kontroli. Na żadnym ze statków nie 

ma nikogo dostatecznie silnego, by mógł stanąć na czele pozostałych.

background image

- Nikogo tak silnego jak ty? - Raija nie mogła się powstrzymać od ironii.

Napotkał jej spojrzenie i jakby starał się je ujarzmić.

- Nikogo tak silnego jak ja - potwierdził z niezwykłą pewnością siebie. Nie czuł się ani 

trochę speszony. Zdawał się zupełnie nie zauważać złośliwości, która czaiła się w spojrzeniu 

Raiji i której zresztą nie potrafiła ukryć.

Być może zrozumiał, że Raija pozwalała sobie na drwinę tylko wobec tych, których 

uważa za silnych tak jak ona...

- Powinienem był popłynąć „Raiją” - dodał. - Wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. 

Byłoby   wtedy   o   jedną   wdowę   i   osiem   półsierot   mniej.   Może   zdołałbym   zapanować   nad 

sytuacją. Źle zrobiłem, zostając na lądzie. Czuję się odpowiedzialny za to, co się stało! Raija 

pragnęła, by Wasilij przystał na propozycję Olega. Odnosiła wrażenie, że w przyszłości ten 

człowiek w jakiś sposób im się przysłuży.

- Ale jeżeli podtrzymasz swoją propozycję - mówił dalej marynarz - kiedy omówisz to z 

jej mężem... - skinął na Raiję. - Jeśli podtrzymasz tę propozycję, kiedy będzie po wszystkim, 

wtedy chętnie się nad tym zastanowię.

Oleg skinął głową.

- Niech tak będzie. Wasilij wstał, gotów do wyjścia.

- Będzie mi potrzebna jakaś mniejsza łódź z zaufaną załogą - zwrócił się do Olega.

Oleg przytaknął.

- Tylko zjem i zaraz przyjdę. Jesteś głodny?

- Tak - odpowiedział Wasilij. - Ale mam dom, w którym mogę zjeść i w którym mam 

swoje ubranie.

-   Całą   moją   dumę   diabli   wzięli!   -   powiedział   Oleg,   kiedy   Wasilij   wyszedł.   -   Czy 

potrafisz   sobie   wyobrazić,   że   zaproponowałem   stanowisko   kapitana   człowiekowi,   który 

wzniecił bunt przeciwko mnie?

- On nie jest taki jak inni - odparła Raija. - Zgodzi się.

background image

3

Szkoda, że to nie zima, pomyślała Raija. Gdyby na ulicach leżał śnieg, mogłaby dobrze 

opatulić dzieci w skóry i zabrać na sankach do portu.

Nie do wytrzymania było dreptanie w kółko przez cały dzień po niedużej kuchni. Z 

okna roztaczał się widok na port, ale to nie pozwalało się zorientować, co naprawdę się działo. 

Raija widziała tylko fragmenty rzeczywistości.

Patrzyła, jak Oleg odpływa na małym frachtowcu. Na szczęście jeden został w porcie i 

nie trzeba było szukać odpowiedniej załogi.

Wasilij popłynął razem z Olegiem.

Raija widziała, jak stoi obok męża Antonii, niższy i szczuplejszy niż rosły Oleg, ale z 

tym samym co on poczuciem godności.

Raija znała się na tym.

Kiedy   tak   wpatrywała   się   w   morze,   starając   się   cokolwiek   zobaczyć,   ponownie 

zastanowiła się, kogo przypomina jej Wasilij. Domyślała się, że pewnie kogoś, kto mieszka 

wewnątrz nieprzeniknionej skały w jej duszy, ukrywającej przeszłość.

Obserwując   zachowanie   Wasilija,   Raija   doszła   do   wniosku,   że   jest   on   urodzonym 

przywódcą.   Przyszedł   na   świat,   by   odważnie   podejmować   szybkie   decyzje   i   zawsze 

niewzruszenie stać w miejscu, na którym zdecydował się postawić nogę. Należał  do osób, 

których nie złamią żadne przeciwności, które wzrastały przy przeciwnych wiatrach.

Tylko ktoś taki jak on mógł zaplanować i doprowadzić do wybuchu buntu.

Raija   zastanawiała   się,   czy   pozostali   marynarze   z   czasem   nie   zaczną   żałować,   że 

pozwolili,   by   sprawy   zatoczyły   szersze   kręgi,   niż   to   wyznaczył.   Czy   nie   pożałują,   że   go 

zdradzili?

Zastanawiała się, kim on naprawdę jest.

- Przenocuje tutaj. - Oleg wskazał głową na Wasilija.

Raija szykowała dzieci do snu. Olga niczym jasnoróżowy aniołek leżała naga na obrusie 

pośrodku stołu. W kuchni było ciepło jak w chlebowym piecu, ale Raija ofuknęła mężczyzn, 

kiedy otworzyli drzwi szerzej niż trzeba.

Przewinęła   dziewczynkę.   Dziękowała   siłom   wyższym,   że   Misza   zgłodniał   trochę 

wcześniej niż zwykle i że zasnął zaraz po karmieniu. Dlatego pewnie i Olga zachowywała się 

spokojniej. Tego wieczoru mała nie miała już siły wołać mamy, jakby się pogodziła z jej 

nieobecnością, jakby uznała, że ciepło ramion Raiji też jest miłe. Przekonała się, że od Raiji też 

dostanie jeść i że Raija zawsze jest blisko. Nie pachnie mamą, ale jest łagodna i troszczy się o 

background image

nią podobnie jak mama.

Dziewczynka   zasnęła   w   ramionach   Raiji,   czując   jeszcze   smak   jedzenia   w   ustach, 

uśmiechnięta. Okrąglutka i najedzona. Miała wszystko, czego potrzeba do szczęścia w tym 

wieku.

Oleg rozczulił się na widok Raiji z jego córeczką na ręku. Coś w tym jest, że kobieta ze 

śpiącym dzieckiem sama w sobie jest piękna. Jej widok napawał go niezwykłym spokojem, o 

którego istnieniu nie miał pojęcia, zanim nie został ojcem.

W czasie kiedy Raija kładła Olgę spać, znalazł chleb i suszone mięso. Zauważył, jak 

wokół zrobiło się czysto i schludnie. To dzieło Raiji. Tonią bardziej bałaganiła.

Masło   leżało   na   swoim   miejscu.   W  szafie   znalazł   wódkę.   Szczerze   polał   -   obaj   z 

Wasilijem potrzebowali czegoś mocniejszego.

W milczeniu krajali mięso, jedli, pili.

Raija poruszała się lekko niczym motyl na barwnych i pachnących płatkach kwiatów. 

Ułożyła Olgę w łóżeczku, po czym siadła razem z mężczyznami do stołu, uznając to za rzecz 

najbardziej naturalną w świecie. Tak jak i Tonią nie uważała, by cokolwiek było zastrzeżone 

tylko dla mężczyzn.

Wasilij uniósł brwi. Oleg zauważył to. W oczach tego mężczyzny, którego już niemal 

uznał za przyjaciela, dostrzegł nieukrywany podziw.

W głębi duszy posłyszał jakby dźwięk ostrzegawczego dzwonka, ale nie przejął się tym.

Przecież nie jeden Wasilij patrzył na Raiję w ten sposób, zapewne też nie on ostatni. Ta 

kobieta zawsze budziła zachwyt.

I   doskonale   potrafiła   sobie   radzić   z   jawnie   okazywanym   przez   mężczyzn 

zainteresowaniem, miała własne sposoby, by nic poważnego z tego nie wynikło.

Potrafiła panować nad sobą.

Pod wieloma względami przypominała Wasilija.

Oleg wiedział o jeszcze jednym człowieku, który był podobny do Wasilija.

Nie   z   wyglądu,   lecz   ze   sposobu   zachowania,   ze   sposobu   bycia   i   postawy   wobec 

życiowych wyzwań.

O bracie Jewgienija, Aleksieju.

- Co się dzieje? - spytała Raija.

- Mamy dwa dni na podjęcie decyzji - rzekł Oleg ciężko.

Przełknął ostatni łyk wódki.

Raija dolała mu. Wasilij ponownie uniósł brwi. Przyzwyczaił się, że kobiety zwykle 

zatykały korkiem karafkę.

background image

Ale   Raija   znała   Olega   wystarczająco   dobrze,   by   wiedzieć,   że   nie   upije   się   do 

nieprzytomności.

- Załoga nie ustępuje ani o cal - mówił dalej Oleg. Był bardzo zmęczony.

- Jednak to tylko gra - stwierdził Wasilij. Czekał, aż Raija na niego spojrzy, po czym 

mówił dalej: - Prawie wszyscy marynarze mają rodziny, większość z nich się boi. Można im 

zagrozić czarną listą. Zmuszeniem do spłaty długu. Na lądzie zostawili rodziny, które żyją z 

pożyczek. To jasne, że się boją. Poddadzą się.

Wasilij uśmiechnął się, ale jego oczy były smutne. Marynarze zdradzili go, ale nadal 

myślał o nich ciepło. Dziwny człowiek.

- Gorzej z tymi na lądzie - westchnął Oleg. - Sam zamierzałem poprawić warunki na 

naszych statkach, lecz wielu właścicielom się to nie podoba. I niestety mają swoje sposoby, by 

wywrzeć na mnie nacisk i nie dopuścić do jakichkolwiek zmian.

- Inna rzecz, że czekałoby cię o wiele trudniejsze zadanie, gdybym został na „Antonii” - 

zauważył Wasilij.

Spojrzał przez okno. Na dworze nadal było jasno. Słońce zanurzało się w morzu, świat 

zabarwił się na żółto. Niebo i morze stopiły się w całość wokół słonecznej tarczy.

- Nie wątpię, dlatego zależy mi na tym, byśmy stanęli po tej samej stronie - rzekł Oleg. 

Stuknął się z Wasilijem, który ledwie zamoczył usta w swojej szklance. Zostało w niej dużo 

wódki. - Myślę, że Wasilij może przenocować w tej małej izbie - zwrócił się do Raiji.

Raija skinęła głową.

- Zaraz pościelę łóżko.

-  Nie   ma  potrzeby  -  odezwał   się  Wasilij.   -  Wystarczy  mi  tylko   trochę  miejsca  na 

podłodze, żeby się położyć. Poradzę sobie.

Raija uśmiechnęła się.

- Mimo wszystko przygotuję ci posłanie.

Nie było wiele do przygotowywania. W pomieszczeniu stała drewniana ława, którą 

Tonią otrzymała w spadku. Trochę za krótka dla mężczyzny wzrostu Olega i trochę za wąska, 

by spać na niej we dwoje, ale za kilka lat będzie dobra dla Olgi.

Raija położyła na ławie siennik. Znalazła nieduży pled, który złożyła w kostkę, by 

zastąpił poduszkę. Całość przykryła prześcieradłem. Na wierzchu równiutko ułożyła wełniany 

koc.

Mężczyźni jeszcze jedli.

Wasilij   opowiadał   o   marynarzach,   o   ludziach,   którzy   teraz   zawładnęli   statkami. 

Opisywał ich tak obrazowo, że Raiji zdawało się, jakby sama ich znała. Jednak nie mogła 

background image

oprzeć się wrażeniu, że Wasilij nie mówi wszystkiego.

Widocznie to nie w jego stylu wywlekać sekrety kolegów.

Raija zauważyła, że swą postawą wymuszał pewnego rodzaju respekt, po prostu nie 

sposób było traktować go inaczej.

-   Mogę   spróbować   dostać   się   na   „Antonię”   i   porozmawiać   z   marynarzami   - 

zaproponował. - Gdyby zaistniała taka potrzeba.

Ten   pomysł   mógł   stanowić   część   kolejnego   wymierzonego   przeciw   Olegowi   i 

Jewgienijowi planu. Ktoś, kto knuje podstęp, wypowiedziałby dokładnie takie same słowa, 

dokładnie tym samym tonem.

Ale zdrajca nie uczyniłby tego z podobną pewnością siebie.

Raija ufała Wasilijowi.

- Najpierw musimy porozmawiać z pozostałymi właścicielami statków - rzekł Oleg. - 

Myślę, że niestety ten obowiązek spadnie na mnie. - Odsunął butelkę i spojrzał na Raiję. - 

Chyba powinienem sięgnąć do pudełka z tym białym proszkiem! - westchnął. Zamilkł, choć 

otworzył usta, jakby zamierzał mówić dalej.

- Uważam, że to niezbyt mądry pomysł - rzuciła Raija bez zastanowienia.

- Z pewnością masz rację - przyznał Oleg.

Nie miał odwagi na nią spojrzeć. Ta kwestia należała do niebezpiecznych. Nie powinien 

wspominać o narkotyku przy Raiji. Istniało tak wiele tematów, których nie należało przy niej 

poruszać, których nie należało jej przypominać.

Nie mogła pamiętać proszku.

Wiedziała  z  opowiadań,   że uratowała Jewgienijowi   życie,   ale  nie  pamiętała,   jak  to 

zrobiła. Nigdy nie zdradzono jej szczegółów.

Nie mogła pamiętać proszku ze Wschodu, który uśmierzał ból i wywoływał przyjemne 

wizje, po którym zasypiało się jakby w obłokach.

I który uzależniał.

Nie mogła o tym pamiętać, ale zareagowała tak, jakby pamiętała.

Olega przeszedł strach: a jeśli sobie przypomniała? Jeśli tylko udawała zanik pamięci...?

Nigdy jednak nie wolno mu o to spytać.

Raija czuła, że w powietrzu zawisło coś niedopowiedzianego. Oleg mówił dalej, jednak 

słuchała go tylko jednym uchem.

Coś było nie tak.

Wstała. Prześliznęła się obok Olega. Narzuciła szal na ramiona.

- Zajrzę do koni. Chyba i ja potrzebuję trochę świeżego powietrza.

background image

- Co powiedziałaś? - spytał Wasilij.

Oleg   posłał   mu   surowe   spojrzenie,   dając   do   zrozumienia,   że   nie   powinien   zbytnio 

interesować się Raiją.

- Są w życiu Raiji pewne okresy, których nie pamięta - wyjaśnił. W Archangielsku 

sporo osób o tym wiedziało, jednak Wasilij mieszkał tu od niedawna. - Biały proszek należy 

właśnie do tego okresu jej życia. Dostawałem go kiedyś jako lekarstwo.

- Proszek, który wywołuje wizje? - spytał Wasilij. Wyglądało na to, że o nim słyszał.

- Był czas, kiedy nie mogłem bez tego żyć - wyznał Oleg. Czuł się zmęczony. Być może 

dlatego zwierzał się do niedawna jeszcze obcemu mężczyźnie. - Jewgienij pomógł mi się od 

tego uwolnić - dodał. - Zaopiekował się też Raiją.

Oleg zamilkł.

Nie prosi się przecież mężczyzny, którego ledwie się zna, żeby trzymał się z dala od 

żony najlepszego przyjaciela. Nie wprost.

- Jest niepodobna do innych, prawda? - Wasilij uśmiechnął się słabo.

- Tak.

-   Wiem,   czyją   jest   żoną   -   zapewnił   Wasilij,   jakby   odgadł   obawy   Olega.   -   Nie 

zapominam o takich sprawach. Ale mężczyzna ma chyba prawo uważać, że jakaś kobieta jest 

piękna, niezależnie od tego, kto jest jej mężem?

- Dopóki nie kryją się za tym inne myśli - odparł Oleg - wydaje się to rzeczywiście 

dozwolone.

Uśmiechnęli się do siebie.

-   Nie   zostawiłbym   takiej   żony   w   domu   innego   mężczyzny   -   rzekł   Wasilij   lekko, 

używając żartobliwego tonu jako tarczy obronnej. - Nawet gdyby ten drugi mężczyzna był tobą.

Oleg wzruszył ramionami.

- Nie ryzykujemy aż tak bardzo, ani Jewgienij, ani ja. Raija prowadzi dom, zajmuje się 

dziećmi. Antonia pojechała z Jewgienijem kupić konia. Raija jest bezgranicznie wierna. Jeżeli 

ktoś powinien się obawiać, to chyba raczej ja. Jewgienij był kiedyś sympatią Antonii. A ona 

znana jest z tego, że w jej żyłach płynie krew, nie woda...

Roześmiali się.

Oleg spostrzegł, że nazwane obawy łatwiej w sobie nosić, łatwiej przyjrzeć się im i 

odegnać, uznać za śmieszne.

Nie, Tonią nigdy by nie dopuściła się zdrady!

- Ty też nie wydajesz się inny - zauważył Wasilij z błyskiem w oku i miną znawcy. 

Bardziej   niż   kiedykolwiek   przypominał   Olegowi   Aleksie   ja.   Wprawdzie   nie   był   tak 

background image

niebezpiecznie przystojny jak młodszy brat Jewgienija, ale miał w sobie coś demonicznego, ten 

sam urok, który całkiem obezwładnia, gdy tylko na to pozwolić.

- Najlepsze kobiety są zajęte - rzekł Oleg i stuknął swą szklanką o szklankę Wasilija. - 

Każdy żonaty mężczyzna ci to powie, stary. Masz żonę?

- Nie - odparł Wasilij lekkim tonem. - Sam przecież powiedziałeś, że najlepsze kobiety 

są już zajęte.

Oleg   czuł,   że   musi   położyć   się   spać.   Kręciło   mu   się   w   głowie   ze   zmęczenia. 

Potrzebował snu. Nawet troska o statki nie mogła tego zmienić. Liczył na zdrowy rozsądek 

Raiji, choć wiedział, że rozgniewałaby się, gdyby odgadła, że starał się grać rolę przyzwoitki.

Poza tym Wasilij nie był głupi.

Przyszłość   na   mostku   kapitańskim   na   pewno   była   obiecująca.   Propozycja   Olega 

otworzyła przed nim perspektywę lepszą od jakiejkolwiek innej, o której miał odwagę śnić.

Próby uwiedzenia żony właściciela statków oznaczałyby zaprzepaszczenie wszelkich 

szans. Nie, ten człowiek nie jest taki głupi.

W dodatku jest ambitny i zamierza zajść daleko.

Z jego strony nie trzeba się niczego obawiać.

Przebywanie   ze   zwierzętami   dawało   tyle   spokoju.   Zapach   stajni,   ciepło,   dźwięki. 

Dobrze było popatrzeć w mądre końskie oczy. Poczuć bliskość i ciepło zwierzęcia, poklepać je, 

przesunąć dłonią po miękkim pysku.

Oleg wniósł do domu pewnego rodzaju zamieszanie. Powiedział lub zrobił coś, czego 

Raija nie potrafiła nazwać, ale czuła to.

Zdarzało się, że odnosiła wrażenie,  iż wszyscy ją oszukują. Jakby stali  przed nią i 

zasłaniali widok. Zdarzało się, iż odnosiła wrażenie, że wszyscy wiedzą więcej niż ona, ale nie 

mówią jej prawdy.

Naturalnie to tylko wrażenie, ale robiło jej się przykro, kiedy ją ogarniało.

Jednocześnie   jakby   traciła   oddech   i   grunt   pod   nogami,   tak   jakby   wszyscy   naraz 

sprzymierzyli się przeciw niej.

To bezsensowne myśli, ale nie dawały jej spokoju.

Raija usiadła na sianie. Oparła się plecami o ścianę stajni. Słyszała oddechy zwierząt. 

Słyszała, jak szykują się do snu. Wydawały się tak spokojne.

Od drzwi doszedł ją jakiś szelest.

Miała tylko niedużą lampę, a ciemne ściany wykradały światło.

Ale Raija rozpoznała, kto to. Nie mógł to być Oleg ani też żaden ze stajennych.

- Ty także nie możesz spać? - spytał przyjaźnie. Zamknął za sobą drzwi i usiadł pod 

background image

przeciwległą ścianą. Podniósł z ziemi słomkę i włożył ją do ust. Jego zęby i białka oczu wydały 

się w mroku niezwykle białe. Nawet oczy jakby świeciły.

Znowu ją uderzyło, że kogoś jej przypomina. Nie wiedziała jednak, kogo.

- Wydarzyło się zbyt wiele - odezwał się. - Zaledwie kilka dni temu podburzałem moich 

towarzyszy, a teraz zasiadam przy jednym stole z właścicielem statków.

- Czy jesteś rozgoryczony? - spytała Raija. - Pewnie uważasz, że zdradzili cię ludzie, na 

których polegałeś.

- Mniejsza o mnie - odparł. Sprawiał wrażenie, jakby naprawdę tak myślał. - Najgorsze, 

że marynarze zdradzili samych siebie, swoje rodziny. Nie było mowy o stosowaniu przemocy. 

Mieliśmy   tylko   domagać   się   tego,   na   co   naszym   zdaniem   zasłużyliśmy.   Nikt   nie   miał 

przejmować statków siłą. A właśnie tak się stało. Myślę, że nie zdają sobie sprawy, iż posunęli 

się za daleko...

- Dlaczego właśnie ty ich poprowadziłeś? - spytała Raija.

Chciała się tego dowiedzieć, naprawdę ciekawiło ją, jak mu się to udało.

-   Sądziłem,   że   ktoś,   kto   planuje   taki   zryw,   powinien   być   starszy,   bardziej 

doświadczony... bardziej rozgoryczony... - roześmiał się. - Jestem wystarczająco rozgoryczony, 

mogę cię zapewnić. I czuję się i stary, i doświadczony.

- Mam dwadzieścia sześć lat - rzekła Raija. - A żyję już chyba ze sto.

- Jesteśmy rówieśnikami - zauważył. - I także czuję, jakbym żył sto lat.

Raija spojrzała na niego z powagą.

- Tak właśnie myślałam. Skinął głową. Wydawał się równie poważny. Nie wyjął słomki 

z ust.

- Urodziłem się dwadzieścia sześć lat temu i zdążyłem zaznać wiele bólu i goryczy. 

Przeklinałem los i zżymałem się na niesprawiedliwość i niewolnicze traktowanie. Spluwałem 

na   widok   pokładowych   kotłów   z   zupą   rybną.   Znam   smak   chłosty   za   sprzeciwianie   się 

rozkazom. Widziałem, jak plecy mego ojca coraz bardziej się garbią. Widziałem oczy mojej 

matki przez wszystkie te lata, kiedy nie mieliśmy dość pieniędzy, by kupić ziarno na chleb. 

Była bogobojną kobietą i nigdy nie łamała postów. Nigdy nie mogła ich łamać, bo nawet raz w 

miesiącu   nie   jadaliśmy   mięsa.   Często   się   zdarzało,   że   nie   mieliśmy   do   jedzenia   nic   poza 

ziemniakami. Bóg nie miałby za co karać mojej matki, o, nie! - Drżąc, wciągnął powietrze. - 

Jestem wystarczająco rozgoryczony, Bykowa.

- Na imię mi Raija. Jego oczy zapłonęły.

- Co powiedziałby twój mąż, gdyby usłyszał, że tak się do ciebie zwracam?

Raija wzruszyła ramionami.

background image

- Pewnie by uznał, że ci pozwoliłam - rzekła po prostu. - Raija to ja. Bykowa... brzmi 

niemal obco...

Uśmiechnęła się zmieszana. Nazwisko Jewgienija stało się dla niej oparciem, jednak 

zawsze odnosiła niejasne wrażenie, że nie jest jej prawdziwym nazwiskiem.

Teraz tak się nazywała.

Ale czuła, że jest kimś innym.

- To imię jest takie niezwykłe - rzekł Wasilij.  - Tak jak ty. Pasuje do ciebie.  Nie 

mogłabyś być Anną albo Nataszą lub Wierą... Jesteś Raiją.

Zaśmiała się.

- Z pewnością mówiłeś to samo każdej Annie, Nataszy i Wierze, które spotkałeś na swej 

drodze: że nie mogły się nazywać inaczej.

Roześmiał się razem z nią. Musiał w duchu przyznać, że to prawda.

- Już chyba taki jestem - westchnął. - Niepoprawny. Dlatego pewnie stanąłem na czele 

buntu, dlatego udało mi się wprowadzić myśli w czyn. Początkowo tylko się nimi bawiłem, 

zachowując je dla siebie. Rozmyślałem przez wiele lat. Zastanawiałem się, jak można przepro-

wadzić taki przewrót. Jak należy to zrobić. Wiedziałem, jak zachowałby się każdy z armatorów 

w   Archangielsku,   w   Kem,   nad   Onegą.   Zastanawiałem   się,   co   by   powiedzieli,   jakich 

argumentów by użyli. Ustaliłem, z którymi można by się dogadać, a przeciw komu nie warto 

się buntować, bo oznaczałoby to tylko stracony czas i zmarnowane życie. Wiedziałem, że 

jedyne statki, które wchodzą w rachubę, to „Raija” i „Antonia”.

- Dlaczego twoje plany stały się czymś więcej niż tylko marzeniami? - spytała Raija.

- Przez wódkę - odpowiedział z największą powagą. Nie uśmiechnął się nawet jednym 

kącikiem ust. - Tak się raz upiłem, że z całą nagromadzoną przez lata goryczą wyrzuciłem z 

siebie wszystko, co mi leżało na sercu. A potem było już za późno, by się wycofać. Zbyt wielu 

ludzi mnie wtedy słuchało i zbyt wielu uznało mój plan za świetny. Wbrew swej woli dla wielu 

stałem   się   przywódcą,   dla   wielu,   których   wypełniała   znacznie   większa   gorycz,   niż 

przypuszczałem, nad którymi, jak się okazuje, nie byłem w stanie zapanować. Ale przez chwilę 

wydawało się, że mi się uda.

-   Kiedy   słucham   Olega   -   odezwała   się   Raija   zamyślona   -   i   kiedy   słucham   ciebie, 

odnoszę wrażenie, jakbyś nadał przewodził. Wygląda na to, że dostajesz to, czego chcesz, 

mimo że przeszedłeś na przeciwną stronę.

Nie odpowiedział. Ale na jego ustach igrał ledwie zauważalny uśmiech. W oczach czaił 

się płomień.

- Może właśnie taki był twój plan?

background image

- Tego nigdy się nie dowiesz - odparł bez zająknięcia.

Raija wiedziała, że nigdy nie pozwoli jej na tyle się zbliżyć, żeby poznała prawdę.

- Przypominasz mi kogoś - rzekła. - Ale nie pamiętam kogo. Myślę, że ten człowiek 

również był bardzo pewny siebie, jednak nie wiem, czy był tak silny jak ty.

- Przypominam ci siebie samą - odparł. - Jesteśmy podobni. Od razu to zauważyłem. 

Przeżyjemy każdy kataklizm, a nie wszystkim się to udaje. Ból nas nie dosięga, a w każdym 

razie nie bardzo głęboko. Naznacza nas, ale dzięki temu stajemy się jeszcze silniejsi. Krąży nam 

po głowie zbyt wiele myśli. Poznaję to po twoich oczach, zauważyłem to od razu. Czy nigdy się 

sobie nie przyglądasz, kobieto? Czy nie uderzyło cię, że to ty sama patrzysz na siebie z moich 

oczu?

Raiję przeszedł dreszcz.

Te słowa brzmiały tak znajomo.

Kiedyś je już słyszała. Być może nie zostały wypowiedziane dokładnie w taki sam 

sposób, ale brzmiały tak podobnie, że przyprawiły ją o drżenie.

Teraz i ona zauważyła łączące ich podobieństwo: tę samą żarliwość, dumę i tę samą 

ciekawość, którymi i ona się odznaczała.

- Pokrewne dusze - rzekł beztrosko. - Tak się to chyba nazywa.

- Bliźniacze dusze - dodała Raija. - Być może, tak...

- Oleg obawia się, że cię uwiodę - zauważył Wasilij. Sprawił, że się zaczerwieniła. Raija 

nie sądziła, że jeszcze jest do tego zdolna. Myślała, że jest już zbyt doświadczona, zbyt stara, 

być może zbyt zepsuta.

- Oleg ma urojenia - uśmiechnęła się zakłopotana.

- Hm... Naprawdę nie wiem, jak bym postąpił, gdybyś była żoną kogoś innego, a nie 

Jewgienija...

- Mam nadzieję, że zachowasz te myśli dla siebie - rzekła Raija stanowczo.

Roześmiał się razem z nią.

- Bądź o to spokojna, Bykowa...

Po raz pierwszy w życiu nazwisko zabrzmiało jej w uszach jak własne.

Wasilij pomógł jej zamknąć drzwi do stajni. Raija omal go nie ofuknęła, że nie jest 

kaleką i że sama sobie poradzi.

Zaraz jednak uświadomiła sobie, że uczynił to bez złych zamiarów, że po prostu czuł się 

w obowiązku jej pomóc. Pozwoliła mu więc, by ją wyręczył.

Czasami dobrze jest ugryźć się w język, żeby nie ranić innych.

Wieczorne powietrze było łagodne. Nikt by nie zgadł, że na morzu rozgrywa się dramat, 

background image

sięgając mackami aż tu na ląd.

Wszystko wokół wydawało się takie zwyczajne.

Dokoła panowała cisza. Przyjemnie było się przejść. Stopy poprowadziły ich wąskimi 

uliczkami w dół do portu. Szli obok siebie. On leniwymi krokami, z rękami mocno wciśniętymi 

w kieszenie. Ona z dłońmi ukrytymi pod szalem. Nie było to konieczne, nie marzła, ale tak 

wydawało się bezpieczniej.

Ku zadowoleniu Raiji nikogo nie spotkali.

Zdawała sobie sprawę, że jest w mieście znaną postacią, podczas gdy ona znała tu 

niewielu.   Wszyscy   wiedzieli,   że   żoną   Jewgienija   jest   kobieta   pochodząca   z   obcego   kraju. 

Czasem odnosiła wrażenie, jakby siedziała na wystawie. Nie bardzo jej to odpowiadało. Po-

cieszała się myślą, że to minie, że kiedyś będzie lepiej.

Za jakiś czas.

Kiedy już przestanie być kimś obcym.

Nie wiedziała, jak długo to potrwa, zanim ludzie ją przyjmą jak swoją, zanim stanie się 

jedną z wielu.

Wasilij domyślił się pewnie, o czym myśli, ponieważ skierował się ku bardziej zacisznej 

części portu, ocienionej kadłubami dużych statków, cumujących z dala od brzegu i noszących 

dziwne, obco brzmiące imiona.

Marynarz usiadł na krawędzi nabrzeża z nogami zwieszonymi w dół. Raija z początku 

nie chciała usiąść obok niego.

Woda wydawała się czarna.

Jak w studni bez dna.

Raija obawiała się, że do niej wpadnie. Nie lubiła morza.

- Nie usiądziesz? - spytał. Raija potrząsnęła głową. Stała jak sparaliżowana.

Zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że Wasilij również to zauważył.

- Boisz się morza?

Skinęła głową.

W jednej chwili wstał. Zanim Raija odgadła, co zamierza zrobić, chwycił ją za rękę i 

mocno uścisnął, jakby dodawał pewności siebie. Następnie pociągnął za sobą nad krawędź i 

stanął na samym skraju nabrzeża, tak że czubki butów Raiji wystawały nad wodą.

Wszystko w niej krzyczało, żeby uciec, ale czuła rękę Wasilija, która mocno trzymała.

- Myślisz, że woda cię wciągnie? - spytał łagodnie.

Nie potrafiła odpowiedzieć, nie wiedziała. Tak bardzo się bała, że po prostu nie była w 

stanie myśleć. Kręciło jej się w głowie i dostawała mdłości od wpatrywania się w połyskującą 

background image

taflę.

- Woda nie chce cię pochłonąć - tłumaczył. - Wydaje mi się, że nie jesteś dzieckiem 

wody. Jesteś raczej dzieckiem ognia...

Odciągnął Raiję od krawędzi nabrzeża w stronę drewnianych pękatych beczek, które 

stały w kilku rzędach. Podniósł ją lekko i posadził na jednej z nich. Wreszcie mogła oddychać, 

choć nadal czuła zawroty głowy i zlewał ją pot.

Coś w niej drgnęło, kiedy Wasilij powiedział, że jest dzieckiem ognia. Obudził w niej 

nieprzyjemne   odczucia.   Być   może   za   tą   skałą,   która   skrywała   przeszłość,   kryło   się   coś 

przykrego, co wiązało się z ogniem.

- Nie możesz uciekać od tego, co cię przeraża - powiedział poważnie, siadając na beczce 

obok.

Noc przechodziła w ranek. To taki moment, kiedy przyroda wstrzymuje oddech, kiedy 

słońce kąpie się w morzu, a potem wynurza się z niego, by na nowo dokonać cudu i stworzyć 

nowy dzień.

- Czy ty szukasz niebezpieczeństw? - spytała Raija.

-   Tak   -   odpowiedział   bez   zastanowienia,   tak   jakby   dla   niego   było   to   coś   całkiem 

oczywistego. Raija uwierzyła mu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby się czegoś bać. 

Spytała go o to.

- Boję się wielu rzeczy, z którymi ty masz do czynienia na co dzień - rzekł wreszcie. - 

Boję   się   żyć   tak   jak   ty,   w   rodzinie,   boję   się   wiązać   w   ten   sposób.   Boję   się   takiej 

odpowiedzialności. Być może przede wszystkim dlatego, że wiem, iż nie mógłbym zapewnić 

mojej żonie i dzieciom środków do życia, pracując jako marynarz. Ani też robiąc cokolwiek 

innego, co potrafię. Kiedy przyszedłem pod drzwi Olega, bałem się je otworzyć. - Uśmiechnął 

się. - Ogromnie się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem ciebie. - Popatrzył na morze. - Teraz też się 

boję - mówił   dalej.  -  O tych  ludzi na statkach. Potwornie się  boję,  by nie  zrobili   czegoś 

nierozważnego i nie sprowokowali innych armatorów do stłumienia buntu. Odebranie życia 

zwykłym marynarzom, takim jak ja, kosztuje tak niewiele, jesteśmy niewiele warci. Tylko w 

naszych własnych oczach znaczymy więcej niż wypłata, którą dostajemy po rejsie, albo niż ten 

dług, od którego nie możemy się uwolnić... Dla innych jesteśmy tacy mali...

Raija  zmarzła.   Zeskoczyła  z  beczki.   Drżała  od  chłodu,   udzielił   jej   się   także   strach 

Wasilija. Mimo wszystko i tu nie było wystarczająco spokojnie.

- Dobranoc, Wasilij - powiedziała. - Zostawię drzwi otwarte. Zamknij je, jak wrócisz.

Skinął głową, ale wzrokiem błądził gdzieś w stronę horyzontu.

Myślami był przy tych, którym powinien był przewodzić, a którzy go zdradzili.

background image

4

- Może nie powinienem przynosić tych wszystkich trosk do domu - zastanawiał się 

Oleg, szykując się o świcie do drogi.

Raija nie spała wiele. Mimo to nie słyszała, kiedy Wasilij przyszedł.

Teraz już go nie było. Nawet jednym gestem czy słowem nie okazał, że między nim a 

Raiją wytworzyła się jakaś zażyłość.

Odnosił się do niej tak samo jak kilka dni wcześniej - jak do żony armatora.

- Nieproszone, same wtargnęły do twojego domu, Oleg - odparła Raija.

Pragnęła, by Tonią tu była. Tylko Tonią potrafiła odegnać zmartwienia z czoła Olega. 

Tylko Tonią umiała dodawać mu sił, kiedy ogarniała go słabość i strach.

Gdyby Tonią nie wyjechała, byłby też i Jewgienij i Oleg mógłby dzielić z nim kłopoty.

Tymczasem został rzucony na głęboką wodę. Sam musiał uporać się z problemami, 

znaleźć takie rozwiązanie, żeby potem mogli normalnie żyć.

To może być trudne.

- Nieważne, jak się tu znalazły. Przystanął i spojrzał na Raiję. Pamiętał ją z powrotnej 

podróży od wybrzeży Norwegii, z czasów, kiedy zyskała przydomek anioła w czarnej pelerynie 

i kiedy została kobietą Jewgienija.

Stała się dla niego kimś wyjątkowym.

- Tylu ludzi będzie tu przychodziło i wychodziło, Raiju. Tak wielu różnych ludzi...

Jego słowa zawisły w powietrzu.

- Nie ufasz Wasilijowi? Oleg usiadł. Nie miał czasu na rozmowy, ale nie mógł odejść 

bez słowa wyjaśnienia. Dręczył go niepokój. Być może zrodził się sam, być może zasiał go 

Wasilij.

- Zawsze stwarzał kłopoty - westchnął. - Zdążyłem się trochę o niego rozpytać. Dobrze 

jest znać swych ludzi, prawda?

Raija uśmiechnęła się słabo.

- Mówił trochę za głośno. Stawiał niewygodne pytania. Za swoją krnąbrność został 

zwolniony z jednego ze statków i wysadzony w porcie u wybrzeża Finnmarku. Stało się to kilka 

lat temu, ale o tym nie zapomniano. Potem jeszcze kilka razy po wielkiej awanturze rzucał 

pracę. Trafił nawet na czarną listę. W okolicach Kem nikt go już nie zatrudni...

Oleg znowu ciężko westchnął.

- To ktoś w rodzaju Stieńki Razina? - spytała Raija łagodnie, niemal z czułością.

Oleg odczuł przez moment paniczny lęk.

background image

- Być może - odpowiedział. - Ale nie chciałbym myśleć o Wasiliju w ten sposób. 

Wydaje się zbyt szlachetny.

- Mimo to chwilami myślisz, że działa tylko we własnym interesie?

-   Nie   wiem   -   odparł.   -   Nie   wiem.   Jego   postępowanie   budzi   we   mnie   mnóstwo 

wątpliwości. Chciałbym mu wierzyć. Przypomina mi mnie samego, choć ja nigdy nie byłem do 

tego stopnia pewny siebie. Nigdy nie byłem tak butny, nie nosiłem tak wysoko głowy. Wasilij 

bardzo wyróżnia się spośród innych. Twierdzi, że jest jednym z marynarzy, ale nie jestem 

przekonany, czy pozostali  członkowie załogi  właśnie w ten sposób go traktują. Być może 

dlatego go poświęcili. Albo...

- No właśnie, najbardziej obawiasz się tej drugiej ewentualności - zauważyła Raija. 

Odgarnęła Olegowi grzywkę z czoła. - Obawiasz się, że oboje postąpimy dokładnie tak, jak to 

przewidział.   Że   nie   ty   podejmiesz   decyzje,   ale   że   to   on   pokieruje   rozwojem   wypadków, 

ponieważ wszystko od początku dokładnie zaplanował. Nie tylko bunt i przejęcie statków...

- To niezwykłe, z jaką łatwością osiąga to, czego pragnie - wtrącił Oleg. - Właściwie nie 

ma   nic   do   zaoferowania,   ale   mimo   to   się   targuje.   Z   największą   oczywistością.   Jest   tak 

bezczelny, że dostaję gęsiej skórki!

- Możesz go wtrącić do więzienia... Oleg skinął głową.

- Prędzej czy później niektórzy buntownicy będą musieli odpowiedzieć przed prawem. 

Zabójstwo kapitana „Raiji” musi zostać ukarane. Temu, kto się tego dopuścił, nie ujdzie to 

bezkarnie. Nic nie usprawiedliwia zabijania. - Znowu westchnął. - Tak, mogę go wtrącić do 

więzienia, ale tego nie zrobię, bo Wasilij nie zabił kapitana. To jedna z niewielu rzeczy, co do 

których jestem pewien, ponieważ jest tą zbrodnią wzburzony równie jak ja. Będę go bronił... 

Do diabła, Raija, co siedzi w tym człowieku?

Przyjrzał się jej badawczo.

- Widziałaś, jak on na ciebie patrzy? - wyrwało mu się.

Raija przysunęła się bliżej, chwyciła Olega za rękę, oparła policzek o jego ramię.

-  Kochany  Olegu!   Nie   musisz  mnie   pilnować  jak  starszy  brat.   Nie  bierz   na  siebie 

również   tych   zmartwień!   Już   wiele   lat   temu   dorosłam...   -   Roześmiała   się   krótko.   -   Nie 

pamiętam, kiedy się to stało, ale jestem pewna, że bardzo dawno temu...

- Wasilij jest niebezpieczny jak wilk - rzekł Oleg. Raija pokiwała głową w zamyśleniu.

- Być może - zgodziła się. - Ale uważam, że jest uczciwy. Rozmawiałam z nim dziś w 

nocy. Poszliśmy razem do portu i długo rozmawialiśmy. Odnoszę wrażenie, że jest szczery, 

Oleg. Można o nim mówić, co się chce, przypisywać mu wiele wad. Z pewnością ma ich 

niemało. Ale uważam, że Wasilij niczego nie ukrywa, nie ukrywa też, kim jest. Czuję, że jest 

background image

uczciwy, ufam mu. Wierzę mu.

- Kobiety łatwo ulegają urokowi tego rodzaju mężczyzn... Chyba cię... nie pociąga, co?

Raija wybuchnęła perlistym śmiechem. Potarła policzkiem o ramię Olega, po czym 

nieznacznie się odsunęła. Popatrzyła przyjacielowi długo w oczy i lekko pocałowała go w 

policzek.

