background image

Rozdział 9 

Pod prąd? Małe grupy, ruchy społeczne i Internet 

 

Nie wszystkie amerykańskie organizacje w ostatnim ćwierćwieczu traciły swoich członków i 

nie wszystkie więzi personalne ulegały atrofii. W tym rozdziale przeanalizujemy trzy ważne 

trendy  idące  w  przeciwnym  kierunku,  których  oszacowanie  jest  koniecznym  warunkiem 

przygotowania  wyczerpującego  bilansu  kapitału  społecznego.  Na  jednym  krańcu  spektrum 

wyznaczanego  przez  ich  wielkość,  zakres  prywatności  i  stopień  sformalizowania  mamy 

bogactwo grup spotkaniowych, klubów czytelniczych, grup wsparcia, grup samopomocowych 

i  tym  podobnych,  stanowiących  ważne  ostoje  emocjonalnego  i  społecznego  życia 

Amerykanów.  Z  drugiej  strony  mamy  długi  szereg  wielkich  ruchów  społecznych,  które  w 

czasie  ostatnich  trzydziestu  kilku  lat  rozlały  się  po  całym  kraju,  zaczynając  od  ruchu  praw 

obywatelskich  czarnych,  przez  ruch  studencki,  ruch  pokojowy,  ruch  kobiecy,  ruch  gejów  i 

lesbijek,  ruchy  pro-choice  i  pro-life,  konserwatywny  ruch  religijny,  ruch  ekologiczny,  ruch 

praw  zwierząt,  aż  po  niezliczoną  rzeszę  innych.  Na  końcu  zajmiemy  się  wpływem,  jaki  na 

dzieje  kapitału  społecznego  wywarła  eksplozja  telekomunikacyjna  ostatnich  lat,  w 

szczególności  zaś  Internet  lub,  jak  mawiają  znawcy,  „komunikacja  poprzez  komputer” 

(computer-mediated  communication)?  Czy  nowe  wspólnoty  wirtualne  mogą  całkowicie 

zastąpić  staromodne  wspólnoty  przestrzeni  fizycznej,  w  których  żyli  nasi  rodzice?  Krótko 

mówiąc, jak zakwalifikujemy małe grupy, ruchy społeczne i telekomunikację w naszej ocenie 

słabnących więzi społecznych i obywatelskiego zaangażowania? 

 

Robert Wuthnow, wiodący socjolog zajmujący się małymi grupami społecznymi, informuje o 

40%  Amerykanów  deklarujących  „aktualną  przynależność  do  małych  grup,  które  spotykają 

się  regularnie,  oferując  swoim  członkom  wsparcie  i  opiekę”.  Blisko  połowę  tych  grup 

stanowią  szkółki  niedzielne,  kółka  różańcowe  i  grupy  studiujące  biblię,  a  także  inne 

organizacje  przykościelne,  których  upadek  był  przedmiotem  naszego  zainteresowania  w 

rozdziale  4.  Z  drugiej  strony  blisko  5%  ankietowanych  przez  Wuthnowa  ludzi,  deklaruje 

regularny udział w spotkaniach grup samopomocowych, taki jak Anonimowi Alkoholicy, czy 

lokalne  oddziały  Stowarzyszenie  Obywateli  Opóźnionych  Umysłowo  (Association  for 

Retarded Citizens), a niemal tyle samo w spotkaniach klubów czytelniczych i hobbistycznych. 

Chociaż  dane  zebrane  przez  Wuthnowa  stanowią  tylko  pojedynczy  kadr,  nie  przeszkodziło 

mu  to  elokwentnie  opisać  ruchu  małych  grup  społecznych,  jako  „cichej  rewolucji”  w 

background image

amerykańskim społeczeństwie prowadzącej do zdefiniowania wspólnoty w oparciu o bardziej 

elastyczne  kategorie  oraz  antidotum  na  rozpad  więzi  społecznych.  Niemal  dwóch  na  pięciu 

członków  takich  grup  przyznało,  że  otrzymało  od  innych  członków  wsparcie  w  chorobie, 

trzech na pięciu twierdzi, że ich grupa przyszła z pomocą komuś spoza swoich członków, a 

czterech na pięciu mówi, że dzięki grupie „czują, że nie są sami”1. Małe grupy z pewnością 

stanowią  ważny  zasób  kapitału  społecznego.  Wcześniej  zastanawialiśmy  się  nad  szansami  i 

zagrożeniami związanymi z religijnymi formami więzi społecznej we współczesnej Ameryce. 

Jak to wygląda wśród świeckich klubów dyskusyjnych i grup wsparcia? 

 

Kółka  czytelnicze,  jako  ważny  elementem  charakteryzujący  życie  amerykańskiej  klasy 

średniej,  powstały  w  II  połowie  XIX  wieku  w  wyniku  nałożenia  się  na  siebie  wzrostu 

poziomu  wykształcenia  i  ilości  czasu  wolnego.  Wtedy,  tak  jak  i  dzisiaj,  kluby  czytelnicze 

przyciągały  głównie  kobiety.  W  pierwszych  dziesięcioleciach  po  wojnie  secesyjnej 

uczestniczki  koncentrowały  się  na  intelektualnym  „samodoskonaleniu  się”,  jednak  udział  w 

spotkaniach  sprzyjał  także  autoekspresji,  nawiązywaniu  zażyłych  przyjaźni  i  temu  co 

późniejsze  pokolenie  nazwałoby  „podnoszeniem  świadomości”.  Zakres  zainteresowania 

stopniowo  rozszerzał  się  z  celów  czysto  literackich  na  działalność  na  rzecz  społeczności 

lokalnej i dobra wspólnego, stając się częścią nabierającego rozmachu ruchu na rzecz reform 

społecznych  i  politycznych.  Na  przełomie  stuleci  jedna  z  nowowybranych  prezesek 

oświadczyła  swojemu  kołu:  „Mam  dla  was  ważną  wiadomość.  Dante  nie  żyje.  Nie  żyje  od 

kilku  stuleci  i  myślę,  że  czas  już  przestać  interesować  się  jego  Piekłem  i  skupić  uwagę  na 

naszym  własnym”.  Inna  powtarzała  za  nią  „Wolimy  Działanie  od  Dantego,  Gotowość  od 

Gotowania  (We  prefer  Doing  to  Dante,  Being  to  Browning...).  Wystarczająco  długo 

dusiłyśmy  się  w  literackim  sosie”.  Z  tego  typu  grup  w  tamtym  czasie  rodziły  się  ruchy 

sufrażystek i niezliczone inicjatywy obywatelskie epoki progresywnej∗2.  

                                                 
1  Robert  Wuthnow,  Sharing  the  Journey:  Support  Groups  and  America's  New  Quest  for 
Community 
(New York: Free Press, 1994), szczególnie 45-46, 59-76,170, 320. 
∗ Epoka progresywna – okres w historii Stanów Zjednoczonych obejmujący w przybliżeniu 
lata 1890-1920. W tym czasie pod wpływem rozmaitych ruchów społecznych realizowano 
projekty głębokich reform społecznych, politycznych i gospodarczych. Dążąc do zwiększenia 
udziału obywateli w rządzeniu, niektóre stany wprowadziły instytucje obywatelskiej 
inicjatywy ustawodawczej, referendum i procedury odwoływania reprezentantów. W polityce 
federalnej reformatorskie tendencje wiązały się z szeregiem poprawek do konstytucji, które 
wprowadzały prawo wyborcze dla kobiet, prohibicję, podatek dochodowy i bezpośredni 
wybór senatorów (przyp. tłum.). 
2 Theodora Penny Martin, The Sound of Our Own Voices: Women's Study Clubs 1860-1910 
(Boston:  Beacon  Press,  1987),  cyt.:  172;  oraz  Theda  Skocpol,  Protecting  Soldiers  and 

background image

 

Nieformalne  koła  czytelnicze  mogą  być  wyjątkowo  trwałe.  Na  przykład  pewna  grupa 

samoodnowy (self-rejuvenating) w Fayetteville w Arkansas spotyka się dwa razy w miesiącu 

od  1926  roku3.  W  ogniu  żywiołowych  dyskusji  wykuwają  się  najtrwalsze  więzi  osobiste, 

intelektualne,  a  czasami  nawet  polityczne.  Stałe  uczestniczki  włączały  się  w  również  w 

sprawy  szerszej  społeczności,  przechodząc  od  Dantego  do  Działania4.  Krótko  mówiąc 

nadając  indywidualnej  aktywności  intelektualnej  (czytaniu)  wymiaru  społecznego,  a  nawet 

obywatelskiego  grupy  dyskusyjne  stały  się  żyznym  podglebiem,  z  którego  wyrostali 

szmucerzy i macherzy. 

 

Wielu obserwatorów jest zdania, że obecnie Ameryka doświadcza podobnego boomu klubów 

czytelniczych,  jak  pod  koniec  poprzedniego  stulecia,  a  kilka  organizacji  obywatelskich 

dokłada wszelkich starań aby tak się stało5. Niestety, trudno znaleźć dowody wspierające te 

optymistyczne  twierdzenia.  Chociaż  liczby  są  trochę  niepewne,  wydaje  się  w  latach  90.  w 

klubach  literackich,  artystycznych  i  dyskusyjnych  działa  tylu  Amerykanów  ilu  w  latach  60. 

czy  70.  Co  więcej,  ponieważ  uczestnictwo  w  tego  typu  grupach  było  zawsze  największe 

wśród  samotnych  kobiet  i  absolwentek  college’ów,  a  te  dwie  kategorie  obejmują  obecnie 

większą  grupę Amerykanek niż 30 czy 40 lat temu, jest rzeczą zaskakującą, że popularność 

klubów nie przeżywa większego  rozkwitu. W 1974 roku jedna na trzy samotne absolwentki 

należała do klubu literackiego,  artystycznego, naukowego lub dyskusyjnego, podczas  gdy w 

1994 już tylko jedna na  cztery.  Nasz werdykt w  sprawie takich małych  grup musi więc być 

złożony:  grupy  te  rzeczywiście  mają  duży  wkład  w  obywatelskie  zaangażowanie  i  kapitał 

                                                                                                                                                         
Mothers:  The  Political  Origins  of  Social  Policy  in  the  United  States  (Cambridge,  Mass.: 
Harvard University Press, Belknap Press, 1992). 
3 Ellen Slezak, The Book Group Book (Chicago: Chicago Review Press, 1993), 14. 
4  James  A.  Davis,  Great  Books  and  Small  Groups  (Glencoe,  111.:  Free  Press,  1961),  oraz 
własna  analiza  korelacji  między  przynależnością  do  klubów  czytelniczych,  grup 
dyskusyjnych  i  samokształceniowych  i  zaangażowaniem  w  inny  formy  działalności 
wspólnotowej,  przy  zastosowaniu  zmiennych  kontrolnych  w  postaci  czynników 
demograficznych, w oparciu o dane National Election Study z 1996 roku  
5  Robert  Oliphant,  "My  Say”,  Publishers  Weekly,  Styczeń  4,  1985,  72;  Mary  Mackay, 
"Booking  a  Group  Adventure”,  Belles  Lettres:  A  Review  of  Books  by  Women  8  (summer 
1993): 26. Study Circle Resource Center i Kettering Foundation finansują kluby czytelnicze 
i grupy samokształceniowe w całym kraju. 

background image

społeczny,  nie  ma  jednak  dowodów  na  to,  że  ich  liczebność  rośnie  na  tyle  aby  znacząco 

zrekompensować skutki obywatelskiego rozkładu trwającego od kilku dziesięcioleci6. 

 

Niekwestionowanego wzrostu liczby uczestników doświadczyły natomiast w ostatnich latach 

grupy samopomocowe i grupy wsparcia. Najpopularniejszymi wśród nich są grupy „dwunastu 

kroków”,  takie  jak  (istniejący  od  1935  r.)  Anonimowi  Alkoholicy  i  ponad  130  bliźniaczych 

organizacji na terenie całego kraju, obejmujących innych uzależnionych, w tym Anonimowi 

Hazardziści  i  Anonimowi  Współuzależnieni.  Sami  Anonimowi  Alkoholicy  (AA)  deklarują 

posiadanie około miliona członków w całym kraju, a pokrewni Al-Anon zrzeszający rodziny i 

przyjaciół osób uzależnionych od alkoholu dalszych 400 tys.7. Podobnie w przypadku innych 

grup  wsparcia  dla  osób  doświadczających  określonej  choroby  lub  zmagających  się  z  jakimś 

konkretnym problemem, jak postępujący zanik mięśni, AIDS czy samotne rodzicielstwo. Nie 

brakuje  również  komercyjnych  organizacji  samopomocowych,  jak  Jenny  Craig,  Weight 

Watchers i różne grupy terapeutyczne. Trudno znaleźć twarde dane liczbowe na temat ilości 

osób  należących  do  tego  typu  grup,  jednak  jeden  z  niedawnych  sondaży  wskazywał,  że  2% 

dorosłych  Amerykanów  aktywnie  uczestniczy  w  spotkaniach  grupy  wsparcia  lub  grupy 

samopomocowej,  zaś  inne  rozległe  badania  wskazały,  że  tego  typu  spotkania  konsumują 

Amerykanom  około  3%  czasu8.  (Choć  z  pewnej  perspektywy  może  to  być  bez  znaczenia, 

łączna liczba wszystkich – nowych i starych - członków grup samopomocowych, jest i tak o 

połowę  mniejsza  niż  liczba  osób,  które  w  ostatnich  dwóch  dekad  wycofały  się  z  udziału  w 

                                                 
6  Sondaże  przeprowadzono  w  1967  r.  (Sidney  Verba  i  Norman  H.  Nie,  Participation  in 
America:  Political  Democracy  and  Social  Equality  
[New  York:  Harper  &  Row,  1972])  i 
1996  (National  Election  Study)  ustalili  identyczny  odsetek  uczestnictwa  (4  procent)  w 
klubach  literackich,  artystycznych,  dyskusyjnych  i  samokształceniowych.  Analiza  danych 
GSS nie wykazała znaczących zmian członkostwa netto w tego typu organizacjach w latach 
1974-1994,  znaczący  spadek  odnotujemy  jednak  jeśli  zastosujemy  zmienne  kontrolne  w 
postaci  zmiany  poziomu  wykształcenia  i  stanu  cywilnego.  Według  pracowników  Great 
Books  program,  który  od  1947  wspiera  kluby  czytelnicze,  obecnie  mają  one  o  połowę 
mniej członków niż w latach 60. 
7 Alfred H. Katz, Self-Help in America: A Social Movement Perspective (New York: Twayne 
Publishers, 1993); Irving Peter Gellman, The Sober Alcoholic: An Organizational Analysis of 
Alcoholics  Anonymous  
(New  Haven,  Conn.:  College  and  University  Press,  1964);  Nan 
Robertson,  Getting  Better:  Inside  Alcoholics  Anonymous  (New  York:  William  Morrow, 
1988), 88, 155-56. 
8 Analiza własna danych National Election Study z 1996 r.; Morton A. Lieberman i Lonnie 
R.  Snowden,  "Problems  in  Assessing  Prevalence  and  Membership  Characteristics  of  Self-
Help Group Participants”, Journal of Applied Behavioral Science 29 (czerwiec 1993): 166-
180. 

background image

rozgrywkach  ligowych  w  kręgle,  nie  mówiąc  o  innych,  bardziej  „obywatelskich”,  formach 

zaangażowania). 

 

Grupy samopomocowe z pewnością dostarczają uczestnikom nieocenionego wsparcia i relacji 

interpersonalnych.  Wuthnow  przekonuje,  że  „rozwój  małych  grup  wprowadza  tym  samym 

nowy  element  do  sposobu  organizacji  współczesnego  życia.  Rozszerza  zasady  organizacji 

formalnej  na  obszar  więzi  międzyludzkich,  które  do  niedawna  funkcjonowały  w  sposób 

niezorganizowany  i  spontaniczny”9.  Chociaż  specjaliści  wciąż  spierają  się  o  wady  i  zalety 

takiego wsparcia w porównaniu z profesjonalną terapią, w praktyce te dwa podejścia splatają 

się  ze  sobą;  rozległe  badania  wśród  grup  samopomocowych  w  Kalifornii  wykazały,  że  na 

czele  ponad  60%  z  nich  stoją  profesjonaliści,  co  zamazuje  granicę  między  samopomocą  i 

terapią  grupową.  Coraz  więcej  dowodów  przemawia  za  tym,  że  grupy  wsparcia  –  w 

szczególności  oferowane  przez  nie  więzi  międzyosobowe  –  dostarczają  wielu  uczestnikom 

wymiernych korzyści emocjonalnych i zdrowotnych10. 

 

Grupy  wsparcia  stają  się  niejako  substytutem  innych  -  słabnących  w  naszym 

sfragmentaryzowanym  społeczeństwie  -  więzi  intymnych,  służącym  ludziom  wyłączonym  z 

bardziej  konwencjonalnych  sieci  społecznych.  Dla  przykładu  odsetek  osób  należących  do 

tego typu grup jest od dwóch do czterech razy wyższy wśród rozwodników i singli, niż wśród 

osób  żyjących  w  małżeństwach.  Dokonując  życzliwego  przeglądu  tego  typu  grup  Alfred  H. 

Katz  i  Eugene  I.  Bender  starają  się  abyśmy  uznali,  że  „bycie  niepełnosprawnym,  biednym, 

osobą  po  terapii  psychiatrycznej,  przedmiotem  eksploatacji  lub  potępienia  społecznego  jest 

tożsamością  narzucaną  przez  społeczeństwo  wielu  nieintencjonalnym  ‘dewiantom’...  W 

grupach wsparcia należy więc widzieć narzędzia ,przy pomocy których rozbitkowie ci mogą 

wyszukiwać i nabywać nowe tożsamości, redefiniując siebie i społeczeństwo; mogą wyrywać 

się z samotności identyfikując się z grupą odniesienia; czasami zaś mogą pracować na rzecz 

dobra społecznego lub zmiany, którą uważają za ważną”11. 

                                                 
9 Wuthnow, Sharing the journey, 158. 
10  Lieberman  i  Snowden,  "Problems  in  Assessing  Prevalence  and  Membership 
Characteristics of Self-Help Group Participants”, 176—178. Odmienne opinie na temat grup 
samopomocowych patrz Frank Riessman i David Carroll, Redefining Self-Help: Policy and 
Practice 
(San Francisco: Jossey-Bass, 1995); Katz, Self-Help in America (1993); oraz Wendy 
Kaminer,  I'm  Dysfunctional,  You're  Dysfunctional:  The  Recovery  Movement  and  Other 
Self-Help Fashions
 (Reading, Mass.: Addison-Wesley, 1992). 
11  Alfred  H.  Katz  i  Eugene  I.  Bender,  red.,  The  Strength  In  Us.  Self-Help  Groups  in  the 
Modem World 
(New York: Franklin Watts, 1976), 6. 

background image

 

Rozwój grup wsparcia to zastosowanie remedium kapitału społecznego wobec zaniedbanych 

uprzednio  problemów.  Grupy  wsparcia  dla  gejów,  Stowarzyszenie  Obywateli  Opóźnionych 

Umysłowo, grupy dla osób z nadwagą wnoszą na forum publiczne problemy, z którymi do tej 

pory  zmagano  się  w  społecznej  izolacji.  Tak  jak  kluby  AA  pozwalają  przeformułować 

alkoholizm tak aby stał się problemem społecznym wymagającym oddziaływań społecznych i 

duchowych,  nowe  grupy  wsparcia  wnoszą  do  przestrzeni  publicznej  to  co  do  tej  pory 

uważano za problemy prywatne. W ten sposób grupy wsparcia odpowiadają na wiele potrzeb 

ludzi, którzy w inny sposób nie uzyskali by dostępu do kapitału społecznego. 

 

W niektórych przypadkach grupy te służą również osiąganiu szerszych celów obywatelskich. 

Matki Przeciwko Pijanym Kierowcom (Mothers Against Drunk Driving) oraz Stowarzyszenie 

Obywateli  Opóźnionych  Umysłowo  stanowią  ilustrację  tego,  jak  różne  cele  i  aktywności 

publiczne wyłoniły się z tego sektora amerykańskiego życia12. Z drugiej jednak strony takie 

typowe  grupy  nie  odgrywają  tej  samej,  co  tradycyjne  stowarzyszenia  obywatelskie. 

Członkostwo  w  grupach  samopomocowych  nie  wykazuje  związku  z  przynależnością  do 

jakiejkolwiek  innego  podmiotu  z  bogatej  palety  22  typów  organizacji  w  Ameryce. 

Przynależność  do  grup  wsparcia  nie  łączy  się  tak  blisko  z  regularnym  angażowaniem  się  w 

sprawy  wspólnoty poprzez: udział w wyborach,  podejmowanie wolontariatu, przekazywanie 

środków  na  cele  charytatywne,  pracę  przy  wspólnych  projektach  społeczności  lokalnych, 

rozmawianie  z  sąsiadami;  nie  łączy  się  także  z  przynależnością  do  bardziej  tradycyjnych 

stowarzyszeń 

obywatelskich: 

religijnych, 

sąsiedzkich, 

młodzieżowych, 

szkolnych, 

rodzicielskich, dobroczynnych13. Jak podkreślał Robert Wuthnow: 

 

Społeczności tworzone przez małe grupy różnią się zasadniczo od tych, w których ludzie żyli w 

przeszłości. Są to wspólnoty bardziej elastyczne i zaprzątnięte stanem emocjonalnym jednostek... 

Wspólnoty powstające w ten sposób rzadko są słabe. Ludzie czują się zaopiekowani. Pomagają sobie 

nawzajem. Zwierzają się z najbardziej intymnych problemów... Jednak z drugiej strony małe grupy nie 

mogą zastąpić społeczeństwa tak skutecznie, jakby życzyło sobie wielu ich orędowników. Niektóre 

ograniczają się do zapewnienia jednostkom okazji do skoncentrowania się na sobie w obecności 

innych. Kontrakt zawarty przez członków obejmuje tylko najsłabsze zobowiązania. Przyjdź jeśli masz 

                                                 
12 Riessman i Carroll, Redefining Self-Help; Katz, Self-Help in America. 
13  Analiza  własna  danych  National  Election  Study  z  1996  r.  Lieberman  i  Snowden, 
"Problems  in  Assessing  Prevalence  and  Membership  Characteristics  of  Self-Help  Group 
Participants”, 170. 

background image

czas. Mów jeśli masz ochotę. Uszanuj opinię innych. Nie krytykuj. Jeśli nie podoba ci się wyjdź nie 

robiąc hałasu... Może nam się wydawać, że [małe grupy] zastępują nam rodzinę, sąsiadów i związki ze 

społeczeństwem, wymagając przy tym dozgonnego oddania, jednak w rzeczywistości wcale tak nie 

jest

14. 

 

Jeśli związek łączący małe grupy z życiem publicznym jest słaby i trudny do ustalenia, to w 

przypadku ruchów społecznych jest on wszechobecny. Aczkolwiek wszystkie ruchy 

społeczne mają swoje korzenie historyczne, a niemal każdej epoce towarzyszyły powstające 

oddolnie organizacje domagające się zmian społecznych, lata 60. są bez wątpienia najbardziej 

znaczącą dekadą XX wieku z perspektywy oddolnych zmian społecznych. Zaczynając od 

sukcesów czarnego ruchu walki o prawa obywatelskie, w kolejnych latach fale mobilizacji 

społecznej wznosiły się i opadały jedna za drugą – od Ruchu na Rzecz Wolności Słowa [Free 

Speech Movement] w Berkeley w 1964 r. do protestów przeciwko wojnie w Wietnamie w 

Chicago w 1968 r., a później w Waszyngtonie i setkach miast i miasteczek w latach 70., od 

kampanii o prawa gejów zainaugurowanej w Stonewall Inn w 1969 r. po masowe 

demonstracje w obronie środowiska naturalnego w czasie Dnia Ziemi w 1970, od bolesnych 

dyskusji o prawach kobiet w salach posiedzeń i sypialniach w całym kraju w latach 70., po 

masowe i rozprzestrzeniające się demonstracje popierające i przeciwstawiające się prawu do 

aborcji w latach 8015. 

