background image

Maciej Aleksander Janisławski

KRYPTONIM „POMORZE”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1984

Okładkę projektował: Sławomir Gałązka

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Irena Chojdak-Rybarczyk

background image

Mojemu Przyjacielowi

płk. Józefowi Lipińskiemu,

spadochroniarzom

i wszystkim współpracownikom

grupy „Pomorze”

AUTOR

ROZDZIAŁ 1

Monotonny pomruk pracujących równo silników Douglasa nuży, prawie usypia. Na okrągłych szybach z 

pleksi grubymi kroplami deszczu rozmazuje się jesień.

- Nie spać, nie spać, rebiata! Wyśpimy się na dole – upomina swych podwładnych podporucznik Mycko, 

chociaż i jemu powieki ciążą ołowiem, a głowa sama raz po raz opada na piersi.

- Żeby tylko nie snem wiecznym... - słyszy w odpowiedzi.
- Który to, no, który, do jasnej cholery! - Oficer zrywa się ze swego miejsca.
- Daj spokój, to tylko żarty – uspokaja go siedzący obok Wołodia Kirsiejew.
- Dowcipnisie, szlag by to... - Mycko uspokojony nieco wraca na swoje miejsce. Jeszcze się nie zaczęło, 

myśli, jeszcze wszystko przed nami, a wciąż te nerwy. Trzeba się jednak mocniej trzymać w garści...

Nagłe szarpnięcie sterami rzuca samolot na lewe skrzydło. Nad wejściem do kabiny pilotów ostrym 

rubinowym światłem płonie lampka sygnalizacyjna. A więc to już...

Dwunastu mężczyzn dotychczas na wpół śpiących zrywa się na nogi.
- Co dwie sekundy! Słyszycie, co dwie sekundy! - woła dowódca.
Biegnąc w stronę czerniejącego luku, przypominają sobie ostatnie słowa instrukcji: „odbić się lewą nogą, 

nogi złączyć i liczyć: sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy...

Po kilku minutach warkot samolotu cichnie, oddala się. Trzynaście białych czasz spływa łagodnie w 

czerń nocy. Kilkaset metrów pod nimi srebrzy się w świetle księżyca jezioro okolone gęstą ścianą lasu. Z 
góry wygląda to niezwykle pięknie, ale spadochroniarze nie przybyli tu przecież, by podziwiać krajobraz. 
Wiedzą też doskonale, że nie jest to ziemia gościnna. Za każdym drzewem i na każdej leśnej przecince 
mogła przecież zaczaić się śmierć.

Jest noc z 6 na 7 września 1944 roku, a zbliżająca się do ich nóg ziemia to Prusy Wschodnie – od setek 

lat kolebka pruskiego militaryzmu. Dwunastu skoczków w mundurach polskich i radzieckich, lądujących tej 
nocy na wrogiej ziemi, to zwiad 2 Frontu Białoruskiego, stojącego kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, w 
którym opadają teraz białe spadochrony.

Operacja   wschodniopruska   stanowiła   niezwykle   istotne   ogniwo   w   całości   działań   radzieckich   sił 

zbrojnych. I chociaż w zasadzie wojska 3 i 2 Frontów Białoruskich działały na kierunku pomocniczym, 
miały spełnić zadanie o znaczeniu nie tylko strategicznym, ale także politycznym: rozbić silne zgrupowanie 
wojsk   niemieckich   i   zlikwidować   raz   na   zawsze   „wilcze   legowisko”   -   bazę   militaryzmu   w   Prusach 
Wschodnich.

Nie były to zadania łatwe, gdyż Niemcy przywiązywali olbrzymią wagę do obrony Prus Wschodnich i 

tereny te niezwykle silnie ufortyfikowali. Już sama rzeźba i ukształtowanie terenu – rozległe obszary leśne, 
liczne   kanały,   rzeki   i   mokradła,   a   przede   wszystkim   gęsto   rozsiane   jeziora   (zwłaszcza   pasmo   jezior 
mazurskich) – sprawiły, że był on trudny do sforsowania przez wojska zmechanizowane.

Dowodzący 2 frontem Białoruskim marszałek Konstanty Rokossowski tak oto wspominał po latach *:
„Teren naszych przyszłych działań był bardzo swoisty. Prawa jego część – od Augustowa do Łomży – to 

kraina lasów i jezior, niesłychanie trudna dla nacierających wojsk. Łatwiejsza do przejścia ze względu na 
rzeźbę terenu była lewa połowa odcinka frontu. Jednak na łatwe posuwanie się i tutaj nie można było liczyć. 
Mieliśmy bowiem do pokonania obronę złożoną z wielu pasów, umacnianą w ciągu wielu lat.

* Konstanty Rokossowski, Żołnierski obowiązek, Warszawa 1976, Wyd. II, str. 344

background image

Niemcy   zawsze   traktowały   Prusy   Wschodnie   jako   odskocznię   do   napaści   na   wschodnich   sąsiadów. 

Wiadomo  przecież,  że  każdy  rozbójnik, zanim  wyruszy  na  wyprawę, stara  się  otoczyć  swoją  kryjówkę 
mocnym  obwarowaniem,  aby w  razie  niepowodzenia  móc   się   tu  schować  i  uratować   własną   skórę.  W 
Prusach Wschodnich od dawna doskonalono system twierdz – zarówno jako rubież wyjściową do napaści na 
inne kraje, jak też jako ochronę, jeśli wypadnie się bronić. Mieliśmy zdruzgotać owe umocnienia, które 
budowano w ciągu stuleci”.

Prusy Wschodnie, powstałe na ziemiach Słowian i Litwinów, stanowiły niezwykle ważną część państwa 

pruskiego. Było to rzeczywiście prawdziwe „wilcze gniazdo”...

„Prusko-niemiecka   kasta   junkierska   —  pisze   Walter   Ulbricht   *   —   od   chwili   swego   powstania   była 

ogniskiem niepokoju w Europie. W ciągu wielu wieków niemieccy rycerze i junkrzy, realizując swój Drang 
nach   Osten,   nieśli   narodom   słowiańskim   wojnę,   ruinę   i   niewolę”.   Już   w   wieku   XV   stanowiły   Prusy 
Wschodnie, jako najbardziej wysunięta na wschód prowincja, ważny strategicznie obszar wyjściowy do 
krwawych wypraw przeciwko ludom słowiańskim i bałtyckim. Później, w wieku XIX, Moltke i Schliefen 
opracowali   plany   wykorzystania   tych   terenów   do  wojny  z   Rosją.   Latami   całymi   budowano  tu  potężne 
umocnienia   i   twierdze,   wykorzystując   dodatkowo   wszelkie   udogodnienia   terenowe.   W   1944   roku 
dowództwo niemieckie dysponowało już sześcioma silnie umocnionymi rejonami. Znalazły się wśród  nich 
także umocnienia stare, budowane jeszcze przed pierwszą wojną światową, a biegnące między Malborkiem, 
Ostródą, Olsztynem, Ełkiem, Suwałkami, Tylżą, i dalej wzdłuż Niemna i Zalewu Kurońskiego.   Wśród  tych 
umocnień   i   twierdz budowanych   przez  lata   całe   niepoślednią  rolę wyznaczono twierdzy giżyckiej, 
zwanej także Boyen (miano to otrzymała na cześć wieloletniego pruskiego ministra wojny i inicjatora jej 
powstania — marszałka Leopolda Ludwiga Hermanna von Boyena). Jej budowę rozpoczęto w roku 1843, a 
ukończono w roku 1875, kiedy to, po zwycięstwie w wojnie z Francją, uzyskano ogromne kontrybucje 
wojenne, z których część przeznaczyli Prusacy na stawianie twierdz i umocnień.

Mimo że powstała w drugiej połowie XIX wieku, twierdza Boyen odegrała niepoślednią rolę w I wojnie 

światowej. Zarówno latem 1914 roku, jak i zimą 1915 broniła z dużym powodzeniem linii jezior mazurskich 
i   przyczyniła   się   znacznie   do   klęski   całej,   prowadzonej   przez   rosyjskie   dowództwo,   operacji 
wschodniopruskiej.

W okresie międzywojennym Niemcy przystąpili do dalszej rozbudowy umocnień w rejonie Giżycka. 

Powstał tu tzw. giżycki rejon umocniony, który miał stanowić dogodną pozycję wyjściową do ataku na 
polską granicę.

Sprawdziło się to zresztą dokładnie 8 września 1939 roku, gdyż stąd właśnie wyruszyły do ataku na 

polskie pozycje obronne nad Narwią pancerne zagony generała Guderiana.

Latem   1944   roku,   kiedy   front   znajdował   się   w   odległości   kilkudziesięciu   kilometrów   od   Prus 

Wschodnich, kiedy ich mieszkańcy słyszeli już wyraźnie głuchy pomruk dział radzieckich, poszczególne 
miasta zaczęto przekształcać w twierdze,, a do ich obrony skierowano specjalne oddziały forteczne, co rzecz 
jasna nie oznaczało, że tylko im przypadnie w udziale obrona tego obszaru. Główne siły niemieckie, jakie w 
tym czasie poczęto tam instalować, to Grupa Armii „Środek”, składająca się z 3 armii pancernej (zajęła 
pozycje   na   lewyrri   brzegu   Niemna,   od   wybrzeży   Morza   Bałtyckiego   do   Jurbarkasa,   a   następnie   do 
Dobrowolska), 4 armii broniącej obszaru na wschód od jezior mazurskich (linia Dobrowolsk — Nowogród) i 
2 armii zajmującej pozycje wzdłuż Narwi od Nowogrodu aż do Bugu i Wisły. Łącznie armie te liczyły 3 
dywizje pancerne i 3 zmotoryzowane, 35 dywizji piechoty i 2 grupy bojowe.

W tym samym czasie gauleiter Erich Koch, komisarz obrony Prus Wschodnich, uzyskał zgodę Hitlera na 

zbudowanie   wzdłuż   całej   granicy   podległej   mu   prowincji   silnej   linii   obronnej,   zwanej 
Ostpreussenschutzstellung  (wschodniopruska   pozycja   obronna).   Inna   sprawa,   że   ledwie   pierwsze   roboty 
ruszyły, co bardziej sceptyczni rodacy gauleitera nazwali je po cichu „Erich Koch — Wall”...

„Wał  Kocha”  składał  się  z   dziesiątków  pól  minowych,  zasieków  z  drutu kolczastego,  betonowych  i 

drewnianych   zapór   przeciwczołgowych   oraz   głębokiego   na   cztery   metry   i   szerokiego   na   osiem   rowu 
przeciwczołgowego. To jeszcze nie wszystko: w pewnej odległości za rowem rozciągał się cały system 
okopów strzeleckich, wzmocniony bunkrami i stanowiskami artylerii.

Wszystkie te poczynania sprawiły, że wschodnio-pruskie rejony umocnione, pasy obrony i węzły oporu, 

łącznie z miastami przekształconymi w twierdze, nie ustępowały pod wzglądem mocy tzw. linii Zygfryda (na 
niektórych   odcinkach,   na   przykład   między   Gąbinem   a   Królewcem,   zdecydowanie   ją   przewyższały)   i 
stanowiły trudny orzech do zgryzienia dla oczekujących na sygnał do ataku wojsk radzieckich.

* W. Ulbricht, K istorii nowiejszego wremieni, Moskwa 1957, str. 200.

background image

Wspominał o tym zupełnie otwarcie marszałek Konstanty Rokossowski:
„Wiedzieliśmy;   że   stoi   przed   nami   silny   nieprzyjaciel,   że   opór   będzie   wzrastał   w   miarę   naszego 

posuwania się w głąb jego terytorium. Rzeczą nader ważną było nie dopuścić do przekształcenia się natarcia 
w przewlekłe walki, nadać mu zdecydowany charakter, ażeby wróg nie mógł planowo się wycofywać i 
umacniać na dogodnych rubieżach.

Właśnie dlatego wiele uwagi poświęcono dokładnemu rozpoznaniu zarówno przedniego skraju obrony 

nieprzyjaciela, jak i wszystkich rubieży w głębi, które hitlerowcy mogli wykorzystać w czasie odwrotu. Cały 
ten obszar  dokładnie,  wielokrotnie  sfotografowało  nasze   lotnictwo.  Dowódcy otrzymali  zdjęcia   lotnicze 
terenów, w których miały działać ich oddziały i związki taktyczne. Zawczasu określono rejony w głębi 
obrony   nieprzyjaciela   lub   na   jego   tyłach,   które   należało   zdobyć   jeszcze   przed   nadejściem   naszych   sił 
głównych.   Specjalnie   sformowanym   oddziałom   szybkim   polecono   wysuwać   się   do   przodu,   obchodzić 
nieprzyjacielskie węzły oporu, zajmować znajdujące się na drogach odwrotu nieprzyjaciela umocnienia, 
przeprawy i mosty oraz utrzymywać je do nadejścia sił głównych”.

Pomyślne   przeprowadzenie   zakrojonego   na   szeroką   skalę   ataku   wymagało   więc   odpowiednich   sił   i 

starannych przygotowań. Przede wszystkim zaś informacji o przeciwniku. Zdjęcia lotnicze stanowiły na 
pewno dużą pomoc dla dowództwa, ale nie załatwiały sprawy. Istniało bowiem ogromne zapotrzebowanie na 
dane   szczegółowe,   dotyczące   dalekich   tyłów   wojsk   niemieckich,   szczególnie   zaś   systemów   obrony   i 
umocnień, zgrupowań i rodzajów wojsk oraz wszystkich obiektów o znaczeniu strategicznym i obronnym. 
W tej sytuacji w sztabie 2 Frontu Białoruskiego podjęto decyzję o wykorzystaniu do celów zwiadowczych 
specjalnych grup rozpoznawczo-dywersyjnych, których zadaniem miało być nie tylko dokładne rozpoznanie 
terenów przyszłych działań, ale również i nękanie Niemców akcjami o charakterze dywersyjnym.

ROZDZIAŁ II

- Niedobrze, bardzo niedobrze, towarzyszu Biełow *... To już dwunasta grupa, która wpadła w niemieckie 

łapy, i to zaledwie w parę godzin po wylądowaniu!

Szef oddziału rozpoznawczego, generał Piotr Czekmazow, nie ukrywał swego rozdrażnienia. W każdej 

chwili przecież można było spodziewać się rozkazu do natarcia, a informacje na temat terenów przyszłych 
działań, jakimi  aktualnie dysponował sztab, były bardzo skąpe i ograniczały się prawie wyłącznie do tego, 
co specjaliści zdołali odczytać ze zdjęć lotniczych.

- Stanowczo za mało o nich wiemy...
Szef oddziału rozpoznawczego ponownie pochylił się nad płachtą mapy Prus Wschodnich.
- Przecież musi tu być jakiś punkt słabszy, jakiś rejon, którego mniej pilnują. Może należy na miejsce 

zrzutu wybierać większe kompleksy leśne? Nawet jeśli Niemcy zauważą samolot, to przecież nie zdołają w 
ciągu   kilku   godzin   zorganizować   obławy,   a   to   już   jest   dla   naszych   chłopców   jakaś   szansa...   A   może, 
towarzyszu Biełow — generał spojrzał badawczo w stronę pułkownika — wasi spadochroniarze nie są do 
swych zadań przygotowani?

Biełow zerwał się z krzesła i stanął w pozycji zasadniczej.
-   Melduję,   towarzyszu   generale,   że   to   nasi   najlepsi,   długo   wybierani   ludzie.   Sprawdzili   się   w 

najtrudniejszych sytuacjach.

- Siadaj, siadaj... — machnął ręką Czekmazow. — Najlepsi czy nie, sam widzisz, że jak dotychczas 

korzyści z nich tyle, co kot napłakał...

W pokoju szefa oddziału zapadła nerwowa cisza. Duża lampa naftowa oświetlała migotliwym, żółtym 

blaskiem   mapę,   na   której   czarnym   konturem   obwiedziono   granice   Prus   Wschodnich.   Przedłużające   się 
milczenie przerwał wreszcie Czekmazow.

- Jedno nie ulega kwestii. Informacje musimy mieć. To jeden z warunków powodzenia. Co w tej sytuacji 

proponujecie, towarzyszu Biełow?

Pułkownik wyprostował się.
- Sądzę, towarzyszu generale, że trzeba zmienić skład osobowy wysyłanych przez nas grup... Nie, nie 

oznacza to, że ludzie niedobrzy, o tym już mówiłem — uprzedził pytanie generała. — Zmuszają nas do tego 
wnioski, jakie wyciągnęliśmy z dotychczasowych lekcji...

- A jakież to wnioski? — uniósł wysoka brwi Czekmazow.

*   Płk   Biełow,   właściwe   nazwisko   Aleksander   Romanowski;   zastępca   generała   Piotra   Czekmazowa,   szefa   oddziału 

rozpoznawczego w sztabie 1 Frontu Białoruskiego.

background image

-   Przede   wszystkim   przy   dotychczasowym   formowaniu   grup   wywiadowczych   staraliśmy   się,   aby   w 

każdej z nich znalazło się przynajmniej kilku towarzyszy z Komitetu „Wolne Niemcy” *. Cel był jasny, znali 
język, a czasem nawet i teren, w którym przypadło im lądować.

- To źle? — zdziwił się generał.
- Okazało się, że nie najlepiej — westchnął Biełow. — Otóż gdyby tylko o samą znajomość języka 

chodziło, to udział towarzyszy niemieckich byłby na pewno konieczny. Ale nie wzięliśmy pod uwagę innego 
jeszcze czynnika. Nie przewidzieliśmy, że każdy z nich po wylądowaniu w znanym sobie terenie będzie 
szukał kontaktu ze swoją rodziną lub znajomymi w celu wciągnięcia ich do współpracy. To wydawało się 
tym samotnym, zrzuconym na terenie  wroga, ludziom dobrym  rozwiązaniem. A my zapomnieliśmy, że 
wszyscy   w   jakiś   sposób   spokrewnieni   z   dezerterami   z   Wehrmachtu   znajdują   się   pod   troskliwą   opieką 
gestapo. I tak każdy nierozważny lub nieostrożny krok ze strony skoczków kończył się natychmiastową 
interwencją Niemców, a w konsekwencji likwidacją grupy.

- O ile wiem — wtrącił generał — to w każdej grupie znajdowali się także i nasi oficerowie.
- Zgoda — kiwnął głową Biełow. — Musicie jednak wziąć pod uwagę, że znajdowali się oni w bardzo 

trudnej sytuacji. Nawet świetne opanowanie języka to jeszcze za mało... Trzeba znać mentalność Niemców, 
ich zwyczaje, orientować się w terenie... A skutki wieloletniej działalności propagandy goebbelsowskiej? 
Przecież dla przeciętnego Niemca każdy obywatel radziecki, a zwłaszcza w mundurze, to krwawy bandyta... 
Mam wam pokazać, generale, gazety wychodzące w Prusach Wschodnich?

- No, dobrze — przerwał Czekmazow. Doszliście w tej chwili do tego samego wniosku co ja, czyli 

kwestii właściwego doboru ludzi. A co dalej?

Nie zrażony mało zachęcającym tonem zwierzchnika Biełow kontynuował:
- Ludność Prus Wschodnich jest w swej masie przeważnie niemiecka. Część jej stanowią osadnicy, którzy 

otrzymali ziemię jako wyróżnienie od rządu Trzeciej Rzeszy. Ci są najgorsi. To zatwardziali zwolennicy 
Hitlera i faszyzmu. Ale przecież żyją tam także Polacy, i to nie tylko stali mieszkańcy tych ziem, ale także 
masowo ściągani do prac rolnych Polacy z Generalnego Gubernatorstwa. A z nimi zawsze się dogadamy... 
W tej sytuacji postanowiliśmy zwrócić się do towarzyszy polskich z prośbą o skierowanie do nas kilku 
odpowiednio przeszkolonych grup zwiadowczych z Polskiego Batalionu Specjalnego.

- Zgoda — generał Czekmazow zmęczony długą rozmową wstał z krzesła, dając w ten sposób znać, iż 

naradę uważa za skończoną. — Zgoda — powtórzył raz jeszcze, po czym dodał: — Niech będą i Polacy. 
Jeśli poradzą sobie, może wreszcie dowiemy się czegoś o tej przeklętej pruskiej twierdzy...

Batalion   Specjalny,   o   którym   wspomniał   pułkownik   Biełow   w   swojej   rozmowie   z   szefem   oddziału 

rozpoznawczego,   utworzony   został   18   października   1943   roku.   Za   wzór   organizacyjny   tej   niezwykłej 
jednostki posłużył jeden z radzieckich batalionów brygady spadofchronowo-desantowej. Znaleźli się w nim 
żołnierze 1 korpusu, a przede wszystkim 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki.

Pierwszym miejscem postoju nowej jednostki stało sie niewielkie miasteczko Biełoomut w obwodzie 

moskiewskim. Według pierwotnych założeń batalion miał być w całości przerzucony na tyły wroga. W tym 
też czasie sformowano następujące pododdziały: dwie kompanie szturmowe zwiadowców, kompanię rusznic 
przeciwpancernych,   kompanię   ckm,   kompanię   moździerzy,   kompanię   minerską   i   kompanię 
radiotelegrafistów.

W takiej posiać i batalion istniał i szkolił się do dnia 21 marca 1944 roku, czyli do czasu opracowania, 

zatwierdzenia i wprowadzenia w życie etatu Polskiego Samodzielnego Batalionu Specjalnego (etat nr 04/185 
z dnia 3 lutego 1944 roku, opracowany przez zespół specjalistów radzieckich z generałem porucznikiem 
Czetwierikowem na czele).

Od lej pory uległy również zmianie cele i zadania batalionu. Postanowiono, iż jednostka ta nie zostanie w 

całości przerzucona na tyły wroga, ale szkoleni w niej wywiadowcy będą formowani w małe oddziały, 
stanowiące   w   perspektywie   zalążki   grup   organizatorskich   ruchu   partyzanckiego   w   kraju   oraz   grup 
rozpoznawezo-dywersyjnych, politycznych i wywiadowczych.

*   „Wolne   Niemcy”   —   Narodowy   Komitet   Wolne   Niemcy,   Nationalkomitee   Freies   Deutschland,   NKFD,   antyhitlerowska 

organizacja utworzona w lipcu 1943 z inicjatywy niemieckich działaczy komunistycznych przebywających na emigracji w Związku 
Radzieckim, głównie W. Piecka i W. Ulbrichta; skupiała przedstawicieli wszystkich warstw antyfaszystowskich partii i ugrupowań 
społ.-polit., którzy postanowili walczyć przeciwko reżimowi hitlerowskiemu.

background image

Zadania   tego   typu  wymagały   oczywiście   odpowiedniego   ośrodka   dowodzenia   operacyjnego,   którego 

dotychczas  batalion nie posiadał. Utworzono więc  Polski Sztab Partyzancki. Decyzja o jego powołaniu 
zapadła w kwietniu 1944 roku, a już 5 maja tego roku sztab rozpoczął swoją działalność na Wołyniu, w 
miejscowości Szpanów koło Równego, w  pobliżu  linii  frontu. Na  jego  czele  stanął  generał Aleksander 
Zawadzki,   a   jego   zastępcą   mianowano   pułkownika   Sergiusza   Prytyckiego.   Aby   zapewnić   precyzję 
koordynowania wszystkich działań, stworzono jednocześnie dwa przedstawicielstwa wojskowe: w Moskwie 
(pięcioosobowe   pod   dowództwem   pułkownika   Rokicińskiego)   i   przy   Radzie   Wojennej   2   Frontu 
Białoruskiego (29 oficerów z pułkownikiem Kazimierskim na czele). Ponadto Polski Sztab Partyzancki i 
batalion   podlegały   Komisarzowi   Bezpieczeństwa   Państwowego   generałowi   porucznikowi   Gieorgijowi 
Żukowowi   i   Dmitrijowi   Mannuilskiemu   działającemu   z   ramienia   KC   WKP(b).   Natomiast   generał 
Aleksander   Zawadzki,   jako   szef   Polskiego   Sztabu   Partyzanckiego,   był   członkiem   Rady   Wojennej   i 
jednocześnie stał na czele Centralnego Biura Komunistów (polskich) w Moskwie.

Przystąpiono   natychmiast   do   opracowywania   planów   działań   rozpoznawczo-wywiadowczych, 

dywersyjnych i organizacyjno-partyzanckich, niezwłocznie też rozpoczęła się ich realizacja. Jeszcze nie było 
własnych samolotów,  kiedy  już   pierwsi  spadochroniarze   z  batalionu  otrzymali  zadania  bojowe   i  zostali 
przerzuceni na tyły wroga przez sztaby partyzanckie Ukrainy i Białorusi.

Pozostali przechodzili ostre szkolenie. W Polskim Samodzielnym Batalionie Specjalnym przyjęto, że 

okres stu dni niezwykle intensywnych ćwiczeń, wykładów i zajęć specjalistycznych to minimum tego, co 
powinien przejść każdy spadochroniarz.

Ćwiczono więc skoki pojedyncze i grupowe, skoki z balonu, uczono sterowania czaszą spadochronu w 

locie, a także wielu innych niezwykle istotnych rzeczy, jak np. rozpoznawania terenów z góry.

Bardzo ważnym elementem w całości szkolenia była tzw. minerka. W batalionie ćwiczono ją między 

innymi   na   normalnych   torach,   po   których   kursowały   normalne   pociągi.   Jedna   grupa   zakładała   miny 
wyposażone jedynie w zapalniki, zadaniem drugiej natomiast było odszukanie ich, tak aby pociąg, który miał 
tamtędy przejechać, nie „wyleciał” w powietrze.

