background image

Roger MacBride Allen 

 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

 

 

ZWYCIĘSTWO NA CENTERPOINT 

 

Tom III trylogii KORELIAŃSKIEJ  

 

ROGER MacBRIDE ALLEN 

 
 

Przekład 

ANDRZEJ SYRZYCKI 

 
 
 

 

 

background image

Roger MacBride Allen 

Tytuł oryginału  

 SHOWDOWN AT CENTERPOINT 

 
 

Redakcja stylistyczna  

KATARZYNA STACHOWICZ-GACEK 

 
 

Redakcja techniczna  

ANNA BONISŁAWSKA 

 
 

Korekta  

JOANNA CIERKOŃSKA 

 
 

Ilustracja na okładce  

DREW STRUZAN 

 
 

Opracowanie graficzne okładki  

STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER 

 

Skład  

WYDAWNICTWO AMBER 

 

Informacje o nowościach i pozostałych książkach Wydawnictwa AMBER oraz możli-

wość zamówienia możecie Państwo znaleźć na stronie Internetu 

http://www.amber.supermedia.pl 

 
 

Copyright © 1995 by Lucasfilm, Ltd & TM 

All rights reserved. Used under authorization. 

Published originally under the title 

Showdown at Centerpoint by Bantam Books 

 

For the Polish edition  

© Copyright by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 1999 

 

ISBN 83-7245-233-4 

 
 
 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Dla Mandy Slater, 

która była przy mnie, kiedy to się zaczęło 

 
 

background image

Roger MacBride Allen 

O D   A U T O R A  

Pragnąłbym  podziękować  Tomowi  Dupree,  Jennifer  Hershey  i  wszystkim  innym 

zacnym ludziom z wydawnictwa Bantam Spectra, którzy przez cały czas, kiedy pisałem 
te  powieści,  okazywali  mi  ogromne  zaufanie.  Chciałbym  także  przekazać  wyrazy 
wdzięczności Eleanor Wood i Lucienne Diver za poparcie i skuteczne dbanie o finan-
sowe aspekty całego przedsięwzięcia. 

Pragnę też podziękować swojej żonie, Eleanore Fox, która  - aczkolwiek miała na 

głowie tyle spraw - musiała się uczyć nowego języka i pakować wszystko, czego wy-
magała przeprowadzka do Brazylii. Z pewnością miałaby lżejsze życie,  gdyby pod jej 
nogami  nie  plątał  się  pewien  powieściopisarz.  Mimo  to  doskonale  sobie  poradziła  w 
trudnej  i  nietypowej  sytuacji.  Nic  dziwnego;  Ministerstwo  Spraw  Zagranicznych  Sta-
nów  Zjednoczonych  zatrudnia  tylko  najlepszych.  A  przynajmniej  tak  się  stało  w  jej 
przypadku. 

Dziękuję  także  Mandy  Slater,  koleżance  i  powierniczce,  której  zadedykowałem 

niniejszą książkę. Była tam  -  w kuchni pewnego mieszkania  w Waszyngtonie  -  kiedy 
zadzwonił  telefon,  powołujący  mnie  do  czynnej  służby  jako  autora  powieści  z  cyklu 
„Gwiezdne Wojny". To właśnie Mandy pomogła mi dojść do przekonania, że dam so-
bie radę z tym wyzwaniem. I jeżeli się okaże, że rzeczywiście sobie poradziłem, proszę 
wszystkich, którzy ją spotkają, aby powiedzieli jej, iż miała rację. 

Rzecz jasna, pewien problem może stanowić spotkanie Mandy. Ostatnio, kiedy ją 

widziałem, przebywała w Nowym Orleanie, a przyleciała tam z Rumunii przez Londyn, 
po czym miała niedługo lecieć do Chicago. Przedtem spotkałem się z nią we Fresno w 
Kalifornii, gdzie była jednym z gości na moim weselu; jeszcze przedtem w Londynie, a 
przed Londynem  - jeśli  mnie  pamięć nie  myli  -  w Toronto. Po pewnym czasie trudno 
sobie przypomnieć, dokąd i kiedy podróżowała. Niemniej jednak, Mandy, bardzo dzię-
kuję. 

Jeżeli mowa  o podróżowaniu, jedną  z  długoletnich i dobrych tradycji powieści z 

cyklu „Gwiezdne Wojny" jest to, że wszystko dzieje się wszędzie naraz. Obawiam się, 
że drugą książkę tej trylogii napisałem niemal w całości w Waszyngtonie i jego okoli-
cach - no, może jeszcze trochę w trakcie podróży do Filadelfii i Nowego Jorku. Trzecia 
powieść powstała nie tylko w takich miejscach jak Aarlington w Wirginii, Bethesda w 
Maryland i kilku innych miejscowościach o podobnych nazwach, ale także w Nowym 
Jorku, Miami, na Karaibach i nad Amazonką, w Sao Paulo i w Brasilii. Została zreda-
gowana w Bethesda, w Norfolk w Wirginii, w Atlancie i Montgomery w Alabamie oraz 
w Biloxi w stanie Missisipi. Jeżeli to nie oznacza dla was wystarczająco dużej ruchli-
wości, będziemy musieli porozmawiać. 

 
I jeszcze  jedna  uwaga,  dotycząca  niebezpieczeństw  związanych  z  dedykowaniem 

czegokolwiek nauczycielkom angielskiego. Jak pamiętacie, drugi tom tej trylogii zade-
dykowałem Beth Zipser i jej mężowi Mike'owi. Wiele księżyców temu, kiedy uczęsz-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

czałem do jedenastej klasy,  Beth uczyła  mnie  angielskiego, a  obecnie  bardzo kiepsko 
gra  w  pokera.  Kiedy  się  dowiedziała  o  tej  dedykacji,  tak  się  przejęła,  że  natychmiast 
przystąpiła do działania - i zaczęła przeglądać maszynopis w nadziei, że wyłapie błędy 
gramatyczne. Niech się to stanie dla was ostrzeżeniem, żeby zawsze dawać z siebie jak 
najwięcej. Nikt z  nas przecież nie  wie,  kiedy nasza  nauczycielka  angielskiego zechce 
się zająć sprawdzaniem, co pozostało z jej nauki. 

 
 
 

Roger MacBride Allen kwiecień 1995 

Brasilia, Brazylia 

 

 

background image

Roger MacBride Allen 

R O Z D Z I A Ł  

CORAZ B

LIŻEJ 

- Czcigodny Solo, straciliśmy ogromnie dużo czasu! - zapiszczał głos Drackmus w 

odbiorniku interkomu. - Jeżeli nie odzyskamy panowania nad sterami, wlecimy w gór-
ne warstwy atmosfery szybciej niż się spodziewamy! 

Urządzenie wydało zduszony skowyt i umilkło. Widocznie albo system łączności z 

kabiną  stożkostatku  odmawiał  posłuszeństwa,  albo  Han  miał  wielkie  szczęście  i 
Drackmus zaczynała tracić głos. To byłoby naprawdę coś wspaniałego. 

Przełączył urządzenie na nadawanie i postarał się skupić na wykonywanej pracy. 
- Nie gorączkuj się tak, Drackmus  - odparł, a  właściwie prawie krzyknął.  - Twój 

nadajnik  interkomu  powinien  zostać  poddany  szczegółowym  oględzinom.  Powiedz 
czcigodnej pani pilot Salculd, że właśnie skończyłem. 

Dlaczego,  na  miłość  wszechświata,  wszystkie  awaryjne  naprawy  na  pokładzie 

statku musiały być dokonywane w takim pośpiechu? - pomyślał z goryczą. - Czego nie 
dałbym za to, żeby mieć teraz u boku Chewbaccę! 

- Dlaczego mam się nie gorączkować? - usłyszał z odbiornika komunikatora. - Czy 

temperatura  mojego  ciała  może  mieć  coś  wspólnego  z  przestrzeganiem  procedur  bez-
pieczeństwa? 

Han westchnął i ponownie wcisnął guzik nadajnika. 
- To tylko takie wyrażenie - powiedział. - Chodziło mi o to, żebyś zachowała cier-

pliwość - dodał szybko, starając się nie tracić własnej. 

Drackmus była Selonianką, a większość Selonianek nie lubiła latać. Można było to 

zrozumieć, jako że żyły przeważnie pod powierzchnią gruntu, ale zmuszony do wyko-
nywania rozkazów cierpiącej na agorafobię istoty Han miał wrażenie, że niedługo osza-
leje. 

Dokonał  ostatniego  przełączenia,  zatrzasnął  klapę  ostatniego  panelu  i  zacisnął 

kciuki,  żeby  się  udało.  To  powinno  wystarczyć  -  powiedział  sobie.  Najwyższy  czas, 
żeby wreszcie coś funkcjonowało, jak powinno. Jeżeli stożkostatek, na którego pokła-
dzie się znajdował, był typowym przykładem w swoim rodzaju, pozostałe seloniańskie 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

gwiezdne jednostki także nie grzeszyły niezawodnością. Han przestawił dźwignię prze-
łącznika zasilania i zaczekał, aż system inwertera obudzi się do życia. 

Zaczynał wątpić, czy był przy zdrowych zmysłach, kiedy zgłosił się na ochotnika, 

aby sprowadzić właśnie ten stożkostatek z mroków przestworzy na powierzchnię Selo-
nii. Mógł życzyć obu Seloniankom wiele szczęścia, a potem pożegnać się i odlecieć na 
pokładzie „Ognistej Jade". Przypuszczał jednak, że kiedy coś powinno być zrobione, a 
tylko on potrafił to zrobić, zgłaszanie się na ochotnika miało w sobie coś z przymusu. 
Prawdę  mówiąc,  Han  nie  miał  wielkiego  wyboru.  Nie  mógł  zostawić  Drackmus  na 
łasce losu. Zaciągnął wobec niej pewien dług... wobec niej i jej ziomków. 

Co  więcej,  Drackmus  wyraźnie  oświadczyła,  że  musi  wylądować  właśnie  tym 

stożkostatkiem. Jej ziomkowie nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie w przestwo-
rzach  jakiejkolwiek  jednostki  -  bez  względu  na  to,  jak  mało  sprawnej  albo  zawodnej. 
Nie  nazwany  stożkostatek  mógł  przypominać  stertę  latającego  złomu,  ale  Drackmus 
uświadomiła  Hanowi,  że  i  tak  jednostka  jest  w  lepszym  stanie  niż  cokolwiek,  czym 
Selonianki dysponowały w tej chwili. A ściślej, w lepszym stanie niż jakakolwiek inna 
jednostka, jaką miała do dyspozycji Nora Hunchuzuc i należący do niej Republikaniści. 

- Pospiesz się, czcigodny Solo! - zawołała ponownie starsza Selonianką. 
Dlaczego ten interkom nie mógł pójść w ślady wszystkich innych urządzeń, jakie 

raz po raz odmawiały posłuszeństwa? Han uderzył otwartą dłonią we włącznik nadajni-
ka. 

-  Przygotuj  się,  Drackmus  -  ostrzegł.  -  Pani  pilot  Salculd,  proszę  zwracać  uwagę 

na wskazania mierników poboru mocy! 

Świadomość tego, że opowiada się po stronie Nory Hunchuzuc,  uspokajałaby go 

trochę bardziej, gdyby wiedział, kim albo czym jest owa tajemnicza Nora... Był pewien 
jedynie  tego, że Hunchuzuc  jest częścią  amorficznej frakcji  mieszkających  na  Korelii 
Selonian, którzy nadal - o ile Drackmus wiedziała - tworzyli sojusz seloniańskich Nor, 
uważających  się  za Republikanistów i popierających  Nową  Republikę. Wiedział  rów-
nież, że stara się im pomóc. 

Drackmus należała do Nory Hunchuzuc i albo porwała Hana, albo uwolniła go z 

więzienia  Thrackana  Sal-Solo...  a  może  i  jedno,  i  drugie.  Han  nadal  nie  był  tego  pe-
wien. Wszystko wskazywało na to, że Hunchuzuc toczy walkę ze sprawującą władzę na 
samej Selonii Supernorą. Walka ta nie miała jednak nic wspólnego ze zmaganiami No-
wej Republiki z różnymi ugrupowaniami rebeliantów. Ci ostatni pragnęli przejąć wła-
dzę na planetach systemu Korelii. Zapewne tylko w wyniku zbiegu okoliczności działo 
się  to  w  tym  samym  czasie.  Supernorą  trzymała  stronę  Absolutystów,  dążących  do 
całkowitego  uniezależnienia  się  Selonii  od  jakiejkolwiek  innej  władzy.  Możliwe,  że 
członkowie Nory Hunchuzuc sprzyjali Republikanistom, a Supernorą popierała Absolu-
tystów; Han jednak zaczynał dochodzić do wniosku, że chyba żadna z walczących stron 
nie dąży zbyt energicznie do osiągnięcia celu. Wyglądało na to, że każdej Norze naj-
bardziej zależy na pokonaniu swoich politycznych przeciwników. 

Han uświadamiał sobie jeszcze kilka innych prawd. Pamiętał o tym, że uwalniając 

go z celi okrutnego krewniaka, Drackmus ocaliła mu życie. Co więcej, podjęła ryzyko i 
traktowała Hana jak równego sobie. Nie mógł przecież zapomnieć o tym, że to członek 

background image

Roger MacBride Allen 

jego  rodziny  -  Thrackan  Sal-Solo  -  traktował  krewnych  Selonianki  z  wyjątkowym 
okrucieństwem. Zgodnie z przyjętymi na Selonii standardami postępowania to wystar-
czyło,  żeby  uważać  Hana  za  złoczyńcę,  mordercę  i  potwora.  A  mimo  to  Drackrnus 
postanowiła  rozstrzygnąć  wątpliwości  na  jego  korzyść.  Zachowała  się  przyzwoicie; 
okazała mu szacunek. I chociaż Han nie wiedział o niej nic więcej, to mu wystarczyło. 

- Kiedy to zacznie działać? - zawołała Drackmus jeszcze bardziej piskliwie.  - Od 

planety dzieli nas coraz mniejsza odległość! 

- Tak dzieje się zawsze, kiedy statek usiłuje wylądować - mruknął Han do siebie. 
Szacunek szacunkiem, ale uwagi Selonianki zaczynały działać mu na nerwy. Jesz-

cze raz przycisnął guzik nadajnika interkomu i powiedział: 

- To już działa. Powiedz Salculd, że inwerter funkcjonuje prawidłowo. Niech włą-

czy zasilanie wszystkich obwodów, to przekonamy się, które działają, a które się zepsu-
ły. 

- Uczyńmy tak, czcigodny Solo - odezwał się cichy, zaniepokojony głos z odbior-

nika interkomu. - Salculd mówi, że włącza zasilanie obwodów kontrolnych i pomiaro-
wych. 

Han, klęczący przed płytą kontrolnego szybu, usłyszał basowy pomruk i pomyślał, 

że może powinien zachować większą odległość od obwodów inwertera. Wstał i cofnął 
się pod przeciwległą ścianę. Po sekundzie czy dwóch pomruk ustał, a na płycie kontrol-
nego panelu zapaliły się światełka na znak, że urządzenie działa prawidłowo. 

Han przycisnął znowu guzik nadajnika interkomu. 
- Nie miejcie mi tego za złe, ale sądzę, że wszystko jest w porządku! - krzyknął do 

mikrofonu.  -  Przydały  się  te  części,  które  dostaliśmy  od  Mary  Jade.  Kiedy  zechcecie, 
możecie przejmować stery. 

-  Miło  nam  to  słyszeć,  najczcigodniejszy  Solo.  -  W  głosie  Drackmus  zabrzmiała 

niemal namacalna ulga. - Naprawdę bardzo się cieszymy. Za chwilę przystępujemy do 
działania. 

Lampki zamigotały na dowód, że inwertery zaczęły pobierać więcej energii. 
- Nie spieszcie się tak bardzo - ostrzegł Han. - Przyspieszajcie spokojnie i powoli, 

dobrze? 

-  Właśnie  tak  postępujemy,  szlachetny  Solo.  I  przestaniemy,  kiedy  jednostka  za-

cznie  pracować  jedną  trzecią  mocy.  Nie  zamierzamy  poddawać  silników  kolejnym 
przeciążeniom. 

- To brzmi rozsądnie - przyznał Han. - Mimo to myślę, że powinienem wrócić do 

was i mieć oko na wszystko, żeby znów nie stało się coś złego. 

Podszedł do drabinki, wspiął się po szczeblach na wyższy poziom i skierował ku 

wierzchołkowi stożka, do kabiny. 

Stożkostatek rzeczywiście przypominał pękaty stożek, w którym silniki usytuowa-

no  w  podstawie,  a  kabinę  pilota  tuż  przy  wierzchołku.  Część  sąsiadującą  z  dziobem 
wykonano z prawie całkowicie przezroczystego transpleksu, dzięki czemu widok prze-
stworzy dosłownie zapierał dech w piersi. Pilotująca kapsułę Selonianka Salculd leżała 
na plecach i mogła widzieć wszystko, co działo się przed nią i nad nią. Gdyby pilotem 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

10 

stożkostatku był człowiek, nie czułby się w takiej pozycji zbyt wygodnie. Rzecz jasna, 
Selonianki nawet nie usiłowały udawać, że są ludźmi. 

Salculd usłyszała, że Han wspina się po drabince, i szybko obejrzała się przez ra-

mię.  Obdarzając  go  szerokim  uśmiechem,  ukazała  chyba  wszystkie  podobne  do  kłów 
ostre  zęby,  po  czym  znów  zajęła  się  swoją  pracą.  Sprawiała  wrażenie  zadowolonej  i 
odprężonej. 

W przeciwieństwie do niej Drackmus, nerwowo przechadzająca się w tylnej części 

kabiny, wyglądała na smutną i zaniepokojoną. 

Mimo iż Selonianie zaliczali się do grona istot chodzących na dwóch nogach, ich 

ciała różniły się budową od ludzkich. Byli wyżsi, szczuplejsi; mieli krótsze ręce i nogi, 
ale  nieco  dłuższy  tułów.  Potrafili  poruszać  się  równie  szybko  i  sprawnie  -  i  to  bez 
względu na to, czy chodzili na dwóch nogach, czy na czworakach. Palce rąk i nóg koń-
czyły się chowanymi pazurami, dzięki czemu Selonianie doskonale wspinali się i kopa-
li. Mieli grube półtorametrowe ogony, którymi potrafili - niczym maczugami - zadawać 
bardzo silne ciosy. Han miał okazję poczuć ich siłę na własnej skórze. 

Twarze  tych  istot  były  pociągłe  i  spiczasto  zakończone,  a  całe  ciała  porośnięte 

lśniącą  krótką  sierścią.  Sierść  Drackmus  miała  barwę  ciemnobrunatną.  Ciało  Salculd 
porastała czarna szczecina  - z wyjątkiem brzucha, gdzie rosły delikatniejsze, krótsze i 
jasnobrązowe włosy. Obie istoty miały szczeciniaste bokobrody - równie pełne wyrazu 
co ludzkie brwi, jeżeli miało się choć trochę wprawy w interpretacji znaczenia ich ru-
chów. W ustach istot kryło się mnóstwo ostrych zębów. Ilekroć zdarzało mu sieje oglą-
dać, Han nie miał żadnych kłopotów z interpretowaniem ich widoku. Krótko mówiąc, 
Selonianie byli sympatyczni i wywierali korzystne wrażenie. 

- I jak wszystko się sprawuje? - zapytał Han, zwracając się do Selonianki siedzącej 

za sterami. Mówił niewprawnie po seloniańsku, ponieważ Salculd nie znała basica. 

-  Wszystko  w  porządku,  czcigodny  Solo  -  odparła  młodsza  istota.  -  A  przynajm-

niej na razie, dopóki coś nie odmówi posłuszeństwa. 

-  Wspaniale  -  powiedział  Han,  chyba  bardziej  do  siebie  niż  którejkolwiek  Selo-

nianki. - Jak myślisz, czcigodna Drackmus, wszystko teraz być dobrze? 

-  Świetnie,  świetnie,  wszystko  idzie  świetnie,  dopóki  nie  roztrzaskamy  się  i  nie 

zginiemy - odrzekła piskliwie starsza Selonianka. 

- Jak to dobrze, że wreszcie w czymś się zgadzamy - mruknął Han. 
-  To  miłe,  tak  wszystko  zaplanować  -  odezwała  się  Salculd.  -  Oto  zamierzałam 

wylądować  w  normalny  sposób.  Teraz  wiem,  że  mi  się  to  nie  uda,  w  wyniku  czego 
roztrzaskamy się o powierzchnię. Co za ulga. 

- Dość tego, pani pilot Salculd!  - ofuknęła ją starsza koleżanka.  - Skup uwagę na 

swojej pracy. 

-  Tak  jest,  czcigodna  Drackmus  -  odrzekła  natychmiast  Salculd  przepraszającym 

tonem. 

Salculd  miała  spore  doświadczenie  w  pilotowaniu  gwiezdnych  statków.  Znała 

swoją kapsułę całkiem nieźle... aczkolwiek może nie tak dobrze, jak Han mógłby sobie 
życzyć. Natomiast Drackmus, którą szkolono, aby umiała porozumiewać się z ludźmi, 
nie zdołała ukończyć nauki i dlatego nie zawsze dawała sobie dobrze radę. Jeżeli cho-

background image

Roger MacBride Allen 

11 
dziło o pilotowanie gwiezdnych statków, nie miała ani doświadczenia, ani wiedzy, ani 
nawet talentu. Mimo to pełniła obowiązki dowódcy tej wyprawy. Nie tylko decydowała 
o tym, dokąd lecą, ale także rozkazywała, jak ma wyglądać każdy manewr. Salculd nie 
mogła, a może nie śmiała się jej sprzeciwić. Widocznie w seloniańskim społeczeństwie 
Drackmus była kimś ważniejszym. 

Wszystko wskazywało na to, że obu Seloniankom to wystarcza. Żadnej nie  prze-

szkadzało, że Drackmus ma najwyżej mizerne pojęcie o specyfice lotów w międzypla-
netarnych przestworzach... podobnie jak to, że podczas wyprawy na Selonię wielokrot-
nie rozkazywała, aby stożek wykonał manewr, do którego nie był zdolny, wskutek cze-
go pasażerowie omal nie stracili życia. 

Możliwe, że Salculd miała cięty język i starała się sprawiać  wrażenie, iż  niczym 

się nie przejmuje, ale niepokojąco szybko wykonywała  wszystkie polecenia i rozkazy 
starszej koleżanki - i to bez względu na to, jak bezsensowne. Han miał pewne trudności, 
by się do tego przyzwyczaić. 

Podszedł do pulpitu i zajął miejsce na fotelu ustawionym tuż obok fotela młodszej 

Selonianki.  Natrudził  się,  żeby  przystosować  profil  oparcia  do  kształtu  własnych  ple-
ców, ale nigdy nie było mu wygodnie. Położył się na plecach i spojrzał w górę. 

To,  co  zobaczył  przez  niemal  przezroczysty  wierzchołek  stożka,  kolejny  raz 

wzbudziło w nim prawdziwy zachwyt. Na niebie ujrzał jasno świecącą tarczę Selonii, 
która zajmowała środkową część iluminatora. Oceany na Selonii nie były takie duże jak 
na  Korelii,  a  zamiast  stałego  lądu  widniały  na  nich  tysiące  średniej  wielkości  wysp, 
rozrzuconych mniej więcej równomiernie po powierzchni planety. 

A  zatem  zamiast  dwóch  albo  trzech  sporych  oceanów,  przedzielonych  kilkoma 

wielkimi kontynentami, powierzchnia Selonii wyglądała jak labirynt, do którego budo-
wy użyto lądu i wody. Wyspy - oddzielone setkami mórz, zatok, lagun, cieśnin i mie-
lizn z wystającymi z wody zębatymi skałami - kąpały się w blasku słońca. Han czytał 
gdzieś, że żaden skrawek seloniańskiego lądu nie jest oddalony od brzegu morza więcej 
niż o sto pięćdziesiąt kilometrów, i że żaden płynący po morzu żeglarz, który pragnie 
przybić do najbliższego brzegu, nie musi pokonywać odległości większej niż dwieście 
kilometrów: 

Hanowi  chodziło  jednak  o  coś  więcej  niż  tylko  podziwianie  widoku  planety.  W 

przestworzach, w odległości zaledwie kilometra czy dwóch unosiła się korweta Mary, 
„Ognista  Jade".  Jej  dziób  zasłaniał  część  równikowego  sektora  tarczy  Selonii.  Długi, 
smukły kadłub o opływowych kształtach polakierowano w podobne do płomieni ogni-
stoczerwono-złote wzory. Jednostka sprawiała wrażenie szybkiej, zwrotnej i wytrzyma-
łej - a Han wiedział, że rzeczywiście taka jest. Żałował  - zresztą nie pierwszy raz - że 
nie leci na jej pokładzie. Nie tylko dlatego, że korweta była lepszym statkiem. Leciała 
nią Leia... w towarzystwie Mary Jade. 

Gdy  Drackmus,  wydając  idiotyczne  rozkazy,  doprowadziła  do  ruiny  niemal 

wszystkie  pokładowe  urządzenia  stożkostatku,  „Ognista  Jade"  wyciągnęła  z  opresji 
Hana  i  obie  Selonianki,  a  jej  pani  kapitan  przekazała  im  wszystkie  części  zapasowe 
niezbędne do naprawienia seloniańskiej kapsuły. Teraz korweta leciała w pobliżu, po-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

12 

nieważ Mara pragnęła się upewnić, że stożkostatek osiądzie bezpiecznie na powierzch-
ni Selonii. 

Hana wcale nie zachwycało to, że znajduje się na pokładzie jednego, a Leia innego 

statku, ale rozumiał, iż właśnie takie rozwiązanie ma najwięcej sensu. Zraniwszy nogę 
podczas ucieczki z Korony, Mara wciąż jeszcze z trudem chodziła o własnych siłach, a 
zatem potrzebowała kogoś, kto by się nią opiekował. Musiała także korzystać z pomocy 
drugiego pilota - przynajmniej do czasu, kiedy całkowicie wyzdrowieje. . 

Chyba  tylko  przestworza  wiedziały,  jak  bardzo  pomocy  potrzebowały  również 

obie Selonianki. Co więcej, Leia umiała mówić po seloniańsku  - i to o wiele lepiej niż 
Han  -  a  zdrowy  rozsądek  nakazywał,  aby  na  wypadek  możliwych  kłopotów  podczas 
lądowania na pokładzie każdego statku pozostawała przynajmniej jedna osoba znająca 
seloniański.  Opracowany  plan  zakładał  zatem,  że  „Ognista  Jade"  i  stożkostatek  będą 
leciały razem ku Selonii, a potem osiądą - burta w burtę - na tym samym lądowisku. 

Chociaż Han wiedział, że jego żonie nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, nie był 

zachwycony faktem, że lecą oddzielnie. Nie musiał zastanawiać się nad tym, co jeszcze 
może  się  zepsuć  albo  ulec  awarii.  Obecna  wyprawa  i  tak  obfitowała  w  nieprzyjemne 
niespodzianki. 

Nagle  zauważył,  że  usytuowany  w  rufowym  sektorze  bakburty  „Ognistej  Mary" 

reflektor zaczyna się zapalać  i gasnąć, zapalać i gasnąć. Zrozumiał, że Leia  wykorzy-
stuje światła,  używane podczas lądowania, żeby przesłać  mu  wiadomość. Posługiwała 
się  kalamariańskim  kodem  migowym,  w  którym  kombinacje  dłuższych  i  krótszych 
błysków  odpowiadały  poszczególnym  literom  basica.  Taka  technika  porozumiewania 
się  była  powolna  i  prymitywna,  ale  lepsza  niż  całkowity  brak  łączności.  Wszystkie 
normalne kanały komunikacji wciąż były zagłuszane. 

- „Jesteśmy gotowe do wejścia w warstwy atmosfery" - odczytał. - „Daj znać, kie-

dy i wy będziecie gotowi". 

- Twierdzą, że są gotowe do wejścia w atmosferę - odezwał się Han. Odwrócił się 

do Salculd. - A my jesteśmy? 

- Tak - odparła zwięźle starsza Selonianka. 
-  To  bardzo  dobrze  -  powiedział  Han.  -  Posłuchaj,  Drackmus  -  ciągnął,  przecho-

dząc na basie, tak by Salculd nie mogła go zrozumieć. - Od tej chwili będziesz robić to, 
co ci każę. Przestań spacerować po kabinie, usiądź w fotelu i wydaj rozkaz Salculd, aby 
wykonywała  wszystkie  moje  polecenia.  Później  zechciej  się  łaskawie  zamknąć  i  nie 
odzywać, dopóki nie wylądujemy. Masz się nie wtrącać, nie robić uwag ani nie zmie-
niać  moich rozkazów. Po prostu się  nie  odzywaj. Będziemy  mieli tylko jedną  szansę. 
Siedź  cicho  albo  oświadczę  pani  kapitan  „Ognistej  Jade", że  dalsze  eskortowanie  nas 
równa się samobójstwu. 

Rzecz jasna, Han blefował, ale starsza Selonianka sprawiała wrażenie tak przera-

żonej, że było bardzo mało prawdopodobne, aby zastanawiała się nad tym, co usłyszała. 

- Ale... - zaczęła protestować. 
- Żadnych ale - uciął Solo. - Znam litery migowego kodu, a ty nie. Potrafię poro-

zumiewać się z panią pilot „Ognistej Jade", a ty nie. Dowodząc ostatnio stożkostatkiem, 

background image

Roger MacBride Allen 

13 
omal nas wszystkich nie zabiłaś, a ja nie zamierzam pozwolić ci na to podczas lądowa-
nia. 

- Muszę zaprotestować!  - oburzyła się istota.  - To rabunek  w  najgorszym, najpa-

skudniejszym stylu! 

Han wyszczerzył zęby w przekornym uśmiechu. 
- Prawdę mówiąc, bardziej wygląda mi to na piractwo. Ale jak chcesz, możesz to 

traktować  jako  łagodną  formę  porwania.  Swoją  drogą,  jeżeli  nie  potrafisz  odróżnić 
rabunku od piractwa, nie powinnaś nawet próbować dowodzić gwiezdnym statkiem. 

Drackmus spiorunowała go gniewnym spojrzeniem. Otworzyła usta, jakby zamie-

rzała nadal protestować... ale zaraz zamknęła je i pokręciła głową. 

-  Niech  tak  będzie  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Chyba  muszę  się  zgodzić.  Nawet 

mnie się wydawało, że moje rozkazy są do niczego, a przecież chciałabym jeszcze tro-
chę pożyć. - Odwróciła się do młodszej koleżanki. - Pani pilot Salculd! - rzekła wład-
czym tonem, przechodząc na seloniański. - Od tej chwili wykonujesz polecenia i rozka-
zy, jakie będzie ci wydawał czcigodny Solo... tak szybko i dokładnie, jakby pochodziły 
ode mnie! Będziesz tak postępowała, dopóki bezpiecznie nie osiądziemy na powierzch-
ni gruntu. 

Salculd wyprężyła się w fotelu i przeniosła spojrzenie z twarzy koleżanki na twarz 

Hana. Wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. 

-  Tak  jest,  czcigodna  Drackmus!  -  powiedziała.  -  Uczynię  to  z  największą  przy-

jemnością! 

- Tylko  uważaj, żeby  wykonywanie jego rozkazów  nie  sprawiło ci za dużo przy-

jemności, Salculd - burknęła zirytowana istota. - Czcigodny Solo, zechciej przejąć do-
wodzenie. 

- Usiądź w fotelu - polecił Han, nie zapominając o przejściu na seloniański. - Mu-

simy  wszyscy  zapiąć  pasy  i  przygotować  się  na  spotkanie  z  przeciążeniami.  Salculd, 
będziesz postępowała dokładnie tak, jak przewiduje standardowa procedura lądowania 
w wyznaczonym punkcie, ale rozpoczniesz pierwszy manewr dopiero, kiedy wydam ci 
taki rozkaz. Czy to jasne? 

- Zaiste, jasne, czcigodny Solo - odparła Selonianka. - Całkowicie. 
Han  sięgnął  po  ręczną  latarkę,  którą  specjalnie  w  tym  celu  położył  obok  fotela. 

Zbliżył  ją  do  iluminatora,  skierował  w  stronę  „Ognistej  Jade"  i  zaczął  wysyłać  serie 
dłuższych i krótszych błysków. 

-  „Botowi  zacząć  manewry  podchodzenia  do  lądowania"  -  zasygnalizował  z  błę-

dami. - Kiedyś muszę znaleźć trochę czasu i przypomnieć sobie, jak to jest z tymi bły-
skami - mruknął do siebie. 

- „My też jesteśmy botowe" - zasygnalizowała w odpowiedzi Leia. - „Zajmujemy 

pozycję za waszą bufą i lecimy za wami". 

- Ha, ha, ha. Bardzo zabawne - odezwał się Han. - Jak się cieszę, że poślubiłem ta-

ką  dowcipnisie.  -  Przeszedł  znów  na  seloniański.  -  Bardzo  dobrze,  Salculd,  możesz 
zaczynać, tylko ostrożnie. 

Obserwował, jak lecąca dotąd przed dziobem stożkostatku korweta powoli obraca 

się wokół podłużnej osi i zawraca, aby zająć pozycję za rufą kapsuły. Salculd musnęła 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

14 

rękojeść  dźwigni  przepustnicy,  by  przekazać  do  jednostki  napędowej  trochę  więcej 
energii. Seloniański statek przyspieszył, nie przestając kierować się ku tarczy planety. 
„Ognista  Jade",  jakby  dryfując  w  przestworzach  po  stronie  ich  bakburty,  stopniowo 
coraz bardziej pozostawała za rufą. Ponieważ była jednostką szybszą, zwrotniejszą i o 
wiele  łatwiejszą  do  pilotowania,  taki  szyk  miał  nawet  sporo  sensu.  Korweta  powinna 
lecieć  druga,  żeby  jej  załoga  mogła  łatwiej  obserwować  wszystkie  manewry  małego 
statku. 

Co więcej, nawet gdyby Mara zechciała przekazać Hanowi wszystkie części zapa-

sowe,  jakimi  dysponowała  „Ognista  Jade",  nie  poprawiłoby  to  wrażliwości  rufowych 
czujników  seloniańskiej  kapsuły.  Stożkostatek  był  -  i  miał  pozostawać  -  praktycznie 
niewrażliwy na wszystko, co działo się za rufą. Jedynym urządzeniem, jakim dyspono-
wał, była zainstalowana w podstawie stożka - pomiędzy dyszami wylotowymi silników 
napędu  -  pojedyncza  szerokokątna  kamera  holograficzna.  W  trakcie  podchodzenia  i 
samego  lądowania  okazywała  się  całkowicie  bezużyteczna.  Niewiele  lepiej  się  spra-
wowała, ilekroć  stożkostatek  unosił się  w przestworzach  -  i to nawet  wówczas,  kiedy 
nie  funkcjonowały  silniki  napędu  podświetlnego.  Miała  tak  niewielką  czułość  i  roz-
dzielczość, że gdyby „Ognista Jade" oddaliła się więcej niż kilka kilometrów, obiekty-
wy kamery przestałyby ją rejestrować. Rzecz jasna, sytuacja tylko się pogarszała, ile-
kroć pani pilot stożkostatku włączała jednostkę napędową. 

Inaczej  mówiąc,  nie  było  pewności,  czy  Han  dojrzy  migoczący  reflektor,  gdyby 

Leia zechciała ponownie porozumieć się z nim za pomocą kalamariańskiego kodu mi-
gowego. Teoretycznie Han mógłby wykorzystać do takiego samego celu światła pozy-
cyjne stożkostatku, ale nie miał pojęcia, czy i one nie są uszkodzone, a zatem czy Leia 
zrozumie cokolwiek. Mógł liczyć tylko na to, że podczas lądowania nie będzie musiał 
się porozumiewać. 

Kiepska widoczność tego, co działo się za rufą, stanowiła jeszcze jeden powód, dla 

którego lepiej się stało, że „Ognista Jade" leciała druga. Rozsądek nakazywał, aby mieć 
za plecami kogoś, komu można zaufać. 

A przynajmniej osobę, której można się było nie obawiać. Han zdołał się pozbyć 

pewnych - ale nie wszystkich - wątpliwości i zastrzeżeń, jakie jeszcze niedawno żywił 
względem Mary Jade. Nie potrafił wymyślić żadnego motywu ani powodu, dla którego 
kobieta mogłaby zwrócić się przeciwko niemu, Leii albo Nowej Republice. Co więcej, 
nie  miał żadnego dowodu na  to, że kiedykolwiek żywiła takie zamiary. Nigdy jednak 
nie  przedstawiła  na  tyle  przekonujących  wyjaśnień,  aby  Han  poczuł  się  usatysfakcjo-
nowany. W ciągu ostatnich kilku dni spędzonych na Korelii miała zwyczaj pokazywać 
się we właściwych miejscach o właściwej porze. Choć nie tylko... 

Z drugiej strony jednak, była osobą na tyle sprytną i doświadczoną, że gdyby pra-

gnęła wyrządzić komuś krzywdę albo pokrzyżować czyjeś plany, z pewnością niczego 
by nie popsuła. Na szczęście, dzięki niech będą gwiazdom, przeciwnicy nie okazali się 
wystarczająco  inteligentni  i  nie  wszystko  toczyło  się  zgodnie  z  ich  planami.  Można 
było mówić o Marze Jade, co się chciało, ale trudno byłoby twierdzić, że nie jest kom-
petentna. 

background image

Roger MacBride Allen 

15 

I chyba właśnie to stało się ostatecznym argumentem. Nie - pomyślał Han widząc, 

że  korweta  Mary  znika  sprzed  dziobu  stożkostatku.  -  Przestań  się  zastanawiać.  Nie 
masz wyboru. Musisz zaufać tej kobiecie. 

Przyglądał się, jak rozmyty kadłub „Ognistej Jade" pojawia się na ekranie monito-

ra współpracującego z rufową kamerą kapsuły. Najwyższy czas, aby przestać myśleć o 
wszystkim  innym  i  skupić  całą  uwagę  na  bezpiecznym  sprowadzeniu  tej  balii  na  po-
wierzchnię. 

- Uważaj, Salculd, teraz wszystko zależy od ciebie - powiedział. - Pokaż, co potra-

fisz. 

- Pokażę - obiecała Selonianka. - Możesz być spokojny. - W tej samej chwili stoż-

kostatek zboczył z  kursu  i Salculd rozpaczliwie  chwyciła  drążek sterowniczy.  -  Prze-
praszam, przepraszam - rzekła. - Zbyt silna kompensacja stabilizatora. Już wszystko w 
porządku. 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to uspokoiło - mruknął Solo. 
Chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  odpiąć  pasów  ochronnej  uprzęży,  nie  zepchnąć 

istoty  z  fotela  pilota  i  samemu  nie  przejąć  sterów,  ale  po  namyśle  zrezygnował. 
Wszystkie urządzenia sterownicze i kontrolne przystosowano do rozmiarów i kształtów 
Selonianek, a na pokładzie było zbyt dużo dziwacznych rozwiązań technicznych i kon-
strukcyjnych. Dopóki naprawdę nic im nie groziło, chyba lepiej, żeby Salculd pozosta-
wała za sterami. 

Tymczasem  Selonianka  ponownie  pchnęła  dźwignię  przepustnicy  i  stożkostatek 

zaczął się jeszcze szybciej zbliżać do tarczy planety. Dobrze chociaż, że przedpotopowa 
łajba nie musiała lądować, korzystając jedynie z oporów tarcia, stawianych każdej lądu-
jącej  jednostce  przez  warstwy  atmosfery.  Na  szczęście,  dysponowała  silnikami,  które 
mogły dodatkowo zmniejszyć prędkość lądowania. Han miał nadzieję, że nie zawiodą. 
Co prawda, większość statków projektowano w taki sposób, aby mogły wytrzymać co 
najmniej jedno balistyczne lądowanie, ale  wątpił, żeby konstruktorzy jednostki pomy-
śleli o takiej ewentualności. 

Tymczasem widoczna w iluminatorze tarcza planety nadal rosła. W ciągu najbliż-

szych kilku minut Salculd powinna obrócić statek tak, by podstawa stożka skierowała 
się  ku  powierzchni,  a  silniki  pomogły  zmniejszyć  prędkość  wchodzenia  w  warstwy 
atmosfery. Zaczynała się najtrudniejsza faza lotu i właśnie tym Han martwił się najbar-
dziej. Wiedział, że kiedy stożkostatek zacznie zwalniać, stanie się najbardziej podatny 
na  wszelkie  zagrożenia.  Co  gorsza,  delikatna  i  niezwykła  konstrukcja  nie  stanowiła 
jedynego  niebezpieczeństwa,  jakie  umiał  sobie  wyobrazić.  Ktoś,  kto  ukrywał  się  na 
Selonii, wydał pilotom lekkich myśliwców szturmowych rozkaz startu i stoczenia walki 
z okrętami bakurańskiej floty. 

Co prawda, Bakuranie zniszczyli albo uszkodzili większość maszyn typu LMS, ale 

ten, kto dowodził seloniańskimi eskadrami, musiał mieć tyle zdrowego rozsądku, żeby 
pozostawić  co  najmniej  kilka  w  odwodzie.  Ponieważ  Drackmus  zapewniła  Hana,  że 
Nora Hunchuzuc nie dysponuje takimi myśliwcami, należało przypuszczać, że ktoś, kto 
poderwał je do lotu i rozkazał walczyć z Bakuranami, musiał wiedzieć o pojawieniu się 
w  przestworzach  niewielkiego  stożkostatku.  A  zatem  lądowanie  na  Selonii  mogło  się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

16 

okazać naprawdę  niebezpieczne. Han  spodziewał  się, że zostaną  zaatakowani.  Musiał 
pomyśleć, co w takiej sytuacji powinien zrobić. 

Gdyby przyszło co do czego, mógł liczyć na wsparcie i osłonę, jakiej zapewne nie 

odmówi mu pani kapitan „Ognistej Jade". Nie mógł jednak oczekiwać, że taka ochrona 
okaże  się  skuteczna.  Niewielki  stożkostatek  był  całkowicie  bezbronny...  a  co  gorsza, 
nie  dysponował  choćby najsłabszymi osłonami.  Nie  miał  najmniejszej rezerwy  mocy, 
żeby przesłać ją do systemów uzbrojenia, nawet gdyby zainstalowano chociaż jeden na 
pokładzie. To i tak zresztą nie miało znaczenia, ponieważ nie istniał żaden sposób, żeby 
zdemontować i przytwierdzić do kadłuba stożkostatku któreś z działek „Ognistej Jade". 
Han już kiedyś rozważał taką ewentualność i doszedł do przekonania, że to niemożliwe. 
Nie mógł nawet marzyć o tym, żeby odeprzeć ich atak w inny sposób, chyba że wychy-
liłby się ze śluzy i powitał napastników ogniem z ręcznego blastera. 

Potrafił sobie jednak radzić wtedy, kiedy niczym nie dysponował. Gwiezdny sta-

tek  -  nawet  tak  rozklekotany  -  mógł  spłatać  wrogom  niejednego  figla.  Jednak  tym  ra-
zem przede wszystkim musiał wymyśleć, jak się bronić. 

Rzecz jasna, czasami nie udawało się niczego przygotować. Czasami też, stając do 

walki z kimś lepiej przygotowanym i uzbrojonym, należało się liczyć z przegraną. Nie 
była  to  najprzyjemniejsza  perspektywa  dla  kogoś  lecącego  na  pokładzie  bezbronnej 
balii, będącej łatwym łupem. 

Han nie poczuł się ani odrobinę pewniej, kiedy kilka minut później Leia zasygna-

lizowała, że ktoś zamierza ich zaatakować. 

background image

Roger MacBride Allen 

17 

R O Z D Z I A Ł  

LĄDOWANIE 

Leia Organa Solo, przywódczyni Nowej Republiki, siedziała w sterowni „Ognistej 

Jade"  przy  konsolecie  nawigatora  i  przyglądała  się,  jak  stożkostatek  opada  w  stronę 
tarczy Selonii. Popełniła wielkie głupstwo, że pozwoliła Hanowi pozostać wewnątrz tej 
blaszanej puszki. Skoro jednak jej mąż uznał, że  ma  wobec Selonianek dług  wdzięcz-
ności, nic nie mogłoby go zmusić do opuszczenia pokładu stożkostatku. 

Właściwie w jaką grę wplątał się tym razem? Od czasu do czasu Leia musiała my-

śleć  nie  jak  żona,  ale  jak  polityk.  Nie  widziała  innego  sposobu,  w  jaki  Han  mógłby 
spłacić ów dług, ale nie miała wątpliwości, że Selonianki w coś go wciągały... a może 
wciągały także ją? Bardzo łatwo - zbyt łatwo - mogłoby się okazać, że oto Nowa Repu-
blika opowiada się po jednej albo po innej stronie w konflikcie, w którym nie powinna 
zajmować  oficjalnego  stanowiska.  Jeszcze  łatwiej  mogłaby  ulec  pokusie  i  zawrzeć 
przymierze z Norą Hunchuzuc... tym łatwiej, że należące do niej Selonianki chyba nie 
stawiałyby zbyt wielu warunków... 

- Poradzi sobie bez trudu, Leio - odezwała się nagle Mara. - Będziemy ich osłania-

ły, dopóki bezpiecznie nie wylądują. „Ognista Jade" potrafi zapewnić im lepszą osłonę 
niż mogłabyś przypuszczać. 

-  Słucham?  Ach,  tak  -  odrzekła  Leia  niepotrzebnie  zakłopotana.  Poczuła  upoko-

rzenie na myśl, że ze wszystkich ludzi, jakich znała, uspokajać ją musi właśnie ktoś taki 
jak  Mara  Jade.  Mara  podejrzewała,  że  Leia  martwi  się  losem  męża,  podczas  gdy  w 
rzeczywistości rozmyślała o politycznych aspektach obecnej sytuacji. Czyżby naprawdę 
była  taka  nieczuła?  Czy  możliwe,  że  do  takiego  stopnia  zapomniała  o  wszystkim  in-
nym, iż nawet Mara Jade bardziej niepokoiła się losem Hana? 

Z pewnością nie. Leia powiedziała sobie - bardzo stanowczo - że jednak stacją na 

coś więcej. Nie miała wyboru. Musiała myśleć o kilku sprawach naraz. Czy pomogłaby 
Hanowi, gdyby zamartwiając się jego losem zapomniała o niebezpieczeństwach, jakie 
mogą grozić wszystkim? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

18 

- Han umie sobie radzić w trudnych sytuacjach - powiedziała, starając się przeko-

nać nie tylko swoją towarzyszkę, ale i siebie. - Jeżeli on nie sprowadzi tej przeciekają-
cej balii na Selonię, chyba nikt inny nie zdoła dokonać tej sztuki. 

- Miejmy nadzieję, że się nie mylisz  - odparła niezbyt przekonującym tonem była 

przemytniczka. 

Jak  zawsze,  siedziała  w  fotelu  pierwszego  pilota  i  kierowała  „Ognistą  Jade"  ku 

powierzchni  planety.  W  pewnej  chwili  zmarszczyła  brwi  i  pociągnęła  ku  sobie  dźwi-
gnię ciągu. Korweta jeszcze bardziej zwolniła. 

- Jakieś problemy? - zainteresowała się Leia. 
Mara pokręciła głową, ale nie przestała się wpatrywać w dziobowy iluminator. 
- Nie jestem zachwycona, że musimy lecieć za stożkostatkiem. Ta Selonianka po-

winna  wziąć  dodatkowe  lekcje  pilotażu.  Jeżeli  jeszcze  raz  tak  raptownie  odetnie  do-
pływ energii do silników, dziób korwety wbije się w sam środek rufy stożka. 

- Czy nie możemy lecieć za nimi w większej odległości? - zapytała Leia. 
- Nie, jeżeli nie chcemy, żeby stracili kontakt wzrokowy z „Ognistą Jade" - odpar-

ła Mara. - Ich rufowa kamera holograficzna nie ma chyba żadnej rozdzielczości. I tak 
może dzielić  nas od nich zbyt duża odległość, żeby... płonące niebiosa, ona  naprawdę 
nie  zna  się  na  pilotowaniu  gwiezdnych  statków!  -  Mara  szarpnęła  drążek  sterowy  w 
prawo. - Zaczyna wykonywać manewr obrotu o wiele za wcześnie, i to bez wyłączania 
jednostki napędowej! Omal się o nich nie otarliśmy! 

Leia obserwowała, jak lecący nieporadnie stożkostatek zaczyna się obracać. Jego 

pani pilot zamierzała zwrócić go podstawą  ku powierzchni planety, by móc  wykorzy-
stać silniki napędu podświetlnego do wytracania prędkości podczas przelotu przez war-
stwy  atmosfery.  Z  każdą  chwilą  stawało  się  jednak  bardziej  oczywiste,  że  nie  radzi 
sobie  najlepiej  także  z  manewrowaniem.  Stożkostatek  szybko  pokonywał  odległość 
między  kolejnymi pułapami i zwalniał, ilekroć  Salculd chciała  go  obrócić  trochę  bar-
dziej. Tymczasem powinna była wykonywać oba manewry równocześnie, by jej statek, 
nie przestając tracić wysokości, cały czas płynnie się obracał w locie. Najgorsze jednak, 
że wykonując ów manewr, nie wyłączyła dopływu energii do jednostki napędowej. Leia 
całkiem nieźle opanowała trudną sztukę pilotowania gwiezdnych statków, ale dobrze by 
się zastanowiła, zanim wykonałaby ów manewr w ten sam sposób. 

Nie chcąc, by jej korweta roztrzaskała się o rufę stożkostatku, Mara zmuszona by-

ła  robić  uniki.  W  końcu  postanowiła,  że  jej  statek  pozostanie  w  tyle  w  odległości  co 
najmniej pięciu kilometrów. 

- I tak już niedługo zwrócą się dziobem do nas - oznajmiła. - Powinni nas widzieć 

całkiem znośnie. 

- Jeżeli będą mieli szczęście - odparła Leia powątpiewającym tonem. 
„Ognista  Jade"  dysponowała  pierwszorzędnymi  systemami  wykrywania,  dzięki 

czemu załoga mogła wyśledzić stożkostatek z odległości równej połowie średnicy kore-
liańskiego  systemu  planetarnego,  ale  urządzenia  seloniańskiej  kapsuły  były  tak  mało 
czułe, że Salculd mogła polegać tylko na swoich oczach. Leia spojrzała przez ilumina-
tor  korwety  i  z  trudem  zauważyła  nikły  punkcik  tam,  gdzie  unosił  się  stożkostatek. 
Pozostawał  prawie  niewidoczny  na  tle  skąpanej  w  blasku  słońca  część  tarczy  Selonii. 

background image

Roger MacBride Allen 

19 

Leia  zastanawiała  się,  czy  Selonianki  w  ogóle  widzą  w  czerni  przestworzy  niewielki 
czerwony punkcik kadłuba korwety. 

Tymczasem  Mara  Jade  przestała  spoglądać  przez  iluminator  i  skupiła  uwagę  na 

monitorach. Całe szczęście, że załoga przynajmniej jednego statku widzi drugi - pomy-
ślała Leia. Z pewnością wszystko się ułoży... 

-  Kłopoty!  -  wyrwała  ją  z  zamyślenia  towarzyszka.  -  Leio,  przygotuj  systemy 

uzbrojenia i generatory ochronnych pól. Pospiesz się! 

Leia  włączyła  urządzenia  i  tak  szybko,  jak  umiała,  przygotowała  je  do  pracy. 

Szybko sprawdziła, czy turbolasery i generatory osłon działają, jak powinny. 

-  Wszystkie  systemy  uzbrojenia  i  generatory  siłowych  pól  włączone  i  sprawne!  - 

zameldowała. - Co się dzieje? 

- Włącz zasilanie systemu śledzenia i sama mi powiedz - odparła Mara. - Na moni-

torach pojawiła się chmura świetlistych punkcików. 

-  To  lekkie  myśliwce  szturmowe  -  oświadczyła  Leia,  kiedy  zaczął  funkcjonować 

współpracujący z turbolaserami system śledzenia celów. - Podwójna eskadra; w sumie 
dwanaście maszyn. Nadlatują z prawej, z góry i od rufy. Musiały pozostawać wysoko 
na orbicie, zapewne nad samym biegunem. 

Nie przestając wpatrywać się w ekran nawigacyjnego monitora, Mara Jade pokrę-

ciła głową. 

-  Poradzimy  sobie  z  nimi,  ale  to  nie  będzie  spacerek.  Musimy  przecież  osłaniać 

stożkostatek. 

- Lecimy za daleko, żebyśmy mogły objąć go swoimi polami siłowymi - zauważy-

ła Leia. 

-  I  nie  zbliżymy  się  do  nich  -  oświadczyła  stanowczo  była  przemytniczka.  -  Nie 

zamierzam  ryzykować.  Nie  ufam  tej  pani  pilot.  Nie  mam  pojęcia,  jak  zachowa  się  w 
ogniu walki. Już dwukrotnie zwolniła tak raptownie, że omal się nie zderzyliśmy. Zbli-
żając się do nich, ryzykujemy życie. Najrozsądniejsze, co możemy zrobić, to osłaniać 
ich ogniem turbolaserów. Ile czasu zostało do kontaktu z myśliwcami? 

- Znajdą się w zasięgu strzału za jakieś trzydzieści sekund. 
- Przygotuj się do otwarcia ognia. 
- Nie! Zaczekaj! Musimy najpierw skorzystać z systemu łączności migowej, żeby 

uprzedzić Hana i Selonianki! 

-  Masz  na  to  dwadzieścia  pięć  sekund  -  odparła  Mara  stanowczym  tonem.  Leia 

uznała, że nie ma sensu się z nią sprzeczać. 

Sięgnęła  do  włącznika  świateł lądowania i  ustawiła dźwigienkę  w  takim położe-

niu, aby reflektory dawały się łatwo włączać i wyłączać. Przez pięć sekund zastanawia-
ła się, co powie, a potem przesłała ostrzeżenie trzykrotnie... raz za razem. 

- Gotowe - oznajmiła, wyłączając światła. 
- To dobrze - oświadczyła Mara. - Przygotuj się. Zaczynamy. 
 
Han  był  tak  pochłonięty  problemem  utrzymania  się  na  fotelu,  że  z  początku  nie 

zwrócił  uwagi  na  migoczące  światełko  lądowania,  które  nagle  pojawiło  się  nad  jego 
głową w dziobowym iluminatorze stożkostatku. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

20 

- Łagodnie i spokojnie, Salculd! - zawołał w pewnej chwili. - Nie tak raptownie! 
Dopiero po kilku sekundach zajął się rozpoznawaniem liter kodu migowego - nie-

łatwe zadanie, kiedy ktoś się szarpie w ochronnej uprzęży i kołysze z boku na bok ni-
czym  osaczony  banth.  Kłopot  w  tym,  że  odczytywać  litery  potrafił  kiepsko.  Miałby 
problemy ze zrozumieniem  treści przesyłanej informacji nawet  w normalnych  warun-
kach. Skupił się, żeby niczego nie przegapić. Dobrze chociaż, że nadając wiadomość, 
Leia  kończyła  każde  słowo  specjalnym  znakiem.  W  przeciwnym  razie  nigdy  nie  zro-
zumiałby, co chce mu powiedzieć. 

- B-A-N-D-Y- jakaś litera - jakaś litera - koniec słowa - mruczał do siebie. - Ban-

dy...?  Bandyci!  Doskonale!  -  Skoncentrował  się  na  zrozumieniu  następnego  słowa.  - 
Brakująca litera - Z - A - koniec słowa - brakująca litera - U-F-Y - koniec słowa - O-G-
N-I-S-T-E-J- koniec słowa - J-A... 

Nie zobaczył końca wyrazu, ponieważ stożkostatek zatoczył się w przestworzach 

jak pijany. Jednak zrozumiał całą wiadomość. Nadlatywali bandyci, to znaczy nieprzy-
jacielskie myśliwce. Miały się pojawić za rufą „Ognistej Jade". Możliwe, że ich piloci 
zawdzięczali to zwykłemu szczęściu, a może tak dobrze umieli korzystać z nadarzają-
cych  się  okazji,  ale  przystępowali  do  ataku,  kiedy  bezbronny  stożkostatek  mógł  paść 
najłatwiejszym łupem. 

Han  popatrzył  na  Selonianki.  Były  panicznie  przerażone...  choć  Salculd  jakby 

mniej  niż  Drackmus.  Przypomniał  sobie,  że  pani  pilot  nie  zna  basica.  Nie  musiał  jej 
zatem nic mówić na temat bandytów, dopóki nie odzyska panowania nad sterami. Był 
pewien, że Salculd nawet nie zauważyła przesłania wiadomości. To dobrze. Niech na-
dal pozostaje w nieświadomości i niczym się nie przejmuje. 

W końcu stożkostatek powoli, niechętnie skończył się obracać w locie. Przyjął po-

łożenie umożliwiające hamowanie, to znaczy skierował się podstawą ku tarczy Selonii. 
Lekko  wypukła  rufa  zwróciła  się  prawie  dokładnie  ku  powierzchni  planety,  ale  nie-
znacznie odchylała od pionu, tak by zwiększenie dopływu energii do silników umożli-
wiło również wytracenie momentu napędowego. 

Han  sprawdził  wskazania  przyrządów,  choć  miał  pewne  trudności  ze  zrozumie-

niem sensu umieszczonych obok nich nietypowych seloniańskich napisów. Okazało się, 
że chyba cudem Salculd zdołała osiągnąć odpowiednią prędkość na właściwej wysoko-
ści. 

- Dobrze, świetnie. Radzisz sobie po prostu doskonale - pochwalił ją Solo tak spo-

kojnie, jak potrafił. Prawdopodobnie do chwili ataku bandytów pozostawało nie więcej 
niż  kilka  sekund.  Mimo  to  ponaglanie  Salculd  graniczyłoby  z  samobójstwem.  Gdyby 
istota wpadła w jeszcze większe przerażenie, mogłaby zupełnie stracić panowanie nad 
stożkostatkiem.  -  Posłuchaj,  Salculd,  jest  jeszcze  jedna  sprawa  -  ciągnął  po  chwili.  - 
Doszedłem  do  wniosku,  że  najwyższy  czas,  żebyśmy  wypróbowali  nasz...  hmmm... 
plan obronny. Proszę cię, postaraj się  wprowadzić  statek w niezbyt szybki ruch  wiro-
wy... powiedzmy, jakieś trzy obroty na minutę. 

- Próba? - wybełkotała coraz bardziej przerażona Drackmus. - A powiedziałeś, że 

mamy tylko jedną szansę? 

background image

Roger MacBride Allen 

21 

Na szczęście Drackmus zwróciła się do niego, używając basica. Nadal istniała za-

tem szansa - jedna na milion - że młodsza Selonianka niczego się nie domyśla. 

-  Siedź  cicho  -  powiedział,  także  posługując  się  basicem,  i  dopiero  potem  prze-

szedł na  seloniański.  -  Proszę cię, czcigodna  Salculd, zechciej wprawić  statek  w ruch 
wirowy. Na wszelki wypadek upewnij się, że wszystkie systemy działają prawidłowo. 

Chwilę później zrozumiał, że Salculd mu nie wierzy... ale - przynajmniej na razie - 

jest skłonna udawać, że nie dzieje się nic niezwykłego. 

- Tak, tak - powiedziała. - Oczywiście. Wprowadzam stożkostatek w ruch wirowy. 
Powoli kadłub zaczął się obracać wokół osi, a  widoczne przed dziobem gwiazdy 

zatoczyły łuki i zniknęły, żeby ustąpić miejsca innym. Han usiłował wypatrzyć nadlatu-
jących  bandytów  przez  iluminator.  Próbował  także  dostrzec  „Ognistą  Jade".  Bezsku-
tecznie.  Nie  dostrzegł  niczego,  a  przecież  wiedział,  że  nadlatujące  zza  jej  rufy  lekkie 
myśliwce szturmowe są o wiele mniejsze niż korweta Mary Jade. Stożkostatek zaczynał 
się obracać coraz szybciej. 

- A teraz wyłącz inercyjne tłumiki, dobrze? - polecił cicho beztroskim tonem. 
Inercyjne tłumiki nie pozwalały, aby pasażerowie podróżujący na pokładzie zmie-

niającego prędkość gwiezdnego statku odczuwali więcej niż kilka procent przyspiesze-
nia.  Gdyby  pilot  jakiejkolwiek  jednostki,  lecąc  z  wyłączonymi  tłumikami,  usiłował 
przyspieszyć  do prędkości  światła  albo wytracić  ową  prędkość, ciała pasażerów prze-
mieniłyby się w krwawą galaretę. Nikt nie przepadał za wyłączaniem inercyjnych tłu-
mików... ale czasami trzeba było robić to, za czym się nie przepada. 

-  Jeżeli  nie  zdążymy  ponownie  włączyć  tłumików...  -  zaczęła  przerażona 

Drackmus. 

-  Będziemy  się  o  to  martwili  kiedy  indziej!  -  uciął  Han.  Doskonale  wiedział,  co 

może się stać, jeżeli urządzenie ulegnie awarii i nie da się włączyć. Pomyślał jednak, że 
najpierw wszyscy muszą przeżyć, żeby później móc przejmować się takimi problema-
mi. - Jeśli chcemy, żeby mój plan się powiódł, musimy mieć do dyspozycji siłę odśrod-
kową,  a  nie  zdołamy  jej  wykorzystać,  jeżeli  inercyjne  tłumiki  pozostaną  włączone. 
Wyłącz je! 

Salculd westchnęła, ale posłusznie wyciągnęła rękę i wyłączyła system. W tej sa-

mej chwili Han poczuł, że waży chyba trzykrotnie więcej niż zazwyczaj. Zrozumiał, że 
tłumiki  przestały  łagodzić  wpływ  siły  hamowania.  Sekundę  czy  dwie  później  odniósł 
wrażenie, że wskutek wirowania zaczyna tracić orientację. 

- Upewnij się, że wszystkie wewnętrzne klapy śluz są zamknięte i uszczelnione  - 

polecił młodszej Seloniance. 

-  Wszystkie  wewnętrzne  klapy  śluz  zamknięte  i  uszczelnione  -  zameldowała  jak 

echo Salculd. - Czcigodny Solo, czy naprawdę musimy... 

- Siedź cicho. Musimy. Przygotuj się do wykonania następnego rozkazu! Utrzymuj 

ciąg i nie schodź z kursu, chyba że wydam ci takie polecenie. 

Han skoncentrował się i postarał skupić uwagę na punkcikach gwiazd, wirujących 

w iluminatorze nad jego głową. Jeżeli chce, żeby jego plan się powiódł, musi być pe-
wien,  że  zrobi  wszystko  w  odpowiedniej  chwili.  Jak  jednak  mógł  określić  tę  chwilę, 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

22 

skoro niczego nie  widział? Pomyślał, że  może będzie  miał szczęście  i ktoś z  pokładu 
„Ognistej Jade" zasygnalizuje, że ma wolną drogę. 

A  może  się  obudzi  i  stwierdzi,  że  cała  podróż  na  Selonię  była  tylko  okropnym 

sennym  koszmarem? Och,  gdyby  mógł urzeczywistnić  swoje  marzenia... Uczynił jed-
nak  wszystko,  co  było  do  zrobienia.  Teraz  mógł  się  jedynie  uzbroić  w  cierpliwość. 
Jeżeli chciał się przekonać, jak to wszystko się zakończy, musiał czekać. 

 
-  Tylne,  górne  i  dolne  pola  osłon  nastawione  na  maksimum,  przednie  na  jedną 

czwartą  mocy  -  rozkazała  Mara.  -  Zmieniaj  ich  kształt  tak,  żeby  statkowi  nie  groziło 
niebezpieczeństwo. 

Leia ustawiła pokrętła zadajników generatorów ochronnych pól siłowych. 
- Pola ukształtowane zgodnie z rozkazem. 
- Doskonale - odrzekła Mara. - Utrzymuj turbolasery w stanie gotowości. Lecimy 

nadal tym samym kursem i z tą samą prędkością. Zachowujemy się tak, jakbyśmy nic 
nie  zauważyły.  Piloci  tamtych  myśliwców  nie  mają  pojęcia,  jaką  czułość  mają  nasze 
czujniki. 

Zapewne nigdy nie widzieli takich korwet, aleja dobrze znam maszyny typu LMS. 

Ich aparatura reaguje, ilekroć ma do czynienia z uzbrojonymi turbolaserami, ale czujni-
ki  nie  potrafią  wykryć  działających  generatorów  osłon.  Jeżeli  więc  będziemy  leciały 
nadal takim samym kursem i nie uzbroimy baterii turbolaserów, bandyci dojdą do prze-
konania, że ich nie widzimy. 

- Co nam to da? - zapytała Leia. 
-  Może  przelecą  obok  nas  i  otworzą  ogień  dopiero  wówczas,  kiedy  zbliżą  się  do 

stożkostatku.  Domyślam  się,  że  ten,  kto  wydaje  im  rozkazy,  zechce  wziąć  na  cel  nie 
nas, ale kapsułę Nory Hunchuzuc. 

- Ale Han... 
- Dzięki temu będzie bezpieczniejszy - dokończyła Mara, nie przestając spoglądać 

na  wskazania  przyrządów  i  mierników.  -  Zdołalibyśmy  poradzić  sobie  z  siedmioma, 
może  nawet  ośmioma  bandytami  naraz,  ale  nie  z  dwunastoma.  Nie  damy  rady,  jeżeli 
wszyscy zaatakują nas równocześnie. Jeśli jednak miną nas i polecą dalej, ujrzymy ich 
przed  dziobem.  A  kiedy  skupią  uwagę  na  stożkostatku,  staną  się  łatwym  łupem  dla 
naszych turbolaserów. Zestrzelimy trzy albo cztery maszyny, zanim piloci pozostałych 
zdołają  się  zorientować,  o  co  chodzi,  i  zawrócą,  żeby  podjąć  z  nami  walkę.  Trzeba 
ustawić  odpowiednio  nasze  systemy  celowania.  Jeżeli  nas  zaatakują,  odpowiemy 
ogniem.  Jeśli  nas  zignorują,  zaczniemy  strzelać,  kiedy  znajdą  się  w  odległości  trzech 
kilometrów. Zrozumiałaś? 

- Tak, ale... 
- Nie ma żadnych ale - ucięła Mara. - Albo ten statek walczy na warunkach, jakie 

mu dyktuję, albo w ogóle nie uczestniczy w walce. 

Leia znów się musiała poddać. Uznała, że Mara ma po prostu o wiele większe do-

świadczenie. 

- Jak chcesz - powiedziała. 
- Przygotuj się - rzekła Mara. - Nadlatują. 

background image

Roger MacBride Allen 

23 

Leia  nie  odrywała  wzroku  od  monitora  rufowych  detektorów.  Obserwowała,  jak 

maszyny typu LMS zbliżają się dokładnie od strony rufy. Z pewnością nieprzyjacielscy 
piloci  usiłowali  się  ukryć  w  martwej  strefie,  ciągnącej  się  bezpośrednio  za  silnikami 
napędu  podświetlnego.  Rzeczywiście,  starali  się  przemknąć  niezauważeni.  Nadlatując 
takim  kursem,  nie  ukazaliby  się  na  ekranach  rufowych  skanerów  większości  gwiezd-
nych statków. 

Kiedy lekkie myśliwce zbliżyły się jeszcze bardziej, ich wizerunki na ekranie tro-

chę się rozmyły - zapewne z uwagi na zakłócenia, wprowadzane przez działającą jed-
nostkę  napędową.  Leia  zamarła  w  napięciu,  kiedy  maszyny  znalazły  się  w  odległości 
dogodnej do oddania strzału. Kiedy śmignęły obok kadłuba „Ognistej Jade", trochę się 
odprężyła, pozostał jednak niepokój. Przecież piloci przelecieli obok niej tylko dlatego, 
żeby wziąć na cel jednostkę, którą leciał jej mąż. 

Ostatnie  myśliwce  przeleciały  obok  korwety  i  skierowały  się  ku  bezbronnemu 

stożkowi. 

- Stożkostatek! - zawołała nagle Leia. - Zaczyna wirować! Musieli odebrać nasze 

ostrzeżenie. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  pomysł  Hana  okaże  się  skuteczniejszy  niż  sądzimy  -  ode-

zwała się Mara. 

Nie była to najbardziej taktowna uwaga, nie było jednak czasu, żeby czynić Marze 

jakiekolwiek wyrzuty. 

- Pierwsze myśliwce znalazły się w odległości trzech kilometrów od nas  - zamel-

dowała Leia. 

- Otworzyć ogień - rozkazała Mara. 
-  Dopiero  kiedy  tamci  pierwsi  zaczną  strzelać!  -  sprzeciwiła  się  przywódczyni 

Nowej Republiki. - Może chcą nas tylko przestraszyć, a może otrzymali rozkaz eskor-
towania nas podczas lądowania. Nie wiemy tego i nie dowiemy się, ponieważ wszyst-
kie kanały są wciąż zagłuszane. 

- Niech będzie - zgodziła się Mara, ale ton jej głosu dowodził, że nie wyzbyła się 

wszystkich podejrzeń. - Możemy zaczekać aż... 

Nie  musiała  kończyć. Smuga laserowego światła, która  strzeliła z  działka  pierw-

szej maszyny, rozwiała wszelkie wątpliwości. Leia odbezpieczyła przygotowane wcze-
śniej automatyczne systemy celownicze i ustawiła je na myśliwiec, którego pilot pierw-
szy zaatakował bezradnie wirujący stożkostatek. 

 
- Nadlatują! - zawołał Han, nie pamiętając o tym, żeby przejść na seloniański. Na 

szczęście, Salculd i tak go zrozumiała. Spojrzała przez iluminator w górę na widoczne 
na niebie małe plamki i natychmiast zrozumiała, na co się zanosi. Pisnęła cicho. Powoli 
obracający się  stożek raptownie  zboczył z  kursu i  mało brakowało, a  wpadłby  w nie-
kontrolowany korkociąg. 

-  Spokój!  -  zagrzmiał  Solo.  -  Zmniejsz  dopływ  energii  do  wszystkich  silników. 

Zlikwiduj  siłę  ciągu  i  przygotuj  się,  żeby  na  mój  rozkaz  otworzyć  zewnętrzną  klapę 
śluzy. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

24 

-  Ogra...  ograniczam  dopływ  energii  do  silników  -  zająknęła  się  istota.  -  Gotowa 

do otwarcia klapy śluzy. 

-  Czekaj  na  mój  rozkaz  -  powtórzył  Han,  nie  spuszczając  z  oczu  nadlatujących 

myśliwców. Kiedy silniki przestały pracować, zniknęła siła ciążenia. Ponieważ inercyj-
ne tłumiki przeciążeń już jakiś czas nie działały, Han uświadomił sobie, że jest lżejszy 
niż piórko. Znał ludzi, którzy spędzili połowę życia w przestworzach, nie przebywając 
ani razu w stanie nieważkości. Dopiero teraz, kiedy nagle jego żołądek zaczął wypra-
wiać dzikie harce, lepiej rozumiał, dlaczego wcześniej nie rezygnował z ciążenia. 

Nie  było jednak czasu  na  żadne  rozmyślania. Na  niebie  zaroiło się  od nadlatują-

cych lekkich myśliwców szturmowych. 

- Bądź gotowa, Salculd - polecił młodszej Seloniance. 
Pilot najbliższej maszyny wystrzelił i strumień światła rozbryznął się na sterburcie. 

Stożek szarpnął się, jakby uderzony potężną pięścią. 

- To nic, to nic! - krzyknął Han, chociaż nie miał pojęcia, czy strzał nie spowodo-

wał jakichś uszkodzeń. - Wszystko w porządku. Przygotuj się do otwarcia klapy śluzy. 
Zaczekaj jeszcze, ale bądź gotowa... 

Poczwórne  dziobowe  działko  turbolaserowe  „Ognistej  Jade"  plunęło  strugami 

śmiercionośnego światła. Ogniste nitki przecięły niebo i pomknęły w kierunku myśliw-
ca atakującego stożkostatek. Jego pilot zapewne dostrzegł, na co się zanosi, gdyż prze-
rwał  atak  i  starając  się  uniknąć  trafienia,  gwałtownie  skręcił.  Świetliste  błyskawice 
przeleciały tuż obok kadłuba jego maszyny, ale w następnej sekundzie Leia jeszcze raz 
wzięła  nieprzyjacielską  jednostkę  na  cel  i  strzeliła.  Ochronne  pole  myśliwca  przejęło 
energię  strzału.  Chwilę  lśniło  i  migotało,  ale  niemal  natychmiast  uległo  przeciążeniu. 
Myśliwiec eksplodował, zamieniając się w ognistą chmurę. Płonęła sekundę czy dwie i 
szybko zgasła. 

Leia podała celowniczemu komputerowi współrzędne dwóch następnych celów, a 

potem przełączyła system śledzenia na sterowanie ręczne. Oznaczało to, że musi teraz 
sama korzystać z danych wyświetlanych na ekranie monitora. Pozostali piloci maszyn 
typu LMS nie zamierzali jednak dać się zaskoczyć. Ujrzawszy błysk eksplozji, natych-
miast  przesłali  całą  energię  do  generatorów  rufowych  pól  siłowych  i  widząc,  co  im 
zagraża,  zaczęli  wykonywać  uniki.  Uciekali  się  do  tak  skomplikowanych  manewrów, 
że zdołali przechytrzyć automatyczny system celowniczy. 

Ich  umiejętności  nie  wystarczyły  jednak,  żeby  wywieść  w  pole  przywódczynię 

Nowej Republiki. Nadal korzystając z systemu sterowania ręcznego, Leia wypatrywała 
kolejnych maszyn. Skupiła uwagę na tych, które krążyły najbliżej bezbronnego stożko-
statku.  Pochwyciła  jedną  w  krzyż  celowniczy  i  wystrzeliła.  Chwilę  później  płonące 
szczątki maszyny typu LMS poszybowały we wszystkie strony. 

W  tej  samej  sekundzie  pani  pilot  stożkostatku  wyłączyła  dopływ  energii  do  jed-

nostki  napędowej,  wskutek  czego  zaczęli  opadać  jak  kamień  ku  powierzchni.  Na  se-
kundę czy dwie odległość dzieląca ich od atakujących napastników nawet się zwiększy-
ła. 

Leia cicho westchnęła i pokręciła głową. Manewr nie był najlepszy, ale prawdo-

podobnie jedyny, na jaki Han mógł sobie pozwolić, lecąc taką starą balią. Nagle zau-

background image

Roger MacBride Allen 

25 
ważyła  na  ekranie  monitora,  że  w  przestworzach  wokół  stożkostatku  zaroiło  się  od 
małych metalowych przedmiotów. 

Jej  serce  ścisnęło  się  z  trwogi.  Czyżby  aż  tyle  szkód  wyrządził  ten  jeden  strzał, 

który trafił w kadłub stożka? Czyżby seloniańska kapsuła z Hanem na pokładzie rozpa-
dała się na kawałki na jej oczach? Nie chciała patrzeć na śmierć męża... Nagle jednak 
zauważyła, że coś dziwnego stało się z jedną z  maszyn typu LMS. Chwilę później to 
samo przydarzyło się drugiej i trzeciej. Im bardziej nieprzyjacielskie myśliwce zbliżały 
się  do  wirującego stożkostatku, tym częściej zbaczały z  kursu i tańczyły jak korki na 
powierzchni wody. Wyglądało na to, że jednostki napędowe dwóch pierwszych straciły 
moc, a na pokładzie trzeciego doszło do niewielkiej eksplozji. Leia wzięła na cel jedną 
z  maszyn,  której dotąd nic  się  nie  stało. Trafiła, zanim pilot zdołał wzmocnić  rufowe 
osłony,  i  natychmiast  zaczęła  się  rozglądać  za  nowym  celem.  Okazało  się,  iż  piloci 
pozostałych  maszyn  LMS  zrozumieli  aluzję  i  pogodzili  się  z  tym,  że  nie  są  mile  wi-
dzianymi  gośćmi.  Zrezygnowali  z  ataku,  zawrócili  i  jak  stado  spłoszonych  owadów 
rozpierzchli się we wszystkie strony. 

Tylko dlaczego, na płomieniste błyskawice... i nagle Leia zrozumiała. Oczywiście. 

Oczywiście. 

- Maro! - krzyknęła. - Jego sztuczka się powiodła! Zmień kurs i przestań lecieć za 

nimi! Pospiesz się! Zatocz łuk, oddal się na pięć albo sześć kilometrów i trzymaj z bo-
ku, a najlepiej - jeżeli zdołasz - postaraj się ich wyprzedzić. Jakiś czas nie będzie bez-
piecznie lecieć ich śladem. 

Uśmiechnęła  się  czując, że zalewają  fala  ulgi.  Powinna  była  się  domyślić, że jej 

mąż nie podda się bez walki. 

 
Han nasłuchiwał uważnie, kiedy w śluzie przestaną grzechotać, brzęczeć, łomotać 

i obijać się o ściany ostatnie metalowe przedmioty. Cierpliwie czekał, dopóki nie wy-
padną  w pustkę przestworzy. Rzecz jasna, w komorze śluzy nie było powietrza, które 
pozwoliłoby usłyszeć  te  dźwięki... ale  nie brakowało go po drugiej stronie,  wewnątrz 
stożkostatku, gdzie metalowe grodzie przekazywały każde drżenie. Fakt ten był dobrze 
znany  chyba  wszystkim  międzygwiezdnym  podróżnikom,  którym  zdarzało  się  zapo-
mnieć o zamocowaniu pozostawionych w śluzie metalowych przedmiotów. 

Kiedy  Han,  oprowadzany  przez  Salculd,  zwiedzał  pomieszczenia  stożkostatku, 

spędził kilka  godzin, myszkując po różnych zakamarkach. Wiedział  więc, gdzie Selo-
nianki trzymały najróżniejsze  - przeważnie zapomniane albo niepotrzebne  -  metalowe 
przedmioty. Przystępując do realizacji swojego planu, przeniósł do śluzy kubry wypeł-
nione po brzegi pościnanymi nitami, uszkodzonymi śrubami, nakrętkami i podkładka-
mi,  a  także  zużytymi  częściami  zapasowymi  i  innymi  trudnymi  do  zidentyfikowania 
metalowymi przedmiotami, które od wielu lat spoczywały porzucone i zapomniane  w 
najciemniejszych zakątkach ładowni. 

Kiedy wydał Salculd polecenie otwarcia zewnętrznej klapy śluzy, siła odśrodkowa 

wypchnęła  na  zewnątrz  wszystkie  te  metalowe  drobiazgi.  Wskutek  tego  w  przestwo-
rzach  utworzyła  się  chmura  śmieci,  dryfujących  dokładnie  przed  dziobami  nadlatują-
cych  maszyn.  Ich  piloci  ustawili  na  maksimum  rufowe  pola  ochronne,  zabezpieczając 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

26 

swoje myśliwce przed strzałami goniącej ich „Ognistej Jade". Oznaczało to jednak, że 
generatory dziobowych osłon działały, wykorzystując jedynie ułamek mocy. 

Nieprzyjacielskie  maszyny  musiały  się  zatem  przedzierać  przez  chmurę  małych 

metalowych przedmiotów, a ponieważ doganiający stożkostatek piloci lecieli z prędko-
ściami bliskimi tysiąca kilometrów na godzinę, nie był to najlepszy pomysł. 

-  Doskonale!  -  odezwał  się  Solo.  -  Odlecieli!  Ale  my  jeszcze  nie  skończyliśmy. 

Salculd, możesz włączyć zasilanie inercyjnych tłumików i zlikwidować to wirowanie. 

- Już się robi, czcigodny Solo! - odparła Selonianka. 
Po chwili kadłub stożkostatku przeniknęło dziwne drżenie. Inercyjne tłumiki pod-

jęły pracę i ciążenie wróciło. Niezgrabnie wirujący stożek niechętnie zwolnił i znieru-
chomiał... potem jednak się zaczął obracać w przeciwną stronę. Co gorsza, coraz szyb-
ciej i szybciej. 

- Salculd! - zawołał Han. - To nie jest najlepsza pora na żarty! 
- Nie żartuję, czcigodny Solo! - usłyszał w odpowiedzi. - Właśnie nastąpiła awaria 

systemu sterowania silnikami manewrowymi! 

- O nie! 
Han odpiął pasy ochronnej uprzęży, zeskoczył z fotela i zanurkował w stronę ka-

setki z głównymi wyłącznikami. Szarpnął wieczko, odsłonił wnętrze i pociągnął dźwi-
gnię  wyłącznika systemu sterowania silnikami manewrowymi. Siłę ciągu utraciły jed-
nak nie tylko silniki dotychczas wprawiające stożkostatek w ruch wirowy, ale i te, które 
dawały przeciwnie skierowaną siłę ciągu, dzięki czemu mogły zlikwidować wirowanie. 
Han zatrzasnął wieczko i powrócił na fotel. 

- Mam nadzieję, że wszyscy lubią wirowanie - odezwał się po seloniańsku. - Jakiś 

czas będziemy się czuli jak na karuzeli.  Salculd! Możesz zacząć przesyłać energię do 
głównych silników napędu podświetlnego... tylko proszę cię, łagodnie i powoli! 

- Rozkaz, czcigodny Solo! - odezwała się Selonianka. Sięgnęła do dźwigni ciągu i 

powoli zaczęła ją przesuwać. Han nie zauważył jednak ani nie wyczuł, żeby cokolwiek 
uległo zmianie. 

- Możesz to robić trochę szybciej, Salculd - powiedział. - Musimy przecież w porę 

zastopować. 

Istota spojrzała na Hana, a na jej twarzy ponownie zagościła panika. Han nie mógł 

mieć żadnych wątpliwości. 

- Brak aktywacji - oznajmiła Selonianka. - Inicjator silników nie reaguje na rozka-

zy. 

- To straszne! - zapiszczała Drackmus. - Wbijemy się w powierzchnię gruntu! 
- Jeżeli nie będziesz siedziała cicho, Drackmus, wyrzucę cię ze śluzy!  - zapowie-

dział  Han.  -  Salculd,  spróbuj  jeszcze  raz  -  dodał,  przechodząc  na  seloniański.  -  Naj-
pierw  upewnij  się,  że  energia  dopływa  do  wszystkich  elementów  systemów  napędo-
wych. 

- Przyrządy na pulpitach wskazują, że systemy energetyczne działają prawidłowo - 

oznajmiła Selonianka. - Wszystko powinno być w porządku, ale nie jest. 

-  Nie  bardzo  mi  pomogłaś  -  mruknął  Han,  ponownie  zeskakując  z  fotela.  -  Idę 

sprawdzić, co się stało! Próbuj dalej i nie wyłączaj interkomu! 

background image

Roger MacBride Allen 

27 

Podbiegł do drabinki wiodącej na dół i zsunął się na  niższy pokład. Natychmiast 

poczuł  dym.  Zrozumiał,  że  zanosi  się  na  tarapaty.  Poważne  tarapaty.  Widocznie  ten 
jeden strzał, który trafił w burtę stożkostatku, uszkodził jakiś podzespół systemu zasila-
nia. Pobiegł korytarzem i zatrzymał się przed pokrywą właściwego luku. Dzięki niech 
będą niebiosom, nie zapomniano o tym, żeby ją zamknąć i uszczelnić.  Cały kłopot w 
tym,  że  smażył  się  lakier,  którym  ją  pokryto.  Han  rzucił  okiem  na  przyrządy.  Jeżeli 
mógł im wierzyć, ciśnienie we wnętrzu luku tylko nieznacznie odbiegało od normalne-
go, ale miernik temperatury wskazywał wartość większą niż największa możliwa. Han 
zaczął  naciskać  guziki  umieszczone  obok  klapy  na  kontrolnej  tablicy,  aby  zmusić  do 
działania ukryte w środku luku miniaturowe zawory wyrównawcze. Urządzenia powin-
ny były zadziałać automatycznie. Gdyby wypuściły powietrze na zewnątrz, uniemożli-
wiłyby szerzenie się pożaru. Wyglądało jednak na to, że są zapieczone. 

Wprawdzie zawiodły systemy automatycznego sterowania, ale Han nie stracił na-

dziei, że zdoła przełączyć zawory wyrównawcze na sterowanie ręczne. Po chwili usły-
szał, że coś we wnętrzu luku brzęknęło i stuknęło. Rozległ się świst i syk, który z wolna 
ucichł, kiedy w przestworza uszło trochę powietrza. W tej samej chwili wirujący stożek 
zakołysał  się,  jakby  szarpnęła  nim  dłoń  olbrzyma.  Na  szczęście,  tłumiki  przeciążeń 
skompensowały wpływ asymetrycznie skierowanej siły i Han nie stracił równowagi. 

Odczekał minutę czy dwie, a potem, przyciskając inne guziki na kontrolnej tabli-

cy, zablokował  zawory  wyrównawcze. W pokrywie  luku  znajdował się ręcznie stero-
wany  zawór  bezpieczeństwa,  umożliwiający  wyrównywanie  ciśnień  w  pomieszcze-
niach po obu stronach klapy bez jej otwierania. Usuwając zabezpieczenia, Han sparzył 
palce  lewej  dłoni,  ale  w  końcu  zdołał  odchylić  klapę  luku.  Zakrztusił  się  i  omal  nie 
zemdlał, kiedy z wnętrza buchnął kłąb gorącego, gryzącego czarnego dymu. 

Zamknął klapę, zaczął się rozglądać po korytarzu i zauważył gaśnicę. Wisiała do-

kładnie  tam,  gdzie  powinna.  Zdjął  koszulę  i  owinął  wokół  lewej  dłoni,  a  potem  pod-
biegł do gaśnicy i sięgnął  po nią  prawą  ręką. Wrócił do klapy luku i chwycił ją  lewą 
dłonią, ale zauważył, że koszula zaczyna się tlić. Szarpnął za metalowe koło i, wstrzy-
mując oddech, otworzył klapę. 

Jego  twarz  owionął  strumień  gorącego  dymu.  Han  chwycił  oburącz  gaśnicę. 

Chciał być gotów na wypadek, gdyby dopływ porcji tlenu z korytarza podsycił płomie-
nie. Nie zamierzał dokonywać pospiesznych napraw urządzeń pokrytych grubą warstwą 
gaszącej piany, ale nie wiedział, czy nie zostanie do tego zmuszony. 

Pomyślał jednak, że i tak gruba warstwa piany w niczym nie pogorszy jego sytua-

cji. Stanął na wprost otworu, spojrzał w głąb... i poczuł, że serce zamiera mu z przera-
żenia. Inicjator po prostu przestał istnieć. Nie musiał się posługiwać gaśnicą. Wszystko, 
co mogło spłonąć, dawno się spaliło. Han spojrzał w dół, na dno luku, i zobaczył osma-
lone płyty pokładu. Inicjator usytuowano tuż przy pancerzu kadłuba. Wyglądało na to, 
że laserowy strzał, którym pilot myśliwca trafił w burtę stożka, wprawdzie nie prześwi-
drował pancerza kadłuba, ale niósł taką energię, że niewiele brakowało. Cały luk, mimo 
iż nadal gorący, teraz szybko się ochładzał. Oddając ciepło otoczeniu, stygnący metal 
kurcząc się trzeszczał i skowyczał. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

28 

Han  nie  zszedł  na  niższy  poziom,  aby  bezczynnie  się  przyglądać,  jak  przebiega 

proces  stygnięcia  ścianek  rozgrzanego  luku.  Myśl  -  nakazał  sobie.  -  Myśl  tak  szybko 
jak jeszcze nigdy w życiu. 

Projektanci stożkostatku wymyślili bardzo dziwny sposób włączania silników, któ-

ry przysparzał wielu kłopotów w początkowym okresie podróży. Nowoczesne jednostki 
napędowe  funkcjonowały  w  inny  sposób,  ale  inicjator  zainstalowany  na  pokładzie  tej 
dziurawej  balii  właściwie  pełnił  funkcję  potężnego  kondensatora.  Miał  gromadzić 
ogromne ilości energii, żeby później przekazać ją do silników i umożliwić im pokona-
nie granicy, po której przekroczeniu reakcja zachodziła samoczynnie. 

Rzecz jasna, ponieważ inicjator wyparował, silniki napędu podświetlnego nie da-

wały się włączyć. Han musiał je uruchomić. Po prostu musiał. Wiedział jednak, że na 
pokładzie tego muzealnego eksponatu nie znajdzie absolutnie niczego, w czym mógłby 
zgromadzić  tyle  energii,  żeby  wystarczyło  do  zainicjowania  reakcji.  Nawet  wówczas, 
gdyby przeciążył wszystkie możliwe... 

Chwileczkę... To było to. Tylko czy poskutkuje? Mało prawdopodobne, jeżeli na-

tychmiast nie zabierze się do pracy. 

Wirujący  stożkostatek  opadał  coraz  szybciej.  Kierował  się  ku  miejscu  na  po-

wierzchni Selonii, które już niedługo - po upływie kilkunastu minut, jeśli wcześniej nie 
spłoną  podczas  przedzierania  się  przez  atmosferę  -  przeistoczy  się  w  całkiem  miły, 
bardzo głęboki krater. Han  cofnął  się i spojrzawszy jeszcze raz w czeluść  luku, gdzie 
powinien tkwić inicjator, zamknął klapę. Gdzie na pokładzie tej balii mógł się znajdo-
wać zasobnik umożliwiający gromadzenie nadmiaru energii repulsorów? Nie było sen-
su  pytać  o  to  Salculd.  Istota  sprawiała  wrażenie  tak  przerażonej,  że  chyba  nie  miała 
pojęcia, gdzie dół, a gdzie góra. 

Na szczęście, kiedy Han pierwszy raz postawił stopę na pokładzie, oprowadziła go 

po  pomieszczeniach  stożkostatku  i  pokazała  wszystkie  zakamarki.  Han  odwrócił  się  i 
pobiegł korytarzem tam, skąd przyszedł. Bez trudu odnalazł na ścianie klapę właściwe-
go włazu. O dziwo większość połączeń wyglądała tak, jak na pokładzie niemal wszyst-
kich innych gwiezdnych statków. Przesunął dźwignię przełącznika w położenie „wyłą-
czony". Kabel. Musiał znaleźć kabel zasilania. Pokładowy  magazyn. Pamiętał, że  nie-
dawno  zabrał  stamtąd  wszystko,  co  mógł,  żeby  wrzucić  do  śluzy,  ale  chyba  musiał 
zostawić coś, co mogło się przydać w przyszłości. Popędził korytarzem w tamtą stronę i 
otworzył drzwi. 

Nie zostawił niczego, jeżeli nie liczyć ścian i pustych pojemników. Kilka chwil ci-

cho i dosadnie klął siebie i własną  głupotę, ale nie było czasu. Myśl. Myśl  - rozkazał 
sobie.  Pokładowe  systemy  podtrzymywania  życia...  regeneracji  powietrza  i  wody. 
Główny  kabel  zasilający  te  regeneratory.  Nie  było  sensu,  żeby  nadal  działały.  Jeżeli 
szybko nie zdobędzie gdzieś odpowiedniego przewodu, po upływie kwadransa wszyscy 
na pokładzie i tak zginą. 

Systemy regeneracji... którędy mógł biec  główny kabel obwodu zasilania? Gdzie 

mógł się znajdować wyłącznik? Tam! Trzeba odciąć dopływ energii i wyszarpnąć ka-
bel. Han pospieszył do głównej siłowni, otworzył klapę sporego włazu i przecisnąwszy 
się  przez  otwór, zanurkował do niewielkiego pomieszczenia. Nie  wszystkie  obwody i 

background image

Roger MacBride Allen 

29 

trasy kablowe miały oznaczenia, a te, o których nie zapomniano, opisano - rzecz jasna - 
po seloniańsku. Han miał pewne kłopoty, aby zorientować się, co jest czym i do czego 
służy. 

Tam! Jeżeli się nie pomylił w odczytywaniu napisów, ta listwa służyła do podłą-

czenia  zasilania  „głównego  urządzenia  dostarczającego  powietrze,  którym  dałoby  się 
oddychać"; tamta zaś innego, pozwalającego na „usuwanie z powietrza zanieczyszczeń 
uniemożliwiających przyjemne oddychanie". Możliwe, że brzmiało to trochę rozwlekłe, 
ale było wystarczająco zrozumiałe. Han odnalazł główne wyłączniki i odciął zasilanie. 
Usłyszał  jęk  i  skowyt  dmuchaw  i  wentylatorów  przerywających  pracę  w  różnych  po-
mieszczeniach  stożkostatku.  Wyszarpnął  końce  kabli  z  gniazd,  a  potem  wyciągnął 
przewody z prowadnic. Odnalazł następną etykietę z napisem: „Tu mieszczą się gniaz-
da  umożliwiające  dostarczenie  energii  do  potężnych,  znajdujących  się  dalej  inicjato-
rów". 

Wyciągnął  kable  odchodzące  od  zniszczonych  urządzeń  rozruchowych  i  zamiast 

nich podłączył pożyczone przewody, jeszcze niedawno zasilające obwody regenerato-
rów.  Wygramolił  się  na  korytarz  i  wyciągnął  kable.  Podziękował  niebiosom,  że  mają 
odpowiednią  długość.  Upewnił  się,  że  repulsory  są  wyłączone,  a  potem  wyszarpnął 
końce  kabli,  które  dochodziły  do  zasobnika  umożliwiającego  gromadzenie  nadmiaru 
energii. Na koniec dołączył to urządzenie do końców kabli, które pociągnął korytarzem. 

Cofnął się i jeszcze raz upewnił, że wszystko jest dobrze połączone. 
- W porządku - powiedział do siebie. - Powinno się udać. 
Odwrócił się,  podbiegł do drabinki i tak szybko, jak umiał,  wspiął się  na  pokład 

dowodzenia. 

 
 
- Coś się stało - rzekła Leia, nie odrywając spojrzenia od ekranu skanerów.  - Za-

miast  zastopować,  zaczęli  się  obracać  w  drugą  stronę.  I  nie  mogą  włączyć  silników 
napędu podświetlnego. 

-  Prawdopodobnie  tamto  trafienie  spowodowało  jakieś  poważne  uszkodzenia  - 

odezwała się Mara. 

- Czy nie możemy przycumować do nich i zabrać wszystkich z pokładu? - zapytała 

Leia. 

-  Nie  zdążymy  przed  ich  wejściem  w  górne  warstwy  atmosfery  -  oznajmiła  była 

przemytniczka. - Nie wystarczy nam czasu na taki manewr. A poza tym chmura meta-
lowych przedmiotów nadal leci za nimi z taką samą prędkością. Nakrętki i śruby mogą 
nas trafić i uszkodzić tak samo, jak przedtem uszkodziły myśliwce. 

-  Może  promień  ściągający?  -  zaproponowała  przywódczyni  Nowej  Republiki.  - 

Moglibyśmy włączyć generator i... 

- I co dalej? Stożkostatek nie jest dużo mniejszy niż ta korweta. Generator naszego 

promienia  nie  dysponuje  nawet  dziesiątą  częścią  mocy  koniecznej,  aby  ich  utrzymać. 
Gdybyśmy go włączyli, najprawdopodobniej okazałoby się, że to oni nas przyciągają, a 
nie na odwrót. Przykro mi, Leio. Nie możemy nic zrobić, żeby ich uratować. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

30 

Gdzieś w głębi serca Leia  wiedziała, że Mara ma rację. Czuła jednak, że nie po-

winna poddawać się bez walki. 

- Zbliż się na tyle, żeby nie wlecieć w chmurę metalowych przedmiotów, a potem 

zajmij  i  utrzymuj  pozycję,  która  pozwoliłaby  ci  ściągnąć  ich  na  pokład  -  rzekła  po 
chwili. 

- Posłuchaj, Leio. Naprawdę nie możemy dla nich... 
- Przypuśćmy, że na krótko odzyskają panowanie nad stożkostatkiem albo zmniej-

szą prędkość na tyle, że zdołają go opuścić - nalegała. - Musimy trzymać się w pobliżu, 
żeby ich uratować. 

Mara zawahała się, jakby coś rozważała. 
- Zgoda - powiedziała po chwili. - Jednak nie będziemy mogły utrzymywać takiej 

pozycji zbyt długo. Do chwili wniknięcia w górne warstwy atmosfery pozostało około 
pięciu minut, a kiedy się z nimi zetkniemy... no cóż, to będzie koniec. 

Leia doskonale o tym wiedziała. Pozbawiony ochronnych pól stożkostatek leciał z 

unieruchomionymi  silnikami.  Jego  pilot  nie  mógł  wytracać  prędkości  i  wcześniej  czy 
później statek musiał stać się meteorem. Gdyby nawet uniknął spłonięcia w warstwach 
atmosfery, roztrzaskałby się o powierzchnię. 

- Pozostanę tak blisko, jak się da - obiecała Mara - ale to nie potrwa długo. 
- Dziękuję - odrzekła Leia. 
Chociaż  usilnie  nalegała,  żeby  jej  towarzyszka  zmniejszyła  odległość  dzielącą 

korwetę  od  stożkostatku,  nie  wiedziała  właściwie,  dlaczego  tak  jej  na  tym  zależało. 
Jedynym  skutkiem,  jaki  mogła  osiągnąć,  było  przyglądanie  się  śmierci  męża  z  trochę 
mniejszej odległości. 

 
- Zmiataj stamtąd! - krzyknął Han do Salculd, zaledwie jego głowa wychynęła po-

nad płytę górnego pokładu. - Precz z fotela pilota! Przejmuję stery! 

- Ale...jakim prawem... 
- Nie mam czasu na  wyjaśnienia  - uciął Solo. Zatrzasnął i uszczelnił klapę włazu 

na  wypadek,  gdyby  przeżyli  na  tyle  długo,  by  się  martwić  się  ucieczką  powietrza  z 
wnętrza stożkostatku. - Muszę sam pilotować. Nie będzie czasu na to, żeby mówić, co 
powinnaś robić. Precz! Zmiataj z fotela! 

Salculd  usłuchała.  Odpięła  pasy  ochronnej  uprzęży,  zsunęła  się  z  fotela  pilota  i 

odmaszerowała w kąt kabiny. 

Han wskoczył na fotel i omiótł spojrzeniem tarcze wszystkich wskaźników. Ode-

tchnął z ulgą. Rezerwa energii repulsorów osiągnęła maksimum. 

- W porządku - powiedział. - Doskonale. Już włączam repulsory! 
Nastawił je na największy zasięg i skupienie. 
- Szlachetny Solo! - odezwała się Drackmus, przechodząc na basie. - Chyba wiesz, 

że repulsory nie są skuteczne na tak duże odległości. Działają dopiero wówczas, kiedy 
zbliżymy się do powierzchni planety przynajmniej na dwa kilometry! 

- Wiem o tym - odparł w tym samym języku Han. - Żeby właściwie pełniły swoje 

funkcje,  muszą  mieć  coś,  od  czego  mogłyby  odepchnąć  statek.  Lecimy  jednak  z  tak 
dużą prędkością, że napotkają spory opór górnych warstw atmosfery. Nie na tyle duży, 

background image

Roger MacBride Allen 

31 
żebyśmy zdołali wyhamować... ale wystarczy, aby rozpocząć przekazywanie energii z 
zasobnika gromadzącego jej nadmiar. 

- Jaką to nam przyniesie korzyść? - zaniepokoiła się starsza Selonianka. 
-  Odłączyłem  zasobnik  gromadzący  nadmiar  energii  repulsorów  i  przeciągnąłem 

kable  w  taki  sposób,  żeby  mógł  funkcjonować  jako  inicjator  głównej  jednostki  napę-
dowej. Na razie nadmiar energii gromadzi siew obwodzie zasilania repulsorów. Kiedy 
jej poziom osiągnie wystarczająco dużą wartość, prześlę ją prosto do silników napędu 
podświetlnego. 

- Co takiego? 
- Ręczny rozruch - oznajmił Solo. - Mam zamiar dokonać ręcznego rozruchu jed-

nostki napędowej. 

W sterowni zapadła głucha cisza. Dopiero kilka sekund później Drackmus wydała 

zduszony jęk i ukryła twarz w dłoniach. 

- Co się stało? - zapytała po seloniańsku Salculd. 
- Postanowiłem uruchomić silniki ręcznie, przekazując bezpośrednio do kolektora 

zniszczonego inicjatora nadmiar energii, która dotychczas gromadziła się w zasobniku 
repulsorów - wyjaśnił cierpliwie Han. 

- Przecież nadmiar energii może uszkodzić repulsory! 
- Uszkodzimy je jeszcze bardziej, jeżeli roztrzaskamy się o powierzchnię planety - 

odciął  się  Han.  -  Jeżeli  moje  rozwiązanie  okaże  się  nieskuteczne, a  ty będziesz  miała 
lepsze, pozwolę ci je wypróbować. A teraz się przygotuj. 

Pomysł był szalony i Han dobrze o tym wiedział. Popełniłby jednak jeszcze więk-

sze szaleństwo, gdyby siedział z założonymi rękami. Zapewne miał szansę nie większą 
niż jedna na milion, ale to i tak lepiej, niż gdyby nie miał jej wcale. 

Na miernikach obserwował, jak narasta poziom energii w zasobniku systemu zasi-

lania  repulsorów.  Im  więcej  się  jej  gromadziło,  tym  bardziej  rosło  prawdopodobień-
stwo, że Han zdoła uruchomić główną jednostkę napędową... jeśli nie przesadzi i silniki 
po prostu nie eksplodują. Im bardziej stożkostatek zbliżał się do powierzchni planety, 
tym  większy  opór  stawiały  warstwy  atmosfery  i  tym  szybciej  gromadził  się  nadmiar 
energii  w  zasobniku  repulsorów.  Z  drugiej  strony,  im  bardziej  się  zbliżali,  tym  mniej 
czasu  pozostawało  na  włączenie  silników  i  wykorzystanie  ich  siły  ciągu  do  hamowa-
nia... Han nie wiedział tylko, czy w ogóle jednostka napędowa da się uruchomić. 

Podejrzewał, że nawet maksymalna ilość energii, jaką zdoła zgromadzić w zasob-

niku  repulsorów,  może  nie  wystarczyć  do  włączenia  silników  napędu  podświetlnego. 
Oznaczało to, że ma tylko jedną szansę. Czyjego plan się powiedzie, czy nie, repulsory 
ulegną zniszczeniu, a wraz z nimi system gromadzenia nadmiaru energii i kto wie, ile 
jeszcze innych podzespołów na pokładzie stożkostatku. 

Han  zerknął  na  wysokościomierz  wskazujący  przybliżoną  odległość  od  po-

wierzchni Selonii. Zorientował się, że do spotkania z najwyższymi warstwami czegoś, 
co  mógłby  nazwać  atmosferą,  pozostawało  nie  więcej  niż  dwadzieścia  sekund.  Wie-
dział  jednak, że te  warstwy często pojawiały  się  nie  tam,  gdzie  człowiek się ich spo-
dziewał. Han i tak nie mógłby czekać ani chwili dłużej. Jeżeli repulsory się stopią, nie 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

32 

dostarczą  ani odrobiny  więcej energii,  którą  mógłby przekazać do silników  w zastęp-
stwie inicjatora. 

Miał zatem przed sobą niełatwe zadanie. Musiał wybierać między dwoma niebez-

pieczeństwami. 

Jeszcze raz rzucił okiem na wskazania wysokościomierza i miernika przyspiesze-

nia. Z każdą sekundą stożkostatek opadał coraz szybciej. Han zrozumiał, że nawet jeże-
li zdoła włączyć silniki, może nie mieć dość czasu, żeby wytracić prędkość, zanim sto-
żek zetknie się z powierzchnią gruntu. 

- Czcigodny Solo! - krzyknęła nagle Salculd. - Temperatura kadłuba zaczyna bar-

dzo szybko rosnąć! 

-  Atmosfera  pojawiła  się  odrobinę  wcześniej  niż  się  spodziewałem!  -  odkrzyknął 

Han. - Trzymaj się! Za chwilę spróbuję uruchomić te silniki ręcznie, a wtedy zobaczy-
my, co się stanie. 

Jedna szansa - powiedział sobie. - Będziesz miał tylko tę jedną szansę. Przez krót-

ką  jak  mgnienie  oka  chwilę  myślał  o  Leii.  Jego  żona  leciała  na  pokładzie  „Ognistej 
Jade"  i  nie  mogła  zrobić  nic,  by  mu  pomóc.  Pomyślał  także  o  trójce  dzieci...  W  tej 
chwili  przebywały  pod  opieką  Chewbaccy  i  Drala  Ebrihima,  ale  któż  mógł  wiedzieć, 
gdzie? Nie. Nie. Nie mógł zginąć. Oni wszyscy tak bardzo go potrzebowali. Jedna je-
dyna  szansa.  Nagle  kapsuła  zadygotała.  Spotkanie  z  kolejnymi,  gęstszymi  warstwami 
atmosfery  było  tak  nagłe,  że  z  wyeliminowaniem  wszystkich  wstrząsów  nie  poradziły 
sobie nawet inercyjne tłumiki. Jedna szansa. 

Han odczekał jeszcze sekundę. I nagle... 
Jednym  szybkim,  zdecydowanym  ruchem  szarpnął  rękojeść  dźwigni  przełączni-

ka...  Natychmiast  odczuł  paskudny,  przyprawiający  o  mdłości  wstrząs  kadłuba.  Rów-
nocześnie  chyba  po  wszystkich  pomieszczeniach  stożkostatku  przetoczył  się  basowy 
grzmot odległej eksplozji.  Zrozumiał, że  właśnie  stopiły  się  repulsory. Przez  chwilę  - 
długą jak cała wieczność - nic się nie wydarzyło. Potem jednak zapaliły się trzy lampki 
z napisami: „Teraz z całą pewnością włączył się podzespół jednostki napędowej". Han 
dysponował zatem trzema sprawnymi silnikami. 

Tylko trzema? Nie czterema? Widocznie kiedy w kadłub stożkostatku trafił strzał 

pilota  myśliwca,  jeden  uległ  zniszczeniu.  Prawdę  mówiąc,  Han  obawiał  się,  czy 
wszystkie silniki dadzą się uruchomić. Pomyślał jednak, że i tak może mówić o wiel-
kim szczęściu. Co prawda, miał jeden silnik mniej, niż się spodziewał, ale o trzy więcej, 
niż gdyby siedział z założonymi rękami. 

Ignorując  rady,  jakie  jeszcze  niedawno  sam  dawał  pani  pilot  Salculd,  przesunął 

dźwignię ciągu od razu do oporu. Nie miało sensu chronienie silników przed przeciąże-
niami.  Rozległ  się  głuchy  stuk  i  kadłub  stożkostatku  przeniknęło  gwałtowne  drżenie. 
Zamarło jednak, zanim zdążyło przerodzić się w coś gorszego. Han zrozumiał, że silni-
ki dały sobie radę. Wytrzymywały.... przynajmniej na razie. 

Rzucił okiem na tarcze mierników przyspieszenia, prędkości i wysokości, chociaż 

wskazaniom tego ostatniego nie mógł zbytnio ufać. O dziwo, wszystkie przyrządy wy-
wzorcowano w standardowych jednostkach, stosowanych w całej galaktyce. Na szczę-

background image

Roger MacBride Allen 

33 
ście, nikt nie pomyślał o tym, żeby posłużyć się dziwacznymi seloniańskimi nazwami, 
z którymi nigdy w życiu się nie spotkał. 

To  jednak,  co  zobaczył,  wcale  go  nie  uspokoiło.  Wiele  razy  lądował  na  różnych 

planetach i rozumiał, że ich kłopoty jeszcze się nie skończyły. Jeżeli szybko nie wymy-
śli sposobu, aby jeszcze bardziej wytracić prędkość lotu, może liczyć najwyżej na kon-
trolowane  wbicie się w powierzchnię gruntu. Zaryzykował i rzucił okiem przez ilumi-
nator. Ujrzał „Ognistą Jade" cały czas lecącą w pobliżu stożkostatku. Pomyślał, że Ma-
ra Jade musi być prawdziwym asem międzygwiezdnych przestworzy. 

Żałował, że nie dysponuje pewnym urządzeniem, które pomogłoby mu się zorien-

tować,  dokąd  leci.  Niestety,  stożkostatek  opadał  zwrócony  podstawą  ku  powierzchni 
planety, a rufowa kamera holograficzna widocznie uległa uszkodzeniu podczas manew-
rowania, ponieważ od pewnego czasu przestała przekazywać jakiekolwiek obrazy. 

Opór warstw powietrza zaczynał  zmniejszać  prędkość  obracania  się  stożkostatku 

wokół osi. Po pewnym czasie wirowanie zanikło całkowicie i pilotowanie kapsuły stało 
się łatwiejsze. Han pomyślał, że najwyższy czas, aby coś zaczęło ułatwiać mu pracę. 

Nie  odrywał  spojrzenia  od  tarcz  prędkościomierza  i  wysokościomierza  i  zrozu-

miał, że kłopoty się nie skończyły. Musiał jeszcze bardziej wytracić prędkość opadania. 
Był na to pewien sposób, ale nie pozbawiony wad. Sytuację pogarszało to, że statek nie 
miał sprawnych silników manewrowych. A zatem Han musiał utrzymywać go na kur-
sie, dokonując odpowiednich zmian ilości energii przekazywanych do każdego silnika. 
Nie było to łatwe, skoro musiał ciągle  wprowadzać korekty trajektorii lotu, spowodo-
wane  brakiem  czwartego  silnika.  Mimo  to  miał  nadzieję,  że  mu  się  uda.  Jeżeli  nadal 
będzie dopisywało mu takie szczęście... 

Zmniejszył  trochę  ilość  energii  dostarczanej  do  silnika  numer  trzy.  Stożkostatek 

natychmiast  się  szarpnął  i  zaczął  obracać  względem  powierzchni  Selonii.  Po  chwili 
kadłub  ustawił  się  pod  kątem  prawie  czterdziestu  pięciu  stopni.  Stożkostatek  nadal 
opadał, ale wierzchołek przestał celować pionowo w niebo. Jeżeli Han nie pomylił się 
w obliczeniach, na  kadłub działała  teraz  -  oprócz siły  hamowania  -  składowa  oporów 
aerodynamicznych,  dzięki  której  podstawa  stożka  działała  trochę  jak  powierzchnia 
płata nośnego. Niestety, stożkostatek zboczył z kursu. Najistotniejsze jednak, że każdy 
milimetr tego odchylenia zawdzięczał nadal energii gnającej go ku powierzchni Selonii. 

Kadłubem szarpało i trzęsło, ale dzięki temu statek wytracał jeszcze więcej ener-

gii. 

-  Czcigodny  Solo!  -  zaprotestowała  Drackmus,  starając  się  przekrzyczeć  łomota-

nie. - Zbaczamy z kursu i niedługo w ogóle przestaniemy opadać. Dokąd lecimy? 

- Nie mam najmniejszego pojęcia - odrzekł beztrosko Han. - Jeżeli jednak chcemy 

jeszcze bardziej zmniejszyć prędkość opadania, musimy zboczyć z kursu. 

- A jeżeli wylądujemy poza obszarem, którym włada moja Nora? 
- Wówczas będziemy  mieli poważny problem - przyznał Solo. Drackmus nie od-

powiedziała, ale  miała  rację. Lądowanie  po omacku na planecie  ogarniętej  wojną  do-
mową nie było chyba zbyt rozważne. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

34 

Han odrzucił tę myśl. W tej chwili musiał się martwić tylko sprowadzaniem balii 

na powierzchnię planety. Dopiero później będzie mógł się zastanawiać, gdzie wylądo-
wał. 

Sprawdził  wskazania  mierników.  Stożkostatek  nadal  opadał  jak  kamień...  ale 

odrobinę  zwalniał,  przecinając  warstwę  atmosfery  pod  mniejszym  kątem.  Co  więcej, 
temperatura  kadłuba  minimalnie  zmalała.  Han  pomyślał,  że  może  jednak  uda  mu  się 
dokonać tej sztuki. 
 

Jeszcze raz rzucił okiem na wskaźniki i pokręcił głową. Stożkostatek nie przesta-

wał opadać o wiele za szybko. Han pomyślał, że musi szybko coś zrobić, gdyż inaczej 
kapsuła wbije się w grunt z prędkością dźwięku. 

Niestety,  nie  znał  żadnego  innego  sposobu.  Musiał  po  prostu  nakłonić  silniki  do 

jeszcze większego wysiłku. Przez sekundę żałował, że dysponuje tylko trzema. Dlacze-
go czwarty nie chciał się włączyć? A może uszkodzeniu uległy tylko przewody łączące 
go  z  inicjatorem?  Może  silnik  mógł  funkcjonować  prawidłowo  i  udałoby  się  go  uru-
chomić, gdyby tylko dostarczyć mu odpowiednio duży impuls energii? Może dałoby się 
połączyć go równolegle z innymi? Teraz, kiedy trzy pozostałe byty włączone i praco-
wały,  może  dałoby  się  wykorzystać  część  ich  mocy  wyjściowej  w  celu  dostarczenia 
czwartemu energii umożliwiającej samoczynne funkcjonowanie? 

To się mogło udać. Han ograniczył moc silnika numer dwa i wykorzystując prze-

wody,  służące  kiedyś  do  współpracy  z  inicjatorem,  przesłał  pięć  procent  nadmiaru 
energii do czwartego. Chwilę później nacisnął guzik oznaczony: „Przyciśnięcie spowo-
duje, że silnik numer cztery zacznie funkcjonować". 

Piskliwe  zawodzenie, jakie  przedarło się  przez  harmider stuków i łomotów, dało 

się słyszeć w całej sterowni. Czwarty silnik zaczął się raz po raz włączać i wyłączać, a 
stożkostatek zakołysał się jak pijany. Na  moment zapalił się napis, że „czwarty silnik 
już  funkcjonuje  sprawnie".  Po  jakiejś  sekundzie  jednak  zgasł,  bo  silnik  się  wyłączył. 
Potem jeszcze dwa albo trzy razy zapalał się i gasł, a zapłonął na stałe dopiero wów-
czas, kiedy silnik zdecydował się podjąć normalną pracę. 

Cztery silniki. Han miał zatem do dyspozycji cztery sprawne silniki. Może jednak 

zdoła wylądować tak, aby nikomu na pokładzie nie stała się krzywda. Kolejny raz spoj-
rzał na wskazania przyrządów i poczuł, że na nowo ogarniają go wątpliwości. Do spo-
tkania  z  powierzchnią  gruntu  pozostawały  zaledwie  trzy  kilometry.  Han  uświadomił 
sobie, że jeżeli chce wylądować, musi jak najszybciej zlikwidować poziomą składową 
prędkości lotu. Zmieniając dopływ energii do poszczególnych silników, zamierzał ob-
rócić stożkostatek tak, żeby oś obrotu ustawiła się prostopadle do powierzchni gruntu. 

Zaobserwował, że w iluminatorze pojawił się i zaczął przesuwać brzeg tarczy Se-

lonii. Chwilę później przekonał się, że leci do góry nogami. 

Przesunął dźwignię przepustnicy w taki sposób, żeby wszystkie cztery silniki pra-

cowały pełną mocą. Później pchnął ją jeszcze dalej i trzymał w tym położeniu, aż wi-
doczna w iluminatorze tarcza planety przestała się kołysać z boku na bok i pospieszyła 
na  spotkanie  z  lądującym  stożkostatkiem.  Dopiął  swego.  Składowa  pozioma  zniknęła 
całkowicie albo pozostawała bardzo bliska zera. 

background image

Roger MacBride Allen 

35 

Jednak składowa  pionowa, skierowana  ku  powierzchni planety,  miała  wciąż bar-

dzo dużą wartość. Han wykonał kolejny manewr. Jeszcze raz obrócił stożek podstawą 
ku  powierzchni  gruntu.  Lecąc  pionowo  w  dół  i  spoglądając  w  niebo,  upewnił  się,  że 
wszystkie silniki pracują nadal pełną mocą. Nie mógł zrobić nic więcej. 

- Trzymajcie się! - zawołał po seloniańsku. - Nie odpinajcie pasów i przygotujcie 

się na najgorsze. To wcale nie będzie miękkie lądowanie! 

Na pulpicie kontrolnego panelu, wskazującego stan jednostki napędowej, zaczęty 

się  zapalać zielone  lampki.  Z każdą  chwilą pojawiało się  ich coraz  więcej. Na  pokła-
dach większości statków byłby to dobry znak... ale nie na pokładzie tej dziurawej balii. 
Selonianie takim właśnie kolorem oznaczali niebezpieczeństwo. Silniki byty przeciążo-
ne  i  ich  czujniki  sygnalizowały,  że  niedługo  może  dojść  do  katastrofy.  Han  miał  nie-
przepartą chęć obciążyć je jeszcze bardziej, ale widząc zielone światełka, zrezygnował. 
Nie było sensu przechodzić przez to wszystko tylko po to, żeby na wysokości półtora 
kilometra nad powierzchnią Selonii stożkostatek eksplodował. 

Może, może... Może prędkość została wytracona na tyle, że kapsuła rozbije się o 

powierzchnię,  ale  członkowie  załogi  przeżyją?  Han  odciął  dopływ  energii  do  wszyst-
kich innych pokładowych systemów  i podzespołów i przesłał  ją do generatorów iner-
cyjnych tłumików. Może wystarczy, jeżeli przekaże im całą energię, jaką dysponuje? 

I  to  byłoby  wszystko.  Absolutnie  wszystko.  Nie  zostawił  w  zanadrzu  żadnej 

sztuczki. Mógł jedynie lecieć dalej i przyglądać się, jak maleją cyferki na wyświetlaczu 
pokładowego wysokościomierza. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie wyląduje. Na-
wet gdyby mógł zerknąć w dół, na powierzchnię gruntu, nie zobaczyłby wiele. 

Jeszcze  kilometr.  Osiemset  metrów.  Siedemset.  Pięćset.  Czterysta.  Trzysta  pięć-

dziesiąt. Wielka szkoda, że nie można pomóc sobie repulsorami. Niestety, Han musiał 
je zniszczyć, kiedy starał się włączyć jednostkę napędową. Trzysta. Ciekawe, jaką do-
kładność ma ten wysokościomierz. Dwieście. Sto pięćdziesiąt. Jeszcze sto. Siedemdzie-
siąt  pięć.  Pięćdziesiąt.  Han  przygotował  się  na  zderzenie  z  powierzchnią  gruntu.  Siłą 
woli zmusił się, żeby nie zamknąć oczu. Zero. 

Minus dziesięć metrów. A zatem miernik nie okazał się zbyt dokładny. Każdy na-

stępny pokonany metr oznaczał jednak jeszcze ułamek sekundy, kiedy Han może wy-
korzystywać  siłę  hamowania  silników  stożkostatku.  Minus  dwadzieścia.  Minus  pięć-
dziesiąt... 

