background image

 

 

 

Mój chłopak jest gejem

 

 

AkFa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie Prawa Zastrzeżone 

Copyright©AkFa2012 

Kopiowanie,  rozpowszechnianie  i  sprzedaż  tekstu  w  jakiejkolwiek  formie  jest  surowo 

zabroniona  i  będzie  traktowana  jak  przestępstwo.  Nie  zezwala  się  na  zmiany  w  tekście  i 
wykorzystywanie ani całości, ani jego fragmentów bez uprzedniej zgody autorki.  

 

Wszystkie  osoby  i  zdarzenia  są  fikcyjne  i  ich  podobieństwo  do  wydarzeń  przeszłych  czy 

teraźniejszych jest całkowicie przypadkowe. 

background image

 

1

 

 

 

 

– Możesz w to uwierzyć? – Kyle pociągnął długi łyk ze swojej butelki z piwem. – Czasem już 

miałem wrażenie, że się nie doczekam. Od poniedziałku zaczynamy pracę! 

W zatłoczonym przez byłych i obecnych studentów przy uniwersyteckim barze, zaledwie dało 

się rozmawiać, ale Matt, jego brat Bryan i Kyle, chcieli po raz ostatni pożegnać się z przyjaciółmi. 
Większość z nich wyjeżdżała na wakacje, albo do pracy, szukając szczęścia poza ich małym miastem.  
Wszyscy mieli świadomość, że z większością pewnie już nigdy się nie zobaczą.  

Kyle i Matt jednak mieli zamiar zostać i zdeterminowani byli związać swoja przyszłość z ich 

miasteczkiem. Szczególnie, że Kyle nigdy w życiu nie zostawiłby Bryana, który nadal miał jeszcze 
kilka lat nauki przed sobą. Zresztą mieli już swoje plany i wiedzieli czego chcą. Matt mógł tylko się 
cieszyć, bo i jemu nieśpieszno było wyjeżdżać. Tutaj miał wszystko czego mógłby pragnąć i widział 
dla siebie możliwości, których nie dostrzegali inni młodzi ludzie. I dobrze. Więcej opcji dla niego. 

Kyle  rozparł  się  wygodnie  w  brązowym  skórzanym  boksie,  przyglądając  się  ludziom  bez 

przerwy kręcących się po lokalu. Boksy, stoliki i wysoki bar były zatłoczone, ale Matt wcale się nie 
dziwił.  Tak  było  tutaj  zawsze  w  sobotnie  wieczory,  wiedzieli,  bo  byli  stałymi  bywalcami.  Nawet 
boks, który zajmowali był ich ulubionym. Znajomi podchodzili, aby zamienić kilka słów i szli dalej, 
za co Matt był im wdzięczny. Chciał spędzić trochę czasu z Kylem i miał lekkie wyrzuty sumienia, że 
przez ostatni tydzień go unikał. Kyle był zajęty swoim drugim przyjacielem Redem, a Bryan nigdy 
nie odstępował jego boku, żadnego z nich więc nie widział i miał zamiar to nadrobić.  

Bryan jak zwykle siedział wtulony w bok Kyla i parsknął pod nosem cicho.  

– Co ja mam powiedzieć? Chciałbym mieć już studia za sobą. Mam wrażenie, że czas w ogóle 

nie mija. Wierzyć mi się nie chce, że wy już możecie robić co chcecie i żyć jak chcecie. 

Matt obrzucił przyjaciela i swojego brata przelotnym spojrzeniem, wzruszając ramionami. 

– Ach tam, nie pleć bzdur. Mamuśka z tatą będą cię utrzymywać. Gotować ci i sponsorować. 

To  na  serio  nie  jest  wielki  powód  do  narzekania.  My  z  Kylem  teraz  musimy  wziąć  się  za  siebie 
i zacząć życie na własny rachunek. W końcu ostatnie lata harowaliśmy, żeby wreszcie znaleźć się tu 
i teraz.  Jedyne  czego  mi  będzie  brak  to  sportu,  ale  za  studiami  nie  będę  tęsknił  –  odparł  spokojnie, 
starając się ukryć podekscytowanie w głosie. Od poniedziałku miał się zacząć początek reszty jego 
życia i decyzje jakie będzie podejmował od tej pory będą szły na jego własne konto. Szczerze mówiąc 
był posrany ze strachu. – To nasz ostatni weekend przed rozpoczęciem odpowiedzialnego, dorosłego 
życia,  musimy  go  więc  dobrze  wykorzystać!  –  Z  uśmiechem  wzniósł  niby–toast  unosząc  własną 
butelkę  piwa  w  kierunku  towarzyszy.  Kyle  wyszczerzył  zęby  w  szerokim  uśmiechu i  odpowiedział 
toastem.

 

background image

– Mówiąc o dorosłości i odpowiedzialności…  – Bryan zaczął wolno, rzucając zaniepokojone 

spojrzenie  swojemu  mężczyźnie,  ten  jednak  skinął  mu  głową  uspokajająco.  –  Mamy  dla  ciebie 
niespodziankę. Chcieliśmy ci powiedzieć wcześniej, ale po pierwsze nic nie było pewne, a po drugie 
mógłbyś chcieć nas odwieść od tego pomysłu… 

Matt zmrużył oczy ostrzegawczo. Instynkt z miejsca podpowiedział mu, że nie będzie mu się 

podobało to, co chcą mu powiedzieć. Ich pomysły zazwyczaj były rewolucyjne i miały nie mały impet 
na  jego  własne  życie.  Przyzwyczaił  się  jednak  do  tego  i  zazwyczaj  był  w  stanie  dostosować. 
Zazwyczaj… 

–  Witam  panów!  –  Ciepły,  wesoły  głos  przebił  się  przez  gwar  i  stłumiony  dźwięk  muzyki, 

wbijając  w  rozmowę.  Wysoka,  szczupła  postać  zjawiła  się jak  znikąd  przy  ich  boksie,  radośnie się 
witając i wymieniając uściski dłoni z Kylem i Bryanem.  

Matt  zdrętwiał,  bojąc  się  nawet  spojrzeć  w  kierunku  nowo  przybyłego.  Przez  moment  miał 

ochotę  zamknąć  oczy  i  znaleźć  się  gdziekolwiek  tylko  nie  tu.  Pobożne  życzenia  nigdy  jednak  nie 
działają, kiedy człowiek ich najbardziej potrzebuje. 

Donatello Red Garett był jego przekleństwem i unikanie go sprawiało mu niemało kłopotu, nie 

żeby się nie starał. Zwłaszcza, że mężczyzna był najlepszym przyjacielem z dzieciństwa Kyla i bez 
pardonu  wwalcował  w  ich  życie.  Potrzeba  było  niemało  kreatywności,  aby  móc  uniknąć  spotkań  z 
tym człowiekiem. Czasem jednak, żadne kombinacje nie pomagały. Tak jak tego dnia najwyraźniej. 
Choć pewnie powinien był się domyślić, że Kyle i Bryan, mały zdrajca, zaproszą swojego przyjaciela.  

Kyle z Bryanem nie mieli jednak takich oporów witając się z gościem radośnie i zapraszając go 

do  ich  boksu.  Z  trudem  zmusił  się  do  podania  ręki  Donowi.  Pod  uważnym  spojrzeniem  i  wielkim 
uśmiechem skierowanym centralnie na niego, czuł jak ciśnienie mu skacze. 

 

–  Matty  rusz  tyłek  i  posuń  się  Redowi  –  zakomenderował  Bryan  uśmiechając  się  jak  idiota. 

Matt miał ochotę rzucić się przez mały stolik na niego i poddusić go własną białą podkoszulką.  

Nie miał jednak wyboru, bo mężczyzna już przysunął się do niego czekając na jego ruch z tym 

swoim  zaraźliwym,  przeraźliwie  radosnym  uśmiechem.  Zielone  oczy  błysnęły  spod  ciemnorudych, 
długich  rzęs,  kiedy  przypatrywał  mu  się  uważnie.  Matt  odwrócił  spojrzenie  i  przełykając 
przekleństwa  posunął  się  pod  ścianę,  praktycznie  przyklejając  się  do  niej.  Nie  mógł  i  nie  chciał 
reagować  w  żaden  sposób,  bo  nie  chciał  dawać  braciszkowi  i  przyjacielowi  więcej  amunicji  do 
dręczenia go. Już miał za sobą o kilka krępujących rozmów za dużo. 

–  Wychodzi  na  to,  że  właściwie  mamy  dla  ciebie  dwie  niespodzianki  –  oświadczył  Kyle 

radośnie, całując Bryana przelotnie w usta i masując jego kark lekko swoją wielką dłonią. Jego długie 
palce wplotły się w blond włosy jego brata, pewnie usiłując rozluźnić jego napięte z nerwów mięśnie.  

Matt  wbił  w  nich  na  wpół  przerażone,  na  wpół  ostrożne  spojrzenie.  Nie  miał  pojęcia  czym 

mógłby  się  stresować  Bryan,  więc  pomysły  jakie  przychodziły  mu  do  głowy  były  zatrważające. 
W duszy już czuł, że będzie musiał skopać tyłek Kylowi. 

 

–  Chyba  nie  chcę  wiedzieć  –  wymamrotał,  skinąwszy  ręką  na  mijającą  ich  kelnerkę.  – 

A przynajmniej  możecie  poczekać,  aż  się  odpowiednio  znieczulę?  –  zapytał  z  nadzieją,  ignorując 
cichy śmiech siedzącego przy nim mężczyzny.  

background image

–  Poczekaj  Matty…  –  Red  powstrzymał  go,  kładąc  mu  dłoń  na  nadgarstku  na  kilka  sekund.  

Jeśli  wyczuł  jak  ten  się  wzdrygnął  nie  dał  tego  po  sobie  poznać.  Po  prostu  obdarzył  go  kolejnym 
olśniewającym uśmiechem. Matt zagryzł zęby, żeby nic nie palnąć. – Będzie fair jeśli to ja zamówię 
kolejną  kolejkę.  –  Nie  czekał  na  odpowiedź  tylko  sam  przywołał  kelnerkę  po  raz  drugi.  –  Można 
powiedzieć, że świętujemy… 

– Świętujemy? – Matt nieświadomie potarł nadgarstek, na którym nadal czuł ciepło szczupłej 

dłoni, dotykającej go przed chwilą.  

Miał  ochotę  wrzeszczeć,  zażądać,  aby  Donatello  nie  dotykał  go  więcej,  ale  wiedział,  że  nie 

mógł. Musiał zachowywać się zimno i obojętnie. Nie mógł pozwolić, aby któremuś z towarzyszących 
mu  mężczyzn  przyszło  do  głowy  coś  głupiego.  Wystarczy,  że  jemu  przychodziło.  Otrząsnął  się, 
czując  zimny  dreszcz  strachu  spływający  po  jego  plecach.  Chciał  wyjść  z  baru.  Nagle  ochota  na 
imprezowanie  przeszła  mu  całkowicie.  Kyle  jednak  nigdy  by  mu  na  to  nie  pozwolił.  Nie  bez 
dogłębnych i zawiłych tłumaczeń. A tych nie mógł udzielić. 

Nie umiał udzielić. 

– Okej, powiem to, bo chyba nie wytrzymam.  – Bryan oświadczył dzielnie, przełykając ślinę 

nerwowo. Złapał Kyle’a za rękę i pochylając się nad stołem, wbił spojrzenie w brata. Widać było jak 
żyłka pulsuje mu na szyi w dzikim tempie. Matt poczuł jak serce załomotało mu w piersi. Teraz i on 
był zdenerwowany.  

–  Dobra  gadaj,  bo  mnie  zaczynasz  wkurzać!  –  zażądał,  spoglądając  to  na  jednego,  to  na 

drugiego  mężczyznę. Cokolwiek wykombinowali, nie  mogło to być nic dobrego. Wątpił jednak, że 
oni  będą  pytać  go  o  pozwolenie.  Bardziej  prawdopodobne  było  to,  że  zwyczajnie  mają  zamiar 
oświadczyć mu swoje kolejne szaleństwo. Miał nadzieję, że nie będzie ich musiał za to ukatrupić.  

– Zamierzam wprowadzić się do Kyla i Reda, bo zamierzają wynająć wspólne mieszkanie!  – 

Bryan  wyrecytował  jednym  tchem,  nie  dając  szans  na  odpowiedź  Mattowi,  którego  i  tak  zatkało 
całkowicie.  –  Red  został  przyjęty  do  waszej  firmy  i  będzie  z  wami  pracował!  Powiedz,  czy  to  nie 
wspaniale? – zawołał entuzjastycznie, oczekując reakcji brata z zapartym tchem. 

 

Trzy pary oczu przeniosło wyczekujące spojrzenie na Matta. 

Nie  wiedział  kiedy,  ale  krew  pulsująca  mu  w  uszach  praktycznie  zagłuszyła  ostatnie  pytanie 

jego brata. Otoczenie zniknęło nagle i jedyne co mógł zrobić, to wpatrywać się w siedzące przed nim 
osoby. Bryan szczupły blondyn, kurczowo obejmował swojego przystojnego, barczystego chłopaka. 
Kyle  wykorzystujący  swoje  długie  ręce  i  szerokie  ramiona,  przytulał  do  siebie  zarumienionego, 
zmartwionego  ukochanego.  Nic  nie  mówili.  Bezapelacyjnie  wszystko  co  mieli  do  powiedzenia, 
zostało powiedziane.  

Matt nie mógł myśleć logicznie, miał wrażenie, że nawet nie mógł normalnie oddychać. Jego 

oczy same powędrowały do siedzącego tuż przy nim, zdecydowanie za blisko jak na jego gust, Dona. 
Błyszczące oczy o niesamowitej barwie, wpatrywały się w niego ze smutkiem i lekkim niepokojem. 
Ciemno  rude  włosy  opadały  mu  na  blade  czoło  i  wiły  się  na  karku,  i  uszach  w  modnej  niedbałej 
fryzurze. Wysokie kości policzkowe i nasadę nosa miał obsypane złocistymi piegami, a pełne różowe 
usta po raz pierwszy nie były wygięte w uśmiechu. 

Matt nie potrafił zmobilizować się, aby się odezwać.  

background image

Co  ten  Bryan  sobie  myślał?  Chciał  wyprowadzić  się  z  domu?  Tak  po  prostu?  Chciał 

zamieszkać ze swoim narzeczonym w tak młodym wieku? Jak on to sobie wyobrażał? Było go stać na 
utrzymanie  z  dorywczej  pracy?  A  Kyle  uznał  to  za  świetny  pomysł?  I  czemu  do  cholery 
zaproponował wynajęcie wspólnego mieszkania Donowi, a nie jemu? Donowi ze wszystkich ludzi!  

Zazdrość  i  złość  przerzedziły  trochę  smog  w  jego  głowie  i  zwolniły  natłok  pytań  buzujących 

mu  w  mózgu.  Pobudzony  do  życia,  wbił  ponownie  spojrzenie  w  swojego  najlepszego  przyjaciela. 
Lekki rumieniec pokrywał opaloną twarz Kyle’a, ale mężczyzna nie spuścił spojrzenia. Najwyraźniej 
miał  jakąś  setkę  dobrych  wymówek  i  usprawiedliwień.  Zbyt  dobrze  Matt  go  znał,  aby  tego  nie 
wiedzieć. To tylko pogłębiło w jego duszy uczucie zdrady i gniewu. Bez słowa spojrzał na swojego 
brata.  Bryan  siedział  wyprostowany  i  blady  czekając  w  dalszym  ciągu  na  jego  reakcję.  Matt  nie 
wiedział czego się po nim spodziewali, ale ponad wszelką wątpliwość podejrzewali go o jakiś wybuch 
czy fochy. 

 

O nieee… ich niedoczekanie. 

Z  trudem  i  praktycznie  boleśnie,  wymusił  uśmiech  starając  się  spojrzeć  na  towarzyszącą  mu 

trójkę jak najniewinniej i najobojętniej. Ocenzurował to, co cisnęło mu się na usta i chwytając butelkę 
z piwem wzniósł toast. 

– Cóż, nie wiem komu pogratulować najpierw. Mieszkanie, przeprowadzka, nowy nabytek dla 

naszej  nowo  powstałej  firmy…  wiele  przegapiłem  –  parsknął  ironicznie,  starając  się  zmusić  do 
lżejszego tonu. Mdłości sprawiały jednak, że praktycznie miał ochotę zwymiotować wcześniej wypite 
piwo.  Nagły  ból  głowy  rozsadzał  mu  czaszkę  od  środka.  Musiał  wielokrotnie  przełknąć,  aby  móc 
kontynuować. Jedyną jego pociechą były zaskoczone miny jego przyjaciół. – Gdzie ja byłem jak mnie 
nie było? – zapytał z fałszywym uśmieszkiem, mającym zneutralizować jego cierpki ton. Zauważył 
jednak,  że  Kyle  wzdrygnął  się  robiąc  bolesną  minę.  W  tym  momencie  miał  to  jednak  głęboko 
w nosie.

 

– To moja wina… – wtrącił Don nagle. Z poważną miną odwrócił się do Matta i spojrzał mu 

w oczy zdecydowanie. 

 

Matt  odpowiedział  mu  twardym,  zimnym  spojrzeniem.  Mógł  się  założyć,  że  to  właśnie  była 

jego wina i z radością miał zamiar go winić.

 

–  Red  potrzebował  pracy  i  miejsca  do  mieszkania,  a  my  potrzebujemy  dobrego  speca  od 

reklamy  –  dodał  Kyle,  kiedy  krepująca  i  przedłużająca  się  cisza  zaczęła  stawać  się  trudna  do 
zniesienia.  Jego  głos  był  opanowany  i  stanowczy,  i  Matt  wiedział,  że  najwyraźniej  ten  temat  nie 
podlega  dyskusji.  On  był  zwyczajnie  informowany.  –  Mój  ojciec  sprawdził  go  i  podjął  decyzję,  że 
Red  nada  się  idealnie.  Ja  będę  projektował  i  budował,  ty  stworzysz  najwspanialsze  grafiki 
i wizualizacje, a Red je rozreklamuje. 

 

– Widziałem jego projekty! Są po prostu genialne! – wtrącił entuzjastycznie Bryan, ale Matt go 

zignorował  milcząc  nadal  i  wpatrując  się  w  swojego  przyjaciela.  Kyle  kontynuował  spokojnie, 
przytulając  swojego  ukochanego  i  rzucając  Mattowi  lekko  złe  spojrzenie.  Don  zaczął  wiercić  się 
niespokojnie przy jego boku. 

 

–  Kiedy  okazało  się,  że  ten  wielki  trzypokojowy  dom,  zaraz  po  drugiej  stronie  ulicy, 

naprzeciwko naszej firmy stoi pusty, zaczęliśmy się zastanawiać. Red nie mógłby go wynająć sam, bo 
był za drogi i za duży. A ja już od dawna myślałem o wyprowadzce z domu…

 

background image

– Rozmawiałem z mamą i choć nie była zachwycona, to stwierdziła, że wybór należy do mnie – 

dodał Bryan stanowczo. Najwyraźniej również on zdecydował.  

Szkoda  tylko,  że  żaden  z  nich  nie  wspomniał  o  swoich  planach  nawet  słowem.  Żaden  nie 

zapytał go o zdanie ani nie pofatygował się uprzedzić o takiej ewentualności. Złość wypalała dziurę 
w jego  mózgu,  nie  mniej  jednak  Matt  wymusił  szeroki  uśmiech.  Nonszalancko  napił  się  piwa 
i wzruszył szerokimi ramionami.

 

–  Cóż,  wygląda  na  to,  że  już  wszystko  macie  zaplanowane  i  wszystko  układa  się  zgodnie 

z planem  –  stwierdził  niedbale.  Musiał  spuścić  wzrok  na  blat sosnowego  stolika,  bo  obawiał  się,  że 
Kyle wyczyta prawdę w jego oczach. Zbyt dobrze się znali… choć właściwie już nie był tego tak do 
końca pewien. 

– Nie jesteś zły? – Bryan wyrwał się z pytaniem, najwyraźniej dręczącym ich wszystkich.  