Po   okresie   przeszkolenia   ruszali   spadochroniarze   do   wyznaczonych   im   zadań.   Liczebność   i   składy 

poszczególnych   grup   uzależnione   były   od   potfzeb   i   dlatego   niektóre   z   nich   składały   się   z   pięciu   lub 
jedenastu żołnierzy, inne natomiast, jak np. grupa Sobiesiaka, liczyły od 100 do 150 żołnierzy. W sumie 
utworzono i przerzucono na tyły nieprzyjaciela 23 grupy organizacyjne i dywersyjno-wywiadowcze, w skład 
których weszło 567 spadochroniarzy, a wśród nich 141 oficerów i 215 podoficerów.

W połowie maja 1944 roku batalion został przeniesiony do miejscowości Żytyń koło Równego. Następne 

miejsca postoju to kolejno: Chełm i Jastków koło Lublina. Pod koniec 1944 roku Polski Sztab Partyzancki 
przekształcono   w   „Bazę   Materiałowo-Technicznego   Zaopatrzenia   przy   Naczelnym   Dowódcy   Wojska 
Polskiego dla oddziałów na tyłach wroga”.

Niemcy  doskonale   zdawali   sobie   sprawę   z   niebezpieczeństwa,   jakie   groziło   im   ze   strony  skoczków 

radzieckich, a później i polskich. Już 22 lipca 1940 roku Szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy 
(RSHA) Reinhard Heydrich wydał w tej sprawie pierwsze zarządzenie.

Zgodnie z jego wytycznymi, a także z zarządzeniem Szefa Policji Porządkowej z 5 lipca 1941 roku, 

wszyscy spadochroniarze ujęci w ubraniach cywilnych, a więc w nomenklaturze niemieckiej „wywiadowcy, 
sabotażyści i terroryści”, mieli być natychmiast po ujęciu przekazywani w ręce gestapo.

Kiedy Niemcy napadli na Związek Radziecki, sprawa ewentualnych skoczków penetrujących zajęte przez 

nich   tereny   stanęła   prawie   na   ostrzu   noża.   Wydane   wówczas   ściśle   tajne   zarządzenia   Naczelnego 
Dowództwa Wehrmachtu mówiły, że każdy spadochroniarz, niezależnie od tego, czy jest w mundurze, czy 
też w ubraniu cywilnym, winien być traktowany jak bandyta. Zalecenie dalsze brzmiało: „rozstrzelać na 
miejscu lub przekazywać służbie bezpieczeństwa celem specjalnego potraktowania”. Co to oznaczało w 
języku  niemieckim   i   przy  niemieckim  sposobie   myślenia,  nietrudno  odgadnąć...   Potwierdziły  to  zresztą 
liczne przykłady bestialskiego potraktowania spadochroniarzy radzieckich, którzy wpadli w ręce niemieckie. 
Żaden z nich nie znalazł się w obozie jenieckim, co stanowiło jawne naruszenie prawa międzynarodowego. 
Podczas przesłuchań byli torturowani i wszystkich spotkał ten sam koniec - śmierć z rąk oprawców.

Znany   jest   też   rozkaz   Heydricha   z   15   maja   1942   roku   mówiący   o   „unieszkodliwianiu   agentów 

spadochronowych,   terrorystów   i   sabotażystów”.   Specjalne   instrukcje   uzupełniające   głosiły:   „Wszystkim 
ujętym spadochroniarzom natychmiast wiązać ręce, kneblować usta i dokładnie rewidować, ponieważ wielu 
z nich usiłowało popełnić samobójstwo, m.in. za pomocą cyjanku”. I dalej: „natychmiastowe przesłuchanie 
ujętych spadochroniarzy winno służyć ujęciu innych grup spadochronowych i ich unieszkodliwieniu”.

Siódmego października 1942 roku ogłoszony został w radiu i prasie hitlerowskiej komunikat Naczelnego 

Dowództwa   Wehrmachtu   (OKW),   w   którym   Niemcy   zupełnie   jawnie   ogłosili,   że   „wszyscy   ujęci 

background image

spadochroniarze będą potraktowani jak bandyci i rozstrzelani na miejscu bez litości”. W ślad za tym ukazał 
się   ściśle   tajny   rozkaz   Hitlera,   w   którym   między   innymi   stwierdzono:   „Począwszy   od   chwili   obecnej 
wszyscy przeciwnicy schwytani przez niemieckie wojska w czasie tzw. akcji komandosów w Europie lub 
Afryce, nawet żołnierze w mundurach lub oddziały z bronią i bez broni, winni być zniszczeni do ostatniego 
w walce lub w trakcie ucieczki”.

I znowu bardzo łatwo domyślić się, o jaką to „walkę” czy też „ucieczkę” Niemcom chodziło...
W   celu   skoordynowania   działań   przeciwko   spadochroniarzom   stworzono   w   Głównym   Urzędzie 

Bezpieczeństwa Rzeszy referat IV AZ (Sabotageabwehr). Kierował nim SS-sturmbannführer i kriminalrat 
Horst Kopkow, odznaczony przez samego Himmlera Niemieckim Krzyżem Srebrnym za „szczególne zasługi 
w zwalczaniu spadochroniarzy”. Inne znane nazwisko, to SS-untersturmbannführer Johann Strübing. Główne 
zadanie   kierowanego   przez   niego   działu   to   zwalczanie   spadochroniarzy   i   agentów   wyposażonych   w 
radiostacje.

Fakt zaangażowania wielu setek ludzi, a także ogromne środki finansowe przeznaczone na ten cel, to 

wymowny dowód, świadczący, jak bardzo obawiali się Niemcy dywersji na własnym zapleczu.

Już   po  wojnie  generał  Guillaume   twierdził,  że   wojska  radzieckie  przerzuciły  na   tyły  wroga   37  000 

specjalistów wyszkolonych do prowadzenia walki dywersyjnej i wywiadu oraz wysłały drogą powietrzną 
ogromne   ilości   zaopatrzenia   dla   partyzantów.   Danych   tych,   co   prawda,   nie   potwierdzono   w   Związku 
Radzieckim,   ale   dość   przecież   przypomnieć   niektóre   fakty,   świadczące   o   rozmachu   akcji   desantowych 
organizowanych przez Armię Czerwoną. Na przykład na przełomie 1941 i 1942 roku pod Jelnią wylądowała 
cała brygada desantowa zrzucona jako wsparcie oddziałów partyzanckich generała Biełowa. Brawurowa 
akcją zakończyła się sukcesem: partyzanci i spadochroniarze przy 38 stopniach mrozu przecięli niezwykle 
ważną w tym czasie dla Niemców autostradę Smoleńsk— Wiaźma.

ROZDZIAŁ III

Ziemia tym razem nie była najłaskawsza...
Lipiński zawisł na wystających gałęziach ogromnego świerka dobre trzy metry ponad ziemią. Przez kilka 

minut szamotał się rozpaczliwie, aż w końcu — zeźlony — przeciął linki nożem, który na szczęście nosił 
stale za cholewą buta. Gwałtowny upadek ze sporej w końcu wysokości odczuł dość boleśnie...

- Cholera... Ładnie się zaczyna... — syknął z bólu, podnosząc się ostrożnie na nogi. Na szczęście kości 

byty całe.

W lesie panowała cisza. Kilka kroków, jakie przeszedł od miejsca „lądowania”, zabrzmiały jak suche 

wystrzały. Z wrażenia aż przystanął. Zaczynam zachowywać się jak stara histeryczka, skarcił się w duchu. 
Przez moment jeszcze nasłuchiwał. Gdzie reszta? Nie mogło ich znieść zbyt daleko. Skakali przecież z 
wysokości co najwyżej 400 metrów.

Nagle usłyszał trzask łamanych gałęzi. Ręka sama chwyciła za broń. O kilka metrów od miejsca, w 

którym stał, rozległ się cichy śmiech:

- Coś taki nerwowy? — Z czerni nocy wynurzyli się krawiec, Płonka i Piesiór. — Wszystko w porządku?
Skinął głową. Nie mial ochoty tłumaczyć się ze swojej niezawinionej w końcu przygody ze świerkiem i 

przymusowym niezbyt miękkim lądowaniem.

- Gdzie reszta? — Pytanie było czysto retoryczne, więc nie czekając na odpowiedź, rzucił krótko: — 

Dobra... Spadochrony i plecaki pod to duże drzewo i szukamy pozostałych. Za piętnaście minut zbiórka w 
tym samym miejscu...

Grupa,   która   wylądowała   7   września   1944   roku   około   godziny   1.15   w   nocy   w   rejonie   wsi   Nowe 

Konopaty, składała się z dwunastu spadochroniarzy (ppor.  Henryk Mycko — dowódca, ppor. Józef Lipiński 
— zastępca dowódcy, ppor, Stefan Zakrzewski — zastępca do spraw politycznych, ppor. Emil Piesiór, ppor. 
Stefan Woszkowski, ppor. Władysław Dudzik, st. sierż., Józef Krawiec, st. sierż. Leon Płonka, st, sierż. 
Władysław Wilczyński i trzej Rosjanie – ppor. Wołodia Arens — lekarz chirurg, ppor. Władimir Kirsiejew 
— radiotelegrafista i ppor. Igor Waluszkiewicz) i otrzymała kryptonim „Pomorze”.

Szóstego   września   1944   toku   przewieziono   ich   samolotem   ze   Świdnika   k/Lublina   do   Brześcia   nad 

Bugiem.  Tam  dopiero  dowiedzieli  się  o  punkcie  docelowym  swojej  „podróży”.  Ostatnich wskazówek  i 
instrukcji przed lotem udzielił spadochroniarzom sam pułkownik Biełow. Obecność wysokiego rangą oficera 
sztabu potwierdzała wagę ich misji.

- Ludność tamtejsza — mówił Biełow — jest przeważnie niemiecka, część jej stanowią osadnicy, którzy 

otrzymali ziemię w drodze wyróżnienia przez rząd Trzeciej Rzeszy. Dlatego też pracę wywiadowczą należy 
rozpoczynać   bardzo   ostrożnie...   Ustalić:   obiekty   wojskowe,   koncentrację   wojsk,   rejony   umocnień   i 

background image

fortyfikacji, a ludność polską podtrzymywać na duchu...

Biełow nie uważał za stosowne poinformować członków grupy o dotychczasowych wpadkach. Niczego 

by   to   zresztą   nie   zmieniło.   Byli   żołnierzami   i   otrzymali   rozkaz,   który   bez   względu   na   cenę   należało 
wykonać.

Po obfitej kolacji spadochroniarze załadowali się do samolotu. Kilku z. nich było w swoich mundurach, 

pozostali w ubraniach cywilnych. Każdego wyposażono w plecak zawierający 3 zmiany bielizny, ubranie 
cywilne, mundur oficera niemieckiego, magazynki z amunicją zapasową, baterię do radiostacji oraz żywność 
na   10   dni.   Ciężar   tak   naładowanego   plecaka   wynosił   kilkadziesiąt   kilogramów.   Spadochroniarze   byli 
uzbrojeni w broń maszynową (PPS), pistolety, granaty (po 7 sztuk) i noże. Dodatkowe uzbrojenie stanowiły 
dwa karabiny zaopatrzone w specjalne tłumiki, tzw. bezszumki. Całość wyposażenia uzupełniał ważący 
około   100   kg   zasobnik   z   zapasami   amunicji,   materiałami   wybuchowymi,   żywnością   i   lekami   oraz 
materiałami propagandowymi w językach polskim i niemieckim.

Lot nie należał do spokojnych. Po raz pierwszy wpadli w rejon ostrzału artylerii niemieckiej tuż po 

przekroczeniu linii Bugu. Później było trochę spokoju, ale nad płonącą Warszawą dostali się w silny ogień 
zaporowy. Pociski rozrywały się w odległości 100, najwyżej 200 metrów od samolotu. Pilot wyszedł z 
groźnej strefy jedynie dzięki silnym nerwom i niezwykłemu manewrowi: lotem koszącym na wysokości 300
—200 metrów przeleciał nad bateriami niemieckimi.

Około godziny pierwszej w nocy znaleźli się w rejonie zrzutu...
Po dwudziestu minutach grupa w komplecie zebrała się w miejscu wyznaczonym przez Lipińskiego. 

Niestety, nie wszyscy o własnych siłach. Igor Waluskiowicz, sądząc, że złamał przy lądowaniu nogę, w 
przypływie nagłej rozpaczy sięgnął po pistolet. Sytuację uratował Piesiór, wyrywając mu broń niemal w 
ostatniej chwili.

- A ten idiota zamiast mi podziękować, zdzielił mnie po łbie i to tak, że wszystkie gwiazdy zobaczyłem... 

— żalił się teraz dowódcy.

Mycko słuchał ze ściągniętymi brwiami. Początek był nie najlepszy. Wypadek Waluszkiewicza mógł 

nieco skomplikować ich plany...

- Co z nim, Wołodia? — zwrócił się do lekarza grupy, Arensa, który nachylony nad Waluszkiewiczem 

skrupulatnie badał nogę nieszczęśnika.

- Wygląda na to, że kość cała... Zwykłe zwichnięcie. Jednak trzeba go będzie prowadzić pod ramię jak 

panienkę...

- Jak długo?
- Za dzień, dwa, będzie mógł chodzić.
-   To   ja   poczekam   te   dwa   dni,   żeby   mi   nikt   później   nie   mówił,   że   skułem   mordę   choremu   —   nie 

wytrzymał Piesiór.

Zranił się także, i to dość poważnie, Stefan Zakrzewski. Ostra gałąź przeorała mu paskudnie lewe udo w 

okolicach   krocza.   Sycząc   z   bólu,   wysłuchiwał   cierpliwie   złośliwych   docinków   dotyczących   miejsca 
zranienia.

- Dość tego! — przeciął beztroskie rozmowy Mycko. — Zwariowaliście?! Diabli wiedzą, gdzie nas 

zniosło   i   czy   przypadkiem   nie   szukają   nas   Niemcy,   a   tym   się   żartów   zachciało...   Zabierać   się   do 
zakopywania spadochronów, a Wołodia niech opatrzy Stefana. Władek — zwrócił się do Dudzika: — Gdzie 
zasobnik?

Podporucznik złapał się za głowę.
- Cholera! W tym zamieszaniu zupełnie o nim zapomniałem. Musi być gdzieś blisko, bo widziałem go w 

powietrzu...

Poszukiwania trwały około trzydziestu minut i zakończyły się fiaskiem. Ważący 100 kg worek zaginął w 

ciemnym lesie jak igła w stogu siana.

- Nie ma, może go wiatr zniósł nieco dalej... — meldował przejęty stratą Dudzik.
- Trudno... Nie możemy zostać tutaj dłużej ani minuty — zadecydował Mycko. — Niemcy mogą już być 

na maszym tropie...

Instrukcja mówiła wyraźnie: „po wylądowaniu grupa musi w przeciągu piętnastu minut oddalić się od 

miejsca zrzutu”.

Spojrzał na zegarek:
- I tak już zmitrężyliśmy kupę czasu.
Klnąc pod nosem na czym świat stoi, poprowadził spadochroniarzy w głąb lasu.
- Heniek, orientujesz się, gdzie jesteśmy? - zagadnął go szeptem idący obok Lipiński.
- Nie bardzo... — wyznał dowódca.
- Zdaje się, że pilot wysadził nas trochę za wcześnie. Zorientujemy się w dzień.

background image

W ciągu kilku godzin forsownego marszu, opóźnianego przez człapiącego Waluszkiewicza, odskoczyli 

kilkanaście kilometrów od miejsca zrzutu. Na niewielkiej polance dowódca zarządził wreszcie upragniony 
postój. Wystawiono wartę, pozostali członkowie grupy padli pod drzewami. Zmęczenie było silniejsze od 
strachu przed ewentualnym pościgiem.

Obudził   ich   przejmujący  chłód.   Sytuacja   nie   była   wesoła.   Nie   wiedzieli,   gdzie   się   znajdują,   a   brak 

zasobnika martwił w tej sytuacji szczególnie. Jeśli znaleźli go Niemcy?

Cały dzień przesiedzieli w lesie w ponurym milczeniu. Późnym wieczorem trzech spadochroniarzy udało 

się na poszukiwanie zguby. Wrócili, nad ranem zmęczeni i z pustymi rękami.

- Przecież nie rozpłynął się w powietrzu! — złościł się Mycko. — Wywiadowcy od siedmiu boleści, 

głupiego worka nie potrafią znaleźć...

- Daj im spokój —- mitygował dowódcę opanowany jak zawsze Wołodia Kirsiejew. — Poszukamy jutro 

w dzień... Nie ma innego wyjścia.

Po kolejnej nocy spędzonej pod drzewami Dudzik, Krawiec i Płonka wyruszyli ponownie po nieszczęsny 

zasobnik. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do nich. Znaleźli go w końcu. Worek zawisł na wysokiej 
sośnie i trzeba było prawdziwie ekwilibrystycznych wyczynów, żeby go stamtąd ściągnąć. Wyprawa okazała 
się być potrzebną także i z innych względów. Przechodząc obok miejsca zrzutu, zauważyli, że zbyt płytko 
zakopali swoje spadochrony i dziki wywlokły je na wierzch!

Jakby tego wszystkiego było mało, w pobliżu spadochronów Krawiec znalazł nóż fiński i chusteczkę do 

nosa - własność Mycki. Więcej dowodów, że tutaj właśnie wylądowali, nie mogli już Niemcom dostarczyć...

Fakt, że rzeczy te do tej pory leżały na swoim miejscu, o niczym jeszcze nie świadczył. Mogli je Niemcy 

zostawić   celowo,   aby   uśpić   czujność   spadochroniarzy.   Należało   więc   jak   najszybciej   zmienić   miejsce 
postoju! Ba, ale w jakim się udać kierunku?

Krawiec   po   pierwszej   wyprawie   nocnej   meldował,   że   słyszał   szczekające   w   oddali   psy.   Mogło   to 

świadczyć, że w pobliżu znajduje się jakaś wioska, ale równie dobrze mogły to być odgłosy pogoni.

W każdym razie, Mycko zdawał sobie z tego doskonale sprawę, należało podjąć jakąś decyzję. I to 

szybko, bo skończyły się im niewielkie zapasy wody i ludzi męczyło pragnienie. Trzeciego dnia ruszyli całą 
grupą w kierunku wskazanym przez Krawca. Po kilku godzinach marszu znaleźli się na skraju lasu, przy 
stojącej samotnie zagrodzie. Wyglądało to na gajówkę lub leśniczówkę. Czasu na zastanawianie się mieli 
niewiele, gdyż obszczekał ich kundel szarpiący się na łańcuchu przypiętym do rozwalającej się budy. Ukryci 
w krzakach widzieli, że otworzyły się drzwi domu i stanęła w nich.młoda kobieta.

- Burek! Uspokoisz ty się wreszcie! — krzyknęła groźnie na psa, ale ten nie zareagował.
- Słyszałeś? Po polsku go sztorcuje! — trącił Myckę podniecony Lipiński.
- Cholery można dostać z tym psem! — rozległ się tym razem męski głos i obok kobiety stanął wysoki, 

szczupły mężczyzna. — Uspokoisz się, ty durny kundlu... — pogroził psu pięścią.

Ten argument okazał się skuteczny, bo psisko powarkując groźnie zdecydowało się wleźć do budy.
- Zobaczę, może chce mu się pić — powiedziała kobieta i wziąwszy stojące na ganku wiaderko podeszła 

z nim do studni.

- Woda... — oblizał spieczone wargi Krawiec.
- Słuchaj, Heniek, nie wytrzymam dłużej, poproszę ją o wodę, a przy okazji dowiem się, gdzie jesteśmy.
- Dobrze — zgodził się Mycko. — Pójdzie trzech w mundurach: ty, Lipiński i Płonka. Tylko ostrożnie...
Na widok polskich żołnierzy kobieta wypuściła z rąk wiadro.
- Jezus, Maria! Polacy!
Już po kilku minutach siedzieli w kuchni, gdzie gospodyni  przygotowała  im  pierwszy po  trzech dniach 

gorący posiłek, a gospodarz — jak się okazało leśniczy — wyciągnął z kredensu butelczynę. Spadochroniarz 
oprócz odwagi powinien mieć także dużo szczęścia. Chyba je mieli... Leonard Piotrowski, bo tak nazywał 
się pierwszy spotkany przez nich Polak, dostarczył grupie wielu cennych informacji. Przede wszystkim 
poinformował ich, że znajdują się obok wsi Czarny Bryńsk, niedaleko od Lidzbarka Welskiego, czyli na 
obszarze   tzw.   rejencji   ciechanowskiej,   którą   na   mocy   zarządzenia   Hitlera   z   8   października   1939   roku 
przyłączono   do   Rzeszy.   Spadochroniarze   pytali   też   o   leśników,   na   których   mogliby   liczyć   w   przyszłej 
działalności.   Piotrowski   wyrażał   się   najlepiej   o   Leonardzie   Zamkowskim,   oraz...   Niemcu,   Hermanie 
Weiderze...

-  Pracuje  u  niego sporo  Polaków  przywiezionych tutaj  na  przymusowe  roboty i  wszyscy  bardzo  go 

chwalą. Nigdy na nikogo nie podniósł ręki i nikogo nie skrzywdził — zapewniał Piotrowski.

W   ciągu   pierwszych   dni   po   nawiązaniu   kontaktu   z   Leonardem   Piotrowskim   i   jego   rodziną 

spadochroniarze niejednokrotnie dochodzili do wniosku, że przygotowanie teoretyczne do działalności w 
tym   rejonie,   które   otrzymali   w   batalionie   specjalnym,   było,   niestety,   pod   wieloma   względami 

background image

niezadowalające. Tu, na miejscu, musieli uczyć się wszystkiego od początku. Nie było też mowy o wyjściu 
z lasu. Zaopatrzono ich co prawda w ubrania cywilne, ale były one... zbył eleganckie. Żaden z miejscowych 
Polaków nie mógł tak chodzić ubrany, wiec od razu zwróciłby na siebie uwagę. Nie mogli także skorzystać z 
mundurów niemieckich, mieli bowiem wyłącznie oficerskie. Już pierwsze doświadczenia nauczyły ich, że 
mundur tego typu wzbudza w każdej wiosce żywe zainteresowanie; podczas gdy osobami w mundurach 
żołnierskich czy podoficerskich nikt się nie zajmuje. W każdą sobotę i niedzielę, a często nawet w dni 
powszechnie,   do   wiosek   przyjeżdżali   na   przepustki   synowie   mieszkających   tu   Niemców,   właśnie 
szeregowcy i podoficerowie. W tej sytuacji nawet obcy żołnierz nie wzbudzał niczyjego zainteresowania. 
Potrzebne więc im były mundury żołnierskie, ale o tym w centrali, niestety, nie wiedziano...

Już   po   czterech   dniach   od   nawiązania   pierwszych   kontaktów   grupa   „Pomorze”   uzyskała   niezwykle 

cennych informatorów. Byli to między innymi dwaj leśniczowie: Tadeusz Jarzębski i Jan Grzonkowski, 
dzięki którym Wołodia Kirsiejew mógł rozpocząć nadawanie pierwszych komunikatów do centrali.

Niezwykle   ważną   i   istotną   dla   dalszej   działalność   i   grupy   „Pomorze”   okazała   się   wiadomość   o 

istniejącym na tym terenie oddziale Armii Krajowej. O partyzantach AK poinformował Myckę (zresztą na 
polecenie organizacji) leśniczy Tadeusz Jarzębski z Buczkowa. W krótkim czasie doszło do pierwszego 
spotkania, które odbyło się we wsi Traczyska, u właścicielki młyna Marii Kaszewskiej. Wpisana siłą na listę 
„eingedeutschów” pozostała gorącą patriotką i przez cały okres okupacji pełniła funkcję łączniczki oddziału 
partyzanckiego. Na widok polskich mundurów oficerskich rozpłakała się ze wzruszenia...

Podczas tego pierwszego spotkania ustalono następne już z przedstawicielami oddziału. Wyznaczono je 

w Buczkowie w domu Franciszka Stawickiego.

Do spotkania z miejscowymi partyzantami przygotowywali się jak na wesele... Mycko i Zakrzewski w 

mundurach   polskich,   Waluszkiewicz   w   mundurze   radzieckiego   lejtnanta.   Późnym   wieczorem   podeszli 
ostrożnie   do   wsi   Buczkowo.   Ryzykowali,   mundury   rzucały   się   w   oczy,   ale   chcieli   koniecznie   w   nich 
wystąpić,   aby   podkreślić,   że   są   prawdziwymi   reprezentantami   swoich   armii.   Ze   strony   AK   udział   w 
spotkaniu wzięli: Maria Kaszewska, Franciszek Stawicki i Jan Rążycki.

Atmosfera była niezwykle serdeczna. „Gości z nieba” powitał w imieniu dowódcy oddziału Jan Rążycki.
Podczas   tej   pierwszej   rozmowy   spadochroniarze   dowiedzieli   się,   że   oddział   „Leśnika”   składa   się   z 

dziesięciu uzbrojonych ludzi, przebywających na tzw. placówkach, a pozostali członkowie organizacji żyją 
na   stopie   legalnej.   Działalność   ich   polegała   na   wydawaniu   specjalnych   ulotek   o   treściach 
antyfaszystowskich, a także przerzucaniu jeńców wojennych radzieckich i polskich, zbiegłych z niewoli 
niemieckiej, do oddziałów BCh i AL na Mazowszu.