 

Społeczny  aktywizm  lat  60.  wyraźnie  rozszerzył  repertuar  łatwo  dostępnych  i  uprawionych 

form obywatelskiego zaangażowania. Bojkot komunikacji miejskiej przez czarną społeczność 

Alabamy,  został  następnie  zastosowany  przez  robotników  rolnych  pracujących  przy 

winobraniach  w  Kalifornii,  przez  obrońców  prawa  do  aborcji  bojkotujących  pizzę  w 

Michigan, i zwolenników tradycyjnych wartości rodzinnych bojkotujących parki rozrywek na 

Florydzie. Marsze protestacyjne, które początkowo wywoływały reakcje władz korzystne dla 

                                                 
14  Wuthnow,  Sharing  the  Journey,  3-6.  Wuthnow  donosi  (322),  że  liczniejsze  „małe” 
grupy (liczące ponad 20. członków) sprzyjają koncentrowaniu się uczestników na bardziej 
ogólnych  problemach,  nie  robią  tego  mniej  liczne  „małe”  grupy  (do  10  członków).  Zob. 
także  Wuthnow's  Loose  Connections:  Joining  Together  in  America's  Fragmented 
Communities 
(Cambridge, Mass.: Harvard University Press, 1998). 
15  Jack  L.  Walker,  Mobilizing  Interest  Groups  in  America,  szczególnie  35—40;  W. 
Douglas  Costain  i  Anne  N.  Costain,  "The  Political  Strategies  of  Social  Movements:  A 
Comparison of the Women's and Environmental Movements”, Congress and the Presidency 
19 (wiosna 1992): 1-27. 

background image

protestujących  stały  się  wkrótce  taką  rutyną,  że  policja  i  demonstranci  zsynchronizowali 

choreografie. Całe segmenty amerykańskiego społeczeństwa, z lewej i prawej strony, które w 

ciszy i spokoju znosiły ucisk, nagle poczuły się mocniejsze i włączyły się w życie publiczne. 

Patrząc  z  perspektywy  schyłku  wieku  praktycznie  nie  da  się  przecenić  wpływu 

wspomnianych  ruchów  społecznych  na  życie  większości  amerykańskich  wspólnot  i 

obywateli.  Nasze  zachowania  i  wartości  w  najbardziej  intymnych  i  najbardziej  publicznych 

sytuacjach noszą znamię powstałe w wyniku działania tych ruchów16. 

 

Związek  między  ruchami  społecznymi  i  kapitałem  społecznym  jest  tak  silny,  że  czasami 

trudno  powiedzieć,  co  jest  kurą,  a  co  jajkiem.  Sieci  społeczne  są  typowym  zasobem 

wykorzystywanym  przez  organizatorów  ruchów.  Kluby  czytelnicze  stanowiły  kręgosłup 

ruchu sufrażystek. Sieci przyjacielskie, nie sympatie proekologiczne, zdecydowały o tym, że 

mieszkańcy Pensylwanii zaangażowali się w protest obywatelski po wypadku w Three Mile 

Island∗.  To,  że  ktoś  zaangażował  się  w  Lato  Wolności  (Freedom  Summer),  kulminacyjny 

moment  rozwoju  ruchu  walki  o  prawa  obywatelskie,  w  większym  stopniu  wynikało  z  jego 

więzi społecznych niż ideałów i interesów. Solidarność będąca podstawą Christian Coalition 

korzysta z powiązań lokalnych wspólnot kościelnych. Dokładnie dlatego, że kapitał społeczny 

jest  niezbędnym  warunkiem  istnienia  ruchów  społecznych,  jego  erozja  może  położyć  się 

cieniem na ich perspektywach w przyszłości17. 

                                                 
16 Rochon, Culture Moves. 
∗ Chodzi o największą katastrofę w cywilnej elektrowni jądrowej do jakiej doszło w Stanach 
Zjednoczonych. 28 marca 1979 roku w położonej 16 km od stolicy Pensylwanii, Harrisburga, 
elektrowni atomowej Three Mile Island, zaledwie 90 dni po uruchomieniu drugiego reaktora, 
doszło do jego częściowego stopienia. Wprawdzie władze utrzymywały, że awaria nie 
stanowi bezpośredniego zagrożenia dla życia mieszkańców (dziś wiadomo, że ryzyko 
wybuchu było duże), jednak wpadek wywołał panikę. Z zagrożonego skażeniem 
radioaktywnym terenu uciekły tysiące ludzi. Kryzys trwał 12 dni, burza polityczna i protesty 
społeczne znacznie dłużej, zaś usunięcie skutków katastrofy zajęło 12 lat i kosztowało 973 
mln dolarów – przyp. tłum. 
17  McAdam,  Freedom  Summer,  63-64,  i  217  ff.;  Doug  McAdam  i  Ronnelle  Paulsen, 
"Specifying  the  Relationship  between  Social  Ties  and  Activism”,  American  Journal  of 
Sociology  
99  (listopad  1993):  640-667;  Morris,  Origins  of  the  Civil  Rights  Movement; 
Edward  J.  Walsh  i  Rex  H.  Warland,  "Social  Movement  Involvement  in  the  Wake  of  a 
Nuclear  Accident:  Activists  and  Free  Riders  in  the  TMI  [Three  Mile  Island]  Area”, 
American  Sociological  Review  48  (Grudzień  1983):  764-780;  Sara  Diamond,  Roads  to 
Dominion:  Right-Wing  Movements  and  Political  Power  in  the  United  States  
(New  York: 
Guilford  Press,  1995);  John  D.  McCarthy,  "Pro-Life  and  Pro-Choice  Mobilization: 
Infrastructure  Deficits  and  New  Technologies”,  w  Social  Movements  in  an  Organizational 
Society: Collected Essays,  
red.  Mayer  N.  Zald  i  John  D. McCarthy  (New  Brunswick,  N.J.: 
Transaction Books, 1987), 49-66, szczególnie 55-56; Rochon, Culture Moves, rozdz. 4. 

background image

 

Ruchy  społeczne  także  tworzą  kapitał  społeczny,  promując  nowe  tożsamości  i  rozszerzając 

sieci  społeczne18.  Istniejące  uprzednio  relacje  międzyludzkie  ściągnęły  ochotników  do 

Missisipi  i  skłoniły  do  udziału  we  Freedom  Summer,  ale  w  żarze  tego  burzliwego  lata 

wytapiały  się  tożsamości  i  solidarności  trwające  całe  życie.  „Missisipi  zaoferowało  takie 

sposoby  życia  i  takie  wizje  wspólnoty,  które  wyjątkowo  przemawiały  do  większości 

ochotników” pisze Doug McAdam, autor kolektywnej biografii uczestników ruchu. Te wizje 

wraz  z  uczestnikami  przenikały  następnie  do  ruchu  studenckiego,  pokojowego,  kobiecego, 

ekologicznego i wielu innych. Co więcej „ochotnicy wyjeżdżali z Missisipi nie tylko bardziej 

zachęceni do zajęcia się aktywizowaniem społeczeństwa, ale dzięki powstałym między nimi 

powiązaniom,  także  lepiej  przygotowani  strukturalnie  do  działania  zgodnego  z  nabytymi 

skłonnościami”.  Jak  pokazał  socjolog  Kenneth  Andrews,  infrastruktura  społeczna 

wygenerowana  w  pierwszej  połowie  lat  60.  przez  ruch  na  rzecz  praw  obywatelskich  w 

Missisipi  przez  wiele  dziesięcioleci  wpływała  na  siłę  polityczną  tamtejszych 

Afroamerykanów19. 

 

Niezależnie  od  tego  czy  chodzi  o  marsze  gejów  w  San  Francisco,  wspólne  modlitwy 

ewangelikanów  w  centrum  handlowym,  czy  wcześniejszy  epizody  takie,  jak  porzucenie 

warsztatów  przez  robotników  samochodowych  we  Flint,  sam  akt  zbiorowego  protestu 

wytwarza  niezwykle  trwałe  więzi  solidarności.  Jak  na  ironię  wiele  najpopularniejszych 

szlagierów  śpiewanych  przez  Amerykanów  w  gronie  przyjaciół  ma  swoje  korzenie  w 

społecznych  ruchach  protestu:  „Oh!  Susanna!”,  „Battle  Hymn  of  the  Republic”,  „We  shall 

overcome”,  „Blowin’  in  the  Wind”.  Zbiorowy  protest  wzmacniał  wspólną  tożsamość 

uczestników,  a  czasem  pokolenia  następców  „zakotwiczając  jednostki  w  kulturach 

                                                 
18  Mario  Diani,  "Social  Movements  and  Social  Capital:  A  Network  Perspective  on 
Movement  Outcomes”,  Mobilization:  An  International  Journal  2  (wrzesień  1997):  129-
147; Carmen Sirianni and Lewis Friedland, "Social Capital and Civic Innovation: Learning 
and Capacity Building from the 1960s to the 1990s" (referat przedstawiony na dorocznym 
spotkaniu  Amerykańkiego  Towarzystwa  Socjologicznego,  Washington,  D.C.,  1995);  oraz 
www.cpn.org/sections/new_citizenshi p/theory/socialcapital_civicinnov.html. 
19  McAdam,  Freedom  Summer,  132,  190;  Kenneth  T.  Andrews,  "The  Impacts  of  Social 
Movements on the Political Process: The Civil Rights Movement and Black Electoral Politics 
in Mississippi”, American Sociological Review 62(1997): 800-819. 

background image

uczestnictwa”20.  Podsumowując,  ruchy  społeczne  oparte  na  oddolnym  uczestnictwie 

powstają dzięki kapitałowi społecznemu i jednocześnie wytwarzają go. 

 

Odrębną  sprawą  jest  to,  czy  równie  dobrze  radzą  sobie  z  tym  ogólnonarodowe  „organizacje 

ruchów społecznych” (social movement organizations) – od Greenpeace po Moral Majority. 

Nawet życzliwi komentatorzy dojrzewania ruchów społecznych lat 60., jak socjolożka Margit 

Mayer,  zauważyli,  że  ich  organizacyjni  spadkobiercy  to  często  profesjonalne  instytucje, 

zatrudniające  w  swoich  waszyngtońskich  biurach  kadrę  pełnoetatowych  pracowników, 

„przedsiębiorcy społeczni” dbający o czyste sumienie swoich członków i „koncentrujący się 

na manipulowaniu mediami w celu wpływania na opinię publiczną i wymuszania reakcji elit i 

zmiany  polityki”21.  W  istocie,  socjolog  John  McCarthy  twierdzi,  że  profesjonalne 

organizacje ruchów społecznych pojawiły się właśnie w odpowiedzi na „deficyt infrastruktury 

społecznej” – a więc sytuacje gdy „istnieją rozpowszechnione nastroje społeczne wspierające 

lub  przeciwstawiające  się  jakieś  zmianie,  ale  brak  dostępnej  infrastruktury  uniemożliwia 

przeprowadzenie ich mobilizacji”22. 

 

McCarthy wskazuje, że choć oba stanowiska „pro-choice” i „pro-life” dysponują znaczącym 

poparciem  w  sondażach  opinii  publicznej,  stojące  za  nimi  ruchy  są  zupełnie  inaczej 

ustrukturowane. Ruch pro-life opiera się na tysiącach przykościelnych organizacji oddolnych 

i korzystając z bazy sieci społecznych może skutecznie mobilizować swoich zwolenników do 

podejmowania  różnych  akcji  bezpośrednich.  Aby  podać  tylko  jeden  przykład  w  1993  r. 

National Right to Life Committee deklarował, że ma 13 milionów członków zrzeszonych w 7 

tys.  lokalnych  oddziałów.  W  przeciwieństwie  do  tego,  ruch  pro-choice  (zwłaszcza  od  czasu 

gdy  w  latach  80.  upadł  zorganizowany  ruch  walki  o  prawa  kobiet)  nie  dysponuje  zastaną 

infrastrukturą  społeczną  i  musi  opierać  się  na  ogólnokrajowych  organizacjach 

reprezentujących  jego  interesy  (advocacy  organizations),  sięgając  po  kampanie  e-mailowe, 

telemarketingowe,  medialne  itp.23.  Dla  przykładu  liczba  członków  National  Abortion  and 

                                                 
20  Debra  C.  Minkoff,  "Producing  Social  Capital”,  American  Behavioral  Scientist  40 
(marzec/kwiecień 1997) 606-619. 
21  Margit  Mayer,  "Social  Movement  Research  and  Social  Movement  Practice:  The  U.S. 
Pattern”, w Research on Social Movements: The State of the Art in Western Europe and the 
USA, 
red. Dieter Rucht (Boulder, Colo.: Westview Press, 1991): 47-120, cyt. 64. 
22 John D. McCarthy, "Pro-Life and Pro-Choice Mobilization”, 58. 
23  McCarthy,  "Pro-Life  and  Pro-Choice  Mobilization";  Suzanne  Staggenborg,  The  Pro-
Choice  Movement:  Organization  and  Activism in  the  Abortion  Conflict  
(New  York:  Oxford 
University Press, 1991), 5-6, 146. 

background image

Reproductive  Rights  Action  League  (NARAL  –  największa  amerykańska  organizacja  pro-

choice – przyp. tłum.), wzrosła niemal trzykrotnie z 132 tys. w 1989 r.  do 500 tys. w 1996, 

jednak później w 2 lata stopniała do 190 tys. z czego według szacunków kierownictwa tylko 

3-5%  zrobiło  cokolwiek  ponad  wypisanie  czeku24.  Taka  płynność  poparcia  jest  typowa  dla 

przynależności  opartej  na  identyfikacji  symbolicznej,  a  nie  sieciach  osobistych.  Jak  trafnie 

zauważyła  socjolożka  Debra  Minkoff  „Wobec  braku  sprzyjających  okoliczności  i  zasobów 

pozwalających  na  nawiązanie  relacji  bezpośrednich,  przynależność  symboliczna  może  być 

jedyną  dostępną  strukturą  mobilizacji  zdolną  do  łączenia  odizolowanych  jednostek”25.  Nie 

powinniśmy jednak mylić więzi symbolicznych z osobistymi.  

 

Żadne z tych dwóch podejść – „strategia walki lądowej” i „strategia walki powietrznej”, jak je 

określają konsultanci polityczni – nie przewyższa drugiego politycznie czy moralnie. Oba są 

dostosowane  do  dostępnych  zasobów.  Lądowa  walka  ruchu  pro-life  (jak  wcześniej  walka 

lądowa  ruchu  walki  o  prawa  obywatelskie)  jest  przykrojona  do  środowiska  „bogatego  w 

kapitał  społeczny”  z  gęstymi  sieciami  społecznej  wzajemności,  podczas  gdy  powietrzna 

walka  ruchu  pro-choice  jest  dopasowana  do  środowiska  „mało  zasobnego  w  kapitał 

społeczny”.  Tak  więc  istnienie  rozbudowanych  ogólnonarodowych  struktur  organizacyjnych 

ruchu  wykorzystujących  technikę  „walki  powietrznej”  świadczy  nie  o  dużym  oddolnym 

zaangażowaniu lecz o jego braku. 

 

 

Wszyscy  są  zgodni  co  do  tego,  że  lata  60  (i  wczesne  70.)  były  okresem  nadzwyczajnej 

mobilizacji  społecznej  i  politycznej.  Na  czym  polega  jego  znaczenie  historyczne  i  jak 

wyglądała  jego  kontynuacja?  Czy  tamte  ruchy  stanowiły  grzbiet  długiej  fali  obywatelskiego 

zaangażowania  –  tej  samej,  której  kształt  staraliśmy  się  odtworzyć  w  poprzednich 

rozdziałach?  I  czy  następnie  miała  miejsce  faza  schyłkowa  cyklu,  która  zostawiła  po  sobie 

tylko profesjonalne i zbiurokratyzowane grupy interesu, które wprawdzie wciąż jeszcze stroją 

się  w  szaty  ruchów  społecznych  ale  przypominają  defensywne  lotnictwo  myśliwskie,  a  nie 

zmasowany  atak  piechoty?  Wszystko  co  zostało  po  tamtych  latach  głębokiego 

obywatelskiego zaangażowania obecnie wyraża slogan ozdabiający zderzaki samochodowe – 

„Nuke the gay whales for Jesus” [Na chwałę Jezusa wal atomem w pedalskie wieloryby]. A 

może  lata  60.  wytworzyły  trwały  repertuar  zaawansowanych  form  obywatelskiego 

                                                 
24 Wywiady z przedstawicielami władz stanowych NARAL. 
25 Minkoff, "Producing Social Capital”, 613. 

background image

zaangażowania,  pozostawiając  po  sobie  wiele  bogatych  form  więzi  społecznych, 

„społeczeństwo ruchów” w którym „sprzeciw wobec elit” stał się stałym, konwencjonalnym i 

rutynowym  narzędziem  wykorzystywanym  przez  organizacje  reprezentujące  najróżniejsze 

interesy26. Krótko mówiąc czy lata 60. były narodzinami czy kulminacją pewnej epoki? 

 

Bardzo trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Być może dlatego, że w ciągu 

ostatnich  20  lat  większość  najlepszych  badań  akademickich  prowadziło  pokolenie  lat  60. 

Większość  opiera  się  więc  na  założeniu,  że  w  1968  roku  miał  miejsce  świt  epoki 

zwiększonego  uczestnictwa.  Oczywiście  studia  przypadków  poszczególnych  ruchów 

zawierają opisy backlashu, słabnięcia, odwrotu, a nawet popadnięcia w całkowity kwietyzm. 

Większość historyków społecznych jest na przykład zgodna co do tego, że w latach 70. trwał 

odpływ  od  ruchu  walki  o  prawa  obywatelskie,  jako  zorganizowanego  oddolnego  wysiłku,  a 

ruch  kobiecy  zaczął  słabnąć  w  1982  r.  wraz  z  porażką  w  sprawie  Equal  Right 

Amendment∗27.  Jednak  już  większość  studiów  poświęconych  ruchom  ekologicznym  głosi 

ich stałą zdolność mobilizowania milionów Amerykanów do aktywności obywatelskiej. 

                                                 
26  Sidney  Tarrow  przedstawił  argumenty  na  rzecz  obu  stron  sporu.  Jego  teoria  „cyklów 
protestu”  prowadzących  do  rozładowania  i  uspokojenia  zob.  Sidney  Tarrow,  Power  in 
Movement:  Social  Movements  and  Contentious  Politics,  
wyd.  2  (New  York:  Cambridge 
University  Press,  1998),  szczególnie  141-160.  Z  drugiej  strony  jego  spekulacje  na  temat 
nowego stale aktywnego „społeczeństwa ruchów” zob. David S. Meyer i Sidney Tarrow, "A 
Movement  Society:  Contentious  Politics  for  a  New  Century”,  w  The  Social  Movement 
Society:  Contentious  Politics  for  a  New  Century,  
red.  David  S.  Meyer  i  Sidney  Tarrow 
(Lanham,  Md.:  Rowman  and  Littlefield,  1998),  1-28,  szczególnie  4.  Ronald  Inglehart, 
Modernization  and  Postmodernization:  Cultural,  Economic,  and  Political  Change  in  43 
Societies  (Princeton,  N.J.:  Princeton  University  Press,  1997),  szczególnie  313,  pisze,  że 
stosowanie  sprzeciwu  wobec  elit  ("elite-challenging")  staje  się  coraz  powszechniejsze. 
Argumenty  na  rzecz  tezy,  że  ruchy  społeczne  przekształcają  się  w  konwencjonalne  grupy 
interesu  lub  „sprofesjonalizowane  organizacje  protestu”  (professional  movement 
organizations)  patrz  Frances  Fox  Piven  i  Richard  A.  Cloward,  Poor  People's  Movements: 
Why  They  Succeed,  How  They  Fait  
(New  York:  Vintage  Books,  1977),  oraz  John  D. 
McCarthy  i  Mayer  Zald,  The  Trend  of  Social  Movements  in  America:  Professionalization 
and Resource Mobilization 
(Morristown, N.J.: General Learning Press, 1973). 
∗ Chodzi o postulowaną poprawkę do konstytucji amerykańskiej zapewniającą równe 
traktowanie kobiet i mężczyzn, o której wprowadzenie bezskutecznie walczyły ruchy kobiece 
– przyp. tłum.  
27  Morris,  Origins  of  the  Civil  Rights  Movement,  182-185,  191;  McAdam,  Freedom 
Summer; 
Anne N. Costain, Inviting Women's Rebellion: Political Process Interpretation of 
the Women's Movement 
(Baltimore, Md,: Johns Hopkins University Press, 1992), szczególnie 
79-121;  Debra  Minkoff,  "The  Sequencing  of  Social  Movements”,  American  Sociological 
Review  
62  (październik  1997):  779-799,  szczególnie  789;  oraz  Anne  Costain,  Richard 
Braunstein  i  Heidi  Berggren,  "Framing  the  Women's  Movement”,  in  Women,  Media,  and 
Politics, 
red. Pippa Norris (New York: Oxford University Press, 1997), 205-220. 

background image

 

Rozwój  amerykańskich  ruchów  ekologicznych  w  ostatnich  40  latach  XX  wieku  dostarcza 

pouczającego  wglądu  w  los  ruchów  społecznych  lat  60.  Chociaż  wiele  ważnych  organizacji 

zajmujących się ochroną przyrody, takich jak Sierra Club i National Audubon Society (NAS) 

[towarzystwo zajmujące się przede wszystkich ochroną ptaków – przyp. tłum.], powstało pod 

koniec XX wieku, współczesna epoka walki o zachowanie środowiska naturalnego zaczęła się 

w latach 60., czego wyrazem było ogłoszenie w 1970 roku Dnia Ziemi, w którego obchodach 

wzięło udział 20 mln Amerykanów. Wraz ze wzrostem zrozumienia Waszyngtonu dla kwestii 

ekologicznych w obliczu kryzysu energetycznego liczba członków ruchu w latach 70. zaczęła 

spadać w latach. Do odbicia doszło w latach 80. gdy zdobyczom ruchu zagroziło pojawienie 

się  administracji  Reagana.  Według  jednego  z  szacunków  w  latach  90.  ruch  ekologiczny  w 

Stanach Zjednoczonych obejmował ponad 10 tys. organizacji28.  

 

Jak  widać  na  wykresie  43,  te  cztery  dekady  były  okresem  eksplozji  liczby  członków 

ogólnokrajowych  organizacji  ekologicznych29.  Główne  organizacje  zwiększyły  swój  stan 

posiadania z 125 tys. członków w 1960 r. do 1 mln. w 1970 r., następnie podwoiły go w 1980 

r.,  a  do  roku  1990  zwiększyły  do  około  6,5  mln.  Wprawdzie  w  latach  90.  tempo  wzrostu 

systematycznie  spadało,  jednak  na  poziomie  liczb  jest  to  ogromny  sukces  organizacyjny, 

przypominający  rozwój  PTA  w  latach  1930-1960.  Ten  niepodważalny  boom  skłonił 

niektórych  entuzjastycznych  obserwatorów  do  mówienia  o  „ekologizmie  uczestniczącym” 

(„participatory environmentalism”). 

