background image

A. Lazarus  „Mity na temat małżeństwa” - wybór 
 

 
WPROWADZENIE 
 
Prawo do zawarcia małżeństwa, w przeciwieństwie do innych licencji i praw, nie wymaga 

odpowiednich kompetencji. Osoba uprawniona do leczenia innych musi się wykazać wiedzą 
na temat chorób i leków; prawo jazdy przyznaje się tym, którzy potrafią kierować 
samochodem. Gdyby w szkołach średnich prowadzono kursy umiejętności małżeńskich, tak 
jak prowadzi się kursy prawa jazdy, wielu ludzi nauczyło by się porozumiewać ze sobą w 
sposób rozsądny i pełen miłości. 

Ale kto mógłby zostać instruktorem? Wielu doradców, psychologów, psychiatrów oraz 

innych specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego ma równie błędne wyobrażenia na 
temat związku jak ich klienci. Większość ludzi nie wie, jak żyć w małżeństwie! 

Młodzi małżonkowie snują najczęściej nierealne marzenia oraz mają oczekiwania wobec 

związku, a małżeństwo to przede wszystka partnerstwo i obowiązek. Dla niektórych to 
również praca na pełnym etacie Gdyby każdy przygotował szczegółową listę swoich potrzeb, 
oczekiwań i możliwości, które jego partner przeczytałby przed zawarciem związku, byłoby 
znacznie mniej smutku i rozczarowań. 

Pozwólcie że przedstawię pewną hipotetyczną sytuację. John i Mary, oboje po 

dwudziestce, są ze sobą od dwóch lat i planują się pobrać. Oto lista oczekiwań Johna: 

„Chcę by moja żona była lojalną, kochającą i wierną towarzyszką. Pragnę, by zauważała 

moje potrzeby i starała się je zaspokajać. Moim zdaniem mąż powinien stanowić centrum 
ś

wiata żony. Nikt ani nic nie może być ważniejsze od niego. Jednym z głównych powodów, 

dla których człowiek się żeni, jest to, by ktoś zadbał o wszystkie jego życiowe wygody - liczę 
wi
ęc, że nie będę musiał gotować, sprzątać ani robić zakupów. Spodziewam się też, ze moja 
ż

ona będzie dbała o swoją atrakcyjność seksualną i reagowała na moje potrzeby. Chcę się 

kochać przynajmniej raz w nocy. Żona powinna traktować moich rodziców i siostrę z takim 
szacunkiem i miło
ścią, z jakimi ja to czynię. Moim zdaniem obowiązkiem żony jest 
podbudowywanie pewno
ści siebie i dobrego samopoczucia męża. Jednocześnie uważam, że to 
m
ężczyzna jest głową rodziny - on powinien być szefem, a żona - konsultować z nim wszelkie 
istotne decyzje.”
 

 

Także Mary sporządziła listę swoich wyobrażeń na temat związku: 

„Małżeństwo to praca zespołowa dwojga ludzi, którzy jako równoprawni  partnerzy 

dążą w tym samym kierunku. Małżeństwo to bardziej „my” niż „ona” lub „on”. 
Mał
żonkowie powinni postępować odpowiedzialnie jak ludzie dorośli, nie próbują
„matkowa
ć” sobie nawzajem. Powinni stworzyć dom i możliwie szybko osiągnąć 
samodzielno
ść oraz niezależność emocjonalną. Chcę mieć pewnośćże mąż stawia mnie na 
pierwszym miejscu. Oczekuj
ęże będzie mi pomagał w domu - możemy razem sprzątać
robi
ć zakupy i współpracować.” 

Po przeczytaniu tych krótkich opisów nasuwa się myśl, że John i Mary wkrótce po 

ś

lubie popadną w konflikt. Niektórych może dziwić, że w ciągu dwóch lat zażyłości nie 

zdążyli odkryć u siebie tak istotnych różnic. To jednak częste. Pracowałem z setkami par, 
które dopiero kiedy zamieszkały razem, odkrywały swoje bardzo różne oczekiwania i 
konfliktowe postawy w związku, mimo że przedtem długo ze sobą  „chodziły”. W 
dzisiejszym świecie, w którym większość ludzi podejmuje wspólne życie bez zawarcia 
małżeństwa, najważniejsze różnice ujawniają się na tyle wcześnie, by dało się uratować 

background image

sytuację. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Pracowałem też z wieloma parami, które 
musiały się najpierw pobrać, aby zauważyć u siebie nawzajem różnice nie do pogodzenia. 

Prowadząc terapię par, które nie zawarły jeszcze związku małżeńskiego, rutynowo 

polecam sporządzenie listy oczekiwać. Niektórzy ludzie mają z tym problem - nie potrafią 
sprecyzować, co chcieliby ofiarować, a co otrzymać w małżeństwie. Zadaniem terapeuty jest 
pomoc w określeniu tego, czego dana osoba oczekuje. Bardzo przydatne w tym względzie 
okazuje się sporządzenie listy możliwości i oczekiwań, podobnie jak to się robi przed 
podjęciem pracy. „W tej firmie - mówi kadrowiec - oczekujemy od pana tego, tego i tego”. 
Kandydat na daną posadę może więc rozważyć, czy odpowiada mu wysokość wynagrodzenia 
i rodzaj pracy oraz to, czy sam ma odpowiednie kwalifikacje. Podobnie można zorientować 
się w sytuacji przed zawarciem małżeństwa, określając własne wymagania i możliwości - czy 
ta decyzja się opłaca, czy związek będzie wystarczająco atrakcyjny, zabawny, czy odpowiada 
naszym potrzebom i czy jesteśmy na tyle dojrzali emocjonalnie że umiemy realizować 
potrzeby. 

Prowadzę terapię małżeńską, seksualną oraz psychoterapię od ponad czterdziestu lat. 

Przez cały ten czas uważnie przyglądam się pracy

 

innych specjalistów z mojej dziedziny. 

Wielu było na tyle uprzejmych, że pozwoliło mi przebywać w swych gabinetach podczas 
spotkań z klientami (w miarę jak nabywałem więcej doświadczenia, sam zacząłem zapraszać 
studentów i kolegów do czynienia podobnych obserwacji). Jest to być może najlepszy sposób 
uczenia się tego, co wolno

 

robić, a czego nie. Dziś drżę na myśl o tym, jak radziłem sobie - 

czy też nie radziłem - z ludźmi, którzy zwracali się do mnie o pomoc na początku mojej 
kariery zawodowej! Praktyka nie czyni nas doskonałymi, ale pozwala uniknąć wielu 
pomyłek. 

Pomysł napisania tej książki zrodził się podczas moich publicznych wystąpień na temat 

związków małżeńskich. Prowadziłem zajęcia dotyczące technik terapeutycznych, a także 
metod i odkryć badawczych, na które słuchacze reagowali znudzeniem lub entuzjazmem, za 
każdym razem jednak, kiedy poruszałem kwestię mitów małżeńskich, spotykało się to z 
niezmiennym zainteresowaniem. 

Wszyscy uważają się za ekspertów w tej dziedzinie i nie wahają używać w dyskusji 

mocnych argumentów. Kiedy omawiam któryś z mitów opisanych w tej książce, ludzie 
chętnie opowiadają się po różnych stronach - zwolennicy mojej tezy tworzą jeden obóz, 
przeciwnicy - drugi, i wszyscy razem ochoczo ruszają do walki. 

Zwykle proszę przychodzące do mnie pary, by określiły, który z mitów pasuje do ich 

ż

ycia. Mogę wówczas przestrzec partnerów przed błędami, jakie mogliby popełnić w trakcie 

terapii. Rezultaty przekraczają zazwyczaj ich oczekiwania i wzbudzają wiele emocji. 

Jeśli pragniesz ożywić nieco nudne przyjęcie czy spotkanie w klubie, spróbuj poruszyć 

któryś z tematów zawartych w tej książce! 

Prezentowany tu materiał opisuję z perspektywy przedstawiciela zachodniej kultury 

anglojęzycznej. W innych częściach świata małżeńskie gry rządzą się zupełnie innymi 
regułami. To, co działa w Seattle, może okazać się klęską w Singapurze. Nie jest to książka, 
którą należałoby tłumaczyć na wiele języków i sprzedawać na całym świecie. 

Na podstawie mojej praktyki, badań, notatek oraz nagrań z poszczególnych sesji 

terapeutycznych wybrałem dwadzieścia cztery mity i uczyniłem je podstawą książki. Są to 
dominujące wzorce postaw i zachowań wśród par małżeńskich (kolejność ich opisywania nie 
ma tu znaczenia). Istnieje też wiele innych mitów (o niektórych z nich wspominam), jednak 
te, którymi się zajmuję, uważam za najbardziej powszechne. Są to błędne przekonania, 
rodzące największe niezadowolenie wśród par małżeńskich. 

Wszystkie przedstawione przeze mnie postacie mają swoje pierwowzory w 

rzeczywistości. Zmieniłem tylko ich imiona oraz cechy charakterystyczne, aby uniemożliwić 
ich rozpoznanie. 

background image

 
KOMENTARZ 
To oczywiste, że oczekiwania ludzi (zarówno te jawne, jak i ukryte), jakie ludzie mają 

wobec małżeństwa, wywierają głęboki wpływ na jakość ich związków. Pomijając konkretne 
skargi zgłaszane przez kolejne pary, u podstaw konfliktu leży najczęściej żal o to, że „ten 
związek nie spełnia moich nadziei ani oczekiwań”. Bywa tak, że oczekiwania są 
nierealistyczne lub niesprawiedliwe i wówczas terapia może pomóc w ich skorygowaniu. 
Często zdarza się jednak, że oczekiwania obojga partnerów są jak najbardziej słuszne, ale nie 
zostały nigdy głośno wyartykułowane. Jeśli małżonkowie decydują się na podjęcie terapii, 
powinni przede wszystkim wyrazić to, czego chcą od siebie nawzajem. Jeśli jesteś w 
związku, w którym nie dzieje się najlepiej, postaraj się przemyśleć, a potem porozmawiać o 
swoich oczekiwaniach tak otwarcie, jak to możliwe. 

Pomimo mojego zastrzeżenia, że książka jest przeznaczona dla mieszkańców Zachodu i 

nie dotyczy przedstawicieli innych kultur, przetłumaczono ją na wiele języków, między 
innymi na hiszpański, portugalski, niemiecki, włoski, chiński, szwajcarski oraz duński. Być 
może nie zdawałem sobie sprawy z podobieństwa problemów małżeńskich wśród ludzi 
różnych nacji. Nawet dla moich przyjaciół Hindusów, których małżeństwa aranżują zwykle 
seniorzy rodu, oczekiwania mają istotne znaczenie. Pewna hinduska para miała na przykład 
kłopot z tym, że mąż hołdował wartościom tradycyjnym (sądził, ze żona będzie odgrywała 
rolę podległą), żona zaś, która spędziła wcześniej kilka lat w Anglii oczekiwała równych 
praw w swoim związku. Ojciec męża (psychiatra) przysłał ich do mnie po poradę i udało nam 
się osiągnąć pewien kompromis. 

Powtarzam jeszcze raz: jeśli myślicie o zawarciu małżeństwa, postarajcie się jak 

najdokładniej wyrazić swoje oczekiwania. Jeżeli pozostajecie w związku małżeńskim lub 
innym bliskim związku, rozmawiacie o waszych wspólnych oraz indywidualnych potrzebach, 
aby uniknąć czy też rozwiązać problemy i zapewnić wam obojgu większą satysfakcję. 

 

MIT 1 

MAŁŻONKOWIE POWINNI BYĆ NAJLEPSZYMI PRZYJACIÓŁMI 

 
Wielu ludzi żywi przekonanie, że małżeństwo to związek oparty na najlepszej i najbliższej 

przyjaźni. Myślę, że to nieprawda. 

Zasady małżeństwa przypominają przyjaźń, ale nie są z nią równoznaczne. Przyjaciele nie 

mieszkają zwykle pod jednym dachem przez wiele lat, ich kontakty cechuje więc większa 
intensywność. Małżonkowie wspólnie przeżywają codzienne zdarzenia, a nastrój jednego 
partnera ma bezpośredni wpływ na drugiego. Często też powstają między nimi napięcia. Poza 
tym przyjaźń jest oparta na potrzebach dwojga niezależnych ludzi, podczas gdy małżeństwo 
koncentruje się głównie na tworzeniu rodziny. 

Pojęcie „najbliższy przyjaciel” jest dość enigmatyczne. Dzieci i nastolatkowie zwykle 

wyróżniają tymi słowami jedną, szczególną dla nich osobę. Dorośli często podchodzą do tego 
z rezerwą. Ludzie dojrzali i „wyrafinowani”, którzy z przymrużeniem oka traktują pojęcie 
„najlepszego przyjaciela”, mają zwykle wielu „bliskich kolegów”. Są to po prostu znajomi, 
współpracownicy a nawet przeciwnicy lub konkurenci. Tak naprawdę niewielu ludzi potrafi 
nawiązać bliską przyjaźń. 

Prawdziwa przyjaźń tworzy atmosferę swobody w wyrażaniu uczuć i emocji. Pozwala na 

dzielenie się z drugą osobą wszystkim tym, co jest dla niej ważne. W przyjaźni wiadomo, co 
partner naprawdę myśli i czuje w kwestiach istotnych dla obu stron. Najlepsi przyjaciele nie 
ukrywają przed sobą niczego, chętnie wyjawiają najgłębsze myśli i uczucia. Mówią to, co 
czują. Nie odgrywają przed sobą ról. Nie ukrywają ani nie powstrzymują złości; wyrażają ją 
spontanicznie i konstruktywnie. Szczera przyjaźń opiera się na wspólnym pragnieniu 

background image

współpracy, a nie rywalizacji. Ważnym składnikiem przyjaźni jest także radość z sukcesu 
drugiego - przyjaciel cieszy się, kiedy spotyka nas coś dobrego. 

Cynik stwierdzi zapewne, że taki związek jest niemożliwy. Istotnie, prawdziwa przyjaźń 

zdarza się rzadko. Ludzie, którym nie dane było doświadczyć tej cennej formy kontaktu z 
innymi, są jednak znacznie ubożsi emocjonalnie i pokrzywdzeni pod względem psychicznym.  

Czy ta charakterystyka prawdziwej przyjaźni nie odnosi się również do „pary idealnej”, 

której związek wykracza poza przyjaźń? Jak dotąd to co napisałem o przyjaźni, może 
dotyczyć także kochającego się małżeństwa. Choć to nie wszystko. 

Najlepszy przyjaciel jest z definicji człowiekiem najbardziej zaufanym Związek oparty 

jest przede wszystkim na otwartości i dzieleniu się sobą z wybraną osobą. Nie obowiązuje tu 
nakaz zachowania ostrożności ani emocjonalne tabu. W małżeństwie natomiast stała bliskość 
fizyczna oraz wspólne obowiązki i problemy rodzą często potrzebę prywatności. Podczas gdy 
przyjaźń to wiedza od A do Z na temat drugiej osoby, w małżeństwie powinna ona sięgać 
najdalej do W. Jeśli partnerzy nie zadbają o wyznaczenie granicy, która da im pewien stopień 
emocjonalnego dystansu, ich związkowi zagrozi autodestrukcja. Pewien znajomy nie zgodził 
się z moją tezą, twierdząc, ze żona jest jego najlepszą przyjaciółką i powiernicą: „Zawsze 
opowiadam jej o najgorszym, co mnie spotkało. Wie o mnie wszystko - to, co dobre i to, co 
złe. Zna moje wątpliwości, lęki, wykręty i słabości”. Ostrzegałem go, że popełnia błąd. 
Znałem jego talent do poniżania się, okresowe ataki depresji, głębokie rozterki, a także 
wiedziałem o sprawach na X, Y, a nawet Z (wiedziałem na przykład, że miewał fantazje 
erotyczne na temat starszej siostry żony). Byliśmy przyjaciółmi, więc nie miało to 
negatywnego wpływu na nasz związek, radziłem mu jednak, by nie wyjawiał wszystkich 
szczegółów żonie. On zaś twierdził, że urok ich małżeństwa polega właśnie na „braku 
barier”. Skończyło się ono rozwodem trzy lata później. Pamiętam jego spojrzenie pełne bólu i 
niedowierzania, kiedy powtarzał mi słowa żony: „Nie czuję do ciebie nic poza pogardą!”. 

Być może ja czułbym to samo, gdyby on codziennie karmił mnie swymi upokorzeniami i 

rozterkami. Na szczęście przyjaźń chroniła nas przed goryczą, wnosząc czasem śmiech i 
radość.  

Najważniejszy wniosek? Są tematy, których nie wolno poruszać

 

z partnerami, za to można 

bezpiecznie podzielić się nimi z przyjaciółmi (nawet znajomymi), którzy umieją dochować 
tajemnicy. 

 

MIT 2 

MIŁOŚĆ ROMANTYCZNA TO PODSTAWA DOBREGO MAŁŻEŃSTWA 

 
Romantyczną edukację czerpiemy z rożnych źródeł - od rodziców, rówieśników, z 

książek, czasopism, kina, telewizji i piosenek. Media kreują obraz szczęśliwego małżeństwa 
opartego na namiętności i zachwycie. Miłość jest w nim wyidealizowana, a partnerzy 
obdarzają się wzajemnym uwielbieniem. 

Ta zmitologizowana romantyczna tradycja ma wielu zwolenników. Jednym z ulubionych 

powszechnie tematów jest „miłość od pierwszego wejrzenia”. Każdy, kto poznał znaczenie 
miłości, wie, że jest to uczucie złożone, które potrzebuje czasu, by się w pełni rozwinąć. 
Pierwsze spotkanie może z pewnością obudzić fascynację lub pociąg fizyczny, ale miłość to 
odkrywanie cech drugiej osoby, to dzielenie się sobą nawzajem, które rodzi poczucie 
spełnienia i wzbogacenia. 

„Oszaleć z miłości” - to kolejny, nazbyt często powtarzany zwrot. Teksty popularnych 

piosenek, czasopisma kobiece i wiele filmów podsycają złudzenie, że prawdziwa 
romantyczna miłość może przetrwać dłużej. Problem w tym, że ludzie, których głównym 
celem w życiu jest kochać i być kochanym, lekceważą rozwój innych jego dziedzin. Mogą 
przy tym pomijać kształcenie w sobie umiejętności wzbogacających ich atrakcyjność w 

background image

oczach innych. Człowiek często nudzi się towarzystwem drugiej osoby, o ile nie pielęgnuje 
razem z nią wspólnego systemu wartości i zainteresowań. Miłość romantyczna jest namiętna i 
gwałtowna. Szybko się wypala. Uczucie małżeńskie płonie wolniej, grzejąc serca i dając 
poczucie bezpieczeństwa i ukojenia. 

W pierwszych miesiącach lub latach małżeństwa partnerzy odkrywają, że ich wybrańcy 

nie są ideałami. Większość ludzi potrafi się z tym pogodzić, ale nie romantycy najwyższej 
próby. Mężczyzna idealizujący miłość romantyczną bezowocnie szuka partnerki, która 
ofiaruje mu czułość, bezpieczeństwo oraz troskliwość idealnej matki, wzbogaconą o 
seksualną ekstazę. Kobieta romantyczna pragnie, by „On” był idealnym ojcem, mężem, 
opiekunem, towarzyszem i kochankiem w jednej osobie. Z klinicznego punktu widzenia te 
oczekiwania są chorobliwe. Już sam język romantycznej miłości świadczy o psychotycznej 
formie tej relacji. Ona za nim „szaleje”, on dla niej „stracił głowę”. W szponach tak silnej 
namiętności ludzie dotąd rozsądni i odpowiedzialni odsuwają się od rodziny, przyjaciół i 
społeczeństwa. 

Większość nas niechętnie odnosi się do idei zerwania z romantycznym idealizmem. 

Oszczędzilibyśmy sobie jednak wiele cierpienia, gdyby ludzie nauczyli się zastępować 
romantyzm trwałą miłością, stanowiącą podstawę udanego małżeństwa. Uczucie, które 
podtrzymuje związek, jest piękniejsze, głębsze i bardziej nagradza niż szalona miłość rodem z 
tanich powieści. 

Troska i uczucie w małżeństwie nie mogą istnieć bez wzajemnych dowodów kilku 

podstawowych wartości:  

uprzejmości 

porozumienia 

harmonijnego przystosowania się do zwyczajów drugiej osoby, 

zaangażowania we wspólne zajęcia, 

uzgodnienia kwestii istotnych wartości, 

wspólnych chęci zamiast przymusu, 

wyraźnych dowodów szanowania siebie nawzajem. 

 

Pary małżeńskie muszą wypracować codzienną rutynę ubierania się, jedzenia, pracy, snu i 

podobnych zwyczajów, które wymagają dostosowania się do drugiej osoby, a także do 
niezliczonych zajęć, jakich wykonywanie warunkuje jej obecność. Celem jest stworzenie 
„wspólnego kapitału” działań, zachowań i doświadczeń, które rodzą głęboką wzajemną 
akceptację, pozbawioną fałszywych nadziei i nierealnych marzeń o romantycznym ideale. 

 

MIT 3 

ZWIĄZKI POZAMAŁŻEŃSKIE NISZCZĄ MAŁŻEŃSTWO 

 
Mądrość ludowa głosi, że mężczyzna szczęśliwie żonaty nie zakocha się ani nie opuści 

ż

ony dla innej kobiety. Podobnie kobieta nie będzie ryzykować rozpadu udanego związku dla 

przygody z innym. Jeśli więc któreś z partnerów ma romans, powszechnie uważa się to za 
oznakę problemów w małżeństwie. A to nieprawda! 

Ludzie szukają przygód pozamałżeńskich z przeróżnych powodów i tylko niektóre z nich 

są powiązane z sytuacją stresową w stałym związku. Sfrustrowani seksualnie małżonkowie 
pragną otrzymać od kogoś to, czego brak im w małżeństwie. Zdarza się też, że problemu nie 
stanowi sam związek, ale osoba partnera. Niektórzy ludzie są wciąż niepewni swej 
atrakcyjności i sprawności seksualnej, odczuwają więc przymus ciągłego „sprawdzania się”. 
Jeszcze inni mają tak wielki apetyt seksualny, że trudno dotrzymać im kroku. 

Pewien mężczyzna powiedział mi kiedyś: „Jeśli ktoś ma romans, to jego małżeństwo wisi 

na włosku!”. Człowiek ten był trzykrotnie żonaty i za każdym razem porzucany dla innego 

background image

mężczyzny. Znam jednak kilkoro mężczyzn i kobiet, którzy decydowali się na romans z 
ciekawości, w wyniku rozwoju osobistego, nudy lub dużego potencjału seksualnego. Istnieją 
więc zdrowe i niezdrowe przyczyny szukania związków pozamałżeńskich. 

Mężczyzna lub kobieta, którzy w ciągu trzydziestu lat małżeństwa nigdy nie odczuwali 

pokusy nawiązania romansu z kim innym, mają prawdopodobnie zaburzenia biologiczne lub 
psychiczne. Małżonkowie, którzy w czasie trwania swego związku przeżyli kilka przygód 
seksualnych z innymi partnerami, mieszczą się w granicach normy. Wiele kobiet i mężczyzn 
jest gotowych na podobne doświadczenie, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.  

Nie twierdzę, że seks pozamałżeński zawsze wzbogaca pożycie partnerów. Niektórym 

osobom podobna sytuacja wydaje się nie do pomyślenia z powodu ich temperamentu, 
wychowania religijnego czy uwarunkowań społecznych. Spotykałem ludzi trawionych 
poczuciem winy z powodu zaangażowania się w nielegalny związek. Radziłem im, by unikali 
w przyszłości przygodnych romansów, jakby to były czekoladowe ciasteczka nadziewane 
arszenikiem. Dla niektórych z nas seks pozamałżeński może okazać się trucizną. 

Istnieje też druga strona monety. Ilustruje ją przykład pochodzący z lat sześćdziesiątych, 

kiedy to rozpoczynałem praktykę prywatną. Jedną z moich pierwszych klientek była 
trzydziestoletnia kobieta, od pięciu lat zamężna, matka dwojga dzieci w wieku czterech i 
dwóch lat. Anita rozważała odejście od męża, ale przed wizytą u prawnika postanowiła 
skonsultować się z psychologiem. Chciała przekonać się, czy jej małżeństwo można jeszcze 
uratować. Jej główny problem, jak twierdziła, pojawił się już w dniu ślubu. Jej mężowi seks 
wystarczał raz w miesiącu, a nawet raz na parę miesięcy. Samą siebie opisała jako kobietę „z 
temperamentem”, zdolną do namiętnej miłości każdej nocy, a nawet dwa razy w ciągu jednej 
nocy. 

Pełna ocena sytuacji i ustalenie programu terapii wymagały spotkania z jej mężem. 

Wyjaśniłem mu potrzebę podjęcia terapii małżeńskiej, ale odmówił. Twierdził, że z nim 
wszystko w porządku, za to Anita jest nadmiernie pobudzona seksualnie. Słysząc to, żona 
postanowiła wystąpić o rozwód. 

