background image

 

 

GALAKTYKA STRACHU 
 
01 
 

Zjedzony żywcem 
 
John Whitman 
 
Tłumacznie : neurofinix 

 

 

PROLOG 

 

 

Drzwi  odsunęły  się  z  sykiem.  Ciemna  postać  wkroczyła  do  laboratorium,  gdzie 

samotny  naukowiec  stał  nad  stołem  badawczym.  Było  tam  ciągle  coś  żywego.  Gdy  ciemna 

postać  się  zbliżyła,  naukowiec  się  nie  odwrócił.  Tylko  dwie  inne  istoty  w  całej  galaktyce 

miały dostęp do jego ukrytej fortecy i naukowiec wiedział kto przybył się z nim zobaczyć. 

-Witaj Lordzie Vader – powiedział naukowiec 

Postać  obleczona  w  czarną  zbroję  podeszła  krok  bliżej.  Jej  twarz  była  ukryta  za  czarną 

wyglądającą  jak  czaszka  maską.  To  był  Darth  Vader.  Ciemny  Lord    Sithów,  okrutna  prawa 

ręka Imperatora. 

-Czy zakończyłeś swoje badania? 

Naukowiec  się  odwrócił.  Trzymał  w  rękach  ostry,  haczykowaty  przyrząd.  Na  stole  za  nim, 

stworzenie zadrżało a potem wyrosło bezgłośnie. 

-Nieomal.  Pierwsze  pięć  faz  mojego  eksperymentu  są  w  toku.  Wkrótce  będę  w  stanie 

ukończyć  szóstą  i  ostatnią  fazę.  Wtedy  zaopatrzę  Imperatora  w  największą  potęgę  w 

galaktyce 

background image

 

-Słyszałem  to  już  wcześniej  –  rzekł  Vader  –  Gwiazda  Śmierci  miała  być  narzędziem 

ostatetecznego  technicznego  terroru.  Zniszczyła  Alderaan,  ale  potem  rebelianci  zniszczyli 

Gwiazdę Śmierci. 

-Ha  !  –  odrzekł  naukowiec  –  Ta  stacja  bojowa  była  tylko  zabawką.  Moje  projekty  nie  są 

maszynami. Kontroluję moc życia w swej istocie. Stworzę broń ostateczną dla Imperatora. 

-Bronią ostateczną – ostrzegł Vader – jest Moc. 

- Oczywiście, oczywiście. 

Vader  wpatrywał  się  w  naukowca  przez  moment,  jego  oddech  chrypiący  wskutek  noszonej 

maski był jak ostrzegawczy syk.  

-Kończy ci się czas. Twoja praca mogła być do tej pory odkryta. 

Naukowiec popatrzył z ukosa. 

-Masz na myśli jego? Nie martw się o niego. Zajmę się nim gdy nadejdzie czas. 

Vader uniósł ostrzegawczo rękę. 

-Jeśli  ten  sekret  wycieknie  tak  jak  tajemnice  Gwiazdy  Śmierci,  Imperator  i  ja  będziemy 

bardzo niezadowoleni. 

Potem Ciemny Lord się odwrócił. 

Naukowiec  wpatrywał  się  za  postacią  obleczoną  w  zbroję,  jego  oczy  wydawały  się 

palić dziurę w jego plecach. Niedługo- pomyślał bardzo niedługo będzie dysponował siłą aby 

zniszczyć nawet Dartha Vadera. A potem zajmie jego miejsce u boku Imperatora. 

Wrócił  do  swoich  experymentów.  Pochylił  swoje  haczykowate  ostrze.  Stworzenie  na  stole 

wrzasnęlo... 

 

ROZDZIAŁ 1 

 

Atak  przyszedł  bez  żadnego  ostrzeżenia.  W  małym  kwadrancie  przestrzeni,  X-wing 

nieznacznie  zmienił  tor  lotu  żeby  uniknąć  zderzenia  z  masywnym  czerwonym  księżycem, 

który  wyłonił  się  w  oddali.  Kiedy  to  zrobił,  myśliwiec  TIE  pojawił  się  w  cieniu  księżyca  a 

jego dwa panele słoneczne błysnęły odbitym światłem. Szybując poprzez próżnię myśliwiec 

otworzył ogień, jego podwójne lasery plunęły ogniem. Jeden ze strzałów trafił  w kadłub X-

winga.  Tarcze  odbiły  większą  część  eksplozji,  a  nadwyrężony  myśliwiec  zboczył  z  kursu  i 

przyśpieszył. Myśliwiec TIE podążył za nim nieustępliwie. Był nie tylko szybki i zwrotny ale 

jego pilot miała dodatkową przewagę. Znała swojego przeciwnika. Patrzyła na niego chłodno 

jak  kręcił  beczki  i  skręcał  usiłując  zgubić  swojego  prześladowcę.  Jednak  przykleiła  się  do 

background image

 

niego  poświęcając  tylko  kilka  rzutów  oka  na  ekran  taktyczny  i  czekając  aż  cel  zostanie 

namierzony.  

Uśmiechnęła się szeroko- Jesteś mój. 

Lecący  X-wing  wykonał  ostrą  korektę  lotu  i  skierował  się  prosto  w  stronę  małego 

czerwonego  księżyca.  Pilot  wiedział  kto  jest  za  nim.  To  był  ten  sam  przeciwnik,  z  którym 

zmierzył się setki razy. Była dobra. Jeśli zamierzał przeżyć musiał być lepszy. 

- Spróbuj tego – rzucił wyzywająco 

Pilot X-winga skierował nos swojego statku w kierunku księżyca. Grawitacja księżyca 

chwyciła  go  natychmiast  i  jego  prędkość  wzrosła.  W  ostatniej  chwili  zmienił  kierunek  lotu. 

Trzymając się w zasięgu grawitacji pilot X-winga dał pełną moc silników i przeleciał wzdłuż 

atmosfery księżyca. Brzuch jego statku zostawił ślad płomieni w powietrzu kiedy mału statek 

zrobił  pętlę  wokół  księżyca.  W  efekcie  wyglądało  to  jak  strzał  z  procy.  Pociągnięty  przez 

grawitację  X-wing  pędził  wokół  obwodu  księżyca,  zdala  od  scigającego  go  myśliwca  TIE.  

Zaatakował z drugiej strony otwierając jednocześnie ogień. Jednak pilot myśliwca TIE był na 

to gotowy.  

-Najstarsza sztuczka w podręczniku – spojrzała triumfująco.  

Zmieniła  kurs  aby  przechwycić  swój  łup  zanim  ukończy  swój  potajemny  manewr 

strzelając  w  kierunku  X-winga  ze  swojch  dział.  X-wing  wykonał  nagły  zwrot  w  lewo 

rozpaczliwie  obracając  maszynę.  Laserowe  błyskawice  wybuchły  wokół  jego  statku,  ale  w 

jakiś  niesamowity  sposób  nawet  jeden  strzał  nie  trafił.  Śmiejąc  się  pilot  X-winga  minął 

myśliwiec TIE, potem zakręcił aby kontynuować walkę. 

- Jesteś szczęściarzem – powiedział pilot myśliwca TIE 

Nagle  metaliczna  dłoń  tak  duża  jak  czerowny  księżyc  opadła  z  niebios  żeby 

zablokować  drogę  X-wingowi.  Ale  myśliwiec  gwiezdny  przeleciał  przez  sam  środek  dłoni. 

Właściciel dłoni spojrzał w dół na holotablicę gdzie pojedynek gwiezdnych myśliwców miał 

miejsce. Był nim D-V9 albo w skrócie Deevee- srebrny droid zaprojektowany żeby imitować 

wygląd  i  zachowanie  ludzi.  Jako  że  jego  głowa  i  twarz  była  zrobiona  z  durastali,  droid  nie 

potrafił zmarszczyć brwi, ale to co powiedział dało takie właśnie złudzenie.. 

- Tash. Zak. Skończcie tą głupią grę. 

Dwaj  piloci  wypuścili  swoje  dyski  kontrolne,  a  holograficzne  myśliwce  –  malutkie  w 

porównaniu do droida, który się wynurzył nad nimi, natychmiast zamarły w miejscu. Zawisły 

w  powietrzu  nad  holostołem,  wzdłuż  wygenerowanego  komputerowo  księżyca  i  planety, 

która  służyła  za  plac  gry.  Holotablica  stała  w  rogu  małego  salonu,  będącego  w  przednim 

przedziale  gwiezdnego  krążownika  nazywanego  „Beztroski  Przemytnik”,  który  w  tej  chwili 

background image

 

pędził  przez  nadprzestrzeń.  Pilot  X-winga  wstał  od  holostołu.  Miał  na  imię  Zak  Arranda. 

Zaczesał  do  tyłu  pukiel  zmierzwionych,  brązowych  włosów  i  uśmiechnął  się  szeroko  do 

swojego  przeciwnika.  Pilotem  myśliwca  TIE  była  jego  siostra,  Tash.  Mając  trzynaście  lat, 

była  o  rok  starsza  od  swojego  brata  i  o  cal  wyższa.  Jej  gęste  blond  włosy  były  upięte  w 

staranny warkocz a na jej lekko piegowatej twarzy zmarszczyły się brwi. 

- Jesteś takim szczęściarzem - powtórzyła 

-  To  było  wyborne  !  –  Zak  się  roześmiał  –  I  tak  na  marginesie  to  nie  szczęście,  to 

umiejętności. 

Tash nie była przekonana. 

-  Nikt  nie  mógł  uciec  przed  takim  ogniem  zaporowym.  Poza  tym  każdy  wie,  że  wszystkie 

hologry  są  dostrojone  tak  aby  statki  imperium  miały  przewagę.  Imperium  nigdy  nie 

pozwoliłoby wyjść na prowadzenie. Ale ty zawsze wygrywasz. Potrząsnęła głową.  

- Po prostu nie kapuje. 

-To co otrzymacie- rzekł za nią niecierpliwie droid- to otępienie przez granie w hologry. To 

zupełna  strata  czasu.  Poza  tym  już  czas  na  lekcję  zoologii.  Droid  oparł  ręce  na  swoich 

obrotowych biodrach i czekał. 

- Lekcje? – Zak jęknął – Jesteśmy w nadprzestrzeni! 

Deevee przekazał elektroniczną wersję pociągnięcia nosem. – Nie ma wytchnienia od nauki. 

Albo  od  elektronicznych  nianiek  –  pomyślał  Zak  ale  głośno  zaczął  się  sprzeczać  –  Ale 

hologry są pouczające. Poprawiają koordynację wzrokowo-ruchową i zachęcają do szybkiego 

myślenia i.. 

- I jesteśmy gotowi do lekcji, DeeVee- przerwała Tash 

Nie  żeby  była  specjalnie  zainteresowana  zoologią.  Wolałaby  raczej  czytać  jeden  ze  swoich 

plików z danymi o tradycji Jedi albo ściągać informacje z Holonetu. Ale czasami dobrze było 

dać  przykład  młodszemu  bratu.  Poza  tym  nienawidziła-  naprawdę  nienawidziła  bycia 

myśliwcem  TIE-  jeszcze  bardziej  od  kiedy  Imperium  wysadziło  jej  i  Zaka  rodzinny  świat  – 

Alderaan  na  kawałki.  Zak  i  Tash  wyjechali  na  dwa  tygodnie  i  wrócili  do  domu  tylko  po  to, 

aby zobaczyć, że ich domu już nie ma. Ich rodzice, przyjaciele i sąsiedzi, wszyscy zginęli w 

eksplozji. 

Deevee wpisał kilka poleceń w panelu kontrolnym holostołu. 

-  Lekcje  zoologii  –  mruknął  droid  do  nikogo  w  szczególności.  Gdyby  mógł  wywróciłby 

oczami i powiedziałby – Mam pojemność mózgu superkomputera i daję lekcje zoologii.  

Zak i Tash zaledwie kiwnęli głowami. Deevee narzekał na swoją nową pracę odkąd przyszedł 

mieszkać  z  wujkiem  Hoolem.  D-V9  był  badawczą  jednostką  pierwszej  klasy  i  przyswajał 

background image

 

dziesięć  milionów  bitów  informacji  o  obcych  kulturach  na  sekundę.  Był  starannie 

zaprojektowany  aby  pomagać  swojemu  panu,  Hoolemu  –  antropologowi,  w  ważnych 

badaniach wśród obcych kultur w całej galaktyce. Był zazdrosny o każdego droida o którym 

wiedział  aż  do  pewnego  momentu  sześć  miesięcy  temu.,  kiedy  utknął  w  pracy  opiekuna 

dwóch młodych sierot. 

Deevee  nie  lubił  swojego  nowego  zadania  i  przypominał  o  tym  Zakowi  i  Tash  przy  każdej 

okazji. 

 

Na  polecenie  droida  program  bitewny  rozmył  się  i  został  zastąpiony  przez  strumień 

hologramów ze szczegółami o różnorodnych zwierzątach w całej galaktyce. Program ustawił 

jedno dziwne zdjęcie: olbrzymią, wyposażoną w kły bestię, siedzącą bez ruchu podczas gdy 

trzy  czy  cztery  malutkie  ptaszki  wlatywało  i  wylatywało  z  jego  paszczy.  Nagrany  głos 

powiedział : 

-  Jedna  z  bardziej  niespotykanych  relacji  w  galaktycznej  naturze  to  ta.  Spragniony  krwi 

rankor  zabije  wszystko  co  widzi,  poza  bigbitami  zbierającymi  mięso  ze  szczęk  rancora,  co 

pomaga zachować rankorowi czyste zęby. 

Na nieszczęście, lekcja zoologii trwała nadal. Tash stwierdziła, że robi się śpiąca. Była 

dobrym  uczniem,  ale  nauka  nie  była  jej  ulubionym  przedmiotem.  Tash  wysunęła 

elektroniczny notes z kieszeni i położyła na kolanach, gdzie ani Zak ani Deevee nie mogli go 

zobaczyć. Wcisnęła klawisz polecenia, ekran rozjaśnił się linijkami tekstu. Była to opowieść o 

rycerzach Jedi. 

Było  to  także  nielegalne.  Legendy  o  rycerzach  Jedi  były  zakazane  przez  Imperium 

jeszcze zanim urodziła się  Tash. Ale pewnego dnia Tash natknęła się na historię wpuszczoną 

do  ogólnogalktycznej  sieci  komunikacyjnej  znanej  jako  HoloNet.  Siedząc  przy  biurku  w 

swoim pokoju na Alderaanie, Tash mogła podłączyć się do Holonetu i skanować biblioteki na 

odległych  planetach  albo  rozmawiać    z  ludźmi  oddalonymi  o  lata  świetlne.  Któregoś  dnia 

odkryła zakodowaną wiadomość zarchiwizowaną pod nazwą, której Tash nigdy nie widziała : 

Jedi. Zajęło jej godziny, aby złamać kod, ale nareszcie plik został roszyfrowany. 

Opowieść,  którą  odkryła  Tash  była  napisana  przez  kogoś  pod  pseudonimem 

„przepływ  mocy”  i  opowiadała  historię  rycerzy  Jedi,  grupy  ludzi,  którzy  używali  czegoś  co 

nazywano  Mocą,  aby  chronić  galktykę  przed  złem.  Według  opowieści,  byli  oni  strażnikami 

Starej Republiki od tysięcy pokoleń. Jedyną rzeczą jaką nosili, jak dowiedziała się Tash był 

miecz  świetlny,  ręczna  broń  stworzona  z  czystej  energii.  Ale  Jedi  używali  przemocy  jako 

środek ostateczny. Zamiast tego polegali na tajemniczej sile znanej jako Moc. Zaciekawiona, 

wysłała  wiadomość  do  autora  opowieści,  z  nadzieją  na  dowiedzenie  się  czegoś  jeszcze.  Ale 

background image

 

osoba  ta  nie  odpowiedziała,  a  jego  oryginalne  opowiadanie  zostało  usunięte  z  sieci.  Po  tym 

zdarzeniu,  Tash  miała  oko  na  każdą  informację  na  temat  Jedi.  Odwiedzała  biblioteki, 

przeszukiwala  sieć,  i  rozmawiała  z  każdym,  kto  znał  jakąś  opowieść  o  Jedi  albo  wiedział  o 

istnieniu  Mocy.  Miała  nadzieję  spotkać  kiedyś  Jedi.  Miała  nadzieję  zostać  jednym  z  nich 

któregoś dnia. Ale kiedy pierwsza historia została wymazana  z sieci, wszystkie informacje o 

Jedi znikły z publicznych zapisów. Zostały zastąpione przez pojedynczy raport, oznakowany 

pieczęcią  Imperium,  stwierdzające,  że  Jedi  wyginęli  kiedy  Stara  Republika  oddała  stery 

władzy w ręce Imperium. Według oficjalnych raportów, Jedi... 

- Wyginęli – zabuczał Deevee – Wyobraźcie sobie. 

Tash  popatrzyła  znad  swojego  elektronicznego  notesu.  D-V9  stał  obok  obrazu  stada 

niebieskoskrzydłych  ptaków.  Obraz  zaczął  blaknąć,  a  Deevee  podsumowywał  swoje 

komentarze. Przegapiła całą lekcję. 

- Więc to wszystko na dzisiaj – powiedział droid – W następnym tygodniu będzie sprawdzian 

z tej lekcji. Zwolnieni przez swojego guwernera, Zak i Tash uciekli z salonu. Tash spojrzałą 

na swojego brata i zobaczyła, że nie ona jedna bujała w obłokach. 

- O czym myślisz? - spytała 

-O  domu,  Alderaanie,  ślizganiu  się  na  desce  w  parku  –  Zak  przerwał  –  O  mamie  i   

tacie.Tęsknie za nimi. 

- Ja też- powiedziłą miękko. Już samo myślenie o rodzicach sprawiało, że zbierało jej się na 

płacz.  Ale  była  jego  starszą  siostrą  i  nie  mogła  płakać  na  jego  oczach.  –  Wujek  Hoole  jest 

teraz naszą rodziną. 

Zak sposępniał – Niezupełnie. On nie jest... 

- Nawet człowiekiem – dokończyła Tash 

Tak i on jest... 

- Spokrewniony z nami tylko dlatego,że jego brat poślubił ciocię Beryl. 

- Właśnie – rzekł Zak – Nie wiem nawet... 

- Czemu przejął się aby wziąśc nas do siebie? 

- Przestań ! – Zak spiorunował siostrę spojrzeniem. Miała nieznośny zwyczaj kończenia zdań 

innych ludzi. 

-  Przepraszam  –  odpowiedziała  siostra.  Nie  zauważyła,  że  znowu  to  robiła  –  Ale 

rozmawialiśmy o  wujku  Hoole już przedtem. Nie jest człowiekiem – jest  Shi’idoidem . Oni 

wierzą, że wszyscy ich krewni są częścią ich najbliższej rodziny. Więc Hoole poczuł, że musi 

nas adoptować kiedy... – trudno było jej to powiedzieć – Mama i tata zginęli. Powinniśmy być 

szczęśliwi, że możemy mieszkać z kimś, komu na nas zależy. 

background image

 

- Nigdy tego nie okazuje. Zawsze wygląda jakby szedł na pogrzeb. 

- Jesteś dla niego zbyt surowy – Tash przekonywała go bardziej niż w to wierzyła. Potrafi być 

bardzo przyjazny. 

O tak ? – Zak się zezłościł – Więc jak ma na imię? 

-Więc,  to  proste,  ma  na  imię...  Jestem  pewna,  że  słyszałam  od  niego...  To  jest  –  Przerwała. 

Teraz tak o tym pomyślała. Wujek Hoole nigdy nie powiedział im swojego imienia. – Może 

nie ma imienia – zdecydowała – Może to po prostu wujek Hoole 

- A może –Zak rzekł z nagłym błyskiem w oku – Nie chce po prostu abyśmy wiedzieli. Może 

to jakiś sekret. Może wyznaczono cenę za jego głowę. 

- Zaku Arranda, masz kosmiczną wyobraźnię. 

- Może jest członkiem Rebelii i dlatego przeprowadza się tak często. 

Tash zaczęła się robić niecierpliwa.  Zejdź na ziemię Zak. On jest antropologiem. Podróżuje 

na różne planety, żeby prowadzić studia na temat gatunków tam żyjących. 

- Jasne, tak nam właśnie mówi. Ale jeśli to wszystko to jest prawda, czemu trzyma swoje imię 

w tajemnicy? Zamierzam się tego dowiedzieć. 

- Jak zamierzasz tego dokonać? 

- Bardzo prosto. Sprawdzę jego kabinę – Zak odwrócił się, żeby odejść 

- Nie możesz tego zrobić. To niegrzeczne. Poza tym, co jeśli cię znajdzie ? 

- Nie znajdzie mnie – rzekł Zak – Jest w pokładowej bibliotece, prowadzi badania.  

- Zawsze jest w bibliotece i prowadzi badania . 

- Zak znowu się odwrócił – Chcesz mi pomóc? 

Nie – powiedziała stanowczo Tash – To nie jest coś co zrobiłby rycerz Jedi. 

- Nie jesteś rycerzem Jedi 

- A jednak nie idę. 

- Chodź. To nie takie trudne. Zamierzam przekopać jego osobiste pliki. Zerknę tylko na jego 

biurko, żeby zobaczyć czy jego imię jest na czymś napisane. 

Jego siostra pokręciła głową. Wracam do kokpitu żeby potrenować pilotaż. 

- Rób jak uważasz – Zak odwrócił się i pobiegł w stronę korytarza. 

Tash popatrzyła na niego krzywo. Przynajmniej zmusiła go do oderwania myśli od rodziców. 

Czy jednak ktoś mógł zrobić to samo dla niej.  

 

Kiedy  Tash  kierowała  się  w  stronę  kokpitu,  Zak  skradał  się  w  kierunku  kwater 

mieszkalnych.  Ostatnia  kabina  należała  do  wujka  Hoola.  Zak  przycisnął  dzwonek.  Żadnej 

odpowiedzi. Wcisnął przycisk otwierania i drzwi odsunęły się z delikatnym świstem.  

background image

 

Zak  stwierdził, że wpatruje się w oblicze uzbrojonego w kły i obślinionego potwora. 

Jego  masa  wypełniła  całe  drzwi,  i  była  tak  blisko,  że  czuł  jego  gorący,  śmierdzący  oddech. 

Krzyknął i zaczął się cofać potykając się o własne stopy a potem upadł. Stworzenie rzuciło się 

do przodu i pochyliło się nad nim. Jedna uzbrojona w szpony łapa sięgnęła jego gardła. 

 

 

ROZDIAŁ 2 

 

 

Stworzenie  chwyciło  koszulę  Zaka  i  przyciągnęło  go  do  swoich  stóp.  –  Co  ty  tutaj 

robisz ! – zaczęło się domagać głosem obruszonego zakłopotania. 

Ja-ja... – zająknął się Zak. Czuł na swojej twarzy cuchnący oddech. 

Stworzenie przerwało. Puściło koszulę Zaka i cofnęło się o krok. Następnie, tuż przed oczami 

Zaka, jego ciało zaczęło się drgać i pełznąć. Całe ciało potwora okręciło się i zmieniło kształt. 

Po  zaledwie  kilku  sekundach,  przekształciło  się  w  coś  podobnego  do  człowieka.  Ale  jego 

ciemnoszara skóra i dłuższe palce ujawniały coś innego. 

- Wujek Hoole – Zak łapał powietrze z trudem – To ty. 

-  Jesteś  w  mojej  kabinie  –  rzekł  Hoole  srogim  tonem  –  Kogo  innego  spodziewałeś  się  tu 

znaleźć ? 

Kolana Zaka nadal się trzęsły, ale poczuł ulgę. Powinien był wiedzieć, że coś takiego 

może się przypuszczalnie zdarzyć. Wujek Hoole był Shi’doidem. Chociaż wyglądali całkiem 

jak  ludzie,  Shi’doidzi  byli  obcymi  posiadającymi  bardzo  nieludzką  umiejętność:  Potrafili 

zmieniać kształt swojego ciała.   

- Przepraszam – powiedział czując jeszcze dreszcze – Ja nie... To znaczy. Jeszcze nigdy  cię 

takiego nie widziałem. Co to była za postać w którą się zmieniłeś? 

Hoole odwrócił się tyłem do Zaka i zaczął przeglądać mały elektroniczny notes. 

-  Stworzenie,  które  zaobserwowałem  podczas  moich  podróży.  Pozwala  mi  to  ćwiczyć  moje 

zdolności do zmieniania kształtów. - odpowiedział 

- Ćwiczyć? Ale po co? 

Wzrok Hoola był jak blasterowy piorun – Żeby zjadać nieznośnych, małych chłopców. 

 

 

Tash  wierzyła,  że  jej  obowiązkiem  jako  starszej  siostry,    jest  aby  upraszczać  pewne 

rzeczy, ale  okropnie tęskniła za swoimi rodzicami. Pamiętała dzień, kiedy usłyszała, że nie 

żyją.  Poczuła  się  tak  zgubiona  i  samotna,  że  myślała,  iż  oszaleje.  Prawdą  jednak  było,  że 

background image

 

chociaż  tęskniła  za  Alderaanem,  jedyni  ludzie,  za  którymi  tęskniła  byli  jej  rodzice.  Tash  od 

zawsze  miała  problemy  z  nawiązywaniem  przyjaźni  –  inne  dzieci  myślały,  że  jest  dziwna, 

ponieważ zawsze kończyła ich zdania albo czyniła przepowiednie na temat niespodziewanych 

egzaminów,  albo  miała  dziwne  przeczucia  co  do  pewnych  rzeczy.  Zwykle  były  to  smutne 

albo przerażające rzeczy. Jak w dniu kiedy zginęli jej rodzice. Wiedziała, że to się wydarzy 

chociaż  była  wtedy  lata  świetlne  od  domu.  Poczuła  się  tak  jakby  coś  zostało  nagle  z  niej 

wyrwane.  Był  to  najgorszy  raz,  ale  nie  pierwszy.  Kiedy  usłyszała  złe  nowiny,  chciała 

zamknąć się w swoim pokoju na zawsze. Ale Zak jej na to nie pozwolił. Był tak samo smutny 

i przerażony jak ona, ale okazywał to w zupełnie inny sposób. Przestał się bać czegokolwiek. 

Stał  się  śmiałkiem,  ryzykującym  swoją  skórę  w  idiotycznych  popisach,  takich  jak  jeżdżenie 

na desce, jego obecne niebezpieczne hobby. Tash wiedziała, że potrzebuje kogoś, kto będzie 

nad  nim  czuwał.  Więc  zamiast  odcinać  się  od  całej  galaktyki,  Tash  zadecydowała  zmierzyć  

się  z  nią  razem  z  bratem.  I  obiecała  sobie,  że  nigdy  nie  straci  znowu  kogoś  jej  bliskiego. 

Weszła do kokpitu „Beztroskiego Przemytnika”, ze wszystkimi jego czułymi instrumentami i 

wskaźnikami. Siedzenia pilota i drugiego pilota były puste, ponieważ „Beztroski Przemytnik” 

pracował na autopilocie. Tash wślizgnęła się w siedzenie pilota. Sprawdziła dwa razy zanim 

się  upewniła,  że  systemy  nawigacyjne  są  bezpiecznie  zablokowane  na  tryb  automatyczny,a 

potem chwyciła dwa drążki kontrolujące główny napęd.  

