background image

p i e s   m u s i   s i ę   w y b i eg a ć

W środę po szkole Baby ruszyła do Kompleksu Cashmanii, nie 

mogąc się już doczekać sam na sam z psami. Ze wszyli kich, których 
poznała w^Nowym Jorku, one były najbardziej ludzkie.

Tak, to brzmi sensownie.

Zobaczyła   J.P.   stojącego   przed   budynkiem   z   trzema   psn«   mi 

szarpiącymi   się   na   smyczach.   Uśmiechnął   się   na   jej   widok,   a   ona 
podeszła do niego i się pochyliła, żeby się przywiliu' z zachwyconymi 
psami.

-

Już są gotowe na spacer z tobą. Tak się cieszyły, jakby wiedziały, 

że   przyjdziesz.   -   J.P.   wygładził   niemal   niewidzialni)   fałdkę   na 
oliwkowych spodniach J. Crew. - Masz coś przeciw ko, żebym z 
tobą poszedł?

-

Trochę - sprzeciwiła się raczej opryskliwie Baby, prostując się.

Myślała,   że   kontakt   z   naturą   i   zwierzętami   pomoże   jej   si| 

odprężyć,   ale   nie   w   towarzystwie   przyszłego   potentata   rynku 
nieruchomości. Złapała trzy smycze i ruszyła przodem.

- Ostatnio miałem sporo stresów. Pomyślałem, że towii rzystwo 

kundli   dobrze   mi   zrobi   -   mówił,   idąc   szybko,   by   dotrzymać   kroku 
Baby.

To nie są kundle. - Spiorunowała go wzrokiem. Zastanawiała się, 

czym mógłby się zamartwiać rozpiesz-

"ii

v J.P., ale postanowiła nie 

pytać. Słońce zaczynało już 

i' I

lodzić, malując jaskrawoniebieskie 

wrześniowe niebo po-I) 

I I

 

.uiczowymi pasemkami w odcieniu złotych 

rybek.

Więc... skąd się wzięło twoje imię? - zapytał J.P, kie-•IV Nemo 

zatrzymał   się,  żeby  obwąchać   wiąz  na   rogu  Piątej,  u   pobliżu  Frick 
Museum.
Pies entuzjastycznie kręcił jasnym, zmierzwionym tyłkiem. Baby jak 

baby, dziecko - zaczęła, przytaczając zwięzłą u.isję opowieści, której 
nie cierpiała.

Chociaż miała optymistyczne i luźne podejście do życia, ■ Rżała, że 

to trochę dziwne, że żaden lekarz na Nantucket nie 

II 

untował się, ile 

dzieci będzie miała Edie.

Byłam niespodzianką. Urodziłam się trzecia, a mama m\ .lała, 

że ma tylko bliźnięta. A twoje imię?

- Mój ojciec pracował jako handlowiec w JP Morgan

I

base po szkole biznesowej - przyznał się J.P.

Baby popatrzyła na niego i wybuchnęła śmiechem.

- Ej! - udał szczere oburzenie. Przechodzili przez ulicę

I

I

parku. Przed nimi rozwidlała się ścieżka. - Ja nie nabijałem

|f / twojego imienia!

- Przepraszam   -   odparła   skruszona,   ciągnąc   psy   w   kie-

.....ku trawy.

Darwin   uniósł   łapę,   żeby   się   wysiusiać,   a   Nemo   przykuc-nżeby 

zająć się swoimi sprawami. Jego tyłek znalazł się liebezpiecznie blisko 
sandałów J.P.

-

O   psia   krew!   -   krzyknęła   odruchowo   Baby   i   wybuchnęła 

śmiechem, widząc, że psia kupa wylądowała na skórzanym lisku 
sandała.

-

O psia...! - powtórzył J.P. patrząc w dół i też się za-•aniał.

Skrzywił się, kiedy Nemo spojrzał niewinnie. J.P. /(tyąl sandał i 

kuśtykając podszedł do kosza, obok żółtozieloni wózka Sabrett z hot-
dogami.

-

Nie miałeś złych zamiarów, prawda? - zagruchah iii Nemo Baby, 

kiedy   sprzedawca   hot-dogów   popatrzył   zlyH   wzrokiem   na 
śliniącego się psa.

-

Chyba miał. Nemo nie bardzo mnie lubi - wari nt| gniewnie J.P., a 

pies   odpowiedział   niezobowiązującym   spq|   rżeniem   smutnych, 
brązowych oczu.

-

Nie chodzi o ciebie - stwierdziła Baby, ciągnąc pny z powrotem w 

kierunku ścieżki dla koni, a potem odwrócili się widząc, że J.P. stoi 
bezradnie przy koszu w jednym 

I

M

.  

cie.

-

No chodź, chodzenie boso cię nie zabije. - Złapała cliło paka za 

nadgarstek. - A wracając do psa, kiedy ostatnim ra/cttt biegał?

-

Biegał? - J.P. spojrzał na Nemo.

-

Widzisz, twój pan nawet nie pamięta! - powiedz niby 

oskarżycielskim tonem do psa, który wydawał się palt/»*»' na nią z 
uśmiechem. Spojrzała na J.P. - On się nudzi! Dutyf pies musi się 
wybiegać!

Baby poprowadziła psy w stronę ogrodzonego trawniki) gdzie 

ludzie się opalali i urządzali pikniki, próbując się nai ll szyć ostatnimi 
ciepłymi popołudniami. Odpięła smycz Nemu, a on zaczął biegać w 
kółko, szczekając jak oszalały.

-

Widzisz! - Baby zerknęła triumfalnie na J.P., który kulty kał po 

trawie w jednym bucie.

-

Chyba nie wolno puszczać tu psów bez smyczy - iltf< nerwował 

się, wskazując na zielono-biały znak na ogród/< ul wokół trawnika.

-

Żyj   niebezpiecznie!   -   Baby   puściła   się   pędem,   goni|f   Nemo   i 

naśladując szczekanie.

J.P. zrzucił drugi sandał i popędził za nimi, depcząc po plażowych 

kocach. W końcu dopędził ich pod dębem, gdzie Baby idła zdyszana, a 
pies stał obok niej, śliniąc się.

-   Widzisz,   jemu   potrzeba   takiego   ruchu.   Nie   tylko   spacer-B   od 

przecznicy do przecznicy.

Wyszczerzyła zęby do chłopaka.

Niebo za nimi wyglądało ślicznie. Kątem oka zauważyła nlylcgo 

mopsa, który wspinał się na Shackletona. Dyszał jak ■piat i miało się 
wrażenie,   że   okrągłe   oczy   zaraz   wyskoczą   mu   /.   tłustego,   płaskiego 
pyska.

Chyba powinnaś pogadać z nim jak dziewczyna Dziewczyną - 

zauważył J.P. podając Baby smycz Shackle-lima.

Koszulka   polo   wyszła   mu   ze   spodni   i   wyglądał   teraz   ■fdziej 

zwyczajnie i swobodnie niż ten wychuchany chło-

i  

<l w czerwonych 

szortach, którego Baby poznała dwa dni winu.

A ja myślę, że powinieneś nosić bardziej zabudowane 

• ■ i 

odpowiedziała drocząc się. Oparła się wygodniej o dąb. Więc właściwie 

dlaczego taki facet jak ty spędza czas z psa

m i  

■   Nie mogła się 

154

1

background image

powstrzymać, żeby nie zapytać. - Nie ■   lepszego towarzystwa? 

Morgana albo Stanleya? Jakiejś Nlioiczej dziewczyny?

f.P. wzruszył ramionami i usiadł obok Baby pod drze-■ftli).

Przy nich można po prostu pobyć. - Zmierzwił jasną 

i  Ii 

Nemo. - 

A ty? Nie masz lepszego towarzystwa?

Dopiero się tu przeprowadziłam, zapomniałeś? - odpo-|l działa, 
odsuwając pasemko ciemnych, kręconych włosów 

/u. - Nie, żeby był 

tutaj ktoś, z kim chciałabym spędzać mruknęła. Wbiła obcas w trawę.

-   Ej   -   zaprotestował   całkiem   poważnie   J.P.   Oparł   U   o   pień   i 

przyjrzał się jej ciepłymi, brązowymi oczami.  D|  Nowemu Jorkowi 
szansę.

Zabrzmiało to tak, jakby miała dać szansę jemu...

Baby powoli pokiwała głową. Teraz kiedy chodziła how po 

trawie, miasto wydawało się prawie miłe. Gdyby nie te |f * dzowate 
dziewczyny, okropne mundurki i chłopak, któivj|ii musiała zostawić, 
mogłaby polubić to miejsce.

No proszę, proszę. Patrzcie, komu się odmieniło.

U s t

 

b u t e l c e

Od: 

Kelsey.Talmadge@SeatonArms.edu 

Do: 

Owen.Carls@swJuda.edu 

Data: wtorek,  9 września, 21:05 Temat: 

Cześć

Kiedy znowu cię zobaczę? Całuję,
Kat

od: 

Owen.Carls@swJuda.edu 

Do : 

Kelsey.Talmadge@SeatonArms.edu 

Data: wtorek, 9 września, 

21:15 Temat: Odp.: Cześć

Chcę się z tobą zobaczyć, ale to by zabiło Przepraszam, ale... nie 

możemy.

J   d b a   o   s w o j e   in t e r e s y

W środowy wieczór Jack wysiadła jakby nigdy nic z limu zyny 

Cashmanów. Jack, J.P. i Cashmanowie szli do restaur! cji, którą Dick 
właśnie kupił, Round Tabic. Znajdowała sir u Charles Street, przytulnej 
uliczce w West Village, która - chd» ciaż zamieszkana przez rodziny 
gwiazd i inwestorów banko wych - nadal zachowała atmosferę 
artystycznej bohemy. 

1 1 '  

wyglądał olśniewająco w szytym na miarę 

garniturze, li brązowe oczy błyszczały, pięknie podkreślone przez nici i 
krawat od Hermesa. Jack uległa pokusie i przytuliła się dc nil go, gdy 
szli. Cały czas dbała o to, żeby być kilka kroków pr/«| Dickiem i 
tandetną, rosyjską matką J.P., Tatianą.

Jack wpadła tego popołudnia do J.P., mając nadzieję. )# spędzą 

razem trochę czasu, bo nie widzieli się w tym tygodi Ale okazało się, że 
wyszedł z psami. Za to Dick zaprosił ji| im kolację. Była zadowolona, 
że zaszalała z zakupami w Bam. | dzień przed początkiem szkoły, bo 
dzięki temu miała wysim czająco dużo Jill Stuart, Phillipa Lima i Miu 
Miu, żeby pi żyć miesiąc.

Krocząc   pewnie   ulicą   z   przystojnym   chłopakiem   u   boi   u   Jack 

wreszcie   poczuła   się  lepiej.  Avery   Carls  ogłosiła   dzisiaj,  że  urządza 
drugie przyjęcie. Tak serio, Jack miała to w 

Q

|

llłebszym poważaniu. Właściwie to zaczynało być smutne, i u k prawie 
jej współczuła. Prawie.

W restauracji stały ciężkie, okrągłe dębowe stoły i fotele I /erwonej 

skóry. Wnętrze wyglądało jak scenografia do po-' leści F. Scotta 

Fitzgeralda, jeśli nie liczyć wybitnie chudych, luluirmuszonych 

kelnerek, ubranych na czarno. Mogłyby brać Udział w konkursie na 

kolejną najchudszą jędzę Ameryki.

Hostessa zaprowadziła ich do stolika pośrodku, z którego ws/.ystko 

widać i przy którym wszyscy cię widzą i powitała h 

I

I

 

butelką Cristala. 

2

157

background image

Kiedy Jack usiadła, jej telefon zawibro-.il w szmaragdowozielonej 

kopertówce Prądy. Ukradkiem jęła Treo i zerknęła na mały ekran pod 

stołem. 

0MB, 

WIDZIAŁAŚ BRATA A!?  TO PATRZ ! - brzmiała 

udomość od Jiffy. Do tego dołączone było zdjęcie przystojnej > 

blondyna o mocnych ramionach pływaka w mundurku fatoły św. Judy. 

Na dole był dopisek: ABSOL. MUSIMY IŚĆ NA IMPR.! ! !

Jack ze złością wrzuciła telefon do torebki. Dlaczego do POlery ludzie 

tak się przyjmują Avery Carls i jej żałosnymi ■Obami zdobycia 

popularności? Nie ma mowy, żeby ta giuro u k a panienka choćby 

wiedziała, co to znaczy dobre przy-|V 

'i'.

Jack wypiła spory łyk szampana na uspokojenie nerwów, pbelki 
zatańczyły jej w gardle i poczuła jak musujące ciepło io/pływa się po jej 
ciele. Avery nie wiedziała, co to znaczy lobra impreza, ale Jack jej 
pokaże, lak miło z jej strony. Postanowiłam urządzić imprezę w ten 
weekend - oznaj-nli, gdy pomysł zaczął się formować w jej głowie.

I wtedy przyszedł jej do głowy kolejny genialny pomysł.  

1

  || / via 

się, że zawsze była taka uprzejma dla Dicka Cashmana.

I I  

 

  Wejście 

Carlsów

161

3

157

background image

Nadeszła chwila, kiedy jej się to zwróci. Perfekcja, zanuciło w myślach.

-

Tak? - zdziwił się J.P.

-Tak. Ale nie wiem, jakie miejsce byłoby odpowiedni. Bo to nie 

będzie zwykłe przyjęcie. Chciałabym ogłosić, że /«• mierzam ubiegać się 
o pozycję przedstawicielki uczennic pi radzie nadzorczej. To nowe 
stanowisko, ale zgodne z tradj 

111 

mi prywatnych szkół, więc 

chciałabym, żeby miejsce minii w sobie coś z klasyki, ale i 
nowoczesności.

Jack uśmiechnęła się pewna siebie, gdy spapugowała nu slogan 

Dicka dla Galerii Cashmana, luksusowej nieruchomo ści w Tribece, 
którą miano otworzyć w przyszłym miesii|ii|. W głębi ducha gratulowała 
sobie szybkości kojarzenia.

- Cipriani jest przebrzmiały, no i nie chcę wynajmów^ klubu, bo to 

takie w stylu dziesiątej klasyk stwierdziła, opi niając kieliszek szampana.

Tatiana z roztargnieniem pokiwała głową, mrugając oczu mi i 

udając, że słucha. Właśnie chowała całą bułeczkę iii torebki, w której 
siedział pies. To niewiarygodne, że Tali i Dick zdołali spłodzić tak 
przystojnego syna jak J.P. 

Mu 

dlatego zostali przy jednym dziecku. Nie 

chcieli kusić losu

- Chwileczkę... klasyka i nowoczesność - powied/.lflj Dick, łapiąc 

pól bułki. Posmarował ją masłem, niszcząc dl likatny kwiatowy wzór w 
maselniczce. Włożył pajdę pici wa do ust i wymachując nożem 
powiedział: - A co z Galii Cashmana?

Oczy mu rozbłysły, gdy złapał resztę bagietki.

- Och, nie mogłabym - odpowiedziała słodko Jack, kicdjfi kelnerka 

dolała jej szampana do kieliszka.

Oczywiście, że mogłaby.

- To będzie doskonała reklama. Z przyjemnością was inni zobaczę. 

Co o tym myślisz, J.P?

To nie moja impreza - odparł, wzruszając ramionami I hiorąc 

bułeczkę.

- To   nasza   impreza,   J.P.   -   zachichotała   Jack,   rzucając  

I M

 

lanie 

spojrzenie,   które   mówiło:   „Faceci   są   głupi,   ale   i   tak  

I  

li   kochamy, 

prawda?", po czym spiorunowała wzrokiem J.P., |«khy pytała: „Co ci 
odchrzaniło?"

-

Galeria byłaby świetna, Dick. - Uśmiechnęła się, nadal mjąc opór 

przy wymawianiu jego imienia, nawet po tylu la-

i

'

H

 

li.

Świetnie, więc ustalone! - rzucił gromko Dick. - Chyba niiy sporo 

rzeczy do świętowania, hę? Nie mogę się docze-

I  

kiedy spróbuję steku. 

Powinni brać krowy z Rancza Cash-|na,  ale chętnie sprawdzę, czy to 
teksańskie bydło dorasta | naszych standardów - oznajmił jowialnie. - 
Więc   ilu   ludzi   |wi   się   na   tej   potańcówce?   -   Machnął   na   kelnerkę. 
Podeszła hko, a za nią szef kuchni i dwóch asystentów.

Och,   wiadomo...   -   zaczęła   Jack,   nie   bardzo   wiedząc,   |   i-owinna 

skłamać i powiedzieć, że to będzie kameralne utkanie.

Podczas gdy Dick i Tatiana zamawiali po kolei wszystko  

i  

menu, 

Jack odezwała się do J.P:

Mógłbyś okazać odrobinę więcej zainteresowania, 

i '  

iz? - Była 

rozdrażniona zblazowaniem J.P. w sprawie przy-

■  

I I

. zupełnie jakby 

miał lepsze rzeczy do roboty. A miał?!

i gdzie właściwie byłeś dziś popołudniu? W tym tygodniu fil tycznie 

się nie widywaliśmy.
J.P. rozejrzał się po restauracji, czując wyrzuty sumienia, i ońcu spojrzał 
na pomalowane paznokcie Jack, wbijające V w lniany obrus.

Musiałem wyprowadzić psy. Dla mamy - wytłumaczył,

.....;iż. tak naprawdę niczego tym nie wyjaśnił.

( HI kiedy J.P. przejmuje się tymi pchlarzami?

I wtedy Darwin wyskoczył z torebki od Louisa Vuillnii i skoczył 

przez stół do Jack, żeby polizać ją po twarzy. R/,ui U się do niej jeszcze 
raz i zadrapał jej policzek kryształem Swa rovskiego, wystającym z 
obróżki od Gucciego.

- Auć! - krzyknęła Jack.

Przyłożyła rękę do policzka, przerażona widokiem krwi na palcach.

- J.P.! - wrzasnęła, odpychając psa w kierunku chłopaku Oczami 
wyobraźni widziała strugi krwi spływające jej i

twarzy.

- Przestraszyłaś go - mruknął J.P., zdejmując psa ze stołu Objął 
go opiekuńczo, głaszcząc po pomarszczonym p

czku.

- Krwawię! - W Jack aż się krew zagotowała. Ludzie odwracali 
się. żeby popatrzeć, kelnerki zani.ui

a szef kuchni stał, przerażony.

- Och, nie! - Tatiana zaczęła się wachlować serwetk.) Jack 
mocno przycisnęła serwetkę z czerwonego jedwabiu

do twarzy, na wypadek, gdyby się wykrwawiała. Ona pruli tycznie 
umierała, a J.P. pocieszał głupiego psa, którego zau nienawidził.

- Ach, do diabła - powiedział Dick, gdy kelnerka pobi* gła na 

zaplecze. - Tatiana nie znosi widoku krwi. Wszyslkf w porządku, Jack, 
kochanie? - zapytał, podchodząc do niej

- Tak, nic mi nie jest - odparła przez zaciśnięte zęby. J.P. nawet 
na nią nie patrzył. Gapił się na matkę, która dy*

szała, jakby zaraz miała zemdleć.

- Daj spokój, przecież widzę - zaprzeczył Dick.

Jack poczuła jego tłuste palce na skórze i nieświeży od> dech na 

twarzy. Zemdliło ją.

- Mówiąc szczerze, sam nie znoszę tych cholernych psów, ale ten 

mały nie chciał nic złego. To te cholerne ozdobi

obrożach, przy których uparła się Tatiana. - Dalej oglądał Iwurz Jack. 

- J.P., nie pomógłbyś Jack obmyć tego? Muszę się

[Jąć twoją matką. - 

Oczywiście.

J.P. wstał i podał Jack rękę. Jak zawsze był dżentelmenem, ihociaż 

Jack wyczuwała w jego głosie zniecierpliwienie.
Jej krzesło zazgrzytało o podłogę, gdy wstawała. Złapała fokę J.P. i 
ostrożnie ruszyli do łazienki dla pań. Uśmiechnęła iły blado do 
pozostałych klientów. Była ranna, ale przeżyje. Niech ktoś da tej 
dziewczynie Purpurowe Serce.

c a ł y   ś w i a t   j e s t   s c e n ą

- Muszę   przyznać,   że   nie   wiem,   co   planuje   Rhys.   Zało/y!   ten 

idiotyczny kostium i z przyjemnością sfilmowałabym ■ do programu. - 
Lady Sterling zwierania się Owenowi w śnulf wieczorem.

Rhys wybiegł z szatni i poprosił Owena, żeby spotkali *lf jak 

najszybciej. Ale nic nie mówił o kostiumach, a do Hullfl ween było 
jeszcze kupę czasu.

Lady Sterling ponagliła go, żeby wszedł do ogromnego

przedpokoju.

4

background image

- Owen, mój drogi, koniecznie powiedz matce, że chclfti łabym się 

z nią zobaczyć. Tak się cieszę, że wróciła do o czarni, jak to się mawia!

Ruszyła korytarzem, stukając obcasami i mrucząc cod dii siebie.

Rhys pojawił się u szczytu wyłożonych czerwonym d\ nem 

schodów.

- Cieszę się, że dałeś radę! - powitał entuzjastyczni! Owena.

Miał na sobie tani, jasnozielony garnitur, który wyglądnl jak 

kupiony na wyprzedaży w Kmarcie. Do już zarośnn, twarzy dokleił 
bezkształtne wąsiki.

Co kombinujesz? - zapytał nerwowo Owen. Czy chłopcy z Upper East 

Side lubili przebieranki? Tylko wtedy, gdy zabawa obejmuje też 
dziewczyny z Up-

I ast Side!

Powiedziałem   mamie,   że   to   część   inicjacji   w   drużynie   W 

pływackiej. Sprawa jest nieco skomplikowana - dodał ta-limiiczo.

Machnął   na   Owena,   żeby   wszedł   na   górę.   Jego   sypialnia  

' l i 

zawalona   ciężkimi   antykami,   przez   co   bardziej   przypo

mni.

ila  pokój 

gościnny w brytyjskim dworku niż pokój szes-

1

i -

>latka.

Najpierw   ubranie   -   powiedział   Rhys,   przykładając   do   I   Iwrna 

jasnobłękitny garnitur.

( )wen z niedowierzaniem pokręcił głową. Musisz mi wyjaśnić, co 

ten garnitur robi u ciebie w sza-

11.

Ubranie było tak sztywne, że chyba mogłoby samo stać. u przyłożył je do 
siebie i spojrzał w lustro w wyłożonej 

' i l l u n i  

kafelkami łazience. 

Zauważył przy okazji półki nad 

•mi\ 

walką z kosmetykami schludnie 

poukładanymi według 

i' 

Ilości. Wziął czerwoną tubkę z napisem 

„Buntujesz się" 

I) 

ni 

litu i pociągnął ostrożnie nosem. Do czego to 

służyło? I )o wzniecania buntów, najwyraźniej. Garnitur? Moja matka 
wygrała go na aukcji charytatyw

n i 

i Wystawili na licytację całą garderobę 

Gorączki sobotniej Hi 

ii 

v. - Rhys wzruszył ramionami. No dobra, w 

porządku. ( >wen wrócił z łazienki. Ulżyło mu, że kumpel nie kupił 
•arnituru.

Co mam z tym zrobić?
Założysz i pójdziemy pod mieszkanie Kelsey. Idealne 

I n  

anie - 

stwierdził z dziwnym akcentem, który brzmiał, jakby wypił sześć 
kolejek tequili po tym, jak usunięto mu ,., i mądros'ci. Udał, że 
drapie się w pachwinę, i uśmiechu.|i szeroko. - Stary, muszę 
wiedzieć, z kim ona jest - wyjaśni l |u normalnym głosem.

-

A wtedy dorwiesz go w tych spodniach, które są il dzieścia trzy 

rozmiary za małe? - zapytał Owen, patrz.

i< 

rąbek idiotycznych 

spodni Rhysa. Były jakieś piętnaście 

IIMI

 

tymetrów za krótkie.

-

Nie, po prostu nie chcę. żeby mnie poznała - odparł Uh jakby to był 

najbardziej logiczny plan na świecie. - Powied 

I

 

łeś, że przyjdziesz. 

Stary, stawiam pączki - zaproponował.

Owen   spojrzał   kumplowi   w   oczy,   zobaczył   ich   błaj

1

  ih   wyraz   i 

pomyślał   o   e-mailu,   który   wczoraj   przesłała   mu   l   .   Boże,   chciał   ją 
zobaczyć, ale Rhys pładcał w piwo przez  

i  

il zeszły wieczór. Co mógł 

zrobić?

-

W porządku - pokiwał głową, chociaż wiedział, 

/i I 

kiepski pomysł.

-

Dziękuję. - Rhys znowu skupił się na zadaniu. - Dolni, mam też to - 

powiedział, wyjmując drugą parę sztucznych u sów z ciężkiej 
szuflady komody.

Włosy splątały się w paru miejscach i wyglądały jak spi kujące 

pająki.

- Mam to przykleić do ust? - oburzył się Owen.

Włosy   w   wąsach   wyglądały   nad   wyraz   podejrzanie,  J|H  włosy 

łonowe.

- Aha.

Rhys zabrał je Owenowi i nałożył cieniutką warstwę prflfj 

zroczystej, kleistej cieczy i podał mu wąsy z powrotem.

Owen pokręcił głową i przykleił wąsy nad górną winyl Potem 

przebrał się w okropny garnitur. Robię to dla kunipl powtarzał sobie w 
myślach, wciągając obcisłe w tyłku dzwuMf na bawełniane bokserki w 
paski.

Cześć, mamo - zawołał Rhys do lady Sterling, gdy stali / przy 

frontowych drzwiach. Siedziała w salonie i słuchała głośnej muzyki na 
dudach, h|dając materiały do Herbatki z lady Sterling.

Jeśli mamy to zrobić, musimy sobie strzelić na odwagę  

i w  

ierdził 

Owen, prowadząc ich do sklepu, gdzie już raz ku-•wali piwo.
Minęli przywiędłe stokrotki w wiadrach z błotnistą wodą ideszli prosto 
do lodówek na tyłach. Owen wyjął po puszce
•li 45 i Olde English. Puszki zostawiły ślady na jasnoniebie-

H

u materiale ohydnego garnituru. Facet w sklepie przewrócił oczami, 

widząc jego przebra-

r, a Owen uśmiechnął się do niego z zakłopotaniem. Cho-

i  

plan Rhysa był dziwny i chory, wydawał się też dość za-

wny.

To na drogę.

Wręczył Rhysowi wilgotną puszkę w papierowej torbie, /li ze sklepu i 
minęli domy przy Piątej Alei. Na chodniku Ino było matek z wózkami, 
ale żadna nie spojrzała na nich i k a wioną.
I >wen otworzył puszkę i się napił. Przyjrzał się kumplowi. Wiesz, 
wyglądamy jak geje. Nie? Aha, możesz być moim chłopakiem, którego 
poznałem Miami. W porządku? - Rhys się zaśmiał, ale Owen widział,

i

i  

/yjaciel jest myślami gdzie indziej.

Doszli do rogu Siedemdziesiątej Szóstej, przeszli przez

i i

i  

Aleję.   Usiedli   na   jednej   z   betonowych   ławek   wzdłuż

MU

 

który oddzielał Central Park od ulicy. Stąd mieli dosko-

widok na wielki apartamentowiec po drugiej stronie ulicy, którym 

mieszkała Kelsey.

Obiecałem pączki. - Rhys podszedł do metalowego i 

.1 

na rogu.

Owen przyjrzał się otoczeniu. W powietrzu czuło sit,- /npi wiedź 

jesieni. Zauważył samotny klon, którego liście po opadały na ziemię. 
Deptał po nich z zapałem pięciolatek uhl ny w bluzę z kapturem w 
dinozaury.