 

                                                 
28  Riley  E.  Dunlap  i  Angela  G.  Mertig,  red.,  American  Environmentalism:  The  U.S. 
Environmental  Movement,  1970-1990  
(New  York:  Taylor  and  Francis,  1992);  Costain  and 
Costain,  'The  Political  Strategies  of  Social  Movements";  oraz  Donald  Snow,  Inside  the 
Environmental  Movement:  Meeting  the  Leadership  Challenge  
(Washington,  D.C.:  Island 
Press, 1992), 9. 
29  Wszystkie  dane  na  temat  liczby  członków  w  ruchach  ekologicznych  po  1970  r. 
przedstawione  w  tym  rozdziale  pochodzą  z  Cristopher  J.  Bosso,  "The  Color  of  Money: 
Environmental  Groups  and  the  Pathologies  of  Fund  Raising”,  w  Cigler  i  Loomis,  Interest 
Group  Politics,  
wyd4.,  101-130;  oraz  Christopher  J.  Bosso,  "Facing  the  Future: 
Environmentalists  and  the  New  Political  Landscape”,  w  Interest  Group  Politics,  wyd.  6, 
Allan J. Cigler i Burdett A. Loomis, red. (Washington, D.C.: Congressional Quarterly Press, 
1999).  Dziękuję  Professorowi  Bosso  za  pomoc  w  zrozumieniu  problematyki  ruchów 
ekologicznych.  W  przypadku  okresu  sprzed  1970  r.  oparłem  się  na  Robert  Cameron 
Mitchell, 

Angela 

G. 

Mertig 

Riley 

E. 

Dunlap,  "Twenty  Years  of  Environmental  Mobilization:  Trends  Among  National 
Environmental  Organizations”,  w  Dunlap  i  Mertig,  American  Environmentalism,  11-26.  W 
kilku przypadkach braku danych dokonałem ich intrapolacji. 

background image

Greenpeace stanowi przykład tego rozwoju w pigułce. Powstały w 1972 r. w latach 80 potrafił 

w  niespełna  pięć  lat  potroić  liczbę  członków  z  800000  w  1985  r.  do  2350000  w  1990  r., 

zostawiając  w  tyle  konkurencyjne  organizacje,  które  jeszcze  10  lat  wcześniej  przerastały  go 

wielkokrotnie  i  stać  się  największą  organizacją  ekologiczną  w  USA,  ponad  dwukrotnie 

liczniejszą  niż  najbliższy  konkurent  National  Wildlife  Federation.  Ten  fenomenalny  wynik 

udało  się  osiągnąć  organizacjom  ekologicznym  w  tym  samym  czasie  gdy  inne  organizacje 

obywatelskie  więdły,  a  ruch  kobiecy  zupełnie  opadł  z  sił.  Na  pierwszy  rzut  oka  rysunek  43 

zdaje  się  dowodzić,  że  ostatnie  dziesięciolecia  przyniosły  nie  tyle  ogólny  spadek 

zaangażowania  obywatelskiego,  i  jego  reorientację  z  podmiotów  „staromodnych”  jak  Klub 

Rotarian lub Liga Głosujących Kobiet, na „nowoczesne” jak Greenpeace i Sierra Club. 

 

Niestety  ten  żywiołowy  wzrost  przyczynił  się  przede  wszystkim  to  wydłużenia  spisu 

organizacji  określonych  przez  nas  uprzednio,  jako  „trzeciąrzedowe”  –  to  jest  takich,  w 

których „członkostwo” jest tylko zaszczytnym określeniem wykorzystywanym przy zbieraniu 

funduszy.  Przynależność  do  Greenpeace  (i  podobnych  organizacji  niezależnie  ich  od  opcji 

ideologicznej)  nie  ma  nic  wspólnego  z  międzyludzką  solidarnością  i  poczuciem 

obywatelskiego  obowiązku,  które  skłoniły  miliony  studentów,  Afroamerykanów,  gejów  i 

lesbijek,  pacyfistów,  oraz  aktywistów  ruchów  pro-life  do  udziału  w  tysiącach  marszów, 

wieców  i  strajków  (sit-ins)  lat  60.  i  70.  Kluczową  innowacją,  która  wyjaśnia  trend  na 

wykresie 43 nie jest podniesienie świadomości obywatelskiej ale marketing bezpośredni.  

 

Liczba członków na 1 tys. dorosłych 

Rysunek 43: Eksplozja popularności ogólnokrajowych organizacji ekologicznych, 1960-1998. 

 

W  1965  r.  National  Audubon  Society  wysłało  pocztą  milion  zaproszeń  do  potencjalnych 

członków, nadzwyczajna liczba jak na organizację liczącą dotąd niecałe 50 tys. aktywistów. 

W  ciągu  6  lat  rachunki  pocztowe  NAS  musiały  wzrosnąć  dwukrotnie  ponieważ  w  1971  r. 

organizacja wysłała 2 mln listów. W tym czasie ilość członków NAS wystrzeliła do 200 tys. 

Technika  zaczęła  się  rozpowszechniać  wśród  innych  organizacji  ekologicznych  i  w  1990  r. 

Greenpeace wysyłał już 48 milionów przesyłek rocznie30. 

 

                                                 
30 Robert C.Mitchell i inni, "Twenty Years...”, 17; Bosso, "Color of Money”, 117. 

background image

Praktycznie  wszystkie  amerykańskie  organizacje  ekologiczne  -  jak  również  kilkadziesiąt 

mniejszych grup zajmujących się ratowaniem zwierząt mających „image”, jak Fundacja Lwa 

Górskiego  (Mountain  Lion  Foundation),  Ratujmy  Manaty  (Save  the  Manatee),  Bażanty 

Wiecznie  Żywe  (Pheasants  Forever)  -  uzależniły  się  od  marketingu  bezpośredniego  jako 

narzędzia pozyskiwania i utrzymywania zwolenników31. Kilka ogólnokrajowych organizacji 

ekologicznych,  które  jak  Izaak  Walton  League  zrezygnowało  z  wdrażania  marketingu 

bezpośredniego, nie odnotowały w ostatnich 30 latach żadnego wzrostu liczby członków. W 

1960 r. Izaak Walton League zrzeszało 51 tys. działaczy, podczas gdy Sierra Club 15 tys. W 

1990 po trzech dekadach stosowania hormonu wzrostu w postaci marketingu bezpośredniego 

liczba członków Sierra Club skoczyła do 560 tys., a Izaak Walton League dalej wynosiła 50 

tys.32. 

 

Marketing  pocztowy  spełnia  wiele  funkcji.  Największy  akademicki  ekspert  zajmujący  się 

fund-raisingiem  ekologicznym,  Christopher  Bosso  twierdzi,  że  „marketing  pocztowy  okazał 

się  rentownym  i  względnie  tanim  sposobem  upowszechniania  wiedzy  o  organizacji  i  całej 

problematyce;  zmniejszył  również  obowiązki  związane  z  członkostwem  w  organizacji  do 

konieczności  wypisania  czeku”.  To  czy  technika  ta  rzeczywiście  obniża  koszty 

funkcjonowania  organizacji  zależy  od  tego  jak  je  liczyć.  Zwykle  tego  typu  organizacje 

przeznaczają  na  zbieranie  środków  i  towarzyszącą  temu  reklamę  około  20-30%  swojego 

budżetu33. Zwykle też zwrot wynosi około 1-3% w zależności od tego, czy dobrze wybrano 

bazę  adresową.  Dorzucenie  gadżetu  może  podwoić  zwrot.  Podpisując  deklarację  nowy 

„członek”  zyskuje  regularnego  korespondencyjnego  przyjaciela,  jako  że  statystyczna 

organizacja  wysyła  swoich  „członkom”  9  próśb  o  datki  w  ciągu  roku  (ci  odpłacają  im 

pięknym  za  nadobne:  8  na  9  przesyłek  od  organizacji  non-profit  trafia  do  kosza  przed 

otworzeniem  koperty)34.  Jednak  w  pierwszym  roku  zwrot  wynosi  najczęściej  około  30%, 

                                                 
31 Cytaty i dane w następnych trzech paragrafach, jeśli nie podano inaczej, pochodzą z Paul 
E.  Johnson,  "Interest  Group  Recruiting:  Finding  Members  and  Keeping  Them”,  w  Cigler  i 
Loomis, Interest Group Politics, wyd. 5., 35-62; oraz Bosso, "Color of Money”, szczególnie 
113-115.  Zob.  także  Grant  Jordan  i  William  Maloney,  The  Protest  Business?  Mobilizing 
Campaign Groups 
(Manchester, England: Manchester University Press, 1997). 
32 Mitchell, Mertig i Dunlap, "Twenty Years of Environmental Mobilization”, 13. 
33 Bosso, "Color of Money”, 113-114. 
34  Gregg  Easterbrook,  "Junk-Mail  Politics”,  New  Republic,  kwiecień  25,  1988,  21,  cyt.  za 
Jeffrey M. Berry, The Interest Group Society, wyd. 3. (New York: Longman, 1997), 77. 

background image

choć zdarzało się (np.: Common Cause w latach 80.), że przekraczał 50%35. Z drugiej jednak 

strony  członkowie, którzy  zostaną ponad rok są  bardziej niezawodni. Jak to wyraził jeden z 

marketingowców: „Wiemy ile nas kosztuje pozyskanie członka; wiemy, że tracimy pieniądze 

starając się przyciągnąć ludzi [ale] to część strategii inwestycyjnej”. 

 

Sposoby  rekrutacji  „członków”  (choć  lepiej  byłoby  mówić  „donatorów”,  „sympatyków”) 

stały  się  przedmiotem  wyspecjalizowanej  wiedzy.  „Wiemy  ilu  nowych  członków  musimy 

pozyskać w ciągu roku” wyjaśnia pewien dyrektor ds. rekrutacji. „W znakomitej większości 

pozyskujemy ich przy pomocy marketingu bezpośredniego. Staramy się odejść od wysyłania 

tak wielu przesyłek ale to na razie najskuteczniejsza droga pozyskiwania nowych członków”. 

Inny  dodał  „mamy  określony  poziom  zużycia...  i  określony  poziom  planowanego  wzrostu  i 

spodziewając  się  określonego  zwrotu  musimy  wysłać  tyle  przesyłek  aby  utrzymać 

odpowiednią ilość członków i odpowiednie tempo wzrostu”. Trzecia organizacja odpisała mi 

z  rozbrajającą  szczerością:  „Chociaż  ilość  naszych  członków  nie  spada,  jest  coraz  trudniej 

pozyskiwać  członków  utrzymując  wydatki  na  przystępnym  poziomie...  Wygra  ten,  kto 

znajdzie nową niszę marketingową!!!”36 

 

Jak można się spodziewać, znając proces rekrutacji „członków” przywiązanie do organizacji 

jest  niewielkie.  W  porównaniu  z  członkami  rekrutowanymi  przez  sieci  kontaktów 

bezpośrednich, osoby zrekrutowane korespondencyjnie częściej się wycofują, włączają się w 

mniejszą  ilość  działań  i  czują  się  mniej  związane  z  grupą.  Członkowie  pozyskani  dzięki 

marketingowi  bezpośredniemu  mają  bardziej  skrajne  poglądy  polityczne  i  są  mniej 

tolerancyjni37.  W  ten  sposób  przestaje  już  dziwić  to,  że  Greenpeace,  który  w  latach  1985-

1990 trzykrotnie zwiększył liczbę zrzeszonych do 2350000 w ciągu następnych 8 lat stracił 

85% swoich członków

 

Dla  porównania  żadna  ze  „staromodnych”  organizacji  opierających  się  na  oddziałach 

lokalnych i notujących rekordową liczbę zrzeszonych zaraz po II wojnie światowej – ich losy 

                                                 
35 Andrew S. McFarland, Common Cause: Lobbying in the Public Interest (Chatham, N.J.: 
Chatham House Publishers, 1984), 46. 
36  E-mail  od  asystenta  dyrektora  ds.  „rekrutacji  i  marketingu”  dużej  organizacji 
ekologicznej. 
37 R.  Kenneth  Godwin,  One  Billion  Dollars  of  Influence  (Chatham,  N.J.:  Chatham  House, 
1988),  55-65,  oraz  prace  tam  przywołane;  John  D.  McCarthy,  "Pro-Life  and  Pro-Choice 
Mobilization”, 49-66, szczególnie 62-63. 

background image

podsumowuje  wykres  8  –  nie  straciła  85%  swoich  członków  nawet  w  ciągu  30-40  lat  jakie 

minęły  między  apogeum  ich  powojennych  wzlotów,  a  końcem  stulecia38.  Powód  jest 

oczywisty  i  zarazem  kluczowy  dla  zrozumienia  różnicy  między  organizacjami  starego  i 

nowego  typu:  członków  Łosi  lub  Hadassah  łączy  z  organizacją  coś  więcej  niż  tylko  więź 

symboliczna,  to  prawdziwe  relacje  z  prawdziwymi  ludźmi  –  czyli  kapitał  społeczny. 

Członków  lokalnego  oddziału  American  Legion  trzyma  w  organizacji  nie  tylko  patriotyzm 

lub  chęć  lobbowania  na  rzecz  zwiększenia  funduszu  Veterans  Administration,  ale  również 

długotrwała  więź,  jaka  powstała  między  stowarzyszonymi.  Siła  przyciągania  nowszych 

organizacji  jest  znacznie  słabsza.  Jak  podsumowuje  Christopher  Bosso,  korespondencyjni 

zwolennicy  organizacji  są  bardziej  „konsumentami”  słusznych  racji  niż  „członkami”. 

„Gwałtowny  spadek  liczby  członków  Greenpeace  w  latach  90.  odzwierciedla  aksjomat 

rynkowy głoszący, że produkt, który dzisiaj jest gorący, jutro ląduje w koszu na śmieci”39. 

 

Większość  ludzi  zrzeszonych  w  organizacjach  trzeciorzędowych  nawet  nie  uważa  się  za 

„członków”.  Ponad  połowa  „członków”  Funduszu  Ochrony  Środowiska  [Environmental 

Defense Fund] odpowiedziała: „nie myślę o sobie jak o członku; wysłane pieniądze traktuję 

jako datek”. Inny sondaż przeprowadzony wśród „członków” pięciu największych organizacji 

ekologicznych  wykazał,  że  średnio  rzecz  biorąc  należeli  do  organizacji  krócej  niż  3  lata,  że 

ponad połowa z nich w tym samym czasie była stowarzyszona w 4 lub większej liczbie tego 

typu grup, a tylko 8% mówiło o sobie jako o „aktywnych” uczestnikach. Wszystko to pasuje 

jak ulał do czystego typu „przynależności opartej na książeczce czekowej”40. (Znacząca ilość 

osób  należących  do  kilku  organizacji  jest  oczywiście  wynikiem  posługiwania  się  przez  nie 

tymi  samymi  bazami  adresowymi  przy  kampaniach  marketingowych).  Jako  zwolennicy  są 

bardzo  wartości  i  autentycznie  przekonani  do  sprawy,  ale  nie  są  jednocześnie  aktywni  w 

                                                 
38  Z  32  organizacji  przedstawionych  na  wykresie  8  tylko  ci  dwaj  XIX-wieczni  giganci, 
którzy  odnotowali  wzrost  ilości  członków  w  latach  20.  (Women's  Christian  Temperance 
Union i International Order of Odd Fellows) stracili 85 procent członków w okresie od końca 
II wojny światowej do końca wieku. 
39  Christopher  J.  Bosso,  recenzja  The  Protest  Business?  Mobilizing  Campaign  Groups, 
Granta  Jordana  i  Williama  Maloney’a,  American  Political  Science  Review  93  (czerwiec 
1999): 467. 
40  Linda  L.  Fowler  i  Ronald  G.  Shaiko,  "The  Grass  Roots  Connection:  Environmental 
Activists  and  Senate  Roll Calls”,  American  Journal of  Political  Science  31  (sierpień 1987): 
484-510, cyt. 490. 

background image

walce o nią41. Nie uważają się za żołnierzy ruchu w takim sensie w jakim byli nimi młodzi 

Afroamerykanie okupowali lunchbary w Greensboro w 1960 r. 

 

Minimalne poczucie zaangażowania wśród członków korespondencyjnych nie dotyczy tylko 

organizacji  ekologicznych.  Dla  przykładu  tylko  jednej  na  pięciu  członków  Common  Cause 

deklaruje, że gdyby zaszła taka potrzeba mógłby działać bardziej aktywnie. Liczba członków 

w National Rifle Association (NRA) w latach 1977-1996 wzrosła trzykrotnie - i to pomimo (a 

może  właśnie  dlatego),  że  rośnie  poparcie  społeczne  dla  ograniczenia  swobody  posiadania 

borni  palnej  –  jednak  co  roku  tylko  25%  osób  odnawia  swoje  członkostwo42.  Zaledwie 

połowa „członków” NARAL rzeczywiście tak właśnie o sobie mówi. Trzy czwarte członków 

NARAL nie ma pojęcia ilu ich przyjaciół również należy do organizacji, a dwie trzecie nigdy 

nie namawiało nikogo do zapisania się do organizacji. Jak podsumowywał wyniki autor tych 

badań,  socjolog  John  McCarthy,  rezultaty  „wskazują,  że  [członkowie  NARAL]  nie 

rozmawiają  z  przyjaciółmi  o  swojej  przynależności  i  samej  organizacji”43.  Właściwie 

dlaczego mieliby to robić jeśli uważają się za fanów, a nie graczy? 

 

Czasami sugeruje się, że członkowie takich ruchów, jak Greenpeace korzystają z możliwości 

politycznego  uczestnictwa  „za  pośrednictwem”  organizacji44.  W  rzeczywistości  ani  liderzy 

organizacji  ani  członkowie  nie  postrzegają  jej  jako  instrumentu  demokracji  bezpośredniej. 

Tylko  jeden  na  pięciu  członków  Friends  of  the  Earth  i  Amnesty  International  twierdzi,  że 

„chęć  bycia  aktywnym  politycznie”  była  ważnym  powodem  decyzji  o  przystąpieniu45.  Jak 

podsumowuje dwóch badaczy organizacji trzeciorzędowych, 

 

Organizacje  korespondencyjne  umożliwiają  polityczne  zaangażowanie,  które  można  nazwać 

partycypacją  niskobudżetową.  Potencjalni  członkowie  za  cenę  niezauważalną  dla  umiarkowanie 

zamożnej osoby mogą otrzymać możliwość politycznego określenia swoich preferencji, nie ponosząc 

                                                 
41 Wysokość wpłat na rzecz grup trzeciego rzędu jest w pełni oszacowana w rozdziale 7 na 
temat przemian filantropii, tak jak przedstawia to wykres 31. 
42 Kelly  Patterson,  "The  Political  Firepower  of  the  National  Rifle  Association”,  w  Cigler  i 
Loomis, Interest Group Politics, wyd. 5, 130. 
43 John D. McCarthy, "Pro-Life and Pro-Choice Mobilization”, 62. 
44 Tarrow, Power in Movement, 133. 
45 Jordan i Maloney, The Protest Business, 191. Wspomniany sondaż przeprowadzono wśród 
Brytyjczyków należących do obu organizacji, jednak nie ma powodów aby zakładać, że wyniki 
nie  odnoszą  się  również  do  ich  amerykańskich  członków.  Godwin,  One  Billion  Dollars  of 
Influence,  
48,  twierdzi,  że  „dla  wielu  organizacji  najważniejszy  jest  cichy  donator,  a  nie 
aktywny członek”. 

background image

przy  tym  kosztów  (czasu  i  pieniędzy)  jakich  wymaga  „prawdziwe”  uczestniczenie  w  polityce...  To 

właśnie  luźna  formuła  zaangażowania,  a  nie  późniejsze  rozczarowanie  wpływa  na  spadek 

frekwencji

46. 

 

Już obserwatorzy wczesnych ruchów lat 60. podnosili pytanie na ile rzeczywiście opierały się 

one na uczestnictwie. W klasycznej analizie z wczesnych lat 70. socjologowie John McCarthy 

i  Mayer  Zald  podkreślali,  że  „funkcje,  które  historycznie  wypełniali  członkowie  ruchów 

społecznych ... w coraz większym stopniu są przejmowane przez opłacanych działaczy, przez 

‘biurkoratyzację 

niezadowolenia 

społecznego’, 

masowe 

kampanie 

promocyjne, 

pełnoetatowych  pracowników  realizujących  całą  swoją  karierę  zawodową  w  ramach  ruchu 

społecznego, przez fundacje filantropijne i sam rząd”. W latach 90. politolog Ronald Shaiko 

pisał „Epoka flanelowych koszul i wymierzonej w establishment ‘flower power’ praktycznie 

dobiegła  końca.  Dzisiaj...  organizacje  interesu  publicznego  zatrudniają  ekonomistów, 

prawników  z  Ivy  League∗,  doradców  ds.  zarządzania,  specjalistów  ds.  marketingu 

bezpośredniego, dyrektorów ds. komunikacji”47.  

 

Niektórzy  krytycy  zarzucają  nowym  organizacjom  trzeciego  rzędu  oligarchiczność  i  brak 

responsywności  oraz  polityczną  zdradę  lub  „sprzedanie  się”.  Nie  jest  to  jednak  mój  pogląd. 

Wręcz odwrotnie, jak wyjaśnia politolog Christopher Bosso „Główne organizacje ekologiczne 

pełnią  rolę,  jakiej  można  oczekiwać  od  dojrzałych  instytucjach  postawionych  przed 

dylematem:  wzrost  i  profesjonalizacja  lub  śmierć48”.  Rywalizacja  o  wpłaty  uwrażliwia 

organizacje  trzeciorzędowe  na  elektorat,  a  te  które  nie  zdołają  zdobyć  poparcia  giną.  Co 

więcej  tradycyjne  organizacje  obywatelskie  mają  wiele  cech  oligarchicznych.  W  końcu 

Robert  Michels  ukuł  swoje  słynne  „żelazne  prawo  oligarchii”  do  opisu organizacji  opartych 

na  aktywnych  członkostwie  masowym49.  Nie  twierdzę,  że  organizacje  korzystające  z 

marketingu  bezpośredniego  są  zepsute  moralnie  lub  nieskuteczne  politycznie.  Jednakże 

                                                 
46 Jordan i Maloney, The Protest Business, 169. 
∗ Chodzi o stowarzyszenie zrzeszające osiem najbardziej prestiżowych uczelni 
amerykańskich, takich jak Yale, czy Harvard – przyp. tłum. 
47 McCarthy i Zald, The Trend of Social Movements, 3. Ronald G. Shaiko, "More Bang for 
the Buck”, w Cigler i Loomis, Interest Group Politics, wyd. 3., 124. 
48  Bosso,  "Facing  the  Future".  Patrz  także  Mitchell,  Mertig  i  Dunlap,  'Twenty  Years  of 
Environmental Mobilization”, 21-23. 
49  W  swojej  klasycznej  pracy  Political  Parties  (Glencoe,  111.:  Free  Press,  1962  [1911  ]), 
Robert  Michels  twierdzi,  że  większość  demokratycznych  organizacji  wcześniej  czy  później 
musi dostać się pod kontrolę wąskiej elity. 

background image

organizacje te nie tworzą więzi między swoimi członkami ani bezpośredniego zaangażowania 

w  obywatelskie  dawanie  i  branie,  a  z  pewnością  nie  są  przejawem  „demokracji 

bezpośredniej”. Obywatelstwo per procura to oksymoron. 