W  swoim  umyśle  zobaczyła  obraz  daleko  ostrzejszy  niż  jakakolwiek  projekcja 

holograficzna. Imperialna stacja bojowa była otoczona przez rękaw myśliwców TIE mających 

ochotę przetestować swe zdolności w walce młodym rycerzem Jedi. Zatraciwszy się w swojej 

wyobraźni, Tash pragnęła rzucić im wyzwanie. 

Zak nie poddał się wujkowi Hoolowi. W istocie, wpatrując się w jego plecy , podczas 

gdy antropolog zagłębiał się w swoją pracę, Zak zaczął się złościć. To było nie w  porządku. 

Hoole zadeklarował się, że weźmie ich do siebie, ale nie chciał powiedzieć im czegokolwiek 

o sobie. Nie powiedział im nawet dokąd się wybierają. To niepokoiło Zaka i wiedział, że jego 

siostrę także. Przez ostatnie sześć miesięcy, Hoole włóczył ich po całej galaktyce prowadząc 

swoje badania, ale nigdy właściwie nie wyjaśnił czym się zajmuje. 

- Dokąd się wybieramy? – zapytał nareszcie Zak 

Hoole popatrzył znad swojej pracy 

Popatrzył  chmurnym  wzrokiem  na  Zaka  -  Nadal  tu  jesteś?  No  dobrze.  Planeta  nazywa  się 

D’vouran. Czy ma to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie? 

- Nie. 

- Więc idź już sobie. 

background image

 

10 

- Co zamierzasz tam robić? – zapytał Zak  

Hoole    wydawał  się  być  rozdrażniony.  Wręczył  Zakowi  komputerowy  notes.  –  Czytaj  ten 

plik. Ale tylko ten plik. 

- Plik, który przeczytał  Zak opowiadał historię planety. 

 

D’vouran  była  typową  pełną  życia  planetą,  z  pokrytymi  drzewami  kontynentami, 

zasolonymi  błękitnymi  oceanami,  i  świeżym,  nadającym  się  do  oddychania  powietrzem. 

Według  głoszonych  pogłosek,  była  najbogatszą  planetą  w  promieniu  tysiąca  lat  świetlnych. 

Była  zamieszkana  przez  stworzenia,  które  nazywały  siebie  Enzeenami.  Byli  inteligentni  i 

bardzo  przyjacielscy.  Biorąc  pod  uwagę  setki  wspaniałych,  niezbadanych  światów  w 

galaktyce. D’vouran nie wydawał się warty czasu antropologa. Poza jedną jedyną rzeczą. Nikt 

nigdy nie widział Enzeenów. 

 

D’vouran  był  mniej  niż  rok  świetlny  od  jednego  z  najbardziej  ruchliwych  tras 

nadprzestrzennych,  i  jeszcze  nie  pojawił  się  się  na  czyichkolwiek  gwiezdnych  mapach. 

Jednego dnia nie było planety, a następnego dnia już tam była. 

- To oczywiście niemożliwe – rzekł Hoole kiedy Zak skończył czytać. –Planety nie pojawiają 

się znikąd tak po prostu. To pomyłka w gwiezdnych mapach. 

-  Ach  tak.  –  Bez  zastanowienia  Zak  nacisnął  następny  na  elektronicznym  notatniku,  i  nowy 

plik  wyświetlił  się  na  ekranie.  Zobaczył  słowa  „Imperialne  rozkazy”  i  „Zapłata  otrzymana” 

właśnie kiedy Hoole wyrwał mu notes z ręki. 

- Mówiłem ci, żebyś nie czytał nic więcej. 

- Przepraszam, ja tylko… 

-  Węszyłeś  –  przerwał  mu  Hoole  –  Nigdy  więcej  nie  węsz  w  mojej  kabinie.  Shi’idoid 

odwrócił się plecami w kierunku Zaka, górując nad nim przerażająco. 

-  Jeśli  to  zrobisz,  będziesz  tego  bardzo  żałował.  Hoole  zrobił  krok  naprzód  i  Zak  przełknął 

ślinę.  Cokolwiek  potem  planował  zrobić,  nie  miał  do  tego  nigdy  okazji.  I  on  i  Zak  zostali 

rzuceni  na  podłogę  przez  nagły  wstrząs.  „Beztroski  przemytnik”  zadrżał  i  jęknął  tak  mocno 

jakby go chwyciła ogromna siła. Ponad wyciem silników, Zak usłyszał krzyk swojego wuja. – 

Straciliśmy sterowanie ! 

 

 

ROZDZIAŁ 3 

 

background image

 

11 

 

Zak i wujek Hoole pośpieszyli do kokpitu, potykając się za każym razem, kiedy statek 

przeszedł  wstrząs.  Kiedy  dotarli  do  kabiny  pilota,  Tash  nadal  siedziała  przy  przyrządach 

kontrolnych, z rękami zbielałymi ze strachu i szeroko otwartymi oczami. 

- Nic nie zrobiłam – powiedziała przerażona – Niczego nie dotykałam. 

Poprzez  iluminator,  mogli  zobaczyć,  że  biała  plama  nadprzestrzeni  zniknęła.  Byli  w 

normalnej  przestrzeni  a  „Beztroski  przemytnik”  leciał  prosto  w  kierunku  niebiesko-zielonej 

planety. Szczęka wujka Hoola była zaciśnięta, kiedy spojrzał na Tash. – Przesuń się. 

Wygrzebała się z siedzenia pilota a Hoole zajął jej miejsce i zaczął pracować na przyrządach 

kontrolnych w oszalałym tempie. Deevee przybył jako ostatni, jego żyroskopy toczyły walkę 

aby utrzymać równowagę. Droid opadł na siedzenie drugiego pilota i zaczął pomagać swemu 

panu. 

- Rozbijemy się – krzyknął Zak 

Powierzchnia  planety  śpieszyła  im  na  spotkanie.  Ręce  Hoola  latały  nad  przyrządami 

kontrolnymi „Beztroskiego Przemytnika”. Na początku nic się nie zmieniło – Spadali nadal a 

planeta rosła  w oczach.  Ale ich wujek uderzył  w ostatni przycisk i  wyhamował za pomocą 

drążka sterowniczego, a „Beztroski Przemytnik” przestał pikować. 

-Nic nie dotykałam. Nawet nie zamierzałam- powiedziała Tash w duchu  

- Co się stało – spytał Zak 

Wujek Hoole wskazał na światła wskaźników – Statek  został wyrwany z nadprzestrzeni 

Zak  i  Tash  nadal  musieli  się  dużo  nauczyć  o  astrofizyce,  ale  rozumieli  zasady  podróży 

kosmicznych tak samo jak rozumieli podstawy matematyki. Statki kosmiczne używały dwóch 

typów  silników.  Hipernapędy  napędzały  jednostki  podróżujące  w  alternatywnym  wymiarze 

znanym jako nadprzestrzeń, co pozwalał podróżować im na olbrzymie odległości w krótkim 

czasie.  Te  potężne  silniki  pracowały  tylko  w  przypadku  braku  grawitacji.  Będąc  na  albo 

blisko planety, statki kosmiczne używały swoich wolniejszych podświetlnych silników. 

 

Hoole  kontynuował.  –  Powiedziałem  komputerowi  nawigacyjnemu,  aby  wyznaczył 

kurs,  który  automatycznie  wyrzuci  nas  z  nadprzestrzeni  tuż  przed  dotarciem  do  planety 

D’vouran. Ale… 

- Ale co? – spytał Zak 

Hoole  sprawdził  jeszcze  raz  odczyty.  Wygląda  na  to,  że  dotarliśmy  na  miejsce  piętnaście 

minut przed czasem. 

- A grawitacja D’vourana wyszarpnęła „Beztroskiego Przemytnika” z nadprzestrzeni. 

Tash zaczęła studiować niewinnie wyglądającą niebiesko-zieloną planetę. - Masz na myśli, że 

planeta próbowała nas wessać? 

background image

 

12 

Zak  przewrócił  oczami.  –  Proszę  cię,  to  tylko  grawitacja,  Tash.  Wujku  Hoole,  to  musi  być 

jakaś pomyłka w komputerze nawigacyjnym. Albo planeta się przesunęła. 

Hoole  nie  przestał  patrzyć  na  przyrządy.  –  Planety  nie  zmieniają  kursu.  I  nie  ma  żadnego 

błędu  w  komputerze  nawigacyjnym..  Wstrzymał  oddech  i  spojrzał  z  irytacją  na  Tash.  – 

Najprawdopodobniej praca przyrządów została zakłócona. 

- Niczego nie dotykałam, nawet nie zamierzałam – powtórzyła Tash 

Ale Hoole nie był zadowolony. – Znowu śniłaś na jawie. To pracujący statek a nie miejsce, 

żeby udawać, że jesteś rycerzem Jedi. 

-Przepraszam – mruknęła Tash i spuściła głowę na dół. 

Hoole  zignorował  jej  przeprosiny.  –  Zapnijcie  pasy.  Ta  przejażdżka  nie  będzie  należała  do 

łagodnych. 

 

 

 

To  dopiero  było  niedopowiedzenie.  Silniki  podświetlne  z  każdą  chwilą  groziły 

odmówieniem  posłuszeństwa,  a  stabilizatory  statku  zostały  stracone.  Kiedy  spadali  przez 

grawitację D’vourana, każda śruba w konstrukcji „Beztroskiego Przemytnika” skrzypiała i się 

naprężała. W tym całym zamieszaniu, wujek Hoole pozostał chłodny i opanowany. Jedynie j 

zaciśnięta szczęka i zmarszczone brwi ujawniały jego zaniepokojenie. 

-Damy radę? – spytał  Zak, kiedy silniki statku zaczęły trzeszczeć. 

Hoole nie odpowiedział. 

Poprzez iluminator, Tash ujrzała rozsuwające się chmury a pod nimi, zielony las rozkładający 

się  niczym  koc.  W  pewnej  odległości,  pojawiło  się  białe  miejsce,  stale  się  powiększając. 

Statek jęknął, kiedy Hoole skierował go w tamto miejsce. 

- Czy to kosmoport?- spytał Zak – Wygląda bardziej jak sterta śmieci. 

„Beztroski  Przemytnik”  się  nie  rozpadł.  Silniki  trzymały  go  wysoko  podczas  gdy 

Hoole  kierował  go  w  stronę  małego  lądowiska.  Kiedy  potężne  repulsory  przejęły  kontrolę, 

opuszczając krążownik niezgrabnie na asfalt, odetchnął z ulgą. „Beztroski przemytnik” wydał 

z siebie ostatnie drżenie i silniki odmówiły posłuszeństwa. 

- To nie brzmiało zachęcająco – powiedział Hoole – Powinniśmy rzucić okiem na silniki. 

- Super ! Wrzasnął Zak, urodzony majsterkowicz. – Idziemy, Tash. 

- Zaraz za Tobą. 

Tash  nadal  była  nadąsana  z  powodu  tego  wypadku.  Była  pewna,  że  nie  uszkodziła 

niczego na statku. Śniła na jawie o rycerzach Jedi, ale nie zasłużyła, żeby być za to skarconą. 

A  ponieważ  nadal  była  pewna,  wlokła  się  powoli  za  swoim  bratem  w  drodze  do  wyjścia. 

background image

 

13 

Wolałaby  raczej  mieć  wyrwany  ząb  niż  patrzeć na  silnik  statku.  Do  czasu  gdy  odpięła  sieci 

ochronne,  Zak  i  wujek  Hoole  opuścili  już  rampę  i  wyszli  na  zewnątrz.  W  momencie  kiedy 

Tash dotarła do drzwi, poczuła ściskanie w żołądku. Była owładnięta poczuciem zagrożenia – 

tak mocno jakby jakby jakieś straszne zło pojawiło się jej przed oczami, wpatrujące się w nią, 

mające zamiar się na nią rzucić. Miała takie uczucie już wcześniej- w dniu kiedy zginęli jej 

rodzice.  Zadrżała.  Ale  nic  tam  nie  było.  Wyjrzała  przez  właz,  a  zobaczyła  tylko  lądowisko 

portowe i błękitne niebo ponad nim. A jednak uczucie pozostało nadal. Tam coś było. 

-Zak? Wujku Hoole? – szepnęła – Deevee? 

Żadnej odpowiedzi. 

Tash  wyszła  przez  drzwi  „Beztroskiego  Przemytnika”.  Kosmoport  był  bardzo  cichy. 

Większość  gwiezdnych  portów  były  zaludnione  przylatującymi  i  odlatującymi  statkami, 

pracownikami  rozładowującymi  ładunki,  piotami  śpieszącymi  z  i  na  tuziny  lądowisk,  i 

droidami  naprawczymi,  z  zajęciem  próbujące  reperować  statki  przybywające  i  odlatujące  z 

portu. Ale nie w tym miejscu. Kosmoport na D’vouran wyglądał na opuszczony, i tylko kilka 

statków  stało  na  swoich  lądowiskach.  Każdy  z  nich  wyglądał  jak  latające  kupy  złomu  zbite 

razem i pilotowane przez ubogich podróżników. 

 

Uczucie  obserwacji  przez  kogoś  nadal  zostało.  Tash  zrobiła  następny  krok  naprzód. 

Gdzie był jej brat? – Zak? – szepnęła, kiedy coś zimnego i oślizgłego spadło na jej szyję. 

 

 

ROZDZIAŁ 4 

 

-Aaaagh! – wrzasnęła, i zaczęła ciągnąć za coś co ją złapało. Było miękkie i porowate a kiedy 

się szarpnęła oderwało się od niej. Tash ujrzała, że ma ręce pełne kwiatów. 

-  Nieźle,  Tash  –  zaśmiał  się  Zak  chodząc  wzdłuż  statku  z  Deevee  przy  boku.  Obaj  mieli 

naszyjniki z kwiatów na szyi. Jestem pewien, że Enzeenianie są wdzięczni, że rozdzierasz ich 

prezenty.  Zak  wskazał  osobę  stojącą  zaraz  obok  Tash.  Była  zbyt  zdenerwowana,  żeby 

zauważyć  człowieka,  no  cóż,  niezupełnie  człowieka.  Wyglądał  absolutnie  jak  człowiek,  z 

wyjątkiem  tego,  że  posiadał  niebieską  skórę,  i  zamiast  włosów,  jego  głowa  była  pokryta  na 

górze przez wyglądające jak igły kolce. Był baryłkowaty z tłustymi palcami i okrągłą twarzą 

pokrytym  w  większości  przez  bardzo  przyjazny  uśmiech.  Trzymał  w  rękach  stertę 

kwiecistych wieńców. 

- Witaj na D’vouran. Jestem Chood, Enzeenianin. 

-M-Miło cię poznać- zająknęła się Tash – Przepraszam za, um… 

background image

 

14 

-Naszyjnik przyjaźni – dokończył Chood łagodnie – To nic. Mam drugi. 

-Enzeenianie  używają  tych  naszyjników  aby  powitać  ludzi  na  swojej  planecie.-  wyjaśnił 

Deevee, podchodząc bliżej wzdłuż statku – To utrapienie, jeśli chcecie znać moje zdanie. 

-Gdybyś wyszła z nami nie byłabyś tak zaskoczona – dodał Zak 

- Gdzie byłeś? – spytała Tash – Wołałam cię. 

Zak  wskazał  w  kierunku  tylnej  części  statku.  –  Przepraszam.  Wujek  Hoole  otworzył 

zewnętrzne panele bocznego stabilizatora i poszedłem z nim go obejrzeć. – Nigdy wcześniej 

nie widziałem wnętrza silnika jonowego. 

- Fascynujące – rzekł Deevee, brzmiąc na tyle sarkastycznie na ile mógł droid. 

Pojawił się wujek Hoole wycierając ze swoich rąk olej i marszcząc brwi jeszcze bardziej niż 

zazwyczaj.  –  Uszkodzenie  jest  poważne,  Chood  ,  czy  jest  ktoś  na  D’vouran  kto  mógłby 

pomóc naprawić nasz statek?   

Enzeenianin  popatrzył  współczująco.  –  Przykro  mi.  Enzeenianie  nie  są  wielkimi 

podróżnikami i nie wiemy wiele o  gwiezdnych  statkach. W zasadzie używamy bardzo mało 

technologii.  Jednakże,  jest  kilku  gwiezdnych  pilotów  na  planecie,  którzy    mogliby  pomóc. 

Większość z nich spędza  czas w lokalnej kantynie. 

- Wspaniale – rzekł  Hoole – Zabierzesz nas tam? 

Enzeenianin skłonił się nisko – To będzie dla mnie zaszczyt. 

Chood poprowadził ich w dół szerokimi schodami poza port kosmiczny. Zaraz za wyjściem 

stał duży znak w Basicu, wspólnym języku większości istot w galaktyce. Było tam napisane : 

„Witamy na D’vouran. Naszym celem jest służyć”. 

- To dopiero  jest przyjacielski znak – powiedział Zak 

- Tak myślę – odpowiedziała Tash posępnie 

Jej brat pochylił się bliżej i szepnął – Co się z Tobą dzieje? Chood robi co może, żeby nas tu 

powitać, a Ty wyglądasz jakby ktoś planował twój pogrzeb. 

-  Nic  na  to  nie  poradzę  –  odszepnęła  –  Po  prostu  mam  złe  przeczucie  na  temat  temat  tego 

miejsca. 

- Ty zawsze masz złe przeczucia – mruknął 

Chood poprowadził ich poprzez małe miasteczko obok portu kosmicznego.  Zakowi i 

Tash  wydawało  się  prymitywne.  Nie  ujrzeli  żadnych  pojazdów,  a  większość  domów  była 

prymitywna,  jednopiętrowe  konstrukcje  zrobione  z  błota.  Minęli  kilku  ludzi.  Większość  z 

nich  o  byli  ludzie,  ale  zdarzyło  się  też  kilku  obcych  wśród  nich.  Widzieli  kolejnych 

Enzeenianów,  a  Tash  zauważyła,  że  wszyscy  oni  są  bardzo  podobni  do  Chooda,  ze  swoimi 

pulchnymi  niebieskimi  ciałami,  kolcami  na  głowie  i  szerokimi  przyjaznymi  uśmiechami. 

background image

 

15 

Każdy  Enzeenianin,  którego  zobaczyli  zatrzymywał  się,  aby  powiedzieć  „Cześć”  i  powitać 

ich na D’vouran, zupełnie jakby byli starymi kumplami. 

- Czy to całe miasto? –prychnął Zak – Nie ma nawet dobrego wybiegu do jeżdżenia na desce. 

- Tak – powiedział Chood – Jest kilka domów, bliżej lasu, ale większość jest tutaj, w mieście. 

To tak naprawdę bardziej wioska. 

Chood  radośnie  wyjaśnił  historię  D’vourana.  Nawet  kiedy  został  odkryty  przez 

przybyszów z innych planet, Enzeenianie zachęcali ludzi do odwiedzania ich planety. – Nie 

ma  nas  wielu  –wyjaśnił.  I  nie  lubimy  podróżować.  Zapraszanie  innych  na  D’vouran  jest 

naszym sposobem dowiedzenia się czegoś o galaktyce. 

- Jak został odkryty D’vouran? – spytał Zak 

-Statek  dostawczy  –  odpowiedział  Zak  –  nie  spodziewał  się  planety  w  tym  miejscu  i  został 

zaskoczony  przez  grawitację  planety.  Rozbił  się.  Kiedy  przybyła  misja  ratunkowa  z  innego 

świata, żeby zbadać co się stało, odkryli naszą planetę i naszą gościnność. Wieść poszła stąd. 

Tash  zauważyła,  że  wujek  Hoole  nie  zadawał  żadnych  pytań.  Więc  zdecydowała,  że  sama 

zada jedno. –Czy w tej katastrofie byli jacyś ocalali? 

Chood zamilkł  na chwilę – Tylko jedna osoba. Reszta zginęła. 

- Czy wielu osadników przybyło tutaj od tamtej pory? – spytał Zak 

- To znaczy, to miejsce wydaje się być trochę nudne 

- Zak ! -  zrugała go Tash 

Ale  Chood  nie  wydawał  się  być  obrażony.  Przynajmniej  jego  uśmiech  wydawał  się 

być niezachwiany. 

- Jest ich kilkaset. Nie jest źle jak na planetę, która nadal nie jest umieszczona na oficjalnych 

gwiezdnych  mapach.  Ale  będzie  ich  więcej.  D’vouran  ma  idealną  pogodę  i  dużo  bogactw 

naturalnych. Spodziewamy się, że w krótkim czasie będzie ich tysiące. 

- Nie obawiasz się, że D’vouran stanie się przeludniony? –dodała Tash 

- Ależ skąd – odpowiedział radośnie Enzeenianin. – Cieszy nas to. Nigdy za dużo gości. 

Poprowadził  ich  w  dół  krótką,  ślepą  uliczką.  Na  końcu  ulicy  stał  pękaty  budynek  z  szeroko 

otwartymi  drzwiami.  Głośna,  hałaśliwa  muzyka  mieszała  się  ze  śmiechem  i  krzykami 

dobiegającymi ze środka. Znak nad drzwiami ujawniał nazwę kantyny: „Nie wchodź”. Tash i 

Zak roześmieli się widząc ten napis. 

Dotychczas,  jak  mówił  Chood,  większość  osadników,  którzy  przybyli  na  D’vouran  byli 

badaczami i poszukiwaczami skarbów, mającymi nadzieję odkryć jego bogactwo na planecie, 

której nie ma na mapach.  

background image

 

16 

-Ale  –  dodał  –  spotykamy  też  rodziny  takie  jak  wasza,  które  chcą  dołączyć  do  naszej 

szczęśliwej planety. D’vouran jest rajem. 

W tym momencie ktoś wleciał przez bramę kantyny lądując na zakurzonej ulicy. 

- Myślisz, że on też tak myśli ?- zażartował Zak 

-Obawiam się, -przyznał Chood – mamy także swoją część oprychów. 

-A oto i oni – zauważył Deevee  

Tłum  zbirów  wywalił  się  z  kantyny.  Stali  w  przedsionku  wyśmiewając  się  z  mężczyzny, 

którego właśnie wyrzucili na ulicę. 

-I trzymaj się z dala – zawołał jeden 

-Przestań  tu  przychodzić  ze  swoimi  zwariowanymi  opowieściami  -  wrzasnął  następny  – 

Jesteśmy zmęczeni słuchaniem o niewidzialnych potworach. 

-Tak – warknął inny – Nie potrzebujemy abyś pakował nas w kłopoty 

Rzucili  jeszcze  kilka  obelg  i  ostrzeżeń  w  kierunku  swojej  ofiary  zanim  zniknęli  w  mrokach 

kantyny. Tash pochyliła się obok mężczyzny, który właśnie się podnosił. 

-  Nic ci nie jest? 

-  Nie będą słuchali ! – mężczyzna się zaśmiał – Po prostu nie będą. 

Miał na sobie brudne łachmany. Jego włosy były siwe pod warstwą brudu a jego broda była 

poszarpana i rzadka. Spojrzał niczym dziki człowiek, który właśnie wyszedł z dziczy. 

- Ja posłucham - zaofiarowała się Tash 

Mężczyzna popatrzył na nią podejrzliwie. Chwycił kurczowo podarty kołnierz koszuli. 

- Nie chcę żebyś ze mnie kpiła ! Jestem wystarczająco bezpieczny ! Nie muszę starać się im 

pomagać albo komukolwiek ! 

Tash popatrzyła na Chooda. – Wiesz o czym on mówi? 

- Nie zwracaj na niego uwagi – rzekł Chood przepraszającym tonem – Ma na imię Bebo. Jest 

nieszkodliwy, ale nie całkiem normalny. 

Dzikus,  Bebo  wpatrywał  się  w  Tash  –  Powinienem  wziąć  ze  sobą  Lonni.  Jej  by  uwierzyli. 

Tak, to jest to. Ale nie sądze żeby przyszła. Za bardzo się obawia. Ale muszę spróbować. Tak. 

To jest to co zrobię. Lonni. 

Mężczyzna wstał na nogi i odszedł wciąż mrucząc pod nosem. 

-Powiedziałbym, że brakuje mu kilka statków do stworzenia floty. 

Chood wskazał na drzwi. – To jest kantyna, o której wam wspominałem – wyjaśnił Chood –

Obawiam  się  że  nie  jest  najprzyjemniejszym  miejscem  na  planecie,  ale  na  pewno  będziecie 

chcieli znaleźć pilotów, którzy pomogą wam ze  statkiem. Jak również w środku znajdziecie 

mnóstwo darmowego jedzenia. Z wyrazami uszanowania on Enzeenów. 

background image

 

17 

Oczy Zaka się rozjaśniły – Darmowe żarcie. To miejsce już mi się podoba 

- To by było na tyle – powiedział Hoole – Dziękujemy ci za pomoc. 

- Proszę, uważajcie się za naszych honorowych gości na D’vouran. Jeśli jest coś co możemy 

zrobić, dajcie mi znać. 

- Jest jeszcze jedna rzecz – odpowiedział Shi’idoid – Drobna sprawa począwszy od jutra. Zak 

i Tash potrzebują miejsca, gdzie mogliby się zatrzymać, pod nadzorem ich opiekuna, Deevee. 

Deevee stłumił elektroniczny pisk. 

Chood powstrzymał go ruchem ręki. –Proszę. Nic nie mów. To będzie dla mnie zaszczyt jeśli 

będą mogli zatrzymać się u mnie. Mój dom jest niedaleko stąd. 

- Co? – krzyknęła Tash – Wujku Hoole, nigdy nie mówiłeś, że zamierzasz nas zostawić. 

Hoole powiedział spokojnie – Mam badania do przeprowadzenia, Tash. Nie będę miał czasu 

się wami opiekować. – Ale...  zamierzasz nas zostawić – powiedziała. 

-  Nie  zajmie  to  długo  –  przyrzekł  wuj.  –  Możecie  polegać  na  Choodzie,  i  będziecie  mieli 

Deevee. I w czym problem? 

Usta Tash zacisnęły się w prostą cienką linię. Jak mogła mu to wytłumaczyć? Jak Hoole mógł 

tego nie rozumieć? Jej rodzice zostawili ją pod opieką obcych, a potem zginęli. Teraz Hoole 

robił to samo. I jeszcze to uczucie ciągłej obserwacji ciągle niepokoiło Tash. Ale wiedziała, 

że nie będzie w stanie zmusić Hoola do zrozumienia, więc zamiast tego nie powiedziała nic. 

Hoole odwrócił się do Chooda. – Więc to załatwione. Jeszcze raz. Dziękuje. 

Chood się skłonił. – Naszym celem jest służyć. Powiedział im gdzie mieszka i się odwrócił. 

Tash  i  Zak  bywali  w  kantynach    już  wcześniej,  ale  nigdy  w  miejscu  takim  jak  te.  Zamiast 

jasno oświetlonej sali gdzie ludzie mogli zobaczyć to  co jedzą i piją, kantyna była ciemna  i 

zadymiona.  Tash  nie  była  w  stanie  powiedzieć  ile  ludzi  jest  w  środku,  ponieważ  wszyscy 

ukrywali się w cieniu. Połowa z nich szeptała do siebie, podczas gdy druga część wrzeszczała 

głośno wokół stolików do sabacca albo przy barze. 