- Miły Olegu. Miły, uroczy Olegu, chyba nie myślisz, że jestem aż takim dzieckiem, 

bym miała ulec pierwszemu lepszemu mężczyźnie, który spojrzy na mnie łakomie?

- Nie, tylko po prostu nie chciałbym, żeby stało ci się coś złego - odparł zakłopotany. - 

Nie chciałbym patrzeć, jak cierpisz...

- Poza tym jestem żoną twego najlepszego przyjaciela - drażniła się z nim Raija z 

błyskiem w oku.

-   Przede   wszystkim   jednak  martwię   się   o   ciebie   -  rzekł   Oleg   szczerze.   -   Nikt   nie 

powinien cię ranić, ani Wasilij, ani żaden inny mężczyzna. Nawet nie ukrywa spojrzeń, które ci 

posyła. Nie ukrywa swych myśli...

- Nie, jest na wskroś uczciwy - przyznała Raija. - Nie udaje, ale to nie znaczy, że nosi 

się z jakimiś nieuczciwymi zamiarami wobec mnie, Oleg. Czy ty nigdy nie patrzyłeś w ten 

sposób na inne kobiety niż Tonią?

- Nie tak jawnie - mruknął.

- Ale nie rzucałeś się na nie od razu i nie brałeś siłą? Nie odpowiedział. Wstał. W jego 

oczach widniało to samo co wcześniej ogromne zmęczenie, ten sam strach przed tym, z czym 

musiał się zmierzyć w najbliższym czasie.

- Ufasz Wasilijowi? Raija skinęła głową.

- Wierzę, że zrobi wszystko, by doprowadzić do zakończenia buntu. W każdym razie 

spróbuje porozmawiać z załogą. Zrobi dla tych ludzi, co w jego mocy, mimo że go zdradzili. 

Pewnie jednak nie pozwolą mu wrócić na pokład, zbyt się od nich różni, nie sądzisz?

- Wasilij różni się od wszystkich... Raija przytaknęła.

- Sam zdaje sobie z tego sprawę. Wilki są samotne. Ale zrobi, co będzie mógł, możesz 

na nim polegać. Razem wam się uda.

- Jeżeli nie, w Archangielsku rozpęta się prawdziwe piekło - stwierdził Oleg. - Nie 

jestem pewien,  czy tylko załogi  wylądują na czarnych listach. Ja  i Jewgienij  mamy wiele 

zaległych spraw do załatwienia. Nie wiem, czy będę w stanie sam sobie z nimi poradzić... 

Jewgienij ma smykałkę do papierów, ja nie...

- Trudno, musisz się z tym jakoś uporać - rzekła Raija po prostu. - Jewgienij wyjechał.

- Wiem - odparł Oleg i wyszedł. Ku nowemu dniu zwiastującemu problemy, o jakich nie 

background image

śnił nawet w najgorszych snach.

Dzień mijał powoli. Raija zauważyła, że ruch w porcie jest większy niż zwykle. Biednie 

odziane   kobiety   stały   na   nabrzeżu,   mniej   więcej   w   tym   samym   miejscu,   gdzie   Wasilij 

zaprowadził ją poprzedniej nocy.

Ale  te  kobiety  nie  bały  się  morza.  Obawiały  się  tylko  o los   mężów,  synów,  braci 

przebywających na statkach. Nie czuły strachu przed żywiołem, lecz przed decyzją Olega. I 

jemu podobnych.

Pojawili się też inni kupcy. Przyjechali wozami, przeciskając się przez tłum biedoty. 

Ledwie zwracali uwagę na milczące kobiety, jakby zasłonili się tarczą obojętności przed ich 

nędzą, przed ich wzrokiem pełnym bólu i nienawiści.

Raija zobaczyła, jak wysiedli, przeszli obok zrozpaczonych niewiast jak ślepcy.

Raija poczuła chłód i strach.

Wyznała Olegowi, że nie stoi po żadnej ze stron, lecz stara się tylko zrozumieć.

Wybór okazał się potwornie trudny.

Znajdowała się przecież po jednej ze stron, czy tego chciała, czy nie. W każdym razie te 

milczące kobiety tak uważały. Oceniały spojrzeniem jej ubranie, jej buty, jej zadbane ręce. 

Widziały jej dom, wóz, którym jeździła, konia.

Tak, zdecydowanie by powiedziały, że Raija stoi po jednej ze stron, i na pewno nie po 

stronie protestujących marynarzy.

Doskonale je rozumiała, przecież była i będzie Raiją Bykowa, żoną Jewgienija Bykowa, 

właściciela statków.

I co z tego, że urodził się w domu równie ubogim, jak chaty niektórych z tych kobiet. 

Nie brały tego pod uwagę, nie patrzyły wstecz, po prostu nie mogły. Musiały patrzeć przed 

siebie, zastanawiać się, czy starczy jedzenia na następny dzień.

Ona, Raija Bykowa, nie była jedną z nich.

Widziała mały frachtowiec, jak odpływa z nastaniem zmroku. Oleg nawet nie wstąpił do 

domu, żeby coś zjeść. Raija czuła się żałośnie. Chciałaby wiedzieć, co się stało, lecz rozumiała, 

że w takiej chwili Oleg nie może o niej myśleć. Nie powinna czuć się tym urażona.

Teraz nie ona była ważna.

Gdzieś na morzu, gdzie jej wzrok nie sięgał, kołysał się statek noszący jej imię i drugi, 

nazwany imieniem Toni.

Właśnie   tam   rozgrywały   się   decydujące   wydarzenia.   Tam,   gdzie   wokół   masztów 

niestrudzenie krążyły mewy.

Raija przygotowała się na to, że spędzi noc w samotności, nasłuchując oddechów Olgi i 

background image

Miszy.

Chłopczyk przesypiał już całą noc. Raija jednak tak przywykła do czuwania, że nadal 

się budziła i leżała, czekając, aż malec otworzy oczy i zacznie płakać.

I chociaż często zżymała się, że musi wstawać do dziecka z ciepłego łóżka na zimną 

podłogę, teraz, kiedy nie musiała tego robić, czegoś jej brakowało.

Dziwne jest życie, dziwnie jest być człowiekiem.

Nie całkiem rozumiała, co się dzieje, kiedy nagle w półmroku ujrzała Wasilija. Usiadł 

na brzegu łóżka, jakby był u siebie.

Skąd się tu wziął? Popłynął przecież z Olegiem ku statkom.

- Nie jestem duchem - rzekł w odpowiedzi na pytanie malujące się na jej twarzy. - Oleg 

poprosił mnie, bym tu przyszedł.

Raija nadal nie mogła ochłonąć ze zdumienia.

- Chciałem iść do bratowej, u której mieszkam. - Długo przyglądał się Raiji, chcąc się 

upewnić, że rozumie, co mówi. - To znaczy do wdowy po moim bracie bliźniaku, Waleriju. 

Brat nie ma grobu, bo w mojej rodzinie mało kto został pochowany na cmentarzu, zbyt rzadko 

bywamy na lądzie. Zwykle zamyka się nad nami morze. - Zamilkł. - Oleg bardzo się o ciebie 

obawiał - wyjaśnił wreszcie. Wyjrzał przez okno ponad jej ramieniem. - Musiał popłynąć dalej. 

Gdyby zawrócił, buntownicy mogliby go uznać za tchórza. Doszliśmy do wniosku, że to on 

powinien porozmawiać z marynarzami, a nie ja.

- Dlaczego Oleg miałby się o mnie obawiać? - zdumiała się Raija.

- Może ci grozić niebezpieczeństwo ze strony ludzi równych ci pozycją, Bykowa - 

wyjaśnił z powagą. - Nie wszystkim podoba się postępowanie Olega. Na razie jeszcze ma 

wolną   rękę,   ale   musiał   zapewnić   innych   właścicieli   statków,   że   zabójca   kapitana   „Raiji” 

zostanie ukarany. Dopóki Oleg jako właściciel sam nie złoży doniesienia na swą załogę na 

policję i do sądu, nie podejmą żadnych kroków, ale już ostrzą pazury.

- Czy i oni nie mają prawa się bać? - spytała. Chciała sprowokować Wasilija, wydawał 

się tak irytująco pewny siebie!

- Armatorzy są w lepszej sytuacji niż ci tam na morzu. Posiadają dużo większą władzę i 

większe   możliwości.   Istnieją   inne   sposoby   zabijania   niż   brutalne   poderżnięcie   gardła.   Nie 

jestem   wcale   pewien,   czy   bardziej   ludzkie   jest   przyzwalać,   by   ludzie   żyli   w   nieludzkich 

warunkach...

- Nie należę do tej warstwy - rzekła Raija twardo.

- Jesteś żoną właściciela statków. - Wzruszył ramionami. - Masz coś do jedzenia? - 

spytał bez skrępowania.

background image

Bezpośredniość, która się między nimi zrodziła poprzedniej nocy na nabrzeżu, gdzieś 

znikła. Wasilij jadł, nic nie mówiąc, nie patrząc na Raiję.

Ona zaś zachowała dla siebie tysiące pytań, które cisnęły się jej do ust.

- Olegowi grożono - rzekł wreszcie, kiedy skończył jeść i zabrał się do picia kawy.

Raija zadrżała od chłodu, który poczuła głęboko w piersi. Jednak nie nalała sobie kawy, 

ponieważ nie byłaby w stanie utrzymać filiżanki. Gorąca kawa i tak by jej nie pomogła.

- Właściciele statków wiedzą, że mogą nas dotkliwie ugodzić - mówił dalej Wasilij - 

jeśli   wyładują   swój   gniew   na   żonie   Bykowa   i   dzieciach   Olega   i   Jewgienija.   -   Jego 

niebieskozielone oczy podchwyciły spojrzenie Raiji. - To by mi się nie podobało - rzekł z 

przekonaniem. - Środkiem nacisku miały być tylko statki, przedmioty, a nie ludzie. To podłe 

rzucać takie groźby. Dlatego Oleg nie chciał, żebyś została sama z dziećmi.

- Czego żądają? - spytała Raija, ciągle czując zimno docierające aż po czubki palców. - 

Ci, którzy wykorzystują takie metody, ludzie z mojej warstwy...

- Wyrzucenia załogi - odparł Wasilij. - To było do przewidzenia. Poza tym żądają 

wpisania   buntowników   dożywotnio   na   czarną   listę,   osądzenia   i   zesłania   przywódców   na 

przymusowe roboty. - Wzruszył ramionami. Raija uznała, że jest nadzwyczaj beztroski jak na 

człowieka,   którego   czeka   taka   kara.   -   Nazwali   Olega   zdrajcą,   kiedy   oznajmił   im,   że   sam 

zdecyduje o tym, co zrobi na swoich statkach. Oczywiście zaraz dodał, że zabójcy zostaną 

ukarani, że zajmą się nimi odpowiednie władze. Jednak jeszcze im było mało: powiedzieli, że 

Byków nigdy nie dałby się przekupić buntownikom i rabusiom...

Na ustach Wasilija igrał słaby, zmęczony uśmiech.

- Jak myślisz, czy twój mąż zachowałby się podobnie jak Oleg?

W   tym   momencie   Raija   mogłaby   pomyśleć,   że   Wasilij   wymyślił   nawet   groźby 

właścicieli statków, by usprawiedliwić swe wtargnięcie do domu Olega o tak późnej porze. Że 

noc po nocy obmyślał każdy pojedynczy krok, przewidział wszystko, każdy najdrobniejszy 

szczegół...

Mogłaby tak sądzić.

Gdyby mu nie ufała.

- Jewgienij na pewno nie pozwoliłby się przekupić - rzekła stanowczo. - Nie dałby się 

też do czegokolwiek zmusić. I zrobiłby dokładnie to samo, co Oleg. Inni właściciele statków 

wiedzą o tym aż nazbyt dobrze, ale wiedzą też, że Olegowi brakuje nieco pewności siebie 

Jewgienija... - napotkała wzrok Wasilija. - ... trochę twojej pewności siebie - dodała. - Dlatego 

próbują wyprowadzić go z równowagi w ten sposób. Boże, dlaczego nie jestem mężczyzną?!

- Myślę, że do twarzy ci z twoją kobiecością - zauważył z najniewinniejszym w świecie 

background image

uśmiechem, choć jego oczy mówiły coś zupełnie innego.

Raija potrząsnęła głową.

- Daruj sobie takie uwagi - poprosiła. - Dla dobra nas obojga, Wasilij. Dobrze o tym 

wiesz, że do niczego nie doprowadzą. Sądzę, że potrafisz być inny, taki, jakiego cię jeszcze nie 

znam. Chętnie bym poznała twoją drugą twarz...

- Ale to też do niczego nie doprowadzi? Raija potrząsnęła głową.

- Kocham Jewgienija - powiedziała. - Bezgranicznie i niezmiennie. Brzmi to może jak z 

bajki dla dzieci, ale tak po prostu jest.

- Niewiele znam takich kobiet jak ty - przyznał. - Może naprawdę uda ci się poznać 

moje  drugie   ukryte   ja.   Nie   wiem.   Nie   wiem   nawet,   czy  sam   je  znam,   bo   tak   dawno  nie 

wyglądało na światło dzienne. Zastanawiam się, jak długo potrwa ten bunt. Jak się skończy? 

Być może zostanę zesłany na przymusowe roboty.

-   A   może   zostaniesz   kapitanem   -   dodała   Raija.   Uśmiechnął   się.   Znowu   przybrał 

zawadiacki wyraz twarzy, znów był śmiały i otwarty. Przyszło mu to z łatwością.

- W takim razie chcę zostać kapitanem na „Raiji” - rzekł. - Na żadnym innym statku.

Raija odniosła wrażenie, że Wasilij dostanie wszystko, czego pragnie. Miał w sobie tyle 

siły, że niewielu ludzi mogło mu się sprzeciwić.

Tak   wyraźnie   precyzował   życzenia.   Trudno   jest   równie   dobitnie   i   jednoznacznie 

powiedzieć „nie”.

Jej się to udało.

Być może dlatego wciąż wystawiał ją na próbę.

Raija domyśliła się, że nie przywykł, by mu się sprzeciwiano. Z pewnością dotyczyło to 

również kobiet.

Było w nim coś więcej niż tylko urok. Dużo więcej. Wykorzystywał każdy okruch, jaki 

mu się dostał, niczego nie marnował.

Raija   nie   znała   nikogo,   kto   jak   on   umiałby   czerpać   z   życia,   a   jednak   kogoś   jej 

przypominał...

- Dawno umarł twój brat? Spojrzał na Raiję badawczo. Czyżby miał jej za złe, że zadaje 

mu takie pytania?

- Cztery lata temu - odparł. - Katastrofa statku rybackiego. Wszyscy zginęli. Statek 

także zatonął, ale to marna pociecha.

Raija zadrżała.

A ona go pytała, czy ma w sobie dość goryczy, by stanąć na czele buntu. Odparł, że tak. 

Teraz potwierdził to innymi słowami.

background image

- Dagnija miała dwójkę dzieci i z kolejnym była w ciąży. Straciła to nienarodzone. Być 

może dobrze się stało. I tak z trudem udawało jej się wykarmić dwoje starszych.

- Żyjesz z nią? - spytała Raija. On też zadawał trudne pytania.

Śmiech   Wasilija   zabrzmiał   jak   mruczenie   kota,   lecz   Raija   odniosła   wrażenie,   że 

wysunął ostre pazury.

- Nie pytasz, czy ją utrzymuję - rzekł na pozór spokojnie. Raija zauważyła, że ma mocne 

palce. Przesuwał nimi pieszczotliwie po uszku filiżanki. Tak jakby chciał Raiji w ten sposób 

coś powiedzieć, jakby każdy jego gest stanowił jakiś tajemniczy znak. Od niej zależało, jak to 

sobie wytłumaczy.

Pomyślała, że Oleg musiał się o nią naprawdę bać, skoro wysłał tu tego mężczyznę, by 

jej pilnował.

- Pytasz właściwie o to, czy z nią sypiam. Naturalnie, że tak - odparł. - Jestem jedynym, 

który przypomina jej Walerija. Jedynym, który może ogrzać jej ciało, z kim może się kochać, 

nie zamykając oczu. Dagnija zdaje sobie sprawę, że nie jestem Walerijem. Nie jest przecież 

naiwna! Ale ja jestem do niego podobny bardziej niż ktokolwiek inny. Może się odprężyć w 

moich ramionach, a nawet poczuć radość. Nie taką, jaką dałby jej Walerij, ale to też stanowi dla 

niej jakąś ostoję w życiu, prawda? Bóg jeden wie, ile ta kobieta potrzebuje ciepła. Nie prosi o 

tak wiele. A i ja potrzebuję kobiety. Takiej, która nie żąda ode mnie więcej, niż jej mogę 

ofiarować...

- Kochasz ją?

Raija słuchała ze spuszczoną głową, ale pytając podniosła wzrok.

Wasilij potrząsnął głową.

- Nie taką miłością, o jakiej myślisz - rzekł szczerze jak zawsze. - Nie mieszkam u niej 

na stałe i nikt nie nakłania mnie do ślubu. Być może Dagnija liczy na to. Małżeństwo bardzo 

zmieniłoby jej sytuację, dałoby jej poczucie spokoju, zatrzymało tych, którzy pukają do jej 

drzwi...

Odstawił filiżankę, złożył ręce.

- Nie jestem od nich dużo lepszy - dodał. - Chociaż może daję jej więcej ciepła niż inni. 

I zostawiam po sobie więcej. Przytulam ją również wtedy, kiedy nie myślę o wdzieraniu się pod 

jej spódnice...

- Wybacz mi! - szepnęła Raija. - Nie miałam prawa pytać.

- Nie musiałem ci tego opowiadać - odparł. - Chciałaś poznać tego kogoś bez twarzy, 

być może właśnie z nim rozmawiałaś...

- Co chcesz robić... potem? - zapytała. - Jeżeli zostaniesz kapitanem. Jak zamierzasz 

background image

rozwiązać ten układ z Dagniją?

Oparł brodę na kostkach splecionych dłoni. Nie spuszczał z Raiji wzroku.

- Czy ktoś już ci powiedział, że za dużo pytasz?

- Nie musisz odpowiadać.

- Mogłabyś to przyjąć jako odpowiedź. Zgadł. Uznałaby to za odpowiedź.

- Nie wiem, co bym zrobił, Raiju. Do tej pory zachowywał dystans, zwracając się do 

niej po nazwisku. Prosiła go, by mówił jej po imieniu, lecz mimo to nadal używał nazwiska. 

Sprawił, że wreszcie zabrzmiało jej w uszach jak własne. Wypowiadał je tak ciepło, jak się 

wymawia nazwisko przyjaciela. Ale jednak wyznaczało granicę między nimi, stwarzało mur, 

dystans.

Teraz przełamał wszelkie bariery, nazywając ją Raiją.

- Pod wieloma względami czuję się za bratową odpowiedzialny. Jest taka bezradna, ma 

do zaoferowania tylko swoje ciało. Kobiety szybko się starzeją, sprzedając siebie. Nie wiem, 

czy chciałbym tego dla niej,  ale  nie marzę też o tym, by doczekać starości u jej  boku. - 

Potrząsnął głową. - Nigdy zresztą nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie z jakąś kobietą jako 

pary staruszków, prędzej wyobrażałem sobie, jak ginę w morzu w zawiązanym worku, nie 

pozostawiając po sobie śladu. To nawet nie sprawia mi bólu. I wydaje się proste.

Raija nie chciała pytać, czy istnieje coś, co skłania go do snucia innych wizji, innych 

myśli.

- Wiesz, że zmieniłem zdanie - wyznał. - Pewnie zaopiekuję się Dagniją, ale nie mogę 

się z nią ożenić.

-   Nie   chciałabym,   żebyś   ją   poślubił   -   powiedziała   Raija,   czując,   że   wyjątkowa 

uczciwość Wasilija również od niej wymaga uczciwości. - Świadomość, że wypełnia się pustkę 

po kimś innym, potwornie boli...

Nie odważył się jej dotknąć, ale nie spuszczał z niej wzroku.

-   Ja   też   nie   chciałbym   zaspokajać   tylko   czyjejś   tęsknoty   -   rzekł.   -   Ale   w   twoim 

przypadku już tak się stało.

background image

5

Nasłuchiwali   odgłosów   dochodzących   z   zewnątrz.   Pilnowali   się   nawzajem,   choć 

dzieliły ich drzwi i odległości większe niż te, które można by zmierzyć na stopy czy łokcie.

Zza  okien   nie  dotarło jednak do nich  nic niepokojącego,   nikt  nie zatrzymał  się  za 

drzwiami w złych zamiarach.

Ale strach uwił gniazdo nad framugą.

Pewnie dzieci obudziły Wasilija. Trudno jednak zmusić niemowlęta do milczenia, kiedy 

pieluchy mają mokre, brzuszki puste i nie chcą więcej spać.

Raija wstała, by się nimi zająć.

Nie ze względu na gościa.

Chociaż było jej go trochę żal, kiedy ukazał się z potarganymi włosami i oczami jak 

dwie wąskie szparki.

Nie odezwał się. Podszedł prosto do okna i otworzył je, ponieważ szyby zaparowały od 

wewnątrz, kiedy Raija rozpaliła w piecu, i nic nie mógł przez nie zobaczyć.

- Nie wrócili - rzekł krótko.

W jego słowach Raija wyczuła strach. Nie widział  powodu, dla którego miałby go 

ukrywać. To bardzo różniło go od innych mężczyzn.

Kiedy obserwował Raiję z synkiem w ramionach, oczy przesłoniła mu mgła niczym 

dym z odległego ogniska.

- Czy nigdy nie czujesz się więźniem? - spytał nagle. - Skrępowana dziećmi, domem...?

- Nie.

Gdzieś w głębi duszy odczuła niepokój, ale przecież codzienne obowiązki nigdy jej nie 

ciążyły, nigdy nie tęskniła, by od nich uciec. Wypełniając je, czuła się bezpieczna.

- Z kobietami jest pewnie inaczej - rzekł.

Nadal ją obserwował. Podziwiał jej pewność ruchów i wprawę. Zobaczył miłość w jej 

twarzy. Bezgraniczną szczerość i poczucie wolności.

Nigdy nie zaznał czegoś podobnego. To zupełnie co innego niż miłość do mężczyzny 

czy kobiety.

Zresztą nie miał czasu na myśli o rodzinie, to luksus nie dla niego. Być może nigdy nie 

będzie go na to stać.

Istniało wiele innych spraw, którymi musiał się zająć.

Niepokoił   się,   że  Oleg   jeszcze   nie   powrócił.   Minęło  wystarczająco  dużo  czasu,   by 

dopłynąć do buntowników i zawinąć z powrotem do portu.

background image

Wasilij poczuł gdzieś w żołądku dokuczliwy ucisk. Dręczyły go strach i determinacja, 

które wyostrzały wszystkie zmysły, zmuszały do myślenia i do bezwzględności, wskutek czego 

wydawał się zimny i opanowany.

Stał z czajnikiem w ręku i potrząsał nim, by woda z brązowymi fusami mogła stać się 

prawdziwą kawą. Bywały już takie ranki jak ten. Bywały też ranki bez kawy. Kawa to luksus, 

do którego jednak szybko mógłby się przyzwyczaić, przebiegło mu przez głowę.

Pomyślał,   że   łatwo   jest   nabrać   przyzwyczajeń.   Niemal   równie   łatwo,   jak   osądzać 

innych.

Pilnował swoich spraw. Dagnija nieustannie zajmowała się dziećmi. Zasmarkanymi, 

płaczącymi dziećmi, które ciągle czegoś się domagały.

Starał się tego nie słuchać, zamykał się również przed Dagniją.

W ciągu dnia była wdową po bracie Waleriju. W nocy użyczała mu swych ramion, 

ciepła swego ciała. Wykorzystywali i pozwalali się wykorzystywać. Być może Dagnija się tego 

wstydziła. Ale przecież niczego sobie nie obiecywali, pamiętali, kim dla siebie są.

Przybył   z   Kem,   z   przedmieścia.   Jego   dom   rodzinny   przestał   istnieć,   rodzeństwo 

rozpierzchło się na wszystkie strony świata - nad Morzem Białym porządnie wiało.

U Dagniji znalazł namiastkę domu.

Bywały   w   nim   ranki   podobne   do   dzisiejszego,   spędzane   w   towarzystwie   bratowej. 

Wasilij nigdy tego nie lubił. Wolał, by dzień z Dagniją toczył się poza nim, wolał zapomnieć, 

że w mroku nocy zaspokajał u niej cielesne pragnienia. W ciągu dnia po prostu żyła obok. 

Użyczała mu domu, ale nigdy nie pragnął nazwać go swoim.

Nie będzie już takich ranków jak ten, zdecydował.

- Spodziewałeś się, że Oleg już wrócił? - spytała Raija.

Nie podobała mu się jej spostrzegawczość. Uważał, że kobiety nie powinny być bystre. 

Wystarczy, by natura obdarzyła je łagodnością i ciepłem i żeby potrafiły stworzyć przytulny 

dom.

Natychmiast jednak odrzucił tę myśl. Nie, to za mało. Zrozumiał, że nigdy by mu to nie 

wystarczyło.

Potrzebował takiej towarzyszki życia jak Raija. Kobiety powinny być właśnie takie jak 

ona. Powinny zadawać pytania, również te, na które trudno odpowiedzieć.

- To byłoby zbyt piękne, gdyby „Raija” i „Antonia” przybiły do przystani - odparł, nie 

dając po sobie poznać zaskoczenia. - Ale rzeczywiście spodziewałem się powrotu Olega.

- Chyba marynarze nie zrobią mu nic złego? Wasilij potrząsnął głową.

- Co by na tym zyskali? Nie znajdą takich właścicieli statków jak Oleg i twój mąż. 

background image

Podniesienie ręki na Olega oznaczałoby wyrok śmierci dla wszystkich członków załogi.

- Mogliby zbiec - zastanawiała się Raija. - Na przykład do Norwegii...

- Ale nie mieliby po co wracać - odparł Wasilij. - Ucieczka porwanymi statkami nie 

oznaczałaby może wyroku śmierci dla nich samych, ale na pewno dla ich rodzin. Zbuntowani 

marynarze to nie dzikie bestie, Bykowa. Są zdesperowani, ale nie są pozbawieni uczuć. Każdy z 

nich ma kogoś, kogo kocha, kogoś, kto ich kocha. Dlatego właśnie odważyli się walczyć...

Zwrócił się do Raiji po nazwisku. Doznał w tym momencie ukłucia w sercu, ale bez 

trudu zdołał ukryć prawdę przed światłem dziennym. W nocy, pod osłoną mroku, pozwalał 

sobie na większą szczerość. Wiedział, że to właśnie nocy powinien się obawiać. Raija nazwała 

go uczciwym i chyba miała rację. Tak jak i nie myliła się co do tego, że kryje się w nim kilka 

osobowości.

Teraz  nie pamiętał,  która z nich dominowała u progu dorosłego  życia.  Czas,  który 

upłynął od tamtej pory, wypełniło wiele goryczy.

- Być może jest wiele spraw do omówienia? Wiele do przedyskutowania...

Raija budowała mosty nadziei.

Wasilij   natomiast   postrzegał   rzeczywistość   przez   pryzmat   goryczy,   który   odmieniał 

kolory, wyostrzał kontury.

Nie wierzył, że Oleg wróci z odpowiedzią, jakiej się spodziewał. A czasu ubywało. Tu 

na   lądzie   inni   właściciele   statków   także   czekali   na  odpowiedź.   Na   odpowiedź   określającą 

warunki, które mogliby zaakceptować, do których sami może by się nie dostosowali, ale które 

może nie odbiegałyby zbytnio od ich własnych zasad. Na odpowiedź, która nie niosłaby dla 

nich zagrożenia.

Wasilij pragnął, by marynarze wysłuchali Olega.

Zaklinał ich w duchu, by nie chcieli zmienić wszystkiego od razu.

By nie żądali rzeczy niemożliwych.

Mogli przecież wiele stracić.

On sam był tylko człowiekiem. Istniały pewne granice kompromisu, określające, jak 

daleko   może   się   posunąć,   by   zapewnić   choćby   połowiczne   zwycięstwo.   Nie   jest   przecież 

nieśmiertelny.

Nadal nie czuł się bezpiecznie.

Musiał liczyć się z przegraną. Obietnicom bogaczy nie ufał. Również nie polegał ślepo 

na Olegu. Współwłaściciel „Raiji” i „Toni” sam kiedyś nosił płócienne marynarskie ubranie. 

Wreszcie uwolnił się od tego życia i nie musiał wracać do cuchnących, mrocznych i przepełnio-

nych kajut, położonych tak nisko pod pokładem, że nie docierał tam nawet jeden promień 

background image

słońca.

Olega nie kosztowało wiele obiecać i cofnąć obietnice. Wasilij pomyślał, że dobrze by 

było,   gdyby  popłynął   na  „Antonię”  razem  z  Olegiem   i   brał   udział  w  rozmowach.  Więcej 

mógłby zyskać dla marynarzy, będąc tam na miejscu.

Chociaż sam pewnie skorzysta na tym, że pozostał na lądzie. Jeżeli Oleg był uczciwy.

Ale Wasilij wolał na to nie liczyć, nie mógł po prostu ślepo zawierzyć.

Grubo posmarował chleb masłem. Kwaśny żytni chleb nabierał innego smaku ze słonym 

tłustym masłem. To prawdziwa rozkosz dla podniebienia.

Jedząc rozmyślał o tym, że nie powinien pozwolić sobie na słabość i utonąć w ciemnych 

oczach żony Jewgienija. Życie nigdy potem nie byłoby już takie samo.

Potrafił być dla siebie surowy.

W największej tajemnicy będzie nosił w piersi marzenie o kobiecie noszącej imię Raija.

Ale żona właściciela statku pozostanie dla niego panią Bykową.

Wasilij nie pragnął bliskości, nie chciał doznawać tego niebezpiecznego odczucia, kiedy 

powietrze staje się ciężkie i gęste. Nie pragnął na to narażać gospodyni.

Bykowa...

Raija...

Wyszedł z domu, nie wyjaśniając, dlaczego. Chyba się domyślała prawdy.

Ruszył do portu.

Stał się jego domem od czasu, kiedy był już wystarczająco dorosły, by podjąć decyzję, 

jaką obrać drogę.

Nie tylko ten port, również wiele innych. Na zewnątrz może się różniły, ale właściwie 

były całkiem podobne.

Tacy jak on znajdowali tu towarzystwo, które pewnie przerażało innych ludzi.

Ale kiedy nie ma się środków na inne ubranie niż szmaty, za które płaci właściciel 

statku, można się wydać przerażającym.

Teraz Wasilij nie był mile widziany w porcie.

Nie dzisiaj.

Takie samo powitanie spotkałoby go również w innych portach, skoro nie udało mu się 

nakłonić Olega, by przywiózł zwycięstwo. Dla wszystkich: dla właściciela i dla tych tam na 

morzu.

Być może i dla niego, Wasilija.

Wasilij lubił ludzi, lubił, kiedy wokół niego rozbrzmiewał śmiech i tętniło życie. Z 

łatwością nawiązywał rozmowę, znajdował przyjaciół. Przerażała go myśl, że ludzie mogliby 

background image

go witać milczeniem.

A mogło się tak zdarzyć. Mógł zapisać się w ludzkiej pamięci jako ten, który wszczął 

bunt, lecz okazał się słaby. Który wystawiony na próbę okazał się człowiekiem bez charakteru. 

Który przeszedł na służbę do Jurkowa, by ratować własną skórę...

Usiadł na skraju nabrzeża. To tutaj zabrał Raiję dziś w nocy. Dla niego była Raiją, nie 

Bykową, nie żoną właściciela statków...

Dobrze, że to miejsce leży w ukryciu, dobrze, że nikt ich nie widział - dla plotkarzy 

mogłoby to stanowić smakowity kąsek.

Zdrajca i żona Jewgienija Bykową.

Tu należało stąpać ostrożnie. Wiele desek już zbutwiało, a pod nimi kipiało bezdenne 

morze. Łatwo można wpaść i utonąć...

Wasilij wpatrywał się w wodę. Powiedział wczoraj Raiji, że morze jej nie chce. Jeśli 

chodziło o niego samego, nie był tego taki pewien. Czasami wydawało mu się, jakby morze aż 

nazbyt gorliwie zamierzało go otoczyć dłońmi fal.

Niewielu marynarzy do niego zagadało.  Widać nie uchodziło pozostawać z nim na 

przyjacielskiej stopie.

Wasilij zrozumiał, że plotki się rozeszły, że większość ludzi już wie, kto rozniecił iskrę 

buntu. Mieszkańców portu ogarnęła niepewność, nie wiedzieli, co sądzić. Widzieli Wasilija z 

Olegiem, a przecież powinien znajdować się na pokładzie „Toni”.

Wasilij   mógł   wyczytać nieufność w oczach wielu   osób,  które  nie zwalniały kroku, 

przechodząc obok, raczej przyspieszały. Wydawało mu się, że tę samą nieufność dostrzega w 

spojrzeniach tych, którzy jakby go nie widzieli, którzy patrzyli obok, ponad nim...

Zdrajca - szeptali...

Również i jego zaczęły ogarniać wątpliwości.

Może rzeczywiście był zdrajcą?

W miarę jak tarcza słońca staczała się ku zachodowi, coraz bardziej się bał.

Oleg się spóźniał.

Wasilij nie był w stanie się cieszyć, kiedy ujrzał cień łodzi. Zobaczył dwa maszty i 

rozpoznał frachtowiec. Zobaczył, jak wpływa do portu na pełnych żaglach. Ale nie czuł radości. 

Może naprawdę był zdrajcą?

Ludzi zebranych w porcie ogarnął niepokój. Widzieli to samo, co Wasilij.

Na skraju nabrzeża wyrósł las mężczyzn. Stanęli tak, by jak najlepiej widzieć. Stanęli 

wyprostowani, pod wiatr, mrużąc oczy. Stanęli na rozstawionych nogach, z wykrzywionymi 

ustami   i   pięściami   schowanymi   w   kieszeniach   spodni.   Z   gołymi   głowami   lub   czapkami 

background image

zsuniętymi mocno na czoło.

Mężczyźni podobni Wasilijowi.

Niejeden z nich ukradkiem spoglądał  na niego. Rozmowy cichły, kiedy ktoś rzucał 

długie spojrzenie w kierunku niedawnego przywódcy buntowników. Słowa przeszły w cichy 

szmer, przypominający brzęczenie owadów nad łąkami w środku lata. Kiedy Wasilij przymknął 

oczy, wydawało mu się, że ludzie też zmieniali się w owady, całe ich roje, które tak naprawdę 

nie były groźne.

Siedział   spokojnie   na   swoim   miejscu.   Jedną   stopę   postawił   na   krawędzi,   na   lekko 

zgiętym kolanie oparł ramię. Drugą nogę zwiesił w dół nad powierzchnią wody. Twarz zwrócił 

na północ, w stronę nadpływającego żaglowca.

Jeżeli Raija...

Jakby oparzył się na dźwięk jej imienia. Zamknął oczy i zaczął myśl od nowa.

Jeżeli żona Jewigienija widzi go teraz przez niewielkie, otwarte okno przy kuchennym 

stole, rozumie, jak jest samotny. I że się boi.

Jednak nikomu innemu nawet nie przyszłoby to do głowy. Inni powiedzieliby raczej, że 

jest zbyt pewny siebie, że ma o sobie zbyt wysokie mniemanie i dlatego stanął po stronie 

właścicieli statków.

Dałby im jeszcze więcej powodów do gadania, gdyby został kapitanem na „Raiji”.

Frachtowiec rósł w polu widzenia. Już nie wyglądał jak balia z dwoma masztami i 

żaglami barwy nieba. W miarę zbliżania się do portu żagle stawały się brudnoszare.

Zanim łódź przybiła do przystani, minęło chyba parę godzin.

Słoneczna tarcza toczyła się powoli. Kierowała się ku Dwinie. Wolno pochylała się nad 

ziemią, niemal dotykała wrzosów i kępek trawy. Wydawało się, że w każdej chwili może 

zapalić tę suchą ziemię. Ludzie odruchowo wstrzymywali oddech, pragnąc, by z promieni nie 

sypnęły się iskry.

Jeszcze raz się udało.

Ziemia nie zapłonęła.

Wasilij bał się pożaru portu. Już kiedyś port stanął w płomieniach. Krążyło o tym tyle 

historii, ilu było świadków pożogi, a może i więcej. Każdy opowiadał swoją wersję.

Wasilij podejrzewał, że Oleg wie o pożarze więcej niż inni mieszkańcy Archangielska. 

Wszyscy szeptali o bracie Toni, który podłożył ogień, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego.

Wymieniano   również   imię   Raiji,   lecz   ostrożniej,   ponieważ   ludzie   nie   byli   całkiem 

pewni, kim jest. Wtedy jej czarnowłosą głowę otaczała swoista gloria, gdyż przybyła znikąd 

jako obca i ocaliła życie Jewgienija, kiedy jego marynarze sądzili, że wykrwawi się na śmierć.

background image

Stała się aniołem w czarnej pelerynie.

Nikt nie mówił o tym głośno, ale czasem zastanawiano się, czy Raija jest niezwykle 

dzielną kobietą, czy raczej czarownicą.

Dopiero kiedy Wasilij spotkał Raiję, zrozumiał, dlaczego żywiono wobec niej podobne 

podejrzenia.

Podniósł się, kiedy łódź zaczęła przybijać do brzegu, ale trzymał się z dala. Stanął w 

cieniu,   za   plecami   mężczyzn,   którzy   popierali   zbuntowaną   załogę,   lecz   nie   mieli   odwagi 

otwarcie   tego   przyznać.   W   tłumie   pojawiło   się   bowiem   wielu   właścicieli   statków,   którzy 

szybko wychwytywali spojrzeniem nielojalnych pracowników. A żaden z marynarzy nie chciał 

stracić tego, co posiadał.

Tylko załogi „Raiji” i „Toni” odważyły się na bunt.

Marynarze zgromadzeni na nabrzeżu być może również marzyli o przyłączeniu się do 

walki o lepszy byt, ale wiązał  ich także układ z właścicielem statku. Podobnie jak chłopi 

dzierżawiący ziemię i podlegający swemu panu, choć nie mieli może nad sobą właściciela 

ziemskiego, nie byli bardziej wolni niż chłopi. Ciążył na nich dług, który uzależniał ich od 

armatora, od sklepikarza. Mieli rodziny.

I niezależnie od tego, jak nędzne było ich życie, mocno się go trzymali.

Spluwali brązową śliną w miejsce, gdzie przybił frachtowiec Olega. Niejeden trafił w 

burtę, ale żaden z właścicieli statków nie mógł zobaczyć brązowych strużek ściekających w dół. 

Znikały na drewnie. Głosy niezadowolenia również nikły w panującej wrzawie.

Serce Wasilija krwawiło, kiedy patrzył na marynarzy, nie odważyłby się nawet nazwać 

tych bezsilnych ludzi żałosnymi.

Nie posiadali wiele, ale i tego nie chcieli stracić.

Może w ich oczach był zdrajcą...

Sam nie miał wiele do stracenia, na pewno mniej niż oni. Nie czuł się więcej wart niż 

inni. Bez wahania mógłby się poświęcić, gdyby to pomogło.

W tej grze należało grać wysoko. Nawet Oleg nie zdawał sobie z tego sprawy. Albo nie 

posiadał dość odwagi, by wejść do takiej gry.

Ona, Raija Bykowa, rozumiała to lepiej.

Myślała podobnie jak on, Wasilij.

To ona powinna zarządzać statkami. Stworzyłaby przedsiębiorstwo lepiej prosperujące 

od jakiegokolwiek innego w Archangielsku, a nawet w całej północnej Rosji.

Posiadała dość odwagi.

Miała ten diabelski błysk w oku.

background image

Nawet gdy tak stała z dzieckiem w ramionach, wyglądała, jakby chciała rzucić się w wir 

wydarzeń - bez zastanowienia, bez względu na to, do czego by to mogło doprowadzić.

Lubił wyobrażać sobie, że sam taki jest, chciał wierzyć, że walczy dla sprawy, a nie po 

to, by zagarnąć dla siebie co tylko się da.

Wasilij nie przejmował się opinią innych ludzi, ale sam często o sobie myślał. Nie 

zawsze pochlebnie.

Zobaczył, jak Oleg schodzi na ląd. Jak mężczyźni rozstępują się na boki, robią mu 

miejsce. Jak pochylają głowy.

Wasilij poczuł, że się rumieni. Musiał się odwrócić, popatrzeć w stronę lądu.

Wstydził się za nich, wstydził się za ich pokorę. To na pracy tych marynarzy opierał się 

cały transport wodny. Od ich rąk, potu, ich pleców i siły nóg zależało funkcjonowanie łodzi, 

frachtowców i statków rybackich.