Łup!!! W tej samej chwili Han poczuł się tak, jakby na pierś skoczyło mu tysiąc 

oszalałych banthów naraz. Miał wrażenie, że plecy zagłębiają się w gąbkę, którą wyło-
żono  oparcie  fotela  pilota.  Drackmus  wrzasnęła  piskliwe.  Gdzieś  we  wnętrzu  stożko-
statku pękła z okropnym, rozdzierającym uszy trzaskiem dartego metalu jakaś przegro-
da. Chwilę potem rozległ się  narastający i opadający jęk dziesiątków alarmowych sy-
ren.  Umieszczony  w  dziobowej  części  kapsuły  iluminator  dziwnym  trafem  nie  pękł, 
dzięki czemu Han mógł nadal spoglądać w niebo, przysłonięte teraz kłębami pary, dy-
mu... i błota. 

Po chwili na niemal przezroczystą powierzchnię spadł istny grad brył gliny, mułu i 

miękkiej gleby. Han przestał cokolwiek widzieć. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

36 

Trzasnął  otwartą  dłonią  w  guzik,  żeby  uciszyć  wszystkie  sygnały  alarmowe,  ale 

zdumiał  się,  kiedy  zapanowała  prawie  zupełna  cisza.  W  kabinie  stożkostatku  słychać 
było jedynie ciche zawodzenie przerażonej Drackmus i odgłos brył mułu, zsuwających 
się po zewnętrznej powierzchni kadłuba. Han uświadomił sobie, że wylądowali  - i, co 
najważniejsze, przeżyli. Nagle usłyszał plusk, z jakim o kadłub uderzały krople wody. 
Niektóre zmyły - częściowo - warstwę błota i mułu z powierzchni dziobowego ilumina-
tora. 

Han rozpiął pasy ochronnej uprzęży i wstał z fotela, ale natychmiast stwierdził, że 

trzęsie się jak galareta. 

- Niewiele brakowało  -  mruknął chyba bardziej do siebie niż do kogokolwiek in-

nego. Pamiętał jednak o tym, żeby przejść na basie. - Chodźcie - dodał, tym razem po 
seloniańsku. - Musimy opuścić pokład. Może dojść do... 

Nagle urwał. Chyba zapomniał - możliwe, że tylko na krótko - co najmniej połowy 

słów seloniańskiej mowy. Po wszystkim, co mu się przydarzyło, uważał za prawdziwy 
cud, iż zachował tyle przytomności umysłu, że nie zapomniał, jak się nazywa. Nie wie-
dział  jednak,  jak  powiedzieć  po  seloniańsku  „wyciek  trujących  substancji",  „pożar" 
albo „zwarcie instalacji elektrycznej". 

-  Czegoś  niedobrego  -  podjął  po  dłuższej  chwili.  -  Na  pokładzie  może  dojść  do 

czegoś niedobrego. Powinniśmy się pospieszyć. 

Obie Selonianki, wyraźnie wstrząśnięte, zsunęły się z foteli, a potem podążyły za 

Hanem. Zeszły po drabince na niższy pokład i skierowały się do głównego włazu. Han 
przycisnął guzik, co zazwyczaj powodowało otwarcie klapy, ale nie zdziwił się, kiedy 
nic  się  nie  wydarzyło.  Statek,  którym  lecieli,  ryzykując  życie  -  i  na  którego  ocaleniu 
Norze  Hunchuzuc  tak  bardzo  zależało  -  był  właściwie  stertą  złomu.  Bezużytecznym 
wrakiem.  Han  uklęknął  i  zaczął  manipulować  przy  panelu  umożliwiającym  ręczne 
otwieranie klapy włazu. Zdjął pokrywę panelu i zaczął kręcić korbą. Klapa się odchyli-
ła, ale zanim otworzyła się na tyle, by pasażerowie mogli opuścić pokład stożkostatku, 
dwukrotnie się zacięła. Han zdecydował, że wyjdzie pierwszy. Wychylił głowę i rozej-
rzał się dokoła. 

Wyglądało na to, że stożkostatek wylądował mniej więcej pośrodku płytkiego ba-

jora albo stawu. Wysuszył prawie całą wodę, która zamieniła się w parę. Na dnie stawu 
nie pozostało ani trochę  wody, nie licząc  mniejszych i większych kałuż. Tu i ówdzie, 
intensywnie parując, wysychały resztki mułu. Zapewne oddawały ciepło, jakie pobrały 
podczas lądowania stożkostatku. 

Okazało się, że jest piękny, wiosenny dzień. Najbliższą okolicę stawu pokrywały 

plamy wilgotnego błota i mułu, ale już nieco dalej ciągnęły się malownicze łąki, wzgó-
rza i lasy. Wywierało to absurdalne, niesamowite wrażenie, jakby z krajobrazem stało 
się coś strasznego. 

Podstawa stożka wbiła się na głębokość co najmniej metra w miękki muł dna bajo-

ra. Dzięki temu dolna krawędź włazu, usytuowana na wysokości półtora metra od pod-
stawy, znalazła się tuż nad ziemią. Han usiadł na krawędzi, przełożył nogi na zewnątrz i 
zeskoczył.  Natychmiast  zapadł  się  po  kostki  w  ciepły,  miękki  muł.  Wyciągnął  lewą 

background image

Roger MacBride Allen 

37 
stopę, przy okazji omal nie gubiąc buta, i postawił ją tak daleko od kadłuba statku, jak 
się dało. 

Rozchlapując muł i resztki wody, zaczął brnąć ku brzegowi. Nagle ujrzał stojącą 

na  brzegu  Selonianka.  Wyglądało  na  to,  że  istota  jest  starsza  niż  Drackmus.  Jej  ciało 
porastała siwiejąca ciemnobrązowa sierść, a w spojrzeniu kryła się dezaprobata. 

- To stożkostatek Nory Hunchuzuc, czyż nie tak? - zapytała, przyglądając się, jak z 

wnętrza gramolą się obie Selonianki. 

- To prawda - odrzekł trochę zirytowany Han, człapiąc ku brzegowi. Właśnie tak 

zachowywali się Selonianie. Przed każdym mógł awaryjnie lądować gwiezdny statek i 
jak istoty reagowały? Nie okazywały zdumienia, przerażenia ani zaciekawienia. Żadne-
go: „Cześć, jak się macie?", „Ledwo uszliście z życiem" ani „Czy nie stało się wam coś 
złego?" Nic takiego. Pierwszą rzeczą, o jaką pytali, była nazwa Nory, z której pocho-
dzili rozbitkowie. 

- Hmmm - odparła siwiejąca Selonianka. - To kraina Nory Chanzari. My także być 

Republikanistki, sprzymierzeńcy Nory Hun.. . 

- To dobrze - odparł nieco obcesowo Han. - Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę. 
Kiedy dotarł do brzegu, z trudem  wygramolił  się  na  suchy grunt.  Dopiero  wów-

czas pozwolił sobie na kilka chwil odpoczynku. 

Starsza  istota  przeniosła  spojrzenie  na  stożkostatek  i  pokręciła  głową  z  niesma-

kiem. 

- Ach, te stożkostatki... - odezwała się szyderczym tonem. - Istoty z Nory Hunchu-

zuc chyba muszą mieć niedobrze w głowach. Wszyscy wiedzą, że Selonianie nie latają 
w przestworzach. 

Han obdarzył istotę udręczonym spojrzeniem i nie mówiąc ani słowa, przez kilka 

długich chwil nie przestawał się w nią wpatrywać. 

- Wiesz co? - odezwał się w końcu. - Właśnie sam się o tym przekonałem. 
Odwrócił się plecami do nieruchomego stożkostatku i potykając się co kilka kro-

ków, ruszył ku skrajowi lasu. Właśnie tam - statecznie, spokojnie i powoli - podchodzi-
ła do lądowania „Ognista Jade". 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

38 

R O Z D Z I A Ł  

U ŹRÓDŁA 

Tendra Risant siedziała na fotelu pilota w sterowni „Szarmanckiego Gościa" i za-

stanawiała  się, czy wszystko się  ułoży zgodnie z jej planem. Jeśli w ogóle cokolwiek 
mogło pójść po jej myśli. Spełniła swoje zadanie, choć właściwie nie zrobiła nic nad-
zwyczajnego.  Ot,  posłużyła  się  nadajnikiem  radionicznym,  by  powiadomić  Landa,  że 
na obrzeżach sakoriańskiego systemu planetarnego zbierają się okręty tajemniczej floty. 
O fakcie tym dowiedzieli się także przyjaciele Landa i może uznali, iż to coś ważnego. 
Tendra  wiedziała,  że  Lando  żyje,  i...  no  cóż,  ucieszyła  się,  że  przyleciał  do  systemu 
Korelii. 

Nic  jednak  nie  mogło  zmienić  faktu,  że  czuła  się  jak  uwięziona.  Zdawała  sobie 

sprawę, że nikt nie może jej przyjść z pomocą. Spojrzała przez dziobowy iluminator na 
jaskrawo świecący punkt Korela. Pomyślała, że jeżeli to interdykcyjne pole nie zanik-
nie, upłynie  kilka  miesięcy, zanim zdoła  dokądś dolecieć. Wiedziała, że jej ofiara  nie 
pójdzie  na  marne.  Najprawdopodobniej  ocaliła  życie  istot,  wielu  istot...  może  nawet 
samego Landa Calrissiana. 

Nie mogła jednak znieść myśli, że jeszcze co najmniej kilka miesięcy musi się tu-

łać sami utka jak palec na pokładzie „Szarmanckiego Gościa". 

Na szczęście, towarzysze Landa, z którymi przebywał na pokładzie bakurańskiego 

okrętu, poprosili ją, aby przesłała im więcej informacji. Nie bardzo wiedziała, co jesz-
cze może im ujawnić, włączyła jednak nadajnik radioniczny i przygotowała go do pra-
cy. 

Artylerzyści bakurańskiego lekkiego krążownika wystrzelili trzykrotnie z dziobo-

wej baterii turbolaserów, za każdym razem trafiając jeden kieszonkowy patrolowiec. 

- Bardzo dobrze - odezwał się admirał Hortel Ossilege. - Proszę wstrzymać ogień, 

a potem wyłączyć zasilanie i ustawić turbolasery w położeniu spoczynkowym. Proszę 
się również upewnić, że nasi przyjaciele są zorientowani, co robimy. Udowodniliśmy, 
że potrafimy niszczyć ich maszyny, kiedy zechcemy. Teraz zapraszamy ich, żeby odle-
cieli. Przekonajmy się, czy piloci tych maszyn typu KP zrozumieją, że uprzykrzymy im 
życie, jeżeli nie odlecą. 

background image

Roger MacBride Allen 

39 

Rozsądna  taktyka  -  pomyślał  Luke  Skywalker,  chociaż  nie  sprawiał  wrażenia 

uszczęśliwionego.  Możliwe,  że  demonstracja  przygniatającej  siły  powinna  przekonać 
pozostałych przy życiu obrońców, że lepiej byłoby wycofać się z pola walki. Przecież 
szansę  garstki  myśliwców  w  walce przeciwko  „Intruzowi" i dwóm innym równie  po-
tężnym  okrętom,  „Obserwatorowi"  i  „Obrońcy"  -  a  także  pilotom  ich  maszyn  -  były 
bliskie zera. 

Z drugiej strony, kiedy Rebelianci walczyli przeciwko Imperium, zwyciężali, mi-

mo że ich szansę były równie nikłe. Luke wiedział więc, że tym, co ogromnie pomaga-
ło, były zapał i chęć do walki, dobra broń, sprawny wywiad... i odrobina najzwyklej-
szego szczęścia. Jeżeli ktoś przystępował do walki, nie istniało nic takiego jak pewność 
zwycięstwa. 

Mistrz Jedi stał na mostku „Intruza" obok admirała Ossilege'a. Jak zawsze, kiedy 

w  czymkolwiek  zgadzał  się  z  dowódcą  bakurańskiej  floty,  czuł  się  trochę  nieswojo. 
Zerknął ukradkiem na Landa Calrissiana, stojącego po drugiej stronie Bakuranina. Wy-
raz twarzy przyjaciela powiedział mu, że i ciemnoskóry mężczyzna odczuwa taki sam 
niepokój. Admirał obrał słuszną taktykę... może trochę nazbyt ostrożną, ale niewątpli-
wie słuszną. Siły nieprzyjaciela stopniały do najwyżej dwudziestu kilku kieszonkowych 
patrolowców. Niszczenie wszystkich, jednego po drugim, po prostu nie miałoby sensu. 
A zatem im szybciej Ossilege zdoła przekonać pilotów, że powinni się wycofać i zre-
zygnować z dalszej walki, tym pewniej uniknie strat i tym szybciej będzie mógł przy-
stąpić do realizacji następnej części planu. 

Bakuranin  postępował  bardzo  rozsądnie  i  ostrożnie,  tyle  że  Ossilege  nigdy  do 

ostrożnych nie należał. Dlatego Luke miał przeczucie, że chodzi o coś wręcz przeciw-
nego. Coś szaleńczo śmiałego, niespodziewanego i zuchwałego. Ossilege słynął z tego, 
że lubił przesadnie ryzykować. Ilekroć zatem postępował ostrożnie, jak gdyby się cze-
goś obawiał,  można  było  mieć  pewność, że przygotowuje  się  do podjęcia  ogromnego 
ryzyka. 

A może strata „Strażnika" rzeczywiście spowodowała, że Bakuranin nagle stał się 

taki rozważny? Ossilege był niski, żylasty i lubił się ubierać w biały mundur, ponieważ 
właśnie na tle bieli najlepiej mieniły się wszystkie wstążki, naszywki i odznaki. Spra-
wiał wrażenie oschłego, zarozumiałego i małostkowego mężczyzny, który nie ma cier-
pliwości do nikogo i niczego. Wyglądał jak karykatura admirała... Luke jednak jeszcze 
nigdy nie spotkał tak kompetentnego, upartego i bezlitosnego dowódcy floty. Zapewne 
nikt, kto miał okazję przebywać w towarzystwie admirała Ossilege'a, nie mógł się czuć 
spokojny ani odprężony. 

Rzecz  jasna,  widząc  przez  iluminator  wielką  i  groźną  stację  Centerpoint,  Luke 

czułby się trochę nieswojo nawet wówczas, gdyby „Strażnik" nie został zniszczony. 

- Odlatują - odezwał się Lando, pokazując chmurkę maleńkich iskierek, wylatują-

cych z hangarów stacji Centerpoint. - Chyba doszli do wniosku, że nic przeciwko nam 
nie wskórają. 

- A może tylko się upewnili, że nie zdołamy wyrządzić ich stacji żadnej krzywdy? 

-  odrzekł  Ossilege.  -  Roztropny  taktyk  zazwyczaj  wycofuje  się  z  pozycji,  której  nie 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

40 

może obronić, w nadziei, że ocali swoich podkomendnych. Z drugiej strony, roztropny 
taktyk nie rzuciłby własnych sił do walki przeciwko niezwyciężonemu przeciwnikowi. 

-  Co  ma  pan  na  myśli?  -  zainteresował  się  mistrz  Jedi.  Ossilege  wskazał  stację 

Centerpoint. 

- lekceważymy nieprzyjacielskie maszyny, ponieważ są takie małe w porównaniu 

z naszymi okrętami. Nasze jednostki są jednak o wiele mniejsze od stacji Centerpoint. 
To właśnie  gdzieś tam  kryje  się źródło energii zasilającej urządzenie, które  wytwarza 
obejmujące cały system interdykcyjne pole. Kto wie, jakie jeszcze kryje niespodzianki? 

- Nikt nie wie - odezwał się Lando. - i myślę, że powinniśmy być przygotowani na 

spotkanie z owymi niespodziankami. Wątpię, by okazały się przyjemne. 

W tej samej chwili zza  ich pleców  wytoczył się  i znieruchomiał przed Calrissia-

nem niewielki automat. 

- Oto jedna z tych niespodzianek - mruknął śniadolicy mężczyzna. - Słucham, o co 

chodzi? 

-  Najmocniej  pana  przepraszam,  ale  pani  porucznik  Kalenda  chciałaby  porozma-

wiać z panem i mistrzem Skywalkerem. Właśnie  Źródło T przesłało nam nowe infor-
macje. 

Lando spojrzał na Luke'a. Nie ukrywał, że jest zaniepokojony. 
- Powinienem  się  ucieszyć  -  powiedział.  - Obawiam  się jednak, że nie  nawiązała 

łączności radionicznej tylko po to, żeby z nami pogawędzić. - Odwrócił się do robota. - 
Prowadź nas - rozkazał. 

 
Źródło T oznaczało, rzecz jasna, Tendrę Risant. Lando i Luke poznali młodą ko-

bietę,  kiedy  przylecieli  na  jej  rodzinną  planetę,  Sakorię  -  jeden  z  tak  zwanych  „Ze-
wnętrzniaków", usytuowany na obrzeżach koreliańskiego sektora. Zaraz potem, gdy się 
z nią spotkali, przedstawicielki miejscowych władz kazały się obu mężczyznom wyno-
sić z Sakorii. 

Podążając  za  usłużnym  robotem  do  ośrodka  łączności,  Lando  zastanawiał  się  - 

zresztą  nie  pierwszy  raz  -  jak  Tendra  by  zareagowała,  gdyby  się  dowiedziała,  jak 
śmieszny i pompatyczny pseudonim  nadali jej funkcjonariusze bakurańskiego  wywia-
du. Źródło T... Zapewne by się roześmiała. 

Ciemnoskóry  mężczyzna  odwiedził  Tendrę,  kiedy  przemierzając  galaktykę,  roz-

glądał  się  za  zamożną  niewiastą,  która  zechciałaby  zostać  jego  żoną.  Młoda  kobieta 
okazała  się  wystarczająco  bogata,  żeby  mógł  ją  uważać  za  odpowiednią  kandydatkę. 
Istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że byłaby dobrą żoną. Niestety, nie prze-
bywali w swoim towarzystwie na tyle długo, by się lepiej poznać. 

I choć nie mieli dość czasu, żeby zapałać do siebie gorącym, głębokim uczuciem, 

oboje  od pierwszej chwili poczuli,  że połączyło ich coś  niezwykłego... coś  w rodzaju 
silnej więzi duchowej, która mogła się kiedyś przerodzić w coś poważniejszego  - pod 
warunkiem, że taką szansę da im bezlitosny wszechświat. 

O ile Lando mógł się zorientować, Tendra się dowiedziała, a może zaobserwowa-

ła, że na obrzeżach jej systemu gromadzą się okręty jakiejś floty. Zapewne powiązała 
ten fakt z ograniczaniem obywatelskich swobód, jakie ostatnio obserwowała w swoim 

background image

Roger MacBride Allen 

41 
świecie, i  uznała, że  musi o tym powiadomić  Landa  Calrissiana. Wyglądało na  to, że 
dążąc do wytyczonego celu, zdobyła jakimś cudem gwiezdny statek, a potem przekupi-
ła sakoriańskich urzędników portowych i celników. Lecąc jednak na spotkanie z Lan-
dem, zderzyła się z czołową falą interdykcyjnego pola. 

A zresztą jej plany nie mogłyby zostać uwieńczone powodzeniem, gdyby nie jesz-

cze jedno... Zanim Lando odleciał z Sakorii, pozostawił Tendrze zestaw, składający się 
z radionicznego odbiornika i nadajnika. Zestaw taki umożliwiał nawiązywanie łączno-
ści dzięki temu, że wykorzystywał inny sposób i inne częstotliwości przesyłania sygna-
łów niż standardowe komunikatory. Wysyłał falę elektromagnetyczną o częstotliwości 
należącej do pasma radionicznego, a przesyłana informacja modulowała tę falę w spe-
cyficzny sposób. Oznaczało to, że sygnały radioniczne były absolutnie niewrażliwe na 
obejmujące cały koreliański system zagłuszanie, które uniemożliwiało łączność za po-
mocą komunikatorów. Co więcej, nikt, kto korzystał z komunikatorów, nie był w stanie 
ani wykryć, ani zrozumieć informacji przesyłanych za pośrednictwem urządzeń radio-
nicznych. 

Wadą  takiej  łączności  było  jednak  to  samo,  co  dotyczyło  wszystkich  innych  fal 

elektromagnetycznych.  Fale  umożliwiające  łączność  za  pomocą  radioniki  mogły  się 
rozchodzić  najwyżej  z  prędkością  światła.  A  zatem  wszelkie  wiadomości  przesyłane 
między Tendra  a  Calrissianem  -  i  na  odwrót  -  pełzły z  prędkością  światła,  w  wyniku 
czego stawały się bardzo podatne na wszelkie zniekształcenia. 

Młoda  kobieta  nadal  podróżowała  na  pokładzie  „Szarmanckiego  Gościa".  W  tej 

chwili mały tramp unosił się gdzieś w okolicach obrzeży koreliańskiego systemu plane-
tarnego i kierował się ku środkowi bardzo powoli... na pewno dużo, dużo wolniej niż 
światło. Dotarcie wiadomości do Landa mogło zająć wiele długich godzin, ale na zoba-
czenie się z nim Tendra musiała czekać co najmniej kilka miesięcy... 

Chyba że ktoś wyłączy generator wytwarzający interdykcyjne pole. Lando i Luke 

o niczym bardziej nie marzyli. 

W końcu obaj stanęli przed drzwiami ośrodka łączności. Chwilę czekali, aż robot 

wysunie końcówkę systemu informatycznego i umieści ją w usytuowanym obok drzwi 
gnieździe  pokładowego  systemu  bezpieczeństwa.  Drugi  komplet  radioniczny,  jakim 
dysponował Lando, pozostał wprawdzie na pokładzie „Ślicznotki", ale technicy „Intru-
za" nie mieli najmniejszych kłopotów ze skonstruowaniem jeszcze jednego podobnego 
zestawu.  Posłużyli  się  schematami,  które  Lando  miał  na  pokładzie  swojego  jachtu. 
Zdołali nawet zwiększyć moc nadajnika; nie zapomnieli również o poprawieniu czuło-
ści odbiornika. 

Śniadolicy  mężczyzna  nie  interesował  się  jednak  zaletami  systemu  łączności  ra-

dionicznej. Jego myśli zaprzątała Tendra Risant. 

I nie chodziło o aktualną, skomplikowaną sytuację młodej kobiety. Lando rozmy-

ślał o tym, co mu powiedziała. Przekazała informacje, których treść mogła przyprawić 
funkcjonariuszy wywiadu o ból głowy. 

Sygnalizator  pokładowego  systemu  bezpieczeństwa  zapiszczał  na  znak,  że  mogą 

wejść.  Chwilę  później  oba  skrzydła  drzwi  się  rozsunęły.  Zanim  Lando  przekroczył 
próg,  zajrzał  do  środka  i  cicho  westchnął.  Jakby  nie  dość,  że  zostali  wezwani  przez 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

42 

kogoś z wywiadu, tym kimś musiała być właśnie ona. Pani porucznik Belindi Kalenda, 
agentka Wywiadu Nowej Republiki. Czekała już na nich. Nie miała radosnego wyrazu 
twarzy. 

- Czy nigdy nikt nie nauczył tej waszej znajomej, jak się liczy? - wybuchła, ledwie 

drzwi ośrodka łączności zdążyły się zasunąć za plecami obu mężczyzn. 

Kalenda  miała  zwyczaj  mówić  bez  ogródek,  co  myślała,  a  teraz  wszystko  wska-

zywało na to, że tylko z trudem utrzymuje nerwy na wodzy. 

- O co chodzi, pani porucznik? - zapytał udręczonym tonem Lando. 
- O to samo, co zawsze! - burknęła agentka. - O liczby, a o cóż by innego? 
Belindi  Kalenda  była  dość  dziwnie  wyglądającą  młodą  kobietą.  Szeroko  rozsta-

wione oczy sprawiały wrażenie szklistych i zamglonych, tak jakby działo się z nimi coś 
niedobrego. Prawdę mówiąc, kobieta miała lekkiego, trudno zauważalnego zeza. Mogła 
się poszczycić karnacją ciemniejszą nawet niż oliwkowa cera Landa Calrissiana. Miała 
długie,  czarne  włosy,  które  zazwyczaj  splatała  w  warkocz,  zwijała  i  przypinała  na 
czubku  głowy.  Jej przeczucia  tak  często  się  sprawdzały,  że  powszechnie  uważano,  iż 
potrafi trochę władać Mocą - a przynajmniej ma tak dobrą intuicję, że widzi więcej niż 
inni ludzie. Kiedy z kimś rozmawiała, wydawało się, że spogląda nie na tego kogoś, ale 
na coś za jego plecami. Tak właśnie patrzyła teraz na Landa. 

-  O  liczby  -  powtórzyła.  -  Nie  mamy  pojęcia,  ile  okrętów  zgromadziło  się  na 

obrzeżach systemu Sakorii. 

-  Gdyby  nie  lady  Tendra,  w  ogóle  nie  wiedzielibyśmy,  że  zbierają  się  tam  jakieś 

okręty - przypomniał jej oschle Lando. - Może inni agenci Wywiadu Nowej Republiki, 
działający w tej chwili na Sakorii, są lepsi, jeżeli chodzi o wykrywanie i liczenie okrę-
tów, ale czy któryś z nich zadał sobie tyle trudu, żeby zapuścić się w głąb koreliańskie-
go systemu i przekazać nam tak cenną informację? 

Kalenda  skierowała  na  ciemnoskórego  mężczyznę  oczy  pozbawione  jakiegokol-

wiek wyrazu. 

- Nigdy ci nie mówiłam, że na Sakorii pełnią służbę jacyś agenci Wywiadu Nowej 

Republiki - odezwała się oskarżycielskim tonem. 

-  A  ja  nigdy  ci  nie  mówiłem,  że  kiedyś  byłem  przemytnikiem,  ale  jakoś  się  tego 

dowiedziałaś, prawda? - odciął się Lando. - Nie traktuj mnie jak głupca. Jeżeli rzeczy-
wiście nie macie tam agentów, ktoś z wywiadu nie wywiązuje się z obowiązków. 

- Postarajmy się skierować rozmowę na właściwe tory  - zabrał głos Luke, zdecy-

dowany załagodzić napiętą sytuację. - Co ci się nie podoba w wiadomości, którą prze-
słała nam lady Tendra? 

- Komunikowaliśmy się z nią trzy razy, prosząc o więcej szczegółów  - takich jak 

rozmiary,  typy  i  liczby  okrętów,  które  tam  widziała.  Co  prawda,  ostatnia  odpowiedź, 
jaką od niej dostaliśmy, była dłuższa niż poprzednie i trochę bardziej szczegółowa, ale 
jeżeli pominąć wszystkie przydawki i ostrzeżenia, nie zawierała niczego oprócz bardzo 
szacunkowych danych. 

- Nie powie ci tego, czego sama nie wie  - oświadczył Lando. Zastanawiał się, ile 

razy jeszcze będzie  musiał powtarzać Kalendzie to samo, zanim agentka  mu uwierzy. 

background image

Roger MacBride Allen 

43 

Albo kiedy on sam przestanie się zżymać, że agenci wywiadu przechwytują adresowa-
ne do niego wiadomości - i zapoznają się z ich treścią wcześniej niż on. 

-  Musimy  przecież  wiedzieć  coś  więcej  niż  to,  co  powiedziała  nam  do  tej  pory  - 

upierała się funkcjonariuszka. - Do kogo należą te okręty? Ile ich już się zgromadziło? 
Jak są uzbrojone? Kto dowodzi tą flotą i jakie żywi zamiary? Musisz połączyć się z nią 
jeszcze raz i poprosić, żeby przekazała nam wszystkie te szczegóły. 

-  Nie  zrobię  tego  -  odparł  stanowczo  Calrissian.  -  i  nie  obchodzi  mnie,  że  wasi 

psychoanalitycy  uważają,  iż  najlepiej  rozmawia  się  jej  właśnie  ze  mną.  Powiedziała 
wszystko, co wie, a ja nie pozwolę wam jej niepokoić. 

- Ale musimy mieć więcej... 
- Kłopot w tym, że Tendra nie wie nic więcej  - uciął Lando. - Nie poda wam ani 

jednego  szczegółu.  Czy  rzeczywiście  przypuszczałaś,  że  spoglądając  przez  makrolor-
netkę  na  tamte  jednostki,  zdoła  odgadnąć,  jak  ma  na  drugie  imię  dowódca  floty? 
Ostrzegła nas i już za to samo powinniśmy być jej bardzo wdzięczni. Przekazała wam 
wszystkie informacje, jakie zebrała, a poza tym chyba istnieją jakieś granice... Nie mo-
żemy jej wypytywać bez końca. 

- Istnieją także granice, jeżeli chodzi o liczbę przesyłanych informacji - wtrącił się 

Luke.  -  Ilekroć  Tendra  nawiązuje  łączność  z  nami,  rośnie  prawdopodobieństwo,  że 
zostanie wykryta. 

Kalenda przeniosła spojrzenie na mistrza Jedi. 
- Wykryta? - zapytała. - Jakim cudem? Przez kogo? 
-  Pomyśl  tylko  -  odpowiedział  Lando.  -  Przecież  to  ty  jesteś  agentką  wywiadu. 

Sam sposób przesyłania wiadomości może stanowić tajemnicę, ale nie jest nią fakt, że 
Tendra utrzymuje łączność z nami. Co więcej, nie szyfruje nadawanych informacji; nie 
stosuje  też  żadnych  innych  zabezpieczeń.  A  zatem  praktycznie  wszyscy,  którzy  mają 
zestaw  radioniczny  i  akurat  przeszukują  pewne  pasma  częstotliwości,  mogą  w  ciągu 
sekundy  czy  dwóch  poznać  treść  przesyłanych  wiadomości.  Przecież  właśnie  w  taki 
sposób myje poznaliśmy, prawda? Owi hipotetyczni wścibscy słuchacze dowiedzą się 
więc  nie  tylko  tego,  że  wiemy  o  gromadzących  się  w  systemie  Sakorii  jednostkach 
floty.  Posługując  się  radionamiernikami,  zorientują  się,  skąd  nadano  tę  informację,  i 
natychmiast - podobnie jak my - odkryją, gdzie znajduje się statek Tendry. 

- I co im z tego przyjdzie? - zapytała Kalenda. 
- Bardzo dużo, jeżeli przypadkiem owi goście mają cokolwiek wspólnego z inny-

mi, sprawującymi władzę nad generatorem interdykcyjnego pola. I jedni, i drudzy mogą 
chcieć,  żeby  Tendra  zamilkła...  na  zawsze.  W  tym  celu  mogą  wyłączyć  generator  - 
chociażby tylko na pół  minuty. Jeżeli  wszystko dobrze obmyślą  i przygotują,  w ciągu 
tych  trzydziestu  sekund  wyskoczą  z  nadprzestrzeni  w  sąsiedztwie  „Szarmanckiego 
Gościa" i rozpylą  go na  atomy, a  potem znikną bez śladu.  Kiedy  wrócą do bazy, po-
nownie włączą generator pola. 

- Przecież Tendra nadawała wiele dni bez przerwy i nie przydarzyło się jej nic złe-

go - zaoponowała agentka wywiadu. 

- Nie  miała  wyboru. Musiała  nadawać  i czekać, aż odpowiemy. Teraz jednak nie 

musi już ryzykować. Nasze sygnały radioniczne są o wiele silniejsze niż jej, a poza tym 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

44 

zapuściliśmy się tak daleko w głąb systemu, że istnieje o wiele  większe prawdopodo-
bieństwo, iż ktoś może je odebrać. A jeżeli tym kimś okaże się któryś z naszych nie-
przyjaciół, z pewnością zechce się dowiedzieć, gdzie podziewa się odbiorca sygnałów. 

Twarz Kalendy stężała. Lando nie miał pojęcia, czy agentka Wywiadu Nowej Re-

publiki wiedziała o tym wszystkim i świadomie postanowiła wystawić na szwank Ten-
drę  -  w  nadziei, że  wyciągnie z  niej jeszcze jakieś informacje  -  czy nie  pomyślała, iż 
Sakoriance może grozić jakieś niebezpieczeństwo. Ponieważ Kalenda była inteligentna, 
to  drugie  wydawało  się  mało  prawdopodobne,  ale  nie  niemożliwe.  Ostatnie  kilka  go-
dzin wszystkim dało się we znaki. Lando podświadomie oczekiwał, że Kalenda zechce 
ich przeprosić albo skłamać i powiedzieć, że nie przemyślała do końca wszystkich kon-
sekwencji swojego postępowania. 

Możliwe, że agentka pragnęła zebrać wszystkie informacje... bez względu na cenę. 

Nie zamierzała jednak postępować nieuczciwie. 

- Określenie granic dopuszczalnego ryzyka nigdy nie jest łatwe - rzekła po chwili. 

- Zdawałam sobie sprawę z tego, że istnieje pewne niebezpieczeństwo, ale gdyby twoja 
znajoma zapomniała nam powiedzieć o czymś ważnym, konsekwencje byłyby poważ-
ne. Spodziewałam się, że może wiedzieć coś, co ocaliłoby życie tysięcy, a nawet milio-
nów  ludzi.  Jestem  pewna,  że  gdybym  mogła  ściągnąć  ją  tu  i  przesłuchać,  udzieliłaby 
nam bardziej szczegółowych informacji. 

- Ale nie możesz jej tu ściągnąć - przypomniał Skywalker. 
-  Nie,  nie  mogę  -  przyznała  Kalenda.  -  Żałuję  też,  że  nie mogę  porozumieć  się  z 

nią  za  pomocą  standardowego  komunikatora.  Muszę  czekać  wiele  godzin  na  odpo-
wiedź,  a  potem  następne  kilka,  zanim  wasza  znajoma  usłyszy  moje  pytanie.  W  taki 
sposób  niczego  nie  można  się  dowiedzieć.  Gdybym  mogła  posłużyć  się  komunikato-
rem,  zaszyfrowałabym  wiadomość,  dzięki  czemu  zmalałoby  prawdopodobieństwo,  że 
ktoś inny zapozna się z jej treścią. Może wówczas dowiedziałabym się czegoś więcej. 

- Zbyt wiele tych .jeżeli" - zauważył mistrz Jedi. - Może dajmy sobie z tym spokój. 

Jak sądzisz, czy istnieją szansę, że korzystając z łączności radionicznej, zdołasz wycią-
gnąć z Tendry dodatkowe informacje? 

Kalenda westchnęła i pokręciła głową. 
- Praktyczne nie istnieją - odrzekła cicho. - A stawka w tej grze jest wysoka. 
- Tak wysoka, że nie mogłaś nie spróbować - domyślił się Luke. - Rozumiem cię. 
Kalenda się uśmiechnęła. Sprawiała wrażenie pogodzonej z losem. 
- To chyba niezgodne z filozofią Jedi - powiedziała. 
- Nawet Jedi uświadamiają sobie, że istnieją ograniczenia - odrzekł Luke. 
Agentka wywiadu niechętnie kiwnęła głową. 
-  No  cóż  -  rzekła  w  końcu.  -  Na  obrzeżach  sakoriańskiego  systemu  planetarnego 

zbierają się okręty potężnej floty. Wygląda na to, że Źródło T nie przekaże nam żadnej 
innej informacji. 

- Raczej nie - przyznał Calrissian.  - Chyba  musimy na tym poprzestać. Zbliżamy 

się do stacji Centerpoint. Przypuszczam, że rozwiązanie tej zagadki zabierze nam tro-
chę więcej czasu. 

Kalenda znów popatrzyła na Landa. Tym razem ich spojrzenia się spotkały. 

background image

Roger MacBride Allen 

45 

- Jeżeli kiedykolwiek usłyszałam jakiś eufemizm, to właśnie teraz - powiedziała. 
 
Już wkrótce Belindi Kalenda się przekonała, że miała rację. Stacja Centerpoint by-

ła obiektem tak absurdalnie wielkim i skomplikowanym, tak niepodobnym do niczego, 
co poznała albo o czym słyszała, że nawet nie miała pojęcia, od którego miejsca zacząć 
poszukiwania. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin bakurańska flota nie prze-
stawała się zbliżać do stacji, ale wszystkie okręty leciały bardzo powoli. Jeżeli Ossilege 
tylko udawał, że zachowuje należytą ostrożność, czynił to niezwykle przekonująco. Od 
czasu  do  czasu  rozkazywał,  żeby  zastopować,  i  wówczas  badał  powierzchnię  stacji, 
wykorzystując do granic możliwości czułość pokładowych czujników i skanerów. Ka-
lenda nie mogła winić za to admirała. W każdej sekundzie ukryci wewnątrz stacji ope-
ratorzy mogli wessać „Intruza" w całości i to przez którykolwiek z  najmniejszych lu-
ków albo włazów. 

Jednak  mimo  że  Ossilege  zaryzykował  zbliżenie  się  na  tak  niewielką  odległość, 

nie dowiedział się właściwie niczego. Oglądane na ekranach obrazy okazały się bardzo 
wyraźne.  Kalenda  nie  była  nimi  zachwycona.  Siedziała  przy  stanowisku  kontrolnym 
„Intruza" i przeglądała setki wizerunków, z których po prostu nic nie wynikało. 

Wyglądało na to, że stacja jest opuszczona, ale trudno byłoby udowodnić, że tak 

nie jest. Nieprzyjaciele mogli bez trudu ukryć we wnętrzu całe floty okrętów przypomi-
nających gwiezdne  niszczyciele  -  podobnie  jak armie szturmowców. Jeżeli  nieprzyja-
cielskie okręty, wykorzystując jedynie minimalną moc, pozostawałyby w pogotowiu, a 
członkowie  załóg,  chronieni  przez  maskujące  pola,  nie  dawaliby  oznak  życia,  trudno 
byłoby się spodziewać, że cokolwiek zdołają wykryć nawet najczulsze skanery. 

Kalendę  najbardziej  martwił  jednak  fakt,  że  nieprzyjaciele  nie  ujawnili  dotąd,  iż 

dysponują dużymi okrętami. Musieli je gdzieś ukryć. Po prostu musieli. To właśnie był 
jeden z powodów, dla których agentka Wywiadu Nowej Republiki tak się starała  wy-
ciągnąć  ze  Źródła  T  trochę  bardziej  szczegółowe  informacje.  Gdyby  się  dowiedziała 
czegoś więcej na temat rodzajów i liczby okrętów wykrytych przez Źródło T w syste-
mie Sakorii,  może łatwiej by się domyśliła, jakie niebezpieczeństwa czyhają  we  wnę-
trzu stacji Centerpoint. 

Jeżeli o to chodziło, gigantyczna stacja nie musiała mieć żadnych okrętów, by się 

bronić. Kalenda zauważyła na powierzchni jakieś pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt miejsc, 
które  mogły  być  stanowiskami  artylerii.  Wyglądało  na  to,  że  obiekt  jest  dziwacznym 
zlepkiem czegoś, co wyglądało na nowoczesne, i czegoś, co sprawiało wrażenie muze-
alnego zabytku. Agentka nie potrafiłaby powiedzieć, czy stacja jeszcze funkcjonuje, od 
jak dawna krąży w przestworzach ani kto był jej konstruktorem. 

Nie  przestawała  przyglądać  się  coraz  to  nowym  wizerunkom,  wyświetlanym  na 

ekranie monitora skanera. Oglądając wszystkie po kolei, zwracała uwagę to na opance-
rzone portale, to na półkuliste narośle, to znów na długie cylindryczne przedmioty. Te 
ostatnie przytwierdzono do skomplikowanych rurociągów albo grubych kabli i umiesz-
czono na czymś, co przypominało platformy celownicze. Niektóre cylindry  wyglądały 
jak unieruchomione baterie gigantycznych turbolaserów. Agentka wywiadu zauważyła 
również  mnóstwo  mrocznych  kolistych  otworów.  W  największych  zapewne  kryły  się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

46 

wyrzutnie  rakiet.  Inne  wyglądały  jak  szyby  turbowind,  którymi  zaopatrywano  ukryte 
wewnątrz stacji kantyny albo bary. Nie sposób było odróżnić jedne od drugich. 

Kalenda doszła do wniosku, że jednak trzeba będzie wysłać kogoś na zwiady. 
 
„Ślicznotka" wystartowała z hangaru „Intruza" i pokonując mroki przestworzy, le-

ciała ku stacji Centerpoint. 

- Dlaczego zawsze ja  muszę  otrzymywać takie zadania?  - mruknął Lando do sie-

bie. Siedział w fotelu pilota i kierował jacht ku gigantycznemu obiektowi. 

- Może w związku z tym, że zgłosiłeś się na ochotnika - podpowiedziała Gaeriela 

Captison, która zajmowała jeden z foteli ustawionych w drugim rzędzie. 

Lando nie był uszczęśliwiony faktem, iż Bakuranka także leci. Gaeriela była po-

przednią przywódczynią bakurańskiego rządu i została upoważniona przez obecną pa-
nią  premier  do  zabierania  głosu  we  wszystkich  kwestiach  dotyczących  polityki.  Pra-
gnąc, żeby bakurański rząd był właściwie reprezentowany, doszła do wniosku, że rów-
nież weźmie udział w wyprawie. Lando ubolewał, że trzeba było też zabrać Threepia - 
na wypadek konieczności tłumaczenia słów nieznanej mowy. 

- Musiałem lecieć - burknął. - Kiedy Luke zgłosił się na ochotnika, zrozumiałem, 

że powinienem być jego skrzydłowym. 

Luke postanowił skorzystać ze swojego X-skrzydłowca i wyruszył pierwszy. Le-

ciał teraz jakieś dwa kilometry przed jachtem Landa  - na tyle blisko, by możliwa była 
łączność wzrokowa. 

Kalenda obróciła się na fotelu drugiego pilota i obdarzyła ciemnoskórego mężczy-

znę  dziwnym  spojrzeniem.  Rzecz  jasna,  wszystkie  jej  spojrzenia  miały  w  sobie  coś 
dziwnego,  więc  może Lando  nie  powinien się tym przejmować. Możliwe, że agentka 
Wywiadu  Nowej  Republiki  zastanawiała  się,  dlaczego  mężczyzna,  który  z  takim  tru-
dem  zapracował  na  opinię  beztroskiego  awanturnika  i  zawadiaki  -  na  ogół  dbającego 
tylko o siebie i nikogo więcej - naraża życie, żeby pomóc komuś innemu. 

- Odniosłam wrażenie, że mistrz Jedi potrafi się troszczyć o siebie - powiedziała. 
- Może tak - odrzekł Lando - a może nie. Powiedzmy, że mam wobec niego dług 

wdzięczności. 

- A kto w całej galaktyce nie ma? - zapytała Gaeriela. 
- Jeżeli chce pani znać  moje zdanie, lady  Captison  - odezwała się  Kalenda  -  nie-

zmiernie żałuję, że poleciała pani z nami na tę wyprawę. 

- To ci komplement - mruknął Lando. 
Kalenda skrzywiła się, jakby połknęła coś kwaśnego. 
- Przepraszam,  miałam  na  myśli coś innego. Chodziło  mi o to, że kapitan Calris-

sian i mistrz Skywalker mają duże doświadczenie w sprawach wojskowych. Prawdopo-
dobnie są gotowi stawić czoło... wszystkiemu, co może nas spotkać. W trakcie wypra-
wy może się wydarzyć coś, z czym się nie zdoła uporać była pani premier. 

- Czasami we wszechświecie przydają się różne zdolności - nie tylko umiejętność 

strzelania i toczenia walki w taki sposób, żeby nie dać się zabić  - odrzekła Gaeriela. - 
Jeżeli będziemy mieli szczęście, może spotkamy na pokładzie tej stacji kogoś rozsąd-
nego... kogoś, z  kim będziemy  mogli prowadzić  negocjacje. Jeżeli tak, doświadczony 

background image

Roger MacBride Allen 

47 
negocjator,  dysponujący  wszystkimi  możliwymi  pełnomocnictwami,  może  się  okazać 
bardzo potrzebny. 

-  Potrzebujemy  naprawdę  dużo  szczęścia  -  oświadczył  Calrissian.  -  Na  razie  nie 

spotkaliśmy w tym systemie gwiezdnym zbyt wielu ludzi, których można byłoby posą-
dzać o zdrowy rozsądek. 

Luke Skywalker czuł się doskonale. Siedział znów za sterami swojego myśliwca 

typu  X  -  sam,  jeżeli  nie  liczyć  Artoo-Detoo,  tkwiącego  w  gnieździe  w  rufowej  części 
kadłuba. Może Mon Mothma nie pomyliła się, kiedy powiedziała, że Luke powinien się 
zająć polityką. Zbieg okoliczności  mógł sprawić, że mistrz Jedi stanie się przywódcą. 
Może  właśnie  ku  temu  popychał  go  sam  wszechświat.  W  tej  chwili  jednak  liczył  się 
tylko  Luke,  jego  astromechaniczny  robot  i  X-skrzydłowiec.  Niemal  wszyscy  piloci 
cieszyli się, ilekroć mogli, zamknięci w ciasnej kabinie, samotnie pokonywać ogromne 
odległości. Jeżeli o to chodziło, Luke nie zaliczał się do wyjątków. Latanie  sprawiało 
mu wielką radość. Pozwalało uciec od zmartwień, trosk i obowiązków. 

Tyle że ta ucieczka nie będzie trwać zbyt długo. Jak zawsze, Luke miał do wyko-

nania ważne zadanie. 

Popatrzył na gigantyczną stację. Prawdę mówiąc, znalazł się tak blisko, że miałby 

spory  kłopot,  żeby  na  nianie  patrzeć.  Wypełniała  niemal  cały  iluminator  kabiny  X-
skrzydłowca. 

Luke  Skywalker  z  trudem  wierzył  własnym  oczom.  Zapoznał  się  ze  wszystkimi 

raportami. Wiedział, jak wielka jest stacja Centerpoint, a przynajmniej znał na pamięć 
wszystkie liczby. Tyle że same liczby nie wystarczały, żeby uzmysłowić ogrom obiektu 
unoszącego się w przestworzach przed dziobem myśliwca. 

Główna część stacji Centerpoint wyglądała jak ogromna kula o średnicy stu kilo-

metrów. Z każdego bieguna wystawał gruby, masywny walec o długości  większej niż 
średnica  kuli.  Jeżeli  liczyć  od  końca  jednego  walca  do  końca  drugiego,  stacja  miała 
prawie  trzysta  pięćdziesiąt  kilometrów  długości.  Powoli  obracała  się  wokół  osi  prze-
chodzącej przez środki  walców i oba bieguny kuli. Sądząc po wyglądzie powierzchni, 
w ciągu wielu tysiącleci była rozbudowywana i przerabiana bez ładu i składu. 

Zewsząd  wystawały  prostopadłościenne  nadbudówki  wielkości  sporych  domów. 

Wszędzie  też  biegły  wiązki  grubych  kabli i rurociągi o różnych średnicach i przekro-
jach. Tu i ówdzie wyrastały paraboliczne anteny, a obok nich wzniesiono usytuowane 
w nieregularnych odstępach metalowe stożki. Luke zauważył coś, co mogło być szcząt-
kami gwiezdnego statku, który wbił się w powierzchnię i doszczętnie spłonął. Później 
jednak ktoś przyspawał wrak do powierzchni stacji i przerobił na coś przypominającego 
mieszkanie. Przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Wyglądało to na prymi-
tywną  próbę  powiększenia  przestrzeni  życiowej...  choć  biorąc  pod  uwagę  rozmiary 
stacji, wszelkie takie próby wydawały się po prostu śmieszne. 

Chyba  nic  nie  było  w  stanie  uzmysłowić  jej  ogromu.  Stacja  miała  rozmiary  nie-

wielkiego księżyca. Luke'owi zdarzało się lądować na planetach mniejszych niż ta sta-
cja. Centerpoint  mogła  być  zatem  uważana  za świat  -  na  tyle  skomplikowany  i duży, 
aby kryć całe mnóstwo dziwnych tajemnic, tak jak inne światy. Na tyle duży, żeby na 
podróż od jednego krańca do drugiego trzeba było poświęcić dużo czasu. Na tyle duży, 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

48 

aby  można  było  spędzić  na  nim  całe  życie  i  nie  zwiedzić  wszystkich  miejsc  na  po-
wierzchni. To właśnie w taki sposób Luke rozumiał definicję świata. Nazywał światem 
miejsce zbyt duże, aby jedna osoba zdołała poznać je w ciągu życia. 

Mistrz Jedi odwiedzał wiele światów, a jednak uzmysławiał sobie, że na żadnym 

nie przebywał dostatecznie długo, aby obejrzeć  wszystko, co było do zobaczenia. Za-
zwyczaj  ludzie  przyklejali  światom  takie  albo  inne  etykiety,  a  potem  przestawali  się 
przejmować, czy ich osąd jest słuszny, czy też nie. Luke wiedział, że postępowali nie-
właściwie. Zgodnie z innym fragmentem jego definicji, świat nie mógł być charaktery-
zowany za pomocą tylko jednej cechy albo właściwości. 

Łatwo  można  było  określić  Coruscant  mianem  planety-miasta,  Kalamar  mianem 

świata  oblanego  oceanem,  a  Kashyyyk  mianem  świata  porośniętego  dżunglą.  Tylko 
jedna  cecha  i  nic  więcej.  Istniało  jednak  duże  prawdopodobieństwo,  że  miasta  mogły 
mieć  nieskończenie  dużą  liczbę  form  i  kształtów.  Podobnie  sprawa  wyglądała  z  wła-
ściwościami dżungli czy oceanów. Rzadko jakiś świat dawało się opisać tylko jednym 
słowem.  Pośrodku  łąki  mogła  się  wznosić  góra  albo  nawet  dwie.  Świat  wulkaniczny 
mógł mieć kratery, które wcale nie były wulkanami, gdyż powstały  - na przykład - w 
wyniku zderzenia meteorytu z powierzchnią gruntu. Planeta, określana mianem ptasie-
go raju, musiała mieć także niezliczone roje owadów. 

A  ponieważ  stacja  Centerpoint  była  taka  wielka,  trudno  byłoby  nawet  ocenić 

ogrom jej konstrukcji. Stojąc na powierzchni, należałoby spojrzeć w przestworza, żeby 
oczy mogły się przyzwyczaić do jej rozmiarów. 

Poza tym,  nawet jeżeli pominąć rozmiary  gwiezdnej stacji,  niepokój budziło  wi-

rowanie. Wirowały planety, ale tak powoli, że na ogół nikt tego nie zauważał albo nie 
zwracał na to uwagi. Co prawda, stacja Centerpoint wirowała także statecznie i powoli, 
ale nietrudno było dostrzec, że obraca się wokół osi. 

Techniki wytwarzania sztucznego ciążenia na pokładach gwiezdnych statków albo 

stacji  bez  konieczności  wprawiania  obiektu  w  ruch  wirowy  były  chyba  dobrze  znane 
jeszcze w czasach powstawania 

Starej Republiki. Luke nigdy dotąd nie widział obiektu, który obracałby się tak jak 

ta stacja. Wyglądało to dziwacznie, jak coś sprzecznego z naturą. 

Rzecz jasna, sama taka myśl była czymś niedorzecznym. Cóż  naturalnego mogły 

mieć w sobie gwiezdne statki albo stacje? 

Luke'a martwiło jednak w stacji Centerpoint coś bardziej zasadniczego niż rozmia-

ry i wirowanie. Obiekt sprawiał wrażenie nieprawdopodobnie starego... nie tylko, jeżeli 
brać pod uwagę ludzką miarę  upływu czasu, ale i inne  miary, stosowane przez chyba 
wszystkie inteligentne istoty całej galaktyki. Tak starego, że nikt nie miał pojęcia, kiedy 
go skonstruowano, kto to zrobił i dlaczego. 

Z drugiej jednak strony, stacja nie była wcale taka stara. Okresu  jej istnienia nie 

dałoby się porównać z wiekiem planet, gwiazd ani jakiejkolwiek galaktyki. Nawet dzie-
sięć milionów lat stanowiłoby okres krótki jak mgnienie oka w porównaniu z wiekiem 
wypełniających wszechświat planet, gwiazd czy księżyców. Wiele spośród nich mogło 
istnieć cztery, pięć czy sześć miliardów lat, a nawet dłużej. 

background image

Roger MacBride Allen 

49 

To,  co  ludziom  mogło  wydawać  się  bardzo  stare,  w  porównaniu  z  wiekiem 

wszechświata było stosunkowo młode. Wszystkie  niezliczone pokolenia istot żywych, 
jakie  znała  historia  galaktyki,  były  rzeczywiście  niczym  więcej  niż  mgnieniem  oka. 
Narodziny, rozkwit i upadek Starej Republiki, pojawienie się i klęska Imperium, zara-
nie  dziejów  Nowej  Republiki...  w  porównaniu  ze  skalą  czasu,  jaka  obowiązywała  w 
galaktyce, to wszystko kurczyło się do jednej krótkiej, nic nie znaczącej chwili. 

- ...uke'..., ...ak ...ie ...bier...? 
- Odbieram cię, Lando, ale twoje sygnały są okropnie zniekształcone. 
- ...oje...ygn...są...ropnie... 
Luke westchnął. Jeszcze jedna niedogodność. Ponieważ normalna łączność w sys-

temie Korelii była niemożliwa z uwagi na zagłuszanie, Bakuranie zainstalowali na po-
kładach  swoich  okrętów  naprędce  sporządzone  systemy  łączności  wzrokowej.  Urzą-
dzenia  zamieniały  głos  na  niosące  niewielką  energię  sygnały  laserowe.  Nie  działały 
najlepiej,  ale  umożliwiały  porozumiewanie  się  na  małe  odległości.  Możliwe,  że  łącz-
ność  poprawiłaby  się,  gdyby  bakurańscy  technicy,  wykorzystując  schematy  Landa, 
skonstruowali zestawy radionicznych nadajników i odbiorników, ale teraz było za póź-
no, żeby się nad tym zastanawiać. 

- Artoo, sprawdź, czy zdołasz sobie z tym poradzić. 
Mały robot zapiszczał i zaświergotał, a Luke kiwnął głową. 
-  W  porządku,  Lando  -  powiedział.  -  Spróbuj  jeszcze  raz.  Jak  teraz  mnie  odbie-

rasz? 

- O wiele lepiej. ...ięki, ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby znów posługi-

wać się ...munikatorem. 

- Ja także. 
- No cóż, nie zamierzam bezczynnie czekać, aż sygnały przestaną być zagłuszane. 

To zresztą i tak nie ma znaczenia. Kalenda coś zauważyła. Spójrz na podstawę bliższe-
go  walca,  ...am,  gdzie  wyrasta  z  powierzchni  kuli.  ...ruga  tam  jakieś  ...wiatełko.  Wi-
dzisz 
 je? 

Luke spojrzał przez iluminator i kiwnął głową. 
- Widzę. Zaczekaj chwilę, powiększę obraz i postaram się sprawdzić, o co chodzi. 
Włączył komputer celowniczy i wykorzystał go, żeby namierzyć źródło mrugają-

cego światła, a  potem sprzągł dalekosiężną kamerę  holograficzną  z  pokładowym sys-
temem celowniczym. Na ekranie głównego monitora X-skrzydłowca pojawił się nieco 
rozmyty obraz. Rzeczywiście, mniej więcej pośrodku ekranu zapalało się i gasło źródło 
światła. W pobliżu znajdował się spory otwór jakiejś ogromnej śluzy, a jej wrota raz po 
raz otwierały się i zamykały. 

-  Jeżeli  to  nie  jest  zaproszenie  -  odezwał  się  Luke  -  nie  mam  pojęcia,  co  innego 

może oznaczać. 

-  My  także  ...szliśmy  do  tego  wniosku  -  odparł  Lando.  -  Nawet  złocisty  chłoptaś 

zgodził się ze mną, a przecież umie bełkotać bez ładu i składu w prawie sześciu milio-
nach form porozumiewania się inteligentnych istot. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

50 

Luke  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  Lando  i  See-Threepio  nigdy  za  sobą  nie 

przepadali,  a  w  ciągu  ostatnich  kilku  tygodni  nie  wydarzyło  się  nic,  co  mogłoby  to 
zmienić. 

- Cieszę się, że jesteśmy jednomyślni - powiedział mistrz Jedi. - Pytanie tylko, czy 

zdecydujemy się skorzystać z tego zaproszenia? 

background image

Roger MacBride Allen 

51 

R O Z D Z I A Ł  

DZIECIĘCE IGRASZKI 

Anakin Solo jeszcze jakiś czas wpatrywał się w pozbawioną jakichkolwiek szcze-

gólnych cech srebrzystą ścianę, a później uderzył dwukrotnie piąstką w pewne miejsce. 
Rzecz jasna, natychmiast odskoczyła miniaturowa klapka. W otworze ukazała się jesz-
cze jedna kontrolna klawiatura z dwudziestoma pięcioma  guzikami,  usytuowanymi po 
pięć  w  pięciu  rzędach.  Przez  kilkanaście  sekund  chłopczyk  się  jej  przyglądał,  jakby 
zastanawiając się, które nacisnąć i w jakiej kolejności. 

Doświadczamy robot Qiunine-Ekstoo uważnie go obserwował, ponieważ tylko w 

ten  sposób  mógł  się  zorientować,  co  malec  robi.  Ilekroć  Q9-X2  widział,  jak  Anakin 
radzi sobie z rozmaitymi mechanizmami i urządzeniami, a nawet jak nakłania je, żeby 
działały,  mimo iż  nie  ma  pojęcia, czym są  i do czego służą, czuł niepokój. Wszystko 
wskazywało na to, że umiejętności chłopczyka miały jakiś związek z władaniem Mocą, 
do czego cała ta grupa ludzi przywiązywała chyba dużą wagę. Teoria głosiła, że talent 
Anakina,  który  pozwala  mu  posługiwać  się  Mocą,  umożliwia  zaglądanie  do  wnętrz 
maszyn  i  manipulowanie  z  zewnątrz  różnymi,  choćby  najbardziej  skomplikowanymi  i 
zminiaturyzowanymi podzespołami. 

Nie oznaczało to, że malec nigdy się nie mylił. Czasami popełniał błędy, a nawet - 

od czasu do czasu - zupełnie świadomie nakłaniał mechanizmy do robienia czegoś, co 
nikomu innemu nawet nie przyszłoby do głowy. Jeżeli się jednak uważnie obserwowa-
ło,  jak  Anakin  odkrywa  tajemnice  nieznanych  urządzeń,  można  było  bardzo  dobrze 
poznać ich właściwości. 

 
 
 
A zatem automat nie przestawał się przyglądać chłopczykowi. Pragnął w ten spo-

sób  osiągnąć  dwa  cele.  Pierwszy  polegał  na  upewnieniu  się,  że  wędrując  od  jednego 
mechanizmu do drugiego, Anakin żadnego nie zniszczy ani nie uszkodzi. 

Drugim było rejestrowanie wszystkiego, co chłopiec robi - od czasu, kiedy zaczął 

igrać z dziwnym urządzeniem, jakie odkrył pod powierzchnią Dralii. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

52 

Praca zajmowała robotowi cały czas. Qiunine-Ekstoo wywiązywał się z obowiąz-

ków dzięki wbudowanym kamerom i zainstalowanym urządzeniom rejestrującym. Mi-
mo to każdy automat  musi przecież poświęcać  trochę  czasu na  uzupełnianie  zasobów 
energii, a poza tym Qiunine  nie chciał  spędzać każdego dnia, pilnując, żeby najdziw-
niejsze dziecko w całej galaktyce nie przycisnęło niewłaściwego guzika i nie rozsadziło 
planety. 

Jeżeli nie liczyć innych związanych z tym pilnowaniem kłopotów, już samo decy-

dowanie o rym, co Anakin może zrobić, a czego nie może, wystarczyłoby, żeby prze-
grzać obwody logiczne niejednego automatu. Może proces myślowy, jaki toczył się w 
obwodach Qiunina, nie należał do najprostszych i najlogiczniejszych, ale  stanowił ar-
gument, żeby od czasu do czasu robić przerwę i przestawać obserwować, co się dzieje. 
Tak czy owak, robot uważał ten argument za wystarczający. 

Anakin zaczął przyciskać guziki kontrolnego panelu w prawidłowej, ale sobie tyl-

ko  znanej  kolejności.  Kiedy  skończył,  rozległ  się  cichy,  melodyjny  kurant.  Doświad-
czenie nauczyło Qiunina, że ów dźwięk nie wróży nic dobrego. Zapewne stanowi coś w 
rodzaju dzwonka alarmowego albo ostrzegawczego. 

- Wystarczy, Anakinie - odezwał się automat. 
Zdumiony chłopiec rozejrzał się dokoła, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że 

robot go obserwuje. 

- Qiunine! - wykrzyknął. - Och! 
Gdyby  automat  dysponował  odpowiednim  oprogramowaniem,  zapewne  by  wes-

tchnął. Przyglądał się wszystkiemu, co robi chłopiec, od dobrych kilku godzin, a zatem 
malec  nie  powinien  być  zdumiony  jego  obecnością.  Z  drugiej  jednak  strony,  Anakin 
nigdy nie przejawiał szczególnego talentu aktorskiego. Co prawda, Q9 słyszał o czymś 
takim jak roztargnienie, ale dopóki nie poznał Anakina, nie miał żadnych podstaw, aby 
sądzić, iż coś takiego rzeczywiście istnieje. 

-  Wydaje  mi  się,  że  dopóki  na  to,  co  odkryłeś,  nie  rzuci  okiem  Chewbacca  albo 

ktoś z pozostałych, byłoby najlepiej, abyś skończył badać to urządzenie. 

- Już prawie sobie z nim poradziłem! - zaprotestował Anakin. 
- Czy wiesz, do czego służy? - zapytał robot. - Masz pojęcie, jak funkcjonuje? 
- N-n-nie - przyznał niechętnie chłopiec. 
- Czy pamiętasz, co wydarzyło się ostatnio, kiedy usłyszałeś taki kurant i nie prze-

stałeś? - nalegał automat. 

- Otworzyła się klapa zapadni - odrzekł Anakin, spuszczając wzrok. 
-  Tak.  Otworzyła  się  klapa  zapadni.  Pode  mną.  Wskutek  czego  zsunąłem  się  do 

komory zgniatacza odpadków. Jak myślisz, jak bym teraz wyglądał, gdybym w porę nie 
włączył repulsorów i nie przesłał do nich maksymalnej energii? 

- Jak zgnieciona kostka o boku dziesięciu centymetrów - odparł chłopiec. - Chyba 

że tamta maszyna by cię przetopiła. 

- Masz rację. Ale o tym dowiedział się Chewbacca dopiero później, prawda? 
- Ja mu w tym pomogłem - przypomniał Anakin. 
- Tak, pomogłeś. I będziesz mu potrzebny, żeby pomóc jeszcze nie raz. Co zrobi-

my, jeżeli tym razem klapa zapadni otworzy się nie pode mną, ale pod tobą? 

background image

Roger MacBride Allen 

53 

Przerażony chłopczyk otworzył szerzej oczy. 
-  Och  -  powiedział.  -  Może  naprawdę  będzie  lepiej,  jeżeli  przestanę  i  zawołam 

Chewbaccę, aby rzucił na to okiem. 

- Chyba masz rację - zgodził się z nim Qiunine. - Chodźmy, poszukamy pozosta-

łych. 

Anakin kiwnął głową. 
- Dobrze - odparł. Odwrócił się i pospieszył w tę stronę, skąd obaj przyszli. 
Qiunine włączył repulsory i unosząc się, podążył za nim - zadowolony, że - przy-

najmniej tym razem - Anakin okazał się posłuszny. Obwody logiczne robota zaprojek-
towano tak, aby Qiunine, wykorzystując metodę prób i błędów, uczył się zachowywać 
w niezwykły sposób. Automat jednak nigdy nie przypuszczał, że będzie musiał uciekać 
się do tej metody, aby opanować przynajmniej podstawy dziecięcej psychologii. Umie-
jętności, które powinien zdobyć, żeby mieć jakikolwiek wpływ na postępowanie Ana-
kina, pochłaniały stanowczo zbyt wiele energii i zajmowały za dużo miejsca w pamięci. 
Qiunine pomyślał, że kiedy to wszystko się zakończy, musi skasować zawartość części 
swoich komórek pamięciowych, gdyż tylko dzięki temu osiągnie większą efektywność. 

Jeżeli  to  wszystko  się  zakończy.  Kiedy  Qiunine  i  Anakin  wyłonili  się  z  otworu 

bocznego  korytarza  i  znaleźli  z  powrotem  w  głównej  komorze,  automat  doszedł  do 
wniosku, że jego obecna sytuacja zaczyna coraz bardziej przypominać stan ustalony. 

Wszystkie żywe istoty zamknięte w ogromnej, nieznanej pieczarze wyglądały jak 

mrówki. Dziwne, ruchliwe, pochodzące z różnych mrowisk owady. Obaj poszukiwacze 
przygód przystanęli i spojrzeli przed siebie. 

Oglądana z tego miejsca, gigantyczna komora z repulsorem wydawała się zbyt du-

ża, aby posłużyć komukolwiek za kryjówkę. Z zewnątrz była jednak idealnie zamasko-
wana. Qiunine  wiedział, jak trudno byłoby ją znaleźć komuś, przebywającemu na po-
wierzchni gruntu. Komorę zabezpieczono przed wykryciem za pomocą znanych auto-
matowi próbników i skanerów... Zabezpieczono przed wszystkimi z wyjątkiem Anaki-
na Solo. Chłopczyk odnalazł ją - podobnie jak jej bliźniaczkę na Korelii - bez najmniej-
szego kłopotu. 

Musiały istnieć poważne powody, dla których ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby ją 

zamaskować.  Komora  kryła  planetarny  repulsor,  który  przed  niezliczonymi  tysiącami 
lat umieścił Dralię na obecnej orbicie. Prawdopodobnie w taki sam sposób umieszczo-
no na innej orbicie Korelię, a może nawet wszystkie zamieszkane planety koreliańskie-
go systemu: Selonię oraz Bliźniacze Światy, Talusa i Tralusa. Możliwe, że każdy świat 
miał taką samą zamaskowaną komorę z planetarnym repulsorem. Zapewne każdy prze-
transportowała w ten zakątek przestworzy przed wieloma, bardzo wieloma tysiąclecia-
mi jakaś rasa nieznanych istot - z sobie tylko znanego i dawno zapomnianego powodu. 

Teraz jednak rozpoczął się wyścig, kto pierwszy odnajdzie repulsory. Co prawda, 

od jakiegoś czasu grupa poszukiwaczy, ukryta na dnie draliańskiej komory, nie  miała 
wieści o tym, co dzieje się w systemie, ale z ostatnio otrzymanych informacji wynikało, 
że repulsory pragnie znaleźć co najmniej jedna grupa koreliańskich rebeliantów. Moż-
liwe więc, że podobne poszukiwania prowadziły też inne grupy, zapewne działające na 
wszystkich pozostałych zamieszkanych światach. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

54 

Powód, dla którego tak bardzo wszystkim na nich zależało, nie był jednak jasny. 

Możliwe, że repulsory stanowiły potężną i skuteczną broń, ale nikt jeszcze nie wygrał 
żadnej wojny, dysponując samym repulsorem. Jeżeli wierzyć temu, co powiedział Ebri-
him,  urządzenie  mogło  zmiażdżyć  krążący  po  orbicie  gwiezdny  statek...  tyle  że  było 
ogromnie nieporęczne i bardzo kłopotliwe w celowaniu. Rzecz jasna, nie należało za-
pominać  o  przewadze,  jaką  dawało  zaskoczenie...  ale  jedynie  za  pierwszym  razem, 
gdyby ktoś zechciał się nim posłużyć. 

Istniało wiele innych, prostszych, tańszych i bardziej niezawodnych sposobów ze-

strzelenia  nieprzyjacielskiego  gwiezdnego  statku.  Rebelianci  znali  co  najmniej  kilka 
spośród nich i gdyby chcieli, bardzo łatwo mogli z któregoś skorzystać. Dlaczego za-
tem mieliby tracić cenny czas i siły, żeby w trakcie toczącej się wojny szukać czegoś, 
co mogło im przynieść tylko marginalną korzyść? 

Qiunine zrezygnował. Doszedł do punktu rozumowania, do jakiego dochodził po-

przednie  dwieście  trzydzieści  dziewięć  razy,  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby  odpo-
wiedź,  jakiej  nie  potrafił  uzyskać  do  tej  pory,  pojawiła  nagle  się  podczas  dwieście 
czterdziestej próby. 

Zamiast tego postanowił jeszcze raz przyjrzeć się dziwnym ogromnym przedmio-

tom wyrastającym z dna komory z planetarnym repulsorem. Samo pomieszczenie wy-
glądało jak pionowo ustawiony i zakończony stożkiem  walec. Mogło mieć prawie  ki-
lometr  wysokości,  a  wszystkie  ściany  wykonano  z  czegoś,  co  przypominało  gładkie, 
idealnie czyste, błyszczące srebro. Wokoło umieszczonego pośrodku dna dużego stożka 
wyrastało sześć  mniejszych  -  w taki sposób, że żadne nie  stykały się ani z sąsiadami, 
ani  z  wielkim  stożkiem.  Wszystkie  mniejsze,  wykonane  z  tego  samego  srebrzystego 
metalu,  miały  trochę  ponad  sto  metrów  wysokości.  Rozmieszczono  je  w  regularnych 
odstępach  na  obwodzie  koła,  którego  środek  pokrywał  się  ze  środkiem  dna  komory. 
Wznoszący  się  dokładnie  pośrodku  większy  stożek  był  dwukrotnie  wyższy  niż  sześć 
pozostałych,  ale  wszystkie  smukłe  bryły  miały  takie  same  proporcje  wysokości  do 
średnicy  podstawy.  W  ścianach  cylindrycznej  części  pomieszczenia  widniały  otwory 
wiodące do bocznych korytarzy, a w dnie walca wydrążono pionowe szyby. Prawdopo-
dobnie umożliwiały przedostanie się na niższe poziomy labiryntu podziemnych koryta-
rzy, o których zbadaniu nikt nawet jeszcze nie pomyślał. 

Ogromne, srebrzyste pomieszczenie wyglądało bezosobowo i dziwnie odpychają-

co - a jednak na samym dnie, obok największego stożka wyrosło niechlujne, prowizo-
ryczne i rozbite byle jak, ale swojsko wyglądające obozowisko. Niewątpliwie w oczach 
ludzi,  Dralów  -  czy  nawet  Wookiego  -  jego  wygląd  kłócił  się  z  otoczeniem.  Qiunine 
uważał,  że  obozowisko  wygląda  po  prostu  śmiesznie.  Na  samym  dnie  cylindrycznej 
komory spoczywał „Sokół Millenium". Chewbacca zdołał wlecieć do komory i wylą-
dować, choć przeciśnięcie się przez ukryte wejście sprawiło nawet jemu sporą trudność. 
Obok  frachtowca  stał  nieco  mniejszy  grawilot  ciotki  Marchy.  Między  górną  anteną 
paraboliczną  „Sokoła" a  anteną  prętową  grawilotu przeciągnięto sznur, na  którym su-
szyło się pranie. Obawiając się, aby obozowiska nie odkrył nikt, kto przebywał na po-
wierzchni Dralii, rosły Wookie starał się zużywać tylko tyle energii, ile było absolutnie 

background image

Roger MacBride Allen 

55 
konieczne. Postanowił,  że na  czas badania  komory  wyłączy nawet pokładową  suszar-
nię. 

Po jednej stronie obu gwiezdnych jednostek rozstawiono składane krzesła i stoliki, 

a dzieci - zmęczone przebywaniem w ciasnych pomieszczeniach „Sokoła" - wyniosły z 
kabiny materace i śpiwory i rozłożyły je pod kadłubem frachtowca. Jak zawsze, bliźnię-
ta złączyły materace w taki sposób, żeby spać obok siebie. Posłanie Anakina znajdowa-
ło się kilka metrów z boku. 

Z  miejsca,  gdzie  stał,  Qiunine  widział  wszystkich  pozostałych  uczestników  wy-

prawy. Jacen i Jaina wynosili z wnętrza „Sokoła" jakieś urządzenia. Wookie Chewbac-
ca  siedział  na  składanym  krześle  i  oparłszy  łokcie  na  stół,  usiłował  złożyć  w  całość 
jakiś  oporny  mechanizm.  Oboje  Dralowie,  Ebrihim  i  Marcha,  księżna  Mastigoforu, 
siedzieli po drugiej stronie tego samego stołu. Pochyleni nad blatem, czymś się zajmo-
wali. 

Dralowie, jak zresztą wszystkie inne istoty ich rasy, byli trochę niżsi niż większość 

ludzi. Ebrihim na przykład dorównywał wzrostem Jacenowi. Mieli krótkie kończyny i 
pękate  tułowie,  a  ponieważ  ich  ciała  porastała  gęsta  brązowa  sierść,  wyglądali  jak 
pulchne  pluszowe  niedźwiadki.  Jak  się  zorientował  OJunine,  czasami  ludzie  uważali 
ich za wypchane zwierzątka. Niektórzy rzeczywiście  nie traktowali ich z należytą po-
wagą - tyle że nieokazywanie Dralom szacunku mogło się skończyć nieprzyjemną nie-
spodzianką. Na ogół Dralowie byli poważni, spokojni i zrównoważeni... i nawet jeżeli 
Ebrihim uchodził w oczach niektórych ziomków za istotę kapryśną i lekkomyślną, jego 
ciotka była jedną z najrozsądniejszych osób, jakie Qiunine kiedykolwiek widział. Nie-
wątpliwie  dokonane  przez  Anakina  odkrycie  sprawi,  że  wszyscy będą  się  mieli czym 
zająć. Możliwe nawet, że stanie się jeszcze jednym elementem układanki, którą usiło-
wali skompletować. Chodziło przecież o to, aby zrozumieć, jak funkcjonują systemy i 
obwody  sterujące  pracą  repulsora.  Krótko  mówiąc,  OJunine  uważał,  że  najtrudniejsze 
zadanie przypadnie w udziale obojgu Dralom. 

Najtrudniejsze, jeżeli nie liczyć czekania. A tym zajmowali się dotąd chyba wszy-

scy. 

- Chodź, OJunine - odezwał się Anakin. - Najwyższy czas przestać się ociągać. 
Jeszcze jeden element dziecięcej psychiki, jaki warto zapamiętać - pomyślał auto-

mat. Choć same ociągały się, jak mogły, żaden opiekun nie umiał nadążyć, ilekroć oso-
bą czekającą było małe dziecko. 

- Idę, Anakinie - odparł OJunine. 
 
Jacen postawił okratowany pojemnik, który właśnie wyciągnął z  ładowni „Soko-

ła". Wyprostował się i zobaczył powracających Qiunina i Anakina. 

- Nareszcie  - powiedział.  - Już  myślałem, że nigdy  nie  wrócą. Możemy teraz coś 

zjeść. 

- Do licha. A musimy? Może przekonamy ich, że powinni zostać tam, gdzie byli, 

trochę dłużej? - zapytała Jaina. 

Postawiła takie  samo pudło i zaczęła  machać do  młodszego brata. Anakin odpo-

wiedział identycznym gestem. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

56 

- Daj spokój, Jaino  - odparł Jacen.  -  Racje żywnościowe  umożliwiają przeżycie i 

wcale nie są takie najgorsze. 

- Nie są wcale takie najlepsze. Zwłaszcza kiedy sieje to samo dziewięć milionów 

razy z rzędu. Przypuszczam, że nazywa się je racjami umożliwiającymi przeżycie tylko 
dlatego, że nikt nie wie, czy po zjedzeniu ich przeżyje. 

-  Ha,  ha.  Bardzo  zabawne  -  oznajmił  jej  brat  bliźniak.  -  Chyba  powtórzyłaś  ten 

sam dowcip z dziewięć milionów razy - a już za pierwszym wcale mnie nie rozśmieszył. 

- Przepraszam - rzekła dziewczynka, siadając na swoim pojemniku. - Przebywając 

tu, nie mam skąd czerpać natchnienia. 

- Wiem, wiem - zgodził się z nią Jacen. - Tu nigdy nic się nie zmienia. 
Mógł  wrócić  na  pokład  „Sokoła  Millenium",  aby  rzucić  okiem  na  chronometr. 

Gdyby nie ów czasomierz i gdyby Chewbacca nie przestrzegał rygorystycznie  ustalo-
nych pór posiłków i spania, nikt nie miałby pojęcia, ile upłynęło czasu. Wnętrze komo-
ry było oświetlone niezmiennym silnym blaskiem, padającym z górnej części pomiesz-
czenia i rzucanym przez jedno, a może więcej niewidocznych źródeł światła. We wnę-
trzu panowałaby absolutna cisza, gdyby nie odgłosy towarzyszące badaniu gigantycznej 
komory. Każdy dźwięk wywoływał serię cichych ech, które, odbite od ścian, powracały 
czasami  po  upływie  wielu  sekund.  To  właśnie  dzięki  owym  echom  dźwięki  mieszały 
się i zlewały ze sobą. Śmiech Anakina stapiał się z warknięciami Chewbaccy albo po-
mrukami  funkcjonujących  mechanizmów.  Stuk  odstawianego  krzesła,  uderzającego  o 
nogę stołu, zlewał się z niskimi, podnieconymi głosami obojga dyskutujących Dralów. 

Zawsze, ilekroć w obozowisku ktoś się krzątał, wszystkim towarzyszył nieustanny 

szmer cichych ech, odbitych od ścian albo górnej części komory. Sprawiało to wraże-
nie,  że  dziwne  pomieszczenie  jest  jeszcze  bardziej  odpychające  i  puste.  Wystarczyło 
jednak, żeby upłynęło zaledwie pięć minut, odkąd umilkły odgłosy rozmów i badania 
komory, a do obozowiska powracała cisza. Wydawało się  wtedy, że przeszkadza bar-
dziej  niż  jakiekolwiek  dźwięki.  Zapewne  chciała  uzmysłowić  wszystkim,  w  jak  nie-
zwykłym miejscu przebywają, jak idealnie gładkie są połyskujące ściany i jak niezgłę-
bione, potężne moce kryją się w nieznanym wnętrzu. 

Najgorsze były noce - a ściślej okresy, które wszyscy zgodzili się nazywać noca-

mi.  Mimo iż  od srebrzystych ścian nie  przestawało się odbijać silne  światło,  wszyscy 
udawali  się  na  spoczynek.  Dzieci  spały  na  ukrytych  w  cieniu  „Sokoła"  materacach. 
Chewbacca  wracał  na  pokład  i  kładł  się  na  pryczy.  Oboje  Dralowie  spędzali  noce  na 
rozkładanych polowych łóżkach, wyniesionych z kabiny grawilotu ciotki Marchy. Od-
poczywał nawet Qiunine. Stojąc na niskim stojaku, uzupełniał zasoby energii. Dopiero 
w nocy panowała tak głęboka cisza, że każdy cichy szelest i każdy szmer rozbrzmiewał 
echem w nieskończoność. Każde kaszlnięcie, cichy szept, pochrapywanie Ebrihima czy 
chlipanie Anakina - wszystkie te ledwo uchwytne dźwięki unosiły się pod sklepienie i 
powracały w postaci trwającego chyba całą wieczność echa. 

Jacen doszedł do wniosku, że nie chciałby spędzić w taki sposób reszty życia. W 

pewnym  sensie  to  w  ogóle  nie  było  życie.  Najwyżej  oczekiwanie.  Wszyscy  -  nawet 
mały Anakin - uświadamiali sobie, że taki stan rzeczy nie może się ciągnąć w nieskoń-

background image

Roger MacBride Allen 

57 
czoność. Na zewnątrz komory trwała wojna. A zatem wcześniej czy później ta czy tam-
ta strona w końcu odnajdzie dziwne pomieszczenie. A wówczas... 

Nikt nie wiedział, co się wówczas wydarzy. 
 
- Usiądź prosto, Anakinie - odezwała się księżna Mastigoforu. - i przestań uderzać 

stopą  w  nogę  stołu.  Już  sam  ten  dźwięk  jest  wystarczająco  nieznośny,  ale  jego  echa 
doprowadzają mnie do rozpaczy. - Pokręciła głową i przeniosła spojrzenie na swojego 
kuzyna 

Ebrihima. – Prawdę mówiąc, drogi kuzynie, nie rozumiem tych ludzkich szczeniąt. 

Cóż Anakin chce osiągnąć przez to, że zachowuje się jak ciamajda? Dlaczego wydaje 
takie drażniące dźwięki? 

-  Nie  przestawałem  z  nimi  wystarczająco  długo,  najdroższa  ciociu,  żebym  teraz 

mógł  udzielić  ci jednoznacznej odpowiedzi. Wygląda  jednak na to, że czasami  nawet 
rodzice nie rozumieją większości motywów, jakimi kierują się ich pociechy. Mimo to, 
że kiedyś sami byli dziećmi. 

- Może nie uwierzysz, ale jakoś mnie to nie dziwi. Podejrzewam, że i nasze młode 

osobniki  czasami  sprawiają  starszym  moc  kłopotów.  Choć  muszę  przyznać,  że  nie 
przypominam sobie, abyś ty kiedykolwiek zachowywał się tak okropnie jak Anakin. 

-  Przestańcie  się  zachowywać,  jakby  mnie  tu  nie  było!  -  wykrzyknął  oburzony 

chłopczyk.  Doprawdy,  ci  dorośli  Dralowie  byli  jeszcze  gorsi  niż  dorośli  ludzie...  a 
przynajmniej, jeżeli chodziło o upominanie dzieci.  - Ja tylko usiłowałem rozmyślać o 
tych sprawach. 

-  Jakich  sprawach?  -  zainteresowała  się  natychmiast  Jaina.  Wszyscy  przeciwko 

niemu, nawet pozostałe dzieci. 

- Po prostu sprawach - odparł Anakin, gniewnie marszcząc brwi. 
- No cóż, Anakinie, nie robiłeś nic złego - uspokoiła go ciotka Marcha. - Myślenie 

ma wielką przyszłość i gdyby wszyscy oddawali się tej czynności, wszechświat byłby 
lepszy i mądrzejszy. Byłabym jednak bardzo wdzięczna, gdybyś myślał, nie uderzając 
stopą w nogę stołu. Zgoda? 

- Zgoda - powiedział Anakin, aczkolwiek nie do końca dał się udobruchać. Rozu-

miał jednak, że miał wielkie szczęście. Dorośli nie pytali go o nic więcej. Z uwagi na te 
wszystkie  umiejętności Jedi i tak dalej, musiałby wyjawić im prawdę, gdyby zasypali 
go następnymi pytaniami. W przeciwnym razie jego rodzeństwo, Jacen i Jaina, przyła-
paliby go na tym, że kłamie, a wówczas mógłby  wpaść w  jeszcze gorsze tarapaty. Od 
czasu do czasu bliźnięta zachowywały się zupełnie jak dorośli. 

Gdyby wyjawił prawdę i powiedział, że myśli o tamtym kontrolnym panelu, któ-

rym Qiunine nie pozwolił mu się bawić, wszyscy by na niego nakrzyczeli. Tymczasem 
chłopczyk  wiedział,  że  za  pomocą  tego  panelu  potrafi  dokonać  czegoś  niezwykłego. 
Czegoś wielkiego i bardzo ważnego. Anakin nie był tylko pewien, czego. Coś jednak 
mogło się wydarzyć. Malec to czuł. Miał wrażenie, że kontrolny panel go wzywa. Wabi 
go do siebie i prosi, żeby szybko wrócił i uwolnił energię zaklętą we wnętrzu dziwnego 
urządzenia... 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

58 

Uwolnił ją i pozwolił, żeby mechanizm wykonał pracę, do której wykonania ktoś 

go skonstruował. 

To jednak teraz nie miało znaczenia. Na szczęście nikt go o to nie zapytał. 
A więc mógł nadal rozmyślać o tym... tak długo, jak tylko zechce. 
 
-  Chodźmy  spać,  najdroższa ciociu  - odezwał  się Ebrihim.  -  Zrobiło się  strasznie 

późno. Wszyscy inni już śpią. Osiągnęliśmy wielki postęp, ale tego wieczora chyba nic 
więcej się nie dowiemy. 

Oboje Dralowie siedzieli w kabinie grawilotu i przeglądali notatki, które udało im 

się sporządzić w ciągu kilku ostatnich godzin. Ebrihim miał rację. Na razie nic więcej z 
nich nie wynikało. 

- Możliwe, że osiągnęliśmy pewien postęp, siostrzeńcze, ale nie możemy zapomi-

nać, że to tylko początek - odparła księżna Mastigoforu.  - Dopiero zaczynamy pozna-
wać pierwsze tajemnice. Mniej więcej wiemy, gdzie znajdują się i jak wyglądają kon-
trolne klawiatury sporządzone przez obce istoty. Orientujemy się także, co mogą ozna-
czać niektóre umieszczone obok guzików napisy i jakie znaczenie  mają różne kolory. 
Jednak daleko nam jeszcze do tego, żeby wiedzieć, jak włącza się to urządzenie... nie 
mówiąc o tym, jak sieje wyłącza. A przecież mamy do czynienia z mechanizmem, któ-
ry działa od dziesięciu tysiącleci, a prawdopodobnie o wiele dłużej. Nie mamy pojęcia, 
skąd owo urządzenie czerpie energię, żeby móc funkcjonować. Przypuśćmy jednak, że 
dowiemy się, jak je wyłączyć. Dokąd powróci wówczas cała energia, skoro przestanie 
dopływać do tej komory? Jeżeli ten repulsor wykorzystuje jakiś rodzaj energii zgroma-
dzonej w warstwach gleby - a podejrzewam, że właśnie tak się dzieje - wyłączenie mo-
że  wywołać  potężne  wstrząsy  sejsmiczne.  Domyślam  się,  że  ta  komora  jest  jedynie 
niewielkim fragmentem o wiele  większego systemu. Przypuszczam, że stanowi coś  w 
rodzaju dyszy albo czegoś podobnego... może  wylotu systemu napędowego, ukrytego 
gdzieś głęboko, w trzewiach tego świata. Nie zapominaj o tym, że staramy się poznać 
urządzenie,  które  potrafi  wprawić  w  ruch  całą  planetę.  Dysponując  taką  mocą,  może 
także zniszczyć planetę, jeżeli ktoś nie wie, jak się nim posługiwać. Na razie nie widzę 
szansy, żebyśmy się dowiedzieli wszystkiego. 

Ebrihim  lekko  się  uśmiechnął,  a  potem  cicho  chrząknął,  jakby  chciał  się  roze-

śmiać. 

- A może po prostu wyjawimy Anakinowi, o co chodzi - powiedział. - Poprosimy, 

żeby odnalazł główny panel kontrolny, a potem oznajmimy, że może się nim pobawić? 

Oczy Marchy rozszerzyły się z przerażenia. 
- Nawet o tym nie myśl, siostrzeńcze - rzekła księżna. - Nie wygaduj takich głup-

stw, nawet gdybyś miał tylko żartować. Wiesz, czasami żarty mają to do siebie, że stają 
się rzeczywistością. 

 
Anakin otworzył oczy tak niespodziewanie, że aż się trochę  przestraszył. Zorien-

tował się, że nie śpi i wpatruje się w spód kadłuba „Sokoła Millenium". Starając się nie 
hałasować,  usiadł i rozejrzał się  dokoła. Jacen i Jaina  smacznie  spali.  Chewbacca był 
takim śpiochem, że chłopiec w ogóle nie musiał się nim przejmować, a Ebrihim i ciotka 

background image

Roger MacBride Allen 

59 
Marcha  nocowali  nieco  dalej,  w  kabinie  grawilotu.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że 
także śpią. Iluminatory zostały zasłonięte, a klapa włazu zamknięta. 

Pozostawał  Qiunine.  Zazwyczaj  robot  spędzał  noce  na  specjalnym  stanowisku, 

które  umożliwiało  mu uzupełnianie  zasobów energii.  Zapewne  i teraz  wyłączył  więk-
szość  obwodów  i  drzemał  gdzieś  między  kadłubami  „Sokoła"  a  grawilotu.  Zwrócony 
tyłem  do  większego  statku,  ładował  zasobniki.  Anakin  wiedział,  że  metalowy  kadłub 
frachtowca  zdoła  pochłonąć  większość,  a  może  nawet  wszystkie  sygnały  czujników 
Qiunina. Tak więc, jeżeli będzie cały czas pilnował, aby od automatu oddzielał go pan-
cerz „Sokoła", może wymknie się z obozowiska, nie zauważony przez nikogo. 

Poruszając się tak cicho, jak umiał, Anakin wyplątał się ze śpiwora i obrócił, żeby 

znaleźć się na czworakach. Ostrożnie wyczołgał się spod kadłuba frachtowca i oślepio-
ny jaskrawym blaskiem, zmrużył oczy. 

Zamrugał kilka razy i wstał. Poczuł się trochę dziwnie, kiedy uświadomił sobie, że 

oto  wymyka  się  cichaczem  z  obozowiska  skąpanego  w  blasku  światła.  Nie  zamierzał 
się jednak przejmować takimi głupstwami. Wiedział, że nie ma na to czasu. W każdej 
chwili ktoś mógł się obudzić i zauważyć, że zniknął. 

Nie zakładając butów na bose stopy ani nie narzucając niczego na piżamę, ruszył 

w kierunku ściany komory. Od czasu do czasu oglądał się przez ramię, aby sprawdzić, 
czy nadal kadłub „Sokoła" przesłania mu widok Qiunina. 

Kiedy dotarł pod samą ścianę, bez wahania zniknął w otworze pierwszego tunelu, 

jaki  zobaczył.  Wprawdzie  korytarz,  do  którego  podążał,  znajdował  się  po  przeciwnej 
stronie ogromnej komory, ale Anakin się tym nie przejmował. Możliwe, że inni zabłą-
dziliby w labiryncie podziemnych chodników, ale chłopiec szedł tak pewnie, jakby znał 
drogę. Intuicyjnie wyczuwał, gdzie musi skręcić, żeby odnaleźć właściwą odnogę kory-
tarza. 

Szedł zatem nie kończącymi się tunelami. Raz po raz skręcał tam, gdzie powinien, 

i szedł dalej, jakby mógł trafić z zawiązanymi oczami. Czuł, że tajemniczy panel znaj-
duje się coraz bliżej. Coraz bliżej. 

W końcu odnalazł go i przekonał się, że panel wygląda dokładnie tak samo, jak go 

pozostawił. Odsłonięta klawiatura czekała, jakby zapraszając chłopca. Wpatrywał się w 
nią  dobrą  minutę, a  potem uniósł rękę  i zbliżył dłoń do niezwykłej szachownicy.  Za-
mknął oczy i uwolnił myśli, żeby sięgnąć nimi do wnętrza urządzenia. Zaczął się przy-
glądać obwodom, śledzić połączenia, badać różnice potencjałów... a także omijać zain-
stalowane tu i ówdzie skomplikowane zabezpieczenia i pułapki. Odnosił  wrażenie, że 
uśpione obwody i podzespoły czekały długo, bardzo długo na to, żeby ktoś je obudził. 

Dopiero teraz. Dopiero teraz nadeszła odpowiednia chwila. Anakin wiedział... był 

absolutnie  pewien,  że  wie,  jak  zmusić  urządzenie  do  działania.  Tym  razem  nie  prze-
szkodzi mu żaden Qiunine-Ekstoo. Nie będzie kpił ani straszył klapami zapadni. Ana-
kin wiedział. Był pewien. 

Otworzył oczy, a potem wyciągnął rękę jeszcze dalej i przycisnął guzik widniejący 

pośrodku  szachownicy,  która  -  podobnie  jak  tamta  na  Korelii  -  miała  po  pięć  przyci-
sków  w  każdym  z  pięciu  rzędów.  Zielone  światełko  zgasło,  a  zapaliło  się  czerwone. 
Doskonale. Chłopiec chwilę odczekał, a potem wyciągnął drugą rękę i rozcapierzywszy 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

60 

palce obu dłoni najbardziej, jak umiał, przycisnął wszystkie cztery narożne guziki rów-
nocześnie. 

Tym  razem  światełka  nie  zmieniły  barwy  na  purpurową,  ale  na  pomarańczową. 

Anakin  zmarszczył  brwi.  Prawdę  mówiąc,  spodziewał  się  czegoś  innego.  Postanowił 
jednak, że na razie nie będzie zaprzątał sobie tym głowy. Najważniejsze, by nie prze-
stawać. Zaczynając od góry i obierając kierunek przeciwny do ruchu wskazówek archa-
icznych zegarów, zaczął przyciskać  - jeden po drugim - wszystkie środkowe guziki w 
zewnętrznych rzędach i kolumnach. 

Jak przypuszczał, zmieniły barwę na czerwoną. Chłopczyk poczuł, że w jego serce 

wstępuje nowa otucha. Spod klawiszy, z wnętrza urządzenia, rozległ się kolejny kurant. 
Tym razem jednak nie ucichł, kiedy sekwencja dźwięków się skończyła. Powtarzał się 
cały czas, bez końca. 

Anakin ponownie zamknął oczy, nadal trzymając prawą dłoń nad klawiaturą. Tak. 

Tak.  To  było  właśnie  to.  Zaczynając  od  prawego  dolnego  rogu  i  obierając  kierunek 
zgodny  z  ruchem  wskazówek  muzealnych  czasomierzy,  zaczął  przyciskać  po  kolei 
wszystkie  guziki  w  narożnikach szachownicy. W  miarę  jak je  muskał  palcami,  każdy 
zmieniał barwę z pomarańczowej na purpurową. To dobrze. Malec poczuł się jeszcze 
pewniej. Zanim jednak nacisnął ostatni, przez chwilę się zawahał. Podejrzewał, że kie-
dy go przyciśnie, wpadnie  w poważne tarapaty. Tylko czy rzeczywiście  tak poważne, 
by miał teraz rezygnować? 

Nie. Musiał skończyć to, co zaczął. Teraz nie mógł się wycofać. 
Przycisnął ostatni pomarańczowy guzik szachownicy. Zapłonęła purpurowym bla-

skiem i nagle dźwięczny kurant zmienił ton na wyższy i zabrzmiał głośniej. Za plecami 
chłopca rozległ się cichy basowy pomruk. Anakin odwrócił głowę. 

Zauważył,  że fragment posadzki  wsuwa  się  pod przeciwległą  ścianę. Czyżby za-

tem  Qiunine  miał  rację,  kiedy  mówił  coś  o  zapadniach?  Nagle  jednak  z  powstałego 
otworu zaczęła wyrastać skomplikowana konsoleta, zwieńczona dziwacznie wyglądają-
cym panelem kontrolnym. Konsoletę sporządzono z tego samego srebrzystego metalu, 
z jakiego wykonano całą komorę. Na samym końcu ukazało się dziwne niskie krzesło. 
Wyglądało, jakby miało służyć obcym istotom, których ciała zginały się w innych miej-
scach niż ciała ludzi. 

Podskakując  z  podniecenia  i  zapominając  o  wszystkich  wątpliwościach,  Anakin 

usiadł na dziwnym krześle i nawet nie zauważył, że po sekundzie czy dwóch siedzenie i 
oparcie dostosowały się do kształtów jego ciała. Co więcej, krzesło uniosło go i prze-
mieściło się tak, żeby malec mógł bez trudu dosięgnąć pulpitu kontrolnego. 

Anakin  spędził  następne  kilka  minut,  wpatrując  się  w  nieznane  mechanizmy  i 

urządzenia. Potem wyciągnął rękę i rozcapierzył palce tak daleko na boki, jak potrafił. 
Zamknął oczy i pozwolił myślom buszować po cudownym, upajającym wszechświecie 
skomplikowanych  potencjometrów,  kondensatorów,  tras  kablowych,  ścieżek  i  obwo-
dów scalonych, które współpracowały z usytuowanymi na pulpicie konsolety pokrętła-
mi, dźwigniami, tarczami i regulatorami. Malec otworzył oczy i spojrzał na wskaźniki 
poboru  mocy,  przełączniki  zasobników  energii,  podzespoły  celownicze,  systemy  za-
bezpieczeń, ograniczniki mocy, regulatory siły ciągu... Stopniowo zaczynał coraz lepiej 

background image

Roger MacBride Allen 

61 
rozumieć, czym są i co znaczą, jak działają i z czym współpracują. Nagle to wszystko 
pojął,  jak  gdyby  podpowiedziały  mu  prastare  mechanizmy,  niecierpliwiące  się,  kiedy 
będą mogły wyjawić swoje tajemnice. 

Wiedział wszystko. Teraz wiedział już absolutnie wszystko. 
Położył obie dłonie na kontrolnym pulpicie i poczuł, jak cała ta wiedza stopniowo 

przenika  do  jego  umysłu.  Obudź  mnie  -  nakazywało  gigantyczne  urządzenie.  Anakin 
musiał spełnić jego prośbę. Cały cudownie skomplikowany mechanizm czekał przecież 
uśpiony tyle czasu. Chciał, żeby ktoś go obudził. Nie  mógł się doczekać, kiedy zjawi 
się ktoś, kto rozkaże mu się ocknąć. 

Anakin poruszał palcami jak w transie, jakby sam spał i przeżywał jakiś cudowny 

sen. Starał się robić to, co umiejętność władania Mocą podpowiadała, że potrafi, a nie 
to, co powinien albo co musi. Malec wiedział, że gdzieś w jego umyśle kryje się jakiś 
nakaz... pragnienie spełnienia prośby urządzenia. Coś mówiło mu, że przecież nie  ma 
do  czynienia  z  żywym  organizmem,  ale  jedynie  z  dziwnym  mechanizmem.  Mimo  to 
chłopczyk odnosił wrażenie, iż ogromne urządzenie szepcze coś do niego... i że to ono 
go ponagla, a nie jego własne chęci czy pragnienia. 

Pociągnij za tę  długą  rękojeść  -  nakazywało.  -  Pociągnij, jeżeli chcesz  zapocząt-

kować proces aktywacji. Teraz pokręć tą tarczą, żeby uruchomić system przekazywania 
energii  geograwitacyjnej.  Posłuż  się  standardową  dwudziestopięcioklawiszową  sza-
chownicą i wpisz sekwencję poleceń, umożliwiających bezpieczne przejście do kolejnej 
części programu. 

Nagle gdzieś, chyba w samych trzewiach planety, coś zatrzęsło się albo zadrżało. 

Chwilę  potem  zaczął  narastać  niski,  basowy  pomruk.  Melodyjne  kuranty  stawały  się 
coraz głośniejsze, a sekwencje dźwięków powtarzały się coraz szybciej. 

Anakin  zauważył,  że  coś  dziwnego  zaczyna  się  dziać  z  miejscem  na  kontrolnym 

pulpicie, które jeszcze sekundę wcześniej było zupełnie gładkie. Zalśniło, zamigotało i 
zaczęło się wybrzuszać. Wznosiło się coraz wyżej, aż w końcu przemieniło się w wy-
glądający najzwyczajniej na świecie drążek sterowniczy. Przypominało rękojeść, którą 
zazwyczaj posługują się piloci gwiezdnych statków. 

Chyba nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Anakin pochwycił drążek palcami 

lewej dłoni. Nie zauważył, że chwilę później rękojeść zmieniła kształt, żeby przystoso-
wać się do rozmiarów jego palców. Nad drążkiem ukazał się świetlisty wizerunek. Wy-
glądał jak siatka  konstrukcyjna sporego sześcianu. Każdy bok miał dokładnie pięć ta-
kich  samych  jednostek  długości.  Jeżeli  nie  liczyć  świecących  w  powietrzu  krawędzi 
ścianek stu dwudziestu pięciu mniejszych brył, duży sześcian był zupełnie przezroczy-
sty. 

Wszystkie  małe  sześciany  były  także  idealnie  przezroczyste,  ale  kiedy  Anakin 

spoglądał na świetlistą siatkę, zobaczył, że usytuowany w lewym dolnym rogu sześcia-
nik zapłonął zielonym blaskiem. 

Powoli,  ostrożnie  chłopczyk  odepchnął  od  siebie  drążek  sterowniczy.  Samotny 

zielony sześcianik zmienił kolor na purpurowy. Trzy inne, z którymi sąsiadował, a któ-
re  dotąd  nie  świeciły,  teraz  zapłonęły  intensywną  zielenią.  Chwilę  później  narożny 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

62 

sześcianik  przybrał  barwę  pomarańczową,  trzy  sąsiednie  rozjarzyły  się  czerwonym 
blaskiem, a wszystkie sąsiadujące z nimi wypełniły się zielenią. 

Proces  się  rozprzestrzeniał;  obejmował  coraz  dalsze  warstwy  i  poziomy  małych 

sześcianów,  aż  w  końcu  wszystkie  sto  dwadzieścia  pięć  zapłonęło  pomarańczowym 
blaskiem.  Wówczas  nastąpił  jeszcze  silniejszy  wstrząs  gruntu,  a  basowy  pomruk  bu-
dzącej się energii przybrał na intensywności. Stopniowo narastał, aż w końcu przeisto-
czył się w głuchy, odległy grzmot... huk potężnej siły, czekającej na chwilę, kiedy zo-
stanie uwolniona. 

Anakin  wypuścił  z  palców  drążek  sterowniczy.  W  tej  samej  chwili  ucichł  melo-

dyjny  kurant.  Stopniowo  pomruk  energii  cichnął  i  zamierał.  Przybierał  coraz  niższe 
tony,  aż  w  końcu  w  gigantycznej  komorze  repulsora  zapadła  głucha  cisza.  Częstotli-
wość dźwięku zmalała poniżej granicy słyszalności. 

Po  sekundzie  drążek  zaczął  topnieć  i  zapadać  się  w  głąb  konsolety,  aż  wreszcie 

stał  się  znów  tylko  płaskim  miejscem  na  pulpicie.  Dopiero  wtedy  w  innym  miejscu, 
dokładnie  pośrodku  płaskiej  płyty,  pojawiło  się  nowe  wybrzuszenie.  Chwilę  potem 
przybrało kształt dużego przycisku, który unosił się na elastycznej wypustce coraz wy-
żej,  aż  w  końcu  przemienił  się  w  walec  o  średnicy  mniej  więcej  sześciu  i  wysokości 
jednego centymetra. Później stężał i całkowicie znieruchomiał. 

Anakin  przyglądał  się,  jak  środkowy  punkt  górnej  powierzchni  cylindra  zmienia 

barwę ze srebrzystej na zieloną, z zielonej na purpurową i z purpurowej na pomarań-
czową. Po chwili pomarańczowy punkt zaczął pulsować, a po kilku następnych sekun-
dach barwę pomarańczową zastąpił kolor topionego żelaza. W końcu przemienił się w 
ciemną czerwień, podobną do odcienia zachodzącego słońca. 

W komorze panowała idealna cisza. Anakin otworzył usta  i zafascynowany wpa-

trywał się w ciemnoczerwony punkt pulsujący pośrodku płaszczyzny walca. Otworzył 
szeroko oczy. Nie zauważył,  że zapalający się i gasnący krążek rzuca na jego twarz i 
piżamę dziwaczne, ogniste błyski. 

Dostrzegał  tylko  punkt.  Widział  tylko  przycisk.  Pulsujące  światełko  przyzywało 

go,  a  może  tylko  upewniało  w  zamiarze  uruchomienia  urządzenia  i  nakłonienia  go, 
żeby wykonało swoją pracę. 

Anakin nic więcej nie wiedział. Niczym więcej się nie interesował. 
Wyciągnął lewą rękę. Krótką chwilę trzymał dłoń nad pulsującym punktem. 
A potem go nacisnął. 
 
Z wierzchołka środkowego stożka strzeliła krzaczasta błyskawica, która rozszcze-

piła się na sześć części i trafiła w wierzchołki wszystkich mniejszych stożków. Uderzy-
ła w nie z taką mocą, że posypały się fontanny iskier. Po komorze przetoczył się ogłu-
szający trzask, jakby jakaś potężna siła starała się rozedrzeć powierzchnię gruntu. Ośle-
piający  błysk,  odbity  od  wszystkich  srebrzystych  powierzchni,  rozjaśnił  całą  komorę 
niczym blask milionów prętów jarzeniowych. 

Jakby  odpowiadały  na  atak,  mniejsze  stożki  wysłały  własne  błyskawice.  Sześć 

płomienistych  błysków  trafiło  w  wierzchołek  największego  stożka  z  taką  siłą,  że  się 
rozjarzył. Chwilę później błyskawice zniknęły - tak szybko, iż mogło się wydawać, że 

background image

Roger MacBride Allen 

63 

nic  się  nie stało. Wszystkie  stożki stały, jakby z ich  wierzchołków  nie trysnęły  gigan-
tyczne  ilości  uwolnionej  energii.  W  komorze  rozbrzmiewało  jednak  echo  grzmotów. 
Przetaczało się i odbijając od ścian, dudniło - podobne do gniewnego okrzyku bitewne-
go, wzniesionego przez jakiegoś dawno zapomnianego bożka wojny. 

Nagle  komora  zatrzęsła  się  w  posadach  i  zadrżała.  Szarpnięty  siłą  wstrząsów 

Chewbacca, który spał na pokładzie „Sokoła", spadł z pryczy. Natychmiast się zorien-
tował, że kadłub frachtowca podskakuje i zatacza się jak pijany. Zerwał się z płyt po-
kładu i pokonał połowę  odległości  dzielącej go od sterowni,  zanim  się  ocknął  i przy-
pomniał sobie, że statek nie leci w przestworzach, ale spoczywa na stałym gruncie. 

Dopiero  wtedy  przypomniał  sobie,  że  przecież  „Sokół"  wylądował  nie  na  po-

wierzchni Dralii, ale pod ziemią, w gigantycznej komorze, skąd z pewnością nie zdoła 
wylecieć. 

Ochronne pola. Energetyczne osłony „Sokoła" mogłyby chociaż trochę zmniejszyć 

amplitudę  wstrząsów. Przedtem jednak powinien sprawdzić, czy wszyscy znajdują się 
na pokładzie. I to jak najszybciej. Odwrócił się i pobiegł w stronę opuszczonej rampy. 

Tymczasem bliźnięta zdołały wyczołgać się spod kadłuba frachtowca. Stanęły, ale 

ponieważ metalowa posadzka pod ich stopami nie przestawała się kołysać i trząść, mia-
ły spore kłopoty z utrzymaniem się na nogach. Chewbacca krzyknął do dzieci, by wspi-
nały się  na pokład; w komorze jednak wciąż jeszcze przetaczało się echo grzmotów i 
ryku  Wookiego  chyba  nikt  nie  mógł  usłyszeć.  Widocznie  Chewbacca  to  zrozumiał, 
gdyż zaczął dawać znaki rękami. Zachęcał bliźnięta, żeby wspinały się po rampie. Ja-
cen ujrzał dawane przez Chewiego znaki i energicznie pokiwał głową. Chwycił siostrę 
pod  rękę  i  pociągnął  za  sobą.  Oboje  zdążyli  jednak  przejść  tylko  kilka  kroków,  gdyż 
kolejny,  silniejszy  wstrząs posadzki powalił  ich na kolana. Nie  rezygnując, oboje  po-
stanowili dalszą część drogi przejść na czworakach. 

Stopniowo  wstrząsy  stawały  się  coraz  słabsze  i  rzadsze.  Powoli  zamierało  także 

echo ogłuszających grzmotów. Mimo to Chewbacca nie miał złudzeń, że taki stan rze-
czy się utrzyma. 

Kiedy bliźnięta dotarły do stóp rampy, zbiegł po niej, a potem zaczął się rozglądać 

za pozostałymi uczestnikami wyprawy. Musiał szybko ich odnaleźć. Poruszając się jak 
marynarz na pokładzie okrętu miotanego przez sztormowe fale, zanurkował pod kadłub 
i wyłonił się po drugiej stronie „Sokoła". Dostrzegł, że grawilot przewrócił się na bok. 
Kiedy biegł ku mniejszemu statkowi, zobaczył, że otwiera się  klapa  włazu i z kabiny 
wychodzi Ebrihim. Zorientował się, że starszy Dral usiłuje wynieść, a może wyciągnąć 
swoją ciotkę. Wyglądało na to, że księżna Marcha jest nieprzytomna albo oszołomiona. 
Dopiero kiedy podbiegł bliżej, zauważył, że Dralka ma głęboką ranę na lewej skroni. 

Nie  wiedząc, jak udało mu się dokonać tej sztuki, Chewbacca pokonał odległość 

dzielącą go od wywróconego grawilotu. Wyciągnął ręce i ostrożnie odebrał Marchę z 
rąk Ebrihima. Pochwyciwszy ją jedną ręką, drugą pomógł zejść jej siostrzeńcowi. 

Zaryczał, żeby Ebrihim wchodził na pokład „Sokoła", a potem - na wszelki wypa-

dek - wyciągnął wolną rękę i gestem wskazał frachtowiec. Jeżeli nawet Dral nie zrozu-
miał  słów  Wookiego,  z  pewnością  gest  Chewbaccy  pomógł  rozwiać  wszelkie  wątpli-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

64 

wości.  Ebrihim  kiwnął  głową  i  zataczając  się,  ruszył  w  stronę  większego  statku.  Na 
szczęście, dno komory przestało się kołysać i zdołał dojść o własnych siłach. 

Chewbacca rozejrzał się dokoła i dopiero wówczas zauważył Qiunina. Mały robot 

leżał  nieruchomo  obok  stojaka,  gdzie  uzupełniał  zasoby  energii.  Nie  wypuszczając 
nieprzytomnej Marchy, Wookie podbiegł do automatu. Leżący na boku robot sprawiał 
wrażenie wyłączonego. Chewbacca pociągnął za kabel, łączący robota ze stojakiem, ale 
widocznie przewód gdzieś się zaplątał, ponieważ nie dał się wyciągnąć z gniazda. Ro-
sły Wookie szarpnął z całej siły i kabel się urwał. Chewie pochwycił robota drugą ręką 
i tuląc oboje uczestników wyprawy do kosmatego torsu, pobiegł ku „Sokołowi". 

W tej samej chwili z wierzchołka środkowego stożka strzeliła kolejna błyskawica. 

Jak poprzednia, rozdzieliła się na sześć  mniejszych,  które przecięły powietrze i trafiły 
w wierzchołki niższych stożków. Widząc błysk i słysząc trzask wyładowań, Chewbacca 
instynktownie uniósł głowę, żeby sprawdzić, co się dzieje. W porę jednak uświadomił 
sobie błąd i zanim został oślepiony, spojrzał w inną stronę. 

Dzięki temu zdołał ochronić oczy przed oślepiającym błyskiem, ale nie uszy przed 

ogłuszającym grzmotem. 

Przeczuwając,  co  za  chwilę  nastąpi,  puścił  się  biegiem  ku  opuszczonej  rampie. 

Tymczasem mniejsze stożki, odpowiadając większemu, wysłały ku niemu własne bły-
skawice. W gigantycznej komorze rozległ się rozdzierający uszy trzask - chyba jeszcze 
głośniejszy niż poprzednio. Komora zatrzęsła się i zadrżała  - silniej niż za pierwszym 
razem - a Chewbacca zachwiał się i omal nie upadł. „Sokół" podskakiwał, mimo iż łapy 
ładownicze  przejmowały  przynajmniej  część  energii  wstrząsów.  Z  pewnością  jednak 
amortyzatory były bliskie przeciążenia. 

Przebiegając przed dziobem frachtowca, Wookie zatoczył się i omal nie runął na 

metalową posadzkę. Zdołał jednak dotrzeć do stóp rampy. Odczekał kilka sekund i gdy 
dno  komory  zaczęło  opadać  po  kolejnym  wstrząsie,  puścił  się  pędem  w  górę  rampy. 
Kiedy  znalazł  się  na  pokładzie,  uderzył  łokciem  w  przycisk,  żeby  potężne  siłowniki 
uniosły rampę, a potem wpadł do świetlicy. Najostrożniej, jak umiał, postawił na pły-
tach pokładu dochodzącą do siebie ciotkę Marchę, a potem ułożył pod ścianą nie dają-
cego żadnych oznak aktywności Qiunina. Przekonał się, że w tym czasie Ebrihim wy-
ciągnął skądś podręczny zestaw medyczny. Dral uklęknął przed ciotką i zajął się opa-
trywaniem jej rany głowy. 

Wookie  powiódł  spojrzeniem  po  świetlicy.  Zobaczył  oboje  Dralów,  bliźnięta...  i 

nagle uświadomił sobie, że  nigdzie  nie  widzi  małego  Anakina. Dotychczas przypusz-
czał, że najmłodsze dziecko wbiegło po rampie razem ze starszymi. Odwrócił się i rzu-
cił w kierunku włazu. 

-  Anakin  jest  cały  i  zdrowy!  -  zawołał  Jacen  na  tyle  głośno,  żeby  przekrzyczeć 

echo niedawnych grzmotów. Zapewne kiedy zobaczył, że Chewie chce wybiec ze świe-
tlicy,  domyślił  się,  o  co  chodzi.  -  Znalazł  schronienie  w  jakimś  bocznym  korytarzu. 
Wyczuwam go za pośrednictwem Mocy. Nie odniósł żadnych obrażeń, ale chyba bar-
dziej się boi, że będziemy na niego źli, niż tego, że może mu się stać coś złego. Wydaje 
mi się, że to on odpowiada za te wstrząsy i grzmoty. 

background image

Roger MacBride Allen 

65 

Chewbacca zamarł w pół kroku, a potem odwrócił się i nie wiedząc, co robić, jakiś 

czas tylko wpatrywał się w Jacena. Przysiągł, że jeśli okaże się to konieczne, poświęci 
własne  życie,  byle  tylko  chronić  tę  trójkę  dzieci.  Jeżeli  Anakinowi  rzeczywiście  nie 
groziło nic złego, powinien przygotować statek do odlotu, a potem zaczekać, aż malec 
powróci i „Sokół" będzie mógł wystartować. 

A zresztą cóż mógłby zrobić, gdyby... gdyby... gdyby życiu chłopczyka zagrażało 

jakieś  niebezpieczeństwo?  Nie  czekając,  aż  ustaną  wstrząsy  i  podskoki,  zacząć  prze-
szukiwać labirynt ciągnących się bez końca podziemnych korytarzy? Gdyby się na  to 
zdecydował, naraziłby na jeszcze większe niebezpieczeństwo nie tylko frachtowiec, ale 
i  wszystkich  na  pokładzie.  Gdyby  chciał  wyjść  i  później  wrócić,  musiałby  wyłączyć 
generatory ochronnego pola... a przecież nikt oprócz niego nie znał urządzeń „Sokoła" 
na tyle dobrze, aby podczas jego nieobecności włączyć i jeszcze raz ukształtować siło-
we pole. 

A zatem, jeżeli chciał być pewien, że nikomu nie stanie się nic złego, powinien zo-

stać na pokładzie. Dobrze. Doskonale. Chewbacca nie był pewien, czy postępuje słusz-
nie, ale wiedział, że w tych warunkach jest to najlepsza, najrozsądniejsza decyzja, jaką 
może podjąć. Gdyby jednak się okazało, że popełnił błąd i małemu Anakinowi przyda-
rzyło się nieszczęście, wówczas... no cóż, jego życie nie byłoby warte złamanego kre-
dyta. Zasłużyłby na taką karę. 

Zastanawianie  się  nad  tym,  co  powinien  zrobić,  zajęło  mu  tylko  kilka  sekund. 

Chewbacca wiedział jednak, że samo zastanawianie się nie wystarczy. Należało decyzje 
wprowadzać  w czyny. Odwrócił się  i pobiegł do sterowni,  gdzie  natychmiast  włączył 
generator i nastawił go tak, by pracował pełną mocą. Kiedy pojawiło się ochronne pole, 
dochodzące z zewnątrz dźwięki jakby przycichły. 

Chewbacca pomyślał, że powinien włączyć także repulsory. Liczył na to, że unio-

są „Sokoła" nad trzęsące się dno komory, dzięki czemu frachtowiec przestanie się koły-
sać.  Niestety,  repulsory  nie  dały  się  uruchomić.  Co  gorsza,  okazało  się,  że  żaden  nie 
funkcjonuje. Wookie nie wiedział, co się stało. Nie miał jednak czasu się tym przejmo-
wać. Za wszelką cenę musiał unieść statek, gdyż w przeciwnym razie trzęsący się ka-
dłub albo któryś z mechanizmów mógłby ulec uszkodzeniu. 

Na szczęście, można było osiągnąć podobny skutek nawet wówczas, kiedy repul-

sory  pozostawały  wyłączone.  Manipulując  pokrętłami  potencjometrów,  Chewie 
ukształtował ochronne pole w taki sposób, żeby energia przepłynęła z wierzchu kadłuba 
na  spód  statku.  Następnie  zwiększył  odległość,  na  jaką  sięgało  pole  pod  kadłubem,  i 
uformował powstałą warstwę w taki sposób, aby pole oddziaływało z większą siłą bli-
żej pancerza. 

Nie wiedział tylko, czy udało mu się osiągnąć zamierzony skutek. „Sokół" jakby 

się zawahał, zwlekał chwilę, ale w końcu się uniósł i spoczął na poduszce słabszych pól 
siłowych. Co prawda, nadal czuło się najsilniejsze wstrząsy, ale dzięki ochronnym po-
lom ich amplituda zmalała na tyle, że teraz kadłub „Sokoła" nie powinien się rozpaść 
na  kawałki.  Chewie  zaprogramował  regulator  natężenia  pola  w  taki  sposób,  aby  auto-
matycznie kompensował siłę najsilniejszych wstrząsów, po czym unieruchomił pokrętła 
potencjometrów wszystkich zadajników. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

66 

Teraz  mógł  tylko  ufać,  że  siłowe  pole  zdoła  uchronić  wszystkich  przed  tym,  co 

może się wydarzyć. Nie wiedząc jednak, co się dzieje, nie mógł być tego pewien. Do-
myślał się tylko, że to coś poważnego. W pewnej chwili uniósł głowę i zobaczył kolej-
ne  serie  oślepiających  błyskawic,  przeskakujących  tam  i  z  powrotem  między  wierz-
chołkami  stożków.  Wyglądało  na  to,  że  każdy  następny  cykl  pojawia  się  szybciej  po 
zakończeniu  poprzedniego  i  niesie  coraz  większą  energię.  Nie  sposób  było  jednak 
przewidzieć, ile energii wyzwala się w trakcie każdego cyklu. Chewbacca mógł zatem 
tylko liczyć na to, że siłowe pola „Sokoła Millenium" zdołają ocalić wszystkich, którzy 
schronili się na pokładzie. 

Tymczasem sekwencje błyskawic powtarzały się - bez końca - w coraz krótszych 

odstępach  czasu.  Za  każdym  razem  błyskawice  niosły  coraz  więcej  energii.  W  końcu 
wierzchołki, raz po raz smagane potężnymi wyładowaniami, rozżarzyły się do białości. 
Wydawało się, że płoną żywym ogniem. 

W pewnej chwili jakby zapadły się w głąb stożków. Pochłonęły całą energię, która 

dotąd je otaczała. Rozdzierający uszy trzask błyskawic ucichł. Powierzchnie wypełnio-
nych  do  granic  możliwości  brył  błyszczały  teraz  i  mieniły  się  wszystkimi  barwami 
tęczy. 

Kiedy Chewbacca doszedł do wniosku, że niesamowite widowisko osiągnęło kul-

minację,  zauważył,  że  pulsujące  energią  barwy  zaczęły  spływać  w  dół,  na  samo  dno 
komory. Natychmiast zrozumiał, że już wkrótce „Sokołowi" może grozić  wielkie  nie-
bezpieczeństwo.  Gorączkowo  przebierając  palcami  po  kontrolnych  pulpitach,  spróbo-
wał  włączyć  jeden  z  silników...  którykolwiek...  ale  wszystkie  odmawiały  posłuszeń-
stwa. 

