background image

ANTONI CZECHOW

WUJASZEK WANIA

TRZY SIOSTRY

WIŚNIOWY SAD

background image

WUJASZEK WANIA

Sceny z życia ziemian w czterech aktach

1897

Przełożył Jarosław Iwaszkiewicz

background image

OSOBY

Aleksander Sieriebriakow - emerytowany profesor

Helena - jego żona, lat 27

Sofia (Sonia) - jego córka z pierwszego małżeństwa

Maria Wojnicka - wdowa po radcy tajnym, matka pierwszej żony profesora

Iwan Wojnicki - (wujaszek Wania), jej syn

Michał Astrow - lekarz

Ilja Tielegin - zubożały ziemianin

Maryna - stara niania

Parobek

Rzecz dzieje się we dworze wiejskim Sieriebriakowa

background image

AKT PIERWSZY

Ogród, widać część domu z tarasem; w alei pod starą topolą stół nakryty do herbaty; 

ławki, krzesła, na jednej z ławek leży gitara; niedaleko od stołu huśtawka; jest po drugiej 

stronie; pochmurno. Maryna, ociężała, nieruchoma staruszka, siedzi przy samowarze i robi 

pończochę; Astrow przechadza się w pobliżu.

Maryna

(nalewa szklankę herbaty)

Napij się, panoczku.

Astrow

(niechętnie bierze szklankę)

Jakoś się nie chce...

Maryna

Wolałbyś może wódeczki?

Astrow

Nie. Nie co dzień piję wódkę. Poza tym duszno dzisiaj.

(pauza)

Nianiu, jak dawno my się znamy?

Maryna

(namyśla się)

Jak   dawno?   Poczekaj,   zaraz   przypomnę...   Przyjechałeś   tutaj,   w   nasze   okolice... 

kiedy?... jeszcze za życia Wiery Pietrowny, matki naszej Soni. Za jej czasów przez dwie zimy 

bywałeś u nas... to znaczy - minęło jedenaście lat.

(Po chwili namysłu)

A może i więcej?

Astrow

Bardzo się zmieniłem od tego czasu?

background image

Maryna

Bardzo. Wtedy byłeś młody, ładny. A teraz postarzałeś się. I uroda już nie ta. Po 

prawdzie - do kieliszka zaglądasz.

Astrow

Tak... W ciągu dziesięciu lat stałem się innym człowiekiem. A z jakiego powodu? 

Zapracowałem się, nianiu. Od rana do wieczora na nogach, ani chwili spokoju, a w nocy kuli 

się człowiek pod kołdrą i strach go ogarnia, żeby nie wezwano do chorego. Przez cały czas, 

jak się znamy, ani jednego dnia wolnego. Jak tu się nie zestarzeć? A życie i bez tego nudne, 

głupie, brudne... Wciąga jak bagno. Otaczają ciebie dziwadła, same dziwadła; poobcujesz z 

takimi parę lat i sam - nawet się nie spostrzeżesz - stajesz się takim samym dziwadłem... 

Nieunikniony los.

(Kręci długiego wąsa)

Patrz, jakie wielkie wąsiska wyrosły... głupie wąsy. Tak, stałem się dziwadłem, nianiu. 

Zgłupieć, to jeszcze nie zgłupiałem, chwała Bogu, głowę mam w porządku, ale wszystkie 

uczucia jakoś się stępiły. Niczego mi się nie chce, niczego mi nie trzeba, nikogo nie kocham... 

No, chyba tylko ciebie.

(Całuje ją w głowę)

W dzieciństwie miałem taką samą nianię.

Maryna

Może byś coś zjadł?

Astrow

Nie.   W   trzecim   tygodniu   wielkiego   postu   pojechałem   do   wioski   Malickoje... 

epidemia... tyfus plamisty... W chatach ludzie leżą pokotem... bród, smród, dym, cielęta na 

podłodze razem z chorymi... i prosiąt pełno... Namitrężyłem się, przez cały dzień kropli w 

ustach nie miałem, wróciłem  do domu, odsapnąć nie dadzą - przywieźli  z kolei żelaznej 

dróżnika; położyłem go na stół, żeby zrobić operację, a ten gałgan wziął i umarł mi pod 

chloroformem.   I   właśnie   najniepotrzebniej   w   świecie   wzbudziły   się   we   mnie   uczucia, 

sumienie się zaniepokoiło, jak gdybym go zabił umyślnie... Siadłem, przymknąłem powieki, 

ot tak - i myślę: ci, co będą żyli w sto, w dwieście lat po nas i którym my teraz oczyszczamy 

drogę, czy będą nas dobrze wspominali? Nianiu, przecież nie wspomną!

background image

Maryna

Ludzie nie wspomną, Bóg za to będzie pamiętał.

Astrow

Dziękuję. Ładnie to powiedziałaś.

(Wchodzi Wojnicki)

Wojnicki

(wychodzi z domu, zdrzemnął się po śniadaniu i wygląda nieco zaspany; siada na 

ławce i poprawia elegancki krawat)

Tak...

(Pauza)

Tak...

Astrow

Wyspałeś się?

Wojnicki

Tak... Za bardzo.

(Ziewa)

Od czasu jak profesor z małżonką przyjechał, wszystko się poplątało... sypiam nie w 

porę, na obiad i na śniadanie jadam jakieś tam kabule (ostry sos pomidorowy typu keczup), 

piję   jakieś   wina...   szkodzi   mi   to   wszystko!   Przedtem   ani   chwili   wolnej   nie   było, 

pracowaliśmy, i ja, i Sonia - proszę siadać, a teraz sama Sonia haruje, a ja śpię, żrę, piję. 

Niedobre to wszystko!

Maryna

(kiwając głową)

Nowe porządki! Profesor wstaje o dwunastej, a samowar kipi od samego rana, czeka 

na niego. Kiedy ich nie było, obiad był o dwunastej, jak u wszystkich ludzi, a teraz o szóstej. 

Profesor czyta i piszę w nocy, raptem o wpół do drugiej dzwonek... Jezus Maria, co się stało? 

Dawaj herbaty! Ludzi dla niego trzeba budzić, samowar nastawiać... nowe porządki!

Astrow

background image

Długo tu jeszcze będą siedzieli?

Wojnicki

(gwiżdże)

Sto lat. Profesor zdecydował się zamieszkać tu na stałe.

Maryna

I teraz także. Samowar od dwóch godzin na stole, a oni na spacer poszli.

Wojnicki

Idą już, idą, uspokój się.

(Słychać   głosy;   z   głębi   ogrodu   wchodzą   wracając   z   przechadzki   Sieriebriakow, 

Helena, Sonia i Tielegin)

Sieriebriakow

A, ślicznie, ślicznie... co za piękne widoki!

Tielegin

Wspaniałe widoki, ekscelencjo!

Sonia

Jutro pojedziemy do leśniczówki, tatusiu. Dobrze?

Wojnicki

Szanowni państwo, pora na herbatę.

Sieriebriakow

Moi drodzy, każcie mi z łaski swojej przynieść herbatę do gabinetu. Jeszcze muszę 

dzisiaj trochę popracować.

Sonia

Leśniczówka na pewno ci się spodoba...

(Helena,  Sieriebriakow  i Sonia wchodzą do domu; Tielegin  siada przy stole obok 

Maryny)

background image

Wojnicki

Upał,   duszno,   a   nasz   wielki   uczony   w   płaszczu,   w   kaloszach,   z   parasolem   i   w 

rękawiczkach.

Astrow

Widać, że dba o siebie.

Wojnicki

A ona piękna! Jaka piękna! W życiu nie widziałem ładniejszej kobiety.

Tielegin

Maryno   najdroższa,   czy   jadę   polem   szerokim,   czy   przechadzam   się   w   cienistym 

ogrodzie,   czy   patrzę   na   ten   stół   zastawiony,   ogarnia   mnie   wciąż   niewytłumaczalna 

szczęśliwość. Pogoda jak złoto, ptaszki śpiewają, żyjemy sobie tutaj w zgodzie i w spokoju - 

czegóż nam jeszcze trzeba?

(Bierze szklankę herbaty)

Najserdeczniej dziękuję pani.

Wojnicki

(rozmarzony)

Co za oczy... wspaniała kobieta!

Astrow

Opowiedz nam coś, Iwanie.

Wojnicki

(ospale)

Co ci mam opowiadać?

Astrow

Może są jakie nowe wiadomości?

Wojnicki

background image

Nie   ma   nic   nowego.   Wszystko   stare.   Ja  jestem   taki   sam   jak   byłem,   może   trochę 

gorszy, rozleniwiłem się, nic nie robię i tylko zrzędzę jak stary piernik. Moja wiekowa sroka, 

maman, wciąż jeszcze rozprawia o emancypacji; jednym okiem spogląda na księżą oborę, a 

drugim szuka w swoich uczonych książkach zorzy nowego życia.

Astrow

A profesor?

Wojnicki

A profesor jak dawniej od rana do późnej nocy siedzi u siebie w gabinecie i pisze. „Z 

natężonym umysłem, namarszczonym czołem, piszemy wszyscy ody, ody, i mimo całą naszą 

pracę - ni chwal, ni nagrody!” Papier cierpliwy! Lepiej by swoją autobiografię pisał. Cóż za 

temat wspaniały! Rozumiesz, profesor na emeryturze, stary piernik, dorsz uczony... Podagra, 

reumatyzm, migreny, z zazdrości i zawiści wątroba mu spuchła... żyje sobie ten dorsz w 

majątku swej pierwszej żony, żyje bo musi, utrzymanie w mieście za drogie! Bez przerwy 

skarży się na swoje nieszczęścia, chociaż, prawdę powiedziawszy, jest niezwykle szczęśliwy.

(Zdenerwowany)

Pomyśl tylko,   jakie  ma  szczęście!   Syn prostego  diaka  (w kościele  prawosławnym 

kleryk śpiewający i recytujący modlitwy), jakiś tam seminarzysta, dochrapał się uczonych 

stopni   i   katedry   uniwersyteckiej,   ma   tytuł   ekscelencji,   został   zięciem   senatora   itd.,   itd. 

Zresztą, cóż to wszystko znaczy? Zauważ jedno tylko. Człowiek przez dwadzieścia pięć lat 

przeżuwa cudze myśli o realizmie, naturalizmie i innych bzdurach; przez dwadzieścia pięć lat 

wykłada i pisze o takich rzeczach,  jakie  mądrzy od dawna już  wiedzą, a głupi wiedzieć 

nieciekawi - to znaczy przez dwadzieścia pięć lat przelewa z pustego w próżne. A przy tym co 

za pycha! Jakie pretensje! Poszedł na emeryturę i żaden żywy duch go nie zna, pozostał 

zupełnie   nieznany;   to   znaczy,   że   przez   dwadzieścia   pięć   lat   zajmował   cudze   miejsce.   A 

popatrz tylko na niego: stąpa jak jakie bóstwo!

Astrow

Zdaje się, że mu po prostu zazdrościsz.

Wojnicki

Tak, zazdroszczę. A jakie ma powodzenie u kobiet! Żaden donżuan na całym świecie 

nie cieszył się tak fantastycznym powodzeniem. Jego pierwsza żona, moja siostra, piękne, 

background image

łagodne stworzenie, czysta jak to niebo niebieskie, szlachetna, wielkoduszna, mająca więcej 

wielbicieli, niż on miał uczniów - kochała go, jak potrafią kochać tylko czyste anioły takich 

samych jak one czystych i pięknych ludzi. Moja matka, jego teściowa, do dziś dnia ubóstwia 

go   i   do   dziś   dnia   odczuwa   wobec   niego   święty   lęk.   Jego   druga   żona,   piękna,   mądra   - 

widzieliście ją przed chwilą - wyszła za niego, kiedy był już stary, oddała mu swą młodość, 

urodę, wolność, cały swój czar. Za co? Dlaczego?

Astrow

Wierna jest profesorowi?

Wojnicki

Niestety, wierna.

Astrow

Dlaczego niestety?

Wojnicki

Dlatego, że ta wierność jest od początku do końca jednym fałszem. jest w niej dużo 

retoryki, ale nie ma logiki. Zdradzać starego męża, którego się nie cierpi - to niemoralność; a 

starać   się   zagłuszyć   w   sobie   biedną   młodość   i   wszelkie   żywe   uczucia   -   to   nie   jest 

niemoralność.

Tielegin

(łzawym głosem)

Wania, ja bardzo nie lubię, jak ty tak mówisz. No doprawdy... Kto zdradza żonę albo 

męża, to człowiek niepewny, taki, co może zdradzić i ojczyznę.

Wojnicki

(zniecierpliwiony)

Przestań już wreszcie, Andrucie!

Tielegin

Poczekaj,   Wania.   Żona   moja   nazajutrz   po   ślubie   uciekła   ode   mnie   ze   swoim 

ukochanym   z   powodu   mojej   nieszczęśliwej   powierzchowności.   A   ja   po   tym   wszystkim 

background image

mojego przyrzeczenia nie złamałem. Ja do dziś dnia ją kocham i jestem jej wierny, pomagam 

jej,   jak   mogę,   i   oddałem   swój   majątek   na   wychowanie   dziateczek,   które   ona   z   swoim 

ukochanym spłodziła. Szczęście moje uciekło, ale duma została. A ona co? Jej młode lata 

minęły, uroda zgodnie z prawem natury wyblakła, ukochany jej umarł... Co jej pozostało?

(Wchodzą Sonia i Helena; po chwili wchodzi Maria Wojnicka z książką; siada przy 

stole i czyta; podają jej herbatę, którą pije, utkwiwszy wzrok w książce)

Sonia

(pośpiesznie do niańki)

Tam, nianiusiu, chłopi przyszli. Pójdź, pogadaj z nimi, a herbatę już ja sama...

(Nalewa herbatę, niania wychodzi; Helena bierze swoją szklankę i pije siedząc na 

huśtawce)

Astrow

(do Heleny)

Przyjechałem do pani męża. Pisała pani, że jest bardzo chory, i reumatyzm, i jeszcze 

coś takiego, a przecież on jest najzdrowszy w świecie.

Helena

Wczoraj wieczorem kaprysił, skarżył się na bóle w nogach. A dziś jakoś przeszło.

Astrow

A ja na łeb na szyję gnałem trzydzieści wiorst. No, nic nie szkodzi, to nie pierwszy 

raz. Za to zostanę już u was do jutra i wyśpię się przynajmniej quantum satis.

Sonia

Świetnie! To taka osobliwość, że pan u nas nocuje. Na pewno pan nie jadł obiadu?

Astrow

Rzeczywiście, nie jadłem.

Sonia

No właśnie, przy okazji zje pan obiad. My teraz jemy obiad o szóstej.

(Pije)

background image

Herbata zupełnie wystygła.

Tielegin

Temperatura samowaru znacznie się obniżyła.

Helena

To nic nie szkodzi, panie Iwanie, wypijemy zimną...

Tielegin

Za pozwoleniem... nie Iwan, tylko Ilja. Ilja Tielegin albo też, jak mnie niektórzy z 

powodu mego ospowatego oblicza nazywają - Andrut! Ja niegdyś trzymałem do chrztu Sonię 

i ekscelencja, pani małżonek, zna mnie bardzo dobrze. Mieszkam teraz tutaj u państwa, w tym 

majątku... Pani zapewne zauważyła, że spożywam co dzień obiad w pani towarzystwie.

Sonia

Pan Ilja jest naszym pomocnikiem, naszą prawą ręką.

(Czule)

No, ojczulku kochany, jeszcze herbatki?

Maria Wojnicka

Ach!

Sonia

Co ci jest, babuniu?

Maria Wojnicka

Zapomniałam powiedzieć Aleksandrowi... pamięć tracę zupełnie... miałam dziś list z 

Charkowa od pana Pawła... Przysłał mi swoją nową broszurę...

Astrow

Coś ciekawego?

Maria Wojnicka

Ciekawe,   tylko   jakieś   takie   dziwne.   Zwalcza   to,   czego   bronił   siedem   lat   temu. 

background image

Okropność!

Wojnicki

Nie ma nic okropnego. Proszę pić herbatę, maman.

Maria Wojnicka

Ale ja chcę rozmawiać!

Wojnicki

Od pięćdziesięciu lat rozmawiamy i rozmawiamy, i czytamy broszury. Warto by już z 

tym skończyć.

Maria Wojnicka

Nie wiem, dlaczego nie lubisz, kiedy ja coś mówię. Przepraszam cię, Jean, ale w 

ostatnim   roku   tak   się   zmieniłeś,   że   po   prostu   nie   poznaję   cię...   Byłeś   człowiekiem 

określonych przekonań, byłeś świetlaną postacią...

Wojnicki

O tak! Byłem świetlaną postacią, która nikomu nie dawała światła...

(Pauza)

byłem „świetlaną postacią”... trudno o żart złośliwszy! Mam teraz czterdzieści siedem 

lat.   Do   zeszłego   roku,   tak   jak   i   mama,   starałem   się   naumyślnie   otumanić   tą   waszą 

scholastykę, żeby nie spostrzegać prawdziwego życia - i myślałem, że tak jest dobrze. A 

teraz, żeby mama wiedziała! W nocy zasnąć nie mogę z żalu, ze złości, że tak przegapiłem 

czas, kiedy mogłem mieć wszystko, wszystko, czego teraz odmawia mi moja starość!

Sonia

Wujaszku, to nudne!

Maria Wojnicka

(do syna)

Mówisz,   jakbyś   oskarżał   swoje   poprzednie   przekonania...   Przecież   to   nie   one   są 

winne, winien jesteś ty sam. Zapominasz,  że przekonania  same w sobie to nic... martwa 

litera... trzeba było coś robić...

background image

Wojnicki

Robić? Nie każdy potrafi być piszącym perpetuum mobile, jak twój Herr Professor.

Maria Wojnicka

Co chcesz przez to powiedzieć?

Sonia

(błagalnie)

Babciu! Wujaszku! Błagam was!

Wojnicki

Już milczę. Milczę i przepraszam.

(Pauza)

Helena

Ładnie dzisiaj... niegorąco...

(Pauza)

Wojnicki

W taką pogodę dobrze jest się powiesić.

(Tielegin stroi gitarę; Maryna chodzi koło domu, zwołuje kury)

Maryna

Cip, cip, cip...

Sonia

Nianiu, czego ci chłopi chcieli?

Maryna

Znowu to samo, ciągle o to pastwisko. Cip, cip, cip..

Sonia

Kogo tak wołasz?

background image

Maryna

Jarzębata gdzieś poprowadziła kurczęta... żeby tylko wrona nie porwała.

(Wychodzi)

(Tielegin gra polkę; wszyscy słuchają w milczeniu; wchodzi parobek)

Parobek

Czy pan doktor jest tutaj?

(Do Astrowa)

Panie doktorze, przyjechali po pana.

Astrow

Skąd?

Parobek

Z fabryki.

Astrow

(z rozdrażnieniem)

Serdecznie dziękuję. No, trzeba jechać..

(Rozgląda się za czapką)

Żeby to wszyscy diabli...

Sonia

Ach, jak przykro. Niech pan wróci z fabryki na obiad.

Astrow

Nie, to już będzie za późno. Gdzie tam... gdzież tam...

(Do parobka)

Wiesz co, kochany, zdobądź mi gdzieś kieliszek wódki, rzeczywiście...

(Parobek wychodzi)

Gdzie tam... gdzież tam...

(Znalazłszy czapkę)

U Ostrowskiego w jakiejś sztuce występuje człowiek, który ma duże wąsy i małe 

background image

zdolności... To właśnie ja. No to do widzenia, drodzy państwo...

(Do Heleny)

Jeżeli   pani   kiedyś   do   mnie   zajrzy   -   razem   z   panną   Sonią   -   będę   szczerze   rad. 

Mająteczek  mam niewielki,  najwyżej  trzydzieści  dziesięcin,  ale jeżeli  to panią  interesuje, 

wzorowy   sad   i   szkółka,   jakiej   pani   nie   znajdzie   o   tysiąc   wiorst   wokoło.   A   obok   mnie 

zaczynają się lasy państwowe... Leśniczy tam stary, ciągle choruje, tak że po prawdzie to ja 

zajmuję się wszystkim.

Helena

Mnie już mówiono, że pan bardzo lubi lasy. Oczywiście, to bardzo pożyteczne, ale czy 

to panu nie przeszkadza w jego prawdziwym powołaniu? Pan przecież jest lekarzem.

Astrow

Bogu tylko wiadomo, jakie jest nasze prawdziwe powołanie.

Helena

A to ciekawe?

Astrow

Tak, bardzo ciekawa praca.

Wojnicki

(z ironią)

Bardzo.

Helena

(do Astrowa)

Pan   przecie   jeszcze   młody...   wygląda   pan   na...   na   trzydzieści   sześć,   siedem   lat... 

Chyba   to   nie   jest   takie   ciekawe,   jak   pan   powiada.   Wciąż   las   i  las.   Ja   myślę,   że   to   jest 

monotonne.

Sonia

Nie, nie, to jest niezwykle zajmujące. Pan Michał co roku zasadza nowy kawał lasu i 

otrzymał już za to medal brązowy i dyplom. Tak zabiega, żeby nie niszczono starych drzew. 

background image

Jeżeli pani go posłucha, to się pani z nim zgodzi. Powiada, że lasy upiększają ziemię, że uczą 

człowieka   rozumieć   piękno   i   napełniają   go   poczuciem   majestatu.   Lasy   łagodzą   surowy 

klimat. W krajach, gdzie klimat jest łagodniejszy, mniej się traci sił na walkę z przyrodą i 

człowiek staje się tam miększy i czulszy; ludzie tam są piękni, smukli, pobudliwi i mowa ich 

jest wytworna, ruchy pełne gracji... Kwitną tam nauki i sztuki, filozofia ich nie jest ponura, 

stosunek do kobiet pełen subtelnej szlachetności...

Wojnicki

(śmieje się)

Brawo, brawo! Miłe to, ale nieprzekonujące, tak że

(Do Astrowa)

pozwól, przyjacielu, że nadal będę opalać piece drzewem i z drzewa budować stodoły.

Astrow

Możesz przecie palić w piecach torfem, a stodoły budować murowane. Ostatecznie 

możesz rąbać lasy, kiedy zmusza cię do tego potrzeba, ale po co lasy niszczyć? Rosyjskie lasy 

trzeszczą pod siekierami, miliardy drzew giną, pustoszeją kryjówki zwierząt i ptaków, rzeki 

stają się płytsze i wysychają, znikają na zawsze przepiękne pejzaże, a wszystko tylko dlatego, 

że leniwy człowiek nie chce pomyśleć, że można schylić się i podnieść opał z ziemi.

(Do Heleny)

Prawda,  droga pani?  Trzeba  być nierozsądnym  barbarzyńcą,  aby  spalać  w swoich 

piecach takie piękno, niszczyć to, czego nie możemy sami wytworzyć. Człowiek na to ma 

rozum i siły twórcze, aby mnożyć to, co mu jest dane, ale dotychczas człowiek nie tworzył, 

tylko niszczył. Lasów jest coraz mniej, rzeki wysychają, zwierzyna ginie, klimat się psuje i z 

każdym dniem ziemia staje się coraz biedniejsza i coraz brzydsza.

(Do Wojnickiego)

A ty sobie popatrujesz na mnie z ironią i wszystko, co mówię, wydaje ci się czymś 

niepoważnym...   może   istotnie   to   jest   dziwactwo,   ale   kiedy   mijam   chłopskie   lasy,   które 

ocaliłem od wyrębu, albo kiedy słyszę, jak szumi mój młody las, który sadziłem własnymi 

rękoma, przychodzi mi do głowy, że klimat w drobnym stopniu zależy i ode mnie, i że jeżeli 

za tysiąc lat człowiek będzie szczęśliwy, to będzie w tym i odrobina mojej zasługi. Kiedy 

sadzę sobie brzózkę i widzę potem, jak zieleni się i chwieje na wietrze, dusza moja przepełnia 

się dumą i ja...

(Spostrzega parobka, który przyniósł na tacy kieliszek wódki)

background image

No, co tam...

(Wypija)

Muszę już jechać... Wszystko to prawdopodobnie jest jednym wielkim dziwactwem. 

Moje uszanowanie!

(Idzie ku domowi)

Sonia

(bierze go pod rękę i idzie razem z nim)

Kiedyż pan do nas przyjedzie?

Astrow

Nie wiem...

Sonia

Znowu za miesiąc?

(Astrow i Sonia  wchodzą do domu;  Maria Wojnicka  i Tielegin  siedzą  przy stole, 

Helena i Wojnicki idą w kierunku tarasu)

Helena

A pan, panie Iwanie, znowu zachowywał się niemożliwie. Po co pan drażnił swoją 

matkę i mówił jej o perpetuum mobile? A dzisiaj przy śniadaniu znowu kłócił się pan z 

Aleksandrem. To takie małostkowe.

Wojnicki

Ale jeżeli ja go nienawidzę?

Helena

Nienawidzić Aleksandra nie ma za co, jest taki sam, jak wszyscy. Nie jest gorszy od 

pana.

Wojnicki

Gdyby pani mogła zobaczyć swoją twarz, swoje ruchy... tak się pani leni żyć! Ach, 

jakież to lenistwo!

background image

Helena

Ach, lenistwo i nuda! Wszyscy narzekają na mojego męża, wszyscy patrzą na mnie ze 

współczuciem: biedactwo, ma starego męża! To współczucie - rozumiem je aż nadto! Tak jak 

przed chwilą powiedział Astrow: wszyscy jak szaleńcy wyrąbujecie lasy i wkrótce nic na 

ziemi nie zostanie! Tak samo wy jak szaleńcy gubicie człowieka i wkrótce dzięki wam na 

ziemi nie będzie ani wierności, ani czystości, ani ofiarności. Dlaczego nie możecie spokojnie 

patrzeć  na kobietę,  jeżeli  nie należy  do was? Dlatego  - ten doktor ma rację - że w was 

wszystkich zamieszkał bies zniszczenia... Nie żal wam ani lasów, ani ptaków, ani kobiet, ani 

siebie nawzajem...

Wojnicki

Nie podoba mi się ta cała filozofia..

(Pauza)

Helena

Ten doktor ma zmęczoną, nerwową twarz. Ciekawa twarz. Soni, widać to od razu, 

podoba się, jest w nim zakochana rozumiem to dobrze. Już był tutaj trzy razy po moim 

przyjeździe, ale ja jestem nieśmiała, ani razu nie pomówiłam z nim jak trzeba, nie starałam się 

go ośmielić. Myślał pewnie, że jestem zła. Prawdopodobnie dlatego tak zaprzyjaźniliśmy się 

oboje z panem, Iwanie Pietrowiczu, że jesteśmy tacy sami marudni, nudni ludzie! Marudni! 

Niech pan na mnie tak nie patrzy, ja tego nie lubię.

Wojnicki

Czy mogę inaczej patrzeć na panią, jeżeli panią kocham? Pani jest moim szczęściem, 

życiem, moją młodością! Ja wiem, że nie mam szans na pani wzajemność, żadnych szans, ale 

ja o nic nie proszę, niech mi pani pozwoli tylko patrzeć na siebie, słuchać pani głosu...

Helena

Cicho, jeszcze kto posłyszy!

(Idzie do mieszkania)

Wojnicki

(idąc za nią)

Niech pani mi pozwoli mówić o mojej miłości, niech mnie pani nie przepędza, już to 

background image

będzie dla mnie największym szczęściem.

Helena

To takie męczące...

(Oboje wchodzą do domu)

(Tielegin uderza w struny i zaczyna grać polkę; Maria Wasiliewna zapisuje jakieś 

uwagi na marginesie broszury)

Kurtyna

background image

AKT DRUGI

Pokój   jadalny   w   domu   Sieriebriakowa;   noc;   słychać,   jak   w   ogrodzie   stróż   nocny 

kołacze kołatką; Sieriebriakow siedzi w fotelu przed otwartym oknem i drzemie; Helena obok 

niego także podrzemuje.

Sieriebriakow

(budzi się)

Kto tu? Soniu, to ty?

Helena

To ja.

Sieriebriakow

To ty, Lenoczka... co za nieznośny ból!

Helena

Pled spadł ci na podłogę.

(Okrywa mu kolana)

Może zamknąć okno, Aleksandrze?

Sieriebriakow

Nie, nie, duszę się... Zdrzemnąłem się tylko co i we śnie wydawało mi się, że lewa 

noga mi zdrętwiała. Zbudził mnie męczący ból. Nie, nie, to nie podagra, to chyba reumatyzm. 

Która godzina?

Helena

Dwadzieścia po dwunastej.

(Pauza)

Sieriebriakow

Poszukaj mi jutro rano w bibliotece Batiuszkowa. Musi być u nas.

Helena

background image

Co?

Sieriebriakow

Jutro rano poszukaj Batiuszkowa. Mnie się zdaje, że był w bibliotece. Dlaczego mi tak 

ciężko oddychać?

Helena

Zmęczony jesteś. Nie śpisz już drugą noc.

Sieriebriakow

Powiadają, że Turgieniew z podagry dostał dusznicy. Boję się, że ja będę miał to 

samo. Przeklęta, ohydna starość. Niech ją wszyscy diabli! Od kiedy się postarzałem, nabrałem 

wstrętu do samego siebie. I wam też pewnie wszystkim przykro na mnie patrzeć!

Helena

Mówisz o swojej starości takim tonem, jakbyśmy to my byli winni, że się zestarzałeś.

Sieriebriakow

Ty pierwsza się mną brzydzisz.

(Helena wstaje i siada trochę dalej)

Oczywiście, ty  masz rację.  Nie  jestem  głupi i  rozumiem  to  dobrze. Jesteś młoda, 

zdrowa, piękna, chce ci się żyć, a ja, cóż - starzec, prawie trup. Czyż nie rozumiem ciebie? 

Oczywiście, to głupio, że ja jeszcze żyję. Ale poczekajcie trochę, wkrótce już was uwolnię od 

siebie. Już niedługo pociągnę.

Helena

Och, ja już nie mogę... na miłość boską, zamilcz.

Sieriebriakow

Ktoś by pomyślał, że to ja jestem winien, że wszyscy już „nie mogą”, nudzą się, 

marnują młodość, a ja tylko sam upajam się życiem i jestem kontent. No tak, oczywiście!

Helena

Milcz już... chcesz mnie zamęczyć do ostatka!

background image

Sieriebriakow

Zamęczam wszystkich, oczywiście.

Helena

(przez łzy)

To nie do zniesienia. Powiedz, czego ty chcesz ode mnie?

Sieriebriakow

Nic nie chcę.

Helena

Więc milcz. Proszę cię o to.

Sieriebriakow

Dziwna rzecz, kiedy mówi Iwan albo ta stara idiotka  Maria Wojnicka  - wszystko 

dobrze, wszyscy ich słuchają, ale niech tylko ja powiem słówko, od razu wszyscy czują się 

nieszczęśliwi. Nawet mój głos ich drażni. Powiedzmy, jestem obrzydliwy, egoista, despota - 

ale czyż ja, nawet na starość, nie mam pewnych praw od egoizmu? Czyż nie zapracowałem 

sobie na to? Czyż ja nie mam prawa - pytam się - do spokojnej starości, nie zasłużyłem na 

szacunek?

Helena

Nikt ci twoich praw nie zaprzecza.

(Wiatr stuka oknem)

Wiatr się zerwał. Zamknę lepiej okno.

(Zamyka)

Zaraz będzie deszcz. Nikt ci twoich praw nie zaprzecza.

(Pauza; stróż nocny kołacze i śpiewa)

Sieriebriakow

Pracować całe życie dla nauki, przyzwyczaić się do swego gabinetu, do słuchaczy, do 

szanownych kolegów - i nagle, ni z tego, ni z owego znaleźć się w tym familijnym grobie, co 

dzień   patrzeć   na   tych   wszystkich   durniów,   słuchać   ich   głupich   rozmów...   Ja   chcę   żyć, 

background image

potrzebne mi powodzenie, rozgłos, a tutaj - jak na zesłaniu. Co chwila tęsknić do przeszłości, 

dowiadywać się o powodzeniu innych, bać się śmierci... Nie mogę! Sił na to nie mam! A do 

tego jeszcze nawet mi mojej starości nie mogą przebaczyć.

Helena

Poczekaj, bądź cierpliwy: za kilka lat i ja się postarzeję.

(Wchodzi Sonia)

Sonia

Ojcze, sam kazałeś posłać  po doktora Astrowa, a kiedy przyjechał,  nie chcesz go 

przyjąć. To niedelikatnie. Na próżno fatygowałeś człowieka...

Sieriebriakow

A po co mi twój Astrow? Tyle się zna na medycynie, co ja na astronomii.

Sonia

Trudno mi do twojej podagry sprowadzać cały wydział medyczny.

Sieriebriakow

Z tym narwańcem nie będę gadał.

Sonia

Jak chcesz.

(Siada)

Mnie wszystko jedno.

Sieriebriakow

A która teraz godzina?

Helena

Zaraz będzie pierwsza.

Sieriebriakow

Duszno mi... Soniu, daj mi tych kropli ze stołu...

background image

Sonia

Zaraz.

(Podaje krople)

Sieriebriakow

(rozdrażniony)

Ależ nie te. O nic nie można poprosić!

Sonia

Tylko   nie   kapryś.   Może   to   komu   się   podoba,   ale   mnie   możesz   oszczędzić,   bądź 

łaskaw.   Ja   tego   nie   lubię.   Nie   mam   zresztą   czasu,   muszę   jutro   wstać   o   świcie.   Mam 

sianokosy.

(Wchodzi Wojnicki w szlafroku, ze świecą)

Wojnicki

Burza nadchodzi.

(Błyskawica)

O, jak błyska! Helene i Sonia, idźcie spać, ja was zastąpię.

Sieriebriakow

(przestraszony)

Nie, nie, nie zostawiajcie mnie z nim samego! On mnie na śmierć zagada!

Wojnicki

Przecież one muszą wypocząć. Nie śpią już drugą noc.

Sieriebriakow

Więc niech idą spać. Ale ty też idź sobie. Dziękuję ci. Błagam. W imię naszej dawnej 

przyjaźni, nie protestuj. Potem pogadamy.

Wojnicki

(z ironicznym uśmiechem)

Dawnej naszej przyjaźni... dawnej...

background image

Sonia

Wujaszku, przestań.

Sieriebriakow

(do żony)

Nie zostawiaj mnie z nim samego, kochanie. On mnie zagada.

Wojnicki

Wiesz, to jest wreszcie śmieszne.

(Wchodzi Maryna ze świecą)

Sonia

Kładź się już, nianiu. Późno.

Maryna

Samowar ze stołu nie sprzątnięty. Nie bardzo spać można.

Sieriebriakow

Wszyscy nie śpią, męczą się, mnie jednemu dobrze.

Maryna

(podchodzi do Sieriebriakowa, czule)

Co, panoczku, boli? A mnie także nóżki grają tak i grają.

(Poprawia pled)

To twoja zastarzała choroba. Pani Wiera, nieboszczka, Sońki naszej mama, czasami 

całe noce nie sypiała... rozpaczała nad tobą. Bardzo pana kochała...

(Pauza)

Starzy to jak dzieci, chcą, żeby ich ktoś pożałował, a starego nikt nie żałuje.

(Całuje Sieriebriakowa w ramię)

Chodźmy, panoczku, do łóżka... chodźmy, kochanie... Dam ci herbaty lipowej, nogi ci 

zagrzeję... Panu Bogu się za ciebie pomodlę...

Sieriebriakow

background image

(rozczulony)

Chodźmy, Marynko!

Maryna

A mnie samej nóżki tak grają, tak grają!

(Prowadzi go razem z Sonią)

Pani Wiera, bywało, rozpacza, płacze... Ty, Soniuszka, byłaś jeszcze mała, głupiutka... 

Chodź, chodź, panoczku...

(Sieriebriakow, Sonia i Maryna wychodzą)

Helena

Wymęczył mnie do kresu. Ledwie na nogach się trzymam.

Wojnicki

On panią męczy, a ja sam siebie. Trzecią noc już nie śpię.

Helena

Źle   się   dzieje   w   tym   domu.   Pana   matka   nienawidzi   wszystkiego   oprócz   swoich 

broszur i profesora; profesor irytuje się, nie dowierza mi, pana się boi; Sonia złości się na 

ojca, złości się na mnie i nie rozmawia ze mną już ze dwa tygodnie; pan nienawidzi mojego 

męża   i   otwarcie   gardzi   swą   matką;   ja   jestem   podrażniona   i   dzisiaj   ze   dwadzieścia   razy 

zbierało mi się na płacz. Źle się dzieje w tym domu.

Wojnicki

Dajmy pokój filozofii.

Helena

Pan, panie Iwanie, jest wykształcony i mądry człowiek; zdawałoby się, powinien pan 

pojąć,  że świat nie ginie  przez zabójców, przez  pożary, ale ginie przez  nienawiść, przez 

wrogość, przez wszystkie drobne kłótnie... Pana rzeczą byłoby nie zrzędzić, ale wzywać do 

zgody,

Wojnicki

Pierwej niech mnie pani pogodzi z samym sobą. Droga moja...

background image

(Namiętnie całuje ją w rękę)

Helena

Proszę przestać!

(Wyrywa rękę)

Proszę odejść!

Wojnicki

Zaraz spadnie deszcz i wszystko w naturze odświeży się i odetchnie swobodnie. Tylko 

mnie burza nie przyniesie ulgi. Dzień i noc, jak zmora, dusi myśl, że życie moje stracone 

bezpowrotnie.   Przeszłości   nie   mam,   roztrwoniłem   ją   po   głupiemu   na   drobiazgi,   a   dzień 

dzisiejszy straszny w swym bezsensie. Oto ma pani całe moje życie i całą mą miłość: gdzie 

mam je podziać, co mam z nimi zrobić? Uczucie moje przepada darmo, jak promień słońca w 

głębokiej jamie, i ja sam ginę.

Helena

Kiedy pan mi mówi o miłości, jakoś tępieję i sama nie wiem, co mam odpowiedzieć. 

Przepraszam, nic panu nie mogę powiedzieć.

(Chce wyjść)

Dobranoc.

Wojnicki

(zastępuje jej drogę)

I żeby pani wiedziała, jak ja cierpię na myśl, że w tym samym domu ginie inne życie - 

życie   pani.   Na   co   pani   czeka?   Jaka   przeklęta   filozofia   przeszkadza   pani?   Niech   pani 

zrozumie, zrozumie...

Helena

(patrzy na niego uważnie)

Panie Iwanie, pan jest pijany.

Wojnicki

Możliwe, możliwe...

background image

Helena

Gdzie jest doktor?

Wojnicki

Tam... nocuje u mnie... możliwe, możliwe... Wszystko może się zdarzyć!

Helena

Dzisiaj znowu pan pił? Po co to?

Wojnicki

Bądź co bądź jakieś złudzenie życia... niech mi pani nie przeszkadza, Helene!

Helena

Dawniej nigdy pan nie pił i nigdy tak dużo nie mówił. Niech pan idzie spać. Nudzi 

mnie pan.

Wojnicki

(namiętnie całuje ją w rękę)

Najdroższa... cudowna moja!

Helena

(znudzona)

Proszę mi dać spokój! To wreszcie staje się wstrętne!

(Wychodzi)

Wojnicki

(sam)

Poszła...

(Pauza)

Dziesięć lat temu widywałem ją u nieboszczki siostry. Miała siedemnaście lat, a ja 

trzydzieści siedem... Dlaczego wtedy nie zakochałem się w niej i nie oświadczyłem? Przecież 

to było zupełnie możliwe. I teraz byłaby moją żoną... tak... teraz zbudziłaby nas burza; ona 

bałaby się grzmotów, a ja trzymałbym ją w ramionach i szeptałbym jej: „nie bój się, ja jestem 

background image

przy tobie!” Cudowne myśli, jakie kochane, śmieję się do nich... Ale, mój Boże, wszystko mi 

się w głowie miesza! Dlaczego jestem taki stary? Dlaczego ona nie może mnie zrozumieć? Ta 

jej retoryka, ta jej rozleniwiona etyka, jej bzdurne, leniwe myśli o końcu świata - jak ja tego 

wszystkiego nienawidzę!

(Pauza)

O,   jak   ja   się   oszukałem!   Ubóstwiałem   tego   profesora,   tego   żałosnego   podagryka, 

pracowałem jak wół na niego!. Ja i Sonia wyciskaliśmy z tego majątku ostatnie soki!. Jak 

kułacy wywoziliśmy na rynek olej, groch, ser, samiśmy nie dojadali po to, aby z groszy i 

kopiejek   uzbierać   tysiące   i   posyłać   jemu.   Byłem   dumny   z   niego   i   z   jego   nauki,   żyłem, 

oddychałem nim! Wszystko, co napisał i co obwieszczał, wydawało mi się genialne... Boże, a 

teraz? Poszedł na emeryturę i gdy się dziś zrobi bilans jego życia, nie pozostanie z niego nic, 

ani jednej wartościowej kartki; jest zupełnie nieznany, jest niczym, bańką mydlaną! Ach, 

jakże się oszukałem! Teraz to widzę - po głupiemu oszukałem...

(Wchodzi   Astrow   w   surducie   bez   kamizelki   i   bez   krawata,   podochocony;   za   nim 

Tielegin z gitarą)

Astrow

Graj!

Tielegin

Wszyscy pogrążeni we śnie.

Astrow

Graj!

(Tielegin cicho przygrywa. Astrow do Wojnickiego)

Sam jesteś tutaj? Damy poszły?

(Cicho podśpiewuje wziąwszy się pod boki)

„Ustąp chata, na bok piec, bo gospodarz chce tu lec!” Burza mnie zbudziła. Ładny 

deszczyk popadał. Która to może być godzina?

Wojnicki

Diabli wiedzą.

Astrow

background image

Zdawało mi się, że słyszę głos Heleny.

Wojnicki

Przed chwilą była tutaj.

Astrow

Wspaniała kobieta.

(Ogląda flaszeczki na stole)

Lekarstwa.   Jakich   tu   recept   nie   ma!   I   charkowskie   i   moskiewskie,   i   tulskie...   Po 

wszystkich miastach obnosił się z swoją podagrą. Czy on jest naprawdę chory, czy udaje?

Wojnicki

Chory.

(Pauza)

Astrow

Coś taki smutny dzisiaj? Profesora ci żal, czy co?

Wojnicki

Daj mi spokój.

Astrow

A może się w profesorowej zakochałeś?

Wojnicki

Jest dla mnie przyjacielem.

Astrow

Już?

Wojnicki

Co znaczy „już”?

Astrow

background image

Kobieta  może się stać przyjacielem  mężczyzny tylko w tej kolejności: z początku 

dobra znajoma, potem kochanka, a potem dopiero przyjaciel.

Wojnicki

Typowa filozofia pospolitości.

Astrow

Co? Tak... Masz rację - pospolicieję. Widzisz, jestem pijany. Zazwyczaj tak się upijam 

tylko   raz   na   miesiąc.   A   kiedy   jestem   w   takim   stanie,   robię   się   bezsilny   i   nachalny   do 

najwyższego stopnia. Nic wtedy mnie nie przeraża! Biorę się do najtrudniejszych operacji i 

wykonuję je doskonale. Robię niezwykle szerokie plany na przyszłość; i już wtedy nie wydaję 

się sobie dziwadłem, i wierzę, że ludzkość ciągnie ze mnie korzyści... olbrzymie! A zarazem 

mam wtedy swój własny system filozoficzny i wy wszyscy, bracie, wydajecie mi się takim 

mrowiem... mikroby!

(Do Tielegina)

Graj, Andrut!

Tielegin

Najmilszy przyjacielu, dla ciebie - wszystko - ale zrozum wszyscy we śnie pogrążeni.

Astrow

Graj!

(Tielegin cichutko przygrywa)

Trzeba znowu wypić. Chodźcie, tam, zdaje się, u nas jeszcze zostało trochę koniaku. 

A   jak   się   rozwidni,   pojedziemy   do   mnie.   Dobra?   Mam   felczera,   który   nigdy   nie   mówi 

„dobrze”, tylko zawsze „dobra”. Straszny gałgan. A więc dobra?

(Ujrzawszy wchodzącą Sonię)

Przepraszam, jestem bez krawata.

(Astrow szybko wychodzi; Tielegin idzie za nim)

Sonia

Wujaszku,   znowu   popiłeś   z   doktorem.   Dobrali   się   w   korcu   maku.   Tamten   to   już 

zawsze taki ale ty, z jakiego powodu? W twoim wieku zupełnie to nie do twarzy.

background image

Wojnicki

Wiek tu nie gra żadnej roli. Jak się nie ma prawdziwego życia, żyje się mirażami. To 

zawsze lepsze niż nic.

Sonia

Siano nasze całe skoszone, co dzień leje wszystko gnije, a tobie w głowie „miraże”. 

Zupełnie zaniedbałeś gospodarstwo... Ja jedna pracuję, sił mi już nie starczy...

(Przestraszona)

Wujaszku? Masz łzy w oczach!

Wojnicki

Łzy? Też coś... bzdury... Popatrzyłaś przed chwilą na mnie jak twoja nieboszczka 

matka. Kochana moja...

(Całuje ją chciwie po rękach i po twarzy)

Siostro moja... Moja mila siostro... Gdzie teraz jesteś? Gdyby ona wiedziała! Ach, 

gdyby ona wiedziała!

Sonia

Co? Gdyby co wiedziała?

Wojnicki

Ciężko... niedobrze... To nic... potem... nic, nic... lepiej pójdę sobie...

(Wychodzi)

Sonia

(puka do drzwi)

Panie Michale! Pan nie śpi? Proszę na chwilę.

Astrow

(za drzwiami)

Zaraz!

(Po chwili wchodzi, już w kamizelce i w krawacie)

Co pani każe?

background image

Sonia

Niech pan sam pije, jeżeli to panu dogadza, ale błagam pana niech pan nie daje pić 

wujaszkowi. To mu szkodzi.

Astrow

Doskonale. Już nie będziemy pili więcej.

(Pauza)

Zaraz wyjeżdżam  do siebie.  Słowo się rzekło. Zanim  konie zaprzęgną, już będzie 

jasno.

Sonia

Deszcz pada. Niech pan poczeka do rana.

Astrow

Burza przechodzi, minęła bokiem. Trzeba jechać. I proszę mnie więcej nie wzywać do 

ojca. Ja mu powiadam - podagra, a on mówi - reumatyzm; ja proszę, żeby leżał, a on siedzi. A 

dziś to wcale nie chciał ze mną gadać.

Sonia

Rozpieszczony.

(Szuka w bufecie)

Chce pan coś przekąsić?

Astrow

Chętnie.

Sonia

Bardzo   lubię   coś   tak   przegryźć   w   nocy.   W   kredensie   zdaje   się,   coś   znajdziemy. 

Powiadają, że on miał w życiu wielkie powodzenie u kobiet i damy go tak rozpieściły. O, tu 

jest ser.

(Stoją oboje przy kredensie i jedzą)

Astrow

Ja dzisiaj nic nie jadłem, tylko piłem. Pani ojciec ma ciężki charakter.

background image

(Wyjmuje z kredensu butelkę)

Można?

(Wypija kieliszek)

Tutaj   nikogo   nie   ma   i   możemy   mówić   szczerze.   Pani   wie,   mnie   się   zdaje,   że   w 

waszym domu nie wytrzymałbym jednego miesiąca, udusiłbym się w tej atmosferze... Pani 

ojciec, cały pogrążony w swojej podagrze i swoich książkach, wujaszek Wania, którym wciąż 

chandra miota, pani babka, wreszcie pani macocha...

Sonia

Co, macocha?

Astrow

W człowieku wszystko powinno być piękne: i twarz, i ubranie, i dusza, i myśli. Ona 

jest   piękna,   niewątpliwie,   ale...   przecież   ona   tylko   je,   śpi,   przechadza   się,   czaruje   nas 

wszystkich swoją pięknością - i nie więcej. Nie ma żadnych obowiązków, pracują za nią 

inni... Prawda.? A życie próżniacze nie może być czystym życiem.

(Pauza)

Być   może   jednak   jestem   za   surowy.   Życie   nie   przyniosło   mi   zadowolenia,   jak   i 

wujaszkowi Wani, i obaj stajemy się zrzędami.

Sonia

A pan jest niezadowolony z życia?

Astrow

W ogóle życie kocham, ale nasze życie, życie parafiańskie, rosyjskie, pospolite - to 

jest coś, czego nie cierpię i czym pogardzam ze wszystkich sił duszy. A co się tyczy mojego 

własnego, osobistego życia, to dalibóg nic w nim nie ma dobrego. Widzi pani, jeżeli się 

ciemną nocą idzie przez las i widzi się z daleka światełko, to nie czuje się ani ciemności, ani 

zmęczenia, ani kłujących gałęzi, które uderzają po twarzy... Pracuję - pani to wie - jak nikt 

inny w powiecie, los mnie trzepie bez przerwy, cierpię chwilami nie do zniesienia, ale nie 

widzę przed sobą żadnego światełka. Dla siebie już nic nie chcę, ludzi nie lubię... Od dawna 

już nikogo nie kocham.

Sonia

background image

Nikogo?

Astrow

Nikogo. Trochę czułości mam dla waszej starej niani - to przypomnienie dawnych lat. 

A chłopi? Każdy jednakowy: ciemni, żyją w brudzie, a z inteligencją trudno jakoś się zżyć. 

Męczy mnie ona. Wszyscy ci nasi kochani znajomi płytko myślą, płytko czują i nie sięgają 

poza koniec nosa - po prostu są głupi! A ci, którzy są mądrzejsi i trochę większego kalibru - 

histeryzują, zżarci są przez analizę, przez refleksje... Stękają, nienawidzą siebie nawzajem, z 

pasją się obmawiają, podchodzą do człowieka z boku, patrzą na niego z ukosa i decydują: „To 

jest psychopata!” albo „to frazesowicz!” A kiedy nie wiedzą, jaką etykietę przylepić mu na 

czole, to powiadają: „O, to bardzo dziwny człowiek, bardzo dziwny!” Kocham las - to bardzo 

dziwne, nie jem mięsa - to także bardzo dziwne. Bezpośredniego, prostego, czystego stosunku 

do przyrody i do innych ludzi już nie ma... Nie ma i nie ma...

(Chce wypić)

Sonia

(wstrzymuje go)

Nie, proszę pana, błagam, niech pan nie pije więcej.

Astrow

Dlaczego?

Sonia

Tak panu z tym nieładnie! Pan jest taki subtelny, pan ma taki łagodny głos... Powiem 

więcej, pan jest piękniejszy od wszystkich, których znam. Dlaczego pan chce upodobnić się 

do zwyczajnych ludzi, którzy piją i grają w karty? Niech pan tego nie robi, błagam pana! Pan 

zawsze powiada, że ludzie nie tworzą, tylko niszczą to, co im jest dane. Dlaczego wiec pan 

niszczy samego siebie? Nie trzeba, nie trzeba, błagam pana, zaklinam.