Kiedy ich oczy przystosowały się do panującego mroku, Zak i Tash mogli dostrzec niektóre z 

postaci w barze. Większość z nich było ludźmi, ale wmieszało się też kilka innych gatunków. 

Rozpoznali rogatego Devaronianina, Shistavanina o głowie wilka, i gigantycznego Wookiego 

górującego ponad kilkoma ludźmi w rogu. Dłonie, macki, płetwy zaciskały się wokół kubków 

wypełnionych obcymi trunkami. Każdy pijący miał twarde spojrzenie kogoś, będącego już w 

wielu walkach i szukającego następnych. 

Nowoprzybyli mieli właśnie zasiąść przy małym stoliku kiedy zabrzmiał głos.- Hoole! W tym 

samym momencie Tash poczuła, że wielka  dłoń łapie ją za koszulę i ciska nią o ścianę. 

Ktoś mierzył do niej z blastera prosto między oczy. 

background image

 

18 

 

 

ROZDIAŁ 5   

 

 

Ręka i ramię, które ją trzymało było prawie tak duże jak Tash, a ciało do którego było 

przyczepione było jeszcze większe. Patrząc w  górę, Tash rozpoznała kwadratową, paskudną 

twarz Ganka. Zabójca Gank, jak powszechnie byli nazywani. Mogła zobaczyć dlaczego. Jego 

żółta, kwadratowa głowa była wykręcona w stałą plątaninę, zakończoną u góry przez okrutny 

świdrujący wzrok. Jego masywne ramiona wyglądały jak małe wzgórza, a jego ramiona były 

tak grube jak pień drzewa. Gankowie zwykle pracowali jako najemnicy albo ochroniarze dla 

bogatych lordów przestępczych. Dlaczego akurat ten przyczepił się do niej. 

 

Tash  miała  swoją  odpowiedź  w  następnej  chwili.  Cała  kantyna  się  uciszyła  i 

znieruchomiała pod czas gdy każdy obserwował i czekał, co się stanie dalej. Kątem oka Tash 

zauważyła,  że  Zaka  też  ktoś  trzyma  i  mierzy  do  niego  z  blastera.  Ktoś  nawet  mierzył  do 

Deevee. Tylko wujek Hoole pozostał nietknięty. Stał twarzą w twarz  z najbardziej odrażającą 

istotą  jaką  Tash  w  życiu  widziała.  Był  to  olbrzymi  ślimak  z  dwoma  tłustymi  ramionami 

wystającymi    z  grubego,  mięsistego  ciała.  Kiedy  mówił  ślina  ściekała  z  krawędzi  jego 

szerokiej  twarzy.  Była  to  istota,  która  krzyknęła  imię  Hoole’a.  Moment  później  Tash 

dowiedziała się kim była istota. Hutt Smada. 

- Hoole!- Hutt Smada ryknął znowu. – Co za miła niespodzianka 

- Powiedz swoim zbirom, żeby puścili wolno moją siostrzenicę i mojego siostrzeńca Smada – 

powiedział Hoole niskim głosem. 

-Nie – odpowiedział oślizgły Hutt – Nie, dopóki nie będziemy mieli okazji porozmawiać.  I, 

tak  przy  okazji,  w  chwili  gdy  użyjesz  swoich  zmiennokształtnych  mocy,  moi  ochroniarze 

przerobią twoich małych przyjaciół na karmę dla Banth. 

- Zostaw nas w spokoju! - zażądał Zak 

- Czego chcesz? – zawołała Tash 

Ciało Smady się zatrzęsło kiedy się zaśmiał i spojrzał na Tash. 

-To  proste.  Chce  żeby  twój  wuj  dla  mnie  pracował.  Potrzebuje  profesjonalistę,  który 

wyeliminuje niektórych moich przeciwników, a jego zmiennokształtne talenty czynią z niego 

idealną broń. 

- Jesteś szalony! – odpowiedziała Tash – Wujek Hoole to naukowiec a nie zabójca. 

Hutt  się  zaśmiał  –  Ho,  ho  czy  aby  na  pewno?  Więc,  powiem  tylko  że  jest  jeszcze  wiele 

rzeczy, których nie wiecie o swoim wuju. 

background image

 

19 

Tash była zbita z tropu. Co on chce przez to powiedzieć? 

-  Marnujesz  swój  czas  Smado  –  powiedział  Hoole  –  Co  w  ogóle  robisz  na  tej  zacofanej 

planecie ? 

Smada wytarł ślinę ze swojej tłustej twarzy. 

- Wojny gangów na mojej rodzinnej planecie, sprawiły, iż musiałem wziąć krótki urlop. 

- Masz na myśli ukrywanie się – przerwał Zak. 

Smada  kontynuował.  Właściwie,  owe  wojny  gangów  są  powodem  dla  którego  potrzebuje 

zabójcy. Dopóki takiego nie znajdę , ta planeta wydaje się idealnym schronieniem przez jakiś 

czas. Smada pochylił się do przodu póki jego odrażająca twarz nie znalazła się o kilka cali od 

Hoole’a.  –  I  miałem  rację.  Ponieważ  uśmiech  losu,  sprowadził  tu  także  ciebie.  A  teraz 

będziesz pracował dla mnie. 

Hoole potrząsnął głową – Powiedziałem ci nie, kiedy ostatni raz się spotkaliśmy, Smada. 

Hutt ryknął. -A ja ci powiedziałem, że nikt nie odmawia Huttowi Smadzie. Powiedziałem ci 

także,  że  jeśli  spotkamy  się  jeszcze  kiedyś,  nie  będę  pytał  tak  uprzejmie.  Więc  jeśli 

odmawiasz pracy dla mnie teraz, rozpylę twoje małe bachory na atomy. 

 

Nagle z cienia wyszedł wysoki mężczyzna, celując podniszczonym blasterem w stronę 

Smady. – Nie sądzę – powiedział. 

- To nie twoje zmartwienie obcy -  ryknął Smada 

Wysoki mężczyzna odpowiedział z pewnym siebie uśmiechem – To moja sprawa. 

- I moja- rzekła młoda kobieta, która pojawiła się obok niego. 

-  I  moja  –  powiedział  inny  mężczyzna  o  blond  włosach.  Zapalił  dziwną,  błyszcząca  broń, 

która  wyglądała  jak  miecz  zrobiony  z  czystej  energii.  Tash  wzięła  głęboki  oddech.  Miecz 

świetlny Jedi. 

-  I  jego  –  powiedział  wysoki  mężczyzna,  wskazując  na  dużego  Wookiego,  którego  Tash 

widziała wcześniej. Futrzasty Wookiee wydał z siebie groźny ryk. Gdyby wyraz twarzy mógł 

się  zamienić  w  lasery,  Smada  spaliłby  ich  wszystkich.  Ale  on  najzwyczajniej  w  świecie  nie 

chciał walczyć. – D’vouran jest małą planetą, Hoole. Jeszcze się spotkamy. 

Smada dał znak swoim zbirom, którzy uwolnili Zaka i Tash. Tash zobaczyła, że Smada siada 

na  grawisaniach,  wysokiej  platformie,  która  unosiła  się  w  powietrzu.  Otoczony 

ochroniarzami, Hutt Smada wyleciał z kantyny. Jako, że nie zostało nic więcej do oglądania, 

reszta stałych bywalców kantyna wróciła do swoich zajęć a hałas zapanował na nowo. 

 

Wysoki mężczyzna i kobieta schowali swoje blastery do kabury, podczas gdy blondyn 

wyłączył swój miecz świetlny. Za nimi stały dwa drozdy,  baryłkowata jednostka R2 i złoty 

robot protokolarny. 

background image

 

20 

-  Ojej,  co  za  ulga!  Prawie  dostałem  zwarcia-  powiedział  droid  –  Czy  nie  powinniśmy 

powiadomić władz ? 

-  Przymknij  się  Threepio  –  powiedział  wysoki  mężczyzna  –  Nie  ma  żadnych  władz  na 

D’vouranie.  Tylko  Enzeenianie,  a  oni  są  zbyt  przyjacielscy,  żeby  coś  zrobić  ze  Smadą. 

Sporzał na Hoole’a. – Wszyscy cali? 

-  Tak  –  powiedział  Hoole  –  Na  szczęście  Smada  bardziej  chciał  nas  nastraszyć  niż  kogoś 

skrzywdzić. Dziękuję wam za pomoc. 

-  O  co  tu  chodziło?  –  spytała  Tash  swojego  wuja  –  Wyglądało  na  to  ,że  cię  zna.-  zauważył 

młody człowiek z mieczem świetlnym. 

Hoole się zawahał. Wreszcie powiedział ostrożnie – Tak. On … zaoferował mi pracę kilka lat 

wcześniej. Kiedy jej nie przyjąłem przysiągł, że się zemści. To zbieg okoliczności przyniósł 

nas razem na tą planetę. 

- Nieszczęśliwy zbieg okoliczności – powiedziałabym – dodała kobieta – Ten Smada cuchnął 

okropnie nawet jak na Hutta. 

- Znam gorszych – powiedział wysoki mężczyzna 

- Shi’idoid przedstawił się – Nazywam się Hoole 

- Jestem Han Solo. Mów mi Han- powiedział wysoki mężczyzna . Miał tą swobodną pewność 

siebie,  która  cechowała  gwiezdnych  pilotów.  To  mój  partner  Chewbacca  –dodał,  wskazując 

na Wookiego. Potem wskazał kobietę – A to jest… 

- Księżniczka Leia – dokończyła Tash 

- Kobieta zamrugała. Wszyscy nowoprzybyli rozejrzeli się, aby upewnić się, że nikt tego nie 

usłyszał Ręka Hana Solo powędrowała w kierunku blastera zawieszonego na jego biodrze. 

- Młody człowiek z mieczem świetlnym zauważył ten ruch i powiedział – W porządku Hanie. 

Ale Han mruknął – Nie zamierzam ryzykować. 

Kobieta, Leia łagodnie położyła swoją dłoń na jego dłoni. – Pozwól mi się tym zająć – A do 

Tash powiedziała. Dlaczego sądzisz, że tak właśnie mam na imię. 

-  Zak  pokręcił  głową  –  Na  pewno.  Tash  ma  zawsze  rację  w  tego  rodzaju  sprawach.  To 

dziwne. 

Tash powiedziała – To nie takie dziwne – Zak i ja mieszkaliśmy na Alderaanie, tzn. tam skąd 

pochodzisz. To znaczy, mieszkaliśmy… przed… no wiesz. 

Mogła wyczytać z twarzy kobiety, że Leia wiedziała bardzo dobrze co się stało z Alderaanem. 

Obok niej, Zak prawie krzyknął – Hej czy wy jesteście Rebeliiantami? 

Zak! –syknęła Tash 

background image

 

21 

Na  twarzy  Han  pojawił  się  wyraz  niezadowolenia.-  Zajmujemy  się  swoimi  sprawami, 

dzieciaku, i ty też powinieneś. 

-  Jesteśmy  badaczami  –  Leia  przerwała  łagodnie  –  Szukamy  na  tej  planecie  naszych 

przyjaciół.  Właśnie  mieliśmy  odlatywać,  ale  nie  mogliśmy  siedzieć  z  tyłu  i  pozwalać  temu 

Huttowi ci grozić. 

Tash usłyszała odpowiedź Hoola – Ja też jestem badaczem – Ale przypomniała sobie słowa 

Hutta. Jest wiele rzeczy o swoim wuju, których nie wiecie. 

-  A  może  –  powiedziała  z  wahaniem  Tash  –  moglibyśmy  usiąść  na  chwilę.  Moglibyście 

opowiedzieć nam o swoich badanich. 

-  Oczywiście,  że  tak  –przerwała  Leia  zerkając  szybko  na  Hana.  –  Zostaniemy  przynajmniej 

dopóki się nie upewnimy, że Hutt nie wróci. 

Obie  grupy  usiadły  razem.  Han  Solo  oparł  stopy  o  puste  krzesło.  –  Zamawiajcie  co  tylko 

chcecie. Jak wiecie jedzenie jest za darmo. Ci Enzeenianie będą cię karmić aż pękniesz. 

Wujek Hoole przytaknął – Spotkaliśmy tylko jednego, ale wydawał się bardzo przyjacielski. 

Ku  radości  Zaka,  zamówili  jedzenie  u  mijającego  ich  kelnera.  Kilka  chwil  później 

Enzeenianin  pojawił  się  z  powrotem  z  talerzami  wypełnionymi  po  brzegi  każdym  rodzajem 

egzotycznych  mięs,  ciast  i  owoców.  Zak  zmarszczył  nos  na  widok  potrawy  pełnej 

ośmionogich  owadów  pokrytych  różowym  sosem.  Ale  kiedy  zanurzył  palec  w  sosie  i 

spróbował go, jego oczy się rozjaśniły i zaczął go pałaszować. Jedynym przy stole, który za 

nim nadążał był Wookiee.  

 

Tash nie miała apetytu. Jej żołądek zawiązał się w supeł- uczucie strachu nie znikło. 

Próbowała je zignorować. Była to prawdopodobnie tylko jej wyobraźnia, i nie chciała z siebie 

zrobić głuca w ten sam sposób, kiedy Enzeenianin założył jej kwiaty na szyję. 

 

Kiedy  zaczęli  jeść,  wszyscy  się  odprężyli.  Nawet  Han  Solo  wydawał  się  być 

zainteresowany, kiedy Hoole i Zak opisywali swoją podróż.Ale Tash rozpraszała się między 

jedną  rozmową  a  drugą,  nie  będąc  w  stanie  się  skoncentrować.  Deevee  został  przyparty  do 

muru przez C-3PO i jego towarzysza, R2D2. 

-…i  wtedy  znalazłem  się  sam  na  planecie  Tatooine  wędrując  przez  tę  okropną  pustynię.  – 

mówił Threepio – To było przerażające. 

- Fascynujące. Jestem pewien – Wyglądał na tak znudzonego jak tylko mógł być droid. 

- Poczekaj aż powiem ci co się stało dalej – powiedział drżącym głosem Threepio 

- Nie przypuszczam, że zostaniesz wyłączony, albo coś w tym rodzaju? – spytał Deevee 

- Cóż, nie. 

- Szkoda – mruknąć nieszczęśliwy droid – Więc, możesz równie dobrze kontynuować. 

background image

 

22 

Tash  nie  mogła  skupić  uwagi.  Może  chodziło  o  egzotyczne  jedzenie,  a  może  uczucie 

obserwacji  przez  kogoś  się  nasiliło,  ale  pomyślała,  że  może  być  chora.  Wrażenie  było  tak 

silne,  że  właściwie  zapomniała  o  blondynie  z  mieczem  świetlnym  Jedi,  dopóki  nie  pochylił 

się nad stołem i nie odezwał się do niej. – Czy wszystko w porządku? – zapytał 

- Eee, tak, w porządku – powiedziała 

Młody człowiek się uśmiechnął – Masz na imię Tash, prawda? Jestem Luke. Luke Skywalker 

Coś w nim sprawiło, że poczuła się dziwnie. Nie dziwnie w sposób jaki czuła do chłopców na 

Alderaanie, wyrosła z tego. To było uczucie…ulgi. Tash poczuła jakby czekała na spotkanie z 

kimś takim jak Luke Skywalker przez całe życie. Jego niebieskie oczy wpatrywały się w nią 

niczym skaner sięgający najgłębszych myśli. – Coś cię gnębi. 

-  Tak  myślę  –  zaczęła  Tash.  Nigdy  nie  lubiła  mówić  ludziom  o  swoich  przeczuciach,  które 

czasami  miała.  Ale  stwierdziła,  że  może  mu  spokojnie  zaufać.  –Myślę,  że  czuję  się  trochę 

zaniepokojona.  Nie  wiem  co  dokładnie,  ale  coś  nie  daje  mi  spokoju.  To  pewnie  tylko  moja 

wyobraźnia. Nie spodziewała się że zrozumie, dotąd nikt nie rozumiał. 

Ku jej zdziwieniu Luke powiedział – Niedawno, dobry przyjaciel dał mi bardzo ważną lekcję: 

zaufaj swoim uczuciom. 

Przy następnym krześle, Chewbacca warknął pytanie w kierunku Hoola, a Han przetłumaczył. 

– Więc mówicie, że wyskoczyliście z nadprzestrzeni piętnaście minut za wcześnie. 

Wujek Hoole przytaknął – Spowodowało to wielką ilość szkód w naszym statku. 

- To samo przytrafiło się nam. Mój statek, Sokół Millenium jest mocno poobijany. Gwiezdny 

pilot potrząsnął głową. – Sam nie wiem, może to po prostu błąd w gwiezdnych mapach. 

-  Być  może  –  zgodził  się  wujek  Hoole  –  Ale  w  naszym  przypadku  myślę,  że  chodziło  o 

problemy na pokładzie statku. Spojrzał krzywo na Tash. 

Zak się zasmiał  - Ma na myśli Tash. Bawiła się w  kokpicie w  rycerza Jedi. 

Tash  poczuła,  że  jej  twarz  staje  się  czerwona.  Luke  Skywalker  uniósł  brew  i  rzucił  jej 

porozumiewawczy uśmiech – Więc chcesz być Jedi, prawda? 

- Czytałam o nich – przyznała się – Moi rodzice byli na Alderaanie kiedy… no wiesz. Zawsze 

myślałam, że gdyby było więcej Jedi, nie dopuściliby, żeby to się stało. 

- Zrobili co w ich mocy, Tash – rzekł Luke – To wszystko, co każdy z nasz może zrobić. 

- Czy, czy  jesteś Jedi? – spytała niemal szeptem, wskazując na jego miecz świetlny. 

Luke  pokręcił  głową.  –  Chciałbym  powiedzieć,  że  jestem.  Ale  nie,  nie  jestem.  Ten  miecz 

świetlny należał do mojego ojca. Tash przytaknęła smutno – Mówią, że Jedi wyginęli. Więc 

nie  wiem  jak  znajdę  kiedyś  jakiegoś,  aby  mnie  uczył.  Luke  położył  dłoń  na  jej  ramieniu. 

background image

 

23 

Szepnął. - Nie trać nadziei. Możesz być zaskoczona. Jedi mogą wrócić któregoś dnia szukając 

właśnie ciebie. 

 Tash chciała wiedzieć co on miał na myśli. Ale nie miała nawet okazji zapytać. Ponieważ w 

tym momencie ktoś krzyknął. 

 

 

ROZDZIAŁ 6 

 

 

Krzyk  dochodził  z  zewnątrz,  gdzieś  w  okolicach  kantyny.  Większość  stałych 

bywalców  podniosła  wzrok  na  tyle  długo,  aby  upewnić  się,  że  nie  grozi  im  żadne 

niebezpieczeństwo,  a  później  zignorowali  krzyki.  Przybyli  na  tą  planetę  aby  uciec  od 

kłopotów, a nie żeby ich szukać. Ale każdy przy stole Tash wyskoczył   w górę i pobiegł  w 

kierunku drzwi. Krzyki dochodziły od tylnej strony kantyny. Ich nowi przyjaciele – Tash była 

teraz pewna, że to rebelianci, ponieważ zachowali się tak odważnie – wyciągnęli broń. 

 

Ale  ulica  była  opuszczona  z  wyjątkiem  dzikusa,  Bebo.  Klęczał  na  kolanach,  drapiąc 

piach i krzycząc –Nie! Nie! Nie! 

Tash nie obawiała się Bebo – Co się stało? –zapytała go. 

-Zniknęła! Zniknęła! Szaleniec rechotał. – Moja przyjaciółka Lonni stała tu minutę temu, i po 

prostu się rozpłynęła! 

-Co to znaczy rozpłynęła? – zapytał Hoole 

Bebo  wstał.  W  jego  oczach  pojawiło  się  dzikie  światło.  -  Mam  na  myśli,  że  się  rozpłynęła. 

Nie  ma  jej.  Znikła.  I  to  wszystko  moja  wina.  Przekonałem  ją,  żeby  wyszła  z  ukrycia.  Żeby 

wszystkich  ostrzec.  Nie  wierzyli  mi,  ale  mogli  uwierzyć  jej.  Przyszła,  bo  powiedziałem,  że 

będzie bezpieczna. Ale zniknęła. Stała tutaj a potem już jej nie było. 

 

Chociaż nikt nie wyszedł z kantyny, kilku osadników przybyło aby zbadać krzyki. Ci 

ludzie  wyglądali  na  bardziej  zrównoważonych,  zuważyła  Tash.  Prawdopodobnie  rodziny  i 

pionierzy,  o  których  wspominał  Chood.  Ale  wydawali  się  tak  samo  mało  zainteresowani 

bełkotem Bebo jak i stali bywalcy kantyny. W zasadzie większość z nich się śmiała. 

Ktoś zawołał –Dalej Bebo, opowiedz nam coś jeszcze. 

Tak – dodał któryś – Opowiedz nam o znikających ludziach. 

- I o niewidzialnych potworach! 

- A może to byli niewidzialni ludzie i znikające potwory. 

background image

 

24 

Tłum  zaśmiał  się  z  tego  dowcipu.  Pojawił  się  Chood,  i  przez  sekundę,  Tash  pomyślała  że 

widzi jak jego uśmiech znika z twarzy na widok Bebo. Ale pojawił się znowu, tak pogodny 

jak nigdy. – Czy mogę w czymś służyć ? 

Tash wskazała na Bebo. – On potrzebuje pomocy. Jego przyjaciółka zniknęła. 

Chood  westchnął.  –  Przepraszam  jeśli  to  kogoś  zaniepokoiło.  Niestety  Bebo  robił  to  wiele 

razy przedtem. Jestem pewny, że nikt więcej nie zginął. 

- Lonni zniknęła – głos Bebo zniżył się do szeptu – Była moją jedyną przyjaciółką. 

Tash poczuła, że coś złapało ją za serce. Wiedziała jak to jest stracić kogoś. 

Jeden z osadników wykrzyknął – Jesteś szalony Bebo! 

Chood  przytaknął  –  Smutne,  ale  to  prawda.  Odkąd  tu  przyszedł,  biedny  Bebo  wygadywał 

różne brednie o zniknięciach. 

- To prawda – odpowiedział Bebo – Oni zginęli. Cała załoga Mizantropa. Zniknęła. 

Chood  popatrzył  z  sympatią  na  Bebo,  a  potem  odwrócił  się  do  Hoola  i  reszty  i  powiedział 

łagodnie – To smutna historia. Mizantrop był statkiem dostawczym, który jako pierwszy się 

tu  rozbił.  Bebo,  ten  tutaj,  był  kapitanem  i  jedynym  ocalałym.  Obawiam  się,  że  nie  poradził 

sobie z poczuciem winy. To go załamało. 

- Nie, nie, nie – Bebo się sprzeczał – Zniknęli. Wszyscy. 

- Powinien być leczony w szpitalu psychiatrycznym. – zuważył Deevee 

To nie takie proste – odpowiedział Chood – Oficjalny raport mówi, że był on odpowiedzialny 

za tą tragedię. Jeśli opuści planetę, zostanie wtrącony do więzienia. Ale Enzeenianie są trochę 

bardziej wyrozumiali, więc pozwoliliśmy mu żyć tutaj, pomimo fakt, że nieustannie zakłóca 

porządek, który staramy się stworzyć dla naszych osadników. 

- Sprawdzałeś, czy byli inni ocalali tak jak on twierdzi ? – zapytał Hoole – Kim jest ta Lonni, 

o której mówi ? 

- Było pełne śledztwo w sprawie katastrofy – odpowiedział Enzeen – A imperialni urzędnicy 

nie potwierdzili, że ktoś ocalał. 

- Ten Bebo bredzi, ale oni nie powinni żyć. 

- To kłamstwo – załamał się Bebo – Ona tu była! 

- Ach tak? – rzekł Chood. Jego głos był nadal spokojny i przyjemny. Więc powiedz mi Bebo, 

gdzie była twoja przyjaciółka kiedy zniknęła ? 

Bebo wskazał na ziemię. – Tutaj, właśnie tutaj. Przechadzailiśmy się, i puf! Nie było jej ! 

- Przechadzaliście się, mówisz? Więc to są ślady twoich stóp ? Chood wskazał na linię śladów 

na brudnej drodze. 

- Tak, to tutaj byłem. 

background image

 

25 

- Więc , gdzie są ślady stóp twojej przyjaciółki – zapytał Enzeenianin. 

- Czemu są pewni... – po raz pierwszy, Bebo przestał mruczeć sam do siebie. Nie było innych 

śladów na ziemi. Nie było znaku, że ktoś oprócz Bebo stał tutaj. – Ale ona tu była! Właśnie 

tutaj. 

Chood wzruszył ramionami – Widzicie. Jest całkiem szalony. To żałosne. 

- Nie możesz mu jakoś pomóc? Przynajmniej przeszukaj wioskę? – poprosiła Tash 

-  Możemy,  ale  niczego  nie  znajdziemy  –  powiedział  Chood  –  Ludzie,  którzy  chcą  być 

odnalezieni na D’vouran, są łatwi do znalezienia. Ci którzy pragną się ukryć, no cóż, to duża 

planeta. 

Do  tego  czasu,  większość  osadników  straciło  zainteresowanie  i  wróciło  do  swoich  zajęć. 

Wujek Hoole, także, chciał iść dalej. – Chodźmy Tash – powiedział. – Ci ludzie zaoferowali 

się, że pomogą nam naprawić „Beztroskiego przemytnika” i nie możemy kazać im czekać. 

Kiedy inni się odwrócili, Tash powiedziała łagodnie do Bebo – Przykro mi, ale nie mogę Ci 

pomóc. Chciałabym, aby było coś co mogę dla ciebie zrobić. 

Bebo rzucił jej  zimne i surowe spojrzenie – To nie ma znaczenia. Niedługo będziesz martwa. 

Wszyscy zginiecie. 

 

 

ROZDZIAŁ 7 

 

Wyraz twarzy Bebo wciąż nie dawał Tash spokoju, kiedy podążała za swoim bratem i innymi 

z  powrotem  do  kosmoportu.  Han  i  Chewbacca  zbadali  stan  silników  „Beztroskiego 

Przemytnika”  –  i  Han  przytaknął  z  pewnością  siebie  –  Nie  martw  się,  sprawimy,  że  będzie 

skakał na jednej nodze zanim się obejrzysz. 

- On naprawdę zamierza to zrobić – rzekła Leia – Jeśli potrafi utrzymać swoją kupę złomu w 

powietrzu, na pewno da radę z twoim statkiem. 

Han wyglądał na urażonego – Sokół to najlepszy statek w całej galaktyce. Wskazał palcem na 

fregatę w kształcie spodka na lądowisku. 

- To twój satek? –spytał Zak – Myślałem, że to jakaś kupa złomu. 