Bez   pracy   tych   ludzi   armatorzy   nie   nosiliby   wysokich   skórzanych   butów,   a   żony 

armatorów   nie   mieszkałyby   w   pięknych   domach   z   oszklonymi   oknami   z   firankami   i   nie 

popijały herbaty ze srebrnych samowarów.

Ci ubodzy marynarze powinni dumnie podnieść głowy, powinni patrzeć zwierzchnikom 

prosto w oczy, zachować swą godność.

Na nich opierał się kraj.

Wasilij nie mógł przez cały czas trzymać się z tyłu. Podniósł głowę, wyprostował plecy 

i popatrzył w twarze swych towarzyszy.

Przeszedł między nimi. Zauważył ze zdziwieniem, że i przed nim się rozstąpili.

Przeraził się. W przypadku Olega to zrozumiałe, ale jemu wcześniej nigdy nikt nie 

schodził z drogi. Nadal nie był nikim więcej niż zwykłym marynarzem. Ba, może nawet nie 

miał już pracy, nie znał się na przepisach. Kapitan wyrzucił go za burtę, mówiąc, że nie ma już 

dla niego miejsca na „Toni”.

A właściciel statku zamierzał uczynić go oficerem.

Wasilij nie mógł pogodzić się z tym, że to przed nim otwiera się owa uliczka pośród 

tłumu. Obraz ten przywiódł mu na myśl przypowieść z Biblii, kiedy morze rozstąpiło się przed 

Mojżeszem.

Zadrżał.

Poszedł śladem Olega i poczuł się nieco lepiej, kiedy go dogonił - łatwiej było przyjąć, 

że to Olegowi, a nie jemu ludzie robią miejsce. Starał się jednak zachować pewną odległość, 

żeby nie zarzucono mu, że podążył za Jurkowem posłusznie jak pies.

Przepełniało go mnóstwo sprzecznych doznań.

background image

Za nim poszli mężczyźni, którzy wrócili razem z Olegiem, ci, na których jeszcze mógł 

polegać i którym Wasilij również nie miał powodu nie ufać.

Oleg nie odezwał się do ludzi zgromadzonych na nabrzeżu. Nie miał dla nich żadnych 

nowych wiadomości.

Poczekał, aż drzwi do biura zostaną starannie zamknięte.

- Czy w domu wszystko dobrze? - spytał.

Wasilij przytaknął. Nie wspomniał, że wyszedł na dłużej. Nie przyszło mu na myśl, że 

Raiji mogłoby się stać w tym czasie coś złego...

Teraz poczuł w piersi ukłucie strachu. Nigdy by sobie nie darował, gdyby coś jej się 

przytrafiło...

Ale chyba nikomu nie wpadłoby do głowy skrzywdzić ją w biały dzień? Na oczach 

wszystkich...

- A tam? - spytał.

-   Na   pokładzie   doszło   do   nieporozumień   -   westchnął   Oleg.   -   Chyba   się   tego 

spodziewałeś?

- Na „Antonii”? - spytał i zaraz skinął głową, zanim Oleg zdążył odpowiedzieć. - Tak, 

obawiałem się, że może do tego dojść.

- Kapitan traci władzę - mówił dalej Oleg. Był zmęczony, czuł pulsowanie w skroniach. 

Wszystko wydawało mu się koszmarem. Pragnął jedynie obudzić się z niego i przekonać, że 

wszystko jest jak dawniej: że nikt nie zagarnął jego dwóch statków, że kapitana „Raiji” nie 

pozbawiono życia, a kapitan „Antonii” nie stracił dowództwa w wyniku buntu załogi, która 

okazała się bardziej zaciekła, niż przypuszczał. - Czy myślisz, że zdoła utrzymać ludzi w ryzach 

jeszcze dwa dni, zanim upłynie ostateczny termin odpowiedzi?

- To zależy, kto wystąpił przeciw kapitanowi - zastanawiał się Wasilij.

Oleg przedstawił mu sytuację na pokładzie. Wasilij oparł się o drzwi i założył ręce na 

piersi.

- Będzie ciężko - powiedział. - Tego się właśnie obawiałem. Ten drań się tak łatwo nie 

podda. Nie ma nic do stracenia. Zostawił w domu jedynie starą matkę, o którą zresztą wcale nie 

dba. Myśli tylko o lepszym, łatwym życiu. Jest niebezpieczny. Nie chciałem, żeby brał udział w 

przygotowaniach, ale kapitan sam go wybrał...

Oleg ukrył twarz w dłoniach.

Co za koszmar...

Pomyślał, że powinien nadal najmować się do pracy u innych, a nie marzyć o własnych 

statkach. Teraz spotykają go same kłopoty. Nic, tylko kłopoty.

background image

-  Na pokładzie   „Antonii”  są członkowie  dawnej  załogi   Jewgienija  - zauważył.  -  Z 

„Sankt Nikołaja”, tego, co się spalił...

- Nie możesz od nich oczekiwać, że będą wierni jak w małżeństwie! - zaoponował 

Wasilij.

On także czuł się zmęczony. Uważał, że rozmowa nadmiernie się przedłuża, a Oleg 

ciągle   nie   wyjaśnił,   co   wynikło   z   jego   rozmów   z   marynarzami   i   co   zamierza   przekazać 

pozostałym właścicielom statków.

- Nie mówię o lojalności - odezwał się Oleg. Używał słów, które Wasilij z pewnością 

słyszał,  lecz  których znaczenia dobrze nie  znał,  więc  wolał  milczeć.   Wszystko  się w nim 

gotowało, ponieważ Oleg potrafił bawić się słowami, wywyższać się w ten sposób. - Mówię 

raczej o dobrej pamięci - dodał. Podniósł wzrok. Napotkał spojrzenie Wasilija, nieco drwiące i 

zniecierpliwione. - Mają na pokładzie kilku rannych, ponieważ doszło do użycia siły. Niektórzy 

z nich bardzo krwawią. Chcą, by przysłać im Raiję.

Kilka sekund trwało, zanim Wasilij uświadomił sobie, że mowa nie o statku. Ale o niej. 

O kobiecie. O Bykowej.

background image

6

- To absolutnie wykluczone, żebyś tam popłynęła! - wybuchnął Oleg, nie patrząc na 

Raiję. - Powiedziałem im, że żądają zbyt wiele, że Jewgienij nigdy by się na to nie zgodził i że 

nawet nie ma o czym mówić - dodał zdenerwowany. - Poradziłem im, żeby sami zajęli się 

rannymi, bo tobie nie wolno się do tego mieszać i nie masz z tym nic wspólnego...

Wasilij   uśmiechnął   się   ukradkiem,   tak   żeby   Oleg   tego   nie   widział.   Ale   Raija   to 

dostrzegła. Odwróciła wzrok.

Marynarze uważali, że to, co dzieje się na statku, dotyczy Raiji tak samo jak Olega i 

Jewgienija, nie potrafili na to spojrzeć w inny sposób.

- Dlaczego pokładają we mnie takie nadzieje? - zdziwiła się Raija.

Początkowo   Wasilij   pomyślał,   że   udaje,   po   chwili   jednak   uzmysłowił   sobie,   że 

naprawdę nie rozumie.

- Nie pamiętasz tego - mruknął Oleg. - Ale naprawdę zrobiłaś na nich duże wrażenie, 

kiedy uratowałaś Jewgienija od śmierci. Wierz mi... - mówił to niemal z rozpaczą. - Kiedy z 

nimi teraz rozmawiałem, wysunęli różne żądania, ale przede wszystkim domagali się twojego 

przybycia. Powtórzyli to kilka razy. Nie prosili o przysłanie Raiji Bykowej, lecz kobiety w czar-

nej pelerynie, ponieważ na statku są ciężko ranni.

- Nie mam już tej peleryny - zauważyła cicho Raija.

Tak jakby cała moc tkwiła w kawałku tkaniny, tak jakby ona sama się nie liczyła.

- Wybij to sobie z głowy - rzekł Oleg.

-   Oleg   ma   rację   -   poparł   go   Wasilij.   -   Marynarze   mogą   szykować   podstęp.   Tak 

naprawdę   myślą   o   zdobyciu   zakładnika,   kogoś,   kto   jest   więcej   wart   niż   statki.   Czują,   że 

zaczynają tracić przewagę.

- Czy to także przewidziałeś? - w słowach Raiji brzmiała drwina.

- Nie - odparł szczerze rozczarowany tym, że w ogóle mogła tak pomyśleć, ale też nie 

zaskoczony. Wszystkim udzielało się ogromne napięcie. Rozumiał, że Raiji także nie było 

łatwo, mimo że stała nieco z boku. - Teraz inni objęli przewodnictwo - dodał. - Wierz mi, są o 

wiele bardziej bezwzględni niż ja.

-   Może   mogłabym   pomóc   -   nie   poddawała   się   Raija.   -   Ranni   potrzebują   opieki, 

niezależnie od tego, kim są.

- Nie! - zaprotestował Wasilij z większą stanowczością niż Oleg.

Raija popatrzyła na niego z uwagą.

- Myślałam, że to twoi przyjaciele - powiedziała.

background image

Oleg zorientował  się, do czego  zmierzała.  Zdał sobie sprawę,  że stał się więźniem 

własnych słów, lecz nic nie mógł na to poradzić. Znał desperację marynarzy, Raija natomiast 

nie. Wiedział, że wykorzystają wszelkie możliwe środki. Zżymał się na samą myśl, że Raija 

mogłaby stać się zakładnikiem w ich ręku.

-   To   zwykli   ludzie,   którzy   zostali   przyparci   do   muru   -   rzekł   z   naciskiem.   -   Są 

zdesperowani. Robią to, na co nigdy w innych okolicznościach by się nie odważyli. Obawiam 

się,   że   wejście   na   pokład   może   się   okazać   dla   ciebie   niebezpieczne.   Myślę,   że   są   wśród 

buntowników tacy, którzy bez wahania by cię zabili, gdyby to pomogło ich sprawie. Czy to dla 

ciebie dość jasne?

- Przesadzasz - odparła Raija.

Była tak piekielnie uparta!

Wasilij zdawał sobie sprawę, że niewiele mógł przeciwstawić takiej kobiecie jak Raija. 

Ale sądził, że Oleg ma na nią większy wpływ, że uda mu się ją przekonać...

- Jest jeszcze coś, o czym nam nie powiedziałeś, Oleg - dodała nieoczekiwanie Raija.

Oleg aż podskoczył.

Jego   policzki   zmieniły   barwę   niczym   u   dziewczyny,   która   otrzymała   pierwszą 

nieprzyzwoitą propozycję.

Wasilij   nie   rozumiał,   co   się   dzieje,   uważał,   że   słowa   Olega   brzmiały   absolutnie 

wiarygodnie.

- Nie popłyniesz tam i już. Nie ma mowy, Raija - Raisa - upierał się Oleg. Zwracając się 

do Raiji, użył pieszczotliwego podwójnego imienia, którego zwykle używała Antonia. Dał w 

ten sposób do zrozumienia, jak bardzo ceni Raiję i jak bardzo jest mu droga. Pod żadnym 

warunkiem nie zamierzał ryzykować jej życia. - Nie pozwolę ci na to, moja kochana. Poza tym 

część załogi nadal słucha moich rozkazów, nikt nie pomoże ci się tam dostać.

- Co takiego przed nami ukryłeś? - spytał Wasilij.

- Jeżeli Raija dotrze do zbuntowanych marynarzy, dadzą nam jeszcze trzy dni - odparł 

Oleg.

Wasilij wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je przez nos. Ogarnęła go taka złość, że 

aż zazgrzytał zębami. Wiedział, kto się za tym kryje.

- Nie mamy czasu do stracenia - uznał Oleg. Udało mu się przybrać lekki ton, lecz mimo 

to nie zdołał ukryć, że się boi.

Wasilij   pomyślał,   że   gdyby   on   miał   decydować,   znalazłby   rozwiązanie:   albo 

zaprowadziłby na statku porządek nawet za cenę rozlewu krwi, albo też pozwoliłby Raiji dostać 

się na pokład „Antonii” i łudził nadzieją, że trzy dodatkowe dni ułatwią zawarcie porozumienia.

background image

Ale decyzję musiał podjąć Oleg. Wasilij wiedział, że to wspaniałomyślny człowiek, 

który   unika   użycia   siły   i   nadał   wierzy,   że   można   się   dogadać.   Pragnął,   żeby   zbuntowani 

marynarze docenili to i nie dali się zaślepić gładkim słowom nowego przywódcy.

Jednak uznał ze smutkiem, że Oleg nie zyska sławy bohatera.

Wręcz zabrzmiało mu w uszach słowo, którym go nazwą, niezależnie od tego, czy uda 

mu się zaprowadzić porządek, czy nie.

Słaby.

Jak bardzo można się pomylić w ocenie człowieka?

Oleg poszedł porozmawiać z innymi armatorami. Oceniali go w ten sam sposób jak 

załogi obu statków.

Oni już dawno zaprowadziliby porządek.

Dali do zrozumienia, że czekają tylko na znak, by przyjść mu z pomocą. W każdej 

chwili   mogą   się   stawić,   jeśli   będzie   trzeba,   wystarczy   jedno   skinienie   Olega.   Jednak   nie 

zamierzają się narzucać. Muszą przecież pilnować własnych spraw, nie będą rezygnować z 

korzystnych   transakcji   tylko   dlatego,   że   Oleg   jest   miękki   i   nie   potrafi   ostro   potraktować 

burzących się szumowin.

Każdy ma taką załogę, na jaką zasłużył.

Kończył   się   ostatni   dzień   rozmów.   Oleg   pocił   się   i   trząsł   z   zimna   na   zmianę. 

Zastanawiał się, czy od samego początku właściwie pokierował sprawą. Czy Jewgienij zrobiłby 

to lepiej...?

Czy ktokolwiek inny lepiej by sobie z tym poradził?

Zastanawiał się, czy Wasilij jest w stosunku do niego uczciwy... Ale Raija miała do 

niego zaufanie.

Zdawał   sobie   sprawę,   że   jeżeli   teraz   straci   oba   statki,   nie   będzie   już   dla   niego 

przyszłości na morzu. Nikt go nie zatrudni nawet jako marynarza.

Znajdzie się na czarnej liście razem ze swymi buntownikami.

Wasilij również wyszedł z domu. Nie potrafił bezczynnie czekać. Nie teraz. Gra toczyła 

się o większą stawkę, niż wcześniej zakładał.

Pojawił się, zanim wrócił Oleg.

Zauważył, że Raija jest niespokojna. Nie była w stanie usiedzieć na miejscu ani też 

zająć się czymkolwiek.

- Oni nie ustąpią... Ci inni właściciele statków - rzekła z przekąsem. - Nic na tym nie 

zyskają, jeśli staną po stronie Olega, prawda?

Wasilij potrząsnął głową. Uznał, że Raija jest bardzo rozsądna. Jej towarzystwo działało 

background image

pokrzepiająco po tygodniach spędzonych z Dagniją i słuchaniu jej paplaniny...

Właściwie Dagnija nie jest niczemu winna. Była bardzo młodziutka, wychodząc za mąż 

za Walerija. Nawet jej do głowy nie przyszło, że mogłaby dążyć do czegoś więcej, niż zostać 

tylko żoną i matką i zajmować się domem. Dobrze sobie radziła z obowiązkami, ale nigdy nie 

wkraczała w świat mężczyzn. Nigdy nie zadawała pytań. Nikt od niej tego nie oczekiwał.

Z pewnością niesprawiedliwie oceniał Dagniję, ale po kilku chwilach spędzonych z 

Raiją nie mógłby już znieść życia z wdową po bracie.

Rozważył   to   bardzo   dokładnie,   przede   wszystkim   dlatego,   że   dręczyły   go   wyrzuty 

sumienia. Teraz nabrał już pewności.

- Co grozi Olegowi? - spytała Raija.

- Może stracić statki - odparł Wasilij. - Ale załoga nic na tym nie zyska. Oleg mógłby 

spróbować przeciągnąć pertraktacje. Na „Antonii” doszło do nieporozumień, wśród załogi nie 

ma już jedności. Kapitan zaczyna tracić panowanie nad marynarzami. Jeśli konflikt się zaostrzy, 

poderżną mu gardło i wyrzucą za burtę.

- To byłoby najgorsze ze wszystkiego... Co do tego nie mieli wątpliwości.

- Wiesz, gdzie zakotwiczono statki? Skinął głową.

- Czy nie wystarczy jakaś mniejsza łódź, żeby tam dotrzeć?

Zgadł, o czym myśli. Odsunął jednak od siebie te przypuszczenia. Wolał odpowiadać na 

każde z pytań Raiji z osobna i udać zaskoczonego, gdy wreszcie wyjaśni, po co je zadawała. 

Jeżeli w ogóle mu powie...

- Właściwie wystarczy, ale przynajmniej z jednym żaglem - odpowiedział. - To za 

daleko, żeby wiosłować. Naturalnie jeśli chciałoby się tam dopłynąć w ciągu jednej nocy. Tobie 

by się to nie udało.

- Czy mógłbyś mi pomóc dostać się na „Antonię”?

- Mógłbym z tobą popłynąć - odparł niechętnie. Podziwiał jej odwagę. Była naprawdę 

niezwykłą kobietą!

- Popłyniesz? Wasilij potrząsnął głową.

- Znam człowieka,  który objął dowodzenie na „Antonii”.  On jest  gotów poderżnąć 

gardło kapitanowi - rzekł bez ogródek.

Zdawał sobie sprawę, że bunt na „Antonii” i „Raiji” to nie przelewki, i musiał tej 

kobiecie jakoś wytłumaczyć, że sytuacja na obu statkach jest dla niej zbyt niebezpieczna, że 

niczego nie uda jej się zmienić przez samą swą obecność. Marynarze to ludzie, którymi łatwo 

pokierować,  bo nigdy nie wymagano od nich niczego innego poza posłuszeństwem. Teraz 

wśród nich znalazł się ktoś, kto bez jednego mrugnięcia okiem to wykorzystał.

background image

- Gotów jest postąpić wobec ciebie tak samo, jeżeli mu się spodoba. Wierz mi, zrobi to 

bez wahania...

Raija   głęboko   wciągnęła   powietrze.   Podeszła   do   Wasilija   i   chwyciła   go   za   ręce. 

Wprawiła go w takie zakłopotanie, że nie zdobył się nawet na to, by je cofnąć.

- Proszę cię! - Jej głos był miękki jak jedwab, oczy jak ciemny aksamit. Mocno trzymała 

go za ręce. Była silna. - Proszę cię, Wasilij! Mówisz, że go znasz, i z pewnością tak jest, ale 

wiesz także, czym ten bunt może się skończyć. Czas, który marynarze dali Olegowi, wkrótce 

dobiegnie kresu. Trzy dodatkowe dni mogą wszystko zmienić, mogą umożliwić znalezienie 

jakiegoś rozwiązania...

Wasilij nie liczył na to, ale dostrzegł pewną niewielką szansę.

- Narażasz własne życie - rzekł. Jego głos brzmiał dziwnie obco i grubo, ale Raija chyba 

tego nie zauważyła.

- Moje życie jest niczym w porównaniu z życiem tych wszystkich, którzy mogą umrzeć 

z upływu krwi - odparła.

W ustach innej kobiety te słowa zabrzmiałyby fałszywie.

Wasilij uśmiałby się do łez, gdyby wypowiedziała je żona innego armatora.

Był jednak przekonany, że Raija mówi szczerze.

Jeśli zdecyduje się tam popłynąć, gotów był jej bronić z narażeniem własnego życia. 

Ale nie mógł tego uczynić. Nie mógł wejść na statek.

- Zostaniesz tam sama - rzekł. - Zupełnie sama. Na nikogo nie będziesz mogła liczyć.

- Wiem o tym. Cofnął ręce.

- Jesteś bardzo odważna - rzekł niechętnie. Musiał usiąść. Omal nie przeciągnęła go na 

swoją stronę. Nienawidził siebie za tę słabość. To tak, jakby chciał złożyć Raiję w ofierze. 

Myślał   jednak  podobnie   jak   ona  i   rozumiał   ją.   Raija   naprawdę   uważała,   że  jej   życie   jest 

niewiele warte wobec życia tych kobiet, które zostały na lądzie, życia ich dzieci i mężczyzn na 

obu   statkach.   Życia   tych   mężczyzn   w   płóciennych   koszulach,   szerokich,   niezgrabnych 

spodniach i chodakach. Nikt nie wiedział, jak zimne były te buty! Trzeba je włożyć na bose 

stopy w grudniu, żeby się o tym przekonać. Na szczęście Morze Białe w zimie zamarzało i nikt 

nie musiał żeglować do ponów na północy.

-   Zamierzałem   wyruszyć  z   Olegiem   na  statki   -   rzekł,   jakby  chciał   w   jakiś   sposób 

uniknąć   zaproponowanego   przez   Raiję   rozwiązania.   Albo   je   odroczyć.   -   Chciałem   podjąć 

ostatnią próbę i porozmawiać z załogami.

- Nikt nie będzie cię słuchać - odparła Raija. Tak jakby już wiedziała, co powiedzą 

marynarze. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby to odgadnąć. - Niech Oleg sam popłynie. A 

background image

potem   znajdziemy   jakąś   łódź   żaglową   i   mnie   tam   zawieziesz.   Mniejszą   i   lżejszą   łodzią 

pokonamy tę odległość w krótszym czasie.

- Już nie boisz się wody? - spytał, nieznacznie się uśmiechając.

Udała, że nie słyszy.

- Nie ma innej możliwości - powiedziała.

- A co z dziećmi?

- Żona jednego z chłopców stajennych obiecała zająć się maluchami - odparła.

A więc zdążyła już to załatwić. Myślała bardzo trzeźwo, wszystko przewidziała.

- Ciekawe, z jakimi wieściami wróci Oleg...

- Nie mam wyboru - rzekł Oleg. - Popłynę i powtórzę marynarzom to samo, co już 

mówiłem. Po prostu nie mogę obiecać nic więcej. Nie mogę skreślić długu. Nie mogę składać 

obietnic bez pokrycia.

- Mógłbym spróbować się z nimi dogadać - zaproponował Wasilij.

Miał   nikłą   nadzieję,   że   Oleg   się   zgodzi.   Usłyszał,   jak   Raija   wstrzymała   oddech. 

Pomyślał, że pewnie uzna to za zdradę, ale machnął na to ręką.

-   Tym   bardziej   nie   będziesz   mógł   niczego   obiecać   w   imieniu   innych   armatorów   - 

odpowiedział Oleg. - Roześmieją ci się w twarz. Wiedzą, że na nic nie masz wpływu.

-   Poświęcisz   statki?   -   spytał   Wasilij   z   niedowierzaniem.   -   Jeżeli   nie   będą   chcieli 

rozmawiać... - westchnął Oleg - to jaki mam wybór? Jeżeli załogi nie odstąpią od swych żądań, 

stracę wszystko. Wydaje mi się, że to jakiś koszmarny sen, z którego wkrótce się obudzę. Ale to 

„wkrótce” chyba nigdy nie nadejdzie... - Roześmiał się gorzko. - Nawet nie masz pojęcia, co 

rozpętałeś, Wasilij. Będzie co opowiadać wnukom, jeżeli pożyjesz wystarczająco długo.

- Ludzie biedni, jak ja, zwykle umierają, zanim zostaną dziadkami - odparł Wasilij.

Nietrudno było zrozumieć jego rozgoryczenie. W znacznym stopniu ponosił winę za 

wybuch buntu. To on podburzył marynarzy. Ale nie zamierzał brać odpowiedzialności za to, że 

wypadki potoczyły się inaczej, niż planował.

Winę za to ponosił kto inny.

Wasilij chciał jak najlepiej.

Nadal miał jak najlepsze intencje.

- Dobrze, płyń do nich - zwrócił się po chwili do Olega, wzruszając ramionami. Czuł, że 

ogarnia go złość. - Powiedz im, że mają wolną rękę. Powiedz im, że dajesz im statki, że dajesz 

im „Raiję” i „Antonię”. Ze mogą popłynąć ku wybrzeżom Norwegii, sprzedać mąkę i zażądać 

gotówki albo wymienić ją na ryby, na które zapewne uda im się znaleźć kupców w drodze 

powrotnej nad Morze Białe. Ponieważ tutaj nikt nawet nie tknie tego, z czym wrócą. Tutaj 

background image

zostaną aresztowani, każdy z nich, gdy tylko postawią stopę na lądzie. Niezależnie od tego, czy 

to   będzie   jutro,   czy   po   rejsie   do   Finnmarku.   Może   zrozumieją,   jeżeli   im   dość   jasno 

wytłumaczysz. Wyjaśnij im, jaka przyszłość czeka ich żony i dzieci, kiedy na zimę zostaną 

wyrzucone z domów. Postaraj się krzyczeć głośniej niż Walentin, który teraz nimi dowodzi, na 

pewno cię wysłuchają. Być może kilku przejdzie na twoją stronę, może kogoś jeszcze wyrzucą 

za burtę, być może na pokładzie nie zostanie już wielu.

- Zamierzałeś im to wszystko powiedzieć?

Wasilij wzruszył ramionami.

Oleg niestety nie pojmował, do jakich środków należy się uciekać. Natomiast Raija 

dobrze zdawała sobie sprawę, że w sporach takich jak ten trzeba posłużyć się podstępem.

- Masz rację, że by mnie wyśmiali - odparł Wasilij. - Wcale się nie palę do takiej 

rozmowy. Poczekam, aż ty im to powiesz. Na wszelki wypadek powtórzę, żebyś zapamiętał. 

Myślę, że to podziała. Zresztą możesz użyć argumentów, jakich tylko chcesz. To ty jesteś 

właścicielem statków, a nie ja. Nawet nie zamierzam zostać kapitanem. Już nie. To był piękny 

sen, dopóki pozwoliłeś mi śnić. Już prawie się zdecydowałem przyjąć twoją propozycję, już 

zacząłem się cieszyć. Możesz chłopakom powiedzieć i o tym, co straciłem... Z tego także będą 

się śmiać.

- Nie zapominaj, kto to wszystko zaplanował! Wasilij długo przyglądał się Olegowi.

- Nigdy mi się nie uda wyrzucić tego z pamięci. Sprawy zaszły za daleko. Nikt zresztą 

nie pozwoli mi zapomnieć.

Oleg nic nie odpowiedział. Mógłby obiecać, że nie zamierza oddać Wasilija w ręce 

władz, ale nie uczynił tego.

Wasilij spojrzał na Raiję. Skinął lekko głową, widząc jej pytające spojrzenie. Zapewnił 

ją, że to tylko gra. Podobnie jak Raija był przekonany, że musi istnieć jakieś wyjście. Tak jak 

ona nie chciał, żeby polało się więcej krwi.

Na swój sposób oboje martwili się o tych samych ludzi. Choć Raija nie była żoną 

prostego marynarza, nie stała też po drugiej stronie.

Było w niej coś takiego,  co kazało Wasilijowi wierzyć, że sama zaznała i głodu, i 

cierpienia. Oleg twierdził, że straciła pamięć. Być może to dla niej dobrze.

- Wyjdę do portu popatrzeć, jak odpływasz - rzekł Wasilij. Miał nadzieję, że Raija 

domyśli się, że i ona powinna za nim podążyć. - Ubierz się ciepło - rzucił w powietrze. - Na 

morzu w nocy jest bardzo zimno.

- Zapominasz, że większą część życia spędziłem na wodzie - odparł Oleg sucho. - To 

nie pierwsza moja wyprawa, nie jestem przecież szczurem lądowym. Morze to mój żywioł... - 

background image

Zamilkł, a po chwili dodał: - Przykro mi, Wasilij, przykro mi z powodu tego, co się dzieje. 

Bardziej niż tobie. Myślę, że mam prawo tak powiedzieć. Ale to nie ja wznieciłem bunt. Nawet 

nie wiesz, jak bardzo pragnąłbym cofnąć bieg wydarzeń, ale to nie leży w mojej mocy. Ja także 

wiele tracę.

- To prawda, dla ciebie też nie będzie tu zajęcia - przyznał Wasilij, uśmiechając się 

krzywo. W tym uśmiechu nie było radości. - Ale kraj jest duży - dodał. Coś przecież musiał 

powiedzieć. - A może mimo wszystko uda się jakoś zażegnać niebezpieczeństwo?

Nie uzyskał odpowiedzi. Zresztą wcale się jej nie spodziewał. Myślał o tym, że musi jak 

najszybciej dostać się na nabrzeże i zdobyć jakąś łódź. Szybką, niedużą żaglówkę.

Bykowa jest niesamowitą kobietą!

Wasilij pokładał w niej ostatnią nadzieję. Jeśli się nie uda, on może już nie wracać do 

Archangielska. Nikt inny poza Dagniją nie będzie za nim tęsknił. Minie też trochę czasu, zanim 

bratowa się zorientuje, że odszedł na zawsze, bo nigdy nie zostawał długo w domu.

background image

7

Raija nie marnowała czasu. Ledwie nieduży frachtowiec Olega rozwinął żagle, a ona już 

pojawiła się w porcie.

Wasilij uznał, że to godne podziwu.

- Czy na pewno wytrzyma? - spytała, stojąc na stopniu nabrzeża. Wasilij dosłyszał w jej 

głosie niedowierzanie. Domyślił się, że Raija się boi, chociaż robiła co mogła, żeby tego po 

sobie nie pokazać.

- Miejmy nadzieję - drażnił się z nią Wasilij, wyskakując na brzeg. Jego pomocnik stał 

milczący na pokładzie. - Rybacy wypływają w tych łodziach na połowy - uspokoił Raiję. - 

Dalej niż my się dziś wybieramy. Od tych łodzi zależy ich życie.

- Wygląda, jakby została zszyta z kawałków - zauważyła Raija.

Spostrzeżenie okazało się całkiem trafne - przy budowie małych rosyjskich łodzi nie 

używano zbyt wielu gwoździ, ale mimo to były bardzo trwałe.

- Obiecuję ci, że dopłyniemy - zapewnił Wasilij. Raija nie pytała, czy łódź wytrzyma 

również powrotną drogę, ponieważ nie wiedziała, czy wróci.

- Czy kobieta, która zajęła się dziećmi, wie, dokąd się wybierasz?

Raija skinęła głową.

- Jak zareagowała?

- Uważa, że słusznie robię - odparła Raija. - Mimo to prosiła, żebym została.

- Chyba tylko druga kobieta jest w stanie cię pojąć - mruknął Wasilij pod nosem.

- Jest żoną, matką, siostrą. Rozumie, że tu chodzi o ludzkie życie, a ludzkie życie jest 

święte - rzekła Raija z przekonaniem.

- Gdyby kobiety mogły być kapłanami, doskonale byś się nadawała - stwierdził Wasilij 

z krzywym uśmiechem.

Wyciągnął ku niej niezupełnie czystą dłoń. Nie chwycił jej za rękę, czekał, aż sama się 

przytrzyma.

- Jesteś gotowa? - spytał.

Raija   napotkała   spojrzenie   oczu,   które   barwą   przypominały   morze.   Ścisnęła   palce 

Wasilija. Wiedziała, że przy nim jest bezpieczna.

- Nie patrz w wodę, kiedy będziesz wchodziła na pokład - ostrzegł. - I nie wpadaj w 

panikę, żeby nie rozkołysać łodzi. To nie ciężki statek, moja miła, ta żaglówka zachowuje się na 

falach raczej jak skorupka jajka.

- Masz niezwykły dar uspokajania - rzuciła sucho, lecz zamknęła oczy i zdała się na 

background image

Wasilija.   Pozwoliła,   by   pomógł   jej   wsiąść   do   tej   skorupki,   o   którą   się   postarał.   Dała   się 

prowadzić niczym ślepiec.

Przerażona   poczuła,   że   nagle   cały   świat   się   przekrzywia.   Szeroko   otworzyła   oczy. 

Przestała panować nad sobą. Zachwiała się, zrobiło jej się słabo. Zatoczyła się i odruchowo 

wczepiła palce w kurtkę Wasilija. Poczuła ciało pod grubym, wełnianym materiałem.

Wasilij objął ją na moment. Usłyszała jego przyspieszony oddech.

Po   chwili   zdecydowanie   odsunął   ją   od   siebie,   jakby   wolał   zachować   bezpieczną 

odległość.

- Spokojnie - powiedział cicho. - Nie trać głowy! Musisz usiąść...

Usłuchała. Było jej niedobrze. Miała ochotę zwymiotować, ale na szczęście przez cały 

dzień ze zdenerwowania prawie nic nie jadła.

Kiedy usiadła, poczuła się trochę lepiej. Zadrżała z zimna, choć ubrała się ciepło - 

odgadła intencje Wasilija, zrozumiała, że kiedy się żegnał z Olegiem, mówił do niej.

Być może powinna była włożyć spodnie, ubrać się jak mężczyzna, ale coś ją przed tym 

powstrzymało.

Szczelniej otuliła się podszytą futrem, czarną peleryną, cała się w niej ukryła. Pożyczyła 

ją od Toni, bo nie miała już swojej, tej, którą pamiętali marynarze z „Sankt Nikołaja”. Jej 

własna peleryna była tak zniszczona, że nie chroniła już przed chłodem. W dodatku rozdarła się 

i Raija uznała, że nie ma sensu jej łatać. Kupiła sobie niebieski płaszcz.

Jednak zapamiętano ją w czarnej pelerynie. Sama nie potrafiła przywołać w pamięci 

żadnych   obrazów   z   tamtego   czasu.   To,   co   się   wydarzyło   na   pokładzie   „Sankt   Nikołaja”, 

brzmiało jak bajka.

Być może teraz, kiedy znowu znajdzie się na statku w roli miłosiernego Samarytanina, 

coś sobie przypomni?

Nie   wiedziała,   czy   będzie   w   stanie   pomóc,   ale   musi   przynajmniej   spróbować. 

Marynarze pokładali w niej nadzieję, prosili, by przypłynęła.

Widziała,   jak   Wasilij   odwiązał   cumę,   jak   wiosłuje,   by   odbić   trochę   od   nabrzeża. 

Dopiero w pewnej odległości od brzegu mogli rozwinąć żagiel. Raija miała nadzieję, że wiatr 

jest wystarczająco silny i że szybko znajdą się u celu. Nie wiedziała, co ją tam czeka, ale 

pragnęła już być na miejscu.

- Kto to jest? - spytała Wasilija, kiedy przekazał wiosła swemu pomocnikowi i podszedł 

do niej, trzymając w ręku czerpak.

- Można na nim polegać - odparł, siadając w kucki. Przesunął dłońmi po pokładzie. Z 

zadowoleniem stwierdził, że łódź nie nabiera zbyt szybko wody. Czerpak na razie nie będzie 

background image

potrzebny.

Jeszcze nie.

- To jeden z tych, którzy znaleźli się na czarnej liście. Obiecałem mu zapłatę.

Raija skinęła głową.

- Jewgienij doda też jakiś grosz od siebie - zapewniła, jakby przewidziała wszystkie 

ewentualności.

Wasilij usiadł obok.

- Spotkasz się na „Antonii” z Walentinem - rzekł. - Chciałbym cię na to przygotować.

- Czy to on zamierza przejąć dowodzenie na statku?

Wasilij skinął ponuro. Jego twarz pociemniała, spuścił wzrok. Przez chwilę zastanawiał 

się, w jaki sposób opisać tego mężczyznę, którego uważał za najniebezpieczniejszego spośród 

zbuntowanych marynarzy.

- Uważam, że Walentinowi na pewno uda się odebrać kapitanowi władzę, ponieważ jest 

urodzonym   przywódcą,   a   przy   tym   posiada   niezwykły   dar   przekonywania.   Ale   jest   także 

jednym z najbardziej bezwzględnych ludzi, jakich znam, a wierz mi, spotkałem już bardzo wie-

lu. - Wasilij wciągnął powietrze. - Jako pierwszy przywita cię na pokładzie, mogę cię o tym 

zapewnić. I jest chyba jedynym spośród załogi, przed którym musisz się mieć na baczności. 

Którego naprawdę musisz się obawiać, ponieważ ten człowiek jest nieobliczalny...

- Znasz go dobrze? - spytała Raija. Wasilij zamilkł.

- Znam go od dziecka - rzekł i spojrzał jej w oczy. - Walentin jest moim stryjecznym 

bratem. Często bywaliśmy u siebie domu. Życie i jego nie rozpieszczało. Bieda sprawiła, że 

stałem się zgorzkniały, ale nie straciłem do reszty człowieczeństwa. Walentin natomiast wcale 

nie przejmuje się innymi. Możesz mi wierzyć lub nie, ale to człowiek bez serca.

- Myślisz, że go rozpoznam? Wasilij skinął głową.

-   Niezależnie   od   tego,   czy   przejął   dowództwo   na   pokładzie,   czy   nie,   będzie   się 

wyróżniał spośród pozostałych. Jest do mnie bardzo podobny. Ma tylko nieco jaśniejsze włosy i 

trochę więcej lat.

Wasilij uśmiechnął się smutno, przywołując odległe wspomnienie.

- Ludzie nie wierzyli własnym oczom, kiedy widzieli mnie i Walerija razem jako dzieci. 

Ale kiedy obok pojawiał się jeszcze Walentin, wielu sądziło, że wypiło zbyt dużo...

Wciągnął powietrze. Patrzył przez chwilę na Raiję. Wystraszyła się tego, co odczytała w 

jego twarzy, jednak nie umknęła wzrokiem.

- Gdyby istniało jakieś inne rozwiązanie - rzekł ciężko Wasilij - wybrałbym je bez 

wahania. Pamiętaj o tym. Gdyby istniała inna możliwość, nigdy, przenigdy nie popłynąłbym z 

background image

tobą, nawet gdybyś błagała mnie na kolanach. Jednak sądzę, że w ten sposób uda się nam coś 

osiągnąć. Muszę wierzyć, że Walentin cię nie skrzywdzi.

Raija zamrugała. Zapiekły ją oczy. Trzęsła się z zimna - wiatr przenikał przez wszystkie 

warstwy ubrania, nie pytał o pozwolenie.

- Będzie się przechwalał, że zabił - mówił dalej Wasilij, nie spuszczając z Raiji wzroku. 

Zaciskał dłonie na rączce czerpaka, jakby miał zamiar ją złamać. - I wcale nie dlatego, żeby 

udawać   śmiałka.   Naprawdę   popełnił   morderstwo.   Zdołał   jednak   uniknąć   kary,   ponieważ 

niczego mu nie udowodniono. Walentin jest wyjątkowo brutalny, gdy sobie wypije, ale i bez 

tego potrafi uderzyć. Kiedy bije, jego oczy stają się niebezpiecznie zimne. Ogarnia go gniew, 

ale wie, co robi, nie traci panowania nad sobą. Chełpi się swoją siłą. Nie prosi o wybaczenie, 

kiedy uderzy, ponieważ nigdy nie uważa, że zrobił coś złego...

- Co za miły człowiek - mruknęła Raija. Nie chciała, by słowa Wasilija napełniły ją 

lękiem i odwiodły od podjętej decyzji, jednak ogarnął ją strach. Zadrżała na samą myśl o 

Walentinie.

- To też - rzekł smutno Wasilij, jakby nie dosłyszał drwiny w jej głosie i nie zrozumiał 

ponurego żartu. Jego wzrok rzadko bywał równie poważny. - Walentin potrafi również być 

uroczym człowiekiem. Bywa tak uroczy, że gdyby chciał, zdołałby oszukać samego świętego 

Piotra i przekonał, by ten wpuścił go do nieba. Jednak tuż pod warstwą wdzięku, który błyszczy 

i oślepia, tkwi zło. Walentin sam decyduje o tym, kiedy wydobyć je na światło dzienne. Zawsze 

sięga po nie świadomie.

- Nikt nie jest aż tak zły - zauważyła Raija.

- Walentin jest - odparł Wasilij. - Jeśli przyjąć, że zło jest czarne, a dobro białe, to 

większość z nas jest szara. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto byłby czysty jak lilia,  nawet 

jednego kryształowego człowieka, nikt nie jest tak dobry. Ludzie są przeważnie tacy jak ja: bar-

dziej lub mniej szarzy. Również pani nie jest nieskazitelnie biała, pani Bykowa. Ma pani jeden 

z jaśniejszych odcieni szarości, jednak nie jest pani jak świeży śnieg... Ale znam człowieka, 

który jest zły jak sam diabeł. Raija musiała się uśmiechnąć.

- To zapewne on?

- Walentin - przyznał Wasilij ponuro. - Mam nadzieję, że nie będziesz go prowokować. 

- Zamilkł na długo, zanim dodał: - Obawiam się, że potraktuje twoją obecność jak wyzwanie.

- Mam nóż ukryty pod spódnicą - wyznała Raija. - Nie zawaham się go użyć.

- Nie jestem wcale pewien, czy zdążysz - ostrzegł Wasilij.

- Czyżbyś sądził, że Walentin będzie chciał mnie zgwałcić?