Matt  parsknął  śmiechem,  tym  razem  szczerym.  Gorycz  i  smutek  utonęły  w  barowym  barze, 

a przynajmniej miał taką nadzieję. 

 

–  Skąd  podobny  pomysł?  –  zapytał  niewinnie,  wpatrując  się  w  brata.  –  Nie  mam  pojęcia 

dlaczego  miałbym  być  zły?  Przecież  to  wasza  sprawa  i  wasze  decyzje.  Mnie  one  nie  dotyczą…  – 
Najwyraźniej. 

Żaden z  mężczyzn nie miał dobrej odpowiedzi, ale Matt wcale nie był zaskoczony. Było mu 

źle,  był  wściekły  i  miał  ochotę  stamtąd  wyjść,  ale  prędzej  dałby  sobie  jaja  na  sucho  ogolić,  niż 
przyznać się do tego co czuje.  

Musiał więc udawać, że cieszy się, iż za jego plecami jego przyjaciel podjął życiową decyzję, 

że  zamieszka  z  jego  bratem  i  swoim  przyjacielem,  nawet  nie  zastanawiając  się  czy  i  on  chciałby 
z nimi  mieszkać.  Będzie  musiał  udawać  ilekroć  ich  odwiedzi,  że  nie  ma  nic  przeciwko  Redowi, 
którego już nie będzie mógł unikać. Ani spotykając się z bratem, ani  nawet w pracy nie będzie już 
miał  spokoju.  Nigdzie  już  nie  będzie  bezpieczny  i  nawet  nie  ma  możliwości,  aby  wytłumaczyć  to 
wszystko swojemu jedynemu przyjacielowi. 

 

Miał ochotę przywalić komuś. Najlepiej wielokrotnie. Zamiast tego zmusił się do pytania. 

– Kiedy przeprowadzka? Potrzebujecie pomocy? 

Niechybnie nie tego spodziewali się po nim, bo po raz kolejny po prostu zagapili się na niego. 

Kiedy jednak pewnie i spokojnie odparł ich spojrzenia, najpierw Bryan, później Kyle spuścił wzrok 
na stół. Don nerwowo bawił się etykietką na butelce, co rusz spoglądając na niego jakby chciał coś 
powiedzieć, ale się bał. 

I  słusznie.  Matt  nie  był  w  pokojowym  nastroju,  zbyt  był  jednak  uparty,  żeby  dać  się 

sprowokować.  

–  Nie  prędzej  niż  w  kolejny  weekend  jesteśmy  w  stanie  spakować  się  i  zacząć  przewozić 

rzeczy.  Twój  tata  pożyczy  nam  pickupa.  –  Matt  prawie  bezboleśnie  przełknął  uwagę  Kyla.  –  Od 
poniedziałku zanim się wdrożymy w pracy, nie będziemy mieli czasu –  dodał tonem wyjaśnienia.  

Kyle  zdecydował  się  w  końcu  przejąć  inicjatywę  i  nadać  ich  rozmowie  jakiś  sens.  Czuł 

wściekłość  swojego  przyjaciela  i  nawet  nie  był  zaskoczony.  Właściwie  się  tego  spodziewał.  Nie 
potrafił jednak tak do końca czuć się winny. Jakiekolwiek animozje miał Matt z Redem, najwyższa 

background image

pora coś z tym zrobić, bo odbijało się to na ich przyjaźni i Kyle czuł się jak w potrzasku. Wiecznie 
rozdarty między nimi. 

– Umowę o wynajem macie w takim razie podpisaną?  

– Tak, dziś ją odebrałem i możemy wprowadzać się w każdej chwili. Dom jest nasz… – odparł 

Donatello,  znów  skubiąc  naklejkę.  Z  głębokim  westchnieniem  spojrzał  na  Matta  opróżniającego 
kolejne piwo. – Zamieszkaj z nami – palnął, blednąc natychmiast. Nie miał zamiaru powiedzieć tego 
na głos!  

Kyle i Bryan jęknęli. 

Matt zachłysnął się, plując z impetem na siedzącego naprzeciwko niego Kyla. Płyn dostał się 

do jego płuc i intensywny kaszel wstrząsnął całym jego ciałem. Był właściwie wdzięczny, bo mimo 
łez spływających mu po policzkach i trudności z wzięciem oddechu, to przynajmniej zwolniony był 
z odpowiedzi.  Żałował  tylko,  że  Don  zaczął  klepać  go  po  plecach.  Myśli  jak  tornado  rozszalały  się 
w jego głowie.

 

Kyle podskoczył z zaskoczenia i popatrzył na swoją piękną niebieską koszulę. Opluty piwem 

wyglądał bardzo interesująco. Bryan z jakiegoś nie do końca logicznego powodu, uznał to za bardzo 
śmieszne  i  rechocząc jak  idiota,  zaczął  wycierać  swojego  ukochanego,  czyniąc  więcej  spustoszenia 
niż korzyści. Mężczyzna w końcu odsunął go od siebie i wstając od stolika spojrzał na Matta. 

– W porządku? Przeżyjesz?  

Matt potaknął uspokajając się w końcu i ocierając zapłakaną od kaszlu twarz. Zasygnalizował 

też  swojemu  towarzyszowi,  że  zdecydowanie  może  przestać  go  poklepywać.  Donatello,  były 
koszykarz, miał wielkie, silne dłonie i wiedział jak je użyć, praktycznie odbijając mu płuca.  

– Chodź, pomożesz mi to wyczyścić. – Uspokojony Kyle pociągnął zaskoczonego Bryana do 

męskiej  łazienki.  Mniejszy  mężczyzna  potykając  się  o  nogę  od  stolika  pośpieszył,  żeby  dogonić 
długonogiego partnera. 

Matt stłumił  przekleństwo.  Robił  co  mógł,  żeby  uniknąć  przebywania  z  Donem  sam  na  sam. 

Mężczyzna najwyraźniej chyba musiał to wyczuć, bo powiedział ze smutkiem. 

–  Przepraszam…  –  Machnął  nieskoordynowanie  ręką,  jakby  miał  na  myśli  wszystko  na  raz 

i nie do końca był pewien jak to wyrazić. – Nie chciałem cię zaskoczyć, ale naprawdę wydaje mi się, 
że to byłby świetny pomysł gdybyś zajął trzecią sypialnię – kontynuował uważnie obserwując nadal 
zaczerwienionego lekko Matta. – Wiem, że zanim Kyle związał się z twoim bratem myśleliście o tym, 
żeby razem wynająć dom. Plany trochę się zmieniły, ale nie chcę wchodzić wam w paradę.  

Tak, oczywiście, że nie chciał… tyle tylko, że wchodził!  

Matt  dyskretnie  rozejrzał  się  po  sali  w  poszukiwaniu  wymówki,  żeby  zniknąć  i  uniknąć  tej 

rozmowy. Niestety każdy był zajęty własnymi sprawami, a Kylowi i Bryanowi najwyraźniej się nie 
spieszyło. Z ciężkim westchnieniem spojrzał na siedzącego przy nim mężczyznę. Był przystojny, miły 
i wesoły, i maltretował go psychicznie. Dręczył urokiem i szczerozłotym sercem. Cholerny ideał.  

– To było lata temu. Wszystko się zmieniło i nie ma co trzymać się na siłę starych planów  – 

powiedział  udając  obojętność,  nie  przerwał  też  kontaktu  wzrokowego  z  Donem.  Małe  zielone 

background image

światełko błysnęło i zniknęło w tych ekspresyjnych oczach i tylko dlatego, że  Matt tak uważnie mu 
się przyglądał udało mu się je dostrzec. Nawet nie chciał się zastanawiać nad tym, co to znaczy.  

– Kyle i Bryan uważają, że to świetny pomysł… – Don dodał szybko, starając się zabrzmieć jak 

najbardziej przekonująco. – Moglibyśmy być wszyscy razem. Mieszkając i pracując. 

Matt wściekł się tylko jeszcze bardziej. 

– Widzę, że wszystko już przedyskutowaliście… – rzucił sarkastycznie wstając i wyszarpując 

garść pieniędzy z kieszeni. Nie licząc rzucił je na stół. Don również poderwał się na nogi, nie ośmielił 
się jednak powstrzymać Matta przed wyjściem z boksu, bo mężczyzna miał minę buldożera i gotów 
był przejść po nim. Nie mniej wyszedł za nim na ciemny, opustoszały parking. 

– Matt zaczekaj! – zawołał. Kiedy jednak został zignorowany, złapał wysokiego mężczyznę za 

przedramię zatrzymując go w miejscu. Niewiele centymetrów różniło ich jeśli chodziło o wzrost i Red 
był  prawdopodobnie  o  dwa  lub  trzy  centymetry  wyższy,  ale  Matt  był  muskularniejszy  i  silniejszy. 
Zamiótłby nim chodnik, nawet się nie pocąc.  

Zawsze ciepłe brązowe oczy, tym razem mogłyby ciąć stal spojrzeniem.  

– Matt, proszę cię, pogadajmy.  

– Nie rozumiem skąd ta nagła potrzeba – Matt parsknął ironicznie wyszarpując rękę z uścisku 

Dona. – Jakoś do tej pory żaden z was się nie kłopotał, żeby zapytać mnie o zdanie. Nie kłopoczcie 
się i teraz. 

– To nie tak! – Don zaprzeczył, nie pozwalając się wyminąć ani zbyć. Stał murem.  

– A jak?  

– Kyle chciałby żebyśmy mieszkali wszyscy razem. Ostatnio wcale już się z nim nie spotykasz 

– zawołał Don z wyrzutem. 

Matt powstrzymał cisnący mu się na usta komentarz, Don jednak nie był idiotą. 

–  Wiem,  że  chodzi  o  mnie…  –  powiedział  badawczo  spoglądając  na  niego.  –  Nie  wiem 

dlaczego mnie tak bardzo nie lubisz, ale… – odchrząknął nerwowo – …ale, może jakbyś miał okazję 
mnie lepiej poznać, to mógłbyś tolerować moją przyjaźń z Kylem i Bryanem… 

To wszystko było koszmarne! Nic, co Matt chciałby powiedzieć nie mogło wydobyć się z jego 

gardła.  Miał  wrażenie,  że  go  dusi,  choć  i  tak  nie  pozwoliłby  słowom  ulecieć.  Mógł  tylko  patrzeć 
w bladą, lekko piegowatą twarz Donatello i zagryzać zęby do bólu. Musiał się opanować i zachować 
z rozwagą, inaczej ośmieszy się i wzbudzi podejrzenia. 

 

–  Nie  pochlebiaj  sobie.  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  tobą.  –  Wymusił  ostatecznie 

najspokojniejszą odpowiedź na jaką mógł się zdobyć. Złość niemal w nim wrzała, więc był z siebie 
dumny. 

 

Don jednak  zdawał  się  nie  kupować jego  aktu. Jego oczy  dostrzegały  więcej  niż  Matt  chciał 

zdradzić.  

–  Więc  wprowadź  się  do  nas  i  udowodnij,  że  to  nie  chodzi  o  mnie  –  rzucił  z  wyzwaniem 

i prowokacją w głosie. Zmniejszył też dystans między nimi, stając z Mattem pierś w pierś. 

 

background image

Stając prosto jak struna mężczyzna roześmiał się udając, że serce nie podeszło mu do gardła. 

–  To  chyba  najsłabsza  prowokacja  jaką  mogłeś  wymyślić  –  powiedział  sarkastycznie  nie 

ustępując pola. Nawet nie był pewien w którym momencie Don zepchnął go w cień pod boczną ścianę 
baru.  Nie  był  jednak  tchórzem.  Nie  zamierzał  zrejterować.  –  Niczego  nie  muszę  ci  udowadniać. 
Wynajęliście sobie we troje dom. Super! Wprowadźcie się tam i poudawajcie dom, lub wróćcie do 
studenckiego trybu życia. Mnie jest wszystko jedno. Ja nie zamierzam brać w tym udziału! 

– Proszę cię, Matt! – Don nie zamierzał ustąpić ani się poddać. Chciał mieć swoją szansę z tym 

wspaniałym, przystojnym mężczyzną i nie było siły na tej ziemi, która by go zniechęciła. – Daj mi… 
nam  szansę.  Nikt  nie  chciał  cię  wkurzyć.  Wszystko  potoczyło  się  błyskawicznie.  Od  chwili  kiedy 
wpadliśmy na ten pomysł do jego realizacji był tydzień. Właściwie to  wszystko, to był jeden wielki 
fuks… 

– No to super – przerwał mu Matt zimno. Nie był skłonny odpuścić, przynajmniej jeszcze nie 

teraz.  Nie  chciał  być  przegadany  i  ugłaskany.  Zwłaszcza  przez  Dona.  Chciał  się  trzymać  od  niego 
z daleka. 

 

– Dlaczego taki jesteś? 

– Nie mam pojęcia o co ci chodzi  – Matt odparł sarkastycznie. Kusiło go, aby odepchnąć od 

siebie zbyt blisko, jak dla jego komfortu psychicznego, stojącego mężczyznę. Nie zrobił tego jednak. 
Nie  umiał  się  zmusić.  Wdzięczny  był  za  otaczającą  ich  ciemność,  bo  nie  musiał  patrzeć  w  te  zbyt 
mądre oczy. 

– Doskonale wiesz o czym mówię… – mruknął Red ze smutkiem. – Wiem też, że zdajesz sobie 

sprawę z tego, że… 

– Matt? Red? – Kyle wypadł z drzwi baru rozglądając się za nimi. Najwyraźniej jednak nie był 

w  stanie  dostrzec  ich  w  ciemnościach, bo  lampy  parkingowe  skierowane  były  w  drugą  stronę. Matt 
wykorzystał to, aby minąć Dona i zwiać. 

– Kyle, boli mnie głowa. Spadam do domu.  – Właściwie nie dał czasu żadnemu z  mężczyzn 

aby zareagował, tylko oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu i ruszył do swojego samochodu.  

W  tylnym  lusterku  jeszcze  przez  moment,  widział  dwie  stojące  blisko  siebie  na  ciemnym 

parkingu postacie i ten widok na nowo wzbudziły w jego sercu zazdrość, i wściekłość. 

Wściekłość, bo już nie był pewien o co był zazdrosny. 

 

***

 

 

Matt wpadł do swojego pokoju trzaskając drzwiami i ignorując wołanie swojej matki. Był zbyt 

wściekły,  żeby  teraz  z  nią  rozmawiać.  Ani  ona,  ani  ojciec  nawet  się  nie  zachłysnęli  na  temat 
wyprowadzki Bryana. To było nie fair! Miał prawo wiedzieć. 

Upokorzony  i  wściekły  rozejrzał  się  po  swoim  pokoju.  Spędził  w  nim  swoje  szczęśliwe 

dzieciństwo i był jego azylem od zawsze. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że był już dorosłym 

background image

mężczyzną  i  czas  był  najwyższy,  aby  się  wyprowadzić.  W  jego  umyśle  kiełkowało  kilka  planów 
i pomysłów. W większej lub mniejszej mierze powiązanych z Kylem i Bryanem. Nie wyobrażał sobie 
jednak zamieszkać pod tym samym dachem co Donatello Garrett.  

Po prostu nie mógł! 

Ten mężczyzna prześladował jego myśli. Nic właściwie nie robiąc wywierał na jego psychikę 

presję, której nie chciał i na którą się nie godził.  Przez niego czuł się zagrożony i przyparty do muru. 

Kiedy Kyle wyznał mu, że jest biseksualny, i że kocha jego brata, Matt poczuł się jakby świat 

nagiął  się  tuż  przed  jego  oczami.  Wszystkie  pytania,  wątpliwości  co  do  własnej  seksualności 
i ciekawość,  natychmiast  brutalnie  i  skutecznie  zdusił  w  sobie.  Nie  godząc  się  na  to,  aby 
bezsensowna chęć poznania czegoś nowego i niespodziewanego spaczyła jego poglądy. 

 

Był hetero i koniec! Nie miał co do tego wątpliwości.  

Donatello  jednak  swoim  otwartym  zachowaniem,  poglądami  i  pewnością  siebie,  zachwiał  na 

powrót jego z trudem odzyskaną równowagę. Bryan przez pewien czas borykał się ze świadomością, 
że jest gejem. Sporo też się z tego powodu wycierpiał. Matt niejednokrotnie żałował, że jego brat jest 
gejem  i  tyle  musi  z  tego  powodu  zaznać  bólu  i  upokorzenia.  Gdyby  to  od  niego  zależało,  sto  razy 
bardziej wolałby, żeby Bryan był hetero.  

Don jednak wydawał się czuć świetnie z tym, że jest gejem. Nie ukrywał tego ani nigdy nic nie 

robił sobie z uwag, wyzwisk czy upokarzających pytań. Szybko i jakby naturalnie wkomponował się 
w życie miasteczka i ich własne. 

Zawsze miły, kulturalny i zabawny świetnie czuł się we własnej skórze i nikomu nie pozwalał 

zachwiać  tej  równowagi.  Nie  ukrywał  też,  że  leci  na  niego.  Od  pierwszej  chwili  przyznał  się  do 
atrakcji  jaką  odczuwał,  i  że  chętnie  dowiedziałby  się  gdzie  ich  to  zaprowadzi.  Był  uroczy, 
przyjacielski i flirtował z nim bezczelnie. Nigdy jednak nie dał mu żadnego pretekstu, aby wybić mu 
te jego śnieżnobiałe ząbki. Zawsze był pieprzonym perfekcyjnym dżentelmenem i Matt nie wiedział 
co z tym zrobić.  

Kiedy Donatello przy ich pierwszym spotkaniu zaprosił go na randkę, Matt był zszokowany do 

tego stopnia, że właściwie nie pamiętał co odpowiedział. Krew buzowała mu w głowie i jedynie co 
był w stanie zrobić, to gapić się na śmiałego, bezpośredniego mężczyznę jak idiota.  

Bryan głupią uwagą o zdeklarowanym heteryku rozładował napięcie, ale od tamtej pory Matt 

nie potrafił się zrelaksować w towarzystwie przyjaciela Kyla i już właściwie zaczynało mu brakować 
pomysłów na wymówki. Wiarygodnych pomysłów, w każdym bądź razie. 

Co tylko przyprawiało go o jeszcze większą furię. Miał nadzieję, że pracując wraz z Kylem w 

nowym dziale firmy jego ojca, będzie miał okazję na nowo odzyskać przyjaciela, i że tam będzie miał 
szansę spędzać z nim więcej czasu. Samotność powoli zaczynała go dobijać. Nie tylko nie miał już 
Kyla dla siebie, ale w efekcie stracił i brata. 

Donatello Garrett był wszystkiemu winny. Po jaką cholerę się sprowadzał i wszystko niszczył!? 

 

Nie miał odpowiedzi na to dziecinne pytanie i nie miał nawet z kim pogadać o tym. Gorycz na 

nowo dławiła go, kiedy ze złością wyciszył telefon i w bokserkach wpełzł pod kołdrę. Ten dzień miał 
się skończyć całkowicie inaczej.  

background image

 

 

2

 

 

 

 

–  Dobra,  gadaj!  –  Kyle  nie  zamierzał  owijać  w  bawełnę  i  patyczkować  się  z  Mattem.  Zbyt 

wiele lat się znali, żeby teraz krążyć wokół tematu na paluszkach. Między innymi dlatego byli takimi 
dobrymi przyjaciółmi, bo mogli polegać na swojej szczerości. 

–  Nie  ma  o  czym.  –  Tym  razem  nic  nie  było  wstanie  zmusić  Matta  do  zdradzenia  jego 

wewnętrznych demonów i myśli. A już szczególnie Kyle nie mógł stać się jego powiernikiem, bo sam 
był częścią problemu. 

– Przestań pieprzyć! – Mężczyzna cisnął w niego piłką do kosza. Już nie trenowali jak kiedyś, 

nadal jednak lubili sport i kosz na tyłach domu rodziców Kyla był świetnym miejscem do upuszczenia 
trochę pary. Był też na tyle odosobniony, że nie było obaw, iż ktoś ich podsłucha. 