Astrow

(wyciąga do niej rękę)

Nie piję więcej.

Sonia

background image

Niech mi pan da słowo.

Astrow

Słowo honoru.

Sonia

(mocno ściska jego rękę)

Dziękuje!

Astrow

Basta! Wytrzeźwiałem. Widzi pani, jestem już zupełnie trzeźwy i takim już pozostanę 

do końca moich dni.

(Patrzy na zegarek)

A więc  ciągniemy  dalej.  Powiadam:  mój czas  już minął,  na mnie  już za  późno... 

Postarzałem się, zaharowałem, spospoliciałem, wszystkie moje uczucia się stępiły i zdaje mi 

się,   że   nie   mógłbym   już   przywiązać   się   do   człowieka.   Nikogo   nie   kocham   i...   już   nie 

pokocham. Co mnie jeszcze pociąga - to piękno. Nie mogę przejść koło niego obojętnie. 

Zdaje mi się, że gdyby Helena chciała, mógłbym w jednej chwili oszaleć dla niej... Aleć to 

przecie nie miłość, nie przywiązanie...

(Wstrząsa się i zakrywa oczy ręką)

Sonia

Co panu jest?

Astrow

Nic... Przed świętami chory mi umarł pod chloroformem.

Sonia

Czas już zapomnieć o tym.

(Pauza)

Niech mi pan powie, panie Michale... Gdybym ja miała przyjaciółkę albo młodszą 

siostrę i gdyby pan się dowiedział, że ona... no, na przykład, kocha pana, to co by pan na to 

powiedział?

background image

Astrow

(wzruszając ramionami)

Nie wiem. Zapewne nic. Dałbym jej do zrozumienia, że nie mogę jej pokochać... i że 

jestem zajęty czym innym. No, wszystko to dobrze, ale trzeba już jechać. Do widzenia, droga 

Soniu, w ten sposób można przegadać do samego rana.

(Ściska jej rękę)

Przejdę przez salon, jeżeli pani pozwoli, bo się boję, że mnie pani wujaszek zatrzyma.

(Wychodzi)

Sonia

(sama)

Nic mi nie odpowiedział... Dusza i serce jego wciąż się ukrywają przede mną, ale 

dlaczego czuję się taka szczęśliwa?

(Śmieje się radośnie)

Powiedziałam mu: pan jest subtelny, szlachetny, pan ma taki łagodny głos... Czy to 

wyszło niedobrze? Głos jego taki drżący, pieściwy... czuję go po prostu w powietrzu... a kiedy 

mu powiedziałam o młodszej siostrze, nie zrozumiał mnie...

(Łamiąc ręce)

Jakie to okropne, że jestem nieładna! Jakie okropne! A ja przecie wiem, że jestem 

nieładna,   wiem,   wiem...   Zeszłej   niedzieli,   kiedyśmy   wychodzili   z   cerkwi,   słyszałam   jak 

mówili o mnie, i jakaś kobieta powiedziała: „Ona jest dobra, szlachetna, tylko jaka szkoda, że 

taka nieładna...” Nieładna...

(Wchodzi Helena)

Helena

(otwiera okna)

Burza minęła. Jakie cudowne powietrze!

(Pauza)

Gdzie doktor?

Sonia

Pojechał.

(Pauza)

background image

Helena

Sophie!

Sonia

Co?

Helena

Jak długo będą trwały te dąsy? Przecież nie zrobiłyśmy sobie żadnej krzywdy. Skądże 

więc ta niechęć? Dosyć już tego...

Sonia

Ja już sama chciałam...

(Obejmuje ją)

Dość tych gniewów.

Helena

Tak najlepiej.

(Obie wzruszone)

Sonia

Ojciec położył się?

Helena

Nie, siedzi w salonie... Nie rozmawiamy z sobą całymi tygodniami i Bóg wie z jakiego 

powodu...

(Spostrzegając otwarty kredens)

A to co?

Sonia

Pan Michał jadł tu kolację.

Helena

I wino... No wypijmy bruderszaft.

background image

Sonia

Doskonale.

Helena

Z jednego kieliszka.

(Nalewa)

Tak lepiej. A więc - na „ty”?

Sonia

Na „ty”.

(Piją i całują się)

Już dawno chciałam się pogodzić, ale się wstydziłam...

(Płacze)

Helena

Czego płaczesz?

Sonia

To nic, ja tylko tak...

Helena

No, przestań, przestań...

(Płacze)

Jaka jestem niedorzeczna, też rozpłakałam się...

(Pauza)

Ty się na mnie gniewasz za to, że ja wyszłam za mąż za twojego ojca niby to z 

wyrachowania...   Jeżeli   wierzysz   przysięgom   -   to   przysięgam   ci,   że   wyszłam   za   niego   z 

miłości.   Pociągał   mnie   jako   uczony   i   sławny   człowiek.   Miłość   to   była   nieprawdziwa, 

sztuczna, ale przecież wtedy wydawało mi się, że jest prawdziwa. Cóż ja temu winna? A ty od 

samego   naszego   wesela   nie   przestałaś   mnie   potępiać   twoimi   mądrymi,   podejrzliwymi 

oczyma.

Sonia

Zgoda! Zgoda! Zapomnijmy o tym.

background image

Helena

Nie trzeba tak patrzeć - nie do twarzy ci z tym. Trzeba wszystkim wierzyć - inaczej nie 

można żyć.

(Pauza)

Sonia

Powiedz mi szczerze, jak przyjaciel... Jesteś szczęśliwa?

Helena

Nie.

Sonia

Wiedziałam. Jeszcze jedno pytanie. Powiedz otwarcie - czy chciałabyś mieć młodego 

męża?

Helena

Jakie z ciebie jeszcze dziecko. Oczywiście, chciałabym.

(Śmieje się)

No, pytaj się jeszcze, pytaj...

Sonia

Podoba ci się doktor?

Helena

Tak, bardzo.

Sonia

(śmieje się)

Mam głupią minę... Prawda? Poszedł sobie, a ja wciąż słyszę jego głos i jego kroki; 

popatrzę na ciemne okno i widzę jego twarz. Pozwól mi się wygadać... Ale ja nie mogę 

mówić tego głośno, wstydzę się. Chodź do mojego pokoju, tam pomówimy. Wydaję ci się 

głupia? Przyznaj się... powiedz mi coś o nim.

background image

Helena

Co ci mam powiedzieć?

Sonia

On taki mądry, on wszystko może, wszystko potrafi... i leczy, i sadzi lasy...

Helena

To nie o las chodzi ani o medycynę... Zrozum, kochanie, on ma talent! Rozumiesz, to 

jest talent! Śmiałość, otwarta głowa, szeroki rozmach... Posadzi drzewinę, i już mu to wróży, 

co będzie za tysiąc lat, już mu świta szczęście ludzkości. Takich ludzi rzadko się spotyka, 

takich   trzeba   kochać...   Pije   trochę,   bywa   gburowaty...   Cóż   z   tego?   W   Rosji   człowiek   z 

talentem nie może być bez plamki. Sama pomyśl, jakie on ma życie, ten doktor? Błoto na 

drogach   nie   do   przebrnięcia,   mrozy,   zamiecie,   przestrzenie   olbrzymie,   prostactwo,   dzicz, 

naokoło nędza, choroby - w takich warunkach temu, co pracuje i walczy dzień w dzień, 

trudno jest, mając około czterdziestki, zachować czystość i trzeźwość.

(Całuje ją)

Życzę ci z całego serca, zasługujesz na szczęście...

(Wstaje)

A ja jestem nudna, epizod... I w muzyce, i w domu męża, we wszystkich romansach - 

wszędzie, jednym słowem, moja rola - to epizod. Właściwie mówiąc, Soniu, jeżeli dobrze się 

zastanowić, to jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwa!

(Wzruszona chodzi po scenie)

Nie dla mnie szczęście na tym świecie. Nie! Dlaczego się śmiejesz?

Sonia

(śmieje się zasłaniając twarz)

Jestem taka szczęśliwa... taka szczęśliwa!

Helena

Tak mi się chce pograć... Zagrałabym teraz.

Sonia

Zagraj.

(Obejmuje ją)

background image

Mnie się spać nie chce... zagraj!

Helena

Zaraz. Twój ojciec nie śpi. Kiedy jest cierpiący, muzyka go drażni. Idź, zapytaj go. 

Jeżeli pozwoli, to zagram. Idź.

Sonia

Zaraz.

(Wychodzi; w ogrodzie stróż kołacze)

Helena

Dawno już nie grałam. Będę grać i płakać, płakać jak szalona.

(Przez okno)

Czy to ty stukasz, Jefimie?

Głos stróża

Ja!

Helena

Nie stukaj, pan niezdrów.

Głos stróża

Już odchodzę.

(Gwiżdże)

Na tu, Kruczek. Gałganie! Kruczek!

(Pauza)

Sonia

(wraca)

Nie można!

Kurtyna

background image

AKT TRZECI

Pokój bawialny w domu Sieriebriakowa; troje drzwi na prawo, na lewo i pośrodku; 

dzień. Wojnicki i Sonia siedzą; Helena chodzi po scenie pogrążona w myślach.

Wojnicki

Herr Professor raczył wyrazić życzenie, abyśmy się zebrali dzisiaj w tym salonie o 

godzinie pierwszej.

(Patrzy na zegarek)

Za kwadrans pierwsza. Pragnie coś objawić całemu światu.

Helena

Zapewne jakieś ważne sprawy.

Wojnicki

On nie ma żadnych ważnych spraw. Pisze bzdury, ględzi i zazdrości, nic więcej.

Sonia

(z wyrzutem)

Wujaszku!

Wojnicki

No, no, przepraszam.

(Wskazuje na Helenę)

Piękny widok: chodzi i z lenistwa aż się chwieje. Bardzo to ładne! Bardzo!

Helena

Cały dzień pan plecie, plecie - jak to panu nie zbrzydnie.

(z udręką)

Umieram z nudów, nie wiem, co mam robić.

Sonia

(wzruszając ramionami)

Czy to mało roboty? Gdybyś tylko chciała.

background image

Helena

Na przykład?

Sonia

Zajmij się gospodarstwem, ucz, lecz. Czy to brak pracy? Zanim tu jeszcze z ojcem 

przyjechałaś, my z wujaszkiem Wanią jeździliśmy na targ, sprzedawaliśmy mąkę.

Helena

Nie potrafię.  I nieciekawe  to. To tylko  w powieściach  ideowych uczy  się i leczy 

chłopów, a ja ni z tego, ni z owego zacznę leczyć czy uczyć?

Sonia

A ja właśnie nie rozumiem, jak można nie uczyć? Poczekaj, i ty się przyzwyczaisz.

(Obejmuje ją)

Nie dręcz się, kochana.

(Śmieje się)

Nudzisz się, nie możesz sobie miejsca znaleźć, a nuda i próżniactwo są zaraźliwe. 

Popatrz, wujaszek Wania nic nie robi, tylko chodzi za tobą jak cień, i ja porzuciłam moją 

pracę i przyleciałam  do ciebie na pogawędkę. Lenistwo mnie ogarnia, nie mogę! Doktor 

bywał dawniej u nas rzadko, raz na miesiąc, nie można go było uprosić, a teraz przyjeżdża 

codziennie, zaniedbał i swoje lasy, i swoją medycynę. Ty pewnie jesteś czarodziejką.

Wojnicki

Po co pani się męczy?

(Żywo)

No, najdroższa, radości moja, niechże pani pójdzie po rozum do głowy. W żyłach pani 

płynie rusałczana krew, więc pani będzie rusałką. Niech pani odrzuci skrupuły, choć raz w 

życia, niech się pani zakocha w jakimś wodniku jak najprędzej, i po same uszy - chlup z 

głowa w głęboki wir, żebyśmy - Herr Professor i my wszyscy - tylko ręce rozłożyli.

Helena

(z gniewem)

Niech mi pan da wreszcie spokój! To jest po prostu okrutne!

background image

(Chce odejść)

Wojnicki

(nie puszcza jej)

No, no szczęście moje, proszę mi wybaczyć... przepraszam.

(Całuje ją w rękę)

Zgoda!

Helena

Tu anioł może stracić cierpliwość. Niech pan sam przyzna.

Wojnicki

Na znak zgody i pokoju przyniosę pani zaraz bukiet róż; z samego rana dla pani 

przygotowałem... Jesienne róże - jak piękne, jak smutne róże...

(Wychodzi)

Sonia

Jesienne róże - jak piękne, jak smutne róże...

(Obie patrzą w okno)

Helena

Już wrzesień. Jak my tu przeżyjemy tę zimę?

(Pauza)

Dokąd poszedł doktor?

Sonia

Jest w pokoju wujaszka Wani. Pisze tam coś. To dobrze, że wujaszek Wania wyszedł, 

chcę pomówić z tobą.

Helena

O czym?

Sonia

O czym?

background image

(Opiera głowę na jej piersi)

Helena

No dobrze, już dobrze...

(Gładzi ją po głowie)

Już dobrze.

Sonia

Nie jestem ładna.

Helena

Masz piękne włosy.

Sonia

Nie.

(Odwraca się, aby spojrzeć w lustro)

Nie.   Kiedy   kobieta   jest   nieładna,   powiadają   jej:   „masz   piękne   oczy,   masz   piękne 

włosy...” Kocham go już sześć lat, kocham go więcej niż matkę; w każdym momencie słyszę 

jego głos, czuję uścisk jego ręki; spoglądam na drzwi, czekam, ciągle mi się wydaje, że on 

wejdzie   lada   chwila.   I   widzisz,   wciąż   przychodzę   do   ciebie,   aby   mówić   o   nim.   Teraz 

przyjeżdża do nas codziennie, ale nie patrzy na mnie, nie widzi mnie... To jest taka męka! Nie 

mam żadnej nadziei, nie, nie.

(Z rozpaczą)

O Boże, dodaj mi sił!... Całą noc modliłam się... Często zbliżam się do niego, patrzę 

mu w oczy, zagaduję... Zapomniałam o godności, nie mogę się opanować... Nie mogłam się 

wstrzymać i wczoraj przyznałam się wujaszkowi Wani, że jestem zakochana... Cała służba 

wie, że ja się w nim kocham. Wszyscy to widzą.

Helena

A on?

Sonia

On mnie nie dostrzega.

background image

Helena

(w zamyśleniu)

To  dziwny człowiek...   Wiesz  co?  Pozwól  mi,  ja  z  nim  pomówię...  Ostrożnie,   nie 

wprost...

(Pauza)

Doprawdy, jak długo może trwać taka niepewność... Pozwól mi!

(Sonia potakująco kiwa głową)

Doskonale. Kocha czy nie kocha - dowiedzieć się nietrudno. Nie bój się, kochanie, nie 

trwóż się - ja przeprowadzę śledztwo delikatnie, nawet tego nie zauważy. Musimy się tylko 

dowiedzieć - tak czy nie?

(Pauza)

Jeżeli nie, to niech tu nie przyjeżdża. Dobrze?

(Sonia potakuje głową)

Tak łatwiej - na niewidzianego. Odkładać tego nie będziemy, zaraz go wypytam. Miał 

mi pokazać jakieś plany... Idź, powiedz mu, że chcę go widzieć.

Sonia

(bardzo wzruszona)

Powiesz mi całą prawdę?

Helena

Ależ   oczywiście.   Mnie   się   zdaje,   że   najgorsza   prawda   nie   jest   taka   straszna   jak 

niepewność. Zaufaj mi, kochanie.

Sonia

Tak, tak... Powiem mu, że ty chcesz zobaczyć te plany...

(Idzie i zatrzymuje się przy drzwiach)

Nie, niepewność jest lepsza... bo zawsze jeszcze zostaje nadzieja...

Helena

Co ty mówisz?

Sonia

Nic, nic.

background image

(Wychodzi)

Helena

(sama)

Nie ma nic gorszego, jak znać cudzą tajemnicę i nie móc na nią poradzić.

(Zamyślona)

On się w niej nie kocha - to jasne, ale dlaczego nie miałby się z nią ożenić? Nie jest 

ładna, ale dla wiejskiego lekarza w jego wieku byłaby znakomitą żona. Mądra, taka dobra, 

czysta... Nie, to nie to, nie to...

(Pauza)

Rozumiem ją, biedactwo. W tych wściekłych nudach, kiedy zamiast ludzi kręcą się 

wokoło niej jakieś szare plamy, słyszy się tylko najpospolitsze rzeczy, widzi się tych, co 

potrafią tylko jeść, pić, spać, a tu przyjeżdża od czasu do czasu on, niepodobny do innych, 

ładny, zajmujący, pociągający, to jakby księżyc wschodził w ciemności... Poddać się czarowi 

takiego człowieka, zapomnieć się... Zdaje się, że ja sama także się trochę temu poddałam. 

Tak, smutno mi bez niego i uśmiecham się kiedy myślę o nim... Wujaszek Wania powiada, że 

w moich żyłach płynie jakoby rusałczana krew. „Niech pani odrzuci skrupuły choć raz w 

życiu...” No, cóż? Może właśnie tak trzeba? Poleciałabym jak wolny ptak od was wszystkich, 

porzuciłabym   wasze   ospałe   twarze,   wasze   rozmowy,   zapomniałabym,   że   istniejecie   wy 

wszyscy... Tak, tylko że jestem tchórzliwa, nieśmiała... sumienie mnie zamęczy... On bywa 

tutaj co dzień, zgaduję po co, dlaczego tu przyjeżdża, i już mam poczucie winy, gotowa 

jestem upaść przed Sonią na kolana, przepraszać i płakać...

Astrow

(wchodzi z mapami)

Dzień dobry!

(Podaje jej rękę)

Chciała pani obejrzeć moje arcydzieło?

Helena

Wczoraj obiecał mi pan pokazać swoje prace... Pan nie zajęty?

Astrow

Oczywiście.

background image

(Rozkłada plan na stoliku do kart i przypina go pluskiewkami)

Gdzie się pani urodziła?

Helena

(pomaga mu)

W Petersburgu.

Astrow

A kształciła się pani?

Helena

W konserwatorium.

Astrow

To chyba panią mało zainteresuje.

Helena

Dlaczego? Rzeczywiście, wsi nie znam, ale wiele czytałam.

Astrow

Tutaj w domu mam własne biurko... w pokoju pana Iwana. Kiedy już się tak zmęczę, 

że otępieję całkowicie, porzucam wszystko i lecę tu, i bawię się tą historią godzinę albo 

dwie... Pan Iwan i panna Sonia stukają na liczydłach, a ja siedzę koło nich przy swoim biurku 

i smaruję, ciepło mi i spokojnie, świerszcz gra za kominem. Ale na tę przyjemność pozwalam 

sobie nieczęsto, raz na miesiąc...

(Pokazując na planie)

Niech pani tu popatrzy. To jest obraz naszego powiatu, jakim był przed pięćdziesięciu 

laty. Ciemnozielona i jasnozielona farba oznacza lasy. Połowa całej przestrzeni zajęta przez 

las. Gdzie na zielonym zaznaczona czerwona siatka, tam były łosie, sarny... Wykazuję tutaj i 

florę, i faunę... Na tym jeziorze mieszkały łabędzie,  gęsi, kaczki i, jak powiadają starzy, 

wszelkiego ptactwa była siła, nieprzejrzane mnóstwo, latało  to jak chmura. Oprócz wsi i 

wiosek widzi pani tutaj rozrzucone różne osady, futorki (mała chata z ogrodem oddalona od 

innych, niewielkie gospodarstwo), osiedla starowiewów (sekty prawosławne powstałe na Rusi 

w XVII w. na tle rozłamu w cerkwi prawosławnej), młyny wodne... Bydła i koni było wiele. 

background image

To widać po tej niebieskiej farbie. Na przykład, w tej gminie jak gęsto odznacza się niebieska 

farba; tutaj były całe tabuny i na każdą zagrodę wypadało po trzy konie.

(Pauza)

A teraz popatrzmy niżej. Tak wyglądało dwadzieścia pięć lat temu. Tutaj lasy zajmują 

już tylko jedną trzecią powierzchni. Saren już nie ma, jeszcze są łosie. I zielona i niebieska 

farba już bledsze. I tak dalej, i tak dalej. Przechodzimy do trzeciej części: obraz powiatu dziś. 

Zieloną  farbę widzimy to tu, to tam, ale już rozsianą z rzadka; znikły łosie i łabędzie, i 

głuszce... Nie ma już śladu dawnych osad, futorów, osiedli i młynów. W ogóle widzimy tu 

proces stopniowego i niewątpliwego wyrodnienia, któremu do całkowitego zakończenia brak 

już tylko jakich 10 lub 15 lat. Pani mi powie, że to wpływ kultury, że stare życie musiało 

oczywiście   ustąpić   nowemu.   Tak,   rozumiem   gdyby   na   miejsce   tych   zniszczonych   lasów 

przyszły szosy, koleje żelazne, gdyby tu stanęły zakłady pracy, fabryki, szkoły - gdyby ludzie 

stali  się tu zdrowsi, bogatsi, mądrzejsi  - ale  tu przecie  nic podobnego się nie dzieje!  W 

powiecie zostały te same błota, komary, te same bezdroża, nędza - tyfus, dyfteryt, pożary... 

Tutaj   mamy   do   czynienia   z   degeneracją   z   powodu   wyniszczającej   walki   o   byt;   to   jest 

degeneracja na skutek inercji, ciemnoty, zupełnego braku świadomości. Zmarznięty, głodny, 

chory   człowiek,   ażeby   ratować   resztki   swego   życia,   ażeby   ocalić   swoje   dzieci   - 

instynktownie, nieświadomie chwyta w ręce wszystko, czym tylko może nasycić głód, ogrzać 

się   -   niszczy   wszystko   nie   myśląc   o   jutrzejszym   dniu...   Wszystko   tu   już   prawie   jest 

zniszczone; a na to miejsce nie stworzono niczego.

(Z chłodem)

Widzę po pani twarzy, że to panią nie interesuje.

Helena

Ja się tak mało znam na tym.

Astrow

Tu nie ma nic do rozumienia, po - prostu nie ciekawi to pani.

Helena

Mówiąc   otwarcie,   moje   myśli   zajęte   są   czym   innym.   Przepraszam.   Muszę 

przeprowadzić z panem małe śledztwo i mieszam się, nie wiem, jak zacząć.

Astrow

background image

Śledztwo?

Helena

Tak, śledztwo, ale... dość szkodliwe! Usiądźmy!

(Siadają)

Chodzi  tutaj   o pewną  młodą  osobę.  Będziemy   rozmawiali   jak  uczciwi  ludzie,  jak 

przyjaciele, bez niedomówień. Pomówimy, a potem zapomnimy, o czymśmy gadali. Dobrze?

Astrow

Dobrze.

Helena

Chodzi tutaj o moją pasierbicę, Sonię. Czy ona się panu podoba?

Astrow

Tak, bardzo ją szanuję.

Helena

Czy ona podoba się panu jako kobieta?

Astrow

(nie od razu)

Nie.

Helena

Jeszcze parę słów i będzie koniec. Czy pan nic nie zauważył?

Astrow

Nie.

Helena

(bierze go pod rękę)

Pan   jej   nie   kocha,   widzę   to   po   pańskich   oczach...   A   ona   cierpi...   niech   pan   to 

zrozumie... i niech pan przestanie u nas bywać...

background image

Astrow

(wstaje)

Mój czas już minął... no, i kiedyż?

(Wzrusza ramionami)

Gdzie mi tam?

(Jest zmieszany)

Helena

Fe,  jaka   nieprzyjemna   rozmowa!   Jestem   taka   zmęczona,   jakbym   przeniosła   ciężar 

tysiącpudowy.   No,   chwała   Bogu,   skończyliśmy.   Trzeba   zapomnieć,   jakbyśmy   wcale   nie 

rozmawiali i... i... niech pan wyjeżdża. Pan jest rozumnym człowiekiem, pan pojmie...

(Pauza)

Aż się zarumieniłam.

Astrow

Gdyby pani mi o tym powiedziała jakie dwa, trzy miesiące temu, to może bym się 

jeszcze namyślił... ale teraz...

(Wzrusza ramionami)

A   jeżeli   to   jest   dla   niej   cierpieniem...   to   oczywiście...   Tylko   jednej   rzeczy   nie 

rozumiem: dlaczego mnie pani o to wypytywała?

(Patrzy jej w oczy i grozi palcem)

Chytra z pani sztuka!

Helena

Co to znaczy?

Astrow

(śmiejąc się)

Chytra! Rozumiem, Sonia się męczy, chętnie w to wierzę, ale po co to całe śledztwo?

(Nie dając jej mówić, żywo)

Proszę, niech pani nie robi zdziwionej miny, pani doskonale wie, dlaczego ja tutaj 

codziennie   przyjeżdżam...   Dlaczego   i   dla   kogo   tu   bywam,   pani   to   wie   doskonale.   Mój 

najdroższy drapieżniku, nie patrz tak na mnie, bo ze mnie stary wróbel.

background image

Helena

(zdziwiona)

Drapieżniku? Nic z tego nie rozumiem.

Astrow

Piękna, puszysta łasiczko... potrzebuje pani ofiary. Przecież ja już od miesiąca nic nie 

robię, wszystko porzuciłem uporczywie szukam pani towarzystwa - i pani się to strasznie 

podoba, strasznie... No więc tak. Jestem zwyciężony, wiedziała to pani już przed śledztwem.

(Skrzyżowawszy ramiona i z pochyloną głową)

Poddaję się. Weź mnie, o pani, pożryj mnie.

Helena

Pan oszalał!

Astrow

(śmieje się przez zęby)

Pani jest nieśmiała...

Helena

Jestem lepsza i szlachetniejsza, niż się panu wydaje! Przysięgam panu!

(Chce odejść)

Astrow

(zagradza jej drogę)

Dziś wyjeżdżam, nie będę tu bywać, ale...

(Bierze ją za rękę, ogląda się)

Gdzie się będziemy spotykać? Niech pan mówi prędzej...

(Namiętnie)

Jaka   cudowna,   wspaniała...   jeden   pocałunek...   chciałbym   pocałować   tylko   twoje 

pachnące włosy...

Helena

Przysięgam panu...

background image

Astrow

(przerywając)

Po co. przysięgi? Nie trzeba przysięgać. Nie trzeba zbędnych słów. O, jaka piękna, 

jakie ręce!

(Całuje jej ręce)

Helena

Dosyć już tego, niech pan nareszcie idzie...

(Wyrywa ręce)

Pan się zapomniał.

Astrow

Niechże pani powie, niech pani powie! Gdzie my się jutro spotkamy?

(Obejmuje ją)

Widzisz przecie, to jest nieuniknione, musimy się spotykać.

(Astrow całuje ją; w tej chwili wchodzi Wojnicki z bukietem róż i zatrzymuje się w 

drzwiach)

Helena

(nie widząc Wojnickiego)

Niech się pan zlituje... niech mi pan da pokój.

(Opiera głowę o jego piersi)

Nie.

(Chce odejść)

Astrow

(przytrzymuje ją)

Przyjedź jutro do leśniczówki... koło drugiej... Tak? Tak? Przyjedziesz?

Helena

(spostrzega Wojnickiego)

Niech mnie pan puści.

(Bardzo zmieszana odchodzi do okna)

background image

To potworne.

Wojnicki

(kładzie bukiet na krześle, zdenerwowany ociera sobie chustką twarz i szyję)

To nic... tak... to nic...

Astrow

(nadrabia miną)

Dzisiaj mamy, szanowny panie Iwanie, pogodę niebrzydką. Z rana było pochmurno, 

jak gdyby miało się na deszcz, a teraz słoneczko świeci. Mówiąc po prawdzie, jesień mamy 

piękną... i oziminy niczegowate.

(Zwija plan w rurkę)

Jedno tylko: dnie coraz krótsze nastają...

(Wychodzi)

Helena

(szybko podchodząc do Wojnickiego)

Pan się postara, pan użyje całego swego wpływu, żebyśmy ja i mój maż wyjechali stąd 

dziś jeszcze. Słyszy pan? Jeszcze dzisiaj.

Wojnicki

(wycierając twarz)

Jak? No dobrze... bardzo dobrze... Helene, widziałem wszystko, wszystko...

Helena

(nerwowo)

Słyszy pan? Ja muszę wyjechać stąd dziś jeszcze.

(Wchodzą Sieriebriakow, Sonia, Tielegin, Maryna)

Tielegin

Sam ja, ekscelencjo, nie bardzo dobrze się czuję... Już od dwóch dni jestem niezdrów. 

Głowa jakoś mi tak...

Sieriebriakow

background image

Gdzież jest reszta? Nie lubię tego domu, to labirynt prawdziwy. Dwadzieścia sześć 

wielkich pokojów, wszyscy się rozłażą i nigdy nikogo nie można znaleźć.

(Dzwoni)

Proszę poprosić tutaj panią Marię Wojnicką i panią Helenę.

Helena

Jestem tutaj.

Sieriebriakow

Proszę państwa o zajęcie miejsc.

Sonia

(podchodząc do Heleny, niecierpliwie)

Co on powiedział?

Helena

Potem, potem.

Sonia

Drżysz? Taka jesteś wzruszona?

(Uważnie patrzy jej w twarz)

Rozumiem, on powiedział, że przestanie tutaj bywać.. Tak?

(Pauza)

Powiedz - tak?

(Helena potakująco kiwa głową)

Sieriebriakow

(do Tielegina)

Niedomaganie - to jeszcze bagatela, ale czego nie mogę znieść, to sposobu życia na 

wsi. Mam takie uczucie, jak gdybym z ziemi spadł na jakąś inną planetę. Siadajcie, proszę 

was, moi państwo! Soniu!

(Sonia nie słyszy go, stoi ze zwieszoną smutnie głową)

Soniu!

(Pauza)

background image

Nie słyszy.

(Do Maryny)

I ty, nianiu, siadaj.

(Niania siada i robi pończochę)

Proszę państwa. Powieście, że się tak wyrażę, wasze uszy na gwoździu uwagi.

(Śmieje się)

Wojnicki

(zdenerwowany)

Może ja jestem niepotrzebny? Mogę odejść?

Sieriebriakow

Nie. Ty jesteś tutaj najpotrzebniejszy.

Wojnicki

Czego pan sobie życzy ode mnie?

Sieriebriakow

Pan... Czegóż się obrażasz?

(Pauza)

Jeżeli cię czym dotknąłem, to proszę o przebaczenie.

Wojnicki

Przestań mówić tym tonem... Przystąpmy do sprawy... Czego chcesz od nas?

(Wchodzi Maria Wojnicka)

Sieriebriakow

O, jest maman. Zaczynam, proszę państwa.

(Pauza)

„Zaprosiłem panów w celu zakomunikowania im arcyniemiłej nowiny: jedzie do nas 

rewizor!” No, ale żart na stronę. Sprawa jest poważna. Zebrałem was, moi państwo, aby was 

poprosić o pomoc i radę, a znając waszą zwykłą życzliwość, mam wszelką nadzieję, że je 

otrzymam. Jestem człowiekiem nauki, molem książkowym i zawsze obce mi były sprawy 

życia   praktycznego.   Nie   mogę   się   obyć   bez   wskazówek   ludzi   znających   się   na   rzeczy   i 

background image

zwracam się do ciebie, Iwanie, i do Pana, panie Iljo, i do ciebie, maman... Rzecz w tym, że 

manet omnes una nox, to znaczy - życie nasze w ręku Boga; jestem stary i chory i dlatego 

myślę, że czas już, abym uregulował moją sytuację materialną o tyle, o ile dotyczy ona mojej 

rodziny. Życie moje już zakończone, o sobie nie myślę, ale mam młodą żonę, dorosłą córkę.

(Pauza)

Niepodobna,   abym   w  dalszym   ciągu   mieszkał   na  wsi.   Nie  jesteśmy   stworzeni   do 

wiejskiego życia. A mieszkanie w mieście za dochody, jakie czerpiemy z tego majątku, jest 

niemożliwe.   Jeżelibyśmy,   na   przykład,   sprzedali   las,   byłby   to   środek   ekstraordynaryjny 

(nadzwyczajny), którego co rok stosować nie można. Trzeba poszukać takich sposobów, które 

by mogły nam zagwarantować stałą, mniej więcej określoną cyfrę dochodu. Obmyśliłem taki 

pewien sposób sposób i mam zaszczyt wnieść go tu na ogólne obrady. Pomijając detale, 

wyłożę ten sposób w ogólnych zarysach. Nasz majątek daje nam przeciętnie nie więcej niż 

dwa procent. Ja proponuję sprzedać go. Jeżeli pieniądze osiągnięte w ten sposób umieścimy w 

papierach procentowych, to będziemy otrzymywali od czterech do pięciu procent i myślę, że 

nawet   zostanie   nam   reszta,   kilka   tysięcy,   która   pozwoli   na   zakupienie   niedużej   willi   w 

Finlandii.

Wojnicki

Zaczekaj... zdaje mi się, że mnie słuch myli. Powtórz, co powiedziałeś...

Sieriebriakow

Żeby pieniądze włożyć w papiery procentowe, a za resztę, która nam zostanie, nabyć 

willę w Finlandii...

Wojnicki

Nie Finlandia... ty powiedziałeś coś tam jeszcze.

Sieriebriakow

Proponuję sprzedać majątek.

Wojnicki

Właśnie to. Sprzedasz majątek, doskonale, znakomity pomysł... A gdzie każesz mi się 

podziać ze starą matką, no i z Sonią?

background image

Sieriebriakow

W swoim czasie o wszystkim porozmawiamy. Trudno tak od razu.

Wojnicki

Poczekaj. Widać  dotychczas nie  miałem  ani odrobiny zdrowego sądu. Dotychczas 

byłem tak głupi, że zdawało mi się, iż majątek należy do Soni. Nieboszczyk ojciec kupił ten 

majątek jako posag dla mojej siostry. Dotychczas byłem tak naiwny, rozumiałem prawa nie 

po turecku i myślałem, że majątek mojej siostry przeszedł na Sonię.

Sieriebriakow

Tak, majątek należy do Soni. Któż zaprzeczy? Bez zgody Soni nie zdecyduję się na 

jego sprzedaż! A przy tym powziąłem ten zamiar myśląc właśni o Soni.

Wojnicki

To niebywałe, niebywałe! Albo ja zwariowałem, albo... albo...

Maria Wojnicka

Jean, nie sprzeciwiaj się Aleksandrowi, on wie lepiej od nas, co jest dobre, a co złe.

Wojnicki

Nie, dajcie mi wody.

(Pije wodę)

Mówcie, co chcecie! Co chcecie!

Sieriebriakow

Nie rozumiem, dlaczego się tak denerwujesz. Nie powiadam, że mój plan jest czymś 

idealnym. Jeżeli będziecie uważali go za niepraktyczny, to ja nie będę się upierał.

(Pauza)

Tielegin

(zażenowany)

Ja, wasza ekscelencjo, żywię dla nauki nie tylko najwyższy szacunek, ale i uczucia, że 

tak powiem, rodzinne. Brata mojego, Grigorija, żony brat, może raczy pan znać, Konstantin 

Lakiediemonow, był magistrem.

background image

Wojnicki

Czekaj, Andrut... My tu o ważnych sprawach... Poczekaj, potem...

(Do Sieriebriakowa)

Może spytać jego, przecież ten majątek kupiono od jego stryja.

Sieriebriakow

Ach, po cóż mam pytać? Po co?

Wojnicki

Majątek ten był kupiony na owe czasy za dziewięćdziesiąt pięć tysięcy. Ojciec zapłacił 

tylko   siedemdziesiąt,   a   dwadzieścia   pięć   został   winien.   Teraz   posłuchajcie...   Majątek   ten 

można   było kupić   tylko  dlatego,  że  ja  się  zrzekłem  mojej  części   spadku  na  rzecz  mojej 

siostry, którą gorąco kochałem... Mało tego, pracowałem jeszcze przez dziesięć lat jak wół i 

cały dług spłaciłem.

Sieriebriakow

Żałuję, że rozpocząłem tę rozmowę.

Wojnicki

Majątek jest oczyszczony z długów i znajduje się w przyzwoitym stanie tylko dzięki 

moim osobistym wysiłkom. I teraz, kiedy się postarzałem, chcą mnie stąd wyrzucić na zbity 

łeb!

Sieriebriakow

Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Wojnicki

Dwadzieścia pięć lat zarządzałem tym majątkiem, harowałem, wysyłałem ci pieniądze 

jak   najsumienniejszy   rządca   i   przez   cały   czas   nie   otrzymałem   od   ciebie   nawet   słówka 

podziękowania. Przez cały ten czas, za młodu i teraz, otrzymywałem od ciebie wynagrodzenie 

w wysokości pięciuset rubli rocznie, nędzarską pensję! - i ty ani razu nie pomyślałeś o tym, 

żeby mi dodać choć jednego rubla.

background image

Sieriebriakow

Ależ, Iwanie, skądże ja mogłem wiedzieć? Jestem człowiekiem niepraktycznym i na 

niczym się nie znam. Mogłeś sam sobie dodać, ile chciałeś.

Wojnicki

Dlaczego   ja   nie   kradłem?   Dlaczego   nie   gardzicie   mną   wy   wszyscy   za   to,   że   nie 

kradłem? To byłoby sprawiedliwe i nie byłbym teraz nędzarzem.

Maria Wojnicka

(surowo)

Jean!

Tielegin

(bardzo zdenerwowany)

Wania,   kochaneczku,   przestań,   przestań...   trzęsę   się   cały...   po   cóż   psuć   dobre 

stosunki?

(Całuje go)

Nie trzeba.

Wojnicki

Dwadzieścia pięć lat z tą oto moją matką siedziałem jak kret w norze wśród tych 

czterech ścian... Wszystkie nasze myśli i uczucia należały tylko do ciebie. Przez cały dzień 

mówiliśmy o tobie, o twoich pracach, byliśmy z ciebie dumni, ze czcią wymawialiśmy twoje 

imię; a noce marnowaliśmy na czytanie pism i książek, którymi teraz głęboko gardzę!

Tielegin

Nie trzeba, Wania, nie trzeba... nie mogę...

Sieriebriakow

(z gniewem)

Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Wojnicki

Byłeś   dla   nas   wyższą   istotą,   a   twoje   artykuły   umieliśmy   na   pamięć.   Ale   teraz 

background image

otworzyły mi się oczy. Widzę wszystko! Piszesz o sztuce, ale nic nie rozumiesz ze sztuki! 

Wszystkie twoje prace, tak przeze mnie kochane, grosza nie są warte. Zawracałeś nam głowę!

Sieriebriakow

Proszę państwa, uspokójcież go nareszcie! Bo chyba stąd wyjdę!

Helena

Panie Iwanie! Żądam, aby pan zamilkł. Pan słyszy?

Wojnicki

Nie będę milczał.

(Zagradza drogę Sieriebriakowowi)

Zaczekaj, ja nie skończyłem! Zmarnowałeś mi życie! Nie żyłem, wcale nie żyłem! Z 

twojej łaski zniszczyłem, zniweczyłem najlepsze lata mojego życia. Jesteś moim najgorszym 

wrogiem.

Tielegin

Ja nie mogę... nie mogę... uciekam...

(Zdenerwowany wychodzi)

Sieriebriakow

Czego ty chcesz ode mnie? I jakie masz prawo mówić do mnie takim tonem? Taka 

nicość! Jeżeli majątek jest twój, to bierz go sobie, ja go nie potrzebuję.

Helena

Wyjeżdżam natychmiast z tego piekła!

(Krzyczy)

Ja już dłużej nie wytrzymam!

Wojnicki

Przepadło   moje   życie!   Mój   talent,   rozum,   odwaga...   Gdybym   żył   normalnie, 

wyszedłbym   może   na   Schopenhauera,   Dostojewskiego...   Zagalopowałem   się!   Wariuję!... 

Mamo, co za rozpacz, mamo moja!

background image

Maria Wojnicka

(surowo)

Słuchaj we wszystkim Aleksandra!

Sonia

(klęka obok niani i tuli się do niej)

Nianiusiu! Nianiusiu!

Wojnicki

Mamo moja, co ja mam robić? Nie trzeba, niech mama nic nie mówi! Sam wiem, jak 

mam postąpić!

(Do Sieriebriakowa)

Popamiętasz mnie jeszcze!

(Wychodzi przez drzwi środkowe, Maria Wojnicka za nim)

Sieriebriakow

Moi państwo, cóż to wszystko wreszcie znaczy? Weźcie ode mnie tego wariata! Nie 

mogę z nim mieszkać pod jednym dachem. Mieszka tutaj.

(Pokazuje na drzwi środkowe)

Prawie obok mnie... niech się wynosi na wieś, do oficyny albo ja się stąd wyniosę, ale 

zostawać z nim w jednym domu nie mogę...

Helena

(do męża)

Dziś jeszcze wyjedziemy stąd! Natychmiast wydaj zarządzenia!

Sieriebriakow

Marna kreatura!

Sonia

(nie wstając z klęczek, odwraca się do ojca, mówi nerwowo, przez łzy)

Trzeba mieć litość, ojcze! I ja, i wujaszek Wania jesteśmy nieszczęśliwi!

(Opanowując rozpacz)

Trzeba mieć litość! Przypomnij sobie, kiedy byłeś młodszy, wujaszek Wania i babunia 

background image

po   całych   nocach   tłumaczyli   książki   dla   ciebie,   przepisywali   twoje   papiery...   po   całych 

nocach! Po całych nocach! Ja i wujaszek Wania pracowaliśmy bez odpoczynku, nie wydając 

na siebie ani grosza! Wszystko posyłaliśmy tobie... Nie byliśmy darmozjadami! Ja mówię nie 

to, co trzeba, nie tak, jak trzeba, ale powinieneś nas pojąć, ojcze! Trzeba mieć litość!

Helena

(wzruszona, do męża)

Aleksandrze, na miłość boską, rozmów się z nim... Błagam cię.

Sieriebriakow

Dobrze, rozmówię się z nim... Ja go nie winię, nie gniewam się, ale przyznaj sama, że 

jego zachowanie jest co najmniej dziwne. Jeżeli chcesz, idę do niego.

(Wychodzi przez drzwi środkowe)

Helena

Bądź z nim łagodny, uspokój go...

(Idzie za nim)

Sonia

(tuląc się do niani)

Nianiusiu! Nianiusiu!

Maryna

Nie bój się, dziecino. Pogęgają gąsiory - i przestaną. Pogęgają gąsiory - i przestaną.

Sonia

Nianiusiu!

Maryna

(głaszcze ją po głowie)

Trzęsiesz się jak na mrozie! No, no, Bóg łaskaw, sieroteńko. Dam ci naparu z lipy 

albo z malin - wszystko przejdzie... Nie martw się, sieroteńko...

(Patrząc na środkowe drzwi, z gniewem)

Rozbujały się gąsiory, bodajże ich!

background image

(Za sceną strzał; słychać okrzyk Heleny; Sonia wzdryga się)

A bodaj was!

Sieriebriakow

(wbiega chwiejąc się ze strachu)

Trzymajcie go, trzymajcie! On oszalał!

(Helena i Wojnicki walczą z sobą w drzwiach)

Helena

(starając się wyrwać mu rewolwer)

Niech pan odda! Niech pan w tej chwili odda!

Wojnicki

Proszę mnie puścić, Helene! Proszę mnie puścić!

(Wyrywa się jej, wpada do pokoju i szuka oczami Sieriebriakowa)

Gdzie on? A, oto jest!

(Strzela do niego)

Bach!

(Pauza)

Nie trafiłem? Znowu pudło?

(Z gniewem)

A diabli, diabli... diabli niech to porwą...

(Rzuca rewolwer o podłogę i pada bez sił na krzesło; Sieriebriakow oszołomiony; 

Helena opiera się o ścianę, prawie mdleje)

Helena

Zabierzcie mnie stąd! Zabierzcie, zabijcie, ale... ja nie mogę tu zostać, nie mogę!

Wojnicki

(w rozpaczy)

Och, co ja robię! Co ja robię!

Sonia

(cichutko)

background image

Nianiusiu! Nianiusiu!

Kurtyna

background image

AKT CZWARTY

Pokój Iwana Wojnickiego; jest to zarazem jego sypialnia i kancelaria majątku; przy 

oknie stoi wielkie biurko z książkami dochodu i rozchodu, i z papierami wszelkiego rodzaju, 

kantorek, szafy, wagi, mniejsze biurko Astrowa; na tym stole przyrządy rysunkowe, farby; 

teczka leży obok; klatka ze szpakiem; na ścianie wisi mapa Afryki, najwidoczniej nikomu 

tutaj  niepotrzebna;  wielka kanapa  obita  ceratą;  na lewo - drzwi do sieni;  przed prawymi 

drzwiami leży wycieraczka, żeby chłopi nie nanosili błota; jesienny wieczór, cicho; Tielegin i 

Maryna siedzą naprzeciw siebie i rozplątują włóczkę.

Tielegin

Prędzej,   prędzej,   Maryno,   bo   zaraz   zawołają   nas,   żeby   się   pożegnać.   Już   kazali 

zaprzęgać!

Maryna

(stara się zwijać prędzej)

Niewiele zostało.

Tielegin

Do Charkowa wyjeżdżają. Tam mają zamieszkać.

Maryna

Tak lepiej...

Tielegin

Strach ich ogarnął... Pani Helena powiada: „ani godziny nie będę tutaj mieszkała... 

wyjeżdżać   i   wyjeżdżać...   pomieszkamy   w  Charkowie,   powiada,   rozpatrzymy   się   i   wtedy 

przyślemy po rzeczy...” Bez bagaży wyjeżdżają. To znaczy tak, Maryno, że nie sądzone im tu 

mieszkać. Nie sądzone... Fatalne zrządzenie losu.

Maryna

Tak lepiej. Takiego hałasu narobili, strzelanina - wstyd tylko.

Tielegin

background image

Temat godny pędzla Ajwazowskiego.

Maryna

Patrzeć się na to nie chce.

(Pauza)

Znowu wszystko będzie u nas jak dawniej, po staremu. Z rana o siódmej herbata, 

obiad. o dwunastej, a wieczorem siądziemy do wieczerzy; wszystko będzie w porządku, jak u 

ludzi... po chrześcijańsku.

(z westchnieniem)

Dawno już mnie grzesznej kluseczki pachną...

Tielegin

Tak, w istocie, dawnośmy już kluseczek nie widzieli.

(Pauza)

Dawno już. Dziś rano, Maryno, idę sobie przez wieś, a sklepikarz woła za mną: ach, ty 

pieczeniarzu! Tak mi było gorzko!

Maryna

A ty nie zwracaj uwagi, panoczku. Wszyscy jesteśmy pieczeniarze pana Boga. Czy ty, 

czy Sonia, czy pan Iwan. Nie siedzicie tutaj bez zajęcia, wszyscy pracujemy. Wszyscy... A 

gdzie Sonia?

Tielegin

W ogrodzie. Chodzą wciąż z doktorem, pana Iwana szukają. Boją się, żeby czego 

sobie nie zrobił.

Maryna

A gdzie jego pistolet?

Tielegin

(szeptem)

Schowałem w piwnicy.

Maryna

background image

(z uśmiechem)

Co się to dzieje!

(Wojnicki i Astrow wchodzą od strony podwórza)

Wojnicki

Daj mi spokój.

(Do Maryny i Tielegina)

Idźcie stąd, zostawcie mnie samego choć na godzinę. Nie znoszę opiekunów.

Tielegin

Zaraz, Wania.

(Wychodzi na palcach)

Maryna

Gąsior: gę-gę-gę!

(Zbiera włóczkę i wychodzi)

Wojnicki

Daj mi spokój.

Astrow

Z największą przyjemnością. Dawno już powinienem wyjechać, ale powtarzam, nie 

wyjadę, póki nie zwrócisz mi tego, coś mi buchnął.

Wojnicki

Niczegom u ciebie nie brał.

Astrow

Ja nie żartuję - nie zatrzymuj mnie. Już dawno powinienem jechać.

Wojnicki

Nie brałem u ciebie nic.

(Siadają obaj)

background image

Astrow

Tak? Jak chcesz, mogę jeszcze poczekać, a potem, przepraszam cię bardzo, zabiorę się 

do rzeczy siłą. Zwiążemy cię i obszukamy. Mówię to zupełnie poważnie.

Wojnicki

Jak sobie życzysz.

(Pauza)

Strugać takiego durnia z siebie; strzelać dwa razy i nie trafić ani razu! Nigdy sobie 

tego nie wybaczę.

Astrow

Chciało ci się strzelać, trzeba było walnąć sobie w łeb.

Wojnicki

(wzrusza ramionami)

Co za dziwaczna historia, usiłowałem zabić człowieka, i nie aresztują mnie, nie oddają 

pod sąd. Wynika z tego, że uważają mnie za wariata.

(Śmieje się ze złością)

Jestem wariatem, a nie są wariatami ci, którzy pod maską profesora, uczonego maga, 

kryją swoje beztalencie, swoją tępotę, swój o pomstę wołający brak serca. Nie są wariatami 

ci,   którzy   wychodzą   za   mąż   za   starców,   a   potem   w   oczach   wszystkich   oszukują   ich. 

Widziałem, widziałem, jakeś ją obejmował.

Astrow

Tak, obejmowałem, a ty o...

(Gra na nosie)

Wojnicki

(patrzy na drzwi)

Nie, szalona jest ziemia, która was jeszcze nosi.

Astrow

Głupstwa gadasz.

background image

Wojnicki

Cóż - jestem wariat niepoczytalny, mam prawo mówić głupstwa.

Astrow

Stary kawał. Nie jesteś wariatem, tylko po prostu dziwadłem. Jesteś słomianą kukłą. 

Dawniej każdego dziwaka uważałem za chorego, nienormalnego, a teraz jestem tego zdania, 

że dziwactwo jest normalnym stanem człowieka. Jesteś całkowicie normalny.

Wojnicki

(ukrywa twarz w dłoniach)

Jaki wstyd! Żebyś ty wiedział, jak ja się wstydzę! To dotkliwe uczucie wstydu nie da 

się porównać z żadnym bólem.

(Z udręką)

Nie do zniesienia.

(Pochyla się nad stołem)

Co ja mam robić? Co robić?

Astrow

Nic nie rób.

Wojnicki

Daj   mi   jakiś   środek!   O,   mój   Boże...   mam   czterdzieści   siedem   lat;   jeżeli   pożyję, 

powiedzmy,   do   sześćdziesięciu,   to   pozostaje   mi   jeszcze   trzynaście   lat!   To   długo!   Jak   ja 

przeżyję tych trzynaście lat? Co będę robić, czym je wypełnię? O, zrozum...

