background image

 

 

C. S.   Friedman 

 

 

 

 

 

KORONA CIERNI 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PRZEŁOŻYŁ: ZBIGNIEW A. KRÓLICK! 

background image

Prolog 

Miał szminkę na policzku. Kiedy powiał wiatr, czuł tę tłustą plamę na zziębniętej skórze. Czerwona, po-
myślał. Szkarłatna. Niejasno przypominał ją sobie, tak samo jak kobietę, która pozostawiła ten ślad. Wargi. 
Piersi. Uda. Części ciała oddzielone od całości. Ciało bez duszy. Próbował przypomnieć sobie jej imię i nie 
zdołał. Czy to jego wina, czy jej? Jaka kobieta zarzuca sieć na dziedzica Merenthy, którego nazwisko stało 
się synonimem nieszczęścia? 
Przed nim wznosił się zamek - zimne kamienne łuki zarysowywały się w ciemnościach nocy księżycowym 
blaskiem neomarmuru. Kiedyś w oknach paliły się światła, na wielkim kominku trzaskał ogień, a po 
dziedzińcu rozchodził się zapach grzanego wina. Niegdyś tłum służby wybiegłby powitać przybywającego o 
tak późnej porze gościa. Kiedyś w drzwiach stanąłby sam Samiel marszcząc brwi, spoglądał na młodszego 
brata zsiadającego z konia, szykując się do całonocnego wykładu o tym, co przystoi. Albo czekałaby tam 
Imelia, równie zatroskana, ale łagodniejsza w połajankach. Albo Betrise, szeroki w ramionach i wojowniczy. 
Już nie. Już nigdy. 
Wszyscy odeszli. 
Zsiadł z konia - a raczej próbował to zrobić - ale był tak pijany, że stanąwszy na ziemi, zatoczył się i ledwie 
zdołał uniknąć stratowania przez przestraszone zwierzę. W ostatniej chwili wyjął stopę ze strzemienia i przez 
chwilę przytrzymywał się rumaka, ciężko dysząc. To był zawsze najgorszy moment, tych kilka pierwszych 
minut po powrocie do domu, kiedy uświadamiał sobie, jak bardzo jest samotny. Będąc w mieście, mógł 
udawać, że wszystko jest w porządku - grając, ucztując i zawzięcie uganiając się za kobietami, każąc ciału 
oddawać się przyjemnościom, jakby w ten sposób mógł zmusić do tego i duszę - lecz po powrocie na zamek 
to złudzenie rozwiewało się jak dym i nie zostawało mu nic. Zupełnie nic. Czuł w sobie ogromną pustkę, 
której nie zdołały zapełnić pieszczoty żadnej kobiety, a dręczące go wspomnienia były tak okropne, że nie 
mogła ich zagłuszyć największa ilość alkoholu. 
Udało mu się rozsiodłać konia i puścić go wolno. Wiedział, że powinien go oporządzić, lecz w tym 
momencie nie był w stanie się tym zająć - ani czymkolwiek innym. W stajni było siano i woda, a koń potrafił 
je znaleźć. Wielki mur, który wzniesiono wokół zamku podczas wojny w 846 roku teraz osypywał się, ale 
nadal mógł służyć jako ogrodzenie pastwiska. To wystarczy. Musi wystarczyć. Nie miał siły - ani chęci - 
robić nic więcej. 
Dlaczego pozostałem przy życiu? - pomyślał z rozpaczą. Nie po raz pierwszy zadawał sobie to pytanie. 
Samiel poradziłby sobie. Samiel płakałby i szalał... a potem poskładałby swoje życie z kawałków i jakoś żył 
dalej. Gromadząc nowe wspomnienia. Ucząc się zapominać. Mieli w sobie taką siłę wszyscy członkowie 
jego rodziny... Wszyscy oprócz Andrysa. Playboya. Hazardzisty. Czarnej owcy w rodzinie. Dlaczego tylko 
jego oszczędzono? Dlaczego tamtej strasznej nocy, kiedy wymordowano mu rodzinę, jemu jednemu 
pozwolono przeżyć? 
Wiesz dlaczego. Nie chcesz tego zrozumieć, ale musisz. 
Gmerając przy zamku, odepchnął od siebie tę myśl. Była zbyt bolesna. Mógł przetrwać tylko próbując 
zapomnieć, wszelkimi możliwymi sposobami walcząc ze wspomnieniami. Nawet pijąc do upadłego. Nawet 
zażywając narkotyki, zakazane środki, które na chwilę łagodziły przerażenie i przynosiły namiastkę spokoju. 
Wszystko, co dawało chwilową ulgę. 
Umierał. 
Rozważał tę myśl, idąc przez wielki hol zamku, spoglądając na wiszące na ścianach portrety. W 
odpowiednich warunkach człowiek może umierać długo. Zycie może wyciekać z niego stopniowo, z każdym 
dniem, aż w końcu nie pozostanie nic prócz cielesnej skorupy, zimnej i bezbarwnej jak zwłoki. Popatrzył na 
portrety innych ocalałych i zadrżał. Było ich siedmiu, a ich imion oraz dat narodzin i śmierci nauczył się za 
młodu jak katechizmu. Siedmiu mężczyzn, którzy przeżyli zagładę ich rodzin i przetrwali, by przedłużyć 
ród. Jak to zrobili? Dlaczego to zrobili? Jak człowiek może zapomnieć o czymś takim, mieć żonę, spłodzić 
dzieci i zacząć wszystko od nowa, jakby nic się nie stało? Zaśmiał się krótko, ponuro. 

background image

Jakiekolwiek posiadali magiczne umiejętności, on na pewno ich nie odziedziczył. Nawet nie 
potrafił pojąć ich charakteru. 
Tym razem wybrałeś najsłabszego, pomyślał. Jakby zabójca jego rodziny mógł go usłyszeć. 
Najmniej godnego. Może jednak go słyszał. Może znał myśli ich wszystkich i wybrał 
Andrysa, ponieważ gdzieś w głębi jego duszy dostrzegł... 
Co? 
Nie oszukuj się, pomyślał z goryczą. Nie ma w tobie niczego wartościowego i on o tym wie. 
Obejrzał portrety tych siedmiu, jeden po drugim, i aż nazbyt wyraźnie dostrzegł to, co go z 
nimi łączyło. Gdybyż tego nie widział! Gdybyż nie rozumiał... 
Zataczając się, z jękiem podszedł do barku i nalał sobie pełny kielich trunku z pierwszej 
lepszej butelki. Słodki kordiał, ulubiony napój jego nieżyjącego brata. Szybko opróżnił 
kielich, krzywiąc się i usiłując nie smakować syropowatego płynu, który spływał mu do 
gardła. Alkohol był teraz jego eliksirem i ukojeniem, a smak nie miał znaczenia. Gdyby 
tylko wiedział, jak wprowadzić go bezpośrednio do krwi, zrobiłby to i oszczędził sobie 
kłopotu z kieliszkami. 
Nagle wydało mu się, że w kącie pokoju poruszył się jakiś cień. Przestraszony Andry^ 
upuścił kieliszek, który rozbił się na posadzce z neomarmuru, opryskując mu nogi lepką 
cieczą. W komnacie roz-szedł się słodki zapach pomarańczy. Niewielka strata, ale zupełnie 
wyprowadziła go z równowagi. Łzy pociekły mu po policzkach, a z nimi wróciły 
wspomnienia minionego dnia. Jej głos. Jej ciało. I pogarda. Boże w niebiosach! O ileż 
lepsza byłaby całkowita utrata męskości od tej wegetacji i nieustannego lęku, że 
wspomnienie rzezi pozbawi go sił w decydującym momencie. A sprawdzał to dostatecznie 
często, by zacząć mieć nadzieję, że może - tylko może -w końcu zaczął wracać do zdrowia... 
Apotem nagle komnata, w której przebywał, wydawała się zbryzgana krwią, a ciało, które 
tak rozpaczliwie ściskał, zmieniało się w zwłoki, posiekane na kawałki części ciała... Splótł 
ramiona na piersi i zadrżał. To musi się skończyć. Boże, to musi się skończyć. Tak czy 
inaczej. Jak długo tak można? 
Dopóki z tym nie skończysz. Nie ma innego sposobu. Czy będzie bolało bardziej? Przecież 
już jesteś martwy, prawda? Tak jak reszta twojej rodziny. Zabił ich szybko, a ciebie powoli, 
ale jednak zabił. 
- O Boże - szepnął. - Pomóż mi. Proszę. 
Teraz wracały wspomnienia, jak zawsze nocami. Jak trucizna sączyły się w jego mózg, 
pozbawiając zmysłów. Czy to prawdziwa 
krew, tam na dywanie? Czy w powietrzu unosi się odór śmierci? Jęknął i usiłował z tym 
walczyć, ale nie miał sił. 
Krew. Rozbryzgana wszędzie. Szkarłatne krople lśniące w świetle lampy jak tysiąc 
nieoszlifowanych granatów rozrzuconych na dywanie, podłodze i wokół nóg wielkiego 
stołu. Krew kapiąca z... 
Kapiąca z... 

Nie! - szepnął. - Proszę. Nie to. 

Krew zbierała się przy nogach fotela, krew ściekająca strużkami po neohebanowych 
rzeźbieniach, krew cieknąca z głowy jego brata, nadzianej na szpic oparcia fotela, niczym na 
włócznię wojownika... 
Zacisnął powieki i wstrząsnął nim spazm przerażenia. To były bolesne wspomnienia Boże, 
jakże bolesne! Czy nie ma żadnego sposobu, żeby je powstrzymać? 

Zrobię wszystko - szepnął, drżąc jak w febrze. - Wszystko. 

Byle tylko to się skończyło! 
Komnata wyglądała jak pobojowisko, zbiór obrazów zbyt okropnych, by ogarnąć je 
umysłem. Ciało Imelii, leżące na wielkim stole. Wypatroszone. Długie jedwabiste włosy 
Betrise, zanurzone w kałuży krwi, kilka kroków od ciała. Djgnna. Mark.^Abechar. Wszyscy 
Tarrantowie, co do jednego, oprócz Andrysa. WszyscyFracia, siostry i kuzyni, którzy mogli 
sobie rościć prawo do tego nazwiska, aż po bezbronne niemowlę, również leżące we krwi. I 
spoglądający na to wszystko, jakby z ponurego tronu, jego bratSamiel. Samiel, najstarszy z 
nich, który sam obwołał się neohrabią Merenthy. Postawił oczy w słup, jakby odwracał je od 
tego okropnego widoku, a krew na jego wykrzywionej twarzy czyniła ją w dwójnasób niere-
alną parodią ludzkiego przerażenia. 
Przez chwilę Andrys był zbyt wstrząśnięty, by zareagować. Potem wezbrały w nim mdłości, 
mdłości, zgroza i przerażenie - potworne i odbierające zmysły. Zgiął się wpół i 
zwymiotował. Skurcze raz po raz wstrząsały jego ciałem, aż nie miał już czego zwracać, a 
nawet wtedy nie ustały. Jakby dzięki temu wysiłkowi mógł uwolnić się od strachu. 
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że w komnacie jest ktoś jeszcze: jakaś wysoka postać, 
ponura i milcząca, stojąca na środkupoko-ju. Wyglądała tak złowrogo i emanowała takim 
chłodem, że łzy na twarzy Andrysa wyschły w mgnieniu oka. Chociaż w mroku nie widział 
twarzy nieznajomego, nie miał żadnych wątpliwości. Człowiek czy demon, to był morderca 

background image

jego rodziny. A teraz go obserwował. Czekał. 

background image

Przerażony Andrys cofał się, aż oparł plecy o ścianę. Po drodze potrącił krzesło, które 
przeleciało po śliskiej od krwi posadzce i w końcu upadło na leżącą na niej siostrę Andrysa. 

Kim jesteś? - zawołał zduszonym głosem, napiętym jak jego 

nerwy. - Czego chcesz? 
Nieznajomy stał przez chwilę bez ruchu. W mrożącej krew w żyłach ciszy Andrys słyszał 
bicie swego serca. Potem mroczna postać poruszyła się i jedwabiście gładki głos oznajmił: 

Jestem pierwszym i jedynym neohrabią Merenthy. 

Pod Andrysem ugięły się ze strachu kolana i byłby upadł, gdyby nie przytrzymał się ściany. 

Pierwszy neohrabią nie żyje -jęknął. - Nie żyje! 

Od dziewięciuset lat spoczywa w grobie, chciał dodać. Krzyknąć. Lecz te słowa nie 
przechodziły mu przez gardło. 

Skądże - odparła postać. - Jednak tę wersję wolał twój ojciec, 

więc tak ci powiedziano. Ten znamienity Tarrant! Sądził, że trzyma 
jąc cię w nieświadomości, zapewni ci bezpieczeństwo. 
Nieznajomy obrócił się na moment, spoglądając na odciętą głowę Samiela. 

Oczywiście, nie udało mu się. Nigdy się nie udaje. 

Postać zrobiła krok w stronę Andrysa, który z przerażenia stracił kontrolę nad zwieraczami i 
ciepła strużka moczu pociekła mu po nodze. Nagle zapragnął gromu z jasnego nieba, który 
zabiłby go od razu, nie każąc czekać, aż spotka go taki los jak... jak tamtych. Jak Samiela, 
Imelię i Marka. Dobry Boże, tylko nie tak, proszę, och, proszę... 
Postać zatrzymała się, jakby wyczuła, że jeszcze jeden krok okaże się nie do zniesienia dla 
napiętych jak struny nerwów Andrysa. 

On znał prawdę. -Nieznajomy wskazał Samiela. - Pierworod 

ny zawsze zna prawdę. To jeden z pierwszych warunków, jakie na 
rzuciłem tej rodzinie, kiedy zgodziłem się, by ród przetrwał. W chwi 
li, gdy włożył na głowę koronę tego hrabstwa, kiedy przywłaszczył 
sobie tytuł, wiedział, jaką zapłaci za to cenę. 
Andrys potrzebował prawie minuty, by zrozumieć jego słowa. By uwierzyć. 

A więc o to chodzi? - wykrztusił w końcu. - Wszystko to... dla 

tego? Z powodu tytułu? 
Wyczuł gniew budzący się w tej mrocznej postaci - to nie był poryw palącej ludzkiej 
wściekłości, raczej mroźnej jak powiew arktycz-nego wiatru. 

Ja obdarzyłem tę rodzinę życiem - oznajmiła lodowatym gło- 

sempostać. -I ustaliłem warunki, na jakich pozwalam jej przetrwać. 
Oszczędziłem waszego przodka, chociaż bez trudu mogłem go za 
bić. Nie uczyniłem tego ze współczucia, lecz dlatego, że byłem cie 
kaw, czego zdołają dokonać potomkowie mojego rodu. Tak więc po 
zostawiłem wam moje ziemie, mój zamek, moje bogactwa i bibliotekę 
- której prawdziwa wartość przekracza wasze wyobrażenia - wszyst 
ko to i jeszcze więcej. Nieprzebrane skarby. Zabroniłem wam tylko 
dwóch rzeczy... a po jedną z nich wciąż ktoś sięga. Zdarzyło się to 
już osiem razy. - Szerokim gestem wskazał na zamordowanych. - 
Uważaj to za przestrogę. 
-I za to zabiłeś ich wszystkich? - wyszeptał Andiys. - Za błąd popełniony przez Samieła? 
Wszystkich? 
Czarna postać przez chwilę spoglądała na niego w milczeniu. Nagle Andrys zdał sobie 
sprawę, że gors koszuli ma zabrudzony wymiocinami, a nogawkę spodni mokrą od moczu. 
Poczerwieniał ze wstydu. 

Ta jego pomyłka była wyzwaniem - odparła zimno postać - 

i tego nie zniosę. A co do moich metod... przekonałem się, że im su 
rowsza lekcja, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie zapa 
miętana. Pamiętaj o tym, wychowując swoich potomków. 
Potomków? Przez moment nie mógł sobie przypomnieć, co oznacza to słowo i czy może go 
dotyczyć. Jego potomkowie? Jeszcze nie miał dzieci. I nigdy nie będzie miał, jeśli ta postać 
go zabije... 
Nagle zrozumiał. Wszystko. 
Stanęły mu przed oczami postacie Ocalałych. Tajemniczych postaci, których dzieje były 
owiane tajemnicą, które przetrwały, by przedłużyć ród, podczas gdy wszyscy inni 
poumierali na skutek chorób, wojen lub (o czym niejasno wspominały kroniki) jakichś 
okropnych wypadków. 
Lub zostali wymordowani. 
Tak jak tu? 
O mój Boże, pomyślał z rozpaczą Andrys. Niech to okaże się pijackim snem. Spraw, bym 
obudził się na zapleczu jakiejś gospody i odkrył, że upiłem się do nieprzytomności i to był 
tylko koszmar, senny koszmar. Proszę, Boże, spraw to... 

background image

Widzę, że rozumiesz - zauważył nieznajomy. - Wierzę, że nie 

będziesz tak głupi, by powtórzyć błąd brata. 
Odwrócił się, zamierzając opuścić Andrysa, zostawić go samego 

background image

wśród pomordowanych. Aby mógł pogodzić się z losem, jeśli zdoła. Kiedy się odwrócił, 
promień księżyca padł na jego twarz, ukazując rysy. Oświetlając ją... 

Nie! -jęknął Andrys. - Nie! 

Ta twarz była tak podobna do jego własnej, że zaczął wrzeszczeć i nie mógł przestać, bo 
nagle zrozumiał - zrozumiał! - jaka upiorna duma mogła popchnąć człowieka do 
wymordowania całej rodziny i oszczędzić jednego jej członka, najbardziej doń podobnego. 
Pojął to, chociaż nie potrafił tego wytłumaczyć, choć skręcał się na samą o tym myśl. I 
wiedział, że od tej pory, ilekroć spojrzy w lustro, zobaczy tę twarz, nie swoją, że z odbicia 
popatrzą na niego te oczy - straszliwie puste, srebrzyste i tak podobne, a zarazem 
niepodobne do jego oczu, które spoglądały na bezkres piekieł i oczekujące nań męki... 
Jęczał. Piakal. Zwinął się w kłębek i łzy spływały mu po twarzy. Zanosił się 
niepohamowanym płaczem, który często wstrząsał nim w nocy. Czy to się nigdy nie 
skończy? Czy te wspomnienia nigdy nie zblakną, choć trochę? Kiedy będzie mógł patrzeć na 
twarz pierwszego neohrabiego Merenthy, nie skręcając się z odrazy? 
Nigdy. Dopóki z tym nie skończysz. 

O Boże - jęknął. - Nie mogę już tego znieść. 

Wtedy usłyszał ten głos - szept nie głośniejszy niż potok łez -który przeszył go dreszczem, 
jakby ktoś drapał go paznokciami po krzyżu. Niewątpliwie był to demoniczny głos - żadne 
żywe stworzenie nie potrafiłoby wydać takiego dźwięku. 
Andrysie Tarrancie. Czy tego naprawdę chcesz? Zapomnienia? Czy też chciałbyś znów 
cieszyć się życiem? 
Podparł się na łokciu, a drugą ręką otarł łzy. Przed nim stała postać nieco podobna do 
ludzkiej, chociaż nie miała w sobie nic ludzkiego. Była to plątanina ostrych krawędzi, 
spowita ciemnością, a wokół niej cienkie macki czarnej mgły wiły się jak żmije. Światło 
lampy rozszczepiało oczy widma na tysiące różnokształtnych kawałków, odbijających 
płomień milionem lśniących iskier. 
Przez chwilę spoglądał ze zgrozą na istotę, którą przywołał jego strach. Nigdy dotąd nie 
zmaterializował niczego równie konkretnego, tak niebezpiecznie fascynującego. 
Zważywszy, ile Andrys wypił, było zdumiewające, że ten stwór nie bełkotał. 
Potem zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu grozi. Gdzieś z podświadomości 
wygrzebał ochronną modlitwę, którą

background image

wymamrotał pod nosem, podnosząc kieliszek i z całej siły rzucając nim w demona. Nagle 
zapragnął, żeby słuchał go tak, jak wytwory fae często słuchały członków jego rodziny. 
Rozzłościło go, że ten stwór wybrał sobie właśnie taki moment, by go nękać. 
Demon nie poruszył się. Kielich przeleciał przezeń i uderzył o ścianę, rozbijając się. Słodki 
kordiał pociekł po boazerii. 

Nie stworzyłeś mnie - poinformował go demon. -1 nie zdo 

łasz mnie odpędzić. 
Jego głos był jak tłuczone szkło, zgrzytliwy i kruchy. 

Przybyłem porozmawiać z tobą. Oczywiście, jeśli najpierw 

chcesz zniszczyć część zastawy... - Ruchem głowy stwór wskazał 
na barek. - Poczekam. 
Kulturalny i sardoniczny głos demona zupełnie go rozbroił. 
Czego chcesz? - wyjąkał Andrys. 
Przybyłem ci pomóc. Uratować cię. 
Nie! - Dostatecznie dużo wiedział o demonach, żeby się zorientować, iż ten szukał jakiegoś 
punktu zaczepienia, sposobu, by go dopaść. Nawet kompletnie pijany zdawał sobie sprawę z 
niebezpieczeństwa. - Odejdź ode mnie! 
Jesteś pusty, Andrysie Tarrancie - rzekł demon, wbijając weń błyszczące oczy. - Tak bardzo 
pusty. Próbujesz wypełnić tę dziurę alkoholem, narkotykami, setkami ciał kobiet, ale 
bezskutecznie, prawda? 
Zostaw mnie w spokoju - wyszeptał ochryple. - Wiem czego chcesz. Nie dam ci tego. Nie... 
Pomimo to, że mógłbym cię uleczyć? - zapytał demon. - Chociaż mógłbym wypełnić tę 
pustkę w twojej duszy i znów przywrócić cię do życia? Naprawdę chcesz, żebym odszedł? 
Zamknął oczy i zacisnął drżące dłonie w pięści. To kłamstwa. Na pewno. Kłamstwa i 
oszustwa przykrojone do jego potrzeb. Nie mógł sobie pozwolić na słuchanie tego stwora, 
na cień nadziei. Koszt byłby zbyt wysoki. Gdyby się zgodził, by to coś zaspokoiło jego 
potrzeby, pozbyłby się krwi, mózgu, snów albo czegoś równie istotnego... Ponieważ właśnie 
tak działają demony, czyż nie? Gdy tylko dasz im punkt zaczepienia, jesteś już właściwie 
martwy. 
Tylko co miał do stracenia? 
Gdzieś z oddali usłyszał własne słowa, jakby wymawiał je ktoś inny: 
No już - szepnął. - Powiedz... 

Masz wroga. Zamierzam go zniszczyć. Potrzebuję do tego 

background image

sprzymierzeńca. Ludzkiego sprzymierzeńca. Krótko mówiąc, potrzebuję ciebie. I jestem 
gotowy zapłacić za tę przysługę, dając ci sposób na osiągnięcie spokoju. 
Moja rodzina została zamordowana. Nie możesz tego zmienić. Cokolwiek proponujesz... 
A co z zemstą? 
Te słowa wywołały dreszcz. 
Zabiłby mnie - szepnął, wyczuwając iskrę nadziei, jaką nagle rozpaliło to słowo, i ńie chcąc 
jej gasić. - Nie miałbym szans. 
On cię nie zabije. Ludzkie życie jest dla niego tanie, lecz twoja śmierć byłaby końcem 
waszego rodu, a on nigdy nie zniszczy żadnego ze swych tworów. Nie, Andrysie Tarrancie, 
jesteś jedynym człowiekiem na tej planecie, którego on nigdy nie zabije. Dlatego cię 
potrzebuję. 
A więc będzie mnie dręczył... 
Bardziej niż teraz? 
Andrys spuścił głowę. I zadrżał. 

On jest potężny - powiedział demon. - Być może jest naj 

potężniejszą żywą istotą, jaką stworzyła ta planeta. I złą, bez wąt 
pienia. Ale jest też dumny i nieskończenie próżny, i to go zgubi. - 
Głos zmienił się, był teraz gładki jak jedwab. Uwodzicielski. Ła 
godnie jak narkotyk pieścił mózg Andrysa. - Wiesz, czego chcę. Te 
raz pozwól, że ci pokażę, co mogę ofiarować w zamian. 
Strach ścisnął zimną dłonią serce Andrysa. Sto generacji Tarran-tów krzyczało doń, by 
uciekał. Tylko... Tylko że... Co miał do stracenia? 

Pokaż - szepnął. 

I nagle przyszło mu do głowy, że może z pomocą tego demona mógłby dopaść łotra, który 
wymordował jego rodzinę, odpłacić mu za... Lecz nie szybką śmiercią, o nie. I nie zwykłym 
bólem. Jakimś cierpieniem, równie dotkliwym jak to, na jakie tamten skazał Andrysa - 
powolną śmiercią za życia, gniciem duszy nie pozostawiającym nic prócz rozpaczy, 
pozbawieniem wszelkiej dumy, pychy, siły, władzy i nadziei... Wyobraził sobie wyniosłego 
neo-hrabiego Merenthy, bezsilnego na skutek jego działań, i nagle poczuł, że budzi się w 
nim jakieś dawno już zapomniane uczucie. Sens życia. Cel. Nadzieja. Krew raźniej 
popłynęła mu w żyłach 

background image

i zadrżał, gdy pobudziła jego mózg. Ta myśl przeszyła dreszczem całe ciało. 
Nagle wszystko zniknęło. Równie nagle jak się zaczęło. 
Nadzieja, pewność, poczucie siły - wszystkie te uczucia wchłonęła noc, jakby nigdy ich nie 
było. Pozostała tylko iskra ciepła w lędźwiach, jakby dopiero co był z kobietą. I pustka tak 
ogromna, że wydawała się gotowa go wchłonąć. 

No? - zapytał demon. - Chcesz znowu żyć? Czy też mam cię 

zostawić, żebyś zapił się na śmierć i zmienił jedno piekło na dru 
gie? Co wybierasz? 
Drżały mu dłonie, gdy usiłował pozbierać myśli. Wiedział, że umowa z demonem to 
samobójstwo. Nikt nigdy na tym nie wygrał. A on nie był teraz w stanie podejmować 
życiowych decyzji. 
Ale... 
Zapragnął powrotu tego uczucia. Chciał go tak bardzo, że miał jego smak na języku. 
Oddałby duszę, żeby znów to poczuć... a ten demon wcale jej nie żądał, prawda? Tylko 
pomocy Andrysa przy uwolnieniu świata od mordercy. Przy oczyszczeniu imienia 
Tarrantów. 

Przecież mogę to odwołać - powiedział w końcu. - Kiedy tyl 

ko zechcę. Jeśli powiem, że to już koniec, odejdziesz i zostawisz 
mnie w spokoju. Zgoda? 
Kanciasta twarz wykrzywiła się. Mozaikowe ślepia rozbłysły. Ten grymas był czymś więcej 
niż uśmiechem i sprawił, że powietrze zdawało się drżeć od nienawiści, która przepełniła 
duszę Andrysa. 

Jestem na twoje rozkazy - szepnął demon. 

background image

ŚlAt) 0€mOT)A 

background image

Idzie w blasku księżyca, krocząc cicho jak duch po wybielonych deszczem deskach. 
Wszędzie wokół niej marynarze naprawiają zniszczenia po burzy: łatają żagle, rozplątują 
liny, odwiązują części wyposażenia przywiązane dla bezpieczeństwa do pokładu. Wiatr jest 
rześki i świeży, i wydaje jej się, że wyczuwa w nim zapach lądu. Tak blisko, tak bardzo 
blisko... Przez chwilę drży i jest bliska rezygnacji. Jeszcze miesiąc, powiedział kapłan. 
Może mniej. Potem jednak przypomina sobie, jak będzie wyglądał ten miesiąc -tak samo jak 
wszystkie dotychczas spędzone na tym statku. To utwierdzają w postanowieniu. Już dosyć, 
mówi sobie. Dosyć. 
Morze jest teraz spokojne, wyładowało swój gniew przez ostatnie trzy dni. W świetle 
księżyca nie widzi białych grzebieni na powierzchni, tylko szkliste czarne fale i sporadyczne 
błyski gwiazd. Spokojne, jakże spokojne. Śmierć musi być właśnie taka: ciemność, bezruch 
i głucha cisza - gładkie królestwo, które lekko faluje, wchłaniając kolejną duszę. Wolne od 
trosk. Wolne od bólu. Wolne od strachu i rozsiewającego go demona, który już pewnie 
zagląda do jej kabiny srebrzystymi oczami, zastanawiając się, gdzie też podziała się 
pasażerka. 
Na myśl o nim oddech więźnie jej w krtani i ciało przeszywa dreszcz. Nie, szepcze. Nigdy 
więcej. Staje na relingu, czarnymi palcami nóg wyczuwając okrągłe drewno. Morze pod 
nią... 
- Mes! - słyszy za plecami głos żeglarza. Przez moment wyobraża sobie jego właściciela - 
tego niebieskookiego chłopca z Faraday, opalonego, szczupłego i jakże niewinnego - a 
potem leciutko pochyla się do przodu, w noc. - Mes! Nie! 
Słyszy kroki i po chwili nie czuje już pod palcami gładkiej poręczy, spada w ciemność w 
chwili, gdy on dociera do miejsca, gdzie przed chwilą stała. Potem głośny tupot nóg i 
krzyki, gdy nadbiegają inni marynarze. Te dźwięki wydają się dochodzić z innego świata. 
Jakby ze snu. Ona unosi się, szybuje nad falami. Spada. Woda pod nią

background image

sprawia, że czeka niecierpliwie - teraz już nie szklista, ale aksamitna, chłodna i chętna - a 
potem ten moment mija, gdy ona przebija powierzchnię. Zimne fale rozchodzą się i wpada 
w nie, szamoce się w lodowatej głębinie, wyrwana ze snu przez mroźną rzeczywistość 
morza. 
Krztusi się słoną wodą i w nagłym ataku przerażenia walczy, żeby wypłynąć na 
powierzchnię. Myśl o samobójstwie pierzcha, zastąpiona ślepym przerażeniem duszącego 
się zwierzęcia. Woda ścieka jej po twarzy, gdy w końcu unosi usta nad powierzchnię fal i 
spazmatycznie Japie oddech. Uspokaja się dopiero po dwóch lub trzech głębokich haustach. 
Drżąc, kaszle i wypluwa połkniętą wodę, a jej zziębnięte ciało instynktownie unosi się na 
falach. Nad nią uwijają się marynarze. Jeden zdjął grubą wełnianą kurtkę, a drugi chwycił 
koło ratunkowe. Czy skoczą za nią do wody? Uratują ją i zmuszą, by nadal żyła? Ta myśl 
jest bardziej przerażająca niż perspektywa śmierci. Czując, że serce wali jej jak młotem, 
zaczyna odpływać od statku. Czego obawia się bardziej? 
Nagle go dostrzega, stojącego wśród innych. Czarna sylwetka. Zupełnie nieruchoma. On jest 
jak samo morze - jak śmierć - i pomimo dzielącej ich odległości czuje w głowie jego 
napierające myśli: szukające, analizujące, rozważające. Jego głód. Widzi, jak mężczyzna 
kładzie dłoń na ramieniu jej niedoszłego zbawcy i mimo dzielącej ją od nich odległości 
słyszy słowa równie wyraźnie, jakby stała obok niego na pokładzie. 
- Dokonała wyboru ~ mówi im Łowca władczym tonem, który nie uznaje sprzeciwu. - 
Zostawcie ją. 
Spojrzenie srebrzystych oczu nie odrywa się od twarzy, Łowca obserwuje, czeka, wyczuwa 
w jej obecności śmierć, i to go fascynuje. Przeraża Pomimo całej jego potęgi, mimo wieków 
bogatych doświadczeń, ten moment jest dla niego całkowicie niedostępny i niezrozumiały. 
Ona czerpie z tej myśli nową siłę i przestaje poruszać rękami. Fale kołyszą ją łagodnie i 
pieszczą twarz, gdy zaczyna się zanurzać. Czuje na ustach słony smak wody i krwi, w 
miejscu gdzie w panice przygryzła sobie wargę. Czy on potrafi to wyczuć? Czy to obudzi w 
nim głód wystarczający, by pożałował obietnicy, jaką złożył tyle miesięcy temu: że jeśli ona 
zechce umrzeć, zamiast mu służyć, on uszanuje jej wybór i pozwoli jej odejść? Ona nie jest 
w stanie zrozumieć tej skomplikowanej mieszaniny honoru i okrucieństwa, z jaką się u 
niego zetknęła. Który demon dotrzymałby obietnicy, widząc, jak jedyne źródło jego 
pożywienia znika w odmętach? 

22 

background image

W przypływie otuchy nurkuje w toń. Morze zamyka się nad jej głową, otulają ciemność. 
Płynie w dół, najgłębiej jak potrafi, aż płuca pękają z braku powietrza. Wtedy głęboko 
zaczerpuje tchu, wpuszczając w swe ciało zimny mrok. Morska woda wypełnia jej płuca, i 
może w innym miejscu, w innym czasie, poczułaby ból. Nie teraz. Skurcze płuc są 
wspaniałym hymnem wolności i, zapadając w ciemność, napawa się przyjemnością 
umierania. 
Tym razem bez strachu. Tak mi przykro, Łowco. Tym razem nie nasycisz się strachem, 
poczujesz jedynie kwaśno-słodkie objęcia śmierci. To zaledwie przekąska dla takich jak ty. 
Przykro mi... 

Najświątobliwszy Ojcze! 
Piszę do ciebie z pokładu ,3ożej Chwały", żeglującej wraz z towarzyszącym jej statkiem na 
zachód, do portu Faraday. Usiłując powrócić do domu, jesteśmy na morzu już od dziesięciu 
miesięcy, licząc wedle czasu Primy, i ani jeden tydzień nie minął bez niespodzianek. 
Wschodnie Wrota okazały się zamknięte, gdyż ciągnące na wschód prądy były za szybkie, a 
okoliczne wulkany zbyt aktywne, żebyśmy zdołali tamtędy przepłynąć. Mimo poważnych 
zastrzeżeń kapitan Rozca skierował statek na południe, na nieznane wody, na których nawet 
jego rozległa wiedza okazała się dla nas prawie bezużyteczna. Miał nadzieję, że zdołamy 
przepłynąć na zachód między Ognistymi Wyspami, a następnie dostać się w zasięg 
tropikalnych prądów i wrócić do domu. Niestety, Nowatlantyda nie sprzyjała nam. Zaledwie 
obraliśmy ten kurs, a nastąpił wybuch tak potężny, że ogłuszył nas z odległości wielu 
kilometrów. Żeglarze miotali się w duszącym dymie, ratując żagle przed padającym na nas 
ognistym gradem. Tego dnia mieliśmy wielu rannych i byłoby ich więcej, gdyby nie Gerald 
Tarrant, który wykorzystał zasnute dymem niebo i nienaturalną ciemność, aby posłużyć się 
swą Sztuką. Ukryty w ostrzu jego miecza zimny ogień rozbłysł z silą i jasnością 
błyskawicy... 

- Cholera - mruknął Damien. - Nie mogę tego wysłać. 
Ponownie przeczytał akapit, a potem zmiął kartkę w kulę i cisnął na bok. Wylądowała na 
stercie podobnych, zalegających na pokładzie kabiny. Objął głowę rękami, usiłując się 
skupić. 

23 

background image

Najświątobliwszy Ojcze! 
Oto szczegóły mojej podróży do wschodnich krain, którą podjąłem w imię Boga i ku Jego 
wieczystej chwale. 
Pięć miesięcy zajęła „Złotej Chwale" przeprawa przez Nowatlan-tydę, którą to podróż Bóg 
pozwolił nam odbyć bez uszczerbku dla żadnego z naszych towarzyszy podróży. 
Wiedzieliśmy, że w przeszłości pięć wypraw podążało przed nami tym szlakiem, ale nie 
wiedzieliśmy nic o ich losie. Ku naszemu zdziwieniu i zadowoleniu na tym odległym brzegu 
znaleźliśmy lud całkowicie oddany Jedynemu i naukom Jego Proroka. Dowiedziawszy się, 
że my również podróżujemy w imię Boga, ci ludzie przyjęli nas gościnnie i pokazali nam 
swą ziemię, która wydawała się istnym rajem. Nawet fae została tam ujarzmiona zgodnie z 
naukami Proroka. Moją duszę przepełniła radość i nadzieja, gdy na własne oczy ujrzałem, 
jakie cuda może czynić powszechna wiara. 
Niestety, niebiański wizerunek tego kraju okazał się tylko fasadą. Kiedy zaczęliśmy 
podejrzewać, iż pod powierzchnią tego pozornego raju kryje się mroczniejsza prawda, 
byliśmy zmuszeni uciekać na pustkowia, od dawna pozostawione fae i jej wytworom. 
Podróżowaliśmy we troje: ja, kobieta rakhów, Hesseth - oraz czarnoksiężnik Gerald Tarrant. 
Skłamałbym, mówiąc, iż kiedykolwiek w pełni ufałem Łowcy lub że dobrze się czułem w 
towarzystwie kobiety rakhów, lecz w trakcie naszej wyprawy odkryliśmy wspólny cel, który 
pozwolił nam przezwyciężyć naturalne uprzedzenia. Sądzę, iż z całym przekonaniem mogę 
stwierdzić, że żadne z nas w pojedynkę nie przetrwałoby tej podróży. W istocie, kilkakrotnie 
nawet wspólnymi siłami ledwie zdołaliśmy ujść z życiem z opresji. 
W czasie podróży przeżyliśmy wiele okropnych chwil, których opisu oszczędzę Waszej 
Świątobliwości. Wystarczy rzec, iż ta kraina została zatruta dawno temu i w przemyślny 
sposób. Gerald Tarraht odkrył, że dokonano tego za sprawą demonicznych sił, 
sprzymierzonych z ludzkimi czarami, a ja nie widziałem powodu, by w to wątpić. Aby 
dowiedzieć się więcej o nieprzyjacielu (i ewentualnie poznać jego słabe strony), ruszyliśmy 
dalej na południe, do krainy znajdującej się poza zasięgiem wiernych Jedynego. Tam ludzie i 
rakhowie zawarli niezwykły pakt, zmierzający do zniszczenia wyznawców Boga oraz ich 
wiary. Ich kraj był dobrze przygotowany na odparcie ataku i o mało nie zginęliśmy, próbując 
się tam dostać. Wtedy zginęła Hesseth i zawsze będę żałował, iż nie zdołałem zapewnić jej 
należytego pochówku 

24 

background image

ani lepszego miejsca spoczynku niż zalany krwią wąwóz w obcej i niegościnnej krainie. 
Tam też wróg nawiązał kontakt z Geraldem Tar-rantem, proponując mu za zdradę naszej 
sprawy nagrodę tak sowitą, że musiała poruszyć nawet jego zimne serce. 

- Do licha. - Przez długą chwilę spoglądał na ostatnie zdanie, a potem westchnął i skreślił je. 
- O tym nie mogę mu powiedzieć, prawda? 
Usiadł wygodniej, starając się nie myśleć o tamtych dniach. Obawy. Podejrzenia. Gdyby 
wówczas wiedział to, co wiedział teraz -że Tarrant sprzedał ich, aby zbliżyć się do wroga i 
skutecznie go zaatakować - czy sprawy potoczyłyby się inaczej? Wróg ofiarował Ge-
raldowi Tarrantowi prawdziwą nieśmiertelność. Czy Damien mógł być pewien, że Łowca jej 
nie przyjmie? 
Raczej nie, pomyślał. Któżby przewidział, że w ostatecznym rozrachunku próżność Łowcy 
okaże się silniejsza od jego żądzy nieśmiertelności, a myśl o zniszczeniu jego największego 
osiągnięcia równie nieznośna jak obawa przed wygaśnięciem jego rodu? Przecież oba były 
dziełem Łowcy, prawda? Ostatnimi śladami jego obecności na Emie. Cóż w tym dziwnego, 
że kochał Kościół równie silnie, jak go nienawidził, i udał zdradę, by złapać w pułapkę 
człowieka, który zamierzał zniszczyć jego dorobek? 
Nieśmiertelność. Zycie bożka, nie znającego strachu przed karą boską. Damien już nigdy nie 
będzie mógł spojrzeć Łowcy w twarz, nie przypominając sobie dokonanego przez tamtego 
wyboru. Już nigdy nie będzie w stanie udawać, że rozumie Geralda Tarranta lub siły, które 
tamten reprezentuje. Nie po tym. 
Z westchnieniem znów podniósł pióro i zaczął pisać. 

Ustaliliśmy, że naszym nieprzyjacielem jest Książę tej krainy, związany czarnoksięskim 
przymierzem z demonem spełniającym jego życzenia. Niestety, żałuję, że prawda nie 
okazała się taka prosta. Taki sojusz stworzyłby konkretnego wroga, którego można by poko-
nać - a przynajmniej poważnie osłabić - w jednej bitwie. Tymczasem odkryliśmy, iż 
człowiek nazywający się Księciem Nieśmiertelnym był jedynie marionetką w szeroko 
zakrojonym przedsięwzięciu, którego stawką są ludzkie dusze. I chociaż uwolniliśmy tę 
krainę i jej sąsiadkę z północy spod wpływów demona, obawiam się, że to zaledwie 
początek wielkiej i strasznej rozgrywki. 

25 

background image

Teraz znamy już kilka faktów o naszym prawdziwym wrogu, demonie tak silnym i chytrym, 
że może okazać się największym zagrożeniem dla istnienia człowieka na Ernie. Tu i teraz 
nosi imię Calesta, lecz niektórzy ludzie nazywają go innymi imionami, a nawet oddają mu 
boską cześć. Jest prawdziwym demonem, pod względem mocy i postaci, co oznacza, że 
może oddziaływać na ludzi w sposób równie subtelny i złożony, jakby sam był człowiekiem. 
Potrafi tworzyć złudzenia tak przekonujące, że nawet moc Łowcy nie zdoła ich przejrzeć i 
podtrzymywać przez bardzo długi czas. Pochodzi z rodziny demonów zwanych Iezu i jak 
wszyscy Iezu jest odporny na zwyczajne metody zwalczania demonów. Na razie nie znamy 
pewnego sposobu, aby go powstrzymać. Ponadto żywi się (jak każdy Iezu) ludzkimi 
emocjami, preferując najostrzejsze przejawy sadyzmu nad łagodniejsze uczucia, jakimi 
zadowalają się jego mniej groźni pobratymcy. 
Mówiono, iż takie demony żyją chwilą i brak im umiejętności osiągania - a nawet 
formułowania- dalekosiężnych celów. To z pewnością rtie jest prawdą w tym przypadku. 
Calesta zamierza zmienić nasz świat, a po tym, co widziałem we wschodnich krainach, 
mogę tylko z dreszczem grozy powiedzieć, że jest w stanie to zrobić. Byliśmy świadkami 
skuteczności jego działań na wschodzie, gdzie machinacje tego demona pogrążyły kraj 
głęboko wierzących i dobrych ludzi w koszmarnej wojnie, której okropności wzdragam się 
opisać. Mogę się tylko modlić, aby kroki, jakie podjęliśmy dla przeciwdziałania jego wysił-
kom, okazały się skuteczne. Tyle dusz może paść łupem jednego demona! Nic lepiej nie 
dowodzi, jak bardzo nasz Kościół jest potrzebny temu światu, także dlaczego miecz, kusza, 
pistolet czy tarcza są zaledwie cieniami jedynego prawdziwego na Emie oręża, jakim jest 
wiara. 
Tak oto wracam, z sercem ciężkim od brzemienia tej wiedzy. Bądź pewny, iż podczas tej 
wojny będę twoim najwierniejszym żołnierzem, dopóki nie nadejdzie dzień, kiedy 
znajdziemy sposób na zniszczenie tego demona lub wypędzenia go na zawsze ze świata 
ludzi. 
Twój najpokorniejszy i posłuszny... 

- Jeszcze jeden raport? - powiedział Tarrant, stając w drzwiach kajuty. 
Damien obrzucił go gniewnym spojrzeniem, które mówiło, że nie trzeba mu przypominać o 
poprzednim liście do Patriarchy ani o kłopotach, jakie może na niego ściągnąć. Wysłał go, 
zamiast stawić się 

26 

background image

osobiście przed zwierzchnikiem, i kiedy wreszcie stanie przed ojcem świętym, będzie 
musiał słono za to zapłacić. 
Nie tym razem - rzekł krótko. Zakończył list, szybko podpisał go i odłożył na bok. Nie dało 
się zaprzeczyć, że zasłużył na gniew Patriarchy. Pytanie tylko, jak długo ten gniew potrwa i 
jaką przybierze formę. A także, czy ojciec święty zrozumie, że cały ich świat stoi teraz w 
obliczu zagrożenia i jeśli Kościół ma zwyciężyć, należy zapomnieć o osobistych urazach. 
A więc doręczysz go osobiście? 
Nie mam innego wyjścia, prawda? - odparł z niechęcią, której nie zdołał ukryć. - Muszę 
wracać. Dobrze o tym wiesz. 
„Wracaj do domu"- nalegał demon Karril. „Wróć do domu najszybciej jak możesz. Jeśli 
tego nie zrobisz, dasz demonowi Caleś-cie czas... a wtedy świat, do którego wrócisz, może 
nie być tym samym, jaki opuściłeś". 
To mówił rok temu. Może jest już za późno? 

Boisz się - myślał głośno Łowca. 

Nagle ogarnęła go złość, wściekłość wzbierająca w nim od dziesięciu miesięcy. 

Masz cholerną rację! - wybuchnął. -1 przychodzisz w samą 

porę, żeby się tym napawać. 
Nagromadzony w ciągu całej podróży gniew wylewał się z niego i Damien w żaden sposób 
nie mógł tego powstrzymać. 

Co czyni cię lepszym od Iezu, z którym walczymy? Co czyni cię 

bardziej godnym życia niż on? W tym momencie jakoś nie pamiętam. 
Jeśli te słowa rozgniewały Łowcę - lub obudziły w nim jakieś inne uczucie - niczym tego 
nie okazał. 

Takie gwałtowne oskarżenia nie pasują do ciebie, Vryce - od 

parł chłodnym, opanowanym tonem. - Jeśli zirytowała cię śmierć 
tej dziewczyny, powiedz mi to. 
Damien gwałtownie zaczerpnął tchu. 
Ty ją zabiłeś. 
Zaproponowałem jej umowę, którą zaakceptowała. Sama podjęła decyzję, od początku do 
końca. Chyba o tym zapominasz. Nigdy nie wpływałem na jej wolę ani nie próbowałem 
nakłonić do służby. Dobrze o tym wiesz. Zdawała sobie sprawę z moich potrzeb i zgodziła 
się je zaspokajać. Gdyby przeżyła tę podróż, zostałaby sowicie wynagrodzona za swe 
starania. Fakt, że postanowiła zerwać naszą umowę... 

27 

background image

Zabić się! Odebrać sobie życie! Tak mów - warknął Damien. - Nie używaj eufemizmów. 
Zabiłeś tę dziewczynę tak samo, jakbyś własnymi rękami poderżnął jej gardło. Ty. 
Wiedziała, kim jestem - rzekł cicho. - Tak samo jak ty. I radzę ci, żebyś pogodził się z tym 
faktem, zanim dopłyniemy do portu, wielebny Yryce. Nasz wróg i tak jest wystarczająco 
niebezpieczny. Jeśli pozwolimy, by coś nas poróżniło, jaką będziemy mieć szansę na jego 
pokonanie? 
Damien chciał coś powiedzieć, ale jakoś zdołał opanować gniew, odepchnąć go od siebie. 
Razem z nienawiścią. Wraz z obrzydzeniem. Ponieważ Tarrant miał rację, niech go szlag. 
Nie mogli sobie pozwolić na swary. Nie teraz. 

W porządku - mruknął. - A więc jakie mamy szanse? Powiedz. 

Odpowiedziało mu milczenie. Srebrzyste oczy Tarranta były 
zwierciadłami, w których odbijały się zle przeczucia Damiena. Bardzo niewielkie, zdawały 
się mówić. Po co szacować je słowami? W końcu kapłan odwrócił się i cicho zaklął pod 
nosem. 

Nigdy cię nie okłamałem - przypomniał Łowca. 

Nie. - Damien nabrał tchu i spróbował wyprostować palce. Dło 

nie bezwiednie zacisnęły mu się w pięści. - Nie, nigdy mnie nie okła 
małeś. -1 po długiej jak wieczność chwili zdołał dodać: - Poradzisz 
sobie? 
Tarrant nie od razu zrozumiał, o co Damien go pyta. 

Bez tej dziewczyny? 

Sztywno kiwnął głową. 
Ach - rzekł Tarrant i zamilkł. - Miałem nadzieję, że przetrwa dłużej. 
Odpowiedz na pytanie - warknął. 
Czy dopłynę żywy do portu? Tak. Czy będę w należytej formie, by podjąć walkę z wrogiem, 
kiedy tam dopłyniemy? Nie, jeśli przez miesiąc będę głodował, wielebny Vryce. - Po chwili 
dorzucił: - Wiedziałeś o tym, prawda? 
Kapłan zamknął oczy i głośno wypuścił powietrze z płuc. 
Tak. Wiedziałem. 
Czy mam to zrozumieć jako propozycję? 
Przypomniał sobie podróż na wschód i koszmary, jakie zsyłał na niego Tarrant, by żywić się 
jego lękiem. Nie było to doświadczenie, które kapłan chciałby powtórzyć, lecz jaki miał 
wybór? Pozwolić, by Tarrant osłabł z głodu i stał się bezużyteczny, zanim 

28 

background image

przypłyną do Faraday? Kazać mu żywić się strachem członków załogi? 
Damien westchnął przeciągle i skrzywił się. 

Tak - mruknął. - To propozycja. Tyle, ile potrzebujesz... 

-1 nie więcej - dokończył gładko neohrabia. - Rozumiem. 
Boże. Te sny. Po miesiącu człowiek może oszaleć. Czy Łowca 
nie mógłby zamiast nich pić jego krwi? Miał w sobie tyle z wampira, że czasem mogło to 
być możliwe. Czy chwilowe osłabienie nie byłoby lepsze od psychicznych męczarni? 
Ponownie spojrzał na Łowcę, próbując dostrzec głód w tych bladych, zimnych oczach. 
Czasem zadziwiało go, jak ludzki wydawał się neohrabia, którym kierowały pobudki jak 
najdalsze od człowieczych. 

Żadnych snów o Patriarsze - powiedział mu. - Ani o Koście 

le. W jakiejkolwiek formie. Zgoda? 
Kąciki ust Tarranta wygięły się w nikłym uśmiechu, w bladych oczach zabłysły iskierki. 
-Żadnych snów o Patriarsze - obiecał. -Przynajmniej jeśli chodzi o te zesłane przeze mnie. 

Tak. - Odwrócił się, nie chcąc patrzeć ani na niego, ani na list. 

- Te koszmary mam i bez ciebie, czyż nie? 

Faraday: klejnot wschodu, serce wszelkiego handlu, schronienie dla wszystkich statków 
handlowych przemierzających okoliczne wody. W przeciwieństwie do innych wielkich 
portów Erny to miasto nie opierało swego bezpieczeństwa na układzie terenu, lecz na 
murach, śluzach, zaporach i ludziach, tworzących skomplikowany system ostrzegawczy, 
czyniący tę przystań w takim stopniu bezpieczną, w jakim mogło być jakiekolwiek 
przybrzeżne miasto. 
Faraday... Zniszczone. 
Dostrzegli to już z daleka, a podpłynąwszy bliżej, zobaczyli szczegóły. Wielki falochron, 
wznoszący się dziesięć metrów nad powierzchnią morza i chroniący port, był teraz mocno 
poszczerbiony. Sterczały z niego połamane belki, głęboko wbite między głazy resztki 
jakiegoś statku pochwyconego przez morze i ciśniętego o mur. W mętnej wodzie pływały 
kawałki masztów, relingów i ożaglowania. Czasem dostrzegali w niej coś, co mogło być 
ludzkimi szczątkami, lecz tak poszarpanymi przez drapieżne ryby, że nie dało się ich 
zidentyfikować. 

29 

background image

Na szczycie muru krzątali się ludzie, dokonując pospiesznych napraw. Damien dostrzegł, że 
nerwowo spoglądali przy tym na wschód, jakby starając się ocenić stan morza Jednak 
wielkie fale czasem uderzają bez ostrzeżenia, a sądząc po tych zniszczeniach... Damienowi 
ścisnęło się serce, gdy minęli pierwszy falochron. Nienawidził morza. Nienawidził jego 
potęgi i nieobliczalności. A najbardziej nienawidził ograniczeń, jakie nakładało 
człowiekowi, hamując rozwój cywilizacji. 
Rozca z ponurą miną skierował „Bożą Chwałę" i towarzyszący jej statek ku wąskiemu 
wejściu do portu. Damien powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem i zobaczył port, z 
nabrzeżem zasłanym kawałkami połamanych pomostów i strzaskanych statków. 
To nie powinno się zdarzyć - mruknął Rozca. - Nie tutaj. 
Nie można zatrzymać tsunami. 
Kapitan prychnął i ruchem głowy wskazał na Faraday. 

Oni mogli. Może nie powstrzymać je, ale nie dopuścić, by kogoś 

zabiły. Na brzegu mieli urządzenia - machnął ręką w kierunku klifo 
wego urwiska - które potrafiły namierzyć trzęsienie ziemi aż w Now- 
atlantydzie, i tylu dobrych ludzi modlących się o ich skuteczność, że 
by działały prawie niezawodnie. Na całym wybrzeżu rozmieścili 
obserwatorów i syreny alarmowe... Jeszcze nie było tsunami, których 
nadejścia nie zdołaliby przewidzieć. Wyprowadzali na głębokie wody 
te statki, które mogli, inne cumowali w specjalnym doku unoszącym 
się na fali, zamykali śluzy, żeby port nie wysechł, a potem wynosili się 
z tego miejsca.. Może nie umieli powstrzymać żywiołu, ale potrafili 
cholernie dobrze się przygotować. Od czasu, gdy przed stu laty zakoń 
czono budowę ostatniej śluzy, w Faraday nie zatonął ani jeden statek. 
Spojrzał na port, mrużąc oczy w blasku słońca. Głęboko osadzone oczy nadawały jego 
twarzy jeszcze bardziej ponury wygląd. 

Nie tym razem - mruknął. - Do licha, spójrz tam! 

Minęli śluzę i falochron, więc teraz nic im już nie zasłaniało widoku na port. Damien 
zacisnął dłoń na relingu, spoglądając na to, co było niegdyś największym portem 
wschodniego wybrzeża i porównując go z tym, który opuścili prawie dwa lata temu. W 
miejscu, gdzie przedtem z brzegu wystawały tuziny wąskich pomostów, teraz pozostało za-
ledwie kilka, a i z tych prawie połowa była bardzo zniszczona Brakowało całych odcinków 
nadmorskiego bulwaru, oraz wszystkich budynków, które kiedyś przy nich stały. A w 
wodzie unosiły się szczątki masztów i strzępy żagli w takiej ilości, że Damien był pewien, iż 
wezbrane morze roztrzaskało tu niejeden statek wraz z pasażerami. 

30 

background image

Tsunami. Na tym niestabilnym świecie zawsze były groźne i Da-mienowi nieraz zdarzało się 
płynąć statkiem, który nie chciał zawinąć do portu, gdy poziom wód był o kilka 
centymetrów wyższy niż normalnie, co mogło zapowiadać uderzenie wielkiej fali. Faraday 
jednak uczyniła z zapobiegania jej skutkom prawdziwą naukę, którą rozwinęła w takim 
stopniu, że ta straszliwa fala zmiatająca wszystko na swej drodze, tu wyrządzała minimalne 
zniszczenia. 
Dotychczas. 
Słysząc za plecami ciche syknięcie, lekko obrócił głowę. Zobaczył Tarranta. Neohrabia 
wstał wcześnie - słońce zaledwie zaszło za wysoki brzeg i jego blask jeszcze rozświetlał 
niebo - ale zapewne usłyszał zamieszanie na pokładzie i chciał sprawdzić, co je spowodowa-
ło. A może zwęszył zapach śmierci i zapragnął ustalić, skąd dochodzi. Osłonił oczy 
urękawiczoną dłonią i spoglądał na otaczające ich ruiny. Damien, nie pytając, wiedział, że 
Łowca sięga swą Sztuką na dno morza, usiłując znaleźć jakąś informację w miejscowych 
prądach fae. 
Najpierw uderzyła tsunami - rzekł w końcu. - Następne fale były... przypadkowe. 
Zgadujesz czy wiesz? 
Powoli pokręcił głową, mrużąc oczy w blasku zachodzącego słońca. 
Woda jest wystarczająco płytka, by użyć Sztuki, chociaż ledwie, ledwie. Widzę tylko 
niewyraźny obraz. 
Rozca mówi, że port był dobrze chroniony. 
Owszem - przytaknął neohrabia. - Jednak niewystarczająco. 
Potrafisz wyjaśnić dlaczego? 
Spojrzenie wyblakłych oczu przywarło do niego. Ich białka były lekko przekrwione od 
dogasającego słońca. Damien zrozumiał, że wyjście na pokład wiele kosztowało Łowcę. 
Być może nie powinieneś pytać „dlaczego", ale „kto". Damien dopiero po chwili zrozumiał, 
co neohrabia miał na myśli. 
Calesta? 
Łowca skinął głową. 
Można by uznać, że taka klęska żywiołowa to dzieło natury i nic poza tym. Tylko że to 
trochę dziwny zbieg okoliczności, prawda? Taka katastrofa wita nas zaraz po powrocie do 
domu. Nasz nieprzyjaciel z przyjemnością przyłożyłby do niej rękę. 
Przecież on nie może wywoływać tsunami, prawda? - A kiedy Tarrant nie odpowiedział, 
Damien naciskał: - Mówiłeś, że 

31 

background image

Iezu mają władzę tylko nad ludzkimi zmysłami, nie nad materialnym światem. 
Tak mówiłem. Tylko że nigdy nie wątpiłem we wszechstronność tej władzy, wielebny 
Yryce. Ani w niebezpieczeństwo, jakie ona stanowi dla tych, którzy nie są przygotowani, 
aby stawić jej czoło. Iluzje Iezu nie mogą stworzyć prawdziwej fali... mogą jednak oślepić 
tych, których zadaniem jest ją wykryć i ostrzec innych. 
Sądzisz, że tak się tu stało? 
Myślę, że to bardzo możliwe. Uważam, iż nasz wróg uznałby to za bardzo odpowiednie 
powitanie. W ten sposób przypomina nam o jego mocy oraz daje znać, że ma nas na oku. 
Tak. Bardzo odpowiednie. - Zacisnął usta, ponownie próbując wykorzystać fae. Po kilku mi-
nutach zniechęcony potrząsnął głową. - Zaczekaj, aż wylądujemy, wielebny Yryce. Wtedy 
powiem ci więcej. Tutaj... fae jest zbyt słaba 
Ląd. Damien smakował to słowo, gdy wielki statek szykował się do wysadzenia pasażerów 
na brzeg. Po jedenastu miesiącach żeglugi prawie zapomniał, co oznacza słowo ląd, jaki ma 
on wygląd i zapach, jak stawiać nogi na nieruchomej ziemi. W dodatku na ziemi bez 
wulkanów. Po miesiącach spędzonych na Nowatlantydzie miał wrażenie, że skóra przesiąkła 
mu odorem siarki. Zastanawiał się, czy zdoła go usunąć, używając mydła. Boże, to była 
piekielna wyprawa... 
Wrócisz do Jaggonath - powiedział Łowca. Damien obrzucił go przenikliwym spojrzeniem. 
Przecież musimy, prawda? Karril ostrzegał... 

Abyśmy wrócili do domu, Yryce. Nie mam pojęcia, co to dla 

ciebie oznacza. 
Nagle pojął. Tylko o to nie odważył się zapytać przez te długie miesiące podróży. O to, o 
czym tak usilnie starał się nie myśleć. 
Wracasz do Puszczy. Tarrant skinął głową. 
Wiedziałeś, że tak będzie. 
Och tak, wiedział - gdzieś w głębi duszy, gdzie każdy chowa fakty, o jakich woli 
zapomnieć. Tylko że teraz musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Łowca wróci do Puszczy. 
Oczywiście. A Damien powróci do Jaggonath. Oczywiście. Obaj sprawdzą swoje terytoria, 
obaj ocenią, jakie szkody poczynił wróg podczas ich nieobecności. Oddzielnie, 
zapomniawszy o kilkuletnim przymierzu... Powinien być rad, że w końcu uwolni się od 
Łowcy. Jakoś jednak go to nie cieszyło. 

Uważasz, że to rozsądne? - zapytał spokojnie. 

32 

background image

Sądzę, że nieuniknione. Czy pomógłbyś mi zaprowadzić porzą 

dek w Puszczy? Twoja dusza nie przeżyłaby takiej próby. A przecież 
Puszcza to moja baza wypadowa. Muszę ją zabezpieczyć, nim zaj 
mę się czymś innym. - Słaby uśmiech wykrzywił mu wargi. - A ty 
raczej nie mógłbyś przedstawić mnie Patriarsze, no nie? Wygląda 
na to, że w naszym obopólnym interesie powinniśmy na jakiś czas 
się rozdzielić. 

Na jakiś czas - przytaknął Damien, zastanawiając się nad tym. 

Neohrabia stał bokiem do niego, ukazując swój wyrazisty profil 
i w milczeniu spoglądając srebrzystymi oczami na port. W końcu rzekł: -Mamy wspólnego 
wroga. Ze względu na jego moc i zamiary... bylibyśmy głupcami, nie łącząc naszych sił. 

Taak. - Damien ciężko oparł się o reling. - Pomyślałem tak 

samo, tylko nie uważam tego za głupotę, a samobójstwo. 
Tarrant odwrócił się do niego. Przez chwilę, tylko przez króciutką chwilę, Damienowi 
wydawało się, że dostrzega błysk strachu w tym beznamiętnym spojrzeniu - rysę na gładkiej 
zbroi arogancji. 

Być może - szepnął. - Być może. 

background image

zerwone pastylki. Lśniące jak krople krwi. Białe proszki. Miękkie jak pył, 
o gorzkim smaku. Czarne pigułki. Aksamitne i szkliste, niosące 
zapomnienie. 
Andrys ustawił je na hotelowej komodzie, buteleczki lśniące w świetle 

lampy. Zauważył, że drżą mu dłonie. W pokoju było za gorąco. 
Spokojnie, Andrys. Nie denerwuj się. Już prawie jesteś na miejscu. 
Pięć dni w drodze. Niełatwa podróż dla kogoś, kto rzadko opuszczał rodzinne strony. 
Niełatwo wejść między obcych, którzy nie znają twego nazwiska ani dziedzictwa, a nazwa 
twego hrabstwa jest dla nich zaledwie miejscem na mapie, nie bardziej i nie mniej zna-
czącym od każdego innego. 
Nigdy nie kochał Merenthy ani go nie nienawidził. Te pojęcia implikowały silne emocje, a 
prawdę mówiąc, traktował swoje hrabstwo jako coś oczywistego. Po prostu było tam. 
Posiadłość Tarran-tów znajdowała się na jego skraju, a rodzina Andrysa niegdyś spra-
wowała w nim władzę. Teraz jednak, kiedy je opuścił, znalazł w sobie pustkę, której nie 
zdołało wypełnić nawet najlepsze wino. Czuł się zagubiony w miastach wschodu, a czasem, 
kiedy nadchodziła ciemna noc i otaczały go obce dźwięki i zapachy, miał wrażenie, że jeśli 
tylko się położy, zamknie oczy i zaśnie, cała ta obcość uniesie go w dal. Aż zmieni się w 
westchnienie tego obcego wiatru, cichnący w mroku szept gasnącej nadziei. 
Czasem modlił się do Calesty, jak do boga. Czasami demon odpowiadał na jego modły. 
Wtedy duszę Andrysa wypełniały sny o zemście, przeganiając samotność. Wówczas czuł 
nienawiść tak silną, tak ponaglającą, że drżał jak w febrze jeszcze kilka godzin później, a 
jego umysł ogarniało kojące odrętwienie. Te sny... Były bólem i ekstazą niemal nie do 
zniesienia, katharsis tak przerażającą i potrzebną, że kiedy Calesta nie odpowiadał na jego 
wołania, Andrys płakał bezradny i zrozpaczony jak zagubione dziecko. 

34 

background image

Teraz te sny były wszystkim, co miał. I tylko nienawiść trzymała go przy życiu. 
Ona i narkotyki. 
Alkohol osłabiał strach, przytępiał ból wspomnień. Cerebus wyzwalał tkwiące w nim 
szaleństwo, bestię, którą od czasu do czasu musiał wypuszczać na wolność, inaczej 
pożarłaby go żywcem. Spo-walniacz dawał barwne wizje i muzykę w świecie poszarzałym 
od smutku. A czarne pigułki ściemniacza- błogosławionego ściemnia-cza- sprowadzały 
Zapomnienie oraz cienie śmierci spowijające go jak kokon, łagodziły wszelkie cierpienia, 
nadzieje i obawy, pozwalając zapomnieć o każdej, nawet najmniejszej drobinie tej męki 
zwanej życiem. Na wystarczająco długą chwilę, by zdołał odpocząć, aby mógł się przespać. 
Sciemniacz dla tkwiącego w nim tchórza, obawiającego się żyć, lecz jeszcze bardziej 
bojącego się umrzeć. 
Spojrzał na buteleczki z ich kuszącą zawartością. Przybył do Jaggonath późnym 
popołudniem, wynajął pokój, zjadł skromny posiłek i najlepiej jak mógł oczyścił się z kurzu 
po podróży. Teraz... zacisnął palce na buteleczce z czarnymi pigułkami i zamknął oczy, 
jakby fizyczna bliskość mogła w jakiś sposób przenieść zawartość do jego żył. Nie, jeszcze 
nie. Nie teraz. Przed zmrokiem powinien jeszcze obejrzeć miasto, przygotować się do 
jutrzejszego zadania. Przynajmniej tyle, prawda? Niechętnie puścił buteleczkę, pozosta-
wiając ją obok innych. Później, obiecał sobie. Później. 
To było wielkie i gwarne miasto, pełne nieznośnych widoków, dźwięków i zapachów. 
Wyczuwał w nim podskórny niepokój, którego smak niemal mial na ustach, gdy kroczył 
zatłoczonymi ulicami, usiłując poruszać się tak jak miejscowi, czyli nikogo nie dotykając. 
Zabłocony bruk ulic nie dawał pewnego oparcia dla stóp, ale przynajmniej było tu czysto. 
Znał miasta, w których prawo nie wymagało używania tych dziwnych przyrządów do 
chwytania końskiego łajna. Jego zapach przekraczał ludzkie pojęcie. Tutaj, dzięki przedziw-
nemu połączeniu uprzejmej tolerancji z przepisami prawa, w bramach nie tłoczyli się starzy 
pijacy, po chodnikach nie włóczyli narkomani o błędnych spojrzeniach, snujący szalone 
marzenia o chaosie i zbrodniach, nie było nawet rozczochranych proroków wykrzykujących 
ostrzeżenia o rychłym końcu świata i rozdających ulotki reklamujące pobliską pogańską 
świątynię. Tacy ludzie też tu żyli, jak w każdym innym mieście, ale w Jaggonath nie 
pokazywali się publicznie. Andrys Tarrant dziękował za to losowi. 

35 

background image

Wkrótce znalazł się w srebrnej dzielnicy, biorącej swą nazwę od metalu, który najlepiej 
odbijał słoneczne światło. Pancerne szyby wystaw ukazywały precjoza wykonane z tego 
kruszcu i innych: żółtego i różowego złota, miedzi oraz brązu, jak również metali sło-
necznych, takich jak srebro, białe złoto, platyna czy polerowana stal. Andrys nie znał nazw 
ich wszystkich i nie potrafił odróżnić jednego od drugiego. Kiedy Betrise wyciągał ulubione 
sztućce wykonane z pięciu białych metali, zwykle kręcił głową ze zdziwienia, że ktoś 
zechciał wydać fortunę na coś takiego. 
Oczywiście, wówczas pieniądze nie były żadnym problemem. Pierwszy neohrabia zadbał o 
to, inwestując majątek w rozmaite przedsięwzięcia, które potroiły tę fortunę, zanim 
ktokolwiek zdołał przebrnąć przez gąszcz prawnych przepisów i dobrać się do niej. Gdyby 
Andrys zastanowił się wówczas nad tym, doszedłby do wniosku, że neohrabia zatroszczył 
się o swego porzuconego syna, zapewniając dostatek jego potomstwu. Teraz wyglądało to na 
ponury żart. Pieniądze nie wskrzeszą jego rodziny, prawda? Pieniądze nie zdołają przerwać 
tego koszmaru. Można nimi jednak zapłacić za narkotyki, trunki i czasem - kiedy 
potrzebował takich zimnych, profesjonalnych usług - za kobiety. 
Z trudem wrócił do rzeczywistości i przyjrzał się leżącym na wystawie przedmiotom, 
usiłując nie myśleć o tym, co zamierzał zrobić. Lepiej nie myśleć o niczym prócz rozkazów 
Calesty, słuchać go ślepo i czekać, aż kiedyś, jakoś, uda mu się zemścić. Calesta powiedział, 
że Andrys powinien udać się do Jaggonath, więc tu przybył. Calesta polecił mu odszukać 
jubilera, więc zrobił to. Calesta kazał mu zlecić wykonanie... 
Zimny dreszcz przebiegł Andrysowi po krzyżu. 
Nie zastanawiaj się, co chce z tym zrobić. Zdążysz się dowiedzieć, kiedy będzie gotowe. 
Zaczął oglądać ułożone na wystawie przedmioty, szukając czegoś, co pomogłoby mu 
wybrać którąś z pracowni. Każda z nich wydawała się specjalizować w czymś innym: mijał 
witryny z klejnotami, sztyletami, ozdobnymi pucharami, rzeźbionymi sztućcami, tysiącami 
drobiazgów przydatnych na bale, śluby, uroczystości. Nie znalazł niczego podobnego do 
tego, czego szukał, lecz czy powinien się dziwić? Od jak dawna w Jaggonath nie robiono 
takich rzeczy? Ani nigdzie indziej, skoro o tym mowa? 
W końcu, z trudem ograniczył wybór do trzech możliwości. Po 

36 

background image

kolei oglądał wystawy za zakratowanymi oknami, usiłując ocenić jakość prezentowanych 
prac. Miał nadzieję, że dostrzeże jakiś znak lub omen, który pozwoli mu jeszcze bardziej 
zawęzić obszar poszukiwań, żeby nie musiał po raz drugi przeprowadzać męczącej roz-
mowy. Nie zniósłby tego. 
Obejrzał dwie wystawy, nie znalazł niczego, co by go zainteresowało, i z westchnieniem 
podszedł do trzeciej. Ta była obiecująca, gdyż ukazywała unikatową kolekcję misek i 
pucharów z oplatającymi je delikatnymi figurkami, służącymi jako uchwyty, uszka lub 
nóżki. Zauważył, że każda rzeźba była inna i wykończona w najdrobniejszych szczegółach. 
Na razie nieźle. Spojrzał na pięć stalowych noży o gładkich i zakrzywionych rękojeściach, 
na eleganckie srebrne ramki i pamiątki, a potem zajrzał do pracowni... 
I serce zamarło mu w piersi. Stalowe i srebrne cacka zapadły w cień, nierealne jak sen. Przez 
chwilę nie mógł się poruszyć, a potem podszedł do drzwi i złapał za klamkę. Ozdobny 
uchwyt był ciepły w dotyku i trzymając go, Andrys poczuł, że serce bije mu dziwnie szybko. 
Nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Wesoło zadźwięczły dzwoneczki, gdy zajrzał do chłodnego 
wnętrza sklepu. W środku stały gabloty wystawowe, stoły pokryte aksamitem, długa lada z 
blatem z pięknego białego neomarmuru... 
I dziewczyna. 
Wszedł do środka, puszczając drzwi, które zamknęły się za jego plecami. Boże, ależ była 
śliczna! Nie tak jak kobiety, które zwykle mu się podobały - piersiaste, szerokobiodre i 
wyzywające - lecz w sposób zapierający dech, wywołujący zawrót głowy. Skóra, gładka i 
jasna jak porcelana, lśniła w blasku popołudnia, muśnięta na czole i policzkach lekkim 
rumieńcem opalenizny. Czarne i lśniące jak jedwab włosy miała upięte w luźny węzeł 
opadający na kark. Wąskie dłonie o niewiarygodnie delikatnych palcach gładziły czarny 
aksamit stołu. Wydawała się krucha Szczupła, blada i bardzo krucha Jak porcelanowa 
filiżanka która pęknie, jeśli za mocno ją ściśniesz. Jak witraż z barwnego szkła z delikatną 
siateczką ołowianych żyłek, który przyjemnie oglądać, lecz jakże łatwo go zniszczyć. Jej 
widok obudził w nim nowe uczucia tak odmienne od tych, jakie zazwyczaj czuł w obecności 
kobiet, że przez chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa, tylko stał oniemiały. 
- W czym mogę pomóc? - zapytała. 
Była to odruchowa reakcja na przybycie klienta i dziewczyna zaczęła mówić, zanim jeszcze 
odwróciła się do niego. Potem jej 

37 

background image

czarne oczy - Boże, te oczy, mógłby w nich utonąć! - napotkały jego spojrzenie i cofnęła się 
z cichym okrzykiem. Ze zdumieniem zauważył, że się przestraszyła. Jego? Popatrzył wokół, 
zdumiony, spodziewając się zobaczyć jeszcze kogoś. Jednak w sklepie byli tylko we dwoje. 
Tę reakcję wywołała obecność Andrysa. 

Przepraszam - powiedział pospiesznie. Nie wiedział, jaki popeł 

nił błąd, ale bardzo pragnął go naprawić. Czy to możliwe, żeby wy 
straszyło ją jego nagłe wejście? Wyglądała na istotę, którą łatwo prze 
razić, jak dzikie i płochliwe stworzonko. - Nie chciałem cię przestraszyć... 
Zaczerpnęła tchu i wyczuł, że stara się wziąć w garść. 

Nie chodzi o ciebie - powiedziała w końcu. - Po prostu... myś 

lałam, że to ktoś inny. Ktoś, kogo się tu nie spodziewałam. Przepra 
szam. - Nieznacznie potrząsnęła głową; czarne włosy opadły jej na 
kark. - Nie powinnam tak zareagować. - Uśmiechnęła się i dodała 
z łagodniejszym wyrazem twarzy: - Czy mogę w czymś pomóc? 
Wygrzebał z kieszeni papiery, które przyniósł, i jakoś zdołał na chwilę oderwać od niej 
wzrok, żeby upewnić się, że wziął właściwe. 

Chcę złożyć zamówienie. Proszę. - Wręczył jej rysunki. - 

Wszystko jest tutaj. 
Zaprowadziła go do jednego z pokrytych aksamitem stołów i przysunęła sobie krzesło. Zajął 
miejsce naprzeciwko i obserwował ją, gdy oglądała rysunki. Boże, ależ była piękna! W 
innym miejscu i czasie już spróbowałby ją uwieść, choćby dla czystej przyjemności zalotów. 
Jednak tu i teraz czuł się dziwnie bezradny i siedział spokojnie, gdy studiowała rysunki, 
obserwując, jak szczupłymi palcami wygładza kartki, żeby lepiej im się przyjrzeć. 
Korona - zdziwiła się. Ścisnęło go w gardle. 
Rodzinna pamiątka - wyjaśnił. - Została... Zaginęła. 
Hej, wszystko w porządku? - Wyciągnęła do niego rękę. Zadrżał i wizja zniknęła. 
 
Tak - zdołał wykrztusić. - Tylko trochę mi słabo. - Zmusił się, by położyć ręce na stole, 
starając się wyglądać naturalnie. - Od rana kiepsko się czuję. - Oto niedopowiedzenie! - 
Myślałem, że już mi przeszło. - Zdobył się na słaby uśmiech. - Chyba jednak nie. 
Mogę ci coś przynieść? - A kiedy zawahał się, podpowiedziała: - Szklankę wody? 
Nie, ja... - Powoli zaczerpnął tchu, usiłując zebrać myśli. - Tak. Proszę. To byłoby miłe. 

38 

background image

Woda. To oznaczało, że na chwilę zostanie sam i będzie mógł się wziąć w garść. Te wizje... 
Teraz wiedział, że powinien zażyć coś przed opuszczeniem hotelu. Kilka tabletek środka 
uspokajającego, żeby łatwiej przebrnąć przez tę rozmowę. Jak, na Boga, zdołają teraz 
dokończyć? 
Musisz. Calesta twierdzi, ze trzeba to zrobić, a więc zrobisz to. Kropka. 
Proszę - powiedziała, stawiając przed nim szklankę wody. Jej głos był łagodny, 
uspokajający. Mógłby słuchać go godzinami. -Żałuję, że nie mogę służyć niczym więcej. 
To wystarczy. - Woda była chłodna i orzeźwiająca, a dzięki szklance miał co zrobić z 
rękami. - Dziękuję. 
Kiedy upewniła się, że nic mu nie będzie, wróciła na krzesło naprzeciwko niego. Zauważył 
w jej włosach pasemko siwizny, tuż nad lewą skronią. Naturalne czy też farbowane? Z 
jakiegoś powodu miał nadzieję, że to pierwsze. Wydawała się taka naturalna, niczym 
wdzięczna neosarna wędrująca po jego włościach, a nie wy-pacykowane ślicznotki, z jakimi 
zwykle się zadawał. Chociaż takie kobiety jak ona nigdy dotychczas nie pociągały Andrysa, 
ta bezgranicznie go urzekła. 
Przeglądała rysunki, biorąc do ręki każdy po kolei. Dokładnie przedstawioną koronę 
neohrabiego. Dziesięć stron w skali jeden do jednego. Inne rysunki, ukazujące detale. Ze 
zdumieniem pokręciła głową. 
Wykonałeś wspaniałą robotę. 
Wzorowałem się na oryginale. - A kiedy spojrzała na niego z zaciekawieniem, dodał: - Mój 
przodek zachował rysunki. 
Co za niezwykła rozmowa, pomyślał. Jakie to dziwne, tak spokojnie i beztrosko mówić jej o 
zwyczajach Geralda Tarranta, jakby tylu ludzi nie płakało, nie cierpiało i nie umarło z 
powodu tej korony. 

Z czystego srebra? - zapytała. 

Jeśli taka była oryginalna. 

Skinęła głową. 

Do szesnastego wieku zwyczajowo używano srebra. Domyślam 

się, że ta korona została wykonana wcześniej. 
Kiwnął głową. 

Musiała być piękna - powiedziała Z wyraźnym podziwem wo 

dziła wzrokiem po rysunkach i natychmiast zrozumiał, że to ona jest 
tą artystką, która zmieni jego szkice w rzeczywistość. Ta myśl spra 
wiła mu przyjemność. - Z czasów odnowicieli, prawda? 

39 

background image

Tak sądzę. 
Neohrabiego? - Uśmiechnęła się, gdy i to potwierdził. Jej czarne oczy rozbłysły. - Jeszcze 
nigdy nie pracowałam dła szlachetnie urodzonych. 
Słowa uwięzły mu w gardle. Z trudem wykrztusił: 
My nie... używamy tytułu. Już od dawna. 
Czy to z tego samego okresu? - Na spodzie znalazła szkice zbroi: napierśnik oraz napięstniki 
ze stali, wytłaczane i inkrustowane. - Zbroja? 
Powinienem je odłożyć - rzekł pospiesznie, sięgając po szkice. - To inne zamówienie. Wiem, 
że tu... 
Ależ tak. Nie ja, ale Gresham. Mój szef - wyjaśniła. - Robił takie rzeczy. Wiesz, nie ma na 
nie popytu. Nie na tyle, żeby był to pewny interes. Myślę jednak, że on z przyjemnością 
przyjmie to zamówienie. - Czarne oczy znów spojrzały na niego. Nie odważył się w nie 
popatrzeć. - Chyba że chcesz je złożyć gdzie indziej. 
Nie - zdołał wykrztusić. - Wcale nie. 
A więc pokażę mu te rysunki. Zapewne oszacuje koszt wszystkiego do... powiedzmy 
czwartku? 
Oszacuje. Na dźwięk tego słowa aż go skręciło. To oznaczało kolejną rozmowę o tych 
przeklętych rzeczach, kolejne pytania, wciąż pytania... Na które nie mógł odpowiedzieć, 
ponieważ nie wiedział, dlaczego Calesta kazał je zrobić. 

Nie ma potrzeby szacować kosztów - rzekł pospiesznie. Chciał 

wypowiedzieć te słowa, zanim się rozmyśli. - Cena nie gra roli. Pro 
szę tylko, żeby były dokładnie takie jak oryginał. Nieważne ile to 
będzie kosztowało. 
Zawahała się. 
To drogie rzeczy. 
Nic nie szkodzi. 
Naprawdę drogie. To czyste złoto, tutaj. - Wskazała na jeden z rysunków, wodząc palcem po 
ozdobnym motywie na napierśniku. - Sam materiał... 
Pieniądze nie grają roli. Proszę mi wierzyć. 
Usiadła i przez chwilę się nie odzywała Dostrzegł w jej oczach błysk zaciekawienia, ale 
wiedział, że nie zapyta go o stan majątkowy. Nie wprost. 

Szef zażąda depozytu - powiedziała w końcu. 

Sięgnął pod kubrak, gdzie miał przywiązaną podróżną sakiewkę. 

40 

background image

Wyjął ją, rozwiązał rzemyk i wysypał zawartość na stół. Grube, ciężkie monety, z rodzaju 
tych, w jakich lokuje się pieniądze, a nie zabiera na zakupy w mieście. Wziął je, żeby nie 
czekać z załatwieniem tej sprawy, aż miejscowy bank sprawdzi jego konto. Teraz był 
niezmiernie zadowolony z tego, że to zrobił. 
Gwizdnęła cicho. Mimo woli uśmiechnął się, rozbawiony. 
Czy to wystarczy? 
Och, tak sądzę. - Podniosła jedną z monet i obejrzała ją z uśmiechem. - Tak, myślę, że 
Gresham je przyjmie. 
Ile mam teraz zapłacić? 
Zawahała się, a potem wzięła pół tuzina monet: jedna z nich była szczególnie piękna, 
pamiątkowa. Przyjrzała się jej z podziwem, zanim odłożyła krążek na stół. Równym, 
starannym pismem wystawiła mu pokwitowanie. 
Będę potrzebowała kilku informacji. 
Oczywiście. 
Jak się nazywasz? - zapytała Wydało mu się, że w jej głosie słyszy coś więcej niż zawodowe 
zainteresowanie. A może z jego strony były to tylko pobożne życzenia? Boże, a przecież był 
w tym taki dobry! Gdzie podziały się te jego umiejętności, kiedy są mu potrzebne? 
Andrys. Andrys Tarrant. 
Zadała jeszcze kilka pytań, na które trudniej było mu odpowiedzieć. Gdzie mieszka? Stały 
adres? Jak długo zostanie w Jaggonath? Kto może za niego poręczyć? Wiedział, że te 
pytania są nieuniknione ze względu na wartość zamówienia, jakie złożył, ale na niektóre z 
trudem znajdował odpowiedź. Jak długo tu zostanie? Calesta powiedział, że rozpoczną 
zemstę w Jaggonath. Ile czasu to zajmie? 
Później, kiedy w końcu opuścił sklep, oparł się o ceglany mur, zamknął oczy i w duchu 
przeklął swoją głupotę. 
Jesteś głupcem, Andri, wiesz? Wizerunek twarzy dziewczyny wypalił się w jego duszy. 
Powinieneś powiedzieć coś mądrego. Zrobić pierwszy krok. Chociaż jej kruchy powab był 
dla niego czymś nowym, Andrys nie był nowicjuszem w sztuce uwodzenia. Gdyby 
wydarzyło się to dwa dni wcześniej, zapewne miałby już jej adres i może umówioną randkę. 
Czyżby plan Calesty tak wytrącił go z równowagi, że nie stać go było nawet na to? 
Dobry Boże. Zaśmiał się gorzko, bez radości. Śmiech przeszedł w kaszel. Nawet nie znam 
jej imienia 
I dobrze. Co mógłby zaoferować tej kobiecie? Niespokojne, 

41 

background image

burzliwe dni. Przykre, irytujące noce. Nie, lepiej zachowa swoje umiz-gi dla dziwek, nie 
oczekujących niczego prócz pieniędzy, i oportu-nistycznych panien, które można zdobyć 
podarunkami i słodkimi słówkami. Oto twój styl, komfort i więzienie twej nowej egzysten-
cji. Lepiej trzymaj się tego. 
Boże, te oczy... 
Z trudem oderwał się od ściany i ruszył z powrotem do hotelu. Tak jest lepiej, powtarzał 
sobie. Takie kobiety zazwyczaj mają już mężczyznę, a jeśli nie, to zapewne nie bez powqdu. 
Miał dość własnych problemów, czyż nie? 
Zadrżał i objął się ramionami, zziębnięty pomimo ładnej pogody. Proszki mu pomogą. Małe 
czarne pigułki. Czekały na komodzie - pocałunek słodkiego zapomnienia. Pod ich wpływem 
zapomni o wszystkim na godzinę, na wieczór, na wieczność. O bólu. O niepewności. O 
strachu. 
I o tej dziewczynie. 
Drżąc, wrócił do hotelu. 

Jeszcze długo po wyjściu Andrysa Tarranta Narilka w milczeniu spoglądała na drzwi. Serce 
mocno jej biło przez cały czas, kiedy tu był. Dopiero teraz, kiedy odszedł, wróciło do 
zwykłego rytmu. Dopiero teraz mogła normalnie oddychać, jakby nic się nie wydarzyło. 
Ta twarz. Tak znajoma. Te oczy... Mogła sobie wyobrazić ich nieco jaśniejszy odcień 
(srebro, spękane srebro, kolor lodu i słonecznego blasku), co wystarczyło, gdyż pod innymi 
względami - kształtem i wyrazem - były takie same jak oczy tamtego. Również włosy miał 
takie same (złotobrązowe, jedwabiste), tyle że Andrys Tarrant nosił je modnie przycięte, 
podczas gdy tamten pozwalał im opadać do ramion. Podobnie było z wieloma innymi 
cechami: drobne różnice, niewielkie, jedynie podkreślające niesamowite, niepokojące 
podobieństwo tych dwóch osób. 
Łowca. 
Pamiętała go z Puszczy i tamtej strasznej, przerażającej nocy. Pamiętała głód płonący w jego 
czarnych oczach, jego moc tak zimną i dziką, że zmroziła powietrze w płucach Narilki, gdy 
nabrała tchu, by krzyknąć. Nie był człowiekiem, lecz demonem - zimnym i okrumym 

42 

background image

bogiem, którego oczy stanowiły bramy do innego świata, świata tak straszliwie obcego i 
pięknego, że chociaż zamierzał ją pożreć, chociaż płomyk jej życia ledwie trzepotał pod 
jego naporem, gotowy zgasnąć, pragnęła na zawsze pozostać w mroku jego nocy. Mistycz-
nej, magicznej, tajemniczej nocy. Fioletowe światła, nieziemska muzyka oraz przypływy fae 
tak subtelne, że utonęłyby w ryku najcichszego oddechu... 
A teraz pojawił się tu Andrys Tarrant. Tutaj. W jej świecie. Żywy, w przeciwieństwie do 
Geralda Tarranta; żywy i rzeczywisty w sposób, w jaki tamten nigdy nie będzie. Mogący 
żyć i kochać jak człowiek... 
O bogowie. Zamknęła oczy i próbowała myśleć o czymś innym. O czymkolwiek. To nie jest 
właściwy powód, by kogoś pragnąć, i dobrze o tym wiesz. Miała już dość kłopotów z 
mężczyznami i nie musiała szukać nowych, prawda? Zawsze przyciągała takich mężczyzn, 
którzy szukali ofiary, nie miłości, i miała już tego dość. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz 
potrzebowała, był kolejny nieudany związek. 
Tylko że wciąż widziała te jego udręczone oczy (zielone, nie szare, i takie błyszczące!), a 
wspomnienie jego wizyty wciąż było żywe w jej pamięci, kiedy zamykała na noc sklep. 

background image

owca poleciał na zachód wzdłuż doliny Raksha, podążając z biegiem rzeki 
Lethe. Na zachód, nad Sattin, gdzie kiedyś przepłynęli na pokładzie statku 
przez Baldachim - on, kapłan, Senzei Reese i lady Ciani. Wydawało się, że 
od tego czasu minęło sto lat. Wtedy miał przed sobą jasny cel, prosty i 

oczywisty... Kiedy wszystko się tak skomplikowało? 
Gdy silne skrzydła niosły go do domu, coraz bardziej ciążyło mu brzemię paktu. W Merci 
bez zastanowienia ocalił cywilizację przed upadkiem. Podtrzymującym jego nienaturalnie 
długie życie mocom z pewnością nie spodoba się to i podejmą odpowiednie kroki, żeby dać 
nauczkę nieposłusznemu słudze. Pytanie tylko, kiedy i jaką wymierzą mu karę. Na razie nie 
zrobiły nic. I chociaż przez ten rok, jaki upłynął od tamtego wydarzenia, Tarrant zaczął mieć 
nadzieję, iż nadal będą honorować utrzymującą go przy życiu umowę, nie łudził się, że 
ominie go kara. Bezimienny nie znał litości. 
Wkrótce dolina Raksha rozszerzyła się w równinęjSjTeya, ciągnącą się aż po skraj Puszczy. 
Tam opadł na ziemię i powrócił do ludzkiej postaci, aby sprawdzić prądy fae i poszukać 
jakichś śladów knowań Calesty. Jednakże w tym miejscu złowroga siła została całkowicie 
wchłonięta przez Puszczę, tak że wokół nie pozostało jej ani odrobiny. W ciągu długich 
miesięcy spędzonych poza Puszczą zdążył zapomnieć, jaką miała moc. Stojąc tam, czuł, jak 
przyciąga jego duszę, niczym złowrogi wir próbujący go pochłonąć. Już kiedyś próbowała. 
Wtedy ją ujarzmił. Teraz bez trudu stawił opór temu przyciąganiu i ponownie wzbił się na 
białych skrzydłach, żeby obejrzeć swoje włości. 
Czy mógł mieć nadzieję, że Calesta wywarł swoją zemstę gdzie indziej i zostawił Puszczę w 
spokoju? Nawet gdyby tak było, to tylko chwilowo, i Łowca wiedział o tym. 
To miejsce jest moją ostoją, źródłem mojej siły. Jeśli demon chce mnie zranić, uderzy tutaj. 

44 

background image

Fakt, że nigdzie nie dostrzegał śladów działań Calesty, wcale nie dowodził, że nie było tu 
demona. lezu z łatwością mógł stworzyć złudzenie maskujące jego trop i nawet adept z 
trudem zdołałby je przejrzeć. Czy jego umiejętności były czymkolwiek ograniczone? Ile 
idealnych złudzeń mógł stworzyć jednocześnie? Gerald Tarrant podejrzewał, że od 
odpowiedzi na to pytanie mogło zależeć jego życie. Gdyby tylko wiedział więcej o lezu. 
Niech diabli wezmą ten ich kodeks postępowania, zabraniający przeszkadzać sobie 
wzajemnie, a przez to nie pozwalający życzliwszym lezu przyjść mu z pomocą! 
Teraz widział pod sobą drzewa: splątany baldachim pnączy i gałęzi, tak gęsty, że nawet jego 
wyostrzone zmysły nie zdołały go przeniknąć. Przepływająca poniżej fae ziemi błyskała 
chwilami jak gwiazdy na niebie, świadcząc o sile tak ogromnej, że żaden demon, lezu czy 
inny, nie zdołałby się jej oprzeć. Tarrant czuł moc fae Puszczy krążącą w jego żyłach jak 
krew, ożywiającą jego ciało i duszę. Niech Calesta zjawi się teraz, kiedy jest w pełni sił, a 
wtedy przekona się, jak szybko i bezlitośnie Łowca rozprawia się z wrogami. 
Nadchodził świt, gdy doleciał do wieży obserwacyjnej swego zamku, sterczącej jak czarna 
włócznia nad baldachimem drzew. Wyryte na jej wąskim dachu runy błyszczały żywym 
ogniem w świetle księżyca. Ostrożnie ominął wytyczony przez nie krąg, miejsce, które 
starannie oczyścił z wszelkiej fae, aby przeprowadzać tam doświadczenia w warunkach 
zbliżonych do tych, jakie panowały na Ziemi. O tym również myślał, że działo się wieki 
temu. Czy naprawdę minęły niecałe trzy lata od chwili, gdy mieszkał tutaj samotnie, jedynie 
w towarzystwie drzew i służby, zajmując się magicznymi eksperymentami? Gdybyż mógł 
po prostu wrócić do tego życia i pozwolić, by mrok Puszczy zagoił wszystkie rany zadane 
mu przez świat żywych! Jednakże to marzenie, chociaż tak kuszące, nie mogło się teraz 
ziścić. Dopóki Calesta żył, nienawidził i snuł plany zemsty, nawet Puszcza nie była 
bezpiecznym schronieniem przed jego demonicznymi knowaniami. 
Później. Kiedy będzie po wszystkim, gdy Calesta zostanie unieszkodliwiony, mój pakt 
umocniony, a Vryce pójdzie swoją drogą, inną niż moja... Wtedy będę miał czas i 
sposobność, by dojść do siebie. Określić się na nowo w taki sposób, by żaden żywy 
człowiek nie zdołał nigdy więcej zagrozić mojej duszy. 
AmoriI czekał na niego na szczycie wieży. Chłodny powiew hulającego nad Puszczą wiatru 
przyniósł krzepiąco znajomy zapach 

45 

background image

lojalności. Chociaż Tarrant chciał jak najszybciej powrócić do roli pana Puszczy, jeszcze 
przez kilka długich minut krążył w powietrzu, wypatrując w dole jakichkolwiek oznak 
świadczących o tym, że Ca-lesta wywarł tu swój wpływ. Znając wroga, Łowca doskonale 
zdawał sobie sprawę z daremności swoich wysiłków, lecz w tej wytoczonej mu przez Iezu 
wojnie nie zamierzał zaniechać żadnych środków ostrożności. Nic jednak nie obudziło jego 
podejrzeń, oprócz przelotnego cienia emanującego złowrogim chłodem Bezimiennego. Jego 
obecność nie zdziwiła Tairanta Zapewne Bezimienny przysłał tu obserwatora mającego 
zawiadomić go o powrocie sługi i teraz szykował dla niego specjalne powitanie. Łowca 
zadrżał, zataczając kolejny krąg na zimnym wietrze. Usiłował nie myśleć, jakie może to być 
powitanie. 
Służyłem ci wiernie przez dziewięćset lat - wysłał mu myśl, jakby demon mógł go usłyszeć. 
Jakby obchodziło go to, co Tarrant myśli. I prócz tego jednego nieostrożnego czynu nigdy 
cię nie zawiodłem. Wiedział jednak, że to nieprawda, że podczas swych podróży z Vrycem 
nie jeden raz wystawiał na próbę cierpliwość Bezimiennego. Jeśli Bóg da, kiedy już będzie 
po wszystkim, może otrzyma szansę określenia się na nowo i oczyszczenia duszy z 
wszelkich śladów wpływu kapłana. 
W końcu wylądował na wieży i przybrał ludzką postać. Zimny ogień spowił go na chwilę 
podczas tej transformacji. Książę Jahan-ng wrócił do domu, by objąć swój tron. 
Gdy tylko Łowca odzyskał wzrok, Amoril nisko mu się pokłonił. 

Milordzie. 

Nie okazał zdziwienia na widok Tarranta i tak powinno być. Człowiek, któremu powierzył 
pieczę nad Puszczą, powinien dostatecznie często i sprawnie korzystać ze Sztuki, aby 
przewidzieć powrót pana. 

Czy wszystko w porządku? - zapytał Łowca. 

Albinos skinął głową. 
W zeszłym miesiącu były pewne kłopoty kołojylordreth. Kilku poszukiwaczy doszło do 
wniosku, że będzie im łatwiej, jeśli wyrąbią kawałek Puszczy. Już załatwiliśmy tę sprawę. 
Mam nadzieję, że ku przestrodze innych. 
Zostawiłem ich nabitych na konary drzew w pozach sugerujących, że drzewa mogą być 
groźniejsze, niż przypuszczali. - Albinos błysnął czerwonymi oczami. - Dwa razy pomyślą, 
zanim znów spróbują podnieść na nie topory. 

46 

background image

Wspaniale - pochwalił Łowca. 

Tak też się czuł. Posmak normalności po tylu miesiącach napięcia Albinos ponownie się 
ukłonił. 

Miałem wspaniałego nauczyciela. 

Razem zeszli w ciemną czeluść fortecy, do której nie wpadał żaden promyk księżyca. 
Chociaż Puszcza na zewnątrz wyglądała kwitnąco, wnętrze zamku było w gorszym stanie. 
Tarrant z irytacją dostrzegł kurz w neomarmurowych salach. Ponadto wyczuwał słaby 
zapach amoniaku, jakby zastarzałego moczu, napływający z odległego korytarza. Czyżby 
albinos pozwolił swoim wilkom biegać po zamku? A może sam Amoril uznał za stosowne 
oznaczyć wnętrze na sposób swoich podopiecznych. Tarrant wiedział, że albinos był do tego 
zdolny. Poczuł gwałtownie wzbierającą w nim wściekłość, ale zaczerpnął tchu, po czym 
wypuścił powietrze, nic nie mówiąc. Równie dobrze ten zapach mógł być tylko złudzeniem, 
mającym wywołać rozdźwięk między nim a jego sługami. Nie będzie się teraz tym 
zajmował. Kiedy Calesta przestanie stanowić zagrożenie, będzie dość czasu, by nauczyć 
Amorila zaklęć oczyszczających i zatroszczyć się o to, by nabrał należytej wprawy. 
Co z Puszczą? - zapytał, kierując myśli w inną stronę. - Moje ostatnie dzieła? 
Mieliśmy problem z tą chorobą, którą zaraziłeś tuż przed wyjazdem populację dziurawców. 
- Łowca miał wrażenie, że albinos jest trochę niespokojny. Czy obawiał się kary za 
niedbalstwo, czy też kryło się za tym coś innego? - Zmutowały spontanicznie i zaczęły 
zagrażać innym gatunkom. Odizolowałem i zniszczyłem zarażone zwierzęta, co na jakiś 
czas powstrzyma epidemię, ale na dłuższą metę będzie potrzebne lepsze rozwiązanie. 
Łowca skinął głową, ani na chwilę nie odrywając oczu od ucznia. 

Opracuję faga przeciwdziałającego nowej mutacji. Masz prób 

ki zarażonych tkanek? 
Na końcu korytarza, którym szli, znajdowały się drzwi. Albinos otworzył je przed nim. 
Oczywiście, milordzie. 
Taka troska o najdrobniejsze szczegóły jest godna pochwały, Amorilu. Jestem zadowolony z 
postępów, jakie poczyniłeś. 

W samotności można wiele się nauczyć, milordzie. 

Czarne sale, ciemne zasłony, mroczne i kojące królestwo. Z każdym krokiem nabierał 
pewności siebie, dzięki płynącej pod jego nogami 

47 

background image

chłodnej mocy. To miejsce jest moją siłą, pomyślał. Moją duszą. Dopóki mam Puszczę, 
żaden człowiek mnie nie pokona. 
Ani żaden demon. Nawet Iezu. 
Schodzili coraz niżej. Amoril w milczeniu szedł za swym panem, aż dotarli do biblioteki. 
Tam, na regałach o wysokości prawie czterech metrów, leżały wszystkie jego zapiski z 
ostatnich pięciuset lat. 
Gdybym tylko rozpoczął prace wcześniej! 
Wziął z półki zbiór wiadomości z dziedziny demonologii i wręczył go Amoriłowi. 
Gdybym wówczas, jako arogancki młodzik, wiedział, jak wiele może zostać zapomniane w 
ciągu pięciuset lat. 
Albinos otworzył podaną mu księgę i przekartkował ją. 
Iezu? - rzekł pogardliwym tonem. 
Calesta. Pamiętasz go? 
Calesta. - Gdy uczeń usiłował sobie przypomnieć, Tarrant rzucił na niego subtelne zaklęcie. 
Czy Iezu próbował zwerbować Amo-rila, kiedy Łowca był na wschodzie? Nie miało sensu 
sprawdzanie tego wprost. Wytworzone przez demona złudzenia zamaskowałyby wszelkie 
ślady ewentualnego kontaktu. Tymczasem odpowiedź na zadane mimochodem pytanie, po 
dokładnej analizie, może ujawnić prawdę. - To ten, który próbował cię oszukać, tak? Zanim 
wyruszyłeś na wschód. 
Tak. - Nic. Zupełnie nic. Tarrant odprężył się trochę. - Przeczytaj tę księgę - rozkazał. - 
Poszukaj jego imienia lub czegoś podobnego. A także wszelkich wzmianek o jego 
specjalności, którą jest sadyzm. Co do jego zamiarów... 
Spojrzał na Amorila i trochę się uspokoił. Czego oczekiwał? Że zdradzi go ten, który 
potrzebuje go najbardziej? 
Nie ufaj niczemu, Łowco: ani twej ziemi, ani twoim sługom, ani nawet twojej sile. Kiedy 
ktoś może wpływać na twoje zmysły, wszystko musi być podejrzane. 

Toczymy wojnę - ostrzegł albinosa. - Tak więc uważaj. Jeśli 

nie znajdę jakiegoś sposobu, aby zabić Iezu... może być bardzo nie 
przyjemnie. 
Albinos wzruszył ramionami. 

Przecież to tylko demony, prawda? Chyba nie będzie trudno 

go pokonać? 
Och, mój uczniu. Jak niewiele rozumiesz! 
Wybrał jeszcze trzy tomy mogące zawierać informacje o Iezu. 

48 

background image

Zważywszy, jak wiele było tych demonów i od jak dawna działały, był to irytująco skąpy 
zasób wiadomości. Oddałby teraz wszystko za notatki Ciani z Faraday. Ona specjalizowała 
się w tej rodzinie demonów i w ciągu wieloletnich badań z pewnością zebrała mnóstwo 
informacji. Ciani jednak przebywała teraz w kraju rakhów, a wszystkie jej zapiski zmieniły 
się w popiół. Nie po raz pierwszy przeklął Senzeiego Reese'a za jego przeklętą 
krótkowzroczność. Lepiej przelać ludzką krew - nawet swoją własną - niż zniszczyć taki 
skarb. 

Milordzie? 

Popatrzył i zobaczył, że Amoril nawet nie otworzył księgi. 
O co chodzi? 
Mam dla ciebie dar. - Albinos uśmiechnął się, ukazując ostre zęby. - Powitalny prezent, 
który przygotowałem, kiedy dowiedziałem się, że wracasz. Czy pozwolisz, bym ci go 
pokazał? 
Myśląc o czekającym go zadaniu, Łowca kiwnął głową. 
Może powinien skontaktować się z lady Ciani. Nie za pomocą Sztuki, rzecz jasna. Ściana 
fae, jaką rakhowie wznieśli wokół swojej ziemi, nie pozwoli mu wykorzystać prądów, aby 
do niej dotrzeć. Może jednak powinien wybrać się tam z Vrycem, przynajmniej do granicy? 
Ciani z pewnością ma cenne informacje i chętnie mu pomoże. W końcu była kiedyś jego 
uczennicą... 
Ona jest takie mistrzynią wiedzy, a jako taka musi zachować neutralność. Ciekawe, jak silne 
są jej śluby? Czy pomogłaby nam wygrać wojnę, gdyby wiedziała, ie od tego zależy los 
całej ludzkości? A może tym bardziej nie chciałaby się w to mieszać? 
Zapach krwi doleciał go przed wonią strachu. Zaskoczony, uniósł głowę i zobaczył Amorila, 
ciągnącego doń opierającą się kobietę. Albinos uśmiechnął się. 

Pomyślałem, że możesz być głodny po długim locie. 

Związał jej ręce na plecach i trzymał koniec rzemienia jak smycz. 
Szarpała się jak dzikie zwierzę, ogarnięta przerażeniem, jakiego serce żadnej ludzkiej istoty 
nie jest w stanie długo znieść. A więc wiedziała, kim jest Tarrant. Dobrze. To oszczędzi mu 
kłopotu wzbudzania w niej strachu. Chociaż nie miałby nic przeciwko temu. Po jedenastu 
miesiącach spędzonych na tym przeklętym statku przydałaby mu się odrobina rozrywki, ale 
tym razem nie chciał tracić czasu. 
Jak dobrze być znowu w domu, gdzie czekają go przerażone kobiety! Dobrze korzystać z 
utrwalonej od pięciuset lat reputacji Łowcy, dodającej smaku takiej szybkiej przekąsce. Jej 
strach byl słodki 

49 

background image

i upajający. Sycił się nim z lubością. Kiedy skończył, puścił ją i skinął na Amorila, żeby 
wyniósł ciało. Niech albinos rzuci je swoim ulubieńcom, jeśli chce. Nasycą ciepłą krwią. 
Nawet jednak ta przyjemność nie na długo oderwała go od pracy. Zaczął przeglądać księgi, 
strona po stronie, szukając czegoś użytecznego. Czegokolwiek. Nie spodziewał się, że 
znajdzie zapiski na temat samego Calesty albo jakiś sposób na pozbycie się Iezu. Jednak 
gdzieś, zagrzebana wśród notatek z pięciu stuleci, z pewnością tkwiła jakaś użyteczna 
informacja. Gdzieś tu. 
Musisz w to wierzyć, pomyślał ponuro, wertując stare księgi, każąc fae utrzymywać w 
całości ich kruche kartki. Musisz. Ponieważ bez tej jedynej nadziei jesteśmy niechybnie 
zgubieni. 

background image

oc. Pora snów. Pora, gdy demony przejmują władzę nad umysłem, nie 
wypuszczając go do świtu ze swych zimnych objęć. Czas, gdy ludzka 
dusza przestaje opierać się szaleństwu tego świata i mroczne kształty, 
kryjące się w zakamarkach serca, mogą w końcu przybrać materialną 

postać. 
Chociaż było późno, Patriarcha nie spał. Znów. Nie chciał spać, bał się położyć. 
Obawiał się snów. 
Przed nim leżała otwarta książka, ale już jej nie czytał. Z westchnieniem potarł skronie, 
jakby to mogło przynieść ulgę jego duszy, nie tylko obolałej głowie. Wiedział, że powinien 
się przespać. Jeśli szybko się nie położy, zapłaci za to rano. Mimo wszystko... Ponownie 
spróbował czytać i dopiero kiedy zrozumiał, że nie jest w stanie skupić wzroku na literach, z 
westchnieniem zamknął książkę i wyciągnął się na mahoniowym fotelu. Czuł się tak, jakby 
w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy postarzał się o sto lat. Oczywiście, to przez te sny. 
Gdyby tylko mógł się od nich uwolnić, stosując jakiś specjalny lek lub rytuał, jakąś 
modlitwę... Wiedział jednak, że nie ma niczego takiego. Szukał dostatecznie długo i 
uporczywie, żeby być tego pewnym. 
A gdyby nawet udało mu się uwolnić od tych snów, czy to by mu pomogło? Człowiek nie 
może obyć się bez snów. A przynajmniej nie tracąc przy tym zmysłów. Tak mówili mu 
wszyscy lekarze. 
Jeżeli jestem przy zdrowych zmysłach. 
Wszystko zaczęło się od wizji ukazujących Vryce'a. Krótkie migawki, wciśnięte między 
tworzywo zwykłych majaków. Vryce rozmawiający z demonami. Vryce otoczony przez 
stosy trupów. Vryce podróżujący ze stworem tak złym, że jego obecność była niczym 
ciemna plama w krajobrazie snów Patriarchy, ciemnością cuchnącą głodem, śmiercią i 
najgorszym występkiem. Z początku Patriarcha 

51 

background image

brał je za zwykle koszmary i niewiele o nich myślał. Zważywszy na gniew spowodowany 
zachowaniem Vryce'a oraz dokonanym przez niego wyborem towarzysza podróży, należało 
się dziwić, że takie koszmary nie dręczyły go wcześniej. 
Potem jednak zaczęły się inne sny, o rzeczach bliższych jego sercu. I stopniowo, wbrew 
woli, musiał pogodzić się z prawdą. Te natrętne sny nie były tylko majakami, ale 
prawdziwymi wizjami, ukazującymi mu niedaleką przyszłość. Kiedy w nocy śnił mu się 
skorumpowany burmistrz, rankiem budził się i widział migoczące na tablicach świetlnych 
wiadomości o szantażu i nadużyciach. Kiedy śniła mu się cudzołożąca Nans Bakrow, trzy 
dni później dowiedział się, że jej mąż wystąpił o rozwód, podając właśnie taki powód. A 
kiedy przyśniło mu się, że ten mały Gillisów popełnił samobójstwo... 
Nadal bolało go to wspomnienie. Obudził się w środku nocy. Pospiesznie się ubrał. Potem 
pobiegł do domu Gillisów ulicami rojącymi się od demoniaków, w rozpaczliwej nadziei, że 
uda mu się zapobiec tragedii, której przed chwilą był świadkiem. Wszystko na próżno. 
Zanim obudził rodziców chłopca i odnalazł miejsce, które widział we śnie, z żył młodzieńca 
wyciekła już ostatnia kropla krwi. Usta chłopca były sine i zimne, martwe oczy otwarte i 
oskarżające., Jeśli wiedziałeś" - miał wrażenie, że to w nich czyta- „dlaczego nie przybyłeś 
wcześniej?". Jego rodzice nie powiedzieli tego głośno, ale Patriarcha wiedział, że tak 
pomyśleli. Tak samo jak on, przez te wszystkie bezsenne godziny, gdy do świtu zmagał się z 
poczuciem winy i rozpaczą. 
Proroctwa, szeptali jego doradcy i słudzy. Ojciec święty widzi przyszłość. Nie mieli racji, 
wcale nie. „Proroctwo" zakłada jakieś ramy czasowe, równowagę między teraźniejszością a 
przyszłością, którą - chociaż z trudem - można zmienić. Czyż dla każdej chwili na tym 
świecie nie istnieją tysiące potencjalnych przyszłości, z których proroctwo objawia tylko 
jedną? Nie, w porównaniu z tym proroctwo byłoby błogosławieństwem. On miał koszmarne 
jasnowidzenia, z przymusu został widzem wszystkich nieprawości tego świata i niczego nie 
mógł zmienić. Istna pornografia duchowa, której stał się bezsilną ofiarą. 
Próbował zażywać leki. Starał się modlić. Nawet usiłował nie spać, mając nadzieję, że na 
skutek wyczerpania zapadnie w sen tak głęboki, że nie dosięgną go sny. Na próżno. I 
chociaż teraz Vryce śnił mu się rzadko, to w takich sytuacjach, że Patriarcha budził się roz-
trzęsiony i zlany zimnym potem. Dymiące wulkany, czarne nieba 

52 

background image

sypiące gorącym popiołem, rozbity na kawałki statek i jego pasażerowie pływający w 
kipieli... oraz kobieta udręczona i wystraszona tak bardzo, że serce Patriarchy ściskało się ze 
współczucia, podczas gdy Vryce stał obojętnie i nie próbował jej pomóc. Nawet więcej, 
pozwalał jej cierpieć, dotrzymując jakiejś dziwnej demonicznej umowy, jaką zawarł z 
Łowcą. 
„Niech ci Bóg dopomoże, Vryce, jeśli te wizje są prawdą". Wyszeptał te słowa w noc, gdy 
ostatnie z obrazów rozpadły się w ogniu i dymie. „Niech cię Bóg uchroni przed moim 
gniewem". 
Nagle ktoś zapukał w grube drewniane drzwi sypialni. Patriarcha gwałtownie uniósł głowę, 
zaalarmowany głośnym dźwiękiem. Cóż może być tak ważnego o tak późnej porze? 

Wejść. 

Drzwi otworzyły się na oścież, mocno uderzając o ścianę. W progu stanął zdyszany Leo 
Toth, spocony z wysiłku. 

Ulica bogów - wysapał. Nie ulegało wątpliwości, że szybko 

biegł. Musiał przytrzymać się ściany i z trudem łapał oddech. - 
Świątynia Davarti. 
I dodał przepraszającym tonem: 

Wasza świątobliwość mówił, że chce wiedzieć... 

Patriarcha natychmiast zrozumiał, co przybyły chce mu powiedzieć. 
Wstał, zapominając o zmęczeniu. Teraz nie było czasu do stracenia. 
Kiedy? - zapytał. 
Przed chwilą - wysapał Leo. - Jeśli się pospieszymy... -Ilu? 
Leo Toth potrząsnął głową. 

Nie wiem. Dwa tuziny. Może więcej. Minąłem ich tuż przed 

świątynią Sangh, może dwie przecznice od Davarti. Szedłem z ni 
mi tylko przez~crTwilę, żeby dowiedzieć się, dokąd zmierzają, a po 
tem przybiegłem tutaj. -Pochylił się, spazmatycznie łapiąc oddech. 
Ze świstem wypuszczał powietrze szeroko otwartymi ustami. - To 
napad, ojcze święty, nie ma wątpliwości. 
Napad. 
Szybkimi, zdecydowanymi krokami Patriarcha podszedł do szafy, w której wisiała jego 
odświętna szata, i narzucił bogato haftowaną stolę na togę z beżowego jedwabiu, którą już 
miał na sobie. Dodał do tego najokazalsze nakrycie głowy - stożkowate i wyszywane złota 
nicią. Wybrał je i włożył bez chwili wahania Zbyt często powtarzał te czynności w myślach, 
żeby się teraz zastanawiać. Dotychczas 

53 

background image

zjawiał się za późno, dowiadując się o wydarzeniach po fakcie. Teraz, po raz pierwszy, miał 
szansę coś zmienić. 
„I zrobię to" obiecał swemu Bogu. „Powstrzymam ich i przyprowadzę z powrotem do 
Ciebie. Przysięgam". 
Razem z Leo opuścił komnatę i pospieszył do tylnego wyjścia z budynku, żarliwie modląc 
się w myślach. 
Pomóż mi wypełnić Twoją wolę. 
Dwie kondygnacje niżej dotarli do wąskiego korytarza i dosłownie rzucił się do drzwi na ich 
końcu. Za nimi znajdował się niewielki przedsionek prowadzący do stajni. Na przeciwległej 
ścianie wisiały siodła z błyszczącymi mosiężnymi okuciami. Mężczyzna w liberii, trzymając 
w dłoni kubek z kawą, pochylał się nad gazetą, najwidoczniej nie spodziewając się gościa o 
tak późnej porze. 

Powóz - rozkazał Patriarcha. 

Nie musiał wykrzykiwać tego polecenia-jego zachowanie mówiło samo za siebie. 
Zaskoczony mężczyzna upuścił gazetę i pospiesznie odstawił kubek z kawą. Brązowy płyn 
trysnął z naczynia, opryskując egzemplarz ,$ata i siodła". 

Oczywiście, wasza świątobliwość. 

Niezgrabnie chyląc się w ukłonie, przeszedł przez następne drzwi, do stajni. Patriarcha 
słyszał dobiegające stamtąd parskanie koni. 
Może Bóg dał, że powóz jest gotowy, pomyślał. Może nie będzie trzeba czekać, aż stajenny 
wyprowadzi i zaprzęgnie zwierzęta. Każda chwila zwłoki mogła kosztować ludzkie życie. 
Powóz był przygotowany i po niecałej minucie Patriarcha już siedział w środku. 

Na ulicę Bogów - polecił z takim gorączkowym pośpiechem, 

że woźnica zareagował natychmiast i powóz ruszył, zaledwie Pa 
triarcha oderwał nogi od ziemi. 
Wyjechali ze stajni na ulicę. Było ciemno, bardzo ciemno, gdyż na niebie znajdował się 
tylko jeden księżyc, a i ten na pół schowany za rzędem domów. Odpowiednia noc na takie 
zamieszki, pomyślał ponuro. 

Szybciej - mruknął, ale nie musiał popędzać woźnicy, który 

pojął, że Patriarcha się spieszy, i pędził pustymi ulicami z szybko 
ścią, która byłaby niebezpieczna - i prawnie zabroniona - za dnia. 
Ulica Bogów nie była jedną aleją, lecz ciągiem ulic biegnących zygzakiem przez kulturalne i 
finansowe centrum miasta. Nazwano ją tak ze względu na szereg pogańskich świątyń, które 
się przy niej 

54 

background image

znajdowały. Nawet powolna jazda po niej była trudna, a przy tej szybkości bardzo 
ryzykowna, lecz Patriarcha mocno zaparł się w siedzenie i nie narzekał, gdy woźnica 
prowadził pojazd wąskimi uliczkami. Liczyła się każda chwila. 
- Tam! - Dźwignął się na widok płomieni. Gniew walczył w jego duszy z rozpaczą. Czyżby 
przybył za późno? - Stań tam! 
Na ulicy przed świątynią Davarti zobaczył dziesiątki ludzi - może setki - lecz było zbyt 
ciemno, żeby dostrzec, co robili. Bili się? Demonstrowali? Czy też po prostu gapili na 
złociste płomienie liżące starożytną budowlę? Biegnąc do drzwi świątyni - po prostu 
odpychając tych, którzy stali mu na drodze, bo nie miał czasu na uprzejmości - zauważył, że 
niektórzy z nich pędzili w kierunku pożaru, z wiadrami w rękach. Dobrze. Jeśli będą działać 
szybko i sprawnie, może uda się jeszcze uratować budynek. Natomiast dusze tych w 
środku... to zupełnie inna sprawa. 
Wpadł do świątyni, ogarnięty tak słusznym gniewem, że otaczająca go fae zdawała się 
płonąć, świecąc jak aureola w powietrzu wokół jego głowy. W świątyni panował chaos - 
grupki wiernych daremnie usiłowały bronić świętego miejsca przed napierającym tłumem. 
Wśród atakujących dostrzegł kilka znajomych twarzy, dość, by potwierdzić podejrzenie, że 
ci rozwścieczeni ludzie, niszczący relikwie i bijący kapłanów, należeli do jego owieczek. W 
końcu wściekłość w jego duszy wzięła górę nad rozpaczą. 
-Jak śmiecie?! - zawołał, z oczami roziskrzonymi gniewem. Niewielu usłyszało go w tym 
zgiełku, ale to wystarczyło. Jeden z napastników cofnął się od ikony, którą próbował rozbić, 
a usiłująca go powstrzymać kobieta powiodła wzrokiem za spojrzeniem mężczyzny. 
Napastnik obok również zerknął, sprawdzając przyczynę zamieszania, i on również 
znieruchomiał pod gniewnym spojrzeniem Patriarchy. Głowa za głową zwracały się ku 
Patriarsze i w świątyni powoli zapadła cisza. Po chwili słychać było tylko brzęk padającego 
na podłogę szkła i ciche jęki rannych. 
-Jak śmiecie?! -powtórzył, kiedy w końcu zwrócił na siebie uwagę wszystkich. Szybkim 
krokiem ruszył głównym przejściem do podium i znajdującego się na nim bożka. Stojący 
mu na drodze ludzie, zarówno poganie, jak i wierni, pospiesznie uskakiwali Patriarsze z dro-
gi, a tych, którzy tego nie zrobili, odpychał na bok jak źdźbła słomy. 
W końcu dotarł do ołtarza i stanął przed nim. Czarna farba ściekała z przedstawiającej bożka 
rzeźby, gdy Patriarcha wodził wzrokiem 

55 

background image

po zalanym krwią tłumie. W oddali trzaskały płomienie, ale pożar najwidoczniej objął tylko 
małą komnatę we frontowej części świątyni i grupka ludzi już próbowała go opanować. 
Pomimo złowieszczego trzasku ognia i zapachu dymu uznał, że są stosunkowo bezpieczni. 

To tego was nauczono?! - zawołał. - Tak służycie waszemu 

Bogu?! 
Powiódł po nich wzrokiem, wyławiając szczegóły, zapamiętując twarze. Niejeden człowiek 
zaczerwienił się pod jego oskarży-cielskim spojrzeniem, zapominając o żądzy niszczenia. 

Kto wam przewodzi? - zapytał. Pod kopulastym sklepieniem 

świątyni panowała cisza, przerywana tylko sykiem płomieni i ka 
paniem krwi. - Kto za to odpowiada? 
Nadal wszyscy milczeli. Patriarcha czekał. Wiedział, że nie powinien dociekać, kto jest za to 
odpowiedzialny - jeśli w ogóle była jedna taka osoba - lecz zmusić ich, żeby znów zaczęli 
myśleć, zachowywać się jak ludzie, by otrząsnęli się z tego zbiorowego szaleństwa i 
przypomnieli sobie, kim są oraz jakiemu Bogu służą. 
W końcu jeden z mężczyzn wystąpił naprzód i stanął przed Patriarchą. Twarz miał pokrytą 
potem i krwią, spuchniętą z jednej strony. 

Przyszliśmy oczyścić to miejsce! - Wskazał na ołtarz. - Patrz! 

Spójrz, komu oddają cześć! Czy chcesz tego w Jaggonath? Chcesz 
mieć to na ulicach, gdzie mogą zobaczyć to nasze dzieci? 
Patriarcha nie odwrócił się, by spojrzeć na bożka, lecz zamiast tego popatrzył na tłum. Ujrzał 
swoich wiernych, spoglądających na niego z lękiem, i wydało mu się, że na twarzy 
niejednego z nich dostrzega poczucie winy. Dobrze. Co do tych, którzy oddawali tu cześć 
swemu bożkowi... W ich oczach malował się strach i coś jeszcze. Podziw. Co widzieli, kiedy 
patrzyli nań, w całej chwale jego wiary? Zwierzchnika kapłanów, doradcę królów. Wedle 
ich pogańskich kryteriów widzieli prawie boga, a z pewnością boskiego posłańca To, że ktoś 
taki przybył, aby stłumić zamieszki, zadziwiło ich; a to, że zechciał bronić ich bożka i wiary, 
przekraczało zdolność pojmowania tych ludzi. 
I na tym polega różnica między nami, pomyślał. Właśnie na tym. 
Prawo tej ziemi pozwala ludziom oddawać cześć bogom, jakich sobie wybiorą. - Mówił 
powoli, wyraźnie, głosem, który wypełnił świątynię i był kontrapunktem ich gniewu. - 
Prawo Kościoła wymaga zachowania porządku... 
Jeden świat, jedna wiara! - zawołał mężczyzna. - Tak nakazuje Prorok! 

56 

background image

On także nakazuje nam zachować nieskalaną duszę! - odparł Pa 

triarcha. - Przede wszystkim. - Oskarżycielskim spojrzeniem po 
wiódł po zebranych. - Tak chcecie to osiągnąć? Brutalną przemocą? 
Ślepą nienawiścią? Spójrzcie na siebie! - Wskazał ręką na tłum. Kil 
ka osób skuliło się, gdy wycelował w nie palec. - Dzisiejszej nocy 
ucztują demony, moi przyjaciele. Sycą się waszą nienawiścią. Wszę 
dzie wokół was w mroku rodzą się zjawy, które po wsze czasy będą 
żywić się ludzką nietolerancją, gdyż ta siła powołała je do istnienia. 
Czyżbyście o tym zapomnieli? Czy zapomnieliście, że naszym naj 
większym wrogiem nie jest obcy idol czy nawet obcy bożek, lecz ta 
sama siła, która daje tej planecie życie? Naszym najświętszym obo 
wiązkiem jest zachowanie człowieczeństwa, a jeśli nie zdołamy go 
ocalić, wszystkie nasze modły nie zdołają zbawić tego świata. 
Mówiąc, widział gromadzący się w drzwiach tłum gapiów sprzed świątyni, przyciąganych 
jego słowami jak ćmy do płomienia świecy. Chwała Bogu, który obdarzył go takimi 
oratorskimi zdolnościami. Jeszcze nigdy nie był bardziej za nie wdzięczny opatrzności. 

Tak, Prorok marzył o jedności. Jednak nie można jej osiągnąć 

przemocą - nie terrorem, nie nienawiścią. Trzeba na nią zasłużyć. 
Cisza, głucha i głęboka. Witraż, naruszony podczas zamieszek, właśnie w tym momencie 
wypadł z ram. Z oskarżycielskim trzaskiem uderzył o posadzkę i rozbił się na sto kawałków. 

Idźcie do domów! - rozkazał Patriarcha. - Do domów! Módl 

cie się, aby Bóg wskazał wam drogę. Proście Go o wybaczenie oraz 
o nowy i lepszy związek duchowy z Nim. Teraz na własne oczy wi 
dzieliście zło, z którym walczymy, mieliście je w waszych sercach. 
Może doświadczywszy tego, będziecie silniejsi. 
Nikt się nie ruszył. Zasłona na balkonie stanęła w płomieniach i Patriarcha usłyszał, jak 
ludzie na górze pokrzykują do siebie, usiłując zdusić nowe zarzewie ognia, zanim pożar się 
rozprzestrzeni. Patriarcha pozostał tam, gdzie stał, i spoglądał na swych wiernych, samą 
swoją obecnością przypominając im, co symbolizuje ich Bóg i czego od nich oczekuje. 
W końcu, klnąc, ktoś się ruszył. Rzucił łom, który trzymał w ręce, odwrócił się na pięcie i 
opuścił budynek. Za nim poszedł następny. I trzeci. Czwarty ostrożnie odstawił wazę, którą 
trzymał, a potem pokłonił się Patriarsze i również pospiesznie wyszedł. Patriarcha odetchnął 
z ulgą. 
Dzięki Ci, Boie. 

57 

background image

Teraz ruszyli inni, dwójkami i trójkami opuszczając świątynię. Gniew i nienawiść, które 
zmieniły ich w groźny tłum, teraz wyparowały, przynajmniej na chwilę, a chociaż Patriarcha 
nie łudził się, że zniknęły na zawsze, dziękował losowi za to skromne zwycięstwo. 
Bądź przy nich, Panie, teraz i zawsze. Prowadź ich. Ochraniaj. Podtrzymuj ludzkie uczucia. 
Teraz wychodziło ich więcej, zbyt wielu, by zliczyć. Teraz, kiedy się rozdzielili, można było 
oszacować ich liczebność i porównać ją z grupką kapłanów i wyznawców, którzy usiłowali 
zapobiec zbezczeszczeniu świątyni. Tak niewielu, pomyślał, spoglądając na nich. Większość 
z nich była zakrwawiona, a niektórzy, jęcząc, leżeli na posadzce. Zauważył co najmniej dwie 
złamane kończyny i kilka równie poważnych obrażeń. Byli dzielni. Nigdy nie przestawało 
go dziwić, jaką odwagę potrafią wykazywać ludzie w obronie swej wiary. Jakiejkolwiek 
wiary. 
Prorok miał rację, kiedy rzekł, iż wiara jest najpotężniejszą siłą na Ernie. Spojrzał na 
pogańskie symbole na ścianach i ze smutkiem potrząsnął głową. Gdybyśmy tylko potrafili ją 
zjednoczyć, tak jak zamierzał. 
Wszyscy wierni opuścili świątynię. Upewnił się, że tak jest, zanim zszedł z podium i 
zamiatając rąbkiem szaty po zalanej krwią posadzce, wymaszerował z budynku. Jakiś 
człowiek zastąpił mu drogę i Patriarcha przez chwilę myślał, że czeka go kolejna 
konfrontacja. Jednak kapłan tylko nisko mu się pokłonił, jak wielkiemu panu. 
- Dziękuję - szepnął. Miał drżący głos i czoło zalane krwią. -Dziękuję, że ich 
powstrzymałeś. 
Patriarcha obejrzał się na stojącą na ołtarzu rzeźbę. Na piedestale z kamienia siedział bożek 
mający osiem par rąk oraz cztery pary męskich i żeńskich organów płciowych. Postać miała 
głowę osadzoną w najniżej położonym kroczu, wystawiony język i wpychała sobie do ust 
maleńkiego człowieka, który wydawał się poruszać nogami. Posąg był poszczerbiony w 
miejscach, gdzie uderzenia łomów odłupały kawałki kamienia, i gęsta czarna farba ściekała 
z jego głowy na ołtarz. Jak krew, pomyślał Patriarcha Po prostu jak krew. 
Znów odwrócił się do kapłana i z odrazy ścisnęło go w gardle. Nie zrobiłem tego dla was, 
pomyślał ponuro. Wiedząc, że ten człowiek nigdy nie zrozumiałby, co się tu dziś stało, ani 
jak bardzo jest to ważne. Dla tych kapłanów był to po prostu napad, przerażający lecz już za-
kończony; dla niego była to kolejna bitwa w walce o ludzkie dusze. 

58 

background image

Kiedy wyszedł ze świątyni, usłyszał syrenę nadjeżdżającego wozu strażackiego. Przeszedł 
przez tłum gapiów, jakby byli duchami, a oni rozstąpili się przed nim jak przestraszone 
zjawy. Jego powóz stał dwie przecznice dalej, poza zasięgiem motłochu, lecz Patriarcha nie 
skinął na woźnicę. Po zadymionym wnętrzu pogańskiej świątyni z przyjemnością wdychał 
chłodne nocne powietrze. W górze trzepotały zrodzone z nienawiści widma, ale na razie 
trzymały się z daleka. Z czasem nabiorą sił i nauczą się polować na ludzi. 
Stworzone przez moich wiernych, w imieniu mojego Boga. Poczerwieniał ze wstydu. Czy 
oni nigdy się nie nauczą? 
Podszedł do powozu i napotkał spojrzenie woźnicy. Ten nigdy nie ośmieliłyby się 
wypytywać Patriarchę, ale było po nim widać, że umiera z ciekawości. 

Już po zamieszkach - rzekł krótko ojciec święty. - Davarti jest 

bezpieczna. Na razie. 
Nie miał siły wdawać się w szczegóły, więc tylko opadł na siedzenie powozu, który właśnie 
zawracał. Ten człowiek dowie się wszystkiego, kiedy wieść rozejdzie się w całym mieście. 
Nie ma potrzeby niczego wyjaśniać. 
Ile jeszcze będzie takich rozruchów, zastanawiał się, zanim skończy się to szaleństwo? 
Pojazd ruszył z powrotem do katedry. Minął ich wóz strażacki, jadący w kierunku świątyni. 
Ile jeszcze takich ataków na bezbronnych przeprowadzą jego wierni, posługując się imie-
niem Boga niczym sztandarem? Jeszcze przed rokiem takie napady niemal się nie zdarzały; 
teraz były codziennością. Dlaczego teraz, po tyłu latach spokoju? Jaki katalizator wywołał tę 
zmianę? Tysiąc razy zadawał sobie to pytanie i nadal nie znalazł odpowiedzi. Nie wiedział, 
nie mógł obwinie o to nikogo i niczego. Przemoc szerzyła się jak pożar wśród jego ludu, a 
on nie miał pojęcia, jak z nią walczyć. Skąd przyszła ta żądza niszczenia? Jak ją 
powstrzymać? 
Zanim dojechali do katedralnych stajni, wcześniejszy ból głowy przeszedł w okropną 
migrenę. Patriarcha miał zamknięte oczy i prawie że leżał na siedzeniu, usiłując zapomnieć 
o bólu. Miał duszę niestrudzonego orędownika Boga, lecz ciało siedemdziesięcioletniego 
człowieka, które czasem odmawiało mu posłuszeństwa. Szczególnie, kiedy dzieło jego życia 
rozsypywało się w gruzy. Teraz każdy rok liczył się podwójnie. 

Jesteśmy na miejscu, wasza świątobliwość. - Woźnica podał mu 

rękę, pomagając wysiąść. Po krótkim wahaniu Patriarcha przyjął 

59 

background image

pomoc. Przynajmniej zapobiegłem zamieszkom, pomyślał. Przynajmniej ta jedna noc minie 
bez snów o krwi, rozbitym szkle i strzaskanych bożkach, jakie dręczyły go podczas 
poprzednich zamieszek. Powinien dziękować za to Bogu. 
Przed drzwiami sypialni czekał sługa. Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że przynosi złe 
wieści. Patriarcha powitał go słabym uśmiechem. 
Jakiś nowy problem, tak? Nie martw się, mój synu. Nie uda ci się powiedzieć niczego 
takiego, co uczyniłoby tę noc jeszcze gorszą. 
Wrócił Vryce - powiedział cicho sługa 
Patriarcha przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Potem głęboko westchnął i znów 
potarł skronie. 

A jednak - mruknął. - Udało ci się. 

background image

o Andrysa Tarranta, Hotel Paradisio, apartament 5a. Drogi Panie! Piszę w 
związku z zamówieniem, jakie złożyłeś w moim warsztacie w ubiegły 
piątek, na ceremonialny napierśnik z ozdobnymi złoceniami. Jeżeli 
zamierzasz go nosić, będziemy musieli zobaczyć się wkrótce w celu 

ustalenia rozmiarów. Jeśli ma służyć wyłącznie celom dekoracyjnym, takie spotkanie nie 
będzie potrzebne, aczkolwiek w każdej chwili możesz przyjść i sprawdzić, jak postępują 
prace. 
Proszę o niezwłoczną odpowiedź, co pozwoli mi na szybkie wykonanie zamówienia. 
Do usług - 
Gresham Alder 

Jubiler. 
Stojąc przed jego sklepem, Andrys Tarrant zadrżał. Czy ona jest w środku? Nie wiedział, 
czy rozmyśla o tym z nadzieją, czy z obawą, a może z oboma tymi uczuciami, ale nie mógł 
zaprzeczyć, że całkowicie owładnęła jego myślami. Śnił o niej właściwie co noc, jej czarne 
oczy prześladowały go w przerywanych koszmarami snach. Kilkakrotnie spił się jak bela, 
usiłując zatrzeć jej obraz w swoim umyśle, ale tylko pogorszył sprawę. A teraz stał tutaj i 
ona prawie na pewno była w środku... Nie wiedział, co jej powiedzieć. Czy to przez urodę 
dziewczyny, jego osłabienie, czy też z obu tych powodów. Dotychczas zawsze, nawet w 
głębokiej depresji, potrafił sobie radzić z kobietami. Dlaczego z tą było inaczej? 
Drżącą dłonią przygładził włosy, usiłując poprawić niesforne kosmyki. Bez powodzenia. 
Calesta kazał mu je zapuścić i chociaż Andrys nie miał pojęcia w jakim celu, usłuchał i tego 
polecenia, jak wszystkich innych rozkazów Calesty. Czasem zastanawiał się, czy 

61 

background image

demon naprawdę ma jakiś plan, czy też tylko bawi się nim, sprawdzając, czy uda mu się 
wykończyć nerwowo ostatniego potomka Ge-ralda Tarranta? Lepiej o tym nie myśleć. 
Musiał się czymś zająć, choćby udawać, że robi coś konkretnego. Demon również nienawi-
dził Geralda Tarranta i poprzysiągł zniszczyć czarnoksiężnika. To wystarczy, prawda? Kogo 
obchodzą szczegóły, jeśli tylko jego plan doprowadzi do zwycięstwa? Czy to istotne, żeby 
Andrys rozumiał jego postępowanie? 
Otworzył skórzaną saszetkę, by upewnić się, że rysunek nadal w niej jest. Był. Paskudna, 
znienawidzona rzecz! Serce stawało mu w gardle na sam widok tej kartki, zwiniętej w ciasny 
rulonik, jakby była cennym dziełem sztuki troskliwie przenoszonym do domu. 
Zdumiewające, jaką siłę może mieć coś tak zwyczajnego. Miał nadzieję, że nie będzie 
musiał jej rozwijać. Miał nadzieję, że nie będzie musiał jej oglądać. Modlił się o to, by 
pewnego dnia móc spalić ją wraz z nienawistnymi wspomnieniami, jakie wywoływała. 
Pewnego dnia. 
Wyciągnął drżącą rękę, by nacisnąć klamkę. Kiedy to zrobił i pchnął drzwi, wesoło 
zadźwięczały dzwoneczki, niezgranym kontrapunktem do jego ponurego nastroju. 
Wchodząc do środka, usiłował się odprężyć i poruszać z udawaną swobodą. Kobiety wyczu-
wają nienaturalne zachowanie i stają się nerwowe. 
Miała klientkę, kobietę opatuloną w futro i obwieszoną biżuterią, Obróciła głowę, zobaczyła 
go i odniósł wrażenie, że uśmiechnęła się jeszcze szerzej. „Chwileczkę", obiecywał jej 
wyraz twarzy i Andrys zauważył, że na chwilę zatrzymała na nim spojrzenie, po czym znów 
zajęła się klientką. Zdołał oderwać od niej wzrok i zaczął przechadzać się po sklepie, 
oglądając wyroby. Filigranowe, piękne dzieła sztuki zrobione ze srebra. Miał wrażenie, że 
bez trudu mógłby odróżnić te, które były jej dziełem, od tych wykonanych przez inne ręce. 
Cieniutkie jak pajęczyna, drobne gałązki, liście oraz pnącza i inne motywy tak delikatne, że 
bał się ich dotknąć. Podobne do tej, która jej stworzyła, pomyślał. Jakby to było, gdyby 
poczuł pod palcami je gładką skórę? 
Spokojnie, Andri. Spokojnie. Serce biło mu tak mocno, że zastanawiał się, czy ona to słyszy. 
Nie spiesz się. Dzwoneczki zabrzęczały, gdy klientka zamykała drzwi i Andrys odważył się 
odwrócić. Zobaczył jej oczy wpatrzone w niego, te czarne oczy, które tak dobrze znał ze 
snów. Oddech uwiązł mu w gardle. 
- Och. Witamy znowu. - Z uśmiechem odgarnęła z czoła kosmyk 

62 

background image

włosów. Czy zdawała sobie sprawę z tego, że ten gest zdradza seksualne zainteresowanie? 
Wydawała się jednocześnie niewinna, niedoświadczona, a zarazem pewna siebie i kobieca. 
Zabójcza kombinacja. - Chcesz zamówić jeszcze jakieś ozdoby? 
Oparł się o ladę, mając nadzieję, że robi to z niedbałą gracją. Nigdy w życiu nie czuł się 
bardziej nieswojo. 
Niezupełnie. - Z wystudiowanym spokojem obejrzał się na wystawione w gablotach dzieła, 
a potem znów spojrzał na dziewczynę. - Przyszło mi do głowy, że kiedy byłem tu 
poprzednim razem, zapomniałem o coś zapytać. 
Ach tak? O co? 
Wtedy popatrzył jej w oczy i wytrzymał to spojrzenie. 

Nie zapytałem, jak masz na imię. 

Umknęła spojrzeniem, ale zdążył jeszcze dostrzec w nim błysk zainteresowania. 

Narilka- powiedziała cicho. - Narilka Lessing. 

Narilka. Zmysłowe, egzotyczne, niemal ziemskie w swym rytmie. Już miał powiedzieć, że 
to piękne imię i doskonale pasuje do właścicielki, kiedy drzwi prowadzące na zaplecze 
otworzyły się na oścież, uderzając o ścianę i przerywając tę cienką nić porozumienia. 
Nari, czy mogłabyś... Och, przepraszam, nie wiedziałem, że mamy klienta. - Intruz był 
mocno zbudowanym mężczyzną o gęstych i siwych włosach, pomarszczonej twarzy, 
zdradzającej skłonność do afektacji, oraz tubalnym, lekko ochrypłym głosie. Lekko skinął 
głową Andrysowi, jednocześnie dumnie i uprzejmie. - Proszę, wybacz mi, panie. Nie 
chciałem przeszkadzać. 
To jest Andrys Tarrant - powiedziała dziewczyna, zanim zdążył się przedstawić. 
Mężczyzna rozpromienił się, gdy to usłyszał. 

Naprawdę? - Podszedł do Andrysa i wyciągnął do niego rę 

kę. - To dla mnie zaszczyt, panie Tarrant. Gresham Alder, do usług. 
Cała przyjemność po mojej stronie - odparł formalnie. Dłoń tamtego była ciepła i szorstka, a 
uścisk mocny. Miał nadzieję, że jubiler nie wyczuje drżenia jego ręki. - Dostałem list. 
Chciałbym zobaczyć, jak wygląda praca. 
Obawiam się, że na razie jeszcze nie robi wrażenia. Natomiast dzieło Narilki... 
Promiennie uśmiechnął się do dziewczyny i Andrys nieomylnym instynktem wyczuł, że 
rozmawiali o nim. Zachowanie mężczyzny 

63 

background image

było wyrazem jego aprobaty. W tym momencie zrozumiał głębię i siłę łączącej tych dwoje 
przyjaźni, która pozwalała dziewczynie zasięgać rady Greshama we wszystkich istotnych 
sprawach. 
Dlaczego nie pokażesz mu korony, Nari? Lekko zarumieniła się na tę subtelną pochwałę. 
Jeszcze nie jest skończona - powiedziała do Andrysa. 
Chętnie ją zobaczę. 
Zaprowadziła go na zaplecze, do pracowni. Na dwóch masywnych drewnianych stołach 
leżały przeróżne narzędzia, zwoje drutu, pojemniki i butelki oraz palniki dające płomienie o 
dziwnym, kwaśnym zapachu. W wąskim imadle tkwił poczerniały srebrny pierścień, 
najwidoczniej właśnie polerowany, a w innym figurka, której górna połowa była wysadzana 
maleńkimi klejnotami. Widział je tylko kątem oka, idąc za dziewczyną przez pracownię, 
urzeczony refleksami światła w jej włosach. Dopiero kiedy podeszli do drugiego stołu, 
zauważył leżący na nim przedmiot. 
Korona. Jeszcze nie wykończona, ale spoczywająca na stole z rozłożonym przy niej 
rysunkiem. Maleńkie, oddane w najdrobniejszych szczegółach postacie podtrzymywały 
główny motyw słońca, będący centralnym punktem korony. Pozostały puste miejsca na 
brakujące figurki i korona wymagała jeszcze oczyszczenia, ale bezsprzecznie nawet w tym 
stanie była prawdziwym arcydziełem. 
Na chwilę zapomniał, czym była, jaką cenę zapłaciła jego rodzina za oryginał, i zdołał tylko 
wyszeptać: 

Jest piękna. Po prostu piękna. 