- Zak! – zbeształa go Tash 

Ale  Han  najwyrażniej  spotkał  się  z  taką  reakcją  wcześniej  –  Powiem  ci  coś,  posiedź  cicho 

przez  około  pół  godziny  kiedy  będę  pracował,  a  ja  ci  pokaże  takie  rzeczy  w  Sokole,  które 

imperialni inżynierowi chcieliby dostać w swoje łapy. 

background image

 

26 

Kiedy  zabrali  się  do  pracy,  Tash  zaczęła  chodzić  niespokojnie.  Nie  mogła  wyrzucić 

urażonego,  gniewnego  widoku  ze  swojej  głowy,  a  jego  głos  szeptał  jej  do  ucha  –  Wszyscy 

zginiecie! 

Luke Skywalker pojawił się obok niej. – Nadal masz to uczucie? 

-  Tak  –  odpowiedziała,  jeszcze  raz  zaskoczona  jego  spostrzegawczością.  –  Nie  mogłabym 

pomóc współczując Bebo. Nie wiem dlaczego, ale czułąm, jakby mówił mi prawdę. Czułam, 

że powinnam sprawdzić jego historię. 

Luke rzekł poważnie – Tak jek mówiłem. Powinnaś zaufać swoim uczuciom. 

Pomyślała przez moment – Aby  coś zrobić muszę się dostać do  HoloNetu, a nie mogę tego 

zrobić dopóki „Beztroski Przemytnik” nie stanie na nogi i nie będzie znowu działał. 

- Czemu nie użyjesz komputera na pokłądzie Sokoła Millenium? – zaoferował Luke 

Kilka  minut  później,  Tash  siedziała  przy  zagraconym  stanowisku  komputerowym  wewnątrz 

sponiewieranego  frachtowca.  Przestudiowała  ustawienia  komputera.  Han  Solo  nie  żartował, 

kiedy mówił o modyfikacjach. Nawet komputer wyglądał na sfałszowany. 

- Co to? – spytała wskazując na małe czarne pudełko przyczepione do terminala komputera. 

-  Nie  jestem  pewien  –  powiedział  Luke.  –  Ale  myślę,  że  to  jakiś  rodzaj  wykrywacza. 

Sygnalizuje kiedy ktoś blokuje sygnał twojego komputera. 

- Czemu tego potrzebujesz? – zapytała Tash 

Luke uśmiechnął się szeroko – Powiedzmy, że Han nie zawsze pracuje z ludźmi, którym do 

końca ufa. 

Tash nie pytała dalej. Włączając komputer, wpisała kilka szybkich poleceń i zalogowała się w 

serwisie wiadomości Holonetu. Potem wpisała. 

WYSZUKAJ : MIZANTROP 

Komputer szybko odpowiedział. 

SZUKANE SŁOWO MIZANTROP WYSZUKAŁO SZEŚĆSET POZYCJI.  WYŚWIETLIĆ 

WSZYSTKIE? 

Tash  jęknęła.  To  było  o  wiele  za  dużo.  Musiała  zawężyć  swoje  poszukiwania.  Wpisała  raz 

jeszcze. 

WYSZUKAJ : MIZANTROP I D’VOURAN 

Komputer odpowiedział : DWIE POZYCJE ZNALEZIONE. WYŚWIETLIĆ? 

Pierwsza wiadomość wyglądała jak oficjalny imperialny raport. Tash go wyświetliła. 

Raport opisywał stratę statku dostawczego i późniejsze poszukiwania. Miała nadzieję znaleźć 

w raporcie coś, co mogło dowieść opowieści Bebo, że byli jacyś ocalali. Ale starciła nadzieję 

kiedy przeczytała raport. 

background image

 

27 

MIZANTROP  POSZEDŁ  NA  DNO  ZE  WSZYSTKIMI  CZŁONKAMI  NA  POKŁADZIE. 

JEDYNIE  PILOT,  KAPITAN  KEVREB  BEBO  OCALAŁ.  BEBO  JEST  POSZUKIWANY 

W CELU PRZESŁUCHANIA, ALE JEST NA WOLNOŚCI. 

Westchnęła  –  No  więc,  wydaję  mi  się,  że  to  by  było  na  tyle.  Rzeczywiście  zwariował  z 

poczucia winy. 

Drugi plik, co dziwne był zakodowany. – To dziwne, czemu raport wiadomości miałby być 

zakodowany? 

To imperialny kod – zauważył Luke – Lepiej go nie ruszać. 

Tash uśiechnęła się. Zaczęła wprowadzać sygnały, starając się przebić przez zabezpieczenia, 

które powsztrzymywały ją przed przeczytaniem imperialnych wiadomości. Ale wpisała tylko 

kilka poleceń, kiedy mała czarna skrzynka zaczęła alarmująco piszczeć. 

- Co to? – krzyknęła, niemal wyskoczywszy z siedzenia. 

- To wykrywacz! Ktoś próbuje cię namierzyć. 

-Co zrobić? – zapytała w panice. Alarm się nasilił. 

-Wyłącz to! 

Uderzyła w wyłącznik. Ekran komputera poczerniał, a alarm ucichł. Tash poczuła że wali jej 

serce. – O co tu chodziło? 

-  Nie  wiem  –  powiedział  Luke  –  Ale  najwyraźniej  Imperium  chce  wiedzieć  o  każdym,  kto 

pyta o D’vouran. 

 

Tash  i  Luke  wrócili  do  „Beztroskiego  Przemytnika,  znajdując  Chewbaccę  siedzącego  z 

Zakiem,  który  majstrował  przy  ślizgodesce.  Miała  trochę  ponad  metr  długości,  i  pół  metra 

szerokości i wypełniona była zawiłymi obwodami. 

- Hej Tash – rzekł Zak radośnie -  Chewbacca pomaga mi wymienić instalację w mojej desce. 

Będzie podkręcona wystarczająco, aby ścigać się ze śmigaczem. 

W  pobliżu,  Deevee  rzekł  sucho  –  A  ja  mam  nadzieję,  że  Wookiee  jest  gotowy  zapłacić 

medyczne rachunki, kiedy złamiesz sobie kark. 

Han  wytarł  olej  z  rąk  i  powiedział  do  Hoole’a  –  To  powinno  ci  pozwolić  na  krótką 

przejażdżkę. Twoje boczne stabilizatory są uszkodzone, i potrzebujesz kapitalnego  remontu, 

ale statek zabierze cię z planety. 

Hoole podziękował Hanowi a jego przyjaciele zaczęli się przygotowywać do odlotu. 

Tash powiedziała bardzo nieśmiało do Luke’a Skywalkera – Nie zdawałam sobie sprawy, że 

tak szybko odlatujecie.  Chciałam cię zapytać o... o twój miecz świetlny. I, jej głos opadł do 

wstydliwego szeptu – o Moc. 

background image

 

28 

Uśmiechnął się ciepło. – Nie jestem pewny, ile mógłbym ci powiedzieć, Tash. Ale możemy 

jeszcze kiedyś się spotkać a ty i ja możemy wtedy porozmawiać. 

Tash  poczułą  mrowienie  w  ręcę,  kiedy  Luke  ją  uścisnął.  Mrowienie  pozostało  na  długo  po 

tym jak Sokół Millenium wzniósł się w niebo. 

 

Zrobiło  się  ciemno  do  czasu,  kiedy  opuścili  port  kosmiczny  po  raz  drugi.  Zgodnie  ze 

wskazówkami,  które  dostali,  wujek  Hoole  poprowadził  ich  do  domu  Chooda.  Enzeenianin 

mieszkał w lesie, niedaleko osady. Chood powitał ich ciepło w swoim domu. Był to skromny 

dom, z trzema czy czterema pokojami połączonymi długim korytarzem.  Chociaż był dobrze 

zbudowany,  Tash  była  zaskoczona  gdy  zobaczyła,  że  podłoga  była  niczym  nie  pokryta  i 

brudna tak jak drogi na zewnątrz. 

 

-  Mamy  swoje  tradycje  –  powiedział  Chood  kiedy  to  zauważyła  –  Lubimy  być  w 

kontakcie  z  planetą,  która  jest  naszym  domem.  Chood  z  pewnością  kochał  D’vouran.  Przez 

następną  godzinę  Hoole,  Tash  i  Zak  słuchali  kiedy  opowiadał  o  planecie,  chwaląc  jego 

krajobrazy, jego surowce naturalne i jego potencjał. 

-  Brzmi  –  szepnął  Zak  do  Tash  –  jak  sprzedawca  używanych  śmigaczy.Kiedy  rozmowa  się 

kończyła  ,  Tash  zorientowała  się,  że  ziewa.  To  był  długi,  dziwny  dzień-  od  ich  awaryjnego 

lądowania  poprzez  incydent  w  kantynie  po  spotkanie  Luke’a  Skywalkera.  Była  zmęczona. 

Obok niej, przysypiał Zak. Hoole to zauważył – Myślę, ze już czas aby Tash i Zak poszli spać 

i czas abym ruszył w drogę. 

- Dokąd idziesz? –spytała Tash. Była tak śpiąca, że zapomniała o tajemnicy w jakiej trzymał 

swoją pracę. 

Przypomniał jej natychmiast. – To moja sprawa. Będę z powrotem przed rankiem. Wybaczcie 

mi. Nie mówiąc nic więcej, Hoole wyszedł. 

- Czy Shi’idoidzi nigdy nie śpią? – ziewnął Zak. – Ciągle gdzieś ucieka. 

To nie dlatego, że jest Shi’idoidem – odpowiedziała Tash – To dlatego, że to wujek Hoole, i 

jest w nim coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. – I, powiedziała do siebie, - zamierzam 

się dowiedzieć co to jest. 

Tash i Zak dzielili duży pokój gdzie dwa małe, ale wygodne materace do spania leżały 

na  podłodze.  Kiedy  zostali  sami,  Tash  odwróciła  się  do  brata.  –  Nie  mogę  się  pozbyć  tego 

uczucia,  Zak.  Cokolwiek  bym  nie  robiła,  czuję,  że  ktoś  mnie  obserwuje.  Powiedziała  mu  o 

zakodowanym imperialnym pliku dotyczącym D’vouran i o alarmie przeciw namierzaniu.  

– Przypuszczam, że Imperium wie coś o tej planecie, czego my nie wiemy. 

background image

 

29 

Zak  już  prawie  zasnął.  –  Jestem  tak  samo  wściekły  na  Imperium  jak  ty.  Ale  co  oni  mogą 

takiego złego wiedzieć o tej planecie. Nie sądzisz, że trochę przesadzasz z tymi przeczuciami 

Jedi? Wygląda na to, że szukasz dziury w całym. To miejsce jest świetne. 

- Myślisz, że blastery mierzące do ciebie są świetne? 

- Tak – odpowiedział śpiąco 

To  dlatego,  że  nie  znasz  żadnego  lepszego,  chciała  powiedzieć,  ale  nie  powiedziała.  – 

Chciałabym mieć trochę twojej pewności siebie – powiedziała zamiast tego. 

-  Po  prostu  pohamuj  swoje  zapędy  i  się  rozluźnij  –  ziewnął  –  A  teraz  wybacz,  ale  chce 

pojeździć na desce jutro i muszę się wyspać. 

Tash nie spała jeszcze trochę. Ale w końcu i ona zasnęła. 

 

 

Jakiś dźwięk wyrwał ją ze snu w środku nocy. Na początku myślała, że to Zak chrapie, ale jej 

brat spał cicho w pokoju. Mogła tylko dostrzec jego klatkę piersiową unoszącą się i opadającą 

kiedy łagodnie oddychał. Słuchała uważnie. Siorp –siorp. Zaczęła słuchać dokładniej. Siorp- 

siorp. 

- Zak? – szepnęła – Słyszysz to? Żadnej odpowiedzi. Jej brat spał. 

Tash  leżała  w  łóżku,  zastanawiając  się  co  robić.  Dźwięk  pojawiał  się,  znikał  ,  pojawiał  się 

znowu kilka razy. Co to mogło być? 

W końcu, nie mogła już wytrzymać. Tash wstała i zakradła się do drzwi ich pokoju. Dźwięk 

dochodził ze środka domu. Otworzyła drzwi ukradkiem i na palcach wyszła na korytarz. 

Siorp-siorp. Siorp-siorp 

Świetlica. To stamtąd dochodził odgłos. Tash podkradła się dalej idąc przy samej ścianie. Jej 

puls  gnał  jak  szalony,  ale  coś  pchało  ją  do  przodu.  Nie  ciekawość,  właściwie.  Bardziej 

okropne uczucie, że nie dowiedzenie się co to było byłoby straszniejsze niż odkrycie tego. Jej 

serce waliło tak głośno, że była pewna, że ktoś ją usłyszy. 

Siorp. 

Dźwięk ucichł. Usłyszała, że ktoś powłóczy nogami poprzez ciemność świetlicy. Tash zebrała 

się w sobie, a potem ostrożnie wyjrzała zza rogu. Pokój był pusty. 

- Czy mogę ci w czymś pomóc? 

Tash zdusiła w sobie krzyk, który próbował wydostać się przez gardło. 

Chood stał dokładnie za nią. Nawet po ciemku, mogła powiedzieć, że nadal się uśmiecha. 

-Ee.. Myślałam, że coś słyszałam – szepnęła 

background image

 

30 

-  Błąkające  się  zwierzęta,  bez  wątpienia  –  wyjaśnił  Enzeenianin  –  Jesteśmy  na  skraju  lasu. 

Jestem pewien, że to nic takiego. Ale czy chcesz abym to sprawdził? 

Przerwała.  Czy  to  była  jej  wyobraźnia,  czy  Chood  wpatrywał  się  w  nią  w  ciemności?  W 

cieniu  jego  uśmiech  wyglądał  bardziej  złowieszczo.  –  Nie  rób  sobie  problemu  – 

odpowiedziała. 

- To żaden problem. I tak wychodziłęm. Tash nie mogłaby pomóc, ale zapytała – Tak późno? 

Pomyślała, że widzi jak uśmiech Chooda się poszerza. 

- Obawiam się że tak. Sprawa, która nie może czekać. 

Dobrze. Dziękuje. 

Chood się skłonił. – Naszym celem jest służyć. Dobranoc. 

-  Dobranoc  odpowiedziała,  potykając  się  i  zmierzając  z  powrotem  na  korytarz.  Poczuła  jak 

jego oczy wpatrują się w jej plecy. Potem usłyszała zamykające się drzwi, kiedy, wyszedł z 

mieszkania. 

- Odpręż się – powiedziała do siebie – Też prawdopodobnie gapiłabyś się na kogoś, jeślibyś 

znalazła go włóczącego się po twoim domu w środku nocy. – Dzikie zwierzęta. 

Cóż, wydaje się to wyjaśnienie dobre jak każde. 

Tracisz  kontrolę  nad  swoimi  uczuciami,  Tash  Arranda,  pomyślała.  Może  Zak  miał  rację. 

Może szukasz problemów. Jeśli nie będziesz ostrożna, skończysz jako szaleniec tak jak Bebo. 

Do  czasu  kiedy  dotarła  do  drzwi,  Tash zdecydował  nie  wyciągać  żadnych  wniosków.  Może 

Zak  miał  rację.  Miała  zbyt  dużą  obsesję  na  temat  Mocy.  Tash  pchnęła  drzwi,  by  się 

otworzyły. Ktoś pochylał się nad łóżkiem Zaka. 

 

 

ROZDZIAŁ 8 

 

 

Dłoń zamknęła się na ustach Tash, tłumiąc jej krzyk. Ugryzła. ją więc.  

-  Aaargh  –  zawył  ktoś  boleśnie,  puszczając  Tash.  Krzyk  obudził  jej  brata,  który  usiadł  na 

łóżku prosto jak struna.  

- C-co się dzieje? 

- Zak, uważaj! Wrzasnęła Tash. Ciemna postać sięgała jego ciała. Nadal pół-przytomny, Zak 

wystrzelił z łóżka jak sprężyna, mijając ciemną postać. 

- Uciekaj! – wrzasnęła Tash. 

background image

 

31 

Nawet w mroku, Tash rozpoznała dwóch wielkich, kwadratowych intruzów – Ganków. Ten, 

którego ugryzła nadal masował zranioną rękę. Na dodatek nadepnęła na jego stopę, a potem 

wyskoczyła przez drzwi, z Zakiem tuż za nią. 

-  Pomocy!  Pomocy!  –  zawołała.  Ale  nie  było  nikogo,  kto  by  ją  usłyszał.  Wujek  Hoole 

wyszedł  zajmować  się  swoją  tajemniczą  pracą.  Chood  poszedł  zająć  się  jakąś  sprawą.  Byli 

sami w domu. 

- Musimy się stąd wydostać! – powiedziała Zakowi, który dopiero co oprzytomniał. Pobiegł 

za nią kiedy otworzyła drzwi i uciekła na zewnątrz. Nocne niebo D’vourana obudziło szybko 

Zaka.  

- Co to było? – zapytał dysząc ciężko, kiedy biegł próbując dogonić swoją siostrę. 

-  Smada  !  Jego  zbiry!-  było  wszystkim  co  mogło  z  siebie  wydobyć  pomiędzy  wdechami, 

kiedy  biegła w kierunku centrum miasta. 

To było wszystko czego Zak potrzebował. Zaczął przebierać tak nogami, że wkrótce dogonił 

siostrę. Nie trudził się, aby się odwracać. 

Tash odwróciła się , ale wiedziała co zobaczy. Dwóch Ganków było za nimi. Jak na dużych, 

ciężkich brutali biegli szybko. Chociaż Zak i Tash dobiegli już do głównej ulicy małej wioski, 

dwóch Ganków ich doganiało. 

-  Pomocy!  Pomocy  !  –  krzyknęła.  Ale  było  późno  w  nocy,  i  ulice  były  opuszczone.  Kilka 

świateł się zapaliło w niektórych domach, ale Tash bała się zatrzymać. Słyszała ciężkie kroki 

zbliżających się Ganków. 

Próbowała ich zgubić skręcając gwałtownie ostro w prawo, w boczną uliczkę. Prosto w ślepy 

zaułek. 

Kantyna  „Nie  wchodźcie”  pojawiła  się  przed  nimi.  Nie  czas  na  odwracanie  się.  Z  każdym 

następnym uderzeniem serca, Tash pognała do drzwi i palnęła w przycisk otwierania. 

Było zamknięte. 

- Otwórzcie! –wrzasnęła, waląc w drzwi.   

- Otwórzcie! Pomocy! – dodał Zak 

Za nimi Tash usłyszała  dwa nagłe krzyki. Wywołało to ciarki na jej kręgosłupie.  Gankowie 

musieli  być  wściekli.  Rozerwą  ich  na  strzępy  jak  tylko  ich  złapią.  Krzyki  nagle  ustały,  ale 

Tash waliła w drzwi tak mocno, że tego nie zauważyła. 

-  Otwórzcie!  Proszę!  –  błagała  Tash.  W  każdej  chwili  spodziewała  się  poczuć  ciężką  rękę 

Ganka na swoim gardle, albo błyskawice blastera na swoich plecach. – Pomocy ! 

Wreszcie  drzwi  się  otworzyły.  Kilku  zaskoczonych  osadników  z  zaczerwienionymi  oczami 

potykając się wyszło na zewnątrz.  

background image

 

32 

- Co się tu dzieje ? – zażądał odpowiedzi jeden z nich. 

- Gonią nas  ! Pomocy! – błagała Tash 

- Kto was goni ? – zapyatał osadnik 

-  Oni! –powiedziała Tash, wskazując na ulicę za nią 

Ale nikogo tam nie było. 

 

 

ROZDZIAŁ 9 

 

Zak i Tash siedli w świetlicy w domu Chooda, gdzie siedzieli już od prawie godziny. 

Nadal  było  późno  w  nocy  i  Zak  przysypiał.  Nawet  Tash  ziewała  –  adrenalina,  która  została 

przez nią przepompowana dawno minęła. Hoole wrócił-  ale skąd? Tash zdziwiła się widząc 

wioskę w takim hałasie. Całe miasteczko zostało zbudzone przez krzyki Tash i Zaka, tylko po 

to, żeby usłyszeć, że historia jaką usłyszeli była tak wiarygodna jak  wymysły Bebo. 

Wujek  Hoole  dopiero  co  skończył  przepraszać  większość  osadników  w  wiosce  i 

wszystkich  Enzeenów.  Wreszcie  siadł  naprzeciw  Zaka  i  Tash.  Jego  twarz  Shi’idoida 

zmarszczyła brwi ze zmęczenia. 

- Wy dwoje zdołaliście zrobić z nas najbardziej niepopularnych ludzi w wiosce. 

Tash, oczywiście opowiedziała mu swoją historię. Było dwóch Ganków. Ścigali ich. Pognała 

do kantyny „Nie wchodźcie” i zaczęła walić w drzwi. Następną rzeczą, którą wiedziała, było 

to, że Gankowie zniknęli. 

- Nie było żadnych Ganków – powiedział Hoole – Mieliście zły sen. 

- Byli tam – upierała się Tash – Musieli przestać nas gonić, kiedy zaczęliśmy krzyczeć. 

Hoole pokręcił głową. 

-  Sprawdziłęm.  Nie  było  nawet  żadnych  śladów  stóp.  To  była  ślepa  uliczka.  Gdzie  by  się 

podziali? 

- Nie wiem! 

-Tash- Hoole przyjrzał się jej bacznie – Osadnicy  w kantynie „Nie wchodźcie” powiedzieli, 

że widzieli tylko ciebie i Zaka krzyczącego tak głośno, jakby cała planeta miała się rozpaść. 

Nikt więcej nie widział Ganków. 

- Zak widział, prawda Zak? – szukała poparcia u brata 

- Hmm.... tak. Tak sądzę. 

- Sądzisz? – wujek Hoole naciskał 

Zak spuścił głowę. Chciał pomóc siostrze, ale…  

background image

 

33 

- No  cóż, byłem trochę  śpiący. Słyszałem jak Tash wrzeszczała „Uciekaj!” więc uciekałem. 

Tzn. myślę, że coś widziałem. Widziałem cienie. Było ciemno. Ale prawdopodobnie coś tam 

było. 

Hoole pokręcił głową. 

-  Prawdopodobnie?  Zak  popatrz  na  to  z  tej  strony.  Powiedzmy,  że  historia  Tash  dotyczy 

napęd  nadprzestrzennego  na  statku.  I  powiedzmy,  że  to  co  widziałeś  to  obwód  motywatora. 

Teraz, jeśli napęd jest dobry, podłączasz obwód i przyśpieszasz do prędkości światła. Ale jeśli 

jest  zły,  w  momencie  kiedy  podłączasz  obwód  cały  silnik  eksploduje.  Więc  musisz  być 

pewien.  

Hoole spytał jeszcze raz. 

- Czy teraz podłączysz obwód? 

Zak się zawahał, ale tylko dlatego, że poczuł się winny. Walczył ze sobą, aby coś powiedzieć. 

- Tash, przepraszam. Ja po prostu… byłem zbyt śpiący. Właściwie to nic nie widziałem. 

- Zak! – Tash prawie była w łzach. 

- Nie płacz Tash – powiedział Hoole – Nikt cię za nic nie wini. Po prostu miałaś zły sen. 

- To się działo naprawdę. Ugryzłam jego wstrętny palec. 

-  Śniłaś,  że  kogoś  ugryzłaś.  To  wydawało  się  tak  prawdziwe,  że  zmusiło  cię  do  chodzenia 

albo raczej biegania w czasie snu. Taki rzeczy się zdarzają. 

- Nie nalegała uparcie. Byłam świadoma. Widziałam ich. Czemu nie znajdziemy tego Hutta i 

zmusimy, aby przyznał, że wysłał za nami zbirów! Potem spytaj go, gdzie są teraz. Powie ci, 

że zniknęli. 

Hoole  rozważył  poważnie  tą  opcję.  –  To  by  było  trudne.  Smada  ma  małą  fortecę  w  środku 

lasu. Jeśli tam pójdziemy, przypuszczam, że nie wyjdziemy już stamtąd.. i wątpie, czy Smada 

przyzna się do porwania tylko dlatego, że go o to prosimy. 

Hoole westchnął. Właściwie to winię siebie. Wiem jak musi być wam ciężko od czasu… tej 

tragedii.  Myślałem,  że  to  zainteresowanie  Jedi  wyrzuci  z  ciebie  smutek.  Ale  teraz  twoja 

wyobraźnia  zapędziła  cię  w  obsesję  na  temat  Jedi.  To  musi  się  skończyć.  Na  początku 

zakłóciłaś pracę komputera nawigacyjnego. Potem Chood mówi mi, że się włóczysz w środku 

nocy,  a  teraz  te  sny.  Shi’idoid  położył  dłoń  na  ramieniu  Tash.  Gest  był  niezdarny,  ale 

wiedziała, że chciał dobrze. 

-  Tash  musisz  po  prostu  zrozumieć,  że  nie  wszystko  w  galaktyce  jest  wielką  tajemnicą. 

Niektóre rzeczy są takie na jakie wyglądają. Nie musisz się zastanawiać nad Mocą za każdym 

razem gdy zawieje wiatr. Rozumiesz ? 

background image

 

34 

Tash popatrzyła w górę na sufit, a potem w dół na brudną podłogę. Czy rozumiała? Nie była 

pewna.  Życie  było  takie  zagmatwane!  Czy  powinna  ufać  swoim  uczuciom,  czy  zdrowemu 

rozsądkowi?  Jej  uczucia  mówiły  jej,  że  była  w  niebezpieczeństwie,  że  każdy  był  w 

niebezpieczeństwie. Ale  jej zdrowy  rozsądek mówił jej, nie było tam nic czego można było 

się  obawiać,  z  wyjątkiem  historyjek  szaleńca  i  jej  własnej  wyobraźni.  Poza  Huttem  Smadą, 

D’vouran wydawał się być przyjazną planeta. 

Może zbyt usilnie szukał tajemnic we wszystkim. Nawet odkąd jej rodzice zmarli czuła złość. 

Może to uczucie strachu było tylko wymówką,żeby być  złym na coś. 

Jej wuj czekał, że coś powie. Wreszcie rzekłą. 

- W porządku wujku Hoole. Możesz mieć rację. Może nikt nie zniknął. Ale lepiej obiecaj mi 

jedną rzecz. Lepiej żebyś ty i Zak nie zniknęli. 

Hoole niemal się uśmiechnął – Obiecuję. 

 

 

 

Słońce  wzeszło  wcześnie  następnego  ranka,  i  Zak  Arrranda  wstał  razem  z  nim.  Nie 

mógł spać. Na łóżku Tash wreszcie spała. Po tym jak Hoole z nimi rozmawiał, poszli spać. 

Nawet  Hoole  poszedł  spać  potem,  na  małym  łóżeczku  w  pokoju  Chooda.  Ale  w  swoim 

pokoju , Zak słyszał, że jego siostra leży z otwartymi oczami wiercąc się za każdym razem. 

  

Zak  zastanawiał  się  czy  zrobił  dobrze.  Powiedział  prawdę  czy  nie.  Po  prostu  nie  był 

pewien.  I  była  jedna  rzecz,  której  Zak  nie  znosił,  wątpliwości.  To  dlatego  lubił  silniki, 

obwody i fizykę. Kiedy  budujesz silnik, wyznaczasz kurs w nadprzestrzeni, masz rację albo 

nie. Nie było żadnych szarości. Nie ma znaczenia co czułeś. Po prostu dwa razy sprawdziłes 

swoje obliczenia i miałeś odpowiedź. Jeśli byłeś w błędzie próbowałeś jeszcze raz. 