(Ściska nerwowo ramię Astrowa)

Zrozum, gdyby można było przeżyć tę resztę życia jakimś nowym sposobem. Zbudzić 

się pewnego jasnego, spokojnego ranka i poczuć, że zacząłeś żyć na nowo, że cała przeszłość 

zapomniana, rozpłynęła się jak dym.

(Płacze)

Zacząć nowe życie... podpowiedz mi, jak zacząć... od czego zacząć...

Astrow

(zniecierpliwiony)

A, niech cię tam ! Wymyśliłeś nowe życie! Nasza sytuacja - i moja, i twoja - jest 

background image

beznadziejna.

Wojnicki

Naprawdę?

Astrow

Jestem tego pewien.

Wojnicki

Daj mi czegoś...

(Pokazuje na serce)

Pali mnie tu!

Astrow

(krzyczy z gniewem)

Przestań!

(Łagodniej)

Ci, którzy będą żyli za sto, za dwieście lat i którzy będą nami gardzić za to, żeśmy tak 

głupio, tak bez smaku przeżyli nasze życie - ci może znajdą środki, żeby być szczęśliwymi, 

ale my... Mnie i tobie została już tylko jedna nadzieja. Nadzieja, że kiedy będziemy spać w 

naszych trumnach, odwiedzą nas widziadła, może nawet przyjemne.

(Wzdycha)

Tak, bracie. Na cały powiat było tylko dwóch porządnych, inteligentnych facetów: ja i 

ty.   Ale   w   ciągu   jakichś   dziesięciu   lat   życie   nikczemne   wciągnęło   nas;   swoimi   zgniłymi 

wyziewami zatruło naszą krew i staliśmy się takimi samymi pospolitakami jak wszyscy.

(Żywo)

Ale ty mnie tutaj nie zagaduj. Oddaj mi zaraz, co wziąłeś.

Wojnicki

Nic u ciebie nie wziąłem.

Astrow

Wziąłeś z mojej apteczki podróżnej słoik morfiny.

(Pauza)

background image

Słuchaj, jeżeli chcesz koniecznie odebrać sobie życie, to idź do lasu i zastrzel się tam. 

Ale morfinę mi oddaj, bo zaczną się gadania, domysły, pomyślą, że ja ci to dałem... A. mnie 

już wystarczy, że będę musiał robić sekcję twoich zwłok... Ty myślisz, że to takie zabawne?

(Wchodzi Sonia)

Wojnicki

Daj mi pokój

Astrow

(do Soni)

Panno Soniu, pani wujaszek ściągnął z mojej apteczki słoik morfiny i nie chce mi go 

oddać. Niech mu pani powie, że to... niemądre, koniec końców. I że ja nie mam czasu. i 

muszę już jechać.

Sonia

Wujaszku Wania, wziąłeś morfinę?

(Pauza)

Astrow

Wziął, jestem tego pewien.

Sonia

Oddaj. Po co nas straszysz?

(Czule)

Oddaj, wujaszku! Ja może jestem nie mniej od ciebie nieszczęśliwa, a przecież nie 

rozpaczam. Czekam cierpliwie i będę czekała, aż życie samo się skończy... pocierp i ty.

(Pauza)

No, oddaj.

(Całuje go po rękach)

Drogi, kochany, wujaszku, najmilszy, oddaj.

(Płacze)

Ty jesteś dobry, nie zechcesz nas męczyć i oddasz. Pocierp, wujaszku, pocierp!

Wojnicki

background image

(wyjmuje z szuflady słoik i wręcza go Astrowowi)

Masz, bierz!

(Do Soni)

Ale trzeba czym prędzej brać się do pracy, coś robić, bo ja nie mogę... nie mogę...

Sonia

Tak, tak, do pracy. Jak tylko ich odprowadzimy, zaraz weźmiemy się do pracy...

(Nerwowo przekłada papiery na stole)

Takie wszystko u nas zaniedbane...

Astrow

(wkłada słoik do apteczki i zaciąga rzemienie)

Teraz można już w drogę.

Helena

(wchodzi)

Panie Iwanie, pan tu? A my zaraz odjeżdżamy... Niech pan idzie do Aleksandra, on 

chce panu coś powiedzieć.

Sonia

Chodź, wujaszku.

(Bierze Wojnickiego pod rękę)

Pójdziemy. Musisz się pogodzić z ojcem. To konieczne.

(Sonia i Wojnicki wychodzą)

Helena

Wyjeżdżam.

(Podaje rękę Astrowowi)

Żegnam.

Astrow

Już?

Helena

background image

Konie zajechały.

Astrow

Żegnam panią.

Helena

Pan mi obiecał, że pan dzisiaj stąd wyjedzie.

Astrow

Pamiętam. Zaraz wyjeżdżam.

(Pauza)

Przestraszyła się pani?

(Bierze ją za rękę)

Czy to takie straszne?

Helena

Straszne.

Astrow

A może by pani jeszcze została. Co? Jutro w leśniczówce?

Helena

Nie... już  się stało... i  dlatego  tak  mężnie  spoglądam  na pana,  że wyjazd  jest już 

zdecydowany...   O   jedno   tylko   pana   proszę:   niech   pan   myśli   o   mnie   lepiej.   Bardzo   bym 

chciała, żeby pan mnie poważał.

Astrow

Et!

(gest zniecierpliwienia)

Niech pani zostanie, proszę. Niech pani przyzna, nic pani nie ma do roboty na tym 

świecie, nie ma pani żadnego celu w życiu, nie ma pani czym zająć uwagi i wcześniej czy 

później podda się pani uczuciu - to nieuniknione. Więc przecież lepiej, niech się to stanie nie 

w jakimś Charkowie czy Kursku, ale tutaj, na łonie natury... Przynajmniej poetycznie, i jesień 

taka   ładna   na   dobitkę...   Znajdziemy   tutaj   leśniczówki,   zapuszczone   dwory   w   guście 

background image

Turgieniewa...

Helena

Jaki   pan   zabawny...   Gniewam   się   na   pana,   a   jednak...   będę   o   panu   myślała   z 

przyjemnością...   Pan   jest   ciekawy,   oryginalny   człowiek.   My   się   już   z   panem   nigdy   nie 

spotkamy, a więc - po co ukrywać? - przyznam się, nawet mi się pan podobał. No, podajmy 

sobie ręce i rozstańmy się jak przyjaciele. Niech pan mnie źle nie wspomina.

Astrow

(podaje jej rękę)

Tak, niech pani jedzie...

(Zamyślony)

Niby to pani jest subtelna, ma dobre serce, wrażliwa, a jednak jest coś dziwnego w 

całej pani istocie. Przyjechała pani tutaj ze swoim mężem i wszyscy, co tu pracowali, grzebali 

się, coś tam tworzyli - wszystko musieli rzucić i przez całe lato zajmować się podagrą pani 

męża i panią. Oboje - on i pani - zaraziliście nas swoim nieróbstwem. Zakręciło mi się w 

głowie,   przez   cały   miesiąc   nic   nie   robiłem,   a   tymczasem   ludzie   charowali,   w   moich 

zagajnikach chłopi wypasali swoje krowy... Tak więc, gdziekolwiek stąpicie, pani i pani mąż, 

idzie   za   wami   zniszczenie...   żartuję,   oczywiście,   ale   bądź   co   bądź...   to   dziwne,   i   jestem 

pewien, że gdybyście tutaj zostali, sprawilibyście straszliwe spustoszenia. I ja bym zginął... 

no   i   z   panią   nie   byłoby   dobrze.   No,   niech   pani   jedzie.  Finita   la   commedia!  (komedia 

skończona)

Helena

(bierze z jego stołu ołówek i chowa go szybko)

Ten ołówek biorę na pamiątkę.

Astrow

Jakież to dziwne... Znaliśmy się i raptem nie wiadomo dlaczego... nigdy już się nie 

mamy zobaczyć... I tak wszystko na świecie. Póki nikogo tu nie ma, zanim wujaszek Wania 

wejdzie z bukietem, niech mi się pani pozwoli pocałować na pożegnanie. Dobrze?

(Całuje ją w policzek)

No, właśnie... i świetnie.

background image

Helena

Życzę panu wszystkiego najlepszego.

(Obejrzawszy się)

No, było nie było, raz w życiu!

(Obejmuje go gwałtownie, po czym szybko odsuwają się od siebie)

Trzeba już jechać.

Astrow

Niech pani wyjeżdża jak najprędzej. Jeżeli konie już są, to ruszajcie zaraz.

Helena

Ktoś idzie, zdaje się.

(Oboje nasłuchują)

Astrow

Finita!

(Wchodzi   Sieriebriakow,   Wojnicki,   Maria   Wojnicka   z   książką   w   ręce,   Tielegin   i 

Sonia)

Sieriebriakow

(do Wojnickiego)

Co było, a nie jest. nie pisze się w rejestr. Po tym, co się stało, w tych kilka godzin 

przeżyłem tak wiele i tyle przemyślałem, że zdaje mi się, iż mógłbym napisać dla nauki 

potomnych   cały   traktat   o   tym,   jak   trzeba   żyć.   Z   największą   chęcią   przyjmuję   twoje 

przeprosiny i sam proszę cię o przebaczenie. Żegnaj!

(Całuje się trzy razy z Wojnickim)

Wojnicki

Będziesz jak najdokładniej otrzymywał to samo, co otrzymywałeś dotąd. Wszystko 

będzie jak dawniej.

(Helena ściska Sonię)

Sieriebriakow

(całuje w rękę Marię Wojnicką)

background image

Maman...

Maria Wojnicka

(całuje go)

Aleksandrze, daj się znowu sfotografować i przyślij mi swoje zdjęcie. Wiesz dobrze. 

jak mi jesteś drogi.

Tielegin

Do widzenia, ekscelencjo! I proszę o nas nie zapominać!

Sieriebriakow

(pocałowawszy córkę)

Do widzenia... Żegnajcie wszyscy!

(Podając rękę Astrowowi)

Dziękuję za miłe towarzystwo... Szanuję pana sposób myślenia, pana zapał, porywy, 

ale   proszę   pozwolić   staremu   człowiekowi   dodać   do   swojego   pożegnalnego   pozdrowienia 

jedną tylko uwagę: panowie, trzeba pracować dla pożytku ogółu! Przede wszystkim trzeba 

pracować dla ogółu!

(Ogólny ukłon)

Życzę wam wszystkiego dobrego!

(Sieriebriakow wychodzi; za nim idzie Maria Wojnicka i Sonia)

Wojnicki

(mocno całuje Helenę w rękę)

Żegnaj, pani... Przebacz... nigdy się już nie zobaczymy.

Helena

(rozczulona)

Do widzenia, drogi!

(Całuje go w głowę i wychodzi)

Astrow

(do Tielegina)

Powiedz tam, Andrut, żeby i moje konie zajechały.

background image

Tielegin

Dobrze, kochanie, zaraz każę!

(Wychodzi)

(Zostaje tylko Astrow i Wojnicki)

Astrow

(zbiera ze stołu farby i chowa je do walizki)

Dlaczego nie idziesz ich odprowadzić na ganek?

Wojnicki

Niech sobie jadą... a ja, ja nie mogę. Ciężko mi. Trzeba się czymś jak najprędzej 

zająć... Pracować, pracować!

(Przegląda papiery na stole. Pauza; słychać dzwoneczki)

Astrow

Pojechali. Chyba profesor się cieszy. Za żadne skarby tu się nie zjawi.

Maryna

(wchodzi)

Pojechali.

(Siada w fotelu i zaczyna robić pończochę)

Sonia

(wchodzi)

Pojechali.

(Wyciera oczy)

Daj Boże, pomyślnie.

(Do wuja)

No, wujaszku, trzeba się teraz czymś zająć.

Wojnicki

Pracować, pracować...

background image

Sonia

Dawno, dawno już nie siedzieliśmy we dwójkę przy tym stole.

(Zapala lampę na biurku)

Atramentu, zdaje się, zabrakło...

(Bierze kałamarz, idzie do szafy i nalewa atramentu)

Smutno mi jednak, że oni pojechali.

Maria Wanicka

(wchodzi pomału)

Pojechali!

(Siada i pogrąża się w czytaniu)

Sonia

(siada przy biurku i zaczyna przeglądać książkę rachunkową)

Przede   wszystkim,   wujaszku,   musimy   wypisać   rachunki.   Są   bardzo   zaniedbane. 

Dzisiaj znowu przysłano po rachunek. Pisz. Ty pisz jeden rachunek - a ja drugi...

Wojnicki

(pisze)

„Rachunek... dla pana...”

(Oboje piszą w milczeniu)

Maryna

(ziewa)

Spatki (kołysanki) się zachciało.

Astrow

Jaka cisza. Pióra skrzypią. Świerszcz gra. Ciepło, przytulnie... Nie chce mi się stąd 

wyjeżdżać.

(Słychać janczary)

O, konie zajechały... Pozostaje mi więc tylko pożegnać was, przyjaciele, pożegnać się 

z moim biurkiem - i hajda!

(Wkłada plany do teczki)

background image

Maryna

Czemu się tak śpieszysz? Posiedź jeszcze.

Astrow

Nie mogę.

Wojnicki

(pisze)

„I reszta z poprzedniego rachunku dwa siedemdziesiąt pięć”.

(Wchodzi parobek)

Parobek

Panie doktorze, konie zajechały!

Astrow

Słyszałem.

(Podaje mu apteczkę, walizkę i teczkę)

Zabierz to, chłopcze. Ostrożnie z teczką, nie pomnij planów.

Parobek

Słucham pana.

(Wychodzi)

Astrow

Więc tak...

(Podchodzi, aby się pożegnać)

Sonia

Kiedyż się zobaczymy?

Astrow

Chyba dopiero gdzieś latem. W zimie chyba nie... Oczywiście, jeżeliby się coś stało, 

to proszę dać znać - przyjadę.

(Żegna się)

background image

Dziękuję za wszystko, za wasze serce...

(Idzie do niani i całuje ją w głowę)

Do widzenia, stara.

Maryna

Wyjeżdżasz tak, przed herbatą?

Astrow

Nie chce mi się herbaty, nianiu.

Maryna

A może wódeczki byś się napił?

Astrow

(niezdecydowanie)

Może trochę...

(Maryna wychodzi. Astrow po pauzie)

A moja prawa klacz trochę okulała, zauważyłem wczoraj, kiedy Pietruszka prowadził 

do wodopoju...

Wojnicki

Trzeba przekuć

Astrow

Muszę po drodze do Rożdiestwiennoje zajechać do kowala. Nie minie mnie to.

(Podchodzi do mapy Afryki i przypatruje się)

A w tej Afryce to musi być teraz upał - straszliwy!

Wojnicki

Tak, przypuszczam.

Maryna

(wraca z tacą, na której stoi kieliszek wódki i leży kawałek chleba)

Masz.

background image

(Astrow wypija wódkę)

Na zdrowie, panoczku.

(Kłania się nisko)

A chlebem nie zakąsisz?

Astrow

Nie, ja i tak... A więc moje uszanowanie!

(do Maryny)

Nie odprowadzaj mnie, nianiu. Nie trzeba.

(Astrow wychodzi; Sonia idzie za nim, odprowadza go ze świecą; Maryna siada na 

swoim fotelu)

Wojnicki

(pisze)

„Drugiego   lutego   dwadzieścia   funtów   oleju...   szesnastego   lutego   znowu   oleju 

dwadzieścia funtów... kaszy hreczanej...”

(Pauza; słychać janczary)

Maryna

Pojechał.

(Pauza)

Sonia

(wraca, stawia świecę na stole)

Pojechał...

Wojnicki

(porachował na liczydłach i zapisuje)

Razem... piętnaście... dwadzieścia pięć...

(Sonia siada i pisze)

Maryna

(ziewa)

Boże, zmiłuj się nad nami...

background image

(Tielegin wchodzi na palcach, siada przy drzwiach i cicho nastraja gitarę)

Wojnicki

(do Soni gładząc ją po włosach)

O, moje dziecko, jak mi jest ciężko! Ach, żebyś wiedziała, jak ciężko!

Sonia

Cóż robić, żyć trzeba.

(Pauza)

I będziemy żyli, wujaszku kochany. Przeżyjemy długi, długi szereg dni, wlokących się 

wieczorów; cierpliwie zniesiemy doświadczenia, jakie nam los ześle; będziemy pracować dla 

innych i teraz, i na starość, nie zaznamy spokoju, a kiedy nadejdzie nasza godzina, umrzemy 

pokornie i tam za grobem powiemy, żeśmy cierpieli, żeśmy płakali, że było nam gorzko, i 

Bóg zlituje się nad nami, i zobaczymy, wujaszku, kochany wujaszku, ujrzymy jasne, dobre, 

piękne   życie,   ucieszymy   się   i   na   dzisiejsze   nasze   biedy   spojrzymy   z   rozczuleniem,   z 

uśmiechem - i odpoczniemy. Ja wierzę, wujaszku, wierzę gorąco, namiętnie...

(Klęka przed nim i opiera głowę o jego ręce; zmęczonym głosem)

Odpoczniemy!

(Tielegin cichutko gra na gitarze)

Odpoczniemy!   Posłyszymy,   jak   śpiewają   aniołowie,   ujrzymy   niebo   całe   w 

diamentach,   ujrzymy,   jak   wszystko   ziemskie   zło,   wszystkie   nasze   cierpienia   utoną   w 

miłosierdziu, które napełni cały świat, i życie nasze stanie się ciche, łagodne, słodkie jak 

pieszczota. Wierzę, wierzę...

(Ociera mu łzy chusteczką)

Biedny, biedny wujaszku, ty płaczesz...

(Przez łzy)

Nie zaznałeś w życiu radości, ale poczekaj, wujaszku, poczekaj... Odpoczniemy...

(Obejmuje go)

Odpoczniemy!

(Nocny stróż kołacze; Tielegin przygrywa cichutko Maria Wojnicka pisze uwagi na 

marginesie broszury; Maryna robi na drutach)

Odpoczniemy!

Kurtyna spada powoli.

background image

TRZY SIOSTRY

dramat w czterech aktach

background image

OSOBY:

Andrzej Prozorow

Natasza - jego narzeczona, później żona

Olga

Masza - jego siostry

Irina

Fiodor Kułygin - nauczyciel gimnazjalny, mąż Maszy

Aleksander Wierszynin - podpułkownik, dowódca baterii

Mikołaj Tuzenbach - baron, porucznik

Wasilij Solony - sztabskapitan

Iwan Czebutykin - lekarz wojskowy

Aleksy Fiedotik - podporucznik

Włodzimierz Rode - podporucznik

Fierapont - stary stróż z zarządu ziemstwa

Anfisa - niańka, osiemdziesięcioletnia staruszka

Rzecz dzieje się w mieście gubernialnym

background image

AKT PIERWSZY

W   domu   Prozorowów;   salon   z   kolumnami,   za   którymi   widać   dużą   salę   jadalną; 

południe;   na   dworze   słonecznie,   wesoło;   w   sali   nakrywają   stół   do   śniadania;   Olga   w 

granatowym   uniformie   nauczycielki   żeńskiego   gimnazjum   cały   czas   poprawia   zeszyty 

uczennic - chodząc po pokoju i na stojąco; Masza w czarnej sukni, z kapeluszem na kolanach 

siedzi i czyta książkę; Irina w białej sukni stoi zamyślona.

Olga

Ojciec zmarł dokładnie rok temu, właśnie piątego maja, w dniu twoich imienin, Irino. 

Było bardzo zimno, śnieg padał wtedy. Zdawało mi się, że nie przeżyję tego, tyś leżała bez 

przytomności, jak umarła. Ale minął rok i wspominamy o tym spokojnie, ty już jesteś w białej 

sukni, twarz ci promienieje.

(zegar bije dwunastą)

I wtedy też bił zegar.

(pauza)

Pamiętam, kiedy ojca nieśli, grała orkiestra, potem te salwy na cmentarzu. Ojciec był 

generałem, dowódcą brygady, a jednak ludzi przyszło niewiele. Co prawda, deszcz wtedy 

padał. Deszcz  i śnieg.

Irina

Po co wspominać!

(w sali za kolumnami, koło stołu, ukazują się: baron Tuzenbach, Czebutykin i Solony)

Olga

Ciepło   dziś,   można   siedzieć   przy   otwartych   oknach,   a   brzozy   jeszcze   się   nie 

zazieleniły. Ojciec został dowódcą brygady i wyjechaliśmy wszyscy z Moskwy jedenaście lat 

temu, ale doskonale pamiętam, że o tej porze, na początku maja, w Moskwie już ciepło, 

wszystko   kwitnie,   tonie   w   słońcu.   Jedenaście   lat   minęło,   a   pamiętam   wszystko,   jakbym 

wyjechała dopiero wczoraj. Mój Boże! Dziś obudziłam się rano, zobaczyłam tyle światła, 

zobaczyłam wiosnę i serce aż drgnęło z radości i nie wiem, co bym dała, żeby wrócić do 

rodzinnego miasta.

Czebutykin

background image

Figa z makiem!

Tuzenbach

Co za brednie!

(Masza zamyślona nad książką cicho gwiżdże piosenkę)

Olga

Maszo, nie gwiżdż. Jak można!

(pauza)

Przez to, że co dzień jestem w szkole, a potem aż do wieczora daję lekcje, mam ciągłe 

bóle głowy i nachodzą mnie takie myśli, jakbym już była stara. Bo rzeczywiście, od czterech 

lat, od chwili, gdy zostałam nauczycielką, po prostu czuję, jak młodość i siły gasną we mnie 

stopniowo, dzień po dniu. A rośnie i krzepnie tylko marzenie...

Irina

Żeby już wrócić do Moskwy! Sprzedać dom, wszystko zlikwidować i do Moskwy...

Olga

Tak! Czym prędzej do Moskwy.

(Czebutykin i Tuzenbach śmieją się)

Irina

Brat  pewnie  zostanie  profesorem  uniwersytetu,   więc  i  tak  nie  będzie  tu  mieszkał. 

Najgorzej z tą biedną Maszą.

Olga

Masza co rok będzie przyjeżdżała do Moskwy na całe lato.

(Masza cicho gwiżdże piosenkę)

Irina

Bóg da, że wszystko się ułoży.

(patrząc przez okno)

Śliczna dziś pogoda. Nie wiem, dlaczego tak mi lekko na sercu! Rano pomyślałam, że 

to moje imieniny i nagle poczułam się szczęśliwa, przypomniało mi się dzieciństwo, kiedy 

background image

jeszcze żyła mama. I jakie cudne myśli mnie kołysały, jakie myśli!

Olga

Dzisiaj jesteś taka promienna, wyglądasz cudownie. I Masza też jest piękna. Andrzej 

byłby   przystojny,   ale   bardzo   się   roztył,   nie   do   twarzy   mu   z   tym.   A   ja   zestarzałam   się, 

schudłam, chyba dlatego, że gniewam się w szkole na uczennice. Dziś na przykład jestem 

wolna - siedzę w domu - i już mnie głowa nie boli i czuję się młodsza niż wczoraj. Mam 

dwadzieścia   osiem   lat   dopiero...   Wszystko   pięknie,   wola   boska,   ale   mnie   się   wydaje,   że 

gdybym wyszła za mąż i mogła cały dzień siedzieć w domu, byłoby mi lepiej.

(pauza)

Kochałabym męża,

Tuzenbach

(do Solonego)

Mówi pan takie brednie, że przykro słuchać.

(wchodząc do salonu)

Aha,   byłbym   zapomniał.   Dziś   złoży   państwu   wizytę   nasz   nowy   dowódca   baterii, 

Wierszynin

(siada przy pianinie)

Olga

A! Bardzo się cieszę.

Irina

Czy stary?

Tuzenbach

Raczej nie. Czterdzieści, czterdzieści pięć najwyżej,

(cicho gra)

Wygląda na porządnego chłopa. Niegłupi - to pewne. Tylko za dużo mówi.

Irina

To ciekawy człowiek?

background image

Tuzenbach

Tak,  dosyć, ale   ma  żonę,  teściową  i  dwie   córeczki.  W  dodatku  drugi  raz  żonaty. 

Składa wizyty i wszędzie opowiada, że ma żonę i dwie córeczki. Paniom też opowie. Żona 

jakby niespełna rozumu, z długim dziewczęcym warkoczem, mówi bardzo górnolotnie, jakaś 

filozofka, często próbuje popełnić samobójstwo, chyba po to, żeby dogryźć mężowi. Ja bym 

dawno uciekł od takiej, a on to znosi, chociaż narzeka.

Solony

(wchodząc z Czebutykinem)

Jedną ręką udźwignę tylko półtora puda, a dwiema pięć, nawet sześć. Z tego wynika, 

że dwaj ludzie są silniejsi od jednego nie dwukrotnie, ale trzykrotnie, a może i więcej...

Czebutykin

(idąc czyta gazetę)

Przy wypadaniu włosów... dwa gramy naftaliny na pół butelki spirytusu... rozpuścić i 

używać co dzień...

(zapisuje w notesie)

Zanotujmy.

(do Solonego)

Więc mówię panu, buteleczkę  zatykamy  koreczkiem,  a przez koreczek przechodzi 

szklana rurka... Potem bierze pan szczyptę zwykłego, najzwyklejszego ałunu...

Irina

Panie doktorze, kochany panie doktorze!

Czebutykin

Co, moja malutka, moja pociecho?

Irina

Niech pan powie, dlaczego jestem dziś taka szczęśliwa? Jakbym płynęła pod żaglami, 

nade mną ogromne błękitne niebo, fruwają wielkie białe ptaki. Dlaczego to tak? Dlaczego?

Czebutykin

(całując obie jej ręce, z czułością)

background image

Ptaku mój biały...

Irina

Kiedy się dziś obudziłam, wstałam i umyłam się, zaczęło mi się zdawać, że rozumiem 

wszystko, co się dzieje na świecie, i że wiem, jak trzeba żyć. Kochany panie doktorze, ja 

wiem wszystko. Człowiek, kimkolwiek by był, powinien pracować, pracować w pocie czoła, 

bo w tym, tylko w tym zawiera się cały sens i cel jego życia, wszystkie jego radości. Jak to 

dobrze być robotnikiem, który wstaje o świcie i tłucze kamienie na szosie, albo pastuchem, 

albo   nauczycielem,   który   uczy   dzieci,   albo   maszynistą   na   kolei...   Boże,   być   nawet   me 

człowiekiem, ale choćby wołem roboczym, zwyczajnym koniem, czymkolwiek, aby tylko 

pracować - wszystko to lepsze niż życie młodej kobiety, która budzi się o dwunastej   w 

południe, potem pije kawę w łóżku, potem ubiera się przez dwie godziny... Ach, jakie to 

okropne! Czasami w upalny dzień tak się chce pić, jak mnie teraz chce się pracować. I jeżeli 

nie będę wstawała wcześnie i nie wezmę się do pracy, to niech pan przestanie się ze mną 

przyjaźnić, panie doktorze.

Czebutykin

(tkliwie)

Przestanę, przestanę...

Olga

Ojciec przyzwyczaił nas do wstawania o siódmej rano. Więc Irina budzi się o siódmej 

i przynajmniej do dziewiątej leży i rozmyśla. A twarz ma taką poważną!

(śmieje się)

Irina

Ciągle mnie uważasz za małą dziewczynkę, więc dziwi cię, że mam twarz poważną. 

Skończyłam dwadzieścia lat.

Tuzenbach

Tęsknota   za   pracą,   o   Boże,   doskonale   to   rozumiem!   Jeszcze   nigdy   w   życiu   nie 

pracowałem.  Urodziłem  się w Petersburgu, zimnym i próżnującym, w rodzinie, która nie 

miała   pojęcia   o   pracy,   o  żadnych   troskach.   Pamiętam,   kiedy   przyjeżdżałem   do  domu   ze 

szkoły   kadetów,   lokaj   ściągał   mi   buty,   ja   kaprysiłem,   a   moja   matka   patrzyła   na   mnie   z 

background image

uwielbieniem i dziwiła się, jeżeli ktokolwiek patrzył inaczej. Chroniono mnie przed pracą. 

Ale wątpię, żeby udało się uchronić, bardzo wątpię. Zbliża się czas, nadciąga coś wielkiego, 

zanosi się na ogromną, wspaniałą burzę, która już idzie, jest blisko i wkrótce wymiecie z 

naszego społeczeństwa  lenistwo, obojętność, niechęć  do pracy, zgniłą  nudę. Zacznę  więc 

pracować, a za jakieś dwadzieścia pięć lat będzie pracował każdy człowiek. Każdy!

Czebutykin

A ja nie będę.

Tuzenbach

Pan się nie liczy.

Solony

Za dwadzieścia pięć lat pana, dzięki Bogu, już nie będzie na świecie. Za parę lat szlag 

pana trafi albo może ja tak się wścieknę, że wpakuję panu kulę w łeb, mój aniele,

(wyciąga z kieszeni flakon perfum i opryskuje sobie pierś i ręce)

Czebutykin

(śmieje się)

A ja rzeczywiście całe życie nic nie robiłem. Jakem skończył uniwersytet, to już nie 

kiwnąłem palcem w bucie, nawet nie przeczytałem żadnej książki, czytam tylko gazety...

(wyciąga z kieszeni drugą gazetę)

Proszę... Z gazet wiem, że był, dajmy na to, jakiś tam Dobrolubow, a co pisał - nie 

mam pojęcia... diabli go wiedzą...

(słychać stukanie w podłogę)

A właśnie... Wołają mnie, ktoś do mnie przyszedł. Zaraz wrócę... poczekajcie...

(szybko wychodzi, rozczesując brodę)

Irina

On chyba coś knuje.

Tuzenbach

Tak. Wyszedł z uroczystą miną, pewnie zaraz przyniesie pani jakiś prezent.

background image

Irina

Jak mi przykro!

Olga

Tak, to okropne. On zawsze robi głupstwa.

Masza

„Jest nad zatoką dąb zielony, na dębie złoty łańcuch lśni...

Na dębie złoty łańcuch lśni...”

(wstaje i cicho nuci!)

Olga

Coś ty taka niewesoła dzisiaj, Maszo?

(Masza nucąc wkłada kapelusz)

Olga

Dokąd?

Masza

Do domu.

Irina

To dziwne...

Tuzenbach

Przecież to imieniny!

Masza

Co za różnica?... Przyjdę wieczorem. Do widzenia, moja najmilsza...

(całuje Irinę)

Życzę ci jeszcze raz, żebyś była zdrowa, szczęśliwa. Dawniej, kiedy żył ojciec, do nas 

na imieniny zawsze przychodziło ze czterdziestu oficerów, gwarno było w domu, a dziś tylko 

background image

półtorej osoby i cicho jak na pustyni... Już pójdę... Chandra mnie gryzie od rana, tak mi 

smutno, ale nie zwracaj na to uwagi...

(śmiejąc się przez łzy)

Później pogadamy, a tymczasem do widzenia, moja droga, pójdę sobie.

Irina

(niezadowolona)

Jakaś ty, doprawdy...

Olga

(ze łzami)

Ja cię rozumiem, Maszo.

Solony

Jeżeli   filozofuje   mężczyzna,   to   z   tego,   owszem,   wychodzi   filozofistyka   czy   tam 

sofistyka, ale jeżeli kobieta albo dwie kobiety, to wyjdzie tylko wiercenie dziury w brzuchu.

Masza

Co pan chce przez to powiedzieć, okropnie groźny człowieku?

Solony

Nic! „Zipnąć nie zdążył nawet, a już z misiem na karku miał sprawę”,

(pauza)

Masza

(do Olgi ze złością)

Nie becz!

(wchodzą: Anfisa i Fierapont z tortem)

Anfisa

Tutaj, tutaj, ojcze. Wejdź, nogi masz czyste,

(do Iriny)

Z ziemstwa od Protopopowa... kołacz.

background image

Irina

Dziękuję. I jemu też podziękuj.

(bierze tort)

Fierapont

Czego?

Irina

(głośniej)

Podziękuj!

Olga

Nianiu, daj mu pieroga. Idź, Fieraponcie, zaraz ci dadzą imieninowego pieroga.

Fierapont

Czego?

Anfisa

Chodźmy, Fieraponcie Spiridonowiczu. Chodźmy,

(wychodzi z Fierapontem)

Masza

Nie lubię tego Protopopowa. Nie należy go zapraszać.

Irina

Wcale go nie zapraszałam.

Masza

I dobrze.

(wchodzi Czebutykin, za nim żołnierz ze srebrnym samowarem; szmer zdziwienia i 

niezadowolenia)

Olga

(zasłaniając twarz rękami)

background image

Samowar! To straszne!

(idzie do stołu w sali jadalnej)

Irina

Kochany panie doktorze, co pan wyrabia!

Tuzenbach

(śmieje się)

Mówiłem pani.

Masza

Doktorze, jak panu nie wstyd?

Czebutykin

Moje   najmilsze,   moje   kochane,   wyście   moje   jedyne   pociechy,   wyście   dla   mnie 

najdroższe istoty w całym świecie. Niedługo już mi sześćdziesiątka stuknie, jestem staruch, 

samotny, marny staruch. Nie ma we mnie nic dobrego prócz tej miłości do was i gdyby nie 

wy, dawno bym już nie żył...

(do Iriny)

Moja kochana, moja dziecinko, znam cię od urodzenia... nosiłem na ręku... kochałem 

nieboszczkę mamę...

Irina

Ale po co takie kosztowne prezenty?

Czebutykin

(przez łzy, ze złością)

Kosztowne prezenty... A niech cię!

(do ordynansa)

Zabierz samowar tam...

(przedrzeźnia)

Kosztowne prezenty...

(ordynans wynosi samowar do sali jadalnej)

background image

Anfisa

(przechodząc przez salon)

Kochani, jakiś pułkownik! Już zdjął płaszcz, dziateczki, idzie tutaj, Irinko, tylko bądź 

uprzejma, grzeczniutka...

(wychodząc)

Dawno już czas na śniadanie... Boże, Boże...

Tuzenbach

To chyba Wierszynin.

(wchodzi Wierszynin)

Tuzenbach

Pułkownik Wierszynin.

Wierszynin

(do Maszy i Iriny)

Mam zaszczyt się przedstawić: Wierszynin. Ogromnie się cieszę, że nareszcie jestem u 

pań. Jak się panie zmieniły! Ho-ho!

Irina

Proszę, niech pan siada. Bardzo nam miło.

Wierszynin

(wesoło)

Jak   się   cieszę,   jak   się   cieszę!   Ale   przecież   byty   trzy   siostry.   Pamiętam   -   trzy 

dziewczynki. Twarzy już sobie nie przypominam, ale że ojciec pań, pułkownik Prozorow, 

miał trzy małe córeczki - doskonale pamiętam, widziałem na własne oczy. Jak ten czas leci! 

Ach, jak ten czas leci!

Tuzenbach

Pułkownik jest też z Moskwy.

Irina

background image

Z Moskwy? Pan jest z Moskwy?

Wierszynin

Tak. Ojciec pań był tam dowódcą baterii, a ja oficerem w tej samej brygadzie.

(do Maszy)

Zdaje mi się, że panią trochę pamiętam.

Masza

A ja pana nie.

Irina

Olu! Olu!

(wola w kierunku sali jadalnej)

Olu, chodź!

(Olga wchodzi z sali do salonu)

Irina

Pułkownik Wierszynin, jak się okazało, też z Moskwy.

Wierszynin

Więc pani jest Olga, najstarsza z sióstr... A pani - Maria...

A pani - Irina... najmłodsza.

Olga

Pan z Moskwy?

Wierszynin

Tak. Uczyłem się w Moskwie i służbę wojskową też zacząłem w Moskwie, długo tam 

byłem w pułku, wreszcie otrzymałem tutaj dowództwo baterii - przeniesiono mnie, jak pani 

widzi. Właściwie nie pamiętam żadnej z pań, wiem tylko, że były trzy siostry. Ojca pań 

bardzo żywo zachowałem w pamięci, niech tylko zamknę oczy, a widzę go jak na jawie. W 

Moskwie nieraz bywałem u państwa.

Olga

background image

Zdawało mi się, że pamiętam wszystkich, ale pana...

Irina

A więc pan jest z Moskwy, panie pułkowniku... Cóż za niespodzianka!

Olga

Przecież my się tam przeprowadzamy.

Irina

Chyba   już   przed   jesienią   będziemy   w   Moskwie.   To   nasze   rodzinne   miasto, 

urodziłyśmy się tam... Na Starej Basmannej...

(obie śmieją się z radości)

Masza

Tak niespodziewanie spotkałyśmy ziomka,

(z ożywieniem)

Teraz sobie przypominam! Pamiętasz, Olu, jak mówiono u nas: „zakochany major”? 

Pan się wtedy w kimś kochał i był pan porucznikiem, ale wszyscy, nie wiadomo czemu, 

nazywali pana majorem...

Wierszynin

(śmieje się)

O to to... Zakochany major, właśnie...

Masza

Wtedy pan miał tylko wąsy... O, jak się pan postarzał!

(przez łzy)

Jak się pan postarzał!

Wierszynin

Tak, kiedy mnie przezywano zakochanym majorem, byłem młody, byłem zakochany. 

Gdzie te czasy?

Olga

background image

Ale pan nie ma ani jednego siwego włosa. Owszem, postarzał się pan, ale nie jest pan 

stary.

Wierszynin

A jednak mam już czterdziesty trzeci rok. Czy dawno panie wyjechały z Moskwy?

Irina

Jedenaście lat temu. Maszo, głuptasie, czemu płaczesz?...

(przez łzy)

Bo i ja się rozpłaczę...

Masza

Ja? Skąd? A na jakiej ulicy pan mieszkał?

Wierszynin

Na Starej Bosmannej.

Olga

I my też.

Wierszynin

Jakiś   czas   mieszkałem   na   Niemieckiej.   Z   Niemieckiej   chodziłem   spacerem   do 

Czerwonych   Koszar.   Tam   się   idzie   przez   taki   ponury   most,   pod   mostem   szumi   woda. 

Samotnemu człowiekowi jakoś smutno robi się na sercu.

(pauza)

A tu jaka szeroka, jak malownicza rzeka! Cudowna rzeka!

Olga

Owszem, ale wciąż jest zimno. Zimno i komary...

Wierszynin

Skądże znowu? Tu klimat jest pyszny, zdrowy, prawdziwie słowiański. Las, rzeka... i 

brzozy.   Śliczne,   skromne   brzozy,   lubię   je   najwięcej   ze   wszystkich   drzew.   Dobrze   się   tu 

mieszka. Dziwne tylko, że dworzec kolejowy leży o dwadzieścia wiorst od miasta... I nikt nie 

background image

wie, dlaczego.

Solony

A ja wiem.

(wszyscy na niego patrzą)

Bo gdyby dworzec był blisko, toby nie był daleko, a skoro jest daleko, to znaczy, że 

nieblisko.

(wszyscy milczą zażenowani)

Tuzenbach

Dowcipny z pana człowiek, panie kapitanie.

Olga

Teraz przypominam sobie pana. Tak, pamiętam.

Wierszynin

I matkę pań też znałem.

Czebutykin

To była zacności kobieta, wieczne jej odpoczywanie.

Irina

Mama jest pochowana w Moskwie.

Olga

Na cmentarzu Nowo-Dziewiczym...

Masza

Czy pan da wiarę, że jej twarz już mi uciekła z pamięci. Tak samo ludzie nie będą 

pamiętali i o nas. Zapomną.

Wierszynin

Tak. Zapomną. Taki nasz los, nic tu nie poradzimy. To, co my uważamy za doniosłe, 

potrzebne,   najważniejsze,   z   czasem   zostanie   zapomniane   albo   wyda   się   czymś   zupełnie 

background image

błahym.

(pauza)

Ciekawa rzecz: my teraz zupełnie nie możemy przewidzieć, co w przyszłości będzie 

uważane za wielkie i doniosłe, a co za śmieszny drobiazg. Czyż odkrycie Kopernika albo, 

powiedzmy,   Kolumba   nie   wydawało   się   w   pierwszej   chwili   czymś   nieważnym, 

niepotrzebnym   i   równocześnie   czyż   głupie   brednie   napisane   przez   jakiegoś   dziwaka   nie 

uchodziły za niezbitą prawdę? I może się tak stać, że nasze teraźniejsze życie, na które się 

jakoś godzimy, z czasem będzie się wydawało dziwne, niedorzeczne,  niemądre, nie dość 

czyste, może nawet grzeszne...

Tuzenbach

Kto wie? A może na odwrót, może nasze życie będzie uchodzić za wzniosłe i górne i 

ludzie   będą   je   wspominali   z   szacunkiem.   Teraz   nie   ma   tortur,   straceń,   najazdów,   a 

równocześnie - ileż cierpienia!

Solony

(cienkim głosikiem)

Cip, cip, cip... Baronowi choćby obiadu nie daj, tylko mu pozwól filozofować.

Tuzenbach

Kapitanie, proszę mi dać spokój...

(przesiada się gdzie indziej)

To już doprawdy nudne.

Solony

(cienkim głosikiem)

Cip, cip, cip...

Tuzenbach

(do Wierszynina)

Cierpienia, które wciąż obserwujemy - a tak ich dużo! - mimo wszystko świadczą o 

pewnym moralnym przełomie, jaki zaczyna przeżywać społeczeństwo.

Wierszynin

background image

Tak, tak, oczywiście.

Czebutykin

Baronie, powiedział  pan przed chwilą, że nasze życie będą uważali  za wzniosłe i 

górne; cóż, kiedy ludzie są mali...

(wstaje)

Niech   pan   spojrzy,   jaki   jestem   mały.   Więc   na   pociechę   oczywiście   trzeba   mi 

wmawiać, że moje życie jest górne.

(za sceną odzywają się skrzypce)

Masza

To gra nasz brat, Andrzej.

Irina

Nasz uczony... Pewnie zostanie profesorem uniwersytetu. Papa był oficerem, a jego 

syn wybrał sobie karierę naukową.

Masza

Na życzenie papy.

Olga

Myśmy się od rana uwzięły na niego. Zdaje się, że jest trochę zakochany.

Irina

W młodej panience z tego miasta. Ona dziś chyba będzie u nas.

Masza

Ach, jak ona się ubiera! Nie dość że brzydko i niemodnie, ale po prostu żal patrzeć. 

Jakaś cudaczna jaskrawożółta spódnica z taką, wie pan, wulgarną frędzlą i czerwony żakiecik. 

A policzki takie wyszorowane, takie wyszorowane! Andrzej się nie zakochał, w to nie wierzę, 

ma przecież gust, po prostu droczy się z nami, żartuje. Wczoraj słyszałam, że ona wychodzi 

za Protopopowa, prezesa zarządu ziemstwa. I bardzo dobrze...

(w kierunku bocznych drzwi)

Andrzeju, chodź tutaj! Na chwileczkę, kochanie!

background image

(wchodzi Andrzej)

Olga

To mój brat, Andrzej.

Wierszynin

Wierszynin.

Andrzej

Prozorow.

(wyciera spoconą twarz)

Pan objął u nas dowództwo baterii?

Olga

Czy wiesz, że pułkownik jest też z Moskwy?

Andrzej

Tak? No to gratuluję: teraz moje siostrzyczki nie dadzą panu spokoju.

Wierszynin

Nie, to chyba ja zdążyłem się naprzykrzyć pańskim siostrom.

Irina

Niech pan spojrzy, jaką ramkę do portretu podarował mi dziś Andrzej!

(pokazuje ramkę)

Sam ją zrobił.

Wierszynin

(patrząc na ramkę i nie wiedząc, co powiedzieć)

Tak... rzeczywiście...

Irina

I tamtą ramkę, co wisi nad pianinem, też zrobił sam.

(Andrzej macha ręką i odchodzi)

background image

Olga

Andrzej jest uczony i na skrzypcach gra, i w drzewie wycina rozmaite rzeczy, słowem, 

zdolny chłopak. Andrzeju, nie uciekaj! To jego zwyczaj - zaraz ucieka. Chodź tutaj!

(Masza i Irina chwytają go pod ręce i śmiejąc się ciągną z powrotem)

Masza

Chodź, chodź!

Andrzej

Dajcie mi spokój.

Masza

Co   za   dziwak!   Pułkownika   kiedyś   przezywano   zakochanym   majorem,   a   przecież 

nigdy się nie gniewał.

Wierszynin

Nigdy!

Masza

A ciebie chciałabym nazwać: zakochany skrzypek!

Irina

Albo zakochany profesor.

Olga

Zakochany! Andrzej jest zakochany!

Irina

(klaszcząc w dłonie)

Brawo, brawo! Bis! Andrzej jest zakochany!

Czebutykin

(podchodzi z tylu do Andrzeja i obejmuje go wpół)

background image

„Tylko miłość rządzi światem, tylko miłość kusi nas!”

(wybucha śmiechem; cały czas trzyma gazetę)

Andrzej

No już dobrze, dobrze...

(wyciera twarz)

Nie spałem całą noc i teraz jestem trochę, jak to mówią, nie w formie. Czytałem do 

czwartej rano, potem położyłem się, ale i tak nie mogłem spać. Myślałem o tym i owym, a 

świta   teraz   wcześnie,   słońce   włazi   do   sypialni.   Chciałbym   w   ciągu   lata,   póki   tu   jestem, 

przetłumaczyć jedną angielską książkę.

Wierszynin

Czy pan zna angielski?

Andrzej

Tak. Ojciec, niech mu ziemia lekką będzie, gnębił nas edukacją. To głupie i śmieszne, 

ale muszę się do tego przyznać: po jego śmierci zacząłem tyć i przez ten rok tak się roztyłem, 

jakby moje ciało uwolniło się z ucisku. Dzięki ojcu ja i siostry znamy francuski, niemiecki, 

angielski, a Irina jeszcze i włoski. Ale co to kosztowało!

Masza

W   tym   mieście   znajomość   trzech   obcych   języków   jest   niepotrzebnym   luksusem. 

Nawet nie luksusem, raczej zbędnym dodatkiem, coś jak szósty palec u ręki. Umiemy tyle 

niepotrzebnych rzeczy.

Wierszynin

A to dopiero!

(śmieje się)

Tyle niepotrzebnych, rzeczy! Mnie się wydaje, że nie ma i być nie może tak nudnego i 

ponurego miasta, w którym nie przydałby się mądry, wykształcony człowiek. Przypuśćmy 

nawet, że wśród stu tysięcy miejscowej ludności, oczywiście zacofanej i prostackiej, są tylko 

trzy osoby takie jak panie. Wiadomo, że panie nie przezwyciężycie otaczającej was ciemnoty. 

Z biegiem lat będziecie musiały stopniowo ulegać i rozpłyniecie się w stutysięcznym tłumie, 

życie   was  przygłuszy,  a  jednak  nie  znikniecie   bez  śladu, bez  wpływu.  Po  paniach  może 

background image

pojawi się już sześć osób o podobnych zaletach, potem dwanaście i tak dalej, aż w końcu tacy 

ludzie jak panie staną się większością. Za dwieście, może za trzysta lat życie na ziemi będzie 

zdumiewająco piękne, cudowne. Takie życie jest potrzebne ludziom, więc nawet jeżeli go 

jeszcze nie ma, powinniśmy je przeczuwać, czekać na nie, marzyć, przygotowywać się, czyli 

musimy wiedzieć i umieć więcej niż nasi ojcowie i dziadowie.

(śmieje się)

A pani narzeka, że umie tyle niepotrzebnych rzeczy!

Masza

(zdejmuje kapelusz)

Zostanę na śniadaniu.

Irina

(z westchnieniem)

Doprawdy, należałoby to wszystko zapisać...

(Andrzeja nie ma, niepostrzeżenie wyszedł)

Tuzenbach

Mówi pan, że po wielu latach  życie na ziemi będzie cudowne, zdumiewające.  To 

prawda.   Ale   po   to,   żeby   wziąć   w   nim   udział   teraz,   choćby   z   daleka,   trzeba   się   już 

przygotowywać, trzeba pracować.

Wierszynin

(wstaje)

Tak. Boże, ile tu kwiatów!

(rozgląda się)

Śliczne   mieszkanie?   Tego   paniom   zazdroszczę.   Bo   ja   całe   życie   obijałem   się   po 

mieszkankach z dwoma krzesłami i jedną kanapą, z piecami, które stale dymiły. W moim 

życiu brakowało właśnie -takich kwiatów...

(zaciera ręce)

Zresztą, co tam!

Tuzenbach

Tak, trzeba pracować. Pan myśli pewno: rozmarzył się ten Niemiec. Ale daję słowo, 

background image

że jestem Rosjanin, nawet nie mówię po niemiecku. Mój ojciec jest prawosławny...

(pauza)

Wierszynin

(chodzi po scenie)

Nieraz myślę: a gdyby tak zacząć życie na nowo? I to z całą świadomością? Gdyby 

jedno życie można było przeżyć, jak to mówią, na brudno, a drugie na czysto? Sądzę, że 

wtedy każdy z nas starałby się nie powtarzać, przynajmniej stworzyłby sobie inne warunki, 

urządziłby taki dom z kwiatami, z mnóstwem światła... Mam żonę i dwie córeczki, żona jest 

osobą chorowitą i tak dalej, i tak dalej, ale gdybym mógł zacząć życie od początku, nigdy 

bym się nie ożenił... Nigdy, nigdy!

(wchodzi Kułygin w mundurowym fraku)

Kułygin

(zbliża się do Iriny)

Droga   siostro,   pozwól,   że   w   dniu   twoich   imienin   złożę   ci   najszczersze, 

najserdeczniejsze życzenia zdrowia i w ogóle wszystkiego, czego można życzyć pannie w 

twoim wieku. I że zaofiaruję ci w prezencie tę książkę.

(podaje książkę)

Historia naszego gimnazjum w ciągu lat pięćdziesięciu, napisana przeze mnie. Książka 

właściwie   błaha,   napisana   w  braku   innego   zajęcia,   ale   mimo   to   przeczytaj.   Dzień   dobry 

państwu!

(do Wierszynina)

Kułygin, nauczyciel miejscowego gimnazjum. Radca dworu.

(do Iriny)

W   książce   tej   znajdziesz   spis   wszystkich   absolwentów,   którzy   skończyli   nasze 

gimnazjum w ciągu tych pięćdziesięciu lat. Feci, quod potui, faciant meliora potentes

1

.

(całuje Maszę)

Irina

Ale przecież już mi podarowałeś tę książkę na Wielkanoc.

Kułygin

1 Feci, quod... (łac.) - Zrobiłem, co mogłem, kto potrafi, niech zrobi lepiej.

background image

(śmieje się)

Niemożliwe! W takim razie zwróć mi ją albo, jeszcze lepiej, daj pułkownikowi. Niech 

pan weźmie, panie pułkowniku. Może kiedyś z nudów przeczyta ją pan.

Wierszynin

Dziękuję,

(chce się pożegnać)

Bardzo mi było miło odnowić znajomość...

