background image

 

Niemiecka lokomotywa ciągnie Europę w przepaść 

Niemcy już wkrótce mogą przestać być oazą spokoju i rozsądku. Tak długo korzystały z 

przywilejów, które dawało im euro, że teraz płacimy za to rozpadem strefy 

 

Jens Berger, jeden z pierwszych niemieckich blogerów politycznych. Jest też cenionym publicystą ekonomicznym. W Niemczech ukazała 
się właśnie jego książka „Stresstest Deutschland. Wie gut sind wir wirklich?” (Niemiecki stress test. Czy naprawdę jesteśmy tacy 
dobrzy?) 
 

Po przeczytaniu pańskiej książki pozostaje tylko się cieszyć, że nie jest się Niemcem. 

Dlaczego? 

Bo wysłuchawszy wszystkich argumentów na temat stanu niemieckiego państwa i 

gospodarki, trudno nie popaść w ciężką depresję. Kreśli pan obraz kraju, w którym 

wszystko – z polityką i ekonomią na czele – idzie w złym kierunku. 

Co poradzić, kiedy taka jest prawda. 

Reszta Europy patrzy jednak na Niemcy zupełnie inaczej. Pański kraj jako jedyna z 

największych gospodarek kontynentu wyszedł z kryzysu ekonomicznie i politycznie 

wzmocniony. 

Być może. Ale pytanie, które Niemcy powinni sobie stawiać, brzmi moim zdaniem: czy nasz 

rzekomy sukces mógłby stać na solidniejszych podstawach i czy nie mogłoby nam, a przy okazji 

całej Europie, wieść się lepiej niż teraz? 

A mogłoby? 

Owszem. Niemcy musieliby jednak odejść od coraz bardziej niebezpiecznych gospodarczych 

pomysłów, które prowadzą do niespotykanego w powojennej historii kraju pogłębienia różnic 

między biednymi a bogatymi oraz erozji klasy średniej. To jednak nie wszystko. My szkodzimy nie 

tylko sobie. Stawiając się w roli europejskiego prymusa i zmuszając cały kontynent do 

przyjmowania fatalnych rozwiązań gospodarczych, prowadzimy Unię donikąd. To dlatego biję na 

alarm i krzyczę: król jest nagi. Niemiecki model nie może być wzorem dla całej Europy. 

Co właściwie ma pan mu do zarzucenia? 

Przede wszystkim to, że nasze elity polityczne zakochały się w neoliberalizmie. Wszyscy od CDU po 

SPD obłudnie podkreślają oczywiście przywiązanie do powojennej koncepcji społecznej gospodarki 

rynkowej. W praktyce jednak jej fundamenty zostały już dawno rozebrane. Pomysł ojca cudu 

gospodarczego lat 50. i 60 Ludwiga Erharda (CDU) był przecież prosty i brzmiał: dobrobyt dla 

każdego. I nie był wcale tanim lewicowym populizmem. Erhard to przecież zdeklarowany 

konserwatysta, zwolennik wolnego rynku i kapitalizmu. W jego pomysłach tkwiła jednak głęboka 

background image

mądrość: zamiast bardzo bogatej, ale cieniutkiej klasy wyższej, chcemy stworzyć możliwie szeroką 

klasę zdolnych do konsumpcji. Ich siła nabywcza napędzać będzie gospodarkę. Przez kilka 

następnych dekad ten model działał znakomicie. 

I co z nim się stało? 

Stopniowo zaczął przebijać się zupełnie inny sposób myślenia o gospodarce. Zwłaszcza po upadku 

żelaznej kurtyny i bankructwie sowieckiego realnego socjalizmu. Przed 1989 r. nawet najbardziej 

zatwardziali zwolennicy wolnego rynku w RFN uważali, że trzeba za wszelką cenę strzec się 

ekscesów kapitalizmu, bo zostaną one natychmiast wykorzystane przez NRD w propagandowej 

wojnie z Zachodem. Po upadku muru i zjednoczeniu te obawy zaczęły stopniowo wyparowywać. 