Matt  bez  problemu  złapał  piłką,  choć  uderzenie  nie  było  najdelikatniejsze.  Przekozłował  ją 

kilka metrów i rzucił do kosza pudłując. Litania przekleństw popłynęła z jego ust. 

– Matt nie odpuszczę ci! To już za długo trwa! Przyjmij to jak facet na klatę i powiedz o co 

chodzi  –  Kyle  zabrał  piłkę  i  zamiast  kontynuować  grę  zastąpił  drogę  przyjacielowi.  Jego  spocona, 
lekko zaczerwieniona twarz była zdeterminowana i twarda. Matt parsknął ironicznie. 

– Nie chcę gadać. Nie wiem o co ci chodzi. 

– Wiem, że jesteś wściekły o całą tę sprawę z wynajmem domu… 

– Nieee… no co ty! – przerwał mu Matt podchodząc nonszalancko do ławeczki i wycierając się 

ręcznikiem, odwrócił się do Kyla plecami. Nie mógł nawet na niego patrzeć, żeby nie wywrzeszczeć 
mu  frustracji  w  twarz.  –  Ja  też  wam  się  nie  spowiadałem,  kiedy  zleciłem  agencji  nieruchomości 
znaleźć  dla  siebie  kawalerkę  w  centrum,  czemu  wy  mielibyście  mi  się  tłumaczyć?  –  Wymyślił  na 
poczekaniu. Dlaczego tak się zachowywał, sam nie wiedział.  

Kyle  z  wściekłością  cisnął  piłką,  trafiając  do  kosza  za  trzy  punkty.  Żaden  z  nich  jednak  nie 

myślał już o grze. Jak taran ruszył do ławeczki i chwycił butelkę wody mineralnej, zaciskając na niej 
pięść. 

–  Matt,  czemu  to  robisz?  –  zapytał  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Red  powiedział  ci,  że  chcemy 

zamieszkać wszyscy razem! 

–  Taaa…  Red…  –  wymknęło  się  Mattowi  i  przełykając  jęk,  ruszył,  aby  położyć  się  na 

trawniku. Miał tej rozmowy dość, nie zamierzał jednak uciekać jak wystraszony królik. Kyle sokolim 
wzrokiem śledził każdy jego krok. 

background image

–  O  niego  chodzi  prawda?  –  zapytał  bezpośrednio.  Matt  nie  potrafiłby  mu  skłamać  prosto 

w twarz,  więc  milczał,  doprowadzając  go  do  szewskiej  pasji.  –  Co  ci  ten  człowiek  kiedykolwiek 
zrobił,  że  nie  jesteś  w  stanie  go  strawić?  Przecież  chyba  do  cholery  nie  jesteś  zazdrosny  o  naszą 
przyjaźń? – sondował wściekły.  

Matt przewrócił oczyma. 

– Przestań. Nie ośmieszaj się – parsknął ironicznie. Podłożył ramiona pod głowę i zapatrzył się 

w  bezchmurne  niebo  nad  głową.  Letnie  słońce  jeszcze  nie  paliło,  ale  to  była  tylko  kwestia  kilku 
godzin. – Nie wiem czemu się mnie czepiasz.

 

Kyle klęknął tuż przy nim obserwując jego twarz uważnie. 

–  Bo  ostatnimi  tygodniami  zachowujesz  się jak  palant!  Myślisz,  że jestem  idiotą  i  nie  widzę 

jaką  masz  minę  ilekroć  Red  się  zjawi?  Praktycznie  przestałeś  się  ze  mną  spotykać.  A  jeśli  już,  to 
upewniasz się, że go nie ma. 

Matt  zbladł  pod  opalenizną.  Nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  że  był  tak  przewidywalny. 

Upokorzenie zmieniło się w głaz na jego piersi. Nie potrafił spojrzeć przyjacielowi w oczy. Po raz 
setny zastanowił się, czy powinien porozmawiać z nim na ten temat. Nie potrafił się jednak zmusić. 

–  Po  prostu  nie  odpowiada  mi  jego  towarzystwo.  Kyle  zrozum,  że  nie  musimy  lubić  tych 

samych  osób!  –  Zauważył  dość  kostycznym  tonem,  siadając.  –  Ty  go  lubisz.  Spoko.  Spędziliście 
razem dzieciństwo. Znasz jego matkę i tak dalej. Nie mówię, że nie masz się z nim przyjaźnić. Nie 
znaczy to jednak, że ja muszę z tego powodu się z nim zaprzyjaźniać.  – Kyle wybałuszył na niego 
oczy,  jakby  pierwszy  raz  w  życiu  go  widział.  Matt  drgnął  lekko  zażenowany,  ciągnął  jednak.  –  Ty 
jesteś moim przyjacielem i to mi wystarczy. 

 

Zerwał się na równe nogi i otrzepał spodenki. Czekał go jeszcze dziesięciominutowy bieg do 

domu.

 

– A teraz wybacz, ale jestem umówiony na randkę. – Odwrócił się na pięcie, żeby odejść, ale 

Kyle najwyraźniej jeszcze z nim nie skończył. 

– O tym też chciałem porozmawiać. 

– O czym tu gadać? – zapytał Matt coraz bardziej zirytowany. 

–  Odkąd  zacząłem  umawiać  się  z  Bryanem,  ty  zaliczyłeś  więcej panienek,  niż przez  ostatnie 

dziesięć lat! O co z tym wszystkim chodzi? – Bezpośredniość pytania zaskoczyła Matta tak, że przez 
moment nie wiedział co odpowiedzieć. 

– To już chyba na serio nie twoja sprawa! – oświadczył stanowczo, żałując po raz pierwszy, że 

spotkał się z przyjacielem. – Naprawdę trochę przeginasz!

 

–  Nie,  Matt  –  Kyle  pokręcił  głową  ze  smutkiem.  –  To  ty  przeginasz.  Jeśli  nie  jesteś  pewien 

własnej seksualności nie odbijaj swoich obaw na tych dziewczynach! One nie zasługują sobie na to, 
żebyś traktował je jak zabawki.  

background image

Wielkie pięści Matta zacisnęły się, ale nie zrobił z nich użytku, za to z niedowierzaniem patrzył 

na swojego towarzysza od dziecięcych lat. Jeśli ktoś go znał, to właśnie on. Jeśli ktoś mógł dostrzec 
co się z nim działo, to właśnie Kyle. I przez to Matt czuł się zdradzony nie tylko przez swój własny 
umysł, ale i przez przyjaciela, który powinien go wspierać! 

– Chyba coś ci się pomyliło. Nie mam cienia wątpliwości, że spotkam tę jedną jedyną kobietę, 

z którą stworzę rodzinę – powiedział cicho, martwym tonem. Jego twarz była bezemocjonalną maską. 
– Ty zwłaszcza powinieneś wiedzieć, że o niczym innym nie marzę jak o złożeniu rodziny pewnego 
dnia.  Na  razie  szukam  i  chcę  sobie  poszaleć,  zanim  zdecyduję  się  na  obowiązki.  Nic  nikomu  nie 
obiecuję, a żadna z nich jak na razie nie okazała się tym czego szukam.

 

Kyle skrzywił się na jego słowa, z rezygnacją kręcąc głową. 

–  Możesz  się  oszukiwać  do  woli  –  oświadczył  w  końcu.  –  Nie  licz  jednak,  że  ja  jako  twój 

przyjaciel, będę cię oszukiwał. Strach to nie jest usprawiedliwienie, żeby ranić ludzi. 

Matt  wybiegł  z  domu  Kyla  nie  odwracając  się  za  siebie.  Ostanie  słowa  przyjaciela  nie 

opuszczały go bez względu na to, jak szybko biegł.  

 

 

***

 

 

 

Donatello zamknął okienko rozmowy w Skypie i westchnął ciężko. Kyle nie powiedział tego 

otwarcie,  ale  wyraźnie  martwił  się  o  przyjaciela  i  Don  czuł  się  w  pewien  sposób  za  to 
odpowiedzialny. 

 

Szybko zrozumiał, że Matt trzyma się od nich z daleka przez niego. Nie potrzeba do tego być 

Einsteinem. Czytał między wierszami wypowiedzi Kyla, uwagi Bryana i spojrzenia jakimi próbował 
zamordować go mężczyzna. Nie wiedział jednak co zrobić.  

Matt to spełnienie jego wszystkich marzeń. 

Wysoki,  postawny  brunet  o  aksamitnych  czekoladowo–brązowych  oczach.  Jedno  spojrzenie 

i Donatello był załatwiony. Gdyby mógł i gdyby nie setki osób na stadionie, na którym Matt zdobył 
decydujący punkt w ostatnim meczu w sezonie, to chyba padłby tam na kolana i mu się oświadczył.  

Było  jak  w  bajkach.  Motylki,  spocone  dłonie,  drżące  kolana  i  zaschnięte  usta.  Miał  ochotę 

skakać z radości, że wreszcie poznał kogoś takiego i jednocześnie łkać z rozpaczy, kiedy się okazało, 
że Matt jest hetero.  

Załamany  zdecydował,  że  przynajmniej  się  zaprzyjaźnią.  Niestety  te  piękne  oczy  o  ciepłym 

spojrzeniu  za  każdym  razem  zmieniały  się  w  lód  ilekroć  były  skierowane  na  niego.  Obojętnie  jak 
bardzo  się  starał  i  jak  poprawnie,  i  grzecznie  się  zachowywał.  Matt  zapałał  do  niego  z  miejsca 
nienawiścią i Don nic nie mógł na to poradzić.  

background image

Masując  nieświadomie  pierś,  w  której  jego  serce  biło  boleśnie  na  wspomnienie  mężczyzny, 

w którym się zakochał jak szczeniak, Don podszedł do okna, aby wyjrzeć na gród. Jego matka i ciotka 
siedziały pod wielkim parasolem słuchając muzyki z radia i czytając książki. Z jednej strony cieszył 
się, że się tutaj sprowadzili, z drugiej żałował tego, że kiedykolwiek spotkał Matta Tomsona.  

Nie wiedział już co robić. Nie mógł zrezygnować z mieszkania z Kylem i Bryanem. Dom ciotki 

był  zwyczajnie  za  mały  dla  nich  wszystkich.  Mirabel  czuła  się  skrępowana,  a  i  on  nie  czuł  się 
komfortowo  pod  bacznym  spojrzeniem  cioci.  Kobieta  w  przeciwieństwie  do  jego  matki,  która 
zaakceptowała go bez słowa, miała nadzieję, że Don się jeszcze ‘nawróci’. Musi po prostu spotkać 
odpowiednią kobietę i dorosnąć do założenia rodziny. Miał już dość tłumaczenia, że to iż zamierza 
związać się z mężczyzną wcale nie oznacza, że nie będzie miał rodziny. Zamierzał założyć rodzinę, 
kiedy spotka tego Jedynego.

 

Jego Jedyny jednak nie chciał go. Właściwie wybierał świadomie nie chcieć go i Don nie miał 

prawa mieć do niego żalu…  

Rozsądek to czasami taki cierń w tyłku i Red nie znosił tego cichego, aczkolwiek upierdliwego 

głosiku powstrzymującego go przed robieniem wspaniałych, szalonych rzeczy.  

Teraz też wiedział, że musi coś zrobić, zanim przyjaźń Matta, Kyla i jego się rozleci, ale masa 

wątpliwość zalewała jego umysł. Dodatkowo mały, słodki Bryan który bez mrugnięcia okiem podbił 
jego serce jak brat, którego nigdy nie miał, znajdował się między młotem a kowadłem. Jeśli Matt nie 
zmieni swojego nastawienia, ktoś będzie musiał odejść…

 

… i w duszy wiedział, kto by to był. 

Wyciągnął komórkę i zadzwonił. Bryan, romantyczna dusza i miękkie serce, z całą pewnością 

mu pomoże.  

Coś  musiało  się  zdarzyć  w  ich  życiu,  zanim  będzie  za  późno  i  Don  był  zdecydowany,  aby 

w efekcie  tego  wszyscy  „żyli  długo  i  szczęśliwie”.  Nawet  jeśli  musiałby  uwieść  jednego  upartego 
durnia. 

 

 

***

 

 

 

Park o dziewiątej wieczorem z  założenia miał być opustoszały, ale nigdy nie był. Matt obrał 

sobie więc taką trasę do biegania, że wiedział jak omijać z daleka obściskujące się po krzakach parki i 
podejrzanych  typków.  Nie  bał  się  biegać  sam.  Wręcz  lekki  dreszczyk  niepokoju  sprawiał,  że  jego 
krew  krążyła  mu  w  żyłach  wartko,  a  jego  serce  biło  szybciej.  Ścieżki  wiodły  wokół  dość  dużego 
terenu i w wielu miejscach się przecinały. Wszystkie jednak prowadziły do środka, gdzie znajdowało 
się stylizowane małe sztuczne jeziorko. Co roku pływały po nim skuszone darmowym dokarmianiem 
dzikie  kaczki.  Deptaki  i  ławki  oświetlone  były  lampami.  Dalsze  zakamarki  parku  były  zostawione 
naturze i wielkie krzewy, i drzewa rozrosły się całkiem mocno. 

background image

Głuchy  tętent  stóp  odbijający  się  w  wieczornej  ciszy  był  dla  Matta  uspakajający  i  lekko 

hipnotyzujący.  Przyzwyczaił  się  do  biegania  dwa  razy  w  tygodniu  i  robił  to  nawet  zimą. 
Zdecydowanie  jednak  wolał  lato  i  przyjemne  chłodne  wieczory.  Wsłuchany  we  własne  kroki 
praktycznie nie zwracał uwagi na otoczenia, a z każdym przebiegniętym  kilometrem wydawało mu 
się, że nabierał rozpędu i rytmiki. 

Kiedy  jednak  samotna  postać  wyrosła  tuż  przed  nim,  z  trudem  wyhamował  piszcząc  jak 

dziewczynka. Impet bezmyślnego biegu sprawił, że odbił się o twardą pierś i upadł na tyłek z jękiem 
i przekleństwami.

 

Zły  i  wystraszony  spojrzał  w  górę  długich,  pokrytych  lekkim  rudym  włosem  nóg.  Sportowe 

spodenki  były  opuszczone  nisko  na  szczupłych  biodrach,  w  pasie  szara  bluza  zawiązana  za  rękawy 
podkreślała  jego  wąski  pas,  a  ciemny  podkoszulek  skrywał  muskularną  choć  szczupłą  klatkę 
piersiową.  Białe  zęby  błysnęły  w  półmroku,  kiedy  Don  pochylił  się  nad  nim  z  wyciągniętą  dłonią, 
żeby pomóc mu wstać.  

– Nie powinieneś biegać sam – mruknął niezrażony, kiedy Matt wściekły odtrącił rękę i zerwał 

się na równe nogi. – Mogłem być jakimś maniakalnym mordercą, albo łotrem czyhającym na twoją… 

– Nie noszę ze sobą wartościowych rzeczy ani pieniędzy! 

–  …cnotę.  –  Dokończył  Don  nieustępliwie.  Matt  zachłysnął  się  oddechem  i  z  dłońmi 

agresywnie wspartymi na biodrach naskoczył na niego. 

– Co ty tu do cholery robisz? 

– Szukam cię. 

– Po jaką cholerę? – zapytał zaskoczony mężczyzna. 

– Musimy pogadać – odparł Don spokojnie, wskazując białą altanę na środku jeziorka.  

Matt prychnął, omijając go szerokim łukiem i całkowicie lekceważąc go. 

– Nie, nie musimy! 

Dan błyskawicznie stanął mu na drodze. 

–  Owszem  musimy  i  porozmawiamy.  –  Oświadczył  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu, 

niezrażony  piorunującym  spojrzeniem  swojego  przeciwnika.  –  Możesz  iść dobrowolnie  i  poświęcić 
mi kilka minut swojego cennego czasu, a możemy to zrobić trudniejszym sposobem… – powiedział 
pochylając się niebezpiecznie blisko twarzy Matta. – …ale wtedy będziesz musiał sobie wywalczyć 
drogę po moim ciele… Wierz mi. Nie mam nic przeciwko temu. 

Praktycznie  parsknął  śmiechem  widząc  jak  Matt  odskoczył  jak  oparzony.  Jego  podejrzenia 

nabierały  coraz  głębszego  sensu.  Miał  zamiar  użyć  każdego  triku  jaki  tylko  znał,  aby  wymusić  na 
Matt’cie współpracę. 

Wściekły biegacz przeczesał spocone włosy dłonią, krzywiąc się, kiedy otarcia spowodowane 

upadkiem zapiekły go. Jego ciało gwałtownie stygło i jego rozgrzane biegiem mięśnie protestowały. 
Zdawał sobie jednak sprawę, że Don był zdeterminowany, i rozmowa której się śmiertelnie obawiał 
miała odbyć się o jakieś sto lat za wcześnie. Nie był na nią gotów i nigdy nie będzie.  

background image

Słowa Kyla buzowały jednak w jego głowie nie opuszczając go ani na krok. 

Czy faktycznie chciał być wrednym palantem resztę swojego życia? 

Powstrzymał  się,  aby  nie  zdzielić  przystojnej  twarzy  rozciągniętej  w  triumfalnym  uśmiechu, 

kiedy mijał zadowolonego z jego kapitulacji mężczyznę i ruszył do altanki. Nie chciał ryzykować, że 
ściągną na siebie niepotrzebną uwagę. Ażurowe plecionki boków wcale nie zapewniały prywatności, 
ale Matt wcale nie był pewien czy chciałby znaleźć się z Donatello sam na sam, odcięty od świata.  

Raptownie stał się świadom otaczającego go mroku, zbyt głośnego nagle cykania świerszczy, 

intensywnego zapachu wody i klaustrofobicznie małej altanki. Ledwie stanął na jej środku, a już miał 
ochotę  z  niej  wybiec.  Don  jednak  nie  dał  mu  takiej  możliwości,  bo  stanął  w  wąskim  wejściu 
i zdecydowany był go nie wypuścić dopóki nie porozmawiają. Matt cieszył się, że zaledwie mogą się 
dostrzec  w  zapadających  ciemnościach.  Potarł  ramiona  w  nerwowym  geście,  ale  miał  nadzieję,  że 
jego towarzysz pomyśli, że zimno mu po biegu. W pobliżu wody zawsze było chłodniej.  

– Masz – Don jednym szybkim ruchem odwiązał bluzę i podał mu ją, wcale nie zdziwiony, że 

mężczyzna nie chciał jej jednak przyjąć. 

–  Nie  potrzebuję.  Wystarczy,  że  się  będziesz  streszczał  i  będę  mógł  wrócić  do  domu  – 

stwierdził zimno. Don syknął niezadowolony, robiąc krok w jego stronę.  

– Czy choć raz nie możesz się nie sprzeczać i zrobić to, o co cię proszę?  – warknął w twarz 

zaskoczonego Matta. – Zabiłoby cię, gdybyś choć raz zachował się przyjaźnie? 

 

Matt  nie  był  w  stanie  odpowiedzieć.  Wyszarpnął  za  to  bluzę  z  jego  rąk  i  włożył  na  siebie 

dwoma  impulsywnymi,  wzburzonymi  ruchami  z  głośnym  zgrzytem  zapinając  zamek.  Zapach 
Donatello,  świeży  i  piżmowy,  z  miejsca  uderzył  mu  do  głowy  i  otulił  jak  rozgrzana  ciepłem  ciała 
właściciela materia.  Musiał zrobić krok wstecz, oblizując nagle suche usta, aby  zwiększyć  między 
nimi fizyczny i psychiczny dystans.

 

Wiedział, po prostu wiedział, że to był zły pomysł.  

Donatello  uśmiechnął  się  łagodnie,  ale  pozwolił  mu  zachować  tą  niewielką  odległość.  Nie 

chciał go całkiem zniechęcić, tylko oswoić.  

– Dobra, o czym chcesz gadać? – zapytał Matt starając się zachować spokój. Obiecał sobie, że 

zachowa się jak dorosły, rozsądny mężczyzna, którym był. Bo był, prawda? 

– O nas. To proste. 

Niby prosto brzmiało, ale dla Matta nie było proste nawet w najmniejszym stopniu. Nie chciał 

słyszeć co Don miał do powiedzenia, a mimo to, czekał na kolejne słowa obserwując przyglądającego 
mu się mężczyznę. 