Wasilij odwrócił się. Raija nie mogła zobaczyć, jak z bezsilności mocno zacisnął palce 

background image

na rączce czerpaka, usłyszała tylko trzask drewna.

- Ciężko mi to przyznać, ale muszę cię ostrzec - potwierdził.  - On jest zdolny do 

wszystkiego. Nie pomoże nawet to, że jesteś żoną właściciela. Wręcz przeciwnie, Walentin 

potraktuje cię jak pikantną przyprawę, której jeszcze nie próbował. Nie sądzę, by chciał cię 

zabić, ale boję się, że mógłby...

- Mimo to pozwalasz mi tam popłynąć?

- Znam dobrze ludzi na pokładzie - odparł z westchnieniem. - Znam ich żony, dzieci. W 

Archangielsku przybyłoby wiele mogił, gdybyśmy musieli ich wszystkich pochować...

- To prawda - przyznała Raija. - Dobrze, że przynajmniej jesteś ze mną szczery, Wasilij. 

Nietrudno byłoby przemilczeć prawdę o Walentinie.

- Tak, mógłbym ci tego nie mówić - przyznał. - Ale nie potrafiłem.

Świtało, kiedy dotarli do statków. Nawet o tak wczesnej porze morze i niebo barwiły się 

wieloma kolorami.

Zanosiło się na słoneczny dzień, choć zwiastuny mogły okazać się złudne.

Niebo było krwistoczerwone, a czerwieniące się poranki oznaczały zwykle płaczące 

wieczory.

Wasilij łudził się nadzieją, że barwa nieba nie zapowiada rozlewu krwi. Odsunął od 

siebie tę myśl. Do takich znaków przywiązywano może wagę w dawnych czasach, ale on nie 

wierzył ani w bogów, ani w diabły.

Ranek   był   czerwony   i   tyle.   Więcej   na   ten   temat   nie   można   powiedzieć.   Słońce 

wydawało się białe w samym sercu, ale chętnie rozdawało najcieplejsze, najgorętsze pocałunki 

marszczącemu się morzu. A niebo bez cienia wstydu wykradało czerwień. Przystrajało się w 

nią, skrywało się w niej. Tylko kilka płynących obłoków zachowało swą białą barwę, jedynie 

na postrzępionych brzegach lekko się zaróżowiły. Delikatne koronki znikające w ciągu dnia.

Raija i Wasilij nie widzieli już lądu, skrywał się za horyzontem, niezależnie od tego, w 

którą zwrócili się stronę. To napawało lękiem. Człowiek wydawał się taki samotny. Morze i 

niebo czyniły wszystko, by go oszukać, by kazać mu wierzyć, że nic poza tym nie istnieje, by 

wywołać wrażenie, że ląd jest tylko wymysłem.

- Jak znajdziesz drogę? - spytała Raija, przytłoczona bezkresną wodną przestrzenią. 

Bała się, lecz jednocześnie zachwycała wspaniałym widokiem.

- Bądź spokojna, trafię - rzekł Wasilij z uśmiechem. Widać, że był zmęczony, ale jego 

oczy pozostały czujne. - W nocy drogę pokazują nam gwiazdy. Mamy też specjalne przyrządy. 

To żadne czary, nic niezwykłego.

- Ja bym tu zginęła - wyznała.

background image

- Nie wszyscy są stworzeni do życia na morzu - odparł, powtarzając ogólnie znaną 

prawdę. - Ja zostałem do tego stworzony.

Po jakimś czasie wyraźnie ujrzeli oba statki stojące na kotwicy. Mogli je od siebie 

rozróżnić. Dostrzegli sylwetki marynarzy na pokładzie.

Wszyscy troje płynący niewielką łupiną wiedzieli, że czas już upłynął, że tego dnia 

„Antonia” i „Raija” wyjdą na spotkanie nowemu losowi.

Ani Raija, ani Wasilij nie wierzyli, by Olegowi udało się dojść do porozumienia z 

buntownikami. Z piratami.

Raija wolała nazywać ich buntownikami.

Określenie to wydawało się jej odrobinę mniej dosadne. Uważała, że buntownikami 

mogą stać się uczciwi, szarzy ludzie, których boi, gorycz, nędza popchnęły do ostateczności.

Po drodze nie spotkali  frachtowca. Niemożliwe, by aż tak bardzo go wyprzedzili  - 

stateczek Olega miał więcej żagli, szybciej się poruszał. Chociaż Wasilij zapewnił Raiję, że 

obrał o wiele krótszy kurs, że popłynęli bliżej lądu, wiatr im sprzyjał i dzięki temu osiągnęli 

dobrą prędkość, nie sądziła, by dotarli wcześniej niż frachtowiec Olega.

- Gdzie jest Oleg? - spytała. Bała się o niego. Czuła, że być może pomyliła się co do 

marynarzy. Ogarnął ją strach, pomyślała, że mogli zrobić mężowi Toni coś złego, zranić go, 

zabić...

Zagarnęli dwa statki, dlaczego nie mieliby przejąć również trzeciego...

-   Zakotwiczył   w   zacisznym   miejscu,   między   „Raiją”   i   „Antonią”   -   odparł   Wasilij 

głosem tak spokojnym, jakby nie istniały żadne powody do obaw, jakby sam wcale się nie bał. 

Jednak Raija zauważyła, że jeden jego policzek drgał. Dostrzegła, jak czujne są jego oczy, jak 

zdecydowanie zacisnął usta, zagryzł zęby, mocno chwycił za burtę łodzi. - Nie musisz się 

obawiać o Olega - uspokoił Raiję, unikając jej wzroku. Nie patrzył na nią. Odkąd zrobiło się 

widno,   odwracał   wzrok.   Za   wszelką   cenę   starał   się   nie   napotkać   jej   spojrzenia.   Zajął   się 

wiosłowaniem, zdawał się tym całkiem pochłonięty. Wydawał polecenia ostrym tonem.

Raija nie brała sobie tego do serca, w każdym razie nie chciała.

Nie mogła przecież nazwać Wasilija przyjacielem.

- Na frachtowcu mają broń.

- Kłamiesz! - Raija chciała wstać, lecz przypomniała sobie, że grozi to wywróceniem 

łódki, i została na miejscu. Uniosła tylko jak najwyżej głowę, by lepiej widzieć statki. Starała 

się też dojrzeć łódź Olega.

- Stąd zobaczysz tylko maszt  - oznajmił   Wasilij  obojętnym tonem.  -  Oleg nie  jest 

głupcem   -   mówił   dalej.   -   Byłoby   naiwnością   nie   przygotować   się   na   atak   ze   strony 

background image

buntowników i wyruszyć zupełnie bez zabezpieczenia. Jednak Oleg nigdy pierwszy nie użyłby 

siły. Nie jest taki. Właściwie bardzo różni się od innych armatorów. Bardziej mi przypomina 

zwykłego marynarza.

Raija pomyślała, że Wasilij dobrze zna Olega.

Nie odezwała się więcej, dopóki nie zbliżyli się do statków. Teraz mogli zobaczyć 

wszystkie trzy.

Wasilij wmanewrował między frachtowiec a „Antonię”. Statek wznosił się obok niczym 

skała wystająca z morza. Przestrzeń dzieląca go od ich skorupki wydawała się nieskończona.

Raija wiedziała, że musi ją pokonać.

Zauważono ich. Na „Antonii” wzdłuż burty zgromadzili się mężczyźni.

Raija pochyliła  głowę i  splotła dłonie. Modliła się w duchu, jednak sama nie była 

pewna, do kogo kieruje swe prośby.

- Możesz pomodlić się do świętego Mikołaja, by miał cię w swej opiece - rzekł Wasilij. 

W jego słowach można by się doszukać odrobiny czułości, jednak Raija tego nie zauważyła, 

ledwie dosłyszała, co powiedział.

- Do diabła, kobieto! Nie wolno ci się do tego mieszać!

Raija spojrzała w górę.

Zobaczyła twarz Olega - jasną plamę pod ciemnymi włosami. Nie potrafiła rozróżnić 

poszczególnych   rysów,   ponieważ   fale   rzucały   jej   łódką   mocniej   niż   dużo   cięższym 

frachtowcem, który kołysał się w zupełnie innym rytmie.

-   To,   co   chcesz   zrobić,   to   samobójstwo!   -   wrzeszczał   Oleg.   Raija   bez   trudu   się 

zorientowała, że jest wściekły. On również na pewno się bał. Miała nadzieję, że nikt poza nią 

tego nie spostrzegł.

- Co my tu mamy? - rozległ się dużo bliżej jakiś inny głos, dochodzący ze statku. - 

Właściciel powiadomił nas, że nie mamy co liczyć na pomoc dla naszych rannych ani na 

jakikolwiek inny przejaw litości. Czyżby się mylił?

- Raija! Prędzej cię zastrzelę, niż pozwolę ci wejść na pokład! - krzyknął Oleg.

Raija wstała. Omal nie upadła, lecz na szczęście Wasilij był obok i ją podtrzymał. Nad 

nimi rozległ się śmiech. Raiji zrobiło się niedobrze.

-  Pomyliliśmy   się  co do Wasilija!   - zawołał  któryś   z marynarzy.  - Przywiózł  nam 

zakładnika pierwszej klasy! Wasilij, chodź do nas! Bierz ze sobą kobietę i właź na pokład!

Zrzucili sznurową drabinkę.

Raija usłyszała, jak drabinka uderza o burtę statku, zobaczyła, jak jej koniec zanurza się 

w wodzie, jak fale kołyszą nią tam i z powrotem.

background image

Miała wejść na górę po chybotliwych szczebelkach.

Przełknęła.

Wasilij   mocno chwycił  ją  za łokieć.   Stał  blisko, dodawał  otuchy. Gdyby Raija nie 

słyszała jego oddechu, dałaby się zwieść i mogłaby pomyśleć, że jest całkiem spokojny. Że mu 

wszystko jedno.

Teraz wiedziała lepiej.

Wasilij grał dobrze swą rolę. Oszukał nawet tych, którzy sądzili, że go dobrze znają. 

Przede wszystkim zaś starał się przechytrzyć kogoś, kto kiedyś był mu bliski.

Raija domyśliła się, że miękki jak jedwab głos, który doszedł ją przed chwilą znad burty 

„Antonii”, to głos Walentina.

Nie spojrzała w górę. Nie poznała jeszcze jego twarzy. W końcu będzie jednak musiała 

spotkać się z tym człowiekiem. Zmierzyć z nim swe siły i odwagę. Musiała wierzyć, że jest od 

niego silniejsza.

Bała się. Miała sucho w ustach i drżała z zimna, ale przecież nie przypłynęła tu po to, 

żeby zdradzić się ze swą słabością.

Powoli podniosła wzrok. Przełknęła kilka razy, by się upewnić, że wydobędzie z krtani 

głos.

- Słyszałam, że ktoś mnie tu potrzebuje! - krzyknęła. - Słyszałam też, że moje przybycie 

oznacza dla nas trzy dodatkowe dni!

- Pewnie, że trzeba nam tu kobiet! - usłyszała w odpowiedzi. - Czujemy się zaszczyceni, 

że żona właściciela chce się z nami zabawić.

Nowa salwa śmiechu.

Raiję ogarnęła złość.

Myśleli pewnie, że ją upokorzyli, ale mylili się. Czuła się silna. Czuła, że owa siła 

płynęła z jej wnętrza. Poczuła gorąco aż po czubki palców, po cebulki włosów. Zawrzało w 

niej, odniosła wrażenie, że cała płonie.

Na   policzki   wystąpiły   jej   rumieńce,   a   oczy   stały   się   czarnymi,   rozżarzonymi 

węgielkami. Wokół całej postaci pojawiła się dziwna jasność - niesamowita, nieziemska.

- Czy któryś z was był na „Sankt Nikołaju”? - spytała. Nie starała się podnosić głosu, 

lecz mimo to ją słyszeli.

- Jest wiele „Sankt Nikołajów” - odparł ów miękki głos, przed którym musiała się mieć 

na baczności.

Raija zobaczyła teraz Walentina wyraźnie. Poczuła się tak, jakby otrzymała silny cios. 

Zaparło jej dech. Gdyby Wasilij nie stał obok i jej nie podtrzymywał, pomyślałaby, że ów 

background image

mężczyzna na pokładzie to właśnie on.

Tak byli podobni.

Niebezpieczny buntownik miał już twarz.

- Widzieliście, jak zagrodziłam drogę śmierci? - spytała, ignorując Walentina.

Nie dobierała słów, po prostu padły. Przez krótką chwilę Raija bardziej obawiała się 

samej siebie niż Walentina - tego, co sama zrobi, a nie tego, co jemu może przyjść do głowy.

- Pamiętamy - odezwał się ktoś cicho. Raija nie potrafiła odgadnąć, kto to powiedział, 

ponieważ całą swą uwagę kierowała ku mężczyźnie, który teraz przewodził na statku.

- Nie zdobyłeś „Antonii” bez użycia przemocy - rzekła, zwracając się do Walentina, 

dając do zrozumienia, że wie więcej, niż było w istocie, jakby mogła jakimś cudem zobaczyć 

wszystko, co wydarzyło się na pokładzie.

Nic nie zaszkodzi, jeśli buntownicy poczują się trochę niepewnie, choć właściwie nie 

sądziła, by udało jej się wprawić ich przywódcę w zakłopotanie. Za to reszta załogi z pewnością 

wierzyła w zabobony.

Raija uznała więc, że może to wykorzystać.

- Jestem kobietą w czarnej pelerynie. To mnie udało się dokonać tego, co nie udało się 

nikomu na „Sankt Nikołaju”. Beze mnie Jewgienij utonąłby we własnej krwi, otoczony swymi 

dzielnymi towarzyszami.

Teraz   przypomniała   sobie   Jewgienija   i   krew.   Przypomniała   sobie   pokład   i   stopy 

zgromadzonych wokół marynarzy. Ujrzała wyraźnie czarne poły swego okrycia, jak wtedy 

kiedy uklęknęła obok rannego. Wydało jej się, że czuje na rękach krew...

Przeżyła to naprawdę.

Przypomniała sobie.

- Mogę uratować twoich rannych - powiedziała z pewnością siebie, która wprost z niej 

emanowała.

Ranek pojaśniał, ale niebo pozostało czerwone.

Raija stała w swej czarnej pelerynie na tle owej czerwieni, drobna i wyprostowana. 

Wasilij podtrzymywał ją, ale ludzie jakby go nie dostrzegali.

Zapomnieli   niemal   o  tym,   że  Raija  jest   żoną  Jewgienija   Bykowa,   współwłaściciela 

statków.

Dla nich była niezwykłą kobietą w czarnej pelerynie.

Czarne włosy falowały na wietrze.  To sprawiało, że wydawała się jeszcze bardziej 

nieziemska.

Patrząc na nią, można by naprawdę uwierzyć, że została zesłana przez niebiosa i jest w 

background image

stanie dokonać cudu.

Podmuchy wiatru wdzierały się pod ubranie, ostudziły falę gorąca. Raija nieporuszona 

czekała na odpowiedź Walentina.

- Nie wolno ci, Raija! - krzyczał Oleg. - Czy nie masz za grosz rozsądku? Pamiętaj o 

dziecku, Raija!

Odwróciła się na krótko. Odnalazła spojrzeniem oczy przyjaciela, popatrzyła na niego, 

lecz nie odezwała się ani słowem.

Oleg stanął plecami do statku i do niej. Bezsilny ukrył twarz w dłoniach.

- Za to, że ją sprowadziłeś, zasłużyłeś na wybaczenie, Wasilij - rozległ się z góry głos. - 

Możesz wrócić na pokład.

- Ta kobieta prosi o trzy dodatkowe dni - rzekł Wasilij. - Wiem, że to nie ty złożyłeś 

taką obietnicę, Walentin, ale co ci szkodzi się na to zgodzić?

- Czy mi się zdaje, czy ten chłopak nadal trzyma stronę właścicieli? Jesteś z nimi czy z 

nami, Waśka?

Walentin chciał ubliżyć Wasilijowi, zwracając się do niego w sposób, w jaki wabi się 

zwierzęta. Wasilij nawet nie drgnął.

-   Trzy   dni   -   powiedział.   -   Albo   będziesz   musiał   wyprawić   swoim   rannym   mokre 

pogrzeby.

- Jurków! - krzyknął Walentin. - Słyszysz mnie, Jurków?

Oleg odwrócił się powoli w stronę własnego statku, w stronę mężczyzny, którego sam 

na nim zatrudnił. Zastanawiał się, czy jest bliźniaczym bratem Wasilija. Byli tak podobni, że 

można by ich pomylić.

-   Kupiła   wam   trzy   dni,   ale   żądania   pozostają   te   same.   Jeżeli   ich   nie   spełnicie, 

pamiętajcie, że ją mamy.

-   Ani   się   ważcie   ją   ruszyć!   -   zagroził   Oleg.   Odpowiedział   mu   szyderczy   śmiech. 

Pomocnik Wasilija podpłynął łodzią bliżej statku.

Wasilij stał obok Raiji.

- Mogę pójść z tobą - zaproponował cicho. Raija napotkała jego wzrok. Wiedziała, że 

ma dobre intencje, że chce ją chronić. Uważał, że spoczywa na nim odpowiedzialność nie tylko 

dlatego, że Walentin jest jego krewnym. - Pozwolą mi wejść na pokład.

Potrząsnęła głową.

- Walentin bez wahania mógłby się ciebie pozbyć na zawsze. Sam mówiłeś, że jest 

bezwzględny.

- Na nikogo nie będziesz mogła liczyć. Skinęła głową. Zdawała sobie z tego sprawę. 

background image

Mimo że na pokładzie było kilku marynarzy z „Sankt Nikołaja”, nie mogła się spodziewać, że 

zechcą stanąć w jej obronie.

Będzie zdana tylko na siebie.

Ale czuła się dziwnie silna, pokrzepiona świadomością, że uratowała życie Jewgienija. 

Do   tej   pory   zawsze   trochę   w   to   powątpiewała.   Teraz   wreszcie   przypomniała   sobie   tamte 

wydarzenia i stały się jej własnym wspomnieniem.

Zdała sobie sprawę, że posiada coś niezwykłego, jakąś przedziwną siłę, która i teraz się 

ujawniła.

Zamierzała wziąć udział w tej niebezpiecznej grze.

- Muszę iść sama - zdecydowała. Wasilij przytrzymywał ją, póki się nie upewnił, że 

mocno chwyciła drabinkę.

Raija zamknęła oczy. Słyszała pod sobą morze. Zaczęła się wspinać.

Kiedy dotknęła brzegu burty, złapały ją czyjeś silne ręce. Podniosła wzrok i zajrzała w 

twarz tak bardzo przypominającą twarz Wasilija, że przeszył ją dreszcz.

-   Witamy   na  pokładzie,   Bykowa   -   rozległ   się   już  jej   znany  miękki   głos.   -  Jestem 

Walentin. Ja tu rządzę.

background image

8

- No to kupiłaś im trzy dni - rzekł, mrużąc niebieskozielone oczy.

Brwi miał trochę ciemniejsze niż czuprynę, podobnie jak Wasilij. Trochę dłuższe włosy, 

może   odrobinę   jaśniejsze.   Bardziej   ostre   i   wyraziste   rysy.   Bruzdy   na   twarzy   wyraźniej 

zaznaczone, choć nie mógł być wiele starszy od swego kuzyna.

- Dlaczego? - spytał.

Zaprowadził Raiję do kapitańskiej kajuty. Z największą oczywistością zasiadł na krześle 

dowódcy. Cały czas towarzyszyło mu dwóch ludzi.

- Macie rannych na pokładzie - odparła. - Chciałabym do nich zajrzeć.

Walentin roześmiał się.

Inaczej niż Wasilij. Ten śmiech napełniał przerażeniem.

- Nic ze sobą nie zabrałaś - rzekł z niedowierzaniem. Odchylił się do tyłu na krześle i 

mierzył ją wzrokiem.

Starał się, by to zauważyła. Chciał, by poczuła się nieswojo, chciał zademonstrować, kto 

tu ma władzę.

Tego akurat nie musiał jej tłumaczyć. Od razu też dostrzegła, że posiadanie władzy 

wprost go upaja.

Lubił, gdy innych przenikał dreszcz strachu, kiedy do nich mówił, kiedy przeszywał ich 

surowym wzrokiem.

Tak działo się i teraz. Raija nie czuła się zbyt pewnie, nie chciała jednak tego po sobie 

pokazać. Poza tym odkryła w sobie siłę, o której dotąd nie wiedziała.

Przez moment pomyślała o swoich niezwykłych podróżach w marzeniach. Tak właśnie 

je nazywała od czasu, kiedy Tonią po raz pierwszy określiła te dziwne stany mianem podróży. 

Wydawały się przez to mniej niebezpieczne.

Wtedy też posiadała tę siłę.

Wyprawy   były   może   bardziej   rzeczywiste,   niż   by   chciała.   Może   też   coś   po   sobie 

pozostawiły na takie chwile jak ta.

-   Dlaczegóż   to   żona   Bykowa   zaszczyca   nas   swą   wizytą?   -   powtórzył   Walentin.   - 

Wybacz, ale wprost nie mogę uwierzyć, że robisz to z troski o moich ludzi, o załogę statku. 

Dlaczego przypłynęłaś z moim kuzynem? Co cię z nim łączy? Czy jest twoim kochankiem?

Wąskie oczy zwęziły się jeszcze bardziej.

- Był jedynym, który zgodził się mnie tu przywieźć - odparła Raija oburzona. - Nie 

potrafię dobrze pływać.

background image

- Masz cięty język. - Walentin potarł ręką brodę. Raija zauważyła, że jego palce i dłonie 

są szczuplejsze niż Wasilija. - Co dzięki temu zyskasz, Bykowa?

Mówił   ze   śmiechem  i   drwiną   w  głosie,   z   budzącym   lęk   zadowoleniem   na  twarzy. 

Ponieważ była niczym ptak w klatce, ponieważ miał ją w swej władzy.

- Na lądzie zostały kobiety - rzekła podnosząc głowę. Nie bała się patrzeć Walentinowi 

w oczy, nie sądziła, by coś jej zagrażało. Przynajmniej nie przed upływem trzech dni. Zacznie 

się bać, jeżeli po tym czasie Oleg nie wróci z wiadomościami, które zadowolą tego człowieka. 

Ale na razie była pewna, że jej życie jest bezpieczne. - Dzieci. Jeżeli wam się nie uda, zapłacą 

za to kobiety i dzieci. Pomyślałeś o tym?

Nie   odpowiedział.   Tylko   się   uśmiechnął.   Wyglądało,   jakby   sytuacja   naprawdę   go 

bawiła.

- Może właśnie o nich myślę. Raija nie odezwała się więcej, nie zamierzała się wysilać, 

by go przekonać. Nic nie szkodzi, że patrzy na nią z niedowierzaniem, niech nawet podejrzewa, 

że coś knuje.

- Twoja troska o nieco gorzej sytuowanych jest wzruszająca, Bykowa.

Nie pytał o nic więcej. Po prostu wstał, równie lekko i zwinnie jak Wasilij. Nietrudno 

było dopatrzyć się podobieństw między kuzynami.

Niewiele brakowało, a dałaby mu się zwieść. Raija dziękowała w duchu Wasilijowi, że 

ją ostrzegł. Walentin był tak bardzo podobny do Wasilija, że z łatwością przypisałaby mu te 

same cechy charakteru.

To mogłoby okazać się groźne.

- Chciałaś zajrzeć do naszych rannych - odezwał się. Raija wyczuła powątpiewanie w 

głosie Walentina, ale brzmiało w nim także wyzwanie.

- Proszę bardzo. Mam nadzieję, że na coś się przydasz i że naprawdę czegoś dokonasz. 

Krążą o tobie różne pogłoski. Jeśli wierzyć tym, którzy płynęli wtedy na „Sankt Nikołaju” i 

zapamiętali cię niemal jako Matkę Boską. Mam nadzieję być świadkiem jakiegoś cudu. Może 

dzięki temu stanę się pobożnym człowiekiem?

Roześmiał się.

Raija poszła za nim wzdłuż burty. Słyszała za sobą kroki dwóch ludzi Walentina.

Dotarli na dolny pokład statku. Walentin podkręcił lampy, żeby mogła lepiej widzieć.

Raija zadrżała.

-   Nie   znalazłeś   innego   miejsca   do   ułożenia   rannych?   -   spytała,   nie   mogąc   ukryć 

oburzenia.

Wzruszył ramionami. W najmniejszym stopniu nie przejmował się opinią Raiji.

background image

W kubryku zawsze brakowało prześcieradeł i wszelkiego wyposażenia poza najbardziej 

niezbędnym. Pomieszczenie dla załogi znajdowało się głęboko pod górnym pokładem, w części 

pozbawionej dostępu światła dziennego.

W kapitańskiej kajucie było przytulnie, mogła nawet przypominać dom.

Kubryk w niczym nie przywodził na myśl domu, chyba że wnętrze najnędzniejszej z 

chat. Raija wiedziała, że na statkach Olega i Jewgienija panują dużo lepsze warunki niż na 

większości   innych   jednostek.   Wiedziała,   że   załodze   żyje   się   lepiej.   Lecz   mimo   to 

pomieszczenie dla marynarzy, które teraz ujrzała, uwłaczało ludzkiej godności.

Raiję przeszedł dreszcz na myśl, że Walentin mógł ułożyć tu rannych, podczas gdy sam 

przeprowadził się do kajuty kapitana. To przecież jego towarzysze.

Nie   przeszkadzało   mu,   że   ci   biedacy   leżą   na   zgrzebnych   workach   i   drelichach 

wypchanych   sianem   w   wilgotnej   i   ciemnej   norze.   Nawet   teraz,   kiedy   podkręcono   lampy, 

musiała natężać wzrok, żeby cokolwiek zobaczyć.

- Nie wstyd ci? - spytała.

- To nie mój statek - odparł po prostu. - Powinnaś zadać to pytanie swemu mężowi, 

Bykowa. To jego powinnaś spytać, czy mu nie wstyd. Oto co daje swojej załodze! Właśnie z 

tego żyjesz. Robi wrażenie, co?

Być może w pewnym stopniu miał prawo tak zapytać.

- Ci ludzie są ranni!

- Większość z nich i tak umrze - odparł lekko. - Lepiej, że leżą tutaj, gdzie inni ich nie 

widzą, gdzie Jurków nie może zobaczyć, ilu ludzi straciliśmy.

A więc tak to tłumaczył.

Dlatego   ranni   przebywali   w   tym   wilgotnym,   ciemnym   i   zimnym   pomieszczeniu. 

Nieszczęśnikom leżącym w takim miejscu śmierć musi wydawać się wybawieniem.

-   Czekamy   na   twoje   cuda.   Jeden   niewielki   mógłby   sprawić,   by   tu   pojaśniało,   nie 

sądzisz?

Raija nie zwracała na niego uwagi. Była poruszona do głębi. Nigdy by nie uwierzyła, że 

ktoś mógł tak traktować innych ludzi, a już zwłaszcza swoich współtowarzyszy.

Nie mieściło się jej to w głowie.

Ale czuła również wstyd. Postanowiła, że musi porozmawiać z Jewgienijem i Olegiem. 

Pomieszczenie takie jak to nie nadaje się dla marynarzy.

Uklęknęła przy jednym z rannych. Było ich tu chyba tuzin. Może mniej, dokładnie nie 

liczyła. Kubryk wydawał się pełny. Marynarze leżeli ciasno jeden obok drugiego, zajmując całą 

podłogę.

background image

- Oni nie mogą tutaj zostać! - rzuciła, nie patrząc na Walentina. Powiedziała to w 

przypływie rozpaczy i nie chciała, by potraktował jej słowa jak rozkaz. Wiedziała, że nigdy nie 

pozwoliłby na to, by rozkazywała mu kobieta. A w każdym razie nie żona właściciela statku. - 

Ci ludzie tutaj umrą!

- Staną się męczennikami, którzy oddali swe życie za kolegów - odpowiedział tonem tak 

zimnym, że zadrżała.

Spojrzała na Walentina. Spokojnie wytrzymał jej wzrok, stał nieporuszony z rękami 

skrzyżowanymi na piersi. Sprawiał wrażenie całkowicie obojętnego i nie poczuwającego się do 

żadnej odpowiedzialności za rannych leżących na mokrej podłodze...

Raija zrozumiała to w jednej chwili.

Zamordowano kapitana „Raiji”...

Bóg jeden wie, jaki los spotkał kapitana „Antonii”.

Walentin zdawał sobie sprawę, że buntownikom przyda się współczucie, gdy władze 

zechcą ich rozliczyć. Po drugiej stronie był już co najmniej jeden zabity. Kapitan „Raiji”.

Marynarze też potrzebowali zabitych.

Potrzebowali męczenników.

Dlatego ranni towarzysze Walentina leżeli właśnie tutaj.

- Jak można stać się tak nieczułym? - spytała tylko.

- Czy nigdy nie rozmawiałaś o tym z Wasilijem? - odpowiedział pytaniem. Obrzucił 

spojrzeniem   mężczyzn,   nie   odezwał   się   do   nich   ani   słowem.   -   Chyba   nie   będę   mógł 

obserwować   twoich   cudów...   Zresztą   nieważne,   jestem   niewierzący.   To   może   być   nudne. 

Zostań tu i rób to, co do ciebie należy. Zapukaj, kiedy uznasz, że skończyłaś. Moi ludzie 

poczekają za drzwiami.

Uśmiechnął   się   szeroko,   ukazując   białe   zęby.   Wasilij   miał   rację.   Walentin   potrafił 

również być uroczy.

I potrafił to wykorzystać.

Wyszedł, a jego dwaj ludzie jak cienie podążyli za nim.

Raija usłyszała, że przekręca w zamku klucz.

Przepełniała ją złość i poczucie bezsilności. Zacisnęła pięści w fałdach spódnicy.

Klęczała   na   podłodze,   zamknięta   z   mężczyznami,   których   Walentin   wyznaczył   na 

męczenników. Z przerażeniem uświadomiła sobie,  że mieli  stać się bronią w walce,  którą 

podjął, ale dopóki żyli, nie przedstawiali dla niego żadnej wartości. Potrzebował zabitych, wielu 

zabitych.

Raija zastanawiała się, ilu marynarzy zamierzał  poświęcić,  by zrównoważyć śmierć 

background image

zamordowanego kapitana.

Chłopak leżący najbliżej był ciężko ranny. Jego koszula przesiąknęła krwią w okolicy 

piersi, oczy miał jak ze szkła, jednak zachował przytomność. W tej zimnej norze lał się z niego 

pot, jego szczęki drżały.

- Słuchaliśmy go - wykrztusił.

W tych dwu słowach powiedział wszystko, zawarł całe rozczarowanie, złość i gorycz, 

które kierował nie tylko ku właścicielom statków. Zrozumiał, że Walentin mimo wszystko nie 

był   jednym  z   nich,   a   jedynie   wykorzystał   okazję,   by   upiec   przy   wspólnym   ogniu   własną 

pieczeń.

Raija poprosiła rannego, by nic nie mówił. Wiedziała, że będzie potrzebował sił, żeby 

walczyć o życie. Musiała ściągnąć z chłopca koszulę, żeby go obejrzeć.

Jęknął z bólu, zazgrzytał zębami. W oczach Raiji pojawiły się łzy.

Młody marynarz miał ciętą ranę na piersi, a drugą, głębszą, w boku.

Ktoś je przewiązał, a w każdym razie próbował. Raija zobaczyła, że nadal ciekła z nich 

krew.

To cud, że chłopak zachował  przytomność. Leżąc,  przyciskał  rękoma głębszą ranę. 

Gdyby zemdlał, być może już by nie żył. Raija przełknęła ślinę.

Bała się i jednocześnie czuła złość, ale starała się zapanować nad sobą.

Rany były bardzo rozległe i chłopak stracił dużo krwi. Był przeraźliwie blady.

Taki młody...

Pewnie w domu czeka na niego matka, która zastanawia się, co się z nim dzieje, która 

się za niego modli. Jest chyba za młody, by mieć żonę.

Raija   potrzebowała   czystej   wody,   materiału   do   opatrzenia   ran,   spirytusu   do   ich 

oczyszczenia, ognia...

Szybko podniosła się na nogi.

Zapukała do drzwi.

Otworzył jej sam Walentin. Cały czas stał zatem za drzwiami, czekał, nasłuchiwał.

Nie próbowała zrozumieć, dlaczego.

- Masz dosyć? - spytał drwiąco. - Czy to zbyt silne wrażenia dla pani Bykowej? A może 

już dokonałaś cudu? Muszę przyznać, że nie trwało to zbyt długo. Chyba nasz Pan ma dla 

ciebie szczególne względy. - Odsunął się na bok. - Chodź, moja piękna, nie musisz dłużej tam 

tkwić, ale pamiętaj, że sama o to prosiłaś.

Raija nie ruszyła się z miejsca. Boże, jak gardziła tym człowiekiem! Życzyła mu jak 

najgorzej.

background image

- Nigdzie się nie wybieram - rzekła stanowczo. - Ci ludzie wymagają w równym stopniu 

opieki,   co   cudu.   Potrzebna   mi   woda,   materiał   na   bandaże.   Pozbieraj   jakieś   koszule, 

prześcieradła, tylko czyste. Muszę dostać spirytus, nóż, ogień...

- Duże masz potrzeby - zadrwił z uśmiechem na ustach. - Chyba nie myślisz, że ci dam 

nóż i że pozwolę użyć ognia?

- Walentin boi się kobiety! - odezwał się z triumfem ktoś z kubryka.

Zaraz potem rozległ się krótki śmiech kilku innych rannych.

- Boisz się kobiety? - powtórzyła Raija. Walentin wciąż się uśmiechał, lecz Raija nie 

miała pewności, co się za tym kryje. - Myślisz, że uda mi się dokonać tego, co nie udało się tylu 

mężczyznom? Myślisz, że Oleg mnie tu przysłał, bym cię zabiła? Albo podłożyła ogień?

- Dostaniesz to, o co prosisz - odparł krótko. Zatrzasnął z powrotem drzwi tuż przed jej 

nosem, ale nie zamknął ich na klucz.

Raija   wiedziała,   że   chce   ją   wypróbować,   pozostawiając   możliwość   ucieczki. 

Jednocześnie czuła, że zyskała przychylność rannych marynarzy. Przyjęli ją z życzliwością. 

Chociaż była żoną armatora, była też ich ostatnią nadzieją.

Zrozumieli, że Walentin ich już nie potrzebuje, że dla niego mogą tu choćby zgnić.

Natomiast  ona być może  mogła  uratować  im  życie.  Odważyła się  sprzeciwić  temu 

łotrowi, chociaż wiele ryzykowała.

Raija zdjęła pelerynę i okryła nią jednego z rannych, który nie miał koca. Był tak 

osłabiony, że nawet tego nie zauważył.

Nie wiedziała, czy uda się jej uratować tego człowieka, ale przynajmniej nie pozwoli 

mu zmarznąć.

- Dziękuję - odezwał się chłopak z ranami na piersi i w boku. Chwycił Raiję za rękę i 

uścisnął. - Masz wokół siebie światło - dodał i zamknął oczy.

Raija uznała, że ból i utrata krwi nie pozwalają mu odróżnić fantazji od rzeczywistości.

Czuła, że wypełniło ją dziwne ciepło. Działała, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi.

Nikt z pozostałych rannych niczego nie zauważył. Ci, którzy leżeli najbliżej, nie mogli 

nawet podnieść głowy, by na nią spojrzeć.

Pozornie nic się nie zmieniło, ale cuchnące stęchlizną ciasne pomieszczenie wypełnił 

niezwykły   spokój.   Momentami   rannym   udawało   się   odróżnić   oddech   Raiji   od   oddechów 

innych. Nic nie mówiła, ale czuli jej obecność. Przycisnęła dłonie do ran chłopca i stracił 

przytomność. Wreszcie odważył się złożyć swe życie w czyjeś ręce, odważył się uciec od prze-

szywającego bólu w zbawienną nieświadomość. Wystarczyło tylko zrobić krok.

Kubryk nabrał nowego blasku, który mógł pochodzić od światła lamp, ale przecież nie 

background image

zostało   w   nich   już   wiele   oleju,   w   niektórych   płomyk   chwiał   się   niebezpiecznie,   grożąc 

wygaśnięciem.

Ów blask mógł pochodzić też od niej, kobiety w czarnej pelerynie.

Nie rozumieli tego, nie chcieli rozumieć, nie chcieli się nawet nad tym zastanawiać. 

Czuli tylko ogromną wdzięczność i to, że przy niej są bezpieczni.

Była młoda, młodsza niż większość z nich, ale miała w sobie coś takiego, co można 

znaleźć tylko u siwiejącej, starzejącej się matki.

Żaden z rannych nie pływał na „Sankt Nikołaju”. Na pokładzie z tamtej załogi pozostało 

też niewielu.

Ale wszyscy słyszeli, co się wtedy wydarzyło. Wszyscy poznali opowieść o tym, jak 

Byków spadł z masztu, jak jego ramię zostało niemal całkiem wyrwane z barku, jak leżał w 

kałuży krwi na pokładzie, podczas gdy wkoło szalał sztorm.

Wtedy pojawiła się ona: w czarnym okryciu, z czarnymi włosami powiewającymi wokół 

bladej twarzy, z oczami niczym czarne płomienie. Krzyczała coś do mężczyzn, nie chciała 

oddać Jewgienija śmierci.

Wszyscy   słyszeli   o   jej   niewiarygodnym   czynie,   o   tym,   że   dokonała   rzeczy 

niemożliwych, cudem powstrzymując krwotok O tym, jak przykryła rannego swym ciałem i 

leżała tak do chwili, kiedy marynarze wreszcie odważyli się wnieść oboje do środka.

Przeciwstawiła się śmierci.

Już raz to zrobiła.

Może jest i ich nadzieją.

Raija sama dobrze nie wiedziała, co się stało. Nikt też nie mógł jej tego opowiedzieć.

Obudziła się z twarzą na piersi chłopca. Kiedy usiadła, jej ciało było wiotkie. Czuła 

jeszcze na policzku puls rannego. Wpatrywała się w półmrok i po chwili zobaczyła, że chłopak 

oddycha. Miał lekko rozchylone wargi, wydawało się, że się uśmiecha. Wyglądał młodziej.

Rana w boku już nie krwawiła.

Serce   Raiji   zamarło,   kiedy   to   zobaczyła.   Musiała   wprost   dotknąć,   żeby   uwierzyć. 

Wystraszyła się - bała się o siebie.

Rozejrzała się dokoła. W najdalej wysuniętej ku rufie części pomieszczenia zauważyła 

marynarza, który mógł siedzieć. Zobaczyła, jak błyszczą białka jego oczu. Zorientowała się, że 

jest od niej sporo starszy.

- Porządnie ich wystraszyłaś, kobieto - powiedział.

Raija rozpoznała ten głos. To ten człowiek odważył się zakpić z Walentina. - Nie mieli 

odwagi tu wejść. Zostawili tylko rzeczy w drzwiach i poszli, nie śmieli wejść do środka...

background image

Raija patrzyła, nie rozumiejąc.

- Wokół ciebie lśniło dziwne światło - wyjaśnił. Raija zobaczyła teraz, że mężczyzna 

siedzi ze złożonymi rękami. - Biło od ciebie światło. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. 

Przeraziło to nawet tego bohatera Walentina i jego straż przyboczną. Nie wierzyłem, że w 

oczach tej bestii kiedykolwiek zobaczę strach, ale naprawdę się bał...

Marynarz roześmiał się i zakaszlał, ale i to nie powstrzymało go od śmiechu.

- Żyje - powiedziała Raija ze zdumieniem, wskazując wzrokiem na chłopca.

- Uratowałaś go - rzekł człowiek w ciemności. - Z pewnością się wyliże. Miał umrzeć 

jako pierwszy. Teraz inni cię potrzebują...

Raija doczołgała się do drzwi. Znalazła to, o co prosiła Walentina. Nawet więcej.

Dostarczono jej wodę i puste naczynie, prześcieradła porwane na długie pasy, ogarek, a 

także nóż z szerokim i błyszczącym ostrzem, niemal tak długim jak jej przedramię. Raija 

skrzywiła się i odłożyła nóż na bok. Znalazła też pełną butelkę spirytusu. Zmarszczyła nos i 

włożyła korek na miejsce. W innym naczyniu dostała olej.

Napełniła i zapaliła lampy. Wkoło zrobiło się jasno niemal jak w pogodny słoneczny 

dzień.

Potem przemyła zakrwawioną pierś młodzieńca, starając się zużyć jak najmniej wody. 

Nie zdezynfekowała ran spirytusem - chłopak spał i nie chciała go budzić. Wiedziała, że nie 

grozi mu zakażenie.

Szybko i delikatnie go opatrzyła.

Miał umrzeć jako pierwszy... Starszy mężczyzna mówił chyba prawdę, nikt inny nie 

doznał tak głębokich ran.