Olga

Pan już idzie? Nie, nie!

Irina

Zostanie pan na śniadaniu. Dobrze?

Olga

Bardzo pana proszę.

Wierszynin

(kłania się)

Zdaje się, że trafiłem na imieniny. Przepraszam, nie wiedziałem i nie złożyłem pani 

życzeń...

(przechodzi razem z Olgą do sali jadalnej)

Kułygin

Dziś niedziela, proszę państwa, dzień odpoczynku, a więc odpoczywajmy i bawmy 

się, każdy stosownie do swojego wieku i urzędu. Dywany trzeba sprzątnąć na lato i do zimy 

przechować... Proszkiem perskim albo naftaliną... Rzymianie byli zdrowi, ponieważ umieli 

pracować i umieli odpoczywać, w ogóle mens sana in corpore sano. Życie ich miało ustalone 

formy. Nasz dyrektor twierdzi: najważniejsza rzecz w życiu to formy... Wszystko, co traci 

właściwe formy, musi się skończyć - i w naszym powszednim życiu tak samo.

(śmiejąc się obejmuje Maszę wpół)

Masza mnie kocha. Moja żona mnie kocha. I firanki z okien też razem z dywanami... 

Dzisiaj jestem wesół, w cudownym humorze. Maszo, o czwartej musimy być u dyrektora. 

background image

Grono nauczycielskie z rodzinami projektuje wspólny spacer.

Masza

Nie pójdę.

Kułygin

(zmartwiony)

Kochana Maszo, dlaczego?

Masza

Pomówimy o tym później...

(ze złością)

Dobrze, pójdę, ale teraz daj mi spokój...

(odchodzi)

Kułygin

A wieczór spędzimy u dyrektora. Ten człowiek mimo złego stanu zdrowia zawsze 

stara się być towarzyski. Piękna, świetlana postać. Wspaniały człowiek. Wczoraj po zebraniu 

rady pedagogicznej powiada do mnie: „Zmęczony jestem, mój panie! Zmęczony!”

(patrzy na zegar ścienny, potem na swój zegarek)

Wasz zegar śpieszy się siedem minut. Zmęczony, powiada.

(za sceną odzywają się skrzypce)

Olga

Proszę państwa, czym chata bogata, prosimy na śniadanie! Pieróg imieninowy!

Kułygin

Ach, moja kochana Olgo, moja kochana! Wczoraj harowałem -do jedenastej wieczór, 

taki byłem zmęczony, a dziś czuję się szczęśliwy.

(idzie do stołu w sali jadalnej)

Moja kochana...

Czebutykin

(wkłada gazetę do kieszeni, rozczesuje brodę)

background image

Pieróg? Świetnie!

Masza

(do Czebutykina, surowo)

Ale proszę pamiętać: dziś pan nie będzie nic pił. Słyszy pan? Panu szkodzi.

Czebutykin

Też! Mnie już przeszło. Od dwóch lat nie upijam się.

(niecierpliwie)

E, dobrodziejko, czy to nie wszystko jedno?

Masza

A jednak nie wolno panu pić. Nie wolno.

(ze złością, ale tak, żeby mąż nie słyszał)

Znowu, do wszystkich diabłów, mam się nudzić cały wieczór u dyrektora!

Tuzenbach

Ja bym na pani miejscu wcale nie poszedł. Nic prostszego.

Czebutykin

Nie iść, nie iść, moja duszko.

Masza

Tak, nie iść... Wstrętne, nieznośne życie...

(idzie do sali)

Czebutykin

(idzie za nią)

No-no!

Solony

(przechodząc do sali)

Cip, cip, cip...

background image

Tuzenbach

Dość tego, kapitanie. Wystarczy!

Solony

Cip, cip, cip...

Kułygin

(wesoło)

Pańskie zdrowie, panie pułkowniku! Jestem pedagog, a w tym domu swój człowiek, 

mąż Maszy... Ona jest dobra, bardzo dobra...

Wierszynin

Napiję się tej ciemnej wódki...

(pije)

Pańskie zdrowie!

(do Olgi)

Jak mi u państwa dobrze!

(w salonie zostają tylko Irina i Tuzenbach)

Irina

Masza dziś nie w humorze. Wyszła za mąż mając osiemnaście lat, kiedy on jej się 

wydawał   kimś   najmądrzejszym   na   świecie.   Teraz   już   nie.   To   dobry   człowiek,   ale   nie 

najmądrzejszy.

Olga

(niecierpliwie)

Andrzeju, chodźże nareszcie!

Andrzej

(za sceną)

Zaraz.

(wchodzi i idzie do stołu)

Tuzenbach

background image

O czym pani myśli?

Irina

Tak jakoś... Nie lubię i boję się tego Solonego. Mówi same głupstwa.

Tuzenbach

To dziwny człowiek. I żal mi go, i złość mnie bierze, ale częściej żal... On chyba jest 

bardzo nieśmiały. Kiedy zostajemy sami, potrafi być miły, rozsądny, ale w towarzystwie to 

gbur i rwie się do pojedynków. Nie chodźmy jeszcze, niech tam siądą do stołu. Zostańmy 

chwilę razem. O czym pani myśli?

(pauza)

Pani ma dwadzieścia lat, ja jeszcze nie mam trzydziestu. Ile jeszcze lat nas czeka, jaki. 

długi szereg dni, pełnych mojej miłości do pani...

Irina

Nie, nie trzeba mówić o miłości.

Tuzenbach

(nie słucha)

Mam w sobie namiętne pragnienie życia, walki, pracy i to pragnienie ściśle łączy mi 

się w duszy z miłością do pani. Irino, pani jest bardzo piękna i życie też wydaje mi się bardzo 

piękne. O czym pani myśli?

Irina

Pan mówi: życie jest bardzo piękne. A może tak się nam tylko wydaje? My, trzy 

siostry,   jeszcześmy   się   nie   zetknęły   z   pięknem,   życie   nas   zawsze   zagłuszało   jak   bujne 

zielsko... Łzy mi płyną. Po co to?

(szybko wyciera oczy, uśmiecha się)

Trzeba pracować, tylko pracować.

Nam jest dlatego źle i dlatego widzimy wszystko w czarnych kolorach, że nie znamy 

pracy. Przecież nas wydali na świat ludzie, którzy pracą gardzili...

(wchodzi Natasza w różowej sukni z zielonym paskiem)

Natasza

background image

Już siadają do śniadania... Spóźniłam się...

(ogląda się w lustrze, poprawia włosy)

Fryzura, zdaje się, niezła...

(zobaczywszy Irinę)

Ach, moja najmilsza, wszystkiego najlepszego!

(całuje Irinę mocno i długo)

U państwa tyle gości, ja się doprawdy wstydzę... Dzień dobry, panie baronie!

Olga

(wchodząc do salonu)

O, Natasza... Dzień dobry, droga pani!

(całują się)

Natasza

Ach, dzień dobry. U państwa tak liczne towarzystwo, jestem okropnie zażenowana...

Olga

Dlaczego? Przecież to swoi.

(półgłosem, w przerażeniu)

Pani ma zielony pasek! Kochanie, to niedobrze!

Natasza

Czy to może zły omen?

Olga

Nie, po prostu nieładnie... i jakoś dziwacznie...

Natasza

(płaczliwym głosem)

Tak? Ale on właściwie nie jest zielony, raczej matowy.

(idzie za Olgą do sali jadalnej)

(w sali siadają do śniadania; w salonie pusto)

Kułygin

background image

Życzę ci, Irino, dobrego konkurenta. Już czas, żebyś wyszła za mąż.

Czebutykin

Panno Natalio, i pani też życzę dobrego mężusia.

Kułygin

Panna Natalia już ma kandydata na mężusia.

Masza

(stuka widelcem w talerz)

Wypiję kieliszek winka! Hej, hej, życie brylantowe, hulaj dusza, piekła nie ma!

Kułygin

Trójka z minusem ze sprawowania.

Wierszynin

Pyszna nalewka! A na czym?

Solony

A na karaluchach.

Irina

(płaczliwym głosem)

Fe, fe! Co za obrzydliwość!...

Olga

Na kolację będzie pieczony indyk i szarlotka. Dzisiaj, dzięki Bogu, cały dzień jestem 

w domu, cały wieczór też w domu... Proszę państwa, przyjdźcie wieczorem wszyscy...

Wierszynin

Panie pozwolą, że ja też przyjdę.

Irina

Bardzo prosimy.

background image

Natasza

U nich bez ceremonii.

Czebutykin

„Tylko miłość rządzi światem, tylko miłość kusi nas”.

(śmieje się)

Andrzej

(gniewnie)

Przestańcie, moi państwo! Czy nie dość tego dobrego?

(Fiedotik i Rade wchodzą z wielkim koszem kwiatów)

Fiedotik

O, już siedzą przy śniadaniu.

Rode

(głośno, grasejując)

Przy śniadaniu? Proszę, proszę!

Fiedotik

Poczekaj chwilkę!

(robi zdjęcie)

Raz! Poczekaj jeszcze trochę...

(robi drugie zdjęcie)

Dwa! Gotowe!

(biorą kosz i idą do sali jadalnej; hałaśliwe powitanie)

Rode

(głośno)

Najserdeczniejsze   życzenia!   Wszystkiego   najlepszego!   Pogoda   dziś   po   prostu 

nadzwyczajna, sama rozkosz. Całe rano byłem z uczniami na spacerze. Prowadzę w szkole 

gimnastykę...

background image

Fiedotik

Może się pani ruszać, panno Irino, proszę bardzo,

(robi zdjęcie)

Pani dziś uroczo wygląda.

(wyciąga z kieszeni bąka)

Proszę, to bąk... Jak gra!

Irina

Co za cudo!

Masza

„Jest nad zatoką dąb zielony, na dębie złoty łańcuch lśni... Na dębie złoty łańcuch 

lśni...”

(płaczliwie)

I po co ja to mówię? Chodzi za mną ten wiersz od samego rana.

Kułygin

Trzynaście osób przy stole!

Rode

(głośno)

Proszę państwa, czyżbyście wierzyli w podobne przesądy?

(śmiech)

Kułygin

Jeżeli przy stole jest trzynaście osób, to znaczy, że są tu zakochani! Czy przypadkiem 

nie pan doktor?

(śmiech)

Czebutykin

Ja jestem stary grzesznik, wiadomo, ale dlaczego panna Natalia się zaczerwieniła, tego 

zupełnie nie rozumiem.

(głośny wybuch śmiechu; Natasza wybiega z sali do salonu, za nią Andrzej)

background image

Andrzej

Zaraz, zaraz, nie trzeba na to zważać! Niech pani zaczeka, proszę, niech pani zaczeka!

Natasza

Tak mi wstyd... Sama nie wiem, co się ze mną dzieje, a oni sobie żartują. To nieładnie, 

że wstałam od stołu, ale nie mogę... nie mogę...

(zasłania twarz rękami)

Andrzej

Droga pani, proszę, błagam, niech się pani uspokoi. Zapewniam panią, że oni żartują z 

dobrego serca. Moja droga, moja śliczna, to są zacni, poczciwi ludzie, którzy kochają i panią, 

i mnie. Chodźmy do okna, tam nas nie będzie widać.

(rozgląda się)

Natasza

Nie jestem przyzwyczajona do bywania w towarzystwie...

Andrzej

O   młodości,   cudna,   urocza   młodości!   Moja   najmilsza,   moja   śliczna,   proszę   się 

uspokoić! Niech pani mi wierzy... Tak mi dobrze, tyle miłości, zachwytu w sercu... Nie, nikt 

nas nie widzi! Nikt nie widzi! Za co, za co tak pokochałem, kiedy pokochałem - o, nie 

rozumiem nic! Droga moja, śliczna, czysta, bądź moją żoną! Kocham, tak kocham, jak nigdy 

nikogo...

(pocałunek; wchodzi dwóch oficerów; na widok całującej się pary stają zdumieni)

kurtyna

background image

AKT DRUGI

Dekoracje jak w akcie pierwszym.

Godzina ósma wieczór; za sceną, na ulicy, bardzo cicho grają na harmonii; nie ma 

światła; wchodzi Natasza w szlafroku, ze świecą w ręku idzie przez scenę i zatrzymuje się 

przed drzwiami, które prowadzą do pokoju Andrzeja.

Natasza

Co ty tam robisz, Andrzejku? Czytasz? Nic, nic, ja tylko tak...

(idzie, otwiera inne drzwi i zajrzawszy zamyka)

Czy się gdzie nie pali?...

Andrzej

(wchodzi z książką w ręku)

Czego chcesz, Nataszo?

Natasza

Sprawdzam, czy się gdzie nie pali... Teraz zapusty, służba zupełnie nieprzytomna, 

ciągle trzeba uważać, żeby się coś nie stało. Wczoraj o dwunastej w nocy idę przez jadalnię, a 

tam pali się świeca. A kto zapalił - nikt się nie przyznaje.

(stawia świece)

Która godzina?

Andrzej

(spogląda na zegarek)

Kwadrans po ósmej.

Natasza

A Olgi i Iriny nie ma do tej pory. Jeszcze nie wróciły. Tak się mordują, biedaczki. 

Olga na radzie pedagogicznej, Irina w telegrafie...

(wzdycha)

Dziś rano mówię do twojej siostry:

„Irinko, moja najdroższa, mówię, powinnaś się trochę oszczędzać”. Nawet nie słucha. 

Powiadasz, że kwadrans po ósmej? Boję się, czy nasz Bobuś nie jest chory. Dlaczego on taki 

background image

zimny? Wczoraj miał gorączkę, a dziś cały zimny... Tak się boję!

Andrzej

Coś ty, Nataszo! Chłopak jest zdrów.

Natasza

A jednak lepiej, żeby był na diecie. Ja się boję. I podobno dziś koło dziewiątej mają 

przyjść maszkarnicy. Wolałabym, Andrzejku, żeby nie przychodzili.

Andrzej

Nie wiem, doprawdy. Przecież proszono ich.

Natasza

Dzisiaj chłopaczek obudził się rano, patrzy na mnie i nagle w śmiech. Znaczy, że 

poznał. „Bobusiu, mówię, dzień dobry Dzień dobry, najmilszy!”  A on się śmieje.  Dzieci 

rozumieją, doskonale rozumieją wszystko. Więc, Andrzejku, powiem, żeby maszkarników nie 

wpuszczali.

Andrzej

(niezdecydowanie)

To już niech siostry... One tu są gospodynie.

Natasza

Tak, one też, ja im powiem. One takie poczciwe...

(idzie przez scenę)

Na   kolację   kazałam   podać   zsiadłe   mleko.   Doktor   mówi,   żeś   powinien   jeść   tylko 

zsiadłe mleko, bo inaczej nie schudniesz.

(zatrzymuje się)

Bobuś   jest   zimny...   Boję   się,   czy   mu   nie   za   zimno   w   jego   pokoju.   Właściwie 

należałoby go choć do wiosny umieścić gdzie indziej. Na przykład, pokój Iriny akurat nadaje 

się dla dziecka: i sucho, i słońce cały dzień. Trzeba jej powiedzieć, na razie mogłaby w 

jednym pokoju z Olgą... w dzień i tak jej nigdy nie ma, tylko w nocy...

(pauza)

Andrusinku, dlaczego nic nie mówisz?

background image

Andrzej

Zamyśliłem się jakoś... Zresztą, co mam mówić...

Natasza

Tak...   coś   ci   chciałam   powiedzieć...   Aha.   Z   zarządu   przyszedł   Fierapont,   pytał   o 

ciebie.

Andrzej

(ziewa)

Zawołaj go.

(Natasza wychodzi; Andrzej, pochyliwszy się nad zostawioną przez Nataszę świecą, 

czyta książkę; wchodzi Fierapont w starym, zniszczonym palcie, uszy ma obwiązane chustką)

Andrzej

Dobry wieczór, kochasiu. Co mi powiesz?

Fierapont

Prezes przysyła książkę i jakieś papiery. Proszę

(podaje książkę i paczkę)

Andrzej

Dziękuję. W porządku. Dlaczegoś przyszedł tak późno? Przecież już po ósmej.

Fierapont

Czego?

Andrzej

(głośniej)

Mówię, żeś tak późno przyszedł, już po ósmej.

Fierapont

Tak   jest.   Przyszedłem   dawno,   jeszcze   za   dnia,   ale   nie   chcieli   mnie   wpuścić.   Pan 

zajęty, powiadają. No cóż! Skoro zajęty, to zajęty, śpieszyć się nie mam dokąd.

background image

(myśląc, że Andrzej pyta go o cos)

Czego?

Andrzej

Niczego.

(zagląda do książki)

Jutro piątek, nie ma urzędowania, ale ja i tak przyjdę... zajmę się czym bądź. W domu 

nudno...

(pauza)

Dziadku   kochany,   jak   dziwnie   się   zmienia,   jak   zawodzi   życie!   Dzisiaj   w   braku 

lepszych zajęć, z nudów otworzyłem tę książkę – stare skrypta uniwersyteckie - i śmiech mnie 

ogarnął...   Boże,   jestem   sekretarzem   w   zarządzie   ziemstwa,   w   tym   zarządzie,   gdzie 

przewodniczy Protopopow, jestem sekretarzem i najwyżej mogę mieć nadzieję, że zostanę aż 

członkiem  zarządu  ziemstwa!  Ja mam być członkiem  miejscowego  zarządu  ziemstwa,  ja, 

któremu   śni   się   po   nocach,   że   jestem   profesorem   Uniwersytetu   Moskiewskiego,   sławą 

naukową, dumą całego kraju!

Fierapont

Ja tam nie wiem... Przecież źle słyszę...

Andrzej

Gdybyś   słyszał   dobrze,   nie   rozmawiałbym   chyba   z   tobą.   Jednak   muszę   z   kimś 

rozmawiać, a żona mnie nie rozumie, sióstr się jakoś boję, boję się, że wyśmieją, wykpią... 

Nie piję, nie lubię knajp, ale jak chętnie posiedziałbym teraz w Moskwie u Tiestowa czy w 

Wielkiej Moskiewskiej, kochasiu.

Fierapont

W ziemstwie opowiadał onegdaj dostawca, że w Moskwie kupcy jacyś jedli bliny i 

jeden,   co   zjadł   blinów   czterdzieści,   jakoby   umarł.   Czterdzieści   albo   pięćdziesiąt.   Nie 

pamiętam.

Andrzej

W   Moskwie   siedzisz   sobie,   człowieku,   w   ogromnej   sali   restauracyjnej,   nie   znasz 

nikogo, ciebie nikt nie zna i mimo to nie czujesz się obco. A tutaj wszystkich znasz i ciebie 

background image

też znają wszyscy, aleś obcy, obcy... Obcy i samotny.

Fierapont

Czego?

(pauza)

I jeszcze ten dostawca opowiadał - a może łże - jakoby w poprzek całej Moskwy 

przeciągnęli linę.

Andrzej

Po co?

Fierapont

Tego już nie wiem. Mówił dostawca.

Andrzej

Brednie.

(czyta książkę)

Czyś był kiedy w Moskwie?

Fierapont

(po pauzie)

Nie byłem. Bóg nie dał. Czy mam iść?

Andrzej

Możesz iść. Bądź zdrów.

(Fierapont wychodzi)

Bądź zdrów.

(czyta)

Rano przyjdziesz po te papiery... Idź...

(pauza)

Już poszedł.

(dzwonek)

Takie to sprawy...

(przeciąga się i odchodzi

background image

bez pośpiechu do swojego pokoju)

(za ścianą śpiewa niańka, kołysząc dziecko; wchodzą Masza i Wierszynin; potem, w 

czasie ich rozmowy, pokojówka zapala lampę i świece)

Masza

Nie wiem.

(pauza)

Nie wiem. Oczywiście, dużo znaczy przyzwyczajenie. Na przykład po śmierci ojca 

długo   nie   mogliśmy   się   przyzwyczaić,   że   już   nie   mamy   ordynansów.   Może   nie   jestem 

bezstronna, a jednak mam chyba rację. Nie wiem, może gdzie indziej jest inaczej, ale w 

naszym mieście najprzyzwoitsi, najszlachetniejsi i najlepiej wychowani ludzie to wojskowi.

Wierszynin

Pić mi się chce. Napiłbym się herbaty.

Masza

(spogląda na zegarek)

Zaraz będzie. Wydali mnie za mąż, kiedy miałam osiemnaście lat. Bałam się męża: 

był   nauczycielem,   a   ja   dopiero   skończyłam   szkołę.   Wtedy   miałam   go   za   strasznie 

wykształconego i mądrego. Teraz, niestety, jest inaczej.

Wierszynin

Hm... tak...

Masza

Nie mówię o mężu, do niego się już przyzwyczaiłam, ale na ogół wśród cywilów jest 

tylu ludzi ordynarnych, nieuprzejmych, źle wychowanych. Mnie wszelkie prostactwo razi i 

oburza, cierpię męki, jeżeli widzę, że człowiek jest nie dość subtelny, nie dość uprzejmy i 

łagodny. Kiedy muszę obcować z kolegami męża, po prostu cierpię.

Wierszynin

Ta-ak... A mnie się wydaje, że cywil czy wojskowy - to bez różnicy, przynajmniej w 

tym mieście. Bez różnicy. Wystarczy porozmawiać z miejscowym inteligentem, cywilem czy 

wojskowym, a zaraz okaże się, że on i z żoną się męczy, i z domem się męczy, i z majątkiem 

background image

się   męczy,   i   nawet   z   końmi   się   męczy...   Rosjanin   na   ogół   skłonny   jest   do   myśli   nader 

wzniosłych, ale niech mi pani powie, dlaczego w życiu sięga tak niewysoko? Dlaczego?

Masza

Dlaczego?

Wierszynin

Dlaczego z dziećmi się męczy, z żoną się męczy? A dlaczego żona i dzieci z nim się 

męczą?

Masza

Pan dziś trochę nie w humorze.

Wierszynin

Możliwe. Jestem bez obiadu, w ogóle nic nie jadłem od rana. Córka mi niedomaga 

troszeczkę, a kiedy chorują moje dzieci, ogarnia mnie strach, sumienie mnie dręczy, że mają 

taką matkę. O, gdyby pani widziała ją dzisiaj! Cóż to za ptasi móżdżek. Zaczęliśmy się kłócić 

o siódmej rano, a o dziewiątej trzasnąłem drzwiami i wyszedłem.

(pauza)

Nigdy nie mówię o tym, dziwna rzecz, że uskarżam się właśnie przed panią

(całuje ją w rękę)

Proszę się nie gniewać. Oprócz pani nikogo nie mam, nikogo...

(pauza)

Masza

Jak huczy w piecu. U nas przed śmiercią ojca ciągle huczało w kominie. Tak samo, jak 

teraz.

Wierszynin

Czy pani jest przesądna?

Masza

Tak.

background image

Wierszynin

To dziwne.

(całuje ją w rękę)

Pani jest wspaniała, cudowna kobieta. Wspaniała, cudowna! Tutaj ciemno, ale mimo 

to widzę blask pani oczu.

Masza

(siada na innym krześle)

Tu jest widniej...

Wierszynin

Kocham,   kocham,   kocham-Kocham   pani   oczy,   pani   ruchy,   które   mi   się   śnią... 

Wspaniała, cudowna kobieta!

Masza

(cicho śmiejąc się)

Kiedy pan mówi do mnie w ten sposób, nie wiem dlaczego, ale muszę się śmiać, 

chociaż ogarnia mnie lęk. Niech pan przestanie, bardzo proszę...

(półgłosem)

A zresztą, niech pan mówi, wszystko mi jedno...

(zastania twarz rękami)

Wszystko mi jedno. Ktoś idzie, proszę mówić o czymś innym...

(Irina i Tuzenbach wchodzą przez salę jadalną)

Tuzenbach

Mam potrójne nazwisko. Nazywam się: baron Tuzenbach-Krone-Altschauer, a mimo 

to jestem Rosjanin, prawosławny, tak jak pani. Niewiele zostało we mnie z Niemca, chyba 

tylko cierpliwość, chyba upór, z jakim narzucam się pani. Odprowadzam panią co wieczór.

Irina

Jaka jestem zmęczona!

Tuzenbach

I będę co dzień przychodził do telegrafu i odprowadzał panią do domu, będę to robił 

background image

dziesięć, nawet dwadzieścia lat, aż pani mnie przepędzi...

(zobaczywszy Maszę i Wierszynina, z radością)

Państwo tutaj? Dobry wieczór.

Irina

Nareszcie jestem w domu.

(do Maszy)

Przed chwilą przychodzi jakaś pani, depeszuje do brata w Saratowie, że jej syn umarł 

dzisiaj, i ani rusz nie może sobie przypomnieć adresu. W końcu wysyła bez adresu, po prostu 

do Saratowa. I płacze. A ja ni z tego, ni z owego ofuknęłam ją ordynarnie. „Proszę mi nie 

zabierać czasu”, powiadam. Sama nie wiem, dlaczego. Dziś mają być u nas maszkarnicy?

Masza

Tak.

Irina

(siada na fotelu)

Ach, odpocząć! Jestem zmęczona.

Tuzenbach

(z uśmiechem)

Kiedy pani przychodzi z pracy, wygląda pani na taką młodziutką, taką skrzywdzoną.

(pauza)

Irina

Jestem zmęczona. Nie. Nie lubię tego telegrafu, nie lubię.

Masza

Schudłaś...

(gwiżdże)

I odmłodniałaś, a z twarzy przypominasz chłopaka.

Tuzenbach

To dzięki uczesaniu.

background image

Irina

Trzeba szukać innej posady, bo ta nie dla mnie. Nie ma w niej nic z tego, czego tak 

pragnęłam, o czym marzyłam. Praca bez poezji, bez myśli...

(stukanie w podłogę)

To doktor,

(do Tuzenbacha)

Mój drogi, niech pan zastuka. Ja nie mogę... jestem zmęczona...

(Tuzenbach stuka w podłogę)

Irina

Zaraz przyjdzie. Słuchajcie, trzeba coś zrobić. Wczoraj doktor i nasz Andrzej byli w 

klubie i znów się zgrali. Podobna Andrzej przegrał dwieście rubli.

Masza

(obojętnie)

Nic na to nie poradzisz.

Irina

Przed dwoma tygodniami  przegrał,  w grudniu też  przegrał.  Niech prędzej  przegra 

wszystko, może nareszcie wydostaniemy się z tego miasta. Boże, Boże, co noc mi się śni 

Moskwa, chodzę jak błędna.

(śmieje się)

Jedziemy w czerwcu, a do czerwca jeszcze... luty, marzec, kwiecień, maj... prawie pół 

roku!

Masza

Żeby się tylko Natasza nie dowiedziała, że przegrał.

Irina

Dużo ją to obchodzi.

(Czebutykin, który dopiero co wstał z łóżka - odpoczywał po obiedzie - wchodzi do 

sali jadalnej, rozczesuje brodę, siada przy stole i wyciąga z kieszeni gazetę)

background image

Masza

Przyszedł... Czy zapłacił komorne?

Irina

(śmieje się)

Nie. Od ośmiu miesięcy ani grosza. Zapomniał chyba.

Masza

(śmieje się)

Patrz, jaki godny!

(wszyscy śmieją się; pauza)

Irina

Cóż pan taki milczący, pułkowniku?

Wierszynin

Bo ja wiem? Napiłbym się herbaty. Pół życia za szklankę herbaty! Od rana nic nie 

jadłem...

Czebutykin

Irinko!

Irina

Co, panie doktorze?

Czebutykin

Proszę tutaj. Venez ici.

(Irina idzie do sali i siada przy stole)

Nie mogę bez ciebie...

(Irina stawia pasjansa)

Wierszynin

Więc co? Skoro nie dają herbaty, pofilozofujmy sobie trochę.

background image

Tuzenbach

Właśnie. Ale na jaki temat?

Wierszynin

Na jaki temat? Może pomarzymy... na przykład o życiu, jakie nadejdzie kiedyś, za 

dwieście albo za trzysta lat.

Tuzenbach

Cóż! Wtedy ludzie będą latali balonami, zmieni się krój marynarek, może odnajdą 

szósty zmysł i nawet go rozwiną, ale życie będzie wciąż takie samo: trudne, pełne tajemnic, 

szczęśliwe. I za tysiąc lat człowiek też będzie wzdychał: „Ach, jak ciężko żyć!” - a jednak tak 

samo jak dziś będzie się bał, będzie nienawidził śmierci.

Wierszynin

(po chwili namysłu)

Jak   by   to   wyrazić?   Wydaje   mi   się,   że   wszystko   na   świecie   musi   stopniowo   się 

zmienić, już się zmienia na naszych oczach. Za dwieście, trzysta, tysiąc lat - przecież nie 

chodzi o termin - nadejdzie inne życie, nowe, piękne. My siłą rzeczy nie będziemy w nim 

brali udziału, a jednak to dla niego dziś żyjemy, pracujemy, no i męczymy się, my już je 

tworzymy i to jedyny cel naszego istnienia, a nawet, proszę pana, nasze jedyne szczęście.

Masza

(cicho śmieje się)

Tuzenbach

Co się stało?

Masza

Nic. Dzisiaj od rana ciągle się śmieję.

Wierszynin

Skończyłem te same szkoły, co pan, nie byłem w akademii. Czytam dużo, ale nie 

umiem wybierać sobie lektury, może nawet czytam całkiem nie to, co trzeba, a tymczasem im 

dłużej żyję, tym więcej chciałbym wiedzieć. Włosy mi siwieją, jestem już niemal stary, mimo 

background image

to   jakże   niewiele   wiem,   ach,   jak   niewiele!   Ale   wydaje   mi   się,   że   to,   co   najważniejsze, 

najprawdziwsze, jednak wiem, wiem dobrze. I tak bym chciał przekonać pana, że szczęścia 

dla nas nie ma, nie będzie i nie powinno być... Bo my musimy pracować, tylko pracować, a 

szczęście przypadnie w udziale dopiero naszym dalekim potomkom.

(pauza)

Jeśli nie ja, to choć potomkowie potomków moich.

(Fiedotik i Rode ukazują się w sali jadalnej; siadają i cicho nucą brzdąkając na gitarze)

Tuzenbach

Pan twierdzi, że nie wolno nawet marzyć o szczęściu. A jeżeli jestem szczęśliwy?

Wierszynin

Nie.

Tuzenbach

(klasnąwszy w dłonie śmieje się)

Nie rozumiemy się widocznie. Jak mam pana przekonać?

(Masza cicho śmieje się)

Tuzenbach

(pokazuje jej palec)

Proszę, może pani się śmiać.

(do Wierszynina)

Nie tylko za dwieście czy trzysta, ale nawet za milion lat życie będzie takie jak było. 

Życie jest wciąż takie samo, pozostaje niezmienne, a rządzi się własnymi prawami, które nas 

niewiele obchodzą, bo chyba nigdy nie poznamy ich do głębi. Wędrowne ptaki, na przykład 

żurawie,  lecą  sobie i  lecą  i gdyby nawet  były zdolne  do jakichkolwiek  myśli, obojętnie, 

wielkich czy małych, to i tak muszą lecieć, nie wiedząc, dokąd i po co. Ptaki lecą i będą 

lecieć, choćby nawet wśród nich roiło się od Bóg wie jakich filozofów. Niech filozofują, ile 

chcą, byle tylko leciały...

Masza

A sens?

background image

Tuzenbach

Sens... Proszę, śnieg pada. Jaki w tym sens?

(pauza)

Masza

Mnie się zdaje, że człowiek powinien być wierzący, przynajmniej powinien szukać 

wiary, bo inaczej pustka, pustka... Żyć i nie wiedzieć, po co lecą żurawie, po co rodzą się 

dzieci, po co są gwiazdy na niebie... Albo trzeba wiedzieć, po co się żyje, albo wszystko to 

fraszka, funta kłaków niewarte.

(pauza)

Wierszynin

A jednak szkoda, że młodość minęła...

Masza

Gogol mówi: jak nudno żyć na tym świecie, proszę państwa!

Tuzenbach

A ja powiem: jak trudno z wami dyskutować, proszę państwa! Niech was nie znam...

Czebutykin

(czytając gazetę)

Balzac brał ślub w Berdyczowie.

(Irina nuci)

Czebutykin

Muszę to nawet zapisać sobie w notesie.

(zapisuje)

Balzac brał ślub w Berdyczowie.

(czyta gazetę)

Irina

(zamyślona nad pasjansem)

Balzac brał ślub w Berdyczowie.

background image

Tuzenbach

Kości rzucone: Pani Maszo, podałem się do dymisji.

Masza

Wiem. I nie widzę w tym nic dobrego. Nie lubię cywilów.

Tuzenbach

Wszystko jedno...

(wstaje)

Jestem brzydki, czyż nadaję się do wojska? Wszystko jedno zresztą... Będę pracował. 

Ach, choć jeden dzień w życiu przepracować, ale tak, żeby wieczorem przyjść do domu, 

zwalić się na łóżko i natychmiast zasnąć!

(idąc do sali jadalnej)

Robotnicy chyba śpią mocno.

Fiedotik

(do Iriny)

Dzisiaj   na   Moskiewskiej   i   Pyżykowa   kupiłem   dla   pani   kolorowe   kredki.   I   ten 

scyzoryczek...

Irina

Ciągle traktuje mnie pan jak dziecko, a ja przecież już wyrosłam...

(bierze kredki i scyzoryk; z zachwytem)

Jakie śliczne!

Fiedotik

Sobie też kupiłem scyzoryk... proszę zobaczyć... ostrze, tu drugie ostrze, tu trzecie, 

żeby dłubać w uchu, to nożyczki, to do czyszczenia paznokci...

Rode

(głośno)

Doktorku, ile pan ma lat?

background image

Czebutykin

Ja? Trzydzieści dwa.

(śmiech)

Fiedotik

Zaraz nauczę panią innego pasjansa...

(rozkłada karty)

(przynoszą samowar; przy samowarze krząta się Anfisa; po chwili wchodzi Natasza i 

też krząta się koło stołu; wchodzi Solony, wita się i siada przy stole)

Wierszynin

Jaki wiatr!

Masza

Tak. Obrzydła mi ta zima. Prawie zapomniałam, jak wygląda lato.

Irina

Pasjans wyjdzie, już widać. Jedziemy do Moskwy.

Fiedotik

Właśnie, że nie wyjdzie. Niech pani zobaczy, ósemka padła na dwójkę pik

(śmieje się)

To znaczy, że nie pojedzie pani do Moskwy.

Czebutykin

(czyta gazetę)

Cycykar... Tam szaleje ospa.

Anfisa

(podchodzi do Maszy)

Maszo, córuchno, herbata podana.

(do Wierszynina)

Panie pułkowniku, dobrodzieju, prosimy, jeśli łaska.

background image

Masza

Przynieś tu herbatę, nianiu. Ja tam nie pójdę.

Irina

Nianiu!

Anfisa

I-idę!

Natasza

(do Solonego)

Niemowlęta rozumieją  wszystko. „Dzień dobry, Bobusiu, powiadam. Dzień dobry, 

najmilszy!” A on spojrzał na mnie tak mądrze. Pan myśli, że przeze mnie przemawia tylko 

matka, ale tak nie jest, zapewniam pana. To niezwykłe dziecko.

Solony

Gdyby to było moje dziecko, usmażyłbym je na patelni i zjadł.

(idzie ze szklanką herbaty do salonu i siada w kącie)

Natasza

(zasłaniając twarz rękami)

Ordynarny, źle wychowany człowiek!

Masza

Szczęśliwi są ci, którym wszystko jedno: lato czy zima. Mnie się zdaje, że gdybym 

mieszkała w Moskwie, nie obchodziłaby mnie pogoda...

Wierszynin

Niedawno   czytałem   dziennik   pewnego   francuskiego   ministra,   prowadzony   w 

więzieniu. Minister był skazany za Panamę. Z jakim upojeniem, z jakim zachwytem pisze o 

ptakach, które ogląda przez okno celi, a których nie dostrzegał, będąc ministrem. Teraz, kiedy 

już jest na wolności, oczywiście znów nie dostrzega ptaków. Pani też nie będzie dostrzegała 

Moskwy, gdy pani już tam zamieszka. Szczęścia dla nas nie ma i nie może być, my tylko 

ciągle czekamy na szczęście.

background image

Tuzenbach

(bierze ze stołu bombonierkę)

A gdzie cukierki?

Irina

Solony zjadł.

Tuzenbach

Wszystkie?

Anfisa

(podając herbatę)

Do pana list, dobrodzieju.

Wierszynin

Do mnie?

(bierze list)

Od córki.

(czyta)

No,   oczywiście...   Pani   Maszo,   niech   mi   pani   daruje,   ale   muszę   iść.   Nie   będę   pił 

herbaty.

(wstaje wzburzony)

Ciągle te historie...

Masza

Co się stało? A może to sekret?

Wierszynin

(cicho)

Żona znowu się otruła. Muszę iść. Wyjdę tak, żeby nikt nie widział. To wszystko jest 

okropne.

(całuje Maszę w rękę)

Moja najmilsza, dobra, zacna... Wyjdę po cichu tamtędy

background image

(wychodzi)

Anfisa

Gdzie on poszedł? A herbata? Widział to kto...

Masza

(rozgniewana)

Odczep się. Ciągle tylko nudzisz, głowę zawracasz...

(idzie z filiżanką do stołu)

Mam cię już dość, starucho!

Anfisa

Czemu się gniewasz? Córuchno!

Głos Andrzeja

Anfiso!

Anfisa

(przedrzeźnia)

Anfiso! Siedzi jak ten mruk...

(wychodzi)

Masza

(przy stole w sali, ze złością)

Może mi pozwolicie usiąść?

(miesza karty na stole)

Porozkładali się tu z kartami. Teraz herbata!

Irina

Jakaś ty zła, Maszko!

Masza

Jak jestem zła, to nie mówcie do mnie. Zostawcie mnie!

background image

Czebutykin

(śmieje się)

Zostawcie ją, zostawcie...

Masza

Pan ma sześćdziesiątkę na karku, a plecie pan jak sztubak diabli wiedzą co.

Natasza

(wzdycha)

Kochana   Maszo,   po   co   używać   w   rozmowie   tak   gminnych   wyrażeń?   Powiem   ci 

szczerze, że z twoją urodą mogłabyś czarować wszystkich w najlepszym towarzystwie, gdyby 

nie te wyrazy.  Je vous prie, pardonnez moi, Marie, mais vous avez des manieres un peu 

grossieres

2

.

Tuzenbach

(tłumiąc śmiech)

Poproszę... poproszę... Tam, zdaje się, koniak...

Natasza

Il parait, que mon Bobuś deja ne dort pas

3

, obudził się. On dzisiaj trochę niezdrów. 

Muszę do niego zajrzeć, przepraszam państwa...

(wychodzi)

Irina

A dokąd poszedł pułkownik?

Masza

Do domu. Znów ma jakieś historie z żoną.

Tuzenbach

(podchodzi do Solonego z karafką koniaku)

Pan ciągle siedzi sam i o czymś myśli, nie wiadomo nawet o czym. No, pogódźmy się 

2 Je vous prie... (fr.) - Daruj, proszę, Mario, ale masz nieco gminne maniery.
3 Il parait... (fr.) - w niepoprawnej francuszczyźnie: zdaje mi się, że mój Bobuś już nie śpi.

background image

już. Napijmy się koniaku.

(piją)

Dziś chyba będę musiał całą noc wygrywać na pianinie różne bzdury... Niech już 

będzie!

Solony

Niby dlaczego mamy się pogodzić? Ja się z panem nie kłóciłem.

Tuzenbach

Przy panu ciągle mi się zda je, że między nami coś zaszło. Dziwak z pana, to pewne.

Solony

(deklamuje)

„Ja - dziwak? Proszę... ale któż nim nie jest!”

4

 Nie gniewaj się, Aleko!

Tuzenbach

Skąd tu się wziął Aleko!...

(pauza)

Solony

Kiedy rozmawiam z kimś sam na sam, to w porządku, jestem taki jak wszyscy, ale w 

większym towarzystwie robię się ponury, nieśmiały i... wygaduję brednie. A jednak jestem 

uczciwszy i szlachetniejszy od wielu, wielu innych. Mogę tego dowieść.

Tuzenbach

Ja się często na pana gniewam, pan znowu, kiedy jesteśmy w towarzystwie, wciąż się 

mnie czepia, ale mimo to czuję do pana jakąś sympatię. Zresztą co tam, muszę się dziś upić. 

Wypijmy!

Solony

Wypijmy.

(piją)

Właściwie, baronie, nie mam do pana żadnej pretensji. Ale z charakteru przypominam 

4 Gribojedow, „Mądremu biada”, przekład J. Tuwima.

background image

Lermontowa.

(po cichu)

Nawet jestem do Lermontowa trochę podobny... przynajmniej tak mówią.

(wyjmuje z kieszeni flakon i zlewa ręce perfumami)

Tuzenbach

Podaję się do dymisji. Basta! Namyślałem się pięć lat, aż zdobyłem się wreszcie na 

decyzję. Będę pracował.

Solony

(deklamuje)

Nie gniewaj się, Aleko... Porzuć, porzuć te marzenia...

(w czasie ich rozmowy wchodzi po cichu Andrzej z książką i siada przy świecy)

Tuzenbach

Będę pracował.

Czebutykin

(wchodząc z Iriną do salonu)

I poczęstunek też był czysto kaukaski: cebulowa zupa, a na pieczyste czechartma.

Solony

Czeremsza to wcale nie mięso, tylko roślina podobna do naszej cebuli.

Czebutykin

O nie, mój aniele. Czechartma to nie cebula, tylko pieczeń z baraniny.

Solony

A ja panu mówię, że czeremsza to cebula.

Czebutykin

A ja panu mówię, że czechartma to baranina.

Solony

background image

A ja panu mówię, że czeremsza to cebula.

Czebutykin

Co się będę z panem spierał! Pan nigdy nie był na Kaukazie i nie jadł czechartmy.

Solony

Nie jadłem, bo nie cierpię. Po czeremszy zalatuje jak po czosnku.

Andrzej

(błagalnym tonem)

Panowie, dosyć! Błagam!

Tuzenbach

Kiedy przyjdą maszkarnicy?

Irina

Mieli być koło dziewiątej, czyli że zaraz.

Tuzenbach

(ściska Andrzeja)

Oj, chato moja, chato moja nowa...

Andrzej

(tańczy i śpiewa)

Chato nowa, klonowa...

Czebutykin

(tańczy)

Bielusieńka-a!

(Śmiech)

Tuzenbach

(całuje Andrzeja)

Do diabła  ciężkiego,  wypijmy,  Andrzejku, wypijmy bruderszaft. Pojadę z tobą do 

background image

Moskwy,

Andrzejku, na uniwersytet.

Solony

Na jaki? W Moskwie są dwa uniwersytety.

Andrzej

W Moskwie jest jeden uniwersytet.

Solony

A ja panu mówię, że dwa.

Andrzej

Niech sobie będą nawet i trzy. Tym lepiej.

Solony

W Moskwie są dwa uniwersytety!

(szmer i sykanie)

W Moskwie są dwa uniwersytety: stary i nowy. A jeżeli państwo nie życzycie sobie 

mnie słuchać, jeżeli drażnią was moje słowa, to mogę w ogóle nie mówić. Mogę nawet wyjść 

do innego pokoju...

(wychodzi przez jedne z drzwi)

Tuzenbach

Brawa, brawo!

(śmieje się)

Proszę państwa, tańczcie, zaczynam grać! Śmieszny ten Solony...

(siada do pianina, gra walca)

Masza

(tańczy walca sama)

Baron pijany, baron pijany, baron pijany!

(wchodzi Natasza)

background image

Natasza

(do Czebutykina)

Panie doktorze, na chwileczkę.

(mówi coś do Czebutykina, potem po cichu wychodzi; Czebutykin dotyka ramienia 

Tuzenbacha i coś mu szepcze)

Irina

Co tam znowu?

Czebutykin

Już czas na nas. Do widzenia państwu.

Tuzenbach

Dobranoc. Czas do domu.

Irina

Jak to? A maszkarnicy?

Andrzej

(zmieszany)

Maszkarników nie będzie. Wiesz, moja kochana, Natasza mówi, że Bobuś niezdrów i 

dlatego... Zresztą nie wiem, mnie jest zupełnie wszystko jedno.

Irina

(wzrusza ramionami)

Bobuś niezdrów!

Masza

Hulaj dusza... Wyrzucają nas, więc wynośmy się.

(do Iriny)

To nie Bobuś jest chory, tylko ona sama. O tu!

(stuka się palcem w czoło)

Mieszczanka!

(Andrzej wychodzi przez drzwi do swojego pokoju, Czebutykin idzie za nim, w sali 

background image

jadalnej żegnają się)

Fiedotik

Szkoda! Myślałem, że spędzimy razem miły wieczór, ale jeżeli dzieciaczek chory, to 

oczywiście... Przyniosę mu jutro zabawki...

Rode

(głośno)

Co prawda, wyspałem się po obiedzie, bo myślałem, że do rana będę tańczył. Przecież 

dopiero dziewiąta!

Masza

Wyjdźmy na dwór, tam pogadamy. Namyślimy się, jak i co.

(słychać: „Do widzenia! Dobranoc!” Słychać wesoły śmiech Tuzenbacha; wszyscy 

wychodzą, Anfisa i pokojówka sprzątają ze stołu, gaszą światła; słychać, jak śpiewa niańka. 

Andrzej w płaszczu i kapeluszu oraz Czebutykin wchodzą po cichu)

Czebutykin

W   ogóle   nie   zdążyłem   się   ożenić   dlatego,   że   życie   mignęło   jak   ta   błyskawica,   i 

dlatego, że kochałem się do szaleństwa w twojej mamie, która była zamężna...

Andrzej

Nie trzeba się żenić. Nie trzeba, nuda...

Czebutykin

Niby to i racja - ale samotność! Jakkolwiek byś filozofował, samotność to straszna 

rzecz, kochasiu... Chociaż właściwie... czy nie wszystko jedno?

Andrzej

Chodźmy prędzej.

Czebutykin

Po co się śpieszyć? Zdążymy.

background image

Andrzej

Boję się, żeby mnie żona nie zatrzymała.

Czebutykin

A!

Andrzej

Dziś nie będę grał, tak tylko posiedzę trochę. Jakoś niedobrze się czuję... Doktorze, co 

mam robić na zadyszkę?

Czebutykin

Po co pytasz? Nie pamiętam, kochany. Nie wiem.

Andrzej

Wyjdziemy przez kuchnię.

(wychodzą; dzwonek, potem znów dzwonek; słychać głosy i śmiech)

Irina

(wchodzi)

Kto to?

Anfisa

(szeptem)

Maszkarnicy!

(dzwonek)

Irina

Powiedz, nianiu, że nikogo nie ma w domu. I przeproś.

(Anfisa wychodzi;  Irina snuje się po pokoju zamyślona  i zdenerwowana;  wchodzi 

Solony)

Solony

(ze zdziwieniem)

Nie ma nikogo... Gdzie są wszyscy?

background image

Irina

Poszli do domu.

Solony

To dziwne. Pani jest sama?

Irina

Sama.

(pauza)

Dobranoc.

Solony

Zachowywałem się dziś niezbyt pięknie, nietaktownie. Ale pani jest inna niż wszyscy, 

pani jest czysta i wzniosła, pani wie, gdzie prawda... Tylko pani jedna może mnie zrozumieć. 

Kocham, kocham okrutnie, do szaleństwa...

Irina

Żegnam pana. Proszę już iść.

Solony

Nie mogę żyć bez pani.

(idzie za nią)

O, zachwycie!

(przez łzy)

O, szczęście! O cudne, przepyszne, czarodziejskie oczy, jakich nie widziałem u żadnej 

kobiety!

Irina

(zimno)

Proszę przestać.

Solony

Pierwszy raz mówię o mojej miłości do pani, jestem jakby nie na ziemi, ale na innej 

background image

planecie.

(pociera czoło}

Zresztą, to obojętne. Miłości nikomu gwałtem się nie narzuci, jasna rzecz... Ale nie 

będę   miał   szczęśliwych   rywali...   Nie  będę   miał...   Przysięgam   na   wszystkie   świętości,   że 

rywala zabiję... O cudna!

(przechodzi Natasza ze świecą)

Natasza

(otwiera jedne drzwi, potem drugie, przechodzi koło pokoju Andrzeja)

Andrzej tutaj... Niech sobie czyta. Przepraszam, panie kapitanie, nie wiedziałam, że 

pan tu jest, ja tak po domowemu...

Solony

Dla mnie to bez różnicy. Żegnam!

(wychodzi)

Natasza

Kochanie, jakaś ty zmęczona! Moja biedna dziecinko!

(całuje Irinę)

Powinnaś się zaraz położyć.

Irina

Czy Bobuś śpi?

Natasza

Owszem, śpi, ale niespokojnie. Ach, Irinko, dawno miałam ci to powiedzieć, tylko 

ciągle albo ciebie nie ma, albo ja jestem zajęta... Boję się, że Bobusiowi w dziecinnym pokoju 

za zimno, tam wilgoć. A twój pokój akurat nadaje się dla dziecka. Kochana, jedyna, przenieś 

się na razie do Oli!

Irina

(nie zrozumiawszy)

Dokąd?

(słychać, jak przed dom zajeżdża trójka koni z janczarami)

background image

Natasza

Na razie pomieszkasz w jednym pokoju z Olą, a twój pokój damy Bobusiowi. To takie 

rozkoszne dziecko, mówię dziś do niego: „Bobusiu, tyś mój! Mój!” A on na mnie patrzy tymi 

oczętami.

(dzwonek)

To pewnie Olga. Jak późno!

(pokojówka podchodzi do Nataszy i coś mówi szeptem)

Natasza

Protopopow?   Ach,   dziwak.   To   Protopopow,   chce,   żebym   się   z   nim   przejechała 

saniami.

(śmieje się)

Dziwni ci mężczyźni...

(dzwonek)

Ktoś przyszedł. Chyba mogę się wyrwać na piętnaście minut, przejadę się trochę...

(do pokojówki)

Powiedz, że zaraz.

(dzwonek)

Ktoś dzwoni... to chyba Olga

(wychodzi)

(pokojówka   wybiega;   Irina   siedzi   zamyślona;   wchodzą:   Kułygin,   Olga,   za   nimi 

Wierszynin)

Kułygin

Masz ci los! A mówiliście, że będą tańce.

Wierszynin

Dziwne doprawdy, wyszedłem niedawno, najwyżej pół godziny temu, spodziewano 

się maszkarników...

Irina

Wszyscy poszli.

background image

Kułygin

I Masza poszła? Dokąd poszła? A dlaczego Protopopow czeka na dole w saniach? Na 

kogo czeka?

Irina

Nie zadawajcie mi pytań... Jestem zmęczona.

Kułygin

Jakie to rozkapryszone...