–  Tak  dłużej  nie  może  być  –  Don  kontynuował  cicho.  –  Ja  nie  wyjadę.  Nie  mogę,  nawet 

gdybym  chciał,  a  nie  jestem  wcale  pewien  czy  chcę.  Moja  matka  jeszcze  przez  jakiś  czas  mnie 
potrzebuje. Zaledwie kilka miesięcy minęło od śmierci mojego ojca. Nie mogę jej zostawić, mimo że 
ma  teraz  przy  swoim  boku  ciotkę.  Zresztą  co  bym  jej  powiedział?  –  Matt  drgnął  słysząc  gorycz 
w głosie swojego towarzysza, ale nie zdołał nic wtrącić, bo Donatello pokręcił głową nadal mówiąc. – 
Zobowiązałem się do zamieszkania z Kylem i Bryanem, bo żadnego z nas nie stać na wynajem tego 
domu  indywidualnie.  W  domu  ciotki  nie  ma  dla  mnie  miejsca,  więc  i  tak  muszę  się  wyprowadzić. 

background image

Kyle rozważał zrezygnowanie z przeprowadzki, ale teraz czuje się zobowiązany w stosunku do mnie. 
Wszyscy trzej stoimy przed dylematem, nie wiedząc co robić i nie chcąc cię urazić… 

– Nie rozumiem, o co to zamieszanie – Matt wtrącił w końcu. Nie podobało mu się to, że wina 

jakimś cudem spadła na niego, skoro to oni kombinowali za jego plecami. – Czym się przejmujecie? 
Z  tego  co  się  orientuję  to  wasze  plany  są  już  sfinalizowane,  a  wy  macie  wszystko  ustalone!  Co  ja 
mam z tym wspólnego? 

 

–  Bo  nam  zależy  na  tobie!  –  zawołał  Don  z  irytacją.  Owijanie  w  bawełnę  jeszcze  nigdy  nie 

przyniosło nic dobrego, a on nie miał ani ochoty, ani siły się bawić. Okrągłe z zaskoczenia brązowe 
oczy były komiczne. – Tak właśnie jest. Co tak się na mnie gapisz? Nam wszystkim zależy na tobie, 
ale ty zachowujesz się jak nadęty palant. Rozumiem, że nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia, co 
też  jest  bardzo  zastanawiające.  Nie  rozumiem  jednak  dlaczego  traktujesz  nagle  Kyla  jak  obcego? 
Karzesz go za przyjaźń ze mną? 

–  Bredzisz!  –  zaprzeczył  Matt  spinając  się  wewnętrznie.  Może  faktycznie  swoją  frustrację 

odbijał na swoim przyjacielu i bracie, ale z całą pewnością nie zamierzał się do tego przyznać. 

–  Rozwalasz  swoją  przyjaźń,  zdajesz  sobie  z  tego  sprawę?  –  Don  zignorował  go  całkowicie 

i nadal napierał. – I wygląda na to, że robisz to ze strachu przede mną! – oświadczył arogancko. Mógł 
zgadywać, w końcu trafi. 

Nie spodziewał się jednak ataku. Dopiero kiedy poczuł jak jego plecy uderzają o filar altanki, 

odbierając mu dech, zareagował przytrzymując atakującego go wściekłego mężczyznę. 

Matt miał ochotę go zabić. Chciał wepchnąć mu te słowa z powrotem do gardła wraz z tymi 

ślicznymi  ząbkami.  Zamiast  jednak  zdzielić  przystojną  twarz  tuż  przed  sobą,  syknął  z  trudem  nad 
sobą panując. 

– Nie boję się ciebie i nie wiem skąd ten poroniony pomysł zrodził się w twojej głowie. 

– I to pewnie dlatego, że nic do mnie nie czujesz, teraz chcesz mi dołożyć? – Don zapytał lekko 

sapiąc.  Niewielka  odległość  między  ich  ciałami,  prowokowała  i  jego,  i  Matta.  Chciał  się  znaleźć 
jeszcze bliżej. 

Matt  zamachnął  się  i  chciał  uderzyć  roześmianą  arogancko  twarz.  Nie  zdołał  jednak,  bo 

Donatello spodziewając się uderzenia, zablokował cios. Sekundę później zmienił ich pozycję i to on 
przypierał  Matta  do  filaru.  Wiedział  doskonale,  że  jego  przewaga  polega  tylko  i  wyłącznie  na 
zaskoczeniu, zamierzał je jednak wykorzystać do maksimum. 

–  Uprawiałem  zapasy  przez  prawie  dziesięć  lat  –  mruknął  prowokująco  w  znajdującą  się  od 

niego  o  pięć  centymetrów  zaczerwienioną  z  wściekłości  twarz.  Ich  oczy  starły  się  w  ostrym 
spojrzeniu. Praktycznie czuli swój oddech na twarzy. – O niczym innym nie marzę, niż tylko o tym, 
aby potarzać się z tobą po ziemi. 

– Jesteś chory! – Matt odepchnął go z całej siły i obaj się zatoczyli. – Trzymaj się ode mnie 

z daleka!  –  Znów  pchnął  Reda  i  mężczyzna  ponownie  uderzył  plecami,  tym  razem  o  przeciwległą 
ściankę jęcząc z bólu. 

– Możesz udawać, ale ja wiem, że na mnie lecisz… – wydyszał mimo to. Co miał do stracenia? 

Przynajmniej przestanie być ignorowany. 

 

background image

Brunet  zaklął  zaciskając  pięści  i  patrząc  na  niego,  jakby  na  poważnie  rozważał  bijatykę. 

Zdrowy rozsądek jednak zwyciężył. Niestety. 

– Nie lecę na facetów. Nie jestem tobą zainteresowany, bo nie jestem taki jak Bryan i Kyle.  

Don  wyprostował  się  i  wyprężył  swoją  imponującą  sylwetkę,  jakby  oceniając  promieniujący 

przez jego całe ciało ból. 

–  A  co  jest  z  nami  nie  w  porządku?  –  zapytał  z  wyzwaniem.  –  Co  jest  nie  w  porządku 

w pragnięciu innego mężczyzny? 

 

Matt ponownie zacisnął pięści, ale ukrył je krzyżując ramiona na piersi i stając w rozkroku, nie 

dając się sprowokować. 

– Nie to miałem na myśli i dobrze o tym wiesz! 

– Nie, nie wiem. Nie znam cię wystarczająco dobrze. I nie dostrzegam też mężczyzny, którego 

z  uwielbieniem  opisują  Bryan  i  Kyle.    –  Robiąc  jeden  duży  krok  znalazł  się  nos  w  nos  ze  swoim 
oponentem.  Matt  nawet  nie  drgnął.  –  Czy  to  tylko  ja  wzbudzam  w  tobie  najgorsze  instynkty?  – 
zapytał cicho. 

Oczekiwał kolejnego wybuchu czy złości, nie spodziewał się jednak tego, że Matt spuści oczy 

i nie odpowie. Naiwne serce Dona drgnęło z nadzieją i żadna brutalna perswazja nie pomogła.

 

– Matt, dlaczego nie zamieszkasz z nami? Podaj mi jeden naprawdę dobry powód i odpuszczę. 

– Don właściwie zażądał, a nie poprosił. Miał dość gierek. – Jeśli skłamiesz lub wykręcisz się jakąś 
bzdurą, to zmuszę cię do zamieszkania z nami i wymuszę na tobie prawdę. Zdobądź się choć raz na 
szczerość. Bądź mężczyzną. Jeśli wolisz kłamać, to będzie oznaczało tylko tyle, że jesteś najgorszym 
przypadkiem ‘wyparcia’ jaki znam.  

W ciszy ciemnej altanki milczenie zawisło między dwoma stojącymi postaciami nieruchomo.  

Głowa  Matta  wirowała  od  myśli  i  pytań.  Instynkt  ostrzegał  go  przed  kolejnym  krokiem,  bo 

może  okazać  się  w  jego  życiu  decydującym.  Z  drugiej  jednak  strony  miał  wreszcie  możliwość 
podzielić  się  z  kimś  swoimi  wątpliwościami.  Może  to  właśnie  Donatello  był  do  tego  odpowiednią 
osobą?  Faktycznie  musiał  coś  zrobić,  zanim  jego  dotychczasowe,  perfekcyjnie  poukładane  życie 
przesypie mu się między palcami jak piasek.  

Don  wyczuwając  wahanie  i  niepewność  Matta  odezwał  się  spokojnie  i  cicho,  wkładając 

w swoje słowa całe swoje serce i duszę.

 

– Możesz mi zaufać, bo nigdy nie zraniłbym ani ciebie, ani twoich bliskich celowo. Jesteś dla 

mnie wyjątkową osobą i wcale nie boję się do tego przyznać. Chcę mieć szansę… aby cię poznać… 
aby… Nie mam zamiaru cię skrzywdzić… Za bardzo mi na tobie zależy… 

Matt  drgnął  wyrwany  z  letargu.  Strach  i  niepewność  zjeżyły  mu  włoski  na  karku.  Donatello 

znów  go  kusił.  Oferował  nęcące  rzeczy  i  wizje  tym  swoim  hipnotyzującym  ciepłym  barytonem. 
Dawał do rozpatrzenia nowe opcje i możliwości. Odkrywał świat inny od tego, w którym do tej pory 
Matt trzymał się sztywnych przekonań. W jego ustach to brzmiało jakby każdy wybór był dobry.  

A on tego nie chciał. Chciał się trzymać swoich przekonań. Chciał wierzyć, że ma rację, że nic 

nie musi udowadniać ani sobie, ani Donatello.  

background image

Z wymuszonym uśmiechem spojrzał na swojego nowego przyjaciela. 

– Wiesz co, masz rację.  Byłem idiotą. Wprowadzę się z wami i będę za siebie płacił po równo. 

–  Wzruszył  ramionami  obojętnie,  kiedy  szok  odbił  się  na  twarzy  Reda.  –  To  było  małostkowe 
wściekać się o to, że Kyle najpierw tobie zaproponował wspólne mieszkanie, a nie mnie. Przecież to 
jest szansa, na którą liczyliśmy.  

Ruszył do wyjścia nie oglądając się za siebie.  

– Matt! – zawołał zaskoczony i zbity z tropu Don. Nie potrafił rozgryźć tego człowieka i w tym 

momencie  miał  na  serio  ochotę  mu  przyłożyć.  Kiedy  zawołany  spojrzał  na  niego  przez  ramię  z 
niecierpliwą miną, wypalił stawiając wszystko na jedną kartę. – A co z nami? 

Matt zrobił wielkie oczy, sarkastycznie się uśmiechając. 

– Nie ma czegoś takiego jak MY. Jestem hetero i zamierzam się ożenić. Sorry naprawdę, ale 

nie interesujesz mnie… – Z większą powagą dodał, nie patrząc w oczy Donowi. – Możemy się jednak 
przyjaźnić… 

Nagle  przypomniało  mu  się  o  bluzie,  więc  odwrócił  się  do  wnętrza  altanki  i  przez  moment 

szamotał  z  zamkiem,  traktując  to  jako  wymówkę,  aby  nie  musieć  patrzeć  w  twarz  stojącego  cicho 
mężczyzny. Kiedy wreszcie udało mu się pokonać oporne zapinanie i chciał zdjąć bluzę, Don znalazł 
się przy nim w mgnieniu oka i złapał go za poły. Pchnął go na futrynę drzwi i pocałował, forsując 
sobie drogę do jego ust językiem, jednym silnym, stanowczym ruchem. 

Matt  zdrętwiał,  zachłystując  się  powietrzem.  Niedowierzanie  i  szok  sparaliżowało  go.  Jego 

mózg jedyne na czym mógł się skoncentrować, to gorący język i słodycz wypełniającą jego usta. Don 
całował  go  głęboko  i  mocno  właściwie  nie  dając  szans  na  reakcję.  Całym  ciałem  przypierał  go  do 
twardego drewna i Matt mógł myśleć tylko o tym, ile siły w wielkich dłoniach posiadał zniewalający 
go  mężczyzna.  Zapach  znów  wypełniał  jego  zmysły,  a  niepowtarzalny  smak  już  na  zawsze 
utożsamiany przez Matta z Donatello, wywoływał u niego ślinotok. Jego usta uległy rozchylając się 
coraz  bardziej,  a  język  żył  własnym  życiem,  odpowiadając  na  uwodzicielski  taniec.  Miał  ochotę 
jednocześnie przyciągnąć Dona do siebie jeszcze bardziej i odepchnąć. Nie zrobił nic, pozwalając się 
całować do utraty tchu i równowagi. Śliski, giętki organ wypełniał nie tylko jego usta, ale i umysł. 
Każde  muśnięcie,  każda  pieszczota  przyprawiała  go  o  zawrót  głowy.  Nie  mógł  ani  myśleć,  ani 
zaprotestować.    Nie  mógł  nawet  sobie  przypomnieć  dlaczego  miałby  się  opierać.  Całe  jego  ciało 
wibrowało od nagromadzonych emocji. 

 

Wielki wzwód wbity w jego brzuch oderwał w końcu jego myśli od maltretujących  jego usta 

miękkich,  ale  nieustępliwych  warg.  Ze  stłumionym  w  gardle  jękiem,  naparł  na  twardą  muskularną 
pierś. Podobny dźwięk zawibrował pod jego palcami. Don jeszcze mocniej przycisnął do niego usta i 
wypchnął  biodra  wbijając  swojego  twardego  penisa  w  jego  własne  pobudzone  ciało.  Przytulił  go  z 
całych sił, unieruchamiając na ułamek sekundy i pogłębiając pocałunek.  

Równie szybko i niespodziewanie wypuścił chwiejącego się Matta z uchwytu, i odsunął się od 

niego. Jego zielone oczy pałały w świetle księżyca, a opuchnięte usta lśniły.  

– Teraz możemy się przyjaźnić… – wyszeptał ochrypłym z pożądania głosem. Odwrócił się na 

pięcie i  biegiem  rzucił się w  stronę  brzegu.  Parę  sekund  później  zniknął  między  drzewami,  równie 
niespodziewanie jak się pojawił.  

background image

Matt zjechał po futrynie siadając na podłodze. Drżące nogi nie były w stanie go utrzymać. Był 

rozpalony, napalony i wściekły. 

I chciało mu się płakać. 

 

 

3

 

 

 

 

–  Mathew  Tomson,  słucham?  –  rzucił już  rutynowo  w  słuchawkę  telefonu  stojącego  na  jego 

biurku. 

 

Sterty prospektów, projektów i planów przesypywały się na wielkim blacie. Z trudem potrafił 

się  skoncentrować  na  swojej  pracy,  przekładając  je  bez  jakiegoś  większego  planu  z  miejsca  na 
miejsce. Ustawicznie dzwoniący telefon też nie pomagał. Drugi tydzień mijał odkąd zaczął pracować, 
a  on  nadal  czuł  się  jakby  tonął.  Żaden  jego  projekt  graficzny  nie  wydawał  mu  się  wystarczająco 
dobry, a natchnienie go opuściło. 

–  Hej  Matty,  to  ja  Bryan.  Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam,  ale  zbliża  się  pora  lunchu 

i zastanawialiśmy się z chłopakami, czy wpadłbyś do nas coś zjeść? – Matt skrzywił się słysząc lekko 
zaniepokojony głos brata, wyrzucającego słowa jak z karabinu maszynowego, jakby obawiał się, że 
nie dane mu będzie dokończyć zdanie. 

Czyżby był ostatnio takim dupkiem nie do życia?  

Kyla  i  Dona  nie  widywał  wbrew  temu  co  im  się  wydawało,  kiedy  podejmowali  pracę  w  tej 

samej  firmie.  Zadeklarowana  przeprowadzka  zawisła  bez  ostatecznych  ustaleń  i  dla  Matta  na 
„świętego Nigdy” i tak byłoby za wcześnie. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie uda mu się 
wiecznie  unikać  spotkania  z  bratem  i  jego  przyjacielem.  Dona  również  nie  może  unikać  do  końca 
życia,  dając  mu  tylko  jakieś  głupie  wyobrażenia.  Musiał  stawić  czoła  rzeczywistości  i  przestać  się 
ośmieszać. 

– Hej, to brzmi świetnie – odparł zbyt pogodnym tonem. Zerknął na wielki stylowy zegar na 

ścianie i przekalkulował swoje obowiązki. – Daj mi jeszcze dziesięć minut i będę u was. Zamawiacie 
coś, czy któryś z was pokusił się o gotowanie? – zapytał starając się brzmieć lekko i wesoło. Jego brat 
najwyraźniej miał problem z kupieniem jego nagle przyjaznego nastawienia, bo milczał zaskoczony. 
– Halo? 

–  Eee…  my…  zamawiamy.  Chińszczyzna  jest  dziś  w  menu…  –  wydukał  w  końcu  młodszy 

mężczyzna. – Masz ochotę na coś szczególnego? 

– Nie, to co zwykle będzie dobrze. Może jakieś dodatkowe sajgonki?  

Bryan roześmiał się w końcu z zadowoleniem. 

background image

–  Spoko.  Nie  ma  problemu!  Wszyscy  je  uwielbiamy,  więc  nie  masz  się  co  martwić,  że 

zabraknie. 

 

–  Dobrze.  Ja  tylko  dokończę  to  co  robiłem  i  już  jestem  u  was.  –  Matt  pożegnał  się  szybko, 

zanim rozmowa się przeciągnęła, a on zdołał odwieść samego siebie od tej wizyty. Cieszył się też, że 
jego brat nie przyczepił się do jego przejęzyczenia. 

Donatello,  ten  drań,  oczywiście  powiedział  im  o  pochopnej  decyzji,  jaką  podjął 

o wprowadzeniu się do nich. Oficjalnie więc to był również jego dom. Jego gościnne podwoje tylko 
czekały na niego. 

Sfrustrowany i podminowany, opadł na oparcie swojego skórzanego czarnego fotela, wplatając 

dłonie  w  swoje  niedawno  schludnie  przycięte  brązowe  włosy.  Kółka  pod  wpływem  jego  ciężaru 
odjechały kawałek, ale Matt nawet tego nie zauważył. Jego wyobraźnie już tworzyła w jego głowie 
dziesiątki scenariuszy czekającego go spotkania. 

Tutaj, zamknięty za drzwiami eleganckiego, schludnego gabinetu czuł się pewnie. Tam jednak 

czekał  na  niego  jego  spostrzegawczy,  przenikliwy  przyjaciel,  wścibski  brat  i…  Donatello 
doprowadzający go do szewskiej pasji.  

Sam nie był pewien jak udawało mu się przez dwa tygodnie spławiać ich przez telefon, ale już 

dłużej  tak  nie  mógł.  Pracowali  razem  i  prędzej  czy  później  będą  współpracować  nad  różnymi 
projektami wspólnie, będzie więc musiał to jakoś przeżyć. Z Kylem poradzi sobie… jakoś… 

Nie był tylko pewien czy poradzi sobie z Donatellem Garettem. 

Szybkim kliknięciem w kilka klawiszy zapisał i zabezpieczył projekt swojej grafiki i wstał od 

zawalonego biurka. Powinien to wszystko powkładać do wielkiego regału stojącego pod białą ścianą, 
ale doszedł do wniosku, że to da mu jeszcze jeden pretekst, aby skrócić lunch.  

Na  swoją,  w  dalszym  ciągu  perfekcyjnie  białą  koszulę,  wrzucił  ciemnoszarą  marynarkę 

i poprawił  srebrzysty,  modny  krawat.  Nadal  jeszcze  nie  przyzwyczaił  się  do  swojego  zawodowego, 
poważnego  wyglądu.  Czasem,  tak  jak  teraz,  czuł  się  jak  mały  chłopiec  przebrany  za  dorosłego 
mężczyznę. 

Obrzucił gabinet ostatnim spojrzeniem, zadowolony, że wszystko wydawało się być na swoim 

miejscu.  Tylko  ogromne  okno  sprawiało,  że  biało–granatowe  pomieszczenie  nie  przytłaczało  go. 
Inaczej  w  tym  dwa  na  dwa  metry  pokoiku  walczyłby  z  klaustrofobią.  Zamykając  za  sobą  drzwi 
praktycznie wzdrygnął się widząc swoje nazwisko na wytłaczanej czarnej tabliczce. 