Ostrzegałem ją przed zbytnim pośpiechem i zadawałem różne pytania. Interesowało mnie, 

jakim mężem był ten człowiek, poza tym, że miał inne niż ona zapotrzebowanie na seks. 
Opisała go jako miłego, ciężko pracującego, troskliwego, dobrotliwego i zdolnego do 
tworzenia bliskich więzi. A jakim był ojcem? Dobrym. Pomagał dzieciom, spędzał z nimi 
wolny czas, kochał je, a one kochały jego. Co z kwestią utrzymywania rodziny? Doskonale! 
Był wiceprezesem dużej rozwijającej się firmy, miał spory udział w zyskach i wysoką pensję, 
a do tego dochody pochodzące z korzystnych inwestycji. Czy sprawdzał się jako towarzysz 
ż

ycia? Mimo zaangażowania w pracę, nie był od niej uzależniony. Potrafił znaleźć czas na 

spotkania towarzyskie, ciekawe wakacje i inne rozrywki. 

Kiedy spytałem, dlaczego chce zrezygnować z tak wielu rzeczy i rozbić rodzinę tylko z 

powodu seksu, Anita rozzłościła się: 

Łatwo panu mówić! Pan nie cierpi z powodu frustracji seksualnej! 

Ponieważ jej mąż był osobą o tak wielu zaletach, sugerowałem, że mogłaby z nim 

pozostać i poszukać sobie innego źródła zaspokojenia seksualnego. 

Ależ to niemoralne! - sprzeciwiła się. 

Czyżby rozwód, rozbicie rodziny i oddzielenie dzieci od ojca, a także zniszczenie całkiem 

udanego związku było bardziej moralne? (Wspominała wcześniej, że różnice seksualne były 
właściwie jedynym źródłem konfliktu). 

Nie cudzołóż! - wykrzyknęła. 

Czyż jednak przykazanie to nie ma na celu ochrony rodziny przed rozwodem? Skoro 

związki pozamałżeńskie mogą ocalić rodzinę, nie mamy do czynienia ze zwykłym 
cudzołóstwem, ale działaniem dla dobra osób zainteresowanych. 

background image

Kilka tygodni później Anita uwiodła Neila, swego partnera od tenisowego debla, i 

zaangażowała się w „płomienny romans”. Kochanek był dziesięć lat starszy od niej, miał troje 
dzieci i żonę cierpiącą od dwóch lat na paraplegię z powodu uszkodzenia kręgosłupa podczas 
wypadku samochodowego. 

Minęły trzy lata i Anita ponownie zjawiła się w moim gabinecie. Pojawiły się nowe 

kłopoty, Neil bowiem nalegał, by za niego wyszła. Podczas spotkania we troje uświadomiłem 
mu, iż porzucenie chorej żony może w nim zrodzić poczucie winy tak silne, że zniszczy ono 
drugie małżeństwo. 

- A gdybyś nie miał wyrzutów sumienia, to ja nie chciałabym znać takiego zimnego 

drania! - wykrzyknęła Anita. 

W roku 1980, kiedy gromadziłem dane na temat losów odbywających wcześniej terapię 

par, odkryłem, że ten związek wciąż ma się dobrze. Dwa małżeństwa i dwie rodziny zostały 
ocalone. Dzieci Neila pozakładały własne rodziny i uczyniły go dziadkiem. Syn Anity 
kończył szkołę, a jej córka się zaręczyła i pracowała w firmie ojca. 

Seks pozamałżeński może wzbogacić związek jednych ludzi, na innych nie mieć żadnego 

wpływu, niektóre pary zaś doprowadzić do kryzysu. Mitem jest jednak przekonanie, że każdy 
romans musi osłabić i zagrozić małżeństwu; nie jest to również dowód na to, że w związku 

 

ź

le się dzieje. 

 
KOMENTARZ DO MITU 3 
Ż

ałuję, że umieściłem ten mit w swojej książce, nazbyt często jest on bowiem błędnie 

interpretowany. Padają fałszywe opinie o tym, że „Lazarus zachęca społeczeństwo do seksu 
pozamałżeńskiego”. Zamierzałem tylko podkreślić, że romanse mogą czasem pomóc 
małżeństwu lub je ocalić. Chciałem podważyć przekonanie o tym, że zawsze są one 
destrukcyjne i że nieodmiennie sugerują istnienie problemów lub wad w związku. Trudno 
przecenić zalety wierności, lojalności, oddania oraz uczciwości. Historia Anity jest 
interesująca i prowokująca, choć mit ten należy do najmniej znaczących w książce i łatwo 
mógłby zostać pominięty. Jak zauważył mój kolega, jego brak w pierwotnej wersji tekstu 
mógłby sprawić, że polecano by go w szkołach i w kościele. 

Seks pozamałżeński może okazać się pomocny dla niektórych (niewielu) związków, ale 

zdecydowanie monogamiczne nastawienie naszego społeczeństwa sugeruje jego szkodliwość. 

 

MIT 4 

JEŚLI DRĘCZY CIĘ POCZUCIE WINY, PRZYZNAJ SIĘ DO WSZYSTKIEGO 

Ten mit jest potencjalnie bardziej niebezpieczny niż kilka innych pospołu. Omawiając mit 

pierwszy, pisałem o nadmiernym obciążeniu, jakie może zrodzić nakaz „ujawniania 
wszystkiego” w małżeństwie. Podczas gdy przyjaźń zniesie wszelkie informacje, od A do Z, 
w małżeństwie powinniśmy się zatrzymać najdalej na W. Informacje typu Z mogą stanowić 
zbytni ciężar. W tej kategorii mieszczą się rewelacje na temat wszelkich przygód, czy to 
jednonocnych, czy też długotrwałych namiętnych romansów. 

Kilka lat temu, kiedy omawiałem tę kwestię podczas wykładu Terapia małżeńska i 

seksualna, pewien student stwierdził, że moje poglądy wynikają z podeszłego wieku i że 
reprezentuję inne pokolenie. Mówił, że dzisiejsi młodzi małżonkowie, w przeciwieństwie do 
swych rodziców, często przyjmują formułę „otwartego związku”. Zazdrość według niego jest 
reliktem czasów, w których małżeństwo równało się prawu własności. Ogłosił, że zarówno 
on, jak i jego żona informują się o swych przygodach, dawnych i obecnych, przy czym nie 
wpływa to ujemnie na ich związek - przeciwnie, wzbogaca go: „Chętnie opowiadamy sobie o 
tym, co robimy w łóżku z innymi. To bardzo podniecające; nasze pożycie jest dzięki temu o 

background image

wiele bardziej atrakcyjne”. Wystąpienie tego młodego człowieka zapoczątkowało gorącą 
dyskusję. Większość jego rówieśników nie zgadzała się z takim punktem widzenia. Dwa lata 
później usłyszałem, że rozszedł się on z żoną i ożenił po raz drugi. 

Nie ma złotej reguły postępowania, skutecznej dla wszystkich małżeństw, ponieważ ludzie 

znacznie się różnią między sobą. Z pewnością istnieją tacy, których wzbogaca życie w 
otwartym związku czy komunie. Jednak moje obserwacje klientów i znajomych dowodzą, że 
dla dobra małżeństwa warto zatrzymać pewne sprawy dla siebie. 

Dobrym przykładem tego jest młody wykładowca college'u, który zaangażował się w 

romans ze swoją studentką. Jeff żył w udanym małżeństwie z Lindą, nie potrafił jednak 
oprzeć się wdziękom szczególnie atrakcyjnej dziewczyny, która schlebiała mu, 
podbudowywała jego ego, a do tego nauczyła kilku nowych sztuczek w łóżku. Ich potajemny 
romans trwał przez dwa semestry. W tym czasie Jeff przywiązał się do kochanki bardziej niż 
się tego spodziewał. Ponieważ darzył Lindę prawdziwym uczuciem, miał z nią też dwójkę 
małych dzieci, postanowił zakończyć tę przygodę. Kilka miesięcy później, wciąż czując 
smutek z powodu końca „tak pięknego związku” oraz ambiwalencji uczuć, zwrócił się o 
pomoc do psychologa. Tamten poradził mu, by „się oczyścił” i opowiedział o wszystkim 
Lindzie. (Ów doradca hołdował dwóm innym małżeńskim mitom: Małżonkowie nie powinni 
mie
ć przed sobą tajemnic oraz: Najlepszą polisą w małżeństwie jest całkowita szczerość). 

Jeff postąpił zgodnie z radą psychologa i opowiedział żonie o potajemnym związku. Linda 

zareagowała czymś, co można określić jako „psychotyczną furię”. Nieszczęśnik doczekał się 
tak okrutnej zemsty, że lepiej by było, gdyby wcześniej odciął sobie język. Kiedy Linda i jej 
wpływowy ojciec już z nim skończyli, Jeff został pozbawiony żony, kochanki, pracy oraz 
dostępu do dzieci. 

Wielu mężczyzn snuje fantazje o oddanych i całkowicie im wiernych żonach, które nie 

tylko tolerowałyby ich pozamałżeńskie eskapady, ale nawet je pochwalały. Mogliby 
wówczas znaleźć u nich ukojenie, na przykład po kłótni z kochanką. Prowadziłem terapię 
wielu mężów, którzy byli na tyle szaleni, by próbować urzeczywistnić podobne fantazje i 
przeżywali głębokie rozczarowania z powodu negatywnych reakcji swoich żon. Szeroko 
rozpowszechniony - szczególnie wśród specjalistów od zdrowia psychicznego (którzy 
powinni wykazać większą wiedzę!) - mit głosi, że Twój partner i tak w pewnym sensie 
„wie” o wszystkim. 
Zgodnie z tym nigdy nie uda ci się zachować tajemnicy w ważnych 
sprawach. Jeśli mąż spotyka się z inną, żona i tak o tym wie na poziomie 
„podświadomym”. Jeżeli to żona ma kochanka, mąż wychwytuje wszelkie tego oznaki i w 
jakiś sposób zdaje sobie sprawę z jej poczynań. Twierdzę, że to nieprawda. Pozwólcie, że 
przytoczę pewien przykład. 

Kilka lat temu mój przyjaciel miał romans. Harry był raczej niedyskretny, żeby nie 

powiedzieć swobodny w mówieniu o tym wszem i wobec. Ellen była jego pracownicą i 
często gościła w domu szefa pod pretekstem wspólnej pracy. Wspólnie z żoną Harry'ego, 
Barbarą, wybierały się czasem na zakupy; zdarzało się również, że cała trójka szła razem do 
kina. Sytuacja ta trwała ponad cztery lata, budząc zainteresowanie całego miasteczka. 
Zadawano sobie pytanie, czy Barbara wie o wszystkim. 

-  Musi wiedzieć. 
-  Nie jest przecież chyba aż tak ślepa! 
-  Pewnie żyją w trójkącie. 

Byłem jedyną osobą, która na podstawie poczynionych obserwacji twierdziła, że Barbara 

nie ma o niczym pojęcia. 

Harry miał jednak wyrzuty sumienia, postanowił więc powiedzieć żonie całą prawdę. 

Myślę, że chciał po prostu zakończyć romans i wybrał sobie najskuteczniejszy sposób. Jego 

background image

wyznanie spowodowało jednak ogromne szkody, z którymi małżonkowie (a także Ellen) 
próbują się uporać po dziś dzieńOdczekałem kilka tygodni, żeby sprawa nieco przycichła, i 
zapytałem Barbarę, czy podejrzewała coś podobnego, czy cokolwiek przeczuwała. Mogła 
zachować twarz i zaprzeczyć własnej naiwności, ale nie zrobiła tego. 

-  Nie miałam o niczym pojęcia - odrzekła. - Bezgranicznie ufałam Harry'emu (zob. Mit 

7). Poza tym było mi żal Ellen. Miała ciężkie życie. Myślałam, że Harry też jej współczuje. 
Harry powiedział mi niedawno, że oddałby wszystko, żeby wymazać tę wiedzę z pamięci 
Barbary. 

Jeżeli czujesz się winny z powodu romansu, najlepiej wyznaj wszystko komuś innemu 

(kogo dyskrecji będziesz mógł zaufać). 

Zbytnia otwartość wobec partnera grozi zerwaniem związku 
 

MIT 5 

MAŁŻONKOWIE POWINNI WSZYSTKO ROBIĆ WSPÓLNIE 

 
Jednym z najczęściej spotykanych mitów małżeńskich jest przekonanie o potrzebie 

„robienia wszystkiego wspólnie”. Ma ono swe źródło w romantycznej fantazji (Mit 2) 
ekstatycznym połączeniu dwojga osobnych istot. Małżonkowie niczym papużki-
nierozłączki chodzą wszędzie razem, wszystko robią wspólnie i wszystkim się dzielą. Nie 
wyobrażają sobie, że mogliby oddzielnie przeżyć coś wartościowego. Przestają 
funkcjonować jako jednostki.  

Uważam, że większość ludzi przenosi po ślubie oczekiwania wobec swych rodziców na 

partnerów. Kiedy sześcioletni Pat pyta siedmioletniego Kima, czy może do niego przyjść, 
mały Kim odpowiada prawidłowo, że musi zapytać mamę. Sytuacja staje się jednak 
absurdalna, kiedy dwudziestosześcioletni Pat pyta dwudziestosiedmioletniego Kima, czy 
ten wybierze się z nim na kręgle, mecz piłki nożnej lub na horror, którego z pewnością nie 
chciałyby oglądać ich żony, a Kim odpowiada, że musi zapytać małżonkę. Jeszcze bardziej 
dziwaczna jest odpowiedź dwudziestopięcioletniej Alice, która zapraszana do uwielbianej 
przez siebie i nielubianej przez męża opery twierdzi, że musi poprosić go o pozwolenie. 

Nie polecam tu nieodpowiedzialnych i nie liczących się z partnerem zachowań. To 

oczywiste, że w dobrym związku należy brać pod uwagę drugą osobę. Kiedy więc Sam 
oznajmia Suzie, że wybiera się z kolegami na kręgle, a ona przypomina mu o obiecanej 
wizycie u cioci Tilly w szpitalu, odmawia przyjaciołom. Robi to jednak nie dlatego, że ktoś 
mu kazał, ale dlatego, że chce dotrzymać danej przez siebie obietnicy. Podobnie Suzie, 
chcąc spędzić czas z koleżankami lub na przedstawieniu baletowym, informuje o tym męża, 
nie prosząc go o zgodę. 

Czy ja nie dzielę włosa na czworo? Chyba nie. Ludzie często sprzeciwiają mi się, 

twierdząc: „Kiedy mówię, że zapytam żonę, nie szukam błogosławieństwa matki. Uważam 
po prostu, że w małżeństwie lepiej unikać decydowania wyłącznie za siebie. Wolę ustalić 
coś wspólnie z nią”. (Nie podejmuj decyzji wyłącznie za siebie - to kolejny mit, który 

mógłby znaleźć się w tej książce. Oczywiście, ważne decyzje, które będą miały wpływ na 

sytuację w małżeństwie lub na osobę partnera, najlepiej podejmować wspólnie. Jednak 
unikanie decydowania za siebie może doprowadzić do powstrzymywania się od niezależnego 
myślenia). 

To, co mówimy, wskazuje często na to, jak myślimy i działamy. „Pytanie” to coś zupełnie 

innego niż „oznajmianie”. Otrzymanie pozwolenia to nie to samo, co przekonanie się o 
istnieniu dostatecznych powodów dla zmiany działania. „Mąż nie pozwala mi wychodzić 
wieczorami”, „Żona nie zgadza się, żebym wstąpił do klubu sportowego”, „Nie chce słyszeć o 
tym, żebym grywał w golfa podczas weekendów”, ,Nie pozwala mi grać w brydża” - są to 
dosłowne cytaty zaczerpnięte z moich notatek robionych w czasie sesji terapeutycznych. 

background image

Ludzie ci zgłaszali się po pomoc, jedna lub obie strony chciały bowiem robić wszystko 
wspólnie i pozostawiały partnerowi niewielką swobodę działania. Nic dziwnego, że wielu 
ludzi postrzega małżeństwo jako zniewolenie i drży na samą myśl o nim! 

Krąży też mnóstwo dowcipów na temat małżeństwa i rozwodu: „Rozwód jest po prostu 

kolejną kłótnią, która nie znalazła rozwiązania”, „Małżeństwo jest zwykle wynikiem braku 
właściwej oceny, rozwód - braku cierpliwości, powtórne małżeństwo zaś - braku pamięci”, 
„Szaleństwo bywa przyczyną rozwodu, najczęściej jednak małżeństwa”. 

Autorzy komiksów przedstawiają małżeństwo jako łańcuch z kulą u nogi. Fatalnie! Dobry 

związek stwarza partnerom większe poczucie wolności.  

Zanim przejdę do kolejnego mitu, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Pewna para 

przyszła do mnie na konsultację z powodu kryzysu małżeńskiego; mąż rozmawiał już nawet 
z adwokatem w sprawie rozwodu. Jego żona była w bardzo złym stanie. Twierdziła, że 
cierpi na depresję i boi się rozpadu małżeństwa. Mieli czworo dzieci między czwartym a 
dziesiątym rokiem życia. Jason tak wyjaśnił swoją postawę: 

- Nie wiem, o co tu chodzi. Jestem zdezorientowany. Kocham Laurę i dzieci, ale nie 

mogę już tego znieść. Muszę odejść, bo inaczej zwariuję albo dostanę ataku serca. 

Zrozumiałem, na czym polega problem, kiedy spotkałem się z nimi indywidualnie. Ich 

małżeństwo było pod wieloma względami godne pochwały, ale Laura pragnęła całkowitej 
jedności z mężem. Była świetną organizatorką i uwielbiała planować zajęcia dla całej 
rodziny, co - zdaniem Jasona - pochłaniało znaczną część jego czasu. Pierwszym krokiem ku 
ocaleniu tego wartościowego związku było więc wyłączenie taty z różnych zajęć z dziećmi. 
Drugi krok zaproponował sam Jason: 

Chciałbym spędzać jedną noc w tygodniu poza domem. Wynajmowałbym sobie pokój w 

motelu, sam, żeby popracować, poczytać książkę, zjeść kolację, wykąpać się czy pooglądać 
telewizję. Żona i dzieci mają mnie przez sześć wieczorów, siódmy chce mieć dla siebie. 

Laura nie była zachwycona tym pomysłem. Podejrzewała, ze Jason chce się umawiać z 

inną kobietą. Jeżeli o mnie chodzi, sądziłem, ze naprawdę potrzebował samotności, spokoju 
oraz prywatnej przestrzeni emocjonalnej i fizycznej. Podkreśliłem, że żądając od niego 
siedmiu nocy, Laura może nie dostać żadnej, za to zgadzając się na sześć, może nie tylko 
ocalić małżeństwo, aleje wzbogacić. 

Ta historia zdarzyła się przed dziesięcioma laty. Obojgu małżonkom udało się 

zaakceptować nowe warunki. Niewielkie ustępstwo na rzecz potrzeby samotności zapobiegło 
problemom w udanym związku. Laura wciąż podejrzewa, że Jason widuje się raz w tygodniu 
z inną kobietą: 

-  Nie mam całkowitej pewności, więc tak bardzo z tego powodu nie cierpię. Muszę też 

przyznać, że o wiele łatwiej mi z nim teraz żyć i nasze małżeństwo jest naprawdę udane. 

 

MIT 6 

NAD MAŁŻEŃSTWEM TRZEBA PRACOWAĆ 

Często słyszymy, że dobre rzeczy nie przychodzą same. Że trzeba się bardzo starać, aby 

zdobyć coś wartościowego. Nie cenimy więc, nie pragniemy ani nie szanujemy tego, co 
osiągamy zbyt łatwo. Podobne przekonania mają ogromny wpływ na nastawienie i system 
wartości wielu członków naszego społeczeństwa. Podczas gdy znajdują one swoje 
uzasadnienie na arenie sportowej, w dziedzinie związków międzyludzkich mogą pociągnąć 
za sobą ponure konsekwencje. 

Małżeństwo często (i niesłusznie) porównuje się do ogrodu. Posiadanie pięknego ogrodu 

wymaga wysiłku: planowania, uprawy i pielęgnacji. Trudno zdobyć nagrodę za 
najpiękniejszy ogród, jeśli ograniczymy się do wysiania kilku nasion i automatycznego 

background image

spryskiwania roślin. Musimy włożyć w to więcej pracy - spulchniać glebę, nawozić ją, 
pielić i strzyc rośliny. 

Czy w małżeństwie może być inaczej? Czy da się utrzymać dobry związek bez 

nieustannych starań? Oczywiście, że nie! Czyż nie trzeba pracować w pocie czoła, by 
uzyskać coś wartościowego? Czyż małżeństwo nie jest harówką? 

Jeśli praca oznacza stawianie czyichś potrzeb nad własnymi, umiejętność słuchania w 

godzinach porannych, zdolność do okazywania zrozumienia, wsparcia i miłości o każdej 
porze dnia i nocy, unikanie wypowiedzi lub zachowań, które partner mógłby uznać za 
obraźliwe, na przykład: „Nieważne!” - to małżeństwo jest niczym więcej jak ciężką pracą. 

Małżeństwo jednak wymaga zdolności do ciągłego przystosowywania się, a to coś innego 

niż praca. Dwoje ludzi pochodzących z różnych rodzin, o unikalnej kombinacji genów i 
chromosomów oraz odmiennych doświadczeniach społecznych i psychicznych, łączy się w 
ś

więtym związku i przystosowuje do nawyków partnera. Pozwala to wysnuć podstawowy 

wniosek, że wszystkie udane małżeństwa są oparte na kompromisie. 

Niektóre autorytety uważają, że niemal wszyscy ludzie mogą stworzyć dobre 

małżeństwo, jeśli będą postępować według podstawowych zasad: 

-unikaćszufladkowania, obwiniania, osądzania, oskarżania, wynajdowania wad, 

żą

dania, ignorowania, atakowania; 

-stosowaćchwalenie, komplementowanie, słuchanie, dyskutowanie, dziękowanie, 

pomaganie, przebaczanie. 

Stosowanie się do powyższych wskazówek ma niemal gwarantować udane i szczęśliwe 

małżeństwo. Bzdura! Podczas gdy zwolennicy teorii radykalnego behawioryzmu nie uznają 
tak nieprecyzyjnych terminów jak „miłość” czy „chemia fizyczna”, większość nas 
uświadamia sobie ogromną różnicę między spokojnym i przyjaznym współistnieniem, a 
szczęśliwym i wartościowym związkiem.  

Małżeństwo wymaga partnerstwa, współdziałania, wspólnych celów i opartego na 

szacunku porozumienia, ale jest czymś o wiele więcej niż sumą tych rzeczy. Bez miłości, 
uczucia, przyciągania, troski, zrozumienia oraz pewnej zgody w kwestii gustów i 
zainteresowań jest ono równie suche jak piasek Sahary. 

 

MIT 7 

SZCZĘŚLIWE MAŁŻEŃSTWO WYMAGA CAŁKOWITEGO ZAUFANIA 

 

Każda przesada ma negatywne skutki. Jeśli ktoś jest za wysoki, za chudy, za mądry lub 

zbyt drobiazgowy, mówimy, ze lepiej byłoby ująć mu danej cechy. Na przykład zbytnia 
ufność może doprowadzić do katastrofy. 

W czasie studiów przyjaźniłem się z Garym, studentem drugiego roku medycyny, który od 

pół roku był żonaty. Zauważyłem, że jego żona spędza wiele czasu z pewnym młodym 
człowiekiem i powiedziałem przyjacielowi, że to wróży kłopoty. 

- Daj spokój - zaprotestował Gary. - Mike to mój stary kumpel. Mam dużo nauki, a Sue 

nie może w tym czasie przesiadywać w domu. Poprosiłem Mike'a, żeby czasem ją gdzieś 
zabrał. W ten sposób Sue chodzi do kina i na przyjęcia, a ja nie mam poczucia winy, że wciąż 
się uczę. 

Zwróciłem mu uwagę, że Mike jest przystojny, zamożny (podjął pracę w dobrze 

prosperującej firmie ojca), a w dodatku wolny. Gary darzył jednak oboje całkowitym 
zaufaniem. Wkrótce potem Sue poinformowała go, że ona i Mike się kochają, i poprosiła o 
rozwód. 

background image

Kolejny, bardziej osobisty przykład pochodzi z wczesnych lat mego małżeństwa. Właśnie 

przeprowadziliśmy się do nowego domu. Któregoś dnia wróciłem z pracy i natknąłem się w 
salonie na pewnego dżentelmena, który popijał drinka razem z moją żoną. 

- To jest Charles - powiedziała. - Mieszka w sąsiedztwie i przyszedł się z nami przywitać. 
Jakież to urocze. Pogawędziłem z Charlesem, zaproponowałem mu kolejne piwo, a kiedy 

wychodził, podziękowałem za tak miły sąsiedzki gest. Następnego dnia jednak znów go 
zastałem po powrocie z pracy i uznałem, że nadużywa naszej gościnności. Powiedziałem to 
bez ogródek. Nie chodzi o to, czy między Charlesem i moją żoną do czegoś doszło. Ci z nas, 
którzy nie ufają ślepo, lubią mieć się na baczności. 

