background image

 

Bierce należy do najbardziej interesujących i ekscentrycznych  postaci literatury amerykańskiej. Uchodzi za 
jednego  z  prekursorów  noweli  fantastyczno-naukowej,  a  jego  przesycone  makabrą,  pełne  nieraz  gorzkiego 
humoru  utwory  zapewniają  mu  niesłabnącą  poczytność.  Charakter  twórczości  autora  „Jeźdźca  na  niebie" 
związany  jest  w  dużej  mierze  z  dziejami  jego  życia.  Ambrose  Gwinett  Bierce  urodził  się  24  czerwca  1842 
roku w Meigs County, Ohio, USA, jako dziewiąte z kolei dziecko w rodzinie ubogiego farmera. Dzieciństwo 
miał  ciężkie,  a  biografowie  przypuszczają,  ze  obsesyjnie  powracający  w  jego  ponuro-humorystycznych 
opowiadaniach  temat  ojco-  i  matkobójców  jest  w  pewnym  sensie  wynikiem  udręk,  jakich  doznał  w  latach 
chłopięcych.  Wykształcenie  otrzymał  czysto  iluzoryczne  (jeden  rok  Instytutu  Wojskowego).  Brał  udział  w 
wojnie  secesyjnej  po  stronie  Północy,  początkowo  jako  dobosz  pułkowy,  później  awansował  do  stopnia 
oficera. Z tego okresu pochodzą jego najlepsze opowiadania. Po zdemobilizowaniu pracował jako strażnik 
nocny w banku, potem szukał szczęścia w dziennikarstwie i był redaktorem  szeregu pism w San  Francisco. 
życie  prywatne  Bierce'a  obfitowało  w  klęski  i  tragedie,  do  czego  w  niemałym  stopniu  przyczynił  s|;  jego 
trudny  charakter  i  mizantropii.  W  roku  1913  Bierce,  przeżywszy  śmierć  swoich  dwóch  synów,  jako  stary, 
schorowany  człowiek  porzucił  cywilizacją,  którą  pogardzał  i  wyszydzał,  i  wyjechał  w  nieznanym  kierunku, 
prawdopodobnie do Meksyku. Od tej pory wszelki słuch o nim zaginął. Biografowie przyjmują za datą jego 
śmierci  rok  1914.  Za  życia  Bierce'a  jego  twórczość  literacka  znana  była  głównie  w  San  Francisco  i 
okolicach.  Dopiero tajemnicze zniknięcie pisarza przyczynia się do powstania „legendy Bierce'a", a z kolei 
— sławy pisarskiej, która rozszerza się na całą Amerykę i Europę. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

AMBROSE BIERCE

 

JEŹDZIEC NA NIEBIE

 

I INNE OPOWIADANIA 

 
 

Tłumaczył JERZY KRZYSZTON 
CZYTELNIK • 1960 Wydanie I 
Tytuł oryginału angielskiego 
THE COLLECTED WRITINGS OF AMBROSE B1ERCE 
Obwolutę projektował MARIAN STACHURSKI 

 
 

SPIS RZECZY 
 

Jeździec na niebie 
(A Horseman in the Sky) 
Przy moście nad Sowim Potokiem 
(An Occurrence at Owl Creek Bridge)  
Chickamauga 
Zaginął bez wieści 
(One of the Missing)  
Przełęcz Coultera 
(The Affair at Coulter's Notch) 
Coup de grace 
Filozof 
(Parker Adderson Philosopher) 
 Kwestia sumienia 
(The Story of a Conscience)  
Przygoda w Brownville 
(An Adventure at Brownville)  
Człowiek i wąż 
(The Man and the Snake)  
Oczy pantery 
(The Eyes of the Panther)  
Okno zabite deskami 
(The Boarded Window)  
Śmierć Halpina Fraysera 
(The Death of Halpin Frayser)  
Droga w świetle księżyca 
(The Moonlit Road)  
Diagnoza 
(A Diagnosis of Death)  
Moxon i jego władca 
(Moxon's Master) 
Draństwo 
(The Damned Thing)  
Pasterz Hatta 
(Haita the Shepherd) 
Grób bez dna 
(A Bottomless Grave) 
Czesana krowa 
(Curried Cow) 
Moje ulubione morderstwo 
(My Favorite Murder)  
Oleum canis 
(Oil of Dog) 

background image

JEŹDZIEC NA NIEBIE 

 

 

Działo  się  to  w  roku  1861,  w  zachodniej  Wirginii.  W  przydrożnych  krzakach  wawrzynu  leżał 
żołnierz  w  słoneczne,  jesienne  popołudnie.  Wyciągnięty  na  brzuchu,  czubki  butów  wspierał  o 
ziemię.  Głowa  osunęła  mu  się  na  lewe  ramię,  prawa  ręka  spoczywała  bezwładnie  na  karabinie. 
Gdyby  nie  normalna raczej  poza  i  lekkie,  rytmiczne  poruszenia  ładownicy  na  plecach,  można by 
pomyśleć, że nie żyje. Zasnął na posterunku. Jeśliby go na tym przyłapano, wkrótce by nie żył, za 
takie przewinienie czekała go słusznie kara śmierci. 
Kępa  wawrzynów,  pod  którą  spał  żołnierz,  rosła  na  zakręcie  drogi,  ta  zaś,  zbiegając  stromo  od 
południa,  skręcała  w tym  miejscu  raptownie  na  zachód  i  prowadziła  pod  szczytem  ze  sto jardów, 
dalej  znowu  skręcała  na  południe  i  zygzakiem  mknęła  w  dół  wśród  lasu.  Nad  drugim  zakrętem 
wznosiła  się  potężna  skała  o  ściętym,  płaskim  wierzchołku,  górująca  nad  doliną,  którą  wiła  się 
droga.  Skała  wieńczyła  wysokie  urwisko,  kamień  leciałby  stamtąd  z  tysiąc  stóp  w  dół,  prosto  na 
czubki sosen. Żołnierz leżał na drugim krańcu tegoż urwiska. Gdyby w tej chwili nie spał, miałby 
przed sobą nie tylko widok fragmentu drogi i wyniosłej skały, ale i całej przepaści. Mógłby od tego 
dostać zawrotu głowy. 
Wszędzie dokoła rosły lasy, tylko na samym dnie doliny otwierała się mała łąka, którą przepływał 
ledwie widoczny strumień. Z tej wysokości łąka wyglądała jak zwykła płachta, choć w istocie miała 
z  kilka  akrów.  Jaśniała  soczystszą  zielenią  niż  otaczający  ją  bór.  Dalej  piętrzyły  się  olbrzymie 
urwiska, po których w  niepojęty  sposób wspinała się droga. Kształt doliny przypominał w  istocie 
zamknięty  kocioł  i  nie  można  się  było  nadziwić,  którędy  droga  weszła  i  wyszła,  skąd  się  brał  i 
dokąd płynął strumień przecinający łąkę w dole. 
Nie ma tak dzikiego i niedostępnego zakątka, którego by ludzie nie zamienili na teren wojny; pięć 
ukrytych w  lesie pułków piechoty federalnej biwakowało  na dnie tego  kotła, który z wojskowego 
punktu widzenia  stanowił  pułapkę,  gdyż  wystarczyło  obsadzić  tylko  pięćdziesięcioma  ludźmi  oba 
wyjścia,  aby  zamorzyć  w  nim  głodem  całą  armię.  Żołnierze  odpoczywali  teraz  po  całej  dobie 
marszu.  O  zmierzchu  znowu  ruszą  w  drogę,  wespną  się  na  urwisko,  gdzie  spał  w  tej  chwili  ich 
niesumienny  wartownik,  i  spuszczając  się  po  drugim  stoku  grani  spadną  około  północy  na  obóz 
nieprzyjacielski.  Liczyli  na  zaskoczenie,  gdyż  droga  wychodziła  na  tyły  obozu.  W  razie 
niepowodzenia  znaleźliby  się  w  niesłychanie  groźnej  sytuacji,  a  niepowodzenie  byłoby 
nieuniknione, gdyby przypadek lub czujność nieprzyjaciela przedwcześnie wyjawiły ten manewr. 
 
 

 

Młody wartownik, śpiący w  krzakach wawrzynu, nazywał się Carter Druse, pochodził z Wirginii. 
Miał  zamożnych  rodziców,  był  jedynakiem  i  przywykł  do  takich  wygód,  szlachetnych  manier  i 
wielkopańskiego życia, na jakie pozwalało bogactwo i dobry smak 
w  górzystych  ostępach  zachodniej  Wirginii.  Dom  jego  znajdował  się  zaledwie  o  kilka  mil  od 
obecnego posterunku. 
Któregoś dnia przy śniadaniu Carter wstał od stołu i powiedział spokojnie, lecz poważnie: 
— Ojcze, do Grafton przybył pułk armii federalnej. Postanowiłem się zaciągnąć. 
Ojciec uniósł lwią głowę, popatrzył na syna i odparł: 
— Cóż, mój panie, idź... Cokolwiek się zdarzy, rób, co uważasz za swój obowiązek. Wirginia, którą 
zdradziłeś,  musi  się  obejść  bez  ciebie.  Jeśli  przeżyjemy  tę  wojnę,  to  jeszcze  na  ten  temat 
porozmawiamy. Stan zdrowia twojej matki, o czym cię  lekarz powiadomił,  nie rokuje  nadziei.  W 
najlepszym razie nie pozostanie wśród nas dłużej niż parę tygodni, ale czas ten jest drogi. Lepiej nie 
mącić jej spokoju. 
Więc  Carter  Druse,  z  szacunkiem  pokłoniwszy  się  ojcu,  który  oddał  mu  ukłon  ze  wspaniałą 
kurtuazją, maskującą złamane serce — porzucił dom rodzinny i poszedł na wojaczkę. Honor jego i 

background image

odwaga, śmiałość  i poświęcenie wprędce zdobyły mu uznanie  kolegów i dowódców; tym właśnie 
walorom  i  pewnej  znajomości  terenu  zawdzięczał,  że  powierzono  mu  ryzykowne  zadanie  na 
najbardziej wysuniętej placówce. Jednakże zmęczenie okazało się silniejsze niż obowiązek i Carter 
zasnął. Jakiż to dobry lub zły anioł przyszedł obudzić go we śnie — któż to wie? Żaden ruch, żaden 
szelest  nie  naruszył  głębokiej ciszy popołudnia, gdy  niewidzialny wysłannik  losu pochylił  się  nad 
nim  i  szepnął  mu  do  ucha  tajemnicze  zaklęcie  przebudzenia,  którego  nie  wypowiedziały  nigdy 
ludzkie usta ani nie utrwaliła żadna ludzka pamięć. Carter spokojnie podniósł głowę i spojrzał przez 
maskujące go krzaki wawrzynu, instynktownie zaciskając dłoń na karabinie. 
Ogarnął go przejmujący zachwyt. Oto na kolosalnym piedestale urwiska — nieruchomy na samym 
krańcu płaskiej skały i odcięty wyraźnie na niebie — stał imponujący dostojeństwem posąg jeźdźca. 
Jeździec trzymał się na koniu prosto i po wojskowemu, ale ze swobodą wyciosanego w marmurze 
helleńskiego  boga.  Szary  mundur  harmonizował  z  eterycznym  tłem,  cień  łagodził  i  tłumił  połysk 
ekwipunku i  uprzęży,  sierść  konia  lśniła  matowo. Prawą  ręką  przytrzymywał „za  szyjkę"  karabin 
wsparty  na łęku siodła, niewidoczną lewą — prawdopodobnie ściągał wodze. Profil konia rysował 
się ostro na tle nieba, wymierzony w przestrzeń ku przeciwległym urwiskom. Jeździec miał głowę 
lekko odwróconą, widać było tylko zarys czoła i brody; spoglądał w głąb doliny. Wydźwignięta pod 
niebo posągowa grupa nabrała w oczach żołnierza heroicznych, kolosalnych niemal kształtów. 
Nawiedziło  Cartera  przedziwne  uczucie,  że  przespał  całą  wojnę  i  spogląda  właśnie  na  szlachetne 
dzieło  sztuki  wzniesione  na  cyplu  skalnym  ku  upamiętnieniu  bohaterskiej  przeszłości,  w  której 
jemu przypadła niesławna rola. Wyzwoliło go spod uroku drgnienie konia, który cofał się nieco od 
skraju przepaści; jeździec trwał w bezruchu. Carter, przywołany do przytomności i świadom groźby 
sytuacji,  ostrożnie  przepchnął  broń  przez  zarośla,  zarepetował,  przysunął  kolbę  do  policzka  i 
naprowadził  muszkę  na  pierś  jeźdźca.  Jedno  pociągnięcie  cyngla  i  Carter  Druse  miałby  sumienie 
spokojne. W tejże chwili  jeździec odwrócił głowę  i spojrzał w kierunku ukrytego przeciwnika  — 
popatrzył mu jakby prosto w twarz, w same oczy, w samo serce, dzielne i wrażliwe. 
Czyż tak strasznie zabić wroga na wojnie — wroga, co wpadł na trop tajnego manewru, od którego 
zawisło bezpieczeństwo towarzyszy — wroga, którego wiedza 
stawała się bardziej groźna niż liczebność całej jego armii? Carter Druse pobladł i dygotał na całym 
ciele,  zrobiło  mu  się  słabo.  Posągowa  grupa  zamigotała  mu  w  oczach,  czarne  kształty  jeźdźca  i 
konia harcowały dziko zataczając kręgi na płomienistym niebie. Wypuścił karabin z dłoni, powoli 
opadł twarzą w liście. Ten dzielny człowiek i tęgi wojak był bliski omdlenia z nadmiaru przeżyć. 
Stan ów nie trwał długo. W jednej chwili Carter podniósł głowę, ręce zacisnęły się na broni, palec 
szukał cyngla; umysł, serce i oczy miał czyste, sumienie i rozsądek — zdrowe. Nie mógł liczyć, że 
weźmie  wroga  do  niewoli;  zaalarmowany  pomknąłby  zaraz  z  fatalną  wieścią  do  swojego  obozu. 
Żołnierz miał prosty obowiązek  —  musi zastrzelić  go z ukrycia, bez ostrzeżenia;  nie dając mu  ni 
chwili na skupienie się przed śmiercią, nawet na cichą modlitwę — musi go posłać na tamten świat. 
Ale  nie  —  jeszcze  jest  nadzieja;  mógł  przecież  niczego  nie  zauważyć,  może  podziwia  tylko 
wspaniałość krajobrazu. Może zawróci zaraz spokojnie tam, skąd przybył. W chwili odjazdu da się 
spostrzec,  czy  coś  wie.  Całkiem  możliwe,  że  uwagę  jego  przykuwa...  Carter  odwrócił  głowę  i 
spojrzał w błękitną głębię, jak gdyby na dno przezroczystego morza. Zobaczył pełznące wężykiem 
po  łące  figurki  ludzi  i  koni  —  jakiś  głupi  dowódca  pozwalał  żołnierzom  poić  konie  na  otwartej 
przestrzeni, na pełnym widoku z tuzina wierzchołków! 
Carter przeniósł wzrok z doliny  i wtopił  go w jeźdźca  na  niebie.  Znów naprowadził  karabin, lecz 
tym  razem  mierzył  w  konia.  W  pamięci  dźwięczały  mu  słowa  ojca,  wypowiedziane  w  chwili 
rozstania:  „Cokolwiek  się  zdarzy,  rób,  co  uważasz  za  swój  obowiązek".  Uspokoił  się.  Lekko 
zacisnął zęby, nie drgnął mu żaden muskuł, nie czuł nerwów jak śpiące dziecko, oddychał równo i 
wolno,  powstrzymując  oddech  przy  celowaniu.  Zwyciężył  w  nim  obowiązek;  dusza  powiedziała 
ciału: „Uspokój się, bądź cicho." Strzelił. 
 