Wyciągnął rękę, by jej dotknąć, ale natychmiast cofnął dłoń, obawiając się wspomnień, jakie 
mógł obudzić taki kontakt. 

Można dotykać - zachęciła dziewczyna. - Jest dość mocna. 

Zmusił się, by sięgnąć i dotknąć maleńkich figurek. Metal był 
zimny, dziwnie pozbawiony życia A czego oczekiwał? To tylko ozdoba, w dodatku nie 
wykończona, która zawdzięczała swe miejsce w historii potędze, jaką symbolizowała, a nie 
własnej mocy. Dlaczego więc zadrżał, kiedy jej dotknął? 

Zastanawiał się pan nad zbroją? - zapytał jubiler, kiedy An- 

drys w końcu odwrócił się od stołu. A kiedy nie odpowiedział, męż 
czyzna nalegał: - Będzie pan nosił ten napierśnik? 
Zawahał się. Prawdę mówiąc, nie wiedział co powiedzieć. Calesta nie udzielił mu w tej 
sprawie jakichkolwiek instrukcji, pozwalając, by Andrys domyślał się jego zamiarów. 

64 

background image

Sądzę, że chciałbym mieć taką możliwość - zaryzykował. -Czy to zbyt wielki kłopot? 
Wcale nie. Muszę tylko znać twój obwód w pasie, aby mieć pewność, że pancerz nie będzie 
uwierał. Twoje rysunki, panie, podawały wymiary dla wyższego mężczyzny... To jednak 
żaden problem. Dopasujemy napierśnik do sylwetki. 
Nagle uświadomił sobie pewien nieprzyjemny fakt i natychmiast wpadł w panikę. Chcieli, 
żeby przymierzył tę zbroję. Tutaj. Teraz. Nie przy dziewczynie, błagał w duchu, gdy 
siwowłosy mężczyzna podniósł napierśnik i podał mu go. Nie da rady. A może? 
Przez chwilę nie był w stanie się ruszyć. Szelka skórzanej torby zdawała się palić mu ramię, 
przypominając o znienawidzonej rzeczy, która tkwiła w środku. Potem ją niezgrabnie zdjął i 
upuścił na podłogę. Dziewczyna złapała torbę i Andrys z trudem powstrzymał nieodparty 
impuls nakazujący mu ją jej wyrwać, zanim Narilkę skazi ta ukryta w środku rzecz. Głęboko 
zaczerpnął tchu, a potem zrobił krok do przodu i pozwolił sobie nałożyć metalowy pancerz. 
Był zimny, taki zimny. Gruba zbroja ciążyła mu na ramionach i przyciskała wełniany kubrak 
do ciała. Kiedy Gresham Alder wyjaśniał mu, jakie powinien nosić pod nią ubranie, Andrys 
z trudem łapał oddech, starając się nie poddać sile sugestii. 

Dobrze - mruczał zbrojmistrz, obracając go mocnymi rękami. 

Pociągnął za pas, poprawił napierśnik. - Doskonale. 
Później spojrzał mu w oczy i zapytał: 

Chciałbyś się zobaczyć, panie? 

Andrys kiwnął głową, ponieważ wiedział, że takiej odpowiedzi od niego oczekiwano. 
Dziewczyna przyniosła lustro i przytrzymała je przed nim. Drżąc, obrócił się tak, by 
popatrzeć na swoje odbicie. Z początku widział tylko szarą plamę, jakby oczy nie chciały 
dostrzec tego, co miał przed sobą... A potem nagle zobaczył wszystko, i tego było za wiele. 
Za wiele! Złote słońce na piersi, z odchodzącymi od niego złotymi drutami promieni, 
mięśnie torsu i brzucha oddane wiernie jak żywe ciało. Śmiała rzeźba, idealnie wykonana i 
jakże znajoma! Znienawidzony, przerażający symbol! Czuł, jak metal pali go niczym kwas 
przez ubranie. Zbroja tamtego, wskrzeszona siłą złota i talentu. Jednak nie to było najgorsze. 
Patrząc na to odbicie, od czubka głowy po stopy, od rozczochranych włosów po czarne 
skórzane buty, widząc w środku to złociste słońce tak 

65 

background image

podobne i niepodobne do ziemskiego, tę twarz tak podobną do twarzy mordercy... 
Fala mdłości ogarnęła go z niepowstrzymaną siłą, zbyt mocna i gwałtowna, by zdołał się jej 
oprzeć. Bezradnie upadł na kolana i dusząca kula podeszła mu do gardła, gdy rozpaczliwie 
usiłował odepchnąć od siebie ten znienawidzony obraz. W końcu jednak okazało się to 
ponad jego siły i zwymiotował, uwalniając się od żółci, przerażenia i zwyczajnego 
wyczerpania. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale wydawało się wiecznością. Szybko 
przycisnął dłoń do ust i otarł wargi jedwabną chustką, wyjętą z rękawa. Policzki piekły go ze 
wstydu. Czuł, że dziewczyna stoi nad nim, i jej obecność tysiąckrotnie pogłębiała jego 
wstyd. Jak zdoła teraz spojrzeć tym ludziom w oczy? Jak zdoła spojrzeć jej w twarz? 
Gresham Alder uklęknął przy nim, mamrocząc coś uspokajająco. Andrys usłyszał swoje 
słowa. Gorączkowo przepraszał, proponując, że posprząta, nalegając... Jednak te propozycje 
spotkały się z odmową, uprzejmą, lecz stanowczą. Oczywiście, pomyślał z goryczą. Nie 
chcą, abym pozostał tu ani chwili dłużej niż muszę. Gdy jubiler pomógł mu wstać, Andrys 
odważył się spojrzeć dziewczynie w oczy - tylko przez chwilę - i litość, jaką w nich ujrzał, 
sprawiła, że jeszcze bardziej się zawstydził. Teraz nie miał nadziei, żeby poznać ją bliżej, 
nie po takim blamażu. Ta świadomość była gorsza od strachu i wstydu. 
Jakoś zdołał wziąć się w garść. Gorączkowo mamrocząc słowa przeprosin, zdjął przeklęty 
napierśnik... Podniósł swoją torbę i bez dalszych komplikacji opuścił warsztat. Nawet nie 
sprawdził, czy zwinięty w rulon rysunek nadal w niej jest, tylko ruszył biegiem wąską 
uliczką. Biegł, głośno tupiąc, czerwony ze wstydu. Kiedy dotarł do hotelu Paradisio, był tak 
przerażony i rozchełstany, że portier nie chciał go wpuścić. Musiał drżącymi rękami 
otworzyć torbę, żeby pokazać klucz na dowód, że tu mieszka, a nawet wtedy portier uparł 
się, by odprowadzić Andrysa pod same drzwi pokoju, starając się odseparować go od innych 
gości. Jakie to miało znaczenie? Czy cokołwiek miało jeszcze znaczenie? Zatrzasnął za sobą 
drzwi i upadł na kolana. Gorące łzy popłynęły mu po policzkach. Boże w niebiosach, jak 
długo zdoła to wytrzymać? 
- Czego chcesz? - zapytał głośno, pragnąc, by Calesta usłyszał go i odpowiedział. - Jaki to 
wszystko ma sens? Powiedz! 
Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. W końcu dźwignął się 

66 

background image

na nogi i powlókł do gabinetu, gdzie czekała na niego butelka brandy. Rezygnując z 
kieliszka, chwycił ją, podniósł i przyłożył do ust. Poczuł, jak silny trunek pali mu gardło i 
spływa do żołądka. To nie wystarczy. Nie wystarczy. Podszedł do nocnego stolika i podniósł 
czarną buteleczkę. Czarne pigułki zamrugały do niego, obiecując całkowite zapomnienie. 
Wiedział, że nie powinien zażywać ich po wypiciu alkoholu. Tylko jakie to miało 
znaczenie? Czy naprawdę chciał przeżyć jeszcze jeden dzień? Czy ośmieli się pokazać jej na 
oczy? 
Ze ściśniętym ze wstydu gardłem wysypał na dłoń tuzin pigułek, dość, by zapomnieć o 
wszystkim. Gwałtownym ruchem wrzucił je do ust i popił brandy. Szybko. Zanim się 
rozmyśli. Jeśli mają go zabić, niech tak się stanie. Przynajmniej skończą się te męczarnie. 

Po co ta zbroja? - błagał. Demon nie odpowiadał, co obudzi 

ło w Andrysie nowe podejrzenia. A jeśli Calesta nie nienawidził tyl 
ko Geralda Tarranta, ale całego klanu Tarrantów? Włącznie z nim? 
Jeśli była to tylko jakaś skomplikowana gra, wymyślona przez de 
mona pragnącego dręczyć ich wszystkich...? 
Nie, nie odważy się tak myśleć, nie odważy się... Za dużo tych udręk, za dużo! 

Calesto - szepnął. - Proszę. Pomóż mi. 

Odpowiedziała mu jednak tylko ciemność i cisza. 

ś 

Ten chłopiec - rzekł Gresham - ma prawdziwe problemy. 

Wykręciła szmatę nad zlewem i nie odpowiedziała. Nie ufała swo 
jemu głosowi. 
-Nari. 
Powoli odwróciła się do niego i odłożyła ścierkę. Podłoga była czysta. Zbroja też. Ręce już 
przestały jej się trząść. 

Nari. On oznacza kłopoty. 

Nie śmiała na niego spojrzeć. Wiedziała, że potrafi wszystko wyczytać z jej twarzy. 
On ci się podoba, prawda? - zapytał łagodnie, ale z wyraźną dezaprobatą. - Czy nie mogłaś 
tym razem wybrać sobie kogoś normalnego? Jest kilku takich w mieście, wiesz? 
Proszę, Gresh. - Oparła się o krawędź stołu, skrajem bluzki muskając koronę. - Nie teraz. 

67 

background image

Nari. Posłuchaj mnie. - Stanął za nią, wziął ża ramiona i obró 

cił do siebie. - Jesteś dla mnie jak córka, wiesz? A kiedy ktoś z ro 
dziny cierpi, ja także cierpię. 
Odwróciła wzrok, nie chcąc na niego patrzeć. Ujął jej brodę. 
On jest przystojny. Bogaty. Ma zalety, dla jakich wielu ludzi mogłoby zabić. I ma kłopoty, 
Nari. Prawdziwe kłopoty. Czy widziałaś wyraz jego twarzy, kiedy ujrzał swoje odbicie w 
lustrze? Widziałaś? 
Tak - szepnęła. 
Nie wiem, co się dzieje z tym chłopcem, ale założę się o ten sklep, że to nic dobrego. Czy 
nie miałaś już dosyć takich jak on? Czy nie zasługujesz na coś lepszego? 
Widziałam - szepnęła, dotykając delikatnie rzeźbionego srebra. On też go dotknął i zadrżała 
mu ręka. Dlaczego? 
Tak. Widziałam. Widziałam, jak jego oczy szeroko otwierają się ze strachu, jakiego zazna 
mało który człowiek. Spoglądanie w te oczy było jak zaglądanie w lustro. Jakbym znów była 
w Puszczy, uciekając przed nieznanym. Sama, tak bardzo samotna. Tak, znam to spojrzenie. 
-Nari... 

Nie jestem dzieckiem - mruknęła, wymykając się mu. - Już 

nie. Umiem zadbać o siebie. 
Wiedziała, że on to zaakceptuje. To było najcudowniejsze w ich związku. Chociaż troszczył 
się o nią, chociaż był przekonany, że ona popełnia straszny błąd i ściągnie na siebie 
nieszczęście. Na tym polegała różnica między Greshamem Alderem a jej rodzicami. On do-
strzegł w niej zmianę, kiedy wróciła z Puszczy, i zaakceptował ją. Rodzice nie potrafili. 
Wciąż chcieli ją niańczyć, bronić przed całym złem tego świata i obojętnie, co by 
powiedziała lub zrobiła, nigdy nie zmienią tego nastawienia. Jak miała im wyjaśnić, że już 
stanęła przed najgorszym złem, otchłanią przerażenia w jej własnej duszy? Jak mogła 
wyjaśnić, że to spotkanie zmieniło ją z bezradnego dziecka potrzebującego obrony w kogoś 
starszego, silniejszego i o wiele bardziej zaradnego. Czym były nędzne niebezpieczeństwa 
tego świata w porównaniu z Puszczą Łowcy? Agresywni mężczyźni byli tylko kłopotliwi, 
nic więcej. Nawet gwałciciele stanowili konkretne zagrożenie. Natomiast człowiek o twarzy 
Łowcy, którego spojrzenie świadczyło o ranach zbyt głębokich, aby mogły je ukoić słowa... 

68 

background image

Poradzę sobie z tym, zdecydowała w duchu, wodząc palcami po srebrnych figurkach, 
wyobrażając sobie, że wyczuwa w nich ciepło dłoni Andry sa Tarranta. Przyciągana przez 
jego ból równie silnie jak przez jego osobowość. Chcę tego. 
- Będę ostrożna - powiedziała Greshamowi. - Obiecuję. 

background image

ego świątobliwość wkrótce tu będzie. Damien z roztargnieniem skinął 
głową odchodzącemu akolicie. Czekał w przedpokoju sali audiencyjnej 
Patriarchy, co źle wróżyło mającej nastąpić rozmowie. Ta komnata miała 

robić wrażenie, może nawet przytłaczać, i niezwykle skutecznie spełniała to zadanie. 
Wysokie, łukowate sklepienie z ciemnego i gładkiego kamienia, nie rozjaśnione farbą czy 
tynkiem; neomarmurowe ściany, nagie i nieudekorowane. Umeblowanie skąpe i proste. Po 
kilku sekundach wiercenia się na krześle z wysokim oparciem doszedł do wniosku, że woli 
już przechadzać się po pomieszczeniu. Krótko mówiąc, było to niezbyt przyjemne miejsce i 
Damien domyślał się, że znajdujący się dalej pokój, w którym zamierzał przyjąć go Pa-
triarcha, wygląda podobnie. Może nawet gorzej. Z pewnością nie było to takie powitanie, na 
jakie miał nadzieję. 
A czego oczekiwałeś, do diabła? „Zajdź do mojego salonu na herbatkę, a przy okazji może 
zechciałbyś opowiedzieć mi o twoich ostatnich wyczynach?". Akurat, Vryce. Będziesz miał 
szczęście, jeżeli w ogóle cię wysłucha i nie wyrzuci za drzwi, nie dając ci powiedzieć ani 
słowa na swoją obronę. 
Na przeciwległej ścianie wisiało małe lustro - niewielkie ustępstwo na rzecz gości, którzy 
mogli zechcieć sprawdzić, czy wyglądają równie kiepsko, jak się czują. Przystanął przed 
nim, by sprawdzić, z kim spotka się Patriarcha. Kapłan, spoglądający na niego z lustra, nie 
był tym samym człowiekiem, który przed dwoma laty opuścił Jaggonath, to pewne. 
Ograniczone racje żywnościowe na morzu wyszczupliły jego krępą sylwetkę, aż wydawał 
się prawie chudy, niepodobny do siebie. Opaloną dłonią pogładził krótką brodę, która teraz 
porastała szczękę. Zastanawiał się, czy nie powinien jej zgolić. Jego skóra była znacznie 
ciemniejsza niż przed dwoma laty, a jej brązowy odcień wymownie świadczył o wielu 
miesiącach pobytu 

70 

background image

pod równikowym słońcem. We włosach dostrzegł pasma siwizny -kilka na skroniach, a 
także w brodzie. Siwizna! Nie przystawała do tego, co o sobie myślał; była pierwszą oznaką 
starzenia się w życiu zbyt obfitującym w niebezpieczeństwa, aby zajmować się czymś rów-
nie pospolitym jak starość. Był bliski tego, by wyrwać te siwe włosy, kiedy się pojawiły - 
kiedy było ich zaledwie tuzin - lecz taki akt próżności nazbyt przypominał mu Tarranta, 
więc pozostawił te przeklęte srebrne nitki w spokoju. 
Mógłbyś wykorzystać fae, żeby pozostać młodym - powiedział sobie. Inni tak zrobili. Na 
przykład Ciani. Teraz, kiedy starość rozpoczęła swój niepowstrzymany podbój jego ciała, 
czasem czuł, jak kusząca mogła być ta droga. Jednak w takich chwilach wracały do niego 
słowa Patriarchy, wypowiedziane tak dawno temu: „Kiedy przyjdzie czas umrzeć, a ten czas 
przyjdzie, jak przychodzi do wszystkich ludzi, czy pokłonisz się Naturze, wzorcom 
ziemskiego życia, które są jądrem naszej egzystencji? Czy też ulegniesz pokusom tej obcej 
magii i zaprzedasz duszę za kilka dodatkowych lat życia?". Akceptacja tego naturalnego 
procesu była podstawą wiary Da-miena, a śmierć we właściwym czasie będzie ostatecznym 
aktem tej wiary. Oczywiście, nie będzie to łatwe. Wiele rzeczy na tym świecie przychodzi 
ludziom z trudem. Dlatego są takie ważne. 
- Wielebny Vryce? - zapytał sekretarz Patriarchy, młody człowiek, którego Damien słabo 
przypominał sobie sprzed dwóch lat. - Proszę wejść. 
Ku jego zdziwieniu młodzieniec nie wprowadził go do sali au-diencyjnej, lecz otworzył 
grube mahoniowe drzwi i odsunął się na bok, przepuszczając kapłana. 
Pomieszczenie było duże, równie urzędowe jak sala przyjęć, ale znacznie większe. 
Przypominało mu salę audiencyjną Geralda Tarranta w fortecy w Puszczy. Damien 
zesztywniał na wspomnienie tamtego przykrego spotkania (tak odległego, że mogło mieć 
miejsce w innym świecie, i tak realnego, że równie dobrze mogło odbyć się wczoraj). 
Wówczas jeden z jego przyjaciół był umierający, Ciani porwana, a Łowca jego wrogiem. 
Teraz... Czuł, jak ściska go w gardle, gdy szedł do tego, który miał go osądzić. Kim był 
dziś? Sprzymierzeńcem Łowcy? 
Patriarcha miał kamienny, nieodgadniony wyraz twarzy, lecz w jego oczach malował się 
gniew. Damien czuł, jak pod tym zimnym spojrzeniem przechodzi go dreszcz. Przez te dwa 
lata zdążył 

71 

background image

zapomnieć, jaką moc posiada ojciec święty: nie tylko siłę swej niezwykłej osobowości, lecz 
zrodzoną z fae potęgę człowieka, który nagina prądy do swej woli, nawet nie zdając sobie z 
tego sprawy. Próba ułagodzenia jego słusznego gniewu była z góry skazana na porażkę. 
Równie dobrze można by próbować powstrzymać przypływ. Gdybyś tylko potrafił 
świadomie wykorzystać tę siłę, pomyślał Damien, żaden człowiek nie zdołałby ci się oprzeć. 
Jednak Patriarcha nigdy tego nie zrobi. Magia była dla niego przekleństwem, dlatego nie 
przyjmował do wiadomości swoich wrodzonych zdolności i żył w przeświadczeniu, że ich 
nie posiada. Jeden Bóg wie, co się z tobą stanie, jeśli kiedykolwiek dowiesz się prawdy. 

Otrzymałem twoje raporty - powiedział kwaśno Patriarcha. 

Wskazał na stojący obok stolik i leżące tam rękopisy. Damien zo 
baczył kartki swojego pierwszego sprawozdania, wysłane z Fara 
day, oraz cieńszy pakiet notatek i rysunków, które osobiście przy 
niósł do katedry przed dwoma dniami. Wtedy wydawało mu się, że 
to dobry pomysł, by uświadomić Patriarsze, jaki rodzaj wojny mu 
szą toczyć. Miał nadzieję, że dzięki temu ojciec święty będzie bar 
dziej skłonny wybaczyć sposób, w jaki ją prowadził. Jednak wstąż 
ka, którą przewiązał ten drugi pakiecik pozostała nie rozwiązana. 
Chciał zaprotestować, ale się powstrzymał. Jego świątobliwość 
z rozmysłem postanowił nie czytać jego listu przed spotkaniem, da 
jąc w ten sposób wyraz swojej dezaprobacie. Protestując, Damien 
ściągnąłby tylko na siebie jego gniew. 
Wiedziałeś, że będzie źle, powiedział sobie. Protestując, tylko pogorszyłbyś sprawę. Chociaż 
raz w życiu zapomnij o dumie i przeczekaj. To minie. 
Jednak przyszło mu to z trudem, wielkim trudem. Było sprzeczne z instynktem 
samozachowawczym. 
Jestem pewien, że nie muszę komentować naruszenia protokołu, jakim było opuszczenie 
tego kontynentu bez zezwolenia -rzekł Patriarcha lodowatym tonem. - Z twojego raportu 
jasno wynika, iż dobrze wiedziałeś, co robisz - a także, jak podejrzewam, jakie mogą być 
konsekwencje takiego nieposłuszeństwa. Taki brak szacunku wobec zwierzchnika jest 
poważną obrazą dla Kościoła i jego hierarchii. - Potrząsnął głową. - Nie jesteś głupi, 
wielebny Vryce, chociaż czasem takiego udajesz. Dostatecznie często czytałeś prace 
Proroka, aby wiedzieć, co jest grzechem. 
Uznałem, że sytuacja usprawiedliwia takie postępowanie - 

72 

background image

odważył się wtrącić. Jak sprowadzić rozmowę na bezpieczny grunt? Pożałował, że nie może 
użyć Sztuki, by się tego dowiedzieć. -W tych okolicznościach... 

Proszę. Nie obrażaj nas obu. Dobrze wiedziałeś, co robisz i ja 

ka będzie moja reakcja. Wiedziałeś również, że twoje zuchwałe po 
stępowanie da mi możliwość ukarania cię w sposób, jaki uznam za 
stosowny, czemu nikt się nie sprzeciwi. 
A więc jednak, wyraźna groźba. Co teraz będzie? - pomyślał z rozpaczą. Pamiętał zesłany 
kiedyś na niego przez Tarranta koszmarny sen, w którym Patriarcha pozbawił go godności 
kapłana. Czy naprawdę posunie się tak daleko? Nawet nie czytając jego raportu, który 
usprawiedliwiał tak wiele jego czynów? Chciał zaprotestować, ale ugryzł się w język. 
Patriarcha emanował falami gniewu, które zmieniały otaczającą go fae. Chciał, by 
rozmówca zareagował gniewem, co usprawiedliwiłoby najsurowszy wyrok. Jeśli Damien 
podda się ich oddziaływaniu i choćby na moment przestanie panować nad sobą, może stracić 
wszystko. 
Jestem lojalnym sługą Kościoła - mruknął. 
Tak - rzekł lodowatym głosem Patriarcha. - Nadal nim jesteś. Na razie. 
Przez kilka długich sekund w milczeniu spoglądał na Damiena. Oceniał go? Czekał na 
reakcję? Damien zachował milczenie, wiedząc, że wszystko, co powie, zostanie źle 
odebrane. 
Podróżowałeś z Łowcą - powiedział w końcu Patriarcha. - Człowiekiem tak złym, że wielu 
uważa go za demona. Już sam ten postępek wystarczy, by skazać tuzin takich kapłanów jak 
ty... A w dodatku to nie wszystko, prawda? - Zmrużył oczy. - Prawda? 
Potrzebowaliśmy go - rzekł napiętym głosem Damien. - Potrzebowaliśmy mocy, którą 
posiada... 
Posłuchaj sam siebie! Posłuchaj swoich słów! To ty potrzebowałeś jego mocy. Jego czarów. 
-Gwałtownie pokręcił głową. -Myślisz, że to jakakolwiek różnica, czy sam posługujesz się 
magią, czy wynajmujesz kogoś innego, by to robił? Tak czy owak, to ty jesteś odpowie-
dzialny za uprawianie magii. A w tym przypadku, za szerzenie zła 
Machnął ręką, jakby ucinał rozmowę. Przez chwilę w jego oczach pojawiło się coś, co nie 
było gniewem. Znużenie? Potem zniknęło i pozostał tylko stalowy błysk. 

Wiesz o tym równie dobrze jak ja, wielebny Vryce. I nie wątpię, 

iż wielokrotnie o tym rozmyślałeś, usiłując znaleźć jakąś teologiczną 

73 

background image

lukę usprawiedliwiającą twoje postępowanie. Inteligentny człowiek, jeśli tylko naprawdę 
tego chce, zawsze potrafi znaleźć jakąś wymówkę. Zamilkł na moment i Damien niemal czuł 
emanujące od niego fale potępienia. Ten człowiek miał ogromną moc, której chyba nie był 
do końca świadomy. Teraz wszystka fae w komnacie z pewnością odbijała echem jego 
słowa, osłabiając fundamenty przekonań Damiena. Jak z tym walczyć, nie używając Sztuki? 

Moim jedynym celem... - zaczął. 

Patriarcha przerwał mu. 
-t Karmiłeś go własną krwią. - To nie było pytanie, lecz stwierdzenie. - Niejeden raz. 
Poczuł się tak oszołomiony tym oskarżeniem, że nie był w stanie na nie odpowiedzieć. 
Zdołał tylko wyszeptać: 
-Co? 
Przecież Patriarcha nie mógł o tym wiedzieć. Skąd się dowiedział? Co tu się dzieje? 

Pomińmy na chwilę symboliczne znaczenie takiego czynu. Zigno 

rujmy oręż, jaki dodałeś do jego arsenału, dobrowolnie poświęca 
jąc własne ciało. Zignorujmy więź, jaką w ten sposób stworzyłeś 
między wami, która z definicji przełamuje twoją obronę i wydaje 
cię na łaskę jego magii. A przez ciebie cały Kościół. 
Czy to kolejny koszmar, jaki zesłał na niego Tarrant, aby go przestraszyć? Jeżeli tak, to 
udało mu się. Skąd, u licha, Patriarcha mógł znać takie szczegóły jego podróży, jeśli nie 
wspominał o nich w raportach? Stwierdził, że drży, i miał nadzieję, iż rozmówca tego nie 
zauważy. . 

Tak czy nie? - spytał lodowatym tonem Patriarcha. 

Czy naprawdę wiedział, czy tylko się domyślał? Skąd takie przypuszczenie? Gorączkowo 
usiłował wymyślić jakąś odpowiedź zmniejszającą rozmiary klęski. Jeśli źródło informacji 
Patriarchy było niewiarygodne... 

Tak czy nie? - pytał ojciec święty. 

Koszmar. To scena żywcem wzięta z koszmarnego snu. Ile razy Damienowi śniła się taka 
lub podobna scena? Jednak w porównaniu z tą, prawdziwą, tamte sny nie miały żadnej siły 
emocjonalnej. 
Skąd, do diabła, Patriarcha uzyskał tę informację? 

Tak czy nie? 

Spojrzał w zimne jak lód oczy ojca świętego i nagle zrozumiał, że nie ma sensu zaprzeczać. 
Jeśli Patriarcha miał tak dokładne 

74 

background image

wiadomości, ta rozmowa nic nie da. Tamten już dawno go potępił i wyznaczył karę. 
Kłamstwo tylko pogorszy sytuację. Powiedział spokojnie, starając się, by nie zabrzmiało to 
wyzywająco czy gniewnie: 
-Tak. 
Dziwny dreszcz wstrząsnął ojcem świętym. Czyżby oczekiwał innej odpowiedzi? Damien 
poczuł, że poddano go jakiejś próbie, ale nie był w stanie pojąć, jakiej. 

Paktowałeś z demonami. - Teraz w zachowaniu Patriarchy nie 

było śladu wahania. Najwyraźniej uzyskał z ust Damiena potwier 
dzenie tego, co chciał wiedzieć. - Pozwoliłeś na rzeź niezliczonych 
niewinnych ofiar, aby utrzymać Łowcę przy życiu. 
Z najwyższym trudem powstrzymał gniewną odpowiedź. Fale fae napierały nań, usiłując 
wytrącić go z równowagi. 
To było konieczne - wycedził przez zęby. - Gdybyś przeczytał mój raport... 
Nie oparłeś się złu. - Powietrze zdawało się drżeć od gniewnych oskarżeń Patriarchy. - 
Wpadłeś w tę samą pułapkę, jakiej nie ustrzegł się Prorok, usprawiedliwiając twoje grzechy 
cytatami z Pisma, które cię oskarża. - Umilkł, a potem mówił dalej: - Czy muszę omawiać 
kolejno twoje winy? Czy też zechcesz uznać, że wiem o nich wszystkich? Osądzę cię nie po 
twoim jednym występku, czy kilku, lecz na podstawie blisko dwóch lat trwania w grzechu? 
Zaczerpnął tchu. 

Wasza świątobliwość, gdybyś tylko pozwolił mi wyjaśnić... 

W swoim czasie, wielebny Vryce. Przeczytam twój raport. 

Może nawet wysłucham tego, co chcesz mi powiedzieć. Dopiero wte 
dy, kiedy jasno przedstawię moje stanowisko. 
Przeszedł kilka kroków ku odległej ścianie i z powrotem. 

Gdybyś był jednym z moich kapłanów, nie wahałbym się od 

prawić cię, a może nawet pozbawić godności kapłana. Ponieważ po 
zwolić ci służyć Kościołowi to jedno, lecz zezwolić, abyś go repre 
zentował, to całkiem inna sprawa. Gdybym to ja cię wyświęcił, lub 
któryś z moich kapłanów, zapewne uwolniłbym cię natychmiast od 
wszelkich zobowiązań względem Kościoła, abyś bez przeszkód 
z mojej strony mógł do końca twoich dni walczyć z demonami i na 
rażać ludzkie dusze. Podejrzewam, że wtedy byłbyś szczęśliwszy. Jed 
nak nie jesteś moim kapłanem. Jesteś gościem z innej autarchii, o odmien 
nych tradycjach. Innych zapatrywaniach na wiarę. Aczkolwiek chlubimy 

75 

background image

się jednomyślnością, nie mogę zapominać o tym fakcie. Ani pozwolić, by wpłynął na mój 
osąd. .    Drżąc, Damien zdobył się na beznamiętną odpowiedź: 
Dziękuję, wasza świątobliwość. 
Nie dziękuj. Jeszcze nie. - Patriarcha obrzucił go kwaśnym spojrzeniem. - Napisałem do 
twojej matki świętej i nakreśliłem sytuację. Miesiąc temu otrzymałem odpowiedź. - Wyjął z 
kieszeni list, kremowy pergamin złożony we czworo, ze zwisającą na dole złotą pieczęcią 
Kościoła. - Udziela mi pozwolenia, by osądzić cię w imieniu nas obojga. - Zmrużył zimne 
oczy. - Rozumiesz mnie, Vryce? Jeśli postanowię, że nie nadajesz się na kapłana, nie 
będziesz mógł wrócić do domu i zacząć od nowa. Sąd czeka cię tu i teraz. 
Damien odpowiedział bardzo spokojnie, chociaż serce waliło mu tak mocno, że ledwie 
słyszał swoje słowa: 

A więc tak zdecydowałeś? 

Przez chwilę Patriarcha milczał i tylko spoglądał na niego. 

Nie - rzekł w końcu. - Jeszcze nie. Jednak przyszłość spoczy 

wa w twoich rękach. Chcę, żebyś to zrozumiał. Postępuj jak kapłan, 
a pozostaniesz nim. Inaczej... 
Urwał, jakby groźba była zbyt okropna, by ją wypowiedzieć. „Inaczej będziesz nikim", 
brzmiały nie wypowiedziane słowa. „Ponieważ kim byłbyś, gdybyś przestał być 
kapłanem?". 

Rozumiem. 

Starał się sprawiać wrażenie spokojniejszego, niż naprawdę był. Gdyby tylko Patriarcha 
przeczytał jego raport przed spotkaniem! Z pewnością znajomość sytuacji złagodziłaby 
gniew ojca świętego i skierowała w inną stronę! 
Na co zda się kościelna hierarchia, jeśli Calesta zrealizuje swój plan? Co zdziała Kościół w 
świecie rządzonym przez sadyzm? Walczymy o dusze całej ludzkości, nie rozumiesz? Czy 
nie widzisz, jak śmieszne wydają się w porównaniu z tym te twoje zasady, kiedy stawką jest 
los całej ludzkości? 

Naszym najświętszym obowiązkiem jest walka z zepsuciem - 

przypomniał mu Patriarcha - Na tym świecie i w nas samych. Ta pierw 
sza walka jest łatwa w porównaniu z drugą. Tak nauczał Prorok. Pro 
ponuję, żebyś zastanowił się nad tym i poszukał prawdy w jego pi 
smach. Może wtedy spojrzysz na sytuację z szerszej perspektywy. 
O mało nie stracił panowania nad sobą. Miał ochotę warknąć, że owszem, piekielnie dobrze 
zna pisma Proroka, w końcu podróżował 

76 

background image

z tym draniem przez dwa lata i pewnie lepiej zna jego filozofię niż jakikolwiek inny żyjący 
człowiek. Jednak... 
W jego oczach Prorok nie żyje, zrozumiał nagle. I może to prawda Może dostrzegam jego 
cień w Tarrancie, ponieważ tego chcę, a nie dlatego, że naprawdę w nim pozostał. Może za 
bardzo obawiam się konsekwencji mojego grzechu, żeby spojrzeć nań obiektywnie. 
Napotkał spojrzenie Patriarchy. Jego chłód i siła przypomniały mu wzrok Łowcy. 
Nie miałbyś nade mną takiej władzy, gdyby nie dręczyło mnie poczucie winy, pomyślał. Nie 
zdołałbyś skłonić mnie do posłuchu, gdybym w głębi duszy nie wierzył, że masz rację. 

Jestem sługą Kościoła - rzekł cicho, starając się mówić to 

z pokorą. - Teraz i zawsze. 
Patriarcha skinął głową. Miał ponurą minę. 

A więc niech tak pozostanie, wielebny Vryce - rzekł spokoj 

nie, lecz z wyraźną groźbą w głosie. - Dobrze? 

background image

'ł^^W arilka wspominała tamtą noc: 
W Klęczy na ziemi, na zimnym poszyciu Puszczy. Palce ma W    / otarte i zakrwawione. Po 
długim biegu złapał ją kurcz w nodze. Zmęczenie ściska żelazną obręczą jej pierś i każdy 
uśmiech jest przelotnym zwycięstwem w walce z tym bezlitosnym chwytem. 
„Zaczekaj", powiedział, kiedy zakończył Łowy i postanowił darować jej życie. „Poczekaj tu. 
Przyjdą po ciebie moi ludzie". 
Usiłowała opanować strach. Przecież to ziemia Łowcy, prawda? Jej mieszkańcy należeli do 
niego. Zwierzęta wykonywały jego rozkazy. Nawet macki kolczastych pnączy, szarpiące jej 
nogi, gdy uciekała, okryte czarną korą drzewa zagradzające jej drogę, splątane konary nad 
głową, które tak skutecznie przesłaniały światło księżyca, że prawie nie docierało do ziemi... 
To wszystko jego poddani, prawda? A on jej nie skrzywdzi. Tak obiecał. Łowca nigdy jej 
nie skrzywdzi. 
- Proszę, przyjdźcie szybko - szepnęła, ściskając amulet, który jej podarował. Krew z 
otartych dłoni wypełniła delikatne wyżłobienia na złotej powierzchni. Czuła, że Puszcza 
zamyka się wokół niej niczym jakaś ogromna istota obdarzona własną wolą. Pod kolanami 
czuła jej powolny puls. Każde stworzenie tutaj było częścią tego systemu, każdy konar, 
owad i mikrob. Wszystkie tworzyły jeden żywy twór, połączone jak komórki jednego ciała. 
A Łowca był jego mózgiem. Gdyby zechciał ją zabić, Puszcza powstałaby na jego rozkaz i 
wszystko co żywe i nieożywione połączyłoby swe wysiłki, aby pozbyć się jej, jak człowiek 
likwidujący insekta. I w taki sam, niedbały sposób. Puszcza była tylko odbiciem jej twórcy. 
A on obiecał, że nie skrzywdzi Narilki. 
Czepiała się tej myśli, gdy zimny wiatr poruszył gałęziami tuż obok jej twarzy i ich ostre 
końce lekko zadrapały ją w policzek. Odskoczyła, przerażona. Wszędzie wokół słyszała 
szmery w zaroślach 

78 

background image

i z trudem powstrzymywała odruch nakazujący zerwać się na równe nogi i znów rzucić do 
ucieczki. I tak nie uciekłaby daleko. Nie spała już od trzech dni, a jej jedynym pożywieniem 
były czarne jagody, od których miała skurcze żołądka i krwawą biegunkę. Na szczęście, 
drugiego dnia znalazła wodę, inaczej nie przetrwałaby tak długo... 
Na szczęście? Zaśmiała się gorzko. Tutaj nie było szczęśliwych zbiegów okoliczności, na 
jakie można by liczyć. Łowca chciał polować na nią przez trzy dni, dlatego znalazła wodę, 
która utrzymała ją przy życiu. Puszcza Łowcy pozwoliła jej uciekać. Jaki umysł zdołał stwo-
rzyć to miejsce, jakiej mocy wymagało jego utrzymanie? Nie była w stanie tego ogarnąć, 
lecz słyszała muzykę. Ponurą muzykę, wirującą w jego oczach. Zadrżała na samo 
wspomnienie. Drżała, ponieważ tak bardzo tego pragnęła i tak bardzo bala się tego 
pragnienia. 
Nagle uświadomiła sobie, że szmery ucichły. Miała wrażenie, że urwały się nagle. A może 
dopiero teraz sobie to uświadomiła? Drżąc, wstała z ziemi. Kolana uginały się pod nią, a 
stopy piekły z bólu, ale zdołała wyprostować się, tak mocno ściskając amulet, że jego 
krawędź wbijała się jej w dłoń. Cóż to za nowe niebezpieczeństwo, które uciszyło 
mieszkańców Puszczy? 
Zobaczyła mężczyznę. 
Wyłonił się nagle z ciemności i stanął w cienkiej smudze księżycowego blasku. Wyglądał 
jak duch, o upiornie białej skórze i krwa-woczerwonych oczach, błyszczących w mroku. 
Dłonie miał długie i szczupłe, a paznokcie ostre jak szpony. Kiedy się uśmiechnął, odsłonił 
równie ostre i spiczaste zęby - wyglądały jak wydarte przez Naturę jakiejś bestii i osadzone 
w jego ustach. Ciało i ubranie mężczyzny wydawało się bezbarwne, a skóra miała 
opalizujący odcień, świadczący o emanującej z niego zimnej sile. 
Za plecami usłyszała głośny szelest i gwałtownie odwróciła się, żeby zobaczyć, skąd 
dochodzi. Wilki, chude i wygłodniałe... ale niepodobne do tych, które były dziełem Natury. 
Te były zmutowanymi, koszmarnymi stworami, których cienkie nogi kończyły się podobny-
mi do dłoni łapami. Ich ślepia płonęły krwawo jak oczy ich pana, a sierść była równie biała 
jak skóra jego kurtki i butów. Z trudem oderwała od nich wzrok i ponownie spojrzała na 
mężczyznę. Wyraźnie wyczuła, że był ich panem. Chociaż warczały i drapały ziemię 
niekształtnymi łapami, nie zaatakują jej bez pozwolenia. 
- No tak. - Cienkie wargi nieznajomego wykrzywił uśmiech, a raczej nieprzyjemny grymas. 
-I co my tu mamy? Chyba damę w opałach? 

79 

background image

Jego obecność była jak zimny wiatr mrożący jej ciało. Z najwyższym trudem powstrzymała 
krzyk przerażenia, chęć padnięcia na kolana i błagania o litość, chociaż wiedziała, że nie 
znał takiego uczucia. On jest sługą Łowcy, powtarzała sobie. A Łowca mnie nie skrzywdzi. 
Obiecał. 
Podszedł bardzo blisko, tak blisko, że czuła, jak jego oddech rozwiewa jej włosy. Mierzył ją 
spojrzeniem czerwonych oczu, a gdy uśmiechnął się pod nosem, zdała sobie sprawę, że 
Łowca rozdarł jej bluzkę, odsłaniając jedno ramię i pierś. Czy ten albinos patrzył na nią tak, 
ponieważ chciał ją przestraszyć? Może w innym miejscu i czasie udałoby mu się. Teraz 
jednak czuła jeszcze dotyk Łowcy na ramieniu i wciąż nie mogła otrząsnąć się z przerażenia. 
Nadal odbierała jego moc, śmiercionośną, nieodpartą, oraz rodzące się w niej pragnienie tak 
straszne i spalające, że z najwyższym trudem powstrzymała chęć ofiarowania mu swego 
ciała. Czym w porównaniu z tym było spojrzenie albinosa? Wytwór ciała czy fae służył 
Łowcy. A pan Puszczy obiecał, że żaden z jego sług jej nie skrzywdzi. 

Muszę wiedzieć, jak się stąd wydostać - szepnęła słabym gło 

sem, ochrypłym z pragnienia. - Proszę. 
Człowiek-duch zaśmiał się nieprzyjemnie. 

Czyja wyglądam na przewodnika? 

Wyciągnął rękę ku jej twarzy i z trudem powstrzymała się, by nie uskoczyć. Serce łomotało 
jej w piersi, ale strach był tym, czego tamten pragnął. Nie chciała dać mu satysfakcji i 
okazać lęku. 

Taka ładna zabaweczka - rozmyślał głośno. Białą dłonią do 

tknął jej głowy i pogładził. Kiedy musnął kciukiem skroń Nariłki, 
poczuła przeszywający ból, tak ostry, że o mało nie krzyknęła. - Co 
za strata rezygnować z niej teraz. 
Poczuła paraliżujące przerażenie, ale wraz z nim również przypływ wściekłości. Czy 
uciekała przez trzy noce przed demonicznym panem Puszczy, karmiąc go swoją krwią i 
cierpieniem tylko po to, żeby dla rozrywki tej upiornej kreatury zrezygnować z trudem wy-
walczonego ocalenia? 

Nie - szepnęła i odepchnęła jego rękę. Skroń paliła ją żywym 

ogniem. - Nie! 
Pokazała mu amulet, przytrzymując go tuż przed jego krwawo-czerwonymi oczami. 

On obiecał mi bezpieczeństwo. Dał słowo. 

80 

background image

Teraz nie czuła już strachu, ani trochę. Ogarnęła ją wściekłość, a wraz z nią przypływ 
nowych sił. 

Wyprowadź mnie stąd - rozkazała. Ból w skroni był ostry, pra 

wie oślepiający, ale nie da mu tej satysfakcji i nie okaże tego. -Albo 
zostaw mnie w spokoju, aż przyjdzie ktoś, kto potrafi to zrobić. 
Wilki za jej plecami warknęły i usłyszała, że jeden z nich cicho podszedł bliżej. Nie 
odwróciła się. Nic nie mogła wyczytać z twarzy albinosa ani przejrzeć jego zamiarów. 
Czuła, jak coś ciepłego ścieka jej po skroni w miejscu, gdzie jej dotknął. Czy to krew? Czy 
on też się nią żywił tak jak jego pan? Jeśli tak, to okrwawiony amulet był dla niego 
podwójnym wyzwaniem. Uniosła go wyżej, pokazując albinosowi. Teraz nie bała się, wcale. 
Łowca wykorzystał wszystkie pokłady jej lęku i żaden człowiek - ani zwierzę - nie zdoła już 
go wskrzesić. 
Nagle raczej wyczuła niż usłyszała, że najbliżej stojące wilki wycofują się. Dostrzegła 
nieznaczną zmianę w zachowaniu albinosa. On również cofnął się i wyjął amulet z jej dłoni. 
Zauważyła, że starał się przy tym nie dotknąć jej ręki. Czyżby obawiał się uszkodzić 
własność Łowcy? 

Chodź - rzekł krótko. Odwrócił się do niej plecami, a ona 

odważyła się na długi, głęboki oddech. Wilki za jej plecami ustawi 
ły się szeregiem: kiedy zaczęła iść, słyszała, jak węszą po jej śla 
dach. - Ruszaj się. Już prawie świta. 
Jeszcze tylko chwilę, obiecywała swoim posiniaczonym i poobijanym nogom. Bolały ją 
wszystkie mięśnie, ale odepchnęła od siebie tę myśl. Jeszcze tylko kilka mil. Kilka godzin. 
Potem się wyśpi. 
Lekko zataczając się ze zmęczenia, pozwoliła, by upiorny przewodnik wyprowadził ją z 
Puszczy. 

background image

amien aż do późnego popołudnia przechadzał się po ulicach. Po Ulicy 
Bogów, gdzie ludzie oddawali cześć niezliczonym bóstwom. Ile z nich 
należy do Iezu? - zastanawiał się. Czy któryś z nich zna i rozumie plany 
Calesty? Szedł obok gospody „Nowe Słońce", gdzie zjadł pierwszy obiad 

z Ciani, tak dawno temu; a dalej przez dzielnicę handlową, gdzie kiedyś znajdował się Fae 
Shoppe... 
Teraz już go nie było. Zniknął bez śladu. Gruz wywieziono, fundamenty wzmocniono 
cementową zaprawą i wzniesiono na nich dwupiętrowy budynek. Wysoki, jak na miasto 
nawiedzane przez trzęsienia ziemi. Na takim niebezpiecznym terenie większość architektów 
wolała trzymać w ryzach swoje ambicje. Dostrzegł jednak linie elastycznych włókien 
użytych do wzmocnienia murów oraz mnóstwo ochronnych zaklęć na drzwiach, oknach i w 
każdym słabym punkcie budowli. Boże, pomóż Jaggonath, jeśli te zaklęcia kiedyś zawiodą, 
pomyślał. Boże, miej ich w opiece, jeżeli w obliczu trzęsienia mieliby kiedyś zostać tak 
bezbronni jak mieszkańcy Ziemi. 
Domina stała wysoko na niebie, kiedy zaczął długą przechadzkę z powrotem do hotelu. 
Patriarcha zaproponował mu pokój w aneksie - Da-mien podejrzewał, że bardziej z 
przyzwyczajenia niż kurtuazji - lecz w tych okolicznościach wolał zamieszkać w mieście. 
Patriarcha i tak dowie się o wszystkim, co będę robił, pomyślał kwaśno. Chociaż długo się 
nad tym zastanawiał, nie zdołał wyjaśnić, w jaki sposób ojciec święty dowiedział się o jego 
grzechach. Oczywiście, Calesta chętnie by go powiadomił, tylko czy demon mógł przekazać 
te wiadomości w taki sposób, żeby Patriarcha nie odrzucił ich ze względu na źródło infor-
macji? Dotychczas Damien nie odważył się użyć jakiejkolwiek formy Sztuki, by odkryć 
prawdę. Obawiał się, że gdyby to zrobił, Patriarcha dowiedziałby się o tym i wpadł w szał. 
Może Tarrant, dysponujący znacznie większym talentem, zdołałby dyskretnie to sprawdzić. 
Może. 

82 

background image

Dochodziła pierwsza, kiedy wszedł po schodach do swojego pokoju. W zajeździe było pusto 
i tylko lekki chłód poręczy świadczył o tym, że niedawno przeszedł tędy ktoś nie będący 
człowiekiem. Da-mien dobrze znał ten ziąb i tego, który nim emanował, toteż nie zdziwił 
się, kiedy otworzył drzwi swojego niewielkiego apartamentu i zastał w środku Łowcę. 
Myślałem, że już teraz kładziesz się spać nieco wcześniej - powiedział Tarrant. 
Tak. Owszem. - Kapłan zamknął drzwi i zasunął rygiel, a potem ze znużeniem opadł na 
wysłużony fotel. Kiedy usiadł, z obicia uniósł się kurz. - Miałem kiepski dzień. 
Czuł omywającą go fae ziemi, gdy Łowca sięgnął Sztuką do jego umysłu, szukając 
szczegółów. Niech je ma. Łatwiej znieść tę inwazję niż wyrazić słowami upokorzenia 
minionego dnia. 

Przykro mi - powiedział w końcu Łowca, wyrażając żal, ale 

nie przepraszając. 
Damien zdołał wzruszyć ramionami. 

Pewnie mogło być gorzej. - Spojrzał na Tarranta i zauważył, 

że ten jak zwykle nie wygląda na zmęczonego, przygnębionego czy 
zaniedbanego... na człowieka. - Jak Puszcza? 
Miał wrażenie, że Łowca się zawahał. 
Stosunkowo bezpieczna - odparł w końcu. - Jednak nasz przeciwnik potrafi działać subtelnie 
i nie ryzykowałbym życia, polegając na takiej ocenie. 
Taak. Tu jest tak samo. 

Sądzisz, że Calesta skontaktował się z Patriarchą? 

Spojrzał Tarrantowi w oczy. Były zimne, takie zimne. Studnie 
nie-życia. Jak mógł sobie wyobrażać, że są podobne do oczu Patriarchy? Czy 
jakiegokolwiek żywego człowieka? 

Wiedział - rzekł z goryczą. - O wszystkim. Szczegóły, których 

nie mógł dowiedzieć się od nikogo innego. - Śmiało przyjął to zim 
ne spojrzenie, czerpiąc siłę z jego wewnętrznego ognia Oto mój sprzy 
mierzeniec. Moja podpora. Pożałował, że ta myśl nie budzi w nim 
większego niepokoju. Czyżby aż tak bardzo się zmienił przez ostat 
nie dwa lata? - Wie, że żywiłem cię moją krwią - powiedział spo 
kojnie. - Wie o łączącej nas więzi. Czy zdajesz sobie sprawę, w ja 
kim to stawia mnie świetle w oczach Kościoła? Teraz nie mam nic 
na usprawiedliwienie. I nic nie mogę zrobić, jedynie unikać źródła 
mojego grzechu. 

83 

background image

Czy tego właśnie chcesz? - spytał Tarrant. - Jeśli naprawdę tak jest, opuszczę cię. Jeżeli 
cenisz spokój duszy bardziej od naszej misji. Może Calesta wybaczy ci i zostawi cię w 
spokoju, kiedy przestaniesz... 
Nie bądź głupcem, Geraldzie. - Damien sięgnął po butelkę piwa, którą wcześniej postawił na 
stole. Teraz było już ciepłe, ale co tam. - Żaden z nas nie będzie bezpieczny, dopóki Calesta 
nie zginie. Do licha, cały ten świat nie jest już bezpieczny. - Pociągnął długi łyk ciepłego ale 
i skrzywił się, czując na języku korzenny smak. - Spójrz, co wydarzyło się na wschodzie. 
Popatrz, ile ludzkich żywotów padłoby ofiarą głodu tego jednego demona, gdybyś nie... 
Łowca spochmurniał. Damien nie dokończył zdania. 

Przepraszam - dodał po chwili. - Nie powinienem ci przy 

pominać. 
Tarrant odwrócił się do okna. 

W każdym razie osobno nie mamy żadnych szans i dobrze 

o tym wiesz. Czy ci się to podoba, czy nie, jesteśmy skazani na sie 
bie. - Może nawet razem nie mamy żadnych szans, pomyślał po 
nuro, pociągając kolejny łyk ciepłego piwa. Pod wpływem alkoho 
lu powoli ustępował skurcz, który ściskał mu gardło. To było warte 
tego paskudnego smaku. - Poczyniłeś jakieś postępy w badaniach? 
Tarrant gwałtownie odwrócił głowę. 
Tomy notatek, wieki badań i ani jednej pożytecznej informacji. Och, mogę wymienić ci 
imiona ponad stu Iezu oraz ich specjalności, nawyki i miejsca zamieszkiwania, ale zdaniem 
Karrila żaden z nich nie zechce się w to mieszać, a nawet choćby udzielić nam bardziej 
przydatnych informacji. Najwidoczniej dobrze wpojono im tę zasadę. Dzięki Bogu choć za 
to. 
Dzięki Bogu za to? - Damien uniósł brwi. - Te zasady teraz wydają się stanowić dla nas 
największą przeszkodę. 
Te zasady zabraniają Iezu zabijać ludzi, przynajmniej bezpośrednio. To jedyny powód tego, 
że ty i ja jeszcze żyjemy. 
Mówiłeś, że ich jedyną siłą jest iluzja. Przecież... 
Czy dużo trzeba, bym uwierzył, że słońce jeszcze nie wstało, i pozostał pod gołym niebem 
po świcie? Czy dużo trzeba, by zaaranżować jakiś wypadek dla ciebie - stworzyć jakieś 
złudzenie, byś spadł ze skały lub urwiska, albo znalazł się pod pędzącym ulicą pojazdem? 
Żaden człowiek nie zdoła długo ustrzec się takich podstępów, wielebny Vryce. Nie, gdyby 
Calesta chciał nas 

84 

background image

zabić, zginęlibyśmy już dawno. A tak, jestem przekonany, że zaplanował coś o wiele 
bardziej... nieprzyjemnego. 
Ponownie odwrócił się i spojrzał przez okno. Może studiował prądy fae na dole, szukając 
danych? A może tylko rozmyślał? 
On atakuje Kościół - powiedział cicho Damien. 
Tak przypuszczałem - odparł adept, nie odwracając się. - Podaj mi szczegóły. 
Akty przemocy w mieście. Gromady wiernych bezczeszczące pogańskie świątynie, 
napadające kapłanów, niszczące mienie. Jedna z takich grup o mało nie powiesiła kapłanki 
za zbrodnie przeciwko Jedynemu Bogu. Na szczęście policja przybyła w ostatniej chwili. 
Takie zamieszki wybuchają coraz częściej. Ostatnim razem musiał interweniować sam 
Patriarcha i mimo to tłum wyrządził znaczne szkody. - Odstawił pustą butelkę na stół i otarł 
usta rękawem. -Świątynia Bakshi zaskarżyła Kościół o półmilionowe odszkodowanie za 
szkody materialne i moralne. Jeśli wygrają proces... 
Inne świątynie też wytoczą sprawy. 

To oczywiste, prawda? - prychnął Damien. 

Łowca pokiwał głową. 

Nasz wróg działa subtelnie i aż nazbyt sprytnie. Liczne proce 

sy rzucą Kościół na kolana szybciej niż bezpośredni atak. A publicz 
ne upokorzenie na pewno wzmocni fae, osłabiając oddziaływanie wia 
ry na miejscowe prądy, pozbawiając Kościół jego największej siły. 
A po Jaggonath to samo wydarzy się w innych miastach. Aż spra 
wy potoczą się lawinowo, nie wymagając już interwencji Calesty. 
Znowu odwrócił się do Damiena. W srebrzystych oczach zabłysły skry. 
On zamierza zniszczyć moje największe dzieło. Moralnie, społecznie, finansowo... Jeśli 
Kościół przegra ten proces, to Calesta już wygrał pierwszą bitwę. Ile jeszcze ich wytoczył, o 
których dowiemy się dopiero po fakcie? Dziewięćset lat, Vryce! Uważasz, że opuściłem 
łono Kościoła dawno temu, ale powiadam ci, że nadal mi na nim zależy. To moje dziecię. 
Dziewięćset lat starannie zaplanowanego rozwoju, a ten parszywy demon w ciągu jednego 
pokolenia chce zepchnąć go w piekielną otchłań! 
Musi być jakiś sposób, żeby go powstrzymać. Na pewno można jakoś zapobiec... 

Musimy go zabić - przerwał Tarrant. - Nie ma innego sposobu. 

-Jak? 

85 

background image

Nie wiem - odparł gniewnie adept. - Musi być jakiś sposób. 

- Zastanowił się i dodał: - Może go zniszczyć jego twórca, a więc 
istnieje jakiś sposób. I mam wrażenie, że Iezu nie jest w stanie się 
przed nim obronić. 

Sądzisz, że moglibyśmy nakłonić ich twórcę, żeby nam pomógł? 

-1 zabił swoje dziecko? Niepodobna. Może jednak inni też zna 
ją ten sekret. 
Na przykład kto? 
Może demony. Z innej klasy, takie które zdołamy w prosty sposób nakłonić do współpracy. 
A może jakiś adept. Ktoś znający tajemnice Iezu, kto zyskał ich zaufanie. 
Po chwili dorzucił: 

Na przykład Ciani. 

Gani. Nawet po dwóch latach to wspomnienie nadal było -Wyraźne i bolesne. Bystra i skora 
do śmiechu Ciani, którą kochał. Adeptka Ciani, uratowana przez Iezu. Ciani, mistrzyni 
wiedzy, którą ceniła bardziej niż miłość - dlatego pozostała wśród rakhów, aby bliżej ich 
poznać. Ciani, którą zostawił w ich kraju. 
Ciani odeszła - powiedział cicho. 
Ale nie umarła, wielebny Vryce. I jest osiągalna. 
Teraz na pewno przebywała w krainie rakhów, chroniona przez nieprzebyte góry z jednej i 
ocean z drugiej strony. Baldachim też tam będzie, ta ściana żywej fae, przez którą nie 
przedostanie się ludzka magia. Gdyby nie to, mogliby wysłać wiadomość, wykorzystując 
prądy, by porozumieć się na odległość. A tak... 

Nie mam ochoty tam jechać - mruknął. 

Ja też nie. W najlepszym razie oznaczałoby to naszą długą 

nieobecność w Jaggonath, a w tym czasie Calesta mógłby narobić 
tu wiele złego. Nie wiem, czy możemy sobie na to pozwolić. 
Ciani. Nawet teraz, po latach, to wspomnienie bolało, chociaż pogodził się już z tym, że ich 
związek od początku był skazany na klęskę. A przynajmniej tak sobie powtarzał. 
Ona jest mistrzynią wiedzy - powiedział w końcu. - Oni ślubują neutralność, prawda? Czy 
zechce nam pomóc? 
Nie wiem. Z pewnością nie jest żywotnie zainteresowana ratowaniem Kościoła. Zapewne 
wolałaby obserwować jego upadek niż pomagać go ocalić. A ponadto, jak sam powiedziałeś, 
etyka zawodowa nie pozwala jej uczestniczyć w żadnym konflikcie związanym z fae. Gdyby 
chodziło o kogoś innego, mógłbym ją zmusić, 

86 

background image

żeby nam pomogła. Natomiast lady Ciani... gdybym skrzywdził ją w jakiś sposób, 
całkowicie wydałbym się na łaskę tych, którym służę. - Zaśmiał się krótko, z przymusem. - 
A podejrzewam, że ostatnio nie są skłonni do wybaczania. 
W tych zimnych, jasnych oczach pojawił się dziwny błysk. Czyżby strachu? 
Jeszcze nic ci nie zrobili. 
Owszem - przytaknął. - Na razie. 
Ku zdziwieniu Damiena ciężko westchnął, w zaskakująco ludzki sposób. Przeszedł się po 
pokoju, a potem przystanął. Damieno-wi wydało się, że neohrabia zesztywniał. 

Czy wiesz, że czasem modlę się do nich? Nie jak wyznawca 

do swego boga, lecz jak sługa do rozgniewanego pana Usiłuję im 
wytłumaczyć, że starając się zniszczyć Calestę, usiłuję tylko prze 
trwać, żeby lepiej im służyć. Jeśli przypadkiem skorzysta na tym 
założony przeze mnie Kościół lub cała ludzkość... to będzie niepo 
żądany skutek uboczny, nic więcej. - Potrząsnął głową. - Chciał 
bym sam w to uwierzyć. 
Damien ostrożnie dobierał słowa: 

Sądzisz, że to nieprawda? 

Łowca zawahał się. 
Kiedyś byłem tak pewny siebie. Żyłem w świecie pozbawionym wątpliwości, nie musiałem 
zastanawiać się nad sobą. Moja dusza była nieskalanie czarna, jak sama fae nocy, którą 
przegania najsłabszy promyk słońca. A potem pojawiłeś się ty. Ty! Z twoimi pytaniami, 
pokrętną logiką oraz więzami wspólnej zależności i celu... A ja zmieniłem się. Powoli, ale 
się zmieniłem. Żaden człowiek nie zdołałby tego uniknąć w tych okolicznościach - a jądro 
mojej duszy jest ludzkie, Vryce, pomimo tego, co Karril nazywa „piekielnym aspektem". To 
źródło mojej siły, a zarazem największa słabość. I w końcu, przez ciebie, ona mnie zgubi. - 
Zmrużył oczy. - Przecież na to liczyłeś, prawda? Kiedy już będzie po wszystkim, nie mógł-
bym ci oddać lepszej przysługi jak umrzeć i być przeklętym. 
Geraldzie, proszę... 
Machnął ręką, ucinając jego protesty. 

Nie obwiniam cię, Vryce. Winię siebie za to, że pozwoliłem, 

by do tego doszło. Nie zrobiłeś ani mniej, ani więcej, niż wymaga 
ło twoje powołanie. Zastanawiam się tylko, jaką zapłacę cenę, kie 
dy w końcu będę musiał odpowiedzieć za moje uczynki. 

87 

background image

Z pewnością kilka miesięcy słabości nie zatrze zasług, jakie oddałeś przez dziewięćset lat. 
Bezimienny nie zna litości i nie można liczyć na jego poczucie sprawiedliwości. Jego sąd 
jest w równej mierze wynikiem tymczasowej struktury, jak logicznego rozumowania. 
Podzielony na części, bywa małostkowy, niestały i nieprzewidywalny. Połączony, jest 
najgorszym złem, jakie kiedykolwiek poznał ten świat. Dzięki Bogu ten drugi stan rzadko 
trwa długo. 

Jak to „podzielony na części"? Nie rozumiem. 

Zimne oczy spojrzały na Damiena, czarne i puste jak noc. 
Lepiej, żebyś nie wiedział - ostrzegł. - Ta moc ma zwyczaj pochłaniać wszystko, czego 
tknie. Lepsi od ciebie padli jej ofiarami, chociaż tylko usiłowali zrozumieć jej naturę. A ja 
nie jestem pierwszym, który jej służy. Może jednak będę jedynym, który zachował nietkniętą 
duszę. Ta moc lubuje się w szerzeniu zepsucia i bawi się ludźmi, jak kot myszą. Również 
swoimi sługami - dodał ponuro. -Każdym, kto da jej sposobność. 
Może gardzi Calestą tak samo jak ty - podsunął Damien. - Może uzna twoje obecne 
postępowanie za przysługę. 
Wątpię. - Neohrabia zmarszczył brwi, rozważając tę sugestię. - Prędzej pomyślałbym, że 
zwyczaje Calesty przypadną jej do gustu. 
Może zobaczy w nim rywala? 
Iezu to podrzędne demony. Bezimienny jest... ponad to. 
Podrzędne demony, których nie można odegnać, ani w żaden sposób nad nimi zapanować. 
Niezależne twory, usiłujące przekształcić królestwo Bezimiennego. 
Może - rzekł z powątpiewaniem. - To przynajmniej wyjaśniałoby... 
Urwał i nie dokończył. 
Co takiego? - A kiedy Łowca nie odpowiadał, kapłan poprosił: - Powiedz mi, Geraldzie. O 
co chodzi? 
Wejrzałem Sztuką w nasz konflikt - odparł cicho adept, z zamkniętymi oczami przywołując 
tę wizję. ~ Jak wiesz, to w najlepszym razie nieprecyzyjny sposób, a w tym przypadku 
zobaczyłem kompletny chaos. Widziałem rozpad Kościoła, przebiegający na tysiąc 
sposobów, i w żadnym z nich nie dostrzegłem nadziei na zmianę. Tuzin razy obserwowałem 
śmierć nas obu - tak, twoją i moją - w tuzinie różnych miejsc. Widziałem światy, w których 
Calesta zatriumfował i zmienił je tak bardzo, że nasi przodkowie nie poznaliby w 
mieszkańcach Erny 

88 

background image

swoich potomków. A wszystko to pomieszane ze sobą, wielebny Vryce - mieszanina 
przyszłości tak splątanych, że nawet ja nie zdołałem ich rozwikłać. Nawet jednak w tym 
chaosie dostrzegłem pewne prawidłowości, powtarzające się raz po raz. - Spojrzał na 
Damiena. - Jedną z nich była interwencja Bezimiennego. Zakładałem, że uderzy we mnie 
bezpośrednio, każąc za liczne występki, lecz kto wie, co uznaje za zemstę tak nietrwały 
umysł? I kilkakrotnie widziałem czarodzieja stojącego na czele Kościoła, człowieka 
równego mi mocą, który mógłby poprowadzić wiernych jedyną bezpieczną drogą wśród 
milionów. Czy to ma sens? Nawet gdyby taki człowiek istniał, Kościół wykląłby go. - 
Pokręcił głową. - Zbyt wiele wariantów przyszłości, Yryce, i niemal wszystkie prowadzą do 
klęski. Nie znalazłem nic użytecznego. 
Damien zdołał opanować drżenie głosu, chociaż serce waliło mu jak młotem. 
Kościół ma takiego maga, Geraldzie. 
Co takiego? Gdzie? - Tarrant machnął ręką. - Ten człowiek im przewodził, Vryce. Nigdy nie 
pozwoliliby na to adeptowi. 
Pozwoliliby, gdyby był Patriarchą. 
Nigdy nie przypuszczał, że zobaczy tak bezbrzeżne, niebotyczne zdumienie na twarzy 
Tarranta. 
Patriarcha? Jak to...? 
On o tym nie wie. I jestem pewien, że nikt się tego nie domyśla. Jednak raz użyłem Sztuki w 
jego obecności... 
Opowiedział mu o rozmowie z ojcem świętym. O tym, jak reaguje na niego fae, chociaż on 
tego nie zauważa. I o tym, jak służy jego woli, chociaż Patriarcha nawet nie zdaje sobie z 
tego sprawy. 

Ma wrodzony dar - zakończył. - Jestem tego pewien. 

Tarrant podszedł do najbliższego krzesła i ciężko na nie opadł. 
Nie ulegało wątpliwości, że nie był przygotowany na tego rodzaju wieści. Bo i jak? On sam 
został wyklęty przez Kościół odżegnujący się od takiej mocy. Jak, nie kwestionując własnej 
egzystencji, mógł zaakceptować fakt, że ta zasada mogła się zmienić? 
Adept? - szepnął. - Czy on może być magiem? 
A czy to możliwe? 

Masz na myśli, czy człowiek może urodzić się z takim talen 

tem i nie przyjąć go? Odciąć się od niego tak, żeby zupełnie zapo 
mnieć o jego istnieniu? - Zastanowił się. - To możliwe. Każdego 
roku umiera lub popada w szaleństwo tak wiele dzieci, które uzna 
jemy za adeptów. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że jedno z nich 

89 

background image

mogło nauczyć się odrzucać swoje wizje, kiedy nikt z rodziny ich nie podzielał? Boże Ziemi 
i Erny - szepnął. W jego głosie pojawił się nowy ton. Podziwu? - To wyjaśniałoby taką 
mnogość wariantów przyszłości. 
Sądzisz, że on nam pomoże? - Datnien starał się ukryć powątpiewanie, ale przychodziło mu 
to z trudem. - Czy właśnie to widziałeś? 
Wdziałem - odrzekł powoli neohrabia - jak Calesta pokonał potężnego człowieka. 
Widziałem wielką wizję i wielki upór, które można wykorzystać na tysiąc sposobów. 
Widziałem człowieka, który sam się niszczył, nie potrafiąc dostrzec własnych możliwości... 
co miałoby sens, jeśli chodzi o tego, o którym mówisz. Jednak ujrzałem również to: w 
każdej przyszłości, w jakiej Kościół miał przynajmniej cień nadziei na przetrwanie, 
decydującym czynnikiem były działania tego człowieka. - Spojrzał ostro na Damiena. - 
Decydującym czynnikiem, Vryce. W dosłownym znaczeniu tego słowa. Ten, którego wi-
działem, może ocalić Kościół, ale może go również zniszczyć. 
Czy możesz mi powiedzieć, w którym momencie te drogi się rozchodzą? - zapytał kapłan. - 
Co jest katalizatorem wydarzeń? Moglibyśmy pójść tym śladem. 
Tarrant zapatrzył się w dal, usiłując przypomnieć sobie, co widział. W końcu z niechęcią 
pokręcił głową. 
Wszystko było zbyt pogmatwane, żeby można mieć pewność. On jeszcze nawet nie zdaje 
sobie sprawy ze swoich możliwości. Jak w takiej sytuacji mogę odczytać przyszłość? 
A gdyby je znał? - naciskał Damien. - Gdyby zaakceptował swój talent? 
Łowca zmierzył go twardym jak diament spojrzeniem. 

Masz na myśli, gdyby stał się prawdziwym czarodziejem? 

Wówczas, jak wielu innych, musiałby stawić czoło dezaprobacie Ko 
ścioła... może nawet wiecznemu potępieniu. Czy chciałbyś skazać 
kogoś na takie męki? 
Wiedząc, co kryje się za tym pytaniem, śmiało przyjął spojrzenie Łowcy. 

Nie - odparł cicho. - Nie życzyłbym tego żadnemu człowie 

kowi. 
Łowca odwrócił się od niego. Wyczuwając, że potrzebował chwili do namysłu, Damien 
ponownie podniósł butelkę. Była pusta. 

On musi poznać prawdę - powiedział w końcu Tarrant. - Ina 

czej wszystkie nasze wysiłki są skazane na klęskę. 

90 

background image

Taak. Tylko kto mu o tym powie, do diabła? 
Może ja... 
Nie! - uciął ostro. - Jego zdaniem niczym nie różnisz się od Bezimiennego. Jeśli nie gorzej. 
To nie przyniosłoby niczego dobrego. Trzymaj się od niego z daleka. Wymyślę... coś. 
Dobry Boże, tylko co? 

Bardzo dobrze - mruknął Tarrant. Najwyraźniej uważał, że 

Damien popełnia błąd, ale nie protestował. Dzięki Bogu. - Zoba 
czymy, co zdziałasz. Jeśli nie... Rozumiesz, to nie musiałby być 
osobisty kontakt. Ani nic takiego, co zdołałby ze mną powiązać. 
Pojmując, do czego zmierza Łowca, Damien podniósł się z krzesła i ostrzegł: 

Nie próbuj używać Sztuki! Rozumiesz? Mówimy o czymś, co 

może kosztować go duszę. Niech sam się z tym upora! - A kiedy 
Tarrant nie odpowiedział, Damien dodał: - Rozumiesz, Geraldzie? 
Łowca przeszył go gniewnym spojrzeniem. 
Rozumiem. 
Obiecaj. 
Nie bądź głupcem! Powiedziałem, że rozumiem. Szanuję twoje zdanie, chociaż się z nim nie 
zgadzam. To więcej, niż uzyskałby ktokolwiek. Na tym poprzestańmy. 
Zostawisz go w spokoju? 
Obiecuję ci - odparł Łowca zjadliwym tonem - że nie będę wpływał na jego decyzję. 
Natomiast co do reszty... Znajdź jakiś bezpieczny sposób wyjawienia mu prawdy albo sam 
to zrobię. Jeśli pozostanie w nieświadomości, nasze szanse dramatycznie zmaleją, a nie 
zamierzam ryzykować dla zaspokojenia twojego nazbyt wybujałego poczucia moralności. -1 
zanim Damien zdążył odpowiedzieć, polecił: - Idź i sprawdź, czy w kościelnym archiwum 
są jakieś użyteczne informacje o Iezu. Ja nawiążę kontakt z miejscowymi adeptami i 
zobaczę, czy mają jakieś wiadomości. - Gniewnie potrząsnął głową. - Niech licho porwie 
Senzeiego Reese'a, za to że zniszczył notatki Ciani! Gdyby jeszcze żył, sam bym go zabił. 
Na chwilę zamilkli obaj, lecz była to pozorna cisza, gdyż łącząca Damiena z Łowcą więź 
pozwoliła mu usłyszeć następne słowa tak wyraźnie, jakby Tarrant wypowiedział je głośno. 
Nie próbuj nakłonić mnie do obietnic, których nie mogę ci złożyć. W ten sposób tylko 
osłabisz kruche podstawy naszego sojuszu, a to może być niebezpieczne dla nas obu. 

91 

background image

Tarrant ruszył do drzwi. Damien zrobił szybki krok i położył mu dłoń na ramieniu. Druga 
ręką sięgnął do kieszeni, namacał schowany tam przedmiot, wyjął go i podał neohrabiemu. 
Łowca podejrzliwie zmrużył oczy. 
Co to takiego? 
Klucz do piwnicy tego budynku. Zapłaciłem za niego. 
Za co? Za moją kwaterę? - Spojrzał na Damiena, jakby ten nagle oszalał. - Nie bądź 
śmieszny. Znajdę sobie jakieś bezpieczne miejsce... 
Nie jesteśmy w krainie rakhów - warknął kapłan - gdzie od wroga dzieliło nas wiele mil. On 
jest tutaj, wszędzie. Nie czujesz tego? - Podsunął mu klucz. - W drzwiach jest rygiel, 
którego nie można otworzyć z zewnątrz. Zabiłem deskami wszystkie okienka. Sowicie 
zapłaciłem gospodyni, żeby pozostawiła cię w spokoju. Uważa cię za bogatego ekscentryka. 
Sprawdziłem nawet zaklęcia na budynku, żeby upewnić się, że chronią dom przed 
trzęsieniem ziemi. - A kiedy Tarrant nadal nie brał klucza, Damien nacisnął: -Pamiętasz, jak 
próbował nas pokonać? Najpierw zajął się Senzeim, potem tobą. Później próbował zabić 
Hesseth i mnie w królestwie Terata. Spróbuje znowu, możesz założyć się o twoją duszę. 
Utrudnijmy mu to, jak tylko się da, dobrze? 
Tarrant niechętnie spoglądał na klucz, ale w końcu wziął go od Damiena. 
Obejrzę sobie to miejsce - warknął. - Jeśli uznam je za bezpieczne... zastanowię się. 
To mi wystarczy. 
Damien cofnął się, przepuszczając Łowcę. Przynajmniej tę jedną sprawę udało mu się 
załatwić. Obawiał się, że Tarrant nawet nie zechce wziąć klucza. Niech go licho, za tę jego 
upartą, zaciekłą niezależność. 
Kiedy Łowca wyszedł, Damien podszedł do skrzynki z lodem, wyjął następną butelkę piwa i 
z westchnieniem otworzył. Iezu i bezimienne demony, sadyzm i zemsta... każde z tych 
niebezpieczeństw było przerażające, a on musiał walczyć ze wszystkimi naraz. A tym-
czasem wszystkie te groźby bladły w porównaniu z jeszcze groźniejszym wyzwaniem. 
Damien skrzywił się, przełykając zimne piwo. Całym sercem i duszą obawiał się chwili, 
kiedy będzie musiał stawić temu czoło. 
Jak, do diabła, powiedzieć to Patriarsze? 

92 

background image

l^"^k ol hotelu Paradisio miał świadczyć o przepychu wnętrz ■i skutecznie pełnił tę rolę. 
Chociaż zdaniem Narilki pro-P / jektant wykazał brak gustu - za dużo złoceń, a sztucznie 
postarzona farba fresków na suficie nie pasowała do nowiutkich zaklęć ochronnych 
strzegących wejścia - nie można było zaprzeczyć, że głośno i wyraźnie przekazywał swoje 
posłanie: „Wejdźcie tu, wy wszyscy, których na to stać. Pozostali wynocha na ulicę". 
Cieszyła się, że kiedyś dostarczyła tu osobiście zamówiony przez jednego z gości naszyjnik 
i nie musiała teraz nikogo pytać o drogę. Personel hotelu nie był zbyt uprzejmy dla 
zwykłych rzemieślników. 
Przeszła przez hol i po niskich schodach wyścielonych aksamitem. Potem znalazła to, czego 
szukała: drzwi opatrzone numerem. Apartament 5a. Spojrzała na litery - starannie wyryte na 
złotej tabliczce - i nagle zaczęła się zastanawiać, co ona tu robi, do licha? Czego właściwie 
oczekiwała? Czego chciała? Była bliska tego, aby odwrócić się na pięcie i odejść, lecz 
powstrzymała ją myśl o nieuchronnej reakcji Greshama. „Co się stało?" - zapytałby. „Za-
brakło ci odwagi?". Po tym, jak długo usiłował wyperswadować jej pomysł przyjścia tutaj! 
Nie była jednak w stanie zapomnieć o udręczonej twarzy Andry-sa Tarranta i jego 
podobieństwie do Łowcy. W końcu przemogła się, uniosła rękę i z mocno bijącym sercem 
zapukała do drzwi pokoju. Przyszłaś tu w konkretnej sprawie, przypominała sobie. Zapukała 
ponownie, ale nikt nie odpowiadał. A jeśli go nie ma? To było bardzo możliwe, ale nie 
spodziewała się tego. Czy będzie musiała przyjść ponownie i znów przechodzić przez to 
wszystko? 
- Musisz zapukać mocniej, kochanie - powiedziała stojąca kilka drzwi dalej pokojówka w 
mundurku, mocno zbudowana kobieta w średnim wieku, która uśmiechała się do Narilki. - 
Poszli spać bardzo późno. 

93 

background image

A kiedy dostrzegła wahanie dziewczyny, zachęciła: 

No już, zastukaj. 

Narilka nabrała tchu i poszła za radą kobiety. Mocne stukanie odbiło się echem w korytarzu, 
tak że była prawie pewna, iż ktoś z gości hotelowych zaraz wyjrzy na korytarz i zapyta, co 
się stało. Jednak mijały sekundy i nikt nie odpowiadał. Zapukała ponownie, jeszcze mocniej. 
Tym razem za drzwiami usłyszała jakiś szmer i czyjś pomruk. Cofnęła się, czując, jak 
gwałtownie bije jej serce. Dlaczego nie potrafi spokojnie porozmawiać z tym człowiekiem? 
Po chwili ozdobna klamka przekręciła się i grube drzwi stanęły otworem. 
Przecież prosiłem... - zaczął Andrys Tarrant. Potem zobaczył ją- poznał - i zaparło mu dech. 
Przez chwilę tylko patrzył na dziewczynę szeroko otwartymi ze zdziwienia zielonymi 
oczami. Najwidoczniej była ostatnią osobą, jaką spodziewał się ujrzeć na swoim progu. W 
końcu szepnął ochryple: 
Mes Lessing. 
Miał na sobie luźną białą koszulę i pogniecione spodnie. Najwyraźniej właśnie wstał z łóżka. 
Jego złocistobrązowe włosy były rozczochrane, a oczy lekko przekrwione. Zamrugał i 
zaczerpnął tchu, usiłując wziąć się w garść. 

Ja nie... przepraszam... Myślałem, że przynieśli mi śniadanie. 

Z uśmiechem zerknęła w okno na końcu korytarza, przez które 
wpadało światło dnia. 

Chyba trochę na to za późno, prawda? 

Lekko drżącą dłonią odgarnął włosy z czoła. Gdy tylko opuścił rękę, jeden kosmyk 
natychmiast znów opadł mu na oczy. 

Późno poszedłem spać - wykrztusił Andrys. Potem jego usta 

wykrzywił uśmiech: nieśmiały, przelotny, ale świadczący o poczu 
ciu humoru. - A może powinienem powiedzieć, że wcześnie. Nie 
spodziewałem się odwiedzin. 
Ajuż najmniej twoich, zdawał się mówić wyraz jego twarzy. Przez chwilę zastanawiała się, 
czy nie powinna tylko przeprosić go za zamieszanie i dać to, co zostawił w sklepie, a potem 
pospiesznie się wycofać. Wyglądało, że to byłoby najlepsze rozwiązanie dla nich obojga. 
Wtedy Andrys cofnął się, wpuszczając ją do środka. 

Proszę, wejdź. 

Zrobiła to, dotkliwie zdając sobie sprawę z jego bliskości. 

Jeśli przyszłam nie w porę... 

94 

background image

Wcale nie. Naprawdę. - Delikatnie zamknął za nią drzwi. Le 

dwie usłyszała szczęk zamka. - Zabawiliśmy do późna, to wszyst 
ko. Powinienem wstać kilka godzin temu. - Odważył się napotkać 
jej spojrzenie i odniosła wrażenie, że się zawahał. - Wybacz moje 
kiepskie maniery. Gdybym wiedział, że to ty stoisz za drzwiami... 
Po tych słowach zapadła głucha cisza. Niezręcznie przygładził wymięte ubranie i przesunął 
dłonią po zmierzwionych włosach. Najwyraźniej nie przywykł przyjmować w takim stanie 
kobiet. 

Nie jestem odpowiednio ubrany - wykrztusił. 

Mimo woli uśmiechnęła się. 

To moja wina. Powinnam cię uprzedzić o wizycie. Jeśli chcesz 

się przebrać... 
Dlaczego jego niedbały strój pociągał ją, a nie odpychał? Widok innych mężczyzn w 
podobnych okolicznościach podziałałby na nią wręcz odwrotnie. 

Poczekam. 

Wyraźnie poweselał na tę propozycję. 
Jeśli na pewno nie masz nic przeciwko temu. 
Na pewno. 
Wiedziała, że daje mu coś więcej niż tylko minutę na przebranie. Dawała mu czas na 
oswojenie się z jej obecnością, kilka cennych chwil samotności, żeby mógł się uspokoić. 
Sobie dawała je także. Zastanawiała się, kto z nich dwojga bardziej ich potrzebował. 

To zajmie mi tylko minutkę - rzekł. - Obiecuję. 

Jego sypialnia znajdowała się na drugim końcu apartamentu. Ruszył tam pospiesznie, 
niezręcznie, wyraźnie zdając sobie sprawę z tego, że dziewczyna odprowadza go wzrokiem. 
Dopiero kiedy wyszedł za drzwi i zamknął je za sobą, odważyła się zaczerpnąć tchu i od-
prężyć, niezmiernie wdzięczna losowi za tę minutę wytchnienia. 
Rozejrzała się wokół - po komfortowym apartamencie w jednym z najbardziej 
ekskluzywnych hoteli w mieście. Salon był równie elegancki jak hol, ale znacznie bardziej 
gustowny. Urządzono go w stylu Odnowy: wysokie łukowate sklepienie, gładka posadzka 
pokryta dywanami w delikatne wzory, wąskie okna z osadzonymi w nich witrażami. Poza 
kilkoma pozłacanymi krzesłami, stojącymi wokół stołu na końcu pokoju, pozostałe meble 
pasowały do wnętrza. Krzesła miały delikatniejsze i smuklejsze kształty - najwidoczniej po-
chodziły z późniejszego okresu. Ten stylistyczny kontrast bardzo ją raził, ale wątpiła, by 
hotelowi goście byli dostatecznie wrażliwi, 

95 

background image

aby to zauważyć. Na stole leżały rozrzucone karty oraz dwa tuziny pustych butelek różnego 
kształtu i koloru. Podeszła bliżej i zauważyła drewniane sztony ułożone w stosiki na blacie 
albo walające się na jedwabnym obrusie. Na podłodze także stały butelki, a pod fotelem 
lśniło coś czerwonego. Pochyliła się, żeby zobaczyć co to, a potem podniosła ten przedmiot. 
Był to damski pantofelek na wysokim obcasie, obszyty aksamitem, roztaczający woń wina. 
Kiedy trzymała go w ręku i wyobrażała sobie jego właścicielkę, nagle zrobiło jej się słabo. 
Co ja tu robię? Co ja wiem o tym człowieku? Usiłowała odłożyć bucik, lecz jej dłoń nie 
chciała go wypuścić. To nie jest mój świat. 

Wykupiłem go za dwieście, żeby nie wypadła z gry - powie 

dział Andrys, już ubrany. Ze swobodną gracją szedł ku niej, jakby 
po zmianie odzieży odzyskał pewność siebie. Delikatnie wyjął jej 
z ręki pantofelek i postawił go na stole, muskając przy tym palca 
mi jej dłoń. Pod tym dotknięciem zdawała się płonąć. - Wygrałbym 
i drugi, gdyby nie uśmiechnęło się do niej szczęście. 
Włożył kurtkę bez rękawów, z czarnego aksamitu w cienkie złote paski. Była bardzo 
dopasowana i celowo kontrastowała z obszernymi białymi rękawami koszuli, które 
podkreślały szerokość jego ramion. W tym stroju, z lśniącymi złotobrązowymi włosami i 
błyskiem podniecenia w oczach... Żadna kobieta nie zdołałaby mu się oprzeć, pomyślała 
Narilka. A już najmniej ona, mająca tak niewielkie doświadczenie w tych sprawach. 

Dopisało ci szczęście? - zdołała wykrztusić. 

Uśmiechnął się. 

Tak, do trzeciej nad ranem. Później już... niewiele pamiętam. 

- Ponownie przygładził dłonią włosy, jakby próbując je ułożyć. 
Opadły mu na oczy, gdy tylko opuścił rękę. - Co cię tu sprowadza, 
do tej jaskini dekadencji? Nie sądzę, żebym podczas naszego ostat 
niego spotkania zrobił takie dobre wrażenie. 
Zdołała oderwać od niego wzrok i znaleźć przedmiot, który przyniosła. Wyjmując go z 
torebki, wyjaśniła: 

Zostawiłeś to w sklepie. - Zwinięte płótno, prawie półmetro 

wej szerokości. Podała mu je. - Gresham chciał wysłać to pocztą, 
lecz tutaj paczki długo idą do adresatów. Pomyślałam, że może być 
ci potrzebne. 
Nie wziął od niej rulonu. Nie odpowiedział. Przez chwilę tylko z dziwną miną spoglądał na 
zwinięte płótno, jakby było ostatnią rzeczą 

96 

background image

na świecie, jaką pragnął oglądać. W końcu powiedział zduszonym i roztargnionym głosem: 

Zaglądałaś do środka? 

Pokręciła głową. Z westchnieniem zamknął oczy. 

Myślałem, że zgubiłem go na ulicy. Wróciłem i szukałem, ale 

nie znalazłem żadnego śladu. Sądzę, że mi... ulżyło. 
Położył dłoń na rulonie, ale nie odebrał go jej. Dłoń Andrysa była tak blisko dłoni Narilki, 
że dziewczyna czuła ciepło jego ciała. 

Chyba jestem ci winien przeprosiny - rzeki cicho. Te słowa 

najwyraźniej przychodziły mu z trudem. -Tamtego dnia, w waszym 
sklepie... 
Ktoś mocno zapukał do drzwi. Słysząc ten dźwięk, Narilka drgnęła. 

Obsługa hotelowa - mruknął i ruszył do drzwi. 

Poszła za nim nieco wolniej, wciąż trzymając w dłoni rulon. Co było w środku, że tak 
bardzo go niepokoiło? Z trudem powstrzymała się, żeby nie zajrzeć do środka, kiedy 
znalazła to płótno w warsztacie, ale postanowiła uszanować jego tajemnicę. Teraz trochę ża-
łowała swojej dyskrecji. 
Andrys otworzył drzwi i służący ubrany w hotelową liberię wtoczył do pokoju stolik na 
kółkach. Kiedy skończył, Andrys sięgnął do kieszeni po napiwek i wcisnął monety do ręki 
lokaja, nawet nie sprawdzając ich wartości. Cóż znaczyła dla niego taka garść drobnych? Je-
go zachowanie jasno dawało do zrozumienia, że chce jak najszybciej pozbyć się lokaja, a 
ten natychmiast wyczuł jego intencje. Narilka zauważyła, że na dostarczonej przez niego 
tacy znajduje się starannie przygotowane śniadanie. Kanapki i drożdżówki na srebrnym 
półmisku, kawa w dzbanku z rżniętego szkła, kawałki owoców i jakieś płatki w miseczce z 
przezroczystej porcelany. A wszystko to przyjechało na zabawnym wózeczku, lepiej 
pasującym do hotelowego holu niż tego pomieszczenia urządzonego w stylu odnowicieli. 
Unikając jej spojrzenia, Andrys spojrzał na tacę ze śniadaniem. W końcu wzruszył 
ramionami. 

Wczoraj, kiedy je zamawiałem, wyglądało znacznie apetycz 

niej. - Podniósł filiżankę z kawą i obejrzał ją uważnie, jakby za 
wierała jakiś nadzwyczaj ważny sekret. Nie chciał patrzeć na Na- 
rilkę. Wreszcie odstawił filiżankę i po chwili niezręcznego milczenia 
odważył się ją zapytać: - Jadłaś już? 
Zaskoczył ją tym pytaniem. 

97 

background image

Przepraszam? 

Wtedy popatrzył na nią i serce na moment przestało jej bić pod tym badawczym 
spojrzeniem. 

Czy już jadłaś? 

Wbrew sobie uśmiechnęła się. 
Jak większość ludzi o tej porze dnia. 
Kiedy ostatnio? - poprawił się. 
Zjadłam lunch. Jakiś czas temu. 
A więc chodź ze mną na obiad. Proszę. Nienawidzę rozmawiać o poważnych sprawach, 
kiedy mam pusty żołądek. A to... - Urwał, a po chwili dokończył z wymuszonym humorem: 
- A to miejsce nie nadaje się na spowiedź. 
Chociaż czuła, że Andrys pozostawi to pytanie bez odpowiedzi, zadała je: 

Czy o to właśnie chodzi? O wyznanie? 

W jego oczach pojawił się jakiś dziwny błysk. Bólu? Strachu? Może obu tych uczuć. 
Odwrócił się. 
Tak. Obawiam się, że tak. 
A co z tym? - Podsunęła Andrysowi płótno, oddając mu jego tajemnicę. 
Wyciągnął rękę i zacisnął palce na jej dłoni. Ciepłe, mocne palce... Stojąc tak blisko, 
wyczuwała jego zapach, subtelny lecz zmysłowy. Delikatny zapach piżma, rozmyślnie 
wkomponowany, by działać na kobiety. 
„Tacy atrakcyjni mężczyźni są niebezpieczni", ostrzegał Gresham. Szczególnie kiedy zdają 
sobie sprawę ze swojego uroku. 
Słodkie, słodkie niebezpieczeństwo. Chętnie by w nim utonęła. 

Zabierz to ze sobą - szepnął. 

Zaprowadził ją do restauracji. Narilka nie zdziwiła się, że znał taki lokal, mroczne wnętrze, 
w którym kochankowie mogli szeptać sobie czułe słówka w zaciszu odgrodzonych 
wysokimi przepierzeniami stolików. Niewątpliwie przyprowadzał tu już kobiety, do których 
jawnie się zalecał. Kelnerka posadziła ich przy stoliku na tyłach restauracji. W takim 
miejscu można spokojnie spotykać się z ukochaną osobą, pomyślała Narilka. Albo dzielić 
się strasznymi tajemnicami. Lub jedno i drugie. 

98 

background image

Zamówili miejscowe wino oraz duszoną rybę. Gawędzili przy kluskach z sosem, deserze i 
gorącej kawie. Pytał ojej pracę i wydawał się naprawdę zainteresowany szczegółami. Czy 
był to szczery entuzjazm, czy też sposób uwodzenia, wypraktykowany z tyloma kobietami, 
że teraz wydawał się zupełnie naturalnym zachowaniem? W jaki sposób mogłaby to odkryć? 
Ona w zamian pytała go o podróż do Jaggonath. Odkryła, że nigdy przedtem tutaj nie był, 
ale nie zdołała dowiedzieć się, dlaczego przybył teraz. I przez cały czas czekała, patrząc, jak 
zbierał odwagę, czerpiąc siłę z rytuałów uwodzenia, tak dobrze mu znanych, że zapewne 
nawet nie musiał o nich myśleć. Wyczuwała mrok w duszy Andrysa, ale nie potrafiła okre-
ślić jego źródła. 
W końcu z westchnieniem odsunął pustą filiżankę i zamknął oczy. Wydawało się jej, że 
cierpi - albo wspomina przeżyte cierpienia. W końcu ośmielił się odezwać: 
Tamtego dnia... - Najwyraźniej miał to być początek, ale słowa uwięzły mu w gardle. Po 
chwili, mając nadzieję mu pomóc, dokończyła: 
W sklepie? 
Sztywno pokiwał głową, a potem odwrócił wzrok. 
Boże, to takie dziwne. Chciałem tylko wyjaśnić... Kiedy znów zamilkł, zachęciła go 
łagodnie: 
Mów dalej. - Nakryła ręką jego dłoń. - Słucham cię. W końcu, z trudem, zdołał wyjąkać: 
Co wiesz o siedzibie neohrabiów Merenthy? 
 
Niewiele - przyznała. - Kilka podstawowych faktów z lekcji historii i sejsmiki. Bardzo 
niewiele. 
Moja rodzina mieszkała tam od prawie dziesięciu wieków. Oni... Można powiedzieć, że 
stworzyliśmy to miejsce. I bogaciliśmy się tam. Byliśmy powszechnie szanowaną rodziną, 
od wielu pokoleń uczestniczącą w życiu publicznym. Jej założyciel... - Znów zamilkł i 
potrząsnął głową, jakby żałował, że o tym wspomniał. -Byłem najmłodszym członkiem 
bardzo licznej rodziny. Tak licznej... - Teraz poczuła, że jego ręka drży. - Pięć lat temu... 
Nie było mnie przez całą noc. 
Spuścił głowę i zadrżał, a potem podniósł drugą rękę, jakby chciał zasłonić sobie twarz. 
Najwyraźniej wspominał coś, co sprawiało mu ból. 

Noc jak każda inna - szepnął. - A przynajmniej tak się zdawało. 

99 

background image

Wróciłem do domu... Nie miałem pojęcia, że coś się stało, rozumiesz, nie miałem żadnych 
powodów, by podejrzewać... Wróciłem do domu. 
Patrzył na nią, ale skupił spojrzenie w innym miejscu i innym czasie. 

Oni nie żyli - szepnął drżącym głosem, wspominając prze 

szłość. - Zostali zamordowani. Wszyscy. Posadzka była zalana ich 
krwią... 
Ponownie Opuścił głowę, przygnębiony tym wspomnieniem. Tak pragnęła go pocieszyć, 
znaleźć jakieś łagodne słowa, które sprowadziłyby go do rzeczywistości, ale wywołany jego 
wyznaniem wstrząs na chwilę odebrał jej mowę. Ponieważ wiedziała o tej tragedii. Pa-
miętała ją. I nazwisko rodowe, które do tej pory wydawało jej się dziwnie znajome, teraz 
nabrało jasnego i strasznego znaczenia. 

To byłeś ty -jęknęła, wspominając nagłówki. Krwawe szcze 

góły miesiącami goszczące na pierwszych stronach lokalnych ga 
zet, artykuły drobiazgowo analizujące wszelkie okropne aspekty tej 
zbrodni. I wszystkie słabości jedynego, który uszedł z życiem. -Ty. 
Zdołał na nią spojrzeć. 

Zastanawiałem się, kiedy na to wpadniesz - rzekł z goryczą. 

- Nazwali to „zbrodnią stulecia". Z pewnością było to we wszyst 
kich gazetach. 
Oszołomiona, szepnęła: 

Uważali, że ty to zrobiłeś. 

Ponuro skinął głową. 

Chcieli kogoś ukarać, a ja byłem oczywistym kandydatem. 

Najmłodszy męski potomek Tarrantów, samolubny, niezdyscyplino 
wany, czarna owca w rodzinie... Dla nikogo nie było tajemnicą, że 
często kłóciłem się z innymi członkami rodziny, zazwyczaj o pie 
niądze. Nie było też tajemnicą, że śmierć wszystkich Tarrantów 
gwarantowała mi spadek, za jaki wielu ludzi mogłoby zabić. Jak wi 
dzisz - rzekł kwaśno, wskazując palcem na swój kosztowny strój 
i ozdoby. - Tylko że ja nigdy nie zabiłbym nikogo dla zysku. A na 
pewno nie moją rodzinę! Nie mógłbym... 
Uścisnęła mu dłoń i wydało jej się, że wyczuwa ból Andrysa. Może tak było. Może jego 
emocje tak pobudziły fae, że pozwoliły Narilce dostrzec jego udrękę, nie maskowaną 
nakazami dobrych manier, nie ograniczoną pętami języka. To cierpienie było tak okropne, że 
zaparło jej dech. Mogła mieć tylko nadzieję, iż ta stworzona 

100 

background image

przez fae więź pozwoli jej dać mu coś w zamian, choćby odrobinę emocjonalnego wsparcia. 
Wyczuwała, że od lat nie miał nawet tego. 

Oczywiście - szepnęła. 

Pociągnął długi łyk wina, które jakby dodawało mu sił. 

Proces trwał cały rok - powiedział jej. - Wydawało mi się, że 

całe wieki. Przez rok musiałem wciąż od nowa opisywać tamtą 
okropną noc, żeby obcy ludzie mogli doszukiwać się w mojej rela 
cji jakichś obciążających szczegółów. Myślałem, że oszaleję. Nie 
wiele mi brakowało. Teraz nie pamiętam całych długich fragmen 
tów czasu, zapomniałem również niektóre momenty procesu. Byłem 
na krawędzi załamania nerwowego. Raz nawet próbowałem oddać 
wszystkie pieniądze, zrzec się całego spadku, w nadziei że uznają to 
za dowód mojej niewinności. Chyba wtedy wydawało mi się, że to je 
dyne wyjście. Moi prawnicy powstrzymali mnie. Dzięki Bogu. - Za 
śmiał się gorzko i nakryta ręką Narilki dłoń zacisnęła się w pięść. 
- Cóż wiedziałem o zarabianiu na życie? Co wiedziałem o ubóst 
wie? Oni wiedzieli. Podsunęli mi do podpisu jakieś bezsensowne 
papiery i ukrywali przede mną prawdę, dopóki nie odzyskałem roz 
sądku. Dzięki Bogu za ich pomoc. Dzięki Bogu. 
-1 co się stało? - zapytała najdelikatniej jak umiała. 

W końcu mnie wypuścili. Nie dlatego, że uznali mnie za nie 

winnego, ale ponieważ stwierdzili, że jestem niekompetentny. Okre 
ślili mnie jako łobuza, darmozjada i utracjusza... ale nie mordercę. 
Według nich nie byłem zdolny do morderstwa. - Nabrał tchu. - Przy 
najmniej w tym mieli rację. A może we wszystkim. Sam nie wiem. 

Nie - szepnęła. - Nie mów tak. 

Znów opuścił głowę i zadrżał. 
Bóg wie, że nie zamierzałem ci o tym mówić, nie chciałem mówić nikomu. Jednak kiedy w 
waszym sklepie przymierzyłem zbroję... nagle wszystko powróciło. Wszystko naraz, widok 
krwi, strach i bezsilność... 
Dlaczego? - zapytała, starając się znaleźć jakiś związek. Akie-dy przez dłuższą chwilę nie 
odpowiadał, nacisnęła łagodnie: - Co ma z tym wspólnego ta zbroja? 
W odpowiedzi uwolnił rękę z jej uścisku - uznała, że zrobił to niechętnie - i położył rulon na 
stole. Płótno było związane cienką tasiemką. Rozwiązał ją i odłożył na bok. Zrobił na stole 
miejsce i rozwinął płótno. Manipulował nim delikatnie, lecz stanowczo, drżącymi rękami. 
Był to jakiś stary obraz, wielokrotnie rozrywany i naprawiany. 

101 

background image

Kawałki taśmy klejącej żółciły się na jego spodzie, przytrzymując płótno. Kiedy je rozwinął, 
Narilka ujrzała starą farbę pokrytą pajęczyną pęknięć oraz nierówne brzegi po pospiesznym 
i niedbałym wycięciu z ram... 
Rozwinął płótno do końca i ujrzała obraz. 

O mój Boże - szepnęła. Była wstrząśnięta. 

Obraz stanowił część większego portretu i był poznaczony kilkoma równoległymi cięciami 
noża. Przedstawiał wizerunek młodzieńca i choć był tylko niewielkim fragmentem 
większego obrazu, w pełni oddawał siłę i urodę tego człowieka. Wysoki i szczupły 
mężczyzna w napierśniku z wyrytym na nim złocistym słońcem oraz w koronie ozdobionej 
figurkami mitologicznych postaci. Ten napierśnik! Ta korona! Gęste złocistobrązowe włosy, 
rozwiewane przez wiatr opadały mu na ramiona. Szare oczy, chłodne i władcze, napotykały 
wzrok patrzącego, jakby wiedzione siłą woli - sardoniczne, uwodzicielskie. Na ten widok 
Narilka zadrżała. Ponieważ doskonale wiedziała, kim jest ta postać. I nie mogła zaprzeczyć, 
że zna ją aż za dobrze. 
Łowca. 
Kto to? - zdołała wykrztusić, odzyskawszy w końcu głos. 
Gerald Tarrant. Założyciel naszego rodu, pierwszy neohrabia Merenthy. 
Zawahał się, a kiedy znowu przemówił, wyczuła, że starannie dobiera słowa, zapewne 
zastanawiając się, jak wiele może jej powiedzieć. 
W jego czasach... On zamordował swoich bliskich. Wszystkich prócz jednego. Jego syn 
wrócił do domu i zastał... to samo co ja. On to zrobił. - Wskazał na ślady cięć na portrecie. 
Ich brzegi były popękane i pożółkłe. - Właśnie to zobaczyłem, kiedy spojrzałem w lustro. 
Rozumiesz? Nie moją twarz, tylko jego. Człowieka, który zamordował całą swoją rodzinę... 
Ciii. Już się stało. - Ujęła w dłonie jego ręce, delikatnieje ogrzewając. - Ta zbroja to tylko 
kawałek metalu. Tak samo jak korona. Nic więcej. 
Bolało ją to, co miała zaraz rzec. Jej artystyczna dusza burzyła się na tę myśl, ale Narilka 
wiedziała, że musi to powiedzieć. 

Jeżeli sprawiają ci ból, zniszcz je. Rozbij. Zamów coś innego, 

co ma dla ciebie większą wartość. 
Nie odrywał od niej spojrzenia błyszczących, zielonych oczu. Czyżby w ich kącikach 
zbierały się łzy? 

102 

background image

Nie potrafiłbym zniszczyć twojej pracy - szepnął. 
To tylko metal - zapewniła go, starając się mówić to swobodnie, aby nie zorientował się, ile 
kosztowały ją te słowa. - Możemy go przetopić i zrobić z niego coś wartościowego. Coś 
równie pięknego, z czym nie łączą się bolesne wspomnienia. 
Zdobył się na krzywy uśmieszek. 
Twój pracodawca nie byłby z tego rad. 
Są rzeczy ważniejsze od aprobaty Greshama - zapewniła. 
I przez chwilę wydawało jej się, że w oczach Andrysa wyczytała wszystko. Dostrzegła w 
nim przestraszonego młodzieńca, który myślał, że życie będzie zawsze spełniało jego 
zachcianki, a tymczasem przyniosło mu nagłą dojrzałość, strach i samotność. A wszystko to 
doskonale ukryte pod maską hazardzisty, uwodziciela, utra-cjusza. Gdzie był Andrys 
Tarrant, rozdzierany tymi skrajnościami? Jak go odnaleźć? 

Nie potrafiłbym zniszczyć twojej pracy - powtórzył. Jego rę 

ka obróciła się w dłoni Narilki, w ciepłym uścisku zamknęła jej pal 
ce. - A odtworzenie tych przedmiotów... to część mojej kuracji. 
Przynajmniej tak mi się zdaje. - Pokręcił głową. - Niezbyt to ro 
zumiem. Ktoś, kogo... - Zawahał się, jakby szukając właściwego 
słowa. - Ktoś, komu ufam, poradził mi zamówić te ozdoby, a ja mu 
wierzę. Na tyle, by to robić. - Zaśmiał się smutnie. - Nawet jeśli 
za żadne skarby nie widzę, jak miałoby mi to pomóc. 
Mocno uścisnął jej dłoń: ciepły uścisk, pełen pasji. Wyczuwała w nim potrzebę kontaktu, 
nie tylko duchowego, ale i czysto fizycznego. W jego duszy pasja była zmieszana z 
namiętnością i trudno było mu oddzielić jedną od drugiej. 
Dziękuję - rzekł w końcu. - Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Za to, że dałaś mi szansę. 
Chciałabym zrobić coś więcej - powiedziała cicho, zdając sobie sprawę, do czego prowadzą 
te słowa, nie wiedząc, czy naprawdę tego chce. - Pomóc ci. 
Jasne oczy zielonkawo rozbłysły w półmroku. 
Już uczyniłaś dla mnie więcej niż jakakolwiek kobieta od wielu lat. Czy jakikolwiek 
mężczyzna, jeśli już o tym mowa. 
Nawet twoi prawnicy? - skarciła go łagodnie, świadoma, że jej serce znów zaczęło bić 
mocniej, w odpowiedzi na nie wypowiedziane słowa. 
W pewien sposób tak - odparł łagodnie. Podniósł jej dłoń do 

103 

background image

ust i delikatnie ucałował. Lekkie dotknięcie, emanujące łagodnie erotyką. Poczuła żar 
rozchodzący się po ramieniu od miejsca, którego dotknął wargami. 

Chodź - szepnął. -Robi się późno. Odprowadzę cię do domu. 

Nie poprosił o rachunek, tylko położył na stole garść monet, za które 
spokojnie mógłby kupić trzy takie posiłki. Potem pomógł jej wstać od stołu, lekko trzymając 
za rękę, gestem jednocześnie obronnym i władczym. Kelnerka nie protestowała, widząc, jak 
Tarrant wychodzi nie poprosiwszy o rachunek, co oznaczało, że robił to już wielokrotnie. Z 
iloma kobietami? - zastanawiała się Narilka Czy wszystkie drżały tak jak ona pod jego 
dotknięciem, czy też były weterankami tej gry, znającymi słowa i gesty pomagające 
zachować kontrolę nad swoim zachowaniem? 
Od jej mieszkania dzieliła ich spora odległość, za co dziękowała losowi. Potrzebowała tych 
długich i ciemnych ulic, na pół wyludnionych, cichych. Potrzebowała czasu, żeby zebrać 
myśli. On szedł obok niej i wyczuwała jego zdenerwowanie. Ból. Niepewność. Pożądanie. 
Czuła ciepło jego ciała, gdy zbliżali się do siebie i lekko - tylko lekko - muskał jej rękę. Był 
tak blisko i ta jego bliskość przeszywała ją dreszczem, lecz Narilka obawiała się podać mu 
rękę. Co taki gest oznaczał w jego świecie nie kończących się zalotów i flirtów, będących 
żywiołem Andrysa Tarranta? Jak można zbliżyć się do takiego mężczyzny, nie oddając mu 
swojej duszy? 
Potem zobaczyła swój dom. Schody. Szerokie i dobrze oświetlone. Ganek i czworo drzwi. 
Pozwolił, by poszła przodem do trzecich z kolei. Klucze. Gdzieś je miała. Szukała ich, 
obawiając się na niego spojrzeć. Bojąc się, że jeśli to zrobi, na zawsze zatonie w oczach tego 
mężczyzny. Bojąc się, że zbudzi się rano i ujrzy go obok siebie, i nie będzie wiedziała, jak 
się tu znalazł ani czy kiedykolwiek odejdzie. I czy ona będzie kiedyś chciała, żeby odszedł. 
Potem ostrożnie ujął dłonią jej brodę - gestem delikatnym jak muśnięcie motylich skrzydeł - 
i odchylił jej głowę tak, że spojrzała mu w oczy - ciepłe, żywe, wcale niepodobne do oczu 
Łowcy. A jednak tych dwóch ludzi łączyło pewne podobieństwo, nie tylko zewnętrzne, ale i 
duchowe. Przodkiem Andrysa był Łowca, i to jego krew płynęła w żyłach tego mężczyzny. 
Jakże mogła patrzeć na Andrysa Tarranta i nie pamiętać o tamtym? 

Dziękuję - powiedział cicho. - Za to, że mnie wysłuchałaś. - 

Mówiąc, łagodnie gładził palcami policzek Narilki, aż ciarki prze 
biegały jej po krzyżu. - Od dawna nikt tego nie robił. 

104 

background image

Usiłowała odpowiedzieć, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Palce mężczyzny przesunęły się 
ku jej włosom, rozgarniając miękkie kosmyki. Słodka, czuła pieszczota. 

Ja... - wyszeptała, ale nagle zabrakło jej słów. Przepadły gdzieś 

wraz z umiejętnością mówienia. 
Przyglądał się jej przez chwilę, a potem pochylił i pocałował -o, bogowie, jak powoli 
przyciągał ją do siebie. Mogła się odsunąć, gdyby chciała. Jedną ręką objął ją w talii, drugą 
gładził włosy dziewczyny, a na ustach czuła jego ciepłe i jakże słodkie wargi. Z cichym ję-
kiem zamknęła oczy i klucze z brzękiem upadły na podłogę, gdy z mocno bijącym w piersi 
sercem przywarła do Andrysa. Tak mocno, że czuła na piersiach obszyte złotą nicią 
wypustki jego kaftana, pieszczotę gładkiego jedwabiu na policzku. Zadrżała, przestraszona 
pożądaniem, jakie w nim wyczuwała, a jeszcze bardziej tym, jakie czuła sama Jeszcze nigdy 
w życiu nie była tak bliska utraty panowania nad sobą... 
Nagle ta chwila minęła. Odsunął się, chociaż nie wypuścił jej z objęć. Przygląda mi się, 
pomyślała. Ocenia jej reakcję. A gdyby postanowił kontynuować podbój? Zdała sobie 
sprawę z tego, że nie miała siły mu się oprzeć. Nawet więcej: wcale nie miała ochoty mu się 
opierać. 
Cofnął się z wyraźną niechęcią, przesuwając palce po jej policzku. Ich czubki pozostawiły 
na skórze Narilki smugi ognia, który roz-szedł się po całym jej ciele. Musiała zebrać 
wszystkie siły, żeby nie paść mu w ramiona, nie zachęcić do dalszych pieszczot. Nagle trą-
cił nogą leżące na podłodze klucze. Niespodziewany brzęk rozbił kruchy jak szkło nastrój 
chwili. Andrys z uśmiechem pochylił się i podniósł klucze, a potem umieścił je w dłoni 
Narilki. Łagodnie zacisnął na nich jej palce, jeden po drugim. 

Chciałbym znów się z tobą zobaczyć - powiedział cicho. 

Ja również - szepnęła. Jakoś udało jej się znaleźć słowa. 

Myślała, że znów ją pocałuje - wydawało się, że miał na to 
ochotę - lecz nagle Andrys się cofnął. Zrozumiała, że zamierzał odejść. Teraz. Zanim... 
Bez... Nie wiedziała, czy czuje większą ulgę, czy rozczarowanie. 

Znajdę cię - obiecał. A potem uczynił krok do tyłu i skłonił 

się staromodnym gestem, tak zabawnym u innych, a tak wdzięcz 
nym w jego wykonaniu. Posłał jej pożegnalny uśmiech i szybko zbiegł 
po schodach. Odchodził z jej duszą, tak samo jakby pozostał na noc, 
by ją posiąść. 

105 

background image

Oszołomiona, na uginających się nogach, Narilka oparła się o drzwi mieszkania i próbowała 
złapać oddech. 
O, bogowie, myślała i nawet ten głos jej duszy drżał. W co ja się wpakowałam? 

Ul 

Mogłem to zrobić, pomyślał. Mogłem mieć ją tej nocy. Mogłem zagubić się w cieple jej 
ciała, utopić smutek w kilku godzinach desperackiej przyjemności. 
Jednak nie zrobił tego. A to było zupełnie do niego niepodobne. 
Co się stało? 
Krocząc pogrążonymi w ciemnościach ulicami, usiłował zrozumieć własne uczucia. 
Dlaczego ta kobieta tak na niego działa? Czemu nie wie, jak z nią postępować? Z pewnością 
tym razem nie obawiał się impotencji, gdyż jego ciało już dawno sygnalizowało mu chęć 
współpracy. A więc w czym problem? Los zesłał mu chłodną, miłą noc i piękną kobietę, 
oraz kilka godzin, przez które mógł się nią cieszyć... 
Nie chcę jej skrzywdzić, pomyślał. 
To było dziwne uczucie. Zazwyczaj nie przejmował się losem kobiet, które wpadły w jego 
ramiona. Silniejsze wracały, słabsze uczyły się, aby w przyszłości zachować większą 
ostrożność. Lecz ta dziewczyna... budziła w nim zupełnie nowe uczucia, których nawet nie 
potrafił nazwać, nie mówiąc już o ich opanowaniu. Nie potrafił znieść myśli, że mógłby 
sprawić jej ból, choćby próbując ją uwieść. Widział lęk w jej oczach. Również zadowolenie 
i namiętność, dorównującą jego własnej, ale nade wszystko lęk. A on nie potrafił znieść 
myśli, że mógłby ją przestraszyć. Za żadne skarby. 
Wspominał dotyk jej dłoni, kiedy chwyciła go za rękę w restauracji. Tak czule. Tak 
krzepiąco. Kiedy ostatni raz jakiejś kobiecie naprawdę na nim zależało? Albo komuś 
innemu? Kiedy ostatnio całował kobietę i wyczuwał w niej tylko zadowolenie, a nie chłodne 
wyrachowane kalkulacje, ile jest wart, ile zamierza na nią wydać, ile zdoła od niego 
wyciągnąć, jeśli dobrze to rozegra? Irytowało go to, jeszcze zanim wymordowano mu 
rodzinę, ale później, kiedy odziedziczył cały majątek Tarrantów, stało się tysiąckrotnie 
gorsze. To tylko gra, powtarzał sobie. Nauczył się z tym godzić i niczego nie oczekiwać. 
Jednak ta kobieta była inna. Kiedy go pocałowała... 

106 

background image

Musiał na chwilę przystanąć, przypominając sobie to doznanie. Od jak dawna nie pożądał 
tak żadnej kobiety? Drżały mu ręce na wspomnienie jedwabistej gładkości jej włosów, 
aksamitnej miękkości policzka. W nozdrzach czuł jeszcze jej zapach, słodki i naturalny, 
bardziej upajający od wszystkich sztucznych produktów. Odczuwał pożądanie silniejsze od 
wszelkich doznań wywołanych przez narkotyki i po raz pierwszy od wielu miesięcy zdał 
sobie sprawę, że może przetrwać do rana bez pomocy żadnych używek. Tylko dzięki 
słodkim, kuszącym wspomnieniom, zmieniającym się w erotyczne sny przed świtem. 
Szybkim krokiem zmierzał do hotelu. Kasyno zapewne jest już czynne i jego szeroko 
otwarte podwoje witają noc. Może powinien zasiąść przy karcianym stoliku i zobaczyć, co 
przyniesie mu los? Kto wie, ile mógłby wygrać tej nocy, czując taki niezwykły przypływ 
energii? 
Jednak hazard nie był już dla niego tym, czym kiedyś, i nawet perspektywa takiego sukcesu 
nie wystarczyła, by skłonić go do spędzenia nocy w towarzystwie obcych ludzi. 
Odziedziczona fortuna Tarrantów dokonała tego, czego nie zdołali osiągnąć wszyscy człon-
kowie jego rodziny - na zawsze zniechęciła go do hazardu. Och, nadal grywał, lecz teraz 
raczej dla przyjemności niż z wewnętrznej potrzeby. Sprawiało mu radość pokonywanie 
tych, którzy umiejętnościom lub szczęściu zawdzięczali sławę niezwyciężonych. A znaj-
dowanie takich ludzi wymagało nieustannych poszukiwań w kasynach, tropienia bogatej i 
aroganckiej zwierzyny... Nie, tego wieczoru nie był w odpowiednim nastroju. 
Może powinienem wziąć dziwkę, pomyślał, wchodząc do hotelu po lśniących 
marmurowych schodach. Skinął głową portierowi, który tak niedawno kwestionował jego 
prawo wejścia do ekskluzywnego Paradisio. Mając dość pieniędzy i odpowiednie 
powiązania, zapewne mógł znaleźć jasnoskórą, szczupłą dziewczynę, i jeśli nie miałaby 
czarnych włosów, to z pewnością byłaby skłonna ufarbować je sobie za odpowiednią opłatą. 
Nie po raz pierwszy wykorzystałby swoje bogactwo, by spełnić marzenia. Jakby to było, 
zastanawiał się, ugasić pożar pożądania w objęciach kobiety tak podobnej do niej... 
Wiedział jednak, że nie ma drugiej takiej. U żadnej dziwki nie znajdzie tych wszystkich 
zalet, jakie urzekły go u Narilki Lessing. Jeżeli sądził, że jego wyobraźnia upora się z 
faktem, że wystarczy obłapić 

107 

background image

byle jasnoskórą i czarnowłosą kobietę... to sam napraszał się o kłopoty. A tych w ostatnich 
latach miał ich dość na resztę życia. 
Nie, pomyślał, idąc do swego pokoju, dzisiejszej nocy wystarczy mi wspomnienie. Ono 
zmieni się w słodkie sny, nie zamglone narkotyczną mgiełką czy oparami alkoholu. Gdyż tej 
nocy nie miał ochoty na narkotyki czy trunki, ani trochę. Upoiła go ta dziewczyna (taka 
szczupła, taka krucha, i to nawet nie w jego typie!) i uderzyła mu do głowy. Znacznie silniej 
niż wszelkie osiągalne używki. 
Poczuł przypływ optymizmu - nie znane mu uczucie. Jeśli zdoła przetrwać choć jedną noc 
bez pomocy używek, może będzie mógł to robić częściej? Może powoli znów nauczy się 
panować nad swoim życiem? Ta myśl budziła nadzieję. Może kiedy ten koszmar się 
skończy, gdy Gerald Tarrant zginie, a on przetrwa, może zdoła zacząć nowe życie i nie... 

Witaj w domu - przywitał go Calesta. 

Wątłe nadzieje wyparowały w mgnieniu oka, rozproszone obecnością demona. Ich miejsce 
zajęła zimna i niepohamowana nienawiść. Ta zmiana była tak błyskawiczna, że wprost 
oszołomiła An-drysa, i minęła chwila, zanim doszedł do siebie na tyle, by zamknąć drzwi, 
nim ktoś ich usłyszy. Dopiero potem odzyskał głos. 
Czego chcesz? Demon zachichotał. 
To niezbyt miłe powitanie sprzymierzeńca. 
Zaczerpnął tchu, usiłując wziąć się w garść, próbując zachować w pamięci obraz 
dziewczyny, swoje kruche nadzieje, ostatnie przemyślenia... lecz na próżno. W obecności 
Calesty nie było miejsca na takie łagodne uczucia. 
W końcu wyjąkał: 
Po co przybyłeś? 
Chciałeś instrukcji. Przyszedłem ci je dać. 
Odważył się spojrzeć na demona, napotkać to nieludzkie spojrzenie. 

Dlaczego teraz? - rzucił gniewnie. - Wzywałem cię wielokrot 

nie. Błagałem o instrukcje! Dlaczego przybywasz teraz, tej jednej 
nocy, kiedy nie jesteś mi potrzebny? 
Demon cicho syknął. Ten odgłos przypominał Andrysowi dźwięk wydawany przez 
szykującego się do ataku węża. 

Nie jestem ci potrzebny? 

Ukryta w słowach Calesty groźba zmroziła go do szpiku kości. 

108 

background image

Mógłbym na zawsze zostawić cię w spokoju. Tylko co byś wtedy zrobił? 
Andrys pospiesznie zaczął wyjaśniać: 

Ja nie chciałem... tylko... dziś wieczorem... 

Demon zaśmiał się. Ten chrapliwy, głośny dźwięk sprawił, że Tar-rant zadrżał. 

Biedny głupcze! Czy to ta dziewczyna zaszczepiła ci tę odwa 

gę? Znalazłeś sobie pocieszycielkę i uznałeś, że bitwa zakończona? 
- Ostry głos demona ranił Andrysa jak odłamki szkła. - Jak myś 
lisz, co zrobi Łowca, kiedy się dowie, że jego śmiertelny wróg 
wpadł w sidła miłości? Czy naprawdę sądzisz, że pozwoli ci na to, 
kiedy wytoczymy mu bitwę? Lub na cokolwiek? Jesteś żywym tru 
pem, Andrysie, i każdemu, kto się do ciebie zbliży - każdemu, kto 
będzie ci bliski - grozi śmierć. A może sądzisz, że można wypo 
wiedzieć wojnę Łowcy, nie narażając się na jego odwet? 
Pokój zawirował mu w oczach. Złapał się krzesła i jakoś zdołał na nie opaść. Zdrętwiały mu 
dłonie, a serce zmieniło się w bryłę lodu. 

Może zapomniałeś z jakiego rodzaju przeciwnikiem poprzy 

siągłeś walczyć - kontynuował demon. - Może powinienem ci przy 
pomnieć. 
-Nie... 
Napłynęła fala wspomnień, okropnych i aż nazbyt znajomych obrazów. Sto razy żywszych 
niż te, jakie widział w restauracji, tysiąckrotnie straszliwszych. Odcięta głowa Samiela 
Tarranta spoglądała na niego z oparcia fotela, z ustami wykrzywionymi w sardonicznym 
uśmiechu. 
Ośmielasz się marzyć o miłości, prawda? Okrwawione usta zacisnęły się z rozbawieniem. 
Dlaczego sądzisz, ie jesteś godzien czyjejś miłości? 

Każ mu przestać - błagał. Zamknął oczy, usiłując odciąć się 

od tych wizji, od patrzącego nań Samiela, Betrise. Od nich wszyst 
kich. - Proszę. Niech to się skończy! 
Wizja zniknęła. Pobielałe ręce zaciskał aż do bólu na poręczy fotela. 
Myślę, że się rozumiemy - rzekł demon. Wstrząśnięty Andrys szepnął ochryple: 
Czego ode mnie chcesz? 

Zaczniesz chodzić do katedry na wielkim placu Jaggonath. 

Tam będziesz oddawał cześć waszemu bogu. Będziesz modlił się 

109 

background image

wraz z innymi, jak kazał ci Gerald Tarrant, jakbyś zamierzał wykonać jego poronione 
polecenia. 
Andrys miał wrażenie, że to jeszcze nie koniec, ale demon nie powiedział nic więcej. Po 
długiej chwili milczenia Andrys odważył się zapytać: 
-1 co potem? 
To wszystko. Na razie. 
Nie rozumiem - zaprotestował. - W jaki sposób to ma go zranić? Demon syknął. 

Chcesz mnie przesłuchiwać? Albo wątpić w moje plany? Aby 

pokonać Łowcę, trzeba idealnie zgrać ze sobą tysiąc różnych czyn 
ników, a ty jesteś jednym z nich! Idź tam, gdzie ci każę. Zrób, co 
mówię. Obiecuję, że przyczynisz się do upadku Gerałda Tarranta. 
-1 dodał: - A może to ci nie wystarczy? 
Opuścił głowę, nie mając siły - a może odwagi - by się spierać. 
Wystarczy - szepnął. - Pójdę. 
W każdą niedzielę. Rozumiesz? Chcę, aby widziano cię tam w każdą niedzielę. Jako 
jednego z wiernych. 
Rozumiem. 
Wtedy otrzymał dar, z demoniczną zręcznością wprowadzony do jego umysłu, jako nagrodę 
za posłuszeństwo: jego umysł wypełniły wizje zemsty, wciągając go w wir przyszłego 
triumfu. Walczył z nim przez moment, rozpaczliwie chwytając się zbawczej liny 
poprzedniego nastroju, lecz potem zapadł weń i dał się porwać nienawiści, żądzy krwi i tak 
rozpaczliwej chęci zemsty, że cały drżał jak w febrze. Ten stan zdawał się trwać wieki, a 
mimo to za krótko. Kiedy wszystko się skończyło, Andrys opadł się na krzesło, drżąc na 
całym ciele. 

Pewnego dnia te marzenia staną się rzeczywistością - obiecał 

demon. - Pomyśl, jaka to będzie miła chwila! Sądzę, że warta znacz 
nie więcej niż tej niewielkiej ofiary. 
Nie odpowiedział. Zabrakło mu słów. Wspomnienie dziewczyny było teraz mgliste, 
niejasne, przesłonięte szkarłatnym obłokiem. Czy wyobrażał sobie, że może pokochać? 
Gdzie było miejsce na miłość w takim życiu jak jego, przesłoniętym cieniem Łowcy? 

Jest jeszcze coś - ostrzegł demon. 

Co? - wykrztusił. 

Co jeszcze? 

On cię nie zabije, ponieważ jesteś ostatnim żyjącym Tarrantem. 

Właśnie dlatego możesz mu zaszkodzić. W innych okolicznościach 

110 

background image

takie posunięcie byłoby samobójstwem. - Demon zrobił znaczącą pauzę. - Tylko co się 
stanie, jeśli narodzi się nowy Tarrant? Może na razie nie noszący tego nazwiska, ale z 
czasem mogący rościć sobie do niego prawo. 

Przecież ja nie... - zaczął Andrys. 

A potem nagle pojął, o czym mówi demon. 

Myślę, że powinieneś uważać, gdzie upychasz swoje nasienie, An- 

drysieTarrancie. Ponieważ, kiedy zapłodnisz kobietę-jakąkolwiek ko 
bietę - Łowca nie będzie już miał powodu, by cię oszczędzać. -1 chłod 
nym tonem demon dorzucił: - A bardzo wątpię, czy po tym zuchwałym 
wyzwaniu, jakie mu rzuciłeś, zechce zabić cię szybko. 
Andrys mocno zacisnął powieki i lodowaty dreszcz strachu przebiegł mu po plecach. Dobry 
Boże w niebiosach! Jakże ryzykował, nie rozumiejąc, nie zdając sobie sprawy... Och, 
zawsze był ostrożny, ale seks to ryzykowna gra i Andrys dobrze o tym wiedział. Prędzej czy 
później zawiedzie nawet najlepszy środek antykoncepcyjny. A wtedy... wtedy... 

Widzę, że pojąłeś sens moich słów. - Demon kiwnął głową. 

Coś wylądowało na podołku przerażonego Andrysa. Dopiero po 
chwili odzyskał panowanie nad sobą na tyle, by zdrętwiałymi palcami podnieść rzucony 
przedmiot. Niewielki i grzechoczący przy poruszeniu. Zimne szkło, gumowy korek. Pigułki. 

Pomyślałem, że możesz ich potrzebować - rzekł sucho Cale- 

sta. - W końcu czeka nas długa bitwa. Nie chciałbym, żeby zabra 
kło ci odwagi. 
W komnacie zrobiło się cieplej - demon zniknął. Andrys ściskał w dłoni buteleczkę i gorące 
łzy płynęły mu z oczu. Jakiego koloru były te proszki, jaką zawierały magię? To nie miało 
znaczenia. Wszystkie przynosiły zapomnienie, tak czy inaczej. Wszystkie były sposobem 
ucieczki przed tym światem z jego nieuniknionymi koszmarami. Jedyną ucieczką, oprócz 
śmierci. 
Zaciskając w dłoni buteleczkę, Andrys Tarrant zapłakał. 

background image

10 

atriarsze śniła się wojna. ...setki, a może tysiące ludzi, na stoku góry. 
Mężczyźni i kobiety, kapłani i wierni, a unosząca się od nich energia faluje 
w powietrzu nad ich głowami, niczym fale żaru... 
...nie pasujące do siebie elementy zbroi... 

...i sztandary: przedstawiające krąg. Ziemię w kręgu, lub po prostu czerwone. Czerwone jak 
krew, triumf, rzeź... 
To mój lud, myśli, i spogląda na nich z podziwem. Oto mój lud, który zaledwie wczoraj 
zburzył świątynię pogańskiego bóstwa i rozpędził jego wyznawców. Mój lud, który narażał 
się na więzienie i jeszcze surowszą karę, aby dać upust swej nietolerancji, a teraz skierował 
całą tę negatywną energię na to błogosławione przedsięwzięcie. Moi ludzie, którzy umrą o 
świcie lub wrócą żywi do domu, ale nigdy nie zapomną tej chwili i tego poczucia siły. 
Kroczy między szeregami swych dzieci, szukając znajomych twarzy wśród dziesiątków 
obcych. Są tu ludzie z każdego krańca kontynentu, którzy przybyli, by w ten szczególny 
sposób wypróbować swoją wiarę. On ich kocha. Kocha ich tak, jak kocha się dzieci. Tak jak 
muszą kochać ptaki, kiedy wypychają z gniazda swoje młode, aby zmusić je do rozłożenia 
skrzydeł. To szczególna i straszna miłość, a on dziękuje Bogu, że pozwolił mu jej zaznać. 
Za górami, poza zasięgiem wzroku, lecz w zasięgu marszu, leży Puszcza. Z woli tego 
człowieka - serce zła, symbol znacznie potężniejszy od wszystkich symboli Kościoła. Ona 
przyciąga ludzi jak magnes i wielu ich zginie w nadchodzącej bitwie. Tym razem jednak nie 
będzie tak jak poprzednio, przed pięciuset laty, kiedy ponieśli druzgocącą klęskę. Tym 
razem wykorzystają narzędzia dostarczone przez Ernę i skupią swą energię na jednym 
jedynym punkcie w tym królestwie zła. Na czarnej fortecy, tej piekielnej twierdzy, będącej 
siedzibą Łowcy. Zniszczą ją, a Puszcza zadrży w posadach. 

112 

background image

/.niszczą jej mieszkańca, a Puszcza runie, ogarnięta chaosem, tranie wszelkie podstawy 
swego bytu. 
Pięćset lat temu Kościół próbował podbić wszechświat i ściągnął na siebie zgubę. Tym 
razem wydali wojnę symbolowi i mieli za sobą całą boską potęgę. Spoglądając na swoje 
oddziały, czuje dreszcz trj cudownej pewności, a gdy jego wzrok pada na tę szczególną 
broń, która umożliwia krucjatę... 
Zbudził się. Serce waliło mu jak młotem i leżąc nieruchomo, czekał, aż powoli się uspokoi. 
Dłonie miał zaciśnięte w pięści. Z trudem je rozwarł. Czy to po raz trzeci, czy czwarty miał 
ten sam sen? Z pewnością nie był proroczy, jak wiele innych snów, a mimo to miał w sobie 
coś z przepowiedni. Czy powinien potraktować go poważnie, czy też zapomnieć o nim, tak 
jak poprzednio? Ta natrętna wizja musiała coś oznaczać. 
Z jękiem podniósł się z łóżka i narzucił przygotowany szlafrok. Gruby jedwab otulił ciało, 
które szybko traciło wagę w walce ze stresem. Tego wieczoru wydawało mu się, że nawet 
kapcie ma za duże. Marnieję wraz z moim ludem, pomyślał. Pewnego dnia odejdę i 
pozostanie po mnie tylko cień. 
Opuściwszy sypialnię, poszedł wąskim korytarzem wiodącym do jego prywatnej kaplicy. 
Odgłos kroków zbudził siedzącego tam sługę, który czekał na ewentualne polecenia, lecz 
Patriarcha odprawił go machnięciem ręki. Tę potrzebę mógł zaspokoić tylko w samotności. 
Na końcu korytarza znajdowały się drzwi do kaplicy. Otworzył je i wszedł do środka, 
zamykając za sobą drzwi. Przed ołtarzem płonęły świece - zadaniem sługi było pilnowanie, 
aby paliły się przez całą noc - lecz dawały niewiele światła i większość pomieszczenia 
tonęła w mroku. Patriarcha podszedł do ołtarza i uklęknął przed nim, wkładając w modlitwę 
wszystek lęk i wątpliwości, jakie rozdzierały mu serce. 
Najświętszy Boże, który zawsze na nas spoglądasz, którego słowo jest naszym zbawieniem. 
Obdarz mnie łaską twej mądrości, abym mógł lepiej Ci służyć. 
Od kiedy zaczął miewać te sny, przychodził tu prawie co noc i często zostawał, by modlić 
się do rana A teraz znów przyśnił mu się ten sen, nie mniej dręczący niż ostatnio czy za 
pierwszym razem, ponieważ proponował mu rozwiązanie wszystkich problemów, a jed-
nocześnie stawiał przed jeszcze ważniejszym pytaniem. Jeśli było to prawdziwe proroctwo - 
jeśli Bóg chciał, aby ta bitwa została 

113 

background image

wydana - jaki miał być jej koszt? Nie dla niego czy ludzi walczących pod jego rozkazami, 
lecz dla następnych pokoleń? 
Jakże kuszącym wyjściem byłoby pozostać w tym śnie, w którym całą nienawiść i 
niszczycielską energię mego ludu można skierować przeciwko właściwemu wrogowi. Jak 
chciałoby się uznać, że kathar-sis bitwy uwolni nasze dusze od przemocy. Jednak ludzkie 
umysły nie działają w ten sposób. Jeśli ulegniemy tym niskim pobudkom, jeśli powiemy 
sobie, że owszem, można je zaakceptować - a w pewnych okolicznościach nawet podziwiać, 
jeśli są właściwie ukierunkowane - to co zrobimy po zakończeniu bitwy? W jaki sposób z 
żołnierzy znów uczynimy zwyczajnych mężczyzn i kobiety, jak uwolnimy ich od żądzy 
krwi, aby mogli powrócić do normalnego życia? Jak nauczymy ich cieszyć się owocami 
zwycięstwa, a nie szukać nowego sposobu wyładowania agresji? 
Takie myśli dręczyły go od chwili, gdy zaczął miewać ten sen o bitwie. Udręka przybierała 
na sile w miarę, jak wybuchały nowe zamieszki i niemal każdej nocy wyciągano go z łóżka 
lub gabinetu, by oglądał kolejne akty przemocy. A wszystko w imię Boga, twierdzili 
awanturnicy. Czy nie widzieli, że popełniając te akty przemocy, kreowali nowego boga, 
który powoli ich pochłaniał? To niepokoiło go bardziej niż procesy sądowe, które mogły 
pozbawić jego Kościół ekonomicznych podstaw bytu, ale nigdy nie zdołałyby złamać jego 
ducha Natomiast te akty przemocy były ciosem w samo serce. 
I ten raport Vryce'a Patriarcha zjeżył się na samą myśl o tym człowieku, którego imię 
natychmiast budziło w nim gniew. Cokolwiek jednak mógł sądzić o samym kapłanie, nie 
mógł zignorować jego raportu. Jaki był związek Calesty, demona z rodziny Iezu, z ostatnimi 
wydarzeniami? Czy to on stał za tą falą przemocy? Jeżeli tak, to wszelkie podejmowane 
przez Kościół próby jej powstrzymania będą bezskuteczne, jeśli Calesta postanowi uderzyć 
ponownie. W jaki sposób walczyć z potworem, który potrafi czytać w najciemniejszych 
zakamarkach ludzkich serc i budzić najgorsze instynkty równie łatwo, jak roznieca się 
ogień? 
Opuścił głowę, żeby znów się pomodlić, lecz cichy szmer za plecami uświadomił mu, że 
oprócz niego w pomieszczeniu znajduje się ktoś jeszcze. Powoli odwrócił się, oczekując, że 
ujrzy młodego akolitę z jakąś wiadomością lub sługę przychodzącego zapytać, czy Patriar-
sze czegoś nie potrzeba Ujrzał kogoś obcego i zerwał się na równe nogi, zastanawiając się, 
w jaki sposób nieznajomy minął jego strażnika 

114 

background image

Przybysz podszedł bliżej, dostatecznie blisko, by blask świec oświetlił jego bladą twarz o 
arystokratycznych rysach. Był wysoki i szczupły, odziany w staromodny strój 
przypominający czasy Odnowy. Blask płomieni igrał w jego długich do ramion włosach i 
roziskrzył przytrzymującą je złotą opaskę. Ziemskie troski nie pozostawiły śladu na twarzy 
nieznajomego, która wydawałaby się anielsko piękna, gdyby nie oczy - tak mroczne, 
głodne, tak... puste. 

Czy wiesz, kim jestem? 

Głos tego człowieka był czysty i wyraźny, a jego słowa, chociaż nie głośniejsze od szeptu, 
zdawały się odbijać w komnacie echem jakiejś dziwnej muzyki. Patriarcha przyjrzał mu się, 
a potem skinął głową. Tak, wiedział. Szkice Vryce'a zupełnie mu wystarczyły. Świadomość 
tego, kim jest ten przybysz, wzburzyła go i przeraziła, lecz był dostatecznie wprawnym 
politykiem, by nie dać tego po sobie poznać, nie zdradzić się wyrazem twarzy ani tonem 
głosu. 

Po co tu przyszedłeś? - zapytał. 

Mroczne oczy zerknęły w stronę ołtarza, a potem znów spojrzały na Patriarchę. 

Wygląda na to, że kaprys losu, jakiego obaj nie zdołaliśmy prze 

widzieć, uczynił nas sprzymierzeńcami. Przyszedłem zaproponować 
moje usługi. 
-Nie. 
Serce waliło mu jak szalone i musiał zebrać wszystkie siły, aby zachować spokój i rozwagę, 
których w tym momencie tak potrzebował. Czy naprawdę stał tu i rozmawiał z człowiekiem, 
który założył, a potem zdradził Kościół? Zaledwie rok wcześniej uznałby to za zupełnie 
niemożliwe. Nawet teraz, wiedząc, że tak nie jest, z trudem przyjmował ten fakt do 
wiadomości. 

Nie jesteśmy sprzymierzeńcami, lecz wrogami, neohrabio. 

Łowca nieco spochmurniał i zrobił krok naprzód, jakby zamierzał podejść do Patriarchy. Z 
drżeniem serca ojciec święty cofnął się. W następnej chwili uświadomił sobie, że gość nie 
zmierzał ku niemu, lecz do ołtarza. Dusza Patriarchy rwała się do obrony świętego symbolu 
przed dotknięciem, a nawet spojrzeniem tego potępieńca, lecz rozsądek podpowiadał mu, że 
taka próba byłaby samobójstwem. I czy miałaby jakiś sens? Ten złoty ołtarz był tylko 
symbolem, niczym więcej. Można go przetopić, co w niczym nie zagrozi samej wierze. Jeśli 
Prorok nauczył ich czegoś, to tego, że Bóg nie mieszka w takich symbolach. 

115 

background image

Prorok. Zimny dreszcz przebiegł mu po krzyżu, gdy uświadomił sobie, kim jest stojąca 
przed nim istota. Już nie Prorokiem, lecz potępionym i zdegenerowanym stworem, który 
nosi tożsamość Proroka niczym wytarty kostium. Gzy taki dreszcz przechodził Vryce'a, 
kiedy po raz pierwszy się z nim spotkał? Czy z czasem przywykł do tego, a może po prostu 
nauczył się ignorować to uczucie? 
Mężczyzna doszedł do ołtarza i skierował się do centralnej rzeźby, przedstawiającej 
podwójny złoty krąg. Trupio bladym palcem dotknął splecionych kół i rozdął nozdrza, jakby 
wdychał Woń świątyni. Czyżby sprawdzał Patriarchę, czekając na jego reakcję? Chociaż 
instynkt nakazywał mu chronić ołtarz, Patriarcha nie ruszył się z miejsca. Jeden Bóg wie, co 
tamten by zrobił, gdyby ktoś spróbował go powstrzymać. 
Po chwili Łowca ponownie odwrócił się twarzą do Patriarchy. Teraz jego oczy nie były już 
czarne, lecz jasnoszare. I był w nich chłód, przypominający ojcu świętemu ziąb lodu i 
śmierci. To były oczy potępieńca, które spoglądały na chwałę Jedynego Boga, a potem na 
zawsze się od niej odwróciły. Patrząc w nie, Patriarcha mimowolnie zadrżał. 

Wierz w co chcesz - rzekł gość. - Ja musiałem dochodzić do 

tego przez wiele lat. Dlaczego ty miałbyś zaakceptować to od ra 
zu? Mamy tego samego wroga, a więc toczymy tę samą wojnę. 
Niech to ci wystarczy. 
Calesta Czuł, jak to imię pojawia się w jego umyśle, wykute w lodzie. Przez jedną krótką 
chwilę wyobraził sobie moc, jaką miałby Kościół, dysponując wiedzą i umiejętnościami 
tego człowieka... A potem ten obraz rozsypał się na kawałki, gdy Patriarcha w pełni 
zrozumiał sytuację. Od tego zaczął Vryce, pomyślał z przerażeniem. I od tego zaczął się 
upadek Proroka. 

To za mało - rzekł spokojnie. Zaskoczyła go siła własnego gło 

su. - Nie wystarczy, by zawrzeć takie przymierze. 
Przez chwilę Łowca nie odpowiadał. Patriarcha nie zdołał nic wyczytać z jego oblicza, 
żadnych myśli czy uczuć. Trupio blada twarz była jak maska. 

Przyszedłem złożyć ci propozycję - powiedział w końcu. - Dla 

dobra naszej wspólnej sprawy. Nic więcej. 
Patriarcha powoli pokręcił głową. 
Niczego od ciebie nie chcę. 
Nawet gdyby mój dar pozwolił Kościołowi przetrwać? 

116 

background image

Dokonałoby się to kosztem mojej duszy i dusz wszystkich moich 

wiernych. Jakiż byłby to triumf? 
Szare oczy zwęziły się i Patriarcha wyczuł budzący się w Łowcy zimny gniew. Nie cofnął 
się i nie odwrócił wzroku, lecz spokojnie stawił czoło nie wypowiedzianej groźbie. Jego 
wiara go obroni. Nawet jeśli ten człowiek go zabije, Bóg uchroni jego duszę. W końcu 
przybysz rzekł ostrym jak brzytwa głosem: 
Masz już to, czego ci potrzeba, by obronić twój Kościół. Brak ci tylko wiedzy, jak 
wykorzystać tę moc. Przyszedłem ci to wyjawić, nic więcej. 
A ja odrzucam twoją propozycję - odparł chłodno i ujrzał w oczach gościa błysk gniewu. - 
Nie jestem Damienem Vrycem, ani żadnym z tych, których dusze skaziłeś w ciągu tych lat. 
Niektórzy z nich zaczęli właśnie od tego, prawda? Tak bardzo pragnęli twojej mocy, że 
narazili swoją wiarę. Zaufali ci, zapominając, kim i czym jesteś. - Jego głos nabierał siły, 
gdy Patriarcha odzyskał swe orator-skie zdolności. - Nie popełnię takiej pomyłki jak Vryce 
- oznajmił stanowczo. - Nie uczynię tego pierwszego kroku. Będziemy toczyli naszą walkę 
sami i zwyciężymy lub przegramy wedle bożej woli. 
Neohrabia pokręcił głową. 
Nie rozumiesz, co w tym wypadku oznacza przegrana Zagrozi wszystkiemu, co stoi... 
Doskonale rozumiem, że oto mam przed sobą człowieka, który od prawie dziesięciu 
wieków żyje poza łonem Kościoła. Czy mam przekładać jego interpretację prawa nad moją? 
Miałbym odrzucić wszystkie moje nauki i wieki zmagań moich poprzedników dla przy-
mierza, które uczyniłoby moją wiarę kpiną? Nie sądzę. 
 