-   Interesują   nas   przede   wszystkim   okolice   Nidzicy   —   wyjaśnił   gospodarzom   Mycko.   —   Chcemy 

wiedzieć wszystko o umocnieniach obronnych w tym rejonie, a także, jeśli to możliwe, o ruchach wojsk 
nieprzyjaciela.

Akowcy kiwali głowami ze zrozumieniem.
- Normalna sprawa — mruknął Rążycki. — Do tej pory robiliśmy to wszystko na własne konto, od dziś 

pracujemy na wasze....Czy Piotrowski znalazł wam już miejsce na bazę?

- Tak, i to bardzo dobre — odparł Mycko. Miejsce rzeczywiście było znakomite. Ziemianki wykopano w 

lesie,   w   pobliżu   miejscowości   Kocioł.   Nie   opodal   płynął   strumyk,   co   gwarantowało   dostateczną   ilość 
świeżej wody. Teren wokół ziemianek został starannie zamaskowany. Wokół każdej z nich zainstalowano 
pole minowe.

Rążycki pochwalił wybór miejsca, a później dodał:
-   Skoro   ustaliliśmy   już   prawie   wszystko,   musicie   jeszcze   poznać   nieco   szczegółów   dotyczących 

zwyczajów tutejszej żandarmerii. Bez tego nie dacie sobie rady w terenie... Otóż do walki z ruchem oporu 
wyznaczono tutaj nie tylko żandarmerię — zaczął rozwijać ten niezwykle istotny temat. — To samo zadanie 
otrzymała   tajna   policja   wojskowa   i   służba   bezpieczeństwa.   W   niektórych   większych   miasteczkach   i 
osiedlach rozmieszczono oddziały Jagdkommando podporządkowane SS. Musicie być przygotowani na to, 
że w każdej wsi działa przynajmniej jeden agent gestapo, a ludność pochodzenia niemieckiego i Niemcy z 
Besarabii   lub   z   krajów   nadbałtyckich,   ściągnięci   tu   na   miejsce   zlikwidowanych   Polaków,   zameldują 
natychmiast o każdym obcym, który pojawi się w ich wiosce... I jeszcze jedno, każdy napotkany w lesie 
Polak oddawany jest w ręce gestapo!

Spotkanie zakończyło się około drugiej w nocy i spadochroniarze opuścili dom Franciszka Stawickiego 

bardzo   zadowoleni.   Przedstawiciele   AK   zobowiązali   się   dostarczyć   im   wszelkich   wiadomości   o 
zaobserwowanych   obiektach   wojskowych,   lotniskach,   węzłach   kolejowych,   a   także   o   rozmieszczeniu 
jednostek   wojskowych   i   żandarmerii.   Okazało   się,   że   informacji   tych   może   być   wiele,   i   to   niezwykle 
istotnych, gdyż członkowie organizacji żyjący na stopie legalnej zatrudnieni byli przy różnych obiektach 

background image

wojskowych jako robotnicy, a spora ich część pracowała w administracji. Rozwiązano również problem 
skrzynek   kontaktowych.   Wyznaczono   określone   punkty,   w   których   oficerowie   kontaktowi   grupy   mieli 
odbierać   zebrane   informacje.   Drugą   niezwykle   ważną   sprawą   załatwioną   tego   wieczora   był   problem 
zaopatrzenia grupy w żywność. Spadochroniarze mieli, co prawda, na ten cel pieniądze, i to spore, około 
miliona marek niemieckich, ale pozostawała jeszcze kwestia samych zakupów.

Przekazali  więc   na   ręce   partyzantów   100  tysięcy  marek  i   odtąd  co  dwa   dni  w   określonym   miejscu 

znajdowali kilkanaście bochenków chleba, konserwy, mięso i inne produkty żywnościowe. Za te pieniądze 
mieli także akowcy werbować informatorów wśród ludności niemieckiej.

Jeszcze  tej samej nocy Kirsiejew nadał meldunek do centrali, powiadamiając  o nawiązaniu cennych 

kontaktów. W centrali wyrażono zgodę na współpracę. Jednocześnie postawiono im zadanie: „zorganizować 
obserwację i zapewnić dopływ informacji o ruchach wojsk niemieckich na trasach kołowych i kolejowych: 
Iława, Działdowo, Warszawa, Szczytno, Ciechanów, Brodnica, Toruń”.

Grupa „Pomorze” rozpoczęła więc normalną wywiadowczą pracę.

ROZDZIAŁ IV

Mycko był zadowolony. Mijał już prawie miesiąc działalności grupy w Prusach Wschodnich i niemal 

codziennie   centrala   otrzymywała   pakiet   istotnych   informacji.   Codziennie   też   poszerzał   się   krąg 
„wtajemniczonych”   —   współpracowników   grupy.   Z   okolicy   otaczającej   lasy   lidzbarskie   dostarczali 
informacji:  robotnik leśny  z  Lubowidza  —  Henryk Łopuski,  Halina   Kołakowska  ze  wsi  Miecznikowo-
Gołębie, cała rodzina Nowowiejskich z Janowa, Konstanty Nachtygal z Zaborowa i wielu, wielu innych. 
Dzięki miejscowej grupie konspiracyjnej, zajmującej się gromadzeniem dowodów osobistych, przepustek, 
kartek żywnościowych i dokumentów administracji okupanta, wszyscy spadochroniarze zostali zaopatrzeni 
w autentyczne dowody i przepustki pozwalające im na dość swobodne poruszanie się w terenie. Załatwiła je 
i dostarczyła Halina Kołakowska, ps. „Jurand”.

Najbardziej cennym okazał sią jednak najnowszy kontakt i to z... Niemcem! Ernest Maks — tak nazywał 

się   szef   firmy   rybackiej   w   Jabłonce   koło   Nidzicy   —   był   dzierżawcą   jeziora   Omulew   i   wielu   innych. 
Najpierw   zwrócili   na   niego   uwagę   akowcy.   Okazało   się,   że   Maks   zatrudniał   u   siebie   wielu   żołnierzy 
podziemia, starając się nie wnikać w to, kim są jego rybacy, z których wielu po raz pierwszy trzymało sieci 
w rękach. Ale zaczęli go darzyć pełnym zaufaniem, kiedy powiadomił ich, iż gestapo ma zamiar aresztować 
jednego z pracujących u niego ludzi. Po upadku powstania warszawskiego, a więc w okresie kiedy w pobliżu 
jego majątku pojawiła się grupa „Pomorze”, Ernest Maks zupełnie otwarcie podjął współpracę z partyzantką 
i polskimi spadochroniarzami. Na jedno z zebrań przyniósł pistolet i ofiarował go „Jeżowi” — Zacheuszowi 
Nowowiejskiemu, a Józef Lipiński otrzymał od niego niezwykle cenny dokument — przepustkę „specjalisty-
rybaka”, dzięki której mógł się poruszać swobodnie po powiatach nidzickim, mławskim i przasnyskim. Dla 
grupy „Pomorze” informacje dostarczane przez Maksa były wprost nieocenione. Uzyskiwał je bowiem z 
miarodajnego źródła, od różnych dygnitarzy partyjnych, wojskowych i administracyjnych, którzy często 
wpadali do niego na „rybkę” suto zakrapianą alkoholem.

Sporo   informacji   o   istotnym   znaczeniu   wojskowym   napływało   z   Działdowa   —   ważnego   węzła 

komunikacyjnego.   Dostarczali   je:   Zofia   Czaplicka,   Mieczysław   Jabłonowski,   Józef   Ławicki   —   lekarz 
wetertynarii, a zarazem szef oddziału II w sztabie obwodu AK powiatu działdowskiego, Alfons Bayer, Józef 
Bąk, Walter Kleppar, Leokadia Krajnowa, Franciszek Peizner, Józef Szalkę, Apolinary Wojtal, Bronisław 
Zieliński, Maksym Ziętara.

W celu lepszego zorganizowania pracy wywiadowczej Mycko postanowił rozdzielić swoją grupę. Zbyt 

długo już przebywali razem; gdyby doszło do wsypy, cała dwunastka mogła wpaść w ręce Niemców. W 
związku z tym Lipiński, Woszkowski i Krawiec otrzymali zadanie rozszerzenia siatki agenturalnej w rejonie 
Lidzbarka Welskiego, Działdowa i Nidzicy, Piesiór, Dudzik i Płonka mieli zająć się zbieraniem materiałów 
wywiadowczych   w   rejonie   Górzyna   i   Brodnicy,   reszta   grupy   zajęła   się   przygotowaniem   dodatkowych 
ziemianek i kryjówek w lasach lidzbarskich.

Przed   wejściem   do   ziemianki   Lipińskiego   siedział   młodziutki   chłopak   i   z   wyraźnym   zadowoleniem 

zaciągał się dymem z niemieckiego „Juno”.

-   Te,   partyzant...   a   mamy   się   pytałeś,   czy   ci   wolno   —   nie   wytrzymał   Lipiński.   —   Na   papieroska 

przyszedłeś, bo w domu nie pozwalają...

- Jak ci coś powiem, to siądziesz... — nie zraził się docinkami Izydor Nowowiejski. — Mój szef zaprasza 

cię dziś na rybkę...

background image

- Dobra wiadomość — ucieszył się Lipiński. — Wreszcie będę miał okazję poznać twego chlebodawcę...
Nowowiejski  pracował  u  Ernesta  Maksa,  który od  dawna  współpracował  z  miejscową  partyzantką   i 

dostarczał grupie cennych informacji, a którego dotychczas Lipiński nie miał okazji poznać osobiście. To 
zaproszenie mogło oznaczać, iż Maks dysponuje jakimiś ważnymi wiadomościami, a poza tym te rybki... 
Głodni, co prawda, nie chodzili, ale zawsze to jakaś odmiana po konserwach i czerstwym chlebie.

Jabłonka, w której mieszkał Maks, była wprost idealnym miejscem do tego typu spotkań. Kilkanaście 

chałup, zamieszkanych głównie przez autochtonów, jeziora i gęsty las okalający wioskę.

Wybrali   się   późnym   wieczorem:   Lipiński,   Woszkowski   i   Krawiec.   Prowadził   leśnymi,   sobie   tylko 

znanymi ścieżkami, Nowowiejski. Maks przyjął ich niezwykle serdecznie.

- Hitler kaputt! — oświadczył już na wstępie. — Po wojnie — ciągnął dalej — Polacy i Niemcy powinni 

żyć w przyjaźni. Wiem, że dotychczas niewiele dobrego zaznaliście od moich rodaków, ale wierzcie mi, jest 
u nas dużo ludzi, którzy myślą podobnie jak ja. Chciałbym wam pomóc.

Zgodzili się skwapliwie. Ustalili, że wszystkie istotne dla grupy informacje Maks będzie przekazywał 

Nowowiejskiemu. Dzierżawca jezior w Jabłonce zobowiązał się także do stałego udzielania grupie pomocy, 
a jeśli zajdzie taka potrzeba, zakwateruje ich u siebie.

- U mnie najbezpieczniej — tłumaczył. — Gestapo nie podejrzewa mnie o żadne kontakty z partyzantką. 

Ale wy musicie uważać — ostrzegał Lipińskiego. — Byli u mnie przedwczoraj żandarmi z Brodnicy i jeden 
z nich wygadał się, że otrzymali informacje, iż na tym terenie buszują sowieccy spadochroniarze. O innych 
nie słyszałem, więc chyba chodzi o waszą grupę...

Lipiński zaniepokoił się. Czyżby ktoś współpracujący z gestapo wpadł na trop grupy i doniósł o tym 

Niemcom?   Trzeba   będzie   wzmóc   czujność,   postanowił.   Kiedy   nadeszła   pora   pożegnania,   Lipiński, 
wdzięczny Maksowi za informacje i ostrzeżenie, wyjął pieniądze. Gospodarz zdenerwował się, był prawie 
obrażony. Nie chciał słuchać żadnych argumentów.

- Podjąłem się współpracy z wami nie dla pieniędzy! Nie odczuwam ich braku. A wy jeśli macie ich za 

dużo, moglibyście pomóc miejscowej biedocie. Wiecie chyba, jak ludzie tutaj żyją!

Lipiński zmieszany schował marki do kieszeni. Rzeczywiście ten Niemiec ma rację, pomyślał. Że też nie 

wpadliśmy na to sami. Przecież Polacy żyją tutaj w skrajnej nędzy, a my dysponujemy ogromnymi sumami.

- Przecież my nie żałujemy pieniędzy — zaczął tłumaczyć się zażenowany. — Niektórym Niemcom 

nasza   grupa   płaci   od   dziesięciu   do   dwudziestu   tysięcy   marek   miesięcznie   za   informacje   dotyczące 
transportów.

Maks złapał się za głowę.
- Mein Gott! Co wy wyprawiacie? Krowa kosztuje tutaj pięćset marek!
Otrzymali więc kolejną cenną lekcję, tym razem dotyczącą wartości niemieckich pieniędzy.
Do bazy wracali niezwykle zadowoleni. Umówili się na następne, spotkanie i Lipiński obiecał Maksowi, 

że przyniesie wówczas materiały wydawane przez Narodowy Komitet „Wolne Niemcy”. Dzierżawca chciał 
je rozkolportować wśród znajomych.

Noc była piękna i ciepła, chociaż już zbliżał się październik. Kilka kilometrów za Jabłonką, na skraju lasu 

i pola, natknęli się niespodziewanie na dwuosobowy partol żandarmerii. Celną serią z automatu Krawiec 
wyjaśnił, z kim Niemcy mają do czynienia. Jeden z żandarmów zginął na miejscu, drugiemu udało się uciec. 
Lipiński był wściekły:

- Jeszcze dziś w nocy zamelduje swoim i mamy ich na karku! Strzelec z bożej łaski...
Krawiec zawstydzony brakiem skuteczności strzeleckiej wolał się nie odzywać. W końcu nie wytrzymał:
- A co, na czołach mamy napisane: „spadochroniarze”? Jesteśmy przecież po cywilnemu, więd skąd głupi 

szkop ma wiedzieć...

Po kilku dniach okazało się, że miał rację. Żandarmeria niemiecka wpisała tę „akcję” na konto oddziału 

„Wiktora”. Jeszcze raz mieli szczęście...

Na wieść o strzelaninie pod Jabłonką Mycko zareagował prawie histerycznie:
- Zwariowaliście?! Kto wam pozwolił używać broni? To prawie sabotaż... Jesteśmy tutaj, żeby prowadzić 

robotę wywiadowczą, i tylko to się liczy. Nie mam ochoty stawać przeciwko całej armii stacjonującej w 
Prusach Wschodnich!

Lipiński, zdumiony niespodziewanym wybuchem złego humoru dowódcy, usiłował wytłumaczyć mu, że 

innego wyjścia nie było, ale widząc, że jego argumenty nie odnoszą żadnego skutku, zrezygnowany machnął 
ręką i w milczeniu słuchał długiej tyrady ozdobionej gęsto kwiecistymi wiązankami w języku rosyjskim.

Wieczorem zagadnął go Wołodia Arens, lekarz grupy:
- Józek, chodź na papierosa...
-   A   od   kiedy   ty   palisz?   —   zdziwił   się   Lipiński,   pamiętając   złośliwe   uwagi   kolegi   na   temat   ludzi 

zatruwających   dobrowolnie   swój   własny   organizm.   Chciał   jeszcze   dorzucić   coś   żartobliwego,   ale 

background image

zrezygnował, widząc zdesperowaną minę Wołodi. — Chodź, przejdziemy się po lesie – zaproponował.

Kilka metrów za ziemianką czekał na nich Stefan Zakrzewski.
- Mówiłeś mu już? — zapytał Arensa.
- Kiedy? — skrzywił się lekarz. — Przez całe popołudnie wysłuchiwał przecież, co nas z wódz myśli o 

jego metodach działania.

Zakrzewski rozejrzał się wokół.
- Odejdźmy jeszcze parę metrów, po co ma kto słyszeć...
Przysiedli na zwalonym pniu drzewa.
- Otóż sprawa jest przykra i jednocześnie trudna — zaczął ostrożnie Zakrzewski. — Wołodia od kilku już 

dni obserwuje Heńka i twierdzi, że nie jest z nim dobrze. Ja nie jestem lekarzem, nie znam się na żadnych 
objawach, zresztą tłumacz mu sam... — zwrócił się do Arensa.

- Widzisz, Józek, wydaje mi się, że nasz komandir przeżywa kryzys psychiczny...
- Z czego to wnioskujesz?
- Pamiętasz awanturę w samolocie? To był początek, niby nic groźnego, ale nie potrafił utrzymać nerwów 

na wodzy. A teraz z dnia na dzień jest gorzej... Piekli się o byle co i to tak, że muszę mu później aplikować 
środki   uspokajające.   Wczoraj   mówił   mi   Wołodia   Kirsiejew,   że   widział,   jak   dowódca   opracowuje   plan 
przerobienia ziemianki na bunkier strzelecki...

Lipiński słuchał w milczeniu. Myckę poznał jeszcze w batalionie. Cóż mógł wiedzieć o tym człowieku? 

Tyle co inni...

Ich dowódca pochodził z Częstochowy, gdzie do wybuchu wojny działał czynnie w KZMP. Znał płynnie 

niemiecki   i   francuski.   Ten   ostatni   opanował   pracując   przez   kilka   lat   w   kopalniach   francuskich.   Po 
wkroczeniu Niemców do Częstochowy aresztowano go i wcielono do oddziałów roboczych. Uciekł stamtąd i 
przedostał się wraz ze swą siostrą do Związku Radzieckiego.

-   Co   o   tym   myślisz?   —   przerwał   milczenie   Zakrzewski.   —   Ja   już   mówiłem   Wołodi   o   swoich 

obserwacjach. To  się  zaczęło  znacznie  wcześniej,  jeszcze  w  batalionie... Pamiętam,  że kiedyś  zastrzelił 
wronę i przez dwa dni chodził jak struty. Widok każdego trupa to dla niego tak mocne przeżycie, że przez 
kilka dni nie można z nim w ogóle rozmawiać. A jeszcze ta mania wydawania rozkazów niemożliwych do 
wykonania. Na przykład Wołodi kazał łączyć się z centralą poza godzinami wyznaczonymi na seans. A 
wiesz, co to znaczy dla tamtych? Tylko jedno. Grupa znajduje się w niebezpieczeństwie.

- Co o tym sądzisz? — Lipiński spojrzał pytająco na lekarza.
- Nie jestem psychiatrą — skrzywił się Arens. — Wydaje mi się jednak, że powinniśmy złożyć w tej 

sprawie meldunek do centrali. Niech oni zadecydują, co mamy z tym fantem robić...

Tego dnia łączność z centralą mieli nawiązać między 22.00 a 24.00. Wszystko odbyło się sprawnie. Po 

odebraniu depeszy Kirsiejew powiadomił Lipińskiego, że z rozkazu Biełowa ma przejąć dowództwo grupy 
od Mycki. Ustalili, że na razie nie będą mówili Mycce o żadnych zmianach, grupa natomiast, wtajemniczona 
w całość sprawy, będzie wykonywała rozkazy Lipińskiego. Była to sytuacja nad wyraz przykra i niezbyt 
zręczna dla nowego dowódcy, ale innego wyjścia nie potrafili znaleźć.

Lipiński   zadecydował,   że   od   tej   pory   podporucznik   Woszkowski   i   starszy   sierżant   Wilczyński   będą 

opiekowali się Mycką. Wysłał ich do Brodnicy i Pokrzyclowa, gdzie mieli zajmować się pracą polityczną 
wśród ludności polskiej. Pozostała część grupy, uszczuplona o trzech spadochroniarzy, kontynuowała pracę 
wywiadowczą.

A zadań wciąż przybywało. Centrala zażądała aktualnych danych z pracy węzłów kolejowych: Iława — 

Działdowo — Szczytno — Olsztyn, oraz informacji o ruchu na szosach Lidzbark Warmiński — Olsztyn — 
Nidzica   —   Mława,   w   kierunku   Warszawy,   i   na   trasie   Szczytno   —   Chorzele   —   Parciaki.   Lipińskiemu 
polecono także ustalić, jak przebiegają przygotowania rejonów obronnych na kierunku: Szczytno, Kętrzyn, 
Nidzica, Olsztynek, Olsztyn i Elbląg.

Pod koniec września i na początku października do bazy zaczęły napływać meldunki o nie spotykanym 

dotychczas zakresie prac przy kopaniu okopów i budowie umocnień. Wniosek mógł być tylko jeden — 
Prusy Wschodnie gorączkowo przygotowywały się do obrony przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi.

„Na rozkaz Kocha zmobilizowano pod kierunkiem miejscowych bonzów partyjnych dziesiątki tysięcy 

ludzi z całej prowincji. Do kopania rowów, przygotowywania schronów bojowych i rozciągania zasieków 
zmuszano również jeńców wojennych i robotników przymusowych, z którymi obchodzono się bezwzględnie 
i okrutnie. Wyciskano z nich ostatnie poty, morząc ich przy tym głodem. Tzw. Schippkommando pod tym 
względem niewiele różniły się od zwykłych obozów koncentracyjnych SS. Ze szczególnym upodobaniem 
używano robotników przymusowych do budowy umocnień na zagrożonych odcinkach, w bezpośredniej 
bliskości frontu. Podczas niespodziewanego ataku wojsk radzieckich w kierunku miasta Schirwindt (obecnie 
Kutuzowo w obwodzie Krasnoznamieńsk), położonego na południe od Niemna, jeńcy dostali się w obręb 

background image

działania artylerii i czołgów, czego skutkiem była potworna masakra tysięcy ludzi. (...) W otoczeniu Kocha, 
znanym z korupcji i bogacenia się różnymi tajemniczymi sposobami, również przy tej okazji nie zabrakło 
szwindlów i nadużyć. Jeden z najbliższych przyjaciół gauleitera »generał« straży pożarnej, Fiedler, w trosce 
o   własny   interes   wynalazł   oryginalny   sposób   obrony   przed   czołgami.   Był   to   rodzaj   rury   betonowej   o 
dwumetrowej   długości,   zakopywanej   pionowo   w   ziemię   na   podobieństwo   studni.   Miała   ona   betonową 
nakrywkę, a u dołu — do wchodzenia i wychodzenia — mały prostokątny ptwór. Te betonowe rury, zwane z 
powodu ich absolutnej nieprzydatności »garnkami Kocha« (Kochtöpfe), Fiedler produkował w dużej ilości 
we własnej cementowni, zarabiając na tym interesie masę pieniędzy. W końcu września, między innymi na 
skutek   wspomnianego   przerwania   »wschodnio--pruskiej   pozycji   obronnej«   pod   Schirwindtem,   Koch 
przystąpił   do   zbudowania   drugiej   linii   umocnień,   rozciągającej   się   wzdłuż   granicy   już   na   niemieckim 
terytorium”.*

Członkowie grupy „Pomorze” zrzuceni na teren Prus Wschodnich na początku września 1944 roku nie 

orientowali   się   zupełnie   w   sytuacji   na   poszczególnych   frontach,   nie   wiedzieli   nawet,   co   dzieje   się   na 
kierunku ich interesującym. W centrali, jeszcze przed lotem poinformowano ich, że mają działać na tyłach 
wroga   około   trzydziestu   dni.   Na   taki   też   okres   mieli   obliczone   zapasy   amunicji,   lekarstw,   a   przede 
wszystkim baterii do radiostacji. Tymczasem nic nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie mogli 
połączyć się ze swoimi...

W połowie września ustały walki nad Narwią i wojska radzieckie przystąpiły tam do przygotowywania 

silnej   obrony.   Sytuacja   nie   była   najlepsza   mimo   uchwycenia   przez   Armię   Radziecką   przyczółków   pod 
Różanem   i   Pułtuskiem,   gdyż   Niemcy,   mimo   dotychczasowych   klęsk,   nie   zrezygnowali   z   aktywnego 
przeciwdziałania, czego najlepszym dowodem stała się koncentracja odwodów operacyjnych Grupy Armii 
„Mitte”   w   okolicach   Serocka,   Nasielska   i   Makowa.**   W   październiku   wojskom   niemieckim   udało   się 
powstrzymać działania zaczepne 2 Frontu Białoruskiego na zachodnim brzegu Kanału Augustowskiego i 1 
Frontu Białoruskiego na linii: Łubienica, Pokrzywka, Piskornia Duża i Ciepielin.

,,Październikowe działania zaczepne Frontów Białoruskich nie dały oczekiwanych wyników. Natarcie 3 

Frontu Białoruskiego, przewidziane jako wspólne działanie trzech Frontów, doprowadziło do przesunięcia 
linii frontu w pasie 100-kilometrowym na głębokość 50—60 km. Pozostałe dwa Fronty Białoruskie posunęły 
się do przodu 10—20 km. Wojska radzieckie poniosły duże straty w ludziach i sprzęcie. Podejmowane przez 
wojska 1 Frontu Nadbałtyckiego próby działań zaczepnych nie przekształciły się w ogólne natarcie.

Zgodnie z dyrektywą Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa od 3 do 11 listopada wojska radzieckie 

na północnym odcinku frontu przechodziły do obrony”.***

Tego dnia oficerem kontaktowym grupy był Krawiec. Kiedy zjawił się w ziemiance z informacjami 

wybranymi starannie z poszczególnych skrzynek, nie potrafił ukryć swego podniecenia.