Shirley była żoną Dona przez prawie dwanaście lat. Nie miała powodów, by mu nie 

ufać ani podejrzewać go o romans. Nieoczekiwanie jednak ta bystra kobieta zauważyła 
dwa niepokojące sygnały. Don, który oglądał dotąd w telewizji tylko informacje 
rynkowe i mecze piłki nożnej, zaczął nagle wykazywać zainteresowanie wieczornymi 
serialami. Zwykle ubierał się zwyczajnie, ale pewnego dnia wrócił do domu z trzema 
krawatami w krzykliwych kolorach. 

- Wyglądało mi to na początek romansu. Musiałam zacząć działać, żeby zdusić 

sprawę w zarodku, zanim będzie za późno. 

Shirley rozpoczęła śledztwo i odkryła, że do firmy Dona przyszła niedawno młoda 

recepcjonistka. Chciała z nią porozmawiać, ale po namyśle postanowiła przeprowadzić 
najpierw rozmowę z Donem. Wydawało się, że tamta znajomość nie wykroczyła jeszcze 
poza fazę flirtu. Recepcjonistka ostatecznie straciła posadę, ale małżeństwo Shirley ocalił 
fakt, że nie ufała ona mężowi całkowicie. Wspólnie z Donem pracowali później w moim 
gabinecie nad poprawą jakości swego związku. 

Czwarty przykład to rozmowa zasłyszana w męskiej szatni pewnego klubu. Wychodziłem 

właśnie z sauny, żeby wziąć prysznic, kiedy usłyszałem, jak trzej mężczyźni zastanawiają się, 
czy żony są im wierne. Jeden z nich mówił, że chociaż w ciągu piętnastu lat małżeństwa żona 
nie dała mu powodów do podejrzeń, nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności. Drugi 
zgodził się z nim i dodał, że jego żona na dziewięćdziesiąt procent nie mogłaby go zdradzić, 
chyba że zaszłyby wyjątkowe okoliczności - na przykład w jakimś zasypanym śniegiem 
miejscu tkwiłaby przez trzy tygodnie razem z Robertem Redfordem. Trzeci mężczyzna był w 
stu procentach pewien, że żona nie zdradziłaby go w żadnych okolicznościach. Mówił o jej 
surowym wychowaniu religijnym, pruderii, małym zainteresowaniu seksem, niezwykłej nie-
ś

miałości i zahamowaniach, a do tego o nadmiernym dbaniu o opinię, które nie pozwoliłoby 

jej podjąć tak dużego ryzyka. Dodał również, że żona nie mogłaby go „oszukać”. W tym 
momencie uświadomiłem sobie, że ten mężczyzna był mężem jednej z moich klientek. Jego 
ż

ona miała romans i z tego powodu podjęła u mnie terapię. 

Dobre małżeństwo nie opiera się na całkowitym zaufaniu, ale na pewnej dozie 

niepewności. Absolutna pewność co do czyjejś wierności, lojalności i oddania świadczy o 
tym, że traktujemy drugą osobę jak naszą własność. Zbytnia pewność w pewnym sensie 
obniża nasz szacunek do niej. 

Poczucie lekkiej niepewności nie pozwala partnerom brać niczego za pewnik, 

zaniedbywać się, nadmiernie angażować w pracę lub wykazywać brak szacunku. 

 

MIT 8 

MAŁŻONKOWIE POWINNI USZCZĘŚLIWIAĆ SIE NAWZAJEM 

Jednym z najgorszych błędów, jaki popełnia wielu ludzi, jest przyjmowanie na siebie 

odpowiedzialności za uczucia innych: „To moja wina, że Herman jest nieszczęśliwy. Nie 

background image

jestem dla niego dostatecznie dobrą żoną”, „Zrobiłbym wszystko, żeby uszczęśliwić Martę, 
ale wszelkie moje starania przynoszą odwrotne skutki”. 

Szczęście staje się w ten sposób ciężarem, który wielu ludzi bierze na własne barki. 

Rodzice czują się winni, bo nie potrafią uszczęśliwić dzieci, te zaś czują, że zawiodły, jeśli 
nie udaje im się uszczęśliwić rodziców. Koncepcja „szczęścia” własnego czy też cudzego 
służy jako standard wykreślaniu naszego poczucia wartości. Problem w tym, że pojęcie to nie 
ma jasnego znaczenia. Czasem oznacza brak cierpienia, depresji, niepokoju lub innych 
negatywnych stanów fizycznych czy emocjonalnych. Oznacza to, czego należy unikać, a nie 
szukać. Jedną z ujemnych stron takiego pojmowania szczęścia jest przekonanie, że problemy 
emocjonalne, rozczarowania i frustracje są niezbywalną częścią życia. Próba ucieczki przed 
nieuniknionym wzmaga tylko frustrację i może prowadzić do obwiniania się i jeszcze 
większego poczucia nieszczęścia. Zdezorientowany mąż może powiedzieć: „Skoro czasem 
czuję się smutny, zły lub zmartwiony, to oczywiste, że źle się spisujesz jako żona. Gdybyś 
lepiej wypełniała swoje małżeńskie obowiązki, nie czułbym się tak”. 

Interpretując szczęście jako stan spełnienia lub osiągnięcie, ludzie często zadają sobie 

następujące pytania: „Czy naprawdę jestem szczęśliwy? Czy inni są szczęśliwsi ode mnie? 
Jeżeli nie jestem szczęśliwy, czyja to wina?”. Nadmierna troska o szczęście rodzi zwykle 
poczucie bycia nieszczęśliwym. Tak naprawdę szczęścia nie da się osiągnąć dzięki 
konkretnym działaniom. Szczęście to produkt uboczny innych zajęćPogoń za nim może 
wywołać najwyżej frustrację, jeśli nie doprowadzi do nieszczęścia. Ludzie szczęśliwi nie 
muszą już koncentrować się na sobie (ani też starać się uszczęśliwiać innych). Biorą za to 
odpowiedzialność za swoje uczucia i oddają się przyjemnym zajęciom.  

Benjamin Franklin podkreślał, że „[...] stan szczęśliwości nie rodzi się dzięki wielkim 

wygranym losu, które rzadko są naszym udziałem; zawdzięczamy go maleńkim dobrodziej-
stwom, które przytrafiają się nam co dzień”. Abraham Lincoln zaś wskazywał na to, że 
„Większość ludzi odczuwa szczęście wtedy, gdy się na to zdecyduje”. Wszystkie te 
stwierdzenia odnoszą się również do małżeństwa: partnerzy nie ponoszą odpowiedzialności 
za uszczęśliwianie siebie nawzajem. Każdy odpowiada za własne szczęście lub nieszczęście. 

Oczywiście działania innych ludzi mogą stanowić przeszkody na naszej drodze. Łatwiej 

jest być szczęśliwym przy kochającym, pozytywnie nastawionym i wspierającym partnerze 
niż takim, który jest agresywny i nadmiernie krytyczny. Jednak zdanie: „Mój partner 
unieszczęśliwia mnie przesadnym krytycyzmem” jest psychologicznie nieprawdziwe. Wielcy 
filozofowie od tysięcy lat powtarzają, że to nie zdarzenia mają na nas wpływ, ale nasza 
interpretacja tych zdarzeń. Należałoby więc raczej powiedzieć: „Czuję się nieszczęśliwa, 
ponieważ mój mąż krytykuje mnie w towarzystwie innych ludzi” zamiast: „Mój mąż 
unieszczęśliwia mnie, krytykując w towarzystwie innych ludzi”. Poczucie nieszczęścia nie 
wynika bezpośrednio z działań innych. Sami się unieszczęśliwiamy z tego powodu. 

Problemy pojawiają się zawsze, gdy zaczynamy oczekiwać, że ktoś inny nas uszczęśliwi. 

Jak już mówiłem, „planowane” szczęście często kończy się nieplanowaną porażką. Jeśli ktoś 
zakłada, że jego szczęście jest w rękach drugiej osoby, będzie pewnie czekał, aż ktoś poda 
mu je na półmisku. Oczekiwanie na dostawę lub wyprodukowanie naszego szczęścia 
prowadzi bierności i apatii - co z kolei często powoduje depresję. Sytuację komplikuje 
dodatkowo fakt, że niektórzy ludzie nie są zdolni do przeżywania radości i szczęścia. Stan ten 
określa się mianem anhedonii, czyli niezdolności do czerpania przyjemności lub radości z 
doświadczeń przyjemnych dla innych ludzi. Przypomina mi to historię Lionela i Jean. 

Przez piętnaście lat Jean stawała na głowie, żeby uszczęśliwić swego ukochanego męża 

Lionela. Spełniała wszystkie jego zachcianki. Lionel jednak wciąż był nieszczęśliwy. 

-  Chciałbym, żeby Jean była bardziej inspirująca, ekscytująca; żeby tworzyła wokół 

siebie atmosferę zabawy - powiedział. 

Zapytałem, jak bardzo inspirujące, ekscytujące i zabawne jest bycie z nim. 

background image

-  To nie ma nic do rzeczy – odparł - Kłopot z Jean polega na tym, że tak łatwo ją 

zadowolić. Wystarczy jej, że siedzi w domu i czyta albo ogląda telewizję. Ja potrzebuję 
czegoś więcej. 

Tak naprawdę Lionel był malkontentem. Miał talent do wyszukiwania wad we wszystkim 

i u wszystkich (także u siebie). Mimo to Jean obwiniała siebie, twierdząc, że Lionel byłby 
szczęśliwszy, gdyby ona okazała się lepszą żoną. Musiało minąć wiele lat, zanim zrozumiała, 
ż

e nie da się nikogo uszczęśliwić, a szczególnie Lionela, oraz że najlepiej zrobi, zajmując się 

własnym szczęściem i pozwalając mężowi na to samo. Kiedy wreszcie przestała brać na 
siebie odpowiedzialność za zadowolenie partnera, stała się bardziej zrelaksowana, otwarta i 
mniej spięta. Odkrywszy, że Jean nie obwinia się już za wszystko co złe w jego życiu, Lionel 
skuteczniej zajął się sobą. Zaczął jeździć na nartach, grać w tenisa i żeglować. Wstąpił też do 
klubu książki i zapisał się na kurs literatury angielskiej. 

Wzięcie odpowiedzialności za swoją satysfakcję i poczucie spełnienia zwiększa 

prawdopodobieństwo, że nasze życie, a szczególnie małżeństwo, przyniesie nam radość i 
korzyści. Jeśli ktoś ustawia nam przeszkody, należy zareagować asertywnie i pozytywnie. 
Ani twoi partner, ani nikt inny nie może cię uszczęśliwić, podobnie jak ty nie powinieneś 
pozwalać komukolwiek na psucie ci zabawy czy dobrego nastroju. 

 

MIT 9 

DOBRZY MAŁŻONKOWIE POWINNI „PRAĆ BRUDY" W DOMU 

Bert ostatecznie, choć niechętnie, zgodził się umówić ze mną na wizytę. Valerie, jego 

druga żona od ośmiu lat, była już u mnie trzykrotnie z powodu swej depresji, problemów 
w pracy, a przede wszystkim nadużyć, których ofiarą pada w domu. Poprosiłem, żeby 
przyprowadziła Berta. Chciałem usłyszeć jego wersję wydarzeń. 

Zaznaczywszy, że nie jest „świrem” i że przyszedł tu wyłącznie po to, by pomóc w 

problemach Valerie, Bert zachęcił mnie, abym „walił prosto z mostu”. Zapytałem, czy to 
prawda, co mówiła Valerie, że na nią wrzeszczał, wybił kiedyś pięścią dziurę w ścianie, 
wyrzucił przez okno kolorowy telewizor i uderzył ją w brzuch. Czy naprawdę chciał 
oblać swego czternastoletniego pasierba gorącą kawą, która na szczęście wylądowała 
tylko na nowej tapecie w kuchni? Bert wzruszył tylko ramionami i powiedział rzeczowo: 

- Wie pan, jak to jest, doktorze. Jeśli człowiek nie może upuścić w domu nieco pary, to 

nabawi się wrzodów albo zawału. 

Bert był wyrazicielem dość częstej opinii, że dom jest miejscem, w którym „pierze się 

brudy”. W pracy bowiem rzadko można sobie pozwolić na pełną ekspresję uczuć. Tam ludzie 
starają się zachowywać jak najlepiej, okazywać takt i dyplomację, hamować swój 
temperament i starannie rozważać każdą reakcję. W domu natomiast mogą sobie pozwolić na 
spontaniczność oraz uwolnienie nagromadzonych w ciągu dnia emocji. Takie błędne 
przekonanie prowadzi czasem do negatywnych zachowań. 

Nie jestem tu bynajmniej rzecznikiem powstrzymywania się od wszelkiej spontaniczności 

i prezentowania nienagannej uprzejmości w związku. Dzielenie się swymi uczuciami, 
otwartość i nieformalność zachowań są podstawą udanego małżeństwa. Nie wolno jednak 
przy tym przekraczać granic dobrego smaku. Swoboda w małżeństwie nie jest zaproszeniem 
do atakowania cudzego poczucia godności czy szacunkiem okazywanym za pomocą 
wybuchów emocji. 

Ż

ona znanego chirurga nagrała kiedyś ich kłótnię małżeńską na kasetę i przyniosła ją na 

sesję terapeutyczną. Usłyszałem następującą przemowę jej męża: „Jesteś kompletną idiotką. 
Pochodzisz z rodziny niewyuczonych chłopów. Twoje miejsce jest w rynsztoku. Jesteś nie 
tylko głupia, ale i zła. Jesteś beznadziejną matką; w ogóle nie powinnaś mieć dzieci. Może o 
tym nie wiesz, ale każdy, kto cię pozna, czuje do ciebie odrazę. Chciałbym doszukać się u 

background image

ciebie czegoś dobrego, ale po prostu nic takiego nie ma. Jesteś zrzędliwą, nudną, zaniedbaną 
suką. Zrobiłabyś przysługę mnie i całemu światu, gdybyś nareszcie umarła!”. 

Co wywołało ten niepohamowany wybuch? Zakwestionowała jego opinię. Szczegóły nie 

są istotne; ośmieliła się insynuować, że wykazał brak rozwagi i taktu wobec pewnego 
krewnego. Minęło kilka godzin i mąż jak zwykle okazał skruchę, i błagał ją o przebaczenie, 
twierdząc, że nigdy tak nie myślał. 

Oglądałem w swoim gabinecie wiele destrukcyjnych potyczek między skądinąd 

dystyngowanymi i wykształconymi osobami. Najbardziej dramatyczne sceny sztuki Kto się 
boi Wirginii Woolf 
wypadały przy nich niezwykle blado. Większość tych ludzi nigdy nie 
pozwoliłaby sobie na podobne zachowania wobec przyjaciół, kolegów czy nawet innych 
członków rodziny (z wyjątkiem dzieci). Ciekawe, że obcych traktujemy najczęściej 
uprzejmie, dopuszczając się nadużyć wobec najbliższych nam osób. Często radzę partnerom: 
„Traktujcie się co najmniej z takim szacunkiem, jakim darzycie zupełnie obcych ludzi”. 

Wypierana agresja jest przyczyną większości problemów małżeńskich oraz rozwodów. 

Zamiast szukać prawdziwego źródła frustracji, ludzie często tłumią złość, doprowadzając się 
do stanu wrzenia, by po powrocie do domu kopnąć psa, uderzyć dziecko lub zaatakować 
partnera. Wielu nie widzi w tym niczego niewłaściwego: przecież zachowują się naturalnie i 
są sobą. Rozładowują tylko napięcie! 

Kolejny mit, który wiąże się z przedstawionymi tu problemami, to przekonanie, że dobre 

małżeństwo opiera się na bezwarunkowo pozytywnym nastawieniu. 

Często słyszy się frazes, ze ludzie chcą  być kochani dla samych siebie. Pragną 

niemożliwego oddania i przywiązania jakby byli kimś nieodparcie pociągającym - mimo 
swego nagannego postępowania. Prawdziwa miłość nie jest, ich zdaniem, reakcją na czyjeś 
poczucie humoru, wdzięk, zaangażowanie czy rozwagę. Ci ludzie chcą być kochani, 
wykazując jednocześnie rażący brak wszelkich zalet i oferując partnerowi wyłącznie żal. 
Mylnie zakładają ze dopiero w obliczu wszelkich możliwych przykrości partner udowadnia, 
ż

e kocha ich dla nich samych. 

Osoby posiadające tak niefortunne oczekiwania (a wbrew pozorom nie należą one do 

wyjątków) doprowadzają swych partnerów do punktu krytycznego. Sprawdzają granice 
cudzej wytrzymałości w nadziei na przeżycie nieograniczonej akceptacji. Nigdy też nie 
znajdują tego, czego szukają, ponieważ miłość i pozytywne nastawienie opierają się na 
wzajemności i warunkowaniu. 

Bliskie związki wymagają tej samej uprzejmości, grzeczności i szacunku, co kontakty z 

obcymi ludźmi. Serdeczność, takt i dobry humor pomagają wytworzyć w domu atmosferę 
odprężenia i miłości. Nasze zachowanie zależy od nas samych. To my decydujemy, czy 
okażemy komuś grzeczność, czy może potraktujemy go agresywnie. Każdy wybuch gniewu 
domaga się jednak zapłaty. 

Jeszcze jeden popularny mit dotyczący tego aspektu związków głosi, że prawdziwa miłość 

sprawia, iż nigdy nie musimy za nic przepraszać. W rzeczywistości jednak, o ile 
małżonkowie nie są gotowi przeprosić się nawzajem oraz przyznać do błędu i nierozwagi, ich 
związek będzie pełen urazy, napięcia, a nawet nienawiści. Jeśli więc zrobiłeś coś, czego 
ż

ałujesz, koniecznie o tym powiedz. 

 

MIT 10 

DOBRY MĄŻ REPERUJE WSZYSTKO. DOBRA ŻONA ROBI PRANIE 

 
Ważną rolę w tym, co zamierzam tu napisać, odgrywa nasza tendencja do radzenia sobie 

samemu i naprawiania wszystkiego oraz przekonanie, że prace domowe da się podzielić na 
typowo męskie i kobiece. Wielu ludzi sądzi, że małżonek zaniedbujący wypełnianie 

background image

przypisanych mu obowiązków w określonym czasie nie wypełnia swych powinności 
małżeńskich. 

Dużo się dziś mówi o równych prawach, upadku stereotypów w kwestii płci oraz o 

nacisku na indywidualność. Mimo to jestem przekonany, że ukryta kamera śledząca 
zachowania małżonków w każdym domu ukazałaby przede wszystkim mężczyzn 
trzymających w rękach narzędzia: młotki i gwoździe, piły, tokarki, łomy, klucze maszynowe, 
ś

rubokręty i tym podobne. Ale gdyby tych wymachujących narzędziami mężczyzn poprosić o 

zrobienie prania, zapewne wielu z nich patrzyłoby na pralkę jak na kosmiczną konstrukcję, 
która może za chwilę eksplodować. 

Jeżeli nawet nieco przesadzam, opisana dalej historia pokaże, jakie problemy 

małżeńskie może zrodzić ścisły podział obowiązków i oczekiwań między przedstawicieli 
obu płci. 

Keith chętnie powierzyłby domowe obowiązki komuś innemu. 
-  Stać mnie na to, żeby komuś za to zapłacić - mówił. - Cena nie gra roli. Ciężko 

pracuję przez cały tydzień. Mam prawo do odpoczynku w czasie weekendu. 

Avril protestowała: 

-  Mężczyzna powinien interesować się domem i traktować go jak swoją chlubę. Jeśli nie 

włoży weń własnej pracy, nie będzie umiał go docenić. Mój tata miał swoje motto życiowe - 
dodawała - „Nigdy nie proś obcych o zrobienie czegoś w swoim domu”. Prace domowe są 
twoim obowiązkiem. Nie proszę przecież, żebyś robił pranie czy gotował.” 

Bezskutecznie próbowałem nakłonić ją, by złagodziła nieco swoje surowe zasady. 

Dyskusja toczyła się wówczas wokół trawy na podwórku, którą Keith kosił w niedzielne 
poranki. Za każdym razem Avril znajdowała jakieś niedociągnięcia. Kosił nierówno, 
zostawiał zygzak pośrodku trawnika lub jeszcze coś innego. Zadałem jej oczywiste pytanie: 

-  Dlaczego sama nie skosisz tej trawy? 

Rzuciła mi miażdżące spojrzenie i odpowiedziała chłodno: 

- To nie należy do mnie. 

Ze smutkiem przyznaję, że nie udało mi się pomóc tej parze. Myślę, że wciąż się spierają 

o to, do kogo należy wykonanie jakiejś czynności. 

Sztywny podział ról na męskie i kobiece zamiera w ostatnich latach. Coraz mniej par kłóci 

się o przypisane danej płci zadania. Niezależnie od tego, ludzie wciąż odgrywają scenariusze 
podobne do opisanego w niniejszym rozdziale. Głównym punktem zapalnym jest często fakt, 
ż

e dana czynność nie zostaje wykonana w określonym czasie. Meryl zgadza się pomóc 

Maksowi w wypełnieniu zeznania podatkowego, ale on chce, by zrobiła to teraz, ona zaś 
pragnie najpierw zakończyć inne sprawy. Bonnie prosi męża, by przesadził krzew po 
powrocie z pracy, on jednak chce z tym poczekać do weekendu. Doradzam tym parom 
przedyskutowanie ograniczeń czasowych oraz uznanie faktu, że nie stanie się nic złego, jeśli 
coś doczeka się załatwienia poza ustaloną porą. Jeśli jednak zwłoka jest nazbyt długa, 
spróbujcie spisywać umowy warunkowe (np. jeśli tego nie naprawisz, po 2 tygodniach 
wzywam hydraulika). 

Radziłbym działać w porozumieniu, unikać walki o władzę oraz stawiania wygórowanych 

żą

dań, pomagać sobie chętnie w różnych zadaniach i obowiązkach domowych. Wszystko 

może nam zbrzydnąć, jeśli spełniamy dobre uczynki z uczuciem niechęci wobec partnera. 

 

MIT 11 

NARODZINY DZIECKA NAPRAWIĄ NIEDUANE MAŁŻEŃSTWO 

 
Dzieci najczęściej konsolidują i wzbogacają dobre związki. Jeśli jednak małżeństwo jest 

nieudane, mogą stanowić dodatkowy ciężar, który jeszcze pogorszy sprawę. 

background image

Większość ludzi przyznaje, że bycie dobrym rodzicem nie jest łatwym zadaniem. Ciąży na 

nim ogromna odpowiedzialność. Narodziny dziecka mogą wydobyć na światło dzienne ukryte 
konflikty i znaczące różnice zdań u par, które żyły dotąd w zgodzie. Jeśli harmonia w 
związku ma przetrwać w obliczu faktu pojawienia się dziecka, partnerzy powinni uzgodnić 
między sobą poglądy na temat jego wychowania i dyscypliny, wykształcenia, lokalizacji 
domu, wydatków, a także różne kwestie natury osobistej oraz dotyczące związków z innymi. 

Małżeństwa nieszczęśliwe lub przechodzące kryzys często przeżywają konflikt między 

osobistymi ambicjami partnerów a dobrem rodziny. Spotykałem wielu ojców, którzy nie 
umieli sobie odmówić kupna drogiego samochodu, ale odmawiali pieniędzy na wyżywienie 
czy ubrania dla żony i dzieci. Nowoczesne trendy społeczne nakazują „być sobą” oraz „żyć 
własnym życiem”. Podobne idee pozostają często w konflikcie z potrzebami rodziny. Jej 
dobro wymaga ustawiania siebie na drugim miejscu. 

 

Socjolodzy badający tę kwestię sugerują, że większość rodzin ma wiele problemów z 

tak postawionym wyborem. Ludzie uważają, że towarzyszące mu napięcie, kłótnie i 
nieporozumienia są nieuniknioną częścią rodzinnego życia. Niektórzy twierdzą nawet, że 
brak tych nieporozumień i konfliktów wskazuje na poważniejsze problemy. Tak więc brak 
harmonii uznawany jest za normę! 

Rzeczywiście, drobne sprzeczki i różnice zdań są przejawem „normalności” i nie powinny 

budzić niepokoju. Pierwsze małżeństwo musi wywoływać tarcia. Dwoje różnych ludzi z 
różnych domów musi się nieustannie dopasowywać, jeśli zależy im na harmonijnym związku. 

Jednak sprzeczki między małżonkami grożą trwałym rozłamem, o ile nie podejmą oni 

odpowiednich kroków w celu rozwiązania konfliktu (na przykład podejmując terapię). 

Jakie są szansę na to, że narodziny lub adopcja dziecka złagodzą napięcie między 

małżonkami? Na krótką metę pojawienie się niemowlęcia może odciągnąć uwagę obojga 
od istniejących konfliktów. Prędzej czy później wypłyną one jednak na powierzchnię, 
zwłaszcza, że pojawia się dodatkowy obowiązek opieki nad istotą całkowicie zależną. 

Dobrym przykładem będą tu Celia i Frank. Ich związek od początku przebiegał dość 

burzliwie. Zdecydowali się jednak na zawarcie małżeństwa, pomimo częstych i gorących 
sporów. Dlaczego? 