Nagle  cały  kadłub  „Sokoła" otoczyły  krzaczaste błyskawice. Ognista  fala, plując 

snopami iskier i płomieniami, omyła frachtowiec, ale rozprysnęła się na osłonach. Na-
tychmiast  rozdźwięczały  się  wszystkie  systemy  alarmowe  i  przepaliły  bezpieczniki. 
Chewbacca  jednak  nawet  nie  wyciągnął  ręki,  żeby  którykolwiek  wymienić  albo  włą-
czyć. Widząc, jak ogromna energia przepływa za iluminatorami statku, za nic w świecie 
nie chciał, żeby na pokładzie pozostało włączone jakiekolwiek urządzenie. 

Ognista fala omyła burty statku i równie szybko, jak się pojawiła, spłynęła na dno. 

Chewie wstał z fotela i pochylił się nad kontrolnym pulpitem, by zobaczyć, co się z nią 
stanie.  Uczynił  to  w  samą  porę,  żeby  ujrzeć,  jak  spopiela  leżący  na  burcie  grawilot, 
wywołuje eksplozję stojaka Qiunina i zamienia w żużel wszystko, co pozostało w obo-
zowisku. 

Kiedy fala energii rozbryznęła się po dnie gigantycznej komory, zaczęła sunąć w 

górę po srebrzystych ścianach. Pędziła coraz szybciej, a kiedy osiągnęła poziom, gdzie 
walec  przechodził  w  stożek,  zaczęła  się  skupiać.  Gnała  dalej,  coraz  silniejsza  i  potęż-
niejsza. Im bliżej była wierzchołka stożka, tym więcej niosła energii. 

W końcu zmniejszający średnicę ognisty krąg przemienił się w punkt zionący nie-

prawdopodobną siłą, a kiedy dotarł do wierzchołka, eksplodował. Wydostał się na ze-
wnątrz i rozprysnął, posyłając we wszystkie strony snopy oślepiających iskier. Ściany 
stożkowatej  części  komory  zadrżały  i  zadygotały,  a  kiedy  pozbyły  się  porcji  ognistej 
energii, rozchyliły się lekko na boki. 

background image

Roger MacBride Allen 

67 

Po chwili w dół sześciu mniejszych i jednego większego stożka, rozsypując na bo-

ki snopy iskier i mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy, zaczęła spływać następna fala. 
Zanim  dotarła  do  dna,  żeby  się  rozprysnąć,  oplatała  siatką  krzaczastych  wyładowań 
cały kadłub „Sokola". Podobnie jak poprzednia, dopłynęła do ścian komory i ruszyła w 
górę,  w  kierunku  wąskiego  otworu  w  wierzchołku  stożkowej  części  srebrzystego  po-
mieszczenia. Kiedy wydostała się na zewnątrz, ściany komory ponownie zalśniły i za-
drżały. Tymczasem w dół stożków sunęła trzecia fala. A za nią kolejna. I kolejna. 

W końcu odstępy między kolejnymi ognistymi pierścieniami stały się tak małe, że 

zanim jeden zdążał skupić się w ognisty punkt u wierzchołka stożkowej części gigan-
tycznej  komory,  napływał  następny.  Wreszcie  przez  otwór  stożka  -  przez  który  było 
widać pogodne, błękitne niebo - wydostał się pierścień oślepiającego światła. 

Dopiero wówczas Chewbacca, wciąż jeszcze zdumiony, oszołomiony i przerażo-

ny,  zrozumiał,  co  się  dzieje.  Kryjące  gigantyczny  planetarny  repulsor  pomieszczenie 
ulegało przeobrażeniu. Otwierało się na zewnątrz, żeby wystrzelić do czegoś na niebie. 

Kolejna pajęczyna błyskawic oplatała cały kadłub „Sokoła". Przepłynęła i zniknę-

ła, ale po chwili pojawiła się następna. I następna. Każda fala sunęła potem po ścianach 
komory ku wierzchołkowi, coraz bardziej powiększając otwór w górnej części komory. 
Chcąc się przekonać, jak radzi sobie generator ochronnego pola, Wookie zaryzykował i 
zerknął na wskazania mierników. Trochę się zdziwił, kiedy stwierdził, że energetyczne 
osłony nadal chronią kadłub statku i wszystkich na pokładzie. Niewątpliwie nie było to 
zasługą  siły  ani  kształtu  ochronnego  pola,  ale  charakteru  energii  omywającej  statek. 
Ogniste fale rozstępowały się, ilekroć napotykały na swojej drodze energetyczną zapo-
rę. Na szczęście, nie starały się wniknąć w głąb pola. 

Chewbacca  przestał  jednak  przejmować  się  takimi  drobiazgami.  I  tak  nie  miał 

żadnego  wpływu  na  to, czy  wszyscy przeżyją, czy  nie, czy statek spali  się  na  popiół, 
czy też ocaleje. Chyba nikt nie miał na to najmniejszego wpływu. Ponieważ tak rozka-
zało  mu  małe  dziecko,  gigantyczne  urządzenie  nadal  działało.  Z  pewnością  nikt  i  nic 
nie zdołałoby mu w tym przeszkodzić. 

Wookie pomyślał o niezliczonych megatonach skał i gruntu, jakie komora z repul-

sorem usuwała ze swojej drogi. Pomyślał o straszliwych wstrząsach sejsmicznych, jakie 
się  musiały rozchodzić po okolicy. Niewątpliwie do ukrytego urządzenia wiodła istna 
sieć  podziemnych  korytarzy  i  chodników.  Teraz  z  pewnością  wszystkie  się  zawaliły, 
podobnie jak strzegąca wejścia do nich strażnica Dualistów. To właśnie oni poszukiwa-
li planetarnego repulsora. Zamierzali się nim posłużyć, żeby unicestwić Nową Republi-
kę. Teraz zaś, kiedy planetarny repulsor ich odnalazł, uśmiercił wszystkich, zanim zdo-
łali  ukończyć  realizację  planu.  Pomyślawszy  o  tym,  Chewbacca  odczuł  przewrotną 
satysfakcję i uśmiechnął się do siebie. 

Do sterowni wśliznął się Jacen. Usiadł w fotelu pierwszego pilota, swojego ojca, 

wyciągnął  szyję  i  patrzył,  co  się  dzieje.  Chłopiec  sprawiał  wrażenie  bardzo  małego  i 
przerażonego - a mimo to panował nad sobą jak dorosły. Na wpadanie w panikę będzie 
mógł sobie pozwolić później. Od tego miewało się przecież senne koszmary. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

68 

Jacen spojrzał przez iluminator i zobaczył, jak po ochronnych polach spływa ko-

lejna fala ognistej energii. Uniósł głowę i przekonał się, co kręgi ziejącej ogniem ener-
gii wyprawiają z wylotem stożka. 

- Otwierają go - odezwał się, nie kryjąc podziwu w głosie. - I unoszą się coraz wy-

żej. 

Chewbacca  nie  zauważył  tego  wcześniej,  ale  przekonał  się,  że  Jacen  ma  rację.  Z 

każdą  następną  falą  wieńczący  gigantyczną  komorę  stożek  stawał  się  coraz  dłuższy  i 
smuklejszy.  Możliwe,  że  chodziło  o  to,  aby  wypychane  na  zewnątrz  skały,  piasek  i 
kamienie nie mogły wpadać do wnętrza komory repulsora. Możliwe też, że powód był 
całkiem inny. Któż mógł wiedzieć, jaki cel zamierzali osiągnąć nieznani konstruktorzy 
urządzenia? 

Chewbacca odwrócił się do Jacena i wyciągnął rękę w stronę iluminatora, a potem 

znów ku chłopcu w taki sposób, że otwarta dłoń, zwrócona grzbietem do góry, znieru-
chomiała mniej więcej na  wysokości  główki dziecka. Później wydał przeciągłe, pełne 
zaniepokojenia warknięcie. 

- Anakin wciąż jest cały i zdrowy - uspokoił go Jacen. - Czuję go. Ukrywa się tam. 

-  Wskazał  ręką  jakieś  miejsce  na  srebrzystej  ścianie  gigantycznej  komory.  -  i  boi  się, 
chyba jeszcze bardziej niż my... to znaczy boi się bardziej niż ja i Jaina - uściślił szyb-
ko. - Ale nie stało mu się nic złego. 

Mimo że Chewie także się bał, musiał się uśmiechnąć. Jacen dość szybko się zo-

rientował, że palnął  głupstwo, i postarał  się  naprawić  swój błąd. Dzieci  wiedziały, że 
Wookie nie lubią się przyznawać do tego, iż także czasami bywają przerażone. Chło-
piec  poprawił  się,  nie  chcąc  urazić  Chewiego,  który  w  tej  chwili  tylko  z  trudem  się 
powstrzymywał, żeby nie okazywać strachu. Chyba każda rozumna istota byłaby prze-
rażona, gdyby widziała to, co się działo za iluminatorem. Chewbacca wyciągnął rękę w 
kierunku rufy „Sokoła" i wydał kolejne pytające warknięcie. 

-  Oni  są  także  cali  i  zdrowi  -  zapewnił  Jacen.  -  Ciotka  Marcha  oprzytomniała  i 

chyba szybko dochodzi do siebie. Wszyscy się jakoś miewają... z wyjątkiem biednego 
Qiunina. Jest nieżywy... a może tylko wyłączony albo ma zwarcie czy coś w tym rodza-
ju. W każdym razie nie porusza się ani nie daje żadnych innych oznak życia. 

Chewbacca kiwnął głową. Wszyscy mieli ogromne szczęście, że przeżyli. Wookie 

wiedział, że jeżeli Qiunine jest tylko uszkodzony, będzie można spróbować go napra-
wić kiedy indziej. Jeżeli naprawa nie przyniesie pożądanych rezultatów... no cóż, jedna 
ofiara zapewne nie była zbyt wysoką ceną za przeżycie tej ognistej burzy. 

Kolejna  pajęczyna  wyładowań  -  tym razem jeszcze  silniejszych niż  poprzednie  - 

oplatała kadłub „Sokoła" i spłynęła na dno komory. Statek zakołysał się raz czy dwa, a 
nawet obrócił kilka stopni na sterburtę. Chewbacca zaryczał, jakby nagle o czymś sobie 
przypomniał. 

Zrozumiał, że ich tarapaty jeszcze się nie skończyły. Jeszcze nie można było mó-

wić o tym, że ich życiu nie zagrażają żadne niebezpieczeństwa. 

background image

Roger MacBride Allen 

69 

R O Z D Z I A Ł  

W GŁĄB SZYBU 

Thrackan Sal-Solo, samozwańczy dyktator sektora Korelii i przywódca  Ligi Istot 

Ludzkich, nie przestawał wpatrywać się w stojącą przed nim butelkę. Całkiem poważ-
nie zastanawiał się nad tym, czy się nie upić. Wyglądało na to, że nie mógł zrobić nic 
więcej... jeżeli nie liczyć czekania. 

A Thrackan nie lubił czekać. Kryła się w tym pewna ironia, jako że większą część 

dorosłego  życia  spędził  właśnie  na  czekaniu.  Czekał,  aż  ten  czy  tamten  przełożony 
zrezygnuje, odejdzie w stan spoczynku albo trafi do więzienia. Czekał, aż taki czy inny 
spisek dojrzeje i nadejdzie chwila, kiedy będzie mógł przystąpić do realizacji planów. 
Czekał wreszcie, aż otrzyma od dawna oczekiwaną propozycję objęcia stanowiska po 
dyktatorze Korelii Dupasie Thomree. Czekał tak do dnia, kiedy Thomree umarł, a sta-
nowisko objął - zamiast Thrackana - ten głupiec Gallamby. Czekał, aż Imperium ocknie 
się z letargu i zorientuje, jak wielkie niebezpieczeństwo stanowią dla niego ci przeklęci 
Rebelianci. Czekał, aż Imperium odpłaci buntownikom pięknym za nadobne za wszyst-
kie szkody, jakie mu wyrządzili. A kiedy Imperium poniosło ostateczną klęskę, czekał, 
aż kontratak Thrawna przyniesie pożądane owoce. 

Jak później się okazało, czekał na próżno. Czekał na coś, co nigdy się nie wyda-

rzyło. Czekał na słodycz zwycięstw, a zaznawał goryczy porażek. 

Chwycił  butelkę  za  szyjkę  jak  wroga,  którego  zamierzał  udusić.  Wstał,  obszedł 

biurko i opuścił gabinet w budynku sztabu archeologicznych wykopalisk. Budynek nie 
był taki duży ani wygodny jak poprzednia kwatera główna przywódcy Ligi Istot Ludz-
kich, ale miał tę cenną zaletę, że mężczyzna mógł się czuć w nim bezpieczny. Z pew-
nością wolałby przebywać teraz w dawnej kwaterze, ukrytej w podziemnym bunkrze na 
przedmieściach Koronetu, ale Liga Istot Ludzkich musiała opuścić owo rzekomo tajne i 
bezpieczne pomieszczenie. To właśnie tam do jednej z więziennych cel wdarły się par-
szywe  Selonianki.  Uwolniły  swoją  przywódczynię  Drackmus,  a  przy  tej  okazji  i jego 
kuzyna, zdrajcę Hana Solo. 

Przywódca  Ligi  nie  musiał  mieć  bujnej  wyobraźni,  żeby,  uświadomić  sobie,  że 

grupa, która bez trudu uwolniła z podziemnego bunkra dwoje więźniów, równie łatwo 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

70 

mogła  podłożyć  bombę  albo  dopuścić  się  jeszcze  gorszego  aktu  sabotażu.  Thrackan 
musiał  więc  się  wynosić  i  chociaż  nie  był  zachwycony,  opuścił  tak  dobrą  kryjówkę. 
Obwiniał  jednak  za  to  Hana  Solo.  Uważał,  że  kuzyn  zaciągnął  wobec  niego  jeszcze 
jeden dług, który powinien jak najszybciej spłacić. Głęboko wierzył, że  wcześniej czy 
później zmusi krewniaka do spłaty. 

Wyszedł z budynku i przekonał się, że zapada zmierzch. Na niebie gasły ostatnie 

wieczorne  zorze.  Mężczyzna  obserwował,  jak  z  baraków  wychodzą  ludzie  pracujący 
pod ziemią na drugą zmianę. Niektórzy go zobaczyli i pozdrowili radosnymi okrzyka-
mi.  Thrackan  z  przymusem  się  uśmiechnął.  Przełożył  butelkę  do  lewej  dłoni,  a  prawą 
uniósł  do  czoła  w  geście,  będącym  czymś  w  rodzaju  żartobliwego  salutu.  Nawet  nie 
starał się ukryć butelki za plecami. Nie musiał udawać, że nie ulega zwykłym, ludzkim 
słabostkom i że nie lubi pociągnąć sobie od czasu do czasu - a może nawet częściej. 

Gdyby tylko jego chłopcy mieli więcej szczęścia w odnajdywaniu różnych przed-

miotów... Nadal szukali koreliańskiego planetarnego repulsora. Gigantyczne urządzenie 
powinno  być  gdzieś  ukryte...  możliwe,  że  trochę  głębiej,  niż  dotąd  szukali.  Thrackan 
musiał je odnaleźć, gdyż inaczej cały plan mógł zawalić się jak domek z kart. 

Prawdę mówiąc, i tak nie wszystko toczyło się zgodnie z planem. Han Solo zdołał 

uciec z  więziennej celi.  Leia  Organa Solo także  wymknęła się  z Korony, zniszczonej 
rezydencji  koreliańskiego  gubernatora  generalnego.  Jakimś  cudem  Bakuranie  zdołali 
się przedrzeć przez barierę interdykcyjnego pola. Dotarli w głąb systemu i może już do 
tej pory opanowali stację Centerpoint. 

Thrackan pomyślał, że stanowczo niektóre sprawy przybierają niepomyślny obrót. 

Dobrze chociaż, że zdołał wywrzeć małą zemstę. Leia Organa Solo umknęła, ale innym 
już nigdy nie uda się ta sztuka. Jeżeli przywódca Ligi będzie miał szczęście, do anna-
łów koreliańskiej historii przejdzie fakt, że gubernator generalny Micamberlecto zmarł 
w wyniku ran i obrażeń, jakie odniósł podczas ataku na Koronę. A zresztą Thrackan by 
się nie zmartwił, gdyby na jaw wyszła cała prawda o rzeczywistym losie, jaki spotkał 
Frozjanina. Terror był przecież równie skutecznym narzędziem walki. 

Zabicie Micamberlecta było jednak dziełem przypadku. Stawka w tej grze była o 

wiele wyższa... a Thrackan świetnie się orientował, jak niebezpieczna może się okazać 
gra,  w  której  uczestniczył.  Chyba  lepiej  niż  ktokolwiek  inny  w  całym  systemie  wie-
dział, jak wygląda prawda. Możliwe, że znał ją tylko on i tylko on potrafił odróżnić ją 
od kłamstwa. Tylko on wiedział, ile zagraża mu niebezpieczeństw. Oświadczył, że sam 
włada gwiazdogromem. Wszystko wskazywało na to, że - przynajmniej na razie - taki 
stan rzeczy odpowiada prawdziwym władcom śmiercionośnej broni. Na razie nikt nie 
wymagał od niego, by wyjawił prawdę. Widocznie prawdziwi sprawcy eksplozji pierw-
szych  dwóch  supernowych  woleli  pozostawać  w  cieniu,  ukryci  za  jeszcze  jedną  war-
stwą dymnej zasłony. Co prawda, w każdej chwili mogli się ujawnić i oświadczyć, że 
to oni doprowadzili do tych tragedii. Najprawdopodobniej jednak uznali, że Thrackan 
dotrzyma swojej części umowy. Zapewne przypuszczali, że pokornie usunie się w cień, 
kiedy uznają, iż nadeszła odpowiednia chwila, żeby wyjawić całe prawdę osłupiałemu 
sektorowi. 

background image

Roger MacBride Allen 

71 

Mogli  sobie  przypuszczać,  co  chcieli.  Thrackan  nie  zamierzał  pozostawać  po-

słusznym narzędziem w ich brudnych rękach. Zapewne władcy gwiazdogromu uważali, 
że kiedy przywódca Ligi Istot Ludzkich w końcu odnajdzie planetarny repulsor, prze-
każe  urządzenie  w  ich  ręce,  a  sam  zadowoli  się  sprawowaniem  władzy  na  Korelii. 
Thrackan Sal-Solo nie miał nic przeciwko temu, żeby wierzyli w to jak najdłużej . Snuł 
własne  plany. Władcy  gwiazdogromu oświadczyli  mu  -  a  zapewne  i  wszystkim przy-
wódcom innych rebelii, jakie wybuchły na pozostałych światach  - że planetarne repul-
sory są doskonałą bronią, ale służą tylko do obrony, do niczego więcej. 

Thrackan wiedział jednak, że to nieprawda. Domyślał się, że sprawcy dwóch do-

tychczasowych kataklizmów daliby wiele, byle tylko nikt się nie dowiedział, jak wła-
ściwie  funkcjonują  repulsory.  Z  pewnością  zamierzali  przejąć  nad  nimi  władzę  i  nie 
dopuścić,  aby  ktokolwiek  posiadł  ich  tajemnicę.  Ale  Thrackan  wiedział,  że  repulsory 
mogły  służyć  do  czegoś  więcej  niż  tylko  obrony.  Mogły  stać  się  doskonałym  narzę-
dziem szantażu... wymuszania posłuszeństwa. Mogły siać niepokój, stanowić zagroże-
nie. Działały najskuteczniej wówczas,  kiedy kierowano je ku jakiemuś celowi, ale ni-
gdy nie używano. 

Niech inni przywódcy rebelianckich ugrupowań  - parszywej seloniańskiej Super-

nory czy bełkoczących Dralistów - myślą, co chcą. Niech skretyniali głupcy dowodzący 
oddziałami powstańców na Talusie i Tralusie nadal wierzą w to, co powiedziano im o 
repulsorach.  On,  Thrackan,  nie  zamierzał  popełniać  takiego  błędu.  Chyba  tylko  on 
orientował  się,  o  co  właściwie  chodzi.  Wiedział,  że  władcy  gwiazdogromu  usiłują 
wszystkich  przechytrzyć.  Uświadamiał  sobie  także,  że  te  próby  zatajenia  prawdy  sta-
nowią  jedynie  pierwszy  krok  -  konieczny,  kiedy  ktoś  zamierza  dopuścić  się  jeszcze 
większych oszustw. 

Gdyby  jego  podwładni  odnaleźli  repulsor  i  sprawili,  że  zacznie  funkcjonować, 

Thrackan  mógłby  pokrzyżować  plany  gwiazdogromców.  Jeżeli  coś  takiego  powiodło 
się umorusanym gliną Seloniankom, z pewnością i istotom ludzkim uda się dokonać tej 
sztuki. 

- Dyktatorze Sal-Solo! Wasza ekscelencjo! 
Thrackan odwrócił się i ujrzał, że biegnie ku niemu sam generał Brimon Yarar... 

wojskowy, któremu powierzył dowództwo nad ekipami rzekomych archeologów. 

- O co chodzi, panie generale? 
-  Nowiny,  wasza  ekscelencjo.  Możliwe,  że  sensacja!  Doniesiono  mi,  że  właśnie 

obudził się do życia repulsor Dralii. 

- Co takiego?! 
-  Dowiedziałem  się  o  tym  zaledwie  przed  kilkoma  minutami,  wasza  ekscelencjo. 

Rzecz  jasna,  zagłuszanie  nie  ustało,  a  zatem  nie  otrzymamy  bardziej  szczegółowych 
informacji.  Nasze  czujniki  wykryły  jednak  potężny  strumień  repulsorowej  energii.  Z 
całą  pewnością  jego  źródło  znajduje  się  gdzieś  na  Dralii.  Strumień  nie  był  skupiony, 
jakby ktoś nie do końca wiedział, jak to osiągnąć, ale jesteśmy pewni, że wystrzelił w 
przestworza. Draliści musieli w końcu odnaleźć i uruchomić to urządzenie. 

- To chyba niemożliwe - oświadczył Thrackan. - Nigdy w to nie uwierzę. Co inne-

go, gdyby powiedział mi pan, że chodzi o Selonianki. One zawsze radziły sobie z kopa-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

72 

niem tuneli i podziemnych korytarzy. Zwłaszcza te z  Supernory mają świetne  specja-
listki. Ale Draliści? Przecież oni nigdy nie poradziliby sobie z tym problemem. 

Czasami, w chwilach szczerości, Thrackan musiał przyznać, że i członkowie jego 

Ligi Istot Ludzkich nie zaliczali się do grona najwybitniejszych myślicieli. Większość 
była kiedyś złodziejaszkami, oszustami albo rozbójnikami. Nawet mimo pomocy, jakiej 
udzielili mu prawdziwi władcy gwiazdogromu, Thrackan nie był w stanie zwerbować 
wielu  wybitnych  specjalistów.  Pogodził  się  z  tym  faktem  jak  z  czymś,  na  co  nie  ma 
wpływu. Przywykł uważać swoich podwładnych za najlepszych, jakich zdołał przeko-
nać... Wątpił jednak, czy okażą się na tyle dobrzy, by uporać się ze znalezieniem repul-
sora. 

Ale nawet jeżeli jego ludzie byli kiedyś złodziejami i oszustami, w porównaniu z 

Dralistami  mógł  uważać ich  za fachowców i  świętoszków... prawdziwych dżentelme-
nów. Każdego. Co więcej, zdołał zwerbować kilku rozczarowanych albo niezadowolo-
nych  techników  i  inżynierów,  a  także  kilkunastu  byłych  imperialnych  żołnierzy  i 
urzędników. 

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja, jeżeli chodziło o Dralistów. Bez względu na 

to, co złego dałoby się powiedzieć o kudłatych istotach, Dralowie byli wprost niewia-
rygodnie prostoduszni, szczerzy i uczciwi. Możliwe, że na Korelii - a także na Selonii, 
Talusie i Tralusie - żyło wiele niezadowolonych istot, które bez specjalnej zachęty zgo-
dziły  się  przyłączyć  do  powstańców.  Tymczasem  prawie  wszyscy  mieszkańcy  Dralii 
byli  zadowoleni  z  życia  i  zdyscyplinowani.  Ponieważ  trudno  byłoby  znaleźć  malkon-
tentów, kandydaci na rebeliantów musieli zostać sowicie opłaceni. W powstaniu wzięły 
zatem udział  istoty do cna  zdeprawowane  i  wykolejone. Doprawdy, pośród członków 
Ligi  Istot  Ludzkich  trudno  byłoby  znaleźć  osobników,  którzy  upadliby  tak  nisko  jak 
Draliści. A przecież umiejętności  i techniczne  wykształcenie  Dralistów  nie  mogły  nie 
iść w parze z ich moralnością. 

Sam pomysł, że istoty zdołałyby poradzić sobie z odnalezieniem i uruchomieniem 

planetarnego repulsora, wydawał się po prostu absurdalny... 

Chwileczkę. Chyba że... Może to wcale nie Draliści go uruchomili? Może komuś 

innemu udało się dokonać tej sztuki? Nagle Thrackan domyślił się, kim mogą być owi 
tajemniczy sprawcy. Pomyślał, że jeżeli przeczucie go nie myli, może zdoła obrócić ów 
fakt na swoją korzyść. 

Nie miał pojęcia, kto zdołał odnaleźć i uruchomić draliański repulsor. Bez wzglę-

du jednak na to, kim się okaże tajemniczy sprawca, Thrackan Sal-Solo mógł się zało-
żyć, że ów ktoś nie zamierza posługiwać się nim zbyt długo. 

Przywódca Ligi Istot Ludzkich odwrócił się do Yarara i powiedział: 
-  Proszę  zebrać  grupę  najlepszych  techników  i  znawców  repulsorów.  Proszę  też 

wybrać najlepszych żołnierzy i utworzyć z nich pluton szturmowy. - Przyłożył butelkę 
do ust i pociągnął spory łyk trunku. Poczuł, że w jego żyłach zaczyna krążyć przyjemne 
ciepło. - Zamierzam złożyć naszym przyjaciołom Dralistom nie zapowiedzianą wizytę. 

 
Luke obserwował migoczącą lampkę nad włazem ogromnej śluzy. Nie przestawał 

się zastanawiać, kto też może zapraszać ich do środka. A raczej, rozmyślał, czy powinni 

background image

Roger MacBride Allen 

73 
przyjąć zaproszenie. Mistrz Jedi i Lando rozważali to od dobrych pięciu minut. W koń-
cu Luke postanowił spojrzeć na problem z drugiej strony. 

- W porządku, przedyskutujmy inny aspekt  naszej sytuacji  - powiedział.  -  Co się 

stanie, jeżeli tam nie wlecimy? Jaką widzisz inną możliwość? 

-  Nie  wiem  -  przyznał  Calrissian.  -  Gdybyśmy  wylądowali  po  przeciwnej  stronie 

kuli lub skierowali się ku drugiemu cylindrowi, ...oże badalibyśmy powierzchnię stacji 
...ilka tygodni, zanim ktoś inny zechciałby nas znów zaprosić. A zresztą, to może być 
...ałkiem ...iezły pomysł. 

- Co masz na myśli? - zainteresował się Skywalker. 
-  Znasz  mnie,  Luke'u  -  odrzekł  Lando.  -  Lubię  myśleć  w  kategoriach  przedsię-

wzięć zakrojonych na wielką skalę. 

- Nie zapomniałem o tym - odparł mistrz Jedi. 
Lando spędził  niemal  całe życie, realizując pomysły zakrojone  na  dużą, czasami 

nawet ogromną skalę. Tak jednak się składało, że wszystkie te ambitne przedsięwzięcia 
miały  paskudny  zwyczaj  -  rzecz  jasna,  nie  z  winy  Landa  -  kończyć  się  bardziej  albo 
mniej widowiskowymi klęskami. Tyle że w tej chwili to i tak nie miało nic do rzeczy. 

-  A zatem ta stacja jest ogromna  - podjął Luke po chwili.  - Co o  tym  wszystkim 

sądzisz? 

- Sądzę, że coś tu nie jest w porządku. Odniosłem takie wrażenie, kiedy pierwszy 

raz ją ujrzałem. A teraz, im bliżej niej ...estem, tym bardziej się upewniam w ...woich 
podejrzeniach. Co prawda, zajmuję się przedsięwzięciami zakrojonymi na wielką skalę, 
ale zawsze ...taram się  wiedzieć, jak co funkcjonuje. Ta stacja ma stukrotnie, a nawet 
...ysiąckrotnie większą objętość niż powinna, gdyby miała do wykonania jakiekolwiek 
zadanie.  Co  więcej,  w  jej  konstrukcji,  proporcjach  i  kształcie  wyczuwam  coś  niewła-
ściwego. Mieszkańcy ...kolicznych światów nie widzą w tym nic złego, ponieważ zdą-
żyli się do niej przyzwyczaić. Stacja unosi się w przestworzach od tak dawna, że uwa-
żają jej kształty i rozmiary za coś oczywistego. ...oś, co jest tworem naturalnym, a nie 
sztucznym. Zaufaj mi. Wyczuwam w tej stacji coś niedobrego. 

Wyczuwam coś niedobrego - pomyślał Luke. Lando nie potrafił władać Mocą. Kto 

jak kto, ale  mistrz  Jedi  mógł  być  tego pewien. Nie  znaczyło to jednak, że przeczucia 
ciemnoskórego mężczyzny go myliły. Luke zamknął oczy i uwolniwszy myśli, wysłał 
je  w  głąb  stacji.  Posługując  się  Mocą,  usiłował  się  zorientować,  czy  nie  wykryje  we 
wnętrzu  jakichś  żywych  istot.  Zdumiał  się,  kiedy  stwierdził,  że  wyczuwa  obecność 
tylko jednej inteligentnej osoby... i to człowieka. 

Tylko jednego? Możliwe, że we wnętrzu przebywało więcej osób, ale ich umysły 

były niedostępne; zapewne w jakiś sposób ekranowane albo chronione przed jego my-
ślami. Ostrożnie, najdelikatniej, jak potrafił, mistrz Jedi zapuścił wici własnych myśli w 
głąb umysłu istoty, którą  wyczuwał. Nie  wykrył jednak żadnych śladów  wrogości ani 
złych zamiarów. Wyczuł jedynie strach, niepewność i dezorientację. 

Skierował myśli ku migoczącemu światełku i wrotom śluzy, które nie przestawały 

się  otwierać  i  zamykać.  To  właśnie  gdzieś  tam,  w  pobliżu,  czekał  ów  strwożony 
umysł... istoty ludzkiej, młodej kobiety. Umysł sprawiał wrażenie niezdecydowanego i 
zalęknionego, ale - jeżeli się nie mylił - nastawionego przyjaźnie. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

74 

- Myślę, że lepiej zrobimy, jeżeli skorzystamy z zaproszenia - oznajmił w końcu. - 

Masz rację. Badając tę stację na  własną rękę, stracilibyśmy wiele tygodni. Nie  mamy 
tyle czasu. Co więcej, przypuszczam, że tubylcy nie żywią względem nas złych zamia-
rów. Wyczuwam obecność tylko jednej osoby, a ona zamierza powitać nas jak przyja-
ciół. 

Łączność między jego X-skrzydłowcem a „Ślicznotką" Landa ustała na tak długo, 

że Luke zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem system porozumiewania się za pomo-
cą laserowych błysków nie uległ uszkodzeniu. W końcu jednak śniadolicy mężczyzna 
zdecydował się odpowiedzieć. 

- Co prawda, to prawda - odparł. - Musimy podjąć to ryzyko. 
- W porządku - zdecydował Luke. Pchnął trochę dalej rękojeść dźwigni przepust-

nicy  i  poruszył  drążkiem  sterowniczym,  by  skierować  myśliwiec  ku  otworowi  śluzy. 
Chwilę później taki sam manewr powtórzyła lecąca za nim „Ślicznotka". 

Kiedy  obaj  piloci  zaczęli  zmniejszać  odległość  dzielącą  ich  od  śluzy,  światełko 

przestało mrugać, a wrota otworzyły się na całą szerokość i znieruchomiały. Luke mu-
siał obrócił swój X-skrzydłowiec wokół osi i wykonać sprytny manewr, żeby zawisnąć 
nieruchomo przed otworem śluzy wirującej stacji. Nie sprawiło mu to większej trudno-
ści,  choć  leciał  teraz  w  pozycji  „do  góry  nogami".  Przyzwyczaił  się  latać  w  różnych 
warunkach i okolicznościach, podobnie jak podchodzić do lądowania z różnej wysoko-
ści nad każdym lądowiskiem. Ponieważ stacja  wirowała, żeby wewnątrz  mogło pano-
wać ciążenie, mistrz Jedi musiał się upewnić, że kiedy będzie przelatywał przez otwór 
śluzy, łapy ładownicze jego X-skrzydłowca pozostaną zwrócone dokładnie ku niebu. 

Im bardziej zbliżał  się  do stacji,  tym  lepiej uświadamiał sobie  ogrom śluzy. Wi-

dziana  z  dużej  odległości,  sprawiała  wrażenie  sporej,  ale  nie  ogromnej.  Tymczasem 
przez mroczny otwór mogłyby bez trudu przelecieć „Intruz", „Wartownik" i „Obrońca" 
jednocześnie, burta w burtę. Luke czuł się jak mikroskopijny owad wlatujący do czelu-
ści szeroko rozwartych ust Hutta Jabby. Zapewne Lando, pilotując swoją „Ślicznotkę", 
czuł się podobnie. 

 
Admirał  Hortel  Ossilege  nie  był  uszczęśliwiony,  kiedy  otrzymał  meldunek,  że 

czujniki  „Intruza"  wykryły  potężny,  choć  trochę  rozproszony  impuls  repulsorowej 
energii.  Dowiedział  się  też,  że  jego  źródło  znajdowało  się  gdzieś  na  Dralii.  Rzadko 
dowódca  cieszy  się  z  niespodzianek,  ale  chyba  żaden  nie  byłby  zachwycony,  gdyby 
lecąc daleko za linią frontu, nagle musiał stawić czoło nieznanej, ale potężnej broni. A 
przecież  Lando  Calrissian  ostrzegał  go,  że  taktyka  zuchwałego  ataku  może  wpędzić 
wszystkich w poważne tarapaty. 

No  cóż,  zapewne  miał  rację.  Teraz  jednak  nie  można  było  zawrócić.  Przesadna 

ostrożność także nie przyniesie żadnych rezultatów. Ossilege powinien się przekonać, 
co może oznaczać ów pojedynczy strzał z repulsora. Prawie na pewno ktoś posłużył się 
planetarnym  repulsorem.  Tyle  że  ów  strzał  nie  wyrządził  żadnych  szkód...  zupełnie 
jakby  ktoś  nie  mierzył  do  żadnego  celu.  A  może  właśnie  chodziło  o  to,  aby  energia 
tylko poszybowała w przestworza? Może nieznany strzelec pragnął jedynie zwrócić na 
siebie uwagę? 

background image

Roger MacBride Allen 

75 

Ossilege zmarszczył brwi, ale nie oderwał spojrzenia od ekranu monitora. Możli-

we, że... że po prostu nie chodziło o nic więcej. Ponieważ wszystkie kanały łączności 
były nadal zagłuszane, w jakiż inny sposób można byłoby oznajmić wszystkim, że oto 
przejęto władzę nad planetarnym repulsorem? Czyżby zatem miał to być tylko sygnał? 
Tyle  że  kiedy  nieprzyjaciele  opanowali  urządzenie  ukryte  głęboko  pod  powierzchnią 
Selonii, postarali się zachować ten fakt w głębokiej tajemnicy. To zaś mogło oznaczać, 
że istoty, które odkryły repulsor Dralii, opowiadają się po przeciwnej stronie... czyżby 
po stronie Nowej Republiki? Czyżby pragnęły w taki sposób ostrzec swoich nieprzyja-
ciół, że teraz i one dysponują tak potężną bronią? A zatem może to nie miał być tylko 
sygnał, ale coś w rodzaju ostrzegawczego strzału? 

Jasne było jedynie, że Ossilege nie mógł tego strzału zlekceważyć. Kłopot w tym, 

że ów impuls energii  nie  mógł się pojawić  w bardziej nieodpowiedniej chwili.  Baku-
rańskie okręty właśnie zajęły pozycje  wokół stacji Centerpoint. Wewnątrz konstrukcji 
przebywała  Gaeriela  Captison  i  pozostali  członkowie  jej  ekspedycji...  pozbawieni  ja-
kiegokolwiek kontaktu z okrętami floty. 

Ossilege  po prostu  nie  mógł  zostawić  ich, zdanych  wyłącznie  na  łaskę losu.  Nie 

miał wyboru. Musiał rozdzielić swoje siły. Przez kilka krótkich chwil zastanawiał się, 
czy  nie  wysłać  na  Dralię  jedynie  eskadry  myśliwców  albo  patrolowca  z  grupą  sztur-
mową na pokładzie, ale zrezygnował. Nie. Istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, 
że nieprzyjaciele zechcą wysłać na Dralię własne oddziały - chociażby w tym celu, aby 
podjąć próbę przejęcia władzy nad planetarnym repulsorem. A zatem bakurańscy żoł-
nierze, którzy tam wylądują, muszą być gotowi do stoczenia walki, a nie tylko do prze-
prowadzenia zwiadu. 

Ossilege uśmiechnął się, zacisnąwszy wargi w cienką linię. Rzeczywiście, kapitan 

Calrissian ostrzegał go przed zbyt zuchwałym atakiem. Tyle że kiedy Ossilege  wydał 
flocie  rozkaz  zbliżenia  się  do  stacji  Centerpoint,  okazał  dostateczną  przezorność  i 
ostrożność.  Dopiero  wówczas  uświadomił  sobie  całkiem  jasno  coś,  co  wiązało  się  z 
przezornością  i  ostrożnością:  szczerze  ich  nie  znosił.  Odwrócił  się  do  stojącej  obok 
niego młodej pani podporucznik. 

- Proszę przekazać panu kapitanowi Semmacowi pozdrowienia ode mnie - zaczął - 

i poprosić go, żeby zechciał obrać kurs na Dralię. Załoga „Intruza" zajmie się odnale-
zieniem źródła tego impulsu repulsorowej energii. „Wartownik" i „Obrońca" pozostaną 
na  orbicie  stacji  Centerpoint.  -  Ossilege  odwrócił  się  i  spojrzał  jeszcze  raz  na  ekran 
monitora. - Ktoś wysłał nam zaproszenie - ciągnął po chwili. - Podejrzewam, że gdyby-
śmy go nie przyjęli, okazalibyśmy się po prostu nieuprzejmi. 

 
Pilotowany  przez  Luke'a  X-skrzydłowiec  i  towarzysząca  mu  „Ślicznotka",  które 

unosiły  się  jakieś  piętnaście  metrów  nad  płytą  lądowiska,  powoli  zapuszczały  się  w 
głąb  gigantycznego  hangaru.  Obaj  piloci  ostrożnie  lecieli  z  włączonymi  polami  siło-
wymi i w takim szyku, żeby jeden mógł osłaniać drugiego. Żaden jednak nie pytał, na 
co zdadzą się te środki ostrożności, skoro mieli do czynienia ze sztuczną stacją o roz-
miarach małej planety. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

76 

Kiedy Luke znalazł się nad samym środkiem płyty lądowiska, zastopował i obrócił 

kadłub myśliwca w taki sposób, żeby móc osłaniać nadlatującą „Ślicznotkę". Tymcza-
sem jacht Landa bardzo powoli pokonywał odległość dzielącą go od myśliwca Luke' a. 
W  ogromnej  komorze  panowały  niemal  nieprzeniknione  ciemności.  W  pewnej  chwili 
Calrissian  włączył światła lądowania. Zatoczył nimi krąg  - po ścianach hangaru prze-
mknęła świetlista smuga. Luke jednak nie zauważył nic ciekawego. W następnej chwili 
zatrzasnęły się zewnętrzne wrota śluzy. A zatem zostali pochwyceni i uwięzieni - jeżeli 
rzeczywiście chcieli widzieć swoją sytuację właśnie w takim świetle. 

A potem w wielkim pomieszczeniu zaczęły się zapalać reflektory. Ich blask przy-

bierał na intensywności stopniowo - tak by oczy przybyłych gości mogły się przyzwy-
czaić do zmiany oświetlenia. Okazało się, że wnętrze hangaru ma kształt wycinka cy-
lindra, którego płaski bok tworzy płytę lądowiska. 

Na  płycie  walało  się  mnóstwo  śmieci,  a  także  wiele  porzuconych  przedmiotów. 

Ubrania,  uszkodzone  części  toreb,  waliz  i  neseserów,  pojemniki  na  towary,  popsute 
urządzenia... w jednym miejscu spoczywał nawet niewielki gwiezdny statek. Miał sze-
roko otwarte klapy luków i zdemontowany  fragment dziobu. Zapewne ktoś  wyciągnął 
stamtąd potrzebne podzespoły, żeby móc naprawić jakiś inny gwiezdny statek. 

- ...ygląda na to, że ...acyś goście strasznie się ...ieszyli, kiedy stąd uciekali  - zau-

ważył Calrissian. 

- Na to wygląda - przyznał mistrz Jedi, chociaż nie wiedział, przed czym czy przed 

kim tak uciekali. I czy owa ucieczka nastąpiła przed tygodniem, czy też może przed stu 
laty.  -  Posłuchaj,  Lando  -  podjął  po  kilku  chwilach.  -  W  normalnych  okolicznościach 
powiedziałbym, żeby statek z pasażerami  na pokładzie lądował pierwszy, a  myśliwiec 
pozostał w górze, żeby zapewnić wszystkim osłonę. Teraz jednak, kiedy wrota śluzy się 
zatrzasnęły, chyba to nie miałoby sensu. A zatem ja wyląduję pierwszy. Możliwe, że to 
pułapka, ale jeżeli spróbują mnie pochwycić, wówczas ty... 

- Co będę mógł wówczas zrobić? 
- Nie  mam pojęcia  - przyznał szczerze Skywalker.  -  Nie ląduj jednak, dopóki się 

nie upewnisz, że nic wam nie grozi. 

- Gdybym chciał usłuchać ...wojej rady, wisielibyśmy  nad tym ...ądowiskiem spo-

ro czasu - zauważył Lando. 

Chyba nie można było znaleźć na to rozsądnej odpowiedzi. 
- Ląduję - oświadczył Luke. 
Powoli  ograniczył  dopływ  energii  do  repulsorów  i  w  końcu  osadził  swój  X-

skrzydłowiec na płycie lądowiska. 

Zaczekał,  aż  myśliwiec  znieruchomieje,  i  właśnie  zamierzał  zwolnić  zatrzaski 

owiewki kabiny, kiedy usłyszał gniewne piski Artoo, cały czas tkwiącego za jego ple-
cami. 

- Co się stało? - zapytał. - Ach! 
Mały robot miał rację. Hangar z lądowiskiem nie zdążył wypełnić się powietrzem. 

Taka sytuacja mogła stanowić poważny problem. Luke nie był ubrany w szczelny próż-
niowy skafander. Nie wiedział też, czy na pokładzie „Ślicznotki" znajdzie się dość ta-
kich strojów, aby wystarczyło dla wszystkich uczestników wyprawy. Tylko jakiż sens 

background image

Roger MacBride Allen 

77 
mogło mieć zapraszanie ich do środka, jeżeli gospodarze nie wiedzieli, czy ich goście 
zdołają zejść na płytę lądowiska? 

Luke  jeszcze  raz  omiótł  spojrzeniem  wielki  hangar  i  dopiero  teraz  zauważył,  że 

pozostawione  drobiazgi  nie  są  rozrzucone  po  całej  płycie  lądowiska,  ale  spoczywają 
właściwie w jednym miejscu. Dlaczego ktoś miałby zadawać sobie tyle trudu, żeby w 
trakcie pospiesznej ucieczki układać przedmioty w jednym miejscu? 

Nagle pod sklepieniem hangaru zapaliły się cztery potężne reflektory. Oświetliły 

centralny punkt  lądowiska, ale  po chwili zmieniły położenie  w taki  sposób, że cztery 
smugi  światła  przesunęły  się  po  płycie  w  kierunku  rogów  hangaru.  Później  zgasły,  a 
kiedy znów się zapaliły, snop światła mierzył w środek płyty lądowiska. Potem ponow-
nie rozdzielił się na cztery smugi, które przesunęły się po płycie i zgasły, kiedy rozja-
śniły narożniki hangaru. Później wszystko powtórzyło się  od nowa. Znaczenie  sygna-
łów było równie jasne i zrozumiałe jak przedtem otwieranie i zamykanie zewnętrznych 
wrót śluzy. Gospodarze mówili: „Lądujcie, lądujcie, lądujcie". 

Dopiero teraz Luke zrozumiał, o co chodzi. 
- Lando - powiedział. - Możesz lądować. Przypuszczam, że nasi gospodarze stosu-

ją  system  napełniania  powietrzem  bańki  siłowego  pola.  Domyślam  się,  że  nie  mogą 
albo nie chcą wytworzyć tego bąbla, dopóki nie wylądujesz. 

Posługując się taką metodą, unikali częstego napełniania powietrzem całego han-

garu - co sprawiłoby im sporo kłopotów ze względu na ogrom pomieszczenia. 

-  Jednak  wówczas  oba  nasze  statki  wpadną  w  pułapk...  siłowego  pola  -  zaprote-

stował Calrissian. 

- A co to za różnica? - odparł Luke. - i tak wewnątrz hangaru tkwimy jak w pułap-

ce. 

-  Istnieje  różnica,  czy  tylko  wchodzisz  do  klatki  bantha,  czy  próbujesz  zajrzeć  w 

głąb paszczy - mruknął Lando. - Ale niech będzie, siadamy. 

„Ślicznotka" zawisła nad płytą lądowiska. Kilka chwil utrzymywała się nierucho-

mo dzięki pracy repulsorów, a potem powoli, jakby z godnością, osiadła jakieś dziesięć 
metrów przed dziobem X-skrzydłowca Luke'a. 

Dokładnie w chwili, gdy znieruchomiała, powietrze nad kadłubami obu jednostek 

zamigotało  i  zalśniło.  Później  pojawiła  się  dziwna  błękitnawa  mgiełka.  Otoczyła  oba 
gwiezdne  statki, a następnie rozprzestrzeniła się i zamieniła  w półkulę. Chwilę potem 
utworzył  się  -  utkany  z  tej  samej  błękitnawej  mgiełki  -  długi  tunel.  Powiększał  się  i 
wydłużał, aż w końcu zetknął z rufą „Ślicznotki". Spoglądając przez iluminator kabiny, 
Luke zauważył, że drugi koniec tunelu styka się z klapą wewnętrznej śluzy. Usytuowa-
na  w  ścianie  hangaru, była  mniejsza  niż  ta, przez  którą  wlecieli,  i  wyglądała  całkiem 
swojsko. 

- Zamierzają prowadzić nas jak po sznurku - mruknął do siebie. Usłyszał dobiega-

jący z daleka cichy świst i poczuł, że kadłub 

X-skrzydłowca, przystosowując się do zmiany ciśnienia, raz czy dwa zaskowyczał 

i zatrzeszczał. Stopniowo świst przybierał coraz niższe tony, aż przemienił się w syk, a 
potem  w  basowy  pomruk.  Wlatujące  powietrze  poderwało  z  płyty  lądowiska  kawałki 
flimsiplastu, śmiecie i mniejsze przedmioty. Rozrzuciło je we wszystkie strony, tak że 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

78 

wkrótce  w bąblu siłowego pola pojawił się  wir zataczających kręgi okruchów, drobin 
kurzu i kawałków rozdartych opakowań. Nawet kadłub X-skrzydłowca, trafiony silniej-
szym podmuchem, w pewnej chwili zadygotał. 

Luke spoglądał na wskazania miernika ciśnienia i analizatora składu atmosfery tak 

długo,  aż  szum  wlatującego  powietrza  ucichł  całkowicie.  Jeśli  mógł  wierzyć  wskaza-
niom  czujników,  atmosfera  na  zewnątrz  kadłuba  miała  całkiem  normalny  skład  i  ci-
śnienie. Rzecz jasna, powietrze mogło zawierać jakiś śmiercionośny gaz, którego anali-
zator X-skrzydłowca nie potrafił wykrywać, ale gdyby ktoś, kto zaprosił ich do środka, 
chciał ich uśmiercić, miałby ku temu dziesiątki innych, dogodniejszych okazji. 

Zresztą,  to  i  tak  nie  miało  znaczenia.  Nadszedł  czas,  by  przystąpić  do  działania. 

Luke  otworzył  zatrzaski  i  zaczekał,  aż  owiewka  się  odchyli.  Później  zdjął  i  powiesił 
hełm, odpiął pasy ochronnej sieci i wstał z fotela. Wygramolił się z kabiny i ześliznął 
po  burcie  myśliwca,  a  potem  lekko  niczym  piórko  wylądował  na  płycie  lądowiska. 
Zauważył,  że  ciążenie  ma  tylko  ułamek  wartości  normalnego.  Lądowisko  znajdowało 
się dosyć blisko osi obrotu. Siła ciążenia w okolicach równika kuli z pewnością miała o 
wiele większą wartość. 

Kiedy klapa włazu „Ślicznotki" się otworzyła i dół rampy zetknął się z posadzką 

hangaru,  po  pochylni  zeszli  Lando,  Gaeriela  i  Kalenda. Tuż  za  nimi  stąpał  na  sztyw-
nych nogach zaniepokojony nie na żarty Threepio. 

- Nie podoba mi się to miejsce - oświadczył, kiedy rozejrzał się dokoła. - Ani tro-

chę. Jestem pewien, że wszystkim grożą tu najstraszliwsze niebezpieczeństwa. 

- Ta-a, akurat - mruknął Lando - A jeżeli już o tym mowa, czy kiedykolwiek prze-

bywałeś w jakimś miejscu, które by ci się podobało? 

Threepio zawahał  się i przechylił głowę na bok, jakby się zastanawiał nad odpo-

wiedzią. 

-  To  bardzo  ciekawe  pytanie  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Muszę  przyznać,  że  w  tej 

chwili żadnego sobie nie przypominam. Powinienem się skontaktować z archiwum, ale 
ono pozostało na pokładzie. 

- Zrobisz to później, Threepio - powiedział Luke. - Na razie możesz nam się przy-

dać do czegoś innego. 

- Jestem do usług, panie Luke'u. 
Tymczasem Gaeriela i Kalenda rozglądały się po hangarze. Chyba nikt nie miałby 

trudności z odróżnieniem dyplomatki od agentki wywiadu. Zaledwie Kalenda zeszła na 
płytę lądowiska, natychmiast uklękła, żeby rzucić okiem na jakieś zniszczone narzędzie 
i  zająć  się  badaniem  szczątków.  W  pewnej  chwili  ukryła  w  kieszeni  kilka  skrawków 
flimsiplatu.  Zapewne  liczyła  na  to,  że  kiedy  później  przeczyta,  co  na  nich  napisano, 
może  się  dowie  czegoś  ciekawego.  W  przeciwieństwie  do  niej  Gaeriela  najpierw  się 
upewniła, że Threepio - android protokolarny i tłumacz - jest w pobliżu. Dopiero potem 
zwróciła uwagę na utworzony z siłowego pola długi tunel i klapę wewnętrznego włazu, 
który miał umożliwić wszystkim spotkanie z gospodarzami stacji Centerpoint. 

Nagle Luke usłyszał dobiegające z wierzchołka X-skrzydłowca melodyjne piski i 

świergoty. 

background image

Roger MacBride Allen 

79 

-  Nie  martw  się,  Artoo  -  powiedział.  -  Nie  zapomniałem  o  tobie.  W  normalnych 

warunkach, kiedy myśliwiec lądował na terenie bazy, do umieszczania Artoo w gnieź-
dzie w rufowej części maszyny, a także do wyciągania go stamtąd należało się posłużyć 
dźwigiem.  W  warunkach  polowych  astronawigacyjny  robot  sam  się  wydostawał  z 
otworu w kadłubie. Sposób ten był jednak mało elegancki i bardzo często Artoo z hu-
kiem i trzaskiem przewracał się na płytę lądowiska. Rzecz jasna, problem wydostawa-
nia się z gniazda przestawał istnieć, kiedy pilotem X-skrzydłowca był mistrz Jedi. Lu-
ke'u  zaczerpnął  energii  z  Mocy,  skupił  się  i  najdelikatniej,  jak  umiał,  uniósł  Artoo  w 
powietrze. 

- Bardzo proszę, niech pan uważa, panie Luke - odezwał się zaniepokojony Three-

pio. - Ilekroć widzę coś takiego, odczuwam nerwowe dreszcze. 

Artoo pozwolił sobie na długie, żałosne piknięcie na znak, że całkowicie podziela 

zaniepokojenie złocistego partnera. 

-  Hej,  odprężcie  się  obaj  -  odezwał  się  Luke.  -  Potrafię  to  robić  nawet  wówczas, 

kiedy  stoję  na  głowie.  -  Mały  robot  znów  jęknął.  -  Przepraszam,  Artoo  -  odparł  na-
tychmiast mistrz Jedi. - Nie powinienem tak żartować. 

Uniósł automat ponad kadłub X-skrzydłowca i przemieścił w bok, by opuścić na 

płytę lądowiska. W tej samej sekundzie kątem oka dostrzegł, że w drugim końcu błę-
kitnawego tunelu powoli otwiera się klapa wewnętrznego włazu śluzy. Zapewne wszy-
scy inni także to zauważyli, gdyż natychmiast odwrócili się w tamtą stronę. 

Luke uświadomił sobie, że jego ręka drgnęła, jakby dłoń zamierzała powędrować 

do rękojeści świetlnego miecza. Ułamek sekundy później powróciła jednak na poprzed-
nie  miejsce.  Nie.  Mistrz  Jedi  był  absolutnie  pewien,  że  osoba,  której  umysłu  dotknął, 
zanim przeleciał przez próg hangaru, nie żywiła względem nich żadnych złych zamia-
rów. Bez względu na to, kim mogła być kobieta, która zaprosiła ich do wnętrza stacji, 
nie uczyniła tego, żeby teraz mierzyć się w walce na śmierć i życie po kolei z każdym 
gościem. Gdyby naprawdę pragnęła ich śmierci, dawno by nie żyli. Luke zauważył, że i 
Lando,  i  Kalenda,  wykonali  taki  sam  ruch,  jakby  chcieli  sięgnąć  po  blastery.  Chwilę 
później i oni cofnęli ręce. 

Klapa włazu zgrzytnęła ostatni raz i stanęła otworem. Na progu ukazała się wyso-

ka, szczupła młoda kobieta. Miała niezwykle jasną karnację i sprawiała wrażenie bar-
dzo zdenerwowanej. Chwilę wahała się, po czym wzruszyła ramionami i zaczęła iść ku 
przybyszom. Szła dosyć szybko, jakby pragnęła udowodnić gościom, że się ich nie boi. 

Luke  nie  przestawał  jej  obserwować.  Była  urodziwa,  miała  pociągłą,  szczupłą 

twarz, lekko wystające  kości policzkowe i gęste, opadające na ramiona czarne  włosy. 
Spoglądając po kolei na wszystkich uczestników wyprawy, nie potrafiła ukryć niepew-
ności. Jednak kiedy uniosła głowę i spojrzała w górę, niepokój na jej twarzy przerodził 
się w bezbrzeżne zdumienie. 

- Jak to zrobiliście? - zapytała. - i dlaczego? 
- Hmmm? - odparł zaskoczony Luke, zapewne nie wiedząc, o co chodzi. Dopiero 

po chwili powiódł oczami w ślad za jej spojrzeniem. - Och! 

Zupełnie  zapomniał,  że  Artoo nadal  unosi się  w powietrzu  wysoko nad płytą  lą-

dowiska. Gdyby mistrz Jedi chociaż na chwilę przestał myśleć o tym, że  powinien się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

80 

skupiać, mały robot z pewnością trzasnąłby o twardą powierzchnię. Wyglądało jednak 
na  to,  że  i  Artoo,  mając  uwagę  zaprzątniętą  widokiem  powabnej  gospodyni,  całkiem 
zapomniał o tym, co może mu grozić. Luke zaczął opuszczać robota i po kilku chwilach 
łagodnie postawił go na płycie lądowiska. 

- To długa historia - powiedział, zwracając się do ciemnowłosej gospodyni. 
- Mogę się założyć - rzekła młoda kobieta, obrzucając mistrza Jedi figlarnym spoj-

rzeniem.  -  No  cóż  -  ciągnęła.  -  To  w  tej  chwili  i  tak  nie  ma  znaczenia.  Nazywam  się 
Jenica Sonsen i jestem NIN stacji C-point, sprawy ad-ob. 

- Słucham? - zapytał mistrz Jedi. Sonsen westchnęła. 
- O, przepraszam - rzekła. - To siła przyzwyczajenia. Jestem naczelnym inspekto-

rem nadzoru i zajmuję się problemami administracji i obsługi. W chwili obecnej moje 
obowiązki  sprowadzają  się  do  zarządzania  tym  obiektem.  Po  zapłonie  pierwszej  racy 
ND stacji C-point zarządził ewak całego personelu. W wyniku tego ewak się cały per-
sonel  PZ,  a  także  praktycznie  cała  cywlud  stacji.  Żałuję,  że  nie  mogłam  odlecieć  ze 
wszystkimi, ale kiedy ogłoszono alarm, pełniłam służbę jako OD i nasz stary rozkazał 
mi zostać. 

Skywalker  miał zapytać, co właściwie  kobieta  chce powiedzieć, ale  uprzedził go 

Threepio. 

- Może ja będę mógł pomóc, panie Luke'u - zaczął. - Wydaje mi się, że panna Son-

sen użyła wielu zwrotów podobnych do tych, które powszechnie stosuje część urzędni-
ków na Coruscant. Domyślam się, że pani inspektor nadzoru stacji Centerpoint chciała 
powiedzieć,  iż  kiedy  pierwszy  raz  coś  zapłonęło  albo  wybuchło,  naczelny  dyrektor 
zarządził  ewakuację  całego  personelu.  Ewakuował  się  cały  pion  zarządzania  i  więk-
szość  ludności  cywilnej. Pani inspektor Sonsen jednak,  mimo że też  chciała odlecieć, 
tamtego  dnia  pełniła  obowiązki  oficera  dyżurnego.  Ponieważ  jej  dowódca  doszedł  do 
wniosku, że okoliczności są wyjątkowe, polecił jej zostać na pokładzie stacji i sprawo-
wać nadzór nad wszystkimi urządzeniami. 

- Nic nie mówiła o żadnym wybuchu ani pożarze - sprzeciwił się Lando. 
- Najmocniej pana przepraszam - odparł urażony Threepio - ale wspominała coś o 

zapłonie racy i alarmie. To bardzo popularny, często stosowany przez urzędników eu-
femizm, oznaczający poważny wypadek albo nawet katastrofę. 

- Chwileczkę - wtrąciła się Sonsen. - Wasza złocista puszka konserw ma rację, ale 

nie zapominajcie o tym, że rozmawiacie ze mną. Mogliście mnie zapytać, co to ozna-
cza. 

-  Zapytamy, jeżeli obiecasz,  że  w przyszłości nie będziesz kaleczyła basica  - od-

parł śniadolicy mężczyzna. 

Luke  musiał  się  uśmiechnąć.  Lando  nigdy  nie  przepadał  za  urzędniczym  żargo-

nem. 

Przez kilka chwil mogło się wydawać, że młoda pani inspektor rzuci się na Calris-

siana, aby rozszarpać mu gardło. Później jednak też się uśmiechnęła. 

- Może masz rację - przyznała. - Muszę jednak wiedzieć, co wy tu robicie. Wasze 

okręty wyłoniły się znikąd jak duchy, a nasi piloci, ujrzawszy je, wskoczyli do swoich 
maszyn i czmychnęli. 

background image

Roger MacBride Allen 

81 

- Czy to były wasze myśliwce? - zainteresowała się Kalenda. - Jaką władzę repre-

zentujesz? 

- Chodzi ci o te myśliwce, do których strzelaliście? - domyśliła się Sonsen.  - Nie 

należały do Fedbeesia. 

- Fedbeesia? - unosząc brwi, powtórzyła agentka Wywiadu Nowej Republiki. 
- Przepraszam - poprawiła się pani inspektor nadzoru. - Miałam na myśli Federację 

Bliźniaczych Światów. 

Kalenda kiwnęła głową i zwróciła twarz w stronę Luke'a, ale jej spojrzenie powę-

drowało nad jego lewym ramieniem. 

- Federacja jest prawomocnym rządem Talusa i Tralusa - powiedziała. 
- Nie powiedzieliście mi jeszcze, kim jesteście i co tu robicie - przypomniała Son-

sen. 

-  Och,  bardzo  przepraszamy  -  zreflektowała  się  Bakuranka,  która  dopiero  teraz 

mogła  zabrać  głos.  -  Nazywam  się  Gaeriela  Captison  i  jestem  pełnomocniczką  rządu 
Bakury. To jest Lando Calrissian, to mistrz Jedi Luke Skywalker, a to Belindi Kalenda 
-  wszyscy  z  planety  Coruscant.  Reprezentujemy  Nową  Republikę  i  planetę  Bakurę.  - 
Ton  jej  głosu  wskazywał,  że  kobieta  spodziewa  się  usłyszeć  słowa  protestu,  ale  nie 
zamierza dopuścić do żadnej dyskusji. - W imieniu rządu Nowej Republiki przejmuje-
my władzę nad stacją Centerpoint. 

- No cóż, bardzo dobrze  - odparła Sonsen.  -  Najwyższa pora, żeby  ktoś  się  na to 

zdecydował. 

Odwróciła się i nie  mówiąc ani słowa  więcej, ruszyła  w głąb tunelu, w kierunku 

wewnętrznego włazu. 

Gaeriela, wyraźnie zbita z tropu takim zachowaniem, spojrzała na Luke'a. 
- Nie spodziewałam się, że zechce przyjąć to w taki sposób - rzekła. 
- Jeżeli ktoś przebywa w towarzystwie Luke'a, powinien się liczyć z różnymi nie-

spodziankami - odezwał się Lando. - Ta kobieta zamierza przekazać nam klucze stacji. 
Chyba nie powinniśmy pozwolić, żeby na nas czekała. 

 
Cztery istoty ludzkie i dwa automaty przekroczyły próg śluzy i przekonały się, że 

pani inspektor Sonsen na pewno czeka na nich za drzwiami. 

- Jesteście - powiedziała. - Czy mogę zacząć oprowadzać was po stacji? - Mówiła 

rzeczowym tonem, jakby przekazywanie w ręce sprzymierzeńców władzy nad gwiezd-
nymi  stacjami  należało  do  codziennych,  najzwyklejszych  w  świecie  obowiązków.  - 
Rzecz  jasna,  nie  zdołam  pokazać  wam  całego  obiektu.  Możecie  umrzeć  ze  starości, 
zanim zwiedzicie połowę, ale przynajmniej zobaczycie to, co najważniejsze. 

Gestem zaprosiła gości, żeby weszli do kabiny towarowego turbodźwigu, czekają-

cej po drugiej stronie drzwi śluzy. Wsiadła pierwsza, a wszyscy inni poszli w jej ślady. 
Luke wszedł ostatni. Czuł się trochę nieswojo. Duże pomieszczenie sprawiało wrażenie 
niechlujnego i zaniedbanego. Wgniecione boki miały pełno otarć, rys i zadrapań, jakby 
kabiny używano do przewożenia ciężkich towarów. W przeciwległej ścianie znajdowa-
ło się przypominające iluminator okrągłe okno mniej więcej metrowej średnicy. Drugie 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

82 

takie  samo  widniało  w dachu kabiny. Podobnie  jak ściany klatki,  oba  okna  sprawiały 
wrażenie strasznie zaniedbanych. Nie było widać przez nie nic oprócz ciemności. 

-  Zaczekajcie  chwilę  -  odezwała  się  Jenica  Sonsen.  -  Najpierw  muszę  wyprowa-

dzić kabinę ze śluzy. Rozumiecie, różnica ciśnień. Aha, i... coś złego stało się z powie-
trzem tam, dokąd pojedziemy. 

Zaczęła  manipulować  dźwigniami  i  pokrętłami.  Kabina  turbodźwigu  drgnęła  i 

przejechała kilka metrów. Pasażerowie usłyszeli, że klapa śluzy zatrzaskuje się za towa-
rową klatką. Potem rozległ się szum sprężarek tłoczących powietrze, a jeszcze później 
za oknem otworzyła się klapa innego włazu. 

Sonsen przycisnęła jakiś guzik i klatka towarowego turbodźwigu zaczęła się poru-

szać - ale nie w górę albo w dół, jak chyba wszyscy się spodziewali, ale w bok. Chwilę 
później zapłonęły umieszczone na zewnątrz reflektory, dzięki czemu pasażerowie mo-
gli widzieć przynajmniej pewien odcinek drogi. Jechali tunelem o okrągłym przekroju i 
ścianach  pomalowanych  na  kolor  ciemnoróżowy.  Daleko  przed  nimi  tunel  niknął  w 
ciemnościach.  Luke  czuł  się  tak,  jak  gdyby  wszyscy,  połknięci  przez  jakieś  ogromne 
stworzenie, sunęli w dół przełykiem na spotkanie z dalszą częścią układu trawiennego. 

-  Chyba  możemy  zacząć  od  zwiedzenia  Jaskiniowa  -  oznajmiła  pani  inspektor 

Sonsen. - Zazwyczaj właśnie od tego chcą zaczynać zwiedzanie wszyscy, których zda-
rzało mi się oprowadzać. 

- Jaskiniowa? - zapytał Skywalker. 
Zapadła kilkusekundowa niezręczna cisza. Dopiero później Sonsen zapytała: 
- Nie jesteście najlepiej poinformowani, prawda? 
- Wszystko działo się tak szybko - odpowiedział wymijająco Luke.  - Prawdę mó-

wiąc, nie mieliśmy wiele czasu. 

- Ja myślę. No cóż, w takim razie muszę zacząć od początku. Jaskiniowo jest pustą 

przestrzenią,  usytuowaną  dokładnie  w  samym  środku  gigantycznej  kuli.  Wygląda  jak 
sfera  o średnicy  sześćdziesięciu  kilometrów. Wylądowaliście  mniej  więcej tam, gdzie 
kula łączy się z biegunem północnym - może nie wiecie, ale nasi mieszkańcy przywykli 
nazywać oba cylindry biegunami: północnym i południowym. Podążamy teraz równo-
legle do kierunku wirowania, to znaczy w bok, i kierujemy się do Jaskiniowa. Najpierw 
musimy  jednak  pokonać  jakieś  dwadzieścia  kilometrów  pokładów  i  ochronnych  po-
włok. Powłokami nazywamy naprawdę bardzo wysokie pokłady.. każdy ma wysokość 
co najmniej dwudziestu  metrów. Wszystkich poziomów jest coś około dwustu. W tej 
chwili przyspieszamy; pędzimy  szybciej niż  myślicie. Dotrzemy do Jaskiniowa  za ja-
kieś pięć minut, a potem zaczniemy opadać w kierunku rejonów, gdzie panuje napraw-
dę duża siła ciążenia. Im bardziej się oddalicie od osi, tym szybciej będziecie się prze-
mieszczali i - rzecz jasna - odczujecie większą skuteczną siłę ciążenia. 

-  To  wirowanie  musi  wam  strasznie  uprzykrzać  życie  -  domyśliła  się  Kalenda.  - 

Dlaczego nie zainstalujecie standardowych grawitorów? 

-  Myśleliśmy  o  tym  -  przyznała  pani  inspektor.  -  Biuro  NaczKona...  o  przepra-

szam,  Naczelnego  Konstruktora...  sporządziło  co  najmniej  kilkanaście  projektów  roz-
wiązań technicznych i konstrukcyjnych, zmierzających do zlikwidowania  wirowania  i 
zainstalowania standardowego sztuczgrawa. 

background image

Roger MacBride Allen 

83 

Luke  zrozumiał,  że  chodziło  o  urządzenie  wytwarzające  sztuczną  siłę  ciążenia,  i 

pragnąc zachęcić kobietę, energicznie pokiwał głową. 

- I co z nich wynikło? - zapytał. 
- Zbyt kosztowne, zbyt skomplikowane, zbyt ryzykowne i w ogóle zbyt wiele nie-

wiadomych. Konstrukcja stacji może poradzi sobie z przeniesieniem zmienionych ob-
ciążeń, a może nie poradzi. Teraz jednak to wasz problem. Jeżeli chodzi o mnie, może-
cie unieruchomić obiekt już w tej chwili. 

- Rozumiem, że chciałabyś się stąd wynieść - domyślił się mistrz Jedi. 
-  I  to  jak!  Kiedy  strzeliła  pierwsza  raca,  ledwo  uszłam  z  życiem.  Liczyłam  dni, 

które zostały do końca służby. A później... cóż, znacie całą resztę. 

- Zostaliśmy kiepsko poinformowani, pamiętasz? - przypomniał Lando. 
- Chwileczkę - żachnęła się Sonsen. - O racach też nic nie wiecie? 
-  Pierwszy  raz  usłyszeliśmy  od  ciebie  -  odparł  Luke.  -  Zaledwie  przed  kilkoma 

dniami przedarliśmy się przez barierę interdykcyjnego pola i wlecieliśmy do systemu. 

Sonsen cicho gwizdnęła. 
- Przedarliście się przez interdykcyjne pole?  - zapytała. - To wielka sztuka. Idę o 

zakład, że ktokolwiek je wytwarza, nie będzie zachwycony, kiedy się o tym dowie. 

Kalenda zmarszczyła brwi. 
- Zaczekaj - powiedziała. - Przecież ty wytwarzasz to pole. 
- Co takiego? O czym właściwie mówisz? 
- O polu. Źródło interdykcyjnego pola kryje się gdzieś tu, we wnętrzu stacji. Prze-

cież to stacja  Centerpoint generuje  pole. Podobnie  jak sygnały zagłuszające  łączność, 
jeżeli już o tym mowa. 

- Płonące niebiosa! Mówisz prawdę? 
- Nie wiedziałaś o tym - odezwał się Lando. Ton głosu ciemnoskórego mężczyzny 

wskazywał, że to nie miało być pytanie. 

- Skądże znowu! - żachnęła się młoda kobieta. - Nikt z nas nie miał o tym pojęcia. 

Wygląda na to, że ja także nie jestem najlepiej poinformowana. 

Z każdą chwilą Luke zaczynał coraz mniej rozumieć. Jakim cudem zarządzający 

stacją  Centerpoint ludzie  mogli  nie  wiedzieć, że  generują  interdykcyjne pole? I czym 
mogły być race, o których wspominała Sonsen? 

Stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że sytuacja nie wygląda tak pro-

sto,  jak  się  na  początku  spodziewano.  Równocześnie  stawało  się  jednak  coraz  mniej 
oczywiste, czego spodziewano się na początku. 

- Wydaje mi się, że powinniśmy porozmawiać o tym i o owym  - oznajmił mistrz 

Jedi. 

Tymczasem  kabina  towarowego  turbodźwigu,  mknąc  coraz  dalej,  nieuchronnie 

zbliżała się do Jaskiniowa. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

84 

R O Z D Z I A Ł  

WIDOK OD ŚRODKA 

-  Musicie  poznać  pewną  prawdę  na  temat  tego  miejsca  -  powiedziała  Sonsen.  - 

Nikt z nas go nie rozumie. Po prostu tu mieszkamy. Jest miejsce, my też... i to wszyst-
ko. Nikt nie zawraca sobie głowy zadawaniem pytań, dlaczego wszystko dzieje się, jak 
się dzieje. Nigdy nie mieliśmy pojęcia, dlaczego na Centerpoint panują właśnie takie, a 
nie inne warunki. Wiedzieliśmy tylko, że umożliwiają przeżycie. A przynajmniej zaw-
sze sądziliśmy, że to wiemy. Tak było do niedawna. Dopóki terroryści nie pokazali nam 
kilku brzydkich sztuczek. 

- Dopiero tu przylecieliśmy - przypomniał Lando. - Jacy terroryści? 
Sonsen pokręciła głową. 
-  Sama  chciałabym  znać  odpowiedź  na  to  pytanie.  Doszło  do  kilku  zamachów... 

paskudnych  zamachów.  Nikt  jednak  nie  przyjął  za  nie  odpowiedzialności.  Nikt  nie 
wysunął żadnych żądań. Żaden anonimowy głos o niczym nas nie uprzedził. Podejrze-
waliśmy, że zamachów dokonali Tatrawolnościowcy albo Dwójświatowcy, ale i jedni, i 
drudzy zaprzeczyli, jakoby mieli z tym cokolwiek wspólnego. A poza tym, gdyby na-
prawdę umieli robić to, co tu się dzieje, nie zawracaliby sobie głowy rzucaniem gróźb 
czy wysuwaniem żądań. Po prostu przylecieliby i przejęli władzę nad obiektem. Rzecz 
jasna,  odkąd  zaczęło  się  to  zagłuszanie,  wszyscy  mieszkańcy  stacji  Centerpoint  byli 
odcięci od wszelkich wieści z zewnątrz. Możliwe  więc, że ekipy śledcze, prowadzące 
dochodzenie  na  którymkolwiek  z  Bliźniaczych  Światów,  zdołały  wykryć  sprawców  i 
zamknęły śledztwo, a my o tym nic nie wiemy. 

Luke domyślił się, że Tatrawolnościowcy oznaczają członków Partii Wolności Ta-

lusa i Tralusa, a Dwójświatowcy - ugrupowanie, dążące do separacji obu światów. Miał 
nadzieję, że się nie myli. Mniej więcej wiedział, co chciała powiedzieć Sonsen, ale miał 
przeczucie, że nie musi przejmować się ani jedną, ani drugą grupą rebeliantów. 

- Opowiedz nam coś więcej o samych zamachach  - poprosił. Sonsen podeszła do 

iluminatora kabiny turbodźwigu. 

- Nim  upłynie  minuta czy dwie, sam zobaczysz  - rzekła cicho.  - Jaskiniowo było 

prawdziwym  rajem.  Rosło  tam  wszystko,  co  było  konieczne  do  wyżywienia  naszych 

background image

Roger MacBride Allen 

85 

obywateli... a nawet jeszcze więcej. Budowano tam domy i rezydencje, a potem otacza-
no  je  parkami  i  ogrodami.  Można  było  spacerować  nad  jeziorami,  rzekami  i  strumie-
niami.  Wszędzie  widziało  się  zieleń,  błękit...  coś  pięknego.  A  później  ktoś  zaczął  się 
bawić naszą Ogniokulą. 

- Ogniokulą to coś w rodzaju sztucznego słońca? - domyślił się mistrz Jedi. 
- Zgadza się - odrzekła kobieta. - Ktoś sprawił, że oszalała. 
- Kto zazwyczaj sprawuje władzę nad Ogniokulą? - zapytał Lando. 
- Oczywiście że nikt - odparła Sonsen takim tonem, jakby ciemnoskóry mężczyzna 

zapytał ją, gdzie ukryła wyłącznik mechanizmu, odpowiedzialnego za wirowanie galak-
tyki. - Jak mówiłam, zawsze istniała - podobnie jak wszystko inne wewnątrz tej stacji. 
To  nie  my  ją  skonstruowaliśmy.  Nie  zapaliliśmy  Ogniokuli.  Przypuszczam,  że  już 
świeciła,  kiedy  na  stacji  wylądowali  nasi  praprapraprzodkowie...  bez  względu  na  to, 
kiedy to się stało. 

-  Ogniokulą  po  prostu  istnieje  -  podsumował  Lando.  -  Czy  ktoś  wie,  jak  to  się 

dzieje, że daje światło i ciepło? 

-  Słyszałam  na  ten  temat  różne  teorie  -  zaczęła  pani  inspektor.  -  Jedna  głosi,  że 

Ogniokulą czerpie energię bezpośrednio z grawitacyjnych przepływów, istniejących w 
przestworzach między Talusem a Tralusem. Nikt jednak jeszcze nie wymyślił przyrzą-
du, za pomocą którego dałoby się potwierdzić słuszność tej teorii. A zatem niczego nie 
możemy być pewni. 

-  Nie  wiecie  więc,  jak  działa  źródło  ciepła  i  światła,  odpowiedzialne  za  połowę 

waszej produkcji rolnej? - zapytała Gaeriela. 

- Nie - przyznała Sonsen.  - A ty  wiesz, jak funkcjonują silniki napędu nadświetl-

nego, które pozwoliły ci przylecieć do naszego systemu? 

Luke musiał znów się uśmiechnąć. Jenica Sonsen miała trochę racji. Trudno było-

by znaleźć człowieka, który rozumiałby  wszystkie tajniki technicznych urządzeń, któ-
rymi  zwykł  się  posługiwać.  Mieszkańcy  stacji  Centerpoint  przynajmniej  nie  ukrywali 
swojej ignorancji. 

-  Tak  czy  owak,  zbliżamy  się  do  Jaskiniowa  -  ciągnęła  kobieta.  -  Jeżeli  bardzo 

chcecie, możecie rzucić na nie okiem. 

Ludzie podeszli do iluminatora, a oba automaty pozostały w tylnej części kabiny 

turbodźwigu. Po chwili w głębi tunelu ukazała się plamka światła. 

- To Ogniokulą - oznajmiła Sonsen. - W tej chwili, przynajmniej na razie, wydzie-

la normalne ilości ciepła i światła. Tak działo się cały czas... aż do niedawna. 

Możliwe, że średnica tunelu malała, gdyż wyglądało na to, że kabina sunie coraz 

bliżej ciemnoróżowych ścian. Jasny punkt zbliżał się tak szybko, iż można było odnieść 
wrażenie, że prędkość jazdy nadal rośnie. Stojący przed oknem pasażerowie zmrużyli i 
osłonili oczy, żeby blask sztucznego słońca ich nie oślepił. 

Przez chwilę wszystkim mogło się wydawać, że nigdy nie znajdą się u celu. Kabi-

na towarowego turbodźwigu dotarła tam jednak szybciej niż ktokolwiek mógłby sobie 
wyobrazić. Po prostu wyskoczyła z wylotu tunelu i runęła tak nagle pionowo w dół, że 
wszystkim żołądki podeszły do gardeł. Najdziwniejsze jednak, że nikt nie zwrócił uwa-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

86 

gi na niespodziewaną zmianę kierunku ruchu. Wszyscy  - zdumieni i przerażeni  - spo-
glądali na Jaskiniowo. 

A ściślej na to, co z niego pozostało. 
Ogniokulą okazała się dokładnie tym, na co wskazywała jej nazwa: unoszącą się 

idealnie pośrodku ogromnej jaskini ognistą kulą. Rzeczywiście, wyglądała jak miniatu-
rowe słońce... jasne, ciepłe, wabiące, swojskie. Niestety, w dole, pod nim, nie dało się 
zauważyć niczego wabiącego ani swojskiego. 

Jaskiniowo  doszczętnie  spłonęło;  przemieniło  siew  czarną,  spopieloną  pustynię. 

Wszędzie, jak okiem sięgnąć, unosiły się chmury siwego pyłu. Luke ujrzał podobne do 
szkieletów  konstrukcje  wypalonych domów. Tam,  gdzie  kiedyś ciągnęły  się  starannie 
wypielęgnowane  sady,  teraz  sterczały  z  czarnej  gleby  jedynie  osmalone  kikuty  pni. 
Gdzie indziej jezioro, z którego wyparowała cała woda, ukazywało pomarszczone dno, 
a  na  nim  wraki  luksusowych  jachtów  i  zwęglonych  łodzi.  Częściowo  zagrzebane  w 
skamieniałym mule, spoczywały nieruchomo niczym dziecięce zabawki pozostawione 
na dnie wanny po spuszczeniu wody. 

Widok był odrażający. Wzbudzał przerażenie.... tym większe, że miejsce musiało 

kiedyś przypominać rajski ogród. 

-  Jeszcze  niedawno  zatrzymałabym  kabinę  turbodźwigu  na  jednym  z  pośrednich 

przystanków i pozwoliłabym wam wyjść na zewnątrz, żebyście mogli podziwiać piękno 
Jaskiniowa  -  rzekła  Sonsen.  -  Teraz  jednak  nie  mielibyście  czym  oddychać.  Tam,  w 
dole, nie  pozostała  ani cząsteczki tlenu. Cały zniknął,  kiedy  szalały pożary. Nie  mam 
pojęcia,  jak  i  kiedy  zdołamy  przywrócić  tam  normalne  warunki  życia.  A  jeżeli  już  o 
tym mowa, sporo się natrudziliśmy, zanim przywróciliśmy normalny skład atmosfery w 
samej kabinie. Kiedyś nie miała własnego źródła powietrza, tylko kompresor, który po 
prostu  zasysał  powietrze  z  zewnątrz.  Niestety,  w  tunelu  i  w  pobliżu  osi  obrotu  stacji 
było zawsze tak rzadkie, że nie dawało się nim swobodnie oddychać. Po tym zaś, gdy 
zapaliła  się  pierwsza  raca,  nasi  technicy  zainstalowali  w  kabinie  sprytne  urządzenie. 
Pozwala  uniezależnić się od składu atmosfery na zewnątrz kabiny. A wszystko po to, 
żebym mogła bez przeszkód docierać tam, dokąd zechcę. Może nie wiecie, ale to naj-
szybszy i najłatwiejszy sposób dostawania się z równika do rejonu lądowisk i sektorów, 
gdzie się z wami spotkałam. Nasi inżynierowie po prostu usunęli kompresor, a zamiast 
niego zainstalowali zbiorniki z powietrzem i regeneratory dwutlenku węgla. 

- Co właściwie się wydarzyło? - zapytał Lando. 
- Pierwsza raca strzeliła przed jakimiś trzydziestoma, a może czterdziestoma stan-

dardowymi  dniami  -  odrzekła  Sonsen.  W  jej  głosie  nagle  zabrzmiał  smutek  i  zmęcze-
nie. - Do tamtej pory całą przestrzeń, którą widzicie w dole, zajmowały ogrody, parki, 
farmy albo luksusowe rezydencje. To wszystko wyglądało po prostu uroczo. Ogniokula 
świeciła bez przerwy, nie zmieniając intensywności blasku. Farmerzy musieli posługi-
wać  się  cienio-osłonami,  żeby  przesłaniać  źródło  światła  i  w  taki  sposób  symulować 
zmiany pór roku. Pod osłonami mogło być tak jasno albo tak ciemno, jak się chciało. 
Wystarczyło  tylko  przekręcić  potencjometr.  Z  zewnątrz  osłony  mogły  przypominać 
zwyczajne  cienie;  mogły  także  wyglądać  jak  srebrzyste  kule  albo  złociste  kwadraty  - 
jak kto chciał i umiał sobie wyobrazić barwy i kształty. Pod każdym kwadratem albo 

background image

Roger MacBride Allen 

87 
kulą krył się indywidualny spłachetek nocy. Teraz wszystko zniknęło. Przepadło. Spło-
nęło, kiedy strzeliła pierwsza raca. 

- A zatem to się wydarzyło jeszcze zanim rozpoczęło się zagłuszanie - stwierdziła 

Kalenda.  - Mniej  więcej  wtedy przyleciałam do systemu. Nigdy jednak o tym  nie sły-
szałam - dodała z urazą w głosie. - A przecież taka wiadomość powinna była obiec cały 
system. Chyba nic nie mogłoby wzbudzić większej sensacji. 

-  Staraliśmy  się,  na  ile  było  to  możliwe,  nie  nadawać  sprawie  rozgłosu  -  odparła 

pani inspektor nadzoru. - Rząd federalny i tak sprawiał wrażenie bardzo słabego, a my 
nie  zamierzaliśmy  ułatwiać  życia  terrorystom,  którym  chyba  najbardziej  zależało  na 
rozgłosie. A poza tym władze federalne obawiały się, że jeżeli taka wiadomość się roz-
niesie, wywoła powszechną panikę, a może nawet doprowadzi do rebelii. 

Dopiero teraz rozumiem, że mieli rację. Mogliśmy utrzymywać to wszystko  - za-

maszystym  gestem  pokazała  zgliszcza  za  iluminatorem  -  w  absolutnej  tajemnicy  i  o 
niczym  nie  informować  mieszkańców  innych  światów,  ale  nasi  uchodźcy  musieli 
gdzieś  się  schronić,  a  najbliżej  mieli  do  Talusa  i  Tralusa.  Wiadomość  się  rozniosła  i 
rzeczywiście doszło do wybuchu rebelii. Jednej na Talusie i aż dwóch na Tralusie. Któ-
raś grupa rebeliantów - teraz już nawet nie wiem, która - wysłała ku nam kilka eskadr 
myśliwców.  Piloci  wylądowali  gdzieś  na  Biegunie  Południowym  i  oświadczyli,  że 
przejmują władzę nad stacją w swoje ręce. - Sonsen wzruszyła ramionami. - Co miałam 
robić? Walczyć z nimi? Sama, gołymi rękami? Pozostawiłam ich w spokoju, a i oni nie 
uprzykrzali mi życia. Kiedy się zjawiliście, po prostu odlecieli. 

- Co to znaczy: sama? - zapytała Gaeriela. - Chcesz powiedzieć, że oprócz ciebie 

nie ma nikogo w całej stacji? 

Sonsen pokręciła głową. 
-  Prawdopodobnie  nie  -  powiedziała.  -  To  ogromny  obiekt.  Staraliśmy  się  ewa-

kuować wszystkich mieszkańców, ale podejrzewam, że niektórzy pozostali. Co prawda, 
nikogo nie widziałam, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. 

- Mówiłaś o tej pierwszej racy - przypomniał Lando. - Czy zapaliło się ich więcej? 
-  Jeszcze  tylko  jedna.  W  sumie  wybuchły  dwie.  Druga  wystrzeliła  mniej  więcej 

dzień czy dwa przed rozpoczęciem zagłuszania i utworzeniem się interdykcyjnego pola. 
I  nie  pytajcie  mnie,  co  mogli  chcieć  osiągnąć  terroryści.  Eksplozji  pierwszej  racy  nie 
przeżył nikt, kto dałby się sterroryzować, a po pierwszym pożarze nie pozostało nic, co 
miałoby jakąkolwiek wartość. 

- Uhm - odparł machinalnie Lando. Wszystko przemawiało za tym, że ciemnoskó-

ry  mężczyzna  błądzi  myślami gdzie  indziej.  -  Ta  stacja  unosi się dokładnie pośrodku 
między Talusem a Tralusem, w tak zwanym barycentrum, prawda? 

- Prawda - potwierdziła Sonsen, ale znów obdarzyła Landa dziwnym spojrzeniem. 

-  Czy  wy,  ludzie  z  Nowej  Republiki,  wiecie  cokolwiek  na  temat  obiektu,  nad  którym 
chcecie przejąć władzę? 

-  Wiedziałem  to  -  obruszył  się  Calrissian.  -  Pragnąłem  się  tylko  upewnić.  A 

Ogniokula? Czy unosi  się  dokładnie  pośrodku Jaskiniowa? I czy Jaskiniowo znajduje 
się dokładnie w środku stacji? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

88 

- Możliwe, że jakiś centymetr czy dwa w bok od środka - odrzekła kobieta. - Mo-

żesz wziąć miarkę i sam sprawdzić, jeżeli nie wierzysz. 

Lando zignorował sarkazm, wyraźnie przebijający z głosu pani inspektor nadzoru. 

Wyciągnął rękę i pokazał coś widocznego po przeciwnej stronie kuli... coś usytuowa-
nego w okolicach osi obrotu. Później zadarł głowę i przez iluminator w suficie kabiny 
spojrzał na to, co było widać w przeciwległym końcu osi. 

-  A  te  podobne  do  stożków  konstrukcje,  wystające  z  bieguna  północnego  i  połu-

dniowego w okolicach obu części osi obrotu? - zapytał. - Możesz powiedzieć coś wię-
cej, czym są i do czego służą? 

Luke wyjrzał przez iluminator w suficie kabiny, a potem wyciągnął szyję i spojrzał 

w  dół.  Jeszcze  niedawno  klatka  turbodźwigu  znajdowała  się  tak  blisko  jednej  grupy 
stożków, że nie dało się zobaczyć wszystkich, i tak daleko drugiej, że stożki zniknęły, 
oświetlone blaskiem Ogniokuli. Kiedy jednak stało się to możliwe, Lando zdołał zoba-
czyć  obie  równocześnie.  Zupełnie  jakby  się  spodziewał,  że  je  zobaczy.  Obie  grupy 
stożków  wyglądały  identycznie.  Większy,  usytuowany  pośrodku,  otaczała  grupa  sze-
ściu mniejszych. Wszystkie miały takie same proporcje wysokości do średnicy podsta-
wy. 

Sonsen wzruszyła ramionami. Jej gest wypadł trochę nienaturalnie. 
- Mogę powiedzieć tylko tyle, że jedną grupę nazwaliśmy Południowymi Górami 

Stożkowymi,  a  drugą  Północnymi.  Sam  zdecyduj,  która  jak  się  nazywa.  Niektórzy 
mieszkańcy Jaskiniowa próbowali się po nich wspinać, ale nie było to łatwe, mimo iż 
siła  ciążenia  ma  w  pobliżu  osi  bardzo  małą  wartość.  Czy  jest  jeszcze  coś  ważnego, 
czego chciałbyś się dowiedzieć? Może mam ci podać nazwy wraków statków spoczy-
wających na dnie tamtego jeziora? 

- Nie, dziękuję - odparł Lando, tym razem wyraźnie myśląc o czymś innym. - Są-

dzę, że dowiedziałem się wszystkiego, co powinienem wiedzieć. 

- Wspaniale  -  mruknęła Sonsen.  - Czasami i ja chciałabym spędzić pięć  minut  w 

twoim  świecie  i  w  ciągu  tego  czasu  dowiedzieć  się  wszystkiego,  co  chciałabym  wie-
dzieć. 

-  Hmmm?  Słucham?  Ach,  nie.  Nie.  Przepraszam.  Nie  chciałem,  żeby  tak  to  za-

brzmiało.  Chodziło  mi  o  to,  że  wiem  wystarczająco  dużo,  żeby  zrozumieć,  co  tu  się 
dzieje. 

-  Po  pięciu  minutach?  -  żachnęła  się  kobieta.  -  Nie  obraź  się,  ale  nasi  agenci  z 

WSC poświęcili na to trochę więcej czasu, a jednak nie doszli do żadnych wniosków. 

- WSC? - zapytał mistrz Jedi. 
-  Domyślam  się,  że  w  tym  kontekście  oznacza  to  Wywiad  Stacji  Centerpoint  - 

wtrącił się Threepio tonem usłużnej podpowiedzi. 

-  Jestem  pewien,  że  macie  doskonałych  agentów  -  oznajmił  Calrissian.  -  i  wierz 

mi, nie zamierzałem zachowywać się nieuprzejmie czy protekcjonalnie. Chodziło mi o 
to, że mamy różne  punkty  widzenia. Jeżeli chodzi  o ciebie, całe  życie  spoglądałaś  na 
problem  z  jednej  strony.  Od  wewnątrz.  Ja  natomiast  miałem  okazję  spojrzeć  nań  od 
zewnątrz i... 

background image

Roger MacBride Allen 

89 

W tej samej chwili Artoo przerwał mu, wydając długi, niepokojący gwizd. Kopuł-

ka się obróciła, a czujnik optyczny skierował się w górę. Później mały robot odwrócił 
się do Threepia i wydał całą serię pisków i świergotów. Dźwięki następowały jeden po 
drugim tak szybko, że Luke nie był w stanie nic zrozumieć. 

- Jak sobie życzysz, Artoo, zapytam, aczkolwiek przeszkadzanie komuś w rozmo-

wie jest bardzo nieuprzejme.  - Threepio odwrócił się do młodej kobiety.  - Najmocniej 
przepraszam, pani inspektor Sonsen, ale mój partner pragnie się dowiedzieć  - i uważa, 
że to coś pilnego - czy te dwa poprzednie rozbłyski Ogniokuli miały charakter nagłych 
eksplozji, czy też  może zostały poprzedzone powolnym, stopniowym wzrostem inten-
sywności blasku? 

Wyglądało na to, że Jonica Sonsen jest z każdą chwilą coraz mniej pewna tego, co 

ma sądzić o swoich gościach. 

-  Ciekawe  zabraliście  automaty  -  odparła,  nie  zwracając  się  chyba  do  nikogo  w 

szczególności. - O ile mi wiadomo, intensywność blasku narastała powoli, a osiągnięcie 
maksymalnej jasności zajęło około trzydziestu minut. Nie jestem tego pewna, ponieważ 
w  Jaskiniowie  nie  przeżył  nikt,  kto  mógłby  to  potwierdzić...  i,  rzecz jasna,  wszystkie 
przyrządy spłonęły, kiedy doszło do eksplozji. 

Artoo zakołysał się na wspornikach. Nie przestając obracać kopułki w prawo i w 

lewo, niecierpliwie zagwizdał. 

- O rety! - wykrzyknął Threepio. - Masz rację. Musimy natychmiast stąd odlecieć. 
- Co takiego? - zdziwił się Lando. - Dlaczego? Co się dzieje? 
Złocisty  android  wyprostował  się.  Powoli  odwrócił  się  w  stronę  ciemnoskórego 

mężczyzny i obdarzył go zdumionym spojrzeniem. 

- Nie zauważył pan? Och! Oczywiście. Najmocniej przepraszam. Pańskie oczy au-

tomatycznie  przystosowują  się  do  różnicy  w  intensywności  oświetlenia  i  dlatego  nie 
może pan wiedzieć, że zachodzi zmiana. Nawiasem mówiąc, to ciekawy przykład róż-
nic, jakie istnieją między nami, jeżeli chodzi o zdolność postrzegania... 

Lando spiorunował złocistego androida gniewnym spojrzeniem. 
- Threepio - powiedział niewiarygodnie spokojnym tonem. - Jeżeli następne słowa, 

jakie wypowiesz, nie wyjaśnią do końca tej zagadki, obiecuję, że natychmiast cię wyłą-
czę i na stałe pozbawię zdolności mówienia. Co się dzieje? 

Threepio chciał zaprotestować, ale zrezygnował. 
- To bardzo proste, panie kapitanie Calrissian - zaczął. - Problem polega na tym, że 

w ciągu ostatnich pięciu minut natężenie widzialnego światła, jakie wypromieniowuje 
Ogniokula, powiększyło się o prawie siedem procent. 

 
- Anakinie! - zawołał Jacen. 
Wyczuwał,  iż  młodszy  brat  kryje  się  gdzieś  niedaleko,  i  uświadamiał  sobie  cał-

kiem jasno, że i Anakin wie o jego obecności. Ale ani ta wzajemna wiedza, ani umie-
jętność  dokładnego określania  miejsca, gdzie  który  się  znajduje, nie  mogła  mu się  na 
nic  przydać  w  obecnej  sytuacji.  Jacen  wyczuwał  też,  że  Anakin  jest  przerażony,  ma 
wyrzuty sumienia i dałby dużo, żeby móc cofnąć to, co zrobił. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

90 

W pewnym sensie jego sytuacja była paradoksalna. Jeżeli kiedykolwiek w historii 

galaktyki jakiś chłopiec zasługiwał na to, by znajdować się w najgorszych tarapatach, 
tym chłopcem był właśnie Anakin Solo. Wszystkim bardzo zależało na tym, aby abso-
lutnie  nikt  się  nie  dowiedział,  gdzie  się  znajduje  komora  z  planetarnym  repulsorem. 
Tymczasem  Anakin  chyba  nie  mógłby  bardziej  rozpowszechnić  tej  tajemnicy,  nawet 
gdyby bardzo się starał. 

Mimo to pewnie  nikt nie  miał prawa obciążyć  malca całą  odpowiedzialnością za 

to, co się stało. Anakin prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy ze wszystkich konse-
kwencji  swojego  czynu.  W  przeciwnym  razie  nigdy  nie  uruchomiłby  repulsora.  Był 
tylko  małym  dzieckiem,  które  lubiło  się  bawić  urządzeniami  i  mechanizmami.  Jacen 
przypominał sobie kilka sytuacji ze swojego życia, kiedy coś przeskrobał, a rodzice nie 
byli na niego aż tak źli, jak mogliby być. Rzecz jasna, nie chodziło o coś tak poważne-
go jak strzał z repulsora, ale chłopiec  wiedział, że zasłużył na surowszą karę. Zawsze 
dotąd uważał, że albo miał  wielkie  szczęście, albo rodzice  mieli akurat  dobry  humor. 
Teraz nie był już tego taki pewien. Możliwe, że wcale nie miał tyle szczęścia. Możliwe, 
że po prostu rodzice okazywali mu wyrozumiałość. 

- Anakinie! - zawołał jeszcze raz. - Nikt się na ciebie nie gniewa! 
No,  może  jednak  Chewbacca  nie  był  zachwycony  jego  postępowaniem,  a  ciotka 

Marcha miała mu trochę za złe, że grawilot spłonął, a ona została ranna w głowę. Pozo-
stawał  jeszcze  Qiunine-Ekstoo.  Jeżeli  automat  kiedykolwiek  będzie  funkcjonował, 
najprawdopodobniej także nie okaże Anakinowi  wdzięczności za to, co się stało. Nikt 
jednak nie zamierzał na malca krzyczeć. Przynajmniej zbyt głośno. 

- Wychodź! 
Starszy chłopiec wiedział, że poszukiwania po prostu nie mają sensu. Nie odnala-

złaby brata w labiryncie podziemnych korytarzy. Domyślał się, że jeśli spróbuje, Ana-
kin ucieknie i ukryje się  gdzie indziej. Jacen musiał zatem uzbroić siew cierpliwość i 
zaczekać, aż młodszy brat sam zdecyduje się wyjść z kryjówki. 

- Chcę tu zostać! - krzyknął w odpowiedzi Anakin. Dziwne, ale Jacen uznał to za 

dobry początek. Znał malca bardzo dobrze i wiedział, że Anakin chce, aby zachęcić go 
do wyjścia. 

-  Daj  spokój,  Anakinie  -  powiedział.  -  Nie  możesz  się  tam  ukrywać  całą  wiecz-

ność. 

- A właśnie, że mogę! 
- Zaczyna się robić ciemno. 
Teraz, kiedy stożkowa część wierzchołka komory zmieniła się w walec, jednostaj-

ny intensywny blask, jaki dotąd sączył się spod sklepienia komory, po prostu zniknął. A 
na dworze rzeczywiście się ściemniało. 

- Co zjedzeniem? - ciągnął Jacen. - Z pewnością jesteś bardzo głodny. 
- No, może trochę. 
- Może bardzo - nie dawał za wygraną starszy chłopiec. - Coś ci powiem. Mógłbyś 

teraz przyjść i coś zjeść, a potem, jeżeli zechcesz, wrócisz do kryjówki. 

background image

Roger MacBride Allen 

91 

Rzecz  jasna,  propozycja  nie  miała  sensu,  ale  w  tej  chwili  nikt  nie  zamierzał  się 

tym przejmować. Najważniejsze, że zapewniała Anakinowi honorowe wyjście z sytua-
cji. 

Zapadła długa, bardzo długa cisza. Jacen uznał i ją za dobry omen. Anakin zasta-

nawiał się, czy powinien przyjąć propozycję. Jacen odczekał minutę, a potem postano-
wił, że spróbuje jeszcze raz. 

-  Anakinie?  Wróć  do  obozowiska...  to  znaczy,  na  pokład  „Sokoła"...  i  zjedz  coś, 

żebyś nie był głodny. 

Jacen zapomniał o tym, że nie  może zaprosić  brata do obozowiska. Obozowisko 

nie istniało. Wszystko, czego nie zabrano na pokład frachtowca, spłonęło, kiedy o dno 
komory rozbryzgiwały się ogniste fale. 

- Czy naprawdę będę mógł wrócić, a później na nowo się ukryć, jeśli zechcę? - za-

pytał nagle mały uciekinier. 

- Kiedy tylko zechcesz - zapewnił go starszy chłopiec. Niczym nie ryzykował. Do-

skonale  wiedział,  że  bez  trudu  zdoła  wywiązać  się  z  tej  obietnicy.  Mimo  wszystko, 
kiedy  Anakin  wymykał się z  obozowiska, żeby się pobawić  mechanizmem repulsora, 
nie prosił nikogo o pozwolenie. Zapewne nie zamierzał poprosić o nie nawet wówczas, 
gdyby planował wymknąć się jeszcze raz. Jeśli Jacen chciał mu to uniemożliwić, mu-
siałby zamknąć braciszka na klucz, przyspawać drzwi do framugi i namówić kogoś, by 
pilnował  więźnia  dwadzieścia  cztery  standardowe  godziny  na  dobę.  Co  gorsza,  Jacen 
nie dałby głowy, że Anakin nie wymknie się nawet mimo zamkniętych drzwi i strażni-
ka. 

- No cóż - odezwał się Anakin. - Zaczekaj chwilę. 
Po chwili chłopczyk ukazał się w otworze pobliskiego korytarza. Przystanął i spoj-

rzał na brata. 

- W porządku, Anakinie - uspokoił go Jacen. - Niczego się nie obawiaj. 
Oczywiście, nic  albo prawie  nic  nie  było  w porządku, ale  Anakin  wiedział, o co 

chodzi Jacenowi. Zaczął iść - z początku powoli, ale później puścił się tak szybko, jak 
potrafił. Kiedy dobiegł do brata, podskoczył i objął go za szyję. Jacen przytulił malca. 
 

-  Przepraszam,  Jacenie  -  chlipnął  młodszy  chłopczyk.  -  Nie  chciałem  zrobić  nic 

złego. Mówię prawdę. 

- Wiem, wiem - odparł starszy brat. - Czasami jednak bardziej liczy się nie to, co 

zamierzamy, ale to, co robimy. Liczą się czyny, a nie zamiary. 

Niemal słyszał, jak te same słowa wypowiada ojciec. I nagle zaczął myśleć nie o 

tym,  co  mogliby  zrobić  rodzice,  ale  o  tym,  co  w  tej  chwili  robią;  co  się  z  nimi  teraz 
dzieje. Zapewne również wpadli w poważne tarapaty. Chłopiec pamiętał, że kiedy wi-
dział ich ostatnio, byli więzieni w Koronie. Jacen i pozostałe dzieci uciekli, ponieważ 
Chewbacca  pomógł  im,  Ebrihimowi  i  jego  robotowi  dostać  się  na  pokład  „Sokoła"  i 
odlecieć. 

Czy Han i Leia wciąż jeszcze przebywali w Koronie? Jacen poczuł ukłucie wyrzu-

tów sumienia. Dlaczego nie myślał o nich częściej? Dlaczego nie martwił się bardziej 
ich losami? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

92 

- Tęsknię za mamusią i tatusiem - wyznał Anakin, nie odrywając twarzy od piersi 

Jacena. Jego stłumiony głos zabrzmiał trochę płaczliwie. 

Jacen zdumiał się, że jego brat pomyślał o rodzicach właśnie  w tym samym mo-

mencie. Nigdy by się tego nie spodziewał. 

- Ja także - powiedział. - A teraz chodźmy. Wracamy do pozostałych. 
 
Trzymając się za ręce, obaj chłopcy przeszli w okolice środka ogromnej komory. 

Anakin uspokoił się na tyle, że zaczął zwracać większą uwagę na otoczenie. W pewnej 
chwili uniósł głowę i spojrzał w górę, gdzie kiedyś widniał stożek, a teraz spory otwór i 
niebo. 

- O rety - powiedział. - Naprawdę wiele tu się pozmieniało. 
- Ta-a - zgodził się z nim Jacen. - Chyba więcej, niż możesz sobie wyobrazić. 
Spojrzał w górę i także zdumiał się tym, co zobaczył. 
Niebo zaczynało ciemnieć, ale idealnie gładkie srebrzyste powierzchnie ścian ko-

mory  odbijały  nawet  tę  odrobinę  światła,  która  wpadała.  Zapewne  słońce  już  zaszło. 
Jacen  i  Anakin  widzieli  nad  głowami  tylko  okrągły  otwór...  dokładnie  nad  środkiem 
komory z repulsorem. W półmroku majaczyło sześć mniejszych srebrzystych stożków i 
jeden większy. Oświetlone odbitym od ścian, rozproszonym blaskiem sprawiały niesa-
mowite wrażenie. Wszystkie kierowały wierzchołki ku otworowi. Jacen widział, jak tu i 
ówdzie na niebie zaczynają się zapalać pierwsze gwiazdy. 

Obaj chłopcy ruszyli w kierunku „Sokoła". Musieli teraz omijać przeszkody i iść 

ostrożniej, żeby nie nadepnąć na jakiś spopielony pakunek czy zwęglone szczątki urzą-
dzenia. Nic więcej nie pozostało z obozowiska. Wszystko, czego nie zabrano na pokład 
frachtowca, przemieniło siew zakrzepłą  kałużę albo popiół. W pewnej chwili chłopcy 
przystanęli, żeby spojrzeć na statek. 

- „Sokół" jest znów zepsuty - odezwał się Anakin. To nie miało być pytanie. 
-  Uhm  -  mruknął  Jacen.  -  Wygląda  na  to,  że  zanim  Chewbacca  zdążył  włączyć 

ochronne pola, uszkodzeniu uległa jednostka napędowa. 

Anakin z namysłem pokiwał głową. 
- To niedobrze - powiedział. 
Starszy chłopiec zadarł głowę i jeszcze raz popatrzył na okrągły mroczny otwór, 

widniejący jakiś kilometr czy dwa nad ich głowami. Jeżeli Chewbacca nie poradzi so-
bie z usunięciem uszkodzenia albo wszyscy nie wymyślą, jak wspiąć się po pionowych, 
idealnie gładkich metalowych ścianach, nie wydostaną się z komory. 

-  Niedobrze  -  przyznał,  spoglądając  na  malca.  -  Chodźmy  -  dodał  po  chwili.  Już 

chciał mu powiedzieć, że wszyscy na niego czekają, ale po krótkim namyśle zrezygno-
wał.  Doszedł  do  wniosku,  że  w  taki  sposób  nie  zachęciłby  Anakina  do  pośpiechu.  - 
Chodźmy na pokład. 

Księżna  Marcha  z  Mastigoforu  siedziała  w  świetlicy  „Sokoła  Millenium"  po-

chmurna i zasępiona. Mimo że miała towarzystwo, nie czuła się najlepiej. Jej siostrze-
niec  Ebrihim  grał  z  Jainą  w  jakiegoś  przygnębiającego  sabaka.  Sam  fakt,  że  dziew-
czynka  kilka  razy przegrała, najlepiej świadczył o  tym, że i ona  podupadła  na  duchu. 
Qiunine - a raczej to, co z niego zostało - spoczywał nieruchomo, oparty o przegrodę w 

background image

Roger MacBride Allen 

93 
odległym  kącie  świetlicy.  Jego  widok  chyba  trochę  za  bardzo  przypominał  Dralce 
zmumifikowanego trupa, którego zapomniano pochować. 

Marcha czuła, że w jej głowie pulsuje coś, co sprawia sporo bólu. Wiedziała jed-

nak, że może mówić o wielkim szczęściu. Nie odniosła żadnych poważniejszych obra-
żeń. To prawdziwy cud, że w ogóle nikt nie zginął. No cóż, może jednak zginął Qiuni-
ne. Chewbacce nie udało się go ożywić. 

Może w tej chwili wcale się nie powinna przejmować tym, kto przeżył, a kto zgi-

nął.  Wszyscy  tkwili  na  dnie  gigantycznej  komory  niczym  więźniowie,  którym  już 
wkrótce zajrzy w oczy  widmo głodu. Większość zabranych w drogę racji żywnościo-
wych wyniesiono z ładowni „Sokoła" zaraz po wylądowaniu. Złożono je albo w kabinie 
grawilotu,  albo  na  skraju  obozowiska  w  okratowanych  pudłach,  które  także  zabrano, 
żeby  na  pokładzie  frachtowca  zostało  więcej  miejsca.  Co  prawda,  rezerwowe  zapasy 
żywności, jakie pozostawiono na pokładzie, pozwolą wszystkim przeżyć kilka dni, ale 
nie dłużej. 

 
Księżna Marcha przypuszczała - choć nie podzieliła się z nikim tymi podejrzenia-

mi - że zapasów wody wystarczy na sześć dni, a żywności na dziesięć. 

W ogóle będą mieli wielkie szczęście, jeśli przeżyją tyle czasu. Może nie będą się 

musieli  martwić  o  to,  kiedy  zginą  z  głodu?  Marcha  podzielała  zdanie  Wookiego,  że 
nagłe  przebudzenie  repulsora  prawie  na  pewno  uśmierciło  wszystkich  starających  się 
go odnaleźć  Dralistów. Mimo to  z  równie dużym prawdopodobieństwem  można  było 
zakładać, że dostatecznie daleko przebywał ktoś, kto przeżył impuls energii. 

Ciotka  Marcha  widziała dwie  możliwości. Podejrzewała, że  pozostający na  usłu-

gach  Dralistów  naukowcy  zarejestrowali  sejsmiczne  wstrząsy,  zakłócenia  elektroma-
gnetycznego pola  czy cokolwiek innego, co wzbudziło ich podejrzenia. Obawiała  się, 
że  mogą  przylecieć,  żeby  sprawdzić,  co  się  stało.  Ta  ewentualność  wydawała  jej  się 
jednak  bardzo  mało  prawdopodobna.  Mimo  wszystko,  na  zewnątrz  trwała  wojna.  A 
zatem większość placówek naukowych zamknięto, a ponadto wprowadzono ogranicze-
nia swobody przemieszczania się z miejsca na miejsce. 

Mimo że ciotka Marcha nie bardzo chciała się z tym pogodzić, o wiele prawdopo-

dobniejsze  było  pojawienie  się  ekspedycji  wojskowej,  wysłanej  przez  którąś  grupę 
rebeliantów. Zapewne wiele takich grup dysponowało aparaturą do wykrywania impul-
sów  energii  repulsorowej  o  takiej  sile  i  któraś  mogła  zarejestrować  to  zjawisko.  Wy-
zwolony  przez  Anakina  impuls  niósł  taką  energię,  że  mógł  nawet  zniszczyć  bardziej 
czułe urządzenia. A zatem było całkiem możliwe, że nadlecą wojskowi, żeby się prze-
konać, czy nie uda im się wykorzystać repulsora do własnych celów. 

W takich okolicznościach nikt, kto się pojawi, nie zechce się bawić w uprzejmości. 

Marcha nie chciała nawet myśleć o tym, co się z nimi stanie. Większość wojskowych 
oddziałów w tym systemie nie miała zwyczaju cackać się z pochwyconymi cywilami. 
Pozostawał jednak o wiele ważniejszy problem: co się stanie z planetarnym repulsorem, 
który nagle wpadnie w ich ręce? Ostatnio wielu podłych ludzi rozglądało się za takimi 
właśnie  urządzeniami.  Księżna  nie  miała  pojęcia, co zamierzali z  nimi zrobić, ale  nie 
sądziła,  żeby  miało  wyniknąć  z  tego  coś  dobrego.  Wiedziała  tylko,  że  nieprzyjaciele 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

94 

uważali  repulsory  za  coś  absolutnie  niezbędnego  i  ważnego.  Nie  potrafiła  oprzeć  się 
wrażeniu, że zdradzając wrogom kryjówkę draliańskiego repulsora, Anakin przechylił 
szalę zwycięstwa na ich korzyść. 

Tę  myśl  jednak  także  zachowała  dla  siebie.  Sytuacja  wyglądała  wystarczająco 

niewesoło i mówienie czegoś, co mogło ją pogorszyć, po prostu nie miało sensu... tym 
bardziej, że i tak  -  wcześniej czy później  - położenie  więźniów mogło ulec zmianie... 
rzecz jasna, na jeszcze gorsze. 

Jedyną nadzieję mogli pokładać w tym, że Chewbacca zdoła naprawić uszkodzoną 

jednostkę  napędową  „Sokoła".  Wookie  właśnie  w  tej  chwili  zajmował  się  tą  pracą. 
Wypatroszył  większość  kontrolnych  paneli  i  zanurzony  po  kolana  w  splotach  i  wiąz-
kach poskręcanych przewodów raz po raz wyciągał to taki, to znów inny spalony pod-
zespół czy element. Nie wychodząc ze świetlicy, Marcha słyszała, jak z rufowej części 
frachtowca dolatują od czasu do czasu głośne stuki. Z pewnością Chewbacca starał się, 
jak mógł, ale księżna wątpiła, żeby jego wysiłki zakończyły się powodzeniem. Podej-
rzewała,  że  najwięcej  zniszczeń  wyrządził  pierwszy,  nieoczekiwany  impuls  energii 
repulsora. Miał tak straszliwą siłę, że z pewnością uszkodził wiele nie zabezpieczonych 
w  porę  obwodów.  Najprawdopodobniej  ten  sam  impuls  elektromagnetycznej  energii 
zniszczył podzespoły Qiunina. 

Nie,  sytuacja  więźniów  wcale  nie  wyglądała  wesoło.  I  wszystko  wskazywało  na 

to, że może się tylko pogorszyć. 

Nagle Marcha usłyszała odgłos kroków kogoś maszerującego po rampie „Sokoła". 

Uniosła  głowę  w  samą  porę,  by  zobaczyć,  że  do  świetlicy  wchodzą  Jacen  i  Anakin. 
Ebrihim i Jaina także na nich popatrzyli. Wyglądało na to, że chłopców usłyszał także 
Chewbacca, gdyż pojawił się w drzwiach i chwilę się im przyglądał. 

- Cześć - odezwał się malec. - Wróciłem. Jest mi... Strasznie przepraszam za to, co 

zrobiłem.  Przepraszam.  Nie  chciałem  wyrządzić  nikomu  krzywdy...  Bardzo  przepra-
szam. 

Coś  nieprawdopodobnego  takie  przeprosiny.  Możliwe,  że  to,  co  Anakin  uczynił, 

skazało miliony niewinnych istot na śmierć, a może na spędzenie reszty życia pod rzą-
dami bezlitosnych tyranów. Marcha umiała sobie wyobrazić nawet taki scenariusz dal-
szego ciągu wojny, w którym utrata repulsora mogła oznaczać klęskę całej Republiki... 
jeżeli nie pod względem wojskowym, to pod prestiżowym. Możliwe, że powaga Nowej 
Republiki ucierpiała tak bardzo, że już wkrótce wystąpi z niej większość światów. Zbyt 
duża odpowiedzialność, żeby kłaść ją na barki małego dziecka. 

- Nie przejmuj się tak, Anakinie - odezwała się Jaina. - Przekonasz się, że wszyst-

ko jakoś się ułoży. Znajdziemy sposób, żeby temu zaradzić. Głowa do góry. 

Marcha spojrzała najpierw na siostrzeńca, a potem na stojącego w drzwiach Woo-

kiego. Z pewnością nie zamierzali wygłaszać żadnych wyświechtanych, uspokajających 
komunałów. Czasami jednak nie było innego sposobu, jak okazywanie niczym nie uza-
sadnionego, niedorzecznego, entuzjastycznego optymizmu. 

-  Oczywiście,  że  wszystko  jakoś  się  ułoży  -  odezwała  się  łagodnym  tonem.  W 

pierwszej  chwili  nie  mogła  uwierzyć,  że  powiedziała  coś  takiego.  Wstała  i  postąpiła 
krok czy dwa w stronę chłopczyka. - Chodź do mnie, Anakinie. 

background image

Roger MacBride Allen 

95 

Nagle  malec  wybuchnął głośnym płaczem. Podbiegł do Dralki i objął  ją  małymi 

rączkami. 

- Już dobrze, dobrze - odezwała się Marcha, tuląc chłopca do kosmatej piersi. - Nie 

płacz. Wszystko będzie dobrze. 

Gdyby wiedziała, co oznaczają te kojące słowa, sama poczułaby się o wiele spo-

kojniejsza. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

96 

R O Z D Z I A Ł  

I STAŁA SIĘ ŚWIATŁOŚĆ 

-  Przypuszczam,  że  nie  spodoba  mi  się  odpowiedź,  jaką  usłyszę,  ale  mimo  to 

chciałbym zapytać, czy ta kabina nie może jechać chociaż trochę szybciej - odezwał się 
Lando. 

Klatka towarowego turbodźwigu nie przestawała statecznie opadać ku równikowi 

Jaskiniowa. Właśnie tam znajdował się najbliższy otwór, przez który mogli się wydo-
stać. Ogniokula zaczęła zwiększać intensywność blasku, zanim zdążyli pokonać połowę 
drogi. 

Jenica Sonsen pokręciła głową. 
- Nie, nie spodobałaby ci się odpowiedź - rzekła, lekko się uśmiechając. 
- Spodziewałem się właśnie czegoś takiego - mruknął Calrissian. 
Spojrzał przez boczny iluminator kabiny turbodźwigu. Co prawda, Ogniokula pło-

nęła nadal oślepiającym blaskiem, ale nie wiedział, jak szybko zwiększa intensywność 
światła.  A  może  powinien  spoglądać  nie  na  źródło  blasku,  ale  na  dno  kabiny?  Może 
odbite  światło  pozwoliłoby  mu  lepiej  ocenić  tempo  zachodzącej  zmiany?  Przez  kilka 
chwil wpatrywał się w podłogę, ale zrezygnował. Trochę złościło go, że - przynajmniej 
tym razem - złocisty android miał rację. Ludzkie oczy po prostu za dobrze umiały do-
stosowywać się do zmian intensywności oświetlenia. Nie  dysponując przyrządami ani 
miernikami, Lando nie był w stanie ocenić, jak szybko pogarsza się ich sytuacja. Rzecz 
jasna, mógł zapytać o to Threepia, ale nawet w obliczu poważnego niebezpieczeństwa 
nie chciał dawać androidowi tej satysfakcji. Poza tym złocisty chłoptaś chciałby pewnie 
podawać  aktualne  wartości  natężenia  blasku  co  kilka  sekund,  a  to  doprowadziłoby 
wszystkich do szału. 

- Powiedziałbym, że intensywność wzrosła prawie dwadzieścia procent  - odezwał 

się Luke. 

Oczywiście.  Dzięki  umiejętnościom  Jedi,  tylko  on  potrafił  panować  nad  swoimi 

zmysłami na tyle, żeby pokusić się o dokonywanie tak dokładnych pomiarów. 

- Tyle że sam wzrost intensywności to jeszcze nie wszystko  - ciągnął po chwili. - 

Im niżej się zapuszczamy, tym powietrze staje się gęściejsze, a gęste powietrze pochła-

background image

Roger MacBride Allen 

97 
nia  więcej  ciepła.  -  Odwrócił  się  do  pani  inspektor  Sonsen.  -  Czy  wiesz,  jak  wysoką 
temperaturę wytrzyma klatka tego turbodźwigu? 

Młoda kobieta wzruszyła ramionami. 
- Skąd miałabym wiedzieć? Wątpię, żeby ktokolwiek zawracał sobie głowę takimi 

obliczeniami. To tylko duża winda, a nie gwiezdny statek. Z pewnością jednak w środ-
ku staje się coraz cieplej. 