 
 

 

background image

 

Oficer  armii  federalnej,  który  szukając  przygód  czy  też  chcąc  zaznajomić  się  z  terenem  opuścił 
ukryty  w  dolinie  biwak  i  zawędrował  na  skraj  polany  u  stóp  urwiska,  przystanął  właśnie  i 
zastanawiał się, czy warto iść dalej. O ćwierć mili przed nim — choć zdawało się, że w odległości 
rzutu kamieniem  — wyrastał spośród sosen ogromny masyw skalny, który piął się tak wysoko, że 
oficerowi  zakręciło  się  w  głowie,  gdy  popatrzył  na  ginący  w  błękicie  postrzępiony  wierzchołek. 
Skała rysowała się prostopadle na tle nieba i odległych, zasnutych mgiełką wzgórz, wisiała wprost 
nad  czubkami  sosen  na  dnie  przepaści.  Podnosząc  wzrok  ku  zawrotnej  wyżynie  oficer  ujrzał 
niesamowite zjawisko — człowiek na koniu zjeżdżał niebem w dolinę! 
Mocno  osadzony  w  siodle  i  wyprostowany  po  wojskowemu  jeździec  ściągał  cugle  hamując  w 
pędzie rumaka. Długie włosy jeźdźca falowały na wietrze jak kita, ręce tonęły w chmurze końskiej 
grzywy.  Ciało  konia  było  napięte,  jak  by  każde  uderzenie  kopyta  walczyło  z  oporną  ziemią. 
Galopował dziko, lecz jeszcze na oczach oficera wyrzucił do przodu nogi, jak gdyby po skoku. Ależ 
to był lot! 
Widok zjawy jeźdźca na niebie napełnił oficera zdumieniem i trwogą, uwierzył niemal, że objawiła 
mu się nowa Apokalipsa. Nie wytrzymał tylu wzruszeń, nogi ugięły się pod nim i upadł na ziemię. 
Nieomal w tejże chwili usłyszał trzask gałęzi, który zamarł bez echa, i nastała zupełna cisza. 
Oficer podniósł się dygocząc na całym ciele. Ocucił go z oszołomienia ból zadrapanej łydki. Oficer 
opanował  się  i  pobiegł  pędem  daleko  w  skos  od  podnóża  skały,  gdzie  spodziewał  się  znaleźć 
jeźdźca;  niczego  naturalnie  nie  znalazł,  gdyż  pośpieszył  w  odwrotnym  kierunku.  W  przelotnej 
chwili,  gdy  ujrzał  podniebną  galopadę,  wdzięk  i  swoboda  cudownego  zjawiska  tak  urzekły  jego 
wyobraźnię,  że  nie  przyszło  mu  na  myśl,  iż  szlak  niebiańskiej  kawalerii  wiedzie  prosto  w  dół  i 
kończy się u samego podnóża skały. W pół godziny później wrócił do obozu. 
Oficer ów był mądrym człowiekiem

;

 wiedział, że nie należy opowiadać prawdy, której nikt nie da 

wiary.  Nie  wspomniał  ni  słowem  o  tym,  co  widział.  Kiedy  jednak  dowódca  zagadnął  go,  czy  w 
czasie swojej wycieczki nie odkrył czegoś, co może posłużyć ekspedycji, oficer odparł: 
— Tak jest, panie pułkowniku. Żadna droga nie wiedzie od południa w głąb doliny. 
Dowódca, lepiej poinformowany, uśmiechnął się. 
 
 

 

Po  oddaniu  strzału  szeregowy  Carter  Druse  naładował  broń  i  leżał  dalej  na  czatach.  Nie  minęło 
dziesięć minut, gdy skradając się ostrożnie, podpełzł do niego sierżant. Carter nie spojrzał nawet na 
sierżanta, leżał bez ruchu nie reagując na jego przybycie. 
— Strzelałeś? — szepnął sierżant. 
— Tak. 
— Do kogo? 
— Do konia. Stał na tamtej skale, prawie przy samej krawędzi. A teraz go nie ma, jak pan widzi. 
Zleciał w przepaść. 
Żołnierz  miał  twarz  bladą,  ale  nie  zdradzał  innych  oznak  podniecenia.  Gdy  udzielił  odpowiedzi, 
odwrócił oczy i milczał. Sierżant nie rozumiał. 
— Słuchaj no, Druse — powiedział po chwili — nie ma sensu robić tajemnicy. Rozkazuję ci złożyć 
meldunek. Siedział ktoś na koniu? 
— Tak. 
— No? 
— Mój ojciec. 
Sierżant wstał z ziemi i poszedł przed siebie. 
— Boże święty! — powiedział. 
 
 

background image

 
 
 

PRZY MOŚCIE NAD SOWIM POTOKIEM 

 

 
Na  moście  kolejowym  w  północnej  Alabamie  stał  człowiek  wpatrzony  w  nurt  potoku,  rwący  o 
dwadzieścia stóp niżej. Ręce miał wykręcone do tyłu, przeguby związane sznurem. Powróz, którego 
pętlę zarzucono mu na szyję, zwisał luźno, przytwierdzony do mocnych bierwion krzyżujących się 
nad  jego  głową.  Parę  desek  ułożonych  na  podkładach  kolejowych  dawało  oparcie  skazańcowi  i 
oprawcom: dwóm szeregowym z armii federalnej pod wodzą sierżanta, który w cywilu mógł być z 
powodzeniem pomocnikiem szeryfa. Nie opodal, na tymże prowizorycznym pomoście, stał oficer w 
pełnej  gali,  z  bronią  u  boku.  Był  w  stopniu  kapitana.  Na  obu  krańcach  mostu  widnieli  dwaj 
wartownicy  z  karabinami  trzymanymi  przepisowo  na  tak  zwanej  „podpórce".  Broń  trzymana 
pionowo  przy  lewym  boku  wspierała  się  zamkiem  o  przedramię  przyciśnięte  do  piersi.  Ta 
rygorystyczna i nienaturalna postawa zmuszała do wyprężania się. Wartownicy nie mieli zapewne 
obowiązku  interesować  się  tym,  co  dzieje  się  na  środku  mostu,  strzegli  tylko  wstępu  na  kładkę 
biegnącą obok szyn. 
Na  prawym  brzegu  potoku  nie  widać  było  żywej  duszy;  tor  kolejowy  mknął  prosto  w  las  przez 
jakieś  sto  jardów,  potem  skręcał  gubiąc  się  z  oczu.  Zapewne  gdzieś  dalej  rozstawiono  czaty.  Na 
lewym  brzegu  wznosił  się  łagodny  pagórek,  ukoronowany  palisadą,  z  której  wystawała  gardziel 
mosiężnej  armaty,  panującej  nad  mostem.  W  pniach  palisady  wydrążono  również  strzelnice.  W 
połowie  zbocza  między  mostem  a  fortem  oczekiwali  widzowie  —  kompania  piechoty  stojąca  w 
szeregu, na spocznij, z bronią u nogi. Lufy karabinów wspierały się lekko o prawą pierś, ręce mieli 
skrzyżowane  na  łożach.  Na  prawym  skrzydle  oddziału  stał  porucznik,  złożył  dłonie  na  rękojeści 
szpady,  opartej  ostrzem  o  ziemię.  Kompania  zwrócona  twarzą  do  mostu  przypatrywała  się 
kamienna,  nieporuszona.  Wartownicy  odwróceni  ku  brzegom  potoku  trwali  jak  posągi  zdobiące 
most. Kapitan stał w milczeniu, z założonymi rękami, obserwując pracę podkomendnych, lecz nie 
przerywając  im  żadnym  gestem.  Śmierć  posiada  dostojeństwo,  gdy  nadchodzi  zapowiedziana, 
witają  ją z szacunkiem i  ceremonią  nawet ci, którzy są z nią za pan brat. Wedle zasad wojskowej 
etykiety milczenie i bezruch stanowią wyraz poważania. 
Człowiek, który  nawiązał bliską znajomość ze stryczkiem, wyglądał  na około trzydzieści pięć  lat. 
Był  to  cywil  i  sądząc  z  ubioru,  prawdopodobnie  plantator.  Rysy  miał  szlachetne  —  prosty  nos, 
mocne  usta,  szerokie  czoło;  zaczesane  do  tyłu  ciemne  włosy  opadały  mu  na  kołnierz  doskonale 
skrojonego anglezu. Nosił wąsy, brodę bez faworytów przyciętą w szpic; w dużych ciemnoszarych 
oczach gościł  łagodny  wyraz  —  niespodziewany  u  kogoś,  kto trafił na  szubienicę.  Widocznie  nie 
był  to  pospolity  zbrodniarz.  Liberalny  kodeks  wojskowy  dba  o  to,  aby  przywilej  powieszenia 
przysługiwał najrozmaitszym osobom, nie wykluczając dżentelmenów. 
Skończono przygotowania. Dwaj szeregowi odeszli na bok, każdy odciągnął swoją deskę. Sierżant 
obrócił się do kapitana, zasalutował, po czym wyminął go i stanął tuż za plecami dowódcy, który z 
kolei odstąpił na bok. W rezultacie skazaniec i sierżant znaleźli się na dwóch przeciwnych krańcach 
deski, przerzuconej przez trzy wiązadła mostu. Koniec, na którym stał cywil, urywał się tuż przed 
czwartym  wiązadłem.  Deskę  równoważył  przedtem  ciężar  kapitana,  teraz  zaś  sierżanta.  Na  znak 
pierwszego  drugi  odstąpi  o  krok,  kładka  się  przechyli  i  skazaniec  runie  w  dół.  Urządzenie  to 
przemawiało mu do gustu jako proste i skuteczne. Twarzy skazańca nie zakryto ani nie zawiązano 
oczu. Patrzył chwilę na „niestały grunt" pod nogami, aż powędrował spojrzeniem ku rwącej wodzie 
potoku, pędzącego szaleńczo u jego stóp. Wpadło mu w oczy tańczące w kipieli polano, śledził, jak 
niesie je nurt. Jakże wolno się posuwało! Co za gnuśny potok! 
Zamknął oczy, aby skupić ostatnie myśli na żonie i dzieciach. Woda pozłocona wczesnym słońcem, 
w górze potoku lęgnące się u brzegów opary, fort, żołnierze, polano niesione prądem — rozpraszały 
jego myśli. Uświadomił sobie, że znowu coś mu przeszkadza. W myśl o najbliższych wdzierał się 

background image

jakiś  natrętny  i  niepojęty  dźwięk  —  ostry,  wyraźny,  metaliczny  jak  odgłos  młota  na  kowadle. 
Zastanawiał  się,  co  to  tak  dzwoni  i  skąd  nadchodzi  ów dźwięk  —  z  daleka  czy  z  bliska?  Odgłos 
powtarzał się regularnie, ale w tak powolnym rytmie jak żałobny dzwon. Na każde uderzenie czekał 
z niecierpliwością  i  —  sam  nie  wiedział  dlaczego  —  z  obawą.  Coraz  to dłuższe  pauzy  doprowa-
dzały go do szału. Każdy dźwięk był jak dźgnięcie nożem. Bał się, że zacznie krzyczeć. To tykotał 
jego zegarek. 
Otworzył oczy i ujrzał znowu potok w dole. „Gdyby udało mi się oswobodzić ręce — myślał — to 
zrzuciłbym pętlę i skoczył do wody. Żeby mnie nie trafili, popłynąłbym nurkiem; wydostałbym się 
na brzeg, zaszył w las i wrócił do domu. Dzięki Bogu, żona i maleństwa 
znajdują się poza ich zasięgiem, tam jeszcze nie dotarli." 
Kiedy owe myśli błyskały pod czaszką skazańca — kapitan skinął na sierżanta. Sierżant zeskoczył 
z kładki. 
 