Może pozostałym zadano więcej ciosów, ale nie tak groźnych. Jednak, gdyby zostawić 

ich   bez   opieki,   wielu   mogłoby   się   wykrwawić.   Albo   umrzeć   z   zimna.   Raija   zadrżała. 

Pomyślała, że Walentin byłby ich pewnie zagłodził.

Ranni wciąż nie mogli czuć się całkiem bezpieczni. Raija zdawała sobie z tego sprawę. 

Nie wiedziała też, co ją czeka.

Poznała jednak Walentina na tyle dobrze, by mieć pewność, że jej nie zabije.

Gdyby   mógł   dokonać   tego   w   tajemnicy,   na   pewno   by   się   nie   zawahał,   ale   o   jej 

obecności na statku wiedziało zbyt wiele ludzi.

Niewątpliwie nadal będzie z niej drwił, zrobi wszystko, by ją poniżyć, ale zabić jej się 

nie odważy.

Woda już się prawie skończyła, gdy Raija dotarła do mężczyzny leżącego najbliżej rufy. 

Jako jeden z nielicznych zachował przytomność.

background image

- Nie jest ze mną tak źle - szepnął. Raija zorientowała się, że jest starszy, niż sądziła. 

Miał co najmniej pięćdziesiąt  lat. - Najbardziej  ucierpiały plecy - wyjaśnił z grymasem. - 

Wymierzono mi chłostę, ale tak szybko zemdlałem, że przestali mnie bić.

Raija zagryzła wargi na widok krzyżujących się długich ran, z których sączyła się ropa i 

krew.

- Za co? - spytała.

- Ośmieliłem się stanąć w obronie kapitana. Nie musiał mówić nic więcej.

- Zabili go? Wyjął korek z butelki.

- Kiedy mnie tu wtrącono, jeszcze żył - powiedział. - Wiem, że będzie bolało, ale nie 

zwracaj na to uwagi.

Drżał na całym ciele, kiedy Raija czyściła mu rany, ale z jego ust nie wydobył się nawet 

jęk. Raija nie pojmowała, jak można wytrzymać taki ból.

- Długi trening - odparł sucho, kiedy spytała.

W pomieszczeniu było zimno, ale ściągnęła z marynarza koszulę przesiąkniętą krwią, 

nie mogła pozwolić, by dotykała czystych bandaży.

Mężczyzna zmarszczył czoło i zacisnął wargi. W jego oczach pojawiły się łzy.

- Dlaczego to robisz? - spytał. - Czy jesteś aniołem?

- Nie, nie jestem aniołem - odparła. - Jestem ziemską istotą, ale chyba zostałam wybrana 

do tego, by pomagać innym. Posiadam coś, co sprawia, że muszę...

Pokręcił głową.

-   Wszystko   od   początku   nam   nie   wychodziło   -   westchnął.   -   Nie   powinniśmy   się 

porywać na naszych pracodawców. To był błąd... - Zamilkł. - Może by się udało, gdyby Wasilij 

pozostał naszym przywódcą, ale daliśmy się omamić temu draniowi, Walentinowi...

Raija nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- Dobrze, że uratowałaś chłopca - mówił dalej marynarz. - Miał umrzeć pierwszy. To 

syn Walentina.

background image

9

Wezwał Raiję na górę. Nie miała zamiaru pukać do drzwi, postanowiła o nic nie prosić 

tego człowieka.

Ale jego dwaj służalcy nie pytali jej o zdanie. Rzucili tylko krótkie polecenie. Raija 

wiedziała, że lepiej się nie sprzeciwiać, poza tym dali jej do zrozumienia, że gotowi są użyć 

pięści, gdy słowa nie poskutkują.

Strząsnęła z siebie ich ręce. Szła wyprostowana między dwoma osiłkami. W kubryku, 

gdzie leżeli ranni, zostawiła zapalone lampy. Nie zabrała noża. Strażnicy nie pytali jej, co z nim 

zrobiła.   W   razie   czego   zamierzała   powiedzieć,   że   o   nim   zapomniała,   że   po   prostu   nie 

pomyślała.

Możliwe, że jej uwierzą.

Zapewne Walentin nie da jej drugiego, ale to już połowa zwycięstwa.

- Naprawdę wygląda na to, że nie kłamałaś - rzekł, lekko pochylając się w jej stronę.

Czekał na nią na pokładzie. Raija domyślała się, dlaczego. „Antonię” ze wszystkich 

stron otaczało morze, z lewej burty stała „Raija”.

Mały frachtowiec zniknął, nie było go widać nawet na horyzoncie. Odpłynęła także 

łódka Wasilija.

Walentin chciał, by Raija wiedziała, że została z buntownikami sama, niczym na wyspie 

odciętej od świata.

- Aleś ty zakrwawiona i brudna - ciągnął. - Istne wcielenie ofiarności! Czy wystarczyło 

ci wody do dokonywania cudów? Przemieniłaś  ją w wino dla moich biednych rannych? - 

zapytał szyderczo.

Raija nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć.

Światło dzienne ją oślepiało i musiała się przytrzymać burty. Niedobrze jej się robiło od 

patrzenia w dół na wodę, ale wolała to, niż patrzeć na Walentina. Uśmiechał się do niej. Raija 

odniosła wrażenie, że w jego oczach czai się strach, ale niełatwo jej było w to wierzyć. Ten 

człowiek nie doznawał tego rodzaju uczuć, nie wierzyła, że mógłby się bać.

- Nie chcesz się dowiedzieć, co z twoim synem? Spojrzał na nią zaskoczony, niemal 

zakłopotany.

Potem roześmiał się serdecznie. Raiję ogarnęło obrzydzenie.

- Domyślam się, że uratowałaś tego słabeusza?

- Żyje - odparła twardo Raija. - Ale umrze, jeżeli nie dostanie jedzenia, opieki, ciepła, 

światła... Zabijesz go, jeżeli będziesz trzymał go tam na dole. Jego i wszystkich pozostałych.

background image

- Uważasz więc, że powinienem ich przenieść?

Skinęła głową. Nie uciekła wzrokiem, nie przestraszył jej. Nie bala się go. Raczej budził 

w niej złość, która przesłaniała strach, rodzący się w głębi duszy.

- Żona armatora zdobędzie piórko u kapelusza, jeśli uratuje biednych, wyzyskiwanych 

marynarzy?

- Tu chodzi o życie, do diabła! - wybuchnęła. - Czy dla ciebie to nic nie znaczy? Nie 

będzie ci łatwo się wymigać, jeżeli wyrzucisz na ląd tuzin zmarłych. Może nawet dwa tuziny. 

Ludzie bez trudu odgadną, kto odpowiada za ich śmierć. Zrozumieją, że winę ponosisz ty, nie 

kapitan.

- Podziwiam twoją odwagę, Bykowa! Raiji nie podobał się sposób, w jaki się do niej 

zwracał.

-   Nie   wolno   ci   tak   traktować   rannych!   Możesz   uratować   ich   od   śmierci,   jeżeli 

przeniesiesz ich na górę. Nawet chłopak prawdopodobnie przeżyje...

- Mój syn? - spytał drwiąco.

- Jak możesz? - spytała cicho. Nie przez delikatność. Rozumiała, że nie należy o tym 

mówić zbyt głośno. Nic nie zyska, otwarcie upokarzając Walentina w obecności marynarzy, 

którzy pozostali mu wierni. Coś jej mówiło, że Walentin prowadzi dokładny rachunek razów, 

które otrzymał, i że stara się za nie odpłacić.

- Może mieć tuzin innych ojców - odparł lekko. - Dlaczego miałbym wierzyć jakiejś 

latawicy?

Był wyjątkowo nieczuły.

Jak można się wypierać własnego dziecka?

Pomyślała o Michaile i pożałowała, że zaangażowała się w coś takiego. To szaleństwo!

Kto wie, ile ją jeszcze czeka bólu.

Ujrzała przed oczyma twarz synka i po raz pierwszy, odkąd weszła na pokład „Antonii”, 

odczuła lęk, że nie wróci.

Że już nie zobaczy Michaiła.

- Myślisz, że Oleg z Wasilijem zjawią się tu lada chwila? - spytał Walentin, starając się 

wzbudzić w Raiji niepewność. - Może właściciele statków zdecydują się jednak spełnić nasze 

żądania - mówił dalej, oparłszy łokcie na krawędzi burty.

Sprawiał wrażenie znudzonego. Słaby wiatr odgarnął mu grzywkę do tyłu. Walentin 

miał wyższe czoło niż Wasilij. Raija bez wysiłku dostrzegała takie szczegóły. Mimo woli.

- Czy mogę się gdzieś umyć? - spytała. Nie zamierzała go o nic prosić, w każdym razie 

o nic ważnego. Jednak chciała się jakoś doprowadzić do porządku.

background image

- Dlaczego Wasilij nie wszedł na pokład? - spytał nieoczekiwanie Walentin.

Odwrócił się i stanął na wprost Raiji. Przebiegał po niej leniwym wzrokiem. Za każdym 

razem, kiedy zadawał sobie trud, by na nią spojrzeć, rozbierał ją oczami. Raija pomyślała, że 

pewnie patrzy w ten sposób na wszystkie kobiety. Nie stanowiła wyjątku...

Wzruszyła ramionami.

- Spytaj go sam, kiedy następnym razem go zobaczysz - rzekła obojętnie.

- Teraz pytam ciebie! - zagrzmiał, chwytając ją za przedramię. Jego dłonie okazały się 

silne, mimo że sprawiały wrażenie delikatniejszych niż ręce innych mężczyzn, których znała. 

Jego   oczy  ciskały   błyskawice.   -   Nie   lubię,   gdy  stroi   się   ze   mnie  żarty!   Myślę,   że  wiesz, 

dlaczego Wasilij odpłynął z Jurkowem, choć mógł do nas wrócić. Co prawda nie zostałby przy-

wódcą, bo tylko dla jednego jest miejsce... - Walentin roześmiał się ochryple: - ... ale mógłby 

wrócić na pokład. Dałem mu tę szansę. A może razem z Olegiem Jurkowem coś knują? Czy 

jesteś częścią ich planu? Po co, u diabła, się tu zjawiłaś, Bykowa?

- Sądzę, że twój kuzyn Wasilij po prostu nie ufał ci do tego stopnia, by wrócić - rzekła 

zrezygnowana. - Mnie także nie ufał na tyle, by zwierzać się ze swych tajemnic.

- Ale opowiadał ci o mnie? Raija westchnęła.

- Powiedział tylko, że na pewno ty przejąłeś przywództwo i że jesteście kuzynami. Nie 

miałam przyjemności  poznać  historii  twego życia  ani  dzięki  Wasilijowi,  ani  dzięki  komuś 

innemu.

- A chłopak? Skąd wiesz, że jest moim synem?

- Jeden z rannych mi o tym powiedział - odparła Raija lodowato. - Uważał pewnie, że 

powinnam wiedzieć, jak bardzo jesteś miły. Czy dostanę trochę wody, żeby się umyć?

- Jesteś wymagająca - rzekł zamyślony. - Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli nie zostaniesz 

na pokładzie. To zbyt otwarta przestrzeń jak dla ciebie, a nie chciałbym, by zamąciło ci się w 

głowie.

- Jestem potrzebna rannym. Zachichotał.

-   A   więc   chcesz   wrócić   na   dół?   Do   tych   ciemności?   -   Pokręcił   głową   z 

niedowierzaniem. - Zupełnie nie mogę cię rozgryźć! Albo naprawdę mówisz to, co myślisz, w 

takim razie chyba całkiem rozum postradałaś, albo też zostając tu masz więcej do wygrania, niż 

gdybyś   wróciła   do   domu.   Uważam,   że   prowadzisz   jakąś   potwornie   skomplikowaną   grę, 

Bykowa. - Spojrzał na Raiję wyzywająco, uśmiechnął się szeroko i wyrzucił ramiona na boki. - 

Mamy   przecież   wszystko:   oba   statki,   ciebie,   trzymamy   w   ręku   wszystkie   karty.   Czegóż 

moglibyśmy się obawiać? Dlaczego mielibyśmy przegrać?

- Dlatego, że nie działacie w jednej grupie i brak między wami zgody - odparła.

background image

- Podejrzewam, że kryje się za tym Wasilij - mruknął, zaciskając pięści. - To na pewno 

sprawka Wasilija, jakbym widział jego cień, słyszał jego drwiący śmiech. Ale tym razem ten 

żółtodziób nie zdoła mi przeszkodzić... - Popatrzył badawczo na Raiję. - Jakim cudem zdołał 

cię nakłonić, byś się zgodziła? W jaki sposób zmusił cię, byś zaryzykowała? Czy liczył na to, że 

cię nie tknę? - Potrząsnął głową i złowrogo się roześmiał. - Musiał przecież wiedzieć, że nie 

obchodzi mnie, kim jest twój mąż. Nie wiadomo, jak długo będziesz tu potrzebna. Może się 

zdarzyć, że będę wolał cię poświęcić.

Raija słuchała, nie odzywając się.

- Nie boisz się? - spytał. Nie odpowiedziała.

Jej strach jest jej sprawą.

Nagle odwrócił się, wściekły i oburzony. Zawołał swoich ludzi. Zjawili się obaj. Śledzili 

każde drgnienie na jego twarzy. Raija domyśliła się, że znają go od dawna. Wyglądało na to, że 

wiedzą, czego się mogą po nim spodziewać.

To strach ich przy nim trzymał. I być może wiara, że Walentin rzeczywiście jest w 

stanie zapewnić im lepsze życie.

- Zabrać ją! - zarządził. - Zaprowadźcie ją do mojej kajuty! Zamknijcie na klucz. I 

dajcie jej wodę, caryca musi się umyć!

Raija poszła z mężczyznami. Nie zadała sobie trudu, by się do nich odezwać. Pewnie 

zresztą nie mieli ochoty na rozmowę.

Wyglądali całkiem zwyczajnie, choć wydawali się silniejsi od innych i z pewnością nie 

baliby się rzucić do walki z gołymi pięściami. Właśnie takich ludzi potrzebował Walentin. 

Najwidoczniej wiedział, jakie przyjaźnie opłaca się pielęgnować. Piękna przyjaźń...

Nikogo nie traktował jak równego sobie, uważał siebie za kogoś lepszego. A w takiej 

sytuacji trudno o odpowiedni grunt dla przyjaźni.

Zamknęli Raiję w kajucie. Wkrótce potem jeden z nich wrócił, niosąc miskę ciepłej 

wody.

Raija podziękowała, a wtedy mężczyzna obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem.

-   Nazywają  to  uprzejmością   -   wyjaśniła   -   lub  powszechnym  zwyczajem.  Na   jedno 

wychodzi. U większości ludzi to całkiem naturalny odruch.

Raija miała pewność, że chłopak przekaże jej słowa dalej, ale pewnie tylko rozbawi tym 

Walentina, który nie przejmował się opiniami innych na swój temat.

Pobieżne ochlapanie się wodą nie pomogło wiele. Po takim myciu Raiji nie wpuszczono 

by do salonów w Archangielsku.  Ba,  wątpiła też,  czy mogłaby wejść do własnego domu. 

Zdarzało się, że czasami i ona bardziej zwracała uwagę na wygląd zewnętrzny człowieka niż na 

background image

to, co tkwiło w jego wnętrzu.

Przynajmniej ręce udało jej się obmyć z krwi i odświeżyć twarz. Ściągnęła też bluzkę, 

wypłukała ją w słonej wodzie, po czym przewiesiła przez krawędź koi Walentina. Niech sobie 

drań nie myśli, że się krępuje!

Cienką kurtkę, którą włożyła na koszulę, zapięła aż pod szyję.

Następnie rozejrzała się po kajucie.

Na   jednej   ze   ścian,   nad   stołem   przymocowanym   do   podłogi,   wisiała   ikona.   Raija 

pomyślała,   że   to   tutaj   zwykle   siadywał   kapitan,   kiedy   prowadził   zapiski   w   dzienniku 

pokładowym, że patrzył na obraz Madonny i myślał o tych, których zostawił w domu.

Zastanawiała się, co się z nim stało. Jeżeli go nie zabito, to musi przebywać gdzieś w 

zamknięciu. Tylko gdzie?

Raija dziwiła się, że Walentin dał jej tak dużo czasu na umycie się i doprowadzenie do 

porządku. Podejrzewała, że wróci szybko, by zaskoczyć ją bez ubrania. Że będzie to początek 

upokorzeń.

Upłynęło   jednak   sporo   czasu,   zanim   się   pojawił.   Raija   zaczynała   być   głodna. 

Postanowiła zajrzeć do szafek. Nie uważała tego za występek. Przecież nie Walentina okradam, 

pomyślała, stojąc z garścią pełną owoców kandyzowanych i napychając nimi usta.

Minęła już prawie doba, odkąd ostatnio jadła. Do tej pory nie myślała o jedzeniu, nie 

czuła głodu, zajmując się rannymi.

Wtedy była zła, a złość tłumiła inne doznania. I jeszcze ta siła - której nie rozumiała, 

lecz za którą była wdzięczna... - ona również odsunęła na bok potrzeby Raiji.

Okradała ją z jej własnej energii, ale dzięki temu pozwalała uczynić coś dla innych.

Raija nie znalazła słodkiej wody, by zrobić herbatę w samowarze. Uznała, że na likier 

kapitana   raczej   się   nie   skusi.   Ponieważ   niewiele   jadła,   tak   silny   trunek   w   jednej   chwili 

powaliłby ją z nóg.

Wrócił Walentin i przyniósł na wpół ciepłą zupę ugotowaną na rybie i kaszy.

Postawił miskę na stole i zachęcił Raiję do jedzenia, nie podając jej jednak łyżki.

Raija bez mrugnięcia okiem wypiła zupę prosto z naczynia. Niech sobie nie myśli, że 

jest tak wymagająca, w domu nad Dwiną też nie miała srebrnej zastawy.

- Jak udaje ci się zmusić tych mężczyzn do czekania w takim spokoju? - spytała.

Zauważyła, że Walentin jest podenerwowany, że nie potrafi usiedzieć dłużej na miejscu, 

a jego wzrok nieustannie czegoś szuka.

Ale nie spytała, jak on to wytrzymuje.

- Śpiewają - rzekł beztrosko. - Mógłbym nakazać im łatanie lub sprzątanie statku, ale nie 

background image

jest mój. Nie chcę, by robili to dla twojego męża i Jurkowa, gdyby przypadkiem statki miały 

trafić z powrotem w ich ręce. Marynarze nie robią nic - mówił dalej po chwili milczenia, 

przyglądając się swoim dłoniom. - Nie tak często mają ku temu okazję. A kiedy sytuacja staje 

się naprawdę trudna, częstuję ich wódką. Zwykle muszą zadowolić się kwasem.

Raija uśmiechnęła się. Kwas chlebowy był niemal napojem narodowym tu w okolicach 

Archangielska. Nawet biedaków stać było na żyto, jęczmień, owies i trochę przypraw. A woda 

nic nie kosztuje.

Robiono z tego napój na tyle słaby, że nikt się nim nie upijał, a z dodatkiem mięty lub 

innych ziół o mocnym aromacie mógł nawet orzeźwiać i smakować.

- Czego dokładnie żądacie? - spytała Raija. Siedziała przy stole, Walentin zaś dreptał 

niespokojnie wkoło.

- Nie wiesz? - spytał. Najwyraźniej nie wierzył jej. Potrząsnęła głową.

- Lepszych statków. Lepszych warunków na pokładzie - wymienił jednym tchem, nie 

patrząc na Raiję. - Lepszych zarobków, lepszego jedzenia. Umowy na więcej niż jeden rejs. 

Prawa   do   wykupienia   naszych   domów,   które   teraz   są   własnością   armatorów.   Umorzenia 

długów. Gwarancji, że żaden z marynarzy nie zostanie ukarany za udział w buncie.

- Nikt nie pozwoli, by zabójstwo kapitana uszło wam bezkarnie - zauważyła Raija.

Wzruszył   ramionami,   tak   jakby   zamordowanie   człowieka   nie   miało   większego 

znaczenia.

- To wszystkie nasze żądania - rzekł. - Nie dotyczą one wyłącznie załóg na „Antonii” i 

„Raiji”, lecz także pozostałych statków w Archangielsku.

Teraz dopiero spojrzał na Raiję. Na jego twarzy malowało się zadowolenie i upór.

- Co ci z tego przyjdzie? - spytała Raija. - Wiesz dobrze, że pozostali właściciele się nie 

zgodzą na takie warunki.

- Ile razy w Archangielsku dochodziło do buntów? - odpowiedział pytaniem. - Ilu ludzi 

im przewodziło? Wreszcie musi się udać coś zmienić.

- To nie jest jedyny powód - Raija nie wierzyła mu, ale Walentin nie chciał wyjawić 

więcej. Starannie dobierał słowa.

-  Być  może  - odpowiedział.   - Może nie jedyny,  ale   jedyny,  który mogę  ci  podać. 

Dzisiaj...

- Gdybyście częściowo ustąpili, gdybyście ograniczyli wasze żądania tylko do statków 

Olega i Jewgienija, moglibyście ocalić swą skórę...

- Kto mówi o ocaleniu skóry? - spytał z nagłą złością. - Nie posądzaj nas o tchórzostwo. 

Prowadzimy wojnę. Nie jesteśmy już marynarzami, lecz żołnierzami.

background image

Nie chciała przyjąć tego do wiadomości.

- Czy sam w to wierzysz? - spytała cicho.

Wydawało się, że jej smutek go nie poruszył, a raczej wprawił w jeszcze większą złość.

- Nie powiedziałbym tego, gdybym w to nie wierzył! Raija zauważyła, że Walentin jest 

wyższy od Wasilija, niewiele, parę centymetrów. Jest starszy i większy...

Domyśliła się, że stosunki między kuzynami nie układały się dobrze. Domyśliła się, że 

w   rywalizacji   ze   swym   stryjecznym   bratem   Wasilij   przeważnie   lepiej   wypadał,   i   to   pod 

wieloma względami.

To w pewien sposób tłumaczyło dystans między nimi. To wyjaśniało, dlaczego Wasilij 

tak niewiele mówił o Walentinie, i uzasadniało wrogość, którą Walentin odczuwał w stosunku 

do Wasilija.

Raiję ogarnął lęk, kiedy zrozumiała, że owa rywalizacja ujawniła się również teraz, w 

czasie buntu, w sprawie znacznie poważniejszej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Czy załoga podziela twoje zdanie? - spytała ostrożnie. - Czy ci ludzie są zadowoleni, 

że z marynarzy stali się żołnierzami? Czy są gotowi chwycić za broń? Czy też o wszystkim 

decydują tylko generałowie...?

- Kobiety powinny trzymać język za zębami - odparł wyraźnie zirytowany.

Uważał, że zadaje za wiele pytań. Ta kobieta zbijała go z tropu, a on nie lubił tracić 

wątku, bo zbyt wiele czasu zabierał mu powrót do punktu wyjścia. Należał do tych, których 

łatwo było zapędzić w ślepy zaułek. Często mu to mówiono.

Nie lubił myśleć o kilku sprawach naraz.

- Twój kuzyn twierdził tak samo - zauważyła sucho Raija. - Widać, że otrzymaliście 

podobne wychowanie. Lecz Wasilij przynajmniej znał umiar i wiedział, że nie powinien prosić 

o zbyt wiele...

- Wasilija wyrzucono z pokładu, ponieważ okazał się zbyt słaby! - zagrzmiał Walentin. 

Usiadł na krześle po drugiej stronie stołu. - Wasilij nie jest wystarczająco silny, by pokierować 

buntem. Zabrakło mu odwagi, by wysunąć śmiałe żądania. Widzę, że zrobiliśmy słusznie, każąc 

mu   się   wynosić.   Pobiegł   prosto   do   Jurkowa,   prawda?   Stanął   po   jego   stronie?   Nie   chciał 

przecież wrócić...

- Sam pozwoliłeś mu odejść - rzekła Raija zamyślona, szukając wzroku Walentina. 

Udało jej się pochwycić jego spojrzenie, ale na krótko. Nie chciał na nią patrzeć, nie chciał jej 

słuchać. - Nikt mu nie groził...

Walentin nie odpowiedział.

-   Pozwoliłeś   mu   odejść   -   powtórzyła   Raija.   -   Pozwoliłeś   mu   zrezygnować.   W 

background image

przeciwnym razie Wasilij leżałby teraz w kubryku razem z innymi. Niezależnie od tego, co do 

niego czujesz, pozwoliłeś mu odejść. Myślę, że nawet w tobie jest coś dobrego, gdzieś na dnie...

- Wtedy jeszcze tu nie rządziłem! - rzekł ochrypłym głosem. - To się stało, zanim 

miałem cokolwiek do powiedzenia. Kapitan był co najmniej równie miękki jak Wasilij. Na 

początku działaliśmy według planu Wasilija. Nie wiedział, że potem dokonaliśmy pewnych 

poprawek. Gdybyśmy nie wykluczyli mojego poczciwego kuzyna, niczego nie udałoby się nam 

osiągnąć. - Spojrzał na Raiję. - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, Bykowa. Nie myśl sobie, że 

znajdziesz we mnie choćby ślad łagodności. Nie myśl sobie, że darzę Wasilija serdecznymi 

uczuciami. Jest moim krewnym. Krew z mojej krwi. Ale ani jemu, ani mnie jak dotąd nie 

sprawiało  to szczególnej  radości.   Nawet  nie kiwnąłem  palcem,  by  go chronić. To  zasługa 

kapitana, że cało uszedł z „Antonii”, to kapitanowi Jurków może podziękować za życie swego 

chłopca na posyłki. Nie mnie. Gdybym ja decydował, Wasilij pływałby teraz jako karma dla 

krabów.

Używał zbyt wielu słów i zbyt wiele czasu na usprawiedliwienie swego postępowania. 

Raija nie mogła uwierzyć w jego szczerość.

Pomimo nienawiści, którą otwarcie żywił wobec Wasilija, kierowało nim coś jeszcze, 

coś, co powstrzymało go od pozbawienia kuzyna życia.

- Tamci zostali więc ranni później? - spytała Raija ostrożnie.

- Jak na zakładnika jesteś odrobinę zbyt ciekawa.

- Przybyłam tu dobrowolnie - odparła z dumą. - Nie jestem zakładnikiem.

- Tak czy owak podziwiam twoją odwagę - uśmiechnął się, ale w jego wzroku Raija 

dostrzegła pogardę. - Nieważne, skąd się bierze. Stać mnie na ów podziw, dopóki w niczym mi 

nie przeszkadzasz.

Wyjął tytoń i napełnił fajkę. Raija pomyślała, że to także pożyczka od kapitana.

Marynarze   nałogowo   palili   nieforemne   skręty,   ale   Walentin,   jak   widać,   bez   trudu 

przejmował nowe, bardziej wyrafinowane przyzwyczajenia.

-   Ci   na   dole   zostali   ranni   później   -   przyznał   wreszcie   między   dwoma   głębokimi 

pociągnięciami. - Zwrócili się przeciw mnie i stanęli po stronie kapitana. Chcieli jak Wasilij 

pójść   na   ustępstwa.   Nawet   kapitan   zaczął   później   mieć   wątpliwości.   Rozumiesz,   że   taki 

człowiek nie mógł nami przewodzić. Wystarczy Wasilijowi spojrzeć w oczy, by się przekonać, 

że nie jest urodzonym przywódcą. Ani też ten żałosny kapitan. To mnie większość marynarzy 

wybrała na przywódcę. Nie mogliśmy pozwolić, by powstrzymała nas garstka ludzi.

- Ale mogliście pozwolić im odejść - zauważyła Raija. - Jak Wasilijowi. - W tej samej 

chwili jednak uświadomiła sobie, że to byłoby niemożliwe. - No tak, nie mogliście... Jeden 

background image

mógłby odejść, ale nie wszyscy, którzy leżą teraz pod pokładem.

Takie   ustępstwo   mogłoby   zostać   uznane   za   słabość.   Nawet   Raija   to   rozumiała.   A 

Walentin   został   obrany   przywódcą   właśnie   dlatego,   że   uważano   go   za   człowieka 

bezwzględnego. Marynarze bali się go, a dopóki tak było, dopóty miał ich w garści.

Raija pomyślała, że może mu się udać.

-  Przynajmniej   chłopcu  mogłeś   pozwolić   odejść  -  rzekła   po  dłuższej   chwili.  -   Syn 

Walentina był ciężko ranny i chociaż krwotok ustał, Raija nie miała pewności, czy wyżyje. - 

Ludzie będą się starali zrozumieć, będą się zastanawiali, dlaczego znalazł się na statku, przez 

kogo został zraniony, kim są jego rodzice... Wszystko trzeba będzie wytłumaczyć.

- Nigdy nie twierdziłem, że to mój chłopak - odparł twardo i opryskliwie. - Jego matka 

szła z każdym, kto wcisnął jej do ręki jakiś grosz. Mówią, że jest do mnie podobny. I co z tego? 

Mam pięciu braci. Ojcem może być każdy z nich. Mógł też nim być Walerij lub ten dwulicowy 

Wasilij...

Raija obliczyła, że Wasilij musiałby w takim razie zostać ojcem, mając trzynaście lat, 

ale nie wyraziła na głos swych wątpliwości.

- Nawet gdyby chłopak był moim synem... gdyby...

to nie potraktowałbym go inaczej niż pozostałych, którzy zwrócili się przeciwko mnie. 

Nie znałbym litości. Zdrajcy nie mogą się spodziewać łagodnego potraktowania, skoro ruszyli 

na mnie z nożami. Wiedzieli, czym to się może skończyć. I tak mieli szczęście, że nie stracili 

życia.

Mówił to z takim przekonaniem, że Raija wątpiła, by zmienił zdanie w ciągu tych kilku 

dni, które jeszcze pozostały na układy z właścicielami statków.

Czuła, że uparcie będzie trwał przy swoim.

- Możesz do nich zajrzeć - rzekł z drwiącym uśmiechem.

Nie wierzył, że Raija naprawdę chce pomóc rannym.

Nie rozumiał, że można być tak ofiarnym, że można odsunąć na dalszy plan swe własne 

życie i bezpieczeństwo dla ratowania ludzi, których nawet się nie zna.

Był nieufny w stosunku do Raiji, czujnie ją obserwował. Pragnął ją przyłapać na jakimś 

błędzie.

Ale Raija dobrze grała swą rolę. Podziwiał ją za to tak samo, jak podziwiał jej odwagę. 

Była co prawda kobietą, ale uważał ją za godnego przeciwnika.

- Przeniosłem ich z kubryka - zauważył mimochodem. - I zająłem się nożem, który 

zostawiłaś. Wygląda na to, że nie jest ci już potrzebny...

Raija zagryzła zęby.

background image

- Rzeczywiście chciałabym do nich zajrzeć. Cieszę się, że ich przeniosłeś z tej nory.

- Sprawianie innym radości to dla mnie zawsze radość - odparł z jadowitym uśmiechem.

Nadal panował nad sytuacją.

background image

10

Czuli się lepiej, choć jeszcze dużo czasu miało upłynąć, nim całkiem dojdą do siebie. 

Raija nie spodziewała się cudów.

Mimo to odniosła wrażenie, że cud się jednak stał.

Ranni wyjaśnili jej, że pomieszczenie, do którego ich przeniesiono, wcześniej zajmował 

sternik. Wydawało się dużo mniejsze niż kajuta kapitana, ale znajdowało się w wyższej części 

statku, bliżej pokładu. Było suche - stęchła wilgoć nie zajęła ścian i podłogi. Co prawda nie 

dostali więcej miejsca, ale odczuli poprawę.

Leżeli na suchej podłodze, nie wdychali zgniłego, niezdrowego powietrza. Słyszeli ruch 

na pokładzie. Mieli dosyć oleju, by utrzymać płomień w lampach.

To naprawdę było niczym cud.

Przyjęli Raiję jak królową, niemal jak boginię, ponieważ to jej przypisywali poprawę 

swego położenia.

Nie pokazywali po sobie cierpienia. Nie mogli. Nie chcieli, by strażnicy usłyszeli, że się 

skarżą. To oznaczałoby za nisko upaść.

Co prawda potraktowano ich nieludzko, ale nie utracili do reszty dumy. Uświadomili to 

sobie, kiedy ta kobieta zeszła do nich na dół do mrocznego kubryka. Odczuli to, kiedy położyła 

ręce na ich ranach i użyczyła im swego ciepła, ciepła, które być może nie należało do niej.

Uczyniła coś więcej poza tym, że wydostała ich z ciemnej i wilgotnej nory, poza tym, że 

opatrzyła rany i uratowała życie.

Przywróciła im dumę.

Wdzięczność rannych cieszyła Raiję, ale ona nie przypisywała sobie zbyt wiele zasług. 

A do rozwiązania sprawy było jeszcze daleko.

Nie wiedziała już, po czyjej stoi stronie.

Na lądzie wydawało się to takie proste.

Teraz czuła, że w tej grze nie tylko jedna strona może przegrać. Przegrana może stać się 

udziałem wszystkich. Raiję przerażała taka ewentualność.

- Chłopak jest nadal bardzo słaby - odezwał się starszy człowiek. - Na imię mu Piotr, ale 

Piotrem Wielkim to on nie jest - zauważył.

Raija spojrzała na chłopca. Tu na górze, gdzie docierało więcej światła, wydawał się 

jeszcze młodszy. Bandaż na ranie w boku nasiąknął krwią.

Raija nie zmieniła opatrunku, jedynie mocniej zawiązała bandaże. Czuła, że każdy jej 

ruch śledzi wiele par oczu.

background image

Piotr,   syn   Walentina,   nie   odzyskał   przytomności,   ale   najwyraźniej   jego   stan   się 

poprawił.

- Ile ma lat? - spytała, otulając poszarpaną koszulą chude, blade ciało.

- Czternaście? - zgadywał jeden z rannych. Popatrzył pytająco po twarzach marynarzy, a 

oni uznali, że może mieć rację.

Wcześniej w mrocznym kubryku, Raija oceniła chłopaka na szesnaście - siedemnaście 

lat.

Z pewnością nie miał jednak więcej jak czternaście. Był wątły i bardzo chudy. Jego 

dłonie   świadczyły   o   tym,   że   ciężka   praca   to   dla   niego   nie   pierwszyzna.   Szorstkie   stopy 

wskazywały   na   to,   że   nie   należał   do   tych,   którzy   chodzili   w   butach.   Twarz   miał   niemal 

dziecinną, włosy nieco za długie. Raija rozpoznała rysy Walentina. Będzie przystojny, jeżeli 

przeżyje.   Ciężka   praca   zaznaczy   bruzdy   na   chłopięcej   twarzy   Piotra.   Ciężka   praca   go 

ukształtuje. Zmieni w mężczyznę.

Serce Raiji krwawiło z powodu tego dziecka, które zbyt wcześnie stało się dorosłe. 

Omal nie straciło życia w walce, która być może miała poprawić jego los, ale powinna się 

rozegrać między dorosłymi.

Jak można zadać dziecku takie rany?

- Sam Walentin go ugodził - odezwał się starszy marynarz imieniem Kazimir.

Raija nie chciała tego słuchać, nie chciała przyjąć do wiadomości.

Ale nie mogła uciec od prawdy.

- Chciał poświęcić chłopaka - stwierdził ktoś inny.

- Kapitan zdecydował się w końcu przyjąć propozycję Jurkowa. Uznał, że tak mimo 

wszystko będzie najlepiej, że nic nie zyskamy, trwając w uporze, wysuwając coraz więcej 

żądań...

- To dlaczego nie słuchaliście Wasilija? - spytała Raija. - Dlaczego wszyscy zgodnie 

wystąpili przeciw niemu, a potem wyrzucili za burtę...? Wasilij nie przeciągałby sporu jak 

Walentin.

Wymienili spojrzenia. Nie czuli się bohaterami. Byli ranni i bali się.

- Nawet  kapitan  nie  chciał,  by Wasilij   został  na  statku  -  mruknął  któryś  na  swoje 

usprawiedliwienie.

Raija   przyjrzała   się   twarzom   marynarzy.   Zobaczyła,   że   są   zarośnięte,   brudne   i 

zmęczone. Pomyślała, że ci ludzie nie pamiętali już dokładnie, jaki był przebieg wydarzeń. 

Uwięzieni   w   ciasnym,   mrocznym   kubryku   długo   rozmyślali   i   rozmawiali   ze   sobą.   Wspo-

mnienia jednego z nich stawały się wspomnieniami innych. Połączyły się w całość. Żaden już 

background image

nie pamiętał, co widział czy słyszał, myślał albo czuł.

Ich przeżycia stanowiły jeden wielki splot.

Nie kłamali.

Raija jednak nie mogła być pewna, co wydarzyło się naprawdę, a co stanowiło tylko ich 

życzenia.

- Kapitan nie ufał Wasilijowi - wyjaśnił ktoś.

Spytała, dlaczego.

Odpowiedzieli,   że   Wasilij   pragnął   zdobyć   również   zaufanie   właścicieli   statków,   że 

chciał   sam   prowadzić   negocjacje.   Kapitan   podejrzewał,   że   Wasilij   działa   dla   obu   stron 

równocześnie.

Raija zastanawiała się, czy kapitan sam to wymyślił, czy ktoś pomógł mu to ubrać w 

słowa. Czy to przypadkiem Walentin nie szeptał mu przez ramię.

- Wasilij pragnął waszego dobra - rzekła Raija ciężko.

- Kobiety mają do niego słabość - mruknął Kazimir. Raija chciała się roześmiać, ale nie 

było tu miejsca na śmiech.

- Może my, kobiety, szukamy w mężczyznach czegoś, co kryje się głębiej? - spytała z 

wyzwaniem w głosie. - Może w przeciwieństwie do was staramy się doszukać w człowieku 

prawdziwych wartości?

Nie odpowiedzieli. Nie rozumieli motywów jej postępowania i starali się znaleźć jakieś 

wytłumaczenie. Naturalnie najprościej było uznać, że pozwoliła się zauroczyć Wasilijowi.

Nie starali się dociec, czemu tak naprawdę ich krytykuje. Nie słuchali, co miała do 

powiedzenia, bo jej słowa mogły okazać się trudne do przyjęcia.

Jeśli nawet stała po ich stronie, to nie w taki sposób, jakby tego chcieli. Nie powinna 

przyglądać im się tak dokładnie i wytykać im słabości. Nie powinna dostrzegać, że i oni nie są 

bez wad.

Łatwiej   było   uznać,   że   Raija,   tak   jak   wiele   kobiet   przed   nią,   dała   się   oczarować 

Wasilijowi i dlatego bezgranicznie mu wierzyła. Stała może kilka szczebli wyżej niż oni, ale 

miała męża bez ręki. A Wasilij miał obie ręce.

- Nie mamy zaufania do Wasilija - westchnął Kazimir. - Cała rodzina jest podejrzana! 

Nikt ich nie przegada i są sprytni.

- Na wszystkim potrafią zarobić! - dodał ktoś inny.

- A czy my też tak nie postępujemy? - spytała cicho Raija.

Wiedziała, że i ona nie jest całkiem bezinteresowna. Wszyscy ludzie od czasu do czasu 

pozwalają sobie na drobne nieuczciwości, choć z ręką na sercu gotowi są powiedzieć, że nigdy 

background image

nie oszukiwali, nie kradli, nie kłamali lub nie zbłądzili w taki czy inny sposób.

- Wasilij może by nas trochę lepiej traktował niż Walentin! Ale kto, u diabła, mógł 

wiedzieć, że Walentin zamierza przejąć władzę? Kto mógł podejrzewać, że tylko czekał, żeby 

obalić kapitana? Kto mógł przypuszczać, że rozpocznie własną walkę? - rzucił Kazimir ponuro. 

- Wszyscy w tej rodzinie są sprytni i nikt ich nie przegada - powtórzył, jakby to tłumaczyło całą 

sytuację.

Może właśnie to był właściwy argument.

Bunt nie wybuchłby bez Wasilija.

Bez Walentina nie udałoby się opanować statków.

Niektórzy przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy poczuli smak stali na swym ciele. 

Szkoda, że aż tyle było trzeba, żeby zrozumieć.

- Nie mamy żadnych szans, prawda? - spytali ją. Co miała odpowiedzieć?

- To zależy od Walentina - rzekła tylko. - Nie możemy chyba nic zrobić...

- My nie - odparł Kazimir i spojrzał Raiji prosto w oczy. - Ale może ty. Gdyby nie ty, 

Piotr już by nie żył. Umieralibyśmy jeden po drugim w tej norze pod pokładem. Walentin wcale 

by się tym nie przejął, kazałby jedynie komuś do nas zaglądać co drugi dzień i wynosić zwłoki.

- Walentin mnie nie słucha - rzekła Raija.

- Jesteś piękną kobietą. Naprawdę tak uważali. Brali pod uwagę wszystko, co się z tym 

wiązało. Chodziło przecież o ich życie, rozważali różne możliwości.