- Panowie spadochroniarze... tym razem szykuje się większa robota!
Informacja pochodziła od jednego z najlepszych wywiadowców grupy — Jana Więcka, autochtona z 

Nataci.   Donosił   w   niej,   że   na   stacji   kolejowej   w   Iławie   od   kilku   dni   rozładowuje   się   jakaś   jednostka 
pancerna. Nie wiadomo tylko, dlaczego jej żołnierze noszą mundury Luftwaffe.

- Wołodia! Jeszcze dziś musisz powiadomić o tym centralę... My ze swej strony również przeprowadzimy 

rozpoznanie. — Lipiński decydował szybko, bo była to naprawdę ważna informacja. — Nie możemy tego 
zadania powierzyć miejscowym — tłumaczył swoim ludziom. — Tu potrzebne jest oko żołnierza... Emil — 
zwrócił się do Piesióra — twoje zadanie na dziś, to ściągnięcie Maksa. Musi mieć ze sobą przepustki dla 
pięciu robotników leśnych zatrudnionych w nadleśnictwie iławskim. Jego sprawa, jak to załatwi, ale dziś w 
nocy musimy wyruszyć pod Iławę.

Maks z Piesiórem zjawili się późnym wieczorem. Przynieśli przepustki, oryginalne, i dwie siekiery.
- Nie możecie udawać drwali ze spluwami — zażartował Maks. — Nikt by się na to nie nabrał, Ale o nic 

się nie martwcie, ja idę z wami — dodaj już poważnie. — Po pierwsze, znam dobrze teren, a po drugie, mam 
takie dokumenty, że nie zatrzyma mnie żaden żandarm. Was też mogę zawsze wytłumaczyć. Tak będzie 
najbezpieczniej, już ja was znam — uśmiechnął się do Lipińskiego. — W razie jakiejś kontroli natychmiast 
zaczniecie strzelać. A po co teraz zdradzać swoją obecność?

Lipiński musiał mu przyznać rację.

* Jerzy Jantar, Zagłada pruskiej fortecy, Olsztyn 1968, s. 26.
** Kazimierz Sobczak, Kierunek Bałtyk, Warszawa 1978, s. 80.
*** Kazimierz Sobczak, op. cit., s. 84—85.

background image

- Dobrze. Wobec tego parę godzin snu i nad ranem ruszamy. Idą: Maks, ja, Piesiór, Waluszkiewicz, Arens 

i Krawiec. Reszta zostaje na miejscu i nie ma prawa w tym czasie przeprowadzać żadnych akcji. Oficer 
kontaktowy odbierze żywność w umówionym miejscu, a reszta siedzi w ziemiankach i czeka na nasz powrót. 
Wszystko jasne?

Pytanie było czysto retoryczne, więc nikt nie zabrał głosu.
Kiedy   wyruszali   z   bazy,   dochodziła   4.10.   Po   kilku   godzinach   forsownego   marszu   dotarli   do   Iławy. 

Wstępne rozpoznanie przeprowadzone z pewnej odległości od stacji, na której rozładowywała się tajemnicza 
jednostka, potwierdziło przypuszczenia Więcka. Rzeczywiście, wszystko wskazywało, na to, że mają przed 
sobą   oddziały   dywizji   pancernej.   Ale   jakiej?   Centrala   zleciła   dokładne   rozpoznanie.   Rozkaz   należało 
wykonać.

-   Nie   mamy   innego   wyjścia   —   zarządził   Lipiński   —   jak   zorganizowanie   zasadzki.   Poczekamy   do 

wieczora. Znam życie i jestem pewien, że ci dzielni rycerze, którzy teraz ściągają czołgi z platform, po takim 
wysiłku będą się chcieli napić...

Wieczorem zaczaili się przy drodze leśnej Stradomno — Iława, gdyż zauważyli, że właśnie w tamtym 

kierunku udała się większość niemieckich czołgów. Pomysł był przedni. Nie minęła godzina, kiedy usłyszeli 
piosenkę śpiewaną w języku niemieckim. Duet był niezbyt zgrany i nie trzeba było być melomanem, by 
zorientować się, że właściciele „słowiczych” głosów wypili trochę głębszych i teraz jest im tak dobrze, że 
chcą, aby wiedzieli o tym wszyscy...

- O Tannenbaum, o Tannenbaum... — niosło się po lesie.
- Repertuar im się skończył, bo już  o świętach Bożego Narodzenia  śpiewają — parsknął śmiechem 

Piesiór.

- Cicho — syknął Lipiński. — Wyskoczymy z tych krzaków, kiedy nas będą mijali. I żadnej strzelaniny!
Z mroku wyłoniły się dwie sylwetki. Po dystynkcjach rozpoznali oficera  i podoficera. Jeden z  nich 

dźwigał opasłą teczkę.

- Teraz! — rzucił Lipiński i cała szóstka wypadła na drogę.
Niemcy, zaskoczeni zupełnie, dali się pojmać jak barany. Zarzucono im na głowy pałatkę, skrępowano 

mocno ręce i tak poprowadzono w głąb lasu. W czasie marszu spod pałatki dochodziło tylko żałosne: „o 
mein Gott...”

Uznawszy, że odeszli dość daleko od ruchliwej drogi, Lipiński polecił, aby Piesiór zdjął pelerynę z głów 

Niemców. Jeńcy wyraźnie przetrzeźwieli, ale bali się tak bardzo, że nie mogli wymówić nawet jednego 
słowa. Podoficer trzęsącymi się rękami wyciągnął z kieszeni jakąś fotografię.

- Czego on chce? — zdenerwował się Lipiński.
- Pewnie to jego żona i dzieci — domyślił się Piesiór, obejrzawszy dokładnie rodzinne zdjęcie.
Podoficer nieco szybciej doszedł do siebie i starał się wytłumaczyć spadochroniarzom, że on, felczer, i 

jego przełożony lekarz medycyny, nie zrobili nigdy krzywdy żadnemu partyzantowi.

Z   dokumentów   odebranych   obu   Niemcom   wynikało,   że   faktycznie   pełnią   oni   służbę   w   batalionie 

medycznym   dywizji.   Lipiński   i   jego   towarzysze   przejrzeli   dokumenty   dokładniej   i   nie   potrafili   ukryć 
zaskoczenia.   Otóż   okazało   się,   że   wyładowywane   transporty   należały   do   sławnej   już   dywizji 
spadochronowo-pancernej „Hermann Göring”. Jak wynikało z zeznań obu jeńców, skierowano ją w rejon 
Iławy w celu uzupełnienia i przerzucenia do walk na innym odcinku frontu wschodniego.

-   Ucieszą   się   w   centrali,   kiedy   zameldujemy   im   o   tak   dostojnych   gościach...   —   Piesiór   nie   zdołał 

powstrzymać się od komentarza.

- Cicho — zgromił go Lipiński. — Diabli wiedzą, czy ci dżentelmeni nie mówią po polsku.
Nic na to jednak nie wskazywało. Niemcy słuchali uważnie rozmowy w obcym dla nich języku, gdyż byli 

przekonani, iż dotyczy ona ich losów. W pękatej teczce spadochroniarze nie znaleźli, niestety, żadnych 
tajnych dokumentów. Znajdowało się w niej natomiast kilka butelek wódki i parę oskubanych kurczaków.

- Co z nimi zrobimy? — zapytał Krawiec.
Lipiński wzruszył ramionami.
- Wprawdzie to hitlerowcy, ale że służby zdrowia. Trzeba ich będzie puścić, niech idą w diabły.
- Doniosą o nas... — gorączkował się Krawiec.
-   Jak  ich  sprzątniemy,  też  będą   nas   szukać.   Mam   inny  pomysł  —  roześmiał  się  nagle   Lipiński.   — 

Powiedz im, Emil, niech się rozbiorą do samych gaci.

- Zwariowałeś, wodzu? — żachnął się Piesiór, ale przetłumaczył rozkaz dowódcy jeńcom.
Ci, sądząc, że nadeszła ich ostatnia godzina, padli na kolana i z płaczem prosili o darowanie życia.
- Wytłumacz im, że nie chcemy ich zabijać. Potrzebne nam tylko mundury...
Po wyjaśnieniu Piesióra Niemcy ochoczo pozbyli się swych okryć. Po chwili stali na bosaka i w samej 

tylko bieliźnie.

background image

- Mundurki się nam przydadzą... a teraz — Lipiński sięgnął do teczki — zaaplikujemy biedakom coś na 

rozgrzewkę, żeby się nie przeziębili w tym lesie... — Osłupiałym z wrażenia i strachu Niemcom wręczył po 
butelce. — Otwierać i pić, ale do dna! — rozkazał groźnie, co Piesiór natychmiast przetłumaczył.

Po  piętnastu  minutach  w  obu butelkach nie  było już  ani  kropli,  ale   za   to  nastrój  obu jeńców  uległ 

wyraźnej poprawie. Ucieszyli się jeszcze bardziej, kiedy Piesiór wręczył im teczkę z pozostałą zawartością.

- To dla waszych kolegów. Nie możecie być przecież egoistami — wyjaśnił.
- Do zobaczenia... — roześmieli się spadochroniarze.
- To był świetriy pomysł — zachwycał się Piesiór. — Kiedy uda im się dotrzeć do jednostki, to najpierw 

ich zamkną do aresztu, a później żaden dowódca nie uwierzy w partyzantów pętających się tuż przy sztabie 
dywizji...

Centrala powiadomiona o szczegółach akcji podziękowała spadochroniarzom za cenną wiadomość. Po 

kilku   dniach   jeden   z   transportów   tej   dywizji   został   zbombardowany   przez   lotnictwo   radzieckie   pod 
Działdowem i poniósł znaczne straty.

Była to bezsprzecznie zasługa grupy i Lipiński tego dnia czuł szczególną radość: ich działalność dla 

frontu zaczynała procentować! Po raz pierwszy od chwili wylądowania w ziemiance wzniesiono toast za 
zwycięstwo.

W kilka dni później przygotowywali się do kolejnej wyprawy. I tym razem punktem docelowym miała 

być Iława.

Któregoś dnia zjawił się w bazie Maks. Spadochroniarze zdziwili się nieco, gdyż zwykle umawiał się z 

nimi i przesyłał zdobyte informacje przez łączników. Takie obowiązywały zasady wywołane względami 
bezpieczeństwa — w tym czasie w okolicy zaczęło roić się od żandarmerii. Musiał więc widocznie zdobyć 
niezwykle cenną informację, skoro zdecydował się na tak ryzykowny krok.

- Nie każ czekać i nie daj się prosić jak panna na wydaniu — ponaglał go Lipiński. — Gadaj, co cię 

sprowadza...

Maks uśmiechnął się zadowolony z wrażenia, jakie wywołała jego niespodziewana wizyta.
- Przyniosłem wam trochę wędzonej ryby i ostatnie niemieckie gazety — zaczął wolno, jak gdyby nie 

dostrzegał zniecierpliwienia spadochroniarzy.

- Jak Boga kocham, nie wytrzymam i walnę go w ten niemiecki łeb! — zdenerwował się Piesiór.
- Nie lubisz świeżej rybki? — zdziwił się obłudnie Maks i, zdając sobie sprawę, że przeciąga strunę, 

wyjął z kieszeni jakiś pomięty papier. — Masz, wodzu — podał kartkę Lipińskiemu.

-   Co   to   jest?   —   zdziwił   się   podporucznik   oglądając   szkice   wykonane   odręcznie   na   wyrwanej   ze 

szkolnego zeszytu kartce.

- Dokładny plan willi komendanta obozu jenieckiego w Iławie — oświadczył dumny z siebie Maks.
- Co?! —- Spadochroniarze stłoczyli się wokół Lipińskiego.
- Komendant obozu to sadysta i ludobójca — tłumaczył Maks. — Wiedzą o tym nie tylko jeńcy, ale 

również miejscowa ludność, której dał się porządnie we znaki. Nikt nie będzie po nim płakał, kiedy go 
wreszcie sprzątniecie.

-   My?   —   zdziwił   się   Lipiński.   —   Tobie   się   wydaje,   że   akcję   tego   typu   możemy   przeprowadzić 

samowolnie? Nic z tego. Zadecydować może tylko centrala.

Maks był nieco zawiedziony:
- Sądziłem, że to drobna sprawa, możecie sami...
-   Właśnie,   drobna   sprawa   —-   przerwał   mu   Lipiński.   —   Drobne   sprawy   zwykle   mają   ogromne 

konsekwencje. A my, nie zapominaj o tym, jesteśmy żołnierzami i nie możemy sobie pozwalać na żadną 
samowolę. Poza tym naszym zadaniem jest zbieranie informacji mających znaczenie dla frontu... — Widząc 
nieszczęśliwą minę Maksa, machnął w końcu ręką. — No, dobrze. Nie przejmuj się. Wołodia porozmawia 
dzisiaj z centralą, przedstawi jej twój plan i, jeśli tam wyrażą zgodę, idziemy...

Centrala nie stawiała żadnych przeszkód, ale postawiła jeden warunek: „zachować pełne bezpieczeństwo 

i w żadnym wypadku nie dekonspirować grupy”. Dodatkowo jeszcze polecono zwiadowcom, aby wyjaśnili, 
jakiego typu obóz znajduje się w Iławie. Z tym nie było najmniejszych kłopotów. Już następnego dnia 
Kirsiejew meldował centrali: „W Iławie pracują 2 oddziały jeńców o nie ustalonej narodowości. Jeden z 
obozu jeńców w Malborku — Kommando nr 208, stalag B Marienburg, drugi — Kommando nr 657, stalag 
B Marienburg. Obóz pracy mieści się naprzeciwko dworca kolejowego. Przebywają w nim Rosjanie i Polacy 
zatrudnieni na roli. Działa tam również zamiejscowy oddział roboczy więzienia w Sztumie. Jest to obóz dla 
więźniów polskich pracujących na kolei — Rerchsbahnlager für polnische Strafgefangene. Obóz utworzono 
w 1943 roku. Mieści się naprzeciwko dworca kolejowego, obok parowozowni. Przeznaczony dla mężczyzn 
narodowości polskiej, skazanych przez wyższe sądy krajowe w Gdańsku, Poznaniu i Królewcu na karę 

background image

przebywania w obozie od 3 miesięcy do 3 lat. Oprócz Polaków przebywają tu także Żydzi i Rosjanie. 
Więźniowie pracują głównie przy budowie parowozowni. Kilkakrotnie w obozie odbyły się egzekucje”.*

Informacji dostarczył Maks. Przyniósł też bardzo szczegółowy plan willi, o wiele dokładniejszy, niż 

pokazany poprzednio odręczny szkic. Lipińskiego zdziwiła ta skrupulatność.

- Powiedz, Erneście, dlaczego ci tak zależy na sprzątnięciu tego gestapowca — przycisnął Maksa do 

muru.

Ten długo milczał. W końcu zaciągając się mocno papierosem wyznał:
- W tym obozie jest kilku moich krewnych. Jednego z nich — głos mu zadrżał — komendant osobiście 

wychłostał pejczem, i to tak, że przez kilka tygodni nie mógł chodzić... W ziemiance zapadła cisza.

- W porządku — wykrztusił w końcu Lipiński. — Będziesz miał tego drania.
Wyprawę przygotowywali długo i starannie. Nie stać ich było na żadną improwizację. W czasie akcji nie 

mogło się zdarzyć nic nieprzewidzianego. To był warunek centrali. Wyznaczono więc zadania i przydzielono 
role. Do wnętrza willi miał udać się Piesiór i Krawiec, którzy mówili płynnie po niemiecku, a było to o tyle 
ważne,   że   przed   rozstrzelaniem   należało   przeczytać   wyrok.   Akcję   mieli   ubezpieczać   Lipiński, 
Waluszkiewicz i Arens.

- Kiedy ja wreszcie ruszę się z tej przeklętej ziemianki — zbuntował się Kirsiejew.
- Radiotelegrafista?! Zwariowałeś, chłopie! — zdenerwował się dowódca. — Wystarczy, że zwichniesz 

gdzieś łapę i nie mamy żadnej łączności z centralą... Siedź na miejscu, kontaktuj się z naszymi i czekaj 
spokojnie na resztę — zakończył niespodziewaną dyskusję Lipiński.

Tym   razem   wybrali   się   do   Iławy   samochodem   skombinowanym   przez   Maksa.   Była   to   wojskowa 

półciężarówka. Piesiór i Krawiec przebrali się w mundury oficerów SS, a na nie narzucili płaszcze. Pozostali 
— po cywilnemu. Zabrali ze sobą pistolety maszynowe i broń krótką, a także, na wszelki wypadek, jeden 
karabin z tłumikiem, tzw. bezszumkę.

Plan był następujący: Piesiór i Krawiec przebrani w mundury esesmanów wchodzą do willi, reszta ukryta 

w krzakach otaczających dom ubezpiecza kolegów. Sprawa nie była zbyt skomplikowana, jako że willa 
komendanta stała na przedmieściu, a do sąsiedniego budynku było dobrych pięćdziesiąt metrów.

Do Iławy dojechali bez przeszkód. Samochód prowadził Maks. Przed domem komendanta dwaj przebrani 

za esesmanów spadochroniarze zdjęli płaszcze i wolnym krokiem skierowali się do drzwi wejściowych. 
Lipiński ulokował się z jednej strony werandy za krzakami porzeczek, a Waluszklewicz i Arens ubezpieczali 
z drugiej strony, skryci za bujnym żywopłotem. Jak dotychczas, wszystko przebiegało zgodnie z planem. 
Cała trójka czekała na strzał. Ale upływały sekundy i minuty, a w domu panowała cisza.

Ukrytemu w krzakach porzeczek Lipińskiemu czas zaczął się nagle dłużyć. Co tam się dzieje, myślał 

gorączkowo.

Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Krawiec.
- Co jest, do cholery... — syknął zza porzeczek Lipiński.
-   Nie   ma   go   w   domu...   Przyjęła   nas   szanowna   małżonka,   zaprosiła   na   herbatkę   z   powidłami   i 

zapowiedziała przyjazd mężulka za piętnaście mitnut — poinformował szeptem sierżant. — Powiedziałem 
jej, że muszę zobaczyć, czy nasz kierowca nie wybrał się przypadkiem na piwo, a teraz wracam...

- Dokąd, do cholery? — niosło się z porzeczek.
- Na herbatkę z powidłami — wyjaśnił cierpliwie Krawiec, zamykając za sobą drzwi.
Lipiński sklął w duchu podwładnego, ale jednocześnie przyznał mu rację. Cóż bowiem innego mogli w 

tej   sytuacji   zrobić.   Tymczasem   minuty   wlokły   się   w   nieskończoność.   Oczekującym   spadochroniarzom 
wydawały się one godzinami.

Gestapowiec był jednak punktualny. Rzeczywiście po piętnastu minutach przed willę zajechał samochód 

osobowy, z którego wysiadł wysoki mężczyzna w czarnym, skórzanym płaszczu.

Podporucznikowi mocno zabiło serce. To chyba on...
Samochód po chwili odjechał w stronę miasta, a mężczyzna energicznym krokiem skierował się w stronę 

domu. Trzasnęły zamykane drzwi.

Teraz liczyli już sekundy. Strzał powinien paść lada moment... Ale w domu gestapowca nic się nie działo. 

Lipiński miał dość.

- Do środka! — krzyknął w stronę kolegów.

* Z. Dudzińska, Walka, męczeństwo, cmentarze. Przewodnik po miejscach pamięci narodowej Warmii i Mazur, Olsztyn 1973, s. 

357.

background image

Kopnięciem otworzył drzwi i z pistoletem maszynowym gotowym do strzału wpadł do wnętrza domu. 

Scena,  którą   ujrzał,  na  moment  zmroziła  mu  krew  w  żyłach.  Piesiór   i  Krawiec   szarpali  się  z  potężnie 
zbudowanym   gestapowcem,   Niemka   piszcząc   przeraźliwie   usiłowała   wykręcić   jakiś   numer   na   tarczy 
telefonu, pistolet któregoś ze spadochroniarzy leżał na podłodze...

Wszystko to zobaczył Lipiński w jednej chwili jak na zwolnionym filmie. Nie było czasu do namysłu. 

Krótka seria z peemu do Niemki... Tamci szarpali się dalej, krzyknął więc: „Zostawcie go, odsuńcie się!” 
Jeszcze jedna seria i było po wszystkim. Gestapowiec osunął się na dywan.

- Wiejemy, ale już...
Tym razem nie musiał poganiać żadnego z nich. W ciągu paru sekund dopadli do samochodu. Maks nie 

pytając o nic ruszył pełnym gazem.

Po kilku minutach jazdy, zapalając drżącymi jeszcze rękami papierosa, Lipiński spojrzał pytająco na 

Piesióra.

- Może się wreszcie dowiem, jak to się stało, że dwóch zdrowych byków nie poradziło sobie z jednym 

szkopem?

Piesiór unikał wyraźnie spojrzenia dowódcy.
Okazało się, że Niemiec nie dał się nabrać na ich przebranie. Kiedy wszedł i zobaczył dwóch niemieckich 

„oficerów”, zamiast, jak to sobie wyobrażali, pokonwersować trochę błyskawicznie sięgnął po broń. Chcąc 
uniemożliwić mu oddanie strzału, rzucił się na niego Krawiec, ale że komendant nie należał do ułomków, nie 
udało mu się go obezwładnić. W trakcie walki gestapowiec wytrącił mu broń z ręki.

- Wpadłeś w ostatnim momencie — spojrzał z wdzięcznością na dowódcę.
- Grunt, że wszystko skończyło się dobrze — mruknął Lipiński.
Akcja spadochroniarzy i likwidacja komendanta obozu odbiła się w całej okolicy głośnym echem. W 

kilka dni później miejscowa gazeta zamieściła obszerne sprawozdanie z pogrzebu. Pisano o „bandytach”, 
którzy   w   celach   rabunkowych   wdarli   się   do   willi   komendanta,   jego   zabili   i   ranili   jego   żonę.   Autor 
sprawozdania zapewniał czytelników, że „żandarmeria jest już na tropie” i że kwestia ujęcia „bestialskich 
zbrodniarzy to sprawa najbliższych dni”.

- Tere fere kuku... — burknął Pieśiór po przeczytaniu artykułu. — Gówno wiedzą...
- Jesteś tego pewien! — zgromił go dowódca i pocierając w zamyśleniu nie golony już od kilku dni zarost 

dorzucił: — Przez najbliższe dwa tygodnie żadnych akcji tego typu. Musimy poczekać, aż minie im pierwsza 
złość.

ROZDZIAŁ V

Szef gestapo w Iławie, standartenführer Mayer, od kilku już dni dawał swym podwładnym porządny 

„wycisk”.

- To niewiarygodne! To zakrawa na współpracę z bandytami! — pieklił się na codziennych odprawach, 

waląc  pięścią  w  stół. — Żeby pod samym  nosem gestapo włóczyła się  uzbrojona  banda  i  strzelała do 
Niemców! Oto są skutki waszego cackania się z tymi przeklętymi Polakami!

Czego jak czego, ale „cackania” się z Polakami Mayer nie mógł zarzucić swym podwładnym. Schneider, 

Bauschmann, Gustaw Cyrano, Hunke Babil, Witermann, Engler te nazwiska na trwałe wpisały się w ludzką 
pamięć.   „Szczególnym   okrucieństwem   wyróżniał   się   Ludwik   Soltek   vel   Zoltek,   vel   Żółtek,   Mazur 
pochodzący z pogranicza Prus Wschodnich. Młody, około trzydziestki, wysoki, dobrze zbudowany, nieco 
pochyły, ryżawy blondyn o orlim nosie. Pochodził z powiatu szczycieńskiego, nikt jednak nie wie, z jakiej 
miejscowości. W gminie Janowiec słynął z okrucieństwa; podobno mawiał, że lepiej się czuje, gdy umacza 
ręce w krwi polskiej. (...) Oprawca, kat, sadysta — oto najłagodniejsze z określeń, jakimi go darzono. Już 
samo jego nazwisko budziło postrach, na jego widok ludzie kryli się po domach, bo wiadomo było, że 
zwymyśla, uderzy, zabije”.*

Teraz, w trakcie odprawy, Soltek poczuł się dotknięty. Postanowił udowodnić Mayerowi, że nie ma on 

racji.

- Przepraszam, standartenführer. Jeśli można...
- Mówcie — skinął głową Mayer.

* Ryszard Juszkiewicz, Gmina Szczepkowo Borowe (Janowiec Kościelny) w latach 1939—1945, Olsztyn 1980, s. 51—52.

background image

- Wydaje mi się — kontynuował nie zrażony tonem szefa — że to, co wydarzyło się w willi komendanta, 

nie jest robotą miejscowych. Oddziały tych bandytów „Wiktora” i „Leśnika” nie zapuszczały się nigdy aż tak 
daleko. Sądzę, standartenführer, że na naszym terenie pojawiła się, i to dość niedawno, jakaś nowa banda...

-  Sądzę, przypuszczam...  —  przerwał  mu w  pół zdania Mayer.  —  Wy to  musicie  wiedzieć, Soltek. 

Zrozumiano, musicie wiedzieć.

- Tak jest, standartenführer — stuknął obcasami podwładny.
Odprawa   zakończyła   się   udzieleniem   kolejnych   „cennych   wskazówek”.   Polecono   też,   aby   wszyscy 

agenci zainstalowani w wioskach starali się dowiedzieć czegoś o „nowej bandzie” grasującej bezczelnie pod 
nosem Mayera.