- Żarliśmy się jak pies z kotem, ale kochaliśmy się i mieliśmy nadzieję, że sytuacja 

poprawi się po ślubie - tłumaczyła Celia. 

Błąd! Oto kolejny mit. Zamiast poprawić jakość ich związku, małżeństwo postawiło przed 

nimi dodatkowe wymagania i obowiązki. Doszło do tego, że oboje uciekali się do przemocy 
fizycznej. Poprosili mnie o pomoc dopiero wtedy, gdy ich wspólne życie zamieniło się w 
pasmo nieustających kłótni. 

Ich problemy miały źródło w najwcześniejszych doświadczeniach obojga. Frank widział u 

Celii niektóre cechy swojej matki, z którą walczył od chwili rozwodu rodziców, to jest od 
czasu, kiedy skończył jedenaście lat. Opisywał rodzicielkę jako surową i rygorystyczną. 
Reagował więc przesadnie na wszelkie oznaki niezadowolenia Celii. Dodatkowo czuł się 
niekochanym dzieckiem i z tego powodu miał ogromne zapotrzebowanie na uczucie. Z kolei 
Celia bardzo wcześnie nauczyła się samodzielności. Jej rodzice byli alkoholikami i musiała 
dbać o siebie oraz o sześć lat młodszego brata. Wyniosła jednak z tamtego okresu poważny 
uraz i ilekroć Frank wypijał kieliszek wódki lub więcej niż kilka piw, wpadała we wściekłość. 

Zaledwie dotknęliśmy tych oraz innych problemów w terapii, kiedy Celia oświadczyła, że 

jest w ciąży. Frank nakłaniał ją do aborcji, ale ona pragnęła urodzić dziecko, które jej 
zdaniem miało rozwiązać wszystkie problemy i umocnić ich związek. Frank spytał mnie o 
opinię w tej sprawie. Powiedziałem, że najlepiej jest, gdy dziecko zjawia się w rodzinie, w 
której panuje zgoda. Celia zdecydowała się urodzić. 

background image

Nadal prowadziłem terapię tej pary i udało nam się rozwiązać pewne nieporozumienia, 

wynikające często z nadmiernej wrażliwości obojga. Później Celia urodziła córeczkę i minęły 
trzy miesiące, zanim znów do mnie przyszli.  

-  Jest okropnie! – wykrzyknęła Celia 
-  To łagodne określenie – zgodził się Frank. 
Jednym z ważniejszych problemów było to, że dziecko nie pozwalało im spać. Co gorsza, 

nienasycona potrzeba uczucia u Franka była poważnie zaniedbywana. 

-  Jest zły o to, że spędzam czas z dzieckiem - mówiła Celia. - Czuję się, jakbym miała 

dwoje dzieci. Frank jest zazdrosny o własne dziecko! 

Moje próby udzielenia im pomocy w rozwiązaniu problemów i ustanowieniu dobrej 

relacji spełzły na niczym. Ich małżeństwo zakończyło się rozwodem Być może związek ten 
ź

le rokował od samego początku Sama terapia nie mogła mu pomóc. A może dałoby się go 

ocalić gdyby sprawy nie skomplikowały się przez tak wczesne narodziny dziecka. 

 Zarówno kobiety, jak i mężczyźni hołdują tendencjom indywidualistycznym. Jednak 

rodzicielstwo wymaga mężów i żon, którzy zgadzają się poświęcić wiele swoich 
egoistycznych dążeń. Harmonijne funkcjonowanie rodziny stawia jakość „my” w miejsce 
„ja”. Narodziny dziecka to chwila kryzysu, który wyznacza nowe zadania. Jeśli jakaś para 
nadal żyje według nawyków nieodpowiednich dla tej sytuacji, czeka ją nieunikniony rozpad 
rodziny. 

  
Komentarz 

Badania sugerują, że dzieci z rozbitych rodzin nie radzą sobie równie dobrze jak dzieci 

mieszkające z obojgiem rodziców. Niektórzy wysnuwają stąd wniosek, ze dzieciom byłoby 
lepiej z rodzicami nawet w domu, w którym panują trudne do zniesienia napięcia. Myślę, że 
kwestia ta wymaga bardziej szczegółowych badań, jednak moje doświadczenia kliniczne 
każą mi sądzić, że dzieciom lepiej jest po rozwodzie rodziców, którzy czuli się przedtem 
nieszczęśliwi i krzywdzili siebie nawzajem. Oczywiście, więcej szczęścia mają te dzieci, 
których rodzice zdołali się porozumieć w kwestii rozwodu i nie postawili ich na linii frontu. 

Nie dalej jak dzisiaj spotkałem parę, która nie miała ze sobą prawie nic wspólnego. Nigdy 

nie powinni byli brać ślubu. Żona uważała, że dziecko poprawi ich związek! Nie reagowała 
na mój sprzeciw. Drżę na myśl o tym, że kolejna niewinna istota będzie cierpieć, 
wychowywana w nadzwyczaj zaburzonej atmosferze. 

Posiadanie dziecka to olbrzymia odpowiedzialność, która musi spowodować powstanie 

nowych napięć w małżeństwie. Jeśli związek nie jest skonsolidowany i harmonijny, 
pojawienie się potomka tylko pogorszy sprawę. Przejawem okrucieństwa jest więc 
wprowadzanie dziecka w sytuację pełną napięć i niepewności. Ono nie jest zabawką, którą 
można odrzucić w kąt. 

 

MIT 12 

MAŁŻEŃSTWO TO PARTNERSTWO DOSKONAŁE 

Równe prawa, równe możliwości, równa zapłata i równy czas - to slogany. Wielu ludzi 

utożsamia pojęcia równości i demokracji, traktując je jako najwyższą wartość. Mówimy o 
wykorzystywaniu, ilekroć nie dochodzi do równego podziału dóbr. Idee egalitarne kojarzy się 
z wolnością. Oświecony „pan na zamku” nie prosi już o fajkę, kapcie ani drinka. 
Współczesny mężczyzna z miasta uwija się przy gorącym piecyku (częściej wciska guzik 
kuchenki mikrofalowej), podczas gdy jego niezależna zawodowo żona odpoczywa w salonie 
przy drinku i wiadomościach giełdowych. 

Złagodzenie sztywnych wymogów ról narzuconych danej płci oraz stereotypów zajęć 

typowo męskich lub kobiecych odzwierciedla rzeczywisty postęp i wzrost naszego poziomu 

background image

ś

wiadomości. Jednak błędne rozumienie idei podziału pół na pół, jak również przekonanie o 

potrzebie równego udziału obojga małżonków, zawiodło niejeden związek na manowce. 
Wiele par zdaje się nie dostrzegać faktu, że ludzie mogą być sobie równi, ale jednocześnie 
żnić się między sobą. Tak więc, w zależności od okoliczności, partnerstwo może wypadać 
lepiej przy podziale 60-40, 70-30, 75-25 niż 50-50. Przedstawię kilka przykładów na poparcie 
tej tezy: Harold chwalił się tym, że jest feministą; potrafił też natychmiast zauważać nawet 
najsłabsze oznaki męskiego szowinizmu u siebie i innych. Kiedy ożenił się z Marge, nalegał, 
by podzielili między sobą wszystkie obowiązki po połowie. 

- W końcu oboje pracujemy, tyle samo zarabiamy i wracamy do domu jednakowo 

zmęczeni. Będziemy gotować na zmianę. 

Propozycja Harolda wydawała się całkowicie na miejscu, to był uczciwy podział. Jednak 

mężczyzna zapomniał o pewnej niezwykle znaczącej sprawie. Nie umiał gotować! Jego 
zaplanowane z wielkim zapałem potrawy często były niejadalne, a czas i wysiłek włożone w 
przygotowanie najprostszego nawet posiłku (nie wspominając o stratach materialnych) 
sprawiały, że jego wyobrażenie na temat równego podziału pracy okazywało się 
marnotrawstwem. Natmiast Margie uwielbiała gotować. Z niezwykłą łatwością 
przygotowywała urozmaicone, odżywcze i smakowite dania. Tak więc Harold pominął 
najważniejsze elementy w ich związku. 

Wielu ludzi decyduje się na nierówny podział pracy, ponieważ jest

 

im tak wygodnie. Mam 

przyjaciela, księgowego i kucharza z zamiłowania który dźwiga na swych barkach niemal 
wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem domu. Posługuje żonie, a podział prac 
między

 

nimi oceniam na 90-10. Tak ustalili wspólnie i to im odpowiada. I na

 

odwrót, znam 

takie związki, w których panuje tradycyjny podział: żony gotują, sprzątają, piorą i robią 
zakupy. Nie uważam, by istniało jedno rozwiązanie dla wszystkich. Małżeństwo to złożony 
układ dwojga ludzi - to, co przynosi prawdziwą satysfakcję jednym, stając się źródłem ich 
miłości, dbałości i szacunku, może okazać się destrukcyjne dla innych. 

Sally-Anne podkreślała, że uwielbia zajmować się domem. Andy ciężko pracował na ich 

utrzymanie, a kiedy wracał do domu, ona dbała o jego wygodę. 

-  Niektóre kobiety mówią mi wprost, że jestem ofiarą prania mózgu, że powinnam 

przyłączyć się do jakiejś grupy rozwoju i wydorośleć. Moim zdaniem jednak człowiek 
dorosły dokonuje samodzielnych wyborów, a to właśnie jest mój wybór. 

Niestety, nazbyt wielu ludzi uważa, że istnieje tylko jeden słuszny pogląd na świat i 

zwykle jest to właśnie ich pogląd. 

Często śmieszą mnie pary, które prowadzą dokładną punktację: „Ugotowałam pięć 

obiadów, a ty tylko dwa. Wyniosłam śmieci cztery razy, a ty ledwie trzy. Dwa razy zrobiłem 
pranie, a ty raz. Odkurzyłem dywan w salonie sześć razy, a ty raz, i to niedokładnie”. 

Od czasu do czasu proszę klientów, by robili notatki mające na celu uświadomienie im 

tego, co dzieje się w ich związku. Potrzeba udowadniania, że wkładamy w coś o wiele więcej 
wysiłku niż partner to sygnał podstawowego poczucia braku miłości, szczerej troski i głębo-
kiego przywiązania. 

Kiedy naprawdę kogoś kochamy, cieszy nas możliwość zrobienia czegoś dla tej osoby; to 

przyjemność, jeśli nie radość z możliwości ułatwienia jej życia. Kiedy więc obserwuję, jak 
małżonkowie podliczają punkty, krzycząc: „Jesteś mi to winien!”, stwierdzam ze smutkiem, 
ż

e prędzej czy później dadzą zatrudnienie adwokatom w sprawie rozwodowej.  

 

MIT 13 

MAŁŻEŃSTWO MOŻE SPEŁNIĆ WSZYSKTKIE TWOJE PRAGNIENIA 

 
Nawet w dzisiejszej dobie oświecenia i emancypacji wielu ludzi uważa zawarcie 

małżeństwa za zwieńczenie wszelkich dążeń i oznakę sukcesu. Zdaniem tych osób 

background image

małżeństwo zapewnia szczególną pozycję społeczną. Potwierdza czyjąś osobistą wartość; 
pokazuje światu, ze ktoś pragnie nas na tyle by się z nami związać. Podobne wyobrażenia, z 
powodu uwarunkowań społecznych, mają najczęściej kobiety. Określenie „kawaler” nie ma 
tak lekceważącego wydźwięku jak „panna” czy „stara panna”. Także mężczyźni jednak 
padają czasem ofiarami mitu o małżeństwie jako spełnieniu ich marzeń. Pewien dowcipniś 
zauważył, ze „każda kobieta po trzydziestce była proszona o zawarcie małżeństwa, 
przynajmniej przez swoich rodziców”. (Mimo że nasze społeczeństwo poczyniło znaczne 
postępy na drodze równouprawnienia, rodzice wciąż o wiele bardziej troszczą się o zawarcie 
małżeństwa przez córki niż przez synów). 

Betty wyrażała poglądy wielu kobiet, które przychodziły do mnie z powodu niskiego 

poczucia własnej wartości. Uważała się za „ofiarę losu”. Była atrakcyjną i zadbaną kobietą. 
Miała wiele przyjaciółek, a także kilku dobrych „kumpli”, jednak od czasu jej rozwodu przed 
sześcioma laty nie spotkała ważnego dla niej mężczyzny. W wieku trzydziestu dziewięciu lat 
Betty piastowała odpowiedzialne i dobrze płatne stanowisko, zajmując w firmie wysoką 
pozycję, jaką osiągnęło ledwie pięć procent pracowników - niezależnie od płci. W jej 
własnych oczach jednak to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Na podstawie 
irracjonalnych wniosków obwiniała się o rozpad swego małżeństwa, i - co gorsza - o to, że w 
ciągu sześciu lat nie umiała stworzyć trwałego związku z kimś godnym ponownego 
zamążpójścia. Wobec takich faktów wszystkie jej osiągnięcia nie miały wartości. Nie udało 
jej się wyjść za mąż, była więc „nikim”. Trzydziestopięcioletnia Lynn miała podobne 
problemy z poczuciem własnej wartości. W przeciwieństwie do Betty była jednak mężatką i 
miała dwójkę dzieci. 

Wychowywano mnie na żonę i matkę - mówiła. – Już w dzieciństwie wbijano mi to do 

głowy. Uczyłam się szycia, gotowania i pieczenia. Po szkole średniej wybrałam college nie ze 
względu na poziom nauczania, ale opinię miejsca, w którym toczy się odpowiednie życie 
towarzyskie. Podjęłam tam naukę, żeby znaleźć męża, i to mi się udało. Pobraliśmy się z Joe 
zaraz po skończeniu szkoły. 

Od tamtej pory minęło trzynaście lat i Lynn, dochowawszy się dwóch synów, dwunasto- i 

dziesięciolatka, odegrała do końca przewidzianą dla siebie rolę. 

-  To nie żart! Mamy nawet biały płotek, samochód osobowo-towarowy i psa! 

Jednak zamiast sycić się spełnieniem życiowych marzeń, Lynn zaczęła odczuwać pewien 

niepokój. 

-  Te uczucia zaczęły napływać powoli, aż wreszcie odważyłam się zadać sobie pytanie, 

czy to jest wszystko, czego można oczekiwać od życia. 

Fran miała w głowie spory zamęt. Jej rodzina i wychowanie przypominały historię Lynn, 

ale w wieku czterdziestu dwóch lat stała się jedną z ofiar „młodszej kobiety”. Jej mąż 
nawiązał romans z sekretarką i opuścił Frań przed ośmioma miesiącami. 

-  Zaprogramowano mnie na bycie żoną - powiedziała. - Tylko to potrafię robić. 

Także w jej wypadku małżeństwo miało spełnić wszelkie oczekiwania. 
- Tylko tego chciałam; byłam absolutnie szczęśliwa. 

Betty, Lynn i Fran, chociaż znalazły się w różnych okolicznościach, padły ofiarą tego 

samego mitu o małżeństwie jako spełnieniu wszystkich marzeń. W jaki sposób można 
pomóc kobietom o podobnych przekonaniach? Należy umożliwić im pozyskanie szerszej 
perspektywy na świat, w której małżeństwo jest tylko jednym z elementów (i to nie 
podstawowym) szczęśliwego i spełnionego życia. 

Jeśli człowiek ma dobrze funkcjonować, potrzeba mu szerokich umiejętności 

interpersonalnych. Dobre i trwałe relacje z ludźmi wymagają zdolności odczuwania 
sympatii oraz innych pozytywnych uczuć, zawierania przyjaźni, a także koleżeńskich 
związków z innymi. Sprawność seksualna to istotny czynnik w budowaniu poczucia 
własnej wartości i pewności siebie. (Przekonanie o tym, że miłość gwarantuje udany seks 

background image

jest kolejnym mitem; zob. Mit 23). Jednak sprawność i znajomość technik seksualnych nie 
wystarczają  do tworzenia trwałego związku miłosnego. Praca oraz inne bodźce i zajęcia w 
ś

wiecie zewnętrznym mogą zapobiec domowej nudzie. Są również

 

mężczyźni i kobiety, 

którzy spełniają się wyłącznie w życiu rodzinnym. Poświęcenie dla domu to nic złego, pod 
warunkiem ze nie czyni z ciebie ofiary w obliczu rozpadu rodziny, jak w wypadku Fran. 

Jak wielu szczupłych, atrakcyjnych i dobrze wychowanych ludzi

 

niemal natychmiast po 

zawarciu małżeństwa zaczyna się zaniedbywać, tyć i nieprzyjemnie zachowywać? Dotąd 
dokładali wszelkich starań, by wypaść jak najlepiej w oczach innych. W jakim celu? Żeby 
usidlić niczego nie podejrzewającą ofiarę. Po podpisaniu umowy małżeńskiej nie musieli 
się już starać. Jakież to smutne! 

Małżeństwo jako obietnica spełnienia wszystkich marzeń związane jest z mitem o 

romantycznej miłości. Ma przy tym kilka oddzielnych cech. Jeśli ktoś uważa, że 
małżeństwo to związek „do grobowej deski”, często stosuje szantaż emocjonalny: „Nie 
mogę bez ciebie żyć. Zabiję się, jeśli mnie porzucisz”.  Nazbyt wiele takich związków trwa 
latami, nie tyle z miłości, wzajemnej troski czy szczęścia, ile z poczucia winy i lęku. 
Partner staje się „emocjonalnym tlenem”, bez którego nie sposób żyć. Tacy ludzie mówią 
swoim małżonkom: „Jesteś dla mnie wszystkim; jesteś całym moim światem”. Chora 
zależność rodzi niechęć po obu stronach. Osoba zależna odrzuca swego „zbawiciela”, po-
nieważ nie jest w stanie się bez niego obyć, podczas gdy „silniejszy” partner bywa często 
zły i przestraszony, czując się schwytany w pułapkę. Podobne małżeństwa nazywamy 
„związkami symbiotycznymi”. Oznacza to, że jedna osoba oczekuje od partnera 
zaspokojenia swych i neurotycznych pragnień; relacja w takim związku opiera się bardziej 
na wykorzystywaniu niż wzajemnym wsparciu i uczuciu. 

Dojrzała miłość nie zamienia drugiej osoby w „emocjonalny tlen”. Osoba dojrzała 

mówi: „Mogę bez ciebie żyć. Wolę jednak żyć z tobą, ponieważ cię kocham. Mam 
nadzieję, że czujesz to samo do mnie”. Niedojrzałe przywiązanie do drugiej osoby wyraża 
się zgoła inaczej, na przykład: „Jesteś mój i nigdy nie pozwolę ci odejść”. W takich wypad-
kach często mamy do czynienia z szantażem emocjonalnym i podobnymi taktykami walki 
o władzę. 

Zatrzymywanie kogoś w pułapce nieudanego związku nie jest dobrym pomysłem! 

Mimo to wielu ludzi, dla których małżeństwo stanowi całe ich życie, robi wszystko, by je 
utrzymać, choć wiedzą, że partnerzy nie kochają ich, nie pragną ani nie darzą szacunkiem. 
W takich małżeństwach, które w istocie dawno się rozpadły, zwykle brak szczęścia, 
zdrowego poczucia wspólnoty, miłości, uprzejmości, szczerej troski i radości. 

Udane małżeństwo to niezwykle istotny, upragniony składnik satysfakcjonującego 

ż

ycia, ale nie jedyny. Przekonanie o tym, że jest ono wszystkim, może przynieść jedynie 

cierpienie i rozczarowanie. 

 
Komentarz 
Powszechne problemy małżeńskie oraz wysoki wskaźnik rozwodów mogłyby pewnie 

zostać złagodzone, gdyby ludzie mieli większą

 

ś

wiadomość natury tego związku. Nie 

należy brać ślubu z powodu presji środowiska lub rodziców. Nie można też lekceważyć 
własnych przeczuć ostrzegających przed nieudanym związkiem. Czasem warto posłuchać 
intuicji, zamiast ślepo wierzyć „sercu”. Nawet jeśli nie odczuwacie niepokoju ani 
wątpliwości, warto zwrócić się do mądrego doradcy, który może pomóc zaoszczędzić wam 
wielu cierpień w przyszłości. 

background image

 

MIT 14 

PRAWDZIWI KOCHANKOWIE ODGADUJĄ SWOJE MYŚLI I UCZUCIA 
 
Oto kolejne przekonanie związane z romantyczną ułudą (mit 2). Często słyszymy o 

tym, że prawdziwi kochankowie powinni być jednomyślni lub „nadawać na tej samej fali”. 
Słowa są zbyteczne. Także w brukowcach można przeczytać: „Ich oczy spotkały się i w tej 
sekundzie każde z nich wiedziało, co myśli i czuje to drugie”. Prawdziwa miłość 
obdarowuje nas więc zdolnościami telepatycznymi! 

Podobnie jak każdy inny mit małżeński, i ten nosi w sobie ziarenko prawdy. 

Powszechna opinia w tym względzie jest jednak bardzo przesadzona. Dobrzy przyjaciele, 
kochankowie, małżonkowie, a nawet współpracownicy rozumieją się do pewnego stopnia i 
pozostają wrażliwi na uczucia, opinie i preferencje drugiej osoby. Mogą również nauczyć 
się dość trafnie odczytywać reakcje partnera: „Zauważyłem błysk w twoim oku, kiedy 
Charlie zaczął opowiadać o swym ostatnim podboju i uświadomiłem sobie, że jeśli 
natychmiast nie wyciągnę go z pokoju, to rozbijesz mu nos”, „Dokładnie wiedziałem, o 
czym myślisz, kiedy Grace zaczęła opowiadać o tym tygodniu spędzonym w Meksyku”. 

Równie dobrze można błędnie odczytać cudze reakcje. Oto przykład typowego dialogu: 
 
Adam: Dlaczego jesteś zła? 

Sue: Nie jestem zła. Czemu tak myślisz? 
Adam:
 Ależ jesteś. Nie oszukasz mnie. Znam cię. 
Sue: Naprawdę nie jestem zła. Słowo daję. 

Adam: Kogo ty chcesz nabrać? Daj spokój. Przyznaj się i przestań kłamać. 
Sue: (zaczyna być zła) Ja nie kłamię! Mówię ci, że nie jestem zła 
Adam:
 To dlaczego podnosisz głos? Przyznaj się do własnych uczuć. Znam cię na wylot. 

Sue:  Nie cierpię, kiedy kwestionujesz moje słowa. Złości mnie to.  
Adam: A widzisz? Przyznajesz więc, że jesteś zła. 

Podobne rozmowy mogą przebiegać w przeróżnych wersjach. Byłem świadkiem wielu z 

nich między przyjaciółmi, kochankami, małżonkami, wrogami oraz terapeutami i ich 
klientami. Stwierdzenie: „Znam cię lepiej, niż ty znasz siebie” jest absurdalne. Zdarza się, 
rzecz jasna, że ludzie oszukują samych siebie i nie przyznają się do

 

pewnych uczuć, co można 

zauważyć z zewnątrz, tak naprawdę jednak nikt nie zna nas lepiej niż my sami. Nikt nie 
potrafi czytać w cudzych myślach! Przytoczona powyżej rozmowa nie byłaby tak napastliwa, 
gdyby Adam nie zapytał: „Dlaczego jesteś zła?”, ale: „Czy jesteś zła?” lub po prostu 
stwierdził: „Sądzę, że jesteś zła”. Jeśli nie dysponował dowodami świadczącymi niezbicie o 
złości Sue i jej wypieraniu się, powinien przyjąć do wiadomości jej oświadczenie. Nie robiąc 
tego, dokonał „gwałtu na jej umyśle”. Podstawowa zasada brzmi: Nigdy nie mów nikomu, 
co my
śli lub czuje. 

Jakże często ludzie powtarzają: „Nie powinnam mu tego tłumaczyć! Gdyby naprawdę 

mnie kochał, wiedziałby to bez słów”, „Mój partner powinien wiedzieć, czego mi potrzeba. 
Nie jest dobrze, jeśli muszę mu to tłumaczyć”. 

Owo nieszczęsne przekonanie najczęściej daje o sobie znać w sypialni: „Jeśli muszę 

mężowi mówić, jak ma się zachowywać w łóżku, przestaję odczuwać jakąkolwiek 
przyjemność. Gdyby naprawdę mnie kochał i czuł to samo, co ja, słowa byłyby 
niepotrzebne. Wiedziałby, co robić”, „Kiedy kobieta jest naprawdę zakochana, potrafi 
wyczuć, co sprawia największą przyjemność partnerowi. Jeżeli jednak on musi jej to 
pokazać lub tłumaczyć, to nie są dla siebie stworzeni”. 

background image

Bzdura! Istoty ludzkie to jedyny gatunek zwierząt, który potrafi się komunikować za 

pomocą języka mówionego. Żaden inny ssak nie byłby w stanie powiedzieć: „Kochanie, czy 
możesz mnie dotknąć w tym miejscu i trochę mocniej pomasować mi plecy?”. Nie można 
doświadczyć czyichś uczuć, niezależnie od stopnia naszego przywiązania do danej osoby. 
Ludzie nie są owadami wyposażonymi w ograniczony system instynktownych reakcji.  