- Więc... Domyślam się, że kumple z Nantucket nie /my-szali cię 

do przebierania się za Borata i śledzenia ich byl\. li

Rhys położył papierową torbę na kolanach Owena i n obok niego.

Owen wyjął sobie pączka.

-

Właściwie to nie miałem prawdziwych kumpli na Nitu tucket - 

przyznał. Zarumienił się lekko, zastanawiając się i nie powiedział 
zbyt wiele. - Za bardzo byłem zajęty dziew i nami i tak dalej.

-

Często   żałowałem,  żernie  jestem   tego  typu   gośclM  -   Rhys  się 

zamyślił i napił się piwa. - Zawsze podobała mi ilf tylko jedna 
dziewczyna.

Wskazał na apartamentowiec, gdzie stał potężny od/ ny. Dziesięć 

pięter wyżej przezroczysta, liliowa firanka v się w otwartym oknie. 
Owen zastanawiał się, czy to pokci I i ile czasu spędziła tam z Rhysem. 
Skoro Kat zdradziła go 

tr| 

lata, to pewnie nie aż tak dużo, pomyślał. I od 

razu dopadł\ | wyrzuty sumienia, że w ogóle ma takie myśli.

- Tęsknię za drobiazgami - powiedział po chwili l'

obciągając 

nogawki spodni, żeby chociaż częściowo zaki \ 

V

 

ły kostkę. - Na 

przykład za tym, że zawsze przynosiła mi l torade po treningu. Wiem, 
że to głupie, ale to było... mili

Rhys   zawstydzony   podrapał   się   po   nodze.   Lubił   Kels#j),   bo 

przynosiła   mu   Gatorade?!   Miał   nadzieję,   że   Owen   nic   u/ltf   go   za 

5

162

background image

totalnego frajera. Nie dość, że go tu zaciągnął i ki

\tĄ 

założyć idiotyczny 

kostium, to jeszcze opowiada takie rzeerf

Owen uprzejmie pokiwał głową, nie odrywając oc/u ■ okna. 

Chociaż temat był dość niewygodny, bardzo go cieki

ii<>.   jak   układało   się   między   Rhysem   i   Kat.   Od   jak   dawna   się 

•potykali? Jak daleko zaszli?

Dzieciaki z deskami minęły ich ławkę. Przyjrzały się Rhy-

>>

U

 

i i Owenowi i wybuchnęły śmiechem. Owen skrzywił się ■yl gotów 

ściągnąć z siebie garnitur i zapomnieć o sprawie.

\U- 

wtedy zrozumiał. To właśnie robią kumple. Wspierają

Noszą wąsy z włosów łonowych i takie tam. Nie wierzę, że ci to mówię, 
stary - powiedział Rhys. -l| skoro jesteś moim chłopakiem i w ogóle... - 
Uśmiechnął półgębkiem. - Nigdy nie zrobiliśmy tego z Kelsey. Chcia-n. 
/cby to było coś specjalnego - dokończył cicho, gapiąc przed siebie. Och.

Owen zamarł, zaskoczony, w połowie kęsa, a potem zno-

i i  

wgryzł się 

w  pączek,  żeby  mieć czas  na  zastanowienie.  IfC  Kat  nie  kłamała  na 
plaży, kiedy powiedziała, że to był

pierwszy raz. Owen nie bardzo wiedział, czy mu ulżyło,

raczej poczuł się jeszcze bardziej winny. Albo uradowany. 

I

M

» gotowy 

się zabić, bo był takim dupkiem.

Może to był najlepszy moment na zerwanie. No wiesz.

li u to czas, kiedy zaczyna się nowa... A najlepszy sposób, i'\ przestać o 

kimś myśleć, to zacząć myśleć o kimś no-

M i  

nie? - Ostatnie zdanie zabrzmiało bardziej pytająco, niż

Może gdyby Rhys przestał myśleć o Kat... Kelsey! Może lv doszedłby do 
siebie? Byłeś kiedyś zakochany? - zapytał Rhys, ignorując gru-'  • !  i 
niią sugestię Owena i patrząc mu głęboko w oczy.

O mój Boże, naprawdę gadasz jak gej - zaśmiał się n mając nadzieję, że 

może wrócą do nieco lżejszych te

in,

a.

iw.

To   był   zbyt   poważny   temat   jak   na   rozmowę   z   facetem   którego 

złamane serce był odpowiedzialny... No i jeszcze poliestrowy garnitur...

- Pytam serio. Wiesz, tak, że myślisz tylko o tym, żeliy objąć tę 

dziewczynę. Nie możesz przestać o niej myśleć 

I

..

h

i wieczorem. I śnisz o niej - wyrzucił z siebie Rhys.

Mówił ze szczerym zapałem. Wąsy odkleiły mu się 

W

 , 

łowię zdania 

i wisiały nad zębami.

- Aha - przytaknął Owen.

Znał to. Czuł to do tej sarlej dziewczyny co Rhys.

-

Myślałem, że pewnego dnia się pobierzemy. Będzn 

III

 

mieli dzieci, 

rozumiesz?

-

Jesteś' pewny, że przez te spodnie nie staniesz się be* płodny? - 

zapytał Owen, desperacko próbując zmienić tenml

-

Chrzań się - odburknął dobrodusznie Rhys i napił piwa.

Spojrzeli na budynek z zielonymi markizami. Coś błj ło błękitem. 

Dziewczyna.

- Cholera! To ona!

Spanikowany Rhys upuścił puszkę na kolana. Zlupaj ją i odstawił na 

ziemię. Ledwie odrobina piwa chlapnę 

11 

sztywny, zielony materiał 

garnituru, ale i tak wyglądał, jnl 

I

 

się zsiusiał.

Doskonały sposób, żeby przykrywka zyskała na rcn||#

mie.

Kat miała na sobie przylegającą do figury niebieską 

NU

 

kienkę. 

Kompletnie nie zdawała sobie sprawy z ich obecno Przechodziła na 
drugą stronę ulicy. Jej opalone nogi mi^ul gdy szła szybko, żeby zdążyć 
przed samochodami.

- Idzie tutaj! Popraw wąsy - szepnął nerwowo Rhys, wy cierając 

pośpiesznie nogawkę spodni maleńką serwetką / liii by z pączkami.

Owen  zrobił, co mu kazano - poprawił wąsy. Dotykał dra-■cych 

włosów,   a   Kat   zbliżała   się   coraz   bardziej.   Znajdowała   ily   dziesięć 
metrów od nich, pięć, dwa - wydawało się niemożliwe, żeby ich nie 
poznała.

Ach, jasne, skarbie, myślałem właśnie, że moglibyśmy lll

/i

|dzić 

ceremonię na plaży, tylko nas dwóch, a potem balan-jiu

1

     wypaplał 

Rhys z okropnym akcentem.

Odwrócił się do Owena, a w jego oczach pojawił się błysk 

ii.

-listwa.

Chciałam   potwierdzić  dzisiejszy   pedikiur  o   wpół  do   I  Idmej.  - 

Owen usłyszał, jak Kat rozmawiała przez komórkę, Mjując ich o pół 
metra.

Podniosła   rękę,   żeby   zatrzymać   taksówkę.   Patrzył,   jak   ul   iinka 

porusza się wokół jej kolan. Taksówka stanęła przy  

1

| iwężniku i Kat 

wsiadła do środka.

Khys i Owen czekali w milczeniu, aż taksówka zniknie im f oc/u.

Och,   jasne,   skarbie!   -   krzyknął   Owen,   przybijając   •   Kliysem 

piątkę. Niewiele brakowało. Kat prawie ich zoba-Hyla. - To przebranie 
jest rewelacyjne!

Nic się nie stało. - Rhys pokręcił bezradnie głową. Ale nie jest z 

żadnym facetem, nie? - Owen stuknął się kim piwem z puszką, którą 

trzymał Rhys. - Słuchaj, pomo-■ Ci znaleźć nową dziewczynę. Kogoś, 

z kim można się do-

i bawić. Oderwie cię od wszystkiego - dodał z 

nadzieją. Khys popijał Olde English i próbował ignorować tępy ból 

Drcu. Może Owen miał rację. Może rzeczywiście potrze-■ .il nowej 

dziewczyny. Właściwie im dłużej o tym myślał, 

'   n i  

badziej mu się to 

podobało. Kiedy tylko Kelsey zobaczy )(o / kimś nowym, zrobi się 

zazdrosna i będzie błagać, żeby

....rla wrócić. Powoli uśmiech wypłynął na jego twarz. To był

n i .

ilny plan.

- Masz rację - stwierdził. Od razu poprawiło mu su, mopoczucie. - 

Dzięki, stary.

- Nie ma sprawy.

Owen widział, jak twarz Rhysa się rozświetliła, i po. się lepiej. 

Najwyraźniej przeceniał załamanie kumpla. Pntfi szedł już najgorszą 
fazę. Trzeba go z tego wyciągnąć, pozu z paroma dziewczynami i 
sprawić, żeby się dobrze zabawił, Powinien dojść do siebie. Niedługo 
przeboleje strata I i wtedy Owen będzie mógł się z nią spotykać. 
Wszyscy l

V

' szczęśliwi. Owen tak się ucieszył, że nie mógł się oprze , 

kusie i uściskał Rhysa.

- Odpieprz się, stary! - Rhys beknął wesoło.

W następnej  Herbatce z lady Sterling:  wielkie gejowski! wesele 

mojego syna na Key West!

1

 

j e s t 

w s t r z ą ś n i ę t a,   a l e 
n i e   zm i e s z a n a

Jack   siedziała   w   autobusie   M4   Madison  Avenue.  Jechała   ilu 

mieszkania   J.P.   późnym,   czwartkowym   popołudniem,   sta-Mi   się   nie 
dotknąć żadnej powierzchni, na której mogłyby »lv znajdować zarazki. 
W duchu przeklinała ojca za to, że zo-i 

i w  

il ją w takiej biedzie, że nie 

6

background image

stacją   było   nawet   na   taksów-lPo  szkole   poszły   z   Genevieve   na 
przedimprezowe   zakupy   I   Bergdorfa,   ale   Jack   szybko   odkryła,   że 
chodzenie do  skie-ru gdy się wie, że niczego nie można kupić, jest jak 
siedzenie w Atkins w otoczeniu ciastek.

Nie było mowy, żeby wróciła do domu, gdzie Vivienne I u zech dni 

paliła w łóżku jednego papierosa za drugim, sie-i ula  w maseczce na 
oczy   i   głośno   rozmawiała   po   francusku  

|

H

 

ze/ ,  

telefon   ze   wszystkimi, 

którzy   byli   gotowi   jej   słuchać,   ■   /nie   z   drugą   z   trzech   byłych   żon 
Charlesa. Jack nie mogła 

>i  

ić 

tego użalania się nad sobą i udręczania, ale 

jej matka

libi duszy to uwielbiała. Vivienne zasugerowała nawet, że ' ii u les ma 

rację, i Jack rzeczywiście powinna poznać cierpienie IMeprzyć ich.

( idy tylko zobaczyła przez okno kierowcy tabliczkę z na-

l Sześćdziesiątej Ósmej, przycisnęła brudnożółty przycisk, 
sygnalizując, że chce wysiąść. Trzymała potem rękę z dul i reszty 
ciała, jakby mogła się czymś' zarazić. Potrząsnęła kim* tanowymi 
włosami i dumnym krokiem zeszła po gumowyrh, czarnych 
stopniach. Miała nadzieję, że portier z Konipi-1 Cashmana nie 
wyglądał akura^na ulicę. Podeszła do ozdobili go wejścia. Jej czarne 
buty na płaskim obcasie od Tory Hun It stukały o wypolerowaną, 
marmurową posadzkę. Skinęła i ufale głową portierowi.

- Panno Laurent - odpowiedział mężczyzna i wpuśi II do środka.

Jack   ulżyło.   Przynajmniej   nie   wyglądała   na   biedną.  Vu\  cisnęła 

guzik   prywatnej   windy   i   pospiesznie   do   niej   wsiadł   Nie   mogła   się 
doczekać, kiedy J.P. ją obejmie.

Wpuściła ją Frances, wiecznie ponura służąca Caslium nów. Jack 

rozejrzała się po przedpokoju, lśniących podłogftfl| z czarnego marmuru, 
ogromnych oknach i złotym stojaku n. parasolki. Zwykle krzywiła się na 
wystrój penthouse'u   

i || 

kiem bez ładu i składu, i raczej tandetny - 

żałując, że rod|)i na J.P. nie jest bogata w bardziej subtelny sposób. Ale 
dzi I bogactwo było wręcz przytłaczające. Próbowała się uspokoi, gdy się 
wspinała po kręconych schodach do kawalerskltł gniazdka na samym 
szczycie budynku.

- Cześć.

Miał na sobie czerwone polo Lacoste i uprasowane h|i wełniane 

spodnie od Ralpha Laurena. Uśmiechnął się i w 

|

XM

 

liczkach pojawiły 

mu się dołeczki, którym nie sposób oprzeć.

- Ładnie wyglądasz. Dobrze powiedziałem? - dra czył się z nią 

J.P., wprowadzając ją do sypialni i zamykali drzwi.

Za każdym razem gdy go widziała - opadające na ocn| brązowe 

włosy, idealnie przystrzyżone po bokach, mądn

Mi|/owe 

oczy, idealną linię szczęk i ciało stworzone do gry rugby albo 

squasha - czuła, że wszystko na świecie jest ta-jakie być powinno. Oto 

książę dla niej, dla prawdziwej księżniczki. A w ten weekend urządzą 

imprezę i pokażą świa-ll, że są naprawdę razem.

- Wszystko w porządku? - zapytał J.P, odgarniając z jej irzy 

kasztanowy lok.

Jasne - skłamała. - Denerwuję się baletem, /ignorowała poczucie winy. 

J.P. zakochał się w niej, za-

lllin 

siała się nerwowa, przygnębiona i 

biedna. Musiała stać ■ / powrotem tą dziewczyną, którą była jeszcze 

kilka dni 

Innu. 

Dziewczyną, którą kochał. Z pewnością jej się to uda. 

wkrótce.

( Ibjęła go, wciągając znajomy zapach Romance Ralpha I miienta. A 

potem pocałowała go namiętnie. Podeszła do łóż-t «  

i  

powoli zaczęła 

rozpinać sweter, patrząc mu prosto w oczy 

•   i  

'iieając spojrzenie, które - 

miała nadzieję - było namiętne I kuszące.
I wtedy właśnie otworzyły się drzwi i do pokoju wpadł 

i Cashman. 

Asystent, chudy okularnik, wszedł za nim. M nosili takie same 
kowbojki.

Niech to wszyscy diabli! - krzyknął Dick, kiedy zo

llili /yl 

Jack 

pospiesznie zakładającą sweter. - Zostawię was, 

żebyście się 

doprowadzili do porządku ! Zatrzasnął drzwi, a Jack wygładziła bluzkę. 
W końcu ni-

Miyo 

takiego nie robili.

W każdym razie jeszcze nie. Chyba sprawdzę, czego chciał tata. - J.P. 
wzruszył ra-iiili inami i otworzył drzwi.

Pójdę z tobą - jęknęła Jack. Po byłoby niesmaczne zostać w pokoju 

chłopaka po tym, pk się zostało nakrytym w kompromitującej sytuacji. 
Udawała,

Wejście 

Carlsów

że jest Grace Kelly. Na pewno ojciec księcia Monako 

W), 

|ft kiedyś' 

nakrył, gdy dopiero co zaczęli się spotykać. Musi il tak być.

Czy to było to popołudnie, kiedy księżna Grace spad!

mochodem z urwiska?

|

- Więc jeśli idzie o sracz - Jack usłyszała z konin gromki głos 

Dicka, który oprowadzał asystenta po mieszkiiujy - zaprojektowała go 
NASA. Normalnie są tylko na kosnili nych wahadłowcach. Zobaczyłem 
taki na filmie dokunum i| nym i pomyślałem: „Chromolę, kupię sobie 
taki!" Zrobić>n zamówienie w zeszłym tygodniu!

Ojciec   J.P.   uwielbiał   kosztowne   i   bezużyteczne   zabawili   Ale   w 

przeciwieństwie do jej ojca, przynajmniej łożył na żonl i rodzinę.

-

Tato! - przerwał mu J.P., schodząc do przedpokoju. Im 

ociągała 

się z tyłu. Nawet z wysokości trzech metrów wid

/In 

ła, że Dick 

Cashman mrugnął do syna. Jack zapięła sweli i pod szyję i starała 
się zwalczyć zażenowanie.

-

Przepraszam, że wam przeszkodziłem - zaśmiał  d Dick, idąc w 

stronę syna. Kowbojki jego asystenta stukal\ p świeżo 
wypolerowanej podłodze. - Ale chciałem wam pol zać, kogo psy 
przytargały.

Zza potężnej sylwetki Dicka wyjrzała Baby Carls. Poili ki miała 
ubrudzone ziemią. Niespodzianka!

- Cześć! - powitała entuzjastycznie J.P.

Splątane włosy związała w kucyk na czubku głowy. S|H mowsko 

wyszczerzyła zęby.

- Przepraszam za spóźnienie, ale znalazłam dla nich id* alne 

miejsce do biegania. To park Fort Tryon w Bronxic uli samowity. 
Nemo pokocha to miejsce! Właśnie opowiadał,... twojemu tacie.

Kundle będą zachwycone! - Dick Cashman pochylił się pogłaskał 

Nemo. - Chcesz polecieć tam helikopterem? - zaimponował.

- Nie! - zaprotestował niezręcznie J.P.

Jack zmrużyła zielone oczy, patrząc na Baby, która najwy-niej nie 
zauważyła jej stojącej u szczytu schodów. Co do . Imlery robił ten 
chudzielec w mieszkaniu jej chłopaka?

W   porządku,   jak   sobie   dzieciaki   chcecie.   -   Dick   Cash-

i i i .

HI

 

sprawiał wrażenie rozczarowanego.

Ciężkim krokiem ruszył labiryntem korytarzy do swojego ibinetu. 

Asystent niemalże za nim pobiegł.

Dzięki! - Baby uśmiechnęła się ciepło do oddalających ... pleców 

pana Cashmana.

1

'oczątkowo nie wiedziała, co myśleć o ojcu J.P., ale im Ifcej z nim 

rozmawiała, tym bardziej uwielbiała jego nie-|n/ewidywalny i tandetny 

styl. Chociaż był jednym z najbo-i 

ii

./ych ludzi w Nowym Jorku, bawił 

się dzięki pieniądzom. .. sprawiał, że inni źle się czuli.

- Więc przyszłaś zabrać psy? - zapytał cokolwiek głupio

1 1 '

7

162

background image

Mówił jakoś dziwnie i włoski na karku zjeżyły jej się ■trzegawczo. 

Spojrzała wyżej i u szczytu kręconych schodów hbaczyła, piorunującą ją 
wzrokiem, Jack Laurent. Miała na bble kaszmirowy sweter zapięty pod 
szyję. I była wściekła.

Jack zeszła powoli z uniesioną brodą i stanęła obok J.P.,  

I

  .1  

przy 

swojej własności.

- Och, ehm, Jack, to Baby. Pomaga przy psach.

My   się   już   znamy   -   rzuciła   lodowatym   tonem   Jack,

.....ż.ąc oczy.
Kiedy J.P. powiedział, że wyprowadzał wczoraj psy, czy 

I

 

uczy, że 

wyprowadzał je z Baby Carls? Tym się zajmował 

•i 

/<•/ cały tydzień po 

szkole?

- Ktoś już dzisiaj zajął się psami - dodała zimno. Szczeniaki, 
uważajcie, zaraz zobaczycie walkę na paziu \

J.P. odkaszlnął i 

wziął smycze od Baby.

- Aha,   przepraszam,   że   nie   powiedziałem   ci   wcześni,   i   -   Nie 

spojrzał jej w oczy. Shackleton zaskomlał. - Bęil/li w porządku, jeśli 
zapłacimy ci jutro?

Baby popatrzyła na J.P., wpatrującego się z uporem w krę« cone 

futro Nemo, potem na Jack, która skrzyżowała ręce 

piersi.

- Jasne,   nie   ma   sprawy.   -   Głos   dziewczyny   aż   ociekał   sufcf 

kazmem.

Doskonale rozumiała, co jest grane, i jeśli zamierzał bawił się w tę 

grę, bo bał się gniewu swojej dziewczyny-samicy all i nie zamierzała mu 
przeszkadzać.

- Jutro wpadnę po czek.

Wyszła z hukiem, zaskoczona tym, jak bardzo ją zaboluln jego 

zachowanie.

Kiedy wyszła z budynku Cashmana, wyjęła komórkę, żehy 

zadzwonić do Toma. Po raz setny pożałowała, że ona jest tulu.), a on 
tam. Od razu przełączyło ją na pocztę głosową. Rus/\ i pospiesznie w 
stronę centrum. Zapadał wieczór, a ona się stanawiała, dlaczego nagle 
poczuła się tak bardzo samotna.

Biedna Baby.

- Więc twój tata zatrudnił Baby Carls? - zapytała slotf dziutko 

Jack, kiedy J.P. odstawił wreszcie śliniące się, śniii i dzące puggle i 
labradoodle'a do pokoju dla psów na drugim końcu mieszkania. 
Podeszła do tarasu i przesunęła drzwi. Nu płynęła chłodna bryza. Jack 
widziała ludzi wchodzących i wyi chodzących z Central Parku. Tu było 
jej miejsce, a nie gd/c na zatęchłym strychu pełnym staroci. Jej serce się 
uspokoił. Wszystko było jak należy.

Chciała powiedzieć: perfekcyjnie?

- Aha. Do wyprowadzania psów. Wszystko w porządku? zapytał J.P., 

siadając na niskiej, ultranowoczesnej kanapie

ielęcej skóry.

Salon   Cashmanów   był   ogromnym,   wielopoziomowym   po-

mieszczeniem   z  wysokimi   regałami  pełnymi  złoconych,  nie-

i

/vlanych 

pierwszych wydań. Rzeźby stały pod ścianami, na Mnrych powieszono 
różnych   rozmiarów   obrazy,   które   zupełnie   do   siebie   nie   pasowały   - 
Chagall   wisiał   obok   Seurata,   któ-

I V  

/   kolei   wylądował   obok 

średniowiecznego portretu gościa

berłem i gołębicami wokół zdecydowanie za małej korony. Jack 

odwróciła się od tarasu i podeszła do stalowego bar

i i  i  

Wiedziała, że 

zawsze może wezwać Rogera, służącego, ■by nalał im drinki, ale o 

wiele romantycznej było przygoto-

m£ 

je samej. Czuła się całkiem jak 

żona z Upper East Side,

Itająca męża po długim dniu.

- Jesteś   pewien,   że   Baby   Carls   nic   nie   dolega?   -   zapy-ul

.i, 

wlewając gin Bombay Sapphire z tonikiem do wysokich 

M

/klanek.

A dlaczego miałoby jej coś być? - J.P. wiercił się na  

i  

m.ipie, 

patrząc, jak Jack miesza drinki.
Uśmiechnęła się słodko i podała mu szklankę. Chodzę z nią na jedne 
zajęcia w Constance. Podob-

M I I

 

(est niezrównoważona psychicznie. Jej 

siostra mówiła, że u |by ma jakiś problem. - Wzruszyła ramionami i 
usiadła J.P. > l  

lianach.

Mnie się wydaje zdrowa - odparł, zsuwając Jack na ka-

ii.ipę.

Pozory mogą mylić. - Starała się nie zdradzać niepoko-

ilr w 

głębi duszy wariowała.

Dlaczego J.P. nie zaczął jej rozbierać? Chciał wypro-■(Izić psy z 

jakąś niemającą wyczucia mody chudą Baby, z takim... nic? Dlaczego 
obie siostry próbowały 

zni 

jej życie?

Pociągnęła   łyk   drinka   i   przyjrzała   się   ciężkiej,   kry,,   •  il  wej 

szklance,   którą   trzymała.   Nagle   otoczenie   wydało  

IM

 

I

 

zbyt   bogate. 

Wszystko  było  złote.  Nie   zauważała  tego.  «  

1«  

>|   •  

I

 

pieniądze  nie 

znalazły się poza jej zasięgiem. To było mcxpffl wiedliwe. Frustracja 
sprawiła,   że  h a   popłynęła   jej   po   polu   /kił   Miała   ochotę   w   coś 
uderzyć.

A może raczej kogoś?

- Dobrze się czujesz? - zaniepokoił się J.P. - Poslu. h , Baby 

tylko wyprowadzała psy. Nic wielkiego.

-

Nie płaczę z jej powodu - jęknęła. - Po prostu... Naprawdę, 

traciła już głowę.

-

Co się stało? - J.P. spojrzał jej w oczy.

-

Chodzi o tę sukienkę. - Zmyśliła na poczekaniu. Kiedy to 

powiedziała, od razu zrozumiała, jak głupi., 

i

zabrzmiało. Ale nie mogła przyznać, że obawiała się kun kurencji ze 
strony dziewczyny od psów! Albo powiedzie że jej przyjaciółki ciągle 
gadają o Avery Carls i jej bruì li Ani wyznać, że jej ojciec nie płaci za 
balet.   Nie   mogła   w.spii-mnieć   o   matce   robiącej   melodramatyczne 
sceny, i zatęchlyiM poddaszu. W końcu kto by się chciał spotykać z 
biedn;| nil udacznicą?

A płacz w powodu wymyślonej sukienki jest w por

/i

|t|

ku?

- Sukienkę? - J.P. zabrał rękę z jej pleców. - Piar/, z powodu 

sukienki?! - zapytał niedowierzająco.

- Nie płaczę!
Drobna łza spłynęła jej po policzku. I Oscara 
dostaje...
Jack   spojrzała   na   szeroką,   przystojną   twarz   J.P.   Chciała,   żeby 

zrozumiał. Jednak nadal nie potrafiła zmusić się do u J

i .  

ma prawdy. Otarła łzę palcem, paznokcie miała pomalo-.... na 

pędowy róż.

( hciałam ją założyć na imprezę. Jak 
wygląda? I '/marszczyła brwi w 
zamyśleniu.

Jest... różowa - powiedziała, myśląc o sukieneczce pię-ilki, która 

wprowadziła się do jej domu. - Z bufiastymi . i iwami. I białą szarfą.

No dobra - powiedział powoli J.P. - Barneys? Aha. - Przytuliła 
się do niego. Już samo to, że była blisko niego sprawiło, że czuła 
się

Załatwię ją dla ciebie. Ale nie powinnaś się tak przej-

łii

..wać drobiazgami.

8

background image

J.P. przytulił ją mocno do szerokiej piersi, a Jack potarła (wilczkiem 

o miękką bawełnę jego koszulki polo.

Jeśli będziesz się tak przejmować drobiazgami, coś po-

l' 

H.i

/nego po 

prostu cię zabije. Tak myślisz?

p o s p i e s z n a   u c i e c z k a   B

Piątego i, jak miała nadzieje, ostatniego dnia z rzędu 

H il 

założyła 

ohydną spódniczkę z krepy i czekała wogn> pustej kuchni na Avery i 
Owena, żeby razem wyjść do • 

ły. Nie rozumiała, dlaczego zawracała 

sobie głowę i zo 

Li 

w Nowym Jorku tak długo. J.P. był jedyną osobą, 

którą po/iifti ła i która sprawiała, że Baby pomyślała, że może - ale lyllut 
może - to miasto jest inne. Teraz jednak odkryła, że J.P 

|i 

taki jak reszta.

-

Dzwoniła pani McLean z Constance Billard. Opu jakieś godziny 

prac społecznych? - Edie weszła do kuciu w zwiewnej, białej 
spódnicy. Niebieskimi długopisami 

Hli 

podpięła włosy w coś na 

kształt koka.