 

Ledwie dwie czy trzy z kilkudziesięciu masowych organizacji ekologicznych, których rozwój 

został zobrazowany na rysunku 43 mają jakiekolwiek oddziały lokalne. Jak znużonym głosem 

wyjaśniał  dyrektor  ds.  członkostwa  jednej  z  nich,  kiedy  zapytałem  go  o  aktywność 

zrzeszonych  „członkostwo  znaczy  tyle,  że  w  ciągu  ostatnich  2  lat  przynajmniej  raz 

przekazałeś nam pieniądze”. Nawet tam gdzie istnieją struktury krajowe i lokalne, ulegają one 

zanikowi.  Sondaż  przeprowadzony  w  1989  r.  przez  Sierra  Club  wśród  swoich  członków 

wykazał,  że  chociaż  byli  oni  bardziej  aktywni  politycznie  niż  statystyczny  Amerykanin, 

zaledwie 13% z nich uczestniczyło w chociaż jednym spotkaniu organizowanym przez Klub. 

National  Audubon  Society  deklaruje  posiadanie  setek  filii  w  całym  kraju,  jednak  władze 

stanowe NAS szacują, że tylko 3-4% z 28 tys. członków w Teksasie jest aktywnych. Innymi 

słowy mniej niż jeden na 50. tys. Teksańczyków działa aktywnie w organizacji ekologicznej 

posiadających  najmocniejsze  struktury  lokalne.  Dla  porównania  każdego  tygodnia 

dwadzieścia  razy  więcej  Teksańczyków  spotyka  się  przy  lunchu  w  „staroświeckim”  Klubie 

Rotariańskim50. 

 

Obserwatorzy  zbliżenie  do  ruchu  ekologicznego  twierdzą,  że  „fundamentalną  zmianą,  do 

jakiej  doszło  w  ekologizmie  od  lat  70.  był  nagły  wzrost  liczby  i  widoczności  organizacji 

oddolnych”51.  Przynajmniej  powierzchowne  poparcie  społeczne  dla  ruchu  ekologicznego 

wydaje się duże, chociaż osłabło ono znacząco pod koniec XX wieku. W 1990 r. trzy czwarte 

Amerykanów 

powiedziało 

ankieterom 

Gallupa, 

że 

uważa 

się 

za 

„ekologów” 

(environmentalists). W latach 90. wielkość ta szybko i stale spadała, do końca wieku kurcząc 

                                                 
50 "Yogurt-eaters  for  Wilderness”,  Sierra  (styczeń/luty  1989),  22, cyt.  za  Philip  A.  Mundo, 
Interest  Croups:  Cases  and  Characteristics  (Chicago:  Nelson-Hall,  1992),  178.  Poprosiliśmy 
po  2-3  przedstawicielstwa  stanowe  wszystkich  ogólnokrajowych  organizacji  ekologicznych 
posiadających  oddziały  stanowe  lub  lokalne  o  oszacowanie  jaki  odsetek  ich  członków 
wykazuje działalność wykraczającą poza płacenie składek. Szacunki te wahały się między 1.5 
do  15  procent  wydaje  się  mało  prawdopodobne  aby  dane  te  były  zaniżone.  Wg  Rotary 
International Membership Services w 1998 r. Teksas miał 27082 Rotarian (Evanston, 111.). 
Rotarianie muszą być obeni na 60% cotygodniowych spotkań, ale większość stara się być na 
wszystkich. 
51  Riley  E.  Dunlap  i  Angela  G.  Mertig,  "The  Evolution  of  the  U.S.  Environmental 
Movement  from  1970  to  1990:  An  Overview”,  w  Dunlap  i  Mertig,  American 
Environmentalism, 
6 (podkreślenie moje). 

background image

się  o  1/3  ograniczając  odsetek  „ekologów”  do  50%52.  Ponad  60%  z  nas  przyznaje  się  do 

segregowania śmieci, połowa do dokonania wpłaty na konto organizacji ekologicznej, 30% do 

podpisania  petycji  dotyczącej  ochrony  środowiska,  10%  do  przynależności  do  jakiejś 

organizacji  ekologicznej,  a  3%  do  udziału  w  proteście  lub  demonstracji  w  sprawie  ochrony 

środowiska53.  

 

Istnieją jednak powody aby przypuszczać, że dane te są zawyżone. Chociaż wydaje się, że w 

ostatnich latach wzrosła liczba lokalnych organizacji podejmujących takie tematy jak odpady 

toksyczne  i  ochrona  gruntów,  nie  udało  mi  się  znaleźć  żadnych  twardych  danych 

potwierdzających  wzrost  ogólnego  zaangażowania  w  oddolne  ruchy  ekologiczne.  W 

rzeczywistości,  jedyne  systematyczne  dane  na  temat  tendencji  w  działalności  ekologicznej  i 

aktywności  organizacji  zajmujących  się  ochroną  środowiska  na  poziomie  stanowym  i 

lokalnym,  wskazują  na  spadek  w  ciągu  ostatnich  dziesięcioleci.  Dla  przykładu  według 

realizowanych  co  roku  badań  ankietowych  Yankelovich  Partner,  odsetek  Amerykanów 

zgadzających się z twierdzeniem „Zastanawiam się nad tym co sam mogę zrobić aby chronić 

środowisko  i  zasoby  naturalne”  nieregularnie  rósł  z  50%  w  1981  r.  do  55%  w  latach  1990-

1992, po czym spadał stale aż do 40% w roku 1999, czyli najniższego poziomu od 20 lat54. 

                                                 
52  Dane  Gallupa  cytowane  za  Riley  E.  Dunlap,  "Trends  in  Public  Opinion  Toward 
Environmental  Issues:  1965-1990”,  w:  Dunlap  i  Mertig,  American  Environmentalism, 
113, oraz Gallup/CNN/L/SA Today poll, kwiecień 13-14,1999. 
53  Dane  sondażowe  wykorzystane  w  tym  paragrafie  pochodzą  z  GSS  1993-94.  Jednak 
szacunki  GSS  wydają  się  bardzo  zawyżone.  W  latach  90.  liczba  członków  wszystkich 
ważniejszych  organizacji  ekologicznych  wynosiła  łącznie  około  6-7  mln  rocznie.  Taka 
liczba wydaje się przesadzona, ponieważ statystyczny członek organizacji dokonywał wpłat 
na  kilka  organizacji  z  listy  i  pozostawał  donatorem  przez  3  lata.  Jednak  nawet  jeśli 
założymy,  że  wszyscy  członkowie  dokonują  wpłat  tylko  na  rzecz  jednej  organizacji  i  tylko 
przez 2 lata to i tak okaże się, że w ciągu ostatnich 5 lat organizacje wsparło co najwyżej 16 
mln  Amerykanów  lub  8%  dorosłej  populacji,  wobec  49%  szacowanych  przez  GSS.  Nawet 
doliczenie  szacunkowej  liczby  osób  dokonujących  wpłat  na  rzecz  organizacji  działających 
regionalnie lub lokalnie nie wystarczy aby zniwelować tę lukę. 
54 Niepublikowane wyniki z archiwum Yankelovich Partners. Roper Reports 97-3 (New York: 
Roper  Starch  Worldwide,  1997),  117-121,  wskazują  na  gwałtowny  wzrost  codziennego 
recyklingu  w  latach1989-1997  (np.:  „codzienne  segregowanie  odpadków  i  produktów 
poddających  się  recyklingowi  skoczyło  z  14  procent  do  39  procent),  prawdopodobnie  w 
wyniku  upowszechniania  się  lokalnych  programów  recyklingu.  Jednak  w  tym  samym  czasie 
liczba osób „regularnie [lub] sporadycznie wysyłających politykom listy wyrażające ich opinie 
na  temat  ochrony  środowiska”  spadła  z  20  do  17%.  W  czasie  pisanie  tej  książki 
kontaktowałem  się  z  wieloma  ekspertami,  zarówno  naukowcami  jak  i  działaczami, 
zajmującymi  się  ruchami  oddolnymi.  Bez  wyjątku  uważali  oni,  że  oddolna  działalność 
ekologiczna  rozwija  się.  Z  jednym  wyjątkiem  żaden  z  nich  nie  był  jednak  w  stanie  podać 
jakichkolwiek  twardych  danych  potwierdzających  ich  przypuszczenia.  Tym  wyjątkiem  była 

background image

Najłagodniejszy  werdykt  w  sprawie  tezy  głoszącej  wzrost  popularności  działalności 

ekologicznej brzmi: „brak dowodów”. 

 

O ile dane na temat oddolnego zaangażowania w „postępowe” ruchy społeczne są wątpliwe, o 

tyle porównywalne dane dotyczące oddolnej żywotności religijnych konserwatystów są dużo 

solidniejsze. W latach 50. i 60. McCarthyzm, John Birch Society∗, White Citizens’ councils i 

kampania  prezydencka  Walllace’a  stanowiły  przejawy  masowego  konserwatyzmu, 

antykomunizmu  i  poparcia  dla  segregacji  rasowej,  jednak  tylko  nieliczne  grupy  zdołały 

zmobilizować kilkaset tysięcy działaczy, większość miała dużo mniej członków. W latach 70. 

na fali popularności religijnego fundamentalizmu, jako licząca się siła polityczna pojawiła się 

Christian  Right.  Jednak  generalnie  pokłosiem  organizacyjnym  ruchu  było  kilka 

ogólnokrajowych  akcji  marketingu  bezpośredniego,  w  szczególności  kierowana  przez 

Jerry’ego  Falwella  Moral  Majority.  Jednak  lata  80.  były  świadkiem  pojawienia  się  kilku 

autentycznie  oddolnych  konserwatywnych  organizacji  ewangelikalnych,  od  radykalnej 

Operacji  Ratunek  [Operation  Rescue  –  ogólnokrajowa  grupa  pro-life  słynna  z  agresywnej 

walki  przeciwko  klinikom  aborcyjnym  –  przyp.  tłum.]  po  bardziej  mainstreamową  Koalicję 
                                                                                                                                                         
seria corocznych katalogów stanowych i lokalnych grup ekologicznych przygotowywana od 
1968  r.  przez  National  Wildlife  Federation  (NWF).  Liczba  organizacji  podawanych  w 
katalogu  rośnie  z  każdym  kolejnym  wydaniem.  Jednak  w  ciągu  tych  30  lat  NWF  nabrał 
wprawy  w  wyszukiwaniu  tych  organizacji  i  jeśli  weźmiemy  to  pod  uwagę  katalogi 
opowiadają  raczej  historię  upadku.  Dla  przykładu  w  katalogu  z  roku  1968  znajdziemy  tylko 
jedną trzecią organizacji założonych przed 1968 rokiem zamieszczonych w katalogu z 1999 r. 
Nawet  bardzo  łagodne  uwzględnienie  tych  wczesnych  braków  zmienia  pozorny  wzrost  w 
faktyczny spadek. Za pomoc w przeprowadzeniu tego badania dziękuję Arkadii Gerney. Inne 
dane  mające  dowodzić  wzrostu  liczby  oddolnych  organizacji  ekologicznych,  takie  jak 
podane w Nicholas Freudenberg i Carol Steinsapir, "Not in Our Backyards: The Grassroots 
Environmental  Movement”,  w  American  Environmentalism:  The  U.S.  Environmental 
Movement,  
1970-1990,  red.  Riley  E.  Dunlap  i  Angela  G.  Mertig  (New  York:  Taylor  
Francis,  1992),  29,  są  bardzo  słabe,  ponieważ  listy  nigdy  nie  były  oczyszczane  z  organizacji 
nieaktywnych.  Inne  dane  podważające  domniemany  wzrost  aktywizmu  ekologicznego 
pochodzą  z  corocznego  sondażu  UCLA  realizowanego  wśród  setek  tysięcy  świeżo 
upieczonych  studentów  collegów.  Odsetek  osób  deklarujących,  że  ważne  w  ich  życiu  jest 
„angażowanie się w programy zajmujące się ochroną środowiska” spadł z45 procent w 1972 
r. do 19  procent  w  1998  r.;  patrz  Linda J.  Sax  i inni,  The  American  Freshman  (Los  Angeles: 
UCLA Higher Education Research Institute, 1998) i wcześniejsze tomy z tej serii. W latach 
90.  szczególnie  w  stanach  zachodnich  pojawiły  się  ruchy  antyekologiczne  posługujące  się 
hasłami  „Wise  Use”  („Mądrze  korzystaj”  –  dokładnie  tak  nazywa  się  prawicowy  ruch 
antyekologiczny,  który  współpracuje  z  wielkim  biznesem  w  zwalczaniu  organizacji 
działających na rzecz ochrony środowiska – przyp. tłum.) i „praw własności” nie znalazłem 
jednak żadnych twardych danych na ich temat. 
∗ Stowarzyszenie powołane w 1958 roku do walki z zagrożeniem antyamerykańskim, czyli po 
prostu z komunizmem (przyp. tłum.). 

background image

Chrystusową  [Christian  Coalition]  kierowaną  przez  Pata  Robertsona  i  Ralpha  Reeda  i 

oficjalnie  apolitycznych  Promise-Keepers∗.  Koalicja  Chrystusowa  i  Promise-Keepers 

deklarowały  po  kilka  milionów  aktywnych  członków,  więcej  niż  miał  jakikolwiek 

konserwatywny ruch społeczny w XX wieku. Przyszłość tych organizacji, które pojawiły się 

mniej niż 10 lat temu to niewiadoma. Istotniejsze jest jednak co oznacza ich powstanie (oraz 

mniejszych  organizacji  religijne  prawicy  i  lewicy)  –  pojawienie  się  znaczących  kadr  bardzo 

zmotywowanych działaczy-obywateli55. 

 

Wraz  z  boomem  religijnym  w  Ameryce  po  II  wojnie  światowej,  centrum  protestanckiego 

ewangelikalizmu  stopniowo  przesuwało  się  ze  skrajnie  fundamentalistycznej  prowincji  do 

zamieszkujących  przedmieścia  społeczności  klasy  średniej.  Liczba  wiernych  wyznań 

zrzeszonych  w  National  Association  of  Evangelicals  (ewangelikalnego  odpowiednika 

mainstreamowej National Coucil of Churches) wzrosła ponad trzykrotnie w latach 1940-1970, 

a następnie – jak mogliśmy zobaczyć wcześniej – mniej dotkliwie odczuła późniejszy spadek 

religijności56.  Co  ważniejsze  stopniowo  dochodziło  do  odwrócenia  tradycyjnej  odrazy 

fundamentalizmu do angażowania się w politykę.  

 

Jak  podkreśla  socjolog  Robert  Wuthnow,  większość  opracowań  powstałych  przed  1974  r. 

stwierdzała,  że  ewangelikanie  są  mniej  skłonni  do  angażowania  się  w  politykę  niż  inni 

Amerykanie  –  rzadziej  głosują,  wstępują  do  organizacji  politycznych,  piszą  listy  do  osób 

publicznych i są mniej przychylni posługiwaniu się religią w polityce. Dla odmiany po 1974 

większość  prac  wskazuje,  że  są  oni  bardziej  zaangażowani  w  politykę  niż  reszta 

Amerykanów57.  Ta  historyczna  zmiana  jest  efektem  ekspansji  ewangelikalizmu  wśród 

warstwy  społecznych  bardziej  nawykłych  do  uczestniczenia  w  polityce  oraz  tego,  że  sam 
                                                 
∗ dosłowanie Dotrzymujący Obietnicy – męska organizacja chrześcijańska walcząca m.in. 
przeciwko równouprawnieniu kobiet – przyp. tłum. 
55 Na  temat  prawicy  religijnej  patrz  Robert  C.  Liebman  i  Robert  Wuthnow,  red.,  The  New 
Christian  Right:  Mobi-taation  and  Legitimation  
(Hawthorne,  N.Y.:  Aldine  Publishing 
Company,  1983);  Diamond,  Roads  to  Dominion;  Justin  Watson,  The  Christian  Coalition: 
Dreams  of  Restoration,  Demands  for  Recognition  
(New  York:  St.  Martin's  Press.  1997);  i 
Smith,  American  Evangelicalism.  W  1998  r.  Christian  Coalition  oświadczyła,  że  ma  1.7 
milliona członków w 1425 oddziałach. Jednak dalsze doniesienia wskazują, że deklaracje te 
były  bardzo  zawyżone,  oraz  że  Christian  Coalition  okazała  się  przede  wszystkim 
przesięwzięciem  z  dziedziny  marketingu  pocztowego.  Zob.  Laurie  Goodstein,  "Coalition's 
Woes May Hinder Goals of Christian Right”, New York Times, 2 sierpnia, 1999. 
56 Wuthnow, The Restructuring of American Religion, 173-214. 
57  Robert  Wuthnow,  "The  Political  Rebirth  of  American  Evangelicals”,  w  Liebman  i 
Wuthnow, The New Cftrittian Right, 167-185. 

background image

ewangelikalizm  stał  się  bardziej  przychylny  obywatelskiemu  zaangażowaniu.  Jak  zauważa 

Christian  Smith,  autor  jednego  z  najnowszych  opracowań  na  temat  zaangażowania 

ewangelikanów  w  życie  publiczne:  „Która  tradycja  chrześcijańska  podejmuje  obecnie  trud 

oddziaływania  na  społeczeństwo  amerykańskie?  To  ewangelikanie  w  największym  stopniu 

przechodzą od słów do czynów”58. 

 

Ta  istotna  zmiana  społecznego  zaplecza  amerykańskiej  polityki  trafnie  ilustruje,  w  jaki 

sposób  kapitał  społeczny,  obywatelskie  zaangażowanie  i  ruchy  społeczne  wzmacniają  się 

nawzajem. Mobilizacja polityczna ewangelikanów jest również po części efektem pojawienia 

się nowych tematów (aborcja, moralność seksualna, „wartości rodzinne), nowych technologii 

(telewizja  i  inne  instrumenty  współczesnych  kampanii  politycznych)  i  nowego  pokolenia 

przedsiębiorców  politycznych.  Jednak  w  przeciwieństwie  do  innych  zmobilizowanych 

ostatnio  grup,  takich  jak  ekolodzy,  upolitycznione  wspólnoty  ewangelikalne  opierają  się  na 

realnie istniejących solidnych i trwałych podstawach organizacyjnych. Jak zauważyło kilkoro 

uważnych  obserwatorów  ewangelikalnego  aktywizmu  „Ludzie  religijni  są  uwikłani  w 

pajęczynę  lokalnych  kościołów,  religijnych  kanałów  informacyjnych,  sieci  stowarzyszeń 

religijnych co powoduje, że łatwo ich mobilizować”. Tak więc ten ruch społeczny korzysta i 

jednocześnie  dostarcza  kapitału  społecznego  przynajmniej  jednej  części  amerykańskiego 

społeczeństwa59. 

 

Pod pewnymi względami aktywiści ewangelikalni przypominają innych działaczy w Ameryce 

– są starsi, przeważnie biali, lepiej wykształceni  i bogatsi – jednak niezwykle ważną  rolę w 

ich życiu odgrywa religia. Jedno z reprezentatywnych badań działaczy religijnych wykazało, 

że częściej niż raz w tygodniu w kościele pojawia się około 60-70% z nich, wobec 5% wśród 

pozostałych  Amerykanów.  Jednocześnie  co,  wprawiłoby  w  zdziwienie,  a  może  nawet 

przerażenie  ich  fundamentalistycznych  poprzedników,  w  praktycznie  wszystkie  formy  życia 

obywatelskiego i politycznego angażują się oni trzy do pięciu razy bardziej niż statystyczny 

Amerykanin60.  

 

                                                 
58 Smith, American Evangelicalism, 39. 
59  James  L.  Guth,  John  C.  Green,  Lyman  A.  Kellstedt,  i  Corwin  E.  Smidt,  "Onward 
Christian  Soldiers:  Religious  Activist  Groups  in  American  Politics”,  w  Cigler  i  Loomis, 
Interest Group Politics, wyd. 4, 55-76. 
60 Guth, Green, Kellstedt, i Smidt, "Onward Christian Soldiers”, 63, 73. 

background image

Przy  okazji  wyborów  1996  roku  wśród  ewangelikanów  odnotowano  ponad  dwa  razy  więcej 

rozmów  w  kościele  na  temat  kampanii  i  kontaktów  nawiązanych  przez  religijne  grupy 

interesu. W rzeczywistości w sprawie wyborów częściej kontaktowały się z nimi organizacje 

religijne niż partie lub kandydaci. Najlepsza zmienna wyjaśniająca ilość kontaktów nie miała 

charakteru  demograficznego  ani  teologicznego  lecz  była  związana  z  zaangażowaniem 

społecznym  we  wspólnotę  religijną.  Te  kontakty  religijne  –  zwłaszcza  przyjacielskie 

rozmowy w kościele – miały wyraźny wpływ na to kto i na kogo głosował. Związek między 

włączaniem  się  w  społeczność  kościelną  i  mobilizacją  polityczną  był  bardzo  silny  i 

bezpośredni61.  Religijni  konserwatyści  stworzyli  największy  i  najlepiej  zorganizowany 

oddolny  ruch  społeczny  ostatniego  ćwierćwiecza.  Innymi  słowy  to  wśród  ewangelikalnych 

chrześcijan,  a  nie  ideologicznych  spadkobierców  lat  60.  znajdziemy  najmocniejsze  dowody 

świadczące  o  wzroście  obywatelskiego  zaangażowania  przeciwstawiającego  się  odpływowi 

opisanemu w poprzednich rozdziałach. 

 

Co z ogólną hipotezą, że partycypacja wymierzona w elity wprowadzona w latach 60. przez 

ruchy społeczne stało się obecnie popularne w całym politycznym spektrum? Jeden wskaźnik 

zdaje  się  potwierdzać  tę  hipotezę,  jako  że  w  polityce  lat  80.  i  90.  wzrosła  rola  oddolnych 

inicjatyw  ustawodawczych  i  referendów.  W  rzeczywistości,  jak  widać  na  wykresie  44 

częstotliwość podejmowania stanowych inicjatyw referendalnych (statewide ballot initiatives) 

na przestrzeni XX wieku stanowi lustrzane odbicie praktycznie wszystkich zbadanych przez 

nas  trendów  opisujących  zmiany  obywatelskiego  zaangażowania  –  spadek  od  pierwszego 

dziesięciolecia aż po lata 60. (z wyjątkiem wzrostu w okresie wielkiego kryzysu) i eksplozja 

w ostatnich 30 latach XX wieku62. Według pewnej retoryki politycznej wzrost popularności 

inicjatyw ustawodawczych stanowi instytucjonalizację zasady „cała władza w ręce ludu”63. 