Są oczywiście ludzie pozbawieni wrażliwości, którym na nic nie zda się pokazywanie ani 

nauka konkretnych zachowań. Całkowicie lekceważą uwagi w stylu: „Bardzo mi przeszkadza 
to, że zostawiasz pełno włosów w umywalce po goleniu” albo: „Chciałbym, żebyś nie 
blokowała mojego samochodu na parkingu”. Ich wojownicza postawa wypływa zapewne z 
kolejnego mitu - Nie pozwól sobą pomiatać. Pokaż kto jest głową w tym związku! 
Małżeńskie walki o władze często kończą się śmiertelną bitwą na sali sądowej! Zdolność 
przewidywania reakcji ukochanej osoby na określone zdarzenie jest rzeczą cenną i można 
wówczas zachować się odpowiednio, żeby efekt był satysfakcjonujący dla obojga partnerów: 
„Skąd wiedziałaś, że chciałem dostać magnetofon?”, „Jakie to miłe, że pomyślałeś o tym, iż 
chcę odwiedzić ciotkę w szpitalu i wyjechałeś wcześniej z przyjęcia w biurze, żeby 
dostarczyć mi samochód”. 

Związek nie rokuje najlepiej, jeśli musimy bardzo się starać, żeby uzyskać od partnera 

jakikolwiek przejaw troski i zainteresowania. Równie niebezpieczna może być jednak 
sytuacja odwrotna: „Gdybyś naprawdę mnie kochał lub gdyby ci na mnie zależało, zrobiłbyś 
to, nie robiłbyś tego lub pomyślałbyś o czymś innymUważajcie na takie rozumowanie! 
Lepiej powiedzieć partnerowi: „Kiedy robisz X lub nie robisz Y, czuję się niekochana”. 
Kiedy opisujecie problem, nie mówcie drugiej osobie o tym, dlaczego zrobiła coś, co wam się 
nie podoba („Zrobiłaś to specjalnie, żeby mnie zranić!”). Starajcie się trzymać następującego 
wzorca: „Kiedy robisz X w sytuacji Y, czuję Z”. Na przykład: „Kiedy nazywasz moją siostrę 
głupią i tępą podczas wizyty u naszych rodziców, czuję się zakłopotana i żal mi jej. Jestem na 
ciebie zła, że tak źle ją traktujesz”. 

Dobrze jest, kiedy partnerzy mówią sobie o tym, jak pragną być traktowani. Zapobiega 

to nadużyciom, nadinterpretacjom oraz wszelkim innym taktykom umniejszającym 
znaczenie tego, co partner chciał wyrazić. Mów, o co ci chodzi, traktuj poważnie to, co 
mówisz i nie oczekuj, że partner będzie czytał w twoich myślach. 

 

MIT 15 

LEPSZE NIESZCZEŚLIWE MAŁŻEŃSTWO NIŻ ROZBITY DOM 

 
Istnieje niewiele rzeczy bardziej nieprzyjemnych od małżeństwa bez miłości, które 

utrzymuje się siłą leku, poczucia winy lub obowiązku. Widziałem skutki trwania w pustym 
związku ze względu na presję społeczną, zobowiązania lub „dobro dzieci”. Mam takie 
powiedzenie, że jeśli robimy coś ze względu na dzieci, jesteśmy wobec nich bezwzględni! 
Kiedy dzieci mają być podstawowym spoiwem związku małżeńskiego, ich potrzeby 
emocjonalne są zwykle pomijane. Dom w którym nie ma współdziałania ani wspólnoty 
interesów, trwa siłą pozorów wymuszonych przez społeczną hipokryzję. 

Wielu ludzi wciąż mieszka pod jednym dachem, ponieważ ich przekonania religijne nie 

zezwalają na rozwód. Niektóre kobiety znoszą upokorzenia, nadużycia i napięcie z 
powodów ekonomicznych. Życie z mężem, do którego czują odrazę, może być ciężkie, ale 
jeszcze trudniej im znaleźć odpowiednią pracę bez doświadczenia czy wykształcenia. 
Takie kobiety często uważają również, że ich obowiązkiem jest pozostanie w domu, by 
chronić dzieci. 

David, trzydziestoletni programista komputerowy, zwrócił się do mnie o pomoc z 

powodu swego niepokoju, depresji oraz problemów seksualnych. Wszystko było dobrze, 
jeśli poprzestawał na niezobowiązujących kontaktach seksualnych. Kiedy jednak sprawa 

background image

zaczynała być „poważna”, cierpiał na impotencję. Jego historia przypominała mi setki 
podobnych, jakie słyszałem w ciągu wielu lat praktyki zawodowej: 

-  Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to rodzice, którzy na siebie wrzeszczą. 

Ileż to było nocy, podczas których budzili mnie krzykami. Byłem przerażony. Okropność! 
Tata zwykle wyładowywał frustrację na dzieciach, a mama chodziła po domu z 
nieszczęśliwą miną. Kiedy miałem dziewięć czy dziesięć lat, zapytałem ją, czemu się nie 
rozwiedzie. Tak jak w tym powiedzeniu: „Z początku bałem się, że moi rodzice się 
rozwiodą, a później, że tego nie zrobią!”. Potem mama powiedziała nam, że trwała w 
małżeństwie ze względu na nas. Wolałbym, żeby tak nie było. Jestem przekonany, że 
bylibyśmy szczęśliwsi, gdyby nasi rodzice się rozeszli. Stało się tak z rodzicami dwóch 
moich

 

kolegów. Uwielbiałem zostawać u nich na noc. Jeden mieszkał z ojcem i macochą i 

ś

wietnie im się układało. Drugi został z matką i młodszą siostrą i fajnie się razem 

bawiliśmy. Ja nigdy nie zapraszałem kolegów do domu. Za bardzo się wstydziłem. Bałem 
się, ze mama i tata zaczną się przy nich kłócić. 

Rhonda przyszła do mojego gabinetu z wieloma problemami emocjonalnymi: 
-  Wylądowałam u pana, bo moi rodzice byli ze sobą ze względu na mnie. Gdyby się 

rozeszli, nie potrzebowałabym psychiatry! 

W przeciwieństwie do rodziców Davida, utrzymywali oni swoje konflikty w tajemnicy. 
-  Nie było wielkich awantur. Tylko lodowata, arktyczna atmosfera pozbawiona ciepła. 

Rodzice Rhondy rozwiedli się dopiero, kiedy ona skończyła dwadzieścia lat. - Jeśli o mnie 
chodzi, to powinni to byli zrobić dziesięć lub piętnaście lat wcześniej... Dopiero dziś 
uświadamiam sobie, jak bardzo musieli się nienawidzić. Doskonale jednak to ukrywali. 
Przyjaciele uważali ich za idealną parę i często stawiali innym za wzór. Większość 
znajomych była wstrząśnięta ich nieoczekiwanym rozwodem. 

Określenie „rozbiły dom” niesie ze sobą negatywne skojarzenia. Niepełne rodziny 

często obwinia się o umożliwianie przestępczości wśród dzieci, ich uzależnienie od 
narkotyków, prostytucję oraz wszelkie wykroczenia, począwszy od drobnych kradzieży 
po morderstwa pierwszego stopnia. 

-  Nie pozwalam ci zadawać się z Johnnym - ostrzega matka-świętoszka. - On jest z 

rozbitego domu. 

Taki dom kojarzy się z zaniedbaniem, dezorientacją, opuszczeniem, odrzuceniem, 

dezaprobatą i innymi niezliczonymi problemami. Jak poinformował mnie jeden z moich 
klientów: „Rozbity dom to złamane serce”. Kiedy trzeba wybierać między domem 
„rozbitym” a „nieszczęśliwym” (choć nienaruszonym), wielu ludzi decyduje się na ten 
drugi. Mam wątpliwości co do ich rozsądku. 

Niestety, często automatycznie utożsamiamy „rozwód” z „rozbitym domem”, 

przypisując mu wszystkie potencjalne braki i nieszczęścia. A przecież dobrze 
przeprowadzony rozwód nie musi rodzić goryczy ani krzywdzić dzieci. 

 

MIT 16 

AMBICJE MĘŻA SĄ WAŻNIEJSZE OD KARIERY ŻONY 

 

Postanowiłem umieścić ten mit w niniejszej książce z powodu kilku dość szczególnych 

zdarzeń. Jedna z moich koleżanek, uznana profesjonalistka, została zaproszona do udziału w 
międzynarodowej konferencji, co stwarzało dla niej nowe możliwości zawodowe. Madelynne 
była

 

uszczęśliwiona. Mimo to odrzuciła zaproszenie, kiedy dowiedziała się, że jej mąż będzie 

w owym czasie poza miastem (zwykłe spotkanie w interesach), a córki, w wieku dziesięciu i 
ośmiu lat, chcą, żeby któreś z rodziców przyszło na zapowiedziane szkolne przedstawienie. 

background image

Czy coś tłumaczy jej decyzję? Dlaczego sprawy zawodowe męża okazały się ważniejsze 

od kariery Madelynne? Dlaczego on nie odwołał wyjazdu, aby żona mogła wziąć udział w 
konferencji? Czy dzieciom rzeczywiście stałaby się krzywda, gdyby zostały w domu z 
doświadczoną opiekunką? 

Kolejny przypadek to małżeństwo pracownika dużej korporacji i wykładowczyni w 

college'u. Juanita zarabiała rocznie trzydzieści tysięcy dolarów; zarobki Jerome'a, łącznie z 
akcjami i bonusami, były niemal dziesięć razy wyższe. Zarząd jego firmy postanowił 
otworzyć filię, oddaloną o trzy tysiące kilometrów od głównej siedziby, i na szefa oddziału 
wybrał Jerome'a. Wszyscy spodziewali się, że Juanita zrezygnuje ze stanowiska wykładowcy 
i zamieszka z dala od swych przyjaciół oraz rodziny. Zapytałem Jerome'a, dlaczego 
automatycznie założył, że Juanita poświęci swą pozycję akademicką, na którą tak ciężko 
pracowała. 

-  Po zapłaceniu podatków wystarcza jej pensji tylko na opłacenie paliwa do jaguara! - 

powiedział z lekkim sarkazmem. Czy to rzeczywiście satysfakcjonująca odpowiedź? Trzeci 
przykład przedstawia nader częstą sytuację. Kiedy Julienne urodziła pierwsze dziecko, 
zrezygnowała ze studiów doktoranckich na kierunku psychologicznym. Później urodziła 
jeszcze trójkę dzieci, a mimo to zdołała przeprowadzić kilka bardzo udanych operacji 
finansowych, dzięki, którym jej mąż mógł pozwolić sobie na ukończenie studiów 
medycznych oraz specjalizacji okulistycznej. Dwa dni po siedemnastej rocznicy ślubu 
poprosił ja o rozwód. Rok później ożenił się z dwudziestoczteroletnią pielęgniarką. 

-  Żałuję, że nie skończyłam studiów - lamentowała Julienne - Przynajmniej miałabym się 

na czym oprzeć. 

Czwarty przypadek jest antytezą poprzednich. Sheryll, która kierowała własną firmą, 

zarabiała ponad dwa razy więcej niż jej mąż. Kiedy jednak Carl wyjechał w podróż 
służbową, zareagowała tak samo jak opisane przeze mnie żony - została w domu, żeby 
opiekować się dziećmi, mimo naglących spraw zawodowych. 

W pierwszym, trzecim i czwartym przypadku trudno komuś obcemu krytykować 

postępowanie małżonków, jeśli mimo nierównych zarobków harmonijnie ułożyli sobie życie. 
Istnieje wiele udanych  „tradycyjnych” małżeństw, w których mąż jest jedynym żywicielem 
rodziny żona zaś, gospodyni domowa, dokłada wszelkich starań, by go zadowolić. Ci, którzy 
pragnąc ratować tę „wykorzystywaną” kobietę, zaczynają ją uświadamiać i „uwalniać”, 
popełniają poważny błąd. Nie należy oceniać cudzych związków według własnego systemu 
wartości. Ci,

 

którym cierpnie skóra na myśl o mężczyźnie wykonującym „kobiece” obowiązki 

- gotującym, sprzątającym i opiekującym się dziećmi, nie rozumieją, że dla niektórych ludzi 
jest to najlepsze rozwiązanie. 

Mam jednak dowody na to, że w opisanych przeze mnie przypadkach żony buntowały się 

przeciw szowinistycznej postawie mężów wobec ich pracy zawodowej. Sytuacja ta miała 
negatywny wpływ na związki. (Jerome, który lekceważąco traktował pracę żony - „Wystarcza 
jej tylko na paliwo do jaguara!" - powinien zastanowić się, ile znaczy dla niej pozycja na 
uczelni. Nie musiałoby to zmieniać jej ostatecznej decyzji, może Juanita nadal chciałaby 
zrezygnować z wykładów i przeprowadzić się trzy tysiące kilometrów dalej. Ale pełna 
zrozumienia i współczucia postawa Jerome'a wobec jej wielkiego poświęcenia lepiej 
rokowałaby ich wspólnej przyszłości). 

Wielu członków naszego społeczeństwa wciąż hołduje krzywdzącemu przekonaniu, że 

przynosząca zyski, konstruktywna kariera zawodowa jest wyłącznie domeną mężczyzn. 
Niektórzy twierdzą uparcie, że kobiety powinny zadowalać się rolą żony i matki. Nasze dobre 
samopoczucie psychiczne, niezależnie od pici, wymaga jednak zaangażowania w działania 
przynoszące zarówno korzyści, jak i przyjemności Kobiety nie będą żyć pełnią życia, jeśli 
pozostaną bierne i zależne. To prawda, że wiele z nich potrafi czerpać dużą satysfakcję z 
prowadzenia domu, w wielu kulturach zaś wychowanie dzieci jest wyłączną domeną kobiet. 

background image

Powinny one jednak mieć prawo do zerwania z tą uniwersalną tradycją. O ich wartości nie 
może decydować to, jak wypełniają obowiązki małżeńskie i macierzyńskie (zob. Mit 13). 

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni potrafią troszczyć się o swych partnerów i pomagać 

sobie nawzajem, nie rezygnując jednocześnie z zaangażowania w życie zawodowe. Mam 
wrażenie, że wiele kobiet - a niewielu mężczyzn - umie łączyć pracę zawodową z prowadze-
niem domu, nie zaniedbując żadnej z tych dziedzin. Dlaczego jest to możliwe? Jak wykazują 
niektórzy psycholodzy, nasze społeczeństwo warunkuje i przygotowuje chłopców do 
rozwijania większej autonomii i indywidualizmu, podczas gdy zadaniem dziewczynek jest 
nawiązywanie emocjonalnego kontaktu z innymi. Pojęcie „męskości” wciąż równa się 
sięganiu po władzę; „kobiecość” zaś to okazywanie miłości i troski. Kobiety robiące karierę 
zawodową często łączą w sobie „męską” autonomię z „kobiecym” ciepłem i uczuciowością. 

Zmierzam tu przede wszystkim do tego, że kobiety popełniają błąd, poświęcając karierę 

dla partnera, który często je za to lekceważy. Sytuacja robi się bardzo poważna, kiedy mąż 
nie docenia wartości pracy żony, automatycznie przyznając sobie większe znaczenie. 

W dzisiejszym świecie wiele par musi uwzględniać w swym związku warunki stawiane 

im przez pracę. Najlepiej rozważyć te kwestie przed zawarciem małżeństwa. Jasny, 
możliwy do przyjęcia dla obu stron, plan kariery pomoże uniknąć niemiłych niespodzianek. 

 

MIT 17 

JEŚLI MĄŻ LUB ŻONA CHCE ODEJŚĆ, NIE POZWÓL NA TO I WALCZ 

 

Któregoś ranka zadzwoniła do mnie żona mojego znajomego. 

- Nie wiem, co robić ani do kogo się zwrócić - Vickie była wyraźnie wzburzona. 
- Dlaczego? Co się stało? - spytałem. 
- Dwa dni temu Gerald powiedział, że zakochał się w innej i chce rozwodu - wyjaśniła, 

walcząc ze łzami. - Od tego czasu nie mogę jeść ani spać. Ciągle płaczę. Biorę valium i 
jestem lekko oszołomiona. Nie wiem, co robić. 

Vickie powiedziała mi również, że jej mąż ma romans od dziesięciu miesięcy i zamierza 

ożenić się z tą kobietą, kiedy tylko dostanie rozwód. Udzieliłem Vickie rady, z której - byłem 
przekonany - nie skorzysta. 

- Pozwól na to, by Gerald zamieszkał z tą kobietą - powiedziałem. - Niech zostanie z nią 

co najmniej przez trzy miesiące. O ile to możliwe, nie kontaktuj się z nim w tym czasie, ale 
widuj innych mężczyzn. Po upływie trzech miesięcy spotkajcie się z Geraldem na kolacji. 
Wtedy będziesz mogła sprawdzić, czy wciąż jest tak zakochany w tamtej. Wytłumaczyłem 
jej, że pozwolenie kochankom na stały i niczym nieograniczony kontakt sprawi, że ich 
romans znacznie przygaśnie (zob. Mit2). Najlepszy sposób na to, żeby kogoś poznać, to 
zamieszkać z nim na kilka miesięcy. Jest to również najlepsza metoda na pozbycie się 
złudzeń. 

Tak jak się spodziewałem, Vickie nie posłuchała mojej rady. Wszczęła za to tytaniczną 

walkę: histeryzowała, prosiła, błagała, a nawet groziła samobójstwem. W oczach męża 
czyniło ją to coraz mniej atrakcyjną, szczególnie w porównaniu z kochanką, która 
zachowywała spokój, okazując jednocześnie szczerą troskę z powodu zaistniałej sytuacji. 
Vickie przypuściła więc kolejny atak na nią, czym (jak stwierdził Gerald) jeszcze bardziej 
się ośmieszyła. Ostatecznie przegrała. Stawiając mężowi kolejne przeszkody, umniejszała 
własną wartość, gdy tymczasem on coraz bardziej doceniał nową miłość. 

Dla kontrastu, moja koleżanka zupełnie inaczej poradziła sobie z identycznym 

przypadkiem. Kiedy mąż Elizabeth wyznał, że śmiertelnie zakochał się w innej i poprosił 
o rozwód, usłyszał tylko  

- Będzie mi ciebie brakowało! 

background image

Elizabeth powiedziała to spokojnie, bez gniewu, za to z uczuciem Jej mąż zrozumiał 

swój błąd i skapitulował. Prośby, błagania oraz groźby pojawiły się ze strony kochanki, 
kiedy dowiedziała się o zmianie jego uczuć. 

Znam kilka historii, kiedy to cierpliwość i wyrozumiałość małżonka powstrzymały 

zakochanego po uszy partnera od zerwania związku Moim zdaniem jednak były to pyrrusowe 
zwycięstwa W jednej z takich sytuacji, kiedy zwykła taktyka zwiodła (mianowicie żony nie 
wzruszyły groźby i prośby męża), Harvey urządził strajk głodowy. Nancy poddała się 
wreszcie po czterech dniach. Zerwała swój romans i od tej chwili żyła długo i nieszczęśliwie 
w ustawicznym lęku przed szantażem. 

Rozpad małżeństwa jest niemal zawsze poważnym problemem, łatwo więc zrozumieć, 

dlaczego ludzie tak się przed tym bronią. Pół chleba jest lepsze niż nic, ale czy jedna kromka, 
a czasem ledwie garść okruchów wystarczą, żeby zaspokoić głód emocjonalny? Cóż to za 
związek, jeśli jeden z partnerów naprawdę chce odejść, a pozostaje wyłącznie z litości, 
strachu, dla pieniędzy lub z poczucia winy? 

Ważną rolę w tych sprawach odgrywa zaprzeczanie. Na przykład kiedy Olga 

poinformowała Ralpha o tym, że przestała go kochać wiele lat temu, ale nie miała odwagi 
ani środków do tego, by go wcześniej zostawić, on przypisał to jej „przejściowym 
problemom” i nie potraktował wypowiedzi serio. Mimo że Olga powtarzała to samo przez 
kilka tygodni, Ralph twierdził, że „nie mówi tego poważnie”. Olga wyznała mi, że darzy 
Ralpha głęboką nienawiścią, czuje do niego wstręt, ponieważ jest okrutny dla zwierząt, 
surowy dla dzieci, osądza i potępia innych ludzi oraz działa na ich szkodę, a do tego ma 
wiele innych negatywnych cech. Po „dwunastu latach spędzonych w czarnej norze w 
Kalkucie” odziedziczyła pewną sumę pieniędzy i chciała uciec. 

Spotkałem się z Ralphem i uświadomiłem mu fakt, że niechęć Olgi do niego nie minie. 

Niezależnie od tego postanowił, „dla zasady”, nie dać jej rozwodu (żyli w kraju, gdzie 
niezwykle trudno wygrać sprawę rozwodową). 

Ralph nigdy nie wyjaśnił, dlaczego zmusił Olgę do pozostania z nim wbrew jej woli. 

Ostatnich osiem lat ich związku musiało być dla niego równie jałowe jak dla niej. Nie było 
między nimi uczucia; seks sprowadzał się do „gwałtu” kilka razy w roku, jak to nazwała 
Olga. Rałph musiał też sam troszczyć się o inne swoje potrzeby. W dodatku Olga często 
wykrzykiwała, że go nienawidzi, życzy mu śmierci i tym podobne. Kiedy powiedziała mu, 
ż

e w jej życiu jest inny mężczyzna, powtórzył, że i tak nigdy jej od siebie nie puści, „dla 

zasady”. 

A jednak w końcu udało jej się wpłynąć na zmianę jego decyzji. Wygłosiła przemowę, 

która zmroziłaby większość ludzi. Pewnego ranka powiedziała mu następujące słowa: 

- Wiesz, Rałph, miałam dziś piękny sen. Był bardzo realistyczny. Śniło mi się, że 

umarłeś. Byłam tym tak zachwycona i uszczęśliwiona, że zaczęłam śpiewać. Kiedy się 
obudziłam i zrozumiałam, że to tylko sen, wybuchnęłam płaczem. Pragnę twojej śmierci, 
Ralph. Znaczy ona dla mnie więcej niż moje życie. Ostrzegam cię więc - miej się na bacz-
ności! Na twoim miejscu zaczęłabym sprawdzać, czy w jedzeniu nie ma potłuczonego szkła 
albo arszeniku. 

Ralph na początku śmiał się, ale po trzech dniach powiedział Oldze, że nie jest go warta. 

W ten sposób dostała rozwód. 

„Nie chodź tam, gdzie cię nie proszą i nie siedź tam, gdzie cię nie chcą” - powiedzenie 

to nie jest zwykłym aforyzmem, ale jasnym przesłaniem, że jest się ledwie tolerowanym, 
traktowanym z litością lub narażonym na ból. Niektórzy ludzie zostają, bo wierzą, że 
miłość powróci. Są to ofiary mitu 18 

background image

Komentarz 

W rozdziale tym odradzam przede wszystkim pozostawanie w związku, w którym partner 

nas nie chce. Kto chciałby trwać w związku opartym na litości? Jednak sposób, w jaki 
przedstawiłem ten mit, sugeruje, że na wszystkie propozycje rozwodu powinniśmy reagować 
z miejsca pakowaniem walizek. Nie to miałem na myśli. Prawdziwa groźba rozwodu na wielu 
ludzi działa jak dzwonek alarmowy. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zakończyłem 
szczęśliwie porady dla pewnej pary, która odwiedziła mnie pięciokrotnie. Mąż zwrócił się o 
wręczenie żonie pozwu rozwodowego. Już wcześniej mówił, że to zrobi, ale dopiero teraz, 
widząc, że przeszedł do działania żona poprosiła go o wspólną wizytę u terapeuty. Kiedy 
przyszli do mnie, stało się jasne, ze dzięki drobnym zmianom we wzajemnym traktowaniu się 
ich związek może ulec znacznej poprawie. 

Jeżeli twój partner postanowił odejść, nie ma sensu poniżać się i błagać o pozostanie. 

Jeśli jednak sprawy nie zaszły za daleko i macie szansę, warto ratować związek. 

 

MIT 18 

MIŁOŚĆ MOŻE CZASEM POWRÓCIĆ NA NOWO 

 

Spotkałem wielu ludzi trwających w związkach pozbawionych zaangażowania 

emocjonalnego i wszelkich przejawów ducha, w których miłość, uczucie i troska dawno 
wygasły. Ci, którym wreszcie udawało się zakończyć taki szkodliwy układ, często opisują to 
doświadczenie jako „wyjście z wilgotnej, ciemnej dziury na jasne, radosne promienie 
słoneczne” lub „odzyskanie wzroku po latach ślepoty”. 

Co kazało im podtrzymywać puste i pozbawione życia małżeństwo? Wiele okropnych 

związków trwa, ponieważ partnerzy ulegają neurotycznym lękom. Inni są ze sobą z powodu 
opinii publicznej, skrupułów moralnych, presji finansowej i tym podobnych ograniczeń. 
Niektórzy przeżyli głębokie rozczarowanie odkryciem, że małżeństwo oferuje nieskończenie 
mniej, niż mieli nadzieję otrzymać, wolą jednak tkwić w domowych problemach, zamiast 
zakończyć związek. 