GRAFIK MULTIMEDIALNY

 

Mathew Tomson

 

 

***

 

 

Dom  był  piękny.  Już  przechodząc  przez  dość  ruchliwą  ulicę  Matt  widział  furtkę  i  szeroką 

bramę na podjazd. Wysoki płot otaczał całą posesję, a dość wysokie drzewa przysłaniały duże okna 

background image

z przodu. Bladożółta elewacja  komponowała się z wiecznie zielonymi krzewami posadzonymi przed 
domem  w  równych  rządkach.  Żwirowa  ścieżka  przyjemnie  zgrzytała  pod  jego  stopami,  kiedy 
z każdym  krokiem  zbliżał  się  coraz  bardziej  do  domu.  Brązowe  drzwi  otwarły  się  zanim  jeszcze 
zdołał wejść na schodki wąskiego ganku. 

– O! – zawołał uradowany widokiem brata Bryan. – Myślałem, że to dostawca jedzenia! 

Matt uśmiechnął się lekko. 

– Tacy głodni jesteście, że czekasz pod drzwiami? – zapytał trochę złośliwie. Mógł się założyć, 

że czekał na niego, nie do końca wierząc, że przyjdzie.  

Lekkie  ukłucie  żalu  w  piersi,  sprawiło,  że  po  raz  setny  przeklął  własną  głupotę.  Jeden 

pocałunek nie powinien rozdzielić go z najbliższymi.  

Wszedł  pewnie  na  niewielki  korytarz,  z  którego  rozchodziły  się  dwie  pary  drzwi  na  boki. 

Wąska  drewniana  klatka  schodowa  wiodła  na  piętro,  a  kilka  metrów  dalej  na  wprost  widać  było 
przejście do kuchni. 

Bryan z radością zatarł dłonie. 

– Chodź, chodź. Może jak się rozejrzysz to w końcu ruszysz tyłek i się wprowadzisz! – zawołał 

zanim jeszcze zdołali dojść do końca korytarza.  

Kyle,  który  w  tym  momencie  wyszedł  z  kuchni  przewrócił  oczami,  obejmując  swojego 

ukochanego i przyciągając go lekko do swojego boku, cmoknął w uśmiechnięte usta. 

– Ty chcesz go namówić czy przerazić?  – zapytał żartobliwie, klepiąc lekko jędrny pośladek 

swojego  mężczyzny.  –  Wreszcie  dotarłeś!  –  podał  Mattowi  dłoń  na  powitanie  i  wprowadził  go  do 
jasnej, przestronnej kuchni. 

 

Białe  meble  nie  były  najnowsze,  ale  czyste  i  funkcjonalne.  Kilka  kubków  stało  na  suszarce, 

a na stojącym po środku pomieszczenia sporym stole walały się gazety. Sześć identycznych krzesełek 
stało wokół mebla. Szaro–grafitowe kafelki na podłodze atrakcyjnie współgrały z intensywnie, niemal 
raziście zielonymi ścianami. Szereg małych okien nad blatem ze zlewem wychodziły najwyraźniej na 
dość duży ogród.  

Matt  musiał  przyznać,  że  był  w  stanie  wyobrazić  sobie  picie  porannej  kawy  przy  tym  stole,  

codziennie rano przed wyjściem do pracy, w towarzystwie swoich przyjaciół.  

Dzwonek  do  drzwi  przerwał  mu  kontemplacje  i  szybkie  kroki  na  schodach  niemal  go 

zaskoczyły.  

– Ja odbiorę! – wydarł się Red już otwierając drzwi z impetem. 

Matt  miał  nadzieję,  że  był  przygotowany  psychicznie  na  to  spotkanie.  Wmówił  sobie,  że 

zwyczajnie przywita się i zachowa jakby nic nigdy się nie stało. Był całkowicie przekonany, że jest w 
stanie  to  zrobić,  bo  nic  takiego  się  nie  stało  i  nie  zamierzał  wracać  do  tego  nawet  w  myślach. 
Wychodziło jednak na to, że mylił się totalnie.  

Praktycznie  bez  słowa  dał  się  posadzić  rozentuzjazmowanemu  Bryanowi  przy  stole  i  tylko 

mógł patrzeć na otaczających go mężczyzn. Kyle w drogich modnych jeansach i niebieskiej koszuli 

background image

wyglądał jednocześnie na luzie i elegancko. W firmie swojego ojca mógł sobie pozwolić na luz, na 
który Matt nie miał śmiałości.  

Bryan  wolny  od  wszelkich  obowiązków  i  korzystający  z  wakacji,  nosił  sportowe  spodenki, 

adidasy i podkoszulek z nadrukiem rockowego zespołu. Pomijając nieuczesane blond włosy, wyglądał 
tak jak zawsze. 

 

Za to Donatello dźwigający rozsiewające przyjemne zapachy pudełka wyglądał wspaniale. Nie 

miał na sobie marynarki, która najwyraźniej wisiała powieszona na oparciu jednego z krzesełek, ale 
granatowa koszula w cieniutkie białe paseczki idealnie podkreślała jego smukłą sylwetkę sportowca. 
Czarne garniturowe spodnie podkreślały długość jego nóg. Ciemno rude włosy miał lekko wzburzone 
i  miękko  wiły  się  wokół  jego  szczupłej  twarzy.  Praktycznie  nie  można  było  rozpoznać  w  nim 
wyluzowanego  żartownisia  i  imprezowicza.  Matt  zawstydzony  oderwał  od  niego  oczy,  kiedy 
mężczyzna uśmiechnął się do niego serdecznie.  

Milion pytań wykwitło w jego umyśle w ułamku sekundy i równie szybko je zdusił. 

 

Będzie grzeczny, miły, serdeczny i… obojętny. 

– Pomóc wam? – zapytał lekko ochryple, odkaszlując zdziwiony nagłą suchością w gardle.  

Kyle  krzątający  się  wraz  z  Bryanem  po  kuchni  i  wchodzący  mu  bardziej  w  drogę  niż 

pomagający,  roześmiał się kręcąc głową.  

– Wybacz bracie, ale na razie możesz co najwyżej liczyć na szklankę, widelec i serwetkę w tym 

domu  –  odparł  ze  śmiechem  Bryan,  przyjmując  od  Reda  część  pudełek.  –  Nie  udało  mi  się  jeszcze 
zmusić  żadnego  z  panów  do  zakupów  i  coraz  poważniej  rozpatruję  poproszenie,  którejś  z  naszych 
mam o pomoc, bo tak na dobrą sprawę nie ma na czym w tym domu jeść.  

Matt  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  Mógł  się  tego  spodziewać,  że  ten  dom  bez  kobiecego 

nadzoru długo nie postoi. Właściwie był w szoku, że jego matka jeszcze nie wparowała tutaj z chęcią 
pomocy. 

 

Jak dobrze naoliwiona maszyna mężczyźni zakrzątnęli się i pięć minut później wszyscy siedli 

do jedzenia. Don najwyraźniej miał zamiar zachowywać się jak na kulturalnego człowieka przystało, 
bo usiadł jak najdalej od Matta się dało. Jeśli Kyle lub Bryan wyczuł napięcie przy stole, to nie dali po 
sobie tego poznać.  

Szybko  jęki  i  pełne  zachwytu  westchnienia  wypełniły  ciszę  w  kuchni.  Każdy  zabrał  się  za 

jedzenie  jakby  głodowali  od  tygodni.  Jego  przyjaciel  od  czasu  do  czasu  podkradał  nawet  co 
pyszniejsze kawałki kurczaka na słodko–kwaśno z pudełka Bryana. Góra sajgonek również znikała w 
mgnieniu  oka.  Matt  nawet  nie  zdawał  sobie  sprawy  jaki  głodny  był.  Apetyt  nie  dopisywał  mu 
ostatnio, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Wolał złożyć to na karb stresu przed podjęciem 
swojej pierwszej pracy.

 

Teraz  więc  mruknął  z  rozkoszą  pochłaniając  swój  smażony  ryż  z  krewetkami.  Po  prostu 

rozpływał  mu  się  w  ustach.  Aromatyczny,  pikantny  i  gorący.  Dokładnie  tak  jak  lubił.  Całkowicie 
oddał się przyjemności jedzenia w towarzystwie swoich bliskich. 

Tylko  przypadek  sprawił,  że  kontem  oka  dostrzegł  jak  Donatello  w  pewnym  momencie 

znieruchomiał.  Zanim  zdołał się  powstrzymać  zerknął  w  kierunku  mężczyzny.  Rudzielec  zatrzymał 

background image

się z pałeczkami w pół drogi nad pudełkiem. Rozpromienionym wzrokiem wpatrywał mu się w usta 
i Matt  odczuł  to  intensywne  spojrzenie  na  własnych  wargach  jak  intymny  dotyk.  Siłą  woli  stłumił 
potrzebę, aby się oblizać. Udało mu się to tylko dlatego, że język przyschnął mu do podniebienia na 
samo wspomnienie przyjemności, jaką sprawił mu ostatnim razem bliski kontakt z wpatrującym się 
w niego mężczyzną. 

 

Po drugiej próbie, odchrząknął wreszcie mając nadzieję, że wyrwie siebie i zapatrzonego Dona 

z transu. Wszystkie małe włoski stały na całym jego ciele jak naelektryzowane, a jedzenie w żołądku 
zwiększyło objętość dwukrotnie. Nie wierzył, aby był w stanie przełknąć choćby jeszcze  jeden kęs. 
Z niepokojem  spojrzał  też  na  swojego  przyjaciela  i  brata,  zastanawiając  się  z  niemałą  paniką 
czy cokolwiek zauważyli. 

 

Mężczyźni jednak nadal pakowali jedzenie do ust. Nie wiele już zostało ich przerwy na lunch, 

więc  się  właściwie  nie  dziwił,  że  Kyle  chce  się  najeść  przed  powrotem  do  pracy.  Matt  zdusił 
westchnienie ulgi. Stanowczo i z udanym zapałem wrócił do swojego jedzenia ostentacyjnie ignorując 
Dona. 

 

Bryan z jękiem odepchnął od siebie prawie puste pudełko i odchylił się na oparcie krzesełka, 

poklepując się po brzuchu.  

– Nie dam rady zjeść ani odrobiny więcej – powiedział bekając cicho. Kyle i Don roześmiali 

się, a Matt miał ochotę trzepnąć go w potylice. 

– Nic się nie martw skarbie – powiedział Kyle przysuwając sobie jego pudełko. – Nic się nie 

zmarnuje. 

 

– Wiesz, że teraz prowadząc siedzący tryb życia musisz uważać na to, żeby nie upaść się jak 

prosiak? – Matt zdecydował się na przerwanie ciszy, głupim gadaniem, bo zaczynała doprowadzać go 
do  szaleństwa.  Krytycznym  spojrzeniem  zmierzył  perfekcyjną  sylwetkę  swojego  przyjaciela, 
wymownie unosząc brew. Kyle wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

–  Spokojnie.  Twój  brat  już  się  postara  o  wystarczającą  ilość  ćwiczeń  dla  mnie  –  mruknął 

wymownie  poruszając  brwiami.  –  Właściwie  muszę  być  dokarmiany,  aby  nadążyć  za  jego 
niewyżytym libido.  

–  Taak,  to  fakt.  –  Wtrącił  Red  złośliwie,  ściągając  na  siebie  spojrzenie  Matta.  Całkiem 

nieumyślnie…  –  Wiem  coś  o  tym…  –  powiedział  znów  wpatrując  się  w  niego  wymownie.  – 
Właściwie ja i połowa sąsiedztwa. Ciesz się, że mój pokój leży między twoim i ich… 

Matt poczuł jak gorący, intensywny rumieniec zalewa jego twarz po korzonki włosów. Obrazy 

nagle wypełniające jego umysł były poplątane, na wpół przerażająca, a na wpół podniecające. 

Trójka  mężczyzn  roześmiała  się  widząc  jego  zgorszoną  minę.  Bryan  zaczął  się  niespokojnie 

kręcić, bawiąc się swoimi pałeczkami.  

–  Matt,  mam  nadzieję,  że  nie  zmieniłeś  zdania…  –  zaczął  cicho,  a  wielka  dłoń  Kyla 

powędrowała  automatycznie  do  jego  karku  w  uspokajającym  geście.  Przełykając  widocznie  ślinę, 
Bryan  spojrzał  na  Dona,  Kyla  i  w  końcu  na  niego.  –  Red  powiedział,  że  się  dogadaliście  i 
wprowadzisz  się  do  nas…  ale  to  było  już  dwa  tygodnie  temu…  –  przypomniał  mu  z  wyrzutem, 
patrząc na niego niemal błagalnie. 

background image

Tym  razem  to  Matt  musiał  przełknąć  ślinę  nerwowo.  Z  gulą  rosnącą  w  gardle  wymusił 

uśmiech.  

–  Nie,  nie  zmieniłem  zdania.  Nie  wiedziałem  tylko,  że  mam  wyznaczony  jakiś  termin 

ostateczny…  –  zażartował  sucho.  Kyle  rzucił  mu  ironiczne  spojrzenie,  ale  powstrzymał  się  na 
szczęście  od  komentarzy.  –  Pakowałem  się,  szykowałem  do  podjęcia  pracy.  Musiałem  sprawdzić 
kilka rzeczy… normalka. Nie śpieszyło mi się po prostu – stwierdził tak przekonująco, że praktycznie 
sam sobie uwierzył.  

Kyle i Don parsknęli pod nosem, ale Bryan, dobra dusza, połknął przynętę, haczyk i spławik za 

pierwszym podejściem.  

– Aaa… no to super! Możesz wprowadzić się w weekend! – zawołał zacierając ręce z radością. 

– Pokój już jest przygotowany. Gdybyś wpadł wieczorem to oprowadziłbym cię po całym domu! 

Matt poczuł jak blednie. 

–  W  weekend?  –  pisnął  bardzo  niemęsko.  –  Randkę  mam!  –  palnął  pierwszą  rzecz,  która 

przyszła mu na myśl.  

Donatello  zerwał  się  od  stołu  z  głośnym  zgrzytem  odsuwając  krzesełko.  Bez  spojrzenia  za 

siebie czy słowa pożegnania, cisnął swoje pudełko do kosza na śmieci pod zlewem i wyszedł.  

Matt  uznał,  że  jeśli  do  tej  pory  nie  miał  randki,  to  teraz  się  o  nią  postara.  Miny  Kyla  i 

zaskoczenia Bryana nawet nie chciał interpretować.  

 

 

***

 

 

Dźwigając  kolejny  karton  z  rzeczami  na  piętro  do  swojego  nowego  pokoju,  Matt  nadal 

intensywnie się zastanawiał nad tym, co poszło z jego randką poprzedniego wieczoru nie tak. 

Rachel była piękna i inteligenta. Z przyjemnością spędzili wieczór na tańcach i parę drinków 

naprawdę pomogło zacieśnić ich relacje. Śliczne, apetycznie zaokrąglone ciało wiło się w tańcu pod 
jej  cieniutką  czarną  sukienką,  budząc  najdalsze  zakamarki  wyobraźni  Matta.  Tańczyła  jak  nimfa. 
Nuciła jak anioł. Śmiała się perliście i inteligentnie odpowiadała na pytania. Kilka tańców, po których 
znał  właściwie  wszystkie  tajemnice  jej  ciała  i  zastanawiał  się,  czy  nie  zaciągnąć  jej  do  jakiegoś 
ciemnego  kąta.  Uznał  jednak,  że  taka  fantastyczna  dziewczyna  zasługuje  na  coś  więcej  niż  szybki 
numerek.  Kilka  kolejnych  drinków  postanowili  więc  wypić  u  niej.  Mieszkała  sama  już  od  roku 
i umiała o siebie zadbać. Matt zachowywał się jak skończony dżentelmen. Nawet kiedy ich namiętne 
pocałunki  zaczynały  nabierać  temperatury,  nie  mógł  się  zmusić,  aby  posunąć  się  dalej.  Rach  była 
rozluźniona, chętna i pod wielkim wrażeniem jego szarmanckiego zachowania. W minutę  miałby ją 
rozebraną i gorącą… a jednak nic z tego nie wyszło… 

Był napalony. Był podniecony… i jego umysł wypełniało wspomnienie gorących, szerokich ust 

pewnego rudzielca. Matt był wściekły, kiedy uświadomił sobie, że w myślach porównuje miękkość 

background image

piersi Rach i twardość mięśni klatki piersiowej Dona. Był zawiedziony, że kobieta była o kilkanaście 
centymetrów niższa i jej ramiona nie wystarczająco mocno go oplatały… 

Uciekł,  jak  spłoszony  szczeniak  ze  swojej  pierwszej  randki.  Nie  miał  pojęcia  co  się  z  nim 

działo, ale był przeświadczony, że to wszystko była wina Donatella.  

Po bezsennej nocy uznał w końcu, że potrzebuje po prostu trochę więcej czasu, aby zapomnieć 

ten jeden absolutnie błędny pocałunek. Potem wróci do reszty swojego przewidywalnego, normalnego 
życia. 

Ze zmęczenia jęknął, odstawiając na zagraconej już podłodze w swoim pokoju karton. Rąbkiem 

czarnej  koszulki  otarł  spoconą  twarz.  Było  upalnie  i  miał  ochotę  się  rozebrać,  stchórzył  jednak  na 
widok  nagiej  piersi  pomagającego  mu  w  przeprowadzce  Reda.  Jak  to  się  stało,  że  tylko  oni  dwaj 
zostali w domu, nie miał pojęcia. Kiedy mężczyzna wszedł do jego pokoju z kolejną torbą i kartonem 
pod pachą, szybko odwrócił się do niego plecami, udając że przygląda się wnętrzu. 

Szczerze  mówiąc nie było na co patrzeć. Wielkie łóżko stało na środku pokoju, jedyne okno 

znajdowało  się  za  wezgłowiem.  Ściany  o  bezosobowym  beżowym  kolorze  komponowały  się 
z brązowym  dywanem  i  białymi  wbudowanymi  półkami  na  książki  po  lewej  stronie.  Na  prawo 
znajdowały  się  drzwi  do  łazienki,  którą  najwyraźniej  miał  dzielić  z  Donem  i  zasuwana  szafa  na 
ubrania.  Wystrój  całego  pokoju  ograniczał  się  do  granatowych  żaluzji  i  białych  zasłon  u  dołu 
przyozdobionych  kilkoma  pasami  granatu  o  różnych  grubościach.  No  i  teraz  oczywiście  wszędzie 
walały się jego rzeczy. Na niepościelonym łóżku spoczywały jego ubrania ‘robocze’ zabezpieczone 
pokrowcami.  Na  niewielkim  stoliku  nocnym  leżał  jego  telefon  i  laptop.  Reszta  była  porozstawiana 
gdzie popadnie.

 

– Gdzie to chcesz? – Don zapytał wskazując na rzeczy pod pachą.  

Na boku pudła widniał napis „ostrożnie”. Matt od razu poznał pismo matki i skrzywił się lekko. 

Był bardzo ciekaw co tam zapakowała. Nie chcąc się przyglądać półnagiemu, spoconemu mężczyźnie 
stojącemu  z  szerokim,  zadowolonym  uśmiechem  na  twarzy,  wzruszył  ramionami  obojętnie 
i odwracając się wskazał na łóżko.

 

– Połóż to gdzieś tam. 

–  To  już  wszystko  –  oświadczył  mężczyzna  odkładając  swój  ładunek  i  znów  stając  w  polu 

widzenia Matta. 

 

Cholera to nieprawda, że rudzi się nie opalają! 

Smukłe  mięśnie  prężyły  się  pod  złocistą  skórą,  wprawiając  w  taniec  maleńkie  piegi,  kiedy 

Donatello się poruszał. Matt wziął głęboki uspokajający oddech. 

– Mówiłeś, że kiedy Kyle z Bryanem wracają? – zapytał. Don roześmiał się. 