-  Rzeczywiście  -  wtrącił  się  Threepio.  -  Moje  czujniki  zarejestrowały  wyraźny 

wzrost temperatury. Jeżeli państwo sobie życzą, z przyjemnością będę podawał aktual-
ne dane, dotyczące zmian... 

- Nie,  nie życzymy sobie  - przerwał  mu Lando.  - i tak  nie  mamy  na  nie żadnego 

wpływu. - Wyciągnął rękę i zbliżył dłoń do ściany kabiny, a potem - bardzo ostrożnie - 
musnął ją samym końcem wskazującego palca. - Naprawdę ściany się nagrzewają, zu-
pełnie jakby jakaś część ciepła przenikała do wnętrza - powiedział. - Nie ma co do tego 
wątpliwości. 

- Ile czasu upłynie, zanim się stąd wydostaniemy? - zainteresowała się Kalenda. 
- Jeszcze jakieś pięć minut - odrzekła Sonsen. - Istnieje jednak pewien problem. 
-  Jaki?  -  zapytał  Calrissian.  Z  każdą  chwilą  słyszał  coraz  więcej  niepomyślnych 

wieści. 

- Między rejonem równika Jaskiniowa a Powłoką Jeden występuje różnica ciśnień. 

Nic  poważnego, tylko osiem  procent,  ale  to  wystarczy, aby konieczne  było zainstalo-
wanie  śluzy.  Musicie  wiedzieć,  że  eksplozja  drugiej  racy  spowodowała  awarię  wrót 
głównej śluzy turbodźwigu. Po prostu się zacięły. Nie zaprojektowano ich, żeby radziły 
sobie  z  dużymi różnicami ciśnienia. Nie  spodziewano  się,  żeby  takie  mogły panować 
między Jaskiniowem a Powłoką Jeden. Kiedy zgasła ta raca, zdołałam naprawić uszko-
dzenie, ale spieszyłam się i nie jestem pewna, czy moja naprawa okaże się skuteczna. 

- A zatem jesteśmy uwięzieni - podsumował ciemnoskóry mężczyzna. 
- Wielkie niebiosa! Upieczemy się żywcem! - wykrzyknął przerażony Threepio. 
- Odzywaj się tylko wówczas, gdy ktoś się odezwie do ciebie - zganiła go Sonsen. 

Młoda  kobieta  chyba  zaczynała  podzielać  opinię,  jaką  o  złocistym  androidzie  miał 
Lando.  -  Nie  jesteśmy  uwięzieni  -  dodała,  zwracając  się  do  wszystkich  pozostałych.  - 
Tuż obok śluzy turbodźwigu zainstalowano śluzę dla personelu. Jest mniejsza i nie tak 
skomplikowana, a poza tym o wiele częściej używana, więc poradzi sobie nawet z du-
żymi  różnicami  ciśnienia.  Jestem  pewna,  że  działa  prawidłowo.  Jeżeli  nie  zdołamy 
otworzyć wrót śluzy towarowej, musimy wyjść z kabiny turbodźwigu i po prostu prze-
biec odległość, dzielącą nas od śluzy osobowej. 

-  Wspomniałeś,  że  tam,  na  zewnątrz,  nie  pozostało  ani  odrobiny  tlenu  -  przypo-

mniał mistrz Jedi. 

- Nawet gdyby jakiś pozostał, prawdopodobnie i tak byś zginął, gdybyś chciał od-

dychać  -  rzekła  Sonsen.  -  Bardzo  wysokie  stężenie  dwutlenku  węgla  plus  wszystkie 
możliwe toksyczne produkty spalania. 

- Czy zdołamy się zmieścić w śluzie wszyscy naraz? - zaniepokoił się Luke. 
- No cóż, śluza osobowa jest wystarczająco duża - odparła młoda kobieta. - Sądzę 

jednak, że nie powinniśmy tam biec wszyscy równocześnie. Zazwyczaj śluza pozostaje 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

98 

zamknięta w taki sposób, że uszczelnione są wrota zamykające ją z naszej strony. Obok 
włazu znajduje się panel kontrolny z klawiaturą, ale wpisywanie odpowiedniej kombi-
nacji  cyfr  zajmuje  trochę  czasu.  A  zatem  kiedy  otworzę  drzwi  kabiny  turbodźwigu, 
muszę  pobiec  do  osobowej  śluzy  i  otworzyć  wrota.  Chyba  nie  byłoby  najrozsądniej, 
żeby wszyscy inni stali obok mnie i czekali, aż się uporam z tym zadaniem. Uważam, 
że powinniśmy podzielić się na dwie grupy. 

- To może być bardzo ciekawe - zauważył Calrissian. 
- A żebyś wiedział. - Sonsen uśmiechnęła się, ale nie wyglądała na rozbawioną.  - 

Może jednak będziemy  mieli szczęście  -  dodała.  -  Może wrota  śluzy turbodźwigu  się 
nie zatną. 

- Może nie  - zgodził się z nią Lando.  - Jeżeli jednak się zatną i będziesz musiała 

biec do osobowej śluzy, pobiegnę z tobą. Kiedyś zarządzałem miejscem zwanym Mia-
stem  w  Chmurach,  gdzie  całkiem  często  miewałem  do  czynienia  z  trującymi  gazami. 
Jeżeli pobiegniesz i okaże  się, że  wpadłaś  w tarapaty,  może  powinien towarzyszyć  ci 
ktoś, kto mógłby pomóc. 

- Posłuchaj, Lando - odezwał się Skywalker. - Jeżeli już ktoś miałby jej towarzy-

szyć, to raczej ja, a nie ty. Nie uważasz? 

-  Nie  -  sprzeciwił  się  śniadolicy  mężczyzna.  -  To  prawda,  że  twoje  zmysły  Jedi 

pozwolą ci przeżyć w najtrudniejszych warunkach. Jednak mogą zaistnieć okoliczności, 
w  których  wszyscy  będziemy  potrzebowali  twojej  pomocy.  A  zatem  nie  powinieneś 
zajmować się tylko jedną osobą, gdyż  w tym czasie pozostałym mogłoby się stać coś 
złego. Ja zaś będę mógł uważać tylko na panią Sonsen i tę śluzę. 

Z  początku  Luke  miał  wątpliwości,  czy  powinien  uznać  słuszność  argumentów 

przyjaciela, ale potem niechętnie kiwnął głową. 

- Może masz rację - powiedział w końcu. - Poza tym toksyczne powietrze nie po-

winno zaszkodzić automatom. One także będą mogły pomóc pozostałym. 

- Chyba nie przypuszczacie, że Kalenda i ja nie damy sobie rady?  - obruszyła się 

Gaeriela. 

-  Nie,  proszę  pani,  nawet  nie  zamierzałem  niczego  takiego  sugerować  -  odrzekł 

Calrissian. - Nie mamy jednak czasu bawić się w uprzejmości. Panna Sonsen musi iść 
pierwsza, ponieważ tylko ona wie, jak otworzyć wrota śluzy. Ktoś powinien jej towa-
rzyszyć. Nie jestem bohaterem, ale tym kimś powinna być osoba, która miała już oka-
zję zetknąć się z trującymi gazami. A jak by na to nie patrzeć, w porównaniu z Lukiem 
wszyscy  się  możemy  okazać  bezradni.  Chcę  także  zwrócić  uwagę  na  jeszcze  jedno. 
Pani porucznik Kalenda nie znalazła luki w moim rozumowaniu. 

Gaeriela  Captison  przeniosła  spojrzenie  z  Landa  na  funkcjonariuszkę  Wywiadu 

Nowej Republiki. Zauważyła, że na twarzy Kalendy maluje się absolutna obojętność. * 

- Zgoda - powiedziała. - Zajmuję się polityką od tak dawna, że dobrze wiem, kiedy 

zrezygnować. 

- Jesteśmy coraz niżej - zauważył mistrz Jedi. - I ciepło zaczyna wyprawiać z po-

wietrzem dziwne rzeczy. 

Lando spojrzał przez iluminator i przekonał się, że Luke ma rację. Niższe, gęstsze 

warstwy atmosfery Jaskiniowa nagrzewały się szybciej niż wyższe. Mieszaniny ciepłe-

background image

Roger MacBride Allen 

99 
go  i  chłodnego  powietrza  o  różnych  ciśnieniach  powodowałyby  kaprysy  pogody  w 
każdych warunkach, ale tu - w przenicowanym wirującym świecie, gdzie występowały 
duże różnice siły ciążenia - były nieuniknione. Za iluminatorem wirowały kłęby pyłu i 
kurzu.  Stopniowo  przemieniały  się  w  chmury  i  tworzyły  miniaturowe  tornada,  które 
podrywały w powietrze drobiny piasku i mniejsze bryłki gleby. 

Za  szybami  świszczała,  jęczała  i  zawodziła  wichura.  Tymczasem  kabina  turbo-

dźwigu  zaczynała  tracić  prędkość.  Z  każdą  sekundą  sunęła  coraz  wolniej.  Pogrążała 
siew  skłębione, upiorne chmury popiołów. W pewnej chwili  klatkę  otoczyła  mroczna 
ściana  piasku i drobnego żwiru. Całkowicie  przesłoniła  pasażerom  widok Jaskiniowa. 
O ściany i sufit zaszeleściły i zagrzechotały tysiące kamyków, grudek ziemi i ziarenek 
piasku. 

Nagle wszyscy odnieśli wrażenie, że wiatr zmienił kierunek i zaczął wiać z innej 

strony. Chwilę później za iluminatorami znów pojawił się  - równie szybko, jak przed-
tem zniknął - widok Jaskiniowa. 

Wyglądało na to, że kabina turbodźwigu w końcu zdołała się przedrzeć przez za-

słonę chmur. Poruszała się nadal wzdłuż wewnętrznej ściany kuli, ciągnącej się łagod-
nym łukiem od osi obrotu ku równikowi. Teraz jednak klatka dźwigu sunęła nie tylko 
w dół, ale i naprzód. Z każdą chwilą  wzrastała  siła ciążenia. W pewnej chwili Lando 
uświadomił sobie, że jego oczy podświadomie dostosowują się do zachodzącej zmiany. 
Klatka przestała opadać  wzdłuż pionowej ściany. Teraz jej ruch przypominał ześlizgi-
wanie się po stoku, który z każdą chwilą stawał się coraz mniej stromy. Widocznie w 
miarę jak kabina podążała swoim torem, skomplikowany mechanizm zmieniał kąt na-
chylenia podłogi na poziomy. 

- Już niedługo - odezwała się Sonsen. - Jeszcze minuta i powinniśmy zwolnić. 
I rzeczywiście, jak na rozkaz, wagonik zaczął delikatnie hamować. Lando wycią-

gnął odruchowo rękę. Widocznie chciał się oprzeć o ścianę klatki, żeby nie stracić rów-
nowagi. W ostatniej chwili jednak się zreflektował. Zbliżył dłoń na centymetr czy dwa 
do ścianki i wyraźnie poczuł promieniujące od niej ciepło. 

Tymczasem kabina nie przestawała zwalniać biegu, aż wreszcie niemal całkowicie 

znieruchomiała.  Poruszała  się  z  prędkością  nie  większą  niż  ćwierć  metra  na  sekundę. 
Na  chwilę chmury  wirującego pyłu się  rozstąpiły i oczom pasażerów ukazał  się  duży 
piętrowy budynek. To właśnie ku niemu sunęła klatka dźwigu. 

- Mamy przed sobą główne wejście do tego sektora  - oznajmiła Sonsen. Tory, po 

których poruszała się kabina turbodźwigu, dochodziły do wielkich ciśnieniowych wrót, 
wyposażonych  w ciężkie, rozsuwane  skrzydła.  -  Ciekawa  jestem, co się  teraz stanie  - 
rzekła po chwili. - Najpierw spróbuję otworzyć je za pomocą automatu. 

Kabina  podjechała  na  jakiś  metr  czy  dwa  do  wrót  i  dopiero  wówczas  zupełnie 

znieruchomiała. Przez następnych kilka chwil nie wydarzyło się nic szczególnego. 

- Zepsute? - zapytała Gaeriela. 
- Musimy zaczekać, aż  sprężarki  wyrównają ciśnienia  -  wyjaśniła  młoda pani in-

spektor. - Gotowe. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

100 

Skrzydła  wrót  zaczęły  się  rozstępować.  Jakiś  czas  sunęły  równomiernie  w  prze-

ciwne strony... ale kiedy szczelina osiągnęła mniej więcej metr, zgrzytnęły, zacięły się i 
zamarły. 

- Do licha! - zaklęła Sonsen. - Dokładnie tak samo jak poprzednio! Przełączę ste-

rowanie na ręczne. Przekonamy się, czy będę miała więcej szczęścia. 

Podeszła  do  panelu  umieszczonego  na  ścianie  obok  drzwi  kabiny  i  pokręciwszy 

jakąś  tarczą,  zmieniła  rodzaj  otwierania  wrót  śluzy  z  automatycznego  na  ręczny.  Na-
stępnie przycisnęła guzik oznaczony „Otwieranie wrót głównej śluzy Jaskiniowa". Oba 
skrzydła zadrżały, ale nie rozchyliły się ani odrobinę szerzej. Sonsen odczekała chwilę, 
a potem przycisnęła inny guzik, obok którego widniał napis: „Zamykanie wrót". Skrzy-
dła zaczęły się zamykać, ale kiedy pokonały jakieś trzy centymetry, ponownie zgrzyt-
nęły i znieruchomiały. 

Sonsen  jeszcze  raz  nacisnęła  pierwszy  guzik.  Wrota  rozsunęły  się  znowu  o  trzy 

centymetry  i  znów  zamarły.  Po  kilku  następnych  próbach  stało  się  oczywiste,  że  nie 
dadzą się ani otworzyć, ani zamknąć. Na nic się zdało przyciskanie to jednego guzika, 
to drugiego. Skrzydła wrót przesuwały się tam i z powrotem tylko o te trzy centymetry. 

- Tego się obawiałam - oświadczyła Sonsen. - Nie otworzą się na tyle szeroko, aby 

kabina  mogła  przejechać, i nie  zamkną  do końca, żeby  można  się  było przedostać  na 
drugą stronę. Wewnętrzne  wrota śluzy nie otworzą się, dopóki zewnętrzne się nie za-
mkną. 

- I nie ma sposobu, żeby poradzić sobie z nimi w sytuacjach awaryjnych? - zapytał 

Lando. - Nie można zmusić wewnętrznych do otwarcia, jeżeli zewnętrzne się zacięły? 

-  Mowy  nie  ma  -  odrzekła  kobieta.  -  Nie  pomyślano  o  takiej  ewentualności.  Kto 

chciałby zawracać sobie tym głowę, skoro powietrze po obu stronach śluzy i tak miało 
się nadawać do oddychania, a śluza osobowa znajdowała się kilka metrów od tej? Cały 
czas wam to powtarzam. To winda towarowa, a nie gwiezdny statek. 

-  No  cóż,  niech  tak  będzie  -  powiedział  Calrissian.  -  Wygląda  na  to,  że  musimy 

wyjść na mały spacer. Najwyższy czas, żeby się przygotować. 

Ściągnął bluzą, wyjął z kieszeni wibronóż i zaczął ciąć materiał na szerokie pasy. 

Jeden, trochę szerszy niż inne, schował do kieszeni koszuli razem z wibronożem. 

- Osłońcie tym nosy i usta - polecił, rozdając każdej żywej istocie po jednym pa-

sku. - Może się zdarzyć, że zemdlejecie albo odruchowo nabierzecie powietrza, a wów-
czas ten materiał zatrzyma najbardziej trujące gazy. A jeżeli naprawdę  musicie; jeżeli 
nie  zdołacie  się  powstrzymać,  oddychajcie  przez  nos,  a  nie  usta.  Nos  o  wiele  lepiej 
filtruje i chłodzi wdychane powietrze. 

- Miejmy nadzieję, że osobowa śluza otworzy się tak szybko, że twoja ofiara okaże 

się daremna - powiedziała Sonsen. 

Lando wyszczerzył zęby w nieco wymuszonym uśmiechu. 
- Krwawi mi serce, kiedy niszczę swoje ubranie bez powodu - odparł. - Myślę jed-

nak, że tym razem jakoś pogodzę się ze stratą. - Zasłonił nos i usta paskiem materiału, a 
potem związał końce z tyłu głowy. - Gdzie znajduje się ta druga śluza? - zapytał, zwra-
cając się do pani inspektor nadzoru. Materiał trochę tłumił i zniekształcał jego głos. 

background image

Roger MacBride Allen 

101 

- Nie bardzo ją stąd widać - odrzekła kobieta. - Iluminator jest za mały. Usytuow-

ano  ją  jakieś  dziesięć  metrów  w  lewo  od  głównej  śluzy.  Wewnątrz  panuje  ciśnienie 
identyczne jak po drugiej stronie, ale zrównanie go z naszym nie powinno zająć dużo... 
-  Nagle  urwała  i  spojrzała  na  sufit  kabiny,  gdzie  zainstalowano  butle  ze  sprężonym 
powietrzem.  -  Wyrównywanie  ciśnień  -  powiedziała  do  siebie.  -  Chwileczkę.  Właśnie 
wpadłam na pewien pomysł. Przecież w kabinie mamy butle z powietrzem. Jeżeli od-
kręcimy  zawory i  wpuścimy  trochę  do środka, ciśnienie  w  kabinie  stanie  się  większe 
niż  na  zewnątrz.  Kiedy  otworzymy  drzwi  klatki,  powietrze  ujdzie  na  zewnątrz,  gdzie 
ciśnienie będzie mniejsze. Dzięki temu zatrute powietrze nie wedrze się do kabiny... 

- Otrzymamy coś w rodzaju kurtyny powietrznej - podchwycił zachwycony Calris-

sian. - To świetny pomysł! Kiedy wyjdziemy, pozostająca w środku grupa ludzi zatrza-
śnie  drzwi  kabiny  i  może  będzie  miała  jeszcze  trochę  powietrza,  którym  dałoby  się 
oddychać. 

- Podsadźcie mnie - rzekła Sonsen, zwracając się do pasażerów turbodźwigu. 
Luke  uklęknął  i  złączył  dłonie.  Młoda  kobieta  położyła  ręce  na  jego  ramionach, 

żeby nie stracić równowagi, a potem postawiła stopę w prowizorycznym strzemieniu. 

- Doskonale - oznajmiła. - A teraz, w górę. 
Luke wstał tak łatwo, jakby nie podnosił żadnego ciężaru. 
-  Coś  takiego!  -  zdumiała  się  Sonsen.  -  Kapitanie  Calrissian,  twój  przyjaciel  jest 

prawdziwym osiłkiem. Proszę się teraz nie ruszać  - dodała, zwracając się do Luke'a. - 
Trochę w prawo... nie, w moje prawo, to znaczy w twoje lewo. Odrobinę do tyłu... Te-
raz dobrze. 

Sięgnęła do zaworu i odważnie chwyciła pokrętło. 
- Gorące - oznajmiła - ale nie na tyle, żebym sparzyła palce. 
-  Radziłbym  się  pospieszyć  -  zauważył  Threepio.  -  Intensywność  świecenia 

Ogniokuli wzrosła do tej chwili o trzydzieści pięć procent. 

-  Co  powiedzielibyście  na  to,  żeby  zostawić  tego  androida,  kiedy  będziemy  stąd 

wychodzili?  -  zapytała  Sonsen,  do  oporu  obracając  pokrętło  zaworu.  Niemal  natych-
miast  w  kabinie  towarowego  turbodźwigu  dał  się  słyszeć  cichy  syk  wypuszczanego 
powietrza. 

Lando poruszył szczęką. Miał wrażenie, że ciśnienie rozsadza mu bębenki. 
- Popieram propozycję - powiedział. - Już od dawna staram się go gdzieś zgubić. 
- Nawet o tym nie myślcie - sprzeciwił się Luke. - Ja i Threepio przeszliśmy razem 

niejedno. 

- No dobrze - odezwała się młoda pani inspektor.  - To powinno wystarczyć. Mo-

żesz mnie puścić. 

Mistrz Jedi bardzo ostrożnie postawił Jenicę na podłodze kabiny. 
-  W  porządku  -  odezwał  się  Lando.  -  Pani  inspektor  Sonsen...  Jenico...  na  czym 

właściwie polega twój plan? 

-  Za  chwilę  otworzę  te  drzwi  -  zaczęła  kobieta,  zwracając  się  do  wszystkich.  - 

Kiedy skrzydła się rozsuną, odczekamy sekundę, aby powietrze z klatki wydostało się 
na  zewnątrz. Dzięki temu zatrute  gazy  nie  zdołają  tak szybko  wedrzeć  się  do kabiny. 
Później  ja  i  Lando  pobiegniemy,  ile  sił  w  nogach,  do  włazu  osobowej  śluzy.  W  tym 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

102 

czasie ty - zwróciła się do Gaerieli - zamkniesz drzwi kabiny. Wystarczy, jeżeli przyci-
śniesz ten guzik. Zrozumiałaś? 

- Oczywiście. 
- Kiedy drzwi się zamkną,  kompresor  włączy się  sam i zacznie od nowa pompo-

wać czyste powietrze. Mimo to w środku pozostanie sporo trujących gazów. Wpadną z 
zewnątrz, zanim zamkniecie drzwi kabiny. Bez względu jednak na to, ile ich się dosta-
nie,  nie  wstrzymujcie  oddechu  na  długo.  Zacznijcie  oddychać,  kiedy  tylko  drzwi  się 
zatrzasną.  Sytuacja  na  zewnątrz  może  wyglądać  tylko  jeszcze  gorzej.  A  zatem  oddy-
chajcie,  póki  możecie.  Dajcie  nam  trzy  minuty  -  nie  mniej  i  nie  więcej  -  a  potem 
otwórzcie drzwi i wybiegnijcie na zewnątrz. W tym czasie my przejdziemy przez śluzę 
na drugą stronę, wyrównamy ciśnienia i otworzymy zewnętrzne wrota śluzy. Biegnijcie 
najszybciej, jak umiecie. Jeżeli automaty dotrą do wrót razem z wami, doskonale. Jeśli 
nie,  zostawcie  je  w  Jaskiniowie.  Kiedy  znajdziecie  się  po  drugiej  stronie,  ponownie 
otworzymy wrota, żeby i one mogły się przedostać. Nie muszą się martwić o to, czym 
będą oddychały. Wszystko jasne? 

- Wszystko jasne - powtórzył jak echo mistrz Jedi. 
- Z pewnością nas zostawią! - oświadczył Threepio najbardziej teatralnym tonem, 

na jaki mógł się zdobyć w takiej sytuacji. Nawet mały Artoo pozwolił sobie na żałosne 
piknięcie. 

Lando nie zwracał na to uwagi. Za chwilę całe Jaskiniowo mogło przemienić się w 

żużel i popiół. Ciemnoskóry mężczyzna martwił się jednak czymś jeszcze. Jeżeli nad-
ciągająca  eksplozja  Ogniokuli  rzeczywiście  miała  oznaczać  to,  czego  się  obawiał,  w 
porównaniu z  tym  upieczenie się  pięciorga  ludzi  i dwóch  automatów nie  miało  więk-
szego znaczenia. 

-  W  porządku  -  ciągnął  po  chwili.  -  Osłońcie  teraz  usta  i  nosy,  a  potem  zróbcie 

jeszcze jedną rzecz, która może pozwoli wszystkim wyjść z tego cało. Zacznijcie nabie-
rać  szybkie,  płytkie  hausty  powietrza.  Dzięki  temu  później,  kiedy  będzie  trzeba,  wy-
trzymacie bez oddychania trochę dłużej. 

Sam zaczął chwytać powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. Wiedział, że dłuższe 

oddychanie w taki sposób mogłoby zaszkodzić zdrowiu, ale pomoże przeżyć kilka naj-
bliższych  minut.  Spojrzał  przez  iluminator  na  kłębiące  się  za  szybą  ciemne  chmury 
popiołów, sadzy i dymu. Pokręcił głową. 

-  Najlepiej  w  ogóle  tym  nie  oddychajcie  -  powiedział.  -  Nawet  gdyby  pozostało 

tam tyle tlenu, ile potrzeba, ten szlam mógłby wypalić wam dziury w płucach. 

Zaczął znów chwytać płytkę hausty powietrza. Przestał dopiero wtedy, kiedy po-

czuł, że zaczyna mieć zawroty głowy. Miał nadzieję, że nie zapomni o żadnym szcze-
góle procedury postępowania. 

-  No  dobrze  -  powiedział.  -  Artoo,  zacznij  mierzyć  czas.  Wybiegnijcie  stąd  trzy 

minuty po nas. Do zobaczenia po drugiej stronie. 

Sonsen, która zdążyła już osłonić usta i nos, sprawdziła, czy wszyscy pozostali po-

szli w jej ślady. Potem wcisnęła guzik z napisem „Otwieranie drzwi". 

Powietrze uszło z kabiny towarowego turbodźwigu zatrważająco szybko. Równo-

cześnie do wnętrza zaczęła się wdzierać fala niosącego kurz, pył i płatki sadzy trujące-

background image

Roger MacBride Allen 

103 
go dymu. Sonsen zanurkowała w głąb wirujących chmur, a Lando  - na poły oślepiony 
przez kłęby gryzących, gorących oparów  - skoczył za nią. Nie  mogli zrobić nic, żeby 
ochronić  oczy.  Gdzież,  u  diabła,  podziała  się  Sonsen?  -  zastanawiał  się  Calrissian.  - 
Czyżby stracił orientację? 

Czuł,  że jego oczy łzawią. Nagle  jakiś podmuch rozproszył kłęby dymu i Lando 

dostrzegł kobietę. Nie przestawała biec w stronę budynku. 

Gorąco dawało mu się we znaki nie mniej niż trujące powietrze i kłęby gryzącego 

dymu. Lando czuł, że zaczyna się pocić. Po czole ściekały mu krople potu, napływając 
do oczu i jeszcze bardziej utrudniając patrzenie. Mężczyzna musiał użyć całej siły woli, 
by  nie  ocierać czoła...  i nie  oddychać.  Zdumiał  się, że powietrza,  którego zaczerpnął, 
zanim wybiegł z kabiny turbodźwigu, wystarczyło na tak krótko. 

W tej chwili to i tak nie miało znaczenia. Sonsen dobiegała właśnie do wrót śluzy. 

Starała się chwycić rękojeść staroświeckiego urządzenia, ale metalowe dźwignie i me-
chanizmy był zbyt gorące, żeby mogła ich dotknąć. Uważając, aby nie zgubić wibrono-
ża, Lando wyciągnął z kieszeni i podał kobiecie jeszcze jeden pasek materiału. 

Jenica kiwnęła głową i natychmiast owinęła dłoń kawałkiem bluzy. Pociągnęła za 

dźwignię i otworzyła zawór, aby ciśnienia mogły się wyrównać. Sądząc po tym, że do 
wnętrza została zassana porcja dymu, sadzy i popiołu, w komorze śluzy musiało pano-
wać  niniejsze  ciśnienie  niż  na  zewnątrz.  Chwilę  później  kobieta  odciągnęła  większą 
rękojeść i wrota śluzy się otworzyły. Odwróciła się i zaczęła gestami ponaglać swojego 
towarzysza. 

Komora śluzy miała duże rozmiary. Bez trudu mogło się w niej zmieścić dwadzie-

ścioro, a może nawet trzydzieścioro ludzi. Nie była to pomyślna okoliczność. Im więk-
sze rozmiary miało pomieszczenie, tym więcej powietrza należało wpuścić albo wypu-
ścić, aby wyrównać ciśnienia, a zatem tym więcej zajmowało to czasu. 

Kiedy Lando, potknąwszy się na progu, wpadł do rozgrzanej niczym piec śluzy i 

spojrzał przed siebie, nigdzie nie zauważył panny Sonsen. Odwrócił się i dopiero wów-
czas stwierdził, że młoda kobieta zasłabła. Krztusząc się, leżała na zewnątrz, zwrócona 
twarzą do ziemi. 

Choć  Lando miał wrażenie, że za chwilę jego płuca eksplodują, zmusił się, żeby 

wrócić po Jenicę. Chwycił ją pod pachy i zaczął ciągnąć do śluzy. Żałował, że w jego 
płucach nie pozostało tyle tlenu, aby móc głośno przeklinać. 

Na wpół oślepiony przez łzy, pot i drażniące oczy substancje chemiczne, wciągnął 

kobietą  do  wnętrza.  Chciał  ułożyć  ją  na  metalowej  posadzce,  ale  w  porę  uświadomił 
sobie, że jest zbyt rozgrzana. Przełożył lewą rękę kobiety przez swoją szyję i objąwszy 
ją  w  pasie,  starał  się  podtrzymywać,  żeby  nie  upadła.  Gorączkowo  rozglądał  się  po 
pomieszczeniu w poszukiwaniu urządzeń kontrolnych, które pozwoliłyby mu zamknąć 
wrota śluzy. Na szczęście, Jenica przyszła do siebie na tyle, że mu pomogła. Straszliwie 
kaszląc, wyciągnęła rękę i drżącym palcem pokazała kąt pomieszczenia. 

Lando spojrzał w tamtą stronę. Jest! Nie wypuszczając kobiety, przeszedł w kąt i 

pociągnął za dźwignię umożliwiającą zamknięcie zewnętrznych wrót śluzy. Przy okazji 
sparzył  sobie  palce.  Metal  był  niewiarygodnie  rozgrzany,  a  mimo  to  z  każdą  chwilą 
stawał się coraz gorętszy. Zamykanie wrót trwało całą wieczność. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

104 

Nie  czekając,  aż  wrota  się  zatrzasną,  Lando  uderzył  otwartą  dłonią  w  przycisk 

uruchamiający  zawór  sprężarek.  Automatycznie  sterowane  urządzenie  nie  wpuściło 
jednak  do  śluzy  czystego  powietrza.  Zamiast  tego  zaczęło  wyrzucać  na  drugą  stronę 
obecne w pomieszczeniu trujące gazy. Jenica powiedziała, że tamta strona to Powłoka 
Jeden.  Sprężarki  mruczały,  a  w  komorze  śluzy  utworzyła  się  wirująca  chmura  pyłu, 
popiołów i płatków sadzy. 

Płuca  Landa  domagały  się  świeżego  powietrza.  Mężczyzna  bał  się,  że  za  chwilę 

zemdleje.  Wiedział  jednak,  że  gdyby  stracił  przytomność,  odruchowo  przestałby 
wstrzymywać oddech, a wtedy mógłby stracić życie. 

W  końcu  ciśnienia  się  wyrównały  i  wewnętrzne  wrota  otworzyły  się.  Lando  po-

czuł  podmuch  ożywczego  wiatru.  Powietrze  po  drugiej  stronie  okazało  się  o  wiele 
chłodniejsze  niż  w  śluzie.  Kiedy  wpadło  do  środka,  wypchnęło  mieszaninę  gorących 
gazów na zewnątrz, do Powłoki Jeden, i po kilku sekundach wypełniło całe pomiesz-
czenie. Dopiero wówczas Lando puścił Jenicę i osunął się na kolana. Raz po raz chwy-
tając i wypuszczając powietrze, krztusił się i kasłał. Nie zwracał nawet uwagi na to, że 
rozgrzana podłoga komory parzy jego kolana. Ściągnął z twarzy opaską i, nie przestając 
kasłać, usiłował wypchnąć z płuc resztki koszmarnego osadu, który jakimś cudem zdo-
łał dostać mu się do ust i płuc. 

- Wychodź - powiedział. Jego głos przypominał chrapliwy szept. - Musimy... stąd 

wyjść... żeby zwolnić śluzę... dla pozostałych. 

Jenica  osunęła  się  na  podłogę  obok  niego.  Niezdolna  wymówić  słowo,  kiwnęła 

głową. Lando pomógł jej wstać, ale zachwiał się i upadłby, gdyby go nie pochwyciła. 
Podtrzymując się  nawzajem, wyszli ze śluzy. Powietrze  w Powłoce Jeden było  wciąż 
jeszcze  przesycone  kłębami  ciemnego,  cuchnącego  siarką  gazu...  ale  przynajmniej 
można było nim oddychać. Lando i Jenica nie zamierzali czekać, aż do końca rozwieją 
się chmury popiołu i kłęby dymu. Oddychali. 

Później Jenica podeszła do umieszczonego po stronie Powłoki Jeden kontrolnego 

panelu. Szarpnęła staroświecką rękojeść dźwigni, żeby zamknąć wrota śluzy. 

- Zaczekaj! - krzyknął nagle Lando. 
Coś przykuło jego uwagę. Obok wrót ustawiono stojak ze sprzętem, którym można 

było  się  posłużyć  w  nagłych  wypadkach.  Mężczyzna  dostrzegł  dwie  butle  z  tlenem, 
połączone z maskami umożliwiającymi oddychanie. Chwycił najbliższą butlę i odkręcił 
zawór, żeby tlen mógł uchodzić, a potem wrzucił ją do śluzy. Rzecz jasna, większość 
tlenu mogła się zmarnować. Lando wiedział jednak, że całkowite opróżnienie butli tej 
wielkości powinno zająć dziesięć albo piętnaście minut. Liczył na to, że kiedy pozostali 
uczestnicy wyprawy wbiegną do śluzy i zamkną wrota, we wnętrzu pozostanie jeszcze 
tyle  tlenu,  żeby  mogli  oddychać.  Może  też  ktoś  oślepiony  przez  trujące  gazy  usłyszy 
syk uchodzącego powietrza i domyśli się, o co chodzi.  Szukając po omacku, znajdzie 
maskę, przyłoży do ust i ocali życie. 

Kiedy ciśnienie we wnętrzu komory zrównało się z tym, które panowało w Jaski-

niowie, Jenica pociągnęła za rękojeść innej dźwigni, żeby otworzyć pierwsze wrota. To 
było wszystko, na co się mogła zdobyć. Odwróciła się i usiadła na ziemi, oparta pleca-

background image

Roger MacBride Allen 

105 
mi o ścianę budowli. Widząc to, Lando zdjął ze stojaka drugą butlę i usiadł naprzeciw-
ko kobiety. Odkręcił zawór i wręczył jej maskę. 

Jenica przyłożyła ją do twarzy, zaciągnęła się czystym powietrzem i natychmiast 

rozkasłała  się  na  nowo.  Po  chwili  spróbowała  ponownie  -  tym  razem  miała  więcej 
szczęścia. 

- Fuj - powiedziała. - Nie chciałam oddychać tym świństwem, ale i tak trochę do-

stało się do płuc. 

Podała maskę Calrissianowi. Ciemnoskóry mężczyzna przyłożył ją do twarzy i na-

brał kilka haustów świeżego powietrza. Miał wrażenie, że ożywczy, chłodny gaz sma-
kuje cudownie słodko. 

-  Czy  nie  możemy  zrobić  nic  więcej,  by  im  pomóc?  -  zapytał.  Jenica  pokręciła 

głową. 

- Chyba nic. We wrotach śluzy zainstalowano mały iluminator. Co prawda, syste-

my zabezpieczeń nie pozwolą, żeby skrzydła obu wrót były równocześnie otwarte, ale 
kiedy zobaczę, że pierwsze się  zamknęły,  może  uda  mi się  wydać polecenie  otwarcia 
drugich, zanim ciśnienie w śluzie zdąży się zrównać z naszym. W ten sposób nie będą 
musieli spędzić w śluzie tyle czasu. I to wszystko. 

Lando zerknął na chronometr. Okazało się, że przejście na drugą stronę zajęło im 

dokładnie dziewięćdziesiąt sekund. Zdumiewające, ale wydawało mu się, że trwało to o 
wiele dłużej. Skoro jednak oczekiwali pojawienia się drugiej grupy, powinni się przy-
gotować. Lando zaczerpnął ostatni głęboki haust tlenu z butli i oddał maskę Jenice. 

- Bierzmy się do pracy - powiedział. - Przygotujmy wszystko tak, żeby tamci mo-

gli otworzyć wrota trochę wcześniej, zanim ciśnienia zdążą się wyrównać. 

- Tak. Masz rację  -  odparła kobieta.  - Mam paskudne przeczucie, że twoi przyja-

ciele będą mieli trochę cięższą przeprawę niż my.  - Wstała, otarła twarz i spojrzała na 
dłoń. Była chyba jeszcze brudniejsza niż poprzednio. - Płonące gwiazdy! - wykrzyknę-
ła. - Muszę wyglądać jak kocmołuch! 

- Prawdę mówiąc, kiedyś wyglądałaś lepiej - przyznał Lando, lekko się uśmiecha-

jąc. - Twoją twarz pokryła centymetrowa warstwa kurzu. 

- Och, to nic takiego, z czym nie poradziłaby sobie woda z mydłem - odrzekła Je-

nica. - Kłopot w tym, że nawet nie chcę wyobrażać sobie, jak w tej chwili mogą wyglą-
dać moje włosy. 

 
Luke  Skywalker  nie  przestawał  się  wpatrywać  w  Artoo.  W  napięciu  czekał,  aż 

upłyną umówione trzy minuty. Zmusił się, żeby myśleć jasno i zachować spokój. Kto 
jak kto, ale mistrzowie Jedi umieli być cierpliwi. 

Z wyjątkiem chwil, kiedy nie mogli, takich jak teraz. Sytuacja zaczynała się wy-

mykać  spod  kontroli.  Kiedy  do  wnętrza  kabiny  towarowego  turbodźwigu  wdarło  się 
powietrze  z  zewnątrz,  temperatura  gwałtownie  wzrosła.  Wszyscy  obficie  się  pocili.  I 
wszyscy - nie wyłączając mistrza Jedi - mieli duże kłopoty z oddychaniem. 

W pewnej chwili Kalenda zakrztusiła się i zaczęła kasłać. Kiedy się uspokoiła, do-

bitnie zaklęła. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

106 

-  Ile  jeszcze  zostało  czasu?  -  zapytała.  Czy  to  z  powodu  dymu,  czy  opaski  na 

ustach jej głos zabrzmiał złowieszczo chrapliwie. 

-  Myślę,  że  około  trzydziestu  sekund  -  odparł  Luke.  -  Lepiej  się  przygotujmy. 

Wyjdziecie pierwsze, żebym mógł mieć na was oko. 

Gaeriela chciała zaprotestować, ale Luke gestem ręki nie dał jej dojść do głosu. 
- Nie mogę sobie w tej chwili pozwolić na skromność  - zaczął. - Moje umiejętno-

ści Jedi zapewniają mi przewagę, o jakiej wy nie możecie nawet marzyć. Gdybym ich 
nie miał, oznaczałoby to, że wszystkie długie lata ćwiczeń i wyrzeczeń poszły na mar-
ne. Artoo, Threepio, wyjdziecie za mną. Obserwujcie nas. Może się okazać, że będzie-
my potrzebowali waszej pomocy. Dotrzemy do wrót śluzy wcześniej niż wy. Jeżeli nie 
zdążycie, zostawimy was po tej stronie. Gdy przedostaniemy się na teren Powłoki Je-
den, ponownie otworzymy wrota śluzy. Zgoda? 

Artoo zaświergotał, po czym obrócił kopułkę w prawo i w lewo. 
-  Całkowicie  zgadzam  się  z  Artoo  -  powiedział  Threepio.  -  Możliwe,  że  nie  za-

szkodzą nam trujące gazy, ale zawarte w nich środki chemiczne i wzrastająca tempera-
tura mogą wyrządzić nam poważne szkody. Proszę, niech pan nie zwleka i zabierze nas 
stąd jak najszybciej. 

- Wyciągnę was tak szybko, jak tylko będę mógł - obiecał mistrz Jedi. - Daję sło-

wo. 

Złocisty android natychmiast się uspokoił i kiwnął głową. 
- Cieszę się, że to słyszę - powiedział. 
Widocznie słowo dane przez mistrza Jedi stanowiło wystarczające zapewnienie... 

nawet dla androida. 

- Kalendo, Gaerielo, czy jesteście gotowe? - zapytał Luke. 
-  Nie,  wcale  nie  -  odparła,  krztusząc  się,  Gaeriela.  -  Wątpię  też,  żebyśmy  kiedy-

kolwiek były gotowe na spotkanie z tym, co nas czeka. Nie traćmy czasu. 

-  W  takim  razie,  zaczynajmy  -  oświadczył  Luke  i  przycisnął  guzik  otwierający 

drzwi kabiny. 

Chwilę  później do środka  wdarła  się  następna fala  żaru.  Wyglądało na to, że im 

więcej energii wypromieniowywała Ogniokula, tym bardziej przybierała na sile szale-
jąca  po  Jaskiniowie  wichura.  Gaeriela  przekroczyła  próg  kabiny,  ale  zachwiała  się, 
smagnięta  podmuchem  wiatru.  Upadłaby,  gdyby  nie  podtrzymała  jej  Kalenda.  Luke, 
który wyszedł z kabiny turbodźwigu tuż za nimi, także omal się nie przewrócił. Z tru-
dem utrzymywał się na nogach. Wydawało mu się, że żar i trujące gazy wżerają się w 
skórę rąk i twarzy, wypalają oczy. Rycerze Jedi nie odczuwają bólu - przypomniał so-
bie. - Z wszystkiego zdają sobie sprawę. Są opanowani. Są spokojni. 

Wszyscy troje obeszli unieruchomioną kabinę turbodźwigu i przekonali się, że za-

słaniała  ich  przed  najsilniejszymi  podmuchami  wiatru.  Dopiero  kiedy  skręcili  za  róg, 
wichura  runęła  na  nich  z  całą  siłą  i  smagnęła  mieszaninami  rozgrzanych,  trujących 
gazów. 

Omal ich nie oślepiła i zmusiła do zamknięcia oczu. Niosła ziarenka piasku, któ-

rymi siekła twarze i ręce. 

background image

Roger MacBride Allen 

107 

Zanim jednak otoczyła  ich  wirującymi chmurami  popiołów i  kurzu, na  mgnienie 

oka  pozwoliła zobaczyć, gdzie  się  znajdują. Trwało to nie  dłużej niż  jedno uderzenie 
serca, ale mimo to Luke zdołał dostrzec śluzę. Zauważył też, że wrota właśnie się roz-
suwają. Ta jedna krótka chwila musiała mu wystarczyć. Od tej pory już nie mógł sobie 
pozwolić na otwarcie oczu. 

Nie  miał  wyboru.  Musiał  iść  na  wyczucie.  Co  więcej,  musiał  wskazywać  drogę 

kobietom. Uwolnił myśli i zaczerpnąwszy energii z Mocy, przekonał się, że Gaeriela i 
Kalenda, trzymając się za ręce, idą jakiś metr albo dwa przed nim. Obie kierowały się 
jednak  nie  tam,  dokąd  powinny.  Zapewne  szarpnięte  silniejszym  podmuchem  wiatru 
zmyliły drogę. 

Pokonując opór, jaki stawiała szalejąca wichura, Luke skoczył i chwycił Kalendę 

za  rękę.  Szarpnął,  pragnąc  skierować  agentkę  wywiadu  we  właściwą  stronę.  Kobieta 
nie sprzeciwiała się. Posługując się Mocą, Luke wyczuł, że Gaeriela na chwilę się za-
wahała. Później jednak i ona podążyła tam, dokąd ciągnęła ją towarzyszka. 

Chwilę  później  Luke  uświadomił  sobie,  że  coś  zaczyna  płonąć  w  jego  płucach. 

Powietrze. Płuca domagały się powietrza! A o ileż bardziej musiało go brakować kobie-
tom? 

Bliżej. Coraz bliżej. Oczyma wyobraźni dostrzegał otwarte wrota śluzy. Posługu-

jąc się zmysłami Jedi, widział dokładnie, gdzie jest i dokąd idzie, nie mógł się jednak 
poruszać ani trochę szybciej. Moc nie dawała mu siły, z pomocą której łatwiej radziłby 
sobie z pokonywaniem wichury. 

Luke nie odważyłby się otworzyć oczu, ale wiedział, że do wrót śluzy pozostawało 

zaledwie kilka metrów. Pociągnął silniej Kalendę za rękę i wepchnął kobietę do komo-
ry śluzy. Później w podobny sposób pomógł wejść Gaerieli. Dopiero wtedy sam prze-
kroczył próg... i zderzył się z czymś twardym, metalowym, zarazem kanciastym i zao-
krąglonym. Threepio. 

- Wygląda  na to, panie  Luke'u, że ja i  Artoo trafiliśmy tu  wcześniej niż ludzie!  - 

zawołał złocisty android, starając się przekrzyczeć zawodzenie wichury. 

Rzecz  jasna,  Threepio  mógł  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  mówić.  Nie  musiał  się 

obawiać, że  wypuści z  płuc  resztki drogocennego powietrza. Nie  musiał się  przejmo-
wać,  że  zachłyśnie  się  ziarenkami  piasku.  W  odpowiedzi  Luke  zdołał  tylko  kiwnąć 
głową. 

Obszedł  androida  i  pragnąc  schronić  się  przed  najgorszymi  podmuchami  wiatru, 

przeszedł pod przeciwległą ścianę komory śluzy. Otarł kurz z twarzy, a potem zaryzy-
kował i otworzył oczy. Uczynił to w samą porę, żeby zobaczyć, jak wrota śluzy zaczy-
nają się zamykać. 

Kątem oka dostrzegł obok siebie jakiś błysk i odwrócił głowę w tamtą stronę. Sta-

ły tam, mniej więcej pośrodku śluzy, Gaeriela i Kalenda. Nie otwierając oczu, krztusiły 
się i kasłały, ale nie przestawały trzymać się za ręce. Długa, powiewna suknia Gaerieli 
paliła się. Luke skoczył, obalił Gaerielę na podłogę i usiłował własnym ciałem stłumić 
ogień.  Pamiętał,  że  jest  ubrany  w  kombinezon  uszyty  z  niepalnego  i  żaroodpornego 
materiału. Poczuł tylko, jak po piersi rozlewa mu się fala ciepła. Kiedy płomienie zga-
sły, zerwał się na nogi i pomógł wstać Gaerieli. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

108 

Zrozumiał, że przyczyną pożaru musiała być rozżarzona grudka jakiejś substancji, 

która zaplątała się w fałdy sukni kobiety. Tylko dlaczego nie zgasła, skoro w mieszani-
nach trujących gazów nie było tlenu? 

Nagle Luke usłyszał dobiegający zza pleców syk i odwrócił się, żeby spojrzeć w 

tamtą stronę. Butla z tlenem i maska do oddychania. Widocznie, zanim Lando i Jenica 
zamknęli wewnętrzne wrota śluzy, zdążyli wrzucić je do wnętrza. Gaeriela nie wiedząc 
o tym, stanęła tak, że osłoniła butlę suknią. Pod szatą zaczął się gromadzić tlen, który 
zamiast uratować kobietę, omal nie wyrządził jej krzywdy. 

Wszystkie  te  myśli  przeleciały  przez  głowę  Luke'a,  kiedy  schylał  się,  żeby  pod-

nieść butlę z tlenem. Zdarł kawałek materiału, który dotąd chronił usta i nos Gaerieli, a 
potem  przyłożył  maskę  do  jej  twarzy.  Na  wpół  oślepiona  kobieta  wciąż  jeszcze  nie 
wiedziała, dlaczego mistrz Jedi rzucił się na nią i obalił na podłogę. Z początku opierała 
się i wyrywała, ale później uświadomiła sobie, o co chodzi. Chwyciła maskę, otworzyła 
usta  i  zaczerpnęła  głęboki  haust  świeżego  powietrza.  Niemal  natychmiast  zakrztusiła 
się i zaczęła  kasłać.  Luke  wręczył  maskę Kalendzie.  Agentka  wywiadu zaciągnęła  się 
dwukrotnie i zwróciła maskę mistrzowi Jedi. 

Luke  ściągnął  z  twarzy  zakurzony  pasek  materiału  i  dopiero  wówczas  wypuścił 

resztkę  powietrza,  które  zaczerpnął,  zanim  opuścił  kabinę  towarowego  turbodźwigu. 
Odetchnął głęboko. Przed oczami pojawiły mu się jaskrawe plamy. Nawet mistrzowie 
Jedi muszą oddychać - powiedział sobie. 

Kiedy  ponownie  wręczał  Gaerieli  maskę  tlenową,  otwarły  się  wewnętrzne  wrota 

śluzy.  Powietrze  z  pomieszczenia,  tworzące  dotąd  chmurę  trujących  gazów,  uszło  na 
zewnątrz, gdzie przemieniło się w nieszkodliwą, szybko się rozpraszającą chmurę pyłu. 

Luke i obie kobiety zdołali się przedrzeć na drugą stronę. 
 
- Paliłam się? - zapytała Gaeriela, spoglądając na to, co zostało z jej sukni. Jenica 

zaprowadziła  uczestników  wyprawy  do  małego  ambulatorium  po  stronie  Powłoki  Je-
den, niedaleko wrót śluzy. Wszyscy mieli większe albo mniejsze otarcia, rany i obraże-
nia,  którymi  trzeba  się  było  w  taki  lub  inny  sposób  zająć.  Wszyscy  musieli  się  także 
wykąpać i przebrać w czyste ubrania, ale z tym mogli trochę zaczekać.  - Paliłam się i 
nic o tym nie wiedziałam? 

- Tylko niewiele osób mógłby powiedzieć to o sobie - zauważył Luke, wybuchając 

śmiechem. - Przepraszam, że cię przewróciłem... tam, w śluzie. 

- A ja przepraszam, że wrzuciłem do śluzy butlę z tlenem - odezwał się Lando. 
-  Niech  żaden  mnie  nie  przeprasza  -  rzekła  trochę  cierpko  Gaeriela.  Podeszła  do 

umywalki i zaczęła myć dłonie. - Gdyby nie ta butla i maska, zapewne wszyscy byśmy 
zginęli. Możliwe, że to właśnie im zawdzięczamy życie. Byłam bliska utraty przytom-
ności, a gdybym zemdlała, nabrałabym do płuc jeszcze więcej tego świństwa, którego i 
tak trochę się tam dostało. No cóż, w najlepszym razie ocknęłabym się po drugiej stro-
nie,  narzekając  na  coś  więcej  niż  tylko  poparzone  gardło. O  wiele  bardziej  wolę  cier-
pieć z powodu urażonej godności niż oparzeń trzeciego stopnia. 

- Wydaje mi się, że mieliśmy wielkie szczęście - odezwała się poważniejszym to-

nem  Kalenda,  nie  przestając  spryskiwać  jakimś  balsamem  poparzonej  dłoni  pani  in-

background image

Roger MacBride Allen 

109 

spektor  nadzoru.  -  Temperatura  rosła  tak  szybko,  że  nie  wiem,  czy  zdołalibyśmy  wy-
trzymać następne pięć minut. 

- Jak to wygląda w tej chwili, Artoo? - zapytał Luke. W tym czasie Lando smaro-

wał antyseptyczną maścią rany od rozgrzanych ziarenek piasku na jego twarzy. - Jauć! 
Ale piecze! 

- Nie ruszaj się - powiedział Lando, nakładając nową warstwę maści na najbardziej 

oparzone miejsca. 

Tymczasem Artoo, który podłączył się do ambulatoryjnego gniazda sieci informa-

tycznej,  zaczął  okazywać  podniecenie.  Świergocząc,  piszcząc  i  szczebiocząc,  kołysał 
się na wspornikach. 

- O rety - odezwał się Threepio. - Wygląda na to, że sytuacja po tamtej stronie po-

garsza się dosłownie z minuty na minutę. 

- Co właściwie powiedział Artoo? - zainteresowała się Jenica Sonsen. - Nie wszy-

scy rozumieją to popiskiwanie. 

-  Tam,  gdzie  przebywaliśmy  zaledwie  przed  dziesięcioma  minutami,  temperatura 

przekroczyła wartość, przy której woda zamienia się w parę - odrzekł złocisty android. - 
Co  gorsza,  ani  myśli  przestać  rosnąć.  Zainstalowane  czujniki  wskazują,  że  w  pobliżu 
Ogniokuli pojawiły się  miejsca, gdzie  temperatura  przekracza pięćset  stopni.  Prawdo-
podobnie  w  innych  punktach  jest  jeszcze  wyższa,  tyle  że  nie  pozostały  tam  sprawne 
czujniki, żeby nam o tym zameldować. 

- To mi się nie podoba - oświadczył Lando. - Wcale a wcale. Jenica kiwnęła gło-

wą. 

- To też nie jest atak grupy terrorystów - powiedziała. - Pomyślałam, że to nie mo-

że być przyczyna, kiedy strzeliła druga raca. Teraz zaś, kiedy wszystko wskazuje na to, 
że eksploduje trzecia, jestem przekonana, że musi istnieć inny powód. 

- Uważam, że wszyscy byliście w wielkim błędzie - odezwał się Lando. - Niewła-

ściwie  ocenialiście  sytuację.  Nie  sądzę,  aby  mieszkańcy  Jaskiniowa  mieli  być  celem 
ataku. Podejrzewam, że stali się przypadkowymi ofiarami, które po prostu  - przez naj-
zwyklejszy przypadek - znalazły się w nieodpowiednim miejscu. 

Jenica  odwróciła  się  jak  użądlona  i  spiorunowała  ciemnoskórego  mężczyznę 

gniewnym spojrzeniem. Kilka razy rozprostowała i zgięła palce pokryte cienką warstwą 
kojącego balsamu. 

- Kapitanie Calrissian... Lando - zaczęła. - Już kilka razy powiedziałeś coś, co do-

wodziłoby,  że  masz  pojęcie,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Nie  sądzisz,  że  nadeszła 
właściwa chwila, żebyś wyjaśnił, co masz na myśli? 

Lando głęboko westchnął. 
- Chyba masz rację - powiedział. - Nikomu jednak to się nie spodoba. Możliwe, że 

się mylę... z drugiej jednak strony, fakty świadczą same za siebie. 

- Możesz od razu przejść do sedna sprawy - podpowiedział Luke. 
-  Sednem  jest  stacja  Centerpoint  -  ciągnął  Calrissian.  -  We  wszystkim,  co  się  tu 

dzieje, tkwi stacja Centerpoint. Pomyślcie sami. Przyczyną całego kryzysu są trzy wiel-
kie, zdumiewające, tajemnicze urządzenia. Pierwszym i stosunkowo najłatwiejszym do 
wyjaśnienia problemem jest generator zagłuszających sygnałów. Owszem, jego działa-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

110 

nie wywiera spore wrażenie, ale właściwie jedyną rzeczą konieczną do tego, aby funk-
cjonował, są olbrzymie ilości energii, nic więcej. A gdzie kryje się ów generator? 

- Na terenie stacji Centerpoint - odrzekła Jenica. - Fedbeeś nic o tym nie wiedział, 

a przecież to my sprawowaliśmy władzę nad obiektem. 

-  A przynajmniej tak  się  wam  wydawało  - poprawił ją Lando.  - Druga  sprawa to 

interdykcyjne pole. Nic nadzwyczajnego, jeżeli nie brać pod uwagę jego gigantycznych 
rozmiarów. Jeżeli jednak ktoś dysponuje odpowiednio potężnym generatorem grawita-
cyjnego pola, zapewne zdoła sobie z tym poradzić. A gdzie kryje się ów generator? 

-  Na  terenie  stacji  Centerpoint  -  powtórzyła  Jenica.  -  A  z  tego,  o  co  pytałeś  po-

przednio,  wynikało,  że  musi  czerpać  energię,  wykorzystując  fakt,  że  obiekt  unosi  się 
dokładnie w punkcie równowagi grawitacyjnych potencjałów. 

- To prawda - przyznał Calrissian. - Na razie nie mam pojęcia, w jaki sposób, ale 

stacja  Centerpoint  wykorzystuje  różnice  sił  przyciągania  Bliźniaków.  Teraz  wszystko 
wskazuje na to, że ktoś znalazł sposób przekształcenia tej energii w interdykcyjne pole. 

-  A  to  trzecie  zdumiewające  urządzenie?  -  zapytał  Skywalker.  Lando  przeniósł 

spojrzenie na twarz mistrza Jedi. 

- Rzecz jasna, detonator supernowych - odparł. - Tak zwany gwiazdogrom. Wszy-

scy  się  zastanawialiśmy,  dlaczego  gwiazdy  nagle  eksplodują.  Jestem  pewien,  że  i  to 
urządzenie  kryje się  gdzieś  wewnątrz  stacji Centerpoint. I przypuszczam, że następny 
wybuch Ogniokuli oznacza, że w przestworzach eksploduje kolejna supernowa. 

background image

Roger MacBride Allen 

111 

R O Z D Z I A Ł  

NEGOCJACJE 

Wyglądało  na  to,  że  budzi  się  piękny,  pogodny  dzień.  Na  wschodzie,  na  bez-

chmurnym niebie, świecił Korei. Przez okna było widać ciągnące się po horyzont uro-
cze, niewielkie pagórki. Przedstawicielki Nory Hunchuzuc umieściły gości w luksuso-
wej  willi  na  szczycie  wzgórza.  Odkąd  Mara  osadziła  „Ognistą  Jade"  na  powierzchni 
Selonii, chyba nikt z przybyłych nie mógł narzekać na brak wygód. 

- Zmęczyłem się tym czekaniem, Drackmus - odezwał się w pewnej chwili Han. 
- Cierpliwości, czcigodny Solo - odrzekła Selonianka. - Czekanie jeszcze nie zmę-

czyło się tobą. 

- Cokolwiek miałoby to oznaczać - burknął mężczyzna. - Czy kiedyś w życiu zda-

rzyło ci się udzielić jasnej, jednoznacznej odpowiedzi? 

- Co właściwie masz na myśli, mówiąc o jasnej odpowiedzi? - zapytała istota. 
Han  Solo  odwrócił  się  do  żony,  która  -  wyrozumiale  się  uśmiechając  -  siedziała 

przy śniadaniowym stole. 

- Widzisz, co muszę znosić? - zapytał. Jak codziennie Drackmus złożyła im wizy-

tę. I jak zwykle Han zastanawiał się, w jakim celu.  - Łamigłówki. Bezsensowne łami-
główki.  Zawsze  je  słyszę,  ilekroć  pragnę  się  czegoś  dowiedzieć.  Przekonasz  się,  że 
nigdy nie usłyszymy nic innego. 

- Uspokój się, Hanie  - odrzekła Leia.  -  Cierpliwość jest najtrudniejszą sztuką ne-

gocjacji. 

- Moja jest bliska wyczerpania - oświadczył Solo. 
- Obawiam, się, że muszę przyznać mu rację - odezwała się Mara Jade. - Wszędzie 

indziej sytuacja zmienia się tak szybko, że nie mogę sobie pozwolić na dalsze czekanie. 

- Nie wiem nawet, dlaczego tu przylecieliśmy - ciągnął Han, zwracając się do Se-

lonianki.  -  Od  chwili,  kiedy  wyciągnęłaś  mnie  z  więzienia,  nie  jestem  pewien  nawet 
tego, czy powinienem uważać się za twojego partnera, czy też więźnia. Powiedz nam, 
czy  jesteśmy  więźniami?  A  może  zakładnikami?  Czy  przylecieliśmy  tu,  żeby  wziąć 
udział w negocjacjach? A jeżeli tak, co ma być ich przedmiotem? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

112 

- Obawiam się, że to nie takie proste - odrzekła Drackmus. - Moje siostry uważają, 

że wszystkich tych pojęć - partner, więzień, zakładnik, negocjator - nie dzieli taka prze-
paść, jak uważacie wy, ludzie. Dla nas ktoś może być wszystkim tym równocześnie  - 
albo raz jednym, a raz kimś innym. 

- A zatem kim jesteśmy? - spytał Han tonem, w którym zabrzmiała groźba. Rzecz 

jasna, Drackmus nie zwróciła na nią uwagi. Zapewne w ogóle nie usłyszała jej w głosie 
Hana. 

-  To  jeszcze  nie  ustalone  -  rzekła.  -  Musicie  wiedzieć,  że  ja  i  moje  siostry  nade 

wszystko cenimy zgodę. Dlatego przywiązujemy taką wagę do zagadkowości i niejed-
noznaczności niektórych pojęć. Jeżeli omawiamy coś, czego nie jesteśmy pewne, prze-
ciągamy obrady w nieskończoność. Trudniej się nie zgadzać, jeżeli nikt nie rozumie do 
końca wszystkich aspektów omawianej sprawy. 

-  Podobnie  wygląda  sytuacja,  jeżeli  chodzi  o  osiąganie  zgody  -  odciął  się  Han.  - 

Tyle że tam, w przestworzach, latają źli ludzie. Mają okręty, mają działa. I strzelają z 
nich do naszych. Nie widzę w tym niczego zagadkowego ani niejednoznacznego. 

-  Proszę!  Proszę!  -  rzekła  z  naciskiem  Drackmus.  -  Rozumiem  twoją  niecierpli-

wość, ale to, o co prosisz, pozostaje w sprzeczności z naszym sposobem rozwiązywania 
problemów. Dla mnie i moich sióstr... 

-  Tradycja  bywa  czasami  bardzo  wygodną  wymówką-  przerwała  Mara.  -  Ilekroć 

mam do czynienia z Selonianką, która nie chce czegoś zrobić albo na coś się zgodzić, 
zawsze słyszę  wymówkę, że uniemożliwia  jej  to tradycja. Wygląda  na  to, że tradycja 
uniemożliwia  wam podejmowanie  jakichkolwiek decyzji. Zawsze ja  i moi ludzie  mu-
sieliśmy  szanować  wasz  sposób  załatwiania  spraw  i  prowadzenia  negocjacji.  Zawsze 
musieliśmy się liczyć z wymogami waszej cywilizacji. Ale dość tego. Nie targujemy się 
o luksusowy towar, żebyście mogły kazać nam czekać sześć miesięcy albo dłużej  - w 
nadziei,  że  wasza  tradycja  doprowadzi  nas  do  takiej  rozpaczy,  iż  poddamy  się  i  zgo-
dzimy na korzystniejszą cenę. 

Pamiętaj o tym, że toczy się wojna. Nie mamy czasu. Chodzi o przetrwanie. Naj-

wyższa pora, żebyście wy wzięły pod uwagę wymogi, jakie stawia nie wasza, ale nasza 
cywilizacja. W przeciwnym razie wszyscy - i my, i wy - pożegnamy się z życiem. Na-
sza cywilizacja  wymaga, żebyśmy udzielali jasnych, jednoznacznych odpowiedzi. Że-
byśmy mówili prawdę, podejmowali optymalne decyzje i kierowali się nimi w dalszym 
życiu. 

-  Bardzo  was  proszę!  -  powiedziała  Selonianka.  -  Okażcie  jeszcze  trochę  cierpli-

wości. Wytrwajcie. Borykamy się naprawdę z bardzo złożonymi problemami. Rozwią-
zanie wszystkich wymaga czasu. 

- Nie mamy czasu - oświadczyła stanowczo Mara. Jej zimny jak durastal głos uci-

nał wszelką dyskusję. - Nie możemy wziąć tego, co już nie istnieje. Nasz czas się skoń-
czył. A ściślej, wasz. Mogę być, kimkolwiek zechcę, ale nie zgodzę się zostać waszym 
więźniem. 

- Co mają oznaczać twoje słowa? - zaniepokoiła się Selonianką. 
-  Poinformuj,  kogo  powinnaś,  że  odlatuję.  Czekam  dokładnie  godzinę,  a  potem 

opuszczam tę rezydencję. Kiedy stąd wyjdę, skręcę za róg i udam się na lądowisko na 

background image

Roger MacBride Allen 

113 
tyłach  willi.  Dostanę  się  na  pokład  „Ognistej  Jade"  i  odlecę.  Jeżeli  moi  towarzysze 
zechcą, mogą lecieć ze mną, ale jeśli zostaną, odlecę bez nich. Chcę ci także przypo-
mnieć, że ja i Leia już kiedyś uciekłyśmy z więzienia Ligi Istot Ludzkich na Korelii... a 
tam panowały o wiele trudniejsze warunki niż te, z którymi spotkałyśmy się do tej pory 
tutaj. 

Nie zapominaj także o tym, że odlecę „Ognistą Jade". To na pokładzie tego statku 

przyleciała do waszego systemu przywódczyni Nowej Republiki.  A zatem każdy atak 
na korwetę będzie atakiem na Nową Republikę, którą podobno tak szanujecie i popiera-
cie.  Krótko  mówiąc,  nie  radziłabym  próbować  mnie  powstrzymać.  Nie  zdołacie,  a  ja 
nie biorę odpowiedzialności za szkody i straty, jakie mogę wyrządzić, odpierając wasze 
ataki. 

- Ale... ale... 
- Jedynym sposobem powstrzymania mnie przed odlotem jest zorganizowanie spo-

tkania  naszej  grupy  z  kimś,  kto  sprawuje  u  was  władzę  -  ciągnęła  bezlitośnie  była 
przemytniczka.  -  Z  kimś,  kto  udzieli  na  wszystkie  pytania  jasnych,  jednoznacznych 
odpowiedzi,  a  potem  podejmie  decyzję,  zanim  upłynie  te  sześćdziesiąt  minut.  Jeżeli 
taka osoba nie przybędzie, by się z nami spotkać, odlecę. 

- A ja będę jej towarzyszył - oświadczył Han. Odwrócił się i spojrzał na żonę. 
Leia sprawiała wrażenie zaskoczonej i zagniewanej. Mimo to po sekundzie kiwnę-

ła głową. 

- Ja także - powiedziała. 
Drackmus przeniosła spojrzenie z mężczyzny na kobietę. 
- Ale... ale... 
-  Żadnych  ale  -  ucięła  Mara.  -  Masz  całą  godzinę.  Znikaj.  Idź  i  załatw  wszystko 

tak, żeby wreszcie coś się zaczęło tu dziać. 

Wyglądało na to, że Drackmus jest zrozpaczona. 
- Postaram się zobaczyć, co będę mogła zrobić - obiecała. - Tylko proszę was! Nie 

odlatujcie. 

- Masz godzinę - powtórzyła bardzo stanowczo Mara. - Teraz znikaj. I bierz się do 

roboty. 

Drackmus kiwnęła głową. Odwróciła się i opadła na przednie kończyny, a potem 

tak szybko, jak umiała, wybiegła z salonu. 

- Gdybym nie wierzyła w potęgę jednomyślności, nie zdecydowałabym się udzie-

lić ci poparcia - rzekła Leia. Nie kryjąc rozdrażnienia, spojrzała na Marę Jade. - Narobi-
łaś zamieszania, ale nasza sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej, gdybym cię nie popar-
ła. Znam się na prowadzeniu negocjacji, a ty nie. Powinnaś była dać mi dojść do głosu. 

-  Cały  czas  ci  pozwalam,  ale  jedynym  rezultatem  są  przymusowe  wakacje,  jakie 

spędzamy w tej rezydencji - odcięła się Mara. - Jestem kobietą interesu i także opano-
wałam sztukę negocjowania. Zajmuję się handlem, a w tej branży taka umiejętność jest 
wręcz nieodzowna. 

- Czy uważasz, że obrażanie naszej gospodyni jest elementem sztuki prowadzenia 

negocjacji? - zapytała przywódczyni Nowej Republiki. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

114 

-  Sztuka  negocjowania  polega  na  tym,  by  osiągać  to,  czego  się  pragnie  -  odparła 

była przemytniczka - a nie na tym, aby druga strona mogła się cieszyć dobrym samopo-
czuciem. 

- Nie ma tu żadnej „drugiej strony" - przypomniała Leia. - Jeżeli chodzi o te nego-

cjacje, przedstawicielki Nory Hunchuzuc są naszymi sojuszniczkami. 

- Gdyby naprawdę były naszymi sojuszniczkami - sprzeciwiła się jej rozmówczyni 

- nie musielibyśmy się wdawać w żadne negocjacje. 

Dopiero  w  tej  chwili  Han  zauważył  pewien  szczegół,  który  dotąd  umykał  jego 

uwadze. W tej samej chwili, kiedy Drackmus  wybiegła z  salonu, Mara przestała oka-
zywać rzekome zniecierpliwienie. W jej głosie nie słyszało się teraz ani odrobiny gnie-
wu  czy  rozdrażnienia.  A  zatem  to  wszystko  było  tylko  udawaniem...  odegranym  na 
użytek  Drackmus  przedstawieniem.  Jak  zawsze  Mara  sprawiała  wrażenie  spokojnej, 
opanowanej i odprężonej. 

- Nieważne, sojuszniczki czy przeciwniczki  - powiedziała Leia. - Jeżeli będziemy 

traktowali je w taki sposób, niczego nie osiągniemy. 

- Dowiemy się tego za mniej więcej pięćdziesiąt siedem minut - rzekła Mara. Się-

gnęła po dzbanek i nalała sobie jeszcze jedną filiżankę herbaty. - Kiedyś już prowadzi-
łam negocjacje z Seloniankami - dodała po chwili. - A ty albo Han? Prowadziliście? 

- Znam ich język i spotykałam się z nimi na gruncie towarzyskim - odparła Leia. - 

Przyznaję jednak, że nigdy nie wdawałam się w żadne negocjacje. 

- Jeżeli chodzi o mnie, od czasu, kiedy byłem dzieckiem i mieszkałem na Korelii, 

w ogóle nie utrzymywałem z nimi żadnych stosunków - odrzekł Han. 

- A zatem jest coś, co oboje musicie zrozumieć... - zaczęła Mara. Leia chciała za-

protestować, ale Han powstrzymał ją gestem. 

- Mów dalej, Maro - powiedział. 
- Trochę trudno to wytłumaczyć  - podjęła była przemytniczka.  - Pomyślcie... wy-

obraźcie sobie, że takie negocjacje przypominają trochę grę w sabaka, kiedy każda ze 
stron wie, że druga blefuje. Obie jednak nie rezygnują z podnoszenia stawki... chociaż-
by tylko po to, by nie stracić twarzy. Żadna nie potrafi, a może nie chce pierwsza się 
wycofać. Wyobraźcie też sobie dowódców dwóch walczących armii. Obaj toczą zażartą 
walkę o bezwartościowy spłachetek gruntu. I jeden, i drugi rzuca do walki wciąż nowe 
oddziały. To tylko dwie spośród wielu możliwych sytuacji. Czasami ludzie zapominają 
o celu, który pragną osiągnąć, stosując określone środki, a zamiast tego skupiają się na 
samych środkach. 

Czasami to nie ma sensu, a czasami ma. Umożliwia przeżycie. W przeciwnym ra-

zie ewolucja nie wyposażyłaby ludzi w takie skłonności. Czasami, kiedy gracie w saba-
ka, myślicie o tym, jak będzie wyglądało następne rozdanie. Może wyobrażacie sobie, 
jak się będzie toczyła następna bitwa. Może wasze przeciwniczki dojdą do przekonania, 
że na pewno nie zrezygnujecie z walki, i uznają, iż dalszy udział w grze po prostu prze-
staje się opłacać. Poddadzą się - a wy zwyciężycie, mimo że nie będziecie musieli dalej 
walczyć.  Rzecz  jasna,  w  większości  przypadków  jedna  albo  druga  strona  podejmuje 
taką decyzję na wpół świadomie. Dość często czynimy takie rzeczy, nie zastanawiając 
się nad tym, co robimy. Przeważnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. 

background image

Roger MacBride Allen 

115 

- Nic z tego, co powiedziałaś, nie odnosi się do Selonianek - stwierdził Han. 
- Masz rację - przyznała Mara. - Mówiłam o ludziach. Jeżeli chodzi o sposób rea-

gowania w pewnych sytuacjach, jesteśmy bardziej zróżnicowani i nastawieni agresyw-
niej do życia niż Selonianki. Drackmus nie rzucała słów na wiatr, kiedy mówiła, że w 
ich społeczności  najbardziej ceni się  zgodę. Możliwe, że trochę  upraszczam problem, 
ale uważam, że coś zmusza je do osiągania zgody - bez względu na to, czy widzą w tym 
sens,  czy  też  nie.  Czasami  i  nas,  ludzi,  coś  zmusza  do  odnoszenia  zwycięstw  -  bez 
względu na to, czy widzimy w tym sens. 

To coś sprawia, że w takich sytuacjach Selonianki po prostu nie umieją zachowy-

wać się w inny sposób. Prawdopodobnie nie zdają sobie z tego sprawy. Ale gdybyśmy 
zgodzili się okazać cierpliwość, aż będą gotowe uznać nasz punkt widzenia, musieliby-
śmy  czekać  całymi  tygodniami,  miesiącami,  a  może  nawet  latami,  aż  uzgodnią,  o  co 
chciałyby nas prosić. Krótko mówiąc, musiałam im powiedzieć, że jeżeli nie poproszą 
nas o cokolwiek, stracą wszystko, co mogły zyskać, zapraszając nas na Selonię. 

- Czy jesteś pewna, że to rozsądny  sposób?  - zaniepokoiła się przywódczyni No-

wej Republiki. 

- Nie, nie jestem - oznajmiła Mara. - Czasami jednak najważniejsze, żeby zaczęło 

się coś dziać. Cokolwiek. 

- To „cokolwiek" pozwala wyobrażać sobie prawie wszystko - zauważył Han. 
- Przypuszczam, że masz rację - przyznała była przemytniczka.  - Może oznaczać, 

że  przegramy.  Ale  jeżeli  zdołamy  się  zorientować,  o  co  tu  właściwie  chodzi,  podej-
miemy kilka właściwych decyzji. 

Możemy zastanowić się nad tym, co już wiemy - ciągnęła po chwili. - Drackmus 

powiedziała,  że  na  wszystkich  światach  tego  systemu  ukryto  planetarne  repulsory. 
Wiemy  również,  że  ktoś  z  zewnątrz  pomaga  prowadzić  poszukiwania.  To  już  coś. 
Prawdę mówiąc, całkiem dużo. Wiemy, że można posłużyć się takim repulsorem, żeby 
zestrzelić gwiezdny statek. To jeszcze więcej, przynajmniej z wojskowego punktu wi-
dzenia. Tyle że gwiezdny statek można zestrzelić, jeżeli się dysponuje wieloma innymi 
rodzajami  broni,  które  łatwiej  zdobyć,  opanować  i  kierować  ku  celowi.  Nie  sądzę  za-
tem, żebyśmy do końca wiedzieli, dlaczego ktoś tak bardzo się starał znaleźć repulsor 
na  Korelii.  Nie  zapominajcie  także  o  tym,  że  podobno  rebelianci  w  innych  światach 
także  poszukują  planetarnych  repulsorów.  Prawdopodobnie  przynajmniej  niektórzy  je 
odnaleźli, a teraz przygotowują się do wykorzystania. 

- Wykorzystania? Przeciwko komu? - zapytał Han. 
- Nie mam zielonego pojęcia - przyznała Mara. - Wiem tylko, że nie szuka się tak 

rozpaczliwie czegoś, czego nie uważa się za bardzo ważne. A już z całą pewnością nie 
szuka się tego, kiedy toczy się wojna, a przeciwnicy starają się oszczędzać siły i środki 
na decydujące starcie. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rozmaite grupki rebe-
liantów uważają repulsory za coś wartościowego i absolutnie niezbędnego do odniesie-
nia zwycięstwa. Zaczynam uważać, że to repulsory stanowią główny powód, dla które-
go w ogóle wybuchły rebelie. Nie sądzę zresztą, żebyśmy mieli do czynienia z jakimi-
kolwiek  rebeliantami.  Inaczej  mówiąc,  rebelie  stanowią  tylko  coś  w  rodzaju  zasłony 
dymnej, a za tą zasłoną kryją się nasi prawdziwi wrogowie. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

116 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zainteresowała się Leia. 
- Mam wrażenie, że poszukiwania repulsorów nie wynikają z faktu pojawienia się 

różnych  grupek  rebeliantów  -  odrzekła  Mara.  -  Przypuszczam,  że  rebelie  mają  tylko 
ukryć prowadzenie takich poszukiwań. Jesteśmy prawie pewni, że wybuchły, ponieważ 
tak zadecydował ktoś z zewnątrz systemu. Przynajmniej tyle wynika z tego, co mówiła 
Drackmus...  chociaż  nie  wiem,  na  ile  możemy  jej  wierzyć.  Jak  oceniacie  szansę,  że 
rebelie na wszystkich pięciu światach systemu wybuchły równocześnie ot, tak, po pro-
stu przez przypadek? A zatem gdzieś musi się ukrywać ktoś, kto to wszystko koordynu-
je.  Chyba  wszyscy  zgadzamy  się  z  tym  wnioskiem.  Twierdzę  zatem,  że  nadrzędnym 
celem naszych ukrytych wrogów była chęć przejęcia władzy nad wszystkimi planetar-
nymi repulsorami. 

-  To  ma  sens  jedynie  wówczas,  gdy  owym  tajemniczym  organizatorem,  owym 

nieznanym wrogiem, jest ktoś spoza tego systemu - oświadczyła Leia. - Nie wyobrażam 
sobie, żeby nasi znajomi z Ligi Istot Ludzkich nawiązali w tej sprawie kontakty ze swo-
imi bliskimi i serdecznymi przyjaciółkami z seloniańskiej Supernory. Co innego, gdyby 
ktoś to koordynował. Taki ktoś mógł się zwrócić z prośbą o pomoc do każdej grupki 
malkontentów  z  osobna.  Mógł  zapewnić  jej  wszystko,  co  niezbędne  do  prowadzenia 
takich poszukiwań. Mógł  wypożyczyć  sprzęt,  przekazać informacje, a  przede  wszyst-
kim sfinansować całe przedsięwzięcie. Wiemy także, że grupy rebeliantów z  różnych 
światów porozumiewają się między sobą... przynajmniej do pewnego stopnia. Wszyst-
kie  brały  przecież  udział  w  tamtym  skoordynowanym  ataku  na  okręty  bakurańskiej 
floty. 

- Tylko dlaczego grupki rebeliantów miałyby współpracować jednocześnie i z po-

dobnymi grupami z innych światów, i z nieznanym mocodawcą? - zapytał Han. - Jaką 
mogłyby odnieść z tego korzyść? 

- Nie jestem tego pewna, ale gdybym to ja zawierała umowę, powiedziałabym coś 

takiego: „Weźcie nasze pieniądze i skorzystajcie z naszych informacji; współpracujcie 
z  nami  i  zatrudnijcie  własnych  obywateli  do  szukania  repulsora,  a  kiedy  znajdziecie, 
przekażcie nam, żebyśmy mogli zrobić z niego właściwy użytek. W zamian za to, kiedy 
zrzucimy jarzmo Nowej Republiki, pozwolimy wam sprawować nieograniczoną władzę 
na swoim świecie. Pamiętajcie jednak, że przedtem musicie nam pomóc... i, rzecz jasna, 
przekazać w nasze ręce całą władzę nad planetarnym repulsorem". 

- Tyle że wówczas ów nieznany organizator godziłby się na podjęcie dużego ryzy-

ka  -  odrzekł  Han.  -  Któraś  grupa  rebeliantów  mogłaby  dojść  do  wniosku,  że  repulsor 
znaczy dla niej więcej niż perspektywa sprawowania nieograniczonej władzy. 

- Domyślam się, że właśnie tak stało się w przypadku Ligi Istot Ludzkich - rzekła 

Leia.  - Jeżeli rzeczywiście istnieje ktoś spoza systemu, kto o wszystkim decyduje, ów 
ktoś - a nie przywódca Ligi - sprawuje władzę także nad gwiazdogromem. Zapewne nie 
był uszczęśliwiony, kiedy się dowiedział, że Liga, próbując go oszukać, ucieka się do 
rzucania gróźb bez pokrycia. 

- Możliwe, że wcale o tym nie wie - stwierdziła Mara. - Możliwe, że ukrył się bar-

dzo daleko od tego systemu  gwiezdnego. Zapewne  pozostawił tylko kilku obserwato-
rów, szpiegów albo zwiadowców. Później, kiedy ktoś włączył generator zagłuszających 

background image

Roger MacBride Allen 

117 
sygnałów,  mógł  uwięzić  wszystkich  przedstawicieli  nieznanego  mocodawcy,  a  potem 
mówić, co chce - bez obawy, że ktokolwiek spoza systemu go usłyszy. Co więcej, kie-
dy wytworzył interdykcyjne pole, mógł się także przestać obawiać, że pojawi się ktoś, 
kto  pokrzyżuje  mu  plany.  Dobrze  wie,  że  wcześniej  czy  później  musi  wyłączyć  oba 
generatory, ale liczy na to, że wtedy już na Korelii - a może w całym systemie - będzie 
sprawował władzę Thrackan Sal-Solo. A wówczas, nawet gdyby nieznany mocodawca 
zdecydował się przylecieć, będzie musiał wykonywać rozkazy samozwańczego dykta-
tora.  Jeżeli  Thrackan  zdoła  do  tej  pory  przejąć  władzę  nad  niektórymi  repulsorami, 
będzie  miał  w  ręku  kilka  silnych  atutów.  A  może  nie.  Jeszcze  nie  wiemy,  do  czego 
mogą mu się przydać planetarne repulsory. Nie mamy pojęcia, dlaczego są takie ważne. 

Leia kilka chwil nad czymś się zastanawiała. 
-  Jeżeli  to  wszystko  prawda,  sami  rebelianci  nie  stanowią  większego  problemu  - 

odezwała  się  w  końcu.  -  Problemem  są  repulsory  i  ludzie  z  zewnątrz,  którzy  wysłali 
rebeliantów na poszukiwania. Jestem pewna, że owi tajemniczy rozkazodawcy nie dba-
ją o cele rebeliantów. Nie przejmują się tym, że wszystkie ugrupowania skaczą do gar-
deł pozostałym. Słyszeliśmy, że Liga Istot Ludzkich nie znosi  rebeliantów z Selonii i 
Dralii, ale nie wiemy, jakie chce osiągnąć cele. Zatem prawdziwi sprawcy muszą popie-
rać rebeliantów z innego powodu... a, moim zdaniem, jest nim chęć posłużenia się pla-
netarnymi repulsorami. Uważam więc, że powinniśmy przeciąć więzy, jakie łączą rebe-
liantów z prawdziwymi sprawcami, a potem sami przejąć władzę nad repulsorami. Po-
winniśmy  także  odgadnąć,  jak  wykorzystać  je  przeciwko  rzeczywistym  sprawcom. 
Jeżeli tego dokonamy, rebelie stracą rację bytu. 

-  Wspaniale  -  mruknął  Han.  -  To  wszystko  brzmi  po  prostu  wspaniale.  Właśnie 

przedstawiłaś nam długą listę bardzo trudnych zadań. Tyle że nawet nie wiem, jak się 
zabrać do wykonywania choćby pierwszego z brzegu. 

-  Dobrze  chociaż,  że  mają  charakter  polityczny  i  szpiegowski,  a  nie  wojskowy  - 

zauważyła przywódczyni Nowej Republiki. - To pomyślna wiadomość, zważywszy że 
nie dysponujemy w tym systemie żadnymi siłami. Oczywiście, istnieje pewien aspekt 
wojskowy, ale mam nadzieję, że pewnej pomocy udzielą nam Selonianki. - Spojrzała z 
ukosa na Marę Jade. - Rzecz jasna, pod warunkiem, że w ciągu najbliższych czterdzie-
stu pięciu minut nie zorientują się, że tylko blefowałaś. 

- Nie blefowałam - odparła była przemytniczka. 
- Czy orientujesz się, jaką rolę odgrywają w tym wszystkim Selonianki?  - zapytał 

Han. - Czy Supernora i Hunchuzuc nadal walczą ze sobą? Nie widziałem żadnych śla-
dów walk. Ostatnio nie wspominała o tym ani słowem nawet sama Drackmus... a prze-
cież ona słynie z tego, że niczego nie potrafi utrzymać w tajemnicy. 

- Nie zdziwiłabym się, gdyby przestały walczyć - rzekła Mara - ale jeżeli nie prze-

stały,  to  dla  nas  niepomyślna  wróżba.  Odnoszę  wrażenie,  że  w  tej  chwili  władzę  nad 
seloniańskim repulsorem sprawuje Supernora... a taki repulsor jest potężną bronią. Se-
lonianki zaś, w przeciwieństwie do ludzi, na ogół nie opowiadają się po stronie zwycię-
żonych.  My,  ludzie,  często  walczymy  dalej,  mimo  że  gaśnie  ostatni  promyk  nadziei. 
Tak nakazuje nam honor, a może liczymy na cud, na to, że coś absolutnie nieprawdo-
podobnego jednak zdoła przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

118 

Inaczej  zachowują  się  Selonianki.  Zazwyczaj,  kiedy  jedna  z  walczących  stron 

udowodni drugiej, że ma nad nią miażdżącą przewagę, druga poddaje się i walka do-
biega  końca.  Przegrywająca  strona  nie  widzi  sensu  w  kontynuowaniu  walki  i  prosi 
zwycięską o to, żeby zasiąść do negocjacji. Robi nawet coś więcej. Wyraża pragnienie 
zawarcia przymierza z dotychczasowymi przeciwniczkami. 

- I uważasz, że nasze czcigodne przedstawicielki Nory Hunchuzuc właśnie doszły 

do przekonania, że przegrały - odezwał się Han. - Przypuszczasz, że negocjują teraz z 
Supernorą o to, jak najlepiej wykorzystać naszą obecność na Selonii. 

- Coś w tym rodzaju - przyznała Mara. - Możliwe, że Supernora uważa nas za atu-

ty w grze, której znaczenia ani celu nawet się nie domyślamy. Możliwe też, że potraktu-
je  nas  jak  zakładników.  A  może  zechce  wdać  siew  negocjacje  bezpośrednio  z  Leią. 
Rzecz jasna, nie mamy pojęcia, czy rzeczywiście Supernora, a nie Hunchuzuc sprawuje 
władzę nad seloniańskim repulsorem. Może to Nora Hunchuzuc włada owym urządze-
niem. Może zwyciężczyniami okażą się nasze sojuszniczki. 

- Niezmiernie żałuję - odezwał się nagle ktoś nieznany. - Obawiam się jednak, że 

sytuacja nie ułożyła się po waszej myśli. Na pocieszenie mogę dodać, że nieobliczalna 
Mara Jade przedstawiła wszystko we właściwym świetle. 

Zdumiony  Han  odwrócił  głowę.  Zajęty  rozmową  nie  usłyszał,  że  otworzyły  się 

drzwi  salonu  wiodące  do  wnętrza  willi  i  na  progu  stanęła  nieznana  obca  istota.  Była 
starszawą, szczupłą i zgrabną, choć trochę przygarbioną Selonianką. Mimo że w sierści 
dałoby się znaleźć sporo siwych włosów, w oczach płonęły jasne błyski. 

- Nazywam się Kleyvits - ciągnęła nieznajoma  - i zwracam się do was w imieniu 

Supernory. Przekonałyśmy nasze siostry z Nory Hunchuzuc, że jednak to my miałyśmy 
rację.  -  Przerwała  i  uśmiechnęła  się  szeroko,  ukazując  imponujący  garnitur  białych, 
lśniących i ostrych jak sztylety zębów.  -  Oznacza  to, że teraz jesteście  w  naszych rę-
kach. 

 
Tendra Risant miała serdecznie dosyć czekania. Uznała, że najwyższa pora przejść 

do czynów. 

Wiedziała,  że  jej  „Szarmancki  Gość"  jeszcze  długo  będzie  tkwił  w  normalnych 

przestworzach.  Jeżeli  interdykcyjne  pole  nie  zaniknie,  upłynie  wiele  miesięcy,  zanim 
doleci w okolice najbliższej planety koreliańskiego systemu. 

A może jednak pole zaniknie? Wysłużony tramp nie był najszybszą jednostką we 

wszechświecie, ale nawet powolny statek potrzebowałby zaledwie  minuty czy dwóch, 
żeby  lecąc  przez  nadprzestrzeń,  pokonać  odległość  dzielącą  go  od  środka  systemu. 
Tendra wiedziała - chyba lepiej niż ktokolwiek inny - że na orbicie Sakorii gromadzą 
się  okręty  tajemniczej  floty.  Istniało  spore  prawdopodobieństwo,  że  ich  kapitanowie 
przygotowują się do lotu na orbitę któregoś ze światów koreliańskiego systemu plane-
tarnego. A jeśli mają osiągnąć zamierzony cel, interdykcyjne pole musi zaniknąć, choć-
by na krótko. 

Wydawało się więc całkiem możliwe, że przestanie istnieć na kilka chwil... najwy-

żej pięć albo dziesięć  minut.  Dopiero wtedy, gdy zaniknie, Tendra będzie mogła  uru-

background image

Roger MacBride Allen 

119 
chomić  silniki  napędu  nadświetlnego,  by  dolecieć,  dokąd  zechce.  Kłopot  w  tym,  że 
młoda kobieta nie miała pojęcia, kiedy to się może wydarzyć. 

Nawigacyjny komputer jej trampa współpracował z czujnikiem siły grawitacyjne-

go  pola.  W  tej  chwili  urządzenie  wskazywało,  że  interdykcyjne  pole  wciąż  istnieje. 
Tendra  musiała  więc  tylko  sprząc  czujnik  z  syreną  alarmową,  która  włączyłaby  się, 
gdyby  pole  zanikło.  Miałaby  wówczas  kilka  minut  na  przeprowadzenie  niezbędnych 
obliczeń. Dokonałaby skoku przez nadprzestrzeń, zanim pole utworzy się na nowo. 

Rzecz  jasna,  istniały  dziesiątki  okoliczności,  których  nie  mogła  przewidzieć...  i 

dziesiątki sytuacji, jakie mogły ułożyć się nie po jej myśli. Tendra wiedziała jednak, że 
jeżeli natychmiast czegoś nie zrobi, oszaleje. Jeżeli nie chciała postradać zmysłów, nie 
mogła biernie czekać na rozwój sytuacji. Miała dosyć bezczynności. 

Pragnęła zrobić wszystko, co tylko w jej mocy, byle jak najszybciej wyrwać się na 

wolność. 

 
-  Frijn?  Zubbit!  Norcz!  Norczal.  Normal.  Normalnie  funkcjonuję.  Funkcjonuję? 

Wyłączyć i ponownie włączyć! Wyłączyć i ponownie włączyć! Normalnie funkcjonuję! 
Wowser! Frijn! 

Qiunine-Ekstoo  nie  przestawał  paplać  i  trajkotać.  Obrócił  kopułkę  co  najmniej 

trzykrotnie wokół osi, a potem zaczął raz po raz wysuwać i chować istny las czujników, 
chwytaków i manipulatorów. 

- Jeszcze niezupełnie normalnie - marszcząc brwi, odparł Anakin. 
Przycisnął guzik i wyłączył zasilanie. W tej samej chwili wirująca kopułka znieru-

chomiała, a chwytaki i manipulatory schowały siew skrytkach w korpusie. Zgasły też 
wszystkie  światełka  na  kontrolnym  panelu.  Anakin  odchylił  jakąś  klapkę  i  sięgnął  do 
wnętrza robota, a potem wyciągnął wieloprzewodowy kabel. 

- Źle podłączony - mruknął do siebie. 
Umieścił kabel we właściwym gnieździe, zamknął klapkę i ponownie włączył za-

silanie. 

Tym  razem  automat  zareagował  o  wiele  spokojniej.  Kiedy  zapłonęły  lampki  na 

kontrolnym panelu, obrócił kopułkę tylko raz i nie wysunął żadnych czujników. Dwu-
krotnie zapiszczał i oświadczył: 

- Funkcjonuję prawidłowo. 
- No cóż, najwyższa pora  - odezwał się Ebrihim.  - Mieliśmy  mnóstwo kłopotów, 

żeby doprowadzić cię do porządku po awarii. 

- Do podatku? Skąd się bzięła ta abaria?  - zdziwił  się Qiunine.  - O, przewracam. 

Odwody głosowe wciąż jeszcze nie funkcjonują, jak powinny. Jedną chwilę. - Zgasił co 
najmniej  połowę  światełek  na  kontrolnym  panelu,  ale  po  kilku  sekundach  ponownie 
wszystkie włączył. - Spróbujmy jeszcze raz - powiedział. - Skąd się wzięła ta awaria? 

- Anakin uruchomił repulsor, w wyniku czego ogarnęła nas fala energii - wyjaśnił 

Ebrihim.  - Obawialiśmy  się, że stracimy cię zupełnie, ale Anakin i Chewbacca zdołali 
się uporać z uszkodzeniami. 

Dral zastanawiał się, czy Qiunine w ogóle  wymagał jakiejkolwiek poważniejszej 

naprawy. Mimo wszystko uruchomienie robota zajęło Anakinowi tylko godzinę. Czyż-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

120 

by Chewbacca pozwolił chłopcu zająć się automatem, żeby malec mógł poprawić jego 
błędy? A może Anakin ze swoją niemal instynktowną znajomością zasad funkcjonowa-
nia różnych mechanizmów potrafił nakłaniać je do czegoś, do czego  - mimo wielolet-
niego  doświadczenia  -  nie  mógł  ich  namówić  Chewbacca?  Co  prawda,  rosły  Wookie 
poświęcił  naprawom robota  tylko kilka  razy po kilkanaście  minut  -  kiedy  miał trochę 
wolnego czasu między usuwaniem awarii kolejnych podzespołów jednostki napędowej 
„Sokoła Millenium". No cóż. Życie niosło wiele drobnych niespodzianek i było pełne 
zagadek, których chyba nigdy nie da się do końca rozwiązać. A poza tym, Ebrihim nie 
znał na tyle dobrze mowy Wookiech, żeby wypytywać Chewiego o drobiazgi. 

- Jestem wam obu... wam  wszystkim bardzo wdzięczny za  to, że mnie naprawili-

ście  -  odezwał  się  Qiunine.  -  Tylko  kto  włączył  ten repulsor? Postąpił bardzo nieroz-
sądnie. Czyj to był pomysł? 

- Mój - przyznał Anakin, wbijając spojrzenie w płyty pokładu świetlicy. - Przepra-

szam. Nie chciałem wyrządzić nikomu krzywdy. 

- Cieszę się, że to słyszę - odparł automat. - Jeszcze bardziej ucieszyłbym się, gdy-

bym się dowiedział, że nie wyrządziłeś nikomu żadnej krzywdy. Domyślam się, że nie 
możesz tego powiedzieć? 

-  Och,  Anakin  wyrządził  całe  mnóstwo  szkód  -  oświadczył  beztrosko  Ebrihim.  - 

Porozmawiamy  jednak  o  tym  trochę  później.  Proponowałbym,  żebyś  uruchomił  teraz 
wszystkie niezbędne procedury autodiagnostyczne. Może się okazać, że trzeba dokonać 
kilku poprawek. 

Qiunine włączył repulsory i wzniósł się na normalną wysokość. 
-  Tak  uczynię  -  oznajmił.  -  Uważam  jednak,  że  także  komuś  innemu  przydałoby 

się uruchomić wszystkie procedury autodiagnostyczne i dokonać kilku poprawek. 

Obrócił się w powietrzu i nie mówiąc ani słowa więcej, wyleciał z pomieszczenia. 
- Co właściwie chciał przez to powiedzieć? - zainteresował się Anakin. 
- Przypuszczam, że chodziło mu o to, aby niektórzy mali chłopcy wyciągnęli wła-

ściwe wnioski z własnych błędów. 

- Powiedział zupełnie co innego - sprzeciwił się Anakin. 
- No cóż, wyraziłem to samo, tylko trochę uprzejmiej - odparł Ebrihim. - Jego rada 

jest jednak ze wszech miar słuszna. 

Anakin przeniósł spojrzenie z Chewbaccy na Drala. 
- Chcesz powiedzieć, że zanim zacznę majstrować przy jakimś urządzeniu, powi-

nienem najpierw pomyśleć? - zapytał. 

- Właśnie o to mi chodziło - odrzekł Dral. - Właśnie o to. A teraz możesz iść się 

pobawić... zabawkami, a nie mechanizmami.  - Powiódł spojrzeniem za malcem, który 
wybiegł  ze  świetlicy,  zapewne  żeby  poszukać  siostry  i  brata.  -  Rzecz  jasna  -  ciągnął 
Ebrihim, zwracając się do Chewbaccy - cały kłopot w tym, że chłopiec nie widzi więk-
szej różnicy między jednymi a drugimi. 

Chewbacca kiwnął ponuro głową, po czym zaczął chować narzędzia. 
- Tak czy owak - podjął Ebrihim - cieszę się, że Qiunine jest znów sprawny. Dzię-

kuję  ci,  że  pomogłeś  go  naprawić.  Przypuszczam,  że  najwyższy  czas,  abym  zastąpił 
ciotkę. Za chwilę zaczyna się moja wachta. 

background image

Roger MacBride Allen 

121 

Chewbacca  kiwnął  kosmatą  głową,  a  potem  uprzejmym  rykiem  wyraził  zgodę. 

Ebrihim odwrócił się i wyszedł ze świetlicy. 

Oboje Dralowie pełnili na zmianę wachtę w sterowni. Liczyli na to, że gdyby mia-

ło zanosić się na kłopoty, zostaną w porę ostrzeżeni przez wskazania czujników. 

Korzystając z tego, że Marcha i Ebrihim czuwali, Chewbacca miał więcej czasu i 

mógł skupić całą uwagę na usuwaniu uszkodzeń mechanizmów „Sokoła". Na ogół Wo-
okie - a w szczególności Chewbacca - nie zaliczali się do urodzonych optymistów, ale 
tym razem Chewie zachowywał się, jakby był bliski uruchomienia przynajmniej niektó-
rych podzespołów jednostki napędowej. Wszyscy wiedzieli, że wielkim sukcesem sta-
nie się samo uruchomienie silników i dostarczenie im takiej ilości energii, żeby frach-
towiec wzniósł się w powietrze i wyleciał z czeluści gigantycznej komory. 

Ebrihim wszedł do sterowni i ujrzał ciotkę, siedzącą na fotelu pierwszego pilota. Z 

uwagi na niski wzrost i duże pośladki Dralka podłożyła pod nie stertę starych kombine-
zonów. Musiała przecież widzieć, co pokazują czujniki i przyrządy. Obejrzała się, kie-
dy usłyszała wchodzącego Ebrihima. 

- Witaj, siostrzeńcze  - rzekła. - Chwilę wcześniej przyleciał tu Qiunine. Wygłosił 

kilka obraźliwych uwag i zniknął. Cieszę się, że udało się go uruchomić. 

-  Ja  też  się  cieszę,  najdroższa  ciociu.  Czy  wydarzyło  się  coś  ciekawego,  o  czym 

chciałabyś mi powiedzieć? 

Dralka pokręciła głową. 
- Nie, absolutnie nic i za to powinniśmy być wdzięczni... - Urwała i uniosła głowę, 

żeby spojrzeć na umieszczony nad iluminatorem ekran skanera. Zamarła i przez pełne 
pięć sekund przyglądała się temu, co tam zobaczyła. Wreszcie pokręciła głową.  - Wy-
gląda na to, że się pospieszyłam - mruknęła, a potem trzasnęła dłonią w guzik syreny 
alarmowej. Wiedziała, że jej donośne wycie usłyszą nawet dzieci, przebywające w tej 
chwili na zewnątrz, w komorze. Usłyszą i przybiegną na pokład statku. 

- Ciociu! Co się stało? - zaniepokoił się Ebrihim. 
-  Sam  powinieneś  się  domyślić  -  odparła  Marcha,  nie  odrywając  spojrzenia  od 

ekranu urządzenia. - Oczywiście nieznany statek. Właśnie wleciał przez otwór, a teraz 
szybko opada. Na twoim miejscu jednak nie  martwiłabym się tym, co to za statek. O 
wiele bardziej chciałabym się dowiedzieć, kto nim leci. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

122 

R O Z D Z I A Ł  

WIELKIE NIEWIADOME 

- Zdumiewające, ilu rzeczy można się dowiedzieć, jeżeli ktoś wie, gdzie szukać  - 

odezwał  się  Lando.  Nie  przestawał  przyglądać  się  danym,  które  na  podobieństwo  nie 
kończącej się rzeki przepływały przez ekran monitora. - Szczęście, że mamy pośród nas 
kogoś, kto potrafi odczytywać dane tak dobrze jak Artoo  - ciągnął po chwili. - Trochę 
przydał się też Threepio i jego znajomość języków. 

Urażony android protokolarny odwrócił głowę. 
- Przydał się? - powtórzył. - Powiedziałbym, że okazałem się absolutnie niezbęd-

ny. Gdyby nie ja, nie poradziłby pan sobie z przetłumaczeniem nawet dziesiątej części 
tych informacji. 

- Nie przeciągaj struny - ostrzegł Lando. - No dobrze, okazałeś się niezastąpiony. 

Słyszałeś? Sam to przyznałem. Chciałem jednak podkreślić, że gdyby nie pomoc, jakiej 
udzieliła pani administrator Sonsen, w ogóle nie ruszylibyśmy z miejsca. 

Jenica Sonsen obdarzyła śniadolicego mężczyznę szerokim uśmiechem i dała mu 

kuksańca pod żebro - chyba odrobinę mocniejszego niż zamierzała. 

- Uspokójcie się obaj - powiedziała. - Pokazałam wam tylko archiwalne dane. 
Jednak te archiwalne dane ujawniły im bardzo wiele... i co najważniejsze, pozwo-

liły  ujrzeć  wiele  problemów  w  zupełnie  innym  świetle.  Mieli  teraz  to  wszystko  przed 
oczami na ekranie monitora. 

Jeżeli tylko żywiło się jakieś podejrzenia, bardzo łatwo dało się wykryć oznaki, że 

dzieje się coś niedobrego. Nagle do życia budziły się systemy stacji, o których istnieniu 
nikt nawet nie miał pojęcia. 

Pojawiały się niezwykłe wahania poboru mocy. Raz po raz dochodziło do nagłego 

wzrostu  albo  spadku  natężenia  takiego  czy  innego  promieniowania.  Niektóre  skoki 
natężenia okazywały się tak duże, że trzeba było na pewien czas ewakuować jakiś sek-
tor stacji. Sama stacja dokonywała zmiany orientacji w przestworzach osi obrotu, wsku-
tek czego bieguny kierowały się raz w tę, a raz w inną stronę. 

- Zmiana orientacji osi wirowania. Jakim cudem wy, mieszkańcy, potrafiliście so-

bie to wytłumaczyć? - zapytał Calrissian. 

background image

Roger MacBride Allen 

123 

-  Stacja  Centerpoint  chyba  od  początku  istnienia  dokonywała  samoistnej  korekty 

orientacji osi - odrzekła Jenica. - Zawsze zmieniała położenie, choć z reguły w niewiel-
kim stopniu, żeby zajmować odpowiedni punkt w przestworzach. Nie było tak, że ni-
gdy przedtem nie stosowało się żadnych korekt. 

-  Zostawmy  to  na  razie  -  powiedział  Lando.  -  Najważniejsze,  że  znalazłem  po-

twierdzenie  tego,  co  podejrzewałem  od  pierwszej  chwili,  kiedy  zobaczyłem  te  stożki 
wokół biegunów stacji. Sześć mniejszych otaczało jeden większy... dokładnie tak samo, 
jak w niektórych staroświeckich repulsorach. Identyczną konfigurację stosuje się nawet 
teraz,  tyle  że  na  poziomie  mikroskopowym.  Takie  samo  rozmieszczenie  stożków  po-
wtarza  się  na  powierzchni  nowoczesnych  systemów  repulsorowych  praktycznie  bez 
końca. Mówiąc w uproszczeniu, dziś nie stosuje się jednego potężnego repulsora - po-
dobnego do tego, jaki widzieliśmy w stacji Centerpoint  - ponieważ im większy repul-
sor, tym cięższy musi być obiekt, żeby działanie mogło się okazać skuteczne. - Lando 
przywołał  na  ekran  monitora  siatkę  konstrukcyjną  stacji,  a  później  pokazał  na  niej 
punkty,  gdzie  umieszczono  repulsory.  -  Te  są  ogromne,  ale,  z  drugiej  strony,  planety 
również nie są lekkimi obiektami. 

- Przecież wszystkie zamieszkane planety mają własne repulsory - zauważyła Ka-

lenda. - Do czego twórcy koreliańskiego systemu potrzebowali stacji Centerpoint? 

- To nie jest zwyczajny repulsor - oznajmił Lando. - To repulsor nadprzestrzenny. 

Tę stację skonstruowano, żeby otwierała wrota... i przebijała przez nadprzestrzeń coś w 
rodzaju tunelu, przez który dałoby się ściągnąć planetę. Prawdę  mówiąc, Centerpoint, 
przynajmniej w zamierzeniach konstruktorów, działa bardziej jak generator promienia 
przyciągającego niż konwencjonalny repulsor. 

- Jakim cudem? - zdziwił się Luke. - Jak to możliwe? Lando wzruszył ramionami. 
- Nie mam pojęcia. Pani administrator Sonsen wspomniała kiedyś, że nie jest naj-

ważniejsze, jak coś funkcjonuje. Liczy się, że w ogóle działa. Przypuszczam, że stacja 
Centerpoint  pełni  funkcję  czegoś  w  rodzaju  soczewki.  Skupia,  wzmacnia  i  kieruje,  a 
może także odwraca fazę impulsu repulsora energii w taki sposób, żeby mógł przelecieć 
przez nadprzestrzeń. Domyślam się, że wykorzystuje w tym celu część grawitacyjnego 
potencjału Talusa i Tralusa, ale nie jestem tego całkiem pewien. 

- Tylko dlaczego ktoś miałby wykorzystywać gwiezdną stację jako potężny gene-

rator promienia przyciągającego? - zapytała Jenica. 

Lando pokręcił głową. 
-  To  nie  jest  dobrze  postawione  pytanie  -  powiedział.  -  Właściwe  powinno 

brzmieć: dlaczego twoi ziomkowie  wykorzystali nadprzestrzenny generator promienia 
przyciągającego jako gwiezdną stację? Wiemy tylko, że pradawni architekci tego sys-
temu skonstruowali stację Centerpoint i posłużyli się nią, a kiedy przestała im być po-
trzebna, po prostu zostawili w przestworzach. Później twoi przodkowie  - a przynajm-
niej czyiś przodkowie - doszli do wniosku, że stacja nadaje się do zamieszkania. Tym-
czasem miejsce, nazwane przez ciebie Jaskiniowem, nigdy nie miało stać się miastem 
ani  osadą.  Zostało  pomyślane  jako  zbiornik  olbrzymich  ilości  energii,  z  której  miał 
korzystać ładujący się generator promienia przyciągającego. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

124 

- Ładujący się? - powtórzyła Jenica. - Wolnego! Chcesz powiedzieć, że Jaskinio-

wo jest zasobnikiem energetycznym albo akumulatorem? 

- Czymś w tym rodzaju - przyznał Calrissian. 
- Ale przecież mieszkali tam nasi ludzie! 
- Możliwe, ale nie takie miało być jego przeznaczenie. 
- To dlaczego stacja Centerpoint pozostawała cały czas  w tym samym miejscu?  - 

zdziwiła  się  Jenica.  -  Funkcjonowała  wiele  tysięcy  lat  i  w  tym  czasie  dostarczała 
mieszkańcom  stałych  ilości  światła  i  ciepła.  Musi  istnieć  jakieś  inne  rozsądne  wyja-
śnienie. Dotychczas uważaliśmy, że Ogniokula miała odgrywać rolę sztucznego słońca, 
ale wygląda na to, że się myliliśmy... jeśli to, co mówisz, okaże się prawdą. 

Lando zmarszczył brwi. 
- Nie wiem - przyznał po chwili. - Możliwe, że dla istot żyjących na planetach, na 

których  w  celu  podgrzania  posiłku  spala  się  metan  albo  wodór,  Ogniokula  miała  być 
czymś w rodzaju kuchenki albo piekarnika. W takich kuchenkach zazwyczaj pozosta-
wia się mały płomyk, żeby później można było szybko i łatwo zapalić. 

- Chcesz powiedzieć, że Ogniokula, która przez tyle lat zapewniała nam światło i 

ciepło, w rzeczywistości była tylko takim płomykiem? 

-  Niewykluczone.  Możliwe,  że  ten  płomyk  cały  czas  ogrzewał  i  oświetlał  Jaski-

niowo, ponieważ twórcy stacji go nie zgasili, kiedy ukończyli pracą. A może rzeczywi-
ście  zamierzali  przekształcić  komorę  zasobnika  w  miejsce,  gdzie  dałoby  się  zamiesz-
kać? W końcu stracili powód, dla którego mieli się posługiwać nadprzestrzennym pro-
mieniem przyciągającym. Skończyli przecież tworzenie koreliańskiego systemu plane-
tarnego. 

- Skierowaliśmy chyba dyskusję na niewłaściwe tory  - zauważyła Kalenda. - Czy 

możesz powiedzieć, dlaczego uważasz, że stacja Centerpoint jest gwiazdogromem? 

- No cóż, należałoby zacząć od tego, że albo uwierzycie mi na słowo, albo pozwo-

licie posłużyć się matematycznymi obliczeniami. W ten sposób mógłbym wam wyka-
zać, że ilość energii, koniecznej do przeciągnięcia przez nadprzestrzenny tunel jakiejś 
planety, wystarczy, żeby wywołać falę ciśnienia w jądrze gwiazdy. Jeżeli więc energia, 
jaką dysponuje generator promienia przyciągającego albo repulsora, zostanie skupiona i 
przesłana w postaci wystarczająco silnego impulsu, zapoczątkuje eksplozję supernowej. 

- Wierzymy ci na słowo - odrzekła pospiesznie Jenica. - Nigdy nie byłam dobra z 

matematyki. Masz jeszcze coś, czym chciałbyś uzasadnić swoją opinię? 

-  Zbadanie  obwodów  i  systemów,  które  znaleźliśmy,  wymagałoby  pracy  jednego 

albo dwóch pokoleń - ciągnął Lando. - Nie mamy tyle czasu. Dysponujemy tylko wła-
snymi umiejętnościami i tymi dwoma automatami. Mimo to sądzę, że zdołam chociaż 
pobieżnie wyjaśnić, o co mi chodzi. Zorientowałem się, przeszukując archiwalne dane, 
kiedy  starałem  się  dopasować  to,  co  w  nich  znalazłem,  do  tego,  co  wydarzyło  się  na 
terenie stacji. Zawsze zaczynało się od tego, że Centerpoint dokonywała nagłej i znacz-
nej zmiany orientacji osi obrotu w przestworzach. Potem napływały meldunki o „nie-
wyjaśnionych skokach poboru mocy", „niespodziewanych impulsach energii", „stanach 
nieustalonych"  i  „tajemniczych  wzrostach  promieniowania".  Wszystkie  te  meldunki 

background image

Roger MacBride Allen 

125 

starannie  rejestrowano,  a  potem  dodawano  kilka  oficjalnie  brzmiących  frazesów,  z 
których wynikało, że właściwie nikt nie miał pojęcia, co się dzieje. 

Uważam, że wszystkie te nieoczekiwane impulsy, skoki i stany przejściowe mogą 

oznaczać  tylko  jedno:  Centerpoint  przygotowywała  się  do  wysłania  impulsu  energii. 
Kiedy doszło do pierwszej eksplozji Ogniokuli, zginęło wielu mieszkańców, a pozosta-
łych,  ogarniętych  paniką,  zdołano  ewakuować.  Wkrótce  potem  wybuchła  pierwsza 
supernowa. Jeszcze później ktoś wzniecił na planetach systemu zamieszki i powstania, 
które przerodziły się w wojnę domową. 

Po pewnym czasie stacja Centerpoint dokonała następnej zmiany orientacji osi ob-

rotu  w  przestworzach.  Tym  razem  zmiana  była  o  wiele  większa  niż  jakakolwiek  po-
przednia.  Co  prawda,  na  pokładach  stacji  nie  pozostał  nikt,  kto  by  to  zauważył,  ale 
automatycznie  zarejestrowane  dane,  jakie  przeglądałem,  pozwoliły  na  wyciągnięcie 
wniosku, że  historia zaczyna  się powtarzać. Kilka dni potem  funkcjonujące nadal  - aż 
do  tej  chwili  -  rejestratory  wykryły  inne  zaburzenia  poboru  i  przepływu  energii.  Co 
ciekawsze, dokładnie w tym samym czasie zaczęło się zagłuszanie łączności, a w prze-
stworzach wokół Korelii utworzyło się interdykcyjne pole. Później doszło do drugiego 
wybuchu Ogniokuli, a wkrótce potem nastąpiła wymuszona eksplozja drugiej superno-
wej. 

- Tylko jakim cudem niczego nie poczuliśmy ani nie zobaczyliśmy? - zdziwiła się 

Jenica.  -  Powiedziałeś,  że  z  wnętrza  stacji  wyrywały  się  gigantyczne  impulsy  energii. 
Tymczasem nikt z mieszkańców niczego nie zauważył. Nikt nie odczuł żadnego drże-
nia ani wzrostu temperatury. 

- Ta stacja wytwarza potężne pole interdykcyjne i wysyła w przestworza nie mniej 

potężne sygnały zagłuszające  - przypomniał Lando.  - Czy  odczuwasz jedno albo dru-
gie? 

- A oś obrotu? - zapytała Kalenda. - Czego dowodzi zmiana jej orientacji w prze-

stworzach? 

Ciemnoskóry  mężczyzna  włączył  projektor  hologramów  i  wyświetlił  wizerunek 

gwiazd usytuowanych w najbliższej okolicy Korelii. 

-  Czerwony  punkt  pośrodku  oznacza,  miejsce,  gdzie  w  tej  chwili  unosi  się  stacja 

Centerpoint - wyjaśnił. - Zanim to wszystko się zaczęło, Biegun Południowy stacji tak 
był  skierowany  względem  okolicznych  gwiazd.  -  Z  czerwonego  punktu  wystrzeliła 
cienka  niebieska  linia.  Poszybowała  na  skraj  hologramu,  ale  nie  zetknęła  się  z  żadną 
sąsiednią gwiazdą. - A tu się skierował po pierwszej zmianie orientacji osi. - Czerwona 
iskierka wysłała w głąb hologramu rubinową nitkę, która przeszyła samo jądro jakiejś 
gwiazdy.  -  To  TD-10036-EM-1271  -  ciągnął  Calrissian.  -  Pierwsza  gwiazda,  która 
przemieniła się w supernową. 

Wystukał na klawiaturze następne polecenie. Ze stacji Centerpoint wybiegła złota 

linia. Przeniknęła przez środek innej gwiazdy. 

- To Thanta Zilbra - oświadczył ponuro. - Druga gwiazda na liście, którą przekaza-

li nam gwiazdogromcy, zamieszkana przez kilkanaście tysięcy ludzi. Domyślam się, że 
w  tej  chwili  większość  z  nich  nie  żyje.  Znam  się  na  logistyce  i  nie  wierzę,  żebyśmy 
zdążyli wszystkich ewakuować. - Z czerwonej kropki strzeliła jeszcze jedna nitka świa-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

126 

tła. Miała fioletowy kolor i przebiła środek jądra kolejnej gwiazdy. - To trzeci na liście 
celów, jakie podali nam władcy gwiazdogromu. Bovo Yagen. Poszperałem w atlasach i 
sprawdziłem.  Jedno  źródło  podaje,  że  ma  tylko  jedną  zamieszkaną  planetę,  na  której 
żyje mniej więcej osiem milionów mieszkańców. Z innego źródła wynika jednak, że ma 
aż dwie planety, zamieszkane łącznie przez dwanaście milionów ludzi... a oprócz tego 
wiele gwiezdnych stacji, orbitujących osiedli i asteroid, z których wnętrz wydobywa się 
cenne minerały. Nie mam najmniejszych wątpliwości. Stacja Centerpoint jest gwiazdo-
gromem  i  przygotowuje  się  do  zniszczenia  kolejnej  gwiazdy...  a  kiedy  to  nastąpi, 
wszystkie jej planety i wszyscy mieszkańcy przemienia się w proch i popiół. 

- Kiedy? - zapytała zwięźle Kalenda. 
Lando wystukał kolejne polecenie i na obrzeżach hologramu pojawił się wyświe-

tlacz z cyferkami. Pokazywały czas, jaki pozostawał do eksplozji kolejnej supernowej. 

- Artoo dokonał wszystkich niezbędnych obliczeń  - powiedział Lando.  - Musieli-

śmy  trochę  się  cofnąć  w  czasie,  ponieważ  chcieliśmy  sprawdzić,  jak  długo  promień 
przelatuje przez nadprzestrzeń i jak długo trwa wzbudzenie reakcji łańcuchowej w ją-
drze  gwiazdy  i  doprowadzenie  do  eksplozji.  Jeżeli  wierzyć  harmonogramowi,  który 
podali  nam  gwiazdogromcy,  stacja  Centerpoint  wyśle  kolejny  nadprzestrzenny  impuls 
grawitacyjnej  energii  dokładnie  za...  sto  dwadzieścia  trzy  godziny,  dziesięć  minut  i 
trzynaście  sekund, licząc  od tej chwili.  Na  wzbudzenie  reakcji łańcuchowej i  wybuch 
supernowej będzie trzeba zaczekać następne dwanaście minut i dwanaście sekund, ale 
potem Bovo Yagen po prostu zniknie z przestworzy. 

- Płonące  niebiosa!  -  wykrzyknęła Jenica, nawet  nie  usiłując ukryć przerażenia.  - 

Stacja Centerpoint... mój dom... jest superbronią? 

- A ktokolwiek nią dysponuje, sprawuje władzę nad całym koreliańskim sektorem, 

a wkrótce może nad całą galaktyką - dodała Gaeriela. - Róbcie, co wam każemy, bo w 
przeciwnym razie unicestwimy wasze słońce. 

- Chwileczkę - wtrącił się Luke. - Jest coś, co w tym wszystkim się nie zgadza. Je-

żeli stacja  Centerpoint jest gwiazdogromem, powinna  być traktowana  jak drogocenny 
klejnot...  jak  najważniejszy  obiekt  w  całym  koreliańskim  systemie.  Dlaczego  zatem 
ktoś  miałby  zadawać  sobie  trud  szukania  innych,  planetarnych  repulsorów?  Dlaczego 
spiskowcy nie poświęcili całej uwagi zdobyciu i opanowaniu stacji Centerpoint? 

- Co najmniej z trzech powodów - odrzekł Lando. - Po pierwsze, nie starali się jej 

opanować, ponieważ już sprawują nad nią władzę... a przynajmniej potrafią nią zdalnie 
sterować. Domyślam się, że gdzieś we wnętrzu stacji kryje się starannie zamaskowana, 
ekranowana  i chroniona  sterownia. Zapewne  nie  udałoby się  nam jej odnaleźć, nawet 
gdybyśmy szukali sto lat albo dłużej. W tej chwili prawdopodobnie nikogo w niej nie 
ma, a wszystkie urządzenia funkcjonują, bo właśnie tak nakazują im uprzednio zapisane 
sekwencje  rozkazów.  Drugim  powodem  może  być  najzwyklejsza  chęć  odwrócenia 
naszej uwagi. Jeżeli wszyscy będą się martwili o planetarne repulsory, nikt nie znajdzie 
dość czasu, aby pomyśleć o gwiazdogromie. A trzeci powód... 

-  Mamy  go  przed  oczami  -  wtrąciła  się  Kalenda.  -  Chyba  się  tego  domyśliłam. 