A więc poniesiesz klęskę - rzekł ostro gość - a z tobą cały Kościół. 
Jeśli taka jest boża wola, niech tak się stanie. Przynajmniej nasze dusze pozostaną czyste. 
Kto lepiej ode mnie zna twojego Boga? Jako wasz Prorok... 
Prorok nie żyje! - warknął Patriarcha. - Umarł tego dnia, kiedy zamordował żonę i dzieci, i 
niczyja wola nie zdoła go wskrzesić. Tamtej nocy jego miejsce zajęło coś innego, co używa 
jego ciała i głosu, lecz nie jest człowiekiem, a na pewno nie jest sprzymierzeńcem Kościoła. 
Choćby tak twierdziło. 
W wyblakłych oczach Łowcy palił się lodowaty płomień, odbicie wściekłości tak strasznej, 
że Patriarcha wiedział, iż gdyby Tarrant 

117 

background image

choć na chwilę dał jej ujście, pochłonęłaby go bez reszty. Trudno było zachować spokój w 
obliczu czegoś takiego, ale wyczuwał, że lęk - choćby cień obawy - pozwoliłby temu 
stworzeniu zawładnąć jego duszą. A na to nie mógł pozwolić. 
Wchodząc tutaj, mogłem zabić twojego strażnika - powiedział Tarrant. - W innym miejscu i 
czasie na pewno zrobiłbym to i wzmocnił swą siłę jego śmiercią. Nie uczyniłem tego. Niech 
to będzie dowodem mojej szczerości. Świadectwem moich prawdziwych zamiarów. 
W dniu, gdy zacznę osądzać ludzi wedle takich kryteriów - odparł duchowny - przestanę być 
kapłanem. 
Toczymy tę samą wojnę! - Teraz w zimnym i groźnym głosie neohrabiego słychać było 
gniew. - Nie rozumiesz tego? Jak mam cię przekonać? 
Znasz sposób - odparł cicho. Serce biło mu mocno, ale zdołał zapanować nad głosem. W 
obliczu rozgniewanego Łowcy najlepszą obroną był spokój. - Znasz go już od dziewięciu 
wieków. 
Łowca zmrużył oczy i cofnął się o krok. Włożył rękę do kieszeni, jakby sięgał po broń. 
Patriarcha zdrętwiał. Tamten jednak nie wyjął broni, a przynajmniej nie taką, jaką ojciec 
święty kiedykolwiek widział. Trzymał w ręce duży kryształ, dobrze oszlifowany i mający tak 
jaskrawą granatową barwę, że zdawał się emitować własne światło. Patriarcha zrozumiał, że 
taki kolor nie mógł naturalnie ist- j nieć w tym pomieszczeniu, w którym tylko złocisty blask 
świec j rozpraszał mrok. Jasna barwa tego kryształu świadczyła o zastoso- i waniu magii. 
Łowca obrócił przedmiot w dłoni, żeby Patriarcha dobrze mógł obejrzeć ze wszystkich stron 
polerowany kryształ, który bezsprzecznie emanował mocą. 
Czy wiesz, czym jest zaklęcie ochronne? - zapytał Łowca. Patrząc na niego i na kryształ, 
Patriarcha nie odpowiedział. - Sztuką, której działanie jest niezależne od twórcy, z którym 
przestał ją łączyć jakikolwiek związek. Coś je wyzwoli - w tym przypadku two- j ja wola - a 
wtedy ono wykorzysta prądy fae, czerpiąc z nich siłę. Krótko mówiąc - rzekł, pokazując na 
trzymany w dłoni kryształ -to nie jest już w żaden sposób związane ze mną ani żadną inną ży-
wą istotą. Spełni swoje zadanie, a potem zniknie. Rozumiesz? 
Niczego od ciebie nie chcę - powiedział cicho. 
Więc jesteś głupcem! - warknął neohrabia. -1 poniesiesz klęskę, a z tobą twój Kościół. 

118 

background image

Podniósł do światła ciemnoniebieski kamień: kobaltowe błyski 
przemknęły po wielobocznej powierzchni niczym fale po ciemnej 
toni jeziora. 

Ja tylko proponuję ci wiedzę. Szansę wejrzenia pod zasłonę 

złudzeń i poznania arsenału, jakim dysponujesz. Ta wiedza mogła 
by ocalić twój lud! - Ponownie zmierzył Patriarchę pałającym spoj 
rzeniem. - A także, najprawdopodobniej, zniszczyłaby cię. 
Uniósł wysoko kryształ, jakby na poparcie tych słów, a potem położył go na nakrytym 
obrusem ołtarzu. 
Zastanawiam się, czy jesteś gotowy złożyć taką ofiarę dla twojego Kościoła. 
Nie udawaj, że mnie sprawdzasz - ostrzegł Patriarcha. - Straciłeś do tego prawo. 
Łowca zamilkł i Patriarcha przez chwilę obawiał się, że posunął się za daleko i 
doprowadzony do szału neohrabia rzuci się na niego. Napiął mięśnie, modląc się o odwagę, 
usiłując opanować strach, żeby ten potępieniec nie mógł się nim pożywić. Jednak minęła 
minuta, a potem dwie, aż wreszcie wyczuł, że niebezpieczeństwo minęło. Głosem zimnym 
jak lód Łowca rzekł: 

Weź go, jeśli postanowisz go użyć. Zaciśnij go w dłoni, a on zro 

bi resztę. - Skłonił się sztywno i formalnie. - Wybór należy do ciebie. 
Potem odwrócił się i szybko opuścił komnatę. Zbyt szybko, by Patriarcha zdążył 
zaprotestować. O wiele za szybko, by zdołał zrobić to, co chciał - podnieść kryształ i 
zwrócić mu go, żeby zabrał go z powrotem do piekielnego królestwa, z którego pochodził. 
Jedwab wtopił się w mrok i bez najlżejszego szmeru - czy to kroków, czy szelestu ubrania 
lub cichego skrzypnięcia zawiasów - Gerald Tarrant zniknął. 
Ciemnoniebieski kryształ leżał tam, gdzie Łowca go położył, między dwiema świecami na 
ołtarzu. Tam lśnił własnym życiem, skrząc się odbiciem płomieni. Czym było to, co 
zostawił Łowca? Wiedzą? Zapewne. Magią? Niewątpliwie. Szansą na zwycięstwo? Może. 
Pokusą. 
Powoli opadł na kolana przed ołtarzem. O mój Boże, modlił się, napełnij mnie twą siłą. 
Poprowadź mnie. Spraw, bym nigdy nie zboczył z Twojej ścieżki. 
Błękitny szlif, błyszczący w świetle świec. Moc, w starannie odmierzonej dawce. Czy to 
ocalenie? Czy zguba? A może jedno i drugie? „Świat nie jest czarno-biały, lecz złożony z 
najróżniejszych odcieni szarości". Kto tak powiedział? Vryce? Patriarcha zadrżał, 

119 

background image

gdy w pełni zrozumiał znaczenie tych słów. To zbyt łatwa odpowiedź, powtarzał sobie. 
Zbyt kusząca. Niezdecydowanie jest tchórzostwem. Niepewność jest słabością, a my nie 
możemy sobie na nie pozwolić w obliczu tego wroga. Drżąc, zaczął się modlić. 

background image

11 

atedra Jaggonath była o wiele bardziej imponującą budowlą, niż Andrys 
oczekiwał. Przez jakiś czas tylko stał na placu naprzeciwko niej, chłonąc 
dziwną mieszaninę uczuć, jakie budził w nim jej widok. Nie chodziło 
tylko o to, że świątynia wyglądała tak imponująco, lecz o to, o czym 

świadczył jej wygląd. Tutaj, na wschodzie, gdzie trzęsienia ziemi zdarzały się kilka razy w 
ciągu miesiąca, rzadko można było ujrzeć budynek mający więcej niż dwie kondygnacje, a 
nawet najskromniejszy barak był opatrzony ochronnymi zaklęciami. Tymczasem ta 
budowla, której gładkiej fasady nie znaczyły żadne ochronne zaklęcia, wznosiła ku niebu 
swe lśniące kopuły, rzucając wyzwanie siłom natury. Czy sama wiara mogła mieć taką siłę, 
by podtrzymać taką budowlę, czy też te gładkie kamienie kryły w sobie sekrety 
konstrukcyjne, nadające jej niezwykłą wytrzymałość? Andrys wiedział, że w taki sposób 
zostały wzniesione mury zamku neohrabiów Merenthy, którego wewnętrzne warstwy wy-
trzymałyby nawet wtedy, gdyby skruszał kamień i zaprawa. Oprócz tego jednak zamek 
wzmacniały ochronne zaklęcia i Andrys nie wątpił, że bez nich kasztel dawno rozpadłby się 
na kawałki. Czy same modlitwy mogły ochronić taką budowlę jak ta, w której murach 
zakazana była wszelka magia? Była to zaskakująca i niepokojąca myśl. 
I nie tylko. Spoglądając na kolorowe witraże, tak podobne do tych w oknach zamku 
Tarrantów, sycąc oczy znajomym kształtem łuków i przypór, filarów i zwieńczeń, poczuł 
tak przejmującą tęsknotę za domem, że przez chwilę z trudem powstrzymywał łzy. Co by 
dał, żeby teraz tam wrócić! Nie, poprawił się w myślach. Co by dał, żeby mieć dom, do 
którego mógłby wrócić, a nie to wymarłe zamczysko pełne duchów, wspomnień i odoru 
krwi Tarrantów. Nie miał domu: ani tam, ani nigdzie. 
Zadrżał i niechętnie ruszył w stronę katedry, chociaż myśl o wejściu do środka budziła w 
nim zgrozę. Było coś niewłaściwego we 

121 

background image

wchodzeniu tam na rozkaz demona i Andrys prawie że spodziewał się gromu z jasnego 
nieba, który powali go w progu. Kiedy w końcu przemógł się i wszedł do przedsionka, serce 
biło mu tak mocno, że miał wrażenie, iż wszyscy to usłyszą. Jednak ludzie mijali go, nie 
zdając sobie sprawy z miotających nim uczuć, pozostawiając go sam na sam z jego lękami. 
Zawsze był sam. 
Zaczerpnął tchu, zebrał całą odwagę i po chwili wahania wszedł do świątyni. Nikt go nie 
zatrzymał. To na pewno tylko chwilowa zwłoka, pomyślał. Z pewnością Jedyny Bóg 
przejrzy jego zamiary i rozgniewa się, widząc, że Andrys próbuje wykorzystać Jego 
świątynię jako narzędzie zemsty. Czy Calesta zdoła go uratować? Czy któryś demon mógł 
choćby wejść do tej budowli, poświeconej Bogu Ziemi? 
Świątynia była wielka i jeszcze w połowie pusta. Zajął miejsce w ostatnim rzędzie, w cieniu 
balkonu. Stamtąd mógł niepostrzeżenie obserwować wydarzenia. Nie było to dokładnie to, 
czego chciał Calesta, który polecił mu „pokazywać się" w kościele, ale musiało wystarczyć 
podczas pierwszej wizyty. Andrys był zbyt przestraszony, żeby zrobić coś więcej. Patrzył, 
jak kapłan wchodzi na podium i zaczyna odprawiać popołudniową mszę. Andrys słabo 
pamiętał kościelne obrządki, jak na pół zatarte wspomnienia z dzieciństwa Rodzina do-
statecznie często brała w nich udział, żeby pozostały mu w pamięci, chociaż pozbawione 
szczegółów. I na cóż im się zdało to, że oddawali cześć Jedynemu Bogu? - pomyślał z 
goryczą. Może jakieś pogańskie bóstwo uczyniłoby więcej, by obronić swych wyznawców. 
Może dałoby im siłę, żeby mogli stawić czoło potworowi i śmierci, jaką... 
Przestań, rozkazał sobie. Złożył drżące dłonie na podołku i próbował opanować 
zdenerwowanie. Zimny pot wystąpił mu na czoło, ale minęło kilka długich minut, zanim 
uspokoił się na tyle, by podnieść rękę i je otrzeć. Jaki jest sens tej wizyty? - zastanawiał się. 
Dlaczego Calesta kazał mu to znosić? Czy demon oczekiwał, że Andrys coś tu osiągnie? A 
jeśli tak, to czemu nie powiedział mu tego wyraźnie? 
Nagle jego spojrzenie, szukające czegoś, na czym mogłoby się skupić, przeniosło się za 
podium na końcu głównej nawy i spoczęło na fresku zdobiącym część ściany. Uwagę 
Andrysa zwrócił ludzki motyw, gdyż nauka Kościoła zabraniała przedstawiania ludzkich 
postaci z wyjątkiem kilku, traktowanych jako symbole. Fresk przyciągnął jego wzrok i 
dosłownie zahipnotyzował go, ze względu na postać, jaką ukazywał. 

122 

background image

Mimo woli Andrys wstał, zafascynowany, a zarazem przerażony widokiem tego 
wspaniałego malowidła. Nie słyszał słów ceremonii, ze zgrozą i obrzydzeniem spoglądając 
na fresk. Ten przedstawiał Proroka, nie było co do tego wątpliwości. Postać nie miała 
twarzy, zgodnie z tradycją Kościoła, lecz otaczała ją aureola, która czyniła ten brak raczej 
świadomym artystycznym wyborem niż nakazem wiary. U jej stóp wił się niewyraźnie 
przedstawiony stwór, w równym stopniu podobny do gada i pająka, czarny i złowrogi, ma-
jący na jednym końcu ciała wielki łeb węża, a na drugim kilka tuzinów mniejszych łbów. 
Prorok przygniatał stopą kark potwora i przebijał go włócznią płonącą białym światłem, 
oślepiającym jak słońce. Symbol, pomyślał Andrys z mocno bijącym sercem. To tylko 
symbol. Wiara Proroka strąciła Złego w ciemność i uniemożliwiła mu przybranie cielesnej 
postaci. Wiara w Jedynego Boga była potężniejsza niż całe zło tej planety. Andrys widział 
już ten obraz w świętych księgach. Był znajomy. Typowy. Powinien prześlizgnąć się po nim 
spojrzeniem, tak samo jak po innych freskach zdobiących ściany wewnątrz świątyni. 
Ten jednak był inny. 
Ta postać nosiła zbroję. Jego napierśnik! Ozdobiony emblematem ziemskiego słońca w tym 
nieprawdopodobnie złotym kolorze, z promieniami rozchodzącymi się dokładnie tak, jak je 
naszkicował, kopiując rysunki sporządzone przez samego Geralda Tarranta. Spoglądając na 
ten fresk, Andrys poczuł mdłości. Czy Calesta chciał, żeby to zobaczył - swój strach i wstyd 
namalowany na ścianie katedry, gdzie każdy mógł go oglądać? Ogromna świątynia nagle 
wydała mu się ciasna i zaczęło mu brakować tchu. Musi stąd wyjść. Musi uciec od tego 
fresku jak najdalej, zanim się udusi. Na miękkich nogach ruszył wzdłuż rzędu ławek do 
wyjścia. Wydawało mu się, że w twarzy tej namalowanej postaci widzi oczy, szare oczy 
obserwujące go z daleka. Dzięki Bogu, że stał na uboczu i niewielu uczestników mszy za-
uważyło jego wyjście. Natomiast kapłan zapewne widział je z podium, ale nie przerywał 
obrzędu, by skomentować dziwaczne zachowanie jednego ze swych wiernych. Dobry Boże, 
gdyby wiedział... 
Andrys zdołał jakoś wydostać się na zewnątrz i minąwszy wielkie dwuskrzydłowe drzwi, 
odszedł kilka metrów dalej, w cień drzew. Kilka osób dostrzegło jego niepewny krok i 
zaczęło podchodzić, jakby chcieli mu pomóc, ale powstrzymał ich groźnym spojrzeniem i 
ciężko oparł się o pień drzewa, usiłując złapać oddech. 

123 

background image

Zawiodłem cię, Calesto. Serce ściskało mu się z rozpaczy, która raniła jego duszę jak 
nożem. Kazałeśmi to zrobić, a ja nie potrafiłem. Nie mogłem! Jeśli jednak oczekiwał jakiejś 
odpowiedzi od swego sprzymierzeńca, to nie otrzyma jej tutaj. Żaden demon nie pojawi się 
na progu świątyni Jedynego Boga. Andrys będzie musiał stawić temu czoło w samotności. 
Boże, dlaczego nie zabrał ze sobą pigułek? Nawet kilka miligramów spowalniacza 
podziałałoby jak środek uspokajający. Spostrzegł, że przechodnie spoglądają na niego z 
zaciekawieniem, i starał się wyglądać pewniej, niż się czuł, żeby nie próbowali mu pomóc. 
Po chwili odwrócili głowy i poszli dalej, a on odetchnął z ulgą, ale i z obawą. 
Wiedział, co powinien uczynić. Wiedział, ale nie był w stanie tego zrobić. Jak ma tam 
wrócić, do świątyni, w której znajduje się ten fresk, i dotrwać do końca mszy przed 
portretem swego wroga? Nie jestem dość silny, rozpaczał, i wstrząsnęła nim tak silna fala 
mdłości, że przez moment ledwie mógł oddychać. Nie potrafię tego zrobić. 
A więc nigdy nie zdołasz się zemścić, ostrzegł go chłodny głos. 
Zaskoczony Andrys zdrętwiał. Czy to Calesta? Tutaj? Z jakiegoś powodu ta myśl 
przestraszyła go bardziej niż wszystko inne. Czyżby demon mógł przemawiać do niego tak 
blisko świętego ołtarza? Czy wiara nie powinna bronić takim stworom dostępu do świątyni? 
Czy sądziłeś, że to będzie łatwe, Andrysie Tarrancie? Czy myślałeś, że zdołasz pokonać 
Łowcę, nie odczuwając bólu? 
Te słowa nie pocieszyły go, tylko sprawiły, że poczuł się straszliwie samotny. W tym 
kościele setki wiernych uczestniczyły we mszy, tworząc wspólnotę, której on nigdy nie 
będzie członkiem, wyznając wiarę, której nie miał prawa udawać. Oto przyszedł tu ze swym 
prze-wodnikiem-demonem i znalazł się zupełnie sam wśród tłumu. Jak długo zdoła 
wytrzymać, udając, że sobie radzi? Udając, że żyje? Potrzebował do życia czegoś więcej niż 
tylko głosu demona. Potrzebował ludzkiego ciepła, głosu, dotyku... Ujrzał postać 
czarnowłosej dziewczyny i cicho jęknął na jej wspomnienie. Nie. Nigdy. Wiążąc się z nią, 
skazałby ją na śmierć lub coś jeszcze gorszego, a on nigdy, przenigdy jej nie skrzywdzi. 
Nawet gdy serce mu krwawi na myśl o tym, że ona jest blisko, tak blisko, a on nie może jej 
mieć. 
Jeśli wolisz obyć się beze mnie, ostrzegł chłodny głos, można to załatwić. 
Ten strach był gorszy od wszystkich innych razem wziętych obaw. 

124 

background image

Nie! - szepnął. - Nie opuszczaj mnie! 

Kim byłby bez Calesty? Nie miał już własnego życia, określał się przez wolę demona, przez 
jego plany. Jak przetrwałby sam, jak stawiłby czoło wspomnieniom, nie mając nadziei 
wybawienia? 
A więc idź, rozkazał zjadliwym tonem głos. Bądź posłuszny. 
Powoli, niechętnie, zawrócił w kierunku katedry. Zewnętrzne drzwi nadal były otwarte; 
drugie, wiodące do świątyni, zachęcały. Powoli wszedł po gładkich schodach i zawahał się. 
Czy zdoła dotrwać do końca mszy, nie patrząc na ten portret i nie pogrążając się w 
krwawych wspomnieniach? Dlaczego żądza zemsty wymagała takich cierpień? 

Calesto... - szepnął. 

Bądź posłuszny, syknął głos, od tego dźwięku dreszcz przebiegł mu po krzyżu. Inaczej 
nasza współpraca zakończy się tu i teraz. 
Przerażony wspomnieniami, jakie budził w nim ten fresk, ale jeszcze bardziej obawiając się 
rozstania z jedyną istotą, która mogła zwrócić mu jego duszę, Andrys Tarrant minął 
przedsionek i ponownie wszedł do świątyni. Niech Bóg wybaczy mu jego obecność tutaj i 
wykorzystywanie Kościoła do realizowania demonicznych planów. Niechaj Bóg zrozumie, 
że w ostatecznym rezultacie przysłuży się Jego sprawie, uwalniając świat od zła. Niech Bóg 
wybaczy mu... wszystko. 
Obserwujący go z daleka Calesta uśmiechał się złośliwie. 

background image

12 

głębi Puszczy... W cytadeli Łowcy... 
Albinos skradał się bezgłośnie, zadowolony z nieobecności pana. 
Przechodził przez zamknięte fae drzwi, przez opatrzone silnymi 

zaklęciami bramy, strzegące królestwa Łowcy. Znał otwierające je zaklęcia. Po krętych 
schodach, strzeżonych przez demonicznych strażników. Wiedział, jak ich uniknąć. Do 
pracowni i dalej. Do znajdującej się za nią sekretnej komnaty i stołu tortur - serca i duszy 
królestwa Geralda Tarranta. 
Pasma czerni snuły się za nim, niczym dym zgaszonych świec. 
Tutaj, tutaj, tutaj, szeptały głosy, gdy je mijał. To musi być tu. Tylko tu. 
Ktoś mający dostatecznie wyczulony wzrok mógłby dostrzec związane z tym miejscem 
wspomnienia. Almea Tarrant, umierająca powolną i bolesną śmiercią z ręki jej męża. Dwoje 
najmłodszych dzieci Geralda Tarranta, płaczących, ponieważ ojciec je zdradził. Trzy części 
zawartego przed wiekami paktu, zapewniającego nieśmiertelność. Trzy śmierci. Dziewięć 
wieków. Niezła transakcja, jeśli się nad tym zastanowić. 
Ciemność weszła za nim do komnaty i zatrzymała się tam, gęstniejąc w jeden ciemny 
płomień. 
To należy uczynić w zamku neohrabiego Merenthy, szeptał pożądliwie głos. Trzeba to 
uczynić tam, gdzie zawarto pakt. 
- Jeśli udam się na zamek, on się o tym dowie - odparł ostro albinos. - To miejsce jest 
wierną kopią oryginału i zupełnie wystarczy. 
Ciemność rozdzieliła się na sto płomyczków, na tysiąc. Ich głosy trzepotały jak owady w 
komnacie. 
A więc zrób to teraz, teraz, TERAZ! 
Położył dłoń na zimnym kamiennym stole, wyczuwając ukrytą 

126 

background image

w nim moc. Całe to pomieszczenie wypełniała siła, przez wieki gromadzona, sycąca się i 
rosnąca w tych podziemnych ciemnościach, wyrastająca z krwawych i okrutnych 
wspomnień. Moc, jakiej zaznało niewielu ludzi. Potęga, jakiej nie mógł opanować żaden 
człowiek prócz Łowcy. 

Podaj warunki naszego paktu - zażądał albinos. Po raz pierw 

szy wydał rozkaz tej bezimiennej sile, która skontaktowała się z nim 
tak dawno temu. Dla kogoś, kto jeszcze nigdy nie rozkazywał de 
monom, był to upajający moment. - Jasno i wyraźnie: Nie chcę 
żadnych nieporozumień. 
Pomożemy ci tak, jak niegdyś pomogliśmy jemu, zapewniając wieczne życie. Damy ci 
Puszczę, która należała do niego i pokażemy, jak ją kontrolować. On zniknie z powierzchni 
tej planety, tak że będziesz mógł panować w jego królestwie. 

A co w zamian? - zapytał pospiesznie. 

Mroczny byt skupił się w jedno pasmo bezkresnego cienia, na którym z trudem zdołał 
skupić wzrok. 
Musimy go mieć, odparł jeden głos. Był głębszy od tych, które słyszał wcześniej i odbijał 
się głuchym echem. Ponieważ jego dusza jest niezależna od nas, musimy stworzyć więź, 
dzięki której opanujemy jego ciało. Ty nam ją zapewnisz. 

A piekło? 

Wydało mu się, że słyszy w ciemności śmiech, od którego przeszły go ciarki. 
On nas zdradził i musi za to zapłacić. Piekło może sobie zabrać to, co po nim zostanie. 
A potem usłyszał: 
Umowa stoi? 
Znów tysiąc głosów, powtarzających to samo pytanie. 
Albinos zastanawiał się przez chwilę. Tylko chwilę i wcale nie dlatego, że czuł strach. 
Napawał się tą chwilą, w której na zawsze miały się rozejść drogi jego i Łowcy. Za kilkaset 
lat będzie wspominał tę chwilę i celebrował narodziny swej duszy tak, jak śmiertelnicy 
świętują narodziny swego ciała. I czyż oba te wydarzenia nie są do siebie podobne? Ciało 
niemowlęcia istnieje już kilka miesięcy przed jego przyjściem na świat. Narodziny 
oznaczają jedynie przejście z jednej fazy egzystencji w drugą. Tak samo było z nim. 
Dokładnie tak samo. Łowca był głupcem, jeśli tego nie przewidział. 

Stoi - rzekł. 

127 

background image

Wyjął zza pasa nóż, ostrze z białej stali z rękojeścią z ludzkiej kości. Na klindze był wyryty 
znak Łowcy. 

Kiedy do niego przyszedłem i przysiągłem mu służyć, kazał 

mi zakosztować jego krwi na przypieczętowanie przymierza. Powie 
dział, że dopóki żyję, zawsze będzie we mnie, pozostanie częścią 
mojego własnego ciała. Łącząca nas więź jest daleko mocniejsza od 
tej, jaką mogłaby wyczarować fae. 
Gwałtownie przeciągnął ostrzem po dłoni. Z rany trysnęła błękitna krew. 

Jeśli tak, oto i ona. 

Zacisnął pięść: lepka ciecz pociekła na blat stołu i zebrała się w kałużę. 
,   - Ciało z jego ciała, krew Łowcy. Weźcie ją i wykorzystajcie, aby go pokonać. Daję ją 
wam dobrowolnie. 
Czarny płomień trysnął setkami iskier z kamiennego blatu stołu. Emanował z niego tak 
wściekły głód, że albinos pospiesznie cofnął się w obawie, iż go pochłonie. Ilu łudzi w ciągu 
minionych wieków wzywało te demony, aby z nimi paktować, i padło ich ofiarą w trakcie 
podjętej próby? Nawet Łowca nie ufał Bezimiennym, chociaż służył im od ponad 
dziewięciuset lat. 
I co mu to dało, pomyślał triumfalnie. 
W końcu płomień zostawił ofiarę. Kałuża krwi wydawała się nietknięta, lecz czy ta 
straszliwa moc potrzebowała dużo ciała, aby wywrzeć swe działanie? W przypadku Łowcy 
wystarczy jedna komórka lub nawet jej fragment. A ofiarowana dobrowolnie miała 
dziesięciokrotnie większą siłę. 
Nagle zaswędziała go dłoń w miejscu, gdzie ją skaleczył. Spojrzał i zobaczył, że rana już się 
zasklepiła. 
Stało się. 

Czy Puszcza jest moja? - zapytał pożądliwie. 

Kiedy on opuści świat żywych, wtedy Puszcza będzie twoja. Do tego czasu... 
Głód wezbrał w nim z taką siłą, że albinos zatoczył się - głód wypełnił każdą komórkę jego 
ciała tak lodowatym ogniem, że zadrżał pod jego wpływem. Nie było to okrucieństwo ani 
nawet żądza władzy, lecz popęd znacznie prostszy, prymitywniejszy i nieodparty. Żądza 
krwi. Odbierania życia i nadziei. Chęć niszczenia tego, co żywi cenią najbardziej, 
wchłaniania ich w mrok jego duszy. W tę bezdenną zimną otchłań straszliwego głodu, której 
nigdy, przenigdy nie uda się wypełnić... 

128 

background image

Z krzykiem upadł na kolana, wijąc się konwulsyjnie, gdy wypełniła go ta okropna żądza. 
Głód, jakiego nie zdoła znieść ludzkie ciało, pragnienie, jakiego nie da się zaspokoić. Pod 
ich wpływem jego ciało i dusza zmieniły się w bezkształtną, krwawą masę, a potem sfor-
mowały na nowo, tworząc idealny pojemnik tej potwornej żądzy. 
Nie! - wrzasnął. Ból otoczył go jak ogromna dłoń i zacisnął palce. W głębi czaszki wyrwane 
z korzeniami dendryty łączyły się w nowy, nieludzki splot. Część przedmózgowia, 
zmieniona w ciecz, przeszła do krwiobiegu, aby później zostać wydalona z organizmu. 
Tak powinno było się stać z Łowcą - powiedziały głosy. / tak prawie się stało, dziewięć 
wieków temu. 
Drżąc jak w febrze, stwór, który niegdyś był Amorilem, skręcał się z bólu, gdy jego ciało 
przeszywały ostatnie skurcze przemiany. W pewnym stopniu nadal pozostał ludzką istotą. 
W razie potrzeby mógł udawać człowieka. Na tym kończyło się wszelkie podobieństwo. 
Jaka szkoda, że nie rozumiałeś nas tak jak twój pan. I nie byłeś równie silny. Jednakże ten 
fakt znacznie ułatwi naszą współpracę. 
Potem głosy zamilkły i pozostał tylko głód. 

background image

13 

lej dzieci były niespokojne. 
■Jeszcze nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. W żaden sposób ^nie mogła się z nimi 
porozumieć, by sprawdzić, czy rzeczywiście są tacy, jakimi mieli być, kiedy ich stworzyła. 
Niewielu z nich mogło z nią rozmawiać, a ci - z definicji - byli jej największą porażką. 
Natomiast co do pozostałych... Czasem wyczuwała ich obecność, najczęściej jednak nie. 
Czasami ci nieliczni, którzy mogli z nią rozmawiać, przynosili wieści o swych dalekich 
krewnych, ale rozumieli tak mało, że ich relacje były niewiele lepsze od snów. 
Zastanawiała się, czy powinna spróbować jeszcze raz. Teoretycznie mogła. W teorii 
dysponowała dostateczną siłą i wiedzą, więc dlaczego nie miałaby podjąć następnej próby? 
Jednak brakowało jej emocjonalnej energii, jaką posiadała kiedyś. Wyczerpała ją cała 
wieczność bezowocnych wysiłków. Nieskończenie wiele razy pokładała nadzieje, a tak 
nieliczne dzieci wracały do niej, tak rzadko usiłowały się z nią porozumieć, tak niewiele 
rozumiało swoją naturę i to, dlaczego w ogóle je stworzyła. A więc po co miałaby to robić? 
Jej pierwsze dzieci już dawno odeszły i nawet nie pamiętała łączących jej z nimi więzi. Te 
nowe, nasiona jej rozpaczy, nigdy nie nawiążą równie bliskich kontaktów. Po co wciąż je 
tworzyć, jakby to miało coś zmienić? Jak gdyby w jakiś magiczny sposób mogła nakłonić te 
same siły, które zabiły jej pierwszą rodzinę, aby utrzymały przy życiu potomstwo jej 
rozpaczy? 
Te nowe dzieci były niespokojne. Wiedziała o tym. Wyczuwała to. Sprawdzały 
ograniczenia, jakie im narzuciła, i wkrótce będzie musiała zadecydować o ich losie. Czy 
powinna znieść ich bunt, czy też zetrzeć tablicę i zacząć od nowa? W przypadku pierwszych 
dzieci - tych dobrych - ta kwestia nigdy by nie powstała. Jak miała osądzać te obce 
stworzenia, z którymi łączyły ją tak nikłe, że prawie nie istniejące więzy pokrewieństwa? 

130 

background image

Postanowiła dać im czas. Zobaczyć, do czego doprowadzi ten ich niepokój. Jeśli okaże się, 
że uległy zbyt daleko idącym zmianom, wtedy zostaną wykorzystane jako podwaliny nowej 
generacji. Ponieważ dzieci muszą istnieć. Zawsze. Muszą żyć i uczyć się, marzyć i pragnąć, 
choćby bezwiednie odgrywając swoją rolę, a wtedy może jedno z nich pewnego dnia 
zrozumie reguły wielkiej gry, w której wszystkie biorą udział. 
A wówczas, pomyślała, nareszcie... 
Sny o pierwszej rodzinie. O połączeniu. Nadziei. 
Czekała. 

background image

amoK 

background image

14 

f ' lówna świątynia jSaris znajdowała się na skraju miasta, ^k ""1 opodal jednej z lepszych 
dzielnic Jaggonath. Chociaż ^* • bogini miała w mieście inne świątynie - przy Ulicy Bo-
gów, a jedną nawet w slumsach na południowym krańcu - ta była najbardziej uczęszczana i 
zadbana. I nic dziwnego. Kult piękna jest dla większości ludzi luksusem, na który ich nie 
stać w miejscach, gdzie i tak z trudem przychodzi im zaspokajanie podstawowych potrzeb, 
takich jak jedzenie, dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa. 
Narilka poszła tam pieszo. Od swego miejsca zamieszkania do świątyni musiała przejść 
kilka kilometrów, ale uznała ten spacer za część rytuału. Da jej czas na odzyskanie spokoju 
ducha i skupienie myśli na tym, o co zamierzała się modlić. Zwykle prosiła o najcenniejszy 
dar Saris: natchnienie przy wykonywaniu jakiegoś artystycznego projektu. Czasem składała 
jej w ofierze radość z wykonanego dzieła lub satysfakcję. Dziś jednak... 
Nie powinnam tam iść. To nie przystoi. 
Dzisiaj wcale nie była spokojna i bynajmniej nie miała pewności, że dobrze czyni. Odkryła 
Saris, kiedy była młoda i pracowała na farmie rodziców. To bogini objawiła jej tę ukrytą w 
niej iskrę talentu i pomogła zrozumieć, że jej niepokój jest skutkiem tłumienia tego 
wewnętrznego ognia. To Saris dała jej odwagę, by przeciwstawić się rodzicom i zażądać 
pracy pozwalającej wykorzystać ten talent. I tak, po długich debatach i płaczach, załatwiono 
jej praktykę u Greshama. Poznała radość nadawania srebru tak pięknych kształtów, że 
mogłyby zdobić tę oto świątynię. 
Dziś jednak nie przywiodła jej tutaj sztuka, ale poszukiwanie wewnętrznego spokoju, jaki 
mogła zapewnić tylko wiara. Czy Saris odpowie na jej modlitwy? Była pomniejszą boginią 
wśród armii bóstw i miała ograniczone możliwości. Czy Narilka miała prawo 

135 

background image

przychodzić do niej ze swoimi kłopotami, skoro tego rodzaju sprawami zajmowało się co 
najmniej tuzin innych bóstw? 
Jesteś patronką mojej duszy, pomyślała, spoglądając na lśniącą świątynię. Nawet teraz, gdy 
dręczyły ją wątpliwości, znajomy widok budowli cieszy! jej oczy. Świątynia była 
niewielkim budynkiem o czystych liniach, pozbawionym jakichkolwiek ozdób. Tylko wy-
znawcy Saris rozumieli, że jej proste kolumny i starannie rozplanowane przestrzenie były 
niczym czyste płótno dla duszy, piękniejsze od wszystkiego, co mogła stworzyć ludzka ręka. 
Powoli wspięła się po szerokich schodach i weszła do świątyni. Podobnie jak fasada, 
wnętrze było proste, lecz niewypowiedzianie piękne. Smugi światła spływały z otworów w 
sklepieniu, tworząc zmieniające się wzory na podłodze. Przez otwory w ścianach swobodnie 
wpadał wiatr, przynosząc ze sobą wszystkie zapachy wiosny. W środku płynęła woda - 
naturalne źródło, przy którym wzniesiono świątynię. Narilka przystanęła, by zaczerpnąć jej 
dłonią i posmakować. Gdybyż to ją uspokoiło. Gdyby mogło przekonać, że dobrze zrobiła, 
przychodząc tu, aby przedstawić bogini piękna i spokoju swoje duchowe rozterki. 
Rozejrzała się za kapłanami lub kapłankami i dostrzegła postać czekającą w cieniu. Gdy 
tylko Narilka ruszyła w jego (jej?) kierunku, postać wyszła dziewczynie naprzeciw, 
trzepocząc jedwabną szatą w pastelowych barwach. Nosiła na twarzy maskę z pięknie po-
lerowanego srebra, która skrywała jej płeć i tożsamość. Idealne połączenie anonimowości i 
wdzięku. 
- Przyszłam porozmawiać z boginią - powiedziała szybko Narilka. Czy ten ktoś słyszał, jak 
mocno bije jej serce? - Jeśli to możliwe. 
Widmowa postać bez słowa odwróciła się i poprowadziła ją do kaplicy. Opuścili główną 
salę i weszli do części przeznaczonej do indywidualnych spotkań. Idąc, Narilka starała się 
nie myśleć o Andry-sie Tarrancie ani o Łowcy, usiłowała skupić myśli na obrazach, które 
ucieszą boginię. Bezskutecznie. Obrazy jej najpiękniejszych dzieł przesłaniała korona i 
dotyk dłoni Andrysa, a abstrakcyjne wizje rozwiewały się, ukazując twarz tego młodego 
szlachcica. Zanim doszli do kaplicy, cała drżała i zastanawiała się, czy zdoła odzyskać 
spokój ducha potrzebny przy modlitwie. Jak Saris zareaguje na takie wizje? 
Bogini, pomóż mi. Nie mam do kogo się zwrócić. 
Kapłan zostawił ją samą. Wdzięczna za chwilę samotności zamknęła za nim drzwi. W 
przedsionku leżała szata z miękkiego białego lnu, 

136 

background image

a obok niej stała miska z wodą. Narilka drżącymi rękami zdjęła ubranie i odłożyła je na bok. 
Biała szata miękko otuliła jej ciało, a chłodna woda przyjemnie odświeżyła twarz i ręce. 
Przebrana i oczyszczona, pozostawiała za sobą wszelkie troski doczesnego życia, aby stanąć 
przed boginią czysta i otwarta. Przynajmniej teoretycznie. Dziś jednak wspomnienia i troski 
ciążyły jej zbyt wielkim brzemieniem i nie zdołała uwolnić się od nich podczas tego rytuału. 
Przebacz mi, Saris. Próbowałam. 
Powoli i z wahaniem weszła do kaplicy. Tam czekał na nią niski, wypełniony węglem 
drzewnym kotlarz, z rozłożonymi wokół poduszkami. Z mocno bijącym sercem wybrała 
jedną z nich i usiadła. Przy palenisku stały słoiczki z suszonymi ziołami i Narilka wybrała 
garść tych, których zapach lubiła najbardziej. Różownik. Wrzosiec. Nibyfiołki. Powoli 
rozchyliła dłoń, pozwalając, by liście i kawałki kory upadły na rozżarzone węgle. Buchnął 
aromatyczny dym, krętymi smużkami unosząc się do otworu w suficie. Patrz na dym, 
pomyślała. Niech przyjdą wizje. 
Modliła się. Nie słowami, lecz obrazami, gdyż słowa nie zdołałyby oddać tego, co czuła. 
Łowca w całej swej mrocznej i ponurej chwale, z otaczającą go muzyką nocy i sekretnym 
światem tak pięknym, że jego widok ranił duszę. I biedny Andrys Tarrant. Tak zraniony, tak 
pociągający, tak podobny z wyglądu do Łowcy i tak różny od niego duchem. Zobaczyła, jak 
obrazy przybierają kształty w dymie, i nagle ogarnęły ją wątpliwości. Po co tu przyszła? 
Czego oczekiwała od bogini? Zadrżała i mocno objęła się ramionami. Twarze w dymie 
zadrgały i zniknęły. 
Jeśli go pokocham, będę stracona. To była okropna, przerażająca myśl. Poradź mi, błagała, 
nie wiedząc, do kogo innego miałaby się zwrócić o radę i czy bogini zechce ją wysłuchać. 
Pomóż! 
Powoli w dymie sformował się obraz, który nie powstał z jej woli. Duszący zapach 
nibyfiołków wypełnił płuca patrzącej nań dziewczyny. Dym zatańczył srebrnymi pasmami, 
splatającymi się jak węże. Powoli, zmysłowo, zaciskały się, stapiały, ponownie rozdzielały, 
przekształcały... Nagle Narilka zdała sobie sprawę, że w dymie pojawiła się ludzka postać, 
nie męska i nie kobieca, lecz mglista i smukła sylwetka kogoś, kto mógł być jednej lub 
drugiej płci. Albo obu. Ta postać wyglądała tak realistycznie, że wydawało się, iż można by 
ją dotknąć, a jednocześnie swobodnie unosiła się w powietrzu przed Narilka. Srebrne oczy. 
Srebrna twarz. Srebrne włosy jak 

137 

background image

najdelikatniejszy jedwab, powiewające swobodnie na widmowym wietrze. Dym zmienił się 
w jedwabny woal falujący na ciele postaci, raczej zdobiąc ją niż okrywając. Ten obraz był 
tak szczegółowy, tak niezwykły, tak rzeczywisty... Nagle Narilka zauważyła, że nie może 
przezeń dojrzeć przeciwległej ściany, którą zawsze widziała podczas zwykłych wizji. 
Również boczne ściany kaplicy nie obra-mowy wały tego obrazu białym tynkiem, tak jak 
powinny. Cała komnata jakby rozwiała się - ściany, poduszki, kotlarz, zioła i nawet dym - 
pozostawiając ją w wonnej ciemności, jedynie w towarzystwie lśniącej jak światło księżyca 
postaci. 

Saris? - szepnęła. Z trudem zdołała wydobyć to imię ze ściś 

niętego gardła. - Czy to...? 
Powiedz mi, czego chcesz. 
Otworzyła usta, by odpowiedzieć - i dała upust emocjom, namiętnym i pierwotnym, 
nieskrępowanym pętami języka. Wszystkie jej nadzieje, obawy, pragnienia, marzenia i 
miłość (czy była to miłość?) wezbrały w niej jak fala, której nie mogła powstrzymać ani 
ogarnąć. Wylały się gwałtownie w mrok. Kiedy było po wszystkim, drżąc, osunęła się na 
podłogę i gorące łzy popłynęły jej z oczu. 
-Saris? 
Postać przez chwilę tylko spoglądała na nią. Rozważała jej słowa? W końcu powiedziała 
spokojnie: Andrys Tarrantjest zgubiony. 
Narilka dopiero po chwili zrozumiała sens tych słów i minęło jeszcze kilka sekund, nim 
odzyskała głos. 

Co takiego? 

Toczy wojnę, której nie rozumie, o stawkę, jakiej nawet się nie domyśla. Oddal się komuś, 
kto go wykorzysta i porzuci, czerpiąc przyjemność ze zguby tak wrażliwej duszy. On jest 
pionkiem, Narilko Lessing, niczym więcej. Ślepym narzędziem w walce bogów i demonów. 
Po chwili postać dodała: Ofiarą. 

Nie - szepnęła Narilka. 

To prawda, zapewniła ją postać. Mówiła chłodnym, wypranym z emocji głosem. Nie jestem 
dostatecznie zainteresowana tą sprawą, by kłamać. 
-Nie! 
Jeśli się z nim zwiążesz, staniesz się częścią tej wojny. 

Jakiej wojny? - wyszeptała. - Z kim on walczy? Powiedz. 

Postać zdawała się wahać. Chmura jedwabiu zawirowała wo 
kół jej ud. 

138 

background image

Chce zabić Łowcę, powiedziała w końcu zjawa. Te słowa przejęły Narilkę zimnym 
dreszczem. 

Nie może - wyjąkała. - Żaden człowiek nie zdoła tego zrobić. 

Jeden człowiek nie, ale człowiek sprzymierzony z demonem i ma 
jący za sobą całą armię... może. 

Armię? Jaką armię? 

Postać ponownie zawahała się, a potem pokręciła głową. Tego nie mogę ci powiedzieć. 

Z jakim demonem? 

Tego też nie mogę ci wyjawić. 

Dlaczego? Ponieważ znam Łowcę? 

Postać nie odpowiedziała. 
Objąwszy się jeszcze mocniej ramionami, Narilka zadrżała. An-drys lub Łowca. Jeśli obaj 
staną przeciwko sobie, jeden z nich na pewno zginie. Może obaj. Na myśl o takiej stracie 
czuła przejmujący ból. Nie mogła znieść myśli, że prawdopodobnie przegranym będzie 
Andrys - samotny, zraniony Andrys. 

Co mogę zrobić? - szepnęła. 

Aby wpłynąć na wynik tego starcia? Postać zastanowiła się. W tej sprawie nie mogę ci 
służyć radą. Takie wtrącanie się w... jest zabronione. Natomiast, co doAndrysa Tarranta, 
powiem ci tak: będzie miał szczęście, jeśli straci życie w tej walce, gdyż jego 
sprzymierzeniec chce zniszczyć jego duszę tak samo, jak pragnie zgładzić Łowcę. 

Co mogę zrobić? - powtórzyła łagodnie Narilka. 

Znasz możliwości. Teraz znasz też niebezpieczeństwo. Wybierz mądrze. 

Co uczyniłabyś na moim miejscu? 

Postać cofnęła się. Dziewczyna, gdyby mogła przypisać bogini ludzkie cechy, uznałaby, że 
ją zaskoczyła. 
Nie znam uczuć, które pozwoliłyby mi odpowiedzieć na to pytanie. Łowca w swoim czasie 
stworzył wiele piękna, chociaż zimnego i nieludzkiego. Trochę będę żałowała, jeśli zginie. 
Co do jego wroga... Mamy różne priorytety, on i ja. I sądzę, że w rządzonym przez niego 
świecie nie byłoby dla mnie miejsca. Jednak takie rozważania są bezsensowne, gdyż nie 
wolno mi się wtrącać. Mogę działać tylko wtedy, kiedy muszę chronić moich wyznawców. 
Serce biło Narilce tak mocno, że ledwie mogła usłyszeć ten szept. Nerwowo wykręcała 
dłonie. 

Możesz mnie obronić? 

no 

background image

Przed jego sprzymierzeńcem. Przed złudzeniami, jakie są jego siłą. Nic więcej. 

W jaki sposób? - Wydawało jej się, że dostrzegła uśmiech na 

ustach zjawy. 
Wszystkich nas obowiązują te same zasady, powiedziała postać i jedwabny woal znów 
zawirował wokół jej ud. Dopóki jesteś moja, nie może cię tknąć. 
Narilka zamknęła oczy, ale nadal widziała tę zjawę. 
Zawsze należałam do ciebie. I zawsze będę. Na razie. Dopóki nie skończy się ta wojna. 
Zawsze! 
Może zmienisz zdanie, kiedy będzie po wszystkim. 

Nie zmienię. 

Zobaczymy. Do tego czasu, cokolwiek zdecydujesz, wiedz, ze cię strzegę. Zawsze. 
Postać zaczęła powoli znikać. Najpierw stała się przezroczysta, tak że znów było widać 
przez nią ściany, które znów się pojawiły. Później woal zmienił się w dym, a ten rozwiał się 
w powietrzu. Lśniące ciało rozbłysło chmurą iskier, które zaraz zgasły. Po postaci bogini nie 
został żaden ślad oprócz wspomnienia, pod wpływem którego Narilka wciąż drżała. 

Dzięki ci, Saris - ledwie zdołała wykrztusić te słowa. - Dzię 

kuję. 
Jakoś wstała z podłogi. Wróciła do przedsionka i powoli przebrała się w swoje ubranie. Ilu 
śmiertelnikom udaje się ujrzeć boginię? Nie mówiąc już o rozmowie z nią? Drżącymi 
rękami odłożyła świątynną szatę. Saris mnie strzeże, powiedziała sobie. Zawsze będzie mnie 
strzec. Z jakiegoś powodu bogini najwidoczniej nie był obojętny wynik tej... Jak to nazwała? 
Tej wojny. 
Już zupełnie ubrana, nadal się trzęsła. 
Och, Narilko. W co ty się pakujesz? 
Gdyby obejrzała się za siebie, opuszczając świątynię, nie dostrzegłaby niczego niezwykłego, 
gdyż Saris porzuciła już ludzką postać. Choćby najuważniej słuchała, nie usłyszałaby 
niczego, bogini bowiem już nie oblekała swoich myśli w słowa słyszalne dla ludzkich uszu. 
Jednak coś towarzyszyło Narilce, a przepływająca pod jej nogami fae odbijała jak echo tę 
obecność oraz słowa. 
Uważaj, bracie, niosła szept bogini/Iezu. Teraz wszyscy cię obserwujemy. 

140 

background image

15 

ążjest czarny, a jego ślepia są jak krople krwi. Na jednym końcu jego 
mnogie szyje splatają się jak macki, obiecując otoczyć nieostrożnych 
pajęczą siecią zimnych splotów i ostrych kłów. Na drugim piekielny 

pysk o smrodliwym oddechu, cuchnącym siarką i zgnilizną, kłapiąc zę-biskami, rzuca mu 
się do gardła, a on gwałtownie odskakuje i... 
Damien obudził się gwałtownie, z bijącym sercem. Leżał na kanapie w wynajętym 
mieszkaniu i spływał zimnym potem. Co za koszmarny sen! Spróbował wstać, ale mięśnie 
ściskał mu skurcz i musiał je rozmasować, zanim znów zaczęły go słuchać. Skąd, do diabła, 
wziął się ten sen? 
Podejrzewałby Tarranta, ale taki koszmar nie był w jego stylu. Łowca wolał bardziej 
skomplikowane scenariusze, wyrafinowaną mieszaninę strachu i rozpaczy, odległą o lata 
świetlne od prymitywnego biochemicznego przerażenia wywołanego przez ten majak. A 
właściwie cóż to był za stwór? Przypominał mu jeden z kościelnych wizerunków Złego, 
tylko znacznie bardziej przerażający i realistyczny od tych formalistycznych obrazów. I 
dlaczego miałby nagle zacząć śnić o Złym, po tym wszystkim, przez co przeszedł przez 
ostatnie dwa lata? Z pewnością miał inne, konkretne powody do obaw. 
Nagle zamarł, gdy przyszła mu do głowy szczególnie ponura myśl. Przez chwilę nie mógł 
się ruszyć, tylko siedział na wytartej kanapie, czując, jak zimny pot spływa mu po plecach. 
Nie, szepnął bezgłośnie. Pragnął się mylić. Jakich słów użył Tarrant, mówiąc o swoim 
patronie? „Podzielony na części, bywa małostkowy, niestały i nieprzewidywalny. 
Połączony, jest najgorszym złem, jakie kiedykolwiek poznał ten świat". 
Podzielony, a jednocześnie połączony. Pomyślał o potworze ze snu i poczuł lodowatą 
pewność. W jaki inny sposób jego umysł wyobraziłby sobie taką moc? 

141 

background image

Gdzie, do diabła, podziewa się Tarrant? Miał się pojawić zaraz po zachodzie słońca, żeby 
mogli porównać notatki i omówić strategię na przyszłość. Tymczasem zmierzch zapadł już 
dawno, a Łowca się nie pokazał. Damienowi przychodziły na myśl tylko dwa powody jego 
nieobecności, a jeden z nich - roztargnienie - w przypadku neohrabiego nie wchodził w grę. 
Ktoś - lub coś - zatrzymało Łowcę. 
Ze ściśniętym sercem Damien wziął klucze i opuścił apartament. Zanim drzwi zdążyły się 
zatrzasnąć, już zbiegał po wąskich schodach na parter, przesuwając dłonią po ochronnych 
zaklęciach wyrytych na poręczy. Stopami wybijał na wytartych stopniach rytm tylko 
odrobinę głośniejszy od bicia jego serca. Wewnętrzny głos ostrzegał go: „Nawet jeśli jest 
tak, jak podejrzewasz, co możesz na to poradzić?". Jednak zignorował te podszepty i wpadł 
na następne schody, wiodące do piwnicy. 
Drzwi do zajmowanego przez Tarranta pomieszczenia były zamknięte i wydawało się, że 
wszystko jest w porządku. Mocno załomotał w nie pięścią, wołając Łowcę po imieniu. 
Jeszcze raz. Drzwi dygotały pod jego uderzeniami, ale nadal nie było żadnej odpowiedzi. 

Kto tam? - usłyszał kobiecy głos za plecami, kroki na scho 

dach i ponowne uderzenie w drzwi, aż te zadrżały we framudze. Żad 
nej odpowiedzi. Niech diabli porwą Tarranta. Co się z nim dzieje? 
- Czy coś się stało? 
To gospodyni, starsza pani, którą Damien widział tylko raz. Teraz była bardziej podejrzliwa 
niż zaniepokojona, a ton jej głosu wyraźnie wskazywał, że kapłan wydawał się jej raczej 
szaleńcem niż szacownym lokatorem. Obrzucił kobietę szybkim spojrzeniem, usiłując opa-
nować się choć na chwilę, żeby ją uspokoić. Wątpił, czy to mu się uda 

Myślę, że mój przyjaciel ma kłopoty. - Ponownie walnął 

w drzwi, aż zadygotały. - Geraldzie! Jesteś tam? 
Zimny pot wystąpił mu na czoło i dłonie zaczęły drżeć. Usiłował sobie przypomnieć, jak 
wyglądają okna tego pomieszczenia, które zaledwie kilka dni wcześniej zabił deskami. 
Doszedł do wniosku, że są za wąskie, nawet gdyby zdołał wyłamać deski. Coraz gorzej. Już 
miał znów zacząć pukać, kiedy gospodyni odsunęła go od drzwi. Miała groźną i podejrzliwą 
minę, ale w ręku trzymała pęk kluczy i już wkładała jeden z nich do zamka. Pozwolił jej na 
to. Obróciła mosiężny klucz i Damien usłyszał metaliczny szczęk. Znów obrzuciła go 
spojrzeniem, obróciła klamkę i pociągnęła. Nic. Odsunął 

142 

background image

kobietę i sam pociągnął, lecz drzwi nie ustąpiły. Najwidoczniej były zablokowane od 
środka. Niech to szlag! 

A czego pan oczekiwał? - zapytała kobieta 

Usiłował zajrzeć do środka za pomocą Sztuki, chociaż obawa i niepokój nie pozwalały mu 
się skupić. Zaklęcie okazało się słabe, zaledwie wystarczające, by przeniknąć drewniane 
drzwi. Ujrzał jakieś postacie, mroczne i okrwawione, których zimna moc zaparła mu dech. 
Wspaniale. Równie dobrze mogło to być jakieś wcielenie Tarranta. Jak odróżnić Łowcę od 
prawdziwego demona, jeśli są tak do siebie podobni? 
Proszę posłuchać - powiedział do gospodyni. - Zaraz wyła-mię te drzwi... 
O nie, nie ma mowy! - Wepchnęła się między niego a drzwi. - Pański przyjaciel chciał mieć 
bezpieczne pomieszczenie i je dostał. Już pogodziłam się z tym, że wbił pan Bóg wie ile 
gwoździ w okiennice, a teraz... 
Zapłacę - powiedział pospiesznie. - Zapłacę gotówką za wszystkie szkody, z góry. 
Szybko wsunął rękę do kieszeni, modląc się, żeby było w niej dość pieniędzy. Na dnie 
namacał monety i wyczuł, że są duże. Wyjął je i wręczył gospodyni. 
Proszę. - Ocenił, że suma wystarczyłaby na kupno trzech nowych drzwi, a mimo to kobieta 
ociągała się z ich przyjęciem. - Weź je! 
Jeszcze nigdy nie miałam tylu kłopotów - mamrotała, ale odsunęła się od drzwi. 
Podszedł o krok i przesunął rękami po drzwiach, próbując poznać ich konstrukcję. Po kilku 
sekundach zaklął ze zniechęceniem, cofnął się i spróbował zebrać myśli. Rygiel był solidny, 
umocowany w stalowej obsadzie przyśrubowanej do desek. Nie da się łatwo wyłamać, 
przynajmniej nie za pomocą żadnego znanego Damieno-wi zaklęcia. Niech licho porwie 
Kościół, który ograniczył jego naukę do aprobowanych czarów, pozostawiając go bezsilnym 
w obliczu zwykłego mechanizmu! Nabrał tchu i spróbował zebrać myśli, znaleźć logiczne 
rozwiązanie problemu, jak zrobiłby to Tarrant. Zamek był ze stali. Stal z trudem poddaje się 
Sztuce. Szczelina rygla też była stalowa i dobrze zabezpieczona przed próbami wyłamania. 
Tylko w miejscach, gdzie stalowe elementy zostały przyśrubowane do drewna i samo 
drewno... 

143 

background image

Sprawdził Sztuką drzwi oraz ścianę za nimi, po czym wybrał ścianę, jako słabszą z tych 
dwóch elementów. Później sięgnął w nią starannie skupioną fae, w ten sam sposób jak 
kiedyś w Czarnych Krainach zrobił to ze śmiercionośnym drzewem. Wnikając w komórki, 
wyczuwając ukryte w tkankach mikroby, analizując ich głód. W końcu znalazł to, czego 
szukał, i wykorzystał. Mikroorganizmy w mgnieniu oka urosły i rozmnożyły się, kiedy 
sztucznie przyspieszył ich procesy życiowe. Rosnąc, trawiły otaczające je drewno, 
przegryzając twarde ściany komórkowe, nadwątlając mocne włókna. Dwa pokolenia, trzy. 
Prowadził je przez przyspieszony cykl życiowy, starając się, by ich apetyt skupiał się po tej 
stronie drzwi, którą chciał osłabić. Nie ma sensu wyrządzać większych szkód niż trzeba. 
W końcu wyczuł, że ten proces dobiega końca. Mimo pośpiechu pamiętał o tym, żeby 
spowolnić procesy życiowe mikrobów, zanim wycofał swoją fae. Gdyby tego nie zrobił, w 
dwa tygodnie pożarłyby cały dom. Potem cofnął się, zaczerpnął tchu i z całej siły pociągnął 
za drzwi. Z początku nie ustąpiły. Ciągnął dalej. W końcu, powoli, drewno zaczęło 
ustępować. Początkowo nieznacznie, a potem z głośnym trzaskiem, na dźwięk którego 
gospodyni pospiesznie się cofnęła. Zebrał wszystkie siły i szarpnął, a wtedy ustąpiły. 
Wyrwał z drewna stalową obsadę zasuwy i drzwi w końcu stanęły otworem, z zamkiem 
zwisającym jak złamana ręka przy ich krawędzi. 
- Bogowie Ziemi -jęknęła kobieta, ale Damien nie miał czasu, by ją uspokajać. Gdy tylko 
otworzył drzwi, skoczył do środka... 
...i zło zawirowało wokół niego z tak straszliwą siłą, że o mało nie osunął się na kolana. 
Zimna fae wtargnęła w jego ciało, dławiącą kulą podeszła do gardła, ścisnęła skurczami 
żołądek, jakby ciało kapłana chciało odrzucić to odrażające zło. Ohydne, niewymownie 
obrzydliwe: musiał zmobilizować wszystkie siły, by nie zaprzestać poszukiwań, i 
rozpaczliwie szukać zaklęcia uwalniającego jego ciało od tej obrzydliwej siły. No już, 
zdawała się nalegać głosem ostrym jak nóż. Spróbuj. Czuł, jak go prowokuje, nakłania do tej 
szaleń-' czej, skazanej na klęskę próby, i w tym momencie pojął, iż w obecności tej 
obmierzłej siły niejeden człowiek drapał swe ciało do krwi, rozrywając jak zetlałe szmaty 
skórę i mięśnie, lecz nie był w stanie się oczyścić nawet spływającą z ran gorącą krwią. 
Ze ściśniętym sercem powlókł się do sypialni Łowcy i jakoś zdołał zebrać dość siły, aby 
zawołać go po imieniu. Nie dociekał już, 

144 

background image

co się tu stało. Stan fae najlepiej świadczył o tym, jakiego rodzaju istota złożyła tu wizytę, a 
mogła przyjść tylko w jednym celu. 

Geraldzie? 

Pospiesznie sprawdził sypialnię, ale, robiąc to, wiedział, że nie znajdzie w niej Łowcy. 
Zimna fae przeszywała ciało Damiena ostrzami bólu, gdy zajrzał do salonu i kuchni. Miał 
wrażenie, że kończyny gniją mu i zaraz odpadną, zarażone tym złem. To złudzenie, 
pomyślał rozpaczliwie. Na pewno. Nie zwracaj na nie uwagi. Przekonawszy się, że ostatnie 
pomieszczenie jest puste, spojrzał na piwniczne okno, które sam zabił deskami. Nadal było 
zamknięte, tak jak je zostawił. Na ten widok ogarnęła go rozpacz. Zabite okno i zamknięte 
drzwi świadczyły, że Łowcę zaskoczono wewnątrz i porwano... dokąd? Jakie stworzenie 
zdołało pokonać te zabezpieczenia i zabrać go stąd wbrew jego woli? 
Z trudem zdołał wytoczyć się na korytarz, mijając tę złowrogą moc, która teraz pożądliwie 
omywała próg. Wyszedł na wykafelkowany korytarz i odetchnął chłodnym, czystym 
powietrzem. Osunął się na kolana i zwymiotował. Żołądek kurczył mu się boleśnie, jakby w 
ten sposób chciał wyrzucić z pamięci wspomnienie styczności z tą okropną siłą nieczystą. 
Na chwilę zapomniał o stojącej opodal gospodyni. Jej głos przywołał go do rzeczywistości. 

Posprzątanie tego będzie kosztowało więcej niż kilka monet - 

powiedziała kwaśno. 
Drżąc, spojrzał na nią. Z trudem zdołał skupić wzrok. 

Zamknij drzwi - wysapał. A kiedy nie zareagowała, zacisnął 

powieki, mając nadzieję, że wyciśnięte z oczu łzy pozwolą mu przej 
rzeć. - Zamknij je! 
Niechętnie zrobiła krok w kierunku drzwi i usłyszał jej jęk. Nawet nie używając Sztuki, 
wyczuła, co tam jest, i pomimo jego nalegań nie zamierzała ryzykować kontaktu z tą 
złowrogą siłą. W końcu, na pół oślepiony wyciśniętymi z oczu łzami, rzucił się do drzwi. 
Poczuł lodowate dotknięcie wrogiej mocy, gdy, oparty jedną ręką o podłogę, drugą złapał za 
drzwi. Zatrzasnął je, o mało nie przycinając sobie przy tym palców. Przez chwilę obawiał 
się, że ta moc przepłynie szparami w drzwiach i pod nimi, lecz rzucone przez Tar-ranta 
zaklęcia najwidoczniej okazały się wystarczającym zabezpieczeniem. Dzięki Bogu i za to. 
Trzęsąc się, wstał. Miał zabrudzoną koszulę i gorzki posmak żółci na języku. Bezwiednie 
otarł usta rękawem. Drżał na całym ciele 

145 

background image

i przez chwilę z trudem mógł złapać oddech, nie wspominając już o mówieniu. 
W końcu spojrzał na gospodynię. Jeśli przestraszyła się tej mocy, którą wyczuła za progiem, 
teraz zapomniała o tym pod wpływem znacznie silniejszego uczucia: złości. 
Wynoś się stąd - syknęła. - Razem z twoim przyjacielem, natychmiast. Zatrzymam wasz 
depozyt jako zapłatę za zniszczenia i sprzątanie. Macie wynieść się stąd jeszcze dzisiaj i 
nigdy nie wracać! Nie chcę cię tu więcej widzieć, ani ciebie, ani twojego... 
Będzie trzeba otworzyć okna- przerwał. - Od zewnątrz. Wpuścić tam słońce. To załatwi 
sprawę, a potem lustra... 
Wiem, jak się to robi - warknęła. - Niech was diabli porwą! - Z obrzydzeniem popatrzyła na 
niego i na kałużę wymiocin. - Teraz weź rzeczy i zabieraj się stąd. I niech bogowie mają cię 
w opiece, jeśli jeszcze kiedyś przekroczysz ten próg. 
Na uginających się nogach wszedł po schodach. Muszę znaleźć Tar-ranta, myślał. Muszę. 
Jednak nawet jeśli to mu się uda, co dalej? Czy zdoła mu pomóc? Czy miał moc, która 
pozwoli mu stawić czoło demonowi pozostawiającemu tak złowrogą siłę jako swoją 
wizytówkę? 
Muszę spróbować, pomyślał ponuro, choć raz nie kwestionując swoich motywów. Nie 
zastanawiając się, czy nie byłoby lepiej pozwolić, by Łowca sczezł w piekle, a uwolniony od 
niego świat stał się lepszy. Ponieważ Damien potrzebował Łowcy. Potrzebował go Kościół. 
A także dlatego - chociaż większość ludzi o tym nie wiedziała i z pewnością nie zgodziłaby 
się z tym - że potrzebował go tak bezlitośnie wykorzystywany przez Łowcę świat. 
Walczymy o przetrwanie ludzkości - Damien przypominał sobie straszliwe żniwo, jakie 
przyniosły poczynania Calesty na wschodzie. Walczymy o ludzkie dusze. 
Pospiesznie włożył czystą koszulę, zabrał resztę pieniędzy i wepchnął je do kieszeni, a 
potem wybiegł na poszukiwanie swego mrocznego towarzysza. 

Była ciepła, parna noc i część ścian świątyni rozkoszy podwinięto, aby wpuścić chłodny 
wietrzyk. Na otaczających świątynię szerokich schodach leżały liczne pary i trudno było 
powiedzieć, czy lśniący na ich ciałach pot był skutkiem upalnej nocy czy żarliwego 

146 

background image

„oddawania czci" - polegającego w zależności od upodobań na bezwstydnych pieszczotach, 
nadużywaniu trunków, a nawet paleniu odurzającego ziela w fajkach wodnych. 
Świątynię otaczał krąg światła i Damien stał tuż za jego zasięgiem. Odczuwał jego istnienie 
niczym fizyczną barierę i przez chwilę brakowało mu odwagi, żeby ją przekroczyć. Gdyby 
Patriarcha dowiedział się o jego poszukiwaniach, gdyby wiedział, że kapłan przyszedł 
tutaj... No cóż, na pewno nie byłby zachwycony. To mogło okazać się ostatnią kroplą, która 
przepełnia puchar, ostatnim wykroczeniem, którego ojciec święty już nie będzie mógł 
tolerować. 
Damien starał się o tym nie myśleć. Usiłował nie zastanawiać się nad tym, co ze sobą 
pocznie, jeśli Patriarcha naprawdę pozbawi go godności kapłana. Takie rozważania 
pozostawiał na przyszłość, która teraz stała pod znakiem zapytania Czy chciałby pozostać 
kapłanem, gdyby wiedział, że musi w tym celu poświęcić wszystko, w co wierzył? Czy 
ceniłby szaty, które nosił, i rytualny miecz u boku, gdyby wiedział, że ceną za ich 
zachowanie jest wydanie świata na pastwę głodu Calesty? A jednak wejście w ten krąg 
światła oznaczało decyzję, jakiej jeszcze nigdy nie musiał podejmować, oraz wybór sposobu 
działania, jakiego dotychczas unikał. Tylko czarnoksiężnicy paktują z demonami. Tylko 
wyklęci. Nigdy przedstawiciele Kościoła, którego celem istnienia było uniemożliwianie 
takich paktów. Nie, żaden z kapłanów Kościoła nie mógł tego uczynić. 
Drżąc, zamknął oczy. 
A więc Patriarcha dowie się o tym. I co z tego? Co cenisz bardziej, powołanie, do którego 
tak się przyzwyczaiłeś, czy szansę uczynienia czegoś dla ocalenia tego świata? Jeśli Bóg 
wymaga tak wielkiej ofiary, aby obronić Jego lud? 
W wyniku takich wewnętrznych zmagań, wkraczając w krąg światła, miał mdłości, a kiedy 
podchodził do świątyni, serce waliło mu w piersi tak mocno, że całe jego ciało wydawało 
się dygotać od tych uderzeń. 
Od dziecka nie był w żadnym z pogańskich domów modlitwy, od czasu gdy matka zabrała 
go do świątyni Yoshti, w nadziei że to mu się spodoba. Nawet wtedy czuł się tam nieswojo, 
chociaż minęło sporo lat, zanim potrafił zrozumieć powody. Teraz tamten niepokój powrócił 
ze zdwojoną siłą. Damien spoglądał na splecione pary, na spocone ciała leżące na kocach, 
sofach, czy gdziekolwiek naszła je chęć, i myślał: To nie jest wiara Patrząc na starca, z 
wdzięcznością 

147 

background image

biorącego od kapłana grudkę gumowatej substancji i wpychającego ją do wodnej fajki, 
Damien pomyślał: W tym miejscu nie ma Boga. Krocząc sztywno wśród tego chaosu, 
mijając tuziny mężczyzn i kobiet połączonych jedynie chęcią znalezienia natychmiastowej 
satysfakcji, przypominał sobie: „Oni oddają cześć lezu. Kannią go swą żądzą, a on daje im 
iluzję ekstazy. Prosta umowa, łatwa do zrozumienia i zrealizowania. To dziwne, że w ogóle 
są ludzie, którzy wierzą w Jedynego Boga, jeśli mają do wyboru coś takiego". 
W świątyni byli kapłani i kapłanki, lecz nie nosili strojów wyróżniających ich z tłumu, tylko 
srebrne naszyjniki z wyrytym na nich, obleśnie fallicznym symbolem Karrila. Damien chciał 
podejść do jednego z kapłanów, ale nagle zawahał się. Co miał powiedzieć? .Przepraszam, 
muszę natychmiast porozmawiać w cztery oczy z waszym bogiem. Czy możesz załatwić mi 
spotkanie?". Jakże inaczej skontaktować się z bóstwem niż za pomocą modlitwy? 
Poczerwieniał na myśl o rytuale, jakiego mógłby wymagać Karril, i po raz pierwszy 
poważnie pomyślał o tym, żeby się wycofać. Nawet obejrzał się za siebie, jakby upewniając 
się, że ma wolną drogę... 
I zobaczył, że wierni zniknęli. Wszyscy. W miejscu ścian pojawiły się grube arrasy, 
pomiędzy którymi wpadały chłodne podmuchy wiatru. Nawet kapłani zniknęli jak za 
dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tak samo jak zastawiony jadłem stół pod przeciwległą 
ścianą. Pozostała tylko fontanna na środku, a lejące się z jej rzeźbionych spustów wino nie 
było już czerwone, lecz krystalicznie złote, i roztaczało zapach szampana. 

No, no - usłyszał głos za plecami. - Popatrzcie, kto przyszedł 

do nas w gości. 
Odwrócił się i ujrzał mniej więcej trzydziestoletnią kobietę, odzianą w kilka skąpych 
kawałków jedwabiu - powabną, zaokrągloną w odpowiednich miejscach. Grzywa jasnych 
włosów zasłaniała naszyjnik na jej szyi, ale-podobnie jak jej strój-niewiele więcej. 
Stwierdził, że oczy same zaczynają mu błądzić po obszarach, które lepiej pozostawić w 
spokoju, i w końcu zdołał skupić wzrok na drogocennej broszy spinającej jedwabną szatę na 
jej ramieniu. 

Muszę znaleźć Karrila - mruknął. Kosztowne ozdoby lśniły 

na tle opalonego ciała jej brzucha, piersi i ramienia. - Muszę z nim 
porozmawiać. 
Czy jego słowa brzmiały tak dziwnie, jak mu się zdawało? Watr przyniósł zapach jej perfum 
i mimowolnie Damien poczuł podniecenie. 

148 

background image

Zważywszy na powagę misji, z jaką tu przybył, było to podwójnie kłopotliwe. Jaką mocą 
dysponowała ta kobieta, ze pod jej wpływem tak łatwo zapomniał o samokontroli, obawie o 
los Tarranta, odrazie do świątyni, w której się znajdowali? 
Nagle połączył fakty. Ta biżuteria Iluzja Jego reakcja na obecność tej kobiety... i ona sama 
Zmusił się, by podnieść wzrok i spojrzeć jej w oczy. Przyszło mu to z trudem, ze względu 
na inne alternatywy. 
-Karril? 
Kobieta, chichocząc, skinęła głową, przy czym jej szata ryzykownie rozchyliła się w 
pewnych miejscach. 
Do twoich usług, wielebny. Czegokolwiek zapragniesz. 
Ja nie... to znaczy... myślałem, że jesteś mężczyzną. 
Ani mężczyzną, ani kobietą, w ludzkim rozumieniu płci. I obiema, w razie potrzeby. - 
Posłała Damienowi uwodzicielskie spojrzenie. - Ze względu na stosunek Łowcy do kobiet 
zazwyczaj w jego obecności unikam przybierania kobiecej postaci. Byłoby to zbyt 
kłopotliwe. Natomiast w twoim przypadku... - Zerknęła na krocze Damiena, ledwie 
osłonięte połą koszuli i uśmiechnęła się. - Może jako dobry gospodarz powinienem ułatwić 
ci sytuację... 
Chociaż Damien bacznie go obserwował, nie zauważył momentu przemiany. Nie wyczuł 
przypływu fae, jaki odczuwał w przypadku magii Tarranta, nie zauważył momentu przejścia 
ciała z jednej postaci w drugą. W jednej chwili stała przed nim kobieta, a w następnej miał 
przed sobą mężczyznę. Po prostu. Mężczyzna był niższy od Damiena, tęższy i trochę 
starszy. Świadczące o wyjątkowo kiepskim guście brosze, spinające jego szatę z grubego 
aksamitu, były tymi samymi, jakie nosiła kobieta, a gdy szerokim gestem wskazał jedną ze 
stojących w pobliżu kanap, na jego palcach zabłysły złote pierścienie. 

Zechcesz usiąść, wielebny? Niech przynajmniej podam ci coś 

odświeżającego. 
Damien zaczerpnął tchu i powoli wypuścił powietrze z płuc, usiłując zapomnieć o duszącym 
zapachu perfum, jaki roztaczała tamta kobieta. 
Co z innymi? 
Z kim? - Dostrzegł, że Damien rozgląda się po pustej już teraz świątyni i zachichotał. - Z 
moimi wiernymi? Nadal tam są. Otoczeni zasłonami złudzeń tak doskonałych, że każde z 
nich wyobraża sobie, że jest samo w otoczeniu, które spełnia... - Uśmiechnął się. -
Powiedzmy, indy widualne potrzeby. Staram się być dobrym bogiem. 

149 

background image

Widziałem ich wszystkich. 
Ty chciałeś ich zobaczyć, mój drogi wielebny. Chciałeś gardzić nimi - i mną - żeby ułatwić 
sobie przyjście tutaj. - Wzruszył ramionami. - Jak już powiedziałem, usiłuję być dobrym 
gospodarzem. 
Podszedł do fontanny i zanurzył w niej dłoń. Kiedy ją wyjął, trzymał pięknie rzeźbiony 
srebrny kielich. 

Bardzo chciałbym myśleć, że przyszedłeś tu wiedziony szacun 

kiem, ale - niestety - nie jestem tak naiwny. Chociaż to kusząca ewen 
tualność. - Upił łyk ż kielicha, kosztując trunek, i z aprobatą ski 
nął głową. - Cóż więc sprowadza rycerza Kościoła do tej jaskini 
rozpusty? Z pewnością nie próba nawracania grzeszników. - Znów 
zachichotał. - Moi wierni są na to zbyt lojalni. 
Słowa jakoś zdołały wydostać się przez ściśnięte gardło Damiena. 

Gerald Tarrant zniknął. 

Demon spochmurniał. Damienowi wydało się, że zesztywniał. -1 co? - powiedział cicho i 
spokojnie, bez śladu rozbawienia w głosie. - Co to ma wspólnego ze mną? 

Potrzebuję pomocy. Muszę go odszukać. 

Karril prychnął, opróżnił kielich i wrzucił go do fontanny. Puchar zniknął, zanim dotknął 
powierzchni cieczy. 
Przecież wiesz, że nie jestem tropicielem. Jest kilku takich w mieście. Idź do nich. 
Wiem, kim jesteś - rzekł ostro Damien. -1 znam łączącą was więź. Wystarczająco silną, bym 
uznał, że zechcesz mu pomóc w razie... - Nie był w stanie dokończyć zdania. Nie śmiał 
powiedzieć tego głośno, aby nie stało się prawdą. - Próbowałem każdego znanego mi 
zaklęcia, rozmawiałem z każdym, z kim mogłem. Można by sądzić, że ze względu na 
łączące nas więzy krwi odnalezienie Tarranta powinno być łatwe. Tymczasem... - Pokręcił 
głową. - Nic, Karrilu. Nic! Co mam robić? Gdzie go szukać? Jesteś moją jedyną nadzieją. 
Przykro mi. - Karril odwrócił się do niego plecami. - Nie mogę ci pomóc. 
Uważał cię za przyjaciela. 
Odniósł wrażenie, że demon się skrzywił. 

Naprawdę? - szepnął. - To okropne. Zwykle staranniej dobie 

rał słowa. 
Szata Karrila przybrała czarną barwę, a błyszczące klejnoty pociemniały, jakby zasnuł je 
dym. 

Nie jestem przyjacielem jego ani niczyim innym. Przynajmniej 

150 

background image

nie w ludzkim rozumieniu tego słowa. Przyjaźń oznacza całą gamę uczuć, szeroki 
asortyment różnych stopni przywiązania. Ludzie są do tego zdolni, Iezu nie. - Z 
nieszczęśliwą miną spojrzał na Damie-na. - Jestem, mój drogi wielebny, tylko obecną w 
twojej duszy żądzą rozkoszy, która została obdarzona twarzą, głosem oraz wiedzą, 
pozwalającą naśladować ludzkie zachowanie. To wszystko. Nie ma we mnie miłości ani 
lojalności, jedynie odrobina egoizmu w ludzkiej otoczce. Widzisz więc - rzekł, znów 
odwracając się do niego plecami - że przyszedłeś pod zły adres. 
On by w to nie uwierzył - nalegał Damien. -1 ja też nie wierzę. 
Och! - wykrztusił demon. - Czyżby Kościół zajmował się teraz psychologią demonów? 
Przyszedłeś ostrzec nas przed Calestą - przypomniał mu Damien. - Czy to był egoizm? 
Powiedziałeś, że lubisz ludzi, a ich słabostki... - przez chwilę szukał właściwego słowa - 
bawią cię. Czy przemawiał przez ciebie tylko głód? Nie sądzę. 
Podszedł do demona i chwycił go za ramiona, jak mógłby złapać człowieka. „Ciało" Karrila 
było prawdziwe i ciepłe, jak ludzkie. 

Uratowałeś życie Ciani. - Obrócił demona twarzą do siebie 

i zmusił, by spojrzał mu w oczy. - Nie pamiętam wszystkich szcze 
gółów tamtego wydarzenia, ale pamiętam, jak mówiłeś, że to nie 
było łatwe. Zdaje się, że ledwie zdołałeś znieść związany z tym 
ból. Czy wtedy też kierowałeś się tylko głodem? A może czymś in 
nym? Może bardziej ludzkim uczuciem? 
Karril milczał przez długą chwilę. W końcu wyrwał się z uścisku i odwrócił plecami do 
kapłana. 
Wiedział, co ryzykuje. - Czy w jego głosie był ból, czy jakieś inne demoniczne uczucie? - 
Znał i akceptował to niebezpieczeństwo. Zostaw go, wielebny Yryce. Sam zgotował sobie 
taki los. Ty zajmij się twoim. 
Gdzie on jest? 
Karril przez długą chwilę nie odpowiadał. Damien czekał, chociaż trząsł się z 
niecierpliwości. Wreszcie demon odparł głosem ledwie głośniejszym od szeptu: 

Tam, gdzie znajduje się Gerald Tarrant, nie wejdzie żaden ży 

wy człowiek. 
Damien gwałtownie wciągnął powietrze. -Gdzie? 

Przed sądem. - Gdy demon znów obrócił się do niego, Damien 

151 

background image

spostrzegł, że teraz nawet jego biżuteria ma czarną barwę. - Tych, których najbardziej się 
obawiał. 

Bezimiennych? 

Tym razem Karril wahał się tylko przez moment, zanim skinął głową. 
Nic nie możesz zrobić, wielebny Vryce. Musisz w to uwierzyć. Jego własne słowa dały im 
prawo go osądzić, jego własna krew uczyniła go podatnym... 
Jak się tam dostać? - zapytał Damieh. Dźwięk własnych słów ścisnął mu serce lodowatą 
dłonią. Wiedział, co ryzykuje. - Powiedz! 
Demon zamknął oczy, jakby z bólu. 

Przez koszmar jego własnych obaw. Teraz, kiedy znalazł się 

w ich rękach, to jedyna droga. Jednak żaden śmiertelnik nie zdoła 
jej przejść. Nawet my... - Urwał, ale za późno. 
Ty mógłbyś tam dojść. Demon wahał się. 
Karrilu. Proszę. 
 
Mógłbym - przyznał. -1 mogę tam zginąć. Nie zamierzam ryzykować. 
Gerald mówił mi, że żaden lezu jeszcze nie zginął. 
Ponieważ my nigdy nie ryzykujemy! Bo jesteśmy samolubni i zamieniamy złudzenia na 
pokarm w naszych bezpiecznych siedzibach, nie wtrącając się do tego, co robią złośliwe 
demony! 
Czy Calesta tak postępuje? - naciskał Damien. - Pilnuje własnych spraw? 
Demon skrzywił się. 
Ja nie... Lepiej nie mówmy o nim. 
Nie możemy o nim zapomnieć! Jest częścią i głównym powodem tego całego zamieszania i 
dobrze o tym wiesz! - Podszedł jeszcze bliżej. Gdyby Karril był człowiekiem, można by 
rzec, że Damien usiłował przytłoczyć go swoją fizyczną bliskością. - A może nie obchodzi 
cię to, co on chce zrobić? Może nie dbasz o to, że chce przekształcić ludzi tak, by spełniali 
jego zachcianki, mnożąc się i wegetując jak zwierzęta, aż w końcu będą potrafili tylko jeść, 
spać i cierpieć. Tego chcesz, Karrilu? Czy tego pragnie któryś z lezu? Gdzie wtedy 
znajdziesz wiernych? 
Ja przetrwam - mruknął demon. - Ale inni... - Potrząsnął głową i szepnął ochryple: - Nie 
wolno mi się wtrącać. Po prostu nie wolno. Kara... 

152 

background image

Będzie gorsza od tego, co właśnie ci opisałem? - zapytał Da- 

mien. - W porządku, a więc się pomyliłem. Może jednak wcale nie 
różnisz się od Calesty. 
Powiedział to zjadliwym tonem w nadziei, że pogardą osiągnie to, czego nie zdołało 
sprawić poczucie lojalności i współczucie. 

Przepraszam, że cię niepokoiłem. 

Wydało mu się, że demon zadrżał. 
To droga bólu i czegoś znacznie gorszego - powiedział ledwie słyszalnym szeptem. - Nie 
rozumiesz? Nie mógłbym tego znieść. Nawet gdybym chciał, nawet gdybym chciał narażać 
się na jej gniew... Nie jestem człowiekiem. Nie mogę przyjmować emocji przeciwnych 
mojej naturze. Żaden Iezu nie wytrzymałby czegoś takiego. 
A więc będę się dla ciebie masturbował - rzucił ostro kapłan. - Czy to wystarczy? Pośród 
dręczących Tarranta koszmarów będę myślał o przyjemnościach, żebyś utrzymał się na 
nogach. Do licha, jeśli udało mi się to z nim, to powinno udać się również z tobą. 
Demon odwrócił się. 
Ja nie jestem człowiekiem - wyszeptał. Arrasy stały się czarne, nawet wino w fontannie 
przybrało ciemny kolor. - My rządzimy się innymi... prawami. 
Owszem. Tak sądzę. - Damien poczuł, jak ogarnia go wściekłość na myśl o tym, że i tym 
razem niczego nie osiągnął. Do kogo jeszcze mógłby się zwrócić? Niechętnie ruszył przed 
siebie, rzuciwszy kwaśno: - Przepraszam, że niepokoiłem. 
Zaczął odchodzić, zakładając, że otaczające go iluzje prysną jak mydlana bańka. Tak się nie 
stało. 
Nawet gdybyś przeżył tę podróż - nalegał Karril - co byś zrobił, gdybyś się tam dostał? 
Wydał bitwę Bezimiennym? Próbował z nimi pertraktować? Są zbyt potężni na pierwsze i 
nazbyt nietrwali na drugie. A fakt, że taki człowiek jak ty usiłuje uratować Ge-ralda 
Tarranta, mógłby jeszcze pogorszyć jego sytuację. Czy pomyślałeś o tym? 
Myślałem o wszystkim - odparł ostro. - A najwięcej o tym, jaki stanie się ten świat, jeśli nikt 
nie powstrzyma Calesty, oraz o tym, jak niewielką mam szansę, aby go powstrzymać bez 
pomocy Tarranta. Natomiast co do reszty... - Gwałtownie wzruszył ramionami, czując 
ogarniającą go rozpacz. - Sądzę, że to bez znaczenia, prawda? - I warknął: - Miejmy 
nadzieję, że spodoba ci się nowy porządek tego świata. 

153 

background image

Potem znowu odwrócił się, by odejść, i tym razem zasłony zniknęły. Znów ujrzał 
uprawiające miłość pary, lecz tym razem niewyraźnie, jak przez mgłę. Półnagie kapłanki i 
kapłani kręcili się jak zjawy na skraju pola widzenia. 

Wielebny Vryce. 

Nie odwrócił się, ale przystanął. Wszystko zastygło, jakby cała świątynia czekała, co się 
stanie. 

Jutro na godzinę zapada głęboka noc -powiedział demon głu 

chym i miarowym głosem, tylko odrobinę drżącym ze strachu! - Do 
brze najedz się przedtem i napij, a ponadto postaw przy posłaniu 
dzban z wodą. Znajdź bezpieczne pomieszczenie - dodał pospiesz 
nie - żeby nikt nie niepokoił twego ciała. Ono nie może wyruszyć 
w tę podróż - dorzucił szeptem. 
Potem arrasy zniknęły i demon również, a Damien poczuł w nozdrzach ciepły, odurzający 
zapach świątyni. 

Mogę ci w czymś pomóc? - zapytała kapłanka, podchodząc do 

Damiena. Pokręcił głową i odprawił ją machnięciem ręki. Nogi ugi 
nały się pod nim. Co właściwie się stało? Czy Karril zamierzał mu 
pomóc, czy tylko wyprawić go w drogę i pożegnać? Tak czy owak... 
Tak czy siak muszę iść, pomyślał ponuro, ponieważ nie ma innego wyjścia. Niechaj Bóg 
zlituje się nad moją duszą. 
Potem pomyślał o ryzyku, jakie już podjął Karril, o zasadach Iezu, jakie złamał demon, 
rozmawiając z kapłanem, oraz o cierpieniach, na jakie się narażał, występując przeciwko 
swojemu bratu, i dodał w myślach: Niech ulituje się nad nami oboma. 

background image

\& 

atriarcha śnił. Armie na równinie, stojące pod sztandarami Kościoła. Dalej 
rozpościera się Zakazana Puszcza, której drzewa nawet teraz rzucają 
czarne cienie w zachodzącym słońcu. On unosi rękę, błogosławiąc ich, i 
wojska ruszają naprzód, w tę niesamowitą ciemność... 

...a Puszcza ożywa, rozszarpuje ich, zalewając ziemię ich krwią, która podsyca jej ohydną 
egzystencję... 
Armie na równinie. On podnosi rękę, błogosławiąc je, i nieliczni wybrani ruszają naprzód, 
uzbrojeni w ogniste pieczęcie... 
...a Puszcza połyka ich, tak że nie widać nawet blasku zaczarowanego oręża i towarzysze 
nie mogą ich znaleźć... 
Armie na równinie. On unosi rękę, błogosławiąc ich ceł, i kilku ludzi z miotaczami płomieni 
rusza naprzód, ustawiając broń na skraju lasu... 
...i nagle z nieba spada deszcz i uderzają w nich jasne jak słońce błyskawice, a strumienie 
wody gaszą płomienie... 
Armie na równinie. On podnosi rękę, by je pobłogosławić, a jeden z ludzi rusza naprzód, 
okryty chwałą Proroka. 
...a Puszcza rozstępuje się przed nim. Jedzie dumnie wyprostowany w siodle, a jego zbroja 
lśni matowym blaskiem, jak topione złoto. Jest uosobieniem naturalnego piękna, ten dzielny 
żołnierz, w koronie Merenthy przytrzymującej jego złociste włosy i w zbroi tego starego 
neohrabstwa okrywającej jego pierś i kończyny. Jest żywym obrazem samego Proroka, a 
gdy wjeżdża między drzewa Puszczy, one rozstępują się przed nim, biorąc go za swego 
pana. Spokojnie jedzie do tego zaczarowanego lasu, którego nikt jeszcze nie zgłębił. 
Patriarcha unosi dłoń w geście błogosławieństwa i wojska ruszają śladem pierwszego 
jeźdźca. Jadąc śladem fałszywego neo-hrabiego, nie napotykają oporu i z modlitwą na 
ustach oraz pieśnią 

155 

background image

Jedynego Boga w sercach podążają w głąb Puszczy. Ta sądzi, że należą do jej pana, i nie 
próbuje ich zatrzymać. Szereg za szeregiem wjeżdża w ten mroczny las, niosąc miecz 
Kościoła przeciwko tronowi Łowcy... 

Obudził się zlany zimnym potem, z mocno bijącym sercem. Ostatnie chwile snu tak żywo 
utkwiły mu w pamięci, jakby naprawdę je przeżył, a ich implikacje były tak oszałamiające, 
że siadając na łóżku zauważył, iż trzęsą mu się ręce. 
Czy do tego prowadziły wszystkie te sny o wojnie? Wyciągnął rękę i zapalił lampę, 
pozwalając, by jej nikły płomień rozjaśnił pokój. Boże w niebiosach. Czy naprawdę był ktoś 
taki, kto samą swoją obecnością mógł pokonać ochronną barierę Puszczy? Jeśli tak... 
Zaczerpnął tchu, usiłując oswoić się z tą myślą. Kościół przegrał wielką wojnę, gdy jego 
armie zwróciły się przeciwko Puszczy. Ta przeklęta kraina była silniejsza od wszystkich 
armii, jakie mógł przeciwko niej wystawić człowiek. Gdyby jednak istniał jakiś klucz do 
tego królestwa, jakiś sposób, aby bezpiecznie wejść tam i podróżować... Wtedy rzeczywiście 
mogliby dotrzeć do serca królestwa Łowcy i walczyć z nim. Może zdołaliby pokonać tyrana, 
który od wieków panował w tej krainie, i uwolnić ludzi od jego przeklętej osoby. 
Jako reprezentant Kościoła Jedynego Boga Patriarcha aż za dobrze znał potęgę symboli i ten 
z ogłuszającą siłą podziałał mu na wyobraźnię. Zwycięstwo nad księciem Puszczy 
wywarłoby na fae wpływ, o jakim nie mogły marzyć całe pokolenia czarnoksiężników, i 
zapewniłoby Kościołowi ostateczne zwycięstwo. Ludzie nie musieliby walczyć z Puszczą, 
ani próbować ją zniszczyć. Poprzednicy Patriarchy popełnili ten błąd, doprowadzając do 
największej klęski w dziejach Kościoła. Nie, gdyby wydali wojnę symbolowi Puszczy, 
atakując jej demonicznego władcę i zwyciężając go, sama planeta stałaby się ich 
sprzymierzeńcem. 
To jest możliwe, pomyślał, oszołomiony tą perspektywą. To naprawdę możliwe. 
Na chwilę zamknął oczy i modlił się, szukając mądrości u swego Boga. Jeśli błądzę, błagał, 
daj mi jakiś znak. Czy to możliwe, żeby istniał taki człowiek jak ten w jego śnie, tak bardzo 
podobny do Łowcy, że mógłby go udawać i poprowadzić oddziały do zwycięstwa? 
Patriarcha podejrzewał, że wymagałoby to czegoś więcej niż tylko zewnętrznego 
podobieństwa Jaki człowiek zdołałby przyjąć 

156 

background image

rolę Łowcy - dosłownie stać się nim - i nadal służyć Kościołowi, pomagając zniszczyć 
warownię demona? 
Musiałby oszaleć, pomyślał. A gdyby nie był szaleńcem na początku, z pewnością stałby się 
nim potem. 
Z westchnieniem wyciągnął się na łóżku. Jakie były szanse, że uda się znaleźć taką osobę, 
jeśli ktoś taki w ogóle istnieje? Jedna na milion, jeśli w ogóle. To sen, nic więcej. Tym 
razem to nie wizja. Tylko sen, jak u każdego zdrowego człowieka. Nic poza tym. 
Jednak ten obraz nie chciał go opuścić. I nawet kiedy Patriarcha zmusił się, by zamknąć 
oczy, nawet gdy sen ponownie zaczął koić jego niespokojny umysł, mimowolnie 
zastanawiał się, co oznaczałoby to dla jego Kościoła, gdyby ten sen, tak jak wiele innych, 
okazał się prawdą. 

background image

17 

od koniec dnia zjadł obfity posiłek, tak jak radził Karril. Przyszło mu to z 
trudem. Już dawno temu stracił apetyt, a opychanie się w chwili, gdy być 
może groziło mu największe niebezpieczeństwo, sprzeciwiało się 
wszystkim jego instynktom. Doszedł jednak do wniosku, że jeśli nie może 

zaufać Kar-rilowi, to i tak jest zgubiony, więc w niczym mu to nie zaszkodzi. 
Wynajął mały pokoik w jednej z biedniejszych dzielnic, pozostawiając w depozycie 
kościelną kartę kredytową. Oddawszy większą część gotówki poprzedniej gospodyni, nie 
miał innego wyjścia. Skrzywił się na myśl, że Patriarcha usłyszy o tym, ale jeśli ojciec 
święty dowie się o incydencie, to Damien i tak wpadnie po uszy w szambo i ta drobna suma 
nie będzie miała żadnego znaczenia Gdyby Patriarcha dowiedział się, że Damien podróżuje 
w towarzystwie demona i poznał jego zamiary... Damien wolał nie zastanawiać się nad 
reakcją jego świątobliwości. 
W małym, wilgotnym pokoiku, oświetlonym jedną lampą, leżał na pokrytym wytartą kapą 
łóżku i próbował się odprężyć. Obok niego spoczywał miecz z owiniętą rzemieniem 
rękojeścią, uspokajająco znajomy w półmroku. Za oknem zachodził Casca, a Rdzeń jeszcze 
nie wzeszedł. Wkrótce zapadnie głęboka noc, czy Damien będzie gotowy, czy nie. Kapłan 
zastanawiał się, jakich czarów ma zamiar użyć Karril, skoro potrzebował do nich takich 
warunków. A może to sama mroczna natura Tarranta wymagała mocy związanej z głęboką 
nocą? 
Przez kilka minut leżał nieruchomo i nagle przyszło mu do głowy, że blask lampy, chociaż 
nikły, mógł zaszkodzić procesowi, który zamierzał zapoczątkować Karril. Skręcił knot 
prawie do końca i szczelnie zamknął kominek, pozostawiając pokój w głębokich 
ciemnościach. Sposobna pora na atak demoniaków, pomyślał ponuro, kładąc dłoń na 
rękojeści miecza. Boże, ile by dał za to, by wrócić 

158 

background image

do tamtych dni, kiedy jego najgorszym zmartwieniem było to, czy jakiś głodny i bezmózgi 
stwór nie spróbuje odgryźć mu we śnie kawałka ciała! Tamte czasy wydawały mu się istnym 
rajem w porównaniu z niebezpieczeństwami, którym musiał teraz stawiać czoło. Usłyszał 
jakieś szmery dobiegające spod łóżka i napiął mięśnie, ale zaraz doszedł do wniosku, że to 
zapewne odgłosy jakichś owadów lub gryzoni walczących o okruchy pozostawione przez 
poprzedniego mieszkańca pokoju. 
Niech to licho, nienawidzę czekania. Skupił wzrok w miejscu, gdzie zapewne był sufit, w 
gęstych warstwach ciemności. Blask księżyca oraz wszystkie inne światła przestały już 
wpadać do pokoju. Damien odruchowo zacisnął dłoń na rękojeści miecza, gdy otoczyła go 
nieprzenikniona, surrealistyczna ciemność głębokiej nocy. I co teraz? Czy to on ma się 
zmienić, czy ten pokój, a może... co? Przez długą chwilę nasłuchiwał szmerów, aż myślał, że 
oszaleje pod wpływem tej bezczynności. Może Karril stchórzył, pomyślał Damien. 
Zważywszy na stan umysłu demona, należało się liczyć z taką ewentualnością. Jeśli tak, co 
robić dalej? Próbował ułożyć w myślach jakiś plan działania, lecz w mroku trudno mu się 
było skupić, a ponadto już wyczerpał wszystkie możliwości, jakie przychodziły mu do 
głowy... Gdyby Karril go zawiódł, Tarrant byłby zgubiony. A w takim wypadku Calesta bez 
trudu podbije cały zachodni kontynent, gdyż Damien w żaden sposób nie zdoła go 
powstrzymać. 
Wyczuł kilka wygłodniałych stworów trzepoczących za oknem, niewątpliwie zrodzonych 
przez tę krótką chwilę prawdziwej ciemności. Na szczęście dla nich żaden nie wziął go za 
ofiarę i nie próbował atakować. Damien prawie tego żałował. Dobrze byłoby porąbać coś na 
kawałki - cokolwiek - dla samej przyjemności płynącej z takiego działania. 
Potem, powoli, uświadomił sobie, że znowu widzi - prostokąt szarego światła w miejscu, 
gdzie znajdowało się okno. Klnąc pod nosem, usiadł na łóżku i... 
Znieruchomiał. Wstrzymał oddech. Wytrzeszczył oczy. 
Ściany zniknęły, a na ich miejscu pojawiło się coś mniej stałego, przez co widział światła 
miasta. Podłogę pokoju nadal skrywał mrok, lecz pod nią - przez nią - widział prądy fae, 
przepływające niczym strumienie po ziemi, skrzące się tu i ówdzie srebrzystymi i 
srebrzyście-błękitnymi światełkami. Reszta pokoju zniknęła, po prostu zniknęła - wszystkie 
meble, dywan, nawet smutny obrazek, 

159 

background image

krzywo wiszący na przeciwległej ścianie - pozostały po nich tylko cienie, niektóre wyraźne, 
inne ledwie widoczne. 

Gotowy do drogi? 

Drgnął, słysząc tuż obok głos Karrila, i odruchowo chwycił za miecz, odwracając głowę. 
Demon zmienił aksamitną szatę na dopasowany kubrak i bryczesy podobne do tych, jakie 
nosił Damien. Wysadzana klejnotami brosza spinała krótki płaszcz, którym okrył ramiona. 
Wydawał się nieuzbrojony, lecz czy Damien był w stanie ocenić arsenał demona? Wyglądał 
też na spiętego, co było tak do niego niepodobne, że jeszcze pogłębiło przekonanie Damiena o 
zagrażającym im niebezpieczeństwie. 
Dokąd? 
Pójdziemy śladem, jaki pozostawił nam Gerald Tarrant. Ściśle mówiąc, zostawił go tobie. 
Jedyną nadzieją odnalezienia go jest łącząca was więź. - Na twarzy Karilla pojawił się ponury 
uśmiech, pozbawiony humoru. - Nie jest to droga, jaką zaaprobowałby twój Kościół, ale sam 
tego chciałeś. 
Damien wstał. O dziwo, przyszło mu to z trudem, jakby tracił przy tym mnóstwo siły. 
Zachwiał się, gdyż zakręciło mu się w głowie na widok przepływającej tuż pod jego nogami 
fae. Co to za cień na podłodze? Próbował skupić na nim wzrok, rozróżnić szczegóły. 
Nie patrz w dół - ostrzegł demon. - Idź za mną i nie przejmuj się. Nie spadniesz. 
Gdzie jesteśmy? 
Dokładnie tu, gdzie byliśmy. Tylko że teraz widzisz wszystko tak jak ja... i jak twój wróg. Nie 
patrz na podłogę -rzucił ostro, gdy Damien potknął się o jakąś niewidoczną przeszkodę. - 
Patrz na mnie. Tylko na mnie. 
Zrobił, co mu kazano, i przywarł wzrokiem do demona. Nawet w tym skąpym świetle widział, 
jak podenerwowany i spięty jest Karril. Gdyby miał czas zastanowić się nad tym, zapewne by 
go to przeraziło. Zaczerpnąwszy tchu, zaczął stawiać krok za krokiem, nie patrząc pod nogi. 
Wydawało mu się, że jakaś moc dotyka obrzeży jego umysłu, usiłując weń wtargnąć. W 
odpowiedzi na nie zadane { pytanie demon skinął głową i Damien spróbował rozluźnić napię-
te mięśnie. W świątyni podjął decyzję - teraz nie miał już odwrotu. Jeden Bóg wie, jaki rodzaj 
mocy wykorzystywał demon, aby przenieść człowieka w to nierealne miejsce. 

background image

Niech mi Bóg pomoże, jeśli kiedykolwiek dowie się o tym Patriarcha. 
Idąc jak we śnie, wyszedł za Karriłem na ulicę. Tyle że nie była to prawdziwa ulica, ta, 
którą widział, idąc do tego domu. Miejsce to wyglądało jak wzięte ze snu, gdzie srebrna fae 
ziemi omywała zarysy mglistych kształtów przypominających domy, powozy, kramy. Ta 
jasna moc kłębiła się wokół jego nóg, gdy szedł, oszołomiony, wzdłuż budynków z dymu i 
kryształu, za którymi dostrzegał widmowe wnętrza. W niektórych z nich paliły się światła 
lamp lub kominków, jarzyły się blaskiem przeświecającym przez najbliższe ściany. Od tego 
widoku zakręciło mu się w głowie i na moment musiał zamknąć oczy, żeby odzyskać 
równowagę. 
Co to? - szepnął. Fala fae ziemi spieniła się tuż przy jego kolanie, obsypując udo kaskadą 
lśniących iskier. Popatrzył na swoje ciało, spodziewając się zobaczyć, że i ono się zmieniło, 
lecz ku jego zdziwieniu było zupełnie normalne. Oprócz kropelek fae, które przywarły mu 
do nóg, wyglądał tak, jakby wyszedł na zwyczajny spacer po parku. - Co się dzieje? 
Oto świat, w jakim mieszkają Iezu. - Głos demona byl zdumiewająco realny, niczym lina 
ratunkowa w odmętach snów. - Określony nie przez właściwości materii, lecz ludzkiej 
percepcji. 
Idąc, przesunął dłonią po pobliskiej ścianie. Widmowa substancja ustąpiła pod tym 
dotknięciem jak woda i po jej powierzchni rozeszły się kręgi. 

Tak widzą go Iezu. 

Mmimo napięcia Damien był zafascynowany. 
Czy dlatego przybierasz ludzką postać? Aby postrzegać świat tak jak ludzie? 
My nigdy nie postrzegamy świata tak jak wy. W najlepszym wypadku widzimy odbicie 
materialnego wszechświata, przefiltro-wane przez wasze umysły. Niektórzy z nas uczą się 
interpretować te kształty i mogą porozumiewać z wami. Inni nigdy nie nabywają tej 
umiejętności i wasz świat pozostaje dla nich zagadką. 
Przeniósł spojrzenie z mglistych ścian na pozornie materialną postać demona. 
Twoje ciało wydaje się dość realne - rzucił. 
To tylko złudzenie, stworzone na twój użytek. Tak samo jak twoje ciało. Obraz, jaki 
utkałem z twojej wyobraźni, aby dodać ci odwagi przy zagłębianiu się w ten niematerialny 
świat. Ludzie - dodał sucho - tego potrzebują. 

161 

background image

Damienowi zakręciło się w głowie, gdy pomyślał o konsekwencjach tego faktu. 
A więc jeśli ktoś mnie zrani... 
Rana nie przeniesie się na twoje prawdziwe ciało. Ono nadal leży na łóżku. - Karril ruchem 
głowy wskazał w tym kierunku, gdzie znajdował się dom, z którego przyszli. - Pozostało w 
nim tylko tyle ducha, aby utrzymać je przy życiu. To jednak wcale nie zmniejsza grożącego 
ci niebezpieczeństwa. 
Dlaczego? Co ryzykuję, jeśli nie można mnie naprawdę zranić? To jest jak sen. 
Nie oszukuj się. - Płonąca fae zawirowała wokół stóp demona i znów popłynęła poprzednim 
kursem. - Po pierwsze, ból, jakiego doświadczysz w tej postaci, będzie dla twego umysłu 
najzupełniej realny. A jeśli twoja dusza umrze tutaj, ciało nigdy nie ożyje. Śmierć pozostaje 
śmiercią, wielebny Yryce. Tutaj tak samo jak gdzie indziej. 
Minęli coś, co zapewne było drzewem - cienisty kształt jarzący się miękką poświatą w 
miejscach, gdzie wycięto na nim inicjały kochanków. Ślad człowieka w królestwie Iezu. 
Wszędzie wokół rozpościerał się widmowy krajobraz, z mniej lub bardziej realistycznymi 
przedmiotami, budynkami, a nawet żywymi istotami. Przez wszystko to płynęła fae, którą 
Damien dostrzegał wyraźniej niż kiedykolwiek. Znacznie potężniejsza. Czy tak widział 
świat Tarrant swymi oczami adepta? To był cudowny, a zarazem przerażający widok. 

Tutaj - dodał demon - grozi ci jeszcze jedno prawdziwe nie 

bezpieczeństwo. 
Damien popełnił błąd, spoglądając pod nogi, i potknął się. 
Ten grunt jest stały tylko wtedy, jeśli za taki go uważam. 
Zdołał oderwać odeń wzrok i popatrzeć przed siebie. Wymagało to tak wielkiego wysiłku, 
że przez kilka długich minut nie był w stanie zareagować na ostrzeżenie demona, 
koncentrując się na walce z własnym ciałem. Kiedy upewnił się, że odzyskał równowagę, 
zapytał: 
Jakie? 
Twoim wrogiem jest czas - ostrzegł go demon. - W cieniu rzeczywistego świata łatwo 
określić jego upływ. Możemy to zrobić dzięki słońcu i pływom fae oraz działaniom żywych 
istot, które nas otaczają. A co się stanie, kiedy zostawimy to za nami? - Gdy to mówił, 
otaczające ich ściany zaczęły się rozwiewać, znikać, jakby reagując na jego słowa. - 
Jedynym zegarem będzie twoja percepcja, przyjacielu. A ludzkie zmysły są zdecydowanie 
subiektywne. 

162 

background image

-1 co z tego? Powiedzmy, że na jakiś czas stracę poczucie czasu. Co za różnica... 
Nagle zrozumiał. Pojął, co chciał mu powiedzieć demon. Świadomość tego faktu przejęła go 
lodowatym dreszczem, który jeszcze się nasilił, gdy Damien zaczął myśleć o skutkach 
ewentualnej porażki i jej końcowych kosztach. 
Jego ciało nadal leżało na łóżku, bezradne i opuszczone. Utrzymanie go przy życiu 
wymagało pewnego zachodu, jeśli miał doń powrócić. Powietrza i energii, pożywienia, 
wody... Jak długo można obyć się bez wody? Przypuszczał, że najwyżej trzy dni, ale może 
tylko przy wytężonym wysiłku. Może w stanie spoczynku podtrzymanie procesów 
życiowych nie wymagało takiego zachodu? 
Trzy dni. Nie odmierzane zegarem, lecz jego poczuciem czasu. Trzy dni w realnym świecie 
tutaj mogły trwać kilka minut albo całą wieczność. Kiedy ten czas upłynie, ciało Damiena 
umrze, a wraz z nim jego dusza. 
Widzę, że zrozumiałeś - rzekł cicho Karril. 
Tak - skrzywił się Damien. - Obawiam się, że tak. 
Teraz byli w innej okolicy. Cienie domów znajdowały się tu dalej od siebie, a drzewa 
pojawiały się częściej. 
Co powinienem robić? 
Zachować ostrożność. Tylko tyle mogę ci powiedzieć. Żaden człowiek nigdy dobrowolnie 
nie podążył tam, dokąd cię prowadzę. A ci, którzy poszli tam nie z własnej woli... - 
Wzruszył ramionami. - Mieli inne problemy. 
Damien spojrzał na Karrila. 
Tarrant nigdy tu nie był? Demon przez chwilę nie odpowiadał. 
Nie dobrowolnie - odparł w końcu, unikając wzroku kapłana. Demon ruszył w kierunku 
jakiegoś strzelistego kształtu i skinął na 
Damiena, żeby poszedł za nim. Nad ich głowami zabłysły iskry, gdy przechodzili przez coś, 
co zapewne było bramą, przez spowity dymem próg. Jeśli na ulicy Damien był 
zdezorientowany, tutaj to wrażenie jeszcze się nasiliło. Musiał przystanąć na moment, żeby 
odzyskać równowagę i wypatrzyć drogę wśród świateł i przedmiotów widocznych w 
sąsiednich pomieszczeniach. Byli w nich ludzie, którzy wydali mu się równie namacalni jak 
w rzeczywistym świecie. 

Złudzenie - mruknął Karril w odpowiedzi na nie zadane pyta 

nie. Przeszli pod płonącym kręgiem pokrytym lśniącymi znakami - 

background image

wyglądającym na amulet chroniący przed trzęsieniem ziemi - a potem pod następnym, 
opatrzonym w lewej dolnej ćwiartce symbolem, w którym Damien rozpoznał pieczęć Ciani. 
Nagle oba wydały mu się znajome i znajdowały się na takiej wysokości... Szeptem zapytał 
Karrila: 
Do jego mieszkania? 
Oczywiście - potwierdził demon. - A czego się spodziewałeś? Z mroku wyłoniła się ludzka 
postać i skierowała prosto ku nim. 
Damien chciał się odsunąć, lecz Karril złapał go za ramię i pokręcił głową. Kapłan ze 
zdumieniem spoglądał na osobę w butach na wysokich obcasach, które bezdźwięcznie stąpały 
po podłodze, na srebrzystą fae omywającą jej kostki. Widział kobietę, mocno zbudowaną i w 
podeszłym wieku. Jej ciało było zanadto wybujałe, z agresywnie sterczącymi piersiami i 
niewiarygodnie wystającymi pośladkami, ściągnięte w talii paskiem, który zdawał się prawie 
przecinać ją na pół. Kiedy przeszła obok nich, Damien ze zdumieniem popatrzył na Karrila. 
Demon wyjaśnił z nikłym uśmieszkiem: 
Zdaje się, że to twoja była gospodyni. 
Co takiego? 

A przynajmniej taką sama siebie widzi. - Nikły uśmiech zgasł. 

- Chodź. 
Zeszli po schodach do piwnicy, co samo w sobie było nie lada próbą. Damien starał się nie 
myśleć o tym, czy są tu schody i z czego są zrobione, tylko powierzył swoje ciało tej 
kaskadzie fae, płynącej w miejscu, gdzie powinny być stopnie. Raz potknął się, ale jakoś zdo-
łał zejść. U podnóża schodów znajdowało się miejsce tak pełne nie- | dobrych wspomnień, że 
zbliżającemu się tam Damienowi znów żołądek podszedł do gardła. Czy tutaj można 
zwymiotować? - zastanawiał się. I czy to by mi ulżyło? Przez warstwę dymu, tworzącą drzwi, 
dostrzegł lśniącą ciemność, oleistą i pokrywającą niemal całą podłogę. Wpływająca w nią fae 
ziemi również stawała się czarna i jej przepływ znaczyły gęste zmarszczki na powierzchni tej 
mrocznej substancji, sprawiającej wrażenie wygłodniałej. Straszliwie głodnej. Przez pozorną 
zaporę, ze środka dobywał się chłodny powiew - pierwszy podmuch, jaki Damien poczuł od 
chwili, gdy zapadła głęboka noc. Niósł posmak krwi, żółci i czegoś jeszcze gorszego. 

Tak to odczuwasz - rzekł spokojnie demon. - Ja tylko ci to 

ułatwiłem. 
Damien czuł mroczną siłę, wciągającą go jak fala, której musiał 

164 

background image

opierać się ze wszystkich sił. Chociaż zapewne nie była żywą istotą, zdawała się wyczuwać 
jego obecność i nadymać w miejscu, które znajdowało się najbliżej niego. Oleista ciemność 
zaczęła powoli płynąć po niewidzialnej podłodze, kierując się ku nim. Do niego. 
Nie wystawili jej na słońce - szepnął. 
Obawiam się, że nie masz racji. 
Z obrzydzeniem spoglądał na to coś. Ze zgrozą myślał, że mógłby znów tego dotknąć. 

Przegnali to, co przyszło po Geralda Tarranta - wyjaśnił Kar 

ni - ale nie zdołali zatrzeć śladów. Ponieważ to tylko jego ślady, 
wielebny - nikłe echo tego, co było tu wcześniej. - Spojrzał na ka 
płana. - Nadal jesteś pewien, że chcesz tam wejść? 

Czy musimy to zrobić? - wyszeptał Damien. 

Demon skinął głową. 

Gerald Tarrant zapewne wybrał prostszą drogę, lecz jego 

zmagania pozostawiły ślad znaczony krwią duszy. To, oraz reszt 
ki, jakie tutaj widzisz, to jedyny sposób, aby go odnaleźć. - Po 
chwili dodał: - Czy wciąż jesteś pewien, że chcesz go odnaleźć? 
Bo jeśli nie, to zapewniam cię, że z najwyższą przyjemnością zre 
zygnuję z tej wycieczki. 
Damien zawahał się. Przez moment wydawało mu się zupełnie nieprawdopodobne, żeby 
zdołał ujść z życiem z tego szalonego przedsięwzięcia O mało się nie cofnął, o mało nie 
wypowiedział słów, które zakończyłyby tę skazaną na klęskę wyprawę. Czy naprawdę 
sądził, że zdoła stawić czoło potędze, jakiej obawiał się nawet Tarrant, i wyjść z tego cało? 
Na samą myśl o dotknięciu tego czegoś w piwnicy, choćby pozostałości, robiło mu się 
niedobrze. Czy zdoła zanurzyć się w to ciałem i duszą, nie wiedząc, czy uda mu się od tego 
uwolnić? 
Potem jednak pomyślał o Caleście i rzezi, do jakiej demon rozmyślnie doprowadził na 
wschodzie. Przypomniał sobie plany Ca-lesty wobec tego świata i zastanowił się nad tym, 
co będzie z ludźmi, jeśli demon zatriumfuje. I w tym momencie zrozumiał, że nie śmierci 
obawiał się najbardziej ani nawet nie myśli o konfrontacji z Bezimiennymi. Bał się porażki. 
Boże, kiedy złożyłem ślubowanie, powiedziałem, że chętnie oddam życie, aby Ci służyć. 
Mówiłem prawdę. Nabrał tchu i zadrżał. Me pozwól tylko, by ta ofiara była daremna. 
Błagam Cię. Postąp ze mną wedle Twej woli, weź moje życie, jeśli chcesz, tylko pomóż mi 
uwolnić tę planetę od Calesty. Błagam cię, Boże. 

165 

background image

Muszę spróbować - szepnął. 

Przez długą chwilę demon spoglądał nań w milczeniu. Czyżby czytał w jego myślach i 
widział dręczące go wątpliwości? Tarrant mówił, że Iezu posiadają takie zdolności. 

Droga, którą musimy podążyć - ostrzegł Damiena - wiedzie przez 

najgłębsze pokłady obaw Łowcy. Czy jesteś na to przygotowany? 
Odniósł wrażenie, że ta ciemność jest teraz bliżej. Zionął z niej obrzydliwy smród, odór 
krwi, zgnilizny... i czegoś jeszcze gorszego. 
On obawiał się słońca. Ciepła. Gojenia ran. Wszystkiego, z czego składa się życie. 
Nie bądź naiwny, wielebny Vryce. 
Ciemność wysuwała teraz oleisty palec, który powoli płynął ku Da-mienowi. Jeśli kapłan 
nie ruszy się z miejsca, lada moment go dotknie. 

Śmierć - rzekł ostro. - Jej obawiał się najbardziej. 

Jak zdoła stawić czoło śmierci, nie umierając? Karril musiał znać jakiś sposób, inaczej nie 
przyprowadziłby go tutaj. 

Nie śmierci - zaprzeczył demon. 

Damien ze zdumieniem popatrzył na Karrila. Oczy Iezu były czarne, nieprzeniknione. 

Śmierć nie jest rzeczą ani miejscem - powiedział mu demon. 

- Jest przemianą. Bramą, nie przeznaczeniem. Pomyśl - nalegał. - 
Znasz odpowiedź. 
I nagle kapłan zrozumiał. Znał odpowiedź, lecz na samą myśl zrobiło mu się słabo. Czy to 
ich czekało? Nic dziwnego, że Karril nie chciał się w to angażować. 
Piekło - szepnął. - Obawiał się piekła. 
A raczej własnego wyobrażenia piekielnej otchłani. 
Czy Iezu też doświadcza takiego mdlącego strachu, czy też nie leży to w jego charakterze? 
Niektórzy ludzie mylą namiętność z przerażeniem, pomyślał. Tak więc powinien postrzegać 
to uczucie. 
Nadal chcesz tam pójść? 
Nie mam wyboru. - Damien wciągnął powietrze i powoli wypuścił je z płuc. - Przecież 
wiesz. 
Tak - westchnął demon. - Wiem. 
Kapłan na chwilę zamknął oczy i usiłował opanować wzbierający w nim lęk. 
Niech cię szlag, Tarrancie! Niech cię licho porwie za to, że muszę to wbić, żeby uratować 
twoje nędzne życie. 
Jednak w obliczu oczekującej go podróży takie przekleństwa nie 

166 

background image

miały zwykłej siły, wydawały się wręcz śmieszne. Tarrant już był w piekle, albo jeszcze 
gorszym miejscu. A Damien zamierzał go stamtąd wyciągnąć. 
Zaczerpnął tchu i nie spojrzał pod nogi. Nie musiał patrzeć, żeby czuć, jak blisko znajduje 
się ta obrzydliwa substancja, czuł jej coraz silniejsze przyciąganie. Spojrzał na demona i 
postarał się opanować na tyle, by bez drżenia głosu zapytać: 

Idziesz ze mną? 

Demon zawahał się. Potem westchnął, a po chwili, ku ogromnej uldze Damiena, skinął 
głową. 

Nie mogę pozwolić, żebyś poszedł tam sam, prawda? 

Wyciągnął rękę. Damien ujął ją. Następnie leciutko się skrzywił 
i ruszył naprzód. Śladem pozostawionym przez krwawiącą duszę Tar-ranta. W oczekującą 
tam ciemność. Bądź przeklęty, Calesto. 

background image

18 

ORDRETH: Czterdzieści trzy osoby zostały zabite przez zwierzęta, 
które wyszły z lasu znanego jako Zakazana Puszcza. Ludzie ci, którzy 
tymczasowo zamieszkiwali tuż przy granicy Jahanny, zostali 

zaskoczeni wkrótce po północy, gdy dzikie bestie niespodziewanie zaatakowały ich obóz. 
Chociaż kilku mężczyzn zdołało chwycić za broń, rozszalałe bestie szybko przełamały opór 
obrońców. Po niecałej godzinie od rozpoczęcia ataku wszyscy ludzie w obozie zostali 
zabici. 
Lestar Vannik, który wracał tam w czasie, gdy rozpoczął się atak, zdołał uciec, zanim 
zwierzęta go zwietrzyły. Według relacji uzyskanej w szpitalu w Daryishopisał je jako „białe 
potwory z dłońmi zamiast łap i krwawo płonącymi ślepiami". Najwidoczniej bestiom 
towarzyszył rój demoniaków, które opadły obrońców i oślepiły ich tak, że nie mogli stawić 
skutecznego oporu. Władze nie potwierdzają pogłosek, jakoby Vannik widział także 
biegnącą za stadem ludzką postać, która kolorem skóry i dzikością niczym nie różniła się od 
zwierząt. 
Nie wiadomo co sprowokowało ten atak, lecz mieszkańcy tego rejonu obawiają się, że może 
to oznaczać koniec zawieszenia broni między Puszczą a jej sąsiadami. Niektórzy zaczęli 
gromadzić broń i szkolić ludzi, aby bronić się przed podobnymi atakami. Burmistrz Shevy, 
kwitnącego miasta graniczącego na wschodzie z Ja-hanną, powołał specjalne siły, które 
mają strzec przedmieść, i oczekuje się, że sąsiednie miasta pójdą za tym przykładem. W tym 
miesiącu ma odbyć się specjalna narada burmistrzów, podczas której zostaną omówione 
sposoby finansowania takiej operacji. 
Nieformalny rozejm, przestrzegany w tym rejonie od prawie pięciuset lat, umożliwiał 
rozwój obszarów graniczących z Puszczą, szczególnie żyznej doliny Raksha na wschodzie. 
Zgodnie z tradycją ta umowa została zawarta z Łowcą, demonem lub czarownikiem, który 
mniej więcej w tym czasie pojawił się na tych terenach. Dzięki rozejmowi, 

168 

background image

społecznościom nie będącym zagrożeniem dla Puszczy również nic nic groziło, chociaż obie 
strony bezlitośnie polowały na osobniki przekra czające jej granicę. Zawieszenie broni 
zostało zerwane tylko dwukrotnie: w 1047, kiedy dwudziestoosobowa ekspedycja wtargnęła 
do Puszczy, zamierzając odnaleźć i zabić jej demonicznego władcę, oraz w 1182, kiedy 
pewna radykalna organizacja z Mordreth podpaliła las w czasie suszy, mając nadzieję 
doszczętnie spalić Puszczę. W obu wypadkach zemsta była szybka Jesienią 1147 roku 
dwadzieścia głów bez oczu i języków nabito na pale przed bramą ich miasta W 1183 roku 
doszło do słynnej masakry w Mordreth, która w ciągu jednej nocy zamieniła kwitnący port 
w miasto duchów. Historycy natychmiast przypomną, iż oba incydenty były reakcją na 
wyraźną prowokację i po żadnym z nich nie doszło do kolejnych aktów przemocy. 
Nie wiadomo w jaki sposób, jeśli w ogóle, mieszkańcy obozu sprowokowali ich 
demonicznego sąsiada do tego morderczego ataku. W pogranicznych miastach krążą plotki 
o zniknięciu Łowcy, a ich mieszkańcy robią, co mogą, żeby się obronić. Władze mają 
nadzieję, że Vannick po wyzdrowieniu zdoła rzucić więcej światła na szczegóły konfliktu, 
lecz na razie wszyscy zainteresowani muszą założyć, że odwieczny rozejm nie będzie dłużej 
honorowany przez władcę Puszczy, i podjąć odpowiednie kroki. 

Jest tutaj. 

Mówiący to kapłan był niskim i dobrodusznym mężczyzną o wydatnym brzuchu i rumianej 
twarzy. Ostry ton głosu nie pasował do niego. A może tak tylko wydawało się Patriarsze, 
który wiedział, co one oznaczały? 

Jesteś pewny? - zapytał ojciec święty. 

Tamten energicznie kiwnął głową. 
-Elerin,zauważył go w przedsionku. Mogę go tu przyprowadzić, jeśli wasza świątobliwość 
sobie tego życzy. 

Proszę, zrób to. 

Kiedy kapłan podszedł do drzwi, aby zawołać akolitę, Patriarcha sięgnął ręką do szuflady 
biurka i wyjął przechowywany tam rysunek. Był to szkic wykonany ołówkiem na kiepskim 
papierze, wytartym od dotykania Patriarcha obejrzał go jeszcze raz, czekając, aż kapłan 
przyprowadzi swego pomocnika Był lekko zdziwiony i miał złe przeczucia 

169 

background image

Jeśli naprawdę widziano tego człowieka... Potrząsnął głową, odganiając tę myśl. Po kolei. 
Najpierw należy potwierdzić relację. 
Akolita Elerin był pryszczatym i piegowatym nastolatkiem o ogniście rudych włosach. 
Patriarcha nie przypominał sobie, żeby widział go wcześniej, w czym nie było niczego 
dziwnego: szkoleniem takich chłopców zajmowali się inni kapłani, a on spotykał się z nimi 
dopiero wtedy, kiedy ich wyświęcał. 
Młodzieniec skłonił się niezgrabnie, najwyraźniej zaniepokojony tym spotkaniem, i 
wymamrotał coś, co przypominało słowa „wasza świątobliwość". Patriarcha podał mu 
rysunek. 

Czy widziałeś tego człowieka? 

Chłopiec zerknął na szkic, a potem na kapłana, który zachęcająco kiwnął głową. 
Tak sądzę, wasza świątobliwość. Jednak tamten rysunek był trochę inny. 
To była kopia. Przed sobą masz oryginał. 
Chłopiec ponownie popatrzył na szkic, a potem skinął głową -nieco sztywno. Najwyraźniej 
nie był przyzwyczajony do przebywania w tak znamienitym towarzystwie. 
Sądzę, że wziął udział w popołudniowym nabożeństwie. We wtorek. Wczoraj - dodał 
pospiesznie. *> Stałem w przedsionku, jak kazał mi ojciec Renalds. Ten człowiek zaraz po 
mszy wyszedł ze świątyni jako jeden z pierwszych. Bardzo się spieszył. - Chłopak jeszcze 
raz popatrzył na rysunek i kiwnął głową. - Jestem zupełnie pewny, że to był on. Miał trochę 
krótsze włosy i nie był taki szczupły, ale twarz miał taką samą. 
Dowiedziałeś się, kim on jest? 
Młodzieniec potrząsnął głową, aż rude włosy opadły mu na czoło. 
Chciałem z nim porozmawiać, ale nie zatrzymał się. Pytałem kilku obecnych tam osób, czy 
wiedzą, kim jest, ale nikt nie miał pojęcia 
Poszedłeś za nim? 
Chłopiec przybrał zgnębioną minę. 
Nie, ojcze święty. Ja... przepraszam. - Zaczerwienił się tak mocno, że jego twarz przyjęła 
barwę włosów. - Nie przyszło mi to do głowy. Nie wiedziałem... Wybacz mi, proszę. 
W porządku. - Patriarcha wziął rysunek od chłopca. - Nie było żadnego powodu, abyś to 
robił. Nie uczymy cię na szpiega. 
Usiłował przemawiać jak najłagodniejszym tonem, gdyż chłopiec był tak zdenerwowany, że 
wydawał się bliski omdlenia. 

170 

background image

Dziękuję ci, Elerinie. Możesz już odejść. 

Młodzieniec pospiesznie uczynił to, kłaniając się i zmierzając tyłem do drzwi. Dopiero po 
jego wyjściu uśmiech zniknął z ust Patriarchy, który zwrócił się do kapłana. 

Chcę wiedzieć, kim jest ten człowiek - rzekł krótko, stukając 

palcem w rysunek. - Jeśli będzie trzeba, śledźcie go. Jeżeli nasi lu 
dzie nie potrafią tego dyskretnie zrobić, wynajmij kogoś. - Ponow 
nie spojrzał na rysunek. - Niech jedna z naszych kapłanek obserwu 
je świątynię z zewnątrz podczas mszy. Wybierzcie młodą i ładną, 
z którą może zechcieć porozmawiać. Niezamężną - dodał pospiesznie. 
Czy to wystarczy? Twarz na rysunku, chociaż pobieżnie naszkicowana, należała do 
przystojnego mężczyzny. Taki mężczyzna może przystanąć, żeby porozmawiać z ładną 
kobietą, nie zwracając uwagi na jej towarzysza. 

Wasza świątobliwość uważa, że on wróci? 

Na chwilę zamknął oczy i natychmiast ukazały mu się koszmarne obrazy. 
Miałem wizję, że on tutaj przyjdzie, i tak się stało. Widziałem również, że tu wróci. 
Oczywiście, wasza świątobliwość - odparł kapłan drżącym głosem i z szacunkiem pokłonił 
się swemu duchownemu zwierzchnikowi. Najwyraźniej należał do tych, którzy uważali, że 
objawienia Patriarchy zsyła sam Pan Bóg. - Dowiemy się, kim on jest, obiecuję. 
W twoich oczach jestem prorokiem, pomyślał Patriarcha, gdy tamten wychodził z komnaty. 
Gdybym tylko sam mógł być tego pewny. 
Spojrzał na rysunek, który trzymał w rękach, i mimowolnie zadrżał. Gdy zimny dreszcz 
przebiegł mu po krzyżu, przez jedną krótką chwilę wydało mu się, że narysowany przez 
wielebnego Vryce' a Gerald Tarrant odpowiedział mu przeciągłym spojrzeniem. 

1k 

JAGGONATH: Na Ulicy Bogów ponownie doszło do aktów przemocy, gdy wandale starli 
się z policją w trakcie piątego z kolei napadu na stojące tam domy modlitwy. 
Policja przypuszcza, iż wandale dostali się do świątyni Panien Palej między trzecią a 
czwartą rano, wejściem dla służby z tyłu budynku. Tak jak w poprzednich przypadkach 
jedynym motywem wydaje się być chęć zbezczeszczenia świątyni i jej reliktów. Sztandary, 
symbole, 

171 

background image

księgi oraz inne łatwopalne przedmioty rzucono na stos na środku kaplicy, polano naftą i 
podpalono. Podobnie jak w poprzednich wypadkach charakter zniszczonych przedmiotów w 
połączeniu z faktem, że niczego nie skradziono, sugeruje działanie ekstremistycznej 
organizacji świeckiej albo rywalizację między różnymi odłamami tego wyznania Podwojono 
liczbę nocnych strażników patrolujących Ulicę Bogów, a także stworzono fundusz 
ochronny, z którego zostaną opłaceni prywatni strażnicy oraz dodatkowe ekipy śledcze. 
Kilku miejscowych przywódców domagało się przeprowadzenia wnikliwego dochodzenia, 
mającego wyjaśnić ewentualną rolę Zjednoczonego Kościoła w tych wydarzeniach. Kościół, 
którego wierni w ostatnim czasie dokonali kilku ataków na wyznawców politeizmu, nie 
zajął oficjalnego stanowiska w tej sprawie, lecz dobrze poinformowane źródła podają, iż 
najwyższe kręgi kościelnej hierarchii są poważnie zaniepokojone rozwojem sytuacji i 
wynajęły kilku prawników specjalizujących się w sprawach religijnych. 

ANDRYS TARRANT. 
Patriarcha spoglądał na te litery, jakby były jakimiś nie znanymi mu symbolami, które 
należy odszyfrowywać jeden po drugim, aby zrozumieć ich sens. Tak niewiele liter. Taka 
doniosła wiadomość. 
ANDRYS TARRANT. 
Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy rozważył konsekwencje. Prorok zamordował swoje 
dzieci, a przynajmniej tak nauczał Kościół. Czy to możliwe, by jedno z nich przeżyło? 
Czyżby Andrys Tarrant nie tylko wyglądał jak Łowca, ale również miał w żyłach jego 
krew? Będąc tak podobnym do niego, że nawet wzór jego DNA stanowił genetyczne echo 
Proroka? 
Jeśli tak... Dobry Boże! 
Pomóż mi, Panie, błagał. Poprowadź mnie, abym lepiej Ci służył. 
Tarrant. To nazwisko miało w sobie ogromną moc, mogącą zbawić lub niszczyć. Patriarcha 
przypomniał sobie człowieka - będącego symbolem, ucieleśnieniem wszystkich nadziei - 
który w jego śnie poprowadził armię do Puszczy, i po raz pierwszy, od kiedy zaczął miewać 
te sny o wojnie, poczuł przypływ nadziei. Oto klucz, jakiego potrzebowali, ten 
przedstawiciel starego rodu. Fakt, że pojawił się w katedrze Jaggonath właśnie teraz, kiedy 
najbardziej go potrzebowali, tylko 

177 

background image

potwierdzał przypuszczenia Patriarchy. Z jego pomocą mogli wygrać tę wojnę. Mogli 
zniszczyć Puszczę i spalić na stosie jej władcę. Takie zwycięstwo przyniosłoby im wieczną 
chwałę. 
Tylko czy się odważą? 
Pomóż mi. Panie. Obdarz mnie mądrością, abym podjął właściwą decyzję. 
Nocami śnił o świętej wojnie. 
W dzień rozmyślał o propozycji Geralda Tarranta. 

MORDRETH: Morderstwo popełnione zeszłej nocy na dwóch braciach sprawiło, że 
wszyscy mieszkańcy tego leżącego na północy miasta ryglują drzwi i szykują broń. Benjiąaj 
Sorrie Heldta zna-lezła gospodyni dziś rano o ósmej, zamordowanych w łóżkach niecałe 
trzy godziny wcześniej. Ich ciała zostały pokiereszowane przez jedno lub kilka dużych 
zwierząt, które najwidoczniej dostały się przez okno; zwierzęta nie pożarły ofiar. 
Chociaż policja nie potwierdza powiązania tego zabójstwa z masakrą, do jakiej doszło w 
ubiegłym tygodniu w Jahannie, wielu tamtejszych mieszkańców uważa, iż mieszkańcy 
Puszczy zamierzają poszerzyć swoje terytorium. Sprzedaż broni wzrosła w tym rejonie o 
400 % i spodziewany jest jej dalszy wzrost. 

$f 

Niebieski kamień leżał w szkatułce, a jego ciemnokobaltowy blask odbijał się w 
polerowanym różodębie. 
Pomóż mi, Boże. Poprowadź. 
Patriarcha skłonił się przed ołtarzem, a jego ciało trzęsło się jak liść na wietrze. Czy to 
grzech przyjąć ten dar, jeśli oznaczał on tylko wiedzę? Czy było grzechem wykorzystać moc 
Łowcy, by w ostatecznym rezultacie użyć jej przeciwko niemu? 
Przez długą chwilę stał nieruchomo, z pochyloną głową, przed tym znienawidzonym 
przedmiotem. Od chwili, gdy go tutaj umieścił, nieustannie był świadomy jego obecności, 
jakby jakaś niewidzialna więź już połączyła jego umysł z tym kamieniem. Czuł jego 
obecność, jedząc, czytając, a nawet odprawiając nabożeństwa w świętej kaplicy katedry. 
Jednak najwyraźniej wyczuwał ją, kiedy 

background image

przynoszono mu wieści o wzbierającej fali przemocy. Tej, jaka szerzyła się wśród 
wyznawców Kościoła, a którą należało wyplenić. I tej, jaka płynęła z Puszczy - której 
należy się przeciwstawić. 
Te sny z ich dramatycznym rozwiązaniem były tak kuszące: wojna z Puszczą, w której 
można by właściwie ukierunkować narastający społeczny niepokój. Druga Wielka Wojna, w 
której wreszcie zatriumfowałby Kościół. Jego lud czekał na to. Istniały po temu możliwości. 
Znalazłyby się fundusze. 
Konsekwencje były przerażające. 
Nocami modlił się o objawienie, lecz nie przychodziło. Te sny o zwycięstwie były tak 
kuszące... Jeśli jednak pójdzie za ich podszeptem i rozpocznie wojnę, czym ona się 
skończy? Przemoc rodzi przemoc, rozpaczał. Jak mógł zachęcać do niej swoje owieczki i 
spodziewać się, że po zakończeniu kampanii wszystko wróci do normy? Jaki symbol miałby 
dostateczną moc, aby przerwać spiralę przemocy? 
Wziął błękitny kryształ i uniósł go do światła świec. Kamień był tak chłodny i nieruchomy 
w jego dłoni. Patriarcha prawie oczekiwał, że kryształ okaże swą moc, promieniując 
ciepłem, drżąc lub przypominając w jakiś inny sposób, że zawarta w nim fae czeka tylko na 
odpowiedni znak, który ją wyzwoli. Tymczasem nie wyczuł niczego takiego. Gdyby nie ten 
upiorny blask, kryształ przypominałby kawałek szkła, drobno oszlifowany przycisk do 
papieru. 
Nie ma innego sposobu, powiedział sobie Patriarcha. Innej drogi. Bóg mnie zrozumie, 
prawda? A jeśli nie - powiedział sobie - to przeklnie tylko Patriarchę i oszczędzi 
niewinnych, którzy go słuchali. Prawda? 
Powoli, z wahaniem, zacisnął palce na krysztale. Ręka drżała mu tak, że kobaltowe światło 
migotało, padając na ołtarz. Nagle, w gwałtownym przypływie determinacji, zacisnął 
kryształ w dłoni, gasząc jego blask. 
W Twoim imieniu, Boże Ziemi. Dla dobra Twego ludu. 
Głuchy ryk wstrząsnął kaplicą i zalało ją jaskrawe światło. Ta nagła jasność była 
oślepiająca. Upadł z krzykiem i zakrył oczy rękami, jakby to mogło go ochronić. Jednak 
wizja pozostała w nich nawet wtedy, kiedy zacisnął powieki, jakby wypalona w siatkówce. 
Światło na posadzce, niczym płynny ogień; blask na ołtarzu, z sykiem rozchodzący się od 
płomieni poświęconych świec; światło sączące się pod drzwiami, wpadające przez odległe 
okna, emanujące z jego ciała. Błękitny kryształ wypadł mu z rąk i zniknął 

T7/t 

background image

 
we wzbierającej fali słonecznej jasności, która omywała mu nogi i ściekała strumieniami po 
szacie. 
Moc. To była moc. Surowa moc samej planety, uwidoczniona zaklęciem Łowcy. Fae. Z 
przerażeniem cofnął się i zobaczył, że jej prądy zmieniają się w odpowiedzi na jego strach, 
ujrzał, jak świetlne wzory odsuwają się od niego, jakby reagując na jakiś niesłyszalny 
rozkaz. Nie! Światło nabierało kształtu i barwy, stawało się trwałe, namacalne, i... 
Matka leży na podłodze, a wokół niej gromadzi się fae ziemi, tworząc czarne stworki, które 
ostrymi pazurami szarpią jej mózg... 
Nie! 
...katedra, w której on stoi, modląc się, a fae chwyta jego słowa, nadaje im życie i każe 
wchłaniać ludziom, aby jego wiara stała się częścią ich ciał... 
Nie! 
...gniew jak pięść zaciska się wokół Vryce'a,fae ziemi usiłuje sprowokować go do pożądanej 
reakcji... 
Krzyknął. Nie po to, by go usłyszano, nie wzywając pomocy, lecz by uwolnić się od 
dławiącego strachu. Jednak wizje nadal powstawały w jego umyśle: wspomnienia, nadzieje i 
obawy wpadały niepowstrzymaną falą w jego myśli, a wraz z nimi świadomość, że ta moc 
zawsze tam była, że zawsze nad nią panował, że wypierając się jej, stracił część swej duszy. 
Aż do tej chwili... 
Za plecami usłyszał głośny trzask. Otwieranych drzwi? Dźwięk zdawał się dobiegać z 
innego wszechświata. Tak samo jak tupot nóg i ciepłe dłonie, które podniosły go z posadzki, 
usiłując postawić na nogi. Z innego świata, innego czasu. Teraz nie mógł już do niego 
wrócić. 
Zobaczył przyszłość. Różne wersje przyszłości. Ujrzał wygraną wojnę i triumfujący 
Kościół. Widział ją przegraną i patrzył, jak Kościół obumiera w cieniu tej klęski. Znów 
widział triumf Kościoła i jego upadek, za każdym razem inaczej. Przyszłość za przyszłością 
objawiała mu się w jednym oślepiającym przypływie jasnowidzenia. Wojna została 
wygrana, ale nie udało się powstrzymać fali przemocy; wojnę wygrano, lecz wiara ludzi 
zachwiała się w posadach; wojna została przegrana, a z nią wszystko... 
Poczuł, że ktoś przyciska mu palce do szyi, sprawdzając puls, a gorączkowe myśli 
zatroskanych ludzi wokół niego trzepotały mu w głowie jak nietoperze. Coś do niego 
mówili, lecz nie mógł rozróżnić słów przez rozdzierający mu uszy ryk fae. Która z tych 
przyszłości niosła 

175 

background image

nadzieję? - rozpaczał. Która z dróg prowadzi do zbawienia? Symbole, ludzkie postacie i 
uskrzydlone lęki wirowały wściekle wokół niego, gdy usiłował skupić na nich wzrok. 
Ojcze? - piszczały. Ojcze święty, jak się czujesz? 
Zobaczył demona o owadzich oczach, który rozciął mu czaszkę i umieścił w niej te sny. 
Ojcze święty? 
Wizje przeszłości i przyszłości wirowały coraz szybciej, zlewając się ze sobą, wnikając do 
jego duszy szybciej, niż mógł je ogarnąć. 
Co się stało? Musiał znaleźć właściwą przyszłość. 
Niech ktoś wezwie lekarza, natychmiast! 
Wojna skończyła się i Patriarcha zwołał swych żołnierzy, a fae jak zawsze zebrała się u jego 
stóp, słuchając człowieka, który od dnia narodzin był magiem i... 
Ten obraz budził przerażenie, a także podniecenie, gdyż był zupełnie nowy i rodził nadzieję. 
Oto jedyny sposób, w jaki może uratować swój lud. Ujrzał wynik takiego działania, obejrzał 
to tysiąc razy za każdym uderzeniem swego serca, drżąc jak w febrze, wywołując 
gwałtowne falowanie fae... 
Przytrzymajcie go! 
...coś ukłuło go w ramię - nie palące jak ogień, ale zimne jak lód. Poczuł, jak jego serce 
zaczyna z tym walczyć, i wizje zaczęły rozpadać się jak pękające szkło. Ból przeszył całe 
ciało, fae zmieniła się w lód, z trzaskiem odpadający od skóry, a z sufitu opadł czarny całun, 
który przygniótł go swym straszliwym ciężarem... 
Dobrze. Będzie dobrze. 
Co się stało? 
Nie wiem. 
Co mu podałeś? 
Nie słyszy. Nie widzi. Nie może się ruszyć. 
Czy ambulans... 
Jedzie. 
Puls jest silny. 
Co się stało, do diabła? 
Zachowaj tę wizję. Nie zapomnij! 
Wytrzymaj. 
Pomoc jest już w drodze. 
Ciemność. 

background image

19 

ól miał barwę czerwieni. Surowej, paskudnej czerwieni, która cuchnęła 
jak zgniłe mięso i wsączała się każdym porem skóry, aż zupełnie go 
wypełniła. Czerwieni, która obnażyła jego nerwy, a potem drapała po 
nich, powodując ból, jakiego nie był w stanie znieść żaden żywy 

człowiek. Cierpienie tak okropne, że pozbawiające człowieczeństwa, odbierające rozum i 
pozostawiające zaledwie kłębek strachu i męki w oszalałym wszechświecie, w którym 
jedyną miarą czasu były fale bólu. 
A potem, w tym szaleństwie pojawiła się wyciągnięta ręka. Paliła żywym ogniem, lecz 
Damien rozpaczliwie uścisnął ją, pozwalając, by ten dotyk na nowo go określił. Palce. Dłoń. 
Dusza Ręka stała się centrum wszechświata, jedynym punktem, wokół którego krążyły 
światy, jądrem jego prywatnej galaktyki. Ramię Damiena stanęło w płomieniach, mięśnie 
popękały od żaru, zwijając się w krwawe strzępy, odsłaniające nagie i okrwawione kości. 
Skóra, potrzebował skóry, będącej naturalną zbroją ciała Skupił myśli na tym jednym 
pragnieniu, aż odniósł wrażenie, że jego mięśnie nie są już nagie -oblekł je siłą swej 
wyobraźni. Uczynił to raczej instynktownie niż świadomie, ale najwidoczniej skutecznie, 
więc rozpaczliwie uczepił się tej myśli, nie chcąc ponownie pogrążyć się w morzu 
cierpienia 
Ramię: określ je, poczuj, uwierz w jego istnienie. Bark. Pierś. Ogień smagał jak biczem jego 
tors i w chwilach, gdy nie mógł się skupić, czuł, jak ta nowa skóra obłazi z jego ciała 
poczerniałymi płatami o brzegach spalonych na popiół... Trzymająca go ręka ścisnęła 
mocniej, a kiedy starał się oprzytomnieć, druga chwyciła go za ramię. Dobrze. To już dwa 
punkty kontaktu w tym krwawym wszechświecie. Dwa punkty łączy linia prosta Trzy 
tworzą płaszczyznę. Cztery opisują... 
Nagle czerwień zniknęła a on klęczał, dusząc się powietrzem cuchnącym siarką i spalonym 
mięsem. Ręce pomogły mu wstać, co przyjął z wdzięcznością. Grunt był tak gorący, że jego 
bryczesy już 

177 

background image

zaczęły dymić i do mieszaniny otaczających go zapachów dołączył smród spalonej wełny. 