-

Aha, to było głupie nieporozumienie - odparła lei I Baby.

Nie chciała wchodzić w szczegóły. Łatwiej będzie zaji|<i się tym 

wszystkim, jak już wróci na Nantucket.

- Hm... - zgodziła się Edie. - Wyobrażam sobie, pani McLean jest 

bardziej surowa niż nauczyciele, do kto. rych przywykłaś. Ale 
naprawdę, skarbie, przeklinać po francusku? Nie potrafisz wymyślić 
niczego bardziej twórczego, żeby władować się w kłopoty? - Usiadła na 
stołku obok Baby,
I|I

M

'>/< ząc jej długie, splątane włosy. - Jeśli chcesz potrząsnąć ciulem, 

zrób to jak należy. - Edie pokiwała w zamyśleniu

■|im a 

i wyszła z kuchni jak psychodeliczna wróżka z bajki, 

fciHM 

udała się 

udzielić rady następnej niesfornej osobie

potrzebie.

Huby   zamarła.   Czy   wyprowadzenie   się   na   tyle   lat   na   Nan-

lliilei   było   sposobem,   w   jaki   Edie   chciała   potrząsnąć   świa-
.....'

Westchnęła i rozejrzała się po wielkiej, nowej kuchni. Na

.....i ket kuchnia była miejscem, w którym się spotykali, ale

pici jak na razie nawet niczego nie ugotowano. Usiadła na iłowym stołku 

barowym przy gładkim blacie z czarnego

.....

III

. Związała włosy w niechlujny kucyk i wybrała numer

[||ii 

I

'

una.

Ej, Baby - powitał ją na poły zaspanym, na poły upało-

......głosem.

To 

była jej ulubiona pobudka latem.

Cześć! - Starała się, żeby jej głos zabrzmiał wesoło, /łapała 

pomarańczę z tekowej misy i wbiła w nią kciuk.

Hejka - wychrypiał. Słyszała klakson jego samochodu i zapragnęła, 

żeby wyje-

I

 

li.il

 zza rogu ulicy w zakurzonym cougarze, gotowy zawieźć 

1

1 do szkoły.

Westchnęła. Ostatni ranek, który spędzili razem, przyszedł po nocy, 

kiedy wcale się nie kładli. W zeszły piątek wytrzymali tylko pięć sekund 
w   zatłoczonym   klubie   w   Meatpacking   Mistrict.   Wyszli   pospiesznie, 
śmiejąc   się,   pobiegli   ulicami   i   zatrzymali   się   przy   Gray's   Papaya   na 

Szóstej,   żeby   kupić   hol   doga.   A   potem   całowali   się   pod   markizą 
kawiarenki   przy   Union   Square.   Nim   ruszyli   do   domu,   słońce   już 
wschodziło,  

bostali 

za darmo mufinki od przyjaznego sprzedawcy na 

tar-

I

-

II

. Miała wrażenie, że to wydarzyło się wieki temu.

- Więc   w   jakie   szalone   przygody   się   wpakowałaś,   sforna 

dziewczyno? - zapytał Tom.

Baby wgryzła się w pomarańczę. Wstydziła się przy że jak na 

razie jej największą przygodą w najbardziej e' tującym mieście świata 
było wyprowadzanie psów jaki dzieciaka z Upper East Side. I to za 
darmo.

Niespecjalnie wspaniałe życie.

I wtedy do kuchni wparowali Avery i Owen, zagadan uszy.

- Dobra,   zrób   listę   ludzi.   Pływaków   wpisz   na   ziel   Właściwie 

wszystkich sportowców. Pozostałych na niebie
- zdecydowała   Avery.   Marszczyła   brwi   nad   notatkami,   jak)] 
pracowała przy drzwiach klubu Bungalow 8.

Przez   ostatnie  dwa   dni  myślała   tylko   o  drugiej  impre/l*,  która 

będzie znacznie lepsza od pierwszej. Po pierwsze, i\n. razem będzie 
alkohol, po drugie, pojawią się chłopcy. (M dwa kluczowe składniki 
potrzebne, aby zdobyć dziewę/

MM

 

z Constance.

Amen.

Baby schowała się w kąt, żeby jej nie przeszkadzano.

- Niewiele się tu dzieje. To co zwykle. A co u ciehii

- zapytała jakby nigdy nic.

-

Ej, poczekaj... - Rozległy się trzaski na linii. Iłuli przycisnęła 

telefon mocniej do ucha. Nantucket wydawało 

N

|| 

takie... odległe. - 

Przepraszam, ale obiecałem podrzucić Kcit< drę. Muszę kończyć. 
Będzie mi ciebie dziś brakować.

-

Dlaczego nie zrobicie imprezy w sobotę wieczór? 

W10 

dy 

mogłabym przyjechać - poprosiła Baby.
Avery ucichła w połowie zdania, które kierowała do Owe na. Coś 

o tym, że jego kumple z drużyny powinni być wyji|l kowo 
przyjacielscy. Wyrwała Baby telefon i przyłożyła dii ucha.

Tom? Aha, Baby nie przyjedzie w ten weekend. Jest ■preza, na którą 

musi pójść w sobotę. Więc zostaje ci tylko 

I I

 

/ystwo fajki. - Avery 

wyszczerzyła szelmowsko zęby. Oddawaj ! - syknęła Baby i wyrwała 

siostrze komórkę, i h /epraszam za to. Więc możesz przełożyć imprezę 

na sobola '  zapytała ciszej.

Nie mogła znieść, że tak się doprasza, ale wolała spędzić 

1

 

M I

 

godzin w 

autobusie Greyhound, żeby posiedzieć zTo-

■   n i  

przy ognisku, niż iść 

na wieczorek, który Avery organi-ila, żeby podlizać się jędzom z 

Constance. O, kurczę, mógłbym, ale wszystko jest już ustalone. Miimy 

beczułki, jedzenie, wszystko gotowe, wiesz?

W tle słyszała jak otwierają się drzwi samochodu i zamy-tni

|i|  

trzaskiem.

No tak - odparła otępiała Baby. Nie do końca rozumiała, dlaczego 

Tom   nie   może   przełomy,   imprezy.   Co   innego   miały   do   roboty 
dzieciaki   z   Nantu-flirl   w   sobotnią   noc?   Baby   powoli   odłożyła 
pomarańczę,  za-i  

IM

 

/ona,  że  pomyślała  coś  takiego. Zupełnie  jakby 

zaraziła ■i. pogardliwym stosunkiem do świata od tych jędz wokół 

1,1,.,

Nie uprzedzałyśmy, że to zaraźliwe?

Cześć, Baby, muszę kończyć - rzucił nagle Tom. - Baw • inbrze i 

nie wpakuj w żadne kłopoty. Rozłączył się. Baby słuchała ciszy w 
telefonie przez kilka 

M

'kimd, a potem powoli schowała aparat do torby.

Już powiedziałem chłopakom o imprezie i są absolutnie koleni. - 

Owen podrapał się po jasnej, niedawno zapuszczo-... i bródce.

9

162

background image

/.łapał   pomarańczę   Baby   i   oderwał   parę   cząstek.   Wyglądał 

*ir

.kakująco dobrze z krótką bródką, jak aktor w filmie nakrę-

tiiMiym  

na 

podstawie sztuki Szekspira.

Albo pirat. Brakowało mu tylko drewnianej nogi.

- Urządzacie imprezę? - Edie weszła do kuchni, sły« rozmowy. - 

Gdzie? - zapytała, opierając się o blat i z ro/im gnieniem układając 
owoce w chwiejną piramidę.

Bez wątpienia myślała o przyjęciu, które urządziła w szłym roku w 

letnie przesilenie. Na koniec wszyscy wyli|ili» wali na plaży w kręgu z 
bębnami.

Jeśli zastąpić „przyjęcie w strojach wieczorowych" „byli nieniem w 

kręgu" i „dom w Nowym Jorku" „plażą" to w pcw* nym sensie jedno od 
drugiego niewiele się różni.

- Miałam nadzieję, że w domu babci - zaczęła Avoiy, wiedząc, że 

matka nie odmówi.

Rozważała wynajęcie klubu i nawet sprawdziła kilka 

|w 

pularnych miejsc w Meatpacking District, ale zdała sobie spu» wę, że 
kluby są dla ludzi, którzy mają za małe mieszkanl żeby urządzić tam 
prawdziwą imprezę. A w domu babci Avertf odbyło się już kilka 
pamiętnych przyjęć. Poza tym ws/\ i uwielbiają balangi w domu!

-

Wspaniały pomysł! - Edie klasnęła, a jej wiecznie ohefl ne 

turkusowe bransoletki zabrzęczały. - Chciałabym zapnuli parę osób. 
To kiedy chcesz zrobić tę imprezę?

-

W sobotę - wyznała Avery. Poprawiła ozdobną, s/m opaskę Marca 

Jacobsa na gęstych, jasnych włosach.

Chociaż Jack Laurent ogłosiła, że urządza imprezę samego 

wieczoru, Avery nie zamierzała zmieniać pia Sprawiło to tylko, że 
jeszcze bardziej chciała urządzić nąjl szą imprezę, jaką widziało Upper 
East Side i pokazać Jack, traktuje sprawy poważnie.

Edie zrzedła mina.

- Ale   wtedy   jest   otwarcie   wystawy   Szynszyla.   Robię   z   moim 

starym   przyjacielem,   Piersem   Andersenem.   Pamiol  eie?  Teraz   jest 
eksperymentalnym artystą na Brooklynie, do l'ino zaczął. Zamienił całe 
mieszkanie   w   prawdziwy   las   desz-•   /owy   i   otworzy   go   dla 
zwiedzających w tę sobotę. Muszę tam

W porządku! - uspokoiła ją szybko Avery. Uwielbiała mamę, ale ze 

swoimi ekscentrycznymi pomy-llmni robiła wrażenie dziwaczki nawet 
w hipisowskim Nantu-

1

1

Poza tym to nie będzie przyjęcie z herbatką i 

rozmowami ind/icami. Tego już próbowała i drugi raz nie popełni błę-

du

W   porządku.   -   Edie   zmarszczyła   brwi.   -   Dobrze,   że   już   »lV 

wpasowaliście w nowe środowisko.

Dzięki. -  Avery ucałowała mamę  w pachnący miętą  po

lii  

lek  i 

machnęła na rodzeństwo, żeby poszli za nią do drzwi.

To dziwne iść do szkoły razem, pomyślała Baby, gdy wsiąkli do 

windy. Przypominało jej to podstawówkę.

Wracając do imprezy - powiedziała Avery, gdy drzwi windy 

otworzyły się na dole. - Naprawdę muszę wiedzieć, 

1

1 już mamy, kogo 

możemy mieć i...

Wiesz co? Muszę kupić sobie coś do picia. Dogonię was powiedziała 

Baby, gdy wyszli z budynku. Nie chciała słuchać, jak rodzeństwo ględzi 
o tej idiotycz-... i balandze.

Na pewno? - Na twarzy Avery na chwilę zagościła  troika.  - No 

dobra,   do   zobaczenia   później   -   stwierdziła   ostatecz

ni  

wzruszając 

ramionami.

liaby kupiła ciepławą herbatę na straganie przy Piątej  

i  

/ulekała, aż 

rodzeństwo zniknęło jej z oczu. Z rozmysłem «/ln wolno i dotarła do 

szkoły równo z dzwonkiem. Na lekcji Iniiicuskiego pojawiła się kilka 
minut   spóźniona.   Nawet   nie  

Rlcla  

podręcznika   z   szafki.   Madame 

Rogers już jej nie cier-lnla, więc szanse, że ją wyrwie do odpowiedzi, 
były praktycz-

/erowe.

-

Vous êies très en retard

1

  - oznajmiła surowo maciami  Rogers. 

Nie  oderwała   wzroku   od   tablicy,   przy   której   omawiiiU   tryb 
łączący.

-

Chciała powiedzieć, że jest spóźniona, czy opóźniona'/ hi patrz 

na tę koszulkę! - szepnęła dość głośno Geneviève do Jill\

Avery nawet nie spojrzała w jej stronę.

-

Je m'excuse

2

 mruknęła Baby, podchodząc do ław 

11 

przy oknie.

-

Vous devez vous rendre dans le bureau de la dira ce

3

Madame 

Rogers stanęła przed ławką Baby. - 

P

I

/I

szkadzasz w zajęciach, 

albo w ogóle się nie pojawiasz. Nl«

4

 jesteś tu już mile widziana - 

oznajmiła stanowczo.

Baby podniosła wzrok. Nie spodziewała się, że wyrzucił 

| t|  

z zajęć, 

zwłaszcza że akurat nic nie zrobiła. Z płonącą  twai  

I  

wstała, gotowa 

pobiec do gabinetu pani M.

- Comment dit-on

5

 frajerka po francusku? - usłys/,«|| szept Jack, 

gdy zamykała drzwi.

Pokręciła głową. Nie będzie czekać na trzy minusy, wy« niesie się 

stąd   już  teraz.  Ruszyła   korytarzem  do   opustosza

I

CUM

 

foyer   i  prawie 

wpadła na panią M.

- Baby,   najwyraźniej   się   nie   zrozumiałyśmy.   Twoje   /u   jęcia 

dodatkowe są obowiązkowe. Chciałam ci o tym pr/.y

6

 pomnieć. Mam 

nadzieję, że zobaczymy się dziś popołudniu - Pani M uśmiechnęła się 
do niej, patrząc życzliwymi, brn/o wymi oczami.

Nadal interpretowała fakty na korzyść Baby. Gdyb\ ni 

nienawidziła tego miejsca tak serdecznie, pewnie polubiłaby panią M. 
Ale wiedziała, co musi zrobić.

Nie dam rady. Dziś i w ogóle. - Nie odwróciła się, żeby hic zobaczyć 

zszokowanego wyrazu twarzy dyrektorki, kiedy \ la do drzwi. - 
Przykro mi.

Kiedy   już   zamknęła   drzwi   za   sobą,   zbiegła   po   schodach  

i   } \ \ 

i

/.dnęła   ogłuszająco.   Taksówka   zatrzymała   się   z   piskiem   lipon,   a 

wszystkie dziewczyny w klasach na parterze wyjrzały 

|ii

/cz okna.

Port Authority - rzuciła taksówkarzowi, opuszczając

bę.

U szczytu schodów pojawiła się pani M. Gapiła się na nią. 

1

 ibj 

pomachała do niej i oparła głowę na skórzanym zagłówku, lo się 
nazywa wyjście w wielkim stylu!

PLOTKDRA

.

NET

 

 

tematy     na celowniku       wasze e-maile    zapyta i

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały 

zmionlttflj

lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

1

Vous êtes très en retard (fr.) - Spóźniłaś się.

2

Je m'excuse (fr.) - przepraszam.

3

Vous devez vous rendre dans le bureau de la directrice (l'r

,)ft 

Masz iść do gabinetu pani dyrektor.

4

Vous êtes très en retard (fr.) - Spóźniłaś się.

5

Comment dit-on (fr.) - Jak powiedzieć...

6

Vous êtes très en retard (fr.) - Spóźniłaś się.

10

background image

hej, ludzie!

Pierwszy   tydzień   szkoły   się   skończył.   Czas   na   przegni|n»   wanie   sił. 
Może   zdarzyła   się   wam   wpadka   odnośnie  

stfl  

ju,   może   ktoś   z   was 

wyszedł na głupka przed całą klinu| a może mieliście takiego kaca, że w 
ogóle nie dotarllAolf na zajęcia. Nie martwcie się. Każdemu raz na jakiś 
ciftl  zdarza   się   drobne   potknięcie.   (Oprócz   mnie,   oczywiście), 
Poświęćcie ten weekend na błyskawiczną rehabilitację,

Znacie te artykuły w kobiecych pisemkach - chociaż udn|* my, że ich 
nie czytamy - pod tytułem 

Z do b ą dź   fa c et a  c z w a r t ym   l i p c a  

albo 

D z i es i ęć  k r o k ó w  do  i dea l ne j  c er y ?  

NI 

czego wam nie obiecuję. 

Nie wykasujemy przeszło więc jeśli popełniliście 

fa u x   pa s , 

będziecie 

musieli / lv» żyć przez następne lata. Jeśli jednak zrobicie to, co w

|l 

powiem, może nie będziecie musieli jeść lunchu, chow.ii || się w 
łazience przez resztę życia w szkole.

1. Znajdź   sobie   przedstawiciela   płci   przeciwnej   i   zac
parny-i-gorący   romans.   Bardzo   publiczny.   Nie   ma   lepsz
sposobu,   żeby   ludzie   porzucili   soczystą   plotkę,   niż   dać
bardziej soczysty kawałek.

2. Zadbaj o to, żeby twój styl nie pogłębiał problemów,
dalej to, co nosisz - oryginalność jest kluczowa - ale

•Au

/e trzymaj się pewnych standardów. No i pamiętaj, żeby 

- iw.ze 

ładnie 

pachnieć (w szafce jest mnóstwo miejsca na 

In 

odorant!). Noś wspaniałe 

buty, nawet jeśli masz 

ubra-

Min 

po 

matce, z lat siedemdziesiątych.

.iw się jak gwiazda rocka. Stań się osobą, z którą każdy 

I

m   

mieć 

kontakt. To nie powinno być trudne, nie?

'.koro 

mowa o imprezach, mamy dwie propozycje. Bar-

h

'i 

dociekliwe osoby dopytują się, w którym miejscu się 

|io

|,iwię. Cóż. Tak 

samo jak przy zakupie bungalowu na St. 

■ Inrths 

wszystko zależy od 

lokalizacji. Urządzenie balan-| ul w klubie przyciąga uwagę, ale czy 
naprawdę obchodzi 

i ly, czy dzieciaki w Dukiłth w Minnesocie będą 

ci zazdroś-

li' widząc twoje fotki wGawkerze? Pamiętajcie, Internet uli 

/ego nie zapomina, a czasem dyskrecja jest kluczowa. / drugiej strony 
masz niemal pewność, że koniec końców 

kłoś 

wyląduje w twoim łóżku. 

Najlepiej urządzić imprezę w ekskluzywnym hotelu, który nie został 
jeszcze oficjalnie ul warty. Nigdy nieużywane łóżka z pościelą z 
egipskiej ba-wrlny, zaopatrzone barki, żadnych zasad. Czy jest coś lep-
l

/ogo?

odpowiadając krótko - nie! Dlatego przebiegła  

J  

zdoby-ln punkt, 

wybierając   najgłośniejszą   lokalizację   w   Nowym   Jorku. 
Ekologiczny   budynek   z   wodospadami   zwody   desz-i  

/owej  

każdym pomieszczeniu. Bycie zielonym jeszcze ułudy nie było tak 
na topie. Możecie na mnie liczyć!

A prostą dziewczynę z Nowej Anglii możecie wykreślić. Miożona 

herbata i spektakularna architektura w żaden i

'osób 

nie mogą 

konkurować z ekologicznym szykiem.

| \  Wejście Carlsów

Lepiej   niech  A  zapomni   o   swoim   przyjęciu   i   ma   nadzio|f,  że  J  ją 
zaprosi. Albo niech na pociechę zaparzy sobie f|f| żankę herbaty...

na celowniku

w sekcji samoobsługowej w Barneys & Noble na Osiom> dziesiątej 
Szóstej   czyta   poradnik  

P o   p r o s tu   ni e   ro z u m i eH t   Ko b i et y   i 

m ęż c z y ź n i   w   d i a l o gu .  

Zgłaszam się na ochotniku, jeśli potrzebuje 

tłumacza... i S w pracowni komputoro-wej. Oglądają jakieś lesbijskie 
porno? w autokarze do Bostonu. Wyjechała tak szybko? A kto będzie 
wyprowadź! psy? Wytatuowana S z kolczykami gdzie się da, znowu w 
Toys   in   Babeland   na   wykładzie  

Sp r o ś no ś c i   w   l i t er a t u r /o :   j a k 

c z y t a ć   er o t y k ę.  

Nad wyraz pouczające!

wasze e-maile:

13 P: Droga P!

Dlaczego zawsze tak się czepiasz A? Jesteś A może B? 
Słyszałam, że spędził trochę cz

. i  

na Nantucket tego lata. 

Założę się, że jesteś 

wzji.

M

 

dzoną kochanką i dlatego tak nie 

cierpisz A. Nawnl jeśli nie, to dziwne, że nie wspominasz o 
ludzku li na punkcie których miałaś obsesję przez tak dłu> czas.
Zaciekawiona

O: Droga Zaciekawiona!

Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie jestem ani ani B, ani N. 
chociaż na zawsze zachowam w serc i jego błyszczące, 
zielone oczy, to mam nową ob sję: O. Nie zostawajcie w 
tyle! Czas na zmianęl P.

Ul 

Droga Plotkaro!

Mieszkam   na   West   Side.   Wracałam   autobusem   późnym 
południem   z   zajęć   i   zobaczyłam   tych   wychucha-nych 

chłopaczków z dziwacznymi wąsami, pędzących w stronę stawu 
z kaczkami. Co jest grane, do diabła? Uczennica

HI 

Droga Uczennico!

Uczyłaś się do późna? To dopiero pierwszy tydzień szkoły! O ile 
nie   studiowałaś   anatomii   pewnego   faceta,   to   musisz   trochę 
wyluzować,   bo   inaczej   czeka   cię   baaaaaardzo   dłuuuuugi   rok 
szkolny. A co do tego, co zobaczyłaś... Cózffzbliża się pełnia, 
więc albo to wilkołaki, albo inicjacja jakiejś beznadziejnej dru-
żyny   sportowej.   Następnym   razem   przerwij   naukę   i   zbadaj 
sprawę! P.

Kochana Plotkaro!

Przeprowadziłam   się   do   miasta   z   trójką   dzieci   i   odkąd   tu 
mieszkamy,   prawie   ich   nie   widuję.   Za   moich   czasów 
chodziliśmy do Studia 54 i bawiliśmy się zAndym Warholem i 
resztą Factory. Tworzyliśmy sztukę! Teraz mam wrażenie, że 
wszyscy   tylko   pędzą   i   próbują   się   z   kimś   spiknąć.   A   gdzie 
twórczość? MiejSztukęWSercu

Kochana MSWS
Nie potępiaj tak naszego pokolenia. Nasze podboje pokazujemy 
w Internecie, żeby ludzie też mogli popatrzeć. Życie jako sztuka 
- to jest teraz modne. P.

11

162

background image

13  

Droga P!

Urządzam imprezę w ten weekend. Chcesz wp

.i 

Wszyscy będą 

i zamierzam urządzić konkurs w Dun ce Dance Revolution. 
BawSięJakGwiazdaRocka

ES  

BSJGR!

Kusząca propozycja, ale mój kalendarzyk towai.

jest trochę wypełniony w ten weekend. Wedle m......................
źródeł kroi się niejedna, ale dwie rewelacyjne impfl zy, na 
których po prostu muszę się pojawić. 

Pown 

dzenia w 

konkursie. R

Ups,   spóźnię   się   na   masaż   imbirowy   w   Bliss.   Staram   siu   /a   wami 
nadążyć, ale to naprawdę wyczerpujące! Do zob

. i '  

nia z niektórymi z 

was (a przynajmniej z tymi ważnymi) 

114 

superekluzywnej imprezie w 

najbardziej   luksusowej   nieru-chomości   wTribece.   Podpowiedz:   nie 

będę   nosiła   bani   obcisłych   spodni,   kowbojskiego 
kapelusza ani żadny< 

czworonożnych przyjaciół w 

torebce.

jcś/i nie teraz, to kiedy?

od: 

K

elsey.Talmadge@SeatonArms.e Do: 

Owen.Carls@swJuda.edu

, Data: piątek, 12 

września, 15:00 Temat: Teraz?

Wiecie, że mnie kochaclu,

PLOTKAR

*

background image

w o s k ,   mi ł o ś ć . . .   i   i n n e   s p r a w y

Gotowy? - Rhys podszedł do rzędu szafek po piątko treningu na 

basenie.

Był już ubrany. Skórzaną torbę Tumi miał przewiesz, przez ramię. 

Owen ukradkiem schował telefon do kies Właśnie dostał e-maila od Kat 
i nawet opuszki palców świ biły go na samą myśl o niej.

- Umówiłem nas z kimś - rzucił tajemniczo Rhys.

- W porządku. - Owen podejrzliwie uniósł jasne 

przypominając 

sobie, jak wczoraj śledzili Kat.

Odruchowo zerknął na torbę kumpla, jakby spodziewał zobaczyć 

wystający z niej sztywny garnitur z lat siedemd/ii* siątych albo 
krzaczaste, sztuczne wąsy.

- Ten tydzień miałem naprawdę do bani - zaczął Rhyi, urywając, 

kiedy   zobaczył   Chadwicka   i   Hugh   idących   pr/og   szatnię.   Wąsy 
najwyraźniej  podrażniły skórę  od nosem  i wyij  wołały u  Chadwicka 
sączący się trądzik. Z kolei bujna brodu Hugh sprawiała, że wyglądał 
jak   ciemnowłosa   wersja   rybaku   z   pudełek   z   mrożonymi   paluszkami 
rybnymi.
No dajcie spokój, kto by nie kochał faceta w sztormiaku'/ - Muszę coś 
dorwać. - Hugh podrapał się lubieżnie po brodzie, piorunując wzrokiem 
Rhysa. - Stary, jeśli nie 

znaj.

u'./. sobie jakiejś  panienki, to ja to zrobię za  ciebie. Poważ-I  |||r 

mówię.

W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa.

Znajdę - odpowiedział pewny siebie Rhys. ()wen uśmiechnął się w 

głębi ducha. Tak trzymać, chłopie. Nilu pozytywnego myślenia.

W każdym razie - kontynuował Rhys, gdy Chadwick i Hugh znaleźli się 

poza zasięgiem głosu. - Myślę, że jeśli tre-

I

 

ma poważnie traktować 

mnie jako kapitana drużyny, po-Inicnem trochę bardziej zadbać o 

opływową linię - szepnął, l juk by powierzał mu tajemnicę państwową.

()wen się zastanawiał, czy mów^o jednej z tych zwariowa-; liv* li diet, 

na których ciągle była Avery, jak na przykład wtedy, 

przez cały 

tydzień piła tylko wodę z pieprzem kajeńskim Dl iem cytrynowym. W 

końcu tak zgłodniała, że poszła do i u ni, kupiła bostoriski torcik i sama 

zjadła cały.

Pójdziesz   ze   mną   na   wosk?   -  zapytał   Rhys,   gdy   wyszli  

UH

 

I   )

ziewięćdziesiątą   Drugą   i   zalał   ich   lepki   popołudniowy   'i'il   -   Teraz 
naprawdę   fatalnie   pływam   i   myślę,   że   włosy   do-|   ni   owo   mnie 
spowalniają.

Owen zamarł. Wiedział, że faceci często się golą przed Wielkimi 

zawodami pod koniec sezonu, ale w pierwszym ty-■dniu treningu? I 
żeby jeszcze wosk? Podejrzewał, że to boli fcj diabli.

To miejsce jest podobno dobre. - Rhys  wyjął pomiętą  

uluikę  

podał przyjacielowi. - Efekt trwa do czterech tygo-

I

.......lie masz drapiącego zarostu - wyjaśnił, zupełnie jakby

t yiował tekst z fioletowo-różowej kartki w ręku Owena. - To 

I   | i

./e od 

golenia.

Chciałeś powiedzieć bardziej gejowskie? Używanie owocowego żelu 

pod prysznicem to jedna rzecz, •l' myśl, że miałby zapłacić za usługę, 
która zapowiadała się

199

13

background image

na torturę, sprawiła, że Owen poczuł się naprawdę niekomlui towo.

- Ja stawiam - prosił Rhys.