 

Peyton  Farquhar,  zamożny  plantator,  wywodził  się  ze  starej  rodziny,  cieszącej  się  w  Alabamie 
wielkim  szacunkiem.  Jako  właściciel  niewolników,  a  co  za  tym  idzie  —  polityk,  był  naturalnie 
prawdziwym  secesjonistą,  żarliwie  oddanym  sprawie  Południa.  Bezwzględne  okoliczności,  o 
których nie ma potrzeby tu opowiadać, nie pozwoliły mu zaciągnąć się do walecznej armii, toczącej 
mordercze  boje  zakończone  upadkiem  Corinthu;  cierpiał  więc  przez  sromotny  los,  tęsknił  za 
działaniem,  bogatszym  życiem  żołnierza,  za  okazją  do  wyróżnienia  się.  Czuł,  że  okazja  go  nie 
ominie, tak jak nie omija nikogo w czas wojny. Na razie robił, co mógł. Nie upokarzała go żadna 
służba dla dobra Południa, nie przerażało żadne ryzyko, byle możliwe do podjęcia dla cywila, który 
w  głębi  duszy  był  żołnierzem  i  przynajmniej  po  części  zgadzał  się  z  otwarcie  szelmowskim 
powiedzonkiem, że w miłości i na wojnie wszystko uchodzi. 
Pewnego  wieczoru,  kiedy  Farquhar  z  żoną  siedzieli  na  ławce  przed  domem,  do  bramy  podjechał 
żołnierz w szarym mundurze i poprosił o łyk wody. Pani Farquhar pobiegła po nią, uszczęśliwiona, 
że  może  mu  usłużyć.  Mąż  jej  zbliżył  się  tymczasem  do  zakurzonego  jeźdźca  i  skwapliwie 
wypytywał o nowiny z frontu. 
—  Jankesi  naprawiają  tory  kolejowe  —  powiedział  żołnierz  —  i  przygotowują  się  do  nowej 
ofensywy.  Dotarli  do  mostu  nad  Sowim  Potokiem,  wyreperowali  go  i  na  północnym  brzegu 
wznieśli  palisadę.  Wszędzie  porozlepiali  ostrzeżenia,  podpisane  przez  ich  komendanta,  z  których 
wynika,  że  każda  osoba  cywilna  przyłapana  na  naruszaniu  całości  kolei,  mostów,  tuneli  czy 
pociągów zostanie bezwzględnie powieszona. Widziałem ten plakat. 
— Ile jest stąd do mostu nad Sowim Potokiem? — spytał Farquhar. 
— Ze trzydzieści mil. 
— Czy po tej stronie nie ma żadnych oddziałów? 
—  Tylko  pikieta  przy  torze  kolejowym,  jakieś  pół  mili  przed  mostem,  i  samotny  wartownik  u 
wejścia na most. 
—  Przypuśćmy,  że  jakiś  cywil  z  zamiłowaniem  do  szubienicy  ominie  pikietę  i  dajmy  na  to... 
pokona wartownika — powiedział Farquhar uśmiechając się — to co wtedy może zdziałać? 
Żołnierz zastanowił się. 
—  Byłem  tam  przed  miesiącem  —  odparł.  —  Zauważyłem,  że  wiosenne  wody  naniosły  stertę 
drewna pod ostatni filar mostu. Do tej pory drewno na pewno wyschło i pali się jak pakuły. 
Pani  Farquhar  przyniosła  kubek.  Żołnierz  wypił,  podziękował  jej  wylewnie,  skłonił  się  mężowi  i 
odjechał.  W  godzinę  później,  po  zapadnięciu  zmroku,  powtórnie  minął  plantację  wracając  na 
północ, tam skąd się pojawił. Był to nieprzyjacielski wywiadowca. 
 

 

Spadając w dół między wiązadła mostu Peyton Farquhar stracił przytomność, jak  gdyby zmarł  na 
miejscu.  Z  tego  stanu  zbudził  go  —  po  całych  wiekach,  jak  mu  się  zdawało  —  ból  wywołany 

background image

ostrym uciskiem gardła, uczucie duszenia się. Rozchodzące się od szyi przenikliwe dreszcze targały 
każdym  włóknem  jego  ciała,  mknęły  po  systemie  rozgałęzień  z  niepojętą  częstotliwością  jak 
strumienie pulsującego ognia rozgrzewające do nieznośnej temperatury. Pod czaszką czuł  stężony 
ucisk.  Doznaniom  tym  nie  towarzyszyła  żadna  myśl.  Rozsądek  uległ  już  zaćmieniu,  została  tylko 
zdolność  odczuwania,  a  czucie  samo  stanowiło  męczarnię.  Miał  świadomość  ruchu.  Ogarnięty 
świetlną  mgławicą,  stanowiąc  ledwie  jej  ogniste  jądro  wolne  od  ciężaru  materii  —  szybował  po 
niepojętym  łuku  niczym  ogromne  wahadło.  Naraz  ze  straszliwą  raptownością  światło  strzeliło  w 
górę w głośnym plusku; uczuł przeraźliwy szum w uszach, otoczył go chłód i mrok. Ożyła w nim 
zdolność  myślenia; wiedział, że  powróz pękł  i oto wpadł  do potoku.  Nie  zadławił  się,  gdyż  pętla 
ściskała  szyję  i  nie  wpuszczała  wody  do  płuc.  Być  powieszonym  i  umrzeć  na  dnie  rzeki!  — 
rozśmieszyła  go  ta  myśl.  Otworzył  w  ciemnościach  oczy  i  ujrzał  nad  sobą  przebłysk  światła,  ale 
jakże  odległy,  jakże  niedostępny!  Wciąż  tonął,  gdyż  światło  nikło  mu  z  oczu  coraz  bardziej,  aż 
został  ledwie  promyk.  Potem  zaczęło  rosnąć,  rozjaśniać  się,  więc  poznał,  że  unosi  się  ku  po-
wierzchni — poznał ze wstrętem, gdyż tu, w głębinie, było mu tak przyjemnie. „Wisieć i tonąć  — 
myślał — to się nawet opłaci; ale nie mam ochoty dać się zastrzelić. Nie, nie dam się zastrzelić; to 
już niesprawiedliwe". 
Nie  czuł  wysiłku,  ale  ostry  ból  w  przegubach  uświadomił  mu,  że  stara  się  wyswobodzić  ręce. 
Poświęcił tym zmaganiom uwagę, nie troszcząc cię, co z tego wyniknie, jak próżniak obserwujący 
sztukę kuglarza. Co za wspaniały wysiłek! Co za niezrównana, co za nadludzka siła! Ach, to piękne 
osiągnięcie!  Brawo! Pęta opadły; wyswobodzone ramiona podpłynęły w górę, dłonie zamajaczyły 
w  rosnącym  świetle.  Obserwował  je  z  obudzoną  ciekawością,  jak  najpierw  jedna,  potem  druga 
wpiła  się  w  pętlę  zaciśniętą  na  szyi.  Palce  zdarły  ją  i  odrzuciły  precz:  odpłynęła  falując  jak  wąż 
wodny. „Dajcie pętlę, dajcie ją!" Zdawało mu się, że woła tak do swoich rąk, gdyż ze zdjęciem pętli 
przyszła  najokropniejsza  męczarnia,  jakiej  dotąd  zaznał.  Szyja  bolała  go  strasznie;  głowę  trawił 
ogień; ledwie trzepoczące serce dało nagle potężnego susa próbując wyskoczyć gardłem. Całe ciało 
prężyło  się  i  wiło  w  nieznośnej  boleści.  Ale  nieposłuszne  ręce  nie  zważały  na  rozkaz.  Mocno 
odpychając  wodę  szybkimi  ruchami,  ciągnęły  go  gwałtem  na  powierzchnię.  Czuł,  że  wynurza 
głowę;  słońce  oślepiło  go  zupełnie;  pierś  uniosła  się  spazmatycznie  i  w  ostatecznej  udręce  płuca 
zaczerpnęły potężny haust powietrza, które natychmiast wydarło się krzykiem! 
Odzyskał pełną wrażliwość zmysłów, które stały  się nadnaturalnie czujne i bystre. W straszliwym 
zaburzeniu organizmu coś tak je wydoskonaliło, że notowały rzeczy nigdy nie dostrzegane. Słyszał, 
jak  kropelki  wody  bębnią  rozpryskując  się  na  jego  twarzy.  Gdy  spojrzał  w  las  na  brzegu potoku, 
widział każde drzewo z osobna, każdy liść i żyłkowanie każdej blaszki — widział wręcz owady na 
liściach:  szarańcze,  mieniące  się  muchy,  szare  pająki  rozpinające  sieć  między  gałązkami. 
Dostrzegał rozszczepione kolory w każdej kropli rosy na milionowych źdźbłach trawy. Brzęczenie 
komarów tańczących nad wirami strumienia, trzepot skrzydeł ważek, uderzenia nóżek owadzich na 
wodzie, jak wioseł unoszących łódź — wszystko to tworzyło uchwytną muzykę. Ryba przemknęła 
mu przed oczami, słyszał, z jakim impetem rozcina wodę. 
Wynurzył się na powierzchnię, płynąc z prądem po-toku; za chwilę stanowił jakby oś, wokół której 
świat  widzialny  okręcał  się  powoli;  ujrzał  most,  palisadę  fortu,  żołnierzy  na  moście,  kapitana, 
sierżanta,  dwóch  szeregowców  —  swoich  ciemiężycieli.  Sylwetki  ich  odcinały  się  na  błękitnym 
niebie.  Krzyczeli,  wymachiwali  rękami,  pokazując  na  niego.  Kapitan  wyrwał  pistolet,  ale  nie 
strzelał; tamci nie posiadali broni. Wyglądali groteskowo i strasznie, kształty mieli przeogromne. 
Raptem  usłyszał  ostry  strzał,  coś  śmignęło  w  wodę,  aż  bryzgi  poleciały  mu  w  twarz.  Znowu 
huknęło  j  spostrzegł  wartownika  z  wymierzoną  strzelbą,  z  lufy  unosił  się  obłoczek  sinego  dymu. 
Spozierał  prosto  w  oko  żołnierza,  wpatrzone  weń  przez  szczerbinę  celownika.  Widział  szarą 
źrenicę.  Przypomniało  mu  się,  co  gdzieś  wyczytał,  że  najlepsi  strzelcy  mają  szare  oczy,  które  są 
najprzenikliwsze. A jednak ten chybił. 
Przeciwny  prąd porwał  Farquhara  i  obrócił  go  znowu twarzą w  stronę  lasu;  fort  miał  za  plecami. 
Dźwięk czystego, wysokiego głosu nastrojonego na monotonną  nutę rozległ  się za  nim  i  nadbiegł 
skroś potoku z taką wyrazistością, że przeniknął i przytłumił wszystko inne, nawet bulgotanie wody 
w  uszach.  Farquhar,  choć  nie  żołnierz,  dość  często bywał  w  obozach  wojskowych,  aby  wiedzieć, 