Co to było? - wyszeptał. 

Właściwie nie oczekiwał odpowiedzi, chciał tylko usłyszeć swój głos. Ku swemu zdziwieniu 
naprawdę usłyszał te słowa, chociaż pamiętał, że ogień co najmniej dwukrotnie zmienił jego 
struny głosowe w krwawe strzępy. 

Czy myślałeś, że ta przemiana będzie łatwa? - zapytał głos za 

jego plecami. Dłonie puściły go i ta utrata kontaktu o mało nie wy 
wołała kolejnej fali przerażenia. Nie miał wątpliwości, że bez po 
mocy Karrila na zawsze zatonąłby w tym oceanie bólu. Zaczął się 
obawiać, że tym razem wziął na siebie zbyt wiele. Jeśli to była.do- 
piero brama piekieł, to co go czekało za nią? 
Potem zdał sobie sprawę, że słyszy czyjś głos, nie należący do Karrila, nawet niepodobny do 
głosu demona Bardziej melodyjny i wyższy, niepokojąco znajomy. Szybko odwrócił się, tak 
zafascynowany tym głosem, że ledwie zauważył otaczający go, surrealistyczny krajobraz. 
To była Rasya. A właściwie nie ona. Raczej kobieta mająca jej wzrost, kolor włosów i 
wygląd: opalona, o krótko ściętych platynowych włosach i długich smukłych nogach, 
gładkich i muskularnych. Jednak jej twarz była inna, tak samo jak ubranie, a oczy tak 
przypominały oczy Karrila, że z dreszczem zobaczył je w twarzy swej ostatniej kochanki. 
Dlaczego? - wymamrotał. Odór siarki był teraz silniejszy i Da-mien z trudem łapał oddech. 
Trudno powiedzieć, czy w jego głosie słychać było gniew, czy smutek, gdy zapytał: - 
Dlaczego, Karrilu? 
Ja także ryzykuję tu życie - odparł demon. A raczej „ona". -Nie mogę tu zmienić postaci tak 
samo jak ty. Potrzebowałem silnego, wytrzymałego i zręcznego ciała. Ze względu na twoje 
upodobania musiało należeć do kobiety. Wziąwszy pod uwagę wspomnienia... - Kobieta 
wzruszyła ramionami. - Przepraszam. Za późno zauważyłem, że ją opłakujesz. Nie chciałem 
cię obrazić. 
Na chwilę Damien zamknął oczy, boleśnie świadomy żaru, który palił go przez podeszwy 
butów. 

Czy oczekiwałeś ode mnie jakiejś reakcji? - spytał ochrypłym 

szeptem. - Czy o to chodziło? 
-Gdybym potrzebował tego, aby przetrwać, czy odmówiłbyś mi tej przysługi? - Przysunęła 
się i ponownie ujęła dłoń Damiena, 

178 

background image

ściskając ją raczej krzepiąco niż serdecznie. - Tak jak i ty wykorzystuję wszystkie 
możliwości. 
Pociągnęła go za rękę, łagodnie, lecz stanowczo. 

Chodź. Nie ma czasu. 

Zdołał oderwać od niej wzrok i popatrzył na otaczający ich niesamowity krajobraz. Ziemia 
wokół była czarna i szklista, dymiąca żarem, od którego drżało powietrze. W górze płonęło 
słońce, nie okrągła wielka gwiazda Erny, lecz wzdęty żółty krąg, który tryskał strumieniami 
płomieni niemal do samej ziemi, czemu towarzyszyły roziskrzone eksplozje wyrzucanej w 
powietrze lawy. Niebo wokół było czarne jak noc, podobnie jak cienie rzucane przez głazy. 
Grunt wydawał się trząść i nagle pękł niecałe trzy metry od niego, odsłaniając czerwono 
płonącą magmę. 

Do licha - wykrztusił. 

-Co? 
To zbyt realistyczne jak na mój gust. - Zerknął na demona i pospiesznie odwrócił głowę. - 
Jak się stąd wydostaniemy? 
Tak samo jak przyszliśmy. I chętnie wskażę ci tę drogę, gdy tylko powiesz, że masz dość. 
Natomiast jeśli chodzi o to, po co tu przybyliśmy... - Rozejrzała się wokół, a potem 
wskazała ręką. Dzięki Bogu, w kierunku przeciwnym do tego, w którym znajdowała się 
szczelina. - Chyba tędy. 
Chyba? 
To nie moje królestwo - odparł z urazą Karril. - Zastanawiam się, czy w ogóle mogłoby 
istnieć, gdyby nie nieustanne wysiłki Kościoła. Chodź. 
Nie trzeba go było zachęcać, żwawo ruszył za demonem. Był już kiedyś w podobnym 
miejscu i o mało nie zginął, chociaż zaledwie przekroczył granicę. W jakim stopniu ta 
czarna skała pod ich nogami była lita, a w jakim cienka jak papier warstwa skrywała rzeki 
roztopionej lawy? Każdy krok mógł okazać się ostatnim. A jeśli podobieństwo między tym 
światem a rzeczywistym było niepokojące, to różnice wprost przerażały. W realnym 
świecie, jeśli skorupa lawy pęknie ci pod nogami, wpadniesz w nią i zginiesz, ugotowany. 
Tymczasem tutaj, w tym nieziemskim miejscu, gdzie każdy krok oddalał od progu śmierci... 
Czy można płonąć przez wieki? Dławiąc się roztopioną lawą, tonąc w niej, z ciałem raz po 
raz odchodzącym od kości? Wcale nie spieszyło mu się, żeby sprawdzić tę teorię w 
praktyce. 

179 

background image

Co z Tarrantem? 
Masz na myśli, czy nadal tu jest? - Kobieta podobna do Rasyi zerknęła na niego. - Gdyby 
było inaczej, nie zostałby po nim ten ślad. 
Damien rozejrzał się, mrużąc oczy w oślepiającym żółtym blasku. 
Nic nie widzę. 
A zatem to dobrze, że jestem z tobą, prawda? - Skinęła głową, pokazując mu po prawej 
obszar usiany kałużami płonącej lawy. - Tędy. 
Szedł za nią, bardziej kierując się dotykiem niż wzrokiem, po terenie, na którym każdy krok 
mógł okazać się ostatnim. Grunt pękał pod ich nogami, lecz choć serce zamierało mu w 
piersi przy każdej otwierającej się szczelinie, wydobywały się z nich tylko zatruwające 
powietrze chmury płonącego popiołu i cuchnących gazów. Kiedy wciągnął je w płuca, 
dostał tak gwałtownego ataku kaszlu, że obawiał się, iż dygotanie jego ciała może jeszcze 
bardziej naruszyć grunt pod stopami. Starał się nie pamiętać tych chwil w zachodnich 
krainach, kiedy o mało nie zginął, przechodząc przez pole lawy aż nazbyt podobne do tego. 
...z głośnym trzaskiem ziemia zapada mu się pod nogami, a on rzuca się w bok, gdy skała 
pod stopami pęka, a jej odłamki opadają tak strasznie gorącym deszczem, że włosy na 
głowie skręcają się i skwierczą, gdy chwyta się najbliższego głazu... Tak rozgrzanego, że 
pali mu skórę na dłoniach, ale jeśli go puści, spłonie cały. Wciąga się na skałę równie kruchą 
jak poprzednia, modląc się, by szczęście dopisało mu jeszcze choć przez chwilę... 

Nie! - syknęła niby-Rasya. - Przestań. 

Puściła ramię Damiena. Pobladła. 
Spojrzał na nią ze zdumieniem, pojmując, co zrobił. Jej życie zależy od stanu mojego 
umysłu, pomyślał. Był zaskoczony i przestraszony tym odkryciem. Czyżby miał nie tylko 
znosić okropności Tarrantowego piekła, ale w dodatku o nich nie myśleć? Nie wiedział, czy 
mu się to uda. Nagle pojął, co ryzykował Kanil, przybywając tu z nim. A także, jakie silne, 
choć głęboko skrywane, więzy przyjaźni łączą Tarranta z tym Iezu, który wyruszył w taką 
podróż. 
Nagle za nimi wytrysnął gejzer płomieni. Pobiegli po czarnej skale, lecz nie dość szybko, by 
uciec przed ognistym deszczem. Krople lawy posypały się wokół i Damien poczuł 
przeszywający ból. Musiał zmobilizować wszystkie siły, by biec dalej, czując odór spalonej 
wełny i zwęglonego ciała, dusząc się tym zabójczym oparem. 

180 

background image

Wtem zbyt mocno postawił nogę, albo grunt w tym miejscu był szczególnie słaby, gdyż 
załamał się pod nim i Damien rozpaczliwie rzucił się naprzód, usiłując wydostać się na litą 
skałę. W tym momencie już myślał, że zgubił Karrila, lecz demon dobrze wybrał swoją 
postać. Lekkie, zwinne ciało, tak podobne do Rasyi, nadal było u boku Damiena, gdy skała 
za nimi zapadła się, wyzwalając tak silną falę żaru, że prawie zwaliła ich z nóg. 

Tędy - powiedziała niby-Rasya, pociągając go naprzód. 

Dysząc, starał się dotrzymać jej kroku. Podeszwy stóp paliły go 
żywym ogniem. Osłaniająca je skóra butów zaczęła dymić, zapowiadając jeszcze gorsze 
cierpienia. Byłem głupcem, przychodząc tutaj! -rozpaczał. Co miał nadzieję osiągnąć? 
Tarrancie, lepiej żebyś był tego wart! Potem chwycił go atak kaszlu i Damien chwiejnie 
powlókł się dalej, podtrzymywany przez silną dłoń demona. 

Trochę na to za późno - mruknęła sucho, jakby wypowiedział 

swe myśli na głos. 
Teraz ziemia wokół nich zapadała się coraz częściej i raz po raz musieli zrywać się do 
biegu, ryzykując, że wpadną w jakąś niewidoczną szczelinę. Oto prawdziwe piekło 
Tarranta, pomyślał Damien, pełne niepohamowanego strachu. Jakież gorsze cierpienia 
można zadać człowiekowi, który uczynił strach eliksirem nieśmiertelności i zmienił cały 
świat w swój teren łowiecki? Potem ogarnęła go kolejna chmura siarkowego dymu i dusząc 
się, upadł na ziemię. Rozpalona skała przypaliła mu dłonie i plecy, jak mięso na rożnie. 

Chodź. - Mocne ręce chwyciły go, pomagając mu wstać. - Zda 

je się, że widzę chłodniejsze miejsce. 
Akurat, pomyślał ponuro, oaza w piekle. Już w to wierzę. Nawet jednak ta nikła nadzieja 
wystarczyła, by dodać mu sił, i jakoś podniósł się z ziemi. Otaczały ich tak gęste chmury 
popiołu, że ledwie mógł coś dostrzec, lecz huk pękających za nimi skał spowodował, że 
Damien przyspieszył kroku. Na oślep szedł za Karrilem, ściskając jego kobiecą dłoń lepkimi 
od krwi palcami i modląc się, żeby słowa demona okazały się prawdą. 
Nagle, niespodziewanie, żar jakby nieco zelżał. Ziemia pod nogami stała się stabilniejsza. 
Zapewne dlatego, że nerwy w podeszwach stóp przestały reagować na bodźce, powiedział 
sobie, ale może i nie. Wykorzystał to, by przystanąć i zgiąć się wpół, chwytając oddech w 
cuchnącym siarką powietrzu. Ponieważ Karril nie popędzał go, Damien uznał, że są 
bezpieczni. Przez chwilę. 

181 

background image

Kiedy w końcu piekące łzy oczyściły jego oczy z kurzu, a drżące mięśnie rozluźniły się na 
tyle, by mógł ustać, spojrzał za siebie i zadrżał. Jaskrawe strumienie lawy w niezliczonych 
miejscach poprzecinały drogę, którą przyszli. Czerwone fontanny stopionej skały tryskały 
jak gejzery w miejscach, które mijali zaledwie przed chwilą. Już nieraz zdarzało mu się 
bywać w pobliżu wulkanów -raz nawet za blisko - ale jeszcze nigdy nie widział czegoś 
podobnego. Uświadomił sobie, że zapewne nie widział tego żaden śmiertelnik. Takie piekło 
można znaleźć tylko w miejscu, gdzie życie i śmierć nie mają żadnego znaczenia. 
Proszę - wysapał. - Nie mów mi, że będziemy musieli tędy wrócić. 
Nie ma obawy. Osobiście uważam, że mamy niewielkie szanse na powrót. 
Przeszył demona wzrokiem i otworzył usta, szykując niemiłą odpowiedź na ten żart, lecz 
wyraz twarzy Karrila sprawił, że głos zamarł Damienowi w gardle. Karril był bledszy niż 
Rasya była kiedykolwiek, a jego (jej?) skóra miała barwę popiołu. W oczach malował się 
strach i zmęczenie tak ogromne, że przez chwilę Damien wziął je za część przebrania. 
Męczy go mój ból, uświadomił sobie, przerażony tą myślą. Czy moje cierpienia mogą go 
zabić? 
Usłyszał głośny trzask za plecami. Instynktownie złapał rękę Karrila i pociągnął go za sobą, 
podrywając się do biegu, gdy tylko uzyskał pewność, że demon nie straci równowagi. 
Pozornie solidna skała, na której stali, zapadła się w falującą rzekę ognia. Podmuch żaru 
uderzył w nich z siłą huraganu i płomienie liznęły ich plecy. 
Ujrzeli następną wysepkę chłodniejszej skały i przystanęli na niej na moment, żeby Damien 
mógł zaczerpnąć tchu. Mięśnie bolały go tak, jakby biegł od kilku dni, i z trudem chwytał 
powietrze spierzchniętymi ustami. Podniósł rękę, by otrzeć zalewający mu oczy pot, i ku 
swemu zdumieniu stwierdził, że dłoń jest cała, nie zakrwawiona. Nie poparzona Czyżby 
zagoiła się podczas biegu? Przez chwilę uznał, że to niemożliwe... lecz potem, z dreszczem 
zgrozy, zrozumiał. Tak, jego ciało goiłoby się tutaj tylko po to, aby mogło znosić kolejne 
męki. Tak samo jak ciało Łowcy, kiedy wróg uwięził go w ogniu, zmuszając, by 
regenerował je, żeby znów mogło się palić. Przez wieki. 
Czyżby tamte chwile w krainie rakhów wywarły tak głębokie piętno w duszy Tarranta, że 
stworzyły w niej jego własne piekło, 

182 

background image

w którym miał smażyć się w wiecznym ogniu? A może ten koszmar już w nim tkwił, a 
Calesta tylko wykorzystał go, wtrącając Łowcę w płomienie? Tak czy inaczej, była to 
przerażająca myśl. Jak człowiek może doświadczyć czegoś takiego i pozostać przy 
zdrowych zmysłach? 
A kto powiedział, że on jest zdrowy na umyśle? 

Spójrz. - Karrił wskazał coś w oddali. - Coś się zmienia. 

Pomimo ostrego światła - a może ze względu na nie - Damien 
stwierdził, że nie jest w stanie niczego dostrzec. Mimo to odniósł wrażenie, że istotnie 
zaszła tam jakaś zmiana. Po chwili zrozumiał, na czym polegała. Tam gejzery lawy nie 
tryskały w powietrze. Nad ziemią nie unosiły się kłęby duszącego dymu. I chociaż wytężał 
wzrok, nie zauważył jaskrawoczerwonych strumieni lawy płynących we wskazanym przez 
Karrila miejscu. 
Z jakiegoś powodu przeraziło go to bardziej niż wszystkie dotychczasowe 
niebezpieczeństwa. Chciał coś powiedzieć, dać wyraz swoim złym przeczuciom, ale wtedy 
obłok cuchnącego gazu wypełnił mu usta i nos, wywołując nowy atak kaszlu. Żołądek 
ściskały mu skurcze, jakby w ten sposób organizm usiłował oczyścić drogi oddechowe. 
Skała za nimi znów zapadała się długimi, cienkimi pasmami, a jasna lawa centymetr po 
centymetrze pochłaniała półkę, na której stali. Wkrótce nie będą mieli żadnego oparcia dla 
stóp. Nie było innego wyjścia - musieli uciekać, a jedyna droga ucieczki wiodła przez ten 
spokojny obszar, który tak niepokoił Damiena. 

Vryce? 

Czy to właściwa droga? - wysapał i z ulgą zobaczył, że Kar 

rił skinął głową. Co by zrobił, gdyby demon zaprzeczył? Zanurko 
wał w strumień lawy i przepłynął jego wrzący prąd, aby dotrzeć do 
celu? Wolał o tym nie myśleć. 
Rzucili się pędem - w samą porę. Skała, na której stali, z rykiem pękła jak szkło i osypała się 
w ognistą czeluść. Płomienie lizały im pięty, gdy mknęli ku bezpiecznemu miejscu, które 
zdawało się na nich czekać. Biegnąc, Damien czuł, że ziemia pod jego nogami drży i faluje, 
tryskając ze wszystkich stron fontannami ognia. Krople lawy paliły mu ciało, gdy usiłował 
utrzymać się na nogach, co wydawało się niewiarygodne, lecz jakoś mu się udało. 
Jeśli teraz upadniesz, kapłanie, pozostaniesz tu na wieki. 
W końcu dotarli do miejsca, gdzie skała jeszcze się ostała, i Damien przystanął na moment, 
żeby złapać oddech. Czarna ściana 

183 

background image

przed nimi zachwiała się i runęła, tworząc stromą ścieżkę wiodącą dalej, w dół. Pomimo 
złych przeczuć Damien ruszył tą karkołomną drogą, kalecząc ciało o ostre jak brzytwa 
głazy. Czy dalej czekały go kolejne cierpienia? Strach? Wszystko już lepsze od rzek pło-
mieni i ognistego deszczu, który nadciągał ich śladem. A może nie? 
U podnóża zbocza zatrzymał się i upadł na twardy żwir, spazmatycznie łapiąc dech. Jednak 
wypełnione trującymi oparami płuca nie chciały wpuścić świeżego powietrza. Przez 
moment zastanawiał się, czy nie zaryzykować uzdrowienia ich Sztuką, i w końcu uznał, że 
nie ma nic do stracenia. W myślach uchwycił prąd i zaczął tkać z jego siły odpowiednie 
zaklęcie... 
A raczej próbował to zrobić. Jednak tutaj nie było fae, a może nie można było z niej 
skorzystać. To Ziemia, pomyślał, spoglądając na świecącą w górze żółtą gwiazdę i w końcu 
ją rozpoznając. Ziemia była jego namiętnością i koszmarem. Przypomniał sobie, jak Łowca 
pokazał mu swoje sny o Ziemi, żeby go nastraszyć. Nie był w stanie oprzeć się ich sile. 
Czyżby Prorok obawiał się planety, która była dla niego wzorem? Czy wzdragał się przed 
koncepcją pozbawionego magii świata, chociaż usiłował powołać go do życia? 
- Spójrz - szepnął Karril. 
Damien szybko zerwał się na równe nogi, w obawie przed kolejnym wstrząsem. Jednak 
skała pod jego obolałymi stopami pozostała nieruchoma, a powietrze niemal nadawało się 
do oddychania. Powiódł wzrokiem w ślad za spojrzeniem Karrila i ujrzał coś, co wyglądało 
jak poruszająca się ziemia. Nie, nie ziemia, ale coś na niej, co falowało i wiło się niczym 
żywy dywan. Było jaśniejsze od skał i miało ciemnożółtą barwę. W łagodniejszym oświet-
leniu wyglądałoby jak ludzkie ciało, odbarwione promieniami bezlitosnego słońca. 
Pełen złych przeczuć ruszył naprzód. Jeśli tędy wiedzie droga, to nie mamy innego wyjścia. 
Usiłował uspokoić się i opanować lęk, obmyślając sposoby odpłacenia Tarrantowi za to, że 
zmusił go do przyjścia tutaj. Jednak kiedy podszedł bliżej i zobaczył, co ma przed sobą, ta 
strategia również zawiodła. 
To były ciała. Ludzkie ciała, rozpościerające się dywanem aż po horyzont. Ciała kobiet, 
rozrzucone po ziemi jak śmieci, tak liczne, że miejscami tworzyły całe sterty, niczym na 
żywym wysypisku. Gdy na nie patrzył, wiły się i dygotały, a te ruchy dawały złudzenie 
przepływających fal. Widział szczupłe ramiona, bladą skórę, dłonie 

184 

background image

chwytające powietrze i chowające się znowu w tym żywym dywanie, który zdawał się 
pokrywać całą powierzchnię planety. 

Co to jest? - wykrztusił. 

Karril prychnął; chociaż raz nie miał gotowej odpowiedzi. 

Niech mnie diabli, jeśli wiem. 

Z dreszczem niepokoju Damien zauważył, że ten żywy dywan powoli się rozsuwa. 
Kurczące się kończyny najbliżej leżących ciał ściągały je na boki. Poruszały się w owadzi, 
okropny sposób. Co to za miejsce? - zastanawiał się gorączkowo. Widział tworzącą się 
powoli wąską ścieżkę, obramowaną wijącymi się ciałami. Była dość szeroka, by mogli po 
niej przejść, jeśli będą uważać, gdzie stawiają nogi. I tak wąska, że myśl o spacerze nią 
wywoływała mdłości. 
Jednak... 
To była ścieżka, bez wątpienia. Karrił nie musiał mu tego mówić. Wytyczył ją dla nich 
strach Tarranta. Przez ile kilometrów ciągnęła się w dal, pośród tych szklistych oczu 
spozierających z martwych twarzy i wijących się kończyn? Zemdliło go na myśl o tym, że 
jeden fałszywy krok może wprowadzić go między te obrzydliwie powykręcane ciała, lecz 
dochodzący z oddali syk płynącej lawy ostrzegał, że pozostanie tutaj mogłoby okazać się 
jeszcze gorszym wyjściem. 
Nie mamy wyboru, powiedział sobie ponuro. Chyba że zechcemy wrócić tą samą drogą, 
którą przyszliśmy. A to nie wchodziło w rachubę. 

W porządku - wymamrotał. - Zróbmy to. 

Poszedł pierwszy, zmierzając ku wąskiej dróżce, jaką utworzyły dla nich ciała. Po obu 
stronach wiły się i kurczyły sterty zwłok, a od czasu do czasu przejście zagradzała im 
przerzucona przez ścieżkę ręka lub noga - przypominając, że dróżka może w każdej chwili 
zniknąć równie szybko, jak się pojawiła. Na samą myśl o tym żółć podeszła mu do gardła, 
ale szedł dalej. Nie ma innej drogi, mówił sobie, powtarzając te słowa raz po raz, jak 
dodającą otuchy mantrę. Za plecami słyszał syk spływającej po zboczu ławy pochłaniającej 
pierwsze zwłoki. Odór palonego mięsa wypełnił powietrze. Teraz mógł dokładniej przyjrzeć 
się ciałom. Ujrzał twarze, piersi i pośladki, woskowożółte i zniekształcone przez śmierć, 
nieruchome oczy zdające się spoglądać na jakiś okropny widok. Zauważył, że ich ruchy nie 
były przypadkowe. Wszystkie ciała zdawały się podrywać do biegu, lecz ciężar sąsiednich 
przygniatał je do ziemi, uniemożliwiając ucieczkę. 

185 

background image

Postawił nogę w pobliżu głowy jednej z kobiet, a potem tuż obok zaciskającej się dłoni 
innej. Unikanie kontaktu wymagało niemal baletowych umiejętności, a jego poparzone i 
obolałe mięśnie nie były już do tego zdolne. Miał wrażenie, że każdy kolejny krok będzie 
ostatnim, i tylko przerażenie wywołane widokiem otaczających go trupów dawało mu siłę 
do dalszego marszu. Karril w milczeniu podążał za nim, zatopiony w myślach. Czy ci 
martwi ludzie niepokoili demona? Czy wysyłali fale bólu lub innych, jeszcze bardziej 
zabójczych dla Iezu emocji? Od czasu do czasu oglądał się na demona, lecz ten, choć z 
posępną miną, skinieniem głowy dawał mu znać, że wszystko w porządku. Przynajmniej na 
razie. 
Nagle Damien stanął jak wryty, dostrzegłszy coś wśród tego morza ludzkich szczątków. 
Ciemne ramię wśród mnóstwa białych. Gęste włosy, czarne jak noc. Oczy, które znał, 
spoglądające w niebo nieruchomym spojrzeniem, chociaż kończyny nadal podrygiwały w 
parodii życia. 
- Sisa - szepnął. 
Usłyszał ciche przekleństwo Iezu, który również zorientował się, czyje to ciało. Ostatnia 
ofiara Tarranta, rzucona jak śmieć na ten dywan ludzkich zwłok. Ile z nich także było jego 
ofiarami, a przynajmniej ich sobowtórami? Spojrzał na żywy dywan i zadrżał. Wszystkie 
ciała były ciałami kobiet i z tego, co widział, wszystkie w podobnym wieku. Przeważnie 
białe, ponieważ takie lubił Łowca. Niewątpliwie atrakcyjne za życia, chociaż teraz 
wyglądały okropnie. 
-Ruszaj! + syknął demon za jego plecami i Damien usłuchał bez namysłu, ufając jego 
rozwadze. Coś podrapało go w kostkę nogi, ale zdołał się wymknąć. Przez moment wezbrała 
w nim fala mrożącego krew w żyłach strachu, pod wpływem którego mięśnie zdawały się 
zastygać. Przestraszony, z trudem wlókł się dalej. Idący za nim demon syknął, lecz gdy 
Damien przystanął i chciał się obejrzeć, Karril popchnął go naprzód, jakby chciał 
powiedzieć: „Nic mi nie jest! Idź dalej!". Zerknąwszy pod nogi, usiłując wybrać 
najbezpieczniejszą drogę, z przerażeniem zauważył, że ludzkie szczątki zaczynają zamykać 
ją z obu stron. Sięgały po niego, kiedy je mijał, czasem chwytając powietrze, a czasem 
łapiąc go za buty. Z jakiegoś powodu przeraziło go to bardziej niż przedtem ogniste piekło 
Tarranta. Poderwał się do biegu, odtrącając zaciskające się dłonie, których dotyk budził w 
nim zimny dreszcz grozy. Czy ta droga nie ma końca? - myślał z rozpaczą. Ile jest tych ciał? 
Trudno mu było uwierzyć, że aż tyle 

186 

background image

kobiet mogło paść ofiarą jednego człowieka, ale cóż on naprawdę wiedział o Łowcy? Jakie 
niezliczone zbrodnie popełnił Tarrant w ciągu tych wielu wieków, zanim osiadł w Puszczy? 
Nagle jedna z rąk złapała go za nogę i nie puszczała. Ciężar własnego ciała pociągnął go w 
dół i Damien runął między oczekujące na niego dłonie, ramiona i nogi... 
...ucieka. Gałęzie drzew zagradzają drogę jedwabną pajęczyną, ciemne nici chwytające ją, 
kiedy ucieka, szamocze się, walczy szaleńczo, rozpaczliwie, gdy ten ścigający ją od trzech 
dni i nocy czarny stwór zbliża się... 
...ucieka, a ziemia ożywa, oślizłe stwory wypełzają wszystkimi jej porami, by spętać jej nogi 
i obalić w kłębowisko wygłodniałych robaków... 
...ucieka przed tym stworem, który ściga ją od kilku dni, przed podobnym do człowieka 
demonem, którego głód liże jej ciało, gdy potyka się, czuje ostre szpony przebijające skórę, 
wypuszczające krew... 
Silne dłonie chwyciły go za kołnierz i włosy, podrywając w górę. Pod wpływem bólu te 
wizje pierzchły, dając mu jedną cenną chwilę na złapanie oddechu. Ręce zaciśnięte na jego 
nogach przesunęły się wyżej i znów Damiena opadły te obrazy, lecz demon pociągnął go za 
sobą, dostatecznie energicznie, żeby przerwać chwyt. 
Drżąc, wyszeptał: 
Ofiary Tarranta... 
Wiem - odparł ponuro Karril. - Nie przystawaj! 
Podnosząc się z ziemi, zrozumiał, że demon też widział te okropne obrazy za jego 
pośrednictwem. I z dreszczem zgrozy pojął, że jeśli znów upadnie i przygniotą go te ciała, 
demon zostanie uwięziony wraz z nim i przez wieki będzie cierpiał męki, oglądając ostatnie 
chwile każdej z ofiar Łowcy... 
Pobiegł. Tak szybko, że dłonie nie mogły go złapać - a przynajmniej o to się modlił. 
Dostatecznie szybko, by odtrącić każdą, której by się to udało, zanim podziałają na niego 
wspomnienia przechowywane w ich ciałach. Ramię przegrodziło ścieżkę, a on stanął na 
nim, wgniatając kończynę w skalisty grunt. Włócznia wspomnienia przeszyła mu nogę i 
poczuł zimne zęby wbijające się w gardło, i rozpacz, gdy z rany trysnęła ciepła krew. 
Ledwie zdołał utrzymać się na nogach, ale strach dodał mu sił, jakich nigdy nie zapewniłaby 
mu chłodna logika. Wszędzie wokół słychać było teraz jęki, a chociaż niektóre wyrażały ból 
i strach, w innych wydawał się rozbrzmiewać głód. Czy 

187 

background image

te ciała zdawały sobie sprawę z jego obecności? Czy brały go za Tar-ranta? Ścieżka przed nim 
prawie zupełnie się zamknęła i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że aby się stąd wydostać, 
będzie musiał brnąć I przez to morze ciał, z których każde mogło pogrążyć go w odmętach 
koszmarnych wspomnień. Bliski paniki spojrzał za siebie, potykając się przy tym, usiłując 
ocenić szanse odwrotu. Nie mieli żadnych. Przejście w oddali już zniknęło, a kiedy biegli 
dalej, ciała wznosiły się za nimi niczym fala, grożąc zatopieniem. 
Nagle wyrosła przed nim ściana zwłok i Damien uderzył w nią, chociaż wiedział, że nie zdoła 
rozbić tej przeszkody, że to, co stworzono, aby pokonać potężnego Geralda Tarranta, z 
łatwością powstrzyma zwykłego człowieka... 
...uciekając - padając - gnając w ciemność, mrok, uciekając... Rozpacz! A wielki ptak opada, 
ma krwawe szpony, białe pióra... Mężczyzna o niebiesko płonących oczach... i wilki-pająki - 
węże - cienie - Łowca! 
Czyjaś dłoń chwyciła go za ramię. Ledwie to poczuł, jakby miało miejsce w innym świecie, 
gdy przerażenie ofiar Tarranta odbijało się echem w jego ciele, z każdą sekundą pozbawiając 
go siły i pewności siebie. 
...upiornie blada twarz, głód, wyczuwalna siła, liżąca ją lodowatym jęzorem... 
Spróbował wydostać się na powierzchnię i nie zdołał. Usiłował określić się, oddzielić od tej 
tsunami bólu i strachu, jaka przepływała przez jego umysł, lecz wspomnienia były zbyt silne, 
zbyt poruszające... zbyt liczne. Tonął w morzu przerażenia. 
...oblicze potwora... 
Druga dłoń złapała go i przytrzymała. 
...oblicze Boga, zbyt mroczne i straszne, by znieść jego widok. Ona leży nieruchomo, gdy 
pochyla się nad nią, a serce łomocze jej jak przestraszonemu zwierzątku... a potem, nagle, 
budzi się w niej coś oprócz strachu. Czuje podniecenie, gwałtowne i bezwstydne, które każe 
jej nadstawić szyję, gdy ten cień obejmuje ją, szykując się do śmiertelnego ataku... 
...skrywana, bezwstydna żądza... 
...moc wszędzie wokół niej, pulsująca jak żywa istota, Jego moc... 
...surowa, straszna i wspaniała... 
...ekstaza ciała odrywanego od kości, ostatni wspaniały moment, w którym dzieli jego 
przyjemność i chętnie umiera w tych straszliwych objęciach... 

188 

background image

Z jękiem wyrwał się na powierzchnię na dostatecznie długą chwilę, by ujrzeć nad sobą 
twarz Rasyi, skurczoną i wykrzywioną pod wpływem okropnego cierpienia. 
- Możesz się ruszać? - pytała. 
Kiedy kiwnął głową, martwa dłoń złapała go za udo i ponownie ściągnęła w otchłań 
koszmarów. Jednak teraz nie były to tylko zimne wspomnienia strachu i rozpaczy. Zapadł w 
ciepłą toń strachu zmienionego w pożądanie, okropności przekształconej w piękno, oporu 
ustępującego miejsca radosnej akceptacji. Wyczuwał za tym prawdziwe przerażenie, 
zamaskowane hedonistycznymi iluzjami Karrila, które stępiły jego ostrze. Wystarczająco, 
pomyślał Damien, by dać mi szansę. 
Ciężko dysząc, podniósł się z ziemi. Czuł bolesne obrzmienie w kroczu, a kiedy kolejna 
ręką wysunęła się z ziemi i dotknęła go, krzyknął, gdyż z tego miejsca popłynęły fale 
oszałamiającego bólu i rozkoszy. Chwycił rękę Karrila i pozwolił się prowadzić, akceptując 
zmienione przez demona wrażenia, które atakowały go raz po raz. W pewnej chwili, na 
krótko, dostatecznie wyraźnie ujrzał rzeczywisty świat, aby spojrzeć przed siebie, 
wypatrując końca tej drogi. Jednak jak okiem sięgnąć ziemię pokrywała warstwa ciał, 
zalegających stertami wszędzie wokół. Zrozumiał, że nie będzie temu końca. Już miał 
wrażenie, że spędzili tu całą wieczność. Każde opadające go wspomnienie zdawało się trwać 
wieki, a dalsza część podróży... 
Wydał zduszony okrzyk, uświadamiając sobie jeszcze większe niebezpieczeństwo, jakie mu 
groziło i gdy następne wspomnienie usiłowało pociągnąć go w przeszłość, Damien zaczął z 
nim walczyć, próbując odzyskać poczucie czasu. W końcu zaczął w myślach odliczać 
sekundy, chociaż wciąż wydawało mu się, że ucieka przez Puszczę Łowcy. Raz zarazem, we 
snach ofiar Łowcy, umykał, cierpiał, pożądał i ginął - przez cały czas słysząc w myślach 
tykanie ogromnego zegara, odmierzającego chwile istnienia jego ciała. Minuta. Dwie. 
Dziesięć. Godzina... 
To się nigdy nie skończy, pomyślał ponuro, chyba że z mojej woli. Spróbował uwolnić się 
od dręczących go koszmarów i ocenić sytuację. Jeśli do tej pory zdołali pokonać jakąś część 
drogi, to nie było tego widać. W zasięgu wzroku nie dostrzegał jej końca. A Karril, który 
przedziwnymi manipulacjami pomagał mu zachować zdrowe zmysły, wyraźnie słabł na 
skutek długotrwałego wysiłku. 
Z odwagą zrodzoną z rozpaczy Damien wyprostował się i pogroził pięścią szaremu niebu. 

189 

background image

Niech was szlag! - wrzasnął głosem tak ochrypłym, że ledwie 

podobnym do ludzkiego. - Wiecie, że tu jesteśmy! Wiecie, dlacze 
go przyszliśmy! Po co te gierki? 
Zimna dłoń zacisnęła się na jego kostce i znów wróciły wspomnienia. Zdołał zachować 
przytomność wystarczająco długo, żeby dokończyć wyzwanie. 
Boicie się?! - wrzasnął. - Boicie się jednego człowieka i leżu? Obawiacie się, że jeśli 
wytrzymamy ten koszmar, to pokrzyżujemy wam plany? 
Nie - szepnął niespokojnie Karril. - Nie wiesz, co oni mogą zrobić... 
Wiem, co się stanie, jeśli nic nie zrobią, pomyślał ponuro Da-mien, gdy jego umysł 
ponownie zalały okropne wizje. Ołowiane niebo już zaczęło ciemnieć i wielkie słońce oraz 
zasłana ciałami ziemia zmieniły się w spowite nocą zarośla Puszczy... 
Nagle usłyszał głuchy pomruk pod nogami, tak podobny do ryku wulkanu, że o mało nie 
odwrócił się, by sprawdzić, czy tuż za ich plecami nie otworzył się nowy krater. Karril 
jednak trzymał go mocno i Damien nie mógł się obejrzeć. Kolejny wstrząs targnął ziemią i 
wydało mu się, że ciała wokół zaczynają się odsuwać, tworząc przejście. Ręka, która 
trzymała go za nogę, puściła ją i poczuł niewypowiedzianą ulgę, po raz pierwszy od kilku 
godzin w pełni odzyskując władzę nad swoim umysłem. 
Karrilu... - zaczął. 
Jesteś samobójcą, wiesz? - Demon ze zdumieniem i podziwem potrząsnął głową. - Na Ernę, 
jak udało ci się przeżyć tak długo? 
Ziemia rozstąpiła się z rykiem, tworząc ogromną czarną czeluść tuż u ich stóp. Ciała 
przelatywały przez jej krawędź i spadały w przepaść, nadal kurcząc się w śmiertelnym 
tańcu. Damienowi wydawało się, że jęczą przy tym... a może tylko jakiś piekielny, wiejący 
w tej otchłani wiatr imitował ten dźwięk? Instynktownie cofnął się, ale demon nie pozwolił 
mu odejść. 

Ty to zawezwałeś - warknął. - Teraz zrób z tym coś. 

Na widok tej czarnej otchłani mdliło go z przerażenia, ale w głębi serca wiedział, że Karril 
ma rację. Oprawcy Tarranta z pewnością wiedzieli o ich obecności tutaj i odpowiedzieli na 
rzucone im wyzwanie. Teraz było za późno, żeby je cofnąć. Odrzucając ich zaproszenie, 
rozgniewałby ich tak, że mogliby na zawsze zamknąć tę drogę. 

190 

background image

Powoli podszedł na skraj przepaści i zerknął w nią. Chociaż swymi ludzkimi oczami nie 
mógł dostrzec żadnych szczegółów, inne zmysły sygnalizowały mu jakiś ruch w tych 
ciemnościach, obecność czegoś, co wiło się, prężyło i... czekało. W nozdrzach poczuł 
odrażający smród, aż nazbyt podobny do tego, jaki panował w pokoju, z którego zniknął 
Tarrant. Damien ledwie zdołał znieść tamten zapach. Czy poradzi sobie teraz z jego 
piekielnym źródłem? Kiedy tak spoglądał w przepaść, nagle opadły go wątpliwości. 
No cóż, powinieneś pomyśleć o tym, zanim tu przybyłeś, kapłanie. Teraz już za późno. 
Tylko w tym jednym miejscu, w którym stał, krawędź przepaści nie opadała pionowo, lecz 
łagodniejszym i skalistym zboczem. Najwyraźniej była to jedyna droga na dół - poza 
samobójczym skokiem. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie Karrilowi, Damien z mocno bijącym 
sercem wyśliznął się z rąk demona i zaczął schodzić. W czarną, rozdartą czeluść. W 
ciemność tak gęstą, że mimo padającego z góry światła, pod wpływem którego krawędź 
rozpadliny wydawała się płonąć, Damien nie widział nawet konturów swojej wyciągniętej 
ręki, nie mówiąc już o otoczeniu. 
Potem mrok zamknął się mu nad głową, zupełnie go oślepiając. Damien głęboko oddychał, 
usiłując opanować nagły atak klaustro-fobii. Wreszcie, kiedy znów był w stanie się ruszać, 
zaczaj po omacku dalej schodzić zboczem. Gdy ścieżka znikała mu z oczu, Damien 
zwalczał panikę i przeczekiwał to. Otaczająca go ciemność była gęsta, lepka i cuchnąca, ale 
poczucie zagrażającego mu niebezpieczeństwa zepchnęło ten fakt w głąb świadomości; 
Wraz z bólem licznych ran, piekących od nowa pod dotknięciem mroku. 
Karrilu? - szepnął. - Jesteś tu? 
Niestety. 
Damien wyczuł jego obecność i wyciągnął rękę. Po sile, z jaką uścisnął ją Karril poznał, że 
demon czuje się w tym miejscu równie nieswojo jak on. Nagle Damien ucieszył się, że 
Karril przybrał kobiecą postać. Wprawdzie nie miało to żadnego znaczenia - demon 
pozostawał demonem - ale, nawet znając prawdę, czułby się jak idiota, gdyby trzymał za 
rękę mężczyznę. Dzięki Bogu za przezorność Karrila. 
Coś otarło się o jego nogę i Damien poczuł głębokie obrzydzenie, które skręciło mu 
wnętrzności, ścisnęło gardło, wypełniło umysł obrazami nienawiści i zniszczenia, które 
natychmiast zniknęły. Co...? 

191 

background image

Potem coś dotknęło jego pleców i przez moment poczuł przypływ szaleńczej zazdrości, pod 
wpływem której opuścił go rozsądek. To również szybko minęło, znikając w otaczającym 
ich mroku, gdy tylko stracił kontakt ze źródłem tego uczucia. 

Wytwory nienawiści - szepnął Karril. - Furii. I jeszcze gorzej. 

Są tutaj wszelkie rodzaje zła, jakie kiedykolwiek uczynił człowiek, 
obdarzone przez planetę niezależnym życiem. Gromadzą się tu, przy 
ciągając się wzajemnie, aż dzięki swej liczebności osiągną taki ro 
dzaj świadomości, jakiej nie zdoła uzyskać żaden pojedynczy demon. 
Damien poczuł na sobie spojrzenie demona. Czy Iezu potrafił widzieć w ciemnościach? 

Oto twój Bezimienny, kapłanie. Największe zło Erny. Tak jak 

wszystko inne, wytwór twojego gatunku. - Damien poczuł, że ni- 
by-Rasya odwróciła się, jakby spoglądała w dół. - A ponadto wy 
jątkowo kiepski gospodarz. 
Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszał szept: 
Widzę 
Intruzi! 
Nie wolno 
Odejdźcie 
Odejdźcie 
Widzę 
Najście! 
Uderzyć 
Zniszczyć 
A potem wyższy głos, dźwięczniejszy, który zdawał się składać z tysiąca innych: Spójrz na 
to, co chciałeś zobaczyć, kapłanie. Poznaj twoją niemoc. 
Kilka metrów od Damiena pojawiła się postać, oświetlona nieziemskim blaskiem. Upiorna 
poświata otaczała człowieka wiszącego w powietrzu, jakby przywiązanego do jakiejś ramy, 
która pozostawała niewidoczna. Lśniła, odbijając się od wypolerowanych powierzchni 
sprzączki pasa, guzików i haftów, lecz otaczająca ją ciemność pochłaniała ten blask, zanim 
zdążył ukazać jakieś szczegóły otoczenia. W mroku był doskonale widoczny tylko ten 
mężczyzna, z twarzą tak wykrzywioną bólem, że trudną do rozpoznania, oraz okrywające 
jego ciało strzępy odzienia, poszarpane i wyblakłe. 

Gerald - szepnął Damien. 

Łowca był przywiązany w takiej samej pozycji, jak niegdyś nad 

192 

background image

ognistym gejzerem: z szeroko rozłożonymi ramionami i nogami rozsuniętymi tylko tyle, by 
wystarczyło miejsca na pęta Jednak tam, gdzie Hegemon Lemy użył zwykłego żelaza, 
Bezimienni zastosowali straszliwsze więzy. Pętające Tarranta liny płonęły własnym, 
nieziemskim blaskiem, drgając i wijąc się jak żywe stworzenia. Damien ze zgrozą 
zauważył, że na jego widok jedna z nich unosi się, a potem -najwidoczniej uznawszy go za 
niegroźnego - ponownie jak wygłodniałe zwierzę wbija się w mięśnie przedramienia 
Łowcy, pozostawiając za sobą pasmo skwierczącego ciała Teraz, kiedy już wiedział, czego 
szukać, Damien dostrzegł, że inne „liny" były takimi samymi wężopodobnymi stworami, 
które wnikały w ciało Łowcy i wyskakiwały zeń, przy każdym poruszeniu paląc je niczym 
kwas. 
Nie był zdziwiony, że Karril puścił jego rękę i nie chciał podejść bliżej. Patrząc na 
udręczone oblicze Tarranta, widząc go tak pogrążonego w bólu, że nawet nieświadomego 
ich obecności, Damien dziwił się, że Iezu zdołał dojść tak blisko. 
Widzisz? - szepnął oślizgły głos, a drugi dodał: Twój Kościół pochwaliłby to. 
Usiłował skupić się na tym, po co tu przybył, na argumentach, jakie nim kierowały od czasu 
zniknięcia Tarranta. W obliczu tej okropnej sceny przyszło mu to z najwyższym trudem. 
Krzywił się przy każdym ruchu tych wężopodobnych stworzeń, domyślając się, jaki 
sprawiają ból. 

Czy to ma być kara? - zapytał. 

Oto jego wyrok. 
-Zajaką zbrodnię? 
W otaczających go ciemnościach wyczuł poruszenie. Jedna czy dwie z tych istot przeleciały 
obok, ale żadna go nie dotknęła. 
Za to, że zapomniał, kim jest i jaka moc utrzymuje go przy życiu. Za zbrodnię udawania, że 
jest człowiekiem. 

Musiało to być coś strasznego, skoro przekreśliło dziewięć 

wieków wiernej służby. Powiedzcie mi, co to takiego. 
Byłeś przy tym, kapłanie. 
Czyżby w tym głosie brzmiał gniew? Damien usiłował nie okazywać strachu. 

Nie wiem, o co wam chodzi. 

Uratował cywilizację od zagłady, szepnął głos w jego umyśle. Zapobiegł rzezi, którą 
wszyscy mogliśmy się pożywić, oznajmił inny. 

193 

background image

Dał waszemu Patriarsze broń, jakiej nie powinien mieć żaden sługa Kościoła. 

Co takiego? - Damien spojrzał na Tarranta i zmrużył oczy, gdy 

zrozumiał, o czym mówią te głosy. Ty sukinsynu! Zrobiłeś to! Sam 
nie wiedział, czy jest bardziej zdumiony, czy zły. Jakże zdespero 
wany musiał być Łowca, skoro podjął takie ryzyko? 
Z trudem oderwał wzrok od Tarranta i znów odwrócił się do niewidzialnych istot. Miał 
odpowiedź na ich argument, a także na wszystkie inne, jakie mogłyby wysunąć. 

Wszystko, co uczynił, zrobił dla waszego dobra. Cokolwiek 

robił, chciał tylko pozostać przy życiu, aby nadal wam służyć. 
Nieważne 
Nieważne 
Nieważne 
Zdrajca! 
Damien miał zamęt w myślach i z najwyższym trudem prowadził tę rozmowę. 
-1 co z tego? Chcecie trzymać go tu w nieskończoność? Taki macie zamiar? 
Dopóki nie zapadnie wyrok 
Dopóki nie zerwiemy paktu 
Zdrajca! 

To wyrok śmierci - powiedział. - Czy tyle jest warte dla was 

dziewięć wieków służby? 
Czuł, że coś poruszyło się w mroku, niczym wzbierająca fala, szykująca się, by na niego 
runąć. Kolejny głos był głębszy i o wiele dźwięczniejszy, a rozległ się w głuchej ciszy. 
Szepty innych utonęły w tym potężniejszym głosie. 
Odbieramy dar, na jaki już nie zasługuje. To, co potem uczyni, to jego sprawa. 

Skazujecie go na śmierć. 

Znów miał to niepokojące wrażenie, że coś wzbiera w ciemności, cofając się niczym morska 
fala. Strach przeszył go palącymi włóczniami, ale Damien czuł, że nie może okazać lęku i 
musi stawić temu czoło. 
Nie obchodzi nas, czy przeżyje, czy umrze. 

Wasz wyrok oznacza dla niego śmierć - nalegał. Wyczuwając 

teraz, że za tym głosem kryje się nieprzyjazna inteligencja, o wie 
le większa od tej, z jaką spotkał się dotychczas. - Wiesz o tym. On 

194 

background image

też to wie. -1 zaryzykował: - Sprawdź to sam, jeśli wątpisz w moje słowa. 
Coś mrocznego i potężnego przemknęło obok, niemal dotykając jego policzka. Dąmien z 
trudem powstrzymał okrzyk przerażenia. Boże w niebiosach! Co by się stało, gdyby to coś 
naprawdę go dotknęło? Potem usłyszał przeraźliwy krzyk i odgłos szamotaniny. Jakiej-
kolwiek Sztuki używał ten stwór, z pewnością było to bolesne. 
Przepraszam, przesłał myśl Tarrantowi, modląc się, żeby ten go usłyszał. Me było innego 
sposobu. 
W końcu szamotanina za jego plecami ucichła i uświadomił sobie, że stwór mroków wrócił 
na swoje miejsce. 
Mówisz prawdę, burknął do Damiena. To jednak nie nasza sprawa. 

Służył wam przez dziewięć wieków - rzucił mu wyzwanie 

Dąmien. - Torturował, zabijał i okaleczał całe pokolenia, a wszyst 
ko w waszym imieniu. Przekształcił szmat ziemi, aby zaspokajać 
swój apetyt - wasz głód - i stal się legendą, którą będziecie się ży 
wić długo po jego śmierci. - Zrobił dramatyczną przerwę, a serce 
waliło mu jak młotem. - Chyba za te wszystkie przysługi zasługu 
je na jakąś szansę, prawda? 
Może, szepnął cieńszy głos, a inne powtórzyły tę myśl. Wrażenie obecności złowrogiej siły 
lekko osłabło, za co Dąmien dziękował losowi. Czy tamten większy stwór zaakceptowałby 
jego punkt widzenia? Po raz pierwszy zrozumiał, przez co przeszedł Tarrant, składając swo-
je życie w ręce istoty, która co chwila zmieniała swoją postać. Może powinniśmy osądzić go 
na podstawie tego, z kim przestaje. Bronisz go, jakby byt jednym z twoich wiernych, 
kapłanie. Gdyby naprawdę był taki zły, jak twierdzisz, żaden człowiek nie stanąłby w jego 
obronie. 

On jest mi potrzebny! - warknął Dąmien, starając się mówić obo 

jętnym tonem, wyzutym z wszelkich ludzkich uczuć. - Potrzebuję go 
jako narzędzia i nie dbam o to, co się potem z nim stanie. Niech go 
pochłonie piekło, jeśli tego chce. Bóg wie, że na to zasłużył. 
Wokół panowała cisza. Dąmien rozpaczliwie obejrzał się, szukając Karrila, lecz nie 
dostrzegł go w ciemnościach. Czy ten argument poskutkuje? Najwyraźniej reakcja 
Bezimiennego w takim samym stopniu wynikała z tego, jaką formę przybrał w danym 
momencie, co z wagi przedstawionych mu argumentów. Czy korzystny był fakt, że przez 
większość tej rozmowy Dąmien słyszał tylko jeden głos, czy też łatwiej byłoby mu 
przekonać te oderwane głosy, które trzepotały wokół niczym owady? 

195 

background image

W końcu, po kilkuminutowym milczeniu, głosy wyszeptały: Wyrok zapadł. 
Spojrzał na Tarranta, a potem ponownie w mrok. 

Jaki? - zapytał. 

Śmierć może go sobie wziąć. Jednak nie zginie z naszej ręki. Zapadła cisza, w której 
Damien słyszał pulsowanie własnej krwi w skroniach. Za miesiąc od tej chwili, utrzymująca 
go przy życiu umowa wygaśnie. Jeśli wcześniej zdoła zapewnić sobie inny sposób prze-
trwania, niech się nim cieszy. Jeśli nie, pójdzie do pieklą. Dopilnujesz, żeby dowiedział się o 
tym wyroku. 

Tak - wyszeptał, oszołomiony zwycięstwem. - Oczywiście. 

Z otaczającej Tarranta ciemności napłynął straszliwy smród, odór tak ohydny, że żołądek 
Damiena gwałtownie zaprotestował. Ciepła, gorzka żółć podeszła mu do gardła i z trudem 
połknął ją, gdy żywe liny odwinęły się z kończyn Łowcy, uwalniając go. Śmignęły w 
ciemność, znikając mu z oczu. Pozostała tylko jedna, owinięta jak wąż wokół szyi 
neohrabiego. 
Zostawimy mu to, aby pamiętał o naszej potędze. 
Nagle wężopodobny stwór uderzył Tarranta w twarz, tak silnym i błyskawicznym ruchem, 
że ciosowi towarzyszył odgłos podobny do trzaśnięcia batem. Łowca przeraźliwie krzyknął i 
wyprężył się z bólu. Potem ostatnie z tych stworzeń również wycofało się, pozostawiając 
bezwładnie leżące na ziemi ciało Tarranta Niczym worek kości, tak udręczone, wygłodzone 
i wyczerpane, że zabrakło w nim nawet siły, by krzyknąć, gdy uderzyło o skałę. Poświata 
zaczęła przygasać i Damien miał wrażenie, że głosy ucichły. 

Karrilu? - odważył się zapytać. - Możesz coś zrobić? 

Usłyszał jakiś szmer i po chwili demon stanął u jego boku. 

Masz. - Niby-Rasya podała mu świeczkę - a raczej chyba ilu 

zję świecy - której nikły blask wystarczył, by oświetlić twarz Tar 
ranta. Damien delikatnie obrócił Łowcę na plecy. W miejscu, gdzie 
uderzył go stwór, pozostała czerwona lśniąca blizna, biegnąca od szczę 
ki po kącik oka. Ciało było lekko spuchnięte, jakby po źle zabliźnio 
nej ranie, jeszcze pogarszając efekt. To mu się spodoba, pomyślał po 
nuro. Oczy neohrabiego były szeroko otwarte, ale szklistej nieruchome, 
ze źrenicami tak rozszerzonymi z bólu, że nie było widać śladu tę 
czówki. No i dobrze, pomyślał Damien. Nie ma tu na co patrzeć. 
Szykował się, by zarzucić sobie na ramię bezwładne ciało Łowcy, i zadrżał na myśl o tym, 
którędy będzie musiał je nieść. 

196 

background image

Powiedz mi, że powrotna droga jest łatwiejsza - poprosił Karrila, 
Jest łatwiejsza - zapewnił go demon. Damien spojrzał nań z niedowierzaniem. 
 
Naprawdę, przysięgam. - Niby-Rasya wyciągnęła rękę, jakby chciała pogładzić policzek 
Łowcy, ale zaraz ją cofnęła. Bala się dzielić jego ból? - Teraz już go masz. Mogę 
poprowadzić cię prosto do domu. 
Dzięki Bogu - mruknął kapłan. Jeszcze przez chwilę klęczał u boku Tarranta, cały obolały z 
wysiłku. Potem wprawnym ruchem zarzucił bezwładne ciało na lewe ramię i wstał. Zgiął się 
pod ciężarem - a przynajmniej takie miał wrażenie - lecz poczucie zwycięstwa nieco 
łagodziło wysiłek. 
No, przestrzegł się w duchu, raczej częściowego zwycięstwa. Kiedy z Tarrantem na plecach 
odwrócił się, by pójść za Karri-lem, pomyślał: Daj Boże, żeby to wystarczyło. 

background image

20 

o, no. Spójrz, kto nadchodzi. Narilka oderwała wzrok od gabloty, którą 
czyściła, i pobladła, zobaczywszy mężczyznę zbliżającego się do sklepu. 
Gresham dostrzegł, że zesztywniała, ponieważ zapytał: 
Co jest, Nari? Coś się stało? 

Nie - szepnęła, starając się, by zabrzmiało to przekonująco. 
Nie widziała Andrysa od tamtego pożegnania przed jej mieszkaniem. Nie dawał żadnego 
znaku życia oprócz tego, że płacił w terminie za wykonane prace. Ten brak kontaktu 
przestraszył ją, zmieszał i zdziwił. Czyż tamtej nocy nie czuł do niej czegoś, co powinno 
było skłonić go do wizyty? Czy człowiek może tak obnażyć swoją duszę, a potem znów się 
zamknąć, jakby nic się nie stało? A może to tylko gra, należąca do rytuału uwodzenia, w 
którym był tak dobry...? W takim razie, dlaczego nie pojawiał się, żeby odebrać wygraną? 
Przerażało ją to, że była zła i traciła panowanie nad sobą. Gdyby inny mężczyzna postąpił w 
ten sposób, skreśliłaby go albo wzięła sprawy we własne ręce i sama nawiązała z nim 
kontakt. W tym przypadku nie potrafiła się na to zdobyć. Źle sypiała, albo w ogóle nie 
mogła zasnąć, dręczona tęsknotą, która była bardziej czystym pociągiem seksualnym niż 
czymkolwiek innym. Wyczuła u niego taką samą reakcję, kiedy ją pocałował. A więc 
dlaczego nie wrócił? Jeśli dla niego była to tylko przelotna chwila przyjemności, rutynowy 
podbój, to czemu ona nie potrafi o nim zapomnieć? 
Teraz przechodził przez ulicę i nie ulegało wątpliwości, dokąd zmierzał. Z mocno bijącym 
sercem ułożyła kilka ostatnich noży do ciasta, po czym się wyprostowała. Wygładziła 
rękami sukienkę w rozpaczliwej próbie uporządkowania stroju, chociaż w duchu karciła się 
za taką dziecinadę. Czy naprawdę sądziła, że kilka fałdek uczyni jakąś różnicę? 
Potem drzwi otworzyły się, zabrzęczały srebrne dzwoneczki 

198 

background image

i Andrys wszedł do środka. Przez chwilę patrzył jej w oczy, a potem szybko odwrócił 
wzrok. Czy na jego twarzy widziała wstyd, obawę, czy po prostu brak zainteresowania? 
Nagle wpadła w panikę, gdy uświadomiła sobie, że nie potrafi już z niej niczego wyczytać. 

Mer Tarrant. Co za przyjemność. 

Gresham wyszedł zza kontuaru i wyciągnął rękę. Robiąc to, z lekkim niepokojem zerknął na 
Narilkę, która zrozumiała, co oznacza ta mina. 
Czy coś się stało? Skrzywdził cię? 
Z żalem w sercu nieznacznie pokręciła głową. Nie, nie skrzywdził jej. Sama wyrządziła 
sobie krzywdę. 
Otrzymałem wiadomość. - Skinął głową Narilce. (Z jakim dystansem! Znów był kimś 
obcym, jakby ich ostatnie spotkanie nigdy nie miało miejsca). Potem uścisnął dłoń 
Greshama, witając się z nim. - Naprawdę wszystko gotowe? 
Myślę, że będziesz bardzo zadowolony, panie. - Gresham ponownie zerknął na Narilkę, 
która odwróciła się. W obecności An-drysa Tarranta czuła się naga, bezbronna. 
Błogosławiona Saris! Jak w tak krótkim czasie zdołał aż tak zawrócić jej w głowie? - Proszę 
na zaplecze. Wszystko przygotowałem. 
Przeszli na zaplecze, zamykając za sobą drzwi. Po chwili wahania Narilka poszła za nimi. Z 
przyzwyczajenia zamknęła frontowe drzwi na zatrzask, żeby nikt nie mógł wejść do nie 
pilnowanego sklepu. Zastanawiała się, czy to ma jakiś sens. Czy cokolwiek ma sens, jeśli on 
traktuje ją jak obcą osobę. 
Dołączyła do nich w chwili, gdy dotarli do stołu. Gresham wyjaśniał Andrysowi 
najważniejsze etapy wykonanej pracy, jakby sądził, że nie poinformowany o nich klient nie 
zdoła docenić jakości korony i zbroi. Nawet stojąc za plecami Andrysa, Narilka widziała, 
jak zesztywniał na widok ukończonego napierśnika. Pragnęła go dotknąć, przekazać mu 
poprzez dotyk ramienia łub ręki, że nie jest sam, bo ona zna jego cierpienia i pomoże mu je 
znieść. Jednak taki gest należał do innego świata, do snów, w których królowały takie 
kruche gesty. Nie tutaj. 

To jest... - Głęboko zaczerpnął tchu, jakby zbierał się na odwa 

gę. - Wspaniałe. 
Istotnie było. Gresham powiesił napierśnik na manekinie, razem z dopasowanymi 
naramiennikami i nałokietnikami umieszczonymi na właściwych miejscach. Na zbroi 
płonęło złote słońce, rywalizując 

199 

background image

blaskiem z samym Rdzeniem, a otaczające je, precyzyjnie wyryte postacie były niewątpliwie 
najznakomitszym dotychczas dziełem Gresha-ma Aldera. Wypukłość pancerza nie 
imitowała kształtu ludzkiego torsu, ale doskonale go podkreślała Kiedy Narilka wyobraziła 
sobie silne ramiona Andrysa obleczone tą zbroją, łzy stanęły jej w oczach. 
Gresham przytwierdził do manekina drut, na którym umocował koronę i kiedy Andrys 
zaczął ją oglądać, Narilka zarumieniła się z dumy. Niewątpliwie było to najlepsze dzieło, 
jakie kiedykolwiek stworzyła. W tej filigranowej ozdobie odzwierciedlił się nie tylko jej 
wspaniale rozwinięty z biegiem lat talent, ale także artystyczna wrażliwość i uczucia, jakie 
obudził w niej Andrys. Teraz, patrząc, jak ogląda jej dzieło, i pamiętając jego oziębłe 
powitanie, jeszcze bardziej żałowała, że tak się obnażyła. 

Po prostu wspaniałe. - Westchnął. - Znacznie lepsze od ory 

ginału. 
Zobaczyła, że Gresham pęcznieje z dumy, i pożałowała, że sama nie ma na to ochoty. 
Dlaczego nie mogła słyszeć tylko jego słów i nie wyczuwać kryjącego się w nich cierpienia? 
Dlaczego wciąż się nim przejmuje? 

Chciałbyś przymierzyć, panie? - zapytał Gresham. Zobaczy 

ła, że Andrys zesztywniał, i domyślała się, co w tym momencie 
czuł, ale nie mógł odmówić. Skinął głową i zrobił taki ruch, jakby 
chciał pomóc Greshamowi zdjąć zbroję z manekina. Mistrz powie 
dział mu, że jest gościem, najmilszym klientem i jako taki wyma 
ga obsługi. Andrys stał spokojnie, gdy Gresham kolejno zdejmo 
wał elementy zbroi z manekina. Narilka stanęła tak, by móc 
obserwować jego profil. Współczuła mu. Nienawidziła go. Chcia 
ła być gdzieś daleko stąd albo przyśpieszyć czas tak, by ta udręka 
szybciej się skończyła. 
Zobaczyła, jak zadrżał, gdy Gresham założył mu napierśnik, ale dostrzegła to tylko dlatego, 
że oczekiwała takiej reakcji. Gresham niczego nie zauważył. Patrzyła, jak wkłada mu 
naramienniki, mocno zapinając paski na rękawach koszuli. Wiedziała, że dla niego są 
okowami, wiążącymi go z przeszłością, o której wolałby zapomnieć. Kiedy Gresham zapinał 
mu nagolenniki, współczuła Andrysowi całym sercem i nienawidziła się za to. Ten 
mężczyzna odepchnął ją, dlaczego nie mogła przestać o nim myśleć? 
Gresham zdjął koronę z wieszaka i podał Andrysowi, który chwycił ją i umieścił sobie na 
głowie. Widziała, jak pobladł, gdy ta pięknie 

200 

background image

rzeźbiona obręcz ze szlachetnego kruszcu otoczyła jego skronie. Na moment zamknął oczy i 
Narilka przestraszyła się, że zaraz zemdleje. Gresham był zajęty ustawianiem lustra i 
niczego nie zauważył. Po chwili Andrys mógł zobaczyć w lustrze postać, która równie 
dobrze mogłaby zejść z kart zbioru baśni. Albo romansu. Lub horroru, pomyślała Narilka, 
wyczuwając, co czuł, kiedy spoglądał w lustro. Wiedziała, że przez tych kilka minionych 
tygodni zbierał odwagę, by znieść ten moment i nie zdradzić się przed obcymi. 

Brak mi słów - wymamrotał, a Gresham rozpromienił się, bio 

rąc to za komplement. Dłoń Andrysa dotknęła złotego słońca na środ 
ku piersi. Powiódł palcami wzdłuż promieni. - To przekracza wszel 
kie moje oczekiwania. 
A potem obrócił się do Narilki, która przez chwilę ujrzała w jego oczach udrękę, jaka 
rozdzierała mu duszę. Słyszała jego niemy krzyk, gdy zmuszał swój głos i ciało do 
przestrzegania grzecznościowych form, skrywając cierpienie. 

Piękniejsza od oryginału - szepnął, a potem pospiesznie umknął 

spojrzeniem. Jakby się obawiał tego, co mógłby zobaczyć, gdyby 
dłużej patrzył w jej oczy. 
Nie mogąc dłużej tego wytrzymać, odwróciła się, gdy obaj zdejmowali zbroję. Była 
oszołomiona i przestraszona swoim zachowaniem. Dlaczego każde wypowiedziane przez 
niego słowo było jak nóż wbity w jej serce? Jak to się stało, że był w stanie tak ją ranić? Po 
chwili uświadomiła sobie, że Gresham o coś ją prosi. Poszła i przyniosła mu notatnik w 
skórzanej okładce. Tak, mówił, z przyjemnością prześle to pod wskazany adres. 
Oczywiście, odpowiada mu ten termin. Jeśli szanowny pan jeszcze życzy sobie czegoś, 
czegokolwiek, Gresham z przyjemnością wykona zamówienie, cokolwiek by to było. 
Przyjęła czek od Andrysa, nie patrząc mu w oczy, i drżącą ręką wystawiła pokwitowanie. 
No tak, pomyślała. Już nigdy go nie zobaczę. Tak będzie lepiej, prawda? Czy naprawdę 
chciałaby związać się z takim człowiekiem jak on? Niech prowadzi takie gry z kobietami, 
które to lubią. Na świecie jest ich pełno, prawda? 
Mimo to z żalem patrzyła, jak odchodzi. Machinalnie zmięła w dłoni kopię pokwitowania. 
Kiedy szedł wąską uliczką, aby na zawsze zniknąć z jej życia, usłyszała wewnętrzny głos: 
Jak możesz pozwolić mu odejść? Bez słowa wyjaśnienia, bez przeprosin? Czy nie 
zasługujesz na nie? Czy nie wykorzystał cię, chociaż delikatniej niż inni? Dlaczego stoisz tu 
i godzisz się z tym? 

201 

background image

Wstrząśnięta, popatrzyła na właściciela sklepu. 
Greshamie... 
Zrób to - powiedział jej. Miał ponurą miną i patrzył na Naril-kę z dezaprobatą, ale kiwnął 
głową na zgodę. Nie musiał mówić nic więcej. Ruszyła do drzwi, a potem przypomniała 
sobie o pokwitowaniu, które trzymała w dłoni. Niezdarnie usiłowała je wygładzić, ale 
Gresham podszedł do niej, wyjął jej z ręki pomięty papier i delikatnie pocałował dziewczynę 
w czoło. - Idź - szepnął. 
Wyszła. 
Andrys zdążył minąć dwie przecznice, zanim go dogoniła. Narilka zrównała z nim krok i 
czekała, aż ją zauważy. Gdy zobaczył dziewczynę, gwałtownie pobladł. Przystanął, ale 
miała wrażenie, że zrobił to, ponieważ nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a nie dlatego, że 
chciał z nią porozmawiać. 

Dlaczego? - zapytała. - Powiedz mi tylko to, dobrze? Bez 

uprzejmych kłamstw czy wykrętów. Po prostu powiedz. 
Otworzył usta i znów je zamknął. Widziała napięte mięśnie szczęk, występujące na czole 
żyły. W końcu odwrócił głowę i niemal bezgłośnie szepnął: 
Nie chciałem cię skrzywdzić. 
Do diabła, a jak myślisz, co zrobiłeś? - Łzy napłynęły jej do oczu. Żałowała, że nie umie ich 
powstrzymać. - Nie uważasz, że zraniło mnie twoje milczenie w sklepie? Myślisz, że nie 
cierpiałam, kiedy unikałeś mnie przez tyle dni? Czy to także robiłeś dla mojego dobra? 
Skrzywił się, ale nie odwrócił od niej. 
Nic o mnie nie wiesz - odparł ochrypłym szeptem. - Nie rozumiesz, co ryzykujesz... 
A więc wyjaśnij mi to! - Wyciągnęła rękę i złapała go za rękaw koszuli, obracając Andrysa 
twarzą do siebie. Siła, z jaką to zrobiła, zaskoczyła ich oboje. - Do licha, pozwól, że sama 
będę decydowała za siebie! Jestem dorosłą kobietą, a nie bezmózgą lalką, która nie potrafi 
myśleć! Chyba nie uważasz, że brakuje mi inteligencji? 
Jakaś handlarka z zaciekawieniem przyglądała się im zza straganu z warzywami po drugiej 
stronie ulicy. Narilka nie zważała na to. W tym momencie liczył się dla niej tylko stojący 
przed nią mężczyzna. Miała wrażenie, że w jego oczach zabłysły łzy. Dobrze, pomyślała 
gniewnie, a więc ty też cierpisz. Może kiedy będziesz cierpiał tak samo jak ja, uda nam się 
do czegoś dojść. 

202 

background image

Posłuchaj - powiedział czule, kładąc dłonie na jej ramionach, ściskając je ciepłymi palcami. 
- Ciąży na mnie... klątwa. Rozumiesz? Niszczę wszystko, czego dotknę. Każdego, kogo 
kocham. Nie chcę, żeby to przydarzyło się tobie. 
Andrys... 
Nie mogę cię prosić, abyś narażała się na takie ryzyko. Nie chcę cię mieszać... 
Kocham cię. - Te słowa bezwiednie padły z jej ust, lecz zaledwie je wypowiedziała, 
zrozumiała, że są prawdą. - Nie odpychaj mnie. Proszę. 
O, Boże. - Odwrócił się plecami do niej i ukrył twarz w dłoniach. Zsunięty przy tym ruchu 
rękaw odsłonił wąską, świeżo zagojoną bliznę na nadgarstku. - Nie rób tego. Nie chcesz 
mnie. Nie chcesz moich problemów. 
Delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. 

Nie musisz stawiać im czoła samotnie - powiedziała. Przecho 

dząca obok kobieta z pieskiem gapiła się na nich przez chwilę, a po 
tem szybko odeszła. - Jeśli tylko zechcesz. 
Zaczerpnął tchu, drżąc, a potem przetarł ręką oczy, rozmazując łzy na policzkach. 

Nie wiesz, do czego zmierzam - szepnął ochryple. - Nie wiesz, 

co próbuję zrobić i jakie to niebezpieczne... 
Wahała się tylko przez chwilę. 

Wiem, że chcesz zabić Łowcę. Wiem, że on jest z twego cia 

ła i krwi. To ten człowiek z rysunku, który mi pokazałeś. Wiem... 
- Przypomniała sobie, jak cierpiał w sklepie i jak się przeraził, kie 
dy pierwszy raz przymierzył zbroję. - Wiem, że na samą myśl o tym 
serce pęka ci z bólu. 
Szeroko otworzył oczy ze zdziwienia i wyczuła w tym nie zadane pytanie: Skąd o tym 
wiesz? Jednak nie wypowiedział go, tylko rzekł: 
A zatem wiesz, co mi grozi. Rozumiesz, że jeśli on się dowie, co zamierzam, na pewno 
zaatakuje mnie, a wtedy każdy, kto stanie mu na drodze... 
On nie może mnie skrzywdzić - powiedziała, czując, że serce znów zaczęło jej mocniej bić, 
gdy zrozumiała wydźwięk tych słów. 
Co takiego? Co przez to rozumiesz? 
Obiecał, że nigdy mnie nie skrzywdzi. A on dotrzymuje słowa, Andrysie. Przekonałam się o 
tym. - Teraz i w jej oczach zabłysły łzy. Szybko otarła je wierzchem dłoni. - Widzisz? 
Jestem bezpieczna. 

203 

background image

Bezpieczniejsza niż ty, ukochany. 

Jak to...? 

Opowiedziała mu o wszystkim. O przypadkowym spotkaniu na pustej drodze, przed laty. O 
tym jak została porwana z miasta przez zamaskowanych ludzi. O trzech nocach, podczas 
których była zwierzyną, i o tym, że Łowca dotrzymał obietnicy, kiedy ją rozpoznał. 

On mnie nie skrzywdzi - powiedziała cicho. - Dlatego nie od 

trącaj mnie ze względu na moje bezpieczeństwo. Jeśli mnie nie 
chcesz, to co innego... ale nie rób tego dla mnie. 
Dotknął dłonią jej policzka. To dotknięcie znów obudziło tak żywe wspomnienia, że 
musiała cofnąć się o krok i oprzeć o ścianę najbliższego budynku. 
Pragnę cię - szepnął i przysunął się do niej. Oparła się o szorstkie cegły, a on pocałował ją, 
wkładając w to całą duszę. Nie był to delikatny pocałunek, jak poprzednim razem, lecz 
mocny, rozpaczliwy i namiętny. Przepełniał go strach, samotność i pożądanie, a kiedy 
Andrys w końcu oderwał wargi od jej ust, Narilka drżała z emocji, jakie w niej wzbudził. 
Popełniasz wielki błąd - ostrzegł Andrys, wodząc palcem po jej szyi. Zadygotała pod tym 
dotknięciem. Myślała o tym, w co też się wpakowała. 
Może - szepnęła. Niejasno zdawała sobie sprawę, że obok przechodzą jacyś ludzie, cicho 
wyrażając swoją dezaprobatę dla takiego zachowania w publicznym miejscu. Handlarka 
owoców wciąż się gapiła. - Spróbuję wyciągnąć z tego wnioski, dobrze? Żebym następnym 
razem mogła tego uniknąć. 
Wtedy pocałował ją znowu i tym razem nie było żadnych przechodniów. Żadnych 
handlarek. Ani Łowcy. Nikogo. Tylko on. 

background image

21 

arrant leżał na obitej aksamitem kanapie w podziemiach świątyni Karrila. 
Nie oddychał. Jego podarte jedwabne szaty zastąpiła gruba toga, miękka i 
wygodna, bogato haftowana. W tej nazbyt krzykliwej szacie wydawał się 
jeszcze bledszy i bardziej kruchy. Oczy miał zamknięte, a czoło lekko 

zmarszczone, jakby w napięciu, lecz były to jedyne oznaki życia. Nie licząc tego, że 
zaciskał dłonie na brzegach kanapy, jakby bał się z nią rozstać. 
Blizna nadal przecinała mu policzek - paskudna szrama, której brzydotę jeszcze podkreślała 
nieskazitelna uroda reszty twarzy. Oprócz tej jednej nie miał innych ran. Zagoiły się, 
uzdrowione przez Damiena, który sprawił, że wszystkie ślady przebytych cierpień zniknęły 
z ich ciał, kiedy wracali do świata żywych. Wszystkie, poza tą jedną. 

Przyniosłem mu krew - powiedział Karrił do Damiena - i są 

dzę, że wypił jej dość, żeby przeżyć. Gdyby potrzebował więcej, 
mogę ją zdobyć. Nie dawaj mu twojej. 

Dlaczego? Czy byłoby to niebezpieczne? 

Demon przeszył go spojrzeniem. 
Wiesz, że wojna została wypowiedziana. Może nie w słowach, ale to niczego nie zmienia. 
Oszczędzaj siły i pilnuj się. Obu wam to się przyda. - Wyciągnął rękę i dotknął czoła 
Tarranta. - Myślę, że niebawem się ocknie. Zostawię was samych, żebyście mogli po-
rozmawiać o... waszych sprawach. 
Nie musisz tego robić. 
Może nie dla ciebie, wielebny. Ale dla mnie? - Westchnął. -Złamałem tyle praw, że sam się 
dziwię, iż jeszcze tu jestem i mogę o tym mówić. Zostawmy to tak, dobrze? Od tej pory 
jesteście sami. Przez kilka ostatnich dni ryzykowałem tak często, że wystarczy mi do końca 
życia. 

205 

background image

Skinąwszy mu głową na pożegnanie, demon odwrócił się i ru- 1 szył w stronę schodów. 

Karrilu. - Damien zaczerpnął tchu. - Dziękuję. 

Demon przystanął. Nie odwrócił się. Zesztywniał, co wskazywało, że był wstrząśnięty. 

Był moim przyjacielem - rzekł w końcu. - Żałuję, że nic wię 

cej nie mogę zrobić. 
Zamiatając stopnie aksamitną szatą, zszedł po schodach, opuścił podziemie i zamknął grube 
drzwi. Pozostawił za sobą głuchą i ponurą ciszę. Damien głośno odetchnął, usiłując 
ignorować jej złowrogi ciężar. Wszędzie stały sięgające od podłogi do sufitu i pełne butelek 
stojaki, a między nimi okute żelazem kufry i drewniane skrzynki. I Nie zapytał Karrila, co w 
nich jest. Nie chciał wiedzieć. Wystarczy, że poszukał schronienia w podziemiach pogańskiej 
świątyni, nie musiał brać jeszcze na siebie grzechu aprobowania ich zawartości. 
Nie miałem dokąd pójść, wyjaśnił w myślach - Tarrantowi, Patriarsze, sobie. Nigdzie indziej 
nie bylibyśmy bezpieczni przez tych kilka godzin, jakich on potrzebuje, żeby dojść do siebie. 
Do licha. Był czas, gdy taki argument nie skłoniłby go do pozostania tutaj, wtedy opierałby 
się temu równie zaciekle, jak teraz bronił życia Łowcy. Kiedy zmieniło się to nastawienie? 
Kiedy zaczął widzieć wszystko w innym świetle, tak że nie przejmował się już tym, kim jest 
on sam lub jego sprzymierzeńcy, dopóki służyli jego celom? 
Z ciężkim westchnieniem sięgnął po pozostawiony przez Karrila dzban i kolejny raz napełnił 
sobie kielich. Od chwili, gdy obudził się w swoim pokoju w hotelu, dręczyło go pragnienie, 
którego nie był w stanie ugasić. Wciąż miał sucho w gardle. Czyżby to było pragnienie 
zrodzone ze strachu, a nie z potrzeby organizmu? Mo- I że widok piekła oraz 
zamieszkujących je istot pozwolił mu spojrzeć z innej perspektywy na zatarg z Calestą i 
uświadomił, jak mało prawdopodobne było zwycięstwo w tej wojnie? 
Gerald Tarrant jęknął i poruszył się na pluszowej kanapie, jakby dręczony koszmarnym snem. 
Patrząc na niego, Damien nie po- I trafił zapomnieć tysięcy kobiet zamieszkujących prywatne 
piekło Łowcy i zemdliło go na samo wspomnienie. I tego człowieka uczynił swoim 
sprzymierzeńcem? Kim był on sam, jeśli zaakceptował pomoc kogoś takiego? 
Wydając przeraźliwy jęk, Łowca zesztywniał i szeroko otworzył oczy. Przez chwilę 
wydawało się, że nie spogląda na komnatę, lecz 

206 

background image

gdzieś w dal. Potem zadrżał, popatrzył na Damiena i najwyraźniej wszystko zrozumiał. 
Gdzie jestem? - zapytał ledwie słyszalnym szeptem. 
W świątyni Karrila. W piwnicy. 
Karril? - Tarrant lekko zmarszczył brwi, usiłując zrozumieć sens odpowiedzi. - Karril to 
Iezu. Dlaczego miałby...? 
Nie pamiętasz? 
Nie... nie jego... Pamiętam ciebie. Przyszedłeś po mnie. -1 ze zdumieniem w głosie szepnął: 
- Przez... 
Tak - uciął pospiesznie Damien. Nie chciał o tym mówić. -Przez to wszystko. 
Łowca zamknął oczy i wyciągnął się na kanapie. Jedną ręką dotknął twarzy w miejscu, 
gdzie skórę przecinała świeża blizna. Szczupłymi palcami zbadał szramę i Damien miał 
wrażenie, że wzdrygnął się przy tym. 
Wróciliśmy, prawda? - szepnął neohrabia. 
Dali ci miesięczne odroczenie. Nie pamiętasz? 
Niezbyt jasno. Nie byłem... sobą. - Jego ręka ponownie uniosła się do twarzy, jakby 
obdarzona własną wolą; dotknął okropnej blizny. Potem otworzył oczy i spojrzał na 
Damiena. - Dlaczego, Vryce? - zapytał szeptem, tak cicho, że kapłan ledwie go usłyszał. - 
Nie mówię, że nie jestem wdzięczny za to krótkie odroczenie wyroku, ale to tylko miesiąc. 
Warto było ryzykować utratę kapłańskiej godności? 
Zesztywniał, słysząc, jak Łowca przypomina mu o jego zawodowych powinnościach. Nie 
było to przyjemne. 

Jesteś mi potrzebny - odparł krótko. - Walczymy z Iezu, pa 

miętasz? Sam sobie nie poradzę. 
Tarrant znów ze znużeniem zamknął oczy, a jego udręczone ciało zdawało się zapadać w 
poduszki, jakby miało zaraz zniknąć. 
-1 spodziewasz się, że ja rozwiążę ten problem? W ciągu miesiąca? Równie dobrze mogłeś 
mnie tam zostawić. 
Może powinienem - warknął Damien w przypływie gniewu. -Może człowiek, po którego 
ruszyłem do piekła, nie zdołał tu wrócić. Och, jego ciało nadal żyje - przynajmniej tak jak 
zawsze - tylko gdzie jest ten ogień, który się w nim tlił? Chyba zgasł gdzieś po drodze. 
Chodzi o Iezu - przypomniał sucho Tarrant. - Nawet nie wiemy, czym są te demony ani jak 
z nimi walczyć. Gdybyśmy mieli mnóstwo czasu do stracenia i mogli wypróbowywać nowe 
teorie, wtedy może mielibyśmy szansę. A w ciągu miesiąca? Chcesz w ciągu 

207 

background image

miesiąca wymyślić sposób pokonania niezwyciężonego? Nie wspominając o tym - dodał 
ochrypłym szeptem - że jeśli przez ten czas nie znajdę sposobu na podtrzymanie mojego 
życia... - Skrzywił się i grymas zapamiętanego bólu wykrzywił mu twarz. - To niemożliwe - 
mruknął. - Nie w tak krótkim czasie. 
Damien z prychnięciem wstał i podszedł do drzwi, którymi niedawno wyszedł Karril. Były z 
grubych desek, okute żelazem i zamknięte. Nasłuchiwał, czy dochodzą przez nie jakieś 
dźwięki, i w końcu uznał, że są wystarczająco bezpieczne. Podejrzewał, że Karril mógł ich 
słyszeć, gdyby chciał, ale nie sądził, by demon ich podsłuchiwał. 

A co byś powiedział - rzekł cicho - gdybym ci oznajmił, że 

wiem, jak zabić Iezu? 
Usłyszał trzeszczenie kanapy i odgadł, że Tarrant usiadł. Zważywszy na jego stan, nic 
dziwnego, że minęło kilka sekund, zanim zdołał wykrztusić: 
Co takiego? 
Słyszałeś. 
Jak uzyskałeś taką wiedzę? Po tym, jak wszystkie moje i twoje poszukiwania nie dały 
rezultatu? 
Ponownie zerknął na solidne drzwi, upewniając się, że są dobrze zamknięte, a potem 
odwrócił się do Tarranta. W porównaniu z jego dawnym wymuskanym wyglądem teraz 
Łowca wyglądał okropnie. Damien odparł po prostu, wiedząc, że nie musi podkreślać wagi 
tych słów: 
Karril mi powiedział. 
Kiedy? - dopytywał się neohrabia. 
Zanim wyruszyliśmy po ciebie. Poszedłem do jego świątyni prosić go o pomoc i 
pokłóciliśmy się. Wtedy mi powiedział. 
Dlaczego? - zapytał ze zdumieniem Łowca. - Przecież w ten sposób zaszkodzi nie tylko 
Caleście, ale i sobie. Jest zbyt przezorny, żeby tak ryzykować. 

Och, nie sądzę, by zrobił to świadomie. Niemal na pewno nie. 

Łowca nie odrywał wzroku od kapłana i w oczach rozbłysły mu 
iskierki, których Damien nie spodziewał się już ujrzeć. Żądza, ale nie zwycięstwo. Nawet 
nie chęć przetrwania. Głód wiedzy. 

Powiedz - prosił Tarrant. 

Damien spełnił tę prośbę. Powtórzył to, co powiedział mu Iezu, kiedy Damien po raz 
pierwszy przyszedł do świątyni. W jaki sposób wyraził swój lęk przed podróżą i co mogła 
ona dla niego oznaczać. 

background image

To droga bólu i czegoś znacznie gorszego. Nie mógłbym tego znieść. Nawet gdybym chciał, 
nawet gdybym chciał narażać się na jej gniew... Nie jestem człowiekiem. Nie mogę 
przyjmować emocji przeciwnych mojej naturze. Żaden leżu nie wytrzymałby czegoś 
takiego. 

No? - powiedział w końcu. - Czy to oznacza to, co myślę, 

czy nie? 
Łowca wpatrywał się gdzieś w dal, przetrawiając tę myśl. 
Tak - odparł w końcu. - Masz rację. Słyszałem już, jak Iezu wyrażali podobne obawy, ale 
raczej jako lęk przed nieprzyjemnymi wrażeniami niż kwestię przetrwania. Wygląda, że 
kryje się w tym coś więcej. 
A więc jest jeszcze nadzieja. 
Chociaż bardzo nikła. Co nie leży w charakterze Calesty? Musi to być coś przeciwnego jego 
naturze, tak by nie zdołał tego przekształcić. Karril, gdy musiał, zniósł ból, więc nie jest to 
takie proste. 
Wtedy przyszła odpowiedź, z głębi pamięci, tak szybko i wyraźnie, że Damien zastanawiał 
się, czy nie jest to skutkiem działania fae. 

Apatia. 

-Co? 
Takim czynnikiem jest dla Karrila apatia. Brak wszelkiej przyjemności. Brak zdolności do 
odczuwania przyjemności. 
Jak na to wpadłeś, do licha? 
Sam nam powiedział. Wtedy u Senzeiego, kiedy po raz pierwszy zaatakowano Gani. 
Dobry Boże! To wspomnienie wydawało się teraz tak odległe, o pół życia Usiłował 
przypomnieć sobie, co powiedział wówczas demon, lecz w końcu uciekł się do pomocy 
Sztuki. Fae przyjęła kształt w odpowiedzi na jego rozkaz, tworząc przed nim mglistego 
sobowtóra Karrila. 
Niewiele rodzajów bólu mogę znieść, powiedział demon, i mało którym mogę się pożywić. 
Jednak moją prawdziwą zgubą jest apatia. Ona jest sprzeczna z mą naturą: to zaprzeczenie, 
przeciwieństwo i zniszczenie mojej osobowości. 
Spełniwszy swoje zadanie, sobowtór zniknął. W komnacie zapadła głęboka cisza. 
Apatia - mruknął Łowca. 
Podobne uczucie musi być zabójcze dla Calesty. A my moglibyśmy wykorzystać je jako 
broń. 
Łowca pokręcił głową. 

Karril mówił o dobrowolnym znoszeniu czegoś, czego mu nie 

209 

background image

narzucono. Jak można odczynić ducha apatią? Jeśli jest dla niego zabójcza, to z pewnością 
ucieknie przed nią, jak każda żywa istota. Apatia nie jest czymś, co można wystrzelić z luku 
albo wprowadzić do drewnianego bełtu. Nie można z niej wykuć ostrza, które przebijałoby i 
cięło. 

Jeszcze nie - przytaknął Damien. - Co wcale nie oznacza, że nie 

ma na to żadnego sposobu. Po prostu musimy go razem wymyślić. 
Łowca spochmurniał, był przygnębiony i wyczerpany. Odwrócił się i beznamiętnie szepnął: 
W ciągu miesiąca? 
Tylko tyle mamy czasu. 
Chociaż zaklęcie już przestało działać, jakieś jego resztki musiały pozostać w pokoju. 
Damien dostrzegał pojawiające się nad głową Łowcy strzępy wspomnień. Obrazy pełne 
bólu, strachu i niewyobrażalnych okropności, równie żywe w jego pamięci, jak w 
mrocznych zakamarkach duszy. Czekało nań piekło. I Bezimienni. Trzydzieści jeden dni. 

Nie wystarczy - mruknął Tarrant. - Za mało. 

Nagle Damien poczuł nieoczekiwanie silny przypływ gniewu. Podszedł do Łowcy, chwycił 
go za ramiona i odwrócił do siebie. 

Przeszedłem przez piekło i jeszcze dalej, żeby sprowadzić cię 

z powrotem, więc postaraj się na to zasłużyć. Rozumiesz? Nie ob 
chodzi mnie, że nie pozostało ci zbyt wiele czasu, że jesteś tym 
cholernie przygnębiony, ani nawet co się potem z tobą stanie. Mówi 
my o przyszłości ludzkiego gatunku, a to jest znacznie ważniejsze 
od mojego, a nawet twojego losu. Nawet twojego. - Po chwili do 
dał: - Rozumiesz? 
Łowca przeszył go gniewnym spojrzeniem. 
Łatwo ci mówić, nie jesteś na moim miejscu. 
Do licha, Geraldzie! Dlaczego to robisz? - Wstał z kanapy i odsunął się w obawie, że jeśli 
tego nie zrobi, to zaraz uderzy Tarran-ta. - Czy muszę ci to mówić? Po raz pierwszy o 
dziewięciuset lat jesteś wolny. Wykorzystaj to. 
Jestem tym, kim mnie uczynili - odparł z goryczą Tarrant. -Tego nie da się cofnąć. 
Postępowanie wbrew ich woli jest przeciwne mojej naturze... 
Niech to szlag, człowieku, nikt nie powiedział, że odkupienie będzie łatwe! Tylko czy nie 
warto spróbować? Czy to nie lepsze niż bez słowa protestu poddać się im po upływie 
miesiąca? 

210 

background image

Nic nie wiesz - szepnął neohrabia z bólem w głosie. - Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. 
Spróbuj. 
Tarrant zmrużył szare oczy i wykrztusił: 
Te grzechy, które widziałeś - rzekł. - Czy wybaczyłbyś je szybko, gdyby to zależało od 
ciebie? Czy jeden miesiąc dobrych intencji może przekreślić dziewięćset lat zła? Przecież 
uczynkom dokonanym w cieniu takiego zagrożenia nie można przypisać innego motywu niż 
strach. 
Ja nie wybaczyłbym - odparł krótko Damien. - Bóg może to zrobić. Na tym polega różnica 
między nami. 
Może to dość słaba podpora, aby opierać na niej nadzieje na wieczność. 
Taak - przyznał Damien. - Niemal równie kiepska jak pomysł zostania nieśmiertelnym. 
Tylko że w tym ostatnim przypadku klęska jest pewna. - A po chwili dorzucił: - Wiedziałeś, 
prawda? O tym, że kiedyś musi się to skończyć. Dzisiaj za sprawą Calesty, jutro mogłoby to 
być coś innego, ale nie zdołałbyś w nieskończoność unikać śmierci. 
Łowca odwrócił się do niego plecami i choć Damien czekał na odpowiedź, nie odezwał się. 

W porządku - rzekł w końcu kapłan. - Zastanów się nad tym. 

Jeśli zdecydujesz, że chcesz mi pomóc, będę w hotelu. Karril ma 
mój adres. 
Ruszył w stronę schodów i już miał wyjść, gdy powstrzymał go cichy jak tchnienie wiatru 
głos. 

Damienie. 

Nie odwrócił się, ale przystanął. Czekał. 

Dziękuję - szepnął Łowca. 

Przez chwilę stał jak wryty. Potem, nie odezwawszy się słowem, wszedł po schodach i 
pchnął ciężkie drzwi. Powitały go odgłosy i zapachy świątyni Karrila, nieprzyjemnie 
przypominając o otaczającym go świecie. O milionach mężczyzn, kobiet i bezbronnych 
dzieci, których przyszłość spoczywała w jego rękach. 
Uratowałem cię, pomyślał. Teraz ty zrób, co do ciebie należy, i pomóż mi ich ocalić. 

background image

21 

rzyjemność jest wobec apatii tym samym co sadyzm wobec... Czego? 
Damien obsesyjnie rozmyślał o tym porównaniu, ale nie potrafił go 
dokończyć. Chociaż próbował podstawić pod brakujące pojęcie ponad 
tuzin słów, żadne z nich nie było właściwe. Rozwiązanie wciąż mu się 

wymykało i tylko świadomość tego, że bezsprzecznie musiało istnieć, dawała mu siłę, by 
pokonać zniechęcenie i szukać dalej. 
Kluczem do tego wszystkiego była wskazówka, jakiej udzielił im Karril, mówiąc o swojej 
naturze. Przyjemność była przeciwieństwem bólu, a jednak człowiek mógł odczuwać obie te 
emocje jednocześnie. Apatia była prawdziwą zgubą Karrila, brakiem wszelkich uczuć, 
stanem, w jakim nie można było doznawać przyjemności. A jednak w tym wypadku nie 
miała antytezy, ani antonimu - w języku Damiena nie było odpowiedniego określenia. 
Dlatego wszystkie słowniki były bezużyteczne, a bardziej wyrafinowane narzędzia 
lingwistyczne w najlepszym wypadku niewystarczające. 
W dodatku miał świadomość faktu, że Tarrant naprawdę spotkał się z Patriarchą. Nawet 
kiedy Łowca w końcu przyznał się do tego, nawet kiedy Damien przestał się o to złościć i 
zapadł w ponure milczenie, nie mógł przestać o tym myśleć i skupić się na czymś innym. Co 
Łowca powiedział Patriarsze i jak zareagował na to ojciec święty? Tarrant napomknął tylko, 
że zaproponował Patriarsze wiedzę, a ten skorzysta z niej lub nie, wedle swego uznania. 
Damien domyślał się, jaką udrękę wywołała ta propozycja. Najgorsze było to, że w głębi 
serca miał poczucie winy, przeświadczenie, że gdyby wymyślił lepszy plan, gdyby sam 
spróbował delikatnie porozmawiać z Patriarchą... I co wtedy? Czy mógł powiedzieć lub zro-
bić coś, co przekonałoby ojca świętego? Ten był tak negatywnie nastawiony do Damiena, że 
może Łowca, ze swoim kilkusetletaim 

212 

background image

doświadczeniem, miał większe szanse, by go przekonać. Może ten sposób, chociaż bolesny, 
był łagodniejszą formą wyjawienia prawdy. 
Usiłował w to uwierzyć, zmagając się z najważniejszym problemem. Musiał w to uwierzyć, 
żeby móc myśleć o czymś innym. 
Pozostało im trzydzieści dni. Nie wątpił, że Tarrant odlicza je w myślach, tak samo jak on 
liczył sekundy, podróżując po jego piekle. I z tego samego powodu, pomyślał. Tak łatwo 
można by pozwolić tym krótkim chwilom przemijać jedna po drugiej i nagle stwierdzić, że 
czas minął. 
Trzydzieści dni. 
Pomóż mu, Boże, błagał w myślach. Jeśli ma umrzeć, pomóż mu odejść godnie. Teraz, 
kiedy zniknęła ostatnia bariera, pozwól mu ponownie odkryć jego człowieczeństwo. 
Chociaż jednak życzył jak najlepiej swemu mrocznemu towarzyszowi, dostatecznie dobrze 
znał upór Geralda Tarranta, by wiedzieć, że te modlitwy są daremne. Nie jest łatwo wyzbyć 
się przyzwyczajeń nabytych w ciągu dzie-więciuset lat. A Bezimienni istotnie zmienili go 
wedle swych wymogów. Łowca nadal potrzebował do życia krwi i okrucieństwa, tak samo 
jak Damien potrzebował pożywienia i wody. Jak walczyć z czymś takim? Jak można w tej 
sytuacji marzyć o odkupieniu win? 
Pomogę ci przez to przejść. 
Modlił się, żeby znaleźć sposób. 

- Zaraz cię przyjmie, wielebny Vryce. 
Sługa w kościelnej liberii otworzył przed podchodzącym Da-mienem drzwi gabinetu 
Patriarchy. Drugi stał obok, wyprężony, gotowy spełnić każde życzenie jego 
świątobliwości. Damien słyszał w oddali bicie kościelnych dzwonów, wzywających na 
wieczorne nabożeństwo. Wszystko wydawało się takie normalne, zwyczajne... ale nie było. 
Zdawał sobie z tego sprawę. Reguły zmieniły się i chociaż ludzie służący Patriarsze mogli 
jeszcze o tym nie wiedzieć, sytuacja Damiena stała się podwójnie niebezpieczna. 
Co też zrobił Tarrant? - zastanawiał się gorączkowo. Ze ściśniętym gardłem przekroczył 
próg, a gdy drzwi cicho zamknęły się za nim, uświadomił sobie, że zesztywniał, jakby się 
spodziewał kary cielesnej. Niedobrze. Nawet stary Patriarcha by to zauważył, a co do 
nowego... Usiłował rozluźnić mięśnie, przynajmniej twarzy, 

213 

background image

a potem ośmielił się spojrzeć na tego człowieka. Jego zwierzchnika. Sługę bożego. 
Czarnoksiężnika? 
Patriarcha miał na sobie swe zwykłe szaty, lecz teraz jeszcze bardziej wisiały one na jego 
chudym ciele, podkreślając mizerny wygląd. Twarz miał szarą i ściągniętą, a kręgi pod 
oczami wymownie świadczyły o bezsennych nocach. Jakąkolwiek zmianę wywołał Tarrant, 
najwidoczniej nie była ona łatwa dla ojca świętego. Jednak przeżył ten szok. Niebieskie 
oczy nadal błyszczały jak diamenty w oprawie pomarszczonej twarzy i emanowały dziwną, 
spokojną siłą. Nie tego oczekiwał kapłan, więc zbiło go to z tropu. 

Wielebny Yryce. - Patriarcha lekko skinął głową w formalnym 

pozdrowieniu. Było to o wiele milsze powitanie, niż Damien ocze 
kiwał. Starając się nie okazywać zmieszania, odwzajemnił ukłon. 
Co tu się dzieje? - Usiądź. 
Patriarcha wskazał mu tapicerowane krzesło po drugiej stronie biurka Damien zawahał się, 
ale podszedł tam i zajął wskazane miejsce. Czyżby jakaś obca istota opanowała ciało ojca 
świętego? W tym momencie wydawało się, że wszystko jest możliwe. 
Potem spojrzenie niebieskich oczu przywarło do niego, fae między nimi poruszyła się i 
Damien dostrzegł, co naprawdę kryje się w tym spojrzeniu: nie chłód ani zwyczajny ludzki 
spokój, lecz ból tak ogromny, że doprowadzający do szaleństwa. Natychmiast zrozumiał, że 
dostrzegł to, ponieważ Patriarcha tego chciał, gdyż wrodzone umiejętności normalnie 
pozwalały mu ukrywać taką słabość przed Damienem. 
Przeszedł go dreszcz, sam nie wiedział dlaczego. Przygotował się na gniew Patriarchy albo 
coś jeszcze gorszego. Jak miał teraz z nim rozmawiać? 
Ojciec święty usiadł naprzeciwko, za szerokim mahoniowym biurkiem, i przez chwilę się 
nie odzywał. Damien czuł na sobie jego uważne spojrzenie, badawcze, taksujące. W końcu 
Patriarcha cicho powiedział: 

Zdaje się, że powinniśmy omówić kilka spraw. 

Damien sztywno kiwnął głową, ale nic nie powiedział. 

Twoje ostatnie poczynania. - Przerwał, może czekając na od 

powiedź, ale Damien nie zamierzał się odsłaniać, dopóki się nie 
przekona, ile Patriarcha już wie. - Twoja podróż ubiegłej nocy - uściś 
lił ojciec święty. Damien o mało nie podskoczył z wrażenia, ale nic 

214 

background image

nie powiedział. W końcu Patriarcha pochylił się i rzekł oskarżyciel-skim tonem: - 
Przeszedłeś przez piekło, wielebny Vryce, aby uratować jego najgorszego księcia. 

Skąd o tym wiesz? - te słowa wydarły się z ust Damiena, za 

nim zdążył je powstrzymać. W obecności dawnego Patriarchy nig 
dy by się to nie zdarzyło, ale ten człowiek denerwował go o wiele 
bardziej od tamtego. - Skąd masz takie informacje? 
Patriarcha wyciągnął się w fotelu. W jego ruchach wyczuwało się bezgraniczne znużenie, 
które sprawiło, że nagle wydal się tak kruchy, jakby głośniejsze słowo mogło rozbić go na 
tysiąc kawałeczków. 
Miewam sny - powiedział cicho. - Wizje prawdziwych wydarzeń, które mają miejsce w 
rzeczywistości. Kiedyś myślałem, że to jasnowidzenia. Pomyślałem, że Bóg pobłogosławił 
mnie- albo przeklął - tym darem, aby mógł lepiej służyć mojemu ludowi. Teraz... -Zamilkł i 
zadrgały mu mięśnie twarzy. - Teraz już wiem, czym są te sny. To wizje zsyłane przez 
demona, prowadzące mnie wybraną przez niego drogą. Sądził, że zaślepi mnie wiara, i 
dlatego nie starał się ukryć swoich śladów. Zobaczyłem je... chociaż dopiero teraz. I już 
wiem. 
Czy wierzysz tym snom? 
Spodziewał się gniewnej reakcji, a przynajmniej wzburzenia, lecz wynędzniała twarz 
pozostała irytująco spokojna, doskonale opanowana. Jeśli w wyniku wywołanych przez 
Tarranta zmian Patriarcha szalał z wściekłości, dobrze to ukrywał. 

Dotychczas wszystkie zsyłane przez niego wizje okazały się praw 

dziwe, przynajmniej w tym zakresie, w jakim mogę je sprawdzić. Jed 
nak w każdej chwili może się to zmienić. Nawet teraz. - Pochylił 
się i położył ręce na blacie biurka. - Widziałem, jak wezwałeś de 
mona na przewodnika i przeszedłeś przez piekło, a wszystko po to, 
by uratować duszę człowieka, od którego odwróciłby się sam Bóg. 
Czy to była prawdziwa wizja, wielebny Vryce, czy nie? Odpowiedz. 
Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy skłamać. Potem, w chwilę później, zaczerwienił się 
ze wstydu. Jeszcze rok temu nigdy nie skłamałby Patriarsze, z jakiegokolwiek powodu. 
Fakt, że teraz był gotowy to zrobić jedynie dlatego, aby uniknąć kary, boleśnie przypomniał 
mu, jak bardzo zmienił się przez ten ostatni rok. Dla chwilowej korzyści był gotowy złamać 
śluby posłuszeństwa. Co jeszcze by poświęcił pod wpływem dostatecznie silnej pokusy? Po 
raz pierwszy spojrzał na siebie oczami Patriarchy i zrozumiał, jak nisko upadł. Nie mogąc 
spojrzeć mu w oczy, odwrócił głowę. 

215 

background image

To prawda - szepnął. - Wszystko to prawda. 

Przez chwilę Patriarcha tylko spoglądał na niego. Damien czuł na sobie to przenikliwe 
spojrzenie. 

Taki niewiarygodny sen - rozmyślał głośno duchowny. - Nie 

chciałem weń uwierzyć. Powiedziałem sobie, że tym razem demon 
posunął się za daleko. Vryce nie byłby do tego zdolny. - Przerwał. 
- Modliłem się, wielebny Vryce. Prosiłem, żeby ta wizja okazała 
się kłamstwem. Dla twojego dobra. 
Zawstydzony Damien opuścił głowę. 

Jednak to prawda. - Splótł długie palce i unikając jego spoj 

rzenia, skupił wzrok na grubym pierścieniu. - Teraz powinienem po 
prosić cię, abyś mi powiedział, jaka kara jest odpowiednia za taką 
zbrodnię. Co należy zrobić z kapłanem, który każdym swym postęp 
kiem łamie śluby, jakie złożył Bogu? Jednak obaj wiemy, do cze 
go prowadzi takie pytanie, prawda? Obaj znamy odpowiedź. A tym 
czasem... - Czyżby w jego głosie nagle pojawiło się drżenie? - 
Tymczasem te sny zesłano mi z konkretnego powodu. Calesta chciał, 
żebym wybuchnął gniewem i pozbawił cię godności kapłana, co by 
cię załamało i uczyniło bezbronnym wobec jego ataków. I z tego 
powodu - tylko z tego powodu - nie zrobię tego. 
Damien w końcu podniósł wzrok i napotkał spojrzenie ojca świętego. W jego oczach ujrzał 
ból i znużenie tak wielkie, że wydawało się niemożliwe, by człowiek zdołał je znieść. Od 
jak dawna zadręczał się tą decyzją? Ile nocy nie przespał, podczas gdy Calesta usiłował 
doprowadzić go do załamania? 

Nie dam mu tej satysfakcji, Vryce. Nie będę w jakikolwiek spo 

sób służył demonowi. Nawet jeśli ma rację. 
Damien poczerwieniał ze wstydu. 
Próbowałem służyć Kościołowi. 
Tak. Jak tysiące jego niesfornych wiernych, każdy na swój sposób. Nie kwestionuję twojej 
lojalności. Ani nawet racji. Kiedyś uważałem inaczej, ale teraz... - Zawahał się. - Widzę 
wszystko ze znacznie szerszej perspektywy. 
Na chwilę zamknął oczy i Damienowi wydawało się, że zadrżał. 

Nie chodzi o twoją lojalność ani jakość usług. Ani nawet nie 

o to, czy człowiek musi dokonywać strasznych rzeczy, by służyć 
swemu Bogu. Najwidoczniej czasem musi. Chodzi tylko o to, czy 
człowiek naruszający fundamenty wiary powinien reprezentować Ko 
ściół i w ten sposób budzić wątpliwości w słuszność jego nauk. Ja 

216 

background image

nie mogę tego rozsądzić, Vryce. Nie w sytuacji, kiedy potępienie ciebie oznaczałoby 
wzmocnienie naszego wroga. 
Milczał. Zdziwiło go, że strach przed tym, czego najbardziej się lękał, teraz zniknął, 
zastąpiony przez obawę znacznie subtelniejszą, lecz nieskończenie bardziej przerażającą. 
Ojciec Święty Wschodniej Autarchii, przedstawiciel Jedynego Boga, teraz nie chciał 
wypełnić swego obowiązku, żeby nie zadowolić demona! Co się stało z Kościołem? Czy 
właśnie do tego dążył Całesta? Damien poczuł rozpacz, widząc te oznaki klęski, które 
wyryły znak również w jego sercu. 

Widzę, że rozumiesz - powiedział Patriarcha po dłuższym mil 

czeniu. Wysunął boczną szufladę biurka i wyjął z niej kopertę. - 
Z dniem dzisiejszym nie pełnisz już żadnych obowiązków w tej au 
tarchii. Nadal możesz korzystać z pomocy Kościoła Walka, jaką to 
czysz, zasługuje na to. Jednak uważam, że będzie najlepiej dla 
wszystkich zainteresowanych, jeśli od tej pory zaczniesz działać ja 
ko wolny strzelec. 
Poczuł na sobie lodowate spojrzenie Patriarchy i skinął głową. 

Tak, wasza świątobliwość. - Te słowa ledwie wydobyły się z je 

go ściśniętego gardła. - Rozumiem. 
Patriarcha przyglądał mu się przez chwilę - czyżby wykorzystywał fae, żeby poznać jego 
myśli? - a potem wręczył mu kopertę. 

To zapewni ci środki na wyżywienie i zakwaterowanie oraz za 

spokojenie innych podstawowych potrzeb. Resztę możesz wykorzy 
stać wedle własnego uznania, w walce o sprawę. Nie musisz mi się 
rozliczać, chyba że zechcesz poprosić o więcej. 
Zaskoczony Damien oderwał wzrok od koperty i spojrzał na Patriarchę, szukając jakiejś 
wskazówki w wyrazie jego twarzy. Nie może oficjalnie zaaprobować moich poczynań, 
pojął, ale nie śmie mnie odepchnąć. Nie tylko dlatego, że ucieszyłoby to Calestę, lecz po-
nieważ jestem jednym z niewielu ludzi, którzy rozumieją, o jaką stawkę toczy się ta gra. 
Czy Patriarcha spojrzał w przyszłość i zdecydował, że rola Damiena jest zbyt ważna dla 
przetrwania Kościoła, czy też kierował się tylko intuicją? Damien lekko drżącymi palcami 
złożył kopertę. 
Dziękuję, wasza świątobliwość. 
Oczywiście, kwestia twojej roli w tych wydarzeniach pozostaje sprawą otwartą. Jednak 
możesz rozsądzić ją we własnym sumieniu znacznie lepiej ode mnie. Zostałeś wyświęcony 
na kapłana, Da-mienie Vryce, a więc znasz wielowiekowe tradycje wiary 

217 

background image

i posłuszeństwa. Modlę się, abyś pamiętał o tych tradycjach w nadchodzących dniach, a 
także o świetle, w jakim nas wszystkich stawiają twoje czyny. - Zamilkł, jakby się upewniał, 
że został dobrze zrozumiany, a potem dodał cicho: - To wszystko. Możesz odejść. 
Oszołomiony Damien zdołał wstać z krzesła. Chciał coś wyjaśnić, zaprotestować, 
powiedzieć - ale Patriarcha już myślał o czymś innym, uniemożliwiając mu to. A poza tym, 
co miałby mu powiedzieć? Czy jego wyrzuty sumienia mogły interesować człowieka, na 
którego barkach spoczywał tak ogromny ciężar, od którego mógł zależeć los całego 
Kościoła? Czym w porównaniu z tym były problemy jednego kapłana? 
Wstrząśnięty, wepchnął kopertę do kieszeni spodni, nawet na nią nie patrząc. Słowa 
Patriarchy dawały mu swobodę działania, ale czul się bardziej skrępowany niż 
kiedykolwiek. Patriarcha przyznał, że sumienie musi czasem pójść na kompromis z 
potrzebami chwili, lecz to tylko pogłębiło niepokój Damiena. Nagle zaczął się zastanawiać, 
czy dobrze zrobił, tak rozpaczliwie pozostając w kapłańskim stanie? Czy wobec tego 
wszystkiego, co uczynił, naprawdę oddawał w ten sposób przysługę Bogu i samemu sobie? 
Przełknął ślinę i zdołał się ukłonić. Nisko, gestem wyrażającym nie tylko posłuszeństwo, ale 
i głęboki szacunek. Miałeś prawo mnie osądzić, pomyślał ponuro. Ty jeden ze wszystkich 
ludzi. I uszanowałbym ten sąd. Usłuchałbym wyroku. Tymczasem Patriarcha pozostawił 
osąd Damienowi. Nie było to brzemię równie ciężkie jak jego własne, ale i tak dotkliwe. 
Kapłan uginał się pod tym ciężarem. 
- Zostań z Bogiem - szepnął, kłaniając się ponownie. Przez jedną krótką chwilę napotykając 
jego spojrzenie i wyczuwając w nim udrękę. 
Iniechajfae zlituje się nad tobą. 

background image

23 

AMAS: Następnym przejawem wzbierającej fali przemocy na terenach 
otaczających Puszczę były wydarzenia minionej nocy, gdy mieszkańcy 
Yamas złożyli w ofierze dwóch swych współobywateli, najwidoczniej 
usiłując przebłagać groźnego sąsiada. 

Nile Ashforjh. i Maklesia Sert zostali powieszeni tuż przed świtem na zachodniej bramie 
Yamas, zaledwie piętnaście kilometrów od skraju Puszczy. Obu wywlókł z łóżek 
rozwścieczony tłum i zaciągnął na miejsce kaźni, a następnie rozebrano ich, powieszono i 
okaleczono. Policja twierdzi, że wycięte na ich piersiach znaki odpowiadają tym, jakie 
noszą słudzy Łowcy, a zabici ludzie zostali złożeni w ofierze dla przebłagania władcy 
Puszczy i uchronienia miasteczka przed jego zemstą. Jeśli tak, to po raz pierwszy w tej oko-
licy ludzie zwrócili się przeciwko sobie, co władze Yamas uważają za niebezpieczny 
precedens. 
Pogrzeb obydwu ofiar odbędzie się w domu pogrzebowym Leonia w niedzielę, o szóstej po 
południu. W tym samy czasie dla uczczenia pamięci panów Ashfortha i Serta zostaną 
złożone ofiary w świątyniach Keruny i Tlaosą, których wyznawcami byli zamordowani. 

background image

24 

rzedsionek gabinetu Patriarchy mierzył dokładnie dziesięć kroków na 
sześć. Długich kroków, stawianych pospiesznie i przy akompaniamencie 
mocno bijącego serca. Kończąc dziesiąte okrążenie - a może dwunaste? - 
Andrys zastanawiał się, czy nie powinien uciec, nie czekając, aż ojciec 

święty przerazi go i skłoni do ucieczki. 
Czego chciał od niego Patriarcha? W innym miejscu i czasie Andrys przypuszczałby, że ma 
to coś wspólnego z jego nazwiskiem (w końcu wyjawił je tamtej kapłance) oraz faktem, że 
niewiele było rodów, które służyły Kościołowi dłużej niż rodzina Tarrantów. Teraz jednak 
okazałby beznadziejną naiwność, łudząc się taką nadzieją, choćby nie wiem jak kuszącą. 
Calesta sprowadził go do Jaggo-nath i kazał uczestniczyć w nabożeństwach. Chociaż minęły 
zaledwie dwa tygodnie, od kiedy zaczął regularnie brać w nich udział, najważniejsza 
osobistość Wschodniej Autarchii poprosiła go na rozmowę. Najwidoczniej miało to coś 
wspólnego z planem Calesty. Nie wiedział tylko, dlaczego demon nie udzielił mu żadnych 
wskazówek - co ma mówić, jak się zachowywać. Nawet nie ostrzegł, czego może się 
spodziewać. 
Nagle otworzyły się drzwi na końcu pomieszczenia. Zaskoczony Andrys odgarnął włosy z 
czoła i odwrócił się ku nim. Służąca, która przyprowadziła go tutaj, uśmiechnęła się miło i 
powiedziała: 
- Czeka na pana. 
Przytrzymała drzwi, kiedy przez nie przechodził, a potem cicho zamknęła je za jego 
plecami. Była śliczna i w innej sytuacji żałowałby, że nie miał okazji zawrzeć bliższej 
znajomości. Jednakże teraz myślał o czymś innym. 
Powiedziano mu, że Patriarcha jest niezdrów, dręczony dzień i noc chorobą tak poważną, że 
obawiano się o jego życie. Oznaki złego stanu zdrowia miał tak wyraźnie wypisane na 
twarzy, że nawet 

220 

background image

nie znający go Andrys zdołał je zauważyć. Pomimo to ten człowiek emanował wewnętrzną 
siłą i zadziwiającą jak na jego wiek energią, otoczony aurą godności, jakiej nie mogły 
osłabić fizyczne dolegliwości. Wygląda tak, jak powinien wyglądać Patriarcha, pomyślał 
Andrys. Przywódca, rzecznik Boga Jeszcze nigdy nie spotkał człowieka o równie silnej 
osobowości. 
Z nikłym powitalnym uśmiechem ojciec święty podszedł do niego i nagle Andrys 
uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, jak przywitać się z takim dostojnikiem. Czy powinien 
skłonić się, czy też może klęknąć, a może wystarczy tylko skinąć głową i wymamrotać 
powitanie? Samiel lub Betrise wiedzieliby, jak należy się zachować, ale on nie miał o tym 
pojęcia. Dotkliwie odczuł brak religijnego wychowania. Gdy Patriarcha zmierzył go 
spojrzeniem, Andrys skinął głową i powoli wyciągnął do niego rękę. Dzięki Bogu, uścisnął 
ją i dotyk silnych palców dostojnika dodał mu otuchy. Może jednak nie będzie tak źle. 
Mer Tarrant. Cieszę się, że pan przyszedł. 
Cały zaszczyt jest po mojej stronie, wasza świątobliwość. -. Teraz, kiedy minął pierwszy 
niepokój, Andrys odzyskał trochę wrodzonej pewności siebie. - Chociaż muszę przyznać, że 
niespodziewany. 
Oczy Patriarchy - zdumiewająco niebieskie, jasne i czyste jak szafiry - zmierzyły go 
niepokojąco przenikliwym spojrzeniem. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że oceniają nie 
tylko jego wygląd, lecz również duszę. W końcu, po długiej jak wieczność chwili, duchow-
ny odwrócił się i wskazał mu dwa stojące przy oknie fotele. 

Proszę - rzekł. - Zechcesz mi towarzyszyć? 

Andrys skinął głową. Miał nadzieję, że ten gest wypadł dostatecznie naturalnie. Pod 
spojrzeniem Patriarchy czuł się jak owad przyszpi-lony do stołu i miał nadzieję, że podczas 
rozmowy ojciec święty skupi wzrok na czymś innym. Tapicerowane krzesła stały przy 
stoliczku, na którym ustawiono talerzyk z krakersami, kryształowe kieliszki i oszronioną 
karafkę. Na Emę, czego chciał od niego ten człowiek, skoro postarał się stworzyć warunki 
sprzyjające swobodnej rozmowie? 
Karafka najwidoczniej zawierała słabe wino. Z wdzięcznością przyjął kieliszek, zadowolony 
z tego, że może zająć ręce i skupić na czymś myśli. Wino było zimne, słodkie i o delikatnym 
smaku. Nie rozpoznał rocznika, ale z pewnością nie należał do tanich. Rozglądając się po 
komnacie, patrząc na obrazy, dywany i wytłaczane 

221 

background image

okładki ksiąg, zdał sobie sprawę z tego, że po raz pierwszy widzi Kościół takim, jakim 
widzieli go jego przodkowie: bogaty, dumny, ponadczasowy. 

Rzadko miewamy tu gości z tak daleka - powiedział Patriar 

cha. To jawne kłamstwo, pomyślał Andrys. Centrum Wschodniej 
Autarchii z pewnością przyciągało turystów ze wszystkich innych 
miast, a w porównaniu z niektórymi siedziba neohrabiów Merenthy 
leżała w bliskim sąsiedztwie. - A jeszcze rzadziej z tak znamieni 
tych rodów. To zaszczyt dla naszej katedry. 
Najwidoczniej teraz Andrys powinien powiedzieć jakiś komplement i zrobił to. Słowa 
towarzyskiej rozmowy gładko płynęły mu z ust, a jednocześnie gorączkowo i z rosnącym 
niepokojem zastanawiał się, dlaczego go tutaj zaproszono i o co chodzi. Ani przez chwilę 
nie wierzył, że powodem tej rozmowy jest sama obecność szlachcica z Merenthy. Miał 
nadzieję, że Patriarcha nie oczekuje, iż on w to uwierzy. Musiał jednak przestrzegać 
przyjętych form, więc zdał się na tę część swojego umysłu, która była tak dobrze 
wyćwiczona w towarzyskich pogawędkach. Jednocześnie inna część jego umysłu miotała 
się jak ptak w klatce, czekając, aż spadnie cios. 
Jak ma się Kościół Merenthy? Czy miasto nadal liczy tylu mieszkańców? Czy udało się 
zmienić je z gwarnego portu w równie kwitnący ośrodek przemysłowy, kiedy przed 
pięcioma wiekami rzeka Stekkis zmieniła swój bieg i zatoka wyschła? Odpowiedzi na 
wszystkie te pytania można było bez trudu znaleźć w każdej historycznej księdze, a Andrys 
nie wątpił, że Patriarcha je czytał. Czy jego rodzina nadal jest filarem Kościoła, tak jak 
dawniej? Zawahał się z odpowiedzią na to pytanie. Słowa „moja rodzina nie żyje" cisnęły 
mu się na usta, lecz zamiast nich rzekł tylko: „Tarrantowie zawsze byli wierzący". Nie 
dodał, chociaż miał ochotę: „oprócz mnie", lecz przenikliwe spojrzenie Patriarchy i powolne 
skinienie głowy świadczyły, że ojciec święty dobrze o tym wie. 
Dwa kieliszki wina złagodziły wrażenie suchości w ustach, a po drugim mimo woli 
rozluźnił się. Patriarcha chyba to wyczuł, gdyż z pozorną swobodą wyciągnął się na krześle 
i rzekł z dobrze udanym spokojem: 

Są pewne interesujące nas obu sprawy, które chciałbym z pa 

nem omówić, Mer Tarrant. 
Z mocno bijącym sercem Andrys nalał sobie następny kieliszek. 

222 

background image

Gdyby w tym momencie mógł zamiast niego zrobić sobie zastrzyk środka uspokajającego, 
nie wahałby się ani chwili. 

Ach tak? 

Starał się, by jego głos brzmiał równie obojętnie, ale wypowiedział tę kwestię jak postać z 
kiepskiego melodramatu. Patriarcha przez chwilę nic nie mówił. Andrys odniósł wrażenie, 
że czeka, aż on weźmie się w garść, więc zaczerpnął tchu i spróbował to zrobić. Kiedy serce 
zwolniło mu na tyle, że znów mógł odróżnić poszczególne uderzenia, ojciec święty rzekł: 

Słyszałeś, niewątpliwie, o naszych kłopotach na północy. 

Czując, że oczekiwano od niego jakiejś odpowiedzi, Andrys 
rzekł: 

Czytałem o tym w gazetach. 

Puszcza zawsze była cierniem w naszym oku. Z pewnością wiesz, 

że Kościół podjął kiedyś zbiorową próbę oczyszczenia tego miejsca raz 
na zawsze. Rzecz jasna, nieudaną. Nie można toczyć wojny z całą pla 
netą, a właśnie tym jest Puszcza: kłębowiskiem fae, jakiego żadna ludz 
ka moc nie zdoła rozplatać. Wówczas ludzie tego nie rozumieli albo 
po prostu nie chcieli w to uwierzyć. Drogo za to zapłacili. 
Andrys skinął głową i wymamrotał coś, co miało świadczyć, że owszem, zna historię 
Kościoła i pamięta niechlubne szczegóły wielkiej wojny oraz jej fatalny finał. 
Przez wiele lat Puszcza była spokojnym sąsiedztwem: złym, ale cywilizowanym. Jej 
sąsiedzi cieszyli się względnym bezpieczeństwem, które pozwalało im prosperować przez 
ponad pięć wieków. - Odstawił kieliszek i zdawał się w zadumie wpatrywać w jego szklaną 
krawędź, kiedy rzekł: - Najwidoczniej ten rozejm przestał już obowiązywać. 
Na pewno? - odważył się zapytać Andrys. Żałował, że nie czytał dokładniej gazet i nie 
orientuje się zbyt dobrze w tych sprawach. 

W końcu to tylko kilka odosobnionych incydentów. 

Niebieskie oczy błysnęły zimnym ogniem, zaglądając w głąb jego duszy. 

Jestem pewien - rzekł Patriarcha - że to dopiero początek. Pusz 

cza pochłonie swych sąsiadów - jednego po drugim, akr po akrze 

aż nabierze sił, by wydać nam wojnę na naszym własnym tere 

nie. A tak się stanie jeśli jej nie powstrzymamy. 
Andrys poczuł ostre ukłucie strachu. 

Zamierzacie wypowiedzieć wojnę Puszczy? 

223 

background image

Mam zamiar wypowiedzieć wojnę Łowcy - odparł chłodno Pa 

triarcha - Kiedy władca tego królestwa zostanie pokonany, ten paskud 
ny twór rozsypie się w proch. Jego najokropniejsze wytwory staną się 
tym, czym stworzyła je natura: zwykłymi demonami, które można 
pokonać mieczem, modlitwą lub na tysiąc innych sposobów. Kiedy 
nasza triumfalna pieśń rozlegnie się od gór po brzegi rzek, gdy nasze 
zwycięstwo odbije się echem w milionach ludzkich dusz, zadamy 
Puszczy potężniejszy cios niż wszystkie armie naszych przodków. 
Przerwał, być może czekając na reakcję Andrysa. Ten zastanawiał się, czy Patriarcha może 
wyczuć w nim żądzę zemsty, strach i tak przejmującą niepewność, że lada podmuch mógłby 
strącić go w otchłań rozpaczy. 

Powiedziano mi - rzekł w końcu duchowny - że być może ze 

chcesz służyć naszej sprawie. 
Z głośno bijącym sercem, usiłując zachować obojętność, odparł: 
Możliwe. 
Jest pan w szczególny sposób związany z tą sprawą, Mer Tar-rant - rzekł Patriarcha, z 
lekkim naciskiem wymawiając jego nazwisko, jakby je smakował. - Ten związek 
powinniśmy wspólnie przedyskutować, zanim przedstawię panu rolę, jaką mógłby pan 
odegrać w naszym przedsięwzięciu. 
Za twoim pozwoleniem, zdawało się mówić jego spojrzenie. Jakby omawiali jakiś 
zwyczajny interes przy popołudniowej herbatce. 

Oczywiście - mruknął i skinął głową. 

Patriarcha podniósł kieliszek i znów upił łyk winą przyglądając się Andrysowi. Potem 
ostrożnie postawił kielich na stoliku, przedłużając chwilę ciszy, aby nadać podwójną wagę 
słowom, które po niej padły. 

Co pan wie o pańskim przodku, pierwszym neohrabim Me- 

renthy? 
Te słowa z potworną siłą odbiły się echem w jego pamięci, wypowiedziane nieludzkim 
głosem mordercy jego rodziny. Przez moment o mało nie stracił kontaktu z rzeczywistością, 
wracając myślą do tamtych chwil. Usiłując znaleźć jakąś inteligentną odpowiedź, czuł w 
nozdrzach zapach świeżej krwi. 
Ja nie... Co wasza świątobliwość chce wiedzieć? 
Czy wiesz, gdzie teraz przebywa? 
Zawahał się, wiedząc, że od tej odpowiedzi zależy jego przyszłość. Jeśli chciał udawać 
niewiedzę, żeby wykręcić się od udziału w tym przedsięwzięciu, teraz miał ostatnią szansę. 

224 

background image

Pomyślał o członkach rodziny, leżących pokotem na posadzce. 
ogniu dogasającym na kominku, podczas gdy on, bezsilny i oszołomiony, rozpaczliwie 
płakał w kącie. O miesiącach cierpień, jakie nastąpiły później, o oskarżeniach, jakie 
stawiano mu podczas koszmarnego procesu, o halucynacjach doprowadzających go do 
szaleństwa... 
o dziewczynie. Ona wiedziała, co się dzieje. Co by powiedziała, gdyby nie wykorzystał 
takiej szansy? Jak mógłby spojrzeć jej w twarz? 

Wiem - szepnął. 

Patriarcha sprawiał wrażenie lekko odprężonego, jakby i on wiedział, co oznacza to 
wyznanie. 

Człowiek znany niegdyś jako Gerald Tarrant pod koniec swe 

go życia przekształcił się w istotę, którą teraz nazywamy Łowcą. 
Kiedy nasza wyprawa przeciwko temu królestwu mroku zakończy 
ła się klęską, zamieszkał w Puszczy i dostosował ją do swoich po 
trzeb. Zgodnie ze swą naturą. 
Andrys powoli pokiwał głową, nie rozumiejąc, do czego to wszystko prowadzi. Czego od 
niego chcą? 

Puszcza Jahanny jest teraz tak świetnie(przystosowana, że funk 

cjonuje jak żywy twór, w doskonałej harmonii. Niczym jeden ży 
wy organizm ma swoje centrum, mózg potrzebny do .utrzymania rów 
nowagi. I podobnie jak żywy twór, stara się ze wszystkich sił chronić 
ten mózg. Każdy intruz przekraczający jej granicę spotka się z na 
tychmiastowym atakiem, podobnie jak mikroby zakażające ludzkie 
ciało są atakowane przez przeciwciała. Tylko że w tym wypadku te 
przeciwciała są wytworem naszych koszmarów, obrócone przeciw 
ko nam przez człowieka, który potrafi je kształtować. 
Skinął głową, obawiając się tego, co usłyszy za chwilę, ale nie potrafiąc przerwać tej 
opowieści. Calesto, prosił w myślach, daj mi siłę. Daj mi odwagę. 

Łowca może robić, co chce. Tak samo jego słudzy, którzy je 

dynie spełniają wolę swego pana, oraz dzikie bestie i wszystkie pie 
kielne stwory. Jednak każdy, kto pochodzi z zewnętrznego świata, 
choćby przybył tam na czele armii, po wkroczeniu do tego królestwa 
spotka się z natychmiastowym oporem ze strony wszystkich mieszka 
jących tam stworzeń, od najmniejszego mikroba po człowieka. 
Milczał chwilę, a potem cicho dodał: 

Chyba że Puszcza uzna go za część siebie. Wtedy i tylko wte 

dy intruz mógłby się w niej swobodnie poruszać. 
Nagle Andrys zrozumiał zamysły Patriarchy i z wrażenia zaparło 

225 

background image

mu dech. Wypuścił kieliszek z ręki, wstał i odwrócił się, przewracając przy tym krzesło. 
-Nie! 
Patriarcha nie odpowiedział. Gdyby to zrobił, gdyby powiedział cokolwiek, Andrys z 
pewnością wypadłby z komnaty i nigdy tam nie wrócił. Nerwy miał napięte jak postronki i 
każde słowo - nafl wet mające go uspokoić - odniosłoby wprost przeciwny skutek. Jednak 
ojciec święty milczał, Czas płynął. Po długiej jak wieczność chwili Andrys poczuł, że znów 
może oddychać. Kilka wieków później przeszła mu chęć ucieczki. Nadal był przerażony, ale 
odzyskał panowanie nad swoim ciałem. 
Widzę, że rozumiesz sytuację - powiedział cicho Patriarcha. 
Tak... tak sądzę - wyjąkał Andrys. Mówił ochrypłym i zduszonym głosem, jakby ten należał 
do kogoś innego. - Mam... poprowadzić... jakiś oddział? O to chodzi? 
Obawiam się, że nie tylko. - Patriarcha obrzucił go chłodnym spojrzeniem, którego 
znaczenie nie pozostawiało żadnej wątpliwości. 
Rozumiemy, że to będzie bolesne, ale nie możemy tego uniknąć. Ta misja jest 
najważniejsza. 

Chcę, żebyś udawał Łowcę. Chcę, żebyś stał się nim. Nie na 

prawdę - nie sercem i duszą - ale tak, by jego stwory uznały cię 
za niego. 
Przerwał, jakby czekał, czy jego gość ucieknie po wysłuchaniu tych rewelacji. Chociaż 
Andrys obawiał się tego, co zaraz usłyszy, skinął głową. 
Łączy was niesamowite podobieństwo. W odpowiednich warunkach... 
Mam jego zbroję - wtrącił pośpiesznie Andrys. -1 jego koronę. Identyczne jak te, które nosił 
na wojnie. Widziałem na fresku -wykrztusił i sztywnym ruchem głowy wskazał w kierunku 
świątyni, gdzie znajdował się znienawidzony wizerunek. Myślał, że to wyznanie wstrząśnie 
Patriarchą, lecz duchowny tylko kiwnął głową, jakby oczekiwał tych słów. W mieście 
krążyły plotki o jego niesamowitych zdolnościach i niektórzy mówili, że Bóg nocami zsyła 
mu wizje, pokazując przyszłość. Czyżby przewidział przybycie Andrysa i rolę, jaką miał on 
odegrać? Czy teraz rozważał wszystkie możliwe warianty przyszłości, próbując wybrać ten, 
w którym jego gość nie ucieknie w panice, aby nigdy nie wrócić? Przypomniał sobie długie 
milczenie Patriarchy, doskonale wygrywające jego 

226 

background image

własny strach, i zadrżał. Jaką siłą dysponował ten człowiek, że miał nad nim taką władzę? 

A więc jesteś z nami? - zapytał Patriarcha. 

Andrys zamknął oczy, drżąc ze strachu. 

Tak - szepnął. To słowo było ledwie słyszalne, więc powtórzył 

je głośniej: - Tak. Jestem z wami. - Spuścił głowę. 
Czy taki los mi zgotowałeś, Calesto? Czy to dlatego nie powiedziałeś mi, po co jest 
potrzebna ta korona i zbroja? Z obawy, ze przerażenie pogna mnie z powrotem do 
Merenthy, nim zakończysz przygotowania? Dobrze, ie wszystko przewidziałeś. Jak dobrze 
panujesz nad wszystkim. 
Jestem ci bardzo wdzięczny, Mer Tarrant. Z twoją pomocą może zdołamy pokonać 
najgorszego demona Erny. Chwała Panu, który w swej mądrości przywiódł cię tutaj. 
Chwała Panu - wymamrotał. Nagle zapragnął uciec stąd, od tego wszystkiego. Nagle 
poczuł, że potrzebuje powietrza i przestrzeni... I kojących kobiecych ramion. Wiedział, że 
Narilka czeka na niego w hotelu. Kobieta bardziej lojalna, niż na to zasługiwał, ale 
potrzebna mu do życia jak powietrze, którym oddychał. Czy zdołałby przejść przez to 
wszystko bez jej pomocy? Miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał tego sprawdzać. 
Wymamrotał słowa pożegnania, mając nadzieję, że zachował się uprzejmie. Najwidoczniej 
Patriarcha wyczul - a może przewidział -jego potrzebę samotności, gdyż nie usiłował go 
zatrzymać. A właściwie czemu miałby to robić? Powiedział swoje. Kontrakt został zawarty. 
Andrys Tarrant był teraz sługą Kościoła, dumnym żołnierzem szalonej sprawy. 
Pomimo to przystanął u drzwi, nie mogąc opuścić tej komnaty. Pozostało jeszcze coś nie 
dopowiedzianego, o czym Patriarcha powinien wiedzieć. Coś, o czym musiał wiedzieć, jeśli 
Andrys miał skutecznie odegrać swoją rolę. 
Odwrócił się, nie na tyle, by napotkać spojrzenie Patriarchy, ale wystarczająco, żeby jego 
słowa były dobrze słyszalne. 

Gerald Tarrant wymordował moją rodzinę - szepnął ochryple, 

dławiąc się tymi słowami i bolesnymi wspomnieniami, jakie przy 
woływały. - Chcę, żeby za to zapłacił. Ja... zrobię wszystko, żeby 
go skrzywdzić. 
Miał wrażenie, że Patriarcha westchnął. Potem, z cichym szelestem jedwabiu ocierającego o 
jedwab, ojciec święty wstał z krzesła 

227 

background image

i podszedł do Andrysa Położył dłoń na ramieniu młodzieńca, któremu w tym momencie 
wydało się, że to dotknięcie przekazuje mu siłę i pewność siebie, umacniając jego wątłe 
nadzieje. 
- Zapłaci za ten grzech w piekle - zapewnił go ojciec święty, ■ Jak również za wiele innych. 
Dopilnujemy tego. 
 

background image

25 

owiedz mi coś o Senzeim. Zaskoczony Damien oderwał wzrok od księgi, 
którą studiował. 
Co takiego? Dlaczego? 
Opowiedz mi o nim. 

Przez chwilę spoglądał na Łowcę, jakby w ten sposób mógł uzyskać jakieś wyjaśnienie, lecz 
z twarzy Tarranta jak zwykle niczego nie zdołał wyczytać. W końcu kapłan z 
westchnieniem odłożył książkę. 
Co chcesz wiedzieć? 
Jaki był. O jego zwyczajach, przekonaniach. Powiedz mi. 
Mogę spytać, po co? 
Później. Teraz mów. 
Tak też zrobił. Nie było to najłatwiejsze zadanie na świecie, ale po całonocnym i 
bezowocnym ślęczeniu nad zakurzonymi tomami pozwalało zająć się czymś innym. 
Spróbował przypomnieć sobie asystenta Ciani i opisać go Tarrantowi. Chudy. Blady. 
Zamknięty w sobie. Całkowicie oddany Ciani oraz ich pracy. Damien zastanawiał się, czy 
właśnie tego chciał Tarrant. Dlaczego nieżyjący już od prawie dwóch lat człowiek nagle stał 
się tak ważny? Nie wiedząc, co naprawdę interesuje neohrabiego, z trudem dobiera] słowa: 
systematyczny, skupiony, sfrustrowany. Najpierw przebrnął przez łatwiejsze przymiotniki, a 
potem doszedł do trudniejszej części zadania: obsesyjnie chciał zostać adeptem. Był 
przekonany, że istnieje na to jakiś sposób. Wierzył... Damien usiłował przypomnieć sobie, 
znaleźć odpowiednie słowo: uważał, że te zdolności tkwią w nim, czekając na ujawnienie. 
Sądził, że jeśli jakoś zdoła je „wyzwolić", dorówna Ciani. 
Pamiętał, jaką cenę zapłacił za to Senzei, i poczuł ból równie dotkliwy jak w dniu, kiedy to 
się stało. Zobaczył jego ciało, skręcone w męce, leżące w trawie na stoku góry, gdzie 
dopadła go śmierć. A obok niego buteleczkę Świętego Ognia, który próbował wprowadzić 

229 

background image

do swego ciała, aby przełamać wewnętrzne bariery. Chociaż wtedy o tym nie wiedzieli, było 
to pierwsze zwycięstwo Calesty. Pierwsza ofiara w wojnie, która pochłonęła tysiące 
ludzkich istnień na wschodzie, a teraz groziła tym samym tutaj. 

Trzęsienia ziemi - nalegał Tarrant. - Czy coś o nich mówił? 

Zaskoczony tym pytaniem Damien próbował sobie przypomnieć. 
Podczas podróży rozmawiali o tylu sprawach, rozpaczliwie usiłując wypełnić czymś ciszę. 

Był zafascynowany gwałtownymi przypływami fae - rzekł 

w końcu, starając się coś sobie przypomnieć. - Zdaje się, że prag 
nął je wykorzystać, ale nie odważył się spróbować. 
Tarrant syknął coś pod nosem. Damien wyczuwał w nim napięcie, jak u polującego 
drapieżnika. 
Myślał, że dzięki niemu mógłby zostać adeptem? 
Brał pod uwagę różne sposoby - odparł ze znużeniem Damien. - Wypróbowując jeden z 
nich, zginął. O co ci chodzi? 
Łowca popatrzył na kapłana. Jego oczy były czarne i głodne. 
Robił notatki? 
Tak sądzę. Dlaczego pytasz? 

Czy one mogły się zachować? 