Olga

Rada  pedagogiczna   dopiero  teraz   się  skończyła.   Nie  mam   już  sił.   Przełożona   jest 

chora, muszę ją zastępować. Jak mnie głowa boli, jak boli...

(siada)

Andrzej przegrał wczoraj dwieście rubli... Całe miasto już o tym mówi...

Kułygin

Ja też porządnie się zmęczyłem na sesji.

(siada)

Wierszynin

Moja  żona chciała  mnie nastraszyć i omal  się nie otruła.  Wszystko skończyło się 

dobrze, teraz odpoczywam, co za rozkosz... Ale trzeba iść, co? No trudno, życzę państwu 

dobrej nocy.

(do Kułygina)

Proszę pana, jedźmy gdzieś razem! Nie mogę wrócić do domu, absolutnie nie mogę... 

Jedźmy!

Kułygin

Jestem zmęczony. Nie pojadę.

(wstaje)

Jestem zmęczony. Czy Masza poszła do domu?

Irina

background image

Chyba tak.

Kułygin

(całuje Irinę w rękę)

Dobranoc. Jutro i pojutrze cały dzień odpoczywamy. Wszystkiego najlepszego!

(idzie)

Marzę o herbacie. Byłem pewny, że spędzę wieczór w miłym towarzystwie i - o, 

fallacem hominum spem!...

5

 Przy okrzyku - accusativus...

Wierszynin

Więc pojadę sam.

(pogwizdując wychodzi z Kułyginem)

Olga

Głowa, moja głowa... Andrzej przegrał... całe miasto mówi... Pójdę się położyć.

(wychodząc)

Jutro jestem wolna... O Boże, co za rozkosz! Jutro jestem wolna, pojutrze też... Głowa, 

głowa...

(wychodzi)

Irina

(sama)

Wszyscy poszli. Nie ma nikogo.

(z ulicy słychać harmonię, niańka śpiewa piosenkę)

Natasza

(w futrze i czapce idzie przez salę, za nią pokojówka)

Wrócę za pół godziny. Tylko przejadę się trochę.

(Wychodzi)

Irina

(sama, tęsknie)

Do Moskwy! Do Moskwy! Do Moskwy!

5 O, fallacem hominum spem!... (łac.) - O, zwodna ludzka nadziejo.

background image

kurtyna

background image

AKT TRZECI

Pokój Olgi i Iriny; na prawo i na lewo dwa łóżka zasłonięte parawanami; dochodzi 

trzecia w nocy; za sceną bije dzwon alarmowy - na pożar, który zaczął się już dawno; widać, 

że w domu jeszcze nikt się nie kładł; na kanapie leży Masza ubrana jak zwykle w czarną 

suknię; wchodzi Olga z Anfisą.

Anfisa

Teraz siedzą na dole pod schodami... Mówię do nich - „proszę na górę, tak przecież 

nie można”, nic, tylko płaczą. „Nie wiemy, powiadają, gdzie tatuś. Może się, nie daj Bóg, 

spalił”. Takie głupstwa! I na podwórzu pełno... też ledwo odziani.

Olga

(wyjmując suknie z szafy)

Weź tę popielatą... I jeszcze tę... Bluzeczkę też... I tę spódnicę weź, nianiu... Co się 

dzieje, Boże, Boże... Zaułek Kirsanowski spalił się chyba do szczętu... Weź to... i to...

(rzuca jej suknie)

Jak się nastraszyli biedni Wierszyninowie! Ich dom o mały włos nie spłonął. Niech 

przenocują  u nas... nie możemy  ich  puścić do domu...  Biednemu  Fiedotikowi  spaliło  się 

wszystko, nic nie zostało...

Anfisa

Zawołaj na Fieraponta, Oleńko, bo sama nie udźwignę.

Olga

(dzwoni)

Nie sposób się nikogo dowołać...

(otwierając drzwi)

Niechże tu ktoś przyjdzie!

(przez   otwarte   drzwi,   widać   okno   czerwone   od   łuny;   słychać,   jak   koło   domu 

przejeżdża straż ogniowa)

Jakie to straszne. I jak obrzydło!

(wchodzi Fierapont)

background image

Olga

Weź to, zanieś na dół... Tam pod schodami stoją panny Kołotilin... daj im to. I to.

Fierapont

Tak jest... W dwunastym roku Moskwa też się paliła. Boże ty mój, Boże! Francuzi 

tylko się dziwili.

Olga

Idź już...

Fierapont

Tak jest.

(wychodzi)

Olga

Nianiu kochana, wszystko oddaj. Nam nic nie trzeba, oddaj wszystko, nianiu... Taka 

jestem zmęczona, że ledwo trzymam się na nogach... Wierszyninów nie możemy puścić do 

domu... Dziewczynki położą się w salonie, a pułkownik na dole u barona... Fiedotik też u 

barona albo u nas w sali jadalnej... Doktor jak na złość pijany, okropnie pijany... u niego nie 

można. A żonę Wierszynina też w salonie...

Anfisa

(zniżonym głosem)

Oleńko, moja najdroższa, nie wypędzaj mnie! Nie wypędzaj!

Olga

Głupstwa gadasz, nianiu. Nikt cię nie wypędza.

Anfisa

(tuli głowę do piersi Olgi)

Kochana moja, złota moja, ja przecież pracuję, jak mogę.. A niech tylko stracę siły, 

zaraz powiedzą: wynoś się. Ale dokąd pójdę? Dokąd? Osiemdziesiąt lat. Osiemdziesiąty drugi 

rok...

background image

Olga

Usiądź, nianiu... Zmęczyłaś się, biedaczko...

(pomaga Anfisie usiąść)

Odpocznij, moja staruszko. Jak zbladłaś!

(wchodzi Natasza)

Natasza Tam właśnie mówili, że trzeba jak najprędzej założyć towarzystwo pomocy 

dla   pogorzelców.   No   cóż!   Piękna   myśl.   W   ogóle   trzeba   natychmiast   pomagać   biednym 

ludziom, to obowiązek bogatych. A Bobuś i Sofijka śpią sobie, śpią jakby nigdy nic. U nas 

tyle ludzi wszędzie, gdziekolwiek zajrzeć, pełen dom. W mieście panuje influenca, boję się, 

żeby się dzieci nie zaraziły.

Olga

(nie słucha jej)

Z tego pokoju nie widać ognia, tu najzaciszniej...

Natasza

Tak... Jestem pewnie potargana.

(przed lustrem)

Mówią,   że   przytyłam...   nieprawda!   Nic   podobnego!   A   Masza   śpi,   zmęczyła   się 

biedaczka...

(do Anfisy, zimno)

Jak śmiesz przy mnie siedzieć? Wstań! Wynoś się!

(Anfisa wychodzi; pauza)

Doprawdy nie rozumiem, po co trzymasz w domu tę staruchę!

Olga

(osłupiała)

Wybacz, ale ja cię też nie rozumiem...

Natasza

Na  nic   tu   niepotrzebna.   To   chłopka,   niech   mieszka   na   wsi  ...   W   głowach   im   się 

przewraca. Ja lubię porządek w domu! Żadnych darmozjadów w domu nie powinno być.

(głaszcze ją po policzku)

Zmęczyłaś się, biedaczko! Zmęczyła się nasza pani przełożona! Wiesz, kiedy moja 

background image

Sofija wyrośnie i zacznie chodzić do gimnazjum, będę się ciebie bała.

Olga

Nie chcę być przełożoną.

Natasza

Ale wybiorą cię, Oleńko. To już postanowione.

Olga

Zrzeknę się. Nie mogę... To nie na moje siły...

(pije wodę)

Przed   chwilą   tak   brutalnie   potraktowałaś   nianię...   Daruj,   nie   mogę   tego   znieść... 

ciemno mi w oczach...

Natasza

(z przejęciem)

Wybacz, Olu, wybacz... Nie chciałam cię dotknąć.

(Masza wstaje, bierze poduszkę i wychodzi zła)

Olga

Zrozum, moja droga... może jesteśmy inaczej wychowane, ale ja tego nie znoszę. Taki 

stosunek do ludzi po prostu mnie przytłacza, czuję się zupełnie chora... żyć mi się nie chce!

Natasza

Wybacz, wybacz...

(całuje ją)

Olga

Boli mnie każda szorstkość, choćby najmniejsza, każde niedelikatne słowo.

Natasza

Często mówię niepotrzebne rzeczy, to prawda, ale chyba zgodzisz się ze mną, moja 

droga, że ta starucha powinna mieszkać na wsi.

background image

Olga

Jest u nas od trzydziestu lat.

Natasza

Ale przecież teraz nie może już pracować. Albo ja nic nią rozumiem, albo ty mnie nie 

chcesz zrozumieć. Nie jest zdolna do pracy, wciąż tylko śpi albo siedzi.

Olga

I niech siedzi.

Natasza

(ze zdziwieniem)

Jak to niech siedzi? Przecież to służąca,

(przez łzy)

Nie rozumiem cię, Olu. W domu jest niańka, mamka, pokojówka, kucharka... na co 

nam jeszcze ta stara? Na co?

(za sceną bije dzwon alarmowy)

Olga

Tej nocy przybyło mi dziesięć lat.

Natasza

Musimy się dogadać, Olu. Ty rządzisz w gimnazjum, ja - w domu, ty masz swoje 

lekcje, ja - gospodarstwo. I jeżeli mówię coś na temat służby, to wiem, co mówię; wiem, co-

mó-wię... A więc żeby mi od jutra nie było tej starej złodziejki, niedołęgi...

(tupie nogami)

tej wiedźmy!...

Jak śmiesz mnie irytować! Jak śmiesz!

(opamiętawszy się)

Doprawdy, Olu, jeżeli nie przeniesiesz się na dół, będziemy się wciąż kłóciły. To 

okropne.

(wchodzi Kułygin)

Kułygin

background image

Gdzie Masza? Czas do domu. Mówią, że pożar ustaje.

(przeciąga się)

Spaliła się tylko jedna dzielnica, a przecież był wiatr, zdawało się z początku, że całe 

miasto w płomieniach.

(siada)

Jestem   zmęczony,   Oleńko,   moja   kochana...   Nieraz   myślę,   że   gdyby   nie   Masza, 

ożeniłbym się z tobą, Oleńko. Tyś taka dobra... Zmęczony jestem

(nasłuchuje)

Olga

Co?

Kułygin

Doktor jak na złość znów pije, strasznie teraz pijany. Jak na złość!

(wstaje)

O, zdaje się, że idzie tutaj... Słyszycie? Tak, idzie tu...

(śmieje się)

Jaki on, doprawdy... Schowam się,

(podchodzi do szafy i chowa się w kącie)

A to szałaput.

Olga

Dwa lata nie pił - i proszę, znowu...

(cofa się razem z Nataszą w głąb pokoju)

(wchodzi Czebutykin; idzie przez pokój nie chwiejąc się, jakby był trzeźwy, przystaje, 

patrzy, zbliża się do umywalni i zaczyna myć ręce)

Czebutykin

(ponuro)

Niech   ich   wszystkich   diabli   wezmą...   diabli...   Im   się   zdaje,   że   jestem   lekarzem   i 

umiem   leczyć   rozmaite   choroby,   a   ja   absolutnie   nic   nie   umiem,   wszystko,   co   umiałem, 

wyleciało mi z głowy, teraz nic nie pamiętam, absolutnie nic.

(Olga i Natasza, nie zauważone przez nikogo, wychodzą)

Niech to diabli! Zeszłej środy próbowałem leczyć na Zasypiu chorą kobietę - umarła, i 

background image

to moja wina, że umarła. Tak... Wiedziałem coś niecoś ze dwadzieścia pięć lat temu, a teraz 

nic nie pamiętam. Nic. Może nawet nie jestem człowiekiem, tylko udaję, że mam ręce, nogi i 

głowę. Może w ogóle nie istnieję, tylko wydaje mi się, że chodzę, jem, śpię.

(płacze)

Och, gdyby wcale nie istnieć

(przestaje płakać, ponuro)

Diabli wiedzą co... Przedwczoraj była rozmowa w klubie. Mówią, że Szekspir, że 

Wolter... Nie czytałem tego, nigdy nie czytałem, ale zrobiłem taką minę, jakbym czytał... I 

wszyscy też   jak  ja.  Trywialność!  Podłość!  I zaraz   przypomniała   mi  się  ta  kobieta,   którą 

umorzyłem w środę... i w ogóle wszystko się przypomniało i na sercu zrobiło się tak ciężko, 

tak ohydnie... ech, tylko pić...

(wchodzą: Irina, Wierszynin i Tuzenbach po cywilnemu, w nowym, modnym ubraniu)

Irina

Posiedźmy tu trochę. Tu nikt nie przyjdzie.

Wierszynin

Gdyby nie żołnierze, spaliłoby się całe miasto. Zuchy!

(zaciera ręce z zadowolenia)

Świetne chłopaki! Ach, cóż to za zuchy!

Kułygin

(podchodząc do nich)

Która godzina, proszę państwa?

Tuzenbach

Już po trzeciej. Świta.

Irina

Wszyscy siedzą w sali jadalnej, nikt nie wychodzi. I ten pański Solony też...

(do Czebutykina)

Panie doktorze, niech pan pójdzie się położyć.

Czebutykin

background image

A po co? Dziękuję uprzejmie.

(przyczesuje brodę)

Kułygin

(śmieje się)

Ale golnął sobie doktorek!

(klepie go po ramieniu)

Zuch! In vino veritas

6

, mawiali starożytni.

Tuzenbach

Wszyscy mnie proszą, żebym urządził koncert na pogorzelców.

Irina

Ale któż by?...

Tuzenbach

To można zrobić, jeżeli się chce. Uważam, że pani Masza cudownie gra na fortepianie.

Kułygin

Cudownie gra!

Irina

Już zapomniała. Trzy lata, jak nie gra... nawet cztery...

Tuzenbach

W  tym   mieście  nikt   nie  rozumie   muzyki,  absolutnie   nikt,  ale  ja   rozumiem  i   daję 

państwu słowo, że pani Masza gra świetnie, to prawie talent.

Kułygin

Racja, baronie. Bardzo ją kocham, moją Maszę. Przemiła kobieta.

Tuzenbach

Grać tak wspaniale i równocześnie wiedzieć, że tego nikt, nikt nie rozumie!

6 In vino veritas (łac.) - W winie prawda.

background image

Kułygin

(wzdycha)

Rzeczywiście... Ale czy wypada, żeby Masza brała udział w koncercie?

(pauza)

Ja, proszę państwa, nie wiem. Może to właśnie będzie dobrze. Muszę nadmienić, że 

nasz dyrektor, choć to dobry człowiek, nawet bardzo dobry, bardzo rozumny, ma jednak takie 

jakieś poglądy... Naturalnie, że to nie jego rzecz, ale mimo wszystko pomówię z nim, jeżeli 

chcecie.

(Czebutykin bierze do rąk porcelanowy zegar i ogląda go)

Wierszynin

Cały się ubrudziłem przy tym pożarze, wyglądam jak strach na wróble,

(pauza)

Wczoraj obiło mi się o uszy, że podobno naszą brygadę mają przenieść gdzieś daleko. 

Jedni mówią, że do Królestwa Polskiego, inni, że do Czyty.

Tuzenbach

Ja także o tym słyszałem. No cóż! Pusto się zrobi w mieście.

Irina

I my też wyjedziemy.

Czebutykin

(upuszcza zegar, który się tłucze)

W drobny mak!

(pauza, wszyscy są zmartwieni i zażenowani)

Kułygin

(zbierając szczątki)

Rozbić   taką   kosztowną   rzecz   -   ach,   doktorze,   doktorze!   Pałka   z   minusem   ze 

sprawowania!

Irina

background image

To zegar po mamie.

Czebutykin

Możliwe... Po mamie, to po mamie. A może wcale nie rozbiłem, tylko tak się zdaje, że 

rozbiłem. Może nam w ogóle się zdaje, że żyjemy, a w rzeczywistości nie ma nas. Nic nie 

wiem, nikt nic nie wie.

(przy drzwiach)

Co   tak   patrzycie?   Natasza   ucina   sobie   romansik   z   Protopopowem,   a   wy   nic   nie 

wiecie... Siedzicie tu sobie i nic nie wiecie, a Natasza ucina romansik z Protopopowem...

(śpiewa)

„To ci orzech, to ci orzech, twardy orzech do zgryzienia”...

(wychodzi)

Wierszynin

Ta-ak...

(śmieje się)

Jakie to wszystko dziwne, w gruncie rzeczy!

(pauza)

Kiedy zaczął się pożar, pobiegłem czym prędzej do domu. Idę, patrzę - nasz dom cały 

i nietknięty,  nawet nie  zagrożony, ale obie moje  dziewczynki stoją  na progu w nocnych 

koszulach, matki nie ma, ludzie kręcą się w kółko, biegają konie i psy, na twarzach dzieci 

maluje   się   lęk,   groza,   jakieś   błaganie   albo   już   nie   wiem   co.   Serce   mi   zamarło,   kiedy 

zobaczyłem ich twarze. Boże, myślę, ile jeszcze będą musiały znieść moje dzieci przez długie 

lata życia! Chwytam je, biegnę i wciąż myślę o tym samym: ile one będą musiały jeszcze 

znieść na tym świecie!

(dzwon alarmowy; pauza)

Przychodzę do państwa, a matka już tu jest, złości się, krzyczy.

(wchodzi Masza z poduszką, siada na kanapie)

Wierszynin

I kiedy moje dzieci stały na progu w nocnych koszulach, a ulica była czerwona od 

płomieni i był straszny hałas, pomyślałem, że coś podobnego działo się już przed laty, gdy 

znienacka napadał wróg, gdy rabował, palił... A jednak, w gruncie rzeczy, cóż za olbrzymia 

różnica   między   tym,   co   było   i   co   jest   teraz.   Niech   upłynie   jeszcze   trochę   czasu,   może 

background image

dwieście,   może   trzysta   lat,   a   potomni   też   będą   patrzeć   na   nasze   dzisiejsze   życie   z 

przerażeniem,   z   szyderstwem,   cała   ta   epoka   wyda   im   się   ciężka,   kanciasta,   nieznośna, 

dziwaczna. O, jakie to będzie życie wtedy, jakie życie!

(śmieje się)

Przepraszam, znowu wdałem się w filozofię. Ale pozwólcie państwo, że będę mówił 

dalej. Strasznie mi się chce filozofować, w takim już jestem nastroju.

(pauza)

Wszyscy śpią, zdaje się. Powtarzam więc: jakie to będzie życie! Możemy to sobie 

tylko wyobrazić... Teraz wy, panie, stanowicie jedyny wyjątek w mieście, ale w następnych 

pokoleniach  będzie ich więcej, coraz więcej, aż przyjdzie  czas, że wszystko się zmieni i 

wszyscy zaczną żyć jak wy... A kiedyś i wy też staniecie się przeżytkiem, bo urodzą się 

ludzie, którzy będą lepsi od was...

(śmieje się)

Jestem dzisiaj w jakimś niezwykłym nastroju. Diabelnie chcę żyć...

(śpiewa)

„Miłość nad każdym wiekiem włada...”

(śmieje się)

Masza

Tram-tam-tam...

Wierszynin

Tam-tam...

Masza

Tra-ra-ra...

Wierszynin

Tra-ta-ta...

(śmieje się)

(wchodzi Fiedotik)

Fiedotik

(tańczy)

background image

Pogorzelec, pogorzelec! Spaliłem się do szczętu!

(śmiech)

Irina Czy to takie śmieszne? Wszystko się panu spaliło?

Fiedotik

(śmieje się)

Wszystko do szczętu. Nie zostało nic. I gitara się spaliła, i aparat fotograficzny się 

spalił, i wszystkie moje listy... Chciałem pani podarować notesik - też się spalił.

(wchodzi Solony)

Irina

Przepraszam, panie kapitanie. Tu nie wolno.

Solony

A dlaczego baronowi wolno, a mnie nie?

Wierszynin

Rzeczywiście, czas się rozejść. Jak tam pożar?

Solony

Podobno ustaje. Ale mnie to naprawdę dziwi, dlaczego baronowi wolno, a mnie nie 

wolno?

(wyciąga flakon i perfumuje się)

Wierszynin

Tram-tam-tam.

Masza

Tram-tam.

Wierszynin

(śmieje się; do Solonego)

Chodźmy do sali jadalnej.

background image

Solony

A więc dobrze, zapamiętamy to sobie. „Myśl ową można wyrazić prościej, lecz może 

lepiej gęsi nie złościć...”

(patrząc na Tuzenbacha)

Cip, cip, cip...

(wychodzi z Wierszyninem i Fiedotikiem)

Irina

Jak tu nadymił ten Solony...

(ze zdziwieniem)

Baron śpi! Baronie! Baronie!

Tuzenbach

(ocknąwszy się)

Zmęczyłem się, jednak... Cegielnia.. Nie, nie majaczę, naprawdę wyjadę wkrótce do 

cegielni, będę pracował... Tu już ustalone.

(do Iriny, czule)

Pani jest taka blada, śliczna, urzekająca...

Wydaje   mi   się,   że   pani   bladość   jak   światło   rozprasza   mrok...   Pani   jest   smutna, 

niezadowolona z życia... O, niechże pani jedzie ze mną, będziemy pracowali razem!

Masza

Baronie, niech pan już odejdzie.

Tuzenbach

(śmieje się)

Pani tu! Nie widzę.

(całuje Irinę w rękę)

Do widzenia, idę, już... Patrzę teraz na panią i przypomina mi się, jak pani kiedyś, w 

dniu   swoich   imienin,   wesoła,   promienna,   mówiła   o   radościach   pracy...   Jak   piękne   życie 

marzyło mi się wtedy! Gdzie to życie?

(całuje ją w rękę)

Pani ma łzy w oczach. Proszę się położyć, już świta... zaczyna się dzień... Gdyby mi 

background image

wolno było życie oddać za panią!

Masza

Niech pan odejdzie! Doprawdy...

Tuzenbach

Idę...

(wychodzi)

Masza

(kładzie się)

Fiodor, czy spisz?

Kułygin

Co?

Masza

Idź do domu.

Kułygin

Kochana moja Masza, droga moja Masza...

Irina

Masza jest zmęczona. Daj jej odpocząć.

Kułygin

Zaraz pójdę... Moja żoneczko najlepsza, najmilsza... Kocham cię, moja jedyna...

Masza

(ze złością)

Amo, amas, amat, amamus, amatis, amant.

Kułygin

background image

(śmieje się)

Nie, doprawdy, ona jest nadzwyczajna. Pobraliśmy się siedem lat temu, a mnie się 

wydaje,   że   dopiero   wczoraj.   Słowo   honoru.   Doprawdy,   to   nadzwyczajna   kobieta.   Jestem 

zadowolony, zadowolony, zadowolony!

Masza

Jestem znudzona, znudzona, znudzona...

(podnosi się i mówi siedząc)

Nie może mi to wyjść z głowy... Oburzająca historia. Utkwiło w myśli jak ćwiek, 

muszę   o   tym   powiedzieć.   Chodzi   o   Andrzeja...   Zastawił   ten   dom   w   banku   i   wszystkie 

pieniądze   zabrała   żona,   a   przecież   dom   należy   nie   tylko   do   niego,   ale   do   nas   czworga! 

Andrzej powinien o tym pamiętać, jeżeli jest porządnym człowiekiem.

Kułygin

Daj spokój, Maszo! Po co to? Andrzej ma tyle długów, Bóg z nim.

Masza

A jednak to oburzające.

(kładzie się)

Kułygin

Bieda nam nie grozi. Zarabiam, pracuję w gimnazjum, mam prywatne lekcje... Jestem 

uczciwy człowiek. I prosty... Omnia mea mecum porto, jak to mówią.

Masza

Ależ ja niczego nie żądam, tylko oburza mnie niesprawiedliwość.

(pauza)

Idź już, Fiodor.

Kułygin

(całuje ją)

Jesteś zmęczona, odpocznij z pół godzinki, a ja tam posiedzę, zaczekam... Śpij...

(idzie)

Jestem zadowolony, zadowolony, zadowolony.

background image

(wychodzi)

Irina

Rzeczywiście,   jak  skarłowaciał   nasz Andrzej,  jak  zmarniał   i  zestarzał   się przy  tej 

kobiecie!   Miał   być   profesorem   uniwersytetu,   a   teraz   chwali   się,   że   nareszcie   wszedł   do 

zarządu ziemstwa. Andrzej jest. członkiem zarządu, a Protopopow... Całe miasto plotkuje i 

wyśmiewa się, on jeden nic nie rozumie, nic nie widzi... Wszyscy pobiegli do pożaru, a on 

dalej siedzi u siebie w pokoju, żadnego wrażenia... Potrafi tylko ,grać na skrzypcach.

(nerwowo)

Och, straszne, straszne, straszne! Nie mogę, nie mogę już tego znieść! Nie mogę, nie 

mogę!

(wchodzi Olga; sprząta u siebie na stoliku)

Irina

(głośno szlocha)

Wyrzućcie mnie, wyrzućcie, ja już nie mogę!

Olga

(przestraszona)

Co się stało? Co? Kochana!

Irina

(szlochając)

Dlaczego?   Dlaczego   wszystko   minęło?   Gdzie   jest?   O   Boże,   Boże!   Wszystko 

pozapominałam, w głowie mi się plącze... Nie pamiętam, jak jest po włosku okno albo, na 

przykład,  sufit... Zapominam,  zapominam  dzień po dniu, życie ucieka  i nigdy nie wróci, 

nigdy, nigdy nie wyjedziemy do Moskwy... Wiem, że nie wyjedziemy...

Olga

Kochana, kochana...

Irina

(hamując się)

Jaka jestem nieszczęśliwa... Nie mogę pracować, nie będę pracować. Dosyć, dosyć! 

background image

Byłam   telegrafistką,   teraz   jestem   urzędniczką   w   magistracie   i   nienawidzę   tego,   gardzę 

wszystkim, co mi każą robić... Mam już dwudziesty czwarty rok, pracuję dawno, mózg mi 

usycha, schudłam, zbrzydłam, zestarzałam się i nic, nic, żadnego zadowolenia, a czas płynie i 

wciąż się wydaje, że odchodzę od prawdziwego, pięknego życia, odchodzę coraz dalej, coraz 

dalej, w jakąś otchłań. Rozpacz mnie ogarnia, nie rozumiem, jakim cudem jeszcze żyję i do 

tej pory nie popełniłam samobójstwa...

Olga

Nie płacz, moja malutka, nie płacz... Boli mnie to.

Irina

Nie płaczę, nie płaczę... Dosyć... Widzisz, już nie płaczę. Dosyć... Dosyć!

Olga

Kochanie, powiem ci jak siostra, jak przyjaciel: jeżeli chcesz posłuchać mojej rady, to 

wyjdź za barona.

(Irina cicho płacze)

Olga

Przecież szanujesz go, bardzo cenisz... On, co prawda, jest brzydki, ale za to uczciwy, 

czysty... Przecież za mąż wychodzi się nie z miłości, tylko po to, żeby spełnić obowiązek. Ja 

przynajmniej tak uważam, ja bym wyszła za mąż bez miłości. Wyszłabym za każdego, kto by 

mnie chciał, byle tylko był porządnym człowiekiem. Nawet za starszego bym wyszła...

Irina

Ciągle czekałam, że przeniesiemy się do Moskwy i tam spotkam tego prawdziwego, 

marzyłam o nim, kochałam... I okazało się, że to bujda, wszystko bujda...

Olga

(ściska Irinę)

Moja najmilsza, piękna siostro, ja wszystko rozumiem. Kiedy baron wystąpił z wojska 

i przyszedł do nas po cywilnemu, wydał mi się tak brzydki, że aż się popłakałam... Pyta mnie: 

„Czemu pani płacze?” Jak miałam mu powiedzieć? Ale gdyby Bóg chciał, żebyś wyszła za 

niego, byłabym szczęśliwa. To inna rzecz, to zupełnie inna rzecz.

background image

(Natasza ze świecą w ręku bez słowa przechodzi przez scenę z prawych drzwi do 

lewych)

Masza

(siada)

Łazi tu tak, jakby to ona podpaliła.

Olga

Głupia jesteś, Maszo. Najgłupsza w naszej rodzinie. Przepraszam cię bardzo.

(pauza)

Masza

Chcę wam coś wyznać, kochane siostry. Tak mi ciężko na duszy. Powiem to tylko 

wam i już nikomu, nigdy... Powiem zaraz.

(po cichu)

To moja tajemnica, ale wy musicie wiedzieć wszystko... Nie mogę milczeć...

(pauza)

Ja kocham, kocham... Kocham tego człowieka...

Przed chwilą był tutaj... Zresztą, co tam! Kocham Wierszynina...

Olga

(idzie za swój parawan)

Przestań. Ja i tak tego nie słyszę.

Masza

Więc co mam zrobić?

(chwyta się za głowę)

Z   początku   wydawał   mi   się   jakiś   dziwny,   potem   zaczęłam   go   żałować...   potem 

pokochałam...   pokochałam   go   z   tym   jego   głosem,   wylewnością,   nieszczęściem,   dwiema 

córeczkami...

Olga

(zza parawanu)

Ja i tak nie słyszę. Pleć, co chcesz, ja nic nie słyszę.

background image

Masza

E, głupia jesteś, Olu. Kocham - a więc taki już mój los. A więc dola moja taka... I on 

też mnie kocha... To wszystko jest straszne. Prawda? To niedobrze?

(ciągnie Irinę za rękę, tuli ją do siebie)

O, moja najmilsza... Co nas jeszcze spotka w życiu, co z nami będzie... Kiedy czytasz 

jakąś   powieść,   wtedy   wydaje   się,   że   wszystko   jest   znane   i   całkiem   zrozumiałe,   a   jak 

pokochasz   sama,   to   okazuje   się,   że   nikt   nic   nie   wie   i   że   każdy   musi   sam   za   siebie 

decydować...   Najmilsze   moje,   siostry   moje...   Zwierzyłam   się   przed   wami,   teraz   będę 

milczała... Teraz będę jak ten Gogolowski wariat: milcz serce...

(Andrzej, za nim Fierapont)

Andrzej

(gniewnie)

Czego chcesz? Nie rozumiem.

Fierapont

(w drzwiach, zniecierpliwiony)

Ja, Andrzeju Siergiejewiczu, powtarzam już dziesiąty raz.

Andrzej

Po pierwsze, nie Andrzeju Siergiejewiczu, tylko proszę jaśnie pana!

Fierapont

Strażacy, proszę jaśnie pana, zapytują,  czy im będzie  wolno przejechać nad rzekę 

przez ogród. Bo jeżdżą naokoło i jeżdżą - czysta mordęga.

Andrzej

Dobrze. Powiedz, że dobrze.

(Fierapont wychodzi)

Nudzą tylko. Gdzie Olga?

(Olga wychodzi zza parawanu)

Przychodzę po klucz od szafy, zgubiłem swój. Masz u siebie taki mały kluczyk.

(Olga w milczeniu podaje mu klucz, Irina idzie za swój parawan; pauza)

background image

Andrzej

A taki ogromny pożar! Teraz ustaje. Do licha, tak mnie rozzłościł ten Fierapont, że 

powiedziałem głupstwo... Proszę jaśnie pana...

(pauza)

Dlaczego nic nie mówisz, Olu?

(pauza)

Czas już  zaprzestać  tych fochów i nie dąsać się nie wiadomo o co... Jesteś tutaj, 

Maszo, Irina też jest tu, świetnie, powiemy sobie wszystko bez ogródek i raz na zawsze. Jaką 

macie do mnie pretensję? Co?

Olga

Daj spokój, Andrzeju. Jutro pomówimy.

(wzburzona)

Jaka męcząca noc!

Andrzej

(bardzo zmieszany)

Nie   denerwuj   się.   Pytam   was   całkiem   spokojnie:   jaką   macie   do   mnie   pretensję? 

Powiedzcie szczerze.

Głos Wierszynina

Tram-tam-tam!

Masza

(wstaje, głośno)

Tra-ta-ta!

(do Olgi)

Do widzenia, Olu, zostań z Bogiem.

(Idzie za parawan, całuje Irinę)

Śpij   dobrze...   Do   widzenia,   Andrzeju.   Idź   już,   one   są   zmęczone...   jutro   się 

rozmówisz...

(wychodzi)

background image

Olga

Rzeczywiście, Andrzeju, zostawmy to do jutra.

(idzie za swój parawan)

Czas spać.

Andrzej

Tylko powiem i pójdę. Zaraz... Po pierwsze, macie jakieś żale do Nataszy, mojej żony, 

co zauważyłem od dnia naszego ślubu. Natasza to wspaniały, uczciwy człowiek, szczery i 

szlachetny - takie jest moje zdanie. Ja moją żonę kocham i szanuję, rozumiecie, szanuję i 

żądam, żeby ją szanowali wszyscy. Powtarzam, to uczciwy, szlachetny człowiek, a wszelkie 

wasze żale to, za pozwoleniem, zwyczajne fochy.

(pauza)

Po drugie, macie mi, zdaje się, za złe, że nie jestem profesorem uniwersytetu i nie 

pracuję naukowo. Ale pracuję w ziemstwie, jestem członkiem zarządu i tę służbę uważam za 

równie świętą i wzniosłą, jak służbę dla nauki. Jestem członkiem zarządu ziemstwa i traktuję 

to jako zaszczyt, jeśli łaska...

(pauza)

Po trzecie... Chcę jeszcze powiedzieć... Zastawiłem dom, nie pytając was o zgodę... 

Owszem, tu jestem nie w porządku i proszę o wybaczenie. Do tego kroku zmusiły mnie 

długi...   trzydzieści   pięć   tysięcy.   Nie   gram   już   w   karty,   przestałem   od   dawna,   ale 

najważniejsze, co mogę powiedzieć na swoją obronę, jest to, że wy jako kobiety dostajecie 

emeryturę po ojcu, a ja nie miałem żadnych... dochodów, że tak powiem...

(pauza)

Kułygin

(w drzwiach)

Nie ma tu Maszy?

(z niepokojem)

Gdzie ona? To dziwne...

(wychodzi)

Andrzej

Nawet nie słuchają. Natasza to najlepszy, uczciwy człowiek.

(milcząc chodzi po scenie, zatrzymuje się)

background image

Kiedy się żeniłem, zdawało mi się, że będziemy szczęśliwi... szczęśliwi wszyscy... Ale 

mój Boże...

(płacze)

Kochane moje siostry, drogie siostry, nie wierzcie mi, nie wierzcie...

(wychodzi)

Kułygin

(w drzwiach, z niepokojem)

Gdzie Masza? Nie ma tu Maszy? Dziwna rzecz.

(wychodzi)

(dzwon alarmowy, scena jest pusta)

Irina

(za parawanem)

Olu, kto to stuka w podłogę?

Olga

To doktor. Wciąż pijany.

Irina

Jaka niespokojna noc.

(pauza)

Olu!

(wygląda zza parawanu)

Słyszałaś? Brygadę zabierają od nas, przenoszą gdzieś daleko.

Olga

To tylko pogłoski.

Irina

Zostaniemy wtedy same... Olu!

Olga

Co?

background image

Irina

Droga,   najmilsza,   ja   szanuję   i   cenię   barona,   to   zacny   człowiek,   wyjdę   za   niego, 

dobrze, tylko jedźmy do Moskwy! Błagam cię, jedźmy! Nic lepszego od Moskwy nie ma na 

świecie! Jedźmy, Olu! Jedźmy!

kurtyna

background image

AKT CZWARTY

Stary ogród przy domu Prozorowów; długa aleja świerkowa, za nią widać rzekę; za 

rzeką - las; z prawej strony - taras domu; na stole butelki i kielichy; widać, że przed chwilą 

wypito   szampana;   godzina   dwunasta   w   południe;   przez   ogród   od   czasu   do   czasu   ktoś 

przechodzi – z ulicy w kierunku rzeki; szybko przechodzi pięciu żołnierzy. Czebutykin w 

pogodnym  humorze, którego  nie  traci  do końca aktu,  siedzi  na fotelu  w ogrodzie, jakby 

czekał, że go zaraz zawołają; na głowie ma czapkę, w ręku laskę; Irina, Kułygin bez wąsów, z 

orderem na szyi oraz Tuzenbach stojąc na tarasie żegnają Fiedotika i Rodego, którzy schodzą 

na dół, obaj oficerowie w mundurach polowych.

Tuzenbach

(całuje się z Fiedotikiem)

Dobry z pana człowiek, żyliśmy zawsze w zgodzie.

(całuje się z Rodem)

Jeszcze raz...

Żegnajcie, moi drodzy!

Irina

Do widzenia.

Fiedotik

Nie do widzenia, tylko właśnie żegnajcie, bo się już nigdy nie zobaczymy.

Kułygin

Kto wie!

(wyciera oczy, uśmiecha się)

Aż się popłakałem.

Irina

Może spotkamy się jeszcze kiedyś.

Fiedotik

Za   dziesięć   czy   piętnaście   lat?   O,   wtedy   ledwo   będziemy   mogli   się   poznać, 

background image

przywitamy się ozięble...

(robi zdjęcie)

Chwileczkę... Jeszcze ostatni raz.

Rode

(ściska Tuzenbacha)

Baronie, już się nie zobaczymy...

(całuje Irinę w rękę)

Serdeczne dzięki za wszystko, za wszystko!

Fiedotik

(z żalem)

Czekajże!

Tuzenbach

Bóg da, że się zobaczymy. Napiszcie do nas. Koniecznie napiszcie.

Rode

(ogarnia spojrzeniem ogród)

Żegnajcie, świerki!

(woła)

Hop-hop!

(pauza)

Żegnaj, echo!

Kułygin

Kto wie, czy się tam nie pożenicie, w tej Polsce... Żona Polka pocałuje i powie: „Moje 

kochanie!”

(śmieje się)

Fiedotik

(spogląda na zegarek)

Do wyjazdu mniej niż godzina. Z naszej baterii tylko Solony jedzie barką, a my - z 

oddziałem marszowym. Dziś wyruszą trzy baterie, jutro znów trzy - i w mieście zapanuje 

background image

spokój i cisza.

Tuzenbach

I nuda okropna.

Rode

A gdzie pani Masza?

Kułygin

Masza jest w ogrodzie.

Fiedotik

Jeszcześmy się z nią nie pożegnali.

Rode

No już, zabierajmy się, bo się popłaczę...

(ściska w pośpiechu Tuzenbacha i Kułygina, całuje Irinę w rękę)

Dobre tu były czasy dla nas...

Fiedotik

(do Kułygina)

Dla pana na pamiątkę... notes z ołóweczkiem... Pójdziemy tędy, nad rzekę...

(odchodzą, oglądają się obaj)

Rode

(woła)

Hop-hop!

Kułygin

(woła)

Żegnajcie!

(w głębi sceny Fiedotik i Rode spotykają Maszę i żegnają się; Masza odchodzi razem 

z nimi)

background image

Irina

Poszli...

(siada na dolnym stopniu tarasu)

Czebutykin

A ze mną zapomnieli się pożegnać.

Irina

A pan?

Czebutykin

Ja   też   jakoś   zapomniałem.   Zresztą   zobaczę   się   z   nimi   niedługo,   przecież   jutro 

wyruszam. Tak... Został tylko jeden dzionek. Za rok podam się do dymisji, wtedy znów 

wrócę tu i przy was dożyję swojego wieku... Do emerytury został mi zaledwie roczek...

(chowa do kieszeni gazetę, wyciąga inną)

Za rok przyjadę do was i radykalnie zmienię swoje życie... Zrobię się taki grzeczny, 

przy... przyzwoity, cichutki...

Irina

A należałoby jakoś zmienić swoje życie, kochany doktorze. Oj, należałoby...

Czebutykin

Tak. Wiem.

(nuci)

Tarara... bomba... mam nos jak trąba...

Kułygin

Niepoprawny ten doktor! Niepoprawny!

Czebutykin

A gdybym się tak udał do pana na naukę? Dopiero bym się poprawił.

Irina

Fiodor zgolił wąsy. Przykro patrzeć!

background image

Czebutykin

Powiedziałbym, co teraz przypomina pańska fizys, ale nie mogę.

Kułygin

Cóż! To się przyjęło, to już modus vivendi. Nasz dyrektor zgolił wąsy i ja, odkąd 

zostałem inspektorem, też zgoliłem. Nikomu się nie podoba, ale mnie to nie wzrusza. Jestem 

zadowolony. Z wąsami czy bez wąsów jestem jednakowo zadowolony...

(siada)

(w głębi sceny Andrzej wiezie w wózku uśpione dziecko)

Irina

Panie doktorze, kochany mój, złoty, jestem strasznie niespokojna. Pan był wczoraj na 

bulwarze, niech pan powie, co tam zaszło?

Czebutykin

Co zaszło? Nic. Drobiazg.

(czyta gazetę)

Wszystko jedno!

Kułygin

Mówią, że Solony i baron spotkali się wczoraj na bulwarze przed teatrem...

Tuzenbach Daj pan spokój... Po co to, doprawdy...

(macha ręką i wchodzi do domu)

Kułygin

Przed teatrem... Solony zaczął dokuczać baronowi, a ten nie wytrzymał i powiedział 

coś obraźliwego...

Czebutykin

Głupstwo. Banialuki jakieś.

Kułygin

background image

Podobno gdzieś w seminarium nauczyciel napisał pod wypracowaniem „banialuki” i 

kazał uczniowi powtórzyć to, a uczeń zgłupiał i powiada: „lukibania”...

(śmieje się)

Zabawne, co?

Mówią, że Solony zakochał się w Irinie i znienawidził barona... To niemożliwe. Irinka 

jest bardzo dobra dziewczyna. Podobna nawet do Maszy, też taka zamyślona. Co prawda, 

charakter ma łagodniejszy. Ale i Masza też ma bardzo dobry charakter. Kocham ją, moją 

Maszę.

(w głębi ogrodu za sceną słychać: „Hej! Hop-hop!”)

Irina

(wzdryga się)

Dzisiaj mnie jakoś byle głupstwo przeraża.

(pauza)

Wszystko   już   mam   spakowane,   po   obiedzie   wysyłam   rzeczy.   Jutro   mój   ślub   z 

baronem i tego samego dnia wyjeżdżamy do cegielni, a pojutrze już będę w szkole, zacznie 

się nowe życie. Jak to się wszystko ułoży? Kiedy zdawałam egzamin nauczycielski, to aż 

płakałam z rozrzewnienia, z radości,

(pauza)

Zaraz przyjedzie fura po rzeczy...

Kułygin

Niby to tak, ale jakieś to wszystko niepoważne. Wciąż tylko idee, a powagi żadnej. 

Zresztą, z całego serca życzę ci powodzenia.

Czebutykin

(rozczulony)

Kochana moja, najlepsza... Złota moja... Odeszłyście daleko ode mnie, nie dopędzić. 

Zostałem sam, jak ten wędrowny ptak, co się zestarzał i nie może lecieć. A wy lećcie dalej, 

moje najmilsze, lećcie z Bogiem!

(pauza; do Kułygina)

Po jakiego licha zgolił sobie pan te wąsy?

Kułygin

background image

Dobrze, dobrze!

(wzdycha)

A więc wojsko dziś odejdzie i wszystko będzie po staremu. Niech mówią, co chcą, ale 

Masza to zacna, uczciwa kobieta, ja bardzo ją kocham i jestem wdzięczny losom... A losy 

ludzi bywają różne... Tutaj w akcyzie pracuje niejaki Kozyriew. Był moim kolegą w szkole, 

ale go wydalili z piątej klasy, ponieważ w żaden sposób nie mógł zrozumieć ut consecutivum. 

Teraz klepie biedę, choruje, i ja, jak tylko się z nim spotkam, zawsze mówię do niego: ,,Witaj, 

ut consecutivum!” Tak, powiada, właśnie consecutivum, i kaszle... A mnie na przykład przez 

całe życie powodzi się jak-najlepiej, jestem szczęśliwy, proszę, mam nawet order Stanisława 

drugiej klasy i teraz sam wykładam to ut consecutivum. Naturalnie, jestem mądry człowiek, 

mądrzejszy od wielu innych, ale nie na tym polega szczęście...

(w domu ktoś gra na fortepianie „Modlitwę dziewicy”)

Irina

A jutro wieczór nie będę już słyszała tej „Modlitwy dziewicy”, nie będę oglądała 

Protopopowa...

(pauza)

A Protopopow znów siedzi w salonie. Dzisiaj też przyszedł...

Kułygin

Czy przełożona jeszcze nie przyjechała?

Irina

Nie. Posłaliśmy po nią. Gdybyście tylko wiedzieli, jak mi tu ciężko samej, bez Oli... 

Jako przełożona mieszka przy gimnazjum. Pracuje cały dzień, a ja siedzę sama, nie mam co 

robić, nudzę się, znienawidziłam nawet pokój, w którym mieszkam... I myślę tak: skoro nie 

jest mi sądzony wyjazd do Moskwy, to trudno. Widocznie  taki los. Nie ma rady... Woli 

boskiej się nie sprzeciwisz, to pewne. Baron prosił mnie o rękę... Cóż! Namyśliłam się i 

zgodziłam. To dobry człowiek, wprost nie do wiary, jaki dobry... I nagle jakby mi skrzydła 

wyrosły, od razu poweselałam, lekko mi na duszy i znów się chce pracować, pracować. Tylko 

że wczoraj stało się coś złego, jakaś tajemnica wisi nade mną...

Czebutykin

Lukibania. Banialuki.

background image

Natasza

(w oknie)

Przełożona!

Kułygin

Przełożona przyjechała. Chodźmy.

(wchodzi z Iriną do domu)

Czebutykin

(czytając gazetą nuci)

Tara-ra... bomba... mam nos jak trąba...

(podchodzi Masza; w głębi Andrzej pcha wózek)

Masza

Siedzi sobie tu i siedzi...

Czebutykin

A bo co?

Masza

(siada)

Nic...

(pauza)

Czy pan się kochał w mojej matce?

Czebutykin

Jeszcze jak!

Masza

A ona w panu?

Czebutykin

(po pauzie)

background image

Tego już nie pamiętam.

Masza

Czy ten mój już jest? Tak mówiła kiedyś nasza kucharka Marfa o swoim strażaku: ten 

mój. Czy ten mój już jest?

Czebutykin

Jeszcze nie ma.

Masza

Kiedy człowiek chwyta swoje szczęście po trochu, po kawałku, a potem je traci, tak 

jak ja, to w końcu ordynarnieje, robi się zły...

(dotyka ręką piersi)

Tu we mnie aż kipi...

(patrząc na Andrzeja, który popycha wózek)

Proszę, oto nasz braciszek Andrzej... Stracone nadzieje. Tysiące ludzi dźwigały w górę 

dzwon, pochłonęło to mnóstwo czasu i pieniędzy, a dzwon nagle spadł i rozbił się. Nagle, ni z 

tego, ni z owego. Tak samo Andrzej...

Andrzej

Kiedy nareszcie będzie spokój w tym domu? Taki rwetes.

Czebutykin

Już niedługo.

(spogląda na zegarek)

To staroświecki zegarek, repetier...

(nakręca sprężynę, zegarek bije)

Druga, trzecia i piąta bateria wyruszą punktualnie o pierwszej.

(pauza)

A ja jutro.

Andrzej

Na zawsze?

background image

Czebutykin

Nie wiem. Może wrócę za rok. Chociaż, diabli wiedzą... to wszystko jedno...

(z daleka odzywa się harfa i skrzypce)

Andrzej

Pusto się zrobi w mieście. Będzie tak, jakby je ktoś kloszem przykrył.

(pauza)

Wczoraj coś się tam zdarzyło przed teatrem. Wszyscy gadają, a ja nic nie wiem.

Czebutykin

Nic takiego. Głupstwo. Solony zaczął dokuczać baronowi, ten uniósł się i obraził go, 

w końcu doszło do tego, że Solony, musiał wyzwać barona na pojedynek.

(spogląda na zegarek)

Właściwie już czas... O wpół do pierwszej, w lesie rządowym, o, w tym, co go widać 

za rzeką... Pif-paf.

(śmieje się)

Solony Uroił sobie, że jest Lermontowem, nawet pisze wiersze. Zresztą żarty żartami, 

a już trzeci raz się pojedynkuje...

Masza

Kto?

Czebutykin

Solony.

Masza

A baron?

Czebutykin

Co baron?

(pauza)

Masza

Wszystko   mi   się   poplątało   w   głowie...   A   jednak   twierdzę,   że   nie   wolno   na   to 

background image

pozwolić. Solony może zranić barona albo nawet zabić.

Czebutykin

Baron to zacny chłop, ale o jednego barona mniej czy więcej - nie wszystko jedno? 

Niech tam! Wszystko jedno!

(zza ogrodu dobiega wołanie: „Hej! Hop-hop!”)

Zaczekasz, bracie. To Skworcow krzyczy, sekundant. Siedzi w łódce.

(pauza)

Andrzej

Ja   uważam,   że   brać   udział   w   pojedynku   i   nawet   być   przy   nim,   choćby   tylko   w 

charakterze lekarza, to po prostu nieetyczne.

Czebutykin

Tak ci się tylko zdaje... Nas nie ma, nic na świecie nie ma, w ogóle nie istniejemy,  

nam się tylko zdaje, że istniejemy... I czy nie wszystko jedno!...

Masza

Przez cały dzień gadają i gadają...

(idzie przed siebie)

Żyjemy   w   okropnym   klimacie,   tylko   patrzeć,   jak   spadnie   śnieg,   a   tu   jeszcze   te 

rozmowy...

(zatrzymuje się)

Nie   wejdę   do   domu,   nie   mogę   tam   wchodzić...   Kiedy   przyjdzie   Wierszynin, 

zawołajcie mnie...

(idzie aleją)

O, już lecą wędrowne ptaki

(patrzy w górę)

Łabędzie albo gęsi... Najmilsze moje, najszczęśliwsze...

(wychodzi)

Andrzej

Pusto   się   zrobi   u   nas.   Wyjadą   oficerowie,   pan   wyjedzie,   siostra   wyjdzie   za   mąż, 

zostanę w domu sam.

background image

Czebutykin

A żona?

(wchodzi Fierapont z papierami)

Andrzej

Żona   to   żona.   Owszem,   to   uczciwa,   porządna,   hm...   dobra   kobieta,   ale   przy   tym 

wszystkim   ma   w   sobie   coś,   co   ją   obniża   do   poziomu   drobnego,   ślepego,   najeżonego 

zwierzaka.  W każdym  razie  to nie  człowiek.  Mówię  z panem  jak z  przyjacielem,  z tym 

jedynym, przed którym mogę otworzyć serce. Kocham Nataszę, to pewne, ale ona czasami 

wydaje mi się tak przeraźliwie wulgarna, że tracę głowę, nie rozumiem, dlaczego i za co ją 

kocham albo przynajmniej kochałem...