Jeśli między dwojgiem ludzi pozostał choćby cień sympatii, uczucia lub najmniejszy ślad 

porozumienia, jest rzeczą zrozumiałą, że będą starali się nie dopuścić do separacji czy 
rozwodu. Większość ludzi dojrzałych uważa, że wspólne dążenia, uczucie oraz zrozumienie 
to najważniejsze składniki podtrzymujące małżeństwo. Często jednak natykamy się na takie 
nieszczęsne związki, w których mąż i żona nie cierpią się nawzajem, wręcz nie mogą na 
siebie patrzeć. 

Omawiając mit siedemnasty, opisałem sytuację, w której jedno chce odejść, drugiemu zaś 

zależy na utrzymaniu związku. Tutaj zajmuję się głównie takim „upiornym układem”, w 
którym oboje partnerzy przyznają, że miłość wygasła, a mimo to za wszelką cenę unikają 
rozwiązania sytuacji. 

Gordon i Mary byli małżeństwem od dziewiętnastu lat; oboje określali ostatnie 

siedemnaście jako „koszmar”. Pierwsze konflikty pojawiły się już pół roku po ślubie, ale je 
zignorowali. 

- Ostatecznie - zauważył słusznie Gordon - każda rodzina ma problemy. 
Rzeczywiście, gdyby swoje związki utrzymywały tylko te, które nie mają żadnych 

trudności, wszyscy byśmy się rozwodzili. Jednak w udanych małżeństwach partnerzy albo 
przystosowują się do

 

sytuacji, albo wypracowują metody rozwiązywania problemów na 

bieżąco. 

background image

Kiedy słuchałem opowieści Mary i Gordona na temat ich związku stało się dla mnie 

oczywiste, ze zamiast wypróbować którąś z powyższych metod, wypracowali mechanizmy 
obronne, zmieniające najmniejszą nawet trudność w poważny kryzys. Wreszcie po latach 
konfliktów, ta bezdzietna para zdecydowała się na rozwód. Poprosili mnie, żebym pomógł im 
ustalić wszystkie ważne kwestie przed wizytą u prawników. 

Z finansowego i majątkowego punktu widzenia sprawa nie przed stawiała większych 

trudności. Po dwóch spotkaniach małżonkowie ustalili, jak podzielą się domem, 
samochodami oraz kontami bankowymi. Odczuwali znaczną ulgę, że kończą nareszcie tę 
„parodię małżeństwa”. Wywiązała się między nami następująca rozmowa: 

A.AL.: Dlaczego tak długo z tym zwlekaliście? 
Mary: Z głupoty! 
Gordon: Byliśmy pogrążeni w inercji. 
Mary: Muszę przyznać, że ja kierowałam się też sentymentem. Mówię jedynie o sobie. 

Jestem beznadziejnie sentymentalna! Wciąż miałam nadzieję, że wszystko się ułoży. 

A.A.L.:    Samo? Skąd taki pomysł? 
Mary: Wciąż mówię tylko o sobie. Kiedy chodziliśmy na randki, wszystko było świetnie. 

Przynajmniej tak to zapamiętałam. 

Gordon: To prawda, było wspaniale. I trwało jeszcze przez pierwszy, a nawet drugi rok 

naszego małżeństwa. 

Mary: Tak. Nie była to droga usłana różami, ale równie dobra jak większości par, a może 

nawet lepsza. 

A.A.L.:  I co było dalej? 
Mary: Jeśli to możliwe odkochać się, tak jak zakochać się, to stwierdzam, że to mnie 

właśnie spotkało - odkochałam się. 

A.A.L:  Czy to się stało nagle, czy też rozwijało się stopniowo, niezauważenie? 
Mary: Może będzie pan się śmiał, ale dość nagle. Proszę mnie nie pytać gdzie i kiedy. 

Pamiętam tylko, jak doszłam do wniosku, że nie kocham już Gordona; nie jestem w nim już 
zakochana.  

Gordon: Chciałbym się wtrącić. Nigdy się nie pobiliśmy ani nie rzucaliśmy przedmiotami 

w czasie kłótni. Oboje pogrążaliśmy się w cichej nienawiści, która zżerała nas od środka. 
Zachorowałem na wrzody, a ona wciąż cierpiała na migreny. Pamiętam jednak moment, w 
którym coś się we mnie przełamało i stwierdziłem, że już jej nie kocham.  

Mary: Oczywiście myśleliśmy o rozwodzie, a nawet raz czy dwa kontaktowaliśmy się z 

adwokatami.  

AA.L:  I co? 
Gordon: Popadaliśmy w apatię. 
Mary: Nie tylko. Moja najlepsza przyjaciółka jest rozwiedziona i często opowiada mi, z 

jakimi palantami się spotyka. Jest takie stare powiedzenie: „Lepszy wróbel w garści niż gołąb 
na dachu”. Poza tym myślałam, że uda nam się ożywić stare uczucia. Trudno jest porzucić 
nadzieję.  

AA.L.: Ale straciłaś ją po wielu latach?  
Mary: Chciałabym pana o coś spytać. Czy można ożywić martwy związek? 
A.AL.: A można ożywić martwego konia albo muchę? Martwe to martwe! Nie da się 

wzniecić wygasłego ognia. Jeżeli coś się wypaliło do szczętu, trzeba rozpalić nowy ogień. 
Ożywić lub rozniecić można tylko to, w czym tli się jeszcze choćby najmniejsza iskierka. 

Gordon: Chyba ma pan rację. 
Mary: Czyli że dawne uczucia już nigdy nie powrócą?  
AA.L.: Zastanów się nad swoim przykładem. Próbowałaś. Udało ci się?  
Mary: Rozumiem. 

background image

Niektórzy uważają, że potrafią „wzbudzić” czyjąś miłość. Ale jej nie da się narzucić. 

Wielu ludzi traci czas i energię na bezskuteczne próby „zdobycia” czyjegoś uczucia. 
Również moja kuzynka starała się odzyskać miłość swego męża. Zaczęła nawet grać w 
golfa, żeby go zadowolić. Przez dziesięć lat trwania ich związku zaledwie raz ugotowała 
jajko, a teraz poszła na kurs gotowania i przyrządzała w domu wykwintne potrawy. 
Przefarbowała włosy na blond, żeby przemówić do jego poczucia estetyki. Zaczęła 
również entuzjastycznie wyrażać się na temat połowów głębokomorskich (którymi nie 
interesowała się w czasie trwania małżeństwa). Czy dzięki temu wszystkiemu odzyskała 
miłość męża? Wręcz przeciwnie. Podejrzliwie obserwował jej poczynania i uznał za 
„żałosne”. 

Kiedy miłość umiera, nic nie może jej wskrzesić. Próby przywrócenia uczuć do życia 

są jak sztuczne oddychanie dla nieboszczyka. 

KOMENTARZ DO MITU 18 
Kiedy ludzie przychodzą do terapeuty, bo czują do siebie głęboką niechęć (jeżeli nie 

wstręt), to czy ma on prawo ogłosić bankructwo ich małżeństwa, czy też jest to, jak 
niektórzy twierdzą, odgrywanie roli Boga? Zawsze wyrażam w takich sytuacjach swoją 
szczerą opinię, podkreślając jednak, że jest to tylko moja opinia, i sugeruję, by 
skonsultowali się jeszcze z kimś innym. Niedawno rozmawiałem z pewną parą, która 
według mojej oceny tak bardzo do siebie nie pasowała, że nie powinna nigdy się spotkać. 
Ona wyrażała się o nim z pogardą; on bezustannie ją krytykował. Szczerze mówiąc, nie 
było mi przyjemnie przebywać z nimi w jednym pokoju. Odesłałem ich do kolegi, który - 
ku memu zaskoczeniu - za słoną opłatą spotykał się z nimi trzy razy w tygodniu przez 
wiele miesięcy, by na koniec stwierdzić, że są „przypadkiem beznadziejnym”. Lekarze 
zwykle wiedzą, kiedy należy zrezygnować, ale wielu psychologów i doradców próbuje 
ratować „zwłoki”. 

 

MIT 19 

RYWALIZACJA MIĘDZY MAŁŻONKAMI PODSYCA ZWIĄZEK 

Rywalizacja między małżonkami ma mniej więcej taki sens jak wyburzanie ścian w 

salonie. Jest niszcząca dla związku. Wżera się w materię wspólnoty i zaufania, niszcząc 
kanwę partnerstwa. Ludzie, którzy ze sobą rywalizują, tracą poczucie wspólnych celów i 
połączonego działania, tak istotnych dla udanych związków. 

Dobre małżeństwo opiera się na współdziałaniu, współpracy i wspólnym życiu. W 

związkach opartych na współzawodnictwie partnerzy dążą do objęcia przywództwa i zamiast 
grać w tej samej drużynie, stają się rywalami. Kiedy małżeństwo zamienia się w potyczki 
dwojga ludzi, rośnie między nimi napięcie i konflikt, a także wrogość. Małżonkowie kierują 
swą energię przeciwko sobie, zamiast połączyć siły i wspólnie mierzyć się z wyzwaniami, 
jakie niesie życie. 

Dążenie do rywalizacji jest wysoko cenione w naszym społeczeństwie. Czy nasz kraj 

osiągnąłby swą wielkość, gdyby nie sławny amerykański duch współzawodnictwa? „Bądź 
numerem jeden! Wejdź na szczyt! Bądź najlepszy! Zwycięstwo to nie wszystko - to jedyne, 
co można osiągnąć!” Jak sugerują niektórzy psycholodzy, zewsząd otrzymujemy podwójne 
komunikaty. Z jednej strony każe nam się wygrywać, iść do przodu i podejmować 
rywalizację, z drugiej jednak nakazuje kultywowanie postawy prawdziwego sportowca i 
współdziałanie oraz promuje skuteczność opartą na współpracy. Panuje więc w tej kwestii 
spore zamieszanie: rywalizować czy współdziałać? 

Jest rzeczą godną pożałowania, że wielu ludzi decyduje się podejmować rywalizację z 

partnerem i traktować go jak wroga. Po latach walki i zmagań pytają, gdzie popełnili błąd. 

background image

Powinienem chyba opisać ten rodzaj rywalizacji, która niszczy trwałość małżeństwa. 

Czy grając z żoną w tenisa, staram się zdobyć jak najwięcej punktów i pokonać ją? Ależ 
tak! Czy nie jest to więc przejaw niezdrowej rywalizacji? Nie. Staram się zdobywać 
punkty, ponieważ angażuję się w grę, zabawę i doskonale swoje umiejętności

.

 Nie jest to 

ostra rywalizacja o niszczących konsekwencjach. 

Natomiast walka ego powoduje ogromne zniszczenia. Angażuje nasze poczucie własnej 

wartości, szacunek do siebie, a często i całą koncepcję tożsamości. Partnerzy, którzy wdają 
się w walkę ego, okazują wobec siebie wrogość nie tylko podczas gry, ale także w 
powszednich rozmowach z przyjaciółmi (starając się pogrążyć siebie nawzajem), kontaktach 
z dziećmi (od których pragną uzyskać więcej miłości i zaufania) oraz we wszelkich 
sytuacjach, gdy w grę wchodzą pieniądze, bezpieczeństwo czy pozycja. 

Małżonkowie biorący udział w turniejach ego stale próbują przekonać swych partnerów 

oraz siebie samych o tym, że są im równi lub ich przewyższają. Nie zgadzają się więc niemal 
we wszystkim - w sprawie wyborów prezydenckich, inwestowania pieniędzy, wychowywania 
dzieci i mycia okien. Ich rozmowy przypominają szermierkę; oboje muszą być nieustannie 
czujni. Każda sytuacja stwarza zagrożenie oraz możliwość ustawienia się na lepszej pozycji. 

Ta bezustanna walka wymaga od każdej ze stron obstawania przy swoich prawach. 

Pojedynek toczy się bez przerwy, powodując coraz większe straty. Znika zaufanie w 
najdrobniejszych nawet kwestiach; wszelkie przejawy uczucia traktowane są podejrzliwie: 
„Kogo on chce oszukać?”, „Ona chce mnie tylko wyprowadzić w pole”. 

Byłem niedawno na przyjęciu, na którym obserwowałem parę profesjonalistów 

walczących ze sobą o prym podczas imprezy. Kiedy on coś mówił, ona go poprawiała, ale nie 
pozostawał dłużny – bezustannie sprzeciwiał się jej wypowiedziom. I tak na zmianę. W 
pewnej chwili, gdy mężczyzna zaczął opowiadać dowcip, żona przerwała mu z krzykiem:  

- Przestań! To jest mój żart! 
Urwał więc, a ona dokończyła. Później, kiedy chciała nam opowiedzieć o weekendzie 

spędzonym w Vermont, mąż zaprotestował, ponieważ ta historia „należała” do niego. 
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, żona nie zamierzała bowiem przerywać 
opowieści. Sytuacja zapewne skończyłaby się publicznym widowiskiem, gdyby nie 
przytomność gospodyni przyjęcia, która wyciągnęła kobietę z pokoju pod pretekstem 
przedyskutowania z nią czegoś na osobności.  

Pary rywalizujące ze sobą często uciekają się do onieśmielających lub zagrażających 

drugiej stronie zachowań. Posuwają się również do złośliwości. Te niebezpieczne i niezdrowe 
potyczki ego są często nie do zniesienia. Jeżeli mąż i żona nie współpracują ze sobą, niszczą 
główny cel swego związku. Małżeństwo, które warte jest przetrwania, musi odznaczać się 
chęcią dzielenia oraz stworzenia koalicji, a także poszukiwaniem wspólnych rozwiązań w 
obliczu konfliktu. Tylko związek wolny od rywalizacji pozwala zbudować dostateczne 
zaufanie oraz pewność, które przemieniają zwykłą współpracę we współtworzenie. 

Czy nam się to podoba, czy też nie, rywalizacja jest zasadniczym elementem naszej 

kultury. Powinna jednak ograniczać się do kortów tenisowych, stołów brydżowych i innych 
miejsc rozrywki. Nie jest bowiem zdrową podstawą małżeństwa. 

 

MIT 20 

DOKŁADAJ WSZELKICH STARAŃ, BY TWÓJ PARTNER(KA) STAŁ(A) SIĘ 

LEPSZY(A) 

Ludzie bardzo często wstępują w związek małżeński z „kompleksem Pigmaliona”. 

Podobnie jak Henry Higgins ze sławnej komedii G. B. Shawa (lub bardziej znanego 
musicalu My Fair Lady autorstwa Lernera i Loewe), wielu małżonków podejmuje trud 
edukacji i kształtowania drugiego. 

background image

- Kiedy już pobierzemy się z Melem - wyznaje pewna dziewczyna przyjaciółce - 

uczynię z niego nowego człowieka. 

A może Mel jest zadowolony ze „starego siebie” i nie ma ochoty na przemianę 

osobowości? Co gorsza, sam może zamierzać przekształcić narzeczoną w „nową i lepszą” 
kobietę! 

George Hart pochodził z dobrej rodziny, choć nie tak wysoko postawionej jak rodzina 

jego narzeczonej, Selmy Ritter. Kiedy ogłoszono ich zaręczyny, kilka osób powiedziało 
państwu Hart, że syn jest szczęściarzem. Ritterowie byli mniej zachwyceni, ale woleli nie 
sprzeciwiać się woli swej córki. Pozostali więc przy subtelnej uwadze, że George to 
„nieoszlifowany diament”. Stwierdzili, że warto go „porządnie wypolerować”, zanim 
zostanie prawdziwym Georgem Ritterem-Hartem. Selma w pełni zgadzała się z rodzicami i 
zapewniła, że George jest pojętnym uczniem. 

Jeszcze przed ślubem (pod kierownictwem Selmy) George zmienił całą garderobę oraz 

fryzurę, zgolił wąsy i kupił inny samochód. Zdaniem narzeczonej stał się „bardziej 
elegancki”. Jednak pani Ritter, tańcząc ze swym zięciem na przyjęciu weselnym, wyraziła 
dezaprobatę wobec jego przyjaciół. Szczególnie zirytował ją fakt, że drużba George był 
innego wyznania. 

- Musisz dostosować się do wymagań naszej rodziny. Inaczej fora ze dwora! - 

powiedziała. 

Już od drugiej randki Selma wyznaczyła sobie rolę doradczyni, nauczycielki i 

przewodniczki George'a (zamówił „niewłaściwe” wino i źle wymawiał francuskie wyrazy, 
czytając menu), ale dopiero po ślubie naprawdę zabrała się do transformacji swojego 
wybranka. 

Na początek trzeba odsunąć go od pozbawionych ogłady przyjaciół; na drugi ogień 

poszły mecze piłki nożnej, siatkówki i koszykówki (ulubione zajęcie George'a), których 
miejsce w niedzielne poranki zajęły teraz „prace domowe” (zob. Mit 10). 

- Jesteś żonatym mężczyzną - przypominała Selma. - Masz obowiązki wobec żony. 
Oglądanie meczy futbolowych czy bokserskich w telewizji przestało pasować do 

nowego stylu życia. George musiał też zmienić gust w kwestii muzyki i wszelkich innych 
upodobań. Selma decydowała również o ich życiu seksualnym - „Zgaś światło i ręce przy 
sobie”. 

Kiedy poznałem George'a cztery miesiące po jego ślubie, był (łagodnie mówiąc) 

nieszczęśliwym człowiekiem. Wysłuchawszy historii jego życia z Selmą, doszedłem do 
wniosku, że dawało mu ono tyle radości co tureckie więzienie. 

- Co cię w niej pociągało? - spytałem. 
- Ritterowie to licząca się rodzina - odparł. - Dałem się omamić zewnętrznym oznakom 

majątku. Wpadłem w pułapkę. 

- Powiedziałem, żeby zaprosił Selmę na wspólne spotkanie. Moglibyśmy wówczas 

zastanowić się, czy ich małżeństwo ma szansę przetrwania. Nie wyraziła zgody: 

- Ritterowie nie wierzą w podobne rzeczy!  
Ich małżeństwo się rozpadło. George potrzebował tylko kilku miesięcy, aby zrozumieć, 

ż

e oboje z Selmą toczą ze sobą walkę. Znam jednak dziesiątki par, które od lat prowadzą 

zażarte wojny o to, by zmienić partnera i ukształtować go na własne podobieństwo. Ich 
ż

ycie upływa w głębokiej frustracji. 

Arogancję tych, którzy uważają, że ich pogląd na świat jest jedynym właściwym, 

przebijają tylko ludzie, którzy próbują zmusić innych do przyjęcia swojego punktu 
widzenia. 

Przekonanie o tym, że prawem męża czy żony jest kształtowanie lub edukowanie 

partnera, odpowiada poglądowi, że „po ślubie wszystko się ułoży”. Jeśli coś źle się układa 
przed ślubem, później będzie jeszcze gorzej. Osoba popędliwa, samolubna, obojętna 

background image

seksualnie, a jednocześnie agresywna, która obiecuje, że po ślubie się poprawi, zasługuje 
jedynie na sceptycyzm i podejrzliwość. 

Wielu ludzi snuje fantazje ratowaniu partnera. Nazywam to „zespołem Dicka 

Divera” (postać z powieści F. Scotta Fitzgeralda Czuła jest noc, w której psychiatra Dick 
Diver zakochuje się w swojej klientce Nicole, żeni się z nią, a wkrótce sam jest 
psychicznym i fizycznym wrakiem człowieka). Szczególnie lekarze są podatni na podobne 
fantazje. Znałem wielu takich, którzy wzięli ślub ze swymi klientami i układ ten nigdy się 
nie zmienił. Lekarze potrafią zajmować się tylko chorymi; dopóki ktoś leży, okazują mu 
troskę i czułość. Kiedy jednak klient dochodzi do zdrowia, wycofują się. 

Małżeństwa oparte na fantazjach o ratowaniu jednej osoby przez drugą lub o 

wzajemnym ratowaniu się to związki niezwykle skomplikowane, których koniec często da 
się przewidzieć. Aby zadowolić pragnienie władzy, aprobaty i kontroli „ratownika”, 
partner musi wciąż potrzebować jego pomocy. Rzadko udaje się osiągnąć równą pozycję 
między nimi. „Ratownik” okazuje się najczęściej osobą bardziej potrzebującą. Uważa, że 
zasłużył na dozgonną wdzięczność, podczas gdy osoba ratowana nie ma ochoty jej 
okazywać. 

„Pobraliśmy się z niewłaściwego powodu” - często słyszymy od ludzi, w których 

związku jedna ze stron lub obie próbowała zmienić czy uratować partnera. 

Jaki jest z tego morał? Pobierajcie się wtedy, kiedy pasujecie do siebie i dbacie o siebie 

nawzajem, macie wspólne zainteresowania, a wasze nastawienie i uczucia wobec różnych 
spraw wymagają tylko niewielkiego dopasowania, nie zaś poważnych zmian. Ratowanie 
innych zostawcie strażakom, ochroniarzom oraz pracownikom pogotowia. 

 

MIT 21 

PRZECIWIEŃSTWA SIĘ PRZYCIĄGAJĄ I UZUPEŁNIAJĄ 

Często zdarza się, że osoba towarzyska, otwarta i pełna życia przyciąga kogoś o 

nastawieniu bardziej intelektualnym, kontrolowanym i introwertycznym, skłonnym do 
samokontroli. Ludzie mało pewni siebie mogą szukać „silnych i małomównych 
partnerów”, którzy zaoferują im poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Ktoś poważny, o 
silnej samokontroli, może postrzegać osobę bardziej spontaniczną jako pełną ciepła, życia 
i gotowości do zabawy, potrafiącą ubarwić jego życie. 

Takie przeciwieństwa czasem przyciąga odmienny tryb życia. Wówczas ludzie, na krótką 

metę, pasują do siebie jako przyjaciele lub kochankowie, i rzeczywiście udaje im się 
wzajemnie uzupełniać i neutralizować niektóre skłonności. Jeśli jednak zdecydują się na 
zawarcie małżeństwa, tak poważne różnice między nimi muszą prędzej czy później 
doprowadzić do konfliktu. Jej kokieteria i skłonność do flirtów zaczynają nagle sprawiać mu 
ból, natomiast jego zrównoważone i możliwe do przewidzenia zachowanie rodzi nudę. On się 
wycofuje, ona czuje się odrzucona; rozpaczliwie usiłuje odzyskać panowanie nad sytuacją, w 
wyniku czego on czuje się krytykowany i wycofuje jeszcze bardziej. Wkrótce zaczyna się 
walka o władzę, w której oboje partnerzy niszczą prawdziwą, tak bardzo upragnioną bliskość. 

Ta nieszczęsna sekwencja zdarzeń została wysnuta z wielu przykładów literatury 

psychologicznej oraz moich własnych obserwacji klinicznych. 

Biegunowe przeciwieństwa mogą wydawać się sobie nawzajem i atrakcyjne tylko przez 

krótki czas. Związki długoterminowe wymagają większego podobieństwa między 
partnerami. 

Popularny serial telewizyjny Para nie do pary wyśmiewał konflikt mieszkających pod 

jednym dachem bałaganiarza i perfekcjonisty. W związku małżeńskim, w którym jeden z 
partnerów jest popędliwy i zrzędliwy, drugi zaś niezorganizowany i leniwy, często dochodzi 

background image

do sprzeczek. Mit sugeruje, że kiedy perfekcjonista będzie sprzątał po bałaganiarzu, zapanuje 
między nimi harmonia, zwłaszcza gdy ten drugi potrafi to docenić. 

Bezustanne nagabywanie partnera o zaprowadzenie porządku, dbanie o czystość i o 

większą uwagę zwykle przeplata się z poważniejszymi kwestiami, rodząc wzajemne 
antagonizmy. Prowadziłem terapię niezliczonej ilości par, w których obsesyjno-
kompulsywne gospodynie domowe doprowadzały swych mężów do alkoholizmu lub na 
odwrót, obsesyjnie dumni ze swego domu mężowie stawiali tak wysokie wymagania, że ich 
ż

ony znajdowały się na skraju „załamania nerwowego”. 

Jak wielokrotnie podkreślałem w tej książce, dobre małżeństwo opiera się na 

podobieństwach, nie na różnicach. Znam pewien doskonały związek, w którym oboje 
partnerzy są nad wyraz kompulsywni. W całkowitej zgodzie, ramię w ramię pieczołowicie 
polerują klamki, parkiety, szorują ściany i dokonują drobnych napraw w swoim domu. 
(Zawsze myślałem o ich domu jak o muzeum, ale oni wydają się w nim szczęśliwi). Podczas 
gdy inni bawią się na piknikach, łodziach, na plaży lub grając w tenisa, ta para zwykle 
zajmuje się domem. Gdyby któreś z nich wzięło ślub z mniej kompulsywną osobą, konflikt 
byłby nieunikniony (osoby kompulsywne są zwykle sztywne z natury i mają trudności z 
ustępowaniem). 

Kiedy ludzie o sprzecznych poglądach i różnych gustach spędzają ze sobą dużo czasu, 

musi dochodzić między nimi do sprzeczek. 

•  Wyobraźcie sobie parę, w której jeden z partnerów lubi mówić, dzielić się swymi 

uczuciami i pomysłami, podczas gdy drugi ceni prywatność oraz samotność 

•  Albo pomyślcie o osobie towarzyskiej, uwielbiającej przebywać wśród ludzi 

różnego pokroju, która wiąże się z samotnikiem, czującym się źle i niepewnie w większej 
grupie. 