Zastanowił się. 
Zanim wyruszyliśmy, mieszkał z pewną kobietą. Kiedy wróciliśmy z krainy rakhów, 
wysłałem jej wiadomość o jego śmierci. Możemy się tylko domyślać, co zrobiła potem z 
jego rzeczami. Dlaczego cię to interesuje? - zapytał nagle. - O czym myślisz? 
Być może mam plan - odparł łagodnie adept. - Tylko że potrzebuję więcej danych, żeby 
ocenić jego przydatność. Myślę, że Mer Reese mógł posiadać te informacje. I być może 
niektóre z nich znajdują się w jego notatkach. 

Nie powiesz mi nic więcej? 

Neohrabia pokręcił głową. 

Nie teraz. Jest na to za wcześnie. Niech najpierw potwierdzę 

moje przypuszczenia, a potem... - Zaczerpnął tchu. - Powiem ci, 
gdy tylko będę miał pewność. Obiecuję. 

Tak. Piękne dzięki. Lubię być trzymany w nieświadomości. 

Jeśli jego sarkastyczny ton uraził Tarranta, to Łowca niczym nie 
dał tego po sobie poznać. 

Chodź - powiedział, wstając. - Sprawdźmy, czy jego zapiski 

nadal istnieją. 

230 

background image

Damien z przyzwyczajenia spojrzał na zegar. 

Czy nie jest trochę za późno na wizyty? 

Łowca obrzucił go jadowitym spojrzeniem. 
Zostało mi dwadzieścia dziewięć dni - rzeki lodowatym głosem. - W tych okolicznościach 
chyba nie sądzisz, że będę się tym przejmował? 
Nie - mruknął zmieszany Damien. - Nie masz ku temu powodu. Przepraszam. 
Pamiętasz, gdzie mieszka ta kobieta? 
Mniej więcej. Jednak od tego jest fae, prawda? - Zawahał się. - Jesteś pewien, że ona zechce 
nam pomóc o tak późnej porze? 
Nie. - Łowca uśmiechnął się zimno. - Nie jestem. Jednak od tego jest fae, prawda? 

Dom był dokładnie taki, jakim go pamiętał: mały, ciepły i przytulny. Teraz na frontowym 
ganku widniały znaki zaklęć chroniących przed trzęsieniami ziemi. Kilka innych wyryto na 
oknie. Na ten widok poczuł ukłucie żalu. Kiedy Senzei Reese tutaj mieszkał, jego 
narzeczona nie lubiła takich rzeczy. Teraz, kiedy go zabrakło i uwolniła się od jego obsesji, 
znów mogła zaakceptować przejawy Sztuki. Był zdziwiony, że zirytował go ten fakt. 
W porządku. - Westchnął i ruszył w stronę schodków. - Zróbmy to. 
Chwileczkę. 
Tarrant wpatrywał się w ziemię przed domem. Damien wyczuł, jak neohrabia spręża się, 
chwyta swoją wolą prądy fae i zaczyna je kształtować. Jak zawsze, z dreszczem niepokoju 
patrzył na człowieka, który używał Sztuki, nie korzystając przy tym z żadnego znaku czy 
zaklęcia. Kiedy uznał, że Tarrant już skończył, zapytał: 
Co robisz? 
Tylko załatwiam sprawę późnej pory. Rozumiem, że uraziłbym cię, gdybym zrobił coś 
więcej. Widzisz? - Spojrzał na niego szarymi oczami, w których zabłysły iskierki 
sardonicznego humoru. - Czegoś się nauczyłem, wielebny Vryce. 
Najwyższy czas - wymamrotał, gdy razem weszli po schodkach na ganek. 
Tarrant zapukał do drzwi i Damien wyczuł wplecioną w ten 

231 

background image

dźwięk siłę, sprawiającą, że ten odgłos odbijał się głośnym echem w mózgu każdego 
znajdującego się w domu człowieka. Odczekał chwilę i zapukał ponownie. Nagle na tyłach 
domu zapaliło się światło. Na pewno spała. Damien zastanawiał się, czy czary Tarranta 
okażą się skuteczne, jeśli kobieta będzie zaspana. 
Minutę później dostrzegli idącą ku nim postać z lampą w dłoni. Podeszła do drzwi, 
poszperała przy ryglu i odsunęła go. Krótki łańcuch napiął się, gdy drzwi uchyliły się na 
kilka centymetrów. 

Tak? - zapytał mężczyzna. - Czego chcecie? 

Zanim Damien otrząsnął się z zaskoczenia, Tarrant wyjaśnił: 

Szukamy Alleshy Huyding. 

O co chodzi? I dlaczego to nie może zaczekać do rana? 

Damien już chciał zaryzykować odpowiedź, kiedy na tyłach do 
mu usłyszał kobiecy głos. 
Kto przyszedł, Rick? 
Dwaj mężczyźni - odparł krótko. - Nie znam ich. 
Za jego plecami coś się poruszyło i pojawiła się kobieta. 
Niech popatrzę - powiedziała cicho. Spojrzała mu przez ramię i przypatrzyła się Tarrantowi, 
a potem skierowała wzrok na Da-miena. Szeroko otworzyła oczy. 
Przepraszamy za późną porę... - zaczął kapłan. 
Nie ma sprawy - przerwała pośpiesznie. Skinęła na mężczyznę. - Wpuść ich. 
Słuchaj, Lesh... 
Wszystko w porządku. Wpuść ich. 
Najwyraźniej nie miał na to ochoty, jednak przymknął na moment drzwi, zdjął łańcuch, a 
potem otworzył je na oścież. Cokolwiek zrobił Tarrant, żeby uczynić ją spokojną i chętną do 
współpracy, najwidoczniej nie podziałało na tego mężczyznę. 

Późna godzina - mruknął, gdy wchodzili do małego, czyste 

go saloniku. Gospodarz był wyraźnie wrogo nastawiony. 
Wspomnienia. Opadły Damiena, gdy migoczące światło lampy ukazało szczegóły dobrze 
znanego wnętrza. Tutaj, na tym fotelu, czekał na Gani. Tam, w pokoju na tyłach, leżała 
bliska śmierci. Tam, naprzeciwko, demon Karril wyprawił ich w podróż trudniejszą, niż 
ktokolwiek mógł przewidzieć... 
Z trudem wrócił do rzeczywistości i sprawy, którą mieli załatwić. Nowy facet Alleshy 
spoglądał na nich wrogo, jak wilk, który stwierdził, że inny basior nasikał w jego legowisku. 
Był mocno 

232 

background image

zbudowanym, muskularnym mężczyzną i Damien podejrzewał, że miał gwałtowne 
usposobienie. Brunet, brodaty, będący pod każdym względem przeciwieństwem Senzeiego 
Reese'a. Kapłan znów poczuł dotkliwy żal wywołany utratą przyjaciela i tym, że z tego 
domu usunięto wszelkie ślady jego obecności. 

Nazywam się Gerald Tarrant - rzekł Łowca, skupiając uwagę 

na Alłeshy. - Towarzyszyłem Senzeiemu Reese'owi podczas jego 
podróży, podobnie jak wielebny Vryce. 
Lekko skinęła głową, patrząc na Damiena. 

Tak. Pamiętam pana. 

-Przykro mi wywoływać bolesne wspomnienia, Mes Huyding, ale bardzo nam są potrzebne 
pewne notatki, które sporządził pani były narzeczony. Może mogłaby nam pani powiedzieć, 
co się z nimi stało. 
O co chodzi, do diabła? - prychnął jej nowy chłopak. - Czy to nie może zaczekać do rana? 
Kim, do diabła jesteście, żeby pojawiać się tu o tak późnej porze i... 
Wszystko w porządku - przerwała mu. Ku zdziwieniu Damiena te słowa uspokoiły 
mężczyznę. - Nie mam nic przeciwko temu. Idź spać, jeśli chcesz. Wrócę do ciebie, gdy 
tylko skończę. 

Niech mnie licho, jeśli pójdę spać, podczas gdy ty... 

Tarrant spojrzał mu w oczy. I przykuł jego spojrzenie. Przez 
króciutką chwilę, którą Damien ledwie zdążył wychwycić, połączyła ich niewidzialna siła: 
uspokajająca, łagodząca, uciszająca. 

Tak - powiedział spokojnie mężczyzna. Powieki opadły mu, 

jakby zaraz miał zapaść w sen. - Tak zrobię. 
W milczeniu patrzyli, jak odwrócił się i odszedł, krocząc tak powoli, jakby spacerował we 
śnie. W końcu, kiedy znalazł się za drzwiami sypialni i poza zasięgiem głosu, Allesha 
powiedziała cicho: 
Przepraszam. Chciał mnie bronić, to wszystko. 
Rozumiemy - zapewnił ją Damien. 
Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, co zrobić z rzeczami Zena po jego śmierci. O ile wiem, nie 
miał żadnej rodziny, a co do przyjaciół... był blisko związany z Ciani. Wiecie o tym. Poza 
nią w jego życiu nie było wielu innych ludzi. 
Podniosła lampę ze stojącego w pobliżu stolika i zapaliła ją od tej, którą trzymała już w 
ręku. Migotliwe światło rzuciło ciepłe cienie na umeblowanie pokoju. 

Zatrzymałam te rzeczy, które wyglądały na ważne, notatki 

233 

background image

i tym podobne papiery, oraz kilka wartościowych drobiazgów. Są na górze. - Wręczyła 
drugą lampę Damienowi i wskazała na schody. - Tędy. 
Obaj weszli za nią na poddasze, do pokoju, który obudził w pamięci Damiena wiele 
bolesnych wspomnień. Na tym kilimie klęczał Senzei, kiedy planowali podróż do krainy 
rakhów. Oto pudełko z papierami Ciani, które uratował z pożaru Fae Shoppe. Pozostałe 
znajdowały się w stojących w kącie skrzynkach, wypełnionych książkami, notatkami, 
zapiskami i amuletami. 
Są nie uporządkowane - powiedziała przepraszającym tonem. - Nie wiedziałam, jak to 
zrobić... 
Nic się nie stało - zapewnił ją Damien. 
Nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Ja... 
Wszystko w porządku - rzekł Tarrant. W jego głosie Damien poczuł moc. - Wszystko 
dobrze. Zostaw nas tutaj i idź spać. Odchodząc, zamkniemy za sobą drzwi. 
Przez chwilę wydawało się, że zechce zaprotestować, ale w końcu użyta przez Tarranta fae 
zrobiła swoje i kobieta skinęła głową. Cicho jak duch zeszła po schodach. Kiedy nie mogła 
już ich usłyszeć, Damien rzekł łagodnie: 

Kiedyś przejąłbym się tym. 

-1 wierciłbyś mi dziurę w brzuchu. Na szczęście dla nas obu zmieniłeś się. 
Neohrabia uklęknął przy najbliższej stercie skrzynek i powiódł dłonią po ich szorstkich 
bokach. 
Możesz zlokalizować to, czego potrzebuję, czy też mam zająć się tym sam? 
Jeśli powiesz mi, czego szukać. 
Wszelkich notatek dotyczących wykorzystania fae trzęsienia ziemi. Albo siły wulkanów. 
Wszystkich prądów fae zbyt silnych, by człowiek mógł je wykorzystać. 
Chcesz znaleźć zapiski dotyczące ich wykorzystania. 
Właśnie. 
Najwidoczniej nie widział w tym stwierdzeniu żadnej sprzeczności, a Damien nie miał 
ochoty się z nim spierać. Zaczerpnął tchu, skupił się na fae i wyobraził sobie znaki, które 
pozwalały mu ją kontrolować. Kiedy przekazał jej swoje żądania, podszedł do najbliżej 
stojących skrzynek i zaczął przeglądać ich zawartość, za pomocą fae sprawdzając każdą 
księgę i każdą stronę. 

234 

background image

Zajęło im to prawie godzinę. Musieli dwukrotnie przestawiać skrzynki, by uzyskać dostęp 
do stojących z tyłu. W końcu jednak Tarrant odetchnął z ulgą. 
-Mam. 
Razem zdołali odnaleźć właściwą skrzynię i obejrzeć jej zawartość. 
Dlaczego nie weźmiemy wszystkiego? - szepnął Damien. Czuł się jak intruz, mając 
świadomość, że na dole śpi dwoje ludzi. - Damy radę unieść. 
Chcę mieć pewność, że mamy to, po co tu przyszliśmy. 
Neohrabia przeglądał stos oprawionych w płótno tomów - wyglądających na rejestry - i w 
końcu z satysfakcją wyjął jeden z nich. Oprawiony w skórę, opasły tom, który niegdyś 
musiał być często używany, a na jego grzbiecie i okładce widniały kleksy. Tarrant położył 
go na podłodze i postawił przy nim lampę. Damien przykucnął opodal, a neohrabia zaczął 
przewracać kartki. 
Boże w niebiosach... 
To był album z wycinkami zebranymi przez człowieka owładniętego obsesją, 
gromadzonymi przez ponad dwie dekady. Starannie poprzyklejane do stron, wycięte z gazet 
artykuły dokumentowały wszystkie podjęte przez człowieka próby okiełznania. Opisano 
tam każdego czarownika, który próbował wykorzystać fae trzęsienia ziemi, oraz opis 
okropnej śmierci, jaką przy tym poniósł. Damien sądził dotąd, że znalazło się niewielu 
głupców, którzy próbowali to zrobić, tymczasem okazało się, że były ich setki. Gdy Tarrant 
odwracał kartkę za kartką, ogrom ludzkich tragedii nabierał ciężaru i wagi. Damien mógł 
tylko dziwić się szaleństwu takich ludzi, którzy oddawali życie, próbując ujarzmić siłę, 
jakiej ludzka wola nigdy nie zdołała ujarzmić. 
Senzei też by to zrobił, pomyślał ponuro. W swoim czasie, sfrustrowany, zrobiłby to samo. I 
zginąłby tak jak oni. 

To jest to - rzekł w końcu Tarrant. - Reszta może wrócić na 

miejsce. 
Damien podniósł skrzynkę i postawił ją z powrotem w kącie. 

Może czas, abyś wyjaśnił mi, o co tu chodzi? 

Zauważył, że Tarrant się zawahał. 

Jeszcze nie. Nakreślę ci z grubsza sytuację. Potrzebna mi jed 

na informacja i bardzo możliwe, że znajdę ją właśnie tutaj. Jeżeli 
okaże się taka, jak się spodziewam, będziemy mieli dość czasu, że 
by wszystko omówić. Jeśli nie, po co tracić czas? 

235 

background image

Nie wiem, o co ci chodzi - rzekł ostro Damien - ale pamiętaj, że żaden z tych ludzi nie 
przeżył. Żaden, Geraldzie. 
Żaden nie przeżył - przyznał adept. - Co jednak wcale nie oznacza, że nikomu się nie udało, 
prawda? 
Co chcesz przez to powiedzieć? 
Jednak Łowca nie odpowiedział. W końcu, pojmując, że nie zdoła go przekonać, Damien 
zajął się porządkowaniem pokoju. 

Nadchodził świt. Blask Dominy wpadał przez okno wynajętego pokoju, oświetlając pomięte 
kartki. Damien czuł fizyczne i psychiczne zmęczenie. Łowca zamknął książkę i rzekł: 

Znalazłem. 

Damien w mgnieniu oka zapomniał o senności. Wyprostował się na krześle i zapytał: 
Co takiego? 
Dane, których szukałem. On je odkrył. - Tarrant położył dłoń na skórzanej okładce i 
zamknął oczy. Damienowi wydawało się, że neohrabia lekko zadrżał. - W dziejach 
ludzkości człowiek wciąż próbował ujarzmić przypływ fae poprzedzający trzęsienie ziemi. 
Powszechnie wiadomo, że nie da się tego zrobić, a jednak ludzie wciąż podejmowali próby. 
Wygląda na to, że pod wpływem chęci zdobycia takiej mocy zapominają o ostrożności i 
dopiero, kiedy fae spala im mózgi na popiół, pojmują, że pewnych rzeczy ludzie nigdy nie 
powinni próbować. - Położył dłonie na poplamionej skórze okładki albumu, jakby chłonął 
dotykiem jego zawartość. - Podobnie jak ci, którzy z tych samych pobudek próbowali 
używać Sztuki w pobliżu aktywnego wulkanu. Rezultaty są identyczne. Człowiek nie może 
wykorzystać tej siły i pozostać wśród żywych. 
Potrzebowałeś notatek Zena, żeby dojść do tego wniosku? Do licha, mogłem oszczędzić ci 
zachodu. 
Łowca nie zirytował się, lecz odparł z nikłym uśmiechem: 
Widzisz, jeszcze kilka pytań pozostało bez odpowiedzi. Pytań, jakie nikomu nie przyszły do 
głowy, poza naszym nawiedzonym przyjacielem, Mer Reese'em. 
Na przykład? 
Wskazał na leżący przed nim album. 

Wszyscy ci mężczyźni i kobiety zginęli, używając Sztuki. Co 

236 

background image

się stało z jej wytworami po ich śmierci? Czy zostały zniszczone wraz ze swoimi twórcami, 
spalone w powodzi fae? Czy też chwyciły się oszalałego nurtu, wywierając nań swój wpływ, 
podczas gdy ich stwórcy spłonęli? 
Czy to ma jakieś znaczenie? 
Być może. - Łowca powiedział to spokojnym głosem, ale zesztywniał, jakby dawał upust 
dręczącemu go napięciu. - To może mieć ogromne znaczenie. 
Dlaczego? 
W odpowiedzi Łowca odsunął od siebie ciężki tom i wygodnie wyciągnął się w fotelu. Przez 
chwilę siedział nieruchomo, spoglądając gdzieś w dal. W końcu powiedział z naciskiem: 
Przeciwieństwem sadyzmu jest altruizm. Damien głośno wciągnął powietrze. 
Jesteś pewien? 

A czy można być tego pewnym? Uważam, że to prawdopo 

dobne. 
Altruizm. Pozbawiona egoizmu troska o innych. Damien próbował dopasować ją do 
zachowań Iezu, żeby sprawdzić, czy się uda. Czy można chcieć oszczędzić komuś cierpień, 
a jednocześnie czerpać przyjemność z zadawania ich? 

Chyba pasuje - orzekł w końcu. - Z pewnością lepiej niż wszyst 

ko, czego próbowaliśmy do tej pory. 
Łowca skinął głową. 
Tylko w czym nam to pomoże? Chcę powiedzieć, że raczej nie zdołamy nakłonić Calesty do 
charytatywnej działalności. 
Mając odpowiednią moc - odparł spokojnie Łowca - możemy skłonić go do wszystkiego. 
Dopiero po sekundzie zrozumiał sens słów Tarranta, a wtedy przeszedł go zimny dreszcz. 
Geraldzie, nie możesz. Żaden człowiek nie przeżył takiej próby... 
A czymże jest altruizm, jeśli nie poświęceniem się dla dobra innych? 
Chcesz spłonąć tak jak tamci? I po co? W czym nam to pomoże? 
Przeczytaj - odparł adept, przysuwając ciężki album Damie-nowi. - Przeczytaj artykuły, 
jakie umieścił tutaj Senzei Reese, oraz notatki, jakie tu porobił. Ci ludzie, którzy ryzykowali 
życie, używając Sztuki.... 

237 

background image

Wszyscy zginęli, Geraldzie! 
Jednak nie wszyscy ponieśli klęskę. Przeczytaj to! W trzech przypadkach był w stanie 
udowodnić, że ich dzieła przeżyły ich. Pomyśl o tym, Vryce! Pomyśl, jaka to siła! 
Trzej z ilu? - zapytał. - Mówisz o szansach tak niewielkich, że prawie nie istniejących. Bądź 
realistą, Geraldzie. 
Łowca spojrzał za okno. Poranne niebo jaśniało od gwiazd, a horyzont na wschodzie 
znaczyło pierwsze pasmo szarości. 

Niedaleko mojej siedziby w Puszczy - powiedział do Damieria 

- znajduje się źródło mocy tak ogromnej, że gdyby nie otaczające je 
góry, żadna ludzka istota nie mogłaby przetrwać na tym kontynen 
cie. Widziałeś tę moc w samej Puszczy, a to tylko jej margines. Cień. 
Głównym ogniskiem jest Mount Shaitan, czynny wulkan, którego 
fae jest tak dzika, że niewielu ludzi odważy się tam nawet podejść. 
Shaitan? Ta nazwa brzmiała dziwnie znajomo, chociaż nie mógł sobie przypomnieć, skąd ją 
zna. 
Gdzieś już o tym słyszałem. 
Nie dziwię się - to legendarna góra. Od czasu do czasu jakiś czarnoksiężnik odbywa 
pielgrzymkę do jej stoków, ale niewielu uchodzi stamtąd z życiem, żeby o tym opowiedzieć. 
Ja też byłem w tej dolinie i widziałem budzącą podziw moc. Nic na Emie nie może się z nią 
równać, Yryce. Żadne trzęsienie ziemi, żaden czarnoksiężnik... ani demon. 
Jednak lezu nie są zwyczajnymi demonami. - Damien zaczął obawiać się tego, do czego 
zmierzała ta rozmowa. - Pamiętasz? 
Pierwsze wspomnienia Karrila dotyczą Mount Shaitan. Znam co najmniej dwóch lezu, o 
których można powiedzieć to samo. To powiązanie sięga głębiej niż tylko zwykłej kwestii 
mocy. Czy jest lepsze miejsce, by zniszczyć lezu, niż w miejscu jego narodzin? 
 
A co ze stworzeniem, które go zrodziło? Tarrant zacisnął zęby. 
Kroniki nie wspominają o żadnej takiej istocie. 
Ale też jeszcze nikt nie próbował zabić jej dziecka. Łowca odwrócił się do niego. Cień 
lampy podkreślił wyraźnym 
reliefem bliznę na jego policzku. 

A więc to będzie niebezpieczne, wielebny Vryce. Czy spodzie 

wałeś się czegoś innego? Czy myślałeś, że znajdziemy łatwą odpo 
wiedź? Jakieś proste zaklęcie, które pozwoli nam bez trudu i zacho 
du pokrzyżować szyki lezu? - Ze smutkiem pokręcił głową. - 
Miałem cię za mądrzejszego. 

238 

background image

Mówisz o niemal pewnej śmierci przy cholernie niewielkiej szan 

sie na sukces. To mi wygląda na desperacką próbę. 

Owszem - przyznał adept. - Tylko czy mamy inne wyjście? 

Damien chciał zaprotestować, ale zrezygnował. Ponieważ Tar- 
rant miał rację, niech go diabli. Jak zwykle. 
Łowca wstał. Damien znał go dostatecznie dobrze, aby wyczuć, jaki jest spięty, i odgadnąć, 
że spowodowały to wewnętrzne zmagania. Jednak jego twarz była zupełnie nieruchoma, a 
głos nie zdradzał żadnych uczuć, gdy mówił o czekającym go losie. 
Już świta i zostało mi tylko dwadzieścia dziewięć dni. Po upływie tego czasu Bezimienni 
zerwą umowę i najprawdopodobniej umrę. Widzisz więc, wielebny Vryce, że nie mam nic 
do stracenia, podejmując taką szansę. Może fae ziemi spali mnie, tak jak wielu innych, jeśli 
jednak zdołam użyć wcześniej Sztuki... Chciałbym zabrać tego drania ze sobą - rzucił 
gwałtownie. - Pragnę, by moja śmierć oznaczała choć tyle. Możesz to zrozumieć? 
Tak - odparł. - Tak, rozumiem. 
Będzie to długa i niebezpieczna podróż i niechętnie się w nią udam. Niewielu ludzi ją 
przeżyło. A jeśli Calesta odgadnie moje zamiary i użyje przeciwko mnie całego arsenału 
swoich złudzeń... - Głęboko wciągnął powietrze i powoli je wypuścił. Damienowi wydawało 
się, że lekko przy tym zadrżał. -Ty nie musisz tam iść. Zrozumiem. 
Oczywiście... 
Masz tutaj życie, obowiązki i przyszłość... 

Geraldzie. - Poczekał, aż Łowca zamilknie, a wtedy rzucił 

ostro: - Nie bądź głupcem. Jasne, że idę z tobą. 
Oświetlony szarym blaskiem przedświtu, Łowca spojrzał na kapłana. Jakież emocje 
malowały się w jego oczach, tak trudne do określenia w tym świetle? Strach? Determinacja? 
Przerażenie? Może mieszanina wszystkich trzech, ale nie tylko. Jeszcze coś, co już łatwiej 
było zidentyfikować. Bardzo ludzkie uczucie. 
Wdzięczność. 
Zerknąwszy za okno, jakby oceniał szybkość z jaką wschodziło słońce, Tarrant skinął 
głową. 

A więc dobrze. 

Jego głos był ledwie głośniejszy od szeptu, jakby wschód słońca pozbawił go siły. 

Zakup prowiant, jaki będzie ci potrzebny. W dolinie Shaitana nie 

znajdziemy nic do jedzenia, więc zabierz zapasy na kilka tygodni. 

239 

background image

Będziemy musieli zmieniać konie, jeśli chcemy dotrzeć tam szybko, więc nie inwestuj za 
dużo w dobre wierzchowce. Masz pieniądze? 
W odpowiedzi Damien wyciągnął otrzymany od Patriarchy czek i podał mu. Na jego widok 
Tarrant szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Od kiedy Damien znał Łowcę, jeszcze nigdy 
nie widział go tak zaskoczonego. 
Dziesięć tysięcy? Od Kościoła? 
W razie potrzeby mogę dostać więcej. 
A więc... zaaprobowali twoje metody? Damien prychnął. 
Skądże. 
Ale ten czek... 
-Patriarcha jest praktycznym człowiekiem. Wie, że jako niezależny, mogę robić rzeczy, 
jakich on, ze względu na jego pozycję, nawet nie może spróbować. I wie, że jeśli teraz nie 
powstrzymamy Calesty, ukochany przez Patriarchę Kościół nie będzie miał żadnej 
przyszłości. To wszystko. - Zaśmiał się krótko, chrapliwie. - Wierz mi, chciałbym, żeby 
było inaczej. 
Łowca spytał cicho, z rzadko u niego spotykanym współczuciem: 
Nie kazali ci odejść? 
Jeszcze nie - wymamrotał Damien. Zaczerwienił się. Pozostawili tę decyzję w moich 
rękach. 
Odłożywszy czek na stół, Łowca podszedł do kapłana i położył dłoń na jego ramieniu. 
Tylko na moment i zaraz ją zabrał. Damien poczuł lekki chłód w miejscu, gdzie spoczywały 
palce adepta, i skinął głową, dziękując za ten krzepiący gest. Tarrant bez słowa podszedł do 
drzwi i opuścił pokój. Niebo za oknem było już nieco jaśniejsze niż przed chwilą. Neohrabia 
miał niewiele czasu na znalezienie kryjówki. 
Czekał do ostatniej chwili, pomyślał Damien, ale nie był zaskoczony. Tarrantowi pozostało 
tak niewiele godzin życia, że nic dziwnego, iż wykorzystywał każdą minutę. 
Sam w wynajętym pokoju, mocno zaciskając w dłoni czek Patriarchy, Damien starał się nie 
myśleć o przyszłości. 

background image

26 

uż prawie świtało. Centralny plac miasta był jeszcze pusty. Nadchodzący 
dzień przegnał do łóżek rzesze łotrzyków i kochanków. Po drugiej stronie 
wznosiła się wielka katedra, o gładkich białych murach, strzelistych i 

eterycznych jak sen. 
Damien stał tam przez jakiś czas - tylko na nią patrzył, niczego nie rozważając, nie 
planując, ani nawet się nie bojąc... tylko tam był. Spijał z tych prastarych kamieni ludzkie 
nadzieje, słodką muzykę wiary, która odpowiadała na każdy szept wietrzyku. Potem, gdy 
białe słońce Erny wyłoniło się zza horyzontu, Damien wspiął się po schodach i lekko 
zapukał do drzwi, zawiadamiając o swoim przybyciu. Po chwili usłyszał kroki i trzask 
zasuwy w jednych z mniejszych drzwi. Stanął przed nimi, pokazując się odźwiernemu. 

Wielebny Vryce. - Był to jeden z akolitów, pracujący po go 

dzinach jako nocny stróż. Chudy i niezgrabny nastolatek wydał się 
Damienowi dziwnie znajomy. - Co cię tu sprowadza? 
Ach tak. Pamiętał tę twarz. Jeden z tuzina uczniów, których Patriarcha przydzielił mu wieki 
temu, kiedy Damien przybył do Jag-gonath. Niedoszły czarodziej. 
Skinął głową, starając się uspokoić odźwiernego. 

Przyszedłem się pomodlić. 

Chłopiec przyjął to z wyraźną ulgą i odsunął się, przepuszczając kapłana. 
A czego oczekiwałeś? Że każę ci zbudzić Patriarchę, żeby o świcie porozmawiać z nim o 
czarach? 
Popatrzył na młodą twarz chłopca i pomyślał ponuro: Właśnie tego się spodziewałeś, 
prawda? 

To nie potrwa długo - obiecał. 

W świątyni nie było nikogo, na to zresztą liczył. Nocna zmiana już dawno zakończyła 
sprzątanie i udała się na spoczynek. Jego 

241 

background image

kroki odbijały się upiornym echem w pustej przestrzeni, kiedy pod-chodził do ołtarza. 
Znajoma droga. Znajomy widok. 
Ołtarz. W przeciwieństwie do ołtarzy pogańskich świątyń nie było na nim żadnych posągów. 
Prorok wymarzył sobie Kościół bes takich symboli, w którym centrum wiary byłoby czymś 
więcej niż nakrytym jedwabiem stołem, czymś mniej prozaicznym i bardziej inspirującym 
niż blok marmuru. Jednak Gerald Tarrant przegrał te i bitwę, jak wiele innych. Dzieci Ziemi 
oczekiwały ołtarza, a ich potomkowie również. Bagażu ludzkich przyzwyczajeń, będącego 
dziedzictwem Ziemi, nie dało się tak łatwo pozbyć. 
Klęknął przed prastarym symbolem wiary, czując zbierającą się wokół niego pustkę, gdy 
zamknął oczy. Koncentrował się. Żałował, że żadne słowa nie mogą zdjąć ciężaru, który go 
przytłaczał, ani złagodzić rozpaczy. Żałował, że zwyczajna modlitwa nie ma takiej siły. 
Boże, modlił się, kochałem Cię i służyłem przez całe moje życie. Twoje prawa nadały sens 
mojej egzystencji. Twój sen był moim celem. W Twojej służbie osiągnąłem wiek męski, 
starając się szerzyć Twoje wieczne idee, usiłując żyć tak, by Cię zadowolić. Żyję, 
oddycham, walczę i używam Sztuki, a także akceptuję nieuchronność śmierci - wszystko w 
Twoim imieniu, Panie Boże Ziemi i Erny. Zawsze tylko w Twoim imieniu. 
Westchnął. Ciężar wieków przygniatał mu barki, przeszłość i teraźniejszość łączyły się w 
brzemię. Gdybym w tym momencie umarł z modlitwą na ustach, pomyślał, byłoby to 
sprawiedliwe. I miłosierne, gdyż uniknąłby ostatecznej próby. 
Będę Ci służył aż do śmierci i przestrzegał Twego prawa Nieważne, ile przysporzy mi to 
cierpień, mój Boże. Obojętnie, jak będzie to trudne. Tak ślubowałem przed wieloma laty, 
kiedy po raz pierwszy wstąpiłem na łono Kościoła. I dochowałem tej przysięgi. 
Klęczał jeszcze przez chwilę, z pochyloną głową i zbolałą duszą. Targała nim rozpacz, a 
kiedy wstał, by odejść, wstrząsnęła nim z tak brutalną siłą, jakby próbowała znów powalić 
go na klęczki, usiłując odwlec ten okropny moment, który czekał na niego jak upiór. Zniósł 
to w milczeniu, bez słowa skargi, wiedząc, że to odezwało się jego sumienie, co samo w 
sobie było najlepszą modlitwą. 
Potem wolno poszedł z powrotem główną nawą. Na końcu świątyni przystanął i dotknął 
otworu skarbonki, osłoniętego klapką umożliwiającą wiernym wrzucanie monet na potrzeby 
Kościoła, a jednocześnie ograniczającą dostęp do datków innych. Taka jest 

242 

background image

już ludzka natura, pomyślał ponuro. Przez chwilę bezmyślnie trzymał klapkę, poruszając ją 
na zawiasach. Potem sięgnął za pazuchę i wyjął kopertę. 
Była zaadresowana: ,JDo Jego Świątobliwości". Nic więcej. Przez moment trzymał ją w 
dłoni, lekko drżąc, a potem wsunął w otwór. Usłyszał, jak upadła na dno metalowej kasetki, 
a potem zapadła cisza. List będzie tam czekał do następnej mszy, wtedy kościelny znajdzie 
go i doręczy. Damien miał nadzieję, że do tego czasu on i Tarrańt będą już daleko. 
W Twoim imieniu, mój Boże. Teraz i zawsze w Twoim imieniu. 
Złożywszy formalną rezygnację, Damien Vryce wyruszył w długą i samotną drogę 
powrotną do wynajętego mieszkania. 

background image

11 

lej dzieci przybywały. 
IWyczuwała ich obecność, tkwiąc w swym sanktuarium, i zasta-/ nawiała się nad tą ich 
nagłą aktywnością. Większość dzieci nigdy nie odwiedzała jej po tym, jak wypuściła je w 
świat. Wolały same kształtować swój los, czego nie mogła im odmówić. Przecież pragnęła 
tego już wtedy, kiedy powołała do istnienia pierwsze z nich. 
Teraz jednak przybywały tutaj. Wszystkie. Te, które rozmawiały z nią, i te, które tego dotąd 
nie robiły. Te nieliczne, które mogły bezpośrednio dzielić jej wspomnienia, i setki tych, 
które ledwie zdawały sobie sprawę z tego, że ona w ogóle istnieje. Przybywały, ponieważ 
kilka z nich złamało jej nakazy, a pozostałe chciały sprawdzić, czy zaakceptuje ich 
przewiny, czy też ukarze je, albo... Co? 
No właśnie, pomyślała. 
Stworzyła dla nich prawa - żeby mogły żyć, uczyć się i rosnąć, a w rezultacie służyć jej 
celom. Przez tysiąc słonecznych cykli nikt nie kwestionował tych praw. I tak powinno być. 
Matka dająca życie może wedle swej woli definiować ścieżki, jakimi będą podążać jej 
dzieci, i pozbywać się tych, które nie spełniają jej oczekiwań. Tylko co z dzieckiem 
świadomie łamiącym jej nakazy? Ta koncepcja była tak obca, że ledwie mogła ją ogarnąć. 
Coś takiego nigdy nie wydarzyłoby się w jej ojczyźnie, to pewne. 
Nie wiesz, co nimi kieruje. Nie możesz ich osądzać. 
Dała im rozkazy. Nie wykonali ich. Ustanowiła prawa ich egzystencji, do czego miała prawo 
jako ich stwórca. Zignorowali je. 
Powinni umrzeć. 
Miała prawo ich zabić, bez wątpienia. Niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że to jej 
obowiązek. Z pewnością jej pierwsza rodzina, która przybyła z nią tutaj, natychmiast 
potępiłaby każdego, kto tak otwarcie by się jej przeciwstawił. Jednak te nowe dzieci... te 
dzikie, 

244 

background image

uparte niemowlęta... może mogły ją czegoś nauczyć, zanim umrą? Czyż właśnie nie w tym 
celu wysłała je w świat? 
Są tylko w połowie moje, przypomniała sobie, wspominając ten akt, w którym nie było pasji 
czy bólu, tylko desperacja. Tyle prób. Tyle porażek. Kiedyś myślała, że wybierając 
odpowiedniego towarzysza, zapewni sobie idealne potomstwo, lecz ten plan zawiódł tyle 
razy, że przestała wierzyć w jego powodzenie. Prawdę mówiąc, straciła wszelką nadzieję i 
nawet tę mizerną resztkę pozostałych jej sił... Aż do teraz. 
Jej dzieci przybywały! Tak tłumnie, wszystkie naraz! Jeszcze nigdy nie zebrały się tak 
licznie, z żadnego powodu. Czy to czyni jakąś różnicę? - zastanawiała się. Czy sama 
liczebność da im moc, siłę zrodzoną z ich różnorodności, która może wyśle promień nadziei 
w otchłań jej rozpaczy? Jeśli teraz zabije te nieposłuszne, nigdy się nie dowie. Znów się 
rozproszą, każde pójdzie w swoją stronę. Czego byłoby trzeba, żeby potem znów zebrać ich 
razem? Jaką tragedię musiałaby wywołać? Znacznie łatwiej będzie poczekać z karą, 
pomyślała. Niechaj najpierw przyjdą tutaj wszyscy, a wtedy oczyścimy nasze szeregi 
zgodnie z tradycją. 
Nadzieja. Teraz to słowo wydawało jej się zupełnie obce. Smakowała je z rozmysłem. 
I czekała. 

background image

gozte ZAmfe- 

szicuje moc 

background image

26 

rzybywali pojedynczo i dwójkami, a w miarę jak płynął dzień i zebrali 
odwagę oraz przyjaciół, małymi i zżytymi ze sobą grupkami. Patriarcha 
rozmawiał ze wszystkimi. Jego doradcy protestowali, mówiąc, że w ten 
sposób tylko zachęca ludzi, którzy będą udawać wierzących, aby upiec 

przy tym własną pieczeń i dodać sobie znaczenia Do tej pory okazało się, że mieli trochę 
racji. Na każdego prawdziwie wierzącego przypadało pół tuzina innych, którzy przyszli tu 
tylko po to, żeby móc później chwalić się, że spotkali ojca świętego. Na każdą szczerze 
wierzącą kobietę przypadało pół tuzina takich, których koleżanki kręciły się tuż za progiem 
komnaty, aby móc zaświadczyć, że ich przyjaciółka rzeczywiście dostąpiła takiego 
zaszczytu. Chociaż jednak wiedział, że ostrzeżenia doradców są słuszne, nie zwracał na nie 
uwagi. Nie było innego sługi Kościoła, który potrafiłby wejrzeć w ich serca tak jak on, a 
więc nikomu nie mógł tego zlecić. Po prostu. 
Czasem jego goście reprezentowali dokładnie taki typ ludzi, jakich oczekiwał: szorstcy i 
prości, o zasadach wiary równie topornych jak ich maniery, dzielący świat na wyraźne 
obszary czerni i bieli, co w pełni odpowiadało jego celom. Nie wątpił, iż wśród tych twarzy 
widzi wiele takich, które o północy spotyka się w pogańskich świątyniach, a niektóre 
pamiętał z przelotnego spotkania w świątyni Davarti. Spodziewał się, że jego ogłoszenie 
przyciągnie takich ludzi, i powitał ich w sposób, jaki miał zapewnić mu ich lojalność. 
Obecność innych była dla niego zaskoczeniem. Przybyło więcej kobiet, niż oczekiwał, 
przede wszystkim ze względu na mniejszą skłonność tej płci do przemocy sądził, że 
niewiele z nich zechce wyruszyć na taką wyprawę. Nie docenił jednak symbolicznego 
oddziaływania Puszczy na kobiece umysły i głębi nienawiści, jaką darzyły Łowcę. Niektóre 
deklarowały, że chętnie oddadzą życie, by rzucić tego demona na kolana, i Patriarcha ani 
przez chwilę nie wątpił, że mówiły prawdę. 

249 

background image

W każdym z nas tkwi zalążek wojownika, pomyślał posępnie, obserwując szaleńczo 
wirujące wokół każdego z nich warianty przyszłości. Boże, daj mi siłę, żeby nad nim 
zapanować, kiedy już pozwolę mu, by się rozwinął. 
Oceniał indywidualnie każdego z nich, jednego po drugim, zarówno wzrokiem, jak i nowo 
nabytym zmysłem. W przypadku niektórych natychmiast mógł się zorientować, jakiego 
poparcia - lub zagrożenia - może oczekiwać z ich strony. Dla niektórych musiał rozplątywać 
kłębek możliwości tak zawikłanych i ulotnych, że z najwyższym trudem prowadził z nimi 
towarzyską rozmowę, jednocześnie usiłując coś z tego zrozumieć. Nie panował w pełni nad 
tą nową mocą, która porywała go i unosiła jak fala, grożąc w każdej chwili utopieniem. 
Czyjego doradcy dostrzegali w nim tę słabość? Czy wyczuli, jak wątła jest nić łącząca go ze 
zdrowym rozsądkiem, jak łatwo może się zatracić i zginąć na wieki? 
Spokój. Oto odpowiedź. Idealny, niewzruszony spokój. Użył go jako maski, pod którą 
przeprowadził dziesiątki - a może setki -rozmów z niedoszłymi wojownikami. Spokój to 
najcenniejsze złudzenie, które pozwalało mu skrywać duchowe cierpienia, a więc unikać ich 
wielokrotnego, tysięcznego odbicia w lustrze cudzych dusz. Spokój tak doskonały, że 
Natura nie znała jego odpowiednika... Chyba że w sercu huraganu. 
Wpadł w wir. Gospodynie. Rzemieślnicy. Tragarze. Dziennikarze. Przybywali z różnych 
ścieżek życia, niektórzy z religijnych powodów, inni z dumy, a jeszcze inni z nudów. On 
mógł dostrzec w nich odwagę lub jej brak. Widział, którzy z tych nowych krzyżowców 
zaakceptują jego przywództwo i poświęcą wszystkie siły Jedynemu Bogu, a którzy będą siać 
zamęt w szeregach. Zgodnie z tym wyczuciem każdemu z nich wyznaczył odpowiednią rolę 
w nadchodzącej wojnie. Było tych ról dość, by każdy z nich mógł służyć sprawie, a 
Patriarcha był w wystarczającym stopniu dyplomatą, żeby przekonać każdego z nich, iż to 
niezwykle zaszczytna propozycja. Potrzebni byli kwe-starze, zaopatrzeniowcy i 
kwatermistrze, którzy mieli wyruszyć pierwsi do Kale oraz Mordreth, aby przygotować 
wszystko przed nadejściem armii. Nadzorcy do pilnowania prac na skraju Puszczy, gdzie 
należało wykarczować ogromny szmat ziemi, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się 
ognia, który miał być ostatecznym środkiem wiodącym do celu. Potrzebni byli medycy, 
weterynarze, krawcy, posłańcy, a nawet listonosze... Tak wiele zadań, że zawsze mógł jakieś 
z nich 

250 

background image

zaproponować i mieć nadzieję, że zostanie przyjęte zgodliwym kiwnięciem głowy, a nie 
kwaśną miną. 
Dziwiło go, jak szybko sprawy nabierają biegu. Jakże kusiło, by podziękować za to Bogu i 
zignorować rolę demona! Nie ma się czego wstydzić, pomyślał, czekając, aż następny 
petent stanie przed tronem namiestnika bożego na Ernie. Wykorzystanie zła do zniszczenia 
innego zła to błogosławiony uczynek. Czyż nie tak nauczał Prorok? Z pewnością świat już 
do tego dojrzał. Puszcza nazbyt długo stanowiła zagrożenie. A na powierzchni tej planety 
nie było drugiej takiej organizacji - religijnej ani innej - która miałaby odwagę podjąć taką 
próbę i dostateczną zręczność, żeby tego dokonać. 
Tylko Kościół. 
Jego Kościół. 
Boże, ratuj, modlił się w przerwach między wywiadami, z poczuciem winy kłoniąc głowę 
przed siłą, którą powołał do życia, przed wizjami, których nie mógł uniknąć. Widział je 
nawet wtedy, gdy zamykał oczy. Raziły go, nieustannie przypominały o potępieniu. Boże, 
ratuj nas wszystkich, modlił się. Zastanawiał się, czy Bóg przebaczy mu kiedyś to, co 
uczynił... I czy sam to sobie wybaczy. 

Zmierzch, nastąpił koniec całodniowych przesłuchań i gniewny zgiełk dusz nareszcie 
umilkł. 
Czas podjąć decyzję. 
Patriarcha bez słowa opuścił gabinet i poszedł do sekretnej komnaty w podziemiach. Jego 
słudzy zdążyli się już przyzwyczaić do tego dziwnego milczenia i odgadując życzenia 
swego mistrza, biegli przed nim korytarzem, obwieszczając jego nadejście. Zanim dotarł do 
zamkniętych na dwa spusty drzwi, już czekał tam na niego kapłan z kluczem w ręku. 
Nabożny podziw migotał nad jego głową jasną aureolą, zaprzeczając chłodnemu tonowi 
powitania. Oba klucze obróciły się jednocześnie w zamkach, otwierając stare drzwi. 
Patriarcha sam zszedł po schodach, pozostawiając księdza w progu. Ku jego zdziwieniu, w 
miarę jak schodził, nieustanny jazgot fae ziemi przycichł, zapewniając mu chwilę tak 
pożądanego wytchnienia. Oparł się o mur i głęboko, rozpaczliwie chłonął tę ciszę, jak to-
nący łapie powietrze. Gdyby zszedł dostatecznie głęboko, czy wówczas fae ziemi zupełnie 
by zgasła? Czy był jakiś poziom, na którym 

251 

background image

zaznałby spokoju - prawdziwego spokoju - gdzie ucichłby zgiełk przyszłości i dał mu kilka 
sekund na myślenie? Na modlitwę? Na istnienie! Jakże cenny i rzadki byłby ten dar! 
Jednak nie był to czas na odpoczynek i długo jeszcze takim nie będzie. Fae ziemi wciąż 
przepływała mu wokół nóg, gdy szedł w dół, słabsza tutaj niż na powierzchni ziemi, ale 
bezsprzecznie nadal mająca moc. Nie zazna tu spokoju. U podnóża schodów stanął przed 
grubymi, okutymi żelazem drzwiami. Pewną ręką włożył klucz do zardzewiałego zamka. 
Miał wrażenie, że oprócz blasku fae jest tu jeszcze jedno źródło światła - to, które sączyło 
się przez szparę nad progiem. Wahał się przez chwilę, obawiając się tego, co zobaczy w tym 
pomieszczeniu dzięki nowemu zmysłowi. Potem, z modlitwą na ustach, gwałtownie 
otworzył ciężkie drzwi. 
Za nimi ujrzał morze światła tak oślepiającego, że mimowolnie krzyknął, kiedy go oślepiło i 
osłonił oczy rękawem szaty. Na górze usłyszał tupot nóg, to biegli słudzy, usłyszawszy jego 
krzyk. Zawołał, żeby trzymali się z daleka. To była jego próba, nie ich. Potem po omacku, 
nie patrząc, powoli wszedł do komnaty. Widział tylko szereg ciemnych punktów na tle 
oślepiającego słońca, pulsującego w rytm jego serca. Czy tak widział to Vryce, kiedy używał 
swego daru? Czy też jeszcze jednym aspektem jego prywatnego piekła, ceną przyjęcia daru 
od demona, było to, że nie mógł patrzeć na sztukę własnego Kościoła? 
Jednak po chwili i z trudem jego oczy oswoiły się z tym blaskiem. Do tego czasu Patriarcha 
miał zlaną potem nie tylko twarz, ale i ciało. Oczy piekły go i swędziały, tak że nawet 
mruganie sprawiało mu ból. Teraz jednak już widział i z podziwem, ale też lękiem, spojrzał 
na relikty wielkiej wojny, wytwory sztuki kapłanów jego wiary sprzed lat. 
Kawałki stali, już dawno zżarte przez rdzę. Strzępy odzieży. Kawałki pozłacanych rzemieni. 
Wszystkie przesiąknięte fae słońca, tą niemal nieposkromioną siłą, tak że nawet rozpadając 
się, napełniały powietrze słoneczną poświatą. Płonąc jak tysiąc słońc, były świadkami 
potęgi, tak bardzo przekraczającej wszystko, co mógł przywołać na pomoc Patriarcha, że 
odruchowo wyciągnął rękę i oparł się o najbliżej stojącą gablotę, oszołomiony przez 
wspomnienia związane z tymi reliktami. Wszystko przepadło. Oni wszyscy. Ci wojownicy, 
ich siła, ich marzenia... Stały się tylko przeszłością. Pozostały tylko te relikty, które przy 
pewnym nakładzie sił można 

252 

background image

wykorzystać do stworzenia nowego oręża. Aby znów służyły Kościołowi, który tym razem 
zatriumfuje. 
Spoglądając na te cenne resztki i wyobrażając sobie, czym mogą się stać, nagle uświadomił 
sobie, że ich aura zawiera coś jeszcze poza mocą słońca. Jakąś skazę, jakby cień mroku, 
widoczny na samej krawędzi dzięki jego nowemu zmysłowi. Po chwili poznał co to takiego i 
zadrżał, a potem w oczach stanęły mu łzy wywołane rozczarowaniem. Te relikty były dlań 
symbolami żarliwej wiary, lecz dla jego ludu stanowiły pamiątkę po największej klęsce 
Kościoła. Zabierając je ponownie na wyprawę przeciwko Puszczy, przykułby uwagę 
żołnierzy do tych wspomnień, budząc niszczycielskie echa, które wywołałyby reakcję fae, 
skazując ich wysiłki na niepowodzenie. Równie dobrze mogliby wytoczyć z siebie krew i 
ofiarować ją wrogowi, pomyślał. Ostateczny rezultat byłby taki sam. 
O mój Boże, rozpaczał. Czy wyślesz nas bezbronnych w obliczu nieprzyjaciela? Czy każesz 
nam tylko z zimną stalą w dłoniach szturmować mury piekieł? 
Niechaj wiara będzie wam tarczą, szepnął zimny głos, tak przeszywający, że zimny dreszcz 
przebiegł mu po krzyżu. Czy była to część jego wewnętrznego monologu, czy też głos jego 
Boga? A może to podszept jakiegoś demona, na przykład Geralda Tarranta albo Calesty, 
wykorzystującego ludzką słabość Patriarchy jako bramę, pozwalającą wtargnąć do tego 
świętego miejsca? 
Uwolnij mnie od tego ciężaru, Panie. Nie jestem dość silny, by go udźwignąć. Złóż go na 
barki tego, kto cię nie zawiedzie. 
Wizje jednak nie chciały zniknąć. Relikty wciąż lśniły oślepiającym blaskiem. A wokół 
niego, i nad nim - w samej jego duszy -nie kończący się strumień przyszłości domagał się 
spełnienia. 

\£ 

Była smukła i delikatna, piękna urodą kruchej porcelanowej figurki - bezcennego antyku. 
Przez chwilę tylko patrzył na nią, nie mogąc pojąć, dlaczego taka kobieta zechciała wziąć 
udział w jego wyprawie... Potem zobaczył natłok otaczających ją obrazów i zrozumiał kim 
jest. 
- Narilka Lessing. 
Wyglądała na zaskoczoną tym, że wiedział, jak się nazywa, ale szybko opanowała 
zdziwienie. Wyczuwał w niej napięcie tak ogromne, 

253 

background image

że kogoś słabszego mogłoby nawet załamać. Fakt, że potrafiła jo znosić, niczego po sobie 
nie okazując, najlepiej świadczył o sile charakteru. Czy to w tej kobiecie zakochał się 
Andrys Tarrant? Jeżeli tak, to nietrudno było zrozumieć dlaczego. 
Wasza wysokość. - Zawahała się, nie wiedząc, czy ten tytuł będzie odpowiedni, czy 
obraźliwy. Czuła się nieswojo w obecności przedstawiciela Jedynego Boga, ale chciała 
oddać mu należny szacunek. Przyjął to z lekkim skinieniem głowy, nie odrywając wzroku 
od otaczających ją obrazów -jasnych/ostrych, ulotnych. Dotąd rzadko widywał taki ich 
natłok. 
Rozumiem, że powiedziałaś moim ludziom, iż należysz do Kościoła. 
Lekko zarumieniła się, ale nie spuściła wzroku. 

Nie było innego sposobu, by się z tobą zobaczyć. Próbowałam. 

Kiwnął głową i patrzył, jak obok niej pojawia się jakieś okrwa 
wione ciało. Czyja była ta blada, szczerząca kły twarz? 

Żałuję, że zmusiliśmy cię do użycia podstępu. Nie było to na 

szym zamiarem. A teraz, kiedy już tu jesteś, co mogę dla ciebie 
zrobić? 
Zaczerpnęła tchu, a potem powiedziała śmiało: 

Chcę wyruszyć z wami do Puszczy. 

A więc tak. Powinien był to odgadnąć. 
Mer Tarrant już mnie o to pytał. Powiedziałem mu, że to niemożliwe. 
Nie mogę przyjąć takiej odpowiedzi. 
W innym miejscu, w innym czasie, mógłby się na nią rozgniewać. Teraz ta rozmowa 
wydawała mu się dziwnie odległa, jakby prowadziły ją jakieś dwie obce osoby. 
Ta kampania to sprawa Kościoła. Wszyscy jej uczestnicy służą Jedynemu Bogu. Ty, Mes 
Lessing, nie. - Pokiwał głową. - A przynajmniej tak to rozumiem. Popraw mnie, jeśli się 
mylę. 
Czyżbyś obawiał się, że mogę nawrócić twoich ludzi na moją wiarę? - rzuciła wyzywająco. - 
Tak myślisz? Czy twoja wiara w waszego Boga jest tak słaba? Naprawdę sądzisz, że 
byłabym dla nich zagrożeniem? 
Nie o to chodzi - odparł spokojnie. Odwrócił się bokiem do niej, jakby, mówiąc, chciał 
spoglądać przez okno. Byle tylko nie patrzeć na otaczający ją, zrodzony z fae chaos. - Wiara 
to siła, Mes Lessing, prawdziwa siła. Połączona wiara może wpłynąć na prądy, 

254 

background image

zmieniając rzeczywistość tak, by sprzyjała naszej sprawie. Jedna tworząca dysonans dusza 
wyda ci się nieistotna, lecz może wywrzeć na naszą misję taki sam wpływ, jak jedna 
fałszywa nuta w doskonałej poza nią symfonii. - Przerwał, dając jej chwilę na przemyślenie 
tego. -Gdybyś wyruszyła z nami, tysiąckrotnie zwiększyłoby to niebezpieczeństwo grożące 
nam wszystkim - również Andrysowi Tarrantowi. Czy tego chcesz? Narazić go na jeszcze 
większe niebezpieczeństwo? 
Nie wiesz, co mu robicie - odparła gwałtownie. - To zżera go od środka, ta rola, jaką przyjął, 
doprowadza go do szaleństwa. Chcesz, żeby borykał się z tym samotnie? 
Ma nas - odparł chłodno. -1 ma Boga. 
To nie wystarczy! Twój Bóg nie trzyma człowieka za rękę, gdy ten jest samotny w mroku. 
Wasz Bóg nie pociesza go, kiedy człowiek umiera ze strachu. Wasz Bóg nie dba o to, czy 
stanie mu się krzywda, byle tylko... 
Słowa uwięzły jej w gardle i zakrztusiła się. Popatrzył na nią i ujrzał bladą maskę twarzy 
dziewczyny i jej przerażone oczy. 

Nie będę przeszkadzać - obiecała. Prosiła, bez gniewu, rozpacz 

liwie usiłując go uspokoić, przekonać. - Nie powiem niczego, co mog 
łoby kogoś urazić. Potrafię zatroszczyć się o siebie, kiedy dojdzie do 
bitwy... - Nabrała tchu i mroczne kształty zatrzepotały nad jej głową 
jak nietoperze. - A Puszcza nie może mnie skrzywdzić. To... rodzaj 
daru. Nic, co należy do Łowcy nie może mnie zranić. Będę bezpiecz 
na. - Zrobiła krok w jego kierunku. Kiedy się poruszyła, warianty przy 
szłości pojawiały się i znikały z oszałamiająca prędkością. - Proszę - 
błagała. - Pozwól mi być przy nim. On mnie potrzebuje. 
Jeśli tak bardzo ci na nim zależy, chciał powiedzieć, to przyjmij jego Boga. Połącz się z nim 
w wierze, a wówczas naprawdę będziesz dzielić jego los. Te słowa już cisnęły mu się na 
usta, kiedy pojawił się nowy ciąg obrazów, chaos przyszłości tak wyraźnych, tak potężnych, 
że zamiast coś powiedzieć, przeciągle westchnął i mógł tylko stać tam i je obserwować. 
Widział, jak ta kobieta towarzyszy Andrysowi Tarrantowi w bitwie, i widział, jak zostaje w 
mieście. Te dwie przyszłości podzieliły się kilka, a potem sto razy, aż cały pokój wypełniły 
wizje, krwawe i przerażające. Było to o wiele intensywniejsze objawienie od tych, jakie 
miewał dotychczas - może oprócz tego dotyczącego An-drysa Tarranta- i daremnie usiłował 
ogarnąć je całe, nie gubiąc się w nim. Burza obrazów, kalejdoskop wizji, fragmenty 
pojawiające 

255 

background image

się i znikające tak szybko, że ledwie nadążał za nimi wzrokiem. Czy ta jedna decyzja 
naprawdę była tak ważna? Czy to możliwe, że cała przyszłość zależała od tego, czy ta 
kobieta weźmie udział w wyprawie, czy nie? Zamęt odpowiedzi wypełnił mu umysł i 
Patriarcha na próżno usiłował odnaleźć wśród nich właściwą. Jeżeli dziewczyna wyruszy z 
nimi, może im się uda, chociaż szanse na to były niewielkie. Z drugiej strony, jeśli zostanie 
w mieście... Wtedy będzie musiał wybierać spośród tysiąca nowych przyszłości, a i w nich 
wiele prowadziło do zwycięstwa. Ujrzał uśmiechniętą bladą twarz, jej rozcięte gardło, 
strumyki krwi spływające po ścianie z czarnego szkła.. Drżał, oglądając raz po raz jej 
śmierć, widząc, jak nie umiera, patrząc, jak Puszcza triumfuje, więdnie, rośnie lub płonie... 
Dość! Cofnął się o krok i zamknął oczy, zasłaniając je dłonią. Wystarczy. Wiedział, że tych 
wizji było zbyt wiele, aby zdołał je zinterpretować. Gdyby próbował zrozumieć je wszyst-
kie, mógł rozbić tę kruchą skorupę, będącą ostatnią ochroną jego zdrowych zmysłów. 
Wniosek był oczywisty, chociaż przygnębiający. Wszystkie jego plany, nadzieje, 
przekonania., bez tej kobiety mogły lec w gruzach. Bez niej przyszłość mogła rozsypać się 
jak domek z kart, jak oręż wielkiej wojny, butwiejący w podziemiach katedry. 
Zakręciło mu się w głowie, zaschło w ustach i daremnie usiłował coś powiedzieć. Już nie 
chciał jej radzić, ani pocieszać, tylko jak najszybciej odprawić. Gdy słowa ulatywały z jego 
warg, cierpiał, sprawiając jej ból, ale wiedział, że jest to konieczne. Widział. 

Jeśli taka jest wola Boga niech tak się stanie. - Chciał, by w je 

go głosie pobrzmiewał gniewny ton - chociaż trochę - żeby wyda 
ły się bardziej szorstkie. Mówiąc to, zobaczył, jak przyszłość zni 
ka, a na jej miejscu pojawiają się inne. - Wszyscy ryzykujemy życie 
i nie tylko. Myślisz, że to będzie łatwe? Czy sądzisz, że wojnę moż 
na prowadzić bez cierpień i ofiar? 
Uważaj, ostrzegł się w duchu, gdy wokół niej zaczęły formować się nowe, przerażające 
obrazy. W jednym z nich potraktował ją tak ostro, że ze wszystkich sił zaczęła przekonywać 
Andrysa Tarranta aby wcale nie jechał do Puszczy. 

Przykro mi - rzekł, starając się mówić to beznamiętnym to 

nem. - Naprawdę mi przykro. Jednak muszę odmówić. 
Chciała coś powiedzieć, ale najwidoczniej zabrakło jej słów. 

Zabijecie go - szepnęła Głos miała ochrypły i krzywiła się, 

wymawiając słowa -Może nie jego ciało, ale duszę. Czy wcale cię 
to nie obchodzi? 

256 

background image

Odwrócił głowę, żeby nie patrzeć na tysiące zrodzonych przez fae obrazów, które 
odzwierciedlały jej cierpienie. 

Przykro mi - powiedział; cicho lecz zdecydowanie. - Nie mo 

gę na to pozwolić. 
Przez chwilę w komnacie panowała cisza. Nie odważył się spojrzeć na nią, bojąc się tego, 
co mogła objawić fae. W końcu usłyszał szmery, odgłos kroków, szczęk zamka i głośny, 
zimny trzask zamykanych drzwi. Odeszła. 

Dobry Boże - szepnął. Wyczuwał jej ból tak, jakby ten tak na 

sączył powietrze w gabinecie, że przy każdym oddechu wypełniał 
mu płuca. Kolana ugięły się pod nim i pozwolił im na to. Opiera 
jąc się ręką o ścianę, powoli opadł na klęczki. 
Wybacz mi, Panie, że przysporzyłem cierpień innym. Przebacz mi, że manipuluję życiem 
tylu ludzi, co jest przeciwne Twoim naukom. Przebacz... 
Przytłaczający ciężar smutku nie pozwalał mu się nawet modlić i Patriarcha zapłakał. 

background image

19 

puścili miasto zaraz po zachodzie słońca, gdy tylko Tarrant był w stanie 
znieść gasnące światło. Łowca okrył płaszczem głowę i ramiona, tak że 
był bardziej podobny do zjawy niż do człowieka. Odpowiedni strój, 
pomyślał Damien, zważywszy na okoliczności. Dopiero kiedy Rdzeń 

poszedł w ślady słońca i skrył się na zachodzie, neohrabia zdjął swój prowizoryczny kaptur i 
wciągnął nozdrzami powietrze, badając zapachy nocy. 
- Nic - powiedział cicho, co mogło mieć rozmaite znaczenie. Wyraźnie usatysfakcjonowany 
popędził wierzchowca. Nieco uspokojony Damien pojechał za nim. 
Mieli do wyboru dwie drogi i przez godzinę spierali się, którą z nich pojechać. Jeden szlak 
wiódł po zachodnim brzegu rzeki Stekkis do Kale i zapewniał podróżnym wszelkie wygody. 
Łatwo było tam o żywność, schronienie oraz rozmaite udogodnienia, które kusiły Damiena. 
Była to jednak droga, którą Kościół zamierzał wykorzystać w wypowiedzianej właśnie 
wojnie z Puszczą, a wojska miały wyruszyć lada dzień. To prawda, że ryzyko spotkania z 
nimi było niewielkie - prawdopodobnie będą wyprzedzali ich o co najmniej siedem dni - ale 
Tarrant nie zamierzał go podejmować. A ponieważ, szczerze mówiąc, podróżując w 
towarzystwie Łowcy, Damien bynajmniej nie miał ochoty na spotkanie z Patriarchą, w 
końcu zgodził się pojechać wschodnim szlakiem, wzdłuż drugiego brzegu rzeki. 
Kiedy jechali, usiłował nie myśleć o Caleście, ale przychodziło mu to z najwyższym trudem. 
Czy demon wiedział o ich wyprawie i chciał pokrzyżować im plany? Tarrant powiedział, że 
lezu potrafi czytać w ludzkich sercach. Jak można obronić się przed czymś takim? Może 
demon jest tak zajęty Kościołem i krucjatą, że on i Tarrant będą chwilowo bezpieczni? 
Łowca mówił, że Calesta maczał palce w tym przedsięwzięciu, chociaż nie wiedział 
dokładnie w jaki sposób. Może demon poświęci wszystkie siły...? 

258 

background image

 

Taaak. Akurat. 
Po dwóch godzinach jazdy dotarli do zachodniego brzegu Stek-kis i maleńkiej osady zwanej 
Lasta. Nieliczne sklepiki i warsztaty miasteczka były nieczynne, drzwi i okiennice 
pozamykane na noc. Tarrant za pomocą Sztuki odnalazł dom przewoźnika. Pozostawiony 
samemu sobie Łowca mógłby nakłonić tego człowieka do darmowej usługi, ale Damien 
przejął inicjatywę i w końcu uzgodnili zapłatę w pieniądzach i w magii, pół na pół. Tarrant z 
gniewną miną nadał magiczne właściwości kawałkowi kryształu dostarczonemu przez 
przewoźnika, który upewniwszy się, że czar działa, wyprowadził ich z domu i powiódł do 
rzeki. 
Demoniaki trzepotały im nad głowami, gdy prowadzili wierzchowce wąską ścieżką za 
domem, do czekającego tam drewnianego promu. Damien odniósł wrażenie, że było ich tu 
aż za wiele jak na takie niewielkie miasteczko. Albo mieszkańcy tej mieściny byli 
niezwykle przedsiębiorczy, albo był po temu jakiś inny powód. Może podążające tędy, 
zrodzone z fae stwory, napotkawszy wodną przeszkodę zgromadziły się tu jak śmieci w 
wykopie, zbyt głupie, by pojąć, że ich szanse na zdobycie pożywienia wzrosłyby tysiąc-
krotnie, gdyby wróciły tam, skąd przybyły. Ich obecność przypominała o bytności chmar 
tych paskudnych stworów, które zazwyczaj trzymały się z daleka od Tarranta. Nic 
dziwnego, że przewoźnik się upierał, by część zapłaty stanowił ochronny amulet. 
Rzeka w tym miejscu była szeroka, ale płytka, zupełnie niepodobna do tej, która sto 
kilkadziesiąt kilometrów dalej, na północy, z rykiem opadała jako wodospad Naigra, a 
potem tworzyła wielką deltę, w której znajdowało się pół tuzina portów. Prom był mały, 
lecz wystarczający, a jeśli konie miały jakieś zastrzeżenia, to Tarrant szybko uspokoił je 
swym zrodzonym z fae darem. Opierając się o reling i patrząc na atramento-woczarną wodę, 
Damien przypomniał sobie, jak protestował, kiedy Tarrant po raz pierwszy użył tej sztuczki. 
Teraz był to tylko jeszcze jeden czar, bardziej praktyczny i nie tak irytujący jak inne. 
Spójrz prawdzie w oczy, człowieku. Przyzwyczaiłeś się do niego. 
Po drugiej stronie nie było miasta ani drogi, tylko piaszczysty trakt odchodzący od brzegu 
rzeki. Znajdą przy nim zabudowania, ale nieliczne i oddalone od siebie, a ich mieszkańcy 
będą się obawiać obcych. Ponieważ szlak biegnący na zachodnim brzegu rzeki był i 
wygodniejszy, i bezpieczniejszy, każdy, kto wybierał tę drogę, stawał się podejrzany. 

259 

background image

Gdy przewoźnik skierował prom z powrotem, Damien podszedł do Tarranta, który opierał 
się jedną ręką o czarny bok konia. Wyraz twarzy adepta wyraźnie wskazywał, że używa 
Sztuki, więc dopiero kiedy skończył i się poruszył, Damien zapytał: 

Dowiedziałeś się czegoś? 

Tarrant zmrużył oczy. 

Patriarcha zamierza osobiście poprowadzić swoich ludzi do Pusz 

czy, prosto do mojej fortecy. Chcą zaatakować mnie w mojej sie 
dzibie, przekonani, że Bóg pobłogosławi ich misję i powiedzie do 
zwycięstwa. 
Zamilkł. Po chwili Damien spytał: 
-I co? 
Neohrabia potrząsnął głową, wyraźnie zdumiony. 
W niektórych wariantach przyszłości odnoszą zwycięstwo. Tylko w niektórych... ale w jaki 
sposób zdołają przejść po mojej ziemi? Czy sądzą, że nie umiem się bronić? Sama ziemia 
powstanie przeciwko nim, a wyhodowane przeze mnie gatunki... 
Geraldzie. - Damien położył dłoń na jego ramieniu, po raz pierwszy nie zwracając uwagi na 
bijący od niego, nienaturalny chłód. -To już nie ma znaczenia. Ani Puszcza, ani nic innego. 
Nie dokończył, ale pozwolił nie wypowiedzianym słowom zawisnąć w powietrzu: Pozostało 
ci dwadzieścia dziewięć dni. To wszystko. Nie możesz sobie teraz pozwolić na zajmowanie 
się głupstwami. - Dopóki Calesta żyje, jest dla nas największym zagrożeniem. 
Łowca zawahał się i Damien dostrzegł ponury błysk w jego zimnych, szarych oczach. Co 
miał oznaczać? Gniew? Frustrację? Tarrant zerknął na północ, w stronę Puszczy, jakby 
chciał zobaczyć, co się tam dzieje, lecz silne prądy płynącej na północ fae nie pozwoliły mu 
na to. Zaklął pod nosem, oderwał wzrok od horyzontu i ponownie chwycił wodze. 

Masz rację, wielebny Vryce. Chociaż niechętnie to przyznaję. 

Wsiadł na konia i skierował go na wschód. Damien nie poszedł w je 
go ślady i po chwili Tarrant obejrzał się, sprawdzając, co się stało. 

Nie jestem - rzekł ochrypłym głosem Damien - wielebnym. 

- Przełknął ślinę i z trudem wykrztusił: - Nie jestem już kapłanem. 
Na chwilę zapadła cisza. 
Wyrzucili cię? 
Nie. - Sztywno pokręcił głową. - Zrezygnowałem. Sam... -Boże, po co w ogóle prowadzą tę 
rozmowę. Jednak Tarrant ma 

260 

background image

prawo wiedzieć. - Sam dokonałem tego wyboru. Naprawdę. Ja... -Kogo chciał przekonać, 
Tarranta czy siebie? - Tak trzeba. Tak trzeba było zrobić. 
Łowca przez dłuższy czas nie odzywał się. Potem rzekł: 
Przykro mi. 
Tak. - Zamknął oczy, usiłując zapomnieć o bólu, jaki czuł. Ile minie czasu, zanim rana się 
zagoi, zanim będzie mógł spokojnie myśleć o wyborze, jakiego dokonał? - Ruszajmy, 
dobrze? - Wskoczył na koński grzbiet i chwycił wodze. - Mamy sprawy do załatwienia. 
Ubódł konia piętami, mając nadzieję, że Tarrant pójdzie za jego przykładem. Nie chciał 
oglądać się na niego w obawie, że ujrzy w tych śmiertelnie wyblakłych oczach coś aż 
nazbyt ludzkiego. Coś, z czym teraz nie mógłby sobie poradzić. 
Litość. 
Pojechali szybko, zatrzymując się tylko po to, by konie odpoczęły i nabrały sił do dalszej 
podróży. Na tym szlaku nie było stajni, w której mogliby wymienić wierzchowce na 
wypoczęte, tak więc musieli je oszczędzać do czasu, aż dotrą do morza. To oznaczało co 
najmniej trzy dni, może więcej. Pierwszej nocy jechali najszybciej jak mogli, ale obaj 
wiedzieli, że drogo by ich to kosztowało, gdyby choć jeden z ich rumaków okulał. 
Szybciej podróżowałbyś beze mnie, rozmyślał Damien. Mógłbyś przybrać postać ptaka i 
dotrzeć do wybrzeża w dzień lub dwa, a wkrótce potem do Shaitana. Jednak nie powiedział 
tego głośno. Łowca znał swoje możliwości i dobrze wiedział, że w towarzystwie Damiena 
porusza się wolniej. Owszem, sam dotarłby do Shaitana w niecały tydzień, ale najwyraźniej 
nie spieszyło mu się. Nie chce umierać w samotności, pomyślał ponuro Damien. Nie dziwię 
mu się. 
To Tarrant wybrał szlak, zjeżdżając z ubitego i wąskiego traktu na trawiastą równinę. W tej 
okolicy nie ma wielu jaskiń, wyjaśnił. Muszą skręcić na wschód, gdzie wznoszą się góry, 
aby zwiększyć szanse znalezienia schronienia przed świtem. To, co pozostało nie 
wypowiedziane, było wymownym świadectwem łączącej ich obecnie więzi. Sam Tarrant 
bez trudu mógł znaleźć sobie kryjówkę, wykorzystując fae do zlokalizowania podziemnej 
jaskini i w magiczny sposób tworząc do niej wejście. Obecność Damiena znacznie utrudni 
mu takie poszukiwania. Po raz pierwszy, od czasu gdy zaczęli podróżować razem, Łowca z 
własnej inicjatywy postanowił dzielić z nim kryjówkę. 

261 

background image

Boi się, pomyślał Damien, gdy trzeci księżyc wzeszedł, by oświetlać im drogę. Do licha, na 
jego miejscu ja też bym się bał. Jak każdy, kto jest zdrowy na umyśle. 
Próbował nie myśleć o tym, jak czułby się ktoś, będąc na jego miejscu. 
Przed świtem w końcu się zatrzymali i Damien z westchnieniem ulgi zsiadł z konia. Po 
dziesięciu spędzonych na morzu miesiącach mięśnie nóg osłabły mu tak, że teraz czuł w 
nich każdy kilometr tej podróży/Jeśli Łowca odczuwał podobne dolegliwości, to jak zwykle 
nie dawał tego po sobie poznać. W milczeniu zaprowadzili konie do kryjówki i po krótkich 
zmaganiach z łopatą oraz kilkoma ciężkimi kamieniami Damien zdołał dotrzeć do 
podziemnej jaskini. Przynajmniej była sucha, a to więcej, niż mógłby powiedzieć o kilku 
innych miejscach, do jakich zaprowadził go Tarrant. 

Zostanę tutaj przy koniach - rzekł, ruchem głowy wskazując 

na sprzęt biwakowy przy siodle. - Zwierzęta będą mogły się paść, 
więc zaoszczędzimy paszę. Będę miał na nie oko. 
W końcu doszedł do pytania, którego nie chciał zadać. Ponieważ nie chciał znać 
odpowiedzi. Nabrał tchu i powoli powiedział, starając się, by zabrzmiało to zupełnie 
zwyczajnie: 
Pewnie będziesz musiał... teraz albo rano... 
Posilić się? 
Mruknął coś pod nosem. W odpowiedzi Tarrant rozpiął sakwę przy siodle i wydobył spory 
bukłak. 

Jak widzisz, jestem przygotowany. 

Wyjął korek i pociągnął tęgi łyk. Sposób, w jaki trzymał tę manierkę sprawił, że Damien 
nabrał pewności, iż nie zawiera wody. 

Koniec z koszmarami, Vryce. Nie tym razem. Musisz oszczę 

dzać siły, tak samo jak ja, a spotkanie z Calestą... Niedługo obaj bę 
dziemy mieli dość koszmarów. - Pociągnął jeszcze jeden łyk, a po 
tem zakorkował bukłak. - Wystarczy mi aż do wybrzeża Potem... 
Wzruszył ramionami. 
Nie myśl o tym, ostrzegł się Damien, gdy Łowca zarzucił bagaż na ramię i wślizgnął się w 
ciemność podziemnej kryjówki. Nieszczęścia, jakie spadłyby na ten świat, gdyby Calesta 
zrealizował swój plan, są tysiąckroć gorsze od wszystkich, jakie mógłby spowodować 
Łowca 
Chciałby być tego pewny. Chciałby być pewny czegokolwiek. 
Pozostało dwadzieścia osiem dni. 

262 

background image

Co się stanie z wojskami Kościoła, jeśli uda im się przedrzeć? -zapytał Damien Tarranta. 
Jeżeli twoje stwory przepuszczą ich i pozwolą im dotrzeć do fortecy? Co wtedy? 
Ich los będzie w rękach Amorila, odparł neohrabia. Natomiast to, do czego jest zdolny 
Amoril... Ponuro potrząsnął głową. Puszcza nadal jest moja i taką pozostanie do mojej 
śmierci. Może korzystać z jej mocy, ale nigdy nie zdoła jej kontrolować. 
A więc mogą zwyciężyć. 
Łowca przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Dostatecznie długo, by Damien zaczął się 
zastanawiać, czy w ogóle go usłyszał, i już miał powtórzyć pytanie, gdy Tarrant cicho 
odparł: Cena takiego zwycięstwa byłaby bardzo wysoka. Nie wiem, czy wasz Patriarcha 
zechce ją zapłacić. 

*t 

Po trzech dniach jazdy dotarli do północnego wybrzeża Co noc Damien widział, jak Tarrant 
po przebudzeniu wstaje i spogląda na północ, w kierunku odległego celu ich podróży. 
Niemal słyszał, jak towarzysz w myślach odlicza pozostałe mu dni. Dwadzieścia siedem. 
Dwadzieścia sześć. Dwadzieścia pięć. Damien powtarzał sobie, że tyle wystarczy im, żeby 
zrobili to, co zamierzają. Musi wystarczyć. Sha-itan nie znajdował się aż tak daleko, a więc 
jeśli nie zginą w czasie podróży, powinni dotrzeć tam najpóźniej za dwa tygodnie. Prawda? 
Calesta nadal nie podjął przeciwko nim żadnych wrogich działań. Ten fakt, zamiast 
uspokoić Damiena, jeszcze bardziej go niepokoił. Chociaż Tarrant twierdził, że Iezu nie 
będzie próbował ich zabić, Damien wcale nie był tego taki pewny. Łowca twierdził, że 
prawa Iezu nie pozwalają im wtrącać się w ludzkie sprawy, a przecież Calesta właśnie to 
robił, czyż nie? Jeden Bóg wie, co też szykował dla nich demon, ale z pewnością nie było to 
nic przyjemnego. Może zaczeka, aż dotrzemy do Shaitana, pomyślał Damien. Może 
pierwsza część podróży będzie stosunkowo łatwa, ponieważ jesteśmy przygotowani do 
konfrontacji na jego własnym terenie. Może... 
Westchnął i przesunął się w siodle, przybierając pozycję, w jakiej nogi trochę mniej go 
bolały. 

263 

background image

Tak. Pewnie. Możesz sobie pomarzyć, Vryce. 
Czwartej nocy podróży tuż po północy znaleźli się w pobliżu Seth. W porównaniu z 
Jaggonath było to małe miasteczko, ale zupełnie wystarczające dla ich celów: miało 
niewielki port, w którym powinni znaleźć co najmniej jeden stateczek mogący wziąć ich na 
pokład. Kiedy zbliżali się do południowej bramy, Damien zauważył, że Tar-rant dotyka 
kołnierza tuniki. Ciekawe, czy zastąpił innym ten medalion, który Ciani zdarła mu z szyi tak 
dawno temu. Kiedyś taki medalion znacznie ułatwiał negocjacje, ale teraz pokazywanie go 
mogło nie być najlepszym pomysłem. 
Jakby w odpowiedzi na jego myśli, Tarrant zsiadł z konia i skinął na kapłana, żeby zrobił to 
samo. 

Staraj się nie używać tu Sztuki - ostrzegł, przywiązując ruma 

ka do pobliskiego drzewa. - Tutaj, w pobliżu Puszczy, prądy mo 
gą być zbyt silne. 
Damien skinął głową na znak, że zrozumiał. Senzei Reese o mało nie został porwany przez 
silny prąd fae w Kale, a to miasto znajdowało się tuż obok, na drugim brzegu rzeki. Damien 
nie miał ochoty mierzyć się z tak potężną siłą. 
Tarrant przez chwilę stał bez ruchu, szykując się do użycia Sztuki. Damien doszedł do 
wniosku, że musi to być jakieś bardzo skomplikowane zaklęcie, gdyż Łowca rzadko tak 
długo się przygotowywał. Potem Tarrant wyciągnął do niego rękę i Damien niemal poczuł 
podmuch mocy, która otoczyła go nagłym wirem. Przez chwilę nic nie widział, a potem 
odzyskał wzrok i wiatr ucichł. Ciało swędziało go, jakby świeżo wyszorowane ryżową 
szczotką. 
-jCo u licha...? 
Zaklęcie osłaniające - odparł spokojnie Łowca. - Nie nasze ciała, ale tożsamość. 
Myślisz, że to konieczne? 
Uważam, że to rozsądne. Calesta już od kilku dni wie, dokąd zmierzamy. Dlaczego 
mielibyśmy niepotrzebnie wystawiać się na jeszcze większe niebezpieczeństwo? - Chwycił 
wodze i dosiadł konia. - Fakt, że nasz nieprzyjaciel potrafi działać subtelnie, czyni go 
podwójnie niebezpiecznym - ostrzegł i popędził wierzchowca 
Wiem... racja... po prostu... Do licha! - Damien też dosiadł konia i popędził go kłusem, 
doganiając Tarranta. - Mogłeś mnie ostrzec. 
Nie widział twarzy neohrabiego, ale podejrzewał, że towarzysz się uśmiecha. 

264 

background image

Przejechali kilometr i dotarli do skraju miasteczka. Na drodze wystawiono wartę, co lekko 
zdziwiło Damiena. Nie przypuszczał, by ta mała i leżąca z daleka od uczęszczanych 
szlaków mieścina wymagała takich środków ostrożności. Dwaj mężczyźni w zbrojach 
okrzyknęli ich i kazali zsiąść z koni.,,Kim jesteście?" - zapytał strażnik. „Co was tu 
sprowadza i dlaczego przybywacie do miasta o tak późnej porze?". Damien pozwolił, by 
Tarrant mówił za nich obu, podając zmyślone nazwiska i szczegóły fikcyjnych podróży, co 
uspokoiło wartowników. Miał rację, pomyślał były kapłan, słuchając tej wymiany zdań. 
Calesta równie dobrze mógł zgotować nam gorące powitanie, a wtedy wpadlibyśmy w 
zasadzkę. Jeśli tak było, to wyjaśniałoby fakt, dlaczego demon dotychczas w żaden sposób 
nie próbował im przeszkodzić. Ponownie wsiadając na koń i jadąc za Tarrantem do mia-
steczka, Damien nadal czuł zimny dreszcz strachu. 
Calesta nie zabije ich osobiście, powiedział Tarrant. Ten rodzaj demonów musiał 
przestrzegać tej zasady. 
Tak, ale może nakłonić do tego innych. 
Tarrant skierował się do portu, jadąc wedle wskazówek, jakie otrzymał od strażników. 
Stukot końskich kopyt odbijał się głuchym echem w wąskich uliczkach, jakby jechali przez 
jaskinię. Niedawno padało i cienka warstewka wilgoci na kamieniach bruku sprawiała, że w 
świetle księżyca błyszczały jak szkło. Czarne szkło. Polerowany obsydian. Podobne do 
cegieł fortecy Łowcy, ku której teraz podążał Patriarcha i jego wybrani. Usiłował nie myśleć 
o tym, gdzie teraz znajdowały się wojska Kościoła, ani czy miały jakąkolwiek szansę na 
zwycięstwo. W tym momencie Damien i Tarrant mieli dość własnych kłopotów. 
Wjechali w boczną uliczkę, węższą od poprzedniej i skręcającą na północ. Teraz znajdowali 
się już dostatecznie blisko wody, by poczuć wilgotny odór Żmii - woń soli, wodorostów i 
rozkładu, zmieszaną w charakterystyczny zapach morza. Port musiał być już blisko. 
Dojechali do następnego skrzyżowania i już mieli przez nie przejechać, gdy Łowca ściągnął 
wodze swego rumaka. 
-Co jest? 
Tarrant popatrzył na trzy odchodzące na boki drogi, a potem spojrzał za siebie, na tę, którą 
przyjechali. Damien powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem. Na lewo znajdowało się 
targowisko, z jeszcze pustymi drewnianymi straganami. Po prawej wznosiła się jakaś 
fabryka, z ciemnymi oknami i zamkniętą na noc bramą. Z przodu i z tyłu, a także 

265 

background image

po obu stronach ulicy, wszystko wyglądało podobnie: żadnych śladów ludzkiej obecności, 
wszystkie sklepiki i warsztaty zamknięte. 
Damien zobaczył, że Tarrant rzuca wyszukujące zaklęcie, i z sykiem wciągnął powietrze 
przez zęby, kiedy ujrzał wyczarowany obraz. Droga do portu była szeroka i brukowana, a 
ponadto nawet o tak późnej porze nie była zupełnie pusta. Zupełnie nie przypominała tej 
ulicy, na którą ich skierowano, a która była tak wyludniona, że równie dobrze mogła wieść 
przez pustynię. Posłano ich w niewłaściwym kierunku... a to oznaczało tylko jedno. 
Z głośnym przekleństwem Tarrant zawrócił wierzchowca i przejechał przez obraz, który 
rozprysnął się przy tym w kawałki. Nadstawiając uszu, Damien usłyszał jakieś odgłosy 
zbliżające się z tej strony, z której tu przybyli. Głosy? Z zachodu dobiegły go podobne 
dźwięki i wyraźne echo pospiesznych kroków. Tam również nie było bezpiecznie. Damien 
założyłby się, że pozostałe dwie drogi były podobnie strzeżone lub zablokowane. 
Powiedziałeś, że nie będą wiedzieli kim jesteśmy - szepnął gniewnie. 
Rzuciłem zaklęcie osłaniające - warknął Tarrant. - Albo polują na wszystkich obcych... 
Nie dokończył zdania, ale Damien zrobił to za niego w myślach: Albo Calesta sprawił, że 
widzą, kim naprawdę jesteśmy. Zastąpił swoim złudzeniem twoje. Cholera. Jeśli tak się 
stało, to mieli poważne kłopoty - i nie tylko tutaj, ale wszędzie, gdzie napotkają większą 
gromadę ludzi. 
Ta ulica kończy się ślepo - oznajmił Tarrant, wskazując w tym kierunku, w którym 
dotychczas jechali. - Ta najprawdopodobniej też. - Pokazał na cichą uliczkę po prawej. - 
Niewątpliwie zastawili na nas zasadzkę. - Popatrzył na ulicę, którą tu przyjechali. Damien 
zauważył, że nozdrza adepta lekko się rozdęły, jakby węszył, szukając informacji. - Calesta 
wie, że będziemy zmierzać do portu. Dlatego skierowali nas w przeciwną stronę. 
A więc wracamy? 
Tak, lub popędzimy konie, a sami pójdziemy inną drogą. Może stuk kopyt odwróci na jakiś 
czas ich uwagę... Moglibyśmy pójść po dachach. - Ruchem głowy wskazał na drewniane 
zadaszenie, wzniesione nad targowiskiem, i otaczające je budynki. - Nie przy-szłoby im do 
głowy, żeby nas tam szukać, przynajmniej dopóki nie przekonaliby się, że konie nie niosą 
jeźdźców. 

266 

background image

Dźwięki zbliżały się i były już dostatecznie głośne, by Damien mógł oszacować liczebność 
tłumu. Jeśli napastników było wielu, nie zdołaliby się przebić przez ich szeregi. Z drugiej 
strony, próba dotarcia do portu na piechotę nie była przyjemną perspektywą. 

Co wolisz? - zapytał. 

Tarrant spojrzał na ulicę, którą przyjechali, przyglądając się płynącym nią prądom. 

Calesta może wskazać nas na dachach równie łatwo, jak two 

rzyć iluzje. I co wtedy zrobimy? W tej dzielnicy, gdzie nie ma do 
mów, które byłyby zagrożone... 
Nie dokończył. Nie musiał. Damien doskonale mógł sobie wyobrazić płonący budynek wraz 
z odciętymi na dachu zbiegami. 
A więc dobrze. - Tarrant jedną ręką ściągnął wodze, a drugą wyjął miecz. Ostrze zapłonęło 
zimnym ogniem, który rozjaśnił mrok. - Zróbmy to. 
Geraldzie. 
Łowca obejrzał się na niego. Jego srebrne oczy był teraz czarne jak węgle i Damienowi 
wydało się, że dostrzega budzący się w nich krwawy błysk. 
Możesz przybrać inną postać - przypomniał mu były kapłan. - Odlecieć stąd i w tej postaci 
dotrzeć do Shaitana. 
Mogę - rzekł neohrabia. - Ale ty nie. 
Gwałtownie popędził konia, zmuszając Damienado pójścia w jego ślady. 
To była niesamowita jazda po pustych ulicach miasteczka. Tarrant owinął fae kopyta 
rumaków, tak że nie stukały o bruk, lecz być może Calesta zmienił również i to zaklęcie. 
Jeśli tak, pomyślał ponuro Damien, będą na nas czekać. Wyjął swój miecz i mocno ścisnął 
w dłoni rzeźbioną w płomienie rękojeść. Miecz kawalera Porządku Złotego Płomienia, 
którego mistrzem był niegdyś Gerałd Tarrant. Damien wiedział, że wciąż zachował ten 
tytuł. Uznawszy go za zmarłego, Kościół nie usunął go z zakonu. Z jakiegoś powodu w tej 
godzinie próby ta myśl niezmiernie uradowała Damiena. 
Usłyszeli głosy przed sobą i zobaczyli błyski lamp. Już niedaleko. Ze ściśniętym sercem 
Damien stwierdził, że przeciwników jest wielu i trzeba będzie wyrąbać sobie drogę. 

Przeskocz - mruknął do niego Tarrant. 

Damien zerknął na neohrabiego i dostrzegł dziwne migotanie wokół łba jego wierzchowca, 
jakby dwa konie zajmowały tę samą 

267 

background image

przestrzeń. Szybko spojrzał na swojego rumaka i ujrzał to samo zjawisko. Zacisnąwszy zęby 
i uniósłszy miecz, starał się ignorować rzucony przez Tarranta czar - czy cokolwiek to było - 
szykując się do skoku. Poprzedni koń usłuchałby go - bez namysłu zaniósłby go do piekła i 
z powrotem - ale kto wie, jak zareaguje to obce zwierzę? Jeszcze dwadzieścia metrów, 
dziesięć. Widział już poszczególne twarze, pochodnie i lampy, miecze i włócznie. Te twarze 
były wykrzywione furią, czerwone z wściekłości, a na widok nadjeżdżających z tłumu 
posypały się przekleństwa Cd u licha powiedział lub pokazał tym ludziom Calesta, by 
wzbudzić w nich taką wrogość? Napastnicy nastawili włócznie i Damien wiedział, że jeśli 
jego koń nie poderwie się do skoku, w mgnieniu oka przeszyje ich tuzin grotów. 
Proszę, modlił się w duchu, zrób to. 
Koń usłuchał. 
Damien zobaczył, jak wierzchowiec odrywa się od swego iluzorycznego sobowtóra, 
potężnym susem unosząc się nad głowy najbliższych mieszczan. Za nim fałszywy koń 
wpadł w tłum ludzi, którzy - wierząc temu, co widzą - padali na bruk. Fantom Tarranta 
również uderzył w tłum, z takim impetem, że kilka szeregów napastników padło, na pozór 
pod kopytami widma. Następne szeregi zaatakowały widma, dźgąjąc włóczniami i 
mieczami, a fantomy wydawały się stawiać opór i broczyć krwią. 
...a wtedy prawdziwy koń z Damienem w siodle opadł na ziemię, wcale nie przesadziwszy 
całego tłumu. Przeciwnicy nie zdążyli go zauważyć. Zapatrzeni w widma, padli stratowani 
przez pędzące, półtonowe zwierzę. Wpadając w tłum, Damien usłyszał trzask łamanych 
kości i rozpaczliwie chwycił się siodła, krzywiąc twarz przy każdym krzyku tratowanych 
nieszczęśników. Przez kilka sekund nie był w stanie nic zrobić, starając się utrzymać w 
siodle i mając nadzieję, że nikt nie przeszyje go włócznią. Nagle zobaczył ostrze mierzące w 
kark wierzchowca. Rozpaczliwie odchylił się najdalej, jak zdołał, odbił cios i ciął w pierś 
napastnika. Ostrze przecięło skórzany kaftan i ciało, a trafiony padł z krzykiem. 
Oni nie wiedzą, co robią, pomyślał, okręcając rumaka, by sprawdzić, czy nikt nie atakuje go 
od tyłu. Pewnie nawet nie mają pojęcia z kim walczą. Teraz ze wszystkich stron dobiegały 
krzyki wściekłości i bólu. Kątem oka ujrzał magiczne ostrze Tarranta, kładące pokotem 
każdego, kto stanął mu na drodze. Niektórzy napastnicy zaczęli się cofać, przerażeni, 
zdezorientowani jak ludzie zbudzeni 

268 

background image

ze snu. Niechaj będzie przeklęty Calesta, za to co im zrobił! Czy nie wystarczy, że zginą 
całe armie, musiał jeszcze spowodować śmierć niewinnych! 
Wreszcie Damien przedarł się, pozostawiając za sobą ciała stratowanych. Obejrzał się, 
sprawdzając, czy Tarrant wydostał się z tłumu. Pokazał neohrabiemu, żeby pojechał 
pierwszy. Czarny koń pomknął galopem po opustoszałej ulicy, a Damien na swoim rumaku 
za nim. Widział krew płynącą z karku zwierzęcia, ale mógł się tylko modlić, żeby rana nie 
była głęboka. Czarna i lśniąca od potu skóra drugiego wierzchowca nie pozwalała ocenić 
jego stanu, ale wydawał się biec bez wysiłku. Boże broń, żeby któreś z tych dwóch zwierząt 
miało teraz okuleć. 
Minąwszy dwa skrzyżowania, Tarrant zwolnił i sformował z fae obraz. Teraz wyraźnie, jak 
na mapie, zobaczyli, gdzie znajduje się port. I równie wyraźnie ujrzeli, że zostali posłani w 
przeciwnym kierunku, w pułapkę, w której o mało nie zginęli. 

Ruszaj - rzekł Tarrant i popędził konia do galopu. Pognali jak 

szaleni ciemnymi ulicami, przez szeroką aleję, po brukowanej dro 
dze. Nieliczni mieszczanie, którzy o tak późnej porze byli jeszcze 
na nogach, pierzchali przed nimi jak przed demonami. Przynajmniej 
nie ma tu wrogiego tłumu, pomyślał Damien. Calesta, będąc zbyt 
pewnym siebie, nie przewidział, że zdołają się wymknąć. Albo tak 
bardzo chciał się ich pozbyć, że wszystkich swych ludzi posłał na 
tamte uliczki, nie zostawiając żadnych rezerw wokół portu. 
Nagle skręcili w prawo zamiast w lewo. 

Geraldzie! - zawołał Damien, lecz Łowca zbył jego protest 

machnięciem ręki i jechał dalej. Potem znów skręcił, również w złym 
kierunku. Damien usiłował przypomnieć sobie wyczarowaną przez 
adepta mapę i aż nazbyt wyraźnie ujrzał ją oczami duszy. - Jedziesz 
w złym kierunku! - zawołał. 
W najbliższych oknach pojawiły się głowy zaciekawionych tym zamieszaniem mieszczan, 
ale natychmiast schowały się z powrotem. 
Na twojej mapie... - zaczaj. 
Jedź za mną! - rozkazał Łowca. 
Klnąc pod nosem, Damien usłuchał. Skoro Tarrant nie chciał się zatrzymać, Damien nie 
miał wyjścia Nie mogli się rozdzielić. Niech go szlag, zaklął i popędził wierzchowca, 
zmuszając go do jeszcze szybszego galopu. Tłum już ich nie dogoni, jeśli on i Tarrant nie 
zrobią czegoś głupiego, co zwolniłoby tempo jazdy. Na przykład zabłądzą, 

269 

background image

albo zapomną, co pokazywała mapa, lub skręcą w lewo zamiast w prawo. Może to wszystko 
wina Calesty, może Tarrant nie widział właściwej drogi, ale wiedząc, kim jest ich 
nieprzyjaciel i jakie ma możliwości, powinien być na to przygotowany. 
Nagle domy zostały w tyle i wypadli na szeroki brukowany trakt, na końcu którego widać 
było odbijające się w wodzie światła. Da-mien usłyszał szum fal, ludzkie głosy i cichy 
pomruk silnika. Łowca dojechał do końca drogi i zatrzymał konia. 
Jak...? - zaczął były kapłan. 
Później. 
Droga na końcu ostro opadała w dół, do znajdującego się kilkadziesiąt metrów niżej portu. 
Długi rząd stopni i kręty szlak tworzyły jednakowo niedogodne zejścia do wody. Łowca 
przyjrzał się widocznym w dole statkom, oceniając ich potencjalną szybkość oraz pozycję, 
w jakiej były przycumowane. 
Tamten - rzekł w końcu, wskazując na małą łódź na końcu pomostu, który był najdalej 
wysunięty na wschód. Między dwoma masztami dostrzegli komin turbiny parowej. - Mogę 
przywołać wiatr, który poniesie go, zanim komuś przyjdzie do głowy nas ścigać. 
A jeśli właściciel... 
To bez znaczenia - rzekł ostro Tarrant. - Jeśli to cię dręczy, możesz tu zostać i próbować go 
przekonać. 
Skierował konia na zygzakowaty szlak wiodący do portu. 
To była koszmarna jazda, nawet dla tak doświadczonego jeźdźca jak Damien. Drogę 
pokrywały kamienie oraz żwir, na których ślizgały się rozpędzone konie. W pewnej chwili 
wierzchowiec Damiena źle wszedł w zakręt i ekskapłanowi na moment serce zamarło w 
piersi, zanim zwierzę wylądowało na biegnącym niżej odcinku szlaku. 
W końcu wyjechali na równy teren, pokryty błotem i żwirem. Spod kopyt galopujących koni 
tryskały bryły miękkiej ziemi. Nawet nie usiłowali się kryć. Calesta wiedział, dokąd 
zmierzają, a to oznaczało, że mieszkańcy miasta również. Jedyną szansą ucieczki było 
wypłynięcie z portu, zanim miejscowi zdążą ich zatrzymać. 
Ruszyli w stronę drewnianego pomostu. Stukot końskich kopyt odbijał się głuchym echem 
od skalistego brzegu. Dwaj mężczyźni uskoczyli im z drogi, a kilku innych uciekło na ich 
widok. Dobrze. Strach przed oszalałym rumakiem bywa równie skuteczny jak przemoc, a w 
tym przypadku jeszcze korzystniejszy. Nikt nie próbował ich zatrzymać, gdy skierowali 
konie na wybrany przez Tarranta drewniany 

270 

background image

pomost, ale Damien zauważył, że kilku mężczyzn pobiegło po pomoc. Z pewnością za parę 
minut w porcie zaroi się od zbrojnych. 
Tarrant nie zatrzymał konia, by wprowadzić go ria statek, lecz spiął go do skoku i prosto z 
pomostu wylądował na wąskim pokładzie. Damien zauważył, że wierzchowiec poślizgnął 
się przy tym, i zanim Tarrant zdążył go osadzić, o mało nie wpadli do wody. Podjeżdżając, 
wstrzymał swojego konia, wątpiąc, czy uda mu się taki wyczyn. Zeskoczył z siodła i 
ściskając wodze w garści, pobiegł ku łodzi. Jego rumak nie miał ochoty wchodzić na 
rozkołysany pokład, ale energiczne szarpnięcie przełamało opór zwierzęcia i skłoniło do 
krótkiego skoku przez wąski pas wody. 
Damien przeciął cumy, nie tracąc czasu na ich odwiązywanie. Za jego plecami miecz 
Tarranta błysnął zimnym ogniem i natychmiast zerwał się wiatr, wiejąc od strony portu w 
kierunku Żmii. Na drugim końcu portu Damien dostrzegł poruszające się światełka, za-
pewne lamp, a potem usłyszał krzyki zbiegających po zboczu ludzi. Szybciej! - poganiał w 
myślach wiatr, w pojedynkę stawiając żagle. Łódka zadrżała i odbiła od pomostu o blask 
księżyca oświetlił jej wydęte białe żagle. Jeden z koni zarżał płochliwie, ale Damien nie 
przypuszczał, by któryś okazał się tak głupi, żeby wyskoczyć za burtę. 
Turbina jest na dole. - Tarrant wskazał schody na rufie łódki. - Uruchom ją. 
Nie wiem jak... 
To postaraj się zgadnąć. 
Obrzuciwszy go gniewnym spojrzeniem, zbiegł po schodach, do kabiny i luku towarowego. 
Przy blasku księżyca znalazł w mesie pudełko zapałek i świeczkę. Zapalona, znacznie 
ułatwiła mu poszukiwania. Turbina była podobna do tej, którą widział kiedyś, podczas 
poprzedniej takiej przeprawy. Spróbował sobie przypomnieć, jak obsługiwał ją właściciel. 
Rozejrzał się za węglem. Znalazł drzwiczki pieca i zabrał się do pracy. Minie dłuższa 
chwila, nim ciśnienie wzrośnie na tyle, by napędzić turbinę. Do tego czasu będzie musiał 
wystarczyć im wiatr. Pozwolił sobie na luksus krótkiej chwili odpoczynku, kucając obok 
silnika i ciężko dysząc. Tarrant zapewni im sprzyjający wiatr, a kiedy turbina zacznie 
działać, odwróci jego kierunek, aby powstrzymać pościg. Jeśli zdoła. Damien przez chwilę 
rozmyślał o tym, jak trudno jest panować w taki sposób nad pogodą - nawet w 
ograniczonym zakresie - szczególnie że Tarrant nie mógł teraz wykorzystywać prądów fae i 
musiał polegać tylko 

271 

background image

na tej jej ograniczonej ilości, jaka była zmagazynowana w mieczu. Po chwili Damien 
zdecydował, że nie będzie już o tym myślał. Na moment zamknął oczy i próbował nie 
zastanawiać się nad tym, co przed chwilą zrobili. Jednak nie udawało mu się to. Krew wciąż 
plamiła ostrze jego miecza, a także prawą nogę i but. W dłoni wciąż czuł ciężar broni tnącej 
ludzkie ciało i potarł prawą dłoń o udo, jakby w ten sposób mógł ją oczyścić. W uszach miał 
krzyki niewinnych ofiar tratowanych przez konie, niewidocznych, lecz aż nazbyt... 
-No?! ' 
To wołał go Tarrant. Damien otworzył zawór turbiny w taki sam sposób, jak kiedyś robił to 
kapitan i z lekkim zdziwieniem usłyszał, że mały silnik ożył. Jego właściciel musiał rzucić 
na niego czar, żeby maszyna tak szybko dawała się uruchomić. Czy Tarrant wiedział o tym, 
wybierając ten stateczek? 

Gotowe! - odkrzyknął, po czym jeszcze raz sprawdził tarcze 

i zawory, zanim wyszedł z powrotem na pokład. 
Tarrant wepchnął miecz do pochwy, co oznaczało, że skończył się czar, za pomocą którego 
panował nad wiatrem. Jeśli Bóg pozwoli, uda się im. Konie skubały wyimaginowaną trawę, 
a jeden z nich zwrócił na pokład swój ostatni posiłek. Damien o mało weń nie wdepnął. 
Myślisz, że spróbują nas ścigać? - zapytał Tarranta. 
Mało prawdopodobne. - Mówiąc to, adept obrócił kołem sterowym, ustawiając łódź dziobem 
do fal. - Odszukanie małej lodzi w nocy, na wodach Żmii, jest prawie niemożliwe, nawet dla 
kogoś dysponującego taką mocą, jaką ma Calesta. Jednakże - dodał ponuro - można się 
założyć, że będą na nas czekać we wszystkich portach na północy i jeśli spróbujemy tam 
zawinąć, możemy się spodziewać podobnego powitania. 
We wszystkich portach? 
Jeśli przewidział nasze posunięcia, to miał ponad tydzień na przygotowania. Jeżeli nie... 
Wtedy ma jeszcze cały dzień, aby wpłynąć na umysły tych, którzy mogliby nam pomóc. 
Nie powiedział nic więcej, ale nie było to potrzebne. Łowca nie będzie mógł opuścić kajuty 
przed zapadnięciem zmroku. Albo w ciągu kilku godzin dotrą do północnego brzegu i znajdą 
bezpieczną przystań - co było mało prawdopodobne - albo będą musieli przez cały dzień 
pozostać na rzece. 

Postoję za sterem do świtu. Ty zejdź na dół i poszukaj mi jakiejś 

bezpiecznej kryjówki, a potem odpocznij. Och, i zajmij się końmi. - 

272 

background image

Zerknął na zwierzęta - Sprowadź je pod pokład, jeśli zdołasz. Nie spodoba im się to, ale 
jeśli morze się rozkołysze, będą tam bezpieczniejsze. 
Geraldzie... - rzekł niepewnie Damien. - Nie potrafię kierować łodzią. Wiesz o tym, 
prawda? Nie mam zielonego pojęcia o żeglarstwie... 
Zatem proponuję, żebyś sprawdził, czy nie ma tu jakichś książek na ten temat. -1 z błyskiem 
w oku dorzucił: - Ponadto, módl się, żebyśmy wylądowali przed świtem. Zaklinanie pogody 
to niepewna dziedzina Sztuki, a w takim pośpiechu... Równie dobrze mogłem wywołać 
sztorm. 
Damien spojrzał na fale. Czyżby były bardziej spienione, czy też tylko to sobie wyobraził? 
Zadrżał. Jak silną burzę mógł wywołać adept, ujarzmiając wiatr? W żadnych 
okolicznościach nie byłaby to miła perspektywa, ale teraz, kiedy byli z Tarrantem sami na 
pokładzie, we wszystkich portach na północy czekały na nich zasadzki, a po wschodzie 
słońca będzie musiał radzić sobie z łodzią... 
Do diabła, pomyślał. Zaczerpnął tchu, usiłując uspokoić skołatane nerwy. Wiedziałeś, że to 
nie będzie łatwe. 
Zszedł pod pokład, żeby poszukać podręcznika. 

background image

30 

resham podszedł do stołu, przy którym pracowała Naril-ka, i usiadł 
okrakiem na stojącym w pobliżu krześle. Przez chwilę polerowała dalej, 
jakby go tu nie było, ale 

pod naporem jego spojrzenia zwolniła i w końcu przerwała pracę. 
Powoli, niechętnie, popatrzyła na niego. 
Chcesz o tym porozmawiać? - zapytał. Dopiero po chwili odzyskała glos. 
Nie wiem o co ci chodzi. 
Te słowa nawet w jej uszach zabrzmiały nieprzekonująco i Gre-sham łagodnie pokręcił 
głową. 
Nie, Nari. -Co? 
Nie tłum tego w sobie. Tak będzie jeszcze gorzej. Wróciła do pracy i znów zaczęła 
polerować. Wyciągnął rękę, ujął 
jej dłoń i przytrzymał. 

Już dawno to wypolerowałaś - rzekł cicho. - Widzisz? 

Obrócił figurkę w palcach. Jej powierzchnia lśniła jak lustro. 
Delikatnie wyjął ją Narilce z rąk i postawił na stole. Potem znów ujął dłoń dziewczyny. 

Powiedz mi, Nari. Pozwól sobie pomóc. 

Z cichym łkaniem odwróciła się do niego plecami. 
Nie możesz mi pomóc. Nikt nie może. 
Pozwól mi spróbować. 
Sztywno potrząsnęła głową. Łzy stanęły jej w oczach. 
Tęsknisz za nim? 
Boję się o niego. Och, Greshamie... 
Nagle tama pękła i łzy popłynęły jej po policzkach, gorące łzy, które zbierały się już od 
kilku dni. 

To, co oni mu robią... Nikt tego nie rozumie. Nic ich to nie ob 

chodzi, byle tylko zrobił to, czego chcą. I co z tego, jeśli potem nie 

274 

background image

będzie już sobą? Czy to ważne, że oszaleje? - Spuściła głowę i otarła łzy wierzchem wolnej 
ręki. - Miałam koszmarne sny - szepnęła. - Myślę, że takie same jak on. Czy to możliwe? 

Jeśli tak bardzo ci na nim zależy? Tak, oczywiście. Tak wła 

śnie działa fae. 
On tak się boi, Gresh. Prychnął. 
Każdy rozsądny człowiek bałby się, jadąc tam, dokąd on jedzie. Pokręciła głową. 
Nie o to chodzi. To nie jest takie proste. On... 
Urwała, ponieważ musiałaby zdradzić tajemnicę Andrysa. Nie mogła jej powierzyć 
Greshamowi. 
On się obawia, że naprawdę zmieni się w wyniku tej maskarady. Boi się, że zgubi swoją 
duszę. 
Byli razem przez całą ostatnią noc, zabarykadowani jak przed atakiem wroga, i wyczuwała 
jego lęk, jakby by! jej własnym. Czuła, jaki strach budzi w nim ta maskarada i jego 
wewnętrzne przekonanie, że jeśli choć na chwilę stanie się Geraldem Tarrantem, już nigdy 
się od niego nie uwolni. Pozwolić, by człowiekiem owładnęła natura jego wroga, stłumić 
płomień swojej duszy, aby jego mogła zapłonąć jaśniej... Czy było coś bardziej przerażają-
cego? Tamtej nocy jakoś zdołała powstrzymać się od płaczu, ale tylko dlatego, żeby jeszcze 
bardziej go nie przestraszyć. Teraz łzy płynęły strumieniem. 
On mnie potrzebuje - szepnęła. Uścisnął jej dłoń i nic nie powiedział. 
Mogłabym mu pomóc. 

Mówiłaś, że mieli swoje powody, by nie pozwolić ci jechać 

z nimi - przypomniał. - Powiedziałaś, że spróbujesz się z tym po 
godzić. 
Powody. Zamknęła oczy, trzęsąc się z gniewu, złości narastającej w niej od paru dni. 

Do licha z jego wiarą! - szepnęła wściekle. - Uważają, że on 

lepiej poradzi sobie z fae, jeśli mnie tam nie będzie. Kto wie, czy na 
pewno mają rację? A jeśli nawet, czy to warte jest ceny, jaką będzie 
musiał zapłacić? Co to za bóg, który nagradza ludzi za cierpienie? 
Prychnął. 

Nie znam nikogo, kto twierdziłby, że rozumie Jedynego Boga. 

Och, Andrysie! Tęskniła za nim całym sercem, tak bardzo chcąc 

275 

background image

poczuć jego obecność, wiedzieć, że nadał jest bezpieczny. Jednak nie miała umiejętności 
potrzebnych do nawiązania takiego kontaktu. Czy on także myślał teraz o niej z taką samą 
rozpaczą? A może nie był już w stanie, pokonany przez tę maskaradę? Drżąc, otworzyła 
oczy i zamrugała, oślepiona przez łzy. 

Słuchaj - rzekł łagodnie Gresham. - Nie możesz tak cierpieć 

i udawać, że nic się nie stało. Widziałem, co się z tobą działo przez 
kilka ostatnich dni. Próbowałaś pracować jakby nigdy nic, ale du 
chem byłaś gdzie indziej. Dlaczego nie weźmiesz sobie kilku wol 
nych dni? Pojedź gdzieś, odpocznij. Spróbuj się odprężyć. Potrze 
bujesz tego, Nari. Wierz mi. 
Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. Przez długą, długą chwilę milczała, a jego słowa 
odbijały się cichym echem w jej mózgu. 
Tak - powiedziała w końcu, tylko trochę głośniej niżby szept. - Masz rację. 
Nie jesteś sama, przecież wiesz. Podczas każdej wojny kobiety zostają w domach... tak samo 
jak starcy, dzieci, przyjaciele, bliscy i znajomi, którzy martwią się o mężczyzn... Czasami 
można zatracić się w pracy, a czasem nie. To nigdy nie jest łatwe, kochanie. -Delikatnie, 
czule, dotknął palcem twarzy Narilki, rozmazując palcem Izę na jej policzku. - Myślę, że 
odmiana dobrze ci zrobi. Pojedź w jakieś spokojne miejsce, uspokój się. W ten sposób nie 
będziesz musiała bez przerwy udawać, że nic się nie stało. 
Patrzyła na niego przez długi czas, a potem prawie bezgłośnie szepnęła: 

Tak. - Powoli, bardzo powoli skinęła głową. - Odmiana. Spo 

kojne miejsce. 
Pochyliła się i delikatnie pocałowała go w policzek, drżąc przy tym, kochając go tak, jak 
nigdy nie kochała ojca. Co by zrobił, gdyby powiedziała mu, do czego zainspirowały ją jego 
słowa? Jakby zareagował, gdyby wyznała mu, o czym teraz myśli? 
Nie odważyła się. Na pewno próbowałby ją odwieść od tego zamiaru. 

Dziękuję - powiedziała cicho. - Tak zrobię. 

Zbierając swoje rzeczy, zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś zobaczy jego i ten sklep. 

276 

background image

Mieszkanie było w takim stanie, w jakim zostawił je Andrys, i przez chwilę stała w progu, 
chłonąc ten widok, wspominając krótkie chwile, jakie spędzili razem. Kiedy byl w 
Jaggonath, wykwalifikowana pomoc domowa przychodziła tylko wtedy, kiedy ją wezwał. 
Teraz, w opuszczonym apartamencie, puste kieliszki i nie pościelone łóżko były pamiątką 
po mężczyźnie, który tu mieszkał, i tych kilku dniach, jakie spędziła razem z nim. 
Z jej kochankiem. 
Jakże dziwne wydawało się to słowo. Jak nieodpowiednie w ich przypadku, gdy spędzony 
razem czas zdawał się krótkimi chwilami namiętności między jedną tragedią a drugą. Tak 
naprawdę to nawet nie spali ze sobą, chociaż znał dostatecznie dużo pieszczot, by ją 
zaspokoić. Teraz jednak żałowała, że tego nie zrobili, że nie miała go w sobie choć raz, w 
uścisku tak bliskim, że ciało na zawsze przechowałoby jego wspomnienie. On jednak 
obawiał się, że Na-rilka zajdzie w ciążę, a chociaż nie rozumiała - tak samo jak wielu innych 
związanych z nim spraw - dlaczego tak się tego boi, zgodziła się i nie przytoczyła 
argumentów o skuteczności zapobiegania ciąży, regularnym miesiączkowaniu, możliwości 
ewentualnego przerwania ciąży, gdyby zawiodły wszystkie inne środki... Mogłaby to 
powiedzieć komuś innemu, ale nie jemu. On był zbyt delikatny, zbyt obolały, zbyt 
wrażliwy. Jeżeli współżycie miało pogłębić jego niepokój, to należało się powstrzymać. 
Będzie na to czas później, kiedy zagoją się rany jego duszy. 
Jeśli ten czas nadejdzie. 
Podeszła do łóżka i usiadła, wdychając unoszący się z pościeli zapach ich ciał, słodki aromat 
miłości zmieszany z ostrą wonią strachu. Tutaj obejmowała go, drżącego jak przerażone 
dziecko w czasie burzy, gdy opadły go okropne wspomnienia, krwawe obrazy tak straszne, 
że nawet nie potrafił o nich mówić, mógł tylko jęczeć, kiedy zalewały jego umysł, 
przełamując wątłą obronę. Kiedy to się stało, chciał wyrwać się z ramion dziewczyny i uciec 
od niej, żeby nie widziała, co się z nim dzieje, ale nie pozwoliła mu odejść. Fakt, że widziała 
i zaakceptowała jego słabość, tworzył między nimi więź bardziej intymną niż namiętne 
pieszczoty. Tamtej nocy intuicyjnie wyczuła, że żadna inna kobieta nie była z nim tak 
blisko. 
Teraz, zamknąwszy oczy, wdychając zapach jego obecności, niemal widziała, jak jechał na 
zachód, a każde uderzenie końskiego kopyta przybliżało go do tego, czego najbardziej się 
obawiał. Jakże 

277 

background image

musiał nienawidzić Łowcy, żeby zgodzić się na udział w takim przedsięwzięciu! Nigdy nie 
rozmawiali wiele o jego przodku, częściowo również z powodu jej własnych mieszanych 
uczuć wobec tej osoby. Teraz Andrys był sam i jechał na spotkanie, które miał przeżyć tylko 
jeden z nich. Jeśli w ogóle któryś przeżyje. 
Czas zdecydować, Nań. 
Wiedziała, że Łowca jej nie skrzywdzi. Jego Puszcza nie była dla niej zagrożeniem. Za mało 
wiedziała o demonicznym sprzy-mierzeńcu Andrysa, aby przewidzieć, co zrobi, ale bogini 
Saris obiecała ją chronić. Tak więc, jeśli wyruszy, nie będzie potrzebowała zbrojnej eskorty. 
Do licha, nawet nie będzie potrzebowała broni - choć, oczywiście, weźmie ją na wszelki 
wypadek. Sama pojedzie szybciej niż oddziały Kościoła, spowalniane przez wozy z 
zaopatrzeniem i juczne konie. A jeśli odpowiednio to rozegra i dotrze tam w dobrym czasie, 
będzie mogła pojechać tuż za nimi i znaleźć się przy boku Andrysa, kiedy będzie mu 
potrzebna... A może nawet otwarcie wejdzie do obozu i zażąda, żeby ją przyjęli. Jeśli ich 
bogu to się nie spodoba, to do licha z nim. Jeżeli ma coś przeciwko temu, to niech osobiście 
zaprotestuje i wyjaśni wszystkim zainteresowanym, dlaczego cierpienia jednego człowieka 
są dla niego tak ważne, że bez nich nie można toczyć tej jego przeklętej wojny. 
Och, Andri. 
Zamknęła oczy i zadrżała, ale tym razem nie ze strachu. Tym razem z uniesienia, z krążącej 
w jej żyłach pewności. To było słuszne. Właśnie tak powinna postąpić. I niebawem - w 
ciągu kilku dni, jeśli wszystko dobrze pójdzie - powinna znaleźć się tam, gdzie było jej 
miejsce, u boku mężczyzny, którego kochała, tocząc wojnę nie tylko dla jego Kościoła, lecz 
o jego duszę. 
- Trzymaj się, ukochany - szepnęła. - Już jadę. 

background image

31 

ie zdołali dopłynąć do brzegu przed świtem. Tarrant stwierdził, że to i 
dobrze. W najlepszym razie pośpiech zmusiłby ich do ryzykownego 
lądowania i mieliby bardzo mało czasu na znalezienie dla niego 

odpowiedniej kryjówki przed słońcem. W najgorszym nieprzyjaciel zdążyłby zmobilizować 
przeciwko nim mieszkańców pobliskich miast, zanim Damien i neohrabia zdołaliby zniknąć 
na północy. Nie, chociaż pozostając na morzu, bardzo ryzykowali, tutaj było 
najbezpieczniej. 
Wszystko pięknie, pomyślał Damien, ale to nie Tarrant będzie musiał sterować przez 
dwanaście godzin tą przeklętą łodzią, mając wrogów na północy i południu i wyjątkowo 
paskudny front burzowy tworzący się na horyzoncie. W zimnym blasku poranka, a potem 
przy mieszanym świetle słońca i Rdzenia, widział złowieszcze czarne chmury gromadzące 
się na zachodzie i zapiął kaftan pod szyję, gdy od dziobu nadleciał silny podmuch wiatru. 
Tarrant rzeczywiście wywołał burzę. Pytanie tylko, ile upłynie czasu, zanim ich dopadnie, i 
czy Damien zdoła dostatecznie długo utrzymać stateczek pod naporem szkwału, żeby 
wprowadzić go w oko huraganu. 
Odważył się odejść na chwilę od steru, żeby nakarmić konie owsem z zapasów, nie dlatego, 
że sądził, iż nie przetrwają dnia bez jedzenia, ale obawiając się, że głód może zniweczyć 
czar, który je uspokajał. W mesie znalazł wodę i napoił je, chociaż ruch statku na fali 
zmienił tę prozaiczną czynność w próbę sił i nerwów. Obejrzał zwierzęta, sprawdzając, czy 
ich rany są czyste i krwawienie ustało, ale nic więcej nie mógł dla nich zrobić. Fae, której 
mógłby użyć do uzdrawiania, znajdowała się setki metrów pod wodą, nieosiągalna. 
Ponownie rozpalił w piecu i podłożył tyle opału, ile się w nirri zmieściło, nie chcąc myśleć 
o tym, co będzie, jeśli silnik przestanie pracować, gdy on stanie przy sterze. Kiedy wrócił na 
swój posterunek, na północy wyraźnie widać było ląd i Damien najlepiej jak mógł 

279 

background image

starał się trzymać od niego z daleka. Usiłował pamiętać o tym, co Tarrant mówił o 
utrzymywaniu kursu dziobem do fal, żeby nie wywróciły statku, tylko że Łowca nie 
wyjaśnił mu, co robić, kiedy one płyną nie w tę stronę, w którą chciałoby się popłynąć. 
Nawet minimalna zmiana kursu zdawała się trwać całe wieki i zanim północny brzeg w 
końcu zniknął w oddali za zasłoną mgły, wszystkie mięśnie bolały go od walki toczonej w 
świecie, którego reguł nie pojmował i który z każdą minutą stawał się bardziej nieprzyjazny. 
Około południa spadły pierwsze krople deszczu, a bijące o dziób fale zaczęły rzucać słone 
bryzgi piany. Damien doszedł do wniosku, że zapewne powinien poprzywiązywać wszystkie 
przedmioty znajdujące się na pokładzie, a przynajmniej poznosić je do kabiny, a ponadto 
istniał zapewne jakiś specjalny sposób, w jaki należało ustawić żagle podczas burzy, lecz 
kiedy człowiek samotnie toczy walkę z żywiołem, nie może się tym zająć. Jeszcze tylko raz 
odważył się odejść od steru, żeby nabrać pewności, iż ogień w piecu nie zgasł i przez jakiś 
czas turbina będzie pod parą. Zanim wrócił, siła wiatru i fal już zaczęła obracać statek 
bokiem do fali. Z najwyższym trudem udało mu się wyprowadzić statek z przechyłu i kiedy 
w końcu wyrównał kurs, drżały mu ręce, a po czole spływał zimny pot. Nagle zaczął 
współczuć tym kapitanom z opowieści, którzy przywiązywali się do kół sterowych, gdy 
nadciągał sztorm. Niewątpliwie (rozmyślał) musieli przezornie postarać się o liny, zanim 
zaczął się sztorm, bo Bóg wie, że potem nie mogliby po nie pójść. 
Starał się nie pamiętać, że ci ludzie mieli załogi, i usiłował utrzymać wyznaczony przez 
Tarranta kurs. Lepiej nie myśleć o tym, że jeśli statki tamtych kapitanów szły na dno, mogli 
obawiać się jedynie utonięcia. Natomiast jeśli pójdzie pod wodę ta łódź, z uwięzionym pod 
jej pokładem Łowcą, nie mogącym wyjść, dopóki na niebie świeci słońce... 
Tym możesz się już nie przejmować, pomyślał ponuro, gdy niebo nad jego głową zmieniło 
barwę z perłowoszarej, przez popielatą do czarnej jak smoła. Horyzont spowiła cienka 
zasłona deszczu i Damien mógł tylko mieć nadzieję, że nadal pozostał tam, gdzie powinien 
być: na środku Żmii, a nie przy jej północnym brzegu, gdzie we mgle kryły się ostre skały. 
Wkrótce zrobi się tak ciemno, że Łowca będzie mógł wyjść... Damien nie miał nic 
przeciwko temu. 
- Powiedz teraz, że to mniej ryzykowne niż podróż lądem -mruknął, walcząc z kołem 
sterowym, by ustawić stateczek na nowy 

280 

background image

i być może bardziej obiecujący kurs. Niech diabli porwą adepta za to, że zszedł pod pokład, 
nie zrobiwszy czegoś z tym sztormem! Niewielka pociecha, że bez wyczarowanego przezeń 
wiatru wrogowie z Seth na pewno już by ich dogonili. Damien zdecydowanie wolałby 
walczyć niż zmagać się z tym sztormem. 
W końcu, po kilku długich jak wieczność godzinach, wiatr zaczął słabnąć. Damien z lekkim 
zdziwieniem stwierdził, że stateczek nadal unosi się na wodzie. Wydawało się to cudem, za 
który dziękował Opatrzności, usiłując oderwać zdrętwiałe i przemarznięte dłonie od steru. 
Plecy bolały go tak, jakby ktoś wbił mu włócznię między łopatki, nogi miał mokre i obolałe 
z zimna... ale żył. To z pewnością było warte kilku głębszych oddechów. Zobaczył, że 
spienione fale uderzają o dziób z mniejszą furią niż przedtem, i pospiesznie odmówił krótką 
dziękczynną modlitwę. 
Proszę, Boże, niech to już będzie koniec burzy. 
I był. 
O zachodzie słońca Tarrant wyszedł ze swej kryjówki w luku towarowym i podszedł do 
dygoczącego i wyczerpanego Damiena. Bez słowa chwycił ster i skinieniem głowy dał 
ekskapłanowi znać, żeby ustąpił mu miejsca. Damien był tak zziębnięty, że dopiero po 
chwili zdołał zareagować. W końcu sztywno ruszył w stronę komory silnika, zamierzając 
podłożyć do pieca. 

Już to zrobiłem - poinformował go Tarrant, zmieniając kurs. 

Damien przez chwilę nie był w stanie ruszyć się ani odpowiedzieć, a potem przeszedł kilka 
kroków i ciężko opadł na przyśrubowaną do pokładu wąską ławeczkę. 
Byłoby dobrze, gdybyś zrobił coś, żeby uciszyć ten sztorm -wymamrotał. 
Zrobiłem. Tyle, ile można, kiedy w takim pośpiechu przywołuje się wiatr. 
Mówię o ostatnich godzinach. - Do licha, po co o tym mówi? Jednak nie mógł się 
powstrzymać, nie po tym wszystkim. - Było dość ciemno... 
Zrobiłem - warknął Łowca. - Wybacz mi, że nie wyszedłem na pokład, żeby się popisywać. 
A może sądzisz, że sztorm ustał w samą porę, ponieważ nas polubił? - Zerknął w stronę 
brzegu, jakby oceniając dzielącą ich od niego odległość, a potem znów na wodę przed nimi. 
- Zaklinanie pogody to ryzykowne zajęcie, Vryce, już ci o tym mówiłem. Zrobiłem, co 
mogłem w tych okolicznościach. 

281 

background image

Ponownie zerknął na Damiena i troska na jego twarzy nadała jej głęboko ludzki wyraz. 

Prześpij się - rzekł. A potem sucho dodał: - Zbudzę cię, za 

nim zacznie się zabawa. 
Damien chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdołał. Na wargi cisnęło mu się pytanie, lecz nie 
mógł go zadać. Z jękiem podniósł się z ławki - co nie było łatwym zadaniem, bo tak dobrze 
mu się siedziało - i ruszył w kierunku kabiny. Gdzieś tam pewnie znajdzie wygodne miejsce 
do spania, jeśli wcześniej nie stratują go konie. Zdecydowanie warto poszukać. 
Podjąwszy tę decyzję, osunął się na pokład obok ławki, położył głowę na wymytym przez 
deszcz pokładzie, po czym zapadł w głęboki i spokojny sen. 

Fale uderzające o drewno. Wiatr wydymający żagle. Przez chwilę nie wiedział, gdzie się 
znajduje, a potem wszystko sobie przypomniał. Wraz z pamięcią wrócił ból. 

Boże - szepnął. Kark, jedyna część ciała, która nie bolała go 

przedtem, teraz zdrętwiał mu od niewygodnej pozycji w czasie snu. 
Damien usiadł i spróbował go rozmasować. - Gdzie jesteśmy? 
Tarrant nadal stał przy sterze. 

Sprawdź palenisko - powiedział. 

Damien wymamrotał coś pod nosem i poszedł. Mieli jeszcze trochę opału, chociaż niedużo. 
Został tam przez chwilę, patrząc, jak się pali, ciesząc się bijącym w twarz ciepłem, a potem 
wrócił na mostek. 
Wszystko w porządku? 
Tak - potwierdził. - Nie licząc tego, że konie o mało mnie nie zabiły. 
Łowca spojrzał z lekkim zdziwieniem. 
Moje zaklęcie nie działa? 
Są głodne i przestraszone. W takich warunkach czar może nie działać. - Ponownie opadł na 
ławkę i rozejrzał się wokół. Miał wrażenie, że na horyzoncie dostrzega jakąś ciemną smugę, 
która mogła być lądem. - Dobijamy? 
Chyba że wolisz spędzić jeszcze jeden dzień na wodzie. 
Proszę - wzdrygnął się, wykonując teatralne gesty. - Nawet o tym nie wspominaj. 

282 

background image

Miał wrażenie, że Tarrant leciutko się uśmiechnął. Damien spojrzał na jego wąskie dłonie, 
tak elegancko i pewnie trzymające kolo sterowe, i zapytał: 
Gdzie, do diabła, nauczyłeś się żeglować? 
Kiedy towarzyszyłem Gannonowi i jego oddziałom do West-mark. - Łowca lekko przekręcił 
koło w prawo, kierując stateczek w stronę lądu. - W przeciwieństwie do ciebie, korzystam z 
każdej okazji, aby wzbogacić moje zasoby wiedzy. 
Tylko że wtedy miałeś załogę, która wykonywała twoje rozkazy. 
Dobrze się spisałeś, wielebny... - Damien usłyszał, jak Tarrant z sykiem wciągnął powietrze 
przez zęby i szybko się poprawił: - Dobrze się spisałeś. Nadal jesteśmy na wodzie, no nie? 
Tylko to się liczy. 
Damien znów wstał i popatrzył. To coś, co mogło być lądem, wciąż się powiększało. 

A więc gdzie jesteśmy? 

W połowie drogi między Hade i Asmody, jeśli się nie mylę. Dalej na wschód, niż 
zaplanowali. 
Skąd wiesz? 

Mam dar, pamiętasz? Dla mnie cały ten obszar przenika moc, 

a Puszcza - ruchem głowy wskazał ciemność na lewo od nich - świe 
ci jasno jak latarnia morska. 
W tym momencie Damien pomyślał o czymś, co jeszcze nigdy nie przyszło mu do głowy. 

Dla ciebie nie ma ciemności, prawda? 

Wydawało mu się, że Tarrant znowu się uśmiechnął. 

Nie w twoim rozumieniu tego słowa. Chociaż kiedy płynęli 

śmy po oceanie, niektóre noce były dla mnie prawie zupełnie ciem 
ne. A Bezimienni... 
Urwał, nie chcąc lub nie mogąc powiedzieć nic więcej, lecz Damien widział, jak poruszał 
mięśniami szczęk, i zesztywniał na samo wspomnienie. Co uczynili mu Bezimienni, w tym 
piekle, jakie dla niego przyszykowali? Damien wolał nie pytać. 
-1 co teraz? - zapytał cicho. 
Tarrant odetchnął, wyrwany z przykrych rozmyślań. 
Calesta z pewnością oczekuje, że wylądujemy w Hade lub Asmody, a stamtąd pojedziemy 
na północ. 
Co oznacza, że w obu tych portach zgotowali nam powitanie. 
Bez wątpienia. 
Do licha. - Wystarczająco trudno było uciekać na stałym lądzie, 

283 

background image

gdzie można wybrać dowolny kierunek. Jak teraz zawinąć do portu, jeśli jeden człowiek z 
lunetą może zauważyć cię na tyle wcześnie, żeby wezwać na pomoc regiment wojska? - Czy 
wiesz, w jaki sposób on kontroluje tych ludzi? 
Łowca obojętnie wzruszył ramionami. 
Zapewne poprzez sny. Wizje. A może nawet bezpośrednio, wykorzystując tych nielicznych, 
którzy się z nim związali. Czy to ważne? Skutki są dla nas opłakane, obojętnie jakiej używa 
metody. 
A więc co zrobimy? - zapytał Damien. - Przepłyniemy obok Hade w nadziei, że do rana 
znajdziemy inny port? Licząc, że nie czekają tam na nas tak jak w tym? 
Tarrant przez chwilę nie odpowiadał. Potem bez słowa wskazał na czarny kształt nad ich 
głowami. Damien prychnął. 
Oszalałeś. 
Prima jest w pełni, a połówka Dominy wkrótce wzejdzie. To powinno nam wystarczyć. 
Do czego? Aby zobaczyć skały, o które się rozbijemy? 
Mam nadzieję, że nie będzie to nic równie dramatycznego. -Łowca zerknął w lewo, jakby 
ustalając ich kurs względem chłodnej poświaty Rdzenia. Damien widział tylko wodę. - Nie 
możemy po prostu wpłynąć do portu. Z pewnością to rozumiesz. A to pozostawia nam tylko 
jeden sposób... 
Zbudowali port w każdym nadającym się do tego miejscu wybrzeża- przypomniał mu 
Damien. - Co oznacza, że wszelkie miejsca, w których nie ma portów, muszą być 
niebezpieczne. 
Tak też jest - przytaknął adept. - Na całe szczęście obaj umiemy pływać. - Popatrzył na 
Damiena. - Ty umiesz pływać, prawda? 
Umiem - warknął zapytany. 
Mniej więcej za godzinę będziemy na miejscu. Powinniśmy wyprowadzić konie na pokład, 
na wypadek gdybym pomylił się w obliczeniach. Co do prowiantu... 
-Jaka jest szansa? 
Na co? 
Że się pomyliłeś. 
Wargi Tarranta rozciągnęły się w nikłym uśmiechu. Niech go licho, jeśli to dla niego takie 
zabawne. 

Dzięki prądom fae mogę trochę wyczuć znajdujące się pod na 

mi dno, ale wyraźnie zobaczę wszystko dopiero wtedy, kiedy pod 
płyniemy bliżej. A to, jak sam powiedziałeś, nie jest zbyt przyjazny 

284 

background image

brzeg. Mimo to... - Znowu nieznacznie poruszył kołem. Damien miał wrażenie, że cień 
przed nimi jeszcze się powiększył. - Nawet takie ryzyko jest lepsze od wpadnięcia prosto w 
ręce Calesty, nie uważasz? 

Tak - burknął. - Jednak... och, do licha. 

Zrobił głęboki wdech i policzył do dziesięciu, a potem powoli wypuścił powietrze. 
To nieważne, prawda? Powiedz mi tylko, kiedy mam skoczyć. Teraz Łowca byl wyraźnie 
rozbawiony. Niech go diabli porwą! 
Powiem - obiecał. 

Damien płynął kiedyś na frachtowcu, który ogarnęła tsunami. Uniosła ich wysoko, nie 
zalała, przez co wcale nie była mniej przerażająca. Wepchnęła ich do portu, w morze 
szczątków, a potem cofnęła się, wyrzucając statek na ten sam pomost, który zatopiła zale-
dwie chwilę wcześniej. Wciąż pamiętał trzask pękającego kadłuba, przebijanego od spodu 
przez pale pomostu, krzyki mężczyzn i kobiet, gdy pokład przechylił się pod zwariowanym 
kątem, wyrzucając nieszczęśników w skotłowaną wodę. Do tej pory ten widok nawiedzał go 
we snach i kazał mu w miarę możliwości przedkładać podróż lądem nad morskie rejsy: 
wywołał w nim patologiczną wręcz niechęć do morza i wszystkiego, co się z nim wiąże. 
Musiał przyznać, że w porównaniu z tamtym lądowaniem to nie było jeszcze najgorsze. 
Chociaż niewiele mu brakowało. 
Tarrant podprowadził statek jak najbliżej brzegu, a potem przez kilka mil płynął wzdłuż 
niego, szukając dogodnego miejsca. Nie mając umiejętności adepta, nie mogąc skorzystać z 
fae ziemi, od której dzieliło go wiele sążni wody, Damien mógł tylko patrzeć i modlić się, 
gdy za burtą przesuwały się kolejne mile brzegu. W końcu Tarrant z ponurą determinacją 
zaczął obracać kołem sterowym. 
Dobre miejsce? - odważył się zapytać Damien. 
Lepszego nie znajdziemy - odparł Łowca. Wspaniale. 
Wprowadził stateczek na skalisty brzeg, z impetem, który pchał ich jeszcze przez kilka 
metrów po tym, jak skały rozdarły kadłub pod ich stopami. Te dźwięki budziły 
wspomnienia, o jakich Damien wolałby zapomnieć, więc pospiesznie zajął się tym, co 
należało natychmiast 

285 

background image

zrobić, żeby wyjść z tego cało. Jak najszybciej popędził konie do wody i skierował je do 
brzegu. Zeskoczył z pokładu i odpłynął jak najdalej od statku, zanim kolejne fale ściągną go 
z mielizny i pociągną w toń ze wszystkim, co się na nim znajduje. Usiłował nie tracić z oczu 
lądu, gdy spienione fale załamywały się nad jego głową, i uporczywie starał się zapomnieć o 
tym, że w ogóle nie lubi pływać... 
Musiał jednak przyznać, że Tarrant dobrze się spisał. Po przepłynięciu kilku metrów 
Damien poczuł pod nogami dno. Po kilku następnych mógł już brodzić w wodzie, chociaż 
zimne fale omywały mu pierś. Z zadowoleniem zobaczył, że wierzchowce również dotarły 
do brzegu. Nawet nie rozglądał się za Tarrantem. Gdyby, broń Boże, fale wciągnęły go w 
głębinę, adept wykorzystałby fae ziemi, żeby się uratować. Damien brnął w kierunku 
suchego lądu, plując i przeklinając los, który najwidoczniej uwziął się, żeby go utopić. 
W końcu wyszedł na brzeg. Wznosząc dziękczynne modły, poczłapał po skalistej plaży do 
usianego głazami zbocza, na które nawet konie nie miały ochoty się wspiąć. Tam upadł, 
zaklął, trafiając na ostre kamienie, a potem przez chwilę głęboko oddychał, celebrując 
szczęśliwe lądowanie. Z miejsca, gdzie siedział, zobaczył wychodzącego z wody Tarranta. 
Neohrabia nie podszedł do Damiena, tylko odwiązał linę, którą był owinięty w pasie, i 
zaczął ciągnąć. Damien na chwilę wstrzymał oddech, nie wiedząc, czy ich rozpaczliwy plan 
się powiedzie. Potem dostrzegł szary kształt zbliżający się do brzegu. Z trudem wstał, 
podszedł do Łowcy i pomógł mu ciągnąć linę. Sporządzona w ostatniej chwili, 
prowizoryczna tratwa podskakiwała na falach, ale jakoś dotarła do brzegu. Pospiesznie wy-
ładowali przymocowane do niej zapasy i przenieśli je w miejsce, gdzie oczekiwały ich 
nerwowo kręcące się konie. 
Właściciel tej łodzi nie będzie zbyt zadowolony - zauważył Damien, gdy przenieśli ostatnie 
paczki poza zasięg fal. 
Miejmy nadzieję, że był ubezpieczony. - Łowca obmacywał pęciny rumaków, upewniając 
się, że konie nie odniosły żadnych obrażeń podczas lądowania. - Ten krwawi - ostrzegł 
Damiena, który pokusztykał, żeby uzdrowić ranę. 
Czy ubezpieczenie obejmuje przypadek porwania łodzi przez adepta, w czasie gdy jej 
właściciel brał udział w inspirowanym przez demona pościgu? Jeśli tak, to składki muszą 
być niebotyczne. 
Łowca wrócił na brzeg. Damien już chciał za nim pójść, ale doszedł do wniosku, że gdyby 
jego towarzysz potrzebował pomocy, 

286 

background image

to poprosiłby o nią. Patrzył, jak Tarrant wpatruje się w uszkodzoną łódź. Niewątpliwie 
używał Sztuki, tylko w jakim celu? Potem statt czek, na pół zanurzony w wodzie, oderwał 
się od skalnego dna z tak głośnym trzaskiem drewna i piskiem metalu, że Damien mimowol-
nie zdrętwiał. Powoli, centymetr po centymetrze, zaczął płynąć z powrotem na wody Żmii. 
Damien widział, jak podskakuje, jakby usiłował wstać, gdy uwięzione w kadłubie powietrze 
nie pozwalało mu osunąć się do wodnego grobu, lecz moc Tarranta i podwodne prądy 
trzymały je w silnym uścisku. Najpierw reling zapadł się pod powierzchnię, potem dach 
kabiny, później koło sterowe, szaleńczo wirujące, jakby w niemym proteście. Niebawem 
pozostały tylko maszty, wystające niczym węże morskie z czarnej wody. Damien zobaczył, 
że Tarrant sprężył się jak atleta przed podniesieniem ogromnego ciężaru. Nagle maszty 
zaczęły się przechylać, fale wspięły się wyżej i Damien miał wrażenie, że ziemia zadrżała, 
gdy drzewca w końcu złamały się u podstaw i runęły w wodę. Tam moc Tarranta wepchnęła 
je w głębinę, aż opadły na dno, skąd nie mógł wyrwać ich prąd. 
Czy Calesta nie może wywołać złudzenia, że statek wciąż tu jest? - zapytał, gdy Łowca 
wrócił na stok. 
Jeszcze nie znamy granic jego władzy. - W głosie Tarranta Damien usłyszał zmęczenie 
wywołane wysiłkiem, który - choć imponujący - nie powinien go aż tak wyczerpać. - 
Dlaczego ułatwiać mu sprawę? 
Od jak dawna Tarrant się nie posilał? Co najmniej od czterech dni. Zamierzał skosztować 
świeżej krwi w Seth, a jeśli nie zdoła, to po drugiej stronie Żmii. Co zrobi teraz, skoro nie 
mogą pokazać się w żadnym mieście? 
Kiedy zwierzęta zostały uzdrowione i okiełznane - to ostatnie dzięki umiejętnościom 
Tarranta, przy ich zaciętym oporze - wspięli się na strome zbocze w miejscu, które uznali za 
najdogodniejsze. Chociaż wierzchowce raz po raz ślizgały się, a w pewnej chwili Damien 
musiał wydłubać kamień z kopyta swojego rumaka, bez przygód dotarli na górę i wreszcie 
mogli obejrzeć sobie ląd, na jaki rzucił ich los. 
Była to pusta i niegościnna kraina, a zimne światło księżyca nie łagodziło jej surowości. 
Skalisty grunt porastały tylko mchy i rzadkie wysepki szorstkiej trawy, a poszarpane czarne 
głazy sterczały z jego powierzchni niczym ostrza noży, wszystkie nachylone pod tym 
samym kątem. Niewiele będzie tu paszy dla koni czy chrustu na ognisko, nie wiadomo też, 
czy Tarrant znajdzie jakieś schronienie przed 

287 

background image

słońcem. Dzięki Bogu, że udało im się uratować ze statku zapasy w wodoodpornych 
sakwach, które teraz wisiały przywiązane do siodeł. 