Raija smutno potrząsnęła głową.

-   Nie   mogę   nic   kupić   ani   sprzedać.   Walentin   traktuje   mnie   jak   zakładnika,   a   z 

zakładnikami się nie handluje. Muszę ufać, że Olegowi wspólnie z Wasilijem uda się coś 

wymyślić. To moja szansa. I wasza.

- Walentin się ciebie boi.

- To niedobrze - westchnęła Raija. - Walentin jest człowiekiem, który nie lubi się bać. 

Niszczy wszystko, co budzi w nim lęk.

- Nie wiedziałaś o tym? - padło pytanie.

- Nie - odparła. Siedziała między nimi w grubej, czarnej spódnicy, która w kubryku 

przesiąknęła wilgocią i teraz była mokra i dwa razy cięższa.

Raija zapomniała zabrać bluzki z kajuty, a ciemna wełniana kurtka zapięta pod szyję 

trochę kłuła przez cienką koszulę. Najważniejsze jednak, że wyglądała przyzwoicie.

Czuła, że część włosów wysunęła się jej z węzła upiętego na karku, jednak ich nie 

poprawiała. Niezależnie od tego, jak by się starała, zawsze kilka kosmyków wymykało się 

niepostrzeżenie. Teraz taka fryzura w nieładzie dodawała Raiji łagodności, która koiła trochę 

background image

gorycz rannych marynarzy.

Stracili już nadzieję.

Właściwie  nie  wierzyli,  że  uda  im  się  wyjść cało,  przez  jakiś  czas  było  im nawet 

obojętne, czy przeżyją, czy zginą w wilgotnym, ciemnym kubryku.

Wtedy zjawiła się ona. Kobieta w czarnej pelerynie. Kobieta z „Sankt Nikołaja”.

I wraz z jej przybyciem nastąpiły zmiany. Zmiany na lepsze.

Nie śmieli w to wierzyć. Wydawało im się, że to tylko marzenia. A przecież dawno 

przestali marzyć. Marzyć to tak, jakby obserwować płynące po niebie obłoki. Marzenia tak 

łatwo pryskają...

- Mimo wszystko masz więcej szans na przeżycie niż my - odezwał się jeden z rannych. 

Inni zgodnie przytaknęli.

- Nie zamierzam was zdradzić! - zapewniła Raija. Siedziała pośrodku tych ludzi, czuła, 

że należy do nich, mimo że od rannych marynarzy dzieliła ją ogromna przepaść.

Roześmiali się cicho, bez drwiny. Wierzyli jej na swój sposób.

Jednak zdążyli się przyzwyczaić do obietnic. Słyszeli ich tysiące. Wypowiedzianych z 

największą lekkością i z największą w świecie oczywistością przez ludzi, którzy mogli coś 

obiecywać, a potem zapominać, gdy im się podobało.

Raija   również   należała   do   tych,   których   składanie   obietnic   nic   nie   kosztowało.   Z 

pewnością wierzyła nawet w to, co mówi. Teraz.

Jednak   mógł   nadejść   taki   moment,   w   którym   za   zrealizowanie   tych   obietnic   Raija 

będzie musiała zapłacić. Mężczyźni w brudnych i zakrwawionych ubraniach, z bandażami, 

które sama nałożyła, o spracowanych rękach i zębach brązowych od tabaki, nie wierzyli, by 

Raija chciała to zrobić.

Sądzili, że podobnie jak wszyscy inni zechce w pierwszej kolejności ratować własną 

skórę.

Różnica   polegała   na   tym,   że   jej   byli   skłonni   wybaczyć,   ponieważ   mimo   wszystko 

uczyniła dla nich więcej niż ktokolwiek inny.

Spędzili   długie   godziny   za   zamkniętymi   drzwiami,   w   ciasnocie.   Dostawali   wodę   i 

trochę chleba, które bez słowa wstawiano do pomieszczenia.

Nic ciepłego. Nic bardziej pożywnego niż suchy chleb. Ani odrobiny masła.

Raija nie wiedziała, co dostawali do jedzenia marynarze przebywający na pokładzie, 

dlatego   nie   chciała   się   skarżyć.   Starała   się   dzielić   chleb   między   rannych   sprawiedliwie. 

Odkładała porcje dla Piotra.

Będzie musiał się posilić, kiedy się obudzi.

background image

Odzyskał już przytomność i teraz spał. Jego usta poruszały się we śnie, jakby z kimś 

rozmawiał. Twarz wykrzywiała się w grymasie. Był bardzo podobny do Walentina. Do Wasilija 

także.

Raija sama nic nie jadła, przecież wcześniej nasyciła głód. Napiła się tylko trochę wody.

Zmieniła   bandaże,   które   tego   wymagały.   Zebrała   w   jednym   miejscu   zakrwawione 

szmaty, uznała, że trzeba je wyrzucić. Trochę się z niej podśmiewali, ale uważali, że ma prawo 

do swoich kaprysów.

Kobiety takie są.

Poczuła się zmęczona. Zasnęła na siedząco, oparta plecami o ścianę. Chcieli zrobić jej 

miejsce, by mogła się położyć, ale odmówiła.

Było ciasno, a przecież musieli nabrać sił, musieli się wyspać.

Był chyba ranek, kiedy się obudziła. Ciało miała obolałe, ale trochę wypoczęła. A kiedy 

się przeciągnęła, poczuła, że jest nie najgorzej.

Zaczął się drugi z trzech dni.

Piotr nie spał. Nie odezwał się, kiedy przyklęknęła obok, ale wodził za nią wzrokiem. 

Jego oczy przypominały oczy czujnego ptaka.

- Czy to ty? - spytał, kiedy zdjęła mu opatrunek z rany. - Czy to ty jesteś kobietą w 

czarnej pelerynie?

Skinęła z uśmiechem.

- Tak, to ja, ale nie jestem jakąś czarownicą czy cudotwórczynią. Jestem zwykłym 

śmiertelnikiem, który też się boi, lecz tego nie okazuje...

- Już byś leżał martwy, gdyby nie ona - powiedział ktoś.

Raija założyła chłopcu czysty opatrunek.

- Nie przesadzajcie! - poprosiła. - Ten chłopak musiał przeżyć, bo jego czas jeszcze się 

nie  skończył.   A  ja  byłam  może  narzędziem,   niczym  więcej.   To   nie  moja  zasługa...   -  Nie 

wiedziała, jak im to wytłumaczyć.

- Twierdzisz, że Bóg nagle uznał, że nam także należy się trochę litości? - spytał z 

powątpiewaniem jeden z rannych.

- Nie wiem - odparła Raija szczerze. Wiązała bandaże silną ręką, pewnymi ruchami. 

Potem pospiesznie pogładziła Piotra po policzku, a on zaczerwienił się, zawstydzony. Dorośli 

mężczyźni  nie  potrafią  przyjmować  pieszczot,   a  chłopcom,   którzy  ledwie   zajrzeli   w świat 

mężczyzn, nie jest wcale łatwiej. - Nie wiem - powtórzyła i popatrzyła na wszystkich po kolei. - 

Nie wiem, skąd to się we mnie bierze. Czuję, że owa zdolność jest we mnie, a jednocześnie 

pochodzi   z   zewnątrz.   Nie   jest   moja.   W  każdym   razie   nie   w   tym   sensie,   bym   mogła   nią 

background image

kierować. Ujawnia się, kiedy jest potrzebna. Kiedy ja jestem do czegoś potrzebna. Ale ja nie 

mogę decydować i nakazać, żeby się pojawiła. Nie mogę tej siły wykorzystywać dla siebie 

samej. To coś nieprzewidywalnego. Jest moje i jednocześnie wcale nie jest moje. Nie wiem, 

skąd się bierze i dlaczego, ale pojawia się po to, żebym czyniła dobro. Nie zaszkodzi wierzyć, 

że owa moc pochodzi od Boga...

Wzruszyła ramionami.

- A ty sama w to nie wierzysz?

- Nigdy moja wiara w Boga nie była tak silna. - odpowiedziała cicho.

Nie pytali więcej. Przyjęli jej wyjaśnienia.

Upłynęło trochę czasu. Raiję ogarnął niepokój. Nie była już w stanie określić, czy jest 

dzień, czy noc. Zastanawiała się, czy Oleg znajduje się w pobliżu. Czy codziennie przypływa 

do statków? Co teraz robią on i Wasilij? Zastanawiała się, czy nie odsunęła tylko w czasie tego, 

co nieuniknione. Kupiła trzy nowe dni oczekiwania, może trzy kolejne dni cierpienia.

Zastanawiała się, czy dla innych armatorów i kupców ma to jakieś znaczenie, że zjawiła 

się na pokładzie „Antonii”?

Na   pewno   tak   by   się   stało,   gdyby   Jewgienij   nie   wyjechał   razem   z   Tonią   z 

Archangielska.

Doszła też do wniosku, że chociaż była żoną właściciela statków, nie mogła stać po 

stronie Olega i Jewgienija. Wiedziała, jak wiele może przez to stracić, ale sama podjęła decyzję, 

że wejdzie na pokład „Antonii”.

To był jej wybór. Tylko jej.

Za drzwiami rozległ się odgłos kroków. Poderwali się wszyscy - i Raija, i ranni. Ci, 

którzy nie mogli usiąść, unieśli się na łokciach. Nasłuchiwali w milczeniu, utkwiwszy wzrok w 

drzwiach. Żółte światło obnażało białe twarze z szeroko otwartymi oczyma i na wpół otwartymi 

ustami.   Na   wszystkich   malowało   się   wyczekiwanie,   pozbawione   jednak   radości.   Nikt   nie 

spodziewał się dobrych wieści. Nikt na to nie liczył. Mięśnie marynarzy zastygły na kamień, 

kiedy usłyszeli przekręcany w zamku klucz. Drzwi otworzyły się z żałosną skargą.

Dwaj służalcy Walentina byli małomówni jak zwykle i jak zwykle zachowali kamienne 

twarze. Raija dowiedziała się, że jeden z nich wcześniej zaciągnął się na „Antonię”, drugiego 

Walentin sprowadził na pokład, kiedy przejął statek. Właśnie takich ludzi potrzebował - silnych 

i bezgranicznie posłusznych.

- Kobieta na górę do Walentina! - powiedział jeden z nich, a drugi uczynił ruch głową, 

tak żeby Raija zrozumiała. Zebrała fałdy spódnicy i wstała. Uczyniła to z godnością królowej. 

Nie pozwoliła się dotknąć.

background image

- Mogę iść sama - rzekła lodowatym głosem. - Znajdę drogę. Możecie się oczywiście 

upewnić, czy trafię, ale ręce trzymajcie przy sobie!

Jej   upór,   dumę   i   gniew   marynarze   uznali   za   oznakę   sprzeciwu.   Kiedy   za   Raiją   i 

poplecznikami Walentina zamknęły się drzwi, roześmiali się cicho, choć wcześniej żaden z nich 

nawet nie odważył się uśmiechnąć. Ale teraz poczuli się bezpieczni, mimo że wciąż pozo-

stawali więźniami.

Śmiali się z tych dwóch osiłków. Śmiali się zaskoczeni, że Raija odważyła się odezwać 

do nich tym tonem i tymi słowami.

Śmiali się też, ponieważ w oczach strażników dostrzegli cień strachu.

- Jest dwa razy niższa i waży chyba mniej niż jedna noga każdego z nich, lecz obaj 

cofnęli się o pół kroku na jej widok I jeszcze o jeden, kiedy otworzyła usta!

- Powinna zostać carycą! - westchnął któryś z marynarzy.

Jak wielu biedaków snuł złote marzenia o bogactwie cara i o rodzinie Romanowów. Do 

niego   również   dotarły   opowieści   o   życiu   na  carskim   dworze,   które   przekraczały   wszelkie 

wyobrażenia i najśmielsze sny. Mimo wszystko lubił  się bawić podobnymi myślami,  lubił 

wyobrażać sobie, że tacy jak on chodzą w jedwabiach i aksamitach, przerzucają między palcami 

złoto i drogocenne ozdoby, najadają się do syta, nie martwiąc się, co będą jedli następnego 

dnia.

Takie snuł marzenia.

Nigdy jednak nie widział w nich siebie, widział obcych ludzi bez twarzy, podobnie 

wyobrażał sobie carską rodzinę.

- Ta kobieta mogłaby zniewolić wielki tłum jednym uśmiechem - dodał. Po raz pierwszy 

udało mu się dać postaci z marzeń twarz i duszę. - Mogłaby utrzymać w posłuchu całe narody, i 

to bez żadnego wysiłku...

Wśród mężczyzn rozległ się zgodny pomruk. Jednak Piotr nie podzielał ich zdania. Był 

młody i porywczy i nie wierzył, że marzenia mogą koić rany. Wypełniała go tylko gorycz.

- Raija nigdy nie mogłaby zostać carycą - rzekł ponuro. - Pomijając to, że przybyła z 

innego kraju i że z pewnością pochodzi z równie ubogiej rodziny jak niektórzy z nas, to jest 

zbyt szlachetna. Nie mogłaby mieszkać za złotymi murami, wiedząc, że lud głoduje.

Kazimir uśmiechnął się smutno. Chłopak miał rację.

Jednak stary marynarz pragnął ocalić okruchy pięknego marzenia.

- Właśnie dlatego powinna zostać carycą, mój chłopcze. Ten kraj potrzebuje tam na 

górze   kogoś,   kto   potrafiłby   zejść   do   najmniejszych   spośród   poddanych.   Do   tych,   którzy 

oglądają większe ciemności niż my w kubryku. Mamy szczęście, że jest z nami Raija. Ten kraj 

background image

potrzebuje takiej carycy jak ona...

background image

11

Raiję zaprowadzono do kajuty kapitana. Wprowadzono do środka i zamknięto drzwi na 

klucz.

Została sama.

- Pokazujesz mi swą władzę - mruknęła, zwracając się do nieobecnego Walentina. Czuła 

się zmęczona, ale bardziej psychicznie niż fizycznie. - Trzeba jednak czegoś więcej, żeby mnie 

wystraszyć - dodała ze złością.

Musiała się złościć, wykrzesać w sobie tyle wściekłości, by nie dać się omotać siecią 

niemal łagodnego głosu Walentina. Jednocześnie jednak musiała zachować zdrowy rozsądek, 

musiała panować nad uczuciami i myślami. Wydawało jej się, że balansuje na ostrzu noża - 

niemal czuła jego ostrze pod stopami.

Uznała, że gorzej już być nie może.

Usiadła na krześle przy stole, oparła głowę na rękach.

Od razu zauważyła, że Walentin w ogóle nie troszczył się o utrzymanie porządku w 

kajucie. Wokół panował nieład. Walentin wyciągał z szafy szklanki, żeby się napić, i zostawiał 

brudne   na  stole.   Wszystkie  nosiły  ślady   używania.   Teraz   będzie  chyba   musiał   sięgnąć   po 

porcelanowe filiżanki kapitana, pomyślała z ironią Raija.

Długo czekała na Walentina. Zamknęła oczy i poczuła rytm morza - spokojne kołysanie. 

Panowała ładna pogoda. Morze lekko falowało, przyjemnie byłoby siedzieć teraz na brzegu i na 

nie patrzeć. Gorzej, być narażonym na jego kaprysy.

Teraz właśnie wydawało się przyjazne, zdradliwie przyjazne. Raija wiedziała o tym. Nie 

ufała morzu, czuła, że chętnie by ją wciągnęło na dno...

- Śpisz? Walentin pojawił się nagle niczym jastrząb, raróg albo jak orzeł z wysuniętymi 

pazurami, gotowymi wbić się w nic nie podejrzewającą ofiarę.

Raija aż podskoczyła. Obudziła się i otworzyła oczy. Gdy podnosiła głowę poczuła, że 

jeden policzek ma odrętwiały.

Widocznie przysnęła z twarzą na twardym blacie stołu.

Wyprostowała się.

Walentin stał przy szafie z przeszklonymi drzwiczkami, przez które widać było półki ze 

specjalnymi zagłębieniami, dzięki czemu schowane tam rzeczy nie wypadały podczas długiej 

morskiej podróży. Nie zawsze morze bywa tak spokojne jak dziś.

- Nie sądziłem, że możesz zasnąć. Myślałem, że będziesz umierać z niepokoju o tych 

biedaków, dla których tu przybyłaś.

background image

Nie przestawał drwić.

- Wszyscy ranni czują się dobrze - odparła spokojnie Raija. Nie pozwoliła wyprowadzić 

się z równowagi. - Nawet twój syn wraca do zdrowia. Piotr to ładny chłopak...

Walentin zacisnął pięści. Wyglądał  na zmęczonego. Teraz  Raija wyraźniej widziała 

zmarszczki na jego twarzy, a sprawiło to nie tylko lepsze oświetlenie.

Na   pewno  nie   wyobrażał   sobie,   że   sprawy   przyjmą   taki   obrót,   być  może   w   ogóle 

wcześniej się nad tym nie zastanawiał. Może po prostu wykorzystał szansę, nie mając pojęcia, 

co będzie dalej.

- On nie jest moim synem - wycedził przez zęby. - Czy muszę to tyle razy powtarzać, 

kobieto?

- Nie, bo na pewno nie targnąłbyś się z nożem na kogoś z twej krwi i kości - rzuciła 

Raija i natychmiast pożałowała swych słów. Powinna się ugryźć w język i nie prowokować 

tego szaleńca... Najwidoczniej i ona była już zmęczona.

Ale Walentin tylko przyznał jej rację:

- Tak, wtedy na pewno nie użyłbym przeciw niemu noża...

Przypadkowa osoba z pewnością uznałaby jego słowa za szczere, jednak Raija nie dała 

się zwieść pozorom. Bez trudu zauważyła, że Walentin posiadł szczególną zdolność - potrafił 

sprawiać wrażenie otwartego i prawdomównego. Patrząc mu w oczy, można by uwierzyć, że 

dzieli   się   z   tobą   całą   duszą.   Ale   to   tylko   wyuczona   sztuczka,   pozwalająca   osiągać   wiele 

korzyści.

-   Twoja   bluzka   jest   już   sucha   -   rzekł.   Raija   sama   to   zauważyła,   ale   nic   nie 

odpowiedziała.

Zbił ją z tropu. Przecież nie mogła się przy nim ubierać.

Nie rozumiała tego człowieka. Nie czuła do niego nawet odrobiny sympatii, ale wiele 

dałaby za to, by go bliżej poznać. Jedyne, co Raiję interesowało w Walentinie, to właśnie 

charakter. Wolała nie zastanawiać się, czemu teraz do niej przyszedł.

Nadal miała nóż, który w każdej chwili mogła wydobyć i użyć w razie zagrożenia, ale 

uważała to za ostateczność. Nie była pewna, czy Walentin nie zemściłby się na niewinnych 

marynarzach.

Rozległo   się   pukanie   do   drzwi.   Trzy   uderzenia.   Potem   dał   się   słyszeć   odgłos 

oddalających się kroków. Buty miały obcasy z twardej skóry.

Raija bez trudu rozpoznała, kto jeszcze przed chwilą stał za drzwiami.

Wśród załogi takie buty nosili tylko Walentin i jego dwaj poplecznicy.

Walentin rzucił Raiji kurtkę.

background image

- Załóż to. Wychodzimy na pokład, a na górze jest dość chłodno.

W pierwszej chwili omal nie uniosła się dumą i nie odmówiła, ale uznała, że to by nie 

było rozsądne.

Nawet duma ma swe granice, nie warto ryzykować zdrowia...

Raija wzięła kurtkę bez słowa. Zobaczyła,  że jest gruba i  o wiele  na nią za duża. 

Podejrzewała, że jest za duża także na Walentina.

Może to kurtka kapitana?

Niemal całkiem o nim zapomniała. Znowu zaczęła się zastanawiać, co się z nim stało. 

Pewnie potrzebował pomocy, może został ranny...

- Czekasz na kogoś? - spytała.

Podążała drobnymi krokami za Walentinem, który z rozmysłem udał, że nie dosłyszał 

pytania. Kolejny kaprys: jak najmniej mówić. Raija uznała, że szykuje jakąś niespodziankę. 

Najwyraźniej bawił się tym jak dziecko.

Tylko, że niespodzianka, jaką mógł przygotować dla niej Walentin, z pewnością nie 

będzie nawet przypominała niewinnych dziecięcych figli.

Nie odzywał się.

Raija już na tyle go poznała, by wiedzieć, że mówi wtedy, kiedy ma ochotę. Uważał, że 

milczenie jest demonstracją władzy.

Niewielu zasługiwało, by raczył się do nich odezwać. Poza tym słowa zdradzałyby jego 

myśli, a on tego nie chciał.

Raija pomyślała, że i tak go całkiem nie rozgryzie.

Zabraknie jej czasu, na całe szczęście.

Walentin   ją   przerażał   tym   bardziej,   że   choć   szalony   i   zaślepiony   nienawiścią,   na 

pierwszy rzut oka nie różnił się zbytnio od innych ludzi, a nawet potrafił być uroczy i miły.

Jeżeli chciał.

Chwycił   ją   za   ramiona.   Raija   nie   protestowała,   nie   chciała   niepotrzebnie   go 

denerwować. Nigdy nie była całkiem pewna, kiedy zbliża się do niebezpiecznej linii, której 

przekroczenie obudzi w tym człowieku bestię...

Pod gładką powierzchnią niebezpiecznie się tliło, nigdy nie wolno jej o tym zapomnieć.

Podprowadził ją do burty.

Raija zrozumiała, dlaczego, kiedy wyjrzała poza krawędź i zobaczyła niewielką łódź 

żaglową, a na jej pokładzie Olega i Wasilija.

- Jest cała! - ze śmiechem zawołał w ich stronę Walentin, mocno zaciskając ręce na 

ramionach Raiji. Przysunął ją jeszcze bliżej burty, żeby mogli ją dokładnie zobaczyć.

background image

Raiję ogarnęła rozpacz.

- Czy Michaił dobrze się czuje? - zawołała. Zobaczyła, że Oleg skinął głową. Długo 

udawało się jej nie myśleć o synu, lecz widok bliskich przypomniał Raiji o domu.

Czy uda jej się przeżyć, czy jeszcze zobaczy Misze?

Zastanawiała się nad tym już wcześniej, kiedy podejmowała decyzję o popłynięciu na 

„Antonię”. Wtedy wydawało jej się, że w pełni zdaje sobie sprawę, jakie podejmuje ryzyko, że 

dobrze wie, jakie to niebezpieczne.

A jednak nie całkiem sobie to uświadamiała... Teraz to zrozumiała.

Przywiodło   ją  tu  jednak  coś   silniejszego   od  jej   własnej   woli.  Wcale   nie  była   taka 

szlachetna ani bohaterska, jak sądzili marynarze.

- Pozwól jej wrócić! - próbował przekonać Walentina Oleg. - Spełniła już swe zadanie. 

Zjednasz sobie przychylność wielu ludzi, jeśli ją wypuścisz!

Śmiech   Walentina  zabrzmiał   miękko  jak  mruczenie  kota,   zadowolonego   i   pewnego 

siebie.

- Myślisz, że tak łatwo wypuszczę bezcennego zakładnika? - spytał drwiąco. - Myślisz, 

że pozwolę jej po prostu odejść?

- Nie mogę ręczyć za innych - zawołał Oleg z dłońmi zwiniętymi przy ustach w trąbkę. - 

Właściciele innych statków zamierzają użyć wobec ciebie siły. Nie zdołam ich powstrzymać, 

jeżeli zatrzymasz Raiję! Wypuść ją! Jest żoną Jewgienija!

-   Wiem,   że   to  żona  Bykowa   -   odparł   Walentin.   Ściągnął   brwi   i   opuścił   ręce.   Nie 

spodobała mu się wiadomość, że ma wyruszyć za nim pogoń.

Jego sytuacja wyraźnie się zmieniła. Już nie miał pewności, czy utrzyma swą pozycję. 

Załoga   bała  się   go   i   była  mu  posłuszna,   teraz   jednak  i   do  marynarzy   dotarła  wiadomość 

przywieziona z lądu.

Głos Olega niósł daleko.

Nie tylko Walentin go usłyszał.

Raija dostrzegła wokół siebie niespokojne spojrzenia, zobaczyła, że marynarze wcale 

nie palą się do stawiania oporu.

Przez   kilka   ostatnich   dni   żyli   marzeniami,   ale   wielu   w   jednej   chwili   wróciło   do 

rzeczywistości. Strach zajrzał im w oczy, uświadomili sobie, że mogą stracić wszystko, co 

kiedykolwiek posiadali. Także i życie.

- Dam wam moich rannych - rzekł Walentin. Raija zaskoczona wpatrywała się w niego 

szeroko otwartymi oczyma.

- To niczego nie zmienia - odparł Oleg. - Nie mogę obiecać ci więcej niż do tej pory.

background image

Walentin wzruszył ramionami.

- Nie proszę o nic w zamian - powiedział,  tak jakby tuzin ludzi nic dla niego nie 

znaczyło.

Raija zacisnęła ręce na krawędzi burty. Poczuła zimne drewno. Deska była gładka, 

niebieska. W Rosji statki malowano zawsze tak jaskrawo, że przywodziły na myśl kwitnącą 

łąkę.

Raija   dobrze   wiedziała,   że   Walentinowi   los   rannych   był   zupełnie   obojętny.   Tak 

naprawdę liczył, że ranni umrą. Teraz tylko udawał wspaniałomyślnego, żeby zaskarbić sobie 

przychylność ich rodzin, które zostały na lądzie. To mogło przemawiać na jego korzyść.

Nie spodziewał się, że na „Antonię” przybędzie ktoś z zewnątrz. Tym bardziej  nie 

wierzył, że żona Jewgienija Bykowa zechce dobrowolnie wejść na pokład, nie podejrzewał, że 

ta kobieta potrafi dokonywać cudów.

Skazał   dwunastu   swych   ludzi   na   śmierć.   Potrzebował   ich   martwych.   Teraz,   kiedy 

wracali do zdrowia, nie przedstawiali dla niego żadnej wartości.

Jednak fakt, że chciał ich oddać Olegowi, nie żądając niczego w zamian, z pewnością 

doda mu chwały. Raija nie mogła ochłonąć z zaskoczenia, że tak szybko to sobie wykalkulował.

Wasilij mówił prawdę - jego kuzyn był zimny i wyrachowany jak mało kto.

- Naturalnie zabierzemy ich na ląd. Walentin długo milczał, obojętnie wzruszył ramio-

nami.

Stał boso, z odkrytą głową i rękoma na biodrach. Raija musiała przyznać, że jest bardzo 

przystojnym mężczyzną.

Rzucił krótki rozkaz.

Po chwili załoga przyprowadziła dwunastu rannych, którzy mieli umrzeć w kubryku.

Niektórzy szli sami, kilku wspierało się nawzajem. Pozostałych wynieśli marynarze 

posłuszni Walentinowi.

Kazimir podtrzymywał Piotra.

- Co się dzieje? - spytał jeden z rannych. Źle widział, bo długo przebywał w ciemności i 

teraz nie mógł przyzwyczaić oczu do światła dziennego.

-   Puszczam   was   wolno   -   odparł   Walentin.   Na   krótko   jego   spojrzenie   spoczęło   na 

chłopcu, który wspierał się na swym starszym towarzyszu i ze wszystkich sił starał się utrzymać 

na nogach. Równie stanowczo jak Walentin wypierał się ojcostwa, Piotr nie chciał przyznać, że 

jest jego synem. - Wszystkich, bez wyjątku - dodał.

Kazimir odwrócił się do Raiji.

Skinęła lekko głową i pomogła mu podeprzeć Piotra. Chłopak uśmiechnął się do niej z 

background image

wdzięcznością.

Kazimir wychylił się przez burtę. Tuż przy kadłubie „Antonii” zobaczył na wodzie łódź 

Olega. Przyglądał się, jak marynarze przymocowują sznurową drabinkę.

Na Walentina nawet nie spojrzał.

Nie czuł wdzięczności.

- Bez ciebie bylibyśmy już martwi - odezwał się cicho. - Dziękuję, Raiju Bykowa. 

Będziesz naszą carycą.

- Co? - spytała Raija, nie rozumiejąc.

- To tylko takie marzenie - wyjaśnił Kazimir  z uśmiechem. - Chłopak pierwszy! - 

zawołał, zwracając się do Olega. - Trzeba go przewiązać liną. Sam nie zejdzie.

- Przecież on jest tak ciężko ranny! - zaprotestowała Raija.

- Jednak trzeba go jak najszybciej zabrać z tego statku! - zdecydowanie rzekł Kazimir. - 

Zanim ktokolwiek się rozmyśli...

Z dołu rozległ się głos Wasilija:

- Mogę wejść? Zniosę chłopaka.

-   Czy   to   nie   kolejna   próba   udawania   bohatera?   -   Walentin   najwyraźniej   nie   ufał 

kuzynowi. - Pierwszej podjęła się Bykowa!

- Nie jestem bohaterem, Walentin. W naszej rodzinie nie ma bohaterów - rzekł Wasilij z 

naciskiem.

Walentin udał, że nie zrozumiał aluzji.

- Wchodź, kuzynku! Pomóż nam się pozbyć tych ludzi.

Wasilij bez trudu wspiął się po drabince.

- Dobrze się czujesz? - spytał Raiję. Skinęła głową. Nie było jej tu gorzej niż innym.

- Posłaliśmy posłańca po twego męża - rzucił pospiesznie szeptem, tak by nikt poza 

Raiją go nie usłyszał. Bez trudu uniósł Piotra i skierował się ku burcie „Antonii”.

- Raija...! - zawołał chłopak. Podeszła do niego. Na twarzy Piotra malowało się nieme 

uwielbienie. Podniósł szczupłą dłoń i pogładził Raiję po policzku i po włosach. Zdawał sobie 

sprawę, że uratowała mu życie.

Jego rany zaczynały się goić. Pozostaną po nich blizny, ale to niewielka cena za życie. 

Patrząc na nie, zawsze będzie wspominał Raiję.

Piotr wiedział, że już nigdy nie znajdzie się tak blisko Raiji, że nie będzie mógł zwracać 

się do niej po imieniu. Raija na powrót stanie się dla niego żoną właściciela statku.

Ale teraz była mu bliska. Będzie żyła w jego myślach, okryta czarną peleryną, z twarzą 

anioła...

background image

Raija odgadła jego uczucia. Piotr nie umiał ich jeszcze skrywać. Tylko niektórzy dorośli 

posiedli tę sztukę, nauczyli się nosić maski przy każdej okazji. Inni wkładali je tylko od czasu 

do czasu.

Nie chciała niszczyć niewinnych marzeń Piotra.

Dlatego   uśmiechnęła   się   do   niego.   Wydobyła   całą   pogodę   ducha,   jaka   jeszcze   jej 

pozostała, okazała mu całe ciepło. Martwiła się o jego przyszłość, zdążyła polubić tego chłopca. 

Mogła tylko mieć nadzieję, że życie potraktuje go łaskawie. Zasłużył na coś więcej niż tylko 

odciski na dłoniach...

Pochyliła się i lekko pocałowała go w usta, jak siostra.

- Wszystkiego najlepszego, Piotrze - szepnęła. - Wyrośnij na dobrego człowieka. Myślę, 

że możesz się nim stać!

Wydawała   się   nie   zauważać   jak   policzki   chłopca   oblewają   się   rumieńcem.   Nie 

wiedziała, że ten moment stanie się dla niego najważniejszym wspomnieniem.

Wasilij zarzucił sobie Piotra na plecy. Aby chłopiec nie spadł, sczepił jego pasek ze 

swoim.

Z rannym na plecach zaczął schodzić w dół.

Raija stała z innymi marynarzami przy burcie i z zapartym tchem śledziła każdy jego 

ruch. Złożyła ręce. Czuła lodowaty ucisk w żołądku. Serce waliło jak młotem, zaschło jej w 

gardle.

Pod nimi było morze. Nadal tylko lekko falowało, lecz wydawało się niebezpiecznie 

zielone i nieskończenie głębokie. Mogło ich pochłonąć. Mogło schwytać tych dwóch ludzi, 

którzy stawali się coraz mniejsi i mniejsi, w miarę jak zsuwali się coraz niżej wzdłuż burty 

statku.

Na samym dole czekało ich najtrudniejsze zadanie. Frachtowiec nie mógł podpłynąć 

całkiem blisko i od drabinki dzielił go prawie metr. Kiedy Wasilij zawisł mniej więcej na 

wysokości burty, Olegowi udało się podpłynąć trochę bliżej, tak że łódź otarła się dziobem o 

statek.

Trwało to zaledwie kilka sekund.

Wszyscy wstrzymali oddech.

Raija wbiła paznokcie w dłonie i tak mocno zacisnęła zęby, że aż zabolały ją szczęki.

Ale   Wasilij   wiedział,   kiedy   działać,   i   wiedział,   jak.   Nie   mógłby   zmarnować   takiej 

chwili.

Słyszał oddech Piotra i zorientował się, że chłopcu wkrótce zabraknie sił. Poczuł dziwne 

ciepło na plecach. Widocznie rany zaczęły znowu krwawić.

background image

Wasilij puścił drabinkę dokładnie na moment przed tym, jak żaglowiec Olega otarł się o 

„Antonię”, i rzucił się w stronę łodzi. Nie udało mu się jednak skoczyć tak daleko, jakby tego 

chciał, dźwigał przecież na plecach dodatkowy ciężar. Zawisł nad wodą uczepiony jedną ręką 

burty.

Drugą przytrzymywał Piotra, bojąc się, że chłopak, tracąc siły, zsunie mu się z pleców.

Natychmiast pojawiły się ręce, które chwyciły Wasilija i Piotra i obu wciągnęły na 

pokład frachtowca.

Rozdzielono ich paski. Zajęto się rannym.

Wasilij czul, jak leje się z niego pot. Słyszał oklaski ze statku. Zobaczył twarze nad 

burtą.

Spośród nich wyróżniała się twarz Raiji.

Zobaczył też Walentina. Od razu wiedział, że kuzyn z trudem opanowuje wściekłość. Z 

pewnością miał nadzieję, że mu się nie uda, że zobaczy, jak giną z Piotrem w morzu...

Wasilij podniósł dłoń w stronę marynarzy. Uśmiechnął się i zawołał:

- Czy ktoś jeszcze potrzebuje pomocy?

Potrząsnęli głowami. Z pokładu „Toni” zaczął schodzić następny mężczyzna. Znowu 

Oleg musiał podpłynąć jak najbliżej. Ranny, choć przerażony, zaryzykował skok. Udało mu się.

Schodzili jeden po drugim. Dla wielu był to ogromny wysiłek, lecz wiedzieli, że to ich 

jedyna szansa. Mieli też świadomość, że w ten sposób mogą pokazać Walentinowi, że zostało w 

nich jeszcze trochę siły, że nie odebrał im do reszty woli życia.

Każdy   z   rannych,   zanim   zszedł   z   pokładu,   ściskał   dłoń   Raiji.   Nie   znajdowali 

odpowiednich   słów,   by   podziękować,   nie   znali   takich.   Nie   mieli   też   zbyt   wiele   czasu   na 

pożegnania, ponieważ Walentin zaczynał się niecierpliwić.

Śpieszyło mu się i popędzał ich - wołał, żeby prędzej przebierali nogami, jeżeli nie chcą 

wrócić do kubryka.

Nie musiał dwa razy tego powtarzać.

Schodzili, ratując życie.

Kazimir, najstarszy z nich, miał opuścić statek jako ostatni. Nie mógł wprost uwierzyć, 

że to się dzieje naprawdę. Do końca obawiał się, że Walentin ich jeszcze zatrzyma. Dlatego 

chciał, by Piotra zniesiono w pierwszej kolejności.

- Poddaj się, póki masz taką możliwość - rzucił, przechodząc obok Walentina. Nic 

więcej nie dodał. Nawet na niego nie spojrzał.

Walentin nie odpowiedział.

Następnie Kazimir objął Raiję i uścisnął ją.

background image

- Bez ciebie już byśmy nie żyli - rzekł. - Dziękuję ci za wszystko. Wiele bym dał, żeby 

cię zabrać z sobą!

- Będę na siebie uważać - obiecała Raija cicho.

- Szybko za burtę! - Walentin odepchnął Kazimira.

Raija odsunęła się i stanęła bliżej krawędzi. Nie patrzyła na Walentina. Wiedziała, że 

nie odważy się jej skrzywdzić na oczach Olega.

Kazimir ruszył na dół po sznurowej drabince. Jednak zatrzymał się za nisko i odbił 

odrobinę za późno. Źle wymierzył skok.

Rozległ się głuchy stuk, kiedy burta łodzi uderzyła go tuż nad biodrem. Trwało to 

ułamki sekundy.

Lecz również ułamki sekundy mogą mieścić w sobie wieczność.

Kazimir krzyknął, jego głos uniósł się niczym ptak ku obłokom, nie zniknął pod wodą 

razem z nim. Palce marynarza ześliznęły się z drabinki.

Raija uświadomiła sobie, że i ona krzyknęła.

Ku niebu leciały dwa ptaki.

Lecz ptak Raiji miał wrócić, ten Kazimira był w drodze do gniazda.

Ciało rannego nie wypłynęło już na powierzchnię. Stracił świadomość.

Może przez krótki moment rozumiał, że jego życie się kończy.

- Umarł wolny! - krzyknął Wasilij do Walentina, kiedy woda się uspokoiła i morze 

znowu tylko lekko falowało.

Raija miała oczy pełne łez. Nie była w stanie ich powstrzymać. Nie chciała.

Pomyślała, że nikt nie powinien umierać, jeśli ktoś po nim nie płacze. Kazimira żegnało 

wiele łez.

- Nie zabiłem go - odparł Walentin głosem równie zimnym i surowym jak zawsze. 

Najwyraźniej śmierć starego marynarza nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

Raija miała ochotę uderzyć go w twarz... Jednak się pohamowała. Płakała, tłumiąc 

złość, gniew i nienawiść.

- Nie, twoje ręce są czyste jak śnieg! - zawołał w odpowiedzi Wasilij. - Poddaj się, jeśli 

potrafisz! Narażasz na śmierć wielu ludzi, Walentin, nie tylko swoją własną cenną skórę. Nie 

masz żadnych szans, jeśli wyślą za tobą inne statki z uzbrojonymi ludźmi na pokładzie...

- Mam Bykową.

- Żaden z armatorów się tym nie przejmuje - odparł za Wasilija Oleg.

Niechętnie to przyznał, ale taka była prawda. Dla innych właścicieli statków rybackich i 

frachtowców to, że Raija znalazła się w rękach buntowników nie miało żadnego znaczenia. Nie 

background image

zamierzali   ulec   naciskom   marynarzy   tylko   dlatego,   że   żona   Bykowa   straciła   rozum   i 

dobrowolnie weszła na pokład uprowadzonego statku.

Jeżeli zaczną ścigać Walentina i zajęte przez niego jednostki, to na pewno nie z powodu 

Raiji Bykowej. Nawet im to by nie przeszło przez myśl, zrobią to tylko dla siebie.

Nie pragnęli jej ratować. Jeśli będzie trzeba, zabiją wszystkich na „Raiji” i „Antonii”.

Nie mieli skrupułów - wszak Raija dobrze wiedziała, na co się decyduje.

Nie traktowali jej jak zakładniczki, którą trzeba wykupić za wysoką cenę. Niech to 

załatwia Oleg.

Walentin nie potrafił tego zrozumieć.

Raija od początku wiedziała, jak jest naprawdę.

Walentin mniemał, że w osobie żony Jewgienija Bykowa zyskał cennego zakładnika. 

Nie chciał przyjąć do wiadomości, że ta kobieta nie przedstawia dla innych właścicieli statków 

żadnej wartości.

- Pamiętaj, że nie zawaham się jej zabić - rzekł lodowatym głosem.

Raija czuła, że nie kłamie.

-   Mogę   tylko   podtrzymać   swoją   propozycję   -   odparł   Oleg.   -   Jednak   dotyczy   ona 

wyłącznie marynarzy na naszych statkach. Obiecuję, że nawet ty ujdziesz bezkarnie, Walentin, 

pod   warunkiem,   że   zaciągniesz   się   gdzie   indziej.   Gotów   jestem   ci   wręcz   zapłacić,   żebyś 

zniknął. Zastanów się, co robisz. Radzę ci, oddaj nam Raiję, nic dzięki niej nie zyskasz.

- Nie ma mowy!

- W takim razie przyjmij i mnie! - zaproponował Wasilij. - Nie przyłączę się do twoich 

zwolenników, ale i mnie możesz potraktować jak zakładnika. Nie mam broni...

Walentin wahał się.

- No, dobrze - rzekł wreszcie. W jego głosie brzmiało zadowolenie. - Wchodź, Wasilij. 

Wreszcie rodzina będzie razem! - Następnie zwrócił się do Raiji i patrząc na nią, pogardliwie 

spytał: - Jest twoim kochankiem? Czy dlatego tak się poświęca?