Czebutykin

(wstaje)

Ja, bracie, wyjeżdżam jutro, może się już nigdy nie zobaczymy, więc oto moja rada. 

Włóż   czapkę,   weź   kij   do   ręki   i   wyjdź...   wyjdź   i   idź,   gdzie   oczy   poniosą.   A   im   dalej-

odejdziesz, tym lepiej.

(w   głębi   sceny   przechodzi   Solony   z   dwoma   oficerami;   zobaczywszy   Czebutykina 

zbliża się; oficerowie idą dalej)

Solony

Doktorze, czas iść. Już pół do pierwszej.

(wita się z Andrzejem)

Czebutykin

Zaraz. Mam was wszystkich dość.

(Do Andrzeja)

Jeżeli ktoś będzie o mnie pytał, powiedz,

Andrzejku, że ja zaraz...

(wzdycha)

Oho-ho-ho!

Solony

background image

„Zipnąć nie zdążył nawet, a już z misiem na karku miał sprawę”.

(idzie z Czebutykinem)

Co starszy pan tak wzdycha?

Czebutykin

No-o!

Solony

Jak tam zdrowie?

Czebutykin

(ze złością)

Jak masło krowie.

Solony

Starszy pan denerwuje się całkiem niepotrzebnie. Ja nic takiego nie zrobię, ja go tylko 

postrzelę jak bekasa,

(wyciąga perfumy i pryska sobie na ręce)

Proszę, wylałem dziś cały flakon, a ręce ciągle czuć. Czuć trupem.

(pauza)

Ta-ak... Pamięta pan ten wiersz? „On burzy wzywa z mglistej dali, jak gdyby w burzy 

spokój był...” 

7

Czebutykin

Tak. „Zipnąć nie zdążył nawet, a już z misiem na karku miał sprawę”.

(wychodzi z Solonym)

(słychać wołania: „Hop! Hej!”; wchodzą Andrzej i Fierapont)

Fierapont

Papiery podpisać...

Andrzej

7 Lermontow: „Żagiel”, przekład T. Stępniewskiego.

background image

(nerwowo)

Odczep się ode mnie! Odczep się! Błagam!

(wychodzi z wózkiem)

Fierapont

Przecież na to są papiery, żeby podpisywać...

(odchodzi w głąb sceny)

(wchodzą Irina i Tuzenbach w słomkowym kapeluszu; przez scenę sunie Kułygin, 

wołając: „Maszo, hop-hop! Maszo!”)

Tuzenbach

To chyba jedyny człowiek w mieście, który się cieszy z wymarszu wojska.

Irina

To zrozumiałe.

(pauza)

Teraz pusto się zrobi w mieście.

Tuzenbach

Kochana, ja zaraz wrócę.

Irina

Dokąd idziesz?

Tuzenbach

Muszę skoczyć do miasta i... odprowadzić kolegów.

Irina

To nieprawda... Mikołaju, czemuś ty dziś taki roztargniony?

(pauza)

Co było wczoraj przed teatrem?

Tuzenbach

(gest zniecierpliwienia)

Wrócę za godzinę i znów będę z tobą.

background image

(całuje jej ręce)

Nienapatrzenie ty moje...

(wpatruje się w jej twarz)

Kocham cię już od pięciu lat i wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić, wydajesz mi 

się coraz piękniejsza... Jakie śliczne, jakie cudowne włosy! Jakie oczy! Zabiorę cię jutro, 

będziemy   pracowali,   będziemy   bogaci,   urzeczywistnią   się   moje   marzenia.   Będziesz 

szczęśliwa. Tylko to jedno: ty mnie nie kochasz!

Irina

To nie zależy ode mnie. Będę twoją żoną i posłuszną i wierną, ale miłości nie ma, 

trudno!

(płacze)

Ani raz w życiu nie byłam zakochana. A tak marzyłam o miłości, marzę już dawno, 

dniami i nocami, ale moja dusza jest jak drogocenny fortepian - zamknęli go, a klucz zgubili.

(pauza)

Masz niepokój w oczach.

Tuzenbach

Nie   spałem   całą   noc.   W   moim   życiu   nie   było   nic   takiego,   co   by   mnie   mogło 

niepokoić, tylko ten zgubiony klucz dręczy mi duszę, nie daje spać... Powiedz coś do mnie.

(pauza)

Powiedz coś do mnie...

Irina

Co? Co mam powiedzieć? Co?

Tuzenbach

Cokolwiek.

Irina

Cicho! Cicho!

(pauza)

Tuzenbach

Jakie głupstwa, jakie śmieszne drobiazgi nabierają czasami wagi w życiu, i to całkiem 

background image

nieoczekiwanie, ni z tego, ni z owego. Człowiek kpi z nich, dalej uważa za głupstwa, a jednak 

idzie   i   nie   może   się   zatrzymać.   Ach,   nie   mówmy   o   tym!   Jestem   wesół.   Jakbym   po   raz 

pierwszy w życiu oglądał te świerki, klony, brzozy, a wszystko patrzy na mnie z ciekawością 

i czeka. Jak piękne są drzewa i właściwie jak piękne powinno być życie wśród nich!

(wołanie: „Hej! Hop-hop!”)

Muszę iść, czas na mnie... To drzewo już uschło, a mimo to razem z innymi chwieje 

się na wietrze. I wydaje mi się, że ja też, nawet jeśli umrę, będę jednak dalej z żywymi - tak 

czy inaczej. Żegnaj, moja jedyna...

(całuje ją po rękach)

Twoje papiery, które mi dałaś, leżą u mnie na biurku pod kalendarzem.

Irina

Pójdę z tobą.

Tuzenbach

(z niepokojem)

Nie, nie!

(idzie szybkim krokiem, zatrzymuje się w alei)

Irino!

Irina

Słucham?

Tuzenbach

(nie wie, co powiedzieć)

Nie piłem jeszcze kawy. Powiedz, żeby mi zrobili...

(szybko wychodzi)

(Irina stoi zamyślona, potem odchodzi w głąb sceny i siada na huśtawce; wchodzi 

Andrzej z wózkiem; ukazuje się Fierapont)

Fierapont

Proszę pana, to przecież nie moje papiery, tylko urzędowe. Ja ich nie wymyśliłem.

Andrzej

background image

O, gdzie to wszystko, gdzie się podziały te lata, gdy byłem młody, wesoły, mądry, gdy 

marzyłem i myślałem tak subtelnie gdy teraźniejszość i przyszłość moja opromienione były 

nadzieją?   Dlaczego   my,   ledwo   zacząwszy   żyć,   od   razu   stajemy   się   nudni,   bezbarwni, 

nieciekawi,   opieszali,   obojętni,   bezużyteczni,   nieszczęśliwi?   Nasze   miasto   istnieje   już   od 

dwustu lat, mieszka w nim sto tysięcy ludzi i nie ma ani jednego człowieka, który byłby 

niepodobny  do innych, ani  jednej  ofiarnej  duszy - czy  to w przeszłości,  czy teraz  – ani 

uczonego, ani malarza, ani jakiejkolwiek wybitnej jednostki, która budziłaby zazdrość albo 

namiętne pragnienie naśladowania... Tutaj tylko jedzą, piją, śpią, potem umierają... rodzą się 

inni   i   też   jedzą,   piją,   śpią,   i   żeby   z   nudów   nie   zgłupieć   do   reszty,   szukają   rozrywek   w 

nikczemnych   plotkach,   wódce,   kartach,   pieniactwie,   i   żony   oszukują   mężów,   i   mężowie 

kłamią, udają, że nic nie widzą, nic nie słyszą, i ohydny wpływ demoralizuje dzieci, i w nich 

też gaśnie iskra boża, i stają się równie żałosnymi, podobnymi do siebie trupami, jak ich 

ojcowie i matki...

(do Fieraponta, ze złością)

Czego chcesz?

Fierapont

Czego? Papiery podpisać.

Andrzej

Jak ty mnie nudzisz!

Fierapont

(podaje papiery)

Teraz   woźny   z   izby   skarbowej   prawił,   że   jakoby   w   Petersburgu   w   zimie   było, 

powiada, dwieście stopni mrozu.

Andrzej

Teraźniejszość jest wstrętna, ale kiedy myślę o przyszłości, jak mi dobrze. Wtedy na 

sercu tak lekko, tak przestronnie. W dali świta, widzę siebie i swoje dzieci wyswobodzonych 

z   ohydy   nieróbstwa,   chlebowego   kwasu,   gęsi   z   kapustą,   snu   po   obiedzie,   nikczemnego 

pasożytnictwa...

Fierapont

background image

Dwa tysiące ludzi wymarzło jakoby. Naród, powiadają, za głowy się brał. Ni to w 

Petersburgu, ni to w Moskwie - zapomniałem.

Andrzej

(ogarnięty tkliwością)

Kochane moje siostry, cudowne moje siostry!

(przez łzy)

Maszo, siostro moja...

Natasza

(w oknie)

Kto tu tak głośno rozmawia? Ty, Andrzejku? Obudzisz Sofijkę... Il ne faut pas faire du 

bruit, la Sophie est dormee deja. Vous etes un ours

8

(rozgniewana)

Jeżeli   chcesz   rozmawiać,   to,   daj   wózek   z   dzieckiem   komuś   innemu.   Fieraponcie, 

zabierz panu wózek!

Fierapont

Wedle rozkazu.

(bierze wózek)

(w niepoprawnej francuszczyźnie)

- Nie trzeba hałasować! Zofia już usnęła. Jesteś niedźwiedź.

Andrzej

(zawstydzony)

Mówię przecież cicho.

Natasza

(zza okna, pieszcząc swojego synka)

Bobuś! Bobuś urwis! Bobuś niegrzeczny!

Andrzej

(ogląda papiery)

8 Il ne faut pas...

background image

Dobrze, przejrzę to i podpiszę, co trzeba, a ty zaniesiesz z powrotem do zarządu...

(wchodzi

do domu, czytając papiery; Fierapont idzie z wózkiem w głąb ogrodu)

Natasza

(zza okna)

Bobusiu, jak twojej mamie na imię? Kochany, kochany! A to kto? To ciocia Ola, 

powiedz cioci: dzień dobry, Olu!

(wędrowni muzykanci, mężczyzna i młoda dziewczyna, grają na skrzypcach i harfie; z 

domu   wychodzą   Wierszynin,   Olga   i   Anfisa   i   przez   chwilę   słuchają   w   milczeniu;   Irina 

podchodzi do nich)

Olga

Nasz ogród jak przechodnie podwórko, i chodzą tu, i jeżdżą. Nianiu, daj coś tym 

muzykantom.

Anfisa

(wsuwa muzykantom datek)

Idźcie z Bogiem, kochani.

(muzykanci kłaniają się i wychodzą)

Biedne ludziska. Syty nie będzie grał.

(do Iriny)

Irinko, dzień dobry!

(całuje ją)

Ach, córuchno, teraz to mi dobrze. Ależ dobrze! Jestem razem z Oleńką, w mieszkaniu 

rządowym przy gimnazjum - dał mi to Bóg na stare lata. Nigdym jeszcze, grzeszna dusza, nie 

miała takiej wygody... Mieszkanie wielkie, rządowe, i dla mnie osobny pokoiczek i łóżeczko. 

Wszystko rządowe. Obudzę się nieraz w nocy i myślę - o Boże, o Matko Święta, nie ma 

chyba szczęśliwszego człowieka ode mnie!

Wierszynin

(spogląda na zegarek)

Zaraz wyruszamy, pani Olgo. Muszę iść.

(pauza)

Wszystkiego najlepszego... Gdzie pani Masza?

background image

Irina

Masza jest gdzieś w ogrodzie... Pójdę, poszukam.

Wierszynin

Niech pani będzie tak dobra. Spieszy mi się.

Anfisa

Ja też poszukam.

(woła)

Maszo, hop-hop!

(idzie razem z Iriną w głąb ogrodu)

Hop-hop!

Wierszynin

Wszystko ma swój koniec. Więc rozstajemy się.

(patrzy na zegarek)

Miasto   wydało   na   naszą   cześć   coś   w   rodzaju   pożegnalnego   śniadania,   piliśmy 

szampana, burmistrz wygłosił mowę, jadłem i słuchałem, ale sercem byłem tu, z wami...

(spogląda na ogród)

Tak się przyzwyczaiłem do was wszystkich.

Olga

Czy zobaczymy się jeszcze kiedykolwiek?

Wierszynin

Chyba nie.

(pauza)

Moja żona i obie córeczki zostaną tu jeszcze ze dwa miesiące. Proszę, gdyby się coś 

stało albo coś było trzeba...

Olga

Tak, tak, oczywiście. Niech pan będzie spokojny.

(pauza)

background image

Jutro w mieście nie będzie już ani jednego oficera, wszystko stanie się wspomnieniem 

i dla nas, naturalnie, zacznie się inne życie...

(pauza)

Zawsze   dzieje   się   inaczej,   niż   chcemy.   Nie   chciałam   być   przełożoną,   a   jednak 

musiałam nią zostać. Więc do Moskwy już nie wrócimy...

Wierszynin

Cóż...   Dzięki   za   wszystko...   Niech   mi   pani   wybaczy,   jeżeli   było   coś   nie   tak... 

Mówiłem za dużo, o wiele za dużo - to proszę też wybaczyć i nie wspominać mnie źle.

Olga

(wyciera oczy)

Czemu ta Masza nie idzie?...

Wierszynin

Co by tu jeszcze powiedzieć na pożegnanie? Jeszcze trochę pofilozofować?...

(śmieje się)

Życie jest ciężkie. Wielu z nas widzi je w ciemnych, beznadziejnych barwach, ale 

trzeba przyznać, że jednak staje się coraz znośniejsze, coraz bardziej się rozjaśnia i chyba 

bliski jest czas, kiedy rozjaśni się zupełnie.

(spogląda na zegarek)

Muszę   już   iść.   Dawniej   ludzie   toczyli   ciągłe   wojny,   pochłaniały   ich   bez   reszty 

wyprawy,   napady,   zwycięstwa,   teraz   to   wszystko   się   przeżyło,   zostawiając   po   sobie 

olbrzymią pustkę, której nie ma czym wypełnić. Ale ludzkość żarliwie szuka i oczywiście 

znajdzie. Ach, żeby tylko prędzej!

(pauza)

Gdyby   tak,   wie   pani,   pracowitość   zawsze   łączyła   się   z   wykształceniem,   a 

wykształcenie z pracowitością.

(spogląda na zegarek)

Ale doprawdy czas na mnie...

Olga

O, idzie już.

(wchodzi Masza)

background image

Wierszynin

Przyszedłem się pożegnać...

(Olga odchodzi nieco na bok, żeby nie przeszkadzać w pożegnaniu)

Masza

(patrzy mu w twarz)

Żegnaj...

(długi pocałunek)

Olga

Dosyć, dosyć...

Masza

(głośno szlocha)

Wierszynin

Pisz... Nie zapominaj! Puść mnie... już czas... Pani Olgo, proszę ją zabrać, muszę... 

iść... spóźniłem się...

(wzruszony całuje ręce Olgi, potem jeszcze raz ściska Maszę i szybko odchodzi)

Olga

Maszo, dosyć! Przestań, kochana...

(wchodzi Kułygin)

Kułygin

(zmieszany)

Nie szkodzi, niech popłacze, to nic... Moja kochana Masza, moja najlepsza Masza... 

Tyś moja żona, jestem szczęśliwy, cokolwiek by było... Nie skarżę się, nie robię ci żadnych 

wyrzutów... Niech Olga będzie świadkiem. Zaczniemy znów żyć po staremu, słowa ci nie 

powiem, ani napomknę nawet...

Masza

(powstrzymując szloch)

background image

Jest nad zatoką dąb zielony, na dębie złoty łańcuch lśni... na dębie złoty łańcuch lśni... 

Tracę rozum... Jest nad zatoką... dąb zielony...

Olga

Uspokój się, Maszo... Uspokój się... Daj jej wody.

Masza

Już nie płaczę.

Kułygin Ona już nie płacze... poczciwa Masza...

(słychać daleki przytłumiony strzał)

Masza

Jest nad zatoką dąb zielony, na dębie złoty łańcuch lśni... Kot zielony... dąb zielony... 

Poplątałem...

(pije wodę)

Zmarnowane życie... nic mi już nie trzeba... Zaraz się uspokoję... Wszystko jedno... 

Dlaczego właśnie łańcuch? Dlaczego ten łańcuch utkwił mi w głowie? Myśli się plączą.

(wchodzi Irina)

Olga

Uspokój się, Maszo. No, już dobrze... Chodźmy do mieszkania.

Masza

(ze złością)

Nie pójdę tam.

(szlocha, ale natychmiast przestaje)

Już nie wchodzę do tego domu i teraz nie wejdę...

Irina

Posiedźmy tu, choć pomilczmy razem. Przecież wyjeżdżam jutro...

(pauza)

Kułygin

Wczoraj w trzeciej klasie zabrałem jednemu z chłopaków te wąsy i brodę...

background image

(wkłada wąsy i brodę)

Czy nie wyglądam jak nasz nauczyciel niemieckiego?...

(śmieje się)

Prawda? Zabawni ci chłopcy.

Masza

Rzeczywiście jesteś podobny do naszego Niemca.

Olga

(śmieje się)

Owszem.

(Masza płacze)

Irina

Maszo, przestań!

Kułygin

Bardzo podobny...

(wchodzi Natasza)

Natasza

(do pokojówki)

Co   takiego?   Przy   Sofijce   posiedzi   pan   Protopopow,   a   Bobusia   powozi   pan.   Ile 

kłopotów z dziećmi...

(do Iriny)

Irino, jutro wyjeżdżasz, jaka szkoda. Zostań jeszcze choć tydzień,

(zobaczywszy Kułygina, krzyczy; ten śmieje się i Ściąga wąsy i brodę)

Też pomysł, tylko mnie pan nastraszył!

(do Iriny)

Przyzwyczaiłam się do ciebie, czy myślisz, że mi będzie łatwo się z tobą rozstać? 

Teraz   do  twojego   pokoju   każę   przenieść   Andrzeja   z   tymi   skrzypcami   -   niech   sobie   tam 

rzępoli - a jego pokój będzie dla Sofijki. Cudowne, nadzwyczajne dziecko! Ach, cóż to za 

dziewuszka! Dziś popatrzyła na mnie tymi oczkami i - „mama!”

background image

Kułygin

Śliczne dziecko, to prawda.

Natasza

A więc jutro już tu będę sama.

(wzdycha)

Przede wszystkim każę wyciąć tę aleję świerkową, potem tamten klon... Wieczorem 

jest taki nieładny...

(do Iriny)

Moja droga, zupełnie ci nie do twarzy w tym pasku... To niegustowne. Powinnaś mieć 

coś jasnego. Tutaj każę wszędzie zasadzić kwiatuszki, kwiatuszki, i będzie zapach...

(surowo)

Dlaczego widelec leży na ławce?

(wchodząc do domu mówi do pokojówki)

Dlaczego widelec leży na ławce, pytam?

(krzyczy)

Milcz!

Kułygin

Ale sobie używa!

(za sceną orkiestra gra marsza; wszyscy słuchają)

Olga

Odchodzą.

(wchodzi Czebutykin)

Masza Odchodzą nasi. No cóż... Szczęśliwej drogi!

(do męża)

Czas do domu... Gdzie mój kapelusz i mantylka?

Kułygin

Zabrałem do przedpokoju... Zaraz przyniosę.

Olga

Tak, teraz możemy iść do domu. Już czas.

background image

Czebutykin

Pani Olgo!

Olga

Co?

(pauza)

Co?

Czebutykin

Nic... Nie wiem, jak pani powiedzieć...

(szepce jej do ucha)

Olga

(z przerażeniem)

Niemożliwe!

Czebutykin

Tak... głupia historia... Jestem zmęczony, skonany, nie chcę już mówić...

(z irytacją)

Zresztą, wszystko jedno!

Masza

Co się stało?

Olga

(ściska Irinę)

Straszny dzień... Nie - wiem, jak ci powiedzieć, moja najdroższa...

Irina

Co? Powiedzcie prędzej: co? Na miłość boską?

(płacze)

Czebutykin

Przed chwilą baron został zabity w pojedynku.

background image

Irina

(cicho płacze)

Wiedziałam, wiedziałam...

Czebutykin

(w głębi sceny siada na ławce)

Jestem zmęczony...

(wyciąga z kieszeni gazetę)

Niech sobie popłaczą...

(nuci)

Ta-ra-ra bomba... mam nos jak trąba... Czy nie wszystko jedno?

(trzy siostry stoją przytulone do siebie)

Masza

O, jak brzmi muzyka! Oni teraz odchodzą, jeden już odszedł, odszedł na zawsze, 

zostaniemy same, żeby zacząć życie od nowa. Bo trzeba żyć... Trzeba żyć...

Irina

(chyli głowę na pierś Olgi)

Przyjdzie czas i ludzie dowiedzą się, po co to wszystko, po co te cierpienia, nie będzie  

żadnych tajemnic, a na razie trzeba żyć... trzeba pracować, tylko pracować! Jutro wyjadę 

sama, będę uczyła w szkole i całe życie oddam tym, którym może to będzie potrzebne. Teraz 

jest   jesień,   niedługo   przyjdzie   zima,   zasypie   wszystko   śniegiem,   a   ja   będę   pracować, 

pracować...

Olga

(obejmuje ramionami obie siostry)

Muzyka brzmi tak wesoło, radośnie i chce się żyć! O, mój Boże! Minie jakiś czas i my 

też odejdziemy na zawsze, wszyscy nas zapomną, zapomną nasze twarze i głosy, zapomną, ile 

nas było, ale ci, co przyjdą po nas, zamienią nasz ból w radości zapanuje spokojne szczęście 

na świecie, i ludzie będą wspominali wdzięcznym słowem, będą błogosławili tych, którzy 

żyją teraz... O, drogie siostry, życie nasze jeszcze się nie kończy. Będziemy żyć! Muzyka 

brzmi tak wesoło, tak radośnie, zdaje się, że jeszcze chwila, a dowiemy się wszystkiego: po 

background image

co żyjemy, po co cierpimy... Gdyby tylko wiedzieć, gdyby wiedzieć!

(muzyka   brzmi   coraz   ciszej:   Kułygin   wesoły,   uśmiechnięty   niesie   kapelusz   i 

mantylkę; Andrzej pcha wózek, w którym siedzi Bobuś)

Czebutykin

(nuci)

Tara... ra... bomba... mam nos jak trąba...

(czyta gazetę)

Wszystko jedno! Wszystko jedno!

Olga

Gdyby tylko wiedzieć, gdyby wiedzieć!

Kurtyna

background image

WIŚNIOWY SAD

Komedia w czterech aktach

1903

Przełożył Czesław Jastrzębiec-Kozłowski

background image

OSOBY:

Lubow Raniewska - ziemianka

Ania - jej córka, lat 17

Waria - jej córka przybrana, lat 24

Leonid Gajew - brat Raniewskiej

Jermołaj Łopachin - kupiec

Piotr Trofimow - student

Borys Simeonow-Piszczyk - ziemianin

Szarlota - guwernantka

Siemion Jepichodow - kancelista

Duniasza - pokojówka

Firs - stary lokaj, lat 87

Jasza - młody lokaj

Przechodzień

Zawiadowca stacji

Urzędnik pocztowy

Goście, służba

Rzecz dzieje się w majątku Raniewskich

background image

AKT PIERWSZY

Pokój,   wciąż   jeszcze   zwany   dziecinnym.   Jedne   drzwi   prowadzą   do   pokoju   Ani. 

Brzask,  wkrótce  wzejdzie   słońce.  Jest  już  maj,   kwitną   drzewa  wiśniowe,  ale  w  ogrodzie 

zimno, przymrozek. Okna w pokoju zamknięte. Wchodzi Duniasza ze świecą i Łopachin z 

książką w ręku.

Łopachin:

Pociąg, Bogu dzięki, przyszedł. Która to godzina?

Duniasza:

Dochodzi druga.

(Gasi świecę)

Już widno.

Łopachin:

Ile to się pociąg spóźnił? Co najmniej dwie godziny.

(ziewa i przeciąga się)

A ze mnie też gapa - na dudka się wystawiłem. Umyślniem tu przyjechał, żeby ich 

spotkać   na   stacji   i   masz   ci   los,   zaspałem...   Zasnąłem   siedząc.   Psiakość...   Mogłaś   mnie 

zbudzić.

Duniasza:

Myślałam, że pan już odjechał.

(Nasłuchuje)

Zdaje się, że już jadą.

Łopachin:

(nasłuchuje)

Nie... Muszą odebrać bagaże, to, owo...

(Pauza)

Pani Raniewska spędziła za granicą pięć lat, nie wiem, jaka jest teraz... Dobry z niej 

człowiek. Łatwy, prosty. Pamiętam, kiedym miał z piętnaście lat, mój nieboszczyk ojciec - 

handlował tu wtedy w wiejskim sklepiku - uderzył mnie pięścią w twarz, krew mi buchnęła 

background image

nosem...   Przyszliśmy   wtedy   z   jakimś   interesem   do   dworu,   on   był   pod   dobrą   datą.   Pani 

Raniewska - pamiętam jak dzisiaj - młodziutka jeszcze, taka szczuplutka, zaprowadziła mnie 

do umywalni, ot, tutaj, w tym samym pokoju, dziecinnym. Powiada: „Nie płacz, chłopku, do 

wesela się zagoi”?...

(Pauza)

Chłopku... Mój ojciec był rzeczywiście chłopem, a ja teraz - w białej kamizelce, w 

żółtych   trzewikach.   Och,   och,   wlazła   świnia   w   cudzy   groch...   Tyle   tylko,   żem   bogaty, 

pieniędzy mam huk, ale jeśli się zastanowić i poskrobać, to cham i już...

(Kartkuje książkę)

Na przykład czytałem książkę i nic nie zrozumiałem. Czytając zasnąłem.

(Pauza)

Duniasza:

A psy całą noc nie spały, czują, że ich państwo jadą.

Łopachin:

Duniaszo, czemuś ty jakaś taka...

Duniasza:

Ręce mi drżą. Zemdleję.

Łopachin:

Zanadtoś delikatna,  Duniaszo! Ubierasz się jak panna, i uczesanie także takie.  To 

niedobrze. Trzeba pamiętać, kim się jest.

(Wchodzi Jepichodow z bukietem, jest w tużurku (rodzaj czarnego surduta męskiego) 

i doskonale wyglansowanych butach, które mocno skrzypią; wszedłszy, upuszcza bukiet)

Jepichodow:

(podnosi bukiet)

Ogrodnik przysłał, mówi, żeby postawić w jadalni.

(Wręcza bukiet Duniaszy)

Łopachin:

I kwasu mi przyniesiesz.

background image

Duniasza:

Słucham.

(Wychodzi)

Jepichodow:

Dzisiaj przymrozek, trzy stopnie niżej zera, a drzewa wiśniowe całe w kwieciu. Nie 

mogę zaaprobować naszego klimatu.

(Wzdycha)

Nie mogę. Nasz klimat, że się tak wyrażę, nie przyczynia się. Na przykład, panie 

Jermołaju, pozwoli pan sobie nadmienić: onegdaj nabyłem buty, tymczasem one - śmiem 

pana zapewnić - skrzypią w takim stopniu że nie ma żadnej możliwości. Czym by pan radził 

posmarować?

Łopachin:

Odczep się. Nudzisz mnie.

Jepichodow:

Dzień w dzień przytrafia mi się jakieś nieszczęście. Ale ja nie szemrzę; przywykłem i 

nawet się uśmiecham.

(Duniasza wchodzi, podaje kwas Łopachinowi)

Odchodzę.

(Zawadza o krzesło, które się wywraca)

Ano właśnie!...

(Jak gdyby z tryumfem)

Oto widzicie, przepraszam za wyrażenie, jaka okoliczność, między innymi... Po prostu 

nadzwyczajne!

(Wychodzi)

Duniasza:

Wyznam panu, panie Jermołaju, że Jepichodow oświadczył mi się.

Łopachin:

A!

background image

Duniasza:

Sama nie wiem... Człowiek niby stateczny, tylko że jak czasem zacznie mówić, to nic 

nie można zrozumieć. Nawet ładnie i wzruszająco, tylko nie do pojęcia. Mnie się nawet dosyć 

podoba. Kocha mnie do szaleństwa. To bardzo nieszczęśliwy człowiek, co dzień coś mu się 

przytrafia. Już go tak u nas przezywają: „dwadzieścia dwa nieszczęścia”...

Łopachin:

(nasłuchuje)

Teraz, zdaje się, jadą..

Duniasza:

Jadą! Co się ze mną dzieje... Całkiem struchlałam.

Łopachin:

Tak, rzeczywiście jadą. Wyjdźmy na powitanie. Czy ona mnie pozna? Pięć lat nie 

widzieliśmy się.

Duniasza:

(zalterowana - zmieszana)

Zaraz upadnę... Ach, upadnę!

Słychać jak zajeżdżają dwa powozy; Łopachin i Duniasza szybko wychodzą; scena 

jest   pusta;   w   sąsiednich   pokojach   słychać   hałas;   przez   scenę,   podpierając   się   laseczką, 

pośpiesznie   przechodzi   Firs,   który   jeździł   na   spotkanie   pani   Raniewskiej   -   ma   na   sobie 

staroświecką liberię i wysoki kapelusz, mruczy coś do siebie, lecz nic nie można zrozumieć; 

hałas za sceną wzrasta; głosy: „Przejdźmy tędy...” Raniewska, Ania i Szarlota z pieskiem na 

łańcuszku; są w strojach podróżnych; Waria w palcie i w chustce, Gajew, Simenow-Piszczyk, 

Łopachin, Duniasza z tobołkiem i parasolką, służba z rzeczami - wszyscy idą przez pokój.

Ania:

Przejdźmy tędy. Mamo, pamiętasz, co to za pokój?

Raniewska:

(radośnie, przez łzy)

background image

Dziecinny!

Waria:

Jak zimno; ręce mi zgrabiały.

(Do Raniewskiej)

Twoje pokoje, biały i fiołkowy, zostały takie same jak były, mamusiu.

Raniewska:

Dziecinny! Mój miły, cudny pokoju... Sypiałam tu, kiedy byłam malutka...

(Płacze)

Teraz także jestem jak dziecko...

(Całuje brata, Warię, potem znowu brata)

A Waria jest taka samiusieńka - podobna do mniszki. Duniaszę też poznałam...

(Całuje Duniaszę)

Gajew:

Pociąg spóźnił się o dwie godziny. Nieźle, co? Ładne porządki?

Szarlota:

(do Piszczyka)

Mój pies jada i orzechy.

Piszczyk:

(zdziwiony)

No, proszę!

(Wychodzą wszyscy z wyjątkiem Ani i Duniaszy)

Duniasza:

Aleśmy czekali!...

(Zdejmuje Ani płaszcz i kapelusz)

Ania:

W drodze nie spałam cztery noce... Teraz bardzo mi zimno.

background image

Duniasza:

Państwo   wyjechali   w   wielkim   poście,   był   wtedy   śnieg,   mróz,   a   teraz?   Panienko 

kochana!

(Śmieje się, całuje ją)

Nie mogłam się doczekać, królewno moja, moje słoneczko... Zaraz panience powiem, 

nie wytrzymam już ani minutki dłużej...

Ania:

(sennie)

Znowu coś takiego...

Duniasza:

Kancelista Jepichodow po Wielkanocy, oświadczył mi się.

Ania:

Tobie zawsze tylko jedno w głowie...

(Poprawia sobie włosy)

Pogubiłam wszystkie szpilki...

(Bardzo jest zmęczona, aż się z lekka słania)

Duniasza:

Już sama nie wiem, co o tym myśleć. Kocha mnie, i to jak!

Ania:

(patrzy na drzwi swego pokoju z czułością)

Mój pokój, moje okna - jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Jestem w domu. Jutro rano 

wstanę, pobiegnę do ogrodu... Och, gdybym mogła zasnąć! Nie spałam całą drogę, dręczył 

mnie jakiś niepokój.

Duniasza:

Przedwczoraj przyjechał pan Piotr.

Ania:

(z radością)

background image

Pietia!

Duniasza:

Sypia w łaźni, tam też zamieszkał. Powiada, że nie chce robić kłopotu.

(Spojrzawszy na swój zegarek kieszonkowy)

Warto by go zbudzić, ale panna Waria nie kazała. Powiada: nie budź go.

(Wchodzi Waria z pękiem kluczy u paska)

Waria:

Duniaszo, prędzej kawę.. Mamusia prosi o kawę.

Duniasza:

W tej chwileczce.

(Wychodzi)

Waria:

No, Bogu dzięki, przyjechaliście. Znowu jesteś w domu.

(Pieszczotliwie)

Przyjechało moje serdeńko! Moja ślicznotka przyjechała!

Ania:

Nacierpiałam się dużo.

Waria:

Wyobrażam sobie.

Ania:

Wyjechałam   w   Wielkim   Tygodniu,   było   wtedy   zimno.   Szarlota   całą   drogę   gada, 

pokazuje różne sztuki. Po coś ty wpakowała mi Szarlotę...

Waria:

Przecież nie możesz sama jeździć, kochaneczko. Siedemnaście lat!...

Ania:

background image

Przyjeżdżamy do Paryża, tam zimno, śnieg. Po francusku mówię okropnie. Mama 

mieszka na czwartym piętrze,  wchodzę do niej, a tam jacyś Francuzi, jakieś panie, stary 

ksiądz z książką, pełno dymu, nieprzytulnie. Zrobiło mi się raptem żal mamy, tak strasznie 

żal! Objęłam ją za głowę, ścisnęłam i nie mogę puścić. Mama potem wciąż mnie pieściła, 

płakała...

Waria:

(przez łzy)

Nie mów, nie mów...

Ania:

Swoją willę pod Mentoną (francuskie miasto na Lazurowym Wybrzeżu) już sprzedała, 

nie zostało jej nic, nic. A ja też nie miałam ani grosika - ledwieśmy dojechali. A mama tego 

nie rozumie! Siadamy na dworcu do obiadu - mama każe podawać najdroższe dania, lokajom 

daje na piwo po rublu. Szarlota to samo. A Jasza żąda porcji dla siebie - to wprost okropne. 

Bo trzeba ci wiedzieć, że mama ma lokaja, Jaszę, przywieźliśmy go tutaj...

Waria:

Widziałam łobuza.

Ania:

No i jakże? Zapłaciliście procenty?

Waria:

Gdzież tam.

Ania:

Mój Boże, mój Boże...

Waria:

W sierpniu wystawią majątek na sprzedaż...

Ania:

Mój Boże...

background image

Łopachin:

(zagląda przez drzwi i porykuje)

Me-e-e...

(Odchodzi)

Waria:

(przez łzy)

Och, tak bym mu pokazała...

(Grozi pięścią)

Ania:

(obejmuje Warię, cicho)

Waria, on ci się oświadczył?

(Waria przeczy ruchem głowy)

Przecież kocha ciebie... Czemu się nie dogadacie? Na co czekacie?

Waria:

Mnie się zdaje, że nic z tego nie będzie. Tyle ma interesów, ja mu nie w głowie... nie 

zwraca na mnie uwagi. Pan Bóg z nim; ciężko mi na niego patrzeć... Wszyscy mówią o 

naszym ślubie, wszyscy winszują, a w rzeczywistości nie ma nic - ot, wszystko jak we śnie...

(Zmienia ton)

Masz broszkę w kształcie pszczółki.

Ania:

(smutno)

To mama mi kupiła.

(Idzie do swego pokoju, mówi wesoło, dziecinnie)

A ja w Paryżu latałam balonem!

Waria:

Przyjechało moje serdeńko! Moja ślicznotka przyjechała!

(Duniasza już wróciła z imbrykiem i parzy kawę. Waria stoi przy drzwiach)

Cały dzień krzątałam się przy gospodarstwie, złotko, i marzę. Ot, gdyby ciebie wydać 

background image

za bogatego człowieka, ja także byłabym wtedy spokojniejsza, poszłabym sobie do klasztoru, 

potem   do   Kijowa...   do   Moskwy,   i   tak   ciągle   bym   chodziła   -   po   świętych   miejscach... 

Chodziłabym a chodziła. Zbożne życie!

Ania:

Ptaki śpiewają w ogrodzie. Która to teraz?

Waria:

Pewno już trzecia. Pora ci spać, złotko.

(Wchodząc do pokoju Ani)

Zbożne życie!

(Wchodzi Jasza z pledem i sakwojażem)

Jasza:

(idzie przez scenę; delikatnie)

Można tędy przejść?

Duniasza:

Ani poznać pana, Jaszo. Zrobił się pan za granicą taki inny.

Jasza:

Hm... A panienka kto jest?

Duniasza:

Kiedyście stąd wyjeżdżali, byłam ot taka...

(Pokazuje od podłogi)

Duniaszka, córka Fiodora Kozojedowa. Pan Jasza nie pamięta!

Jasza:

Hm... Jabłuszko!

(Ogląda się i obejmuje ją; ona wydaje okrzyk i upuszcza spodek; Jasza pośpiesznie 

wychodzi)

Waria:

background image

(we drzwiach z niezadowoleniem)

Co tam znowu?

Duniasza:

(przez łzy)

Stłukłam spodeczek...

Waria:

To dobry znak.

Ania:

(wychodząc ze swego pokoju)

Należałoby uprzedzić mamę; Pietia jest tutaj...

Waria:

Kazałam go obudzić.

Ania:

(w zamyśleniu)

Sześć lat temu umarł ojciec, w miesiąc później utonął w rzece brat mój, Grisza, ładny 

siedmioletni chłopczyk. Mama nie zniosła tego, uciekła na oślep...

(Wzdryga się)

O, jak ja ją rozumiem, gdybyż wiedziała!

(Pauza)

A Pietia Trofimow był korepetytorem Griszy, jego widok może jej przypomnieć...

(Wchodzi Firs; jest w tużurku i białej kamizelce)

Firs:

(podchodzi do imbryka; zatroskany)

Pani tutaj będzie jadła...

(Wkłada białe rękawiczki)

Kawa gotowa?

(Surowo do Duniaszy)

Ach ty! A śmietanka?

background image

Duniasza:

Ach, mój Boże...

(Szybko wychodzi)

Firs:

(krząta się przy imbryku)

Ej, ty, niedorajdo...

(Mamrocze)

Przyjechali z Paryża... Pan także jeździł kiedyś do Paryża... końmi...

(Śmieje się)

Waria:

Firs, o czym ty mówisz?

Firs:

Co panienka każe?

(Z radością)

Moja pani przyjechała! Doczekałem się! Teraz to już mogę umierać...

(Płacze z radości)

(Wchodzą:   Raniewska,   Gajew   i   Simeonow-Piszczyk;   ten   ostatni   w   kaftanie   z 

cienkiego sukna i w szarawarach; Gajew wchodząc porusza tak rękami i tułowiem, jakby grał 

w bilard)

Raniewska:

Jak to się mówi? Czekaj, zaraz sobie przypomnę... Żółtą w róg! Dublet do środka!

Gajew:

Rżnę w róg! Siostrzyczko, kiedyś oboje sypialiśmy tu, w tym pokoju, a teraz, rzecz 

dziwna, mam już pięćdziesiąt jeden lat.

Łopachin:

Tak, czas płynie.

background image

Gajew:

Że co?

Łopachin:

Mówię, że czas płynie.

Gajew:

A tutaj czuć paczulą.

Ania:

Pójdę spać. Dobranoc, mamo.

(Całuje matkę)

Raniewska:

Dziecinka moja złocista!

(Całuje jej ręce)

Cieszysz się, żeś w domu? Ja nie mogę ochłonąć.

Ania:

Do widzenia, wuju.

Gajew:

(całuje jej twarz, ręce)

Niech cię Bóg ma w opiece. Jakaś ty podobna do matki.

(Do siostry)

Lubo, w jej wieku byłaś zupełnie taka sama.

(Ania podaje rękę Łopachinowi i Piszczykowi, wychodzi i zamyka za sobą drzwi)

Raniewska:

Bardzo się zmęczyła.

Piszczyk:

Pewnie! Długa podróż.

background image

Waria:

(do Łopachina i Piszczyka)

No, moi panowie? Już po drugiej, warto by się rozejść.

Raniewska:

(śmieje się)

A tyś zawsze taka sama, Waria.

(Przyciąga ją do siebie i całuje)

Zaczekaj, wypiję kawę, wtedy wszyscy się rozejdziemy.

(Firs podkłada jej poduszeczkę pod nogi)

Dziękuję, kochany. Przyzwyczaiłam się do kawy. Piję i w dzień, i w nocy. Dziękuję, 

mój stareńki.

(Całuje Firsa)

Waria:

Trzeba zajrzeć, czy wszystkie rzeczy przywieziono...

(Wychodzi)

Raniewska:

Czy to naprawdę ja tu siedzę?

(Śmieje się)

Chce mi się skakać, wymachiwać rękoma.

(Zakrywa twarz rękami)

A   może   ja   śpię?   Bóg   mi   świadkiem,   kocham   ojczyznę,   kocham   serdecznie   -   nie 

mogłam patrzeć z okien wagonu, ciągle płakałam.

(Przez łzy)

Ale   trzeba   dopić   kawę.   Dziękuję   ci,   Firs,   dziękuję,   mój   stareńki.   Takam   rada,   że 

jeszcze żyjesz.

Firs:

Przedwczoraj.

Gajew:

On źle słyszy.

background image

Łopachin:

Ja już niedługo, po czwartej, muszę jechać do Charkowa. Jak przykro! Chciało mi się 

popatrzeć na panią, porozmawiać... Pani jest tak samo wspaniała, jak dawniej.

Piszczyk:

(ciężko dysząc)

Nawet wypiękniała... Ubrana po parysku... Przepadłem z kretesem...

Łopachin:

Pani brat, pan Leonid, mówi o mnie, że jestem cham, kułak, ale to jest mi najzupełniej 

obojętne. Niech sobie mówi. Chciałbym tylko, żeby mi pani ufała jak dawniej, żeby pani 

cudowne, wzruszające oczy jak dawniej patrzyły na mnie. Boże litościwy! Mój ojciec był 

chłopem pańszczyźnianym u pani dziadka i ojca, lecz pani, właśnie pani, zrobiła kiedyś dla 

mnie tak wiele, że zapomniałem o wszystkim i kocham panią jak kogoś z rodziny... więcej niż 

kogoś z rodziny.

Raniewska:

Nie mogę usiedzieć w miejscu, w żaden sposób nie mogę...

(Zrywa się i chodzi bardzo podniecona)

Nie przeżyję tej radości... Śmiejcie się ze mnie, żem taka głupia... Szafeczko moja 

najukochańsza...

(Całuje szafę)

Stoliczku mój...

Gajew:

A tu w czasie twojej nieobecności umarła niania.

Raniewska:

(siada i pije kawę)

Tak, wiem, świeć Panie nad jej duszą. Pisano mi o tym.

Gajew:

I Anastazy umarł. Pietruszka Kosoj odszedł ode mnie i teraz mieszka w mieście u 

background image

naczelnika policji.

(Dobywa z kieszeni pudełeczko karmelków, jeden wkłada do ust)

Piszczyk:

Moja córka, Daszeńka... kłania się pani...

Łopachin:

Chciałbym pani powiedzieć coś bardzo przyjemnego, wesołego,

(Spojrzawszy na zegarek)

zaraz muszę jechać, nie mam czasu na rozmowę... ale powiem w paru słowach. Już 

państwu wiadomo, że wiśniowy sad będzie sprzedany za długi, licytację wyznaczono na 22 

sierpnia,   ale   niech   się   kochana   pani   nie   niepokoi,   proszę   sobie   spać   spokojnie,   bo   jest 

wyjście... Oto mój projekt. Proszę o chwilę uwagi! Ten majątek leży zaledwie dwadzieścia 

wiorst od miasta, niedaleko stąd przeprowadzono kolej żelazną, i gdyby sad wiśniowy i tę 

ziemię nad rzeczką podzielić na działki, a potem wydzierżawiać na letniska, to będą mieli 

państwo co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy dochodu rocznego.

Gajew:

Przepraszam, ale cóż to za bzdury!

Raniewska:

Niezupełnie pana rozumiem, panie Jermołaju.

Łopachin:

Będą państwo pobierali od letników co najmniej dwadzieścia pięć rubli rocznie od 

dziesięciny,   i   jeśli   natychmiast   to   się   ogłosi,   ręczę,   że   do   jesieni   nie   pozostanie   ani 

kawałeczka ziemi - wszystko rozchwytają. Krótko mówiąc: winszuję, są państwo uratowani. 

Okolica prześliczna, rzeka głęboka. Tylko, rzecz jasna, trzeba uporządkować, wysprzątać... na 

przykład, powiedzmy, zburzyć wszystkie stare budynki, no i ten oto dom, który już jest do 

niczego, wyrąbać stary wiśniowy sad...

Raniewska:

Wyrąbać? Mój drogi, proszę wybaczyć, ale pan nic nie rozumie. Jeżeli w całej guberni 

jest coś ciekawego, ba, nadzwyczajnego, to właśnie tylko nasz wiśniowy sad.

background image

Łopachin:

Nadzwyczajne w tym sadzie jest jedynie to, że jest bardzo duży. Wiśnie rodzą raz na 

dwa lata, a i wtedy nie wiadomo, co z tym robić - nikt nie kupuje.

Gajew:

Nawet w Słowniku Encyklopedycznym, jest wzmianka o tym sadzie.

Łopachin:

(spojrzawszy na zegarek)

Jeśli nic nie obmyślimy i nie dojdziemy do żadnego wniosku, to 22 sierpnia zlicytują i 

wiśniowy sad, i cały majątek. Proszę się decydować! Innego wyjścia nie ma, przysięgam. Nie 

ma i basta.

Firs:

Za   dawnych   czasów,   jakie   czterdzieści,   pięćdziesiąt   lat   temu,   wiśnie   suszono, 

kwaszono, marynowano, smażono z wiśni konfitury, więc bywało, że...

Gajew:

Cicho, Firs.

Firs:

Bywało, że suszone wiśnie całymi wozami wysyłano do Moskwy i Charkowa. Co było 

pieniędzy!...   A  suszone   wiśnie   były   wtedy   miękkie,   soczyste,   słodkie,   pachnące...   Znano 

wtedy sekret...

Raniewska:

A teraz gdzie ten sekret się podział?

Firs:

Zapomnieli, nikt nie pamięta.

Piszczyk:

(do Raniewskiej)

background image

No i jakże tam w Paryżu? Jadła pani żaby?

Raniewska:

Jadłam krokodyle.

Piszczyk:

No proszę...

Łopachin:

Dotychczas  byli po wsiach tylko panowie i chłopi,  a teraz  zjawili  się na dodatek 

letnicy. Wszystkie miasta, nawet najmniejsze, otoczone są teraz letniskami. Można ręczyć, że 

za   jakieś   dwadzieścia   lat   letnicy   rozmnożą   się   niesłychanie.   Teraz   tylko   piją   herbatę   na 

werandzie,   ale   przecie   może   się   zdarzyć,   że   się   na   swojej   jednej   dziesięcinie   zajmą 

gospodarstwem,   i   wówczas   państwa   wiśniowy   sad   zamieni   się   w   królestwo   szczęśliwe, 

bogate, przepyszne.

Gajew:

(oburzony)

Co za bzdury!

(Wchodzi Waria i Jasza)

Waria:

Mamuśko, tu do ciebie dwie depesze.

(Wybiera jeden z kluczy i głośno otwiera staroświecką szafę)

Oto one.

Raniewska:

To z Paryża.

(Rwie je nie przeczytawszy)

Z Paryżem skończyłam...

Gajew:

A czy wiesz, Luba, ile ta szafa ma lat? Tydzień temu wysunąłem dolną szufladę, 

patrzę, a tam są wypalone cyfry. Szafa zrobiona jest równo sto lat temu. Niezgorzej, hę? 

background image

Można   by   urządzić   jubileusz.   Martwy   przedmiot,   a   jednak,   bądź   co   bądź,   szafa   to 

biblioteczna.

Piszczyk:

(zdziwiony)

Sto lat... No proszę!..

Gajew:

Tak... To jest coś...

(Pomacawszy szafę)

Droga i wielce szanowna szafo! Witam w twojej osobie istotę, która oto od stu lat 

przeszło miała na celu ideały dobra i sprawiedliwości; twe milczące wezwanie ku owocnej 

pracy nie osłabło w ciągu stu lat, podtrzymując...

(Przez łzy)

w pokoleniach naszego rodu otuchę wiarę w lepsze jutro i pielęgnując w nas ideały 

dobra oraz świadomości obywatelskiej.

(Pauza)

Łopachin:

Hm, tak...

Raniewska:

A ty się nie zmieniłeś, Lonia.

Gajew:

(trochę zmieszany)

Od kuli na prawo w róg. Rżnę do środka!

Łopachin:

(spojrzawszy na zegarek)

No, na mnie czas.

Jasza:

(podaje Raniewskiej lekarstwa)

background image

Może pani zażyje teraz pigułki...

Piszczyk:

Nie trzeba zażywać lekarstw, kochana pani... Ani stąd pożytku, ani szkody... Proszę 

mi je dać... wielce szanowna pani.

(Bierze pigułki, wysypuje je sobie na dłoń, dmucha na nie, wkłada do ust i zapija 

kwasem)

I już!

Raniewska:

(ze strachem)

Ależ pan zwariował!

Piszczyk:

Połknąłem wszystkie.

Łopachin:

Niezły ma spust.

(Wszyscy się śmieje)

Firs:

Był u nas w czasie świąt, zjadł pół wiadra ogórków...

(Mamrocze)

Raniewska:

O czym on mówi?

Waria:

Tuż trzy lata tak mamrocze. Myśmy się przyzwyczaili.

Jasza:

Lata nader sędziwe.

(Szarlota w białej sukni, bardzo chuda, ściśnięta gorsetem z face-d-main (binokle z 

rączką) przy pasku, przechodzi przez scenę)

background image

Łopachin:

Proszę wybaczyć, panno Szarloto, nie zdążyłem się jeszcze z panią przywitać.

(Chce pocałować ją w rękę)

Szarlota:

(cofając rękę)

Gdybym pozwoliła panu pocałować mnie w rękę, to pan potem zechciałby w łokieć, 

potem w ramię...

Łopachin:

Nie wiedzie mi się dzisiaj.

(Wszyscy się śmieją)

Panno Szarloto, proszę pokazać jakąś sztuczkę!

Raniewska:

Szarloto. proszę pokazać sztuczkę!

Szarlota:

Nie potrzeba. Życzę sobie spać.

(Wychodzi)

Łopachin:

Zobaczymy się za trzy tygodnie.

(Całuje Raniewską w rękę)

Na razie żegnam. Już czas.

(Do Gajewa)

Do zobaczenia.