–  To,  że  zapytasz  piąty  raz  nie  zmieni  faktu,  że  będą  w  domu  dopiero  za  kilka  godzin  – 

stwierdził kpiąco, zaplatając ramiona na piersi i tylko przyciągając spojrzenie Matta. – Tłumaczyłem 
ci.  W  pierwszą  niedzielę  miesiąca  idą  na  obiad  do  rodziców  Kyla.  W  drugą  do  twoich  rodziców. 
Trzecią spędzamy razem, a ostatnią jak kto chce.  

background image

– Mogli sobie darować i pomóc mi w rozpakowywaniu – oburzył się Matt. Perspektywa kilku 

godzin spędzonych z Donem sam na sam, przerażała go i nawet już nie miał siły udawać przed sobą, 
że tak nie jest. – Przecież sami mnie poganiali. 

Don znów wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu wyraźnie bawiąc się jego skrępowaniem.

 

–  Gdybyś  wprowadził  się  wczoraj  zamiast  iść  na  randkę…  –  powiedział  z  naciskiem.  –  To 

pomagalibyśmy ci we czterech. A tak to masz tylko mnie… 

Mathew już nie był pewien czy to jego wyobraźnia czy ton Dona sprawił, że ciche stwierdzenie 

zabrzmiało  dwuznacznie.  Wiedział  jednak,  że  coraz  trudniej  było  mu  oddychać  w  towarzystwie 
swojego pomocnika.

 

– W takim razie nie stój tylko zabieraj się za wieszanie ubrań, albo rozpakowywanie książek – 

zakomenderował chłodno, twardo patrząc w błyszczące jak szmaragdy oczy. Nie miał zamiaru dać się 
zmanipulować! Kiedy Don zrobił krok w jego stronę, on zrobił automatycznie krok wstecz potykając 
się o pudło. – Ja idę przynieść nam piwo – wyjąkał praktycznie uciekając.  

Upokarzający, bo przyjemny śmiech jego nowego przyjaciela spłynął mu w raz z dreszczem po 

plecach. 

 

 

 

***

 

 

Donatello stłumił uśmiech na widok wracającego ze zdeterminowaną miną Matta. Facet musiał 

w  kuchni  ochłonąć,  bo  mierzył  go  teraz  spokojnym,  opanowanym  spojrzeniem,  podając  mu 
oszronioną butelkę jego ulubionego belgijskiego piwa.  

– Za twoją przeprowadzkę! – Zaproponował spontanicznie toast, wyciągając butelkę w stronę 

stojącego obok niego mężczyzny.  

Matt przyjrzał mu się podejrzliwie, ale stuknął lekko szkłem o szkło. 

–  Dzięki  –  odmruknął,  jakby  szukając  co  jeszcze  dodać,  jednak  nic  nie  przychodziło  mu  do 

głowy.  W  końcu  odchylił  głowę  do  tyłu  i  pociągnął  długi  łyk  chłodnego  piwa.  Skroplony  szron 
z butelki  przepłynął  między  jego  długimi  palcami  i  jedna  samotna  kropelka  spłynęła  w  dół  po  jego 
wyraźnie zarysowanym podbródku i długiej szyi. 

Donatello  tylko  jakimś  nieludzkim  wysiłkiem  powstrzymał  się  przed  wylizaniem  drogi  jaką 

sobie  znalazła  na  lekko  zarośniętej  piersi.  Sam  musiał  wziąć  kilka  orzeźwiających  łyków,  aby 
uspokoić swój gwałtownie przyśpieszający puls.  

Gdyby  Matt  wiedział,  podejrzewał  choćby  jakie  pomysły  i  jakie  pragnienia  wykiełkowały 

w głowie Dona, to wiałby gdzie pieprz rośnie. Sama świadomość, że byli razem sprawiała, że przez 
cały  czas  chodził  w  pół  wzwodzie.  Teraz  też  niezbyt  dyskretnie  poprawił  swój  niereformowalny 
organ  w  luźnych  spodenkach.  Matt spuścił  wzrok  śledząc  ruch jego  ręki,  równie  szybko  jednak  go 
poderwał i odwracając się na pięcie wpadł na stojący za nim karton. 

background image

Działając na czystym instynkcie Don oplótł wąski pas Matta wolnym ramieniem i przyciągnął 

klnącego mężczyznę do piersi. Był wielki, był muskularny, a i tak pasował w jego ramionach idealnie. 
Matt  spiął  się  łapiąc  równowagę.  Donatello  praktycznie  mógł  wyczuć  jak  bicie  jego  szaleńczo 
walącego serce odbija się w jego brzuchu.  Skorzystał z okazji i przybliżając usta do ucha swojego 
ukochanego szepnął. 

–  Spokojnie…  jeśli  się  połamiesz,  będę  musiał  sam  rozpakować  wszystkie  twoje  rzeczy.  – 

Delikatnie musnął ustami jego zgrabne ucho. – A wtedy chciałbym nagrodę…

 

Matt jak oparzony odskoczył od niego praktycznie przeskakując karton, o który się wcześniej 

potknął.  

–  Nic  się  nie  martw.  Nic  mi  nie  grozi  –  rzucił  cierpko,  patrząc  na  niego  jak  na  wroga 

publicznego  numer  jeden.  Don  roześmiał  się.  Szybko  opadająca  klatka  piersiowa  Matta  i  gorące 
rumieńce widoczne nawet pod jego opalenizną mówiły całkiem inną historię niż jego ponętne usta.  

–  Jak  uważasz  –  wzruszył  ramieniem.  Nie  chcąc  drażnić  bardziej  poddenerwowanego 

przyjaciela,  schylił  się  i  podniósł  sprawcę  całego  zamieszania.  –  Widzisz,  na  znak  dobrej  woli 
rozpakuję tego zawalidrogę.  

Matt parsknął pod nosem coś niecenzuralnego i zabrał się za chowanie swoich ubrań. Nie miał 

ich wcale tak wiele jak mu się wydawało, kiedy je w pośpiechu pakował poprzedniego dnia z rana. 
Przecież  powiedział  Bryanowi,  że  już  się  spakował.  Nie  chciał,  aby  się  wydało  jego  niewinne 
kłamstewko.  Skończył  szybko  i  niechętnie  musiał  przejść  na  drugą  stronę  pokoju,  aby  pomóc 
rozpakowującemu jego książki, płyty i inne klamoty Donowi. Nie uśmiechało mu się to, ale nie miał 
wyboru.

 

Don  jak  zwykle  nie  mógł  powstrzymać  cisnącego  się  na  jego  usta  uśmiechu  ilekroć  Matt 

znajdował się od niego na wyciągnięcie ręki. Ten facet po prostu wyzwalał w nim wszystkie najlepsze 
instynkty. Chciał się o niego troszczyć, budzić przy jego boku i sprawiać mu przyjemność. 

Miał  też  zamiar  przekonać  tego  uparciucha,  że  to  naprawdę  był  dobry  pomysł.  Jak  w  tańcu 

zaczęli poruszać się przy wielkiej do sufitu półce. Matt starał trzymać się jak najdalej od niego, a Don 
starał się wykorzystać każdą sposobność, żeby się o niego otrzeć czy dotknąć.  

Wściekle pulsująca żyłka na jego pokrytym niewielkim zarostem podbródku świadczyła o tym, 

że jeszcze trochę i jego mężczyzna wybuchnie. Red bardzo przyjemnie wspominał poprzedni wybuch. 
To z zimnym, opanowanym Mattem miał problem. 

Nie  spodziewał  się  jednak  tego,  że  zirytowany  brunet  podejdzie  do  niego  niespodziewanie 

i pchnie go z całych sił.

 

– Don, wiem co robisz! – krzyknął Matt zaskakując go jeszcze bardziej. Jak bóg zemsty stanął 

przed nim i dłońmi opartymi na biodrach wbił w niego spojrzenie brązowych oczu tak ostre, że śmiało 
mogło rywalizować z samurajską kataną. – Przestań! Nie rozumiesz, że ja tego nie chcę?! 

Don wyprostował się, pokonując swoje pierwsze zaskoczenia. 

– To nie prawda! Chcesz i dlatego jesteś taki wściekły – stwierdził spokojnie, choć nie czuł go 

ani trochę. Czuł za to, że to była bardzo ważna, może i decydująca rozmowa. 

background image

–  Nic  nie  rozumiesz!  Ja  nie  chcę  CHCIEĆ!  –  wydarł  się.  Donatello  zdębiał  parząc  na  niego 

z niedowierzaniem.  Matt jednym  ruchem  zdarł  z  siebie  ciasną  koszulkę  i  wytarł nią  zaczerwienioną 
twarz. Nie pozwolił pozbierać myśli swojemu przyjacielowi. – Nie rozumiesz, że jeśli pójdę z tobą do 
łóżka, to zrobię to z wyrachowania? Z czystej ciekawości? Kiedy pojmiesz, że ja chcę normalnego 
domu i rodziny. To między nami skończy się tylko źle! 

Garett po raz pierwszy w życiu czuł jak złość i rozpacz dławią go jednocześnie. Sam pchnął 

w szeroką pierś postawnego mężczyzny obiema rękami, aż ten potknął  się robiąc krok do tyłu.

 

–  Czemu  do  jasnej  cholery  myślisz,  że  ja  nadaję  się  tylko  do  seksu?  –  zapytał  z  goryczą, 

praktycznie  stając  nos  w  nos  z  Mattem.  –  Dlaczego  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  możesz  kiedyś 
założyć  rodzinę  z  kimś  takim  jak  ja!  –  wskazał  na  siebie  kciukiem.  –  W  czym  do  cholery  jestem 
gorszy? – dodał ze zgorzknieniem.

 

Matt zbladł, w jego oczach odbiło się całe mnóstwo emocji. Jego usta otwierały się i zamykały 

zanim udało mu się sformułować jakieś zdanie. W końcu ogarnął się patrząc na Dona jakby widział 
go po raz pierwszy w życiu. 

–  Nigdy  nie  myślałem,  że  jest  realne  założenie  prawdziwej  rodziny  między  dwoma 

mężczyznami – przyznał, krzywiąc się na własne słowa.  

Don pokręcił głową ze smutkiem. 

– No właśnie… nie myślałeś… – szepnął głosem przepełnionym bólem. Odwrócił się na pięcie 

chcąc jak najszybciej odejść, zanim zrobi lub powie coś jeszcze bardziej upokarzającego.  

Tym  razem to Matt jednak zatrzymał go, mocno chwytając za przedramię i siłą przytrzymując 

w  miejscu.  Wszystkie  mięśnie  napięły  się  w  ich  spoconych  ciałach.  Przez  pełną  napięcia  chwilę 
patrzyli  na  siebie  jakby  rozważając  między  bójką,  a  namiętnym  seksem.  W  końcu  Matt  opuścił 
powieki przysłaniając swoje pociemniałe, może z emocji, może z pragnienia oczy. 

–  Myślałem  i  to  bardzie  wiele  –  powiedział  twardo.  –  Nic  innego  nie  robiłem  jak  tylko 

myślałem od momentu, kiedy cię spotkałem. I dlatego wiem, że między nami się to nie uda. Owszem 
poszedłbym  z  tobą  do  łóżka.  Nie  będę  dłużej  oszukiwał,  że  nie.  Zrobiłbym  to  jednak  ze  złych 
pobudek.  Chciałbym  sprawdzić,  jak  to  jest  mieć  pod  sobą  dorównującego  mi  siłą  mężczyznę. 
Chciałbym  przekonać  się  czy  obrazy,  które  podsuwa  mi  wyobraźnia  są  realne  i  jak  to  jest 
posmakować ciebie… – Wymieniał żarliwie, lustrując z pożądaniem półnagą sylwetkę Donatella.  – 
Nie mógłbym ci jednak obiecać… że po wszystkim nie odszedłbym ze słowami „sorry, to jednak nie 
dla mnie”… 

Don  sapnął  zszokowany.  Wszystkiego  się  spodziewał,  ale  nie  tego.  Matt  był  twardym 

bezkompromisowym człowiekiem. Rozszyfrowanie go wydawało się po prostu nierealne. 

 

– Tego nie wiesz! – zaprotestował myśląc intensywnie. Nie wiedział już sam, czy jest gotów 

narazić  swoje  serce  na  kolejny  cios.  Z  drugiej  strony,  czy  wybaczy  sobie,  że  nigdy  nie  dali  sobie 
szansy?

 

– Wiem za to, że wiele wysiłku kosztowałoby mnie podjęcie decyzji o tak poważnym związku 

jak  Kyla  i  Bryana.  Nie  wiem  czy  byłbym  w  stanie  zadeklarować  się  na  stałe.  –  Oświadczył  Matt 
stanowczo. Nie chciał żadnych niedomówień ani domysłów. Wytrzymał badawcze spojrzenie jakim 

background image

obdarzył  go  Don.  Mężczyzna  oszacował  go,  ocenił  i  przekalkulował  ryzyko  i  korzyści.  W  końcu 
chwytając Matta za ramiona zaczął pchać go w stronę łóżka. 

– Masz rację! – stwierdził zimno. – Wypieprzmy tę niezdrową fascynację z siebie wraz z potem 

i spermą, i każdy będzie układał sobie życie według pragnień i potrzeb. 

Matt padł na łóżko bez protestu 

– A co jak to nie pomoże? – zapytał obserwując idącego do ich wspólnej łazienki Reda.  

– Będziemy próbowali aż pomoże – odparł znikając w drugim pomieszczeniu na moment. 

 

 

4

 

 

 

Donatello nie mógł uwierzyć, że zamierzał to zrobić. Kierowany goryczą i złością.  

Brak  protestu  Matta  przeważył  jednak  szalę  w  jego  zranionym  sercu.  Bezmyślnie,  unikając 

patrzenia na siebie w lustrze, chwycił z szuflady pudełko prezerwatyw i nową tubkę żelu. Biorąc pod 
uwagę  fakt  jak  często  masturbował  się  myśląc  o  leżącym  i  czekającym  na  niego  mężczyźnie,  ta 
w jego nocnej szafce była już prawie pusta. 

 

Wrócił  i  dech  zaparło  mu  w  piersi.  Matt  wyciągnięty  z  rękami  pod  głową  wpatrywał  się 

w każdy  jego  krok.  Jego  naga  pierś  lśniła  lekko,  a  brązowe  włosy  na  jego  brzuchu  i  piersi  lekko 
zmatowiały  zmieniając  się  w  drobne  kędziorki.  Miał  ochotę  zlizać  z  niego  każdą  kropelkę  słonego 
potu. 

 

Z krzywym uśmiechem rzucił na umięśniony, płaski brzuch swego przyszłego kochanka swoje 

znaleziska. Mężczyzna wzdrygnął się w pierwszym momencie, ale po chwili wziął tubkę z żelem do 
ręki i obrzucił ją pobieżnym spojrzeniem, unosząc pytająco brew.  

– Och, możesz mieć pewność skarbie, że całkiem szybko się przekonasz o jego zastosowaniu – 

powiedział  Don  ściągając  buty  i  spodenki.  Sam  widok  jego  ukochanego  rozciągniętego  na  łóżku 
sprawił, że jego członek już był w pół drogi do radosnego zasalutowania w sufit. Matt odrzucił tubkę 
i spojrzał  na  jego  nagie  ciało,  wolno  sunąc  od  dołu  do  góry  tymi  swoimi  pięknymi  oczami.  Don 
pozwolił dreszczowi spłynąć po jego ciele.  

Z  drapieżnym  uśmiechem  uwinął  się  ze  zdjęciem  adidasów  Matta,  a  za  nimi  poleciały  jego 

obcięte  na  wysokości  łydki  stare  jeansy.  Ciasne  czarne  bokserki  tylko  pobudziły  jego  wyobraźnię, 
pięknie podkreślając sporych rozmiarów wzgórek  między silnymi, obsypanymi drobnymi włoskami 
udami. 

 

Nie  mogąc  już  dłużej  wytrzymać  napięcia,  Don  wpełzł  na  gorące,  seksowne  ciało.  Z  ulgą 

wplótł dłonie w chłodne, jedwabiste pasma brązowych włosów Matta. W mgnieniu oka  przygniótł go 
całym swoim ciałem, przypił się do doprowadzających go już od tak dawna do szaleństwa ust. 

background image

Nie, nie było inaczej niż poprzednim razem. Jego nadzieja, że może się oszukiwał, albo jego 

nadpobudliwa wyobraźnia wyidealizowała ich pierwszy pocałunek, prysła jak mydlana bańka. Wojna 
języków rozpaliła jego krew i poczyniła spustoszenie w głowie. Ssał i lizał na przemian z pomrukami 
wymykającymi się z jego ust. Im głębiej zanurzał się w odurzające usta Matta tym bardziej pragnął. 
Silne  mocne  dłonie  sunące  po  jego  plecach,  barkach  i  szyi  tylko  jeszcze  bardziej  podniecały  go. 
Nawet nie zauważył, jak Matt przetoczył ich splecione w namiętnym uścisku ciała i oplótł jego nogi 
własnymi.  Lekko  szorstkie  włoski  zmieniły  jego  skórę  w  jeden  wrażliwy  nerw.  Ich  jęki  i  pomruki 
zlały się w jedną nieustającą prośbę o więcej. 

Dłonie błądziły w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najwrażliwszych miejsc. Tam gdzie nie 

mogły dotrzeć, wędrowały ich głodne usta. Biodra same prężyły się, aby wezbrane erekcje znalazły 
więcej rozkosznego tarcia. Mokre ślady znaczyły ich skórę w tajemnicze wzory.  

Matt nie czekał biernie na instrukcje. Jego zęby, jego usta znaczyły rozpalone szlaki na szyi, 

karku  i  szczęce  Dona.  Jedną  dłonią  uchwycił  szczupłe  biodro  swojego  partnera  i  praktycznie 
sprasował ich ciała. Tańcząc i wijąc się na łóżku jak w erotycznym transie.  

Don czuł jak jego serce próbuje wybić sobie drogę na zewnątrz przez jego pulsujący członek. 

Jeśli nie zwolnią będzie po zabawie znacznie szybciej niż by chciał.  

– Mam więcej doświadczenia, więc pozwolę ci dobrać się do mojego tyłka jako pierwszemu – 

wysapał odrywając na chwile usta Matta od siebie. Źrenice mężczyzny były tak rozszerzone, że jego 
lekko  nieprzytomne  oczy  wyglądały  jakby  były  czarne.  Donatello  uśmiechał  się  z  zadowoleniem 
i dumą.  –  Licz  się  jednak  z  tym,  że  potem  moja  kolej  –  oświadczył  kategorycznie,  całując  Matta 
prawie brutalnie. 

 

Mężczyzna nie był chyba w stanie odmówić sobie przyjemności pocałunku, bo tylko mruknął 

na znak zgody i wrócił do bezlitośnie przerwanego, przyjemnego zajęcia. Don wycałował sobie drogę 
do ciemnych napiętych sutków swojego kochanka i zaczął je lekko ssać. Ciało Matta wyprężyło się 
jak porażone prądem, a zachęcający pomruk tylko zmotywował go do działania.  

–  Dobrze?  –  zapytał  przygryzając  jeden  z  nabrzmiałych  supełków.  Matt  potaknął 

entuzjastycznie  wplatając  dłoń  w  włosy  Dona  i  kierując  jego  usta  do  drugiego,  zaniedbanego  jego 
zdaniem sutka. Mężczyzna był bardzo szczęśliwy mogąc spełnić jego żądanie.  

Jego  dłonie  również  nie  próżnowały.  Z  niecierpliwością  i  entuzjazmem  uchwycił  słusznych 

rozmiarów  członek  Matta i  zaczął  go  mierzyć  i  ważyć  w  dłoni.  Sunął  po  napiętej  atłasowej skórze 
i kciukiem  masował  przekrwiony  czubek.  Śliskie  krople  traktował  jak  nagrodę  i  zachętę. 
Z zachwytem zważył w dłoni masywne jądra ukryte w opiętej ściśle kędzierzawej mosznie wijącego 
się pod jego dotykiem ukochanego.  

– Donny! – jęknął rozkładając uda szerzej. – Zabijasz mnie!  