Owen się zatrzymał. Właściwie nie miał nic innego do boty 

popołudniu, a spędzanie czasu z Rhysem powstrzymy w* ło go od 
poddania się i zobaczenia z Kat. Boże, bycie dobrym człowiekiem jest 
takie trudne.

A bycie złym o wiele, wiele bardziej zabawne.

Owen przewrócił oczami, ale złapał się na tym, że nafl mięknie.

- No dobra, w porządku. Ale jak zaczniesz sobie reguło wać brwi 

albo   robić   maseczki,   będę   interweniował   -   powlf-dział   z   krzywym 
uśmieszkiem.

Zerknął na gładką twarz kumpla i zdał sobie sprawę, że li i pewnie 

już robił sobie maseczki.

- Stary, nie chodzi o wygląd, tylko o pływanie - zaprotp stował 

Rhys,   zabierając   Owenowi   ulotkę   i   chowając   do  

tothy,  

kiedy   szli   na 

południe ulicą Lexington.

- Jak uważasz - zgodził się pogodnie Owen. Zauważył dwie 
dziewczyny, idące ulicą w białych kosz

kach polo Seaton Arms i strzelił kumpla łokciem.

- Super - z uśmiechem pokiwał głową Rhys. Nawet nie zauważył 
dziewczyn, które zatrzymały się

drugiej stronie ulicy przy przejściu.

Owen pokręcił głową. Naprawdę beznadziejny przypad

- Umówiłem nas na trzecią trzydzieści, więc powinniś wziąć 

taksówkę.

Rhys zszedł z. krawężnika i śmiało zatrzymał auto. P 

taksówkarzowi adres w Midtown. Owen usiadł obok prz cielą i 
przyglądał się swoim rękom. Nigdy wcześniej tak prawdę nie zauważył 
włosków na rękach. Były jasne i wł wie nie rzucały się w oczy.

Jesteśmy na miejscu - oznajmił Rhys, wysiadając z tak-l 

i podając 

kierowcy dwudziestkę. - Reszty nie trzeba niiuknął, idąc w stronę 
drzwi salonu J. Sisters.

Panowie umówieni? - Surowa kobieta około sześćdzie-I «i>|iki 

przyjrzała im się uważnie.

Włosy miała ściągnięte do tyłu tak mocno, że jej oczy wy-; |li|dały, 

jakby miały wyskoczyć z głowy.

Tak, na nazwisko Sterling. - Oznajmił pewny siebie

licz słowa kobieta wskazała za siebie na maleńką liliowo-Ifrt/ową 

poczekalnię.

I [siedli na jasnoróżowej skórzanej kanapie. Owen zerknął 

liii 

r/.asopisma 

i zaczął przeglądać 

„W". 

Czekali, aż Rhys zoil Hunie wezwany. Kanapa 

była niesamowicie wygodna i Owen 1

1] 

swojemu zaskoczeniu - 

całkowicie się zrelaksował. Nic | il/iwnego, że dziewczyny uwielbiają 

SPA. Puszczali tu tę samą wlpiężającą, snującą się muzykę w stylu Enyi, 

jakiej słuchała Itka podczas jogi. I wspaniale tu pachniało: mieszanką lały 

i cynamonu. Ricey? - drobniutka, ale wyglądająca na silną Bra-tylijka w 

niebieskim uniformie zajrzała do poczekalni i za-

H

 

ulała śpiewnie. Miała 

niesamowicie mocne przedramiona, (wkhy spokojnie wyciskała 

dziewięćdziesiąt kilo na ławce I lilowni.

Śmiało, pokaż im, skarbie - zawołał Owen, kiedy Rhys Mis/ył za 

kobietą do gabinetu.

Zerknął na sandały Adidasa i zauważył kępkę grubych, kleconych, 

brązowawych   włosów   na   wielkim   palcu.   Na   pró-

l i \  

pociągnął   za 

najdłuższy i zdziwił się, jak bardzo zabolało. |loj'ii dzięki, że przyszedł tu 
tylko w ramach wsparcia moral-

lli  n i .

Skończyłeś już?

Wysoka   brunetka   świetnie   obcięta   na   asymetryczni-)',   i   zia   do 

podbródka wskazała na czasopismo w jego rękach

Owen podniósł wzrok i zdał sobie sprawę, że w poc

/ i  

i ni siedzą 

tylko dwie osoby. Dziewczyna stała nad nim 

i spi | 

rżenie Owena 

natychmiast padło na jej pierś. Była ładna, u | sportowana, miała ręce 
siatkarki i zgrabne obojczyki. 

Jn it| 

wspominając o naprawdę niezłych 

piersiach.

-

Jasne - odpowiedział, podając jej „W".

-

Dzięki.

Dziewczyna wzięła czasopismo i usiadła obok niepu 

opalona 

łydka przelotnie otarła się o jego owłosioną nu Owen odsunął się 
zawstydzony.

- Często tu przychodzisz? - Znacząco uniosła 

iile.ili 

wyregulowaną brew.

Jedno oko miała niebieskie, a drugie brązowe, co spruwifl ło, że 

wyglądała raczej niesamowicie i ładnie, niż po 

pn 

dziwacznie.

- Nie. Przyszedłem tu z kumplem, Rhysem. Jestndnj w drużynie 

pływackiej - wyjaśnił.

Wyglądałaby lepiej, gdyby włosy nie wpadały jej do pomyślał.

-

Serio? - odpowiedziała, a na jej koralowe usta wypl uśmieszek. 

Odgarnęła włosy z twarzy, jakby czytała 

w |i 

myślach. - O co 

chodzi?

-

Włosy na skórze mogą spowalniać pływaka w i

/ . i  

i   wyścigów 

- zaczął Owen. - Więc jeśli chcesz płynąć szyi" l< możesz je 
zgolić, żeby zyskać bardziej opływową linię - plpfl gował 
wyjaśnienie Rhysa.

- Fascynujące!

Owen nie wiedział, czy sobie żartowała, czy mówiła |

HI

 

ważnie. 

Próbował sobie wyobrazić, jakby to było całować || przycisnąć usta do 
jej koralowych warg, ale nie potrafił. 

I  

i

il ;:łośne „trach" odrywanego plastra i wtedy go olśniło, l'ovvimeli ją 
poznać z Rhysem. Idealny układ, mogliby razem hodzić na 
woskowanie. Para, która razem woskuje nogi, zostaje ze sobą na za-

■i/c.
Owen się uśmiechnął i zaczął czarować. Aha, to pomysł Rhysa. Jest 
niesamowitym pływakiem, i >iułanem naszej drużyny - oznajmił z 
dumą.

Kapitanem? W jakiej szkole? Ja chodzę do Darrow. Wymieniła nazwę 

małej, hipisowskiej szkoły, mieszczą-

się w ceglanym budynku, gdzie 

uczniowie ostatniej klasy 

/ vii się w tych samych salach co 

przedszkolaki. Edie cały 

gadała o niej, dopóki Avery nie znalazła w 

Internecie tej (lamującej listy przyjętych do college'ów. Tylko jeden 

dzie-

Ink stamtąd trafił do Ivy League, i to w ciągu ostatnich pięciu

I V.iewczyna podkuliła pod siebie nogi na różowej kana-

I"

1

Nazywam się Astra. Astra Hill.

Owen Carls. Miło cię poznać. W dodatku Rhys nie jest i .i  

mis 

tępym mięśniakiem, jest genialny jak cholera. To chyba nu i mądrzejszy 
chłopak, jakiego poznałem - ciągnął bez ładu ' i ludu Owen.

Podekscytował go błysk zainteresowania w oczach itry.

Od jak dawna go znasz? I )elikatna muzyka w tle; siedzieli tak, że ich 

biodra prawie 

dotykały - miał wrażenie, że są na randce w jednej z 

tych 

i

mracji, gdzie pary sadza się obok siebie.

200

14

background image

Jakiś   tydzień.   -   Stropiony   dotknął   drapiącej   brody,   któ-h| 

zapuszczał  w   geście  solidarności.  -  Ale   mam  wrażenie,  że  

MI

.u  /nie 

dłużej.

- Boże, musisz go naprawdę lubić - zauważyła A wyglądając na 

lekko rozczarowaną. - Ludzie wiedzą?

-

O czym? - Owen się pogubił.

-

O was.

- Chyba   tak.  -   Nadal   nie   bardzo   wiedział,   co  Astra   nimi  

i  

na 

myśli.

Za   biurkiem   recepcjonistka   przeglądała   pismo,   ukradU   ni 

podsłuchując ich rozmowę.

-

To świetnie. Wiesz, zawsze myślałam, że te szkol z  Upper East 

Side  są   takie   snobistyczne   i   ograniczone,   ale   M   |   dzę,   że   jest 
nadzieja. Może przyszlibyście do nas na spotkunll grupy „Dziwni i 
wątpiący" w Darrow. Zawsze szukamy lo.l,. gotowych podzielić 
się swoimi doświadczeniami. - Zachęcająco pokiwała głową.

-

Słucham?

Za bardzo skupił się na rowku między piersiami, widooii nym w 

dekolcie żółtej sukienki Astry.

Tylko sprawdzał dla kolegi, rzecz jasna.

- Po prostu  myślałam, że u  świętego Judy  nie chcieliby, żeby 

taka   otwarcie   żyjąca   i   dumna   para   była   na   świec/

ml   |  

w   drużynie 

pływackiej. Aleja uważam, że to świetnie!

Mówiła to takim tonem, jakby chwaliła trzylatka za l i wał dobrej 

roboty przy założeniu prawego buta na prawą sii 

i| 

i lewego na lewą. 

Wzięła go za rękę i uścisnęła.

-

Mówię o sobie, że jestem multiseksualna, bo nie 

elite 

etykietować 

własnej seksualności i ograniczać doświad. Wiesz, podziwiam 
waszą odwagę... - urwała, patrząc baduv czo w twarz Owena.

-

Och, to... my nie... jesteśmy gejami! - wyjąkał 

O

wpij, czując, jak 

płoną mu czubki uszu, szkarłatne na tle jasnyi I włosów.

-

Och.

Odsunęła się na kanapie i wypuściła jego dłoń. Ale... to znaczy... Rhys 
ma wiele kobiecych cech. -I Iwcn z trudem dobierał słowa.

Chciał powiedzieć, że jeśli Astra szukała sobie chłopaka ■ I

b

, to 

Rhys był nawet lepszy, bo cóż, no... bo nie był ge-

tu. 

Tylko kiedy 

próbował powiedzieć to na głos, sens jakoś ■mykał.

Co chcesz powiedzieć? - rzuciła z rezerwą Astra.

- Że jest moim kumplem. - Owen postanowił powiedzieć |iiuwdę. - 

Rhys właśnie zakończył długotrwały związek i jest
uchę poraniony.

- Och, to straszne - szczerze się zatroskała. - Dlaczego 

i  

wali?

-

Och, wiadomo. Chcieli... różnych rzeczy. - Owen po-. lgnął 

biały kołnierzyk koszulki. Nagle poczuł, że w pokoju ichiło się o jakieś 

kilkanaście stopni cieplej. Z odległego 

|

MIMIESZCZENIA

 

dobiegł stłumiony 

krzyk. Miał nadzieję, że

Khysem wszystko w porządku.

- A ty jesteś sam? - Astra uniosła znacząco brew.

- Nie. To znaczy nie całkiem. To jeden z tych skompliko-mych 

układów.

Czuł na sobie świdrujące spojrzenie Astry. Popatrz na  nli|,  Carls, 

powiedział   sobie   w   duchu   Owen,   zmuszając   się   U)   woli,   żeby   nie 
myśleć o kształtnym ciele Kat w jego ob-fciach. Musiał zareklamować 
przyjaciela Astrze, żeby zapomniała o tej swojej multiseksualności i 
zrozumiała,   że   Rhys  ma  wszystko,   czego   pragnęła.   W   jednym, 
poręcznym opakowaniu.

Ktoś tu ma zdecydowanie talent do pisania randkowych Ciolilów w 

sieci.

- Rhys mógłby mieć chyba każdą dziewczynę, ale to fa-nl, który 

szuka tej jedynej - ciągnął Owen. To było dziwne

200

15

background image

tak   zachwalać   innego   chłopaka.   Rzeczywiście   brzmiało   to  

IrtM  

che 

gejowsko.

- Podoba mi się to. Facet o jednym sercu dla jednej nulu ści. - 

Astra z aprobatą pokiwała głową.

Rhys wyszedł z pokoju zabiegowego, blady jak ścimi z 

czerwonymi plamami pod krzywo rosnącym zarostem w 

Myt 

lu braci 

Super Mario, który kontrastował z resztą ciała, tcrUl bardzo gładką.

-Muszę usiąść. - Opadł na siedzenie obok Owen

. i

I wypić butelkę wódki. - Uśmiechnął się słabo, nie zauwu/fl* jąc Astry.

- Twój przyjaciel to duże dziecko - stwierdziła z. ■ 

i!«• 

smakiem 

kosmetyczka, wskazując na Rhysa. Podała mu 

p|| 

stikowy kubeczek ze 

schłodzoną   wodą   z   butli   w   kącie.   -  

A||  

popatrz,   jaka   poprawa!   - 

Podwinęła   Rhysowi   koszulkę  

l   .  

costy,   odsłaniając   zaczerwienioną, 

idealnie   gładką   skórę  

iii  

piersi,   a   potem   strzeliła   go,   zostawiając 

bolesny, białawy 

1 1  

ręki.

Owen się skrzywił.

- Och, biedactwo - zagruchała Aster. - Chcesz pój.-mną do 

Pinkberry? To ważne, żeby dobre doświadczenie pojl wiło się po 
negatywnym, wiesz?

Rhys uśmiechnął się do Owena, a Owen dyskretnie puku zał mu 

kciuki.

- Świetny  pomysł. - Rhys  pokiwał głową. - Rhys  SloiS ling  - 

przedstawił się, wyciągając rękę.

Astra uścisnęła ją z zapałem.

Zaczęli rozmawiać, a Owen wyciągnął telefon. Wkrói 

i * 

- wysłał 

wiadomość Kat. Natychmiast dostał odpowiedz mogę się doczekać.

Owen się uśmiechnął. Woskowanie było wspaniałe. 

I uli 

solutnie 

bezbolesne!

- Ty. - Brazylijka wskazała na Owena i przywołała go do liliowego 

gabinetu.

Aż do tej chwili. Trrrach!

s e k r e t y

 

k ł a m s t w a

W piątkowe popołudnie Jack 

wspięła się po schodiml

wychodzących z metra przy 
Union Square. Wybierała się • !
• • Peridance, gdzie 
popołudniami odbywały się 
zajęcia baletowi na 
profesjonalnym poziomie za 
jedyne siedemnaście dolainw 
za lekcję, a szesnaście, jeśli od 
razu zapiszesz się na dzir 

i. 

Postanowiła sobie, że utrzyma 
formę, nawet jeśli to oznai 
chodzenia na tanie lekcje w 
piwnicach w ponurych studim 

w centrum. Telefon zadzwonił 

w jej kieszeni, kiedy prze Im 
dziła przez Szesnastą Ulicę.

-

uc
ha
m? 

zap
yta
ła, 
zac
iek
aw
ion
a. 
Ni

po
zna
ła 
nu
me
ru.

-

Mówi Dick Cashman! - 

zagrzmiał głos.

Jack nie rozmawiała 

dzisiaj zJ.P. Był naburmuszony 
i milczący przez całą 
wczorajszą kolację. Jack 
poprawiła s< samopoczucie 
kilka razy, pozwalając 
Dickowi dolać wina ilu 
swojego kieliszka.

- No dobra, więc 

wszystko ustalone na jutro. 
Mani' rozstawiony bar i 
przygotowane kilka 
pomieszczeń, tylko 

I

II

ciebie. 

Jackie, skarbie, wszystko jest 
w pełnej gotowości!

- Och, to za wiele! - 
zagruchała radośnie Jack. 
Wiele to jeszcze nie dość.

Nie ma sprawy, 

uwielbiam pomagać moim 
damom. Tyl-b nie spalcie 
budynku. Wiesz, kwestia 
ubezpieczenia.

Rozłączył   się,   a   Jack   się 

odwróciła i ruszyła w przeciw-

11,111 

kierunku, z powrotem do 

metra.   Pieprzyć   balet,   parę 
Bconych zajęć jeszcze nic nie 
znaczy. Poza tym zaczynu! się 
weekend, a ona miała za sobą 
bardzo   ciężki   tydzień.   W 
Harneys   widziała   prześliczne 
buciki   z   szarego   zamszu   od 
Mnnolo, a miała jeszcze kartę 
urodzinową.   Zasłużyła   sobie 

1

prezent.

16

background image

Tak   jej   ulżyło,   że   jazda 

metrem trwała tylko chwilę. To 
bę-.l/ic

 wspaniałe   urządzić 

imprezę   razem   z   J.P.,   jak 
prawdziwa   ■   pływowa   para, 
którą   zresztą   byli   i   na   zawsze 
zostaną.

CDZIE   JESTEŚCIE?   - 

napisała do Jiffy, gdy tylko wy-
l i /  metra. Czuła lekki zawrót 
głowy.  Powrót  na  Upper  i   i i 
Side  z   jakiegokolwiek   innego 
zakątka   miasta   zawsze 
fcypominał   jej   tę   chwilę   w 
Czarodzieju z Oz, kiedy wszyst-
l' | gtaje się kolorowe. Na Upper 
East   Side  chodniki   wydawa-

lic  

jaśniejsze,   a   budynki 

bardziej lśniące. Wszystko było 
i prostu lepsze.

To najprawdziwsza prawda.

JACKSON   HOLE   - 

odpisała   Jiffy.   To   była   akurat 

najgorsza l o.iipka na Carnegie 
Hill.  Nagle   powietrze   wydało 
się chłod-nn|s/e i Jack owinęła 
wokół   ramion   czarny   sweter 
Ralpha i lurena. Jesień była jej 
ulubioną   porą   roku.   To   czas 
odnowy,   |   jej   życie   powoli 
wracało na właściwe tory.

I )otarła do Jackson Hole przy 

Drugiej Alei i Osiemdzie-

<•   j   Trzeciej,   gdzie   Jiffy, 

Genevieve

 i   Sarah

 Jane 

tłoczyły się By stoliku w kącie.
- Jutro wieczorem 
imprezujemy, drogie panie. - 
Jack wy-I Berzyła zęby, 
odpędzając kelnerkę w średnim 
wieku i ni-

i7c

)'o nie 

zamawiając. To nie był 
weekend na tycie. Gdzie tym 
razem? - zapytała Genevieve.

Odrzuciła   blond   włosy 

przez ramię. Białą bluzkę Cah In 
Kleina miała zapiętą niemal pod 
szyję.

-Galeria Cashmana w 

Tribece. - Uśmiechnęła się. 
wolona z siebie.

W pewnym sensie była 

wdzięczna Avery za jej żal próby 
zdobycia popularności. To był 
kopniak w tyłek, klon > Jack 
potrzebowała, żeby przestać 
płakać z powodu nies

/.i i 

cia, 

zebrać się do kupy i umocnić 
swoje panowanie w tnwfti 
rzystwie.

- I nie urządzam balangi w 

domu,   bo   nie   chcę,   żeby  

kim 

wymiotował   żurawinówką   na 
łóżko mojej matki. - Jack  

/mm 

żyła kocie, zielone oczy, patrząc 
na Genevieve. - Znowu. ,

Przypomniała sobie, jak 
ostatnim razem Genevieve 
spili

nęła się ze znajomym jej ojca, 
nieudolnym, młodym akto........................................................................
który przyjechał do Nowego 
Jorku na przesłuchania do jak w 
eksperymentalnej sztuki. Zalała 
się w trupa i zarzygała całi| i 
zienkę Jack. To było odrażające.

- Jakbyś   ty   nigdy   się   nie 

spiła   -   odparła   Genevl(rtB   i 

wgryzła   się   w   wielki   krążek 
cebulowy.

Tłuszcz na talerzu 

rozbłysnął, gdy popołudniowe sl 
wlało się przez okna. Nagle Jack 
poczuła straszliwy głód. /I pała 
dwa krążki i włożyła do ust, 
rozkoszując się słonaw smakiem.

- A   możemy   najpierw 

wpaść na imprezę  do AvofJH  
Jiffy

 obracała

 

nieco 

przywiędłego

 

pomidorka 

koktajlov
w sałatce bez sosu i w końcu 
włożyła go do ust.

Jiffy nieustannie była na 

diecie, żeby pozbyć się dw(ty| i 
pół kilo na biodrach, które 
dzieliły ją od dżinsów 3.

Płullii 

Lima.

- Oczywiście, że nie. - Jack 

ogarnęło   rozdrażnienie.   I   Hu
czego w ogóle rozmawiały o tej 
dziewczynie? - Kto by cl...........................................................................
tam iść?

-

Ma świetnego brata - odparła 

ze wzruszeniem ramion 

Iffy.

-

Dobra,   więc   idź   i   poderwij 

tego przystojniaka. Potem nm 
opowiesz.   -

 Genevieve 

wyciągnęła   Marlboro   Red   z 
to-chki Longchamps i zapaliła 
jednego. Rozejrzała się, jakby 
iowokując, żeby ktoś zwrócił 
jej uwagę.

I właśnie wtedy przeszła obok 

nich Avery Carls z ogrom-ymi 

torbami z Dean & DeLuca na 

ramionach. Wyglądała br/.trosko 

jak nigdy. Jack spojrzała na nią 

spod zmrużonych powiek. Jak 

mogła być tak spokojna, kiedy 

jej śmierć towarzy-uka była 

właściwie nieunikniona?

- Avery! - zawołała 
rozkazująco Jack.

Dziewczyna odwróciła się 

zdumiona, otwierając szeroko 
Mckitne oczy. Na chwilę 
poczerwieniała, ale potem 
zacisnęła l

'

Y

 

i podeszła do 

stolika.

- Jack.

Avery zebrała się w sobie i 

stanęła przy stole. Każdy 

mógłby pomyśleć, że są 

przyjaciółkami, idealny obrazek 

ze < wiata nowojorskich szkół 

prywatnych. Przyjrzała się 

czwórce ! il/iewczyn i z 

przyjemnością zauważyła, że 

przynajmniej Jiffy : uśmiechnęła 

się do niej leciutko. Może 

jednak mogły się zapi/yjaźnić? 

Odpowiedziała ciepłym 

uśmiechem. Cała ta sytu-

iii'

Ia 

wymagała wdzięku i klasy, 

mimo że wyczuwała wrogość 

lek. 

Właściwie o co chodziło 

tej dziewczynie? W końcu Ave-
rne ukradła jej chłopaka, ani nic 

w tym stylu. No bo szczerze 

mówiąc, kto by potrafił to 

zrobić?

- Avery - rzuciła słodko 
Genevieve. - Miło cię 
widzieć.

Avery  przypomniała   sobie 

nagle film dokumentalny o ata-
ku   rekinów.   Otaczały   ofiarę,   a 
potem rozrywały ją na drobne i 
uwałki.

- Więc   dokąd   się 

wybierasz?   -   zapytała   Jack.   - 
Nie masz • /egoś do ukradzenia, 
albo   może   jakichś   prac 
społecznych   do   odrobienia   w 
Constance?

 Och,   racja   - 

udawała,   że   sobie

 i 

przypomniała - to twoja siostra.

Avery uśmiechnęła się 
słodko, zachowując 
spokój.

- Właśnie robiłam zakupy 

na  jutrzejszą  imprezę.  

Bylnli  

mi 

bardzo   miło,   gdybyście 
wszystkie   przyszły.   -   Spojr/nl 
prosto na Jack.

Serce biło jej w piersi jak 

szalone, ale głos miała spokoju 
Babcia Avery byłaby dumna, 
widząc jej wdzięk mimo 

pn 

koszmarnej sytuacji, w jakiej się 
znalazła. Zauważyła, że Jill kiwa 
głową, i poczuła przypływ 
nadziei. Skoro mogła namov 
Jiffy, to może i reszta dziewczyn 
się zjawi za jej przykładem

- Wiem, że na Nantucket 

byłaś królową krabowych p« 
luszków, czy coś takiego, ale nie 
martw się, pewnie możi 
zatrzymać tutaj ten tytuł - 
zaczęła Jack.

Genevieve i Sarah Jane 

zachichotały. Avery się żaru............................................................
niła. W ósmej klasie została 
Królową Homarów na Nantiu 

I

 

Skąd Jack o tym wiedziała?

- I wiem, że twoja babcia 

była znana w latach pięćd

/.li 

siątych. Wszyscy widzieliśmy 
retrospektywę w Metropolii 
Museum of Art trzy lata temu. I 
kogo to obchodzi? Napl o niej 
książkę, czy coś, ale przestań ją 
naśladować. - 

Jai 

i wstała i teraz 

patrzyły sobie prosto w oczy.

W Avery krew się 

zagotowała. Dobra, Jack mogła 
się /.w chować wobec niej jak 
ostatnia suka, ale żeby się 
nabijać / |i babci? Poczuła 
pieczenie w oczach - 
ostrzeżenie, że zaraz 

pi 

płyną 

łzy.

- Impreza jest o ósmej. Tu 
macie informację. 
Spokojnie rozdała 
wydrukowane ulotki, które 
Sydney 

po

mogła   jej   zrobić   w   pracowni 
komputerowej   w   czasie   lunchu 
Musiała przyznać, że wyglądały 
zabawnie, trochę prowol . cyjnie 
i   absolutnie   profesjonalnie.   O 
wiele   lepiej   niż   zaproś/*   nia   z 
filiżankami.

- W sobotę? - Jack udawała, 

że ogląda fioletowo-białą lulkę. - 
Jak już na pewno słyszałaś, tego 
wieczoru sama

17

background image

vprawiam  imprezę.   Gdyby   nie 
to, z przyjemnością bym r/.yszła. 
Ale jestem przekonana będziecie 
się świetnie ba-
ily z Sydney.
Jack triumfalnym gestem wzięła 
krążek z talerza Genevie-

/jadła 

go, rzucając znudzony uśmiech 
oniemiałej Avery.

- Baw   się   dobrze,   Jack   - 

odpowiedziała spokojnie, zasko-
K>na  własnym opanowaniem. - 
A jeśli zmienisz zdanie, tu tasz 
namiary. Do zobaczenia.

Odeszła, ignorując chichoty za 

plecami.   Przeszła   pół   rzecznicy 
w kierunku  Park Avenue,  nim z 
oczu popłynęły jej

h

Oparła   się   o   budynek   z 

piaskowca, żeby zapanować nad 
noną.   Kiedy   spojrzała   w 
kierunku   centrum,   dostrzegła 
elegancki   łuk   budynku 
Chryslera,   sięgający   ku   niebu. 
Zacisnęła   kzy,   bo   przez   łzy 
wszystko   się   zamazywało   i 
budynki   wręcz   promieniowały 
światłem.   Babcia  Avery  nie 
poddałaby się. Po-Iwiłaby się na 
przyjęciu

 Jack   Laurent, 

wyglądając   zabójczo,

 

wykradłaby   jej   wszystkich 
wartych   grzechu   facetów   oraz 
pizyjaciółki.   Albo   zadbałaby, 
żeby impreza w ogóle nie doszła 
Bo skutku.

Avery z determinacją ruszyła 

do centrum, wróciła do pu-itego 
domu   i   włączyła   komputer, 
zdając   sobie   sprawę,   jakie   to 
idiotyczne   nie   mieć   własnego 
BlackBerry.   Na  Nantucket  wy-
darzenia   towarzyskie   można 
było planować z kalendarzykiem 
w   ręku,   ale   tu   potrzebowała 
czegoś   szybszego.   Zalogowała 
się na głównej stronie Constance 
Billard i poszukała adresu Jack I 
aurent.   W   głębi   ducha   miała 
nadzieję, że to będzie jakieś za-
pomniane   miejsce   w  Queens 
albo  Upper West Side.  Niestety, 
mieszkała   na   Sześćdziesiątej 
Trzeciej między Pierwszą i Ma-
dison Avenue, tuż obok domu jej 
babci.