Raija splunęła na pokład tuż pod jego stopy. Potem popatrzyła na morze, a następnie na 

Wasilija, który zwinnie jak kot wspinał się po sznurowej drabince z łodzi Olega na statek.

- A więc znalazł się ktoś, dla kogo pani Bykowa przedstawia wielką wartość - przywitał 

go ironicznie Walentin.

Wasilij nie odpowiedział. Raija nie pojmowała, dlaczego dobrowolnie oddaje się w ręce 

kuzyna. Przecież chyba nie tylko z jej powodu.

background image

12

- Nie musiałeś tego robić - powiedziała Raija do Wasilija.

Wzruszył ramionami niemal w ten sam sposób jak Walentin. Zobaczyła, jak bardzo 

kuzyni są do siebie podobni - w ruchach, budowie ciała... I jak bardzo niepodobni pod innymi 

względami.

- Zrobiłem w życiu wiele rzeczy, których nie musiałem robić - rzekł beztrosko, ale w 

jego oczach było coś, co mówiło Raiji, ze za ową beztroską kryje się powaga.

Walentin nie pozwolił im rozmawiać. Z kamienną twarzą mocno chwycił Raiję za rękę i 

pociągnął za sobą, a ruchem głowy dał Wasilijowi do zrozumienia, żeby poszedł za nimi.

- Jak widzę, zachowałeś swe dobre maniery - zauważył sucho Wasilij.

Słysząc te słowa,  Raija  musiała  się uśmiechnąć,  choć Walentin  sprawiał   jej  ból.  Z 

pewnością na jej ręce zostaną sińce.

Ludzie Walentina przeszukali Wasilija, kiedy tylko wszedł na pokład. Nie znaleźli przy 

nim broni, czego najwyraźniej spodziewał się Walentin. Teraz wyglądał na rozczarowanego, 

tak jakby zawiódł się na kuzynie.

Poprowadził   swych   zakładników   do   kajuty   kapitana.   Traktował   ją   już   jak   swoją. 

Całkiem   zapomniał,   że   jeszcze   niedawno   sypiał   w   kubryku.   Szybko   przyzwyczaił   się   do 

lepszych warunków i przyjął za coś zupełnie oczywistego.

- Co słychać na lądzie? - spytał Wasilija, siadając. Wasilij usiadł na drugim krześle przy 

stole. Więcej krzeseł nie było, więc Raija została przy drzwiach. Nic na świecie nie zmusiłoby 

jej do zajęcia miejsca na jednym z łóżek, które umieszczono w niszach, przez co stanowiły 

niejako małe osobne sypialnie.

-   Oleg   już   ci   przekazał   najnowsze   wieści   -   odparł   Wasilij   spokojnie.   Patrzył 

Walentinowi prosto w oczy, nie okazując najmniejszych oznak strachu.

Raija pragnęła w głębi duszy, żeby nie odnosił się w ten sposób do Walentina. Bała się 

że swym opanowaniem zirytuje samozwańczego przywódcę buntu.

- Armatorzy gotowi są zaatakować. Wielu z nich bez wahania użyje przeciwko tobie 

broni... - Wasilij na moment zamilkł, po czym mówił dalej: - Nawet marynarze, za których tak 

dzielnie walczysz, są na ciebie wściekli. Nie chcą dla siebie żadnych zmian. Co więcej, boją się, 

że ktoś mógłby posądzić ich o udział w planowaniu buntu lub pomoc w jego zorganizowaniu...

- Co ty powiesz? - rzekł Walentin z uśmiechem, który przyprawiłby o dreszcz lęku 

samego diabła.

-   Myśl   sobie,   co   chcesz,   ale   to   prawda   -   odparł   Wasilij   bez   mrugnięcia   okiem.   - 

background image

Obawiam się jednak, że tylko Oleg się wami przejmuje...

-   Oleg   -   powtórzył   Walentin   powoli.   -   Szybko   przeszedłeś   z   szefem   na   ty,   co? 

Zawdzięczasz to pewnie swej otwartości i urokowi osobistemu, prawda? A może szeptałeś 

komuś czułe słówka?

Zerknął na Raiję.

- To zwykle pomaga: wykorzystać do swoich spraw kobietę...

Kiedy Wasilij nie odpowiedział, Walentin spytał nagle:

- Czy mają wiele statków? Jakich? Ilu ludzi?

- Sporo - odparł Wasilij.  - Szkunery - uśmiechnął się nieznacznie. Trochę krzywo, 

podobnie jak Walentin, ale mimo wszystko inaczej, ponieważ miał w sobie więcej ciepła i 

pogody. - Armatorzy nie odważą się posłać swoich statków handlowych, wiesz, bogaci to 

bogaci! Nieważne, czy chodzi o ich chleb, czy nie. Dobrze płacą, by zdobyć ludzi. Obiecują 

marynarzom wykreślenie  długów,   jeżeli  staną  po  ich   stronie.  Podjęto  wiele   kroków,  drogi 

Walentinie. Wydaje mi się, że zostałeś całkiem sam...

- Mam ją - Walentin skinął na Raiję. Spojrzenie, jakie mu posłała, ciskało błyskawice, 

ale ledwie zdawał się to zauważać.

- Wydaje ci się, że to wiele? Byków wyjechał z miasta - wyjaśnił Wasilij. - Możesz 

próbować szantażować Olega, ale on nie poruszy nieba i ziemi, żeby ratować cudzą żonę. 

Rozumiesz? Lepiej pozwól jej odejść. Żaden z właścicieli statków nie da ci za nią złamanej 

kopiejki. Co ich obchodzi żona jakiegoś Bykowa, który w dodatku jest dla nich parweniuszem. 

Ani trochę się nie zmartwią, jeżeli te statki znikną, a Jurków i Byków zrezygnują z przewozów. 

Chętnie przejmą ich interes. Może jakoś udałoby ci się przycisnąć tych dwóch, ale z pewnością 

nie innych. Jeśli jednak zechcesz poczekać na pościg, to nie wiem, czy z tego wyjdziesz cało, 

chłopcze. Nie zapominaj, że czas płynie!

- Nie jestem dla ciebie chłopcem! - wybuchnął Walentin.

Nalał sobie wódki do brudnej szklanki. Nie poczęstował Wasilija, ale ten sam napełnił 

drugie naczynie. Wypił jednym haustem i popatrzył uważnie na Walentina.

- Tylko kapitana trzymasz teraz pod kluczem? - spytał.

Walentin skinął głową. Nie marnował słów, jeśli nie chciał i jeśli nie musiał.

- Czy na „Raiji” wszystko w porządku?

- Tak. Byłem tam niedawno. Morale wśród załogi wysokie. Nie zamierza się poddać, a 

jeżeli trzeba, będzie walczyć.

- Czy wielu jest w stanie się bić? I tu, i na „Raiji” jest po kilku starszych marynarzy i 

paru bardzo młodych chłopców. Nie masz broni...

background image

-   Morale   jest   wysokie   -   powtórzył   uparcie   Walentin.   Raija   wiedziała,   że   kłamie. 

Widziała niepewność na twarzach marynarzy z „Antonii”. Ludzie się bali. Kiedy usłyszeli od 

Olega, że zanosi się na prawdziwą bitwę, zrozumieli, czym to się może skończyć.

Zakończenie   buntu   nie   zapowiadało   się   tak   różowo,   jak   to   sobie   wyobrażali   i   jak 

obiecywał im Walentin.

Nie   będzie   umorzenia   długów,   wyższych   zarobków,   z   których   będzie   można   się 

utrzymać, zatrudnienia na kilka lat, domów na własność...

Wreszcie pojęli, jak bardzo się mylili i jaką przyjdzie im za to zapłacić cenę. Nie umieli 

walczyć, nie byli żołnierzami, lecz prostymi marynarzami.

Walentin pokładał nadzieje w ludziach, którzy się bali. Raija nie sądziła, by na drugim 

statku panowały inne nastroje. „Raija” kotwiczyła na tyle blisko, że jej załoga także usłyszała 

słowa Olega i z pewnością myślała swoje.

Walentin musiał o tym wiedzieć.

Ale mimo to upierał się, że jego ludzie są zdecydowani stawiać opór, że myślą tak samo 

jak on i są gotowi zginąć.

Być może sam w to wierzył.

Raija jednak nie była co do tego przekonana. Wasilij również nie. Wymienili pospieszne 

spojrzenia.

Zrobili to jednak nie dość szybko, by uszło to uwagi Walentina. Wypił resztę wódki ze 

szklanki. Nalał sobie jeszcze.

- Uważam, że twoją jedyną szansą jest się poddać - powtórzył Wasilij. Nie starał się 

dotrzymać Walentinowi towarzystwa w piciu.

- Czy to Jurków, twój drogi Oleg, prosił cię, byś mnie przekonał? - spytał Walentin 

drwiąco. - Ciekawe, że zawsze tak szybko nawiązujesz przyjaźnie, Wasilij. Jeden Bóg wie, jak 

to robisz. Przychodzi ci to z dziwną łatwością. I w dodatku jesteś piekielnie pewny siebie. 

Uważaj, żebyś się nie sparzył! Pamiętaj, że inni również myślą. Zdarza się, że inni myślą 

równie jasno jak ty, mimo że dochodzą do innych wniosków. - Zamilkł, ale zaraz dodał: - Nie 

zapominaj, że to ty wznieciłeś ten bunt, Wasilij! To był twój plan. Nawet jeśli teraz skumałeś 

się z Jurkowem, to nie jest pewne, czy będziesz mógł się schować za jego plecami, gdy się 

znajdziesz w tarapatach. Jeżeli staniesz się niewygodny, nie zawaha się, by cię poświęcić. Oni 

tacy są. Twój Oleg tak łatwo nie zapomni, że bunt był twoim pomysłem. Nikt ci nie poda ręki, 

bo i kto będzie chciał zaufać takiemu człowiekowi?

Wasilij nie był w stanie na to odpowiedzieć. Westchnął tylko, bawiąc się szklanką, na 

której dnie tańczył łyk wódki. Lekko uśmiechał się do siebie.

background image

- Sądzę, że moje szanse są chyba równe twoim, Walentin - odezwał się wreszcie. - A 

gdybym nie miał tu czego szukać, to nic mnie przecież nie wiąże. Do diabła, mogę wyjechać 

dokądkolwiek Kto powiedział, że Archangielsk jest jedynym miejscem na świecie, gdzie można 

być  szczęśliwym?  Mogę  zakotwiczyć  w Sankt   Petersburgu!  - Roześmiał  się  cicho.  - Tam 

przecież wspaniale kwitnie handel i żegluga. To prawdziwy raj dla marynarzy...

-   Słusznie,   może   nawet   wkradłbyś   się   w   łaski   Romanowów   -   wtrącił   ironicznie 

Walentin. - Mógłbyś zostać doradcą cara...

- Mamy teraz carycę - poprawił łagodnie Wasilij. - Annę.

- Zatem nic dziwnego, że kraj stoi na głowie - stwierdził  Walentin lekceważąco.  - 

Kobiety powinny zajmować się mężem i dzieciakami. Inaczej się nie godzi. Powinny siedzieć 

na swych tyłkach i dbać o porządek w domu, bo niby po co mają tak szerokie tyłki?

- To pewnie dlatego, że rodzimy - odezwała się słodko Raija, zakładając ręce na piersi. - 

W tym wypadku szerokie biodra są zaletą, rozumiesz, Walentin...

- Dam Olegowi jeszcze jedną szansę - zaproponował Walentin, zupełnie nie zwracając 

uwagi na słowa Raiji. - Ostatnią szansę. Termin, który wyznaczyłem, już się zbliża. Nie ma 

powodu czekać do ostatniej chwili.

- Obiecałeś! - rzekła Raija wzburzona. Walentin zareagował tak dobrze jej znanym 

wzruszeniem ramion. Popatrzył Raiji w oczy. Na jego twarzy malowało się rozbawienie.

- Czy jeszcze nie zauważyłaś, że składam obietnice bez pokrycia, Bykowa? Czy nie 

wiesz, że nie zawsze dotrzymuję słowa? Nie jestem kryształowy, nigdy nie chciałem taki być i 

wcale nie zamierzam się teraz zmieniać. Jestem na to za stary. Tę grę rozegramy według moich 

zasad. Jakoś się z tego wypłaczę, tak czy inaczej.

- Nie możesz płynąć do Kem ani w stronę Onegi - ostrzegł Wasilij. - Nie powinienem ci 

może tego mówić, ale mimo wszystko jesteśmy spokrewnieni, mimo wszystko jedziemy na tym 

samym wózku...

- Co mnie to obchodzi - burknął Walentin.

- Wiadomość o rebelii dotarła już na zachód. Nie ma ani jednego portu nad Morzem 

Białym, do którego mógłbyś zawinąć, ponieważ żaden cię nie przyjmie. Przykro mi Walentin, 

ale dopóki wiadomo, że ty dowodzisz „Raiją” i „Antonią”, żaden z tych statków nie będzie 

mógł wpłynąć do któregokolwiek portu w Rosji.

- Oho, pokazują pazury - mruknął Walentin. - Szykowali na mnie pułapkę, a ja nie 

miałem się o tym dowiedzieć, co?

Wasilij przytaknął.

Raija nie pojmowała, czemu ostrzegł kuzyna. To niepodobne do Wasilija dawać coś za 

background image

nic. Nie sądziła też, by uczynił to z uwagi na łączące go z Walentinem pokrewieństwo.

Walentin też nie bardzo mu dowierzał, na jego twarzy wypisana była nieufność. Wasilij 

jednak nie dodał nic więcej. Uznał, że i tak powiedział za dużo.

- Nie ma o czym gadać - odezwał się Walentin. - Nie licz na to, że potraktuję cię ze 

szczególnymi względami, bo jesteś moim krewnym. Przyjaciół się wybiera, a rodziny nie.

- Ilu wybrałeś? - zdziwił się Wasilij. - Ilu wybrało ciebie?

- Dostaniesz kajutę sternika - oznajmił samozwańczy dowódca, ignorując pytanie. - 

Zostało tam może trochę krwi, ale to chyba nie powinno ci przeszkadzać. W tym pomieszczeniu 

między innymi nasza piękna Bykowa, nasza bohaterka, nasza Madonna dokonywała swoich 

cudów. Na pewno poczujesz się tam jak w domu.

- Ani się waż jej ruszyć! - rzekł Wasilij z naciskiem.

Walentin w jednej chwili poderwał się na nogi, złapał kuzyna za kołnierzyk koszuli i 

podciągnął do góry. Ich twarze znalazły się bardzo blisko i wtedy Raija zauważyła, że ich 

profile są prawie identyczne.

- Jakim prawem śmiesz mi wydawać polecenia? - syknął przez zęby. - Jakim prawem 

się o nią troszczysz?

- Jest żoną Bykowa - odparł spokojnie Wasilij. Mógłby uwolnić się z rąk Walentina, 

gdyby chciał, ale zachował spokój, nie wyrywał się. Raiji wydało się to dziwne.

- I twoją dziwką?

Raija   na  moment   zamknęła   oczy.   Chciała   się   odwrócić,   ale  nie   zdołała  -   stała   jak 

sparaliżowana. Obelgi były tak niedorzeczne i obrzydliwe, że aż obezwładniały.

- Zapłacisz za to! - rzucił Wasilij. - Może nie dziś ani nie jutro, ale odpowiesz za te 

oszczerstwa!

- Nigdy przedtem nie stawałeś tak gorliwie w obronie swych przyjaciółek - syknął 

Walentin. U nasady włosów pojawiły mu się krople potu. Raiji nie podobał się jego ochrypły 

głos. - Żona Bykowa musi być dla ciebie  kimś szczególnym, kimś wyjątkowym, co? Nie 

opowiesz   mi   o   tym?   Zawsze   lubiłeś   opowiadać   mi   o   swoich   dziewczynach.   Pamiętasz? 

Pamiętasz, jak dokładnie opisywałeś, jak było? Jakie one były? Mogłem je sobie dokładnie 

wyobrazić. Do diabła, widziałem je w wyobraźni tak wyraźnie, że mogłem je później brać w 

swych marzeniach. Oczywiście nie tak, jak ty to robiłeś, chłopcze, ty byłeś zawsze słaby i 

łagodny, ale na swój sposób, po męsku. Twardo, bez ceregieli, bez gadania. Mogę się założyć, 

że wolałyby mnie. Kobiety trzeba traktować silną ręką, kierować nimi. Lubią, kiedy mężczyźni 

je ujarzmiają...

Puścił Wasilija. Nie patrząc na kuzyna, podszedł do Raiji. Objął ją, nie zwracając uwagi 

background image

na jej sprzeciw. Przywarł do niej całym ciałem.

- Na pewno byś mnie polubiła - rzekł z przekonaniem. - Jestem trochę inny niż Byków. 

Mam dwa silne ramiona. Takie kobiety jak ty powinni ujeżdżać mężczyźni o dwóch rękach. 

Zobaczysz, jestem lepszy niż ten mięczak Wasilij, który nie chce mi o was opowiedzieć...

Mówiąc to położył dłoń na piersi Raiji i mocno zacisnął.

Raija szarpnęła się, ale nie zdołała się uwolnić. Walentin tylko roześmiał się ironicznie. 

Wasilij całą silą woli starał się zachować spokój. Jego spojrzenie pociemniało, dłonie zacisnęły 

się mocno na poręczach krzesła, ale nie uczynił nic, by powstrzymać kuzyna.

- Ostatnio Wasilij nie chce mi już opowiadać o kobietach, z którymi sypia, ani o tym, 

jak się z nimi zabawia. Nie powtarza też, co im mówi i co one odpowiadają, nie opisuje ich 

twarzy, które się nad nim pochylają. Ale mam nadzieję, że ty, Bykowa, opowiesz mi o tym 

wszystkim, o czym on nie chce mówić. A ja dostarczę ci takich wrażeń, których nigdy nie 

zapomnisz. I to nie raz, lecz wiele razy...

- Mam nadzieję, że to jeszcze jedna z tych obietnic, których nie spełnisz - syknęła Raija.

Podniosła nogę i z całych sił kopnęła Walentina w krocze.

Zacisnął zęby z bólu. Cofnął ręce.

- Przyjdzie na ciebie czas - zagroził. - Przyjdzie jeszcze na ciebie czas, Bykowa!

- Mogę się przejść po pokładzie? - spytał Wasilij dziwnie zmienionym głosem.

Walentin roześmiał się.

- Jesteś bezczelny!

- To typowe w naszej rodzinie - odparował Wasilij.

- Nigdy nie pozwolę takiemu wilkowi jak ty krążyć między mymi ludźmi po pokładzie. 

Nie, drogi kuzynie, nie zgodzę się, byś buszował po statku. Jesteś zbyt niebezpieczny. Nie ma 

gorszego wroga niż członek najbliższej rodziny!

Wasilij wzruszył ramionami.

- Możesz zostać tutaj, dopóki nie wrócę, nie ma tu nic do zabrania... - dodał Walentin.

- Razem z nią? - spytał Wasilij.

- Przypuszczam, że już nie raz zostawałeś z nią sam na sam - odparł Walentin. - Taka 

okazja może się już nie powtórzyć, a mnie to nie przeszkadza. Na pewno jest wiele spraw, o 

których chcielibyście porozmawiać...

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz.

- Przepraszam za jego zachowanie. Wstyd mi, w końcu jesteśmy krewnymi - rzekł 

Wasilij, kiedy umilkły kroki na korytarzu. - On nie potrafi inaczej. Skrzywdził cię? Zrobił ci 

coś?

background image

- Czy mnie zgwałcił? - spytała Raija i usiadła na krześle. - Jeszcze nie.

-   Zapłaci   za   każde   słowo   -   obiecał   Wasilij.   -   Jestem   tchórzem.   W   twoich   oczach 

okazałem się pewnie słabeuszem, Raija, ale nie mogłem postąpić inaczej. Zapewniam cię, że 

nie zawsze zachowuję się tak biernie. Walentin pożałuje swych słów, pożałuje, że cię dotknął...

- Siłą nic nie zdziałasz - westchnęła Raija. - On jest tak pewny siebie, przekonany o 

swojej nieomylności. Nie znasz go? Nie da sobie nic powiedzieć, nic go nie przekona. Teraz 

chce mnie, ponieważ jestem żoną Jewgienija Bykowa. Ponieważ...

- ponieważ myśli, że ja cię miałem - dokończył za nią Wasilij. Chwycił dłoń Raiji i 

uścisnął ją z szacunkiem. - Walentin widzi, że nie jesteś mi obojętna. Dla niego istnieje tylko 

jeden sposób okazywania kobiecie zainteresowania, sam zresztą to wyjaśnił. Nie potrafi sobie 

wyobrazić, że między nami może być inaczej. Niestety, widzi wyraźnie, że cię lubię. Obawiam 

się, że nie udało mi się tego ukryć, pani Bykowa...

- Nie mów do mnie w ten sposób! - poprosiła. - To Walentin zwraca się do mnie 

wyłącznie po nazwisku. Nie chcę, byś mi go przypominał.

-   Dobrze,   więcej   cię   tak   nie   nazwę   -   obiecał,   wypuszczając   jej   dłoń.   -   Wiesz, 

zobaczyłem twoją bluzkę wiszącą na łóżku - powiedział z gorzkim uśmiechem. - Przez głowę 

przemknęło mi wiele bolesnych myśli...

- Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda - rzekła cicho Raija. Nie lubiła wódki, ale 

teraz nalała sobie trochę z karafki. Nie zwróciła uwagi na to, że wypiła z brudnej szklanki. - 

Nie, nie wszystko jest takie, na jakie wygląda... - powtórzyła. Wasilij wciągnął powietrze.

- Czy nadal masz nóż, Raiju? Gdy wymawiał jej imię, jego głos zdradziecko drżał. 

Zrozumiała, jak wiele dla niego znaczy, i zrobiło jej się przykro.

Nie chciała, by się do niej przywiązywał, a potem tęsknił. Wiedziała jednak, że nie 

może tego zmienić, że Wasilij również nic na to nie poradzi.

Skinęła głową.

- Potrzebujesz go? Boże, co powinna odpowiedzieć?

- Nic mi chyba nie grozi - rzekła beztrosko. - No, poza tym, że Walentin wykorzysta 

pierwszą nadarzającą się okazję, by mnie zgwałcić. Nie, nie sądzę, by nóż był mi potrzebny.

- Wiem, że nie powinienem cię pytać w ten sposób - westchnął Wasilij. - Matko Boska, 

zawsze mówię coś nie tak! - Popatrzył na Raije. Jego niebieskozielone oczy wydawały się teraz 

bardziej zielone niż zwykle. To spostrzeżenie poruszyło w duszy Raiji jakąś strunę. Zdała sobie 

sprawę, że takie oczy już kiedyś widziała. W każdym razie podobne, tego samego koloru.

Ale i to wspomnienie mieszkało w niej gdzieś głęboko.

- Mam pewien plan, ale wolałbym ci go nie zdradzać, Raija. Po prostu lepiej dla ciebie, 

background image

żebyś nie wiedziała. - Przełknął ślinę. - Nie mogę ci wyjawić szczegółów. Wybacz, ale muszę je 

zachować  dla  siebie.   Mogę   ci  tylko  powiedzieć,  że  nie  przez  przypadek  znalazłem  się  na 

pokładzie. Walentin nawet nie wie, jak bardzo mi pomógł. Ważne, że już tu jestem. Myślę, że 

potrafię tak pokierować wypadkami, żeby zakończyć bunt bez przelewu krwi, bez poświęcania 

czyjegoś życia. Jednak może się zdarzyć, że będę potrzebował poświęcenia z twojej strony...

Spojrzał na nią. Nie uciekł wzrokiem.

Raiję ogarnął gniew. Zrozumiała, co miał na myśli. Jak mógł ją prosić o coś takiego? 

Przez długą chwilę milczała.

- O wiele prosisz - rzekła wreszcie. Głos jej drżał.

- Wiem o tym i wierz mi, nie czuję się godzien miana mężczyzny. Zdaję sobie sprawę, 

że możesz mnie znienawidzić do końca życia. Ale jestem gotów zapłacić tę cenę.

- Nie jest wysoka w porównaniu z tą, o której zapłacenie mnie prosisz - rzekła z goryczą 

Raija.

Wasilij skinął głową.

- Wiem, że Walentin może cię skrzywdzić, ale ja potrzebuję twojego noża. Muszę mieć 

nóż, a innego nie uda mi się zdobyć. - Westchnął. - Zresztą i tak nie obronisz się przed gwałtem 

za pomocą noża ukrytego pod spódnicą. Pomyśl, co by było, gdyby Walentin go znalazł, gdy 

przed chwilą cię dotykał? Jesteś od niego o wiele słabsza, Raiju. Jeżeli będzie chciał cię wziąć 

siłą, zrobi to. Czy chcesz, czy nie. Mówią, że bardzo lubi, kiedy kobiety się bronią...

Raija nie odpowiedziała.  Wsunęła rękę pod brzeg spódnicy i wyjęła nóż. Walentin 

rzeczywiście omal go nie wyczuł, kiedy niedawno ją obejmował. Co do tego Wasilij miał rację.

Podała mu nóż, a on natychmiast wsunął go do cholewy buta.

- Jak się czuje mój Michaił?

- Tęskni za mamą - odpowiedział Wasilij. - Ale żona stajennego dobrze się nim zajmuje. 

Posłaliśmy ludzi po twojego męża i Antonię...

-   Nie   chcę   o  nich   więcej   słyszeć   -   rzekła  nagle.   Odchyliła   głowę  do  tyłu,   zdołała 

powstrzymać łzy, choć ścisnęło ją za gardło i zapiekło pod powiekami.

- Zdajesz sobie sprawę, że wszyscy możemy zginąć? Skinęła głową.

- Jeżeli nas zaatakują - rzekła. - Biedny Oleg! Nie pomyślałam o takim rozwoju sytuacji, 

kiedy nalegałam, byś mnie tu przywiózł.

- Nie zmusiłabyś mnie - rzekł z goryczą - gdybym i ja nie sądził, że sprawy potoczą się 

inaczej. Widziałem inne rozwiązanie, jeśli mam być szczery, Raiju. Nigdy nie chciałem, byś 

ucierpiała.

Właśnie to musiał jej powiedzieć, uważał, że to ważne.

background image

- Czy widzisz jakieś rozwiązanie? Teraz, kiedy masz mój nóż?

Wasilij skinął głową. Rozlał do szklanek resztkę wódki.

- Tak. Wypijmy za to, Raiju.

background image

13

Raija   nie   do   końca   pojmowała,   czemu   Walentin   zamknął   ją   w   kajucie   razem   z 

Wasilijem. Niejasno to przeczuwała, zgadywała jego tok myślenia, ale czy rzeczywiście wpadło 

mu do głowy coś takiego? Chyba sam nie wierzył, że mogliby się tak zachować.

Nie są przecież zwierzętami...

A jednak tak było. Kiedy Walentin wrócił do kajuty przyjrzał się obojgu podejrzliwie. 

Popatrzył na szklanki i pustą butelkę, niby przypadkiem zerknął na prycze.

Raija poczuła, że robi jej się niedobrze.

-   Wypiliśmy   twoją   wódkę   -   oznajmił   Wasilij.   -   W   naszej   rodzinie   nie   pytamy   o 

pozwolenie, prawda, stary? To dobra wódka, zupełnie co innego niż kwas. Przypuszczam, że 

kapitan   zgromadził   większy   zapas,   nie   będziesz   więc   musiał   pościć.   Rozejrzyj   się   też   za 

rumem, jest niezły, choć może trochę słodki...

Wasilij   wstał   i   przeciągnął   się   leniwie.   Był   szczuplejszy   i   bardziej   sprężysty   niż 

Walentin. Gdyby stanęli do uczciwej walki wręcz, z pewnością Wasilij byłby górą, uznała 

Raija.

- Rozmawiałem z chłopakami - odezwał się Walentin. - Mogę na nich liczyć, wcale nie 

zamierzają się wycofać. Dostałem też wieści z „Raiji”. Tamci marynarze także nie myślą o tym, 

by   się   wycofać...   Przykro   mi,   ale   muszę   cię   rozdzielić   z   Bykową   -   dodał   drwiąco,   ale   z 

niewinnym   uśmiechem   i   pokornym   spojrzeniem.   Nawet   wyraz   oczu   go   nie   zdradzał,   tak 

doskonale potrafił się maskować.

Raija już wiedziała, dlaczego tylu ludzi brało jego słowa za dobrą monetę, pozwoliło mu 

się oczarować, a potem oszukać.

Ciekawa była, co też Walentin powiedział marynarzom.

- Ale nie martw się, dostaniesz osobną kajutę, w której będziesz bezpieczny, Wasilij. 

Muszę cię niestety zamknąć na klucz, ale czegóż się nie robi, by ochronić człowieka, w którym 

płynie ta sama krew...

- Jasne, przekonaliśmy się o tym na przykładzie Piotra - odezwała się Raija.

Musiała to powiedzieć.

- Piotr nie jest moim synem - rzekł z naciskiem Walentin.

Wciąż   zachowywał   spokój,   wciąż   się   uśmiechał,   ale   jeden   policzek   zaczął   mu 

zdradziecko drgać.

- No to chodźmy - rzekł Wasilij. - Nie mam chyba prawa spytać, co zamierzasz teraz 

zrobić?

background image

- Nie mylisz się - odparł Walentin. - Nie możesz spytać, a w każdym razie nie otrzymasz 

odpowiedzi.   Ale  lepiej  dla   ciebie,   żebyś   znalazł   się   bezpieczny  w  kajucie   sternika,   zanim 

cokolwiek zacznie się dziać.

Więcej nic nie powiedział.

Raija czuła, jak ogarnia ją lodowaty strach, który z żołądka rozlewał się na całe ciało. 

Zrobiło jej się zimno, jak gdyby znalazła się na dworze w zimowy dzień, a północny wiatr 

przeszywał ją na wskroś. Nigdy chyba bardziej nie zmarzła.

- Dobrze wiem, gdzie jest moje miejsce - zapewnił beztrosko Wasilij. Wyglądał tak, 

jakby nie miał żadnych zmartwień, niespiesznie ruszając do drzwi. - Przypuszczam, że ktoś 

mnie tam odprowadzi. Nie ty? Walentin nawet nie drgnął, nie odpowiedział słowem ani gestem.

- Nie rób jej krzywdy! - poprosił Wasilij. - Ze względu na nią i ze względu na siebie 

samego.   Jeszcze   nie   tak   dawno   temu   Jewgienij   Byków   był   nieokrzesanym   gburem.   Ma 

wprawdzie jedno ramię mniej, ale sądzę, że nadal gdzieś w głębi jego duszy drzemie zabijaka. 

Jeśli wyrządzisz krzywdę Raiji, z pewnością się zemści.

Walentin nawet się nie skrzywił, choć nie miał zwyczaju przyjmować niczyich rad i 

pouczeń. Potrafił ukryć ogarniający go gniew, tym większy, iż podejrzewał, że Wasilij i Raija 

są   kochankami.   Dla   niego   słowo   „miłość”   miało   tylko   jedno   znaczenie,   kojarzyło   mu  się 

wyłącznie z fizycznym pożądaniem.

Uważał, że kobieta to tylko ciało, dzięki któremu mógł zaspokoić swoje żądze. Teraz też 

nie ukrywał swoich zamiarów wobec żony właściciela statku.

Ku swemu zaskoczeniu Raija nagle dostrzegła, że teraz twarz Walentina się zmieniła. 

Na jego policzkach wykwitły rumieńce, a niebieskozielone oczy lśniły dziwnym blaskiem. 

Czyżby tak wpłynęła na niego ostatnia rozmowa ze zbuntowanymi marynarzami? Z pewnością 

to nie jej bliskość tak na niego działała.

- Boisz się mnie? - spytał wyzywająco, kiedy zostali sami.

Nie odpowiedziała. Ona również znała sztukę milczenia, choć nie potrafiła tak jak on 

sprawić, by jej twarz kłamała, by z oczu nie dało się nic wyczytać.

- A może Wasilij tak bardzo cię pocieszył, że nabrałaś odwagi?

- Wasilij i ja nie rozmawialiśmy o sytuacji na statku.

- Oczywiście, że nie! - wykrzyknął, wymachując rękami. - Rozmawialiście o bardziej 

wzniosłych sprawach, co? Takich, na których ty się znasz, a on udaje, że rozumie... Taka 

wymiana myśli to pewnie miła odmiana od mojego towarzystwa, co? Ja nie mam głowy do 

takich rzeczy. Jestem tylko prostakiem, który uprowadził dwa statki.

- Nie jesteś prostakiem - zaprzeczyła Raija, starając się zachować spokój.

background image

Była w stanie się opanować, dopóki mówiła to, co naprawdę myśli, dopóki nie musiała 

kłamać.

Uniesione   brwi   świadczyły   o   zdumieniu   Walentina.   Najwyraźniej   spodziewał   się 

usłyszeć od niej inne słowa. Wciąż jednak nie przestawał jej prowokować.

- Jakim kochankiem jest mój kuzyn Wasilij? - dopytywał się uparcie.

- Nie mam pojęcia - odparła, nie uciekając spojrzeniem. Nie wiedziała, co Walentin 

chce osiągnąć. Może stara się przyłapać ją na kłamstwie?

Jak dobrze, że na jego pytania mogła szczerze odpowiadać.

- Założę się, że w swym długim życiu pościelowego jeźdźca nauczył się sztuczek, które 

są w stanie zaskoczyć nawet tak wymagającą damę jak ty!

Raija westchnęła.

-   Pewnie   jest   tak,   jak   myślisz.   Nie   potrafię   nic   na   ten   temat   powiedzieć.   Jestem 

szczęśliwą żoną i od kiedy poznałam Jewgienija, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie 

pociągał. Po prostu nie ma drugiego takiego człowieka jak on...

- Nie, trudno jest znaleźć w okolicy drugiego jednorękiego...

- Możesz sobie  myśleć,   co  chcesz  -  rzekła Raija zrezygnowana. - Wielu  kobietom 

wystarcza   jeden   mężczyzna,   choć   tobie   z   pewnością   trudno   to   zrozumieć.   Jestem   bardzo 

szczęśliwa z Jewgienijem. Daje mi wszystko, czego pragnę. Również w miłości.

Powiedziała to wprost, tak żeby Walentin nie miał wątpliwości. Nieważne, że rozmawia 

z nim o swoich osobistych sprawach, choć właściwie nic mu do tego.

- A więc kuzyn Wasilij w ogóle cię nie pociąga, mała kobietko? Naprawdę nigdy nie 

sprawił, że krew zaczęła ci szybciej krążyć?

- Nie - odparła Raija, ale głos lekko jej przy tym zadrżał. W głębi duszy musiała 

przyznać, że Wasilij miał w sobie wiele cech, których szukała u mężczyzny. Gdyby nie była 

żoną Jewgienija, gdyby chciała się związać z kimś, przy kim mogłaby zostać sobą i czuć się 

bezpiecznie, wybrałaby właśnie jego.

Walentin potrafił wyłowić owo drżenie głosu. Bez trudu odgadł, że Raija zawahała się, 

zanim odpowiedziała. Dosłyszał niepewność, z której ledwie sama zdawała sobie sprawę.

I wyciągnął własne wnioski.

Roześmiał się.

Zadowolony roześmiał się głośno.

- Nie jesteś całkiem niewinna, co, Bykowa? Kobiety to niewierne istoty! Nie znam 

żadnej zamężnej niewiasty, która nie miałaby ochoty zdradzić swego męża, o ile nikt by się o 

tym nie dowiedział. A ty bynajmniej nie jesteś wyjątkiem, choć już prawie uwierzyłem, że 

background image

jesteś   ideałem.   Gdybyś   była   taka   niedostępna,   jak   początkowo   sądziłem,   warto   by   było 

spróbować cię zdobyć. Ale ty jesteś jak wszystkie - westchnął. - Jesteś całkiem zwyczajna. 

Nawet nie wiesz, jak mnie rozczarowałaś...

Raija przełknęła. Zachciało jej się pić. Teraz chętnie sięgnęłaby nawet po gorzką i 

palącą wódkę. W gardle całkiem jej zaschło.

- Czego się po mnie spodziewałaś? - spytał i pochylił ku niej, jakby w przypływie 

zaufania. - Oczekiwałaś, że okażę się taki jak Wasilij? Myślę, że byłbym lepszym kochankiem. 

Dałbym ci więcej. O wiele więcej... - Roześmiał się. - Może jeszcze będziesz miała okazję się o 

tym przekonać. Może... - mrugnął porozumiewawczo. - Ale teraz muszę cię zostawić samą. 

Pewnie cię zawiodłem, ale nie ma innej rady.

- Czy musisz zamykać mnie na klucz? - spytała, starając się przybrać żałosny, błagalny 

ton. Właściwie nie musiała udawać, naprawdę się bała.

-   Zapewne   nie   wyrządziłabyś   wielkich   szkód   na   pokładzie   -   uśmiechnął   się   -   ale 

prowokujesz moją załogę do myślenia o innych sprawach niż te, dla których tu jest. A na to nie 

mogę pozwolić, poza tym i ty nie byłabyś bezpieczna. Wygląda na to, że oprócz mnie i mojego 

kuzyna   jest   jeszcze   kilku   innych   mężczyzn,   którym   na   twój   widok   przychodzą   do   głowy 

brzydkie i grzeszne myśli, moja droga. Zrozum, że najbezpieczniej jest dla ciebie tutaj, w mojej 

ciepłej i przytulnej kajucie...

Raija westchnęła. Skinęła głową.

- Z pewnością masz rację - przyznała zrezygnowana. Teraz już nie miała wątpliwości, 

że jest jego więźniem.

Chciała jednak wiedzieć, co się dzieje na pokładzie.

- Dokąd się tak spieszysz? - spytała. - Czyżby groziło nam jakieś niebezpieczeństwo?

Uśmiechnął się do niej, choć ten uśmiech przypominał raczej grymas.

- Nie zauważyłaś, jak się zrobiło cicho? - spytał. - Czy nie doznajesz wrażenia, jakby 

morze się uspokoiło?

Przytaknęła, miał chyba rację.

- Nadciąga sztorm - wyjaśnił. - Nie możemy stać na kotwicy, bo liny i tak by się 

zerwały. Stawiamy żagle, moja droga, popłyniemy mimo nawałnicy. Może uda się ją ominąć. 

Nie wiem, gdzie zakotwiczymy jutro. Ale i Jurków tego nie wie...

Roześmiał się i wyszedł. Potrafił wyjść we właściwym momencie.

Uwięziona   w   kajucie   Walentina   Raija   miała   dużo   czasu   na   myślenie.   Próbowała 

odgadnąć, czy morze rzeczywiście jest spokojne, ale nie znała się ani na żegludze, ani na 

pogodzie.   Słyszała   tylko,   że   na   pokładzie   zapanował   ruch,   zewsząd   rozlegał   się   tupot 

background image

chodaków, kroki biegających ludzi. Słyszała, jak marynarze śpiewają, rytmicznie wciągając 

żagle. Gdy natężyła słuch, dobiegał ją niekiedy głos Walentina.

Zastanawiała się, co teraz czuje, dowodząc dwoma statkami, które w jednej chwili stały 

się dwiema pływającymi wysepkami.

Mimo nadciągającej burzy podnieśli żagle.

Raija zastanawiała się, czy to dlatego Walentin wydał jej się tak odmieniony. Czyżby 

liczył na to, że właśnie teraz wydarzy się coś ważnego, i ta nadzieja dodała mu skrzydeł?

Powiedział, że popłyną mimo nawałnicy. Skąd wiedział, że będzie sztorm? Prawda, 

ludzie   morza   potrafią   takie   rzeczy   przewidywać,   umieją   bezbłędnie   odczytywać   znaki   w 

przyrodzie. Jewgienij również znał tę sztukę. Zwykle się nie mylił, kiedy przepowiadał pogodę 

na następny dzień. Marynarze nie musieli znać liter, ale przyroda powinna być dla nich otwartą 

księgą.

Wyglądało na to, że Walentin bez trudu ją odczytywał. Z pewnością posiadł  wiele 

umiejętności i potrafił je wykorzystać.

Raija bała się.

Zachodziła w głowę, po co Wasilij wziął od niej nóż. Jeśli siedzi teraz zamknięty w 

kajucie sternika, nie będzie przecież mógł go użyć. Znajdował się w podobnej sytuacji jak ona. 

Zapewne i on słyszał, że się na coś zanosi. Wątpliwe jednak, by Walentin zadał sobie trud i 

wyjaśnił mu, dlaczego podniesiono kotwicę i dlaczego rozwinięto żagle.

Raija   nie   znała   planów   Wasilija,   ale   bala   się,   bo   przecież   burza   mogła   mu   je 

pokrzyżować.

Chociaż i on pewnie był w stanie wcześniej przewidzieć, że nadciągnie sztorm.