background image

jak straszną wymowę ma ten spokojny, przewlekły  zaśpiew z mocnym przydechem; porucznik  na 
brzegu  przystąpił  do  działania.  Jakże  zimno  i  bezlitośnie  —  z  jaką  równą  i  dostojną  intonacją, 
zwiastującą  i  narzucającą  ludziom  spokój  —  z  jak  dokładnie  odmierzonymi  pauzami  padały  te 
okrutne słowa: 
— Kompania, baczność!... Złóż się!... Gotów!... Cel!... Pal!... 
Farquhar  dał  nura  —  tak  głęboko,  jak  tylko  mógł.  Woda  huczała  mu  w  uszach  niczym  łoskot 
Niagary,. a jednak usłyszał stłumiony grzmot salwy i wznosząc się znów ku powierzchni napotkał 
błyszczące  kawałki  metalu, osobliwie  spłaszczone;  kołysząc  się,  wolno  opadały  w  głąb.  Niektóre 
przywierały na chwilę do jego twarzy i rąk, by zaraz spłynąć wędrując na dno. Jeden utkwił mu za 
kołnierzem. Był nieprzyjemnie ciepły, Farquhar wyrwał go stamtąd. 
Kiedy  łapiąc  powietrze  wychynął  na  powierzchnię,  spostrzegł,  że  znajdował  się  długi  czas  pod 
wodą;  prąd  uniósł  go  znacznie  bliżej  ku  ocaleniu.  Żołnierze  kończyli  właśnie  ładować  broń; 
metalowe stemple błysnęły w słońcu wszystkie na raz, gdy je wyciągnęli z luf, podnieśli ku górze i 
wcisnęli w osady. Dwaj wartownicy znowu bezskutecznie dali ognia. 
Farquhar widział to wszystko przez  ramię; płynął teraz żywo z prądem. Umysł  jego pracował tak 
jak ręce i nogi — z błyskawiczną szybkością. 
„Oficer  nie  powtórzy  błędu  —  myślał.  —  Zbyt  kurczowo  trzymał  się  regulaminu.  Przecież  salwa 
znaczy  tyle,  co  pojedynczy  strzał,  tak  samo  łatwo  dać  przed  nią  nurka.  Chyba  wydał  już  rozkaz, 
żeby strzelali na własną rękę. Boże ratuj, nie potrafię uniknąć wszystkich kul z osobna!" 
Straszliwy  plusk  rozległ  się  tuż  obok,  a  po  nim  głośny  szum,  jak  by  wracał  diminuendo  przez 
powietrze  do  fortu,  aż  skonał  w  eksplozji,  która  cały  potok  wzburzyła  do  głębi!  Płachta  wody 
wygięła  się  nad  nim,  runęła  w  dół,  oślepiając  go  i  dusząc!  Armata  przyłączyła  się  do  gry.  Gdy 
otrząsnął głowę z kipieli, usłyszał wysoko szum pocisku, który zboczył z toru i po chwili druzgotał 
z trzaskiem konary lasu za rzeką. 
„Więcej  tego  nie  zrobią  —  pomyślał.  —  Następnym  razem  użyją  kartacza.  Muszę  uważać  na 
armatę;  dym  mnie  uprzedzi,  detonacja  przychodzi  za  późno,  wlecze  się  za  pociskiem.  To  dobre 
działo." 
Raptem  uczuł,  że  kręci  się  w  kółko,  wirując  jak  bąk.  Woda,  brzegi,  las,  odległy  już  most,  fort  i 
żołnierze — wszystko zmieszało się i zatarło. Przedmioty zastępowała tylko barwa; nic nie widział 
prócz  cienkich  kolorowych  obręczy.  Wpadł  w  wir,  który  niósł  go  i  kręcił  z  taką  chyżością,  że 
Farquhar dostawał mdłości i zawrotów głowy. Po paru chwilach wyrzuciło go na żwir — na lewy, 
południowy brzeg potoku — za występ skalny, który krył go przed okiem nieprzyjaciół. Raptownie 
wytrącony z pędu otarł sobie skórę na ręce i to wróciło mu siły. Zapłakał z radości. Zanurzył palce 
w piasek, garściami sypał go na siebie i głośno mu błogosławił. Piasek przypomniał mu diamenty, 
rubiny,  szmaragdy,  nic  piękniejszego  nie  umiał  sobie  wyobrazić.  Drzewa  na  brzegu  rosły  niby 
ogromne krzewy w ogrodzie,- zauważył, jak symetrycznie są posadzone, wdychał woń ich kwiecia. 
Niezwykłe różowe światło widniało między pniami, gałęzie grały na wietrze jak harfy eolskie. Nie 
miał chęci uciekać dalej — wolał pozostać w tym czarownym ustroniu, dopóki go nie schwytają. 
Wytrącił  go  z  marzeń  gwizd  i  grzmot  kartacza,  który  rozerwał  się  wysoko  wśród  gałęzi. 
Rozczarowany  kanonier  posłał  mu  pocisk  na  pożegnanie.  Farquhar  zerwał  się,  wdarł  na  stromy 
brzeg i zanurzył się w las. 
Wędrował cały dzień, wytyczając szlak według słońca. Puszcza była chyba bezkresna; nie natrafił 
nigdzie na żadną przesiekę ani nawet na dróżkę leśnika. Nie miał pojęcia, że mieszka w tak dzikiej 
okolicy. Kryło się w tym coś zagadkowego. 
O  zmierzchu  rozbolały  go  nogi,  poczuł  się  znużony  i  zgłodniały.  Myśl  o  żonie  i  dzieciach 
przynaglała  go  do  marszu.  Znalazł  wreszcie  drogę,  która prowadziła  go  we  właściwym  kierunku. 
Była szeroka  i prosta jak ulica, a  jednak wyglądała  na  nieuczęszczaną. Nie  graniczyły z  nią pola, 
nikt  w  sąsiedztwie  nie  mieszkał.  Gdyby  choć  pies  zaszczekał  zwiastując  osiedle  ludzkie."  Czarne 
ściany  drzew  biegły  prosto  po  obu  stronach,  łącząc  się  w  punkt  na  horyzoncie:  przypominał  się 
szkolny wykres perspektywy. Nad drogą, w szczelinie nieba, świeciły obco wielkie, złote gwiazdy, 
ugrupowane  w  niezwykłe  konstelacje.  Był  przekonany,  że  stanowią  układ,  w  którym  kryje  się 
złośliwa  wróżba.  Z  obu  ścian  lasu  dobywały  się  osobliwe  zgiełki;  kilka-kroć  wyraźnie  usłyszał 

background image

szepty w obcej mowie. 
Dokuczał mu ból szyi, obmacując ją poznał, że straszliwie spuchła. Sznur musiał zostawić na niej 
czarną pręgę. Czuł, że oczy mu stężały; nie mógł ich już zamknąć. Język skołowaciał z pragnienia; 
chcąc ulżyć mu w gorączce, wysunął go z ust na zimne powietrze. Jakaż miękka murawa wyścieliła 
nieuczęszczany szlak — nie czuł już, że stąpa po ziemi! 
Zapewne mimo bólu musiał w marszu zapaść w  sen, gdyż teraz widzi  całkiem inny obraz  — być 
może wyzwolił się po prostu z widziadeł. Stoi u wrót domu. Nic się nie zmieniło, jasno tu i pięknie 
w porannym słońcu. Musiał wędrować calutką noc. Otwiera furtkę, zbliża się szeroką, jasną ścieżką 
i widzi, jak migoczą kobiece suknie; żona, jakże świeża, spokojna i cudna, zstępuje z werandy, aby 
go  powitać.  Przystanęła  na  ścieżce  i  czeka  z  uśmiechem  niewysłowionej  radości,  ma  w  sobie 
niedościgły  urok  i  godność.  Och,  jakaż  ona  piękna!  Skacze  ku  niej  z  otwartymi  ramionami.  Już 
przytula  ją  do  piersi,  kiedy  ogłuszający  cios  spada  mu  na  kark;  oślepiająco  białe  światło  tryska 
wokół z hukiem, jak wybuch pocisku — i nastaje zupełna ciemność i cisza. 
Peyton Farquhar nie żył; ciało jego, z przerwanym stosem pacierzowym, kołysało się łagodnie pod 
przęsłami mostu nad Sowim Potokiem. 
 
 
 

 
 
 

CHICKAMAUGA

*

 

 
 
W  słoneczne  popołudnie  mały  chłopczyk  wymknął  się  z  surowego  domu  na  polanie  i  nie 
zauważony przez nikogo zapuścił się w las. Cieszył się swobodą, podniecała go radość wyprawy w 
nieznane.  Odezwał  się  w  nim  bowiem  duch  przodków,  którzy  od  tysiącleci  dokonywali 
wiekopomnych  odkryć  i  podbojów,  a  na  miejscu  swoich  zwycięstw  wznosili  obozy  —  miasta  z 
ciosanego kamienia. Przemierzyli od kolebki swego narodu dwa kontynenty i przez wielkie morze 
przedostali się na trzeci, przekazując z pokolenia na pokolenie tradycję walki i panowania. 
Sześcioletni  chłopczyk  był  synem  ubogiego  farmera.  Ojciec  jego  w  młodości  walczył  z  nagimi 
dzikusami  i  pod  sztandarem  swego  kraju  dotarł  aż  do  stolicy  cywilizowanego  ludu  na  dalekim 
południu.  Nawet  w  wiejskiej  ciszy  nie  zamarł  w  nim  duch  żołnierski.  Ojciec  kochał  się  w 
batalistycznych, ilustrowanych książkach, a synek był na tyle pojętny, że wystrugał sobie pałasz. Z 
orężem  w  dłoni,  jak  przystało  na  syna  walecznego  narodu,  nacierał  w  lesie  na  nieprzyjaciela, 
fechtował się zażarcie, przybierając szermiercze pozy podpatrzone na ilustracjach. Wróg cofał się w 
popłochu i rozzuchwalony napastnik popełnił częsty na wojnie błąd — w pogoni za nieprzyjacielem 
zapędził  się  za  daleko.  Szeroki  i  bystry  strumień  zastąpił  mu  drogę,  gdy  tymczasem  wróg  z 
niepojętą  łatwością umknął  na drugi  brzeg. Ale  nieustraszony  zwycięzca  nie  dał  się  zbić  z  tropu; 
duch rasy, która przemierzyła ocean, żył niewątpliwie w jego maleńkiej piersi. Skacząc po głazach 
przedostał się przez strumień, spadł na ariergardę nieprzyjaciela i wyciął ją w pień.  
Gdy  już  wygrał  bitwę,  roztropność  wymagała,  aby  zawrócić  do  głównego  obozu.  Niestety,  jak 
większość sławnych zdobywców i jak najsławniejszy z nich, nie potrafił „okiełznać wojennej żądzy 
ani pojąć, że nie wolno kusić losu ponad miarę." 
Oddalał  się  od  strumienia  i  raptem  natknął  się  oko  w  oko  na  nowego  i  potężniejszego  wroga  — 
strzygąc  uszami  na  ścieżce  zuchwale  stał  słupka  królik!  Chłopczyk  krzyknął  z  przerażenia  i  na 
oślep  rzucił  się  do ucieczki.  Płakał  wzywając  nieartykułowanymi  dźwiękami  matkę,  kaleczyły  go 
ciernie  i  głogi.  Serce  trzepotało  mu  ze  strachu,  zadyszany  i  oślepiony  łzami  zabłąkał  się  w  lesie. 
Błądził jeszcze ponad godzinę wśród zarośli i krzaków, wreszcie pokonany znużeniem położył się 
między dwoma głazami niedaleko strumienia, przytulił do siebie drewnianą szabelkę i pochlipując 

                                                         

*

 Pamiętna bitwa w wojnie secesyjnej w r. 1863. 

background image

zasnął. Śpiewały nad nim wesoło ptaki leśnej skrzeczały wiewiórki harcujące po drzewach, gdzieś 
w oddali zadudnił dziwny grzmot. A na małej farmie biali i czarni ludzie w popłochu przeszukiwali 
zagrody i pola, matka rozpaczała za zaginionym dzieckiem. 
Upłynęło wiele godzin, zanim obudził go chłód. Malec bał się nocy, ale wypoczął sobie, więc już 
nie płakał. Zaczął przedzierać się przez zarośla i wydostał się wreszcie z gęstwiny. Ujrzał strumień i 
łagodny stok pagórka z rzadka porośnięty drzewami  —  wszystko zasnuwał  już zmierzch. Z wody 
wstawały przezroczyste  i  upiorne  opary,  które  odstraszyły  malca  —  zamiast  przedostać  się  przez 
strumień,  zawrócił  w  stronę  ciemnego  boru.  Raptem  spostrzegł  dziwnie  poruszający  się  kształt. 
Wydało mu się, że to jakiś wielki zwierz — pies, świnia —  nie umiał go nazwać, a może i niedź-
wiedź. Niedźwiedzia widział na obrazku, nie wiedział o nim nic złego i pragnął go kiedyś spotkać. 
Przyglądał mu się z ciekawością, ale nieporadne ruchy tego dziwnego zwierza powiedziały mu, że 
to nie jest niedźwiedź, i ogarnął go lęk. Stał z zapartym tchem, gdy tamten zbliżał się pomaleńku. 
Widząc,  że  nie  ma  długich  groźnych  uszu  królika,  malec  zaczął  nabierać  odwagi,  wyczuwał  coś 
znajomego  w  kulawym,  niezgrabnym  chodzie.  Zanim  rozpoznał  go  ostatecznie,  zauważył,  że  za 
tym pierwszym wloką się inni, że pełno ich wszędzie, że cały stok roi się od nich, a wszyscy pełzną 
do strumienia. 
Byli to ludzie. Posuwali się na czworakach, pełzli na rękach, wlokąc za sobą bezwładne nogi, szli 
na  kolanach;  usiłując  wstać  padali  jak  dłudzy  na  ziemię.  Pojedynczo,  parami,  w  małych  grupach 
uparcie ciągnęli ku wodzie, padając, podnosząc się, zostając w tyle. Szły ich całe tuziny, całe setki, 
a coraz to nowe szeregi wynurzały się z czarnego boru. Zupełnie jak by sama ziemia ruszała się  i 
pełzła do strumienia. Czasem któryś odpadł i leżał bez ruchu. Był martwy. Niektórzy robili dziwne 
gesty, wznosili i opuszczali ręce, chwytali się za głowę, składali dłonie jak przed ołtarzem. 
Malec nie wszystko z tego zauważył; na to trzeba byłoby starszego obserwatora; widział tylko, że 
są  to  mężczyźni,  a  jednak  raczkują  jak  niemowlęta,  i  nie  bał  się  ich  wcale,  choć  byli  jakoś  obco 
poubierani.  Swobodnie  poruszał  się  wśród  nich,  zaglądał  im  w  twarze  z  dziecięcą  ciekawością. 
Mieli blade i pstrokate oblicza, czerwone strużki i plamy na policzkach. Przypominali mu klowna, 
którego  latem  widział  w  cyrku,  i  patrząc  na  nich,  śmiał  się.  A  oni  pełzli  i  pełzli,  okaleczeni, 
skrwawieni,  nie  bacząc  na  jego  śmiech.  Dla  malca  było  to  wesołe  widowisko.  Czarni  niewolnicy 
ojca dla zabawy chodzili nieraz na czworakach, a malec ujeżdżał ich „na niby" jak konie. Podbiegł 