Nowe czasy charakteryzowało coraz silniejsze przeświadczenie, że gospodarce jest dobrze, gdy 

zadowoleni są przedsiębiorcy. Zaczęła dominować presja na cięcie podatków, obniżanie wydatków 

publicznych oraz płac. Do tego deregulacja rynków i prywatyzacja. Kulminacja tej polityki nastąpiła 

w latach 1998 – 2005. Paradoksalnie pod rządami lewicowej koalicji pod wodzą Gerharda 

Schroedera. W praktyce ich pomysły to była spóźniona niemiecka wersja thatcheryzmu i 

reaganomiki. W ramach pakietu neoliberalnych reform, czyli Agendy 2010, obcięto wówczas zasiłki 

dla bezrobotnych, a ochrona pracobiorcy uległa znaczącemu pogorszeniu. W dół poszły też podatki: 

próg dla najlepiej zarabiających obniżono wówczas z 53 do 42 proc. Skutek jest taki, że o ile 

jeszcze w latach 50. wpływy podatkowe sięgały 27,5 proc. niemieckiego PKB, to dziś wynoszą już 

tylko 22,5 proc. 

Zaraz, zaraz, mówi pan przecież o tych samych reformach, które zdaniem większości 

komentatorów uratowały konkurencyjność niemieckiej gospodarki w czasie kryzysu. 

Najprawdopodobniej bez nich to Niemcy byłyby dziś chorym człowiekiem Europy. 

Wszystko zależy od przyjętej perspektywy. Z punktu widzenia pracodawcy pensje to oczywiście 

wydatek. Schroederowskie obniżenie kosztów pracy było więc, rzecz jasna, wielkim prezentem dla 

rodzimego biznesu. Konkurujące na globalnych rynkach produkty mogły być teraz wytwarzane 

taniej i dzięki temu Niemcy wzmacniały swoją pozycję czołowego globalnego eksportera. To 

pomogło naszej gospodarce rozwijać się w przyzwoitym na tle Europy tempie. 

Więc w czym problem? 

Teoretycznie wzrost powinien być dobrą wiadomością dla wszystkich podmiotów gospodarki 

narodowej. Cały dowcip polega jednak na tym, że w niemieckim przypadku tak się nie stało. 

Przykład? Niemiecki eksport rośnie od lat. Dziś wynosi ok. 40 proc. PKB, czyli mniej więcej dwa 

razy tyle, ile w 1993 r. Trudno się więc dziwić, że zyski trzydziestu największych niemieckich spółek 

giełdowych, działających przecież głównie w branży eksportowej, skoczyły między rokiem 2001 a 

2007 ze 170 do 600 mld euro. Większość Niemców zastanawia się jednak, co się właściwie stało z 

tymi pieniędzmi. Bo w tym samym czasie, gdy eksport i zyski wypracowujących go firm biły 

rekordy, pensje stały w miejscu. A uwzględniając inflację, wręcz się kurczyły. Rozwiązanie tej 

zagadki brzmi: zyski trafiły do kieszeni bardzo wąskiej grupy najlepiej sytuowanych, a 99 proc. 

niemieckiego społeczeństwa mogło o tym ożywieniu gospodarczym co najwyżej poczytać w 

gazetach. Istnieją wręcz wyliczenia, z których wynika, że po uwzględnieniu inflacji obroty 

niemieckiego handlu detalicznego znajdują się na tym samym poziomie co na początku lat 90. 

Oznacza to, że gospodarka kręci się tylko pozornie. Znakomita większość obywateli ma zaś w 

background image

kieszeni tyle samo albo mniej pieniędzy niż 15 – 20 lat temu. Jedyne, co rośnie, to dochody 

najzamożniejszych. Czy to jest ustrój, w którym chcemy żyć? Pozwolę sobie powiedzieć, że 

niekoniecznie. 