Błyskawicznym  ruchem  Donatello  zsunął  się  w  dół  łapiąc  w  rozpalone  usta  przekrwiony 

prawie bordowy penis Matta, odbierając mu dech i rozum. Zassał się lekko, delektując się smakiem 
ukochanego,  nie  zdołał  się  jednak  nacieszyć,  bo  jego  dłoń  natrafiła  na  to  czego  szukała.  Z  żalem 
wypuścił  zdobycz  z  ust,  składając  jeszcze  czuły  pocałunek  na  koniec.  Miał  założoną  na  niego 
prezerwatywę w rekordowym tempie, zanim Matt zdołał w jakikolwiek sposób zareagować. Chciałby 
móc sobie je odpuścić, ale statystyki AIDS i HIV jak neon świeciły w jego umyśle.  

Może jeśli kiedyś… może… 

background image

–  Donny!  –  Matt  zniecierpliwiony  i  napalony  podciągnął  go  do  góry,  porywając  w  kolejny 

oszałamiający  pocałunek.  Tylko  brak  tlenu  zdołał  ich  rozdzielić.  –  Słuchaj  seksi,  ty  mi  daj  teraz 
przyśpieszony kurs z seksu analnego, bo nie wytrzymam zbyt długo. Zawsze chciałem to zrobić, ale 
nie było chętnych… 

Był więcej niż entuzjastycznym nauczycielem. Wycisnął trochę żelu na palce Matta i skierował 

we właściwe miejsce. Przy pierwszym kontakcie z zimną substancją jego mięśnie napięły się, ale jego 
kochanek był bardzo pojętny. Delikatnie i stanowczo zaczął wmasowywać nawilżacz w jego odbyt. 
Przy każdym kolejnym muśnięciu dociskając trochę mocniej. Wśród pocałunków, szeptów i pieszczot 
Dan nawet nie był pewien, kiedy czubek palca Matta znalazł się w jego wnętrzu. Niedosyt i pożądanie 
popędzały go, ale ostrożność zwyciężyła. 

–  Dodaj  trochę  żelu  i  spróbuj  delikatnie  wsunąć  kolejny  palec  –  wysapał,  lekko  się  prężąc 

i instynktownie  poruszając  biodrami.  Matt,  mimo  iż  zafascynowany  torturowaniem  jego  sutków 
ustami, mruknął sygnalizując, że słucha.  – …poruszaj nimi, aż poczujesz, że bez problemu możesz 
dodać kolejny palec…ooo…och…tak… 

– Mmmm… dobrze seksi. – Jak ekspert wypieścił swoją drogę do wnętrza Dana, praktycznie 

drżącego niekontrolowanie i mamroczącego z rozkoszy. Kiedy już z nim skończył, trzy dość grube 
palce znalazły swoje miejsce. Przypadkowe potarcie jego prostaty sprawiło, że zobaczył gwiazdy. 

– Matt, kochanie! Już… już błagam cię… jestem gotów… 

Matt  nie  potrzebował  dodatkowej  zachęty.  Instynktownie  wpasował  swoje  szczupłe  biodra 

między uda Dona i uniósł jego kolana jak najwyżej. Wspaniały ciężar ciała, spoconego rozpalonego 
mężczyzny  na  nim,  wzmógł  i  tak  jego  wyśrubowane  podniecenie.  Kiedy  Matt  zdołał  pokryć 
prezerwatywę  dodatkową  ilością  żelu,  to  lekko  nieprzytomny  mężczyzna  nie  wiedział,  ale  był  mu 
wdzięczny. Dla niego to był już ponad rok od ostatniego razu. Zaufał jednak ukochanemu i poddał się 
jego osądowi całując każdy nagi skrawek skóry, który mógł dosięgnąć ustami i obejmując barczyste 
ramiona  kochanka.  Miał  kotwicę  której  mógł  się  trzymać  w  umykającej  mu  rzeczywistości.  Matt 
wolno, ale stanowczo wsunął się do jego wnętrza. 

–  Boże!  –  jęknął  Don,  lekko  spinając  się  w  obronnym  odruchu.  Pieczenie  i  przyjemność 

walczyły o lepsze miejsce w jego głowie. Znajome mu już uczucie rozpierania było tylko interludium 
przed ogłuszającą rozkoszą.  

– Wszystko ok? – Matt znieruchomiał na wpół przerażony. Gdyby teraz miał przerwać chyba 

by  się  zabił.  Nie  miał  zamiaru  jednak  skrzywdzić  swojego  kochanka.  Obsypał  zaczerwienione 
policzki lekkimi pocałunkami, czekając aż mężczyzna pod nim złapie oddech. 

– Daj mi moment – poprosił zduszonym głosem,  przyciągając jego głowę i kradnąc dla siebie 

pocałunek.  Kiedy  zakończyli  pieszczotę  języków,  a  ich  smaki  zmieszały  się  i  obaj  nie  byli  już 
oddzielnymi bytami,  ich ciała same złapały rytm i wolno poruszały się. Instynkt zawsze zwycięża. 
Pożądanie kieruje się własnymi prawami. 

Matt jedną ręką uniósł wyżej nogę Dona trzymając ją pod kolanem i pchnął chcąc się znaleźć 

jak  najgłębiej,  napawając  się  ciasnotą  i  gorączką  wijącego  się  pod  nim  mężczyzny.  Zmiana  kąta 
wyrwała  ochrypły  okrzyk  zachwytu  z  gardła  Donatello.  Wzdłuż  kręgosłupa  popłynął  mu  prąd, 
rezonując w jego pulsującej żądzą czaszce. Obaj z każdą sekundą pragnęli mocniej i szybciej. Matt 
w rozgorączkowanym  zapale  przyszczypnął  małe,  blade  sutki  Dana  wyrywając  mu  kolejny  jęk 

background image

z gardła. Nie zatrzymał się jednak, tylko badał dalej jego nadwrażliwe ciało, cały czas przyśpieszając 
pchnięcia  bioder  i  mamrocząc  z  zachwytu.  Pragnienie  wypełniło  im  mózgi  czerwoną  mgłą.  Każde 
kolejne pchnięcie było głębsze od poprzedniego i tylko jeszcze perfekcyjniej pieściło jego prostatę. 
Nawet na moment dłoń Matta się nie zawahała, chwytając śliski, twardy niczym stal członek swojego 
partnera, zaciskając na niej palce. Obaj jęknęli, bo Don z przyjemności naprężył całe ciało i zacisnął 
pośladki. 

– Jesteś jak wypełniona aksamitnym płomieniem pięść – wymamrotał w ucho Donatella. Coraz 

bardziej  i  szybciej  przybliżał  się  do  orgazmu,  i  chciał  go  zabrać  ze  sobą.  Zacisnął  więc  zęby  na 
delikatnym płatku, a dłoń na pulsującym penisie. Zgrał pieszczotę wewnątrz z dotykiem na zewnątrz, 
narzucając im prawie karne tępo.  

To było dla Dana jak ostatnie przeważające pchnięcie poza krawędź. Orgazm zmienił jego ciało 

w odsłonięty nerw ekstazy. Żar wypełnił jego brzuch i jądra, a w głowie wybuchła mu feeria barw. 
Puls  za  pulsem  wstążki  srebrzystego  nasienia  wymalowały  ich  napięte  brzuchy.  Konwulsyjna 
pieszczota  na  uwięzionym  w  jego  wnętrzu  członku,  pociągnęła  Matta  w  jego  własny  ekstatyczny 
klimaks. Z drżeniem i jękiem spletli swoja ciała w ciasny kokon wypełniony przyjemnością. Wśród 
pocałunków i z trudem łapanych oddechów nie było miejsca na rzeczywistość.  

Przynajmniej dopóki nie wrócili na ziemię. Ich stygnące ciała zaczęły się kleić od parującego 

potu  i  schnącej  spermy,  więc  oderwali  się  od  siebie  padając  na  chłodną  pościel  z  głośnym 
westchnieniem.  Matt  szybko  i  bez  ceregieli  pozbył  się  zawiązanej  prezerwatywy  wrzucając  ją  do 
małego kosza przy łóżku.  

– Twój tyłek nadal jest mój – wymamrotał Don z trudem łapiąc oddech. Matt jęknął, ale ani nie 

potwierdził, ani nie zaprzeczył słowom swojego kochanka. Zapytał w zamian na to: 

– Często to robiłeś? 

Don  zerknął  w  jego  kierunku,  próbując  wywnioskować  co  miał  na  myśli.  W  końcu 

z westchnieniem odpowiedział, nie widząc sensu w ukrywaniu swojej przeszłości. 

 

–  Poszalałem  będąc  nastolatkiem.  Kiedy  okazało  się,  że  większość  gejów  w  moim  wieku 

zachowuje się jak umierający z głodu przy stole jedz–ile–możesz–i– jeszcze–trochę–więcej– na–zapas 
– rzucił ironicznie, dodając na widok zdziwionej i lekko zafascynowanej miny swojego kochanka.  – 
To  się  nudzi  wbrew  pozorom  po  jakimś  czasie.  Jak  książka  telefoniczna:  dużo  numerów  i  żadnej 
prawdziwej akcji. 

 

–  Czemu  mam  wrażenie,  że  to  nie  cała  historia?  –  Matt  odwrócił  się  w  jego  stronę  i  zaczął 

chyba nieświadomie wodzić mu palcem po mapie piegów na piersi. Don niepewnie schylił się, żeby 
skraść  pocałunek.  A  może  trzy?  W  końcu  jego  spokojnie  leżący  na  udzie  członek  zaczął  się 
interesować możliwościami na rundę drugą i Matt się wycofał.

 

– Robiłem dwa podejścia do prawdziwego związku z nadzieją na happy end – przyznał patrząc 

ukochanemu  w  oczy.  –  Za  pierwszym  razem  mój  partner  jeszcze  nie  wyrósł  ze  stołowania  się 
w bufecie,  a  ja  kiepsko  się  dzielę,  a  za  drugim…  –  zaczął  i  zamilkł  zbierając  się  w  sobie,  aby 
kontynuować.  Teraz  to  bardziej  wściekłość  niż  ból  buzowała  w  jego  ciele.  Palce  Matta  delikatnie 
głaskające  jego  policzek,  wcale  jakoś  nie  pomagały.  Kontynuował  jednak  z  uporem.  –  Za  drugim 
razem  mój  partner  chciał  mieć  wszystko.  Życie  perfekcyjne.  Dom,  idealną  drugą  połówkę,  dzieci, 
dobrą  pracę,  świetną  reputację  i…  romans  ze  mną.  Szkoda,  że  poinformował  mnie  o  tym  jak  już 

background image

oświadczył  się  swojej  pięknej  narzeczonej.  Przeliczył  się jednak  z  jednym.  Ja  przy  moim  wzroście 
i ego nie nadaję się na czyjś Dirty Little Secret. 

 

Brązowe oczy Matta rozszerzyły się lekko z zaskoczenia i przez moment mrugał nie wiedząc 

co powiedzieć lub jak zareagować. Zrobił więc coś w zamian. Przyszpilił Dona do łóżka i pocałował 
go z wszystkim tym co nie chciało przejść przez jego usta. 

 

Dysząc i sapiąc oderwali się od siebie. Gorączka osłabiała ich i zaschnięty pot sprawiał, że ich 

skóra była podrażniona i swędziała. Donatello uśmiechnął się z niebezpiecznym błyskiem w oku. 

–  Idę  wziąć  prysznic.  Zaczekasz?  Czy  zamierzasz  uciec?  –  zapytał  żartobliwie,  ale  oddech 

utkwił mu w gardle w oczekiwaniu na odpowiedź. Matt zagryzł wargi i chowając oczy pod na wpół 
opuszczonymi powiekami odparł: 

– Obawiam się, że dla mnie nie istnieje już żadna droga ucieczki… 

Don ukrył radosny uśmiech otwierając dla ukochanego okno w pokoju, w nadziei na choć lekki 

podmuch chłodnego powietrza i zaszył się w łazience nucąc. 

 

 

***

 

 

–  To  nie  tak  jak  myślicie!  –  zawołał  Matt  bezmyślnie.  –  Donny  miał  sprawdzić  czy  nie 

zasnąłem czekając na prysznic. 

Donatello  zdrętwiał  z  ręką  na  klamce  od  drzwi  łazienki.  Trzy  pary  oczu  skierowały  się  na 

niego,  lustrując  jego  ociekającą  wodą  pierś  i  mokre  włosy.  Dwie  pary  brwi  podjechały  prawie  do 
połowy czoła, kiedy Kyle i Bryan spojrzeli na jego owinięte ręcznikiem biodra. 

On  patrzył  tylko  na  krwiście  zaczerwionego Matta,  nadal  leżącego  w łóżku  z  prześcieradłem 

przerzuconym przez jego nagie biodra. Nie mógł znieś winy i wstydu, które się odbiły w jeszcze nie 
dawno wypełnionych namiętnością oczach. 

 

Odrywając z trudem oczy przeniósł martwe spojenie na swojego przyjaciela i jego partnera. 

– Tak… to nie tak jak myślicie. 

Wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi przeraźliwie cicho.  

Kyle spojrzał na Matta z wyrzutem i rozczarowaniem, ten jednak nie zamierzał ugiąć się. Już 

miał  przerąbane.  Jego  mózg  odmawiał  współpracy,  a  on  nie  potrafił  zmobilizować  się  do 
jakiegokolwiek inteligentnego działania. Z nerwów miał ochotę zwymiotować. 

Leżał  nagi,  spocony  po  intensywnej  rundzie  najlepszego  seksu  w  jego  życiu,  przesłonięty 

rąbkiem prześcieradła. Po mimo uchylonego okna, o które stukała poluzowana żaluzja, jego sypialnia 
przesiąknięta była gęstymi oparami seksu i podniecenia. On nadal jednak gotów był upierać się, że 
Kyle  i  Bryan,  którzy  przyszli  pomóc  w  rozpakowywaniu  nie  widzą  tego,  co  ich  oczy  im 
podpowiadają.  

background image

Brat Matta podrapał się po karku z podejrzanym błyskiem w oku. 

– Skończyłeś się rozpakowywać i postanowiłeś uciąć sobie popołudniową drzemkę? – zapytał 

tonem takiego niedowierzania, że Matt poczuł rumieńce pokrywające jego twarz, szyję i pierś.  – … 
nago? 

 

Mężczyzna  podniósł  się  z  łóżka  z  wściekłością,  szczelnie  owijając  się  prześcieradłem. 

Z ostrzegawczym błyskiem w oku wyminął stojących w jego drzwiach przyjaciół.

 

–  A  ty  to  w  taki  upał,  to  kładziesz  się  do  łóżka  najpewniej  w  czapce  i  szaliku?  –  warknął 

zamykając za sobą drzwi do łazienki. 

Miał  nadzieję,  jak  jasna  cholera,  że  zimny  prysznic  zmyje  z  niego  upokorzenie  i  wstyd 

zżerający go z powodu bólu jaki sprawił Donatello jednym nieprzemyślanym zdaniem. 

 

 

***

 

 

 

Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  tak  zagubiony  i  bezradny.  Jego  plany,  wyobrażenia 

i marzenia  zmieniały  się  w  jego  głowie  jak  w  kalejdoskopie.  Niczym  stop  klatki  z  filmu,  który  nie 
powstał, przesuwały się przed jego oczami obrazy. 

 Zamiast  pięknej  jak  Rachel  kobiety,  u  swego  boku  widział  huśtającego  ich  syna  w  parku 

szczupłego rudzielca. Śmiech i szczekanie odbijało się echem, kiedy razem wyprowadzali na spacer 
psa. Czuł wielką ciepłą dłoń Donatello oplatającą jego palce. Widział siebie zmywającego naczynia 
i zerkającego  do  salonu  w  poszukiwaniu  powodu  wybuchów  radości  i  śmiechów.  To  długie, 
umięśnione  ciało  wyciągnięte  na  dywanie  było  polem  zabawy  dla  ich  dziecka.  Oczami  wyobraźni 
widział ich leżących na kanapie i  oglądających telewizję. Koleżeńskie żarty i docinki w restauracji, 
kiedy  spotykać  będą  przyjaciół.  I  silne  ramiona  podtrzymujące  go  ilekroć  życie  stawałoby  się  zbyt 
trudne, aby udźwignąć je samemu… 

Miał ochotę wyć z bólu, kiedy obrazy rozmyły się pod jego powiekami, przez szczypiące łzy, 

na które sobie nie zasłużył.  

Matt  nawet  nie  wiedział,  że  można  wymyślić  tak  wiele  kreatywnych  sposobów  na  unikanie 

drugiej  osoby  mieszkając  w  tym  samym  domu.  Donatello  jednak  opanował  to  do  perfekcji.  Miły, 
grzeczny  i  serdeczny  dla  nich  wszystkich,  był  w  ciągłym  biegu.  Ilekroć  Matt  chciał  przyszpilić  go 
i porozmawiać, Don miał tysiąc wiarygodnych usprawiedliwień i wymówek. 

 

Właśnie  wchodził  się  przebrać  przed  wyjściem  na  siłownie,  właśnie  wychodził  do  pracy,  do 

mamy, z wizytą do kolegi. Odebrać pranie z pralni, pomóc znajomym w malowaniu… O każdej porze 
dnia, każdego dnia ostatniego tygodnia musiał być gdzieś…  

Gdzieś z dala od Matta.  

background image

Nigdy  w  życiu  nie  podejrzewałby,  że  to  będzie  takie  przykre  i  bolesne.  Skończyły  się  żarty 

i zaraźliwa wesołość Donatella. Kyle i Bryan nie mówili nic, ale ich oczy coraz częściej przenosiły się 
z jednego na drugiego z wyczekiwaniem i niezadowoleniem. Matt jednak nie potrafił się zmusić do 
usprawiedliwień. Nawet nie był pewien co powiedziałby Donny’emu gdyby tamten dał mu szansę.  

– Gotowy? – Bryan zapukał w futrynę drzwi wsuwając głowę do jego pokoju i patrząc na niego 

z wyczekiwaniem. Matt chwycił portfel i komórkę z nocnej szafki i skinął mu głową.  

Właściwie się cieszył, że idą do ich rodziców na niedzielny obiad. Musiał z kimś porozmawiać 

o tym co się działo z nim i tym jednym razem nie sądził, aby Kyle się do tego nadawał.  

Don  oczywiście  grzecznie,  acz  stanowczo  się  wykręcił.  Ruszyli  więc  samochodem  Kyla 

w absolutnej ciszy. 

 

Matce  Matta,  Soni,  wystarczył  tylko  jeden  rzut  oka  na  jego  twarz.  Z  szerokim  uśmiechem 

i powitalnymi uściskami zagoniła wszystkich do jadalni, gdzie pan domu właśnie nakrywał do stołu.

 

– Dobrze moi mili – Sonia klasnęła w dłonie. – Bryan i Kyle pomagają nosić jedzenie i sprzątać 

ze  stołu,  ty  Matt  pomożesz  mi  zmywać.  –  Prośba  w  jej  głosie  tak  naprawdę  była  poleceniem 
pokrytym stalą. Żaden z nich nie śmiał zaprotestować, nawet Matt, który zdawał sobie sprawę z tego, 
że to oznacza przesłuchanie trzeciego stopnia.   

– Tato, ty to masz dobrze – zawołał Bryan żartobliwie kierując się do kuchni. – Tobie uchodzi 

na sucho samo nakrywanie do stołu! 

Mężczyzna roześmiał się parząc na niego z błyskiem w oku. 

– Ktoś musi w tym domu rządzić, prawda?  

– Słyszałam! – doleciał ich z kuchni wrzask gospodyni. 

– No przecież mówię o tobie! – odkrzyknął jej mąż mrugając okiem do swoich gości.  

– Przestań! Wiem co robisz! – Sonia krzyknęła ponownie ze śmiechem.  

Wszyscy roześmiali się i Matt poczuł ulgę po raz pierwszy od wielu dni. 

Dania znikały ze stołu w zastraszającym tempie. Puree ziemniaczane, słodki groszek, sałatka, 

pieczeń  i  ciemny  sos  były  docenione  głośnymi  pomrukami  uwielbienia  i  cichymi  komentarzami. 
Stukot sztućców o talerze był komfortujący, a przekomarzania przy stole relaksujące. 