Na północ - orzekł Łowca i niezwłocznie ruszyli w tym kie 

runku. Raz czy dwa zarządził krótki postój i na chwilę zsiadł z ko 
nia, żeby mieć bezpośredni kontakt z fae ziemi. Damien widział, że 
neohrabia używa Sztuki, i domyślił się, że robi coś, żeby zatrzeć ich 
ślady. Zaklęcie osłaniające? Nie, wróg zbyt łatwo mógłby je złamać. 
Prawdopodobnie poruszał ziemię i kamienie, aż ich trop stał się na 
prawdę niewidoczny i potrzeba by było czegoś więcej niż iluzji, aby 
je odkryć. Pomimo to w oczach Łowcy czytał przykrą prawdę, 
zmieszaną z odrobiną obawy. Jeśli Calesta wiedział, dokąd zmie 
rzają, czy tak trudno było mu skierować tam zbrojnych? - Przynaj 
mniej nie pójdzie mu tak łatwo - mruknął Łowca, ponownie wsia 
dając na koń. Pojechali dalej. 
Po dwóch godzinach jazdy na północ dotarli do nieco łagodniejszej krainy, z roślinami 
wyrastającymi w miejscach, gdzie czas i wiatr skruszyły kamień, tworząc żyzniejszą glebę. 
Tarrant zbadał Sztuką pięć czy sześć gatunków trawy, zanim wreszcie przystanął przy 
kolejnej kępie i oznajmił: 

Ta się nadaje. 

Gdy tylko zdjął z rumaków wiążące je zaklęcie, opuściły łby i zaczęły obżerać się świeżą 
trawą, jakby miał to być ich ostatni posiłek. Co, pomyślał ponuro Damien, mogło okazać się 
prawdą. 

Dokąd teraz? - zapytał, gdy Tarrant wyjął z wodoszczelnego za 

winiątka swoje mapy. Dobrze zabezpieczone, nie ucierpiały podczas 
kąpieli w morskiej wodzie, zapewne również dzięki chroniącej je ma 
gii. Łowca działał pedantycznie. Gdy Damien wyjmował z juków żyw 
ność - konie były tak zajęte posiłkiem, że nawet go nie zauważyły - 
Tarrant ze skupieniem spoglądającego w gwiazdy marynarza studio 
wał otaczające ich prądy. - Jesteśmy tutaj - oznajmił w końcu. 
Rozłożył mapę na głazie i przygniótł kamykami jej rogi. Siedząc naprzeciwko niego, 
Damien spoglądał na skreślone znajomym charakterem pisma uwagi. Istotnie, wylądowali 
między Hade i Asmody, zgodnie z przewidywaniami Tarranta. Ludzie z tych miast być 
może właśnie przetrząsali to skalne pustkowie, szukając ich śladów. Szczupły palec Łowcy 
dotknął miejsca odległego o dziesięć kilometrów na północ od brzegu, a potem powędrował 
w górę: przez pierwszy łańcuch wzgórz, przez dolinę Raksha, do pasma gór oznaczonego 
jako Czarna Grań. 

288 

background image

Musimy dojechać tam - powiedział Łowca. -1 wiodą tam tylko trzy drogi, jeśli nie chcemy 
wspinać się na grań. Przez tę przełęcz - rzekł, przesuwając palec na zachód, do miejsca 
znajdującego się blisko skraju Puszczy - prowadzi najłatwiejszy szlak, który chętnie bym 
wybrał. Jednak po naszych doświadczeniach w Seth nie mam ani cienia wątpliwości, że 
Calesta wykorzysta miejscowe siły, żeby uniemożliwić nam przejazd. 
Nie będę się spierał - mruknął Damien, myśląc o tych wszystkich aktach przemocy, jakie 
ostatnio miały miejsce wokół Puszczy. Mieszkańcy Yamas i Shevy z przyjemnością 
zastawią zasadzkę na dwóch czarowników, jeśli uwierzą, że w ten sposób zapewnią swoim 
rodzinom bezpieczeństwo. 
A więc tędy. - Łowca przesunął palec na wschód, wzdłuż Grani, aż zatrzymał go w miejscu 
opisanym jako Przełęcz Gastine, pięćdziesiąt kilometrów na północ i trzydzieści na wschód 
od punktu, w którym obecnie się znajdowali. - To teraz najbezpieczniejszy szlak. 
Nadłożymy drogi. 
Widzisz inne wyjście? 
To tobie zależy na czasie. 
Czyżby Łowca się wzdrygnął? Z pewnością zawahał się, nim odpowiedział. 

Wolę stracić jeden dzień niż życie. 

Jesteś pewien, że on będzie na nas czekał? Tarrant obrzucił go spojrzeniem srebrzystych 
oczu. 
A ty nie? 
 
Taak - mruknął Damien. - To chyba najgorszy aspekt podróżowania z tobą, wiesz? Nawet 
twoi wrogowie są kompetentni. - Pociągnął łyk z manierki i patrzył, jak Tarrant robi to 
samo. Próbował oszacować ciężar bukłaka po sposobie, w jaki trzymał go neohra-bia. Wypił 
już co najmniej połowę, ocenił. Czy miał drugi, czy też kończył mu się zapas? - A co z 
Gastine? Czy nie będzie próbował zastawić pułapki, kiedy domyśli się, że tam jedziemy? 
Z pewnością. Jednak najbliższe miasta leżą dalej od Puszczy i ich mieszkańcy nie będą tak 
skorzy do walki. -1 dodał po chwili: - Chodzi o to, żeby ich wyprzedzić. 
Damien przeciągle westchnął i zerknął na pasące się konie. 
Nasze wierzchowce... 
Będą wymagały opieki - przytaknął adept. - A ponieważ uzdrawianie jest twoją 
specjalnością, nie moją, pozostawiam to tobie. - 

289 

background image

Zwinnie zerwał się z ziemi, ruchem przypominającym atakującego węża. - Tutejsze prądy są 
silne, ale powinieneś sobie z nimi poradzić. Jedyna korzyść z tego, że tak bardzo 
zboczyliśmy z zaplanowanej trasy - dodał sucho. A potem ruszył przed siebie. 
Dokąd się wybierasz? 
Dostatecznie daleko od waszej trójki, żebym mógł sprawdzić, co się dzieje w Puszczy. A 
przynajmniej spróbować się dowiedzieć. 
Myślałem, że stąd nie da się tego zrobić. 
Tak. No cóż. - Łowca błysnął w mroku oczami, na pół przymkniętymi i zamyślonymi. - 
Zdaje się, że dokonywanie rzeczy niemożliwych to nasza specjalność, no nie? - Spojrzał na 
bezkresną ciemność rozpościerającą się na zachód od obozowiska i lekko zesztywniał. - 
Zajmij się końmi. 
Zajmij się końmi. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdy problemem nie była jedna rana czy 
pospolita choroba, ale ogólne wyczerpanie. Zwierzęta potrzebowały spokojnego snu i kilku 
porządnych posiłków, anie kolejnego zaklęcia. Jednak wobec czekającej ich, co najmniej 
siedemdziesięciokilometrowej drogi, Damien i Tarrant nie mieli wyboru. Calesta z 
pewnością postarał się, żeby nie zdołali się zbliżyć do żadnego miasta, w którym mogliby 
kupić - lub ukraść, dodał ponuro w myślach - świeże wierzchowce. 

Nie odchodź daleko - przestrzegł Tarranta, ale ten był już za 

daleko, żeby mógł go usłyszeć. Mimo to Damien poczuł się lepiej, 
kiedy to powiedział. 
Z westchnieniem przygotował się do uzdrawiania. 

Jechali ostro przez resztę nocy, dostatecznie ostro, by Damien zaczął się zastanawiać, czy 
konie nie padną przed świtem. Gdyby tak się stało, chyba nie mógłby nic zrobić, żeby je 
ocalić. Co innego wpływać na biochemię stosunkowo zdrowego zwierzęcia, a co innego 
uratować je, kiedy zupełnie opadło z sił. Jednak ku jego zdziwieniu biegły niestrudzenie 
przez resztę nocy, przenosząc jeźdźców przez pasmo niskich wzgórz graniczących na 
południu z doliną Raksha, a potem przez część samej doliny. 
O pierwszym brzasku Damien ujrzał cel, do którego zmierzali -litą czarną ścianę, ciągnącą 
się jak okiem sięgnąć na zachód i wschód, tworzącą nieprzebytą barierę nie tylko dla 
podróżnych, ale nawet 

290 

background image

dla wiatrów. Z podręcznika geografii wiedział, że fronty pogodowe rzadko przechodziły nad 
Czarną Granią, a i prądy fae wolały ją omijać niż przez nią przepływać. Z tego właśnie 
powodu dolina nadawała się do zamieszkiwania, gdyż za barierą grani fae stawała się tak 
gorąca i dzika, że obawiali się jej nawet czarnoksiężnicy. 
I właśnie tam zmierzamy, pomyślał, spoglądając na okryte śniegiem wierzchołki. Niezbyt 
przyjemna perspektywa. 
Z miejsca, w którym rozbili obóz, Damien widział samą przełęcz - miejsce, gdzie grań 
załamywała się, tworząc głębokie wcięcie, przez które ludzie mogli podróżować, nie 
pokonując ogromnej wysokości. Ściskało go w gardle na myśl o tym, co mogło ich tam 
czekać, ale w głębi serca wiedział, że nie ma innej drogi. W przeciwieństwie do 
urozmaiconych masywów górskich na wschodzie pokonanie Czarnej Grani wymagało 
nieustannej jazdy pod górę. Nielitościwie popędzając konie po równym terenie, może 
zdołają wyprzedzić pościg, gdyby próbowali przebyć tę stromiznę, gdzie brakuje ciepła i 
tlenu, musieliby w szybkim tempie iść pieszo. Mimo wszystko... 
Nie ma innej drogi? - zapytał Tarranta, gdy ten zsiadł z konia. Miał nadzieję, że adept 
odkrył jakieś inne wyjście. 
Obawiam się, że nie - powiedział Łowca. 
Damien przestał się łudzić. Jeśli był ktoś, kto znał tę krainę i wszystkie jej tajemnice, to tym 
kimś był Łowca. 
Damien patrzył, jak neohrabia opróżnia manierkę, i czekał, aż towarzysz powie coś na temat 
przyszłych posiłków. Łowca jednak nie odzywał się, a Damien nie chciał go wypytywać. 
Gdyby adept potrzebował czegoś, na pewno powiedziałby o mu tym. Łowca nigdy nie 
wstydził się swoich potrzeb. 
Nakarmię go, jeśli będę musiał, pomyślał. Jednocześnie zastanawiał się, jak zdoła walczyć z 
ludźmi Calesty, mając w żyłach mniej krwi lub będąc osłabionym nie kończącym się 
ciągiem koszmarów. Potem pomyślał o przełęczy i o tym, co może ich tam czekać. 
Czy zdołasz przestraszyć mnie bardziej? 

Prześpij się trochę - nalegał Tarrant. - Jutro czeka nas ciężki 

dzień. 
Spać. Czy można zasnąć w obliczu takiego niebezpieczeństwa, udając, że to będzie 
zwyczajny dzień? Kiedy wiatr ucichł, wydawało mu się, że w oddali słyszy ludzkie głosy, 
gdy Calesta wykorzystywał godziny dnia, by przygotować się do walki. Ilu miejscowych 
wojowników 

291 

background image

tam zebrał, jak przygotował ich do nadchodzącej bitwy? Czy myśleli, że walczą z 
demonami lub innym zrodzonym z fae zagrożeniem? Jaki rodzaj iluzji zastępował im 
odwagę i kazał walczyć, podczas gdy umysł rozpaczliwie krzyczał „Nie!". 
Drżąc, położył głowę na bagażu i spróbował zasnąć. Zastanawiał się, czy między 
oczekującymi go koszmarami zdoła do zachodu słońca uciąć sobie pięcio- czy 
dziesięciominutową drzemkę, która pozwoli mu odpocząć i zregenerować siły przed 
nadchodzącą walką. 
Zostały dwadzieścia trzy dni. 

background image

32 

otarcie do Kale zajęło wiernym aż pięć dni. Podążali traktem wytyczonym 
przez miejscowych planistów przed wiekami, kiedy po raz pierwszy 
zrozumiano, iżby swobodnie podróżować przez kontynent, człowiek 
potrzebuje rozmieszczonych w regularnych odstępach miejsc, w których 

może schronić się przed nocą i jej demonami. Dae - czyli małe twierdze-gospody, solidnie 
obwarowane i pilnie strzeżone - były rozmieszczone w równych odstępach od siebie, a 
ponieważ w razie potrzeby mogły gościć liczne karawany kupców, bez trudu znajdowało się 
w nich miejsce dla małego oddziału wojowników i ich wierzchowców. 
Osiemdziesięcioro siedmioro mężczyzn i kobiet. Oczywiście, nie wszyscy wjadą do 
Puszczy. Część z nich podejmie obowiązki łączników w Mordreth, a przynajmniej tuzin 
innych obsadzi obóz tuż obok Puszczy, aby zagwarantować dostawy prowiantu, gdyby 
konflikt miał się przedłużyć. Kilkuset innych już zajęło pozycje na skraju tego przeklętego 
królestwa, wycinając tam wszystkie drzewa i krzewy, które mogłyby się zapalić, kiedy 
Kościół użyje swej najstraszliwszej broni i Zakazana Puszcza przejdzie do historii. W 
porównaniu z nieprzeliczonymi wojskami, jakie zaatakowały ją w przeszłości, była to 
zaledwie garstka Tamte armie poniosły klęskę, natychmiast przypominał Patriarcha. 
Przewaga liczebna nie gwarantuje zwycięstwa w wojnie, w której samo pole bitwy jest żywą 
i wrogą istotą. Dlatego tym razem nie ruszyli wielką siłą, lecz doborowym oddziałem, który 
błyskawicznie wtargnie do Puszczy, zada śmiertelny cios, a potem - miejmy nadzieję - zdoła 
się wycofać. 
Królestwo Łowcy stanie w płomieniach. Andrys śnił o tym na jawie, radując się tą wizją, 
gdy rumak niósł go coraz bliżej jej spełnienia. To marzenie podtrzymywało go na duchu, 
gdy wszystko wydawało się rozpadać, kiedy udawana siła i odwaga wydawały się 

293 

background image

większym kłamstwem niż kiedykolwiek. Zar tego ognia dawał mu życie, nadzieję i siłę, aby 
ciągnąć to dalej. 
Towarzysze byli mu obcy. Podróżował z nimi, zjadał posiłki, ale równie dobrze mogliby 
pochodzić z innej planety. Oczywiście, powodem były kwestie wiary. Jak wszyscy 
Tarrantowie, Andrys został wychowany tak, by służyć Jedynemu Bogu słowem i czynem, 
jeżeli nie duchem, i dostatecznie często uczestniczył w nabożeństwach z okazji wesel i 
podobnych uroczystości, aby razem z innymi móc odmówić pacierz. Jednak wiara nie miała 
dla niego zbyt wielkiego znaczenia. Ci ludzie byli inni. Maszerowali na północ, by walczyć, 
może zginąć, a wszystko w imieniu Boga tak odległego od ludzkich spraw, że nawet nie 
marzyli o tym, że mógł im pomóc. Dlaczego? Między ich motywami a jego pojmowaniem 
tych spraw ziała przepaść tak głęboka, tak rozległa, że nie były w stanie jej zapełnić 
wszystkie odmawiane w najlepszych intencjach modlitwy. 
Wiara. Dla niego to słowo nie znaczyło nic. Wiara była fantazją, złudzeniem. Wiara była jak 
wino: wlewałeś ją w siebie i przez krótki czas rozkwitała, łagodziła ból istnienia, uwalniała 
od ciążącego poczucia winy. A potem przestawała działać, jak wino: wchłonięta, wydalona, 
zapomniana. Po co? 
Czy ktoś naprawdę wierzył, że Jedyny Bóg tam jest? Czy ktoś wierzył, że Jemu zależy na 
powodzeniu tej misji? Czy oni szczerze wierzyli, że opiekuńczy Bóg pozwoliłby w ogóle 
istnieć takiej kreaturze jak Łowca, nie mówiąc już o nagradzaniu jego postępków 
nieśmiertelnością? 
Może poganie mają rację, pomyślał z goryczą. Zazdrościł wyznawcom politeizmu 
przyjemnej prostoty ich przekonań. Czyń dobrze lub źle, a świat odpowiednio to 
wynagrodzi. Może nie w sposób, jaki ci się spodoba, może nie tak, byś zdołał to pojąć, ale 
przynajmniej jest w tym jakiś sens. Przynajmniej on go widział. Natomiast to... było dla 
niego kompletną zagadką. 
Może gdyby choć przez krótki czas mógł być sam, jakoś by się z tym uporał. Jednak w tym 
nowym świecie nie było miejsca na samotność. Całe dnie spędzał z innymi, mając 
Patriarchę Wschodniej Autarchii po jednej i dowódcę ekspedycji, kobietę zwaną Tabra Zefi-
la, po drugiej stronie. W towarzystwie tych autorytetów wystrzegał się, nawet kichając. 
Jeden Bóg wie, co by się stało, gdyby jakieś słowo wymknęło mu się z ust, na przykład 
wtedy, kiedy potknie mu się koń. Wieczorami zjadał kolację ze zwykłymi żołnierzami, 
podczas gdy 

294 

background image

tych dwoje prowadziło długie rozmowy. Czując się wśród nich obco, rzadko przyłączał się 
do tych dyskusji. Kiedy przychodziła pora spoczynku, kładł się z innymi w komnacie 
przeznaczonej dla strażników pilnujących karawan - sześcioosobowym pokoju ze wspólną 
łazienką. Nigdy sam. Czasem tak rozpaczliwie pragnął samotności, że miał ochotę krzyczeć. 
Nie tylko dlatego, że często chciało mu się pić. Po posiłkach podawano dość wina i piwa, by 
mógł zaspokoić pragnienie, nie budząc niczyich podejrzeń. W przeszłości tak często musiał 
ukrywać swoje pijaństwo przed Samie-lem i Betrisem, że stało się to jego drugą naturą. 
Potrafił upić się prawie do nieprzytomności i mimo to wyjść równym krokiem z pokoju, a 
nawet trafić do łóżka, jakby nigdy nic. Nie, nie w tym tkwił problem. I nie miało to nic 
wspólnego z narkotykami, które zabrał ze sobą, w ostatniej rozpaczliwej próbie 
zabezpieczenia się na wypadek, gdyby ta podróż okazała się ponad jego siły. Dotychczas nie 
potrzebował ich, a gdyby nawet, zawsze mógł szybko połknąć jedną w łazience i wrócić do 
łóżka, zanim środek zacznie działać. Nie, nie w tym rzecz. 
Chodziło o wspomnienia. 
Teraz już nie tylko wspomnienia z przeszłości, chociaż mrożące krew w żyłach wizje 
wymordowanej rodziny - i jego tchórzo-stw - nadal paliły żywym ogniem mózg. Teraz 
dołączyły do nich wizje dziewczyny. Słodkie wspomnienia, ciepłe i upajające... i bo-
leśniejsze od wszystkich innych razem wziętych. Ponieważ nie miał do niej wrócić. 
Wiedział o tym. Zamierzał walczyć z Puszczą w nadziei pomszczenia rodziny, ale niewielką 
miał szansę, że wyjdzie z tego z życiem. A nawet gdyby, jak mógłby znów wziąć w ramiona 
tę delikatną istotę po tym, gdy jego ciało stanie się siedzibą ducha Łowcy? Nawet jeśli to 
przeżyje, nawet gdyby - co było niemożliwe - zdołał zachować zdrowe zmysły, jak mógłby 
kontynuować wszystko tak, jakby nic się nie stało? Czy człowiek może wcielić się w Łowcę 
i zachować nie skażoną tym duszę? 
Kiedy mógł, zatracał się w pijaństwie. Jeżeli nie mógł, miotał się między walką ze 
wspomnieniami - wszystkimi - a rozpamiętywaniem tych najsłodszych, które były jego 
ostatnią przyjemnością, zanim pochłonie go mroczne królestwo Łowcy. 

295 

background image

W Kale zostali przyjęci ciepło, a nawet serdecznie, jak przysta ło na pierwszą wizytę 
Patriarchy w tym kwitnącym portowym mie ście. Andrysowi - który nigdy nie zwracał 
przesadnej uwagi na ko ścielną ani żadną inną hierarchię - wymownie przypomniało t o 
stanowisku jadącego u jego boku człowieka i jego znaczeniu dl mężczyzn i kobiet 
czczących Jedynego Boga. 
Tysiące ich stały na chodnikach południowej ulicy miasta, witając przybyłych. Byli tam 
zarówno wierni, jak i gapie, przybyli zobaczyć człowieka będącego ucieleśnieniem Jego 
woli. Wielu wyciągało ręce, by go dotknąć, a Patriarcha raz po raz ściągał wodze i spełniał 
ich życzenie, podając im rękę do uściśnięcia lub ucałowania Obserwujący go Andrys był 
pod wrażeniem emanującego z dostojnika autorytetu i władzy, jaką miał nad tutejszymi 
ludźmi. Niektórzy nawet na jego widok padali na kolana, co przyjmował zupełnie 
naturalnie, z monarszą godnością. Trudno było pamiętać, kim i czym był ten człowiek, 
kiedy widywało się go tylko w małych pokoikach lub na zakurzonym koniu, zajętego 
drobnymi sprawami, borykającego się z codziennymi problemami, otoczonego ludźmi 
przyzwyczajonymi do jego obecności. Teraz było zupełnie inaczej. Stwierdził, że mimo woli 
drży, a kiedy w pewnej chwili Patriarcha obrócił się i spojrzał nań, Andrys był wstrząśnięty, 
jakby te niebieskie oczy były kanałem wiodącym do czegoś znacznie większego, czego 
powinien lękać się zwykły śmiertelnik. 
Burmistrz spotkał ich przy bramie miasta - prowizorycznej konstrukcji pospiesznie 
wzniesionej z okazji tej ceremonii - i wygłosił uroczystą przemowę. Nazwał ich zbawcami 
północy. Świętymi Jedynego Boga. Jednak pod tym pozornym entuzjazmem Andrys do-
strzegł skrywany lęk. Miał wrażenie, że burmistrz co chwila ogląda się za siebie, jakby się 
obawiał, że coś na niego skoczy. 
„Dręczy go duch Mordreth", szepnęła do niego Zefila. Andrys dopiero po chwili skojarzył tę 
nazwę i ponuro kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Mordreth było miastem po drugiej 
stronie Żmii, na samym skraju Puszczy i niegdyś gościło podobną ekspedycję, zamierzającą 
zniszczyć królestwo Łowcy. W odwecie w ciągu jednej nocy wszyscy mieszkańcy miasta 
zostali wymordowani: mężczyźni, kobiety i dzieci, ich domowe zwierzęta, a nawet 
zniszczono zamieszkane przez nich budynki. Zostały tylko popioły i zgliszcza. Nic 
dziwnego, że burmistrz był tak zdenerwowany, mając w pobliżu ponure świadectwo potęgi 
Łowcy. Zważywszy na okoliczności, dziwne, że przyjęto ich tutaj z otwartymi rękami. 

296 

background image

Dostali kwatery, żywność i zaopatrzenie - Patriarcha przyjął wszystko, co mu dali. Nakłonili 
go również do celebrowania mszy w miejscowym kościele, a właściwie na głównym placu 
miasta, gdyż świątynia nie była w stanie pomieścić wszystkich chętnych, Andrys 
dostatecznie dobrze znał kościelną teozofię, by zrozumieć, że stojący tam Patriarcha, 
skupiając uwagę tysięcy wiernych, za pomocą ich wiary kształtował fae, zyskując 
dodatkową siłę do wykorzystania w tym przedsięwzięciu. Dlaczego nie robią tego otwarcie? 
- zastanawiał się. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Jednak pod koniec mszy nawet on 
wyczuwał moc tego, co tam wyczarowano, i tej nocy po raz pierwszy zasnął bez 
wątpliwości, bez strachu, łagodnie przenosząc się do królestwa, w którym nawet koszmary 
były delikatne. 
Gdybyż mógł tam zostać! 
Rankiem odpłynęli do Mordreth. Przez wzburzone wody Żmii (czyżby Łowca zesłał sztorm, 
żeby ich niepokoił?) obok czarnej bryły Morgot (jaki nieprzyjaciel mógł wyłonić się z tego 
ukrytego portu?) na mętne wody zatoki Mordreth. Tym razem nie było ciepłych powitań ani 
wiwatujących tłumów, a nawet urzędników niższego szczebla, którzy mieliby dopilnować 
formalności celnych. Na nabrzeże wyszedł tylko ich człowiek wraz z czterema 
miejscowymi kapłanami, których przyprowadził ze sobą. Poza nimi w porcie nie było 
nikogo. 

Boją się - rzekł Patriarcha, a Andrys pomyślał: Czy można mieć 

im to za złe? 
Przejechali przez prawie wymarłe miasto. Deszcz dodawał przy tym swój cichy komentarz, 
nie przestając padać. Wielu mieszkańców Mordreth opuściło miasto w obawie o swe życie, 
a pozostali nawet nie śmieli patrzeć na przejeżdżający oddział, w obawie że Łowca 
niewłaściwie odczyta takie spojrzenia i straszliwie się zemści. Pomimo wszystko były tu 
pewne oznaki świadczące o tym, że życie i nadzieja jeszcze nie zgasły. Skrzypienie 
uchylanej okiennicy i wystraszone oczy spoglądające przez szparę. Niewyraźne twarze za 
odsuniętą zasłoną. Andrysowi wydawało się, że raz czy dwa usłyszał ciche głosy, chyba 
odmawiające modlitwę, ale nie zdołał zlokalizować ich źródła ani wyjaśnić, w jaki sposób 
dotarły do jego uszu. 

Oto oblicze naszego wroga - oznajmił Patriarcha, kiedy wszy 

scy zebrali się na drugim końcu miasta, żeby go wysłuchać. Wska 
zał ręką na południe, obejmując tym gestem także miasto, przez 
które właśnie przejechali. - Oto, z czym przybyliśmy walczyć. Czy 
widząc to, co widzieliśmy, ktokolwiek może wątpić w nieuchronność 

297 

background image

tej bitwy? Czy ktoś z was mógłby stać na uboczu i bezczynnie patrzeć, jak rozszerza swe 
wpływy, domostwo po domostwie, miasto po mieście, aż całe wschodnie królestwo zacznie 
umykać jak przerażony królik na sam dźwięk imienia Łowcy? Na zawsze oczyścimy tę 
ziemię - zapowiedział. - Nie tylko zniszczymy tę ohydną kreaturę, której brzydzi się sam 
Pan Bóg, ale obudzimy ducha w naszych współobywatelach. To walka o dusze wszystkich 
ludzi - powiedział, a wicher fae tak głęboko wyrył to przesłanie w ich umysłach, że nabrali 
przekonania, iż od tej jednej bitwy zależy los całego świata. 
Przez kilka godzin jechali na północ, aż wreszcie, na szczycie małego pagórka, Zefila 
ogłosiła postój. W oddali widać było ścianę gęstego lasu wznoszącą się na końcu trawiastej 
równiny i na ten widok serce podeszło Andrysowi do gardła. Przez długi czas stali, spoglą-
dając na terytorium wroga, i nikt nie odezwał się słowem. Ciągnące stamtąd powietrze 
wydawało się gęściejsze i chłodniejsze, i miało zdecydowanie nieprzyjemną woń zgnilizny, 
krwi i choroby. Jednego z członków ekspedycji zemdliło tak, że odszedł na bok i zwymioto-
wał. Andrys słyszał te dobiegające z lewej odgłosy i zbierając resztki odwagi rozpaczliwie 
marzył, by wymknąć się stąd i ukradkiem napić wina. Wiedział jednak, że od tej pory do 
końca wyprawy nie będzie już piwa i wina. W królestwie, w którym lęki mogły mieć 
skrzydła, kły i pazury, pijaństwo było zbyt niebezpieczną słabością. 
Rozbili obóz, mając w zasięgu wzroku królestwo wroga. Wśród resztek dawnego 
obozowiska, teraz opuszczonego przez myśliwych i poszukiwaczy, którzy je wznieśli, 
rozpakowali namioty oraz śpiwory tak nowe, że niektóre miały jeszcze metki, a z worków z 
żywnością wysypywały się na trawę ulotki reklamowe. Mieli spędzić tu całą noc i ruszyć o 
wschodzie słońca, pozwalając, by ten najgorszy nieprzyjaciel nocy oświetlił im drogę do 
dominium Łowcy. „Chociaż to światło nie pomoże im pod baldachimem gałęzi", zauważyła 
Zefila, obserwując Puszczę przez lunetę, „liczyło się jako symbol". 
Symbol. 
Z tego samego powodu późnym popołudniem rozpakował zbroję. Dlatego oczekiwano od 
niego, że będzie ją teraz nosił, by ludzie przyzwyczaili się do jego nowej roli. I z tego 
powodu zostanie im teraz przedstawiony ponownie, niejako gość z odległego hrabstwa, ale 
jako ten, który dzierży klucze do królestwa Łowcy: ciało z jego ciała, krew z jego krwi. 
Przysłano mu na pomoc żołnierza, który podniósł ciężki napierśnik 

298 

background image

i nałożył go na tors Andrysa, na koszulę. Tarrant zamknął oczy i zadrżał, nie tylko na myśl o 
tym, co ta chwila oznaczała dla ich wyprawy, lecz pod wpływem gwałtownie obudzonych 
wspomnień. Jej dłonie, delikatnie dotykające tej stali i jego ciała. Jej oczy, tak czarne i 
głębokie, że człowiek mógłby w nich utonąć. Zatracić się na zawsze. Łzy stanęły mu w 
oczach i szybko je otarł, mając nadzieję, że pomagający mu żołnierz niczego nie zauważył. 
Teraz musi być silny - to część jego nowej osobowości. Nowego wcielenia Andrys Tarrant, 
przywódca... O mało nie wybuchnął śmiechem. Czy słyszał ktoś coś zabawniejszego? 
Samiel zaśmiewałby się do łez, gdyby to usłyszał! 
Żołnierz oznajmił, że wszystko gotowe i pociągnął go za sobą. Andrys wyszedł z namiotu i 
dał się zaprowadzić do miejsca, gdzie czekali jego towarzysze, gdzie czekał Patriarcha... 
I jego przeznaczenie. 
Patriarcha stał na szczycie pagórka, a służący mu mężczyźni i kobiety otaczali go szerokim 
półkolem. Andrys podszedł do duchownego i skłonił się nisko, doskonale zdając sobie 
sprawę z tego, jakie znaczenie ma teraz każdy ruch. Dobrze przygotowano go podczas tej 
podróży, więc gesty wykonywał jak doświadczony tancerz, wyczuwając siłę tego spektaklu. 
Osiemdziesiąt siedem osób - nikt bowiem nie pozostał w Mordreth - patrzyło na postać, 
którą uosabiał, a ich reakcja rozmigotała niewidzialną fae, tworząc rzeczywistość po-
tężniejszą, niż którykolwiek z nich mógłby stworzyć samodzielnie. Mówiono, że miejscowa 
fae jest tak ulotna, iż realizuje ludzkie sny, zanim się skończą. Jaką siłę dawało to 
połączonym marzeniom dziesiątków osób, których myśli skupiły się na jednym? 
Na nim. 
Teraz wyglądał jak Prorok, jak jego nowe wcielenie. Włosy miał prosto przycięte, tak jak 
nosił je Prorok, a chociaż złudzenie byłoby pełne dopiero wówczas, gdyby sięgały mu do 
ramion, to i tak nikt nie zauważy różnicy. Jego zbroja była dokładnie taka sama, nawet w 
najdrobniejszym szczególe, jak ta na fresku w katedrze Jaggonath, a i ubranie, jakie pod nią 
nosił, było identyczne. Był historyczną postacią, żywą legendą, i wprost czuł na twarzy żar 
uczuć emanujących od zgromadzonych ludzi. Boże, z jakim trudem oddychał. Próbował 
rozluźnić kołnierz koszuli, ale niewiele mu to pomogło. Nadal się dusił. 
Stał tam, gdy Patriarcha wyjaśniał wszystkim, co łączy Andrysa Tar-ranta z Łowcą, 
Usiłował nie czerwienić się ze wstydu, gdy kilku żołnierzy pokiwało głowami, jakby 
mówili: „Tak, wiedzieliśmy, że on nie 

299 

background image

jest jednym z nas, teraz przynajmniej wszystko jest jasne". Czy w ciągu kilku ostatnich dni 
okazał się tak bezwartościowy, że potrzebne im było takie wyjaśnienie? Gdy Patriarcha 
szczegółowo wyjaśniał rolę, jaką miał odegrać w ich przedsięwzięciu, a za jego plecami 
słońce zachodziło w swoim złocistym splendorze, Andrys nie słyszał słów. Znów był sam, 
samotny wśród obcych, a jedyna osoba, która mogła mu pomóc, znajdowała się ponad sto 
kilometrów stąd, w innym świecie. 
Puszcza uzna tego człowieka za swojego, wyjaśnił ojciec święty. Przepuści go wraz z całą 
jego świtą. Dlatego, aby stworzyć między wami taką więź, każdy musi złożyć mu przysięgę 
wierności, tutaj i teraz. 
Podchodzili do niego pojedynczo, aby klęknąć przed nim i uścisnąć jego ręce. Słowa 
przysięgi same płynęły mu z ust i ledwie je słyszał, ponieważ kiedy klękali przed nim i 
powtarzali rytualną przysięgę, ułożoną przez Proroka, krążąca wokół nich fae zaczęła 
przybierać nową postać. Czuł to, kiedy mówił, i włosy zjeżyły mu się na karku, jakby 
dotykał czegoś obrzydliwego. Z najwyższym trudem zachował spokój, pozostał na miejscu i 
wypowiadał słowa przysięgi, jakby nic się nie stało. Kiedy odebrał ją od pięciu osób, 
odniósł wrażenie, że to ohydne coś w jakiś sposób zdołało dostać się do jego mózgu, 
objawiając się w nim tym silniej, gdy usiłował zebrać myśli. Wpadł w panikę, podsycaną 
jeszcze przez fakt, iż nikt Z otaczających go ludzi zdawał się nie zauważać, że stało się coś 
złego. 
Potem, kiedy odebrał dziesiątą przysięgę, nagle pojął, co się dzieje. 
Słowa przysięgi, które recytowali ci ludzie, zostały starannie ułożone na taką okazję, 
podobnie jak modlitwy oraz samo kościelne prawo. Specjalnie dobrane frazy miały 
wywoływać konkretne obrazy, działające na fae w pożądany przez Kościół sposób. Ten 
zamysł powiódł się aż za dobrze. Ulotna fae na skraju Puszczy szybko przechwyciła 
kościelne wizje i próbowała umieścić je w ciele, które było ich ogniskową. Gdy żołnierz za 
żołnierzem klękał przed Andrysem i akceptował w nim krewnego Łowcy, on czuł 
napierającą na niego fae, atakującą go tymi obrazami. Czuł, że jego dotychczasowa 
tożsamość zaczyna się rozpadać, i jak tonący, którego zawodzą siły, wyczuwał przed sobą 
ogromną pustkę, czyhającą tylko na moment nieuwagi, aby go pochłonąć. 
Wtedy naprawdę wpadł w panikę i gdyby nie było przy nim Patriarchy, zapewne odwróciłby 
się i uciekł. Lecz ojciec święty albo wyczuł jego zmieszanie, albo ostrzegły go wizje, bo 
stanął za Andrysem i położył mu dłoń na ramieniu. Tylko tyle. To dotknięcie przypomniało 

300 

background image

mu o wszystkim, co go tu przywiodło, o koszmarze, jakim stało się jego życie, o związku z 
Kościołem i tymi ludźmi, którzy mu służyli. Drżąc, pozostał na swoim miejscu. Następny 
człowiek uklęknął przed nim, potem kobieta, później znów dwóch mężczyzn. Każda kolejna 
przysięga wywoływała falę fae, która spadała nań, zapierając mu dech, tak że z trudem 
wymawiał przewidziane rytuałem słowa, nie słysząc ich, walcząc o przetrwanie. Teraz 
widział obrazy, okropne halucynacje, które niewątpliwie uradowałyby Łowcę - wizje 
rozlewu krwi, mordów, tak strasznych aktów przemocy, że wydawało się niemożliwe, by 
ktoś mógł być ich świadkiem. Czy były to wspomnienia Ge-ralda Tarranta, czy jakiś inny, 
nie wiadomo skąd się biorący horror? Bliski utraty zmysłów, Andrys drżał, gdy wlewały się 
w jego umysł. Odebrał dwadzieścia przysiąg. Trzydzieści. Kolejka wydawała się nie mieć 
końca, a przy każdym kolejnym żołnierzu, który przed nim klękał, Andrys miał ochotę 
wrzasnąć i rzucić się do ucieczki, być gdziekolwiek, tylko nie tu, robić cokolwiek innego... 
A wtedy jego umysł zarejestrował znajome uczucie i te obrazy zmieniły się. Kontakt trwał 
tylko chwilę, lecz ten moment wystarczył. Wpływ Calesty pewnie i skutecznie podsycił 
nienawiść, która była teraz jedyną siłą Andrysa. Krwawe obrazy zmieniły się we 
wspomnienia rzezi jego rodziny; wizje przemocy ustąpiły miejsca żądzy zemsty. Uchwycił 
się tego jak ostatniej deski ratunku i zdołał raz po raz wymawiać słowa rytuału: „Przyjmuję 
twoją przysięgę wierności, uznaje cię za przedłużenie mej woli, przysięgam bronić cię przed 
wszelkimi niebezpieczeństwami...". Jęknął, czując w sobie zimną i złowrogą obecność 
Łowcy, a Patriarcha mocniej zacisnął dłoń na jego ramieniu. O, Boże, modlił się Andrys, 
jeśli naprawdę tam jesteś, jeśli to widzisz, pomóż mi! Jednak Bóg Ziemi nie lubił wtrącać 
się w takie sprawy, a jego przedstawiciel, pomimo najlepszych intencji, nie miał pojęcia, 
jaką moc wezwał tym rytuałem. 
A potem było po wszystkim. Ostatni żołnierz z szacunkiem cofnął się od szczytu pagórka, w 
końcu dając Andrysowi odetchnąć. Drżąc jak liść, młodzieniec modlił się, by jak najszybciej 
pozwolono mu stąd odejść. Przecież to w ich najlepszym interesie nie powinien okazywać 
publicznie słabości! Ktoś stanął obok niego i Andrys zobaczył, że to Patriarcha Przez chwilę 
spoglądał w niebieskie oczy duchownego, których spojrzenie zdawało się przeszywać go na 
wskroś. Potem ojciec święty skinął głową, przyklęknął i podał mu ręce, szykując się do 
złożenia przysięgi. 

301 

background image

Nie! - chciał krzyknąć Andrys. Jestem nieczysty! Nie widzisz tego? Patriarcha jednak 
patrzył na niego stalowym spojrzeniem i podawał mu ręce. W końcu rozdygotany Andrys 
uścisnął je, zgodnie z rytuałem. 
- Tylko teraz - zaczął Patriarcha. -1 jedynie w tych okolicznościach... 
Starannie dobierał słowa, lecz Andrys ledwie je słyszał. Puszcza zimną dłonią ściskała jego 
serce i napełniała przerażeniem. A jeśli odbierająca tę przysięgę istota nie była już 
Andrysem Tarrantem, lecz czymś innym, kształtowanym przez płynące z Puszczy prądy? 
Rozumiał, dlaczego Patriarcha uznał, że nawet ojciec święty musi w pełni uczestniczyć w 
tym oszustwie, ale czy ryzyko nie było zbyt wielkie? 
Nie rób tego! - chciał wrzasnąć. Ratuj się, twój lud cię potrzebuje! 
A potem wszystko wreszcie się skończyło. Oszołomiony, wysłuchał ostatnich słów 
ceremonii, patrząc, jak złocisty blask Rdzenia przyćmił czyste białe światło dnia. Słońce już 
zaszło i powoli zapadał zmierzch. Wkrótce pojawią się demony nocy, a jeśli nie uznają 
Andrysa za... 
Nie myśl o tym, powiedział sobie. Wiedząc w głębi duszy, że teraz ma w sobie nieczystą 
naturę Łowcy i każdy wygłodniały demo-niak może to dostrzec. 
O, Boże. 
Myślał, że wcielając się w Łowcę, może postradać zmysły. A jeśli Puszcza naprawdę go 
przemieni, zrobi z niego dokładną kopię tego potępieńca? Co zrobią wtedy jego kościelni 
sprzymierzeńcy -spróbują go uratować, ocalić jego duszę, czy też skażą go na taki sam los 
jak jego poprzednika? 
Nagle poczuł się schwytany w pułapkę. Z ulgą spostrzegł, że już ustawiono namioty. Gdy 
tylko ten koszmar się skończy, Andrys schroni się w zaciszu brezentowej kwatery. Myśl o 
tym pozwoliła mu przetrwać ostatnie odmawiane modlitwy i słowa ceremonii... 
Poszedł. Chętnie rzuciłby się biegiem, lecz mogłoby to zwrócić czyjąś uwagę i możliwe, że 
ktoś poszedłby za nim. Dotarł do namiotu, który mu przydzielono - miał go tylko dla siebie, 
ze względu na szczególną pozycję, jaką teraz zajął - i zanurkował pod uniesioną klapę. Serce 
biło mu tak mocno, że dziwił się, iż nikt tego nie słyszy, ale może wszyscy myśleli o czymś 
innym. Może w obliczu tego, co czekało ich nazajutrz, nie mieli czasu, by przejmować się 
samopoczuciem ich przywódcy. 

302 

background image

Jego bagaż leżał obok materaca. Andrys klęknął przy nim i otworzył sakwę, drżącymi 
rękami rozplątując rzemyki i zapięcia. Już niedługo, obiecywał sobie w myślach. Niedługo. 
Myśląc o tym, co było w środku, i o spokoju ducha, jaki mu zapewni, ledwie zdołał zdobyć 
się na cierpliwość niezbędną do otwarcia tej przeklętej sakwy. W końcu jakoś udało mu się 
ją otworzyć i wysypał zawartość na podłogę. Zaczął gorączkowo przetrząsać stos rzeczy, nie 
zważając na nic prócz tego przedmiotu, którego szukał. Przez długą chwilę nie mógł go 
odnaleźć. Zaczerpnął tchu i zaczął szukać od nowa, tym razem odkładając każdy przedmiot 
na drugą kupkę. Ubrania, apteczka, przybory toaletowe... Nie było go tu. Nie! - krzyknął w 
myślach. Nie chciał w to uwierzyć. Ponownie przeszukał wszystko, tym razem w 
gorączkowym pośpiechu, i kiedy skończył, wnętrze namiotu było usłane porozrzucanymi 
rzeczami. Nadal jednak nie znalazł buteleczki. Zaczął rozpaczliwie przetrząsać zawartość 
sakwy, wpychając drżące palce do ciasnych kieszonek, ugniatając podszewkę, by sprawdzić, 
czy czegoś pod nią nie ma, wściekle szarpiąc... 

Szukasz czegoś? 

Zastygł, słysząc ten głos. Sakwa wypadła mu ze zdrętwiałych palców, gdy spojrzał na twarz 
gościa, na aż nazbyt znajomą szatę. Boże, proszę, pomyślał, oszczędź mi tego upokorzenia. 
Jednak ta prosta modlitwa, choć płynąca z głębi serca, nie mogła sprawić, by Patriarcha 
zniknął. 

W drodze do Mordreth wyjąłem narkotyki z twojego bagażu 

- wyjaśnił cicho ojciec święty - i wrzuciłem je w wody Żmii. Za 
kładam, że to ich szukasz? 
A kiedy Andrys nie odpowiedział, skinął głową, jakby w jego skrzywionej twarzy znalazł 
potwierdzenie. 

To, co do tej pory robiłeś z twoim życiem, Mer Tarrant, to two 

ja prywatna sprawa, ale teraz nie żyjesz już tylko dla siebie. Żyjesz 
dla nas wszystkich. A ja nie dopuszczę, by istnieniu mojego Kościo 
ła zagroziła garść proszków, i nie pozwolę, byś chodził odurzony 
w obecności moich wiernych. 
Andrys zaczerwienił się ze wstydu, chciał wyjąkać coś na swoją obronę, lecz słowa nie 
przechodziły mu przez gardło. Czy Patriarcha od początku wiedział, jakie brzemię dźwiga 
Andrys? Czy zdradziły mu to wizje, czy też jakiś człowiek? 

Ja nie... - zaczął. Potem wstyd ścisnął mu gardło i nie zdołał 

dokończyć - Nie rozumiesz - szepnął. 

303 

background image

Rozumiem dość, by wiedzieć, co stanie się z moimi ludźmi, 

jeśli dostrzegą w tobie taką słabość. Przed dzisiejszym wieczorem 
nie miałoby to wielkiego znaczenia, lecz teraz, po tym, jak wszy 
scy ślubowali ci... Spoczywa na tobie odpowiedzialność, Mer Tar- 
rant, a moim zadaniem jest dopilnować, abyś się do niej poczuwał. 
Choćby miało to być bolesne. 
Zwiesił głowę i nie miał pojęcia, co robi Patriarcha, ale zobaczył falowanie jego wełnianej 
szaty. Nie widział, co duchowny wyjął z kieszeni, dopóki ojciec święty nie rzucił mu tego 
pod nogi. 
Buteleczka. 

Wziąłem ją z Jaggonath. - Zdrętwiałymi palcami Andrys pod 

niósł szklane naczyńko. Kiedy z niedowierzaniem obrócił je w rę 
ku, matowa czarne pigułki ściemniacza przesypały się w środku. - 
Ojcowie tego miasta w swej ogromnej mądrości postanowili, że ża 
den człowiek nie ma prawa obciążać innych swoim nałogiem. Na 
kazali, aby wszystkie narkotyki miały domieszkę środka paraliżują 
cego, tak że zażywający je musi znosić ich działanie w samotności. 
- Wskazał na buteleczkę. - Jeżeli odczujesz tak gwałtowną potrze 
bę ukojenia, że zechcesz zaryzykować czasowy paraliż, to proszę. 
W samotności możesz robić, co chcesz, dopóki będziesz pamiętał, 
że w publicznych miejscach twoje życie już nie należy do ciebie. 
Zawstydzony Andrys opuścił głowę i szepnął: 
Nie rozumiesz... 
Jako ten, który od prawie pięćdziesięciu lat jest osobą publiczną, doskonale rozumiem - 
odparł surowo i gniewnie Patriarcha. -Rozumiem to lepiej, niż ci się zdaje. 
Zamilkł na chwilę. Potępienie na jego twarzy było jak powiew gorącego wiatru, pod 
wpływem którego Andrys poczerwieniał jeszcze bardziej. 

Nie pozwolę, by powodzeniu tej misji zagroziła chwilowa sła 

bość, Mer Tarrant - ani twoja, ani moja. Pamiętaj o tym. 
Opuścił namiot równie cicho, jak do niego wszedł, lecz jego potępiające słowa zdawały się 
wisieć w powietrzu. Andrys słyszał je, gdy obracał w dłoni buteleczkę, rozpaczliwie pragnąc 
otworzyć ją i połknąć zawartość, lecz w głębi udręczonego serca wiedząc, że do czasu 
zakończenia tej kampanii nie będzie na to bezpiecznego miejsca ani chwili. Później nawet 
echo słów Patriarchy ucichło i w końcu został sam. On i buteleczka. On sam i noc. 
Tylko on... i Łowca w jego duszy. 

304 

background image

33 

yco? - Jedziemy na zachód - powtórzył Łowca tak irytująco spokojnym 
głosem, że Damien miał ochotę go udusić. - W stronę przełęczy 
znajdującej się w pobliżu Puszczy. Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym 

zeszłej nocy. 
Wiem, tylko... - Potrząsnął głową, rozgniewany i zaskoczony. -Tak po prostu? Obudziłeś się 
i zdecydowałeś, że straciliśmy co najmniej dziesięć godzin, ponieważ postanowiłeś zmienić 
kierunek jazdy? 
Wcale nie - odparł chłodno Tarrant. - Już dawno podjąłem taką decyzję. 
Chcesz powiedzieć, że okłamałeś mnie. 
Żałuję, ale było to konieczne. 
Damien o mało go nie uderzył. Naprawdę. Chociaż na nic by się to nie zdało. Łowca mógł 
przywołać fae ziemi i powstrzymać go, zanim zdążyłby zadać cios. Pomimo to, miło byłoby 
spróbować. Tylko wyraz tych wyblakłych, zimnych oczu powstrzymał Damiena. Ich 
głęboki spokój i pewność. Widząc je, zawahał się. 

Tylko pomyśl - nalegał Tarrant. - Wróg potrafi czytać w na 

szych sercach. A to oznacza, że nie mamy przed nim sekretów. Chy 
ba że nie będzie mu się chciało ich szukać. Chyba że będzie sądził, 
iż już wie wszystko. 

Innymi słowy, wykorzystałeś mnie. Powiedziałeś, że podąży 

my na wschód, podczas gdy wcale nie miałeś zamiaru tam jechać. 
Chciałeś tylko, żeby uwierzył w to Calesta. 
Dłonie same zacisnęły mu się w pięści. Damien z trudem wyprostował palce. 

A dlaczego jesteś taki pewny, że wejrzał w moje myśli, nie two 

je? Czy nie za bardzo ryzykujesz? 
W wyblakłych oczach, złociście lśniących w świetle Rdzenia, pojawił się błysk. 

305 

background image

Już wiemy, że nie obserwuje nas przez cały czas. Jak inaczej 

wyjaśnić to, co zdarzyło się w Seth? Czar rzucony przeze mnie pod 
czas ucieczki został zmieniony przez iluzję mającą wprowadzić nas 
w błąd, natomiast rzucony wcześniej - nie. Calesta nie miał ocho 
ty na takie trywialne zabawy, sądząc, że trzyma nas w garści. Pa 
miętaj o tym, że toczy wojnę. - Skinął głową na zachód, w kierun 
ku odległej Puszczy. - Nie wątpię, że musi się na niej skupić. 
Z lekkim zawstydzeniem Damien przypomniał sobie ich ucieczkę ulicami Seth i swoje 
gniewne okrzyki: „Do licha, człowieku, jedziesz w złym kierunku! Pamiętasz mapę?". Nie 
zauważył, że te dwa wyczarowane przez Tarranta obrazy były zupełnie inne. Wierzył w moc 
Łowcy... 
W obliczu wywoływanych przez Iezu złudzeń - rzekł Tarrant, odpowiadając na nie zadane 
pytanie - nawet moja magia musi być podejrzana. 
Skąd wiesz, że on czyta w moich myślach? - zapytał Damien. - A jeśli zagląda w twoje? 
Niepodobna. Z nas dwóch ja prędzej dostrzegłbym ślady jego obecności. Podczas gdy ty... - 
Zawahał się. - Bez obrazy, Vryce, ale słabo znasz się na demonach. 
Mógłby cię zwieść, gdyby chciał. 
Musiałby jednak nad tym ciężko popracować. A jestem pewien, że Iezu, tak samo jak ludzie, 
zawsze działa po linii najmniejszego oporu. 
Taak, tylko czy możemy być tego pewni? 
Nie - przyznał Łowca. - Musimy zaryzykować. To rozpaczliwe posunięcie w grze, w której 
Calesta trzyma większość atutów. Przykro mi, że sam musiałem ułożyć plan tej rozgrywki, 
ale gdybym cię wtajemniczył, mocno ograniczyłbym jej ewentualną skuteczność. A 
ponieważ i tak mamy mało atutów... - Wzruszył ramionami. - Przepraszam, Vryce. 
Zasługujesz na coś lepszego. 
Nie. - Damien ciężko westchnął i podniósłszy rękę, potarł skroń. - Nie przepraszaj. Masz 
rację, jak zwykle. Miejmy tylko nadzieję, że podstęp się udał. - Zerknął na wschód, na 
kuszącą szczelinę przełęczy. -1 co teraz? 
Jeśli Calesta obserwuje nas teraz, to wyśle w pościg za nimi swoich miejscowych sługusów. 
Jednak nie sądzę, żeby to zrobił. Myślę, że jest dostatecznie arogancki - i dość zajęty - żeby 
uwierzyć, iż jego dotychczasowe przygotowania wystarczą. 

306 

background image

Tylko że nie możemy być tego pewni, tak samo jak tego, jaki będzie jego następny ruch. 
Na przełęczy Gastine czekają na nas teraz cztery tuziny zbrojnych - odparł spokojnie Tarrant 
- To nie ulega wątpliwości. Zakładając, że dobrze oceniam sytuację, uważam, że upłyną 
dwie godziny, zanim Calesta zorientuje się, że coś poszło nie po jego myśli, gdyż tyle czasu 
minęłoby, zanim dojechalibyśmy tam i wpadli w pułapkę. Wtedy będzie już za późno, żeby 
tamci zdołali nas dogonić. Będzie musiał opracować nowy plan, skupiając się na zachodnim 
szlaku. 
-1 co wtedy? Jeśli potrafi skłonić tylu ludzi, żeby nas ścigali... - Cztery tuziny! Wielki Boże! 
- Sam powiedziałeś, że miasta na skraju Puszczy będą gotowe bronić nam dostępu. 
Dlaczego ta droga miałaby być dla nas bezpieczniejsza? 
Czas, Vryce. Czas. -Mocnym szarpnięciem dopiął popręg siodła - Może wywoływać w ich 
umysłach dowolne iluzje, ale mało kto zechce zerwać się z łóżka, żeby za niego walczyć. 
Założę się, że do rana nie zbierze ludzi, a do tej pory znajdziemy się poza ich zasięgiem. 
Geraldzie - rzekł Damien, kładąc dłoń na siodle swojego konia - Mamy do przejechania 
ponad sto mil. To bardzo dużo jak na jedną noc, nawet dla bardzo wytrzymałych 
wierzchowców. Naprawdę sądzisz, że te dwa wytrzymają taką jazdę? 
Muszą nas tylko tam dowieść. - Kiedy neohrabia siadał w siodle, jego czarny płaszcz 
zatrzepotał jak skrzydła wielkiego ptaka na wieczornym wietrze. - Natomiast co do ich 
wytrzymałości... Zrobiłem, co mogłem, żeby im ją zapewnić. - Zawrócił swojego wierz-
chowca, kierując go ku odległemu celowi podróży. -1 tym razem nie chcę słyszeć żadnych 
narzekań. Dwa konie to niewielka ofiara, jeśli kosztem ich życia zdołamy wyprzedzić wroga 
Lekko drżącą dłonią Damien dotknął boku rumaka. Nie wyczuł żadnej zmiany, lecz to nie 
oznaczało, że zwierzę pozostało nie zmienione. Czy wiele zachodu wymagała zmiana 
reakcji biochemicznych, ukierunkowana na maksymalne wykorzystanie energii i 
ignorowanie objawów zmęczenia? Ile życiowych procesów obszedł, przekształcił lub 
wyłączył Łowca, żeby te konie mogły znieść normalnie zabójczy dla nich wysiłek? 
Niechętnie dosiadł rumaka. Czuł się tak, jakby miał pod sobą śmierć, czekającą tylko na 
odpowiednią chwilę, by pokazać swe prawdziwe oblicze. Tylko czy miał jakiś wybór? 

307 

background image

- Żadnych narzekań - mruknął. Również zawrócił konia w kierunku Czarnej Grani. - 
Obiecuję. Ruszyli galopem - w rytmie śmierci. Zastanawiał się, czy Calesta go słyszy. 

Godzina mijała za godziną. Bolały go kolana, którymi ściskał boki wierzchowca. Zarządzili 
krótki postój na wyjęcie żywności z juków i pospieszny posiłek spożyty podczas jazdy. 
Starał się nie myśleć o okropnym procesie zachodzącym w ciele niosącego go zwierzęcia i 
raz po raz przypominał sobie, że nie ma wyboru. Jeśli do rana nie dotrą do zachodniej 
przełęczy, Calesta będzie miał cały dzień, żeby zmobilizować przeciwko nim mieszkańców 
doliny. 
Krew niewinnych na jego mieczu, teraz otarta ze wszystkiego prócz jego duszy... 
Dwa wierzchowce to niewielka ofiara... 
Boże dopomóż, kim się stał? 
Coraz bardziej zbliżali się do wielkiej grani, aż jej masyw zasłonił zachodzący księżyc i 
tylko półksiężyc Caski oświetlał im drogę. Pasmo górskie było rozległe, nagie i 
przerażające, a jego ciemny kontur w niczym nie przypominał łagodnych wzgórz na 
południu, tak jak popękana powierzchnia lodowca jest niepodobna do chłodnego górskiego 
strumienia. Ta wysoka grań wypiętrzyła się, kiedy cały kontynent był dnem oceanu, i teraz 
wznosiła się niczym mur, osłaniający żyzne ziemie od wiatrów i trucizn dalej położonych 
obszarów. Powiadano, że na północy znajdowały się podobne góry, niczym ślady pazurów 
przecinające ziemię, lecz nie widział ich nikt prócz ludzi z kosmolotu. Damienowi zupełnie 
wystarczała ta jedna. 
Jechali wzdłuż jej podnóża - jeśli można to tak nazwać - niedaleko miejsca, gdzie wznosiło 
się urwisko. Znajdujące się w tej okolicy miasta leżały daleko na południu, rozrzucone nad 
płynącą środkiem doliny rzeką. I nie bez powodu, pomyślał Damien. Kiedy dojeżdżali do 
grani, ziemia lekko zadrżała i lawina ostrych kamieni spadających po stromym zboczu była 
wymownym ostrzeżeniem dla niedoszłego podróżnika. A jednak warto zaryzykować, 
pomyślał Damien, jeżeli dzięki temu nie napotkamy nikogo po drodze. W tej krainie, w 
której wróg mógł opanować umysł każdego człowieka, samotność była warunkiem 
przetrwania. 

308 

background image

Kilometr za kilometrem rozlewał się tępym bólem w ciele Damie-na. Czuł pod kolanami 
gorącą skórę wierzchowca Jeden Bóg wiedział, co działo się z tym niestrudzenie 
galopującym zwierzęciem. W pewnej chwili chciał przystanąć, żeby nakarmić konie, lecz 
Tarrant gniewnym gestem kazał mu jechać dalej. To zbyteczne, zdawał się mówić wyraz 
jego twarzy. A może: To bez sensu. Ze ściśniętym sercem Da-mien usłuchał go. Wiedział, 
że ta upiorna jazda będzie się latami odbijała echem w jego snach, lecz nie tak donośnym 
jak te, które nawiedzałyby go, gdyby nie zdążyli dotrzeć do przełęczy przed świtem. 
Dwa konie to niewielka ofiara... 

A co z trzecią drogą do doliny Shaitana? - zapytał Tarranta, kiedy znaleźli się dostatecznie 
blisko siebie. 
To tunel wiodący spod mojej fortecy. 
Z Puszczy? - zapytał ze zdziwieniem Damien. 
Łowca skinął głową. 
Zbudowałem go przed laty, na wypadek gdyby pewnego dnia ludzie zaatakowali twierdzę. 
Gdybym potrzebował drogi ucieczki, rozsądnie byłoby wybrać taką, która wiedzie do 
miejsca, gdzie ludzie baliby się mnie ścigać. Wprawdzie to mało prawdopodobne, ale lubię 
być przygotowany na wszystko. 
Teraz w Puszczy znajdowały się zbrojne oddziały. Co się stanie, jeśli Jahanna padnie? Czy 
to osłabi możliwości Tarranta, czy tylko popsuje mu humor? 
To nie ma teraz znaczenia, powiedział sobie Damien. Nic nie ma znaczenia, poza śmiercią 
Calesty. 
Miał nadzieję, że Łowca też tak uważa. 

- Tam jest. 
Przystanęli przed kolejnym odcinkiem płaskiego terenu. Niosące ich konie nie były mokre 
od potu ani spienione, lecz tak udręczone i zmizerniałe, że Damien skręcał się z żalu, kiedy 
na nie patrzył. Właściwie były już martwe i czekały tylko na pozwolenie Tarranta, by upaść 
na ziemię i wyzionąć ducha Damien miał nadzieję, że ta chwila nadejdzie niebawem. 

309 

background image

Przełęcz Czarnej Grani nie była równie szeroka i dobrze widoczna jak jej wschodnia siostra, 
ale obiecywała łagodną wspinaczkę. Trzęsienie ziemi rozdarło niegdyś skałę niemal do 
podstawy, a czas i erozja zrobiły swoje, tworząc siodło w grani. Szlak był stromy, ale nie aż 
tak, by nie zdołały go przebyć ich konie. Damien zerknął na swego rumaka i zadrżał. A 
raczej te stwory, którymi się teraz stały. 
Tarrant popędził swojego wierzchowca i Damien nie miał innego wyjścia jak pojechać za 
nim. Fakt, że Łowca nie próbował spojrzeć w przyszłość ani w żaden inny sposób 
sprawdzić, co ich czeka, był najlepszym dowodem potęgi nieprzyjaciela. Tarrant wiedział, 
że nie zdołałby wykryć zasadzki, nawet gdyby tam była. Żadna jego magia, obojętnie jak 
silna, nie mogła tego zmienić. 
Zaufaj jego inteligencji, powiedział sobie Damien. I jego znajomości wroga. Kiedy 
wierzchowiec piął się po stromym stoku, eks-kapłan mimo woli przypomniał sobie, co 
Łowca powiedział mu wcześniej. To tylko gra. Nic więcej. A jeśli Calesta przewidział ich 
ostatnie posunięcie... Damien wzdrygnął się. W każdej chwili mogła go przeszyć 
wystrzelona z ukrycia strzała. Tak się jednak nie stało. Wjechali na wysokość pięćdziesięciu 
metrów, potem stu, i nadal nikt ich nie atakował. 
Dwieście metrów. Czterysta. Wokół nadal panowała cisza, tak głęboka, że Damien w końcu 
puścił na chwilę rękojeść miecza i zapiął kurtkę pod szyją. Tutaj, wysoko, dął silny wiatr, 
przez setki kilometrów nie napotykający żadnej naturalnej przeszkody. W miarę, jak pięli się 
wyżej, temperatura spadała i zanim znaleźli się tak wysoko, że w dole widzieli całą dolinę, 
Damien szczękał już zębami - wcale nie ze strachu. Na niebie ostrzegawczo migotały gwia-
zdy, ale słońce jeszcze nie wychyliło się zza horyzontu. Zostało im jeszcze trochę czasu... 
ale niewiele. 
W końcu, resztkami sił, wykończony wierzchowiec Damiena zdołał dotrzeć do zacisznej 
szczeliny na końcu szlaku. Przełęcz była wąskim przesmykiem nieco na ukos przecinającym 
grań, pokrytym kamieniami i cienką warstwą lodu. Konie, potykając się, poczłapały 
tamtędy, a Damien starał się nie patrzeć na wznoszące się po obu stronach szczyty, pokryte 
śniegiem i upiornie białe w blasku księżyca. 
Nagle, znienacka, koń Tarranta padł. Łowca ledwie zdążył zeskoczyć z siodła, zanim 
zwierzę zaczęło miotać się w konwulsjach. Damien zamarł, przerażony tym widokiem, a 
potem szybko zsiadł z konia W samą porę. Krwawiąc z nosa i pyska, jego dzielny 
wierzchowiec 

310 

background image

osunął się na kolana, przeraźliwie zarżał i upadł obok towarzysza. Damien nie mógł znieść widoku 
tych cierpiących zwierząt. 

Dobij je! - warknął na Tarranta. - Do diabła, ty to zacząłeś, 

więc teraz zakończ! 

Chociaż raz Łowca się nie sprzeczał. Damien zobaczył upiorny błysk magicznego ostrza i lód na 
obu szczytach zamigotał refleksami dziwnego srebrzysto-błękitnego światła. Popatrzył na konie 
dopiero wtedy, kiedy Tarrant zrobił swoje. Z przygnębieniem zauważył, że nawet śmierć nie 
zatarła śladów ich cierpień. 
Był czas, kiedy nawet taki drobny przejaw litości naraziłby du 
szę Tarranta na niebezpieczeństwo, pomyślał Damien. Czyżbyśmy 
posunęli się tak daleko, że takie drobiazgi nie mają już znaczenia 
dla jego demonicznego patrona? Przez chwilę patrzył, jak Łowca 
odwiązuje juki od siodła martwego konia, a potem pochylił się nad 
zwłokami swojego i zrobił to samo. Bezimienni spodziewają się, że 
on zginie, pomyślał posępnie. Może dlatego takie postępki nie ma 
ją już dla nich żadnego znaczenia? 

Zanim wyjęli, posortowali i ponownie zapakowali prowiant, gwiazdy na niebie świeciły już jasno, 
lecz horyzont nadal był bezpiecznie ciemny. Damien ocenił, że mają co najmniej godzinę, może 
więcej. Jeśli Bóg da, to zdążą zejść z przełęczy i znaleźć jakieś schronienie. Po raz pierwszy od 
wielu dni poczuł przypływ optymizmu. 

Chodźmy - rzekł Tarrant i ruszył pierwszy na północ. 

Zejście tym wąskim przesmykiem wcale nie było łatwe. Zamar 
znięta woda, ściekająca ze skalnych ścian, pokrywała warstewką lo- 

du każdą płaską powierzchnię. Piargi pokrywały szlak tysiącami 
ostrych jak noże kamieni, z których niektóre były tak duże, że trze 
ba było je omijać, a inne tak małe, że wbijały się w skórzane pode 
szwy. Po dwunastu godzinach ostrej jazdy Damien z trudem masze 
rował po takim terenie, wciąż się potykając. Tylko świadomość faktu, 
że wygrali tę walkę z czasem i oszukali Calestę, dodawała mu sił. 
Mieszkańcy doliny nie będą chcieli ścigać ich aż tutaj, gdzie w po 
wszechnym przekonaniu władały duchy zmarłych. Tarrant powiedział,  I 
że po drugiej stronie przełęczy na pewno będą bezpieczni. 
Nagle minęli zakręt i ujrzeli przed sobą dolinę Shaitana - tak nie 
spodziewanie, jakby ktoś ją odsłonił. Dno doliny ginęło w skłębio 
nej szarej mgle, wyglądającej jak żywa istota. Nie, nie szarej, ra 
czej srebrzystej i opalizującej dziwną poświatą. Dostrzegał w niej 

jakieś postacie, lecz zbyt oddalone, by mógł dostrzec szczegóły. 

311 

background image

Cienie zmarłych - powiedział cicho Tarrant, powiódłszy wzro 

kiem za jego spojrzeniem. 
Chmury wisiały nisko nad dnem doliny, w przedziwny sposób odbijając światło gwiazd. A 
pośród tego wszystkiego, wznosząc się jak wyspa z morza obłoków i mgieł... 
Shaitan. Jego wierzchołek jarzył się pomarańczowym płomieniem i rzeki ognia o tej samej 
barwie spływały po zboczach, ginąc we mgle spowijającej go po podnóże. Stromy stożek 
zdawał się sięgać nieba, a otaczające go chmury popiołu jakby płonęły własnym żarem, tak 
intensywnie odbijały jego światło. Niebo nad nim było zasnute popiołem i poprzecinane 
pomarańczowo-czerwonymi smugami, przypominającymi morskie fale. Patrzącemu na to 
Damienowi zakręciło się w głowie i z trudem oderwawszy wzrok od tego widoku, znów 
spojrzał na dolinę. 
Czy tam naprawdę mieszkają umarli? - zapytał Tarranta. 
Cienie zmarłych - poprawił neohrabia - a to nie to samo. 
Na czym polega różnica? 
Prawdziwi zmarli, jeśli przeżyją oddzielenie od ciała, żywią się tak jak inne wytwory fae: 
żerując na gatunku, który dał im życie. Natomiast cienie zmarłych... nie pożywiają się. Nie 
czują głodu. Nie gasną. Są niczym odbicie w lustrze: idealne, lecz nie posiadające własnej 
świadomości. Jedynym znanym im światem jest moment, w którym umarli, a mogą istnieć 
tylko tutaj, gdzie prądy są tak silne, że myśl jest praktycznie tym samym co byt. 
A więc są niegroźne? 
Tarrant obrzucił go karcącym spojrzeniem. 
Nie łudź się. 
Przecież jeśli nie muszą się odżywiać... 
Są idealnymi odbiciami, powstałymi w chwilach śmierci. Przeważnie gwałtownej, gdyż w 
takich przypadkach mają największą moc. - Spojrzał na rozpościerający się przed nimi 
widok. - Pomyśl, co to oznacza. Dla tych istot jedynym wspomnieniem życia jest ta chwila, 
kiedy je utracili. Połącz ten fakt z siłą tego wszystkiego. 
Szerokim gestem objął mgły, wulkan, niewidzialne prądy, jak tsunami zalewająca ziemię. 

Powiedziałbym, że są bardzo niebezpieczne. 

Damien ponownie spojrzał w niebo i przez dziurę w obłokach ujrzał konstelację Arago 
wschodzącą nad granią. Dlaczego ten widok budził w nim niepokój? Potrząsnął głową, 
usiłując złapać myśl, 

312 

background image

ale mu się to nie udało. Przynajmniej nadal było ciemno. Światło gwiazd ostrzegało o 
nadchodzącym brzasku, lecz samo w sobie nie mogło zranić Tarranta... 
Nagle przed nimi pojawił się ktoś trzeci, kto wskazał na stok i ponaglił ich: 

Chodźcie! Szybko! 

Poznając przybysza, Damien wepchnął do pochwy wyciągnięty do połowy miecz. 
Karril? - zapytał, nie wierząc własnym oczom. 
Chodźcie - popędzał demon, wskazując na zbocze i robiąc krok w tym kierunku, jakby 
dawał im przykład. - Nie ma czasu do stracenia. 
Damien spojrzał na Tarranta. Wyraz twarzy Łowcy odzwierciedlał jego własne wahania. 
Iezu nie mogą udawać jeden drugiego - rzekł w końcu adept. 
Tak samo jak nie mogą zabijać ludzi - przypomniał mu demon. - Lepiej zbytnio na tym nie 
polegaj. - Znów wskazał w dół zbocza i szepnął gniewnie: -■ Zaufaj mi, stary przyjacielu! A 
jeśli nie chcesz, to przypomnij sobie, że ja respektuję prawa Iezu! Chodźcie za mną! 
Coś w jego słowach lub zachowaniu przekonało Tarranta, gdyż skinął głową i ruszył za 
demonem. Damien potruchtał za nimi, modląc się, by nie stracić równowagi na zdradliwym 
stoku. 
Zaczęli zbiegać po długim zboczu, tak szybko i śmiało, że Damien wkrótce stracił kontrolę 
nad ciałem. W ciągu zaledwie kilkunastu sekund opuścili się tak nisko, że stracił z oczu 
przełęcz, ale Tarrant nie zwalniał. Nawet w gąszczu jeżyn, które szarpały ich ubrania i 
skórę, kiedy przedzierali się przez nie. Nawet kiedy musiał skoczyć ze skalnej półki w 
ciemność, zaufawszy osądowi demona Demona, który mógł być nowym złudzeniem 
stworzonym przez Calestę, wbrew prawom Iezu... 
Z wysokości trzech metrów spadli w mrok i znów znaleźli oparcie dla stóp. 

Tędy - poganiał demon. Pokazał im ciemny otwór w skale. - 

Szybko! 
Tarrant przez sekundę spoglądał mu w oczy - może szukając w nich wyjaśnienia - a potem 
wpadł w otwór jaskini i zniknął. Damien zawahał się, a następnie ruszył za nim. Jednak 
Karril położył mu dłoń na ramieniu, zatrzymując ekskapłana. 

Już po wszystkim - powiedział. Nie do Damiena. Rzucił te słowa 

313 

background image

w powietrze... lub do czegoś, co tam było. - Nie udało ci się, bracie! Przestań! 
I nagle czar prysnął i z oczu Damiena opadła zasłona pozornej ciemności, nie pozwalająca 
mu dojrzeć okropnej prawdy. Niebo na wschodzie rozbłysło świtem - świtem! - i białe 
słońce wyłoniło się zza horyzontu, wypełniając dolinę zabójczym, bezlitosnym światłem. 
Gdyby Tarrant nie zdążył się schować... Na samą myśl o tym Da-mienowi zrobiło się 
niedobrze. 

Tędy - powiedział łagodnie Karril i wprowadził go do jaskini. 

Na chwilę oślepł, wszedłszy w gęsty mrok podziemi. Odszukał 
lampę i zapalił ją drżącymi palcami, modląc się, by Karril nie zostawił go samego. Jednak 
demon cierpliwie czekał i ruszył w głąb jaskini dopiero wtedy, kiedy Damien uregulował 
płomień i zamknął perforowane drzwiczki. Minęli dwie komory i znaleźli Tarranta w 
bezpiecznej odległości od zabójczego blasku słońca. Adept siedział oparty plecami o skałę. 
Oczy miał zamknięte, jakby z bólu. 

Już świt - rzekł cicho Damien. 

Domyślam się. - Neohrabia otworzył szare oczy i najpierw spojrzał na Damiena, a potem na 
Karrila. - Uratowałeś mi życie - szepnął - łamiąc prawo Iezu. 
To on złamał prawo - odparł gniewnie demon. - Miałem stać z boku i pozwolić, żeby mu się 
udało? 
Łowca znów zamknął oczy. Teraz, kiedy łuski spadły mu z oczu, Damien ujrzał, że twarz 
adepta jest zaczerwieniona od słońca. Jaką mocą dysponowali Iezu, skoro potrafili sprawić, 
że człowiek nie czuł bólu? 
Zaburzenia percepcji, pomyślał. Nic więcej. Siła groźniejsza niż inne, jeśli korzysta się z 
niej bez żadnych ograniczeń. 
Dziękuję - szepnął Tarrant, nie tylko do Karrila. Demon zawahał się. 
Mogę zesłać sny... 

Nie. Daj mi cierpieć. - Łowca uniósł dłoń i skrzywił się, gdy do 

tknął palcami policzka. - Niech to mi przypomni, z czym walczymy. 
Gwiazdy, pomyślał nagle Damien. Gwiazdy wyglądały inaczej. Arago nie powinna znaleźć 
się tak wysoko, dopóki nie wzejdzie słońce. Powinien był się zorientować. Powinien się 
domyślić. 

Nie - powiedział łagodnie demon. Potrafił czytać w myślach. 

- Nie mogłeś wiedzieć. Nawet my nie zorientowaliśmy się, dopóki 
nie zaczęło świtać. 

314 

background image

Spojrzał uważnie na demona. 
-My? 
Karril skinął głową. 

Są tu inni. Niektórzy równie podobni do ludzi jak ja, inni ma 

jący tak odmienną postać, że nawet ja nie mogę z nimi rozmawiać. 
A matka nas wszystkich poruszyła się, po tylu wiekach bezczynno 
ści, że niektórzy z nas myśleli już, iż nie żyje. 
-1 co zamierza? - zapytał ostro Damien. - Czy zechce się w to mieszać? 
Demon ze znużeniem wzruszył ramionami. 
Kto wie? Ci nieliczni, którzy potrafią z nią rozmawiać, mówią niezrozumiałym dla mnie 
językiem. Większość sądzi, że ona uszanuje własne prawo i będzie się trzymała na uboczu. 
Jednak niektórzy uważają, że Calesta zostanie ukarany. - Z ponurą miną spojrzał na 
Tarranta. - Mój brat może wykorzystywać swą moc, żeby cię powstrzymać, a ja nic nie 
mogę na to poradzić, ale nie pozwolę, by cię zabił. Tyle mogę obiecać. 
Karrilu... 
Wiem, że to kiepska pociecha - dodał przepraszająco - ale nic więcej nie mogę teraz zrobić. 
Przykro mi. 
Karrilu, proszę... 
Jednak demon już zaczął znikać. Po kilku sekundach pozostał tylko jego głos: jedno 
cudowne słowo, które zdawało się unosić w jaskini, zanim i ono rozwiało się w mroku. 
Cichy szept. 
Powodzenia. 

background image

34 

tworzenie zwane Amorilem biegało po komnatach fortecy Łowcy, wyjąc 
wściekle z rozczarowania. Depcząc po bezkształtnych stertach tego, co 
było kiedyś ludzkimi ciałami należącymi do sług Łowcy, teraz na pół 
pożartych i gnijących, po zasłonach przesiąkniętych krwią i moczem, 

mijając złote lichtarze niegdyś podtrzymujące pochodnie, lecz teraz - rzucając wyzwanie 
nowemu panu, Amorilowi - podtrzymujące tylko ciemność, dotarł do kaplicy Tarranta, gdzie 
czekał jeszcze głębszy mrok. 

Nie możecie! - wrzasnął. Te słowa ludzkiej mowy wydały mu 

się czymś dziwnym, strzępami innego życia. Nie potrafił jednak ina 
czej wyrazić swojego gniewu, więc przypomniał je sobie, sformował, 
wyrzucił z siebie. - Nie możecie! - zawył w otaczające go ciemności. 
W powietrzu unosił się duszący odór krwi, która zakrzepła na ołtarzu 
- pamiątka po złożonej w nocy ofierze. - Zawarliśmy umowę! 
Przez chwilę wydawało się, że jest tu zupełnie sam. Jeśli tak, nie byłoby to po raz pierwszy. 
Ciemne siły, którym zaprzedał się, kiedy był człowiekiem, nie odgrywały aktywnej roli w 
jego życiu. Uformowawszy go na nowo wedle swych potrzeb, wolały siedzieć na uboczu i w 
milczeniu spożywać owoce jego wysiłków. Teraz jednak coś się poruszyło. Jego obecność 
oznaczała ból, strach i nieznośny głód. Stwór zwany Amorilem zaskomlił, kiedy go wyczuł. 
Bądź cierpliwy, usłyszał głuchy szept. 

Obiecaliście mi Puszczę - wykrztusił. - Powiedzieliście, że bę 

dzie moja! 
Będzie, zapewniło go tysiąc głosów. Gdy tylko Łowca będzie martwy. 

Mówiliście, że go zabijecie! 

Powiedzieliśmy, że umrze, poprawiły głosy. / tak się stanie, kiedy wygaśnie pakt. Wkrótce. 

W Puszczy są ludzie - warknął. - Uzbrojeni słudzy Kościoła 

316 

background image

zmierzają do twierdzy. Puszcza powinna ich zatrzymać, ale nie robi tego. On wciąż nad nią 
panuje! - Flegma podeszła mu do gardła i wypluł ją na podłogę - gęstą i czarną maź. - 
Dlaczego pozwolił im tu wejść? Dlaczego nie zatrzyma ich swoją Sztuką? 
Na moment zapadła cisza, tak głęboka, że zaczął się obawiać, iż jego panowie go opuścili. 
Potem głosy powróciły złowieszczym szeptem, który wypełnił zimną komnatę. 
Powód jest bez znaczenia. Gerald Tarrant będzie martwy przed następnym wschodem słońca 
i Puszcza wyzwoli się spod jego kontroli. Będziesz miał dosyć czasu, żeby ich zatrzymać. 

Mówiliście, że zginie, ale tak się nie stało - rzucił oskarżyciel- 

sko. - Dlaczego miałbym wam wierzyć teraz? 
Odpowiedzią był ból. Mroczny, zimny ból, który wykręcił mu kończyny i wysłał lodowate 
igły bólu, przeszywające całe ciało. Amo-ril upadł z krzykiem na posadzkę i wił się w 
konwulsjach, okrutnie ukarany przez Bezimiennych. 
W końcu, skomląc jak zbity pies, znieruchomiał. Echa straszliwego bólu wciąż stalową 
szczotką szarpały mu każdy nerw. 
Masz słuchać, nie pytać. Szepty znów stały się jednym głosem, który nasączył powietrze 
jadem. Amoril zadrżał, wiedząc, jak bezlitosny potrafi być właściciel tego głosu. Tarrant nie 
będzie walczył ze śmiercią. Powita ją chętnie, ponieważ ona da mu moc. 

Moc? - wykrztusił. Nagle tknęła go nowa i przerażając myśl: 

a jeśli Łowca, umierając, zechce ukarać sługę, który go zdradził? 
Człowieka, który posłał go do piekła? Co wtedy? Już chciał o to 
zapytać, lecz słowa uwięzły mu w gardle. A jeżeli Bezimienny uzna 
to pytanie za przejaw nieposłuszeństwa? Zaskomlił cicho i zwinął 
się w kłębek, jakby to mogło go ocalić. Nie. Lepiej nic nie mówić. 
Lepiej znosić ten strach w milczeniu. 
Glos najwidoczniej usłyszał jego myśli, gdyż odpowiedział: Moc, jaką wezwie, będzie 
skierowana przeciwko komuś innemu, nie przeciw tobie. 
Minęła długa chwila, zanim zrozumiał sens tej odpowiedzi. 

Dziękuję - szepnął. - Dziękuję. 

Jednak głosy ucichły. Jeszcze przez jakiś czas czekał skulony na posadzce, dygocząc ze 
strachu, ale nic się nie stało. W końcu, bardzo wolno, wyprostował się. Żadnej reakcji. 
Bardzo ostrożnie, wol-niuteńko, podniósł się. Nadal nic. Z jękiem strachu i ulgi w końcu 
wstał z posadzki. Wciąż nic. Bezimienni naprawdę odeszli. 

317 

background image

Jeszcze jeden dzień, pomyślał. Już czuł na wargach upajający smak władzy nad Puszczą. 
Jeszcze jeden dzień i to wszystko będzie moje. Wtedy pożałujecie, wy kościelne wy włoki! 
Potem zabrakło mu słów. Wygłodniały, niespokojny stwór zwany Amorilem puścił się 
rączym kłusem na poszukiwanie Swego stada. 

background image

35 

uszcza zmieniła się. Narilka przeszła dziesięć kroków i natychmiast 
zrozumiała, że coś jest nie tak. Raczej wyczuwała niż widziała tę różnicę, 
ale odbierała ją tak wyraźnie, że przez chwilę stała jak wryta, nie będąc w 
stanie iść dalej. Pamiętała, jaka była przedtem ta Puszcza. Niejasno i 

niechętnie, ale pamiętała. Łowca wypuścił ją w tych lasach, a ona uciekała przed nim jak 
przerażone zwierzę, nie wiedząc, że legendarny potwór podążający jej śladem jest człowie-
kiem i nigdy jej nie skrzywdzi. Teraz, wdychając owiewającą ją raz po raz woń zgnilizny, 
zrozumiała, że coś jest nie tak. A spoglądając na trupio bladą pleśń oblepiającą pnie drzew 
Łowcy, wiedziała, że przedtem nie było tu niczego takiego. A kiedy, wiedziona nadzieją i 
obawą, odważyła się sięgnąć w samo serce Puszczy, usiłując wyczuć w fae jakiś ślad 
obecności Andrysa, to, co znalazła w tym królestwie cieni, sprawiło, że wycofała się z 
obrzydzeniem. Nie znalazła tam człowieka Ani czystej, demonicznej osobowości Łowcy, 
którą poznała tak dobrze podczas dwóch krótkich spotkań. To było coś nieludzkiego, tak 
nieczystego, że sama Puszcza wydaliłaby to, gdyby mogła. Co tu się dzieje? 
Oparła się o rosnące w pobliżu drzewo -jedno z nielicznych zdrowych - i zadrżała, usiłując 
to zrozumieć. Czy on także się zmienił, ten władca Puszczy? Czy ta zmiana była tylko 
fragmentem przemiany jego duszy, odzwierciedlonym w drzewach i ziemi jego krainy, 
niczym odbicie człowieka w lustrze? Jeśli tak... Zadrżała. Monarcha dawnej Puszczy 
gwarantował jej bezpieczeństwo. Czy dotrzyma obietnicy w tej rzeczywistości? A co z 
bezpieczeństwem Andrysa? Nagle poczuła się słaba i bardzo samotna. Do tej pory ta 
wyprawa wydawała się snem, a płomień miłości tak jasno oświetlał jej drogę, że nigdy nie 
spoglądała na gromadzące się wokół cienie. Teraz, nagle, zaczęły ją przytłaczać. 

319 

background image

Trzęsącymi się rękami zapalała lampę, szukając pokrzepienia w jej ciepłym blasku. Kiedy 
regulowała płomień, usłyszała nagły szmer za plecami i o mało nie upuściła lampy. 
Gwałtownie odwróciła się, chwytając za rękojeść długiego noża, który wisiał u jej biodra. 
Na szczęście to tylko jakieś zwierzątko przemknęło przez chaszcze. Bogom niech będą 
dzięki. Przez chwilę obawiała się, że to może być żołnierz i przygotowała się na znacznie 
mniej przyjemne spotkanie. 
Wkrótce zmienią się straże w kościelnym obozie i wtedy odkryją, że jej nie ma. A może 
dopiero później. Może nawał obowiązków sprawi, że każdy żołnierz będzie myślał, iż 
pilnuje jej inny. Może minie kilka godzin, zajdzie słońce i zapadnie zmierzch, zanim 
stwierdzą, że wymknęła się o świcie... A wtedy będzie za późno, żeby zdołali ją zatrzymać. 
Bogowie, żeby tak się stało! Chciała ominąć obóz żołnierzy Kościoła i skierowała konia na 
wschód, zamierzając zatoczyć szeroki łuk i wjechać do Puszczy w innym miejscu. Potem 
zrozumiała, jak głupi jest jej plan. Przecież w Puszczy nie było żadnych dróg ani znaków 
wskazujących odległość lub kierunek. Jak miała znaleźć Andrysa, jeśli nie podążając jego 
śladem? Tak więc niechętnie wróciła do punktu wyjścia, do Mordreth, skąd pojechała prosto 
na północ, na skraj Puszczy. Tam znajdował się obóz Kościoła. Tam żołnierze Jedynego 
Boga strzegli go przed wszystkimi wrogami, prawdziwymi i wyimaginowanymi. 
Z łatwością usprawiedliwiła swoją obecność. Przez całe życie miała do czynienia z 
mężczyznami, którym wydawało się, że ją rozumieją, chociaż zazwyczaj się mylili. Może 
miała szczęście, że kiedy wjechała do obozu, wartę pełnili mężczyźni. Kobiety z pewnością 
przejrzałyby jej wykręty i próbowały dociec prawdy. Mężczyźni rzadko to robili. 
Strażnikom, którzy ją zatrzymali, powiedziała, że boi się o kochanka. Spędziła zbyt wiele 
bezsennych nocy i niespokojnych dni, rozmyślając o grożących mu niebezpieczeństwach, 
więc w końcu postanowiła pojechać za nim. Tak im powiedziała i oczywiście była to 
prawda. Natomiast fałsz krył się w sposobie, w jaki to mówiła, skłaniając wartowników do 
wyciągnięcia błędnych wniosków. Udawała słabą kobietkę, przestraszone dziecko, kruchą 
istotę, która najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z twardej wojennej rzeczywistości, 
kiedy wyruszała w ślad za ukochanym. Teraz, na skraju Puszczy, kiedy ci mężczyźni 
wyjaśnili jej, jak naprawdę wygląda oblicze wojny, oczywiście zrozumiała, że nie może 
pojechać tam sama, że wcale nie 

320 

background image

chce tam jechać, że najlepiej zrobi, czekając tutaj, w ich obozie, aż jej ukochany zrobi swoje 
i wróci do niej. Do tego czasu chętnie się nią zaopiekują, powiedzieli. A ich oczy mówiły: 
Taka kobieta potrzebuje opieki. 
Bzdura. 
Pozwolili jej zanocować w namiocie Andrysa. Łzy stanęły w oczach dziewczyny, gdy 
zobaczyła jego rzeczy osobiste, nieład najlepiej świadczący o stanie jego umysłu. Wszystko 
porozrzucane, mydło i żyletki, części garderoby... i ta kitka. Narilka jęknęła na jej widok. 
Chwościk z czarnego jedwabiu z mosiężnym uszkiem... Nie zwróciłaby nań uwagi, gdyby 
nie wyglądał tak znajomo. Miała szal z takimi frędzlami na końcach. Przypomniała sobie. 
Którejś nocy nosiła go zamiast paska i zgubiła gdzieś. Później myślała, że zostawiła go w 
mieszkaniu Andrysa, ale kiedy nazajutrz szukała tam szala, nigdzie go nie było. A 
przynajmniej na to wyglądało. 
Och, Andrysie. 
Mocno zamknęła powieki i ścisnęła w dłoni chwościk. Zapewne ukrył szal wśród swoich 
rzeczy, żeby go nie znalazła i nie zabrała; wolał ukraść niż otwarcie poprosić o taką 
pamiątkę. Lzy znów stanęły jej w oczach i przez jakiś czas, ukryta w jego namiocie, po-
zwoliła im płynąć. Dlaczego puściła go tutaj samego? Dlaczego pozwoliła, by ktokolwiek - 
nawet jego Bóg - ich rozdzielił? 
Nigdy więcej, obiecała sobie. 
Spędziła tę noc w kościelnym obozie, skulona wśród rzeczy należących do Andrysa. 
Rankiem spadł deszcz, co było tak szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że szeptem 
podziękowała Saris, na wypadek, gdyby to ona go zesłała W oddali widziała skulonych war-
towników w pelerynach, strzegących dróg, które wiodły do Puszczy. Czy naprawdę sądzili, 
że jakieś stworzenia z tego królestwa mroku odważą się wyjść na światło dnia i zaatakować 
obóz? Czy też obawiali się, że ona zechce kontynuować podróż i swoją obecnością stworzyć 
zagrożenie dla czystości ich wiary? Nie wątpiła, że powstrzymaliby ją, gdyby mogli, więc 
starannie zaplanowała następne posunięcie, wiedząc, że nie będzie miała drugiej szansy. 
Wśród rzeczy Andrysa znalazła pelerynę podobną do ich płaszczy i włożyła ją. Obszerny 
strój maskował plecak, a naciągnięty na głowę kaptur skrywał jej twarz w głębokim cieniu. 
Tak ubrana, starając się jak najlepiej naśladować ciężki żołnierski krok, podeszła na skraj 
obozu. Tam stał następny wartownik, sądząc po wzroście, 

321 

background image

mężczyzna. Przez chwilę obawiała się, że rozpoznają pomimo przebrania. Serce waliło jej 
jak młotem, gdy uniosła rękę, pozdrawiając go, a potem raźnym krokiem ruszyła w stronę 
Puszczy. Nie poszedł za nią. I nie wszczął alarmu. Wiedziała, że zrobiłby jedno lub drugie, 
gdyby ją poznał. Przecież nie mógł dopuścić, by świętej misji Patriarchy zagroziła obecność 
jakiejś poganki! 
Wspominając, jak Patriarcha odrzucił jej prośbę, ze smutkiem potrząsnęła głową. 
Czy na tym świecie jest za mało nieszczęść, że musicie czynić wrogów ze swych sąsiadów? 
Czy wasz Bóg nie ma nic lepszego do roboty, niż osądzać niewinnych? 
Jednak w głębi serca, chociaż przyznawała to z bólem, rozumiała go. I wiedziała, że w 
pewnym sensie miał rację. Widziała Puszczę i znała jej potęgę. Tylko Jedyny Bóg był w 
stanieją pokonać. 
Spokojnie zdjęła pelerynę i pozwoliła jej upaść na ziemię. Teraz, kiedy deszcz przestał 
padać, już jej nie potrzebowała, a ciężkie okrycie mogłoby utrudnić marsz. Tuż nad ziemią 
unosiła się rzadka mgła, lecz Narilka z wdzięcznością powitała jej lepki dotyk, gdyż dzięki 
temu ziemia była dostatecznie mokra, by zachować ślady stóp. Jeśli znajdzie miejsce, w 
którym Andrys i jego towarzysze weszli do Puszczy, to z pewnością zdoła pójść ich tropem. 
Szkoda, że zaimprowizowany plan nie pozwolił jej zabrać wierzchowca, który ułatwiłby 
podróż. Gdyby jednak próbowała wziąć go ze sobą, strażnicy z pewnością nabraliby 
podejrzeń, tak wiec musiała obyć się bez niego. 
Gdy tak szła, przy świetle lampy wypatrując śladów na ziemi, Puszcza wokół niej zmieniała 
się. Nie powoli, jak można by oczekiwać, lecz gwałtownie i nieregularnie. W jednym 
miejscu odór gnijącego mięsa był tak silny, że prawie dusił, i Narilka musiała zasłaniać usta 
wilgotną chustką w nadziei, że ta zatrzyma smród. Dziesięć kroków dalej nic już nie 
śmierdziało. Paskudne naroślą w niektórych miejscach pokrywały pnie drzew, a w innych 
nie było po nich nawet śladu. Podobne do robaków stwory wiły się między korzeniami 
wielkich drzew, gdy chmary mniejszych pasożytów powoli wgryzały się w ich ciała, a 
dwadzieścia kroków dalej nie widać było ani jednego takiego stworzenia. Nie pamiętała, by 
królestwo Łowcy wyglądało tak przedtem. Nie wyobrażała sobie, by ten człowiek, który 
pokazał jej wspaniałości nocy - przerażające i gwałtowne, lecz mające w sobie ład 
najpiękniejszej muzyki i czystość księżycowego światła - tolerował taki stan rzeczy. 

322 

background image

A potem je znalazła. W pierwszej chwili myślała, że to koryto rzeki, bruzda wyżłobiona w 
ziemi przez wezbrane wody spływające z gór. Przyświeciwszy sobie lampą, zobaczyła na 
jego dnie ślady kopyt. Ślady potrójnych kopyt, typowych dla rumaków hodowanych na 
wschodzie. W końcu odnalazła ślady kościelnej wyprawy. 
Poczuła ulgę tak głęboką, że prawie bolesną. Aż do tej chwili starała się nie myśleć o 
najgorszym: że królestwo Łowcy może zatrzeć wszelkie ślady obecności Andrysa, tak że 
nikt nie zdoła ich odnaleźć. Te ślady były tak wyraźne i wyglądały tak zwyczajnie, że 
poczuła nagły przypływ otuchy i nawet kwaśny odór Puszczy wydawał się przez chwilę 
słabszy, jakby potwierdzał: To tu. Znalazłaś. Idź za nim. 
Podkręciwszy płomień lampy, poszła po śladach żołnierzy w głąb Puszczy. Pozostawione 
przez konie kupki łajna były jeszcze wilgotne i cuchnące, co mogło świadczyć, że byli 
niedaleko. Bogom niech będą dzięki! Starała się nie myśleć, jak ją przyjmą, kiedy w końcu 
ich dogoni. Żołnierze Kościoła będą wściekli, ale Andrys... teraz wyczuwała jego tęsknotę, 
jakby łączyła ich niewidoczna nić. Liczył się tylko Andrys. A jeśli jego bóg istotnie 
zamierzał zniszczyć Łowcę, to chyba nie pozwoli, by stanęła mu na przeszkodzie miłość 
jednej kobiety? 
Gdy tak szła, gęsty mrok spowijał ją jak całun, prawie gasząc blask lampy. Drżąc, nie 
odrywała wzroku od ziemi, nie chcąc wypatrywać niebezpieczeństw w ciemnościach po obu 
stronach szlaku. Jeśli Puszcza zechce ją zaatakować, to i tak to zrobi, i jedna lampa jej nie 
powstrzyma. Narilka wszystkie nadzieje pokładała w obietnicy danej przez Łowcę. 
Powtarzając jego słowa w myślach, jak modlitwę, całą uwagę skupiła na odnajdywaniu 
śladów. Nie było to łatwe. W głębi Puszczy ziemia była sucha, w wyniku czego ślady stały 
się płytsze, mniej wyraźne i łatwiej było je pomylić z tropami leśnych zwierząt. Z takim 
trudem dostrzegała je w mroku, że w pewnej chwili przyklękła i przesuwając dłonią po 
ziemi, upewniła się o ich obecności. Wyczuła przy tym lekkie drżenie ziemi, spowodowane 
przez jakieś ukryte w głębi stworzenie, paskudne, wygłodniałe i wabione ciepłem jej ciała 
Pospiesznie wstała. To nie zrobi mi krzywdy, powiedziała sobie. Serce waliło jej jak mło-
tem, a trzymającą lampę dłoń miała wilgotną od potu. Nic mnie tutaj nie skrzywdzi. Jednak 
pomimo tych zapewnień szybko ruszyła naprzód, modląc się do bogini, by nie pozwoliła jej 
zgubić tropu, umykając przed kryjącymi się w ziemi okropnościami. 

323 

background image

Mijały godziny, zimne i ciągnące się w nieskończoność. Znalazła sterczący z ziemi głaz i 
usiadła na nim, żeby złapać oddech, zjeść kilka herbatników i popić je wodą. Czy naprawdę 
uciekała kiedyś tędy przez trzy dni i noce? Zadrżała na wspomnienie tamtego koszmaru. 
Czy Andrys wyczuwał nieustanną obecność Tarranta, czy też było to wrażenie 
zarezerwowane wyłącznie dla ściganych kobiet? Dla dobra ukochanego modliła się, żeby 
tego nie czuł. 
W końcu, nabrawszy sił i odwagi po tym skąpym posiłku, zeszła ze skały i zamierzała znów 
ruszyć śladem kościelnej ekspedycji. 
Nagle usłyszała ten dźwięk. 
Był niepodobny do wszystkich innych rozlegających się wokół, chociaż trudno byłoby jej 
wyjaśnić dlaczego. Od kiedy tu przyszła, co najmniej tysiąc różnych stworzeń przemknęło 
na skraju jej pola widzenia, a szmery i szelesty nieustannie akompaniowały odgłosowi jej 
kroków. Ten dźwięk był inny. Wyczuwało się w nim jakiś zamysł. Ten odgłos, sprawiający 
wrażenie, że jest echem jej kroków, zapowiadał nadejście jakiejś inteligentnej, sprytnej, 
niebezpiecznej istoty. Może czegoś nie związanego obietnicą Łowcy, co mogło zaspokajać 
głód w tych mrocznych lasach. 
Serce biło jej coraz szybciej, ale nadal maszerowała równym krokiem. Ten nawykły do 
ciemności stwór na pewno bez trudu mógł ją prześcignąć. Nie powinna uciekać i go 
prowokować. Żołnierze Kościoła z pewnością są niedaleko, prawda? Jeśli zdoła podejść do 
nich dostatecznie blisko, może ten podążający za nią stwór zrezygnuje. A może zacznie 
krzyczeć i ktoś przyjdzie jej z pomocą, dość szybko, by powstrzymać... 
Nagle jakiś szmer rozległ się przed nią i kolejny z boku. Najpierw usłyszała kroki podobne 
do tych, jakie dobiegały z tyłu, a potem ciche prychanie. Ciarki przebiegły jej po plecach i 
tylko świadomość, że okazując lęk, tylko pogorszy swoją sytuację, nie pozwoliła jej osunąć 
się na ziemię. Wszystko w tej Puszczy należy do niego, powtarzała w myślach. Tutaj nic nie 
może mnie skrzywdzić. A jeśli jej obawy zmaterializowały jakiegoś nowego stwora, 
demoniaka jeszcze nie ujarzmionego przez Łowcę? Czy i wtedy będzie tu nietykalna? Teraz 
po obu stronach szlaku słyszała szmery, tak głośne, że zrozumiała, iż są celowe. To coś, co 
szło za Narilką, drwiło sobie z niej. 
Bogini, pomóż mi. Proszę... 
Nogi uginały się pod nią i ledwie mogła nimi poruszać. Czy prześladowcy wyczuwali jej 
strach? Czy zaostrzał ich apetyt? 

324 

background image

Och, Andrysie, co ja zrobiłam! 
Jakaś postać wyszła na ścieżkę przed Narilką. W pierwszej chwili wydawało się, że to 
zwierzę, i dziewczyna mimowolnie cofnęła się o krok, usiłując trzymać się poza zasięgiem 
jego zębów. Potem stwór wyprostował się i jakby wyciągnął, a kiedy podniosła lampę, żeby 
lepiej mu się przyjrzeć, ujrzała ludzką postać i rysy twarzy... ale nie człowieka. Dostrzegła 
to natychmiast oczami duszy. 
To był ten albinos, sługa Łowcy. Jednak niepodobny do tego, którego widziała przed laty - 
szczupłego i zwinnego, o upiornie bladej skórze lśniącej w blasku księżyca i ze złowrogim 
błyskiem w oku. Teraz był to stwór toczony chorobami i zgnilizną, żywa ilustracja rozkładu 
całej Puszczy. Jego włosy -jeśli można je było nazwać włosami - zmieniły się w warstwę 
błota i śluzu, która wydawała się poruszać, gdy spoglądał na Narilkę. Ciało było dziwnie 
zniekształcone, ubranie podarte, brudne i cuchnące moczem, a jego oczy... Te są naj-
straszniejsze, pomyślała. Nie były to ludzkie oczy, lecz dwa otwory w ciele, puste miejsca 
otoczone kręgami naciągniętej skóry, tak mocno opinającej kości, że widać było pulsowanie 
niebieskich żył. 
- Ach - szepnął i ten dźwięk bardziej przypominał warknięcie niż ludzką mowę. - Zdaje się, 
że mamy towarzystwo. - Głos bulgotał stworowi w gardle, jakby przeszkadzała mu tam 
jakaś narośl. - Tak rzadko nam się to zdarza. 
Zachowaj spokój. Wiesz co masz robić. Zachowaj spokój i zrób to. 
Chciała wsunąć rękę do kieszeni kurtki, ale dłoń drżała jej tak mocno, że nie mogła trafić w 
rozcięcie. Teraz w krąg światła zaczęły wchodzić wilkopodobne stwory, zdeformowane 
podobnie jak ich pan, nędzne pozostałości niegdyś wspaniałego stada. Jeśli słudzy Łowcy 
ulegli takiej przemianie, to co z ich panem? Na samą myśl zatrzęsła się ze zgrozy. 
Zachowaj spokój! 
Potem - nareszcie - zdołała włożyć rękę do kieszeni i chwyciła schowany w niej przedmiot, 
ściskając go jak ostatnią deskę ratunku. Kiedy albinos zrobił krok w jej kierunku, wyjęła to z 
kieszeni i pokazała mu, jak znak ostrzegawczy, jak broń. Podarunek Łowcy zamigotał w 
świetle lampy, śląc wokół złote błyski, ostrzegając demony, które ośmieliłyby się sprzeciwić 
jego woli. Użyła go już kiedyś, gdy ten albinos zamierzał ją skrzywdzić. Na pewno 
poskutkuje i tym razem. 
Albinos przez chwilę w milczeniu spoglądał na amulet. Potem roześmiał się. 

325 

background image

Bogini! Narilka ze zgrozą spoglądała na zbliżającą się do niej postać. Pomóż! Próbowała się 
cofnąć, ale tuż za nią stał jakiś wielki i zimny stwór. Musiała wytężyć resztki sił, aby nie 
runąć prosto w jego rozdziawioną paszczę. 
- Łowcy nie ma tu teraz - poinformował ją albinos. Uśmiechnął się, pokazując zepsute i 
poczerniałe zęby. - Jednak nie martw się. Na pewno zdołam cię zabawić. 
Potem wyciągnął rękę po amulet, a Narilka chciała się cofnąć, lecz bestia za jej plecami 
podcięła dziewczynie nogi i ta runęła na wznak, wypuszczając z ręki lampę, która potoczyła 
się po ziemi. Narilka usiłowała wstać, ale nie zdołała: bestie dopadły ją, gdy próbowała 
podnieść się na klęczki. Mocno zacisnęły szczęki na jej ramionach i nogach, przygniatając ją 
do ziemi. 
Wrzasnęła. Daremnie! Co jej to da, w tej krainie, gdzie magia jest w stanie zniekształcić 
każdy dźwięk? Jednak ten krzyk płynął z głębi duszy, wywołany prymitywnym lękiem, 
jakiego rozum nie jest w stanie uciszyć. Albinos roześmiał się. Śmiał się! Cała Puszcza 
należała teraz do niego, nie tylko rośliny i zwierzęta, ale nawet powietrze. Kto usłyszy jej 
krzyk, jeśli on na to nie pozwoli? 
A potem jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy i mocno zacisnął dłonie na przegubach 
dziewczyny - lodowate dłonie żywego trupa, które wysysały ciepło z jej ciała. Gdy stado 
albinosa stłoczyło się wokół niej, Narilka poczuła, że wątła nić utrzymująca ją przy 
zdrowych zmysłach pęka i jej umysł zapada w mrok przerażenia. Wciągając ją w otchłań, w 
której nie było strachu ani bólu, tylko zapomnienie. 
Andrysie! - krzyknęła, wpadając w gęstą ciemność. To słowo przeszło przez jej gardło i 
usta, lecz zgasło w powietrzu. Andrysie! 
Nie mógł jej usłyszeć. Nikt nie mógł. Nikt prócz sługi Łowcy, którego bestie tarmosiły jej 
zlodowaciałe z przerażenia ciało. 
Och, Andrysie... 

background image

36 

achodzące słońce wcisnęło się między ziemię i chmury popiołu, a jego 
blask był jak rana na pociemniałym niebie. Chociaż samo słońce zniknęło 
już za górami, jego promienie, krwistoczerwone od welonu popiołów, jak 
ogień Shai-tana oświetlały brzuchy obłoków. Od czasu do czasu wiatr 

tworzył w chmurach dziury, przez które przebijało światło Rdzenia, lecz tylko na moment. 
Dzień dogasał. 
Starając się nie patrzeć w dół, na rozpościerającą się tam dolinę, Damien wrócił do jaskini, 
którą znalazł dla nich Karril. Lampa, którą zostawił przy wejściu, nadal się paliła. Podniósł 
ją i wrócił do czekającego Tarranta. W przeciwieństwie do Łowcy Damien potrzebował 
światła, żeby coś widzieć. 
Tarrant siedział w tym samym miejscu, w którym kapłan go zostawił, bezsilnie oparty o 
ścianę jaskini. W świetle lampy Damien dostrzegł, że oparzenia na twarzy neohrabiego nie 
zagoiły się, co było złym znakiem. Po całodziennym odpoczynku nie powinno już być po 
nich śladu. Tylko blizna pozostała nietknięta i jej upiornie biała powierzchnia, otoczona 
spierzchniętą skórą, nieprzyjemnie przypominała Damienowi drapieżne robaki Puszczy. 

Słońce zaszło - rzekł cicho. Tarrant nie odpowiedział. Damien 

postawił lampę i uklęknął obok niego, usiłując zachować pozory spo 
koju, którego wcale nie czuł. No, człowieku, przed nami długa dro 
ga i nie mamy wiele czasu, żeby ją przebyć! Wygląd Tarranta zanie 
pokoił go. Zaczął się obawiać, że najgorsze są nie powierzchowne 
rany spowodowane wypadkami minionej nocy, lecz jakieś obraże 
nia wewnętrzne, być może powodujące krwotok. W końcu, nie mo 
gąc już znieść milczenia, zapytał: - Geraldzie? 
Wyblakłe oczy spojrzały na niego i umknęły w bok, patrząc na coś, czego Damien nie mógł 
dostrzec, w dal. 

Nie zdołamy zwyciężyć - powiedział słabym głosem Łowca. 

327 

background image

Zamknął powieki i jego szczupłe ciało zadrżało. - Myślałem, że zdołamy. Sądziłem, że jego 
potęga ma jakieś granice. Uważałem, że ludzkie zmysły są wystarczająco złożone, aby 
oprzeć się próbom całkowitego podporządkowania... 
-1 miałeś rację... - zaczął Damien. 
Nie. Wcale nie są skomplikowane. Nie rozumiesz? To, co nazywamy słońcem, jest zaledwie 
zwykłą reakcją oka, przekształcaną w proste impulsy elektryczne, które z kolei wprowadzają 
garść związków chemicznych do miejsca zwanego mózgiem... Tyle jest miejsc, w których 
bez większego trudu można zatrzymać ten przepływ informacji! Nasz nieprzyjaciel 
dysponuje taką mocą, Vryce. Jedna iskra w niewłaściwym miejscu, jednak przemieszczona 
cząsteczka... - Gniewnym gestem wskazał na swoją zaczerwienioną twarz, ale Damien 
zrozumiał, że tym razem gniew neołirabiego nie był skierowany przeciwko niemu. - Jedyne, 
co go powstrzymywało, to prawa Iezu. Teraz, kiedy chce je złamać, jaką mamy szansę? 
Przede wszystkim - rzekł Damien, starając się mówić z głębokim przekonaniem - ten proces 
wcale nie jest taki prosty. Powinieneś o tym wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny. Myślisz, że 
wszystkie cząsteczki w twojej głowie są ponumerowane i łatwo odróżnić, która za co 
odpowiada? Och, ty zapewne potrafiłbyś to stwierdzić - to do ciebie podobne - ale wątpię, 
czy Calesta ma do tego cierpliwość. A to oznacza, że chociaż potrafi mieszać nam w 
głowach, to wcale nie musi mu się to udawać za każdym razem. 
Poszło mu całkiem nieźle... 

Chociaż raz zamknij się i słuchaj! Choć raz! Dobrze? 

Odczekał chwilę, niemal prowokując Tarranta do riposty. Jednak 
neohrabia był zbyt słaby, żeby się sprzeczać... a może po prostu zbyt zaskoczony. 
Przekonawszy się, że jego wybuch wywarł zamierzony skutek, Damien rzekł: 
Wcale nie zrobił tego idealnie. Gdybyśmy wiedzieli czego szukać, dostrzeglibyśmy oznaki i, 
wiedząc, że nadchodzą kłopoty, moglibyśmy się zabezpieczyć... 
O czym ty mówisz, do licha? 
O gwiazdach, Geraldzie. Mógł zasłonić nam słońce, ale nie potrafił ustawić wszystkich 
gwiazd na właściwych miejscach! - Powiedział neohrabiemu o konstelacji, która nie 
powinna znajdować się tak wysoko na niebie. - A może nie zatroszczył się o szczegóły - 
zakończył. - Może jest tak arogancki, że uznał, iż ta ciemność załatwi sprawę. 

328 

background image

No cóż, nie udało mu się. Teraz wiemy już, jak myśli ten Iezu. A jeśli to złudzenie nie było 
doskonałe, to może inne też nie są. Może, tak jak zaklęcie osłaniające, wytwarzane przez 
Iezu złudzenia są skuteczne, ponieważ ludzie nie przyglądają im się zbyt uważnie. Cóż, 
teraz będziemy to robić. 
-1 sądzisz, że możemy przez cały czas zachować taką czujność, że nie przeoczymy 
najdrobniejszej nieprawidłowości? Ponieważ dobrze wiesz, że tak będzie. Nawet jeśli jego 
iluzje nie są doskonałe - a nie mamy co do tego pewności - on nie jest głupcem; Zaczeka, aż 
nasza czujność osłabnie, aż staniemy się mniej ostrożni, i co wtedy? - Uniósł rękę do twarzy 
i skrzywił się, dotknąwszy palcami blizny. - Nie czułem bólu - szepnął. - Mogłem tam 
zginąć i do ostatniej chwili nie wiedziałbym, co się stało. 

Karril obiecał, że będzie nas chronił - przypomniał mu Damien. 

- Nie może powstrzymać Całesty od tworzenia iluzji ani nakłaniania 
innych, by nas zabili, ale nie pozwoli ci zginąć na słońcu. Obiecał. 
W głosie Łowcy brzmiało takie samo znużenie, jakie objawiało się w jego zachowaniu. 
A prawa Iezu? Co z regułami ustanowionymi przez ich stwórcę, nie pozwalającymi na 
konflikt między braćmi? 
Może - odparł cicho - pewne sprawy są ważniejsze dla Kar-rila niż to. 
Na przykład jakie? 
Na przykład przyjaźń. 
Adept zbył to stwierdzenie machnięciem ręki. 
Iezu nie są zdolni do przyjaźni. W ich naturze leży tylko wąski zakres uczuć, a ich jedynym 
motywem jest głód... 
Och, przestań pleść bzdury, Geraldzie! Wiesz co, jesteś znakomitym teoretykiem 
demonologii, ale kiedy trzeba spojrzeć w oczy faktom, wydajesz się głupieć. - Pochylił się 
nad nim, jakby swoją bliskością podkreślając wagę następnych słów. - Czy to natura Iezu 
kazała Karriłowi zabrać mnie do piekła, żeby cię uratować? Gdzie w tym widzisz 
przyjemność? I czy w naturze Iezu leży to, co zrobił zeszłej nocy: złamał prawo 
ustanowione przez stwórcę, wtrącając się do wojny toczonej przez jego brata i narażając się 
na gniew jedynej istoty, która może go unicestwić. Uczynił to, żeby uratować ciebie, 
Geralda Tarranta. Z żadnego innego powodu. Tylko po to, żeby cię ocalić. - Damien 
wyprostował się. - Moim zdaniem na tym polega przyjaźń. I do diabła z tym, kim lub czym 

329 

background image

on jest. Sam byłbym piekielnie dumny, mając takiego lojalnego przyjaciela. 
Kiedyś nie powiedziałbyś tego. Potępiałbyś się za takie grzeszne myśli. 
Taak. No cóż. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Może mi się to nie podobać, ale 
pogodziłem się z tym. - Spojrzał na Łowcę, na jego rany i osłabienie, po czym zapytał: - 
Potrzebujesz krwi, prawda? Aby wyzdrowieć. 
Łowca zamknął oczy i oparł się o skałę. 

Piłem - szepnął. 

Ciepłą krew? Żywej istoty? Tarrant nie odpowiedział. 
Oferuję ci ją, Geraldzie. Tarrant z trudem potrząsnął głową. 
 
Nie bądź głupi - szepnął ochryple. - Musisz oszczędzać siły tak samo jak ja. 
Owszem - przyznał. - Różnica polega na tym, że ja szybciej je regeneruję. A może nie wiesz, 
że uzdrowiciel może przyspieszyć wytwarzanie krwi w swoim organizmie? 
Tu nie możesz użyć Sztuki - przypomniał mu Tarrant. - Nawet po to, żeby się uzdrowić. 
Prądy Shaitana połknęłyby cię w mgnieniu oka. 
Do licha. Damien zrobił głęboki wdech, usiłując zebrać myśli. Czy mieli jakieś inne 
wyjście? 

A co z lękiem? Tym razem nie mówię o koszmarach, lecz o na 

turalnym strachu. Możesz go wykorzystać od razu. - Zdołał się 
uśmiechnąć. - Bóg wie, że jest go we mnie dosyć dla nas obu. 
Łowca jednak przecząco pokręcił głową, odrzucając ten pomysł. 

Bez sztucznej podniety? Łącząca nas więź nie jest wystarcza 

jąco silna. Dlatego wykorzystywałem twoje sny. 
Słowa padły z jego ust, zanim zdążył je powstrzymać. 

A więc ją wzmocnij. 

Łowca obrzucił go przeciągłym spojrzeniem. Jego szare oczy były teraz czarne, bezdenne, 
równie czarne i zimne, jak ognie Shaitana były jasne i gorące. 
A mógłbyś z tym żyć? - zapytał. - Wiedząc, kim jesteś, rozumiejąc, czym będzie taka więź 
między nami? Zdołasz pogodzić się z tym, że część mnie tkwi w twojej duszy i pozostanie 
tam, aż jeden z nas umrze? 
Geraldzie - powiedział cicho, bardzo cicho, wiedząc, że spokojem 

330 

background image

więcej osiągnie niż gniewem. - Kiedy tutaj przybyliśmy, wiedziałem, że zapewne nie 
ujdziemy stąd z życiem. O czym więc mówimy? O jednym dniu czy dwóch? Nie zależy mi 
na nich. 
Tarrant odwrócił się plecami do Damiena. Może łącząca ich więź już była silniejsza, niż 
sądził, albo po prostu były kapłan znał go dostatecznie dobrze, aby odgadnąć, co się dzieje 
w jego duszy, ponieważ poczuł ostre ukłucie głodu, rozpaczliwą potrzebę nie tylko 
pożywienia się, ale i uzdrowienia. Wyciągnął rękę i uścisnął ramię neohrabiego, jakby w ten 
sposób chciał dodać swoim słowom siły przekonywania. 
Posłuchaj - rzekł. - W głębi serca jestem tak przerażony, że nawet nie chcę o tym myśleć. 
Skrywam to w miejscu, gdzie ukrywa się takie znienawidzone uczucia, przysypując je 
kłamstwami i półprawdami, gdy nie chce się spojrzeć prawdzie w oczy. Ponieważ prawda 
mogłaby zabić. -1 dodał błagalnym szeptem: 
Dlaczego to marnować, Geraldzie? Dla ciebie jest to pożywienie, które da ci siłę i cię 
uzdrowi. Weź to - poprosił. - Dla dobra nas obu. 
Łowca przez długi czas nie odpowiadał. Potem, ledwie dostrzegalnie skinął głową. Nic 
więcej. Damien puścił jego ramię. Serce waliło mu jak młotem. 

Co mam robić? 

Znów milczenie, a potem kilka słów wyszeptanych tak cicho, że ledwie je usłyszał. 

Wzmocnić więź. 

-Jak? 
Łowca powoli sięgnął po scyzoryk, który nosił w kieszeni tuniki. Nie był to ten sam nóż, 
którym dawno temu otworzył Damienowi żyłę, po raz pierwszy nawiązując z nim więź - 
tamten stracił we wschodnich krainach - ale nabyty później i bardzo podobny. Otworzył 
ostrze i szybkim precyzyjnym ruchem wbił koniec w czubek palca. 

Tak - szepnął, podnosząc rękę i pokazując kropelkę krwi. Wy 

dawała się czarna i tak zimna, że lśniła jak lód. Czy też tego Da 
mien oczekiwał i wyobraźnia płatała mu figle? - Tylko raz w ży 
ciu nawiązałem taką więź z innym człowiekiem... który mnie zdradził. 
To ryzykowne nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie. 
Te słowa same wypłynęły z mroków pamięci i Damien zrozumiał, jak zdesperowany był 
Łowca, skoro mu to zaproponował. Obawiasz się tego bardziej niż ja, pomyślał. Wyciągnął 
rękę i dotknął lśniącej kropli, przenosząc tę ciemną substancję na czubek 

331 

background image

palca Bądź przeklęty, Calesto, za to, że zmuszasz nas do robienia tego, czego najbardziej się 
obawiamy. 
Teraz Damien zrobił to samo, co przed laty uczynił Łowca: dotknął językiem tej zimnej, 
czarnej kropli. Zmusił się, by ją połknąć, jak połyka się pigułkę. Zmusił swoje ciało, aby 
przyjęło w siebie Łowcę, wytwarzając między nimi silniejszą więź. 
...i potwór w nim powstał z rykiem z tych sekretnych miejsc, w których spoczywał, spętany, 
rozrywając okowy, triumfalnie wyjąc. Strach, czysty i straszny, potworny, niepohamowany. 
Lęk przed śmiercią w tym miejscu. Obawa przed przetrwaniem, ale nie jako człowiek. 
Obawa przed powrotem do świata, w jakim nie będzie już dla niego miejsca. Strach, że 
Calesta zażąda jego duszy albo pozostawi ją w spokoju, aby z sadystyczną przyjemnością 
przyglądać się jej zgubie. Obawa, że Kościół poniesie klęskę i ludzkość zostanie pożarta 
przez demony, które sama stworzyła... A także lęk, że Kościołowi się powiedzie i w wyniku 
tego świat zmieni się nie do rozpoznania. Te obawy i sto innych - tysiąc innych, dziesięć 
tysięcy -rozdarły dusze Damiena z tak potworną siłą, że mógł tylko leżeć na dnie jaskini, z 
trudem łapiąc oddech i dygocząc, gdy z potworną siłą eksplodowały kolejno w jego mózgu. 
Potem, w końcu, po długiej jak wieczność chwili, ryk bestii ucichł. W zakamarkach 
świadomości nadal słyszał jej ryk - ten nigdy nie ucichnie, dopóki Tarrant żyje - ale jeśli się 
postarał, jeżeli skupił się na innych sprawach, na pewno nauczy się go ignorować. Na 
pewno. 

Dobrze się czujesz? 

Zdołał otworzyć oczy i zdumiał się, że ciało nadal go słucha. Przez chwilę nie słuchało. 

Doskonale - szepnął. Miał wrażenie, że odpowiedziało mu echo, 

i dopiero po chwili pojął, co to takiego. To percepcja Tarranta Pod wpły 
wem tej myśli zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Wyczuwam 
to, jak on mnie słyszy. Znowu poczuł strach, podchodząc mu do... 
Z wysiłkiem przełknął ślinę. Trząsł się cały i przez moment mógł tylko leżeć na ziemi, 
usiłując wziąć się w garść. Potem powoli, bardzo powoli, podparł się na łokciu. Tarrant 
podał mu rękę i Damien chwycił się jej. Ciało adepta nie było zimne, lecz przyjemnie chłod-
ne i silne. Czując ten chłód, zadygotał. 
To nie potrwa długo - zapewnił go Łowca. 
Taak. - Damien otrzepał się drżącymi rękami. - Dopóki jeden z nas nie umrze. 

332 

background image

Jak już mówiłem. - Łowca podniósł swój plecak i wręczył go 

Damienowi. Temu ruchowi towarzyszyło dziwne echo, i zaciskając 
dłoń na skórzanym uchwycie, Damien poczuł się tak, jakby zrobił 
to już kilka sekund wcześniej. Irytujące. - Niedługo. 
Zrobił głęboki wdech, a potem zarzucił sobie tobołek na plecy. Miał wrażenie, że powietrze 
wokół stało się cieplejsze. Czyżby to działał jakiś związany z fae zmysł, czy tylko jego 
wyobraźnia? 
To minie - obiecał Łowca. Damien miał wrażenie, że uśmiechnął się przy tym. A przecież 
jego wargi pozostały nieruchome, tak jak cała twarz. Niesamowite. 
A co z tobą? - zapytał. Zauważył, że twarz Łowcy przybrała zwykły, upiornie blady kolor. - 
Poczułeś się silniejszy? 
Wystarczająco silny, by posłać Iezu do piekła. - I dodał: -Dzięki tobie. 
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Nie była to tylko wdzięczność, lecz coś większego i 
subtelniejszego. 

No to w porządku. - Damien poprawił plecak na ramionach, 

regulując paski tak, by w każdej chwili mógł wyjąć miecz. Nie pa 
trząc już na Tarranta, ruszył do wyjścia, wiedząc, że Łowca pójdzie 
za nim. - Do roboty. 

Dolina była... 
Inna. 
Tam, gdzie przedtem ciemne dno doliny służyło jako zbiornik mgły i księżycowego blasku, 
teraz pienił się i burzył ocean siły, z taką mocą walący o skały u ich stóp, że bryzgi fae 
ziemi, jasne jak diamenty, spływały po skalnych ścianach. Gdzie przedtem wątłe macki 
mgły owijały się wokół szczytów i turni królestwa Shaitana, teraz można było dostrzec 
poruszające się kształty - pasma mgieł przybierające ludzką postać i z upiornym śmiechem, 
który Damien bardziej wyczuwał w kościach, niż słyszał, ponownie wtapiały się w opar. 
Całe dno doliny było w ruchu, wytwarzając takie zdeformowane postacie i ponownie 
połykając je na oczach patrzącego na to Damiena. Od tego widoku zakręciło mu się w 
głowie i obawiając się, że straci równowagę i spadnie, oparł się plecami o skałę. 
A wtedy wizja zniknęła. Niezupełnie, chociaż tego by pragnął. Kątem oka nadal dostrzegał 
ten niesamowity ruch i wiedział, że nie 

333 

background image

zdołałby tamtędy przejść, nie czując owijającej się wokół niego fae ziemi, nie będąc w pełni 
świadomym, iż tutaj każda ludzka myśl staje się istotą obdarzoną własnym obliczem i 
krzykiem objawiającą swój głód, zanim znów pochłonie ją moc Shaitana. 

Oto, jak ja to widzę - rzekł cicho Łowca. - Teraz i ty możesz 

zobaczyć. 

Czy naprawdę to widzisz tam na dole? 

Łowca zachichotał. 

To zaledwie cień prawdziwego widoku. Tylko tyle jest w stanie 

znieść twój ludzki umysł. Masz. - Podał coś Damienowi. - Włóż to. 
Zawiniątko wielkości pięści, miękkie i błyszczące. Damien rozwinął je na całą, prawie 
trzymetrową długość. 
Szal? 
Zrób tak. - Łowca wyjął drugi taki sam i zaczął owijać nim sobie głowę, jak turbanem. 
Gęsty czarny jedwab był tak cienki, że bardziej przypominał dym niż materiał, a kiedy 
neohrabia zasłonił sobie nim twarz, nadał jego skórze upiorną bladość. - Oddech Shaitana 
pali skórę. Powinieneś włożyć też rękawiczki. 
Nie, przy zejściu nie będą mi potrzebne. 
...jego dłonie płoną, żrąca mgła wrasta w ciało, aż skóra schodzi różowymi płatami, a z ran 
płynie krew... 

Dobrze! Dobrze! Włożę rękawiczki. - Sięgnął do plecaka i wy 

jął je. - Boże. - Włożył prawą dłoń do lewej rękawicy i musiał za 
cząć od nowa. - Podróżowanie z tobą to świetna zabawa, wiesz? 

Zabawa - zapewnił go Tarrant -jeszcze się nie zaczęła. 

Damien znów spojrzał na dolinę. Zalegał w niej mrok. Mgła była po 
prostu mgłą. Pocieszające. Damien owinął głowę szalem, tak samo jak Tarrant - trzykrotnie 
- przy czym wyczuł nikły zapach chemikaliów, jakby materiał był czymś nasączony. 
Zdumiewające, lecz doskonale widział przez te warstwy jedwabiu, który zapewne też został 
zaczarowany. Tarrant był tu już przedtem, powiedział sobie. On wie, co robi. 

Gotowy? 

Łowca przyniósł specjalną linę zejściową, cienki sznur mający podtrzymywać ich na 
usianym kamieniami stoku, dostatecznie długi, by sięgnął dna doliny. Jednym końcem 
owiązał sterczącą skałę, a drugi, obciążony, cisnął w ciemność. Damien westchnął. 

Bardziej nie będę. 

Tarrant ruszył pierwszy. Powoli, och, jakże powoli, opuszczali się ku dnu doliny i 
czyhającym tam niebezpieczeństwom. Czasami Łowca 

334 

background image

zatrzymywał się i dawał Damienowi znać, żeby zrobił to samo. Przytrzymując się cienkiej 
liny, by nie spaść, czekali, aż niewidzialne niebezpieczeństwo minie ich lub skieruje się 
gdzie indziej, albo... Cokolwiek z nim się działo, Damien nie chciał znać szczegółów. 
W końcu lina skończyła się i dalej musieli iść bez niej. Spoglądając na teren w dole, upiornie 
oświetlony pomarańczowym ogniem odległego Shaitana, Damien nie mógł nie zauważyć 
plączących się wokół jego nóg pasm mgły, nie mógł zapomnieć wizji, jaką dzielił z 
Tarrantem. Gdy popełnił błąd i zbyt uważnie je obserwował, pasma wyprostowały się jak 
węże i zaczęły przybierać inną postać - lecz Tarrant zignorował je i tylko przyspieszył 
kroku. Dzięki Bogu, że wkrótce poruszali się zbyt szybko, by Damien mógł przyjrzeć się 
czemuś dokładniej. Jeśli się im nie przyglądał, zostawiały go w spokoju. 
W końcu dotarli na stosunkowo równy teren i Damien pozwolił sobie na ciche westchnienie 
ulgi. Cienkie pomarańczowe błyski tańczyły po ziemi, zbyt ciemne, by oświetlić drogę. 
Zerknąwszy na Tarranta i upewniwszy się, że wszystko z nim w porządku, Damien wyjął 
lampę i zapalił. Zamigotało złote światło, odbijając się od brzuchów obłoków i mgieł, 
tworząc upiorne twarze, które w mgnieniu oka powstawały i znikały. 
- Te nie są groźne - powiedział mu Tarrant, widząc, że towarzysz się waha. - Chodź. 
To było upiorne miejsce, i pomarańczowy blask Shaitana, migoczący i gasnący w rytm 
pulsowania pól lawy, bynajmniej nie dodawał mu uroku. Z dna doliny wznosiły się skalne 
turnie, a pomiędzy nimi płynęły rzeki mgieł. Garstka roślin usiłowała zakorzenić się na 
skalistym gruncie, lecz były to karłowate osobniki, mizerne odbicia odporniejszych 
gatunków, z objedzonymi tu i ówdzie liśćmi oraz korą, z obłażącymi włóknami ukazującymi 
pokryty dziurami i kanałami miąższ. Nawet zapach tego miejsca był dziwny, jakby te rośliny 
usiłowały stworzyć jakąś naturalną woń, lecz były na to za słabe. Wiatr przynosił i 
natychmiast porywał smugi niezwykłych aromatów, zmieszane ze smrodem popiołów i 
wszechobecnym zapachem siarki. Ziemia wydawała się dość twarda, lecz czy nie było to 
kolejne złudzenie wywołane przez Calestę? Karril obiecał, że będzie nas chronił, powiedział 
sobie Damien, kiedy poszli dalej. Nie pozwoli, żeby Calesta zabił nas swymi mirażami. 
Wiedział jednak, że między zabiciem a pozostawieniem w spokoju istnieje ogromna różnica, 
a jeśli Calesta uważa, że Tarrant wymyślił jakiś sposób, żeby go 

335 

background image

zabić... Co wówczas zrobi? Damien spojrzał na otaczające ich mgły, na skaliste tumie 
wznoszące się wysoko nad ich głowami i zadrżał. Nie ulegało wątpliwości, że Calesta 
zaatakuje. Pytanie tylko kiedy. 
Ten drań się nas boi, powiedział sobie, usiłując czerpać z tego jakąś satysfakcję. 
Nagle z mgieł przed nimi wyłoniło się coś, co miało aż nazbyt ludzki kształt. Tarrant nie 
odezwał się słowem, tylko lekkim pchnięciem popędził Damiena naprzód, a były kapłan w 
milczeniu usłuchał, z gardłem ściśniętym ze zgrozy. Obaj poruszali się jak człowiek w 
obecności wściekłego psa, powoli, udając, że go nie zauważa, ale z łomoczącym sercem i 
potem spływającym z czoła. Postać znalazła się bliżej, dostatecznie blisko, by ją obejrzeć, i 
Damien resztkami sił powstrzymywał chęć odwrócenia głowy i spojrzenia na nią. Czy u jej 
boku znajdowały się inne postacie, czy też tylko strach kazał mu je tam dostrzec? Albo 
magia Calesty, który w końcu ich zaatakował. Do licha, jeśli nie dostanie tutaj ataku serca, 
to z pewnością wykończy go oczekiwanie na atak wroga. 
Szedł naprzód, kątem oka obserwując te dziwną postać, gdy nagle Tarrant złapał go za ramię 
i pociągnął w tył. Poczuł na twarzy zimny podmuch, a kiedy spojrzał w dół, ujrzał przed 
sobą rozpadlinę mającą co najmniej trzydzieści metrów szerokości. O mało w nią nie wpadł. 

Boże - mruknął. 

Tarrant odwrócił się twarzą do ich prześladowcy. Adept wyraźnie zesztywniał, co wcale nie 
uspokoiło Damiena. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na przepaść u swych stóp, także się 
odwrócił i ośmielił spojrzeć na to coś, co za nimi podążało. Z początku wydawało się 
zaledwie cieniem, a potem - na jego oczach - przybrało materialną postać. Męska głowa, 
rozpłatana od nosa do szczęki. Szyja, otarta do żywego mięsa przez sznur. Ciało... 

Mój Boże - wykrztusił, odwracając głowę. 

Rozpruty brzuch, wnętrzności wijące się jak robaki między nogami, serce pulsujące między 
strzaskanymi odłamkami żeber. Damie-nowi zbierało się na wymioty i nie wiedział, czy 
zdoła je powstrzymać. Czy lepiej zwymiotować w bok, czy też prosto na widmo? 

Odejdź - wyszeptał Tarrant, a siła jego magii sprawiła, że postać 

zafalowała jak woda. Łowca chwycił za rękojeść miecza i wysunął go 
do połowy z pochwy. Zimny ogień nie rozbłysnął swoim zwykłym blas 
kiem, lecz owinął się wokół jego dłoni i przegubu czułkami płonące 
go dymu. - Nie masz tu nic do roboty. Zostaw nas w spokoju albo... 

336 

background image

Wyciągnął miecz jeszcze o centymetr, demonstrując swoje zamiary. Stwór gapił się na nich i 
przez moment Damien byl pewien, że na nich ruszy. Potem jednak warknął i cofnął się o 
krok. I jeszcze jeden. Na ich oczach zaczął niknąć we mgle i po chwili zupełnie się w nią 
wtopił. Damien po raz pierwszy od kilku długich minut odetchnął głębiej. 

Cień? 

Łowca skinął głową. 
Odszedł? 
Jeśli tutaj można tak powiedzieć. 
Mogłeś go zniszczyć, prawda? 
Adept z trzaskiem wsunął miecz do pochwy. Jego oczy patrzyły zimno i beznamiętnie spod 
czarnego zawoju. 

Miejmy nadzieję, że nie będę musiał próbować. 

Podszedł na skraj przepaści i Damien odważył się zrobić to samo. Przed nimi równinę 
przecinała rzeka, płynąc kanionem, który jak okiem sięgnąć tworzył liczne zakola. Na jego 
dnie błyszczała czarna woda, a otulające ściany gęste opary mgieł nie pozwalały dostrzec 
bliższych szczegółów. 

Jest ich tu mnóstwo - oznajmił Tarrant. - Zmieniają tę równi 

nę w istny labirynt, w którym człowiek łatwo może utknąć. 
Do wschodu słońca, pomyślał Damien. W przypadku Tarranta wystarczyłoby to. 
Mówiłeś, że byłeś już na Shaitanie. 
Nie tą drogą. Skorzystałem z biegnącego pod moją fortecą tunelu, który wyprowadził mnie 
na znacznie łatwiejszy teren. - Pokręcił głową, wyraźnie rozczarowany. - Miałem nadzieję, 
że te kaniony będą widoczne z góry i zdołam naszkicować trasę, zanim tu zejdziemy. Jednak 
-jak sam mogłeś zauważyć - nic nie było widać. 
-1 co teraz? 
Tarrant, mrużąc oczy, spojrzał w dal, jak człowiek patrzący pod słońce. 

Mogę dostrzec pewną prawidłowość. Może to wystarczy, że 

by znaleźć drogę. 
Może. Jak długo trwa dzień o tej porze roku - dziesięć godzin, jedenaście? Nie dość długo, 
by przedostać się przez tak skomplikowany labirynt. Damien spojrzał na gorejący w oddali 
Shaitan - znajdujący się nie tak daleko od nich, ale równie nieosiągalny, jakby wznosił się na 
innej planecie - a potem znów w mroczną przepaść. 

A może przejdziemy tędy? - zapytał. - Wiem, że to trudna 

337 

background image

wspinaczka, ale jesteśmy do niej przygotowani, a poza tym to i tak lepsze niż próba obejścia 
rozpadliny. 
W odpowiedzi Łowca wskazał na coś w ciemności. Damien do- I piero po chwili dostrzegł, 
co mu pokazuje, a i wtedy nie od razu poznał, co to takiego. Potem zaklął pod nosem. 
Na dnie wąskiego kanionu bielały kości - wyraźnie dostrzegł trzy ludzkie szkielety. Strzępy 
ubrań i mięsa nadal oblepiały ich górne części ciał, lecz nogi były zupełnie odsłonięte, 
świecąc gładkimi i białymi jak śnieg piszczelami. Ujrzał pasma mgły, snujące się wśród tych 
kości, niczym robactwo na ścierwie. 
Zastanowił się i zaryzykował: 

Kwas? 

Tarrant kiwnął głową. 

Oddech Shaitana jest trujący, tak samo jego krew. A przynaj 

mniej tak głosi legenda. Powinni w nią uwierzyć. 

Czy wszędzie tutaj woda ma takie właściwości? 

Adept przytaknął. 
Deszcz wymywa kwas z chmur popiołu, więc cała ziemia jest nim nasiąknięta. Dlatego 
prawie nie ma tu śladów życia... a w zasadzie normalnego życia. 
Szambo. 
Wargi Łowcy rozciągnął nikły uśmiech. 
Dobrze powiedziane, Vryce. Jak zwykle. - Rozejrzał się na boki, a potem wskazał w lewo. - 
Spróbujemy? 
Jeśli powiesz mi, że opierasz się na czymś więcej niż na domysłach - rzucił Damien. - W 
przeciwnym razie lepiej ruszajmy do tego twojego tunelu i spróbujmy tamtędy dostać się do 
Shaitana. 
Mój dar nam pomoże, przynajmniej przy najbliższych przeszkodach. - Zademonstrował to, 
wyciągając urękawiczoną dłoń do Da-miena. Łącząca ich więź rozbłysła płomieniem. Teraz 
Damien ujrzał prądy fae ziemi, przepływające do wylotu kanionu, oraz ich odbicie w 
wiszących nad nimi oparach mgły. - Jak widzisz. - W oddali widać było załom kanionu, za 
którym łagodniejsze zbocze mogło prowadzić na równinę. - Niestety, droga stąd do mojego 
tunelu wcale nie jest łatwiejsza. Tak czy inaczej, ryzykujemy... 
Nie dokończył myśli. Nie musiał. 
Tak czy owak, naszym największym zmartwieniem jest Calesta. On może sprawić, że 
będziemy widzieli kaniony tam, gdzie ich nie ma, albo wpadniemy w przepaść, myśląc, że to 
równy teren... 

338 

background image

Nie, przecież Karril obiecał, że ochroni ich przed czymś takim. Gdyby tylko ten ich 
sprzymierzeniec nie ograniczył się tylko do takiej pomocy! 
Najszybciej, jak mogli, ruszyli wzdłuż skraju przepaści, czasem korzystając ze światła 
lampy, a czasem, kiedy mgła rozchodziła się i pozwalały na to chmury, przy 
krwawoczerwonym blasku Shaitana. Wszędzie wokół pojawiały się i znikały widmowe 
postacie i raz po raz Tarrant wyprowadzał Damiena poza zasięg tych, które podchodziły za 
blisko. Nazywał je cieniami. Odbiciami zmarłych. Damien dostrzegł jedno z obciętą głową i 
inne, broczące widmową krwią z odrąbanych rąk i nóg. Najczęściej wydawały się bardziej 
spłoszone niż niebezpieczne, jak przystało duchom pamiętającym zaledwie jeden moment 
swego doczesnego życia, lecz niektóre były wyraźnie wrogo nastawione do żywych ludzi i 
choć nie interesowały się Tarrantem, to najwyraźniej uważały Damiena za zwierzynę. 
Łowca nieraz musiał je odpędzać i w pewnej chwili, gdy jakaś nieszczęsna istota z 
rozłupaną czaszką postanowiła wyładować swój gniew na byłym kapłanie, Tarrant wyjął z 
pochwy miecz i błysnął zimnym ogniem. Damien miał wrażenie, że bryla lodu rąbnęła go w 
brzuch. Oszołomiony, spazmatycznie łapiąc ustami powietrze, o mało nie runął na dno 
kanionu. 
Co to było, u licha? - zapytał, gdy Łowca w końcu schował miecz. Wrogo usposobione 
widmo czmychnęło - przynajmniej jedno zagrożenie mniej. - Nie pamiętam, żeby twój 
miecz tak na mnie działał. 
Tutejsze prądy są jak krzywe zwierciadło, odbijające i wypaczające każdą Sztukę. Dlatego 
staram się jej nie używać - wyjaśnił adept. - Ani żadnej innej magii. 
.Po prostu wspaniale, pomyślał Damien, usiłując złapać oddech. Jeszcze jeden powód do 
zmartwienia. 
Tarrant co pewien czas z niemal rozpaczliwym skupieniem spoglądał w niebo i na ziemię. 
Damien wiedział, że adept szuka wokół jakichś anomalii - obojętnie jak drobnych i pozornie 
nieistotnych - które ostrzegłyby, że Calesta znów otacza ich swoimi iluzjami. Jednak za 
każdym razem Tarrant tylko w milczeniu potrząsał głową i kontynuował marsz. Czy te 
kaniony były prawdziwymi przepaściami, czy też złudzeniami mającymi ich zwieść? Jak 
łatwo byłoby Caleście nakłonić ich do zboczenia z właściwej drogi lub skierować w ślepy 
zaułek! Nawet jeśli wytwarzane przez demona iluzje nie były doskonałe w każdym 
szczególe, to i tak żaden człowiek nie był w stanie tego zauważyć. Nawet Tarrant. 

339 

background image

Jeśli tak, to jesteśmy zgubieni. 
Nie odważył się spojrzeć Tarrantowi w oczy, lecz dzięki wzmocnionej więzi, jaka ich 
łączyła, wyczuwał jego narastający strach. Dorównujący lękowi. 
Jeżeli nie znajdziemy jakiegoś sposobu na odróżnienie iluzji od rzeczywistości, nie mamy 
żadnych szans. Stojąc u boku Tarranta, spoglądał na rozległą dolinę, na przekór faktom 
żywiąc nadzieję, że swymi nie wyostrzonymi zmysłami odkryje jakiś szczegół przeoczony 
przez adepta. Jednak każdy kanion wydawał się najzupełniej rzeczywisty, a rozrzucone tu i 
tam na ich dnie - a nawet na krawędzi - kości wymownie przypominały o zabójczych 
właściwościach tej krainy i okropnym losie przechodzących tędy wędrowców. 
W końcu, znużeni, zatrzymali się, by odpocząć. Damien wyjął z plecaka skibkę chleba i 
przeżuł go na sucho, starając się nie odsłaniać twarzy bardziej, niż musiał. Tarrant nie jadł i 
nie pił, tylko wpatrywał się w otaczającą ich ciemność, jakby mógł w niej znaleźć jakąś 
odpowiedź. Dzięki łączącej ich więzi Damien wyczuwał stan jego umysłu, co wcale go nie 
uspokajało. 
W końcu adept oznajmił: 

Zamierzam użyć Sztuki. Nie ma innego wyjścia. 