 

 

1.  Liczba w poszczególnych 2-leciach 

                                                 
61 W tym paragrafie opieram się na James L. Guth, Lyman A. Kellstedt, Corwin E. Smidt, i 
John  C.  Green,  "Thunder  on  the  Right:  Religious  Interest  Group  Mobilization  in  the  1996 
Election”, w Cigler and Loomis, Interest Group Politics, 5th red., 169-192. 
62 Dane te wspaniałomyślnie udostępnił mi M. Dane Waters z Initiative and Referendum 
Institute. Zob. także M. Dane Waters, "A Century Later—The Experiment with Citizen-
Initiated Legislation Continues”, The Public Perspective (special issue: America at the Polls: 
1998) 
10 (grudzień/styczeń 1999): 123-144, szczególnie 128. 
63  David  D.  Schmidt,  Citizen  Lawmakers:  The  Ballot  Initiative  Revolution  (Philadelphia- 
Temple University Press, 1989). 

background image

2.  Średnia w ujęciu 10-letnim 

Rysunek 44: Stanowe inicjatywy referendalne w Stanach Zjednoczonych, 1900-1998 

 

Jednak  wbrew  ich  populistycznemu  rodowodowi  narzędzia  te  nie  stanowią  obecnie 

wiarygodnej  oznaki  rozprzestrzeniającego  się  obywatelskiego  zaangażowania.  Po  pierwsze 

ponad  połowa  wszystkich  inicjatyw  referendalnych  w  XX  wieku  miała  miejsce  w  pięciu 

stanach  –  Kalifornii,  Oregonie,  Dakocie  Płn.,  Kolorado  i  Arizonie  –  a  wzrost  w  ostatnich 

latach  w  znakomitej  większości  można  przypisać  samej  tylko  Kaliforni.  Tak  więc 

popularność  referendów  nie  musi  być  najlepszym  świadectwem  obywatelskiego 

zaangażowania  w  całym  kraju64.  Po  drugie,  chociaż  działacze  obywatelscy  czasami 

podejmowali  inicjatywy  dotyczące  administrowania  nabrzeżami  (coastal  management  – 

chodzi  o  zapobieganie  erozji  i  wymywania  wybrzeża  –  przyp.  tłum)  ograniczenia  liczby 

kadencji w ciałach przedstawicielskich (term limits) to większośc autorów jest zgodna, że: 

 

[w] ostatnich dwóch dekadach, praktycznie wszystkie udane inicjatywy były, przynajmniej w dużym 

stopniu, oparte na wykorzystaniu firm kolporterskich. Jedno z opracowań [California Commission on 

Campaign  Financing]  konkluduje,  „...każda  osoba,  korporacja  lub  organizacja  dysponująca  kwotą 

około 1 mln dolarów może podjąć inicjatywę w dowolnej sprawie... Doprowadzenie do referendum w 

wyniku  podjęcia  stanowej  inicjatywy  ustawodawczej  nie  jest  więc  już  miernikiem  ogólnego 

zaangażowania obywateli lecz skuteczności zbierania funduszy”65.

 

 

Chociaż komuś mogłoby się wydawać, że walka o przeforsowanie inicjatywy może wywołać 

szeroką  dyskusję  polityczną  wśród  zwykłych  obywateli,  badania  pokazują,  że  większość 

podpisujących  nie  czyta  tego  co  podpisuje.  W  czasie  samej  kampanii  większe  znaczenie  od 

aktywności obywatelskiej ma wysyłka ulotek i emisja często mylących spotów reklamowych 

w radio i telewizji. Nie dziwi zatem, że największy wpływ na wynik ma wysokość wydatków 
                                                 
64 David B. Magleby, "Direct Legislation in the American States”, w Referendums around 
the  World,  
red.  David  Butler  i  Austin  Ranney  (Washington,  D.C.:  AEI  Press,  1994):  230-
233. 
65 Caroline J. Tolbert, Daniel H. Lowenstein, i Todd Donovan, "Election Law and Rules for 
Using  Initiatives”  w  Citizens  as  Legislators:  Direct  Democracy  in  the  United  States,  red. 
Shaun Bowler, Todd Donovan i Caroline J. Tolbert (Columbus: Ohio State University Press, 
1998):  35  (podkreślenia  moje).  Zob.  także  inne  rozdziały  w  Bowler,  Donovan  i  Tolbert; 
David  B.  Magleby,  Direct  Legislation:  Voting  on  Ballot  Propositions  in  the  United  States 
(Baltimore,  Md.:  Johns  Hopkins  University  Press,  1984);  Thomas  E.  Cronin,  Direct 
Democracy:  ThePol  itics  of  Initiative,  Referendum,  and  Recall  
(Cambridge,  Mass.:  Harvard 
University  Press,  1989);  oraz  M.  Dane  Walters,  "A  Century  Later  -  The  Experiment  with 
Citizen-Initiated Legislation Continues." 

background image

na  kampanię,  a  sondaże  wskazują  na  „bardzo  niski  poziom  wiedzy  wyborców  na  temat 

przedmiotu  referendum66.  Opierając  się  na  szczegółowym  przestudiowaniu  wyników 

inicjatyw  ustawodawczych  z  lat  1976-1982  w  Massachusetts,  Michigan,  Oregonie  i 

Kalifornii,  politolożka  Betty  Zisk  stwierdziła:  „Dalekie  od  zastąpienia  nacisków  organizacji 

lobbingowych na legislaturę, inicjatywy ustawodawcze i referenda wydają się oferować tym 

oskarżanym  przez  reformatorów  grupom  alternatywny  kanał  oddziaływania...  Okazja  do 

bezpośredniego udziału w polityce nie wydaje się przyciągać dużej liczby wyborców”67. W 

skrócie, wzrost liczby inicjatyw ustawodawczych jest lepszych wskaźnikiem siły finansowej 

grup interesu niż obywatelskiego zaangażowania. 

 

W porównaniu z końcem lat 60 demonstracje i protesty w Waszyngtonie są dzisiaj liczniejsze 

i częstsze, jako że rozumiejący media organizatorzy protestów lepiej orientują się przyciągnąć 

uwagę  krajowych  stacji  telewizyjnych68.  Z  drugiej  jednak  strony  wielkim  marszom  lat  60. 

walczącym o prawa wyborcze i przeciwko wojnie w Wietnamie towarzyszyła i kontynuowała 

ciągła aktywność społeczności w całym kraju, podczas gdy „Marsz na Waszyngton” w latach 

90. nie zapewnił sobie wsparcia na poziomie społeczności lokalnych. Na przykład w niecałe 6 

miesięcy po zorganizowaniu 4 października 1997 r. w centrum handlowym półmilionowego 

wiecu  „Stand  in  the  Gap”,  uważanego  za  największe  zgromadzenia  religijnego  w 

amerykańskiej  historii,  Promise-Keepers  praktycznie  znikli,  zwalniając  wszystkich 

pracowników69. 

 

Dostępne  dane  sondażowe  wskazują  w  ciągu  ostatnich  25  lat  niewielki  wzrost  liczby 

uczestników  demonstracji  i  protestów.  Według  sondaży  Ropera  odsetek  dorosłych 

                                                 
66  Dane  wspierające  wyjaśnienia  zaproponowane  w  tym  paragrafie,  patrz  Betty  H.  Zisk, 
Money,  Media,  and  the  Grass  Roots:  State  Ballot  Issues  and  the  Electoral  Process 
(Newbury Park, Calif.: Sage, 1987), cyt. 246; Cronin, Direct Democracy, szczególnie 110-
116;  Tolbert,  Lowenstein  i  Donovan,  "Election  Law";  Magleby,  "Direct  Legislation  in  the 
American  States”.  Za  wszechstronną  pomoc  w  opracowaniu  tego  zagadnienia  dziękuję 
Benjaminowi Deufelowi. 
67 Zisk, Money, Media, and the Grass Roots, 250. 
68  Kevin  Djo  Everett,  "Professionalization  and  Protest:  Changes  in  the  Social  Movement 
Sector, 1961-1983”, Social Forces 70 (czerwiec 1992): 957-975. 
69 Debra E. Blum, „Men's Group Lays Off Entire Staff”, The Chronicle of Philanthropy, 
12  marca,  1998.  Później  Promise-Keepers  wznowili  działalność,  jednak  rok  po 
zorganizowaniu  Stand  in  the  Gap  ich  organizacja  była  o  połowę  mniejsza  niż  przed  tym 
wydarzeniem. Zob. „Promise Keepers at a Prayerful Crossroads; One Year After Mall Rally, 
Men's  Religious  Group  Grapples  with  Message,  Money”,  Washington  Post,  
październik,1998. 

background image

Amerykanów,  którzy  deklarują,  że  kiedykolwiek  uczestniczyli  w  marszu  protestacyjnym 

wzrósł z 7% w 1978 r. do 10% w 1994 r. Również inne badania prowadzone w latach 70., 80. 

i  90.  szacują,  że  w  demonstracjach  i  protestach  brał  udział  jeden  na  10-15  dorosłych 

Amerykanów przy czym liczba ta wraz z czasem powoli rośnie. Jedna trzecia wszystkich tego 

typu  działań  dotyczyła  tematu  aborcji.  Z  drugiej  strony  wyjaśnienia  rosnącego  odsetka 

populacji,  który  kiedykolwiek  brał  udział  w  protestach  należy  upatrywać  w  kurczeniu  się 

wierzchołka  hierarchii  wiekowej  tzn.  generacji  dorastającej  przed  latami  60.  i  nie-

uczestniczącej  w  demonstracjach,  a  rozbudowy  podstaw  tej  hierarchii  o  nowych 

demonstrantów.  Jak  pokazuje  wykres  45  udział  w  protestach  wśród  dzisiejszych 

dwudziestokilkulatków jest mniej popularny niż wśród ich rówieśników z lat 60. i 70., za to 

obecnie stał się bardziej popularny wśród ludzi starszych i klasy średniej. Głowy uczestników 

marszów protestacyjnych w ostatnich dekadach coraz bardziej siwieją70.  

 

Uderzające  jest  również  to,  że  protesty  i  demonstracje  nie  stanowią  alternatywy  dla 

konwencjonalnej  polityki,  lecz  są  wobec  niej  komplementarne,  w  tym  znaczeniu,  że  osoby 

biorące  udział  w  protestach  zwykle  angażują  się  także  w  politykę  w  bardziej  codzienny 

sposób.  Nawet  jeśli  uczestnictwo  w  demonstracjach  i  innych  formach  obywatelskiego 

nieposłuszeństwa nie jest dzisiaj dużo bardziej powszechne niż w latach 60. z całą pewnością 

jest postrzegane za bardziej uprawione. Obecnie, zupełnie inaczej niż trzy czy cztery dekady 

temu,  akcje  polityczne  typowe  dla  ruchów  stanowią  to  „standardowa  procedura” 

obowiązująca  w  całym  spektrum  politycznym.  Z  drugiej  strony  zasoby  rzeczywistych 

uczestników takich akcji ograniczają się do małej i starzejącej się części populacji. Co więcej, 

                                                 
70 Stwierdzenia zawarte w tym paragrafie opierają się na Verba, Schlozman i Brady, Voice 
and  Equality,  
50,  60,  88-89;  Dalton,  Citizen  Politics,  67-85;  Matthew  Crozat,  "Are  the 
Times  A-Changin?  Assessing  the  Acceptance  of  Protest  in  Western  Democracies”,  w 
Meyer  i  Tarrow,  The  Social  Movement  Society,  59-81;  oraz  własnej  analizie  danych  GSS 
(1973; 1996), Political Action Studies (1974; 1981), Roper Social and Political Trends (1978; 
1980;  1985;  1994),  oraz  World  Values  Surveys  (1980;  1990;  1995).  Potwierdzając  proces 
„starzenia  się”  uczestników  publicznych  protestów  zobrazowany  na  wykresie  45,  sondaże 
Ropera  wykazały,  że  wśród  osób  deklarujących  udział  w  protestach  podwoił  się  odsetek 
ludzi  powyżej  45  roku  życia  z  17%  w  1978  r. do  32%  w  1994  r.  Dalton  podaje,  że  dane  z 
pięciu  sondaży  Political  Action  and  the  World  Values  Surveys  przeprowadzonych  w  latach 
1974-1995 wskazują, że procent dorosłych Amerykanów, którzy kiedykolwiek wzięli udział w 
bojkocie wzrósł z 16% w 1974 r. do 19% w 1995 r.; w legalnej demonstracji wzrósł z 12 do 
16%; w dzikim strajku z 2 do 4%, a w sit-in utrzyjał się na poziomie 2%. Te same badania 
wskazują jednak, że średnia wieku dorosłych demonstrantów stale rosła z 35 lat w 1974 r. do 
45  w  1995  r.;  dużą  część  demonstrantów  w  tym  okresie  stanowili  starzejący  się  weterani 
protestów z lat 60. 

background image

jak  zauważyliśmy  w  rozdziale  2,  w  ciągu  ostatnich  10-20  lat  zmniejszył  się  odsetek  osób 

podpisujących  petycje  i  biorących  udział  w  spotkaniach  publicznych.  Jak  w  przyznają 

ostatecznie  David  Meyer  i  Sidney  Tarrow,  autorzy  hipotezy  „społeczeństwa  ruchów” 

(movement  society)  „Zakres  bardzo  konfliktowych  (contentious)  form  protestu 

akceptowanych  i  rzeczywiście  stosowanych  przez  obywateli  wydaje  się  dzisiaj  bardziej 

ograniczony niż 20 lat temu”71. 

 

1.  Udział w demonstracjach 

2.  30-59 lat 

3.  poniżej 30 lat 

4.  powyżej 59 lat 

Rysunek 45: Starzejący się demonstranci 

 

Nie  należy  przesadzać  z  głoszeniem  schyłku  protestów  społecznych.  Lata  90.  to  okres 

wzrostu aktywności ruchów gejów i lesbijek oraz pro-life i utrzymania niskiego jej poziomu 

na campusach i  w lokalnych społecznościach. Protesty oddolne mogą być obecnie tak samo 

powszechne jak w latach 60. czy 70., a przyzwolenie na nie jest wyraźnie większe. Jednak nie 

znam danych wskazujących, że rzeczywiste zaangażowanie w działania ruchów oddolnych w 

ciągu  ostatnich  dekad  wzrosło  na  tyle  aby  zrównoważyć  masowy  spadek  uczestnictwa  w 

bardziej konwencjonalnych formach życia politycznego i społecznego.  

 

 

Trzecim  i  najważniejszym  obszarem  rozkwitu  więzi  społecznych  omawianym  w  tym 

rozdziale  jest  telekomunikacja.  Pouczającym  przykładem  może  być  zwyczajny  telefon.  W 

ciągu  XX  wieku  użycie  telefonu  rosło  wykładniczo. Jak  widać  na  pierwszej  części  wykresu 

46  telefon  trafiał  do  amerykańskich  domów  w  zgodzie  ze  znaną  nam  trajektorią  –  szybki  i 

regularny  wzrost  od  początku  wieku  do  połowy  lat  60.,  z  wyjątkiem  spadku  w  czasach 

wielkiego kryzysu. W latach 1945-1998 ilość rozmów lokalnych per capita skoczyła z 304 do 

2023 rocznie, podczas gdy rozmowy zamiejscowe per capita wystrzeliły z 13 do 353 rocznie. 

Dużą  część  tych  rozmów  stanowią  kontakty  zawodowe  i  komercyjne,  jednak  ilość  rozmów 

czysto  towarzyskich  również  wzrosła.  W  1982  r.  blisko  połowa  dorosłych  Amerykanów 

rozmawiała  telefonicznie  z  przyjaciółmi  lub  rodziną  codziennie.  W  ciągu  ostatniego 

                                                 
71 Meyer and Tarrow, "A Movement Society”, 8. 

background image

ćwierćwiecza doszło do transformacji środków komunikacyjnych łączących mieszkających z 

dala od siebie przyjaciół i krewnych ze słowa pisanego na mówione. Jak pokazuje druga część 

wykresu  46  wzrost  ilości  rozmów  zamiejscowych  do  którego  doszło  po  deregulacji  tego 

sektora usług telekomunikacyjnych w 1984 r. zatrzymał się dopiero w latach 90., kiedy ilość 

rozmów  wyraźnie  spadła.  Wynalazki  technologiczne  –  szczególnie  upowszechnienie  się 

telefonu komórkowego – sprawiło, że telefon stał się niemal wszechobecny. W 1998 r. Pew 

Research  Center  for  the  People  &  Press  informowało,  że  dwie  trzecie  wszystkich  dorosłych 

deklarowało  wykonanie  poprzedniego  dnia  telefonu  do  przyjaciół  lub  rodziny  “tylko  żeby 

porozmawiać”72. 

 

Przez  ponad  pół  wieku,  jakie  upłynęło  od  wynalezienia  telefonu  w  1876  r.,  jego  społeczne 

znaczenie  było  przedmiotem  błędnych  spekulacji  analityków,  a  nawet  firm  telefonicznych. 

Zadziwiająca  lista  błędnych  prognoz  dotyczących  konsekwencji  wynikających  z  pojawienia 

się  telefonu  powinna  stanowić  ważną  lekcję  dla  tych  z  nas,  którzy  chcieliby  przewidywać 

wpływ  internetu  na  relacje  społeczne.  Sam  Aleksander  Graham  Bell  początkowo  sądził,  że 

telefon  będzie  służył  temu,  co  później  stało  się  dziedziną  radia  –  transmisji  „muzyki  przez 

słuchawkę”.  Jeszcze  w  XX  wieku  szefowie  firm  telekomunikacyjnych  za  swojego 

podstawowego klienta uważali biznesmena i byli tego tak pewni, że zniechęcali do używania 

telefonu  w  celach  „towarzyskich”.  Claude  Fisher,  socjolog  zajmujący  się  telefonem,  pisał: 

„[R]ozdźwięk  między  tym  jak  ludzie  używali  telefonu,  a  tym  jak  wyobrażano  to  sobie  w 

przemyśle  telekomunikacyjnym  utrzymywał  się  przez  okres  życia  jednego  albo  dwóch 

pokoleń”73. 

                                                 
72  Dane  na  temat  wszystkich  rozmów  telefonicznych:  Federal  Communications 
Commission,  Statistics  of  Communications  Common  Carriers  (dawniej  Statistics  of  the 
Communication  Industry  in  the  U.S.)  
(Washington,  D.C.:  Government  Printing  Office, 
1945-1999). Na temat wszystkich rozmów osobistych w 1982 r.: Fischer, America Calling, 
226;  na  temat  trendów  dotyczących  zamiejscowych  osobistych  rozmów  telefonicznych  i 
listów:  własna  analiza  archiwum  sondaży  Roper  Social  and  Political  Trends  oraz  Roper 
Reports  z  sierpnia  1995.  Na  temat  korzystania  w  roku  1998:  Pew  Research  Center  for  the 
People 

the 

Press, 

Biennial 

News 

Consumption 

Survey, 

www.people-

press.org/med98que.htm. 
73  Na  temat  prognoz  dotyczących  wpływu  telefonu  na  społeczeństwo  patrz  Ithiel  de  Sola 
Pool,  Forecasting  the  Telephone:  A  Retrospective  Technology  Assessment  of  the  Telephone 
(Norwood, N.J.: Ablex Publishing, 1983); Sidney Aronson, "Bell's Electrical Toy: What's the 
Use? The Sociology of Early Telephone Usage”, oraz Asa Briggs, "The Pleasure Telephone: 
A  Chapter  in  the  Prehistory  of  the  Media”,  oba  artykuły  w  The  Social  Impact  of  the 
Telephone, 
red. Ithiel de Sola Pool (Cambridge, Mass.: MIT Press, 1977); Fischer, America 

background image

 

1.  Odsetek gospodarstw domowych posiadających telefon 

Rysunek 46a: Telefon wkracza do amerykańskich domów 

 

2.  Średnia  ilość  rozmów  telefonicznych  z  przyjaciółmi  lub  rodziną  mieszkającą  w 

odległości ponad 100 mil w ostatnim miesiącu 

3.  Średnia ilość listów napisanych w ostatnim miesiącu do kogoś z przyjaciół lub rodziny 

Rysunek 46b: Zmiana trendów w rozmowach zamiejscowych i pisaniu listów 

 

 
Nawet  z  perspektywy  czasu  zadziwiająco  trudno  jest  ocenić  wpływ  telefonu  na  relacje 

społeczne. Ithiel de sola Pool, pionier w tym obszarze, zauważył: 

 

Gdzie  by  nie  spojrzeć  telefon  zdaje  się  powodować  diametralnie  sprzeczne  rezultaty.  Ograniczył 

liczbę  domowych  wizyt  lekarskich,  choć  lekarze  początkowo  sądzili,  że  zwiększy  ich  ilość,  bo 

pacjenci  będą  mogli  wzywać  lekarza  zamiast  samemu  się  do  niego  pofatygować...  Umożliwił 

rozproszenie scentralizowanej władzy, ale jednocześnie umożliwił ścisły i ciągły nadzór centrum nad 

podległymi biurami... Niezależnie od tego od jakiej hipotezy zaczniemy, wcześniej czy później pojawi 

się tendencja odwrotna74. 

 

Mówiąc kolokwialnie, telefon daje i zabiera. Kiedy pożar centrali telefonicznej w 1975 r. na 

trzy tygodnie odciął od telefonu całą Lower East Side na Manhattanie, dwie trzecie ludzi nie 

mogących korzystać z usługi stwierdziło, że brak telefonu wywołał u nich poczucie izolacji. 

Jednak  jedna  trzecia  twierdziła,  że  w  tym  czasie  znacznie  częściej  osobiście  odwiedzała 

innych.  Innymi słowy telefon zdaje się jednocześnie zmniejszać poczucie samotności i ilość 

towarzyskich kontaktów osobistych75. 

 

Wielu  obserwatorów  teoretyzowało  na  temat  „psychologicznego  sąsiedztwa”  tworzonego 

dzięki  telefonowi,  które  wyzwala  sieci  naszych  najbliższych  kontaktów  społecznych  od 

ograniczeń  narzucanych  przez  przestrzeń  fizyczną.  Już  w  1891  jeden  z  urzędników 

                                                                                                                                                         
Calling,  cyt.  82.  Dziękuję  Davidowi  Campbellowi  za  przygotowanie  przeglądu  społecznych 
skutków używania telefonu. 
74 Pool, "Introduction”, w Social Impact of the Telephone, red. Pool, 4. 
75 Alan H. Wurtzel i Colin Turner, "The Latent Functions of the Telephone: What Missing 
the Extension Means”, w Social Impact of the Telephone, red. Pool, 246-61. 

background image

telekomunikacyjnych  twierdził,  że  ta  technologia  doprowadzi  o  narodzin  „epoki  sąsiedztwa 

bez  bliskości”.  Jednak  w  rzeczywistości  pierwsze  pogłębione  badanie  wpływu  telefonu  na 

społeczeństwo  (w  1933  r.)  wykazało,  że  to  medium  (w  przeciwieństwie  do  mediów 

masowych) wzmacnia istniejące więzi lokalne bardziej niż te utrzymywane na odległość. W 

połowie  lat  70.  dane  firm  telekomunikacyjnych  miały  wskazywać,  że  od  40  do  50% 

wszystkich  rozmów  wykonanych  z  danego  gospodarstwa  domowego  koncentrowało  się  w 

promieniu  2  mil,  a  70%  w  promieniu  5  mil.  Blisko  20%  wszystkich  rozmów  lokalnych 

stanowiły  połączenia  z  jednym  numerem,  a  blisko  połowę  stanowiły  połączenia  z  jednym  z 

pięciu  najczęściej  wybieranych  numerów.  Martin  Mayer  podsumowując  te  dane  stwierdza: 

„Ludzie  najczęściej  rozmawiają  przez  telefon  z  osobami  mieszkającymi  w  ich  sąsiedztwie”. 

Gospodarstwa  domowe  najczęściej  korzystające  z  telefonu  to,  jak  pisze  Mayer,  rodziny  z 

nastoletnimi  dziećmi,  które  właśnie  zmieniły  miejsce  zamieszkania  w  ramach  tego  samego 

obszaru  metropolitarnego.  Inaczej  mówiąc  telefon  jest  wykorzystywany  do  podtrzymywania 

więzi  zagrożonych  dystansem  przestrzennym.  „Nikt  nie  poznaje  telefonicznie  nowych 

przyjaciół”76. 