Prawdę  mówiąc, od czasu ukończenia nauki w akademii nie  miałam okazji zajmować 
się  teorią  repulsorowego pola, ale  z  tej teorii wynika, że repulsory  mogą  współpraco-

background image

Roger MacBride Allen 

127 
wać ze sobą, a nawet wpadać w coś w rodzaju rezonansu. Mam rację? Oddziaływanie 
jednego  na  drugi  można  wykorzystać,  żeby  sterować  pracą  obu  repulsorów,  a  także 
dokonywać  zmian  parametrów  pola.  Oznacza  to,  że  stosunkowo  niewielki  repulsor, 
usytuowany  gdzieś  z  boku,  może  zmienić  kierunek  lotu  impulsu  energii,  wysłanej  z 
drugiego repulsora. 

Lando kiwnął głową. 
-  Utrafiłaś  w  samo  sedno  -  powiedział.  -  Planetarniaki  mogą  zakłócić,  a  nawet 

uniemożliwić wysłanie ze stacji Centerpoint nadprzestrzennego impulsu energii repul-
sorowej. To jedyne urządzenia w okolicy na tyle silne, żeby dokonać tej sztuki. W tym 
wszystkim  chodzi  jednak  o  coś  więcej.  Planetarne  repulsory  mogą  funkcjonować  nie 
tylko  jako  urządzenia  zakłócające  działanie  głównego  repulsora,  ale  również  jako 
wzmacniacze. W praktyce może się to okazać bardzo trudne, ale teoria głosi, że da się 
sprzęgnąć ze sobą wszystkie planetarniaki i utworzyć sieć, a potem podporządkować ją 
repulsorowi  stacji  Centerpoint.  Dzięki  temu  repulsor  gwiezdnej  stacji  dysponowałby 
jeszcze większym zasięgiem i mocą niż w tej chwili. Teraz Centerpoint dysponuje tylko 
takimi ilościami energii, jakie udaje się jej uszczknąć z grawitacyjnego potencjału Ta-
lusa  i  Tralusa.  Wyobraźmy  sobie,  co  by  się  działo,  gdyby  mogła  skorzystać  także  z 
części potencjału Selonii, Dralii i Korelii. Co prawda, jeszcze nie zastanawiałem się nad 
wzajemnym usytuowaniem wszystkich planet, ale uważam za prawdopodobne, że gdy-
by wszystkie pięć światów i stacja Centerpoint utworzyły sieć, zdołałyby czerpać ener-
gię z grawitacyjnego potencjału samego Korela. Gdybym to ja projektował od początku 
cały system, upewniłbym się, że będzie to możliwe. Wyobraźmy sobie stację Centerpo-
int, która dysponowałaby takimi ilościami energii. Potrafiłaby zagrozić każdemu punk-
towi  galaktyki.  Władcy  stacji  mogliby  wówczas,  gdyby  chcieli,  pochwycić  dowolną 
planetę i wykorzystując nadprzestrzenny tunel, przeciągnąć do tego systemu... a może 
zrzucić  w  głąb  jakiejś  gwiazdy  albo  zepchnąć  w  czeluść  czarnej  dziury.  Centerpoint 
mogłaby  wywołać  eksplozję  dowolnej  gwiazdy  wskazanej  przez  terrorystów,  wytwo-
rzyć interdykcyjne pole albo uniemożliwić łączność na obszarze całej galaktyki - czy na 
przykład tej, którą władcy stacji chcieliby odizolować od reszty. Zapewne mogłaby też 
sprawić wiele innych niespodzianek, o jakich nawet się nam nie śniło. 

-  Wiele  spraw,  które  jeszcze  niedawno  nie  miały  sensu,  nagle  go  nabrały...  i  to 

większego niż mi się podoba - oznajmił Luke. - Tylko jak można wykorzystać plane-
tarny  repulsor  do  zmiany  toru  lotu  impulsu  wysłanego  ze  stacji  Centerpoint?  Jak  to 
możliwe? 

- To bardzo proste - odparł Calrissian. - Gdyby z któregokolwiek planetarnego re-

pulsora  wystrzeliła  odpowiednio  skupiona  wiązka  energii  tak,  żeby  zmieszała  się  z 
impulsem wystrzelonym z wnętrza stacji, rozproszyłaby go i skierowała w inną stronę. 

- Czy taka planetarna wiązka nie mogłaby przemieścić w przestworzach samej sta-

cji? - zapytał mistrz Jedi. 

- Nie niosłaby wystarczająco dużej energii - odrzekł Lando. - Repulsor stacji Cen-

terpoint  jest  o  wiele  potężniejszy  niż  którykolwiek  z  planetarniaków.  Oznacza  to,  że 
nawet  gdyby  jakiś  planetarniak  dokonał  zmiany  położenia  stacji,  Centerpoint  bardzo 
łatwo  uporałaby  się  z  przywróceniem  poprzedniego  stanu.  Fakt  jednak  pozostaje  fak-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

128 

tem,  że  gdyby  któryś  z  planetarnych  repulsorów  wysłał  zakłócającą  wiązkę,  mógłby 
unieszkodliwić giganta ze stacji Centerpoint. 

- No dobrze - odezwała się Kalenda. - Przynajmniej teraz wiemy, na czym stoimy. 

Co możemy zrobić? 

Ciemnoskóry mężczyzna rozłożył ręce w geście bezradności. 
- Niewiele. Nie wiemy, gdzie znajduje się sterownia. Nie mamy pojęcia, kto, skąd 

i jak o wszystkim decyduje. Wydaje się nam, że z grubsza wiemy, o co chodzi, ale da-
leko nam do zrozumienia, jak właściwie działa to urządzenie. 

- Zapewne wystarczyłoby przeciąć jakiś kabel albo roztrzaskać tę czy inną konso-

letę - podsunęła Jenica. 

- Założę się, że tak - odparł Lando. - Problem w tym, że nie wiemy, gdzie znaleźć 

jedno  albo  drugie.  I  nie  dowiemy  się,  dopóki  nie  przeszukamy  każdego  pokładu,  po-
włoki  i  pomieszczenia  na  terenie  tej  stacji.  A  nawet  gdyby  udało  się  nam  znaleźć  tę 
sterownię, nie jestem pewien, czy zdołalibyśmy roztrzaskać jakąkolwiek konsoletę. Nie 
zapominaj  o  tym,  że  wszystkie  tutejsze  urządzenia  są  tak  niezawodne  i  odporne,  że 
funkcjonują bez przerwy od czasów poprzedzających powstanie Starej Republiki. 

- Moglibyśmy wysadzić w powietrze całą stację - zaproponowała Gaeriela. 
-  Czym?  -  zdziwiła  się  Kalenda.  -  Dysponujemy  tylko  dwoma  gwiezdnymi  nisz-

czycielami i jednym lekkim krążownikiem. Żaden nie ma na pokładzie na tyle potężnej 
bomby, żeby unicestwić gwiezdną stację, która ma od jednego do drugiego końca po-
nad  trzysta  kilometrów  długości.  Możliwe,  że  gdyby  bakurańscy  inżynierowie  mieli 
dość czasu, zdołaliby rozmieścić punktowe ładunki wybuchowe na tyle silne, aby wy-
rządziły wiele szkód we wnętrzu stacji. Nie mamy jednak tyle czasu. Do eksplozji zo-
stało już tylko sto dwadzieścia kilka godzin. 

- Coś jednak możemy zrobić - odezwał się Luke. - Powinniśmy poinformować ko-

go  trzeba.  Powiedzieć  naszym  ludziom  o  tym,  co  odkryliśmy.  Należałoby  zacząć  od 
tego, że zawiadomimy Hana, Leię i Chewbaccę, a oprócz nich naszych sprzymierzeń-
ców  na  wszystkich  zamieszkanych  planetach  systemu.  Jeżeli  nasi  przyjaciele  w  porę 
znajdą  repulsory,  jeżeli  się  zorientują,  jak  się  nimi  posługiwać  i  jeżeli  wyślą  w  prze-
stworza impuls energii,  żeby  zakłócić  wiązkę  wysłaną  z  tego repulsora, może zdołają 
ocalić życie wielu ludzi. 

Lando pokręcił głową. 
- Bardzo dużo tych Jeżeli", Luke'u - zauważył sceptycznie. 
- Wiem - przyznał mistrz Jedi. Popatrzył na wyświetlacz, gdzie cyferki pokazywa-

ły czas, jaki pozostawał do eksplozji gwiazdy Bovo Yagen. Sekundy wprost topniały w 
oczach. - Jeżeli chcemy, żeby się udało, muszą być spełnione wszystkie warunki. 

 
Obcy  statek  opadał  w  głąb  komory  planetarnego  repulsora.  Rósł  w  oczach  zdu-

miewająco szybko... ale nie na tyle, żeby Ebrihim, który akurat unosił głowę, nie zau-
ważył  symbolu  namalowanego  na  spodniej  powierzchni  kadłuba:  stylizowanej  trupiej 
czaszki z nożem w zębach. 

- To Liga Istot Ludzkich! - zawołał. - Czy możemy włączyć generator ochronnego 

pola? 

background image

Roger MacBride Allen 

129 

- Nie! - odkrzyknęła ciotka Marcha. - Dzieci jeszcze nie wróciły. Musimy zacze-

kać, aż znajdą się na pokładzie. 

Ebrihim  wskoczył  na  fotel  drugiego  pilota.  Zerkając  na  nieprzyjacielski  statek, 

który  właśnie  lądował  niczym drapieżny ptak,  usiłował odnaleźć  urządzenia  sterujące 
działaniem  systemów pokładowego uzbrojenia. Zauważył,  że jeszcze  zanim obca jed-
nostka  przestała  kołysać  się  na  ładowniczych  łapach,  z  wnętrza  zaczęli  wyskakiwać 
rośli mężczyźni, ubrani w wojskowe mundury i uzbrojeni w blastery. 

Systemy uzbrojenia. Ebrihim nie znał się na takich sprawach, ale nie miał wyboru. 

Na pulpicie którejś konsolety musi znaleźć przycisk umożliwiający zdalne sterowanie 
turbolaserami... 

Nagle poczuł, że czyjeś mocne ręce unoszą go z fotela i odrzucają na bok. Chwilę 

później  zobaczył,  że  na  jego  miejscu  siada  Chewbacca.  Rosły  Wookie  natychmiast 
włączył  systemy  uzbrojenia.  W  następnej  sekundzie  do  działek  „Sokoła"  popłynęła 
energia. 

-  Dzieci  są  na  pokładzie!  -  zawołała  ciotka  Marcha.  -  Można  podnieść  rampę  i 

włączyć ochronne pola! 

Chewbacca przycisnął  guzik, żeby unieść pochylnię, a potem włączył generatory 

siłowych  pól...  ale  było  za  późno.  Na  dnie  komory  repulsora,  tuż  pod  sterownią,  stał 
barczysty żołnierz. Trzymał potężny, ciężki blaster i spoglądał w górę. A wokół całego 
kadłuba frachtowca stał oddział żołnierzy z blasterami gotowymi do strzału. Cały kło-
pot w tym, że wszyscy przebywali wewnątrz obszaru chronionego przez siłowe pola. 

Mimo to Wookie postanowił nie rezygnować z włączenia ochronnej tarczy. Kiedy 

energia przepłynęła do generatora, w sterowni przygasły na chwilę  wszystkie światła. 
Jednak generatory się nie włączyły. Zirytowany Chewbacca głośno ryknął. Zagłuszacze 
pola! Nieprzyjacielscy żołnierze musieli przytwierdzić do kadłuba „Sokoła" urządzenia 
uniemożliwiające wytworzenie osłony. 

Z wnętrza szturmowego wahadłowca Ligi Istot Ludzkich wyskoczył wysoki, bar-

czysty  mężczyzna.  Wyprostował  się,  uśmiechnął  triumfująco  i  ruszył  w  kierunku  po-
chwyconego frachtowca. 

- To Sal-Solo - odezwał się Ebrihim. - To nie może być nikt inny. 
- Kuzyn naszego taty? - zapytał Anakin. 
Starszawy Dral  odwrócił się i chyba  dopiero teraz zauważył,  że dzieci  wśliznęły 

się do sterowni. W małym pomieszczeniu stłoczyli się wszyscy uczestnicy wyprawy. 

- To także wasz krewniak, dzieci - przypomniała ciotka Marcha. - Wątpię jednak, 

czy ucieszycie się, kiedy go poznacie. 

Ebrihim starał się nie zwracać uwagi na jej słowa. Jego umysł zaprzątało coś inne-

go. Coś, co miało jakiś związek z faktem, że w tej chwili w sterowni przebywają wszy-
scy  uczestnicy  wyprawy.  Chwileczkę...  To  nie  było  zgodne  z  prawdą.  Nie  wszyscy 
zgromadzili się w ciasnym pomieszczeniu. Jeżeli jednak on, Ebrihim, doszedł najpierw 
do  przekonania,  że  widzi  wszystkich  członków  grupy,  może  taki  sam  błąd  popełnią 
jego  uzbrojeni  przyjaciele,  którzy  otaczali  teraz  szczelnym  kordonem  kadłub  „Sokoła 
Millenium".  Guwerner  wpadł  nagle  na  pewien  pomysł.  Co  prawda,  nie  miał  jeszcze 
gotowego  planu,  ale  sam  pomysł  też  mógł  otworzyć  przed  nimi  nowe  szansę.  Może 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

130 

pozwoli im wybrnąć z tarapatów. Z pewnością szansę były bardzo nikłe, ale nie zero-
we. Może więc nie wszystko stracone? W serce Ebrihima wstąpiła nowa nadzieja. 

Problem  w  tym,  że  istniały  dwie  niesprzyjające  okoliczności.  Po  pierwsze,  Ebri-

him miał tylko kilka sekund, żeby wprowadzić swój pomysł w życie. Po drugie... po-
wodzenie całej operacji zależało teraz wyłącznie od Qiunina-Ekstoo. 

 
Thrackan Sal-Solo nie mógłby czuć się szczęśliwszy. To prawdziwy dar niebios  - 

pomyślał. - Istny łut szczęścia. Obszedł urządzenie, które właśnie wpadło w jego ręce. 
Podziwiał je, zachwycał się nim i sycił oczy. Zastanawiał się nad tym, jak najlepiej je 
wykorzystać.  Nareszcie  udało  mu  się  uzyskać  władzę  nad  gigantycznym planetarnym 
repulsorem. Zaryzykował  bardzo dużo, aby  -  zanim stanie się  za późno  -  dokonać tej 
sztuki.  Postawił  wszystko  na  tę  jedną  kartę.  Co  prawda,  spodziewał  się,  że  znajdzie 
repulsor,  ale  na  Korelii.  Los  jednak  sprawił,  że  szczęście  uśmiechnęło  się  do  niego 
właśnie  tu,  na  Dralii.  Thrackan  popatrzył  na  siedem  ogromnych,  połyskujących  smu-
kłych  stożków,  tworzących  zasadniczą  część  gigantycznego  urządzenia.  To  wszystko 
należało teraz do niego. Wszystko wpadło w jego ręce. 

Odwrócił głowę i popatrzył na „Sokoła Millenium". Co za premia! Co za wspania-

ła, nieoczekiwana, dodatkowa nagroda! Już pochwycenie ulubionego statku Hana Solo 
wystarczyło, żeby upokorzyć kuzyna i w ten sposób odpłacić mu za ucieczkę z więzie-
nia. On jednak, Thrackan Sal-Solo, miał jeszcze więcej szczęścia. Cóż bowiem mogło 
się równać z zaskoczeniem Wookiego i dzieci Hana na pokładzie? Co prawda, razem z 
nimi uwięził dwoje żałosnych Dralów, ale w porównaniu z Jacenem, Jainą i Anakinem 
obce istoty właściwie nie przedstawiały dla niego większej wartości. 

Co innego dzieci. Tylko one dawały okazję wywarcia osobistej zemsty. Stwarzały 

również  inną,  o  wiele  cenniejszą  szansę...  szansę  wygrania  całej  wojny  -  pod  warun-
kiem, że Sal-Solo wszystko rozegra, jak powinien. Dopiero teraz mógł stawiać warun-
ki. Dopiero teraz mógł dyktować przywódczyni Nowej Republiki, co ma robić. Mógł ją 
zmusić, aby zasiadła do negocjacji. Nie zamierzał dawać jej wyboru. 

Thrackan  był  pewien,  że  kiedy  w  końcu  nakłoni  Leię  Organę  Solo  do  ustępstw, 

uzyska od niej wszystko, czego zażąda. Nie pozostawi w jej rękach absolutnie żadnego 
atutu.  Zmusi  ją  do  zawarcia  układu,  który  zada  druzgocący  cios  Nowej  Republice. 
Skompromituje  i  ośmieszy  Nową  Republikę  tak,  że  już  nigdy  nie  odzyska  dawnej 
świetności. 

Rzecz jasna, istniało prawdopodobieństwo, że taki sam skutek odniosłaby niedaw-

na eksplozja Thanty Zilbry i rychłe unicestwienie Bovo Yagena. Jeżeli światy galaktyki 
przekonają się, że Nowa Republika nie potrafi zapobiegać takim kataklizmom, z pew-
nością stracą do niej wszelkie zaufanie. Dojdą do przekonania, że wypowiedzenie po-
słuszeństwa  Nowej  Republice  wcale  nie  jest  niemożliwe.  Oczywiście,  taka  sytuacja 
będzie stanowiła dla niego, Dyktatora Korelii, jeszcze jedną sprzyjającą okoliczność. O 
wiele  jednak  lepiej  się  stanie,  jeżeli  światy  galaktyki  będą  mogły  przypisać  właśnie 
jemu całą zasługę obalenia Nowej Republiki. Thrackan zawsze uważał, że osoba, która 
ośmieliłaby się porwać dzieci Leii Organy Solo i przetrzymywać je w charakterze za-

background image

Roger MacBride Allen 

131 
kładników,  okryłaby  się  zasłużoną  sławą.  Stałaby  się  kimś,  z  kim  trzeba  byłoby  się 
liczyć i kogo należałoby się obawiać. Dopiero teraz miał okazję stać się tą osobą. 

Tyle że samo przetrzymywanie dzieci nie przyniesie mu żadnych korzyści, jeżeli 

nie powiadomi o tym kuzyna i jego żony. A zatem musi wyłączyć generator sygnałów 
zagłuszających. Nie będzie  miał z tym absolutnie żadnych problemów. Wystarczy, że 
wyśle  zakodowany  radioniczny  sygnał,  który  dotrze  do  sterowni  ukrytej  we  wnętrzu 
stacji Centerpoint. Kilka chwil później zagłuszanie ustanie i będzie mógł posłużyć się 
komunikatorem.  Ludzie,  którzy  zaprojektowali,  skonstruowali  i  wyposażyli  ukrytą 
sterownię, nie  mieli na pewno pojęcia, że opanuje ją ktoś taki jak Thrackan Sal-Solo. 
Powinni  się  byli  jednak  liczyć  z  taką  ewentualnością.  Powinni  byli  pomyśleć  o  tym, 
zanim wysłali operatorów i techników, którzy w zamian za odpowiednią łapówkę zgo-
dzili się zdradzić swoich mocodawców. 

Dopiero  teraz  wskoczył  na  swoje  miejsce  ostatni  element  skomplikowanej  ukła-

danki. Przywódca Ligi Istot Ludzkich dysponował planetarnym repulsorem i jako jedy-
ny spośród wodzów powstańców ze wszystkich światów wiedział, do czego wykorzy-
stać  to  urządzenie.  Tylko  on  uświadamiał  sobie,  co  potrafi  taki  planetarny  repulsor. 
Zniszczenie  gwiezdnego  statku  było  niczym  w  porównaniu  z  możliwością  rzucenia 
wyzwania samym władcom gwiazdogromu. 

Thrackan  wiedział,  że  zanim  jego  technicy  nauczą  się  posługiwać  repulsorem, 

upłynie  trochę  czasu...  możliwe  nawet,  że  bardzo  dużo.  Świadomość  ta  jednak  wcale 
nie  psuła  jego  dobrego  samopoczucia.  Chociaż  nie  miał  pojęcia,  jak  go  uruchomić, 
mógł  udawać,  a  raczej  sugerować,  że  sprawuje  władzę  nad  repulsorem.  To  powinno 
wystarczyć, żeby otrzymał to, czego pragnie. 

Prawdę mówiąc, miał w ręku więcej atutów, niż potrzebował. 
 
Admirał Hortel Ossilege nie odrywał spojrzenia od ekranu dalekosiężnego skane-

ra. Przyglądał się, jak szturmowy wahadłowiec nurkuje w głąb draliańskiego repulsora. 
Obraz był niewyraźny i ziarnisty, ponieważ skaner został nastawiony  na  maksymalny 
zasięg  i  czułość.  Oznaczało  to,  że  szturmowy  statek  znajdował  się  bardzo  daleko,  z 
pewnością  poza  zasięgiem  pokładowych  systemów  uzbrojenia  „Intruza".  Na  myśl  o 
tym, że musi przełknąć gorycz porażki, bakurański dowódca czuł, że ogarnia go iryta-
cja. Starał się jednak, jak mógł, nic po sobie nie okazywać. 

Na  nic  zresztą  by się  to nie  zdało. Admirał  Ossilege  nie  mógł nie  podziwiać  zu-

chwalstwa i zimnej krwi, jaką okazał dowódca szturmowego statku, bez wahania kieru-
jąc swój wahadłowiec w głąb lufy najstraszliwszej i najpotężniejszej broni, jaką znała 
galaktyka. Z pewnością wiedział, że taki repulsor może w ciągu ułamka sekundy rozpy-
lić jego statek na atomy. Nawet gdyby „Intruz" mógł manewrować w warstwach atmos-
fery albo lądować na powierzchni planety, Ossilege nie poważyłby się na tak duże ry-
zyko. Nie mógłby, ponieważ jego okręt miał na pokładach sporą część uzbrojenia, ja-
kim  w  tej  chwili  dysponowała  Nowa  Republika.  Prawdę  mówiąc,  admirał  trochę  za-
zdrościł dowódcy szturmowego wahadłowca swobody w podejmowaniu tak ryzykow-
nych decyzji. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

132 

Zastanawiał się, czy jednak również nie powinien się na to zdecydować. Miał do 

czynienia  z  takim  samym  repulsorem,  jaki  niedawno  unicestwił  „Strażnika".  Musiał 
zakładać,  że  niedługo  także  draliański  repulsor  będzie  dysponował  pełną  mocą...  jeśli 
już nie był gotów do oddania następnego strzału. Przecież niedawno został włączony. 
Było całkiem możliwe, że ktoś, kto to zrobił, potrafił kierować broń  ku celowi i strze-
lać, kiedy zechce. 

Istniało  też  całkiem duże prawdopodobieństwo, że ten  ktoś zaliczał się do grona 

sojuszników  Ligi  Istot  Ludzkich.  Jeżeli  tak,  kapitan  szturmowego  statku  niczym  nie 
ryzykował.  Po  prostu  leciał,  żeby  przejąć  władzę  nad  urządzeniem,  odnalezionym  i 
uruchomionym przez agentów Ligi. 

A jednak... A jednak... Lądował jak ktoś, kto szykuje się do ataku, a nie jak zdo-

bywca, wlatujący do bezpiecznej bazy. Wyglądał na zaskoczonego - nie mniej niż Ossi-
lege - odnalezieniem repulsora. Zachowywał się, jakby pragnął wykorzystać nadarzają-
cą się okazję. Bakurański admirał przeczuwał, że cała ta historia jeszcze się nie zakoń-
czyła.  Odnosił  wrażenie,  że  wkrótce  wydarzy  się  coś  nowego...  że  niedługo  będzie 
świadkiem jakiejś zmiany. A zmiany miały to do siebie, że można było wykorzystywać 
je do własnych celów. 

Co więcej, Ossilege miał do czynienia tylko z jednym małym szturmowym waha-

dłowcem.  Na  pokładzie  takiej jednostki  mogło przebywać  dwudziestu, najwyżej trzy-
dziestu  żołnierzy.  Rzecz  jasna,  załoga  „Intruza"  mogłaby  poradzić  sobie  z  nimi  bez 
trudu - i to bez względu na to, jaką bronią by dysponowali. Ossilege od dawna wyzna-
wał zasadę, że broń liczy się mniej niż posługujący się nią ludzie. Na pokładach „Intru-
za"  leciało  kilka  oddziałów  wojska,  a  w  hangarach  czekało  kilka  gotowych  do  lotu 
szturmowych statków. Możliwe, że załoga okrętu nie zdołałaby przypuścić frontalnego 
ataku na draliański repulsor, ale przecież istniały inne metody. Co prawda, zajmowały 
więcej czasu i  wymagały  większej finezji,  ale  okazywały się  równie  skuteczne, jeżeli 
atakującym nie brakowało fantazji i odwagi. 

Osilege odwrócił się do stojącego obok młodego podporucznika. 
- Proszę przekazać panu kapitanowi Semmacowi pozdrowienia ode mnie i popro-

sić, żeby zechciał wprowadzić „Intruza" na orbitę zsynchronizowaną z ruchem obroto-
wym Dralii... ale tak, żeby okręt pozostawał niewidoczny dla obecnych władców plane-
tarnego repulsora. Przygotowujemy się do ataku, ale musimy zaczekać na dalsze wyda-
rzenia. 

Podporucznik zasalutował i natychmiast odszedł, żeby przekazać polecenie. Tym-

czasem Ossilege znów skierował spojrzenie na ekran skanera, na którym coraz wyraź-
niej rysował się wylot gigantycznej broni. W pewnej chwili uniósł rękę w geście żarto-
bliwego salutu, skierowanego pod adresem kapitana szturmowego wahadłowca. 

- Wygrałeś pierwszą rundę - odezwał się, jakby mówił do ekranu. - Nie zapominaj 

jednak, że to jeszcze nie koniec. Najciekawsze dopiero się zaczyna. 

background image

Roger MacBride Allen 

133 

R O Z D Z I A Ł  

10 

WRZUCENIE KAMIENIA 

Luke  przestąpił  próg  wewnętrznej  śluzy  i  znalazł  się  w  gigantycznym  hangarze, 

gdzie spoczywała „Ślicznotka" i jego X-skrzydłowiec. Dopiero wtedy odetchnął z nie-
kłamaną ulgą. 

Jenica  powiodła  ich  okrężną  drogą,  ale  wszyscy  wrócili  do  hangaru  szybciej  niż 

można się było spodziewać. Wiedzieli, że do eksplozji Bovo Yagena pozostawało coraz 
mniej czasu, więc nie mogli tracić ani chwili. 

Luke pomyślał, że wie, co powinien zrobić, ale musiał coś sprawdzić. Chciał się 

upewnić, że o niczym nie zapomni. Pozostali uczestnicy wyprawy przyglądali się, jak 
podchodzi  do  najbliższego  porzuconego  w  pośpiechu  okratowanego  pojemnika,  siada 
na nim i zamyka oczy. Mistrz Jedi wiedział, że nie może działać w pośpiechu. Musiał 
być absolutnie pewien. Skupił się i uwolnił myśli, po czym wysłał je w przestworza tak 
daleko, jak potrafił. 

-  Leia  przebywa  na  Selonii  -  odezwał  się,  kiedy  w  końcu  otworzył  oczy.  -  Nie 

mam co do tego żadnych wątpliwości. Wyczuwam, że tam jest. Domyślam się, że towa-
rzyszy jej Han, a zapewne także Mara Jade. Dzieci są na Dralii, a jeżeli wierzyć temu, 
co mówiła Kalenda na temat ich ucieczki z Korelii, zapewne przylecieli na Dralię „So-
kołem Millenium", którego pilotował Chewbacca. Wyczuwam umysł kogoś, kto może 
być  Wookiem,  ale  ze  względu  na  odległość,  nie  jestem  tego  całkiem  pewien.  Wiem 
jednak, że i jedni,  i drudzy są  zmartwieni.  Nie  umiem tego  wytłumaczyć, ale  wyczu-
wam, że wszyscy... Leia, dzieci i towarzyszące im istoty... uważają się za więźniów. 

- A zatem powinniśmy jak najszybciej ich uwolnić  - odezwał się Lando. - Ty zaj-

mij się  uwolnieniem Leii.  Weź Artoo i  poleć  swoim X-skrzydłowcem. Po drodze zo-
rientuj się, gdzie na Dralii przebywają dzieci, a kiedy określisz dokładne współrzędne, 
postaraj  się  nawiązać  łączność  laserową  ze  „Ślicznotką".  Gaeriela  i  Jenica  polecą  ze 
mną  na  pokład  „Intruza",  żeby  poinformować  admirała  Ossilege'a  o  tym,  czego  się 
dowiedzieliśmy. Gaeriela powinna zająć poprzednie stanowisko, a Jenica zostanie spe-
cjalistką od wszystkiego, co jest związane ze stacją Centerpoint Powinna nam pomóc, 
jeżeli sytuacja zacznie przybierać niepomyślny obrót. Ja zaś, kiedy zostawię obie pasa-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

134 

żerki,  poproszę  Kalendę,  by  poleciała  ze  mną  na  Dralię.  Postaramy  się  uwolnić  Che-
wiego i dzieciaki. 

Jenica popatrzyła na Calrissiana. 
- Nie grzeszysz przesadnym optymizmem, prawda? - zapytała. 
- Nie mamy pojęcia, gdzie szukać draliańskiego repulsora - odparł zwięźle Lando. 

-  Bez  względu  na  to,  jak  dobrym  inżynierem  mógłby  się  okazać  Chewbacca,  nie  uru-
chomi repulsora, jeśli najpierw go nie odnajdzie. Musimy ich oczywiście uwolnić, ale 
jeżeli  nie  są  przetrzymywani  w  pobliżu  wylotu  repulsora,  odnalezienie  Chewbaccy  i 
dzieci nie pomoże nam rozwiązać problemu. - Odwrócił się do Luke^. - O wiele więk-
szą  szansę  zyskamy,  jeżeli  porozumiemy  się  z  Leią.  Przebywa  na  planecie,  której 
mieszkańcy  udowodnili,  że  wiedzą,  gdzie  jest  repulsor,  i  umieją  się  nim  posłużyć. 
Prawdopodobnie  władają  nim istoty, które  uwięziły Leię. Powinniśmy  więc  tylko po-
wiedzieć jej, o co chodzi, a potem mieć nadzieję, że zdoła namówić swoje strażniczki, 
żeby  ponownie  posłużyły  się  superbronią  i  w  ten  sposób  zakłóciły  impuls  wysłany  z 
wnętrza stacji Centerpoint. 

Luke rozciągnął usta w smutnym uśmiechu. 
- Ta-a - odezwał się cicho. - Bardzo proste. Po prostu bułka z masłem. 
Jenica potarła brodę. 
- To wszystko ma jakiś sens  - powiedziała.  - Nie podoba mi się jednak, że pozo-

stawiamy stację Centerpoint bez żadnej obrony. 

- Nie sądzę, żeby utrata takiej obrony, jaką mogą zapewnić jej dwa małe gwiezdne 

statki,  dwa  automaty  i  pięcioro  ludzi,  mogła  mieć  jakiekolwiek  znaczenie  -  zauważył 
Lando.  -  Co  zdołalibyśmy  osiągnąć,  gdyby  zaatakowały  nas  dwa  albo  trzy  gwiezdne 
niszczyciele? Zaczekalibyśmy, aż wylądują oddziały szturmowe, a potem podkradliby-
śmy się i poprosili żołnierzy, żeby się wynieśli? 

Jenica przekrzywiła głowę i popatrzyła z ukosa na ciemnoskórego mężczyznę. 
- Masz rację - przyznała w końcu. - W takim razie proponuję, żebyśmy nie tracili 

czasu. 

 
- Pochwyciłyśmy cię, ale nie zamierzamy przetrzymywać bardzo długo - odezwała 

się Kleyvits, rzeczniczka Supernory. Siedziała przy stole naprzeciwko Leii, Mary Jade i 
Hana. Obok niej niespokojnie wierciła się Drackmus. Swoją obecnością demonstrowa-
ła,  że  i  ona,  i  jej  siostry  z  Nory  Hunchuzuc  uznały  racje  byłych  przeciwniczek.  Nie 
wyglądała  jednak  na  uszczęśliwioną.  -  Musimy  tylko  zawrzeć  z  tobą  pewne  porozu-
mienia. 

-  Nie  zgadzam  się  na  zawieranie  jakichkolwiek  porozumień  -  odparła  obojętnym 

tonem Leia. Zaczynała odczuwać znużenie. Rozmowy zaczęły się rano, a teraz zbliżało 
się późne popołudnie. Wszyscy nadal przebywali w luksusowej willi... która okazała się 
więzieniem.  Selonianki  z  Supernory  otoczyły  „Ognistą  Jade"  siłowym  polem,  a  jego 
obrzeża piklowały uzbrojone strażniczki. Leia widziała przez okno korwetę, nierucho-
mo spoczywającą na sąsiadującym z willą lądowisku, ale tym razem nawet nie mogłaby 
marzyć  o  tym,  żeby  posłużyć  się  statkiem  do  ucieczki.  -  A  nawet  gdybym  pragnęła 
zawrzeć z wami ugodę, nie uczyniłabym tego, dopóki przebywam w niewoli. W takich 

background image

Roger MacBride Allen 

135 
warunkach nie miałoby to zresztą żadnego sensu. Mój rząd nigdy nie uznałby porozu-
mienia zawartego pod groźbą śmierci. 

- Jak możesz mówić, że grozi ci śmierć, skoro po zawarciu ugody będziesz mogła 

odlecieć, dokąd zechcesz? - żachnęła się Selonianka. 

- W tej chwili grozi mi śmierć, jeżeli jej nie zawrę  - odparła Leia spokojnym, ale 

władczym tonem. Ani na sekundę nie zapomniała o tym, że jest przywódczynią Nowej 
Republiki.  -  Tak  czy  owak,  nie  zgadzam  się  na  żadne  porozumienia.  A  zatem  dalsza 
dyskusja na ten temat po prostu nie ma sensu. 

-  Proszę  cię  jeszcze  raz,  żebyś  to  przemyślała  -  rzekła  Kleyvits.  -  Żądamy  tylko, 

żebyś uznała to, co i tak stało się faktem. Nie należymy już do Nowej Republiki. Zrzu-
ciliśmy wasze jarzmo. Odtąd chcemy być wolni. Pragniemy sami rządzić się w swoim 
świecie. Sami będziemy podejmowali wszelkie decyzje. Prosimy tylko, żebyś zechciała 
uznać ten fakt, nic więcej. 

- Nie będziecie ani trochę bardziej wolni niż byliście, należąc do Nowej Republiki 

- odezwała się lodowatym tonem Mara Jade. - Nie mieliście nad sobą żadnego dyktato-
ra.  Nikt  nie  rozkazywał  wam,  co  myśleć,  czuć  albo  mówić.  Nie  zrzuciliście  jarzma 
żadnego  tyrana.  I  nie  chodzi  wam  o  to,  żebyśmy  uznali  wolność  Selonii.  Naprawdę 
zależy wam na tym, żebyśmy pogodzili się z przejęciem władzy przez Supernorę. 

- Hej, coś wam powiem - wtrącił się Han Solo. - Dajmy im to, czego żądają. Cał-

kowitą  niezależność.  Uniezależnienie  się  od  handlu,  międzygwiezdnych  kontaktów  i 
importu  niezbędnych  towarów.  Całkowite  uniezależnienie  od  międzyplanetarnych  lo-
tów. Absolutne embargo. Jak wam się to podoba? 

-  My,  siostry  z  Supernory,  które  zawsze  chciałyśmy  odciąć  się  od  wszelkich 

wpływów  z  zewnątrz,  niczego  bardziej  nie  pragniemy  -  odrzekła  Kleyvits.  -  Czy  nie 
mam racji, droga przyjaciółko? - zapytała, zwracając się do Drackmus. - Zabierz głos w 
imieniu  Nory  Hunchuzuc.  Czy  nie  zgadzasz  się,  że  największym  błogosławieństwem 
będzie dla nas całkowita izolacja? 

- O tak, czcigodna Kleyvits  - wymamrotała ponuro druga Selonianka. Było oczy-

wiste, że obca istota czuje się upokorzona i nieszczęśliwa. - Nie ma żadnych wątpliwo-
ści, że wszyscy mieszkańcy Selonii od dawna pragną żyć w całkowitej izolacji od resz-
ty wszechświata. 

- A co z twoimi przyjaciółkami i krewniaczkami, które pozostały na Korelii? - za-

drwił Han. - Czy to nie tam spędziłaś całe dotychczasowe życie? 

- Ucieszą się tak samo jak ja, kiedy się dowiedzą, że nareszcie odcięłyśmy się od 

wszelkich wpływów z zewnątrz - odparła Drackmus. Mimo to nie przestała wpatrywać 
się w blat stołu. 

-  Obawiam  się,  czcigodna  Drackmus,  że  nie  umiesz  kłamać  -  stwierdził  Han.  - 

Widziałem trupy, które były bardziej przekonujące. 

Selonianka  uniosła  głowę  i  rzuciła  na  rodaczkę  ukradkowe,  zaniepokojone  spoj-

rzenie. 

-  Proszę,  pozbądź  się  wszelkich  wątpliwości,  czcigodny  Solo  -  powiedziała.  - 

Mówię całkowicie szczerze. 

- Możesz się o to nie martwić - uspokoił ją Han. - Nie mam żadnych wątpliwości. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

136 

-  Nalegam,  żebyśmy  zajęły  się  omawianiem  głównego  problemu  -  wtrąciła  się 

Kleyvits,  trochę  zbita  z  tropu  zachowaniem  drugiej  Selonianki.  Spojrzała  na  Leię.  - 
Uznasz niepodległość Selonii kierowanej przez Supernorę albo nigdy nie opuścisz ży-
wa naszej planety. 

- Zgadzam się - oświadczyła Leia. 
Zaskoczona Kleyvits skierowała na nią zdumione spojrzenie. 
- Czy to znaczy, że zdołałam cię przekonać? - zapytała z nadzieją w głosie. 
-  Oczywiście  -  zapewniła  przywódczyni  Nowej  Republiki.  -  Wybieram  drugą 

ewentualność. Tę, w której mowa, że nie opuszczę Selonii żywa. Nie krępuj się. Mo-
żesz zacząć nas zabijać. 

Kleyvits  ciężko  westchnęła,  wyciągnęła  pazury  i  zaczęła  bębnić  nimi  po  blacie 

stołu. Hałas, jaki się rozległ, nie należał do przyjemnych. Nikt nie mógł nie zauważyć, 
że Selonianka ma wyjątkowo długie i ostre pazury. 

-  Rozumiem  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Wygląda  na  to,  że  jednak  spędzicie  tutaj 

jeszcze trochę czasu. 

 
Thrackan siedział na fotelu drugiego pilota. Przyglądał się, jak jeden z jego pod-

władnych startuje i kieruje się ku otworowi wylotowemu gigantycznej komory plane-
tarnego repulsora. Powoli, powoli, powoli... ale coraz wyżej. Przez chwilę szturmowa 
jednostka zawisła nieruchomo nad otworem, a potem zaczęła się majestatycznie obra-
cać. W końcu dziób statku zwrócił się w stronę dwóch punkcików świecących na wie-
czornym  niebie  tuż  nad  horyzontem.  Talus  i  Tralus.  Co  prawda,  Thrackan  nie  mógł 
tego  dojrzeć  gołym  okiem,  ale  wiedział,  że  gdyby  miał  makrolornetkę  albo  inne  po-
większające urządzenie, mógłby dostrzec również iskierkę stacji Centerpoint. 

Wszystko zostało przygotowane. Musiał tylko przycisnąć odpowiedni guzik, żeby 

włączyć nadajnik radionicznych sygnałów, a potem wysłać w przestworza zaszyfrowa-
ny  sygnał.  Kiedy  skończy,  wyda  rozkaz  pilotowi,  żeby  ponownie  wylądował  na  dnie 
komory repulsora. Później  musi już tylko  uzbroić się  w cierpliwość i zaczekać, aż ra-
dioniczny sygnał, lecąc z prędkością światła, dotrze do ukrytej sterowni. Automatycz-
nie sterowane urządzenia wyłączą generator zagłuszających sygnałów, a wtedy wszyst-
ko znów potoczy się jak za dawnych czasów. Jeżeli zechce się posłużyć konwencjonal-
nym komunikatorem, nie będzie nawet musiał jeszcze raz wylatywać nad powierzchnię. 
Przenikających  przez  nadprzestrzeń  sygnałów  nie  stłumią  ściany  komory  repulsora,  a 
odbiorca nie będzie musiał znajdować się w zasięgu wzroku. Bardzo wygodne rozwią-
zanie. 

I  bardzo  proste.  Thrackan  nie  miał  zwyczaju  zaprzątać  sobie  myśli  takimi  głup-

stwami  jak  poezja,  ale  w  tej  chwili  pomyślał,  że  to,  co  zamierza  zrobić,  przypomina 
rzucenie kamienia na sam środek stawu. Już wkrótce po powierzchni wody we wszyst-
kie strony zaczną się rozchodzić fale. Niektóre konsekwencje wrzucenia kamienia mógł 
przewidzieć, ale wiedział - chyba lepiej niż ktokolwiek inny - w jak niebezpieczną grę 
się wdaje. Fale mogły się skierować nie tam, gdzie przewidywał. Mogły się także roz-
bić o brzeg. Zamierzał wyłączyć generator zagłuszających sygnałów, ponieważ wyma-

background image

Roger MacBride Allen 

137 
gała tego sytuacja, ale szansę nawiązania łączności za pomocą komunikatorów mogło 
chcieć wykorzystać także wiele innych osób. 

Pewne konsekwencje swojego czynu zdoła odgadnąć bez trudu. Z pewnością, kie-

dy  wyłączy  generator,  z  okazji  skorzystają  także  prawdziwi  władcy  gwiazdogromu. 
Posłużą  się  komunikatorem  i  wyślą  własny  sygnał,  żeby  jak  najszybciej  zlikwidować 
interdykcyjne  pole.  Później  przeskoczą  przez  nadprzestrzeń,  żeby  dotrzeć  w  okolice 
Korelii... a tam natkną się na jednostki bakurańskiej floty. Thrackan doszedł do wnio-
sku,  że  chyba  nic  nie  mogłoby  bardziej  sprzyjać  jego  planom.  Najwięcej  skorzysta, 
jeżeli  obie  strony  rozpoczną  zażartą,  bezpardonową  walkę.  Zapewne  jednej  uda  się 
pokonać drugą. Zwycięzcy będą jednak tak osłabieni, że kiedy dojdzie do ostatecznej 
konfrontacji, wojska Thrackana rozprawią się z nimi bez trudu. 

Przywódca Ligi Istot Ludzkich mógł być też prawie pewien, że władcy gwiazdo-

gromu zablokują  generator zagłuszających sygnałów, aby już  nikt nie  wykorzystał  go 
do własnych celów. Z pewnością nie zechcą dopuścić, żeby on - czy ktokolwiek inny - 
znów  uniemożliwił łączność  za pomocą komunikatorów. Mówi się  trudno. Oznaczało 
to jednak, że nieprzyjaciele Thrackana  - a  miał ich w koreliańskim systemie planetar-
nym  co  niemiara  -  będą  mogli  znów  się  ze  sobą  porozumiewać.  Prawdopodobnie  za-
czną  wymieniać  informacje. Dowiedzą  się,  jak  radzą  sobie  pozostali,  a  także  poznają 
prawdę o nim, o Thrackanie. Będzie jednak za późno. Nie musi się tym martwić. 

Czym jednak powinien się przejmować? Jakich konsekwencji nie przewidział? Na 

jakie nieznane ryzyko się narażał? Nie wiedział tego i chyba nie miał sposobu się do-
wiedzieć. 

Wiedział jedno. Wyłączenie generatora zagłuszających sygnałów pozwoli mu wy-

dać  oświadczenie,  w  którym  poinformuje  wszystkich  w  koreliańskim  systemie  plane-
tarnym, że oto pochwycił i uwięził dzieci Hana Solo. Jego kuzyn usłyszy to albo dowie 
się od kogoś innego, ale nie zdoła na to nic poradzić. 

Czy zemsta mogła być rozkoszniejsza? 
Thrackan  przycisnął  guzik  i  w  przestworza  poleciał  zaszyfrowany  rozkaz  wyłą-

czenia generatora. 

 
Ossilege zauważył na ekranie dalekosiężnego skanera, że szturmowy wahadłowiec 

wyskoczył  z  otworu  draliańskiego  repulsora.  Kilka  chwil  wisiał  nieruchomo,  a  potem 
powoli się obrócił. Jednak po kilkunastu następnych sekundach z powrotem zniknął w 
otworze.  Admirał  przeniósł  spojrzenie  na  dowódcę  artylerzystów  „Intruza",  ale  zoba-
czył, że mężczyzna kręci głową. 

- Przykro mi, panie admirale. Nie mieliśmy dość czasu, aby go namierzyć. Dodat-

kowe  zakłócenia  wprowadziły  warstwy  atmosfery.  Gdyby  cel  pozostał  nieruchomy 
jeszcze trzydzieści sekund... 

Dowódca artylerzystów nie dokończył zdania, ale Ossilege zrozumiał. Gdyby nie-

przyjacielska szturmowa jednostka pozostawała widoczna na tyle długo, żeby dało się 
do niej wystrzelić, mógłby uważać, że wygrał tę wojnę. 

 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

138 

- Niech to zaraza! Zostawiam ich na pięć minut i wszystko zmienia się jak w ka-

lejdoskopie - wybuchnął Lando, kiedy „Ślicznotka" wyleciała przez wrota mamuciego 
hangaru stacji Centerpoint. - Gdzie podział się „Intruz"? 

- Kim albo czym jest „Intruz"? - zainteresowała się Jenica. 
-  Całkiem  sporym  przedmiotem.  Okrętem.  Bakurańskim  lekkim  krążownikiem  - 

odparł Calrissian. - Na ogół rzuca się w oczy, ale teraz nigdzie go nie widzę. 

- Czy na pewno patrzyłeś tam, gdzie ostatnio go  widziałeś?  - zapytała  młoda ko-

bieta. 

Lando musiał się uśmiechnąć. 
- Patrzyłem, i to całkiem niedawno, ale nigdzie go nie zauważyłem. Założę się, że 

poleciał tam, gdzie nawet do głowy nie przyjdzie mi go szukać. 

- Jak sądzisz, dokąd poleciał? 
-  Domyślam  się,  że  musiało  się  wydarzyć  coś  niezwykłego,  a  admirał  Ossilege, 

chcąc  wykazać  się  jeszcze  większą  odwagą,  poleciał,  żeby  coś  z  tym  zrobić...  bez 
względu na to, czy ma szansę, czy też nie. 

- Nie jestem pewna, czy podobają mi się twoje uwagi, Lando - odezwała się Gae-

riela. 

- A ja nie jestem pewien, czy podoba mi się to, że Ossilege tak ryzykuje  - odciął 

się mężczyzna. - Pytanie jednak, co powinniśmy zrobić? 

- Nie mam pojęcia - przyznała Bakuranka. - Życie byłoby o wiele prostsze, gdyby-

śmy się  mogli posłużyć komunikatorem.  - Umilkła i kilka chwil nad czymś się zasta-
nawiała.  -  Czy  nie  możemy  nawiązać  łączności  z  którymś  niszczycielem  za  pomocą 
lasera? - zapytała w końcu. 

-  To  nie  takie  proste  -  oznajmił  Calrissian.  -  Prawdopodobnie  szybciej  i  prościej 

byłoby skierować się do najbliższego okrętu i wylądować w hangarze, a potem otwo-
rzyć śluzę i zapytać, co się stało. 

-  A  zatem  nie  traćmy  czasu  -  powiedziała  Gaeriela.  -  Kiedy  dowiemy  się  czegoś 

więcej, zdecydujemy, co dalej. 

- Bardzo rozsądna propozycja - zgodził się z nią Lando. - Już lecimy. 
 
Jaina westchnęła. Sytuacja wyglądała niewesoło. Więźniowie siedzieli - zasmuce-

ni  i  osamotnieni  -  stłoczeni  we  wnętrzu  przenośnej  energetycznej  palisady.  Nie  mogli 
zrobić nic poza przyglądaniem się, jak technicy i żołnierze Ligi Istot Ludzkich wynoszą 
sprzęt  i  rozbijają  obozowisko...  krótko  mówiąc,  przygotowują  się  do  spędzenia  dłuż-
szego czasu w komorze repulsora. 

Przenośna palisada była w rzeczywistości bąblem siłowego pola. Wytwarzał je ge-

nerator ustawiony poza energetyczną zaporą, tak by więźniowie nie mogli go wyłączyć. 
Półkulista bańka była jednak idealnie przezroczysta; wszyscy zatem widzieli generator 
jak na dłoni. 

Anakinowi - mówiąc delikatnie - wcale to się nie podobało. Sam fakt, że widział, 

ale nie mógł dotknąć urządzenia, które więziło wszystkich we wnętrzu siłowego bąbla, 
denerwował go bardziej niż świadomość, że ma ograniczoną swobodę ruchów. 

background image

Roger MacBride Allen 

139 

Bliźnięta starały się, jak mogły, kierować uwagę brata na inne tory. Niestety, nie 

miały łatwego zadania. Na szczęście zauważyły, że próby pocieszenia Anakina odwra-
cają także ich uwagę od sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli. 

Tymczasem Dralowie, Ebrihim i Marcha,  widocznie doszli do wniosku, że pobyt 

w więzieniu może stać się świetną okazją do nadrobienia ponad dziesięcioletnich zale-
głości  w  wymienianiu rodzinnych ploteczek... a z tego, co mówili,  wynikało, że mają 
bardzo liczną rodzinę. Siedzieli tak, rozmawiając bez przerwy od wielu godzin. 

Zajmowali się po kolei losami rozmaitych kuzynów. Omawiali problemy finanso-

we, jakie się przydarzyły jednemu wujowi. Sporo czasu spędzili, zastanawiając się nad 
skandalem,  jaki  wybuchł,  kiedy  stryjeczna  siostra  nie  zgodziła  się  rozwieść  z  piątym 
mężem. 

Zirytowany Chewbacca spacerował po więzieniu, raz po raz wędrując to pod jed-

ną, to znów pod drugą przezroczystą ścianą. Przyglądał się bezradnie, jak technicy Ligi 
Istot  Ludzkich  przeszukują  pomieszczenia  „Sokoła  Millenium".  Niektórzy  wspięli  się 
na kadłub i przechadzali tam i z powrotem. Od czasu do czasu ten czy ów otwierał kla-
pę jakiegoś panelu i zaglądał do środka, usiłując się zorientować, do czego może służyć 
ukryte tam urządzenie. Raz czy dwa, ujrzawszy, co kryje wnętrze, któryś z techników 
Ligi  wybuchał  głośnym  śmiechem.  W  takich  chwilach  Chewbacca  tylko  z  trudem 
trzymał nerwy na wodzy. Walił pięścią w niewidoczną ścianę i ryczał rozwścieczony, 
ale jedynym skutkiem było to, że osmalił sobie sierść na dłoniach i przedramionach. 

Chyba  tylko  Dralowie  byli  na  tyle  spokojni  i  odprężeni,  aby  zachować  trzeźwy 

umysł w zmienionej sytuacji. Z pewnością nie zachowywała go Jaina. A sytuacja uległa 
zmianie, kiedy w otworze włazu szturmowego wahadłowca pojawił się Thrackan Sal-
Solo.  Zeskoczył  na  dno  komory,  po  czym  ruszył  w  stronę  więźniów.  Obok  niego, 
dźwigając rejestrator hologramów, kroczył barczysty technik Ligi Istot Ludzkich. 

- Dobry wieczór wszystkim - odezwał się Thrackan. Jego głos bardzo przypominał 

głos Hana, a zarazem bardzo się od niego różnił. Kuzyn Thrackan - pomyślała Jaina. - 
Jakie to dziwne myśleć o nim jako o krewniaku. Jednak właśnie tak wyglądała prawda. 

- Cześć - odpowiedziała dziewczynka. Chwilę później także Jacen wymruczał coś, 

co zabrzmiało jak powitanie. 

Anakin tylko raz zerknął na kuzyna ojca i zaraz wybuchnął głośnym płaczem. Jai-

na nie mogła mieć mu tego za złe. Już sam widok Thrackana mógł wprawić malca w 
przerażenie.  Mężczyzna  miał  nieco  ciemniejszą  karnację  niż  Han;  był  także  odrobinę 
wyższy i trochę silniej zbudowany, a jego włosy miały ciemniejszy odcień. Co prawda, 
ciemna broda sprawiała, że trochę różnił się od Hana, ale nie na tyle, żeby nie uwypu-
klały się wszystkie podobieństwa. Bliźniętom się wydawało, że spoglądają na pogrążo-
ną w złowieszczym mroku podobiznę ojca... na kogoś, w kogo Han mógłby się przei-
stoczyć, gdyby pozwolił, żeby jego duszą zawładnęły gniew, nienawiść, złość i podejrz-
liwość. 

- Powiedz temu bachorowi, żeby się przestał mazać  - warknął Thrackan, zupełnie 

jakby Jaina mogła uciszyć malca machnięciem ręki. 

- Nie mogę - odrzekła dziewczynka. - Możliwe, że po minucie czy dwóch sam się 

uspokoi, ale na razie boi się pana. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

140 

-  Nie  musi  się  mnie  bać.  Nie  ma  powodu  -  oznajmił  mężczyzna.  -  Przynajmniej 

jeszcze nie w tej chwili. 

Jego słowa nie natchnęły nikogo otuchą. 
Jaina uklękła przed młodszym bratem, objęła go i uściskała. 
- Zobaczysz, Anakinie, wszystko będzie dobrze  - szepnęła. Miała nadzieję, że się 

nie myli. 

-  Dlaczego  pan  do  nas  przyszedł?  -  zapytał  Jacen,  piorunując  Thrackana  gniew-

nym spojrzeniem. - Czego pan od nas chce? 

-  Niczego  specjalnego,  niczego  specjalnego  -  odparł  kuzyn  Hana.  -  Chcę  tylko 

zrobić wam wszystkim kilka hologramów. 

Chewbacca  warknął  i  zaryczał,  obnażając  wszystkie  kły.  Kiedy  się  uspokoił,  za-

maszystym gestem zaprosił Thrackana do wnętrza siłowego bąbla. 

Mężczyzna się uśmiechnął. 
- Nie mówię twoim barbarzyńskim językiem, Wookie, ale rozumiem, co chcesz mi 

powiedzieć. Nie, uprzejmie dziękuję. Zupełnie wystarczy, jeżeli stanę blisko ciebie, ale 
będę oddzielony barierą palisady. 

-  Dlaczego  chce  pan  nam  zrobić  hologramy?  -  zapytała  Marcha.  Thrackan  znów 

się uśmiechnął. 

- To powinno być oczywiste  dla każdego, nawet dla istot twojej rasy  - zadrwił.  - 

Niedawno  wysłałem  sygnał,  który  spowoduje  wyłączenie  generatora  zagłuszających 
sygnałów. Kiedy łączność stanie się możliwa, rozpowszechnię hologramy jako dowód, 
że  naprawdę  jesteście  moimi  więźniami.  Bardzo  wątpię,  aby  ktokolwiek  przejął  się 
losem, jaki zamierzam zgotować pomylonemu Wookiemu i parze utuczonych Dralów. 
Spodziewam się jednak, że kiedy rodzice tych dzieci dowiedzą się, iż mam teraz władzę 
nie tylko nad ich pociechami, ale i nad planetarnym repulsorem, wykażą przynajmniej 
odrobinę zdrowego rozsądku. 

Marcha,  księżna  Mastigoforu,  wyprostowała  się  dumnie  i  obdarzyła  Thrackana 

spojrzeniem, jakim czasem karci się poganiaczy niewolników. 

-  Zamierza  pan  popełnić  poważny  błąd  -  oznajmiła.  -  Przejęta  troską  o  pańskie 

bezpieczeństwo muszę prosić, żeby pan jeszcze raz przemyślał to, co chce zrobić. 

Thrackan wybuchnął głośnym śmiechem. 
- Twoje groźby nie robią na mnie żadnego wrażenia, Dralko  - powiedział. - Osz-

czędzaj swój oddech. 

- A zatem niech się stanie, jak pan chce - odparła ciotka Marcha. - Konsekwencje 

tego błędu spadną wyłącznie na pańską głowę. Musiałam pana uprzedzić, ponieważ tak 
nakazywał mi honor. Dodam tylko, że mądra istota potrafi odróżnić groźbę od ostrze-
żenia. 

Na  mgnienie  oka  mężczyzna  przestał  się  uśmiechać.  Potem  jednak  wykrzywił 

twarz tak samo szyderczo i złośliwie jak poprzednio. 

-  Nie  zamierzam  rozmawiać  z  żadnym  spośród  was  na  takie  tematy  -  burknął 

szorstko. - A teraz chcę, żeby dzieci podeszły do tej ściany palisady, jak najbliżej mnie, 
a wszystkie obce istoty stanęły możliwie jak najdalej. 

- Dlaczego... - zaczął Ebrihim. 

background image

Roger MacBride Allen 

141 

-  Bo  tak  sobie  życzę!  -  uciął  Thrackan.  -  Jeżeli  mnie  nie  usłuchacie,  zmienię 

kształt siłowego pola w taki sposób, że zmniejszę obszar waszego więzienia o połowę. 
Jeżeli  zechcę,  mogę  was  wszystkich  zastrzelić.  -  Mężczyzna  urwał  i  uśmiechnął  się 
jeszcze  paskudniej.  -  A  jeśli  nie  podporządkujecie  się  mojej  woli,  zrobię  dzieciakom 
jakąś krzywdę - dodał spokojniejszym tonem. - A teraz marsz pod przeciwległą ścianę! 

Dralowie i Wookie wymienili spojrzenia. Prawdę mówiąc, byli bezradni. Nie mieli 

wyboru. Odeszli na tyle daleko, na ile pozwoliła im przezroczysta ściana. 

Tymczasem  mały  Anakin  zdołał  trochę  przyjść  do  siebie  i  Jaina  pomogła  mu 

wstać.  Wiedziała,  że  istnieje  niezawodny  sposób  odwrócenia  uwagi  młodszego  brata: 
namówienie  go,  aby  przyglądał  się,  jak  ktoś  inny  obsługuje  nieznane  urządzenie.  W 
dodatku obserwowanie, jak technik Ligi Istot Ludzkich manipuluje pokrętłami genera-
tora siłowego pola, mogło im wszystkim przynieść korzyść. 

-  Posłuchaj,  Anakinie  -  szepnęła  dziewczynka.  -  Uważnie  obserwuj  wszystko,  co 

będzie robił tamten człowiek. 

Chłopczyk wytarł nos i kiwnął głową Wszystkie dzieci podeszły do przezroczystej 

bariery i zaczęły patrzeć na to, co robi pomocnik Thrackana. Mężczyzna uklęknął przed 
generatorem energetycznej palisady i wyciągnął z kieszeni staroświecki metalowy klu-
czyk. Umieścił go w otworze widocznym w obudowie urządzenia, a potem przekręcił o 
ćwierć obrotu w lewo. Następnie przestawił dźwigienki kilku przełączników. 

We wnętrzu przezroczystego bąbla zaczęła się tworzyć nowa bariera siłowego po-

la.  Miała  kształt  płaskiego,  pionowo  ustawionego,  prawie  niewidocznego  półkola  i 
podzieliła  siłowy  bąbel  więzienia  dokładnie  na  połowy.  Odseparowała  w  ten  sposób 
dzieci od dorosłych. Kiedy się ukształtowała, technik Ligi przekręcił kluczyk o ćwierć 
obrotu w prawo, a potem wyjął z otworu i schował do kieszeni kombinezonu. 

-  Wasza  Ekscelencjo,  panie  Dyktatorze,  może  byłoby  lepiej  zwiększyć  natężenie 

siłowego pola - powiedział, zwracając się do Thrackana. - Dzięki temu palisada lepiej 
wyjdzie na hologramie. 

-  A  więźniowie?  -  zainteresował  się  przywódca  Ligi.  -  Czy  nie  będą  gorzej  wi-

doczni? 

- Tylko trochę, Wasza Ekscelencjo, ale ich twarze pozostaną równie łatwe do roz-

poznania. Widok siłowego pola przyda hologramowi większej wiarygodności. Nikt nie 
będzie  mógł  żywić  najmniejszych  wątpliwości,  że  dzieci  przywódczyni  Nowej  Repu-
bliki  są  rzeczywiście  pańskimi  więźniami.  Energetyczna  palisada  wzmocni  siłę  pań-
skich argumentów. 

- Bardzo dobrze - zdecydował Thrackan. - Proszę zwiększyć natężenie pola. 
Technik  obrócił  w  prawo  jakąś  tarczę  i  ściana  siłowej  bariery  utraciła  odrobinę 

swojej przezroczystości. 

-  Znakomicie  -  oświadczył  kuzyn  Hana.  -  Doprawdy  doskonale.  A  teraz  proszę 

włączyć rejestrator hologramów i przystąpić do pracy. Niech pan zarejestruje po kolei 
twarze  wszystkich  dzieci,  a  potem  na  panoramicznym  ujęciu  ukaże  mnie  na  tle  całej 
trójki.  Nie  chcę,  żeby  ktokolwiek  miał  wątpliwości,  iż  naprawdę  pochwyciłem  dzieci 
Hana Solo. Nie pozwolę, aby pomyślano, że pokusiłem się o sfałszowanie hologramu. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

142 

Technik uniósł kamerę do twarzy i zajął się pracą. Zarejestrował wizerunek każdej 

ponurej  dziecięcej  twarzyczki,  a  potem  uwiecznił  Thrackana  na  tle  trójki  więźniów. 
Kiedy skończył, wyłączył urządzenie i powiedział: 

- To powinno wystarczyć, Dyktatorze Sal-Solo. 
-  Bardzo  dobrze  -  odezwał  się  Thrackan.  -  A  teraz  niech  pan  rozstawi  nadajnik  i 

przygotuje się do wysłania wszystkich hologramów. 

- Chce pan, żebym zlikwidował tę przegrodę? - zapytał technik Ligi. 
Thrackan odwrócił głowę i kilka chwil przyglądał się energetycznej barierze. 
- Niech zostanie  - oznajmił w końcu.  - Rozsądek nakazuje, żeby dzieci pozostały 

odseparowane od obcych istot. Dzięki temu nie będą mogły knuć żadnych intryg. 

Odwrócił się i odszedł, nie mówiąc więcej ani słowa. Technik zabrał rejestrator i 

podążył za nim. 

Jaina zaczekała, aż oddalą się na bezpieczną odległość. Potem zwróciła się do bra-

ta bliźniaka. 

- Widziałeś wszystko, co ten technik robił? - zapytała. - Potrafisz zrobić to samo? 
- Chyba nie - odrzekł chłopiec. - Nie sądzę, żebym zdołał obrócić jakieś pokrętło, 

posługując  się  tylko  Mocą.  Jeszcze  nie  władam  nią  na  tyle  precyzyjnie.  A  poza  tym 
tamten technik przekręcał jakiś kluczyk. 

Jaina zwróciła się do młodszego brata. 
- A ty, Anakinie? - zapytała. 
-  Mógłbym  zrobić  coś,  gdybym  się  do  niego  dostał  -  odparł  malec.  -  Zmienić  to 

czy  owo.  Musiałbym  jednak  mieć  ten  klucz,  żeby  zmniejszyć  natężenie  pola  albo  w 
ogóle wyłączyć zasilanie. Sama widziałaś. Muszę mieć klucz, żeby wyłączyć ten gene-
rator. 

- A zatem nie możemy mieć nadziei - westchnęła dziewczynka. 
-  Nie  wygaduj  głupstw,  moje  dziecko  -  odezwała  się  ciotka  Marcha,  stojąca  po 

drugiej stronie niewidocznej przegrody. - Zawsze trzeba mieć jakąś nadzieję, zwłaszcza 
kiedy ma się do czynienia z przeciwnikiem, który uważa, że osiągnie wszystko, starając 
się zastraszyć swoich więźniów. 

Jaina podeszła do półkolistej ściany. Obaj chłopcy uczynili to samo. 
- Czy naprawdę popełnił jakiś błąd, ciociu Marcho? - zapytała dziewczynka, która 

chciała się dowiedzieć czegoś nowego, a przy okazji znaleźć pocieszenie. 

- Oczywiście  - odparła Dralka. - Jak najbardziej, moje dziecko. Chewbacca cicho 

się roześmiał, co zabrzmiało jak warknięcie. 

Potem przeciągle zaryczał. Rozejrzał się dokoła, żeby się upewnić, że nie widzi w 

pobliżu żadnego żołnierza Ligi Istot Ludzkich. Później podszedł najbliżej, jak mógł, do 
energetycznej bariery. Rozgiął palce i pokazał im rękę. 

Na dłoni miał miniaturowy komunikator. 
Jaina wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu i spojrzała na Wookiego. 
- Powinnam była się domyślić - powiedziała. - Masz taką długą sierść, że mógłbyś 

w  niej ukryć każde urządzenie. A poza tym  kto odważyłby się przeszukiwać Wookie-
go? 

Usłyszawszy pytanie, Chewbacca zachichotał. 

background image

Roger MacBride Allen 

143 

-  Tylko  do  czego  może  się  nam  to  przydać?  -  zapytał  Jacen.  -  Ten  nadajnik  ma 

przecież bardzo mały zasięg. Z pewnością nie większy niż kilka kilometrów. 

-  Zapomniałeś  o  kimś,  kto  przebywa  bardzo  blisko  -  odezwał  się  Ebrihim.  -  O 

kimś, kto dysponuje wbudowanym komunikatorem. - Starszawy Dral uśmiechnął się do 
własnych myśli. - O kimś, kto prawdopodobnie ma już dość czekania. 

 
Qiunine-Ekstoo miał już rzeczywiście dosyć czekania  - co było samo w sobie nie 

lada osiągnięciem, zważywszy, że chodziło o robota. Jakikolwiek inny automat zapew-
ne określiłby, kiedy ma ponownie włączyć obwody, i po prostu by się wyłączył. Qiuni-
ne nawet o tym nie myślał. Obawiał się, że mógłby coś przeoczyć. Najdziwniejsze jed-
nak, że wciśnięty do góry kółkami do jednej z przemytniczych skrytek pod pokładem 
„Sokoła Millenium", i tak nie mógł zauważyć niczego ciekawego. Dochodził do wnio-
sku,  że  bardziej  niż  to,  że  tkwi  tak  odwrócony,  drażni  go  ograniczenie  swobody  ru-
chów. Co prawda, czułby się o wiele lepiej, gdyby miał kopułkę nad, a nie pod korpu-
sem, ale czasu było tak niewiele, że wylądował w pierwszym lepszym pomieszczeniu, 
w którym się mógł zmieścić... bez względu na to, w jaki sposób. 

Rozkazy, jakie wydał mu Ebrihim, były bardzo proste i nie wymagały, żeby robot 

pozostawał cały czas włączony: „Odczekaj przynajmniej czternaście godzin. Nie poka-
zuj się, dopóki się nie upewnisz, że ci nic nie grozi. Dopiero wtedy wyjdź, przeszukaj 
statek  i  na  ile  będziesz  mógł,  zorientuj  się  w  sytuacji.  Wymyśl  najlepszy  plan,  żeby 
przyjść nam z pomocą, a później przystąp do jego realizacji". 

To prawda, polecenie nie zawierało zbyt wielu szczegółów, ale intencje Ebrihima 

nie  budziły  wątpliwości.  Qiunine  wiedział  jednak,  że  z  wykonaniem  zadania  będzie 
miał  niejakie  trudności.  Przeszukanie  pomieszczeń  „Sokoła"  oznaczało  konieczność 
wysunięcia z obudowy wszystkich czujników i próbników, a to mogło się okazać nie-
możliwe, dopóki automat tkwił do góry kółkami w ciasnym schowku. 

Mógł ograniczyć pobór energii, ale wydarzenia kilku ostatnich godzin sprawiły, że 

po prostu czuł się zbyt podniecony. Co więcej, dokonał  kilku analiz autodiagnostycz-
nych  i  zapoznał  się  z  rejestrem  dotychczasowych  awarii  i  uszkodzeń.  Uświadamiał 
więc  sobie,  jak  niewiele  brakowało,  aby  został  unicestwiony  podczas  energetycznej 
burzy, jaka rozpętała się po włączeniu przez Anakina planetarnego repulsora. 

Automaty niezwykle rzadko przypominały sobie w taki dotkliwy sposób, jak łatwo 

mogą utracić świadomość. Teraz, chociaż od tamtego wydarzenia upłynęło trochę cza-
su, Qiunine nie mógł skupić myśli na niczym innym oprócz zastanawiania się, jak ła-
two mógł stracić życie. 

Co gorsza, przydarzyło mu się to w niedawnej przeszłości i wszystko wskazywało 

na to, że przydarzy się jeszcze raz w najbliższej przyszłości. Zważywszy zatem na oko-
liczności,  postąpiłby  jak  skończony  głupiec,  gdyby  świadomie  wyłączył  zasilanie  ob-
wodów. Co zrobiłby, gdyby procedury autodiagnostyczne nie wykryły, że jakiś podze-
spół  uległ  awarii  albo  tylko  był  bliski  uszkodzenia?  Co  by  się  stało,  gdyby  określił, 
kiedy  powinien  się  obudzić,  a  uszkodzenie  uniemożliwiłby  odmierzenie  tego  czasu? 
Krótko mówiąc, nie mógł być absolutnie pewien, że zdoła się znów włączyć, a zatem 
postanowił w ogóle się nie wyłączać. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

144 

Możliwe, że jeśli spojrzeć na problem od tej strony, jego decyzja wydawała się ab-

surdalna, ale fakt pozostawał faktem. Qiunine bał się zasnąć. 

Zdecydował, że postąpi najrozsądniej, jeżeli jeszcze trochę zaczeka. 
 
Gaeriela  Captison  stała  w  hangarze  „Wartownika"  tuż  obok  opuszczonej  rampy 

„Ślicznotki". 

-  Chyba  uzgodniliśmy,  co  mamy  robić  -  powiedziała.  -  My  polecimy  na  Dralię  i 

postaramy nawiązać łączność z „Intruzem". 

- Zdecydowanie tak - oświadczył Lando. - Jeżeli ktoś na Dralii odnalazł planetarny 

repulsor, właśnie tam powinniśmy lecieć. 

-  Mnie  to  nie  dotyczy  -  sprzeciwiła  się  Jenica.  -  „Wartownik"  i  „Obrońca"  mają 

nadal strzec Centerpoint, a ja znam tę stację chyba najlepiej i pomogę kapitanom, jeżeli 
będzie trzeba. Zostaję. 

Lando kiwnął głową. 
- Masz rację - powiedział. - A pani porucznik? - dodał, zwracając się do Kalendy. 
Młoda funkcjonariuszka Wywiadu Nowej Republiki uniosła lekko brwi i niezde-

cydowanie pokręciła głową. 

- Trudno powiedzieć - rzekła. - W tych okolicznościach chyba powinnam się zna-

leźć u boku admirała Ossilege'a. 

Żebyś mogła mieć na niego oko? - domyślił się Lando. 
- Chyba masz rację - powiedział. - A zatem wchodź na pokład. 
-  A co ze  mną?  - zapytał Threepio.  - Czy  nadal  mam panu towarzyszyć? Istnieje 

całkiem  duże  prawdopodobieństwo,  że  moja  znajomość  form  komunikowania  się  ob-
cych istot bardziej się  przyda  podczas wyprawy  na  Dralię  niż  tu, na  pokładzie  „War-
townika". 

Lando z  trudem zwalczył pokusę, by odmówić  i zostawić gadatliwego Threepia. 

Najbardziej irytowało go jednak to, że złocisty android może mieć rację. Co zrobi, jeże-
li odnajdzie draliański repulsor, ale natknie się na tubylca, który nie zna basica? 

- Właź na pokład - burknął w odpowiedzi ciemnoskóry pilot. Protokolarny android 

odwrócił  się  i  podreptał  w  górę  rampy.  Gaeriela  i  Kalenda  pożegnały  się  z  Jenicą  i 
zniknęły we włazie 

„Ślicznotki". Lando jednak zwlekał z wejściem na pokład. On także zamierzał po-

żegnać się z Jenicą Sonsen. Pragnął powiedzieć jej coś więcej niż kilka banalnych słów 
pożegnania. Chciał jej wyznać coś, czego może już nigdy nie będzie miał okazji powie-
dzieć. Ujrzawszy jednak rozbawienie na jej twarzy, domyślił się, że Jenica odgadła, co 
chce zrobić. Pierwsza zaczęła rozmowę. 

-  Czy  przypadkiem  nie  zamierzałeś  mi  powiedzieć,  że  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie 

spotkałeś  nikogo  takiego  jak  ja  i  warto,  byśmy  się  lepiej  poznali?  -  zapytała.  -  Może 
chciałeś przypomnieć, że przeżyliśmy razem niejedno, poznaliśmy się i polubiliśmy, a 
zatem nie powinniśmy dopuścić, żeby to wszystko, co nas łączy, teraz się rozwiało? A 
może miałeś zamiar uraczyć mnie innymi wyświechtanymi komunałami, które zazwy-
czaj wywierają na kobietach tak duże wrażenie? 

background image

Roger MacBride Allen 

145 

Lando nie potrafiłby powiedzieć, czy młoda kobieta drwi z niego, czy może uła-

twia mu zadanie. Nie miał pojęcia, czy powinien traktować jej słowa jako ostrzeżenie, 
czy  też  może  jako  zachętę.  Uświadomił  jednak  sobie,  że  nie  to  ma  znaczenie.  Wiele 
razy w życiu się zakochiwał, ale mógł być absolutnie pewny, że tym razem to nie było-
by  właściwe  słowo. Coś  w sercu  mówiło  mu, że tym razem  nie  o to chodzi. Tym ra-
zem... nie miało być żadnego „tym razem". 

Westchnął i pokręcił głową. 
- Jeszcze niedawno, całkiem niedawno, właśnie coś takiego bym powiedział  - za-

czął  cicho.  -  Co ciekawsze, byłbym absolutnie  przekonany, że mówię  szczerze. Przy-
najmniej byłbym tego pewien, dopóki nie skończyłbym mówić, bo niedługo mógłbym 
stracić  tę  pewność. Cały problem  w tym, że zupełnie  niedawno powiedziałem coś ta-
kiego innej damie i wtedy też byłem przeświadczony, że mówię prawdę. Najzabawniej-
sze jednak, że pierwszy raz w życiu nadal jestem o tym przekonany. Możliwe, że będę 
tak uważał jeszcze bardzo, bardzo długo. Obawiam się więc, że nie mogę powiedzieć ci 
teraz tego samego. Zapewne powinienem po prostu się pożegnać. 

Jenica sprawiała wrażenie zdumionej i zaskoczonej... ale chyba nie tak bardzo jak 

jej rozmówca. 

-  Wiesz  co?  -  powiedziała.  -  To  chyba  było  najbardziej  uwodzicielskie  przemó-

wienie,  jakie  kiedykolwiek  słyszałam.  Tamta  musi  być  naprawdę  śliczna...  nie  mam 
oczywiście na myśli „Ślicznotki". - Wyciągnęła rękę, żeby się pożegnać.  - Uważaj na 
siebie, Lando. Prawie żałuję, iż nie wypowiedziałeś tych komunałów. Może dlatego, że 
sama chciałabym się dowiedzieć, jak na nie zareaguję. Wygląda na to, że teraz już ni-
gdy się nie dowiem. 

W odpowiedzi Lando także się uśmiechnął... tak serdecznie i szeroko, że pokazał 

wszystkie zęby. 

- Ja również się nie dowiem - odrzekł. - Ty też uważaj na siebie. 
Puścił dłoń kobiety i odwrócił się. Wszedł po rampie „Ślicznotki" i skierował się 

do sterowni. 

Gaeriela czekała na niego, siedząc na stanowisku obserwatora przy sterburtowym 

iluminatorze. Kalenda zajęła fotel drugiego pilota. 

-  No  i  co?  -  zapytała,  zajęta  wykonywaniem  procedur  testujących,  poprzedzają-

cych start każdego gwiezdnego statku. - Pozwoliła ci, żebyś się z nią jeszcze skontak-
tował? 

Nie odrywała spojrzenia od przyrządów i mierników, ale kącik jej ust uniósł się w 

lekkim uśmiechu. Lando odniósł niejasne wrażenie, że kiedy siadał na fotelu pierwsze-
go pilota, usłyszał dobiegający zza pleców chichot, zdecydowanie nie licujący z godno-
ścią byłej pani premier bakurańskiego rządu. 

- Słucham? - zapytał. 
- Skontaktować się z nią - powtórzyła Kalenda. - Zapytałeś ją, czy będziesz mógł 

skontaktować się z nią, kiedy to wszystko się zakończy? Zgodziła się czy nie? 

Lando uświadomił sobie, że się rumieni. Czyżby to było takie oczywiste? Czyżby 

się cieszył aż tak złą sławą? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

146 

-  Uhm...  hm...  no  cóż...  -  zaczął  niepewnie.  -  Jeżeli  naprawdę  musicie  wiedzieć, 

ona chciała wiedzieć, czy ją zapytam, a ja odpowiedziałem, że nie. Za dużo wszędzie 
tych obietnic. 

Tym razem Kalenda oderwała spojrzenie od przyrządów i zdumiona spojrzała na 

pilota. 

- Żartujesz - powiedziała. 
Jak zwykle nie patrzyła Calrissianowi prosto w oczy. Mimo to ciemnoskóry męż-

czyzna poczuł się chyba jeszcze bardziej zbity z tropu niż zazwyczaj. 

- Ależ skąd - odrzekł. - Ani trochę. Nie wiem wprawdzie, dlaczego miałbym wam 

o tym mówić, ale właśnie tak wygląda prawda. Słowo handlarza. 

Kalenda cicho gwizdnęła i pokręciła głową. 
- No cóż, pani premier - oznajmiła. - Wygląda na to, że musimy unieważnić nasz 

zakład. Szanowny kapitanie, dlaczego jeszcze nie startujesz? 

- Uhm, tak... tak, już zaczynam - bąknął Lando. 
Doprowadził do końca ostatnią procedurę przedstartową, a potem włączył repulso-

ry i delikatnie uniósł „Ślicznotkę" nad płytę lądowiska. Pomyślał, że w pewnych miej-
scach  i  okolicznościach  dochodzi  do  przekonania,  iż  jeszcze  wiele  mu  brakuje,  żeby 
dobrze poznać kobiety. 

„Ślicznotka" wyleciała z hangaru i nabierając prędkości, skierowała się ku Dralii i 

jej planetarnemu repulsorowi. 

 
Luke  Skywalker  nastawił  rękojeść  dźwigni  przepustnicy  swojego  zmodyfikowa-

nego X-skrzydłowca na największą siłę ciągu i nie zmniejszając prędkości, leciał dalej. 
Taniec  planet  po  orbitach  sprawił,  że  w  tej  chwili  Selonia  znajdowała  się  wyjątkowo 
blisko stacji Centerpoint i Bliźniaczych Światów. Wciąż jednak dzieliła go od niej bar-
dzo duża odległość, a mistrz Jedi pragnął jak najszybciej znaleźć się u celu. On także 
chciałby wiedzieć, co mogło oznaczać zniknięcie „Intruza", ale nie miał czasu się  nad 
tym zastanawiać. Miał obowiązki i ważne zadanie do wykonania. Musiał ocalić przed 
zagładą gwiazdę Bovo Yagen... i uratować życie wielu milionów ludzi. A gdyby... gdy-
by  zdołał  zapobiec  unicestwieniu  Bovo  Yagena,  ocalenie  gwiazdy  mogłoby  stać  się 
początkiem końca knowań gwiazdogromców. No i przyspieszyć wygaśnięcie rebelii na 
wszystkich zamieszkanych światach koreliańskiego systemu planetarnego. 

Galaktyki  nie  interesowało  jednak  to,  jak  potoczyłyby  się  jej  losy,  gdyby  ziściły 

się wszystkie domniemania. Wszechświat troszczył się tylko o to, co się stało, a nie o 
to, co mogłoby się stać. Szansa, jaką miał, była bardzo nikła, ale na szczęście nie zero-
wa. A od tego, jak szybko znajdzie się na Selonii, mogło zależeć życie dwunastu milio-
nów ludzi... i Leii. 

Dwanaście  milionów  ludzi.  Luke  tak  niedawno  uważał,  że  w  galaktycznej  skali 

oceny historii  wydarzenia  w  koreliańskim systemie  nie  odgrywały  większej roli.  Cała 
galaktyczna historia, a także wcześniejszy okres, pełen mitów i legend, znaczyły tyle, 
co  mgnienie  kosmicznego  oka.  Ale  dwanaście  milionów  ludzi?  Dwanaście  milionów 
żywych istot? To oznaczało tyle samo marzeń, pragnień i nadziei. Tyle samo przeszło-
ści  i  snów;  tyle  samo  rodzin,  wspomnień  i  historii.  Wszystko  to  po  prostu  zniknie... 

background image

Roger MacBride Allen 

147 
przestanie istnieć, jakby nigdy nie istniało. A wszystkie istoty, które już nigdy się nie 
narodzą?  Wszystkie  obietnice?  Potencjał?  Umiejętności?  To  wszystko  także  zniknie, 
wskutek czego pozbawi galaktykę cząstki przyszłości. 

Z pewnością unicestwienie gwiazdy - obiektu nieprawdopodobnie starego, ogrom-

nego,  majestatycznego i pięknego  -  w celu zaspokojenia  czyichś  ulotnych zachcianek 
było postępkiem godnym najsurowszego potępienia. 

Luke się uśmiechnął. Już nikt nie będzie używał supernowych jako broni. A przy-

najmniej dopóki on żyje. Zamierzał zrobić wszystko, co w jego mocy, by do tego nie 
dopuścić. 

Artoo zapiszczał i zaświergotał. Zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Dopiero wtedy Lu-

ke zwrócił uwagę na wskazania czujników i skanerów. 

- O nie - mruknął do siebie. - Mamy towarzystwo! 
Okołoseloniańską  orbitę  opuściła  właśnie  eskadra  lekkich  myśliwców  szturmo-

wych.  Osiem  maszyn  typu  LMS  oddalało  się  od  planety,  żeby  przechwycić  jego  X-
skrzydłowiec.  Tymczasem  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  Luke  miał  ochotę,  było  toczenie  z 
nimi  walki  w  takiej  chwili.  Pomyślał  jednak,  że  zanim  sprawy  przybiorą  naprawdę 
niekorzystny obrót, może zdoła wystraszyć seloniańskich pilotów. 

Cofnął  rękojeść  dźwigni  przepustnicy  i  wyłączył  generatory  siłowych  pól,  chro-

niących kadłub jego X-skrzydłowca. Uzyskaną w ten sposób porcję energii natychmiast 
przesłał do pokładowych systemów uzbrojenia. 

Astronawigacyjny robot zaszczebiotał i jęknął na znak protestu. 
-  Uspokój  się,  Artoo  -  powiedział  mistrz  Jedi.  -  Przywrócę  osłony,  zanim  nasi 

przeciwnicy zbliżą się na odległość strzału swojej broni. 

Niedawno  stoczył  walkę  z  pilotami  maszyn  typu  LMS;  wiedział  zatem,  na  co  je 

stać.  Lekkie  myśliwce  szturmowe  nie  dorównywały  wprawdzie  X-skrzydłowcom,  ale 
różnica  w  możliwościach obu typów gwiezdnych  maszyn  nie  była  na  tyle  duża, żeby 
Luke - sam jak palec - miał rzucać się w wir walki z ośmioma nieprzyjacielskimi pilo-
tami  naraz. Najlepszym sposobem  stoczenia  takiej  walki  była zatem próba  uniknięcia 
konfrontacji. 

Luke  musiał  tylko  przekonać  pilotów  maszyn  typu  LMS,  że  on  i  jego  X-

skrzydłowiec są więcej niż bardzo dobrzy. Są niemożliwi do pokonania. 

Posługując się Mocą, uwolnił myśli i wysłał w przestworza tak daleko, jak potrafił. 

Zamierzał dotknąć nimi umysłów pilotów seloniańskich maszyn - nie po to, żeby wpły-
nąć na emocje, ale po to, żeby poznać je i ocenić. Wiedział, że seloniański temperament 
-  w  połączeniu  z  przemożnym  pragnieniem  osiągania  zgody  z  pozostałymi  członkami 
jakiejkolwiek  grupy  -  uniemożliwia,  a  przynajmniej  utrudnia  uleganie  emocjom  pod-
czas walki. Selonianie słynęli z tego, że walczyli o wiele lepiej w pojedynkę, lecz dla 
dobra grupy, niż ramię w ramię, w zwartym szyku. 

Od razu się zorientował, że nieprzyjacielscy piloci są zdenerwowani, wystraszeni i 

niepewni  siebie.  Dotykając  umysłów  dwóch  czy  trzech  istot,  mistrz  Jedi  uświadomił 
sobie, że odnosi wrażenie powrotu do miejsca, gdzie czai się śmierć i zagłada. Domyślił 
się,  że  ma  do  czynienia  z  umysłami  weteranów  niedawnych  walk,  jakie  seloniańscy 
piloci stoczyli z Bakuranami... walk, z których tylko cudem uszli z życiem. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

148 

To  wystarczyło.  Jeżeli  Luke  rozegra  wszystko  jak  należy,  może  zakończy  walkę 

bez  rozlewu  krwi.  Może  wszyscy  nieprzyjacielscy  piloci  wyjdą  z  niej  cało.  Zapewne 
nie będą się czuli najlepiej, ale przynajmniej ocalą życie. 

Mistrz  Jedi  sprawdził  wskazania  mierników  poboru  mocy.  Zasobniki  systemów 

uzbrojenia  były  wypełnione  do  granic  możliwości.  Luke  zmienił  kierunek  przepływu 
energii i przesłał do jednostki napędowej wszystko, czym dotąd dysponowały turbola-
sery  i  generatory  osłon.  Następnie  pchnął  do  oporu  rękojeść  dźwigni  przepustnicy  i 
przyspieszył  do  stu  dwudziestu  procent  największej  dopuszczalnej  prędkości.  Jak 
dźgnięty ostrogą, jego myśliwiec typu X skoczył na spotkanie z nadlatującymi myśliw-
cami. Widząc to, piloci dwóch maszyn typu LMS wpadli w panikę. Nie mierząc, szyb-
ko wystrzelili ku zbliżającemu się przeciwnikowi. W przestworza poszybowały smugi 
błyskawic,  ale  nie  wyrządziły  myśliwcowi  mistrza  Jedi  żadnej  szkody.  Jedna  z  nich 
omal nie trafiła maszyny typu LMS, lecącej na skrzydle szyku. 

Luke  wiedział,  że  lecąc  bez  ochronnych  tarcz,  bardzo  ryzykuje.  Gdyby  któryś  z 

oddanych na oślep strzałów przypadkiem trafił... no cóż, miałby sporo kłopotów. 

Najlepiej  z  tym  skończyć,  zanim  przydarzy  się  coś  naprawdę  złego  -  pomyślał 

Skywalker. Wiedział, że jeżeli jego plan ma się zakończyć powodzeniem, musi wytę-
żyć wszystkie siły i wykorzystać cały talent do władania Mocą. Musi też mieć nadzieję, 
że nie opuści go szczęście. Mistrz Jedi wyłączył komputer celowniczy i zamknął oczy, 
a potem posłużył się Mocą. Kierując się instynktem i wyczuciem, skierował lufy pokła-
dowej broni i wystrzelił... raz, drugi i trzeci. Z luf turbolaserowych działek wyskoczyły 
nitki śmiercionośnego światła. Każda trafiła inną  maszynę  typu LMS  w podstawę po-
kładowego  lasera.  I  nagle  trzej  piloci  nieprzyjacielskich  lekkich  myśliwców  szturmo-
wych przekonali się, że wprawdzie mogą lecieć, ale nie strzelać. 

Zarówno gwałtowne zwiększenie prędkości lotu myśliwca typu X, jak i bezbłędna 

celność  strzałów  miały  stanowić  dla  pilotów  maszyn  typu  LMS  ważne  ostrzeżenie: 
„Widzicie? Jestem szybszy niż wy. Jestem większy i dysponuję lepszym uzbrojeniem. 
Mogę oddawać celne strzały z większej odległości. Mogę rozpylić was na atomy, jeśli 
tylko  zechcę.  Na  razie  jeszcze  nie  chcę,  więc  nie  kuście  losu.  Nie  zmuszajcie  mnie, 
żebym zmienił zdanie". 

Trzej  weterani  poprzednich  walk  chyba  zrozumieli,  co  mistrz  Jedi  chciał  im  po-

wiedzieć.  Natychmiast  zawrócili  i  nurkując,  oddalili  się  w  stronę  Selonii.  Dwaj  inni 
piloci maszyn typu LMS wahali się kilka sekund, ale zaraz podążyli w ślad za pierwszą 
trójką. 

Na polu walki pozostało tylko trzech, ale walka przeciwko trzem była o wiele ła-

twiejsza  niż  przeciwko  ośmiu.  Z  drugiej  strony  jednak,  Luke  musiał  zmierzyć  się  z 
trzema nieprzyjacielskimi pilotami, zapewne odporniejszymi psychicznie niż tamci albo 
bardziej  zahartowanymi  w  innych  walkach.  Lecieli  ku  niemu  w  szyku  podobnym  do 
trójkąta; mniej więcej w jednakowych odległościach jeden od drugiego. Bardzo szybko 
pokonywali odległość dzielącą ich od punktu przestworzy, gdzie maszyna Luke'a miała 
się  znaleźć  w  zasięgu  strzałów.  Mistrz  Jedi  cofnął  rękojeść  dźwigni  przepustnicy  na 
tyle,  aby  wykorzystać  uzyskaną  energię  do  utworzenia  przedniej  osłony.  Nie  przesłał 

background image

Roger MacBride Allen 

149 

jednak  nadwyżki,  żeby  uzupełnić  poziom  energii  w  zasobnikach  turbolaserów.  I  tak 
zamierzał zakończyć walkę, zanim zabraknie energii jego systemom uzbrojenia. 

Nagle Artoo gorączkowo zapiszczał, a po ekranie taktycznego monitora Luke'a za-

częły się przesuwać słowa jakiejś wiadomości... o wiele jednak za szybko, żeby zdołał 
coś przeczytać. 

- Artoo, o co ci chodzi? - zwrócił się do małego towarzysza. 
W słuchawkach usłyszał całe serie  melodyjnych pisków i świergotów. Sprawdził 

ekran  skanera  i  przekonał  się,  że  trójka  maszyn  typu  LMS  zbliża  się  bardzo  szybko. 
Musiał błyskawicznie zdecydować, co ważniejsze. 

-  Artoo,  później  -  powiedział.  -  W  tej  chwili  mam  na  głowie  inny  problem.  Bez 

względu na to, co chcesz mi powiedzieć, musisz okazać jeszcze trochę cierpliwości. 

Trzej  nieprzyjacielscy  piloci  nie  byli  wprawdzie  tchórzami,  ale  nie  zaliczali  się 

także do najlepszych taktyków. Lecieli w zwartym szyku, ale zbyt blisko jeden drugie-
go. Strzał, który chybiłby jednego, po prostu nie mógł nie trafić jednego z pozostałych. 
Luke pomyślał, że może zdoła to wykorzystać. Musi jednak to zrobić, zanim znajdzie 
się w zasięgu ich broni. 

Nie zamierzał nikogo zabijać bez wyraźnej potrzeby. Zaczął intensywnie myśleć, 

aż w końcu doszedł do przekonania, że wie, co robić. Przesunął dźwignię przełącznika 
rodzaju  broni  z  pozycji  LASER  w  położenie  TORPEDA,  a  potem  szybko  wystukał 
kilka  rozkazów.  Przeprogramował  obwody  kontrolne  torpedy  w  taki  sposób,  żeby  po-
cisk wybuchł w niewielkiej odległości od celu. 

Nagle piloci wszystkich trzech maszyn typu LSM w tej samej chwili dali ognia z 

luf pokładowych laserów. Widocznie mierzyli dokładnie, bo  śmiercionośne smugi, nie 
rozpraszając się, pomknęły ku samotnemu X-skrzydłowcowi. Wyglądało na to, że trzej 
Selonianie, nie  przejmując się  zagłuszaniem  sygnałów, zdołali jakoś się  porozumieć  i 
ustalić chwilę ataku. Luke pomyślał, że może znają się na swoim fachu lepiej niż przy-
puszczał. 

Laserowe błyskawice trafiły X-skrzydłowiec z całą siłą i mistrz Jedi ucieszył się w 

duchu, że nie zapomniał o  włączeniu osłon. Czołowe siłowe pole  myśliwca poradziło 
sobie z przejęciem energii strzałów. Niewiele jednak brakowało, a uległoby przeciąże-
niu. 

Luke wiedział, że powinien wynosić się z pola walki, i to szybko, jeżeli nie chce 

się pożegnać z życiem. Przedtem musiał jednak wypróbować swoją sztuczkę. 

Wystrzelił  protonową  torpedę  w  taki  sposób,  żeby  skierowała  się  w  sam  środek 

trójkąta  utworzonego  przez  nieprzyjacielskie  myśliwce  szturmowe.  X-skrzydłowiec 
zadrżał, kiedy torpeda odłączała się od kadłuba. 

Powodzenie planu Luke'a zależało w dużej mierze od tego, czy uda mu się zasko-

czyć  przeciwników.  Kiedy  piloci  myśliwców  walczyli  z  pilotami  takich  samych  nie-
wielkich  maszyn,  przeważnie  żadna  ze  stron  nie  posługiwała  się  protonowymi  torpe-
dami. Torpedy leciały wolniej i były mniej celne niż strzały z pokładowego lasera. Ich 
eksplozje  wyrządzały  jednak  więcej  szkód,  a  zatem  wystrzeliwano  je,  ilekroć  trzeba 
było trafiać większe cele. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

150 

Tymczasem  piloci  trzech  maszyn  typu  LSM  wystrzelili  ponownie  do  myśliwca 

Skywalkera. Strugi ich laserowych błyskawic przeleciały tuż obok wystrzelonej torpe-
dy. Kiedy druga salwa trafiła w siłowe pole, X-skrzydłowiec zatrząsł się od dziobu do 
rufy. Luke sprawdził stan osłon i pokręcił głową. Zrozumiał, że następna salwa z pew-
nością przełamie opór stawiany przez dziobową tarczę energetyczną. 

Odciął dopływ energii do jednostki napędowej i pozwolił, żeby jego myśliwiec le-

ciał dalej siłą rozpędu. Niech nieprzyjacielscy piloci pomyślą, że ich strzały uszkodziły 
jego silniki. Tym trudniej przyjdzie im się zorientować, co się stało, kiedy w końcu... 

Protonowa  torpeda  eksplodowała  dokładnie  pośrodku  równobocznego  trójkąta 

utworzonego  przez  maszyny  typu  LSM.  Rozjarzyła  się  niczym  miniaturowa  superno-
wa. Bez wątpienia przynajmniej na sekundę czy dwie oślepiła seloniańskich pilotów i z 
pewnością  zakłóciła  funkcjonowanie  co  najmniej  połowy  pokładowych  przyrządów  i 
mierników.  Korzystając  z  zamieszania,  Luke  przesłał  energię  do  silników,  a  potem 
przyspieszył  najbardziej  jak  mógł.  Skierował  siew  sam  środek  trójkąta  nieprzyjaciel-
skich maszyn, gdzie wciąż jeszcze rozprzestrzeniała się ognista kula eksplozji torpedy. 

Kiedy myśliwiec typu X zderzył się z czołem fali udarowej, zatrząsł się i zakoły-

sał,  ale  nie  zmienił  kierunku  lotu.  Na  szczęście  siłowe  pola  wytrzymały  i  chociaż  z 
trudem pochłonęły energię fali, nie zanikły całkowicie. 

Przelatując przez płomienistą kulę, mistrz Jedi czuł się, jakby trafił do piekła. Sta-

rając się utrzymać X-skrzydłowiec na obranym kursie, odnosił wrażenie, że za sekundę 
spłonie. Niespodziewanie jednak znalazł się, cały i zdrów, po przeciwnej stronie. 

Popatrzył na ekran skanera. Dwie maszyny typu LSM zmieniły kurs i koziołkując, 

oddalały się od miejsca eksplozji. Wyglądało na to, że ich piloci - przynajmniej na jakiś 
czas - stracili panowanie nad sterami. Trzeci jednak zachował niewielką zdolność ma-
newrowania.  Po  chwili  także  jeden  z  pozostałych  zaczął  odzyskiwać  panowanie  nad 
maszyną,  ale  Luke  nie  miał  zamiaru  czekać,  aż  odzyska  je  do  końca.  Zmienił  kurs  i 
skierował się ku Selonii. 

Odetchnął  z  ulgą  wiedząc,  że  niewiele  brakowało.  Doszedł  do  przekonania,  że 

czasami przewaga, jaką zapewniały umiejętności Jedi, nie wychodziła mu na zdrowie. 
Zapewne  żaden inny pilot,  nawet  jeśli umiał  się  posługiwać  Mocą, nie  czuł się  zobo-
wiązany do troski o życie przeciwników. Nie ryzykowałby własnego, byle tylko 

-  używając Mocy  -  ocalić  wrogów od nieuchronnej śmierci. Luke  uśmiechnął się 

lekko do siebie. Pomyślał, że któregoś dnia zginie, ale nie przestanie kierować się mo-
ralnym obowiązkiem troski o życie nieprzyjaciół. 

Nagle Artoo znów zapiszczał, jakby pragnął skierować uwagę mistrza Jedi na inne 

tory. Luke przywrócił normalny dopływ energii do wszystkich pokładowych urządzeń i 
podzespołów, a potem rozsiadł się wygodniej w fotelu pilota. 

- No dobrze, Artoo - powiedział. - Co się stało? 
Astromechaniczny robot przejął kontrolę nad głównym monitorem i pokazał pilo-

towi X-skrzydłowca, o co chodzi. Przełączył urządzenie na wyświetlanie tekstu tak, by 
Luke mógł sam zapoznać się z wiadomością. 

-  Ustało  zagłuszanie!  -  odezwał  się  Skywalker,  nie  kryjąc  zaskoczenia.  -  Tylko 

dlaczego... 

background image

Roger MacBride Allen 

151 

Artoo odpowiedział, zanim Luke miał czas dokończyć pytanie. Gdy ekran ściem-

niał,  mały  robot  zaczął  wyświetlać  wiadomość,  którą  zarejestrował,  kiedy  mistrz  Jedi 
toczył walkę z pilotami maszyn typu LSM. 

Na  ekranie  pojawiła  się  stylizowana  trupia  czaszka  z  nożem  w  wyszczerzonych 

zębach. W tej samej chwili rozległa  się  głośna, jakby triumfująca  muzyka  marszowa. 
Luke bez trudu rozpoznał i jedno, i drugie. Symbol i fanfary Ligi Istot Ludzkich. Chwi-
lę  później  czaszka  zniknęła  z  ekranu,  a  zamiast  niej  pojawiła  się  twarz  szczerzącego 
zęby w jeszcze szerszym uśmiechu Thrackana Sal-Solo. 

Luke  jednak  nie  uśmiechnął  się,  kiedy  usłyszał,  co  ten  człowiek  pragnie  powie-

dzieć wszystkim, którzy go słuchają. 

 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

152 

R O Z D Z I A Ł  

11 

FALE SIĘ ROZPRZESTRZENIAJĄ 

Zbliżał się  wieczór. Kleyvits i Drackmus właśnie szykowały się do wyjścia. Han 

przestał  nawet  liczyć,  ile  razy  obie  Selonianki  przychodziły,  żeby  zapytać,  czy  przy-
padkiem Leia nie zmieniła zdania. To musiała być ich trzecia albo czwarta wizyta tego 
dnia - pomyślał - kręcąc głową. Obce istoty nie wiedziały, kiedy zrezygnować. 

Leia,  Han,  Mara  Jade  i  obie  Selonianki  przebywały  w  tym  samym  salonie  willi, 

która stała się  więzieniem. Wszyscy stali przy drzwiach i zachowując wymogi dyplo-
matycznego  ceremoniału,  wymieniali  zdawkowe,  pożegnalne  uprzejmości.  Nagle  do 
życia  obudził  się  ustawiony  w  kącie  salonu  stacjonarny  komunikator.  Pomieszczenie 
wypełniło się szumem i trzaskami zakłóceń. 

Han zdumiał się tak, że podskoczył chyba na pół metra. Pozostali zareagowali jed-

nak o wiele spokojniej. 

-  Nie  przejmuj  się  tak,  Hanie  -  powiedziała  Mara  Jade.  -  To  żadna  sztuka.  Ktoś 

włączył go, posługując się zdalnym sterownikiem. 

Większość stacjonarnych komunikatorów dawała się włączyć za pomocą zdalnego 

sterownika  -  na  przykład  wtedy,  gdy  przedstawiciele  rządu  pragnęli  wygłosić  ważne 
przemówienie. 

Po  chwili  na  płaskim  ekranie  odbiornika  pojawiła  się  oszałamiająca  mozaika  ja-

skrawych, różnobarwnych iskier. Później obraz przestał  migotać  i znieruchomiał, aby 
ukazać niewyraźny wizerunek szczerzącej zęby trupiej czaszki. Równocześnie rozległa 
się bardzo głośna i zniekształcona muzyka marszowa. Zniekształcenia obrazu i dźwięku 
dowodziły, że sygnały są odbierane przez staroświeckie, nie zasługujące na miano na-
dajnika urządzenie, zapewne w pośpiechu wyciągnięte z jakiegoś magazynu i wcielone 
do czynnej służby - bez zastanawiania się, czy podoła obowiązkom. 

W  pierwszej  chwili  Han  -  zapewne  odruchowo  -  skupił  całą  uwagę  na  jakości 

dźwięku i obrazu. W następnej sekundzie  w całej pełni uświadomił sobie, czego wła-
ściwie dowodzi włączenie urządzenia. 

- Hej, zaczekajcie  chwilę  - powiedział.  - To znaczy, że ustało zagłuszanie sygna-

łów! Będziemy mogli teraz... 

background image

Roger MacBride Allen 

153 

- Bądź cicho! - przerwała Leia. - Jeżeli Thrackan uznał, że opłaci mu się wyłączyć 

generator  zagłuszających  sygnałów,  żeby  wygłosić  jakieś  oświadczenie,  musi  to  być 
coś naprawdę ważnego. Chcę tego wysłuchać. 

Przycisnęła  guzik  na  pulpicie  kontrolnym  komunikatora,  aby  włączyć  rejestrator 

sygnałów, i zajęła miejsce przed ekranem. 

- Skąd wiesz, że to właśnie Thrackan będzie... - zaczęła Drackmus. Nie dokończy-

ła  jednak, ponieważ trupia  czaszka  zniknęła, a  zamiast niej pojawiła się  uśmiechnięta 
twarz  Thrackana.  Mężczyzna  siedział  w  sterowni  jakiegoś  niewielkiego  wojskowego 
wehikułu, a uśmiech na jego twarzy miał tyle samo ciepła, co widoczna chwilę wcze-
śniej na  ekranie  trupia  czaszka. Cała  scena  miała  w sobie  coś prowizorycznego i dzi-
wacznego, co dowodziło, że przygotowywano ją w pośpiechu. Obraz na ekranie drżał, 
jakby filmowany za pomocą ręcznego rejestratora hologramów. 

- Witam wszystkich obywateli koreliańskiego systemu planetarnego - odezwał się 

mężczyzna. Na sekundę czy dwie jego twarz zniknęła z ekranu, zastąpiona przez mo-
zaikę  barwnych iskier, ale  zaraz pojawiła  się  na  nowo.  -  Nazywam się  Thrackan Sal-
Solo i jestem Dyktatorem Korelii. Rozkazałem, żeby moi podwładni wyłączyli genera-
tor zagłuszających sygnałów, abym mógł poinformować wszystkich w systemie Kore-
lii... zarówno naszych przyjaciół, jak i wrogów... o dwóch cennych i bardzo ważnych 
osiągnięciach  moich  wiernych  żołnierzy  Ligi  Istot  Ludzkich.  Po  pierwsze,  pragnę 
oświadczyć,  że  zdołaliśmy  przejąć  władzę  nad  draliańskim  planetarnym  repulsorem. 
Nad tym samym gigantycznym urządzeniem, którego istnienie Nowa Republika usiło-
wała  utrzymywać  przed  wami,  obywatelami  koreliańskiego  systemu  planetarnego,  w 
jak najściślejszej tajemnicy... 

- Ponieważ nie wiedziała, że coś takiego w ogóle istnieje - mruknął Han. 
- Cśśś... - syknęła Leia. 
- ...a które teraz znalazło się w  naszym posiadaniu. Niedługo przejmiemy  władzę 

także  nad  repulsorem  Korelii.  Domyślam  się,  że  nic  nie  wiecie  o  tych  urządzeniach. 
Wystarczy  jednak,  że  powiem,  iż  repulsory  są  potężną  bronią,  dzięki  której  zdołamy 
obronić się przed atakami wrogów... bez względu na to, kim będą i jak potężni się oka-
żą. 

Drackmus odwróciła się do Kleyvits. 
- Liga opanowała draliański repulsor? - zapytała. - Co to może oznaczać? 
- A drugie osiągnięcie ma bardziej osobisty charakter  - podjął mężczyzna. - Otóż 

udało  się  nam  uwolnić  troje  dzieci  Leii  Organy  Solo,  przywódczyni  tej  samej  Nowej 
Republiki. 

Han poczuł, że cała krew odpływa mu z twarzy, a serce zamienia się w bryłę lodu. 

Popatrzył na żonę i przekonał się, że w jej oczach maluje się takie samo przerażenie. 

- Uwolniliśmy je z łap obcych istot, które trzymały je w charakterze zakładników - 

ciągnął Thrackan.  - Są teraz bezpieczne... przebywają pod moją opieką. Cieszę się  na 
myśl  o  chwili,  kiedy  będę  mógł  przekazać  dzieci  matce.  Jednak  najpierw  ich  matka 
powinna  przestać  się  ukrywać  i  powiedzieć  nam,  gdzie  przebywa.  Musi  opuścić  kry-
jówkę i oświadczyć, że uznaje niepodległość koreliańskiego sektora. Za chwilę pokażę 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

154 

holograficzne nagranie, aby udowodnić, iż rzeczywiście przejąłem władzę nad repulso-
rem i otoczyłem dzieci przywódczyni Nowej Republiki należytą opieką. 

-  Co  ten  parszywy,  podły,  śmierdzący  drań  sobie  wyobraża?  -  wybuchnął  Han.  - 

Co za nikczemne kłamstwa wygaduje! 

Ekran ściemniał, ale w następnej sekundzie pojawił się na nim wizerunek ogląda-

nej z dołu srebrzystej komory w kształcie gigantycznego cylindra. Obraz drżał i kołysał 
się  z  boku na  bok, jakby nadal  ktoś rejestrował  go ręczną  kamerą. Również  rozdziel-
czość  pozostawiała  wiele  do  życzenia, ale  nikt nie  mógł żywić  najmniejszych  wątpli-
wości,  co  przedstawia.  Chwilę  później  obiektyw  holokamery  powędrował  w  bok,  by 
ukazać  szturmowy  wahadłowiec  Ligi  i  „Sokoła  Millenium",  stojących  burta  w  burtę 
obok siebie na dnie komory. 

Wokół obu jednostek krzątali się ludzie w wojskowych mundurach, zapewne zaję-

ci  wykonywaniem jakichś rozkazów. Następnie  obiektyw  kamery zmienił ogniskową, 
żeby  ukazać  sześć  wyrastających  z  dna  cylindra  ogromnych  stożków.  Wszystkie  ota-
czały wianuszkiem siódmy, mniej więcej dwukrotnie wyższy niż pozostałe i usytuowa-
ny  dokładnie  pośrodku  gigantycznego  pomieszczenia.  W  sklepieniu  komory  widniał 
niewielki otwór, przez który można było zauważyć skrawek nieba. 

- Wygląda zupełnie identycznościowo jak nasz repulsor... - zaczęła Drackmus, ale 

urwała, kiedy Kleyvits rzuciła jej ostrzegawcze • spojrzenie. 

Obiektyw  kamery  jeszcze  raz  zmienił  położenie  i  skierował  się  poziomo,  żeby 

ukazać grupę osób, stojących albo siedzących blisko siebie z ponurymi minami. 

Chwilę później obraz zniknął, ale po następnej sekundzie czy dwóch pojawił się na 

nowo. Tym razem ukazywał z bliska poszczególnych członków grupy. 

Wizerunek przedstawiał ograniczoną przez siłowe pole niewielką przestrzeń. We-

wnątrz niej stały dzieci, Chewbacca, Ebrihim i Dralka, której Leia nie znała. Obiektyw 
holograficznej  kamery  kierował  się  po  kolei  na  twarze  wszystkich  więźniów.  Jacen 
sprawiał wrażenie przygnębionego, ale nie załamanego. Jaina wyglądała na zmartwio-
ną, lecz raz czy dwa zerknęła na stojącego obok niej Anakina. Malec wpatrywał siew 
kamerę,  jakby  chciał  przyciągnąć  ją  spojrzeniem.  Na  jego  policzkach  widniały  ślady 
łez. Zapewne chłopczyk przed chwilą płakał i dopiero co się uspokoił. Później obiek-
tyw kamery powędrował w bok i ukazał twarz Thrackana. Widniał na niej triumfujący, 
mrożący krew w żyłach uśmiech. 

Leia tylko z trudem powstrzymywała  się od płaczu. Han także czuł, że w gardle 

uwięzła mu twarda gruda. A jednak krewniak mówił prawdę. Porwał dzieci i więził je 
w charakterze zakładników. Pochwycił dzieci... jego i Leii. Thrackan ośmielił się pod-
nieść rękę na swoich krewnych. 

W następnej sekundzie Han poczuł, że przerażenie, jakie jeszcze niedawno ściska-

ło jego serce, przemienia się nagle w gniew i wściekłość. Zrozumiał, że jego kuzynowi 
najbardziej zależy na tym, aby on i Leia czuli się przygnębieni, załamani i zrozpaczeni. 
Nie zamierzał sprawiać mu tej satysfakcji. 

Teraz  obiektyw  holograficznej  kamery  zwrócił  siew  inną  stronę.  Ukazał  oboje 

Dralów, a potem Chewbaccę. W postawie i wyrazie twarzy Wookiego było jednak coś, 
co  natchnęło  Hana  nową  nadzieją.  Chewie  stał  dumnie  wyprostowany  i  obnażywszy 

background image

Roger MacBride Allen 

155 
kły,  wyzywająco  spoglądał  prosto  w  oko  obiektywu.  Nie  wyglądał  na  przybitego  ani 
pogodzonego z losem. Han znał przyjaciela na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż rosły Wo-
okie  nie  uważa  się  za pokonanego. W tej samej sekundzie, kiedy go zobaczył,  nabrał 
niezachwianej pewności, że Chewbacca kryje w rękawie niejeden atut. To znaczy krył-
by, gdyby miał rękawy. 

Obraz  ściemniał  i  zniknął,  aby  ponownie  ukazać  znajomy  wizerunek  Thrackana. 

Mężczyzna siedział w sterowni szturmowego wahadłowca. 

- To ...owinno wystarczyć ...szystkim jako dowód, że rzeczywiście mówię ...rawdę 

-  powiedział.  Jego  słowa  od  czasu  do  czasu  przerywały  trzaski  zakłóceń.  -  Oczekuję 
teraz, że przywódczyni Nowej Republiki zechce odpowiedzieć. Ja, Dyktator Niepodle-
głego Sektora Korelii, wzywam wszystkich Korelian do okazania mi posłuszeństwa. 

Na ekranie pojawiła się stylizowana trupia czaszka trzymająca sztylet w wyszcze-

rzonych zębach. Ponownie  rozległy się  dźwięki triumfalnej  muzyki,  ale  szybko  umil-
kły. Ekran ściemniał na dobre. 

-  Hanie,  posłuchaj...  -  odezwała  się  Leia.  -  Ten  człowiek  porwał  nasze  dzieci. 

Uwięził je, a my... my... nie możemy zrobić tego, czego od nas żąda. Po prostu nie mo-
żemy. 

Zwróciła na męża oczy pełne łez. 
-  Wiem  -  odrzekł  Han,  chociaż  miał  wrażenie,  że  wnętrzności  skręcają  mu  się  w 

bolesny węzeł. - Nawet gdybyśmy spróbowali, nic by to nie dało. 

Jaką  korzyść  by przyniosło,  gdyby Leia  zgodziła  się  spełnić  żądania  Thrackana? 

Co stałoby się, gdyby uznała niepodległość sektora Korelii? Z pewnością musiałaby się 
zrzec  tytułu  przywódczyni  Nowej  Republiki.  Najprawdopodobniej  zostałaby  areszto-
wana pod zarzutem zdrady stanu.  A  ktokolwiek zajmie jej miejsce, z pewnością  unie-
ważni wydane pod przymusem oświadczenie. Nie będzie miał zresztą innego wyjścia. 
Chyba wszyscy rozumieli, że Korelia po prostu nie mogła odłączyć się od Nowej Re-
publiki. Nie  wolno było do tego dopuścić  -  w obawie, aby tego samego nie zechciały 
zażądać  także  inne  światy.  Wówczas  cała  Nowa  Republika  mogłaby  się  rozpaść  jak 
domek z kart. Uległaby osłabieniu nawet wtedy, gdyby Thrackan poniósł porażkę, ale 
zdołał przedtem spowodować, że jego rebelię uznano by za walkę garstki szlachetnych, 
dążących do zrzucenia okowów tyranii patriotów. Przedstawienie wszystkiego w takim 
świetle mogłoby zadać Nowej Republice cios, po którym już nigdy by się nie podźwi-
gnęła. Wybuchałyby wciąż nowe wojny i powstania. Życie traciłyby wciąż nowe setki i 
tysiące istot. Ile niewinnych dzieci mogło zginąć w trakcie tych zamieszek? Ilu rodzi-
ców opłakiwałoby śmierć swoich córek i synów? 

- Wiem, że nie możemy  - powtórzył Han. Miał wrażenie, że słowa w jego ustach 

smakują niczym popiół. - Nie możemy jednak pozostawić dzieci w jego rękach! 

- To jest najokropniejsze i najbardziej przerażającościowe - wtrąciła się Drackmus. 

- Tym razem Thrackan wystąpił jeszcze śmielej przeciwko własnym krewnym... człon-
kom klanu i nory. 

Zdumiona Kleyvits odwróciła siew stronę swojej towarzyszki. 
- Co ty wygadujesz, droga Hunchuzuc? - zapytała. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

156 

Nikt nie mógł żywić wątpliwości, że słowo „Hunchuzuc" w jej ustach nie było - i 

chyba nie miało być - komplementem. 

-  Czyżbyś  tego  nie  wiedziała,  czcigodna  Kleyvits?  -  zdumiała  się  pierwsza  Selo-

nianka.  -  Thrackan  Sal-Solo  jest  bliskościowym  krewnym  Hana  Solo,  a  zatem  także 
krewniakiem  Leii  Organy  Solo!  Tak  bliskościowym,  że  wszystkich  można  uznać  za 
członków tej samej nory! Tymczasem on zwrócił się przeciwko własnym krewnym! 

- To niemożliwe! - odparła druga Selonianka. - Jak może jakakolwiek istota powa-

żyć się na coś tak odrażającego? Jestem zdumiona! Zdumiona także z powodu czegoś 
innego.  Thrackan  prosi,  żebyśmy  potwierdziły,  że  naprawdę  uznajemy  niepodległość 
Korelii. Czy rzeczywiście zgodziłaś się na jego żądanie? Nie rozumiem tego, a chciała-
bym. 

- Thrackan Sal-Solo kłamał - odparła Drackmus, nie kryjąc pogardy i obrzydzenia. 

- Pragnąc osiągnąć swój cel, nie zawahał się minąć z prawdą. Połowa tego, co mówił, to 
zwyczajne  kłamstwa,  a  druga  połowa  to  prawdy,  ale  ukazane  w  takim  świetle,  aby 
uprawdopodobniły tamte kłamstwa. 

- To tak samo niemożliwe! - oświadczyła Kleyvits. - Powiedział przecież, że... 
-  Przestańcie  się  wreszcie  kłócić  i  bądźcie  cicho!  -  wybuchnęła  Mara  Jade.  -  To 

możliwe  i  Thrackan  właśnie  tak  się  zachował.  -  Machnęła  ręką,  żeby  zwrócić  uwagę 
obu Selonianek na Hana i Leię. - Postąpił tak wobec tych dwojga, a poza tym porwał 
ich dzieci. Uszanujcie ich smutek i przerażenie! Odejdźcie! Dajcie im czas, żeby mogli 
się  otrząsnąć  i  chociaż  trochę  uspokoić,  a  potem  zastanowić,  jak  wybrnąć  z  trudnej 
sytuacji. Możecie toczyć swoje śmieszne spory gdzie indziej! 

-  Nie!  -  sprzeciwił  się  Han.  Nagle  cała  uraza,  jaką  żywił  względem  kuzyna,  cała 

frustracja i wściekłość, że coś takiego spotkało go z rąk krewniaka,  znalazły nowe uj-
ście. Oto miał przed sobą inny, o wiele bliższy cel, w który mógł wymierzyć cios i li-
czyć na to, że jego atak zakończy się powodzeniem. Nagle odnalazł w sobie właściwe 
słowa  i  zamierzał  posłużyć  się  nimi  jak  bronią...  którą  wykorzysta  do  zaatakowania 
stojących  właśnie  w  tej  chwili  przed  nim  napuszonych,  świętoszkowatych,  ubezwła-
snowolnionych  i  obłudnych  wrogów.  -  Zostańcie  tu,  w  tym  salonie!  Zwracam  się  do 
ciebie,  Kleyvits!  Jakim  prawem  ośmielasz  się  potępiać  Thrackana  Sal-Solo  za  to,  że 
uwięził krewnych, aby odnieść jakąś korzyść? Nie jesteś wcale lepsza! Trzymając nas 
jako zakładników, postępujesz dokładnie tak samo! 

- Ależ... ależ... wy nie jesteście członkami mojej rodziny - żachnęła się zaskoczona 

Selonianka. - Nie jesteście moimi krewniakami. 

Han wymierzył wskazujący palec w Drackmus. 
- Ale ona jest twoją krewną, Kleyvits - ciągnął triumfująco. - A zmuszając ją, żeby 

podporządkowała  się  twojej  woli  i  pomagała  ci  nas  więzić,  prześladować  i  prowoko-
wać,  zniewoliłaś  jej  ducha.  Drackmus  ocaliła  mi  życie,  a  i  ja  ocaliłem  ją  od  śmierci. 
Ryzykowała własne życie, żeby mnie ocalić. Ja także narażałem swoje życie, pomaga-
jąc Drackmus i stając w jej obronie. Zagwarantowała mi, że kiedy przylecę na Selonię, 
będę bezpieczny. Zapewniła mi ochronę. Spędziliśmy razem wiele czasu. Zmagaliśmy 
się  z  nieprzyjaciółmi  i przeciwnościami  losu. To prawda,  nie  jesteśmy  krewnymi,  ale 
zżyliśmy się tak bardzo, że tworzymy coś w rodzaju rodziny. Szanujemy się nawzajem 

background image

Roger MacBride Allen 

157 
i czujemy się odpowiedzialni jedno za drugie. Byliśmy sprzymierzeńcami, kiedy wal-
czyliśmy z  tobą  i twoją  Supernorą. A  teraz ty, dążąc do osiągnięcia jakichś korzyści, 
zmuszasz  ją,  żeby  wbrew  własnej  woli  odwróciła  się  plecami  do  nas  i  wyrzekła  nie-
dawnych sojuszników. 