Odruchowo spojrzał w niebo. Chmura popiołu nad głową do 
ostatniej chwili nie pozwoliłaby mu dostrzec nadchodzącego świtu. 

Zaklęcie wyszukujące? 

Łowca pokręcił głową. 
Nasz wróg zbyt łatwo mógłby je zmienić. Pamiętasz, co zrobił w Seth? A poza tym, w tym 
miejscu nie można polegać na żadnym rodzaju Sztuki. Na tej samej zasadzie, na jakiej 
muzyka symfoniczna przestaje być melodyjna w sali, w której jest sitoy pogłos. Nie, to musi 
być Sztuka w czystej i nieskomplikowanej formie: prośba do fae, żeby wspomogła naszą 
misję w jakikolwiek sposób. Jeden akord, jasny i prosty. 
Nie brzmi to zachęcająco. 
Zapewniam cię, że wszelkie inne próby są skazane na niepowodzenie. 

A skąd wiesz, że Calesta nie zmieni i tego zaklęcia? 

Łowca zawahał się. Przez moment, tylko przez moment, więź 
między nimi zaczęła pulsować nową energią i Damien poczuł, jakie emocje targają 
neohrabią. Strach, mroczny i duszący. Trudno było uwierzyć, że mógł dusić w sobie takie 
uczucie i niczym tego nie zdradzić. 

Na pewno będzie próbował - przyznał. - A my aż nazbyt dobrze 

340 

background image

wiemy, jak zręcznie potrafi to robić. Jeśli jednak mój plan się powiedzie, dostarczy nam 
narzędzie, nad którym Calesta nie ma władzy. 

Jakie mamy szanse? 

Wyblakłe oczy napotkały jego spojrzenie. W głosie adepta nie było cienia strachu. 

Większe niż gdybyśmy nic nie robili. 

Sztuka. W innych okolicznościach Tarrant użyłby jej bez namysłu, może zmrużywszy oczy 
w szczególnie trudnym przypadku, ale teraz... Damien widział, jak adept się koncentruje, 
zamykając oczy, i przeraził się implikacjami tego faktu. Potem Tarrant wyjął miecz z 
zabezpieczonej zaklęciem pochwy i związana z ostrą stalą fae groźnie zamigotała w 
krwawym blasku Shaitana. Damien wyczuł, że zaklęcie nabiera kształtu, i przygotował się 
na uderzenie zimnej mocy, lecz ta, która w następnej chwili przeniknęła jego ciało, była mu 
zupełnie nie znana. Była to siła jednocześnie mrożąca i paląca, pod wpływem której zadrżał, 
jakby w jego żyły wlał się płynny ogień. Tarrant wcale nie musiał mu mówić, że nie był to 
tylko efekt użycia Sztuki: ten żar najlepiej świadczył o tym, że zadziałała tu również inna 
moc. Tarrant wezwał fae, a ta odpowiedziała mu jak lustro w gabinecie śmiechu. Jeśli Bóg 
da, zniekształcenie będzie niewielkie. Jeżeli Bóg da, to nie wywołają czegoś jeszcze gorsze-
go niż to, z czym już mają do czynienia. 
Tarrant skończył, wepchnął miecz do pochwy i zimny ogień zgasł. 

Czy myślisz... - zaczął Damien, lecz Łowca uciszył go machnię 

ciem ręki. Był tak spięty, że Damien odwrócił się, żeby na niego nie 
patrzeć i nie powiększać swego niepokoju. Miał dość własnych obaw. 
Nagle coś poruszyło się w otaczającej ich mgle. Zobaczył, że Tarrant robi krok naprzód, a 
potem się zatrzymuje. Cień? Złudzenie? A może coś innego? Pasma srebrzystej mgły 
splatały się i gromadziły, powoli przybierając ludzką postać. Czy była to odpowiedź fae na 
ich wezwanie, czy po prostu jeszcze jeden żywy trup, zwabiony ich rozpaczliwym 
wołaniem? Gdy ten kształt z wolna wyłonił się z mgły, Damien zobaczył, że ma postać 
kobiety, która za życia musiała być piękna, gdyż nawet po śmierci jej twarz zachowała ślady 
dawnej urody... 
Nagle Tarrant jęknął i zatoczył się w tył, jak uderzony pięścią. Ten jęk zdradzał potworny 
strach, jakiego Damien jeszcze nigdy nie słyszał w głosie neohrabiego. Były kapłan na 
moment skamieniał z wrażenia. Potem zrobił krok naprzód, jakby chciał... Co? Bronić 
adepta? Postać stała tak blisko, że mógł dokładnie się jej przyjrzeć. 

341 

background image

Kobieta była szczupła i zgrabna, miała gęste włosy, które nadal zachowały kolor, jaki miały 
za jej życia - złoto-rudy. Wielkimi oczami tak uważnie spoglądała na Tarranta, że nie 
ulegało wątpliwości, iż go znała. Czyżby jedna z jego ofiar? Jej usta były pełne i lekko 
uróżowane, a wydawały się tak realne, że Damien był gotów uwierzyć, iż oddychają i należą 
do żywej istoty. Miała na sobie długą, jasną suknię z cienkiej wełny, a na niej... Zmrużył 
oczy, usiłując skupić wzrok. Fałdy tej sukni lekko falowały, jakby na wietrze, i czasem 
wydawały się białe, a czasem... Dostrzegł zmianę barwy i próbował skupić na niej wzrok... 
Zobaczył cienkie strużki czerwieni między fałdami sukni i szkarłatną lamę na wysokości 
serca. 

Almea - wyszeptał Tarrant. 

I Damien zrozumiał. Dobry Boże. Zrozumiał wszystko. 
To twoja żona? 
Nie. - Łowca pokręcił głową. - To nie jest moja żona. Jej cień, stworzony przez miejscowe 
prądy. Nie ona. 
Spojrzał na widmową postać, a potem znów na Tarranta. Trudno było powiedzieć, które z 
nich dwojga jest bledsze. 
Może został sformowany w odpowiedzi na... 
Nie! - Postać ruszyła w kierunku Tarranta, który pospiesznie się cofnął. - To iluzja 
stworzona przez Calestę. Z pewnością. Albo prawdziwy cień, przywołany przez naszą 
obecność. Mój Boże -wyszeptał drżącym głosem. - Jeżeli tak... 
To twoja żona, Geraldzie. 
Ona nie żyje! - Przez moment Damien wyraźnie widział całe jej ciało: zakrwawione, 
pokaleczone, pocięte nożem szaleńca... a potem znów spowiła je biała szata i jedynym 
śladem cierpienia był ból w jej oczach. - Almea Tarrant taka, jaką była w ostatnich chwilach 
życia, nie pamiętająca niczego, co było wcześniej! Nie mająca żadnych wspomnień, które 
mogłyby ukoić jej strach, gdy... gdy... 
Cień zatrzymał się. Obserwował go. 
Nie sądzę, by pojawiła się, żeby cię skrzywdzić - zaryzykował Damien. 
A po co by tu przyszła? Pamiętaj o tym, co ja jej uczyniłem, Vryce! 
Ona czeka, pomyślał Damien. Spodziewa się czegoś. Czego? 
Wezwałeś ją na pomoc - podsunął. 
Zamęczyłem ją - szepnął neohrabia. 
Patrzyła. Czekała. Nie była już jego żoną, lecz fragmentem bytu. 

342 

background image

Jedną chwilą krótkiego życia, zamrożoną w czasie przez magię tego miejsca. Damien 
zaczerpnął tchu i starając się zachować spokój, rzekł: 

Ona jest tu pierwszym cieniem, który nas nie napastuje. Mo 

że to coś oznacza. 
Tarrant milczał. 
Postać odwróciła się. Nie pokazała im pleców, ale powoli zaczęła się oddalać. W jej oczach 
nie było nienawiści, pomyślał Damien, ani gniewu, jedynie przeogromny ból. I może coś 
jeszcze... coś więcej. 
Bardzo cię kochała - zauważył. Tarrant wzruszył ramionami; 
Ta zjawa nie wie co to miłość. Przystanęła. Czekała. Na nich. 
 
Geraldzie - zaczął ostrożnie Damien, dobierając słowa. - Myślę, że ona chce, byśmy poszli 
za nią. 
Dlaczego? Chce nam pomóc? Raczej zamierza wciągnąć mnie w pułapkę... 
Były kapłan spojrzał cieniowi w oczy i dostrzegł palący się w nich błysk życia. 

Nie sądzę - powiedział cicho. 

Tarrant spojrzał nań ze zdumieniem. 
Dlaczego? - zapytał ochrypłym głosem. - Dlaczego miałaby mi pomóc po tym, co jej 
zrobiłem? 
Może chce, żebyś poniósł za to karę. Mówiłeś, że zapewne umrzesz na stoku Shaitana, 
prawda? Może chce poprowadzić cię na śmierć. - Damien westchnął. Jak miał wyrazić 
następną myśl, żeby zaakceptował ją Łowca? - A może w tej ostatniej chwili życia chciała 
cię uratować. Może zobaczyła, że człowiek którego poślubiła, oddał się złu tak strasznemu, 
że jej słowa, jej miłość, nie mogły go ocalić... a teraz ma jedyną szansę odkupienia. Pierwszą 
od wielu wieków. - Odczekał chwilę, a potem powiedział łagodnie: - Znałeś ją, Geraldzie. 
Ty mi powiedz. 
Cień czekał. 
Jeżeli ona jest złudzeniem... - zaczął Tarrant. 
Nie jest. 
Skąd możesz mieć tę pewność? 
Ponieważ nie sądzę, by Calesta, pomimo całego jego sprytu, stworzył to. - Damien wskazał 
na postać. Czyżby uśmiechnęła się smutnie w odpowiedzi? - Odbicie bólu, tak, może 
nienawiści, a z pewnością żądzy zemsty. Takie uczucia on rozumie. A inne? - 

343 

background image

Czytając w jej oczach, Damien zadrżał. Boże, cóż to musiała być za kobieta. - Calesta nic 
nie wie o ludzkiej miłości: jak mógłby tak dokładnie ją imitować? 
Łowca spojrzał na niego. W jego szarych oczach malował się taki strach i udręka, że 
Damien z trudem wytrzymał to spojrzenie. 
Czy to właśnie w niej widzisz? - zapytał. 
Między innymi - rzekł cicho. - Dostatecznie wyraźnie, by przypuszczać, że ona może nas 
zaprowadzić tam, dokąd chcemy dojść. A poza tym nie mamy wielkiego wyboru, prawda? 
Chyba że chowasz w rękawie jakiegoś asa, o którym mi nie powiedziałeś. 
-Nie. 

A zatem? 

Przez długą chwilę neohrabia stał jak wryty. Damien czekał. Ona też. 

Dobrze - powiedział w końcu ledwie słyszalnym szeptem. - 

Dobrze. 
Odwrócili się do stojącej opodal zjawy i zobaczyli, że odeszła kilka kroków. Damien 
zaczekał, aż Tarrant ruszy w jej stronę, a potem poszedł za nim. W jego sercu budziła się 
nadzieja, a jednocześnie obawa. Cień Almey Tarrant będzie niewrażliwy na wytwarzane 
przez Calestę iluzje - Iezu nie miał władzy nad wytworami fae. Co oznaczało, że idąc za nią, 
zapewne będą mogli ominąć prawdziwe przeszkody, nie fatygując się unikaniem tych, 
których w rzeczywistości nie ma. 
Jeśli tylko ona zechce. W tym sęk. Patrząc na nią, widząc, jak ta widmowa postać snuje za 
sobą pasma białego dymu, natychmiast pochłaniane przez wszędobylską mgłę, modlił się, 
żeby dobrze odczytał jej zamiary. Jeśli się pomylił, nie było nadziei... 
Wyprowadziła ich z kanionu na rozległą równinę, na której jeden kilometr niczym nie różnił 
się od drugiego. Damien nerwowo zerknął na Tarranta, lecz z jego wyrazu twarzy nie zdołał 
wyczytać, czy adept znalazł jakiś punkt orientacyjny. Wkrótce zamknęła się wokół nich 
mgła, spowijając obu tak gęstą zasłoną, że widzieli nie dalej jak na kilka kroków. W tym 
oparze poruszały się jakieś dziwne stwory, na pół sformowane cienie krążące wokół jak 
ławice ryb, ale nie podchodzące zbyt blisko. Czy reagowały na moc Tarranta, czy tej 
kobiety? Czy cienie respektowały swoje terytoria, tak że inne nie będą ich niepokoić w jej 
obecności? Zdrętwiał na widok jakiejś istoty o czerwonych ślepiach, która zdawała się 
zmierzać wprost na 

344 

background image

niego, ale zaraz rozwiała się jak dym. Na razie, z jakiegoś powodu, chyba byli bezpieczni. 
Jeśli Bóg da, tak pozostanie. 
Krok za krokiem, kilometr za kilometrem, podążali za cieniem Almey Tarrant po zatrutej 
ziemi. Omijając sterczące i poczerniałe skały, depcząc rzadką i ostrą trawę, obchodząc 
jeziorko, którego powierzchnia dymiła jak bliska wrzenia ciecz. Wokół unosił się odór zgni-
lizny, czasem mdląco słodki, ale zawsze z domieszką drażniących wyziewów siarki. Bogu 
dzięki za magiczne szale Tarranta, które zdawały się zatrzymywać najbardziej toksyczne 
opary. Damien co pewien czas sprawdzał, czy zawój znajduje się na swoim miejscu. Wy-
starczająco często podróżował po wulkanicznych terenach, by wiedzieć, jak szybko działa 
trucizna wchłonięta przez płuca, i tym bardziej był wdzięczny Tarrantowi, że przygotował 
się na taką ewentualność. 
Uda się nam, pomyślał, chociaż nogi bolały go już od wspinaczki. W ustach zaschło mu z 
pragnienia i wiedział, że powinien coś z tym zrobić. Nie zwalniając kroku, z trudem wyjął 
manierkę i zdołał ją odkorkować, lecz gdy uniósł zawój, by przyłożyć ją do ust, wiatr nagle 
dmuchnął mu w twarz chmurą siarkowych oparów. Zanim się zorientował, wciągnął je do 
płuc i chociaż natychmiast opuścił zawój, dostał okropnego ataku kaszlu i przez chwilę nie 
mógł zrobić ani kroku. Kaszel wstrząsał nim raz po raz i Damien mógł się tylko modlić, 
żeby tamci zaczekali, aż mu przejdzie. Czy cień Almey obchodziło to, czy Damien dotrze 
do Shaitana, czy też interesował ją wyłącznie los męża? Myśl, że mógłby zostać tu sam, 
była naprawdę przerażająca. Kiedy rozjaśniło mu się w oczach, z ulgą zobaczył, że Tarrant i 
zjawa czekają na niego. 
- Możesz pić przez zawój - powiedział Łowca. 
Wspaniale. Po prostu wspaniale. 
Damien zrobił to, kiedy tamci ruszyli dalej. Skrzywił się, czując na języku smak jakiegoś 
środka chemicznego. 
Dzięki, że powiedziałeś mi w porę. 
Potem dotarli do miejsca, gdzie kanion przecinał ścieżkę, zagradzając im drogę. Głęboki, o 
pionowych ścianach, odcinał im dostęp do krainy na prawo, zmuszając, by skręcili w lewo, 
jeśli chcieli iść dalej. Jednak cień Almey nie poszedł tamtędy. Wcale się nie ruszał. Stał na 
krawędzi przepaści, jakby oceniając jej głębokość, a potem spojrzał na nich. Tylko przez 
chwilę. Następnie zrobił krok naprzód, w bezdenną przepaść. 
Dobry Boże... 

345 

background image

Zawisła nad pustką, stawiając stopy w powietrzu, jakby kroczyła po stałym gruncie. Od 
drugiego brzegu kanionu dzieliło ją co najmniej sześć metrów, lecz ona wcale nie spieszyła 
się, by tam dojść. Spokojnie, jakby stąpała po ziemi, wyszła na środek rozpadliny, a potem 
zatrzymała się i obejrzała. Po chwili, kiedy nie ruszyli się z miejsca, wyciągnęła szczupłe 
ramię, przyzywając ich. 
Jeśli ona jest złudzeniem... - zaczął Tarrant. 
To nie może zabić nas w ten sposób. Nie pamiętasz? Karril obiecał. 
Karril obiecał, że nie zabije nas Calesta Nie przypominam sobie, żeby mówił coś o mojej 
żonie. 
Czekała w milczeniu. Bez jej pomocy nie zdołają stąd wyjść. 

Posłuchaj - rzekł w końcu Damien. - Ona nie ma żadnego po 

wodu, aby nienawidzić mnie, prawda? A zatem pójdę pierwszy. Je 
śli to pułapka zastawiona na ciebie, to może... - Nie dokończył zda 
nia. Może ulituje się nad niewinnym i ostrzeże mnie, zanim runę 
w przepaść. - Może tak będzie dobrze - dokończył niezręcznie. 
Podszedł do krawędzi przepaści, spojrzał w nią... i oderwał wzrok od tego widoku, kierując 
go na postać. Z jej twarzy nie był w stanie odczytać jej zamiarów ani tego, jak daleko mogła 
się posunąć, by zwabić Tarranta w przepaść. W końcu zaczerpnął tchu i zrobił krok. Idąc, 
nie odrywał od niej spojrzenia, a strach zimną dłonią ściskał mu serce. Przeszedł kilka 
metrów do miejsca, gdzie zaczynała się przepaść, i zrobił krok, chociaż pod nogami miał 
pustkę, a instynkt samozachowawczy rozpaczliwie nakazywał mu odskoczyć w tył, dopóki 
jeszcze może... Damien wiedział jednak, że tak zareaguje jego umysł na stworzoną przez 
Calestę iluzję i nie usłuchał. Z zamkniętymi oczami i perlącym się na czole potem, przeniósł 
cały ciężar ciała na tę jedną nogę. I nie spadł. Dzięki Bogu, nie spadł! Zrobił następny krok, 
potem jeszcze jeden. Powoli oddychając, otworzył oczy i spojrzał w dół. Widok zaparł mu 
dech. 
Odwrócił się do czekającego Tarranta i spróbował przywołać na usta uśmiech. 

No jak? Idziesz? 

Łowca zawahał się, a potem podszedł do krawędzi. Damien widział, jak neohrabia walczy 
ze sobą, tak jak przed chwilą on, a potem - blady jak chusta - stawia krok w pustkę. Jednak 
nie spadł, tak samo jak Damien, i niebawem obaj szli po tak skutecznie ukrytej przed ich 
oczami ziemi, mając pod nogami stworzone przez Calestę złudzenie. 

346 

background image

Najwyraźniej nie zapomniał o nas - szepnął Łowca. 

Cień Almey wiódł ich dalej, coraz głębiej w labirynt mgły i oparów. Ominęli jeden kanion, 
skręcili przed innym i dotarli do następnego, przez który przeprowadził ich cień. Tym razem 
poszli za nią bez wahania. Przez ile godzin wpatrywali się tylko w tę zatrutą ziemię i jej 
zmutowane rośliny, roztaczające obrzydliwe zapachy, jakby w odpowiedzi na dotknięcia ich 
stóp? Damien miał wrażenie, że teren zaczął się wznosić. Jak daleko od szczytu wulkanu 
zaczynało się zbocze? Bolały go nogi i pomimo Tarrantowego filtra gardło piekło go od 
siarkowych oparów. Modlił się, żeby do szczytu nie było daleko, chociaż dobrze pamiętał wygląd 
tego stromego stożka i wiedział, że zanim tam dotrą, nogi będą go bolały o wiele bardziej. 
Nagle ujrzeli przed sobą skalną ścianę, a Almea weszła w nią i zniknęła. Obaj wędrowcy spojrzeli 
po sobie, a potem Damien poszedł za nią, wstrzymując oddech. Przez chwilę wydawało mu się, 
że naprawdę wszedł w skałę, lecz to wrażenie zaraz minęło. Złudzenie również prysło i ujrzeli 
rozciągającą się przed nimi równinę oraz czekającą w pobliżu Almeę. 

Sądzę, że znaleźliśmy sobie dobrego przewodnika - szepnął 

Damien. 
Przysiągłby, że Tarrant uśmiechnął się, chociaż słabo. Potem weszli na nierówny teren i musieli 
zwolnić tempo marszu: cień poruszał się dość szybko, ale nie oddalał od nich. Damien miał 
wrażenie, że wyczuwa narastające wokół napięcie - może Calesty? Jeśli Iezu naprawdę obawiał 
się tego, że Tarrant dotrze do Shaitana, to teraz z pewnością wpadł w panikę. Co powiedział 
Łowca? Że oprócz iluzji te demony nie dysponują inną mocą? A teraz Calesta nie mógł użyć jej 
przeciwko nim. Dobry Boże, może jednak im się uda! 
Łagodne zbocze zmieniło się w stromy stok, a marsz we wspi 
naczkę. Przez cienki zawój Damien wyczuwał gryzącą woń siar 
kowych oparów Shaitana, paskudny odór snujących się wulka 
nicznych gazów. Fontanny ognia przegradzały im drogę, syczące 
lub ryczące, a czasem płonące w upiornej ciszy. Przeważnie omi 
jali je, ale czasem przez nie przechodzili. Wszystkie wydawały się 

jednakowo gorące. W pewnej chwili Damien zauważył, że palą mu 
się spodnie i czując oblewający nogi żar, o mało nie rzucił się pę 
dem do najbliższego skrawka chłodnej ziemi, żeby potoczyć się 
po niej, gasząc płomień. Jednak ona nie biegła, więc on też tego 
nie zrobił i po kilku minutach - gdy tylko Calesta zrozumiał, że 

347 

background image

i ten podstęp się nie powiódł - ta wizja zniknęła jak poprzednie, pozostając tylko 
wspomnieniem. 
Damien z trudem łapał oddech, a serce waliło mu tak mocno, że zagłuszało wszystkie inne 
dźwięki. Ziemia drżała, jak podczas trzęsienia, lecz nie były to spazmatyczne ruchy 
tektoniczne, nieustanne wibracje. Powodowały zawrót głowy, sprawiając dziwne wrażenie, 
że wszystko wokół niego i pod nim jest płynne i niestałe. Pnąc się w górę, czuł smród 
zastygającej lawy, na szczęście niezbyt blisko miejsca, gdzie się znajdowali. Jak wysoko 
musi wspiąć się Tar-rant, żeby zrobić to, po co tu przyszedł? 
Nagle obeszli spory głaz i ujrzeli cienki strumień lawy, zagradzający im drogę. Spływała po 
zboczu góry najwyżej dziesięć metrów dalej i chociaż była wystarczająco wąska, aby ją 
przeskoczyć, Damien nie był pewny, czy ma na to ochotę. 
Jest tu inna droga? - zapytał zjawę. Lekko obróciła się do niego, spojrzała mu w oczy, a 
potem znów odwróciła się w kierunku lawy i ruszyła. On nie poszedł za nią. 
Vryce? 
Jej oczy. Spojrzał w nie tylko przez chwilę, ale to wystarczyło, żeby zaczął drżeć. 

Są inne - szepnął. Spojrzał na strumień lawy, znajdujący się 

tak niebezpiecznie blisko, i zaczął się cofać. - Zgubiliśmy ją... 
Zjawa odwróciła się do nich. Na pozór wyglądała tak samo jak przedtem, lecz rzeczywiście 
zaszła w niej jakaś zmiana Zniknęła ta odrobina łagodności, jaką Damien wyczuł za 
ogromnym cierpieniem Ten cień uczucia nie będącego nienawiścią. To coś, co Damien 
uznał za miłość... 

Niech to szlag! - syknął. 

Kiedy zgubili prawdziwą? Gorączkowo rozejrzał się wokół, jakby w nadziei, że czeka za 
nimi, ale ujrzał tam tylko usiany kamieniami stok. Kiedy i jak Calesta podstawił im 
sobowtóra? Wystarczył moment nieuwagi, o jaki nietrudno było w tej krainie, gdzie 
niebezpieczeństwo zdawało się kryć za każdym głazem. 
Jeśli potrafi ją ukryć, to nie zdołamy jej odnaleźć. - W głosie Tarranta Damien usłyszał 
wywołane długotrwałym stresem znużenie. - Będziemy musieli iść dalej sami. 
Nie. Nie możemy. - Przypomniał sobie wszystkie przeszkody, jakie przeszli, ominęli lub po 
prostu zignorowali. - Bez niej nie mamy szans. 
Myśl, człowieku, myśl! 

348 

background image

Jakie są granice jego mocy?    zapylał. Myśl! 

To coś, co nie było Almeą, obserwowało zastanawiającego się Tarranta. 

On potrafi tworzyć obrazy, które wydają się rzeczywiste. Mo 

że sprawić, że nie będziemy dostrzegać tego, co istnieje naprawdę. 
W pewnym stopniu może oddziaływać na zmysły - stąd wrażenie 
ciepła lub spadania, kiedy walczyliśmy z tworzonymi przez niego 
iluzjami - lecz w niewielkim zakresie, inaczej po prostu obezwład 
niłby nas bólem. 
Zmysły. Kluczowe słowo. Czy między Tarrantem a cieniem jego żony istniała jakaś więź, 
dzięki której mogliby ją odnaleźć? Najwidoczniej Łowca pomyślał o tym samym, gdyż 
pokręcił głową. 

Może gdyby naprawdę była moją żoną. Musisz jednak pamię 

tać, że to nie jest kobieta, z którą żyłem. To wytwór fae, zawierający 
nie więcej prawdziwej Almey Tarrant niż jej odbicie w lustrze. Wierz 
mi - dodał - w tych okolicznościach wolałbym, żeby było inaczej. 
A więc to im nie pomoże. Damien rozpaczliwie rozejrzał się wokół, jakby szukał pomysłu 
na nową linię ataku... i znalazł ją. Płynęła, dymiąc, nie dalej niż cztery metry od jego nóg. 

Zatem równie dobrze możemy iść naprzód. - Serce waliło mu 

jak młotem, gdy ruszył w stronę strumienia lawy, ale wiedział, że 
nie śmie się zawahać. - Bez cienia twojej żony i tak jesteśmy już 
martwi, prawda? 
Od lawy dzieliły go już tylko trzy metry i czuł smród gazów unoszących się z sykiem z jej 
powierzchni. 

Tym razem Calesta prawie nas zabił, ukrywając ją, więc dla 

czego nie zaryzykować? 
Wejdź w to, nakazywał swemu ciału. Nie przejmuj się tym, czy jest realne. Po prostu to 
zrób. 
Już tylko krok dzielił go od strumienia lawy, gdy coś go powstrzymało. Dzięki Bogu. 
Pozwolił, by odepchnęło go od stopionej skały, a potem uniósł rękę, żeby otrzeć pot z czoła. 
Zdołał tylko przycisnąć zawój do wilgotnej skóry. 
Prowadzisz niebezpieczną grę - warknął Karril. Damien z trudem uśmiechnął się. 
Ja tylko wziąłem cię za słowo. 
Iezu chwycił go za ramię i pociągnął z powrotem do czekającego Tarranta. 

Tam - powiedział niechętnie. - Jak obiecałem. 

349 

background image

Prawdziwy cień Almey stał za nimi, dobrze widoczny, jakby nigdy żadna magia nie 
skrywała go przed ich oczami. Jej sobowtór zniknął, a może stał się niewidzialny - skutek 
był taki sam. 
Naprawdę wszedłbyś w to? - zapytał Karril. Damien nie odpowiedział. W końcu demon 
westchnął. - W porządku. Jak chcesz. - Zerknął na Tarranta i z nikłym uśmiechem dodał: - 
Przypomnij mi, żebym nigdy nie grał z nim w pokera. 
A ty mi - mruknął Łowca i po jego twarzy również przemknął słaby uśmiech. 
Ruszyli w górę zboczem, Almea raźnie, oni dwaj z trudem. Karril pozostał z nimi, co trochę 
zdziwiło Damiena, lecz gdy zapytał demona o powód, usłyszał tylko szorstką odpowiedź: 

Ktoś musi trzymać was z dala od kłopotów. 

Zwyciężyliśmy, pomyślał. Jednak na razie zdołali tylko dotrzeć 
do celu podróży. Przed nimi był Shaitan i próba tak straszna, że żaden człowiek nie zdoła jej 
przeżyć. 
Pięli się do góry. W niektórych miejscach skała drżała tak nieznacznie, że nie słyszeli 
głuchego pomruku, tylko wyczuwali go pod nogami; w innych dygotała jak podczas 
prawdziwego trzęsienia ziemi i Damien szczękał zębami, wchodząc coraz wyżej po nierów-
nym zboczu. Chwilami miał wrażenie, że cała planeta zaraz rozpadnie się pod ich nogami. 
Głęboko oddychając z zamkniętymi oczami, musiał przywoływać na pomoc resztki 
samokontroli, żeby ignorować to uczucie. Cień czekał. A Karril szedł za nimi. Centymetr za 
centymetrem, metr po metrze, zbliżali się do celu podróży. 
W końcu dotarli do miejsca, gdzie Karril kazał im przystanąć. Cień Almey usłuchał go 
skwapliwie, więc Damien i Tarrant poszli za jej przykładem. Teren był tu tak stromy, że 
ledwie zdołali ustać, przytrzymując się popękanych pagórków zastygłej lawy. 

To koniec! - zawołał Karril w otaczającą ich mgłę. - Nie zdo 

łałeś ich powstrzymać przed przyjściem tutaj, a teraz nie możesz za 
pobiec temu, co chcą zrobić. Niech sami to zobaczą! 
Damien miał wrażenie, że cały świat zastygł. Pomruk wulkanu, trzask i syk pobliskich 
potoków lawy, łomot jego własnego serca... Wszystko to ucichło na chwilę, jakby w 
oczekiwaniu. Potem, powoli, mgła wokół nich zaczęła rzedną. Biały dym zmienił się w 
cienkie pasma, a te z kolei w powietrze, dostatecznie czyste, by można było zobaczyć cały 
stok góry. 
Damien rozdziawił usta i mocno oparł się o kamień. Zauważył, 

350 

background image

że Tarrant zareagował tak samo. Trzydzieści metrów niżej chmurki zbierały się wokół 
szczytu, niczym stado wielkich ptaków. Stok poniżej zdawał się ciągnąć w nieskończoność, 
aż - spękany i nierówny - daleko w dole rozpłaszczał się i łączył z dnem doliny. Czy na-
prawdę wdrapaliśmy się tak wysoko? - dziwił się Damien. Z trudem mógł w to uwierzyć, 
chociaż jego mięśnie potwierdzały ten wyczyn. 
Skierował spojrzenie w górę, ku wierzchołkowi wielkiego wulkanu. Po krótkiej wspinaczce 
mogli dotrzeć do jego krateru, poszarpanej krawędzi obrysowanej pomarańczowym 
blaskiem kotłującej się w Shaitanie magmy. Czarne chmury nad nim wydawały się wisieć 
tak blisko, że mógłby ich dotknąć, a ich brzuchy migotały wszystkimi barwami odbitych 
ogni krateru oraz strumieni lawy. Cały nieboskłon, cały wszechświat zdawał się płonąć. 
Dzięki Bogu, że Almea poprowadziła ich od nawietrznej, gdyż wypluwane przez wulkan 
opary wyglądały na dostatecznie gorące i gęste, by udusić nawet czarnoksiężnika. 
Obejrzał się na Tarranta i ze zdumieniem ujrzał przy nim jeszcze jedną postać. Czarną, 
wyrazistą i... och, jakże znajomą. Instynktownie sięgnął po miecz, chociaż w głębi serca 
wiedział, że stal na nic się nie zda przeciwko temu demonowi. Po prostu zadziałał odruch. 

Zrezygnuj z tego - rozkazał Calesta. 

Tarrant odwrócił się do niego plecami i ruszył w górę. Z krateru nad nimi zdawała się 
tryskać fontanna ognia, obsypując go gradem płonących kamieni. Szedł dalej. 

Nie możesz mnie zabić! - wrzasnął demon. - Tylko stracisz 

życie i odrzucisz wieczność. Ja mogę dać ci to, czego pragniesz! 
Tarrant piął się dalej. Skalna bryła tuż przed nim pękła i ze szczeliny popłynął potok lawy, 
ale Karril zaklął, wymamrotał coś i strumień ognia zniknął. 

Myślę, że on ma już to, czego chciał - powiedział do brata bóg 

rozkoszy. - Pomimo twojej pomocy. 
Teraz na zboczu pojawiły się inne postacie, jedne ludzkie, inne nie. Kształty ze złota, dymu, 
we wszystkich barwach tęczy, które zebrały się na zboczu wulkanu, żeby patrzeć na 
wspinającego się Tarranta. Jedne były przezroczyste jak szkło i prawie niewidzialne dla 
Damiena Inne, podobnie jak Karril, wydawały się mieć materialną postać i tylko niewielkie 
różnice budowy świadczyły o ich nieludzkim pochodzeniu. Była wśród nich istota o 
srebrzystym ciele, ani męskim, ani kobiecym, lecz łączącym najpiękniejsze cechy obu płci. 

351 

background image

Rodzina - powiedział Karril. I w odpowiedzi na nie zadane przez 

Damiena pytanie, dodał: - Nie będą się wtrącać. 
Teraz z krateru wydostało się coś, co nie było lawą, dymem ani żadnym innym wytworem 
wulkanu. Wir barw, które podświetliły od spodu chmury popiołu. Gąszcz obrazów, 
zmieniających się tak szybko, że Damien nie nadążał za nimi wzrokiem. Twarze, planety, 
bujne kwiecie, blask klejnotów... Takie obrazy i tysiąc innych wirowały w środku chmury 
światła, równie niematerialne jak iluzje lezu, równie ulotne jak sen. Damien miał wrażenie, 
że patrzy w wielkie lustro, które ukazuje mu fragmenty jego życia, bez ładu i składu: chaos 
świadomości. Poczuł nagły przypływ lęku, gdy pojął, co to oznacza. Modlił się, by Tarrant 
nie uniósł głowy i nie zobaczył tego widoku, który mógł odebrać mu resztki odwagi. 
-Czy to...?-jęknął. 

Jak już mówiłem - w głosie Karrila Damien usłyszał napię 

cie. - Rodzina. 
Tarrant wspiął się najwyżej, jak mógł, nie powierzając ciężaru ciała kruchej skale, która 
mogłaby się zarwać. Z trudem wyprostował się i blask kreatora lezu, połączony z 
pomarańczową poświatą krateru Shaitana, podświetlił jego postać blaskiem niemal równie 
jasnym jak słoneczny. 
Posłuchaj, Calesto! - zawołał gromkim głosem. Widocznie dotarłszy do celu podróży, 
odzyskał siły. - Wiążę cię tą ofiarą. Zgodnie z rytuałem sięgającym pierwszych dni ludzkiej 
obecności na tej planecie. Czynię cię częścią mojego ciała, mojej duszy, nierozłącznym... 
Idź do piekła! - wrzasnął demon. 
Łowca wyjął miecz i zimny ogień rozbłysnął swym morderczym blaskiem. Przez łączącą ich 
więź Damien poczuł, jak Łowca sięga swoją wolą, wzmocnioną przez zimny ogień, 
spotęgowaną przez paląca nienawiść. Chodź do mnie, wabiła moc. Damien poczuł głód i 
okrucieństwo Łowcy. Biegł zamiast niego przez Puszczę i czul na wargach słodki strach 
kobiet Aromat gorącej krwi zaszumiał mu jak wino w głowie, aż musiał przytrzymać się 
skały, żeby nie upaść. Radość zabijania, przyjemność łowów, ekstaza zadawania bólu... 
Przepływały przez niego jak fale powodzi, ogarniając także demona, który nie był w stanie 
oprzeć się ich strasznej pokusie. Przyciągany nieodpartą siłą niespodziewanej uczty Calesta 
ruszył naprzód. Wokół krążyły setki postaci, ludzkich i nie tylko. Patrząc na to, Damien 
miał wrażenie, że matka lezu również to obserwuje, i rozpaczliwie modlił się, żeby nie 
zechciała się wtrącać. 

352 

background image

Przez tę ofiarę - oznajmił Łowca - wiążę cię ze mną. 

Przy tych słowach wysoko uniósł miecz nad poszarpaną krawędź krateru. Straszliwy 
wybuch wstrząsnął wulkanem - tak potężny, iż Damien miał wrażenie, że ziemia zaraz 
rozstąpi mu się pod nogami. Jednak huk ucichł i przez głośne bicie swego serca słyszał syk 
lawy w oddali i stłumiony ryk ognia. Shaitan przyjął ofiarę Tarranta. 
Potem adept spojrzał mu w oczy - tylko jemu - i były kapłan dostrzegł w nich lęk, jakiemu 
dorównywała tylko determinacja. 

Musisz zrozumieć, Vryce. Szczerze wierzę, że gdzieś, jakoś, 

znalazłbym rozwiązanie. Sądziłem, że w ciągu tego miesiąca, jaki 
mi pozostał, zdołam odkryć sposób, by zerwać pakt i przeżyć, znów 
oszukując śmierć... A zamiast tego dokonałem takiego wyboru. Po 
święcić życie w akcie najwyższego altruizmu. Poświęcić wieczność 
w obliczu czekającego mnie piekła. - Wyciągnął rękę do Calesty 
i Damienowi wydawało się, że wargi adepta rozciągnęły się w uśmie 
chu. - Chodź dzielić je ze mną, demonie! 
I otworzył się na całą moc Shaitana, surową, krwawą siłę najstraszliwszych prądów Erny. 
Przez chwilę Damien widział świat jego oczami, czuł jego mękę, gdy fae ogarnęła go z 
rykiem, zbyt silna, by mogła ją wchłonąć dusza jednego człowieka... Całe zbocze góry 
rozbłysło oślepiającym żarem, który palił mózg, i Damien poczuł, jak dusza Łowcy zajmuje 
się żywym ogniem. Usłyszał jego przeraźliwy krzyk i zrozumiał, że udało się, że Calestę 
pochłonęła straszliwa moc złożonej przez Tarranta ofiary, że opłaciło się zaryzykować... 
Och, Geraldzie. 
Ciało Łowcy leżało skurczone i nieruchome, i nie poruszyło się, kiedy spadły na nie drobiny 
płonącego żużlu. Wir barw, który unosił się nad kraterem, teraz wisiał nad nim, ale to nie 
miało już znaczenia. Łowca nie żył. 
Niech Bóg zmiłuje się nad tobą, modlił się Damien. Niechaj uzna ten dzień za 
zadośćuczynienie innych dni twego życia i zdoła ci wybaczyć. Niech zważy w Swym sercu, 
iż od tej pory każde pokolenie Jego ludu będzie szczęśliwsze dzięki twojej ofierze... 
I nagle nie mógł już tego znieść. Osunął się na drżącą ziemię, skrył twarz w dłoniach i 
otworzył bramy, które tak długo broniły go przed lękiem i smutkiem. Nieważne, że Iezu 
zobaczą, jak płacze. Nieważne. Oni też zapłakaliby, gdyby rozumieli. Każdy by zapłakał. 
Na wschodzie wstawał nowy dzień. 

background image

37 

 

ie dam rady, rozpaczał Andrys. Przerwali marsz, żeby się posilić i 
nakarmić konie. Uczestnicy ekspedycji próbowali odpocząć, żeby nabrać 
sił do dalszego marszu. On nawet nie mógł udawać, że to robi. Jak tu 

odpoczywać, gdy w czaszce tłuką się wszystkie demony piekieł? 
Przez długą chwilę nie zsiadał z konia i chociaż Zefila oraz kilka innych osób obrzucało go 
podejrzliwymi spojrzeniami, nikt go nie niepokoił. Potem podszedł do niego Patriarcha, 
który jak zwykle nic nie powiedział - jak zawsze, niczego nie musiał mówić -ale Andrys 
zaczerwienił się i w końcu zsiadł. W przeciwnym razie musiałby wyjaśnić, że mdli go na 
samą myśl o stąpaniu po Puszczy. Krzywiąc się przy każdym kroku na tej przeklętej ziemi i 
usiłując ukryć strach, poszedł do miejsca, gdzie wydawano racje żywnościowe. Skąd oni 
mogli wiedzieć, czym naprawdę jest Puszcza i jak na niego wpływa? Jak miał im wyjaśnić, 
że nie jest to tylko las drzew, ani nawet skomplikowany ekosystem, lecz jedna istota, żyjąca 
i oddychająca w wiecznym mroku, która chce go wchłonąć? 
Co by to dało, gdybym im powiedział? - rozpaczał, odbierając swój przydział żywności. I 
pomyślał nie bez goryczy: Ucieszyliby się, gdyby mnie pożarła. 
W miarę, jak posuwali się dalej, było coraz gorzej. Miał nadzieję, że godziny konnej jazdy 
otępią go, aż przestanie cokolwiek czuć, ale stało się dokładnie na odwrót. Każde uderzenie 
końskiego kopyta, przybliżające go do serca królestwa Łowcy, było jak gwóźdź wbity w 
jego ciało. Z najwyższym trudem powstrzymywał krzyk, pragnienie błagania ich, żeby 
zawrócili i zabrali go z tego przeklętego miejsca, które powoli zmieniało go, przekształcało 
w kogoś, kim nigdy nie chciał być. 
Jak mógł wyjaśnić Patriarsze, co się dzieje? Sam tego nie rozumiał. Zamknąwszy oczy, 
przypomniał sobie chwilę, kiedy dotarli 

354 

background image

na skraj Puszczy, gdy stał tak blisko niej, że czuł jej zimną siłę, niczym lodowaty oddech na 
karku. Bał się jechać dalej, jak każdy rozsądny człowiek. Przez chwilę wydawało mu się, że 
nie będzie w stanie tego zrobić. Wtedy Patriarcha podjechał do niego, wyciągnął rękę przez 
dzielącą ich przestrzeń i uścisnął ramię Andrysa. Ten poczuł bijącą od duchownego moc i 
zdołał wykrztusić kilka słów. 

Nie mogę - szepnął. - Nie mam siły. 

Tamten przez chwilę zaciskał dłoń na jego ramieniu i Andrys pobladł, oczekując wybuchu 
słusznego gniewu. Jednak głos Patriarchy był cichy i spokojny, nie oskarżycielski. 

Zatem ufaj Bogu, mój synu. On ją ma. 

Andrys popatrzył na Patriarchę i napotkał jego spojrzenie. W tej krótkiej chwili wyczuł w 
nim ogromną silę, nieprzebrane zasoby energii, jakiej nie zdołały wyczerpać trudy całego 
życia. Użycz mi choć odrobinę twej siły, błagał w myślach. Daj mi jej zakosztować, choćby 
przez jeden dzień. Potem chwila minęła i znów był zdany wyłącznie na siebie. Z rozpaczą w 
sercu popędził wierzchowca naprzód, na czoło kolumny. Zostawił w tyle Patriarchę. Potem 
Zefi-lę. Naprzód, krok za krokiem, do... 
Pokusy. 
Och tak, w Puszczy było dość okropności, by skłonić każdego rozsądnego człowieka do 
ucieczki. Och tak, paskudne wonie tego miejsca wywoływały mdłości, mdliło go też na 
widok pleśni spowijającej tu każde drzewo, każdy kamień. Owszem, wyczuwał zimną siłę 
Ge-ralda Tarranta dobijającą się do bram jego duszy, gdy fae usiłowała pozbawić go 
osobowości, zastąpić ją naturą tamtego. Wszystko to i jeszcze więcej, dosyć, by każdemu 
zmrozić krew w żyłach. Jednak było coś jeszcze. Coś tak niespodziewanego, że ledwie mógł 
to pojąć. Co mogło mieć tak okropne konsekwencje - i było tak kuszące - że nie śmiał o tym 
mówić w obawie, iż pozostali uznają go za szaleńca. 
Czuł drzewa, gdy pieścił je wiatr wiejący przez Puszczę. Czuł ich szorstką korę, jakby była 
jego skórą, i bolały go ugryzienia toczących je pasożytów, jakby żerowały w jego ciele. 
Odczuwał ciemniejące wysoko nad głową niebo, promienie księżyca na jego gałęziach, 
zimny powiew górskiego wiatru poruszającego listowiem. Zbyt wiele wrażeń dla jednego 
człowieka... A przeczuwał, że jest to tylko wstęp do jeszcze głębszych doznań. 
Czyżby tracił zmysły? A może w ten sposób tylko objawiała się więź Geralda Tarranta z 
Puszczą, dowód, iż uznała Andrysa za część 

355 

background image

siebie? Obawiał się zapytać. Bał się, że jeśli ujmie te uczucia w słowa, da im jeszcze 
większą moc. Obawiał się, że jego dusza zatonie, nie w morzu przerażenia, lecz w odmętach 
wrażeń tak bogatych i fascynujących, że żaden człowiek nie zdoła im się oprzeć. 
W gałęziach drzew były ptaki i wyczuwał ich głód, gdy szukały owadów będących ich 
pokarmem. I zdawał sobie sprawę z obecności tych owadów, ich gorączkowych ruchów 
przerywanych chwilami bezruchu, jakby cała Puszcza wstrzymała oddech. Pod korą drzew 
roiło się od mikroorganizmów, a jeśli zamknął oczy, widział Puszczę ich oczyma: 
nakładające się obrazy pokarmu, głodu, strachu, sytości i wielu innych wrażeń, obcych, a 
jednocześnie znajomych... Wiedział, że mógłby się w tym zatracić. Aż nazbyt łatwo. 
Mógłby położyć się na zimnej ziemi i pozwolić, by go wchłonęła, otworzyć duszę, aż wleje 
się weń całe życie Puszczy. Słodka, mroczna ekstaza! Niewymownie kusząca dla jego 
hedonistycznej natury, pragnącej przyjemności za wszelką cenę. Szaleńczo kusząca dla tego 
głęboko zranionego człowieka, jakim był, rozpaczliwie szukającego drogi ucieczki. Jaki 
narkotyk mógł równać się z takim doświadczeniem lub pozwoliłby na zawsze uciec przed 
ponurą rzeczywistością jego egzystencji? 
Wstrząśnięty, wrócił do wierzchowca i gmeral przy siodle, jakby szukając jakiegoś 
uszkodzenia popręgu, wymagającego naprawy. Ręce trzęsły mu się tak mocno, że obawiał 
się, iż ktoś to zauważy, ale pozostali byli zbyt zajęci swoimi obowiązkami. Boże, musi się 
napić. Jak inaczej odpędzić taką wizję, która jak kobieta dotykała językiem mózgu, budząc 
odczucia przekraczające ludzkie wyobrażenie? Czy właśnie tego codziennie doświadczał 
Łowca? -zastanawiał się Andrys. Czy uciekał od swego nieśmiertelnego ciała, by pławić się 
w żądzy i głodzie stworzeń, które kreował? A może to doświadczenie było zarezerwowane 
wyłącznie dla żyjącego Tarranta i nawet potężny Łowca nie mógł go zakosztować? Na myśl 
o tym kręciło mu się w głowie. Bojąc się, że pochłoną go te nowe odczucia, tak mocno 
zaciskał pięści, że palce pulsowały mu z bólu. Jakby w ten sposób mógł zapanować nad 
źródłem tych sensacji i wygnać Puszczę ze swojej duszy. 
Pospiesznie zjedli posiłek, dosiedli koni i pojechali dalej. W noc tak bezkresną, w krainę tak 
obcą i zdegenerowaną, że pod wpływem jej przygnębiającego oddziaływania ustały nawet 
szepty. W żaden sposób nie mogli zmierzyć przebytej drogi ani nawet sprawdzić 

356 

background image

kierunku, w jakim podążali. Ich kompasy już dawno przestały działać, tak bardzo 
rozregulowane działaniem fae wywołanym przez ich obawy, że Zefila z westchnieniem 
rozkazała je pochować. Szlak, którym podążali, był kręty i Andrys miał wrażenie, że 
kilkakrotnie przecinali własne ślady. Nikt inny tego nie zauważył, a przynajmniej nie 
powiedział tego głośno. Czy było to tylko przywidzenie, wywołane jego obawą? Czy też 
prawda, widoczna tylko dla tych, którzy patrzyli oczami Łowcy? 
Puszcza kierowała nimi, to było oczywiste, tylko dokąd? Jeśli ich podstęp się powiódł, 
powinni zostać doprowadzeni do czarnej fortecy w środku tego królestwa. Jeżeli nie... 
Wtedy mogą bez końca błądzić po tych ciemnych lasach, aż zabraknie im sił i zapasów. Czy 
nie tak działała Puszcza? Chwytając ludzi w labirynt drzew i kamieni, aż umrą, czasem kilka 
metrów od miejsca, gdzie świeci słońce? 
Nie myśl o tym, powiedział sobie, gorączkowo rozluźniając kołnierzyk. Bo zwariujesz. 
Po długich jak wieczność godzinach jazdy Zefila dała znak, że nadszedł czas, by rozbić obóz 
na noc. Kiedy znaleźli niewielką polankę, wstrzymali konie i jeden po drugim zsiedli z nich, 
zmęczeni w równym stopniu daremnym wysiłkiem, co długa jazdą. Pora spać, pomyślał 
Andrys. Niezbyt go to cieszyło. Boże, jak chciał się czegoś napić. Zaschło mu w gardle, 
drżały mu ręce i nie wiedział, czy bez kropli alkoholu zdoła wytrzymać jeszcze choć 
godzinę, nie mówiąc już o następnym dniu. Niewiele brakowało, a zwróciłby się do 
Patriarchy, błagając go, by pozwolił mu pociągnąć łyk z metalowej flaszki, którą ojciec 
święty skonfiskował mu na początku wyprawy. Niewiele brakowało. W końcu jednak 
zabrakło mu odwagi, a może to wstyd nie pozwolił Andrysowi okazać takiej słabości. Krzy-
wiąc się, zsiadł z konia, pocieszając się myślą, że w przeszłości zdarzało się już, że Samiel 
zamknął - albo porozbijał - wszystkie butelki z winem, jakie były w zamku, a on jakoś to 
przeżył. Jakoś. 
Wydano racje żywnościowe: zimny, niesmaczny posiłek. Starał się nie myśleć o 
drapieżnikach krążących wokół obozu tuż za kręgiem światła, lecz jego zmysły wyostrzyły 
się do tego stopnia, że słyszał, jak cicho stąpają wokół, czekając na sygnał do ataku. Jeśli 
Bóg da, będą trzymały się w bezpiecznej odległości. 
Nagle zdrętwiał. Poczuł się tak, jakby ktoś nagle skrobnął paznokciami po szkle, tuż za jego 
plecami. 
Coś było nie w porządku. 

357 

background image

Potrząsnął głową i skrzywił się, czując przeszywający ból w skroniach. Zwierzęta przestały 
krążyć. Wokół panowała nienaturalna cisza. Miał wrażenie, że stoi przed wzbierającą falą, 
ogromną masą czarnej wody, która zaraz na niego spadnie. 

Mer Tarrant? - zapytał ktoś. 

I nagle uderzyło go to jak pięścią, tak silnie, że zatoczył się w tył, padając na mężczyznę, 
który rozpakowywał za nim bagaże. Przeleciał przez niego i spadał dalej, w głąb ziemi, w 
sam jej środek, w mroczną przepaść, tak głęboką, jakby znalazł się w środku wszechświata, 
nie mając się czego chwycić, nie mając do kogo krzyknąć... W gorącą ciemność, tak 
rozpaloną, że czuł swąd swej palącej się skóry, skwierczenie włosów, wrzenie gotującej się 
krwi... 
Wrzasnął. A raczej próbował to zrobić. Jeden Bóg wie, czy naprawdę wydał jakiś dźwięk. 
W tym świecie jego krzyk odbijał się echem, aż wypełnił całą tę mroczną i gorącą 
przestrzeń, aż Andrys ogłuchł na swój wrzask, na swój skowyt przerażenia... 

Tarrant! Co się stało? 

Nagle poczuł wstrząsające Puszczą drżenie, wibracje wyrywające upiornie białe korzenie i 
sprawiające, że robactwo rzuciło się do szaleńczej ucieczki. Co się działo? Nie było to 
trzęsienie ziemi, lecz coś nieskończenie bardziej przerażającego. Wyrwał cię z otchłani, 
usiłując skupić myśli na rzeczywistości: otaczających go ludziach, nerwowo kręcących się 
wierzchowcach, dotkliwym bólu uda, którym, padając, uderzył o kamień. Skup się. Myśl. 
Próbuj zrozumieć, co się do licha dzieje. 
Mer Tarrant? 
Nic mi nie jest - odparł chrapliwie. Własny głos brzmiał obco w jego uszach. Z Puszczą 
działo się coś złego, bardzo złego, ale nie wiedział co. Wyczuwał, że jego życie zależy od 
tego, czy zdoła to zrozumieć, lecz nie był w stanie tego pojąć. Uświadomił sobie, że grozi 
im jakieś niebezpieczeństwo, o wiele większe niż dotychczas, większe, niż mogli 
przewidzieć... 
O mój Boże - szepnął, gdy nagle zrozumiał. - Nie. Tylko nie to. 
Co? - zapytał Jensing, starszy człowiek, który miał żonę i dzieci. - Co się stało? 
Andrys rozejrzał się za Patriarchą i zobaczył go. Ich spojrzenia spotkały się. 

Nie jesteśmy już bezpieczni - szepnął Andrys. - Musisz coś 

zrobić... 

358 

background image

Dlaczego? - zapytał duchowny chłodnym, opanowanym głosem. Czyżby nie wyczuwał 
zagrożenia? 
Zerwana-jęknął Andrys.-Więź z nim. Zniknęła.-Spojrzał w tf niebieskie oczy, tak irytująco 
spokojne i usłyszał rodzący się w swoim głosie strach. - Ona już nie należy do niego. Nie 
rozumiecie, co to oznacza? Nie będę mógł... 
Porośnięte białym futrem stwory wypadły spomiędzy drzew. Drapieżne, zwinne i ogromne, 
z kłami błyszczącymi jak perły w oślinionych pyskach. Bez ostrzeżenia wyskoczyły z głębi 
otaczającego polanę lasu i w niesamowitej ciszy, bardziej przystają cej do demoniaków niż 
zwierząt, błyskawicznie zaatakowały żołnierzy, z których mało kto zdążył chwycić za broń. 
Jeden padł z krzykiem przerażenia i gardłem rozszarpanym przez ostre kły, zanim zdążył 
sięgnąć po miecz. Jakaś kobieta wrzasnęła, gdy rzuciły się na nią dwie bestie, pazurami 
szarpiąc jej twarz. Kolejny stwór skoczył w gromadkę ludzi stojących nad Andrysem i 
zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rozdarł gardło jednej z kobiet, obryz-gując go jej 
krwią. Wokół podniosły się wrzaski - bitewne okrzyki lub jęki przerażenia - i słysząc ten 
ogłuszający chór, Andrys zepchnął z siebie ciało zabitej kobiety, modląc się, by bestia nie 
do padła go, zanim wstanie. Rozpaczliwie usiłował wyrwać broń z po chwy, lecz ktoś inny 
zdążył chwycić miecz i przebić brzuch stwo ra. Nawet to nie powstrzymało bestii, która 
zacisnęła kly na jego nodze. Wyciągnął miecz i drugą nogą kopnął napastnika, chcąc 
odrzucić go, zanim potężne szczęki ominą stalowe nagolenniki lub zmiażdżą mu goleń. Ktoś 
inny usiekł bestię i fontanna czarnej, cuchnącej krwi na moment oślepiła Andrysa. Usiłował 
odepchnąć od siebie ścierwo i kiedy w końcu udało mu się to, podniósł się na klęczki, a 
potem stanął na nogi. Był gotów walczyć jak jeszcze nigdy w życiu, lecz w głębi duszy 
wiedział, że to nie wystarczy. Dziesięć lat szermierczych ćwiczeń w sali dla wyższych sfer 
nie przygotowało go na coś takiego. 
Teraz w obozie było już kilka tuzinów bestii, które kłami i pazurami wściekle atakowały 
kościelny obóz. Niektóre napadły na żołnierzy, ale większość rzuciła się na konie, jakby 
wiedząc, że te nie są uzbrojone. Pośród kwiczących i wierzgających koni trudno było 
zliczyć napastników, ale w powietrzu unosił się duszący odór krwi i nieliczni żołnierze, 
którzy odważyli się tam podejść, byli zbryzgani nią od stóp do głów. 

359 

background image

Natomiast te bestie, które zaatakowały ludzi... Ich siła i wytrzymałość czyniła je 
pięciokrotnie groźniejszymi od zbrojnych i dziesięć raz bardziej przerażającymi. Ich potężne 
szczęki łamały drzewca włóczni i nawet haczykowate stalowe groty, które więzły w ich 
ciałach, nie mogły powstrzymać stworów. Zdeformowanymi łapami chwytały z nieludzką 
zręcznością oręż i z potworną siłą wyrywały go z rąk żołnierzy. Wydawało się, że nie 
odczuwają bólu, jakby były demonami, a najgorsze było to, że Andrys nie wątpił, iż demony 
- prawdziwe demony - nadciągną za nimi. W jednej straszliwej chwili Puszcza przestała 
widzieć w nim jej pana i teraz mogła wypuścić wszystkie te potworności, jakie trzymała na 
uwięzi, od kiedy przekroczyli jej granicę. 
- Zewrzeć szyk! - zawołała Zefila i ten rozkaz jakimś cudem zdołał przedrzeć się przez 
kakofonię dźwięków. Pozostali przy życiu mężczyźni i kobiety zaczęli wyrąbywać sobie 
drogę i tworzyć szyk, zbijając się w gromadę jak stado owiec otoczone przez wilki. Andrys 
z ociekającym czarną posoką mieczem poszedł za przykładem towarzyszy i po chwili z ulgą 
znalazł się wśród nich, chroniony z tyłu i boków przez ich ostrza. Kilku żołnierzy zdołało 
chwycić kusze i teraz, osłaniani przez innych, zrobili użytek ze swej broni. Strzelali raz po 
raz, przerywając tylko po to, by naładować kusze pociskami z leżących na ziemi skrzynek, 
ufając, że towarzysze zapewnią im osłonę. Jasne bełty wbijały się w białe futra, wytaczając 
czarną jak noc krew. Nad polaną uniósł się smród dziesięć razy gorszy od unoszącej się w 
Puszczy woni zgnilizny. Żołądek podszedł do gardła Andrysowi, który przez chwilę obawiał 
się, że nie powstrzyma mdłości. Kilku żołnierzy nie zdołało i pozostali usiłowali ich 
osłaniać, gdy zgięci wpół nieszczęśnicy wymiotowali z obrzydzenia i strachu. 
Zginę tutaj, pomyślał Andrys, przeszywając ostrzem jedną z bestii, która odskoczyła tak 
gwałtownie, że musiał wytężyć wszystkie siły, by utrzymać miecz w ręku. Czyżby słyszał 
głos Narilki, wołający go w tej mgle szaleństwa? Ta myśl dodała mu sił i odważył się na 
szybki wypad, próbując pchnąć w pysk potwora. Nie zdołał go trafić, lecz chcąc uniknąć 
ciosu, stwór nadział się na włócznię innego żołnierza. Doskonale. Wszyscy tu zginiemy. 
Jednak szala bitwy chyliła się na ich korzyść. Te bestie, które pożywiły się końskim 
mięsem, uciekły, unosząc zdobycz w okrwawionych paszczach, a inne powoli się cofały. W 
miarę, jak topniały szeregi wroga, ludzie rozwijali szyk, otaczając ochronnym kręgiem 

360 

background image

poległych towarzyszy. Tyłu zabitych, tylu rannych... Andrys odkrył, że nie może na nich 
patrzeć, inaczej straci chęć do walki. Lepiej nie myśleć o cenie tego zwycięstwa, żeby nie 
zostać sparaliżowanym strachem. 
W końcu bitwa skończyła się. Ostatnie bestie zostały zabite, zdychały albo uciekły. 
Żołnierze w milczeniu podchodzili do każdej i podrzynali okryte białym futrem gardła, nie 
chcąc się dać zaskoczyć po odzyskaniu obozu. Inni ruszyli, by zająć się poległymi, i w kilku 
miejscach dały się słyszeć ciche łkania. Te dźwięki wstrząsnęły An-drysem. Uświadomił 
sobie, że jego towarzysze to zwykli mieszczanie, którzy wbrew pozorom zapewne nigdy w 
życiu nie brali udziału w żadnej poważnej potyczce, nie licząc bójek w knajpach i ulicznych 
zamieszek. Nie byli przygotowani na to, co tu zobaczyli. Nikt nie był. 
Geraldzie Tarrancie, ty draniu! To twoja robota! I z pomocą Boga zapłacisz mi za to, kiedy 
cię dopadnę. Drżącą dłonią otarł zakrwawioną twarz, modląc się, by nie była to jego krew. 
Najpierw tutaj, a potem w piekle. 

Jesteś cały? 

To podeszła Zefila. Krew na jej twarzy była czarna i cuchnąca. Zdołał skinąć głową, a wtedy 
Zefila odeszła, najwyraźniej przekonana, że Tarrant da sobie radę. Andrys zastanawiał się, 
gdzie Patriarcha znalazł tę dzielną kobietę? Skąd wiedział, rozmawiając z setkami 
kandydatów, że właśnie ta nie ulęknie się bestii? 
Patriarcha. Andrys drgnął, uświadomiwszy sobie, że nie widział ojca świętego od chwili, 
gdy zaczęła się walka. Pospiesznie rozejrzał się wokół po pobojowisku i z ulgą ujrzał go 
stojącego na skraju obozu. Patriarcha miał szaty zbryzgane krwią i wyraźnie kulał na lewą 
nogę, ale żył. Dzięki Bogu, pomyślał Andrys. Jak poradziliby sobie bez niego? 
Opatrzcie rannych - rozkazała Zefila. - Wsadźcie ich na konie, jeśli zbierzecie dość 
wierzchowców. Ruszać się! Te stwory mogą wrócić. 
A co z zabitymi? - zapytała jakaś kobieta. 
Zapadła cisza. Kilka osób znieruchomiało i wszyscy spojrzeli na Patriarchę. On nie patrzył 
im w oczy, lecz odwrócił się plecami do nich, jakby spoglądał gdzieś w dal. 

Zabierzemy ich - rzekł w końcu z dziwnym rozgoryczeniem. 

- Jeśli tylko wystarczy koni do ich niesienia. - Spojrzał na pobo 
jowisko i zmarszczył brwi, jakby z bólu. - Ludzie, którzy za życia 

361 

background image

służyli Jedynemu Bogu, nie zasługują, by po śmierci gnić w takim miejscu. 
Z aprobatą kiwając głowami, najbliżej niego stojący ludzie zaczęli podnosić ciała zabitych. 
Inni poszli za ich przykładem, przenosząc poległych towarzyszy z szacunkiem płynącym nie 
tylko z przyjaźni, ale i ze strachu. Równie dobrze to ich mógł spotkać taki koniec. I może 
tak się stanie podczas innej, być może następnej bitwy. 
Patriarcha powoli podszedł do Andrysa. Powłóczył nogami, jakby dźwigał na ramionach 
wielki ciężar. Kiedy znalazł się blisko, rzekł cicho: 

Chyba nie powinienem żałować czasu, jaki na to stracimy. Ani 

myśleć o tym, że ciało jest tylko skorupą, która nie ma żadnej war 
tości po tym, jak opuści ją dusza.. Każda minuta zwłoki zwiększa 
grożące nam niebezpieczeństwo, ale alternatywa... - Ze zniechęce 
niem potrząsnął głową. - Rzuciłaby cień na przyszłość. Wywołała 
za wiele złej krwi. Niech robią to, co ich pocieszy. 
Potem skrzywił się i oparł o pobliskie drzewo. Andrys zawahał się, a po chwili odważył 
spytać: 

Dobrze się czujesz? 

Patriarcha powoli wypuścił powietrze. 

Mam ponad siedemdziesiąt lat - odparł w końcu. - W tym wie 

ku takie wysiłki są raczej niewskazane. 
Potem zmierzył Andrysa swoimi lodowato niebieskimi, nieruchomymi oczami. 
Musisz nam pomóc - rzekł wreszcie. Andrysowi serce zamarło w piersi. 
Ja... nie wiem, do czego zmierzasz. 

Jeżeli Puszcza jest teraz naszym wrogiem, to pozostaje tylko 

kwestią czasu, kiedy znów zostaniemy zaatakowani. Sądząc po 
tym... - Ze smutkiem rozejrzał się po obozie. - Może przetrwamy 
następny taki atak jak ten... ale nie wszystkie niebezpieczeństwa 
Puszczy będą równie oczywiste. 
Andrys skinął głową, przypomniawszy sobie o wygłodniałych stworach, których obecność 
wyczuł pod ziemią. 
Musisz nas przeprowadzić, Mer Tarrant. Inaczej... Andrys wstrzymał oddech. 
Ja nie... 
Inaczej będziemy zgubieni. 
Otworzył usta, by zaprotestować, ale nie zdołał wykrztusić słowa. 

362 

background image

Ponieważ Patriarcha miał rację, niech go diabli! I Andrys wiedział o tym. Drżąc, potomek 
Proroka usiłował znaleźć w sobie odwagę. Miał jej w sobie tak niewiele! Zdawał sobie 
jednak sprawę, że jeśli nie zdoła tego zrobić, wszyscy tutaj umrą. I on także. Nie tylko straci 
tu życie, wraz z innymi, ale podda się sile, którą przybył zniszczyć. 
W jaki sposób? - szepnął w końcu. 
Nie wiem - odparł cicho Patriarcha. - Ty mi to powiedz, An-drysie Tarrancie. 
Już miał się odezwać, lecz w tym momencie podszedł do nich jeden z kwatermistrzów z listą 
cennego wyposażenia, jakie stracili w czasie potyczki. Gdy Andrys słuchał, jak omawiali 
stratę części czarnego prochu uniesionego gdzieś przez spłoszone wierzchowce, poczuł 
lodowaty dreszcz strachu, który pełzł mu po krzyżu i ściskał żołądek. Jeśli Puszcza była 
teraz ich wrogiem, mogli zrobić tylko jedno. I tylko jeden z nich mógł to zrozumieć i podjąć 
taką próbę. 
Spojrzał na Puszczę i zadrżał, wyczuwając jej moc. Jej głód. 
Tylko ja. 

$f 

Przeszedł w odległy kąt obozu. Nie odważył się szukać samotności jeszcze dalej, poza 
kręgiem światła. Towarzyszyło mu dwóch milczących żołnierzy, którzy zajęli pozycje tuż za 
jego polem widzenia, lecz dostatecznie blisko, by obronić go w razie jakiegoś nowego nie-
bezpieczeństwa. Zachowywali się z szacunkiem, ale stanowczo: nie zamierzali dać umrzeć 
człowiekowi, któremu poprzysięgli lojalność. 
Przez dłuższy czas stał tam, usiłując zebrać odwagę na to, co należało zrobić, drżąc na 
całym ciele. Czy były to pierwsze objawy abstynencji, czy po prostu strach? Przerażało go 
to, że już nie wyczuwał żadnej różnicy. 
Calesto, pomóż mi. 
Nie po raz pierwszy od wejścia do Puszczy wzywał swego opiekuna, ale tym razem demon 
nie odpowiedział. To przeraziło go jeszcze bardziej. Chociaż Calesta nie zawsze pojawiał się 
na jego wezwanie w Jaggonath, było najzupełniej oczywiste, że po rozpoczęciu tej kampanii 
będzie pomagał Andrysowi. Myśl o tym, że demon mógł zostawić go tutaj na pastwę losu, 
była tak przerażająca, że nawet nie chciał się nad tym zastanawiać. 

363 

background image

Calesto. Potrzebuję cię! 
Żadnej odpowiedzi. 
Roztrzęsiony, zaczerpnął tchu i próbował się uspokoić. Skoro demon nie zamierzał mu 
pomóc, będzie musiał poradzić sobie sam. Nie ma innego wyjścia, prawda? Jeśli mu się nie 
uda, zginą ludzie. On sam zginie, jeśli mu się nie powiedzie. Racja? 
Drżąc, zamknął oczy i próbował pozbierać myśli. Bez trudu nawiązał kontakt z Puszcza. 
Gdy tylko przestał stawiać jej opór, w jego umyśle natychmiast pojawiały się obrazy: 
drzewa, ptaki, owady i drobnoustroje, a nawet sama ziemia... 
Tylko że teraz się to zmieniło. Wszystko. 
Czuł, jak drzewa Puszczy skręcają się w napięciu, które niczym kwas wżerało się w ich 
pnie. Wygłodniałe stwory ryjące w ziemi kręciły się jak opętane w swych tunelach, nie 
mogąc znaleźć drogi na powierzchnię. Drapieżniki o ostrych kłach warczały na towarzyszy, 
a porośnięte białym futrem ścierwojady pożerały swoje potomstwo, podczas gdy inne z 
bezmyślną furią rzucały się sobie do gardeł. Tak było w całej Puszczy: tam, gdzie niegdyś 
był ład, teraz panował strach i wściekłość, których słabe echo Andrys czuł w swoich 
myślach. Niepewność, lęk oraz ból nie zabliźnionej rany po rozstaniu tak ostatecznym, że 
całym ekosystemem wstrząsnęła rozpacz. 
Zachwiał się, usiłując zapanować nad tym uczuciem, a jednocześnie zachować świadomość 
swojej tożsamości. Wiedział, że jeśli utraci ją choć na krótką chwilę, to nigdy nie zdoła 
wrócić. Usiłował skupić się na czymś, ograniczyć postrzeganie do najbliższej okolicy obozu 
i wiodących doń ścieżek, w nadziei że odkryje... Co? Czego od niego chcieli? 
Ty mi to powiedz, Andrysie Tarrancie. 
Teraz czuł prądy, nie tylko krążące wokół jego stóp, lecz przepływające przez cale ciało. 
Chłodne prądy, szybkie i silne, szarpiące jego ciało niczym przypływ i prawie zwalające z 
nóg. Wyczuwał fae ziemi przepływającą przez Puszczę, jednoczącą wszystkie żyjące tu 
stworzenia i z nieodpartą siłą wabiące je ku Centrum. Do miejsca, gdzie ta siła była 
najsilniejsza, fae ziemi najgłębsza, do samego serca tego obszaru... 
Serce na chwilę przestało mu bić i o mało nie załamał się. Jak łatwo byłoby poddać się temu 
prądowi i pozwolić ponieść w samo serce wiru! Tam skupiała się cała energia Puszczy, tam 
było serce 

364 

background image

i mózg Jahanny i każde żywe stworzenie czerpiące siły z magii podążało tam, by zjednoczyć się z 
Puszczą lub dać się pożreć. 
Tam znajdowała się czarna forteca. 

Dygocząc, odepchnął od siebie te wizje. Musiał wytężyć przy tym 
wszystkie siły, a i tak nie do końca mu się to udało. Słabe echo Pusz 
czy pozostało w nim, jakby w jakiś sposób jej nasiona zakiełkowa 
ły w jego ciele. Mroczne i zimne, czuł, jak w nim rosną, i wiedział, 
że jeśli dostarczy im pożywienia, zakorzenią się w jego duszy i roz- 

winą, aż zupełnie ją zduszą. 
Patriarcha stanął tuż przy nim. Nic nie mówił, czekał. Andrys przez długą chwilę nie odzywał się, 
czerpiąc silę z jego bliskości. Potem, nie patrząc na duchownego, rzekł: 

Znam sposób. 

Przez moment panowała cisza. Potem silna dłoń zacisnęła się na jego ramieniu, dodając mu 
otuchy. Andrys miał wrażenie, że ten kontakt dodaje mu sił, wzmacniając gasnącą odwagę. 

Nie jest łatwo walczyć o duszę - rzekł ojciec święty. Jeszcze 

przez chwilę trzymał dłoń na ramieniu Andrysa, a potem ją zabrał. 
- Wiem o tym. 
Coś twardego i zimnego dotknęło jego dłoni. Andrys zerknął w dół 
i ku swemu zaskoczeniu zobaczył zakrętkę srebrnej flaszki. Ten wi- 

lj 

dok wstrząsnął nim do głębi, więc minęła dłuższa chwila, zanim zdołał wziąć naczynie od ojca 
świętego, i kolejna, zanim je odkorkował. 
Brandy. Wdychał jej słodki aromat jak perfumy, a potem przy 
łożył flaszkę do ust i pociągnął łyk. Alkohol piekl mu gardło i cie 
płą falą rozlał się po żołądku. Jeden łyk. Dwa. Potem zmusił się, 
by zakorkować butelkę, chociaż jego ciało domagało się więcej. 
Zakorkował naczynie i oddał je Patriarsze. Dłonie nie trzęsły mu 
się już tak bardzo jak przedtem. 

Będziesz musiał nas poprowadzić - oznajmił Patriarcha. - Nie 

ma innego sposobu. 
Skinął głową. Duchowny jeszcze raz uścisnął jego ramię, a potem odwrócił się i odszedł. Dwaj 
strażnicy patrzyli na Andrysa z ledwie skrywaną ciekawością. 
Będziesz musiał nas poprowadzić. 
Rozgrzany przez alkohol, Andrys Tarrant zadrżał. 

II 

background image

38 

brazy zlewały się ze sobą, zbyt szybko i gwałtownie, by je rozdzielić. 
Wizje i wrażenia splątane razem tak ściśle, że w żaden sposób nie można 
było wybrać jednego spośród innych, w żaden sposób wchłonąć tej burzy 
obrazów inaczej niż jako chaotyczną całość. Gwiazdy. Przestrzeń. Ogień. 

Ciemność. 

Co u licha...? 

Damienowi zaschło w gardle, a płuca wypełniły opary siarki. Te słowa wypowiedział z 
takim trudem, że ledwie zdołał je usłyszeć, zanim i one zatonęły w morzu obcych wrażeń. 
Strata. 
Rozpacz. 
Strach. 
Desperacja. 
Och, moje dzieci, moje dzieci... 

Karrilu...? 

Brak odpowiedzi. 
Statek jak iskra życia pędzi przez ciemność kosmosu, gorący w pustce. Jego ściany nie są 
ciałem, lecz odpowiednikiem żywej tkanki, energią związaną w materię, skórą rozumnej 
istoty, nie znającej krwi, kości, ani żadnych materiałów... a jednak żywej istoty. Stworzona 
do tej misji, wychowana do niej, wyszkolona, istota-sta-tek pędzi przez międzygwiezdne 
pustkowie, niosąc w sobie swe cenne potomstwo... 
-Karrilu! 
Każde dziecko zrodzone w jednym konkretnym celu, jasnym i czystym. Jedno, by czytać w 
gwiazdach i ustalać kurs. Jedno, by 

366 

background image

gromadzić nikłą energię pustki i zmieniać ją w pokarm. Jedno, by kierować; jedno, by śnić; 
jedno - ważniejsze od wszystkich innych -przechowujące genetyczne dziedzictwo ich rasy, 
aby w odpowiednim czasie mogła zapełnić dziećmi cały nowy świat. 
Wstrząsnął nim kaszel i obrazy pierzchły na chwilę. Nie mógł nabrać w płuca dość 
powietrza. Kiedy przestał kaszleć, formujące się na nowo w jego myślach obrazy pływały w 
morzu czarnych płatków. 
Jakże kruche są te jej dzieci, jej załoga! Jak usiłują dostosować się do tego nowego świata, 
jak próbują jej służyć... Wszystko na próżno. Nie zostały stworzone do tej dziwnej planety, 
gdzie nieznane siły wypaczają każdy proces życiowy. Najpierw umiera poszukiwacz, potem 
śniący i zbieracz, a potem kolejno pozostałe. Dziecko za dzieckiem pada ofiarą tej siły, albo 
ginąc, albo ulegając tak daleko idącej mutacji, że sama musi je zabić. 
Zawój. Spadł mu z głowy, dając dostęp zabójczym wyziewom Shaitana. Drżącą ręką 
umieszcza go na miejscu, modląc się, by uchronił go przed następnym spazmem kaszlu i 
przyniósł ulgę udręczonym płucom. Tak też się staje. Dzięki Bogu, tak się staje. 
Śmierć przechowującego geny jest najcięższym ciosem. Bez jego zasobów reprodukcyjnych 
wzorów pozostanie na zawsze na tej wrogiej planecie, bez nadziei, bez celu, żyjąc tylko 
wspomnieniami, które bledną rok po roku, stulecie za stuleciem. Czasem zastanawia się, czy 
nie zaznałaby spokoju, gdyby poszła w ich ślady i zakończyła swe cierpienia. Cliociaż myśl 
o samobójstwie jest kusząca, nie może wprowadzić jej w czyn. Jak wszystkie jej siostry 
została stworzona w konkretnym celu, a tym jest dawanie życia, nie jego odbieranie. 
A wtedy, gdy tak dawno już straciła wszelką nadzieję, że prawie zapomniała jej smak, 
uświadamia sobie, że na planecie pojawiło się coś nowego. Nie stworzenie zrodzone przez 
znienawidzone prądy, lecz obce tu tak samo jak ona. Inny wędrowiec. Z radością witają go 
te tysiące indywidualnych bytów tworzących zbiorową świadomość... I odpowiada jej 
milczenie. Okropna, straszna cisza! Nowoprzybyli jej nie słyszą. Nie mają potrzebnych do 
tego zmysłów. Tak różnią się od niej, że wszelkie porozumienie z nimi jest prawie 
niemożliwe. Otoczona rzeszą istot, które z chęcią powitałyby ją jako towarzysza na tej 
wrogiej planecie, jest bardziej samotna niż kiedykolwiek. 
Te obrazy były wszędzie. Nie tylko w jego oczach, lecz również w mózgu. Tak obce, że z 
początku ledwie je pojmował, ale powoli układające się w logiczną całość. Zadrżał, kiedy w 
końcu zrozumiał. 

367 

background image

Spróbuje ostatni raz. Zanim przybyła na tę planetę, zrodziła dzieci mające służyć jej 
potrzebom. Teraz zrobi to samo, aby porozumieć się z tymi istotami. Musi czekać długie 
lata, zanim jedna z nich znajdzie się dostatecznie blisko, gdyż warunki najlepiej 
podtrzymujące jej życie są dla tamtych nieznośne. W końcu jednak ktoś przybywa, a ona ze 
zręcznością matki odczytuje wzór życia z jego ciała i wykorzystuje do stworzenia nowego 
rodzaju dzieci. Hybrydy, pozostające nią w dostatecznym stopniu, by rozumieć jej potrzebę i 
wystarczająco podobne do tych obcych istot, aby się z nimi porozumieć. Niestety, chociaż 
teoria wydawała się słuszna, wynik był rozczarowujący. Jej pierwsze dziecko jest tak 
podobne do niej, że jego ojciec nawet nie może go widzieć. Drugi tak samo. Trzeci jest już 
widzialny, ale nie jest w stanie się z nimi porozumieć. Ona próbuje raz po raz, 
wykorzystując do eksperymentów te istoty, które zbliżają się do miejsca jej spoczynku. 
Rodzi dzieci tak podobne do niej, że obciążone jej własnymi ograniczeniami, oraz tak 
podobne do ojców, że nawet nie potrafią jej dostrzec, a także tuziny innych, mających cechy 
obu gatunków, ale nigdy w odpowiedniej proporcji. Obdarza je umiejętnością wpływania na 
percepcję, aby mogły pokonać ogromną przepaść świadomości między macierzystymi 
gatunkami, lecz nawet te, u których te zdolności są najlepiej rozwinięte, nie rozumieją, czym 
ona jest i dlaczego zostały zrodzone. Ona wciąż próbuje, raz po raz, za każdym razem, gdy 
trafia jej się nowy materiał, daremnie łudząc się, że pewnego dnia znajdzie właściwą 
kombinację... 
I w końcu znajduje, ale nie w taki sposób, jak sobie wyobrażała. Nie w duszy jednego 
dziecka, lecz w obecności wielu, z których każde porozumiewa się z najbardziej podobnymi 
do niego braćmi, pobierając jej wspomnienia, nadzieje, obawy i ubierając je w formę obcych 
pojęć - ludzkich pojęć - aż wreszcie, w mózgu umierającego czarnoksiężnika, zostają one 
przetłumaczone tak, że człowiek może je zrozumieć... 
Podparł się na łokciach i spojrzał na wierzchołek Shaitana. Matka leżu całkowicie spowiła 
ciało Geralda Tarranta. Po jej powierzchni i w głębi przelatywały tysiące obrazów, obcych i 
znajomych. Gwiazdy, twarze, mgły i ciemność, barwy, światła oraz tysiące kształtów bez 
formy i nazwy. Próba nawiązania wizualnego kontaktu? A może po prostu odbicia 
wszystkich ludzi, z którymi się zetknęła, pobierając od każdego pasmo jego świadomości, 
aby wykorzystać je w swoich prokreacyjnych wysiłkach. 

368 

background image

Spojrzał na klęczącego przy nim Karrila i na twarzy Iezu ujrzał niekłamane zdumienie, nie 
pozostawiające cienia wątpliwości. On nie wiedział. Żaden z nich nie wiedział. 

Jesteście ludźmi - szepnął Damien. Z trudem wykrztusił te 

słowa przez ściśnięte gardło. 
Iezu powoli skinął głową. 

W połowie - przytaknął lekko drżącym głosem. - A w poło 

wie... - Popatrzył na matkę. - Czymś innym. 
Wtedy nagle, z przerażającą jasnością, Damien znów zobaczył ostatni obraz. Tym razem nie 
przegapił szczegółu, który prawie uszedł jego uwagi. 
...w mózgu umierającego czarnoksiężnika... 
Dźwignął się na klęczki. Ten ruch wywołał gwałtowny atak kaszlu, który o mało nie powalił 
go z powrotem na ziemię. Jednak to go nie powstrzymało. Opisany przez matkę Iezu żywy 
obwód najwidoczniej wykorzystywał jako odbiornik ludzki mózg, a ponieważ nie był to 
umysł Damiena i oprócz niego był tu tylko jeden człowiek... 

On żyje? - Zadając to pytanie, podniósł się na nogi i chwiej 

nie ruszył w kierunku Tarranta. - Przecież czułem, jak umiera! 
Demon chwycił go za ramię i pociągnął do tyłu, tak silnie, że Damien o mało nie upadł. 
-1 tak też było. Czy wy nigdy nie pobudzacie serca do bicia po tym, jak się zatrzyma? Czy 
granica śmierci jest tak ostateczna, że nie można już zza niej uratować żadnej ludzkiej 
duszy? - Damien próbował mu się wyrwać, lecz demon (nie, nie demon, ale coś dziwnego i 
obcego, strasznego i cudownego, ale nie demon) nie puścił go. -Nie rób tego - ostrzegł 
Karril. - Uratowała go dla siebie, nie dla ciebie. Nie wiadomo, co zrobi, jeśli teraz wejdziesz 
jej w drogę. 

Chce go wykorzystać jako tłumacza? Dlatego? 

Iezu potrząsnął głową. 
Nie do tego jest jej potrzebny. Teraz, kiedy zna już wzór i jej dzieci wiedzą, jak jej pomóc, 
wystarczy jej dowolny człowiek. 
A więc po co? - Spojrzał na płynną postać matki, usiłując dojrzeć człowieka w jej wnętrzu. 
*- Czego od niego chce? 
Iezu też popatrzył na tę istotę i przez długą chwilę nie odpowiadał. Damien zauważył, że 
wielu Iezu przysunęło się bliżej matki, jakby chcąc zwiększyć łączącą ich więź. 

Mówi, że on zabił jej dziecko. - Karril z trudem znajdował sło 

wa. Widocznie więź łącząca Iezu nie pozwalała na dokładne tłumaczenie. 

369 

background image

- Mówi, że tylko ona ma do tego prawo i nawet obcy nie mogą go jej odebrać. 
Zatem chce go ukarać? Czy tak? Karril zaprzeczył. 
Nie, właściwie nie. Raczej... użyć. 
Do czego? 
Karril zawahał się. Damien widział, jak marszczy brwi w namyśle, usiłując znaleźć właściwe 
słowa. 

Aby zastąpić to, co zostało zniszczone - rzekł w końcu. - Zno 

wu skompletować rodzinę. 
Zastąpić...? 
O mój Boże. 
Setki mężczyzn i kobiet przybyły w minionych wiekach do tej doliny, zwabione 
nieokiełznaną siłą Shaitana. Od każdego z nich wzięła odrobinę, iskrę świadomości, nie 
zdając sobie sprawy z tego, że człowiek składa się z tysięcy takich fragmentów, a jej dzieci, 
lezu, dziedziczą zaledwie jeden. Co się stało z tymi ludźmi? - zastanowił się nagle. Czy 
ludzki ojciec Karrila opuścił to miejsce w tym samym stanie, w jakim tu przyszedł, czy też 
pozostawił tu zdolność odczuwania przyjemności, która czyni ludzką egzystencję znośną? 
Co zostanie z Geralda Tar-ranta, kiedy zakończy się proces tego zastępowania? 
Jakby w odpowiedzi, matka lezu podniosła się znad ciała Tar-ranta i wycofała na krawędź 
krateru. Damien nie przyglądał się temu, lecz najszybciej jak mógł wspiął się do leżącego na 
stoku Łowcy. „Umierający" - taką wizję ukazała mu matka. Nie „żywy" lecz „umierający". 
To oznaczało, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło. Damien dotknął twarzy Tarranta i 
nawet przez zawój poczuł, że jest nienaturalnie gorąca. To była ciepłota ludzkiego ciała. 
Jeśli umarł, choćby na moment, to pakt jest zerwany. Tarrant jest wolny. 
Przysunął dłoń do jego ust i wyczuł słaby oddech, przedostający się przez cienki jedwab. 

Ty sukinsynu - wyszeptał ochryple. - Żyjesz! 

Łowca zamrugał i otworzył oczy. Przez chwilę Damien sądził, że usłyszy typową oschłą 
odpowiedź. Zaraz jednak siły opuściły neohra-biego, który zadrżał i zamknął powieki, nie 
powiedziawszy słowa. 

Karrilu! - Damien złapał Tarranta za ramiona i podniósł do po 

zycji siedzącej, obejmując go ramieniem. Iskry wpadły mu we wło 
sy, które zaczęły dymić. Damien zawołał: -Pomóż mi go stąd zabrać! 

370 

background image

Kami zawahał się i Damien zaczął mieć obawy, że żąda od Iezu pomocy, jakiej ten nie może 
mu udzielić. Na ile stałe było ciało, które przybrał, stworzone z fae, nadającej mu pozory 
człowieczeństwa? Jednak Iezu ruszył w górę zbocza, a kiedy dotarł do Tarranta, przyklęknął 
obok i objął go w pasie. Razem podnieśli półprzytomnego neohrabiego. Najwidoczniej 
służące Karolowi ciało było na to dostatecznie solidne. Iskry dymiły na ich ubraniach i we 
włosach, gdy z trudem znosili Łowcę w dół. W pewnej chwili Damien musiał się zatrzymać, 
żeby ugasić płomień, którym zajął się rękaw jego koszuli, a później Karril kazał mu 
przystanąć, by strzepnąć rozżarzony popiół z czupryny Łowcy. Tarrant usiłował pomóc im i 
utrzymać się na nogach, ale był po prostu za słaby, żeby mógł iść sam. 
W końcu, po koszmarnie długim zejściu, schronili się pod nawisem zastygłej lawy, 
tworzącej skalny pęcherz osłaniający ich przed spadającym z nieba popiołem. Damien z 
jękiem opuścił Tarranta na ziemię i oparł go plecami o skałę. Ziemia trzęsła się, ale nie była 
tu zbyt gorąca, co stanowiło stosunkowo dobry znak. Oczywiście, nie mogli przewidzieć, 
gdzie teraz skieruje się furia Shaita-na, który równie dobrze mógł wybuchnąć im pod 
nogami... lecz po wszystkim, przez co przeszli, takie zwyczajne niebezpieczeństwo nie 
robiło na Damienie wrażenia. Z westchnieniem opadł na ziemię obok Łowcy i wyprostował 
boleśnie pulsujące ze zmęczenia nogi. Jak długo szli bez odpoczynku - dziesięć, dwanaście 
godzin? Rozmasował podudzie, krzywiąc twarz, gdy mięśnie rozluźniały się przy mocnym 
ucisku. Niedługo zabraknie mu sił, to pewne. Zmrużył oczy, patrząc na słońce i ustalając 
jego pozycję, a potem spojrzał na grań. Zdawała się bliższa niż poprzednio. Widocznie 
Almea przeprowadziła ich na przeciwległy stok wulkanu. Teraz znajdowali się na 
południowym zboczu i ten ostry jak nóż masyw był dostatecznie blisko, by mogli dojrzeć 
szczegóły urwistej ściany. 
Tam - powiedział i wskazał miejsce, gdzie teren wydawał się nieco równiejszy i solidny, 
pozwalając na omijanie krętych strumieni kwasu. - Pójdziemy tamtędy. 
Nie sądzę, by on mógł iść. 
Damien spojrzał na Tarranta i tak bardzo się zdziwił, że przez moment nie był w stanie 
skupić się na czekającym ich zadaniu. Słońce - słońce! - padało prosto na twarz 
neohrabiego, przesączając się przez jedwabny zawój i oświetlając oblicze, które od prawie 
tysiąca lat kryło się w ciemnościach. Słońce lśniło w kroplach potu 

371 

background image

perlących się na jego czole, a skóra pod nimi była zaczerwieniona jak u każdego żywego 
człowieka. 
Chyba dopiero wtedy w pełni zrozumiał, co się stało. Wcześniej potrafił to ująć w słowa, 
lecz nie rozumiał ich znaczenia. Teraz tak. 
Bóg dał ci drugą szansę, pomyślał ze zdumieniem, dotykając drżącymi palcami jedwabnego 
zawoju, który osłaniał twarz Tarran-ta. Po tym, jak przez tyle wieków pławiłeś się w 
grzechu, i to takim, że twoja dusza musi być czarna jak węgiel. Przypomniał sobie zaklęcie, 
jakim Tarrant związał Calestę, okropne wizje żądzy krwi i sadyzmu, którymi Łowca zwabił 
demona One wciąż tkwiły w tym człowieku i potrzeba będzie czegoś więcej niż paru 
promieni słońca, aby je przegnać. Teraz jednak po raz pierwszy będzie mógł z nimi walczyć. 
Teraz będzie mógł zmagać się ze złem, jakie nagromadziło się w nim przez ostatnie 
dziewięćset lat, i odzyskać swoją duszę. 
Bóg dal ci szansę odkupienia. Możliwość rozpoczęcia od nowa. 

Nie zmarnuj jej - szepnął. Łowca otworzył oczy, lecz zaraz znów 

je zamknął. W końcu Damien oderwał się od niego wzrok i znów 
popatrzył na równinę. - Nie możemy tu zostać. 
Karril skinął głową i przysunął się, żeby znowu chwycić Tarran-ta i podtrzymać go. Damien 
dał mu znak, żeby zaczekał. Wyjął z bagażu manierkę, pociągnął łyk - zbyt mały, by ugasić 
pragnienie, ale zapasy wody szybko się kurczyły - a potem podał ją Tar-rantowi. Przez długą 
minutę Łowca tylko patrzył na bukłak i Damien już zaczął podejrzewać, że neohrabia jest 
zbyt oszołomiony, by zrozumieć, co to takiego. Potem jednak lekko drżącą ręką wziął 
manierkę, podniósł do ust i napił się. Lekko się przy tym skrzywił, ale wypił. Słaby trunek w 
porównaniu z tym, do jakiego przywykłeś, pomyślał złośliwie Damien. Pozwolił mu pić do 
woli, nie zważając, że manierka jest już prawie pusta, przekonany, iż Łowca wie co robi. W 
końcu Tarrant oddał mu bukłak i Damien odniósł wrażenie, że teraz już pewniej trzymał 
naczynie. Otworzył szare oczy, w których pojawił się dawny błysk. Nawet oddychał nieco 
równiej. 
Uda się nam, pomyślał Damien. Poczuł uniesienie. Nam obu. Ujdziemy stąd z życiem i 
wrócimy do świata żywych... 
Nagle ziemia zadrżała pod ich nogami, jakby coś w jej czeluściach budziło się do życia. 

Czas ruszać - orzekł Karril i Damien przytaknął. 

Pospiesznie znów chwycili Tarranta, pomagając mu wstać, a po 
tem szybko sprowadzili go ze stoku. Przeszedłszy kilka metrów, 

372 

background image

Damien skręcił nieco w bok, tak że gdyby coś, nie daj Boże, wyskoczyło spod ziemi w 
miejscu, gdzie przed chwilą siedzieli, nie zdołałoby ich dopaść. Na pół idąc, a na pół 
zsuwając się, zeszli ze stoku, a gdy znaleźli się na w miarę równym terenie, zmusili Tarranta 
do truchtu, starając się oddalić od wulkanu. Dzięki Bogu, neohrabia zdawał się odzyskiwać 
siły. W samą porę. Dotychczas wiatr im sprzyjał, spychając chmury popiołu na wschód i na 
północ, tak że ich omijały, ale Damien nie wiedział, jak długo to jeszcze potrwa, i wolał nie 
ryzykować. Krok za krokiem parli naprzód, potykając się i ślizgając, gdy skalisty grunt 
zmieniał się w piargi lub miejscami zapadał, tworząc sieć głębokich szczelin. W pewnej 
chwili ziemia rozwarła się z rykiem, wyrzucając obłok gazów, które Damien czuł nawet 
przez zawój, oraz zasypując lawiną kamieni ten odcinek drogi, który dopiero co pokonali. 
Wspaniale. Po prostu wspaniale. Przed chwilą stawili czoło piekłu i jeszcze gorszym 
rzeczom, pokonali syna obcej formy życia i wyrwali Tarranta z objęć śmierci, tylko po to, by 
spłonąć żywcem w drodze do domu? Nie, poprzysiągł sobie Damien. Nie dopuszczę do tego. 
W końcu - nareszcie! - dotarli do podnóża góry. Spękaną powierzchnię Shaitana zastąpiło 
usiane skałami dno doliny, a potem - kiedy Damienowi wydawało się, że nie zdoła przejść 
już ani kroku więcej - równina. Przystanęli, by znowu napić się wody, i Damien wepchnął 
Tarrantowi do ręki trochę żywności, ale nie zatrzymali się dostatecznie długo, by mógł 
sprawdzić, czy adept ją zjadł. Krążyły tu cienie zmarłych, żądne cierpienia żywych, a 
wiedział, że bez pomocy Tarranta nie mają w walce z nimi żadnych szans. Ruszył dalej, 
żując swoją rację i modląc się, by organizm Łowcy pamiętał jeszcze, jak wchłaniać taki 
pokarm. 
Idąc najszybciej, jak mogli, przeszli po dnie doliny. Tutaj mgła była rzadsza i niewiele cieni 
zwracało na nich uwagę. Widok niedalekiej już grani - tak bliskiej, że dostrzegali rosnące na 
niej, nieliczne karłowate drzewa - dodał im sił, które w innym przypadku zupełnie by ich 
opuściły. Jeszcze ten krótki odcinek, obiecywał sobie Damien, i będzie po wszystkim. 
Rozbijemy obóz gdzieś na grani, a wtedy będziesz mógł się przespać i jutro wrócić do 
normalnego życia. Myśl o spokojnym śnie była tak kusząca, że przez chwilę nie był w stanie 
myśleć o niczym innym, tylko o tych słodkich objęciach ciemności i spokoju, pieszczocie 
snów... Spojrzał ostro na Karrila, który umknął spojrzeniem w bok. Cholera. Każdy z nas 
potrzebuje pokarmu, no nie? 

373 

background image

Zanim w końcu osiągnęli przeciwległy kraniec doliny, słońce stało już wysoko na niebie, i 
Rdzeń także. Wyrzucana przez Shaitana chmura popiołu przesłaniała je tak mocno, że w 
dolinie panował półmrok, od którego ostro odcinały się krwawoczerwone cienie ostrych 
turni. Tarrant wciąż szedł, chociaż jego chód i postawa zdradzały, że szybko opada z dopiero 
co odzyskanych sil. Pomimo to uda się nam, myślał gorączkowo Damien. Uda się. 
Sen. Czekał na niego tam, na grani, w miejscu gdzie spowijające dolinę mgły umykały przed 
zimnymi wiatrami. Tam, gdzie nie dosięgnie ich strumień lawy, gdzie nie pójdą za nimi 
demony, nic i nikt nie zakłóci im spokoju. Wydawało się to prawie rajem w porównaniu z 
miejscami, jakie niedawno opuścili, więc zmierzał tam najszybciej, jak mógł. Od jak dawna 
porządnie nie odpoczął, nie zjadł solidnego posiłku, a nawet nie przystanął, żeby się 
rozejrzeć? Zdumiewające, lecz Tarrant nadal szedł, i Damien wolał nie zastanawiać się, czy 
neohrabia naprawdę odzyskuje siły, czy też gna go tylko desperacja. O pewnych sprawach 
lepiej nie myśleć. 
Aż wreszcie znaleźli się na skalnej grani, dostatecznie wysoko, by mogli poczuć się 
bezpieczni. Damien pozostał na nogach tylko tak długo, by zdjąć bagaż z pleców i odpasać 
miecz, a potem osunął się na ziemię. Tarrant zrobił to samo. Nieważne, że skała była tu ostra 
i nierówna, a ich ciała poobijane po całym dniu zmagań. Żył. Tarrant był żywy. Co do 
innych niebezpieczeństw... 

Stanę na warcie - obiecał Iezu i Damien kiwnął głową. Do 

brze. Tak. Wystarczy. 
Dokonaliśmy tego, pomyślał. Był oszołomiony tym faktem. Naprawdę dokonaliśmy tego. 
Będziemy żyć. 
A potem zmęczenie wzięło górę i wszystko - nadzieję, obawy, radość - pochłonęła 
ciemność. 

Damienie. 

Był tak obolały, że ledwie mógł się ruszać. Ktoś nim potrząsał i to bolało. Przez chwilę klął i 
usiłował odepchnąć natarczywe ręce, ale kiedy próbował je złapać, znikały i pojawiały się w 
innym miejscu. 

Damienie, przepraszam. Musisz wstać. 

Niech to szlag! Niech to szlag! Co znowu? Z trudem otworzył 

374 

background image

oczy i odkrył, że bolą go nawet powieki. Bolały go wszystkie części ciała. Najwyraźniej spał 
za długo. 

Karril? Co jest, do diabła? 

Widząc, że Damien już oprzytomniał, Iezu odsunął się i przysiadł na piętach, pozwalając mu 
dojść do siebie. 

To Tarrant - rzekł. - Źle z nim. 

Cholera. Z trudem usiadł, nie zważając na protesty wszystkich mięśni. Nie teraz, nie po tym 
wszystkim, przez co przeszliśmy! 
Co się stało? 
Nie wiem. Obawiam się... - Demon urwał, jakby bojąc się, że powiedziawszy coś złego, 
jeszcze pogorszy sprawę. - To ty jesteś uzdrowicielem. 
Damien powlókł się do Tarranta Łowca również ułożył się do snu na ziemi, nogami w 
kierunku podnóża - w jedynej pozycji, jaka nie groziła stoczeniem się po stromym stoku. 
Podchodząc, Damien dostrzegł, że neohrabia ciężko oddycha i jest blady, trupio blady. 
Dzień wcześniej ta trupia bladość nie miałaby żadnego znaczenia. Teraz świadczyła o tym, 
że śmierć krążyła nad człowiekiem, który arogancko unikał jej przez tyle lat. 

Co się dzieje? - zapytał Karril. 

Damien odrobinę odchylił zawój, napiął mięśnie i zrobił głęboki wdech. Nic się nie stało. 
Upewniwszy się, iż znaleźli się na wysokości, na jaką nie docierają wyziewy Shaitana, 
uwolnił Tarranta od jedwabnego zawoju i patrzył, jak adept płytko spazmatycznie oddycha, 
za szybko i zbyt płytko. Nie musiał słyszeć cichego poświstu na końcu każdego oddechu, by 
wiedzieć, co się stało, ani widzieć lęku w oczach Tarranta, by zrozumieć, jak poważny jest 
ten stan. Kolor twarzy Proroka - i historia jego choroby - wyjaśniały wszystko. 
Do Ucha - szepnął Damien. - Boże, nie teraz. Czemu nie pozwolisz nam najpierw wrócić do 
domu? 
Co to takiego? 
Atak serca. - Ujrzał, jak Tarrant wzdrygnął się na dźwięk tych słów. - A raczej niewydolność 
serca. Wiemy, że tuż przed śmiercią miał pierwszy taki atak. 
/ w jego wyniku postradał zdrowe zmysły, zamordował swoją rodzinę i zaprzedał duszę 
Bezimiennym. Czy to musi skończyć się tak samo. Boże? Czy nie możesz lepiej go 
wykorzystać? 

Co jest przyczyną? - spytał Tarranta. - Wiesz? Próbujesz ją 

usunąć? 

375 

background image

Łowca pokręcił głową. 
Nieważne - szepnął. - Nie możesz tu uzdrawiać. 
Mów, do licha! 
Neohrabia zamknął oczy i zadrżał. Widać było, że każde słowo przychodzi mu z trudem. 

Wrodzona wada ściany aorty - szepnął. - Zwężenie zastaw 

ki... - Teraz walczył o każdy oddech i Damien wyraźnie słyszał lek 
kie rzężenie. - Nabyte. Próbowałem... 
Kiedy stało się jasne, że nie ma siły, by powiedzieć coś więcej, Karril odważył się spytać: 

Możesz coś z tym zrobić? 

I co miał odpowiedzieć? Tłumaczyć, że nie ma niczego trudniejszego od leczenia bijącego 
serca, ponieważ jeśli nie zgra się każdej czynności z naturalnymi skurczami jego mięśni, 
można spowodować zatrzymanie akcji serca? To i tak nie miało żadnego znaczenia, prawda? 
Damien nie mógł tutaj uzdrawiać. Prądy usmażyłyby go żywcem, zanim by zaczął. 
Myśl, człowieku, myśl. Musi być jakiś sposób. Nie przebył tak długiej drogi, aby teraz się 
poddać. Co mógłby wykorzystać? Tar-rant był zbyt słaby, żeby użyć Sztuki. On sam nie 
mógł tego zrobić, ze względu na nadmiar fae. Iezu... 
Sapnął z wrażenia, znajdując odpowiedź. 
Karrilu. Tacy jak ty potrafią wpływać na fae, prawda? Iezu zawahał się. 
Nie tak jak wy. Nie potrafimy używać Sztuki... 

Wiem o tym! Nie mówię o magii. - Usiłował znaleźć właści 

we słowa. - Możecie ją formować, prawda? W taki sposób stwo 
rzyłeś twoje ciało. - Znacząco popatrzył na postać, jaką teraz przy 
brał Karril, podtrzymując Geralda Tarranta. - Możecie traktować ją 
jak materię. Mógłbyś zrobić to teraz? 
Iezu kiwnął głową. 

Mógłbyś zablokować jej dopływ? Może skierować w bok? - 

Iezu miał niewyraźną minę. - Zrób coś, Karrilu! Tutejsze prądy są 
za silne, żebym mógł uzdrawiać. Czy możesz mi jakoś pomóc? Je 
śli nie - ruchem głowy wskazał Tarranta - on umrze. 
Iezu westchnął przeciągle, melodramatycznie. 
Mogę spróbować - odparł w końcu. - Chociaż nie obiecuję... 
Zrób to! - uciął Damien. Wargi Łowcy zaczęły sinieć. Zły znak, bardzo zły. -1 pospiesz się! 

376 

background image

Iezu zniknął. Nie rozwiał się powoli, jak to robił zazwyczaj, ale zgasł jak świeca na wietrze. 
Najwidoczniej do manipulowania fae musiał przyjąć swoją normalną postać... jakakolwiek 
ona była. To nieważne, pomyślał ponuro Damien. Byle mu się udało. Usiadł obok Tarranta i 
krzepiąco uścisnął jego ramię. 
- Nie umrzesz - szepnął. - Nie po tym wszystkim, przez co przeszedłem, żeby cię tu 
sprowadzić. Wracasz do domu, psiakrew. 
Nagle zobaczył, że Łowca szeroko otwiera oczy ze zdziwienia, co świadczyło o tym, że 
prądy się zmieniły. Oby na lepsze, błagał Damien, szykując się do uzdrawiania. Jeśli nie, 
wkrótce obaj będą martwi. 
Zaczerpnął tchu, zebrał całą odwagę i sięgnął po prądy, chwytając moc Shaitana... 
A raczej próbował to zrobić. Jednak nie znalazł żadnej siły. Czyżby Karril zawiódł? Znowu 
sięgnął myślą, tak jak go nauczono, lecz ponownie nie zdołał nawiązać kontaktu. Tym 
razem jednak coś tam znalazł. Nieznaczne drgnienie mocy, wystarczające, by stwierdzić, że 
prądy są aktywne. Wokół Tarranta krążyło dość fae, by go wyleczyć, lecz Damien nie był w 
stanie z niej skorzystać. 
Co się dzieje, do licha? 
Próbował raz po raz, aż z wysiłku zimny pot oblał mu ciało. Jednak fae była śliska jak 
piskorz i za każdym razem wymykała mu się, gdy próbował uchwycić ją myślą. Leżący 
obok Tarrant z trudem łapał oddech, a jego usta przybrały siną barwę. Nie pozostało mu już 
dużo czasu. Damien ponownie spróbował złapać nieuchwytną fae ziemi, wkładając w to 
wszystkie siły. Przez ułamek sekundy zdołał nawiązać z nią kontakt. W tym momencie 
zrozumiał, co jest nie tak, a chociaż nie znał przyczyny, rezultat był aż nazbyt oczywisty. 
Tutaj można było użyć Sztuki, oczywiście, lecz za straszliwą cenę. Czy Damien Vryce chce 
zaryzykować życie, by uzdrowić chorego, czy też zbyt je ceni, aby ryzykować? Spojrzał na 
Tarranta, którego tak niewiele dzieliło od śmierci, że jego skóra już przybrała trupio blady 
kolor. Damien poczuł przypływ zimnej determinacji, która wyparła z jego duszy wszelki 
strach. 
Na Shaitanie byłeś gotowy oddać życie, aby ocalić ludzkość przed Calestą. Byłeś gotów za 
to pójść do piekła. Nie mogę pozwolić ci umrzeć teraz, na samym progu zbawienia. Nie 
mogę odebrać ci szansy pojednania się z Bogiem... nawet po to, by uratować moją własną 
skórę. 
Fae wpadła w niego z rykiem, prądem dziesięć razy silniejszym od każdego, z jakim 
dotychczas miał do czynienia. Przez chwilę starał się 

377 

background image

tylko w nim nie utonąć, nie zatracić się w tym szalejącym nurcie. Potem, w końcu, zdołał 
uchwycić go swoją wolą i nadać mu formę. Zobaczyć. Poznać. Wejrzeć w ciało Tarranta, 
zanalizować, zmienić... 
Przed nim - nie, raczej wokół niego - pojawiło się serce Łowcy, czerwony mięsień pulsujący 
w gorączkowym rytmie, żywe morze kurczące się wokół w coraz gwałtowniejszych 
spazmach. Damien usiłował się skoncentrować i nie zatonąć w nim. „Zwężenie zastawki", 
powiedział Tarrant. Damien poszukał, odnalazł i zgłębił ten cienki płat tkanki, prawie 
całkowicie pokryty zgrubieniem. Patrząc na zamykającą się raz po raz zastawkę, Damien 
zrozumiał, jaki wpływ na krążenie ma wada, w wyniku której zastawka nie zamyka się 
całkowicie i zawraca część krwi do aorty. Najwidoczniej najpierw powinien zająć się 
właśnie tym. Skupił się, aż dostrzegł poszczególne komórki zastawki i spróbował oszacować 
rozmiary uszkodzeń. Wada istotnie była nabyta, jak powiedział Tarrant, co było obiecujące. 
Pod grubą warstwą stwardniałej tkanki mięśniowej znajdowała się zastawka, która w 
odpowiednich warunkach mogła prawidłowo pracować. 
Mając świadomość, że liczy się każda sekunda, że kiedy on pracuje w tym szkarłatnym 
królestwie, właściciel serca umiera, Damien poświęcił jednak kilka sekund na obserwację 
rytmów skurczów. Powoli, z precyzją dobrego chirurga, zaczął usuwać uszkodzone 
komórki. Nie za szybko, aby kawałek ciała nie oderwał się i nie zablokował jakiegoś 
mniejszego naczynia... ale i nie za wolno, żeby pacjent nie umarł mu podczas zabiegu. 
Ostrożnie lecz pospiesznie starał się znaleźć właściwe tempo, wiedząc, ze musi dostosować 
każdy ruch do bicia serca Łowcy, żeby nie doprowadzić do zawału. Jedna grupa komórek 
rozpuściła się we krwi, potem druga i jeszcze jedna Usiłował rozbijać stwardniałą tkankę na 
mniejsze kawałki, przez cały czas pracując w rytmie serca, jakby był jego częścią. Dzięki 
Bogu, że tkanka pod spodem jest zdrowa, pomyślał. Widział ją przed sobą w tym morzu 
czerwieni, zgrabną i poruszającą się z gracją. Teraz była już prawie wolna od zrostu. Swoją 
Sztuką rozpuścił ostatni fragment zgrubiałej tkanki, zobaczył, jak szkarłatny nurt porywa 
oderwane komórki... Gotowe. Zastawka zamykała się normalnie, a serce powoli zaczęło 
zwalniać. Damien pozwolił sobie na chwilę wytchnienia, wiedząc, że najgorsze minęło. 
Pozostała jeszcze wada wrodzona, będąca pierwotną przyczyną niewydolności zastawki. Co 
mówił Tarrant. Coś o ścianie aorty? Damien poszukał uszkodzenia i znalazł je: fragment źle 
ukształtowanego mięśnia, 

378 

background image

który nadmiernym wybrzuszeniem hamował dopływ krwi do organów. W przeciwieństwie 
do zgrubienia na zastawce, to było związane z mięśniem i jego usunięcie pozostawiłoby 
otwór w bardzo niebezpiecznym miejscu. Damien przez chwilę pożałował, że nie ma przy 
nim kolegi-uzdrawiacza, z którym mogliby skoordynować wysiłki. Potem, wyraziwszy to 
pobożne życzenie, rzucił się na uszkodzoną tkankę. Tym razem nie tylko wycinając ją, ale 
jednocześnie uzdrawiając, zmuszając komórki wokół do regenerowania się we właściwy 
sposób w chwili, gdy usuwał zmutowany fragment. Odcinał uszkodzoną tkankę małymi 
skrawkami, żeby organizm mógł bezpiecznie je wydalić, a jednocześnie tworzył nową. 
Wydawało się, że trwa to całe wieki, ale w końcu było po wszystkim. 
Przez chwilę odpoczywał, utrzymując wizję, obserwując, jak układ krwionośny pracuje 
lepiej niż w chwili stworzenia. Potem, kiedy poczuł się na siłach, z dostępnych surowców 
stworzył diuretyk i wprowadził go do krwi, aby organizm wydalił wszelkie zbędne produkty, 
jakie powstały w procesie uzdrawiania. Aż w końcu mógł się wycofać. Nie bez obawy 
pozwolił zgasnąć wizji i poznaniu, oraz wszystkim potrzebnym narzędziom. Był gotowy 
umrzeć, aby wyleczyć Ge-ralda Tarranta. Czy będzie teraz musiał dopełnić ślubu? Kiedy 
jednak wycofał swoje zmysły z ciała Tarranta, żadna ciemna siła nie czekała nań, żeby go 
pożreć, i nie wyczuł żadnej zmiany w swoim organizmie czy świadomości. Poza gwałtowną 
potrzebą oddania moczu. Ta była doprawdy nagląca Klnąc pod nosem, odszedł kilka kroków 
na bok, na skalny nawis nad doliną. Świetnie. Puścił strumień moczu na królestwo zmarłych, 
a potem odwrócił się i spojrzał na Tarranta. 
Ten usiadł, chociaż z trudem, ale jego twarz już odzyskiwała zdrowy kolor. Oddychał z 
wysiłkiem, lecz nie tak ciężko jak przed-. tern, i Damien był przekonany, że środek 
moczopędny w mgnieniu oka oczyści mu płuca. Mięsień sercowy nie był uszkodzony, co 
oznaczało, że gdy stan chorego się ustabilizuje, neohrabia będzie jak nowy. Cokolwiek to 
miało oznaczać. 
Wygląda na to - wyszeptał ochryple Łowca - że znów zawdzięczam ci życie. 
Tak. - Wzruszeniem ramion zbył tę nieśmiałą próbę podziękowania. - A ty pokazałeś mi tak 
niezwykłe i ekscytujące miejsca. Powiedzmy, że to remis, dobrze? 
Jednak ponura mina Łowcy ostrzegła go, że coś się stało. Przez chwilę - tylko przez chwilę - 
marzył o tym, żeby nie wiedzieć, co się stało. 

379 

background image

Próbowałem patrzeć, jak uzdrawiasz - rzekł cicho Łowca. - 

Nie mogłem. 
Damien wzruszył ramionami. 
Byłeś w wyjątkowo kiepskim stanie. Czego się spodziewałeś? 
To nie powinno mnie powstrzymać - upierał się adept. - Używałem Sztuki w gorszych 
warunkach. - Mówił cichym głosem, w którym pobrzmiewał strach. - Coś się stało, Vryce. 
W pierwszej chwili chciał uznać te słowa i wszystkie takie obawy za objaw kiepskiego stanu 
Tarranta. Powszechnie wiadomo, że niedomagania serca wywołują u chorych stany lękowe, 
które zazwyczaj są związane z główną przyczyną choroby, ale równie dobrze mogą objąć 
również inne obszary. Ponadto adept być może był już u kresu sił i kompletnie wyczerpany 
nie mógł użyć Sztuki. To ostatnie wyjaśnienie było bardzo kuszące i Damien chciał w nie 
uwierzyć. Tylko że uczciwość kazała mu pamiętać o tym, ile trudu musiał włożyć, by 
samemu dotrzeć do fae, oraz o tym, jak obawiał się, iż wykorzystanie jej przypłaci własnym 
życiem. 

Może to własność prądów w tym miejscu - podsunął. Jednak, 

mówiąc te słowa, wiedział, że musi w tym być coś więcej. 
Łowca energicznie pokręcił głową. 

Może prądy są tu silniejsze, ale fae ziemi to fae ziemi. A próbo 

wałem również innych rodzajów Sztuki, kiedy ty byłeś zajęty. - Ru 
chem głowy wskazał na nawis. - Żadna nie podziałała. Używałem 
Sztuki przez prawie tysiąc lat, Vryce, ale nigdy nie spotkałem się 
z takim brakiem reakcji. Tymczasem ty skorzystałeś z niej bez prze 
szkód - dorzucił prawie oskarżycielskim tonem. 

Owszem. Chociaż z trudem. - Odwrócił się, unikając jego 

spojrzenia. Jakoś nie miał ochoty dzielić się z nim wrażeniami. - 
Nie wiem, czy zdołałbym to powtórzyć. 
Chyba że naprawdę bym musiał, pomyślał. Chyba że byłbym gotowy zapłacić za to 
najwyższą cenę. 

Może masz rację - przyznał. - Jeśli nawet, co z tego... 

Tarrant próbował usiąść, ale nagły skurcz zamienił jego słowa 
w jęk. Nie trzeba było być magiem, by wiedzieć, co to oznacza. Damien oczekiwał tego. 

Wprowadziłem ci diuretyk do krwi, aby oczyścić płuca - po 

wiedział - tak więc przez jakiś czas będziesz intensywnie wydalał 
płyn. Mogę ci polecić ten punkt widokowy. - Wskazał na nawis, 
a potem dodał: - Sądzę, że nie zapomniałeś, jak się sika? 

380 

background image

Obrzuciwszy go gniewnym spojrzeniem, Łowca wstał i skierował się w stronę nawisu. 
Damien obserwował go przez moment, a potem - upewniwszy się, że Tarrant pewnie trzyma 
się na nogach i nie spadnie z grani - spojrzał na Karrila. 
-No i? 
No i co? 
Wy potraficie dostrzec fae, prawda? A więc zakładam, że widziałeś, co się stało. Co o tym 
sądzisz? 
Dzięki tobie byłem bardzo zajęty. To ty nie chciałeś utonąć w miejscowych prądach, 
pamiętasz? Jednak owszem, widziałem, co zaszło. To było... - Zawahał się. - Dziwne. 
Pod jakim względem? 
Wiesz, że fae reaguje na ludzi. Każda ludzka myśl, każdy sen, nawet chwilowy kaprys 
pozostawiają na niej swój ślad. Och, czasem jest to tylko lekkie drżenie prądu - 
niewystarczające, by wpłynąć na świat materialny - ale zawsze jakoś reaguje. Zawsze. 
Oprócz tego momentu, gdy próbowałeś użyć Sztuki - powiedział Damie-nowi. - W 
pierwszej chwili, gdy chciałeś uzdrowić Tarranta, nie było żadnej reakcji. A on właśnie teraz 
próbuje użyć Sztuki - zerknął znacząco na Łowcę - ale spotyka się z tym samym co ty. 
Brakiem jakiejkolwiek reakcji. 
Tarrant wpatrywał się w ziemię pod nogami i najwyraźniej usiłował wpłynąć siłą woli na 
miejscowe prądy. Mocno zmarszczył brwi. Zmrużył oczy. Nawet zaklął, chyba po raz 
pierwszy od kiedy Damien go poznał. Najwidoczniej wszelkie próby zawiodły. 
Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na rdzawe słońce na zachodzie (a Damien nie musiał być 
jasnowidzem, by wiedzieć, jak bardzo Tarrant pragnął spoglądać na nie dłużej, po raz 
pierwszy od ponad dziewięciu wieków), adept wrócił do nich. 

Coś się zmieniło, to nie ulega wątpliwości - rzekł z ponurą mi 

ną. - Bez dokładniejszych badań nie mogę stwierdzić, co się wła 
ściwie stało, ale nie sądzę, byśmy mogli liczyć na to, że w razie po 
trzeby ponownie użyjemy tu Sztuki. Kiedy wrócimy, odkryję 
przyczynę tej sytuacji i być może znajdę jakieś lekarstwo. 
Być może. Wymówił to słowo z lekkim naciskiem, wyrażającym obawę, do jakiej żaden z 
nich nie chciał się przyznać. Jeśli prądy zmieniły się, czy ta zmiana będzie stała? A jeśli 
okaże się, że problem tkwi nie w fae, lecz w nich samych? 
Apotem dotarły do niego poprzednie słowa. Rzucone mimochodem, 

381 

background image

tym silniejszym echem odbijały się w jego mózgu. Kiedy wrócimy. Takie zwyczajne, 
rozbrajające stwierdzenie! Jakby powrót był czymś, czego od początku się spodziewali. 
Jakby nie sądzili, że zginą podczas tej wyprawy, i dlatego nie snuli żadnych planów 
związanych z powrotem do domu. Damien poczuł przypływ euforii na myśl, że ta 
możliwość nagle stała się najzupełniej realna. Tarrant żył. Wróg, którego uważali za 
niepokonanego, był martwy i bezsilny. Wracali do domu... 
Skup się na tym, pomyślał. Nie na tamtej sprawie. To było zbyt przerażające, a nie znajdą 
żadnej odpowiedzi, dopóki Tarrant nie odzyska sił, aby zbadać tę sprawę. Damien obrócił 
się do Karrila i zapytał: 

Pójdziesz z nami? 

Nie pytał tylko dlatego, że Iezu byłby cennym przewodnikiem 

podwójnie cennym, jeśli żaden z nich dwóch nie mógł użyć Sztu 

ki - lecz ponieważ Karril byl częścią ich triumfu i Damien chciał 
zatrzymać go przy sobie. 
Iezu spojrzał na Tarranta i wydawało się, iż porozumiewają się bez słów. W końcu pokręcił 
głową. 
Nie mogę. Przykro mi. Moja rodzina.. - Spojrzał w dolinę, w kierunku Shaitana, gdzie 
czekali pozostali Iezu. - Zbyt wiele pytań wymaga teraz odpowiedzi. Zostanę z wami, jak 
długo będę mógł, ale moje miejsce jest wśród nich. - Popatrzył na Tarranta, jakby oczekując, 
że neohrabia coś powie, lecz Łowca milczał. - Przykro mi - powtórzył Karril. - Jednak tak 
naprawdę to już nie jestem wam potrzebny. 
Rozumiem - zapewnił go Damien. Zwrócił się do Tarranta, lecz ten nie odrywał wzroku od 
Shaitana. - Możemy pozostać tu jeszcze jakiś czas, jeśli uważasz, że potrzebujesz 
odpoczynku, ale niedługo, bo kończą się nam zapasy. - A kiedy Tarrant nie odpowiedział, 
Damien dodał: - Jesteś gotowy wracać do domu? 
Rób tak, jak twoim zdaniem będzie najlepiej - odparł cicho Łowca. 
Znał ten ton głosu. Niech to szlag, znał go aż za dobrze. Wiedział, co to oznacza, kiedy 
Łowca przechodził od liczby mnogiej do pojedynczej, niech go diabli! To nie miejsce ani 
czas na takie zabawy i... I w ogóle! 

Wracamy do domu, prawda? - na pół warknął, na pół jęknął. 

Calesta nie żyje. Puszcza do tej pory zmieniła się już tak bardzo, 

że nic na to nie poradzisz. Mam rację? Na całej tej cholernej plane 
cie zapanował pokój, ale ja nie przewidziałem, że z tego wyjdziemy, 

382 

background image

więc nie zabrałem dość żywności i wody, żebyśmy we dwóch mogli się tu pokręcić i zrobić 
coś głupiego. Cokolwiek miałoby to być. Słuchasz mnie, Geraldzie? 
Adept nadal spoglądał na Shaitana, jakby widział tam coś tak fascynującego, że ani na 
moment nie chciał odrywać od niego wzroku. 

Ona jest międzygwiezdną istotę - westchnął. - Nie tylko po 

tomkiem obcych istot, które zawędrowały na tą planetę - tak jak my. 
Urodziła się i wychowała na innej planecie, a więc pamięta obce 
gwiazdy i technologie, potrzebne, aby się do nich dostać. 
Neohrabia w końcu odwrócił się i spojrzał na Damiena. 
Czegóż pragnąłem, jeśli nie tego, by otworzyć ludzkości drogę do gwiazd? Dlaczego przez 
ostatnie tysiąc lat ludzie zbierali się pod sztandarem Kościoła, jeśli nie dla tego marzenia? - 
Znów odwrócił się do Shaitana i głęboko odetchnął, jakby wciągał w płuca aromat nowych 
możliwości. - To miejsce to brama do gwiazd. A ta istota, ta matka obcych... jest 
przyszłością ludzkiej rasy. Jej technologia może być zbyt obca, abyśmy mogli bezpośrednio 
ją wykorzystać, ale może zdołamy stworzyć z niej coś, co posłuży obu naszym gatunkom. 
A jej dzieci niewątpliwie chętnie staną się łącznikami między... - Zauważył szybkie 
spojrzenia, jakie Tarrant wymienił z Karrilem, i nagle coś ścisnęło go w dołku. - Co jest? 
Czy to zły pomysł? 
Karril powiedział cicho: 

Nie możemy tu zostać. 

Tarrant skinął głową. 

Iezu zostali stworzeni tak, że muszą wykorzystywać ludzi, aby 

przetrwać. Tutaj nie ma potrzebnego pożywienia ani niczego z tych 
rzeczy, których potrzebują. A nawet gdyby mogli zostać, co stanie 
się z ich świątyniami, z kultami, które uznawały w nich bogów, 
z ludzkimi symbiontami? Och, niektórzy z nich pozostaną tu przez 
jakiś czas, tylko czy to wystarczy? Kiedy masa krytyczna ich zgro 
madzenia osłabnie tak, że matka nie będzie w stanie się z nimi po 
rozumieć i ludzkość straci swego najlepszego sprzymierzeńca? 
Damien z zapartym tchem spojrzał na Karrila, czekając na jego odpowiedź. Iezu jednak 
tylko smutnie skinął głową, jakby mówił: „Tak, on ma rację. To tylko kwestia czasu". 
A więc co? - zapytał Damien. - Chcecie tu zostać? Czy muszę ci przypominać, Geraldzie, że 
dla ciebie również nie ma tu pokarmu? A poza tym, co zamierzasz dla nich zrobić? 
Nie zamierzam tu zostać - odparł spokojnie Łowca. 

383 

background image

Damien odetchnął. 
No, to już coś. 
Ludzkość będzie potrzebowała tłumacza. Iezu również, i to kogoś przynajmniej zewnętrznie 
przypominającego człowieka. 
Co więc proponujesz? Opracować jakiś sposób tłumaczenia? Wiesz, że w tym momencie to 
jest niemożliwe. Sam powiedziałeś, że dopóki nie sprawdzisz prądów, nie tylko nie zdołasz 
nic zrobić, ale nie będziesz miał pojęcia dlaczego nie reagują. A więc co? 
W tej chwili nie potrzebuję Sztuki. Nie tak bardzo jak odpowiedzi na pytanie, kim i czym są 
Iezu, oraz w jaki sposób każdy z nich wyraża potrzeby matki. Oni są jej prawdziwym 
językiem, Vryce, jej krzykiem rozpaczy wyrażonym w fae i ciele. W jakiej postaci najpierw 
pojawił się każdy z nich? Według jakiego schematu przebiegał jego rozwój? - Popatrzył na 
Karrila. - W którym momencie po raz pierwszy wyrazili uczucia wykraczające poza ich na-
turę i co wywołało tę zmianę? 
Mówisz o całej historii tej rodziny - skontrował Damien. - Sięgającej... ilu, prawie tysiąca 
lat? 
Prawie - przytaknął Karril. 
Nikt nie uzyska takich informacji, przesiadując w miejscu. Jeśli potrzebne ci są takie fakty, 
będziesz musiał prowadzić badania, a w tym celu musisz wrócić tam, gdzie są ludzie, 
biblioteki oraz mistrzowie wiedzy, którzy mogą ci pomóc. 
Nagle przypomniał sobie, że Ciani zapisywała wszystko. Może inni adepci robili tak samo? 

Możemy znaleźć jakiegoś adepta, który specjalizował się w de 

monologii i... 
W tym momencie zrozumiał. Tak po prostu. 
Cholera - wyszeptał. - Nie. 
Obawiam się, że tak - rzekł cicho Tarrant. 
W Puszczy toczy się wojna. Czyżbyś o tym zapomniał? Masz tam więcej wrogów, niż 
mógłbyś policzyć, a wszyscy pragną twej śmierci... 
-1 zamierzają spalić Puszczę, a z nią cały mój dobytek. Co oznacza, że za kilka dni 
wszystkie moje książki obrócą się w popiół i historia Iezu przepadnie na wieki. 

Możemy użyć Sztuki, by przypomnieć... - zaczaj Damien. 

A potem dotarło do niego, jak oporna jest teraz fae. Jak trudno ją sformować. Zrozumiał, że 
w przyszłości nie będą mogli na nią liczyć, nie w równie skomplikowanych sprawach. 

384 

background image

Cholera - mruknął. - Cholera. 
Mówiłem ci, że mam tam tunel, Vryce. Biegnie pod moją twierdzą do komnaty strzeżonej 
przez tak silne zaklęcia, że nawet gdyby moi wrogowie dostali się do budynku, nigdy nie 
znajdą wejścia do niej. Obiecuję ci, że pójdziemy tam, zabierzemy to, co jest nam potrzebne, 
i wrócimy, zanim Kościół zorientuje się, że tam jesteśmy. 
A czy masz pewność, że twoje zaklęcia nadal działają? - zapytał. - Czy pomyślałeś o tym? 
Sprawdziłem jedno, które mam przy sobie, i stwierdziłem, że wciąż jest skuteczne. 
Widocznie dawne zaklęcia zachowały swą moc. - Jego wyblakłe oczy zabłysły w krwawym 
blasku zachodzącego słońca Nawet bez fae spojrzenie Łowcy miało w sobie ogromną moc. - 
Co ty na to, Vryce? Mam tam iść sam? Z tobą czy bez ciebie, nie mogę pozwolić, aby te 
notatki spłonęły. Od nich zależy los całej ludzkości. 
Cholera. 
Odwrócił się plecami do nich obu, bijąc się z myślami. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz 
potrzebował, była wędrówka do Puszczy, i to teraz, kiedy rozprawiał się z nią Patriarcha i 
jego żołnierze. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował teraz Tarrant, był kolejny wysiłek, gdy 
jego niedawno uzdrowione ciało wciąż zmagało się ze skutkami przemiany ze stanu pół-
życia. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali wszyscy trzej, to ryzykowanie wszystkiego, co 
uzyskali, dla kilku książek - książek, na Boga! Nawet jeśli te księgi były kluczem do 
przyszłości całej ludzkiej rasy i dla wszystkich Iezu. Nawet jeśli mogły ponownie 
poprowadzić ich do gwiazd. 
Cholera. 
Udniósł dłoń do czoła i ze znużeniem potarł skroń. Jeszcze nie bolała go głowa, ale na 
pewno będzie. Ciało musi w jakiś sposób zaprotestować przeciwko takiemu szaleństwu. 
Przecież będziemy bezpieczni, prawda? Drzwi zamknięte i strzeżone zaklęciem. Księgi 
ukryte. Jedna krótka wizyta i po wszystkim. 
Tarrant i tak pójdzie, z nimi czy bez nich - to jasne. Czy Damien chciał, by ten odrodzony 
człowiek natknął się na oddziały Patriarchy, nie mając przy sobie nikogo, kto mógłby się za 
nim ująć? Takie spotkanie równie dobrze znów mogło wtrącić go w piekielną otchłań. Po 
tym, jak Damien poświęcił tyle czasu i trudu, żeby go ocalić. Nie mógł na to pozwolić. 
Prawda? 

385 

background image

 

W porządku - mruknął i ciężko westchnął. - A niech to dia 

bli! Zróbmy to. 
Tarrant skinął głową. 

Przypuszczałem, że tak powiesz. 

Damien usłyszał w jego glosie szczerą ulgę. I słusznie. Mogło być gorzej. Przynajmniej nie 
musimy znów płynąć statkiem. 
W oddali zagrzmiał Shaitan. 

background image

39 

alesta już się nie zjawi. Z początku Andrys usiłował ignorować ten fakt. 
Wymyślał dziesiątki powodów, dla jakich demon nie chciał lub nie mógł 
przybyć, i nawet prawie uwierzył w jedno czy dwa z tych wyjaśnień. W 
miarę jednak, jak mijały godziny i jego rozpaczliwe wezwania 

pozostawały bez odpowiedzi, zaczął się bać. Walczył z tym, dopóki mógł, lecz teraz, kilka 
godzin później - a może dni, kto wie, jak szybko w takim miejscu płynie czas - przeczucie 
zmieniło się w pewność i przeszedł go dreszcz zgrozy, tak silny, że Andrys zadrżał pod 
okrwawioną zbroją, nie wiedząc, co robić. 
Calesta już się nie zjawi, to pewne. 
Andrys został sam. 
Teraz przedzierali się przez wrogą Puszczę i niebezpieczeństwo czaiło się za każdym 
zakrętem. Kilkakrotnie atakowały ich stwory uważające Puszczę za swój dom i tylko 
szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że dotychczas ich ataki były zbyt słabe i nieliczne, 
by stanowić prawdziwe zagrożenie. Następnym razem znów może to być stado białych 
wilków... albo coś jeszcze gorszego. 
W tamtej potyczce stracili ponad połowę koni, rozszarpanych, okaleczonych lub 
spłoszonych. Wodze tych ostatnich zostały w kilku przypadkach przepalone, a w innych 
przecięte, jakby ich strach podziałał na fae, która je uwolniła. Bardziej prawdopodobne, że 
w ten sposób urzeczywistniły się obawy jeźdźców. Przed odjazdem z pola bitwy Patriarcha 
modlił się wraz z nimi przez kilka minut, usiłując w pozytywny sposób spożytkować ich 
energię, tylko czy mu się to udało? Teraz wszyscy zdawali sobie sprawę z potęgi fae 
Puszczy i obawiali się, że to może ich zgubić. To samo, co zdarzyło się z uprzężą, równie 
dobrze mogło przydarzyć się materiałom wybuchowym. 
Spora część wierzchowców niosła teraz rannych, więc pozostali jeźdźcy musieli na zmianę 
podróżować pieszo. Andrys wolał iść 

387 

background image

piechotą niż jechać konno. Pełniona przez niego rola przewodnika wymagała nieustannego 
wyczuwania fae Puszczy, kontaktu z jej straszliwą potęgą. Wykorzystywał marsz jako 
środek uspokajający, a ból nóg jako więź z materialnym światem. Chociaż Łowca nie był już 
aktywnie związany z Puszczą, jego duch wciąż unosił się w tym gąszczu i gdyby młody 
Tarrant choć na chwilę osłabił czujność, chłodna moc tej grzesznej duszy wlałaby się weń, 
gasząc jego ciepłą osobowość i zastępując ją swoim ponurym wizerunkiem. Przy każdym 
kroku walczył z jego wpływem, ale wpadał w coraz głębszą rozpacz. Jak długo to wytrzyma 
bez niczyjej pomocy? Jaką może mieć nadzieję, że pozostanie przy zdrowych zmysłach, jeśli 
Ca-lesta rzeczywiście go opuścił? 
Jedyną pociechą był czarny jedwabny szal, którym teraz owiązał się w pasie pod zbroją. Jej 
szal. Nadal trochę wstydził się tego, że ukradł go Narilce. Naprawdę, co najmniej trzykrotnie 
chciał ją poprosić, żeby. mu go podarowała, lecz za każdym razem nie miał odwagi. Czyżby 
się bał, że mu odmówi? Albo że go wyśmieje? A może tego, że wyrażając tę prośbę 
słowami, przyznałby się, iż brak mu odwagi potrzebnej do zrobienia tego potajemnie? Teraz 
szal był jego jedyną pociechą i ten mokry od potu kawałek jedwabiu, przy każdym ruchu 
wpijający mu się w brzuch, przypominał ten krótki czas, jaki spędzili razem. 
Godzina za godziną, kilometr po kilometrze, przedzierali się przez dominium Łowcy. Teraz 
nawet rośliny zdawały się stawiać im opór i wciąż musieli wycinać sobie drogę przez 
cierniste krzewy oraz gałęzie drzew. 
Andrys zauważył, że przedtem ich nie było. A kiedy zatrzymali się na posiłek i ziemia 
zaczęła poruszać się pod ich nogami, zmuszając do pospiesznego odjazdu, to również było 
coś nowego. Najwidoczniej teraz, kiedy Łowca już nie panował nad Puszczą, działanie 
Andrysa jako talizmanu szybko słabło. To była przerażająca myśl. 
Trzykrotnie przerywali marsz, żeby napoić konie i załatwić inne potrzeby - zawsze na 
skalistym gruncie, gdzie nie mogli ich dopaść podziemni drapieżcy - a raz, by odpocząć, na 
zmianę pełniąc warty. Andrys, chociaż próbował, nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, ilu jego 
towarzyszy także nie zdołało zmrużyć oka. Nie byli żołnierzami, nauczonymi walczyć w 
obliczu nieustannego znużenia, lecz zwykłymi mieszczanami, którzy do niedawna myśleli o 
zmęczeniu wyłącznie w kategoriach wysiłku w sali gimnastycznej, 

388 

background image

połączonego z gorącą kąpielą i obiadem. Nie o tym, co spotkało ich w Puszczy. 
On też opadał z sił, a nieustannie napięte nerwy chwilami odmawiały mu posłuszeństwa. Jak 
długo jeszcze wytrzyma? 
Calesto, pomóż mi! Sam nie dam rady. Nie mam dość sity. 
Żadnej odpowiedzi. 

Szczury. Były tu szczury. Słyszała ich piski w ciemnościach, gdy szukały pożywienia na 
zabłoconej posadzce. Czasem któryś z nich podchodził do niej, szukając pożywienia. 
Ostrymi zębami skubał jej ciało, a ona z histerycznym wrzaskiem wierzgała nogą i znikał, 
może odrzucony kopniakiem, a może tylko spłoszony. Na jakiś czas. Wciąż wracały. 
Nie wiedziała, jak długo tutaj przebywa. Dostatecznie długo, by zdołała przemierzyć całą 
długość i szerokość tej celi oraz zbadać palcami każdy centymetr jej powierzchni. Ściany 
były z topornie ciosanego kamienia, wilgotnego od śluzu, a błotnista woda na posadzce w 
jednych miejscach sięgała jej po kostki, a w innych była zaledwie cieniutką warstewką. 
Nigdzie nie znalazła śladu drzwi, natomiast te miękkie i poruszające się wzgórki, po których 
deptała, chodząc... wolała nie wiedzieć. 
Była głodna, tak głodna, że nawet przestała się bać, i chociaż zaschło jej w gardle, nie 
odważyła się pić wody z kałuży ani lizać wilgotnych ścian. Płakała, aż nie miała już sił, by 
dalej szlochać, i zwinęła się na mokrej podłodze, drżąc i usiłując pogodzić się z losem. 
Och, Andrysie... 
Chciała tylko mu pomóc. Zrobiłaby wszystko, żeby tego dokonać, chętnie pogodziłaby się z 
losem, byle tylko ulżyć mu w cierpieniach; teraz jednak siedziała tutaj, bogowie wiedzą 
gdzie, i za każdym razem, gdy zamknęła oczy, podkradał się do niej szczur lub inne 
stworzenie, które odpędzała histerycznymi kopniakami, nie zdążywszy się jeszcze dobrze 
zbudzić... 
To tylko koszmarny sen, powtarzała sobie. Jedne koszmary prześladują cię we śnie, inne na 
jawie, ale zawsze kiedyś się kończą, prawda? Oblizała usta wyschniętym językiem, 
zastanawiając się, jak długo potrwa ten koszmar. Czy tylko tego chciał od niej albinos - żeby 
sczezła w tej cuchnącej norze, nawet nie wiedząc, gdzie jest? Czy 

389 

background image

sycił się jej rozpaczą lub innymi emocjami? Postanowiła, że nie da mu tej satysfakcji. 
Dopóki ma siłę marzyć, będzie wspominała swoje życie i miłość. Będzie myślała o Andrysie 
Tarrancie, aż jego wizerunek tak mocno wryje się w jej pamięć, że nawet w chwili śmierci, 
kiedy szczury i jaszczurki zaczną pożerać jej ciało, jej dusza wciąż będzie radosna Niech ten 
drań albinos pożywi się jej miłością, jeśli chce. Może się nią udławi? 
Coś poruszyło się nad jej głową. Usiadła z trudem, opierając się o śliską ścianę. Usłyszała 
zgrzyt i odniosła wrażenie, że coś się przesuwa. Zobaczyła poszerzający się prostokąt, mniej 
czarny od otaczającej ich ciemności, szary i niewyraźny, ale od biedy można by to nazwać 
światłem. Zamrugała, patrząc na to i nie wierząc własnym oczom. 

Pora wyjść. - To był głos albinosa, już nie ludzki, lecz dziw 

nie bełkotliwy, tak że z trudem rozpoznawała słowa. Coś spłynęło 
z mroku i z pluskiem wpadło w kałużę obok Narilki. Ostrożnie wy 
ciągnęła rękę, by sprawdzić co to takiego. Namacała gładkie drzew 
ce. Drabina. Spuścił jej drabinę. - Do góry! - warknął. - Już! 
Narilka zawahała się. To, co czekało ją na górze, mogło być gorsze niż jej obecne położenie, 
z którym prawie się już oswoiła. Przypomniała sobie ohydny smród sfory albinosa, ból 
ugryzień. Nie. Lepsza już ta ciemność. 
Kiedy zobaczył, że się nie ruszyła, zawył wściekłe, jak zwierzę. Usłyszała tupot 
nadbiegającego stada i z rozpaczą w sercu pojęła, że te stwory, których najbardziej się 
obawiała, mogą po prostu zejść tu i wywlec ją na górę. Upór na nic się nie zda. Powoli, 
drżąc jak w febrze, zaczęła się wspinać. Stojące na górze bestie warczały głucho, a albinos 
razem z nimi. Kiedy dotarła do włazu, chwycił ją za włosy i wywlókł na powierzchnię. W 
oczach stanęły jej gwiazdy. 

Jesteś mi potrzebna - syknął. Trzymał ją za ubłocone włosy, 

odchylając głowę Narilki. - Nie opieraj się. Jeśli nie posłuchasz, rzu 
cę cię im na pożarcie, rozumiesz? Zrobię ci krzywdę! 
Nie miała siły kiwnąć głową. Nie mogła wydać głosu. Warcząc, powlókł ją korytarzem. 