(Całuje się z Piszczykiem)

Do widzyska.

(Podaje rękę Warii, potem Firsowi i Jaszy)

Nie chce mi się jechać.

(Do Raniewskiej)

Jeżeli się pani zdecyduje co do tych letnisk, proszę mi dać znać, wytrzasnąłbym z 

background image

pięćdziesiąt tysięcy pożyczki. Serio, proszę się zastanowić.

Waria:

(z gniewem)

Ależ proszę już wreszcie iść.

Łopachin:

Idę, idę sobie...

(Wychodzi)

Gajew:

Cham. Zresztą, pardon... Waria wychodzi za niego za mąż, to Warii narzeczony.

Waria:

Niepotrzebnie o tym wujaszek mówi, proszę nie mówić...

Raniewska:

Czemu, Waria? Będę bardzo rada. To dobry człowiek...

Piszczyk:

Owszem, trzeba wyznać, człowiek... prawdziwie szanowny... I moja Daszeńka... także 

mówi, że... no, różne słowa mówi.

(Chrapie, ale wnet się budzi)

Tak   czy   owak,   niech   mi   szanowna   pani   pożyczy...   240   rubli...   jutro   mam   płacić 

procenty hipoteczne...

Waria:

(z przestrachem)

Nie mamy, nie mamy!

Raniewska:

Ja rzeczywiście nic nie mam.

Piszczyk:

background image

Znajdą się.

(Śmieje się)

Nigdy nie tracę nadziei. Czasem myślę: wszystko przepadło, zginąłem, aż tu raptem - 

wybudowano kolej żelazną przez moją ziemię i... zapłacili mi. Albo znowuż co innego się 

napatoczy,  nie dziś, to  jutro... Może  moja  Paszeńka  wygra dwieście  tysięcy... ma  los na 

loterii.

Raniewska:

Kawa wypita, możemy już iść spać.

Firs:

(szczotką czyści Gajewa, pouczająco)

Znowu nie te spodenki pan włożył. Mam ja się z panem!

Waria:

(cicho)

Ania śpi.

(Cicho otwiera okno)

Słońce już wzeszło, już nie zimno. Mamusiu, proszę spojrzeć: jakie cudne drzewa! 

Boże, jakie powietrze! Szpaki śpiewają!

Gajew:

(otwiera drugie okno)

Sad bielusieńki. Nie zapomniałaś, Lubo? Tamta długa aleja biegnie prosto, prosto, 

niby sznurek, błyszczy w księżycowe noce. Pamiętasz? Nie zapomniałaś?

Raniewska:

(patrzy przez okno na sad)

O, moje dzieciństwo, czyste moje dzieciństwo! Spałam w tym pokoju, stąd patrzałam 

na   ogród.   Szczęście   budziło   się   wraz   ze   mną   każdego   poranka,   i   wtedy   sad   był   taki 

samiuteńki, nic się nie zmieniło.

(Śmieje się z radości)

Cały bielutki! O, mój ogrodzie! Po ciemnej, słotnej jesieni i po mroźnej zimie znów 

jesteś młody, pełen szczęścia, niebiescy, aniołowie nie opuścili ciebie... Gdybyż można było z 

background image

piersi i ramion zdjąć mi ciężki głaz, gdybym mogła zapomnieć o swojej przeszłości!

Gajew:

Tak... a tymczasem, choć to bardzo dziwne, sad sprzedadzą za długi...

Raniewska:

Patrzajcie: mama nieboszczka idzie ogrodem... w białej sukni!

(Śmieje się z radości)

To ona.

Gajew:

Gdzie?

Waria:

Co też mamusia!

Raniewska:

Nie ma nikogo, przywidziało mi się. Na prawo, na zakręcie do altany, pochyliło się 

białe drzewko, przypomina postać kobiety.

(Wchodzi Trofimow, w wyszarzanym mundurze studenckim, w okularach)

Jaki zdumiewający ogród! Białe pęki kwiatów, błękitne niebo...

Trofimow:

Proszę pani!

(Raniewska ogląda się na niego)

Tylko się z panią przywitam i w tej chwili się wynoszę.

(Gorąco całuje ją w rękę)

Kazali mi czekać do rana, ale zabrakło mi cierpliwości...

(Raniewska patrzy zdumiona)

Waria:

(przez łzy)

To Pietia Trofimow...

background image

Trofimow:

Pietia Trofimow, były korepetytor Griszy... Czyżbym tak się zmienił?

(Raniewska ściska go i cicho płacze)

Gajew:

(zmieszany)

Luba, Luba, dajże pokój.

Waria:

(płacze)

Przecież mówiłam panu, Pietia, żeby zaczekać do jutra.

Raniewska:

Mój Grisza... mój chłopczyk... Grisza... synek...

Waria:

Cóż począć, mamusiu. Bóg tak chciał.

Trofimow:

(miękko, przez łzy)

No dosyć, dosyć...

Raniewska:

(cicho płacze)

Zginął chłopczyk, utonął... Dlaczego? Dlaczego, mój drogi?

(Ciszej)

Ania   tam   śpi,   a   ja   mówię   głośno...   hałasuję...   Jakże   tam,   Pietia?   Czemu   pan   tak 

zbrzydł? Czemu postarzał?

Trofimow:

W pociągu jakaś baba powiedziała o mnie: „oblazłe panisko”.

Raniewska:

Wtedy był pan jeszcze zupełnym chłopaczkiem, miłym studencikiem, a teraz włosy 

background image

rzadkie, okulary. Czyżby pan dotąd był studentem?

(Idzie ku drzwiom)

Trofimow:

Pewnie będę wiecznym studentem.

Raniewska:

(całuje brata, potem Warię)

No, idźcie spać... Tyś także postarzał, Leonidzie.

Piszczyk:

(idzie za nią)

A więc, teraz spać... Och, ta moja podagra. Przenocuję u państwa... Pani Lubo, duszko 

moja, gdyby mi pani tak jutro raniutko... 240 rubli...

Gajew:

A ten wciąż dokoła swoje.

Piszczyk:

240 rubli... procenty hipoteczne.

Raniewska:

Nie mam pieniędzy, kochany.

Piszczyk:

Ja zwrócę, moja droga... kwota bagatelna...

Raniewska:

No dobrze, Leonid da... Daj mu, Leonidzie...

Gajew:

A jakże! Nadstaw kieszeń!

Raniewska:

background image

No trudno, daj... Potrzebne mu... On zwróci.

(Raniewska, Trofimow, Piszczyk i Firs wychodzą. Zostają Gajew, Waria i Jasza)

Gajew:

Siostra jeszcze się nie odzwyczaiła od szastania pieniędzmi.

(Do Jaszy)

Oddal się, przyjacielu, cuchniesz kurą.

Jasza:

(z uśmieszkiem)

A pan Leonid jest taki sam, jak był.

Gajew:

(do Warii)

Co on powiedział?

Waria:

(do Jaszy)

Twoja   matka   przyszła   ze   wsi,   od   wczoraj   siedzi   w   czeladnej,   chce   się   z   tobą 

zobaczyć...

Jasza:

A niech ją tam...

Waria:

Wstydu nie masz!

Jasza:

Bardzo tu potrzebna. Mogłaby i jutro przyjść.

(Wychodzi)

Waria:

Mama ani troszeńkę się nie zmieniła. Gdyby jej pozwolić, wszystko by rozdała.

background image

Gajew:

Tak...

(Pauza)

Kiedy   ci   na   jaką   chorobę   ordynują   bardzo   dużo   środków,   to   znaczy,   że   choroba 

nieuleczalna. Zastanawiam się, natężam umysł, znajduję dużo sposobów, bardzo dużo, czyli 

w gruncie rzeczy żadnego. Dobrze by było dostać po kim spadek, dobrze byłoby wydać naszą 

Anię za bardzo zamożnego człowieka, dobrze byłoby pojechać do Jarosławia i spróbować 

szczęścia u cioci - hrabiny. Przecież ciotka jest strasznie, strasznie bogata.

Waria:

(płacze)

Gdybyż Bóg dopomógł.

Gajew:

Nie   becz.   Ciotka   bardzo   bogata,   ale   nas   nie   lubi.   Po   pierwsze,   siostra   wyszła   za 

adwokata przysięgłego, nieszlachcica.

(Ania staje w progu)

Wyszła za nieszlachcica i prowadziła się - nie powiem, żeby zanadto cnotliwie. Dobra 

jest, zacna, miła, bardzo ją kocham, ale mówcie sobie, co chcecie, wynajdujcie okoliczności 

łagodzące, i tak trzeba przyznać, że jest zepsuta. Wyczuwa się to w każdziutkim jej ruchu.

Waria:

(szeptem)

Ania stoi we drzwiach.

Gajew:

Że Co?

(Pauza)

Dziwna rzecz, coś mi wpadło do prawego oka... zacząłem źle widzieć. I w czwartek, 

kiedy byłem w sądzie okręgowym...

(Wchodzi Ania)

Waria:

Czemu ty nie śpisz, Aniu?

background image

Ania:

Jakoś nie mogę.

Gajew:

Malutka moja!

(Całuje jej twarz, ręce)

Dziecino moja...

(Przez łzy)

Tyś nie siostrzenica, tyś mój aniołek, moje wszystko. Wierz mi, wierz...

Ania:

Wierzę   ci,   wuju.   Wszyscy   cię   kochają,   szanują...   tylko,   drogi   wuju,   powinieneś 

milczeć, wciąż milczeć. Cóżeś ty przed chwilą mówił o mojej mamie, o twojej siostrze? Po co 

to mówiłeś?

Gajew:

Tak, tak...

(Ania ręką zasłania sobie twarz)

Rzeczywiście,   to   okropne!   Boże   mój!   Boże,   ratuj   mnie!   Dzisiaj   palnąłem   mówkę 

przed szafą... Tak głupio! I dopiero skończywszy zrozumiałem, że głupio.

Waria:

Doprawdy, wujaszku, powinieneś tylko milczeć. Milcz sobie i tyle.

Ania:

Jeśli będziesz milczał, to nawet dla ciebie lepiej.

Gajew:

Już milczę.

(Całuje ręce Ani i Warii)

Milczę. Tylko powiem o interesie. W czwartek byłem w sądzie okręgowym, no, zeszła 

się kompania, wszczęła się rozmowa o tym, o owym, piątym, dziesiątym i zdaje się, że jednak 

będzie można dostać pożyczkę na weksle, żeby zapłacić bankowi procenty.

background image

Waria:

Dałby to Bóg!

Gajew:

Pojadę tam we wtorek, jeszcze raz pogadam.

(Do Warii)

Nie becz.

(Do Ani)

Mama pomówi z Łopachinem; on jej na pewno nie odmówi... Ty zaś, jak odpoczniesz, 

pojedziesz   do   Jarosławia,   do   hrabiny,   twojej   babci.   Tak   oto   będziemy   działali   w   trzech 

kierunkach - i wszystko będzie dobrze. Procenty zapłacimy, to jak amen w pacierzu...

(Wkłada do ust karmelek)

Przysięgam ci na honor, na co chcesz, że majątek nie będzie sprzedany!

(W podnieceniu)

Przysięgam na swe szczęście! Masz tu moją rękę, nazwij mnie łotrem, hultajem, jeśli 

dopuszczę do licytacji! Przysięgam na życie!

Ania:

(wraca jej spokój, jest szczęśliwa)

Jakiś ty poczciwy, wujku, jaki mądry!

(Obejmuje go)

Teraz jestem spokojna! Spokojna! Szczęśliwa!

(Wchodzi Firs)

Firs:

(z wyrzutem)

Panie Leonidzie, bój się pan Boga! Kiedyż pan pójdzie spać?

Gajew:

Zaraz, zaraz. Idź sobie, Firs, sam się rozbiorę, mniejsza o to. No, dziateczki, lulać... 

Szczegóły jutro, a teraz idźcie spać.

(Całuje Anię i Warię)

Jestem człowiekiem lat osiemdziesiątych zeszłego wieku... Ludzie ganią owe czasy, a 

background image

jednak  mogę   powiedzieć,  żem   za  swe  przekonania  niemało   w życiu  wycierpiał.   Nie  bez 

kozery chłopi mnie lubią. Chłopów trzeba znać! Trzeba wiedzieć, z której...

Ania:

Wuju! Znowu!

Waria:

Wujaszku, powinieneś milczeć.

Firs:

(gniewnie)

Panie Leonidzie!

Gajew:

Idę, idę... Kładźcie się. Z dwóch boków do środka! Kładę czystą!

(Wychodzi, za nim drepcze Firs)

Ania:

Teraz jestem spokojna. Do Jarosławia nie chce mi się jechać, nie lubię babci, jednak 

uspokoiłam się. Jestem wdzięczna wujowi.

(Pauza)

Waria:

Trzeba spać. Idę. A tu w czasie twojej nieobecności zdarzyła się taka przykrość. Jak ci 

wiadomo, w dawnej czeladnej mieszkają tylko stare sługi: Jefimuszka, Pola, Jewstigniej, no i 

Karp. Zaczęli do siebie wpuszczać na nocleg jakichś przybłędów - ja nic, milczę. Ale raptem 

słyszę, że puścili plotkę, jakobym kazała żywić ich samym grochem. Że to, uważasz, taka 

jestem skąpa... To wszystko ten Jewstigniej... A, myślę sobie, dobrze. Jeżeli tak, to zaczekaj. 

Sprowadzam Jewstignieja...

(Ziewa)

Przychodzi... Jakże mogłeś, Jewstignieju, głupi człowieku, powiadam...

(Spojrzawszy na Anię)

Anusiu!...

(Pauza)

background image

Zasnęła...

(Bierze Anię pod rękę)

Chodźmy do łóżeczka... Chodźmy!

(Prowadzi ją)

Złotko moje zasnęło! Chodźmy...

(Idą.   Daleko   za   ogrodem   pastuch   gra   na   fujarce,   Trofimow   idzie   przez   scenę; 

zobaczywszy Warię i Anię, przystaje)

Tsss... Śpi... śpi... Chodźmy, moja złota.

Ania:

(cicho, w półśnie)

Tak się zmęczyłam... Wciąż dzwoneczki... Wuju... dobry... i mama, i wuj...

Waria:

Chodźmy, złotko, chodźmy...

(Idą do pokoju Ani)

Trofimow:

(z rozczuleniem)

Słoneczko moje! Moja wiosenka!

Kurtyna

background image

AKT DRUGI

Pole. Stara, przekrzywiona, od dawna opuszczona kapliczka, przy niej studnia, duże 

kamienie,   które   kiedyś   snadź   były   płytami   grobowymi,   i   stara   ławka.   Widać   drogę   do 

folwarku Gajewa. W głębi wysokie topole: tam się zaczyna wiśniowy sad. Opodal szereg 

słupów telegraficznych, a daleko, daleko na widnokręgu mgliście się zarysowuje duże miasto, 

widoczne tylko w bardzo piękne, jasne dni. Wkrótce słońce zajdzie. Szarlota, Jasza i Duniasza 

siedzą na ławce; Jepichodow stoi obok i gra na gitarze; wszyscy siedzą zamyśleni. Szarlota 

jest w starej męskiej czapce; zdjęła z ramienia dubeltówkę i poprawia sprzączkę na rzemieniu.

Szarlota:

(w zadumie)

Nie mam prawdziwego paszportu, nie wiem, ile mam lat i wciąż mi się wydaje, że 

jestem   młodziutka.   Kiedy   byłam   małą   dziewczynką,   mój   ojciec   i   mamusia   jeździli   po 

jarmarkach i dawali przedstawienia, bardzo ładne. A ja robiłam salto mortale i różne sztuczki. 

I kiedy tatuś i mamusia umarli, wzięła mnie do siebie jedna niemiecka pani i zaczęła mnie 

uczyć Dobrze. Wyrosłam, potem poszłam na guwernantkę. Ale skąd jestem, com za jedna - 

nie wiem... Kto byli moi rodzice - może nie brali ślubu - nie wiem.

(Wyjmuje z kieszeni ogórek i je)

Nic nie wiem.

(Pauza)

Tak się chce pogawędzić, a nie ma z kim... Nikogo nie mam.

Jepichodow:

(gra na gitarze i śpiewa)

„Nie ma świat władzy nade mną. Co mi przyjaciel i wróg”... Jak to przyjemnie grać na 

mandolinie!

Duniasza:

To gitara, a nie mandolina.

(Przegląda się w lusterku i pudruje)

Jepichodow:

Dla szaleńca, który jest zakochany, jest to mandolina...

background image

(Nuci)

„Byleby miłość wzajemna serce rozgrzała mi znów...”

(Jasza podśpiewuje)

Szarlota:

Okropnie śpiewają ci ludzie... pfuj! Jak szakale.

Duniasza:

(do Jaszy)

A jednak to szczęście: zwiedzić zagranicę.

Jasza:

Tak, naturalnie. Nie mogę się z panną nie zgodzić.

(Ziewa, potem zapala cygaro)

Jepichodow:

Rzecz jasna. Za granicą wszystko już dawno jest w zupełnym komplecie.

Jasza:

Ma się rozumieć.

Jepichodow:

Jestem człowiekiem oświeconym, czytam różne wybitne książki, ale w żaden sposób 

nie   mogę   ująć   kierunku,   czego   mi   się   właściwie   chce,   czy   mam   żyć,   czy   zastrzelić   się, 

właściwie mówiąc, ale nie mniej przeto zawsze noszę przy sobie rewolwer. Oto on...

(Pokazuje rewolwer)

Szarlota:

Skończyłam. Teraz pójdę sobie.

(Wkłada dubeltówkę na plecy)

Słuchaj, Jepichodow, człowiek z ciebie bardzo rozumny i bardzo straszny. Kobiety 

zapewne szalenie się w tobie kochają. Brrr!

(Idzie)

Wszyscy ci mądrale są tacy głupi, że nie ma z kim porozmawiać... Wciąż sama, sama, 

background image

nikogo nie mam i... com ja za jedna, po co żyję - nie wiadomo...

(Wychodzi bez pośpiechu)

Jepichodow:

Właściwie  mówiąc,   że  już  nie   poruszę   innych  tematów,   zmuszony  jestem  między 

innymi   wyrazić  się  o sobie,  iż  los  traktuje   mnie  bez  litości,   podobnie  jak  burza  traktuje 

niewielki statek. Jeżeli, dajmy na to, jestem w błędzie, w takim razie po cóż ja się dziś rano 

budzę,   mówiąc   przykładowo,   patrzę,   a   na   mojej   piersi   znajduje   się   straszliwej   wielkości 

pająk... Taki oto.

(Pokazuje obiema rękami)

Albo znowuż biorę kwasu, żeby się napić, spoglądam - a tam tkwi coś w najwyższym 

stopniu nieprzyzwoitego, w rodzaju karalucha.

(Pauza)

Czytaliście Buckle'a?

(Pauza)

Życzyłbym sobie pofatygować panią na parę słów, panno Awodotio.

Duniasza:

Słucham.

Jepichodow:

Rad bym z panią w cztery oczy...

(Wzdycha)

Duniasza:

(zmieszana)

Dobrze... tylko najpierw proszę mi przynieść moją pelerynkę... Jest koło szafy... tu 

troszeczkę wilgotno.

Jepichodow:

Owszem, przyniosę... Teraz wiem, co mam uczynić ze swym rewolwerem...

(Bierze gitarę i odchodzi, pobrzękując)

Jasza:

background image

„Dwadzieścia dwa nieszczęścia”! Głupi człowiek, mówiąc między nami.

(Ziewa)

Duniasza:

Gotów się, nie daj Boże, zastrzelić.

(Pauza)

Zrobiłam się trwożliwa, ciągle się niepokoję. Jeszcze jako dziewczynkę wzięto mnie 

do państwa, odzwyczaiłam się od prostego życia, ręce mam białe, bielutkie, niby panienka. 

Stałam się taka subtelna, taka delikatna, szlachetna, wszystkiego się boję... Aż mi strach. 

Jeżeli pan Jasza mnie oszuka, nie wiem, co będzie z moimi nerwami.

Jasza:

(całuje ją)

Jabłuszko! Naturalnie, każda dziewczyna powinna dbać o siebie, i ja nade wszystko 

nie lubię, jeżeli dziewczyna jest złego prowadzenia.

Duniasza:

Namiętnie   pana   pokochałam,   pan   jest   wykształcony,   o   wszystkim   potrafi   pan 

rozumować.

(Pauza)

Jasza:

(ziewa)

Ta- tak... Jestem takiego zdania: jeżeli dziewczyna kogo kocha, oznacza to, że jest 

niemoralna.

(Pauza)

Miło jest wypalić cygaro na czystym powietrzu...

(Nasłuchuje)

Tu ktoś idzie... To państwo.

(Duniasza porywczo go obejmuje)

Idź panna do domu, jak gdybyś chodziła kąpać się w rzece, idź tą dróżką, bo mogą nas 

spotkać i pomyśleć, że jestem z panną na schadzce. Nie znoszę tego.

Duniasza:

background image

(cicho chrząka)

Od cygara rozbolała mnie głowa...

(Wychodzi.   Jasza   zostaje,   siedzi   koło   kaplicy.   Wchodzą:   Raniewska,   Gajew   i 

Łopachin)

Łopachin:

Trzeba ostatecznie zdecydować się - czas nagli. Przecież sprawa jest bagatelna. Czy 

zgadzają się państwo dać ziemię pod letniska, czy nie? Proszę mi odpowiedzieć jedno słowo: 

tak czy nie? Tylko jedno słowo!

Raniewska:

Kto tutaj pali takie wstrętne cygara?...

(Siada)

Gajew:

Przeprowadzono kolej żelazną i zrobiło się wygodnie.

(Siada)

Pojechaliśmy do miasta, zjedli śniadanie... Żółtą do środka! Powinienem był najpierw 

pójść do domu, zagrać jedną partyjkę...

Raniewska:

To nie ucieknie.

Łopachin:

Tylko jedno słowo!

(Błagalnie)

Proszę mi odpowiedzieć!

Gajew:

(ziewając)

Że co?

Raniewska:

(zagląda do swej sakiewki)

background image

Wczoraj   było   dużo   pieniędzy,   a   dziś   zupełnie   mało.   Moja   biedna   Waria   dla 

oszczędności   karmi  wszystkich   mleczną   zupą,  w czeladnej   daje  starym  tylko  groch,  a  ja 

szastam bez sensu.

(Opuszcza sakiewkę, rozsypują się złote monety)

Masz tobie, rozsypały się...

(jest niezadowolona)

Jasza:

Pani pozwoli, zaraz pozbieram.

(Zbiera monety)

Raniewska:

Bardzo  proszę,  Jaszo.  I  po  co   ja  jeździłam  na   to  śniadanie...  Marniutka   ta   wasza 

restauracja z muzyką, obrusy czuć mydłem. Po co tak dużo pić, Lonia? Po co tak dużo jeść? 

Po co tak dużo mówić? Dzisiaj w restauracji znowu mówiłeś dużo i wszystko od rzeczy. O 

siedemdziesiątych latach, o dekadentach. I komuż to? Kelnerom mówić o dekadentach!

Łopachin:

Tak.

Gajew:

(macha ręką)

Jestem niepoprawny, to jasne...

(Z rozdrażnieniem, do Jaszy)

Czemu wciąż mi się kręcisz pod oczami...

Jasza:

(śmieje się)

Nie mogę bez śmiechu słyszeć pańskiego głosu.

Gajew:

(do siostry)

Albo ja, albo on...

background image

Raniewska:

Proszę sobie iść, Jaszo! proszę iść...

Jasza:

(wręcza Raniewskiej sakiewkę)

Zaraz idę.

(Z trudem powstrzymuje się od śmiechu)

W tej chwileczce...

(Wychodzi)

Łopachin:

Majątek państwa ma zamiar kupić bogacz Dieriganow. Podobno przyjedzie sam na 

przetarg.

Raniewska:

Skąd pan wie?

Łopachin:

W mieście tak mówią.

Gajew:

Jarosławska ciocia obiecała przysłać, lecz kiedy i ile przyśle - nie wiadomo...

Łopachin:

Ile przyśle? Jakie sto tysięcy? Dwieście?

Raniewska:

Skądże... Z dziesięć, piętnaście, a i to daj Boże.

Łopachin:

Przepraszam,   ale   takich   lekkomyślnych   ludzi   jak   wy,   moi   państwo,   takich 

nierzeczowych, dziwnych, jeszczem nie spotkał. Mówię wam wyraźnie, że majątek idzie na 

sprzedaż, a wy jakbyście nie rozumieli.

background image

Raniewska:

Cóż mamy począć? Niech pan poradzi.

Łopachin:

Ależ ja radzę codziennie. Dzień w dzień powtarzam jedno i to samo. I sad wiśniowy, i 

ziemię trzeba koniecznie wydzierżawić pod letniska, zrobić to niezwłocznie, czym prędzej - 

licytacja tuż, tuż! Zrozumcież nareszcie! Zdecydujcie się, państwo, wreszcie na te letniska, a 

wtedy dostaniecie, ile chcecie, pieniędzy i będziecie uratowani.

Raniewska:

Letniska, letnicy - to wszystko takie pospolite, wybaczy pan.

Gajew:

Najzupełniej się z tobą zgadzam.

Łopachin:

Albo   wybuchnę   płaczem,   albo   będę   wrzeszczał,   albo   zemdleję.   Już   nie   mogę! 

Zmęczyli mnie państwo!

(Do Gajewa)

Baba z pana!

Gajew:

Że co?

Łopachin:

Baba!

(Chce odejść)

Raniewska:

(z przestrachem)

Nie, proszę nie odchodzić, proszę zostać, złotko. Zaklinam pana. Może wspólnie co 

obmyślimy.

Łopachin:

background image

Ale cóż tu obmyślać?

Raniewska:

Niech pan nie idzie, błagam. Przy panu jednak jakoś raźniej...

(pauza)

Wciąż czekam na coś, jakby dach miał nam runąć na głowę.

Gajew:

(w głębokiej zadumie)

Dublet do rogu... Croise do środka...

Raniewska:

Za dużośmy nagrzeszyli.

Łopachin:

Jakie tam pani ma grzechy...

Gajew:

(wkłada karmelek do ust)

Powiadają, że ja cały majątek puściłem na karmelki...

(Śmieje się)

Raniewska:

O, mam grzechy... Zawsze trwoniłam pieniądze bez pamięci, jak wariatka i wyszłam 

za człowieka, który tylko robił długi. Mąż mój umarł przez szampana - straszliwie pił - i na 

nieszczęście   pokochałam   innego,   zeszliśmy   się,   i   akurat   wtedy   -   była   to   pierwsza   kara, 

uderzenie prosto w głowę - oto tutaj w rzece... utonął mój chłopczyk, więc wyjechałam za 

granicę, wyjechałam na zawsze, żeby nigdy nie wrócić, nie widzieć tej rzeki. Zamknęłam 

oczy, uciekłam, nieprzytomna, a on za mną... bezlitośnie, grubiańsko. Nabyłam willę pod 

Mentoną, ponieważ on tam zachorował, i przez trzy lata nie zaznałam odpoczynku ani dniem, 

ani nocą; chory zmęczył mnie, dusza mi zwiędła. A w zeszłym roku, kiedy willę sprzedano za 

długi,   wyjechałam   do   Paryża,   a   on   mnie   tam   obrabował,   porzucił,   wziął   sobie   inną, 

próbowałam się otruć... Takie to głupie, tak mi wstyd... I raptem pociągnęło mnie do Rosji, do 

ojczyzny, do mojej córeczki...

background image

(Ociera łzy)

Boże, Boże, bądź miłościw, odpuść mi grzechy moje! Już mnie więcej nie karz!

(Wyjmuje z kieszeni depeszę)

Otrzymałam to dziś - z Paryża... Błaga o przebaczenie, zaklina, żebym wróciła...

(Drze depeszę)

Czy to gdzieś grają?

(Nasłuchuje)

Gajew:

To nasza przesławna kapela żydowska. Pamiętasz? Czworo skrzypiec, flet i basetla.

Raniewska:

Dotąd istnieje? Trzeba by ich kiedyś sprowadzić do nas , urządzić wieczorek.

Łopachin:

(nasłuchując)

Nie słyszę...

(Cicho nuci)

„Za pieniądze, Rosjanina Szwaby sfrancuziły”.

(Śmieje się)

Jaką ja wczoraj sztukę widziałem w teatrze, bardzo zabawną.

Raniewska:

Jestem pewna, że nic tam zabawnego nie było. Nie sztuki teatralne, tylko samych 

siebie powinni byście częściej oglądać. Jak wy wszyscy żyjecie szaro, jak dużo mówicie 

rzeczy niepotrzebnych.

Łopachin:

To prawda. Trzeba powiedzieć otwarcie: żyjemy jak idioci.

(Pauza)

Mój tata był chłopem, idiotą, nic nie rozumiał, mnie nie uczył, tylko po pijanemu bijał, 

i to zawsze kijem. Na dobrą sprawę, i ja jestem taki sam bałwan i idiota. Niczego się nie 

nauczyłem, charakter pisma mam podły, piszę tak, że wstyd ludziom pokazać, zupełnie jak 

świnia.

background image

Raniewska:

Powinieneś się pan ożenić, mój drogi.

Łopachin:

Tak... To prawda.

Raniewska:

Z naszą Warią. To dobra dziewczyna.

Łopachin:

Tak.

Raniewska:

Jest prostego pochodzenia, pracuje od świtu do nocy, a grunt, że pana kocha. A i panu 

podoba się od dawna.

Łopachin:

Ha, nie jestem od tego... To bardzo dobra dziewczyna.

(Pauza)

Gajew:

Proponują mi posadę w banku. Sześć tysięcy rocznie... Słyszałaś?

Raniewska?

Gdzież to dla ciebie! Siedź spokojnie i tyle!...

(Wchodzi Firs, niesie palto)

Firs:

(do Gajewa)

Niech pan włoży, proszę pana, bo wilgoć.

Gajew:

(wkłada palto)

Nudzisz mnie bracie.

background image

Firs:

To nic... Wyjechał pan z rana nie opowiedziawszy się.

(Ogląda Gajewa)

Raniewska:

Jakeś ty się postarzał, Firs!

Firs:

Co pani każe?

Łopachin:

Pani mówi, że bardzo się postarzałeś!

Firs:

Długo żyję. Kiedy chcieli mnie żenić, paninego tatusia nie było jeszcze na świecie...

(Śmieje się)

A jak  znieśli  pańszczyznę,  byłem  już   starszym  kamerdynerem.  Nie  zgodziłem  się 

wtedy iść na wolność, zostałem przy państwu...

(Pauza)

Pamiętam: wszyscy się cieszą - ale czego się cieszą, sami nie wiedzą.

Łopachin:

Przedtem było bardzo dobrze. Przynajmniej chłostano.

Firs:

(nie dosłyszawszy)

A  pewnie,  chłopi  przy  panach,  panowie  przy  chłopach,   a teraz  wszystko  do  góry 

nogami, nic zrozumieć nie można.

Gajew:

Nie gadaj już, Firs. Muszę jutro jechać do miasta.

Obiecano zaznajomić mnie z pewnym generałem, który mógłby pożyczyć na weksel.

background image

Łopachin:

Nic z tego nie będzie. I nie zapłaci pan procentów - więcej niż pewne.

Raniewska:

Lonia bredzi. Nie ma żadnych generałów.

(Wchodzą: Trofimow, Ania i Waria)

Gajew:

Oto i nasi.

Ania:

A mama siedzi.

Raniewska:

(tkliwie)

Chodź, chodź... Moje złociste...

(Ściska Anię i Warię)

Nawet nie wiecie, jak was kocham. Usiądźcie tutaj, bliziutko przy mnie.

(Wszyscy siadają)

Łopachin:

Nasz wieczny student wciąż spaceruje z panienkami.

Trofimow:

Nie pana rzecz.

Łopachin:

Wkrótce skończy pięćdziesiąt lat, a dotychczas jest studentem.

Trofimow:

Dosyć już tych idiotycznych żartów.

Łopachin:

Czemu obrażasz się, cudaku?

background image

Trofimow:

Bo nie czepiaj się pan.

Łopachin:

(śmieje się)

Pozwoli szanowny pan zapytać, jak się pan na mnie zapatruje?

Trofimow:

Zapatruję   się   na   pana,   panie   Jermołaju,   tak:   jest   pan   bogaty,   wkrótce   będzie   pan 

milionerem.   Otóż   -   podobnie   jak   do   przemiany   materii   potrzebny   jest   drapieżny   zwierz 

pożerający wszystko, co mu się nawinie, tak i pan jest potrzebny.

(Wszyscy się śmieją)

Waria:

Lepiej niech Piotr opowie o planetach.

Raniewska:

Nie, skończmy lepiej wczorajszą rozmowę.

Trofimow:

O czym to?

Gajew:

O człowieku dumnym.

Trofimow:

Wczoraj długośmy mówili, lecz do niczego nie doszliśmy. W człowieku dumnym, w 

waszym ujęciu, jest coś mistycznego. Może na swój sposób macie słuszność, ale gdy się 

rozumuje po prostu, bez mędrkowania, cóż to za duma! Czy jest w niej choć sensu, skoro 

fizjologicznie   rzecz   biorąc,   człowiek   jest   zbudowany   dość   licho,   skoro   w   olbrzymiej 

większości   wypadków   jest   ordynarny,   niemądry,   głęboko   nieszczęśliwy.   Trzeba   przestać 

zachwycać się sobą. Należałoby tylko pracować.

background image

Gajew:

I tak pomrzemy.

Trofimow:

Kto wie? I co to znaczy: umrzeć? Może człowiek posiada sto zmysłów, ze śmiercią 

traci tylko pięć znanych nam, reszta zaś - czyli dziewięćdziesiąt pięć - pozostaje żywa.

Raniewska:

Jaki pan mądry, Pietia!...

Łopachin:

(ironicznie)

Okropnie!

Trofimow:

Ludzkość   kroczy   naprzód   doskonaląc   swe   siły.   Wszystko,   co   teraz   jest   dla   niej 

nieosiągalne,   stanie   się   kiedyś   bliskie,   zrozumiałe,   tylko   trzeba   pracować,   z   całych   sił 

pomagać  tym,  którzy szukają prawdy. U nas, w Rosji, pracuje na razie  bardzo niewielu. 

Ogromna większość tej inteligencji, którą znam, niczego nie szuka, nic nie robi i do pracy jest 

tymczasem   niezdolna.   Nazywają   siebie   inteligencją,   a   do   służby   mówią   „ty”,   chłopów 

traktują jak bydło, marnie się uczą, nic poważnego nie czytają, zgoła nic nie robią, o naukach 

gawędzą tylko, na sztuce się nie znają. Wszyscy są bardzo serio, wszyscy robią surowe miny, 

wszyscy   prawią   tylko   o   sprawach   doniosłych,   filozofują,   a   tymczasem   wszyscy   patrzą 

spokojnie   na   to,   że   robotnicy   jedzą   obrzydliwie,   śpią   bez   poduszek,   po   trzydziestu, 

czterdziestu   w   jednej   izbie,   wszędzie   pluskwy,   smród,   wilgoć,   plugastwo   moralne...   I 

oczywiście wszystkie piękne słowa są tylko po to, żeby mydlić oczy sobie i innym. Pokażcie 

mi, gdzie tu u nas ochronki, o których tak dużo i często się gada, gdzie czytelnie? Tylko w 

powieściach pisze się o nich, w rzeczywistości nie ma ich wcale. Jest tylko brud, szarzyzna, 

Azja.  Boję  się  i  nie  lubię  zbyt   poważnych  min,   boję  się poważnych  rozmów.  Już  lepiej 

milczmy.

Łopachin:

Ja, na przykład, wstaję przed piątą rano, pracuję do wieczora, wciąż mam u siebie 

pieniądze własne i cudze, i widzę, jacy są ludzie dokoła. Dopiero kiedy człowiek zacznie coś 

background image

robić, zorientuje się, jak mało jest uczciwych, porządnych ludzi. Czasem, nie mogąc zasnąć, 

myślę sobie: „Boże dałeś nam olbrzymie lasy, rozlegle pola, szerokie horyzonty, więc żyjąc 

tutaj, my sami powinniśmy właściwie być wielkoludami...”

Raniewska:

Zachciało się panu wielkoludów... Wielkoludy tylko w bajkach są dobrzy, w życiu 

przerażają.

(W głębi sceny przechodzi Jepichodow grając na gitarze. Raniewska mówi zadumana)

Idzie Jepichodow...

Ania:

(powtarza zamyślona)

Idzie Jepichodow.

Gajew:

Słońce zaszło moi państwo.

Trofimow:

Tak.

Gajew:

(niegłośno, jakby deklamując)

O przyrodo, o cudo, połyskujesz wieczystym promieniowaniem, piękna i obojętna, ty, 

którą zwiemy matką, kojarzysz w sobie byt i śmierć, żywisz i niszczysz...

Waria:

(błagalnie)

Wujaszku!

Ania:

Wujaszku, znowu!

Trofimow:

Niech pan lepiej - żółtą do środka dubletem.

background image

Gajew:

Milczę, milczę.

(Wszyscy siedzą zamyśleni. Cisza. Słychać tylko, jak cicho mruczy Firs. Nagle daje 

się słyszeć odległy łoskot, jakby z nieba, niby dźwięk pękającej struny, zamierający, smutny)

Raniewska:

Co to?

Łopachin:

Nie wiem. Pewnie gdzieś daleko w kopalni oberwało się wiadro. Ale to gdzieś bardzo 

daleko.

Gajew:

A może jaki ptak... W rodzaju czapli.

Trofimow:

Albo puchacz.

Raniewska:

(drgnąwszy)

Jakoś zrobiło się nieprzyjemnie.

(Pauza)

Firs:

Przed nieszczęściem było tak samo: sowy wrzeszczały, i samowar dudnił bez przerwy.

Gajew:

Przed jakim nieszczęściem?

Firs:

Przed zniesieniem pańszczyzny.

(Pauza)

background image

Raniewska:

Wiecie co, moi drodzy, chodźmy, już się ma pod wieczór.

(Do Ani)

W oczach masz łzy... Co ci jest, dziecinko?

(Obejmuje ją)

Ania:

Tak sobie, mamo. Nic.

Trofimow:

Ktoś idzie.

(Ukazuje   się   Przechodzień   w   białej   zniszczonej   czapce,   w   płaszczu;   jest   z   lekka 

podpity)

Przechodzień:

Pozwolą państwo zapytać, czy mogę przejść tędy wprost na dworzec?

Gajew:

Owszem, idź pan tą oto drogą.

Przechodzień:

Najuprzejmiej panu dziękuję.

(Odkaszlnąwszy)

Pogoda przepiękna...

(Deklamatorsko)

„Bracie mój, cierpiący bracie...” „Wyjdź na Wołgę, której jęki”...

(Do Warii)

Mademuazel, raczy pani głodnemu Rosjaninowi jakie trzydzieści kopiejek...

(Waria przestraszona wydaje okrzyk)

Łopachin:

(z gniewem)

Każde chamstwo musi też mieć jakieś granice.

background image

Raniewska:

(zaskoczona)

Proszę... Ma pan...

(Szuka w sakiewce)

Srebra nie ma... Wszystko jedno, ma pan złotą monetę...

Przechodzień:

Najuprzejmiej dziękuję.

(Wychodzi; śmiech)

Waria:

(przestraszona)

Pójdę   sobie...   pójdę...   Ach,   mamusiu,   w   domu   ludzie   nie   mają   co   jeść,   a   ty   mu 

oddajesz ostatni złoty pieniądz.

Raniewska:

Trudna rada z taką głupią! W domu oddam ci wszystko, co mam. Panie Jermołaju, pan 

mi jeszcze pożyczy!

Łopachin:

Do usług.

Raniewska:

Chodźmy,   moi   państwo,   już   czas.   Wiesz,   Wariu?   Myśmy   ciebie   tu   wyswatali; 

winszuję.

Waria:

(przez łzy)

Mamo, z tego nie trzeba żartować.

Łopachin:

„Ochmelio, idź do klasztoru”...

Gajew:

background image

Drżą mi ręce: dawno nie grałem w bilard.

Łopachin:

„Ochmelio, nimfo, w modłach swoich pamiętaj o moich grzechach!”

Raniewska:

Chodźmy, wkrótce kolacja.

Waria:

Przestraszył mnie. Serce aż się tłucze.

Łopachin:

Przypominam   państwu:   dwudziestego   drugiego   sierpnia   wiśniowy   sad   będzie 

wystawiony na sprzedaż. Proszę o tym pomyśleć... Proszę pomyśleć...

(Wychodzą wszyscy prócz Trofimowa i Ani)

Ania:

(ze śmiechem)

Dobrze, że przechodzień przestraszył Warię: teraz jesteśmy sami.

Trofimow:

Waria się boi; a nuż się zakochamy, i całymi dniami nie odstępuje nas na krok. W jej 

ciasnej głowie nie może się pomieścić, żeśmy wyżsi nad miłość. Ominąć te płycizny ułudy, 

które nie pozwalają człowiekowi być wolnym i szczęśliwym - oto cel i sens naszego życia. 

Naprzód!   Kroczymy   niepowstrzymanie   ku   jasnej   gwieździe,   która   płonie   tam   daleko! 

Naprzód! Naprzód! Razem, przyjaciele!

Ania:

(z podziwu składa ręce)

Jak pan pięknie mówi!

(Pauza)

Dzisiaj jest tutaj przecudnie!

Trofimow:

background image

Tak, pogoda nadzwyczajna.

Ania:

Co pan ze mną zrobił, Pietia, czemu ja już nie lubię wiśniowego sadu tak jak dawniej. 

Kochałam go tak czule, myślałam, że na całej ziemi nie ma miejsca piękniejszego niż nasz 

sad.

Trofimow:

Cała Rosja jest naszym sadem. Ziemia to wielka i piękna, jest na niej wiele cudnych 

zakątków.

(Pauza)

Niech   się   pani   zastanowi,   Aniu:   pani   dziad,   pradziad,   wszyscy   przodkowie   byli 

pańszczyźnianymi panami, władcami żywych dusz, więc czy z każdej wiśni w ogrodzie, z 

każdego listka, z każdego pnia nie spoglądają na panią istoty ludzkie, czyż naprawdę nie 

słyszy   pani   głosów...   Władanie   żywymi   duszami   -   przecież   to   z   gruntu   zmieniło   was 

wszystkich żyjących dawniej i teraz, tak że ani pani matka, ani pani, ani pani wuj nie zdają 

już sobie sprawy, że żyją na kredyt, na cudzy rachunek, na rachunek tych ludzi, których 

wpuszczacie   najwyżej   do   przedpokoju.   Co   tu   gadać!   Jesteśmy   spóźnieni   co   najmniej   o 

dwieście lat., nie mamy jeszcze nic zgoła, nie posiadamy właściwego stosunku do przeszłości, 

filozofujemy tylko, narzekamy na nudę albo pijemy wódkę. Przecie to takie proste: ażeby 

zacząć żyć prawdziwym życiem, trzeba najpierw odkupić naszą przeszłość, skończyć z nią, 

odkupić zaś ją można tylko cierpieniem, tylko nadzwyczajną, nieprzerwaną pracą. Musi pani 

to zrozumieć, Aniu!

Ania:

Dom, w którym mieszkamy, dawno już nie jest naszym domem, i ja go opuszczę, daję 

panu słowo.

Trofimow:

Jeżeli ma pani klucze od gospodarstwa, proszę je wrzucić do studni i uchodzić stąd. 

Trzeba być wolną jak wiatr.

Ania:

(zachwycona)

background image

Jak pięknie to pan wyraził!

Trofimow:

Proszę mi wierzyć, Aniu, proszę mi wierzyć! Nie mam jeszcze trzydziestki, jestem 

młody, jestem jeszcze studentem, ale już tyle przecierpiałem! Kiedy nastaje zima, bywam 

głodny, chory, niespokojny, biedny jak nędzarz i... Gdzie mnie los nie zapędzał, gdzie się 

tylko nie kołatałem! A jednak dusza moja zawsze, w każdej chwili, w dzień i w nocy, była 

pełna niewymownych przeczuć. Przeczuwam szczęście, Aniu, już je widzę...

Ania:

(w zadumie)

Wschodzi księżyc.

(Słychać, jak Jepichodow gra na gitarze wciąż tę samą smętną piosenkę; wschodzi 

księżyc; gdzieś pod topolami Waria szuka Ani i woła: „Aniu! Gdzie jesteś?”)

Trofimow:

Tak, wschodzi księżyc.

(Pauza)

Oto szczęście, oto ono, zbliża się coraz bardziej, słyszę już jego kroki, a choćbyśmy 

go nie zobaczyli, nie doznali, no to cóż? Ujrzą je inni!

Głos Warii:

Aniu! Gdzie jesteś?

Trofimow:

Znowu ta Waria!

(Gniewnie)

Oburzające!

Ania:

No to cóż, chodźmy nad rzekę. Pięknie tam.

Trofimow:

Chodźmy.

(Idą)

background image

Głos Warii:

Aniu! Aniu!

Kurtyna

background image

AKT TRZECI

Bawialnia łukiem oddzielona  od salonu; palą się kandelabry. Słychać, jak w sieni 

przygrywa kapela żydowska, o której była mowa w akcie II. Wieczór. W salonie tańczą grand 

rond (wielkie koło; figura taneczna). Głos Simeonowa-Piszczyka: „Promenada a une paire! 

(para za parą; figura taneczna)”. Wchodzą do bawialni: w pierwszej parze Piszczyk i Szarlota, 

w drugiej Trofimow i Raniewska, w trzeciej - Ania z urzędnikiem pocztowym, w czwartej - 

Waria z zawiadowcą stacji itd. Waria cicho płacze i tańcząc ociera łzy. W ostatniej parze 

Duniasza.   Idąc   przez   bawialnię,   Piszczyk   woła:   „Grand   rond,   balancez!   (wielkie   koło, 

balansujemy)” oraz „Les cavaliers a genoux et remerciez vos dames! (kawalerowie na kolana 

i dziękują paniom). Firs we fraku przynosi na tacy wodę salcerską; wchodzą do bawialni: 

Piszczyk i Trofimow.

Piszczyk:

Jestem apoplektykiem, miałem już dwa ataki, trudno mi tańczyć, ale jak to się mówi - 

kiedy   przyjdziesz   między   wrony,   musisz   krakać   jako   one.   Zdrowie   mam   końskie.   Mój 

nieboszczyk rodzic, facecjonista, Panie świeć nad jego duszą, na temat naszego pochodzenia 

mawiał, że niby nasz starożytny ród Simeonowów-Piszczyków wywodzi się od tego właśnie 

konia, którego Kaligula posadził w senacie...

(Siada)

Ale w tym sęk, że nie mam pieniędzy! Co kogo boli, ten o tym gwoli...

(Chrapie, ale zaraz się budzi)

Więc i ja też... mogę tylko o pieniądzach...

Trofimow:

W pańskiej figurze jest rzeczywiście coś końskiego.

Piszczyk:

Ha... Koń to dobre bydlę... Konia można sprzedać...

(Słychać, jak w sąsiednim pokoju grają w bilard; w salonie pod łukiem ukazuje się 

Waria)

Trofimow:

(przekomarza się)

background image

Madame Łopachin! Madame Łopachin!

Waria:

(z gniewem)

„Oblazłe panisko!”

Trofimow:

Tak, jestem oblazłe panisko i szczycę się tym!

Waria:

(z pełną goryczy zadumą)

Wynajęliśmy muzykantów, ale z czego im zapłacimy?

(Wychodzi)

Trofimow:

(do Piszczyka)

Gdyby   tę   energię,   którą   pan   w   ciągu   całego   życia   zaprzepaścił   na   poszukiwanie 

pieniędzy, na spłatę procentów, zużytkował pan na co innego, to prawdopodobnie w końcu 

mógłby pan ziemię poruszyć z posad.

Piszczyk:

Nietzsche... filozof... największy... najznakomitszy... człowiek olbrzymiego rozumu, 

powiada w swoich dziełach, że można robić fałszywe papierki.

Trofimow:

Pan czytał Nietzschego?

Piszczyk:

N-no... Daszeńka mi mówiła. A ja jestem teraz w takiej sytuacji, że gotów jestem 

fałszować pieniądze... Pojutrze mam zapłacić 310 rubli... 130 już zdobyłem...

(Maca się po kieszeniach z niepokojem)

Pieniądze mi zginęły, zgubiłem pieniądze!

(Ze łzami w głosie)

Gdzie pieniądze?

background image

(Z radością)

Są, za podszewką... Aż się zgrzałem...

(Wchodzą: Raniewska i Szarlota)

Raniewska:

(nucąc)

Czemu tak długo nie ma Leonida? Co on robi w mieście?

(Do Duniaszy)

Duniaszo, trzeba poczęstować muzykantów herbatą...

Trofimow:

Najprawdopodobniej nie doszło dziś do przetargu.

Raniewska:

I muzykanci przyszli nie w porę, i ten bal urządziliśmy nie w porę... Ale mniejsza o 

to...

(Siada i nici cicho)

Szarlota:

(podaje Piszczykowi talię kart)

Ma pan talię kart, proszę którąś zamyślić.

Piszczyk:

Zamyśliłem.

Szarlota:

Teraz niech pan tasuje. Doskonale. Daj pan tu, o mój drogi panie Piszczyk. Ein, zwei, 

drei! Teraz niech pan szuka, leży ona w pańskiej bocznej kieszeni...

Piszczyk:

(wyjmuje kartę z bocznej kieszeni)

Ósemka pik, właśnie ta zamyślona!

(Ze zdziwieniem)

No proszę!

background image

Szarlota:

(trzyma talię kart na dłoni; do Trofimowa)

Mów pan prędzej, która karta ma być z wierzchu?

Trofimow:

No, niech będzie dama pik.

Szarlota:

Jest!

(Do Piszczyka)

No, jaka karta z wierzchu?

Piszczyk:

As kier.

Szarlota:

Jest...

(Uderza się po dłoni, talia kart znika)

A jaka dziś śliczny pogoda!

(Odpowiada jej tajemniczy głos kobiecy, jak gdyby spod podłogi)

„O tak, łaskawa pani, pogoda przecudny”. Jesteś moim ideałem.

Głos:

„I łaskawa pani też bardzo mi się spodobał”.

Zawiadowca stacji:

(bije brawo)

Brawo, pani brzuchomówczyni!

Piszczyk:

(ze zdziwieniem)

No proszę! Czarowna panno Szarloto... Jestem wprost zakochany...

Szarlota:

background image

Zakochany?

(Wzrusza ramionami)

Czyż pan może kochać? Guter Mensch, aber schlechter Musikant (dobry człowiek, ale 

zły muzykant).

Trofimow:

(klepie Piszczyka po ramieniu)

Ej, koniu jeden...