z

 

tyłu  do  jednego  z  pełzających  i  zwinnie  wskoczył  mu  na  plecy.  Tamten  zarył  nosem  w  ziemię, 
wierzgnął nie gorzej niż narowisty źrebak i malec wyleciał z siodła. Tamten obejrzał się za siebie 
ukazując  twarz  pozbawioną  dolnej  szczęki  —  krwawą  jamę,  okoloną  strzępkami  skóry  i 
kawałeczkami  kości.  Nienaturalnie  sterczący  nos,  brak  policzków  i  zaciekłe  oczy  nadawały  mu 
wygląd wielkiego drapieżnego ptaka zbroczonego na piersi krwią swojej ofiary. Malec podniósł się 
z  ziemi,  ranny  potrząsnął  mu  pięścią  przed  nosem.  Chłopiec  przestraszył  się,  uciekł  za  drzewo  i 
zaczął poważniej patrzeć na to, co się dzieje. I tak niezdarna rzesza wlokła się powoli i boleściwie 
w ohydnej pantomimie  —  wędrowała zboczem pagórka  jak chmara wielkich czarnych chrząszczy 
— bezszelestnie, w głębokiej absolutnej ciszy. 
Niesamowity krajobraz zaczął się rozjaśniać. Przez pasmo lasu za strumieniem przenikało dziwne, 
krwawe światło, konary drzew odcinały się na purpurowym tle jak czarna koronka. Łuna oświetliła 
cały pochód. Po połyskliwej trawie wlokły się za pełznącymi monstrualne cienie, przedrzeźniające 
każdy  ich  ruch.  W  czerwonym  świetle  wystąpiły  tym  wyraźniej  krwawe  rany,  wybladłe  twarze 
powlokły  się  rdzą,  sprzączki  i  guziki  mundurów  rzucały  krwiste  błyski.  Coraz  wspanialsza  łuna 
pociągnęła  malca,  pomaszerował  zboczem  wraz  ze  swą  straszną  kompanią.  Wkrótce  wyprzedził 
wszystkich. Z drewnianym pałaszem w dłoni wysunął się na czoło i uroczyście prowadził defiladę, 
dostosowując  krok  do  swoich  żołnierzy,  bacząc,  czy  nie  łamią  szeregów.  Zaiste,  nie  widziano 
jeszcze takiej armii z takim wodzem na czele. 
Straszliwy pochód powoli zbliżał się do strumienia pochyłym zboczem, na którym poniewierał się 
porzucony  rynsztunek  —  zrolowane  koce,  ciężkie  tornistry,  zniszczone  karabiny,  słowem  to,  co 
zostawia  za  sobą  cofająca  się  armia.  Ale  mały  wódz  nie  kojarzył  sobie  tego  z  niczym.  Dolinka, 
którą płynął strumień, była stratowana przez ludzi i konie, płaskie brzegi zamieniły się w grząskie 
błoto.  Bardziej  doświadczony  obserwator  zauważyłby,  że  ślady  idą  w  obu  kierunkach;  ktoś 

background image

przeszedł  tędy  dwukrotnie  —  w  ataku  i  w  odwrocie.  Kilka  godzin  temu  tysiące  żołnierzy 
przemierzyły  las,  a  wśród  nich  i  ci  straceńcy.  Kiedy  malec  spał,  szła  tędy  tyraliera  za  tyralierą, 
batalion za batalionem — omal go nie stratowali we śnie. Nie obudził go huk i gwar. Niemal o rzut 
kamieniem od miejsca, w  którym zasnął, żołnierze stoczyli bitwę, a on  spał  nie słysząc  ani palby 
karabinów, ani łoskotu armat, ani gromkich rozkazów i wrzawy. Przespał całą bitwę, z drewnianym 
pałaszem kurczowo zaciśniętym w ręce, jakby przez nieświadomą solidarność z walczącymi, ale tak 
niewrażliwy na wspaniały bój, jak ci, co padli na polu chwały. 
Nad  słupem  ognia  za  lasem  unosiła  się  chmura  dymu,  blask  pożaru  odbijał  się  od  niej  i  nasycił 
swoim  kolorytem  cały  krajobraz.  Nadwodne  mgły  mieniły  się  złociście,  strumień  połyskiwał 
szkarłatem, z wody wystawały czerwone  głazy. Ale to była  krew  na kamieniach, splamili  je ranni 
przedostając  się  po  nich  przez  strumień.  Chłopiec  spieszył  do  pożaru,  przeskoczył  zwinnie  po 
głazach i na drugim brzegu obejrzał się za swoją armią. Nadciągała właśnie nad strumień. Silniejsi 
rozłożyli  się  już  plackiem  na  brzegu  zanurzając  twarze  w  potoku.  Kilku  leżących  nad  wodą 
wyglądało  tak,  jak  by  mieli  same  karki  bez  głów.  Malec  wytrzeszczył  oczy  ze  zdumienia,  nawet 
jego chłonna wyobraźnia  nie potrafiła się pogodzić z przejawem podobnej  żywotności. Byli to ci, 
którym  po  zaspokojeniu  pragnienia  nie  starczyło  sił,  aby  dźwignąć  się  znad  wody,  głowy 
powpadały  im  do  strumienia,  potopili  się.  Wódz  objął  wzrokiem  całą  swą  kaleką  armię,  która 
jeszcze ściągała nad brzeg — bardzo wielu zostało po drodze. Dla zachęty pomachał im czapką i z 
uśmiechem  wskazał  wyciągniętym  pałaszem  łunę  przewodnią  —  słup  ognisty,  ku  któremu  ich 
wiódł. 
Ufając  wierności  swoich  żołnierzy  minął  oświetlony  pożarem  zagajnik,  przedostał  się  przez 
ogrodzenie  na  pola  i  pobiegł  podskakując,  przekomarzając  się  z  własnym  cieniem,  dopóki  nie 
znalazł się w pobliżu gorejącego rumowiska. Pustka dokoła. Na całym polu nie widać było żywej 
duszy,  ale  chłopiec  nie  dbał  o  to  wcale.  Bawił  go  pożar.  Naśladując  igrające  płomienie  malec 
tańczył radośnie, chciał dorzucić do ognia wszystko, co tylko znalazł, ale żar trzymał go z daleka i 
nie udawało mu się trafić do celu. W rozpaczy cisnął w ogień  swój pałasz  — skapitulował przed 
potęgą żywiołu. Zakończył tym swą karierę wojskową. 
Kiedy zmieniał pozycję, uderzył go dziwnie znajomy wygląd stojących na uboczu zabudowań, jak 
gdyby  kiedyś  już  mu  się  śniły.  Przypatrywał  się  im  w  zdumieniu  i  raptem  cała  plantacja  z 
otaczającym  ją  lasem  okręciła  się  jak  na  śrubie.  Jego  mały  świat  wykonał  pół  obrotu;  bieguny 
kompasu zmieniły się... W gorejącym budynku poznał swój dom! 
Chwilę stał zupełnie oszołomiony, a potem zaczął biec potykając się dokoła pogorzeliska. W blasku 
pożogi natknął się na kobiece zwłoki. Zabita leżała z rozrzuconymi rękami, w garściach zaciskając 
trawę.  Miała  potargany  strój,  bladą  twarz,  czarne  kędziory  zlepione  krwią.  Większa  część  czoła 
była  zerwana,  a  z  otworu  wylewał  się  mózg,  szarą  spienioną  masą  pokrytą  rojem  szkarłatnych 
bąbelków — dzieło odłamka pocisku. 
Malec  zaczął  opętańczo  wymachiwać  rękami.  Bełkotał  coś  niesamowitym  głosem,  który 
przypominał  zarazem  pisk  małpy  i  bulgotanie  indora  —  przeraźliwą,  bezduszną,  iście  diabelską 
mowę. Chłopczyk był głuchoniemy. 
A potem stał bez ruchu, z drżącymi wargami, patrząc na szczątki u swoich stóp. 
 
 
 
 

ZAGINĄŁ BEZ WIEŚCI 

 

 
Hieronim Searing, żołnierz armii  generała Shermana,  która zajmowała właśnie pozycje w okolicy 
Kennesaw  Mountain  w  stanie  Georgia,  odwrócił  się  od  grupki  oficerów,  z  którymi  przed  chwilą 
rozmawiał  ściszonym  głosem,  przekroczył  płytką  linię  okopów  i  zniknął  w  lesie.  Żołnierze  w 
okopach  odprowadzili  go  wzrokiem,  rozumiejąc,  że  temu  dzielnemu  człowiekowi  powierzono 
jakieś  niebezpieczne  zadanie.  Hieronim  Searing,  chociaż  zwykły  strzelec,  został  przydzielony  do 

background image

sztabu dywizji, gdzie figurował w rejestrach  jako ordynans. Pod tą funkcją kryją się najrozmaitsze 
obowiązki.  Ordynans  może  być  gońcem,  sekretarzem,  czyścibutem  —  wszystkim.  Może  spełniać 
czynności nie przewidziane rozkazem ani regulaminem, zależnie od swoich zdolności, od protekcji, 
od  przypadku.  Szeregowy  Searing,  niezrównany  strzelec,  młody,  śmiały,  bystry  i  nie  znający 
strachu  —  był  wywiadowcą.  Dowódca  dywizji  nie  lubił  wykonywać  rozkazów  na  ślepo,  nie 
wiedząc, co się dzieje  na  jego przedpolu  —  nawet wówczas, gdy dywizja  nie wykonywała  samo-
dzielnych  zadań,  tylko  działała  wspólnie  z  całą  armią.  Nie  zadowalały  go  też  normalne  źródła 
informacji:  dowódca  korpusu,  patrole,  straże  przednie,  chciał  wiedzieć  więcej.  Stąd  właśnie 
wywodziła  się  rola  Hieronima  Searinga,  człowieka  o  niezwykłej  odwadze,  świetnego  trapera  o 
sokolim wzroku i znanej prawdomówności. Tym razem otrzymał on proste instrukcje: podejść jak 
najbliżej do stanowisk nieprzyjaciela i wybadać, co tylko się da. 
Wkrótce dotarł do najdalej wysuniętej placówki. Żołnierze po dwóch, po czterech leżeli okopani w 
płytkich  nieckach,  lufy  karabinów  wystawały  spośród  zielonych  gałęzi,  którymi  zamaskowali 
stanowiska. Las  ciągnął się  nieprzerwanie, tak dostojny i cichy, że bez wysiłku wyobraźni trudno 
było sobie uświadomić, iż pełno w nim zbrojnych ludzi, skupionych i czujnych — że jest to las, w 
którym  czai  się  groźba  bitwy.  Searing  przypadł  na  chwilę  w  jednym  ze  stanowisk,  aby 
poinformować  żołnierzy  o  swoich  zamiarach,  po  czym  wypełzł  ukradkiem  naprzód  i  wkrótce 
zniknął im z oczu w gęstych zaroślach. 
— Przepadł z kretesem — powiedział jeden z żołnierzy. — Szkoda, że nie zostawił mi karabinu,, to 
przynajmniej tamci by do nas z niego nie strzelali. 
Searing pełzł naprzód, wykorzystując każdą osłonę. Wzrok jego przenikał wszędzie, słuch reagował 
na  każdy dźwięk. Wstrzymywał oddech, a gdy tylko trzasnęła mu pod kolanem  gałązka, zamierał 
wtulony w ziemię. Było to żmudne, ale i fascynujące przedsięwzięcie. Searing nie zdradzał jednak 
żadnych objawów podniecenia, puls miał tak regularny, nerwy tak opanowane, jak gdyby zastawiał 
sidła na wróbla. 
„Czas płynie — pomyślał — ale nie zapuściłem się chyba bardzo daleko, bo jeszcze żyję." 
Uśmiechnął  się  ubawiony  takim  sposobem  określania  odległości  i  podkradał  się  dalej.  Raptem 
rozpłaszczył  się na ziemi  i  leżał bez ruchu długie minuty. Przez szczelinę wśród zarośli dostrzegł 
żółty  kopczyk  gliny  —  jedno ze stanowisk  nieprzyjaciela. Wreszcie ostrożnie uniósł  głowę cal po 
calu,  potem  dźwignął  się  na  łokciach,  wpatrzony  nieustannie  w  gliniasty  pa-góreczek.  Po  chwili 
skulony pomknął naprzód z karabinem w ręce. Nie pomylił się — wróg się wycofał. 
Searing  postanowił  upewnić  się  o  tym  całkowicie,  zanim  złoży  tak  ważny  raport.  Skokami 
przedostał  się  przez  linię  opuszczonych  stanowisk,  przemykał  od  drzewa  do  drzewa,  licząc,  że 
może  się  natknąć  na  maruderów.  Las  się  skończył  i  Searing  ujrzał  przed  sobą  plantację.  Było  to 
jedno z owych nieszczęsnych opuszczonych gospodarstw z ostatnich lat wojny, zarośnięte głogiem, 
brzydkie  i  wymarłe  —  płoty  połamane,  zabudowania  puste,  czarne  dziury  zamiast  drzwi  i  okien. 
Searing przyczaił się w sosnowym zagajniku i rozejrzał bacznie. Spostrzegł jakąś ruderę na pagórku 
—  świetny  punkt  obserwacyjny.  Pobiegł  tam  szybko  przez  pole  i  sad.  Była  to  szopa  na  czterech 
słupach,  z  której  niewiele  zostało  prócz  dachu;  podłoga  się  zawaliła,  deski  i  belki  tworzyły 
niesamowitą plątaninę, słupy pochyliły się pod ciężarem dachu. Cała budowla wyglądała tak, jak by 
miała runąć za dotknięciem palca. 
Searing wdrapał się na rumowisko desek i belek, skąd miał wspaniały widok na dolinę i odległy o 
pół mili grzebień górski. Stroma droga, wiodąca przez przełęcz, roiła się od wojska. Była to tylna 
straż wycofującej się armii nieprzyjacielskiej. Na lufach karabinów połyskiwało poranne słońce. 
Searing nie miał już nic więcej do roboty, powinien był natychmiast wrócić do sztabu i zdać raport. 
Ale patrząc na szarą kolumnę konfederatów, pnącą się mozolnie górską drogą, nie mógł się oprzeć 
pokusie.  Miał  karabin  z  precyzyjnym  celownikiem,  zaopatrzony  w  lunetkę,  i  zachciało  mu  się 
posłać  im  piękny  ładunek  ołowiu.  Nie  wpłynie  to  wprawdzie  na  przebieg  i  ostateczny  rezultat 
wojny, ale żołnierz jest od tego, aby zabijać. A dobremu żołnierzowi wchodzi to w krew. Searing' 
zarepetował karabin i odbezpieczył spust. 
Zostało  jednak  postanowione  w  zaraniu  dziejów,  że  strzelec  Searing  nie  zamorduje  nikogo  w  ów 
słoneczny,  letni  poranek  ani  też  nie  obwieści  odwrotu  konfederatów.  Od  niepamiętnych  czasów 