•  Weźmy jednostkę gorącą, namiętną, o silnym popędzie seksualnym, która żeni się z 

kimś, kto w dużo mniejszym stopniu interesuje się seksem 

•  Albo dusigrosza poślubionego osobie niezwykle rozrzutnej. 

 

Czy wyżej wymienione osoby mają szansę zaznać małżeńskiego szczęścia? 
Udane związki to takie, w których więcej jest podobieństw niż różnic w sprawach 

zasadniczych. Ogromne kontrowersje budzi zwykle kwestia wychowania dzieci - różnice 
zdań bywają tak duże, często stają się przyczyną rozwodu. Problemy powstają również 
wtedy, gdy ludzie mają odmienne nastawienie do rozrywek i sposobu spędzania wolnego 
czasu (sport, wakacje, czas poza domem). Walka wybuchnie z pewnością tam, gdzie 
małżonkowie przyjęli różne systemy wartości (postawy, przekonania religijne, 
zapatrywania polityczne i tak dalej). 

Mit o tym, że „Przeciwieństwa się przyciągają, tworząc udane związki”, zrodził się 

prawdopodobnie z faktu, że niektóre różnice są stymulujące, wzbogacające, a nawet 
fascynujące dla partnerów. Tylko zaprzysięgły narcyz chciałby związać się z kimś takim 
samym jak on! Istnieje jednak ogromna różnica między uznaniem korzyści płynących z 
nieco odmiennych poglądów a twierdzeniem, że przeciwieństwa dobrze rokują dla 
związku. 

 

MIT22 

NIE POWINNO SIĘ OMAWIAĆ SPRAW MAŁŻEŃSKICH Z INNYMI LUDŹMI 

 

Pełne znaczenie tego mitu zrozumiałem kilka lat temu. Mój przyjaciel zwierzał mi się w 

sprawie swego związku. Powiedział, że mimo miłości do żony, trudno mu z nią żyć. 
Opowiadał o jej zmiennych nastrojach i o tym, że go często nie docenia; dodał również, że 
zwykle długo chowa do kogoś urazę i ma zahamowania seksualne. Słysząc to wszystko, 

background image

zasugerowałem terapię małżeńską. - Obawiam się, że to nie wchodzi w grę - odparł. A po 
chwili wyjaśnił: - Rose nie chce słyszeć o konsultacjach ani terapii. Uważa, że nie powinno 
się omawiać prywatnych spraw z obcymi. 

Powiedział również, że gdyby dowiedziała się o tym, że zdradził przede mną ich 

sekrety, „rozpętałaby III wojnę światową”. Od tamtej pory wielokrotnie przekonałem się, 
ż

e taka postawa nie należy do rzadkości. Przez całe lata ludzie głęboko przeżywający 

swoje małżeńskie problemy przychodzili do mnie tylko wtedy, gdy mieli pewność, że ich 
partnerzy nigdy się o tym nie dowiedzą. Wszyscy mówili to samo: sprawy między 
małżonkami mają pozostać tajemnicą. Nikogo nie powinno to obchodzić. Ujawnianie 
sekretów małżeńskich to akt zdrady. 

Ludzie, którzy się zgadzają z przytoczonymi tu przekonaniami, czują się głęboko winni 

z powodu tego, że mi się zwierzyli. 

-  Może Sammy ma rację - zastanawiała się zakłopotana żona, omawiająca ze mną 

swoje problemy małżeńskie. - Może nie powinnam opowiadać komuś obcemu o tym, co 
dzieje się w naszym domu. 

-  To pewnie źle, że rozmawiam o swoich problemach małżeńskich z kimś innym niż 

najlepszy kumpel, ale jestem zrozpaczony - rzeki pewien mąż. 

Ktoś inny posunął się jeszcze dalej: 

-  Jesteśmy wyznania rzymskokatolickiego i moja żona uważa, że nie powinniśmy 

opowiadać o nas nikomu, wliczając w to księdza.  

Ludzie ci wyrażają przekonania szeroko rozpowszechnione w naszej kulturze. Panuje w 

niej tendencja do gorliwego ukrywania swej prywatności. Zaleca ona: „Zachowaj swoje 
zdanie dla siebie; mów innym tylko tyle, ile trzeba”. Pewien młody człowiek powiedział mi, 
ż

e często powtarzane motto jego ojca brzmiało: „Nawet ryba uniknęłaby kłopotów, gdyby 

trzymała buzię na kłódkę!”. 

Nie głoszę tu bynajmniej potrzeby zwierzania się każdemu i ujawniania najskrytszych 

uczuć i myśli. Wyniki badań psychologicznych dowodzą, że nasze zdrowie emocjonalne 
wymaga selektywnego otwierania się przed innymi. Dobrą przyjaźń na przykład cechuje 
gotowość do dzielenia się sobą i swymi uczuciami (zob. Mit 1). Jednak ludzie często 
zachowują dystans - żywią przy tym błędne przekonanie, że tajemniczość będzie im sprzyjać 
w kontaktach z innymi. 

Jednym z powodów, dla których trzymamy innych na dystans, jest lęk przed tym, że nikt 

nie będzie nas lubił za to, jacy jesteśmy, a może nawet nas zranić. Co więcej, wiele osób 
sądzi, że kiedy inni (czyli wszyscy pozostali ludzie) zyskają dostęp do intymnej wiedzy na 
nasz temat, wykorzystają ją przeciwko nam. Na wszelki wypadek przybierają więc fałszywy 
wyraz twarzy i ukrywają się pod maską. Ich oczy wesoło błyszczą i nikt nie domyśla się, jak 
bardzo cierpią w głębi serca. 

Od wielu lat nieustannie zadziwia mnie pewne zjawisko. Każdy, kto oglądał wiadomości 

telewizyjne, bez wątpienia widział nadawane co jakiś czas szokujące historie o na pozór 
spokojnych obywatelach, którzy bez żadnego ostrzeżenia zamieniali się w dzikich 
wojowników i mordowali swe rodziny za pomocą siekiery czy pistoletu. Zwykle w takich 
wypadkach przeprowadza się wywiad z ich najbliższymi sąsiadami. Zawsze robiły na mnie 
wrażenie częste w takich wypadkach opinie, że były to osoby „zamknięte w sobie” lub 
„zdystansowane”, które choć zachowywały się przyjaźnie, skrywały szczegóły swego życia. 
Wielu psychologów uważa, że gdyby tacy ludzie opowiedzieli innym o swoich uczuciach czy 
też myślach, mogłoby nie dojść do tragedii. 

Kiedy patrzę wstecz na lata mego małżeństwa, przypominam sobie, że w chwilach 

nieporozumień często omawialiśmy nasze urazy czy rozdrażnienie z przyjaciółmi. Większość 
postępowała tak samo. Czasem umawialiśmy się z inną parą, a nawet kilkoma, na kolację i 

background image

prosiliśmy ich, by wysłuchali naszych opinii lub uczuć. Każde z nas przedstawiało sprawę z 
własnego punktu widzenia i zwykle wywiązywała się z tego żywa dyskusja. Mimo że nasi 
przyjaciele nie byli psychologami, psychiatrami ani też wyszkolonymi doradcami w 
kwestiach małżeńskich, niezwykle pomocna okazywała się możliwość ujrzenia sprawy z ich 
perspektywy. Co ciekawe, były wśród nas dwie pary, które nigdy nie opowiadały o swoich 
problemach. Słuchały nas oraz innych osób, ale szczegóły dotyczące swych własnych przeżyć 
utrzymywały w tajemnicy. Myślę, że jest jakiś związek między ich dystansem wobec innych i 
utrzymywaniem prywatności a faktem, że obie pary się rozwiodły. 

W mojej praktyce psychologicznej niezwykle cenię sobie pracę par w grupach. Kiedy 

cztery do sześciu par spotyka się ze mną regularnie przez wiele tygodni, za każdym razem 
okazuje się, że grupa dostarcza im skutecznych wskazówek, pomysłów oraz lepszych 
sposobów komunikowania się i negocjowania w o wiele większym zakresie, niż gdybym robił 
to sam. Proces ten zawrócił wiele małżeństw z drogi na salę sądową, wielu pomógł też 
zaniechać bezustannej walki. Otwarcie się wobec innych (szczególnie dobrych 
profesjonalistów) umożliwia przeżywającym problemy związkom odnalezienie 
konstruktywnych rozwiązań (zob. również Mit 24). 

 

MIT 23 

NIE KOCHAJ SIĘ, KIEDY CZUJESZ ZŁOŚĆ 

 
Zostawiłem ten jeden z najlepszych (najgorszych?) mitów prawie na koniec. W każdym 

dysfunkcyjnym związku seks wykorzystywany jest jako broń ciężkiej artylerii; służy jako 
klin, który coraz bardziej oddziela partnerów od siebie. Prowadziłem terapię wielu osób, które 
niemądrze używały go do manipulowania partnerem. Nie potrafię zliczyć, dla ilu z nich seks 
stał się głównym narzędziem w walce o władzę i kontrolę. Ludzie ci uważali najczęściej, że 
nie może być mowy o współżyciu, jeśli wszystko inne nie układa się dobrze, jeżeli w związku 
pojawiają się urazy i napięcia. 

Pewna młoda para zgłosiła się do mnie właśnie z powodu takich trudności. Abby była 

jedną z osób opisanych powyżej - nie mogła nawet myśleć o seksie, jeśli między nią a mężem 
pojawił się choćby cień urazy. Jeżeli Robert chciał się z nią kochać, musiał wykazać się 
nienagannym zachowaniem. Zadałem jej dość bezpośrednie pytanie: 

-  Co Robert musiałby zrobić, gdyby dziś wieczorem chciał się z tobą kochać? 

-  Potrzebuję pomocy w domu. Może odkurzyć salon i naprawić płot, o co proszę go od 

miesięcy. Mógłby też zrobić wreszcie porządek w swojej szafie - odpowiedziała rzeczowo. 

Mówiłaby dalej, gdyby nie to, że jej przerwałem. Stwierdziłem, że po wykonaniu 

wszystkich tych czynności Robert byłby zbyt zmęczony, żeby się z nią kochać. W kolejnym 
związku to mąż ustanawiał warunki. 

- Zanim zgodzę się na seks, wszystko musi być dobrze między Paulą i mną. Muszę czuć, 

ż

e nic między nami nie stoi. Ze jesteśmy sobie bliscy, kochamy się i stanowimy jedność. 

Potrzebuję poczuć jej ciepło i troskę, jej bliskość. 

- Jak często udaje wam się spełnić wszystkie te kryteria? 
- Przeciętnie raz w miesiącu albo i rzadziej - jęknęła Paula. 

W obu wypadkach w grę wchodzi kilka mitów jednocześnie. Jeden z nich głosiże miłość 

jest niezbędną podstawą udanego seksu. W naszej kulturze miłość i seks są ze sobą tak ściśle 
powiązane, że stosunek seksualny jest określany słowami „kochać się”. Miłość nie jest 
towarem, który można wyprodukować (śmieszność tego określenia dostrzegłem w pełni, 
kiedy moja koleżanka, widząc kopulujące ze sobą psy, spytała, czy widziałem, jak „się 
kochają”!). Ci, którzy uważają, że miłość jest niezbędną podstawą seksu, nie wiedzą, że 

background image

często rodzi się ona z udanego współżycia. Kiedy dwoje ludzi darzy się sympatią, kiedy 
wzajemnie się pociągają i dobrze im ze sobą w łóżku, z czasem zapewne poczują do siebie 
miłość. 

Kolejny mit powiązany z tym, którym się tu zajmujemy, głosi: Stosunki seksualne miedzy 

mężem i żoną powinny zawsze być wyjątkowe, silnie erotyczne, pełne uczucia i głęboko 
satysfakcjonujące. Równałoby się to twierdzeniu, że każdy posiłek powinien być przepyszny, 
podany na najlepszej chińskiej porcelanie i kryształach, przy dźwiękach cudownej muzyki i 
przyciemnionych światłach. Zjedzona naprędce kanapka jest zaś nie do przyjęcia! Osoba, 
która postanowiłaby jadać wyłącznie w czterogwiazdkowych restauracjach, głodowałaby 
przez większość czasu i wkrótce zapadła na zdrowiu. Przekonanie, że każdy stosunek 
seksualny musi cechować odpowiedni standard przeżyć, powoduje, że tracimy urocze 
„szybkie numerki” oraz mniej wyrafinowane kontakty seksualne, które rodzą wzajemną 
bliskość, troskę oraz fizyczne rozluźnienie. Ci, których interesuje wyłącznie seks doskonały, 
zwykle bywają niezaspokojeni i sfrustrowani. Niektóre pary czekają, aż przejdzie im złość lub 
też godzinami rozmawiają o swych uczuciach, żeby uciszyć pobudzenie emocjonalne (co 
tylko nasila poziom stresu). 

Wiele par jednak uważa, że seks rozładowuje gniew. Kiedy czują do siebie złość, idą do 

łóżka, żeby tam ją „przepracować”. Ludzie ci nie pozwalają, by napięcia przeszkodziły im w 
udanym stosunku i często przekonują się, że orgazm pozwala zobaczyć wszystko z innej per-
spektywy. Nie twierdzę tu, że w małżeństwie nie powinno się mówić o uczuciach. To 
oczywiste, że szczere wyrażanie uczuć i żalów służy każdemu związkowi. Sprzeciwiam się 
tylko tym wielogodzinnym dyskusjom, które służą wyłącznie unikaniu bliskości seksualnej. 

Niektórzy ludzie są przekonani, że nie powinno się zasypiać w złości. Próbując 

załagodzić konflikt, często przeciągają sprzeczki do wczesnych godzin porannych. Moim 
zdaniem zdrowy sen potrafi zadziwiająco skutecznie rozwiać wszelkie nieporozumienia. 
Bliski temu mitowi jest inny, który głosi, że miłość i seks idą w parze. W rzeczywistości 
wiele par przekonuje się, że mimo wielkiej miłości obojga partnerów, wzajemne współżycie 
przynosi im mniejszą satysfakcję niż seks z innymi, choć nie ma tam mowy o uczuciu. Może 
się zdarzyć, że miłość przeszkadza w seksie. Jak ktoś to ujął: „Kiedy kogoś kocham, 
doświadczam tak wielu różnych uczuć - ciepła, zobowiązania, troski, dbałości, bezbronności, 
współczucia - że moje podniecenie seksualne znika. Kiedy jednak ktoś pociąga mnie tylko 
fizycznie, naprawdę koncentruję się na seksie”. 

Przekaz miłości i przekaz seksualny to nie o samo. Ci, którzy odczuwają głęboką miłość, 

tak bardzo koncentrują się czasem na swych uczuciach, że ich podniecenie seksualne się 
rozprasza, a stymulacja erotyczna słabnie. 

Ci, którzy uparcie twierdzą, że miłość i seks są nierozłączne oraz że gniew, uraza lub 

rozdrażnienie muszą ustąpić, zanim partnerzy pójdą do łóżka, mogą wiele stracić. Pary, które 
uczą się cieszyć wieloma przejawami seksualności - miłością, erotyzmem, pożądaniem, a 
nawet współżyciem w gniewie - będą przeżywać mniej konfliktów i tworzyć bardziej udane 
związki niż ci, którzy zawężają swoją ekspresję seksualną. 

 
KOMENTARZ DO MITU 23 
Głównym tematem tego rozdziału jest to, że ludzie, którzy mają zbyt wygórowane 

oczekiwania wobec swych małżonków - seksualne czy innej natury - powodują urazy w 
związku i płacą za to wysoką cenę. Osoby, które wykorzystują seks jako broń, popełniają 
ogromny błąd. Każdy, kto żąda spełnienia określonych warunków przed pójściem do łóżka, 
sam się prosi o kłopoty. 

background image

 Ludzie stawiający żądania są trudnymi partnerami i zwykle wywołują u innych 

niezadowolenie oraz irytację. Zbyt wiele ograniczeń i reguł w dziedzinie życia seksualnego 
niszczy tylko radość i bliskość udanego współżycia. 

 

MIT 24 

CIESZ SIĘ TYM, CO MASZ 

 

W przeciwieństwie do omawianych tu mitów, które opierają się, rzecz jasna, na błędnych i 

wyraźnie sprzecznych założeniach, ten jest dość zwodniczy. W każdym związku przydają się 
gotowość do przystosowania i kompromisu oraz umiejętność przymykania oczu na różnego 
rodzaju niedoskonałości i prowokujące sytuacje. Musimy pogodzić się z faktem, że nasi 
partnerzy nie są wolni od irytujących nawyków, manier oraz zachowań, których nie da się 
zmienić. Albo więc nauczymy się akceptować te drobne wady, albo zamienimy się w 
prawdziwe zrzędy. 

Są ludzie, którzy żyją w udanych małżeństwach, choć głowy mają pełne fantazji o 

romantycznych uniesieniach (Mit 2) i w związku z tym szukają dziury w całym. Najczęściej 
bywa tak, że to, co mają, jest o wiele lepsze od tego, co mogą dostać w efekcie podjętych 
starań o poprawę sytuacji. Najlepiej byłoby wytłumaczyć tym perfekcjonistom czy 
idealistom, by porzucili nierealne oczekiwania i zadowolili się tym, co jest. 

Z drugiej strony jednak jestem przekonany, że wiele związków można wzbogacić i 

przemienić nudne stadło w pełną życia relację dwojga ludzi. Zwykle mylą się ci, którzy 
uważają, że nic nie można zrobić, żeby poprawić sytuację. Największą satysfakcję w mojej 
pracy dają mi te więdnące związki, które pomogłem przemienić w wartościowe relacje (w 
innym razie prawdopodobnie więdłyby dalej lub zakończyły się rozwodem). 

Przykład: 
Simon i Cindy odwiedzili już dwoje doradców do spraw małżeńskich. Burzliwie przeżyli 

dziesięć lat swego związku. Pomoc terapeutyczna jeszcze pogorszyła istniejącą sytuację. 

- Pierwsza terapeutka była bardzo miła, ale potrafiła tylko słuchać nas ze współczuciem. 

Drugi doradca zachęcał do walki. Dał nam owinięte materiałem kije i kazał okładać się 
nawzajem. To nas rozwścieczyło jeszcze bardziej. 

Simon kiwał potakująco głową w czasie, kiedy Cindy streszczała mi sytuację, a potem 

sam zaczął mówić: 

Simon: Pańscy koledzy nie znają się na rzeczy. Dlaczego pan miałby być inny? Jeśli o 

mnie chodzi, to czekam, aż pan mi to udowodni. Myślę, że wszyscy jesteście pomyleni.  

Cindy: Obrażasz pana doktora, Simon! 
Simon: Ma prawo być sceptyczny i prowokować mnie do reakcji. Na jego miejscu 

czułbym się tak samo. Ale znam Simona dopiero od dziesięciu minut, a ty jesteś z nim ponad 
dziesięć lat. Pozwól więc, że cię o coś zapytam. Wyczuwam w nim spory ładunek gniewu i - 
moim zdaniem - on ma z tym problem. Czy zachowuje się tak tylko przy mnie, czy również w 
innych sytuacjach? 

Cindy: Trafił pan w dziesiątkę. Właśnie to musiałam znosić przez te wszystkie lata. On nie 

umie zachować się jak człowiek. Dlatego ma tylu wrogów. Ma problemy z szefem. 
Zachowuje się i myśli jak pięciolatek. Szkopuł w tym, że w głębi duszy nie uważa się za 
dorosłego. To wieczny chłopiec!  

Simon: Już to słyszałem. 

AAL: Przepraszam. Skąd wiesz, że Simon czuje się i myśli jak pięciolatek, Cindy? Mówił 

ci o tym? 

background image

Cindy: To oczywiste. 

AAL: Jesteś gotowa poznać regułę numer jeden? Oto ona: nigdy nie mów nikomu, co on 

myśli lub czuje. 

Cindy: To na nic. Gdyby przestała o tym mówić, więcej nie otworzyłaby ust. 
AAL: Czy ty naprawdę czujesz się bardziej chłopcem, Simon? 

Simon: Czasami. 

AAL: Na przykład kiedy? 
Simon: Sam nie wiem. Chyba kiedy czuję się onieśmielony. 

AAL: Czy ja cię onieśmielam? 
Simon: Nie. 

Cindy: On się wstydzi własnego cienia! 

AA.L.:  Chwileczkę! Na tym właśnie polega część waszego problemu. Oboje zachowujecie 

się jak dzieci. Wkroczyliście na ścieżkę wojenną i atakujecie na wszystkich frontach. 
Małżeństwo oznacza, że płyniecie tą samą łodzią, ale wy dwoje robicie w niej dziury. Jeżeli 
chcecie iść na dno, to wasza sprawa, ale jeśli zależy wam na tym związku, musicie załatać 
spód łodzi! Znaczy to, że macie być dla siebie uprzejmi i pełni szacunku, i nie czytać w 
cudzych myślach.  

Simon: To dopiero zmiana! 

A.A.L.: Spróbujmy od razu. Będziemy rozmawiać o waszych uczuciach i konfliktach jak 

troje cywilizowanych ludzi. 

Cindy i Simon wielokrotnie uciekali się, rzecz jasna, do swoich zwykłych strategii walki, 

ale za każdym razem przerywałem rozmowę i prosiłem, by powtórzyli to samo „w sposób 
dojrzały i uprzejmy”. W takim porządku zakończyliśmy sesję. 

Ponad rok pomagałem Cindy i Simonowi w nauce porozumiewania się w sposób oparty na 

współpracy, szacunku i kompromisie (zob. Mit 9). Gdyby któreś z nich naprawdę nie 
zauważało żadnych zmian, uznawało wrogość i konflikt w związku za nieuniknione lub 
dążyło do rozwodu, nie przychodziliby do mnie. Na szczęście nie chcieli zadowolić się tym, 
co mieli. Pomimo dwóch wcześniejszych, bezowocnych doświadczeń terapeutycznych, na 
tyle zależało im na związku, by podjąć trzecią próbę - tym razem zwycięską. Być może 
zauważyliście, że zadziałałem bardziej aktywnie niż dwoje opisanych przez nich doradców. 
W ostatnim rozdziale tej książki udzielę wam kilku wskazówek w kwestii wyboru 
skutecznego terapeuty. Kiedy będziecie gotowi uzyskać więcej, niż macie, będziecie również 
umieli znaleźć odpowiednią pomoc.  

KOMENTARZ DO MITU 24 

Wiele par żyje zapewne w nudnych, jałowych i nie przynoszących satysfakcji związkach, 

ponieważ błędnie zakładają, że „lepiej być nie może”. Jeżeli partnerzy wykazują zasadnicze 
podobieństwa, a także darzą się wzajemnym uczuciem, dobry profesjonalista potrafi najczę-
ś

ciej usunąć śmieci zakrywające solidne podstawy związku. Jestem również przekonany, że 

wiele par może w znaczący sposób poprawić jakość swych związków, jeśli uważnie 
przeczyta te punkty w niniejszej książce, które odnoszą się do ich sytuacji, a potem zastosuje 
się do moich zaleceń. Zła wiadomość to ta, że w wypadku braku wystarczających 
podobieństw, pozytywnych uczuć lub przy wzajemnym lekceważeniu należy pomyśleć o 
rozstaniu - w możliwie przyjaznej atmosferze. 

Można wzbogacić nudny i jałowy związek, jeśli partnerów łączy coś więcej niż ślad 

uczucia. W takich okolicznościach potrzebna jest pomoc specjalisty 

background image

...I CO MO

Ż

NA Z TYM ZROBI

Ć

 

Jeżeli uważnie przeczytaliście dwadzieścia cztery opisane tu mity, rozważając przytoczone 

przeze  mnie  argumenty,  ufam,  że  wkrótce  zauważycie  płynące  z  tego  korzyści  w  waszych 
związkach (obecnych lub przyszłych). Niezależnie od tego, czy się ze mną zgadzacie, uważna 
obserwacja swojego związku w świetle przedstawionych tu mitów może pomóc w uniknięciu 
błędów  popełnianych  przez  wiele  par.  Oto  najważniejsze  uwagi,  które  polecam  waszej 
pamięci: 

•  Partnerzy  w  najbardziej  udanych  związkach  nie  trzymają  się  kurczowo  siebie,  ale 

zostawiają drugiej stronie dużą swobodę i przestrzeń. 

•  Szczęśliwi  małżonkowie  dbają  raczej  o  trwałość  uczuć  niż  romantyczne  uniesienia  i 

mają  dla  siebie  dość  szacunku,  by  podtrzymywać  zainteresowanie  partnera  (niekoniecznie 
przez „ciężką pracę”). 

•  Małżonkowie  inteligentni  nie  spoczywają  na  laurach;  mają  świadomość  niepewnego 

losu oraz tego, że ich partnerzy mogą zainteresować się lub przyciągnąć kogoś innego. 