 

Całe to gadanie o cieniach, spaniu i snach sprawiło, że stał się nerwowy. Musiał coś 

zrobić.  Nie  był  taki  jak  Tash,  która  mogła  wiecznie  siedzieć  i  myśleć  nad  problemem  aż 

pojawi  się  odpowiedź.  Zakowi  myślało  się  najlepiej  gdy  był  w  ruchu.  Dlatego  opuścił  dom 

Chooda następnego ranka i wyszedł na opuszczone ulice wioski, niosąc swoją deskę. 

Poranne  powietrze  było  ciepłe,  świeże  oraz  przesycone  wonią  lasu,  który  otaczał 

miasteczko.  Zak  zrozumiał  dlaczego  ludzie  przyjęli  zaproszenie  Enzeenów,  aby  osiedlić  się 

na  D’vouranie.  Był  piękny.  Zak  wyciągnął  deskę  z  niesionej  walizki.  Zanim  włączył 

mikrosilniki deski, włożył kask, łokietniki, i ochraniacze na kolana. Poza tym, jak już mówił 

Deeviemu tuzin razy, był śmiałkiem, ale nie był głupi. Jak tylko wszedł na deskę, sprawdził 

pasy mocujące na szczycie deski, upewniając się, że przylegają wystarczająco, aby utrzymać 

go w miejscu. 

background image

 

35 

Deska  miała  wiele  zaawansowanych  technicznie  urządzeń,  ale  najważniejsze  były 

linie  mazi  zwane  pasami  mocującymi.  Użytkownicy  desek  na  ojczystej  planecie  Zaka, 

Alderaanie  zyskali  przydomek  opadaczy,  z  powodu  kaskaderskich  wyczynów,  które 

wykręcali,  kiedy  przecinali  powietrze,  robili  piruety  a  zwłaszcz  latali  pionowo.  To  znaczy 

używając  wbudowanego  w  deskę  systemu  antykolizyjnego,  lecąc  w  kierunku  ściany  z 

najwyższą  prędkością,  a  potem  skręcająć  w  prosto  w  góre.  Opadacz  był  utrzymywany  w 

powietrzu tylko przez pasy mocujące, które łączyły jego stopy z deską. Większość opadaczy 

mogło  sobie  pozwolić  na  dwa  lub  trzy  metry  jazdy  pionowej,  zanim  grawitacja  ich  łapała  i 

wykręcała  z  powrotem  do  pozycji  pionowej.  Rekord  wszechczasów  w  jeździe  pionowej  to 

pięć metrów. Zak planował go pobić. 

Położył deskę na ziemi i wszedł na nią. Kontrolery stopy były z tyłu. Zak ugiął kolana, 

aby złapać równowagę, potem wyćwiczonym ruchem palca u stóp aktywował repulsor. Jego 

żołądek opadł kiedy deska wyskoczyłą wysoko w górę. Zak niemal stracił równowagę a deska 

zachwiała się pod nim ale zaraz wyrównał lot. 

Modyfikacje  Chewbacci  dobrze  się  sprawowały.  Może  za  dobrze.  Deska  była 

zaprojektowana, żeby unosić się nad ziemią na długość ramienia. Zak chciał, aby uniosła się 

odrobinę wyżej, ale teraz zorientował się, że unosi się wyżej niż nawet Wookie byłby w stanie 

dosięgnąć.  Upadek  z  tej  wysokości  nie  byłby  przyjemny.  Ale  Zak  nie  zamierzał,  aby  to  go 

powstrzymało. Miał do pobicia rekord w jeździe pionowej.  

Pędząc  naprzód,  Zak  leciał  tnąc  powietrze,  dopóki  nie  doleciał  do  „Nie  wchodźcie”. 

Miało dwa piętra wysokości. Nawet z dodatkową wysokością jaką osiągnęła deska Zaka, dach 

był przynajmniej pięć metrów nad jego głową. Mając dobrą trasę, aby nabrać prędkości, Zak i 

jego podkręcona deska będzie w stanie przechylić się do pionu i dostać się na szczyt mając w 

zapasie trochę rozpędu. 

Włączając  przyśpieszenie,  Zak  pochylił  się  w  skręt,  i  odleciał  od  hotelu,  a  potem 

zawrócił i się uniósł. Miał dwadzieścia metrów rozbiegu prosto do białej bocznicy hotelu. To 

powinno wystarczyć. Pod hełmem słyszał wiatr pędzący obok jego uszu niczym stłumiony jęk 

i musiał mrużyć oczy aby nie łzawiły. Biała ściana ruszyła mu na spotkanie. 

Piętnaście metrów. 

Niektórzy  opadacze  mieli  reputację  leniwych,  nieambitnych  młodocianych  przestępców.  W 

przypadku  Zaka  to  nie  była  prawda.  Musisz  być  odważny  i  bardzo  ambitny  aby  spróbować 

jazdy  pionowej.  Nawet  mając  do  dyspozycji  system  antykolizyjny,  potrzeba  prawdziwej 

odwagi aby zachować spokój kiedy mkniesz z dużą prędkością w kierunku twardej ściany. 

 

Dziesięć metrów. 

background image

 

36 

Zak pamiętał o swoim następnym ruchu. Prawdziwą sztuką w pionowej wspinaczce nie było 

ustawienie pionowo deski, ponieważ robiła ona większość roboty za ciebie. Był nim moment 

później.  Jak  tylko  deska  zmieniła  kierunek    lotu,  jej  nos  był  skierowany  prosto  w  górę.  To 

znaczyło, że dolne repulsory odpychały się od ściany. Jeżeli jeździec nie utrzymywał idealnej 

równowagi  i  nie  odłączył  zasilania  od  dolnych  repulsorów  we  właściwym  momencie  deska 

płynęła po ścianie, obracając jeźdźca i zrzucając go prosto na ziemię. 

 

Pięć metrów 

Zak zebrał siły. 

Jeden metr. 

Teraz! 

Kiedy zaskoczył system antykolizyjny, Zak przechylił się do tyłu. Dziób deski przechylił się 

do  góry  i  razem  z  nim  Zak.  Nagle  patrzył  w  niebo.  Używając  kontrolerów  przy  stopach, 

przelał moc z dolnych repulsorów do tylnego silnika, próbując osiągnąć wysokość. 

 

Ale  zapomniał  zrobić  tego  samego  w  świeżo  podrasowanych  silnikach.  Te  same 

silniki, które unosiły  go nad ziemią teraz odpychały  go od ściany.  Zak wraz ze swoją deską 

zawisł  w  powietrzu  do  góry  nogami.  Już  nie  patrzył  w  niebo,  teraz  patrzył  na  miasto,  które 

było odwrócone o sto osiemdziesiąt stopni. Albo to on był w tej pozycji. A potem grawitacja 

wspomagana przez moc odwróconych repulsorów, zrzuciła go na ziemię z głuchym łomotem. 

 

Cieszył  się  teraz,  że  założył  kask.  Mimo  wszystko,  czuł  się  jakby  wewnątrz  głowy 

jego  mózg  eksplodował.  Przez  moment  leżał  płasko  na  plecach  wpatrując  się  w  niebo.  To 

było uczucie jakby całe jego ciało było jednym wielkim siniakiem i pomyślał, że w tej chwili 

nie mogło być już gorzej. Do czasu kiedy niebo przesłonił mu widok sadłowatego ciała Hutta 

Smady.  

-Co za zbieg okoliczności – rzekł Smada – Właśnie szliśmy cię zabić. 

 

 

ROZDZIAŁ 10 

 

Zak szybko podniósł się na nogi. Ale w tej chwili otoczyło go pięciu Ganków. Smada usiadł 

na  repulsorowych  saniach  wśród  fałd  swojego  własnego  cielska.  Szeroko  uśmiechając  się 

ślimak  wsadził  jedną  łapę  do  dużej  szklanej  miski  wypełnione  żywymi  węgorzami.  Opuścił 

jednego z wijących się stworzeń do buzi po czym oblizał się. 

- Przepyszne. A więc, gdzie skończyłem? – zagrzmiał Hutt – Ach tak. Chłopaki. 

Gankowie unieśli swoją broń. 

background image

 

37 

- Zaczekaj! – krzyknął Zak – Czemu to robisz? 

- To wina twojego wuja –powiedział obojętnie przestępczy lord. – Nie współpracował, więc 

postanowiłem  go  przekonać,  aby  dla  mnie  pracował.  –  Zamierzam  porwać  twoją  siostrę,  a 

ciebie zabić jako ostrzeżenie, że mówię poważnie. 

- Szefie, niedługo obudzą się ludzie – burknął jeden z Ganków – Dużo świadków. 

-  Masz  rację.  Zabij  chłopaka  i  porzuć  jego  ciało  na  wycieraczce.  Potem  znajdziemy 

dziewczynę. 

- Skazani na zagładę – ktoś pisnął tak głośno, że nawet Gankowie odskoczyli. 

- Potępieni – głos zawył znowu. 

Bebo  pojawił  się  za  rogiem,  powłucząc  nogami  przez  centrum  miasta.  Chwiał  się  na  lewo  i 

prawo i krzyczał ile sił w płucach. – Jesteśmy wszyscy skazani na zagładę. 

-  Ten  szaleniec  nie  będzie  mnie  dłużej  ośmieszał  –  ryknął  Smada  –  Zamieńcie  go  w  nerfie 

mięso. 

Jeden  z  Ganków  skierował  swój  blaster  na  Bebo  i  wystrzelił.  Blasterowa  błyskawica 

pomknęła w stronę Bebo. Ale nie dotarła do  celu. Zak zamrugał. Musiał uderzyć się w głowę 

mocniej niż przypuszczał. Przysiągłby, że promień blastera zniknął w ostatniej chwili. 

- Chybiłeś ! – zaśmiał się jeden z Ganków. – Ale ja nie chybię. 

Wypalił raz. A potem drugi. Oba strzały nie trafiły w cel i rozłupały bok budynku daleko w 

dole ulicy. Bebo,  zaskoczony, ale nie ranny, pobiegł się ukryć. 

Gankowie  stracili  cierpliwośc.  Pięć  blasterów  wypaliło  jednocześnie,  a  powietrze  wypełniło 

się  odgłosem  energii  błyskawic.  Bebo  zniknął  wśród  chmury  dymu  i  kurzu.  Kiedy  się 

przejaśniło, Bebo słaniając się leżał na ziemi. Ale był nietknięty. 

-Ty przeklęty stary głupcze! – ryknął Smada – Zabije Cię własnoręcznie. 

-Nikogo nie zabijesz, Smada. – To był głos Hoole’a. 

Smada  i  jego  ochroniarze  odwrócili  się.  Za  nimi,  stał  Hoole  na  czele  dwóch  tuzinów 

wieśniaków,  wrogo  nastawieni  z  braku  snu  i  uzbrojeni  w  blastery.  Tash  i  Deevee  stali  za 

Shi’idoidem.  Smada  się  roześmiał.  Sięgnął  swoją  grubą  łapą  do  misy  ze  węgorzami  i  zjadł 

kolejnego.  

-Hoole,  jesteś  głupcem.  Czy  myślisz,że  kilku  osadników  stanowią  wyzwanie  dla  moich 

Ganków. 

Głos  Hoole  był  jak  stal  –  Czy  chcesz  zabić  tego  mężczyznę  tak  bardzo,  żeby  się  o  tym 

przekonać. 

- Jestem Hutt Smada! Zabijam kogo chce i kedy tego chcę. 

- Nie dzisiaj. 

background image

 

38 

Hoole czekał.  

Niski,  gniewny  pomruk  wydobył  się  głęboko  z  obszernego  brzuch  Smady.  Był  Huttem.  To 

znaczyło, że nie bał się grupy wieśniaków. Ale znaczyło to też, że wiedział kiedy zredukować 

straty. Wygranie tej partii nie był warte ryzykowania własnej skóry. 

- To już drugi raz kiedy wchodzisz mi w drogę, Hoole. – rzekł Smada – Ale w końcu będziesz 

dla  mnie  pracował.  Hutt  rzucił  złowrogie  spojrzenie  w  kierunku  Bebo.  –  A  ty  będziesz 

martwy nim minie jutrzejszy dzień. 

Jeden z Ganków wskoczył na pokład grawisań, skierował je w dół ulicy a reszta łotrów udała 

się za nimi. Nikt nie ośmielił się ich zatrzymać. Dopiero kiedy przestępczy lord znikł z pola 

widzenia zarówno osadnicy jak i Hoole odetchnęli. 

-Zak, nic ci nie jest- spytała Tash. 

- Tak myślę – powiedział jej brat – Muszę mu za to podziękować. Wskazał na Bebo. 

- Proszę – wrzasnął Bebo w kierunku zgromadzonego tłumu. – Musicie mnie posłuchać. Coś 

znalazłem. 

Ale osadnicy mieli dość wrażeń jak na jeden poranek. Po krótkich podziękowaniach ze strony 

Hoola, odwrócili się i skierowali się do swoich domów. – Jesteście zgubieni! – wrzasnął za 

nimi Bebo. 

- Co się stało? Spytała Tash Zaka. 

Zak  wzruszył  ramionami.  –  Nie  ma  pojęcia  ale  dzięki  temu  żyję.  To  było  niesamowite.  Ci 

Gankowie strzelali w niego ale każdy chybiał. A on po prostu tak stał. Jest bardzo odważny. 

- Albo głupi. - dodał DeeVee 

-I… Tash, myślę, że mogłaś mieć  rację –  Zak zaczerwienił się przez chwilę – Przynajmniej 

jeśli chodzi o ścigających nas ludzi Smady. Ścigał mnie dzisiaj rano. 

- Mówiłam Ci – prawie krzyknęła 

- Ale nie wiem nic o znikających Gankach – dodał 

- Znikających! – Bebo podskoczył na dźwięk tego słowa – Tak, tak ! Znikających! 

Hoole przerwał – Zak, Tash, proszę was, jest na to za wcześnie. 

Ale Tash nareszcie znalazła kogoś kto jej wierzy, nawet jeśli miał to być szaleniec. 

- Wujku Hoole, chciałabym zostać tu chwilę i porozmawiać z nim przez chwilę. 

Hoole rozejrzał się. Hutt zniknął ale na jak długo? – Nie sądzę, aby to było bezpieczne. 

- Więc możesz zostać ze mną. Albo Zakiem. 

Shi’idoid pokręcił głową. – Muszę iść – powiedział – Gdzie? 

- Muszę się zająć ważnymi sprawami – Shi’ido rzekł tajemniczo. 

background image

 

39 

Tash  przypomniała  sobie  jeszcze  raz,  co  Smada  powiedział  jej  dzień  wcześniej  w  kantynie. 

Co zamierzał wujek Hoole? 

- A ja nie miałem za dużo czasu na jazdę na desce – wyjaśnił jej brat 

- Tylko na kilka minut, wujku Hoole. Proszę – zaczęła błagać 

Hoole  w  końcu  ustąpił  –  No  dobrze.  Deevee  zostanie  z  tobą.  Spotkamy  się  na  tyłach  domu 

Chooda. Nie odchodź daleko 

 

Po  pierwsze  –  Tash  mruknęła,  kiedy  jej  brat  i  wuj  odeszli.-Najbardziej  ponury  droid 

jakiego kiedykolwiek zaprojektowano będzie stanowił świetne towarzystwo. 

-  Nie  mogę  powiedzieć,  że  jestem  dużo  szczęśliwszy  od  Ciebie  –  Deevee  zaintonował  – 

Bardziej  bym  był  licząc  pchły    na  nerfie.  Chociaż  znalazłbym  tu  mnóstwo  twoich  nowych 

przyjaciół. 

Bebo kucnął wśród kłębów kurzu. Zaczął kołysać się do tyłu i do przodu, mrucząc do siebie. 

Kiedy Tash zbliżyła się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu, nie zareagował. 

- Bebo, tak masz na imię, prawda? Zero odpowiedzi. – Nic ci nie jest. Żadnego odzewu.  

– Wiesz coś o tych zniknięciach. 

Zniknięcia! To słowo przywróciło Bebo do życia 

- Tak! Zniknięcia. Wiesz. 

- Co mi możesz powiedzieć? 

Pozwół, że pokażę Ci co znalazłem! 

Skoczył na nogi i chwycił rękę Tash.- Chodź! Szybko 

Puścił się przodem, ciągnąc Tash za sobą. 

- To zaczyna wyglądać jak przygoda. – Deevee narzekał śpiesząc za nimi. 

- Nie znoszę przygód. 

 

 

Zak  zdecydował,  że  jego  deska  miała  zbyt  dużą  moc.  Poszedł  do  kosmoportu,  gdzie 

mógł użyć narzędzi z „Beztroskiego Przemytnika”. Obserwował to co robił Chewbacca i był 

pewien,  że  wie  co  robi.  Używając  jednej  z  głowic  lądowników  jako  siedzenia  z  trzaskiem 

otworzył panel na swojej desce. Mógłby obniżyć moc tylko na tyle, żeby miał ostrą jazdę, ale 

nie  na  takiej  wysokości.Właśnie  miał  zamiar  dokonać  regulacji,  kiedy  pojawił  się  nad  nim 

cień. Moment później, Zak zniknął. 

 

 

Bebo prowadził Tash z dala od miasta i stronę otaczających go lasów. Był to ciemny 

las,  gdzie  drzewa  rosły  grube  i  bardzo  blisko  siebie.  Ich  pnie  był  pokryte  sękami,  z  dużymi 

korzeniami, które przebijały się przez powierzchnie. Przypominały Tash macki. 

background image

 

40 

-  Czy  naprawdę  powinniśmy  tu  być?  –  zapytała.  Obejrzała  się,  ale  Deevee  został  daleko  z 

tyłu.  Bebo nie odpowiedział. Zamiast tego poprowadził ją jeszcze dalej  w głąb lasu, dopóki 

nie  dotarli  do  bazy  dużych  drzew.  Gigantyczne  korzenie  zakręcały  się  ponad  głową  Tash,  a 

gałęzie były tak duże, że nie mogła dojrzeć słońca. Pośród drzew było prawie tak ciemno jak 

w nocy. W cieniu jednego z największych korzeni Tash rozpoznała otwór w ziemi. 

- Tam w dole – powiedział Bebo, wskazując w kierunku dziury. – No dalej 

- W dole? – zapytała – Jesteś pewien, że to bezpieczne? 

-  Bezpieczne?  Bezpieczne!  Ha  ,  Ha  ha!  Bebo  rechotał.  Jeśli  chciałaś  być  bezpieczna,  nie 

powinnaś przylatywać na D’vouran! 

I popchnął ją w kierunku otworu. 

 

 

ROZDZIAŁ 11 

 

Tash zaczęła krzyczeć, ale leciała tak krótko, że jej krzyk przerodził się tylko w krótkie „Jip” 

kiedy  wylądowała  na  czymś  tak  miękkim  ja  duża  poduszka.  Gdzie  tylko  spojrzała,  było 

ciemno  jak  w  grobie.  Tash  miała  na  tyle  wyczycia,  że  zeszła  w  drogi,  zanim  usłyszała  jak 

Bebo spada za nią, nadal mrucząc i chichocząc do siebie. 

- Co ty wyprawiasz? Dlaczego mnie popchnąłeś? – wrzasnęła ze złością. 

- Przepraszam, przepraszam, musimy się śpieszyć, trudno. Nie ma czasu do stracenia. 

Usłyszała jak Bebo powłóczy nogami  w kierunku ciemności. 

- Nie zostawiaj mnie tutaj! Gdzie jesteś? 

Ale  nie  odszedł  daleko.  Tash  usłyszała  skrzypniącie  włączanej  dźwigni,  i  światło  zalało 

pomieszczenie. Stała w środku podziemnego laboratorium. Albo przynajmniej czegoś w tym 

stylu. Fiolki i próbówki leżały rozrzucowone na stołach, a wszędzie było stłuczone szło. Było  

także dużo sprzętu komputerowego. Ale większość była popsuta i rozebrana na części. Dalej 

w  kącie  była  rozwinięta  brudna  mata,  a  wokół  były  zgromadzone  kawałki  i  części  złomu. 

Tash  zauważyła,  oparte  o  małą  półkę,  kilka  holograficznych  zdjęć,  bez  wątpienia  pamiątki. 

Każda z nich przedstawiała tą  samą piękną kobietę. Na ostatnim hologramie miała przy sobie 

przybory biwakowe i wyglądała jakby przebywała w dziczy od miesięcy. Tash rozpoznała w 

tle drzewa D’vouran. 

-Lonni –powiedział Bebo 

-To jest twoja przyjaciółka Lonni?- zapytała Tash – Więc ona istnieje. 

background image

 

41 

-  Istniała,  istniała  –  Bebo  mamrotał  –  Zginęła,  rozpłynęła  się  –  westchnął  ciężko  –  Choź ze 

mną. 

Tash  podążyła  za  Bebo  schodami,  które  prowadził  głębiej  pod  ziemię.  Znaleźliśmy 

laboratorium wkrótce po katastrofie. Imperialny mnie ścigali. Chcieli mnie aresztować. 

- Obwiniali cię o katastrofę – powiedziała Tash – Czytałąm o tym w Holocenie. 

- Obwiniali mnie, ale to nie była moja wina. D’vourana nie było na mapach. To nie była moja 

wina. 

- Wierzę ci- rzekła Tash, chociaż prawdą było, że nie wiedziała w co wierzyć. 

W całym tym zamieszaniu, Tash najwyraźniej pozbyła się uczucia ciągłej obserwacji. 

Chociaż  teraz,  schodząc  poniżej  powierzchni  D’vourana  uczucie  wróciło  silniej  niż 

kiedykolwiek.  Cokolwiek  to  było  jeszcze  bardziej  zbliżyła  się  do  jego  źródła.  Na  dole 

schodów  było  ogromna  podziemna  komnata,  na  tyle  duża,  aby  pomieścić  tuzin  gwiezdnych 

frachtowców.  Wzdłuż  stalowych  ścian  znajdowało  się  więcej  zniszczonego  naukowego 

sprzętu a na środku pomieszczenia był rozległa jama.Musiała mierzyć ze dwadzieścia metrów 

średnicy.  Prowadziła  jeszcze  głębiej  w  kierunku  jądra  planety…  tak  głęboko,  że  Tash  nie 

widziała dna. Włosy na jej karku stanęły dęba. 

Cokolwiek było na dnie jamy było to czyste zło. 

- Co to za miejsce? – szepnęła 

Bebo  także  szepnął.  –  Na  początku  znaleźliśmy  tylko  górną  komnatę.  Nie  odkryłem  tych 

schodów aż do niedawna. To miejsce musiało tu być, zanim przyszliśmy. Do boku jamy była 

doczepiona wciągarka i żuraw. Oczywiście w którymś punkcie, rzeczy  a może nawet ludzie 

musieli być opuszczani do jamy przez tego kto prowadził laboratorium. Tash nie mogła sobie 

wyobrazić  kto  miał  odwagę,  żeby  tam  zejść.  Zerknęła  znad  krawędzi  jamy  i    zadrżała.  Nic 

tam nie było , ale  uczucie wszechogarniającego zagrożenia było tak silne ,że przyprawiło ją 

to o zawroty głowy. Z drugiej strony, coś w środku niej, potężna i  kojaca siła walczyła z jej 

strachem i dawała jej siłe.Ale uczucie strachu jeszcze się zwiększyło. Cokolwiek sprawiało, 

że ludzie znikali, tu miało swój początek. Była tego pewna. 

-  Może  zbudowali  to  Enzenianie  –  zasugerowała  –Może.  Ale  co  to  było.  Bebo  wskazał  na 

oznakowania na ścianie. Tash wzięła głęboki oddech. 

Na  ścianie  były  wyrzeźbione  insygnia  Imperium,  stare  i  zniszczone  ale  nie  budzące 

wątpliwości. 

Każdy  w  tej  galaktyce  rozpoznałby  ten  symbol.  Wyglądało  jak  koło  w  kole-  jak  gwiazda  w 

czarnym okręgu. Ale wszystko wtym było surowe i mechaniczne, tak jakby mówiło, że nawet 

gwiazdy  szanują  imperatora.  Tash  wstrząsnął  nagły  ryk.  Serce  jej  stanęło  a  ona  sama 

background image

 

42 

odskoczyła znad jamy, myśląc, że cokolwiek jest na dnie, zaczęło iść do góry. Bebo pisnął i 

skulił  się,  zakrywając  uszy  kiedy  następny  ryk  zabrzmiał  echem  poprzez  podziemne 

laboratorium. Tash szaleńczo rozglądała się w poszukiwaniu źródła okropnego hałasu. 

I zobaczyła Deeviego stojącego na dole schodów. 

Deevee – krzyknęła – Ty to zrobiłeś? 

Droid wszedł pomiędzy Tash i Bebo.  

- Nie martw się, Tash. Jestem w stanie całkowici cię obronić. 

- Obronić mnie ? Przed czym? 

- Przed tym szaleńcem –powiedział droid. Wpatrywał się w Bebo, który nadal leżał, drżąć na 

podłodze, zakrywając sobie uszy rękami. 

- Próbował Cię porwać. Na szczęście jestem wyposażony w skanery podczerwieni i byłem w 

stanie was znaleźć w lesie. 

Tash  nie  mogła  powstrzymać  się  od  uśmiechu.  To  była  ta  strona  droida,  której  nigdy 

przedtem nie dostrzegała.  

- DV-9, czemu właściwie przybyłeś mnie uratować. 

Droid wyglądał jakby się trochę wyprostował. 

- To moja praca. 

- Myślałam, że nie znosisz się nami zajmować – zwróciła uwagę Tash – Może doszedłeś do 

wniosku, że nie jesteśmy tak całkiem źli, hmm? 

Deevee pociągnął nosem. 

- Nonsens, po prostu starałem się dobrze wykonać swoją robotę, jakakolwiek jest. 

Popatrzył na Bebo. – Zakładam więc, że nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo. 

- Nie z jego strony. Co to był za dźwięk, który z siebie wydałeś. 

Deevee  wskazał  na  swoją  twarz-  malutki  głośnik  na  przedzie  twarzy  –  Częścią  mojej  pracy 

jako  jednostki  badawczej  jest-  było,  powinienem  powiedzieć-  nagrywanie  dźwięków,  które 

usłyszałem.  Kiedyś  podczas  wizyty  na  planecie  Tatooine,  usłyszałem  smoka  krayt. 

Pomyślałem, że kiedyś może się przydać. 

Tash  starała  się  wyciągnąć  Bebo  z  szoku,  podczas  gdy  Deevee  studiował  pomieszczenie.  –

Ten sprzęt jest w kiepskiej kondycji – zauważył – ale to bardzo skomplikowana maszyneria. – 

Ktokolwiek to zbudował musiał pracować nad bardzo skomplikowanym eksperymentem. 

- Jak myślisz, czym się zajmowali? – zagadnęła Tash. 