Równina powoli zmieniła się w pogórze, a niewielkie wzniesienia szybko ustąpiły miejsca 
stromym górskim zboczom. To dobry znak, powiedział Patriarcha. Z notatek Vryce'a jasno 
wynikało, że 

390 

background image

forteca Łowcy znajduje się w górach, tak więc podążali we właściwym kierunku. 
W końcu dotarli tak wysoko, że konie nie mogły już iść dalej i musieli je zostawić. Mając do 
wyboru pozostanie z wierzchowcami lub dalszą wspinaczkę pieszo, ranni postanowili iść. 
Andrys nie miał im tego za złe. W tak niegościnnej okolicy, gdzie w każdej chwili z mroku 
mogło wychynąć nowe niebezpieczeństwo, garstka rannych mężczyzn i kobiet nie miała 
żadnych szans. 
Martwych zdjęto z koni i pogrzebano w prowizorycznym kurhanie. Andrys uznał to za stratę 
czasu. Czyż Kościół nie nauczał, że martwe ciało to tylko pusta skorupa? Czy ich 
towarzysze nie woleliby pochować ich po drodze, niż tracić czas na takie bezsensowne 
ceremonie? Jednak Patriarcha uparł się. Powiedział, że pozostawienie zabitych bez 
należytego pochówku „zatrułoby przyszłość". 
Wspinali się, niosąc na plecach zaopatrzenie, prowiant i materiały wybuchowe. Pięli się 
coraz wyżej po zygzakowatej ścieżce biegnącej po zboczu. Czasem droga była tak stroma, 
że musieli chwytać się tych samych pnączy, które usiłowały ich zatrzymać, a ci, którzy nie 
zdołali tego zrobić, zsuwali się o pół kroku w dół przy każdym, jaki zrobili naprzód. Otarcia 
piekły Andrysa żywym ogniem, lecz był gotów założyć się, iż było to niczym w porównaniu 
z cierpieniami Patriarchy lub rannych żołnierzy. Prądy stały się tak potężne, że słyszał je 
nawet mimo woli. Ich ryk tłumił wszystkie inne dźwięki, uniemożliwiając rozmowę. A tak 
silnie omywały jego ciało, że musiał z nimi walczyć, by nie ściągnęły go na ziemię, gdzie 
zatonąłby w nich lub w mocy Geralda Tarranta. Jak długo jeszcze wytrzyma? 
W końcu teren stał się nieco równiejszy. Andrys oparł się o pień drzewa, ciężko oddychając, 
lecz natychmiast odskoczył, gdy kilka centymetrów od jego twarzy z sykiem pojawił się 
wąż. Czy to przeklęte miejsce nigdy się nie podda? Jeden po drugim jego towarzysze 
dołączyli doń i chociaż nikt nie mówił tego głośno, najwyraźniej wszyscy mieli nadzieję, że 
najgorszą wspinaczkę mają już za sobą. Nieśli nie tylko prowiant i broń, ale także cześć 
ekwipunku dotychczas przewożonego przez konie i ten ciężar na plecach czynił każdy krok 
dziesięć razy trudniejszym. 
Andrys wyczuł, że wróg jest już blisko. Jakakolwiek ciemna siła próbowała ich zatrzymać, 
ktokolwiek zasiadał teraz w sercu Puszczy i snuł pajęczą sieć nienawiści, w jaką chciał ich 
schwytać, był tam, tuż przed nimi. Andrys wyczuwał to w powietrzu, smród tak 

391 

background image

ohydny, że niektórzy pozasłaniali sobie usta i nosy chustkami, w rozpaczliwej nadziei, że w 
ten sposób powstrzymają odór. Czuł rozbrzmiewającą echem w jego mózgu obecność 
stworzenia tak ohydnego, że Łowca wydawał się przy nim dziewiczo czysty. 
Przed nimi była grań, która zasłaniała dalszy widok. Zefila wysłała na nią zwiadowców. 
Andrys z daleka wyczuwał ich napięcie, gdy mijali tę naturalną zaporę. Po chwili, która 
zdawała się długa jak wieczność, zwiadowcy pojawili się na grani i dali pozostałym znak, by 
ruszyli za nimi. Andrys i Zefila poszli pierwsi, a Patriarcha pokusztykał za nimi. Dotarli na 
grań, minęli ją... 
I stanęli jak wryci. Wytrzeszczyli oczy. 
Przed nimi, wynurzając się z mroku, stal zamek. Porastające większość Puszczy drzewa były 
w tym miejscu nieliczne i w blasku półksiężyca Primy Andrys mógł dobrze przyjrzeć się 
fortecy. Miała czarne, lśniące mury, które równie dobrze mogły być wyczarowane z 
falującej wody, tak lśniły w świetle księżyca. Usłyszał westchnienia kolejnych towarzyszy 
wyłaniających się zza grani, jednak ich zdumienie nie mogło równać się z jego 
zaskoczeniem. Oni nie czuli takiego przerażenia, jakie on odczuwał, spoglądając na cytadelę 
zbudowaną przez jego upiornego przodka. 
Ponieważ była to kopia zamku neohrabiów Merenthy. Jego rodzinny dom, oddany w 
najdrobniejszych szczegółach. Wykuty z czarnego wulkanicznego szkła, jakby drwiący z 
domostwa, w którym Andrys się wychował. Z tamtego okna wypatrywał go Samiel; na tym 
progu marszczył brwi Betrise. Tam, na tym dziedzińcu... ruszył ku niemu, gnany 
przerażeniem. Czy wszystko będzie takie samo, aż po ostatni kamień bruku? 

Tarrancie! - Zefila złapała go za ramię i o mało nie zwaliła z nóg, 

mocno pociągnąwszy w tył. ~ Nie oddalaj się, do diabła! 
W milczeniu, ostrożnie, weszli na dziedziniec. Wszędzie leżały ciała Ludzkie, na pół pożarte 
i gnijące. Sterty końskiego ścierwa w tym samym stanie. Żołnierze trącali je końcami 
mieczy, upewniając się, że to naprawdę trupy. Potem ustawili się w szeregu z gotowymi do 
strzału kuszami. Skąd nadejdzie niebezpieczeństwo? Andrys wyczuwał je, ale nie potrafił 
określić. Coś na nich czekało. Gdzie? 
Nikogo tu nie ma - powiedziała jedna z kobiet. 
Sprawdźcie to - rozkazała Zefila Skinęła na dwóch mężczyzn, którzy ruszyli do budynku... 
Wtem, na murze, wzdłuż dziedzińca, na którym przed chwilą 

392 

background image

nikogo nie było, pojawiły się białe sylwetki. Oczywiście, pomyślał ponuro Andrys, zaklęcie 
osłaniające, najprostszy rodzaj Sztuki. Prowadząc wojnę z czarownikiem, powinni się tego 
spodziewać. 
Białe zwierzęta, identyczne jak te, które zaatakowały ich wcześniej na polanie, stały w 
regularnych odstępach na murze. Jest ich piekielnie dużo, zanotował w myślach Andrys. 
Jednak, aby dopaść żołnierzy, musiałyby zeskoczyć z muru i przebiec spory kawałek dzie-
dzińca. Mając sporo kusz i trochę szczęścia, żołnierze być może zdołają odeprzeć atak. 
Jakby w odpowiedzi na te rozmyślania, na murze pojawiła się jakaś postać. Mężczyzna 
szedł wzdłuż parapetu, ciągnąc kogoś za sobą. Smuga księżycowego światła padła na nich, 
ukazując upiorną twarz albinosa, a obok bladą i udręczoną twarz... 
Serce zamarło w piersi Andiysa, gdy ujrzał zakładniczkę albinosa. Cały świat jakby zastygł 
na moment, zmrożony tym strasznym widokiem. 

Człowieku Kościoła! - wrzasnął wyzywająco albinos, lecz 

Andrysowi wydało się, że usłyszał w jego głosie strach. - Mam two 
ją dziewczynę! Widzisz? 
Popchnął ją naprzód, w smugę księżycowego światła. W ręce trzymał nóż, który przyłożył 
jej do gardła. 

Wycofaj się wraz ze wszystkimi twoimi ludźmi, inaczej pode 

rżnę jej gardło! 
Teraz Andrys widział ją wyraźnie, błagalne spojrzenie przerażonych oczu Narilki. Albinos 
jedną ręką trzymał ją za włosy. Teraz szarpnął za nie i warknął: 

Czekam. 

Andrys zobaczył, że skrzywiła się z bólu, ale nawet nie pisnęła. Niewątpliwie albinos, tak 
samo jak jego pan, lubił słuchać krzyków swych ofiar. To musi być złudzenie, pomyślał z 
rozpaczą, jakiś zły czar. Przecież Narilki nie może być tutaj. To na pewno nie ona. 
Jakby czytając w jego myślach, albinos przycisnął ostrze do szyi dziewczyny. Wypłynęła 
kropla krwi. 
Powiedz mu - syknął. 
Andrysie - powiedziała słabym, ale spokojnym głosem. - Proszę. 
Widzisz? - zapytał albinos. - Chcesz usłyszeć więcej? 
W panice obejrzał się na Patriarchę. Ten miał ponurą minę, ale pokręcił głową. Widocznie 
ujrzał wizję, z której jasno wynikało, że nie powinien używać swej mocy. Co oznaczało, że 
Andrys był zdany 

393 

background image

wyłącznie na siebie. Z rozpaczą zerknął na Zefilę, lecz ta nie zamierzała się wtrącać bez 
rozkazu Patriarchy. 

Natychmiast opuśćcie to miejsce - warknął albinos. - Inaczej 

jej krew spadnie na twoje ręce. 
Dlaczego nie dał rozkazu do ataku? Jego stado zajęło pozycje. Było wystarczająco liczne, by 
dziedziniec spłynął krwią. Czyżby obawiał się, że tutaj, w sercu królestwa Łowcy, Andrys 
zdoła wykorzystać moc przodka? Czy sądził, że walka może przeważyć szalę i zmienić 
Andrysa we wroga, któremu nie zdoła sprostać? Nagle młody Tarrant zrozumiał, jak bardzo 
tamten obawia się Łowcy. Świadomość własnej bezsilności stała się tym dotkliwsza, kiedy 
porównał ją z możliwościami tego, którego bał się albinos. 
Z rozpaczą w sercu spojrzał na Narilkę. Jakże wydawała się bezradna, tak krucha z nożem 
przytkniętym do szyi! Krucha, jeśli nie znało się siły jej charakteru, krucha, jeżeli ktoś nie 
wiedział, że potrafiła się bronić, krucha, gdy ktoś nie słyszał opowieści o mężczyznach, 
którzy uznali ją za idealną ofiarę i dostali nauczkę... 
Popatrzył jej w oczy i pojął. Odczytał w nich wiadomość i zrozumiał ją. 

Wybór należy do ciebie - warknął albinos zwierzęcym, ledwie 

zrozumiałym głosem. 
Daj mi szansę, błagały jej czarne oczy. Nie było w nich cienia strachu, tylko napięcie. Daj 
tylko jedną szansę. 
Ujrzał, że albinos zaciska w dłoni nóż. Zbliżał się decydujący moment. Przychodził mu na 
myśl tylko jeden sposób, w jaki mógł dać jej szansę, tylko jedna rzecz, jaka mogła odwrócić 
uwagę albinosa. Chociaż na samą myśl o tym skurczył się ze strachu, nie zawahał się. W 
przeszłości wielokrotnie ją zawiódł... lecz nie tym razem. 
Otworzył się na Puszczę. Nie powoli i ostrożnie, lecz gwałtownie, odrzucając pieczołowicie 
wznoszone podczas tej podróży zapory, gotowy umrzeć, jeśli będzie trzeba, aby ją ocalić. I 
moc wezbrała w nim z potwornym impetem. Nie była to siła, jaką sam stworzył, lecz 
mroczna, zimna moc, nosząca znienawidzone piętno. Upiorna, nieczysta potęga Geralda 
Tarranta rozlała się po całym jego ciele, zrywając ostatnie wątłe więzi człowieczeństwa, 
rozchodząc się jak trucizna po organizmie, przekształcając każdy narząd, każdą komórkę, 
owijając lodowate palce wokół jego duszy i ściskając, ściskając... 
Z jękiem otworzył oczy. Ziemię spowijał srebrzysty blask. Światło księżyca falowało w 
rytm muzyki. Ściany zamku płonęły mocą, 

394 

background image

która gromadziła się w nich przez wieki, a którą mógł wykorzystać wedle swej woli. Jednak 
nie musiał. Wystarczyło, że spoglądał na świat oczami Geralda Tarranta; wystarczyło, że w 
jego głosie zabrzmiała buta i okrucieństwo tamtego. 
- Puść ją - rozkazał. 
Zaszokowany albinos szeroko otworzył oczy. Ze strachu? An-drys zobaczył, że tamten 
drgnął, zrozumiawszy, jaką potęgę wezwał na pomoc przeciwnik. Trzymająca nóż ręka na 
chwilę opadła... 
Narilka nie przegapiła szansy. Oburącz chwyciła ramię z nożem i kopnięciem podcięła 
albinosowi nogi, jednocześnie pochylając się do przodu i starając się trzymać ostrze z daleka 
od swojej szyi. Ten niespodziewany manewr zupełnie pozbawił równowagi przeciwnika, 
który przeleciał w powietrzu i spadł na parapet muru. Nóż ze szczękiem upadł na 
dziedziniec, gdy albinos rozpaczliwie chwycił się wolną ręką muru. Drugą wciąż trzymał 
dziewczynę za włosy i przez moment wydawało się, że wykorzystując ją jako linę ratun-
kową, zdoła się wygramolić z powrotem. Jednak Narilka błyskawicznie uderzyła go w twarz 
nasadą dłoni, tak mocno, że Andrys usłyszał trzask łamanej kości. Albinos puścił krawędź 
muru i zaczął się zsuwać. Przez jedną mrożącą krew w żyłach chwilę zdawało się, że 
pociągnie ją ze sobą, lecz dziewczyna z całej siły zaparła się o mur i sekundę później jej 
wysiłki zostały wynagrodzone. Ściskając w garści pasmo wyrwanych włosów, albinos runął 
w dół, obracając się w powietrzu, a kiedy uderzył o kamienie dziedzińca, żołnierze już na 
niego czekali. 
Drżąc, Andrys opadł na kolana. Widział Narilkę na szczycie muru, widział, jak tuż przed 
nim żołnierze siekali albinosa na kawałki, ale nie był już w stanie kojarzyć tych obrazów. 
Wszelkie ludzkie emocje opuściły go, pozostawiając tylko wygłodniałą ciemność. Andrys 
Tarrant przepadł, stał się ledwie nikłym wspomnieniem, szeptem w bezkresnym mroku. 
Jego miejsce zajmowała fae Puszczy, zagarniając ciało i duszę, które tak długo jej się 
opierały. Prądy mocy z rykiem przelatywały przezeń, zagłuszając odgłosy realnego świata. 
Blask księżyca niczym kwas palił mu skórę, gdy moc lasu zaczęła zmieniać jego ciało, 
przekształcając je zgodnie z wzorcem ustanowionym przez Geralda Tarranta. 
Ona żyje, pomyślał, zapadając się w ciemność. Tylko to się liczy. Puszcza dała mu to, czego 
chciał, a teraz czas za to zapłacić. 
Andri... 

395 

background image

Korzenie drzew wysysały zeń wszystkie siły. Ziemia dotykała jego bijącego serca. Zapadał 
w śmierć, która w Puszczy nie oznacza kresu. Wzywała go wieczność, mroźna i ciemna. 
Andri, powiedz coś. Proszę. 
Wokół słyszał tysiąc głosów. Odgłosy życia, nic nie znaczące dla istoty, jaką się teraz stał. 
Tylko jeden głos wyraźnie rozbrzmiewał w ciemnościach i wprawiał jego duszę w drżenie. 
Andri! 
Z mroku napłynęło wspomnienie. Jakaś maleńka iskierka usiłowała rozbłysnąć płomieniem. 
Ten głos przyciągał go jak magnes, niosąc przez mrok, na przekór prądom, na tak odległą 
powierzchnię. 
Proszę, ocknij się. Proszę, Andri. 
Resztkami sił i świadomości Andrys Tarrant sięgnął do źródła tego głosu. Poczuł ciepłe 
ciało, ręce - jej dłonie - dotykające go, ciągnące z powrotem. 

Narilka? - szepnął. 

Przywarła mu do piersi, tuląc go i płacząc. W miejscach, gdzie padały jej łzy, chłód 
opuszczał jego ciało. Jej głos był balsamem, który sprowadził go z powrotem do świata 
żywych. Poczuł palące ciepło ciała dziewczyny, lecz był to miły ból. 
Nic mi nie jest - szepnął. Musiał zebrać wszystkie siły, by poruszyć ręką, unieść ramię i 
objąć nim Narilkę. Przez chwilę tylko tak leżał, wyczerpany. Puszcza wciąż była żywa w 
jego duszy, lecz jej uścisk słabł. Wkrótce znów będzie mógł się poruszać. Niebawem znowu 
stanie na nogi. Każda taka czynność, nawet tak prosta jak chodzenie, umocni jego 
panowanie nad własnym ciałem. 
Kocham cię - szeptał, całując jej włosy, nie zwracając uwagi na zlepiające je błoto. Dla 
niego była czysta i piękna. - Nigdy mnie nie opuszczaj. 
Wilki zniknęły. Czyżby były tylko złudzeniem, które rozwiało się wraz ze śmiercią twórcy? 
Czy też po prostu uciekły, bo bały się walczyć bez wsparcia czarnpksiężnika? Z miejsca, 
gdzie leżał, widział wchodzących do zamku żołnierzy, przeszukujących pomieszczenia, 
podkładających ładunki. Wkrótce się zacznie. Do świtu forteca Łowcy legnie w gruzach, a 
siła tego symbolu Zła rozpierzchnie się na wszystkie strony świata. Szkoda, że nie razem z 
Łowcą... 
Zdrętwiał. Zimny dreszcz przebiegł mu po krzyżu. Mocniej przycisnął do siebie Narilkę. 

Andri? 

396 

background image

Z trudem zdołał usiąść. Pomogła mu. Chociaż Puszcza już przestała krążyć w jego żyłach, 
pozostała jeszcze jej niewielka resztka. Świadomość czegoś, co budziło dreszcz zgrozy, 
cichy szept... Co? 

Co się stało? - zapytała Narilka. - Powiedz. 

Powoli, korzystając z jej pomocnego ramienia, podniósł się z ziemi. Czynność oddychania 
wydawała mu się czymś obcym: płuca bolały go, jakby nie używał ich od wieków. Co też 
takiego wyczuł? Czym jest to nowe zagrożenie, jakiego nie potrafił określić? Było blisko, 
bardzo blisko. Czuł jego smak. 
Nagle zrozumiał. Spojrzał na zamek, wyczuł tę obecność i zrozumiał. 
O mój Boże - wyszeptał. 
Andri? - spytała łagodnie, lecz w jej głosie słyszał lęk. - Co się stało? 
Nie było tu Calesty, ale już go nie potrzebował. Wspomnienia wróciły same. Samiel. 
Betrise. Abechar. Jego rodzinny zamek zalany krwią. 
Poczuł przypływ ciemnej siły. Miłość, która ogrzała jego duszę, zmieniła się w nienawiść. 

Łowca jest tutaj - szepnął. 

background image

40 

unel sprawiał wrażenie, że nie ma końca. Może nigdy się nie skończy, 
pomyślał Damien. Może to prawdziwe piekło i przez całą wieczność będą 
truchtać w tych dusznych ciemnościach, zmierzając do nie istniejącego 
celu. Jeśli tak, to Tarrant w pełni sobie na to zasłużył. 

Trudno jednak było mu się złościć na człowieka, który tak bardzo się męczył. Udręczone 
ciało neohrabiego potrzebowało teraz do wyzdrowienia tego, czego potrzebuje zwyczajny 
śmiertelnik: jedzenia i wody, wytchnienia po stresach, dużo snu. Krótko mówiąc, 
wszystkiego, czego nie mógł mu zapewnić podczas tej wyprawy. Wiedział, do czego jest 
zdolny Łowca, ale jakie były możliwości tego żywego człowieka, który teraz maszerował u 
jego boku? Damien nie miał pojęcia. Jednak Tarrant, chociaż poczerwieniał z wysiłku i 
szedł z wyraźnym trudem, nie zwalniał kroku. Oto dawny Łowca, pomyślał Damien. Miał 
nadzieję, że ten nowy dorówna staremu. 
Kiedy lekko zwalniali, żeby wyjąć z bagażu resztki zapasów, albo zatrzymywali się na 
chwilę - cud nad cudami - żeby pozbyć się przetrawionych posiłków, Damien uważnie 
obserwował towarzysza. Tarrant wyraźnie kusztykał i szedł w sposób świadczący o tym, że 
ma pęcherze na nogach, lecz pomimo to nie upadał na duchu. Czegokolwiek pozbawiła go 
matka Iezu, nie miało to żadnego wpływu na jego odwagę i wytrzymałość. Jakiego rodzaju 
potomek z duszą Tarranta będzie teraz kroczył po tej planecie, obdarzony własną wolą i 
umiejętnością tworzenia iluzji? Damien wciąż wypatrywał u Tarranta oznak jakiegoś 
ubytku, jakiejś cechy nie pasującej do jego dawnej osobowości, lecz do tej pory nie zdołał 
znaleźć niczego takiego. Może się mylił i poczęcie nowego Iezu nic nie kosztowało jego 
ojca Jeśli Bóg był łaskaw. 
Szli już od wielu godzin, zbyt wielu, by je zliczyć, a kiedy Damien podnosił latarnię i 
oświetlał twarz Tarranta, widział skurcz 

398 

background image

bólu przemykający po niej przy każdym kroku. Jego uwagi, że ten ból tylko się nasili, jeśli 
nadal będą maszerować w takim tempie, okazały się bezskuteczne. Kiedy Damien raz czy 
dwa odważył się wyrazić je głośno, Tarrant obrzucił go jadowitym spojrzeniem, które 
przyniosłoby chlubę jego poprzedniemu wcieleniu, jakby propozycja krótkiego odpoczynku 
była nie tylko idiotyczna, ale głęboko obraźliwa. 

Posłuchaj - rzekł w końcu były kapłan, kiedy znów przystanę 

li, by posilić się resztkami zapasów. - Oni nie zdołają odnaleźć two 
jej sekretnej komnaty, prawda? Anie podpalą Puszczy, dopóki z niej 
nie wyjdą, co potrwa w najlepszym wypadku kilka dni. - Oparł się 
o zimną ścianę tunelu, czując bolesne mrowienie mięśni, gdy prze 
nosił ciężar ciała na drugą nogę. - A więc mamy trochę czasu. Mo 
żemy poświęcić kilka minut na odpoczynek. Tylko po to, żeby zła 
pać oddech. -1 dodał sucho: - Wiesz, żywi robią takie rzeczy. 
Tarrant patrzył na niego przez długą chwilę, a potem bez słowa przytknął do ust manierkę i 
przełknął kolejny łyk cennej wody. Damien zanotował w myślach, że to ostatnie krople: 
muszą szybko znaleźć gdzieś wodę. Tarrant pedantycznie zakorkował manierkę i przewiesił 
ją sobie przez ramię, kolejny raz zakładając, że Damien nie będzie jej niósł. 

Oni zamierzają wysadzić fortecę - rzekł. I znów szybko, cho 

ciaż kulejąc poszedł tunelem. 

Wysadzić? - Damien przez chwilę był tak wstrząśnięty, że 

znieruchomiał. Potem przebiegł kilka kroków, żeby dogonić Łow 
cę. Zasapany nie mógł wykrztusić słowa, ale wreszcie zapytał: - 
Mówisz o materiałach wybuchowych? 

Zazwyczaj takich się do tego używa. 

Złapał Tarranta za ramię i zatrzymał. 

Chcesz mi powiedzieć, że kiedy będziemy tam przeglądać two 

je notatki, cała forteca może nam runąć na głowy? 
Na twarzy neohrabiego pojawił się nikły uśmiech. 
Mam nadzieję, że nie będziemy na to czekać. 
Idziemy tam po książki - powiedział Damien cichym, ale gniewnym głosem. - Książki, 
Geraldzie! Rozumiem, że one są ważne, ale chyba nie warto dla nich ginąć. Nie mam nic 
przeciwko ryzykowaniu życia dla uratowania życia - a nawet obrony ideału -ale narażać je 
dla sterty książek... 
Te książki są bramą do przyszłości - odparł ostro Łowca. - 

399 

background image

Umożliwią porozumienie między nami a stwórcą lezu, co pozwoli nam dokonać czegoś, o 
czym nawet nie marzyli nasi przodkowie z Ziemi. A jeśli masz rację co do tych zmian fae... 
Jeśli ludzie rzeczywiście nie będą mogli jej wykorzystać, aby zdobyć wiedzę... Ta brama 
może okazać się niedostępna. Na zawsze. Jeśli pozwolimy teraz zniszczyć te księgi, nasi 
potomkowie będą skazani na wielowiekowe dociekania prawdy. Kto wie, czyją zdołają 
odkryć? Ta wiedza może być stracona na zawsze... 
-1 chcesz zaryzykować dla niej życie? - zapytał Damien. - Dla wiedzy? 

Już to kiedyś zrobiłem - przypomniał neohrabia. - Może za 

drugim razem pójdzie łatwiej. 
Wygładził zmięty przez Damiena rękaw koszuli, lecz ten gest nie miał wpływu na fae i ślady 
pozostały. 
Zostań tu, jeśli chcesz. Powinieneś bezpiecznie wydostać się z tunelu. - Zsunął z ramienia 
pasek manierki i pozwolił, by metalowy pojemnik upadł na ziemię. Łoskot uderzenia odbił 
się echem od gładkich ścian tunelu. - Pójdę sam. 
Akurat. - Damien schylił się i podniósł manierkę. Tarrant szedł szybkim krokiem i były 
kapłan musiał potruchtać, żeby go dogonić. - A kto cię wyciągnie z tarapatów, kiedy mnie 
zabraknie? 
Łowca nie odpowiedział. 

Tunel wreszcie zaczął biec w górę, zapowiadając koniec wędrówki. Nogi tak bardzo bolały 
Damiena, że obawiał się, iż w każdej chwi* li mogą mu odmówić posłuszeństwa i nie 
zechcą go dalej nieść. Wolał nie myśleć, jak czuje się Tarrant. De czasu już szli - cały dzień? 
Dwa? Jeśli wylecą w powietrze, to przynajmniej nareszcie odpoczną. W tym momencie 
wydawało się to nawet przyjemną perspektywą. 
W końcu, gdy wyglądało na to, że żaden z nich nie zrobi już ani kroku, dotarli do podnóża 
wykutych w skale schodów. Nawet nie przystanąwszy, by zaczerpnąć tchu, Łowca zaczął 
piąć się w górę. W pewnej chwili Damien zobaczył, że neohrabia się zachwiał. Już się 
szykował, by go złapać, lecz Łowca oparł się ręką o ścianę, odzyskał równowagę, 
zaczerpnął tchu i znów ruszył w górę. Jest nieludzko zdeterminowany, pomyślał Damien, 
chwiejnie gramoląc się za nim. Czy powinienem się temu dziwić? Ten człowiek kiedyś 

400 

background image

pokonał śmierć siłą swojej woli. Dlaczego miałaby go zatrzymać taka drobnostka jak 
odrobina bólu? 
Pokonali dwie kondygnacje schodów, może trzy. Na szczycie był mały podest, na którym 
przystanęli, by nabrać tchu. Grube drzwi z różodębu zagradzały przejście, Żelazne obejmy 
najwidoczniej miały przytrzymywać ryglującą je z tej strony zasuwę, której - na szczęście - 
nie było. Damien nie miał pewności, czy zdołałby ją podnieść. Nie prosząc o pomoc, 
Tarrant chwycił za najbliższą obejmę i zaczaj ciągnąć. Widząc, że nie daje sobie rady, 
Damien złapał za drugą i również pociągnął. We dwóch, centymetr po centymetrze, otwo-
rzyli masywne drzwi. Ich zawiasy przeciągle zaskrzypiały, wystarczająco głośno, by 
wywołać grymas na twarzy Damiena. Z otworu buchnął im w twarze potworny zaduch. Był 
to smród gnijącego mięsa i wydalin, zmieszany z co najmniej tuzinem innych woni, których 
pochodzenia Damien wolał się nawet nie domyślać. Przez minutę z trudem powstrzymywał 
mdłości. Co tu się dzieje, do diabła? 
Jeśli Tarrant wyczuł ten smród, to niczym nie dał tego po sobie poznać. Kiedy szpara w 
drzwiach była już dostatecznie szeroka, wślizgnął się do środka, a Damien za nim. 
Zrobiwszy to, podkręcił płomień w lampie tak, by mogli zobaczyć pomieszczenie, w którym 
się znaleźli. Była to niewielka komnata, wyciosana w skale, skromnie umeblowana i 
wyposażona. Na jej środku stał stół z kamiennym blatem i w blasku lampy Damien 
dostrzegł jakieś leżące na nim przedmioty. Podszedł i obejrzał je z bliska. Łańcuchy. 
Kajdany. Fekalia, zapewne ludzkie, rozsmarowane po stole. Sądząc po ostrej woni, zapewne 
niedawno. 
Czy ja chcę wiedzieć, do czego służyło to miejsce? 
Nie. - Tarrant przez kilka sekund spoglądał na stół, mrużąc oczy. Jeden Bóg wiedział, o 
czym teraz myślał. - Wystarczy, jeśli powiem, że ja utrzymywałem tu lepszy porządek. 
Przeszedł w przeciwległy kąt pokoju, gdzie nieco mniejsze drzwi cicho otworzyły się, kiedy 
je pchnął. Przechodząc przez nie, Damien usłyszał ciche dźwięki dolatujące z góry: echo 
rozmów i odgłosy uderzeń, przenoszone przez grubą skałę. Żołnierze Kościoła musieli być 
bardzo blisko. 

Moje zaklęcia powstrzymają ich - rzekł cicho Łowca, jakby 

czytał mu w myślach. Gdy szli przez cuchnący mrok, Damien za 
stanawiał się, kogo właściwie Łowca chciał przekonać. Nagle Tar 
rant wyprostował się, jakby dostrzegł wroga. Damien wyrwał miecz 

401 

background image

z pochwy, gotowy do odparcia ataku. Jednak Tarrant nie odrywał wzroku od ziemi, gdzie fae 
była gęsta i bogata w treści. To ona go zaalarmowała, a nie czyjaś obecność. W końcu 
Tarrant oznajmił spokojnym i chłodnym głosem: 
On nie żyje. -Kto? 
Amoril. Mój uczeń. - Łowca zmrużył oczy. - Zdradził mnie. 
Jesteś pewny? 
Neohrabia jakby się zawahał. Czyżby teraz, kiedy nie mógł zinterpretować ich swoją Sztuką, 
informacje przenoszone przez fae były dla niego mniej czytelne? 

Tak - odparł w końcu. - Mieszkał tu i rządził dostatecznie dłu 

go, by zostawić swój ślad w fae. Ten smród to niewątpliwie także 
jego dzieło... albo jego ulubieńców. Nigdy nie był pedantem. - Wy 
krzywił z obrzydzeniem cienkie wargi. - Równie oczywiste jest to, 
że już go nie ma, a to można wyjaśnić tylko w jeden sposób. - 
Z ponurą miną spojrzał na Damiena. - Jeśli naprawdę zdołali go za 
bić, to zostało nam bardzo mało czasu. 
Poszli dalej, korytarzem bardziej przypominającym pieczarę niż tunel, przy 
akompaniamencie irytująco powoli kapiącej gdzieś w oddali wody. Od czasu do czasu przez 
szczeliny nad ich głowami niosły się echa dźwięków. Głosy żołnierzy wykrzykujących 
rozkazy. Wycie zwierząt, krzyki umierających. Damien powtarzał sobie, że to dobrze, że je 
słyszą. Dopiero kiedy te odgłosy ucichną, zaczną się prawdziwe kłopoty. 
Doszli do kolejnych drzwi, tak pięknie rzeźbionych, że zupełnie nie pasowały do tego 
kamiennego korytarza. Tarrant dotknął znajdującego się na nich znaku, zapewne pełniącego 
rolę zamka. Poli-turowane drzwi ustąpiły i obaj weszli do następnej komnaty. Światło 
niesionej przez Damiena latarni odsłoniło skromnie umeblowane i zastawione regałami 
pomieszczenie, które kiedyś mogło pełnić rolę biblioteki. Niewątpliwie była to pracownia 
Tarranta. 
Teraz kompletnie zdewastowana. 
Gzuł, że ten widok wstrząsnął Łowcą niczym cios pięści, a i on wzdrygnął się, popatrzywszy 
wokół. Księgi pozrzucane z półek i walające się na podłodze. Rękopisy podarte i pomięte 
jak śmieci. Skórzane okładki, oderwane od ksiąg i poznaczone śladami pazurów, cuchnące 
moczem i rozkładem. Usłyszał, że Łowca sapnął ze zgrozy na widok takiego zniszczenia, i 
wyczuł, iż w pewien sposób 

402 

background image

zabolało go to bardziej niż inne dowody zdrady Amorila, a nawet utrata Puszczy. 
Wierzyłeś, że taka wiedza jest święta, pomyślał. Sądziłeś, że nawet sam Zły, stworzony 
przez człowieka, uszanuje jej wartość. Da-mien ze smutkiem pokręcił głową. Witaj w 
prawdziwym świecie, Geraldzie. 
Na środku komnaty znajdował się stół, teraz przewrócony. Tar-rant w milczeniu podszedł do 
niego i chwycił za jeden brzeg blachy. Damien odstawił latarnię i złapał za drugi. 

Dobrze przynajmniej, że twoi słudzy boją się ognia - pocieszył 

Łowcę, gdy stawiali mebel. - Jeśliby to spalili, nie zostałoby zupeł 
nie nic. 
Tarrant pozostawił to bez komentarza. Sięgnął ręką i z leżącej pod nogami sterty wyjął jedną 
stronicę, podartą, pomiętą i poplamioną jakąś brązową cieczą. Przez długą chwilę spoglądał 
na kartkę i Damien wiedział, że neohrabia obserwuje fae na powierzchni papieru, śledząc jej 
reakcję na zapisane tam słowa. Potem zacisnął pięść, mnąc kartkę. 
Nigdy nie znajdziemy właściwych stron - mruknął. Damien usłyszał w jego głosie znużenie. 
- Nie bez magii. 
Na pewno znajdziemy. Musimy, no nie? - Na jednym z regałów Damien dostrzegł kilka 
całych notatników i zdjął je z półki. -Do licha, moje biurko w Ganji wyglądało gorzej. 
Ich spojrzenia na moment spotkały się. Damien poczuł, że adept jest bliski rozpaczy, nie 
spowodowanej tym nieszczęściem czy poprzednimi, lecz wszystkim, czego doświadczyli, od 
kiedy rozpoczęli tę nieszczęsną misję. Nawet wytrzymałość Łowcy ma jakieś granice. A 
Tarrant nie mógł teraz wspomagać jej magią. 
2 oddali dobiegły głośniejsze dźwięki. Damien miał wrażenie, że to głosy spierających się 
ludzi i uderzenia metalu o kamień. Te odgłosy powoli się zbliżały. 

Chodź - nalegał. - Położył notatniki na stole i zaczął szukać 

następnych. - Mamy tu mnóstwo roboty. 
Już nie oglądał się na Tarranta, tylko skupił uwagę na otaczających go półkach. Ktokolwiek 
spowodował te zniszczenia, działał z entuzjazmem, ale nieskutecznie. Kilka tuzinów ksiąg 
pozostało nietkniętych - podniósł je z podłogi, otrzepał i zaniósł na stół. Tarrant przeglądał 
tom za tomem, szukając potrzebnych notatek w kronikach, jakie prowadził przez wieki. Daj 
Boże, pomyślał Damien, żeby były w którymś z tych ocalałych tomów. Inaczej... Spojrzał 
na 

403 

background image

leżącą na podłodze stertę i potrząsnął głową, usiłując nie myśleć o przeszukiwaniu jej. Ani 
jak długo by to trwało. 
Głosy rozlegały się coraz bliżej. Zbyt blisko. Spojrzał na Tarranta. 
Moje zaklęcia nie wpuszczą do tej komnaty nikogo prócz mnie i Amorila - rzekł w 
odpowiedzi na nie zadane pytanie. - A ponieważ Amoril nie żyje... 
Może przynieśli tu jego ciało? 
Nawet gdyby o tym pomyśleli - w co bardzo wątpię - nie uda im się. Te zaklęcia reagują na 
ludzką osobowość, nie ciało. 
Jednak mimo tych zapewnień Łowca zaczął nieco szybciej odwracać kartki i co jakiś czas 
spoglądał na drzwi, jakby upewniał się, że są zamknięte. 
Nagle usłyszeli kroki: ciężkie, stanowcze i najwyraźniej zmierzające w ich kierunku. 

Cholera - mruknął Damien, odkładając księgę, żeby wyjąć 

miecz. Łowca wstał, nieco chwiejnie; widocznie jego zmęczone 
ciało niezbyt entuzjastycznie witało perspektywę nowego wysiłku. 
Damiena też piekielnie bolały wszystkie mięśnie, ale to nie miało 
teraz znaczenia. Ktokolwiek ominął zaklęcia Łowcy, z pewnością 
nie będzie przyjaźnie nastawiony. 
A potem drzwi otworzyły się i nie osłonięte światło latarni oślepiło go na chwilę. Damien 
cofnął się o krok i zmrużył oczy, usiłując dostrzec, kim jest ta postać, która zdawała się lśnić 
jak słońce... 

O mój Boże! - szepnął, o mało nie upuszczając miecza. - Kim 

do licha...? 
Stojąca w progu postać nosiła srebmo-złotą zbroję, po tysiąckroć odbijająca blask lampy, w 
którym złote słońce na napierśniku jarzyło się niczym stara gwiazda Ziemi. Po kilku 
godzinach, jakie Damien i Tar-rant spędzili w ciemności, to światło było wręcz oślepiające. 
Jednak nie to najbardziej zdumiało Damiena. Jako doświadczonego żołnierza nie mogły go 
zaskoczyć prymitywne sztuczki, tak więc nawet widok legendarnej zbroi Proroka, 
identycznej jak na fresku w katedrze, specjalnie go nie zdziwił. Natomiast człowiek, który ją 
nosił zaskoczył go tak, że Damien o mało nie wypuścił miecza z ręki. 
Tym człowiekiem był Gerald Tarrant. 
Nie, pomyślał były kapłan, szybko dochodząc do siebie. Ten mężczyzna był opalony, a 
Tarrant miał bladą cerę. Oczy nieznajomego były ciemniejsze i głębiej osadzone. Był nieco 
niższy od Łowcy i może odrobinę bardziej krępy, a jego włosy nie zostały przystrzyżone 

404 

background image

dokładnie tak samo jak włosy neołirabiego. Jednak oprócz tych drobnych różnic, 
podobieństwo było zdumiewające. Irytujące. A nawet - w tych okolicznościach - 
przerażające. 
Tak zapewne wyglądał Tarrant za życia, kiedy w jego żyłach wciąż płynęła gorąca krew, a 
jego oczy nadal lśniły pasją ludzkich uczuć. Nawet rany przybysza świadczyły, że jest 
zwykłym śmiertelnikiem: czerwona szrama na czole, rozległy siniak na policzku. A wyraz 
jego oczu... Damien ujrzał w nich nienawiść, tak palącą, że zdawała się parzyć z daleka. 
Nawet zrodzone z nienawiści zjawy, które pojawiały się i znikały nad głową nieznajomego, 
były jak czerwone, złote i pomarańczowe iskierki, syczące w mroźnym powietrzu. 
Palącym spojrzeniem przeszył najpierw kapłana, a później Tarran-ta. W tych oczach tliło się 
szaleństwo i echo tak głębokiego bólu, że Damien wzdrygnął się na ten widok. 
Pokaleczonymi rękami przybysz odstawił lampę i wycelował kuszę w pierś Łowcy. Jednak 
Damien stał między nimi, wystarczająco blisko, by uniemożliwić mu strzał. 

Cofnij się - wychrypiał nieznajomy. W jego głosie pobrzmie 

wała nuta histerii, świadcząca o ogromnym wzburzeniu. Damien wi 
dywał już ludzi w takim stanie i wiedział, że są wtedy bardzo nie 
bezpieczni. - Zejdź mi z drogi! 
Nie mógł się ruszyć. Nie chciał.,.Pchnięcie w serce jest równie śmiercionośne dla adepta, jak 
każdego innego śmiertelnika". Kto tak powiedział? Nie mógł sobie przypomnieć. 

Kim jesteś? - zdołał wykrztusić. Nie dlatego, by sądził, że 

mężczyzna mu odpowie, lecz by zyskać odrobinę na czasie. 
Ku jego zdziwieniu odpowiedział mu Łowca. 
To Andrys Tarrant. - Czyżby w tym chłodnym głosie usłyszał lęk? - Ostatai żyjący potomek 
mojego rodu. 
To ty wymordowałeś moją rodzinę! - krzyknął ochryple przybysz. Dłoń, w której trzymał 
kuszę, drżała; ściekający z czoła pot zmywał zaschniętą krew. - Sczeźniesz za to w piekle. 
Uniósł lewą rękę, by otrzeć z twarzy łzę, a może kroplę potu. Potem znów chwycił broń. - 
Nie wiem kim jesteś - warknął do Da-miena - i nie dbam o to. Mam tutaj dwa bełty i jeśli nie 
zejdziesz mi z drogi, to - przysięgam Bogu -jeden z nich będzie dla ciebie. 
Tarrant nie miał dokąd uciec. Nie mógł użyć Sztuki, żeby się obronić. Wystarczy jeden 
pocisk z kuszy, by przeszyć serce, które dopiero co znów zaczęło bić. W tym dziwnym 
nowym świecie, w jakim teraz się znaleźli, nie było wyjścia z tej opresji. 

405 

background image

Boże, nie pozwól mu tak skończyć. Proszę. Daj mu szansę powrotu do Ciebie. 
Twarz Łowcy nie zdradzała żadnych uczuć, lecz Damien znał go dostatecznie dobrze, by 
usłyszeć desperację w jego głosie. 
To już koniec - rzekł spokojnie Tarrant. - Zwyciężyłeś. 
Zamknij się! - wrzasnął tamten. Podniósł broń i zaklął, widząc, że ktoś zasłania mu cel. 
Histerycznym, piskliwym głosem krzyknął na Damiena: - Odejdź!!! 
Puszcza umarła - ciągnął Gerald. Mówił cichym i spokojnym głosem. Damien domyślał się, 
jakiego to wymagało opanowania. -A po to tu przybyłeś, prawda? Puszcza i jej ostatni 
władca nie żyją, a poprzedni... - Zamilkł, robiąc wymowną przerwę, jakby zachęcał 
przeciwnika, by dokończył zdanie. - Czy nie tego chciałeś, An-drysie? Zniszczyć moje 
dzieło, pozbawić mnie wszystkiego? 
Damien zastanawiał się, ile z tego Łowca dowiedział się wcześniej, a ile czytał teraz w 
prądach lub zgadywał? Od tego zależało jego życie. 
~ Udało ci się. Już po wszystkim. Teraz wracaj do normalnego życia. 

Dla mnie nie ma życia, ty sukinsynu - odparł tamten drżącym 

głosem. - Dopóki ty żyjesz. 
Zacisnął palec na spuście kuszy. Mięśnie Damiena napięły się jak stalowe sprężyny tej 
śmiercionośnej broni. 

Calesta nie żyje - powiedział spokojnie Gerald Tarrant. 

Andrys zbladł jak kreda. Zachwiał się, jak uderzony, i zdjął pa 
lec ze spustu. 
Związałeś się z nim - ciągnął Gerald. - Prawda? Co ci obiecał? Przebaczenie? Oczyszczenie? 
Orgię zemsty? - Zamilkł i po przerwie dodał: - Czy powiedział ci, jaką zapłacisz za to cenę? 
Czy mówił ci, że zgubisz twoją duszę, jeśli będziesz mu służył? 
Nieważne - szepnął młodzieniec. 
On był moim wrogiem na długo przed tym, zanim ty zostałeś w to zamieszany. 
Damien widział, jak przybysz krzywi się przy każdym słowie, zmuszającym go do 
ponownego przemyślenia czegoś, co dotychczas uważał za oczywiste. 

Wiedziałeś o tym? - pytał neohrabia. - Użyłby wszelkich do 

stępnych środków, byle tylko osiągnąć cel. Nawet kogoś, kto wy 
wodzi się z mego ciała i krwi. A może sądziłeś, że ofiarował ci po 
moc wyłącznie z dobrego serca? 

406 

background image

Adept potrząsnął głową. Stał w pozycji zwierzęcia gotowego rzucić się do ucieczki lub 
skoczyć na ofiarę. 
On żywił się wyłącznie cierpieniem. Nie tylko moim, ale i twoim. Moja śmierć by mu nie 
wystarczyła. Miałem umrzeć, wiedząc, że zniszczył wszystko, co było mi najbardziej 
drogie. Puszczę. Kościół. I ciebie. 
Ja byłem ci drogi? - prychnął z niedowierzaniem młodzieniec, z trudem wymawiając te 
słowa. - Co to za bzdury? Masz mnie za głupca? 
Pochodzisz z mego ciała i krwi - odparł lodowatym tonem Łowca. - Nie jesteś 
najwybitniejszym przedstawicielem naszego rodu i z pewnością nie najsilniejszym, lecz 
obecnie jedynym. Kiedy zdobędzie twoją duszę, położy kres historii sięgającej prawie 
tysiąca lat. - Wyblakłe oczy adepta jarzyły się zimnym płomieniem, który mroził wszystko, 
na co spojrzały. - To będzie jego prawdziwy triumf, Andrysie Tarrancie. Nie moja śmierć, 
tylko twój upadek. 
Skoro Calesta nie żyje, to nie ma władzy... 
Nie ma? - przerwał mu adept. - Czy wiesz co się stanie, jeśli mnie teraz zabijesz? To ziarno 
zasianej przez Calestę nienawiści, które spoczywa w tobie niczym nasionko, wykiełkuje i 
zacznie rosnąć, aż zadusi wszystko co ludzkie. Oto jego zemsta, Andrysie Tarrancie. Nie 
wasza mizerna krucjata, nawet nie czekające mnie piekielne ognie, lecz świadomość, że z 
chwilą naciśnięcia spustu znajdziesz się w jego świecie, w którym jedyną radością jest ból, 
Tamten wyraźnie się zachwiał, jak uderzony pięścią. 
Nie - szepnął ochrypłym głosem. - Próbujesz się wyłgać, żeby... 
Zatem wejrzyj w siebie! Wyobraź sobie, jak dajesz upust nienawiści, przeprowadzasz plan 
Calesty i w końcu dokonujesz zemsty... I zadaj sobie pytanie, jak po tym wrócisz do 
realnego świata. A może myślisz, że wszystko się skończy, kiedy naciśniesz spust? Sądzisz, 
że twoja dusza w jakiś cudowny sposób oczyści się przez moją śmierć? - Potrząsnął głową. - 
To będzie dopiero początek. W dodatku najłatwiejszy. 

Zabiłeś ich - szepnął młodzieniec. Ponownie uniósł kuszę 

i znów ją wycelował. - Moich braci, siostrę, wszystkich! Poślę cię 
do piekła! Zasłużyłeś na śmierć! 

A więc naciśnij spust - zachęcił go Łowca. -1 zniszcz nas obu. 

Andrys Tarrant zamrugał. Pot zmieszany z krwią ściekał mu po 
policzku. 

407 

background image

Nie... nie mogę... - Drżały mu ręce. Nagle pokazał Damieno-wi drzwi. - Idź - szepnął. - 
Odejdź stąd. 
Myślę... - zaczął Damien. 
To nie twoja sprawa! Tylko jego i moja. Kimkolwiek jesteś, wynoś się stąd! Już! 
Damien zawahał się, a potem spojrzał na Geralda. Łowca lekko skinął głową. 
On ma rację, Damienie - rzekł. - Nic więcej nie możesz już zrobić. 
Geraldzie... 
Łowca potrząsnął głową. Słowa protestu zamarły Damienowi w gardle. 

Idź - szepnął Gerald Tarrant. 

Damien z trudem przełknął ślinę, usiłując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, jakieś słowa, 
które mogłyby wszystko zmienić. Postawił się na miejscu Andrysa Tarranta i poczuł, jak 
łatwo byłoby mu strzelić. Ile razy marzył o tym, by równie szybko i skutecznie położyć kres 
egzystencji Łowcy? Teraz jednak nie było to takie proste. Teraz Łowca stał się... kimś 
innym. 
Czyż nie? 
„Wymordowałeś moją rodzinę", oskarżył go młody Tarrant. 
Damien niechętnie ruszył do drzwi. Andrys przesunął się w bok, trzymając się z daleka, na 
wypadek gdyby mężczyzna próbował go obezwładnić... Istotnie, podjąłby taką próbę, gdyby 
miał choć cień szansy. Jednak nie miał. Przeszedł przez próg i drzwi zatrzasnęły się za jego 
plecami. Wiedział, że jeden z tych dwóch musi umrzeć. 
„Wymordowałeś moją rodzinę". 
Oczywiście, to akt sprawiedliwości. Długo oczekiwanej. Całe pokolenia będą celebrowały 
śmierć człowieka równie złego jak sam Calesta, śmierć Łowcy o czarnym sercu, które z 
nieodpartą siłą wabiło sycącego się sadyzmem demona. 
On potrzebował czasu, Boże. Człowiek nie może ulec takiemu złu i pozbyć się go w 
mgnieniu oka. Jednak powoli wróciłby do Ciebie. 
Z ciężkim sercem, powłócząc nogami, wspiął się po krętych schodach wiodących na górne 
kondygnacje. Wchodził na górę, ku mrocznym salom, które tak dobrze pamiętał. Na górę, 
gdzie żołnierze Kościoła podkładali materiały wybuchowe i mocowali zapalniki. Na górę, 
do świata żywych, gdzie Puszcza umierała, by mogło zrodzić się nowe, gdzie legendę 
Łowcy zastąpią inne straszne i przerażające 

408 

background image

opowieści, lecz żadna z nich nie będzie opiewać takich zmarnowanych szans ani odwagi... 
Łzy stanęły mu w oczach i oślepiły go. Gorące łzy. 
Szedł dalej. 

Rozpalili ognisko na dziedzińcu. Widział, jak przynieśli tam porąbane ciało Amorila i 
kawałek po kawałku rzucili w płomienie. Patrzył, jak czernieją, syczą i zatracają 
podobieństwo do ludzkich tkanek, i czul ulgę, z jaką przyjęli to żołnierze, jakby spalenie 
gwarantowało, że zabity wróg nie zdoła już zmartwychwstać. 
Obserwował to beznamiętnie, jakby z innego świata. Nikt go nie niepokoił. Żaden z 
żołnierzy, których znał, ani Patriarcha., nikt. Otoczony kokonem ciemności patrzył na 
tańczące płomienie, czując na twarzy ich żar - rzadko spotykana rzecz w tej mrocznej 
Puszczy. 
Nagle coś poruszyło się w głównej bramie twierdzy i z cienia wyłoniła się jakaś postać. 
Człowiek w zbroi ze srebra i złota, ściskający w ręku zakrwawiony miecz. Z tłumu wypadła 
ciemnowłosa dziewczyna i pobiegła ku niemu, lecz coś w jego zachowaniu sprawiło, że 
stanęła w polowie drogi. Patriarcha podniósł się i zrobił krok, lecz Andrys Tarrant 
powstrzymał go ponurym spojrzeniem przekrwionych oczu. Powoli uniósł drugą rękę, w 
której dzierżył trofeum. Okrwawionymi palcami trzymał za włosy odciętą głowę Geralda 
Tar-ranta, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć. Damien zamknął oczy, lecz ten obraz już 
wypalił się w jego mózgu i nie chciał zgasnąć. Ta blada twarz, teraz zupełnie bezkrwista. Te 
szare oczy, pozbawione wszelkiego wyrazu. To życie, będące zawsze czymś więcej niż tyl-
ko zwyczajnym ludzkim życiem, zgaszone jak płomień świecy... 
Opłakiwał zmarłego. Może Bóg potępi go za to, ale nie mógł inaczej. Człowiek, którego 
kiedyś zwano Prorokiem, z pewnością na to zasługiwał. 
Andrys Tarrant podszedł do ogniska. Znieruchomiał, jakby dając otaczającym go ludziom 
czas na utrwalenie tej chwili w pamięci. Potem cisnął głowę na stos, a kiedy pierwsze 
płomienie liznęły bladą twarz, tak podobną i niepodobną do jego własnej, krzyknął, jakby 
poczuł ich żar na swoim ciele. Upadł, a czarnowłosa dziewczyna podbiegła doń, opadła na 
kolana, objęła go i zaczęła płakać. Patriarcha podszedł do nich i powiedział kilka słów 
pociechy. Pewnie 

409 

background image

mówił: „Bóg poprowadził nas do zwycięstwa", albo coś w tym rodzaju. Jakąś zwyczajową 
modlitwę, która w żaden sposób nie oddawała sprawiedliwości, ani tej chwili, ani 
człowiekowi, którego śmierć ją umożliwiła. 
Nikt nie zauważył, kiedy Damien Vryce opuścił dziedziniec. Nikt nie widział, jak zniknął w 
mroku Puszczy, daleko od blasku ogniska. Jak najdalej od fortecy i ukrytej w niej wiedzy. 
Jak najdalej od... wszystkiego. 
W ciszy Zakazanej Puszczy, w ciemnościach zwanych przez Łowcę domem, Damien modlił 
się do Boga o łaskę i pokój duszy przyjaciela. 

background image

41 

ysadzili czarną fortecę w samo południe, kiedy zwieńczenia rozjarzyły 
się w jasnym i palącym świetle dnia, a szkliste mury zabłysły jak rtęć. 
Przygotowywali się do tego przez cały ranek, oświetlając wszystkie 

zamkowe pomieszczenia, tak by w żadnym z pokoi, schowków czy zakamarków nie 
pozostał nawet cień mocy Łowcy, mogący sabotować ich wysiłki. Rosnące wokół twierdzy 
gęste drzewa Puszczy sprawiały, że przeciągnęło się to do południa, gdyż rankiem, tak samo 
jak po południu, światło padało pod zbyt ostrym kątem, by przedrzeć się przez ich korony i 
wpaść przez niżej położone okna. W międzyczasie, nieustannie się modląc, starannie 
mieszali przywiezione do Puszczy składniki materiałów wybuchowych i przy wtórze 
kościelnych pieśni rozmieszczali zapalniki. Każdy gram prochu powstawał w imię Boga; 
każde włókno lontu poświęcano Jedynemu Bogu. W świecie, w którym wątpliwości 
jednego człowieka mogły zniweczyć plany wielu, nie można być zbyt ostrożnym. 
Postępowali według reguł ustanowionych przez pierwszych osadników, z czasów gdy 
zdziesiątkowana kolonia usiłowała zapisać wszelką ziemską wiedzę. Najpierw ściany 
wewnętrzne i słupy nośne, a potem zewnętrzne mury. Na Ziemi taki sposób postępowania 
gwarantowałby kontrolowane wyburzenie, przy minimalnym zagrożeniu gapiów. Na Ernie, 
gdzie nie było pewności, czy wszystkie zapalniki zadziałają, nie mówiąc już o tym, w jakim 
czasie... było to nierealne. Jak sen. Albo akt wiary. 
Plan powiódł się w stu procentach. 
Pierwszy wybuch usłyszeli, schodząc po zboczu, które zadrżało im pod nogami. Kilka 
sekund później nastąpił drugi i trzeci, a potem cała salwa, głośniejsza od wszystkich 
poprzednich razem wziętych. Czarne mury rozsypały się z łoskotem, przy czym część 
runęła na zewnątrz, ale większość do środka. Cała góra zatrzęsła się. Dym 

411 

background image

przesłonił słońce. Odłamki obsydianu, ostre niczym groty strzał, posypały się jak grad. 
Kiedy rozwiał się dym, zamek Łowcy leżał w gruzach. 
Kilka fragmentów pozostało, na skutek braku wystarczającej ilości materiałów 
wybuchowych lub minerskich umiejętności, wyuczonych z książek. Jedna z wieżyczek 
nadal wyzywająco sięgała ku niebu. Z rumowiska sterczał kawałek muru otaczającego 
dziedziniec. Ocalało również kilka zamkowych ścian, tkwiących w zaspach białego pyłu - 
ogromnych wydmach gruzu, które zniechęcą każdego człowieka - czy zwierzę - próbującego 
szukać tu zasypanej wiedzy albo klucza do potęgi. 
Gdy tylko opadł pył, odmówili modły nad rumowiskiem. Modlitwy i słońce zniszczą resztki 
złowrogiej siły tkwiące w prastarych kamieniach. Nikt nie wątpił w moc takiej mieszanki. 
Nikt nie wątpił, że Łowca odszedł na zawsze. Nikt nie wątpił, że długi i straszny okres 
dobiegł końca, za sprawą czynu, który przejdzie do historii. Taka jest moc symbolu i 
ludzkich umysłów, powtarzali sobie. Taka jest moc ich Patriarchy. 
I tylko Damien, siedzący z dala od innych, nie uczestniczący w ceremonii, widział to, co 
działo się wtedy w duszy Patriarchy. Nie była to radość, lecz ponury i straszny niepokój. Nie 
ulga, lecz determinacja. Jedynie Damien, znając swój Kościół, znając Patriarchę - lecz 
przede wszystkim znając ludzi - rozumiał przyczynę tego niepokoju. 
I nosił żałobę w sercu. 

background image

42 

jciec święty ostrożnie zszedł na brzeg, starając się nie poślizgnąć na 
mokrych kamieniach. Gęste zarośla owijały mu się wokół kostek. Nie 
były to powykręcane, zdeformowane pnącza z samego serca Puszczy, lecz 
bujna zieleń obszaru, który za dnia kąpał się w blasku słońca. Po wielu 

spędzonych w zaduchu tamtego lasu dniach ich zapach uderzał do głowy jak wino. 
Stanął na głazach na samym brzegu rzeki, słuchając, jak Lethe toczy swe wody u jego stóp. 
Rybka śmignęła jak rtęć pod lśniącą powierzchnią, a czerwony krab pospiesznie umknął, 
gdy na jego teren łowiecki padł cień człowieka. 
Patriarcha rozejrzał się wokół - patrzył na słońce, wodę i kipiące tu życie, na prądy fae 
ziemi jasno płonące mu pod nogami, spojrzał na mrowie wariantów przyszłości, tak 
splątanych u jego stóp, że z najwyższym trudem mógł dostrzec wśród nich jedno pasmo. 
Zamknął oczy i pozwolił im wsączyć się w siebie, a kiedy nabrał pewności, że mu się 
podobają, skinął głową i powiedział cicho: 
- To odpowiednie miejsce. 
Towarzyszący mu przy tych poszukiwaniach żołnierz przedarł się z powrotem przez rosnące 
na brzegu rzeki krzaki i pospieszył przekazać wiadomość towarzyszom. Na krótką, miłą 
chwilę Patriarcha został sam. 
Daj mi odwagę, Panie. Użycz mi Twej siły. 
Lewa noga bolała go tak bardzo, że ledwie mógł na niej ustać. Bardzo możliwe, że została 
złamana podczas ataku białych bestii, ale nikomu o tym nie powiedział. Jeśli kość przebiła 
skórę, mogło już dojść do infekcji. Nieważne. Pomimo to zdołał pokonać drogę do zamku, 
krzywiąc się przy każdym kroku, tłumiąc krzyk, gdy źle obliczył odległość i uraził zranioną 
nogę. Wiedział jednak, że gdyby powiedział im o swojej dolegliwości, rozbiliby obóz i 
próbowali złagodzić ból, dziesięciokrotnie zwiększając grożące wszystkim 

413 

background image

niebezpieczeństwo. A może w głębi duszy, w zakamarku, do którego nie chciał zajrzeć, 
obawiał się, że jeśli usiądzie i podda się cierpieniu, jeżeli pozwoli sobie na chwilę słabości, 
to już nie zechce wstać. 
Wszystko go bolało i czuł tak ogromne zmęczenie, że tylko żarliwa wiara utrzymywała go na 
nogach. Wiara oraz świadomość, że jeśli teraz się podda, jeśli żołnierze zaniosą go z 
powrotem, Kościół utraci coś, czego nie zdoła odzyskać żadną kampanią. Teraz nadchodził 
kulminacyjny moment, węzłowy punkt w ustaleniu tej jednej najwłaściwszej przyszłości. 
Teraz klęskę można było przemienić w zwycięstwo, wykluczyć sto wariantów przyszłości, w 
których Kościół ulegał pokusie stosowania przemocy. Tylko w ten sposób mógł zapewnić 
mu lepsze jutro. 
Usłyszał szmer za plecami i w sięgających mu do pasa krzakach pojawił się mężczyzna. 
Nisko pokłonił się Patriarsze, niczym Bogu. To doskwierało ojcu świętemu bardziej niż 
złamana noga i ogólne zmęczenie. Czy oni nie wiedzą, co robią? Czy nie pojmują nie-. 
bezpieczeństwa? 
Nie, zapewniło go sumienie. I dlatego Kościół musi ich prowadzić. 
A on musi poprowadzić Kościół. 
Ostrożnie przeszedł po płyciźnie. Woda była lodowato zimna, spływająca z gór, więc po 
kilku krokach stopy zdrętwiały mu tak, że prawie ich nie czuł. Dobrze, pomyślał. 
Przynajmniej nie będą bolały. Przy takim ciężarze, jaki dziś spoczywał na jego barkach, 
zasłużył na odrobinę ulgi. 
Zanim przeszedł przez rzekę, na brzegu zebrał się już tłum ludzi i wciąż nadchodzili nowi. 
Towarzysze podtrzymywali rannych i dziesiątki stóp deptały poszycie, gdy mężczyźni i 
kobiety szukali miejsc, gdzie można wygodnie stanąć lub usiąść. To, że tak piękne miejsce 
znajduje się zaledwie o rzut kamieniem od fortecy Łowcy, to istny dar Boga, rozmyślał 
Patriarcha. Modlił się, żeby po ich odejściu szybko odzyskało pierwotny wygląd. 
Zajął pozycję na skale na drugim brzegu rzeki i lekko zachwiał się, balansując na śliskiej 
powierzchni. Dwaj z jego ludzi ruszyli mu z pomocą, ale odprawił ich machnięciem ręki. 
Wszyscy powinni znajdować się w jednym miejscu, jeśli jego przemówienie miało odnieść 
zamierzony skutek. 
Nieco dalej od miejsca, w którym stał, rzeka wpływała w głąb Puszczy, gdzie wszystkie 
formy życia tego mrocznego królestwa 

414 

background image

mogły gasić w niej pragnienie. Kawałek dalej prądy fae ziemi, na których opierała się 
wszelka moc, nawet twórcza siła modlitwy, płynęły prosto ku jego ludziom. Jasne słońce 
nad głowami oczyściło ten zakątek z wszelkiego przyczajonego zła, wypalając obawy i 
smutki, które w przeciwnym razie mogłyby stworzyć nowe demony z tych zmiennych 
prądów. Dobrze. Tak powinno być. Na jego oczach warianty ponurej przyszłości rozwiały 
się jak dym, a ich miejsce zajęły bardziej obiecujące. Z satysfakcją zauważył wzajemne 
podobieństwo licznie pojawiających się teraz przyszłości, zbiegających się ku tej chwili 
niczym zwierzęta do wodopoju. Wkrótce pozostanie tylko kilka wybranych, a pozostałe 
przepadną na zawsze. 
Zaczerpnął tchu i spojrzał na swoich ludzi. Okrwawieni, zabłoceni, czekali na 
przeciwległym brzegu na słowa, które przypieczętują zwycięstwo. Policzył ich w myślach, 
upewniając się, że są wszyscy. Zobaczył Zefilę, która zajęła miejsce z tyłu, na pagórku. 
Andrys Tarrant stał nieco z boku, jakby wątpił, czy pozostali go zaakceptują. Patriarcha 
zauważył, że poganka, która przyszła za nim do Puszczy, stoi u jego boku. Wokół tej pary 
splatało się tak wiele przyszłości, że nie potrafił wyróżnić dominującego wariantu, lecz miał 
wrażenie, że był on pozytywny. Niech dziewczyna dzieli z nim tę chwilę. Niech zobaczy, 
jaką odwagę budzi w ludziach wiara w Jedynego Boga. 
Brakowało tylko Damiena Vryce'a i przez chwilę - jedną straszliwą chwilę - Patriarcha 
obawiał się, że ten wcale się nie zjawi. Nie wiedział, dlaczego obecność byłego kapłana była 
tak ważna. Właściwie wolałby już nigdy więcej go nie oglądać, ale zrodzone z fae wizje 
przekonały go, że obecność Vryce'a stukrotnie zwiększy szanse sukcesu. Co za ironia losu i 
jakie to niesprawiedliwe, że Bóg nagradza w ten sposób takiego człowieka. 
I nagle liczba wirujących wokół Patriarchy przyszłości zmalała do zaledwie stu, gdy Damien 
Vryce przedarł się przez zarośla i zajął miejsce na brzegu rzeki. Popatrzył na Patriarchę, ale 
nie spojrzał mu w oczy. Nie patrzył na innych żołnierzy ani na Andrysa Tar-ranta. Może tak 
jest najlepiej, rozmyślał Patriarcha. Trzymał się z daleka od innych, więc nikt nie pytał go, 
co tu robi ani jaką rolę odegrał w walce wiary z magią, ale wszyscy wiedzieli, że wyszedł z 
czarnej fortecy, co czyniło go podejrzanym. Gdyby ojciec święty wyraźnie nie okazał, że 
toleruje jego obecność, zapewne wygnaliby go z obozu. Albo gorzej. 

415 

background image

Patrz teraz, nakazywał mu w myślach. Spójrz na prawdziwą wiarę w całej jej przerażającej 
chwale. 
Podniósł rękę, uciszając ludzi, i szepty ustały. Wydawało mu się, że w ciszy słyszy bicie ich 
serc... i może naprawdę tak było, skoro fae dodawała sił każdej jego myśli. Przekleństwo 
adepta. 

Niechaj będzie pochwalony Bóg - rzekł - który zgotował nam 

ten dzień triumfu. 
Czuł fale mocy rozchodzące się od miejsca, gdzie stał, powtarzające rytm jego słów. 

Niech będzie pochwalona odwaga poległych, którzy oddali 

życie, by bronić swych braci. 
Czy zawsze tak było, tylko on po prostu nie mógł tego dostrzec? Patrzył, jak jasne 
przyszłości poruszyły się w odpowiedzi na fale fae i zadrżał. Jak można oglądać takie wizje 
i pozostać człowiekiem? 
Odmówił modlitwę za zmarłych, słowa ułożone przed wiekami przez anonimowego sługę 
Boga. Była cudowna, była krzepiąca, była ponurym przypomnieniem ceny, jaką zapłacili za 
zwycięstwo. Zastanawiał się, czy została napisana przez Proroka. 
Kiedy skończyli, pozwolił im przez moment napawać się zwycięstwem, wykorzystując tę 
przerwę, by nabrać tchu i spróbować uspokoić drżące ciało, żeby widzieli tylko to, co chciał 
im pokazać: wspaniałego i pewnego siebie przywódcę. Nie człowieka pełnego wahań, żalu 
oraz - tak, musiał to przyznać - strachu. Nie mogli zobaczyć tej prawdy. 

Dla każdego człowieka - zaczął w końcu - przychodzi godzi 

na próby. Czasem jest to próba odwagi, siły lub wytrzymałości. 
A czasem jego przekonań, wiary. - Nabrał tchu. - Czasem umiejęt 
ności oceny sytuacji. Ta próba jest najtrudniejsza, moje dzieci... 
i może być najboleśniejsza. Jak ojciec, który kradnie bochenek chle 
ba, aby nakarmić głodujące dziecko - łamiąc prawo, gdyż uważa, 
że ważniejsze jest prawo do życia - każdy z nas czasem musi do 
konywać trudnych wyborów. Kto w takim wypadku może osądzać 
takiego człowieka lub z przekonaniem twierdzić, że pobłądził? 
Czymże są polecenia władz w porównaniu z nakazami moralności? 
Tak więc wszystkie ludzkie prawa są z definicji niedoskonałe. Rzą 
dy powstają i upadają, a kodeksy zmieniają się z dnia na dzień, za 
leżnie od okoliczności. Inaczej jest z prawem Jedynego Boga. Spi 
sane przez Proroka, głoszone przez pokolenia kapłanów, miało być 
prawem absolutnym, niezmiennym, odzwierciedleniem Boskiego 

416 

background image

Ducha, którego mądrość jest niekwestionowana. Droga do zbawienia. Wyrzeknij się 
przemocy, nakazuje to prawo. Odrzuć czary. A przede wszystkim wystrzegaj się moralnego 
zepsucia. 
Zaschło mu w gardle. Zrobił głęboki wdech i pożałował, że nie może nabrać dłonią wody i 
podnieść do ust. Jednak zraniona noga boleśnie pulsowała i mięśnie odmawiały 
posłuszeństwa. Był pełen obaw, że jeśli się pochyli, to nie zdoła się już wyprostować. 
-1 stało się tak, że na tym świecie zrodziło się Zło, tak potężne, że sama wiara nie mogła go 
pokonać. Próbowaliśmy, moje dzieci, próbowaliśmy. Pięć wieków temu pomaszerowaliśmy 
na Puszczę armią tak liczną, że mogłaby podbić kontynent, mającą sztandary, magię oraz 
rozmaity oręż... i przegraliśmy. Zostaliśmy pobici. Ponieśliśmy klęskę tak straszliwą, że po 
upływie pięciu wieków nadal odczuwamy jej skutki. Co stałoby się po tamtej wojnie, gdyby 
żołnierze Jedynego Boga ją wygrali? Czy tamci mężczyźni i kobiety wróciliby do swoich 
domów i rodzin, aby cieszyć się owocami zwycięstwa? Czy też szukaliby innych 
nieprzyjaciół, innego Zła, w wyniku czego teraz, pięć wieków później, żylibyśmy w świecie, 
w którym wiara byłaby synonimem przemocy? W świecie, w którym człowiek trwoniłby 
energię w nieustannych wojnach, tak że nie miałby już sił ani czasu na wyższe aspiracje? 
Takie pytania zadawałem sobie, widząc, jak to Zło rośnie w siłę. Wiara kazała mi co noc 
modlić się o objawienie. Podczas gdy wszędzie wokół płonęły świątynie, lała się krew, a 
dusze mego ludu plamiły się nietolerancją. 
Znacząco spojrzał na kilku żołnierzy, którzy brali udział w takich zamieszkach, i zauważył, 
że zadrżeli pod jego oskarżycielskim wzrokiem. 
- Jako człowiek pragnąłem dać odpór takiemu złu. Jako przywódca znałem cenę takich 
działań. „Czy pozwolisz, by Twój lud zginął? - pytałem Boga. - Czy naprawdę Twoją wolą 
jest, by człowiek wolał poddać się ciemności, niż zaryzykował naruszenie Twego prawa? 
Czy wolisz, abyśmy zginęli, ślepo posłuszni, niż przetrwali i mogli nadal Ci służyć?". Aż 
pewnej nocy miałem wizję. Może zesłał mi ją sam Bóg, odpowiadając nie na modlitwy 
jednego człowieka, lecz na cierpienia i strach całego Jego ludu. A może wypłynęła ona z 
głębi mojej duszy, z tego tajemniczego miejsca, gdzie znajduje się sumienie. Ujrzałem 
świetlistą istotę, tak jasną i piękną, że ten widok sprawiał mi ból. Jej głos był chórem głosów 
i zabrzmiał w mojej duszy tak potężnym echem, że zadrżałem. 

417 

background image

„Pan Bóg Ziemi i Erny jest doskonały - powiedział mi - lecz 

świat ludzi nie jest takim, ani istoty, które go zamieszkują. Dlatego 
też ludzkie decyzje są trudne, a ich wynik niepewny. Co powinien 
uczynić przywódca, zmuszony wybierać między grzechem jedne 
go człowieka a zagładą narodu? Jeśli jednak dokonasz tego wybo 
ru, musisz o czymś pamiętać - ostrzegł mnie. - Tak jak ojciec krad 
nący chleb dla dziecka, musisz być gotowy ponieść karę za swój 
uczynek. Tylko tak możesz ocalić dziecko i dochować Prawa". 
Odwiecznym, modlitewnym gestem uniósł ramiona ku niebu. Przyszłości jak niespokojne 
ptaki śmigały mu nad głową, jasne i ożywione. 

Wysłuchaj mnie, o Panie - modlił się. - Wysłuchaj mnie, Pa 

nie Ziemi i Emy, stwórco ludzkości, teraz uczyniony królem tej Pusz 
czy. Służąc memu ludowi, naruszyłem Twoje najświętsze prawo. Do 
prowadziłem do rozlewu krwi, uświęcałem przemoc i budziłem 
u mego ludu żądzę niszczenia, która jest przeciwna Twym naukom. 
Niechaj ten grzech spadnie tylko na mnie, nie na nich. Jeśli czyjaś 
dusza ma zań cierpieć, niech będzie to moja dusza. Przebacz tym 
ludziom, uzdrów ich dusze, daj im wewnętrzną siłę, uczyń ich tak 
niewinnymi, jakimi byli, zanim mój głos zachęcił ich do przemo 
cy. Na mnie i tylko na mnie ciąży wina za wszelkie zło, jakie po 
pełniliśmy. Ty osądzisz moją duszę, Panie. 
Czuł na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. Teraz dostrzegł w nich cień wątpliwości, 
błysk strachu. Dobrze. Niech zastanowią się nad tym, co tu uczynili, a wtedy może uda się 
ich ocalić. 

Akceptując Twoją wolę - wyjął z rękawa sztylet o wąskim ostrzu 

i obrócił go tak, że ostrze zabłysło w słońcu - i rozumiejąc słuszność 
Twego najświętszego prawa, składam Ci tę ofiarę. 
Szybko przyłożył ostrze do dłoni i energicznym ruchem ciął. Prawie nie poczuł bólu, gdyż 
sztylet był bardzo ostry. Tylko zakłu-ło go w sercu, gdy popłynęła krew. Strach? Żal? Tutaj 
nie ma miejsca na takie uczucia, pomyślał gniewnie. Wysoko uniósł rękę, gestem 
błogosławieństwa, tak by wszyscy widzieli, co zrobił. Cienka szkarłatna strużka z pluskiem 
wpadła do rzeki i wydało mu się, że płynąca od niego fae zabarwiła się na czerwono. 

Niech Twoja moc na zawsze uwolni tę ziemię od rządów ciem 

ności - rzekł. Cienkie pasma czerwieni rozwijały się w wodzie, pły 
nąc w stronę zaskoczonych ludzi stojących na drugim brzegu rzeki. 
- Niech Twoja moc oczyści dusze mego ludu z mroku, jaki się do 

418 

background image

nich wkradł, tąk by w tym nowym świecie, jaki stworzyli, okazali się godnymi zbawienia. 
W Twoim imieniu, Panie Boże Ziemi i Emy. 
Fae ziemi. Ona nada jego słowom dziesięciokrotnie większą moc i wyryje je w duszach jego 
ludu. Dzięki niej widział, jak jego ofiara rozchodzi się kręgami rozrzedzonej krwi, a gdy fale 
dotykały otaczających go przyszłości, te migotały i zmieniały się w inne warianty. Niektóre 
były pomyślniejsze niż przedtem, ale niewystarczająco. Niewystarczająco! Boże w 
niebiosach, czyżby ofiarował swe życie na próżno? 
A wtedy Damien Vryce ruszył naprzód. Z początku powoli, nie odrywając wzroku od 
Patriarchy, a potem zdecydowanie wszedł w wartki nurt. Szedł przed siebie, aż znalazł się 
prawie na środku rzeki, po kolana w wodzie, a potem pochylił się i zanurzył w niej dłoń. 
Cienki czerwony strumyk owinął się wokół jego palców, niemal niewidoczny, gdyż silny 
prąd rozrzedził krew Patriarchy. Mamrocząc pod nosem modlitwę, Damien Vryce uniósł 
rękę i dotknął dłonią czoła, pozostawiając na nim kroplę wody. Kiedy skłonił się ojcu 
świętemu, jakiś mężczyzna wyszedł z tłumu i poszedł w ślady byłego kapłana. Potem 
następny. I jeszcze jeden. Chrzcili się wszyscy w lodowatej wodzie i widział, jak zebrane 
wokół nich przyszłości zmieniają się, gdy poprzez ten rytuał akceptowali złożoną przezeń 
ofiarę. Sceny przemocy rozwiały się jak dym i łzy stanęły mu w oczach, gdy zastąpiły je 
wizje nadziei, pokoju i miłości. 
A więc to nie było na próżno. 
Nikt nie zauważył, jak ponownie przyłożył nóż, tym razem dziesięć centymetrów powyżej 
pierwszego nacięcia. Nikt nie spostrzegł, jak wąskie ostrze przecięło ciało i wbiło się 
głęboko między kości. Patriarcha złożył dłonie, zasłaniając ranę, tak że tryskająca z arterii 
krew wyglądała, jakby płynęła z rozciętej ręki. 
Przyjmuję Twój osąd, Panie Ziemi i Erny, i oddaję się w Twoje ręce. 
Zobaczył, że Andrys Tarrant wchodzi do wody, a potem ogląda się na swoją ukochaną. Czy 
ona wiedziała, że od tysiąca lat każdy członek rodu Tarrantów zawsze zawierał ślub 
kościelny? Po chwili - długiej chwili wyraźnego wahania - skinęła głową i weszła za nim do 
wody, przyjmując rękę, którą jej podał. 
Jeszcze jedna dusza dla Pana, pomyślał. Oto droga do zwycięstwa. Krok po kroku. Z 
nieskończoną cierpliwością... 
Świat zaczął wirować mu w oczach. Przyszłości - tak teraz 

419 

background image

świetlane! - zaczęły gasnąć. Kiedy zorientują się, co zrobił? Spróbował zejść z głazu, lecz 
woda wokół była głębsza, niż sądził, i kiedy w nią zapadł, mocno uderzył zranioną nogą o 
dno. Ból przeszył mu kończynę aż po biodro. Jęknął i o mało nie upadł. Jeden czy dwóch z 
jego ludzi skoczyło do niego, lecz odprawił ich machnięciem ręki. Drugą, skaleczoną, 
opuścił wzdłuż boku, żeby nikt nie zauważył rany. Teraz prawie jej nie czuł, jakby ramię nie 
należało do niego, Z oddali dobiegł plusk, jakby ktoś się zbliżał, ale i ten dźwięk był odle-
gły, dobiegający z innego świata. Patriarcha zaczerpnął tchu i zachwiał się. Zimny prąd 
rzeki, omywający mu uda, szybko pozbawiał go sił. 
„Skuteczność ofiary jest wprost proporcjonalna do wartości tego, co zostaje zniszczone". 
Tak przynajmniej napisał Prorok. Co mogło być cenniejsze dla tego Patriarchy, którego 
największym marzeniem było ujrzeć na własne oczy, jak zmienia się ten świat? 
- Nie mam niczego cenniejszego - szepnął do swego Boga. Ciemność zamykała się wokół 
niego jak tunel. Plusk rzeki zmienił się w szum, który wypełnił mu uszy i zagłuszył 
wszystkie inne dźwięki. Czuł, jak sam odpływa, jak więź łącząca duszę z ciałem pęka 
niczym wystrzępiona lina. Starał się jak najdłużej utrzymać na nogach. Trzeba umrzeć z 
godnością, pomyślał, aby ta śmierć stała się symbolem. Trzeba wytrzymać tak długo, żeby 
nikt już nie zdołał mu pomóc, kiedy w końcu zorientują się, co uczynił. 
Nagle poczuł, że ktoś stanął przy nim i podtrzymał go silnym ramieniem. Zdołał skupić 
wzrok i ujrzał brodatą, poznaczoną bliznami i zatroskaną twarz. Yryce. Z początku 
pomyślał, że były kapłan chce mu pomóc, lecz potem pojął prawdę. Vryce rozumiał nie 
tylko to, co zrobił Patriarcha, ale także to, że było to konieczne. Ojciec święty pozwolił mu 
się podtrzymywać, dopóki nie opuszczą go resztki sił. Do końca stojąc w wodzie, plamiąc 
swoją szatę i kurtkę Vryce'a spływającą do rzeki krwią, aby oczyścić Puszczę siłą swej 
ofiary. 
Pod twoją opiekę, mój Boże. Z miłości do Ciebie. 
W zapadającej szybko ciemności powoli przybrała kształt nowa wizja Zamglone światełko 
zamigotało, zadrżało, a potem rozrosło się w planetę, wielką i piękną. Erna. Czuł rytm jej 
pływów, ciepło życia, jej bezgraniczne piękno. Wyczuwał pokój i pełną harmonię świata, na 
którym wszystkie formy życia, całą naturę, łączyła jedna siła, przepływająca wszędzie i 
przez wszystko... 
...i poczuł obecność człowieka, obcej i przerażającej istoty. Ujrzał, jak fale fae reagują na 
obecność intruza, usiłując go wchłonąć, 

420 

background image

przystosować. Słyszał głos jednego z trzech tysięcy pierwszych osadników, ofiarujący Ernie 
klucz, kanał, sposób kontaktu. 
Ofiarę. 
Utrata jako więź; zniszczenie jako sposób tworzenia. 
Szaleńczy czyn Caski przekształcił prądy, tworząc niszę przemocy i rozpaczy dla ludzkiego 
rodzaju. I ludzkość zasiedliła ją. Dzieci kolonistów rozpierzchły się po całej planecie, aż 
stały się tak liczne, że jeden człowiek nie był już w stanie panować nad taką siłą. Tylko coś, 
co było większe od człowieka, wokół czego mogły skupić się tysiące dusz. Coś takiego jak 
Kościół. Krucjata 
Lub legenda. 
Ujrzał górę zwieńczoną pióropuszem dymu, ze zboczy której tryskały fontanny ognia, 
otoczoną pierścieniem duchów. Zobaczył wspinającego się na nią człowieka - nie, nie 
człowieka, a przynajmniej nie tylko. Ucieleśnienie legendy, kluczową postać legionów 
strachu. Śladem Łowcy podążały koszmary, łączące go z milionami dusz na tej planecie. A 
kiedy uniósł miecz i nakazał fae, by mu służyła, kiedy ofiarował najcenniejszą rzecz, jaką 
posiada człowiek, wszystkie prądy zadrżały od siły jego zaklęcia. Potężne fale rozeszły się 
odeń po całej powierzchni planety i Patriarcha ujrzał, że kiedy przeszły, prądy fae zmieniły 
się, jakby przyjęły jakąś nową wiadomość. Nowy wzór, potężniejszy od tego, jaki 
pozostawił Casca. Nowy sposób kontaktu, który na zawsze zmieni oblicze magii. 
Patriarcha ujrzał swoje ciało z ogromnej wysokości, podtrzymywane przez Vryce'a. Ujrzał 
biegnących do niego ludzi, którzy z przerażeniem uświadomili sobie, co się stało, lecz nie 
mogli go już uratować. Dokonał tego, zmienił wzór. Nowe przyszłości nabierały kształtu, 
jaśniejsze i wyraźniejsze niż kiedykolwiek, i dostrzegał w nich siłę swojej ofiary, otaczającą 
cały glob, odbitą i powiększoną w duszach jego wiernych, niczym słońce w oszlifowanym 
krysztale. Wiedział, że taka moc na zawsze odmieni Ernę. Łowca utorował mu drogę, 
tworząc nowy kanał, którym mogły podążać prądy. On, poprzez swoją śmierć, 
przypieczętuje ten wzór i na zawsze wypali go na tej planecie. 
Samoofiarowanie. 
Ilu czarnoksiężników zechce praktykować Sztukę, jeśli jej ceną będzie śmierć? Ilu ludzi 
zechce rozstać się z życiem równie ochoczo, jak kiedyś rezygnowali z książek, dóbr 
materialnych, a nawet pozbawiali życia innych? Ci nieliczni, którzy się na to odważą, nie 

421 

background image

będą chciwi ani tchórzliwi - takich odstraszą nowe zasady. Może jeden człowiek na milion 
odważy się zapłacić cenę, jakiej zażąda fae, dla wyższych celów. Może. Natomiast inni 
pogodzą się z faktem, że fae jest teraz nieosiągalna, niedostępna... a fae powoli zareaguje na 
to przekonanie i stanie się taką naprawdę. Ponownie się zmieni, tak jak zmieniła się po 
ofierze Caski. 
Jasne przyszłości eksplodowały mu przed oczami, oślepiając go swą wspaniałością. Ujrzał 
niebo usiane kolorowymi rozbłyskami, skrzydlate pojazdy latające jak ptaki. Ujrzał tysiące 
legendarnych cudów Ziemi. Były to rzeczy, których nawet nie potrafił nazwać ani nawet 
odgadnąć ich przeznaczenia, ale ogólny wzór był oczywisty. Łzy stanęły mu w oczach, gdy 
oglądał przyszłość po przyszłości, nie wszystkie doskonałe, lecz jakże pełne nadziei! Ujrzał 
coś, co na pewno było kosmolotem -jakże smukłym, jak zwyczajnym, jak niepodobnym do 
niczego, co sobie wyobrażał - a potem wizje zaczęły gasnąć, obrazy zlały się w jedną 
jasność, wrażenia utonęły w odrętwiającym cieple... 
- Dzięki Ci, Panie - szepnął. Słowa płynęły z głębi jego duszy, choć nie wiedział i nie dbał o 
to, czy wypowiedział je na głos. -Dzięki Ci za ten dar. 
Powoli, spokojnie, Patriarcha oddał ostatnie tchnienie i zapadł w objęcia swego Boga. 

background image

śmfc 

background image

43 

lub odbył się na zamku neohrabiów Merenthy, pod należycie pogodnym 
niebem. Na zachodzie zbierały się burzowe chmury, ale nikt ich nie 
widział. W powietrzu unosił się słaby zapach ozonu, zwiastun kłopotów, 
lecz nikt go nie poczuł. Podczas samej ceremonii kilka kropel deszczu 

spadło na głowy weselników, lecz nikt tego nie zauważył, tak samo jak mokrych plamek na 
ubraniach, które po pewnym czasie wyschły. Tak więc dzień był piękny. 
Przystanąwszy w dogodnym punkcie na skraju gęstego tłumu, Karril uśmiechnął się do 
stojącej obok postaci. 

Dobra robota, siostro. 

Saris uśmiechnęła się. 
W starożytnej rezydencji było tyle kwiecia, że w powietrzu unosił się odurzający zapach 
perfum, gdy popołudniowy wietrzyk mieszał woń róż, goździków, bzów oraz tuzina innych 
kwiatów. Same prawdziwe kwiaty Ziemi, sprowadzone do Merenthy z ogrodów i szklarni 
na całym kontynencie. Stały w wazonach przed frontem budynku, spowijały słupki 
podtrzymujące baldachim nad młodą parą i starannie zestawionymi kompozycjami 
pokrywały sam jedwab namiotu. Na murze umieszczono je w taki sposób, żeby zasłaniały 
płaty świeżo położonego tynku i kamieni, sprawiając, że stara warownia wyglądała 
dokładnie tak samo jak przed pięciuset laty, kiedy została wzniesiona A jeśli w którymś 
miejscu kwiaty zostały źle ułożone, jeśli dusząca słodycz jednego kolidowała z delikatnym 
aromatem innego... No cóż, łatwo było naprawić to niedopatrzenie. Warto mieć Iezu wśród 
weselnych gości. 

Jak myślisz, ilu nas tu jest? - szepnęła Saris. 

Karril spojrzał na liczny tłum i spróbował pospiesznie policzyć. 

Widzę dziesięciu. Może więcej. Trudno dostrzec wszystkich 

w tym tłumie. 

425 

background image

-1 wszyscy w ludzkiej postaci - rozmyślała głośno. Ton jej głosu wyraźnie wskazywał, że 
uważał to za niewiarygodne. 
Oczywiście. - Zachichotał. - Nie chcielibyśmy zakłócić uroczystości, prawda? - Łagodnie 
poklepał ją po ramieniu - ludzkim, nie srebrnym ciele, tak nieskazitelnie gładkim, jak można 
było oczekiwać po Iezu o jej charakterze - i szepnął: - Tak jest zabawniej, no nie? 
Zabawa to twoja specjalność, nie moja. 
Jednak powiedziała to z uśmiechem i wyczuł, że przekonała się w końcu do tej maskarady. 
Baldachim nowożeńców rozstawiono na środku dziedzińca, zgodnie z jakimś starym 
ziemskim zwyczajem, którego cel został dawno zapomniany, w przeciwieństwie do 
estetycznych szczegółów rytuału. Słońce przeświecało przez cienki biały jedwab, rozpalając 
go na tle lazurowo niebieskiego nieba. Zgodnie z tradycją Ziemi ślubnym kolorem była biel 
i chociaż większość Ernańczyków wolała żywsze barwy, klan Tarrantów zawsze wiernie 
trzymał się ziemskich zwyczajów. Dzisiejsza uroczystość nie była wyjątkiem. 
I niewątpliwie Andrys Tarrant świetnie wyglądał w bieli. Aksamitny biały kaftan lamowany 
jedwabiem, bufiaste rękawy koszuli z materiału tak cienkiego, że łopotał na wietrze jak 
gaza, rękawiczki i buty z białej skóry tak dobrze wyprawionej, że wydawały się przyrośnięte 
do ciała, obszyte i haftowane jedwabnymi nićmi w tym samym kolorze. W tym stroju jego 
zazwyczaj blada twarz wydawała się pokryta zdrową opalenizną, a słońce zapalało złociste 
jak Rdzeń błyski w świeżo przyciętych włosach Andrysa. Wyglądał doskonale i zdawał 
sobie z tego sprawę, a jego pewność siebie, jak zwykle, miała nieodparty urok dla otoczenia. 
Karril zachichotał, gdy w otaczającym go tłumie rozeszły się fale pożądania, przeważnie 
(chociaż nie tylko) płynące od kobiet. Pojawiło się co najmniej tuzin dam, które kiedyś 
Andrys emablował i uwodził, a nie wszystkie przybyły tu po to, żeby życzyć mu 
wszystkiego najlepszego. Przeważnie kręciły się po dziedzińcu, z ciekawością i urazą 
czekając na tę przybłędę, która sprzątnęła im sprzed nosa tak smakowity kąsek. 
Była piękna, to nie ulegało wątpliwości. I nie zawdzięczała tego iluzji Iezu, nie 
potrzebowała. W długiej sukni z wielu warstw miękkiego jedwabiu, uszytej w stylu 
Odnowy, wiotka postać dziewczyny wyglądała wprost nieziemsko, a luźno rozpuszczone, 
kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona i plecy niczym drugi welon. Kiedy umieszczono 
na głowach nowożeńców ślubne korony 

426 

background image

(zaprojektowane przez nią osobiście, rzeźbione i szlifowane przez te same szczupłe dłonie, 
którymi teraz podawała i wkładała obrączkę), filigranowy wzór zabłysnął na tle czarnych 
pukli, jak gwiazdy na bezchmurnym niebie. 

Płaska jak deska - szepnęła jedna z kobiet, wypinając obfity biust. 

-Blada jak upiór - zauważyła inna, gładząc swoją brązową 
skórę. 

Rzuci ją po tygodniu - mruknęła trzecia i wszystkie przytaknęły. 

Przecież dobrze wiedzą, w jakich kobietach gustuje Andrys Tarrant, a tó 
chude jak kij od szczotki stworzenie nie wystarczy mu na długo. 
Kapłan Jedynego Boga połączył ich węzłem małżeńskim, a Sa-ris z aprobatą kiwnęła głową, 
gdy wymienili drugą parę obrączek, zawierając także świecki ślub, zgodnie z tradycją 
równie starą jak rodowe nazwisko Tarrantów. Saris, w przeciwieństwie do Narilki, znała 
obyczaj tej rodziny i chociaż będzie jej brakowało tak oddanej wyznawczyni, wiedziała, że 
czasami nawet „bogini" musi pogodzić się z wyrokiem losu. Czy równie chętnie przeszłaby 
na jego wiarę, gdybym nie pozwoliła jej na to wtedy, kiedy to wszystko się zaczęło? - 
zastanawiała się. Tak czy inaczej, niczego nie żałowała. Różnica między prawdziwym 
bóstwem a Iezu polegała na tym, że istnienie tego drugiego nie zależy od wiernych. A 
ponadto miłość jest szczególnym rodzajem piękna. 

Chodź - zachęcił Karril, popychając ją naprzód. - Ominie nas 

zabawa. 
Weselnicy formowali szpaler, który ciągnął się przez cały dziedziniec: najpierw honorowi 
goście, później sąsiedzi, przyjaciele oraz każdy, kto chciał złożyć życzenia gospodarzowi i 
gospodyni. Ponieważ Andrys Tarrant dziedziczył tytuł neohrabiego ze wszystkimi jego 
uprawnieniami i obowiązkami, przybyło tu sporo mężczyzn i kobiet z miejscowej śmietanki 
towarzyskiej, którzy skorzystali z tej sposobności, żeby się przedstawić. Większość z nich 
najwyraźniej miała pewne wątpliwości w związku z tą sytuacją, a kilkoro nawet wykazało 
wyjątkowo kiepskie maniery, napomykając, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby przeżył 
Samiel, a nie ten nieodpowiedzialny playboy. Kiedy jednak kolejno ściskali rękę An-drysa, 
dostrzegali w jego oczach coś dziwnego, co wyraźnie mówiło im, że ten człowiek naprawdę 
się zmienił i jeśli tylko dadzą mu szansę, to może ich zadziwić. To również był dar Iezu, 
lecz tak subtelny, że żadna ze stron nie widziała w tym niczego niezwykłego. 

427 

background image

Nie rozumiem... - zaczęła Saris, lecz Kami uciszył ją: - Ciii! 

Teraz przyszła kolej na byłe kochanki, piersiaste kobiety o kusząco rozkołysanych biodrach i 
wyzywających spojrzeniach. Pierwsza uścisnęła dłoń Narilki i pogratulowała jej chłodno, 
nie odrywając wzroku od Andrysa. Poznaj mnie, prowokowało jej spojrzenie, jeśli się 
odważysz. Ku jej ogromnemu zadowoleniu Andrys Tarrant ujął jej dłoń i ucałował, 
uwodzicielsko jak zawsze, po czym przedstawił ją małżonce w sposób wyraźnie świadczący 
o tym, że nadal uważa damę za niezwykle atrakcyjną kobietę. Kobieta, zarumieniona z 
wrażenia, dumnie zerknęła na żonę Tarranta. 
Możesz go poślubić, moja droga, ale nigdy nie zdołasz go zmienić. A kiedy znudzą mu się 
twoje mizerne wdzięki, znów przyjdzie do nas, a my pokażemy mu, jak bardzo się pomylił, 
kiedy cię poślubił. 
Jeśli jednak spodziewała się, że ta czarnowłosa dziewczyna będzie zaskoczona lub (jeszcze 
lepiej) zazdrosna, to czekało ją rozczarowanie. Panna młoda pozdrowiła ją uprzejmie, a 
nawet miło. Zdumiewające! Czyżby nie dostrzegała zachowania małżonka, a może po prostu 
żyła mrzonkami, uważając, że małżeństwo jak za dotknięciem magicznej różdżki zupełnie 
go odmieni? Ponownie spojrzała na Andrysa i zauważyła, w jaki sposób patrzy na żonę. 
Zaczerwieniła się, gdy nagle zrozumiała sytuację. W ciągu jednego popołudnia nie można 
się pozbyć wieloletnich przyzwyczajeń, stąd te pozory zachowania typowego dla playboya. 
Jednak gdy Andrys spoglądał na żonę, w jego oczach widać było głębokie uczucie, o jakim 
nie mogła nawet marzyć żadna z jego byłych kochanek. A Narilka, chociaż 
niedoświadczona, rozumiała to. Tolerowała jego uwodzicielski sposób bycia, ponieważ 
wiedziała, że to tylko nawyk, drobiazg równie nieistotny jak jego sposób chodzenia i ubie-
rania. Teraz zachowywał się tak tylko na pokaz, a ona była zbyt pewna jego uczuć, żeby się 
tym przejmować. Dawna kochanka Andrysa czmychnęła jak niepyszna, a jej miejsce zajęła 
inna, z góry ciesząc się z sukcesu. 
Jesteś podglądaczem - stwierdziła Saris. Karril zachichotał. 
Nie przeczę. 
Stoły uginały się od potraw, jakie mogą wyczarować tylko bogaci ludzie. Karril przechadzał 
się między stołami, gdy służba roznosiła dania, sprawdzając jakość każdego, gotowy 
interweniować w razie potrzeby. Wszystko jednak było doskonałe, od przystawek 

428 

background image

po nieodłączny tort weselny, więc w końcu spoczął w cieniu wa, aby sycić się radością 
gości. 
Młodzi poszli - zauważyła Saris. 
Co? -Powiódł wzrokiem w ślad za jej spojrzeniem, ku głównej bramie zamku, a potem znów 
zachichotał, gdy zrozumiał o czym mówiła. - Ich goście są zadowoleni. Ceremonia się 
odbyła. Dlaczego nie mieliby przez chwilę celebrować jej w samotności, kiedy uwagę 
wszystkich zaprząta coś innego? - Obrzucił ją bystrym spojrzeniem i rzekł: - Niewiele 
przestawałaś z ludźmi, prawda? 
Dziś po raz pierwszy przybrałam w pełni ludzką postać. 
Wyglądasz naprawdę dobrze. 
Dziękuję - odparła, zaskoczona. 
Oparł się o pień drzewa, sprawiając wrażenie najedzonego gościa, przetrawiającego posiłek. 
Teraz będzie się to zdarzać coraz częściej, wiesz? U większości naszych braci i sióstr 
ciekawość weźmie górę nad obawą. Nowe uczucia, nowe doświadczenia.. Kiedyś może 
nawet spróbujemy i tego - powiedział z uśmiechem, ruchem głowy wskazując na kasztel, w 
którym zniknęli zakochani. 
Co takiego? Chyba nie mówisz o... - Spojrzała na niego ze zdumieniem. - To tylko 
złudzenie, Karrilu, przecież wiesz. Fakt, że ty przyjąłeś męską, a ja kobiecą postać... 
Nie o tym mówię - rzekł pospiesznie. - Oczywiście, że nie jesteśmy ludźmi, nie ma co do 
tego wątpliwości. Mimo to pomyśl, Saris: poczynając nas, nasza matka na pewno zrobiła coś 
więcej, niż tylko spłodziła kilka demonów. Chciała stworzyć gatunek, zgodnie ze znanymi 
jej prawami życia. Z pewnością chciała, żebyśmy byli samowystarczalni. Czy to nie oznacza 
jakiejś możliwości reprodukcji? A to z kolei, czy nie sugeruje jakichś... bliższych 
kontaktów? 
Spoglądała na niego z niedowierzaniem, oniemiała. W końcu parsknęła perlistym śmiechem. 
Jesteś niemożliwy, wiesz? Uśmiechnął się. 
Już mi to mówiono. 
 
Spędziłeś zbyt dużo czasu w ludzkiej postaci. Przez to pomieszało ci się w głowie. 
A ty za bardzo przywiązałaś się do twojej natury. Wyrwij się! Eksperymentuj! Zapewniam 
cię, że będziesz się świetnie bawić. 
Muszę pilnować mojego kultu. Zajmować się wiernymi... 

429 

background image

Myślisz, że mieliby coś przeciwko temu, gdybyśmy dali im no 

wego bożka? Ach, Saris, tylko pomyśl! Jakie dziecię mogłoby się zro 
dzić z mariażu piękna z ekstazą? Na samą myśl drżę z podniecenia. 
Spojrzała na niego ze zdumieniem. 
Czy to propozycja? Zaśmiał się. 
Chyba tak. 
Nawet nie wiesz na czym polega nasz proces reprodukcji. 
 
Nie - przyznał - ale sądzę, że odkrywanie tego może być świetną zabawą. - Mrugnął do niej. 
- Reprodukowanie to zazwyczaj przyjemność. 
To twoja specjalność, nie moja. 
Ach, Saris! - Ujął jej dłoń. Przez welon ludzkiego ciała wyczuwał pulsowanie czystej 
energii, prawdziwej substancji lezu. - „Specjalność" to tylko wybór, nie więzienie. Nie 
rozumiesz? Jesteśmy dziećmi żywych istot i możemy być równie wszechstronni jak nasi 
rodzice. Dlaczego nie spróbować? 
Nie wydaje mi się, żebyś ty w tym przypadku wykraczał poza twoją naturę. 
Z uśmiechem puścił jej dłoń i stuknął się palcem w pierś, sygnalizując trafienie: 

Touche. 

Ich uwagę zwróciło nagłe poruszenie wśród gości. Najwidoczniej ktoś wzniósł toast, 
unosząc do słońca kielich przedniego wina za zdrowie nowożeńców. Inni poszli za jego 
przykładem, popijając i sącząc wyśmienity trunek. Sto dusz połączonych jednym uczuciem, 
radujących się tą chwilą - symfonia przyjemności. Karrił z satysfakcją oparł się o pień 
drzewa, spijając ją niczym wino, i zamknął oczy, gdy uniosły go fale ludzkiej radości. 
Obserwowała go przez chwilę, śledząc jego reakcję, a potem łagodny uśmiech opromienił 
jej twarz. Odprężyła się i oparła o drzewo obok niego, spoglądając na biesiadujących gości. 

Zastanowię się nad tym - obiecała. 

background image

44 

klep znajdował się w spokojnej dzielnicy miasta i pomimo sławy, jaką 
cieszył się od chwili otwarcia - albo złej sławy, jak mogliby powiedzieć 
niektórzy - jego fasada była skromna i niepozorna. „Sklep myśliwski" - 
głosił szyld, którego litery i rozmiary sugerowały solidną firmę. Z jednej 

strony wystawy były ustawione wędki, z drugiej łuki i kusze. Na środku leżała pięknie 
wyprawiona skóra, służąca jako tło dla rozmaitych akcesoriów sztuki łowieckiej: kompasów 
i map, plecaków i manierek, oraz kolekcji noży o ciężkich ostrzach, gwarantujących (jak 
głosiła wywieszka) patroszenie jednym ruchem ręki i oprawianie równie łatwe jak 
rozsmarowanie masła. 
Mężczyzna przez długą chwilę oglądał wystawę, zastanawiając się, po co tu przyszedł. 
Nigdy nie przepadał za polowaniem, a na myśl o patroszeniu żywego - a raczej świeżo 
zabitego - zwierzęcia robiło mu się niedobrze. Był już bliski tego, żeby odwrócić się i 
wrócić do domu. Potem przypomniał sobie, jaki jest tam samotny, jaki pusty jest ten wielki 
dom bez rozbrzmiewających w nim głosów. Wziął się w garść i pchnął ciężkie drewniane 
drzwi, szykując się na to, co czekało go w środku. 
Wnętrze sklepu było większe, niż się spodziewał, i każdy centymetr wypełniały łowieckie 
akcesoria. W środku byli klienci - kilku mężczyzn. Patrzył, jak jeden z nich przykłada do 
ramienia kuszę z mosiężną kolbą, sprawdzając wyważenie broni. Drugi zgiął wędkę w 
wielkie „U" i mruknął, że owszem, chyba się nada Jeszcze jeden klient... Prawie odwrócił 
się i wyszedł. Prawie. 

W czym mogę pomóc? 

Ekspedient był młody, mniej więcej jego wzrostu i budowy ciała. Niepozorny, tak jak i on. 
Mężczyzna zawahał się. 

Riven Forrest? 

To przecież nie on, prawda? Z pewnością człowiek, który miał mu pomóc, powinien być 
bardziej... bardziej... No cóż, bardziej kimś. 

431 

background image

Z ulgą zobaczył, że sprzedawca ruchem głowy wskazuje mu drzwi w bocznej ścianie. 
- Pewnie jest w gabinecie. Proszę iść prosto przed siebie, trafi pan. 
Drzwi zaprowadziły go do innego pomieszczenia, mniejszego niż pierwsze, mniej 
zagraconego. Zobaczył tam obrazy i inne eksponaty, wszystkie przedstawiające zwierzynę. 
Ryjwiórki, neosarny, gro-niostaje... Jedne ukazane w ich naturalnym środowisku, w reali-
styczny sposób - rodzaj dzieł, jakie wiesza się w pokoju gościnnym lub nad kominkiem. 
Inne wyglądały mniej naturalnie i dziwnie niepokojąco. Zastygła na zwalonym pniu 
marmosa o szeroko otwartych, niespokojnych ślepiach, czujnie nastawiająca wielkie uszy. 
Neosarny skulone w wysokiej trawie, szykujące się do rozpaczliwej ucieczki. Stado jakichś 
wodnych ptaków, pływających na pofalowanej powierzchni jeziora. Nie potrafił powiedzieć, 
dlaczego ten ostatni obraz tak bardzo go niepokoił, aż w końcu na powierzchni wody 
dostrzegł odbicie składającego się do strzału myśliwego, ledwie widoczne wśród trzcin. 
Zwierzęta uchwycone w ostatnich chwilach życia; pasja łowiecka widziana oczyma 
stworzeń, które musiały umrzeć, by ją zaspokoić. Patrząc na te obrazy, czuł rosnący 
niepokój, ale nie mógł oderwać od nich wzroku. Mimowolne oglą-dactwo, fascynacja 
śmiercią. Po raz pierwszy, od kiedy tu przyszedł, poczuł, że chyba jednak trafił pod 
właściwy adres. 
Dalej były jeszcze inne pokoje, ciasne korytarzyki skręcające pod ostrym kątem, a nawet 
garderoba, przerobiona na witrynę reklamującą akcesoria łowieckie. Zobaczył narzędzia o 
nie znanym mu przeznaczeniu i stalowe okowy, które chyba lepiej nadawałyby się do pę-
tania ludzi niż jakiegokolwiek ze znanych mu zwierząt. Były tam paści wszelkich rodzajów 
i rozmiarów, oraz woskowe atrapy demonstrujące działanie niektórych z nich. Kolejne 
dzieła sztuki, przedstawiające nie tylko zwierzęta. Jedna pięknie powiększona litografia 
ukazywała słynną strzelaninę między Rzeźnikiem z JSeJenzia policją; czerwony atrament 
robił spore wrażenie. Inna przedstawiała KarthajSte-ęjej.ą brnącego przez bagna południa i 
trzymającego w ręku głowę ostatniej ofiary. Skazańcy i sadyści, kryminaliści, którzy stali 
się zwierzyną... Patrząc na ich ostatnie chwile życia, czuł się zbrukany, jakby w jego duszy 
obudziło się jakieś niezdrowe zainteresowanie, do jakiego za nic nie chciał się przyznać. 
W końcu, z trudem, oderwał się od tych obrazów i przeszedł przez kolejne drzwi. Za nimi 
znajdował się niewielki pokój, wyraźnie 

432 

background image

pełniący rolę biura. Mężczyzna poczuł głęboką ulgę, jakby i on uciekał przed jakimś 
niewidzialnym pościgiem i wreszcie tutaj znalazł schronienie. Nawet umeblowanie tego 
pokoju było zupełnie zwyczajne, a jedyny obraz - wiszący nad kominkiem portret przy-
stojnego mężczyzny - na szczęście wyglądał całkiem niegroźnie. Siedzący za biurkiem 
człowiek nie odezwał się do wchodzącego, tylko spojrzał na niego wyczekująco. Był blady, 
ciemnowłosy, a jego ostre, kanciaste rysy przypominały przybyłemu drapieżnego ptaka. 
Może jego oczy miały pospolitą barwę - piwną, szarą lub nawet ciemnoniebieską - lecz w 
blasku stojącej lampy, będącej jedynym źródłem światła w tym pokoju, wydawały się czarne 
jak noc. Ta głęboka czerń wysysała blask lampy i wchłaniała go. 

Forrest? - wykrztusił przybyły, w końcu odzyskując głos. - 

Riven Forrest? 
Mężczyzna za biurkiem skinął głową i wskazał gościowi krzesło po drugiej stronie. 
Przybysz z wdzięcznością przyjął zaproszenie i ciężko opadł na krzesło. 

Jestem Riven Forrest. A pan? 

Już miał wymienić swoje nazwisko, ale się zawahał. Bogowie, oszalałeś. Przecież nie będzie 
ci mógł pomóc, jeśli nie dowie się, kim jesteś, prawda? 

Nazywam się Helder. Allen Helder. - Z trudem wyrzucał z sie 

bie te słowa. Krople potu zaczęły perlić mu się na czole. - Mam pe 
wien... niezwykły problem. Powiedziano mi, że pan może mi pomóc. 
To szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Co zrobię, jeśli ten człowiek mnie wyda? Prawo nie 
lubi takich spraw. 
Jednak Forrest był zupełnie spokojny i kiedy przemówił, zabrzmiało to jak zaproszenie do 
uprzejmej pogawędki, a nie sekretnych negocjacji. 

Znam pański problem, panie Helder. Sądzę, że możemy ubić 

interes. - Pochylił się nad biurkiem i zetknął czubki palców. - Mo 
że poda mi pan szczegóły? 
Wiedział, pomyślał gorączkowo przybyły. Wiedział! To oznaczało, że osoba, która podała 
mu nazwisko Forresta, musiała powiedzieć i jemu... Jak dużo? Dziwne, lecz ta myśl nie 
budziła przerażenia, wyłącznie dziwny spokój. Przekroczył pewien próg. Forrest wiedział o 
co mu chodzi. Czy w takiej sytuacji mógł się teraz wycofać? 

Rozwiodłem się z żoną dwa lata temu. - Powiedział to pospiesz 

nie, bez namysłu wyrzucając z siebie te słowa. Zanim znów zaczną 

433 

background image

go boleć. - Mieliśmy troje dzieci. Sąd przyznał mi opiekę nad nimi. Dziewczynka, Sofie, 
oraz dwaj chłopcy, Rori i Tonio. Mam tu wszystkie... - Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął 
paczuszkę papierów. Mówiąc, trzymał je w dłoniach, jakby były jakimś delikatnym 
zwierzątkiem. - Moja żona była... agresywna. Nie wobec mnie, lecz gdy była zła lub 
zniechęcona, wyładowywała się na dzieciach. - Urwał, przygryzając wargę. Bogowie, jakże 
bolały te wspomnienia! - Musiałem tego dowieść, żeby uzyskać opiekę nad całą trójką. 
Musiałem... mieli sińce... musiałem omówić pewne rzeczy..; 
Potrząsnął głową, czując, że zaraz znów się rozpłacze. Nienawidził się za okazywanie takiej 
słabości przed obcym człowiekiem. 

Po rozprawie była wściekła. Przez rok próbowała walczyć ze 

mną w sądzie, a potem w końcu zrezygnowała i opuściła Jaggonath. 
Nie wiem dokąd się udała. Sprawy między nami ułożyły się tak źle, 
że... nie potrafiliśmy już ze sobą rozmawiać. O niczym. 
Uniósł głowę i zobaczył, że te czarne oczy wpatrują się w niego - głodne, nieruchome. 
Nie wiem, co się stało - szepnął. - Tak uważałem... 
Myśli pan, że ona porwała pańskie dzieci. 
Zacisnął powieki na samo wspomnienie. Pusty dom. Pootwierane szafki i szuflady, 
najwyraźniej w poszukiwaniu zapasów. Otwarte drzwi, kołyszące się na wietrze. 

Jestem tego pewien - wykrztusił. - Zostawiłem je pod opieką 

Tonią. Był taki dumny z tego, że jest już dość duży, żeby zaopie 
kować się młodszym rodzeństwem, jak mały mężczyzna, a potem 
wróciłem do domu i... nie zastałem nikogo! Co innego mogło się 
stać? On nigdy nie otworzyłby drzwi obcemu. Nie było żadnych śla 
dów walki. Kto inny, jak nie ona, mógłby to zrobić? 
Blady mężczyzna, nie odrywając od niego wzroku, sięgnął po stojącą obok filiżankę. Upił 
łyk i odstawił ją. 
Próbował pan działań prawnych? 
Och tak. Najpierw poszedłem na policję. W niczym mi nie pomogli. Wynająłem kolejno 
trzech detektywów, którzy trafiali na jej ślad, ale za każdym razem znikała tuż przed ich 
przybyciem. Raz okazało się, że w ogóle jej tam nie było. 
Forrest pokiwał w zadumie głową. 
Ona ucieka. I ma dość rozsądku, by zostawiać fałszywy trop, a przynajmniej stara się to 
robić. 
Nikt nie potrafi mi pomóc - wykrztusił Helder. - Powiedziano 

434 

background image

mi, że może pan... Zrobię wszystko - dodał pospiesznie. - Tylko niech mi je pan 
przyprowadzi i może pan zażądać dowolnej kwoty. Jeśli tylko mam tyle, otrzymają pan. 
Forrest przyglądał mu się przez długą chwilę. W ciszy Helder słyszał bicie swego serca. Czy 
wyglądał na tak zrozpaczonego, jak się czuł? Jeśli ty zawiedziesz, pomyślał, to czy jest 
jeszcze jakaś nadzieja? Nie śmiał się poruszyć. Ani odezwać. Te czarne oczy za-
hipnotyzowały go, jak wąż królika. 
Mogę ją wytropić - rzekł w końcu Forrest. - Mogę odnaleźć pańskie dzieci i przyprowadzić 
je panu. Mogę dopilnować, żeby już nigdy więcej nie pojawiła się w waszym życiu. Cena 
wynosi sto pięćdziesiąt dniówki, plus wydatki. Czy zmartwiłby się pan, gdyby pańskiej 
żonie coś się stało? 
Ja... - Przez chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa. W końcu z trudem rzekł: - Wolałbym 
tego uniknąć. Jeśli to tylko możliwe. 

A więc sto sześćdziesiąt. Należność z dołu, po powrocie dzieci. 

Wyciągnął rękę. Helder patrzył na nią przez chwilę, a potem 
uścisnął ją i mocno potrząsnął. 
Dziękuję - szepnął. - Dziękuję. 
Podziękuje mi pan po wykonaniu zlecenia, Mer Helder. Pokazał paczkę papierów, które 
trzymał w ręku. 
 
Mam tu spisane wszystkie informacje, włącznie z raportami detektywów, których 
wynajmowałem. Portrety dzieci... 
Proszę je zostawić - rzekł cicho Forrest. - Przejrzę je jeszcze dzisiaj. A teraz proszę wrócić 
do domu. I zapomnieć, że w ogóle pan tu był. Następnym razem zobaczymy się wtedy, 
kiedy przyprowadzę panu dzieci. Jeśli spróbuje pan wcześniej nawiązać ze mną kontakt, 
uznam naszą umowę za niebyłą i rozwiązaną. Rozumie pan? 
Rozumiem - szepnął, starając się nie myśleć o metodach, jakie z pewności^etosował ten 
człowiek, skoro utrzymywał swoje zajęcie w tak ścisłej tajemnicy. 
Robienie z panem interesów to czysta przyjemność, Mer Helder. - Forrest skłonił się, 
najwyraźniej kończąc rozmowę. 
Jednak jego gość nie poruszył się. 
Czy myśli pan... - zdołał wykrztusić. - Chcę powiedzieć, czy może... 
Zwierzyna pozostaje zwierzyną - odparł gospodarz. - Fakt, że w tym przypadku jest nią 
człowiek, czyni polowanie bardziej interesującym, ale niekoniecznie trudniejszym. 
Inteligencją, tak jak 

435 

background image

instynktem, można manipulować. Przewidzieć. - Znów pociągnął lyk z filiżanki, nie 
odrywając wzroku od gościa. - Jeśli pana dzieci żyją, gwarantuję rezultaty. Jeśli nie... wtedy 
nic pana nie będzie to kosztowało, prawda? - Czarne oczy rozbłysły; w blasku lampy 
wydawały się dziwnie nieludzkie. - Dobranoc, Mer Helder. 
Zdołał jakoś wstać i ruszyć do drzwi, chociaż pragnął błagać o słowa otuchy. Czy naprawdę 
była szansa, że znów zobaczy dzieci? Czy ten dziwny człowiek mógł odnieść sukces tam, 
gdzie tylu innych zawiodło? Jednak zachowanie Forresta wyraźnie wskazywało, że Helder 
nie jest tu już mile widzianym gościem, więc pospiesznie opuścił jego gabinet. Ostatnią 
rzeczą, jakiej teraz chciał, to zirytować jedynego człowieka, który mógł mu pomóc. 
Odnajdzie mi je, pomyślał z nadzieją. Uda mu się. Wiem. 
Powtarzając to w myślach jak mantrę, wyszedł z tego dziwnego sklepu i ruszył w długą 
drogę do domu. 

Przez jakiś czas po wyjściu klienta mężczyzna zwany Rivenem Forrestem siedział bez 
ruchu. Wydawało się, że czeka, aż wszystko się uspokoi. Aż opadnie psychiczny kurz. W 
końcu, kiedy uznał, że nadeszła odpowiednia chwila, wyciągnął rękę i położył ją na po-
zostawionej przez gościa paczuszce. Nic więcej. Chłonął jej zawartość, oglądając obrazy, co 
było szybszym i znacznie wygodniejszym sposobem niż czytanie. A poza tym, czym są 
słowa? W najlepszym razie jedynie napomykały o uniesieniu, jakie towarzyszy łowom - w 
najgorszym tłumiły je i psuły. 
Odchyliwszy ciało, zamknął oczy i rozmyślał o czekającym go zadaniu. Ona będzie się bała 
nawet teraz, po tylu miesiącach. A on wykorzysta ten lęk. Strach każe zwierzętom uciekać, 
zaś ich reakcja na strach pozwala przewidzieć zachowanie. Zrób to dobrze, a sama fae 
będzie wibrować i pomagać ci w poszukiwaniach. Wtedy nie ma już ucieczki. Nie wtedy, 
kiedy pomaga ci cała planeta, a każda żyjąca na niej istota jest przedłużeniem twojej woli. 
W końcu, kiedy upewnił się, że wchłonął emocjonalną esencję tej nowej sprawy, uśmiechnął 
się. W jego mózgu już układały się plany. W myślach tworzył schematy postępowania, 
sprawdzał je i poprawiał, co było dla niego czynnością znacznie bardziej naturalną niż 
oddychanie. Teraz znalazł się w swoim żywiole i cieszył 

436 

background image

każdą minutą. Czyż może być większe wyzwanie niż łowy na inlc ligentną zwierzynę? 
Podniósł stojącą przed nim filiżankę. Płyn w naczyniu był gęsty, czerwony i ogrzany do 
temperatury ciała. Taki lubił najbardziej. Siła przyzwyczajenia. 
Wiszący nad kominkiem portret przedstawiał Łowcę. Istota zwana Rivenem Forrestem 
podniosła filiżankę z gęstym, czerwonym płynem. 
- Twoje zdrowie, tato - szepnął Riven Forresf. 
I wypił. 

background image

45 

ie mogę uwierzyć, że on nie żyje, myślał Damien. Ludzie przeciskali się 
obok niego w pośpiechu, jakby w obawie, że świat znów się zmieni, zanim 
zdążą z tego skorzystać. Dziennikarze, kupcy, czarnoksiężnicy, turyści, a 
nawet jeden czy dwóch takich, którzy nazywali siebie „badaczami Ziemi", 

przemykali z południa na północ w poszukiwaniu nowej wiedzy, lub z północy na południe, 
usiłując wyciągnąć jakieś korzyści z tego, czego się dowiedzieli. Albo zostawali tutaj, w 
polowie drogi, aby sprzedawać innym wędrowcom wszystko, czego tamci potrzebują. 
Kliniczny przykład ludzkiej przedsiębiorczości. Daj temu spokój, Vryce. Daj spokój. 
Przez pierwszy tydzień pobytu powtarzał sobie, że jest tu dlatego, ponieważ nie wie co ze 
sobą począć. W pewnym sensie była to prawda. Stan kapłański był już przed nim zamknięty, 
nie dlatego, by nie przyjęto go z powrotem, gdyby chciał - matka święta na zachodzie z 
pewnością pozytywnie rozpatrzyłaby jego gorącą prośbę - lecz ponieważ Patriarcha miał 
rację. Niech go szlag! Zniknęła żarliwa wiara, jaka niegdyś była darem Damiena Vryce'a, a 
zastąpiło ją coś, co mogło na tysiąc sposobów służyć Kościołowi, lecz kolidowało z 
godnością kapłana. Oczywiście, mógł zająć się czymś innym, na przykład ochroną kurierów 
lub badaczy, albo samemu podejmować się takich zadań. Bo chociaż fae była teraz 
„ujarzmiona" to z poprzednich czasów pozostało dość demonów, by jeszcze przez kilka 
pokoleń samotny podróżny nie czuł się bezpiecznie. Dowodem tego... lekko uniósł się z 
ławki, gdy jakiś czarny i skrzydlaty kształt spłynął z zasnutego dymem nieba. Damien 
poderwał kuszę, zwalniając kciukiem bezpiecznik, lecz stwór ostro wykręcił na wietrze i 
zniknął za chmurą, zanim Damien zdążył wycelować i strzelić. Miała bestia szczęście. Przy 
jego pewnej ręce oraz tłumie amatorów strzelania, polującym na demony w zadymionych 
dolinach, 

438 

background image

niewielu stworom udawało się tędy przemknąć. W ciągu zeszłego tygodnia zastrzelił ich 
ponad tuzin i za każdego otrzymał sowitą zapłatę od właściciela tawerny. Niezły układ. To 
oraz darmowe piwo sprawiały, że zwlekał z podjęciem pewnych trudnych decyzji... Na 
przykład, co ze sobą zrobi, kiedy będzie po wszystkim. Na przykład, kiedy, do diabła, uzna, 
że już jest po wszystkim, weźmie się w garść i znów zacznie żyć. 
Z westchnieniem osuszył kufel piwa i machnięciem ręki odprawił kelnera, który chciał 
przynieść mu nowy. Tawerna „Czarna Grań". Ze zdumieniem rozejrzał się wokół, po 
ścianach, krzesłach oraz kranach do nalewania piwa, których nie było tu jeszcze kilka 
tygodni wcześniej. Lokal był zatłoczony jak zawsze i w niewielkiej przestrzeni unosił się 
zapach dymu, potu i wiórów, a turyści, reporterzy brukowców oraz samozwańczy 
ambasadorowie do spraw kontaktów z Iezu starali się prowadzić rozmowy. Nad ich głowami 
jeszcze kończono kłaść dach, więc stukot młotków i zgrzyt pił powiększał panujący tu hałas. 
W końcu Damien z westchnieniem podniósł się z krzesła i wyszedł z zatłoczonej sali na 
taras, z którego na szczyt wzgórza biegła szeroka droga - w miejscu gdzie przedtem nawet 
konie bały się przejść. 
Przełęcz Czarnej Grani. Niegdyś smagany wiatrem korytarz z jednego świata do drugiego, 
znany tylko miłośnikom takich odludnych miejsc. Teraz był to istny kocioł ludzkiej 
aktywności. Na północnym zboczu grani wzniesiono już trzy gospody, a dwie inne właśnie 
stawiano. Nieważne, że miały jeszcze nie malowane ściany i nieczynne toalety. Czy wielu 
ludzi może się pochwalić tym, że idąc do wygódki, przechodziło obok czynnego wulkanu? 
Na południowym stoku wzniesiono niewielką platformę, chociaż rozpościerający się z niej 
widok miał przetrwać zaledwie kilka tygodni. Wąski drewniany pomost biegł kilometr 
wzdłuż zbocza, żeby turyści mogli napaść oczy tym widokiem, dopóki to możliwe. 
Puszcza płonęła. Jej wrogowie zaczekali, aż susza ułatwi im zadanie, a potem podłożyli 
ogień w tuzinie różnych miejsc wzdłuż jej granicy, tak by oczyszczający ogień rozszedł się 
ze wszystkich stron jednocześnie. Tylko w ten sposób, wyjaśniali, można mieć pewność, że 
wszystkie zdegenerowane formy życia wyginą na zawsze, a nie pouciekają do sąsiednich 
lasów. To był dobry plan i z pewnością miał się powieść, a jeśli Damien Vryce żałował 
wspaniałych wierzchowców Łowcy albo tego, że żaden człowiek nie będzie już 

439 

background image

dysponował mocą, jaka pozwoliłaby mu stworzyć nowy gatunek... No cóż, był to tylko 
objaw jego słabości. Postęp ma swoją cenę. Na dłuższą metę to dzieło zniszczenia przyniesie 
ludzkości korzyść, a tylko to się liczy. 
Prawda? 
Dotarł do wąskiego pomostu i oparł się o poręcz, obserwując ogromną łunę pożaru, która z 
rykiem rozjaśniała w oddali ziemię, na unoszące się przed nią i wściekle wirujące chmury 
popiołu. Puszcza płonęła tak już od dwóch tygodni i wiatry w dolinie Raksha zmieniły 
kierunek z zachodniego na wschodni, gnane nienasyconym pragnieniem tlenu. Nad 
pogorzeliskiem unosiła się gęsta burzowa chmura, niewiarygodnie wielka - ogromny grzyb 
wody i popiołu wiszący nad Czarną Granią, jakby sam Pan Bóg chciał dać świadectwo swej 
zemsty. Ta wielka chmura chwilami przesłaniała słońce, a czasami filtrowała jego światło, 
rzucając na ziemię długie, krwawe cienie. Turyści uwielbiali to. Naukowcy byli w siódmym 
niebie, wyjaśniając każdemu, kto chciał słuchać - oraz wielu takim, którzy nie mieli na to 
ochoty - że to burza ogniowa, naturalne zjawisko, całkowicie przewidywalne dzięki ich 
ziemskiej nauce. Obserwował, jak upijają się do nieprzytomności, ciesząc się z tego, że żyją 
teraz w świecie, gdzie takie rzeczy można zmierzyć, zrozumieć, przewidzieć - podczas gdy 
nieco później tej samej nocy jakiś czarnoksiężnik, nie mogąc przystosować się do 
rzeczywistości pozbawiającej go mocy, rzucił się w przepaść dokładnie z tego miejsca, 
gdzie teraz stał Damien. 
Rozumiał tego człowieka. Nie podzielał jego rozpaczy - obojętnie, co sądził Patriarcha, 
Damien nigdy nie upajał się swoją mocą -lecz w głębi serca odczuwał inny, cichy żal. 
Pragnął znów ujrzeć fae. Choć raz. Chciał zobaczyć, jak zmienione prądy Puszczy wpadają 
w ten oczyszczający ogień, i poczuć ich zmianę, gdy wychodzą po drugiej stronie. Pragnął 
zobaczyć, jak wyglądają prądy w krainie cieni, w której działała teraz matka Iezu, podczas 
gdy jej dzieci spotykały się z dziennikarzami na tych samych szlakach, jakie przetarli dla 
nich on i Gerald Tarrant. Utrata widzenia była jak rana, która nie chce się zagoić, podwójnie 
bolesna, bo zadał ją sobie sam... Och tak, wiedział, że to, co zrobili, było dobre i konieczne, 
nawet jeśli wówczas nie rozumieli wszystkich konsekwencji.... To jednak nie uciszało 
wyrzutów sumienia. W końcu był tylko człowiekiem. 
A jakbyś ty sobie z tym poradził, Geraldzie? Powiadają, że adepci nadal mogą widzieć fae, 
chociaż nie mogą jej kształtować Sztuką. 

440 

background image

Czy pogodziłbyś się z tym jako ceną za zbawienie ludzkości, czy też szalał z gniewu na 
więzy, jakimi spętała nas twoja ofiara? A może znalazłbyś jakiś sposób, by obejść te reguły, 
tworząc sobie w tym nowym świecie nisze równie wygodną jak w poprzednim? 
Żałował, że tamten już odszedł i nie może zobaczyć tego wszystkiego, zarówno dobrego, jak 
i złego, aby z chłodną i sardoniczną bezstronnością ocenić sytuację. Widział jego śmierć, ale 
nadal się z nią nie pogodził. Może to go tutaj zatrzymywało? Może nie będzie w stanie 
rozpocząć nowego życia, dopóki nie pogodzi się ze śmiercią Łowcy - a właściwie ze 
śmiercią Geralda Tarranta, a to zupełnie inna sprawa. 
Jakiś czarny kształt śmignął na tle chmur, odcinając się od kłębów dymu i popiołu. Damien 
odruchowo uniósł kuszę i przygotował się do strzału... 
Za jego plecami rozległ się potworny huk, jakby góra rozpękła mu się pod nogami. 
Zaskoczony, chybił. Ktoś inny - nie. Niewidoczny pocisk trafił skrzydlatego stwora, tak 
mocno, że impet uderzenia o mało nie oderwał mu pokrytych łuską skrzydeł. W następnej 
chwili stwór eksplodował deszczem krwi i iskier, ku zadowoleniu turystów, którzy to 
widzieli. Kilku zaczęło bić brawo. 
Dzwoniło mu w uszach. Odwrócił się, by zobaczyć, kim jest strzelec. Jakiś młodzieniec 
skinął mu głową, nie powitalnym, lecz przepraszającym gestem. Powinien - do cholery! - po 
tym, jak znienacka wystrzelił z pistoletu za plecami Damiena. Już chciał powiedzieć mu 
kilka ostrych słów, ale jakoś zdołał się powstrzymać. Nieważne, że ten młodzik wyglądał na 
rozpieszczonego maminsynka z dobrego domu, zabawiającego się bronią palną, którą mógł 
teraz bezpiecznie używać, nie narażając swojej cennej skóry. Nie było niczego złego w 
posługiwaniu się pistoletem czy zabijaniu demonia-ków, a na Ernie od tak niedawna 
posługiwano się bronią palną, że jeszcze nie obowiązywały zasady etykiety, w myśl których 
ogłuszanie sąsiada jest śmiertelną zniewagą. Zdołał sztywno skłonić się młodzieńcowi i miał 
nadzieję, że ten uzna to za przyjęcie przeprosin. Odwrócił się do poręczy. Po obu stronach 
zbierali się turyści, usiłując zajrzeć w głąb doliny. Zastanawiał się, ilu z nich w pełni 
rozumie znaczenie śmierci, którą oglądali przed chwilą. Ten stwór został zabity, 
zlikwidowany, podobnie jak legiony demoniaków w przeszłości, lecz w przeciwieństwie do 
jego poprzedników, nie zostanie zastąpiony przez innego. Co oznaczało, że pewnego dnia, 

441 

background image

kiedy ludzkość pozbędzie się wystarczająco wielu demonów, upiorów i innych wytworów 
nienawiści, nadejdzie czas, gdy mężczyźni i kobiety będą mogli bezpiecznie spacerować 
nocami, tak jak robili to na ojczystej planecie. 
Była to zdumiewająca i dziwnie niepokojąca myśl. Zastanawiał się, czy dobrze czułby się w 
takiej rzeczywistości. 
Tarrantowi to by nie przeszkadzało. 
Zamknął oczy, usiłując pogodzić się ze stratą. Turyści przy poręczy trzymali się z daleka od 
niego, dzięki Bogu, zapewne wyczuwając jego ponury nastrój. Słyszał rozmowy, lecz te 
dźwięki nie miały dla niego żadnego znaczenia. W tym miejscu, w tej jednej chwili życia 
był sam ze swymi wspomnieniami. Tylko on i Puszcza. 

Trudno uwierzyć, że już go nie ma, prawda? 

Zaskoczony, odwrócił się i zobaczył, że młodzieniec uważnie go 
obserwuje. 

Kogo? 

Łowcy. - Młodzik schował pistolet do skórzanej kabury za 

wieszonej na biodrze. Ona również wyglądała na kosztowną. - Za 
kładam, że to o nim rozmyślasz. 
Pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć w tupet tego człowieka. 
Cholernie wiele zakładasz. 
Nie wyglądasz na turystę. Jesteś tu za długo, żeby być ambasadorem Iezu, samozwańczym 
czy nie, a ponadto nie rozmawiasz z dziennikarzami. -Wskazał płonący w dole ogień. -Po 
cóż jeszcze siedziałby tu człowiek, jeśli nie rozpamiętując śmierć Łowcy? 
Arogancki, pomyślał Damien, i rozpuszczony. Ocenił jego wiek na dwadzieścia dwa lata, 
najwyżej, a sądząc po wyglądzie, smarkacz nigdy w życiu nie robił niczego bardziej 
męczącego od czyszczenia i oliwienia kolekcji broni tatusia. Gładka śniada skóra, bez 
śladów po ospie czy trądziku, delikatne rysy młodzieńczej twarzy. Szczeniak. Gęste włosy 
sięgające prawie do pasa miał upięte z tyłu głowy w warkocz zapleciony tak idealnie równo, 
że z pewnością nasmarował je jakąś drogą pomadą. Nieco niższy od Damiena - choć 
niewiele - szczupły i wymuskany, był odziany w kosztowny i elegancki strój. Spodnie z 
miękkiej jak rękawiczka czarnej skóry. Buty do kolan. Kamizelka zeskóry jeleniej, 
haftowanej żółtą nicią - zapewne złotą - oraz koszula z cienkiego szkarłatnego jedwabiu, 
której powstanie okupiła życiem niejedna egzotyczna gąsienica. A do tego wszystkiego 
czarne oczy o długich rzęsach, spokojnie spoglądające na świat jak na swoją własność... 

442 

background image

Na pewno nie dwadzieścia dwa, poprawił się w myślach. Coś w spojrzeniu młodzieńca 
sprawiło, że przeszedł go dreszcz, lecz Damien Vryce niczym tego nie zdradził. Na pewno 
nie jest taki młody. 
Powiedziano mi, że znajdę cię tutaj - rzekł cicho młodzieniec. 
Po co? Chcesz dostać mój autograf? - Znów odwrócił się do ognia, pragnąc, by tamten 
odszedł. - Jakbym nie miał nic lepszego do roboty. 
Nie potrzebuję nowych zagadek. 

Powiadają, że widziałeś, jak spłonął. 

Nie wytrzymał. Potrzebował tych wspomnień jak jeszcze jednej wycieczki do piekła. 

Dużo gadają... - zaczął gniewnie. 

I nagle urwał. Coś było nie tak, cała ta rozmowa wydawała się dziwna. Kim byl ten facet, do 
licha? Nikt tutaj nie wiedział o tym, czego dokonał Damien. Zachował to w sekrecie, gdyż 
po prostu nie miał zamiaru odpowiadać na takie pytania. Nawet nie podał tu swojego 
prawdziwego nazwiska, inaczej ktoś mógłby skojarzyć, gdzie ostatnio bywał i co robił. W 
rezultacie nikt tutaj nie miał o tym zielonego pojęcia. Nikt. 

Kim jesteś, do diabła? 

Na twarzy młodzieńca pojawił się cień uśmiechu. 
Kimś, kogo interesują legendy. - Ruchem głowy wskazał pożar. - Przyszedłem popatrzeć, 
jak płonie żywa legenda. 
No cóż, patrzenie nic nie kosztuje. 
Damien znowu odwrócił się do ognia i przemyśliwał, kiedy intruz wreszcie sobie pójdzie. 
Może powinien go zignorować. 
Powiadają, że widziałeś, jak zginął. Westchnął i zamknął oczy. A co tam. 
Widziałem. 
Spalili jego głowę. 
To wspomnienie było wciąż boleśnie żywe. 
Widziałem to. 
Jesteś pewien, że to była jego głowa? 
Andrys Tarrant niesie upiorne trofeum, trzymając złote włosy okrwawionymi palcami; 
wysoko unosi odciętą głowę, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć. I rozpoznać. 
A czyja miałaby być? 
To bez znaczenia, jeśli tylko złudzenie było odpowiednie. Prychnął pogardliwie. 

443 

background image

Już nie ma złudzeń. 

Są Iezu. Potrząsnął głową. 
 
Pytałem ich. Właściwie zapytałem jednego i sądzę, że udzielił mi uczciwej odpowiedzi. Nie 
wolno im się wtrącać, powiedział. Matka tego zabrania. 
Zawsze pozostaje magia - rzekł cicho młodzieniec. 
Nie. - Mocno zacisnął dłoń na drewnianej poręczy. Do licha, czy znów musi przechodzić 
przez to wszystko, jakby już tego nie robił? Łowca nie żyje. Widział, jak umarł. Czuł, że 
umarł, gdy zakrwawiony miecz Andrysa Tarranta przeciął więź łączącą Vryce'a i Łowcę. 
Czy to nie wystarczy? 
Nie ma już łatwej magii - zgodził się młodzieniec. - Jednak dla człowieka chcącego 
poświęcić wystarczająco wiele jest jeszcze droga 
Musiałby oddać życie, żeby upozorować własną śmierć. Jaki to miałoby sens? 
Może nie całe życie - podsunął młodzian. - Może tylko jego część. 
Rdzeń włócznią swego światła przeszył chmurę w kształcie wielkiego grzyba i oświetlił 
pomost, na którym stali. Damien usłyszał pomruki zadowolenia turystów, gdy jasne światło, 
zabarwione przez chmurę na szkarłatny kolor, zalało nie heblowane deski. 
Co masz na myśli? - zapytał. 
A jeśli Łowca chciał upozorować własną śmierć? Jeżeli jego niedoszły zabójca uznał, że tak 
będzie najlepiej? Jeśli wystarczyło im obu, że umarł Łowca - legenda - lecz przetrwał 
kryjący się w nim człowiek? Byłaby to pewnego rodzaju śmierć, prawda? Przecież złożenie 
w ofierze własnej tożsamości można uznać za rodzaj samobójstwa. Być może to wystarczy, 
by przywołać moc, nawet w jej obecnej, zmienionej formie. Pomyśl o tym -- nalegał 
młodzieniec. - Byłaby to ofiara płynąca z głębi duszy, nie powierzchowny gest. Prawdziwa 
śmierć, uniemożliwiająca zmartwychwstanie. Postać, która odeszłaby tamtej nocy, już nigdy 
nie mogłaby rościć sobie prawa do swego prawdziwego imienia, jak również słowem lub 
czynem wracać do dawnego życia. - Zamilkł i po chwili dodał: - Nie mogłaby nawet w 
żaden sposób mówić o swoim losie, chyba że w zupełnie bezosobowy sposób. W 
przeciwnym wypadku połączyłaby się z tą jej częścią, która umarła, a wtedy czekałaby ją 
zguba. 
Damienowi na chwilę odebrało mowę. Ta koncepcja była tak 

444 

background image

niewiarygodna... Nie, pomyślał, wcale nie taka niewiarygodna Nie, jeśli się znało Geralda 
Tarranta i wiedziało, do czego jest zdolny. Zapytał cicho: 

Czy wierzysz, że właśnie tak się stało? 

Młodzian wzruszył ramionami. 

Ja tylko sugeruję, że Łowca mógł tak postąpić. Kto wie, jak 

było naprawdę? Uważaj to za ćwiczenie wyobraźni, jeśli chcesz. Po 
myślałem, że jako czarownik... - uśmiechnął się nieznacznie - ...ara- 
czej jako były czarownik, możesz uznać to za... zabawne. 
Znad Puszczy nadleciał podmuch wiatru, przynosząc drobny popiół. Kiedy ich owiał, 
lekkie jak piórko drobiny pyłu obsypały głowę i ramiona młodzieńca Szczupłe, 
urękawiczone palce strzepnęły pył, zaledwie zdążył osiąść. Ten odruch był tak 
mimowolny jak ruch języka u kota wylizującego futerko. Drobny gest, niesamowicie zna-
jomy, którego śladem powinna podążyć fae. Kiedyś by to zrobiła 

Spojrzał w te oczy - czarne, tak czarne, w żadnym razie nie będące oczyma młodego 
człowieka - i zdołał wykrztusić: 

Twoje imię... - Jakoś odzyskał głos i ujął myśl w słowa. - Nie 

wyjawiłeś mi go. 

Młodzieniec przez długą chwilę spoglądał na niego w milczeniu. Jakby prowokował, 
pomyślał Damien. Jakby chciał dać mu czas, żeby spróbował dostrzec w nim innego 
człowieka, powiązać go z innym życiem. 

Nie - odparł w końcu, ponownie zerknąwszy na płonącą 

Puszczę, 
jakby tam kryła się odpowiedź. - Nie zrobiłem tego, prawda? 
I znów kąciki jego ust rozciągnęły się w nikłym uśmiechu. Ten przelotny grymas był tak 
znajomy, że Damien nie wiedział jak zareagować. Czy powinien cieszyć się z takiego 
podobieństwa, czy opłakiwać konsekwencje? 
Czy to ważne? 
Nie - szepnął Damien. - Wcale. 
Twarz młodzieńca na moment przybrała dziwny wyraz -jakieś niezwykłe, głęboko 
ludzkie uczucie, zupełnie nie pasujące do dawnego Łowcy. Sympatia? Żal? 

Żegnaj, Damienie Vryce. - Młodzian lekko się skłonił, wciąż 

patrząc mu w oczy. - Życzę ci szczęścia 
A potem zwinnie się odwrócił i ruszył w stronę przełęczy, trzepocząc na wietrze 
jedwabnymi rękawami. Damien o mało za nim nie pobiegł. Tyle chciał mu powiedzieć... 
Słowa pożegnania wdzięczności 

445 

i nadziei na przyszłość, których nigdy nie miał okazji wyrazić za życia Łowcy. Jednak nie 
poszedł za nim. Ani nie wymówił imienia, które cisnęło mu się na usta, chociaż 
powstrzymywał się od tego z najwyższym trudem. No bo, jeśli ten młodzian mówił 
prawdę, takie słowa mogłyby mieć fatalne skutki. Dlatego w milczeniu patrzył na 
odchodzącego, jakby ten rzeczywiście był kimś obcym, i ze ściśniętym sercem widział, jak 
powiększa się dzieląca ich odległość. Dopiero kiedy mała dziewczynka otarła się o 
idącego, pozostawiając brudną smugę na rękawie szkarłatnej koszuli, dopiero gdy urękawi-
czona dłoń uniosła się, usiłując zetrzeć plamę, co i tym razem się nie udało... W umyśle 
Damiena sformowała się zupełnie nowa myśl. 
Jeśli Łowca naprawdę poświęcił dawne życie i przekonał Andry-sa Tarranta, żeby się na to 
zgodził... Jeżeli złożył taką ofiarę, jak sugerował młodzieniec, a uczynił to tak skutecznie, 
że teraz kroczył po ziemi jako zupełnie inny człowiek, już nie czarnoksiężnik, gdyż 
Patriarcha pozbawił ich wszelkich umiejętności... Taki człowiek, jeśli przypadkiem się 
ubrudzi, żeby być czystym, będzie musiał się wykąpać. Jak każdy. 

 

O świcie nowego świata Damien Vryce uśmiechnął się.