 

W  ten  sposób,  nieco  paradoksalnie,  telefon  zdaje  się  wzmacniać,  nie  zmieniać  lub 

zastępować,  istniejące  sieci  kontaktów  osobistych.  Porównajmy  górną  część  wykresu  46 

dotyczącą  upowszechniania  się  telefonu  do  połowy  lat  60.  z  jakimkolwiek  wykresem 

dotyczącym  życia  społecznego  w  tym  samym  okresie,  a  wniosek  będzie  oczywisty: 

przynajmniej  w  tym  okresie  telefoniczne  i  konwencjonalne  formy  więzi  społecznych 

uzupełniały  się,  a  nie  zastępowały.  Podobnie  uważa  Claude  Fischer  stwierdzając  w  swojej 

historycznej  analizie  społecznego  wpływu  telefonu,  że  chociaż  telefon  znacznie  zwiększył 

możliwość  komunikacji  to  „nie  doprowadził  do  radykalnej  zmiany  amerykańskiego  stylu 

życia. 

Raczej 

został 

przez 

nich 

wykorzystany 

do 

zwiększenia 

aktywności 

charakterystycznych dla tego stylu”. 

 

Pojawienie się telefonu prawdopodobnie skłoniło ludzi do częstszych rozmów z przyjaciółmi i rodziną 

niż  wcześniej  mieli  w  zwyczaju,  nawet  jeśli  jednocześnie  spowodowało,  że  zmniejszyli  liczbę 

odwiedzin... W sumie, telefon przyczynił się do większej ilości rozmów z większą ilością ludzi. Być 

                                                 
76  Sidney  H.  Aronson,  "The  Sociology  of  the  Telephone”,  International  journal  of 
Comparative Sociology 
12 (wrzesień 1971): 162; Fischer, America Calling, 195; Malcolm M. 
Willey i Stuart A. Rice, Communication Agencies and Social Life (New York: McGraw-Hill, 
1933);  Martin  Mayer,  "The  Telephone  and  the  Uses  of  Time”,  w  Social  Impact  of  the 
Telephone, 
red. Pool, 225-45, cyt. 226 i 230. 

background image

może rozmowy te zastępują dłuższe wizyty lub pogawędki z członkami rodziny, ale możliwe jest i to, 

że zapełniają czas spędzany dotąd w samotności. 

Telefon  okazuje  się  mieć  większe  konsekwencje  dla  innego  procesu,  to  jest  rosnącego  znaczenia 

prywatności...  nadawania  większej  wartości  prywatnym  światom  społecznym  przeciwstawianym 

szerszemu  życiu  publicznemu...  Brakuje  dowodów  na  to,  że  samo  pojawienie  się  telefonu  skłoniło 

ludzi  do  włączenia  się  w  nowe  przestrzenie  działalności  organizacyjnej...  Domowy  telefon  pozwolił 

jednak posiadaczowi utrzymywać częstsze kontakty z krewnymi i przyjaciółmi wprowadzając krótkie 

pogawędki  kilka  razy  w  tygodniu  zamiast  dłuższych  raz  w  tygodniu.  Brak  oznak,  by  rozmowy 

telefoniczne przyczyniały się do powstawania nowych kontaktów społecznych77.

 

 

Podsumowując, telefon bez wątpienia ułatwił szmucerowanie ze starymi przyjaciółmi i w tym 

znaczeniu  częściowo  zrekompensował  straty  opisane  w  rozdziale  6.  Z  drugiej  strony  nie 

przyczynił  się  do  nawiązywania  nowych  przyjaźni  ani  nie  miał  wpływu  na  aktywności 

charakterystyczne  dla  macherów.  Historyk  Daniel  Boorstin  tak  skwitował  zaskakująco 

prozaiczny  wpływ  telefonu  na  amerykański  kapitał  społeczny:  „Telefon  okazał  się  tylko 

udogodnieniem, pozwalającym Amerykanom wygodniej i bez wysiłku oddawać się temu, co i 

tak robili wcześniej”78. 

 

Na  początku  XXI  wieku  dopiero  od  kilku  lat  żyjemy  w  epoce  powszechnego  dostępu  do 

Internetu,  jednak  trudno  uniknąć  spekulacji,  czy  pojawienie  się  tej  nowej  technologii 

komunikacyjnej  zmniejszy  znaczenie  telefonu  w  amerykańskim  społeczeństwie.  Tempo 

rozpowszechniania  się  tego  wynalazku  było  znacząco  większe  niż  jakiejkolwiek  innej 

technologii  użytkowej  w  całej  historii  –  porównywalne  tylko  z  rozwojem  telewizji.  Na 

zwiększenie swojego udziału w rynku z 1% do 75% telefon potrzebował 70 lat; internet aby 

przebyć tę samą drogę będzie potrzebował zaledwie 7 lat. Jedna z agencji badawczych podała, 

że wiosną 1999 z Internetu korzystała około jedna trzecia dorosłych Amerykanów (około 64 

mln), czyli o 10 milionów więcej niż ledwie 6 miesięcy wcześniej79. 

 

                                                 
77 Fischer, America Calling, 3, 242, 253, 265-66. 
78  Daniel  J.  Boorstin,  The  Americans:  The  Democratic  Experience  (New  York:  Vintage 
Books, 1974), 591. 
79  Rozpowszechnianie  się  technologii:  zamieszczona  ponżej  tabela  2  i  towarzysząca  jej 
dyskusja;  wykorzystanie  czasu:  John  Robinson,  Shawn  Levin  i  Brian  Hak,  "Computer 
Time”,  American  Demographics,  sierpień  1998;  zastosowanie  Internetu:  zamieszczony 
poniżej  wykres  56  oraz  „64.2  Million  American  Adults  Regularly  Use  the  Internet”, 
komunikat  prasowy  Mediamark  (12  maj,  1999),  dostępny  na  www.  media  mark.com/mr 
i/docs/p res_s99.htm. 

background image

Jak  praktycznie  wszystkie  wynalazki  techniczne,  ten  również  najszybciej  upowszechnia  się 

wśród  młodszych  pokoleń.  Badanie  z  1999  r.  pokazało,  że  chociaż  młodzi  ludzie  znacznie 

rzadziej  poszukiwali  informacji  na  temat  polityki  niż  starsze  grupy  wiekowe,  byli  znacznie 

bardziej  skłonni  sięgnąć  po  internet  jako  źródło  tych  informacji.  Z  drugiej  strony  witryna 

internetowa  Amerykańskiego  Stowarzyszenia  Osób  Opóźnionych  Umysłowo  każdego 

miesiąca  odnotowywała  pół  miliona  odsłon80.  Magnetyzm  nowego  medium  oddziaływał  na 

ludzi wszystkich pokoleń.  

 

W  ciągu  kilku  lat  od  pojawienia  się  Internetu,  w  sieci  można  znaleźć  symulakra  większości 

klasycznych  form  więzi  społecznych  i  obywatelskiego  zaangażowania.  Żałobnicy  za 

pośrednictwem  komputera  mogą  uczestniczyć  w  wirtualnym  pogrzebach;  reporter  Today  in 

Funeral  Service  powiedział  Associated  Press,  że  pogrzeb  on-line  „trochę  depersonalizuje 

uroczystość,  ale  to  lepsze  niż  całkiem  z  niej  zrezygnować”.  Pojawiły  się  wirtualne  śluby; 

America Online  w lipcu 1997 przeprowadziła największy internetowy ślub, z jednoczesnym 

udziałem  kilku  tysięcy  par,  podczas  gdy  internauci  po  zajęciu  swoich  miejsc  w  wirtualnych 

ławach  mogli  „obserwować”  uroczystość  i  „składać  życzenia”.  Wyszukiwarka  Yahoo! 

wyrzuca  ponad  500  miejsc  gdzie  można  się  wirtualnie  pomodlić,  w  tym  jedno  –  Yaale 

Ve’Yavo  witrynę  ortodoksyjnych  żydów  –  która  przekazuje  e-maile  od  modlących  się  do 

Jerozolimy,  gdzie  są  składane  pod  ścianą  płaczu.  Nabożeństwa  wielkanocne  i  wieczory 

sederowe w czasie Paschy; interwencje psychologiczne i grupy wsparcia dla chorych na raka; 

wirtualny wolontariat, romans i setki tysięcy czatów; głosowanie, lobbing a nawet „wirtualny 

marsz na Waszyngton” zorganizowany przez AIDS Action Council, na który zalogowało się 

23  tysiące  „uczestników  z  transparentami”  –  wszystkie  wymienione  formy  wirtualnego 

kapitału społecznego oraz wiele innych można znaleźć w cyberprzestrzeni81.  

                                                 
80 Młodzież i Internet: Project Vote Smart/Pew Charitable Trusts 1999 Survey (Philipsburg, 
Mont.:  Project  Vote  Smart,  1999),  (www.votesmart.org/youthsurvey.phtml?checking=/, 
dostępny 5 października 1999); Strona internetowa AARP: "Silver Stringers Get New Life on 
Line”, Boston Globe, Grudzień 25, 1998. 
81  Nabożeństwa:  „God  Goes  Online”,  Wall  Street  journal,  26  marca,  1999,  Wl;  prayer: 
Joshua Cooper Ramo, "Finding God on the Web”, Time, 16 grudnia, 1996, 60-65; "Praying 
on the Internet”, Christian Century, 16 kwietnia, 1997; śluby: "The Knot: Weddings for the 
Real  World  Launches  Wedding  Day”,  Business  Wire,  24  czerwca  24,  1997;  pogrzeby  i 
nabożeństwa  żałobne:  "Post-mortems  Meet  Modems:  Online  Funerals  Is  Mourners'  Way  to 
Go”, Associated  Press,  w  Sacramento  Bee,  25  sierpnia,  1996,  A7;  Sarah  Wyatt,  "Comfort 
and  Counsel  in  Times  of  Grief”,  New  York  Times,  18  sierpnia,  1997;  wirtualne 
demonstracje i lobbing "We Shall All Log-On: Digital Demonstrators Unite  on  the Web”, 
Wall  Street  Journal,  3  grudnia,  1998,  Bl;  Rebecca  Fairley  Raney,  "Flash  Campaigns: 

background image

 

Oczywiście podstawowym pytaniem jest to czy termin „wirtualny kapitał społeczny” nie jest 

wewnętrznie  sprzeczny.  Nie  ma  prostej  odpowiedzi.  Wczesne,  całkowicie  nietrafione 

przewidywania  dotyczące  społecznych  konsekwencji  pojawienia  się  telefonu  stanowią 

ostrzeżenie,  że  nasze  równie  wczesne  przewidywania  dotyczące  Internetu  mogą  okazać  się 

równie błędne. Bardzo mało można powiedzieć z jakąkolwiek pewnością o związkach między 

kapitałem  społecznym,  a  technologią  internetu.  Jeden  truizm  to,  że  moment  pojawienia  się 

Internetu  wyklucza  możliwość  upatrywania  w  nim  przyczyn  rozpadu  więzi  społecznych 

opisanego  w  poprzednich  rozdziałach.  Udział  w  wyborach,  wpłaty  na  cele  charytatywne, 

zaufanie,  udział  w  spotkaniach,  odwiedzanie  się,  wszystko  zaczęło  spadać,  kiedy  Bill  Gates 

chodził  jeszcze  do  szkoły  podstawowej.  W  1996  roku  kiedy  dostęp  do  Internetu  miało  10% 

dorosłych  Amerykanów,  ogólnonarodowy  kryzys  więzi  społecznych  i  obywatelskiego 

zaangażowania  trwał  już  co  najmniej  ćwierć  wieku.  Niezależnie  znaczenia  Internetu  dla 

przyszłości,  relacje  społeczne  w  ostatnich  dekadach  XX  wieku  nie  zostały  po  prostu 

przeniesione  z  przestrzeni  fizycznej  do  wirtualnej.  Internet  może  częściowo  rozwiązać  lub 

pogłębić nasze problemy, jednak nie jest ich przyczyną. 

 

Wiemy również, że pierwsi użytkownicy Internetu nie byli mniej (ani bardziej) zaangażowani 

obywatelsko niż ktokolwiek inny. Trzy niezależne badania przeprowadzone do 1999 (w tym 

moje  własne)  potwierdziły,  że  jeśli  zastosujemy  posiadanie  wyższego  wykształcenia  przez 

użytkowników Internetu, jako zmienną kontrolną, osoby korzystające i niekorzystające z sieci 

przestają się różnić poziomem zaangażowania obywatelskiego82. Z drugiej strony z racji na 

duże  prawdopodobieństwo  tego,  że  użytkownicy  sieci  stanowią  grupę  wyselekcjonowaną 

zdobyte  wyniki  niewiele  mówią  o  efekcie  Internetu.  Brak  korelacji  między  korzystaniem  z 

Internetu i angażowaniem się w sprawy obywatelskie może równie dobrze oznaczać, że sieć 

przyciąga  samotnych  maniaków  komputerowych  i  aktywizuje  ich,  jaki  i  to,  że  w  większym 

                                                                                                                                                         
Online Activism at Warp Speed”, New York Times, 3 czerwca, 1999; Internet i wspólnota: 
William  A.  Galston,  „(How)  Does  the  Internet  Affect  Community?  Some  Speculations  in 
Search  of  Evidence”,  w  democracy.com?  Governance  in  a  Networked  World,  red.  Elaine 
Ciulla Kamarck i Joseph S. Nye, Jr. (Hollis, N.H.: Hollis Publishing, 1999), 45-61. 
82 Philip Aspden i James E. Katz, "A Nation of Strangers?" Communications of the ACM 
40 (Grudzień 1997): 81-86;  "The  Internet News Audience Goes Ordinary”, Pew Research 
Center  for  the  People  &  the  Press  (www.people-press.org/tech98mor.htm,  pobrany  15 
sierpnia,  1999),  szczególnie  15;  własna  analiza  danych  DDB  Needham  Life  Style.  Zob. 
także  Bruce  Bimber,  "Information  and  Civic  Engagement  in  America:  Political  Effects  of 
Information  Technology"  (rękopis  niepublikowany,  University  of  California  at  Santa 
Barbara, 1999) zawierający podobne ustalenia. 

background image

stopniu zagarnia kipiących energią społeczników i ich wycisza. W każdym razie jest jeszcze 

za  wcześnie  na  to  by  empirycznie  oszacować  długookresowy  wpływ  Internetu  na 

społeczeństwo.  Dlatego  podejmę  tutaj  niektóre  potencjalne  szanse  i  zagrożenia,  jakie 

amerykańskiemu  życiu  obywatelskiemu  niesie  komunikacja  komputerowa,  zakładając  od 

początku, że raczej nie mają racji ani autorzy najbardziej ponurych i apokaliptycznych wizji, 

ani  wyznawcy  „nowej  wspaniałej  wspólnoty  wirtualnej”.  Czym  więc  mogą  się  różnić 

wspólnoty „wirtualne” od „realnych”? 

 

Wspólnota,  łączność  duchowa  i  komunikacja  (community,  communion  i  communication)  są 

ze sobą związane zarówno praktycznie, jak i  etymologicznie. Komunikacja jest koniecznym 

warunkiem związków społecznych i emocjonalnych. Telekomunikacja w ogólności i Internet 

w  szczególności  zwiększają  naszą  zdolność  do  komunikowania  się;  wydaje  się  więc 

rozsądnym  założyć,  że  czystym  efektem  ich  oddziaływania  będzie  wzmocnienie  wspólnoty. 

Kapitał społeczny to sieci, a Internet to sieć wszystkich sieci. Zdaniem badaczy komunikacji 

zapośredniczonej  przez  komputer,  takich  jak  Barry  Wellman,  znosząc  ograniczenia  czasu  i 

przestrzeni  „komputerowe  sieci  społeczne  podtrzymują  silne,  średnie  i  słabe  więzi, 

dostarczające informacji  i pomocy innych zarówno w oparciu o bardzo wąskie, jak i bardzo 

rozległe relacje... Komunikacja za pośrednictwem komputera zwiększa tempo działania ludzi 

należących  do  społeczności  opartych  na  więziach  osobistych,  umożliwiając  częste  i  szybkie 

przełączanie się między poszczególnymi grupami”83. 

 

Podobnie  jak  XIX-wieczni  wizjonerzy  zachwycający  się  nowymi  perspektywami,  które 

otworzyło  pojawienie  się  telefonu,  entuzjaści  „wirtualnej  wspólnoty”  upatrują  w  sieciach 

komputerowych podstaw swoistego utopijnego komunitaryzmu. Starr Roxanne Hiltz i Murray 

Turoff,  jedni  z  pierwszych  proroków  komunikacji  za  pośrednictwem  komputera, 

przewidywali,  że  „staniemy  się  Społeczeństwem  Sieci,  wymieniającym  ogromne  porcje 

informacji i komunikacji emocjonalnej z kolegami, przyjaciółmi i „nieznajomymi”, mającymi 

podobne  zainteresowania...  będziemy  ‘globalną  wioską’.  Teoretyk  Internetu  Michael 

Strangelove pisał: 

                                                 
83  Barry  Wellman,  Janet  Salaff,  Dimitrina  Dimitrova,  Laura  Garton,  Milena  Gulia,  i 
Caroline  Haythornthwaite,  "Computer  Networks  as  Social  Networks:  Collaborative  Work, 
Telework,  and  Virtual Community”,  Annual  Review  of  Sociology  22  (1996):  213-238,  cyt. 
213,  oraz  Barry  Wellman  i  Milena  Gulia,  "Virtual  Communities  as  Communities:  Net 
Surfers  Don't  Ride  Alone”,  in  Communities  in  Cyberspace,  Marc  A.  Smith  and  Peter 
Kollock,red. (New York: Routledge, 1999), 167-194, cyt. 188. 

background image

 

W  Internecie  nie  chodzi  o  technologię,  nie  chodzi  o  informację,  chodzi  o  komunikację  –  ludzie 

rozmawiają  ze  sobą,  wymieniają  e-maile...  Internet  to  powszechne  uczestnictwo  w  całkowicie 

dwustronnej,  przez  nikogo  niecenzurowanej  komunikacji  masowej.  Komunikacja  stanowi  absolutną 

bazę,  podstawę,  grunt  i  korzenie  z  których  wyrastają,  rozwijają  się  i  rozkwitają  wszystkie 

społeczności. Internet to społeczność ludzi nieustannie komunikujących się84

.  

 

Howard  Rheingold,  sam  określającym  się  „osadnikiem  w  przestrzeni  elektronicznej”, 

wspomina „Wizja wspólnoty dostępnej tylko za pośrednictwem ekranu mojego komputera z 

początku  wydała  mi  się  zimna,  jednak  szybko  zauważyłem,  że  ludzie  potrafią  być  bardzo 

emocjonalni mailując i uczestnicząc w telekonferencjach. Stałem się jednym z nich. Zależało 

mi  na  ludziach,  których  poznałem  przy  pomocy  komputera”.  John  Perry  Barlow, 

współzałożyciel  Electronic  Frontier  Foundation,  nie  znajduje  w  historii  odpowiednika 

pojawienia  się  komunikacji  za  pośrednictwem  komputera:  „Jesteśmy  w  trakcie  największej 

zmiany technologicznej od czasów zdobycia ognia”85. 

 

Internet  to  potężne  narzędzie  przekazywania  informacji  na  odległość.  Pozostaje  jednak 

pytanie,  czy  sam  przepływ  informacji  prowadzi  do  powstawania  kapitału  społecznego  i 

autentycznych  wspólnot.  Informacja  jest  oczywiście  ważna  ale,  jak  zauważają  John  Seeley 

Brown i Paul Duguid z założonego przez Xerox Palo Alto Research Center, sama informacja 

aby  mieć  znaczenie  potrzebuje  społecznego  kontekstu:  „koncentrowanie  się  informacji,  z 

założeniem,  że  jak  zajmiemy  się  informacją  to  reszta  się  sama  ułoży,  to  rodzaj  społecznej  i 

moralnej  krótkowzroczności”.  Komunikowanie  się  przez  komputer  w  najlepszym  razie 

umożliwia  tworzenie  szerszych  i  skuteczniejszych  sieci,  które  wzmacniają  nasze  relacje  ze 

światem  społecznych  i  zwiększa  „kapitał  intelektualny”.  Dzieje  się  tak  dzięki  temu,  że 

przekazywanie  informacji  praktycznie  nic  nie  kosztuje.  Ludzie  z  różnych  z  różnych  stron 

świata mogą łatwiej ze sobą współpracować. Komunikacja komputerowa daje oparcie dużym, 

                                                 
84  Starr  Roxanne  Hiltzand  Murray  Turoff,  The  Network  Nation:  Human  Communication 
Via Computer 
(Reading, Mass.: Addison-Wesley, 1978), cytowana za Nitin Nohria i Robert 
G.  Eccles,  "Face-to-Face:  Making  Network  Organizations  Work”,  w  Networks  and 
Organizations: Structure, Form, and Action, 
Nitin Nohria i Robert G. Eccles, red. (Boston: 
Harvard  Business  School  Press,  1992),  289;  Michael  Stxangelove,  "The  Internet,  Electric 
Gaia and the Rise of the Uncensored Self”, Computer-Mediated Communication Magazine 
1 (wrzesień 1994), 11. 
85  Howard  Rheingold,  The  Virtual  Community:  Homesteading  on  the  Electronic  Frontier 
(Reading, Mass.: Addison-WesIey, 1993), 1; John Perry Barlow, Sven Birkets, Kevin Kelly i 
Mark Slouka, "What Are We Doing On-Line”, Harper's (sierpień 1995): 3 5-46, cyt 40. 

background image

gęstym,  a  zarazem  płynnym  grupom  przekraczającym  istniejące  granice  organizacyjne  i 

przestrzenne,  umożliwia  włączenie  uczestników,  którzy  w  innym  przypadku  pozostaliby 

zmarginalizowani, co dobrze ilustruje niedawny eksperyment z udziałem emerytów dotyczący 

komunikacji elektronicznej86. 

 

Sieci  społeczne  opierające  się  na  komunikacji  zapośredniczonej  przez  komputer  organizują 

się  raczej  ze  względu  na  bliskość  zainteresowań,  a  nie  lokalizacji.  Przed  końcem  wieku 

powstały  tysiące  rozrzuconych  po  świecie  sieci  łączących  tak  różne  grupy  podobnie 

myślących  ludzi  od  miłośników  BMW  przez  ornitologów  amatorów  po  zwolenników 

panowania  białej  rasy.  Dokładnie  (choć  pewnie  nieświadomie)  powtarzając  wczesne 

spekulacje na temat społecznego znaczenia telefonu, informatyk z MIT Michael L. Dertouzos 

spekulował na temat milionów „wirtualnych wspólnot sąsiedzkich”, które powstaną raczej w 

oparciu  o  wspólne  zainteresowania  niż  wspólne  zamieszkiwanie87.  Z  pewnością 

cyberprzestrzeń  już  teraz  zamieszkują  tysiące  grup,  które  łączy  wspólne  hobby  i  jeśli 

przynależność  do  nich  będzie  się  upowszechniać  i  utrwalać,  tym  razem  prognoza  może 

okazać się trafna. 

 

Wspólnoty wirtualne mogą się również okazać bardziej egalitarne niż realne społeczności, w 

których  żyjemy.  Przynajmniej  w  dającej  się  przewidzieć  przyszłości  komunikacja  w 

internecie  będzie  ograniczać  dostępność  informacji  o  naszych  partnerach  komunikacyjnych. 