Wybiegła z mieszkania i 

praktycznie popędziła do donn 
Jack. Zadzwoniła do drzwi, kilka 
razy przyciskając dzwonek 
pomalowanym na bladoróżowo 
paznokciem. Wreszcie mftj 
dziewczynka ubrana w srebrną 
tiarę i fioletową, falbanu ' paczkę 
założoną na wzorzystą sukienkę 
otworzyła drzwi. I| noblond 
włosy miała uczesane w 
schludny warkocz.

- Zastałam Jack? - zapytała 

grzecznie  Avery,  mająi   n   I 
dzieję, że to właściwy dom.

- Kto to jest Jack? - 
zdumiała się dziewczynka. 
Avery zagapiła się na jasne 
włosy dziecka i zdała sohl

sprawę,   że   w   niczym   nie 
przypomina   Jack.   Znowu   się 
zaczerwieniała.

-

Jacqueline   Laurent?

 

dopytywała się Avery. 
twoja mama jest w domu?

-

Czy Jack to imię tej pani, 

co mieszka na poddas/n ' - 
wysepleniła dziewczynka, 
żując koniec jasnego jak len 
win kocza.

-

N
i
e
 
s
ą
d
z
ę
.
.
.
 
-
 
A
v
e
r
y
 
u
r
w
a
ł
a
.

 
N
a
 
p
o
d
d
a
s
z
u
?
!

Wysoka, piękna kobieta w 

szarych spodniach z podwy/ 
szoną talią i śnieżnobiałej 
koszuli od Ralpha Laurena 
podeszl do drzwi. Jej idealna 
cera sprawiała, że wyglądała, 
jakby zeszli z reklamy 
kosmetyków Estée Lauder. 
Mrużąc oczy, spojr/nln na 
Avery, oświetloną późno 
popołudniowym słońcem.

-

Przepraszam   bardzo   - 

powiedziała najbardziej wy 
rai   I   nowanym   tonem 
Avery. - Szukam Jacqueline 
Laurent.  Podnl«  mi   ten 
adres.

-

Dopiero co 

wprowadziliśmy się tutaj. 
Ona mieszka li raz na górze 
- rzuciła krótko kobieta.

Zacisnęła wypełnione 

kolagenem usta i obrzuciła A\n 
pogardliwym spojrzeniem. A 
polem westchnęła głęboko i nie« 
lodramatycznie.

- To   dość   specyficzna 

sytuacja i zapewniam cię, że nie 
pisałam   się   na   nic   takiego. 
Satchel  pokaże   ci,   gdzie   ona 
miesz-

ale na przyszłość przypomnę 

Jacqueline  i   Vi  vienne,  żeby 
podawały   gościom   właściwy 
adres - stwierdziła stanowczo.

- Dobrze - zgodziła się 
nieco zagubiona Avery. O 
jaki właściwy adres mogło 
chodzić?

- Satchel, skarbie, 

zaprowadzisz tę miłą panią na 
górę? poprosiła kobieta, 
pochylając się do dziecka i 
wymawiając
•.Iowa z nadmierną starannością.

Satchel  poważnie   skinęła 

głową,   jakby   przyzwyczaiła   się 
do tego, że jej matka wszystko 
mówi   takim   tonem,   jakby   to 
liylo   oświadczenie   dla   prasy. 
Wyciągnęła drobniutką, kleją-

Cł| 

się   rączkę

 do   Avery

 i 

poprowadziła

  ją   przez 

mieszkanie,   mijając   ogromną 
kuchnię

 

z.

 

dwiema 

zamrażarkami,   ozdobną   iidalnię 
i   salon   z   meblami   w   stylu 
Ludwika   XIV.   Przeszły   obok 
dwóch   mahoniowych   klatek 
schodowych   ze   wznoszą-

I  

vini 

się, kręconymi schodami na tyły 
budynku.   Dom   z   pew

nością 

został lepiej urządzony niż nowe 
mieszkanie   Carlsów   /a   raz   po 
przeprowadzce. Pierwszego dnia 
na oślep rozpakowali wszystkie 
pudła,   kiedy   nikt   nie   mógł 
znaleźć   Rothko  

i  

lidie  nabrała 

przekonania,  że   ktoś   musiał  go 
niechcący zapakować.

-

Właśnie   zaczęłam   chodzić 

do   przedszkola   -   z   powagą 
poinformowała   ją  Satchel, 
kiedy   szły   z   jednego 
ogromnego   pokoju   do 
drugiego.   -   Jest   fajne, 
chociaż trudno. Mamy tylko 
jedną   drzemkę   i   jeden 
posiłek,   ale   zdobyłam   już 
siedemnaście przyjaciółek! - 
dodała z dumą.

-

Rety,   to   całe   mnóstwo   - 

powiedziała Avery tonem w 
stylu   „Nie   za   wiele 
rozmawiam   z.   małymi 
dziećmi,   ale   spró-Imję 
udawać   entuzjazm".   -   Nie 
mam tylu przyjaciółek co ty.

Od   razu   poczuła   się   jak 

skończony nieudacznik, kiedy to 

powiedziała.

- A ile masz? - naciskała 
Satchel.

Avery  przypomniała   sobie 

przedszkole.   Wszystko   wyifoj 
wało się takie proste. W grupie 
było   tylko   dwanaścioro   dzici   | 
więc   ona   z   Owenem   i   Baby 
praktycznie rządzili w towarzyt 
stwie.   I   to   pomimo   dziwnych, 
ekologicznych   przekąsek,   klon 
mama   pakowała   im   do 

18

background image

przedszkola. Kiedy wszystko się 
tfl pokomplikowało?

- Dwadzieścia pięć. - 
Avery zmyśliła liczbę.

Nie   mogła   uwierzyć,   że 

właśnie okłamała pięciolatkę. N« 
szczęście  Satchel  nie   słyszała 
odpowiedzi,   bo   pobiegła   pr/.o 
dem,   ślizgając   się   na   różowych 
skarpetkach z koronką.

- To   tutaj   -   powiedziała 

poważnie,   otwierając   drzwi   i 
wskazując

 

rozchwiane, 

drewniane schody. - Bałabym  

N

I| 

mieszkać   na   poddaszu   -   dodała 
szeptem.

- Ja też - przytaknęła 
Avery.

Spojrzała na białe drzwi bez 

żadnej   tabliczki,   które   ewi-
dentnie   były   wejściem   dla 
służby. To tu mieszka niesławni! 
Jack

 

Laurent?

 Czyjej 

przyjaciółki   o   tym   wiedziały? 
Gdyby  

In  

nie było takie dziwne, 

Avery by się roześmiała.

-

Mogę   już   iść?   -   spytała 

Satchel,   a   Avery  skinęła 

głów  

i   z   ręką   wzniesioną, 

żeby zapukać do drzwi.

-

Będziesz

 

moją 

przyjaciółką?   -   zapytała 
całkiem seria dziewczynka, 
nim odeszła.

- Jasne! - Avery się 
uśmiechnęła.

- Jej! Idę powiedzieć 

mamie, że mam osiemnaście 
przy jaciółek! - krzyknęła 
Satchel.

Zeszła krok po kroku, 

mocno trzymając się 
poręczy.

Avery

 zapukała,   na 

początku   spokojnie,   a   potem 
bardzie)   nagląco.   Pukanie 
rozległo się głuchym dźwiękiem. 
Wreszeli   drzwi   się   otworzyły   i 
stanęła w nich Jack w różowym 
dresil  Juicy  i   białym   T-shircie 
Michaela Starsa. Otworzyła usta, 
gdy zobaczyła Avery.

Chciała   zamknąć   jej   drzwi 

przed   nosem,   ale  Avery  przy-
li/.ymała   je   stanowczo.   Serce 
Jack waliło jak szalone, ale sta-
lała   się   zachować   opanowanie. 
Perfekcja,   perfekcja,   perfekcja, 
powtarzała w duchu i próbowała 
obrzucić   nieproszonego   gościa 

lodowatym

 

spojrzeniem 

księżniczki.

- Co tu robisz? - zapytała 
chłodno.

- Wpadłam,   żeby   dać   ci 

znać, że odwołuję moją impre
-   powiedziała   powoli  Avery, 
tonem ociekającym fałszywą
Indyczą. - Bo to niemądre, 
żebyśmy obie urządzały coś tego
llimego wieczoru.

Próbowała   zerknąć   za   Jack   i 

zorientować   się,   jak   się   pre
zentuje jej mieszkanie. Korytarz 
z   porysowaną,   drewnianą 
podłogą i brzydkimi, niebieskimi 
regałami   na   książki   pod 
•.ciänami   prowadził   do   małej, 
pomalowanej na żółto wnęki ku
chennej. Dalej  Avery  dostrzegła 
salon z zakurzonymi, niebieskimi 
sofami,   które   wyglądały   jak 
ofiary   katastrofy   w   fabryce 
I.IJBean.   Popękany   stojak   na 
parasole Pottery Barn stał przy « 
jściu   z   połamaną,   czarną 
parasolką.

- W   porządku   -   warknęła 

Jack.   -   Wiem,   że   chcesz   być 
moją  przyjaciółką,  ale, serio,  to 
już   odrobinę   żałosne.   -   Wbrew 
obie   podniosła   głos,   zdradzając 
zdenerwowanie.

- Więc   to  tutaj   mieszkasz? 

Ładnie.   Pewnie   cały   czas   spo-
ivkacie się tu z Jiffy i Genevieve 
- rzuciła wesoło Avery; sytu-ftcja 
była aż nazbyt piękna.

Zważywszy   na   przyćmione 

światło i skośne sufity, to był-by 
prawdziwy   koszmar   dla 
handlarza   nieruchomościami, 
żeby wskrzesić coś ciekawego z 
tej przestrzeni.

Znaczy coś innego niż 
strych?

- To   nie   twoja   sprawa   - 

rzuciła   arogancko   Jack.   -   Ale 
właśnie   jesteśmy   z   matką   w 
trakcie   zmiany   wystroju. 
Chcemy   mieć   pewność,   że 
wszystko   będzie   zrobione   jak 
trzeba,   więc   /ostałyśmy   tutaj 
zamiast   w   hotelu.   To 
tymczasowe. - Jack

wypowiedziała ostatnie słowo 
z naciskiem, żałując, że (o ul 
prawda.   Zauważyła,   że   nie 
przekonała  Avery.  -   Pewnie 
wpu   cił   cię   jeden   z 
robotników.

-

Mała dziewczynka. 

Powiedziała,  że  tam  nu. 

- powiedziała powoli 

Avery, chcąc zapędzić 
Jack w kozi 

t ń  

zmusić ją do przyznania 
się do kłamstwa.

-

Pewnie udawała kogoś', 

kim nie jest. Tak jak 
nieklói których znam. - 
Jack nie chciała szerzej 
otworzyć drzwi.

Obie   stały   niepewnie   u 

szczytu schodów. Avery czuła, 
|h

I

 

drzazga   z   niewykończonej 

poręczy wbija się w jej mały 
pali i

- To zabawne, bo 

rozmawiałam leż z jej matką..

- Avci 

urwała znacząco.

Jack   uchyliła   drzwi   i 

oparła   się   o   drewnianą 
framugę, nil wierząc w to, co 
jej   się   właśnie   przytrafiło. 
Avery  wszystko  

w   ||  

działa. I 

jeśli   ma   trzymać   tę   swoją 
przemądrzałą buźkę na kłód kę 
w  Constance  i poza szkołą, to 
Jack musi ustąpić. Odrobinę

Ustąpić z tego s'wiata, 
najlepiej!
Westchnęła.

- Właśnie rozmawiałam 

z moim chłopakiem i zgodzili 
śmy się, że o wiele wygodniej 
będzie, jeśli urządzimy naszą 
imprezę w październiku. - 
Pociągnęła nosem. - Więc jeśli 
na dal chcesz zrobić swoją 
jutro, to w porządku.

Avery

 skinęła   głową 

niezobowiązująco, chociaż  jej 
serce  miało   ochotę  odtańczyć 
w piersi taniec zwycięstwa.

-

Powiem   ludziom,   żeby 

przyszli - ciągnęła Jack. - 
To cl pasuje?

-

Jasne   -   zgodziła   się 

Avery,  ze   wszystkich   sił 
starając

 

sic

 

nie 

uśmiechnąć.

Zastanawiała się, czy 
mogłyby się objąć i 

pogodzić. Cmok, cmok, 
cmok!

- Do zobaczenia jutro? - 

Jack zmrużyła oczy, mając na-
dzieję, że to bardziej zabrzmi 
jak groźba niż potwierdzenie.

(   )statnia   rzecz,   jakiej 

potrzebowała,  to Avery Carls, 
która

 

Igle  

uznają   za 

przyjaciółkę.   Pomysł   już 
kiełkował w jej gło-
■ Niech sobie urządzi tę 
amatorską imprezę w domu. 
Może vscy przyjdą i sprawy 
całkowicie wymkną się spod 
konali. Rozniosą w puch dom 
starej pani Avery.

-   Oczywiście.   -  Avery 

uśmiechnęła   się   słonecznie. 

Teraz   npiawdę   mogła   wziąć 

się   za   planowanie.   -   Do 

zobaczenia

 

liro!

 

zaświergotała,

 

zbiegła 

schodami i wyszła bocznym \|

sciem.

Wzięła   głęboki   wdech, 

gdy   wyszła   na   Madison 
Avenue,  po/,walając   rześkiej, 
jesiennej   bryzie   splątać   jej 
gęste, jasne włosy. Nie mogła 
przestać   się   uśmiechać. 
Babcia   byłaby   z   niej   inka 
dumna.   Do   przyszłego 
tygodnia   zostanie   gwiazdą 
Nowe-
■ Jorku. Zawsze o tym 

marzyła!

Wiecie, co się mówi? 

Uważaj, czego 
pragniesz...

n i e   m a   t o   j a k 

w   d o m u

Baby wysiadła z promu w 

piątkowy wieczór i zaciągną 

11 

się   pachnącym   solą   morską 
powietrzem.   Wiatr   rozwioWi 
jej   kręcone,   brązowe   włosy, 
kiedy szła nabrzeżem. Ściągnę

19

background image

ła gryzący blezer Constance 
Billard i wrzuciła go do ocei.....................................................................
Przez   chwilę   unosił   się   na 
wodzie,   a   potem   utonął   i 
zniknął |d z oczu.

Stanęła obok budki, gdzie 

przyjmowano opłaty, i czel ła, 
aż ktoś zapyta, dokąd jedzie. 
Na wyspie wszyscy kor/ stali z 
autostopu i o wiele swobodniej 
się czuła, zatrzymii jąc 
przypadkowy samochód tutaj 
niż wsiadając do taksów i w 
Nowym Jorku. Dwie minuty 
później zatrzymała się rdz.av 
półciężarówka bez jednego 
światła z przodu i przystojny 
dw u dziestoparolatek bez 
słowa otworzył dla niej drzwi 
pasażci i machając, żeby 
wsiadała. To właśnie kochała 
w Nantucket. Iu była 
prawdziwa społeczność i kiedy 
znalazłeś się w potrzehi-ludzie 
okazywali pomoc.

- Przyjechałaś z Bostonu? 

-   zagadnął   chłopak,   gdy   /.»• 
mknęła ciężkie drzwi wozu.

Nosił   wyblakły   szary   T-

shirt

 

uniwersytetu

 

Massachusetts  a   skórę   miał 
zaróżowioną   od   słońca. 
Wyglądał jak homar.

Uważaj na szczypce.

- Nie

 

całkiem

 

odpowiedziała

 

Baby, 

spuszczając   wzrok  

i  

/dając 

sobie   sprawę,   że   musi 
wyglądać absurdalnie w spód-
nicy od szkolnego mundurka.

- W porządku, więc 
dokąd się wybierasz?

Zadzwonił   jej   telefon. 

Spojrzała   na   wyświetlacz 
rozdrażniona. J.P. dzwonił trzy 
razy,   kiedy   była   w   autobusie. 
Nie mógł Łbie znaleźć nikogo 
innego   do   psów?   Może   jego 
dziewczyna   mogłaby   je 
wyprowadzać? Nie, musiałaby 

chociaż na pięć mi-mil zrzucić 
maskę wrednej jędzy, a to było 
niemożliwe. Odebrała telefon i 
ze złością warknęła:

- Hej,   skończyłam   z 

nowojorskim eksperymentem - 
za-

i

/ęła,   nie   czekając,   aż   J.P. 

się   odezwie.   -   Wracam   na 
Nantu-cket, więc musisz sobie 
znaleźć kogoś innego do psów. 
Kogoś, kio lepiej się do ciebie 
dopasuje i za niższą cenę.

Rozłączyła się, nim zdążył 

odpowiedzieć.   Bo   jaki   miało 
sens czekać na jego reakcję?

-

Były chłopak? - zapytał 

kierowca.

-

W żadnym razie.

Wrzuciła   telefon   do 

wyblakłej, zielonej torby, żeby 
nie   musiała   o   nim   myśleć. 
Wyjrzała przez okno na farmy 
i   schludne   kolonialne   domki 
Nowej   Anglii   w   zgaszonych 
odcieniach   pieli   i   szarości. 
Dom.   Wreszcie   wracała   do 
domu.

- Wysiadam tu, dzięki za 

podwózkę! - zawołała wesoło, 
i   ledy   skręcili   w   znajomą 
okolicę.

Kierowca się zatrzymał, a 

Baby   wyskoczyła   z   auta   na 
boczną   uliczkę   w   okolicach 
domu   Toma.   Dróżka 
prowadziła   prosto   na   plażę. 
Baby   niemal   zbiegła 
nierównymi,   drewnianymi 
schodkami   do   piasku.   Torba 
obijała   jej   się   o   plecy.   Już 
widziała   ognisko   nad   wodą   i 
zatrzymała   się   na   chwilę   na 
widok dzieciaków z jej szkoły, 
kręcących   się   w   różnych 
stadiach   roznegliżowania   i 
pijaństwa.

Ruszyła plażą. Rozpoznała 

Lucasa   Andersona,   jednego   / 
przyjaciół Toma, nim wreszcie 
usłyszała znajomy śmiech

Toma - na poły parsknięcie, na 
poły chichot, brzmiący, jal li 
ktoś ścisnął świnkę morską. 
Wydawał z siebie takie d/\\ Ifj 
tylko wtedy, kiedy był naprawdę 
upalony. Tom i 

L

UCJI

 

dzieli na 

stosie wilgotnego drewna, 
wyrzuconego przez nu n 

najwyraźniej nieświadomi, że 
przypływ sięga im już kosli i 
Lucas włożył sandały 
Birkenstock na grube skarpetki 
w km lorze owsianki i w kółko 
grał te same cztery akordy Free 
ftil ling. 
Wysoka na metr fajka 
wodna z plastikowych butelek p| 

napojach stała między nimi jak 
stary przyjaciel.

Czas uciekać - i to 

szybko - z powrotem do 
cywili i

cji!

Baby podeszła do nich po 

cichu,   weszła   na   stos   diw  

i  

zadrżała   w   cienkiej   bieliźnie, 
gdy usiadła obok Toma.

- Baby? - Chłopak 

zamrugał kilka razy, jakby 
próbo w ul się zorientować, czy 
istniała naprawdę, czy była 
tylko wyiv rem jego otępiałego 
od trawki umysłu.

- Jestem - odpowiedziała 
po prostu.

Wsunęła się w jego objęcia 

i   pozwoliła,   żeby   jego   pali   i 
połaskotały   ją   delikatnie.   Ujął 
jej twarz i przysunął tak, żeli ich 
usta   się   spotkały.   Pachniał 
proszkiem do prania, oceanem i 
trochę   trawką.   Źrenice   miał 
ogromne, ale Baby to nie dem i 
wowało. Sama czuła się trochę, 
jakby   odpływała,   już   pi,   sam 
fakt,  że   była  blisko   niego.  Jak 
dobrze   wreszcie   wrócić   di 
miejsca, w którym chciała być.

- Nie   mogę   uwierzyć,   że 

tu jesteś. - Tom nadal sobie 

nie 

dowierzał.

Lucas gapił się na nich z 

otwartymi ustami.

- Przejdźmy się - 

zaproponowała, prawie siłą 
ściągaj

«|i 

Toma z kłody.

Niebo   było   czarne   jak 

smoła,   ale   księżyc   rzucał   na 
atramentową przestrzeń ścieżkę 
światła. Baby wzięła rękę Tomu 
w   obie   dłonie.   Drżała   z 
podniecenia.

222

- Przyjechałaś na weekend? - 

zapytał,   wyjmując   z   kie-

1

11

skręta i zapalając go.

-

Na   weekend   i   na   resztę 

przewidywalnej przyszłości! 
-llahy   uśmiechnęła   się   do 
niego   i   wesoło   zakołysała 
jego ręką.

-

Fajnie - powiedział powoli.

Zatrzymał się i przeczesał 
palcami jej splątane włosy.
- Gdzie się zatrzymasz? - 
zapytał między 

pocałunkami.

- W   domku   gościnnym   - 

odpowiedziała,   jakby   to   było 

/ywiste.

Będą mogli żyć z Tomem 
długo i szczęśliwie. 
Prawda, że bajki są 
wspaniałe?

- A co ze szkołą?
- Minął   dopiero   tydzień, 

na pewno to nadrobię - odparła 
żartobliwie   Baby,   chociaż 
trochę   denerwowały   ją   te 
pytania. Dlaczego nie mógł po 
prostu   cieszyć   się   z   jej 
obecności?

- Dobra. To co chcesz 
robić?
Musiała to mówić? Ścisnęła 

jego   rękę,   kiedy   biegli   do 
malutkiego,   sfatygowanego 
domku,   w   którym   Tom 
mieszkał   /   bratem.   Weszli   po 
chwiejnych   schodach   do   jego 
sypialni.   Tom   nastawił   na 
iPodzie   Ala   Greena.   Baby 
objęła   chłopaka.   ('/iiła,   że   ta 
chwila jest po prostu idealna.

No to przejdźmy do 
rzeczy... Skarbie, no już...

- Cześć   -   powiedziała 

Baby,   gdy   Tom   przysunął   się 

do niej.

- Cześć - odrzekł, 
chowając twarz w jej 
włosach. Serce zabiło jej 
mocniej, gdy pociągnął ją 
na łóżko. Jego ramiona 
były ciepłe i mocne. Miała 
wrażenie, że za-

raz  

eksploduje   ze   szczęścia. 

Była w domu, była z Tomem, 
po   lym,   jak   niemal   całą 
wieczność - bo tak to odbierała 
-   spędziła  

i  

dala   od   tego,   co 

znała i kochała.

- Kocham   cię   -   szepnęła, 

bo nie było już nic innego, co 

mogłaby powiedzieć.

223

-   Ty   też   -   odmruknął 

zaspanym głosem Tom, muskn| 

jej szyję.

Zaśmiał się, a potem jego 

chichot przeszedł w te denei 

jące odgłosy świnki morskiej.

Baby westchnęła. Może 

upalił się z Lucasem tak bard 

20

background image

bo tęsknił za nią i musiał w 
czymś zatopić smutki?

A może po prostu jest 

typowym amatorem trawki, 

rego w dodatku łączy bardzo 
głęboki związek z jego faji 

wodną?

Leżeli   na   łóżku.   Przykryła 

ich.   Tom   natychmiast   padl   n   I 
poduszkę i zamknął oczy.

- Chcesz   się   zdrzemnąć, 

czy coś? - zapytała, chociaż od 
dech   Toma   już   przeszedł   w 
głębokie pochrapywanie.

Westchnęła   jeszcze   raz   i 

przytuliła się do jego pleców, siu 
chając   cichego   plusku   fal   w 
oddali.

Następnego ranka Baby się 

obudziła,   gdy   zadzwonił  jp| 
telefon.

- Ech - mruknęła 
zaspana, widząc na ekranie 

im iv

stry.

Wyłączyła telefon i usiadła, 

rozglądając się po pok..|.. Toma. 
Dlaczego   nie   było   go   z   nią   w 
łóżku?   Narzuciła  

jef|  

bluzę   i 

zeszła na dół. Bluza była ciepła, 
miękka i pachniulw Tomem.

Wyjrzała   przez   okno   i 

zobaczyła   go   obok   poobijanej, 
bil   łej   terenówki   Kendry. 
Obejmował   dziewczynę,   a 
prawą diod na której nadal nosił 
grubą,   srebrną   obrączkę   od 
Baby. 

t i / \  

mał na jej biodrze. Po 

plecach   Baby   przebiegł   zimny 
dres/,   strachu.   Tom   z   zapałem 
tłumaczył   coś   Kendrze.   Twarz 
dziew czyny rozbłysła gniewem. 
Baby   uchyliła   delikatnie  drzwi. 
Zlj

 

dzewiałe

 

zawiasy 

skrzypnęły.

- Wróciła... - Usłyszała, jak 
tłumaczy się Tom.

Baby usiadła na betonowych 

schodkach i przyciągnęła kolana 

do   piersi.   Chociaż   na   dworze 

było   ciepło,   dostała   lekkich 

dreszczy.

-

Co?   Na   weekend?   -   Głos 

Kendry   brzmiał   tak,   jakby 
wreszcie   się   obudziła   z 

otumanienia   trawką,   w 
którym trwała przez ostatnie 
dwa   lata.   Mówiła   ostro, 
wyraźnie   i   z   niesamowitą 
złością.   Baby   czuła,   że   nie 
może złapać oddechu.

-

Nie wiem, na jak długo. 

Aleją kocham - 

odpowiedział Tom.

Ale z jakiegoś powodu te 
trzy słowa nie rozgrzały 
Baby.
- A co z nami? - rzuciła 
oskarżycielsko Kendra. 
Nami? Ostatnie co Baby o 
niej słyszała to, że Kendra

sypia   z   jakimś   chłopakiem, 
którego wywalili z uniwerku w 
Massachusetts.   Pracował   jako 
kucharz   w   jakiejś   knajpie   / 
krabami.

- Jesteś moją przyjaciółką, 

ale Baby jest moją dziewczyną - 

upierał się Tom.

Baby   zauważyła,   że   Tom 

obejmuje Kendrę i przytrzymu-|

e za chude biodro, jakby chciał 

ją   na   chwilę   przyciągnąć   do 

pocałunku.

- Daj mi chwilę, żebym to 
jakoś załatwił - prosił.

I   wtedy   Baby   wstała. 

Potykając   się   o   własne   stopy 
wróciła   do   domu,   zatrzaskując 
za sobą drzwi.

- Cholera! - krzyknął 
Tom.

- Baby!   -   Starszy   brat 

Toma, James, stał zaspany przy 

/lewie,   gdy   wparowała   do 

domku.

Skrzywiła

 

się. 

Pomieszczenie   było   brudne, 
wszędzie walały się stosy ubrań 
i kawałki pizzy, pławiące się we 
własnym iluszczu na blacie.

Tom stanął w drzwiach, 
zadyszany po biegu za nią.

- Stary, macie parę spraw 

do omówienia. - James otworzył 
lodówkę,   wyciągnął   galon 
Tropicany i napił się prosto

z   pojemnika.   Usiadł   przy 

stole   i   spojrzał   na   nich 

wyczel u|i| co.

-

Co to do cholery miało 

znaczyć?   -   zapytała 

spokojnli

 

Baby, 

patrząc   Tomowi   w 

oczy.

-

Nic   takiego.   -   Tom 

zerknął   błagalnie   na 
Jamesa,    i-była tylko... 
Kendra.   Baby...   Baby, 
posłuchaj mnie.