- Nie wiem – odpowiedział droid, badając stary terminal komputerowy. – Większość sprzętu 

komputerowego  przepadła,  a  pliki  zostały  zniszczone.  Ale  było  to  coś  ważnego.  Pan  Hoole 

będzie chciał się o tym natychmiast dowiedzieć. 

background image

 

43 

Tash obróciła się gwałtownie – Będzie chciał ? Dlaczego? Deevee, co wujek Hoole zamierza? 

Dlaczego Hutt Smada uważa, że jest wiele rzeczy, o których nie wiemy? 

- Nie mogłem ci powiedzieć – odpowiedział szybko Deevee 

- Nie mogłeś? – powiedziała Tash oskarżycielskim tonem – Czy nie powiesz? 

Bebo krzyknął cicho – Nie kłóćcie się! Nie ma  na to czasu. Nie widzicie? 

-  Nie  nie  widzę  –  odpowiedział  Deevee  –  Nie  widzę  nic  oprócz  pustelnika,  z  postradanymi 

zmysłami,  który  mieszka  w  opuszczonym  laboratorium.  I  jeśli  ludzie  już  tak  długo  znikają, 

czemu nie zniknąłeś razem z nimi. 

W odpowiedzi Bebo zdjął mały wisiorek z szyi – Zobaczcie, zobaczcie – pokazał 

- Biorąc wisiorek, Tash zobaczyła małe urządzenie zamknięte w krysztale. 

- Co to jest? - zapytała 

- To – powiedział Bebo – jest ochrona 

- Przed czym – zapytał Deevee 

- Nie wiem – odparł szaleniec – Ta technologia jest dla mnie zbyt zaawansowana, ale myślę, 

że  wytwarza  coś  w  rodzaju  pola  energetycznego.  Znalazłem  to  tutaj  w  laboratorium  i 

zatrzymałem, żeby zbadać to później. Od tamtej pory jestem bezpieczny od czegokolwiek co 

powoduje zniknięcia ludzi. 

Deevee nie był przekonany – Które jest czym? 

- Chciałbym to wiedzieć – powiedział Bebo. 

- Więc skąd możesz wiedzieć, że jesteś bezpieczny – zadrwił Deevee 

-  Ponieważ  nadal  tu  jestem  –  powiedział  Bebo  z  rozdrażnieniem  –  Nie  zniknąłem.  Inni 

zniknęli. Wielu innych. 

- Wielu innych? – Tash się zastanowiła – Co masz na myśli? Powiedz mi co się stało? 

Bebo westchnął. Wreszcie powiedział  

–  D’vourana  nie  było  na  mapach.  Rozbiliśmy  się.  Dwudziestu  z  nas  przeżyło,  włącznie  z 

Lonni i ze mną. Wysłaliśmy sygnał SOS i czekaliśmy. Ale nic nam się nie stało. Enzenianie 

powitali  nas.  Traktowali  nas  dobrze  i  karmili.  Jego  oczy  stały  się  nagle  bardzo  odległe. 

Przypomniał sobie coś strasznego. – A potem ludzie zaczęli znikać. Na początku tylko jeden 

albo  dwóch.  Myśleliśmy,  że  zgubili  się  w  lesie.  A  potem  byli  kolejni.  Potem  w  grupach 

dwóch albo trzech! Po prostu znikali. 

Zadrżał  ze  strachu.  –  Nie  wiedzieliśmy  co  robić.  Szukaliśmy  ich  ale  nie  było  ani  śladu. 

Zamiast tego ostatni z nas znaleźli to miejsce. Zatrzymaliśmy się tu. Jak długo tu byliśmy nikt 

nie  znikał.  Ale  musieliśmy  sprawdzić  sygnał  SOS.  A  każda  osoba,  która  wychodziła  na 

zewnątrz nigdy nie wracała. 

background image

 

44 

- A co z Enzenianami? – zapytała Tash – Nie mogą pomóc? 

Bebo  drgnął  –  Nie  ufam  im.  Wreszcie  tylko  ja  i  Lonni  zostaliśmy.  Enzeenianie  powiedzieli 

nam,  że  Imperium  zbadało  katastrofę  i  obwinili  mnie.  Musiełem  się  tu  schować.  Było  to 

jedyne  bezpieczne  miejsce.  A  potem  kiedy  dowiedziałem  się,  że  osadnicy  przybywają  na 

D’vouran musiałem ich ostrzec. Musiałem im powiedzieć o zniknięciach. 

Opuścił ramiona – Ale oni nie słuchali. Nie miałem żadnego dowodu. Aż do tej pory. 

Chociaż byli sami głos Bebo przeszedł w szept. 

Deevee  popatrzył  na  wisiorek.  –  Jest  tam  jakiś  obwód  –  powiedział  droid  –  Wygląda  jak 

miniaturowy  generator  energetyczny.  Powiedziałbym,  że  wytwarza  małe  pole  siłowe,  takie 

jakich  używają  na  statkach  kosmicznych  do  osłony  przed  blasterami.  Ale  ten  jest  znacznie 

mniejszy.  I  jest  dostrojone  do  bardzo  dziwnej  częstotliwości.  Nie  jestem  pewien  do  czego 

służy. Jednakże, bardzo przypomina projektem otaczający nas sprzęt. 

Tash konkludując powiedziała – Więc czymkolwiek to jest, ten wisiorek został tu zostawiony 

przez tych samych ludzi, którzy zbudowali to miejce. Przez Imperium. Może Bebo ma rację, 

Deevee.  Może  ludzie  faktycznie  znikają.  I  założe  się,  że  to  laboratorium  ma  z  tym  coś 

wspólnego. Masz rację Deevee, powinniśmy powiedzieć wujkowi Hoolowi. 

Tash i Deevee chcieli wrócić do wioski, ale Bebo nie poszedł za nimi. Zostańcie tutaj – błagał 

–  Na  zewnątrz  nie  jest  bezpiecznie.  Tak  znikają  ludzie.  Tak  właśnie  każdy  odchodzi.  Tutaj 

jest bezpiecznie. 

- Przykro mi Bob , muszę iść. 

- Więc weź to – włożył wisiorek do jej dłoni – Będzie cię chronił na zewnątrz. 

- Tash chciała omówić – Nie mogę go wziąć, jest twój. 

- Weź go !-  nalegał Bebo – Myślą, że jestem szaleńcem z poczuciem winy. Może mają rację. 

Ale ty mi wierzysz. Więc musisz ich przekonać. Istnieje niebezpieczeństwo. 

Tash nasunęła wisiorek na szyję i ukryła pod koszulą – Dziękuje 

- Nie ma nas już zbyt dugo, Tash -  ponaglał ją Deevee.- Muszę zdać raport panu Hoolowi 

Tash  uświadomiła  sobie  nagle,  że  wujek  Hoole  i  Zak  są  w  niebezpieczeństwie.  Byli  gdzieś 

tam  na  planecie,  bez  ochrony  urządzenia,  takiego  jakie  otrzymała  od  Bebo.  Musieli  się 

śpieszyć 

 – Dzięki, Bebo – powiedziała Tash 

- Nadal nie wiem o co tu chodzi, ale przynajmniej wiem, że jest większa zagadka od Smady 

Hutta. 

Tash i Deevee wspięli się z laboratorium i pośpieszyli poprzez cienie rzucane przez drzewa. 

 

background image

 

45 

 

Tymczasem w laboratorium Bebo przystanął w pobliżu krawędzi okropnej jamy. Bał 

się  jej,  ale  wiedział,  że  w  jakiś  sposób  powodowała  całe  zło,  którego  był  świadkiem.  Teraz 

nareszcie,  ktoś  inny  mu  uwierzył.  Z  głębokiej  czeluści  otchłani  pojawił  się  huk.  Huk 

przeszedł w jęk. Bebo pochylił się nad  krawędzią jamy. Przez ułamek sekundy wydawało mu 

się, że w dole coś się porusza. Ale nie zauważył zabójcy skradającego się za nim, dopóki nie 

było za późno. 

- To od Hutta Smady – warknął Gank, unosząc blaster . 

-  Twoja  kolej  na  zniknięcie  –  wystrzelił  –  Błyskawica  uderzyła  Bebo  i  posłała  go 

koziołkującego na dno jamy. 

 

 

W połowie drogi do wioski Tash zapytała Deevee  

– Myślisz, że wujek Hoole dzisiaj mi uwierzy. 

-  Nie  wiem  –  odpowiedział  droid  –  Na  pewno  jest  tam  jakieś  laboratorium,  ale  co  to  może 

oznaczać? Opuszczono je dawno temu. Jeśli jest jakaś nieczysta  gra, powiedziałbym, że ma 

więcej  wspólnego  z  Huttem  Smadą  niż  z  opuszczonym  laboratorium.  On  jest  prawdziwym 

zagrożeniem na tej planecie. 

Ale Tash już nie słuchała. Jeszcze jeden dźwięk dotarł do jej uszu 

-Siorp , siorp. 

Ten sam dźwięk, który słyszała ostatniej nocy – Słyszałeś? 

Siorp, siorp. 

- Tak- odpowiedział droid – Bardzo niezwykły dźwięk. Podobne do pijących krew pijawek z 

Circapus Cztery. 

- Dochodzi stamtąd. 

Wraz z Deevee za plecami, Tash skradała się w kierunku dźwięku. 

-Siorp, siorp. Siorp, siorp. 

Nie tylko dźwięk się nasilał, ale i zaczął się mnożyć. 

A dochodził zaraz zza następnego drzewa. 

Tash  ostrożnie  oderwała  gałąź  i  zajrzała  do  małej  polany.  Na  początku  poczuła  ulgę. 

Zobaczyła  tylko  Enzeenianów  stojących  wokół  polany.  Kiedy  tak  patrzyła,  zobaczyła 

następnego Enzeenianina, który wszedł na polanę. To był Chood. 

Tash otworzyła usta, żeby go zawołać. A potem zdławiła krzyk. 

Chood  otworzył  usta  szczerząc  zęby  i  wysunął  język.  Był  zaskakująco  gruby  i  niezwykle 

długi i wydostawał się z buzi niczym gruby wąż. Wił się w powietrzu przez moment a potem 

zanurkował głęboko pod ziemię. 

background image

 

46 

Siorp Siorp. 

 

 

ROZDZIAŁ 12 

 

Siorp. Siorp. 

Ssący dźwięk wypełnił powietrze. 

Co robił Chood? 

Tash odchyliła gałąź drzewa bardziej do tyłu, żeby mieć lepszy widok. Ale gałąź trzasnęła z 

głośnym pęknięciem. Zaskoczeni Enzeenianie popatrzyli prosto na nią. 

Wyraźnie  zobaczyła  twarz  Chooda.  Przyjazny  uśmiech  gdzieś  znikł,  ujawniając  wypełnione 

nienawiścią spojrzenie. Zobaczyła nas! Brać ją. 

Grupa Enzeenianów zaczęła się do niej zbliżać. Tash była zmieszana. Czemu byli źli? 

- W nogi !-wrzasnął Deevee, odciągając Tash z dala do polany. 

Po raz Drugi w ciągu dwóch dni Tash uciekała w obawie o własne życie. 

Tash i Deevee uciekli z dala od małej polany. Ale Enzeenianie byli dużo szybsi. Ukazali się 

szybko  za  nimi  i  Tash  zobaczyła  ich  prześlizgujących  się  wzdłuż  drzew  po  drugiej  stronie.. 

Wkrótce będą otoczeni. Obok niej, mechaniczne złącza Deeviego pojękiwały, kiedy starał się 

dotrzymać  kroku  ludzkiemu  kompanowi..  Nie  był  zaprojektowany  aby  ścigać  się  po  lesie. 

Tash przeskoczyła ponad korzeniem drzewa. Za nią Deevee potknął się i z brzękiem upadł na 

ziemię. Nagle za nimi znaleźli się Enzeenianie. 

- Deevee! – wrzasnęła Tash zwalniając 

- Uciekaj – odkrzyknął droid 

Potem został pogrzebany pod stertą Enzeenianów. 

Tash  usłyszała  jak  biją  go  bezlitośnie  po  jego  metalowym  ciele.  Kiedy  biegła  obejrzała  się 

przez ramię, mając nadzieję, że mignie jej przed oczami. Kiedy spojrzała następnie do przodu 

ujrzała Enzeenianina stojącego na wprost niej. 

Tash  odskoczyła  w  lewo.  Ale  pojawiali  się  następni.  Wszędzie  gdziekolwiek  spojrzała  byli 

Enzeenianie.  Była  otoczona.  Walczyła,  kopiąc  i  uderzając  pięściami  kiedy  Enzeenianie  ją 

schwycili. Ale było ich zbyt wielu.  

-Co się dzieje? – zapytała 

-Czemu przez was znikają ludzie? 

Jeden z Enzeenianów zaśmiał się złowieszczo 

- Nikomu nie czynimy żadnej krzywdy 

background image

 

47 

Więc co tu się dzieje? – zażądała odpowiedzi 

Enzeenianin zaśmiał się raz jeszcze. 

-Nigdy  się  nie  dowiesz.  Spojrzał  na  swoich  kompanów.Chood  dopadł  ich  w  jednym 

momencie. 

- Zatrzymamy ich do tego momentu. 

Tash  przestała  się  wyrywać.  Enzeenianie  byli  dla  niej  za  silni.  Zaczeła  się  trząść  kiedy 

zaczęło ogarniać ją uczucie zagrożenia. I jeszcze, tak jak to miało miejsce w laboratorium, jej 

strach wyzwolił inne uczucie, uczucie opanowania i spokoju, silne, jak jakiś rodzaj mocy. 

Moc 

Tash  jej  poszukiwała.  Miała  nadzieję  ją  znaleźć.  Tęskniła  za  nią.  Ale  nigdy  nie  myślała  że 

właściwie sama ją posiada. Ale poczuła coś. Nieprawdaż? 

- Nie masz nic do stracenia – powiedziała do siebie 

Tash zamknęła oczy. Starała się przywołać Moc.Biorąc głęboki oddech, przypomniała 

sobie  co  Jedi  napisali  o  Mocy.  Moc  nas  otacza,  przeczytała,  spaja  nas  ze  sobą.  Może 

przyciągać  i  odpychać  różne  przedmioty.  To  największa  siła  w  całej  galaktyce.  Siła  armii, 

gwiezdnych flot, nawet siła planet, jest niczym w porównaniu do potęgi Mocy. 

Tash wyobraziła sobie Moc jako pole energii odrzucające Enzeenów. Z początku poczuła się 

głupio. Ale powoli jej zażenowanie oddało pole spokojowi. Zapomniała o swoim strachu. Po 

jej  ciele  rozeszło  się  ciepłe  mrowienie.  Wyobraziła  sobie,  że  pole  energii  rozszerza  się, 

odpychając piszczące kreatury jeszcze dalej. Kiedy to zrobiła, mrowienie w jej ciele urosło w 

silny prąd elektryczny, biegnący od głowy aż po czubki palców. Przez jedną chwilę poczuła 

wrażenie  łączności  z  czymś  większym  niż  ona  sama,  większym  nawet  niż  planeta  na  której 

stała. Właśnie wtedy ziemia zaczęła się ruszać. Zaczęło się niskim dudnieniem. Powierzchnia, 

na której stała zaczęła się trząść . W ciągu kilku sekund dudnienie przeszło w ryk, a potem w 

pełni  rozwinięte  trzęsienie  ziemi.  Enzeenianie  krzyknęli  zaskoczeni.  Drzewa  zaczęły 

skrzypieć a kilka  z nich  trzasnęło i rozbiło się na ziemi. Tash przewróciła się, kaszląc kiedy 

trzęsienie  wzbiło  chmury  kurzu  i  suchych  liści.  Kiedy  niebo  pociemniało  wydawało  się,  że 

słońce  zniknęło.  Gdzieś  w  oddali  Tash  usłyszała  najgłośniejszy  dźwięk  jaki  kiedykolwiek 

usłyszała,  jakby  dwie  góry  miażdżące  się  nawzajem.  Zgrzytająca,  wybuchowa  eksplozja 

wydawała  się  pochodzić  i  z  góry  i  z  dołu.  Później,  przypominając  sobie,  Tash  wyobraziła 

sobie, że jeśli planeta potrafiłaby mówić, przemówiłaby właśnie w ten sposób. 

Trzęsienie zakończyło się jeszcze szybciej niż się zaczęło. Było finałowe bum, jakby 

zamknęły się gigantyczne drzwi, a potem okropny hałas po prostu się skończył. Trzy gałęzie 

strząśnięte  przez  trzęsienie,  trząsły  się  jeszcze  przez  chwilę.  A  potem  nastąpiła  cisza.  Tylko 

background image

 

48 

ciemność  pozostała.  Wydawało  się,  że  dzień  przeszedł  z  wczesnego  ranka  w  późne 

popołudnie w ciągu kilku sekund. Było tak silne, że planeta obróciła się bliżej ku nocy. 

Czy ja to zrobiłam? – pomyślała z respektem 

Trzęsienie  ziemi  zaskoczyło  Enzeenóm  tak  samo  jak  zaskoczyło  Tash.  Oni  też  upadli  na 

ziemię.  Tash  ujrzała  swoją  szansę.  Zaczęła  biec.  Tym  razem  nie  oglądała  się  za  siebie. 

Pobiegła  tak  szybko  jak  tylko  mogła,  nie  zwracając  uwagi  na  gałęzie  i  gałązki,  które  ją 

drapały. Jeśli tylko by mogła dotrzeć do wioski Hoole i osadnicy by jej pomogli. 

Tash  nie  słyszała  aby  ktokolwiek  podążał  jej  śladem.  Enzeenianie  byli  zyt  zaskoczeni 

wstrząsami, żeby ją gonić. Wiedziała, że to nie wystarczy, więc biegła dalej. Nie zatrzyma się 

aż nie będzie bezpieczna. Tash mknęła poprzez drzewa w kierunku wioski krzycząc.  

- Wujku Hoole! Wujku Hoole! Zak ! Ktokolwiek! Nikt nie odpowiedział. 

Krzyczała  dalej,  biegając  od  drzwi  do  drzwi.  Pobiegła  na  główna  ulicę.  Pobiegła  do 

kosmoportu . Pobiegła do kantyny „Nie wchodźcie” 

Ale wioska była kompletnie opuszczona. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 13 

 

Była całkiem sama. 

Jakimś  cudem  każa  osoba  w  wiosce  zniknęła.  Wujek  Hoole  zniknął.  Zak  również.  Nawet 

Deeviego nie było. Najgorszy koszmar Tash stał się prawdą. Została porzucona. Wiedziała że 

Enzeenianie  wkrótce  ją  znajdą.  Nie  obchodziło  ją  to.  Cała  jej  rodzina  zniknęła.  Jej  biedni 

rodzice wyparowali kiedy Alderaan został zniszczony. Teraz Hooole i Zak  zniknęli, razem z 

wioską  pełną  osadników.  Potem  jeszcze  gorsza  myśl  przyszła  jej  do  głowy.  Czy  to  ona  to 

spowodowała. 

Próbowała  przywołać  moc.  Zamiast  tego  zaczęło  się  trzęsienie  ziemi.  Czy  trzęsienie 

ziemi  połknęło  mieszkańców  wioski,  Hoola  i  Zaka?  A  czy  wywołała  trzęsienie  ziemi  za 

pomocą Mocy? 

Pod  ciężarem  tej  myśli  ugięła  się  jakby  dźwigała  planetę.  Słaba  i  pokonana  Tash 

poszła po kosmoportu. Wszystkie statki były na swoim miejscu. Żaden nie odleciał z planety. 

Ale ich ciągle nie było. Tash zatrzymała się naprzeciwko „Beztroskiego przemytnika”. 

Zastanawiała się krótko, czy nie odlecieć nim, uciekając przed Enzeenianami. Ale wiedziała, 

że  nie  może  tego  zrobić.  Mogła  tylko  udawać,  że  jest  pilotem.  Nie  potrafiła  polecieć 

background image

 

49 

gwiezdnym statkiem. Powłócząc nogami, Tash zahaczyła palcem o coś. Była to płaska deska, 

około półtorametrowa z naklejanymi pasami na dziobie i od strony dopalaczy na tyle. 

Deska Zaka. Co ona tu robiła? Obok niej Tash zauważyła potłuczoną szklaną misę a pośród 

stłuczonego szkła były trzy albo cztery obślizgłe ciała. Węgorze. Misa pełna węgorzy. 

Był tu Hutt Smada. A także Zak. Tash starała się uspokoić bicie serca. Może Zak nie zniknął. 

Może  został  porwany  przez  Smadę.  Może  Zak  miał  rację.  Smada  stał  za  wszystkimi 

zniknięciami. Ale co z Enzeenianami? Gdzie oni byli? I czemu chcieli ją zabić? 

Tash poczuła jak pytania odbijają się rykoszetem w jej głowie jak blasterowe błyskawice. Nie 

znała odpowiedzi. Wiedziała tylko jedno, i wyglądało na to, że  jej brat został porwany przez 

Smadę. Co znaczyło, że mógł nadal żyć. 

Tash  wzięła  deskę  pod  ramię  i  opuściła  kosmoport.  Udała  się  na  poszukiwanie  kryjówki 

Smady. Nie zauważyła jak coś wolno skradało się za nią. 

 

 

Nie  trudno  było  znaleźć  kryjówkę  Smady.  Jak  powiedział  jej  wujek,  leżała  zaraz  za 

krawędzią lasu po drugiej stronie wioski. Wieże z brzydkiego brązowego kamienia wyrastały 

spomiędzy  drzew.  Z  pewnej  odległości  wyglądały  jak  zniekształcone  olbrzymy.  Jak  na 

standardy Hutta było to małe miejsce, bardziej jak letnia kabina niż jak twierdza, ale dla Tash 

wyglądała  jak  rezydencja.  Było  prawie  ciemno  kiedy  Tash  tam  dotarla.  Znowu  zastanowiła 

się co się stało z dniem. Czy było po prostu później niż sądziła? Ale nie, obudziła się zaledwie 

kilka godzin temu. Przez ten czas dzień się skończył. 

Podeszła  przed  drzwi  i  zapukała.  Gankowie  ją  wpuścili.  Przeszukali  ją  dokładnie  i  zmusili 

żeby  zostawiła  deskę  obok  drzwi.  Za  drzwiami  była  wielka  hala  audiencyjna,  na  tyle  duża, 

żeby się w nim zmieściło Hucie ego. Było tam sześciu ochroniarzy Ganków. Smada rozłożył 

się  na  szczycie  swych  grawisań,  śmiejąc  się  do  siebie.  W  rogu,  w  małej  klatce  siedział  jej 

brat. 

-Tash! – zawołał 

-Witaj – powiedział Smada – Oczekiwałem cię. 

- Puść mojego brata – zażądała Tash 

Gankowie się zaśmiali 

- Oczywiście – rzekł Smada – Jak tylko powiesz mi gdzie jest Hooole 

Tash była oszołomiona – Nie wiem gdzie on jest. Myślałam, że ty go schwytałeś. 

background image

 

50 

-Ja? – odpowiedział Hutt – Nie bądź głupia dziewczyno. Jeśli bym miał twojego wujka, nie 

zawracałbym  sobie  głowy  tobą  i  twoim  bratem.  Wy  dwoje  nie  macie  znaczenia.  Ale  moce 

Hoole’a jako Shi’idoida przyniosą mi miliony. 

- Twoje miliony nic nie będą znaczyły jeśli będziesz martwy – powiedziała wyzywająco 

-Masz jakieś pojęcie co tu się dzieje? Nie czułeś trzęsienia ziemi? 

Smada wzruszył ramionami. – Wstrząsy. Nic szczególnego. 

- Byłeś w wiosce? Wszyscy zniknęli! 

Smada pociągnął nosem – Jak powiedziałem nic szczególnego. Ci wieśniacy ni przejmują się 

mną. Nie przejmowałbym się jeśli ziemia otworzyłaby się i połknęła ich wszystkich. Dopóki 

nie dostanę mojego Shi’doida. 

Tash  starala  się  znowu  go  przekonać.-  Jesteś  w  takim  samym  niebezpieczeństwie  jak  my, 

Smada. Ludzie znikają. A Enzeenianie są źli. Próbowali mnie zabić. 

Smada się zaśmiał. 

-Zabiję cię, jeśli nie powiesz mi gdzie jest twój wuj. Nie, czeka. Mam lepszy pomysł. 

Skinąl  w  kierunku  jednego  z  ochroniarzy.  Olbrzymi  Gank  wyciągnął  Zaka  z  jego  klatki  i 

przyciągnął go do grawisań Smady. –Puść mnie ty okropny.. 

-Cisza – Smada huknął grożnie. Zak wpatrywał się w niego, ale nic nie powiedział. 

Celując blasterem w Zaka, Smada odwrócił się w kierunku Tash. 

- Powiedz mi gdzie jest twój wuj, albo zabiję twojego brata. 

 

 

ROZDZ1AŁ 14 

 

Tash  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Jak  mogła  ocalić  Zaka,  gdy  nie  znała  odpowiedzi  na 

pytanie Smady? Ale musiała coś powiedzieć. Otworzyła usta aby coś powiedzieć. Ale kiedy 

to  zrobiła,  w  komnacie  rozległ  się  olbrzymi  ryk,  odbijając  się  echem  od  ścian  i  ogłuszając 

wszystkich.  Smada  upuścił  swój  blaster  i  starał  się  zakryć  uszy  swoimi  ślimakowatymi 

łapami.  Nawet  bezlitośni  Gankowie  krzyknęli  i  zakryli  uszy.  To  było  coś  czego  jeszcze  w 

życiu nie słyszeli. Z wyjątkiem Tash, która rozpoznała ten dźwięk. 

To  był  dźwięk  ryczącego  smoka  krayt.  Deevee  stanął  w  wejściu.  Był  pogruchotany  i 

powyginany, ale funkcjonował.  

- Łapcie! – zawołał i rzucił coś w ich kierunku. 

To była deska Zaka. Sunęła z brzękiem po ziemi dopóki Tash nie zatrzymała jej stopą. 

background image

 

51 

-  Zak,  chodź!  Weszła  na  deskę  i  poczuła  jak  pasy  przylgnęły  jej  do  stóp.  Zak  był  trochę 

zdezorientowany , ale również zdołał wskoczyć na deskę. 

- Trzymajcie się! – ostrzegł 

Aktywował repulsory, a Tash poczuła jak jej żołądek wypadł z miejsca. Nagle zaczęli unosić 

się trzy metry nad ziemią. 

- Czy możesz lecieć trochę niżej? 

Zak zaśmiał się tylko. – Nie. To są najniższe ustawienia. 

Brać ich! –ryknął Smada. Hutt i jego ochroniarze szybko otrząsnęli się z szoku po usłyszeniu 

ryku  smoka,  ale  nadal  byli  zaskoczeni  widząc  oboje  więźniów,  unoszących  się  nagle  tak 

wysoko nad ziemią. 

- Usmażyć ich! 

Gankowie otworzyli ogień.  Zak i Tash zobaczyli białe i  gorące promienie błyskające wokół 

nich.  Usłyszeli  jak  ogień  blasterów  skwierczy  w  powietrzu,  i  poczuli  gryzący  odór  ognia 

jonowego. Ale żaden strzał ich nie dosięgnął. 