W   pierwszej   dekadzie   października   Lipiński   otrzymał   alarmującą   wiadomość.   Przyniósł   ją 

współpracujący stale z grupą Jan Urbański. Otóż podobno w rejonie wsi Gutowo, a więc tylko kilkanaście 
kilometrów od bazy, wylądowała kolejna grupa wywiadowców, tym razem radziecka, i w ciągu kilku dni 
wpadła w pułapkę zastawioną przez gestapo. Podczas łączności z centralą Lipiński polecił radiotelegrafiście 
sprawdzenie tej informacji. Jeśli to prawda, niech centrala wyjaśni, dlaczego na terenie ich działania ląduje 
inna grupa, grożąc przy okazji dekonspiracją spadochroniarzom z „Pomorza”.

Mijały dni, a centrala, mimo, że kilkakrotnie ponaglana, nie wyjaśniła sprawy. W tej sytuacji dowódca 

zarządził stan podniesionej gotowości, zwracając jednocześnie uwagę swoich podwładnych na zachowanie 
jak najdalej idącej ostrożności.

-   Uprzedzam...   od   dziś   żadnego   latania   za   babami,   żadnych   kontaktów   nie   uzgodnionych   ze   mną... 

Dotyczy to szczególnie — Lipiński nie potrafił odmówić sobie drobnej złośliwości — dwóch donżuanów: 
Piesióra i Waluszkiewie:za... A co wy sobie myślicie — uprzedził protesty zainteresowanych — że ja nic 
wiem o nocnych eskapadach w celach niekoniecznie zwiadowczych? Do dziś przymykałem oczy, ale teraz 
koniec z zalotami...

Dwaj   „najprzystojniejsi   z   grupy”   woleli   się   nie   wdawać   w   dyskusję   z   wyjątkowo   dobrze 

poinformowanym dowódcą. Piesiór, co prawda, dla porządku mruknął pod nosem, że jego życie prywatne 
nie powinno nikogo interesować, ale siła argumentów dowódcy była nie do podważenia. No cóż, piękna 
leśniczanka, córka Zamkowskiego, będzie musiała trochę poczekać na kolejne odwiedziny...

Zarządzone   przez   dowódcę   środki   ostrożności   okazały   się   pociągnięciem   niezwykle   trafnym.   W 

okolicznych wioskach zaroiło się bowiem od Niemców. Jakby tego wszystkiego było mało, pojawili się 
także nie spotykani dotychczas na tym terenie własowcy — „Czarni”, jak nazywała ich miejscowa ludność. 
Jednocześnie napływało coraz więcej meldunków o represjach i aresztowaniach. Lipiński wciąż zastanawiał 
się, skąd wzięła się tu radziecka grupa tak błyskawicznie zwinięta przez Niemców. A centrala w dalszym 
ciągu nie miała na ten temat nic do zakomunikowania.

- Nie wie lewica, co czyni prawica — mruczał pod nosem Zakrzewski.
Któregoś dnia wyciągnął Lipińskiego z ziemianki.
- Jak sądzisz, Józek — zagadnął — długo będziemy tu jeszcze czekali na naszych?
- Wiem tyle samo co ty — obruszył się Lipiński.
- Wygląda jednak na to, że front stanął i to na dłużej... Mamy październik. Minął już ponad miesiąc 

naszej działalności. Czy zdajesz, sobie sprawę z tego, że niedługo skończą się nam baterie do radiostacji? 
Tutaj nawet akowcy nam ich nie załatwią.

Lipiński musiał mu przyznać rację.
- Nie pomyślałem o tym — zasępił się. — Nie widzę innego wyjścia jak zmniejszenie częstotliwości 

seansów. Co trzy, cztery dni przekażemy zbiorczy meldunek. Słuchaj, Stefan, skoro już mówimy na ten 
temat, poproś Kaszewską przy okazji, żeby rozejrzała się za ciepłymi ubraniami dla chłopaków. Licho wie, 
jak długo będziemy tu jeszcze tkwili... Najbardziej boję się pierwszego śniegu. Wszystkie ślady jak na dłoni. 
Trzeba będzie zrezygnować z ziemianek i zamelinować chłopców w wioskach. A to znacznie zwiększy 
ryzyko... — Zakrzewski kiwał w milczeniu głową. — A co z Heńkiem? Czuje sję lepiej?

-   Tak.   W   każdym   razie   nie   jest   już   tak   nerwowy   jak   na   początku.   Podejrzewam,   że   domyśla   się 

wszystkiego...   Na   razie   prowadzi   pracę   propagandową   w   Janowcu  Kościelnym.   Rozkolportowali   tam   z 
Woszkowskim   prawie   wszystkie   materiały   z   zasobnika.   W   kilku   wioskach   widziałem   nawet   „Manifest 
PKWN”...

- Nie wiem, czy to potrzebne — skrzywił się Lipiński. — Niemcy nie są takimi durniami, żeby nie 

domyślać się, skąd te wszystkie odezwy i ulotki wzięły się na terenie Prus Wschodnich.

- Pamiętaj, że to też nasze zadanie — powiedział poważnie Zakrzewski.
- Może masz rację — zgodził się dowódca.

background image

Informacje o grupie przechwyconej przez Niemców napływały w dalszym ciągu i to od wielu różnych 

informatorów.   Sprawa   była   poważna   i   nie   mogli   jej   lekceważyć.   Na   kolejnym   zebraniu   w   grupie 
postanowiono porozmawiać na ten temat z akowcami. Okazja nadarzyła się już wkrótce, gdyż do bazy 
przybył Henryk Nowowiejski  z  oddziału  „Wiktora” z  meldunkiem od „Bąka”, Konstantego Nachtigala. 
„Bąk”  donosił, że  do wsi Zaborowo przybyła  kilkuosobowa grupa ludzi, którzy podają  się za  polskich 
spadochroniarzy.   Nie   kryjąc   się,   namawiają   mieszkańców   wioski   —   Polaków   i   Niemców   polskiego 
pochodzenia — do wstępowania w ich szeregi. Jednocześnie, dziwnym zbiegiem okoliczności, przez cały 
czas pobytu tajemniczej grupy w wiosce nie pojawił się żaden żandarm. Zdaniem „Bąka” jest to prowokacja 
niemiecka.   Gestapo   chce   w   ten   sposób   wyłapać   wszystkich   Polakćiw   gotowych   do   współpracy   ze 
spadochroniarzami.

- A co ty o tym sądzisz? — zagadnął Lipiński partyzanta.
Nowowiejski pokiwał głową.
- Rzeczywiście, wygląda to na prowokację... Powinniśmy ostrzec mieszkańców wszystkich okolicznych 

wiosek. Front tuż, tuż... głupio zginąć w ostatniej chwili.

Wieści   o  podobnych   „grupach”   zaczęły  się   mnożyć   i   Lipiński   oraz   jego  ludzie   przestali   już   na   nie 

reagować.   Toteż   kiedy   któregoś   dnia   przybył   do  bazy   Piotrowski   z   kolejną   „nowiną”,   spadochroniarze 
specjalnie się nie przejęli.

-   Pan   da   spokój,   panie   Piotrowski   —   zażartował   Piesiór.   —   Tylu   już   w   tej   okolicy   kręci   się 

spadochroniarzy, że Niemcy z samego strachu powinni zwiewać do Berlina...

- Pan się śmieje, panie poruczniku? — oburzył się leśniczy. — Jagdkommando rozwaliło ośmiu ludzi, i to 

może waszych kolegów, a panu do śmiechu...

Piesiór w sekundzie spoważniał.
- Powiedział pan, rozwaliło?! — chwycił leśnika za ramię.
- Puść pan — szarpnął się Piotrowski. — Od godziny tłumaczę, a dopiero teraz dotarło...
- Po kolei, panie Piotrowski — włączył się Zakrzewski. — Co pan wie na ten temat?
Sprawa   tym   razem   wyglądała   nieco   inaczej   niż   dotychczas.   Owszem,   słyszeli   ciągle   o 

„spadochroniarzach”, ale nikt do tej pory do nich nie strzelał... Lipińskiego zaniepokoił także fakt, że w 
okolicy pojawił się oddział Jagdkommando. To nie byli już zwykli żandarmi. Polecił więc Piotrowskiemu, 
by w możliwie krótkim czasie zebrał jak najwięcej informacji o zlikwidowanej grupie. Już następnego dnia 
w skrzynce kontaktowej odnaleziono meldunek, którego treść zelektryzowała spadochroniarzy. Piotrowski 
donosił:   „Grupa   w   składzie   9   osób   wpadła   w   zasadzkę.   Część   została   zlikwidowana   w   czasie   walki, 
natomiast radiotelegrafistce udało się uciec. Przybyła do miejscowości Bełk, do samotnego domu pod lasem, 
w którym mieszkał Polak — Jędraszczak. Poprosiła go o pomoc”.

Później   sprawą   przybrała   niezwykle   dramatyczny   obrót.   Pech   chciał,   że   w   tym   samym   czasie   do 

Jędraszczaka   zajrzała   córka   miejscowego   sołtysa, Rybackiego. Przeszkolona w Bund Deutsche Madei, 
natychmiast zorientowała się, kogo przyjął do domu sąsiad. Zaalarmowany przez nią ojciec skontaktował się 
telefonicznie   z   Jagdkommando   w   Lidzbarku.   Tym   razem   Niemcy   zareagowali   błyskawicznie.   Do   wsi 
podjechałp   kilka   samochodów,   otoczono   budynek,   a   jeden   z   oficerów   wezwał   radiotelegrafistkę   do 
opuszczenia   domu.   Dziewczyna   nie   usłuchała. Miała przy sobie oprócz radiostacji kilka granatów i 
peem. Podobno najpierw zniszczyła radiostację, a potem zaczęła się ostrzeliwać.  Położyła kilku Niemców, 
ale po jakimś czasie sama zginęła przeszyła serią z empi.

W dalszym ciągu meldunku informował Piotrowski, że we wsi Ostrowy przebywa pod opieką zaufanego 

człowieka ranny oficer radziecki. Być może, że jest on z tej samej grupy.

Lipiński nie zastanawiał się nawet przez moment.
- Dziś  wieczorem Zakrzewski i Waluszkiewicz pójdą po tego oficera. Jeśli jest ranny, ale może się 

poruszać; przyprowadzicie go do bazy. Tu będzie bezpieczniej. A z tymi draniami z Bełka — twarz dowódcy 
stężała — pogadamy sobie za parę dni...

Zakrzewski  i   Waluszkiewicz   wrócili   nad  ranem.  Przyprowadzili  radzieckiego  skoczka,  który  był   tak 

wyczerpany silnym upływem krwi, że kiedy ułożono go na pryczy, popadł w długotrwałe omdlenie. Zajął się 
nim troskliwie Arens. Tymczasem obaj spadochroniarze składali meldunek dowódcy:

- Twarda sztuka — kręcił głową Zakrzewski. — Kiedy weszliśmy do chałupy, siedział przy oknie z 

bronią gotową do strzału. Mówię mu po rosyjsku, że my też jesteśmy spadochroniarzami, a on nic, tylko 
przez cały czas trzyma nas na muszce. Koszula cała zakrwawiona, gęba biała jak płótno, widać, że za chwile 
zemdleje. Zrobiłem krok do przodu, a ten krzyczy: jeszcze krok i strzelę... I co z takim robić? Zaczął mu 
tłumaczyć Igor i w końcu chyba go przekonał. Dobra, mówi pójdę z wami, ale jak zobaczę, że coś nie tak, to 
w kieszeni mam odbezpieczony granat.

Tym   razem   zapytana   o   grupę   centrala   potwierdziła   fakt   jej   rzucenia.   Co   prawda   mieli   lądować 

background image

kilkadziesiąt kilometrów dalej, ale widocznie pilot albo „konduktor” pomylili miejsca.

,,Wołodia”, bo tak nazywano radzieckiego kapitana, po kilku godzinach wyjaśnił wszystko. Było ich w 

grupie dziesięcioro — pięciu Rosjan z radiotelegrafistką i pięciu Niemców z Komitetu Narodowego Wolne 
Niemcy.

- Wpadliśmy — tłumaczył Lipińskiemu — przede wszystkim przez błąd „konduktora”. Wyrzucił nas jak 

się okazuje, o sześćdziesiąt kilometrów za blisko. Skakaliśmy z dużej wysokości, to także błąd. Grupa 
powinna lądować w promieniu jednego kilometra. Jest to możliwe przy skokach z wysokości najwyżej 
czterystu metrów. Nas zrzucono chyba z siedmiuset. Po wylądowaniu spędziłem noc w lesie bezskutecznie 
szukając pozostałych. Nad ranem rozpaliłem ognisko, żeby się trochę ogrzać i zagotować kawy...

- Durak! — nie wytrzymał Waluszkiewicz. — A ciebie nie uczyli, że tego nie wolno, dopóki nie wiesz, 

gdzie jesteś?

- Uczyli, uczyli — machnął ręką kapitan. — Jak to u was mówią: „Mądry Polak po szkodzie”. A ty 

zamiast prawić morały, dałbyś zapalić. — Zaciągnął się mocno, po czym kontynuował swą opowieść. — Po 
jakiejś godzinie, kiedy już całkiem zrobiło się widno, usłyszałem w lesie hałas. Pomyślałem, że to ludzie z 
mojej grupy. Nie zgasiłem więc ogniska, ale na wszelki wypadek wlazłem w krzaki i czekałem, co będzie 
dalej...   Hałas   wyraźnie   się   zbliżał,   a   w   pewnym   momencie   usłyszałem   szczekanie   psów.   Teraz   już 
wiedziałem, że to nie moi...

Nie było innego wyjścia. Musiał w jakiś sposób wycofać się z zagrożonego rejonu. Uciekając, natknął się 

na drugi pierścień niemieckiej obławy. I tym razem miał szczęście, jeśli szczęściem można nazwać ranę 
lewego przedramienia.

- Resztę znacie — popatrzył na Lipińskiego. — Trafiłem do tej chałupy, a stamtąd zabrali mnie wasi... 

Komandir, co z moimi ludźmi. Wszyscy zginęli? Miałem w grupie  radiotelegrafistkę,  dziewczynę z mojego 
miasta...

Dowódca milczał.

Po   kilku   dniach   podjęto   zbiorową,   ale   jednomyślną,   decyzję.   Należy   pomścić   śmierć   radzieckiej 

dziewczyny, śmierć, o której wiedzieli już teraz trochę więcej, gdyż świadkowie tej tragedii dorzucili nieco 
szczegółów. Okazało się, że młodą Rosjankę pod nieobecność rodziców przyjęły dzieci. Po jakimś czasie, 
kiedy starsi wrócili do domu, cala piątka zastanawiała się, gdzie ukryć kłopotliwego gościa. Reszta, jak w 
meldunku Piotrowskiego.

Inny   jeszcze   świadek   zeznał,   że   gdy   już   Niemcy   wpadli   do   izby,   córka   sołtysa   pchnęła   nieżywą 

dziewczynę sztyletem, a później deptała martwe ciało wołając: ,,Dobrze tej bandytce”... Leżący na pryczy 
ranny kapitan zaciskał bezsilnie pięści.

Wyprawę do Bełka przygotowano bardzo starannie. Piesiór, Dudzik i Krawiec założyli mundury oficerów 

SS. Znali dobrze niemiecki i mieli wejść do sołtysa nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Wszystko przebiegło 
zgodnie   z   planem.   Około   pierwszej   w   nocy   trzech   przebranych   spadochroniarzy   zastukało   do   drzwi 
Rybackiego. Sołtys okazał się chytrą sztuką. Zażądał, żeby przyszli rano. Piesiór, który swego czasu służył w 
Wehrmachcie, nie dał się jednak spławić.

- A cóż ty sobie myślisz, parszywa świnio! — ryknął na Rybackiego. — Jak traktujesz niemieckich 

oficerów! Otwieraj i to zaraz, bo każę moim ludziom drzwi wyważyć!

Po chwili zazgrzytały zamki i w progu stanął sołtys. Widząc trzech oficerów, i to w mundurach SS, 

pozbył się resztek strachu.

-   Heil   Hitler!   —   pozdrowił   przyjaźnie   nocnych   gości.   —   Panowie   się   nie   dziwią,   że   nie   chciałem 

otworzyć, ale w tej okolicy roi się od bandytów. Kilka dni temu mieliśmy nawet wizytę „z nieba”, ale dzięki 
mojej córce bandyci zostali schwytani...

Esesmani zostali przyjęci niezwykle gościnnie. Obudzona przez sołtysa córeczka przyniosła wędlinę i, 

oczywiście, „sznaps”.

- Za panów zdrowie — wzniósł toast Rybacki.
W tym momencie rozległo się głośne walenie w drzwi.
- Otwierać, natychmiast otwierać! — krzyczał ktoś po niemiecku.
- To chyba do panów. Sołtys w towarzystwie niemieckich oficerów czuł się zupełnie pewnie. — Otwórz, 

dziecko — zwrócił się do córki.

Po chwili blady jak ściana wpatrywał się rozszerzonymi z przerażenia oczami w drzwi pokoju, w których 

stało... kilku oficerów radzieckich.

- Ruki wwierch! — zagrzmiał rozkaz.
Sołtys i „esesmani” unieśli ręce do góry.
- Esesmani na dwór! Wychodzić pojedynczo z rękami na karku — zabrzmiało kolejne polecenie.

background image

Waluszkiewicz, bo to on właśnie dowodził „oddziałem radzieckim”, musiał przygryzać wargi, by nie 

parsknąć śmiechem na widok kolegów wychodzących potulnie z mieszkania. Po chwili w obejściu sołtysa 
zabrzmiały strzały z pistoletu maszynowego.

- Wyrok wykonany, komandir — zameldował służbiście sierżant Płonka, ubrany w mundur radzieckiego 

lejtnanta.

- W porządku — kiwnął głową Waluszkiewicz. — A teraz kolej na tych zdrajców. Odczytaj im wyrok...
Brzmiał on: „Kara śmierci dla dziewczyny za śmierć radzieckiej radiotelegrafista i znęcanie się nad 

polskimi dziewczętami pracującymi przymusowo u bauerów”. Ojciec dziewczyny otrzymał „50 na goły 
tyłek...”

Wyrok wykonano.
Następnego  dnia,   kiedy  do   wsi   zjechało  Jagdkommando,   obity   sołtys   i   jego   sąsiedzi   przysięgali,   że 

widzieli   nie   znanych   esesmanów,   których   później   napadli   rosyjscy   bandyci   i   zamordowali.   Dowódca 
oddziału zachodził w głowę, skąd na jego terenie wzięli się jacyś nie znani oficerowie SS. W dodatku sołtys 
nie oszczędzał ich, krzyczał głośno, że byli oni zwykłymi tchórzami. Zdezorientowani Niemcy opuścili 
wioskę, ale zabrali ze sobą sołtysa, który nigdy już do swego domu nie wrócił.

Śmierć   córki   sołtysa   spowodowała,   że   w   okolicy   zaroiło   się   od   żandarmerii.   Przybyło   także   kilka 

oddziałów   Jagdkommando   z   psami   gończymi.   Sytuacja   z   godziny   na   godzinę   stawała   się   groźniejsza. 
Żołnierze   i  żandarmi   przeczesywali   miejscowe   lasy.   Nie   było  innego  wyjścia.  Należało  jak  najszybciej 
zmienić miejsce pobytu. W pierwszej chwili Lipiński wpadł na pomysł, aby wycofać się do jeziora Czarny 
Bryńsk   i   przeczekać   obławę   w   wodzie.   Pomysł   jednak  nie   należał   do  najlepszych.   Mogła   przemoknąć 
radiostacja,   a   także   amunicja   i   materiały   wybuchowe.   Po   krótkiej   naradzie   zdecydowano   się   dopuścić 
nieprzyjaciela jak najbliżej, a następnie przebić się przez pierścień obławy. Wyjście ryzykowne, ale jedyne.

Kiedy tyraliera niemiecka zbliżyła się na odległość pięćdziesięciu metrów, celna salwa powaliła kilku 

żołnierzy i żandarmów. Nie spodziewali się oni tak silnego oporu. Korzystając z zamieszania w szeregach 
wroga, grupa nie tracąc ani jednego człowieka odskoczyła z zagrożonego miejsca. Następnego dnia byli już 
w bazie zapasowej w rejonie Brodnicy.

Od łączników dowiedzieli się, że jeszcze kilka dni trwały poszukiwania spadochroniarzy, że miejscowa 

ludność   jest   ciągle   przepytywana   o   wszystkich   obcych,   kręcących   się   w   okolicy,   że   w   wioskach 
zainstalowano dodatkowe posterunki żandarmerii. Zaczynało się robić „gorąco”.

Pytana o dalsze polecenia centrala  odpowiadała: „ograniczyć lub zrezygnować  z akcji o charakterze 

dywersyjnym i sabotażowym. Skupić się na wywiadzie wojskowym”.

Uznali to za słuszne.
Zbliżała   się   druga   polówa   października   1944   roku.   Okres   ,,złotej   jesieni”   miał   się   już   wyraźnie   ku 

końcowi,   coraz   częściej   zdarzały   się   ulewne   deszcze   i   szarugi,   coraz   trudniej   było   wytrzymać   w 
ziemiankach. Grupa przygotowana do działalności przez jeden miesiąc zaczynała odczuwać trudy polowego 
życia. Co prawda nikt nie narzekał, ale Lipiński widział wyraźnie, że ludzie są zmęczeni. Życie w ciągłym 
napięciu i fakt, że poruszali się wyłącznie nocą, sprawiły, iż nerwy zaczęły odmawiać im posłuszeństwa. 
Lipiński uznał, że jedynym na to lekarstwem będzie wzmocniona dyscyplina. Zaczął od sprawy drobnej. Od 
golenia. Polecił swoim chłopcom, aby golili się codziennie i chociaż narzekali trochę, to jednak żaden z nich 
nie chodził zarośnięty czy obdarty. Największym świętem była każda zmiana bielizny...

Przyczajeni, prowadzili w dalszym ciągu intensywną pracę wywiadowczą. Nie było dnia, żeby do bazy 

nie wpłynął chociaż jeden meldunek. Znakomicie spisywała się siatka agenturalna zainstalowana w pasie 
przygranicznym   powiatów   działdowskiego   i   mławskiego.   I   co   dwa   dni   Wołodia   Kirsiejew   pracowicie 
wystukiwał kluczem zaszyfrowane meldunki do centrali.

ROZDZIAŁ VI

- Siedzimy tu jak borsuki w norze... Świata bożego nie widzimy. I po jaką cholerę drapie się codziennie 

po gębie tępą brzytwą, skoro nie ma kto podziwiać mojej urody — prowadził swój poranny monolog Piesiór.

- Zaraz ci to dowódca wytłumaczy — roześmiał się Waluszkiewicz.
- Ty, Igor, zawsze jesteś zadowolony. Kasza przez tydzień, w porządku. Wszy gryzą, całe szczęście, że 

nie pluskwy. Codzienne golenie, proszę bardzo... Było ci kiedyś w życiu źle?

- Że też chce się wam tak mleć jęzorami po próżnicy — nie wytrzymał w końcu Lipiński. — Jak stare 

baby...

- Ech, wodzu, co ty wiesz o wielkiej miłości i tęsknocie, co serce ściska...
Lipiński wzruszył ramionami. Nie miał ochoty na przekomarzanie się z Piesiórem.
- Mamy pewną sprawę do załatwienia — powiedział poważnie. — Dwóch z nas musi pójść do wsi. 

background image

Początkowo   myślałem   o   tobie   —   spojrzał   na   Piesióra   —   ale   zmieniłem   zdanie.   Pójdzie   Zakrzewski   i 
Waluszkiewicz.

„Sprawa   do   załatwienia”   wyglądała   nieco   tajemniczo.   Poprzedniego   wieczoru   powiadomił   ich 

Władysław   Smoliński,   że   od   kilku   dni   ukrywa   u   siebie   w   chałupie   zbiegłego   z   transportu   oficera 
radzieckiego.   Podał   on   swe   imię,   nazwisko   oraz   numer   jednostki,   w   której   pełnił   służbę.   Ponieważ 
przetrzymywanie zbiega w wiosce było niebezpieczne, Lipiński postanowił, że zabiorą go do bazy. Centrala 
przyjęła dane oficera radzieckiego i obiecała, że w ciągu kilku dni sprawdzi ich autentyczność.

„Miszka”, bo tak nazywali nowego towarzysza, na pierwszy rzut oka sprawiał korzystne wrażenie, a 

zachowywał   się   wręcz   wzorowo.   Ale   baczne   oczy  spadochroniarzy  wypatrzyły  kilka   szczegółów,  które 
podważyły   prawdomówność   nowego   kolegi.   Krawiec   zwrócił   uwagę,   że   „Miszka”   nosi   na   palcu   złotą 
obrączkę.

- Nie uważasz, Józek, że to dziwna sprawa? Niemcy na ogół nie zostawiają jeńcom takich kosztownych 

drobiazgów — informował o swym odkryciu Lipińskiego.

- Może mu nie zdążyli zabrać, różnie to bywa... — zbagatelizował sprawę dowódca.
Ale sierżant był tym razem wyjątkowo uparty.
- Powąchałem go — oświadczył zdumionemu Lipińskiemu. — Co tak na mnie patrzysz... Mówił, że od 

tygodnia się ukrywa, a czuć go wodą kolońską. Tak pachnie człowiek, który siedział tyle czasu w lesie?

- Tobie się naprawdę coś na mózg rzuciło — Lipiński spojrzał z politowaniem na Krawca. — Będę ci 

musiał znaleźć jakąś robotę.