Złapał   ją  za   nadgarstek, 

ale się wyrwała. Irytowała  

J

.

I

 

li   idiotyczna   obrączka.   Nie 
chciała,   żeby   jej   dotykał.   - 
Ni<   |   nie   stało   -   szepnął 
gorączkowo Tom.

- Aha, jasne - warknęła. - 

Jak mogłeś' mi to zrobić? -. l. 

■ pytywała się.

Takie rzeczy zdarzały się w 
Nowym Jorku, ludziom takim 
jak Jack Laurent i J.P., ale nie 
jej i nie na Nantucket. Tom 
zagryzł wargę, ale nic nie 
powiedział.

- Wynoszę się stąd - 

stwierdziła w końcu, wyrywając 

się z jego uścisku.

- Widzisz,   zawsze   mnie 

zostawiasz   -   rzucił   oskarżyć   ii

sko   Tom.   -   Byłem   samotny, 
rozumiesz?   Tęskniłem   za   tobq   a 
Kendra była pod ręką. Gdybyś nie 
wyjechała,   do   niczego   by   nie 
doszło.

Spiorunowała go wzrokiem 

po raz ostatni i wybiegła z domku. 

Zatrzasnęła za sobą drzwi.

Pobiegła na plażę i rzuciła 

się do oceanu, gdzie jej łzy po-
mieszały się ze słoną wodą. 
Przynajmniej nie była na Manhal 
tanie. Przynajmniej była w domu.

A dom jest tam, gdzie serca... 

nie ma.

p l o t k a r a . n e t

tematy           na   celowniku 

wasze e-maile     zapytaj

Wvystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz 
wydarzenia zostały zmienione t|b skrócone, po 
to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

NAJŚWIEŻSZE   NOWINKI: 
moje   źródła   donoszą,   że   wycze-
kiwana balanga u została nagle i 
w   niewyjaśnionych   oko-
licznościach odwołana. zachęca 
wszystkich do imprezy A. Czyżby 
nowe przymierze? A może nowy 
szatański plan J?

na 

celowniku

J  i  A  zamawiają   ogromną 
dostawę do domu babci ze skle-
pu   z   alkoholami   na   Drugiej. 
Zważywszy   na   dom  A  i   znajo-
mości  J  to   mogłaby   być   niezła 
spółka   imprezowa.  R  spaceruje 

Piątą   Aleją,   trzymając   się   za 
ręce   z   jakąś   tajemniczą 
dziewczyną.  Szkoda,   że  K  jest 
na szkolnym turnieju tenisowym 
i   nie   może   go   zobaczyć.  
zagląda   do   spożywczego   przy 
Madison,   żeby   powąchać... 
jabłka?   Czy   owoce   mogą   być 
fetyszem?  A  wynajmuje   ludzi 
od   wystroju,   żeby   rozwiesili 
setki lampek w oranżerii babci. 
Nie   sądzę,   żeby   dekoracje   się 
liczyły,   kiedy   połowa   gości 
padnie   nieprzytomna,   ale 
dziewczyna   dostaje   plus   za 
starania. A co z  B?  Nigdzie jej 
nie  ma. Ktoś  coś  wie?  Bo  psy 
J.P. - i ich właściciel - chodzą z 
podkulonymi ogonami.

wasze e-maile

13  

Droga P!

Mieszkam na Nantucket 
i kiedy biegłem dziś rano 
plażą,

 

znalazłem 

wyrzucony   na   brzeg 
blezer z Constance

Billard. To prywatna szkoła w 
Nowym Jorku, praw da? Co się 
stało? Miodzio z Nantucket
PS.   Jeśli   kiedyś   wpadniesz   na 
Nantucket, to w  moim dodge'u 
są w pełni opuszczane siedzenia. 
Mam   n|   dzieję,   że   wiesz,   co 
mam na myśli.

Drogi MzN!
Hm, z pewnością nie słyszałam, 
żeby   na   Upper   Eanl   Side 
wydarzyła się jakaś tragedia, ale 
nie   mam   dobrych   źródeł   na 
twojej   wyspie.   Możliwe,   że   to 
jedn z nas postanowiła skończyć 
ze   wszystkim?   Przycho   dzi   mi 
na   myśl   pewna   hipisowska 
piękność,   która   i   u   i   kąd   tu 
przyjechała,   była   w   bardzo 
kiepskim   nastro|u   A   co   do 
wizyty,   dzięki,   ale   żebym 
opuściła Manhatlu trzeba czegoś 
więcej   niż   obietnicy   w   pełni 
opuszczanych siedzeń. P.

Droga P!
Na sto procent wiem, kim jesteś. 
Podejrzewam, 

nauczycielką z 

Constance,   pracującą   nad 
demasko torską powieścią, która 
wszystkich załatwi. Mam ri cję?

21

background image

C

z

y

t

e

l

n

i

c

z

k

a

 

D

r

o

g

a

 

C

z

y

t

e

l

n

i

c

z

k

o

!

Przede wszystkim jestem zbyt 
interesująca i man zbyt dobry 
gust, żeby być nauczycielką. A 
po drugla gdybym chciała 
napisać powieść, nie sądzisz, że 

jt• / 

bym to zrobiła? P.

l'o lecie pełnym nudnych przyjęć 
pod hasłem: „Wyjeżdżamy do 
college'ow", na których 
wszyscy udawali swoich 
najlepszych przyjaciół, chociaż 
tak naprawdę serdecznie się 
nienawidzili, nie mogę się 
doczekać, żeby wrócić na 
imprezy rozpoczynające rok 
szkolny, na których chłopcy / 
Riverside spotykają się z 
dziewczynami z Seaton Arms, 
il/iewczyny z Constance Billard 
całują się z chłopcami od 
•'.więtego Judy, a dziewczyny z 
L'École bawią się we własnym 
gronie i zawsze gwarantowane 
są jakieś dramatyczne 
wydarzenia. To pierwsza 
impreza roku i osobiście nie 
mogę \ię doczekać skandali. 

Et 

v ou s ?  

A wy?

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara

dobre

 

rzeczy 

przychodzą   do 

tych,

 

Morzy 

czekają   baluj   jak 

gwiazda 

rocka

Od: 

Owen.Carls@swJuda.edu 

Do: 

Kelsey.Talmadge@SeatonArms.ed

Data: piątek, 12 września, 15:00 

Temat: Odp.: Teraz?

Kat

Przyjdź na imprezę mojej siostry.  Nie 
mo się doczekać, kiedy cię zobaczę... 
Całuję O.

- Naprawdę   nam   się   udało!   - 

pisnęła  Avery,  zarzucając   (   )wenowi 
ramiona   na   szyję   w   pijackim, 
siostrzanym uści-

I I

.

Owen   zmierzwił   jej   jasne   włosy   i 

odpowiedział   niezbyt   ii/.eźwym 
uśmiechem.

- Aha, udało nam się - przytaknął, 

szczerząc   zęby.   Rozej-

i

/al   się   wśród 

ludzi, szukając kogoś. - Ej, idę po piwo, 
przynieść ci coś?

- Nie trzeba. - Avery machnęła 
ręką.
Wypiła już cztery drinki i cały świat 

wokół   nurzał   się  

w  

złotej,   radosnej 

mgiełce.   Nie   mogła   uwierzyć,   że 
impreza   luk   dobrze   się   układa. 
Oranżeria   babci   płonęła   migoczącymi 
światełkami,   które   odbijały   się   w 
marmurowej podłodze. Mały, oszklony 
basen   pełen   był   ubranych   w  bikini 
dziewcząt

 

/1

,'Ecole,

 a   kuchnie 

okupowali   chłopcy   ze   świętego  Judy  

Riverside,  szykujący   drinki.   Jadalnia 
należała   do   dziewcząt   /   (   'onstance, 
które   przyglądały   się   chłopakom   od 
świętego ludy.  Avery  jeszcze nie znała 
imion wszystkich obecnych, ale 

lak nie 

posiadała się z radości.

Owen zmierzwił jej włosy i zniknął 
wśród gości.

- Cześć.

22

background image

Jack podeszła do niej ukradkiem, pojawiając się dos nie znikąd. 

Miała na sobie obcisłą, ciemnoniebieską sukie Proenza Schouler i 
bardzo wysokie buty na platformie Miu, w których była ponad pięć 
centymetrów wyższa od A ry. Trzymała za rękę bardzo przystojnego 
chłopaka o pre arystokraty.

- Świetna impreza! - Jack się pochyliła, żeby pocało Avery w 

policzek.

Cmok, cmok!

- J.P Cashman - przedstawił się chłopak, wyciąg rękę.

Avery uścisnęła jego dłoń, trzepocząc rzęsami.

- Znam   twoją   siostrę,   wyprowadzała   moje   psy.   Przyjd   li   dziś 

wieczór? - zapytał przyjaźnie.

Jack posłała mu spojrzenie, które mogło zabijać.

Avery  pokiwała   głową,   zauważając,   że   J.P.   jest   przy  i  

i|  

ny. 

Dlaczego Baby nic o nim nie wspomniała? Ale z dni I strony Baby 
zawsze   miała   słabość   do   uwalonych   facetów,  

|iil  

Tom,   a   nie   do 

przystojnych przyszłych miliarderów z Upptl East Side. Pewnie nawet 
nie zauważyła, jaki to świetny chlu pak.

- Przyniosłam ci drinka. - Jack podała jej kieliszek / I nem 

Tanqueray, który Avery z wdzięcznością wzięła. - 

Poin\ 

słałam, że ci 

się przyda. Bardzo trudno jest być gospodyni | i jeszcze zadbać o 
własne potrzeby, zwłaszcza kiedy impn jest zrobiona z takim 
rozmachem.

Avery  wyszczerzyła   zęby,   zbyt   podchmielona,   żeby   /u-uważyć 

sarkastyczną   nutkę.   Jack   dotrzymała   słowa   -   kilku   dziesiąt   osób, 
których  Avery  nawet   nie   znała,   tłoczyło  

M

\  

w   oranżerii.   Dostawcy 

jedzenia  z  Masa,  na  których  wynajęi  nalegała, dawno  już zniknęli  i 
teraz na białych sofach walał] się niedojedzone bułeczki i na wpół nagie 
pary. Wygład/iln zmarszczkę na czarnej sukience Marca Jacobsa, czując 
się jak bawdziwa gospodyni.

- Dziękuję, że przyszłaś! - Avery spontanicznie objęła

Inek.

Może to kwestia światełek w całym pomieszczeniu, ale i n k  jakoś 

inaczej wyglądała tego wieczoru. Nawet jej piegi wydawały się mniej 
irytujące   niż  zwykle.  Uścisnęła  jej  rękę,  ostrożnie   dopijając  wino,  a 
potem próbując koktajlu od Jack.

A babcia Avery nie ostrzegała, żeby nie mieszać alkoholi?

- No jasne! Mam nadzieję, że w przyszłości urządzisz leszcze wiele 

imprez.   Z   przyjemnością   ci   pomogę.   I   chciałam   In   już   wcześniej 
powiedzieć, powodzenia w jutrzejszych wy-horach. - Jack uśmiechnęła 
się ciepło, a potem pociągnęła J.P.

rękę i odeszła.

- Dlaczego nie założyłaś nowej sukienki? - zapytał J.P, lozglądając 

się po tłocznym pomieszczeniu.

Dotrzymał słowa i załatwił jej różową sukienkę, dokładnie laką, jak 

opisała.   Ale   kiecka   była   wręcz   absurdalnie   falbania-

Mtu   z  

warstwami 

tafty w kolorze gumy balonowej, a Jack nie lamierzała wyglądać jak 
gigantyczna babeczka.

- A co, nie podoba ci się to, co mam na sobie? - odpowiedziała 

pytaniem, wskazując na przylegającą do ciała, niebieską  Mikienkę  z 
dzianiny.

J.P. miał dość rozumu, żeby potwierdzić, że wygląda świetnie, więc 

dalsza dyskusja straciła na znaczeniu.

- Nie, skąd, wyglądasz wspaniale - przyznał. - Ale przypomnij mi, 

dlaczego odwołałaś imprezę w Galerii? - Rozglądał się po tłumie, jakby 
kogoś szukał. - W końcu to ty powiedziałaś, że nie chcesz imprezy w 
domu. Mój tata wszystko pi/ygotował. Był bardzo rozczarowany.

23

232

background image

Jack wzruszyła ramionami. Nie mógł sobie odpu I musiał mówić 

z taką dezaprobatą?

- Zmieniłam   zdanie   -   rzuciła   lekko   i   podsunęła   twai   il 

pocałunku.

Żałowała, że nie może się przyznać, że tak naprawili- ni miała 

wyboru. Avery Carls trzymała w ręku całe jej życic 

tfl 

warzyskie i gdyby 

Jack się nie podporządkowała, stracił.

ii 

wszystko.

Podkręciła muzykę i w domu ryknął Kanye.

- Tak lepiej.

Wyłączyła   światła   i   pokój   zanurzył   się   w   seksowi)   \.   i. 

przyćmionych cieniach rzucanych przez zajmujące całe ścian okna.

Ruszyła w stronę kuchni, żeby nalać  Avery  kolejiicyo drinka, ale 

J.P. złapał ją za rękę.

-

Tu jest straszny hałas. Wyjdziemy na zewnątrz złapu powietrza? - 

przekrzykiwał dudniącą muzykę.

-

Chcę   się   więcej   napić!   -   odkrzyknęła,   strącając   jc||tt   rękę   i 

odwracając się do kuchni.

-

Jak chcesz, ja się stąd wynoszę - odparł krótko J.P Miłej zabawy.

Wyszedł szybko, przepychając się między tłumem na pni terze i 

przed domem.

Ciekawe, dokąd tak mu się spieszy.

Jack przewróciła oczami. Dobra. J.P. potrafi być be/nu dziejny. Ale 

ona miała misję. Chciała zafundować Avery lo, na co sobie zasłużyła. 
Zacznie od drinka, który źle się miesi z winem i ginem.

Po drugiej stronie pokoju Owen przyglądał się, jak Avery opróżnia 

szybko kieliszek, a w drugiej ręce ma już następn go drinka. Chciał jej 
powiedzieć, żeby trochę przystopowała, kiedy w kącie na fotelu 
zauważył Rhysa. Na jego kolana. |
siedziała dziewczyna z gabinetu kosmetycznego. Wyglądali, l.ikby lada 
moment mieli się na siebie rzucić. Owen nie mógł uwierzyć, że jego plan 
wypalił. Dyskretnie skinął do Rhysa / aprobatą.

- Kto to? - Avery podążyła za jego wzrokiem. - Czy ta para właśnie 

uprawia seks na fotelu babci?

Avery  rzuciła   się   w   ich   kierunku,   rozlewając   drinka   na   podłogę. 

Owen śmiał się ze swojej sztywnej, chociaż zalanej siostrzyczki, kiedy 
ktoś popukał go w ramię.

Zapach jabłek wypełnił powietrze.

- Cześć - szepnęła Kat, a w jej niebieskich oczach pojawił się 

szelmowski błysk.

Miała na sobie tę samą, obcisłą, czarną sukienkę bez pleców, którą 

założyła tego wieczoru, kiedy się poznali. Specjalnie ją wybrała?

Założyłaby ten sam strój na dwie imprezy? Chyba

nie?!

Owen   zerknął   nerwowo   na   Rhysa.   Zadrżał,   gdy   mieszanina 

adrenaliny i strachu zatętniła mu w żyłach.

- Wygląda na to, że już lepiej sobie radzi. - Kat dyskretnie wskazała 

na Rhysa i Astrę, a Owen pokiwał głową.

Kat zamyśliła się na chwilę, a potem się uśmiechnęła do ()wena tak 

seksownie, że przestał się martwić o kumpla. Za-gryzła usta.

- Myślisz, że powinnam się z nim przywitać? - zapytała, szukając u 

Owena potwierdzenia.

- Chyba tak. - Serce waliło mu w piersi.

- Więc pewnie znajdę cię później? - szepnęła mu do ucha.

Poczuł jej oddech na szyi. Pokiwał głową bez słowa i czekał, nie 

mogąc złapać oddechu, aż Kat się odsunie i podejdzie do Rhysa.

- Myślałam, że ten pływak i dziewczyna z Seaton Ann zerwali ze 

sobą - szepnęła Jiffy ponad zaimprowizow.m barkiem do samotnej 
Genevieve.

Obie patrzyły, jak Kat zbliża się do Rhysa. Jiffy miału li sobie 

czarne, obcisłe dżinsy Citizens i czarną sukienkę-htu.

li

ke Diane von 

Furstenberg, która wyglądała jak namiot. (

ii< 

nevieve wzruszyła 

ramionami i hojnie nalała sobie wódki .l> kryształowej szklaneczki.

- Cześć, Rhys.

Podniósł wzrok i zaskoczony wytrzeszczył oczy. Kein I wyglądała 

oszałamiająco w obcisłej, czarnej sukience, kirim podkreślała jej 
wysportowane ramiona i szczupłe nogi. Ni. małże zepchnął Astrę z 
kolan. Była miła i w ogóle, ale on i ko chciał, żeby Kelsey poczuła 
zazdrość. Najwyraźniej mu m udało.

- Cześć - odpowiedział szczerząc zęby i wstając.

-

Jestem Kelsey - przywitała się, wyciągając rękę (1

(1 

Astry.

-

Astra.   -   Dziewczyna   wstała   i   odpowiedziała   uprzej   mym 

uśmiechem, wygładzając fałdki na srebrnej tunice 

Tory 

Burch.

-

Chciałam   tylko   powiedzieć,   że   masz   szczęście,   że  

111

1   znałaś 

Rhysa. Jest fantastyczny - powiedziała Kelsey, jaka Rhysa nie było 
w pokoju i jakby nie był jej eks raptem od kil ku dni.

Rhysowi   zrzedłamina.   Coś   tu   było   nie   tak.   Kelsey   powiniw   się 

załamać, rozpłakać i wybiec z krzykiem. On wtedy prze prosiłby Astrę, 
popędził za nią i resztę nocy spędziliby tuląc sif w łóżku i szepcząc do 
siebie: „Kocham cię" i „Przepraszam", Rano zjedliby rożki cytrynowe i 
śmiali   się   z   tego,   jakie   głupie   i   niepotrzebne   było   ich   rozstanie   i   że 
dobrze mieć  zabawną hi  storyjkę do  opowiedzenia dzieciom któregoś 
dnia.

Czy   w   życiu   wydarzają   się   takie   historie,   jeśli   nie   liczyć   iilmów 

Hilary Duff?

Astra się uśmiechnęła, próbując złapać go za rękę i przy-i lagnąć do 

siebie. Odsunął się o krok i spojrzał Kelsey prosto w oczy.

- Więc... jak się poznaliście? - zapytała melodyjnym gło-

jem.

Brzmiało to tak, jakby naprawdę była zainteresowana. I wtedy go to 

uderzyło. Jej już nic z nim nie łączyło i miała serdecznie w nosie fakt, że 
spiknął się z Astrid, Astro, czy jak się do cholery nazywała ta panienka.

Rhys  miał   wrażenie,   że   porusza   się   pod   wodą,   gdy   bez   słowa 

zostawił obie dziewczyny. Musiał stamtąd wyjść na świeże powietrze. 
Idąc złapał butelkę wódki Citron i niemal wpadł na ()wena, który stał w 
drzwiach.

- Ej, wszystko w porządku, stary? - zapytał zaniepokojony Owen.

Specjalnie stanął daleko, żeby nie słyszeć rozmowy Rhysa i Kat, ale 

sądząc po minie kumpla, nie poszło najlepiej.

- Nie - wydusił z siebie Rhys.

W   pokoju   było   zbyt   gorąco   i   tłoczno.   Miał   wrażenie,   że   jeśli   tu 

zostanie, zaraz eksploduje. Nie bardzo wiedząc, co /robić, wskoczył do 
basenu,   ochlapując   wszystkich.   Stanął   w   wodzie   w   kompletnie 
przemoczonych dżinsach i koszuli, nadal trzymając wódkę.

- Ej! - krzyknęła Avery, chwiejąc się na obcasach Lou-

houtina.

Jack złapała ją za ramię i poprowadziła do Genevieve, Jiffy i ginu.

- Chyba musisz się jeszcze napić!

- Dobrze się czujesz? - Owen lekko pochylił się nad basenem.

Grupa półnagich dziewczyn z L'École przyglądał im się. 

Udawały, że są zainteresowane wzorami z popi z gauloise'ów, które 
strzepywały do wody.

-

Nie. - Rhys splunął wodą.

Stał w głębokiej na metr wodzie. Odgarnął mokre win z oczu. Łzy 

pomieszały się chlorem na jego twarzy.

- Kelsey... Ona... To jej nie mszyło - prychnął I próbując wyjść z 

wody. - To naprawdę koniec.

- I co się przejmujesz? Masz Astrę! Gorąca laska! - Owi u starał się 

dodać otuchy kumplowi. Podał mu swój kieli czystej Ketel One.

Rhys pokręcił głową i w końcu wyszedł z basenu.

- Stary, nie mogę. Jestem przemoczony! - Spojrzał it| siebie, jakby 

dopiero teraz to zauważył. - Muszę wyjść.

24

235

background image

Owen patrzył na Rhysa - ociekającego wodą i na granit płaczu - i 

poczuł potworne wyrzuty sumienia. Myślał, że na prawdę zaczyna mu 
przechodzić, ale może uwierzył w to, Iw chciał, żeby to była prawda.

- Pewnie musisz zostać tu z siostrą, co? - zapytał obi 

u., i 

nym 

głosem Rhys. Sam sobie odpowiedział na pytanie.

Owen   odstawił   drinka   i   się   zastanowił.   Rhys   był   jego   przy* 

jacielem. Ale Kat była... Kat.

- Aha, przykro mi - przeprosił, czując się jak ostatnia szmata. - Na 

pewno nie chcesz zostać? - zapytał bez przeki i nania, patrząc na 
przemoczone czarne spodnie z limitowanej serii Johna Varvatosa.

- Nie - ledwo wydusił z siebie Rhys.

Z każdym chlupiącym krokiem zostawiał za sobą basen imprezę i 

miłość swego życia.

Może   powinien   zmienić   coś   w   wyglądzie.   Podobno   krzu   czaste 

wąsy są w modzie...

p r a w o   A  

-  

j e ś l i   c o ś   mo ż e   p ó j ś ć 

i l e,   to   n a   p e w n o   p ó jd z i e

- Naprawdę podoba mi się Owen  Carls  - zauważyła  Jiffy Bennett. 

Siedziała ledwie przytomna na kolanach Hugh Morre'a, który rozłożył się 
na szezlongu obok basenu. - Ale wiesz, dziś jestem otwarta na wszystko.

Brązowe   oczy  Hugh  rozbłysły   na   te   słowa,   a   Jiffy   objęła   go 

szczupłymi ramionami za szeroką szyję.

Szaleństwo trwało już ponad cztery godziny i teraz, po pierwszej w 

nocy,   impreza   zaczynała   nabierać   rumieńców.   Basen   pełen   był 
dziewczyn w  stanikach i  figach La  Perlą, nie zostawiających  niczego 
wyobraźni, zwłaszcza w wodzie. Barek /ostał kompletnie opróżniony, a 
Avery  przez   ostatnią   godzinę   /.   entuzjazmem   ściskała   wszystkich 
napotkanych, próbując spamiętać imiona.

Co jest dosyć trudne, gdy się jest tak pijanym, że ledwo się

pamięta własne.

- Ej, wiesz, że jeśli teraz cokolwiek zrobisz, to nie stanie się za 

zgodą obu stron - krzyknęła do Hugh Sydney, wychodząc z basenu.

Miała na sobie białą koszulkę na ramiączkach i chłopięce bokserki, 

które stały się praktycznie przezroczyste. Dla Hugh

najwyraźniej było tego za dużo - mieć jedną dziewczynę 

IM

 

sobie i drugą 

stojącą obok, praktycznie nagą. Rozliczne kol czyki na jej ciele na chwilę 
go zahipnotyzowały.

- Pomyśl o zgodzie, to ważne! - Sydney spiorunowal

. i  

wzrokiem i 

odeszła.

W oranżerii na sofie siedziała Avery, otoczona prze/ l 

1

kudziesięciu 

przyjaciół. Policz ich sobie, Satchel, pom\ 

i\

l| niezbyt trzeźwo, 

wspominając pięciolatkę, która mieszkali w domu Jack Laurent. Babcia 
byłaby z niej dumna. Na pewno wygra wybory, będzie to miała w 
kieszeni, gdy tylko lud li zabiorą torby z prezentami przy wyjściu. 
Załatwiła łańcuszki w milutkim sklepie przy Prince Street, gdzie 
wykonują tal li rzeczy na zamówienie. Drobniutkimi, delikatnymi 
literami wypisano w białym złocie A=PUwRN, czyli Avery = przed-
stawiciel uczniów w radzie nadzorczej. Wyglądało to śliczni. Oryginalne 
skrzyżowanie wyrafinowania z tandetą. Nie słyszała nigdy o znaczkach 
do klapy?

- Tak się cieszę, że teraz jesteśmy przyjaciółkami - p wiedziała do 

Jack, wypowiadając każde słowo bardzo uważnie.

Przez całą noc Jack była u jej boku, przynosząc jej kolejne drinki i 

pilnując, żeby wszyscy inni mieli co pić. Zainicjow

. i  

ła pijacką zabawę w 

nigdy-przenigdy w basenie i dbała, żebj cały czas z głośników ryczała 
świetna   muzyka.  Avery  

objęła  

nową   przyjaciółkę.   Jack   była 

niesamowita.   Nie   mogła   uwierzyć,   że   tak   niesprawiedliwie   ją 
potraktowała.

- Ja też, Ave - odpowiedziała Jack, wyplątując się zjoj ciasnego 

uścisku. - Zaraz wracam.

Wyszła przed frontowe drzwi domu i ruszyła na przystanek. Tutaj 

było cicho, tylko  Justin  Timberlake dudnił  Whm  Goes Around Comes 
Around  
za jej plecami. W przeciwieństwie  do Avery  wypiła tylko kilka 
drinków, a chłodne wrzes*» | niowe powietrze sprawiło, że natychmiast 
wyparował z niej bały alkohol.

Wyciągnęła Treo i wybrała numer 311 do informacji nowojorskiej i 

linię,   gdzie   przyjmowano   skargi.   Odczekała   chwile,   słuchając 
zagłuszanej szumami melodyjki Franka Sinatry  i  patrząc w granatowe 
niebo.

-

Dobry   wieczór,   tu  Marion,  w   czym   mogę   pomóc?   -   zapytała 

wreszcie znudzonym głosem kobieta po drugiej stronie linii.

-

Dobry   wieczór,   chciałam   złożyć   skargę   na   hałas   -   powiedziała 

słodko Jack.

- Adres? - zapytała chrapliwym głosem kobieta.

Jack   spojrzała   na   metalową   tabliczkę   przykręconą   do   dębowych 

drzwi domu.

- Róg   Sześćdziesiątej   Czwartej   Wschodniej   i   Sześćdziesiątej 

Pierwszej.

Uśmiechnęła się, słysząc basy dudniące przez drzwi. Jutro

Avery Carls będzie już nikim.

Pozostaje nadzieja, że ostatni drink naprawdę jej smakował...

- Dobrze, proszę pani, przyślemy kogoś na miejsce. Marion się 
rozłączyła, a Jack szybko wróciła na przyjęcie.

I'odkręciła   jeszcze   głośniej   kawałek  Nasa  i   wpadła   na   niemal   nagą 
Sydney w samych chłopięcych szortach i prześwitującej koszulce. Poszła 
nad basen i ściągnęła na wpół przytomną Jiffy z kolan Hugh Moore'a.

- Musimy się zbierać - warknęła.