background image

wypadki  tak  się  układały  w  tej  cudownej  mozaice,  której  wyraźniejsze  fragmenty  zwykliśmy 
nazywać  historią  —  że  zamierzony  postępek  Searinga  naruszyłby  harmonię  kompozycji. 
Zapobiegła  temu  powołana  do ochrony  wieczystych  planów  Potęga,  sprowadzając  na świat  przed 
jakimiś  dwudziestoma  pięcioma  laty  niemowlę  płci  męskiej,  urodzone  w  małej  podkarpackiej 
wiosce.  Pod  jej  opieką  niemowlę  wzrosło,  wykształciło  się,  nabrało  zamiłowań  do  wojaczki  i  we 
właściwym czasie zostało oficerem artylerii. Okoliczności tak się ułożyły, że ów oficer dopuścił się 
naruszenia dyscypliny i musiał uciekać przed karą z rodzinnego kraju. Los skierował go do Nowego 
Orleanu (zamiast do Nowego Jorku), gdzie na przystani oczekiwał go oficer werbunkowy. Przyjęto 
go do wojska, dano mu awans i w rezultacie dowodził baterią artyleryjską konfederatów, która stała 
właśnie  w  odległości  jakichś  dwóch  mil  od  miejsca,  w  którym  Hieronim  Searing,  wywiadowca 
armii federalnej, szykował się do strzału. Wszystko zostało przemyślane — każdy krok w życiu obu 
tych  ludzi,  w  życiu  ich  bliźnich  i  przodków,  a  także  przodków  ich  przodków,  wszystko  szło  ku 
temu,  aby  osiągnąć  zamierzony  rezultat.  Gdyby  cokolwiek  w  tym  ogromnym  systemie  powiązań 
uległo  przeoczeniu,  szeregowy  Searing  owego  ranka  wypaliłby  w  ślad  za  wycofującymi  się 
konfederatami i prawdopodobnie by chybił. Tak  się  jednak złożyło, że  kapitan artylerii  nie mając 
nic  lepszego  do  roboty  w  oczekiwaniu  na  swoją  kolej  wymarszu  zabawiał  się  wycelowywaniem 
działa  na  prawo  w  skos  w  stronę  grzbietu  pagórka,  gdzie  zdawało  mu  się,  że  dostrzegł  grupkę 
nieprzyjacielskich  oficerów.  Dał  ognia.  Pocisk  poszybował  za  daleko.  W  chwili  gdy  Hieronim 
Searing  kładł  palec  na  cynglu  i  wpatrując  się  w  odległą  kolumnę  konfederatów  rozważał,  gdzie 
najlepiej posłać kulę, aby żonę pozbawić męża albo dziecko — ojca, albo matkę — syna, da Bóg, 
wszystko  za  jednym  zamachem  —  w  powietrzu  rozległ  się  szum  podobny  do skrzydeł  wielkiego 
ptaka. Zanim Searing zdążył się zorientować, z nieba wyskoczył pocisk z ochrypłym i straszliwym 
wyciem. Palnął prosto w słup, aż zaświszczały drzazgi, a idiotyczna rudera zawaliła się z łoskotem 
w oślepiających kłębach kurzu. 
Hieronim Searing  nieprędko zrozumiał, co się z nim stało. Gdy odzyskał przytomność, leżał jakiś 
czas z zamkniętymi oczami — w przekonaniu, że umarł i już go pochowano. Usiłował przypomnieć 
sobie szczegóły  pogrzebu. Żona musiała  klęczeć  na  grobie,  gdyż  czuł  na  piersiach  okrutny  ciężar 
ziemi.  Obie razem,  wdowa  i  ziemia,  rozgniotły  wieko  trumny.  Jeżeli  dzieci  nie  namówią  jej,  aby 
poszła  do  domu,  niedługo  nie  będzie  miał  sił  oddychać.  Zabolała  go  ta  krzywda.  „Nie  mogę 
odezwać się do żony — myślał — bo umarli nie mają głosu. Nie mogę otworzyć oczu, bo ziemia mi 
się do nich nasypie." 
I otworzył powieki — zajaśniała nad nim wielka połać błękitnego nieba obrzeżona wierzchołkami 
drzew,  część  lasu  zasłaniał  wysoki  brunatny  kopiec  o  zwalistej  i  zawiłej  konstrukcji.  Cały  obraz 
tonął w niezmierzonej dali, w przestrzeni tak przeogromnej, że znużyła go, więc zamknął oczy. W 
tejże  chwili poraziło go nieznośne światło, zahuczał  głuchy  grzmot dalekiego morza, przez zgiełk 
fal  przedzierały  się  wyraźne  słowa:  „Hieronimie  Searing,  wpadłeś  jak  szczur  w  pułapkę  —  w 
pułapkę, pułapkę, pułapkę." 
Raptem zapadła wielka cisza, gęsta ciemność, nieskończony spokój, aż Hieronim Searing doskonale 
świadom swojej szczurzej doli i pułapki, w jaką się dostał, przypomniał sobie wszystko i wcale nie 
przerażony otworzył oczy, aby zbadać sytuację, ocenić siłę wroga i wynaleźć sposób obrony. 
Dostał się między belki,  które go unieruchomiły,  Jedna wcisnęła  go bokiem w stertę desek, gdzie 
uwięzło mu lewe ramię, druga leżała mu na piersiach, nie potrafił ruszyć jej z miejsca. Nogi zasypał 
po  kolana  zwał  gruzu,  który  zasłaniał  horyzont.  Głowę  miał  unieruchomioną  jak  w  kleszczach; 
mógł  poruszać  tylko  oczami.  Ale  prawą  rękę  miał  częściowo  swobodną.  „No, rączko  kochana  — 
powiedział do niej — musisz nas z tego wygrzebać." Niestety nie mógł jej wydostać spod ciężkiego 
bierwiona, leżącego w poprzek, piersi, ani porządnie zgiąć w łokciu. 
Searing  nie  doznał  poważniejszych  obrażeń  i  nie  czuł  bólu.  Oszołomił  go  na  chwilę  szok, 
wywołany  przez  wybuch,  przy  czym  uderzył  go  w  głowę  odprysk  belki.  Searing  musiał  prędko 
odzyskać przytomność. Powrót do życia, podczas którego nawiedzały go dziwne majaczenia, chyba 
nie trwał dłużej niż parę sekund, gdyż kurz nie zdążył jeszcze opaść, gdy Searing zaczął przytomnie 
rozważać swoją sytuację. 
Próbował prawą ręką pochwycić belkę leżącą w poprzek jego piersi i w żaden sposób nie mógł tego 

background image

dokonać,  gdyż  nie  potrafił  zgiąć  łokcia,  i  tak  samo  nie  mógł  dosięgnąć  drugiej  belki,  która 
unieruchomiła mu lewy bok. Nie mógł  ich  ani podważyć, ani odepchnąć, ani pochwycić palcami. 
Przekonawszy  się,  że  nic  nie  wskóra,  zrezygnował  i  zaczął  się  zastanawiać,  czy  nie  uda  mu  się 
dobrać do sterty gruzu przywalającej nogi. 
Gdy  się  jej  przyglądał,  przykuł  jego  uwagę  lśniący  metalowy  pierścień  przed  samymi  oczami. 
Początkowo zdawało mu się, że jądro pierścienia jest idealnie czarne; miało średnicę szerszą niż pół 
cala. Raptem przyszło mu na myśl, że to nie czarny pierścień, tylko wylot jego karabinu sterczącego 
spod gruzu. Nie zadowalał się długo tym odkryciem — jeśli w ogóle można mówić o zadowoleniu. 
Przymykając to jedno, to drugie oko, mógł dostrzec kawałek lufy, wyzierający spod rumowiska, w 
którym  utknął  karabin.  Z  obu  stron  widział  lufę  wyraźnie  pod  tym  samym  kątem.  Gdy  patrzył 
prawym okiem,  karabin zdawał się mierzyć w  lewą skroń  i  na odwrót. Wierzchu lufy  nie potrafił 
zobaczyć, ale widział jej spód. W istocie broń była wycelowana prosto między oczy. 
Gdy  sobie  uświadomił  i  przypomniał  zarazem,  że  tuż  przed  fatalnym  przysypaniem  odbezpieczył 
spust i karabin może wypalić od lada dotknięcia — szeregowy Searing poczuł się nieswojo. Było to 
jednak uczucie jak najdalsze od strachu; Hieronim Searing był człowiekiem odważnym, oswojonym 
z widokiem karabinów od tej strony, a  nawet  i  armat. Przypomniał sobie  nie bez rozbawienia, co 
mu  się  przydarzyło  podczas  szturmu  na  Missionary  Ridge.  Z  wysokiego  szańca  biła  w  nich 
kartaczami nieprzyjacielska armata. Wdzierając się na szaniec Searing myślał przez chwilę, że wy-
cofano ją stamtąd, bo widział przed sobą tylko mosiężny krąg. Zrozumiał, co to jest, w sam czas, by 
odskoczyć, gdy krąg sieknął żelazem po hurmie atakującej piechoty. Dla żołnierza zwykły to widok 
—  ujrzeć  wymierzoną  w  siebie  broń  i  gorejące  złowrogo  oczy.  Mimo  to  Searing  poczuł  się 
nieswojo i odwrócił wzrok. 
Chwilę  obmacywał  deski  prawą  ręką,  a  potem  próbował  bezskutecznie  uwolnić  lewe  ramię. 
Próbował  też  poruszyć  głową,  ale  coś  ją  zupełnie  unieruchomiło.  Chciał  wreszcie  wyswobodzić 
nogi, ale gdy napiął mięśnie, przyszło mu na myśl, że karabin może wypalić, jeśli poruszy się gruz. 
Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  karabin  wcześniej  nie  wystrzelił,  chociaż  trafiały  się  takie  wypadki. 
Przypomniało mu się, jak to kiedyś w roztargnieniu rozwalił kolbą czaszkę pewnego jegomościa i 
dopiero potem spostrzegł, że broń, którą tak dziarsko wywijał, była nabita, z założonym kapslem i 
gotowa  do  strzału  —  co  by  z  pewnością  zagrzało przeciwnika  do  dłuższego  oporu,  gdyby  o  tym 
wiedział. Wspomnienie tej gafy ze szczenięcych żołnierskich lat pobudzało go zawsze do śmiechu, 
tym  razem  jednak  nie  uśmiechnął  się.  Spojrzał  znowu  w  wylot  karabinu  i  odniósł  wrażenie,  że 
muszka musiała się poruszyć — karabin jak by przybliżył się nieco. 
Znów odwrócił oczy. Zaciekawiły  go odległe wierzchołki drzew na skraju plantacji; przedtem nie 
zauważył, że są tak zwiewne i pierzaste, że niebo jest takie granatowe, prawie czarne, choć wśród 
gałęzi  rozjaśnia  się  nieco  zielenią.  „Za  parę  godzin  zrobi  się  paskudnie  gorąco  —  pomyślał.  — 
Ciekawe, jaka to strona świata." 
Przyjrzał  się,  gdzie  pada  cień,  i  doszedł  do  wniosku,  że  leży  twarzą  ku  północy;  przynajmniej 
słońce nie będzie świecić mu w oczy, a na północy — czeka żona i dzieci. 
— Masz ci los — zawołał. — A cóż to ma do rzeczy? 
Zamknął oczy. „Skoro nie mogę się uwolnić, to co mi szkodzi, że się prześpię. Rebelianci wycofali 
się, a nasi na pewno będą tu szperać w poszukiwaniu furażu. To mnie znajdą." 
Nie  zasnął  jednak.  Zaczął  mu  dokuczać  dziwny  ból  pod  czaszką  —  głuchy,  początkowo  ledwie 
wyczuwalny, gnębił go coraz bardziej. Searing otworzył oczy i ból zniknął, zamknął je i ból wrócił. 
„Niech to diabli!" — powiedział bez związku i znowu zaczął gapić się w niebo. Słyszał szczebiot 
ptaków, dziwny  metaliczny  głos  skowronka  przywodzący  na  myśl  brzęk  rozedrganych  kling.  Dał 
się ponieść przyjemnym wspomnieniom dzieciństwa, bawił się znów z siostrą i bratem, biegł przez 
pola  płosząc  zasiedziałe  skowronki,  zaszył  się  w  ponury  las  i  bojaźliwym  krokiem  podkradał  się 
ścieżką ku Czarciej Skale, aż stanął wreszcie z bijącym sercem przed Jaskinią Samobójcy, pragnąc 
zbadać jej straszliwą tajemnicę. Spostrzegł, że wejście do groty otacza metalowy pierścień. Raptem 
wszystko znikło, patrzył w wylot swego karabinu. Jeśli przedtem lufa jak by się przybliżyła, to teraz 
świeciła  w  niepojętej  dali  —  tym  bardziej  groźnie.  Searing  krzyknął.  Zaskoczony  nutą  strachu  w 
swoim  głosie  usprawiedliwił  się  kłamliwie:  „Jeśli  nie  będę  wrzeszczeć,  to  nie  odnajdą  mnie  do 