- Czcigodny Solo! Proszę, nie mów ani słowa więcej! - rzekła Drackmus. 
- Będę mówił, ile zechcę  - odrzekł Han, zwracając się  w stronę Selonianki.  - Po-

wiedziałaś kiedyś, że twoje siostry mówią zawsze prawdę i nie mają wprawy w kłama-
niu. Czy możesz oświadczyć, uczciwie i szczerze, że coś z tego, co powiedziałem, nie 
było prawdą? 

Drackmus jakby skurczyła się w sobie. Sprawiała teraz wrażenie niższej, smutniej-

szej i jeszcze bardziej przygnębionej. 

- Nie - przyznała cicho. - Nie mogę. 
Han poczuł, że ogarnia go uniesienie. Nagle odezwało się w nim jakieś przeczucie. 

Może się  mylił,  ale  jeżeli dobrze rozumiał Selonianki... Tak. Tak. Nie  mógł już  mieć 
wątpliwości. 

- A zatem nie ukrywajmy także całej reszty prawdy - powiedział. - Posłuchaj mnie, 

Kleyvits. Pragnę  się dowiedzieć czegoś więcej o twoim repulsorze. Kto sprawuje nad 
nim władzę? Czyje łapy albo ręce pociągają za rękojeści dźwigni i przyciskają guziki? 

Zdumiona Selonianka obrzuciła mężczyznę podejrzliwym spojrzeniem. 
- No cóż, oczywiście ręce uczciwych Selonian - oznajmiła z dumą. 
-  Jakich  Selonian?  -  nie  dawał  za  wygraną  Han.  -  Członków  twojej  rodziny?  A 

może innych, ale także należących do Supernory? 

Na  chwilę  zapadła  głucha  cisza.  Kleyvits  stała  absolutnie  nieruchomo  i  tylko  jej 

spojrzenie  kierowało  się  raz  po  raz  to  na  twarz  Drackmus,  to  znów  na  Hana.  Nagle 
bokobrody istoty drgnęły, jakby same z siebie, a pazury łap wysunęły się odrobinę, po 
czym natychmiast schowały. 

- Nie mogę powiedzieć na ten temat ani słowa więcej - odezwała się w końcu Se-

lonianka. 

Han poczuł nagle coś w rodzaju ponurej satysfakcji. Na chwilę ogarnęła go prze-

wrotna radość. Zwyciężył. Wiedział, że zwyciężył. Tyle że w tym rozdaniu partii saba-
ka  nie  mógł  wykorzystać  następnej  karty.  Odwrócić  ją  mogła  tylko  sama  Drackmus. 
Han  uświadamiał  sobie,  że  oto  nadeszła  przełomowa  chwila.  Drackmus  mogła  albo 
udawać, że nie usłyszała tego, co usłyszała, albo... 

-  Mylisz  się,  czcigodna  Kleyvits  -  syknęła  przez  zaciśnięte,  obnażone,  ostre  jak 

sztylety zęby. - Mylisz się do głębi zakłamanej duszy. Prawdę mówiąc, musisz powie-
dzieć na ten temat coś więcej. O wiele, wiele więcej. 

- Ja... ja nie mogę powiedzieć nic ponadto... 
- Kto? - przerwała jej Drackmus. - Kto sprawuje władzę nad naszym repulsorem? 

Skapitulowałyśmy przed wami, ponieważ oświadczyłaś, że jesteście potężne i niezwy-
ciężone. Teraz jednak okazuje się, że całą władzę sprawuje ktoś inny. To hańba! Kto to 
taki? 

- Nie wolno mi powiedzieć ani słowa... 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

158 

- A ja muszę poznać odpowiedź! - ryknęła Drackmus, która nagle znalazła w sobie 

tyle odwagi i hartu ducha, że wyglądała jak rozwścieczony Wookie. Sierść jej się zjeży-
ła, a oczy miotały błyskawice. Pazury wyciągnęły się na całą długość, zęby obnażyły, a 
ogon złowieszczo kołysał się z boku na bok. 

- Kto?! 
-  To...  To  są...  Wygnańcy.  Sakorianie.  Selonianie,  wchodzący  w  skład  sakoriań-

skiej Triady. 

-  Na  wszystkie  płonące  gwiazdy  -  szepnęła  Mara  Jade.  -  Sakorianie.  Triada.  Nie 

wierzę własnym uszom. 

W salonie znów zapadła głucha cisza, ale tym razem trochę inna niż poprzednio. 

Odnosiło  się  wrażenie,  że  cisza  wyziera  z  każdego  kąta...  że  napełnia  pomieszczenie 
pustką śmierci. 

- Gdyby oznajmił mi coś takiego mieszkaniec innego świata, na przykład nawykły 

do  mówienia  kłamstw  człowiek,  przyłączyłabym  się  do  czcigodnej  Jade  i  także  nie 
wierzyłabym  własnym  uszom,  Kleyvits  -  odezwała  się  w  końcu  Drackmus.  Jej  cichy, 
niski i  monotonny  głos, podobny do odległego grzmotu, zwiastował  nadciągającą  bu-
rzę. - Jeżeli jednak takie słowa wypowiadasz ty, Selonianka, nie mogę ci nie wierzyć. 
Tyle że twoje słowa przyprawiają mnie o mdłości. Prawda napawa mnie obrzydzeniem. 

Kleyvits opadła na przednie łapy, a po chwili skuliła się u stóp drugiej Selonianki. 

Wszystko przemawiało za tym, że nie jest to tylko czczy rytuał. Istota uznawała wyż-
szość koleżanki. Błagała ją o przebaczenie. 

- Wstań - warknęła Drackmus. - Wstań i chodź ze mną. Inne także muszą usłyszeć 

tę prawdę. One również poczują obrzydzenie. A kiedy to się stanie, panowanie Super-
nory dobiegnie końca. 

Kleyvits stanęła na tylnych łapach i zgięła się przed Drackmus w głębokim ukło-

nie. Jej towarzyszka nie odpowiedziała jednak nawet kiwnięciem głową. Odwróciła się 
i nie zwracając uwagi na ludzi, dumnie wyprostowana wyszła z pokoju. 

Kleyvits spuściła głowę i powłócząc nogami, podążyła jej śladem. Teraz ona zgar-

biła się i skurczyła  w sobie... zupełnie jakby zwyciężczyni i niewolnica zamieniły się 
rolami. 

Ludzie zostali sami. 
-  Czegoś  tu  nie  rozumiem  -  oświadczył  Han.  -  Miałem  przeczucie,  że  w  tym 

wszystkim kryje się jakaś mroczna tajemnica. Wiedziałem, że poszukiwaniami repulso-
rów kieruje ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto z pewnością przejmie kontrolę nad nimi, kiedy je 
odnajdzie.  Domyślałem  się,  że  ujawnienie  prawdy  może  postawić  Kleyvits  w  nieko-
rzystnym świetle, ale nie spodziewałem się, że odniesie aż taki skutek. Co się właściwie 
stało? 

- Wyjaśnię ci to trochę później - odrzekła Mara. - Teraz musimy zająć się Leią. 
Han odwrócił się  do żony,  która  tymczasem zdążyła  usiąść  na  jednym z  wygod-

nych krzeseł. Wiele takich stało w luksusowo urządzonym salonie zamienionej w wię-
zienie willi Supernory. Płakała cicho, po jej policzkach spływały łzy. 

- Och, Hanie - powiedziała. - Nasze dzieci. Ten człowiek pochwycił nasze dzieci. 

background image

Roger MacBride Allen 

159 

-  Wiem  o  tym  -  odparł  Han.  -  Wiem.  Nie  będzie  jednak  cieszył  się  tym  bardzo 

długo. Obiecuję ci, że już wkrótce je uwolnimy... 

Nagle Leia wstała, uniosła głowę i spojrzała w górę. Na jej twarzy odmalowało się 

uniesienie, jakby zapomniała o smutku. Han i Mara wymienili spojrzenia. Zastanawiali 
się  przez  chwilę,  czy  przypadkiem  Leia  nie  postradała  zmysłów  z  rozpaczy.  Han  do-
szedł jednak do wniosku, że to niemożliwe. Zbyt dobrze znał żonę. Leia nie załamałaby 
się nawet w takiej sytuacji. 

- To Luke! - wykrzyknęła. - Leci do nas. Wyczuwam go, jak posługując się Mocą, 

wybiega ku nam myślami. Kieruje się ku mnie, jakby czytał w moich myślach. 

- Kiedy przyleci? - zainteresował się Han. - Ile czasu upłynie, zanim... 
Dostał odpowiedź, jeszcze zanim dokończył pytanie. Jego ostatnie słowa zagłuszył 

grzmot  silników  przelatującego  bardzo  szybko  i  nisko  gwiezdnego  myśliwca.  Cały 
salon  wypełnił  się  ogłuszającym  hukiem.  Szyby  w  oknach  zadrżały,  a  z  ustawionych 
pod  ścianami  stolików  spadło  kilka  porcelanowych  figurek  i  wazonów.  Natężenie 
dźwięku  zmalało  jednak  równie  szybko,  jak  przedtem  narosło.  X-skrzydłowiec  Sky-
walkera śmignął nisko nad dachem willi, po czym zaczął się oddalać. 

Han podbiegł do otwartych drzwi prowadzących na taras. Zobaczył, że myśliwiec 

zatacza szeroki łuk, a potem zawraca, jakby pilot przygotowywał się do lądowania. 

Tym razem myśliwiec, lecąc równie nisko, ale o wiele wolniej, zatoczył krąg nad 

willą.  Leia,  Mara  i  Han  wyszli  na  taras  i  zaczęli  energicznie  wymachiwać  rękami... 
zupełnie jakby istniała szansa, że mistrz Jedi, który odnalazł ich więzienie ze zdumie-
wającą  precyzją,  mógłby  ich  teraz  nie  zauważyć.  Zataczając  powoli  krąg  nad  willą, 
wystrzelił  kilkakrotnie  z  pokładowych  turbolaserów.  Zapewne  pragnął  w  taki  sposób 
zachęcić strażniczki do opuszczenia posterunków. Selonianki nie dały się długo prosić i 
zanim myśliwiec Luke'a osiadł w pobliżu „Ognistej Jade", mknęły już ku najbliższemu 
bezpiecznemu miejscu, które - jak uznały - znajduje się pod samym horyzontem. 

Owiewka kabiny X-skrzydłowca szczęknęła i zaczęła się otwierać. Zanim uchyliła 

się do końca, ze środka wygramolił się Luke. Nie tracąc czasu, zeskoczył na płytę lą-
dowiska.  Podbiegł  do  willi  i  chwycił  w  objęcia  najpierw  Leię,  a  potem  Hana.  Mara 
cofnęła się odrobinę, jakby nie chciała uczestniczyć w tak wylewnym powitaniu, ale w 
końcu i ona obdarzyła Luke'a szczerym, serdecznym uśmiechem. 

- Och, Luke'u, tyle czasu cię nie widziałam, a wydarzyło się tak wiele! - westchnę-

ła Leia, znowu tuląc się do brata. 

- To prawda, Leio - odrzekł nieco zakłopotany mistrz Jedi. 
-  Nie  mam  pojęcia,  czy  rzeczywiście  upłynęło  aż  tyle  czasu,  ale  zgadzam  się,  że 

wydarzyło się bardzo wiele - przytaknął Han. 

Kiedy ostatnio  widział  się  z  przyjacielem,  Luke  żegnał  ich, spodziewając się, że 

cała  rodzina  spędzi  na  Korelii  miłe,  spokojne  wakacje.  Han  nie  oczekiwał  wtedy,  że 
przyjdzie  mu  się  spotkać  z  czymś  bardziej  podniecającym  niż  wspomnienia,  ani  że 
będzie musiał stawiać czoło czemuś groźniejszemu niż nudne oficjalne bankiety i powi-
tania. Okazało się jednak, że był w błędzie. Nie wszystko potoczyło się, jak oczekiwał. 
Rzeczywiście  mogło  się  wydawać,  że  odkąd  ostatnio  widział  Luke'a,  minęła  cała 
wieczność... ale ile naprawdę upłynęło czasu? Kilka tygodni? Miesiąc, najwyżej dwa? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

160 

Ciągłe zmiany miejsca pobytu, przeloty z planety na planetę i związane z tym różnice 
długości  doby  i  zmiany  stref  czasowych  sprawiły,  że  stracił  rachubę  czasu.  Mógłby 
przysiąc, że od bardzo, bardzo dawna zbyt wiele rzeczy działo się równocześnie. 

W  pewnej  chwili  Luke  uniósł  głowę,  spojrzał  pomiędzy  głowami  Hana  i  Leii  i 

powitał uśmiechem. 

- Jak się masz, Maro - powiedział. - Cieszę się, że cię widzę. 
- Ja także się cieszę, że cię  widzę, Luke'u  - odparła była przemytniczka. Han od-

niósł wrażenie, że głos kobiety zabrzmiał odrobinę cieplej niż zazwyczaj. 

-  Żałuję,  że  nie  spotykamy  się  w  bardziej  pomyślnych  okolicznościach  -  ciągnął 

mistrz  Jedi.  -  Widziałem  i  słyszałem  oświadczenie  Thrackana.  Nie  wiem,  co  powie-
dzieć... oprócz tego, że jest mi bardzo przykro. Nie martw się, Leio. Uwolnimy twoje 
dzieci. Obiecuję ci to. 

- Wiem, że to zrobicie - odparła jego siostra. - Wiem. I dziękuję. 
-  Posłuchajcie  -  odezwała  się  Mara.  -  Nie  chciałabym  nikogo  urazić,  ale  Luke, 

przylatując  tu,  wystraszył  wszystkie  strażniczki.  Jestem  pewna,  że  gdybyśmy  spróbo-
wali, udałoby się nam pokonać barierę otaczającego „Ognistą Jade" siłowego kokonu. 
Czy nie warto byłoby pomyśleć o ucieczce? 

Luke pokręcił głową. 
- Z pewnością powinniśmy zrobić wszystko, żeby oswobodzić twój statek, Maro - 

zaczął. - Uważam jednak, że postąpimy najrozsądniej, jeżeli jeszcze jakiś czas pozosta-
niecie tu, gdzie jesteście. Zakładając, że nic mi nie przeszkodzi w realizacji planu, może 
będziemy musieli zwrócić się z prośbą o pomoc do przetrzymujących was Selonianek. 
A zresztą istnieje jeszcze inny powód, dla którego powinniście zostać tam, gdzie można 
będzie was odnaleźć. 

- Co takiego? - zapytał zdumiony Han. - Dlaczego? Co się stało? 
- Bardzo dużo  - odparł Skywalker.  - Przeważnie  niedobrego. Możliwe jednak, że 

pod tymi kłopotami kryją się jakieś pomyślne wieści. I właśnie tu jest miejsce dla na-
szych przyjaciółek Selonianek. 

Han popatrzył na Luke'a z rezygnacją i ciężko westchnął. 
- To nigdy nie jest proste, prawda? - powiedział. - Daj spokój, mały. Wejdźmy do 

środka. Chyba najwyższy czas, żebyśmy usiedli i pogadali na ten temat. 

 
- Qiunine! Qiunine! Odezwij się! Qiunine! Jesteś tam? 
- Oczywiście, że jestem - odparł oburzony automat. - Jestem, gdzie mnie zostawi-

liście. Tkwię do góry kółkami  w jakimś ciasnym pomieszczeniu. Gdzie indziej mógł-
bym się podziewać? 

Mały  robot  miał  dość  przebywania  w  kryjówce  i  zaczął  wreszcie  okazywać  roz-

drażnienie. 

-  To  interesujące,  chociaż  retoryczne  pytanie  -  zauważył  Ebrihim.  Jego  ściszony 

do szeptu głos docierał do czujników słuchowych automatu z  głośnika  wbudowanego 
komunikatora. - To zresztą w tej chwili nieistotne. Liczy się tylko to, że chcielibyśmy, 
abyś jak najszybciej do nas przybył. Jeśli tylko możesz. 

background image

Roger MacBride Allen 

161 

- Z przyjemnością - odparł Qiunine. - A ściślej mówiąc, z przyjemnością wydosta-

nę  się  z  tego  przemytniczego  schowka  na  towary.  Potwierdzam  też,  że  pojawię  się  u 
was... zakładając, że najpierw dowiem się, gdzie przebywacie. 

- Niedaleko ciebie - odrzekł Dral. - Zobaczysz nas, nie wychodząc ze statku. 
- To doskonale. Zanim jednak do was przyjdę, może coś wam powiem. Moje czuj-

niki wykryły, że odkąd zanikło zagłuszanie sygnałów komunikatorów, zdążyło upłynąć 
całkiem  sporo  czasu.  Przed  dwiema  godzinami  odebrałem  i  zarejestrowałem  oświad-
czenie, wydane przez niejakiego Thrackana Sal-Solo. Nawiasem mówiąc, muszę dodać, 
że żadne spośród was nie wypadło najlepiej na tych hologramach. Ciekaw jestem, dla-
czego czekaliście aż tyle czasu, żeby nawiązać ze mną łączność? 

- Musieliśmy - wyjaśnił cierpliwie guwerner. - Czekaliśmy, aż żołnierze Ligi Istot 

Ludzkich pójdą spać. Ostatni odeszli dopiero przed mniej więcej godziną. Wiele prze-
mawia  za  tym,  że  w  tej  chwili  wszyscy  smacznie  chrapią  na  pokładzie  szturmowego 
wahadłowca. 

- A dlaczego nie zostawili nikogo na straży?  - zdziwił się Q9. - Dlaczego okazali 

się tacy nierozważni? 

Ebrihim się roześmiał. 
- Przebywamy  na samym dnie pionowej, głębokiej na kilometr  metalowej studni. 

Strzeże nas siłowe pole, a z dwóch gwiezdnych statków, jakie tu wylądowały, jeden jest 
uszkodzony, a drugi pełen nieprzyjacielskich żołnierzy. Domyślam się, że będąc na ich 
miejscu, też czułbym się bezpiecznie i nie wystawił wartowników. 

- To może być pułapka - zaniepokoił się Qiunine. - Możliwe, że tylko pragną uśpić 

waszą czujność. A może chodzi o to, żebyście podjęli próbę cieczki. 

-  To  my  uśpiliśmy  ich  czujność,  jeżeli  już  o  tym  mowa  -  odparł  Ebrihim.  -  Nie 

wiedzą, że mamy komunikator. Nie mają pojęcia o tym, że istniejesz ani gdzie się ukry-
łeś. 

- Skąd  wzięliście ten komunikator?  - zapytał podejrzliwie  automat.  - Nie  miałem 

pojęcia, że go macie. Skąd mogę wiedzieć, że naprawdę rozmawiam z Ebrihimem? Kto 
udowodni mi, że nie jesteś agentem Ligi Istot Ludzkich, który tylko podszywa się pod 
Ebrihima? Skąd mam wiedzieć, czy to nie pułapka, żeby wywabić mnie z kryjówki? 

Mały robot usłyszał, jak starszawy Dral ciężko wzdycha. 
- Qiunine, zaczynam nabierać coraz większej pewności, że zachowujesz się jak pa-

ranoik. 

- Pan by się też tak zachowywał, gdyby jakiś szalony bachor pozwierał większość 

pańskich  najważniejszych  obwodów,  a  zanim  miałby  pan  czas  się  upewnić,  czy  przy 
naprawie nikt nie popełnił żadnych błędów, zostałby pan wepchnięty na cały dzień do 
ciasnej dziury. Tkwię w niej do góry kółkami i zastanawiam się, co jeszcze może mi się 
przydarzyć. Muszę przyznać, że  udało  mi się  wymyślić  kilka  naprawdę  alarmujących 
możliwości. 

-  Rozumiem  -  odparł  Ebrihim,  najwyraźniej  zniecierpliwiony.  -  Bardzo  mi  przy-

kro. Pozwól jednak, że spróbuję skierować twoją uwagę na inne tory. Możliwe, że przy 
tej okazji zdołam cię chociaż trochę uspokoić. Nie powiedzieliśmy ci, że mamy komu-
nikator,  ponieważ  kiedy  nas  złapano,  byliśmy  trochę  przygnębieni.  Sam  nie  miałem 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

162 

pojęcia, że Chewbacca zdołał ukryć w sierści jedno takie małe urządzenie. Dowiedzia-
łem  się  dopiero  później,  po wielu  godzinach,  odkąd  zabrano  nas  z  pokładu  statku.  A 
jeżeli  chodzi  o  drugą  wątpliwość,  naprawdę  rozmawiasz  z  Ebrihimem.  Kiedy  cię  ku-
powałem, wystawiono mi rachunek na dwieście pięćdziesiąt draliańskich koron. Jednak 
udało mi siew ostatniej chwili namówić twoich poprzednich właścicieli, aby obniżyli tę 
sumę o okrągłą setkę. Później jakoś zapomniałem o tym drobiazgu. Kiedy jednak przez 
nieuwagę podałem w zeznaniu podatkowym wyższą sumę jako podstawę do ubiegania 
się o ulgę podatkową, wykazałeś mój błąd i nawet oświadczyłeś, że jeżeli go nie skory-
guję,  ujawnisz  całą  prawdę  i  oddasz  mnie  w  ręce  organów  ścigania.  Nie  pamiętasz? 
Całkiem  poważnie  zastanawiałem  się  wtedy,  czy  nie  sprzedać  cię  za  te  kilka  koron, 
które  musiałem  dopłacić  tytułem  podatku.  Później  wiele  razy  żałowałem,  że  tego  nie 
zrobiłem. Czy uważasz to za wystarczający dowód, że rzeczywiście masz do czynienia 
z Ebrihimem? 

- Chyba tak - odparł automat, ale ton jego głosu dowodził, że nie zdołał się pozbyć 

wszystkich wątpliwości. 

- To bardzo dobrze - ciągnął Dral. - Przestań zatem zachowywać się jak umysłowo 

niezrównoważona ofiara paranoidalnej demencji i postaraj się przybyć tu tak szybko i 
cicho, jak potrafisz. Ebrihim przerywa połączenie. 

-  Nie  ma  potrzeby  się  tak  irytować  -  mruknął  Qiunine  do  siebie,  kiedy  tylko  się 

upewnił,  że Ebrihim rzeczywiście  wyłączył  komunikator.  -  Nie  widzę nic  głupiego  w 
tym, że po prostu staram się przeżyć. - Urwał i popadł w zadumę. - Z drugiej strony, to 
naprawdę nienormalne, gdy automat zaczyna mówić do siebie - odezwał się po chwili. - 
Pan Ebrihim może miał rację, kiedy się niepokoił o mój stan umysłowy. No cóż... 

Uruchomił  repulsory,  ale  przesłał  do  nich  tylko  tyle  energii,  żeby  zdołały  wy-

pchnąć pokrywę towarowego luku. Pozwolił, żeby klapa uniosła się na wysokość mniej 
więcej trzydziestu centymetrów, a potem ograniczył dopływ energii do bakburtowego 
repulsora. Lewa strona pokrywy opadła, w wyniku czego ciężka metalowa płyta z gło-
śnym brzękiem potoczyła się po płytach pokładu. Narobiła więcej hałasu niż Qiunine 
sobie życzył, ale mały automat nie mógł nic na to poradzić. 

Wysunął  z  obudowy  parę  manipulatorów  i  powoli,  ostrożnie  zaczął  wypychać 

korpus z przemytniczego schowka na towary. Przestał dopiero wtedy, kiedy cały cylin-
der  znalazł  się  nad  płytami  pokładu.  Później  obrócił  się,  wykorzystując  przegubowo 
połączone odcinki manipulatorów, aż w końcu przyjął prawidłową, pionową postawę. 
Ponownie uruchomił repulsory, aby przelecieć w inne miejsce, po czym ukrył chwytaki 
w głębi korpusu. Kiedy stwierdził, że jednak zdołał się sam wydostać z kryjówki i sta-
nąć pionowo, poczuł coś na kształt prawdziwej ulgi. 

Wykorzystując siłę  nośną  repulsorów, przeleciał poprowadzonym łukiem  koryta-

rzem „Sokoła", aż dotarł do włazu, gdzie znajdowała się rampa. Przekonał się, że właz 
jest otwarty, a rampa opuszczona, co oszczędziło mu kłopotów i hałasu przy jej opusz-
czaniu. Mały robot nie mógł się nadziwić niedbalstwu, a może bezmyślności żołnierzy 
Ligi.  Znowu  zaczął  się  zastanawiać,  czy  aby  nie  ma  do  czynienia  z  bardzo  perfidną 
pułapką. 

background image

Roger MacBride Allen 

163 

Doszedł jednak do  wniosku, że nawet jeżeli tak jest rzeczywiście, to już  ujawnił 

nieprzyjaciołom,  gdzie  się  znajduje,  czyli  mógł  uważać  się  za  schwytanego.  A  zatem 
nie miał nic do stracenia. Zwiększył dopływ energii do repulsorów i zaczął sunąć w dół 
pochylni. Znieruchomiał, kiedy dotarł na samo dno gigantycznej komory. 

Zorientował się, że  w komorze panują niemal nieprzeniknione ciemności. Rozja-

śniało je tylko światło gwiazd, które wpadało przez niewielki otwór w sklepieniu i od-
bijało się od srebrzystych ścian studni. Qiunine postanowił więc, że przełączy czujniki 
optyczne  na  podczerwień.  Kiedy  wprowadził  zamiar  w  życie,  cała  komora  rozjarzyła 
się  intensywnym blaskiem. Starając się  zachowywać jak najciszej, mały robot oddalił 
się  jakieś  trzydzieści  metrów  od  „Sokoła"  i  dopiero  potem  zamarł  bez  ruchu.  Chcąc 
przeszukać wnętrze komory, obrócił kopułkę o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni. 

Jak  obiecywał  Ebrihim,  odnalazł  więźniów  bez  trudu.  Sześć  ciepłych  ciał,  za-

mkniętych w bańce siłowego pola, stanowiło jaskrawą plamę, której nie mógł  nie zau-
ważyć. Automat jednak nie był zachwycony tym, że musi do nich podejść. Pocieszał się 
tylko  myślą,  że  jeżeli  nawet  ktoś  obserwuje  więźniów  z  pokładu  nieprzyjacielskiego 
statku czujnikiem wrażliwym na podczerwień, zobaczy małego robota też jako świetli-
stą  plamę.  Zakończył  przeszukiwanie  komory,  dzięki  czemu  zdołał  usytuować  sztur-
mowy wahadłowiec, a także ocenić dzielącą go od niego odległość. Postanowił, że na 
wszelki wypadek od czasu do czasu będzie kierował w tamtą stronę jeden z czujników. 

Podleciał szybko do energetycznej palisady i znieruchomiał dokładnie metr przed 

granicą siłowej półkuli. 

- Jestem - oznajmił bez żadnych wstępów. - Czego pan sobie życzy? 
W podczerwieni niełatwo jest ocenić wyraz twarzy Drala, ale wszystko wskazywa-

ło na to, że Ebrihim spiorunował robota gniewnym spojrzeniem. 

-  Większość  inteligentnych  istot  uznałaby  to  za  coś  oczywistego  -  powiedział.  - 

Życzę sobie, żebyś nas stąd uwolnił! 

- Oczywiście - odparł Q9-X2. - Pozwoli pan jednak, że zadam jeszcze jedno reto-

ryczne  pytanie.  Czy  nie  życzy  pan  sobie  czegoś  więcej?  -  Obrócił  kopułkę  w  lewo,  a 
potem w prawo. - Ma pan może pomysł, jak powinienem zabrać się do rzeczy? 

- Po drugiej stronie - burknął Dral. - Panel kontrolny generatora siłowego pola jest 

umieszczony po tej stronie palisady, gdzie przebywają dzieci. 

- Aha. To możliwe - zgodził się Qiunine. 
Nagle  uświadomił  sobie,  że  ogarnia  go  zadowolenie.  Zatoczył  szeroki  łuk,  żeby 

znaleźć  się  po  przeciwnej  stronie.  Zobaczył  generator  stojący  na  zewnątrz  siłowego 
pola i obserwujące go dzieci, zamknięte wewnątrz kopuły. 

- Dobry wieczór, dzieciaki - odezwał się najbardziej beztroskim tonem, na jaki po-

trafił się zdobyć. - Jakże się miewacie? 

Zmniejszając, a potem zwiększając dopływ energii do repulsorów,  wykonał  ruch 

żywo przypominający dygnięcie. 

Anakin spojrzał na robota i zaraz odwrócił się do siostry i brata. 
- Qiunine zachowuje się dziwacznie - oświadczył. 
-  Doprawdy?  -  zdziwił  się  automat.  -  Zaczekajcie  sekundę.  Za  chwilę  uruchomię 

procedurę diagnostyczną, żeby sprawdzić poprawność mojego zachowania. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

164 

Odszukał odpowiednie podprogramy i nakazał im kontrolę wszystkiego, co zrobił 

w ciągu ostatniej godziny. 

- Miał pan słuszność, młody Anakinie  - oznajmił, kiedy skończył badanie.  - Rze-

czywiście  zachowuję  się  w  sposób  cokolwiek  niezwykły.  Bardzo  możliwe,  że  ma  to 
jakiś związek z tym, że niedawno o mało nie upiekłem się żywcem i przebywałem ca-
lutki dzień w ciasnym i ciemnym pomieszczeniu. Nie jestem jednak tego całkiem pe-
wien.  Za  to  wy  możecie  być  pewni,  że  moje  akcje  i  reakcje  nie  przekraczają  z  góry 
ustalonych granic. Ani odrobinę. 

-  To jeden  z błędów,  jakie  popełniono,  projektując  roboty  typu  Q9  -  odezwał  się 

półgłosem  Ebrihim,  stojący  za  niewidoczną  pionową  przegrodą,  jaka  wciąż  jeszcze 
rozdzielała  obie  części siłowego bąbla.  -  Ilekroć  ulegają  silnym  i długotrwałym emo-
cjom, postępują trochę dziwacznie. 

- A któż zachowywałby się inaczej w takich sytuacjach? - zdziwił się Qiunine. 
- Przez pewien czas może przejawiać nagłe zmiany nastroju, ale potem się ustatku-

je - ciągnął Dral, jakby nie usłyszał uwagi robota. - Na razie powinniśmy traktować go, 
jakbyśmy nic nie zauważyli. 

- Wspaniale - mruknął Jacen. - A więc liczymy na to, że uwolni nas automat cier-

piący na psychozę maniakalno-depresyjną. 

- Na pewno to zrobię. Zaraz się przekonacie  - oświadczył buńczucznie Qiunine. - 

Powiedzcie  mi tylko, w jaki sposób.  - Obrócił kopułkę, żeby wymierzyć  wrażliwy na 
podczerwień  czujnik  w  szturmowy  wahadłowiec,  a  później  znowu  skierował  go  na 
więźniów... może odrobinę zbyt szybko, aby wydawało się to normalne.  - Pospieszcie 
się jednak, bo inaczej strażnicy Ligi mogą się obudzić. 

- Ta-a - zgodził się z nim Jacen. - Masz rację. Powinieneś jednak zwrócić się z tym 

do Anakina. 

-  Ach  tak  -  odparł  Qiunine.  -  Anakina.  Władcy  wszystkich  mechanizmów.  Po-

wiedz mi zatem, Anakinie, co mam zrobić, a ja uczynię to z prawdziwą przyjemnością. 
Pod warunkiem oczywiście, że przyciśnięcie niewłaściwego guzika nie ściągnie nam na 
głowy jakiejś planety ani nie spowoduje żadnej innej równie błahej niedogodności. 

- Qiunine - odezwał się poważnie Ebrihim. - Powinieneś bardziej panować nad so-

bą. Nie możesz żartować w takiej sytuacji. 

-  Zechciejcie  przyjąć  moje  przeprosiny  -  powiedział  uroczystym  tonem  automat. 

To dziwne, ale nagle wszyscy tak bardzo się o niego martwili. Na ogół ledwo go zau-
ważali. Traktowali, jakby nie istniał. Z wyjątkiem tych chwil, kiedy zwracali się prze-
ciwko  niemu.  -  Wiecie,  to  ciekawe  -  ciągnął  po  chwili.  -  Wygląda  na  to,  że  właśnie 
zaczynam wpadać w depresyjno-paranoidalną fazę psychozy. 

-  Po  prostu  staraj  się  myśleć  logicznie  i  na  temat  -  doradził  łagodnie  Ebrihim.  - 

Anakinie, możesz zaczynać. 

- Zaczynać... Dobrze - odezwał się zamyślony chłopczyk. - Co prawda, nie widzę 

płyty czołowej panelu kontrolnego, ale domyślam się, że gdzieś, mniej więcej pośrod-
ku,  musi  się  znajdować  otwór,  służący  do  włożenia  metalowego  klucza.  Widzisz  go, 
Qiunine? 

background image

Roger MacBride Allen 

165 

-  Skąd  wiedziałeś,  że  tam  jest,  skoro  nie  widziałeś  płyty  czołowej  urządzenia?  - 

zapytał automat, który chyba nabrał nowych podejrzeń. 

- Widziałem, jak tamten  gość  wkładał  klucz  - odparł  Anakin i niepewnie zerknął 

na Jacena. - Widzisz ten otwór, prawda? 

- Tak. Widzę. 
-  Ebrihim  powiedział  kiedyś,  że  czasami  posługujesz  się  manipulatorem,  żeby 

otwierać zamknięte zamki albo włamywać się do skrytek. Czy uważasz, że potrafiłbyś 
otworzyć ten zamek? 

Qiunine  wysunął  manipulator  zakończony  miniaturową  kamerą.  Obok  niej,  przy 

wiązce  przewodów,  znajdowała  się  mikroskopijna  lampka.  Automat  zbliżył  koniec 
manipulatora do otworu. Starając się zajrzeć do środka, ustawiał kamerę to pod tym, to 
znów  pod  innym  kątem.  W  końcu  wyłączył  lampkę  i  wciągnął  chwytak  z  kamerą  do 
korpusu. 

- Nie - powiedział. 
- Och - jęknął zawiedziony malec. - To niedobrze. 
- Czy to już wszystko? - zapytał Qiunine. - Mogę teraz odejść? 
- Nie! - odrzekł Anakin. Zamknął oczy i skupił się, a potem wyciągnął rękę w kie-

runku panelu kontrolnego. 

-  Prawie  mogę  to  zrobić,  ale  nie  widzę  płyty  czołowej  urządzenia  tak  dobrze  jak 

wnętrza. - Pokręcił głową i otworzył oczy. - Przeczytaj mi napisy na płycie. Przeczytaj 
wszystko, co zobaczysz obok pokręteł, tarcz i przełączników. 

Qiunine ponownie wysunął manipulator z kamerą i zapalił mikroskopijną lampkę. 
- To jeden z najbardziej archaicznych systemów kontrolnych, jakie zdarzyło mi się 

oglądać  -  zauważył  po  chwili.  -  Nad  pierwszym  przełącznikiem  widzę  napis  „Wybór 
rodzaju zasilania". To właśnie ten przełącznik przestawia się za pomocą klucza. Zasila-
nie można wyłączyć, ustawić na pojedyncze ograniczenie, podwójne ograniczenie albo 
poczwórne ograniczenie. W tej chwili jest ustawione na „Podwójne ograniczenie". Po-
niżej  jest  tarcza  z  napisem  „Całkowite  natężenie".  Wycechowano  ją  od  jednego  do 
jedenastu, a w tej chwili wskazuje osiem i pół. 

- Ustaw ją na najmniejszą wartość, na jaką się da - polecił Anakin. 
Qiunine wysunął manipulator i obrócił tarczę w lewo tak daleko, jak potrafił. 
- Nie da się ustawić na mniej niż dwa - odezwał się po chwili. - Prawdopodobnie 

nie można tego zrobić bez klucza. 

- Masz rację, masz rację - zgodził się Anakin. Wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął 

niewidzialnej bariery siłowego pola. Zdawało  mu się, że ugięła  się  pod jego palcami, 
ale najwyżej kilka centymetrów. - Nie, nie - dodał pospiesznie. - Nadal za silne. Prze-
czytaj, co widzisz obok innych urządzeń kontrolnych i przełączników. 

-  Widzę  jeszcze  trzy  pokrętła  -  oznajmił  automat.  -  Tarcza  pierwszego  jest  pod-

świetlona. Umieszczono nad nią napis „Względne  natężenie lewej strony podwójnego 
ograniczenia".  Tarcza  jest  wycechowana  od  jednego  do  jedenastu  i  pozostawiona  w 
położeniu środkowym, na szóstce. Wygląda  na  to, że pozostałe  dwa  pokrętła  umożli-
wiają ustawianie wartości parametrów poczwórnego ograniczenia, a ponieważ genera-
tor nastawiono na podwójne, chyba możemy się nimi nie przejmować. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

166 

- Obróć pokrętło nastawiania parametrów podwójnego ograniczenia do oporu. 
Qiunine usłuchał. Siłowe pole ograniczające tę część energetycznej palisady, gdzie 

przebywały dzieci, zwiększyło natężenie i wyraźnie ściemniało. Dało się to zauważyć 
nawet mimo ciemności panujących w komorze z planetarnym repulsorem. 

- Nie, nie, obróć je w przeciwną stronę! - rozkazał Anakin. 
Q9 spełnił i to polecenie. Siłowe pole zaczęło blednąc, aż w końcu energetyczna 

zapora stała się znów całkowicie przezroczysta. Nie dałoby się jej zauważyć nawet za 
pomocą  czujników  wrażliwych  na  podczerwień.  Anakin  wyciągnął  rękę  i  spróbował 
nacisnąć niewidzialną błonę. Tym razem ugięła się pod jego palcami trochę bardziej niż 
poprzednio, ale chociaż chłopczyk napierał z całej siły, nie zdołał jej pokonać. 

- Są jeszcze jakieś inne urządzenia kontrolne na tej płycie? - zapytał. 
- Żadnych innych nie widzę - odpowiedział Qiunine. 
- Tak myślałem - mruknął Anakin. - Niczego innego nie wyczuwałem. 
- Dlaczego więc zapytałeś? 
-  Ponieważ  chciałem  się  upewnić!  -  odrzekł  malec.  -  Nie  zachowuj  się  tak  dzi-

wacznie, dobrze? 

- Czy  wciąż jeszcze zachowuję się dziwnie?  - zaniepokoił  się automat.  -  A  może 

tylko chciałbyś, abym pomyślał, że zachowuję  się  nienormalnie? Czy  właśnie  na  tym 
polega twój plan? 

- Qiunine, nie mamy teraz czasu  - wtrącił się Jacen. - Bez względu na to, co my-

ślisz i co robisz, zajmiesz się tym później. Zgoda? 

Automat obrócił kopułkę i obdarzył go podejrzliwym spojrzeniem. 
- Nie zajmuję się niczym oprócz wykonywania rozkazów. 
- To w tej chwili nieważne - odezwał się Anakin. - Qiunine, czy wszystkie pokrę-

tła i tarcze są ustawione na najmniejsze możliwe  wartości? Czy rzeczywiście pole nie 
może już być ani trochę słabsze? 

- Jest tak słabe, jak tylko może być, jeśli nie dysponuje się kluczem  - potwierdził 

mały robot. 

- To dobrze - powiedział Anakin. - Miejmy nadzieję, że to wystarczy. Zaczynam. - 

Wyciągnął obie ręce przed siebie i rozcapierzył palce tak mocno, jak potrafił. Zamknął 
oczy  i  zrobił  parę  kroków  w  kierunku  niewidzialnej  zapory,  ale  znieruchomiał,  kiedy 
czubki palców zetknęły się z błoną siłowego pola. - Muszę robić wszystko ostrożnie i 
powoli - przypomniał sobie. 

Poruszając się wolno, zaczął napierać prawą dłonią na barierę. Coraz dalej odpy-

chał od siebie membranę osłabionego pola. Powietrze wokół jego palców zamigotało i 
zalśniło; pojawiło się także kilka iskier. Z początku płonęły intensywnym blaskiem, ale 
w miarę jak chłopczyk napierał z coraz większą siłą, świeciły coraz słabiej, aż prawie 
wszystkie  zgasły.  W  końcu  Anakin  dokonał  tego,  że  wypchnięty  fragment  siłowego 
pola  przybrał  kształt  jego  ciała.  Wystająca  część  energetycznej  błony  nie  przestawała 
się jarzyć, mienić i migotać. W pewnej chwili Anakin postąpił jeszcze krok, jakby za-
mierzał wypchnąć ją jeszcze dalej, ale przekonał się, że sam sobie nie poradzi. 

- Pomóżcie mi - powiedział do brata i siostry. 

background image

Roger MacBride Allen 

167 

Jacen i Jaina, okazując zrozumiały niepokój, ostrożnie zbliżyli się i stanęli za ple-

cami  Anakina  w  miejscu,  które  jeszcze  kilka  chwil  wcześniej  chroniła  energetyczna 
palisada.  Jacen  zamknął  oczy  i  wyciągnął  ręce.  Po  chwili  jednak  zmarszczył  brwi  i 
pokręcił głową. 

-  Nie  mam  pojęcia,  jakim  cudem...  -  zaczął,  ale  natychmiast  się  zreflektował.  - 

Ach, rozumiem. 

Wyciągnął ręce jeszcze dalej i kiwnięciem głowy dał znak siostrze, żeby zrobiła to 

samo.  Jaina  usłuchała.  Otoczenie  siłowego  bąbla  znów  rozjarzyło  się  snopami  iskier, 
ale tym razem wyładowania elektrostatyczne nie miały takiej siły jak poprzednio. Zani-
kły też trochę szybciej... wszystkie bez wyjątku. 

- Spróbuj jeszcze raz, Anakinie - odezwała się Jaina. 
Tym razem malec zaczął wypychać siłową błonę tylko lewą dłonią. Wywierał na 

membranę nacisk, który rozciągał ją coraz bardziej i coraz dalej. Wreszcie - poruszając 
się bardzo powoli - zacisnął dłoń w piąstkę i w chwilę później wyprostował wskazujący 
palec. Nie przestawał napierać nim na niewidoczną błonę, która coraz bardziej oddalała 
się i rozciągała. W końcu - a stało się to tak nagle, że w pierwszej chwili nikt tego nie 
zauważył - czubek palca przebił nadwątloną barierę siłowego pola i znalazł się na ze-
wnątrz, po drugiej stronie. 

- Jacenie, chwyć mnie za drugą rękę  - szepnął Anakin. - Jaino, chwyć drugą rękę 

Jacena. 

Starszy chłopiec cofnął lewą rękę i pochwycił prawą dłoń Anakina. Dziewczynka 

zrobiła to samo z ręką Jacena. Tym razem Anakin skupił się i jakby zaczerpnął skądś 
nowej  energii,  gdyż  naparł  jeszcze  silniej  niż  poprzednio.  Przesunął  przez  otwór  w 
błonie najpierw cały palec, potem dłoń i rękę, a jeszcze później głowę i pierś. Pochylił 
się i raczej ciągnąc niż napierając, dalej powiększał szczelinę w błonie siłowego pola. 
W pewnej chwili uniósł lewą nogę i powoli przełożył ją przez otwór na drugą stronę. 
Kiedy przeciskał stopę, na sekundę czy dwie pole roziskrzyło się i zalśniło, ale chłop-
czyk bez trudu postawił ją na metalowej płycie. Z wyciągnięciem prawej nogi poszło 
mu trochę łatwiej. 

Wreszcie uwolnił całe ciało z wyjątkiem prawej ręki. Bardzo powoli, zaczął odda-

lać się od zdeformowanej półkuli siłowego pola. Nie wypuszczając dłoni Jacena, pró-
bował przeciągnąć go przez szczelinę w błonie. Kiedy palce starszego chłopca zetknęły 
się z niewidoczną membraną, siłowe pole roziskrzyło się snopami błękitnych wyłado-
wań. Jacen skrzywił się i uczynił ruch, jakby chciał się wycofać. Na szczęście nie wy-
puścił dłoni AnaMna. Kiedy przeciskał dłoń przez siłowe pole, rozległy się ciche trza-
ski elektrostatycznych wyładowań. Wyglądało na to, że energetyczna bariera stawia mu 
silniejszy opór niż bratu. Mina starszego chłopca dowodziła, że doznania towarzyszące 
pokonywaniu energetycznej palisady nie sprawiają mu przyjemności. 

Siłowe  pole  nie  chciało  uwolnić  jego  głowy;  kiedy  Jacen  ją  przeciskał,  otoczyło 

całą  twarz  podobną  do pajęczyny siecią delikatnych błękitnych  wyładowań. W końcu 
puściło i cofnęło się tak raptownie, że chłopiec cicho jęknął z bólu. Włosy, przesycone 
ładunkami elektrostatycznymi, wyprostowały się jak żywe i zjeżyły na głowie - chociaż 
kiedy przechodził Anakin, nic takiego się nie stało. Także kiedy Jacen przekładał przez 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

168 

otwór najpierw jedną, a potem drugą nogę, jego ciało oplatała sieć roziskrzonych bły-
skawic. 

Kiedy  wreszcie  przecisnął  na  drugą  stronę  całe  ciało,  odprężył  się  i  odetchnął  z 

prawdziwą ulgą. Anakin nie puszczał jego lewej ręki. Teraz chłopcy ostrożnie i powoli 
zaczęli  pomagać  siostrze  wydostać  się  z  więzienia.  Oddalając  się  coraz  bardziej  od 
zdeformowanego  bąbla  pola,  przeciągnęli  przez  otwór  lewą  rękę  dziewczynki.  Iskry 
rozbłysły na nowo, ale tym razem miały ciemniejszą, jakby bardziej gniewną barwę. 

- Ojej! - krzyknęła cicho Jaina. - Czuję się... Czuję się, jakby trawił mnie ogień! 
- Nie przestawaj napierać! - poradził Jacen. - Już jedną dłoń masz po drugiej stro-

nie.  Nie  otwieraj  oczu!  Wierz  mi,  tak  jest  łatwiej.  Idź  dalej.  Naciskaj  i  napieraj,  ale 
delikatnie, powoli. Uwolniłaś już całą rękę. Trzymaj się! Uważaj! Teraz głowa. Jeszcze 
trochę...  W  porządku,  twarz  jest  wolna.  Teraz  najgorsze.  Jaka  szkoda,  że  nie  możesz 
widzieć swoich włosów! Nie, jeszcze nie otwieraj oczu... wszystkie włosy sterczą ci z 
głowy  jak  druty.  Dobrze.  Doskonale.  Teraz  przeciśnij  nogę.  Spokojnie.  Powoli.  Nie 
spiesz się. O, tak. Dobrze. Bardzo dobrze. A teraz drugą nogę. Unieś, przełóż i postaw. 
Właśnie tak. Tylko uważaj na stopę... Gotowe! 

Jaina uwolniła się wreszcie z objęć siłowego pola, ale kiedy stawiała stopę na sre-

brzystej  posadzce,  potknęła  się  i  przewróciła  na  Jacena.  Starszy  brat  także  rozciągnął 
się jak długi, a ponieważ nie puścił dłoni Anakina, pociągnął malca na siebie. Tymcza-
sem  wypchnięty fragment siłowego pola  roziskrzył się  ostatni raz, a  potem zaczął  się 
kurczyć i chować. Chwilę później zrównał się z resztą przezroczystej bariery i energe-
tyczny bąbel ponownie przybrał kształt półkuli. Po wybrzuszeniu nie zostało ani śladu. 

- O rety, ale bolało! - odezwała się dziewczynka. - Zupełnie jakby przez całe ciało 

przepływał bardzo silny prąd elektryczny. 

- Myślę, że ciebie bolało bardziej niż mnie - stwierdził Jacen, usiłując wstać z po-

sadzki. W końcu udało mu się wyplątać z kłębowiska rąk i nóg rodzeństwa. Pomógł się 
podnieść pozostałym dzieciom. - Ciebie też tak bolało, Anakinie? - zapytał, zwracając 
się do malca. 

Chłopczyk pokręcił głową. 
-  Nie-e  -  powiedział.  -  Tylko  trochę  łaskotało.  To  było  nieprzyjemne  łaskotanie, 

ale nie nazwałbym tego bólem. 

-  To  było  niemożliwe  -  odezwał  się  Qiunine.  -  To,  czego  dokonaliście,  było  po 

prostu niemożliwe. Nikt nie może się przedrzeć przez siłowe pole w taki sposób. 

-  Prawdę  mówiąc,  myśmy  się  przez  nie  przedzierali  -  rzekł  Anakin.  -  Po  prostu 

przecisnęliśmy  się  między  dwiema  częściami.  Rozciągałem  je,  aż  między  nimi  utwo-
rzyło się coś w rodzaju wolnej przestrzeni. Ja tylko rozepchnąłem obie części tak, żeby-
śmy się zmieścili. To wszystko. 

- Aha. To wszystko. Uprzejmie dziękuję - odparł cierpko automat. - To rzeczywi-

ście wszystko wyjaśnia, możesz być tego pewien. 

- Anakinie... a co z Chewbaccą, Ebrihimem i ciotką Marchą? - zaniepokoiła się Ja-

ina. 

Malec pokręcił głową. 

background image

Roger MacBride Allen 

169 

- Chyba nie zdołam uwolnić ich z tej strony  - powiedział.  - Nie można  wyciągać 

dorosłych ludzi z zewnątrz. Im ktoś jest większy i cięższy, z tym większym trudem to 
przychodzi. 

- A nie mógłbyś pomajstrować przy panelu kontrolnym? - zapytała dziewczynka. 
Anakin podszedł do urządzenia i popatrzył na płytę czołową. Później położył dłoń 

na obudowie, zamknął oczy i zaczął się skupiać. Zwracał całą uwagę na obwody i pod-
zespoły usytuowane wewnątrz urządzenia. W końcu jednak cofnął rękę i otworzył oczy. 

- Nic z tego - oznajmił stanowczo. 
- Potrafisz przecież sprawiać, że mechanizmy są posłuszne twojej woli - nie dawa-

ła za wygraną Jaina. 

- Tak, ale to co innego  -  wyjaśnił  Anakin.  - Potrafię zmuszać do pracy  małe  me-

chanizmy.  Mogę  im  nakazywać,  żeby  wykonywały  to,  do  czego  są  stworzone.  Ten 
zamek  jest  zbyt  duży.  A  poza  tym  już  wykonuje  to,  do  czego  jest  zaprojektowany. 
Unieruchamia podzespoły kontrolne. 

- Nie mógłbym życzyć sobie, żeby ktoś wyjaśnił mi to bardziej przystępnie  - ode-

zwał się Qiunine. - Domyślam się jednak, że nie potrafisz uwolnić pozostałych? 

- Nie - odparł chłopczyk. - Nie zdołam, jeżeli nie zdobędę klucza. 
- Widzę z tego, że wszystko starannie zaplanowaliście - zauważył automat. 
-  Nasz  plan  zakładał,  że  ty  poradzisz  sobie  z  otworzeniem  zamka  -  wtrącił  się 

Ebrihim chyba jeszcze bardziej cierpko niż Qiunine. - Teraz jednak to nieistotne. Jeżeli 
rzeczywiście  nie  możemy  pokonać  bariery  siłowego  pola,  dzieci  będą  musiały  same 
podjąć próbę ucieczki. Oczywiście, pomożesz im w tym, Qiunine. 

- Co takiego? - żachnął się robot. - W jaki sposób? Jakim cudem moglibyśmy stąd 

uciec? 

- Oczywiście, odlatując „Sokołem Millenium". 
- Chwileczkę - odezwał się zaniepokojony Jacen. Spojrzał na Ebrihima. - Napraw-

dę chcesz, żebyśmy my pilotowali „Sokoła"? 

Chewbacca  także  przeniósł  spojrzenie  na  starszawego  Drala.  Cicho  zawył,  wy-

szczerzył wszystkie zęby i wymownie pokręcił głową. 

-  Przyznaję,  że  to  nierozsądne  i  niebezpieczne  -  oznajmił  Ebrihim,  zwracając  się 

do Wookiego. - Jednak jest to najlepsze spośród innych możliwych wyjść z naszej sy-
tuacji.  Chewbacco,  sam  powiedziałeś,  że  właściwie  zakończyłeś  usuwanie  prawie 
wszystkich usterek i uszkodzeń  „Sokoła". Jestem przekonany, że bez trudu  wyjaśnisz 
dzieciom,  co  powinny  zrobić,  żeby  uporać  się  z  pozostałymi.  Nie  wątpię,  że  poradzą 
sobie  z  naprawianiem  tych  kilku,  jakie  jeszcze  zostały.  Jeżeli  chodzi  o  nas,  przedsta-
wiamy o wiele mniejszą wartość jako zakładnicy. Thrackan musi zdawać sobie z tego 
sprawę. Trzy najcenniejsze klejnoty, jakie zdobył, właśnie znalazły się po drugiej stro-
nie energetycznej palisady. Anakinie, Jacenie, Jaino... to prawda, że jeżeli podejmiecie 
próbę  ucieczki,  narazicie  się  na  wielkie  niebezpieczeństwo.  Jestem  jednak  absolutnie 
pewien, że gdybyście tu pozostali, narazilibyście się - a przy okazji nas i wiele innych 
istot - na jeszcze  większe.  Thrackan jest człowiekiem okrutnym,  mściwym i samolub-
nym. Nie chciałbym, żebyście wpadli w jego ręce. Przypuszczam, że istnieją tylko dwa 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

170 

wyjścia z naszej sytuacji. Pierwsze, gdyby wasza matka zgodziła się spełnić jego żąda-
nia... 

- Nigdy tego nie zrobi - oświadczył stanowczo Jacen. 
-  Zgadzam  się  z  tobą.  Jeżeli jednak  się  zgodzi,  wasz  wuj  dojdzie  do  wniosku,  że 

przedstawiacie dla niego zbyt dużą wartość, aby was uwolnić. Będzie was przetrzymy-
wał w nadziei, że zmusi waszą matkę do kolejnych ustępstw. A za każdym razem, kie-
dy  uzyska  to,  czego  zażąda,  będzie  miał  dodatkowy  powód,  żeby  więzić  was  jeszcze 
dłużej. Podejrzewam, że nigdy was nie uwolni. 

- Jeżeli  mama zgodzi się  spełnić jego żądania  w nadziei, że Thrackan jednak nas 

uwolni, skrzywdzi wielu niewinnych ludzi - przypomniała Jaina. 

- Skrzywdzi, a może nawet przyczyni się do ich śmierci - poprawił ją Jacen. 
- Z pewnością tak  się stanie  - powiedział ich guwerner.  - Istnieje też drugie, bar-

dziej  prawdopodobne  wyjście:  wasza  matka  nie  zgodzi  się  spełnić  żądań  samozwań-
czego dyktatora. Podejmie taką decyzję, doskonale zdając sobie sprawę, że złamie jej to 
serce. Jednak nie zawaha się ani chwili. Wcześniej czy później wasz sfrustrowany ku-
zyn  wpadnie  w  taką  wściekłość,  że  zechce  swój  gniew  wyładować  na  was.  Pragnąc 
zmusić waszą matkę do uległości, zagrozi, że podda was torturom albo nawet wprowa-
dzi swój zamiar w życie. 

- Torturom? - zaniepokoiła się Jaina. - Muszę przyznać, że o tym nie pomyślałam. 
-  Naprawdę  ośmieli  się  nas  torturować?  -  W  głosie  Jacena  zabrzmiało  niedowie-

rzanie. 

- Myślę, że to całkiem możliwe - odparł Ebrihim. - Powiedziałbym nawet, że dość 

prawdopodobne. 

Qiunine przeniósł spojrzenie ze swojego pana na dzieci i z powrotem. Zorientował 

się, że nie wszystko zostało powiedziane. Już miał uzupełnić obraz sytuacji, ale w samą 
porę  coś  kazało  mu  się  powstrzymać.  Nikt  nie  powiedział,  że  byłoby  o  wiele  lepiej, 
gdyby  dzieci  zginęły  w  katastrofie  frachtowca  szybką,  tragiczną  śmiercią,  niż  żeby 
miały  stać  się  pionkami  w  okrutnej  grze,  prowadzonej  przez  ich  kuzyna...  w  ponurej 
rozgrywce, która  mogła  się  zakończyć  tylko  w jeden sposób: uśmierceniem pionków, 
kiedy Thrackan uzna, że nadeszła odpowiednia chwila. Jakie to szlachetne i odważne, 
że nikt nie wspomniał o tym ani słowa - pomyślał automat. Swoją drogą to niesamowi-
te, że on, Qiunine, reagował na  wszystko tak dziwacznie i emocjonalnie. W tej samej 
chwili  mały  robot  uświadomił  sobie,  że  nigdy  dotąd  nie  pomyślał  o  przerażającym 
aspekcie swojej sytuacji. 

- Zaczekajcie momencik - powiedział. - A co ze mną? Ebrihim popatrzył na robota 

i cicho zachichotał. 

- Och, to chyba oczywiste  - odparł. - Co innego mógłbyś zrobić? Jak myślisz, co 

zrobi Thrackan, kiedy wstanie rano i przekona się, że dzieci zniknęły... a potem ujrzy 
ciebie? 

Q9  zastanawiał  się  nad  swoją  sytuacją  dobre  kilkanaście  sekund.  Ani  trochę  nie 

spodobały mu się wnioski, do jakich doszedł. 

-  Mogłem  się  tego  domyślić  -  powiedział  w  końcu.  -  Rozumiem  teraz,  że  to 

wszystko był spisek, a ja miałem paść ofiarą. 

background image

Roger MacBride Allen 

171 

- Ja na przykład widzę kilka innych istot, które po zniknięciu dzieci znajdą się w 

gorszej  sytuacji  -  pocieszył  go  Ebrihim.  -  To  zresztą  nie  ma  znaczenia.  Leć  i  nie  trać 
czasu. Im dłużej zwlekasz, na tym większe niebezpieczeństwo narażasz wszystkich. 

-  Nie  wiemy  przecież,  jakie  urządzenia  „Sokoła"  są  uszkodzone  -  sprzeciwiła  się 

Jaina. - Nie mamy pojęcia, j ak uporać się z naprawami. 

Ebrihim uniósł rękę i pokazał wszystkim miniaturowe urządzenie. 
- Mamy komunikator, a wy, dzieciaki, posłużycie się takim samym wbudowanym 

aparatem, którym dysponuje Qiunine. Korzystając z niego, możecie porozumiewać się 
z  nami,  dopóki  nie  nawiążecie  łączności  za  pomocą  pokładowej  aparatury  „Sokoła". 
Umiecie  przecież  posługiwać  się  komunikatorem.  Chewbacca  będzie  mówił  mi,  co 
robić,  a  ja  wszystko  wam  powtórzę.  Przekonacie  się,  że  damy  sobie  radę.  Wy  także 
poradzicie sobie bez trudu. 

Chewbacca energicznie pokiwał głową i zamruczał, a swoją wypowiedź zakończył 

cichym, ale zachęcającym gardłowym warknięciem. 

- To bardzo miłe z twojej strony - rzekła Jaina, zwracając się do guwernera - ale to 

wcale jeszcze nie oznacza, że masz rację. 

- Jestem przekonany, że to potraficie  - odparł Dral.  -  A  teraz  musicie się pospie-

szyć.  W  każdej  chwili  mogą  się  obudzić  żołnierze  Ligi.  Nie  mamy  innego  wyjścia. 
Idźcie! 

Dzieci spojrzały po sobie. W następnej chwili - jak na rozkaz - wszystkie odwróci-

ły się i ruszyły w stronę gwiezdnego statku. Odeszły tak niespodziewanie i cicho, że w 
pierwszej chwili Qiunine tego nie zauważył. Korzystając z repulsorów, unosił się nieru-
chomo. Dopiero po kilku sekundach obrócił kopułkę i przekonał się, że dzieci docierają 
już do stóp rampy. 

Zwiększył dopływ energii do repulsorów, a potem odwrócił się i bez słowa pospie-

szył ich śladem. 

 
Kiedy „Ślicznotka" wylądowała w jednym z hangarów na pokładzie „Intruza", na 

powitanie pasażerów wyszedł sam admirał Ossilege. Ubrany w nieodzowny kremowo-
biały mundur, cierpliwie czekał, aż właz się otworzy, a rampa zetknie z płytą lądowi-
ska. 

-  Witam  wszystkich  -  powiedział,  kiedy  po  pochylni  schodzili  Lando,  Kalenda  i 

Gaeriela.  Kilka  kroków  za  nimi  stąpał  sztywno  Threepio.  -  Mam  nadzieję,  że  wasze 
informacje  okażą  się  naprawdę  takie  ciekawe,  jak  obiecywaliście.  Czy  to  nie  ironia 
losu,  że  teraz,  kiedy  w  końcu  możemy  się  porozumiewać  za  pomocą  komunikatorów, 
musimy się martwić o to, czy przypadkiem ktoś nas nie podsłucha? 

- Myślę, że już  niedługo sam się pan przekona, że nasze informacje są naprawdę 

ciekawe i że warto dołożyć starań, aby zachować je w tajemnicy - odezwał się Lando. - 
Może zaprosi pan nas gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać? 

- Oczywiście - oznajmił admirał. - Pójdziemy do mojej prywatnej kabiny. - Urwał 

i spiorunował spojrzeniem złocistego androida.  - Mam nadzieję, że to zostanie na po-
kładzie pańskiego statku - dodał, zwracając się do Calrissiana. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

172 

- No cóż, to doprawdy nieuprzejmie... - zaczął Threepio, ale Ossilege zmarszczył 

brwi tak groźnie, że android wolał nie kończyć zdania. 

- A pozostałych proszę za mną - dokończył Bakuranin. 
Lando zerknął na Kalendę, ale agentka Wywiadu Nowej Republiki tylko pokręciła 

głową. Admirał spędzał większość czasu na  mostku, więc żadne z nich nawet nie po-
myślało, że mógłby mieć osobistą kabinę na pokładzie lekkiego krążownika. 

Okazało  się  jednak,  że  miał.  Zaprowadził  do  niej  gości  najkrótszą  drogą.  Lando 

zawsze chlubił się tym, że od pierwszego rzutu oka poznawał, czy jakieś pomieszczenie 
jest urządzone gustownie, czy bez smaku. Ujrzawszy wnętrze osobistej kabiny admira-
ła, natychmiast stwierdził, że pełno w niej najróżniejszych sprzeczności. Przepych kłó-
cił się z prostotą; przedmioty przesadnie wspaniałe kontrastowały z niepozornymi. 

Wielkie  pomieszczenie  wywierało  jednak  wielkie  wrażenie.  Było  co  najmniej 

dwukrotnie większe niż wszystkie luksusowe kabiny bakurańskich oficerów, jakie wi-
dział  do  tej  pory.  Miało  kremowe  ściany,  a  płyty  pokładu  przysłonięte  puszystymi, 
niebieskimi dywanami . Jedną ścianę zdobił wielki, okrągły iluminator o średnicy przy-
najmniej dwóch metrów. Lando widział przez niego zapierającą dech kulę Dralii, która 
unosiła  się  na  tle  czarnego,  rozgwieżdżonego  nieba.  Dyskretne,  rozproszone  światło 
padało z tylu punktów naraz, że w kabinie nie widziało się żadnych cieni. 

Osobiste rzeczy admirała przedstawiały się jednak nader skromnie. W jednym ką-

cie  kabiny  stała  najzwyklejsza  prycza,  z  którą  sąsiadował  niewielki  składany  nocny 
stolik.  Łóżko  zaścielono  wyjątkowo  starannie.  Idealnie  wygładzona  poduszka  spoczy-
wała dokładnie pośrodku i stykała się z równo złożonym prześcieradłem i kocem. Lan-
do natychmiast zrozumiał, że Hortel Ossilege - chociaż mógł korzystać z pomocy wielu 
służących i androidów - osobiście  ścielił łóżko każdego ranka. Nie zawierzyłby niko-
mu, że zaścielę jego pryczę wystarczająco starannie. Na blacie stolika stał zwykły bu-
dzik, a obok niego leżał przenośny komunikator. Była tam jeszcze nocna lampka i cał-
kiem sporych rozmiarów  tradycyjna  książka.  Lando nie zauważył, czy jest to powieść 
historyczna, zbiór traktatów na temat bakurańskiej religii czy też zestaw regulaminów 
bakurańskiej Marynarki. 

W kabinie nie było widać żadnych innych przedmiotów osobistego użytku. Jeżeli 

Ossilege jakieś miał, z pewnością ukrył je w szafach lub szufladach. W przeciwległym 
kącie, obok drzwi, stało najzwyklejsze biurko, a na nim dwa stosy idealnie równo uło-
żonych dokumentów. Niższy, po lewej stronie, zapewne zawierał meldunki i raporty, z 
których treścią Ossilege dopiero chciał się zapoznać. Drugi, o wiele wyższy, ale równie 
starannie  ułożony  stos,  widniał  po  prawej  stronie.  Z  pewnością  były  to  przeczytane 
dokumenty. 

Na biurku stała lampa, leżały także równo przybory do pisania, elektroniczny no-

tes i jeszcze jeden komunikator. Nic więcej. Biurko ustawiono w taki sposób, że kiedy 
Bakuranin przy  nim siedział,  mógł spoglądać przez  ogromny iluminator.  Żadnych in-
nych  mebli  w  kabinie  po  prostu  nie  było.  Lando  nie  widział  także  żadnych  krzeseł  - 
jeżeli nie liczyć tego, które stało za biurkiem. Kiedy jednak zaczynał się zastanawiać, 
gdzie usiądą, drzwi kabiny admirała się otworzyły. 

background image

Roger MacBride Allen 

173 

Do pomieszczenia wjechał mały ciemnoszary robot. Przyniósł - a ściślej przywiózł 

-  trzy  składane  krzesła.  Zdumiewająco  szybko  i  sprawnie  rozstawił  je  po  przeciwnej 
stronie biurka, po czym bez słowa odwrócił się i wyjechał z kabiny. 

Trójka gości  usiadła  naprzeciwko gospodarza. Admirał popatrzył na  nich  wycze-

kująco. 

- Opowiedzcie mi - rozkazał. - Opowiedzcie wszystko, czego się tam dowiedzieli-

ście. 

Pani porucznik Kalenda chrząknęła zdenerwowana i zaczęła mówić: 
- Pierwsza i najważniejsza wiadomość brzmi tak, panie admirale: stacja Centerpo-

int jest gwiazdogromem. Urządzeniem służącym do zamiany gwiazd w supernowe. 

-  Rozumiem  -  odparł  Ossilege  zupełnie  spokojnie.  Takim  tonem  mógłby  skwito-

wać informację, co Kalenda jadła na obiad. 

- Jesteśmy także niemal całkowicie pewni, że do unieszkodliwienia stacji Center-

point mogą posłużyć planetarne repulsory. 

- Doprawdy?  - zapytał Bakuranin  takim  samym tonem.  - To rzeczywiście bardzo 

ciekawe. Czy nie zechciałaby pani zapoznać mnie z kilkoma szczegółami? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

174 

R O Z D Z I A Ł  

12 

KRES WYPRAWY 

Syrena alarmowa zawyła w niewielkiej kajucie sypialnej „Szarmanckiego Gościa" 

niczym głos z zaświatów. Czując, że jej serce wali jak młot, Tendra Risant wyskoczyła 
z łóżka. Usiłowała stanąć na płytach pokładu, ale zaplątała się w prześcieradła i omal 
nie runęła jak długa. W końcu jednak zdołała się uwolnić i pobiegła do sterowni. 

Nie pamiętała, czy od chwili startu słyszała chociaż raz taki sygnał alarmowy. Na 

wszystkie płonące słońca, co mogło tym razem ulec uszkodzeniu? Wpadła jak burza do 
sterowni i rzuciła  okiem na  kontrolne  pulpity, ale  nie  zobaczyła  ani jednej czerwonej 
lampki. Wszystkie płonęły łagodną, kojącą zielenią. 

Dopiero wtedy rozbudziła się na dobre i przypomniała sobie, co się stało. Przecież 

niedawno sama zainstalowała ten alarm. Syrena miała się odezwać, kiedy nawigacyjny 
komputer „Szarmanckiego Gościa" zorientuje się, że zanikło pole interdykcyjne. 

Zanikło  interdykcyjne  pole!  Kobieta  uświadomiła  sobie,  że  jej  myśli  gnają  jak 

oszalałe.  Zanik  pola  mógł  oznaczać  jedną  z  wielu  możliwych  zmian  w  jej  sytuacji... 
niestety, przeważnie na niekorzyść. Na razie jednak nic na to nie mogła poradzić. Może 
później zacznie zgadywać, kto i dlaczego wyłączył generator pola. W tej chwili znik-
nięcie interdykcyjnego obszaru oznaczało dla niej tylko jedno: nareszcie może przestać 
się wlec. Nareszcie poleci o wiele szybciej. Wskoczyła na fotel pilota i zabrała się do 
pracy. 

Zanim stała się właścicielką „Szarmanckiego Gościa", właściwie nie bardzo potra-

fiła  posługiwać  się  nawigacyjnym  komputerem.  Od  chwili  startu  zdołała  jednak  nie 
tylko nauczyć się z nim współpracować, ale nawet nabrać pewnej wprawy. Przebierając 
palcami po klawiaturze tak szybko, jak potrafiła, zajęła się analizowaniem swojej sytu-
acji.  Najpierw  musiała  ustalić  dokładne  współrzędne  punktu  przestworzy,  gdzie  się 
znajdowała.  Potem  powinna  wprowadzić  do  pamięci  komputera  zestaw  parametrów 
siatki  odniesienia  z  zaznaczonym  punktem,  gdzie  zamierzała  wyłonić  się  z  nadprze-
strzeni. Kiedy w końcu upora się z jednym i drugim zadaniem, pozwoli komputerowi 
wytyczyć optymalną trajektorię lotu, a następnie wyświetlić na monitorze współrzędne 
punktów wniknięcia i wyskoczenia z nadprzestrzeni. 

background image

Roger MacBride Allen 

175 

Z  rozwiązaniem  pierwszego  problemu  nie  miała  żadnych  trudności.  Doskonale 

wiedziała, gdzie się znajduje. W ciągu wielu godzin monotonnego lotu miała dość cza-
su, by opanować trudną sztukę gwiezdnej nawigacji. Cały kłopot w tym, że nigdy nie 
podjęła decyzji, dokąd lecieć. O wiele łatwiej było podawać nawigacyjnemu kompute-
rowi wciąż na nowo uaktualniane współrzędne wszystkich możliwych celów wyprawy, 
tak  by  później  -  gdyby  w  ostatniej  chwili  sytuacja  uległa  nieprzewidzianej  zmianie  - 
mogła  szybko  zdecydować,  dokąd  się  skierować.  Tyle  że  właśnie  taka  zmiana  zaszła 
przed kilkoma minutami, a ona wciąż jeszcze nie była tego pewna. 

Musiała  się  jednak pospieszyć. Bez względu  na  to, kto  wyłączył generator inter-

dykcyjnego  obszaru,  w  każdej  chwili  mógł  go  ponownie  uruchomić.  Tendra  zastana-
wiała  się  jeszcze  chwilę,  ale  w  końcu  podjęła  decyzję:  poleci  na  stację  Centerpoint. 
Kiedy  ostatnio  rozmawiała  z  Landem,  odniosła  wrażenie,  że  śniadolicy  mężczyzna 
kieruje  się  właśnie  w  tamten  rejon.  Co  prawda,  podejrzewała,  że  ilekroć  chodziło  o 
Landa, a także zawsze wtedy, kiedy toczyła się wojna - a przecież w tej chwili miała do 
czynienia i z jednym, i z drugim - jej przeczucie mogło zawieść na całej linii, ale prze-
cież musiała dokądś lecieć. Wpisała do pamięci komputera odpowiednie współrzędne i 
przełączyła go na automatyczne sterowanie. Na ekranie pojawiły się cyfry. Odmierzały 
trzydzieści  sekund,  jakie  pozostawały  do  chwili  wykonania  polecenia.  Czas  uciekał 
zatrważająco szybko. 

Przez krótką jak mgnienie oka chwilę Tendra zastanawiała się, czy gdyby zawio-

dły wszystkie procedury automatyczne, nie powinna przełączyć komputera na sterowa-
nie  ręczne.  Czy  nie  tak  radzili  sobie  bohaterowie  popularnych  holowizyjnych  seriali? 
Na szczęście w porę się opamiętała. W końcu bohaterowie holowideogramów byli zaw-
sze doświadczonymi pilotami, którzy niejedno przeżyli i widzieli... a często także naj-
bardziej utalentowanymi i genialnymi gwiezdnymi wygami, jakich znała galaktyka. Co 
więcej,  zawsze  mogli  liczyć  na  poparcie  ze  strony  najpotężniejszych  sojuszników  - 
tych, którym zawdzięczali życie... uczynnym autorom scenariuszy. Tymczasem w życiu 
wszystko  bywało  inaczej.  Tendra  nie  mogła  się  spodziewać,  że  w  ostatniej  scenie 
wszystko ułoży się po jej myśli. 

A poza tym dopiero drugi raz przygotowywała się do skoku przez nadprzestrzeń. 

Gdyby więc automatyczne procedury zawiodły i komputer zdecydował, że jednak lepiej 
będzie  powstrzymać  się  od  wykonania  rozkazu  niż  narazić  życie  pani  kapitan  „Szar-
manckiego Gościa" na niebezpieczeństwo, postąpi rozważnie, jeśli mu uwierzy. Lepiej 
lecieć powoli jeszcze miesiąc czy dwa niż dopuścić, żeby silniki napędu nadświetlnego 
eksplodowały za jej plecami albo pracowały tak długo, że jej statek  wyskoczy z  nad-
przestrzeni dopiero na przeciwległym krańcu galaktyki. 

Tendra zerknęła na cyferki odmierzające czas, jaki miał jeszcze upłynąć do chwili 

skoku. Piętnaście sekund. Dotychczas jej wyprawa strasznie się dłużyła i nic nie wska-
zywało  na  to,  że  się  szybko  zakończy...  nawet  jeżeli  wszystko  potoczy  się  zgodnie  z 
planem i „Szarmancki Gość" wyłoni się z nadprzestrzeni pośrodku koreliańskiego sys-
temu planetarnego. Nikt  nie  mógł zagwarantować, że będzie  bezpieczna, nawet jeżeli 
nawigacyjny  komputer  się  nie  pomyli  i  jej  tramp  wyskoczy  dokładnie  naprzeciwko 
głównego rękawa cumowniczego stacji Centerpoint. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

176 

Dziesięć  sekund.  A  co  z  Landem?  Czy  nie  przydarzyło  mu  się  nic  złego?  Czy 

wciąż jeszcze przebywał w najbliższej okolicy stacji Centerpoint? Czy zdoła go odna-
leźć? Przecież toczy się wojna, a podczas wojny na ogół panuje chaos i bezprawie. 

Pięć sekund. Po co w ogóle wybierała się na tę wyprawę? Dlaczego słono przepła-

ciła, żeby kupić używany gwiezdny statek? Dlaczego weszła na pokład i wyruszyła na 
poszukiwania wygadanego bawidamka, którego widziała dokładnie raz w życiu? Zaw-
sze  dotąd  uważała  się  za  osobę  trzeźwo  myślącą  i  zrównoważoną.  Teraz  wszystko 
przemawiało za tym, że nie miała racji. 

Trzy sekundy. To szaleństwo. Oto szykowała się do skoku, który miał się zakoń-

czyć  pośrodku rejonu objętego walkami.  Powinna  rozkazać  nawigacyjnemu  kompute-
rowi,  żeby  zignorował  zaprogramowaną  procedurę,  a  potem  zawrócić  i  polecieć  na 
Sakorię. Przynajmniej będzie tam bezpieczna. 

Dwie sekundy. Nie. Było na to za późno. Gdyby tak postąpiła, pewnie całe życie 

zastanawiałaby się nad tym, co by się stało, gdyby... 

Jedna sekunda. Już niedługo miała się dowiedzieć. 
Zero. W dziobowym iluminatorze trampa eksplodowały oślepiająco jasne smugi i 

linie. Gwiazdy przemieniły się  w gwiezdne błyskawice. „Szarmancki Gość" przyspie-
szył do prędkości światła. 

I nagle Tendra Risant nie musiała się martwić o nic więcej. 
 
Ossilege  wstał zza biurka i obszedł je, a potem zamyślony zaczął spacerować po 

kabinie. W pewnej chwili stanął przed iluminatorem, uniósł lekko głowę i zapatrzył się 
na Dralię. 

Nie interesował się nią, kiedy była po prostu jeszcze jedną piękną planetą- pomy-

ślał  Lando.  -  Dopiero  teraz, gdy  stała  się  ważnym  obiektem  strategicznym,  poświęcił 
kilka chwil, żeby się jej lepiej przyjrzeć. 

- A zatem jeżeli dobrze was zrozumiałem - odezwał się Bakuranin, odwracając się 

w stronę gości - planetarne repulsory mają dla nas o wiele  większe znaczenie niż po-
czątkowo uważałem. Gdybyśmy opanowali któryś wystarczająco wcześnie, żeby zmie-
nić  tor  lotu  wystrzelonego  ze  stacji  Centerpoint  promienia  przyciągająco-
repulsorowego,  może  ocalilibyśmy  od  śmierci  niewinnych  mieszkańców  Bovo  Yage-
na... a przy okazji wygralibyśmy tę wojnę. Czy o to chodzi? 

- Mniej więcej tak, panie admirale - odparła Kalenda. - Ale nasz problem nie pole-

ga tylko na opanowaniu repulsora. Chodzi o to, jak go obsługiwać. Co więcej, nie je-
stem przekonana, że potrafi to Thrackan Sal-Solo. 

- Jego podwładni już się nim posłużyli. 
- Nie jestem pewna, czy to byli oni, panie admirale - powtórzyła agentka Wywiadu 

Nowej Republiki. - Prawdę mówiąc, wyglądało to jak przedwczesny zapłon. Mieliśmy 
do  czynienia  z  emisją  gigantycznych  ilości  rozproszonej  energii  repulsorowej,  ale  z 
niczym więcej. O wiele większe skupienie miał strzał oddany z repulsora Selonii. Ist-
nieje jeszcze jeden powód, dla którego tak uważam. Jeśli pan sobie przypomina, tamten 
szturmowy wahadłowiec Ligi wleciał do otworu draliańskiego repulsora po tym, kiedy 

background image

Roger MacBride Allen 

177 
ktoś się nim posłużył. Możemy się tylko domyślać, że wówczas obsługiwali go techni-
cy Ligi. 

- Widziałem i słyszałem tamto oświadczenie i chyba wiem, kto oddał strzał z dra-

liańskiego repulsora - odezwał się Lando. 

- Kto to mógł być? - zapytał z przekąsem Ossilege. Obdarzył ciemnoskórego męż-

czyznę lodowatym, pobłażliwym uśmiechem, jakby z góry nie zgadzał się z niczym, co 
usłyszy. 

-  Dzieci  -  wyjaśnił  Calrissian.  -  Myślę,  że  uruchomiły  repulsor  przez  przypadek. 

Emisja repulsorowej energii zwróciła uwagę i Thrackana, i pana, ale Thrackan przyle-
ciał tam pierwszy... 

- Niech pan nie wygaduje bzdur - przerwał mu Ossilege, nie kryjąc pogardy. - Ja-

kim cudem dzieciaki zdołałyby uruchomić planetarny repulsor? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  przyznał  szczerze  Lando.  -  Możliwe,  że  dokonał  tego 

Chewbacca, chociaż nie sądzę, aby okazał się na tyle nieostrożny, żeby wysłać w prze-
stworza tak rozproszoną wiązkę. Może zrobili to Dralowie? Uważam jednak, że spraw-
cą musiał być ktoś z ich grupy. 

-  Bardzo  w  to  wątpię  -  oświadczył  beznamiętnie  Bakuranin.  -  Przypuszczam,  że 

repulsorem posłużył się jakiś technik Ligi. Pragnął w ten sposób powiadomić o czymś 
Thrackana. Domyślam się, że to jego technicy przypadkiem ujęli dzieci, kiedy poszu-
kiwali  draliańskiego  repulsora.  Teraz jednak  to  nie  ma  znaczenia.  Liczy  się  tylko,  że 
repulsor wpadł w ręce Thrackana. Wydałem rozkaz, żeby szturmowy oddział piechoty 
gwiezdnej  wylądował  na  Dralii  i  przejął  kontrolę  nad  tamtejszym  repulsorem.  Tam, 
gdzie przebywa Thrackan, niedługo zacznie świtać. Piechota gwiezdna wyląduje dzisiaj 
wieczorem, niedługo po zachodzie słońca. Możliwe jednak, że żołnierze, jeżeli zmuszą 
ich  okoliczności,  rozpoczną  całą  akcję  trochę  wcześniej.  Na  razie  przygotowują  się: 
odbywają ćwiczenia i dokonują koniecznych symulacji. 

- Dlaczego od razu nie wystartują? - zdziwił się Lando. 
- Kilka godzin wcześniej zadałem to samo pytanie dowódcy oddziału szturmowe-

go,  komandorowi  Putneyowi  -  odpowiedział  Ossilege.  -  Zaręczam,  że  Putney  niecier-
pliwi  się  nie  mniej  niż  pan  i  chciałby  lecieć  możliwie  jak  najszybciej,  ale  to  nie  jest 
takie proste. Najważniejszy problem polega na tym, że zgodnie z poprzednio wydanym 
przeze  mnie  rozkazem,  szturmowe  statki  oddziału  desantowego  komandora  Putneya 
zostały wyposażone we wszystko, co niezbędne do długotrwałych badań stacji Center-
point... a także do ewentualnych walk, gdyby okazało się to konieczne. A zatem przy-
gotowano  je  do  wykonania  zupełnie  innego  zadania  niż  nagły  atak  na  stacjonarny 
obiekt, broniony przez garstkę nieprzyjaciół. Żołnierze komandora Putneya muszą mieć 
czas,  żeby  wyładować  niepotrzebny  sprzęt  i  przygotować  swoje  statki  do  spełnienia 
całkiem innej misji. Chodzi o coś jeszcze. Dowódca oddziału szturmowego uważa, że 
lądowanie  po zachodzie  słońca zapewni jego żołnierzom dodatkową  przewagę. Zapo-
znał  się  z  rozkładem  draliańskich  stref  czasowych,  a  także  ocenił  wpływ  zmienionej 
długości dnia i różnic czasu na ludzkie organizmy. Doszedł do przekonania, że włada-
jący repulsorem Korelianie będą najbardziej zmęczeni i senni właśnie dzisiaj po zacho-
dzie słońca. A zatem chociaż zgadzamy się, że atak powinien nastąpić jak najszybciej, 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

178 

istnieją ważne powody, dla których musimy zaczekać z nim do wieczora. Ryzyko, na 
jakie  się  narażamy,  jest  oczywiste,  ale  jeśli  wziąć  pod  uwagę  wszystkie  okoliczności, 
największą szansę powodzenia gwarantuje odłożenie ataku do zachodu słońca. 

- Może ma pan rację, a może nie - odezwał się Lando. - Upewni się pan, kiedy bę-

dzie za późno. Jeżeli się okaże, że miał pan rację, wszyscy okrzykną pana wojskowym 
geniuszem. Jeżeli się  pan pomyli,  zostanie  pan  głupcem i niedołęgą.  Nie  zazdroszczę 
panu takiej sytuacji, admirale. Kiedyś, bardzo dawno, mnie także mianowano genera-
łem.  Nie  chciałem  nim  być.  Zupełnie  mi  na  tym  nie  zależało,  głównie  z  powodu  ko-
nieczności dokonywania podobnych wyborów. Szczerze panu współczuję, admirale. 

-  Dziękuję,  kapitanie  Calrissian  -  powiedział  Ossilege.  -  Zważywszy  na  różnice 

zdań, jakie dzieliły nas w przeszłości, to bardzo szlachetnie z pana strony. 

-  Proszę  mi  wierzyć,  że  mówiłem,  co  myślę.  Nie  rozwiązaliśmy  jednak  najważ-

niejszego  problemu.  Czy  ktoś  uważa,  że  nasz  przyjaciel  na  Dralii,  potężny  i  mądry 
Thrackan  Sal-Solo  rzeczywiście  potrafi  posługiwać  się  repulsorem?  A  jeżeli  na  razie 
nie potrafi, to czy opanuje tę sztukę w najbliższej przyszłości? 

- Trudno powiedzieć - stwierdziła Kalenda. - Jedna z moich roboczych teorii głosi, 

że prawdziwi sprawcy, którzy dotąd pozostają w ukryciu, wysłali do wszystkich świa-
tów  koreliańskiego  systemu  grupy  zaufanych  techników.  Z  pewnością  nie  dowierzali 
mieszkańcom na tyle, by powierzyć im władzę nad planetarnymi repulsorami. Oznacza 
to, że Sal-Solo także musiał się zgodzić na przysłanie obcych techników, którzy mieli 
przejąć władzę nad koreliańskim repulsorem. Pytanie tylko, czy zabrał ich ze sobą, czy 
może zostawił na Korelii? Nie wiemy też, czyjego technicy są wystarczająco dobrymi 
fachowcami. Czy rzeczywiście wiedzą, co robić? I w jakim stanie znajduje się draliań-
ski repulsor po tylu tysiącleciach? Czy przedwczesny zapłon nie spowodował żadnych 
uszkodzeń? - Kalenda pokręciła głową - Zbyt wiele niewiadomych, panie admirale. 

- Hmm... - zamyślił się Bakuranin. - Ciekawe, czy spotkam oficera wywiadu, który 

udzieli odpowiedzi na  moje pytanie,  zamiast zadawać całą serię nowych pytań. Posta-
rajmy się zatem podsumować, co już wiemy. Seloniański repulsor został odnaleziony i 
jest sprawny. Repulsor Dralii to jednak jedna wielka niewiadoma. A co z koreliańskim? 
Co z urządzeniami na Talusie i Tralusie? Kalenda znów pokręciła głową. 

-  Nie  mamy  żadnego  dowodu  na  to,  że  któryś  z  nich  funkcjonuje. To jeszcze  ni-

czego nie przesądza. To, że dotychczas nikt się nimi nie posłużył, może oznaczać, że po 
prostu ich nie  odnaleziono. A  może odnaleziono i teraz jeden  z  techników, trzymając 
palec na guziku, czeka na właściwą chwilę? 

-  Jedna  wielka  niewiadoma  -  mruknął  Ossilege.  -  To  wszystko  jedna  wielka  nie-

wiadoma.  Nie  wiemy  nic  konkretnego,  nic  pewnego.  Nie  widzimy  żadnego  wroga, 
którego  można  by  wskazać  palcem  i  powiedzieć:  „Oto  on!  Do  ataku!"  Co  pani  o  tym 
wszystkim sądzi, pani premier? Cały czas nie odzywała się pani słowem. 

Gaeriela rozsiadła się wygodniej na składanym krześle. Zamyśliła się i zaplotła rę-

ce na piersi. 

- Właśnie ukazał nam pan główną trudność - zaczęła po dłuższej chwili. - Wrogów 

mamy zbyt wielu, ale nasza sytuacja jest zanadto niejasna, mętna i niewyraźna, żeby-
śmy mogli ich wskazać. Domyślam się, że nasi wrogowie obrali taką taktykę całkiem 

background image

Roger MacBride Allen 

179 
świadomie. Chcieli wprowadzić nas w błąd, odwrócić naszą uwagę. Chcieli, żebyśmy 
szukali  ich  wszędzie,  byle  nie  tam,  gdzie  się  ukrywają.  Obawiam  się,  że  ich  starania 
odniosły zamierzone skutki. Usłyszeliśmy tyle niespójnych historii i spotkaliśmy się z 
tyloma sprzecznymi żądaniami, że straciliśmy umiejętność odróżniania fałszu od praw-
dy. Jestem pewna tylko jednego: jeszcze nie zetknęliśmy się z prawdziwymi wrogami. 
Przestałam wierzyć, że rebelianci stanowią dla nas jakiekolwiek zagrożenie. Wszystkie 
grupy tak zwanych rebeliantów są  w rzeczywistości  sztucznymi tworami,  powstałymi 
na  rozkaz  nieznanych  mocodawców.  Jedne  w  ogóle  nie  istnieją,  a  inne  działają  tylko 
dlatego, że prawdziwi wrogowie nie przestają ich popierać i zaopatrywać w fundusze. 
Jedyny wyjątek stanowi tak zwana Liga Istot Ludzkich. Liga istniała jako organizacja, 
jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Jestem jednak absolutnie pewna, że i ona czerpie 
środki na działalność z tego samego źródła co pozostałe grupki rebeliantów. Co więcej, 
jestem  przekonana,  że  Liga  występuje  nie  tylko  przeciwko  nam,  ale  także  przeciwko 
swoim  rozkazodawcom.  Celem  zaś  tych  rozkazodawców  jest  przejęcie  władzy  nad 
koreliańskim  repulsorem  i  doprowadzenie  do  upadku  Nowej  Republiki.  Twierdzę,  że 
Liga  Istot  Ludzkich  i  Thrackan  Sal-Solo  postanowili  przejąć  władzę  nad  Korelią  w 
swoje ręce. Powtarzam: jeszcze się nie spotkaliśmy z prawdziwymi wrogami. Dotych-
czas mieliśmy do czynienia tylko z ich sługusami, lokajami i popychadłami. Uważam 
jednak,  że  wyłączenie  generatora  zagłuszających  sygnałów  oznacza,  iż  już  niedługo, 
może szybciej niż sądzimy, przyjdzie nam się zmierzyć z rzeczywistym przeciwnikiem. 

Spoczywający  na  blacie  biurka  komunikator  dyskretnie  zapiszczał.  Ossilege  od-

wrócił się i podszedł do biurka. 

- Słucham, o co chodzi? - zapytał. 
- Panie admirale - odezwał się głos z miniaturowego urządzenia - właśnie zaczęło 

zanikać interdykcyjne pole. Osiągnęło już poziom, przy którym znów można dokony-
wać skoków przez nadprzestrzeń. 

- Doprawdy?  - zdziwił się Bakuranin.  - A zatem musimy się spodziewać, że ktoś 

zechce przez nią przeskoczyć. Proszę ogłosić stan pogotowia dla członków załóg i per-
sonelu  pomocniczego  na  pokładach  wszystkich  okrętów.  Proszę  też  jak  najszybciej 
połączyć mnie z oficerami technicznymi. 

-  Rozkaz.  Panie  admirale,  jest  jeszcze  jedna  sprawa.  Zaledwie  zdążyło  zaniknąć 

interdykcyjne pole, kiedy otrzymaliśmy wiadomość przesłaną przez Źródło A. Przeby-
wa w tej chwili... 

- Chwileczkę - przerwał Ossilege. Wcisnął jakiś guzik na obudowie komunikatora 

i  głośnik  umilkł.  Admirał  przyłożył  do  ucha  staromodną  słuchawkę.  Bardzo  rzadko 
spotyka się  komunikatory ze słuchawkami  - pomyślał Lando. - Jeszcze rzadziej widzi 
się,  że  ktoś  z  nich  korzysta.  Przeważnie  ludzie  posługując  się  komunikatorami  kładli 
urządzenia byle gdzie i po prostu mówili, jakby zapominali o ich istnieniu. Cieszyli się, 
że mają wolne ręce. Nie chcieli, a może nie lubili przykładać do uszu kawałków plasti-
ku i zwracać się do innych kawałków, tkwiących przed ustami. Kiedyś - tak dawno, że 
nikt już nie pamiętał kiedy - takie urządzenia nazywano mikrotelefonami. Mikrotelefo-
ny miały jednak cenną przewagę nad konwencjonalnymi komunikatorami: nikt ze sto-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

180 

jących  w pobliżu  nie  słyszał, o czym rozmawiano. Ossilege  zaś z  całą  pewnością  nie 
zaliczał się do ludzi, którzy pozwoliliby innym słyszeć to, czego nie powinni. 

-  W  porządku,  mów  dalej  -  powiedział,  po  czym  chwilę  słuchał.  -  Naprawdę? 

Oczywiście, możesz mnie z nim połączyć. Nie, nie, sam głos w zupełności wystarczy. 
Zaczekaj chwilę. - Zakrył dłonią mikrofon i zwrócił się do gości. - Bardzo przepraszam 
- powiedział. - Gdybym nie złożył obietnicy, z przyjemnością zapoznałbym wszystkich 
z treścią tej rozmowy. Przyrzekłem jednak, że każdą rozmowę, jaką odbędę z... ehm, z 
tym  źródłem,  zachowam  w  absolutnej  tajemnicy.  Gaeriela  wstała.  Lando  i  Kalenda 
poszli w jej ślady. 

- Oczywiście, panie admirale  - odezwała się Bakuranka.  - Doskonale to rozumie-

my. Nie może pan złamać obietnicy. 

- Dziękuję, że nie ma pani do mnie żalu, pani premier. Pani porucznik, panie kapi-

tanie... Skończymy naszą dyskusję trochę później. 

 
- Bardzo chciałbym się teraz udać na  mostek, żeby obserwować  wszystko, co się 

będzie działo - wyznał Lando, kiedy cała trójka znalazła się na korytarzu. 

- Dlaczego uważasz, że nie możesz? - zdziwiła się Gaeriela. - Prawdę mówiąc za-

stanawiałam się, czy nie zrobić tego samego. 

- No cóż, uhmmm... to prawda, ale ty jesteś byłą panią premier... pełnomocniczką 

bakurańskiego rządu i tak dalej - odparł Lando może odrobinę za szybko. - Jesteś kimś 
ważnym. A ja? Tylko gościem, który dołączył do twojej grupy. 

- A pani porucznik? - zapytała Gaeriela, zwracając się do Kalendy. - Zechcesz mi 

towarzyszyć? 

- Bardzo żałuję, ale nie mogę - odparła funkcjonariuszka wywiadu. - Jeszcze nie w 

tej chwili. 

- Rozumiem - odparła Bakuranka tonem, który  wyraźnie dowodził, że nic nie ro-

zumiała. - Chyba coś przeoczyłam. Myślałam, że oboje będziecie palili się, żeby pójść 
na mostek i zobaczyć, co się dzieje. 

- No cóż, to prawda - przyznał Lando. - Tyle że ostatnią rzeczą, jakiej mogą sobie 

życzyć dyżurujący na mostku członkowie załogi, są zwolnione ze służby osoby, bawią-
ce się w beztroskich turystów. 

Podobnie  jak  nieproszeni  ważni  goście,  którzy  śledziliby  ich  każdy  ruch  i  prze-

szkadzali  przy  wykonywaniu  każdego  rozkazu,  pomyślał,  ale  nie  ośmielił  się  powie-
dzieć. 

- Rozumiem - powtórzyła Gaeriela, tym razem z większą pewnością siebie. - Do-

myślam się, że z powodu wojskowej dyscypliny ja także nie powinnam tam przebywać. 

Kobieta była bystra. Trzeba jej to przyznać. 
- No cóż, to także prawda - odparł Calrissian. 
- W takim razie niech diabli porwą wojskową dyscyplinę! - oświadczyła Bakuran-

ka. - Idę na pokład dowodzenia. Mam nadzieję, że przebywając tam, nikomu nie wejdę 
w drogę. Nawet nie przyjdzie mi do głowy, żebym mogła komentować albo wydawać 
jakieś rozkazy. Idę jednak na górę, ponieważ muszę obserwować wszystko, co się bę-
dzie działo. 

background image

Roger MacBride Allen 

181 

-  Bardzo  przepraszam,  Gaerielo...  to  znaczy,  pani  premier  -  powiedział  Lando.  - 

Nie miałem zamiaru cię obrazić. 

A przynajmniej nie do tego stopnia, żebyś musiała mieszać mnie z błotem - dodał 

w duchu. 

Gaeriela Captison ciężko westchnęła. 
- Nie obraziłam się - rzekła. - To ja winna ci jestem przeprosiny. Zapewne nie po-

winnam się była tak unosić. Ale przecież właśnie na tym ma polegać moja praca! To ja 
jestem powodem, dla którego ten okręt w ogóle przybył w ten rejon przestworzy. Luke 
Skywalker przyleciał prosić mnie o pomoc, a ja obiecałam, że zrobię wszystko, co mo-
gę,  aby  spełnić  jego  prośbę.  Mój  rząd  mianował  mnie  swoim  pełnomocnikiem  i 
oświadczył,  że  mogę  podejmować  w  jego  imieniu  wszelkie  decyzje,  jakie  uznam  za 
konieczne.  A  ja  muszę  widzieć  i  wiedzieć  wszystko,  co  powinnam,  zanim  podejmę 
jakakolwiek decyzję. Tymczasem wszyscy na pokładzie tego okrętu rozpieszczają mnie 
i  chronią.  Ukrywają  przede  mną  niewygodne  fakty  i  starają  się  nie  zawracać  głowy 
nieistotnymi  drobiazgami.  Poczułam  prawdziwą  ulgę,  kiedy  w  końcu  poleciałam  na 
stację  Centerpoint....  chociaż  omal  nie  udusiłam  się  tam  dymem.  W  końcu  czymś  się 
zajmowałam. A teraz, zanim zdążą upłynąć trzy dni,  stacja Centerpoint unicestwi ko-
lejną gwiazdę. Interdykcyjne pole zanikło i chyba tylko zły duch mrocznych przestwo-
rzy wie, co to może oznaczać. Ja zaś mam, jak gdyby nigdy nic, posłusznie udać się do 
kabiny i grzecznie siedzieć, udając, że o niczym nie wiem. Czy naprawdę złożenie wi-
zyty na pokładzie dowodzenia to takie wielkie wykroczenie? 

- Chyba masz rację - mruknął Lando. 
-  Wy  także  powinniście  to  zobaczyć,  ale  nie  pójdziecie,  ponieważ  waszym  zda-

niem byłoby to nieuprzejme, prawda? - domyśliła się Gaeriela. 

- Tak. Może zabrzmi to absurdalnie... 
-  Zabrzmi  absurdalnie,  ponieważ  to  absurd  -  wpadła  mu  w  słowo  Bakuranka. 

Przeniosła spojrzenie z Landa na Kalendę i z powrotem. - Rozkazuję wam obojgu, że-
byście udali się ze mną na pokład dowodzenia. I to natychmiast. 

Lando zerknął na Kalendę. Był prawie pewien, że Gaeriela Captison nie ma żad-

nego prawa wydawać mu rozkazów, i to bez względu na sposób interpretacji galaktycz-
nych przepisów. Nie miał już takiej samej pewności, jeżeli chodziło o wydawanie roz-
kazów  agentce  Wywiadu  Nowej  Republiki.  Kim  jednak  był,  żeby  zwracać  uwagę  na 
takie drobiazgi byłej przywódczyni i obecnej pełnomocniczce bakurańskiego rządu? 

- No cóż, pani premier - powiedział. - Jeżeli tak bardzo nalegasz... 
Gaeriela szeroko się uśmiechnęła. 
- O tak, nalegam - powiedziała. - A zatem nie traćmy czasu. 
Odwróciła się i ruszyła w kierunku szybu najbliższej turbowindy. 
Kalenda i Lando podążyli za nią. Stopniowo jednak coraz bardziej pozostawali w 

tyle... najpierw kilka kroków, a potem jeszcze kawałek. Kiedy uznali, że przewodniczka 
ich nie usłyszy, ciemnoskóry mężczyzna zbliżył usta do ucha agentki i szepnął: 

- No cóż, chyba palnąłem gafę. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

182 

- To prawda - przyznała także szeptem młoda pani porucznik. - Spójrz jednak na to 

z  drugiej  strony.  Przynajmniej  będziemy  mieli  szansę  dowiedzieć  się,  co  tam,  na 
wszystkie ognie galaktyki, naprawdę się dzieje. 

- Nie mam nic przeciwko temu - oznajmił Lando. 
-  A  jeżeli  chodzi  o  tę  drugą  sprawę...  -  szepnęła  jego  towarzyszka.  -  Czy  domy-

ślasz się, kto może być tym „Źródłem A", o którym wspominał Ossilege? 

O, właśnie. Kto może kryć się pod tym kryptonimem? - pomyślał Lando. Sam fakt 

jednak,  że  funkcjonariuszka  wywiadu  zadała  jakby  od  niechcenia  tak  ważne  pytanie, 
uruchomił w jego umyśle dzwonki alarmowe. Kalenda nie miała zwyczaju pytać, jeżeli 
nie kierowała się naprawdę ważnymi powodami. Czyżby więc za jej pytaniem krył się 
podstęp? A  może agentka  chciała się dowiedzieć, czy przypadkiem jej rozmówca  nie 
wie więcej niż powinien? Może uważała go za tak świetnego analityka albo doskonale 
źródło wszelkich informacji, że zamierzała na ich podstawie dokonywać własnych spe-
kulacji?  A  może,  podtrzymując  rozmowę  na  ten  temat,  pragnęła  tylko  odwrócić  jego 
uwagę od czegoś ważniejszego? 

Obojętne zresztą, jakie miała zamiary, Lando i tak nie potrafił udzielić jej żadnej 

informacji. Prawdę mówiąc, myślał o tym i nawet doszedł do jednego czy dwóch wnio-
sków.  Mimo  to  nadal  żywił  tyle  wątpliwości,  że  chyba  lepiej  byłoby  w  ogóle  się  nie 
przyznawać,  iż  cokolwiek  podejrzewa.  W  tej  samej  sekundzie,  kiedy  usłyszał  słowa 
„Źródło  A",  przypomniał  sobie,  jak  oryginalnym  i  błyskotliwym  pomysłem  było 
ochrzczenie Tendry Risant mianem „Źródła T". Podążając tym tropem, od razu odgadł, 
kim może być osoba o kryptonimie „Źródło A". Był jednak na tyle przezorny, aby nie 
zdradzać się ze swoimi podejrzeniami. 

-  To  ty  jesteś  funkcjonariuszką  wywiadu  -  odparł  po  chwili.  -  Twoje  domysły  są 

równie dobre jak moje. Może nawet lepsze. 

- Och, daj spokój - żachnęła się Kalenda. - Wiesz dobrze, że stać cię na coś więcej. 
- Dobrze, już dobrze. Przyznaję, że domyślam się tego i owego, ale wolę zachować 

swoje  domysły  dla  siebie.  Nawet  ja  nie  bardzo  wierzę,  aby  ktoś  mógł  mieć  tak  mało 
wyobraźni. 

Kalenda się roześmiała. 
-  Niech  ci  będzie  -  powiedziała.  -  Tylko  mam  przeczucie,  że  doszłam  do  takich 

samych wniosków jak ty. A teraz lepiej się pospieszmy i postarajmy ją dogonić - doda-
ła. - Nie chcemy przecież, żeby wtrąciła nas do aresztu za to, że nie  wykonaliśmy jej 
rozkazu, prawda? 

 
Tendra Risant liczyła na to, że dotrze na miejsce pierwsza. Musiała. Nie trzeba by-

ło  mieć  bujnej  wyobraźni,  aby  się  domyślić,  że  ktokolwiek  wyłączył  generator  inter-
dykcyjnego pola, zamierzał puścić przez nadprzestrzeń własne okręty. Oznaczało to, że 
jednostki  najprawdopodobniej  od  bardzo  dawna  były  gotowe  do  dokonania  takiego 
skoku. Jednak młoda Sakorianka liczyła na to, że wyskoczy w okolicach stacji Center-
point  wcześniej  niż  wszyscy  pozostali.  Co  prawda,  „Szarmancki  Gość"  był  statkiem 
starym i powolnym, ale ile innych gwiezdnych jednostek mogło przebywać w tym cza-
sie w obszarze oddziaływania pola? 

background image

Roger MacBride Allen 

183 

Dopiero  jednak,  kiedy  automatycznie  działający  nawigacyjny  komputer  włączył 

jednostkę  napędu  nadświetlnego  i  wprowadził  „Szarmanckiego  Gościa"  w  nadprze-
strzeń, Tendra uświadomiła sobie, że wyskoczenie z niej przed wszystkimi innymi mo-
gło wcale nie być dobrym pomysłem... biorąc pod uwagę, że miała wyłonić się w oko-
licy  objętej  walkami.  Wiedziała  przecież,  że  w  tym  rejonie  już  czai  się  kilka  dużych 
okrętów... niektóre nawet całkiem blisko stacji Centerpoint, a więc miejsca, dokąd się 
udawała. Załogi tych jednostek z pewnością zdążyły się zorientować równie szybko jak 
Tendra, a może nawet jeszcze szybciej, że pole osłabło i zanikło. Niewątpliwie doszły 
do  wniosku,  że  w  pobliżu  pojawią  się  inne  okręty...  nieprzyjacielskie  okręty.  Załogi 
tych nieprzyjacielskich jednostek będą gotowe do walki tak samo jak okręty bakurań-
skiej floty. Krótko mówiąc, już niedługo w przestworzach może się rozpętać prawdziwe 
piekło. Niewątpliwie wszyscy będą mieli nerwy napięte do ostatecznych granic. 

A ona pojawi się tam pierwsza. Nagle doszła do wniosku, że już nie jest tak zado-

wolona z siebie. 

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie przełączyć komputera na sterowanie ręczne, 

nie  skrócić  skoku i nie  wyłonić  się  z  nadprzestrzeni  wcześniej niż  zamierzała. Zrezy-
gnowała jednak, ponieważ uzmysłowiła sobie dwie prawdy. Po pierwsze, nie zaliczała 
się  do grona  szczególnie  doświadczonych ani  utalentowanych pilotów. Po drugie  zaś, 
skoro nie miała umiejętności ani doświadczenia, prawdopodobieństwo przeżycia skró-
conego skoku, którego parametrów nie obliczyła, wydawało się jej rozpaczliwie bliskie 
zera. 

Miała zresztą najwyżej kilka  sekund, żeby o tym myśleć. Zaprogramowany skok 

nie należał do najdłuższych. Nawigacyjny komputer już w tej chwili odmierzał ostatnie 
sekundy, jakie pozostawały do chwili wyskoczenia z nadprzestrzeni. Tendra nie mogła 
zrobić właściwie nic poza upewnieniem się, że pasy są dobrze zapięte, a na kontrolnych 
pulpitach nie palą się czerwone lampki. Odprężyła się na tyle, na ile mogła, i spokojnie 
czekała na koniec skoku. 

Nawigacyjny komputer wyświetlił na ekranie monitora same zera i nagle w ilumi-

natorach znów rozbłysły tysiące różnobarwnych błyskawic. Kilka chwil później ogniste 
smugi zmieniły się  w dobrze znane punkciki gwiazd koreliańskiego systemu... niemal 
takie same, jak poprzednio. 

Chociaż gwiazdy sprawiały wrażenie takich samych, inaczej wyglądała cała reszta 

przestworzy. Przed dziobem „Szarmanckiego Gościa" widniały dwie zapierające dech 
w  piersiach  kule  Bliźniaczych  Światów...  błękitnozielone  i  białe  planety...  urzekająco 
piękne, chociaż widoczne tylko częściowo. Jednak można  było zauważyć  wierzchołki 
chmur i prześwitujące między nimi kontynenty i oceany. 

A prosto na kursie, dokładnie między Bliźniakami, unosiła się stacja Centerpoint... 

dziwaczna  srebrzystoszara  kula,  z  której biegunów  wystawały  dwa  grube  cylindry.  A 
zatem  Tendra  obliczyła  wszystko  prawidłowo.  Miała  cel  swojej  wyprawy  w  zasięgu 
wzroku. 

Z radości i ulgi omal się nie rozpłakała. Głęboko odetchnęła. Oto dotarła do celu. 

Udało się! Udało! Po wszystkich dniach i tygodniach wlokących się  niczym miesiące 
albo lata, przestała być samotna... odcięta od kontaktu z resztą wszechświata. Docierała 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

184 

do celu. Już niedługo będzie mogła zejść z pokładu wysłużonego trampa. Rozprostuje 
mięśnie i przespaceruje się dalej niż tylko króciutkim odcinkiem korytarza. Z całą pew-
nością także zje coś smaczniejszego niż... 

- Wzywam  niezidentyfikowany  statek!  - zagrzmiał nagle surowy  głos  w  sterowni 

trampa.  -  Tu  bakurański  niszczyciel  „Wartownik".  Odezwij  się,  bo  inaczej  zostaniesz 
uznany za wroga i zniszczony! 

Zdumiona  i  przerażona  Tendra  wyskoczyłaby  przez  iluminator,  gdyby  nie  po-

wstrzymywały jej pasy ochronnej sieci. Od tak dawna  nie korzystała z  komunikatora, 
że w pierwszej chwili nie wiedziała, jak się nim posługiwać. Jeżeli jednak chciała żyć, 
musiała  przypomnieć  sobie  jak  najszybciej.  Skupiła  się  przez  moment  i  przycisnęła 
właściwy guzik. 

-  Uhmmm...  witam  cię,  „Wartowniku"  -  zaczęła  niepewnie.  -  Tu...  eee...  mówi 

Tendra Risant z pokładu „Szarmanckiego Gościa"! 

-  Zastopuj,  Tendro  Risant  z  pokładu  „Szarmanckiego  Gościa".  Proszę,  włącz 

transponder kodu identyfikacyjnego. 

- Co... aha!  - Sakorianka wyciągnęła rękę i pstryknęła przycisk właściwego prze-

łącznika. Wiedziała, że ilekroć zażądają tego operatorzy granicznych służb albo kontro-
lerzy ruchu powietrznego, transponder musi wysłać w przestworza standardowy sygnał 
identyfikacyjny  jej  jednostki.  -  Już  zdążyłam  zapomnieć,  że  go  wyłączyłam.  Dłuższy 
czas i tak nie miałam z niego pożytku. 

- To prawda, „Szarmancki Gościu" - napłynęła odpowiedź. - Możesz lecieć dalej, 

ale zalecamy, żebyś nie zbliżała się do stacji Centerpoint na odległość mniejszą niż sto 
tysięcy kilometrów. Jeżeli zbliżysz się bardziej, nie udzielimy ponownego ostrzeżenia. 
„Wartownik" przerywa połączenie. 

W  ostrzeżeniu  zabrzmiała  złowieszcza  nuta,  która  ostudziła  nieco  zapał  młodej 

Sakorianki. Co więcej, zmusiła ją do zmiany planów. Tendra wiedziała jednak, że tłu-
maczenie operatorowi bakurańskiego niszczyciela, o co chodzi, po prostu nie miałoby 
sensu. Uznała też, że nie będzie łączyła się z nim drugi raz, aby zapytać, czy mężczyzna 
nie wie, gdzie w tej chwili może podziewać się Lando. 

Gdzie zatem mogła go odnaleźć? I dokąd polecieć, jeżeli nie na stację Centerpo-

int? 

W tej samej chwili rozległ się melodyjny kurant pokładowego systemu wykrywa-

nia i Tendra musiała zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Pragnąc zapoznać się z sytua-
cją, przełączyła obraz ze skanerów na ekran właściwego monitora. 

I nagle przestała się martwić tym, dokąd ma lecieć. 
O  wiele  ważniejszym problemem stało się dotarcie dokądkolwiek, byle  tylko jak 

najdalej miejsca, gdzie teraz się znajdowała. 

Bo Tendra zorientowała się nagle, że ma towarzystwo. Bardzo liczne towarzystwo. 
 
Widok, jaki ukazał się oczom wszystkich trojga, kiedy w końcu znaleźli się na po-

kładzie  dowodzenia,  mógł dostarczyć  wielu cennych informacji  -  nikt  nigdy  w  to  nie 
wątpił.  Jednak  Lando  Calrissian  nie  był  zbyt  uszczęśliwiony  tym,  co  zobaczył.  Na 
głównym ekranie widniał schemat taktyczny całej operacji, oglądanej przez techników 

background image

Roger MacBride Allen 

185 
„Wartownika"  i  przekazywany  na  pokład  „Intruza".  Na  schemacie  dały  się  zauważyć 
dwa  bakurańskie  niszczyciele  oraz  punkty  odniesienia  oznaczające  Talusa,  Tralusa  i 
stację Centerpoint... a także co najmniej pięćdziesiąt niezidentyfikowanych gwiezdnych 
okrętów. Co gorsza, z każdą chwilą pojawiało się ich coraz więcej. 

- To jednostki sakoriańskiej floty - odezwał się Lando, spoglądając na Kalendę.  - 

Tej wystawionej przez Triadę armady, przed którą ostrzegała nas Tendra. 

- Co oni tutaj robią? - zdziwiła się kobieta. - Po czyjej stronie się opowiadają? 
-  Wydaje  mi  się,  że  należałoby  zapytać  raczej,  kto  opowiada  się  po  ich  stronie  - 

wtrącił się admirał Ossilege. Nikt nie wiedział, kiedy Bakuranin wszedł cicho jak duch 
ani kiedy stanął za ich plecami. - Domyślam się, że już niedługo w ogniu walki zechcą 
pospiesznie  zmienić  zdanie,  ale  w  tej  chwili  ich  dowódcy  poszukują  ludzi,  z  którymi 
mieli w tym systemie najwięcej kłopotów. Obawiam się, że my nie zaliczamy się do tej 
kategorii. 

- W takim razie kto przysporzył im najwięcej kłopotów? - zapytała Gaeriela. 
- Liga Istot Ludzkich - wyjaśniła Kalenda. - Liga Istot Ludzkich pokrzyżowała im 

wszystkie plany... a przynajmniej starała się pokrzyżować. 

- To prawda - przyznał Ossilege. - Cały czas rzeczywistymi sprawcami byli Sako-

rianie, a ściślej Triada, która teraz sprawuje tam niemal absolutną władzę. 

- Triada? - zdziwiła się Bakuranka. 
-  Takim  mianem  określa  się  rządzącą  tam  oligarchię...  coś  w  rodzaju  zbiorowej 

dyktatury, ponieważ w jej skład wchodzą trzy istoty. 

Jeden  człowiek,  jeden  Dral  i  jeden  Selonianin.  Nikt  nie  wie  dokładnie,  kim  są. 

Nikt  nawet  nie  ma  pojęcia,  jak  się  nazywają.  Triada  musiała  jakoś  odkryć  tajemnicę 
stacji Centerpoint, a  także dowiedzieć się o istnieniu planetarnych repulsorów. Podej-
rzewam, że pierwszy odkrył to jakiś Dral szperający w prastarym archiwum. Dralowie 
słyną z tego, że mają najlepiej zachowane i najbardziej kompletne zbiory dokumentów, 
dzięki czemu wiedzą prawie wszystko o swojej historii. To jednak nie ma teraz znacze-
nia. Domyślam się, że przedstawiciele Triady zwerbowali malkontentów ze wszystkich 
światów koreliańskiego systemu planetarnego, a potem polecili im wszcząć rozruchy w 
rodzinnych światach. Chcieli, żeby w całym systemie zapanował chaos i anarchia... bo 
dzięki temu mogliby bez przeszkód prowadzić poszukiwania planetarnych repulsorów. 
Postarali się, żeby powstania w różnych światach wybuchły jednocześnie z początkiem 
koreliańskiej  konferencji  poświęconej  problemom  rozwoju  handlu.  Liczyli  na  to,  że 
właśnie  wtedy  uda  im  się  schwycić  jak  najwięcej  ważnych  osobistości.  Muszę  przy-
znać,  że  ta  część  ich  planu  zakończyła  się  całkowitym  powodzeniem.  Przypuszczam 
też, że sygnałem do wybuchu rebelii w innych światach miała być pierwsza wiadomość 
o rozruchach na Korelii. 

- Skąd pan to wszystko wie? - zdumiała się Kalenda. 
-  Och,  to  nie  są  pewne  informacje  -  zastrzegł  się  Bakuranin.  -  Nie  będę  mógł 

przedstawić  pani  żadnych  dowodów,  świadków  ani  dokumentów.  Prawdę  mówiąc, 
wszystko to tylko domysły. Byłbym jednak zdziwiony, gdybym się pomylił. 

-  Sugerował  pan  jednak,  że  nie  wszystko  potoczyło  się  zgodnie  z  ich  planami  - 

odezwał się Lando. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

186 

- A czy cokolwiek bardziej skomplikowanego niż przejście przez jezdnię dzieje się 

dokładnie  tak,  jak  planujemy?  -  zapytał  Ossilege.  -  Ma  pan  rację.  Coś  pokrzyżowało 
resztę planu Triady. Tym czymś, a ściślej kimś, okazał się Thrackan Sal-Solo. Jakimś 
cudem  zdołał  przeniknąć  plany  prawdziwych  gwiazdogromców,  a  potem  postanowił 
wykorzystać je do własnych celów. Możliwe, że kiedyś był ich sprzymierzeńcem, ale 
potem nie zawahał się zdradzić byłych sojuszników. Domyślam się, że zanim to uczy-
nił, Triada wysłała na Korelię grupę techników. Pragnąc zmusić ich do wykonywania 
swoich rozkazów, Thrackan albo wszystkich przekupił, albo poddał torturom  - a może 
jedno i drugie. Przypuszczam, że to ci technicy powiedzieli mu, jak sprawować kontro-
lę  nad generatorami interdykcyjnego pola  i zagłuszających sygnałów. Wszystko prze-
mawia jednak za tym, że nie zdradzili mu najważniejszego... tajemnicy gwiazdogromu. 

Lando chwilę się zastanawiał nad tym, co usłyszał. Później kiwnął głową. 
- To ma sens - zaczął. - Wygląda na to, że przynajmniej w tej chwili gwiazdogrom 

funkcjonuje  automatycznie,  zgodnie  z  góry  ustalonym  programem.  Ktoś,  zapewne 
przedstawiciel Triady,  nie  tylko odgadł,  jak to zrobić, ale  także zadecydował,  kiedy i 
jakie  gwiazdy  mają  się  przemieniać  w  supernowe.  Potem  tylko  uruchomił  gwiazdo-
grom  i  na  razie  go  nie  wyłączył.  Domyślam  się,  że  musiał  ustalić  jakiś  sygnał,  unie-
możliwiający dalsze działanie. Zapewne zamierza go  wysłać, kiedy dostanie to, czego 
żąda. Przypuszczam, że nie  wie pan, jaki to sygnał i jak się go przekazuje?  - zapytał, 
spoglądając na admirała. 

Ossilege pokręcił głową, a na jego twarzy pojawił się lodowaty uśmiech. 
-  Jeszcze  nie  -  przyznał.  -  Na  razie  wróćmy  do  Thrackana  Sal-Solo.  Kiedy  przy-

wódca  Ligi  wydawał  pierwsze  publiczne  oświadczenie  na  temat  gwiazdogromu,  po-
wiedział,  że  to  właśnie  on,  a  nie  Triada,  sprawuje  władzę  nad  tym  urządzeniem. 
Oświadczył, że rości sobie prawa do koreliańskiego systemu, a nawet do całego sekto-
ra.  Przejmował  władzę  nad  nim  w  swoim  imieniu,  a  nie  któregokolwiek  z  członków 
Triady. Co więcej, pragnąc wszystkich przerazić i wprowadzić w błąd co do rzeczywi-
stych  zamiarów,  przedstawił  listę  niemożliwych  do  spełnienia  żądań.  Potem  włączył 
oba generatory. 