- Ci kolesie są marnymi strzelcami! – zaśmiał się Zak. 

Tash przypomniała sobie atak gangsterów na Bebo. 

- To nie oni, Zak. To to! Wyciągnęła wisiorek, który nadal nosiła. 

- To jest to co Bebo nosił na szyi. Chroniło go to przed znikaniem. I myślę, że broniło go to 

przed blasterami. 

Ale  nie  byo  czasu  badać  urządzenia.  Blasterowe  błyskawice  w  nich  nie  trafiały,  ale 

przelatywały  okropnie  blisko.  Zak  wcisnął  przyspieszenie  i  popłynął  w  kierunku  wyjścia 

gdzie  czekał  Deevee.  Niektórzy  z  Ganków  dalej  strzelali,  podczas  gdy  inni  podskakiwali, 

starając się ich złapać. Zak wił się i skręcał aby ich uniknąć. 

- Musimy zabrać Deeviego! – powiedziała Tash  

– Jesteś pewien, że ta rzecz uniesie nas troje? – zapytała 

- Żartujesz? – odpowiedział Zak – Tak ją naładowałem , że mogłaby unieść Hutta! Ale nie ma 

miejsca dla trzech ludzi na desce. 

Tash wrzasnęła w kierunku Deeviego – Złap się dołu deski! 

Teraz  kiedy  byli  bliżej,  Tash  mogła  zobaczyć  jak  ciężko  był  uszkodzony  droid.  Tam  gdzie 

srebrne  pokrycie  było  rozdarte,  widać  było  wystające  przewody.  Każdy  cal  jego  ciała  wył 

wgnieciony. 

Za  pomocą  potężnego  skoku,  uszkodzony  droid  dosięgnął  i  chwycił  się  deski.  Wisiał  na 

spodniej stronie grawideski, repulsory go odpychały ale się trzymał. 

- Dasz sobie radę Deevee? – zawołała Tash 

background image

 

52 

- Nie sądzę, żebym miał jakikolwiek wybór! – odpowiedział droid – Lećcie! 

- Zak wcisnął przyśpieszenie i oddalili się przez otwarte drzwi. Lecieli ku wolności. 

- Jesteście bezużytecznymi głupcami – warknąl Smada do swoich ochroniarzy. 

Nie  stał  się  lordem  świata  przestępczego    tylko  z  powodu  bezlitosnego  serca  –  był 

błyskotliwy i przebiegły. Wiedział, że było niemożliwością, aby wszyscy ochroniarze chybili 

celu. Smada wziął blaster i ostrożnie wycelował w oddalającą się deskę. Pociągnął za cyngiel 

dwa razy. Szybkie strzały pokonały odległość w mgnieniu oka. Pierwszy strzał przeszedł tuż 

nad  głową  Deeviego  i  między  jego  rękami.  Drugi  strzał  wygiął  dół  deski,  odcinając  napęd, 

który utrzymywał deskę  w górze. Mikrosilniki jęknęły tylko raz, potem deska zachwiała się 

gwałtownie i opadla. 

-Uważaj! – zawołała Tash. Grawideska zniknęła spod jej stóp i zaczęła gwałtownie spadać w 

ciemność. Ziemia ruszyła na jej spotkanie i uderzyła w nią mocno. Wiatr zwalił ją z nóg i z 

trudem łapała powietrze. Obok niej usłyszała jak Zak nagle zaczął wrzeszczeć. 

-Pomocy! Pomocy! 

Instynktownie złapała jego ramię i wtedy przestał krzyczeć. 

- Co się stało ? – wrzasnęła 

- N-nie wiem – powiedział jej brat z całkowitym zażenowaniem. 

- Poczułem jak coś mnie chwyciło. Ale kiedy mnie chwyciłaś, przestało. 

- Widziałeś coś? 

- Tash, ledwie widzę ciebie. Jest ciemno jak w grobie. 

To  była  prawda.  Nastała  noc.  Co  było  niemożliwe…chyba,    że  planeta  zaczęła  obracać  się 

szybciej. Tash wstała i nagle Zak krzyknął raz jeszcze. Tash poczuła jak jego dłoń chwyta ją 

desperacko. 

- Nie puszczaj mnie, nie puszczaj mnie znowu – szepnął. 

Strach w jego głosie ją przeraził. – Co to jest? 

Zak był nieustraszony, Zak był śmiałkiem, teraz trząsł się ze strachu. 

- Nie wiem. Nie chce wiedzieć. Ale to jest silne. I dopadnie mnie jeśli mnie puścisz. 

 

 

ROZDZIAŁ 15 

 

- Deevee, widzisz coś? – zapytała Tash – Użyj podczerwieni. 

-  Nie  działa-  odpowiedział  droid  –  Większość  systemów  nie  działa  dzięki  Enzeenianom, 

którzy mnie pobili. Dzięki niebiosom, że nie zniszczyli wszystkiego. 

background image

 

53 

- Enzeenianie? – spytał oszołomiony Zak – Atakowali cię? 

Tash  szybko  opowiedziała  bratu  o  laboratorium.  O  trzęsieniu  ziemi.  O  pustej  wiosce.  I  o 

zaginionym Hoole’u. 

Głos Zaka był załamany gdy mówił: 

-Świetnie. I co teraz? Smada gdzieś za nami. Enzeenianie próbujący nas zabic. Wujek Hoole 

zaginął. I coś w ciemności za nami goni nas. 

- Czy deska dział? –zapytała Tash 

Deevee  miał  malutki  świecący  pręcik  umieszczony  między  fotoreceptorami,  który  nadal 

funkcjonował,  którym  poświecił  na  Zaka.  W  małym  promieniu    światła  Zak  zbadał 

uszkodzenia deski. Długa czarna skaza biegła wzdłuż wylotu głównych silników deski. Ostry 

zapach ozonu unosił się w miejscu gdzie trafił strzał Smady. Teraz nigdzie nie poleci.Tłumik 

mikroprzepływowe są zniszczone. Ale myślę, że  mogłym to naprawić,  gdybym miał minutę 

na przekablowanie. 

- Więc lepiej uciekajmy. Deevee, możesz biec? 

- Nie, powiedział droid, lekko zblazowanym tonem. Musicie mnie tu zostawić. 

-  Nie  tym  razem  –  powiedziała  Tash.  Objęła  jedną  ręką  wokół  jego  pasa.  Zak  przybrał 

podobną pozycję po drugiej stronie droida. 

- Którędy? –zapytał Zak. 

-  W  kierunku  kosmoportu.  Może  razem  uda  nam  się  odlecieć  stąd  „Beztroskim 

Przemytnikiem. 

-  Nie  wydaje  mi  się  –  jasny  promień  światła  spadł  na  nich.  Smada  i  jego  ludzie  już  ich 

znaleźli. 

Hutt siedział na szczycie swoich grawisań, z sześcioma Gankami wokół niego. Wpatrywał się 

w Zaka i Tash przez wąskie otwory.  

-Przyprowadzić ich tutaj. 

Jeden z Ganków ruszył naprzód i ich złapał. 

A potem zniknął. 

-Aaaaaaa! Świdrujący wrzask przeciął powietrze. 

- Pomocy! Pomóżcie mi! Złapało mnie! – Aaaaaa! – I nagle cisza. 

Smada  świecił  swoją  latrką  w  miejscu  gdzie  powinien  być  jego  łobuz.  Ale  nikogo  tam 

niebyło. 

Ani śladu. 

Co to jest? – Krzyknął Deevee – Co się dzieje?  

background image

 

54 

Spoza  ciemności  Smada  odpowiedział.  Jego  głos  był  nadal  potężny  i  władczy,  ale  słychać 

było również w nim strach. – Coś tam jest! –Krzyknął do swoich strażników. 

-Przyprowadźcie mi tutaj tych bachorów! 

Ostrożnie następny Gank wystąpił naprzód, podczas gdy inni trzymali blastery w gotowości. 

Tym razem Smada trzymał światło latarki wycelowane w plecy swojego poplecznika.  I tym 

razem  zobaczyli.  W  mgnieniu  oka,  pojawiła  się  dziura  pod  jego  stopami  i  go  wciągnęła. 

Pomocy! – krzyknął opryszek. 

Gank  opierając  się  rozciągnął  ręce  na  boki  kiedy  zaczął  być  wciągany  do  dołu.  Starał  się 

wydostać  z  dziury,  ale  zamykała  się  wokół  niego  niczym  szczęki.  Ziemia  zgniatała  jego 

klatkę  piersiową  i  zaczął  stękać  z  bólu.  Do  tego  czasu  inni  Gankowie  dobiegli  do  niego. 

Chwycili  go  za  ręce  i  ramiona  i  starali  się  wyciągnąć  go  z  dziury.  Ale  zamiast  tego,  coś  o 

wiele silniejszego wciągało go centymetr po centymetrze w kierunku ziemi. 

-Aiiiiiiii  –  krzyknął  Gank.  Przerażające  było  słyszeć,  że  dźwięk  ten  dochodzi  od 

wystraszonego zbira. – Boli ! – Boli! Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. 

-Jestem zjadany żywcem! 

Tash i Zak przyglądali się zmrożeni strachem. 

-Zabijcie to! – ryknął Smada 

- Co zabić? – krzyknęli jego ochroniarze – Nic tu nie ma. 

Patrzyli bezradnie jak głowa Ganka znikała, a potem reszta jego ciała, dopóki jedyną częścią 

ciała,  która  została  była  dłoń  wystająca  z  błota.  Wreszcie  nawet  dłoń  zniknęła.  Dziura 

zamknęła się tak jakby jej nigdy nie było, a ofiara zniknęła. 

Dla  reszty  Ganków  to  było  już  za  wiele.  Smada  nie  płacił  im  wystarczająco  aby  się  tak 

narażać.  Szukali  jakiegoś  bezpiecznego  miejsca.  Ale  jakie  miejsce  było  bezpieczniejsze  niż 

grunt pod nogami. 

Grawisanie Smady. 

Pięciu  pozostałych  Ganków  stłoczyło  się  na  unoszącej  się  platformie,  starając  się  uciec 

stworzeniu spod ziemi. Nie było wystarczająco miejsca na zatłoczonych saniach, więc zaczęli 

drapać  i  spychać  się  nawzajem  niczym  ludzie  walczący  o  ostatnią  kapsułę  ratunkową  na 

skazanym na zagładę statku. 

- Złaźcie wy przyprawowe gównojady – rozkazał Hutt 

Zamachnął się swoim grubym ogonem, zmiatając ich z sań. 

Wszyscy z wyjątkiem jednego krzycząc zostali zrzuceni na ziemię. Za każdym razem dziura 

się zamykała jakby jej nigdy nie było. W ciągu kilku chwil, poplecznicy Smady zniknęli. 

background image

 

55 

Zak, Tash i Deevee stali na ziemi. Potwór wydawał się niezainteresowany Deevim, Tash była 

chroniona i Zak również, jak długo trzymał jej dłoń. Na grawisaniach siedział ocalały Gank i 

Hutt Smada. Masywne ciało Smady zatrzęsło się ze złości. 

-CO TO JEST! –ryk eksplodował ze Smady jak grom. Masywny Hutt urósł na całą wysokość, 

balansując  swoim  ciałem.  Rozciągnięty,  Smada  stał  trzy  metry  powyżej  pokładu  swoich 

grawisań,  górując  wzrostem  nawet nad swoim ochroniarzem. To był niesamowity widok, a 

jego głos grzmiał wystarczająco potężnie aby wyczrować demona. 

Zamiast tego wyczarował Enzeenianina. 

 

Wyłonili się z lasu w liczbie dwudziestu i wszyscy nieśli lampy. Przeszli spokojnie po ziemi, 

nie  bojąc  się  czekokolwiek  co  właśnie  połknęło  pięciu  Ganków.  Tash  rozpoznała 

prowadzącego Enzeenianina. 

- Chood. – głos Smady był jak sztylet – Co tu się dzieje! 

Chood odpowiedział tlącym spojrzeniem z odrobiną znudzonej pogardy. 

- Twoja zagłada. 

-Ba – Smada usiadł w swojej zwykłej pozycji na brzuchu. – To jakaś wasza sztuczka. 

Istnieje bestia, stworzenie które kopie tunele pod ziemią i ukrywa się. Atakuje od dołu. 

Chood się uśmiechnął.  

-Bestia się nie ukrywa. 

Obok Smady, Gank walnął pięścią w pokład grawisań. 

–  Więc gdzie jest bestia? Gdzie! 

Wszyscy Enzeenianie zaczęli chichotać. I tak jak przedtem uśmiech Chooda stał się zły. 

Mimo wszystko, tym razem nadal nic nie rozumiesz! Sekret D’vourana umknął ci. Zaśmiał 

się niskim, okrutnym śmiechem.  

-Myślisz, że zostaniesz zjedzony przez stworzenie pod planetą. Nie zdajesz sobie sprawy, że 

będziesz zjedzony przez samą planetę. 

 

 

ROZDZIAŁ 16 

 

Chood  ryknął  śmiechem.  Tash  przeszedł  dreszcz.  Planeta.  To  była  planeta.  To  było  źródło 

poczucia  zagrożenia.  To  dlatego  czuła  się  obserwowana.  Planeta  –  wszystko  wokół  niej  ją 

obserwowało.  Spojrzała  w  dół  na  ziemię  i  zastanowiła  się  co  czekało  pod  powierzchnią  – 

niewidzialne zęby obrywające mięso z jej kości. Cała siła w jej nogach wydawała się stopić i 

background image

 

56 

przytrzymała się Zaka. Ale Zak był równie przerażony. Ziemia, zwykła solidna ziemia, którą 

kroczyli  każdego  dnia,  nagle  stała  się  potworem.  A  jedyną  rzeczą  chroniącą  ich  był  mały 

wisiorek wiszący na szyi Tash. W środku całego tego przerażenia, Hutt Smada zebrał pyłek 

kurzu ze swojego szponu. Już zapomniał o swoich poplecznikach. Można ich zastąpić. Jego 

przebiegły  umysł  już  dopasowywał  się  do  sytuacji  i  zaczął  poszukiwać  sposobu  na  jej 

wykorzystanie. Był przecież Huttem. 

-Chood  –  zaczął  ostrożnie  –  Jestem  pewien,  że  możemy  dojśc  do  porozumienia.  Jeśli 

zaoferowałbym ci, powiedzmy, milion kredytów, aby zapewnić mi bezpieczne przejście. 

- Nie zaoferowałbym ci  przejścia nawet  gdybym mógł – odpowiedział Enzeenianin –  Żywi 

się kiedy ma na to ochotę. A jest głodny. 

- Smada nie dał się zbić z tropu – Może mieć dzieciaki. 

- Wielkie dzięki, ty parszywy ślimaku – wrzasnął Zak 

- Zamknij się chłopcze! – Ostry ton powrócił w głosie Smady.  

- My tu negocjujemy. 

Chood pokręcił głową – Nie będzie żadnych targów. Głód D’vourana będzie zaspokojony. 

-Więc, dlaczego nie zje ciebie? –zastanawiła się Tash 

Enzeenianin wybuchł  gorzkim śmiechem. Kilku  z nich przeszło ciężkim krokiem po ziemi. 

Chood powiedział. – Żyjemy w harmonii z planetą. Upewniamy się, że planeta jest karmiona, 

a w zamian, planeta karmi nas. 

-Karmi was? – spytał Zak –Jak? 

W  odpowiedzi  Chood  otworzył  szeroko  buzię.  I  znowu  wijący  się  język  wystrzelił  i 

zanurkował  pod  powierzchnię  D’vourana.  Kilku  Enzeenianinów  zrobiło  to  samo.  Siorpanie 

podczas ich karmienianwypełnił całe powietrze. 

- Robi mi się niedobrze – jęknął Zak 

Deevee jako pierwszy zrozumiał to co zobaczył. –Jeśli planeta jest żywa, Enzenianie muszą 

w jakiś sposób pobierać składniki pokarmowe z ziemi. 

-Oni są pasożytami – szepnęła Tash 

Język Chooda odłączył się od ziemi i zniknął z powrotem w buzi. Oblizał usta i uśmiechnął 

się.  D’vouran  pozwala  nam  żyć  na  swojej  powierzchni,  ponieważ  zdobywamy  pożywienie. 

Jak długo jest najedzony, my także możemy się zywić. 

Zwabiacie ludzi tutaj aby byli zjedzeni? – powtórzył Zak pełen niedowierzania. 

Chood się uśmiechnął – Naszym celem jest służyć – zaśmiał się 

Tash  zadrżała.  Ale  nie  mogła  nie  zapytać  –  Ale  dlaczego  nie  połknęliście  nas  kiedy 

przybyliśmy. Chood spojrzał na nią jakby była niespełna rozumu. – Jakiemu celowi miałoby 

background image

 

57 

to  służyć?  D’vouran  zjada  jeden  posiłek  dziennie,  albo  dwa,  ale  nie  więcej  i  odstraszyłby 

inne ofiary. Zamiast tego D’vouran zjada swoje posiłki powoli. Bawił się z wami, goniąc was 

z jednego miejsca do drugiego. 

- Dopóki nie zabrał całego miasteczka – zawołała Tash. 

Enzeenianin wbił palec w Tash – I to twoja wina. 

Tash się skuliła – Moja wina? Ale dlaczego? 

Ty  i  twój  mieszający  się  w  nie  swoje  sprawy  szaleniec  zaczęliście  odkrywać  sekret 

D’vourana.  Planeta  nie  mogła  ryzykować  waszej  ucieczki,  więc  skonsumowała  każdego  w 

tym mieście w chwili kiedy wyszli z domów poczas trzęsienia ziemi. 

- Więc dlaczego nie zjadła bachorów Hoole’a? – zapytał Smada 

Chood zmrugał. Właśnie sobie zdał  sprawę, że kiedy Smada siedział na powierzchni swoich 

grawisań, Zak i Tash stali na ziemi. Enzeeniani podszedł bliżej. 

- Odsuń się! – ostrzegł Deevee. Złapał jednego z Enzeenianinów, ale inny sięgnął za niego i 

znalazł mały przełącznik na plecach droida. D-V9 został dezaktywowany i upadł na ziemię.  

- Deevee – zawołała Tash. 

Chood wskazał na deskę Zaka przypiętą do jego pleców. – Ty tam! – powiedział do innego 

Enzeenianina. – Zabierz to urządzenie. 

Serce Tash stanęło, kiedy oczy Chooda znalazły wisiorek na jej szyi. 

Ku jej zaskoczeniu, nie zerwał go.  

-Interesujące. Byłaś w laboratorium. Powinienem był wiedzieć, że stwórcy mogli coś takiego 

zostawić. 

-Stwórcy?  -zapytała – Czy ktoś stworzył tą planetę? 

Chood  miał  właśnie  zerwać  wisiorek  z  jej  szyi,  posyłając  ją  w  zapomnienie,  ale  jego  oko 

zaiskrzyło się nagle. 

- Myślę, że odpowiem na to pytanie. Brać ich! 

Enzeenianie przemieścili się z zatrważającą szybkością. Zak i Deevee 

Zostali  zawleczeni  obok  Tash,  i  zarzucono  na  nich  ciężką  sieć  włokien.  Opieraili  się  przez 

moment,  ale  groźne  warknięcie  Enzeenianina  uciszyło  ich.  Reszta  Enzeenianów  otoczyła 

grawisanie.  Ochroniarz  Smady  spanikował  i  zeskoczył  w  panice  z  sań,  rzucając  się  w 

kierunku  drzew.  Enzeenianie  nie  zajęli  się  jego  gonieniem.  Pokryli  Smadę  siecią  dużo 

większą i mocniejszą niż ta, która trzymała Tash, Zaka i Deeviego. 

Gank  nie  ubiegł  dwunastu  metrów  nim  krzyknął  i  się  potknął.  Jego  stopę  złapała  dziura  w 

ziemi. Ale kiedy zabójca starał się wyciągnąć stopę, zorientował się, że dziura zamknęła się 

background image

 

58 

wokół jego kostki. Gank próbował wykopać się  z planety. Zamiast tego jakaś ogromna siła 

złapała jego nogę i pociągnęła go w dół. 

Chood znowu się zaśmiał.  

-Widzisz? Nie ma ucieczki przed D’vouranem. Nie ma gdzie uciec. 

Podczas gdy większość wojowników pilnowało swoich jeńców, kilku z nich zniknęło w lesie. 

Szybko  pojawili  się  znowu,  niosąć  dwa  grube  słupy.  Wciąż  zaplątani  w  sieć,  Zak,  Tash  i 

Deevee  zostali  zebrani  i  przywiązani  do  jednego  ze  słupów,  gdzie  wisieli  niczym  worek 

owoców bluma. Smada również został przywiązany do drugiego, ale nie bez walki. 

-Krwawe  robaki!  Karma  dla  banth!  Wyrwę  wam  oczy  i  zjem  wasze  mózgi!  Huttowie 

zostawią obślizgłe ślady na waszych zapomnianych grobach. 

Walczył z taśmą która go trzymała, ale Enzeenianie zwinnie unikali jego zaciśniętych ramion 

i niszczącego ogona. Dwóch czy trzech Enzeenianinów stało przy końcu każdego  ze słupów, 

a potem podnieśli trzymane słupy na ramiona. Jak tylko ludzie byli należycie przywiązani a 

ich stopy nie dotykały ziemi Chood złapał wisiorek. Szarpnąwszy, zerwał go z szyi Tash. 

- Chood! – błagała Tash – Co zamierzasz zrobić? 

Chood  syknął  z  nieskrywaną  radością.  –  Zamierzam  dać  ci  odpowiedź  na  twoje  pytanie. 

Zabiorę cię do serca D’vourana, każdy składnik z twojego ciała będzie trawiony powoli. 

-  Będziesz zjadana bardzo powoli. Zjadana żywcem. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 17 

 

Enzeenianie zabrali ich do podziemnego laboratorium. Tam, w rozległej komnacie, Zak, Tash 

i  Smada  zostali  zabrani  nad  krawędź  jamy.  Tash  pomyślała,  że  gorzj  być  nie  mogło.  Ciało 

Deeviego zostało rzucone obok niej. Strach zdawał się wypływać z jamy niczym zatruta woda 

z fontanny. Wypełnił Zak i Tash. Byli pod ziemią- w środku jakiegoś stworzenia, strasznego 

stworzenia. I mieli być rzuceni na pożarcie. 

-  To  tutaj  doprowadził  was  ciekawość  –  zadeklarował  Chood  –  Macie  wejść  do  całkiem 

nowego  świata  bólu.  Jeśli  myśleliście,  że  wasi  przyjaciele  i  sprzymierzeńcy  na  powierzchni 

cierpieli byliście w błędzie. Ich śmierć była krótka i miłosierna. Większość z nich udusiła się 

kiedy zostali wciągnięci pod powierzchnie D’vourana. Tutaj w sercu D’vourana, agonia jest 

tysiąc  razy  wolniejsza,  i  tysiąc  razy  gorsza,  jako  że  ofiary  planety  są  dokładnie  i  boleśnie 

trawieni, tydzień po tygodniu. 

background image

 

59 

- Wrzucić ich. 

Enzeenianie uwolnili Zaka i Tash z ich sieci i popchnęli ich na czekajacą platformę. 

- Zaczekajcie! – rozkazał Chood. Wskazał na jednego z Enzeenianinów. 

- Ty ! Przecież ci powiedziałem, żebyć usunął to urządzenie. 

Jeden z Enzeenianów zapomniał zabrać deski Zaka. Pod zagniewanym spojrzeniem Chooda, 

pośpiesznie  odpiął  deskę  od  pleców  Zaka  i  odsunął  się.  Potrzeba  było  czterech 

Enzeenianinów  aby  przyeciągnąć  Smadę  na  platformę.  Pośpiesznie  uwolnili  go  z  sieci  i 

platforma szybko została wypchnięta nad jamę. Hutt zaczął z rykiem wygrażać.  

–Karma dla banth! Nerfie łajno! 

Platforma przechyliła się gwałtownie, a Zak i Tash złapali się wystających kabli. 

Chood zaczął do nich przemawiać znad krawędzi jamy, wskazując w dół. 

-Chcieliście  znać  sekret  D’vourana.  Znajduje  się  tutaj.  Z  tego  miejsca  D’vouran  po  raz 

pierwszy został powołany do życia, i na początku uczyli karmić z tej jamy. 

-Imperialni naukowcy- Tash złapała powietrze – Oni zawsze szukają nowych sposobów aby 

skrzywdzić ludzi. 

Chood mówił dalej. 

-  Ale  planeta  przerosła  ich  twórców  i  nauczyła  się  nowych  i  lepszych  sposobów  karmienia. 

Naukowcy stracili kontrolę nad tym co stworzyli. Zostali pożarci jak każdy kto przyszedł po 

nich. Teraz wy podążycie ich śladem. 

- Chood! Chood! – wykrzyknął Smada – Jeszcze nie jest za późno! Cztery miliony kredytów! 

Kupię ci nową planetę! 

Enzeenianin  go  zignorował.  Kilka  niebieskoskórych  stworzeń  popchnęło  ramię  dźwigu,  i 

pasożyty zaczęły opuszczać linę. 

- Musimy coś zrobić! – krzyknął Zak 

- To moja wina. – powiedziała Tash. Miała suche gardło. Jej głos był prawie jak szept. 

Powinnam była posłuchać swoich przeczuć i kazać wujkowi Hoolowi opuścić planetę. Wtedy 

by żył a my bylibyśmy bezpieczni! 

- To nie twoja wina, Tash – powiedział Zak 

- Nie słuchałem cię. Nikt nie słuchał. 

Tash zajrzała do jamy. Coś tam w dole się wiło. I podchodziło wyżej. Kiedy opuszczali się na 

dno jamy, wijąca się, pulsująca masa śpieszyła im na spotkanie. 

Tash nie mogła na to patrzeć. Popatrzyła na twarze Enzeenianów, którzy stali w okręgu wokół 

jamy. Im więcej D’vouran je tym więcej mogą jeść oni. Wszyscy patrzyli wygłodniale. 

background image

 

60 

Wszyscy z wyjątkiem jednego. Enzeenianin, który zabrał deskę odwrócił się do Chooda. Bez 

żadnego  ostrzeżenia,  uniósł  deske  jak  tylko  potrafił  wysoko  a  potem  rozbił  ją  o  głowę 

Chooda. Ten rozłożył się na ziemi. W jednej chwili Enzeenianie rzucili się w jego kierunku,  

wyrywając coś małego i połyskującego z ręki Chooda.. 

Wisiorek.  

Inni  Enzeenianie  stali  w  pogotowiu.  Ale  ten,  który  trzymał  wisiorek  zrobił  coś  całkiem 

niespodziewanego. Zmienił kształt. Pasożyty zorientowały się, że mają do czynienia nie tylko 

z jednym z nich ale z ryczącym Wookiem. 

-Wujek Hoole! – krzyknęli jednocześnie Zak i Tash 

-Hoole! – wybuchł Smada -  Wydostań nas stąd! 