Szarlota:

Proszę o uwagę, jeszcze jedna sztuka.

(Bierze z krzesła pled)

Oto bardzo dobry pled, życzę go sprzedać...

(potrząsa nim)

Czy nikt nie życzy sobie kupić?

Piszczyk:

(dziwiąc się)

No proszę!

Szarlota:

Ein, zwei, drei!

(Szybko unosi spuszczony pled; za pledem stoi Ania; składa dyg, biegnie do matki, 

obejmuje ją i ucieka do salonu przy ogólnym zachwycie)

Raniewska:

(bijąc brawo)

Brawo, brawo!...

Szarlota:

Teraz jeszcze! Ein, zwei, drei!

(Unosi pled, za pledem stoi Waria i kłania się)

Piszczyk:

background image

(dziwiąc się)

No proszę!

Szarlota:

Koniec!

(Rzuca pled na Piszczyka, składa dyg i ucieka do salonu)

Piszczyk:

(spieszy za nią)

Filutka... Co? A to dopiero! To dopiero!

Raniewska:

A Leonida wciąż nie ma. Co on tak długo robi w mieście, nie rozumiem! Przecież tam 

wszystko już skończone, majątek sprzedany, albo przetarg się nie odbył - po cóż tak długo 

trzymać nas w niepewności!

Waria:

(stara się ją pocieszyć)

Jestem pewna, że kupił wujaszek.

Trofimow:

(drwiące)

Tak.

Waria:

Babunia przysłała mu pełnomocnictwo, żeby kupił na jej imię z przejęciem długu. 

Zrobiła to dla Ani. jestem pewna - da Bóg - że wujcio kupi.

Raniewska:

Jarosławska babcia przysłała piętnaście tysięcy, żeby nabyć majątek na jej imię - nam 

nie ufa, ale te pieniądze nie wystarczyłyby nawet na spłatę procentów.

(Zakrywa sobie twarz rękoma)

Dziś się rozstrzygają moje losy...

background image

Trofimow:

(przekomarza się z Warią)

Madame Łopachin!

Waria:

(z gniewem)

Wieczny student! Już dwa razy wylewano go z uniwersytetu.

Raniewska:

Czemu się gniewasz, Waria? Dokucza ci Łopachinem to i cóż? Chcesz, to wyjdź za 

Łopachina, to dobry, ciekawy człowiek. Nie chcesz - nie wychodź: przecież, złotko, nikt cię 

nie przymusza...

Waria:

Ja na tę sprawę patrzę poważnie, mamusiu, nie ma co ukrywać. Owszem, to dobry 

człowiek i podoba mi się.

Raniewska:

Więc idź za niego. Po co czekać, nie rozumiem.

Waria:

Mamusiu, toż ja nie mogę mu się oświadczyć. Już od dwóch lat wszyscy mi o nim 

mówią, wszyscy mówią, a on milczy, albo żartuje. Rozumiem. On bogaci się, jest zajęty, ja 

mu   nie   w  głowie.   Gdybym   miała   pieniądze,   choć   troszeczkę,   choć   sto  rubli,   rzuciłabym 

wszystko, uciekła gdzieś daleko. Wstąpiłabym do klasztoru.

Trofimow:

Zbożne życie!

Waria:

(do Trofimowa)

Studentowi wypada być rozumnym!

(Miękko, ze łzami)

Jaki się pan, Pietia, zrobił nieładny, jak postarzał!

background image

(Do Raniewskiej, już nie płacząc)

Tylko że oto bez pracy nie wytrzymam, mamo. W każdej chwili muszę być czymś 

zajęta.

(Wchodzi Jasza)

Jasza:

(z trudem powstrzymując śmiech)

Jepichodow złamał kij bilardowy...

(Wychodzi)

Waria:

Czemóż to Jepichodow jest tutaj? Kto mu pozwolił grać w bilard? Nie pojmuję tych 

ludzi...

(Wychodzi)

Raniewska:

Pietia, proszę jej nie drażnić, pan widzi, że i bez tego ma zmartwienie.

Trofimow:

Za wiele okazuje gorliwości, wtrąca się nie do swoich rzeczy. Przez całe lato nie 

dawała spokoju ani mnie, ani Anusi, bała się, żeby nie było między nami romansu. Co jej do 

tego? Przy tym nie dawałem żadnego powodu, jestem taki daleki od tych banalności.

Raniewska:

No, a ja jestem widać poniżej miłości.

(Bardzo niespokojna)

Czemuż nie ma  Leonida?  Pragnę tylko wiedzieć,  czy majątek  sprzedany, czy nie. 

Nieszczęście wydaje mi się tak bardzo nieprawdopodobne, że wprost nie wiem, co myśleć, 

gubię się w domysłach... Lada chwila mogę krzyknąć... mogę zrobić jakieś głupstwo. Niech 

mnie pan ratuje, Pietia. Proszę mówić cokolwiek, cokolwiek.

Trofimow:

Czy dziś majątek sprzedany, czy nie sprzedany - to przecież wszystko jedno. To już 

sprawa przesądzona, powrotu nie ma, ścieżka zarosła. proszę się uspokoić, kochana pani. Nie 

background image

trzeba się łudzić, choć raz w życiu trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Raniewska:

Jakiej prawdzie? Pan widzi, gdzie prawda, a gdzie nieprawda, a ja jakbym straciła 

wzrok,   nic   nie   widzę.   Pan   śmiało   rozstrzyga   wszelkie   ważne   zagadnienia,   ale   proszę 

powiedzieć, kochanie, czy to nie dlatego, żeś młody, żeś jeszcze nie zdążył przecierpieć ani 

jednego ze swoich zagadnień? Odważnie patrzy pan w przyszłość - czy nie dlatego, że nie 

widzi pan i nie oczekuje niczego strasznego, bo życie jeszcze się ukrywa przed pańskim 

młodym wzrokiem? Jest pan śmielszy, uczciwszy, głębszy od nas, ale proszę się zastanowić, 

być wielkodusznym, choć tycio,

(Pokazuje na palcu)

okazać współczucie. Przecież ja się tutaj urodziłam, tutaj mieszkali moi rodzice, mój 

dziad, ja ten dom kocham, bez sadu wiśniowego nie rozumiem życia, jeżeli już koniecznie 

trzeba sprzedać, sprzedajcież i mnie razem z sadem...

(Obejmuje Trofimowa, całuje go w czoło)

Wszak mój syn utonął tutaj...

(Płacze)

Proszę mi okazać współczucie, dobry, zacny człowieku.

Trofimow:

Pani wie, że współczuję z całej duszy.

Raniewska:

Ale to trzeba powiedzieć inaczej, inaczej...

(Dobywa chustkę, na podłogę spada depesza)

Jak mi dziś ciężko na duszy, nie ma pan pojęcia. Tu dla mnie za hałaśliwie, dusza drży 

na każdy szmer, cała dygocę, pójść zaś do siebie nie mogę, w ciszy i samotności jest mi 

straszno. Proszę mnie nie potępiać, Pietia... Kocham pana jak krewnego. Chętnie bym wydała 

za pana Anię, przysięgam, ale, złotko, trzeba się przecież uczyć, trzeba skończyć uniwersytet. 

Pan nic nie robi, tyle tylko, że los przerzuca pana z miejsca na miejsce - to takie dziwne... 

prawda? Prawda? I przecież trzeba coś zrobić z brodą, żeby jakoś rosła...

(Śmieje się)

Zabawny pan!

background image

Trofimow:

(podnosi depeszę)

Nie życzę sobie być gładyszem (człowiek nadto dbający o swoją powierzchowność).

Raniewska:

To depesza z Paryża. Otrzymuję co dzień. I wczoraj, i dzisiaj. Ten dziki człowiek 

znów zachorował, znów jest mu gorzej... Prosi o przebaczenie, błaga, żebym przyjechała, i 

właściwie mówiąc powinna bym pojechać do Paryża, posiedzieć przy nim. Pietia, robi pan 

surową   minę,   ale   cóż   mam   począć,   złotko,   co   mam   począć,   on   chory,   osamotniony, 

nieszczęśliwy, a któż mu da w porę lekarstwo? I po co mam ukrywać, albo milczeć: kocham 

go, to jasne. Kocham, kocham... Jest to kula u nogi, razem z nim idę na dno, lecz ja tę kulę 

kocham i żyć bez niej nie mogę.

(Ściska rękę Trofimowa)

Proszę nie myśleć o mnie źle, Pietia, i proszę nic nie mówić, nic...

Trofimow:

(przez łzy)

Na miłość Boga, proszę mi wybaczyć szczerość: przecie ograbił panią!

Raniewska:

Nie, nie, nie, tak nie trzeba mówić...

(Zatyka sobie uszy)

Trofimow:

Przecie to łotr i tylko pani o tym wie! Lichota, nędzna lichota...

Raniewska:

(z hamowanym gniewem)

Ma   pan   dwadzieścia   sześć   czy   dwadzieścia   siedem   lat,   a   właściwie   jest   jeszcze 

uczniakiem drugiej klasy!

Trofimow:

Niech i tak będzie!

background image

Raniewska:

Trzeba być mężczyzną, w pana wieku trzeba rozumieć tych, którzy kochają. I samemu 

trzeba kochać. Trzeba się zakochać.

(z gniewem)

Tak, tak! I nie ma w panu prawdziwej czystości, jest pan taki sobie czyścioszek-

świętoszek, śmieszny cudak, potworek...

Trofimow:

(przerażony)

Co ona mówi?

Raniewska:

„Jestem wyższy nad miłość”! Nie wyższy pan jest na d miłość, tylko, po prostu, jak 

mówi nasz Firs, niedorajda. W pana wieku nie mieć kochanki!...

Trofimow:

(ze zgrozą)

Ależ to okropne! Co ona mówi!

(Szybkim krokiem idzie do salonu, chwytając się za głowę)

To okropne... Nie wytrzymam, idę sobie...

(Wychodzi, ale natychmiast wraca)

Między nami wszystko skończone.

(Wychodzi do przedpokoju)

Raniewska:

(woła za nim)

Pietia, zaczekaj pan! Dziwaku, żartowałam! Pietia!

(Słychać, jak w przedpokoju ktoś pospiesznie idzie po schodach i nagle wali się z 

łoskotem; Ania i Waria krzyczą, lecz po chwili rozlega się śmiech)

Co się dzieje?

(Wbiega Ania)

Ania:

(ze śmiechem)

background image

Pietia zleciał ze schodów!

(Ucieka)

Raniewska:

Co za dziwadło z tego Pieti...

(Zawiadowca   stacji   staje   pośrodku   salonu   i   deklamuje   „Grzesznicę”   Aleksego 

Tołstoja;  słuchają  go, lecz  zaledwie  zdążył  wygłosić  parę wierszy, gdy z  sieni dochodzą 

dźwięki   walca   -   i   deklamacja   się   urywa;   wszyscy   tańczą;   przechodzą   z   przedpokoju: 

Trofimow, Ania, Waria i Raniewska)

Chwileczkę, Pietia... czysta duszo... przepraszam... Chodźmy potańczyć...

(Tańczy z Pietią. Ania i Waria tańczą; Firs wchodzi, stawia swą laskę przy bocznych 

drzwiach. Jasza także wchodzi z salonu, przygląda się tańcom)

Jasza:

Jakże tam, dziadku?

Firs:

Niezdrów   jestem.   Dawniej   na   balach   tańczyli   u   nas   generałowie,   baronowie, 

admirałowie, teraz posyłamy po urzędnika pocztowego i zawiadowcę stacji, a i ci nie bardzo 

się spieszą. Jakoś osłabłem. Nieboszczyk starszy pan, dziadunio, wszystkich kurował lakiem 

(leczył lekiem), od wszystkich chorób. Ja codziennie zażywam lak już od dwudziestu lat, albo 

i dłużej; może dlatego jeszcze nie umarłem.

Jasza:

Nudzisz mnie, stary.

(Ziewa)

Mógłbyś nareszcie odwalić kitę.

Firs:

Ej, ty... niedorajdo...

(Mamrocze. Trofimow i Raniewska tańczą w salonie, potem w bawialni)

Raniewska:

Merci. Teraz posiedzę sobie.

background image

(Siada)

Zmęczyłam się.

(Wchodzi Ania)

Ania:

(wzburzona)

Przed chwilą jakiś człowiek mówił w kuchni, że wiśniowy sad już dzisiaj sprzedano.

Raniewska:

Sprzedano? Komu?

Ania:

Nie mówił komu. Już odszedł.

(Tańczy z Trofimowem, oboje przechodzą do salonu)

Jasza:

To jakiś stary tam plótł. Obcy.

Firs:

A pana Leonida wciąż nie ma, nie przyjechał. Palto wziął lekkie, demisezonowe (na 

porę przejściową), gotów się jeszcze przeziębić. Ech, młodość, zielono w głowie.

Raniewska:

Ja zaraz umrę. Jaszo, proszę pójść dowiedzieć się, komu sprzedano.

Jasza:

Ależ on dawno odszedł, niby ten stary.

(Śmieje się)

Raniewska:

(lekko zniecierpliwiona)

Czego Jasza się śmieje? Co tu wesołego?

Jasza:

background image

Bardzo mnie śmieszy ten Jepichodow. Pustak. „Dwadzieścia dwa nieszczęścia”.

Raniewska:

Firs, jeśli majątek sprzedadzą, gdzie ty się podziejesz?

Firs:

Ano, gdzie państwo każą.

Raniewska:

Czemu masz taką twarz? Źle się czujesz? Może byś poszedł spać?

Firs:

Tak...

(Sarkastycznie)

Gdybym poszedł spać, któż to beze mnie poda, kto wyda zarządzenia? Cały dom na 

mojej głowie.

Jasza:

(do Raniewskiej)

Proszę pani! Niech mi będzie wolno zwrócić się do pani z prośbą! Dopraszam się 

łaski. Jeżeli pani znowu pojedzie do Paryża, to na miły Bóg, proszę mnie wziąć ze sobą. Ja tu 

absolutnie nie mogę pozostać.

(Oglądając się mówi półgłosem)

Co tu gadać - pani sama widzi: kraj nieokrzesany, lud niemoralny, przy tym nudy na 

pudy, w kuchni karmią nas okropnie, a tu jeszcze ten Firs łazi, mamrocze różne bezsensowne 

słowa. Proszę mnie wziąć ze sobą, zaklinam! (Wchodzi Piszczyk)

Piszczyk:

Czy wolno prosić, o najcudowniejsza!... o jednego walczyka?...

(Raniewska idzie z nim)

Czarodziejko, ale te 180 rubelków ja od pani muszę dostać... Muszę...

(Tańczy)

180 rubelków...

(Przechodzą do salonu)

background image

Jasza:

(cicho nuci)

„O, czy zrozumiesz duszy mej niepokój”.

(W salonie postać w popielatym cylindrze i kraciastych spodniach macha rękami i 

podskakuje, okrzyki: „Brawo, panno Szarloto!”)

Duniasza:

(zatrzymuje się, żeby przypudrować sobie twarz)

Panienka każe mi tańczyć - kawalerów dużo, dam mało, a mnie od tańca w głowie się 

kręci, serce się tłucze, panie Firs, a przed chwilą urzędnik pocztowy taką mi rzecz powiedział, 

że mi tchu zabrakło.

(Muzyka cichnie)

Firs:

Cóż on ci powiedział?

Duniasza:

Pani, powiada, jest jak kwiatuszek.

Jasza:

(Ziewa)

Nieuctwo...

(Wychodzi)

Duniasza:

Jak kwiatuszek... Jestem taka delikatna, strasznie lubię czułe słowa.

Firs:

Oj, uważaj dziewczyno!

(Wchodzi Jepichodow)

Jepichodow:

Panno Awdotio, nie chce mnie pani widzieć... jakbym był jakim owadem.

background image

(Wzdycha)

Oj, dolo, dolo!

Duniasza:

Czego pan sobie życzy?

Jepichodow:

Niewątpliwie, może pani ma rację.

(Wzdycha)

Ale   naturalnie   jeśli   spojrzeć   z   punktu   widzenia,   to   pani,   że   się   tak   wyrażę, 

przepraszając za szczerość, całkowicie wpędziła mnie w stan ducha. Znam swoją fortunę. 

Dzień w dzień przytrafia mi się jakieś nieszczęście, i do tego przyzwyczaiłem się już dawno, 

tak że z uśmiechem spoglądam na swój los. Dała mi pani słowo, i aczkolwiek ja...

Duniasza:

Bardzo pana proszę, pomówimy o tym później, a teraz proszę mi dać spokój. Teraz 

marzę.

(Bawi się wachlarzem)

Jepichodow:

Codziennie zdarza mi się nieszczęście, ja zaś, jeżeli wolno się tak wysłowić, tylko się 

uśmiecham, nawet śmieję.

(Z salonu wychodzi Waria)

Waria:

Ty wciąż jeszcze tutaj, Siemionie? Jaki z ciebie człowiek bez uszanowania, dalibóg!

(Do Duniaszy)

Ruszaj stąd, Duniaszo.

(Do Jepichodowa)

To grasz w bilard i kij złamiesz, to spacerujesz po bawialni niby gość.

Jepichodow:

Jeśli mi wolno się tak wyrazić, pani nie może zgłaszać do mnie pretensji.

background image

Waria:

Nie   zgłaszam   pretensji,   po   prostu   mówię.   Łazisz   z   miejsca   na   miejsce,   pracę 

zaniedbujesz. Trzymamy kancelistę nie wiedzieć po co.

Jepichodow:

(obrażony)

Czy pracuję, czy spaceruję, czy jem, czy gram w bilard - o tym mogą sądzić tylko 

ludzie rozumiejący i starsi.

Waria:

Jak śmiesz do mnie tak mówić!

(Unosząc się)

Jak śmiesz? Więc ja nic nie rozumiem? W takim razie precz stąd! W tej chwili!

Jepichodow:

(stchórzywszy)

Proszę panią, żeby się wyrażała delikatnym sposobem.

Waria:

(całkiem nie panując nad sobą)

W tej chwili precz stąd! Precz!

(Jepichodow idzie ku drzwiom, ona za nim)

„Dwadzieścia dwa nieszczęścia”! Żebyś mi się tu nie pokazywał! Żeby cię moje oczy 

nie oglądały!

(Jepichodow wychodzi, za drzwiami słychać jego głos: „Złożę na panią skargę”)

Co? Idziesz z powrotem?

(Chwyta laskę, którą przy drzwiach zostawił Firs)

Idź, idź, bo ja ci tu... co... znowu idziesz? Znowu? No to masz!

(Zamierza się i w tej chwili wchodzi Łopachin)

Łopachin:

Ślicznie dziękuję.

Waria:

background image

(gniewnie i drwiąco)

Przepraszam.

Łopachin:

To nic. Ślicznie dziękuję za miły poczęstunek.

Waria:

Nie ma za co.

(Odchodzi, potem się ogląda i pyta miękko)

Bardzo pana uderzyłam?

Łopachin:

Nie, głupstwo. Swoją drogą będę miał olbrzymiego guza.

Głosy w salonie:

Łopachin przyjechał! Pan Jermołaj!

Piszczyk:

Kopę lat, kopę lat...

(Całuje się z Łopachinem)

Jedzie   od   ciebie   koniaczek,   mój   luby,   kochaneczku   drogi.   A   my   tutaj   także   się 

bawimy.

(Wchodzi Raniewska)

Raniewska:

To pan, panie Jermołaju? Czemu tak późno? Gdzie Leonid?

Łopachin:

Pan Leonid przyjechał ze mną, zaraz tu przyjdzie.

Raniewska:

(zdenerwowana)

No i co? Przetarg się odbył? Niechże pan mówi!

Łopachin:

background image

(zmieszany, boi się okazać swą radość)

Przetarg się skończył około czwartej... Spóźniliśmy się na pociąg, wypadło czekać do 

wpół do dziesiątej...

(Ciężko westchnąwszy)

Uf! Trochę mi się w głowie kręci...

(Wchodzi Gajew; w prawej ręce ma sprawunki, lewą ociera łzy)

Raniewska:

Lonia, no? No, Lonia?

(Niecierpliwie, ze łzami)

Na litość boską, mów prędzej...

Gajew:

(nic nie odpowiada, tylko macha ręką. Do Firsa płacząc)

Masz, weź... Tutaj anczousy (konserwa z małych rybek), śledzie kierczeńskie... - nic 

dzisiaj nie jadłem... Ileż przecierpiałem!

(Drzwi   do   sali   bilardowej   są   otwarte;   słychać   stukot   kul   i   głos   Jaszy:   „Siedem   i 

osiemnaście”; wyraz twarzy Gajewa zmienia się; już nie płacze)

Okropnie jestem zmęczony. Firs, pomożesz mi się przebrać.

(Odchodzi do siebie przez salę, za nim Firs)

Piszczyk:

Więc jakże tam było? Opowiadaj nareszcie!

Raniewska:

Wiśniowy sad sprzedany?

Łopachin:

Sprzedany.

Raniewska:

Kto kupił?

Łopachin:

background image

Ja kupiłem.

(Pauza; Raniewska jest przybita; upadłaby, gdyby nie stała przy fotelu i stole; Waria 

zdejmuje klucze z paska, rzuca je na podłogę pośrodku bawialni i wychodzi)

Ja kupiłem! Zlitujcie się, moi państwo, zaczekajcie, w głowie mi się mąci, nie mogę 

mówić...

(Śmieje się)

Przychodzimy   na   licytację,   a   tam   już   jest   Dieriganow.   Pan   Leonid   miał   tylko 

piętnaście tysięcy, a Dieriganow od razu daje ponad dług - trzydzieści. Widzę, co się święci i 

ruszam z nim w zawody. Daję czterdzieści. On dorzuca po piątce, ja po dziesiątce... No, 

skończyło się. Ponad dług dałem dziewięćdziesiąt, i został przy mnie. Wiśniowy sad jest teraz 

mój, mój!

(Wybucha śmiechem)

Boże łaskawy, wiśniowy sad - mój! Powiedzcie mi, żem pijany, żem zmysły postradał, 

że to wszystko mi się śni...

(Tupie nogami)

Nie śmiejcie się ze mnie! Gdyby mój ojciec i dziad wstali i zobaczyli, co się dzieje, że 

ich Jermołaj, bity, niepiśmienny Jermołaj, który w zimie latał na bosaka - że ten sam Jermołaj 

kupił   najpiękniejszy   na   świecie   majątek!...   Nabyłem   majątek,   gdzie   dziad   i   ojciec   byli 

niewolnikami, gdzie ich nie wpuszczano nawet do kuchni. Ja śpię, to mi się tylko roi... To 

owoc wyobraźni, osłonięty mrokiem niewiadomości...

(Podnosi klucze, łagodnie się uśmiecha)

Rzuciła klucze, chce pokazać, że już tu nie jest gospodynią...

(Pobrzękuje kluczami)

No... wszystko jedno.

(Słychać strojenie kapeli)

Hej, muzykanci, grajcie, życzę sobie was słuchać! Wszyscy przychodźcie patrzeć, jak 

Jermołaj Łopachin łupnie siekierą wiśniowy sad, jak drzewa runą na ziemię! Nabudujemy tu 

letnisk, a nasi wnukowie i prawnukowie zobaczą tu nowe życie... Muzyka, rżnąć od ucha!

(Gra muzyka, Raniewska opada na krzesło i gorzko płacze. Łopachin z wyrzutem)

Dlaczegóż, dlaczego nie usłuchaliście mnie? Moja biedna, moja droga, teraz już po 

niewczasie.

(Ze łzami)

Och, żeby już to wszystko prędzej minęło, żeby się jakoś zmieniło nasze nieskładne, 

nieszczęsne życie.

background image

Piszczyk:

(bierze go pod rękę, półgłosem)

Ona płacze. Chodźmy do salonu, niech ona tu sama... Chodźmy...

(bierze go pod rękę i wyprowadza do salonu)

Łopachin:

Cóż to jest? Hej, muzyka, głośniej! Niech wszystko będzie tak, jak ja chcę!

(Z szyderstwem)

Idzie nowy obywatel, właściciel sadu wiśniowego!

(Niechcący trąca stolik, omal nie zrzuca świeczników)

Za wszystko mogę zapłacić!

(Wychodzi z Piszczykiem. W salonie i bawialni nie ma nikogo prócz Raniewskiej, 

która siedzi skulona i gorzko płacze; cichutka muzyka; szybko wchodzi Ania i Trofimow; 

Ania zbliża się do matki, klęka przed nią; Trofimow stoi u wejścia do sali)

Ania:

Mamo! Mamo, płaczesz? Kochana, dobra, najmilsza moja mamo, moja prześliczna, 

kocham ciebie, błogosławię. Wiśniowy sad sprzedany, już go nie ma, to prawda, prawda, ale 

nie płacz, mamo, zostało ci życie i przyszłość, została ci twoja dobra, czysta dusza. Chodźmy, 

chodźmy stąd, kochana moja, chodźmy!... Posadzimy nowy sad, wspanialszy od tego, ty go 

zobaczysz,  zrozumiesz  i radość cicha,  głęboka radość spłynie ci na duszę, niby słońce o 

wieczornej godzinie, i ty się uśmiechniesz, mamo! Chodźmy, kochana! Chodźmy!

Kurtyna

background image

AKT CZWARTY

Dekoracja jak w pierwszym akcie. Nie ma firanek na oknach ani obrazów na ścianach, 

zostało trochę sprzętów, zsuniętych w jeden kąt, jakby na sprzedaż. Czuje się pustkę. Koło 

drzwi wejściowych i w głębi sceny złożone są walizy itp. Na lewo drzwi otwarte, słychać 

stamtąd głosy Warii i Ani. Łopachin oczekuje stojąc. Jasza trzyma tackę z kielichami pełnymi 

szampana. W przedpokoju Jepichodow związuje skrzynię. Za sceną w głębi dudnienie: to 

przyszli żegnać się chłopi. Głos Gajewa: „Dzięki, bracia, dzięki”.

Jasza:

Prości  ludzie  przyszli  żegnać.  Ja, panie  Jermołaju,  jestem  takiego  zdania:  lud  jest 

poczciwy, ale mało rozgarnięty.

(Zgiełk  cichnie;  przez sień wchodzą: Raniewska i Gajew; ona nie płacze, ale  jest 

blada, twarz jej drga; nie może mówić)

Gajew:

Oddałaś im swoją sakiewkę, Lubo. Tak nie można. Tak nie można!

Raniewska:

Nie mogłam inaczej! Nie mogłam!

(Oboje wychodzą)

Łopachin:

(w progu, woła za nimi)

Państwo   będą   łaskawi,   proszę   najpokorniej!   Po   szklaneczce   na   pożegnanie.   Nie 

pomyślałem o tym, żeby przywieźć z miasta, a na dworcu zdobyłem tylko jedną butelkę. 

Państwo będą łaskawi.

(Pauza)

Hm... Nie chcą państwo?

(Odchodzi od drzwi)

Gdybym wiedział, nie kupowałbym. No, to i ja nie będę pił.

(Jasza ostrożnie stawia tackę na krześle)

Wypij choć ty, Jaszo.

background image

Jasza:

Strzemiennego! Życzę szczęścia pozostającym!

(Pije)

To nie jest prawdziwy szampan, mogę pana upewnić.

Łopachin:

Osiem rubli butelka.

(Pauza)

Diabelnie tu zimno.

Jasza:

Nie paliliśmy dzisiaj, przecież i tak wyjeżdżamy.

(Śmieje się)

Łopachin:

Czego się śmiejesz?

Jasza:

Z radości.

Łopachin:

Już październik, a słonecznie jest i pogodnie niby w lecie. Dobry czas na budowę.

(Patrzy na zegarek, mówi przez drzwi)

Niech państwo nie zapominają, że do pociągu zostało tylko czterdzieści siedem minut! 

Czyli, że za dwadzieścia minut należy jechać. Trzeba by się pośpieszyć.

Trofimow:

(wchodzi z dworu w palcie)

Zdaje się, że już pora jechać. Konie zajechały. Diabli wiedzą, gdzie moje kalosze. 

Zginęły.

(Przez drzwi)

Aniu, nie mogę znaleźć moich kaloszy! Nie znalazłem!

Łopachin:

background image

A ja mam jechać do Charkowa. Wybiorę się tym samym pociągiem, co państwo. W 

Charkowie spędzę całą zimę. Wciąż obijałem się tu przy państwu, już nie mogę wytrzymać 

bez pracy. Nie mogę nic nie robić, sam nie wiem, gdzie ręce podziać: pałętają mi się jakoś 

dziwnie, niby cudze.

Trofimow:

Zaraz wyjedziemy i pan się znów zabierze do swojej pożytecznej pracy.

Łopachin:

Wypij no szklaneczkę.

Trofimow:

Nie chcę.

Łopachin:

Więc teraz do Moskwy?

Trofimow:

Tak, odprowadzę ich do miasta, a jutro pojadę do Moskwy.

Łopachin:

Ano,   wiadomo...   Profesorowie   prawdopodobnie   zawiesili   wykłady,   czekają,   aż 

przyjedziesz!

Trofimow:

Nie twoja rzecz.

Łopachin:

Ile to już lat studiujesz na uniwersytecie?

Trofimow:

Wymyśl coś nowszego. To się postarzało i jest płaskie.

(Szuka kaloszy)

Wiesz? Bardzo możliwe, że się już nie zobaczymy, więc pozwól, że na pożegnanie 

background image

dam ci radę: nie machaj rękami! Odzwyczaj się od tego nałogu machania. Bo i budować 

letniska licząc na to, że z letników będą czasem samodzielni gospodarze - przecie to także 

machanie...  A jednak, pomimo wszystko, lubię ciebie.  Masz cienkie,  delikatne  palce,  jak 

artysta, masz czułą, delikatną duszę...

Łopachin:

(ściska go)

Żegnaj, kochany chłopie.  Dziękuję za wszystko. Jeżeli ci potrzeba,  weź ode mnie 

pieniędzy na drogę.

Trofimow:

Po co mi? Nie potrzeba.

Łopachin:

Przecie pan nie ma.

Trofimow:

Mam. Dziękuję. Dostałem za tłumaczenie. Są tutaj, w kieszeni.

(Z niepokojem)

Ale gdzie moje kalosze?

Waria:

(z drugiego pokoju)

Bierz pan to swoje paskudztwo!

(Wyrzuca na scenę parę gumowych kaloszy)

Trofimow:

Czemuż ta Waria się gniewa? Hm... Ależ to nie moje kalosze!

Łopachin:

Na wiosnę zasiałem tysiąc dziesięcin maku i teraz zarobiłem czterdzieści tysięcy na 

czysto. Kiedy kwitł mój mak - cóż to był za widok! Otóż mówię, że zarobiłem czterdzieści 

tysięcy, wobec czego proponuję ci pożyczkę, bo stać mnie na to. Po cóż zadzierać nosa?

Chłop jestem, więc po prostu...

background image

Trofimow:

Twój ojciec był chłopem, mój aptekarzem, i nic absolutnie z tego nie wynika.

(Łopachin dobywa pugilares)

Daj pokój, daj pokój... Choćbyś mi proponował dwieście tysięcy, nie wezmę. Jestem 

człowiekiem wolnym. I wszystko, co wy, bogaci i nędzarze, cenicie tak wysoko, nie ma nade 

mną absolutnie żadnej władzy, niby ten puszek, co tu lata w powietrzu. Mogę się bez was 

obchodzić, mogę obojętnie was mijać, jestem silny i dumny. Ludzkość zdąża ku wyższej 

prawdzie,   ku   najwyższemu   szczęściu,   jakie   tylko   jest   na   ziemi   możliwe,   a   ja   kroczę   w 

pierwszych szeregach!

Łopachin:

Czy dojdziesz?

Trofimow:

Dojadę.

(Pauza)

Albo dojadę, albo innym wskażę, jak dojść.

(Z dala dochodzi odgłos rąbania drzew)

Łopachin:

No, żegnaj, miły bracie. Pora jechać. Jeden przed drugim zadzieramy nosa, a życie i 

tak upływa. Kiedy pracuję długo, bez ustanku, wtedy myśli są pogodniejsze, i wydaje mi się, 

jakbym także wiedział, po co istnieję. A ileż, bracie, jest w Rosji ludzi, którzy istnieją nie 

wiadomo po co. No, wszystko jedno, nie o to chodzi. Podobno pan Leonid wziął tę posadę, 

będzie   pracował   w   banku,   sześć   tysięcy   rocznie...   Ale   przecież   nie   wytrzyma,   zanadto 

leniwy...

Ania:

(w progu)

Mama bardzo pana prosi, żeby póki nie wyjedzie, nie rąbano sadu.

Trofimow:

Bo i rzeczywiście, trzeba mieć trochę taktu...

background image

(Wychodzi przez przedpokój)

Łopachin:

Zaraz, zaraz... Co to za ludzie!

(Wychodzi z nim)

Ania:

Czy odesłano Firsa do szpitala?

Jasza:

Mówiłem z rana. Myślę, że odesłano.

Ania:

(do Jepichodowa, który przechodzi przez salon)

Panie Siemionie, proszę się dowiedzieć, czy Firsa odwieźli do szpitala.

Jasza:

(obrażony)

Z rana mówiłem Jegorowi. Po cóż pytać dziesięć razy!

Jepichodow:

Długoletni   Firs,   wedle   mego   definitywnego   zdania,   do   naprawy   się   nie   nadaje, 

powinien odejść na łono Abrahama. Ja zaś mogę mu tylko zazdrościć.

(Stawia walizę na pudełku z kapeluszem, które rozgniata)

No proszę, oczywiście! Z góry wiedziałem.

(Wychodzi)

Jasza:

(drwiąco)

„Dwadzieścia dwa nieszczęścia...”

Waria:

(za drzwiami)

Czy Firsa odwieźli do szpitala?

background image

Ania:

Odwieźli.

Waria:

A czemu nie wzięli listu do doktora?

Ania:

Trzeba go posłać za nimi...

(Wychodzi)

Waria:

(z sąsiedniego pokoju)

Gdzie Jasza? Powiedzcie mu, że przyszła jego matka, chce się z nim pożegnać.

Jasza:

(macha ręką)

Wyprowadzają mnie tylko z cierpliwości.

(Duniasza cały czas krząta się koło rzeczy, teraz gdy Jasza został sam, zbliża się do 

niego)

Duniasza:

Żeby pan Jasza choć raz spojrzał! Wyjeżdża pan. Porzuca mnie...

(Płacze i rzuca mu się na szyję)

Jasza:

Czegóż tu płakać?

(Pije szampana)

Za sześć dni będę znów w Paryżu. Jutro wsiadamy do pociągu pośpiesznego i - fiut, 

tyleście nas widzieli. Aż trudno uwierzyć. Wiw la Frans! (Niech żyje Francja!)... Tutaj nie dla 

mnie życie, nie mogę tu wytrzymać... to już trudno. Dosyć mam tego nieuctwa - wystarczy.

(Pije szampana)

Czegóż płakać? Prowadź się panna przyzwoicie, to i nie będziesz płakała.

background image

Duniasza:

(pudruje się zaglądając do lusterka)

Proszę pisać do mnie z Paryża. Przecie kochałam pana, Jaszo. Tak kochałam! Jestem 

istota delikatna, panie Jaszo.

Jasza:

Ktoś idzie.

(Krząta się koło waliz, z cicha nuci. Wchodzą: Raniewska, Gajew, Ania i Szarlota)

Gajew:

Właściwie trzeba jechać. Niewiele już czasu.

(Patrząc na Jaszę)

Kto tutaj cuchnie śledziem?

Raniewska:

Za jakie dziesięć minut wsiadamy już do powozów...

(Ogarnia wzrokiem pokój)

Żegnaj, kochany domu, żegnaj, staruszku. Minie zima, przyjdzie wiosna, i już ciebie 

nie będzie, zburzą cię. Ileż te mury widziały!

(Gorąco całuje córkę)

Skarbie mój, promieniejesz, oczki twoje lśnią jak dwa brylanty. Jesteś rada? Bardzo?

Ania:

Bardzo! Zaczyna się nowe życie, mamo!

Gajew:

(wesoło)

Rzeczywiście, teraz wszystko dobrze. Do chwili sprzedania wiśniowego sadu myśmy 

się   wszyscy   denerwowali,   męczyli,   potem   zaś,   kiedy   klamka   zapadła   bezpowrotnie, 

wszyscyśmy  się uspokoili,  nawet poweseleli.  Jestem  urzędnikiem  bankowym,  finansistą... 

żółtą do środka! A ty, Lubo, mówcie sobie co chcecie, wyglądasz lepiej, to fakt.

Raniewska:

Tak, nerwy moje są w lepszym stanie, to prawda.

background image

(Podają jej kapelusz i płaszcz)

Śpię dobrze. Jaszo, proszę wynosić moje rzeczy. Już czas.

(Do Ani)

Dziecinko   moja,   wkrótce   się   zobaczymy...   Jadę   do   Paryża,   będę   tam   żyła   z   tych 

pieniędzy, które twoja jarosławska babcia przysłała na kupno majątku - niech żyje babcia! - a 

pieniędzy tych wystarczy nie na długo.

Ania:

Wrócisz   prędko,   prędko,   mamo...   prawda?   Ja   się   przygotuję,   zdam   egzamin 

nauczycielski,   potem   będę   pracowała,   pomagała   tobie.   Razem   będziemy   czytały   różne 

książki... prawda, mamo?

(Całuje ręce matki)

Będziemy   czytały   w   jesienne   wieczory,   przeczytamy   dużo   książek,   i   przed   nami 

odsłoni się nowy, wspaniały świat...

(Marząco)

Przyjedź, mamo...

Raniewska:

Przyjadę, złotko.

(Ściska córkę. Wchodzi Łopachin; Szarlota cicho nuci piosenkę)

Gajew:

Szczęśliwa Szarlota: śpiewa!

Szarlota:

(bierze tobołek przypominający dziecko w pieluszkach)

Luli, luli moje dzieciąteczko...

(Słychać płacz dziecka: „Ua!... ua!...”)

Cicho, mój miły, dobry chłopaczku.

(„Ua!... ua!...”)

Tak mi cię żal!

(Rzuca tobołek na miejsce)

Więc proszę was, znajdźcie mi posadę. Nie mogę zostać na lodzie.

background image

Łopachin:

Znajdziemy, panno Szarloto, proszę się nie frasować.

Gajew:

Wszyscy nas opuszczają. Waria odchodzi... Zrobiliśmy się naraz niepotrzebni.

Szarlota:

W mieście nie mam się gdzie podziać. Muszę odejść.

(Nuci)

Wszystko jedno.

(Wchodzi Piszczyk)

Łopachin:

Cud natury!

Piszczyk:

(bez tchu)

Oj, niech odsapnę... Tchu mi brak... Moi drodzy... Dajcie wody...

Gajew:

Pewnie po pieniądze? Kłaniam uniżenie, wolę umknąć.

(Wychodzi)

Piszczyk:

Dawno nie byłem u pani, o najcudowniejsza...

(Do Łopachina)

Tyś tu... cieszę się, że cię widzę... człowieku niezmiernego rozumu... masz tu... bierz...

(Podaje Łopachinowi pieniądze)

Czterysta rubli... Zostaję ci dłużny osiemset czterdzieści...

Łopachin:

(ze zdziwieniem wzrusza ramionami)

Śni mi się, czy co?... Skąd wziąłeś?

background image

Piszczyk:

Zaczekaj... Gorąco... Zdarzenie najosobliwsze. Przyjechali do mnie Anglicy i znaleźli 

w ziemi jakąś białą glinę...

(Do Raniewskiej)

A tu dla pani czterysta... najcudowniejsza... prześliczna...

(Podaje pieniądze)

Resztę później.

(Pije wodę)

Przed chwilą jeden młody człowiek opowiadał w pociągu, że podobno któryś wielki 

filozof... radzi skakać z dachów... „Skaczcie, powiada, w tym cały sens życia”.

(Ze zdziwieniem)

No proszę! Oj, wody...

Łopachin:

Cóż to za Anglicy?

Piszczyk:

Wydzierżawiłem im tę działkę na dwadzieścia cztery lata... Ale teraz, wybaczcie, nie 

mam  czasu...  Muszę pędzić  dalej...  Pojadę  do Znojkowa...  do Kardamonowa. Wszystkim 

jestem winien...

(Pije)

Życzę wszystkiego najlepszego... W czwartek wpadnę...

Raniewska:

Zaraz przeprowadzamy się do miasta, a ja jutro wyjeżdżam za granicę...

Piszczyk:

Jak to?

(Z niepokojem)

Dlaczego do miasta? A ja właśnie patrzę: walizy... meble... No, trudno...

(Przez łzy)

Trudno... Ludzie niesłychanego rozumu... ci Anglicy... Trudno... Daj Boże szczęścia... 

Bóg wam pomoże... Trudno... Wszystko na tym świecie ma swój koniec.

(Całuje Raniewską w rękę)

background image

A kiedy dojdzie do was wieść, że przyszedł koniec i na mnie, wspomnijcie i tego... 

konia, i powiedzcie: „był sobie na świeci jakiś taki... Simeonow-Piszczyk... Panie świeć nad 

jego duszą...” Nadzwyczajna pogoda. Tak...

(Wychodzi bardzo wytrącony z równowagi, lecz natychmiast wraca i mówi w progu)

Daszeńka kazała się kłaniać!

(Wychodzi)

Raniewska:

Teraz możemy jechać. Wyjeżdżam z dwiema troskami. Pierwsza - to chory Firs.

(Patrzy na zegarek)

Mamy jeszcze jakie pięć minut...

Ania:

Mamo, Firsa już odesłano do szpitala. Jasza wyprawił go z rana.

Raniewska:

Drugi mój smutek - to Waria. Przyzwyczaiła się wstawać wcześnie i pracować, więc 

teraz, bez zajęcia, jest jak ryba bez wody. Schudła, zmizerniała i płacze, biedaczka...

(Pauza)

Pan wie doskonale, panie Jermołaju... Marzyłam... żeby ją wydać za pana, zresztą 

wszystko wskazywało na to, że się pobierzecie.

(Szepcze do Ani, ta mruga do Szarloty i obie wychodzą)

Kocha   pana,   panu   się   ona   podoba,   więc   nie   wiem,   nie   wiem,   czemu   jak   gdyby 

boczycie się na siebie. Nie rozumiem!

Łopachin:

Wyznam, że i sam nie rozumiem. Jakieś to wszystko dziwne... Jeżeli jeszcze nie jest 

za późno, gotów jestem chociażby w tej chwili... Skończmy z tym raz i basta, bo czuję, że bez 

pani ja się nie oświadczę.

Raniewska:

Doskonale. Przecież wystarczy jedna minuta. Zaraz ją zawołam...

Łopachin:

background image

A właśnie jest i szampan.

(Spojrzawszy na kielichy)

Próżne, ktoś już wypił.

(Jasza kaszle)

Co się nazywa czysta robota...

Raniewska:

(z ożywieniem)

Świetnie. My wyjdziemy... Jasza, allez (idź!). Zawołam ją...

(Przez drzwi)

Wariu, rzuć wszystko, chodź tutaj. No, chodź!

(Wychodzi z Jaszą)

Łopachin:

(spojrzawszy na zegarek)

Tak...

(Pauza; za drzwiami hamowany śmiech, szepty; wreszcie wchodzi Waria)

Waria:

(długo ogląda rzeczy)

Dziwne! nie mogę znaleźć...

Łopachin:

Czego pani szuka?

Waria:

Sama pakowałam, a nie pamiętam...

(Pauza)

Łopachin:

Więc pani teraz dokąd, panno Wariu?

Waria:

Ja? Do Ragulinów... Zgodziłam się do nich, będę czymś w rodzaju gospodyni, czy 

background image

coś.

Łopachin:

W majątku Jaszniewo? Jakieś siedemdziesiąt wiorst stąd.

(Pauza)

Oto życie w tym domu skończone...

Waria:

(ogląda rzeczy)

Gdzież to się zawieruszyło... A może położyłam do kufra... Tak, życie w tym domu 

skończyło się... Więcej go nie będzie...

Łopachin:

A ja zaraz jadę do Charkowa... tymże pociągiem. Pracy huk. Tu we dworze zostawię 

Jepichodowa... Zgodziłem go.

Waria:

No cóż!

Łopachin:

Zeszłego   roku   o   tej   porze   śnieg   już   padał,   jeśli   pani   sobie   przypomina,   a   teraz 

pogodnie, słonecznie. Tylko, że już zimno... Ze trzy stopnie mrozu.

Waria:

Nie patrzyłam na termometr.

(Pauza)

Zresztą nasz termometr stłuczony...

(Pauza)

Głos z dworu przez drzwi:

Panie Jermołaju!

Łopachin:

(jak gdyby dawno tego oczekiwał)

W tej chwilce!

background image

(Szybko wychodzi. Waria, siedząc na podłodze, przytula głowę do tobołka z odzieżą i 

cichutko szlocha; drzwi się otwierają, ostrożnie wchodzi Raniewska)

Raniewska:

I cóż?

(Pauza)

Trzeba jechać.

Waria:

(już nie płacze, wyciera sobie oczy)

Tak,   mamusiu,   już   czas.   Do   Ragulinów   zdążę   dzisiaj,   byleby   nie   spóźnić   się   na 

pociąg.

Raniewska:

(przez drzwi)

Aniu, ubieraj się!

(Wchodzą:   Ania,   potem   Gajew,   Szarlota;   Gajew   jest   w   ciepłym   palcie   z   kapuzą; 

schodzi się służba, dorożkarze; koło rzeczy krząta się Jepichodow)

Raniewska:

No, a teraz w drogę.

Ania:

(radośnie)

W drogę!

Gajew:

Przyjaciele   moi,   drodzy,   kochani!   Opuszczając   ten   dom   na   zawsze,   czyż   mogę 

przemilczeć, czyż mogę się powściągnąć, żeby w chwili pożegnania nie wypowiedzieć uczuć, 

które teraz wypełniają całą moją istotę...

Ania:

(błagalnie)

Wuju!

background image

Waria:

Wujaszku, po co to!

Gajew:

(markotnie)

Dubletem żółtą do środka... Milczę...

(Wchodzi Trofimow, potem Łopachin)

Trofimow:

No, proszę państwa, pora jechać!

Łopachin:

Jepichodow, mój płaszcz!

Raniewska:

Usiądę jeszcze na chwilę. Jak gdybym nigdy dotąd nie widziała, jakie są w tym domu 

ściany, jakie sufity, a teraz patrzę na nie chciwie, z taką czułą miłością...

Gajew:

Pamiętam,   kiedy   miałem   sześć   lat,   na  Zielone   Święta,   siedziałem   na   tym   oknie   i 

patrzałem, jak ojciec szedł do cerkwi...

Raniewska:

Wszystkie rzeczy zabrano?

Łopachin:

Zdaje się, że wszystkie.

(Do Jepichodowa wkładając płaszcz)

A ty, Jepichodow, doglądaj, żeby wszystko było w porządku.

Jepichodow:

(zachrypniętym głosem)

Niech pan będzie spokojny!

background image

Łopachin:

Czemu masz taki głos?

Jepichodow:

Piłem właśnie wodę, musiałem coś przełknąć.

Jasza:

(z pogardą)

Nieuctwo...

Raniewska:

Odjedziemy - i nie zostanie tu żywego ducha...

Łopachin:

Aż do wiosny.

Waria:

(wyszarpuje z tobołka parasolkę, wygląda to, jakby się zamierzyła; Łopachin udaje 

przestrach)

Co znowu, co znowu, ani mi to było w głowie.

Trofimow:

Moi państwo, wsiadajmy do powozów... Już czas! Zaraz nadejdzie pociąg.

Waria:

Pietia, tu są te pana kalosze, koło walizy.

(Ze łzami)

A jakież brudne, stare...

Trofimow:

(wkładając kalosze)

Chodźmy, moi państwo...

background image

Gajew:

(bardzo nieswój, boi się rozpłakać)

Pociąg... Stacja... Croise do środka, białą dubletem w róg...

Raniewska:

Chodźmy!

Łopachin:

Wszyscy są tu? Nikt nie został tam?

(Zamyka boczne drzwi z lewa)

Tu są złożone rzeczy, trzeba zamknąć. Idziemy!...

Ania:

Żegnaj domu! Żegnaj, minione życie!

Trofimow:

Witaj, nowe życie!

(Wychodzi   z   Anią,   Waria   obrzuca   pokój   wzrokiem   i   nie   spiesząc   się   wychodzi; 

wychodzi też Jasza i Szarlota z pieskiem)

Łopachin:

A więc do wiosny. Niech państwo wychodzą... Do zobaczyska!

(Wychodzi. Raniewska i Gajew zostają we dwoje; jak gdyby czekali na to, rzucają się 

sobie w objęcia i płaczą powściągliwie, cicho, w obawie, żeby ktoś nie usłyszał)

Gajew:

(z rozpaczą)

Siostrzyczko moja, siostrzyczko...

Raniewska:

O mój drogi, mój śliczny, mój cudny sadzie!... Życie moje, moja młodości, szczęście 

moje, żegnaj, żegnaj!...

Głos Ani:

(wesoło, przywołująco)

background image

Mamo!...

Głos Trofimowa:

(wesoło, z podnieceniem)

Hop-hop!

Raniewska:

Po raz ostatni spojrzeć na ściany, na okna... Po tym pokoju lubiła chodzić nieboszczka 

mama...

Gajew:

Siostro moja, siostro!...

Głos Ani

Mamo!...

Głos Trofimowa:

Hop-hop!...

Raniewska:

Idziemy!...

Wychodzą; scena pusta. Słychać, jak na klucz zamykają wszystkie drzwi, jak potem 

odjeżdżają powozy; zapada cisza; wśród tej ciszy rozlega się głuchy stukot siekiery o drzewa, 

stuk samotny, smutny. Rozlegają się kroki; z drzwi na prawo ukazuje się Firs; jak zawsze, jest 

w tużurku i białej kamizelce, na nogach ma pantofle; jest chory.

Firs:

(podchodzi do drzwi, porusza za klamkę)

Zamknięte. Wyjechali...

(Siada na kanapie)

O mnie zapomnieli... No nic, tu sobie posiedzę... Ręczę, że pan Leonid nie włożył 

futra, pojechał w palcie...

(Wzdycha frasobliwie)

Nie dopilnowałem... Młodość, zielono w głowie!

(Mamrocze coś niezrozumiałego)

Hm, życie minęło, jakbym nigdy nie żył...

(Kładzie się)

background image

Poleżę sobie... Sił już nie masz, nic ci nie pozostało, nic... Ej, ty niedorajdo!...

(Leży nieruchomo. Słychać odległy dźwięk, rzekłbyś z nieba, niby dźwięk pękającej 

struny, zamierający, smutny; zalega cisza i tylko słychać, jak daleko w sadzie siekiery rąbią 

drzewa).

Kurtyna