Tymczasem „Miszka” zadomowił się w bazie na dobre. Najpierw zjednał sobie Kirsiejewa — pomógł mu 

usunąć usterkę w radiostacji. Z Waluszkiewiczem i Arensem godzinami całymi rozmawiał o malarstwie 
średniowiecznym i muzyce.

- Prawdziwy człowiek renesansu, a ty się czepiasz — uspokajał dowódca sierżanta.
- Renesansu nie renesansu, a ja będę go miał na oku.
- A miej sobie — zgodził się dla świętego spokoju Lipiński.
Podejrzenia Krawca, o których wspomniał i innym członkom grupy, sprawiły, że w bazie coraz uważniej 

zaczęto   przyglądać   się   przybyszowi.   Po   którejś   z   nocnych   wypraw   do   skrzynki   kontaktowej,   Lipiński 
zauważył, iż „Miszka” nie ma już obrączki.

- Co z twoim złotem? — zapytał bezceremonialnie.
„Miszka” zmieszał się:
- Musiałem zgubić w lesie...
Lipiński popatrzył na niego podejrzliwie:
- Spadochroniarz nie może zgubić niczego. Przecież to pierwszy ślad dla szkopów!
- Moja wina, komandir. naprawdę nie chciałem — usprawiedliwiał się żarliwie były jeniec.
- Może masz rację — szepnął wieczorem Lipiński do Krawca. — Pilnuj go jak dziecka, dopóki nie 

otrzymamy potwierdzenia danych z centrali.

Odpowiedź   o   identyfikacji   wciąż   jednak   nie   nadchodziła.   Któregoś   dnia   Płonka   zwrócił   uwagę,   że 

„Miszka”   ma   ukryty   w   marynarce   notes,   w   którym   od   czasu   do   czasu   coś   po   kryjomu   zapisuje. 
Powiadomiony   o   tym   Zakrzewski,   zażądał   pokazania   mu   notatek.   To,   co   zobaczyli,   po   prostu   ich 
zaszokowało. „Człowiek renesansu” był rzeczywiście niezłym artystą... W notesie znajdowały się wykonane 
staranniej   niż   niejedno   zdjęcie   portrety   wszystkich   członków   grupy   oraz   mnóstwo   nazwisk 
współpracujących ze spadochroniarzami leśników i partyzantów!

Sprawa była jasna. Szpieg!
„Miszka” przysięgał na wszystkie świętości, że znaleziony u niego szkicownik, to nic innego jak początki 

przyszłego pamiętnika, w którym po wojnie ma zamiar opisać losy spadochroniarzy z grupy „Pomorze”.

Ponieważ w bazie nie było Lipińskiego, Zakrzewski postanowił wstrzymać się z ostateczną decyzją i dać 

„Miszce” jeszcze jedną szansę. W czasie rozmowy z „przyszłym literatem” Krawiec wyjął wszystkie naboje 
z jego peemu.

Udając, że nic się nie stało i że sprawa wyjaśniona, sierżant klepnął „Miszkę” po ramieniu:
-   No,   artysta,   idziemy   do   Wołodi.   Siedzi   przy   radiostacji   głodny,   trzeba   go,   podkarmić.   Pójdziesz 

przodem i będziesz mnie ubezpieczał.

W pewnym momencie podczas marszu Krawiec wymierzył w stronę „Miszki” pistolet maszynowy i 

krzyknął:

- Ręce do góry!
Nie zastanawiając się ani sekundy „Miszka” pociągnął za spust swego peemu. Szczęknęła głośno iglica...
- To taki z ciebie ptaszek — wysyczał przez zaciśnięte zęby sierżant. — Wracamy do ziemianki!
Przyciśnięty   przez   wywiadowców   „Miszka”   wyznał   w   końcu   całą   prawdę.   W   bazie   zjawił   się   na 

background image

polecenie swoich niemieckich chlebodawców. Jego zadaniem była lokalizacja radiostacji grupy „Pomorze”, 
którą Niemcy bezskutecznie od dłuższego czasu namierzali. Rzeczywiście, był kiedyś oficerem radzieckim, 
ale kiedy dostał się do niewoli, zameldował, że jako syn białogwardzisty i Niemki nie czuje się obywatelem 
radzieckim. Ponieważ znał dobrze zarówno niemiecki, jak i polski skierowano go w rejon Brodnicy. Po 
wykryciu radiostacji miał przekazać meldunek w umówionym miejscu. Pudełko zapałek z napisem P-U 
(paraszutniki). Na szczęście, troskliwie pilnowany przez spadochroniarzy, nie, zdążył...

*

Jesienią   1944  roku  nastąpiła  stabilizacja   frontu.   „Wyczerpane   przeciągającymi  się   od  lata   tego  roku 

działaniami wojennymi obie walczące strony (wychodząc wprawdzie z różnych przesłanek) zainteresowane 
były przerwaniem aktywnych walk”.*

Wojska   2   i   3   Frontów   Białoruskich   rozpoczęły   w   myśl   dyrektywy   Kwatery   Głównej   Naczelnego 

Dowództwa Armii Radzieckiej z 29 sierpnia 1944 roku przygotowanie trzech pasów obronnych o ogólnej 
głębokości   dochodzącej   do   40   km.   Pierwszy   z   nich   rozpoczynający   się   na   linii   Sudargi,   Willjunien   i 
zachodniego skraju Gołdapi kończył się aż w okolicach Serocka, drugi biegł od Jurborka, Władysławowa i 
lewego brzegu Czarnej Hańczy do okolic Zegrza, a trzeci — tyłowy — ciągnął się przez Wyłkowyszki, 
Wiżajny, Sejny, Dąbrowę Białostocką, Knyszyn, Zambrów, Ostrów Mazowiecką i Wyszków.

W   wojskach   obu   frontów   dokonano   także   niezbędnych   zmian   organizacyjnych.   3   Front   Białoruski 

wzmocniono 28 armią i 2 armią gwardii z 1 Frontu Nadbałtyckiego, a 21 armię wycofano do 1 Frontu 
Białoruskiego.   Poza   tym   siły   Frontu   uzupełniono   „jedną   dywizją   i   pięcioma   brygadami   artylerii,   jedną 
brygadą   moździerzy,  trzema  pułkami   artylerii,   dwoma   samodzielnymi   pułkami   czołgów  oraz   sześcioma 
dywizjonami lotniczymi”.**

Podobnych zmian dokonano także w 2 Froncie Białoruskim.
W tym samym czasie Niemcy gorączkowo rozbudowywali wschodniopruską rubież obrony, stosując na 

szeroką  skalę tzw. system Wallenbrecher, polegający na  przekształceniu ważniejszych miast  i osiedli  w 
twierdze lub taktyczne rejony obrony. Włączono doń wszystkie większe miasta i węzły komunikacyjne na 
północnym Mazowszu, Warmii i Mazurach.

Z meldunków napływających do bazy grupy „Pomorze” wynikało jasno, że głównym zadaniem każdego 

miasta-twierdzy miało być: utrzymanie ważnego węzła kolejowego lub ośrodka politycznego niezależnie od 
sytuacji ogólnej, jaka mogła zaistnieć na froncie. I w czasie każdego seansu łączności Kirsiejew wystukiwał 
kolejne nazwy miast ogłoszonych jako twierdze: Królewiec, Piława, Gdańsk, Gdynia, Grudziądz, Toruń, 
Modlin, Giżycko...

Coraz wyraźniej też rysował się problem rezerw. Jesienią 1944 roku Niemcy coraz bardziej odczuwali 

brak siły roboczej i szukali rezerw na okupowanych ziemiach Polski, północnych Włoch, Holandii, Danii, 
Norwegii oraz zaczęli niemal powszechnie używać do pracy w przemyśle jeńców wojennych. We wrześniu 
1944 roku ogólna liczba robotników zatrudnionych w gospodarce wojennej wynosiła 35,9 min ludzi (w 1943 
roku — 36,6 min), z których 7,5 min przypadało na cudzoziemskich robotników i jeńców wojennych.

Osiemnastego października 1944 roku ogłoszono dekret o powołaniu Volkssturmu (pospolite ruszenie 

ludowe), na mocy którego do walki mieli stanąć wszyscy Niemcy w wieku od 16 do 60 lat zdolni do 
noszenia broni. Formowanie oddziałów Volkssturmu zlecono gauleiterom i kreisleiterom, a do przeszkolenia 
powoływanych kontyngentów użyto instruktorów z oddziałów szturmowych, ochronnych, zmotoryzowanego 
korpusu   narodowosocjalistycznego   i   Hitlerjugend.   Na   dowódców   pododdziałów   wyznaczano 
funkcjonariuszy   partyjnych.   Ogólne   kierownictwo   nad   organizacją,   wyszkoleniem   i   uzbrojeniem 
Volkssturmu powierzono Himmlerowi jako dowódcy armii rezerwowej.

W   końcu   1944   roku   w   Niemczech,   a   także   i   Prusach   Wschodnich,   utworzono   „kobiecy   korpus 

pomocniczy Wehrmachtu”. Powoływano do niego kobiety i osiemnastoletnie dziewczęta. Utworzenie tej 
nowej   formacji   miało   umożliwić   ,,przekazanie   w   krótkim   czasie   oddziałom   frontowym   wszystkich, 
gdziekolwiek   by   się   jeszcze   znajdowali,   żołnierzy   nadających   się   do   służby   w   linii,   umocnienia   wału 
obronnego na zagrożonych granicach i odwrócenie biegu wojny w pomyślnym kierunku”.***

* Kazimierz Sobczak, op. cit., s. 85.
** Kazimierz Sobczak, op. cit., s. 88.
*** „Völkischer Beobachter”, 6 grudnia 1944 roku. cyt. wg tekstu rosyjskiego.

background image

W tym samym czasie propaganda niemiecka popularyzowała szeroko legendy o „cudownej broni”, która 

ponoć w krótkim czasie miała zupełnie odmienić losy wojny.  Mieszkańcom  Prus Wschodnich trudno było 
jednak uwierzyć w Wunderwaffe. Bliskość Armii Czerwonej wzbudzała powszechne zaniepokojenie, które z 
czasem zamieniło się w prawdziwą panikę. Naoczny świadek tych wydarzeń, socjaldemokrata Johannes 
Müller, pisał:

„Do   ogromnego   strumienia   uciekających   z   rejonów,   na   które   dokonywano   nalotów,   dołączyła   się 

niezliczona liczba uciekinierów, kierujących się ze wschodnich granic Prus Wschodnich do wewnętrznych 
rejonów. (...) Ucieczka ludności z rejonów, do których zbliżał się front, stwarzała władzom nazistowskim 
duże trudności. Dezorganizowała pracę transportu i łączność. Wszędzie dawały się zauważyć objawy paniki, 
dworce przepełnione były oczekującymi, wszyscy starali się najszybciej opuścić miasta”.

Podwładni podporucznika Lipińskiego mieli w tym czasie pełne ręce roboty. Przygotowania do obrony, 

na których skoncentrowała się działalność władz niemieckich w tym rejonie, jak zresztą i w całych Prusach 
Wschodnich,   sprawiły,   że   liczba   meldunków   podwoiła   się.   Jednocześnie   do   Lipińskiego   coraz   częściej 
dochodziły sygnały o powoływaniu miejscowej ludności do kopania rowów obronnych i budowy bunkrów. 
Nie wszyscy się na to godzili i wielu, a zwłaszcza współpracownicy grupy, po prosili uciekało do lasu i 
usiłowało skontaktować się z dowódcą spadochroniarzy. Trudno było przyjmować wszystkich uciekinierów. 
Nadmierne rozszerzenie leśnej bazy groziło dekonspiracją.

W   połowie   października   dowódca   grupy   otrzymał   interesującą   wiadomość.   Do   jednego   z 

zaprzyjaźnionych   leśników,   antyfaszysty   Hermana   Weidera,   przyjechał   na   urlop   daleki   krewny.   Maks 
Schmidt,   pełniący   służbę   —   jak   sam   poinformował   wuja   —   przy   ochronie   obiektu   specjalnego 
przeznaczenia w lasach otaczających Kętrzyn. Była to informacja tak ważna, że Lipiński z Waluszkiewiczem 
zdecydowali się odwiedzić leśnika i pogadać z jego siostrzeńcem.

Okazało się, że chłopak ma dosyć wojowania i zdecydował się na współpracę z grupą. To był prawdziwy 

sukces!

Pierwsza informacja na temat tajemniczego obiektu, którą przekazali centrali, brzmiała: „Żołnierz nie zna 

przeznaczenia obiektu, ale twierdzi, że jego ochrona jest niezwykle silna, a dowództwo wciąż zwraca im 
uwagę na konieczność zachowania bezwzględnej tajemnicy”.*

Centrala   wykazała   niezwykłe  zainteresowanie   tajemniczym  obiektem.  Sztab  zlecił   grupie   „Pomorze” 

zebrać w trybie natychmiastowym wszelkie możliwe na ten temat dane.

Po tygodniu Schmidt uzupełnił swoją relację:
„Obiekt znajduje się w lesie, jest solidnie zamaskowany, siatka maskująca jest zaciągnięta na drzewach. 

On (Schmidt — M. J.) zawsze trzyma wartę na drugim pierścieniu ochrony. Żołnierze tej jednostki nie mają 
prawa wstępu na chroniony teren. Dojścia do obiektu strzegą jednostki SS. Zarządza się bardzo często 
okresy ostrej gotowości bojowej. Dowództwo jednostki tłumaczy im, że w tych dniach przewidziana jest 
kontrola ze sztabu”.**

Druga   informacja   dotycząca   tajemniczego   obiektu   wpłynęła   od   Jana   Urbańskiego.   A   więc   akowcy 

również interesowali się pilnie strzeżoną budowlą. Jak stwierdził Lipiński, dysponowali oni jednak jedynie 
relacją wydobytą z żołnierza Wehrmachtu, który przez kilka dni przebywał na urlopie we wsi Traczyska. 
Pokrywała się ona z grubsza z informacjami, które spadochroniarze uzyskali wcześniej.

Któregoś październikowego dnia Lipiński spotkał się z Weiderem.
- Będziemy musieli, panie leśniczy, wybrać się na trochę dłuższą wycieczkę...
Leśnik nie był specjalnie zachwycony.
- Ja mogę, mam przepustkę na wszystKie lasy w Prusach Wschodnich. Ale jak wy wytłumaczycie swoją 

obecność w pobliżu Królewca?

- Komu mamy tłumaczyć? — roześmiał się Lipiński.
Leśniczy wyraźnie się zdenerwował.
- Przecież, że nie mnie... Co pan myśli, że na takiej trasie nikt was nie wylegitymuje?
- O to właśnie chodzi, panie Weider.
- Chyba że lasami — poskrobał się leśnik po głowie.
- Niech pan nad tym pomyśli - zakończył rozmowę podporucznik.

* J. Lipiński, S. Zakrzewski. Działalność grupy rozpoznawczo-dywersyjnej WP „Pomorze”. WPH 1971, nr.2, s. 206.

background image

Po   kilku   dniach   plan   ,,wycieczki”   był   już   gotowy.   Lipiński   postanowił,   że   oprócz   niego   udział   w 

wyprawie wezmą: Piesiór, Płonka, Woszkowski i Krawiec, a więc ci z grupy, którzy dobrze znają niemiecki. 
Prowadzić miał ich Weider. Wtajemniczony w sprawę Maks zobowiązał się, że  kilkanaście kilometrów 
podwiezie ich ciężarówką. Ustalono, że wysiądą z niej w lasach koło Szczytna. Nie było to zbyt daleko, ale 
zawsze...

Szli   głównie   nocami.   Po  kilku  dniach   Weider   oświadczył,   że   są   już   blisko,   że   ocenia   odległość   od 

pierwszego pierścienia ochronnego na jakieś 15 kilometrów. Teraz dopiero Lipiński zorientował się, że 
niewiele będą  mogli zobaczyć  na własne oczy, że  do tajemniczych obiektów po prostu nie uda im się 
podejść. Ale mimo wszystko nie chciał zrezygnować z podjęcia próby. Mieliby teraz wrócić, tyle kilometrów 
przejść na darmo?

Kolejnej   nocy  podzielił  Lipiński  swą  szczupłą grupkę na dwa patrole. Przez dwie kolejne doby każdy 

patrol obserwował uważnie ruch kołowy i kolejowy w interesującym ich rejonie. Najbardziej byli zaskoczeni 
faktem, że kursujący na tej trasie dwa razy na dobę pociąg osobowy jeździ pusty. Zmierzyli dla pewności 
kilkakrotnie stopień ugięcia szyn i za każdym razem informacja ta się potwierdziła. Niemcy wożą powietrze! 
Ale po co?! Trzeciej nocy zbuntował się Piesiór.

- W ten sposób możemy tu sterczeć do śmierci i niczego się nie dowiemy — oświadczył kolegom.
- Masz jakiś pomysł? Podporucznik zawahał się.
- Najlepiej byłoby zdjąć jakiegoś wartownika. Tylko jak przejść przez to cholerne pole minowe...
Potrzeba jest matką wynalazku. Następnej nocy poradzili sobie z minami. Za pomocą skonstruowanych 

naprędce szpilek saperskich rozbroili niezbyt szeroki pas ziemi. Nie było to zbyt wygodne przejście, ale 
wystarczało do przeczołgania się jednego człowieka. Namęczyli się przy tym bardzo, bo praca nie była 
łatwa. Z chwilą kiedy natrafiali na metal, odkładali „szpilki”, rozgrzebywali ziemię rękami, a po odsłonięciu 
miny delikatnie szukali palcami zakrętki. Po wykręceniu spłonki musieli jeszcze sprawdzić, czy rozbrojona 
mina nie ma z któregoś boku tzw. Potykacza.

- Żeby je można było zdetonować — wzdychał zlany potem Piesiór.
Przedostanie się przez pole minowe niczego w zasadzie nie zmieniło. W dalszym ciągu nie mieli pojęcia, 

co kryje się za tak silnym pierścieniem ochrony.

Widząc bezskuteczność wszelkich działań, Lipiński w końcu zarządził odwrót. Wyprawa nie przyniosła 

oczekiwanych   efektów,   ale   i   tak   spadochroniarzom   udało   się   odnotować   wiele   szczegółów.   Przede 
wszystkim zwrócili uwagę, że pociągi kursujące na linii Kętrzyn—Węgorzewo na odcinku Parcz—Czerniki 
są konwojowane przez żołnierzy, pilnujących, aby nikt nie chodził wewnątrz wagonów i nie przyglądał się 
okolicy i obiektom. Jeżdżące na tej trasie autobusy miały okna zamalowane farbą, a na odcinku wiodącym 
przez las w miejscowości Gierłoż towarzyszyła im eskorta SS.

Wracając do bazy, w okolicy Mrągowa, natknęli się na patrol żandarmów. W trakcie strzelaniny udało im 

się wprawdzie zlikwidować trzech Niemców, ale ranny został starszy sierżant Płonka. Na szczęście mógł on, 
mimo dużego upływu krwi, iść razem z nimi. Strzelanina pod Mrągowem mogła zaalarmować Niemców. 
Kluczyli więc po lasach, chcąc zmylić ewentualną pogoń. W ten sposób do bazy dotarli wymęczeni i głodni 
dopiero po tygodniu.

Natychmiast  po powrocie  centrala  otrzymała  meldunek  następującej  treści:  „W  Prusach Wschodnich 

przygotowuje się gorączkowo cały system obronny. Budowana jest masa bunkrów dla ciężkich karabinów 
maszynowych i artylerii. Zamyka się przejścia między jeziorami linią umocnień. Przygotowywane są osłony 
ważniejszych szlaków komunikacyjnych. Miasta są otoczone okopami i mogą prowadzić obronę okrężną. 
Obiekt w Kętrzynie wraz z przyległymi terenami jest szczególnie chroniony przeszkodami sztucznymi i 
naturalnymi. Obrona jest starannie przygotowana. Magazynuje się duże ilości min.

Informacja żołnierza Wehrmachtu, że do obiektu dojść nie można, potwierdziła się całkowicie. Obrona 

obiektu jest zorganizowana na dalekim przedpolu. Wspomniany żołnierz zdał nam również relację, że on 
sam   jako   wartownik   pierścienia   zewnętrznego   nie   ma   możliwości   dotarcia   do   pierścienia   ochrony 
wewnętrznej,  jednak stwierdził  z   całą  pewnością,  iż   na  podstawie   jego obserwacji   i  przeprowadzonych 
rozmów   z   kolegami   wewnątrz   pierścieni   ochronnych   (których   prawdopodobnie   jest   trzy)   znajdują   się 
potężne bunkry żelbetowe (położone) w bliskiej odległości. Bardzo często widać tam generałów i wyższych 
oficerów”.*

Skąd   mogli   wiedzieć   polscy   spadochroniarze,   że   udało   im   się   dotrzeć   do   „Wolfschanze”   {„Wilczy 

szaniec”), że dzieliło ich zaledwie kilkanaście kilometrów od samego... Hitlera!

* J. Lipiński, S. Zakrzewski — tamże. s. 207.

background image

ROZDZIAŁ VII

Listopad nadciągnął z dokuczliwym deszczem i jesiennymi szarugami. Nad polami i lasem włóczyła się 

mgła. Kłęby białej, wszędobylskiej waty przesłoniły jezioro Czarny Bryńsk.

Coraz trudniej żyło się w lesie. Nad ranem w Ziemiankach wszystko było zimne i wilgotne: od bielizny 

osobistej po pledy, w które zaopatrzyła ich troskliwa „mama”, pani Maria Kaszewska. Nie pomogło nawet 
zainstalowanie   „kozy”,   przytaszczonej   skądś   przez   zapobiegliwego   Piesióra.   Zresztą   po   kilku   dniach 
Lipiński zabronił użytkowania piecyka. Kopcił z pordzewiałej rury niczym komin fabryczny. Na zbiorowy 
protest mieszkańców ziemianki odparł krótko:

- Chcecie, żeby was szkopy nakryły? Dym widać z odległości kilku kilometrów...
Był to — niestety —- argument nie do odparcia. Złorzecząc w duchu musieli przyznać rację.
Coraz częściej jednak dochodziły do dowódcy ciche, co prawda, skargi i narzekania na „garbaty los 

spadochroniarza”.   Nie   było   dnia,   żeby   się   ktoś   nie   pokłócił.   Ludzie   zrobili   się   nerwowi.   Przymusowa 
bezczynność sprawiała, że jedno nieopatrznie rzucone słowo wywoływało burzę, którą z najwyższym trudem 
uspokajali Zakrzewski lub Waluszkiewicz.

Po wyprawie pod Kętrzyn, gdzie Płonka został ranny, Lipiński ograniczył działalność grupy do pracy 

wywiadowczej. Niestety, w ich przypadku sprowadzało się to do wyznaczenia oficera kontaktowego i dość 
sporadycznych spotkań z łącznikami.

-   Zrozumcie   —   tłumaczył   niecierpliwym.   —  Szuka   nas   już   nie   tylko  miejscowa   żandarmeria,   ale   i 

Jagdkommando.   Nie   możemy   się   dekonspirować   nieprzemyślanym   działaniem.   A   z   dnia   na   dzień   jest 
gorzej... Widzieliście, co stało się z gęstymi zaroślami, w których jeszcze miesiąc temu można się było 
ukryć? Dziś to już tylko suche badyle. Informacje, które przekazujemy do centrali, ważniejsze są teraz, niż 
obicie mordy jakiemuś volksdeutschowi...

Przyjmowali te argumenty ze zrozumieniem, ale atmosfera nie poprawiała się.
Którejś nocy, wyjątkowo zresztą bezdeszczowej, Zakrzewski wyciągnął dowódcę na pogawędkę w lesie.
- Widzisz, co się dzieje — stwierdził bez ogródek. — Zaczynają się zachowywać jak niegrzeczni chłopcy. 

Jeśli nic się nie zmieni, dojdzie do bójki.

- Nie jestem niańką — odburknął Lipiński.
- Ale dowódcą — Zakrzewski nie chciał ustąpić.
- W końcu, do cholery, to ty jesteś politrukiem — zdenerwował się Lipiński.
- No właśnie... Trzeba im jakoś wytłumaczyć, że może być jeszcze gorzej. Czy zastanawiałeś się, co 

będzie, jak spadnie pierwszy śnieg?

Lipiński milczał. To, o czym mówił Zakrzewski, nie dawało mu spać już od wielu dni. Rzeczywiście, 

zbliżała się zima, a tej w lesie nie przetrzymają.

- Więc ty sądzisz, że nie doczekamy się naszych przed nadejściem mrozów? — zapytał cicho.
Zakrzewski pokręcił głową.
- Wiem tylko jedno. Na pewno nikt nas nie poinformuje o dacie ofensywy. A druga sprawa, to fakt, że 

musimy być przygotowani na najgorsze.

- Co proponujesz?
- Po pierwsze, trzeba rozruszać chłopaków. Przydałaby się jakaś mała akcja, ale przynajmniej trzydzieści, 

czterdzieści kilometrów od bazy. Niech nas szukają gdzie indziej...

- A po drugie?
- Po drugie, wodzu, należy poprosić centrale o zrzut materiałów wybuchowych, bo zapas się kończy, a 

przy okazji zażądać trochę amunicji i leków, bo Arens ma w apteczce wyłącznie jodynę. Nie mówię już o 
zapasowych bateriach.