Enzeenianie wahali się tylko przez moment. Potem stłoczyli się wokół Wookiego, bijąc go z 

każdej  strony.  Wookie  walczył  potężnymi  uderzeniami  jednej  ręki,  podczas  gdy  drugą 

trzymał  wysoko  wisiorek.  A  przez  cały  ten  czas  platforma  opadała  dalej.  Jeden  z 

Enzeenianinów został odrzucony na skraj jamy. Zak i Tash obserwowali jak spadał, krzycząc, 

do wijącej się, płynnej masy pod nimi. W kilka chwili, wszyscy Enzeenianie zostali odrzuceni 

na  bok.  Kilkoma  długimi  susami,  Wookie  dosięgnął  żurawia.  Ale  zanim  mógł  zmienić 

kierunek,  coś  ciężkiego  i  twardego,  uderzyło  go  od  tyło,  rzucając  go  na  żuraw.  Urządzenia 

żurawia  trzasnęły  pod  ciężarem  Wookiego  i  platforma  stanęła.  Wybuch  zaburzył  takżę 

koncentrację Hoola i nagle powrócił do własnej postaci Shi’idoida i upadł na ziemię. 

Chood stał nad Hoolem trzymając grubą metalową rurę. 

- Daj mi wisiorek! 

Złapał  Hoola  starając  się  wyciągnąć  kryształ  z  jego  palców.  Walczyli  do  krawędzi  jamy. 

Hoole  był  zbyt  oszołomiony  by  się  opierać,  i  w  ciągu  kilku  chwil  wisiorek  zmienił 

właściciela. Ale jak tylko wstał Chood stracił przyczepność do powierzchni. Poślizgnął się i 

wpadł do jamy D’vourana. Zabierając wisiorek ze sobą. 

Chood  i  wisiorek  zniknęli  w  rosnącej  lawie,  płynna  masa  zadrżała  i  podniosła  się  jeszcze 

wyżej. 

- Wciągnij nas! – wrzasnęła Tash – Wujku Hoole! Wciągnij nas! 

Hoole podszedł chwiejącym się krokiem w kierunku żurawia. Ale ni chciał ruszyć z miejsca. 

-Żuraw jest uszkodzony! Nie mogę nim poruszyć! 

Pod  nimi  Tash  widziała  lawę  rosnącą  bardzo  szybko.  Wielkie  krople  płynnej  planety 

podskakiwały i pryskały w ich kierunku. D’vouran wyglądał na rozzłoszczonego. 

- Lepiej zacznijmy szybko myśleć – powiedziała – albo wszyscy zginiemy! 

 

background image

 

61 

 

ROZDZIAŁ 18 

 

Zak pierwszy przyszedł z odpowiedzią.  

-Moja deska – zawołał -  Czy nadal masz moją deskę? 

Hoole ją podniósł – Tutaj, ale nie działa. 

-Mogę ją naprawić! Zrzuć ją na dół! 

Hoole był teraz równie spokojny jak wtedy kiedy „Beztroski Przemytnik” wymknął się spod 

kontroli. Ostrożnie zmierzył dystans, a potem zrzucił grawideskę do jamy. 

Zak, Tash i Smada, wszyscy patrzyli jak wiruje w powietrzu w ich kierunku. Przez moment 

Tash myślała, że ich minie. Ale wylądował nieruchomo na środku platformy i wszyscy trzej 

więźniowie chwycili ją. 

- Mam ją! –powiedział Zak – Daj mi tylko minutę. 

Tash spojrzała w dół. 

- Nie mamy minuty! Pośpiesz się! Płynna powierzchnia była tylko kilka  metrów pod nimi i 

szybko rosła. 

- Chyba znalazłem – powiedział Zak, pracując szaleńczo – Znalazłem! 

- Deska obudziła się do życia. Zak wskoczył pierwszy i sprawdził. 

- Działa! 

Zak,  na  desce  uniósł  się  kilka  metrów  nad  rosnącą  lawą.  Wyciągnał  rękę  do  Tash,  która  ją 

złapała i wskoczyła szybko na deskę. Spojrzała na masywnego Hutta obok niej.  

- Ale jak zamierzasz go tutaj upchnąć. 

-Z tym nie będzie problemu – ryknął Smada – Jako, że zamierzałem was tu zostawić. Dajcie 

mi tą deskę! 

- Hutt sięgnął aby złapać Zaka, ale Zak odleciał i uniósł się kilka metrów wyżej. 

- Nie bądź samolubny! Uda nam się jeżeli będziemy razem współpracować! 

-  Nie,  nie  –  zawył  Smada  –  Muszęmieć  to  urządzenie!  Jset  moje!  –  ze  zdumiewającą 

sprawnością,  Hutt  rzucił  się  w  górę.  Jego    tłuste  palce  chwyciły  krawędź  deski,  która 

przechyliła się na jedną stronę, prawie zrzucając z niej Zaka i Tash. Siła nośna deski nie była 

w  stanie  zrekompensować  olbrzymiej  wagi  Hutta.  Zaczęła  szybko  opadać,  niczym 

przeludniona szalupa nabierająca wody. 

- Zabijesz nas wszystkich! – wrzasnęła Tash 

- Wracaj na platformę –błagał Zak – Wlecimy na górę a potem znajdziemy sposób, żeby Cię 

wciągnąć. 

background image

 

62 

- Macie mnie za głupca? – prychnął Smada – Wpuśćcie…mnie! 

Ale  deska  prawie  opadła  na  płynną  powierzchnię.  Niesamowita  macka  ciekłej  masy 

dosięgnęła i otoczyła ciało Smady, a przestępczy lord ryknął z bólu i puścił deskę. Hutt został 

wciągnięty pod płynną masę D’vourana. 

Kiedy Hutt spadł, deska, wolna od jego ciężaru,  uniosła się do góry. Ale  nie wystarczająco. 

Szczyt jamy nadal był sześć metrów nad nimi. 

- Zabierz nas wyżej! – powiedziała Tash – Wydostań nas stąd!  

- Nie mogę! –powiedział Zak 

- Lecę na pełnej mocy. Deska nie uniesie się wyżej niż teraz. 

- I co teraz zrobimy? 

Zak spojrzał na ścianę jamy. 

- Powiem ci co zrobimy – powiedział 

-  Polecimy pionowo. I pobijemy rekord. 

 

 

Zak wcisnął  akcelerator  i skierował deskę łagodnie w stronę końca jamy.  Szczerze mówiąc, 

nie  wiedział  czy  potrafi  to  zrobić.  Nie  udał  mu  się  wczorajszy  rajd,  a  to  było  tylko  pięc 

metrów. Teraz zamierzał przelecieć sześć. I ustanowić rekord. Na dodatek miał pasażera. Nikt 

wcześnie  nie  próbował  pionowej  jazdy  z  pasażerem.  To  naprawdę  może  być  rekord.  Jeśli 

przeżyje. Zak wziął głęboki oddech. Miał tylko jedną szansę. Jeśli mu się  nie uda, on i jego 

siostra spadną do tyłu prosto w serce D’vourana. Zak zacisnął zęby. 

- Trzymaj się mocno. 

Pocylił się do przodu i wcisnął wyższy bieg. Gwałtownie popłynęła w kierunku sciany. 

Dziesięć metrów. Siedem metrów. Pięć. Trzy. Teraz! 

Zabezpieczenia antykolizyjne zaskoczyły, przechylając deskę nosem do góry. Zak przelał całą 

moc z dolnych otworów wentylacyjnych do tylnego silnika postawił deskę pionowo, kierując 

ją wysoko w stronę sufitu. Czuł jak jego deskę drży po jego stopami. Silnik zaczął jęczeć. Nie 

uda im się – pomyślał. To była dobra próba. To był najlepszy rajd w jego życiu, ale jama była 

za….  A  potem,  wystrzelił  z  jamy  niczym  blisterowa  błyskawica,  do  laboratorium  z  Tash 

nadal na pokładzie. 

- Taaaaak! 

Zak  pochylił  się  do  przodu,  przechylając  deskę  z  powrotem  do  poziomu.  Deska  opadała  aż 

osiągnęla swój punkt grawitacyjny. 

- Zak, udało ci się! – krzyknęła jego siostra 

background image

 

63 

- To nie czas na świętowanie – ostrzegł Hoole 

Wewnątrz  jamy,  kłębienie  stało  się  bardziej  gwałtowne.  Błoto,  które  wyglądało  jak  płynna 

lawa  dosięgało  krawędzi,  próbując  schwytać  zdobycz.  Zak  i  Tash  przylgnęli  do  ściany 

laboratorium. 

- Co się dzieje? – wrzasnął Zak. 

-  To  wisiorek!  –  odpowiedział  Hoole  –  Stworzyło  pole  energii,  które  nie  spodobało  się 

D’vouranowi. To dlatego nie zjadłby wszystkiego co miało z nim kontakt. Teraz połyka całe 

pole energii. 

Hoole  podbiegł  w  róg  laboratorium  gdzie  leżał  porzucony  Deevee  i  szybko  włączył  droida.  

D-V9 wstał na nogi. 

- Schody! – rozkazał Hoole 

Pobiegli na schody – Hoole i Tash pomagali Deeviemu, także do dotarł na następny poziom. 

W  samą  porę.  Błoto  rozpłynęło  się  znad  krawędzi  jamu,  pokrywając  podłogę  gwałtownym, 

drgającym szlamem.  I rosło dalej. 

Dobiegli do wyjścia. Kilka godzin temu Bebo zrzucił Tash do tej samej dziury. 

- Zak –odezwał się Hoole – Czy to urządzenie jest wystarczająco silne żeby zabrać was troje z 

powrotem do portu? 

- Tak myślę. 

- Ale nie zostawimy cię z tyłu, panie Hoole! – nalegał Deevee 

- Oczywiście, że nie- odpowiedział Shi’idoid. 

Potem  Hoole  zniknął.  Przez  moment  myśleli,  że  naprawdę  zginął.  Potem  Tash  omal  nie 

poskoczył kiedy malutki gryzoń wskoczył jej na nogę i dobiegł do ramienia. 

- Lećmy! – powiedziała 

Błoto podchodziło schodami za nimi. Przechodziło teraz przez górne pomieszczenie. Goniło 

ich. Zak, Tash i Deevee zgromadzili się na desce. Prawie się zmieścili ale kiedy Zak włączył 

przyspieszenie, nadal się unosili nad ziemią. 

Zak skierował deskę poza laboratorium i wyleciał tak szybko jak tylko mógł przez dziurę w 

ziemi.  I  prosto  w  koszmar.  Wszędzie  wokół  nich,  jak  tylko  sięgnąć  okiem,  ziemia  zaczęłą 

wrzeć. Drzewa topiły się w gotującym się jeziorze lawy. Bąble płynnego brudu rosły i pękały 

wściekle  wokół  nich.  Przypominające  węże  nitki  błota  sięgały  miejsca  ich  ucieczki.  Zak 

przyspieszył tak szybko  jak tylko się uśmiechnął, obawiając się że może stracić równowagę 

spać w oczekującą masę D’vourana. 

Przelecieli nad miastem. Widać było tylko dacy domów. Reszta została wessana przez błoto. 

- Port jest nadal na swoim miejscu – powiedział Deevee. 

background image

 

64 

Mogli  zobaczyć  ściany  lądowiska,  do  połowy  zanurzone  w  błocie.  Górna  cżęś  była  nadal 

nietknięta.  Deska  wleciała  przez  bramę  portu  i  w  górę  po  schodach.  W  chwili,  kiedy 

powierzchnia  startowa  była  pod  nimi  ,  Hoole zeskoczył  z  ramienia  Tash  i  przeobraził  się w 

powietrzu. Wylądował na ziemi biegnąć. 

- Nie ma czasu do stracenia! – zawołał 

- Patrz ! – krzyknęła Tash  

Olbrzymie wyrwy pojawiły się w grubych przeciwblasterowych ścianach, i bąkowata płynna 

ziemia zaczęła wyciekać na pas startowy. 

- Do statku! – rozkazał Hoole. 

Szalm ogarnął swym zasięgiem lądowiska innych statków. Kiedy znaleźli się w „Beztroskim 

Przemytniku”, błoto zaczęło ich już sięgać. 

 

ROZDZIAŁ 19 

 

Do  czasu  kiedy  Tash  dostała  się  do  kokpitu,  Hoole  zakończył  sekwencję  startową  i  był 

gotowy odlecieć.. Zak i Tash przypięli się. Hoole odpalił repulsory. Silniki odpalily ale statek 

nie  ruszył  z  miejsca.  Przyciskając  twarz  do  iluminatora,  Tash  spojrzała  na  lądowisko. 

Nawierzchnia  całkowicie  zniknęła  pod  powierzchnią  D’vourana.  Żyjący  szlam  urósł  na 

wysokość metra w całym kosmoporcie. „Beztroski Przemytnik” utknął w żelaznym uścisku. 

- Jesteśmy uwięzieni! – zawołał Deeve 

- Nie sądze, że moja deska pomogła tym razem – powiedział Zak 

- Nie będzie musiała- powiedziała Tash – Spójrzcie w górę. 

Na niebie nad kosmoportem, pojawił się statek w kształcie spodka. Nurkował w ich kierunku 

ze  zdumiewającą  zwinością  jak  na  stary  wysłużony  koreliański  frachtowiec.  Jego  pilot 

skierował  statek  nad  „Beztroskiego  Przemytnika”,  a  potem  umiejętnie  przesłał  moc  do 

repulsorów dopóki frachtowiec nie opadł tylko kilka metrów nad Beztroskiego Przemytnika”. 

To był ryzykowny manewr dla większości pilotów. 

Ale Han Solo nie należał do tej większości. 

 

 

Zak  i  Tash  pobiegli  otworzyć  górny  właz  „Beztroskiego  Przemytnika”.  Hałas  spod  „Sokoła 

Millenium  był  ogłuszający,  ale  dla  nich  był  zachęcający,  a  jeszcze  większą  radość  sprawił 

widok szeroko otwartego dolnego włazu Sokoła. Twarz Wookiego Chewbacci pokazała się w 

otworze zachęcając ich do pośpiechu. 

background image

 

65 

Gotujące  się  błoto  sięgało  połowy  wysokości  „Beztroskiego  Przemytnika”.  Podczas  gdy 

Hoole pchał od spodu, Zak i Tash wciągali Deeviego do góry. Następnie wciągnęli go przez 

właz.  Wookie  złapał  Deeviego  masywną  łap  i  łatow  wciągnął  go  do  góry.  Zak  i  Tash  byli 

następni. Chewbacca podniósł ich jakby  byli szmacianymi lalkami i wciągnął ich na pokład 

staku Hana Solo, gdzie przekazał ich Lukowi Skywalkerowi. 

Głos Hana Solo trzeszczał przez komlink. 

– No dalej dalej, co tak wam tak długo schodzi na dole? 

Jak tylko wszyscy znaleźli się na pokładzie, Luke zasygnalizował 

- Wszyscy zaliczeni, Han. Zabierz nas stąd. 

Sokół ruszył z rykiem. 

Zak,  Tash,  i  Hoole  zostawili  Deeviego  w  rękach  droidów  Luke’a,  C-3PO  i  R2-D2.  Kiedy 

chwilę  później  dotarli  do  kokpitu,  Sokół  leciał  już  pięć  kilometrów  nad  D’vouranem.  Leia 

zwolniła miejsce drugiego pilota, żeby mógł je zająć Chewbacca. 

Solo rzucił okiem na kłębiącą się powierzchnię planety. 

-  Coś  dziwnego  dzieje  się  tam  na  dole.  Macie  sporo  szczęścia,  że  zatrzymaliśmy  się  po 

drodze. 

-  Szczęście  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego  –  powiedziała  Leia-  Luke  zasugerował  żebyśmy 

wracali tą trasą i zobaczyli jak się miewacie. Wtedy zobaczyliśmy waszą czwórkę na desce. 

Hoole powiedział szybko – Musisz nas zabrać stąd tak szybko jak tylko potrafisz. 

-  Żaden  problem  –  powiedział  Han  Solo  –  Cokolwiek  dzieje  się  tam  na  dole  jesteście 

bezpieczni w Sokole.  

Han  skierował  statek  w  kosmos,  a  potem  odwrócił  się  i  słuchał  jak  Hoole  pośpiesznie 

wyjaśnia co odkryli na temat D’vourana. Han wyglądał na nieprzekonanego. 

-  Coś  na  pewno  musiało  spowodować,  że  ziemia  zaczęła  wszystko  pochłaniać.  Ale  żyjąca 

planeta?  To  musi  być  jakaś  pomyłka.  Wyjaśnimy  to  kiedy  będziemy  w  nadprzestrzeni. 

Chewie przygotuj się. 

Chewbacca sprawdził instrumenty a potem ryknął. 

-  Co  to  znaczy,  że  nadal  jesteśmy  w  leju  grawitacyjnym  planety?  –mruknął  Solo  –  Lecimy 

pełną mocą od czterech minut powinniśmy być w połowie drogi na skraj systemu. 

- Sprawdził jeszcze raz odczyty. Zarozumiały uśmiech znikł nagle z jego twarzy. 

- Mam złe przeczucia. 

- Co się dzieje, Hanie? – spytała Leia. 

Solo obrócił Sokoła, żeby mogli zobaczyć D’vourana przez iluminator.  

-Nie wydaje mi się, żebyśmy uciekli. 

background image

 

66 

- Co masz na myśli? – Tash poczuła że jej serce zamarło. 

- D’vouran podąża naszym śladem. 

 

 

ROZDZIAŁ 20 

 

- To szaleństwo! –powiedziała Leia – Planety się nie poruszają. 

- No cóż, ta się porusza. I jest coraz bliżej. 

Głos Tash opadł do przerażającego szeptu. 

- Nie mówiłeś przypadkiem, że kiedy tu przyleciałeś byłeś dwadzieścia minut za wcześnie? 

- Zgadza się – odpowiedział Luke 

-  My  też  przylecieliśmy  za  wcześnie  –  dodał  Hoole.  Popatrzył  na  planetę.  Z  tej  odległości, 

wijąca się ziemia nie była widoczna.. D’vouran wyglądał spokojnie i pięknie. 

Mruknął – Naprawdę się porusza. 

- Czy możesz skoczyć w nadprzestrzeń? – spytał Luke – tam będziemy bezpieczni 

-Nie da rady mały. Nie kiedy jesteśmy w polu grawitacyjnym planety. I nie sądzę aby miała 

ona w planach puścić nas wolno. Chewie włącz silniki pomocnicze. 

Kiedy  Zak,  Tash  i  inni  patrzyli,  pilot  i  drugi  pilot  pracowali  mozolnie  nad  przyrządami 

kontrolnymi,  próbując  wycisnąć  każdy  gram  energii  do  silników  Sokoła.  Ale  kiedy  Tash 

wyjrzała jeszcze raz przez iluminator, D’vouran wyglądał na większy i bliższy. 

- No dalej – ponaglała Leia – Zawsze mówisz, że ten statek to najszybsza rzecz w galaktyce. 

Pot ściekał po brwiach Hana Solo.  

-Tak, no więc, nigdy wcześniej nie musiałem się ścigać z planetą. Chewie, przenieś całą moc 

z osłon!  

Chewie zaryczał. 

-Już to zrobiłeś, co? A co z działami? 

Chewbacca warknął. 

- No dobra, dobra, tylko sprawdzałem. 

D’vouran był teraz tak blisko że wypełnił cały iluminator. 

Han  usiadł  na  swoim  fotelu.  Przez  chwilę  wyglądał  na  pokonanego,  ale  potem  się 

wyprostował. 

- No dobra, spróbujemy wykorzystać tą sytuację. 

- Grawitacja to nasz problem? Uczyńmy ją naszym przyjacielem. 

background image

 

67 

Zawrócił  gwałtownie  Sokoła,  wytrącając  wszystkich  z  równowagi.  Zanim  się  zorientowali, 

statek zmierzał w stronę planety. Chewbacca głośno zawył. 

- Han co ty wyprawiasz – krzyknął Luke – Lecisz prosto na nią. 

- Trzymajcie się! -  krzyknął pilot 

Przyciągany  przez  grawitację  planety  i  popychany  przez  władsne  silniki,  Sokół  nabrał 

olbrzymiej  prędkości  i  zaczął  nurkować  w  kierunku  D’vourana.  W  ostatnim  możliwym 

momnecie  Han  gwałtownie  skręcił.  Pozostając  w  zasięgu  grawitacji  planety  wcisnął  gaz  i 

przeleciał  wzdłuż  atmosfery  planety.  Dół  statku  zostawił  ślad  płomieni  podczas  gdy 

frachtowiec  zataczał  koło  wokół  monstrualnej  planety.  Efekt  był  niczym  strzał  z  procy. 

Jednostka  okrążyła  planetę  i  Han  wyleciał  z  orbity.  Napędzany  przez  olbrzymi  pęd,  Sokół 

wystrzelił w kosmos, z dala od D’vourana. 

Chewbacca skomentował to warknięciem. 

- Siła grawitacji spada- przetłumaczył Han 

-  Udało  ci  się!  –  zawołała  Leia  –  Jesteśmy  w  otwartej  przestrzeni!  Uwolnieni  od  siły 

grawitacji D’vourana, nabrał jeszcze większej prędkości. 

Odwrócił się nonszalancko do pasażerów. 

- Trik z procą. Najstarsza sztuczka w podręczniku. 

Zak  i  Tash  popatrzyli  po  sobie  i  wyszczerzyli  zęby.  Wujek  Hoole  nie  spuszczał  wzroku  z 

planety. 

-Popatrzcie – powiedział 

-  Nie  wierzę  –  szepnęła  Tash.  Nawet  po  wszystkim,  co  widziała  do  tej  pory  zdała  sobie 

sprawę, że trudno jej uwierzyć w to, co się dzieje. 

Planeta  D’vouran  wiła  się.  Wywijała  się  i  trzęsła  tak  bardzo  jakby  chciała  zmienić  kształ. 

Jasne  błyski  światła,  które  wyglądały  jak  wulkaniczne  erupcje  pojawiły  się  na  jej 

powierzchni.  Na  jej  powierzchni  pojawiły  się  wybrzuszenia,  które  zniekształcały  jej  masę. 

Potem  zapadła  się,  kłębiąc  się  i  wirując  w  coraz  mniejszą  i  mniejszą  bryłę  wijącej  materii. 

Razem z ostatnim drgnieniem, D’vouran zniknął. 

- Nie wierzę – powiedział Zak 

- Zniknęła? – zapytała Tash 

- Wygląda na to, że zjadła sama siebie – powiedział Hoole – niewiarygodne 

-Tak, ale nie zostaniemy w pobliżu, aby to podziwiać – powiedział Han –Chewie szykuj się 

do skoku. Teraz! 

Pilot złapał większą dźwignię i pociągnął mocno. Tash i Zaka rzuciło do tyłu kiedy skoczył w 

nadprzestrzeń. 

background image

 

68 

 

 

EPILOG 

 

W świetlicy Sokoła, Tash siadło naprzeciwko wujka Hoola. 

-  Myślałam,  że  zostałam  całkiem  sama  –powiedziała  Tash  –  Myślałam,  że  każdy  został 

zabity, jak moi rodzice. 

Hoole prawie zmienił ponury wyraz twarzy. 

- Przepraszam Tash. Kiedy cię nie było, ujrzałem szansę na szpiegowanie Enzeenianów. Więc 

stałem się jednym z nich. 

-  Ale  czemu  czekałeś  tak  długo,  aby  nam  pomóc  –  domagała  się  odpowiedzi  –  Mogliśmy 

zginąć. 

Shi’idoid  wyjaśnił.  –Musiałem  się  dowiedzieć  o  co  tak  naprawdę  chodziło.  Nie 

zorientowałem  się  dopóki  Chood  nie  powiedział  ci  wszystkiego.  Pomogłem  jak  szybko 

mogłem. 

-Czego się dowiedziałeś – spytała księżniczka Leia – Co to była za rzecz? 

Hoole powiedział –Nie  dowiedziałem się więcej niż Tash. Ale przypuszam,że D’vouran był 

pewnym  rodzajem  eksperymentu  naukowego,  który  się  niie  powiódł.  Imperium  od  zawsze 

eksperymentowało z mutacjami i broniami biologicznymi. Nad tą stracili kontrolę. Wisiorek 

był  pewnym  rodzajem  pola  siłowego.  Technologia  tego  małego  urządzenia  musiała  być 

niesamowita. Chciałbym mieć możliwość jej zbadania. 

-  No  cóż,  eksperyment  nie  mógł  pójść  dobrze-    wskazał  Zak  -    skoro  wszyscy  naukowcy 

zginęli. Musieli zostać zjedzeni. 

- Czy aby na pewno? – Hoole się zastanowił – To tak samo prawdopobne jak to, że stwórcy 

po prostu porzucili swój projekt i zostawili, aby troszczył się sam o siebie. Mogą nadal gdzieś 

tam być. Tash przypomniała sobie złowieszczy uśmiech Choooda. 

- A Enzeenianie? 

-  Pasożyty,  tak  jak  zgadywał  Deevee.  Karmili  się  D’vouranem,  a  D’vouran  pozwalał  im 

przeżyć jak długo przyciągali jedzenie. 

- Jak się tam dostali? – zastanowił się Zak 

- Może byli rozbitkami jak Bebo – zasugerowała Tash – ale planecie nie smakowali. 

-  Możliwe  –  zadumał  się  Hoole    -Ale  obawiam  się  najgorszego,  że  ktokolwiek  jest 

odpowiedzialny  za  stworzenie  D’vourana  stworzył  również  Enzeenianów,  żeby  opiekowali 

się i karmili planetę. Ktoś wykorzystuje naukę do stworzenia mutantów. 

background image

 

69 

Luke Skywalker postawił pytanie które trapiło wszystkich. 

- Ale ktokolwiek stoi za tymi eksperymentami – co próbował zrobić? 

- Nie jestem pewien – odpowiedział Hoole – Ale mam zamiar się dowiedzieć. 

Jeszcze  raz,  Tash  przypomniała  sobie  słowa  Smady,  i  zastanowiła  się,  czemu  Hoole  chciał 

znaleźć  tajemniczych  naukowców  –  żeby  ich  złapać,  czy  do  nich  dołączyć?  Postanowiła  go 

bacznie obserwować. 

A głośno powiedziała. – No cóż, ktokolwiek to był, przynajmniej eksperyment się skończył. 

D’vouran zniknął, i nie będzie już nigdy więcej nikogo niepokoił. 

 

 

Lata  świetlne  dalej,  w  dalekich  krańcach  Odległych  Rubieży,  w  przestrzeni  ignorowanej 

zarówno  przez  Imperium  jak  i  Sojusz  Rebeliantów,  statek  pracowniczy  podróżował  przez 

nadprzestrzeń,  przewożąc  górników  z  pola  asteroid  z  powrotem  na  ojczystą  planetę.  Ku 

ździwieniu  pilota,  jego  statek  pasażerski  został  gwałtownie  wyrwany  z  nadprzestrzeni.  Pilot 

sprawdził  instrumenty,  i  kiedy  był  pewien,  że  jego  statek  jest  nieuszkodzony,  zdał  sobie 

sprawę, że jego jednostka wleciała na orbitę wokół pięknej błękitno-zielonej planety. 

-To dziwne – mruknął – Nigdy przedtem nie widziałem jej na mapach... 

 

 

 


Document Outline