–  Mamo,  czy  mnie  się  wydaje,  czy  to  szarlotka tak  pachnie?  –  zapytał  Bryan odpychając  od 

siebie talerz z lekkim westchnieniem i rozglądając się za czymś jeszcze do jedzenia.  

Kobieta uśmiechnęła się aprobująco. 

– Tak, twój ojciec mnie namówił  – przyznała.  – Im szybciej się uwiniecie ze sprzątaniem ze 

stołu, tym szybciej dostaniecie deser! 

Kyle i Bryan wręcz zerwali się z krzesełek. Pięć minut później Matt musiał odgonić ich łapska, 

żeby nie zwinęli i jego talerza z niedokończonym jedzeniem. 

background image

– Dalej Matt! – popędził go ojciec z uśmiechem, ale stanowczym spojrzeniem. Może nie był 

tak  spostrzegawczy  jak  jego  matka,  ale  nie  był  głupcem  i  znał  swoich synów.  Nawet  kiedy  się nie 
wtrącał, to  mogli  mieć  pewność,  że  stał  za  nimi  murem.  –  Idź  pomóc  matce, a  Kyle  w  tym  czasie 
opowie mi o projekcie mostu, który robi dla sąsiedniego miasta.  

Trudno  było  polemizować  z  tym  łagodnym,  ale  stanowczym  poleceniem.  Matt  wymusił 

uśmiech  na  pożytek  trzech  towarzyszących  mu  mężczyzn  i  zabierając  swoje  naczynia  zniknął  za 
drzwiami kuchni.

 

Matka  Matta  obdarzyła  go  uśmiechem  i  wskazując  wielkim  nożem  zmywarkę 

zakomenderowała: 

– Włóż to kochanie od razu do mycia, dobrze?  

– Tak. Znam dryl mamo – Matt przewrócił oczami.  

Niepokój sprawiał, że wręcz czuł wyczekiwanie w powietrzu. Zawsze ciepła, przytulna kuchnia 

matki tym razem nie pomagała na gulę lodu w jego gardle.  

Sonia  Tomson  była  cierpliwa.  Pokroiła  szarlotkę,  naszykowała  kubki  do  kawy  i  włączyła 

ekspres, cały czas podśmiechując się pod nosem i nucąc. 

– Nie chcę o tym gadać! – palnął w końcu Matt nie wytrzymując. Z złością zaczął zeskrobywać 

odpadki  z  talerzy  i  wciskać  je  dość  brutalnie  do  zmywarki.    Jego  matka  tylko  rzuciła  mu  karcące 
spojrzenie.

 

– Tym bardziej powinieneś – oświadczyła sucho. – Zabicie mojej zastawy stołowej na pewno 

nie pomoże.  

Matt wykrzywił twarz niezadowolony, czując się jak skarcone dziecko.  

– To nie takie proste… 

– A kiedy jest? – prowokowała go z niewinną miną. 

– Zakochałem się… 

– I dlaczego to brzmi jakby to była najgorsza rzecz jaka mogła cię spotkać w życiu? – zapytała 

szczerze zaskoczona. – Ta osoba nie odwzajemnia twoich uczuć? 

 

–  Nie  –  zaprzeczył  automatycznie  Matt  czerwieniąc  się  po  korzonki  włosów.  –  To  nie  o  to 

chodzi!

 

– A więc o co? 

Wściekły  i  rozkojarzony  wytarł  dłonie  w  kuchenną  ściereczkę  ciskając  ją  na  blat.  Z  złością 

spojrzał na swoja piękną matkę. 

– O to, że ja nie chce być w nim zakochany! – warknął.  

Jeśli  spodziewał  się  szoku  czy  zaskoczenia  ze  strony  swojej  matki,  to  srodze  się  zawiódł. 

Wściekłość w jej ekspresyjnych szarych oczach zszokowała go jednak niepomiernie. 

background image

Stanęła  wyprostowana  na  całą  swoją  niewielką  długość  i  z  rękami  wspartymi  na  krągłych 

biodrach zgromiła go wzrokiem. 

– Co z tobą jest nie tak? – zapytała. – Nie sądziłam, że wychowałam głupich synów! 

– Mamo! Ja chcę tego co masz ty i tata. Normalności i rodziny. 

–  Do  tego  trzeba  być  normalnym,  ty  idioto  –  palnęła  go  w  muskularne  ramię.  –  Odrzucając 

uczucia,  w  pogoni  za  jakąś  wydumaną  mrzonką,  kiedy  szczęście  masz  pod  nosem,  to  szczyt 
debilizmu.

 

–  Ale  to  jest  mężczyzna  –  odparował  nie  chcąc  ustąpić,  ale  też  nie  potrafiąc  wyartykułować 

swoich prawdziwych obaw i wątpliwości. – To nie miało być tak! 

Kobieta uniosła swoje perfekcyjnie wydepilowane jasne brwi ze zdziwieniem. 

–  A  ja  myślałam  cały  czas,  że  ty  chciałeś  po  prostu  być  szczęśliwy  z  kimś,  kto  będzie  cię 

kochał – powiedziała ze smutkiem. – Najwyraźniej się myliłam. 

Matt  usiadł  ciężko  przy  kuchennym  stole.  Dławiło  go  w  gardle  i  trzęsły  mu  się  dłonie. 

Wszystko co zjadł ciążyło mu w żołądku niczym ołów. Spojrzał na patrzącą na niego wyczekująco 
matkę. 

–  Nie  spodziewałem  się…  nie  wiedziałem…  nawet  miłość  Kyla  i  Bryana  nie  przygotowała 

mnie na to… to wszystko – przyznał z zamyśleniem. – Miało być całkiem inaczej.  

Z ciężkim westchnieniem jego matka podeszła do niego, przeczesując jego gęste, ciemne włosy 

w pocieszającym, pełnym uczuć geście.  

– Inaczej przekłada się u ciebie na gorzej

Matt  potrząsnął  głową  w  zaprzeczeniu  i  obejmując  ją  ramieniem  w  pasie  w  tulił  się  w  jej 

brzuch.

 

– Nie ufam sobie. Boję się, że stchórzę i skrzywdzę go jeszcze bardziej… 

– Każdy się boi z tego czy innego powodu, ale tylko tchórze nie próbują. 

– Nawet nie wiem czy mi wybaczy to, jak go potraktowałem. 

– Jeśli mu zależy to wybaczy, jeśli nie wybaczy, twój problem sam się rozwiąże – stwierdziła 

twardo  i  bezkompromisowo.  Matt  uśmiechnął  się  pod  nosem.  –  Dobre,  pomysłowe  czołganie 
i całowanie po tyłku, też nie może zaszkodzić – dodała ze śmiechem.

 

Matt zaczerwienił się. Jego własna wyobraźnia była jego największym wrogiem. Matka ujęła 

jego twarz w dłonie i spojrzała mu w oczy. 

–  My  mówimy  o  Redzie,  prawda?  –  zapytała stanowczo.  Rumieńce  na  twarzy  jej  syna  tylko 

jeszcze się pogłębiły, dzielnie jednak potaknął. 

– Taak. Uwierzysz? Zakochałem się w Donatello…  

Sonia Tomson ucałowała go w czoło z uczuciem i szerokim uśmiechem. 

background image

– Wiem! Tylko ty jeden zwracasz się do niego po imieniu. 

Tanecznym  krokiem  znów  nucąc  podeszła  do  ekspresu  nalewając  aromatycznej  kawy  do 

kubków. Matt nabrał powietrza do płuc. 

– Mamo? – zapytał, czekając aż na niego spojrzy. – Co ludzie powiedzą? Dwóch twoich synów 

związało się z mężczyznami.  

– Dwóch moich synów wybrało szczęście – oświadczyła twardo. – Mogą mi tylko zazdrościć. 

Posyłając mu pocałunek w powietrzu, chwyciła talerz z ciastem i ruszyła do jadalni. 

– Panowie! – wrzasnęła. – Jesteście mi winni po piątce! 

Matt zdębiał. Poderwał się od stołu gapiąc się na stojącą w progu kobietę. 

– Plotkowaliście o mnie za moimi plecami? – zapytał z niedowierzaniem. 

– No ba! – Zniknęła za drzwiami mrugając do niego łobuzersko.  

 

 

***

 

 

– Dobra! Jaki masz plan? – Bryan nawet nie czekał aż zamkną się za nimi drzwi ich domu i już 

przystąpił do ataku, wpychając opierającego się brata do kuchni.  

Matt  zbladł.  Nie  był  jeszcze  gotów  na  jakikolwiek  krok  ani  nie  wiedział  co  robić,  żeby 

stworzyć  sobie  choć  maleńką  szansę  u  Donatello.  Po  minach  swoich  współlokatorów  wnioskował 
jednak, że wyboru nie ma. 

– Nie mam planu – przyznał niemrawo.  

– To lepiej jakiś szybko wymyśl albo ci dokopię – obwieścił Kyle śmiertelnie poważnie.  

– Ale co mam zrobić? Donny mi nie daruje! 

– Donny? – zapytał podchwytliwie Bryan, szczerząc zęby jak kretyn. Matt miał ochotę trzepnąć 

samego siebie. 

 

– Daruj sobie, proszę cię! Ja tu mam naprawdę poważny problem. Ten facet nawet nie daje mi 

szans, abym go przeprosił. Jak mam przekonać go, że traktuję go poważnie i chcę, aby dał mi szansę 
żeby to udowodnić!? 

– Zaproś go na randkę – stwierdził Kyle ze wzruszeniem ramion, jakby to miało być oczywiste. 

W końcu sam tak zdobył serce Bryana.  

Matt  wybałuszył  na  niego  oczy.  Tysiąc  opcji  i  myśli  przeleciały  mu  przez  umysł  jak 

błyskawica. Z trudem przełknął dławiącą go gule w gardle i parząc na nich bezradnie zwerbalizował 
swoją największą obawę. 

background image

– A co jak się nie zgodzi?  

–  Nie  dowiesz  się  jeśli  nie  zapytasz  –  padło  chrapliwe  stwierdzenie  od  drzwi.  Donatello 

zaspany,  rozczochrany  i  seksowny  stał  wsparty  o  framugę  drzwi  kuchennych,  z  ramionami  ciasno 
zaplecionymi na piersi. Bez koszulki, w bokserkach wyglądał jak grzech na dwóch nogach.  

Cała trójka podskoczyła zaskoczona.  

Matt chciwie i ze strachem spijał jego widok jak uzależniony idiota, którym był. Na drżących 

nogach podszedł do nieruchomo czekającego mężczyzny. 

– Czy zgodzisz się, abym wziął cię na randkę? – zapytał ochryple gwałtownie przełykając. Don 

wbił w niego swoje krystalicznie zielone oczy.  

– Tak – odparł po prostu. 

Matt  zachwycony  i  praktycznie  na  rauszu  od  zalewającej  go  ulgi,  chwycił  szczupłą  twarz 

w dłonie i obsypał ją drobnymi pocałunkami. Chichot za plecami ochłodził go trochę, ale i tak musiał 
skraść siarczystego całusa z tych kuszących ust.  

– Czekaj na mnie o dziewiątej, dobrze? – spytał entuzjastycznie, z zapartym tchem.  

Don skinął tylko poważnie głową nie komentując później pory. 

Matt nie czekał już dłużej, tylko wypadł z domu planując gorączkowo ich randkę.  

 

 

***

 

 

 

 

Donatello  nie  nastawiał  się  absolutnie  na  nic  decydując  się  na  randkę  z  Mattem.  Po  prostu 

chciał dać sobie jeszcze jedną szansę. Jak zakochany idiota nie przestawał się łudzić, że może jeszcze 
coś  z  tego  będzie.  Że  może  Matt  obdarzy  go  szczerym  uczuciem  i  pokocha,  bo  dostrzeże  jakim 
wartościowym człowiekiem jest.  

Randka, którą zorganizował dla nich Matt wprawiła jego umysł w całkowity szok. 

Gruby  koc  wyścielał  podłogę  altanki  na  jeziorku  w  parku,  w  którym  pocałował  go  pierwszy 

raz. Jedna samotna, gruba świeca stała na wąskiej ławeczce przymocowanej wewnątrz, rozpraszając 
gęstniejący mrok. Obok stał sześciopak piwa i taca przekąsek kupionych w delikatesach. 

Zamiast  słów,  przeprosin  i  rozmów  były  głodne  pocałunki  i  zachłanne  pieszczoty.  Matt 

zamierzał  chyba  doprowadzić  go  do  szaleństwa  i  wybłagać  przebaczenie  wielbiąc  jego  ciało.  Jego 
dłonie  były  chciwie  i  niecierpliwe.  Koszulka  już  dawno  leżała  gdzieś  w  kącie,  a  teraz  praktycznie 
zdzierał z niego jeansy. 

background image

–  Ktoś  nas  może  przyłapać  –  zaprotestował  niezbyt  przekonująco  Don,  zachłystując  się 

powietrzem kiedy wilgotne gorące usta znalazły jego wrażliwy sutek.  

–  To  co?  –  odmruknął  Matt,  zdejmując  swoje  ubranie  w  kilku  zdecydowanych  ruchach.  – 

Najwyżej uciekną z krzykiem. 

– Zwariowałeś… – stwierdził patrząc z fascynacją jak blask świecy malował na pięknym ciele 

jego kochanka kuszące cienie.  

–  Na  twoim  punkcie  –  przyznał  prostolinijnie  Matt  liżąc  wilgotną  ścieżkę  w  dół  jego  piersi 

i brzucha.  Zatrzymał  się  dopiero  kiedy  jego  język  dosięgnął  czubka  jego  przekrwionego,  twardego 
członka i zaczął go lizać jak lizaka. Głośny, głuchy jęk wyrwał się Donatello z gardła. Jak w transie 
wplótł palce w czekoladowe, gęste włosy i patrzył zahipnotyzowany na sprytny język torturujący go 
niewprawnymi, ale entuzjastycznymi pieszczotami.

 

– To nie potraw długo – ostrzegł lojalnie. Matt spojrzał na niego rozpalonym wzrokiem.  

–  O  nie,  jestem  ci  winien  mój  dziewiczy  tyłek  –  zaprotestował  stanowczo,  choć  z  sercem 

walącym mu niespokojnie w gardle. 

– Matt – Donatello klęknął tuż przy nim. – Nie musisz… 

– Wiem, że nie muszę. Problem z tym, że chcę tego tak cholernie bardzo, że będę błagał jeśli 

sobie zażyczysz. 

Zszokowany  Don  nie  umiał  przetworzyć  w  pierwszym  momencie  jego  słów.  Dopiero  chłód 

naciąganej  na  jego  rozpalonego  do  czerwoności  penisa  prezerwatywy  przywrócił  go  do 
rzeczywistości. 

–  Jak  to  zrobimy?  –  zapytał  Matt  ochrypłym  głosem  wręczając  mu  tubkę  z  żelem.  Don  nie 

potrafił zaprotestować ponownie, choć pewnie powinien.  

– Klęknij przede mną – zakomenderował obejmując Matta w pasie i przyciągając jego plecy do 

swojej piersi. Kolanami rozszerzył mu nogi przyciągając jeszcze bliżej do siebie. Jego członek łkając 
radośnie  grubymi  kroplami,  otarł  się  między  pośladkami  jego  partnera.  Obaj  mężczyźni  mruknęli 
z aprobatą. 

 

Od  tego  momentu  już  nie  było  drogi  powrotu.  Każda  pieszczota  jaką  kiedykolwiek  pragnął 

użyć na swoim mężczyźnie zmieniła się w rzeczywistość. Masował, lizał, ssał i pieścił potężne ciało 
swego  kochanka.  Jego  usta  znalazły  czuły  punkt  Matta  na  karku  i  zadręczały  go  podniecającymi 
pocałunkami.  Jego  dłonie  ugniatały  prężne  mięśnie  jego  piersi,  brzucha  i  pośladków.  W  końcu 
rozpalony tak bardzo, że obawiał się, że straci panowanie nad sobą, ujął piękny członek, jęczącego 
Matta w jedną dłoń, a palcami drugiej zaczął podstępnie wkradać się do jego wnętrza. 

– O Jezu! – wymamrotał nieprzytomnie Matt, poruszając biodrami i nabijając się na dręczący 

go palec. – Nie możemy tego przyspieszyć? – zapytał z nadzieją, sięgając do tyłu i przyciągając go do 
siebie za szczupłe biodra. 

–  Nie,  kochanie  –  Don  używając  więcej  żelu  wślizgnął  drugi  palec  w  jego  drgający 

i zaciskający się odbyt. – Bolałoby jak jasna cholera!

 

background image

– Oooch! – Matt odrzucił głowę do tyłu kładąc ją na ramieniu Dona. – Donny? Czy to źle, że ja 

lubię jak tak trochę piecze?  

Don chwycił opuchnięte usta w gorący, namiętny pocałunek, przyprawiając ich obu o zawrót 

głowy. Wystarczyło, aby rozkojarzyć Matta i wsunąć trzeci palec do jego rozpłomienionego, ciasnego 
wnętrza.  

– Nie kochanie… absolutnie nie. 

Nie mogąc czekać już ani sekundy dłużej, popchnął Matta lekko do przodu i przyłożył czubek 

penisa do lśniącego, drgającego niecierpliwie otworu. 

– Jesteś tego pewien kochanie? – zapytał dając jeszcze jedną szansę Mattowi na ucieczkę. Jego 

przyjaciel parsknął tylko, wyraźnie zniecierpliwiony i oburzony opóźnieniem. 

–  Rusz  tyłek,  bo  jak  będzie  moja  kolej,  to  też  będę  cię  tak  szczuł  –  zażądał  ochryple, 

wypychając biodra do tyłu próbując się nabić na jego pulsujący organ. 

Obaj  syknęli,  kiedy  cała  żołądź  minęła  pierwszy  okrąg  mięśni.  Dla  Donatello to  był  od  tego 

momentu szum, rozkosz w czystej postaci i krew  buzująca w jego lędźwiach. Jak w transie patrzył na 
piękne  muskularne  pośladki  pracujące  przy  każdym  jego  pchnięciu.  Nie  wyobrażał  sobie 
piękniejszego widoku, niż swój członek znikający w pięknym ciele swojego ukochanego. 

Orgazm pełznął wzdłuż jego kręgosłupa, kurcząc jego jądra w zastraszającym tempie. 

Mocno  i  intensywnie  zaczął  pieścić  śliski  członek  Matta.  Obejmował  go  z  całych  sił,  chyba 

nawet odbierając mu oddech. Matt jednak nie protestował. Jak mantrę za to powtarzał.  

– Tak, tak, tak, tak, tak…  

– Już!  –  zażądał  wbijając się  po jądra  w swojego  mężczyznę.  Gorąca  sperma wypełniła jego 

garść w tym samym momencie co on wypełnił swojego kochanka.  

Z  głośnym  krzykiem  ich  ciała  naprężyły  się,  a  ich  umysły  odpłynęły  z  nadwrażliwych  od 

przeżywanej rozkoszy ciał.  

Dopiero po chwili Don otrząsnął się na tyle, by zorientować się, że praktycznie miażdżył Matta 

w swoich ramionach. Serce mężczyzny waliło tak mocno w jego piersi, że czuł je pod dłońmi. Fale 
rozkoszy przepływały nadal przez ich ciała, a chłód wody studził ich spoconą skórę. Matt położył mu 
głowę na ramieniu i z cichym jękiem pocałował jego policzek. 

– Donny… – wyszeptał ochryple.  – Daj mi szansę, abym był twoim Happy Endem… 

Przez moment paraliż unieruchomił ciało Dona, a jego serce zgubiło rytm. Wiedział jednak, że 

mogła być tylko jedna odpowiedź. 

– Bez ciebie kochanie, nie będę miał żadnego Happy Endu.  

Matt  wypuścił  z  sykiem  wstrzymywane  powietrze.  Rzucił  ich  na  koc  i  obcałował  swojego 

mężczyznę śmiejąc się radośnie. 

– Dziękuję – szeptał między pocałunkami. 

background image