Rheingold  uważa,  że  brak  kontaktu  wzrokowego  w  komunikacji  tekstowej  powstrzymuje 

ludzi  przez  posługiwaniem  się  uprzedzeniami.  Jak  ujął  to  zapalony  internauta  w  słynnym 

komiksie z New Yorkera, „W Internecie nikt się nie dowie, że jesteś psem”. Tak więc wraz z 

rosnącym dostępem do sieci „społeczności wirtualne” mogą stać się bardziej heterogeniczne, 

niewrażliwe  na  takie  czynniki  fizyczne,  jak  rasa,  płeć,  wiek,  choć  –  jak  zobaczymy  dalej  – 

mogą być zarazem bardzo homogeniczne jeśli chodzi o wartości i zainteresowania88.  

 

                                                 
86  John  Seely  Brown  i  Paul  Duguid,  The  Social  Life  of  Information  (Boston:  Harvard 
Business  School  Press,  2000),  cyt.  31;  Laura  Garton  i  Barry  Wellman,  "Social  Impacts  of 
Electronic  Mail  in  Organizations:  A  Review  of  the  Research  Literature”,  Communication 
Yearbook 18 
(Thousand Oaks, Calif.: Sage, 1995), 434-453, szczególnie 445-447. 
87 Michael  L.  Dertouzos, What  Will  Be:  How  the New  World  of  Information  Will  Change 
Our Lives 
(San Francisco: HarperEdge, 1997), 157-160. 
88  Rheingold,  Virtual  Community,  422;  Starr  Roxanne  Hiltz  and  Murray  Turoff,  The 
Network  Nation,  
wyd.  uzup.  (Cambridge,  Mass.:  MIT  Press,  1993);  Peter  Steiner,  "On  the 
Internet, No One Knows You're a Dog”, New Yorker, 5 lipica,1993,61. 

background image

Anoniomowość  zmniejsza  kontrolę  społeczną  –  w  końcu  temu  służą  tajne  głosowania  –  i 

dlatego cyberprzestrzeń wydaje się pod pewnymi względami bardziej demokratyczna. (Ironią 

jest  to,  że  przewaga  komunikacji  za  pośrednictwem  komputera  na  obecnym  etapie  rozwoju 

technologii polega na przekazywaniu uczestnikom mniejszej ilości informacji o partnerach niż 

komunikacja  bezpośrednia).  Badania  wykazały,  że  dyskusje  on-line  są  bardziej  szczere  i 

egalitarne  niż  te  toczone  na  tradycyjnych  spotkaniach.  Internet  może  więc  prowadzić  do 

spłaszczania  hierarchii.  Jak  pokazały  eksperymenty,  komunikacja  w  firmowym  intranecie 

okazuje się mniej hierarchiczna, oparta na większym uczestnictwie, mniej upozowana i mniej 

wrażliwa  na  różnice  statusowe.  W  dyskusjach  toczonych  w  przestrzeni  cybernetycznej  jest 

mniej prawdopodobne, że ktoś przerwie wypowiedź kobiety89. 

 

Niekiedy  przekonania  o  demokratyczności  Internetu  opierają  się  w  większym  stopniu  na 

nadziejach  i  przypuszczeniach  niż  rzetelnych  badaniach.  Kultura  polityczna  w  Internecie, 

przynajmniej  w  początkowej  fazie  rozwoju,  jest  zajadle  libertariańska,  a  przestrzeń 

cybernetyczna  pod  pewnym  względami  bardziej  przypomina  Hobbesowski  niż  Lockowski 

stan  natury.  Peter  Kolock  i  Marc  Smith,  dwaj  wnikliwi  obserwatorzy  społeczności 

internetowej, zauważają: „Powszechna jest wiara i nadzieja w to, że swoboda komunikacji i 

interakcji  on-line  doprowadzi  do  rozkwitu  instytucji  demokratycznych  i  stanowi  zapowiedź 

nowej  żywej  przestrzeni  dyskusji  publicznej.  Jednak  obecnie  większość  grup  internetowych 

ma  albo  strukturę  anarchiczną  [jeśli  nie  są  one  moderowane]  lub  dyktatorską  [jeśli  są 

moderowane]”90. 

 

Duże  tempo,  niski  koszt  i  szeroki  zasięg  mobilizacji  jaką  umożliwia  Internet  mogą  być 

stanowić  wielką  szansę  dla  organizatorów  politycznych,  redukując  koszty  transakcyjne 

związane  z  dotarciem  do  rozproszonych  grup  podobnie  myślących  obywateli.  Na  przykład 

Jody Williams przede wszystkim za pośrednictwem  Internetu ze swojego rodzinne Vermont 

zorganizowała,  uhonorowaną  w  1997  roku  pokojową  nagrodą  Nobla,  Międzynarodową 

Kampanię  na  Rzecz  Walki  z  Minami  Przeciwpiechotnym  (International  Campaign  to  Ban 

Landmines).  Jak  informował  Mark  Bonchek  już  w  1995  r.  „27  tys.  ludzi  było  regularnymi 

czytelnikami  grupy  dyskusyjnej  alt.politics.homosexuality,  a  każdego  dnia  pojawiało  się  75 

                                                 
89  Lee  Sproull  i  Sara  B.  Kiesler,  Connections:  New  Ways  of  Working  in  the  Networked 
Organization 
(Cambridge, Mass,: MIT Press, 1991). 
90  Peter  Kollock  i  Marc  A.  Smith,  "Communities  in  Cyberspace”,  w  Communities  in 
Cyberspace, 
Smith i Kollock red. (New York: Routledge, 1999), 3-25, cyt. 13. 

background image

wpisów.  Jak  wskazuje  nazwa  alt.politics.homosexuality  to  forum  służące  dyskusjom  i 

przekazywaniu  informacji  dotyczących  polityki  i  homoseksualizmu”.  Bonchek  ustalił,  że 

posty  na  forum  reprezentują  zaskakująco  zróżnicowane  stanowiska  wobec  tej  problematyki, 

zarówno życzliwe, jak i wrogie91.  

 

Z  drugiej  strony,  komunikacja  za  pośrednictwem  komputera  tak  bardzo  ułatwiła  wyrażanie 

opinii,  że  jak  w  przypadku  programów  radiowych  z  udziałem  słuchaczy,  efektem  może  być 

nie  deliberacja  lecz  zgiełk.  Spójrzmy  na  reklamę,  która  w  kwietniu  1999  r.  pojawiła  się  na 

trzeciej stronie okładki Mother Jones: 

 

Jeśli chcesz 

Możesz coś zrobić... łatwo! 

www.ifnotnow.com 

Bądź etatowym społecznikiem... 

...przez 5 minut tygodniowo! 

Kilkanaście najlepszych organizacji społecznych  

dostarcza informacji 

czytasz zgłoszenia, wysyłasz listy, dostajesz odpowiedzi, 

monitorujesz skutki – wszystko robisz klikając myszkę. 

To jak zakupy w centrum handlowym dla zaangażowanych. 

Chcemy sprawić abyś łatwiej mógł zmieniać świat! 

Spraw aby usłyszano twój głos! 

www.ifnotnow.com 

Już teraz wyślij zgłoszenie po darmową wersję próbną!

 

 

Gdyby się upowszechniło, takie uproszczenie obywatelskiej ekspresji, mogłoby doprowadzić 

do  pogorszenia  dysproporcji  między  wypowiadaniem  się  i  wysłuchiwaniem,  która  –  jak 

wskazaliśmy  w  rozdziale  2  i  tabeli  1  -  jest  stanowi  istotną  cech  współczesnej  demobilizacji 

obywatelskiej. John Brown i Paul Duguid wskazują, że „możliwość wysłania e-maila na adres 

president@whitehouse.gov  ...  może  prowadzić  do  iluzji  posiadania  znacznie  większego 

dostępu, uczestnictwa, bliskości społecznej niż się rzeczywiście posiada”92. Kolejne miliony 

z nas mogą wyrazić swoje poglądy jednym kliknięciem myszy, ale czy ktoś jeszcze słucha? 

                                                 
91  Mark  S.  Bonchek,  From  Broadcast  to  Netcast:  The  Internet  and  the  Flow  of  Political 
Information, 
rozprawa doktorska (Harvard University, 1997), szczególnie 99-109. 
92 Brown i Duguid, Social Life of Information, 226. 

background image

 

Niezależnie od tego, potencjalne korzyści, jakie niesie ze sobą komunikacji komputerowa dla 

obywatelskiego zaangażowania i więzi społecznych robią wrażenie. Internet jest tanim i pod 

wieloma  względami  egalitarnym  sposobem  komunikowania  się  z  milionami  innych 

obywateli,  szczególnie  tymi,  z  którymi  dzielimy  zainteresowania,  a  od  których  oddziela  nas 

czas i przestrzeń. Wyzwolenie więzi społecznych z ograniczeń czasu – co eksperci nazywają 

„komunikacją asynchroniczną” – może okazać się nawet ważniejszym osiągnięciem Internetu 

niż wyzwolenie ich z ograniczeń przestrzennych. 

 

 

Teraz  należy  rozważyć  cztery  istotne  ograniczenia  mogące  zagrozić  nadziejom,  że 

komunikacja  za  pośrednictwem  komputera  doprowadzi  do  powstania  nowej  wspaniałej 

społeczności. Rozważę je w kolejności rosnącej złożoności. 

 

„Podział  informacyjny”  (digital  divide)  odnosi  się  do  nierówności  w  dostępie  do 

cyberprzestrzeni.  W  pierwszych  latach  Internetu  jego  najczęstszymi  użytkownikami  byli 

młodzi,  dobrze  wykształceni  i  dobrze  zarabiający  biali  mężczyźni.  Wyczerpujące  studium 

przygotowane w 1997 r. przez Census Bureau wykazało, że najsłabiej podłączonymi grupami 

w  Ameryce  jest  wiejska  biedota,  mniejszości  etniczne  zamieszkujące  prowincję  i  podupadłe 

śródmieścia  oraz  młode  samotne  gospodynie  domowe.  Co  więcej  te  rozpiętości  związane  z 

wykształceniem,  dochodem,  rasą,  oraz  strukturą  rodzinną  powiększały  się,  a  nie 

pomniejszały. Specjalistka zajmująca się mediami Pippa Norris ustaliła, że tak w USA, jak i 

w Europie Internet nie zmobilizował poprzednio nieaktywnych grup (częściowo z wyjątkiem 

młodych  ludzi)  lecz  wzmocnił  istniejącą  dyskryminację  w  dostępie  do  polityki.  Socjolog 

Manuel Castells argumentuje stanowczo, że: 

 

Ponieważ dostęp do CMC jest ograniczony kulturowo, edukacyjnie i ekonomicznie - i będzie 

taki  przez  długi  czas  -  najbardziej  znaczącym  kulturowym  oddziaływaniem  CMC  może  być 

potencjalnie  zarówno  wzmocnienie  kulturowo  dominujących  sieci  społecznych,  jak  i  wzrost 

ich kosmopolityzmu i globalizmu93. 

                                                 
93  Własna  analiza  sondaży  DDB  Needham  Life  Style  na  temat  korzystania  z  Internetu; 
Falling Through the Net II: New Data on the Digital Divide (Washington, DC.: National 
Telecommunications 

and 

Information 

Administration, 

1999), 

dostępne 

na 

www.ntia.doc.gov/ntiahome/net2/falling.hhnl  accessed  1  lipca,1999;  Manuel  Castells,  The 

background image

 

To  widmo  cybernetycznego  aparthheidu,  w  którym  łączący  (bridging)  kapitał  społeczny 

maleje  wraz  z  ograniczaniem  dostępu  do  elitarnych  sieci  grupom  nieposiadającym,  jest 

rzeczywiście  przerażające.  Z  tych  jednak  powodów  jest  również  powszechnie  uznawane  za 

jedno z najważniejszych wyzwań, z którymi trzeba się zmierzyć. Jeśli będzie wola polityczna 

problem jest łatwy do rozwiązania. Jeśli Internet będzie traktowany w XXI wieku, jako dobro 

powszechnej  użyteczności,  wówczas  tani,  subsydiowany  dostęp  (zarówno  do  infrastruktury, 

jak  i  przyjaznego  dla  użytkownika  oprogramowania)  powinien  być  umożliwiony  w 

bibliotekach,  domach  kultury,  w  pralniach  samoobsługowych,  a  nawet  prywatnych 

mieszkaniach,  na  tej  samej  zasadzie  na  jakiej  w  XX  wieku  subsydiowane  były  tanie  usługi 

telefoniczne.  Ta  pierwsza  bariera,  jaką  Internet  stawia  przez  więzią  wspólnotową  jest 

poważna, ale nie niemożliwa do pokonania. 

 

Drugie wyzwanie jest trudniejsze do pokonania od strony technicznej. Komunikowanie się za 

pośrednictwem  komputera  umożliwia  przekazywanie  znacznie  mniejszej  ilości  informacji 

niewerbalnych  niż  interakcja  bezpośrednia.  Dertouzos  z  MIT  ma  rację  pytając:  „Które 

elementy  ludzkich  relacji  będą  w  przyszłości  przekazywane  przy  pomocy  infrastruktury 

informacyjnej, a które nie?”94. 

 

Ludzie  są  niesłychanie  skuteczni  w  wychwytywaniu  komunikatów  niewerbalnych, 

szczególnie  tych  dotyczących  emocji,  współpracy  i  wiarygodności  (bardzo  prawdopodobne, 

że  umiejętność  rozpoznawania  kłamstwa  na  podstawie  niezwerbalizowanych  przesłanek 

stanowiła  znaczącą  przewagę  w  procesie  ewolucji).  Psycholog  Albert  Mehrabian  w  swojej 

pracy  Silent  Messages:  Implicit  Communication  of  Emotions  and  Attitudes  [Ciche 

komunikaty:  ukryty  przekaz  emocji  i  postaw]  pisze,  że  w  „królestwie  uczuć”  kluczowe 

znacznie  mają  „mimika,  intonacja,  postawa  ciała,  ruch  i  gestykulacja”,  a  kiedy  nasze  słowa 

                                                                                                                                                         
Rise  of  the  Network  Society  (Cambridge,  Mass.:  Blackwell,  1996),  363-64  wyd.  Polskie 
Manuel 

Castells, 

Społeczeństwo 

sieci, 

przeł. 

M. 

Marody, 

K. 

Pawluś, 

J. 

Skawiński,  S.  Szymański,  Warszawa  2007,  PWN,  s.  368;  Pippa  Norris,  „Who  Surfs?  New 
Technology, Old Voters, & Virtual Democracy”, w Kamarck i Nye, democracy.com, 71-94; 
Pippa  Norris,  "Who  Surfs  Cafe"  Europa?  Virtual  Democracy  in  the  U.S.  and  Western 
Europe”,  referat  wygłoszony  na  Annual  Meeting  of  the  American  Political  Science 
Association (Atlanta, wrzesień 1999). 
94 Dertouzos, What Will Be, 299. 

background image

„przeczą przekazywanym przy ich pomocy komunikatom, inni nie wierzą w to co mówimy – 

opierając się niemal całkowicie na tym jak się zachowujemy”95. 

 

Komunikacja  odbywająca  się  przy  pomocy  komputera,  obecnie  i  w  dającej  się  przewidzieć 

przyszłości,  ukrywa  olbrzymią  ilość  komunikatów  niewerbalnych,  jakie  towarzyszą  nawet 

najbardziej  przelotnej  interakcji.  (ikony  w  treści  e-maili  takie,  jak  :)  pośrednio  potwierdzają 

ten  fakt,  przekazując  zaledwie  najbardziej  pozytywną  informację,  jaką  można  wyrazić 

mimiką).  Kontakt  wzrokowy,  gestykulacja  (świadoma  i  nieświadoma),  ukłony,  marszczenie 

brwi, język ciała, zajmowanie miejsca, a nawet wahanie mierzone w milisekundach – żadna z 

tych  informacji,  które  w  trakcie  bezpośredniego  spotkania  przetwarzamy  nawet  się  nad  tym 

nie zastanawiając nie daje się ująć w komunikatach tekstowych. 

 

Dodatkowo,  na  co  zwracają  uwagę  teoretycy  organizacji  Nitin  Nohria  i  Robert  G.  Eccles, 

spotkania  twarzą  w  twarz  dają  natychmiastowy  i  pogłębiony  zwrot,  co  jest  niemożliwe  w 

przypadku komunikowania się za pośrednictwem komputera. 

 

W  porównaniu  z  wymianą  zapośredniczoną  elektronicznie,  struktura  interakcji  bezpośredniej  daje 

nieograniczone  możliwości  przerywania,  poprawiania  się,  odczytywania  reakcji  zwrotnych  i  uczenia 

się.  W  odróżnieniu  od  interakcji,  które  są  w  większości  sekwencyjne,  kontakty  typu  face-to-face 

pozwalają  obu  osobom  jednocześnie  wysyłać  i  odbierać  wiadomości.  Cykl  przerwanie,  odczytanie 

reakcji  zwrotnej,  poprawianie  komunikatu  w  przypadku  interakcji  bezpośredniej  jest  tak  szybki,  że 

zachodzi  w  jednej  chwili.  Jak  zauważył  [socjolog  Ervin]  Goffman  „mówca  może  dostrzec  reakcje 

innych,  zanim  skończy  mówić  i  w  połowie  zdania  zmienić  przekaz  tak  aby  uzyskać  inny  odzew”. 

Kiedy zaś w interakcji uczestniczy grupa osób, liczba „rozmów” mogących toczyć się symultanicznie 

w  przypadku  gdy  komunikacja  ma  charakter  bezpośredni  jest  jeszcze  trudniejsza  do  uzyskania  przy 

pomocy innych mediów

 

Deficyt  sygnałów  społecznych  w  komunikacji  zapośredniczonej  komputerowo  zmniejsza 

współpracę  i  zaufanie,  szczególnie  gdy  interakcja  ma  charakter  anonimowy  i  nie  jest 

                                                 
95 Albert Mehrabian, Silent Messages: Implicit Communications of Emotions and Attitudes, 
wyd. 2 (Belmont, Calif.: Wadsworth, 1981), iii, cyt. za Brittney G. Chenault, "Developing 
Personal  and  Emotional  Relationships  Via  Computer-Mediated  Communication”, 
Computer-Mediated 

Communication 

Magazine 

(maj 

1998): 

1, 

na 

www.december.com/cmc/mag/1998/may/chenault.html, pobrane 16 października, 1999. Na 
temat  ewolucji  i  uczciwości  zob.  Robert  H.  Frank,  Passions  Within  Reason:  The  Strategic 
Roles of the Emotions 
(New York: Norton, 1988). 

background image

osadzona  w  szerszym  kontekście  społecznym.  Eksperymenty  porównujące  komunikowanie 

się bez i za pośrednictwem komputera potwierdziły, że im bogatsze jest medium komunikacji, 

tym bardziej spotkanie staje się towarzyskie, osobiste, oparte na zaufaniu i przyjacielskie96. 

 

Aby  nie  było  wątpliwości:  komunikacja  przy  pomocy  komputera  jest  bardziej  egalitarna, 

szczera  i  zadaniowa  niż  bezpośrednia.  Uczestnicy  internetowych  grup  dyskusyjnych  mają 

najczęściej  większą  ilość  alternatyw.  Jednak  niedostatek  sygnałów  i  komunikacji  społecznej 

powoduje,  że  trudniej  im  osiągnąć  konsensus  i  odczuwać  solidarność  z  pozostałymi.  Mają 

poczucie  „depersonalizacji”  i  są  mniej  zadowoleni  ze  wspólnych  osiągnięć.  Grupy 

komunikujące  się  za  pośrednictwem  komputera  lepiej  radzą  sobie  z  intelektualnym 

opanowaniem zdań – prawdopodobnie dlatego, że są mniej „rozpraszane” przez komunikację 

społeczną  –  jednak  wypadają  dużo  słabiej  w  generowaniu  zaufania  i  wzajemności,  które  są 

niezbędne aby wykorzystać zdobytą wiedzę.  

 

                                                 
96  Istnieje  ogromna  ilość  badań  porównujących  komunikację  bezpośrednią  i 
zapośreniczoną  przez  komputer  patrz  Nohria  i  Eccles,  "Face-to-Face”,  szczególnie  292-
299,  skąd  pochodzi  cytat;  Sara  Kiesler,  Jane  Siegel  i  Timothy  W.  McGuire,  "Social 
Psychological Aspects of Computer-Mediated Communication”, American Psychologist 39 
(1984):  1123-1134;  L.  K.  Trevino,  R.  H.  Lengel  i  R.  L.  Daft,  "Media  Symbolism,  Media 
Richness,  and  Media  Choice  in  Organizations:  A  Symbolic  Interactionist  Perspective”, 
Communication  Research  14  (1987):  553-574;  Lee  Sproull  i  Sara  Kiesler,  "Computers, 
Networks,  and  Work”,  Scientific  American  265  [3]  (1991):  116-127;  Poppy  Lauretta 
McLeod,  "An  Assessment  of  the  Experimental  Literature  on  Electronic  Support  of  Group 
Work:  Results  of  a  Meta-Analysis”,  Human-Computer  Interaction  7  (1992):  257-280; 
Joseph B. Walther, "Interpersonal Effects in Computer-Mediated Interaction: A Relational 
Perspective”, Communication Research 19 (1992): 52-90; Joseph B. Walther, "Anticipated 
Ongoing  Interaction  Versus  Channel  Effects  on  Relational  Communication  in  Computer-
Mediated  Interaction”,  Human-Computer  Interaction  20  (1994):  473-501;  M.  Lea  and  R. 
Spears, "Love at First Byte? Building Personal Relationships over Computer Networks”, w 
Understudied  Relationships:  Off  the  Beaten  Track,  red.  J.  T.  Wood  i  S.  Duck  (Newbury 
Park,  Calif.:  1995),  197-233;  Garton  and  Barry  Wellman,  "Social  Impacts";  Susan  G. 
Straus,  Technology,  Group  Process,  i  Group  Outcomes:  Testing  the  Connections  in 
Computer-Mediated  and  Face-to-Face  Groups”,  Human-Computer  Interaction  12  (1997): 
227-265,  szczególnie  233-236;  Elena  Rocco,  "Trust  Breaks  Down  in  Electronic  Contexts 
but  Can  Be  Repaired  by  Some  Initial  Face-to-Face  Contact”,  Computer-Human 
Interaction 
[CHI] Proceedings (Los Angeles, Calif.: Kwiecień 1998), 492—502. Naukowcy 
wciąż nie są zgodni co do tego, jak różnice w komunikacji bezpośredniej i zapośredniczonej 
przez komputer – prezentacja bardziej rozbudowanych „tożsamości społecznych” w relacji 
typu face-to-face, niższe tempo komunikacji przebiegającej na piśmie, większa natarczywość 
bieżącego  procesu  komunikacji  bezpośredniej  i  inne  -  przekładają  się  na  różnice  w  ich 
rezultatach.  Brown  i  Duguid,  Social  Life  of  Information,  41-52,  dają  użyteczny  przegląd 
różnic między negocjowaniem w życiu realnym i w cyberprzestrzeni. 

background image

Oszukiwanie  i  zdrada  znacznie  częściej  występują  w  komunikacji  komputerowej,  ponieważ 

łatwiej  tu  wprowadzić  innych  w  błąd  lub  nie  zrozumieć  się.  Uczestnicy  takiej  komunikacji 

słabiej trzymają się konwenansów i szybciej sięgają po ostry język i inwektywy – „flaming” 

[wysyłanie obraźliwych  wiadomości przez  Internet – przyp. tłum.] jest terminem popularnie 

używanych  przez  internautów,  który  opiera  się  na  skojarzeniu  komunikacji  z  walką  przy 

użyciu  miotaczy  płomieni  [flamethrowers].  Komunikacja  za  pośrednictwem  komputera 

spisuje się znakomici gdy chodzi o przekazywanie informacji, zbieranie opinii, dyskutowanie 

alternatyw,  jednak  dużo  gorzej  gdy  trzeba  budować  zaufanie  lub  wykazać  się  dobrą  wolą. 