Trudno jednak zaprzeczyć, że Schroederowskie reformy – zwane powszechnie Hartz IV – odbiły się 

pozytywnie na niemieckim rynku pracy. Życie z zasiłku przestało się opłacać. Efekt? Osiem, 

dziewięć lat temu było w Niemczech 5 mln bezrobotnych, dziś jest ich mniej niż 3 mln. Niestety, 

sukces tych reform jest tylko pozorny. Ustawodawstwo Hartz IV otworzyło drogę do znaczącego 

obniżania poziomu płac, wprowadzając m.in. takie mechanizmy jak kary (łącznie z odebraniem 

zasiłku) dla bezrobotnego, który odmawia przyjmowania ofert składanych mu przez biuro 

pośrednictwa. Wiedzą o tym również pracodawcy i mają pracownika w szachu. Mogą proponować 

głodowe pensje, bo wiedzą, że sprzątaczka, fryzjerka czy kelner nie są w stanie ich odrzucić. 

Konsekwencje dla całej gospodarki są łatwe do przewidzenia. 

To znaczy? 

Henry Ford zwykł mawiać, że „samochody nie kupują samochodów”. Dlatego płacił swoim 

pracownikom tyle, by sami mogli kupić sobie nowy model Forda. Per saldo mu się opłacało. Logika 

panująca obecnie na niemieckim rynku pracy jest dokładnie odwrotna. Źle opłacani fryzjerzy, 

kelnerzy czy fryzjerki nie pójdą do restauracji, nie kupią gazety ani biletu do kina. Straty z tego 

tytułu poniesie więc szybko również wielki biznes: sieci gastronomiczne, koncerny medialne czy 

producenci filmowi. 

Gdy się tego słucha, aż dziw bierze, że niemiecka gospodarka jeszcze się kręci. 

Po części to zasługa euro. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy nie mieli wspólnego 

europejskiego pieniądza, a zamiast tego zwyczajny system płynnych walut, których cenę regulują 

żelazne prawa podaży i popytu. Waluta kraju uzyskującego tak olbrzymie nadwyżki handlowe jak 

Niemcy natychmiast poszłaby w górę. W efekcie towary z innych krajów UE stałyby się dla 

niemieckich konsumentów bardziej atrakcyjne. Opłacałoby się kupić włoski ekspres do kawy czy 

hiszpańską elektronikę. A niemieckim eksporterom byłoby trudniej przebijać się na obcych rynkach. 

Wątpię, czy nadal bylibyśmy wówczas unijnym prymusem. Gospodarczo sytuacja byłaby jednak 

dużo zdrowsza. Wszyscy chętnie oburzamy się na Chińczyków sztucznie zaniżających kurs swojej 

waluty, by ich eksport zyskał przewagę konkurencyjną. My robimy tak samo, posługując się euro. 

Cieszymy się jak dzieci z nadwyżek handlowych, zadowalając naszą narodową próżność takimi 

określeniami jak „wicemistrz świata w eksporcie”. Zamykamy jednak oczy na prostą ekonomiczną 

prawdę, że wieloletnia przewaga eksportu nad importem owocuje tym, że wszyscy są u nas 

zadłużeni. I najprawdopodobniej w pewnym momencie powiedzą: niestety, nie możemy oddać wam 

waszych pieniędzy, bo nie mamy z czego. 

Dochodzimy w ten sposób do roli niemieckiego olbrzyma w obecnym unijnym kryzysie 

zadłużeniowym. Jak Niemcy pana zdaniem wypadają w roli europejskiej lokomotywy? 

Ten egzamin również oblaliśmy. Zacznijmy od kursu oszczędnościowego, który rząd Angeli Merkel 

próbuje od pewnego czasu narzucić reszcie Europy. Kanclerz chętnie uzasadnia go, przywołując 

obraz oszczędnej szwabskiej gospodyni domowej. Takiej, która nie wydaje więcej, niż zarabia, i 

wszystkie zaskórniaki umieszcza na pewnej lokacie bankowej. Opowieść o zaradnej pani domu jest 

background image

może genialna z punktu widzenia PR, ale z ekonomicznego punktu widzenia trudno o większą 

bzdurę. 