-

Ale myśmy z Hugh właśnie mieli się lepiej poznać! -zaprotestował 

Jiffy, a Hugh uśmiechnął się lubieżnie, gładząc się po brodzie.

-

Nie   chcesz   go   poznawać,   zaufaj   mi   -   powiedziała   Jack,   nadal 

próbując zmusić  Jiffy  do tego, żeby wstała. I wtedy na zewnątrz 
ryknęły syreny i rozległo się stanowcze pukam, 

drzwi.

Avery poszła otworzyć z uśmiechem na ustach i dwii u butelkami rumu 
w ręce. Uuuuuwielbiała imprezy, zwłas

/i 

i kiedy ludzie nadal się zjawiali 

mimo później godziny. Air l li dy otworzyła drzwi, zamiast 
przystojniaków ze świętego lud] zobaczyła niską, przysadzistą kobietę i 
nadzwyczaj wysokli go, chudego mężczyznę. Oboje ubrani byli w 
mundury nowfl jorskiej policji. O mój Boże. Avery oniemiała. W 
dodatku była pijana.

- Skarga na hałas. - Niska brunetka mignęła odznaką.

Dzieciaki zaczęły wybiegać frontowymi drzwiami, cli. 

uciec, 

zanim o wszystkim dowiedzą się rodzice. Wysoki | licjant zamknął drzwi 
i stanął przed nimi, przez co fala lud | cofnęła się do salonu, gdzie ktoś 
przytomny wyłączył muz.) 

1

i włączył światła. Avery zobaczyła kubki 

walające się po cal. 

podłodze i tajemnicze kałuże w dziwnych 

miejscach. Przez 

HI

 

kundę wyobrażała sobie, jak potwornie musi 

25

235

background image

wyglądać piętru ale nagle oprzytomniała. Gliniarze na pewno nie zjawili 
się z powodu bałaganu w domu.

- Czyje to przyjęcie? - zapytała policjantka. Na jej iden tyfikatorze 

napisano „posterunkowa Beecher". Rozejrzała 

M

.

Gdy zabrakło muzyki, ludzie zebrali się we dwójki i trójki  Hugh 

zdjął z półki rzadkie wydanie Dzieł wybranych Szekspira, które należało 
do babci i zaczął barytonem czytać monolog z Otella. Policjantka uniosła 
brew, patrząc na niego, a potem spojrzała na Avery.

- Mamy właśnie przesłuchanie do sztuki - powiedział Hugh, 

wzruszając ramionami. Próbował ratować Avery.

Jakie to słodkie.

- To moja impreza - powiedziała Avery, starając się nadać 

swojemu głosowi tyle powagi, ile to możliwe.

Odstawiła butelki z rumem na sofę, mając nadzieję, że policjanci ich 

nie zauważyli. Za nią stanął Owen.

- Cholera - szepnął i objął ją opiekuńczo.

- Masz jakiś dowód tożsamości? - zapytała posterunkowa Beecher.

Avery żałośnie pokręciła głową. W uszach słyszała bicie serca. Nie 

mogli jej aresztować, prawda?

- W porządku. - Policjant zmarszczył brwi. - Masz pozwolenie na 

zorganizowanie przyjęcia?

- To dom mojej babci! - wykrzyknęła piskliwie.

- No cóż, otrzymaliśmy skargę na hałasy. Gdzie twoja babcia? Jest 

tutaj? - zapytała posterunkowa Beecher.

- Ona nie żyje! - zawodziła Avery. Para 
policjantów przewróciła oczami.

- Zgodnie   z   tym,   co   tu   mamy,   dom   jest   własnością   firmy 

prawniczej Meyers & Mooreland. Niestety dopóki nie porozmawiamy z 
właścicielem, musimy cię aresztować za wkroczenie na teren prywatny. 
Proszę założyć ręce z tyłu.

Avery serce podeszło do gardła. Nie była przestępcą.

-

Proszę   pani,   jestem   jej   bratem...   -   zaczął   Owen,   ale   żadne   z 

policjantów najwyraźniej go nie słyszało.

-

To   nie   będzie   bolało   -   powiedział   policjant,   kiedy   zimny   metal 

owinął się wokół nadgarstków Avery i zamknął z przyprawiającym o 
mdłości zgrzytem.

-

No dobra, koniec imprezy! - zawołała policjantka do tłumu.

Niepotrzebnie. Ludzie już się rozbiegali we wszystkich kierunkach.

- Afterek u mnie! - wrzasnął Hugh w ogólne zamieszanie.

Policjanci wyprowadzili  Avery  do policyjnego wozu. Czerwone i 

niebieskie światła rzucały przerażającą poświatę

na pustą ulicę. Avery żałośnie pociągała nosem, schodź.|. p królewskich 
schodach z ciemnego piaskowca.

- Tak naprawdę nie musisz być skuta.

Policjant rzucił jej współczujące spojrzenie, rozpiął 

I

M

 

danki i 

pomógł usiąść na tylnym siedzeniu. Avery skinęli w podziękowaniu 
głową i rozmasowała nadgarstki. Sied/inU w policyjnym radiowozie, a 
serce biło jej głucho. Wyc/uh pod palcami zrobiony na zamówienie 
łańcuszek, który zalo żyła pod sukienkę, żeby przyniósł jej szczęście. 
Samochód  

trzymał się na światłach, a ona wyciągnęła błyskotkę, żeby 

jej się przyjrzeć.

Elegancka kursywa układała się w „A=PUwRN".

Avery popatrzyła na wygrawerowany napis i wybuchnę 

1

płaczem. 

Równie dobrze może siedzieć w więzieniu do śmiei ci, bo jej życie w 
Constance i na Upper East Side właśnie ah solutnie i niedowołalnie się 
skończyło.

- Trafiła nam się wylewna - westchnął policjant.
Poczekajcie, aż na was zwymiotuje.

A   w o l i   b r a n so l e t k i   o d   k a j d a n e k

Oszołomiony Owen patrzył, jak jego siostra odjeżdża policyjnym 

wozem. Wyciągnął komórkę i zadzwonił do matki, chociaż głupio mu 
było przeszkadzać jej w dniu otwarcia wielkiej brooklyńskiej wystawy 
poświęconej gryzoniowi.

- Owen? - Edie sprawiała wrażenie lekko poirytowanej.

W tle rozbrzmiewał ryk śmiechu i brzęk szkła. Najwyraźniej Edie 

bawiła się lepiej od nich.

- Cześć, mamo.

Skrzywił się. Jednym z powodów, dla których Edie pozwalała robić 

trojaczkom, co chciały, był fakt, że nigdy nie przydarzały im się takie 
wpadki.

- Właśnie dzwoniła do mnie policja w sprawie imprezy. Posterunek 

jest tuż obok, więc powiedziałam im, że przyjdziecie z Baby po siostrę.

- Przepraszam, mamo - wymamrotał.

Gdzie   właściwie   podziewała   się   Baby?   Nie   widział   jej   tego 

wieczoru. Ani zeszłego, skoro już o tym mowa.

- Zadzwońcie, gdy tylko wrócicie do domu.

Nie   mogąc   nigdzie   znaleźć   filigranowej   siostry-buntow-niczki, 

Owen upewnił się, że goście się wynieśli i zamknął dom babci. Potem 
pobiegł na posterunek policji, raptem kill | przecznic dalej.

Denerwował się, kiedy wchodził do budynku, ale szyhl się 

zorientował, że posterunek niespecjalnie przypomina b 

z  

Prawa 

porządku, a bardziej ten z Nantucket, który kiedj odwiedził w ramach 
wycieczki szkolnej. Jeden policjant sii dział za ciężkim, drewnianym 
biurkiem. W głębi stał włą* ny telewizor z czarno-białym, ziarnistym 
obrazem, któn dźwięk co rusz zakłócały trzaski z policyjnych odbiornik" 
radiowych. Policjantka, która aresztowała Avery, siedziała u | krześle 
obok celi i piłowała paznokcie.

Avery siedziała w kącie z nogami skrzyżowanymi w ko.sl kach i 

histerycznie płakała. Trzymała nadgarstki złączone 

IIM

 

kolanach, jakby 

ręce miała zakute w niewidzialne kajdanki W drugim końcu celi 
znajdowała się toaleta z małą, brudu | umywalką.

- Otrzyj nos, kochanie - zawołała policjantka do Avei \ znudzonym 

tonem.

Dziewczyna dalej szlochała; twarz miała czerwoną i mu krą od łez, 

leciało   jej   z   nosa.   Owen   patrzył   jak   zahipnoty/<>   wany.   Nigdy   nie 
widział siostry w takim stanie, nawet kiedj w siódmej klasie została tylko 
Wicekrólową Homarów. Nawel kiedy byli mali.

-

Moja rodzina ma najbardziej wpływowych prawników w mieście - 

łkała Avery, nawet nie zauważywszy brata. - A 

ja 

naprawdę muszę 

siusiu, ale nie skorzystam z tej toalety. Jeśli złapię jakąś infekcję 
układu moczowego, to was pozwę. - 

Za 

trzęsła prętami w drzwiach 

dla bardziej dramatycznego efektu.

26

235

background image

-

To twoja siostra? - zapytał policjant. - Możesz zabrać ją do domu. 

Rozmawialiśmy z waszą matką. Wiedziała o przyjęciu, więc nie 
ma żadnego kłopotu z naruszeniem prywatne i własności.

Owen wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ulżyło mu, że nie wpakowali 

się   w   poważne   kłopoty.   Wiedział,   że   powinno   mu   być   przykro,   ale 
widok sztywnej i zawsze dobrze ułożonej Avery siedzącej na dołku jak 
pijak był przezabawny.

- Cześć,  Ave!  - zawołał, a jego głos rozległ się echem między 

betonowymi ścianami i podłogami wyłożonymi linoleum.

Podniosła wzrok. Owen wyciągnął komórkę i strzelił jej lotkę zza 

krat dla przyszłych pokoleń.

- Nie martw się, blondyneczka ma już u nas świetną fotkę, którą z 

radością doda do księgi pamiątkowej - zaśmiał się siedzący za biurkiem 
policjant.

Policjantka   otworzyła   drzwi   celi,  a   Avery,  potykając   się,   padła 

bratu w ramiona.

- Uratowałeś mnie - zaszlochała.

- Dobra,   jedziemy   do   domu.   Pożegnaj   się   grzecznie   z   po-

licjantami. - Owen nie mógł się oprzeć pokusie, żeby się z nią trochę nie 

podroczyć.

Policjant   za   biurkiem   niemal   ze   smutkiem   patrzył,   jak  Avery 

wychodzi. Musiała zapewnić im niezłą rozrywkę tego
wieczoru.

Owen zaprowadził ją do taksówki.
- Róg Siedemdziesiątej Drugiej i Piątej - powiedział. Zauważył, 
że taksówkarz patrzy na Avery, zaniepokojony.

Na twarzy miała rozmazany makijaż, oczy zaczerwienione, z nosa jej 
leciało,   usta   miała   otwarte   jak   to   często   u   pijanych,   zupełnie   jakby 
oddychanie sprawiało jej ogromny kłopot.

- Nic jej nie jest - zapewnił taksówkarza. - Będę udawał syrenę 

policyjną, jeśli dzięki temu poczujesz się jak w domu - zażartował do 
siostry.

Avery  oparła się na jego ramieniu i zaczęła pochrapywać. Ojej! 

Co by babcia powiedziała?!

Taksówka   zatrzymała   się   przed   ich   dwudziestopietrowym 

apartamentowcem. Owen pomógł siostrze dotrzeć do drzwi z zieloną 
markizą. Kątem oka dostrzegł Kat siedzącą na drewnianej ławce na 
prawo od wejścia, w cieniu przystrzyżonych krzewów.

-

Cześć - szepnął to niej. - Zaraz zejdę.

Zaciągnął Avery do windy, zawlókł do mieszkania i wsu« dził do 

idealnie pościelonego łóżka. Zdjął jej tylko buty i po pędził do windy, 
na zewnątrz i do ławki przy schodach.

-

Cześć - szepnął.

Nagle poczuł się wykończony.

-

Nic jej nie jest? - zapytała Kat, zwijając w palcach pa semko 

karmelowych włosów.

- Dojdzie   od   siebie.   -   Owen   wzruszył   ramionami.   -   Najbardziej 

ucierpiała jej duma. - Zauważył gęsią skórkę na smn kłych ramionach 
Kat. Od razu z całej duszy zapragnął ją objąć - Zimno ci?

- Troszkę - przyznała.
Podciągnęła kolana do piersi i nagle wydała mu się drobnym, 

bezbronnym dzieckiem.

- Myślałam, że już nigdy więcej cię nie zobaczę po Nan-tucket - 

powiedziała uśmiechając się delikatnie.

Odźwierny spojrzał na nich, a potem się odwrócił.

- Przejdźmy się. Odprowadzę cię do domu - zaproponował 

szorstko Owen.

Kat wstała i Owen zauważył, że wyciąga rękę, żeby go złapać za 

dłoń.   Skrzyżował   opalone   ręce   na   piersi,   żeby   uniknąć   jej   dotyku. 
Gdyby go dotknęła, nie zdołałby zrobić tego, co musiał.

- To była zabawna impreza - ciągnęła Kat, gdy szli Piątą Aleją. 

Ulica   była   pusta,   tylko   przy   każdym   budynku   stali   portierzy.   - 
Ucieszyłam się, widząc, że Rhys z kimś przyszedł.

Owen   poczuł   gulę   w   gardle,   ale   zaczął   iść   szybciej.   Chciał 

odprowadzić Kat do domu, nim zacznie ją całować. Czuł ciepło jej ciała. 
Zmusił  się   do  myślenia   o  Rhysie,  chłopaku   o  złamanym  sercu,  który 
wskoczył do wody na imprezie. Rhys potrzebował Kat, a nie było mowy, 
żeby wróciła do niego, póki Owen będzie w pobliżu. Zebrał się w sobie i 
spojrzał przed siebie. Byli prawie pod jej domem. Zatrzymał się i wziął ją 
za ręce. Stanęli na rogu. Mieli czerwone światło, ale co to za różnica, 
skoro nie jeździły żadne samochody.

Owen spojrzał w srebrzystoniebieskie oczy Kat i wziął

głęboki wdech.

- Co? - zapytała.

- Tamta   noc  na  Nantucket  nic   dla  mnie   nie  znaczyła.  Wiem,  że 

chcesz,   żebym   coś   czuł   do   ciebie,   ale   tak   nie   jest.   To   był   tylko... 
jednorazowy numerek - skłamał.

Nie mógł uwierzyć, jak potwornie zabrzmiały te słowa. I na jakiego 

dupka wyszedł, kiedy je już powiedział.

- Nie mówisz poważnie - stwierdziła spokojnie, patrząc

mu głęboko w oczy.

Owen zabrał ręce i znowu skrzyżował je na piersi.

- Mówię. To był jednorazowy numerek. Nic do ciebie nie czuję - 

powtórzył,   a   potem   szybko   się   odwrócił   i   zaczął   iść   ulicą   w   stronę 
swojego domu.

- Czekaj!

Zatrzymał   się   i   odwrócił.   Oczy   Kat   błyszczały.   Oparła   ręce   na 

biodrach jak wojownicza Amazonka. Nie płakała. Wyglądała raczej na 
wściekłą niż zranioną.

- Więc wszystko, co powiedziałeś...

- Zapomnij   -   warknął,   próbując   naśladować  Avery,  kiedy   grała 

oburzoną i zadufaną w sobie.

Wsadził   ręce   do   kieszeni   dżinsów   Diesela,   wyjął   bransoletkę   od 

Tiffany'ego, dotykając znajomych nierówności, i oddał

27

235

background image

ją Kat. Nie mógł się oprzeć pokusie i nim odszedł, zamknął M palce na 
bransoletce. Przeszedł pięć przecznic, a obraz niczego nierozumiejącej 
Kat i jej błagalnego spojrzenia 

przesladou

 

 

. i l  

   

  

  

go jak wypalony w mózgu.

Skinął sztywno portierowi i wszedł do windy. W lśnił) cych lustrach 

w wejściu patrzyła na niego własna, zrozpac/n na twarz.

Jeśli wszystko pójdzie według planu, Rhys i Kat ju wkrótce znowu 

będą razem i powinni być szczęśliwi. A jedli chodzi o Owena, gotów jest 
sprawdzić, co Manhattan ma (U zaoferowania.

Drogie panie, prosimy ustawić się w kolejce.

n i e   c h c i a ł b y ś ,
z e b y   t w o j a   d z i e w c z y n a
b y ł a   t a k   z a b a w n a   j a k   B ?

Baby   wierciła   się   i   obracała   na   piasku   w   niedzielny   poranek, 

próbując spać dalej. Spędziła całą sobotę na plaży i w końcu zasnęła nad 
wodą. Letni hamak zdjęli przyjaciele, których Edie poprosiła o opiekę 
nad   domem,  więc  koniec   końców   wygrzebała  z   szopy  stary   śpiwór  i 
zaciągnęła go na brzeg. Płakała tak długo, aż zasnęła. Ostatnia rzecz, 
której chciała, to obudzić się i znowu zacząć płakać.

Skurczyła się, wiercąc tyłkiem w małym dołku w piasku, i zacisnęła 

oczy,   odcinając   się   od   promieni   słonecznych.   Kiedy   już   odpływała, 
poczuła ciepły język na twarzy. Tom? - pomyślała i szybko otworzyła 
wielkie, brązowe oczy. Zamiast skruszonego byłego chłopaka zobaczyła 
entuzjastyczny, jasny pysk Nemo.

- Co tu robisz? - zapytała zdumiona, głaszcząc psa po sierści.
Zastanawiała   się,   czy   to   jeden   z   tych   dziwnych,   płynących   z 

nieświadomości   snów   po   zerwaniu,   ale   Nemo   wydawał   się   całkiem 
realny.

- No wiesz, duży pies musi się wybiegać.

Baby   osłoniła   dłonią   oczy   przed   słońcem   i   zobaczyła  

l  

uśmiechającego się szeroko. Miał na sobie spodnie w mai 

kie żabki 

i rybki.

Wyplątała się z grubego, czerwonego śpiwora iwsi

. i l . i  

otrzepując 

spódniczkę od szkolnego mundurka. Nie bani wiedziała, śmiać się, 
płakać, czy po prosu przytulić do J.P., ule w końcu tylko zmrużyła 
oczy i oparła drobne dłonie na bio drach.

- Czy ten pies musi biegać akurat po mojej plaży? J.P. 
zaczerwienił się jak burak.

- Tęsknił za tobą - wyjaśnił, patrząc jak Nemo liże \.\ w kostkę. - 

Psy nie chciały, żebyś wyjeżdżała.

Baby przyklękła i zanurzyła twarz w miękkim futrze psa, Dyszał 

radośnie, prosto w jej ucho.

- Za to twoja dziewczyna z pewnością chciała, żebym wyjechała - 

odgryzła się, nadal z twarzą wtuloną w psa.

Nie zamierzała niczego ułatwiać J.P. Fale z hukiem rozbijały się o 

brzeg.

- Między innymi dlatego tu jestem - odpowiedział chłopak nagle 

całkiem poważny.

Schował dłonie w kieszeniach haftowanych w żabki spodni.

-

Przykro mi, że zachowałem się wtedy wobec ciebie jak ostatni 

dupek. Przy Jack. Nie zasłużyłaś na to.

-

A za te spodnie też mnie przeprosisz? - Baby nagle się 

uśmiechnęła.

Odgarnęła za uszy sztywne od soli włosy. Kto by kupował - już nie 

mówiąc o noszeniu - spodnie w zwierzaki? W pewnym sensie to było 
trochę   w   jej   stylu,   mówiącym:   „Mam   to   wszystko   gdzieś".   Poranne 
słońce świeciło jej prosto w twarz i po raz pierwszy w ciągu ostatnich 
dwudziestu czterech godzin poczuła ogarniające ją ciepło.

- W każdym razie jestem tu, bo... Wrócisz do Nowego Jorku? - 

zapytał niezobowiązująco J.P. - No bo wiesz, psy cię potrzebują - palnął 
prosto z mostu, trochę się rumieniąc.

Baby   zapatrzyła   się   na   bezmiar   oceanu   liżącego   piasek.   Mogła 

zostawić   swój   mały   raj   na   wyspie?   Pomyślała   o   imprezie,   którą 
przegapiła   wczoraj   wieczór   i   ogarnął   ją   smutek,   że   tak   bezmyślnie 
porzuciła  Avery,  Owena i mamę. Tęskniła za nimi. Odwróciła się  do 
J.P., który patrzył na nią z nadzieją i wyglądał... tak dobrze. Może Nowy 
Jork nie będzie jednak
taki straszny.

- Przyleciałeś helikopterem? - zapytała.

- Aha - przyznał się. Wyciągnął z kieszeni dwa pogniecione bilety. 

- Ale kupiłem też bilety na prom. Tata potrzebował helikoptera dziś po 
południu - wyjaśnił. - Pomyślałem, że może wrócimy dłuższą drogą.

Baby nie wiedziała, co powiedzieć. Cashman junior zatrzymał się 

po drodze przy maleńkiej kasie na prom i kupił bilety?

- W Bostonie czeka na nas samochód - dodał. - Chyba, że wolisz 

jechać autobusem?

Baby wyszczerzyła zęby.
- Niekoniecznie.

Chciało jej się jednocześnie płakać i śmiać. Wracała do domu. Do 

nowego domu. Tym razem była tym nawet odrobinę podekscytowana.

Hm... ciekawe dlaczego?

28

background image

A   zd o b y w a   w s z y s t ko , 
c z e g o   c h c i a ł a

Kiedy Avery się obudziła, leżała w ubraniu na różowej narzucie na 

łóżku.   Dochodziło   południe,   ból   pulsował   jej   w   czaszce,   włosy   miała 
ulizane na jedną slronę głowy. Czuła się, jakby przejechała ją ciężarówka.

Dzień dobry, panienko Kac.

Spuściła nogi z łóżka i powoli podreptała do łazienki. Marzyła o 

wodzie, żeby pozbyć się z ust tego posmaku, jakby żuła stare skarpetki. 
Otworzyła oczy i prawie krzyknęła, widząc swoje odbicie w lustrze. Jej 
czarna sukienka była beznadziejnie pognieciona i miała podejrzaną plamę 
na piersi. Na obu nadgarstkach miała łańcuszek siniaków. Powróciły do 
niej potworne obrazy z poprzedniego wieczoru. Pamiętała, że się upiła. I 
rozbłyskujące światła policyjnego koguta. Smród wymiocin wokół 
eleganckiego domu, kiedy wychodziła wyprowadzana przez policję. 
Przysunęła się bliżej do lusterka w toaletce i przyjrzała się swojemu 
odbiciu. Wyglądała jak śmierć. Śmierć ze złotym łańcuszkiem. Na którym 
wypisano „A=PUwRN".

-   Dzień   dobry,   kochanie   -   zagruchała   matka,   wchodząc   do   jej 

sypialni   w   śnieżnobiałym   kombinezonie,   od   którego  Avery  aż   bolały 
oczy.

Edie   rozsunęła   cieniutkie,   zielone   zasłony   i   otworzyła   okno, 

wychylając się i wciągając głęboko powietrze. Avery zamknęła drzwi do 
łazienki i wsunęła się pod kołdrę, żeby matka nie zobaczyła, w jakim jest 
stanie. Jej matka wiecznie była czymś pochłonięta, ale nie na tyle, żeby 
nie zauważyć, Że córka wygląda gorzej od rzeźb, które Edie znajdowała 
na ulicach.

-

Jak się czujesz? - zapytała matka, niby niefrasobliwie, ale w jej 

głosie wyczuwało się troskę.

-

Nie za dobrze - wychrypiała Avery, ściskając kołdrę.

-

Chcesz o tym opowiedzieć? - Edie usiadła na jedwabnej, różowej 

kołdrze, głaszcząc Rothko, który przyszedł się przywitać. Otarł się 
nosem o przykryte stopy Avery.

Edie spojrzała na córkę wyczekująco.

- Wiesz co?

Wstała   i   wyszła   z   pokoju,   a   potem   wróciła   z   dziewięcioma 

czerwonymi   świecami.   Ustawiła   je   na   białej   komodzie,   którą  Avery 
zabrała z domu babci, i zaczęła zapalać.

- To   żeby   życzyć   ci   szczęścia   w   szkole   i   usunąć   złą   energię   z 

zeszłego wieczoru. Słyszałam, co się stało.

Avery  wystawiła   płową   głowę   spod   kołdry,   zastanawiając   się,   ile 

właściwie matka wie.

- Muszę przyznać, że jestem rozczarowana. Nie tyle waszą trójką, co 

raczej systemem policyjnym. Wygląda  na to, że wiele się zmieniło od 
czasów, gdy tu dorastałam. - Edie zmarszczyła brwi zapalając świece.

Avery usiadła i, zdziwiona, spojrzała na matkę. To wszystko?

Płomienie świec kołysały się na porannej bryzie.

- Powinnam była wcześniej to zrobić, ale byłam taka zajęta - Edie 

westchnęła przepraszająco.

Avery schowała twarz pod poduszkę z wyhaftował 

i   \ \ \ 

monogramem. Nie chciała mieć do czynienia z mistyczn.) rfl| 
inkantacjami Edie, nie dzisiaj. Czy matka nie mogłaln  il okazać 
zwyczajnie pomocna i przynieść jej cos' od bólu wy?

Albo Krwawą Mary?

- Gdzie jest Baby? Jestem pewna, że i jej by to pomogło

- zamyśliła się Edie.

Avery  usiadła.   Gdzie   była   Baby?!   W   ogóle   się   nie   pojawiła   na 

wczorajszej imprezie i kompletnie ignorowała wiadomości od Avery.

- Ehm - zaczęła błyskotliwie.

Wyciągnęła komórkę spod poduszki. Spała na niej. Ups, Nie dostała 

żadnej wiadomości od Baby, za to jedną od Syd ney.

ZABÓJCZA  IMPREZA.  WIEDZIAŁAM,   ŻE MASZ 

POTENCJAŁ! 

Avery schowała z powrotem telefon pod kołdrę. Jeśli 

największa szkolna dziwaczka uważała imprezę za uda ną, to jej życie 
towarzyskie rzeczywiście leżało w gruzach.

-

Gdzie ona jest? - dopytywała się matka. - Nie widziałam jej rano.

-

Jest   na...   proteście   -   palnęła  Avery,  nie   bardzo   wiedząc,   skąd   jej 

przyszedł   do   głowy   ten  pomysł.   Może   przez   Sydney.   -  Przeciwko... 
trzymaniu walabii w niewoli. Na przykład w zoo.

Walabii? Jeszcze nie wytrzeźwiała? 
Możliwe.

- Och! Musiała sobie wziąć do serca naszą rozmowę! Avery spojrzała 
zaskoczona na matkę.

- Znalazła sprawę - wyjaśniła mgliście Edie, machając ozdobioną 

turkusami ręką.

- Chyba tak - wymamrotała Avery.

256

- Ale   nie   będzie   jej   na   brunchu   -   zauważyła   Edie,   wyraźnie 

rozczarowana.

Właśnie straciłam jedyny głos na mnie w wyborach, zdała sobie 

sprawę Avery. Jakby to w ogóle miało jakieś znaczenie po wczorajszej 
katastrofie.

- Nie mogę się doczekać spotkania z dawnymi koleżankami ze 

szkoły. Chociaż, jak się nad tym zastanowić, nigdy tak naprawdę się z 
nimi nie przyjaźniłam - westchnęła Edie. - Będziesz gotowa za dziesięć 
minut?