•   Szczęśliwe  małżeństwo  opiera  się  na  umiejętnościach  negocjowania  oraz  szukania 

kompromisu,  a  także  unikania  sztywnych  ról  i  kategorycznych  nakazów  postępowania. 
Wymaga  to  dojrzałości  obojga  partnerów  oraz  przyjęcia  przez  nich  odpowiedzialności  za 
swoje szczęście. 

•  W udanych małżeństwach nikt nie czyta w myślach partnera (nie mówi mu, co on lub 

ona myśli i czuje), nikt nie próbuje też kształtować partnera na swoją modłę (próbując 
„zmienić jego lub ją na lepsze”). 

Jeden plus jeden równa się... 

Jeśli  małżeństwo  ma  trwać  długo  i  szczęśliwie,  partnerzy  powinni  wykazywać 

zgodność w podstawowych kwestiach.  

 
Zgodno
ść  celów.  Harmonijny  związek  wymaga  podobieństwa  postaw,  przynajmniej 

wobec  zasadniczych  dziedzin  wspólnego  życia.  Partnerzy  powinni  więc  wzajemnie 
akceptować sposób, w jaki traktują siebie, dzieci, resztę rodziny, a także innych ludzi. 

Zgodność  w  kwestii  obszaru  wspólnego.  Sposób  gospodarowania  czasem  ma  silny 

wpływ  na  małżeństwo.  Nie  ma  dwojga  ludzi  o  jednakowych  osobowościach,  dlatego 
partnerzy  powinni  umieć  rezygnować  z  niektórych  swoich  indywidualnych  pragnień  na 
rzecz  drugiej  osoby.  Jeśli  nie  uda  im  się  osiągnąć  kompromisu,  z  pewnością  dojdzie  do 
konfliktu.  Kiedy  związek  wymaga  nazbyt  wielu  poświęceń,  może  dojść  do  rozstania. 
Jeżeli  poświęcamy  większość  czasu  na realizację osobistych ambicji, pojawia się ryzyko 
rozpadu związku. 

Zgodność interesów. W każdym związku potrzebne są pewne ustalenia w kwestii zajęć 

rekreacyjnych, edukacyjnych, religijnych czy też ekonomicznych. Jeśli partnerzy nie mają 
wspólnych  zainteresowań,  powstanie  między  nimi  napięcie  i  dezorganizacja.  Związek  nie 
rokuje  dobrze,  jeżeli  nie  można  połączyć  interesów  czy  zajęć  męża  i  żony. 
Satysfakcjonująca  relacja  małżeńska  wymaga  wypracowania  wspólnych  rozwiązań.  Im 
więcej wspólnych zainteresowań, tym łatwiej partnerom osiągać uzgodnione wspólnie cele. 

 

Wiele sytuacji małżeńskich można naprawić tak, by gościło w nich więcej radości niż 

ż

alu. Ci, którzy uważają, że nieudany związek jest spisany na straty, nie mają racji. 

Sytuacja jest trudna, ale możliwa do naprawienia. 

Oto trzy metody postępowania, które pomogły moim klientom w poprawie sytuacji 

małżeńskich. 

 

background image

Technika potrójnego wzmocnienia 
 
Wielu terapeutów pracujących z małżeństwami uznaje tę technikę za niezwykle 

skuteczną. Można ją również stosować bez pomocy profesjonalisty. Mąż powinien zrobić 
listę trzech konkretnych zachowań, które jego żona powinna wzmocnić, żona zaś spisuje 
trzy takie zachowania męża (Mówimy tu o wzmocnieniu, a nie o eliminacji, żeby 
zabrzmiało to bardziej pozytywnie. Różnica jest wyraźna, jeśli porównać poniższe pytania: 
„Czemu nie przestaniesz obgryzać paznokci, żeby twoje ręce nie wyglądały tak 
brzydko?”/„Dlaczego nie zadbasz o długość paznokci, żeby twoje ręce wyglądały bardziej 
atrakcyjnie?”. Pierwsze pytanie brzmi krytycznie, podczas gdy drugie jest bardziej 
pozytywne). 

Lista trzech zachowań jest zwykle na początku bardzo ogólna i niekonkretna. 

Stwierdzenia typu: „Chciałabym, żeby wzmocnił swój poziom komunikacji” albo: 
„Chciałbym, żeby wzmocniła swoją troskę i zainteresowanie” brzmią mgliście. Zadanie 
polega na wyszczególnieniu konkretnych zachowań. Na przykład: „Chciałabym, żeby po 
kolacji rozszerzył czas naszej rozmowy z pięciu do piętnastu minut”,„Chciałbym, żeby 
częściej witała mnie uściskiem i pocałunkiem, kiedy wracam do domu z pracy”. Poniżej 
zamieszczam przykład listy sporządzonej przez parę moich klientów. 

Chcę, żeby Maurice zwiększył: 

(1) ilość czasu poświęcanego dzieciom przy odrabianiu lekcji; 
 
(2) liczb
ę dni, w które wraca z pracy przed 18.30; 

 

(3) liczbę razy, kiedy tylko się przytulamy, zamiast uprawiać seks. 

Chcę, żeby Clara zwiększyła:  

(1) liczbę gorących posiłków na kolację;  

(2) liczbę razy, kiedy zaprasza moich rodziców; 

(3) liczbę czasu spędzanego ze mną w piwnicznym warsztacie zamiast 
przed telewizorem. 

Po sporządzeniu listy sprawdzamy, czy partner akceptuje nasze propozycje Jeżeli nie, 

trzeba je zmienić. Jeśli jednak partnerzy zgadzają się w kwestii konkretnych próśb, 
przechodzimy do ich realizacji. W podanym przykładzie Maurice został zapytany, ile czasu 
gotów jest poświęcić dzieciom przy odrabianiu przez nie lekcji. Następnie powinien to 
napisać: „Zgadzam się pomagać dzieciom w lekcjach po 30-40 minut przez trzy dni w 
tygodniu”. To samo dotyczy pozostałych punktów listy, choćby: „Co najmniej dwa razy w 
tygodniu będę wracał z pracy przed 18.30”. 

Niektóre pary wolą zawierać transakcje: „Jeśli będziesz wracał przed 18.30 przynajmniej 

trzy razy w tygodniu, będę zapraszać twoich rodziców na weekendy”. Głównym założeniem 
techniki potrójnego wzmocnienia jest to, że wprowadza ona do życia małżeńskiego sześć 
ważnych zachowań. Zazwyczaj zwiększa to stopień satysfakcji osiąganej przez partnerów w 
małżeństwie. Można ją stosować jako metodę samopomocy, jeżeli partnerzy wyrażają szczerą 
chęć pracy nad swoją relacją. Na pewno warto spróbować. 

 

 

background image

„Recepta lekarza...” 

Oto kolejna prosta technika, która dowiodła swej skuteczności w wypadku wielu par, 

które podjęły terapię. Nazywam ją „receptą na kolację”. Proszę moich klientów, aby 
przeznaczyli jeden wieczór w tygodniu na wspólną kolację poza domem - tylko we dwoje. 
Nie musi to być nic specjalnego, wystarczy że pójdą na hamburgera. Ważne jest to, by 
traktowali te wspólne wyjścia jako umówione, regularne spotkania. Odwołać je można tylko 
z niezwykle ważnego powodu. Potem mówię im: 

- Wyobraźcie sobie przy kolacji, że jesteście na randce, że zalecacie się do partnera. 

Musicie być tak mili i pociągający, jak to tylko możliwe. Nie ma tu miejsca na kłótnie ani 
dyskusje o problemach. Jest to czas przeżywania wzajemnej radości i okazywania sobie 
wsparcia 
 

Taktyka ta służy szczególnie parom, których małżeńskie problemy są najczęściej 

wynikiem „zabiegania” i nazbyt rzadkich chwil spędzanych wspólnie. 

 
K

omunikacja w ograniczonym czasie 

 

Jest to niezwykle skuteczna technika, która zdziałała cuda wśród tych moich klientów, 

którzy stosowali ją regularnie. Przydaje się szczególnie w sytuacjach, kiedy jedna lub obie 
strony czują się nierozumiane. Wiele osób narzeka na to, że partner ich nie słucha: „Brian 
nie słyszy połowy tego, co do niego mówię!”, „Zelda nie słucha mnie naprawdę!”. Te 
podstawowe braki w komunikowaniu się są frustrujące same w sobie, a często rodzą 
jeszcze dodatkowe urazy i nieporozumienia. 

Oto moje rady w podobnych wypadkach: 
Umówcie się na co najmniej trzy cotygodniowe półgodzinne spotkania w przyszłym 

miesiącu. Potraktujcie tę umowę bardzo poważnie. Aby wyciągnąć z niej jak największe 
korzyści, powinniście zadbać o pięć rzeczy - spokojne miejsce, w którym nikt nie będzie 
wam przeszkadzał, minutnik, ołówek, papier i monetę. 

Rzućcie monetą, żeby ustalić kolejność. Ustawcie minutnik na pięć minut. W tym czasie 

osoba mająca głos mówi, o czym zechce. Słuchacz nie może jej przerywaćMacie prawo 
notować sprawy wymagające omówienia lub wyjaśnień, ale nie wolno odezwać się ani 
słowem przed upływem wyznaczonego czasu (chyba że osoba mówiąca skończy wcze-
ś

niej). 

Kiedy czas minie, osoba mówiąca musi przerwać, nawet w połowie zdania. Teraz 

słuchacz referuje istotę tego, co usłyszał. Jeśli osoba będąca dotąd przy głosie nie jest 
zadowolona z treści przekazu, mówi: „To nie do końca prawda” i wyjaśnia, gdzie tkwi 
błąd. Słuchacz znów powtarza to, co usłyszał, aż do chwili, kiedy osoba mówiąca jest 
zadowolona z tego, co powiedział. Mówi wtedy: „Zgadza się” albo: „Dziękuję, usłyszałeś 
to, co mówiłam”. Następnie para ustawia minutnik na pięć minut i mówić zaczyna osoba do 
tej pory słuchająca. Reszta przebiega na tych samych zasadach. 

Zwykle w czasie takiej półgodzinnej sesji każdy z partnerów może mówić przynajmniej 

dwa razy przez pięć minut. Jeśli streszczenia słuchacza są krótkie i dokładne, oboje zyskują 
czas na dodatkowe wystąpienia. Ważne, żeby pod koniec sesji przytulić się i nie poruszać 
omawianych tematów aż do następnego spotkania. 

Niektóre pary decydują się poświęcić godzinę na każdą sesję. Nie polecam jednak 

dłuższych spotkań, nawet dla zwolenników „mentalnych maratonów”. Jednym z powodów, 
dla których mają one ograniczony czas, jest uniknięcie długich i drobiazgowych dyskusji. 
Zauważyłem też, że wielu ludzi po kilku tygodniach stosowania się do podstawowych 
reguł potrzebuje coraz mniej czasu na mówienie. Może się też po jakimś czasie okazać, że 

background image

tylko jedna strona chce o czymś powiedzieć i zostać wysłuchana, a w dodatku potrzebuje 
ledwie pół minuty na mówienie i drugie tyle na streszczenie słuchacza. 

Powyższe techniki (potrójne wzmocnienie, kolacja na receptę oraz komunikacja w 

ograniczonym czasie) mogą skutecznie służyć jako metody samopomocy, o ile będziemy 
ostrożni w ich stosowaniu. 

 
Doradztwo małżeńskie, terapia małżeństw, trening małżeński - co jest naprawdę 

skuteczne? 

Często słyszę bardzo sceptyczne, jeśli nie wręcz pesymistyczne, poglądy na temat szans 

poprawy złego małżeństwa, przemiany rodziny nieszczęśliwej w funkcjonujące 
harmonijnie i przynoszące emocjonalne korzyści stadło. Dlaczego tak wielu ludzi 
wyśmiewa możliwość skorzystania z profesjonalnej pomocy? Dlaczego nie wierzymy, że 
małżeństwa dysfunkcyjne mogą przerodzić się w satysfakcjonujące i stosunkowo 
harmonijne związki partnerskie? 

Po pierwsze niewielu ludzi uświadamia sobie różnicę między doradztwem małżeńskim 

a terapią małżeństw czy treningiem. Wielu doradców wyznaje filozofię „nieudzielania 
wskazówek”. Ograniczają się do odzwierciedlania emocji klientów - pokazują im „psy-
chiczne lustro”, aby mogli obejrzeć siebie z lepszej perspektywy. Owi doradcy nie 
udzielają porad; uważają, że samo naświetlenie problemu pozwoli ludziom się z nim 
uporać. Jednak dla wielu klientów jest to frustrujące doświadczenie. Pragną odpowiedzi, 
prowadzenia oraz aktywnego wsparcia - i moim zdaniem mają do tego pełne prawo. 

Kolejnym powodem, dla którego wielu ludzi nie decyduje się na doradztwo małżeńskie, 

jest fakt, że terapeuci często uważają za konieczne zbadanie historii dzieciństwa swych 
klientów i większość czasu poświęcają na rozmowy o przeszłości. Także psychiatrzy i 
psycholodzy kierują się mitami. Niektóre z nich osłabiają ich skuteczność profesjonalną. 
Wielu moich kolegów błędnie zakłada, że człowiek powinien odkryć, dlaczego jest taki, 
jaki jest, dlaczego robi to, co robi oraz czuje to, co czuje. Wszyscy mielibyśmy się o wiele 
lepiej, gdyby specjaliści od zmiany ludzkich zachowań uświadomili sobie, że co jest tu 
ważniejsze od dlaczego. Pytanie, które należy sobie zadać, powinno brzmieć: „Co można 
zrobić, żeby wprowadzić szybkie i trwałe zmiany?”. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego” 
może zaspokajać naszą ciekawość, ale nie służy poprawie sytuacji. 

 
Trening małżeński opiera się na kilku założeniach: 

•  Zmiany psychologiczne wymagają rozwiązania problemu tu i teraz, a nie 

zajmowania się tam i wtedy. 

•  Problemy małżeńskie wynikają z posiadania ędnych informacji (na przykład wiary 

w mity opisywane w tej książce) oraz z braku informacji (braku umiejętności czy 
zdolności radzenia sobie 
z pewnymi wymogami). 

•  Mówienie o problemach jest potrzebne, ale niewystarczające - terapeuta musi znaleźć 

aktywne sposoby ich rozwiązania. 

•  Oboje partnerzy muszą wyrazić gotowość do pracy nad swoim małżeństwem i podjąć 

wysiłek w celu wprowadzenia w nim zmian. 

Jak  widać  z  powyższych  założeń,  terapeuta  lub  trener  małżeński,  pracuje  inaczej  niż 

doradca.  Jest  aktywny  i  udziela  bezpośrednich  wskazówek  jako  szkoleniowiec,  nauczyciel 
czy  też  wzór.  Wyznacza  klientom  zadania  domowe  i  bierze  na  siebie  odpowiedzialność  za 
uświadomienie im błędów. 

 

background image

Jak znaleźć dobrego doradcę/trenera/terapeutę

Czym kierują się ludzie w wyborze terapeuty? Zwykle rekomendacją przyjaciół, lekarzy, 

sąsiadów, kolegów lub książką telefoniczną. Większość praktyków w tej dziedzinie 
specjalizuje się w określonym rodzaju terapii, i tego tylko mogą oczekiwać ich klienci, 
nawet jeśli potrzebują czegoś innego. Odwiedźcie więc kilku terapeutów, zanim podejmiecie 
decyzję. Chodzi o wasze szczęście, czas, pieniądze oraz dobro. Rozejrzyjcie się dobrze! 
Każdą decyzję można zmienić. Nie musicie trzymać się jednego terapeuty tylko dlatego, że 
zaczęliście od niego przed kilkoma miesiącami, a nawet latami. 

Jeżeli terapeuta (albo jego/jej recepcjonistka) odmawia telefonicznej odpowiedzi na wasze 

pytania, macie prawo nabrać podejrzeń. Profesjonalista, któremu zależy przede wszystkim 
na pieniądzach i nie chce poświęcić kilku minut na udzielenie prostych wyjaśnień, nie rokuje 
najlepiej. Pewien doradca małżeński (którego nie cenię zbyt wysoko) powiedział niedawno, 
ż

e ktoś „miał czelność” zadzwonić do niego z prośbą o wyjaśnienie stosowanych przez niego 

metod terapeutycznych. - Co w tym złego? - spytałem. - Ludzie mają prawo to wiedzieć. 
Odparł, że jest profesjonalistą i nie będzie dyskutował z laikiem. Taka postawa może - moim 
zdaniem - z góry stawiać klienta na niższej pozycji. 

Jeżeli korzystasz już z profesjonalnej pomocy, zadaj sobie następujące pytania, żeby 

sprawdzić, czy twój terapeuta/doradca jest dla Ciebie odpowiedni: 

•  Czy czujesz się swobodnie w jego obecności? 
•  Czy odpowiada wprost na pytania, zamiast pytać o twoje zdanie? 
•  Czy gotów jest spontanicznie lub w odpowiedzi na pytanie ujawnić szczegóły z własnego 

ż

ycia? 

•  Czy pochwala różnice zdań między wami, czy też twierdzi, że stosujesz „opór”, kiedy się 

z nim/nią nie zgadzasz? 

•  Czyjego komentarze i sugestie mają dla ciebie sens? 

Jeżeli odpowiedziałeś „nie” na któreś z powyższych pytań, być może masz problemy w 

terapii. Jeżeli odpowiedziałeś „nie” dwa lub więcej razy, powinieneś poszukać innego 
terapeuty. 

Wnioski 

Znany psychiatra Carl

 Whitaker powiedział, że nieudane małżeństwo budzi „nienawistne 

demony w miłych ludziach”.

 

Zbadałem setki par od czasu, kiedy uzyskałem prawo przeprowadzania terapii 

małżeńskiej w roku 1960 i wciąż zadziwia mnie fakt, że za brak szczęścia małżeńskiego 
odpowiedzialne są trzy czynniki: władza, kontrola i poczucie własności. Negatywne 
konsekwencje są nieuniknione, jeśli ktoś nie postrzega partnera jako odrębnej osoby, 
mającej określone prawa i przywileje oraz swoje własne przeznaczenie. Oczekiwanie, że 
drugi człowiek będzie spełniał wszystkie nasze pragnienia, prowadzi do wzajemnego 
unieszczęśliwiania się. 

Czy możemy sami sobie pomóc? W dużym stopniu tak, jeśli jednak brak nam pewnych 

umiejętności (na przykład nie umiemy być asertywni lub bezpośredni), cierpimy na 
poczucie niskiej wartości, głęboką depresję, silny niepokój, zakorzenione poczucie winy 
lub intensywne napady gniewu, pomoc  profesjonalna jest niezbędna. 

Niedawno zakończyłem pracę z pewną parą, z którą spotykałem się prawie dwa lata. 

Zarówno mąż, jak i żona musieli najpierw dostać leki antydepresyjne (przepisane im przez 

background image

doświadczonego psychiatrę), zanim mogliśmy zająć się innymi problemami. Należało 
zmienić sposób ich reagowania nie tylko na siebie nawzajem, ale i na ważne dla nich osoby 
(rodziców, rodzeństwo, pracodawców i współpracowników). Swoje emocje wyrażali 
niczym para dwunastolatków. Również pod względem seksualnym wykazywali 
niedojrzałość i niedoinformowanie. Oboje cierpieli na niskie poczucie własnej wartości i 
mieli wypaczony obraz siebie. Potrzeba było wielomiesięcznej pracy, by przemodelować 
ich błędne i irracjonalne wyobrażenia. (Początkowo wierzyli w mity 5, 7, 8,12,13 i 14). 

Niniejsza książka nie pomoże w tak ekstremalnych przypadkach, na szczęście wielu ludzi 

znajduje się w lepszej sytuacji. Podjąłem pracę nad tym trudnym związkiem, ponieważ od 
początku było dla mnie jasne, że: (a) tym ludziom można pomóc, (b) żadnemu z nich nie 
będzie lepiej po rozstaniu, więc (c) to małżeństwo warto utrzymać. 

Wiele małżeństw ma szansę na poprawę i, o ile ich miłość jeszcze nie wygasła (Mit 18) 

albo partnerzy nie wykazują zasadniczych różnic osobowości, istnieją dobre podstawy do 
optymizmu oraz nadziei Przede wszystkim należy jednak obalić mity opisane w tej książce! 

 
Uwaga końcowa 
 
Wszystkie dobre małżeństwa dążą do kompromisu. W szczęśliwym, udanym związku 

ludzie dzielą ze sobą życie; nie próbują kierować życiem partnera. Przede wszystkim 
jednak zrozumcie, proszę że małżeństwo nie jest romantycznym interludium; to praktyczny 
i poważny związek. A udany związek jest bezcenny - to prawdziwa radość. 

 

OSIEM DOBRYCH RAD DLA OSÓB PRAGNĄCYCH STWORZYĆ UDANY 

ZWIĄZEK 

1) Ograniczaj krytycyzm do minimum. 

Jeżeli twój partner robi coś, co cię denerwuje, nie krytykuj go, ale poproś, by na przyszłość 

tego nie robił. I tak zdanie: „Wyszedłeś na głupca, kiedy w obecności Sama i Meg 
powiedziałeś Sally, że powinna rozwieść się z Georgem” zmień na: „Lepiej byłoby, żebyś 
wygłaszał uwagi osobiste pod czyimś adresem na osobności”. 

2) Unikaj mówienia „nie”. 

Staraj się mówić „tak”, kiedy to możliwe. Ci, którzy automatycznie mówią „nie”, wywołują 

gorycz i urazę. Partnerzy chcą się czuć kochani, akceptowani i doceniani. Odmowa spełnienia 
rozsądnej prośby może wiele popsuć. Jeżeli nie możesz się na coś zgodzić, wyjaśnij swoje 
powody. „Nie mogę przyjść do twojej siostry przed szóstą, bo między piątą a siódmą szef 
zapowiedział naradę w sprawie podziału akcji”. 

3) Wyrażaj pochwały i aprobatę

Związki wymagają pielęgnacji. Wyrazy aprobaty i pochwały są bardzo potrzebne. Zbyt 

wielu ludzi milczy, kiedy wszystko układa się dobrze, jeżeli jednak coś zaczyna się psuć, 
natychmiast krytykują i narzekają. Pozytywne wzmocnienie jest tak samo ważne dla 
małżeństwa jak olej czy benzyna dla samochodu.  

4) Nie udzielaj zbędnych rad. 

Większość ludzi czuje złość i urazę, słysząc rady, o które nie prosili. Jeśli ktoś prosi cię o 

wyrażenie swojego zdania, możesz powiedzieć, co według ciebie powinien myśleć, czuć albo 

background image

zrobić. Jeżeli nikt cię o to nie prosi, możesz sprawdzić, czy chce usłyszeć Twoją opinię na 
dany temat. Nie wygłaszaj jej jednak, kiedy usłyszysz: „Nie, dziękuję!”  

5) Nie próbuj czytać w cudzych myślach.  

Mówienie komuś, co myśli lub czuje jest poważnym błędem. Tom: „Uważasz, że twój brat 

patrzy na ciebie z góry”. Sue: „Skąd ci to przyszło do głowy? To nieprawda”. Tom: „Nie 
oszukasz mnie”. Taka wymiana zdań wróży kłopoty. Lepiej jest zapytać: „Czy nie uważasz, 
ż

e twój brat patrzy na ciebie z góry?” 

A  potem  zaakceptować  odpowiedź,  chyba  że  masz  niezbite  dowody  na  to,  że  jest 

inaczej. 

 

   6) Nie drąż przeszłości. 
 

Jeżeli trzymasz się negatywnych doświadczeń z przeszłości i wykorzystujesz je do walki 

z  partnerem,  sam  się  prosisz  o  kłopoty.  Niewiele  sytuacji  tworzy  taki  dystans  i  urazę  jak 
przypominanie komuś o popełnionych przez niego błędach lub niefortunnych zdarzeniach z 
jego życia. Przeszłość minęła. Zapomnij o niej! Wspominaj za to miłe rzeczy i zdarzenia. 

 
7) Nie przesadzaj z kontrolą
 
Być może są tacy, którzy lubią, kiedy inni sprawują nad nimi kontrolę, choć z pewnością 

jest ich niewielu. Są też tacy, którzy nie potrafią wyrzec się kontrolowania innych. To oni 
wydają polecenia i instrukcje, ustalają zasady i reguły oraz stawiają żądania. Kiedy dwoje 
takich ludzi weźmie ze sobą ślub, zaczynają ze sobą walczyć. Stale przypominanie komuś o 
tym, co ma robić, a czego nie, jest przejawem najwyższej arogancji. Zwykle też płaci się za to 
wysoką cenę. 

 
8) Nie nagradzaj braku uprzejmości. 
 
Wielu ludzi żywi błędne przekonanie, że uprzejmość wobec czyjejś podłości i arogancji 

spowoduje zmianę w postępowaniu tej osoby. Wręcz przeciwnie! Jeżeli ktoś zachowuje się 
uprzejmie w reakcji na brak grzeczności, nagradza tylko zachowanie, które należy 
wyeliminować. Uprzejmość zachęca agresora. Dlaczego miałby się zmienić? Jeśli jednak 
okażemy uprzejmość, sympatię i serdeczność w odpowiedzi na podobne zachowanie, mamy 
szansę wyeliminować wszelkie nieporozumienia.