Dlaczego? 

Bo oszczędzanie to nic innego jak wycofywanie pieniędzy z obiegu. Jest dobre dla pojedynczych 

podmiotów, ale fatalne dla całej gospodarki. Popatrzmy tylko, co się dzieje, gdy wszyscy naraz 

oszczędzają i nikt się u nikogo nie zadłuża. Szwabska gospodyni nie może wtedy nawet ulokować 

swoich pieniędzy na bezpiecznej lokacie, bo żaden bank nie będzie chciał jej pieniędzy. I tak nie 

może ich przecież puścić w dalszy obieg. Zamierają inwestycje oraz konsumpcja. Nie ma mowy o 

żadnym rozwoju gospodarczym. Kompletny zastój. 

Bardzo pan przejaskrawia. W modelu oszczędnościowym chodzi raczej o to, by nie żyć 

ponad stan i zredukować zadłużenie do poziomu, który gospodarka narodowa może 

udźwignąć. 

To nierealne. W praktyce polityka Merkel prowadzi do następującego scenariusza: państwa pod 

wpływem presji Niemiec oszczędzają, ograniczając wydatki publiczne. Na przykład obcinają 

świadczenia dla bezrobotnych. Oznacza to, że poszukujący pracy ma mniej pieniędzy do wydania. 

Cierpi na tym nie tylko on sam, lecz także cała gospodarka. Nie kupi już jedzenia na mieście, nie 

pójdzie do fryzjera. Odczują to oczywiście bary oraz salony fryzjerskie, które odnotują mniejsze 

przychody. A mniejsze przychody przełożą się natychmiast na niższe wpływy podatkowe w 

następnym roku fiskalnym. To nie koniec złych wiadomości. Bardzo możliwe, że nasz salon 

fryzjerski i restauracja będą musiały zwolnić pracowników. Oznacza to, że przynajmniej na pewien 

czas zasilą oni szeregi bezrobotnych. A bezrobotnym trzeba płacić świadczenia. W ten sposób 

zataczamy koło: chcieliśmy przecież na początku obniżyć wydatki i zbilansować budżet. Kończymy 

z trochę mniejszymi wydatkami, ale i mniejszym budżetem. A to oznacza, że dług wyrażony w 

procentach w stosunku do PKB wcale nie zmalał, lecz urósł. W takim miejscu jest dziś duża część 

krajów UE. A Niemcy swoją krótkowzroczną polityką tylko pogłębiają ten problem. 

Trudno jednak oczekiwać od Angeli Merkel, by powiedziała Grekom: „Nie przejmujcie się. 

My za wszystko zapłacimy”. 

Oczywiście. Ale tego nie chcą przecież nawet sami Grecy. Ateny są świadome, że muszą 

zreformować niewydolne struktury państwa, zerwać z korupcją i gospodarczym klientelizmem. To 

przecież główne przesłanie płynące z niedawnych wyborów, w których Grecy pokazali czerwoną 

kartkę całej dominującej od wielu dekad klasie politycznej. Pytanie tylko, czy da się te reformy 

przeprowadzić, wiążąc Grekom ręce i nogi. Antykryzysowy lek zaaplikowano im w takim stężeniu, 

że zaczął niszczyć nawet zdrową część gospodarczego organizmu. A wina za to leży niestety po 

stronie oszczędnej szwabskiej gospodyni. Faktycznie jesteśmy unijną lokomotywą. Niestety, 

ciągniemy Europę na pełnym gazie prosto w ślepą uliczkę. 

Jak z niej zawrócić? 

Nie ma innego wyjścia. Niemcy – również z powodu tego, jak bardzo na euro skorzystali – muszą 

się wykazać solidarnością. To nie tylko wyraz naszej wielkoduszności, lecz także zdrowego 

rozsądku. 