Nagle Raija usłyszała, że za drzwiami coś się dzieje. Zazgrzytało w zamku. Niepewnie, 

nie tak, kiedy Walentin przekręcał klucz.

Nie dobiegł jej też odgłos kroków.

Szybko znalazła się przy wejściu i spytała szeptem:

- Kto tam?

Nie zdążyła otrzymać odpowiedzi, kiedy zamek ustąpił. Cofnęła się.

Za drzwiami stał Wasilij.

Wśliznął się bezszelestnie do środka i zamknął za sobą drzwi. Raija zobaczyła, jak 

chowa nóż w rękawie kurtki.

- Przydatna rzecz - zauważył. - Chyba będzie sztorm.

Raija skinęła głową. Nawet nie pytała, skąd o tym wie. On także był marynarzem.

- Weź pelerynę, bluzkę... Chodź ze mną! Nie pytała, dokąd ani po co. Ufała Wasilijowi. 

background image

Bluzkę wepchnęła pod kurtkę - później ją założy.

Pelerynę zwinęła w rulon i wzięła pod pachę.

-   Może   powinniśmy   zabrać   też   trochę   jedzenia   -   dodał   Wasilij.   Przeszukał   szafki. 

Butelka likieru i słoik kandyzowanych owoców zniknęły pod jego kurtką. Raija urwała kawał 

chleba, chleb był bardziej sycący.

- Musimy stąd uciekać! - rzucił niespokojnie Wasilij.

Spieszył się, rozglądał, wciąż nasłuchiwał. Dzięki docierającym do kajuty odgłosom 

mógł odgadnąć, co dzieje się na pokładzie. Był przecież doświadczonym marynarzem.

Kiedy wyszli z kajuty, rzucił:

-   Poczekaj,   zamknę   drzwi   na   klucz...   Raija   uważała,   że   to   zbyteczne,   ale   nie 

protestowała.  Wasilij   działał  w  sposób  przemyślany. Za  pomocą  noża przekręcił  zamek  w 

drzwiach. Jeśli  ktoś  teraz naciśnie klamkę, przekona się, że kajuta jest zamknięta,  i  przez 

dziurkę od klucza zobaczy, że lampy są przykręcone, a zasłony na pryczach zasunięte. Pomyśli 

pewnie, że ktoś tam śpi.

Raija zrozumiała, że Wasilij nie zdawał się na los szczęścia.

Podał jej rękę, kiedy biegli przez ciemne, wąskie korytarze, w których ledwie mieścili 

się obok siebie. Z dłonią w jego dłoni Raija czuła się bezpieczniej.

- Dokąd biegniemy? - szepnęła, kiedy posuwali się coraz niżej i coraz bardziej ku rufie 

statku. Kajuta sternika znajdowała się przecież zupełnie gdzie indziej!

- Tss! - uciszył Wasilij Raiję. Uniósł pokrywę luku i pomógł jej zsunąć się w dół.

Raija kurczowo chwyciła stromą drabinkę.

Serce mocno waliło jej w piersi, kiedy po niej schodziła. Wasilij nie odezwał się ani 

słowem, zanim na powrót nie zamknął za sobą włazu.

- Jak myślisz, gdzie najpierw będą cię szukać? - spytał.

- U ciebie, to znaczy w kajucie sternika - odparła. Skinął głową. Uśmiechnął się, mimo 

ciemności dostrzegła błysk jego zębów.

- Sądzę, że Walentin nie będzie miał czasu do ciebie zaglądać, Raija, i nie zauważy 

twojego zniknięcia. Na wszelki wypadek muszę cię jednak ukryć.

Wasilij roześmiał się i poprowadził Raiję w stronę ciasnego, ciemnego i wilgotnego 

pomieszczenia, przypominającego kubryk, w którym wcześniej leżeli ranni.

-   To   być   może  nie  jest   konieczne,  ale   nie   lubię   ryzykować,  kiedy   stawka  jest   tak 

wysoka. Tym razem gra toczy się o wszystko. Walentin pewnie zajrzy najpierw do kajuty 

sternika, a gdy przekona się, że i tam cię nie ma, będzie po kolei sprawdzał wszystkie za-

kamarki. Kiedy przyjdzie mu do głowy, że mogłaś się ukryć tutaj, być może będzie już za 

background image

późno...

Za późno, pomyślała Raija. Tylko dla kogo? W pomieszczeniu paliła się jedna lampa. 

Raija   dostrzegła   jakąś   postać   i   kurczowo   ścisnęła   Wasilija   za   rękę,   ale   on   pogładził   ją 

uspokajająco. Odsunął się i zamknął drzwi. Na wszelki wypadek przekręcił nożem zasuwę w 

zamku.

- Nie  obawiaj  się,  to  kapitan,  Raiju. Teraz  jesteśmy  po jednej  stronie  -  znowu się 

roześmiał. - Jeżeli Walentin zacznie szukać kapitana tu, gdzie go zamknął, i przekona się, że 

pomieszczenie jest puste i zamknięte na klucz, jak sądzisz, zmartwi się?

Raija skinęła głową.

- I co pomyśli? - dopytywał się.

-   Że   to   twoja   sprawka   -   odparła   bez   wahania.   Wasilij   przytaknął.   Wyglądał   na 

zadowolonego z siebie.

- Na pewno - przyznał. - I co jeszcze?

- Ze pomaga ci ktoś z załogi - dodała bez zastanowienia.

- Mądra dziewczyna!

Wasilij   ułożył   wilgotne  prześcieradła   jedno  na  drugim   w ten  sposób,   że  utworzyły 

piramidkę, i usiadł na nich z Raiją.

Następnie wyciągnął likier i owoce kandyzowane. Wziął od Raiji chleb i podzielił go na 

trzy równe części. Najpierw podał kapitanowi.

- Nie pamiętali chyba o posiłkach dla ciebie? - spytał. Kapitan potrząsnął głową i zaczął 

łapczywie jeść. Wasilij otulił Raiję płaszczem.

- Nie możemy pozwolić, byś zmarzła - rzekł. - Będę musiał zgasić lampę. Wolałbym 

tego nie robić, ale obawiam się, że to konieczne.

Skinęła głową, rozumiała, dlaczego.

- Zamykałeś za sobą drzwi, przekręcając nożem zamek - zauważyła między jednym 

kęsem chleba a drugim. Za likier podziękowała, bo pragnęła zachować jasny umysł. I tak tu na 

statku   wlała   już   w   siebie   więcej   wódki   niż   kiedykolwiek   wcześniej.   Zwykle   po   mocnych 

trunkach robiła się senna, a to ostatnie, czego teraz chciała. - Walentin pomyśli, że jest z tobą 

ktoś, kto ma klucz. Wasilij roześmiał się.

- Właśnie, jestem sprytniejszy, niż się wszystkim zdaje! Mam nadzieję, że Walentin 

połknie przynętę, choć nie do końca jestem tego pewien. On też nie jest taki głupi, na jakiego 

wygląda. Obawiam się, że to rodzinne...

Wziął butelkę od kapitana, wypił odrobinę albo tylko udawał, bo Raija nie dosłyszała, 

żeby przełykał.

background image

- Kiedy zaczynaliśmy bunt, nikt nie wziął pod uwagę kaprysów pogody - mówił dalej 

Wasilij. - Trudno ją rozszyfrować. Przyznam, że później, kiedy wyrzucono mnie ze statku, 

liczyłem na to, iż morze się trochę rozkołysze! Święta Panienko, nigdy bym nie śmiał prosić o 

sztorm. To za wiele. A teraz właśnie spełniają się moje życzenia.

Rozsadzała go radość.

- Ja także nie jestem taka głupia, na jaką wyglądam - zauważyła Raija. - Ale nie do 

końca rozumiem, Wasilij. Zanosi się na coś więcej niż sztorm, tak? Czy ty coś szykujesz? 

Chyba nieprzypadkowo wszedłeś na pokład?

- Oczywiście,  że to nie przypadek! - roześmiał  się i objął  ją ramieniem. Raija nie 

widziała w tym nic niestosownego. Co prawda Wasilij podobał jej się jako mężczyzna, ale w tej 

chwili   nie   miało   to   żadnego   znaczenia.   Był   przyjacielem.   Obejmował   ją   jak   przyjaciel.   - 

Oczywiście,   że   to   część   planu,   Raiju.   Walentin   pomyśli,   że   pomaga   mi   jeden   lub   dwóch 

członków załogi. Będzie szukał ciebie, mnie, kapitana i tych zdrajców.

Raija wstrzymała oddech. Wasilij potrafił mówić z równym przekonaniem, jak jego 

kuzyn. To pewnie jeszcze jedna z ich wspólnych cech.

- Wymyśliłem pewien plan - mówił dalej Wasilij. Świadomie przeciągał, by rozbudzić 

ciekawość kapitana i Raiji. - A moje plany zawsze były lepsze od planów Walentina. On o tym 

wie. To jeden z powodów, dla których mnie nie lubi. Nigdy nie lubił przegrywać. Nigdy też nie 

wyciągnął   nauki   ze   swych   błędów.   Okrada   mnie   z   moich   kobiet,   ubrań,   sposobów 

przyrządzania piwa, moich pomysłów... Ale jemu nigdy nic nie udaje się tak jak mnie...

- Jednak przechwala się tak samo jak ty - przerwała Raija niecierpliwie. - Wyjaśnij 

wreszcie, o co chodzi, zanim Walentin się tu zjawi. Co się właściwie dzieje?

- Udało mi się przeciągnąć całą załogę na swoją stronę - rzekł Wasilij. - Bez trudu 

udowodniłem ludziom, że ich okłamał. Morale marynarzy jest wysokie, Walentin ma rację, ale 

nie takie, jak by sobie życzył.

Wasilij znowu się roześmiał. Raija nie pojmowała, jak można się śmiać w takiej chwili 

jak ta. Jej wcale nie było wesoło.

-   Walentin   bardzo   się   zdziwi.   To   nowy   bunt,   Raiju   Bykowa.   Odbieramy   statek 

Walentinowi - potwierdził słowa Wasilija kapitan.

background image

14

Fragmenty   późniejszych   wydarzeń   na   zawsze   utrwaliły   się   w   pamięci   Raiji. 

Decydujących lub trudnych momentów życia nigdy jednak nie zapamiętuje się takimi, jakimi 

były   naprawdę,   bo   to   zbyt   wiele   dla   zwykłego   człowieka.   Zachowuje   się   w   świadomości 

jedynie urywki.

Być może właśnie dzięki temu ludzie potrafią nadal normalnie żyć.

Raija   usnęła   z  głową   na  ramieniu   Wasilija.   Pamiętała  niejasno,   że   było  jej   zimno. 

Pamiętała, że w pomieszczeniu panowała wilgoć, a na podłodze zebrało się sporo wody. I że 

zewsząd otaczały ją nieprzeniknione ciemności. Ciemność przypominała ścianę. Pojawiała się 

natychmiast wraz z otworzeniem oczu.

Dlatego dobrze było zamknąć oczy i uciec stąd na skrzydłach snu.

Kiedy Wasilij ją obudził, nie pojmowała, jakim cudem mogła w tych warunkach spać. 

Czyżby jednak wypiła za dużo wódki?

Statkiem już nie kołysało, rzucało nim z burty na burtę.

Raiję ogarnęła panika. Zerwała się na równe nogi, chciała wybiec na pokład, za wszelką 

cenę dostać się na górę, ku światłu! Nie chciała utonąć uwięziona pod pokładem.

Wasilij  musiał  potrząsnąć  Raiją,  by oprzytomniała. Nadal   czuła  lęk,  ale   opanowała 

krzyk.

- Nie bój się, nic ci tu nie grozi. Nikt nie zginie - uspokajał ją.

Raija podejrzewała, że nie mówi prawdy. Powiedział przecież, że przygotował kolejny 

bunt. Na pewno dojdzie do rozlewu krwi! W pewnej chwili przemknęło jej przez głowę, że ona 

sama pragnie śmierci Walentina.

Przeraziła się.

Nigdy nikomu nie życzyła śmierci. Nie przypuszczała, by w ogóle była do tego zdolna. 

Teraz,  zdumiona, musiała uznać, że nie znała siebie tak dobrze, jak jej się wydawało. To 

zaskakujące i przerażające, że tli się w niej taka żądza zemsty.

- Nie bój się - powtórzył Wasilij. - Takie kołysanie to jeszcze nic.

Raiję przeszedł dreszcz. Czyżby naprawdę mogło być gorzej?

- Właśnie nadszedł odpowiedni moment - mówił dalej Wasilij. - Walentin chyba nie 

zauważył, że uciekłaś z kajuty kapitana. Nie miał czasu sprawdzić, ale wcześniej czy później 

zechce do ciebie zajrzeć, Raiju. Teraz jest zbyt zajęty, bo nie udało mu się ominąć sztormu. 

Burza   nadciągnęła   szybciej,   niż   się   spodziewał.   Marynarze   muszą   jak   najprędzej   ściągnąć 

żagle, a z tym jest dużo pracy. - Uścisnął Raiję i dodał: - Krótko mówiąc, nie możemy dłużej 

background image

czekać. Nie możemy czekać, aż morze się uspokoi. Myślę, że Walentin spróbuje dostać się w 

sam środek burzy. Tam zwykle jest spokojnie. To brzmi jak niedorzeczność, prawda? Myślisz, 

że tam kipi piekło, a tymczasem zazwyczaj panuje spokój, morze gładkie jak szklana tafla. A 

wkoło koniec świata.

Nie   możemy   czekać,   Raiju.   Musimy   wydostać   się   na   pokład   i   wykorzystać 

zamieszanie...

Raija pojmowała, że mówiąc „musimy”, nie myśli o niej.

- Ty zostaniesz na dole, będziesz tu bezpieczniejsza - potwierdził jej przypuszczenia.

Zdawało   się,   że   tak   naprawdę   uważa,   ale   tym   samym   przeczył   wcześniejszym 

zapewnieniom. Mówił przecież, że nikt nie zginie...

Weź się w garść, Raija! szeptał jej jakiś wewnętrzny głos, który próbował pomóc jej 

zachować rozsądek.

Jedyne, czego pragnął Wasilij, to ją ochronić, chciał dla niej jak najlepiej.

Ale tu, głęboko pod pokładem, było mokro i przerażająco ciemno. Raija nie dostrzegała 

nawet ścian. Powietrze do tego stopnia przesycone było wilgocią, że odnosiła wrażenie, iż 

zamieniało się w ciecz.

Słyszała plusk.

Statek nabierał wody.

Nie, za nic tu nie zostanie, nie chce utonąć uwięziona pod pokładem!

- Nie możemy cię zabrać ze sobą na górę - tłumaczył Wasilij.

Jego głos rozlegał się tuż przy jej uchu, ciepły oddech muskał jej policzek. Chciała 

uwierzyć i dać się przekonać, ale wszystko się w niej sprzeciwiało.

- Będę przeszkadzała?

- Nie w tym rzecz. Boję się, że Walentin mógłby cię dostać w swoje łapy - powiedział 

Wasilij wprost. - A wtedy wykorzystałby cię jako zakładnika i użył jako broni przeciwko mnie. 

Doskonale wie, że to jedyny sposób, żebym się ugiął.

Raija nie chciała o tym myśleć.

- To dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce, jakie znam - dodał. - Zostawimy tu owoce i 

ostatni łyk likieru, będziesz się więc mogła w razie czego pocieszyć...

- Mam się upić ze szczurami, zanim pójdziemy na dno?

- Kiedy usłyszysz, że szczury uciekają, masz moje pozwolenie, by czmychnąć stąd 

razem z nimi - odparł Wasilij. Nie żartował, jego głos brzmiał wyjątkowo poważnie. - Ale 

wcześniej nie chcę cię widzieć na górze, Raija, bo zapowiada się na piekielne przedstawienie. 

Sztorm nie ucichnie tylko dlatego, że my się pokażemy na pokładzie; będzie mocno kołysało. 

background image

Może się zdarzyć, że na moment stracimy panowanie nad statkiem. Ale wierz mi, „Antonia” 

świetnie trzyma się na wodzie. To marzenie, nie statek. Będziesz się śmiała, lecz kocham go! 

Myślę, że i on kocha mnie z wzajemnością, a kiedy poczuje, że to ja stanąłem za sterem, 

posłucha mnie, odda mi się we władanie jak kobieta...

- Jak, do diabła, możesz mówić coś takiego? - prychnęła Raija.

Roześmiał się niemal tak samo jak Walentin. Raija przez moment zastanowiła się, czy 

przypadkiem to nie on stoi obok.

- Próbuję cię tylko przekonać, że wszystko będzie dobrze, Raiju. Chwilami sytuacja 

może wydawać się niebezpieczna, ale pamiętaj o tym, co ci powiedziałem. Będzie dobrze. 

Prawie cała załoga przeszła na naszą stronę. Walentin nie ma żadnych szans. Sztorm dodatkowo 

nam sprzyja...

- Burza zjawiła się jak na zawołanie - dodał kapitan.

Raija nie mogła oprzeć się wrażeniu, że minęło zaledwie parę godzin, od kiedy Wasilij 

wszedł na pokład, a marynarze już przestali słuchać Walentina.

Wiatry szybko się zmieniają.

Wyglądało jednak na to, że Wasilij ma zaufanie do swych kolegów i nie żywi do nich 

urazy za to, że wcześniej się od niego odwrócili.

- Nie chcę cię widzieć na pokładzie, jasne? - rzekł stanowczo.

- Tak - odparła posłusznie Raija.

Bała się zostać w tym ciasnym i ciemnym pomieszczeniu, ale musiała też przyznać, że 

na pokładzie bałaby się jeszcze bardziej. Mogłaby ją zmyć fala albo zepchnąć wiatr, wokół niej 

mogłaby się lać krew. Najbardziej obawiała się tego, że wpadnie w ręce Walentina.

Gdyby   stała   się   zakładniczką   Wasilija,   także   nie   czułaby   się   bezpieczna,   dodała   w 

myśli.

- Nie pokażesz się na górze, zanim po ciebie nie przyjdę, niezależnie od tego, jak długo 

to potrwa!

- Dobrze.

- Bez względu na to, co się wydarzy, zostań tutaj. Zachowuj się cicho, pod żadnym 

pozorem nie zapalaj lampy, nie próbuj czerpać wody, nie krzycz.

- Dobrze.

Była coraz bardziej pokorna. Wreszcie Wasilij puścił ją i wstał. Raija usłyszała plusk 

wody, która przesiąkła do środka. Bała się, ale przecież obiecała Wasilijowi, że się stąd nie 

ruszy. Potrafiła dochowywać obietnic, miała to we krwi.

- Nie spodziewałem się, że będziesz taka zgodna - przyznał Wasilij, kładąc dłoń na jej 

background image

kolanie.

Raija cieszyła się, że wokół panują ciemności. Dzięki temu kapitan nie dostrzegł gestu 

Wasilija, a ona sama nie widziała wyrazu twarzy mężczyzny, któremu najwyraźniej nie była 

obojętna. Powietrze zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie.

- Chciałbym zostawić ci nóż - rzekł z westchnieniem. - Ale będzie nam potrzebny na 

górze.

Doskonale to rozumiała.

-   Zostanę   tu   -   przyrzekła,   starając   się,   by   jej   słowa   zabrzmiały   przekonująco.   Nie 

chciała, by Wasilij się o nią martwił. Miał na głowie tyle ważnych spraw, które znaczyły więcej 

niż jej życie. O wiele więcej. - Dopóki szczury nie zaczną w popłochu biec w górę - dodała ze 

słabym uśmiechem, którego Wasilij w tych ciemnościach nie mógł zobaczyć. Ale mógł go 

usłyszeć. I rozpoznać ciepło w jej głosie.

Uścisnął jej kolano. Raija wiedziała, że chce się z nią w ten sposób pożegnać, a także 

przekazać coś, czego nigdy nie ubierze w słowa. Z pewnością nie był skłonny do składania 

deklaracji. Nie należał do tego typu mężczyzn. Nie padał na kolana - w każdym razie nie często.

Wiedział, że jest szczęśliwa z Jewgienijem.

- Powodzenia - rzekła cicho. Poszli. Została sama w absolutnej ciemności. Wasilij nie 

zamknął drzwi na zamek, ale to niczego nie zmieniało. I tak była sama.

Pomyślała, że ciemność nie jest ścianą, tak jak początkowo sądziła, lecz czymś, co ją 

spowijało. Nie tak jak mgła, raczej jak woalka. Przesłaniała jej twarz, okręcała się wokół głowy, 

Raija nie mogła się od niej uwolnić, nic przez nią nie widziała.

Przez chwilę uważnie nasłuchiwała. Coś plusnęło na podłodze gdzieś niżej. Raija nie 

siedziała zbyt wysoko, mogła dotknąć desek, gdyby tylko trochę wyciągnęła nogi. Ale nie 

chciała próbować. Wręcz przeciwnie - podkurczyła nogi jeszcze bardziej. Nie chciała wiedzieć, 

jak wysoko podeszła woda, której przed burzą tu nie było.

Statek przeciekał.

Raija   słyszała,   jak   trzeszczy   i   skrzypi.   Słyszała,   jak   burty   się   skarżą.   Po   każdym 

potężnym uderzeniu fal tak jęczały, że obawiała się, iż lada chwila ustąpią.

Wytrzymywały dzielnie napór wody i wichru.

Chyba Wasilij nie kłamał, kiedy mówił, że „Antonia” to dobry i solidny statek. Wciąż 

jednak nie czuła się całkiem bezpieczna.

Wyjęła korek z karafki z likierem, którego niewiele już zostało. Wiedziała, że trunek jej 

nie posłuży, ale musiała jakoś zagłuszyć strach.

Przełknęła ostatnie krople. Napój miał słodki smak owoców, których nazwy nie znała, 

background image

ale pomyślała, że to smak lata, kwiatów i słonecznych promieni.

Poczuła, jak alkohol pali w żołądku, rozgrzewa na moment. Jednak w piersi czuła chłód. 

Słyszała, jak wali jej serce, brzmiało chyba równie głośno jak skarga burt statku. Chwilami 

Raija miała wrażenie, że nawet na pokładzie słychać uderzenia jej serca.

Walentin wcale nie będzie musiał jej szukać, podąży tylko za tym odgłosem.

Nasłuchiwała, co się dzieje na pokładzie, ale to nie zdało się na nic. Wydawało jej się, 

że słyszy tupot nóg w chodakach, by za moment dojść do wniosku, że nikt nie biega w taki 

sposób, a poza tym ów odgłos rozległ się zbyt blisko.

Wasilij prosił ją, by siedziała spokojnie i żeby była cicho.

Przypomniała   sobie   powiedzenie   o   szczurach   uciekających   z   tonącego   okrętu   i 

wyobraziła sobie, jak gryzonie opuszczają „Antonię”.

Czy naprawdę są tu, pod pokładem? Nie słyszała nic, co mogłoby świadczyć o ich 

obecności, ale mimo to w wyobraźni ujrzała całe hordy gryzoni.

Przebiegł ją dreszcz.

Bujna wyobraźnia naprawdę może być przekleństwem.

Statkiem   wciąż   silnie   kołysało,   burza   jeszcze   się   nie   skończyła.   Najwidoczniej 

„Antonia” nie zdołała jeszcze dotrzeć w samo serce sztormu. Burza najwyraźniej sprzyjała 

Wasilijowi. Wykorzystując zamieszanie na pokładzie, z pewnością zamierzał rozprawić się z 

Walentinem. Dlatego tak bardzo mu się spieszyło.

Miała do Wasilija żal, że nie wtajemniczył jej w swe plany, że jej nie zaufał. Choć 

wywodzili się z różnych światów, przecież stali się sobie bardzo bliscy.

Jednocześnie jednak rozumiała, czemu zataił przed nią szczegóły. Tak było dla niej 

bezpieczniej.

Powiedział,   że  prawie   cała  załoga   przeszła   na  jego   stronę.  Ciekawe,   jak   przekonał 

marynarzy, jakich użył argumentów. Dopiero co popierali Walentina, a już zwrócili się przeciw 

niemu. Wasilij musiał być o wiele bardziej przekonujący.

Raija zmarzła tak bardzo, że dzwoniła zębami. Nie miała pojęcia, ile minęło czasu od 

chwili, kiedy Wasilij i kapitan zostawili ją samą. Wydawało jej się, że ciągle słyszy trzask 

zamykających się za nimi drzwi.

A może jeszcze nie zdążyli dotrzeć na pokład?

A może jest już po wszystkim?

Albo właśnie walka rozgorzała na dobre.

Raija nie wiedziała. W myślach przywoływała obraz bitwy, słyszała wokół krzyki tak 

wyraźne, że prawie od nich ogłuchła. Słyszała szalejący sztorm i uderzenia wichru.

background image

Zacisnęła   powieki.   Objęła   dłońmi   pustą   karafkę.   Czuła   tak   silne   kołysanie,   że 

momentami rzucało nią od ściany do ściany.

A kiedy na powrót otworzyła oczy, panowała cisza. Absolutna cisza.

Raija wstrzymała oddech.

Było cicho.

Poniżej jej stóp pluskała woda, lekko i niemal przyjaźnie.

Cicho.

Minęło trochę czasu, zanim Raija zrozumiała, co się stało. To nie ten sztorm miotał 

statkiem, to nie ten sztorm czuła i słyszała każdą częścią ciała.

Uświadomiła sobie, że odżyło jakieś inne doświadczenie, które właśnie uwolniło się z 

okowów niepamięci. Sytuacja, w jakiej się znalazła, obudziła wspomnienia.

Jakby wytoczyły się pod wpływem uderzeń fal.

Raija przypomniała sobie, że już raz przebywała pod pokładem statku w czasie sztormu, 

i to znacznie silniejszego niż ten. Fale ze wspomnień były wysokie jak góry.

Pulsowało jej w skroniach, głowa ciążyła, w uszach dudniły mocne uderzenia serca. 

Niewiarygodne, ale wrażenia powróciły jak żywe. Wiedziała, że wtedy tak samo się bała. Może 

nawet bardziej. Strach mocno utkwił jej w pamięci.

Poczuła, że otacza ją wielka pustka.

Nie znała swej przeszłości, mogła tylko zgadywać, że przeżyła coś podobnego wtedy, 

kiedy Jewgienij stracił ramię. Tak mało o tym wiedziała, choć wiele razy opowiadano jej, jak 

uratowała Jewgienijowi życie. Teraz zdała sobie sprawę, że postąpiła podobnie, jak niedawno w 

przypadku Piotra.

Już nie miała wątpliwości, że tkwiła w niej jakaś moc, coś wielkiego i potężnego, coś, 

czego sama nie mogła pojąć. Coś, czego nie powinna poznać.

Choć wiedziała, że jest tylko narzędziem sił z zewnątrz, cieszyła się, że może zrobić coś 

dobrego dla innych. To wielka rzecz, wspaniałe uczucie, które sprawiało, że nabierała pokory.

Zrobiło się niebezpiecznie cicho. Tak przerażająco i przenikliwie cicho.

Cisza również może grzmieć w uszach.

Cisza również może przypominać krzyk.

Zakłócały ją jedynie uderzenia fal. Nie były to fale sztormowe, woda obmywała burty z 

lekkim pluskiem.

Pewnie znaleźli się w samym środku sztormu, jakby w oku cyklonu. To o tym mówił 

Wasilij. Użył bardzo trafnego określenia, uznała Raija. Oko musi być spokojne, spojrzenie 

właściwe sztormowi - zimne.

background image

A może burza już przeszła?

Dlaczego jest tak cicho? Co z Wasilijem? Dlaczego po nią nie przychodzi?

Obiecał, że zejdzie na dół, jak tylko sytuacja się wyjaśni, jak będzie po wszystkim. Nie 

wątpiła w jego prawdomówność. Jeżeli jakikolwiek człowiek dotrzymywał danego słowa, to 

był nim właśnie Wasilij.

Ale dlaczego to tak długo trwa?

Czyżby Wasilij się przeliczył? Może jednak marynarze nie stanęli po jego stronie? Albo 

Walentin swymi gładkimi obietnicami po raz drugi zdołał ich przekonać do swych racji?

Raiję dręczyło tak wiele pytań.

Kołatały w jej głowie. I na każde pojawiało się mnóstwo sprzecznych odpowiedzi.

Raija całą wolą pragnęła się wydostać: ruszyć do drzwi, wspiąć się po drabince, potem 

pójść wzdłuż długich, ciemnych korytarzy na powietrze i ku światłu.

Nie wiedziała, jaka to pora dnia. Im dłużej siedziała w ciemnym pomieszczeniu pod 

pokładem, tym bardziej się bała. Całkiem zaschło jej w ustach, serce podchodziło do gardła.

Dlaczego Wasilij nie przychodzi? Dlaczego, do diabła, nie przychodzi? Może zranił go 

Walentin? Może w tej chwili walczy ze śmiercią?

Trzeba mu pomóc! Tak, z pewnością trzeba mu natychmiast pomóc...

Ale prosił ją, by pod żadnym pozorem się stąd nie ruszała. Powiedział to z naciskiem. 

Powtórzył kilka razy. Kazał jej czekać, póki po nią nie przyjdzie. Powiedział, że nigdzie indziej 

nie będzie bezpieczna.

A może zaprzątnęły go inne sprawy, ważniejsze niż ona?

Raija drżała z niepewności. Nie ma nic gorszego, niż tak siedzieć i czekać.

Zmarzły jej ręce, zgrabiały palce. Nie była w stanie utrzymać karafki. Próbowała ją 

uchwycić,   ale   karafka   stoczyła   się   ze   stosu   prześcieradeł   i   wpadła   z   pluskiem   do   wody. 

Przechyły statku sprawiały, że uderzała rytmicznie to w jedną, to w drugą ścianę.

Raiji przyszło do głowy, że może słychać to na pokładzie i że ten odgłos może ją 

zdradzić.

Ogarniało ją coraz więcej wątpliwości.

W końcu była już niemal pewna, że Walentin zatriumfuje.

- Diabeł pomaga sobie podobnym - syknęła przez zaciśnięte zęby.

Wasilij był idealistą,  walczył o poprawę losu marynarzy i ich rodzin. Walentin zaś 

myślał tylko o własnych sprawach, chciał władzy dla siebie, a nie dobra innych.

Raija poczuła, że ogarnia ją złość. Ciągle się bała, ale gniew w końcu wziął górę nad 

strachem. Nie była już w stanie dłużej znosić bezczynnego siedzenia i czekania. Uznała, że 

background image

musi wyjść na pokład. Musi zobaczyć, co się stało.

Zsunęła  się   ze  stosu  prześcieradeł   do  wody,  która  już  sięgała   jej   do  pół   łydki.   Po 

omacku posuwała się w ciemności. Znalazła drzwi i drabinkę prowadzącą do góry.

Musi się dowiedzieć.

background image

EPILOG

Było coś   nierzeczywistego  w tym,  że  tak stała  razem  z Wasilijem  i  spoglądała  na 

wyłaniający się zarys katedry Świętego Michała.

Jeszcze niedawno nie wierzyła, iż doczeka takiej chwili. Sądziła, że przyjdzie jej zginąć.

A teraz Walentin leżał na pokładzie w płóciennym worku, starannie zasznurowanym, 

jak gdyby w obawie, że nawet martwy zechce się jeszcze wymknąć.

- Dobrze, że tak się stało - odezwał się Wasilij.

Stał,   obejmując   Raiję   ramieniem.   Nikomu   nie   wydawało   się   to   dziwne,   nikt   nie 

doszukiwał się w tym żadnej dwuznaczności. Nawet Raija.

Walczyli przecież po jednej stronie. Teraz wracali do domu otoczeni swego rodzaju 

chwałą.

- Oleg prawie cały dzień i całą noc rozmawiał z policjantami w swym kantorze. Oni nie 

dopuszczą, by sprawa buntu odeszła w niepamięć. Chcą znaleźć i ukarać winnego, dostać tych, 

którzy zamordowali kapitana „Raiji”. Dobrze, że Walentin nie żyje.

Zamilkł. Uścisnął Raiję, po czym opuścił rękę i odsunął się. Zacisnął dłonie na krawędzi 

burty.

Nie chciał, by ktoś z lądu ich zobaczył, kiedy tak stoją razem. Mogliby w ten sposób dać 

powód do plotek.

- To najniższa cena, jaką mogliśmy zapłacić, Raija. Nie odzyskalibyśmy statków w inny 

sposób. Walentin nigdy dobrowolnie by się nie poddał. Uprowadziłby „Raiję” i „Antonię”, a 

ciebie razem z nimi. Bóg jeden wie, dokąd by popłynął. Może udałoby mu się zawinąć do 

jakiegoś   rosyjskiego   portu   i   sprzedać   statki.   Wszędzie   można   znaleźć   nieuczciwych   ludzi. 

Zgubiłby wiele rodzin, a ciebie za nic by nie wypuścił. Możesz mi nie wierzyć, ale bardzo 

chciał cię mieć. I wziąłby cię, nawet gdyby miał zostać za to surowo ukarany. Nie bał się 

niczego. Nie bał się nawet śmierci...

Raija zamknęła oczy.

Pomyślała, że Wasilij  miał rację. Walentin nie bał się śmierci. Sam wyszedł jej na 

spotkanie.

Takim go zapamięta...

Wspinanie się w ciemności po chybotliwej i wąskiej drabince przywodziło na myśl 

scenę z sennego koszmaru. Raija, stojąc na śliskim szczeblu, walczyła z pokrywą włazu, która 

zagradzała jej wyjście na pokład. Nigdy by nie pomyślała, że może być taki ciężki! Dobrze, że 

nie mogła spojrzeć w dół.

background image

Kiedy już była pewna, że zgnije tu w ciemności, że Walentin triumfuje i że wszyscy o 

niej zapomnieli, pokrywa ustąpiła.

Ostrożnie wchodziła coraz wyżej, wreszcie dotarła na pokład. Uderzyły ją cisza i chłód. 

Powietrze było zimne i rześkie, gęsto spowijało statek. Całkiem niedaleko dostrzegła maszty 

„Raiji”. Tam też panował dziwny spokój.

I morze było spokojne.

Wydawało   się,   jakby   wszystko   wstrzymało   oddech,   jakby   wszyscy   poumierali.   Jak 

gdyby ona jedna pozostała przy życiu.

Serce waliło jej jak młotem. Snuła coraz bardziej niesamowite myśli i wyobrażenia. 

Przerażony   człowiek   wszystko   wyolbrzymia.   W   strachu   nawet   to,   co   najbardziej 

nieprawdopodobne, wydaje się możliwe.

Raija krążyła po statku. Znalazła nóż, ale właściciel jakby się rozpłynął. Nie zauważyła 

krwi. Żadnych śladów walki.

Wydawało jej się, że trafiła na statek - widmo, który wszyscy opuścili w popłochu.

Nie pomyślała, że ktoś musiał stać u steru, nie pomyślała o takim drobiazgu.

Morze   nie   było   jej   żywiołem,   nie   znała   go   i   przerażało   ją.   Myśl,   że   jest   sama, 

dodatkowo potęgowała lęk.

Dotarła  do kajuty kapitana.  Nie wiedziała,  czemu  poszła akurat  w  tę stronę. Może 

dlatego,   że   znała   drogę,   a   może   pomieszczenie   to   kojarzyło   się   jej   z   pewnego   rodzaju 

bezpieczeństwem.

Drzwi stały otworem.

Weszła do środka.

W   kajucie   zobaczyła   tylko   Walentina   i   Wasilija.   Wasilij   przyciskał   do   brzucha 

Walentina poduszkę, która cała była czerwona. Raija zobaczyła, że prześcieradła również są 

zaplamione krwią.

W   pierwszej   chwili   Raija   pomyślała,   że   Walentin   nie   żyje.   Jego   twarz   nawet   nie 

drgnęła, była całkiem bez wyrazu, jak twarz martwego człowieka.

Wasilij spojrzał na Raiję.

- To już koniec - rzekł. I zaraz dodał z wyrzutem: - Miałaś zostać pod pokładem, póki 

po ciebie nie przyjdę. Czy tak trudno ci dotrzymać tego, co obiecałaś?

Raija potrząsnęła głową. Odsunęła ręce Wasilija i podniosła poduszkę.

Walentin miał głęboką ranę w brzuchu. Mocno krwawił.

Poduszka nic nie pomoże. Wasilij  musiał o tym wiedzieć, ale pewnie złapał to, co 

pierwsze wpadło mu w rękę.

background image

Raija usiadła na brzegu koi. Położyła ręce na ranie, na zimnej skórze.

Walentin spojrzał na nią.

- Nie mogłaś beze mnie wytrzymać - szepnął  ochryple  i  uśmiechnął  się. Raija nie 

odpowiedziała. Słyszała jego słowa jak przez mgłę, ale ich sens do niej nie dotarł. Nawet nie 

mogły jej rozzłościć.

To nie trwało długo. Nie zabrało wiele czasu. Walentin stracił dużo krwi. Raija nadal 

trzymała dłonie na ranie, ale poświata wokół niej zniknęła.

Walentin uśmiechał się, umierając.

Być może zobaczył coś, czego żywi nie mogli  dojrzeć.  Raija uśmierzyła  najgorsze 

cierpienia, ale nie zdołała uratować mu życia.

Nie wiedziała, czy tego chce.

Jednocześnie uświadomiła sobie, że to nie zależy od niej. Jak dobrze, że nie sama tym 

kieruje.

Nie musi wybierać.

Czuła się wyczerpana. Wasilij przeniósł ją na krzesło.

Następnie umył ciało zmarłego i włożył do płóciennego worka, który dobrze zawiązał, 

choć  wiedział,  że na lądzie   jeszcze zostanie otworzony.  Walentin  nie od  razu spocznie w 

pokoju.

Potem Wasilij opowiedział Raiji o wszystkim, co wydarzyło się pod jej nieobecność na 

pokładzie.

O   Walentinie,   który   stracił   władzę.   O   marynarzach,   którzy   nie   chcieli   walczyć   do 

upadłego,   którym  w zupełności   wystarczyła   poprawa  warunków  na statku,   wyższa   płaca  i 

świadomość, że mają pracę i zatrudnienie na więcej niż jeden rejs, jeżeli dobrze się sprawią. 

Nie zamierzali wysuwać dodatkowych żądań. Kiedy dowiedzieli się, że przeciw nim wyruszyła 

cała flota, zrozumieli, że nie chcą walczyć w prywatnej wojnie Walentina.

- Tak, to zadecydowało - stwierdziła Raija bezbarwnie. Poznała to po twarzach wielu 

marynarzy, którzy wyraźnie zazdrościli rannym opuszczającym pokład.

- To było kłamstwo - rzekł Wasilij i usiadł ciężko po drugiej stronie stołu.

Raija spojrzała w jego niebieskozielone oczy, podkrążone, z przekrwionymi białkami. 

Policzki Wasilija jeszcze nigdy nie wydawały się tak chude i zapadnięte.

-   To   było   kłamstwo   -   powtórzył   cicho,   ponieważ   drzwi   pozostały   otwarte.   - 

Zaryzykowaliśmy. Spodziewaliśmy się, że Walentin nie będzie czekał z założonymi rękami, aż 

zostanie pokonany. Liczyliśmy na to, że marynarze nie zechcą za niego umierać. Skłamaliśmy. 

To właśnie było częścią mojego planu, którego nie chciałem ci wyjawić.

background image

Minęło trochę czasu, zanim do Raiji dotarło znaczenie tych słów i zanim zrozumiała, że 

Wasilij z Olegiem razem to uknuli. Może zresztą nie tyle Oleg, co Wasilij.

- Nie mogliśmy Walentinowi nic zaproponować - dodał Wasilij, wzruszając ramionami. 

- Inni właściciele statków powiedzieli, że nic ich nie obchodzi bunt na „Antonii” i „Raiji”, że 

Oleg musi to załatwić na własną rękę. Oni niczym nie ryzykowali, zaś Jurków i Byków mogli 

stracić wszystko.

- A co ty z tego masz? - spytała Raija blado. Znowu to samo wzruszenie ramion.

- Zakładam,  że Oleg  dotrzyma  obietnicy. Nie  mam nic  przeciwko temu,  by zostać 

kapitanem...

- A marynarze?

- Dostaną to, co Oleg przez cały czas obiecywał. Tylko ci, którzy zamordowali kapitana 

„Raiji”, zostaną oddani w ręce gubernatora, co do tego mówiliśmy prawdę...

- Ale z ciebie zimny drań - zauważyła Raija. Skinął głową.

- To typowe w naszej rodzinie - odparł, przebiegając wzrokiem po worku leżącym na 

podłodze.

Wpłynęli do portu. Czekały ich zwykłe dni.

Znowu będzie trzymała Michaiła w ramionach. Jewgienij wróci do domu. Wiele będzie 

musiała wyjaśnić.

Ale nie mogła postąpić inaczej, wybór nie należał do niej. Do działania popchnęło ją 

coś, co istniało poza nią, coś dużo silniejszego.

Tak, wiele trzeba będzie wyjaśnić.