background image

samej śmierci." 
Nie próbował więcej unikać złowrogiego oka karabinu. Jeśli odwracał na chwilę wzrok, to tylko w 
poszukiwaniu  pomocy  (chociaż  ruina  zasłaniała  mu  widok),  ale  natychmiast  przyciągał  go  z 
powrotem nieprzeparty urok. Jeśli zamykał oczy, to tylko ze znużenia, ale natychmiast dotkliwy ból 
pod czaszką — zapowiedź i groźba kuli — zmuszał go do otworzenia powiek. 
Nie  wytrzymywał  nerwowo  takiego  napięcia  i  raz  po  raz  tracił  przytomność.  W  pewnej  chwili 
budząc się z omdlenia poczuł ostry, piekący ból w prawej ręce, poruszył palcami — były mokre  i 
lepkie.  Domyślił  się,  ze  to  krew.  Musiał  w  malignie  tłuc  pięścią  o  roztrzaskane  deski  i  szczapy. 
Postanowił  sobie,  że  przyjmie  swój  los  po  męsku.  Był  prostym,  zwykłym  żołnierzem,  z  religią  i 
filozofią  miał  niewiele  wspólnego;  nie  mógł  umrzeć  jak  bohater  z  wielkim  i  mądrym  słowem  na 
ustach, nawet  gdyby było do kogo je  skierować, ale mógł za to umrzeć ,,z fasonem"  i tak umrze. 
Gdyby tylko wiedział, kiedy padnie strzał. 
Szczury, które chyba zamieszkiwały szopę, zaczęły węszyć i przemykać w pobliżu. Jeden wydrapał 
się  na  stertę  gruzu,  w  której  utknął  karabin  —  za  nim  drugi,  trzeci.  Searing  przyglądał  im  się 
najpierw obojętnie, potem z przyjaznym zaciekawieniem; dopóki nie błysnęło mu w oszołomionym 
mózgu, że mogą potrącić cyngiel; sklął je i kazał im iść precz. — Nie wasz interes! — krzyknął. 
Szczury  umknęły;  wrócą  później  i  dobiorą  mu  się  do  twarzy,  wygryzą  nos,  rozpłatają  gardło  — 
wiedział o tym, ale spodziewał się, że zdąży umrzeć, zanim ta chwila nadejdzie. 
Nic  już  nie  mogło  oderwać  jego  wzroku  od  metalowego  pierścionka  z  czarnym  oczkiem. 
Przenikliwy ból stopniowo przewiercał mu mózg, drążąc coraz głębiej i głębiej, aż do samej deski 
pod głową. Searing zaczął znów tłuc pokaleczoną pięścią w drzazgi, aby. zagłuszyć ów straszliwy 
ból,  który  pulsował  w  powolnych,  regularnych  nawrotach,  za  każdym  razem  coraz  ostrzejszy. 
Chwilami Searing myślał, że to już fatalna kula przewierca mu czaszkę — i krzyczał. Dom, dzieci, 
żona,  ojczyzna,  chwała  —  wszystko,  co  żyło  w  pamięci,  przepadło do  cna, świat  cały  zginął  bez 
śladu. Rumowisko strzaskanych belek i desek to jedyny wszechświat, jaki istnieje. Tu właśnie czas 
nie ma władzy — każdy ból jest wiekuistym życiem. Pulsując odmierza wieczność. 
Hieronim Searing, człek pełen odwagi, postrach nieprzyjaciół, rezolutny  i mężny wojak  —  zbladł 
jak  upiór.  Szczęka  mu opadła,  oczy  wyszły  z  orbit,  zlany  zimnym  potem dygotał  na  całym  ciele, 
wrzeszczał ze strachu. Nie postradał zmysłów, tylko wył z przerażenia. 
Pokiereszowaną i krwawiącą ręką trafił wreszcie na kawałek rozłupanej deski, szarpnął i poczuł, że 
listwa się rusza. Wyciągnął ją cierpliwie spod gruzu, który przywalił mu nogi, i wreszcie miał ją w 
ręce.  Zaświtała  mu  wielka  nadzieja:  może  uda  mu  się  końcem  listwy  odepchnąć  karabin  albo 
przynajmniej tak go podważyć, aby kula poszła w bok. Zaczął przesuwać listwę do tyłu cal po calu. 
Z emocji wprost bał się oddychać i nie śmiał oderwać oczu od karabinu, który tracąc szansę, mógł 
zareagować w ostatniej chwili. Searing pochłonięty walką o ratunek nie zważał na ból pod czaszką i 
do pewnego stopnia odzyskał panowanie nad sobą. Wciąż jednak był straszliwie przerażony i zęby 
szczękały mu jak kastaniety. 
Listwa utknęła. Targał nią z całej siły, przesuwał na boki, ale wciąż napotykała jakiś opór za jego 
plecami; koniec jej leżał u jego nóg, za daleko, aby nim podważyć lufę karabinu. Znajdował się w 
istocie  na  wysokości  spustu,  którego  nie  przysypał  gruz;  Searing  widział  cyngiel  niewyraźnie 
prawym  okiem.  Usiłował  złamać  listwę,  ale  nie  było  o  co  jej  oprzeć.  Porwał  go  okrutny  strach. 
Czarny  wylot  karabinu  zapowiadał  karę  za  podniesiony  bunt  —  tym  ostrzejszą  i  gwałtowniejszą 
śmierć. Wyimaginowana kula świdrowała czaszkę. Searing znowu zaczął dygotać w jeszcze gorszej 
udręce. 
Nagle  uspokoił  się.  Dreszcze  ustąpiły;  zacisnął  zęby  i  zmarszczył  brwi.  Nie  wyczerpał  środków 
obrony; wymyślił coś innego — nowy plan bitwy. Uniósł koniec listwy, ostrożnie przybliżył go do 
karabinu  i  oparł  o  kabłąk  przed  spustem.  Powoli  poruszał  listwę,  aż  poczuł,  że  zsunęła  się  z 
kabłąka. Wtedy zamknął oczy  i pchnął nią z całej siły w cyngiel! Eksplozja nie nastąpiła. Karabin 
zdążył wypalić już dawno, kiedy waliła się cała rudera. Ale spełnił swoje zadanie. 
 
 
 

background image

Porucznik  Adrian  Searing  —  dowodzący  tym  właśnie  odcinkiem,  skąd  brat  jego,  Hieronim, 
wyszedł  na zwiad  —  czuwał w okopie wytężając słuch. Nie uszedł  jego uwagi  najlżejszy  szelest, 
krzyk  ptaka,  szczebiot  wiewiórki,  szum  wiatru  wśród  sosen.  Niespodzianie  doleciał  z  przedpola 
głuchy, bezładny rumor, jakby łoskot walącego się budynku, zniekształcony przestrzenią. Porucznik 
odruchowo  spojrzał  na  zegarek.  Szósta  minut  osiemnaście.  W  tejże  chwili  nadbiegł  goniec  i 
zasalutował. 
— Panie poruczniku — powiedział — rozkaz od pułkownika. Ma pan ruszyć naprzód i zaatakować 
stanowiska  nieprzyjaciela, jeśli  go pan znajdzie. Jeśli  nie, posuwać się dalej, aż do odwołania. Są 
powody do przypuszczeń, że nieprzyjaciel wycofał się. 
Porucznik  w  milczeniu  skinął  głową.  Za  chwilę  żołnierze,  poinformowani  cichym  głosem  przez 
podoficerów o  wyznaczonym  zadaniu, wyszli  z  okopów tyralierą  i  posuwali  się  naprzód  w  szyku 
bojowym, z zaciśniętymi zębami i bijącym sercem. 
Tyraliera  przemierza  plantację  i  sunie  w  stronę  gór.  Mija  po  drodze  zburzoną  szopę.  Z  tyłu,  w 
niewielkiej  odległości  za  tyralierą,  idzie  dowódca.  Rzuca  ciekawym  okiem  na  rumowisko  i 
spostrzega  trupa  zagrzebanego  do połowy  wśród bierwion  i  desek. Osiadło  na  nim  tyle  kurzu,  że 
mundur ma szary, konfederacki kolor. Twarz trupa jest żółtawa, policzki zapadły, skronie wklęsły 
tak głęboko, aż pod skórą wystąpiły ostre kości — odrażająco wąskie czoło; spod uniesionej górnej 
wargi widać okrutnie zaciśnięte zęby. Włosy ociekają wilgocią, twarz pokryta rosą jak rosnąca wo-
kół trawa. Porucznik nie widzi karabinu. Żołnierz zginął widocznie podczas zawalenia się szopy. 
—  Leży  z  tydzień  —  orzekł  krótko  porucznik  i  poszedł  dalej,  po  drodze  machinalnie  wyjmując 
zegarek. Szósta minut czterdzieści. 
 