John Seeley Brown i Paul Duguid wskazują, że „transakcje w sieci, finansowe lub społeczne, 

będą  bezpieczniejsze  nie  dzięki  łatwej  technice  kodowania  cyfrowego,  ale  dzięki 

infrastrukturze – społecznej i technicznej – towarzyszącej interakcjom97.” 

 

Dlatego  też,  stwierdzają  Nohria  i  Eccles,  upowszechnienie  komunikacji  za  pośrednictwem 

komputera  spowoduje  konieczność  coraz  częstszych  spotkań  bezpośrednich:  „istnienie 

rozległej,  pogłębionej  i  solidnej  infrastruktury  relacji  społecznych  jest  niezbędnym 

warunkiem  tego,  aby  osoby  posługujące  się  mediami  elektronicznym  mogły  w  pełni 

zrozumieć  to,  co  komunikują  im  inni”.  Doświadczenia  wspólnoty  powstałej  wokół  sieci 

elektronicznej  w  Blacksburg  w  Wirginii,  dowodzą,  że  „jeśli  wspólnota  elektroniczna 

powstanie bezpośrednio  na bazie społeczności istniejącej fizycznie, pojawia się bardzo silna 

presja  społeczna  wymuszająca  uprzejmość.  Ktoś  na  kogo  wydrzesz  się  w  sieci,  albo  kogo 

obrzucisz obelgami, łatwo może się okazać twoim sąsiadem, którego spotykasz w kolejce w 

warzywniaku”98.  Tak  więc  kapitał  społeczny  może  się  okazać  raczej  warunkiem  wstępnym 

niż konsekwencją skutecznej komunikacji komputerowej. 

 

Omawiane problemy są mniej poważne gdy mamy do czynienia z prostą, praktyczną sytuacją, 

rzecz  ma  się  zgoła  inaczej  w  sytuacji  niepewności  i  wieloznaczności.  Komplikacje  można 

                                                 
97  Brown  i  Duguid,  Social  Life  of  Information,  61.  Na  temat  flamingu  patrz  Martin  Lea, 
Tim O'Shea, Pat Fung i Russell Spears, "'Flaming' in Computer-Mediated Communication: 
Observations, 

Explanations, 

Implications”, 

Contexts 

of 

Computer-Mediated 

Communication, Martin Lea, red. (New York: Harvester Wheatsheaf, 1992), 89-112; Garton i 
Wellman,  "Social  Impacts”,  441-442;  oraz  Straus,  "Technology”,  234-235.  Rocco  ("Trust 
Breaks  Down")  wykazał,  że  nawet  przelotny  kontakt  bezpośredni  poprzedzający 
komunikację za pośrednictwem komputera usprawnia jej przebieg. 
98  Nohria  i  Eccles,  "Face-to-Face”,  300-301;  Andrew  Cohill  i  Andrea  Kavanaugh, 
Community  Networks:  Lessons  from  Blacksburg,  Virginia  (Norwood,  Mass.:  Artech  House, 
2000). 

background image

łatwo  ograniczyć,  gdy  komunikacja  elektroniczna  zostanie  osadzona  w  powtarzalnej 

interakcji bezpośredniej. Nic prostszego niż skorzystać z komputera po to aby umówić się na 

kolację  w  restauracji  z  żoną  lub  mężem,  jednak  rozmówienie  się  w  ten  sposób  z  sąsiadką 

organizującą  zbyt  hałaśliwe  imprezy  nie  będzie  już  takie  łatwe.  Nawiązaniu  nowych 

znajomości za pośrednictwem Internetu brakuje społecznego zanurzenia, które jest niezbędne 

aby  pokonać  trudności  związane  właściwym  temu  medium  brakiem  społecznych  sygnałów. 

Sieci oparte na kontaktach bezpośrednich są gęste i ograniczone, podczas gdy te wytwarzane 

przez  komunikację  komputerową  są  porozrzucane  i  nie  mają  wyraźnych  granic. 

Anonimowość  i  płynność  wirtualnego  świata  zachęca  do  nawiązywania  kontaktów 

przelotnych  i  nietrwałych.  Ta  przygodność  komunikacji  elektronicznej  trafia  w  gust  części 

mieszkańców  cyberprzestrzeni,  jednak  uniemożliwia  tworzenie  kapitału  społecznego.  Jeśli 

poznawanie  i  rozstawanie  się  przychodzi  tak  łatwo,  brakuje  czasu  aby  rozwinęły  się 

przywiązanie, wiarygodność i wzajemność99.  

 

Rozbudowa  komunikacji  elektronicznej  przy  pomocy  technik  audio  i  video  może  z  czasem 

ograniczyć te trudności, jednak jest mało prawdopodobne aby stało się to szybko. Transmisja 

przekazu  video  nawet  o  bardzo  niskiej  jakości  wymaga  tak  dużej  „przepustowości  łączy” 

(pojemności  komunikacyjnej),  że  są  małe  szanse  aby  technika  ta  stała  się  tania  i 

ogólnodostępna  wcześniej niż w ciągu dziesięciu, a może kilkunastu lat. Co więcej niektóre 

eksperymenty wskazują, że nawet wysoka jakość przekazu video pozwala ograniczyć ale nie 

wyeliminować 

negatywne 

efekty 

towarzyszące 

komunikacji 

elektronicznej 

– 

depersonalizację, dystans psychologiczny, mało  sygnałów społecznych  (social cues), itp100. 

Skala  i  tempo  zmian  technologicznych  czynią  ryzykownym  przewidywanie  wpływu 

komunikacji  zapośredniczonej  przez  komputer  na  wymianę  społeczną,  jednak  ta  druga 

przeszkoda  w  budowie  wspólnot  w  cyberprzestrzeni  wydaje  się  bardziej  nieprzystępna  niż 

podział informacyjny. 

 

                                                 
99 Galston, "(How) Does the Internet Affect Community?" 
100  Brid  O'Connaill,  Steve  Whittaker  i  Sylvia  Wilbur,  "Conversations  over  Video 
Conferences:  An  Evaluation  of  the  Spoken  Aspects  of  Video-Mediated  Communication”, 
Human-Computer Interaction 8 (1993): 389-428; Abigail J. Sellen, "Remote Conversations: 
The  Effects  of  Mediating  Talk  with  Technology”,  Human-Computer  Interaction  10  (1995): 
401-444. 

background image

Trzecia  bariera  pojawia  się  pod  sugestywnym  określeniem  „cyberbałkanizacji”101.  Internet 

pozwala  nam  ograniczyć  zasięg  komunikacji  wyłącznie  do  osób  podzielających  nasze 

zainteresowania – nie do innych posiadaczy samochodów BMW, ale właścicieli BMW 2002, 

a  nawet  BMW  2002  z  turbodoładowaniem  z  rocznika  1973,  niezależnie  od  tego  gdzie 

mieszkają i czym się zajmują. Daleko posunięta specjalizacja jest jedną z zalet tego medium 

ale  zarazem  jednym  z  bardziej  subtelnych  zagrożeń  dla  łączącego  (bridging)  kapitału 

społecznego.  Zrobienie  wpisu  na  temat  pogody  na  czacie  dotyczącym  BMW  wiąże  się  z 

ryzykiem,  że  zostaniemy  zwymyślani  za  wprowadzanie  wątków  niezwiązanych  z  tematem. 

Wyobraźmy  sobie  dla  odmiany  rechot,  jaki  wzbudziłby  uczestnik  szkółki  niedzielnej  lub 

członek drużyny kręglarskiej, który na zwyczajową próbę zagajenia rozmowy rzuciłby, że to 

nie na temat. 

 

Codzienne  interakcje  w  realnym  świecie  zmuszają  nas  do  konfrontowania  się  z 

różnorodnością,  podczas  gdy  świat  wirtualny  może  być  bardziej  homogeniczny,  nie  ze 

względu  na  podobieństwa  demograficzne  lecz  podobieństwo  zainteresowań  i  poglądów. 

Wspólnoty  zainteresowań  mogą  zająć  miejsce  wspólnot  sąsiedzkich.  Jak  zauważył  Stephen 

Doheny-Farina, specjalista zajmujący się komunikacją i życzliwy komentator wizji tworzenia 

cyberspołeczności: 

 

W  przestrzeni  fizycznej  jesteśmy  zmuszeni  żyć  z  ludźmi,  którzy  mogą  się  od  nas  różnić  na  wiele 

sposób. Jednak społeczności wirtualne dają nam możliwość konstruowania utopijnych kolektywów – 

wspólnot o identycznych zainteresowaniach, wykształceniu, guście, przekonaniach i umiejętnościach. 

W cyberprzestrzeni możemy z niezamieszkanego pustkowia stworzyć nowy świat102. 

 

Interakcje  w  cyberprzestrzni  są  zwykle  jednowymiarowe.  Członkowie  mojej  grupy 

dyskusyjnej  poświęconej  historii  XIX-wiecznej  Ameryki  kontaktują  się  ze  mną  tylko  w 

sprawach  dotyczących  tego  tematu.  Co  innego  sąsiedzi,  na  których  mogę  trafić  również  w 

supermarkecie,  kościele  lub  na  boisku.  Nie  możemy  mieć  pewności,  jak  będą  ewoluowały 

                                                 
101  Marshall  van  Alstyne  i  Erik  Brynjolfsson,  "Electronic  Communities:  Global  Village  or 
Cyberbalkanization?"  (1996),  web.mit.edu/marshall/www/Abstracts.html,  pobrane  1 
października,  1999.  Patrz  Bruce  Bimber,  "The  Internet  and  Political  Transformation: 
Populism, Community, and Accelerated Pluralism”, Polity 31 (1998): 133-60, za podobnym 
stanowiskiem głoszącym, że Internet będzie sprzyjał „rozbiciu istniejącego obecnie systemu 
politycznych grup interesu”. 
102 Stephen Doheny-Farina, The Wired Neighborhood (New Haven, Conn.: Yale University 
Press, 1996), 16. 

background image

społeczności  internetowe,  jednak  jeśli  wspólnoty  wirtualne  okażą  się  bardziej 

jednowymiarowe niż społeczności w świecie realnym, to cyberbałkanizacja będzie się nasilać.  

 

Kiedy  wspólnoty  zaczną  się  tworzyć  niezależnie  od  ograniczeń  przestrzennych,  lokalna 

różnorodność  może  ustąpić  miejsca  wirtualnej  homogeniczności.  Technologia  internetowa 

zachęca  miłośników  astronomii,  enologii,  trekkingu  i  tez  o  dominacji  białej  rasy  do 

ograniczania  kręgu  przyjaciół  do  osób  o  tych  samych  zamiłowaniach.  Nowe  technologie 

pozwalające  automatycznie  „filtrować”  treść  i  odsiewać  elementy  niezwiązane  z  tematem 

tylko  pogarszają  sprawę.  Nieoczekiwane  kontakty  stają  się  tym  mniej  prawdopodobne  im 

bardziej  rozwój  komunikacji  ogranicza  nasze  gusta  i  zainteresowania  –  wiemy  coraz  więcej 

na  coraz  mniej  tematów.  Ta  tendencja  prowadzi  do  wzrostu  wąsko  pojmowanej 

produktywności, a ogranicza spójność społeczną.  

 

Z drugiej strony nie powinniśmy idealizować różnorodności społeczności, w których przyszło 

nam  żyć  w  realnym  świecie.  „Jeśli  wszedłeś  między  wrony  musisz  krakać  jak  i  one”  to 

przysłowie,  które  przypomina  nam  o  występowaniu  tendencji  do  ujednolicania  wspólnot  na 

długo przed pojawieniem się Internetu. To czy potencjalność jeszcze bardziej ograniczonych 

wspólnot  stanie  się  faktem  będzie  zależeć  od  tego,  jak  „wirtualna”  strona  naszego  życia 

będzie się miała do szerszej rzeczywistości społecznej, oraz naszych podstawowych wartości. 

Co  więcej,  jak  wskazuje  naukowiec  zajmujący  się  technologią  komputerową  Paul  Resnick, 

najbardziej  prawdopodobnym  efektem  ewolucji  nie  będą  ani  wszechogarniające 

„cyberwspólnoty”,  ani  szczelne  „cybergetta”  lecz  liczne  „cyberkluby”  posiadające  wielu 

wspólnych  członków.  W  takim  świecie,  słabe  więzi  łączące  różne  grupy  mogą  wytworzyć 

splecioną wspólnotę wspólnot103.  

 

Ostatnia  potencjalna  przeszkoda  opiera  się  tylko  na  domniemaniach  co  jednak  nie  czyni  jej 

mniej  złowieszczą:  czy  Internet  okaże  się  w  większym  stopniu  zmyślnym  telefonem,  czy 

zmyślną  telewizją?  Innymi  słowy,  czy  stanie  się  przede  wszystkim  środkiem  aktywnej 

komunikacji  społecznej,  czy  biernej  prywatnej  rozrywki?  Czy  komunikacja  elektroniczna 

„wyprze”  (crowd  out)  więzi  bezpośrednie?  Jest  za  wcześnie  aby  o  tym  mówić.  Bardzo 

wstępne  ustalenia  dają  nadzieję,  że  czas  spędzony  w  sieci  zastąpi  czas  spędzony  przed 

telewizorem:  sondaż  z  1999  r.  wykazał,  że  42%  użytkowników  Internetu  stwierdziło,  że 

                                                 
103 Dziękuję Paulowi Resnickowi za to, że niestrudzenie instruował mnie i udzielał celnych 
wskazówek na temat Internetu i kapitału społecznego. 

background image

powoduje on, iż poświęcają mniej czasu na oglądanie telewizji, wobec 19%, którzy mówili, 

że czytają mniej tygodników i 16%, którzy  ograniczyli czas poświęcany  na lekturę  gazet.  Z 

drugiej  strony  pierwsze  badania  eksperymentalne  wykazały,  że  intensywne  korzystanie  z 

Internetu  może  prowadzić  do  poczucia  większej  izolacji  społecznej,  a  nawet  wywoływać 

depresję104. I na koniec: komercyjne motywy, które obecnie wpływają na kierunek rozwoju 

Internetu  zdają  się  kłaść  nacisk  na  indywidualną  rozrywkę  i  biznes  niż  funkcje  społeczne. 

Jeśli zależy nam na rozwoju technologii bardziej przyjaznych wspólnotom, może się okazać, 

że potrzebne będą bodźce pochodzące spoza rynku. 

 

Co  można  powiedzieć  o  możliwym  wpływie  telekomunikacji  na  wieź  społeczną  i 

obywatelskie  zaangażowanie  w  oparciu  o  przeprowadzoną  analizę  optymistycznych  i 

pesymistycznych scenariuszy? Historia telefonu uczy nas, jak nietrafne okazuje się zarówno 

utopie,  jak  i  jeremiady.  Co  więcej  byłoby  podstawowym  błędem  zakładać,  że  stoimy  przed 

alternatywą  komunikacja  za  pośrednictwem  komputera  lub  interakcja  bezpośrednia.  Tak 

historia telefonu, jak i wczesne dane na temat korzystania z Internetu wskazują wyraźnie, że 

komunikacja  elektroniczna  będzie  uzupełniać,  a  nie  zastępować  społeczności  oparte  na 

relacjach bezpośrednich.  

 

Szczególnie uderzająca jest zbieżność między ustaleniami dotyczącymi korzystania z telefonu 

i wnioskami opracowania dotyczącego stosowania komunikacji komputerowej przez badaczy 

naukowych, przygotowanego przez socjologa Barry’ego Wellmana i jego współpracowników. 

Uczeni stwierdzili, że 

 

Chociaż  Internet  pomaga  naukowcom  utrzymywać  kontakty  na  duże  odległości,  fizyczna  bliskość 

wciąż  ma  znaczenie.  Uczeni,  którzy  częściej  się  spotykają  lub  częściej  pracują  obok  siebie,  częściej 

piszą do siebie e-maile. Częste kontakty za pośrednictwem  Internetu towarzyszą  częstym  kontaktom 

bezpośrednim, a nie zastępują ich105. 

                                                 
104  Time,  27  września,  1999;  Robert  Kraut,  Michael  Patterson,  Vicki  Lundmark,  i  Sara 
Kiesler,  "Internet  Paradox:  A  Social  Technology  That  Reduces  Social  Involvement  and 
Psychological Weil-Being?" American Psychologist 53 (wrzesień 1998): 1017-1031. 
105  Emmanuel  Koku,  Nancy  Nazer  i  Barry  Wellman,  "Netting  Scholars:  Online  and 
Offline”, American Behavioral Scientist 43 (2000). Keith N. Hampton and Barry Wellman, 
"Netville  On-line  and  Off-line:  Observing  and  Surveying  a  Wired  Suburb”,  American 
Behavioral  Scientist  
43  (listopad/grudzień  1999):  475-492,  podaje,  że  mieszkańcy 
okablowanych przedmieść Toronto posługują się komunikacją komputerową raczej po to aby 
wzmocnić  więzi  sąsiedzkie  niż  rozszerzać  swoje  sieci  społeczne  poza  ograniczenia 

background image

 

Ustalenia  te  są  w  pełni  zgodne  z  opartymi  na  posiadanej  wiedzy  prognozami  Dertouzosa  z 

MIT,  entuzjastycznego  orędownika  komunikacji  elektronicznej:  „[C]hociaż  niektóre 

małoznaczące  kontakty  biznesowe  oraz  przelotne  relacje  społeczne  będą  zawierane  i 

podtrzymywane  tylko  wirtualnie,  bliskość  fizyczna  będzie  niezbędna  aby  scementować  i 

wzmocnić ważniejsze znajomości zawodowe i prywatne”. „Dan Huttenlocher, profesor nauk 

komputerowych  w  Cornell  [University  –  tłum.]  twierdzi,  że  technologie  cyfrowe  są 

nieocenione  w  podtrzymywaniu  już  istniejących  społeczności.  Są  jednak  dużo  gorsze  w  ich 

tworzeniu”106.  Jednak  jeśli  pierwszoplanowym  rezultatem  komunikowania  się  za  pomocą 

komputerów jest wzmacnianie, a nie zastępowanie relacji typu face-to-face, to sama sieć ma 

małe  szanse  na  odwrócenie  tendencji  prowadzącej  do  obniżania  się  naszego  kapitału 

społecznego. 

 

Na  koniec,  nie  musimy  zakładać,  ze  przyszłość  Internetu  będzie  determinowana  przez  jakiś 

nieintencjonalny  „imperatyw  technologiczny”.  Najważniejszym  pytaniem  jest  nie  to,  co 

Internet  może  zrobić  dla  nas,  ale  co  my  możemy  zrobić  z  Internetem.  Jak  wykorzystać 

ogromny  potencjał komunikacji poprzez komputer dla zwiększenia produktywności naszych 

inwestycji w kapitał społeczny? Jak zaprząc tę obiecującą technologię do zacieśniania więzów 

społecznych?  Jak  rozwinąć  technologię  aby  uwzględniała  obecność  społeczeństwa,  jego 

reakcje zwrotne i sygnały? Jak wykorzystać szansę, jaką daje szybka i tania komunikacja do 

wzmocnienia  przecierającej  się  materii  naszych  społeczności  realnych,  zamiast  dawać  się 

uwodzić mirażom „społeczności wirtualnych” nie z tego świata? Krótko, jak uczynić Internet 

częścią  rozwiązania?  Na  początku  nowego  stulecia  najbardziej  pasjonujące  wyzwanie  w 

dziedzinie komunikacji komputerowej dotyczy tego właśnie problemu. W ostatnim rozdziale 

książki poświęcę trochę miejsca tym perspektywom. W tej chwili podsumuję, że trudno sobie 

wyobrazić  rozwiązanie  naszych  aktualnych  dylematów  obywatelskich  bez  wykorzysania 

                                                                                                                                                         
przestrzeni  fizycznej.  Wellman  podaje  tekże  w  "The  Global  Village  Isn't  So  Global”, 
Connections  22  (1999):  14-16,  że  badania  pilotażowe  korzystania  z  poczty  elektronicznej 
wsród  studentów  University  of  California  wskazały,  że  ponad  2/3  otrzymanych  przez  nich 
wiadomości  pochodziły  z  regionu  zatoki,  a  równo  połowa  z  samego  Berkeley.  Jestem 
wdzięczny  Barry’emu  Wellmanowi  za  pomocne  wskazówki  do  tego  rozdziału  oraz 
udostępnienie  jego  ekspertyzy  dla  BMW.  Więcej  argumentów  wskazujących,  że 
telekomunikacja  i  komunikacja  bezośrednia  są  komplementarne  a  nie  konkurencyjne  patrz 
Jess Gaspar i Edward L. Glaeser, "Information Technology and the Future of Cities”, Journal 
of Urban Economics 43(1998): 136-156. 
106 Dertouzos, What Will Be, 300; Brown i Duguid, Social Life oflnformation, 226, cytujący 
Dana Huttenlochera. 

background image

technologii  komunikacji  poprzez  komputer.  Jednak  chociaż  Internet  ma  potencjał  aby 

zrekompensować  straty  w  konwencjonalnych  formach  kapitału  społecznego,  nie  zrobi  tego 

automatycznie.  

 

Materiał  dotyczący  małych  grup,  ruchów  społecznych  i  telekomunikacji  nie  jest  tak 

jednoznaczny,  jak  dane  omawiane  w  poprzednich  rozdziałach.  Podsumowując,  najbardziej 

czytelnymi odstępstwami od tendencji prowadzącej w kierunku obywatelskiego wycofania są: 

1)  omówiony  w  rozdziale  7  wzrost  popularności  wolontariatu  wśród  młodzieży;  2)  rozwój 

telekomunikacji,  a  przede  wszystkim  Internetu;  3)  żywiołowy  rozkwit  działań  oddolnych 

podejmowanych  przez  konserwatywnych  ewanegelikanów  4)  rosnąca  liczba  grup  wsparcia. 

Te zróżnicowanie nurty płynące pod prąd głównej tendencji przypominają, że społeczeństwo 

ewoluuje  jednocześnie  w  wielu  kierunkach.  Wyjątki  na  tle  ogólnie  przygnębiającej  historii, 

którą  opowiedziałem  mają  krzepić  serca  nadzieją  na  obywatelską  odnowę.  Jednak  nie  są  w 

stanie odwrócić skutków procesu w wyniku którego, większość Amerykanów jest dzisiaj na 

wiele  sposobów  mniej  związana  ze  swoją  społecznością  niż  miało  to  miejsce  dwa,  czy  trzy 

dziesięciolecia  temu.  Zanim  zaczniemy  poszukiwać  możliwych  reform,  powinniśmy 

zrozumieć  przyczyny  tego  odpływu.  Jak  można  wyjaśnić  mający  miejsce  w  ostatnich 

dziesięcioleciach  odwrót  od  obywatelskiej  tendencji  towarzyszącej  nam  przez  około  dwie 

trzecie XX wieku? Zagwostką tą zajmiemy się w drugiej części książki.