-  Jaki  mógłby  mieć  w  tym  cel?  -  zapytał  Lando.  -  Musiał  przecież  wiedzieć,  że 

prędzej czy później będzie miał do czynienia z flotą wysłaną przez sakoriańską Triadę. 
Nie mógł więc liczyć na to, że jakimś cudem zdoła uniknąć konfrontacji... 

- To są jeszcze mniej zbadane wody, panie kapitanie... ale mam przeczucie, że tyl-

ko on dobrze rozumiał, jak potężną bronią mogą się stać planetarne repulsory  - odparł 
Ossilege. - Przypuszczam, że z tego nie zdawał sobie sprawy przywódca żadnego inne-
go  ugrupowania  rebeliantów.  Tylko  Thrackan  doszedł  do  przekonania,  że  przejęcie 
władzy  nad  repulsorami  może  się  stać  niezwykle  silną  kartą  przetargową  w  trakcie 
negocjacji,  jakie  zamierzał  toczyć  z  przedstawicielami  Triady.  Zapewne  się  domyślał, 
że dysponując tak niezwykłymi urządzeniami, będzie mógł, kiedykolwiek zechce, po-
wstrzymać  gwiazdogrom  od  zniszczenia  kolejnej  gwiazdy.  Sądził,  że  zdoła  przejąć 
władzę choćby nad jednym, zanim przybędą okręty sakoriańskiej floty. No i właśnie w 
tej chwili włada jednym repulsorem. 

background image

Roger MacBride Allen 

187 

- Tylko skąd Triada wzięła tyle okrętów?  - zainteresowała się Kalenda.  - Sakoria 

jest małą planetą i nie mogła dysponować tak ogromną flotą! 

- Ma pani rację - przyznał Bakuranin. - Spodziewam się jednak, że gdyby pani tro-

chę pomyślała, sama odpowiedziałaby pani na to pytanie. 

Kalenda  zmarszczyła  brwi,  ale  już  w  następnej chwili  wytrzeszczyła  oczy  w  na-

głym zrozumieniu. 

-  Pochodzą  stąd!  -  wykrzyknęła.  -  Pochodzą  z  tego  systemu!  To  właśnie  dlatego 

miejscowi rebelianci nie mogli rzucić do walki przeciwko nam niczego większego niż 
lekkie  myśliwce  szturmowe  i  kieszonkowe  patrolowce.  Sakorianie  przejęli  wszystkie 
ich większe jednostki! 

- Jakim cudem zdołali je opanować? - zapytał Calrissian. - I gdzie znaleźli załogi, 

żeby obsadzić nimi wszystkie te okręty? 

- Zwracam uwagę, że to się wydarzyło w sektorze Korelii - odpowiedział Ossilege. 

- W tych stronach praktycznie wszystko jest do sprzedania, wypożyczenia albo wynaję-
cia. Zapewne Sakorianie kupili lub wynajęli wszystkie okręty, a członków załóg zwer-
bowali spośród malkontentów, własnych zwolenników albo rebeliantów, którym wcze-
śniej zapłacili za wszczęcie zamieszek. Możliwe też, że sami rebelianci porwali te okrę-
ty  z  gwiezdnych  doków  czy  stoczni,  gdzie  przebywały.  Z  pewnością  nie  mieli  z  tym 
żadnych trudności, skoro byli popierani i opłacani przez tę samą Triadę. 

- Przypuszczam, że większość okrętów i ich załóg wchodziła kiedyś w skład kore-

liańskich Wojsk Obrony Planety  -  oznajmiła Kalenda.  -  Wojskowi przeszli jednak  na 
stronę tego, kto najwięcej zapłacił. Nie pamiętacie? Gubernatora generalnego Micam-
berlecta zdradzili prawie  wszyscy żołnierze oddziałów gwiezdnych WOP, kiedy tylko 
otworzyła  się  przed  nimi  pierwsza  szansa.  Przedtem  jednak  zestrzelili  mój  gwiezdny 
transportowiec i spróbowali zastraszyć Hana Solo. Nie zapominajcie również, że więk-
szość  okrętów,  którymi  dysponowały  Wojska  Obrony  Planety,  to  jednostki  konstruo-
wane i uzbrajane jeszcze w czasach Imperium. Prawdopodobnie wielu członków załóg 
także pełniło na  nich służbę  w tamtym okresie.  Chociaż te  okręty sprawiają  wrażenie 
przestarzałych, są sprawne i gotowe do podjęcia walki. 

- Co zamierza pan zrobić w takiej sytuacji? - zapytała Gaeriela. - W czasie, kiedy 

rozmawialiśmy,  pojawiło  się  wiele  nowych  okrętów.  W  tej  chwili  musi  ich  tam  być 
siedemdziesiąt pięć albo więcej. 

Czy nie powinniśmy tam wrócić, żeby wesprzeć „Obrońcę" i „Wartownika"? 
- Nie - odparł Ossilege. - Niczego takiego nie zrobimy. 
- Dlaczego? - zapytała Gaeriela. 
-  Zanim  nasz  „Intruz"  dołączy  do  pozostałych  okrętów,  musi  wykonać  bardzo 

ważne  zadanie  tu,  na  Dralii.  W  tej  chwili  najważniejszym  problemem  jest  przejęcie 
władzy nad draliańskim repulsorem. 

- Przecież okręty sakoriańskiej floty przewyższają liczebnie nasze w stosunku sie-

demdziesiąt pięć do dwóch! - żachnęła się była pani premier. 

- Ale żaden z nich jeszcze nie otworzył ognia - zauważył Bakuranin. - Gdybyśmy 

dołączyli do obu naszych niszczycieli, Sakorianie mogliby dojść do wniosku, że żywi-
my względem nich złe zamiary. Zaczęliby strzelać, a chyba nie zwiększylibyśmy swo-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

188 

ich  szans,  gdybyśmy  przeciwstawili  siedemdziesięciu  pięciu  okrętom  trzy  zamiast 
dwóch, to znaczy o jeden więcej. Prawdę mówiąc, siedem - dziesięć pięć nieprzyjaciel-
skich jednostek to i tak mniej niż się spodziewałem. A zatem albo nasza przyjaciółka 
Tendra  Risant  przeceniła  liczbę  okrętów  gromadzących  się  na  orbicie  Sakorii,  albo 
Sakorianie pozostawili ich wiele w odwodzie. 

-  Jeżeli  jednak  wszystkie  naraz  zdecydują  się  zaatakować  stację  Centerpoint...  - 

upierała się Gaeriela. 

- Bez względu na to, czy będziemy dysponowali dwoma, czy trzema okrętami, nie 

zdołamy  ich  powstrzymać  -  stwierdził  Ossilege.  -  Postarajcie  się  mnie  dobrze  zrozu-
mieć.  Jeżeli  poświęcimy  wszystkie  trzy  jednostki  bakurańskiej  floty,  ale  przejmiemy 
władzę  nad  draliańskim  repulsorem,  odniesiemy  zwycięstwo.  Jeżeli jednak...  co  uwa-
żam za bardzo mało prawdopodobne... zniszczymy wszystkie siedemdziesiąt pięć okrę-
tów sakoriańskiej armady, ale nie wydrzemy Thrackanowi Sal-Solo władzy nad repul-
sorem, poniesiemy sromotną  klęskę. A wtedy osiem czy dwanaście  milionów niewin-
nych ludzi, żyjących na jednej albo na dwóch planetach systemu Bovo Yagen...  zależ-
nie od tego, czyim raportom dawać wiarę... straci życie, ponieważ ich słońce przemieni 
się w supernową. 

Gaeriela otworzyła usta, jakby zamierzała dalej protestować, ale po chwili zrezy-

gnowała.  Lando  dobrze  rozumiał,  co  musi  w  tej  chwili  odczuwać  Bakuranka.  Zaczął 
intensywnie szukać luk w rozumowaniu dowódcy bakurańskiej floty. 

Nie znalazł ani jednej. Zapewne dlatego, że żadna nie istniała. 

background image

Roger MacBride Allen 

189 

R O Z D Z I A Ł  

13 

UNIKI 

Han Solo spacerował po wysypanej żwirem alei... tam i z powrotem, tam i z po-

wrotem. Nie przejmował się, że żwir nieprzyjemnie chrzęści pod butami. Raz czy dwa 
omal się nie potknął o Artoo-Detoo i w końcu odprawił robota niecierpliwym machnię-
ciem ręki. 

- Wyjaśnij mi to jeszcze raz - powiedział do Drackmus. 
Selonianka zgodziła się towarzyszyć Hanowi, Leii i Marze w kolacji, którą zjedli 

na tarasie willi. Posiłek okazał się wyśmienity; teraz wszyscy powinni, siedząc rozparci 
za stołem, podziwiać zachód słońca i chłonąć aromaty niesione podmuchami ożywcze-
go wiatru. 

Han  jednak  nawet  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Uważał,  że  popełniłby  ciężkie  prze-

stępstwo, gdyby pławił siew luksusie, podczas gdy cała reszta koreliańskiego systemu 
wali się w gruzy. 

Wszyscy dokoła nie przestawali mu tłumaczyć, że nie może na to nic poradzić... że 

musi się uzbroić w cierpliwość i po prostu czekać. Han jednak miał dosyć bezczynno-
ści. Zaczął mieć jej dosyć mniej więcej pięć minut po tym, kiedy Luke wyjawił wszyst-
kim, czym właściwie jest stacja Centerpoint. 

-  Domyślam  się,  że  powinienem  zrozumieć  twoją  sytuację  -  ciągnął,  spoglądając 

na  Seloniankę.  -  Jednak  zupełnie  siew  tym  nie  rozeznaję.  Proszę  cię,  wytłumacz  mi 
wszystko jeszcze raz. Dlaczego w moim interesie jest siedzieć z założonymi rękami i 
czekać? Wyjaśnij mi, co przez to osiągniemy. 

- Tak - poparł go Luke. - Ja także cię o to proszę. Dlaczego to musi trwać tak dłu-

go? 

- Bardzo dobrze - odezwała się Drackmus. - Pozwólcie zatem, że spróbuję jeszcze 

raz. Musicie  zacząć od zrozumienia, że dla  Selonian liczą się  najbardziej trzy rzeczy: 
honor, zgoda i Nora. Wszystko inne jest mniej ważne. Wszystko. O wiele mniej. 

- Doskonale to zrozumiałem - odparł Han. - Tylko jaki to ma związek z zamiesza-

niem,  jakie  wynikło,  kiedy  wyszło  na  jaw,  że  w  rzeczywistości  waszym  repulsorem 
władają posłuszne Triadzie Selonianki? 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

190 

- Ogromny, po prostu ogromny - rzekła istota. - Musicie wiedzieć, że mieszkające 

na Sakorii i posłuszne Triadzie Selonianki są potomkami rodu, który kiedyś okrył się 
straszliwą hańbą. Nie zamierzam opowiadać w tej chwili całej historii, ale ograniczę się 
do stwierdzenia, że przed wieloma, wieloma wiekami prapraprzodkowie tych Selonia-
nek  podali  w  wątpliwość  rzetelność  bardzo  ważnościowego  porozumienia.  Niektórzy 
posunęły  się  nawet  do  tego,  że  kłamali  i  oszukiwali,  byle  tylko  osiągnąć  korzyści  i 
wpływy kosztem pozostałych członków swojej Nory. W wyniku tego społeczność ich 
Nory podzieliła się na dwie części. W jednej znalazły się ofiary oszustwa, a w drugiej - 
nikczemni przestępcy. Kiedy oszustwo wyszło na jaw, przestępców wyrzucili z Korelii 
moi  prapraprzodkowie  -  protoplasci  Nory  Hunchuzuc.  Tak  samo  postąpili  członkowie 
Supernory,  którzy  wydalili  nikczemników z  Selonii.  Złoczyńcy okryli  się  taką  hańbą, 
że założyli własną Norę i nadali jej nową nazwę, ponieważ starą doszczętnie skompro-
mitowali i zniesławili. Nawet teraz rumienię się, ilekroć mam ją wymienić. Wypowia-
danie tej nazwy jest czymś tak ohydnym, że robi się to tylko wówczas, kiedy chce się 
kogoś poniżyć albo znieważyć. Nigdy przedtem się nie zdarzyło, aby jakakolwiek Nora 
musiała zmienić nazwę. Ani nigdy potem. 

- To chyba niesprawiedliwe, żeby winić kogoś za to, co zrobili jego przodkowie  - 

zauważyła Leia. 

-  Jestem  głęboko  przekonana,  że  to  o  wiele  bardziej  sprawiedliwościowe  u  Selo-

nian  niż  u  ludzi  -  odparła  Drackmus.  -  Pamiętajcie  o  tym,  że  dla  nas  Nora  oznacza 
wszystko. Poszczególne osobniki giną albo umierają, ale Nora żyje nadal. Pamiętajcie 
także, że nowe osobniki są dokładnymi kopiami... klonami starych. Wy, ludzie, bardzo 
często, myśląc o Norze, wyobrażacie sobie grono indywidualnych istot. My jednak w 
niczym nie przypominamy ludzi. Nasze społeczeństwo różni się od waszego. Pod wie-
loma  względami przypominamy rój inteligentnych owadów. Rzecz jasna, każda istota 
żyje  własnym  życiem,  ale  każda  służy  tej  samej  Norze.  No,  może  prawie  każda. 
Wszystkie istoty są bliższe sobie niż członkowie ludzkiej rodziny, ale nie aż tak bliskie 
jak komórki tego samego organizmu. 

- To chyba nie najlepsze porównanie, nie sądzisz? - odezwała się Mara Jade. 
- Nadal nie uważam, aby wyrzucanie kogoś poza nawias społeczności tylko z po-

wodu  grzechów,  jakie  popełnili  przodkowie,  było  słuszne  i  sprawiedliwe  -  oznajmił 
Luke.  - Gdyby ludzie także  hołdowali takiemu zwyczajowi, Leia i ja  mielibyśmy bar-
dzo dużo kłopotów. 

Drackmus zwróciła się do Mary i lekko się skłoniła. 
- Chyba czyniąc takie porównanie, posunęłam się odrobinę za daleko - przyznała. - 

Może tak, a może nie. A jednak, mistrzu Skywalkerze - dodała, zwracając się do Luke'a 
- czy kiedy krwawisz, przejmujesz się tym, co czują wypływające krwinki? A jeśli tyl-
ko niektóre krwinki są porażone jakąś chorobą, czy martwisz się, że krzywdzisz zdro-
we,  kiedy  poddajesz  i  jedne,  i  drugie  takiej  samej  terapii?  Czy  troszczysz  się  o  nie, 
kiedy  na  wszelki  wypadek, aby  upewnić  się, że choroba  nie  wróci, decydujesz  się  na 
wymianę całej krwi w swoim organizmie? 

Han z trudem powstrzymał się, aby znów nie zacząć spacerować. 

background image

Roger MacBride Allen 

191 

- To wszystko prawda, Drackmus  - przyznał.  - Obawiam się jednak, że znów od-

biegliśmy od tematu. 

- Tylko dlatego, że zastanawialiśmy się,  w czym ludzie różnią się od Selonian?  - 

zdziwiła się istota. 

Han już miał wybuchnąć, ale siłą woli oparł się pokusie i nie stracił cierpliwości. 

Zebrał się w sobie, odczekał kilka sekund i dopiero kiedy ochłonął, powiedział: 

-  Mam  wrażenie,  że  dopóki  się  na  to  nie  zgodzimy,  do  niczego  nie  dojdziemy,  a 

więc  niech  ci  będzie.  Przyznaję  ci  rację.  Powiem  ci  teraz,  co  czuję,  a  później  przej-
dziemy do sedna sprawy. Jak wiesz, dorastałem na Korelii i spotykałem się z wieloma 
Seloniankami, ale o niczym takim nie słyszałem. Przyznaję, że czuję się zażenowany... 

- Proszę, nie bądź zażenowany, czcigodny Solo - przerwała łagodnie Drackmus.  - 

Nie  zapominaj o tym, że Selonianki,  z  którymi się  spotykałeś,  zostały  wyhodowane  i 
wyszkolone  z  myślą  o  jednym:  utrzymywaniu  kontaktów  z  wami,  ludźmi.  Niektóre 
poświęciły całe życie, żebyście mogli czuć się pośród nas swobodnie. 

- Wiem, wiem  - przyznał Han.  - Naprawdę spisały się na medal. Dorastałem, bę-

dąc przekonany, że Selonianie to tacy zabawnie wyglądający ludzie, tyle że hołdujący 
kilku  śmiesznym  zwyczajom,  jakie  pozostały  z  bardzo  dawnych  czasów.  Problem  w 
tym, że powinienem był wiedzieć, co naprawdę myślicie i czujecie, nawet jeżeli twoje 
siostry  nie  chciały,  żebym  się  dowiedział.  Bardzo  dawno,  jeszcze  kiedy  byłem  prze-
mytnikiem, uważałem za punkt honoru, żeby poznać poglądy tych, z którymi się kon-
taktowałem. Tymczasem okazuje się, że nie miałem pojęcia, kim naprawdę były moje 
sąsiadki. Czasami zastanawiam się, jak wyglądało całe moje życie, kiedy dorastałem na 
Korelii. Ilu jeszcze rzeczy nie wiedziałem? Z ilu innych nie zdawałem sobie sprawy? 

- Zapewne z wielu - odparła Leia. - Myślę, że nikt z nas nie widzi wszystkich stron 

swojego życia. 

Han przewrócił oczami. 
- O rety, a to ci oryginalna myśl - powiedział. - Ale także nie na temat. - Odwrócił 

się  do Drackmus.  -  Chodziło  mi tylko o to, że poczułem  się  zażenowany  faktem, jak 
mało o tobie  wiedziałem. Teraz jednak nie dbam o to, czy będę się czuł zażenowany, 
czy nie. Możesz traktować mnie jak kompletnego idiotę, ale postaraj się, żebym zrozu-
miał, o co w tym wszystkim chodzi. Jeżeli czegoś nie pokręciłem, to teraz, kiedy Kley-
vits przyznała, że jest opłacana przez Triadę, a nawet przemyciła z Sakorii kilka wyklę-
tych Selonianek, twoja sytuacja uległa radykalnej zmianie. Mam rację? 

- Masz - przyznała istota. - Zrozumiałeś wszystko doskonale! 
- To świetnie - odrzekł Han. - Ja także się cieszę. Tylko dlaczego? 
- Słucham? 
- Dlaczego? Dlaczego po przyznaniu się Kleyvits wszystko uległo takiej zmianie? 
-  Ponieważ  teraz  już  wiem,  że  moja  Nora  Hunchuzuc  została  oszukana.  Uległy-

śmy, ponieważ Kleyvits wprowadziła nas w błąd. Supernora kazała nam uwierzyć, że to 
ona  sprawuje  władzę  nad  repulsorem  i  że  to  jedna  z  ich  sióstr  odpowiada  za  unice-
stwienie bakurańskiego niszczyciela. 

Tymczasem  to  wszystko  było  kłamstwo  -  ciągnęła  coraz  bardziej  gniewnym  to-

nem. - Supernora osiągnęła korzystną dla siebie zgodę, ale tylko dlatego, że uciekła się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

192 

do oszustwa. Co gorsza, zadawała się z członkiniami skompromitowanej i pozbawionej 
nazwy obcej Nory. To przestępstwo najgorszościowe z  możliwych. Jeszcze gorzej, że 
pozbawiona  nazwy  Nora  kontaktowała  się  z  Triadą,  a  Triada  miała  powiązania  z 
Thrackanem  Sal-Solo,  który  porwał  własnych  krewnych...  podniósł  rękę  na  niewinne 
dzieci. 

- Winne, ponieważ miały powiązania - mruknął Han. - Jakie to skomplikowane. 
Mara spojrzała na Hana. 
- Zastanów się nad tym - powiedziała. - W społeczności istot, które we wszystkim, 

co  robią,  dążą  do  osiągnięcia  zgody,  utrzymywanie  kontaktów  z  wrogami  może  być 
uznawane za przestępstwo. 

- Tak czy owak  - ciągnęła Drackmus  - Supernora okryła się niesławą. Chyba nie 

mogło jej spotkać nic gorszego. Czy pamiętacie, jak Kleyvits korzyła się przede mną, 
kiedy prawda wyszła na jaw? Od tej chwili tak będzie zawsze, ilekroć jakaś Selonianka 
z  Hunchuzuc  zażąda  wyjawienia  prawdy  od  członkini  Supernory.  Supernora  straciła 
twarz... do tego stopnia, że każdej należącej do niej Seloniance powinno być widać tył 
głowy. Od tej chwili władzę przejmie Nora Hunchuzuc. To ona będzie dyktowała wa-
runki ugody. Przejmie także to, czym dotąd chlubiła się skompromitowana Nora... wła-
dzę nad repulsorem. 

- Przecież repulsorem nadal władają Selonianki, które przyleciały z Sakorii!  - za-

protestował mistrz Jedi. 

-  Właśnie!  I  dlatego  musimy  uzbroić  siew  cierpliwość  -  odparła  Drackmus.  - 

Wiem, jak w takiej sytuacji zareagowaliby ludzie... a przynajmniej jeden łudź - ciągnęła 
po  chwili.  -  Oświadczyłby,  że  daje  sakoriańskim  Seloniankom  jedną  jedyną  szansę 
poddania się, a potem, gdyby nie usłuchały, zaatakowałby je, strzelając ze wszystkich 
możliwych  blasterów.  Wtedy  jednak  wszystkie  mogłyby  stracić  życie.  W  rezultacie 
zdobyłby repulsor, ale  nawet  nie  miałby pojęcia, gdzie  znajduje się  włącznik.  -  Istota 
pokręciła  głową.  -  Tymczasem  my,  Selonianie,  rozwiązujemy  takie  problemy  w  inny 
sposób. Chociaż uważamy to za coś haniebnego, decydujemy się na rozmowy z sako-
riańskimi  szumowinami.  Właśnie  w  tej  chwili  z  nimi  rozmawiamy.  I  będziemy  nadal 
rozmawiali...  aż  do  skutku.  Nie  przestaniemy,  dopóki  nie  osiągniemy  tego,  na  czym 
nam zależy. Wywrzemy na podstępne Sakorianki tak silną presję, że w końcu zmusimy 
je, aby się poddały. Zmusimy je nawet do czegoś więcej. Namówimy je do współpracy. 
Nie spoczniemy, dopóki nie zgodzą się współpracować z Norą Hunchuzuc i nie ujaw-
nią, jak obsługuje się wszystkie mechanizmy. To będzie część kary, jaką poniosą za to, 
że  opowiedziały  się  po  niewłaściwej  stronie.  I  właśnie  tak  się  stanie.  Musimy  tylko 
siedzieć i cierpliwie czekać na wynik rozmów. 

- Brzmi doskonale - przyznał Han. - A zatem w czym problem? 
- Problem w tym, że to wszystko wymaga czasu. To, o czym wam mówiłam, musi 

się  stać  i  na  pewno  się  stanie.  To  nieuniknione.  Kłopot  w  tym,  że  stare  seloniańskie 
porzekadło  mówi:  „To,  z  czym  się  zgadzamy,  robimy  od  razu.  Więcej  czasu  zajmuje 
nam to, co nieuniknione". 

- Więcej, to znaczy ile? - zainteresował się Luke. 
Drackmus pokręciła głową. 

background image

Roger MacBride Allen 

193 

- Godzinę? Dzień? Miesiąc? Rok? - Wzruszyła ramionami. - Tego nikt nie wie. 
Mistrz Jedi zmarszczył brwi. 
- Godzinę mamy - odparł. - Może nawet dzień. Ale niewiele dłużej. Zanim upłynie 

trochę więcej niż czterdzieści osiem godzin, stacja Centerpoint unicestwi Bovo Yagena. 
Jeżeli  w odpowiedniej chwili nie  wystrzelimy z  planetarnego repulsora, żeby zmienić 
kierunek lotu śmiercionośnej wiązki, życie stracą miliony istot zamieszkujących tamten 
system. 

- A wtedy cały sektor wpadnie w panikę i zacznie się zastanawiać, kto następny - 

odezwała się Leia. - A reszta galaktyki dojdzie do przekonania, że skoro Nowa Repu-
blika nie potrafi chronić swoich obywateli, dalsze należenie do niej nie ma sensu. 

- Przykro mi to przyznać - dodał Han - ale będzie miała rację. 
 
- Czy chcesz, żebym jeszcze raz spróbował to włączyć? - zapytał Jacen. 
- Jeszcze nie teraz. Daj mi sekundę czy dwie  - odparł machinalnie Anakin, jakby 

błądził myślami gdzieś indziej. - Muszę wymienić jeszcze jeden. 

Chłopczyk leżał na brzuchu na metalowych płytach pokładu „Sokoła Millenium" i 

z głową wspartą na rękach zaglądał w czeluść panelu kontrolnego pod pokładem. Jakiś 
czas skupiał uwagę na wiązkach kabli i przewodów wijących się niczym różnobarwne 
węże, a później spojrzał na płytki z rozmaitymi podzespołami. W końcu wyciągnął rękę 
i  chwycił  jeszcze  jeden  bocznikujący  przepływ  energii  transdensator.  Podzespół  miał 
rozmiary jego dłoni i chcąc wyciągnąć go z gniazda, malec musiał szarpnąć z całej siły. 
Uniósł go pod światło i  - zupełnie jakby mógł przeniknąć  go spojrzeniem - poświęcił 
kilka chwil, żeby dokładnie obejrzeć z każdej strony. 

- O rety, w środku wszystko stopione - odezwał się w końcu i odstawił transdensa-

tor na bok. - Jaino, podaj mi jeden z tych, które wyciągnęliśmy z jednostki napędu nad-
świetlnego, dobrze? 

Jaina  wręczyła  mu ostatni podzespół,  jaki zdobyli, kiedy  wszyscy troje  rozebrali 

na części moduł sterowania pracą silników umożliwiających latanie  w nadprzestrzeni. 
Anakin umieścił  go  w odpowiednim gnieździe, a  potem  wsunął  płytkę  na poprzednie 
miejsce, to znaczy do modułu jednostki napędu podświetlnego. 

- Gotowe - powiedział, zwracając się do Jacena. - Teraz możesz włączyć. 
Starszy  chłopiec  siedział  przy  pulpicie  kontrolnym,  na  którym  umieszczono  od-

powiednie przełączniki. Wstrzymał oddech i przestawił dźwignię w położenie „włączo-
ny". Przez krótką jak mgnienie oka chwilę nic się nie wydarzyło, ale potem zapaliła się 
zielona  lampka  tuż  obok  wyłącznika.  Jacen  wypuścił  powietrze  z  niekłamaną  ulgą  i 
odwrócił się w stronę Qiunina. 

- Udało się, Chewbacco! - powiedział. - W tej chwili powinniśmy mieć sprawne i 

silniki napędu podświetlnego, i repulsory. 

W odpowiedzi usłyszał głos Chewiego - pełne niepokoju wycie zakończone wark-

nięciem. Dźwięk sprawiał jednak wrażenie odrobinę zniekształconego, zupełnie jakby 
przekazywanie  go  przekraczało  możliwości  mikrofonu  miniaturowego  komunikatora. 
Czymś niestosownym wydawał się też fakt, iż wydobywał się z głośnika Qiunina. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

194 

- Chewbacca mówi, żebyście się pospieszyli - odezwał się chwilę później, całkiem 

niepotrzebnie, Dral Ebrihim. 

- W porządku, w porządku, spieszymy się, jak możemy  - odparł Jacen, opuszcza-

jąc stanowisko przy pulpicie kontrolnym. Kiedy zobaczył, że Anakin zasuwa pokrywę 
umożliwiającą dostęp do płytek z podzespołami, zamknął klapę, pod którą znajdowały 
się przełączniki. - Idziemy teraz do sterowni. 

Z głośnika Qiunina wydobyły się stłumione odgłosy, zupełnie jakby ktoś usiłował 

komuś  wydrzeć  komunikator.  Chwilę  później  rozległo  się  wycie  Chewiego  i  lekko 
zirytowany głos Ebrihima: 

- Oddaj to! - Widocznie Dral zwracał się do Wookiego. - Sam im powiem. 
Nastąpiła krótka przerwa, po czym głos guwernera rozległ się na nowo, tym razem 

trochę bardziej dźwięczny i mocniejszy. 

- Spieszcie się, jak tylko możecie - mówił Ebrihim. - Niedługo wzejdzie słońce, a 

wtedy na pewno obudzą się także nasi przyjaciele strażnicy. 

- Dobrze, już dobrze - mruknął Jacen. - Ciągle tylko szybciej i szybciej. Mam już 

po dziurki w nosie tych połajanek. Chodźmy, Qiunine - dodał trochę głośniej. - Bierz-
my się do roboty. 

- Nadal nie rozumiem, dlaczego po prostu nie wyciągnąłeś rezerwowego komuni-

katora z jakiegoś magazynu - odezwał się automat, tym razem nie przekazując niczyich 
poleceń. - Nie jestem zachwycony tym, że wykorzystuje się mnie w charakterze inter-
komu. 

Jacen uśmiechnął się, ale nie przestał iść w stronę sterowni. 
- Zaoszczędziliśmy pięć minut, ponieważ nie musieliśmy go szukać ani nastawiać 

na tę samą częstotliwość, jaką ma komunikator używany przez Chewbaccę - odparł. - A 
wierz mi, bardzo potrzebowaliśmy tych pięciu minut. Ale nie  martw się. Już niedługo 
włączymy główny nadajnik pokładowy „Sokoła". 

Przystanął jednak, zanim przekroczył próg sterowni. Oczywiście wiele razy bywał 

w tym pomieszczeniu, ale tym razem czuł się... inaczej niż zazwyczaj. Zupełnie inaczej. 
Tym razem nie miał obok siebie nikogo, kto obserwowałby wszystkie jego ruchy. Tym 
razem nikt nie pilnuje, czy nie przyciśnie niepotrzebnie jakiegoś guzika. Nikt nie poka-
że drzwi i nie powie, żeby wyszedł ze sterowni. Nie. Tym razem będzie pilotował sta-
tek. Zasiądzie na fotelu pilota i poleci. Nagle chłopiec uświadomił sobie, że ogarnia go 
przerażenie. 

- Może chciałbyś się założyć, kto z nas dwojga jest bardziej przerażony? - zapytała 

Jaina. 

Chłopiec odwrócił się i uśmiechnął niepewnie. Siostra stała tuż za nim, trzymając 

za rękę Anakina. Wyglądało na to, że wszyscy troje obawiają się wejść do sterowni. 

- No, nie wiem - odparł Jacen. - Uważasz, że ty jesteś bardziej przerażona? 
-  Nie  uważam  -  odparła  dziewczynka.  -  Wiem  na  pewno.  Jestem  nieskończenie 

bardziej przerażona niż ty. 

- A ja nie - odparł rezolutnie Anakin. - Jeżeli się zgodzicie, ja będę pilotował. 
- Mógłbym na to pozwolić, gdybyś nie był taki mały  - odparł Jacen. - Nie dosię-

gniesz do dźwigni ani przełączników. 

background image

Roger MacBride Allen 

195 

- Czy mogę przypomnieć wam wszystkim, że musimy się pospieszyć? - wtrącił się 

Qiunine. - Wygląda na to, że przezwyciężyłem niedawny atak paranoi, ale nie zapomi-
najcie, że tam, na  zewnątrz, pozostało kilku gości,  którym  może się  nie  spodobać, że 
odlatujecie. 

-  Ma  rację-  przyznał  Jacen,  odwracając  się  do  siostry.  -  Gdzie  chcesz  siedzieć?  - 

zapytał. - Na fotelu pierwszego czy drugiego pilota? 

Jaina chwilę milczała. Potem się uśmiechnęła. 
-  Wykapany  tata  -  powiedziała.  -  Wolę,  żebyś  ty  zajął  jego  miejsce  i  pełnił  obo-

wiązki pierwszego pilota. Myślę, że tata nie miałby nic przeciwko temu. Założę się, że i 
mamie by się to spodobało. 

W  odpowiedzi  Jacen  wyszczerzył  zęby  w  szerokim  uśmiechu,  po  czym  wdrapał 

się na fotel pierwszego pilota. Ustawił siedzenie tak wysoko i tak blisko konsolet, jak 
tylko się dało. Jaina od razu zajęła fotel drugiego pilota. 

-  No  dobrze,  Chewie  -  zaczął  Jacen,  odwracając  się  do  Qiunina.  -  Uruchamiam 

aparaturę pokładową „Sokoła". Uwaga, włączam główny komunikator... teraz! 

Wyciągnął rękę do panelu komunikatora i pstryknął odpowiedni przełącznik. 
- Co za ulga! - odezwał się Qiunine. 
- Słyszysz nas? - zapytał Jacen. 
Z umieszczonego nad fotelem głośnika wydobyło się ogłuszające wycie. Jacen po-

spiesznie nastawił siłę głosu na minimum. 

- Wszystko w porządku - odezwała się Jaina. - Dobra robota, Jacenie. Zapiąłeś pa-

sy ochronnej sieci? 

- Naturalnie - odparł chłopiec. Obejrzał się przez ramię i zobaczył, że Anakin zajął 

fotel obserwatora za plecami Jainy i także zapiął klamry pasów bezpieczeństwa. Kątem 
oka zauważył, że i Qiunine przytwierdził się do jakiejś podpory. - Wszystko gotowe? 

- Niezupełnie - powiedziała Jaina. - Jestem pewna, że kiedy tylko ci goście z Ligi 

Istot  Ludzkich  zorientują  się,  że  wystartowaliśmy,  rzucą  się  za  nami  w  pościg.  Czy 
zanim odlecimy, nie powinniśmy utrudnić zadania naszemu dobremu kuzynowi Thrac-
kanowi, żeby zyskać na czasie? 

- Wolnego! - zaprotestował Jacen, ale Jaina już uruchamiała mechanizmy celowni-

cze umieszczonych pod spodem kadłuba laserowych działek. Chłopiec usłyszał pomruk 
serwomotorów, dzięki którym lufy działka wysuwały się z kadłuba. 

-  Pierwszym  strzałem  zamierzam  zniszczyć  generator  siłowego  bąbla,  a  potem 

zmienię cel tak szybko, jak zdołam, i drugą serię puszczę w szturmowy wahadłowiec. 

- Generator siłowego bąbla? - zdumiał się Jacen. - A co się stanie, jeżeli chybisz i 

zamiast w generator, trafisz w Chewiego, Ebrihima albo ciotkę Marchę? 

- Nie mogę ich trafić! - odparła dziewczynka. - Już zapomniałeś? Przecież chroni 

ich  siłowe  pole!  Przygotuj  się,  żeby  w  następnej  sekundzie,  kiedy  powiem  ci,  że  już 
można, włączyć repulsory i oderwać „Sokoła" od dna komory. Chyba nie powinniśmy 
uruchamiać jednostki napędu podświetlnego, dopóki stąd nie wylecimy. 

Jacen pokręcił głową. Jeszcze nie pozbył się wątpliwości. 
-  Niech  będzie  -  powiedział.  -  Pamiętaj  tylko,  czyj  to  był  pomysł,  żeby  na  poże-

gnanie zacząć strzelać. Zaczekaj sekundę. - Przez kilka chwil przyglądał się guzikom i 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

196 

przyciskom  na  kontrolnym  pulpicie,  a  potem  pstryknął  kilka  przełączników.  Kadłub 
frachtowca  przeniknęło  ledwo  wyczuwalne,  nerwowe  drżenie.  Jacen  usłyszał  basowy 
pomruk  energii  płynącej  do włączonych  podzespołów.  -  Możemy  zaczynać  -  oświad-
czył z dumą. - Repulsory i silniki napędu podświetlnego gotowe do startu. 

- Chewie - odezwała się Jaina. - Przejdź na sam środek bańki siłowego pola i zaci-

śnij powieki tak mocno, jak potrafisz. Aha, i powiedz obojgu Dralom, żeby zrobili to 
samo. 

Jakby na znak protestu, z głośnika pokładowego komunikatora wydobyło się prze-

ciągłe wycie. 

-  Dlaczego  nie  możesz  się  odprężyć?  -  zapytała  dziewczynka.  -  Zaufaj  mi,  to  się 

musi udać. Tylko się wszyscy przygotujcie, żeby jak najszybciej się ukryć, kiedy pole 
zaniknie i odzyskacie swobodę ruchów. Zaczynamy. - Jaina wpatrzyła się w ekran mo-
nitor komputera celowniczego, a potem dokonała kilku drobnych poprawek. Chciała się 
upewnić, że lufy działek są  wymierzone dokładnie  w generator.  - Jeden celny strzał  - 
powiedziała. - Uda się albo nie. Chewie, ciociu Marcho, Ebrihimie... przygotujcie się! 

- A oni mówili, że to ja się zachowuję dziwacznie! - odezwał się Qiunine. 
- Jeden strzał, kiedy powiem „trzy", a potem mierzę do szturmowego wahadłowca 

i strzelam najcelniej, jak potrafię - oznajmiła dziewczynka. - Jacenie, tylko nie włączaj 
repulsorów, dopóki ci nie powiem, dobrze? 

-  Dobrze,  świetnie,  doskonale  -  burknął  jej  brat  bliźniak.  -  Usłyszałem  za  pierw-

szym razem. 

- W takim razie do dzieła - rzekła Jaina. - Jeden... 
Jacen wyciągnął szyję i pochylił się, żeby przez iluminator widzieć, co się stanie. 
- Dwa... 
Zastanawiał się, czy nie powinien był bardziej stanowczo starać się ją przekonać. 

Jaina posuwała się za daleko, ale nie było czasu, żeby się z nią kłócić. 

- Trzy! 
Spod kadłuba „Sokoła" strzeliła oślepiająca laserowa błyskawica. Trafiła dokład-

nie w sam środek kontrolnego panelu generatora siłowego pola. Urządzenie eksplodo-
wało. We  wszystkie strony  posypały się fontanny iskier, które  wypełniły całą komorę 
silnym blaskiem. Siłowe pole rozbłysło i zniknęło. 

Eksplozja niemal oślepiła Jacena, ale jego siostra nie przestawała wpatrywać się w 

ekran celowniczego komputera. Obróciła lufy laserowych działek w taki sposób, żeby 
skierowały  się  mniej  więcej  tam,  gdzie  spoczywał  szturmowy  wahadłowiec,  a  potem 
ponownie przycisnęła guzik spustowy. 

Pierwszy  strzał  chybił,  a  laserowa  błyskawica  odbijała  się  od  srebrzystych  ścian 

tak  długo,  aż  straciła  całą  energię.  Jaina  obróciła  lufy  jeszcze  odrobinę  i  wystrzeliła 
znowu. Tym razem trafiła w rufową płozę ładowniczą, wskutek czego szturmowa jed-
nostka  Ligi  Istot  Ludzkich  podskoczyła  wysoko,  po  czym  z  ogłuszającym  trzaskiem 
runęła na dno komory. Dziewczyna spróbowała szczęścia jeszcze raz. Tym razem jed-
nak haniebnie spudłowała. Śmiercionośna błyskawica zaczęła odbijać się od ścian i dna 
srebrzystego cylindra z planetarnym repulsorem. 

background image

Roger MacBride Allen 

197 

Jacen zauważył trzy figurki  - dwie  mniejsze i jedną  większą  - biegnące  w stronę 

wylotu jednego z bocznych korytarzy. Ucieszył się. To dobrze. Przynajmniej jego sio-
stra nie zabiła ich, kiedy strzelała do generatora. 

- Jaino - powiedział, przenosząc spojrzenie na dziewczynkę. - Ta błyskawica odbi-

ja się tak długo, że prędzej trafisz Chewiego niż Thrackana. 

Jaina pokręciła głową. 
- Chyba  masz rację  - odrzekła.  - Włącz repulsory. Najwyższy czas  wynosić  się  z 

tej komory. 

- Trzymajcie się wszyscy - ostrzegł chłopiec. - Jeszcze nigdy tego nie robiłem. 
Pchnął rękojeść dźwigni, aby przesłać więcej energii do repulsorów. „Sokół Mil-

lenium" oderwał się od dna komory i niepewnie kołysząc się z burty na burtę, zaczął się 
wznosić ku widocznemu w górze niewielkiemu otworowi. 

 
Szarpnięty jakąś siłą Thrackan Sal-Solo spadł z pryczy i potoczył się po metalowej 

posadzce kabiny. Leżał chwilę pod ścianą na wpół ogłuszony i dopiero po kilku sekun-
dach  oprzytomniał  na  tyle,  że  zerwał  się  na  równe  nogi.  W  ciasnym  pomieszczeniu 
panowały  nieprzeniknione  ciemności.  Dopiero  po  kilku  chwilach  włączyło  się  oświe-
tlenie awaryjne. 

Thrackan  zajął  jedyną  kabinę,  zazwyczaj  używaną  przez  kapitana  szturmowego 

wahadłowca.  Tylko  tu  mógł  być  odizolowany  od  pozostałych  członków  załogi.  Po-
mieszczenie miało tak małe rozmiary, że dopiero po jakimś czasie Thrackan uświado-
mił sobie, iż pokład jest silnie przechylony na rufę i sterburtę. Co się stało? Z korytarza 
napływały  wrzaski  ogarniętych  paniką  marynarzy.  Przekrzykiwali  jeden  drugiego  i 
starając  się  opuścić  pokład  wahadłowca,  tłoczyli  się  w  ciasnym  przejściu  i  zderzali  z 
innymi. W końcu Thrackanowi udało się zauważyć kapitana jednostki, który przeciskał 
się  przez  tłum  mężczyzn,  aby  dostać  się  na  dziób,  do  sterowni.  Przywódca  Ligi  Istot 
Ludzkich chwycił przechodzącego dowódcę za ramię. 

-  Kapitanie  Thrag,  co,  na  wszystkie  płonące  gwiazdy,  tu  się  dzieje?  -  zapytał 

gniewnym tonem. 

- Nie mam pojęcia, proszę pana!  - odkrzyknął w odpowiedzi zapytany. Był niski, 

gruby i łysy i wcale nie wyglądał na dowódcę gwiezdnego statku... zwłaszcza w środku 
nocy,  w  samej  bieliźnie  i  z  kilkudniowym  zarostem  na  nalanej  twarzy.  Miał  jednak 
sporo zdrowego rozsądku i zimnej krwi. Wykonywał wydawane przez Thrackana roz-
kazy, ale żadnym gestem czy ruchem nie okazywał, że się go boi. Doprawdy, Thrackan 
bardzo rzadko widywał takich ludzi. - Usłyszałem odgłosy strzałów, a po nich huk eks-
plozji... co najmniej dwóch, jeżeli mam wierzyć własnym uszom. Pierwsza dosyć dale-
ko od nas, ale druga dokładnie pod kadłubem. Obawiam się, że straciliśmy tylną ster-
burtową płozę ładowniczą. 

- To niemożliwe - odrzekł Thrackan. - Chodźmy do sterowni. Przecisnęli się przez 

tłum członków załogi i weszli do sterowni. 

Kapitan przycisnął guzik i otworzył klapę włazu. Dopiero wtedy oczom obu męż-

czyzn okazał się widok komory z planetarnym repulsorem. 

- Na wszystkie płonące niebiosa! - wykrzyknął zdumiony Thrackan. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

198 

- Niech pan popatrzy - dodał Thrag. - Coś niesamowitego. Nie do wiary! 
W miejscu, gdzie kiedyś stał generator siłowego pola, unosił się teraz słup ognia. 

Dosłownie  wszędzie,  w  każdym  punkcie  idealnie  gładkich  ścian  cylindrycznego  po-
mieszczenia widać było ogniste, migotliwe błyski. Siłowe pole zniknęło, podobnie jak 
więźniowie przetrzymywani wewnątrz elektronicznej palisady. Nietrudno było odgad-
nąć, co się z  nimi stało. W powietrzu  wisiał  „Sokół Millenium".  Kierując się ku  nie-
wielkiemu wylotowi komory, szybko wznosił się coraz wyżej. 

- Gonić ich! - rozkazał Thrackan. 
-  Ależ,  proszę  pana,  nasz  statek  został  trafiony  strzałem  z  lasera!  -  zaoponował 

Thrag.  -  Zapewne  odniósł  jakieś  uszkodzenia.  Musimy  najpierw  wszystko  sprawdzić, 
żeby się upewnić, co jest uszkodzone i jak bardzo. 

- Nie! - ryknął samozwańczy dyktator. - Nie ma na to czasu! Jeżeli statek nie jest 

sprawny, nie będziemy go naprawiali. Niech pan startuje! Niech pan leci! 

- W taki sposób narazimy na niebezpieczeństwo życie wszystkich członków  zało-

gi. 

-  Już  w  tej  chwili  grozi  im  rozstrzelanie  za  to,  że  zaniedbali  swoje  obowiązki!  - 

warknął Thrackan. - Gdzie podziewa się wachtowy? Powinien pełnić służbę na swoim 
posterunku. Dlaczego go opuścił? 

Kapitan Thrag roześmiał się ironicznie. Odgiętym kciukiem pokazał rufową część 

statku. 

- Domyślam się, że jeszcze nie wytrzeźwiał, podobnie jak reszta jego kompanów. 
- Co za bzdury pan wygaduje? 
-  Mówię  tylko,  żeby  dobrze  przyjrzał  się  pan  członkom  mojej  załogi.  Ilekroć 

ochotnicy słyszą, że  mają  pełnić  tak  niewdzięczne  obowiązki jak służba  na  pokładzie 
gwiezdnego statku, wielu rezygnuje. Czego się pan spodziewa, skoro przysyła mi pan 
samych łajdaków, kryminalistów albo obiboków? 

-  No  cóż,  jeżeli  nie  ma  pan  lepszych,  nic  się  nie  stanie,  jeżeli  wszyscy  zginą  na 

swoich posterunkach. Niech pan natychmiast odlatuje! 

Thrag spojrzał prosto w oczy Thrackana i zasalutował. 
-  Rozkaz,  panie  dyktatorze  -  powiedział.  -  Tylko  jeżeli  coś  się  stanie,  bierze  pan 

winę na siebie. 

Odwrócił się i usiadł na fotelu pilota. 
Ebrihim odnosił wrażenie, że ma na plecach, w okolicach krzyża, duży placek spa-

lonej sierści. W powietrzu  unosił się przykry  swąd płonących  włosów, a Dral  czuł  w 
tamtym miejscu nieprzyjemne pieczenie. Doszedł jednak do przekonania, że to nie czas 
ani  miejsce,  aby  przejmować  się  podobnymi  błahostkami.  W  dodatku  czuł,  że  lada 
chwila pękną mu płuca. O wiele bardziej zależało mu na tym, żeby złapać oddech, niż 
zastanawiać się daremnie nad stanem swojej sierści. Wszyscy troje - Chewbacca, Mar-
cha i Ebrihim - kulili się u podstawy stożka tuż obok miejsca, gdzie jeszcze niedawno 
spoczywał „Sokół Millenium". 

Ebrihim  patrzył,  jak  frachtowiec  unosi  się  ku  rozgwieżdżonemu  niebu.  Wnętrze 

komory rozjaśniała poświata  bijąca z  wylotów dysz pokładowych repulsorów. Trochę 
blasku rzucały także dogasające płomienie, wzniecone celnym strzałem Jainy Solo. 

background image

Roger MacBride Allen 

199 

Dzieci wystartowały. Tylko to miało w tej chwili jakieś znaczenie. Nic innego się 

nie  liczyło.  Ebrihim  nie  chciał  się  przyznać  do  tego  sam  przed  sobą,  ale  wiedział,  że 
nawet  gdyby  „Sokół"  uległ  katastrofie  albo  Thrackan  Sal-Solo  zestrzelił  go  i  zabił 
wszystkich na pokładzie, kuzyn Hana i tak poniósłby sromotną klęskę. Unicestwienie 
frachtowca  i  zabicie  dzieci  oznaczałoby  bowiem,  że  przywódca  Ligi  stracił  ostatnią 
szansę wpłynięcia na decyzję, jaką podejmie Leia Organa Solo. 

Wszystko  przemawiało  za  tym,  że  już  niedługo  Thrackan  Sal-Solo  zapłaci  słoną 

cenę za samą próbę wykorzystania porwanych dzieci do szantażowania przywódczyni 
Nowej Republiki. Ebrihim dobrze znał Dralów; uważał także, że  nieźle zna Selonian i 
ludzi. Nie mógł mieć wątpliwości, że postępowanie samozwańczego dyktatora oburzy i 
przejmie odrazą tysiące, a może nawet miliony obywateli systemu Korelii. Z pewnością 
wielu  obróci  się  przeciwko  niemu,  a  ci,  którzy  dotąd  żywili  tylko  niechęć,  mogą  ze-
chcieć wystąpić zbrojnie. Zaczną darzyć  większą sympatią Leię... Leię  i Nową  Repu-
blikę. 

Thrackan  mógł  mieć  nadzieję,  że jeżeli  zdoła  wpłynąć  na  decyzję  przywódczyni 

Nowej Republiki, zmusi ją do uznania niepodległości Korelii. Zapewne liczył też na to, 
że nawet jeżeli zmusi ją do publicznego odrzucenia jego żądań, przedstawi ją w bardzo 
niekorzystnym świetle. Ogłosi wszem i wobec, że przywódczynią Nowej Republiki jest 
kobieta, która  wyrzekła  się  własnych dzieci.  Tak, z  pewnością  Thrackan Sal-Solo nie 
przepuściłby takiej okazji. 

Dral z całego serca życzył dzieciom powodzenia. Liczył na to, że ich ucieczka za-

kończy się szczęśliwie. W głębi duszy żywił nadzieję, że wszyscy troje przeżyją. Wie-
dział też, że nawet gdyby się im nie udało, już sam fakt, iż uciekły, krzyżował wszyst-
kie plany ich wroga, kuzyna Hana Solo. 

- Żegnajcie - odezwał się do mikrofonu, chociaż dzieci na pewno znalazły się poza 

zasięgiem jego miniaturowego komunikatora. - Żegnajcie i powodzenia. I niech... niech 
Moc będzie z wami. 

W następnej sekundzie od dna komory oderwał się szturmowy wahadłowiec. Zata-

czając się jak pijany, wzniósł się ku wylotowi gigantycznego pomieszczenia. Ebrihim 
nie  mógł  być  tego  pewien,  ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  jednostka  Ligi  Istot 
Ludzkich wystartowała ze wszystkimi członkami załogi na pokładzie. Oznaczało to, że 
niedawni więźniowie pozostali na dnie komory draliańskiego repulsora jeszcze bardziej 
samotni  niż  kiedykolwiek.  Guwerner  był  jednak  absolutnie  pewien,  że  w  najbliższej 
przyszłości będą mieli jakieś towarzystwo. 

Cały kłopot w tym, że nie miał pojęcia, czyje, kiedy i jak liczne. 
 
Jacen ściskał oburącz drążek sterowniczy tak mocno, jakby od tego zależało jego 

życie. Wykorzystując siłę nośną repulsorów, „Sokół" wznosił się coraz wyżej. Przele-
ciał  przez  otwór  wylotowy  komory  draliańskiego  repulsora  i  poszybował  ku  niebu. 
Chłopiec  wiedział  jednak,  że  nie  może  wznosić  się  zbyt  długo,  posługując  się  tylko 
jednostką napędu grawitacyjnego. Przeczuwał, że już  niedługo będzie  musiał włączyć 
silniki  napędu  podświetlnego.  Repulsory  nie  mogły  dostarczać  siły  ciągu  w  nieskoń-
czoność... tym bardziej, że Jacen pamiętał, co ostatnio przechodził frachtowiec. Położył 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

200 

dłoń  na  dźwigni  przepustnicy  silników  umożliwiających  latanie  w  normalnych  prze-
stworzach,  a  potem  -  najostrożniej  i  najdelikatniej,  jak  potrafił  -  zaczął  zwiększać  do-
pływ energii. 

„Sokół  Millenium"  przyspieszył  i  niczym  błyskawica  przeciął  usiane  tysiącami 

gwiazd ciemne niebo. Jacen pociągnął ze drążek sterowniczy, żeby nabrać trochę więk-
szej wysokości... a przynajmniej nie roztrzaskać statku o powierzchnię Dralii. Z trudem 
przełknął ślinę i nieco zmniejszył dopływ energii do jednostki napędu podświetlnego, a 
kilka  sekund  później  wyłączył  repulsory.  „Sokół"  przez  chwilę  trząsł  się  i  drżał,  ale 
potem jakby się pogodził ze swoim losem, uspokoił i krótki czas leciał poziomo. Póź-
niej niespodziewanie zanurkował ku powierzchni planety. Chłopiec natychmiast szarp-
nął drążek sterowniczy ku sobie, aby unieść dziób, ale  nie na tyle, żeby statek zaczął 
zataczać się po całym niebie. W końcu zdołał wyczuć, jak frachtowiec reaguje; wyrów-
nał lot i zmusił statek, by nie zbaczał z obranego kursu. Mimo to nie przestał ściskać 
drążka  sterowniczego.  Cały  czas  spoglądał  to  na  pulpit  kontrolny,  to  znów  na  widok 
przestworzy za iluminatorami. 

- No cóż, wylecieliśmy - odezwała się w pewnej chwili Jaina. - Dokąd teraz? 
- Nie wiem - przyznał Jacen. - Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy, ale... 
- Za nami! - krzyknął nagle Anakin. - Popatrzcie na ekran rufowych detektorów! 
Jacen chwilę rozglądał się po sterowni, zanim w ogóle zdołał znaleźć ekran detek-

torów. Kiedy już go odnalazł, nie miał najmniejszych trudności ze zrozumieniem, na co 
patrzy. 

Zobaczył  szturmowy  wahadłowiec kuzyna Thrackana  bardzo szybko pokonujący 

odległość, jaka dzieliła oba gwiezdne statki. Nagle obok sterburty „Sokoła" przeleciała 
błyskawica laserowego strzału i Jacen odruchowo pochylił się nad pulpitem. Szarpnął 
drążek i obrócił frachtowiec wokół osi tak, że leciał dalej, ale odwrócony do góry spo-
dem. Chwilę później „Sokół" zaczął się wznosić pod kątem czterdziestu pięciu stopni, 
ale  cały  czas  głowy  członków  załogi  kierowały  się  w  dół,  zamiast  w  górę.  System 
sztucznego  ciążenia  i  pasy  bezpieczeństwa  utrzymywały  wszystkich  na  fotelach,  ale 
Jacen,  spoglądając  w  dół  i  za  siebie,  zamiast  skrawka  mrocznego  nieba  widział  po-
wierzchnię gruntu. 

Wyglądało na to, że niespodziewany i przypadkowy manewr pozwolił „Sokołowi" 

- przynajmniej na jakiś czas - oddalić się od prześladowców, ale nikt nie mógł wątpić, 
że  nie  na  długo.  Wszyscy  wiedzieli  też,  że  kiedy  Thrackan  podejmie  pościg,  zacznie 
znowu strzelać. 

- Włączyć ochronne pola! - krzyknął Jacen. 
- Gdzie... gdzie mam szukać włącznika generatora pola? - zapytała przerażona Jai-

na. 

-  Chewie  przeniósł  go  gdzie  indziej,  kiedy  zmieniał  okablowanie  pulpitów  - 

oznajmił  Anakin,  cały  czas  siedzący  za  plecami  Jainy,  na  fotelu  obserwatora.  -  Jest 
gdzieś w okolicach twojej lewej dłoni. Taki panel z dużymi czerwonymi guzikami. 

- Gdzie? Gdzie? - denerwowała się dziewczynka. - Nie widzę! 
- Ja go włączę - odrzekł chłopczyk. Odpiął klamry ochronnych pasów i zeskoczył 

z fotela, a potem przecisnął się między stanowiskami obojga pilotów. Wyciągnął rękę i 

background image

Roger MacBride Allen 

201 
odblokował system chroniący przed przypadkowym włączeniem czerwonego guzika, a 
następnie pulchnym paluszkiem dźgnął największy czerwony przełącznik. Kiedy usły-
szał cichy basowy pomruk, pokręcił dwiema tarczami. - Wszystko w porządku, ochron-
ne  pola  włączone!  -  oznajmił,  zadowolony  z  siebie.  -  Górne,  dolne  i  przednie  na... 
uhm... dwadzieścia procent. Tylne na maksimum. 

Głuchy  huk  i  nagłe  szarpnięcie  kadłuba  uświadomiły  Jacenowi,  że  jego  brat  nie 

włączył ochronnych pól ani o sekundę za wcześnie... i że kuzyn Thrackan nabiera coraz 
większej wprawy w celowaniu. 

Czyżby  zamierzał  ich  zestrzelić?  A  może  tylko  chciał  ostrzec  albo  przestraszyć? 

Zapewne chodziło mu jedynie o to, aby unieruchomić ścigany statek. O ile Jacen mógł 
się zorientować, Thrackan posłużył się tylko zamontowanymi w dziobowej części wa-
hadłowca  lekkimi  laserami,  które  bardziej  nadawały  się  do  walki  wręcz  niż  do  obez-
władniania gwiezdnych statków. Tylko co to mogło oznaczać? Chłopiec był pewien, że 
jego  ojciec  bez  trudu  wyciągnąłby  właściwe  wnioski.  Domyśliłby  się,  co  zamierza 
osiągnąć Thrackan, i wiedziałby, co robić. Tyle że - chociaż Jacen gorąco tego pragnął - 
jego ojca nie  było na  pokładzie. Zapewne  więc  chodziło tylko o to, żeby zastopować 
„Sokoła",  a  nie  uśmiercić  wszystkich  członków  załogi.  Mimo  to  Jacen  nie  poczuł  się 
ani odrobinę pewniejszy siebie ani spokojniejszy. 

Przypomniał sobie, że jeszcze pół minuty wcześniej martwił się, dokąd lecieć. Te-

raz stało mu się to zupełnie obojętne. 

Pragnął tylko odlecieć jak najdalej od miejsca, gdzie znajdował się w tej chwili. 
 
- Niech pan strzela! - krzyknął Thrackan. - Ognia! Niech pana diabli porwą! 
- Nie mogę strzelać do nich, jeżeli nie mam namierzonego celu - warknął Thrag. - 

Dziobowe  lasery  nie  mają  systemu  automatycznego  naprowadzania  na  cel.  Nie  mogę 
równocześnie ścigać ich i strzelać w taki sposób, żeby tylko obezwładnić. Może pan to 
potrafi, ale ja nie jestem taki dobry. 

- Za chwilę przekona się pan, jaki jestem dobry - odparł Thrackan, siadając na fo-

telu drugiego pilota. - Proszę przekazać sterowanie urządzeniem celowniczym na pulpit 
mojej konsolety. 

- Przecież to pańscy krewni! - zaprotestował kapitan szturmowego wahadłowca. 
- Wydałem rozkaz, żeby pan do nich strzelał, a teraz sam zamierzam się zająć ce-

lowaniem. Nie jestem takim hipokrytą, aby udawać, iż fakt, że to moi krewni, ma dla 
mnie jakieś znaczenie. 

Thrag oderwał spojrzenie od pulpitów sterowniczych na czas wystarczająco długi, 

żeby uważnie przyjrzeć się swojemu przełożonemu. 

- A zatem niech pan sam wykonuje swoją brudną robotę, jeżeli pana to tak bawi  - 

powiedział w końcu, po czym pstryknął przełącznik kierowania ogniem laserów. - Nie 
spodziewałem się, że kiedykolwiek w życiu spotkam człowieka, któremu strzelanie do 
krewnych będzie sprawiało taką radość. 

 
Na pokład dowodzenia „Intruza" wbiegł podniecony podporucznik. Tak bardzo się 

spieszył, że omal się nie potknął o własne stopy. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

202 

-  Panie  admirale,  wydarzyło  się  coś  niezwykłego!  Ossilege  odwrócił  się,  uniósł 

brwi i spiorunował młodzieńca gniewnym spojrzeniem. 

- Dziękuję panu za zwięzły, treściwy i bardzo szczegółowy raport - powiedział. 
- Bardzo przepraszam, panie admirale  - zreflektował się młodszy oficer. - Chodzi 

o  ten  repulsor.  Coś  się  tam  wydarzyło.  Nasze  czujniki  wykryły  kilka  emisji  energii, 
które wyglądały jak laserowe strzały albo eksplozje, a potem... potem z otworu repulso-
ra  wyleciały  dwie  gwiezdne  jednostki.  Wygląda  na  to,  że  pierwsza  stara  się  uciec,  a 
druga  ją  ściga.  Osiągnęły  taką  wysokość,  że  widać  je  ponad  krawędzią  tarczy  Dralii. 
Lecą, jakby nie  zdążały do określonego celu, a  jedna  z  nich sprawia  wrażenie  uszko-
dzonej. 

-  Dwie  jednostki?  -  zainteresowała  się  Kalenda.  -  Tylko  dwie  wlatywały  w  głąb 

komory repulsora... jeśli ktoś nie stara się nas wywieść w pole. 

Ossilege odwrócił się i wcisnął guzik na pulpicie głównej konsolety. 
- Tu Putney - rozległ się piskliwy, nosowy głos dowódcy oddziału szturmowego. 
- Panie komandorze, tu mówi Ossilege. Wszystko wskazuje na to, że nasi nieprzy-

jaciele opuścili wnętrze repulsora. Otrzymałem meldunek, z którego wynika, że właśnie 
wyleciały stamtąd oba statki. 

- Dlaczego? - zdziwił się Putney. 
- Nie jesteśmy pewni, ale możemy się domyślać, że jeden statek ściga drugi. Mu-

simy wykorzystać tę sytuację. Nie wiemy, czy nasi wrogowie pozostawili we wnętrzu 
repulsora oddział wojska, czy też nie, ale nawet jeżeli zostawili, reszta żołnierzy i pra-
wie  całe  uzbrojenie  kierują  się  w  tej  chwili  na  orbitę.  Nie  możemy  przegapić  takiej 
okazji.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  już  skończył  pan  ładować  niezbędny  sprzęt  ani  czy 
pańscy  ludzi  zdążyli  włożyć  spodnie.  Rozkazuję,  żeby  natychmiast...  powtarzam,  na-
tychmiast... wystartowali, przypuścili szturm i przejęli kontrolę nad tym repulsorem. 

- Rozkaz, panie admirale - odparł Putney. - Co prawda jeszcze nie zdążyliśmy za-

ładować ciężkiej broni, ale jeżeli szczęście dopisze, nie będzie nam potrzebna. Możemy 
wystartować za pięć minut. 

- Proszę to zrobić za cztery - rzucił do mikrofonu Ossilege, po czym przerwał po-

łączenie.  Okręcił  się  na  pięcie  i  zwrócił  się  do  Kalendy.  -  Proszę  dać  mi  obrazy  obu 
jednostek na ekran wizyjny i taktyczny - rozkazał. - Wykonać natychmiast. 

Agentka Wywiadu Nowej Republiki wykonała otrzymane polecenie z szybkością 

błyskawicy. Przełączyła kilka obwodów i przesłała na ekran wizyjny obraz, przekazy-
wany  przez  dalekosiężne  skanery.  Ułamek  sekundy  później  wyświetliła  na  drugim 
ekranie taktyczny schemat sytuacji. Na ekranach pojawiły się wizerunki obu jednostek. 
Gwiezdne statki wznosiły się coraz wyżej, ale pierwszy leciał niepewnie - i odwrócony 
do góry stępką. 

- To „Sokół" - odezwał się Lando. - To „Sokół Millenium", osobisty frachtowiec 

Hana  Solo.  Leci  do  góry  stępką,  a  zatem  niewykluczone,  że  pilot  jest  pijany,  ale  po-
znałbym ten statek zawsze i wszędzie. 

- A ściga go szturmowy wahadłowiec - uzupełnił podnieconym tonem Ossilege. - i 

wszystko wskazuje na to, że jest uszkodzony. 

- Kto, u diabła, może pilotować „Sokoła"? - zainteresowała się Kalenda. 

background image

Roger MacBride Allen 

203 

-  Z pewnością nie  Chewbacca. Jestem tego pewien  - odrzekł  Calrissian.  - Piloto-

wałby  go  lepiej  nawet  z  zawiązanymi  oczami  i  jedną  ręką  na  temblaku...  Wcale  nie 
żartuję. 

- A zatem kto? 
- Domyślam się, ale żadne z was i tak mi nie uwierzy  - odparł Lando. - Podobnie 

jak poprzednio. 

Ossilege obrzucił go zdumionym spojrzeniem. 
- Chce pan, abym uwierzył, że „Sokoła Millenium" pilotuje jedno z dzieci? 
- To pan powiedział, nie ja - zastrzegł się ciemnoskóry mężczyzna. 
- Szturmowy wahadłowiec znów strzela! - krzyknęła nagle Kalenda. 
- Trafili... ale „Sokół" nadal leci - stwierdził Lando. - Ktokolwiek go pilotuje, mu-

siał jakoś włączyć generator ochronnego pola. 

Ossilege odwrócił się i skupił całą uwagę na taktycznym monitorze. Starał się od-

gadnąć, dokąd może lecieć pierwszy statek, ale frachtowiec tak często zmieniał kurs i 
wykonywał tyle bezsensownych manewrów, że admirał nie mógł być tego pewien. 

- Dokąd się kierują? - zapytał w pewnej chwili. - Dokąd zmierzają? Czy w ogóle 

lecą dokądkolwiek? 

- Do żadnego konkretnego punktu przestworzy - przyznał Lando. - Lecą, żeby le-

cieć. Byle jak najdalej. 

- Czy możliwe, że wiedzą o naszej obecności? - zapytał Bakuranin. 
Lando pokręcił głową. 
- Gdyby wiedzieli, polecieliby w naszą stronę albo chociaż postaraliby się nawią-

zać z nami łączność. Lecą mniej więcej tam, dokąd się kierowali, kiedy pilot w końcu 
zdołał zapanować nad sterami. 

Ossilege był wyraźnie ożywiony i podniecony... chociaż bardzo się starał tego nie 

okazywać. 

-  Czy  możemy  pochwycić  którąś  z  tych  jednostek  naszym  promieniem  ściągają-

cym? - zapytał. - Może nawet obie naraz? 

Kalenda sprawdziła, ale pokręciła głową. 
- Jeszcze nie w tej chwili - odrzekła. - Ważne jednak, że chociaż nie lecą ku nam, z 

każdą chwilą znajdują się coraz bliżej. „Sokół Millenium" powinien znaleźć się w za-
sięgu  naszego  promienia  za  jakieś  dwadzieścia  sekund,  a  szturmowy  wahadłowiec 
mniej więcej dziesięć sekund po nim. 

-  Proszę  zaczekać,  aż  oba  statki  znajdą  się  w  zasięgu,  a  potem  je  unieruchomić. 

Najpierw  proszę  przyciągnąć  „Sokoła".  W  tym  czasie  szturmowy  wahadłowiec  ma 
pozostawać tam, gdzie go pochwycimy. Przynajmniej na razie. 

-  Rozkaz,  panie  admirale  -  odparła  Kalenda,  po  czym  zajęła  się  przekazywaniem 

poleceń bakurańskiego admirała. 

-  Jeżeli  wszystko  potoczy  się  zgodnie  z  planem  -  zaczął  Ossilege  -  zdobędziemy 

jednocześnie i repulsor, i Thrackana Sal-Solo. - Przeniósł spojrzenie na główny ekran, 
na którym okręty sakoriańskiej Triady formowały szyk, mający umożliwić jej wykona-
nie tego, po co przyleciały. - Na razie wszystko układa się jak najlepiej... z wyjątkiem 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

204 

drobnego  szczegółu.  Nieprzyjacielska  flota  przygotowuje  się  do  ataku.  Gdyby  nie  to, 
nasza sytuacja wyglądałaby naprawdę bardzo dobrze. 

 
Trafiony  kolejnym  strzałem  szturmowego  wahadłowca,  „Sokół  Millenium"  zato-

czył się jak pijany. 

- Tym razem siłowemu polu to się nie spodobało - odezwał się Anakin. Nie odry-

wał spojrzenia od tarcz wskaźników i mierników. 

-  No  właśnie  -  rzekła  Jaina.  -  Znalazłam  rozwiązanie.  Odpłacimy  im  w  taki  sam 

sposób. Przesyłam energię do dolnych działek laserowych i kieruję je ku celowi znajdu-
jącemu się za rufą. 

- Co takiego? - wykrzyknął przerażony Jacen. - Czyś ty naprawdę zwariowała? 
-  Myślę,  że  wy  wszyscy  zwariowaliście  -  wtrącił  się  zaniepokojony  nie  na  żarty 

automat. 

- Bądź cicho, Qiunine - skarciła go dziewczynka. - Jacenie, przecież do nas strze-

lają! Jeśli odpowiemy ogniem, w niczym nie pogorszy to naszej sytuacji! 

- No, nie wiem - mruknął chłopiec. - Założę się jednak, że istnieje jakiś inny spo-

sób. 

- Przełączam laserowe działko na automatyczne poszukiwanie celu - odparła Jaina. 

-  Komputer  twierdzi,  że  namierzył  cel!  -  Przycisnęła  guzik  spustowy  i  w  przestworza 
poszybowały  oślepiające  błyskawice.  -  Trafiłam  go!  -  wykrzyknęła.  -  Ochronne  pola 
pochłonęły energię strzału, ale zwolnili i teraz będą się mieli na baczności! 

 
-  Osłony  osłabły  o  pięć  procent!  -  zameldował  Thrag.  -  Czysty,  celny  strzał.  Nie 

można  mieć  żadnych  wątpliwości.  Gdyby  niósł  większą  energię,  w  tej  chwili  byliby-
śmy wypalonym wrakiem. 

- Strzelają do mnie? - W głosie Thrackana zabrzmiało bezbrzeżne zdumienie. - Te 

podstępne szczenięta  mają tyle tupetu, że ośmielają się strzelać do mnie ? Przekazuję 
energię do głównego turbolasera! 

- Ależ proszę pana! - żachnął się Thrag. - Chyba nie chce pan rozpylić ich na ato-

my? 

- Chcę ich zabić! - odparł lodowatym tonem Thrackan Sal-Solo. - Główny turbola-

ser uzbrojony i gotowy do strzału. 

 
Jacen zaryzykował i przeniósł spojrzenie na ekran skanera. 
-  Jaino,  nie  tylko  nie  mają  się  przed  nami  na  baczności,  ale  kierują  ku  nam  lufę 

głównego działa! - powiedział, coraz bardziej przerażony. - Musimy się stąd wynosić. 
Trzymajcie się! 

Przyciągnął  drążek  sterowniczy  z  całej  siły.  „Sokół"  zadarł  dziób  i  wystrzelił 

świecą  w  przestworza,  po  czym  wykonał  pętlę  i  po  chwili  wyrównał  lot.  Znalazł  się 
teraz dokładnie za ogonem szturmowego wahadłowca. 

- Anakinie! - krzyknął starszy chłopiec. - Pełna moc do dziobowych osłon! 
Malec pospieszył, żeby wykonać polecenie brata. Pokręcił tarczami i zmienił po-

łożenie  kilku przełączników...  w samą  porę, bo w  następnej sekundzie  od osłon odbił 

background image

Roger MacBride Allen 

205 
się prawie celny strzał, oddany z głównego turbolasera wahadłowca. „Sokół" zakołysał 
się z burty na burtę i zadrżał, ale osłony nawet nie osłabły. 

- Ich rufy nie chroni siłowe pole!  -  wykrzyknęła zachwycona Jaina.  - Trzymajcie 

się! Namierzyłam cel! 

Dwukrotnie  - szybko, raz za razem  - przycisnęła guzik spustowy. Pierwszy strzał 

trafił w wieżyczkę głównego działa u samej podstawy, wskutek czego po prostu odciął 
ją od kadłuba. Drugi zniszczył dysze silników napędu podświetlnego. Jednostka napę-
dowa statku Ligi Istot Ludzkich odmówiła posłuszeństwa. 

Szturmowy  wahadłowiec  stał się  najzwyklejszym, bezradnie dryfującym gwiezd-

nym wrakiem. 

Jacen nie miał czasu długo się cieszyć. Musiał uważać, żeby nie wbić dziobu „So-

koła Millenium" w rufę jednostki Thrackana Sal-Solo. 

Nagle poczuł, że jakaś siła - podobna do niewidzialnej gigantycznej pięści - szarp-

nęła frachtowcem i uniosła, zupełnie jakby pochwyciła go za kark. 

 
- Szturmowy wahadłowiec stracił główną jednostkę napędową  - zameldowała Ka-

lenda.  -  Generator  promienia  ściągającego  włączony.  Trwały  kontakt  ze  szturmowym 
wahadłowcem. Tymczasowy  kontakt z  „Sokołem". Frachtowiec  stara  się  oswobodzić. 
Nie możemy trzymać go bardzo długo, bo go uszkodzimy. 

Lando podszedł do konsolety komunikatora stanowiska dowodzenia „Intruza", po 

czym  wystukał odpowiednią  kombinację cyfr i liter.... umożliwiający dostęp kod, któ-
rego od dłuższego czasu nie używał. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  Han  nie  zmienił  kodu  -  mruknął  do  siebie  i  wcisnął  guzik 

nadajnika.  -  Lando  Calrissian  do  „Sokoła  Millenium".  Tu  mówi  Lando  Calrissian. 
Wzywam „Sokoła Millenium". Wyłączcie silniki i nie próbujcie się oswobodzić. Przy-
ciągamy  was  na  pokład  bakurańskiego  krążownika  „Intruz",  sprzymierzonego  z  flotą 
Nowej Republiki. Czy mnie zrozumieliście? 

- Lando? - Z odbiornika dobiegł piskliwy, ale podniecony dziecięcy głosik.  - Czy 

to ty? Czy to ty? 

- Czy to ty, Jaino? - zapytał ciemnoskóry mężczyzna. 
- Nie, ja jestem Jacen. - W głosie chłopca zabrzmiało lekkie oburzenie. - Ale Jaina 

i Anakin są tu ze mną. Podobnie jak Qiunine. 

- Kim albo czym jest Qiunine? - zainteresował się zirytowany admirał Ossilege. 
- Nie mam najmniejszego pojęcia - przyznał szczerze Lando. - Wygląda jednak na 

to, że już wkrótce się dowiemy. - Ponownie przełączył komunikator na nadawanie. - Co 
się stało z Chewbaccą i obojgiem Dralów? 

- Zostali na planecie, w komorze z repulsorem - odparł Jacen. - Musimy kogoś tam 

posłać, żeby ich wyciągnąć. 

Lando spojrzał na tablicę, ukazującą sytuację, jaka panowała w hangarze. 
-  Właśnie  wysłaliśmy  po  nich  nasz  szturmowy  statek  -  powiedział.  -  Nie  martw 

się, nie będą tam siedzieli bardzo długo. 

- To świetnie - ucieszył się chłopiec. - Naprawdę nie możemy się doczekać, kiedy 

cię zobaczymy. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

206 

- Ja także się cieszę, że się z wami spotkam - odparł Lando. - Aha, jeszcze jedno. 

Dobra  robota,  dzieciaki...  z  tym  pilotowaniem  i  strzelaniem.  Wasz  tata  będzie  z  was 
bardzo dumny. 

- Dzięki, Lando! 
-  Nie  ma  za  co  -  odparł  ciemnoskóry  pilot  i  przerwał  połączenie.  Popatrzył  na 

główny ekran taktyczny, na którym flota sakoriańskiej Triady skupiała się wokół stacji 
Centerpoint,  aby  przystąpić  do  ataku  na  dwa  samotne,  strzegące  stacji  bakurańskie 
gwiezdne niszczyciele. Później przeniósł spojrzenie na chronometr odmierzający czas, 
jaki pozostawał  do następnego strzału. Do zniszczenia  Bovo Yagena  pozostawały już 
tylko osiemdziesiąt dwie godziny.  - Zapomniałem dodać - zwrócił się do wyłączonego 
mikrofonu  -  że  tata  będzie  dumny,  jeżeli  wszyscy  przeżyjemy  na  tyle  długo,  by  mu  o 
tym opowiedzieć. 

 
Kapitan  Thrag  siedział  w  zasnutej  dymem  sterowni  szturmowego  wahadłowca. 

Roześmiał  się,  ale  w  jego  śmiechu  nie  było  ani  odrobiny  radości.  Wyłącznie  gorycz  i 
sarkazm. 

- O, jakże nisko upadłeś, sławetny dyktatorze - odezwał się po chwili. - Pokonały 

pana; odniosły nad panem całkowite zwycięstwo. Zestrzelony przez dzieci... dzieci tak 
małe, że zapewne z trudem cokolwiek widziały ponad kontrolnymi konsoletami. 

- Zamknij się, Thrag  - warknął Thrackan.  - Zamknij się albo zabiję cię własnymi 

rękami. 

Thrag  zachichotał  ostatni  raz,  odwrócił  głowę  i  spojrzał  przez  iluminator.  Sztur-

mowy wahadłowiec unosił siew przestworzach, ale przyciągany potężnym promieniem, 
z każdą chwilą coraz bardziej zbliżał się do nieprzyjacielskiego krążownika. Wyglądało 
na to, że zanim upłynie kilkanaście sekund, zniknie w czeluści hangaru. 

-  Najpotworniejsze  z  tego  wszystkiego  jest  to,  że  prawie  się  panu  udało  -  dodał 

przenosząc  spojrzenie  na  Thrackana.  -  Jeszcze  nigdy  nie  widziałem  człowieka,  który 
nie miałby nic do stracenia. Teraz widzę, kiedy patrzę na pana. Pochwycili pana, dykta-
torze Sal-Solo. - Kiwnął głową w kierunku iluminatora. Z każdą sekundą ogromniał za 
nim  otwór  hangaru  nieprzyjacielskiego  okrętu.  -  Pochwycili  pana  i  nic  pan  na  to  nie 
poradzi. 

 
„Sokół Millenium" osiadł lekko jak piórko na płycie lądowiska hangaru „Intruza". 

Operatorzy  generatora  promienia  ściągającego  dopilnowali,  żeby  z  lądowaniem  nie 
było  żadnych  problemów.  Trójka  dzieci  wyłączyła  wszystkie  pokładowe  urządzenia, 
zablokowała  podzespoły  i  przełączniki  tak  dokładnie,  jak  umiała,  a  potem  skierowała 
się  do  głównego  włazu.  Anakin  przycisnął  odpowiedni  klawisz  i  zaczekał,  aż  rampa 
„Sokoła" opadnie na płytę lądowiska. Wszyscy troje zeszli po pochylni, ale kiedy po-
stawili stopy  na  płycie, stanęli jak sparaliżowani.  Spostrzegli,  że Bakuranie  wciągnęli 
przed nimi do hangaru szturmowy wahadłowiec. Właśnie wyprowadzali z wnętrza żoł-
nierzy Ligi Istot Ludzkich i eskortowali ich do aresztu. Każdemu kazali unosić ręce i 
splatać  palce  z  tyłu  głowy.  Następnie  kierowali  jednego  po  drugim  do  kabiny  turbo-
windy, a potem pewne i dalej, do bloku więziennego. 

background image

Roger MacBride Allen 

207 

Przedostatnią osobą, którą wyprowadzili, okazał się niski, gruby i łysawy mężczy-

zna,  odziany  tylko  w  slipy  i  cienki  podkoszulek.  W  przeciwieństwie  do  wszystkich 
poprzednich, sprawiających wrażenie rozgniewanych albo wystraszonych, ten mężczy-
zna się śmiał. Kapitan Thrag raz po raz wybuchał głośnym śmiechem. 

Ostatniemu jednak, którego wyprowadzono, wcale nie było do śmiechu. Z wnętrza 

szturmowego  wahadłowca  wyłonił  się  Thrackan  Sal-Solo.  Wyprostował  się  i  dumnie 
uniósł głowę, po czym, nie zakładając rąk za głowę, zszedł po rampie. Kiedy stanął na 
płycie lądowiska, znieruchomiał i rozejrzał się po hangarze. 

Gdy zauważył trójkę dzieci stojących u stóp rampy „Sokoła Millenium", arogancki 

uśmieszek zniknął z jego twarzy. Pojawiła się na niej złość, uraza i nienawiść. Przera-
żone  dzieci cofnęły się, a  Thrackan zrobił krok  w ich stronę. W następnej sekundzie, 
pochwycony z obu stron przez dwóch barczystych strażników, musiał potulnie poma-
szerować do kabiny turbowindy. 

Anakin stał  między bliźniętami,  trzymając je  za ręce.  Szeroko otworzył oczy i z 

poważną miną przyglądał się, jak strażnicy prowadzą Thrackana Sal-Solo, samozwań-
czego dyktatora Korelii i kuzyna jego taty, do więziennej celi. 

-  Nasz  kuzyn  jest  bardzo  złym  człowiekiem,  prawda?  -  odezwał  się  w  pewnej 

chwili. 

Każde z pozostałych dzieci miało w tej chwili ochotę powiedzieć to samo. 
 
- To na nic, Drackmus - westchnął Han. - Przychodzisz i mówisz nam, że w nego-

cjacjach zarysował się pewien postęp. Odchodzisz, znów przychodzisz i mówisz nam to 
samo. I tak w kółko, bez końca. A przecież tam, w przestworzach, toczy się wojna. W 
tym czasie, kiedy ty przychodzisz i odchodzisz, mogą stracić życie wszyscy mieszkań-
cy gwiezdnego systemu. 

-  Wiedząca  to,  wiedząca,  wiedząca  -  odparła  Selonianka.  -  Uwierzcie  mi  jednak, 

że nie możemy na to nic poradzić. My, Selonianki z Nory Hunchuzuc, dobrze wiemy, 
kiedy upływa termin. Staramy się. Próbujemy. Nasza sytuacja jest jednak bardzo deli-
katna. Jeżeli wywrzemy zbyt silną presję na Sakorianki z nory bez nazwy, mogą popeł-
nić samobójstwo albo umrzeć ze wstydu. Albo umrzeć ze wstydu bez wyrazu, jak cza-
sami zdarza się ludziom. - Drackmus miał ochotę dokładniej wyjaśnić, co ma na myśli, 
ale  w porę pochwyciła spojrzenie Hana i uznała, że jednak lepiej będzie nie odbiegać 
od  tematu.  -  Najlepszą  rzecz,  jaką  wy,  ludzie,  możecie  zrobić,  żeby  nakłonić  nas  do 
pośpiechu, to siedzieć i czekać. Wyglądać na zniecierpliwionych, raz po raz sprawdzać 
czas i wywierać presję na nas, żebyśmy się spieszyły. Wtedy ja, rozmawiając z nego-
cjatorkami, powiem im, jak bardzo się niecierpliwicie. Podkreślę, że czas upływa, a one 
zaczną się jeszcze bardziej spieszyć. 

W tej samej chwili w salonie willi rozległy się stłumione, dziwne piski. Wszystko 

wskazywało na to, że wydobywają się z kieszeni kombinezonu Mary Jade. Dokładnie w 
tym samym ułamku sekundy do życia obudził się Artoo. Zaczął świergotać i ćwierkać, 
po czym kilkakrotnie obrócił kopułkę w prawo i w lewo. 

Mara z początku nie wiedziała, co się dzieje, wreszcie sobie przypomniała. Wstała, 

wsunęła dłoń do kieszeni i wyciągnęła przenośny komunikator. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

208 

- Tyle czasu nie mogłam go używać, że zupełnie zapomniałam, iż go tam schowa-

łam  - powiedziała. Przycisnęła guzik na obudowie i piski się urwały.  - To informacja 
przesłana przez pokładowy system kontrolny „Ognistej Jade" - rzekła po chwili. - Daje 
mi znać, że właśnie otrzymałam wiadomość obdarzoną najwyższym priorytetem. 

- Artoo, ty także ją otrzymałeś? - zapytał Luke. - Chodzi o tę samą wiadomość? 
Mały robot twierdząco zaszczebiotał. 
-  Z  pewnością  chodzi  o  to  samo  -  stwierdziła  Mara.  -  Jeżeli  chcę  się  zapoznać  z 

treścią, muszę iść na pokład „Ognistej Jade". Czy ktoś pragnie mi towarzyszyć, żeby się 
przekonać, o co chodzi? 

 
Kiedy Artoo znalazł się w sterowni „Ognistej Jade" i umieścił końcówkę w gnieź-

dzie  pokładowego systemu informatycznego, potwierdził, że rzeczywiście  chodzi  o tę 
samą wiadomość. Pozwoliło to oszczędzić czas, jaki zajęłoby dwukrotne dekodowanie. 
Pokładowy deszyfrator korwety Mary Jade okazał się doskonały, naprawdę doskonały. 
W  ciągu  zaledwie  kilku  sekund  odczytał  wiadomość,  której  rozszyfrowanie  zajęłoby 
Artoo dobrych kilka minut. Siedząc na stanowisku dowodzenia, Mara wcisnęła guzik, 
żeby odtworzyć przesłaną informację. Nad płytami pokładu pojawił się świetlisty, mi-
goczący hologram. 

Ukazywał Landa Calrissiana... całego, chociaż mniej więcej dwukrotnie mniejsze-

go niż w rzeczywistości. 

- Witajcie - odezwał się kapitan bardzo uroczystym tonem. - Nie wiem, gdzie do-

kładnie  przebywacie  i  co  robicie,  a  zatem  wysyłam  kopie  tej  wiadomości  do  wszyst-
kich. Od czasu, kiedy ostatnio się widzieliśmy, dużo się wydarzyło. Zacznę od przeka-
zania  najmniej pomyślnej informacji.  Nareszcie poznaliśmy prawdziwego  wroga. Jest 
nim  flota  okrętów,  jaką  wystawiła  przeciwko  nam  sakoriańska  Triada.  Luke  będzie 
wiedział,  o  co  chodzi.  To  oni  są  najgroźniejszymi  nieprzyjaciółmi.  Wszyscy  inni,  w 
tym również tak zwani powstańcy albo rebelianci, nie  mają  większego znaczenia. Ich 
zadaniem  było  jedynie  odwracanie  naszej  uwagi.  Flota  liczy  około  osiemdziesięciu 
okrętów  różnych  typów  i  wielkości  i  wszystko  wskazuje  na  to,  że  skupia  się  bardzo 
powoli wokół stacji Centerpoint. Dowódcy tych jednostek zamierzają prawdopodobnie 
przypuścić szturm wkrótce po tym, kiedy stacja unicestwi Bovo Yagena. Nie przeszka-
dzamy  im  na  razie,  tym  bardziej,  że  nie  przedsięwzięli  przeciwko  nam  żadnych  nie-
przyjaznych kroków. Nie sądzę jednak, żeby taki stan miał potrwać długo. 

To była ta niepomyślna  wiadomość.  - Wizerunek Calrissiana umilkł na chwilę, a 

na  śniadej  twarzy  mężczyzny  pojawił  się  szeroki  uśmiech.  -  A  pomyślna  wiadomość 
jest naprawdę bardzo pomyślna. Nie pytajcie mnie, jakim cudem, ponieważ sami jesz-
cze tego nie wiemy, ale dzieciom udało się wymknąć z więzienia Thrackana Sal-Solo i 
odlecieć z Dralii. Uczyniły to na pokładzie „Sokoła Millenium". To one go pilotowały. 
A zanim zdążysz zsinieć, Hanie, muszę powiedzieć, że nie zarysowały ani jednej płyty 
pancerza. Najbardziej niezwykłe jednak jest to, że... pochwyciły Thrackana. Żałuj, Ha-
nie, że sam tego nie widziałeś. Dzieciaki, lecąc „Sokołem", wykonały klasyczną pętlę, a 
kiedy znalazły się za ogonem statku Thrackana, obezwładniły jego wahadłowiec dwo-
ma celnymi, oddanymi z chirurgiczną precyzją strzałami. W tej chwili Thrackan prze-

background image

Roger MacBride Allen 

209 
bywa  w  więzieniu,  pochwycony  przez  Bakuran.  Dobrze  wiem,  że  mi  nie  uwierzycie, 
ale to wszystko zasługa dzieci... 

- Nie wierzę - mruknął Han. 
- Cśśś - syknęła Leia. 
-  ...przebywają  teraz  całe  i  zdrowe  na  pokładzie  „Intruza".  Chewbacca  i  dwoje 

Dralów,  którzy  jakoś  się  w  to  wszystko  wmieszali,  właśnie  są  wyciągani  z  komory 
draliańskiego repulsora. O ile mi wiadomo, nie zagraża im żadne niebezpieczeństwo. 

Prawdziwym  powodem  jednak,  dla  którego  wysyłam  tę  wiadomość,  jest  prośba, 

żebyście  tu  przylecieli.  Za  jakieś  osiemnaście  godzin,  licząc  od  tej  chwili,  Gaeriela 
Captison  zwołuje  posiedzenie  rady  wojennej.  Byłoby  dobrze,  gdybyście  i  wy  mogli 
wziąć  udział  w  obradach.  Jesteście  nam  wszyscy  potrzebni.  Pani  Captison  chciałaby, 
żeby  w  obradach  uczestniczyły  także  przedstawicielki  Selonianek.  Proszę  was,  posta-
rajcie  się  przylecieć.  Wiele  wskazuje  na  to,  że  zanim  to  wszystko  się  zakończy,  bę-
dziemy  potrzebowali  każdej  dostępnej  broni.  Powtarzam,  potrzebujemy  was  wszyst-
kich. Potrzebujemy „Ognistej Jade". Potrzebujemy X-skrzydłowca Luke'a Skywalkera. 
Postarajcie  się  odpowiedzieć  najszybciej,  jak  możecie,  i  poinformujcie  nas  o  swoich 
zamiarach.  Bez  względu  jednak  na  to,  co  postanowicie,  nie  zwlekajcie.  Spieszcie  się. 
Spieszcie. Teraz naprawdę nie mamy ani chwili do stracenia. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

210 

R O Z D Z I A Ł  

14 

OSTATNIE POŻEGNANIE 

Leia Organa Solo, przywódczyni Nowej Republiki, zbiegła tak szybko, jak umiała, 

po  rampie  „Ognistej  Jade"  na  płytę  lądowiska  hangaru  „Intruza".  W  biegu  omal  nie 
przewróciła dwóch przydzielonych w charakterze straży honorowej rosłych mężczyzn, 
a potem chwyciła bliźnięta w objęcia. Nie udało jej się przygarnąć Anakina, bo podnie-
cony malec podskakiwał z radości jak piłka. Han jednak, który dał się wyprzedzić żonie 
zaledwie  o  krok,  uniósł  Anakina  prosto  z  płyt  pokładu  i  przytulił.  Chwilę  później  do 
rozradowanej  gromadki  dołączył  Luke.  On  także  uścisnął  dzieci,  rozwichrzył  włosy 
Jacena,  połaskotał  Jainę,  a  w  końcu  wyłuskał  Anakina  z  rąk  Hana,  żeby  przycisnąć 
malca do piersi. Wokół grupy zataczał kręgi podniecony Threepio. Tak bardzo starała 
się przywitać ze wszystkimi, że się o niego potykali. 

- Anakinie! Jacenie! Jaino! - westchnęła Leia. - Och, niech się wam przyjrzę! 
W następnej sekundzie jednak znów porwała dzieciaki w objęcia. Trzymała je tak 

mocno, że raczej nie mogła ich widzieć. 

Chwilę później do grupy podszedł Lando Calrissian. Przywitał się z Hanem, a po-

tem  uścisnął  przyjaciela  i  klepiąc  go  po  plecach,  obdarzył  kilkoma  ciepłymi,  ale  za-
pewne  niezbyt  pochlebnymi  epitetami.  Pocałował  w  policzek  Leię  i  wymienił  kilka 
żartobliwych uwag z dziećmi. Dopiero potem do grupy dołączyły inne nowo przybyłe 
osoby: Mara Jade i przedstawicielka Selonianek, Drackmus. 

Admirał Ossilege przyglądał się całemu zamieszaniu z chłodnym uśmieszkiem. 
- Niezbyt dostojne zachowanie, prawda, pani premier?  - zapytał w pewnej chwili, 

zwracając się do stojącej obok niego Bakuranki. - Spodziewałem się, że przywódczyni 
Nowej Republiki okaże więcej rozsądku i opanowania. 

Zapewne  Gaeriela  bez  trudu  wykazałaby,  że  istnieje  różnica  między  ceremonial-

nym witaniem dostojnych gości a okazywaniem uczuć członkom najbliższej rodziny. Z 
pewnością  mogłaby  udowodnić,  że  we  wszechświecie  liczy  się  coś  więcej  niż  tylko 
rozsądek i powaga. Jednak była pani premier jakoś nie  mogła się przemóc, żeby wła-
śnie tak odpowiedzieć. Pomyślała o swojej małej córeczce Malinzie, którą zostawiła w 
domu na Bakurze. Przyglądała się, jak Luke unosi i sadza na ramionach swoją siostrze-

background image

Roger MacBride Allen 

211 
nicę, i pomyślała, że mistrz Jedi dobrze umie sobie radzić z małymi dziećmi. Wyobrazi-
ła sobie to wszystko, czym i kim mógłby dla niej być, ale nigdy nie będzie. Dopiero po 
chwili  przypomniała  sobie,  że  admirał  oczekuje  od  niej  jakiejś  odpowiedzi.  Zaczęła 
więc mówić... i niechcący powiedziała to, co naprawdę czuje i myśli. 

- Myślę, że to urocze powitanie, panie admirale. 
Hortel Ossilege odwrócił się i popatrzył na nią, nie kryjąc zdumienia. 
- Doprawdy? - spytał cierpko. - Musimy zatem bardzo się różnić w ocenie tego, co 

urocze. Jeśli chodzi o mnie, w tym pojęciu nie  mieszczą się hałaśliwe  i niesforne ba-
chory. 

- A zatem szczerze panu współczuję - rzekła Bakuranka, dziwiąc się, że potrafi się 

zdobyć na taką szczerość. - Nie znam nic innego, co wniosłoby więcej radości w moje 
życie. 

Zostawiając osłupiałego oficera, ruszyła  w stronę  całej grupy. Podeszła  do nowo 

przybyłych i powitała ich z wdziękiem. 

- Pani przywódczyni... - powiedziała ciepło. - Kapitanie Solo... Witam was na po-

kładzie „Intruza" i cieszę się, że możecie być razem. 

Kiedy skończyła, po prostu uklękła  i nie  przejmując się, że  może pognieść cere-

monialną  haftowaną  suknię,  którą  włożyła  na  powitanie  gości,  ucałowała  po  kolei 
wszystkie dzieci. 

Niech ten stary, skwaszony ponurak zastanawia się nad tym, ile chce  - pomyślała, 

uśmiechając  się  w  duchu.  Kiedy  była  młodsza,  nie  zawsze  kierowała  się  rozsądkiem. 
Ucieszyła  się,  kiedy  uświadomiła  sobie,  że  w  jej  zachowaniu  jednak  pozostało  coś  z 
tamtych czasów. 

 
- Pod pewnymi względami nasza sytuacja jest skomplikowana, pod innymi jednak 

bardzo prosta - zaczęła Kalenda, zwracając się do członków wojennej rady, siedzących 
przy konferencyjnym stole na pokładzie dowodzenia „Intruza". 

Cóż  to  za  dziwaczna  mieszanina  strojów  -  pomyślała.  Po  jej  lewej  ręce  siedział 

Hortel  Ossilege,  ubrany  -  jak  zawsze  -  w  nieskazitelnie  czysty,  kremowobiały,  ozdo-
biony rzędami naszywek, odznak i baretek admiralski mundur. Obok niego zajmowała 
miejsce  Gaeriela  Captison  w  bogato  haftowanej  ceremonialnej  sukni.  Nieco  dalej  sie-
dział  Lando  Calrissian  w  ciemnoczerwonej  koszuli  i  fantazyjnie  zarzuconej  na  ramię 
purpurowej  pelerynie.  Następne  miejsce  zajmował  Han  Solo  w  bardzo  pogniecionej 
jasnobrązowej koszuli, na którą włożył ozdobioną licznymi kieszeniami starą kamizel-
kę. Kamizelka sprawiała wrażenie bardziej nawet zniszczonej i znoszonej niż koszula. 
Jeszcze dalej siedziała żona Hana, Leia Organa Solo, ubrana w gładką błękitną bluzkę i 
luźne ciemne spodnie - i jedno, i drugie z pewnością pożyczone od Mary Jade. Wszyst-
kie stroje, jakie przywódczyni Nowej Republiki wzięła z Coruscant, wybierając się na 
tę wyprawę, w ciągu kilku ostatnich tygodni zostały zgubione, zniszczone albo porzu-
cone. 

Obok Leii siedział jej brat, Luke Skywalker. Miał na sobie starannie odprasowany, 

ale  pozbawiony  jakichkolwiek  naszywek  lotniczy  kombinezon.  Za  nim,  pod  ścianą, 
stały oba automaty: Artoo-Detoo i See-Threepio... zapewne na wypadek, gdyby okazały 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

212 

się potrzebne. Dalsze miejsca przy konferencyjnym stole zajmowali Dralowie: Ebrihim 
i Marcha. Oboje wyglądali jak brązowe puchate kulki  - chociaż dawało się zauważyć, 
że w ciągu ostatnich dwóch dni ich sierść w wielu miejscach uległa spaleniu albo osma-
leniu.  Następne  krzesło  zajmował  Chewbacca.  Rosły  Wookie  sprawiał  wrażenie  mar-
kotnego.  Kalenda  nigdy  nie  miała  wiele  szczęścia,  jeżeli  chodziło  o  rozpoznawanie 
wyrazów  twarzy  Wookiech.  Między  nim  a  rozglądającą  się  nerwowo  Selonianka 
Drackmus siedziała Jenica  Sonsen. Wciśnięta  między dwie obce istoty,  młoda kobieta 
nie wyglądała na zachwyconą. Sądząc z wyrazu jej twarzy, spodziewała się, że w każ-
dej chwili Chewie i Selonianka zaczną się o coś kłócić... na przykład o gatunek mięsa. 

Naprzeciwko  Selonianki  Drackmus  siedziała  Mara  Jade.  Miała  na  sobie  całkiem 

zwyczajny, chociaż świetnie skrojony kombinezon. Wyglądała w nim elegancko i uro-
czo. 

Kalenda uświadomiła sobie, że przecież też bierze udział w obradach. Kilka ostat-

nich godzin i dni przeżyła w takim napięciu, iż omal nie zapomniała o tym, że również 
się liczy. 

- Najpierw zastanówmy  się, dlaczego tę  sytuację  możemy  uważać za prostą- cią-

gnęła Kalenda. - Nasi wrogowie  gromadzą się  wokół stacji Centerpoint. Muszą to ro-
bić, jeżeli nie chcą dopuścić, żebyśmy pokrzyżowali ich plany związane z kolejną eks-
plozją gwiazdogromu. My natomiast musimy im w tym przeszkodzić - i to bez względu 
na  koszty, jakie  przyjdzie  nam ponieść.  Zważywszy na  to, ile istot straci życie, jeżeli 
tego nie zrobimy, chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że zwycięstwo warto byłoby oku-
pić utratą nawet wszystkich jednostek naszej floty. 

Musimy  liczyć  się  z  tym,  że  możemy  zapłacić  taką  cenę.  Mamy  tylko  trzy  duże 

okręty, a na ich pokładach zaledwie trzydzieści dwa myśliwce zdolne do dalszej walki. 
Tymczasem  nieprzyjaciele  dysponują  co  najmniej  osiemdziesięcioma  większymi 
gwiezdnymi  okrętami.  Jeżeli  każdy  z  nich  ma  w  hangarze  komplet  myśliwców,  w  co 
zresztą wątpię, liczba maszyn, jakie zdołają rzucić do walki przeciwko nam, może się-
gnąć kilkuset. 

Podana liczba była tak duża, że na pokładzie dowodzenia rozległ się pomruk zdu-

mienia. 

Kalenda zaczekała, aż ucichnie, a potem ciągnęła, jakby go nie usłyszała: 
- Mimo to przewyższamy ich pod kilkoma względami, o których chciałam wszyst-

kim powiedzieć. Dysponujemy na tyle czułymi dalekosiężnymi skanerami, że przyjrze-
liśmy  się  okrętom  nieprzyjacielskiej  floty.  Niektóre  obejrzeliśmy  całkiem  dokładnie. 
Większość nie jest specjalnie duża ani dobrze uzbrojona. Mamy do czynienia z jednost-
kami starymi i najprawdopodobniej niezupełnie sprawnymi. Do wielu nie można już od 
dawna  dostać  części  zapasowych.  Jeżeli  więc  nawet  na  ich  pokładach  dokonywano 
napraw, czyniono to w pośpiechu i używano kiepskiej jakości podzespołów. Spodzie-
wam  się  także,  że  członkowie  załóg  nie  są  zdyscyplinowani  ani  dobrze  wyszkoleni. 
Rekruci, który zwerbowano, z pewnością nie zaliczali się do geniuszy. Prawdopodobnie 
większość  nie  ma  doświadczenia  ani  umiejętności  wykraczających  poza  niezbędne 
minimum. Nie pokładałabym w tym jednak zbyt wielkiej nadziei. Niektórzy piloci mo-
gą się okazać nie gorsi od nas, a może nawet przyjdzie nam stawić czoło prawdziwym 

background image

Roger MacBride Allen 

213 
asom pilotażu. Cały kłopot w tym, że możemy nie mieć czasu na odróżnienie dobrych 
od złych. 

- Krótko mówiąc - podjął Ossilege - dysponujemy lepszymi okrętami, ale nieprzy-

jaciele mają nad nami bardzo dużą przewagę liczebną. Mimo to opracowaliśmy pewien 
plan, który powinien nam pomóc poradzić sobie w takiej sytuacji. Omówimy go jednak 
trochę później. - Przeniósł spojrzenie na Kalendę i kiwnął głową.  - Proszę, może pani 
mówić dalej. 

- Przejdę teraz do wyjaśnienia, dlaczego naszą sytuację uważam za skomplikowa-

ną- rzekła funkcjonariuszka Wywiadu Nowej Republiki.  - Przejęliśmy, chociaż nie do 
końca, kontrolę nad dwoma planetarnymi repulsorami. O ile nam wiadomo, ani jedna z 
grup malkontentów... bo nie powinniśmy nazywać ich dłużej powstańcami ani rebelian-
tami... a zatem ani jedna z tych grup nie sprawuje w tej chwili kontroli nad swoim re-
pulsorem. Jeżeli chodzi o plany Triady, to poważne niedopatrzenie. Zapewne jej przy-
wódcy zakładali, że odnalezienie i uruchomienie planetarnego repulsora zajmie o wiele 
mniej czasu. 

- A może jednak coś potoczyło się zgodnie z ich planami - wtrąciła się Mara Jade. 

-  Możliwe,  że  technicy  Triady  odnaleźli  i  opanowali  repulsory  Talusa,  Tralusa  albo 
Korelii i że tylko czekają na sygnał, aby przycisnąć odpowiedni guzik. 

- To całkiem prawdopodobne - przyznała Kalenda. - Nie ukrywam, że najbardziej 

niepokoimy się, co może się dziać z repulsorami Bliźniaczych Światów, Talusa i Tralu-
sa.  Jeżeli  nasi  wrogowie  opanowali  te  urządzenia,  w  każdej  sekundzie  mogą  wysłać 
sygnał i unicestwić nasze okręty. 

-  Nie  przypuszczamy  jednak,  żeby  byli  do  tego  zdolni  -  odezwał  się  Ossilege.  - 

Okręty ich floty przemieszczają się bardzo ostrożnie i powoli.  Zapewne ich kapitano-
wie obawiają się, że zdobyliśmy jeden albo kilka repulsorów, podczas gdy oni nie opa-
nowali ani jednego. Dokładnie wszystko przemyślałem i doszedłem do przekonania, że 
zachowaliby  się  inaczej,  gdyby  władali  przynajmniej  jednym  repulsorem.  Mogliby 
wtedy blefować. Jeżeli jednak nasi wrogowie opanowali repulsor Talusa albo Tralusa, 
możemy uznać tę bitwę za przegraną. 

- Ich ostrożnością można także tłumaczyć to, że nie włączyli ponownie generatora 

interdykcyjnego pola - rzekła Mara. - Zapewne chcieli być pewni, że gdyby coś się im 
nie powiodło, zdołają stąd odlecieć. 

- To całkiem możliwe - zgodziła się Jenica Sonsen - chociaż my, mieszkańcy stacji 

Centerpoint, nie sądzimy, żeby właśnie taki miał być powód. Nasi naukowcy dokonali 
kilku  obliczeń  ilości  energii,  jakie  stacja  Centerpoint  musi  zużywać,  żeby  funkcjono-
wać i wykonywać to wszystko, do czego ją skonstruowano. Krótko mówiąc, uważam, 
że  nasi  nieprzyjaciele  po  prostu  nie  mogą  włączyć  generatora  interdykcyjnego  pola, 
kiedy gwiazdogrom stacji Centerpoint przygotowuje się do kolejnego strzału. Wymaga-
łoby to zbyt wielkich ilości energii; angażowałoby zbyt wiele obwodów i podzespołów. 
Zapewne generator pola można włączyć, jeżeli gwiazdogrom pozostaje w stanie ustalo-
nym.  Natomiast  wyłączyć  można  go  w  każdej  chwili.  Jeżeli  pozostaje  włączony, 
gwiazdogrom  może się  ładować. Nie  można  jednak  wytworzyć  interdykcyjnego pola, 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

214 

kiedy  gwiazdogrom  stacji  Centerpoint  przygotowuje  się  do  strzału.  Do  takich  wnio-
sków doszli nasi naukowcy. 

- Byłoby dobrze, gdyby właśnie tak wyglądała prawda  - odezwał się Bakuranin. - 

Od tego zależy pomyślność planów, które opracowaliśmy z pomocą Źródła A. 

-  Bardzo  przepraszam  -  wtrąciła  się  Selonianka  Drackmus.  -  Kim  albo  czym  jest 

Źródło A? 

- Przejdziemy do tego trochę później - odparł Ossilege. Na jego twarzy pojawił się 

lekki uśmiech. 

-  A  co  z  samą  stacją  Centerpoint?  -  zainteresował  się  Han.  -  Nie  ma  jakichś  sła-

bych punktów, które znamy? Niczego, na czym moglibyśmy skupić ogień wszystkich 
dział i liczyć na to, że będziemy mieli wielkie szczęście? Że zdołamy doprowadzić do 
eksplozji? 

-  Przykro  mi,  ale  niczego  takiego  nie  ma  -  odparła  Jenica Sonsen.  -  Zresztą  twój 

plan i tak by sienie udał. Nie zapominajmy o tym, że Ogniokula jest reaktorem, w któ-
rym zachodzą niezwykle silne reakcje. Nie tylko jest doskonale izolowana i chroniona, 
ale świetnie radzi sobie z pochłanianiem i rozpraszaniem gigantycznych ilości energii. 
Liczby, jakie uzyskaliśmy w trakcie obliczeń, dowodzą, że takie ilości energii, jak w tej 
chwili,  uzyskalibyśmy,  dokonując  eksplozji  jednej  torpedy  protonowej  co  sekundę. 
Tymczasem  stacja Centerpoint rozprasza  tyle energii  wiele  dni z rzędu. Podobnie  wy-
gląda  cała  reszta  jej  konstrukcji.  Stacja  jest  nieprawdopodobnie  wytrzymała  i  bardzo, 
bardzo stara... i tak dobrze uszczelniona i chroniona, że nie udało nam się zbadać więk-
szości  pomieszczeń  w  jej  wnętrzu.  Słyszałam,  że  z  pokładu  „Wartownika"  wysłano 
ekipy  badawcze,  których  zadaniem  jest  odnalezienie  systemów  kontrolnych  i  sterują-
cych. Nie sądzę, żeby udało sieje namierzyć w ciągu dnia albo nawet dwóch dni usil-
nych poszukiwań. 
 

- A zatem jedyną naszą nadzieją pozostają planetarne repulsory - podsumował Lu-

ke. - Dlaczego w takim razie w ogóle przejmujemy się flotą sakoriańskiej Triady? Czy 
istnieje jakiś powód, dla którego musielibyśmy jej stawić czoło? Czy nie lepiej byłoby 
po prostu zejść jej z drogi i skupić całą uwagę na uruchomieniu repulsorów? 

- Nie  możemy tego zrobić, ponieważ repulsory  nie są jedynym elementem tej ła-

migłówki - wyjaśnił Ossilege. - Nie wolno zapominać, że w przestworzach wokół stacji 
Centerpoint  czai  się  ponad  osiemdziesiąt  okrętów  nieprzyjacielskiej  floty.  Jeżeli  ich 
dowódcy zechcą, a my im na to pozwolimy, opanują cały gwiezdny system i będą wła-
dali nim w nieskończoność. Mogą też wysłać desanty na Dralię i Selonię i przejąć kon-
trolę nad repulsorami, zanim zdążymy je wykorzystać. 

- Poświęćmy zatem trochę czasu na rozmowę o repulsorach - zaproponował mistrz 

Jedi.  -  Jak  sobie  z  nimi  radzimy?  Jak  wygląda  sytuacja  z  seloniańskim  repulsorem?  - 
Popatrzył  na  przedstawicielkę  Nory  Hunchuzuc.  -  Wiesz  coś  więcej  na  ten  temat, 
Drackmus? 

Selonianka zrobiła nieszczęśliwą minę i pokręciła głową. 
-  Nie  zaszły  żadne  zmiany  -  oznajmiła  ponuro.  -  Upewniłam  się  tuż  przed  tym 

wspaniałym  zebraniem,  kiedy  rozmawiałam  ze  swoimi  siostrami.  Sakoriańskie  Selo-

background image

Roger MacBride Allen 

215 
nianki...  posłuszne  Triadzie  istoty,  pochodzące  z  bezimiennej  nory,  wyraźnie  słabną. 
Jeszcze się jednak nie poddały. 

-  Czy  istnieje  jakaś  szansa,  że  dadzą  się  przekonać,  zanim  dojdzie  do  kolejnego 

strzału z gwiazdogromu? - zapytał Ossilege. 

- Bardzo nikła - przyznała Drackmus. - Naprawdę niewielka. Zadanie przekonania 

sakoriańskich  Selonianek  powierzyłyśmy  naszym  najlepszym  negocjatorkom.  Teraz 
jednak się obawiamy, że może istoty z bezimiennej nory zostały poddane indoktryna-
cji...  praniu  mózgów  na  wypadek  właśnie  takiej  ewentualności.  Zapewniam  was,  że 
próbowałyśmy dosłownie wszystkiego, żeby je przekonać. 

- Nie wyłączając wręczenia odpowiedniej ilości gotówki? - podsunęła od niechce-

nia Mara Jade. 

- Słucham? 
-  Gotówki.  Pieniędzy.  Podróżnej  torby  wypełnionej  kredytami.  Przecież  wiesz,  o 

co  chodzi.  Łapówki.  Możesz  zresztą  uciec  się  do  mniej  drastycznego  określenia.  Na-
zwij  to  honorarium  za  fachową  konsultację.  Powiedz  im,  że  chcesz  je  zatrudnić  jako 
wybitne specjalistki, i obiecaj, że je wynagrodzisz. 

Drackmus chyba jeszcze nigdy nie sprawiała wrażenia tak zdumionej. 
- Coś takiego nigdy nie przyszło mi do głowy - rzekła. - Natychmiast tego spróbu-

jemy. 

- Świetnie - stwierdziła była przemytniczka. - Tylko nie okażcie się skąpe. Cokol-

wiek  im  zaproponujemy  i  tak  będzie  nas  kosztowało  taniej  niż  opanowanie  systemu 
przez sakoriańską Triadę. 

- A co z naszym repulsorem? - zapytał Dral Ebrihim. - Poczyniliście jakieś postę-

py? Wiecie już, jak go uruchomić? 

- Nasi technicy zajmują się nim dopiero od kilku godzin  -  odparł Ossilege.  - Jest 

jeszcze  za  wcześnie,  żeby  spodziewać  się  konkretnych  rezultatów.  Zapewniam  was 
jednak,  że  posłaliśmy  do  komory  waszego  repulsora  absolutnie  wszystkich  specjali-
stów, mających w tej dziedzinie jakieś doświadczenie. 

- Nie o to chodzi  -  odezwała  się po raz pierwszy Dralka,  księżna Marcha, tonem 

nawykłym do wydawania rozkazów. - Nie o to chodzi, panie admirale, i chyba pan to 
doskonale wie. 

- Księżno, czy wolno zapytać, co właściwie chciała pani powiedzieć? - zdumiał się 

Ossilege. 

- Mówię o dzieciach - odparła Marcha. - Zwłaszcza o małym Anakinie, ale chłop-

czyk  radzi  sobie  najlepiej,  kiedy  ma  obok  siebie  bliźnięta,  które  pomagają  mu  i  dora-
dzają. 

-  Niech  pani  nie  opowiada  bzdur  -  burknął  Bakuranin.  -  Do  czego  mogłyby  się 

nam  przydać?  Jakie  mają  doświadczenie?  Nie  powinna  pani  mylić  serii  pomyślnych 
zbiegów  okoliczności  z  umiejętnościami.  Nie  mamy  czasu,  żeby  tracić  go  na  takie 
bzdury. Pani porucznik, proszę mówić dalej. 

Kalenda się zawahała. Jeszcze nigdy nie sprzeciwiła się wyższemu stopniem ofice-

rowi. Jednak Ossilege także nigdy dotąd nie sprawiał wrażenia takiego upartego głupca. 
A  przecież  całkiem  niedawno  Gaeriela  Captison  udowodniła  i  przypomniała  wszyst-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

216 

kim, że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o przestrzeganie wojskowych regulami-
nów. 

- Z całym szacunkiem, panie admirale, jest mi niezwykle przykro, że sprzeciwiam 

siew obecności innych, ale stawki w tej grze są zbyt duże, a my możemy nie mieć innej 
szansy. Uważam, że popełnia pan błąd. 

- Co takiego? 
-  Panie  admirale,  moja  praca  polega  na  analizowaniu  wydarzeń  i  wyciąganiu  z 

nich  logicznych  wniosków.  Dokonałam  analizy  wszystkiego,  co  miało  jakikolwiek 
związek  z  tymi  dziećmi,  i  doszłam  do  przekonania,  że  cała  trójka  dysponuje  niezwy-
kłymi... powiedziałabym nawet, że niewiarygodnymi... umiejętnościami. Zazwyczaj nie 
docenialiśmy tych zdolności albo wręcz nie dawaliśmy wiary. Uważaliśmy, że zawsze 
był  to  korzystny  zbieg  okoliczności  albo  hit  szczęścia.  Tymczasem  prawda  wygląda 
zupełnie inaczej. Chociaż trudno w to uwierzyć, nie da się zaprzeczyć pewnym praw-
dom. - Pokazała tarczę Dralii, jaśniejącą za iluminatorami mostka pokładu dowodzenia. 
-  Prawdą  jest,  że  dysponuje  pan  draliańskim  repulsorem,  ponieważ  odszukał  go  dla 
pana i uruchomił siedmioipółletni chłopczyk. Prawdą jest także, że ten repulsor nie jest 
już  w  rękach  naszego  wroga  -  który  przebywa  w  tej  chwili  w  areszcie  na  pokładzie 
pańskiego okrętu, ponieważ ten sam chłopczyk i jego rodzeństwo zdołali przedrzeć się 
przez  zaporę  działającego pola  siłowego,  naprawili  uszkodzony  gwiezdny  statek,  wy-
startowali i polecieli w przestworza, a potem obezwładnili ścigający ich wahadłowiec, 
kierowany  przez  doświadczonego  pilota.  Mogłabym  jeszcze  długo  wymieniać  inne 
niezwykłe  rzeczy, ale  chyba  nie  o to chodzi. Wnioski pozostaną  takie  same. Ossilege 
spoglądał  na  Kalendę  z  zagadkowym  wyrazem  twarzy.  Trudno  byłoby  odgadnąć,  co 
czuje  i  co  myśli.  Czyżby  tylko  z  trudem  powstrzymywał  wybuch  gniewu?  Może  po 
prostu  zastanawiał  się  nad  tym,  co  usłyszał,  albo  martwił  się,  jak  bardzo  ucierpi  jego 
autorytet? A może najzwyczajniej w świecie dochodził do przekonania, że w słowach 
swojej  podwładnej  widzi  sporo  sensu?  Tak  czy  owak,  nikt  nie  miał  pojęcia,  o  czym 
myśli admirał. 

- Wyłożyła pani swoje racje bardzo dobitnie, pani porucznik  - odezwał się, kiedy 

Kalenda umilkła. - Prawidłowo zestawiła pani wszystkie fakty i wyciągnęła z nich lo-
giczne wnioski. Nie wiem tylko, czy zajdzie pani wysoko jako oficer wywiadu, czy też 
skończy  pani  karierę,  zamknięta  za  niesubordynację  w  celi  pokładowego  bloku  wię-
ziennego. Jeżeli chodzi o mnie, zamierzałem się pozbyć z pokładu wszystkich cywilów 
i wysłać ich na Dralię. Sądzę, że w tej chwili będą najbezpieczniejsi w bocznych komo-
rach draliańskiego repulsora, które powinny być izolowane i odporne na wstrząsy. Pani 
przywódczyni  Nowej  Republiki,  panie  kapitanie  Solo...  Jeżeli,  jak  twierdzi  pani  po-
rucznik  Kalenda,  wasze  dzieci  mogą  nam  pomóc,  czy  zgadzacie  się,  żebyśmy  je  o  to 
poprosili? 

- Oczywiście - odparł Han. - I tak zresztą nie przejmowałyby się tym, co myślimy. 

Nawet gdyby znalazły się sto kilometrów od miejsca, gdzie zanosi się na tarapaty, i tak 
same by je odnalazły. 

- Pani przewodnicząca? 

background image

Roger MacBride Allen 

217 

- Przyda się nam każda pomoc  - oznajmiła Leia.  - Nie mam nic przeciwko temu, 

żeby spróbowały swoich sił. 

Ossilege uniósł brwi i obrzucił oboje badawczym spojrzeniem. 
- Bardzo dobrze - powiedział. - V takim razie zaczynamy. Pani porucznik? 
-  Cóż,  panie  admirale...  zamierzamy  osiągnąć  dwa  cele.  Żaden  z  nich  nie  jest  ła-

twy. Po pierwsze, chcemy pokonać flotę Triady i nie pozwolić, żeby przejęła władzę w 
tym gwiezdnym systemie. Po drugie, musimy uczynić wszystko, co możemy, żeby nie 
dopuścić do oddania kolejnego strzału z gwiazdogromu stacji Centerpoint. Powiedzia-
łam  już  na  ten  temat  wszystko,  co  zamierzałam...  z  wyjątkiem  wyjawienia,  kim  jest 
Źródło A. Pamiętam jednak, że sam zamierzał pan uchylić rąbka tej tajemnicy. 