A w praktyce? 

background image

Należy wyjść naprzeciw oczekiwaniom pracowników i podwyższyć pensje. Niemiecki eksport stanie 

się wówczas trochę mniej atrakcyjny i zaczniemy więcej importować. To przywróci zdrową 

równowagę wewnątrz Unii Europejskiej i wzmocni niemiecką klasę średnią, która z roku na rok 

stale się kurczy z powodu stopniowego spadku płac w sektorze usług. 

A w polityce europejskiej? 

Euroobligacje wydają się dziś koniecznością. Albo refinansowanie zadłużenia przez Europejski Bank 

Centralny. 

Ale jak chce pan wytłumaczyć Niemcom, że powinni gwarantować część greckiego czy 

hiszpańskiego długu publicznego? 

Aby zrozumieć korzyści płynące z euroobligacji czy modelu z EBC jako pożyczkodawcy ostatniej 

szansy, warto spojrzeć na przykład Włoch, które są zadłużone na ok. 1,9 bln euro. Obecnie Rzym 

wydaje na obsługę długu jakieś 80 mld euro rocznie. Kiedy ten dług zostanie zastąpiony nowymi 

obligacjami emitowanymi w czasie kryzysu na wysoki procent, suma ta wzrośnie do 120 mld. 

Gdyby Włochy mogły pożyczać pieniądze na procent, na jaki robią to dziś Niemcy, koszt obsługi ich 

długu spadłby do jakiś 34 mld euro. To prawie 90 mld rocznej różnicy. To pieniądze, które Włochy 

mogłyby zainwestować w pobudzenie swojej gospodarki i jej powrót na ścieżkę wzrostu. Inaczej 

nigdy nie ruszą z miejsca. Trudno się temu dziwić. Gdyby Niemcy musieli nagle refinansować swój 

wcale niemały, bo sięgający 2 bln euro dług poprzez oprocentowane na 10 proc. obligacje, też nie 

byliby w stanie tego zrobić. 

Czy tak łatwa ucieczka z długów nie zniechęci jednak krajów Południa do reform? 

Korzystanie z euroobligacji czy pomocy EBC można obwarować warunkami politycznymi. Skoro 

Angela Merkel potrafiła przeforsować bynajmniej przecież nie bezwarunkowy pakt fiskalny, to 

dlaczego nie mogłoby być podobnie z euroobligacjami. Ważne jednak, by te warunki były ustalone 

przez demokratycznie wybranych polityków, którzy myślą długofalowo, mając na względzie interes 

Europy, a nie patrzą przez pryzmat bezimiennych rynków. 

Rozumiem, że technicznie jest to możliwe. Pozostaje jednak wciąż pytanie, dlaczego to 

właśnie Niemcy mają płacić za długi zaciągnięte przez Włochów czy Hiszpanów. 

Dlatego że Niemcy na euro skorzystali i wciąż korzystają. Dla wielu gospodarek wspólna waluta 

stała się jednak złotą klatką. Popatrzmy na Hiszpanię. Biorąc pod uwagę większość wskaźników 

ekonomicznych, ten kraj jest w dużo lepszej sytuacji niż Wielka Brytania. Rząd w Londynie może 

jednak pożyczać pieniądze na rynkach na dużo korzystniejszy procent. Dlaczego? Bo rynki wiedzą, 

że niewypłacalność Wielkiej Brytanii jest niemal równa zeru. Jeśli długi staną się nie do 

udźwignięcia, tamtejszy rząd zareaguje po prostu dewaluacją funta. Takiego manewru Madryt 

przeprowadzić nie może. Dlatego spekulanci grają na upadek Hiszpanii, a nie Wielkiej Brytanii. 

Słuchając pana, można odnieść wrażenie, że może lepiej gdyby euro w ogóle nie było. 