W   centrali   wyrażono   zgodę   na   akcję   i   zrzut.   Ustalono   terminy   i   sygnały.   Jednak   spadochroniarzy 

prześladował wyraźny pech. Dwukrotnie samolot przelatywał nąd rejonem zrzutowiska i dwukrotnie nie 
mogli mu dać umówionego sygnału — w okolicy aż roiło się od żandarmerii zaalarmowanej widocznie przez 
służby przeciwlotnicze. Z żalem patrzyli na znikającą w ciemnościach maszynę. Była jak kawałek ich domu, 
tak odległego w tej chwili.

- Za godzinę pilot wybierze się z panienką do kina — westchnął z żalem Piesiór.
- Zdążysz i ty. Po wojnie... — pocieszył go Lipiński.
Zrzutu nie otrzymali, ale z zaplanowanej akcji nie mieli zamiaru zrezygnować. Lipiński już wcześniej 

zwrócił się z prośbą do informatorów, aby po kilku dniach uważnej obserwacji linii kolejowych powiadomili 
go,   na   jakiej   trasie   kursuje   najwięcej   transportów   wojskowych.   Najlepiej   spisał   się   zawiadowca   stacji 
kolejowej Nowe Miasto. Ustalił mianowicie, którego dnia i o której godzinie będzie przejeżdżał wielki 
transport wojskowy przez stację Tama Brodzka.

background image

Ponieważ   z   trotylem   mieli   już   kłopoty   (część   zresztą   oddali   partyzantom),   pomógł   im   Franciszek 

Stawicki, który skonstruował specjalne kliny dębowe mające zwiększyć efekt wybuchu. Do Tamy Brodzkiej 
wybrała  się  spora   grupa:  Lipiński,  Zakrzewski,  Dudzik,  Waluszkiewicz,  Krawiec  oraz  dwaj  akowcy — 
Franciszek Stawicki ze swoim „patentem” i Eugeniusz Gilginas.

Zamontowanie kostek trotylu i założenie klinów zabrało im kilka minut. Punktualnie o podanej przez 

kolejarza   godzinie   usłyszeli   łoskot   nadjeżdżającego   pociągu.   Po   kilku   sekundach   potężna   eksplozja 
wstrząsnęła okolicą. Trzask walącego się z nasypu żelastwa, a potem już tylko ogromny płomień i kłęby 
gryzącego dymu znaczyły miejsce udanej akcji. Wycofali się szybko, dłuższe pozostawanie w tym rejonie 
groziło w każdej chwili niebezpiecznym spotkaniem.

Akcja w Tamie Brodzkiej wywołała w okolicy potężny rezonans. Była to pierwsza „kolejówka” na tych 

terenach! Wywiadowcy donosili w licznych meldunkach, że Niemcy stali się jakby mniej pewni siebie. Do 
tego,   że   w   Generalnym   Gubernatorstwie   pociągi   wylatywały   w   powietrze   dość   często,   zdołali   się   już 
przyzwyczaić. Ale tu, w samym sercu Prus Wschodnich...

Udana akcja przyniosła też przewidziany zresztą przez spadochroniarzy skutek. Niemcy zintensyfikowali 

wyraźnie pościg za trudno uchwytnymi, „bandytami”. Słuchając meldunków na ten temat, Lipiński czuł, że 
w okolicach bazy zaczyna być niebezpiecznie.

Któregoś dnia wybrał się do ziemianki, w której „urzędował” Wołodia Kirsiejew.
- Próbowałeś  się   kiedyś   połączyć  z   „Cyganem”? — zagadnął radiotelegrafistę.
Wołodia wyraźnie się zmieszał.
- Jej bohu, komandir... Tylko parę razy... Sam wiem, że kiepsko z bateriami.
- To pierwszy raz połączysz się z nim legalnie i za moją zgodą — roześmiał się dowódca.
„Cyganem”   nazywano   młodego   oficera   radzieckiego,   Wiktora   Aleksiejewa,   który   trafił   do   grupy 

„Wołga”,   dowodzonej   przez   podporucznika   Jana   Miętkiego   (ps.   „Wirski”).   Grupa   ta,   o   czym   Lipiński 
doskonale wiedział, została zrzucona w trzy dni po grupie „Pomorze” w rejon Borów Tucholskich. „Cygan” 
i Wołodia Kirsiejew — serdeczni przyjaciele — umówili się, że po wylądowaniu spróbują skontaktować się 
ze sobą. Nie było to wprawdzie w idealnej zgodzie z regulaminem, ale kto sprawdzi radiotelegrafistę...

Skąd wiedział o tym Lipiński, to już zupełnie inna sprawa.
W kilka godzin później Kirsiejew meldował dowódcy, że udało mu się połączyć z „Cyganem”:
- Wiedzie im się podobno nieźle, nawiązali kontakt z miejscową partyzantką, zapraszają do siebie...
- To nie jest zły pomysł! — ucieszył się Lipiński. — Oczywiście, wszyscy nie możemy tam pójść, część 

musi zostać na miejscu i działać dalej, ale kilku może spokojnie złożyć wizytę Jankowi.

Ustalono, że do oddziału Miętkiego pójdą: Mycko, Piesiór, Dudzik i Wilczyński. Na mapie sztabowej 

zaznaczona   została   dokładna   trasa   marszruty.   Żegnana   serdecznie   przez   pozostałych   czwórka 
spadochroniarzy wyruszyła w daleką drogę.

Jakie   było   więc   zdziwienie   Lipińskiego,   kiedy   po   tygodniu   Mycko   przyprowadził   swoją   grupę   z 

powrotem.   Okazało   się,   że   przejście   do   Borów   Tucholskich   było   po   prostu   nierealne.   Chociaż   musieli 
przyznać,   że   zaczęło   się   dobrze.   Szosę   łączącą   Gdańsk   z   Królewcem   przekroczyli   bez   najmniejszych 
kłopotów i nie przypuszczali, że dalej mogą  mleć jakieś problemy. Ale wkrótce  pojawiły się. Wraz  ze 
zbliżającym   się   zmierzchem   zaczęli   szukać   noclegu.   W   końcu   dostrzegli   samotne   gospodarstwo,   tzw. 
kolonię. Po cichu weszli do stodoły, ale przedtem wytypowali jednego, który miał pełnić wartę. Po chwili 
spali   już   twardo.   Niestety,   wartownik   też.   Obudził   ich  w   biały   dzień   straszliwy   hałas.   Przez   szparę   w 
drzwiach stodoły zobaczyli podwórze zapchane wojskiem niemieckim! Żołnierze stłoczyli się przy studni i 
widać było wyraźnie, że mają ochotę zatrzymać się tu na dłużej. Po chwili na podwórze zajechała kuchnia 
polowa...

Zagrzebani w słomie spadochroniarze przeżywali straszne chwile. Jeszcze tylko brakowało, żeby któryś z 

Niemców wlazł do stodoły!

Na szczęście po kilku godzinach Niemcy zniknęli równie szybko, jak się zjawili, ale spadochroniarze 

wiedzieli już, że w okolicy kręci się wojsko. Przesiedzieli w stodole do zmroku, opuścili ją bez przeszkód i 
mimo wszystko udali się w dalszą drogę.

Następną przygodę przeżyli kilkanaście kilometrów dalej. Dwóch z nich — wstyd powiedzieć — obtarło 

sobie   nogi.   Każdy  krok   potęgował   ból   i   po  godzinie   takiego   „kuśtykania”   Piesiór   zaproponował,   żeby 
spróbować poruszać się w dzień i to korzystając z... podwody.

Niestety, nic  z  tego  nie wyszło.  Nawet  nienaganny  akcent  Piesióra  niewiele  pomógł.  Przejeżdżający 

furmankami   niemieccy   chłopi   nie   chcieli   rozmawiać   z   nieznajomymi.   Jeden   z   nich   usiłował   nawet 
wylegitymować spadochroniarzy. Postraszyli go więc przyłożył koniom batem i szybko odjechał, ale musieli 
się mieć na baczności — mógł w pierwszej wiosce zameldować o „czterech podejrzanych włóczęgach”.

Do   Wisły   dotarli   już   bez   żadnych   przeszkód,   ale   tu   przekonali   się,   że   dalej   nie   przebrną.   Mosty 

background image

obstawione posterunkami wojskowymi, a o jakiejkolwiek próbie przepłynięcia nie mogli nawet marzyć. W 
tej   sytuacji   decyzja   mogła   być   tylko   jedna:   „wracamy”!   W   pobliżu   szosy,   którą   już   raz   przekraczali, 
zaskoczył ich niemiecki żołnierz. Określenie: „zaskoczył”, było w tym przypadku mało ścisłe. Niemiec tak 
się wystraszył czterech dziwnych wędrowców, że sam, bez słowa, podniósł ręce do góry. Starym zwyczajem 
rozbroili go i pozbawili munduru.

- I rzecz najciekawsza. Zobacz, co znaleźliśmy przy nim. — Mycko położył przed Lipińskim maskę 

przeciwgazową. — Znasz ten typ?

Spadochroniarze zorientowali się, że jest to zupełnie nowy rodzaj maski; dotychczas takiej nie widzieli. 

Kirsiejew natychmiast przekazał do centrali jej dokładny opis, zwłaszcza zaś opis konstrukcji pochłaniacza. 
Lipiński zdawał sobie sprawę, że w centrali najbardziej by się ucieszono, gdyby zdobyli skład chemiczny 
pochłaniacza, ale w ich sytuacji o porządnej ekspertyzie nie mogło być nawet mowy.

Nieudana wyprawa w Bory Tucholskie, a także zbliżająca się zima sprawiły, że dowódca grupy miał o 

czym myśleć. Nie udało się zmniejszyć składu grupy, choć tak na to liczyli, a tu jeszcze któregoś dnia stary 
Weider przyprowadził swojego siostrzeńca, Schmidta. Okazało się, że chłopak zdezerterował z Wehrmachtu 
i   pragnął   przyłączyć   się   do   spadochroniarzy.   Lipiński   nie   był   tym   zachwycony,   ale   nie   mógł   zostawić 
Schmidta bez opieki.

Aby zabezpieczyć się jako tako przed nadchodzącymi mrozami, członkowie grupy „Pomorze” zaczęli 

prace   nad   nowymi   ziemiankami.   Na   miejsce   jednej   z   nich   wybrano   głęboki   jar,   zwany   Diabelskim 
Wąwozem. Miał on około 400 metrów długości i około 4 — szerokości. Cały zarośnięty był bardzo gęsto 
brzózkami i młodą sośniną. Kilkanaście metrów od ziemianki przepływał strumień. Zamieszkali ją: Lipiński, 
Mycko,   Wilczyński,   Woszkowski,   Płonka,   Arens,   leśniczy   Grzonkowski   (również   „nieprzewidziany 
nabytek” — musiał uciekać z leśniczówki przed poszukującym go gestapo) i dezerter z Wehrmachtu — 
Maks Schmidt.

Druga ziemianka powstała w głębi lasu, w odległości około 15 kilometrów od Diabelskiego Wąwozu. 

Zajęli ją: Kirsiejew z radiostacją, Zakrzewski, Piesiór, Krawiec, Dudzik, Waluszkiewicz i oficer radziecki z 
rozbitej przez Niemców grupy, kapitan Wijkow. Po jakimś czasie do grupki tej dołączył poszukiwany przez 
żandarmerię Władysław Bieńkowski.

Była   jeszcze   i   trzecia   ziemianka,   zbudowana   niedaleko   od   Czarnego   Bryńska.   Traktowano   ją   jako 

zapasową,   ale   od   początku   mieszkali   w   niej   dwaj   chłopcy,   których   rodziców   za   odmowę   podpisania 
volkslisty zabrali Niemcy do obozu koncentracyjnego. Dzieciaki przebywały pod opieką spadochroniarzy.

Wokół wszystkich ziemianek zainstalowano niezwykle chytrze skonstruowane „pole minowe”. Była to 

sieć   utworzona   z   kilkudziesięciu   granatów   połączonych   ze   sobą   sznurkiem.   Pociągnięcie   za   sznurek 
wywoływało kolejne, następujące po sobie błyskawiczne eksplozje. Jak się miało z czasem okazać, „pole 
minowe” uratowało niejedno życie... . W związku z nowym usytuowaniem bazy, a właściwie jej rozbiciem 
na dwa obozy, dowódca wraz z Krawcem i Mycką wybrali się którejś nocy z wizytą do „mamy”, pani Marii 
Kaszewskiej. Trzeba było przez łączników powiadomić partyzantów o nowych punktach kontaktowych i 
zmienić nieco system dostarczania spadochroniarzom żywności.

W   młynie,   tak   jak   się   spodziewali,   zastali   jego   właścicielkę,   ale   zaskoczył   ich   widok   pijaniutkiego 

żandarma, kiwającego się nad obficie zastawionym stołem.

-   Jak   sami   widzicie,   mam   niecodzienną   wizytę   —   roześmiała   się   „mama”   na   widok   osłupiałych   z 

wrażenia spadochroniarzy. — Ten okaz za stołem nie należy do zbyt groźnych. Interesują go duże i tłuste 
gęsi oraz pieniądze, też najlepiej duże...

Żandarm nie był tak pijany, na jakiego wyglądał. Oświadczył spadochroniarzom, iż wie o nich niejedno, 

ale „frau Maria” wspomniała mu w rozmowie, że podobno oficerowie polscy i radzieccy bardzo dobrze 
płacą za informacje. Gotów jest więc parę ciekawych rzeczy panom oficerom sprzedać. Rozumie się — za 
odpowiednią cenę...

Lipiński poprosił „mamę” do drugiego pokoju. Żandarm został pod opieką Krawca i Mycki.
- Pani Kaszewska, skąd pani wytrzasnęła tego żandarma? Nie boi się pani, że to może być prowokacja?
„Mama” pokręciła głową.
- Nasi chłopcy obserwują go już od kilku miesięcy. Przeniesiono go do nas z Niemiec i przez cały ten 

czas zachowuje się, jak na szkopa, bardzo przyzwoicie... Jedyne co go interesuje, to masło, śmietana, jaja i 
drób.   Co   parę   dni   wysyła   paczki   swojej   rodzinie   w   Niemczech.   Przyszedł   do   mnie   któregoś   dnia   i 
oświadczył, że wie o moich kontaktach z partyzantami. Myślałam, że już ze mną koniec, ale on się tylko 
roześmiał i mówi: „Niech im pani powie, że nie mam zamiaru za nikim uganiać się po lesie. Jeszcze mi życie 
miłe”. A jak zaczęli dostawać w skórę na froncie, zrobił się zupełnie grzeczny...

Uspokojony tą informacją Lipiński wrócił do pokoju, gdzie żandarm konwersował w najlepsze z Mycką i 

background image

Krawcem. Opowiadał im o głupocie swego przełożonego z Bydgoszczy, którego co kilka dni uspokajał 
telefonicznie, że w jego rejonie jest spokojnie. I dzięki temu właśnie sam ma święty spokój...

Uzgodnili więc, że wszystkie istotne informacje żandarm będzie przekazywał „mamie”. Na początek 

poinformował spadochroniarzy o planowanych obławach Jagdkommando.

To było coś!
Niemiec nie należał jednak do altruistów. W pewnym momencie, zresztą najciekawszym, przerwał swoją 

opowieść. Lipiński zrozumiał. Sięgnął do kieszeni po pieniądze.

- Dziesięć tysięcy marek na początek, a potem w zależności od tego, jakie informacje nam pan przekaże.
Taka suma zrobiła na żandarmie wrażenie. Spodziewał się widocznie najwyżej kilkuset marek, bo kiedy 

spojrzał na plik banknotów wyjętych przez Lipińskiego, na moment odjęło mu mowę. Po chwili skłonił się 
nisko:

- Pan oficer będzie ze mnie na pewno zadowolony! *
Jeszcze jednym niezwykle cennym informatorem okazał się zwerbowany przez „mamę” dyrektor hoteli w 

okręgu — Leon Broll. Geometra z wykształcenia, sporządził szczegółowe plany Działdowa, Ciechanowa i 
Mławy, zaznaczając na nich wszystkie obiekty wojskowe — jednostki, magazyny amunicji i paliw, a także 
siedziby sztabów. W kilka dni po nadaniu informacji Broiła do centrali samoloty radzieckie zbombardowały 
wskazane przez Niemca punkty.

Pod koniec listopada w Diabelskim Wąwozie zjawił się niecodzienny gość — podporucznik Wołodia 

Kirsiejew, radiotelegrafista grupy, mieszkający w ziemiance odległej ó 15 kilometrów.

Lipiński już otwierał usta, żeby „powitać” oficera, który bez zgody dowódcy opuszcza radiostację, ale 

powstrzymała go nieszczęśliwa mina przybyłego.

- Co się stało? Gadaj wreszcie...
Powód wizyty był niezwykle prozaiczny. Kirsiejew zameldował, że „wysiadła” ostatnia bateria!
- Meldowałem ci parę razy, że zapas się kończy — tłumaczył Lipińskiemu. — Zrzut nie wyszedł, a tutaj 

nigdzie baterii nie dostanę.

A więc łączność z centralą przerwana! Co mają robić? W ziemiance zapadła ponura cisza.
Przerwał ją  głos  stojącego  na  warcie  Maksa Schmidta:
- Jeszcze jeden gość do dowódcy!
- A kogo tam diabli niosą — mruknął Lipiński.
- Co tu u was tak dzisiaj ponuro? — zdziwił się wchodząc do ziemianki Janek Urbański.
Kiedy wyjaśnili mu całą złożoność sytuacji, partyzant zmarszczył czoło.
- Nie mogę wam niczego obiecać. Sami wiecie, że zdobycie baterii to trudna sprawa. Każdy kupujący jest 

od razu podejrzany. Zresztą gdzie tu kupić. Ale może da się załatwić...

Przez tydzień radiostacja milczała. Lipiński wyobrażał sobie, co myślą w centrali: „jeszcze jedna grupa, 

która dała się zwinąć Niemcom”. W niewiele lepszym nastroju był Kirsiejew. Radiotelegrafistę dręczyły 
wyrzuty sumienia z powodu „lewych” połączeń z „Cyganem”.

Po tygodniu w ziemiance ponownie zjawił się Urbański. Z zadowoloną miną postawił przed Lipińskim 

trzy baterie. Dowódca nie wierzył własnym oczom.

- Baterie! Chłopaki, mamy baterie! Skąd je wziąłeś?
- Tajemnica służbowa — śmiał się partyzant. — Postawisz pół litra, opowiem...
- Postawię ci nawet litr — gorączkował się dowódca. — Tylko gadaj.
Opowieść była krótka. Powiadomiona o sytuacji w grupie łączniczka AK, Maria Gilginas, pojechała do 

Gdańska i tam przez znajomą Niemkę jakoś baterie zdobyła.

Kirsiejew na ich widok omal nie popłakał się ze szczęścia. Jeszcze tego samego dnia skontaktował się z 

centralą. Nie przewidział tylko jednego: po tygodniowym milczeniu radiotelegrafista w centrali mógł sądzić, 
że Niemcy zwijając grupę przechwycili radiostację i szyfry.

- Jeśli to ty, Wołodia, to powiedz, jak ma na imię pułkownik Biełow — cykała radiostacja.
Wołodia wściekły wystukał imię pułkownika i odpowiedź zakończył kwiecistą wiązanką.
- To coście tak długo milczeli? — ucieszyła się centrala.

* Niemiec przeżył wojnę, a w latach pięćdziesiątych napisał nawet z RFN do pani Marii Kaszewskiej kilka listów, w których 

dziękował jej za umożliwienie kontaktu ze spadochroniarzami.

background image

ROZDZIAŁ VIII

- No, Emil! Wreszcie trafiła się robota godna twego talentu. Specjalne zadanie... — zmrużył szelmowsko 

oko Lipiński.

- Pewnie mam skoczyć do Bryńska po pół litra dla dowódcy? Nie ma sprawy, ale pozwolisz, że wezmę od 

razu więcej, żeby dwa razy nie latać — roześmiał się Piesiór.

- Nie wierzysz? To posłuchaj... Doniósł mi wczoraj Smoliński z Buczkowa, że w Brzezinach pojawiła się 

młoda dziewczyna, której nikt z mieszkańców wioski nie zna. Zatrzymała się w chałupie u Moszczyńskiego. 
Baba podobno po polsku ani w ząb, a skąd w rodzinie o takim nazwisku, na którym Niemiec łamie sobie 
język, Niemka...

- Przesadzasz — skrzywił się Piesiór. — Pewnie jakaś „nawrócona”. Wszyscy volksdeutsche udają, że 

mówią   wyłącznie   po   niemiecku.   Pewnie   i   ona.   Do   starego   nic   nie   mamy,   zawsze   zachowywał   się 
przyzwoicie. Jego wina, że mu się takie nieszczęście w rodzinie trafiło?

- Ja też tak myślałem — kiwnął głową Lipiński. — Ale wyobraź sobie, że owa tajemnicza panienka jest 

nadzwyczaj   ciekawa.   Już   z   pół   wioski   zdążyła   przepytać,   czy   ktoś   nie   słyszał   przypadkiem   o   jakichś 
partyzantach w okolicy.

- Co ty powiesz? — gwizdnął z wrażenia Piesiór. — To trochę zmienia sprawę. Dobra, przyjrzę się tej 

Niemrze. A ładna chociaż?

- Podobno. Smoliński mówił, że już dawno nie widział tak pięknej dziewczyny.
- W porządku, wodzu. Lecę się ogolić, a wieczorem wyruszam na rozpoznanie.
-   Zaraz,   zaraz   —   powstrzymał   go   dowódca.   —   Samego   cię   przecież   nie   puszczę.   Pójdzie   z   tobą 

Zakrzewski. Będzie cię ubezpieczał...

Piesiór nie wyglądał na zachwyconego propozycją dowódcy. Miał tak nieszczęśliwą minę, że pozostali 

spadochroniarze ryknęli gromkim śmiechem.

Na miejscu zjawili się w nocy. Wyciągnięty z łóżka Moszczyński nie był specjalnie rozmowny. Bąkał coś 

o dalekiej krewnej, starając się przy tym nie patrzeć w oczy spadochroniarzom. Widząc, co się święci, 
Piesiór „przycisnął” starego:

- Panie Moszczyński, znamy się nie od dziś. Co to za numer z tą krewną? I gdzie ona jest?
- Śpi w drugim pokoju — wystękał niechętnie indagowany. — Ale jaki tam numer, panowie... Daleka 

krewna, jak Boga kocham.

- Krewna, co po polsku nie umie — zwątpił Zakrzewski.
- Wyjechała do Reichu z dziesięć lat temu, to i zapomniała...
-   Oj,   nieładnie,   panie   Moszczyński!   —   zdenerwował   się   w.   końcu   Piesiór.   —   My   do   pana   jak   do 

człowieka, a pan nam takie głupoty opowiada. A niby co ta krewna ma w Brzezinach robić?

- Za nauczycielkę — wystękał chłop i w końcu nie wytrzymał: — Panowie, to ja już wszystko powiem. 

Babę nasłało gestapo. Dali mi parę marek i kazali mówić po wsi, że to krewna. Ma mieszkać u mnie, a ja 
osobiście odpowiadam za jej bezpieczeństwo. — Spojrzał błagalnie na spadochroniarzy. — jak ją zabijecie, 
zginę ja i cała moja rodzina.

- Spokojna głowa, panie Moszczyński — poklepał go po ramieniu Piesiór. — Nic się jej nie stanie. 

Powiedz jej pan tylko, że na jutrzejszy wieczór zaprosił pan krewnego z sąsiedniej wsi. To znaczy mnie — 
wytłumaczył, widząc zbaraniałą minę chłopa. — Ale się panu rodzina ostatnio rozmnożyła — parsknął 
śmiechem.

Moszczyńskiemu jednak nie było do śmiechu.

- Masz jakiś pomysł? — zapytał Piesióra Zakrzewski, gdy wracali do bazy.
- Nic konkretnego... Może uda mi się pociągnąć babę za język. Informacji nigdy za wiele.
Zakrzewski popatrzył na niego podejrzliwie.
- Wydaje mi się, że wiem, co planujesz. Przy okazji poinformuję o tym córkę „teścia”...
-   Zwariowałeś?   —   Piesiór   był   oburzony.   —   Nie   mieszaj   moich   spraw   prywatnych   ze   służbowymi. 

Opowiadać dziewczynie o moim zadaniu bojowym! Też pomysł!

- Już ja cię znam — stwierdził filozoficznie Zakrzewski.
Powiadomiony o wynikach nocnej eskapady Lipiński aż gwizdnął z wrażenia.
- A nie mówiłem, że to podejrzana sprawa? Tylko co, do ciężkiej cholery, robić dalej? Sprzątnąć baby nie 

można,   bo  Niemcy   zwiną   rodzinę   Moszczyńskiego  ze   starym   na   czele.   Nie   można   też   pozwolić,   żeby 
węszyła po okolicy, bo licho wie, czego się dowęszy... W każdym razie sąsiedztwo kłopotliwe.

- Pójdę jutro do wsi i pogadam z nią — wyjawił swój plan Piesiór.
- Aha, ty pogadasz... Znamy się nie od dziś — roześmiał się dowódca, ale po jakimś czasie wyraził 

background image

zgodę; nie widział zresztą innego wyjścia.

Następnej nocy nikt w ziemiance nie zmrużył oka. Zdenerwowani czekali na wynik spotkania Piesióra z 

piękną Niemką.

Podporucznik wrócił nad ranem „cały w skowronkach”. Lipiński podejrzliwie pociągnął nosem.
- Bimber?
Zabrzmiało to jak stwierdzenie smutnego faktu.
- Za kogo ty mnie masz? - obraził się Piesiór. — Do takiej damy z bimbrem? Moszczyński z okazji 

wizyty „krewniaka” wyciągnął nalewkę na wiśniach. Zresztą o co te pretensje? Miałem konferować na 
„sucho”?