Ossilege  szeroko  się  uśmiechnął,  co  było  niezwykłym  zjawiskiem,  ponieważ  Ba-

kuranin zazwyczaj pozwalał  sobie  najwyżej na  półuśmiechy. Wstał, odsunął  krzesło i 
powiódł spojrzeniem po wszystkich uczestnikach narady. 

- Źródło A - powiedział. - Źródło A. Jeżeli się nie mylę, kilkoro spośród was zna tę 

osobę. Pozwólcie jednak, że pozostałym powiem o nim coś więcej. 

 
Dzień, który zaczął się radosnym powitaniem, zakończył się rozdzierającym serce 

pożegnaniem. 

-  Czy  naprawdę  musicie  tam  lecieć,  mamo?  -  zapytał  płaczliwie  Anakin,  starając 

się udawać, że nie pociąga nosem. Wszyscy znaleźli się ponownie w hangarze „Intru-
za".  Ostatni  cywile,  którzy  nie  mieli  brać  udziału  w  walkach,  właśnie  wchodzili  na 
pokład wahadłowca. Mieli odlecieć na Dralię i ukryć się w bocznych komorach plane-
tarnego repulsora. 

-  Naprawdę  musimy,  skarbie  -  odparła  Leia.  Uklękła  przed  chłopczykiem  i 

uśmiechnęła się z przymusem, by go uspokoić. - i ty też musisz lecieć. Dzisiaj wszyscy 
mamy  coś  do  zrobienia.  Ja  muszę  pomóc  tacie  i  Chewiemu  pilotować  „Sokoła".  Ty, 
twój brat i siostra musicie polecieć jeszcze raz do komory repulsora i przekonać się, czy 
zdołacie włączyć go, żeby zrobił, co chcemy. 

- Założę się, że to potrafię - odparł dumnie Anakin. 
-  Ja  też  jestem  pewien,  że  to  zrobisz,  kolego  -  odezwał  się  Han,  wichrząc  włosy 

malca. Uśmiechnął się... ale nawet Anakin musiał widzieć ból, jaki malował się w jego 
oczach. I nawet Anakin uświadamiał sobie, że wszyscy muszą udawać, iż nie robią nic 
niezwykłego. 

Leia przeniosła spojrzenie na Jacena i Jainę. 
- Uważajcie na siebie i opiekujcie się Anakinem  - poprosiła. - I zawsze róbcie to, 

co wam każą Threepio, Ebrihim i Marcha. I pamiętajcie, żeby... żeby... 

Nagle  urwała, jakby coś ścisnęło ją za gardło. Pomyślała, że to wszystko nie  ma 

sensu. Odlatywała, żeby wziąć udział w walce. 

Wysyłała własne dzieci, żeby włączyły i obsługiwały urządzenie zdolne do prze-

mieszczania  w  przestworzach  całych  planet.  Składała  na  ich  barki  większą  odpowie-
dzialność  niż  jakakolwiek  inteligentna  istota  potrafiłaby  udźwignąć.  Możliwe,  że  już 
nigdy  ich  nie  zobaczy,  a  tymczasem  w  ostatniej  chwili  przed  rozstaniem  udziela  im 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

218 

staromodnych, matczynych rad, co mają robić i jak się zachowywać... i żeby nie zapo-
minały o codziennym myciu zębów. 

- Będziemy o tym pamiętali, mamo - obiecała poważnie Jaina, ale jej głos brzmiał 

ciszej i bardziej ochryple niż zwykle. - Nie martw się o nas... będziemy robili wszystko, 
co powinniśmy. 

- Proszę się pozbyć wszelkich obaw, pani Leio - wtrącił się Threepio. - Dopilnuję, 

żeby wszystko było zrobione jak należy. Będę się nimi opiekował... pod warunkiem, że 
ten Dral mi pozwoli. 

Leia objęła wszystkie dzieci jeszcze raz, zamknęła oczy i uściskała je tak mocno, 

jak umiała. 

- Kocham was - powiedziała zadowolona, że mogła to wykrztusić. Trzymała je w 

objęciach tak długo, jak mogła, a nawet jeszcze trochę dłużej. Wypuściła dopiero wte-
dy, kiedy Han uklęknął obok i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. 

- Już czas - powiedział cicho. - Wahadłowiec musi startować. 
Leia tylko kiwnęła głową. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa. Ostatni raz uca-

łowała wszystkie pociechy. Han uczynił to samo. Jacen, Jaina i Anakin odwrócili się i 
eskortowani  przez  Threepia  wspięli  się  po  rampie  wahadłowca.  Wkrótce  potem  pilot 
uniósł pochylnię i mały statek wystartował w przestworza. 

Kilkanaście sekund później roztopił się w mroku. 
 
Wiele innych osób także się żegnało... i wszystkim przychodziło to z dużym tru-

dem. Luke, Lando, Mara, Kalenda, Gaeriela i pozostali... wszyscy wiedzieli, że może to 
być  ostatnie  pożegnanie. Uświadamiali sobie, że szansę  odniesienia  zwycięstwa  w tej 
walce są naprawdę minimalne. Domyślali się, że z niektórymi żegnają się na dłużej niż 
dzień czy dwa. Każde z nich kiedyś przez to przechodziło. Żegnali się z przyjaciółmi i 
towarzyszami na godzinę albo dzień, nie wiedząc, że już nigdy się z nimi nie zobaczą. 
Jednak  pożegnalny  rytuał,  chociaż  nie  łagodził  bólu  spowodowanego  rozstaniem,  po-
zwalał się z nim łatwiej godzić. 

Jedno z  takich rozstań  miało  wyglądać zupełnie  inaczej. Han  wiedział, że zanim 

wyruszy, aby walczyć, musi pożegnać się z jeszcze jedną osobą. Z osobą, która prze-
bywała w okrętowym więzieniu. 

Może  chodziło  mu  tylko  o  zaspokojenie  ciekawości...  może  o  ostatnią  nić  wy-

strzępionych więzów rodzinnych... a  może te rodzinne  więzy były silniejsze niż przy-
puszczał? Może pozwalały wybaczyć nawet coś takiego jak... zdrada? 

A może - chociaż Han w to nie wierzył - chciał tylko nacieszyć się zwycięstwem? 

Co prawda, nie  odczuwał  radości, ale  żaden człowiek nie  może być  tego całkiem pe-
wien. 

Chociaż nie znał powodu swojego postępowania, skierował się do bloku więzien-

nego  „Intruza".  Strażnik  przycisnął  guzik,  żeby  otworzyć  drzwi,  i  Han  znalazł  się  w 
ciasnym pomieszczeniu. Zobaczył, że Thrackan siedzi na niskiej ławie przytwierdzonej 
do przeciwległej ściany. 

- Witaj, Thrackanie - powiedział, zatrzymując się tuż za progiem drzwi, które na-

tychmiast zasunęły się za jego plecami. 

background image

Roger MacBride Allen 

219 

- Witam cię, Hanie. Czyżbyś chciał rzucić ostatni raz okiem na rzadki okaz zwie-

rzęcia zamkniętego w klatce? 

-  Nie  jestem  pewien,  dlaczego  tu  przyszedłem  -  odparł  Han.  -  Wiem  tylko,  że 

chciałem cię zobaczyć. Myślę, że to był jedyny powód. 

- A zatem widzisz mnie - odparł Thrackan z drapieżnym uśmiechem. Uniósł głowę 

i usiadł prosto. Potem wypiął pierś i rozłożył ręce na boki. - Oto jestem. Dobrze mi się 
przyjrzyj. 

- Nie powinieneś był tego robić, Thrackanie - odezwał się Han. 
-  Och,  wielu  rzeczy  nie  powinienem  był  robić,  kuzynie  -  przyznał  więzień.  -  Z 

pewnością  nie  powinienem  był  puszczać  się  w  pościg  za  tymi  wstrętnymi,  rozkapry-
szonymi bachorami. To był poważny błąd. Fatalny. O co właściwie ci chodzi? 

- O dzieci - odrzekł Han. - Moje dzieci. Nie powinieneś ich porywać. Nie pamię-

tasz?  „Nigdy  nie  narażaj  życia  istot,  które  w  niczym  ci  nie  zawiniły.  Zawsze  chroń 
członków własnej rodziny". To dwie tradycje chyba najsilniej zakorzenione na Korelii. 
Pamiętam,  jak  z  nich  szydziłeś.  Twierdziłeś,  że  gwałcenie  tych  zasad  wcale  nie  jest 
takim wielkim grzechem. Tyle że wtedy to były puste słowa. Ty jednak nie tylko mówi-
łeś o zrywaniu z tradycjami. Ty tego dokonałeś. Thrackanie, jak mogłeś porwać moje 
dzieci? 

- Bardzo łatwo - odparł beztrosko mężczyzna. - O wiele za łatwo. Po prostu same 

wpadły  w  moje  ręce. Jak  mógłbym tego nie  wykorzystać? Dlaczego  nie  miałbym ich 
uwięzić? 

-  Ponieważ  to  nikczemny  postępek  -  odparł  Han.  Thrackan  ciężko  westchnął  i 

oparł się plecami o metalową ścianę. 

- Proszę cię, Hanie - powiedział. - Daj spokój. Siedzę zamknięty w celi. Wszystko 

wskazuje na to, że najdłuższą częścią mojego procesu będzie odczytywanie aktu oskar-
żenia. Sędziowie przysięgli nawet nie będą musieli wstawać z ławy. A zresztą nie wi-
dzę sensu, żeby w ogóle wytaczać proces. Najprościej i najrozsądniej byłoby po prostu 
wyprowadzić mnie stąd i rozstrzelać. Jestem jednak pewien, że wszystko odbędzie się 
w majestacie prawa. Zapewni mi się najlepszych obrońców - a potem zamknie na resztę 
życia w więziennej celi. Prawdopodobnie już nigdy nie będę się mógł cieszyć swobodą 
ruchów. Więc proszę cię, nie mów mi teraz, co jest dobre, a co złe. Jest na to o wiele za 
późno. 

- Przegrałeś, Thrackanie - odezwał się Han. - Straciłeś wszystko, co miałeś. 
Mężczyzna zachichotał. 
- To prawda, Hanie - przyznał. - Święta prawda. Pozostało mi jednak coś, co przy-

nosi pociechę. 

- Co to takiego, kuzynie? 
Thrackan Sal-Solo, niedoszły dyktator Korelii, wykonał trudny do odczytania gest, 

jakby pragnął pokazać coś na zewnątrz celi. Prawdopodobnie obejmował nim całą resz-
tę wszechświata. 

-  Flota  sakoriańskiej  Triady  -  powiedział.  -  Możliwe,  że  straciłem  wszystko,  co 

miałem, i przegrałem, ale pocieszam się, że ty jeszcze nie wygrałeś. - Uśmiechnął się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

220 

przekornie, zawadiacko, zupełnie jak Han, ale po chwili jego twarz stężała w przeraża-
jącą maskę. - i nie sądzę, żeby kiedykolwiek ci się udało. 

Han wpatrzył się w twarz krewniaka. Po chwili odwrócił się bez słowa i załomotał 

w drzwi celi. Gruba metalowa płyta odsunęła się na bok i Han wyszedł. 

Nadal nie miał pojęcia, po co tu przychodził. 

background image

Roger MacBride Allen 

221 

R O Z D Z I A Ł  

15 

ZWYCIĘSTWO NA CENTERPOINT 

Nareszcie. W końcu nastała od dawna oczekiwana chwila. Nadszedł czas, żeby za-

siąść za sterami, oderwać się od płyty lądowiska i wylecieć w przestworza. Doczekanie 
tej chwili nie było jednak wcale takie proste. 

Bakuranie potrzebowali całej siły ognia, jaką mógł im zapewnić niedawno napra-

wiony  „Sokół  Millenium".  Nikt  zaś  nie  wątpił,  że  jeżeli  frachtowiec  ma  dysponować 
pełną  siłą ognia,  musi  mieć  co najmniej trzyosobową  załogę:  pilota, drugiego pilota  i 
artylerzystę. Nikt nie miał wątpliwości, kim będą obaj piloci. Han i Chewbacca wyda-
wali  się  jakby  do  tego  stworzeni.  Nikt  nie  wyobrażał  sobie,  by  ktokolwiek  umiał  ich 
zastąpić. 

Znalazło  się  jednak  kilka  osób,  które  usiłowały  odwieść  Leię  od  obsługiwania 

czterolufowego  działka.  Twierdzono,  że  przywódczyni  Nowej  Republiki  nie  powinna 
siedzieć w wieżyczce i strzelać raz po raz do nieprzyjacielskich myśliwców. Leia jed-
nak pozostała nieugięta. Miała dosyć wykonywania cudzych poleceń... tym bardziej, że 
w ciągu ostatnich kilku tygodni nic innego nie robiła. Uznała, że najwyższy czas odpła-
cić wrogom pięknym za nadobne. Im usilniej starano się ją przekonać, żeby zrezygno-
wała, tym bardziej upierała się przy swoim zdaniu. Raz czy dwa nawet Ossilege usiło-
wał  wpłynąć na jej decyzję. Jednak nawet on musiał dojść do przekonania, że nic nie 
wskóra. 

Nareszcie jednak znalazła się na pokładzie, podobnie jak Han i Chewbacca. „So-

kół Millenium" był gotów do lotu. Nadeszła dawno upragniona chwila. Han sprawdził 
ostatni raz stan wszystkich pokładowych urządzeń i podzespołów, a potem potwierdził 
otrzymane instrukcje, włączył repulsory i po prostu wyleciał z hangaru. 

Kiedy  oddalił  się  od  „Intruza"  na  stosowną  odległość,  uruchomił  silniki  napędu 

podświetlnego i zaczekał, aż dołączą do niego pozostali. W tej walce mieli brać udział 
wszyscy razem: Han, Chewie i Leia na pokładzie „Sokoła Millenium", Mara pilotująca 
„Ognistą Jade", Lando w „Ślicznotce" i Luke w kabinie swojego X-skrzydłowca. Stwo-
rzenie  jednej  grupy  ze  wszystkich  jednostek  nie  pilotowanych  przez  Bakuran  miało 
sporo  sensu.  Uwalniało  pilotów  bakurańskich  maszyn  od  konieczności  opanowania 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

222 

sposobów porozumiewania się i walczenia z grupą nietypowych gwiezdnych statków u 
boku.  Tymczasem  Han  bywał  na  pokładach  wszystkich  tamtych  jednostek,  a  piloci 
pozostałych maszyn spędzili trochę czasu na pokładzie jego frachtowca. Co najważniej-
sze jednak, wszyscy czworo doskonale się znali i wiedzieli, że w potrzebie mogą liczyć 
na pomoc przyjaciół. 

Han obserwował, jak z czeluści  hangaru  „Intruza"  wylatuje  „Ślicznotka". Piloto-

wany przez Landa jacht pokonywał właśnie odległość dzielącą go od „Sokoła". Nagle 
Han poczuł, że ogarnia go uniesienie. Lecieli, żeby wziąć udział w walce. Będą naraże-
ni na najrozmaitsze niebezpieczeństwa. I co z tego? Wiele razy zdarzało mu się bywać 
w takich sytuacjach. Siedział przecież za sterami własnego statku. Leciał w przestwo-
rzach, otoczony gronem przyjaciół. Dlaczego miałby się czuć nieswojo? Dostrzegł, że z 
hangaru wylatuje X-skrzydłowiec Luke'a, a jacht Calrissiana wykonuje podwójną becz-
kę. Ujrzawszy to, roześmiał się na całe gardło. A zatem nie tylko jego ogarniało unie-
sienie. Włączył komunikator. 

- „Sokół" wzywa „Ślicznotkę". Lando, stary piracie, nie uważasz, że powinniśmy 

przynajmniej  jakiś  czas  lecieć  po  linii  prostej?  Tymczasem  wiele  wskazuje  na  to,  że 
zboczyłeś z kursu. 

- Daj spokój, czy naprawdę nie można od czasu do czasu trochę pożartować? 
-  Uspokójcie  się  obaj  -  odezwał  się  Luke,  zajmując  miejsce  obok  sterburtowego 

skrzydła  jachtu  Calrissiana.  -  Jeszcze  będziemy  mieli  niejedną  szansę  wykonania  za-
bawnego manewru. 

Z hangaru wyleciała  „Ognista Jade" i do rozmowy przyłączyła się była przemyt-

niczka. 

- Nie wiem, jak cała reszta - powiedziała - aleja na pewno ucieszyłabym się, gdyby 

nasze zadanie miało się okazać takie proste. 

Chewbacca wyłączył komunikator, obnażył kły i donośnie zaryczał. Han wybuch-

nął śmiechem. 

- Masz rację - powiedział. - Popsuła nam zabawę. Tyle że każdy, kto potrafi latać 

tak dobrze jak Mara, nawet jeśli psuje zabawę, może w każdej chwili przejąć obowiązki 
mojego skrzydłowego. 

 
-  Jak  daleko  się  posunęliście?  -  zapytał  Anakin,  przenosząc  spojrzenie  z  twarzy 

bakurańskiego technika na połyskujący srebrzysty panel kontrolny. Urządzenie wyglą-
dało zupełnie tak samo jak przed kilkoma dniami, kiedy je pozostawił... i kiedy przyci-
snął o jeden guzik za dużo. 

Technik miał na imię Antone i był szczupłym, żylastym, śniadoskórym mężczyzną 

w  średnim  wieku. Miał długie, czarne  proste  włosy, spływające  aż do ramion po obu 
stronach pociągłej twarzy. Z początku nie chciał mówić, patrzył tylko dziwnie na Ana-
kina. Chłopiec znał  takie spojrzenia. Zazwyczaj właśnie tak patrzyli na  niego dorośli, 
ilekroć słyszeli, że chłopczyk wykazuje niezwykły talent do obsługiwania najprzeróż-
niejszych urządzeń i mechanizmów, ale nie bardzo chcieli w to uwierzyć. Chwilę póź-
niej Antone przeniósł spojrzenie na Jacena i Jainę, ale zobaczył tylko, że oboje kiwnęli 
zachęcająco głowami. 

background image

Roger MacBride Allen 

223 

-  Zapewniam  pana,  że  młody  panicz  Anakin  jest  rzeczywiście  wyjątkowo  uzdol-

niony - usiłował rozproszyć resztę jego podejrzeń Threepio. 

Wyglądało  na  to,  że  Bakuranin  nie  bardzo  ma  ochotę  uwierzyć  zapewnieniu  an-

droida, ale tuż obok niego stali Ebrihim i Marcha w towarzystwie dziwacznego robota 
Qiunina.  Dopiero  widok  Dralów  ostatecznie  przekonał  Antone'a,  że  jednak  powinien 
potraktować malca poważnie i odpowiedzieć na jego pytanie. 

- Powiedziałbym, że utknęliśmy - odezwał się w końcu - tyle że to byłaby przesa-

da. Mógłbyś pomyśleć, że robiliśmy postępy, ale w pewnej chwili przestaliśmy. Tym-
czasem nasza sytuacja wygląda jeszcze bardziej ponuro. Należałoby zacząć od tego, że 
w ogóle nie ruszyliśmy z miejsca. 

- Ani trochę? - zapytał zdziwiony Anakin. 
- Ani trochę - przyznał technik Antone. - Ani odrobinę. Wygląda na to, że system 

kontrolny nie reaguje na żadne rozkazy, jakie próbowaliśmy mu wydawać. 

- Oczywiście, że reaguje - zaprotestował Anakin. 
Zajął  miejsce  przed  kontrolnym  panelem  i  przyłożył  otwartą  dłoń  do  płaskiego, 

pozbawionego  jakichkolwiek  szczególnych  cech  miejsca  na  pulpicie  konsolety.  Kiedy 
oderwał  dłoń,  powierzchnia  zaczęła  się  marszczyć,  falować  i  wybrzuszać.  W  końcu 
wypączkowało  z  niej  coś  w  rodzaju  drążka  sterowniczego  o  rozmiarach  i  kształtach 
idealnie dostosowanych do dłoni chłopczyka. Zaledwie drążek zastygł i znieruchomiał, 
Anakin dotknął go palcem - tylko dotknął - i natychmiast w powietrzu nad kontrolnym 
panelem rozjarzyła się świetlista, pusta w środku, trójwymiarowa siatka konstrukcyjna 
sześcianu, liczącego po pięć identycznych jednostek długości, wysokości i głębokości. 
Wyglądała  jak  duży  sześcian,  w  którego  wnętrzu  mieściło  się  sto  dwadzieścia  pięć 
mniejszych przezroczystych kostek. 

Dopiero wtedy malec uniósł dłoń i oderwał palec od drążka sterowniczego. Urzą-

dzenie  kilka  chwil  nie  zmieniało  kształtów,  ale  później  jakby  się  roztopiło,  zmiękło  i 
zapadło,  żeby  ukryć  się  pod  powierzchnią  pulpitu  konsolety.  Równocześnie  zniknęła 
przestrzenna siatka konstrukcyjna ze stu dwudziestoma pięcioma małymi sześcianami. 

- Jak to zrobiłeś? - zapytał osłupiały Bakuranin. Porwał Anakina z fotela, uniósł w 

powietrze i postawił na posadzce, a potem zajął jego miejsce przed kontrolnym pane-
lem.  Przyłożył  dłoń  dokładnie  do  tego  samego  miejsca,  gdzie  zaledwie  chwilę  wcze-
śniej spoczywała dłoń chłopczyka. Nic się jednak nie wydarzyło. Antone obrzucił mal-
ca  jeszcze  jednym  podejrzliwym  spojrzeniem.  Wyglądało  na  to,  że  dopiero  po  kilku 
sekundach zrozumiał, o co chodzi. - Płonące gwiazdy! - powiedział. - Płonące niebiosa! 
Kiedy posługiwałeś się tym przedtem, musiało zapisać w swojej pamięci jakieś szcze-
gólne cechy twojego organizmu. 

- Co takiego? - odezwał się Anakin. 
- Co pan ma na myśli? - zainteresowała się Jaina. 
- Musiało jakoś zapamiętać jego szczególne cechy - powtórzył technik. - Możliwe, 

że  odczytało  jego  linie  papilarne,  kod  DNA  albo  fale  mózgowe,  a  potem  zapisało  w 
swojej pamięci. W rezultacie uznało chłopca za prawowitego właściciela. Odtąd będzie 
działało tylko dla niego. 

W oczach Anakina zapaliły się radosne błyski. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

224 

- Tylko dla mnie? Należy całe do mnie? 
- Musi istnieć jakiś sposób, żeby mogli się nim posługiwać także inni - sprzeciwił 

się Jacen. 

- Tak, to możliwe - przyznał Antone. - Nie mamy jednak czasu na to, aby go szu-

kać. Musimy zadowolić się tym, co już wiemy. 

-  Chwileczkę  -  zaoponował  Ebrihim.  -  Naprawdę  chce  pan  powiedzieć  to,  co  mi 

się wydaje? 

Bakuranin poważnie kiwnął głową. 
-  Wasz  mały  przyjaciel  jest  jedyną  osobą,  która  może  obsługiwać  ten  kontrolny 

panel  -  powiedział.  -  Widziałem  to,  co  widziałem,  i  pamiętam,  co  mi  mówiliście,  ale 
wcale  nie  jestem pewien, czy chłopak, jeżeli nawet  zmusi  repulsor do posłuszeństwa, 
będzie rozumiał cokolwiek z tego, co się dzieje. 

-  Wydaje  mi  się  -  odezwał  się  Threepio  -  że  właśnie  dokonał  pan  doskonałego, 

zwięzłego i treściwego podsumowania. 

 
Gaeriela Captison obserwowała, jak admirał Ossilege przechadza się po pokładzie 

dowodzenia.  Pomyślała,  że  w  takiej  chwili  odczuwa  dla  niego  prawdziwe  współczu-
cie... a może także odrobinę sympatii? Na pokładzie dowodzenia przebywali tylko oni 
dwoje i już sam ten fakt wymownie świadczył o powadze sytuacji. Admirał wydał roz-
kazy swoim podwładnym i wszyscy odlecieli albo odeszli, żeby zająć się ich wykona-
niem. 

Możliwe, że nieco później na pokładzie dowodzenia zapanuje chaos. Pojawią się 

posłańcy z raportami, meldunkami albo poleceniami, a każdą wolną powierzchnię po-
kryją przekazywane informacje. Z umieszczonych pod sufitem głośników rozlegną się 
alarmowe klaksony albo padną słowa nowych rozkazów. Na razie jednak panował spo-
kój  i  cisza.  Pokład  dowodzenia  sprawiał  wrażenie  miejsca,  o  którym  wszyscy  zapo-
mnieli. 

W  takich  chwilach  bakurańskiemu  admirałowi  musiała  doskwierać  samotność. 

Później będzie podejmował wciąż nowe decyzje i wydawał następne polecenia, ale  w 
tej chwili nie miał nic do roboty. Opracował plan walki, przydzielił stanowiska, a także 
wydał wszystkie niezbędne rozkazy. Teraz mógł już tylko uzbroić się w cierpliwość... i 
czekać na dalszy rozwój sytuacji. 

- To wcale nie jest takie proste, prawda? - zapytała Gaeriela. - Wysłał pan swoich 

podwładnych i wydał im pan rozkazy, a oni usłuchali i odlecieli. Kto może jednak wie-
dzieć, czy przeżyją, czy też zginą; zwyciężą czy poniosą klęskę? 

- Ma pani rację - przyznał Ossilege. - To nigdy nie jest proste. Wszyscy wiedzą, co 

robić, ponieważ im to powiedziałem i wydałem odpowiednie rozkazy. Kto jednak po-
spieszy z pomocą mnie i podpowie mi, co robić? 

Ze strony Bakuranina była to zdumiewająca refleksja, granicząca z rozczulaniem 

się  nad  sobą.  Widocznie  jednak  Ossilege  uświadomił  sobie,  że  powiedział  za  dużo, 
ponieważ  przestał  spacerować  i  usiadł  na  fotelu  głównodowodzącego  bakurańskiej 
floty. 

background image

Roger MacBride Allen 

225 

W  pewnej  chwili  odezwał  się  melodyjny  kurant  i  z  umieszczonego  pod  sufitem 

głośnika rozległ się głos... przyjemny i niski, z pewnością syntetyzowany przez kompu-
ter. 

-  Wszystkie  wykonujące  zadanie  myśliwce  pomyślnie  wystartowały  z  hangarów. 

„Intruz" zmieni kurs dokładnie za trzydzieści sekund. Cała załoga na stanowiska bojo-
we. 

Ossilege  siedział  nieruchomo  przez  cały  czas  składania  raportu  oraz  wydawania 

polecenia.  Gaeriela  nie  potrafiłaby  powiedzieć,  czy  admirał  tak  uważnie  słucha,  czy 
może nie słyszy ani słowa. Kilkanaście sekund później znów rozległ się taki sam kurant 
i  nagle  pokład  dowodzenia  przeniknęło  delikatne  drżenie.  Zainstalowane  na  mostku 
przyrządy zaczęły  wskazywać,  że krążownik zmienił kurs i  wyruszył  w dalszą  drogę. 
Lecieli. 

- Proszę mi coś powiedzieć - odezwał się Ossilege tak niespodziewanie, że zasko-

czona Gaeriela podskoczyła na fotelu. - Chodzi mi o plan. Myśli pani, że się uda? 

 
Co za fatalna ironia losu! Tendra Risant przeżyła kilka ciągnących się całą wiecz-

ność tygodni zamknięta na pokładzie „Szarmanckiego Gościa" jak w pułapce. Cały czas 
żałowała, że nie może lecieć szybciej ani wcześniej dotrzeć do upragnionego celu. Te-
raz jednak za nic  w świecie nie chciałaby, żeby jej wysłużony tramp leciał dokądkol-
wiek. „Szarmancki Gość" unosił się prawie nieruchomo w przestworzach. Okrążał Ko-
relię  po  bezpiecznej  orbicie,  która  przebiegała  dokładnie  pośrodku  między  okrętami 
sakoriańskiej Triady a dwoma bakurańskimi gwiezdnymi niszczycielami. 

Tendra nie miała wątpliwości, że obie strony uważnie śledzą jej manewry. Praw-

dopodobnie dziesiątki, a  może nawet setki oczu przyglądały się  w tej chwili, jak bez-
radnie  dryfuje  w  mroku  przestworzy.  Zapewne  obserwatorzy  obu  stron  uświadamiali 
sobie,  że  mają  do  czynienia  z  nieuzbrojonym  cywilnym  starym  statkiem,  który,  nie 
zamierzając  brać  udziału  w  walce,  przypadkiem  znalazł  się  między  dwiema  flotami. 
Dopóki wolno dryfował w przestworzach, dla nikogo nie stanowił poważnego zagroże-
nia. Tendra była jednak przekonana, że jeżeli obie szykujące się do walki strony dojdą 
do  wniosku,  iż  „Szarmancki  Gość"  staje  się  niebezpieczny,  otworzą  bez  ostrzeżenia 
ogień ze wszystkich turbolaserów. 

Wiedziała też, że jest otoczona. Nie mogła zmienić kursu, bo dokądkolwiek chcia-

łaby  się  udać,  musiałaby  przelecieć  zbyt  blisko  któregoś  okrętu.  Nie  mogła  wykonać 
absolutnie  żadnego  manewru  w  obawie,  aby  któraś  ze  stron  nie  uznała  jej  trampa  za 
nafaszerowany  materiałami  wybuchowymi  statek-pułapkę  albo  silnie  uzbrojony  okręt 
udający niewinny towarowy transportowiec. 

Mogła tylko cierpliwie czekać i modlić się, żeby żadna z przygotowujących się do 

walki stron nie doszła do przekonania, że „Szarmancki Gość" jej przeszkadza. 

Nikt dokładnie nie wiedział, co się za chwilę wydarzy... a już z całą pewnością nie 

wiedziała  tego  Tendra.  Bez  względu  jednak  na  to,  co  mogła  jej  przynieść  najbliższa 
przyszłość, młoda Sakorianka miała zagwarantowane miejsce w pierwszym rzędzie. 

Lando  znał  całkiem  sporo  wojennych  korespondentów  i  obserwatorów,  którzy 

twierdzili - chociaż każdy z nich wyrażał to inaczej - że działania wojenne składają się 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

226 

z bardzo długich okresów nudy, przedzielonych krótkimi chwilami, kiedy panuje terror, 
przemoc  i  chaos.  Brał  już  udział  w  tylu  wojnach,  potyczkach  i  zmaganiach,  że  był 
skłonny potwierdzić prawdziwość tych stwierdzeń. Inaczej mówiąc, Lando uważał, że 
podróż  z  orbity  Dralii  w  okolice  stacji  Centerpoint  zajmuje  bardzo  dużo  czasu.  Tak 
dużo,  że  w  ciągu  tego  okresu  pilotujący  swój  X-skrzydłowiec  Luke  Skywalker  dwu-
krotnie powracał na pokład „Intruza", żeby choć trochę odpocząć. Mistrz Jedi z pewno-
ścią wytrzymałby trudy wyprawy, ale doskonale wiedział, co robi. Tylko głupcy rzucali 
siew  wir  walki  zmęczeni  i  niewyspani.  Wszyscy  pozostali  uczestnicy  wyprawy  -  to 
znaczy Han i członkowie jego załogi, a także Mara i Lando - mogli wstać z foteli, żeby 
rozprostować  mięśnie,  a  nawet  włączyć  automatycznego  pilota  i  przespać  się  albo 
choćby zdrzemnąć. Tymczasem Luke, zamknięty w ciasnej kabinie swojego myśliwca 
typu X, nie miał takiej możliwości. 

Wprawdzie  wszyscy  mogli  dokonać  krótkiego  skoku  przez  nadprzestrzeń,  żeby 

poważnie skrócić czas wyprawy, ale istniało co najmniej kilka powodów, dla  których 
nie powinni tego robić. Nie chcieli, aby kapitanowie okrętów floty sakoriańskiej Triady 
spędzali  zbyt  wiele  czasu,  myśląc  o  tym,  co  też  może  wyskoczyć  z  nadprzestrzeni  w 
następnej chwili. Woleli także, żeby dowódcy nieprzyjacielskich jednostek poświęcali 
całą  uwagę  „Intruzowi",  trójce  lecących  obok  niego  małych  statków  i  eskortującym 
grupę myśliwcom. 

Im dłużej ich obserwowali, tym bardziej rosło prawdopodobieństwo, że nie skieru-

ją spojrzeń gdzie indziej. 

 
Lando  włączył  własny  skaner,  żeby  się  lepiej  zorientować,  jak  zareagują  kapita-

nowie okrętów sakoriańskiej floty. Na razie nie sprawiali wrażenia bardzo zaniepoko-
jonych  zbliżaniem  się  „Intruza".  Wszystkie  okręty  w  tym  samym  powolnym  tempie 
zbliżały się do stacji Centerpoint. Lando nie zauważył absolutnie niczego, czego by nie 
widział, kiedy włączał skaner wcześniej. Wiedział jednak, że to już niedługo. Niedługo. 
Wkrótce  odległość  między  dwiema  flotami  zmaleje  na  tyle,  że  będzie  można  zacząć 
wybierać cele i przygotowywać się do ataku, a może... 

Chwileczkę.  Ciemnoskóry  mężczyzna  zmarszczył  brwi  i  uważniej  przyjrzał  się 

ekranowi monitora. Czy ta mała świetlista plamka zawsze tam była, czy też pojawiła się 
w ostatniej chwili? 

Jeżeli wierzyć temu, co pokazywał skaner, dokładnie pośrodku między stacją Cen-

terpoint a okrętami Triady unosił się w przestworzach niewielki cywilny statek. 

Skąd mógł przylecieć? Kiedy się tam pojawił? Lando wysłał sygnał do jednego z 

operatorów na pokładzie „Intruza", aby zapytać, jak w ciągu ostatnich kilku dni zmie-
niała się sytuacja w przestworzach wokół stacji Centerpoint. Poprosił o informacje od 
chwili poprzedzającej o kilka godzin zanik interdykcyjnego pola, a kiedy je otrzymał, 
zaczął  się  przyglądać  ekranowi.  Okazało  się,  że  niewielki  cywilny  statek  wychynął  z 
nadprzestrzeni przed okrętami Triady. Jakim cudem jednak mógł się pojawić wcześniej 
niż one? Chyba że... 

background image

Roger MacBride Allen 

227 

Wyprostował  się  na  fotelu  pilota.  Chyba  że  kiedy  zanikło  interdykcyjne  pole, 

znajdował się bliżej - o wiele bliżej - niż okręty Triady. Musiał wówczas przebywać w 
obszarze objętym oddziaływaniem pola. 

Lando przypomniał sobie  w końcu, że przecież może ułatwić sobie zadanie. Pra-

gnąc dowiedzieć się, z kim ma do czynienia, wysłał standardowy sygnał: żądanie iden-
tyfikacji. Piętnaście sekund później znał odpowiedź. Po następnych dwudziestu sekun-
dach zmienił  kurs i przyspieszył do  maksymalnej prędkości  podświetlnej, jaką  mogły 
zapewnić silniki jego „Ślicznotki". Zamierzał przechwycić mały statek. Dopiero pełną 
minutę później, kiedy na płycie czołowej pokładowego komunikatora zapaliły się róż-
nobarwne  lampki,  uświadomił  sobie,  że  jednak  powinien  był  zapytać  o  pozwolenie. 
Wcisnął guzik nadajnika. 

- „Ślicznotka" do „Intruza" - zaczął. - Ja... ehm... chyba coś zauważyłem  w prze-

stworzach. Kieruję się tam, żeby lepiej to obejrzeć. Dołączę do reszty floty wystarcza-
jąco szybko, żeby nie przegapić najciekawszej części przedstawienia. 

- „Intruz" do „Ślicznotki" - odezwał się czyjś zirytowany głos. - Obiekt, który za-

mierzacie przechwycić, to zidentyfikowany gwiezdny tramp, nie zainteresowany udzia-
łem w walce. Nie musicie tam lecieć, żeby go obejrzeć. 

- No cóż, chyba jednak polecę - odrzekł Lando. - Ten cywilny tramp może jednak 

wcale nie jest taki nie zainteresowany udziałem w walce, jak pan sądzi. 

A przynajmniej - dodał w myśli, wyłączając komunikator - niebawem zacznie się 

tym interesować. 

 
Gdyby Ebrihim miał wyrazić swoją opinię, powiedziałby, że wnętrze komory dra-

liańskiego repulsora wygląda jak po eksplozji silnego ładunku wybuchowego. Wszyscy 
brodzili  niemal  po  kolana  w  stosach  strzępów  papieru  i  porzuconych  pojemników  po 
potrawach.  We  wszystkich  możliwych  zakątkach  krzątały  się  grupki  techników.  Nie-
którzy sprzeczali się, co oznaczają  wskazania  nietypowych mierników, inni zaś deba-
towali nad tym, jaki sens mogą mieć różne kombinacje purpurowych, pomarańczowych 
i zielonych sześcianów albo świetlnych pasków. Co najmniej połowa urządzeń kontrol-
nych na rozmaitych konsoletach miała odręcznie napisane etykiety. Ponieważ wszystko 
wskazywało  na  to,  że  pozostałe  mechanizmy  pojawiają  się  i  znikają  albo  zmieniają 
kształty, kiedy i jak chcą, oznaczenie ich mogło nastręczać więcej trudności. 

Jacen i Jaina spali na pryczach w jednej z sąsiednich komór repulsora. Ebrihim i 

Marcha  nie  tylko  się  nie  zdrzemnęli,  ale  brali  udział  we  wszystkim,  w czym  umieli i 
mogli pomóc. Pomagali technikom rejestrować odczytywane dane, a nawet sporządzali 
szkice obrazujące różne kształty urządzeń kontrolnych na pulpitach konsolet i panelach. 
Qiunine przelatywał z miejsca na miejsce, przebierając dwoma, a czasami nawet trzema 
manipulatorami  ze  zdalnymi  czujnikami.  Zajmował  się  śledzeniem  tras,  którymi  wę-
drowały sygnały we wnętrzach szaf sterowniczych. Rejestrował  wskazania mierników 
poboru mocy i raz po raz spierał się z Threepiem o różne rzeczy. 

Pozostali członkowie wyprawy pracowali jednak tak ciężko, jak chcieli i potrafili. 

W centrum zainteresowania był oczywiście Anakin. Siedząc na fotelu w jednej z bocz-
nych  komór  draliańskiego  repulsora,  pracował  niestrudzenie,  cierpliwie  wykonując 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

228 

wszystko, o co prosili go technicy. Pociągał za rękojeści dźwigni, poruszał drążkami i 
przyciskał najróżniejsze guziki. Zmieniał warunki pracy systemów i podzespołów. Po-
magał dorosłym rozumieć znaczenie rozmaitych przełączników. Oczy chłopczyka pło-
nęły  jednak  dziwnym  blaskiem,  jaki  bije  zazwyczaj  z  oczu  małych  dzieci,  ilekroć  za 
późno kładą się spać albo są poddawane zbyt wielu silnym bodźcom. Wszyscy wiedzie-
li, że wcześniej czy później biedny malec po prostu zaśnie z wyczerpania. Na ogół o tej 
porze powinien się kłaść do łóżka, a właściwie od dawna spać. Jednak w tych okolicz-
nościach, dorośli chcieli wykorzystać jego umiejętności do samego końca, zanim... 

-  Wieści!  Mam  mnóstwo  dobrych  wieściów!  -  rozległy  się  czyjeś  podniecone 

okrzyki.  Wszyscy  przerwali  pracę  i  odwrócili  się,  żeby  spojrzeć  na  Seloniankę 
Drackmus, która właśnie wbiegała do komory repulsora. - Sakoriańskie Selonianki! Co 
za wspaniały pomysł ta próba przekupienia! Muszę pogratulować czcigodnej Jade za to, 
że podsunęła nam coś tak fantastycznościowego! 

- Zgodziły się na współpracę? - zapytał z ożywieniem Ebrihim. 
- Jeszcze nie, czcigodny Ebrihimie! - odparła takim samym radosnym tonem obca 

istota. - Odmawiają! Grają na zwłokach... to znaczy na zwłokę! Może później zmienią 
zdanie i podporządkują się naszej woli, ale na razie nie ma o tym mowy. 

- Dlaczego więc jesteś taka szczęśliwa? - zdziwiła się ciotka Marcha. 
- Ponieważ próba przekupienia podsunęła im ciekawy pomysł. - Drackmus uniosła 

nad głowę komputerowy notatnik i kilka razy machnęła nim w powietrzu. - Co prawda, 
nadal nie zgadzają się na przekazanie  władzy nad swoim repulsorem, ale postanowiły 
sprzedać jego instrukcję obsługi! 

- Chciałbym ją zobaczyć! - Technik Antone podbiegł do Selonianki i niemal wy-

rwał jej niewielkie urządzenie. Zaczął przeglądać instrukcję strona po stronie. W miarę 
jak  zapoznawał  się  z  zawartymi  tam  informacjami,  coraz  szerzej  się  uśmiechał.  W 
pewnej chwili entuzjastycznie pokiwał głową. - To jest to! - oznajmił w końcu. - Przy-
puszczam... nie jestem absolutnie pewien, ale sądzę, że wiedząc to, co pokazywał nam 
Anakin, i mając tę instrukcję, poradzimy sobie z obsługą naszego repulsora. 

-  Chyba  chciał  pan  powiedzieć  -  poprawił  go  Ebrihim  -  że  mając  to  wszystko, 

Anakin poradzi sobie... 

Urwał w pół zdania. 
- O rety - odezwał się zmartwiony Threepio. - Znów to samo. Tak dzieje się zaw-

sze, ilekroć nie kładzie się spać o właściwej porze. 

Anakin, który siedział cały czas na fotelu ustawionym przed sterowniczą konsole-

tą, oparł głowę o pulpit i najzwyczajniej w świecie zasnął. Zdumiony Ebrihim pokręcił 
głową. Ach, te ludzkie szczenięta... jakie to dziwne stworzenia. A przecież jeszcze nie-
spełna pół minuty wcześniej chłopczyk - jak gdyby wcale nie był senny - gorliwie za-
poznawał się z działaniem kolejnych dźwigni i przełączników. 

- No cóż - odezwał się guwerner. - Wszyscy pozostali mogą dalej pracować. Jeżeli 

jednak chcemy, aby malec ocalił od zagłady dwa czy trzy gwiezdne systemy, powinni-
śmy pogodzić się z tym, że najbliższą noc smacznie prześpi. 

 

background image

Roger MacBride Allen 

229 

Kiedy  to  się  wydarzyło,  Tendra  Risnat  spała.  Zrozumiała,  że  dzieje  się  coś  nie-

zwykłego, gdy po wszystkich pomieszczeniach „Szarmanckiego Gościa'' przetoczył się 
dźwięczny huk, podobny do grzmotu. Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że przebudziła się 
przerażona, trzeba by to uznać za oczywisty eufemizm. Tendra o mało nie wyskoczyła 
ze skóry. Usiadła i zaczęła nasłuchiwać. Co to było? Czyżby o pancerz trampa roztrza-
skał  się  meteor?  A  może  w  siłowni  eksplodowało  jakieś  urządzenie?  Chwilę  później 
usłyszała pomruk serwomotorów otwierających drzwi i buczenie agregatów pompują-
cych powietrze. Śluza! Do kadłuba „Szarmanckiego Gościa" przycumował jakiś statek! 

Tendra  wyskoczyła  z  łóżka  i  narzuciła  szlafrok.  Kto  to  mógł  przylecieć?  Czego 

chciał?  Broń.  Musi  mieć  jakąkolwiek  broń.  Tylko  czy  na  pokładzie  tego  statku  jakiś 
blaster? Wybiegła na korytarz... i skamieniała. 

Stał o krok przed nią i uśmiechał się od ucha do ucha. 
- Usiłowałem cię uprzedzić - powiedział - ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. 
- Lando? - zapytała bez sensu, wciąż jeszcze nie mogąc uwierzyć własnym oczom. 
Był pierwszą istotą ludzką... czy jakąkolwiek inną... którą widziała w ciągu ostat-

niego miesiąca. 

- Witaj, Tendra. 
Nagle padli sobie w objęcia. Trudno im się było rozłączyć. 
- Och, Lando, Lando - odezwała się kobieta. - Nie powinieneś był tu przylatywać. 

Nie powinieneś. Ze wszystkich stron otaczają nas okręty. Wcześniej czy później zaczną 
strzelać, a wtedy... 

- Hej, hej - przerwał łagodnie mężczyzna. - Nie przejmuj się. Wszystko będzie do-

brze.  Mój  statek  jest  wystarczająco  szybki,  żeby  zabrać  cię  tam,  gdzie  będziesz  bez-
pieczna. Nie stanie ci się żadna krzywda. 

-  Ale  to  było  naprawdę  niebezpieczne  -  upierała  się  Sakorianka.  -  Zdecydowałeś 

się na wielkie ryzyko. 

- Nie ma o czym mówić - rzekł Lando. Pogłaskał Tendrę po policzku i spojrzał na 

nią  z  ciepłym  uśmiechem.  -  Musiałem  myśleć  o  swojej  reputacji.  Jak  mógłbym  nie 
wykorzystać szansy ocalenia życia pięknej damy? 

 
Godziny  wlokły  się  jak  nigdy  przedtem.  Okręty  Triady  cały  czas  zbliżały  się  do 

stacji Centerpoint. „Wartownik" i „Obrońca" nadal strzegły dostępu do głównego han-
garu gwiezdnego obiektu, a „Intruz", otoczony przez małą flotę myśliwców i uzbrojo-
nych jednostek handlowych, powoli zmniejszał odległość dzielącą go od sakoriańskiej 
armady. 

Admirał Ossilege, zatopiony we własnych myślach, spędził te wszystkie ciągnące 

się bez końca godziny na pokładzie dowodzenia. Obserwował rozwój sytuacji na tak-
tycznych planszach i ekranach monitorów. 

Był sam. Nie pragnął niczyjego towarzystwa - przynajmniej dopóki nie zacznie się 

bitwa. Wiedział, że w tej chwili jego największym wrogiem jest czas... ale ten sam czas 
był także jego sprzymierzeńcem. Ossilege musiał zatem postępować ostrożnie - bardzo 
ostrożnie  -  żeby  przedwcześnie  nie  ujawnić  swoich  zamiarów.  Jeżeli  się  pospieszy  i 
zrobi  coś,  co  pomoże  nieprzyjacielowi  zorientować  się  w  sytuacji,  wszystkie  plany 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

230 

Źródła A spalą na panewce. Jeżeli się spóźni, flota Triady przystąpi do ataku i unice-
stwi bakurańskie  niszczyciele. Wtedy zaś, nie zagrożona przez nikogo, opanuje stację 
Centerpoint. 

Pozostawało nadal pytanie, co z jednym albo drugim repulsorem. Czy komuś uda 

się  go  opanować,  czy  też  nie?  I  czy  ktokolwiek  będzie  umiał  się  nim  posłużyć?  Czy 
Calrissian się nie pomylił, kiedy podawał termin następnego strzału z gwiazdogromu? 
Co prawda, wszyscy sprawdzili jego obliczenia co najmniej kilkanaście razy i oświad-
czyli, że nie widzą żadnych błędów, ale czy nie mogło się zdarzyć tak, że i oni się po-
mylili? Może nie zwrócili uwagi na  niewielki błąd albo przyjęli nieświadomie błędne 
założenie? 

Podobne pytania prześladowały chyba wszystkich dowódców wojskowych od za-

rania  dziejów... i nic  nie  wskazywało na  to, żeby  w  najbliższej przyszłości  miało  być 
inaczej. 

Czas. Największym znakiem zapytania pozostawał właściwy czas. Jaka chwila by-

ła najodpowiedniejsza? Nikt nie mógł wiedzieć tego na pewno. Admirał nie przestawał 
się wpatrywać w taktyczne plansze i ekrany, ale nie mógł odczytać z nich intencji swo-
ich  wrogów. Oglądając obrazy rejestrowane  w podczerwieni,  nie  był  w stanie  poznać 
umiejętności ani nastrojów nieprzyjacielskich pilotów. 

Tymczasem jednostki obu flot nie przestawały zmniejszać dzielącej ich odległości. 

Bliżej. Coraz bliżej. 

W końcu admirał Ossilege wstał z fotela i podszedł do największej taktycznej ta-

blicy. Przystanął przed nią i kilka chwil uważnie studiował rozwój sytuacji. Przygląda-
jąc się symbolom wszystkich okrętów, starał się przewidzieć możliwe zmiany kursu. W 
końcu, zadowolony  - przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe  - wrócił i usiadł na 
fotelu głównodowodzącego floty. Wyciągnął rękę i pstryknął przełącznik interkomu. 

- Mówi Ossilege - zaczął. - Proszę wysłać do wszystkich jednostek z góry ustalony 

sygnał pogotowia. Rozpocząć Operację Nagły Skok dokładnie za godzinę i trzydzieści 
pięć minut, licząc od tej chwili. 

Admirał wiedział, że dokładnie godzinę po rozpoczęciu Operacji Nagły Skok na-

dejdzie pora na Źródło A. Pięć  minut i piętnaście sekund później miał obudzić się do 
życia  gwiazdogrom  stacji  Centerpoint.  A  wtedy  wszystko  się  rozstrzygnie.  Albo  jego 
technicy zdołają zmienić kierunek wiązki repulsorowej energii, albo nie. 

Godzina. Muszą wytrzymać tylko jedną godzinę. Admirał zwolnił przycisk inter-

komu, ale nie przestał się zastanawiać, czy obliczenia nie zawierają jakiegoś błędu. 

 
- No, dobrze, Chewie - odezwał się Han jakieś pół godziny później. - Skaczemy za 

pięć  minut.  Przygotuj  się.  Leio,  najwyższy  czas,  żebyś  poszła  do  wieżyczki  i  zapięła 
pasy bezpieczeństwa. 

Leia wstała z fotela obserwatora i kiwnęła głową. 
-  Wiem  -  powiedziała,  ale  nie  wyszła.  A  przynajmniej  nie  od  razu.  Podeszła  do 

Hana, przyciągnęła do siebie jego głowę i złożyła na ustach pocałunek, ciepły i długi. - 
Kocham cię - powiedziała jeszcze. 

- Wiem - odrzekł Han. - i ty wiesz, że ja cię kocham. 

background image

Roger MacBride Allen 

231 

Leia się uśmiechnęła. 
- Masz rację - przyznała. - Wiem.  - Wyprostowała się, wyciągnęła rękę i zmierz-

wiła długą sierść na głowie Chewbaccy.  - Na razie, Chewie - powiedziała. - Do zoba-
czenia po drugiej stronie. 

Odwróciła  się  i  nie  mówiąc  nic  więcej,  wyszła  ze  sterowni.  Han  odprowadził  ją 

spojrzeniem, a kiedy zniknęła na korytarzu, popatrzył na Wookiego. 

- Wiesz, co, Chewie? - zapytał. - Małżeństwo ma swoje dobre strony. 
Chewbacca przeciągle zaryczał, co zabrzmiało jak śmiech, ale zaraz przystąpił do 

ponownego sprawdzenia położeń zadajników ochronnego pola. 

Han spojrzał na chronometr. Jeszcze cztery minuty. 
 
Luke  Skywalker siedział  w  kabinie  swojego X-skrzydłowca. Czuł coraz  większy 

niepokój  i  podniecenie.  Przypomniał  sobie,  że  jest  mistrzem  Jedi,  a  Jedi  zachowują 
spokój podczas bitwy. Nie znają strachu. Luke wiedział jednak lepiej niż ktokolwiek, że 
nawet  mistrzowie  Jedi  nie  żyją  w  abstrakcyjnym  wszechświecie,  w  którym  liczy  się 
tylko to, co absolutne albo ekstremalne - po prostu nikt nie może żyć w takim wszech-
świecie.  Popełniłby  zatem  błąd,  gdyby  spróbował  usunąć  ze  swojego  życia  emocje... 
albo gdyby bez końca rozpamiętywał wszystko, co odczuwa. 

Zbliżał  się czas walki. Luke  był gotów. Umiejętności Jedi sprawiały, że był bar-

dziej gotów niż inni. 

Uważał, że to wystarczy. Zazwyczaj wystarczało. 
Zerknął na chronometr. Jeszcze trzy minuty. 
 
Mara  Jade  siedziała  na  stanowisku  dowodzenia.  Była  sama.  Przyleciała  do  tego 

systemu gwiezdnego w towarzystwie pilota Tralkphy i nawigatora Nesdina. Niestety, w 
pierwszych dniach wojny obaj członkowie jej załogi po prostu zniknęli  - podobnie jak 
wielu innych ludzi. Mara nie miała pojęcia, czy zginęli, czy zostali pochwyceni przez 
którąś z grup rebeliantów lub zaszyli się pod jakąś stertą śmieci i czekali, aż będą mogli 
wyjść bez obawy o własne życie. Wiedziała jednak doskonale, jak toczą się losy ludzi 
podczas każdej wojny. Uświadamiała sobie jasno, że obaj jej towarzysze najprawdopo-
dobniej nie żyją. Byli znakomitymi fachowcami i porządnymi, uczciwymi mężczyzna-
mi. A teraz zapewne zginęli - prawdopodobnie tylko dlatego, że weszli w drogę jakie-
muś bezwzględnemu i brutalnemu przywódcy rebeliantów, który w zamordowaniu ich 
dostrzegł sposób realizacji własnych marzeń albo niecnych planów. I nawet gdyby nie 
istniał żaden inny powód, ten wystarczyłby, żeby Mara chciała wziąć udział w walce. 

Rzecz jasna, powodów było  o  wiele  więcej. Mara  pomyślała, że już  wkrótce  za-

cznie spłacać wszystkie długi. Już niedługo, zanim zdążą upłynąć dwie minuty. 

 
- Nie jestem pewien, czy ratując cię z opresji, oddałem ci przysługę - odezwał się 

Lando,  przypinając  się  do  fotela  pilota.  -  Tam,  gdzie  się  znajdowałaś,  mogłaś  stracić 
życie przez przypadek. Teraz zaś, jeżeli zginiesz, to dlatego, że ktoś zabije cię świado-
mie. 

Tendra pokręciła głową i lekko się uśmiechnęła. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

232 

-  Uwierz  mi,  Lando  -  powiedziała.  -  Przebywałam  tyle  czasu  sama  jak  palec  na 

pokładzie  „Szarmanckiego  Gościa",  że  nauczyłam  się  jednego:  za  nic  w  świecie  nie 
chciałabym umierać samotnie. Mam powyżej uszu samotności... na całą resztę życia. 

Lando wyciągnął rękę do Tendry, która siedziała obok niego na fotelu drugiego pi-

lota. Sakorianka chwyciła jego dłoń i długo jej nie wypuszczała z uścisku. 

Milczeli, ale cisza w sterowni była wymowniejsza niż jakiekolwiek słowa. 
Zaraz  odezwało  się  urządzenie  alarmowe.  Zapiszczało  na  znak,  że  została  tylko 

minuta, i nagle czas zaczął gnać jak szalony. 

 
Kiedy Gaeriela Captison dotarła na pokład dowodzenia, Belindi Kalenda już tam 

była - podobnie jak wszyscy oficerowie, technicy i pełniący służbę pozostali członko-
wie załogi. Bakuranka usiadła w fotelu i zaczęła zapinać klamry pasów bezpieczeństwa. 

- Byłam w kabinie - oznajmiła, chociaż admirał Ossilege wcale o to nie zapytał.  - 

Medytowałam. 

-  Bardzo  dobra  pora  -  przyznał  Ossilege.  -  Mniej  więcej  za  trzydzieści  sekund 

skończy się czas przeznaczony na rozmyślania. 

Gaeriela wbiła palce w podłokietnik wygodnego fotela, a potem skierowała spoj-

rzenie na dziobowy iluminator pokładu dowodzenia. Zobaczyła główny mostek „Intru-
za",  a  przez  iluminator  mostka  usiane  złotymi  punkcikami  przestworza.  Gwiazdy  - 
pomyślała.  -  Takie  miłe  i  kojące.  Czy  jedna  z  nich  była  słońcem  Bakury?  Zapewne 
gwiazda jej rodzinnego świata świeciła za słabym blaskiem, aby dało się ją dostrzec z 
tak dużej odległości. Dom. Serce Gaerieli ścisnęło się z tęsknoty za domem. 

- Dziesięć sekund. - Słowa wydobywały się z głośnika zawieszonego pod sufitem. 

- Cała załoga, przygotować się do przekroczenia prędkości światła. Pięć sekund. Czte-
ry. Trzy. Dwie. Jedna. Zero. 

Gwiazdy przemieniły się w ogniste smugi, a długie świetliste linie wypełniły ilu-

minatory  różnobarwnym  blaskiem.  Chwilę  potem  zniknęły,  a  za  iluminatorami  znów 
pojawiły się dobrze znane punkciki gwiazd koreliańskich przestworzy. 

Punkcików było jakby więcej niż poprzednio. Okręty. Za iluminatorami pojawiły 

się  świetliste  plamki dziesiątków jednostek o najróżniejszych  kształtach i rozmiarach. 
„Intruz", „Wartownik" i „Obrońca" - podobnie jak wszystkie mniejsze jednostki baku-
rańskiej  floty  -  dokonały  dokładnie  w  tej  samej  chwili  precyzyjnego,  superkrótkiego 
skoku  przez  nadprzestrzeń  i  nagle  znalazły  się  w  samym  środku  szyku  sakoriańskiej 
armady.  Ossilege  liczył  na  to,  że  nagły  manewr  pozwoli  zaskoczyć  przeciwników. 
Wszystko wskazywało, że się nie pomylił. 

Chwilę  później  do  życia  obudziło  się  główne  działo  laserowe  „Intruza".  Trafiło 

najbliższy statek... kanciasty, pokiereszowany stary transportowiec, który nie miał pra-
wa unosić się w przestworzach pośród okrętów wojennej floty. 

Transportowiec eksplodował i przemienił się w ognistą  kulę. Już w następnej se-

kundzie  artylerzyści  głównego  działa  bakurańskiego  krążownika  zdołali  namierzyć 
inny cel. Była nim stosunkowo nowoczesna gwiezdna korweta mniej więcej wielkości 
„Ognistej  Jade".  Co  prawda,  operatorzy  okrętu  zdołali  włączyć  generatory  siłowych 
pól, ale osłony okazały się za słabe, aby wytrzymywać przez dłuższy czas skoncentro-

background image

Roger MacBride Allen 

233 
wany ogień laserowych dział lekkiego krążownika, strzelających z bardzo małej odle-
głości. Wkrótce zanikły i sakoriańska korweta przeistoczyła się w drugą kulę ognia. 

W następnej sekundzie wokół „Intruza" pojawiły się myśliwce osłony... piętnaście 

szturmowych gwiezdnych maszyn ogólnego przeznaczenia. Ich piloci natychmiast rzu-
cali się w wir walki. Biorąc na cel najmniejsze jednostki najbliższego skrzydła nieprzy-
jacielskiej floty, razili je smugami śmiercionośnych błyskawic. 

Do  walki  przyłączyła  się  także  druga  bateria  turbolaserów  „Intruza".  Skierowała 

ogień  ku  niewidocznemu  celowi,  przelatującemu  za  rufą  bakurańskiego  okrętu.  Jakaś 
jednostka  floty  Triady  odpowiedziała  strzałami.  Trafiła  jeden  z  myśliwców  typu  OP, 
którego  pilot  właśnie  kończył  pętlę  i  wyrównywał  lot  nisko  nad  głównym  mostkiem 
lekkiego krążownika. Maszyna wybuchła, a eksplozja zalała pokład dowodzenia inten-
sywnym  blaskiem.  W  kierunku  „Intruza"  poszybowała  chmura  płomienistych  szcząt-
ków. Siłowe pola odepchnęły większość z powrotem albo na boki, a pozostałe zmusiły 
do  zmniejszenia  prędkości.  Kiedy  jednak  odłamki  zabębniły  o  pancerz  zewnętrznego 
kadłuba, cały mostek wypełnił się kanonadą głośnych trzasków. Wszystko wskazywało 
na to, że katastrofa myśliwca typu OP nie wyrządziła nikomu żadnej krzywdy... oczy-
wiście, jeżeli nie liczyć pilota. Pozostałe  myśliwce Bakuran śmigały  w przestworzach 
we  wszystkie  strony.  Co  kilka  sekund  zmiatały  z  nieba  jakąś  jednostkę:  to  Brzydala 
typu  X-TIE,  to  znów  myśliwiec  typu  B,  nieporadnie  sklecony  z  części  kilku  innych 
maszyn. 

W końcu przed dziobowymi  iluminatorami pojawił się  przeciwnik  godny  „Intru-

za"... stary, groźnie wyglądający i z pewnością pamiętający czasy Imperium gwiezdny 
niszczyciel, którego klasy Gaeriela nie znała. Nieprzyjacielska jednostka była mniejsza 
niż  bakurański  krążownik,  ale  prawdopodobnie  dorównywała  mu  pod  względem  siły 
ognia. „Intruz" zaatakował pierwszy. Ogień wszystkich dział skoncentrował się na wie-
życzce  dziobowego  turbolasera.  Artylerzyści  niszczyciela  skierowali  ku  większemu 
okrętowi lufy dziobowych i rufowych baterii, po czym odpowiedzieli strzałami, ale nie 
potrafili - a może nie mogli - skupić ognia na jednym punkcie kadłuba. W wyniku tego 
ostrzał  okazał  się  nieskuteczny.  Chwilę  później  eksplodowała  dziobowa  bateria  sako-
riańskiego  niszczyciela  i  artylerzyści  „Intruza"  natychmiast  wzięli  na  cel  baterię  na 
rufie.  Widocznie  siłowe  pola  nieprzyjacielskiego  okrętu  osłabły  wskutek  pierwszej 
eksplozji,  bo  zaledwie  po  kilku  sekundach  rufowe  działa  odmówiły  posłuszeństwa  i 
umilkły.  Chwilę  później  eksplodowała  rufowa  bateria  turbolaserów  niszczyciela.  We 
wszystkie  strony  strzeliły  bardzo  widowiskowe  fontanny  ognistych  szczątków.  Nie-
przyjacielski okręt był bezbronny. 

Gaeriela zerknęła kątem oka na Ossilege'a, ale stwierdziła ze zdziwieniem, że ad-

mirał nie zwraca żadnej uwagi na chaos w przestworzach i laserowe błyskawice, raz po 
raz  przecinające  czarne  niebo  za  iluminatorami  „Intruza".  Bakuranin  spoglądał  jak 
urzeczony na ekran stojącego przed nim taktycznego monitora i obserwował  w napię-
ciu, jak rozwija się sytuacja. Skupiając całą uwagę na działaniach wszystkich jednostek 
swojej małej floty, pozwalał, żeby o ruchach „Intruza" decydował kapitan Semmac. 

- Wszystko idzie dobrze - odezwał się w pewnej chwili. Nie zwracał się do nikogo 

konkretnego. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

234 

Przynajmniej dobrze się zaczyna, pomyślała Gaeriela; nie powiedziała jednak ani 

słowa. 

 
- Trzymaj się, Artoo! - wykrzyknął Luke Skywalker. Położył myśliwiec typu X na 

skrzydło i zadarł dziób, aby wziąć na cel Brzydala typu X-TIE, który starał się zaata-
kować „Ślicznotkę" od strony grzbietu i rufy. - Lando, na mój znak skręć ostro na ster-
burtę i zanurkuj, dobrze? Uważaj dopiero na mój znak. Trzy, dwa, jeden, teraz! 

Luke skręcił ostro na sterburtę i zanurkował ułamek sekundy wcześniej, zanim taki 

sam manewr wykonał pilot „Ślicznotki". Brzydal typu X-TIE - toporna maszyna, skle-
cona  byle  jak  z  przeznaczonych  na  złom  części  myśliwca  typu  X  i  starej  imperialnej 
maszyny  typu  TIE  -  nie  był  zdolny  do  wykonywania  tak  nagłych  manewrów  jak  X-
skrzydłowiec mistrza Jedi. Pilot nieprzyjacielskiej maszyny dał się zwabić w pułapkę. 
Ścigając  gwiezdny  jacht  Calrissiana,  zatoczył  łagodniejszy  łuk...  i  wleciał  prosto  pod 
lufy  działek  myśliwca  Skywalkera.  Luke  dał  ognia  i  odstrzelił  sterburtowe  skrzydło 
Brzydala.  Pilot  uszkodzonej  maszyny  stracił  panowanie  nad  sterami  i  koziołkując  w 
przestworzach, odleciał z pola walki. 

Następną  chwilę  Luke  spędził, rozglądając się  w poszukiwaniu  „Ślicznotki". Nie 

zdziwił  się,  kiedy  stwierdził,  że  jej  pilot  znów  znalazł  się  w  poważnych  tarapatach. 
Toczył  walkę  z  dwiema  maszynami,  wyglądającymi  jak  zmodyfikowane  lekkie  my-
śliwce szturmowe z większymi silnikami i potężniejszymi laserami. 

Luke  zawsze  uważał,  że  instalowanie  zbyt  silnego  uzbrojenia  albo  podwieszanie 

potężnych  jednostek  napędowych  do  konstrukcji  nie  zaprojektowanych  z  myślą  o 
dźwiganiu takich ciężarów jest poważnym błędem. Dokonywanie takich samowolnych 
przeróbek zazwyczaj zmieniało rozkład naprężeń i osłabiało konstrukcję, która trzyma-
ła się chyba tylko dzięki samoprzylepnej taśmie albo optymizmowi domorosłych kon-
struktorów. 

Mistrz Jedi zdecydował, że oto nadarza się doskonała okazja wypróbowania jego 

teorii w praktyce. Chociaż od najbliższej maszyny typu ZLMS dzieliła go bardzo duża 
odległość, starannie  wymierzył i strzelił.  Trafił  w bakburtowy  silnik i dziwaczny  my-
śliwiec, jeszcze zanim pilot miał czas wyłączył dopływ energii do sterburtowej jednost-
ki napędowej, zaczął bezradnie koziołkować w przestworzach. Chwilę później trafiony 
silnik rozbłysnął, a z wnętrza zaczęły się wydobywać kłęby gęstej pary i dymu. Otoczy-
ły kadłub myśliwca jak kokon, ale w próżni zaczęły się szybko rozpraszać. Uszkodzona 
maszyna,  nie  przestając  koziołkować,  leciała  coraz  dalej,  skryta  we  wnętrzu  szybko 
przemieszczającej się chmury szarych gazów. 

Luke  zerknął  w  bok,  żeby  się  przekonać,  jak  radzi  sobie  Lando.  Stwierdził,  że 

przyjaciel zdążył w tym czasie uporać się z drugą maszyną typu ZLMS. Oznaczało to, 
że - przynajmniej na razie - w ich rejonie przestworzy nie było widać żadnych nieprzy-
jaciół. Nadszedł więc czas, aby polecieć w inne miejsce. 

-  Lando!  -  zawołał  Skywalker.  -  Namierzam  stary  gwiezdny  niszczyciel,  lecący 

powoli jako jeden z ostatnich w szyku. Widzisz go? 

- Właśnie miałem ci go pokazać, Luke'u - odparł Calrissian. - Lećmy tam. To chy-

ba to, za czym się rozglądamy. 

background image

Roger MacBride Allen 

235 

Plan  walki  polegał  na  tym,  żeby  przeczesać  szyk  nieprzyjacielskich  okrętów  od 

środka ku tyłowi i brać na cel słabsze jednostki, lecące bliżej końca szyku. Chodziło o 
to, aby spróbować nakłonić kapitanów okrętów Triady do zawrócenia i pościgu za do-
kuczliwymi napastnikami. 

Nikt  nie  przejmował  się  oczywistą  wadą  planu:  pomysł  zachęcania  kapitanów 

osiemdziesięciu  uzbrojonych  w  turbolasery  okrętów  do  pogoni  trudno  było  uznać  za 
rozsądny. Czasami jednak trzeba było się zdecydować na ryzyko. 

- Nie traćmy czasu i lećmy - zgodził się z nim mistrz Jedi. 
 
Anakin siedział na fotelu operatora i w napięciu słuchał technika Antone'a, który 

odczytywał kolejne czynności z długiej listy. 

- W porządku - stwierdził w pewnej chwili Bakuranin. - To chyba kończy sekwen-

cję namierzania celu. Repulsor powinien być  teraz skierowany ku wierzchołkowi bie-
guna południowego stacji Centerpoint. Czy jesteś gotów rozpocząć operację przekazy-
wania energii? 

- Uhmmm... chyba nie - odparł Anakin. - Czuję, że jeszcze coś jest nie tak. 
Antone odgarnął z  twarzy długie czarne  włosy i nie  ukrywając niepokoju, popa-

trzył na chłopczyka. 

- Czujesz, że coś jest nie tak? - zapytał. - Co to znaczy? 
- Anakin robi  wszystko na wyczucie, proszę pana  - pospieszył z odpowiedzią Ja-

cen.  -  Kieruje  się  instynktem  i  intuicją,  tak  jak  pan  instrukcją  obsługi.  To  pan  powie-
dział, że nasz brat chyba nie do końca rozumie to, co robi. 

- A właśnie, że rozumiem! - oburzył się Anakin, piorunując brata gniewnym spoj-

rzeniem. 

-  Naprawdę,  Anakinie?  -  zapytała  Jaina.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  dziew-

czynka, podobnie jak Antone, ma powyżej uszu zachowania malca.  - Naprawdę rozu-
miesz czy tylko się popisujesz? 

Anakin zmarszczył brwi i zaplótł ręce na piersi. 
- Przestańcie mi dokuczać, bo już nigdy wam nie pomogę. Zsunął się z fotela i wy-

szedł z komory. 

- O rety - westchnęła Jaina. 
-  Domyślam  się,  że  młody  panicz  Anakin  jest  po  prostu  przemęczony  -  odezwał 

się  Threepio.  -  Poprzedniego  dnia  udał  się  za  późno  na  spoczynek.  W  takich  razach 
następnego ranka bywa zwykle rozkapryszony. 

Zdumiony technik Antone otworzył usta i wybałuszył oczy. Upłynęło co najmniej 

pięć sekund, zanim zdołał wykrztusić choć słowo. 

-  Rozkapryszony?  - zapytał,  kiedy  trochę przyszedł do siebie.  -  Jest... jest jedyną 

osobą, która może... - Rozpaczliwym gestem pokazał pulpit z mechanizmami kontrol-
nymi.  - Nim  upłynie  godzina, do życia obudzi się gwiazdogrom, a  wy chcecie powie-
dzieć, że wasz brat jest rozkapryszony? 

- Niech pan się tak nie gorączkuje - odezwał się Dral Ebrihim. 
- Przecież on po prostu wyszedł! - wybuchnął Antone. - A jest jedyną osobą, która 

potrafi obsługiwać to urządzenie! 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

236 

- Pan także nie spał tej nocy - przypomniał guwerner. - Jest pan przemęczony. Za 

chwilę go tu sprowadzimy. 

-  Ta-a,  ja  także  nie  spałem  tej  nocy  -  powtórzył  machinalnie  technik  Antone,  ale 

nadal  przechadzał  się  tam  i  z  powrotem  przed  sterowniczą  konsoletą.  -  Może  także 
jestem rozkapryszony. - Nagle przestał spacerować. Przystanął, odwrócił się i popatrzył 
na  bliźnięta.  -  Tyle  że  to  nieprawda!  Nie  jestem  rozkapryszony,  tylko  nie  wiem,  co 
robić! Na Bovo Yagenie mieszkają moi krewni! - ciągnął, stopniowo wpadając w coraz 
większą  panikę.  Zachowywał  się,  jakby  zaczynał  tracić  zmysły.  -  Jeżeli  jej  rodzinna 
planeta ulegnie zniszczeniu, moja ciotka mnie zabije! 

- Proszę się opanować - powiedział Dral Ebrihim najsurowszym tonem, na jaki po-

trafił się zdobyć. - Chłopczyk nie mógł odejść daleko. Jeżeli chcemy, żeby to urządze-
nie  działało,  będziemy  potrzebowali  was  obu.  Jacenie,  idź  i  przekonaj  brata,  żeby  tu 
wrócił. Postaraj się go udobruchać. I pamiętaj, że życie dwunastu milionów ludzi zależy 
od  tego,  czy  pewien  rozkapryszony  siedmiolatek  zdoła  ocalić  ich  w  ciągu  najbliższej 
godziny. Więc proszę cię... proszę was wszystkich... postarajcie się być dla niego mili, 
kiedy wróci. 

- No dobrze - odezwała się wciąż jeszcze nadąsana Jaina. - Ale tylko przez najbliż-

szą godzinę. 

 
- Koncentrujcie salwy na otworze śluzy dziobowej! - Głos Mary Jade rozległ się z 

odbiornika pokładowego komunikatora. - Te spoiny sprawiają wrażenie bardzo słabych 
i chyba długo nie wytrzymają. 

Z  luf  działek  „Ognistej  Jade"  strzeliły  błyskawice  laserowych  strzałów.  Trafiły 

zdezelowaną, starą i wielokrotnie remontowaną kalamariańską fregatę, która dziwnym 
zrządzeniem losu wpadła kiedyś w ręce nieprzyjaciół. 

-  Zrozumiałem  - odparł Han.  - Trzymaj się,  Leio. Obrócę go trochę, żebyś  miała 

lepsze pole ostrzału. 

- I tak  mam bardzo dobre  - stwierdziła przywódczyni Nowej Republiki.  - Otwie-

ram ogień. 

Czterolufowe  działko  plunęło  seriami.  Zapewne  w  wyniku  uszkodzeń,  jakie  ka-

dłub sakoriańskiego okrętu odniósł podczas  walki,  zewnętrzne  wrota  dziobowej śluzy 
zacięły  się  i  nie  chciały  zamknąć.  Po  kilku  chwilach  zaczęły  się  żarzyć  purpurowym 
blaskiem, który najpierw zmienił barwę na pomarańczową, a później na żółtą. W końcu 
nawet wewnętrzna klapa rozżarzyła się do białości. W pewnej chwili stopiła się i odpa-
dła,  a  powietrze  z  wnętrza  fregaty  zaczęło  uchodzić  w  przestworza.  Po  kilku  następ-
nych sekundach przestało. Widocznie  we  wnętrzu okrętu zatrzasnęły się  wrota jakiejś 
grodzi. 

Artylerzyści sakoriańskiej jednostki nie pozostali dłużni i zaczęli zasypywać „So-

koła  Millenium"  błyskawicami  własnych  strzałów.  Niemal  natychmiast  w  sterowni 
koreliańskiego  frachtowca  włączyły  się  alarmowe  syreny,  sygnalizujące  przeciążenie 
ochronnego pola. Równie szybko jednak umilkły, kiedy wystrzelona z pokładu „Ogni-
stej  Jade"  minitorpeda  ścięła  u  samej  podstawy  wieżyczkę  głównego  turbolasera  nie-
przyjacielskiego okrętu. 

background image

Roger MacBride Allen 

237 

Bezbronna  i  uszkodzona  fregata  jeszcze  chwilę  unosiła  się  w  przestworzach,  ale 

widać  kapitan  doszedł  do  wniosku,  że  co  za dużo,  to  niezdrowo.  Jego  okręt  wykonał 
zwrot przez dziób i wykorzystując całą energię w jednostkach napędowych, zaczął się 
oddalać. 

- Niech leci, dokąd chce - odezwała się Mara. - i tak nie weźmie udziału w dalszej 

walce, a to w tej chwili najważniejsze. 

- Ile czasu walczymy? - zainteresowała się Leia przez pokładowy interkom. 
-  Około  czterdziestu  minut  -  odparł  Han.  -  Uważaj,  z  góry  atakuje  nas  dwójka 

Brzydali typu B! 

- Widzę oba i namierzam - zameldowała Leia tonem, z którego przebijało zmęcze-

nie. 

Z  luf  działka  strzeliły  smugi  laserowych  błyskawic.  Jeden  z  myśliwców  typu  B 

przemienił się w szybko rosnącą kulę ognia, a pilot drugiego chyba doszedł do przeko-
nania, że nic więcej nie wskóra. Jaka szkoda, że do takiego samego wniosku nie mogli 
dojść członkowie załogi „Sokoła". Wiedzieli, że wcześniej czy później atak nieprzyja-
cielskiej maszyny może się zakończyć powodzeniem. 

- Maro! - zawołał Han, odwracając głowę w kierunku mikrofonu komunikatora.  - 

Przelećmy  przez  środek  szyku!  -  Wyciągnął  rękę  i  pstryknął  wyłącznik  nadajnika.  - 
Jeszcze dwadzieścia minut - ciągnął przez interkom, zwracając się do Leii i Chewiego. 
- Jeszcze tylko dwadzieścia minut i wszystko się skończy. 

Rzeczywiście,  zanim  upłynie  dwadzieścia  minut,  najprawdopodobniej  walka  do-

biegnie końca. Zakończy się... tak albo inaczej. 

 
- Z pokładu „Obrońcy" meldują o uszkodzeniu głównego turbolasera, ale pozosta-

łe systemy uzbrojenia działają bez zarzutu - oznajmiła Kalenda. - Kadłub w wielu miej-
scach lekko uszkodzony. Ani jednego poważnego uszkodzenia. 

Ale sto lekkich uszkodzeń mogło osłabić kadłub na tyle, że sto pierwsze doprowa-

dzi  do  katastrofy  -  pomyślał  Ossilege.  Pokręcił  głową.  Nie  mógł  sobie  pozwolić  na 
takie myśli. Był admirałem, dowódcą toczącej walkę gwiezdnej floty. 

- Co z „Wartownikiem"? - zapytał. 
- „Wartownik" ma częściowo uszkodzoną jednostkę napędową. Wykorzystuje tyl-

ko ułamek mocy. W bliżej nieokreślonej sekcji rufowej doszło do eksplozji, w wyniku 
czego kilka pomieszczeń uległo dekompresji. Z pokładu niszczyciela meldują, że w tej 
chwili sytuacja jest opanowana. Systemy uzbrojenia funkcjonują prawidłowo. Wszyst-
kie dotychczasowe pojedynki zakończyły się powodzeniem. 

- To doskonale - stwierdził Bakuranin. 
Odwrócił  głowę  i  popatrzył  na  ekran  taktycznego  monitora.  „Intruz"  odniósł  po-

dobne  uszkodzenia,  jak  pozostałe  jednostki  jego  małej  floty.  Na  razie  więc  wszystko 
toczyło się zgodnie z planem. Co prawda płacili wysoką cenę, ale sytuacja rozwijała się 
tak,  jak  oczekiwał.  Wytyczył  kapitanowi  każdego  okrętu  kurs,  wiodący  przez  środek 
zgrupowania  jednostek  nieprzyjacielskiej  floty.  Podobne  kursy  wyznaczył  dla  każdej 
pary  mniejszych  statków.  Zależało  mu  na  tym,  żeby  jego  jednostki  przeleciały  przez 
szyk okrętów sakoriańskiej Triady od środka ku tyłowi i atakując po drodze mniejsze 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

238 

albo słabsze statki, wyrządziły tyle szkód, ile się da. I wszystko wskazywało na to, że 
ułożony  przez  niego  plan  walki  powiedzie  się.  Szyk  nieprzyjacielskich  jednostek  za-
czynał łamać się i deformować. Wyglądało na to, że co najmniej dwadzieścia albo trzy-
dzieści  sakoriańskich  statków  zmieniło  kurs  i  zawróciło,  żeby  puścić  siew  pościg  za 
słabszymi przeciwnikami. 

- Panie admirale!  - odezwała się nagle Kalenda. - Kapitan Semmac melduje, że z 

różnych stron zbliżają się do „Intruza" cztery nieprzyjacielskie fregaty. Odnosi wraże-
nie, że tym razem atak jest skoordynowany. 

- Doprawdy? - W głosie admirała nie zabrzmiało zdziwienie. - Zastanawiałem się, 

ile  czasu  zajmie  im  zorganizowanie  takiego  ataku.  No  cóż,  przynajmniej  przekonamy 
się, czy Semmac umie się bronić. 

Ossilege  ponownie  popatrzył  na  ekran  monitora.  Do  bakurańskiego  krążownika 

zbliżały się z czterech stron, strzelając z laserowych dział, cztery identyczne nieprzyja-
cielskie  fregaty  o  zaokrąglonych,  tępych  dziobach.  Ochronne  pola  „Intruza"  poradziły 
sobie z pochłonięciem energii pierwszych strzałów. Chcąc uniemożliwić wzięcie okrętu 
w  krzyżowy ogień, kapitan Semmac przyspieszył i  skierował  dziób „Intruza"  w  górę. 
Główne działa zaczęły odpowiadać strzałami, przy czym artylerzyści starali się skupić 
ogień na kadłubie najbliższej fregaty. W pewnej chwili kapitan Semmac, usiłując wy-
mknąć się napastnikom, zmienił kurs i zanurkował, ale w następnej sekundzie dowódcy 
wszystkich czterech fregat wiernie powtórzyli jego manewr. 

Ossilege zmarszczył brwi. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało. Artylerzyści sa-

koriańskich okrętów nie przestawali zasypywać pokładów „Intruza" seriami laserowych 
strzałów, ale bakurański krążownik nie odnosił żadnych uszkodzeń. A przecież jakieś 
strzały powinny były trafić w pancerz kadłuba. Niektóre siłowe pola powinny osłabnąć. 
Admirał  zerknął  na  wskaźnik  poboru  energii  i  przekonał  się,  że  strzały  nieprzyjaciel-
skich laserów niosły tylko znikome ilości energii. Dlaczego? Chyba że... chyba że mia-
ły  tylko  odwrócić  jego  uwagę!  A  skoro  już  o  tym  pomyślał... jakim  cudem  ochronne 
pola fregat mogły pochłonąć tyle energii strzałów z turbolaserów „Intruza"? 

Powiększył  obraz  ukazujący  najbliższą  fregatę  na  ekranie  monitora  i  zdrętwiał  z 

przerażenia. 

Iluminatory  nieprzyjacielskiego  okrętu  zostały  zamalowane.  Zamalowane  w  taki 

sposób, żeby sprawiały wrażenie litej durastali. 

Ossilege uderzył otwartą dłonią w guzik nadajnika interkomu. 
-  Kapitanie  Semmac!  -  zawołał.  -  Te  fregaty  to  zdalnie  sterowane,  zamaskowane 

statki-pułapki!  Ich  turbolasery  nie  mogą  wyrządzić  nam  żadnych  szkód!  Operatorzy 
tych jednostek usiłują nas staranować! Starają się zbliżyć na tak małą odległość, żeby... 

Było  jednak  za  późno.  Najbliższy  statek-taran  rozwinął  przerażającą  prędkość  i 

skierował  się  prosto  na  „Intruza".  Podobny  do  wielomegatonowej  pancernej  pięści, 
leciał coraz szybciej. 

Wbił się w górny pokład tuż przed głównym mostkiem krążownika. 
 
- W porządku - odezwał się Jacen. - Już go przyprowadziłem. 
- To dobrze - powiedział technik Antone. - To doskonale. Zabierajmy się do pracy. 

background image

Roger MacBride Allen 

239 

Anakin  podszedł  do  konsolety,  ale  zanim  usiadł  na  fotelu  operatora,  obrzucił 

wszystkich po kolei długim, podejrzliwym spojrzeniem. 

- Niech będzie - oznajmił w końcu, wspinając się na fotel. - Jestem gotów. 
- To świetnie, świetnie  - ucieszył się Antone z nieco wymuszonym uśmiechem.  - 

A zatem możemy zacząć operację przekazywania energii, prawda? 

- Nie - sprzeciwił się Anakin. 
Na  czoło  Bakuranina  wystąpiły  krople  potu.  Popatrzył  na  malca  i  ciężko  wes-

tchnął. 

- Proszę cię, Anakinie - zaczął. - Postaraj się nas zrozumieć. To wcale nie zabawa. 

Jeżeli w odpowiedniej chwili nie wymierzamy tego repulsora dokładnie w pewne miej-
sce, życie straci wielu ludzi. Naprawdę bardzo wielu ludzi. 

- Rozumiem to - oświadczył z naciskiem Anakin. - Ale repulsor nie jest ustawiony 

prawidłowo. Jest za ciężki. Gdzieś coś jest za ciężkie. 

- Co to znaczy „za ciężkie"? - zapytał Bakuranin. 
- Ciężkie!  -  wykrzyknął nagle Jacen.  - Chodzi  mu o siłę ciążenia! Przecież ta in-

strukcja obsługi dotyczy repulsora z Selonii! Na Dralii panuje inna siła ciążenia! 

- To prawda  - stwierdził chłopczyk.  -  Coś jest za ciężkie.  Antone pogrążył się  w 

zadumie, od czasu do czasu mówiąc coś do siebie. 

- Na wszystkie słodkie gwiazdy na niebie!  - wykrzyknął  w końcu.  - Chłopiec ma 

rację! - Rzucił okiem na chronometr. - Mamy najwyżej dziesięć minut, żeby od samego 
początku  powtórzyć  sekwencję  namierzania.  -  Złapał  za  rękę  najbliższego  technika  i 
popchnął go ku Anakinowi. - Przerób z nim procedurę przekazywania energii i wszyst-
ko inne, a ja w tym czasie powtórzę obliczenia i skoryguję ustawienie repulsora. 

Technik Antone odwrócił się i pobiegł, by poszukać jakiegoś biurka i komputero-

wego notatnika. 

 
Dwa  następne  zdalnie  sterowane  statki-tarany  wbiły  się  w  kadłub  „Intruza" i za-

mieniły  go  w  zdeformowany  wrak,  który  -  bezradnie  wirując  -  nie  przestawał  lecieć 
coraz dalej. Czwarty taran nie trafił w cel, ale i tak nie miało to znaczenia. Bakurański 
lekki krążownik był skazany na zagładę. 

Ossilege dźwignął się z pokładu i potykając co krok, dowlókł się do admiralskiego 

fotela.  Z  trudem  usiadł  i  dopiero  wtedy  przekonał  się,  że  Gaeriela  jakimś  cudem  nie 
spadła ze swojego miejsca. Belindi Kalenda wstała z płyt pokładu i próbując otrząsnąć 
się ze wstrząsu, rozejrzała się dokoła. Stwierdziła, że tylko oni troje przeżyli. Wszyscy 
inni  przebywający  na  pokładzie  dowodzenia  członkowie  załogi  -  oficerowie  dyżurni, 
technicy, kadeci, operatorzy - zginęli. Ossilege nawet nie musiał sprawdzać, czy z kata-
strofy  wyszedł  cało  ktokolwiek  pełniący  służbę  na  głównym  mostku.  I  tak  większa 
część konstrukcji po prostu nie istniała. 

- Opuścić statek! - rozległo się z umieszczonych pod sufitem głośników. - Cała za-

łoga, natychmiast opuścić statek! 

- Nie czuję nóg - poskarżyła się Gaeriela. - Widzę, że płynie po nich krew, ale nie 

mogę nimi poruszać. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

240 

Ossilege pokiwał głową. Wiedział, o co tu chodzi. Złamanie kręgosłupa  - pomy-

ślał. - Uszkodzenie rdzenia kręgowego. Musiało się jej nieźle dostać, kiedy wyrżnęły w 
nas te trzy tarany. Nagle 

Bakuranin uświadomił sobie, że jego lewa ręka spoczywa na brzuchu... Uniósł ją 

do oczu. Była mokra od krwi. Admirał zdumiał się, ponieważ wcale nie czuł bólu. 

- Opuścić statek! - Z głośników ponownie rozległ się syntetyzowany przez kompu-

ter rozkaz. 

Ossilege popatrzył najpierw na Gaerielę Captison, a potem przeniósł spojrzenie na 

Kalendę. 

- Proszę iść! - zawołał, zwracając się do pani porucznik Wywiadu Nowej Republi-

ki. - My nie zdołamy się uratować. Pani jeszcze ma szansę. Niech pani nie zwleka! 

Umilkł. Czuł, że zaczyna tracić resztę sił. 
- Ale... - odezwała się Kalenda. 
- Żadnych ale - przerwał Bakuranin. - Ja jestem ranny w brzuch, a pani premier nie 

może się poruszać. Nie doszlibyśmy do kapsuły ratunkowej, a nawet gdybyśmy zdołali, 
nie  przeżyjemy  do  czasu,  aż  ktoś  ją  przechwyci.  Proszę  iść.  Natychmiast.  To  rozkaz. 
Pani...  Spisywała  się  pani  doskonale,  pani  porucznik.  Jest  pani  bardzo  dobrym  ofice-
rem. Proszę więc nie narażać życia i nie pozwalać sobie na puste gesty. Niech pani się 
ratuje. 

Kalenda chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała.  Stanęła  na baczność i 

zasalutowała admirałowi, a potem skłoniła się przed Gaerielą. Odwróciła  się i wybie-
gła. 

- Bardzo dobrze - stwierdził Ossilege. - Mam nadzieję, że zdąży. 
-  Musimy  wysadzić  statek  -  odezwała  się  Gaerielą  tak  cicho,  że  jej  głos  brzmiał 

tylko trochę głośniej niż szept.  - Nie  możemy dopuścić, żeby opanowali go nasi wro-
gowie. 

Ossilege odwrócił się do niej i kiwnął głową. 
- Tak - powiedział. - Ma pani rację. Musimy jednak trochę poczekać. Powinniśmy 

dać czas tym, którzy przeżyli, żeby dostali się do kapsuł i wystartowali w przestworza. 
Później zaczekamy jeszcze trochę, aż znajdziemy się blisko nieprzyjacielskich okrętów. 
Dzięki temu zdołamy... kilka zniszczyć  albo uszkodzić. Musimy  także zaczekać... za-
czekać na Źródło A. 

- Źródło... A? - zapytała Gaerielą jeszcze ciszej niż poprzednio. 
- Źródło A - powtórzył Ossilege. - Musimy zaczekać na admirała Ackbara. 
 
- Godzina, Luke'u!  - zawołał Lando. - Wynośmy się stąd, póki wszyscy jesteśmy 

cali i zdrowi! 

- Zrozumiałem, Lando - odezwał się mistrz Jedi. - Zawracamy i lecimy tam, skąd 

przybyliśmy. I to szybko! 

- Co się dzieje? - zaniepokoiła się Tendra. - Dlaczego się wycofujemy? 
- Nie wycofujemy się - odrzekł Lando, zawracając swoją „Ślicznotkę". - Postępu-

jemy  zgodnie  z  planem  Ossilege'a.  Planem  tak  prostym,  że  nawet  my  nie  mieliśmy 
kłopotów z jego wykonaniem. Chodziło o to, żeby przelecieć przez szyk nieprzyjaciół i 

background image

Roger MacBride Allen 

241 
w  ciągu  godziny  wyrządzić  tyle  szkód,  ile  możliwe,  a  potem  zawrócić  i  usunąć  się  z 
drogi. 

- Usunąć się z drogi? - powtórzyła zdezorientowana Sakorianka. - Przed czym albo 

przed kim? 

-  Przed  Źródłem  A,  moje  drogie  Źródło  T  -  odparł  z  lekkim  uśmiechem  ciemno-

skóry mężczyzna. 

- O czym ty właściwie mówisz? Lando wybuchnął śmiechem. 
- Przypuszczam, że ten system kodowania nie wprowadzi nikogo w błąd, ale ktoś 

kiedyś go wymyślił i tak już  zostało. Źródło T oznacza ciebie, a Źródło A  - admirała 
Ackbara.  Chyba  w  tej  samej  minucie,  kiedy  ustało  zagłuszanie  sygnałów,  Ossilege 
zaczął wysyłać przez nadprzestrzeń zaszyfrowane hiperfalowe informacje. Odkąd opu-
ściliśmy Coruscant, admirał  Ackbar spędzał każdą chwilę, starając się zebrać jak naj-
więcej okrętów i utworzyć z  nich coś w rodzaju szturmowej floty. Wygląda  na to, że 
nie zdołał zgromadzić wielu jednostek, ale dwadzieścia pięć nowoczesnych i uzbrojo-
nych w najnowszą broń okrętów... cóż, z pewnością bardzo się przyda w takiej chwili. 
Tym bardziej, że wiele nieprzyjacielskich statków jest uszkodzonych, a większość po-
zostałych złamała szyk i skierowała się  w niewłaściwą stronę.  - Lando wykonał nagły 
unik, aby ominąć wypalony wrak zmodyfikowanego myśliwca typu B, a później jesz-
cze bardziej przyspieszył i obrał kurs prosto na stację Centerpoint. - Myślę, że powinni-
śmy lecieć  ku  wierzchołkowi pomocnego cylindra, a  południowy ominąć jak najszer-
szym łukiem - ciągnął po chwili. - To właśnie stamtąd strzelają międzygwiezdne pro-
mienie śmierci. 

-  A  co  z  admirałem  Ackbarem?  -  przypomniała  Tendra.  -  Na  czym  ma  polegać 

dalsza część planu? 

-  Jest  równie  nieskomplikowana  jak  pierwsza  -  wyjaśnił  Lando.  -  Kiedy  admirał 

Ackbar wykona precyzyjny skok przez nadprzestrzeń, okręty jego floty pojawią się za 
rufami  większości  jednostek  sakoriańskiej  Triady.  Ich  kapitanowie  nigdy  się  nie  do-
wiedzą,  kto  ich  zaatakował.  Jeżeli  jednak  nie  chcemy  zostać  trafieni  przypadkowym 
strzałem, musimy jak najszybciej usunąć się z drogi. 

- Gdzie i kiedy mają się zjawić? 
Lando zerknął na chronometr, a potem spojrzał na monitor nawigacyjnego kompu-

tera. 

- Ano właśnie! - powiedział. - Tu i teraz. 
Nagle  w  pustce  przed  dziobem  „Ślicznotki"  zaczęły  się  pojawiać  błękitnobiałe 

błyski.  Z  każdego  wyskakiwał  gwiezdny  okręt.  Chwilę  później  ze  wszystkich  stron 
jachtu - nad nim, pod nim i po obu bokach - śmignęły jednostki Nowej Republiki. Prze-
leciały tak blisko, że niemal słyszało się ryk silników i świst przecinanych przestworzy. 
Widok był niesamowity, piękny... i budzący grozę. Lando zacisnął zęby i oburącz ści-
snął  drążek  sterowniczy.  Odnosił  wrażenie,  że  walczy  o  własne  życie.  Leciał  dalej, 
starając się nie zmieniać kursu ani nie wymijać nadlatujących okrętów. Obawiał się, że 
zderzy się z jakimś, którego w porę nie zauważy. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

242 

Ostatnia jednostka floty Nowej Republiki śmignęła obok bakburty i chwilę później 

zniknęła za rufą jachtu Calrissiana. Dopiero wtedy Lando zwolnił do normalnej prędko-
ści i odetchnął z prawdziwą ulgą. 

Dla niego - i dla Tendry Risant - ta wojna się zakończyła. 
 
Gaeriela  Captison  zaczynała  odczuwać  ból.  Nie  w  nogach,  co  prawda,  ale  we 

wszystkich innych częściach ciała. Obok niej siedział Ossilege. Chociaż silnie krwawił, 
jakimś cudem nie stracił przytomności. W pewnej chwili Bakuranka odniosła wrażenie, 
że czuje jakiś swąd, jakby coś się paliło za jej fotelem. Nie odwróciła się jednak. W tej 
chwili to i tak nie miało znaczenia. 

Wytężając  resztkę  sił,  Ossilege  otworzył  płytę  czołową  kontrolnego  panelu, 

umieszczonego  w  podłokietniku  admiralskiego  fotela.  Panel  mieścił  obwody  i  podze-
społy  umożliwiające  równoczesną  eksplozję  wielu  silnych  ładunków  wybuchowych. 
Admirał  wpisał  niezbędne  zaszyfrowane  polecenia,  wyłączył  systemy  zabezpieczeń  i 
przycisnął wszystkie guziki... z wyjątkiem ostatniego. Czekał. Wciąż czekał. Nie odry-
wał spojrzenia od ekranów taktycznych monitorów. Większość nie funkcjonowała, ale 
admirałowi wystarczał tylko jeden sprawny, żeby wiedzieć to, na czym mu zależało. 

- Tam! - odezwał się w pewnej chwili. - Tam! Pojawiają się okręty! Nareszcie się 

zjawili. 

-  A  zatem  nie  musimy  dłużej  czekać  -  szepnęła  Gaeriela.  -  Jest  pan  dobrym  do-

wódcą,  panie  admirale.  Wykonał  pan  wszystkie  rozkazy  i  wywiązał  się  ze  swojego 
zadania. Powstrzymał pan nieprzyjaciół. Dobra robota. 

- Dziękuję, pani premier - odparł Ossilege. - Jestem dumny, że mogłem służyć ra-

zem z panią. 

- A ja z panem - oznajmiła Bakuranka. - Teraz jednak najwyższy czas, by dokoń-

czyć dzieła. 

Pomyślała ostatni raz o swojej córeczce Malinzie, która teraz pozostanie sama we 

wszechświecie.  Nie  wątpiła,  że  jej  dzieckiem  ktoś  się  zaopiekuje.  Może...  może 
wszechświat  zechce  jakoś  wynagrodzić  Malinzie  stratę  obojga  rodziców,  a  także 
wszystkie kłopoty i zmartwienia, jakich wielu doznała w krótkim życiu. Może w przy-
szłości oszczędzi jej cierpień i sprawi, że odtąd jej życie stanie się radosne i szczęśliwe. 
Gaeriela doszła do wniosku, że ta myśl ją uspokoiła. Ucieszyła się, że przyszła jej do 
głowy w takiej chwili. 

- Nie mogę... nie mogę poruszać ręką - powiedział Ossilege. - Nie mam siły przy-

cisnąć ostatniego guzika. 

- Ja to zrobię - zaproponowała Bakuranka. Przeniosła spojrzenie na ekran ostatnie-

go  sprawnego  taktycznego  monitora  i  stwierdziła,  że  w  sąsiedztwie  wraka  „Intruza" 
unoszą się co najmniej trzy okręty floty Triady. Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. - Ja 
to zrobię - powtórzyła. - Proszę, niech pan mi pozwoli. 

 
Eksplozja  rozjaśniła całe  niebo i wyrwała  ogromną  dziurę  w szyku sakoriańskiej 

armady. Można było odnieść wrażenie, że na kilka sekund w przestworzach zapłonęło 
niewielkie, ale piękne słońce. Jego blask zgasił wszystkie gwiazdy na niebie. 

background image

Roger MacBride Allen 

243 

- Och, słodkie płonące niebiosa - westchnęła Tendra. - To był „Intruz". Eksplodo-

wał i zniknął. Wszyscy zginęli. To już koniec. 

Lando ponownie zerknął na wyświetlacz pokładowego chronometru. Potem prze-

niósł spojrzenie na stację Centerpoint, a jeszcze później na świecący w oddali punkcik 
Dralii. Pokręcił głową. 

-  Nie,  jeszcze  nie  -  powiedział  cicho.  -  Ale  koniec  może  nastąpić,  zanim  upłynie 

minuta i dwadzieścia sekund. I to dla bardzo wielu ludzi. 

 
- Antone! - wykrzyknął Jacen. - Teraz! Teraz! Musimy to zrobić teraz! 
Bakurański technik natychmiast przybiegł, wybałuszając czarne oczy. 
- Nie  mogę!  - powiedział, unosząc nad głową  włączony  komputerowy  notatnik.  - 

Obliczenia jeszcze się nie zakończyły. Ostami problem wciąż czeka na rozwiązanie. Do 
końca pozostało co najmniej pięć minut. Dwanaście milionów ludzi. Dwanaście milio-
nów łudzi. 

Pokręcił głową, usiadł na posadzce i ukrył twarz w dłoniach. 
- Jesteśmy zgubieni! - jęknął Threepio. - Jeżeli nasi wrogowie nadal sprawują wła-

dzę nad gwiazdogromem, już wkrótce przyjdzie kolej na nas wszystkich! 

Jacen Solo, szeroko otworzywszy oczy, stał jak sparaliżowany. A zresztą wszyscy 

w  bocznej  komorze  jakby  wrośli  w  posadzkę.  Dwanaście  milionów  ludzi.  Chłopiec 
wiedział, że mieli tylko tę jedną szansę pokrzyżowania planów gwiazdogromców, ale 
ich plan się  nie powiódł, ponieważ nie podali właściwych liczb jego siedmioletniemu 
bratu. 

- Chwileczkę - mruknął do siebie w pewnej chwili. - A komu potrzebne są liczby? 

-  Odwrócił  się  do  brata,  który  wciąż  jeszcze  siedział  przed  sterowniczą  konsoletą.  - 
Anakinie - powiedział. - Nadal jest zbyt ciężki, prawda? Czy nie potrafiłbyś go popra-
wić? Czy nie możesz zamknąć oczu i wyczuć, co jest nie w porządku? Sprawić, żeby 
stał się lżejszy albo coś takiego? 

- Co ty wygadujesz? - obruszył się Ebrihim. - Chcesz, żeby bawił siew zgadywan-

ki? 

- Nie zgadywanki  - odezwała się Jaina.  - Chcemy, żeby to wyczuł. Wybiegnij do 

tego myślami, Anakinie. Uwolnij podświadomość. Dosięgnij tego i posłuż się Mocą. 

Malec popatrzył na brata i siostrę. Z wysiłkiem przełknął ślinę. Zamknął oczy. 
- No, nie wiem - powiedział. - Może... 
Nie przestając zaciskać powiek, wyciągnął ręce do dźwigni, które jeszcze nie ist-

niały, ale pod jego palcami wyłaniały się z pulpitu, rosły... zmieniały kształty. Na wy-
sokości  głowy  malca  pojawiła  się  świetlista  przestrzenna  siatka  z  pomarańczowymi, 
purpurowymi  i  zielonymi  kostkami.  Anakin  jej  nie  widział.  Po  chwili  zresztą  i  tak 
zniknęła, jakby nigdy nie istniała. 

Nagle zadrżała posadzka i ściany bocznej komory. Równocześnie gdzieś głęboko 

pod  ziemią  zaczął  narastać  basowy  pomruk.  Wszyscy  usłyszeli  podobny  do  trzasku 
grzmot,  a  po  nim  odgłosy  towarzyszące  gromadzeniu  się  energii.  Dowodziły,  że  w 
głównej komorze draliańskiego repulsora działają niewyobrażalnie wielkie siły. Zbiera-
ły się, skupiały, przygotowywały do wyzwolenia... 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

244 

Po  chwili  z  płaszczyzny  pulpitu  zaczął  wyrastać  drążek  sterowniczy.  Kiedy  za-

krzepł i znieruchomiał, miał rozmiary i kształt dostosowany do dłoni Anakina. Chłop-
czyk pochwycił  go i ostrożnie, powoli odepchnął od siebie. Chwilę później przed za-
mkniętymi oczami malca pojawił się płonący intensywnym pomarańczowym blaskiem 
spory  sześcian.  Anakin  dokonał  kilku  nieznacznych,  niemal  niedostrzegalnych  popra-
wek  położenia  drążka,  a  świetlista  bryła  natychmiast  rozjarzyła  się  jeszcze  intensyw-
niejszym blaskiem. Chłopczyk popchnął odrobinę dalej rękojeść i przytrzymał w takiej 
pozycji przez długą, bardzo długą chwilę... 

A  potem  raptownie  z  całej  siły  przycisnął,  jakby  zamierzał  wgnieść  coś  pod po-

wierzchnię pulpitu. 

Boczna komora zatrzęsła się w posadach. Korytarzem przeleciała ognista błyska-

wica, której część wpadła przez uchylone drzwi komory. 

 
Nikt spośród zgromadzonych w komorze ludzi nic nie zobaczył.... to znaczy nikt z 

wyjątkiem  Anakina.  Chłopczyk  widział  wszystko  doskonale,  chociaż  miał  wciąż  za-
mknięte oczy. Widzieli też ci, którzy w tym czasie przebywali na powierzchni planety 
albo  w przestworzach. Widzieli, jak draliański repulsor, trzęsąc się i dudniąc, przygo-
towywał  się  do  oddania  drugiego  strzału.  Widzieli  błyski  i  ogniki  spętanej  energii... 
pulsującej i niecierpliwie czekającej, aż ktoś wreszcie pozwoli jej lecieć w przestworza. 
Orientowali się, że w komorze repulsora gromadzą się coraz większe siły. 

A potem zobaczyli, jak z otworu strzela słup oślepiającego światła. Widzieli, jak 

przecina  ciemności  przestworzy  i  ląduje  dokładnie  na  wierzchołku  bieguna  południo-
wego stacji Centerpoint. Gdyby w tej samej sekundzie spojrzeli na wyświetlacze chro-
nometrów, przekonaliby się, że wszystkie pokazują tylko zera. Dostrzegliby, że koniec 
bieguna południowego rozjarzył się w wyniku spotkania z inną energią, która  - niewi-
doczna  i  niewykrywalna  -  miała  także  poszybować  w  przestworza.  Miała  przelecieć 
cicho jak śmierć przez nadprzestrzeń i doleciawszy do celu, uśmiercić następną gwiaz-
dę. 

Tymczasem  wystrzelony  z  Dralii  strumień  repulsorowej  energii  zaślepił  otwór 

wiodący do nadprzestrzeni. Zniekształcił śmiercionośną wiązkę i rozproszył na tyle, że 
drobna  jej  cząstka  przemieniała  się  w  widzialne  światło.  Wierzchołek  bieguna  połu-
dniowego rozjarzył się, a potem zapłonął własnym blaskiem. Stopniowo poświata, roz-
przestrzeniając się we wszystkie strony, ogarniała coraz większą część mrocznych prze-
stworzy.  W  końcu  utworzyła  fantastyczną  kulę  bajecznie  kolorowego  światła...  nie-
szkodliwego  światła,  które  rozproszyło  ciemności  koreliańskiego  nieboskłonu.  Pulsu-
jąc, jarząc się i mieniąc wszystkimi barwami tęczy, rozpływało się coraz dalej i dalej. 
Powiększało się, pęczniało i rosło... aż w pewnej chwili zgasło. 

Lando  Calrissian  obserwował  niezwykłe  zjawisko  z  odległości  kilkuset  kilome-

trów,  z  bieguna  północnego  stacji  Centerpoint.  Dopiero  jednak,  kiedy  świetlista  kula 
rozbłysła  ostatni  raz  i  zniknęła,  zaczął  znów  oddychać.  Nawet  nie  uświadamiał  sobie, 
kiedy wstrzymał oddech. 

-  Dopiero  teraz  -  powiedział,  zwracając  się  do  Tendry  Risant.  -  Dopiero  teraz 

wszystko się skończyło. 

background image

Roger MacBride Allen 

245 

E P I L O G  

-  Zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  tak  bardzo  zależało  wam  na  przybyciu  mojej 

floty  -  odezwał  się,  jak  zwykle  trochę  chrapliwie  -  admirał  Ackbar.  W  pewnej  chwili 
odwrócił  głowę  i  skierował  spojrzenie  okrągłych,  wyłupiastych  oczu  na  Luke'a  Sky-
walkera. Wszyscy przebywali na Dralii, ponieważ Kalamarianinowi bardzo zależało na 
obejrzeniu  planetarnego  repulsora.  -  Artylerzyści  moich  okrętów  nie  mieli  prawie  nic 
do roboty... dzięki ofierze, jaką złożyli admirał Ossilege i Gaeriela Captison. 

- To prawda, złożyli w ofierze własne życie - przyznał mistrz Jedi. Pomyślał o Ga-

erieli i jej małej córeczce Malinzie. Luke obiecał dziewczynce, że będzie uważał na jej 
mamę.  Jak  wywiązał  się  z  obietnicy?  Jak  miał  spłacić  dług  wdzięczności?  Pomyślał 
także o bakurańskim admirale... upartym i nieugiętym człowieku, który miał dar osią-
gania tego, co niemożliwe. - Będę ich wspominał i opłakiwał ich śmierć jeszcze długie 
lata. Najważniejsze jednak, że odnieśliśmy zwycięstwo. Dzięki nim i wielu innym. No 
i, oczywiście, także dzięki tym dzieciom. 

Anakin,  Jacen  i  Jaina  bawili  się  w  pobliżu.  Biegali  w  kółko  albo  wspinali  się  na 

hałdy ziemi i żwiru, które wypchnął repulsor, kiedy wydobywał się spod powierzchni 
planety. Czasami,  głośno piszcząc, uciekały przed roześmianą Jenicą  Sonsen albo po-
ważną Belindi Kalendą. Agentka Wywiadu Nowej Republiki tak bardzo przyzwyczaiła 
się do robienia srogich min, że nie bardzo umiała okazywać rozbawienie. Wszyscy stali 
w  cieniu  cylindra  górnej  części  repulsora.  Kiedyś  ukryty  głęboko  pod  ziemią,  teraz 
wystawał jakieś sto metrów nad powierzchnię gruntu. 

W pewnej chwili role się odwróciły i teraz dzieci puściły się w pościg za obiema 

kobietami. Kiedy Han i Leia to zobaczyli, wybuchnęli głośnym śmiechem. Wszystkie-
mu przyglądała się Mara Jade. Ona także lekko się uśmiechała, nie mówiła jednak ani 
słowa. Nawet Chewbacca sprawiał wrażenie zadowolonego i odprężonego. Nieopodal, 
na szczycie niedużego pagórka, siedzieli pogrążeni w rozmowie Ebrihim i ciotka Mar-
cha. Sądząc  po poważnych  minach, z pewnością  rozprawiali o bardzo istotnych spra-
wach  wagi  państwowej,  albo  -  co  bardziej  prawdopodobne  -  wymieniali  najnowsze  i 
najciekawsze plotki dotyczące tego czy innego członka licznej rodziny. 

Luke  miał nadzieję, że temat rozmowy obojga  Dralów jest jednak poważniejszy. 

Pomyślał, że ciotka Marcha powinna nabrać większej wprawy. Leia oznajmiła mu, że 
zamierza  mianować  księżnę  Mastigoforu  nowym  gubernatorem  generalnym  całego 
sektora. 

Obok dwójki Dralów siedziała Drackmus. Widocznie nie była specjalnie zaintere-

sowana tematem rozmowy, skoro zasnęła. Nawet cicho pochrapywała. 

Nagle Luke usłyszał za plecami serię głośnych pisków i szczebiotów. Sekundę czy 

dwie później - jakby na znak protestu - rozległy się całkiem inne gwizdy i świergoty... 
bynajmniej  nie  pochlebne,  jeżeli  sądzić  po  intensywności  dźwięków.  Mistrz  Jedi  od-
wrócił się i ujrzał Artoo i Qiunina, którzy kłócili się zażarcie o jakieś szczegóły kon-
strukcji automatu. Mniej więcej pośrodku między nimi stał Threepio. Starał się uspoko-

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

246 

ić to jednego, to znów drugiego baryłkowatego robota. Luke odnosił wrażenie, że złoci-
sty android nie radzi sobie najlepiej. 

-  Wiem,  kto  naprawdę  wygrał  tę  wojnę  -  powiedział,  zwracając  się  do  admirała 

Ackbara.  -  Ludzie,  Selonianie,  Dralowie  i  Wookie,  a  oprócz  nich  rozmaite  automaty. 
To oni są prawdziwymi zwycięzcami. Oni, a nie okręty, statki, turbolasery czy repulso-
ry. 

-  Oczywiście,  ma  pan  rację  -  przyznał  Kalamarianin.  -  Jednak  żadna  wojna  nie 

kończy  się  niczyim  zwycięstwem.  Można  się  tylko  zastanawiać,  która  z  walczących 
stron poniosła  większą, a która mniejszą klęskę. Tym bardziej, że światy tego sektora 
bardzo ucierpiały... w różnym stopniu naturalnie, ale wszystkie. To straszne. Wstrząsa-
jące.  Odbudowa  potrwa  wiele  lat,  a  może  nawet  dziesięcioleci.  Jeszcze  więcej  czasu 
zajmie rozwiązywanie najróżniejszych łamigłówek. 

Luke  kiwnął  głową.  Wiedział,  że  przynajmniej  niektóre  łamigłówki  już  znalazły 

swoje rozwiązania. Admirał Ackbar poinformował go o aresztowaniu niejakiego Phar-
nisa Gleasry'ego, uważającego się za agenta Ligi Istot Ludzkich. Wszystko wskazywało 
na to, że jest on członkiem szpiegowskiej siatki, która działając na Coruscant, włamała 
się  do  wielu  rządowych  archiwów  i  baz  danych.  Funkcjonariusze  służb  specjalnych 
Nowej Republiki bez trudu nakłonili agenta Ligi do wyśpiewania wszystkiego, co wie-
dział.  Podobno  pozostałych  szpiegów  i  agentów  Ligi  już  ujęto  i  osadzono  tam,  gdzie 
było ich miejsce... w dobrze strzeżonym więzieniu. 

Pozostawało  jeszcze  pytanie,  co  zrobić  z  następną  gwiazdą  figurującą  na  liście 

gwiazdogromców.  Najprostszym  i najoczywistszym, ale jednorazowym rozwiązaniem 
byłoby  ponowne  posłużenie  się  draliańskim  repulsorem.  Przedtem  jednak  należało 
uniezależnić  urządzenia  kontrolne  od  charakterystycznych  cech  organizmu  Anakina, 
tak by mechanizmy mógł obsługiwać ktoś starszy niż siedmiolatek. Później trzeba było 
już tylko wpisać zestaw odpowiednich współrzędnych celu i posłużyć się repulsorem, 
kiedy będzie trzeba. Można było skorzystać także z podobnego urządzenia na Selonii. 
Okazało się bowiem, że Drackmus miała rację. Chociaż sakoriańskie Selonianki zdecy-
dowały się stanowczo za późno, to jednak w końcu uległy namowom i pozwoliły sio-
strom z Nory Hunchuzuc przejąć władzę nad „swoim" repulsorem. 

Najlepszym, bo długoterminowym rozwiązaniem, było nakłonienie członków sa-

koriańskiej Triady do ujawnienia sekwencji rozkazów, jakie należało wydać, żeby roz-
broić gwiazdogrom stacji Centerpoint. Nikt się nie spodziewał, żeby były z tym jakieś 
kłopoty.  Członkowie  Triady  wiedzieli,  że  ku  ich  planecie  zdążają  okręty  okupacyjnej 
floty Nowej Republiki; nic więc dziwnego, że byli bardzo chętni do współpracy. Ktoś 
puścił  także  nieprawdziwą  pogłoskę,  że  Nowa  Republika  zamierza  odwrócić  stację 
Centerpoint  w  taki  sposób,  aby  południowy  biegun  mierzył  w  sakoriańskie  słońce,  i 
pozostawić ją w takim położeniu, dopóki członkowie Triady nie zgodzą się przekazać 
odpowiednich kodów. Może dopiero ta plotka przekonała Triadę, że wszelkie żarty się 
skończyły. 

Poważny problem stanowiło także zbadanie samej stacji, podobnie jak wszystkich 

trzech odnalezionych planetarnych repulsorów. Trzeba było również uzyskać odpowie-
dzi na pytania, kto stworzył koreliański system, kiedy i dlaczego. Co stało się z twór-

background image

Roger MacBride Allen 

247 
cami? Czy ktokolwiek rozwiąże  te  zagadki? Możliwe, że znalezienie  odpowiedzi  zaj-
mie całe stulecia. Możliwe też, że nikt nigdy ich nie odnajdzie. 

Mistrz Jedi widział jeszcze jeden problem, którym specjalnie się interesował. Po-

dejrzewał jednak, że ten problem wcześniej czy później sam znajdzie rozwiązanie. 

- Ciekawa sprawa - odezwał się admirał Ackbar w pewnej chwili. - Niedawno do-

wiedziałem  się,  że  to  ludzie  zwyciężyli  w  tej  wojnie.  Tymczasem  nigdzie  nie  widzę 
dwojga osób, które przyczyniły się do zwycięstwa nie mniej niż wszyscy pozostali. A 
przecież  przyleciały  razem  z  nami  na  pokładzie  gwiezdnego  transportowca.  Ciekawe, 
co się z nimi stało. 

Luke się uśmiechnął. Dobrze wiedział, co się z nimi stało. Podejrzewał jednak, że 

w tej chwili nie szukają niczyjego towarzystwa. 

- Nie martwiłbym się o nich, panie admirale - powiedział. - Należą do osób, które 

same potrafią się zatroszczyć o siebie. 

 
- Wiesz co, Lando? - zaczęła Tendra. 
Spacerowali  ukryci  za  hałdami  piasku  i  żwiru  wypchniętego  spod  powierzchni 

gruntu  przy  przebijaniu  się  wierzchołka  repulsora.  Możliwe,  że  krajobraz  nie  zaliczał 
się do najbardziej malowniczych, ale te sterty i pagórki pozwalały im mieć złudzenie, 
że są zupełnie sami. 

- Tak? - odpowiedział ciemnoskóry mężczyzna. - Co mam wiedzieć? 
Tendra właśnie  wspinała się  na  wyższą  niż inne  stertę  kamieni i odłamków skał. 

Lando wyciągnął do niej rękę, a młoda Sakorianka bez wahania skorzystała z pomocy. 
Nie straciła równowagi, chociaż kiedy przeskakiwała na sąsiednią, trochę niższą hałdę 
skalnych  okruchów,  potknęła  się.  Gdy  zeskoczyła  na  ziemię,  Calrissian  nie  zwolnił 
uścisku palców. Tendra również nie puszczała jego ręki. 

-  Pamiętasz,  jak  kiedyś  mówiłam,  że  Sakorianka  nie  może  wyjść  za  mąż,  dopóki 

nie uzyska zgody ojca? - zapytała. - i to bez względu na to, ile lat przeżyła? 

Lando  poczuł,  że  jego  serce  zadrżało.  Nie  wiedział:  z  podniecenia,  trwogi,  nie-

pewności, oczekiwania czy też może wszystkiego równocześnie. 

- Tak - przyznał, starając się, by jego głos nie zadrżał.  - Pamiętam. Dlaczego py-

tasz? 

-  No  cóż...  Nie  powiedziałam  ci  wtedy  wszystkiego.  Nie  przypuszczałam,  że  to 

może mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie musimy korzystać z tego natychmiast, ale chcę 
opowiedzieć ci coś więcej o naszym prawie i o pewnym ciekawym sposobie obejścia 
tej reguły. Sposobie popartym wieloma sądowymi precedensami. Otóż Sakorianka nie 
musi  postępować  zgodnie  z  tym  prawem...  jeżeli  przebywa  poza  sakoriańskim  syste-
mem planetarnym. Jeżeli przebywa... powiedzmy, na Dralii. 

-  Doprawdy?  -  zapytał  Lando,  bardzo  szybko  przychodząc  do  siebie.  Oswojenie 

się z  nową sytuacją  wymagało wprawdzie trochę czasu do zastanowienia nad wszyst-
kimi  aspektami,  ale  na  pierwszy  rzut  oka  pomysł  przypadł  mu  do  gustu.  Mężczyzna 
uśmiechnął się i popatrzył na czarującą młodą kobietę. - Czy to pewne? 

- Pewne - odparła Tendra, także się uśmiechając. 

background image

Zwycięstwo na Centerpoint 

248 

-  A  więc  dlaczego  nie  mielibyśmy  wrócić  na  pokład  „Ślicznotki",  zjeść  dobry 

obiad  i  o  wszystkim  porozmawiać?  -  zapytał.  -  Zawsze  fascynowały  mnie  wszelkie 
sądowe precedensy i wyjątki od przepisów prawa.