Ze strefą euro jest jak z hotelem California ze starej piosenki zespołu The Eagles: „You can check 

out everytime you like, but you can never leave”. Gdybyśmy nie wprowadzili wspólnej waluty, 

pewnie Europie byłoby dziś łatwiej przebrnąć przez kryzys. Marka niemiecka zyskałaby w krótkim 

czasie na wartości jakieś 40 proc., niemiecki eksport poszedłby w dół, a import w górę. Czyli w 

naturalny sposób zadziałałyby gospodarcze mechanizmy obronne. Ale rzeczywistość jest taka, że 

mamy wspólny pieniądz. I nie ma powrotu do tego, co było wcześniej. Ze strefy euro nie da się 

background image

wyjść w sposób skoordynowany. Systemy finansowe są ze sobą zbyt mocno zrośnięte. Z reguły 

irytują mnie określania takie jak „pozbawiony alternatywy”. Euro to jednak jedyny wyjątek. 

Faktycznie nie ma dziś dla niego alternatywy. I dlatego trzeba je ratować. 

A jeśli się nie uda? 

Nie można dziś wykluczyć fiaska projektu europejskiego. Lądujemy jednak wtedy z powrotem w 

roku 1914. Nie należy się raczej spodziewać konfliktu zbrojnego, bo nie pozwolą na to tragiczne 

doświadczenia dwóch wojen. Ale zagrożenie wybuchem ostrych konfliktów ekonomicznych i 

walutowych między państwami narodowymi jest jak najbardziej realne. I to starć dużo 

brutalniejszych niż obecnie. Na dodatek pojawi się cała masa życiowych utrudnień dla każdego z 

nas. Urodziłem się w 1972 r. i należę do pierwszego pokolenia Niemców, dla których możliwość 

swobodnego podróżowania ponad granicami państwowymi najpierw w ramach starej UE, a teraz 

nowej, jest czymś oczywistym. Nie chcę tego stracić. 

Na razie obie dominujące siły niemieckiej polityki CDU i SPD uważają jednak, że tak 

krytykowany przez pana program oszczędnościowy to jedyny sposób, by wyprowadzić 

Europę na prostą. Również w mediach i wśród ekonomistów uchodzi on za 

bezalternatywny. 

To może się bardzo szybko zmienić. Frekwencja spada w Niemczech z wyborów na wybory, co 

moim zdaniem nie jest dowodem na to, że ludziom jest wszystko jedno. Odwrotnie: oni odcinają 

się od życia politycznego, bo irytuje ich to, że wszystkie partie straciły łączność z obywatelami, a 

system stał się nieprzejrzysty. Coraz trudniej też odróżnić polityka od lobbysty. W Niemczech na 

porządku dziennym są sytuacje, gdy jeden z najważniejszych funkcjonariuszy nadzoru bankowego 

trafia po zakończeniu kadencji do największego prywatnego niemieckiego banku. A ministerstwo 

gospodarki zamawia ekspertyzy prawne potrzebne do napisania ustawy w prywatnej kancelarii, 

która na co dzień reprezentuje wiele instytucji bankowych, których funkcjonowanie nowa ustawa 

ma w przyszłości regulować. To wszystko jest powodem najnowszych sukcesów takich inicjatyw 

obywatelskich, jak ruch Occupy czy Partia Piratów, która jest już obecna w czterech Landtagach 

(parlamentach krajów związkowych Niemiec – red.) i ma olbrzymie szanse wejść do Bundestagu w 

przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie jest tak, że mamy 

powtórkę z czasów Republiki Weimarskiej czy nawet roku 1968, gdy życie publiczne wrzało, co 

groziło natychmiastowym wybuchem. Potencjał niezadowolenia jest jednak spory. Niech więc 

zaostrzy się jeszcze kryzys w strefie euro, a co za tym idzie sytuacja klasy średniej ulegnie 

dalszemu pogorszeniu. Niech ludzie przestaną być w stanie spłacać na czas kredyty mieszkaniowe 

albo przestanie im wystarczać na urlop. Wtedy również Niemcy przestaną być europejską oazą 

spokoju i rozsądku. 
Copyright INFOR BIZNES SP. Z O.O.