Według jego relacji wizyta miała następujący przebieg:
Moszczyński, zgodnie z umową, przedstawił go Niemce jako swego kuzyna z odległej wsi. Dziewczyna 

się trochę zmieszała, kiedy Piesiór zdziwił się obłudnie, iż wydawało mu się, że zna całą bliższą i dalszą 
rodzinę, a tu taka niespodzianka. Ponieważ wieśniak nie odwołał oficjalnie jej „legendy”, spłoszona nieco 
wyjaśniła „kuzynowi”, że z tą rodziną to niezupełnie tak... Po paru kieliszkach wiśniówki stała się bardziej 
rozmowna.   Przystojny   i   młody   chłopak   musiał   zrobić   na   niej   wrażenie,   bo   kokietowała   go   przez   cały 
wieczór.   Zwierzyła   mu   się,   że   jest   wdową.   Mąż,   oficer   jakiejś   jednostki   specjalnej,   zginął   w   walce   z 
partyzantami na Ukrainie.

- A nieutulonej w żalu wdowie zaproponowało współpracę gestapo — uzupełnił opowieść któryś ze 

spadochroniarzy.

- Tego jeszcze nie wiem.... przynajmniej od niej — wyznał Piesiór. — Ale po kilku takich wieczorach 

dowiem się niejednego... Mówię wam, chłopaki, ta baba wyraźnie na mnie leci!

Pięknej Indze, bo takie właśnie imię miała „kuzynka” Moszczyńskiego, rzeczywiście Piesiór musiał się 

podobać,   bo   już   po   dwóch   wspólnie   spędzonych   wieczorach   spadochroniarz   wiedział   o   niej   prawie 
wszystko. Współpracę z gestapo egzaltowana kobieta wyobrażała sobie jako coś w rodzaju zemsty za śmierć 
męża. Oczywiście, przeszkolono ją odpowiednio, a ponieważ „działalność bandytów” w rejonie Brodnicy 
spędzała Niemcom sen z powiek, skierowano ją tu z bardzo konkretnym zadaniem: zebrać jak najwięcej 
informacji o partyzantach oraz wszystkich współpracujących z nimi mieszkańcach okolicznych wiosek. Inga 
zdążyła już nawet nadać pierwszy meldunek. Nie było w nim, co prawda, nic ważnego, ale jak na działalność 
kilkudniową zaledwie pracowała dość szybko... W przyszłości mogła stać się groźnym przeciwnikem.

Na szczęście do tego nie doszło.
Jak Piesiór to sprawił, nie wiadomo, w każdym razie faktem jest, że piękna wdowa zakochała się w nim 

bez pamięci. Któregoś listopadowego dnia speszony nieco podporucznik zameldował o tym dowódcy. W 
ziemiance wszystko trzęsło się od śmiechu.

- Do cholery, z takimi żartami! — zdenerwował się spadochroniarz. — Nie ma w tym nic zabawnego. 

Jeszcze tydzień, dwa i babsko zawlecze mnie do ołtarza...

- Zaciśniesz zęby i będziesz cierpiał w milczeniu — używali sobie koledzy.
Żarty skończyły się, kiedy któregoś dnia Piesiór (zresztą za zgodą dowódcy) wyjawił Indze, że jest 

partyzantem. Ku jego zdumieniu nie było żadnej sceny, żadnego wylewania łez. Niemka oświadczyła, że 
domyślała się tego od początku.

Na dowód miłości oraz lojalności Inga przekazała polskiemu oficerowi szyfr, którym miała posługiwać 

się w swoich kontaktach z gestapo. Od tej pory meldunki dla Niemców pisał... polski oficer.*

Pod koniec listopada stało się to, czego przez cały czas obawiali się spadochroniarze. Spadł pierwszy 

śnieg.

Lipiński,  chociaż  niechętnie,  musiał w  końcu zezwolić na używanie piecyków. Starali się w nich palić 

wyłącznie   suchym   drewnem,   dającym   mało   dymu,   ale   przecież   zlikwidować   go   zupełnie   nie   mogli. 
Obecność na tym terenie Ingi sprawiała, że znali zamierzenia gestapo — to strzegło przed niespodziewaną 
wpadką. Ale nie wszystko można przewidzieć...

Piątego   grudnia   1944   roku   Lipiński   wysłał   do   wsi   Noski   dwóch   łączników   po   odbiór   ze   skrzynki 

kontaktowej,   mieszczącej   się   w   gospodarstwie   Władysława   Bieńkowskiego,   informacji   oraz   zapasu 
żywności. Nim dwaj mężczyźni się zorientowali, zagrodę otoczyła żandarmeria. Bieńkowskiego nie było w 
tym czasie w domu. Partyzanci otoczeni ze wszystkich stron zaczęli się bronić. Wymiana strzałów trwała 
ponad godzinę. W czasie walki zginął Malinowski, a Dąbrowski dostał się w ręce Niemców.

* Inga współpracowała z grupą „Pomorze” tylko kilka tygodni. Po akcji Jagdkommando na bazę spadochroniarzy 5 grudnia 1944 

roku aresztowało ją gestapo. W kilka tygodni później została ścięta toporem na podwórcu grudziądzkiego więzienia — M. J.

background image

Torturowany w trakcie przesłuchania zdradził miejsce jednej z ziemianek. Wspomniał także o pięknej 

Indze.   Niemkę   natychmiast   aresztowano,   a   użyty   jako   przewodnik   Dąbrowski   poprowadził   oddział 
Jagdkommando do ziemianki mieszczącej się w Diabelskim Wąwozie.

Dochodziła godzina piętnasta, kiedy stojący na warcie Maks Schmidt zauważył podchodzących tyralierą 

żołnierzy niemieckich. Zrozumiał natychmiast, że zostali zdradzeni i otworzył ogień. Długa seria z peemu 
zaalarmowała resztę. Rozpoczęła się gwałtowna strzelanina.

Liczący   około   100   żołnierzy   oddział   Jagdkommando   przypadł   do   ziemi,   ale   ognia   nie   przerwał. 

Spadochroniarze bronili się zażarcie. Po pewnym czasie mieli już pierwsze straty. Zginął Maks Schmidt, 
Norbert Herman i leśniczy Grzonkowski. Lipiński, Płonka i Arens zostali zranieni.

- Wytłuką nas tu jak kaczki! — krzyknął w pewnym momencie Płonka.
-  Poczekaj  jeszcze  moment,  niech podejdą  bliżej.  Wysadzimy w  powietrze  pole  minowe!  — odparł 

spokojnie dowódca.

Po kilku sekundach Diabelskim Wąwozem wstrząsnął potężny wybuch. Żaden z Niemców znajdujących 

się w obrębie pola minowego nie uszedł cało. Korzystając z zamieszania w szeregach Jagdkommando, 
spadochroniarze, ile sił w nogach, pobiegli w kierunku Czarnego Bryńska. Udało im się wprawdzie połączyć 
z towarzyszami, ale musieli jak najszybciej opuścić ten rejon, gdyż w lasach roiło się od żandarmerii i 
oddziałów Jagdkommando. Po krótkiej naradzie ruszyli w okolice Pokrzydowa, gdzie dowódca postanowił 
przeczekać do czasu, kiedy Niemcy się uspokoją.

Następnego dnia po akcji na bazę hitlerowcy rozpoczęli masowe aresztowania wśród okolicznej ludności. 

Zatrzymano wielu współpracowników grupy „Pomorze”.

Niespodziewana akcja ze strony Niemców, a także straty, jakie spadochroniarze w niej ponieśli, sprawiły, 

że członkowie grupy postanowili na jakiś czas wstrzymać wszelkie działania.

Przymusowa   bezczynność   nie   trwała   jednak   zbyt   długo.   Któregoś   dnia   zaalarmował   ich   jeden   z 

łączników,   Stanisław   Sztramski,   że   do   Lidzbarka   Welskiego   przybył   duży   oddział   własowców.   Tej 
wiadomości   nie   mogli   zlekceważyć!   Z   własowcami   zetknęli   się   po   raz   pierwszy   jeszcze   w   okolicach 
Równego,  gdzie   przez  jakiś   czas  stacjonował  batalion.  Zarówno Lipiński,  jak i  jego koledzy,  wiedzieli 
doskonale, że spora część tych oddziałów przeszła specjalne szkolenie w zakresie zwalczania partyzantów. 
Tak więc sprawa była poważna.

Musieli dowiedzieć się czegoś więcej o sile oddziału oraz jego zadaniach i w tym celu kilkuosobowa 

grupa wybrała się którejś nocy do wsi Turzy Małej  w powiecie działdowskim, gdzie mieszkał jeden z 
informatorów. Ciemna noc sprawiła, że pobłądzili i weszli do zupełnie innej chałupy. To co tam ujrzeli, 
wprawiło ich w niepomierne zdumienie.

Po dużej izbie biegały rozebrane do naga pijane dziewczyny, które zabawiały w ten sposób kilkunastu 

własowców.

Było już za późno, żeby się wycofać.
Lipiński wyciągnął spod płaszcza pistolet maszynowy i wrzasnął:
- Ręce do góry!
Z tyłu, za nim, stali Piesiór i Krawiec również z gotowymi do strzału pistoletami. W izbie zapadła cisza. 

Zaskoczeni własowcy nawet nie próbowali stawiać oporu. Już po chwili stali karnie w dwuszeregu z rękami 
splecionymi   na   karkach.   Piesiór   zbierał   broń   i   dokumenty.   Pijane   Niemki,   przerażone   śmiertelnie,   w 
milczeniu obserwowały tę scenę.

W tej niezwykłej ciszy głos Piesióra zabrzmiał jak wystrzał. Opanowany zwykle oficer tym razem z 

trudem hamował wściekłość.

— Widziałeś to, Józek! — podsunął Lipińskiemu plik fotografii odebranych przed chwilą jednemu z 

„czarnych”.

Zdjęcia   przedstawiały   straszliwe   sceny   z   powstania   warszawskiego.   Wśród   widocznych   na   nich 

zbrodniarzy, mordujących bezbronną ludność cywilną, widnieli także i uczestnicy libacji.

- Sami wydali na siebie wyrok śmierci — wykrztusił przez zaciśnięte zęby Lipiński.
Śmierć   piętnastu   własowców   nie   mogła   przejść   bez   echa   i   z   tego   zdawali   sobie   sprawę   ludzie 

Lipińskiego. Nie czekając więc na ewentualną pogoń opuścili natychmiast zagrożony rejon. Po kilku dniach 
i nocach uciążliwej wędrówki lasami część z nich skorzystała z gościnności Eugeniusza Gilginasa, pozostali 
natomiast zainstalowali się w okolicy Lipinek koło Nowego Miasta.

Święta Bożego Narodzenia spędzili w domach swych przyjaciół. To, co działo się w tym czasie na terenie 

całych Prus Wschodnich, wskazywało wyraźnie, że ofensywa radziecka rozpocznie się lada dzień. Wszystkie 
drogi   zapchane   były   wojskiem   i   uciekającą   do   Reichu   ludnością   cywilną.   Ukrytym   bezpiecznie 
spadochroniarzom wydawało się, że teraz to już na pewno doczekają wkroczenia swoich. Nie przeczuwali, 
że spotka ich jeszcze straszliwa tragedia...

background image

Rozdzielając swoich ludzi po kwaterach Lipiński starał się, aby w każdej z nich przebywało co najwyżej 

trzech spadochroniarzy. Po pierwsze — nie mogli obciążać nadmiernie gospodarzy, a po wtóre — tak było 
bezpieczniej. W rezultacie utworzone w ten sposób grupki zostały rozlokowane w różnych wioskach.

Mycko,   Woszkowski   i   Wilczyński   znaleźli   się   w   Pokrzydowie,   gdzie   przyjęła   ich   do   swego   domu 

Agnieszka Murawska, wdowa mieszkająca tylko z córką. Mimo świąt ani w wiosce, ani w okolicy nie było 
spokojnie. Po lasach włćiczyły się oddziały Jagdkommando, do wsi często zaglądali żandarmi. Mycko i jego 
towarzysze zawiesili w tym czasie jakąkolwiek działalność. Zdawali sobie sprawę, że każda próba pokazania 
się na wsi mogła zakończyć się tragicznie. Pomimo tych środków ostrożności ktoś musiał donieść gestapo, 
że   wdowa   ukrywa   u   siebie   obcych.   29   grudnia   1944   roku,   około   godziny   dziesiątej,   wioskę   otoczyły 
szczelnym pierścieniem oddziały Jagdkommando. W pół godziny później duża grupa Niemców przeszła 
przez pola, kierując się w stronę zagrody wdowy.

Trzej spadochroniarze nie mieli już gdzie uciekać...
Około   godziny  jedenastej   Niemcy  wpadli   do   wioski   i   z   kilkunastu  domów   wypędzili   mieszkańców. 

Związanych sznurami poprowadzili w stronę zagrody Agnieszki Murawskiej. Używając zakładników jako 
osłony, zbliżali się do stodoły, w której ukryli się spadochroniarze. Jeszcze nie strzelali. Przez specjalna tubę, 
łamaną   polszczyzną,   jeden   z   podchodzących   wezwał   Polaków   do   wyjścia.   Odpowiedziała   mu   cisza. 
Korzystając   z   krótkiego   zamieszania,   zakładnicy   rozbiegli   się   i   wtedy   dopiero   spadochroniarze 
odpowiedzieli   kilkoma   długimi   seriami.   Wymiana   ognia   trwała   ponad   godzinę.   W   końcu   stało   się   to 
najstraszniejsze — broniącym się zabrakło amunicji. Rzucili ostatnie granaty, raniąc i zabijając kilkunastu 
Niemców, i w stodole zapadła cisza.

Niemcy ponownie użyli „żywej tarczy” —- pod lufami pistoletów maszynowych wpędzili do stodoły 

kilkunastu mieszkańców Pokrzydowa i polecili wyrzucić na zewnątrz całe zgromadzone tam zboże. Już w 
trakcie tej pracy, zarówno Niemcy jak i zakładnicy, usłyszeli kilka strzałów dochodzących ze spodu sąsieka. 
Jak się okazało, to Woszkowski i Wilczyński, nie widząc innego wyjścia, wybrali samobójstwo.

Ciała ich wywleczono na podwórze, gdzie zostały dokładnie sfotografowane.
W stodole pozostał jeszcze podporucznik Mycko. Po wyrzuceniu z sąsieka wszystkich snopków Niemcy 

dostrzegli spadochroniarza  — leżał  ranny,  ale  broń  miał przygotowaną  do strzału. Na widok Niemców 
zerwał się jeszcze na nogi i kilka razy strzelił z tetetki. Kiedy zabrakło mu amunicji, rzucił fińskim nożem i 
ranił jednego z żołnierzy obławy. Seria z peemu ścięła go w ciągu kilku sekund.

Teraz nastąpił akt drugi tragedii w Pokrzydowie.
Spędzono   wszystkich   mieszkańców   wioski   i   ustawiono   w   kilku   szeregach,   między   którymi   chodził 

człowiek w cywilnym ubraniu i co chwila wskazywał kogoś idącym za nim żandarmom. W ten sposób 
wyłoniono 17 osób. Byli to: Stanisław Wasilewski, Jan Kopański, Klemens Bąbalski, Tadeusz Kapistecki, 
Maksym   Ostrowski,   Maria   Karbowska,   Roman   Karbowski,   Febrania   Freder,   Johanne   Elekter,   Józefa 
Zawieracz,   Maria   Mączkowska,   Stanisława   Mączkowska,   Józefa   Murawska,   Agnieszka   Murawska, 
Bolesław Kurzątkówski, Anna Kurzątkowska i Maksym Kurzątkowski.* Wszyscy zostali rozstrzelani.**

Śmierć towarzyszy broni wstrząsnęła do głębi spadochroniarzami grupy „Pomorze”. Może dopiero teraz 

uświadomili sobie, że przecież każdego z nich mógł spotkać podobny los. „Żołnierze są obywatelami szarej 
krainy śmierci, nie płaci im się dywidend od dnia jutrzejszego...” — napisał kiedyś Siegfried Sansoon. Byli 
żołnierzami. I wykonywali rozkaz.

ROZDZIAŁ IX

Po tragedii, do której doszło w Pokrzydowie, Lipiński podzielił pozostałą grupę na dwa małe oddziałki. 

Każdy z nich miał się utrzymywać na własną rękę. W tych warunkach trudno było również o łączność z 
centralą. W jednym z ostatnich meldunków Kirsiejew poinformował o śmierci kolegów. Później łączność 
została przerwana.

*   Z   relacji   naocznego   świadka   wydarzeń   w   Pokrzydowie,   Mieczysława   Maczkowskiego,   zam.   obecnie   w   Wałbrzychu   (w 

posiadaniu autora).

** W marcu 1945 roku zwłoki zamordowanych ekshumowano i pochowano we wspólnym grobie na cmentarzu komunalnym w 

Pokrzydowie. Spadochroniarzy pochowano w oddzielnej mogile. Według relacji uczestnika i świadka ekshumacji z prawej strony 
złożono zwłoki ppor. Henryka Mycki, dalej ppor. Stefana Woszkowskiego, st. sierż. Władysława Wilczyńskiego, i zastrzelonego 
przez Niemców w dniu 1 stycznia 1945 roku nie znanego oficera radzieckiego. Napis na płycie nagrobnej głosi: „Polegli za Polskę 
partyzanci Armii Ludowej”. Mimo że upłynęło już tyle lat, tablicy nie zmieniono, chociaż dzisiaj wiedzą już wszyscy, że leżą tam nie 
partyzanci, a żołnierze regularnej armii — 1 armii Wojska Polskiego. — M. J.

background image

W tym czasie panika wśród ludności cywilnej w Prusach Wschodnich osiągnęła szczyty. Zresztą nie tylko 

wśród ludności cywilnej. Świadczy o tym najlepiej fakt, że któregoś dnia starszy sierżant Krawiec, przebrany 
w mundur żołnierza niemieckiego, przez kilka godzin kierował ruchem na szosie w rejonie Nowego Miasta. 
Kilka jednostek wojskowych, a wśród nich zmechanizowana kolumna niemiecka, pojechały w zupełnie inną 
stronę, niż życzyli sobie tego ich przełożeni...

Krawiec   zdążył   też   „namieszać”   nielicho,   kiedy   włączył   się,   razem   z   Dudzikiem,   do   kolumny 

ewakuowanych kobiet, których mężowie pełnili „zaszczytną służbę” w formacjach specjalnych SS. Udzielali 
bezczelnie   rad   konwojentom   i   spowodowali,   że   kolumna   kilkakrotnie   zboczyła   z   drogi,   a   tym   samym 
opóźniła   swoje   przybycie   na   stację   kolejową,   gdzie   czekał   pociąg.   Były   to   już   ostatnie   akcje 
spadochroniarzy.

Oczekiwane  przez  nich tak  długo natarcie  wojsk radzieckich na  Prusy  Wschodnie  rozpoczęło się  w 

pierwszej połowie stycznia 1945 roku. W sobotę, 13 stycznia, ruszył 3 Front Białoruski, a już dzień później 
zagrały działa 2 Frontu Białoruskiego.

Piętnastego stycznia dowódca 2 Frontu Białoruskiego, marszałek Konstanty Rokossowski, wprowadził do 

działań 2 korpusy pancerne generała pułkownika W. Wolskiego. W nocy z 18 na 19 czołgi i piechota z 
marszu   zdobyły   pozycje   obronne   w   rejonie   Mławy,   a   następnie   zajęły   miasto.   Niemcy   w   popłochu 
wycofywali się.

Marszałek K. Rokossowski w ten sposób opisywał owe wydarzenia:
„Dwudziestego stycznia 1945 roku, kiedy nasze wojska zbliżały się już do Wisły i przygotowywały do 

forsowania jej z marszu, Kwatera Główna rozkazała 3 i 48 armię oraz 2 armię uderzeniową i 5 armię 
pancerną   gwardii   skierować   na   północ   i   północny   wschód   w   celu   rozwinięcia   działań   przeciwko 
wschodniopruskiemu zgrupowaniu nieprzyjaciela.

Rozkaz ten był dla nas całkowitą niespodzianką. Do gruntu zmieniał nasze plany, oparte na dyrektywie 

Kwatery   Głównej   z   28   listopada   1944   roku.   (...)   Po   dokonaniu   zwrotu   na   północ   i   północny   wschód 
stosunkowo szybko posuwaliśmy się ku morzu”.*

Nie był to jednak łatwy marsz.
Dwudziestego   czwartego   stycznia   lasem   gierłowskim   wstrząsnęła   fala   potężnych   wybuchów.   W 

powietrze wyleciały wielotonowe bryły betonu. Wspominał o tym z żalem generał Guderian: ** „Pierwsza 
dotarła do nas wiadomość o oddaniu bez walk twierdzy Giżycka, najsilniejszego bastionu Prus Wschodnich. 
Trudno   się   dziwić,   że   ta   horrendalna   wiadomość   o   utracie   najlepiej   uzbrojonej,   najnowocześniej 
rozbudowanej twierdzy z pierwszorzędną załogą podziałała jak wybuch bomby i że Hitler nie posiadał się z 
oburzenia.(...) Ponieważ jednocześnie Rosjanie dalej na północ przerwali front nad Kanałem Mazurskim i 
zagrozili północnemu skrzydłu cofającej się armii Hossbacha, jej odwrót nie mógł przebiegać w należytym 
porządku”.

I rzeczywiście, 4 armia podzieliła los innych. Zamknięta w kotle po niezwykle zaciętych i krwawych 

walkach stanowiła już tylko nędzne resztki potężnego niegdyś ugrupowania. Część jej żołnierzy uciekła 
przez Zalew Wiślany, część dostała się do niewoli.

Do 21 stycznia wojska 2 Frontu Białoruskiego wyzwoliły między innymi Lidzbark Welski, Nowe Miasto 

Lubawskie, Lubawę i Nidzicę. Tego samego dnia zdobyto także Grunwald. Jednostki radzieckie wyróżnione 
w walkach o tę miejscowość otrzymały nazwę grunwaldzkich.

Operacja wschodniopruska miała się jednak zakończyć dopiero po 104 dniach od chwili jej rozpoczęcia. 

Przyniosła   Niemcom   druzgocącą   klęskę,   a   w   jej   ostatecznym   wyniku   z   mapy   Europy   zniknęły   Prusy 
Wschodnie — odwieczna baza militaryzmu niemieckiego. „Wilcze Legowisko” zlikwidowane zostało raz na 
zawsze.

Powróćmy jednak do naszych bohaterów. Ofensywa styczniowa Armii Radzieckiej zastała ich w różnych 

miejscowościach. W każdym razie do końca stycznia wszyscy już znajdowali się w batalionie.

* Konstanty Rokossowski, op, cit., s. 356—357.
** Heinz Guderian, Wspomnienia żołnierza, Warszawa 1958, s. 325—326.

background image

Jak okazało się później, byli jedną z nielicznych grup, której prawie w całości udało się przetrwać na 

tyłach   wroga.   Pomimo   bolesnej   straty   —   śmierci   trzech   kolegów   —   grupa   „Pomorze”   wywiązała   się 
doskonale ze swych zadań. Złożyło się na to wiele przyczyn. Dowódca, Józef Lipiński, tak podsumował je 
po latach: „Utrzymanie się tak długi czas w tym rejonie zawdzięczamy dużej ruchliwości samej grupy (...), 
przyjaznemu   stosunkowi   części   ludności,   która   nie   obawiała   się   konsekwencji   i   udzielała   nam 
wszechstronnej   pomocy,   oraz   ułożeniu   współpracy   z   grupą   AK,   która   działała   w   rejonie   Lidzbarka, 
Działdowa i Nidzicy. Dzięki niej mogliśmy między innymi zorganizować szeroką sieć wywiadowczą.

Wiele serca okazały nam matki Polki, których synowie i mężowie podjęli z nami współpracę. One to 

wymieniały nam bieliznę i odzież. Czysto ubrani, budziliśmy mniej podejrzeń. To dlatego także Niemcy 
sądzili,   że   kwaterujemy   we   wsi,   w   zabudowaniach,   a   nie   w   lesie,   gdzie   faktycznie   prawie   cały   czas 
przebywaliśmy”.*

I   wreszcie   efekty   przeszło   trzymiesięcznej   działalności   spadochroniarzy.   Grupa   pracując   niezwykle 

intensywnie, wielokrotnie narażając życie, rozpoznała wiele systemów obronnych, zamykających przejścia 
między jeziorami, przekazywała do centrali dziesiątki meldunków i planów dotyczących poszczególnych 
umocnień,   lotnisk   polowych   i   stałych,   a   także   rejonów   umocnionych.   To   między   innymi   dzięki 
spadochroniarzom z grupy „Pomorze” wojska marszałka Rokossowskiego w swoim marszu na północ mogły 
skutecznie walczyć ze znacznymi siłami wroga. Doceniono to należycie w sztabie 2 Frontu Białoruskiego. 
Członkowie   grupy   odznaczeni   zostali   Krzyżami   Virtuti   Militari,   a   także   wysokimi   odznaczeniami 
radzieckimi. Trzech — pośmiertnie...

* Relacja płk. rez. mgr. Józefa Lipińskiego, nagranie dźwiękowe z dnia 10.09.1978 r. (w posiadaniu autora).