Kiedy Avery wyciągnęła za matką swój - odświeżony prysznicem i 

odziany   w   sukienkę   Lilly  Pulitzer  -   tyłek   z   taksówki   pod   klubem-
ogrodem  Tavern   on   the   Green,  żołądek   miała   tylko   trochę 
spokojniejszy, a w głowie nadal ją łupało. Światełka w  Tavern on the 
Green  mrugały. Dziewczęta zebrały się w sali kryształowej, w której 
okna sięgały od sufitu do podłogi, przez co pomieszczenie przypominało 
trochę   szklarnię.   Stały   tam   okrągłe,   przykryte   białymi,   lnianymi 
obrusami stoliki z kompozycjami z lilii i białych orchidei, a przez okna 
sączyło   się   słońce.   Zwykle   sala   prezentowała   się   ładnie,   ale 
człowiekowi   na   kacu   to   miejsce   wydawało   się   wyrafinowanym 
narzędziem   tortur.   Dziewczyny   w   ogromnych   ciemnych   okularach 
Gucciego,   potykając   się,   szły   do   stolika,   gdzie   wrzucano   głosy   na 
przedstawicielkę w radzie nadzorczej. Stało tam niebieskie pudełko od 
Tiffany'ego z rozcięciem w przykryciu. Karteczki z głosami prawie się z 
niego wysypywały. Bez wątpienia wszystkie oddano na Jack Laurent. 
Avery  się zastanawiała, czy  powinna w  ogóle zawracać sobie głowę 
oddawaniem   własnego   głosu,   postanowiła   sobie   darować.   To   byłoby 
zbyt żałosne.

- Zastanawiam się, czy powinnam porozmawiać z panią McLean 

na temat stypendium artystycznego z funduszu babci

1

- Wejście Carlsów

257

254

29

background image

-

myślała na głos Edie, rozglądając się po pomieszczeniu. Za łożyła 

zwiewną, niebieską sukienkę, którą sama ufarbowała

-

Byłoby   cudownie,   zachęcić   młodych   ludzi   do   twórczej   eks   presji. 

Wszyscy tutaj wyglądają tak samo.

Zmarszczyła   czoło,   rozczarowana,   patrząc   na   tłum   skaco   wanych 

dziewczyn w ciemnych okularach i prostych letnich sukienkach.

Poprowadziła  Avery  między   stolikami,   szukając   wizytówek   z   ich 

nazwiskiem.

- Edie  Carls!  -   zawołała   chuda   brunetka,   podchodząc,   aby   się 

przywitać. - Gwendolyn Bennett. - Wyciągnęła rękę obwieszoną złotymi 
bransoletkami   od   Cartiera.   -   Muszę   powiedzieć,   że   wyglądasz... 
artystycznie jak zawsze - powiedziała, obrzucając Edie spojrzeniem od 
stóp do głów. - A to musi być jedna z twoich córek?

Avery uśmiechnęła się powściągliwie, kiedy Gwendolyn obejrzała ją 

tymi swoimi małymi oczkami gryzonia.

-

Och, witaj  Gwendolyn.  Też cię pamiętam. - Edie objęła kobietę i 

ucałowała w oba policzki. - To Avery. Moja druga córka, Baby, jest 
na proteście w sprawie walabii. Podobno potwornie sieje traktuje w 
ogrodach zoologicznych. Wyobrażasz sobie?

-

Jak   zawsze   walka   za   sprawę.   -   Słowa  Gwendolyn  aż   ociekały 

sztuczną słodyczą, a Edie zacisnęła usta w wąską linię. - Moja córka, 
Jiffy chodzi do szkoły z twoimi dziećmi, więc wiele o nich słyszałam 
i mam wrażenie, jakbym już je znała.

Uśmiechnęła się do Avery, a ta się skrzywiła. Wiedziała, że przyjście 

na to spotkanie okaże się katastrofą. Nie mogli dać jej umrzeć w spokoju? 
Przeprosiła   panie   i   poszła   do   sąsiedniego   pomieszczenia,   gdzie 
dziewczyny ratowały się koktajlami z szampanem i szeptały cicho między 
sobą.

-

Słyszałam,   że   kompletnie   się   zalała   na   imprezie   i   się   zsi-kała   - 

mruknęła Jiffy, siedząca przy stoliku z Sarah  Jane  i jej chudą jak 
tyczka   matką,   którą  Avery  rozpoznała   z   niezliczonej   liczby   stron 
internetowych z modą.

-

Wiem - pokiwała głową Sarah  Jane.  - Słyszałam, że podobno ją 

zamknęli, ale jej matka jeszcze nic o tym nie wie. Szukali prawnika, 
ale nikt nie chce się tknąć tej sprawy.

Sarah  Jane  zerknęła   szarymi,   małymi   oczkami   na  Avery,  która 

właśnie przechodziła obok nich z wysoko uniesioną głową. Żałowała, że 
oddała   biednym   swoje   szkolne   bluzy   z  Nantucket,  gdy   tylko   się 
dowiedziała o przeprowadzce. Bo właśnie miała ochotę wrócić na tę cichą 
wyspę, gdzie nic się nie działo, zaszyć się na strychu i hodować emu.

Grupa dziewczyn podeszła do stołu z urną, za którym siedziała jakaś 

dziewczyna   z   dziesiątej   klasy   o   kręconych   włosach.   Ale   nawet   ona 
spojrzała   na  Avery  krzywo,   jakby   mogła   zbezcześcić   wybory,   choćby 
zbliżając się do stołu.

- O, jesteś! - Edie objęła córkę za ramiona i litościwie odsunęła od 

pudełka z głosami. - Znalazłam nasz stolik i kilka pań, które są absolutnie 
zafascynowane   pracą   Baby   na   rzecz   walabii.   Będziesz   miała   coś 
przeciwko, jeśli pójdę z nimi porozmawiać?

Avery przewróciła żałośnie oczami, starając się nie wzdry-gać, kiedy 

armia kelnerów w czarnych kamizelkach przynosiła do stołów talerze z 
żółtą jak narcyzy jajecznicą.

Usiadła,   modląc   się,  żeby   nie   zwymiotować   na   srebrną   zastawę   i 

wykrochmalone serwetki w kolorze kości słoniowej. Obok niej Edie z 
ożywieniem rozmawiała z matką wielkiej jak ciężarówka dziewczyny o 
zwierzętach Australii. Drobniutka, stara kobieta w czarnym kostiumie St. 
Johna   podeszła  do   Avery,  próbując   odczytać   idiotyczną   plakietkę   z 
imieniem na jej piersi.

- Ty   musisz   być   wnuczką  Avery   Carls  -   powiedziała 

chrapliwym głosem.

Avery poczuła drobinki śliny tuż koło ucha, gdy się od wróciła i 

pokiwała głową. Wątpiła, czy babcia nadal chciała by przyznawać się 
do niej. Kobieta uśmiechnęła się sympa tycznie.

- Muffy St. Clair. - Wyciągnęła rękę. - Swego czasu two ja babcia i 

ja notorycznie pakowałyśmy się w jakąś kabałę. Sprawiała, że całe miasto 
na nią patrzyło. Jestem pewna, że pójdziesz w jej ślady - powiedziała, 
stukając się swoim kie liszkiem Veuve z jej szklanką wody Pellegrino - 
myśl o alko holu przyprawiała Avery o mdłości.

- Dzięki. - Uśmiechnęła się niezręcznie.

- Widzisz? - Kilka stolików dalej Sarah  Jane  szturchnęła Jiffy pod 

żebra.   -   Próbuje   się   zaprzyjaźnić   z   absolwentką   z   rady,   żeby   jej   nie 
wywalali z Constance.

Matka Genevieve, Blanche, podeszła do nich ukradkiem.

- Biedna   dziewczyna   -   mruknęła.   -   I   patrzcie   na   jej   matkę.   - 

Wskazała na Edie, która szła prosto do pani  McLean.  - Chce wybłagać, 
żeby nie wyrzucali córki ze szkoły. To takie smutne, naprawdę.

Blanche odprowadziła córkę do baru i obie zamówiły po kieliszku 

wódki Ketel One. Czystej.

Avery  się   rozejrzała,   szukając   przyjaznej   twarzy,   i   zobaczyła 

wściekłą   Sydney,   siedzącą   obok   ubranej   na   czarno,   niewiarygodnie 
sztywnej   kobiety   z   obojczykami   wystającymi   spod   kaszmirowego, 
granatowego   swetra.  Jack   Laurent  siedziała   przy   rumianym,   starszym 
mężczyźnie w lnianym, jas-nobeżowym garniturze i błękitnej koszulce. 
Cały czas zerkał na Roleksa i nerwowo przytupywał nogą. Nie pasował do 
otoczenia - w końcu to było śniadanie dla matek i córek.

Muffy  St.  Clair   stanęła   na   podwyższeniu.   Miała   białe,   klasyczne 

pantofle od Ferragamo, a pani McLean pomogła jej wejść po schodkach. 

Popukała w mikrofon, co wywołało przeraźliwy zgrzyt.

- Witam uczennice Constance, absolwentki i rodziców na dorocznym 

brunchu dla matek i córek. Mam wielki zaszczyt i przyjemność ogłosić 
wyniki wyborów na przedstawicielkę uczennic przy radzie nadzorczej. - 
Muffy rozejrzała się po widowni. - Kiedy zakładano  Constance  Billard, 
szkoła szczyciła się tym, że kultywuje doskonałość. Uczennice Constance 
miały stanowić wzór wdzięku, opanowania i intelektu - zaczęła powoli.

Wśród   stolików   rozlegały   się   szmery   rozmów.  Avery  ukradkiem 

wzięła   drinka   matki.   Chciała   już   teraz   stłumić   ból   przegranej,   zanim 

zostanie odczytane nazwisko Jack Laurent.

- Przedstawicielka  uczennic zadba, aby  doskonałość kultywowano 

także w przyszłości - ciągnęła Muffy.

Na sali znowu zapadła cisza. Nawet kelnerzy stanęli wyczekując. Pani 

M   uśmiechnęła   się   powściągliwie,   nie   mogąc   się   doczekać   końca 
spotkania. Muffy powoli wyjęła okulary do czytania z torebki Chanel i 
wsunęła pomarszczony palec pod zamknięcie koperty.

- Imię wybranej osoby jest znane wszystkim aż za dobrze. - Avery 

podniosła wzrok i zobaczyła, że Jack zdejmuje serwetkę z kolan i kładzie 
na stole, gotowa, by wstać i przyjąć

nominację.

- Avery Carls.

Na   twarz   Muffy   wypłynął   szeroki   uśmiech.   Kompletnie 

zaskoczona Avery rozejrzała się po sali, w której zapadła cisza. Minęła 

chwila, nim Edie włożyła palce do ust i przenikliwie gwizdnęła.

Avery  wstała   i  podeszła   do  sceny.  Miała   wrażenie,  że  to  sen. 

Spojrzała na morze twarzy. Rozległy się szmery, a potem wszyscy 
zaczęli klaskać.

- Jeśli masz choćby połowę energii swojej babci, to już się nie 

mogę doczekać rozpoczęcia tego cudownego roku - powiedziała Muffy 
chrapliwym, piskliwym głosem i mrugnęła do Avery.

Gdyby Avery nie bała się, że połamie kruche kości starszej pani, 

objęłaby ją z całych sił. Zamiast tego tylko uścisnęła energicznie jej 
dłoń i złapała mikrofon.

- Dzięki! - pisnęła, patrząc na tłum. - Bardzo się cieszę, że będę 

przewodzić społeczności Constance Billard!

A potem zbiegła ze sceny, mając wrażenie, że szybuje.

- O  mój  Boże,  gratulacje!  -  Sydney przepchnęła  się  przez,  tłum, 

żeby   przywitać   się   z  Avery  przy   prowizorycznej   scenie.   Uściskała   ją 

254

30

background image

serdecznie. - Te łańcuszki? Genialne! - pisnęła pokazując jej łańcuszek z 
wygrawerowanym napisem „A=PUwRN".

Słońce   odbiło   się   w   metalu,  a   Avery  się   rozejrzała,   zauważając 

znajomy błysk przy każdym ze stolików.

- Wczoraj wieczorem miałaś niesamowite wyjście. Normalnie jak 

gwiazda rocka!

Avery  zacisnęła oczy. Kac nagle zniknął. To nie był sen. Przyjęcie 

okazało się sukcesem, chociaż daleko mu było do elegancji. Wszystkie 
dziewczyny   nosiły   łańcuszki.   Naprawdę   ją   polubiły!   Może   jednak   jej 
żołądek wytrzyma kieliszek szampana.

Albo butelkę. Trzeba podtrzymywać wizerunek gwiazdy rocka.

- Gratuluję, Avery - rzuciła gromko do mikrofonu pani M. Jack 
gwałtownie wstała z krzesła, mając wrażenie, że zaraz zwymiotuje.

-

Co?! - wyrwało jej się odruchowo.

-

Myślałem, że to twoje nazwisko ogłoszą - szepnął ze

złością jej ojciec.

- Ja... - Głos jej się załamał.

- Zadzwoń, kiedy rzeczywiście będziesz gotowa przestać bawić się 

w te gierki. Kłamałaś i rozczarowałaś mnie. - Ojciec wyszedł, prawie 
wpadając na kelnera niosącego całą tacę kieliszków z szampanem.

Jack zerknęła na Avery, która machała do wszystkich, jakby właśnie 

została miss Ameryki. Rozejrzała się, ale najwyraźniej nikt nie stał po jej 
stronie. Nawet ta pieprzona Jiffy nosiła łańcuszek od  Avery,  po części 
schowany   pod   idiotyczną,   zawiązaną   na   szyi   apaszką   od   Hermesa. 
Wyglądał, jak dziwna smycz.

To był absurd. Jack wstała i wybiegła z Tavern on the Green, prawie 

przewracając się przez jakiegoś dudziarza na zewnątrz. Wypadła z parku 
na ulicę, zatrzymała taksówkę przy Central Parku i pojechała prosto do 
J.P.

SPOTKAJMY  SIĘ   PRZED  BUDYNKIEM  

-   napisała,   kiedy 

taksówka lawirowała w stronę East Side. Była tak wściekła, że ręce jej się 
trzęsły. Nie mogła uwierzyć, że straciła tę głupią nominację, i nie mogła 
się doczekać, kiedy J.P. ją pocieszy. Przynajmniej on jej nie zawiedzie.

Jack nieco się uspokoiła i ręce przestały jej drżeć, gdy zobaczyła J.P. 

stojącego przed potężną, nowoczesną wieżą apar-tamentowca. Wziął ze 
sobą jednego z tych głupich psów. Miał na sobie ohydne spodnie w żabki, 
które zawsze kazała mu zamieniać na jakieś inne.

- Cześć! - zawołała jeszcze z taksówki. - Masz drobne?

Zapomniałam torebki.

Spojrzała na niego smutno i patrzyła, jak szuka swojego

portfela.

-

Proszę - wymamrotał, płacąc taksówkarzowi. Jack wysiadła z 

samochodu.

-

Więc... co jest? - zapytał, ziewając. Jack zmrużyła oczy. A temu o 

co chodziło? To ona była

zmęczona. Zmęczona tym pieprzonym szambem, w które zamieniło się 
jej życie.

-

Miałam  fatalny   poranek  -   zaczęła.  -   Nie  rozumiem,  dlaczego 

zostawiłeś   mnie   samą   na   tej   okropnej   imprezie   wczoraj   wieczorem.   - 
Jęknęła. - Wynagrodzisz mi to?

Chciała, żeby to pytanie zabrzmiało seksownie, ale powiedziała to 

raczej jak klient, który składa zażalenie.

- Właściwie to jestem zajęty. - J.P. odsunął się, napinając smycz, żeby 

pies nie skoczył na Jack.

- Niby czym?

Rozejrzała się. Była pierwsza popołudniu w niedzielę. Co mógł mieć 

do roboty?

Poza zajmowaniem się nią?

- I   dlaczego   nie   odbierałeś   telefonu   wczoraj   wieczór?   Podobno 

jestem twoją dziewczyną. - Jej głos wzniósł się o kilka oktaw.

Już naprawdę nikt o nią nie dbał?

- Przykro mi, Jack. To nie jest dobry moment...

-

Powinieneś dbać o mnie! - Przerwała mu, mając ochotą go trzepnąć. 

- Powinieneś być przy mnie, kiedy cię potrzebuję.

-

Posłuchaj, musimy porozmawiać. - J.P. zmarszczył brwi.

Za nim wrześniowe słońce lśniło na nowoczesnym budynku.

- Och,   więc   teraz   chcesz   rozmawiać?   Bardzo   to   wygodne.   Bo 

widzisz, ja chciałam porozmawiać z tobą wczoraj wieczór, po tym jak 
wyszedłeś z tej zasranej imprezy...

J.P. złapał ją za nadgarstek. Spiorunowała go wzrokiem, pewna, że 

przyciągnie ją do siebie i pocałuje, żeby ją uciszyć.
Ale nie była w nastroju. A może była. Nieważne. Tyle że J.P. wcałe nie 

spróbował jej pocałować.

- Już nie mogę - powiedział w końcu, puszczając ją.

-

Czego? - Jack poczuła lodowaty strach w żołądku i zastanawiała się, 

czy zwymiotuje.

-

Jesteś taka wymagająca, a ja już nie daję rady. - J.P. wyglądał na 

wycieńczonego,   gdy   wziął   psa   na   ręce.   Psiak   szczeknął   cicho.   - 
Słuchaj, miałem długi dzień. Musisz iść. Porozmawiamy później. - 
Zatrzymał   taksówkę   i   otworzył   jej   drzwi.   -   Masz   pieniądze.   - 
Wyciągnął dwudziestkę i podał ją Jack.

Chciała  podrzeć  banknot  na  strzępy  i  rzucić  mu  w  twarz,  ale go 

przyjęła. Musiała.

-

Ale...

-

Żadne ale. - J.P. zamknął za nią drzwi.

Jack nie powiedziała ani słowa. Czuła się mała, smutna i żałosna. 

Kiedy taksówka ruszyła Piątą Aleją, zauważyła Baby Carls wychodzącą 
zza rogu w jednym ze szkolnych T-shirtów J.P. Szła z dwoma puggłe'ami 
do jednego z kamiennych wejść do Central Parku.

Jack   przełykała   łzy   złości,   kiedy   taksówka   podjechała   pod   jej 

skromne poddasze. Zamieni życie sióstr Carls w piekło na ziemi.

Bo piekło, jak mawiają Francuzi, to inni ludzie.

t ro j e   to   j u z   p a c z k a

W   niedzielny   wieczór   Baby   siedziała   na   zaimprowizowanym 

hamaku na tarasie penthouse'u w króciutkich szortach frotte i T-shircie ze 
światowej trasy  Graceful Dead  z  1990  roku. Spojrzała na przymglone 
gwiazdy. Niebo wyglądało tu zupełnie inaczej niż na  Nantucket,  a gdy 
spojrzała   na   południe,   idiotyczny   Kompleks   Cashmana   przesłaniał   jej 
widok na księżyc. Ale w ciemnościach połączone C wyglądały niemal 
ładnie - chociaż to był kapitalizm czystej wody.

Usadowiła się wygodniej. Czuła się zmęczona jak nigdy. Im więcej 

o   tym   myślała,   tym   bardziej   nie   mogła   uwierzyć,   że   wytrzymała   z 
Tomem ponad rok. Myślała, że jest autentyczny, ale tak naprawdę był 
tylko   dupkiem   w   ubraniu   przesiąkniętym   dymem   z   fajki   wodnej. 
Przesunęła palcem po grubym sznurze hamaka. To dziwne. Jej życie było 
teraz w o wiele większej rozsypce niż tydzień temu, mimo to czuła się 
spokojniejsza.

Drzwi się otworzyły i na taras wyszedł Owen z sześciopa-kiem piwa 

Corona.

- Chcesz?

Otworzył butelkę zębami i podał jej.

254

31

background image

- Dzięki.

Baby usiadła, obejmując kolana.

- Wszystko w porządku? Wydajesz się smutna.

Usiadł  obok  niej,  a  hamak  zapadł  się  pod  jego  osiemdziesięcioma 

kilogramami, niemal sięgając podłogi.

- Pojechałam wczoraj na Nantucket. Tom był z Kendrą - stwierdziła 

sucho.

Mówienie o tym nie bolało.

- Nie   przejmuj   się.   Ta   dziewczyna   to   szmata   -   rzucił   Owen, 

przypominając   sobie,   jak   spiknął   się   z   Kendrą   w   New  Hampshire  na 
wycieczce   na   narty   w   dziewiątej   klasie.   -   I   nigdy   nie   przepadałem   za 
Tomem - dodał, drapiąc się po całkiem wyrośniętej już brodzie.

- W porządku - odparła.
Właściwie z tymi brudnobiałymi skarpetkami i domkiem, całym w 

resztkach pizzy i fajek wodnych domowej roboty, był strasznym frajerem. 
Dlaczego wcześniej tego nie zauważyła?

- Więc... ominęło mnie coś? - zapytała.
Nie mogła uwierzyć, że postanowiła spędzić czas z Tomem, zamiast 

pójść na pierwszą wielką imprezę  Avery  i trzymać ją za rękę w czasie 
wyborów. Była bardziej skupiona na sobie niż siostra.

-

Avery wylądowała w więzieniu. - Owen wzruszył ramionami i napił 

się piwa.

-

Nie   mów!   -   Baby   aż   zatkało   z   wrażenia.   Nie   bardzo   wiedziała, 

wierzyć   mu,   czy   nie.   Chociaż   z   drugiej   strony   myśl   o  Avery  w 
więzieniu była nieco zabawna. - Nic jej nie jest?

-

Ma się znakomicie. - Owen wyciągnął telefon. - Ale najwyraźniej tu 

się nie imprezuje jak na Nantucket.

Przejrzał  folder  ze  zdjęciami, aż  doszedł  do  fotki  przedstawiającej 

Avery z zaczerwienioną, zalaną łzami twarzą za kratkami. To było żałosne 
i   zabawne   jednocześnie.   Baby   wybuchnęła   śmiechem.   Nie   mogła 
uwierzyć, że to przegapiła.

- Owen, obiecałeś, że to skasujesz! - Avery pisnęła, pojawiając się za 

ich plecami.

Złapała   telefon   i   szybko   usunęła   zdjęcie.   Miała   na   sobie   obcisłe, 

niebieskie szorty do siatkówki ze szkoły na  Nantucket  i czerwoną bluzę 
Toma.

-

Zmarzłam   -   wyjaśniła,   widząc   spojrzenie   siostry.   -   Ale   bluza 

strasznie śmierdzi.

-

Zerwaliśmy. Możesz ją sobie wziąć. - Baby wzruszyła ramionami.

Avery  wytrzeszczyła   oczy.   Więc   to   tym   zajęta   była   Baby   w   ten 

weekend?

-

Myślałem, że masz namiętną randkę z tą policjantką dziś wieczór - 

przerwał jej Owen. - No wiesz, ufarbowałyby-ście sobie wzajemnie 
włosy, zrobiły tatuaże?

-

Zamknij   się  -  rzuciła  pogodnie  Avery,  złapała  piwo  i  umiejętnie 

uderzyła kapslem o metalową poręcz. - Och, mam coś dła ciebie. - 
Pogrzebała   w   kieszeni   bluzy   i   wyciągnęła   łańcuszek   z 
wygrawerowaną blaszką, który zachowała dla siostry. - Wygrałam te 
wybory   na   przedstawicielkę   w   szkole   -   ogłosiła   z   szerokim 
uśmiechem na opalonej twarzy.

Nadal nie mogła w to uwierzyć.

Baby   z   dumą   uściskała   siostrę.   Jedwabiste,   świeżo   umyte   blond 

włosy opadły kaskadą na jej drobne ramiona.  Avery  zasługiwała, żeby 
zostać PUwNR, PLUM, czy jak to się nazywało. Świetnie, że wygrała. I 
wtedy Baby przypomniała sobie o trzech minusach. Czy w ogóle pozwolą 
jej chodzić do Constance?

- Nie wiem, jak za wami nadążyć. - Owen rozparł się na hamaku, 

uśmiechając się żartobliwie.

Miło było spędzić trochę czasu z siostrami. Z facetami nigdy nie jest 

aż tak ciekawie.

Och, daj spokój, nasz znajomy Romeo zaprotestowałby

stanowczo.

- Ej, a co z tobą świętoszku? Znalazłeś sobie jakąś dziewczynę, 

odkąd   tu   przyjechaliśmy?   -   dopytywała   się  Avery,  wciskając   się   na 
hamak między rodzeństwo.

Teraz, kiedy już była PUwRN, znowu mogła wtykać swój nieco 

piegowaty nos w życie rodzeństwa.

- Jeszcze   nie.   Czekam   na   właściwy   moment.   No   wiesz,   szkoła 

Carlsów - odpowiedział, nie patrząc na nią.

Zerknął na Piątą Aleję niemal tęsknie.

- Za   to   twój   kumpel   jest   naprawdę   milusi   -   stwierdziła  Avery, 

przypominając   sobie   ciemnowłosego   chłopaka,   z   którym   trzymał   się 
Owen na ich imprezie.

Napiła   się   piwa,   a   potem   przypomniała   sobie   postanowienie,   że 

miała   odtruć   się   w   tym   tygodniu,   i   odstawiła   butelkę   na   wyłożoną 
terakotą podłogę.

- Widzisz,   wykorzystałem   czas   na   szukanie   sobie   przystojnych 

kumpli. - Owen wykpił się z siostrzanego przesłuchania.

- Proponuję toast!

Baby wstała i uniosła butelkę piwa. Avery i Owen stanęli obok niej.

- Za Nowy Jork! - krzyknęła cała trójka, a ich głosy rozległy się 

echem w wieczornym powietrzu. Stuknęli się butelkami.

Dobrze mówią!

t

plotkara.net

tematy     na celowniku       wasze e-maile    zapytaj

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by 
nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Niech   żyje!   Więc   mamy   nową   przedstawicielkę   uczennic   i   miejmy 
nadzieję, że uda jej się wprowadzić kilka zmian - na przykład dodatkowe 
przerwy, dwa razy tyle czasu na lunch albo trzy razy tyle czasu na lekcję 
fotografii. Bo jak inaczej mamy mieć szansę pójść do domu, spotkać się z 
facetem,   wziąć   potem   prysznic   i   wrócić   na   dyskusję   na   temat 

U Et ra n ge r a  

na francuskim? Może nawet uda jej się załatwić ponowne 

przyjęcie siostry do szkoły... a może nie.

Niestety  A  nie   zna   wszystkich   odpowiedzi.   Nie   znajdzie   ich   też   w 
podręczniku do matematyki. Oto rzeczy, których ja jeszcze chciałabym 
się dowiedzieć:

Co   jest   z  J  i  J.P.?  Mają   przerwę   w   stylu   Willa   i   Kat   czy   książę   i 
księżniczka   po   tej   stronie   oceanu   zerwali   ze   sobą   na   dobre?  I  co   to 
oznacza dla B?

Czy wrócą do siebie? Czy ma pozostać samotny, czy też nasz 
przystojniak z Nantucket wreszcie spełni nasze oczekiwania? Naprawdę 
lubi tylko zaliczać dziewczyny, czy szuka miłości?
Szkoda, że nie wszyscy słyszą zew miłości -  J  wkroczyła na ścieżkę 
wojenną. Coś mi mówi, że powinny uważać na swoje tyłki. Może 
my też...

I ostatnie pytanie. - Cieszycie się, że zostałam? I cieszycie się, że też się 
załapaliście   na   tę   jazdę?   Zapowiada   się   kolejny   rok   szaleństw   i 
niegodziwości,   a   ja   wam   przekażę   wszystkie   warte   uwagi   pikantne 
ploteczki. Daję słowo. A wiecie, że moje słowo jest warte przynajmniej 
tyle, co platynowa karta kredytowa American Express, bez ograniczeń.

254

32

background image

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara

254

33