 
 
 

PRZEŁĘCZ COULTERA 

 
 
— Sądzi pan, panie pułkowniku, że pański dzielny Coulter odważyłby się tutaj wytoczyć działo? — 
zagadnął generał. 
Żartował sobie widocznie; przecież w takim miejscu żaden artylerzysta bez względu na odwagę nie 
miałby  ochoty  wytaczać  działa.  Pułkownik  pomyślał,  że  chyba dowódca dywizji  chciał  mu  w  ten 
sposób  dać  do  zrozumienia,  iż  przed  chwilą  wynieśli  odwagę  kapitana  Coultera  za  wysoko  pod 
niebiosa. 
— Panie generale — odpowiedział z zapałem — Coulter gotów jest ustawić działo gdziekolwiek w 
zasięgu ognia tamtych panów. — Wskazał ręką w kierunku nieprzyjaciela. 
— Więc tu, bo innego miejsca nie ma — rzekł generał. A zatem wcale nie żartował. 
Chodziło  o  przesmyk  w  szczerbatym  łańcuchu  górskim.  Była  to  wąziutka  przełęcz,  którą 
przeciskała się droga, wspinająca się zygzakiem przez rzadki las i zbiegająca podobnie, ale nie tak 
stromo,  w  kierunku  nieprzyjaciela.  Na  milę  w  obie  strony  grań  nie  nadawała  się  na  stanowiska 
artyleryjskie.  Przylgnęła  do  niej  piechota,  żołnierze  trzymali  się  skał  jakby  pod  ciśnieniem 
atmosferycznym.  Pozostawał  tylko  przesmyk,  w  którym  ledwie  mieściło  się  łożysko  drogi. 
Znajdował  się  on  pod  ostrzałem  dwóch  baterii  konfederackich,  ustawionych  na  nieco  niższym 
poziomie  za  strumieniem  w  odległości  pół  mili.  Konfederaci  zamaskowali  wszystkie  działa  w 
sadzie,  jedno  tylko  stało  sobie  —  wręcz  bezczelnie  —  na  trawniku  tuż  przed  dość  okazałym 
dworem plantatora. Mimo to obsłudze nic nie groziło w tej chwili, gdyż piechota miała rozkaz nie 
strzelać.  Przełęcz  Coultera  —  tak  ją  z  czasem  nazwano  —  nie  była  w  owo  przyjemne  letnie  po-
południe wymarzonym miejscem do „wytaczania dział". 
Leżało  tam  kilka  skłębionych  trupów  końskich  i  trzech  lub  czterech  zabitych,  odciągniętych  na 
skraj  drogi  i  ułożonych  w  schludny  rząd.  Byli  to  kawalerzyści  ze  zwiadu,  ale  spoczywał  tam 
również  kwatermistrz.  Generał  dowodzący  dywizją  i  pułkownik  dowodzący  brygadą  wjechali 
niedawno  w  przełęcz  ze  swoją  eskortą  i  sztabem,  aby  przyjrzeć  się  nieprzyjacielskim  armatom, 

background image

które  natychmiast  okryły  się  kłębami  dymu.  Nie  było  więc  sensu  interesować  się  armatami, 
zachowującymi  się  jak  sepie,  i  obserwację  czym  prędzej  przerwano.  W  jej  wyniku  —  gdy  się 
cofnięto nieco do tyłu — wywiązała się przytoczona już częściowo rozmowa. 
— Tylko tu — powtórzył w zamyśleniu generał. — Stąd jedynie można dobrać się im do skóry. 
Pułkownik spojrzał na niego ponurym wzrokiem. 
— Zmieści się tu zaledwie jedna armata, panie generale. Jedna przeciwko dwunastu. 
—  Owszem,  jedna  na  raz  —  odparł  dowódca  z  czymś  na  kształt  uśmiechu.  —  No,  ale  pański 
dzielny Coulter starczy sam za całą baterię. 
Tym  razem  ironia  była  wyraźna.  Rozzłościło  to  pułkownika,  który  nie  wiedział,  jak  zareagować. 
Duch wojskowej subordynacji nie sprzyja ripoście ani błagalnym prośbom. 
W  tej  chwili  nadjechał  konno  pod  górę  młody  oficer  artylerii  w  asyście  trębacza.  Był  to  kapitan 
Coulter. Mógł mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata. Średniego wzrostu, ale bardzo smukły i gibki, 
siedział  na  koniu jakby  nie całkiem po wojskowemu. Wyglądem twarzy wyraźnie  nie pasował do 
żołnierskiego otoczenia; miał pociągłe oblicze, rasowy nos, szare oczy, nosił jasny wąsik i długie, 
nieco rozwichrzone włosy. Mundur leżał na nim niedbale. Czapka trochę na bakier, kurtka rozpięta 
do  pasa;  wyglądała  spod  niej  biała  koszula  względnie  czysta  jak  na  zaawansowane  stadium 
kampanii. Coulter nosił się z nonszalancją, twarz jego jednak zdradzała wytężoną uwagę. Jechał z 
oczami utkwionymi w niebo nad przełęczą, chwilami tylko rzucając bystre spojrzenia na boki: licho 
wie,  co  on  tam  widział,  bo  przecież,  żeby  coś  zobaczyć,  trzeba  było  wjechać  na  samą  górę. 
Zasalutował  odruchowo  zwierzchnikom  stojącym  przy  drodze  i  chciał  ich  minąć.  Pułkownik 
powstrzymał go gestem. 
—  Kapitanie  Coulter  —  powiedział  —  na  przeciwległym  wzgórzu  za  przełęczą  nieprzyjaciel  ma 
dwanaście  armat.  O  ile  dobrze  zrozumiałem  pana  generała,  ma  pan  rozkaz  wytoczyć  działo  i 
otworzyć do nich ogień. 
Zapadła denerwująca cisza. Generał flegmatycznie spoglądał na jakiś batalion w oddali, który piął 
się pod górę przez krzewy i chaszcze jak strzępiasta chmura błękitnego dymu. Kapitan zdawał się 
nie dostrzegać generała. Odezwał się wreszcie; mówił wolno, z wyraźnym wysiłkiem. 
—  Powiedział  pan  „na  przeciwległym  wzgórzu",  panie  pułkowniku?  Czy  działa  stoją  w  pobliżu 
domu? 
— Ach, więc pan zna już ten teren. Przy samym domu. 
— I trzeba... koniecznie otworzyć ogień? Rozkaz jest nieodwołalny? 
Kapitan  pobladł  wyraźnie,  mówił  ochrypłym,  złamanym  głosem.  Zdumiony  pułkownik  ścierpł  ze 
zgrozy.  Zerknął  ukradkiem  na  generała.  W  jego  srogiej,  nieruchomej  twarzy  nie  drgnął  żaden 
mięsień;  zastygła  jak  wykuta  z  brązu.  Po  chwili  generał  odjechał  w  asyście  sztabu  i  eskorty. 
Upokorzony  i  zagniewany pułkownik miał  już dać rozkaz aresztowania  Coultera, gdy ten szepnął 
coś trębaczowi, zasalutował i skierował konia wprost na przełęcz. Za chwilę z lornetką przy oczach 
stał na szczycie drogi. Sylwetka jeźdźca rysująca się ostro na tle nieba miała jakiś posągowy kształt. 
Trębacz ruszył z kopyta prosto w dół i zniknął za drzewami. Po chwili odezwała się wśród cedrów 
jego trąbka i w niepojęcie krótkim czasie przemknęło w górę działo i jaszcz z pełną obsługą, każde 
zaprzężone w szóstkę koni. Przejechali w kłębach kurzu, z hukiem i turkotem. Kanonierzy wtoczyli 
armatę w fatalny przesmyk pomiędzy zabite konie. Kapitan dał znak, obsługa załadowała działo z 
dziką chyżością  i  jeszcze  nie przebrzmiał turkot kół wśród lasu, gdy buchnął kłąb białego dymu  i 
ogłuszający huk zapoczątkował potyczkę na Przełęczy Coultera. 
Nie  mamy  zamiaru  relacjonować  szczegółowo  przebiegu  tej  upiornej  walki,  której  koleje  nie 
ulegały zmianie, wahał się jedynie stopień rozpaczy. W tejże niemal chwili, kiedy armata Coultera 
buchnęła  wyzywająco  kłębem  dymu,  w  odpowiedzi  zionęło  ogniem  dwanaście  dział  ukrytych  w 
sadzie wokół zabudowań, potężna salwa odbiła się zwielokrotnionym echem wśród wąwozów i od 
tej  pory,  aż  do  samego  końca,  kanonierzy  na  przełęczy  toczyli  beznadziejną  batalię  w  ukropie 
żelaza, uwijając się błyskawicznie i siejąc śmierć. 
'Nie chcąc być świadkiem zmagań, w których nie mógł pomóc, ani masakry, której nie mógł znieść, 
pułkownik  skierował  się  w  lewo  na  szczyt  grani.  Zatrzymał  się  w  odległości  ćwierć  mili,  skąd 
przełęcz  zionąca  kłębami  dymu  wyglądała  jak  grzmiący  krater  wulkanu.  Obserwował  przez 

background image

lornetkę  nieprzyjacielskie  pozycje,  starając  się  zanotować  skutki  ognia  Coultera  —  jeśli  Coulter 
nim  jeszcze  kierował.  Pułkownik  spostrzegł,  że  kanonierzy  dali  spokój  tym  nieprzyjacielskim 
działom,  które  zdradzały się  tylko  obłokami salw,  a  skupili  całą  uwagę  na  jedynej  odsłoniętej  ar-
macie — na trawniku przed domem. Co kilka sekund pękały wokół niej pociski. Niektóre trafiały w 
budynek,  z  potrzaskanego  dachu  wydobywały  się  wówczas  smużki  dymu.  Wyraźnie  widać  było 
trupy żołnierzy i koni. 
—  Jeśli nasi chłopcy tak dobrze się spisują mając tylko jedno działo  — powiedział pułkownik do 
jednego z adiutantów, który mu się nawinął — to znaczy, że tamtych dwanaście musi im cholernie 
dopiekać. Niech pan pędzi na dół i przekaże ode mnie dowódcy działa wyrazy uznania za celność 
ognia. 
Po czym zwrócił się do swojego szefa sztabu: 
— Zauważył pan, z jaką diabelną niechęcią Coulter wykonał rozkaz? 
— Owszem, zauważyłem, panie pułkowniku. 
—  No, to niech pan milczy o tym, jeśli łaska. Nie przypuszczam, żeby generał wystąpił z jakimiś 
pretensjami.  Prawdopodobnie  sam  będzie  musiał  gęsto  się  tłumaczyć,  dlaczego  w  tak  niezwykły 
sposób zabawiał ariergardę ustępującego nieprzyjaciela. 
Jakiś młody oficer wspiął się pod górę ledwo dysząc. Nie zdążył jeszcze zasalutować, gdy wysapał: 
— Panie pułkowniku, przysyła mnie pułkownik Harmon. Mam powiedzieć, że działa nieprzyjaciela 
znajdują  się  w  zasięgu  naszych  karabinów  i  większość  armat  jest  widoczna  z  kilku  punktów  na 
grani. 
 
Dowódca brygady spojrzał na niego bez cienia ciekawości. 
— Wiem o tym — odparł spokojnie. Młody adiutant był wyraźnie zaskoczony. 
— Pułkownik Harmon — wybąkał — chciałby uciszyć tamte armaty, chodzi tylko o pozwolenie. 
— Ja też chciałbym — odpowiedział tym samym tonem dowódca brygady. — Niech pan przekaże 
pułkownikowi pozdrowienia i powie, że rozkaz generała, zabraniający piechocie strzelać, jest wciąż 
w mocy. 
Adiutant zasalutował i ulotnił się. Pułkownik wydrążył obcasem ziemię, po czym obrócił się, znów 
obserwując nieprzyjacielskie baterie. 
—  Panie pułkowniku  —  odezwał się szef* sztabu  —  nie wiem, czy powinienem to mówić, ale tu 
coś brzydko pachnie. Czy panu wiadomo, że kapitan Coulter pochodzi z Południa? 
— Co pan powie? Nie wiedziałem. 
—  Otóż  słyszałem,  że  ubiegłego  roku  generał  dowodził  dywizją,  która  stacjonowała  w  pobliżu 
domu Coultera, obozowali tam ładnych kilka tygodni, no i... 
— Cicho! — przerwał mu gestem pułkownik. — Słyszy pan?... 
Armata  na  przełęczy  milczała.  Sztab,  ordynansi,  piechota  na  wzgórzach  —  wszyscy  to  słyszeli, 
zaciekawione twarze zwróciły się w kierunku krateru, skąd dym już się nie dobywał, pojawiały się 
tylko  odosobnione  obłoczki  pocisków  nieprzyjacielskich.  Po  chwili  nadleciał  dźwięk  trąbki, 
stłumiony  turkot  kół;  za  minutę  ze  zdwojoną  energią  odezwały  się  ostre  wystrzały.  Zniszczone 
działo zastąpiono nowym. 
—  Tak...  —  powiedział  szef  sztabu  podejmując  przerwaną  opowieść  —  generał  poznał  rodzinę 
Coultera.  Wynikła  z  tego  jakaś  awantura,  nie  wiem,  o  co  tam  poszło.  Coś  w  związku  z  żoną 
Coultera, która jest zagorzałą secesjonistką, tak jak oni wszyscy, z wyjątkiem samego kapitana. Ale 
to  wzorowa  małżonka  i  wysoce  wykształcona  dama.  Na  generała  wpłynęła  skarga  do dowództwa 
armii. I wtedy  generał został przeniesiony do naszej dywizji. Dziwne, że baterię Coultera również 
tu przydzielono po pewnym czasie. 
Pułkownik podniósł się ze skały, na której siedział. Oczy jego płonęły szczerym oburzeniem. 
—  Słuchajcie  no, Morrison  —  powiedział  spoglądając  plotkującemu  oficerowi  prosto  w  twarz  — 
słyszeliście tę historię od dżentelmena czy kłamcy? 
— Nie powiem, skąd słyszałem, panie pułkowniku — zaczerwienił się nieco szef sztabu — chyba 
że to będzie konieczne. Ale gotów jestem dać głowę, że w ogólnych zarysach to prawda. 
Pułkownik zwrócił się do grupki oficerów, stojącej na uboczu. 

background image

— Porucznik Williams! — krzyknął. 
Jeden z nich odłączył się od towarzyszy, podbiegł i powiedział salutując: 
—  Proszę  wybaczyć,  panie  pułkowniku,  myślałem,  że  pana  poinformowano.  Williams  poległ  na 
przełęczy. Jestem na pańskie rozkazy. 
Porucznik Williams był tym adiutantem, który nie tak dawno miał przyjemność przekazać dowódcy 
działa wyrazy uznania od swojego pułkownika. 
—  Niech  pan  idzie  —  powiedział  pułkownik  —  i  każe  natychmiast  wycofać  działo.  Nie...  Pójdę 
sam. 
Puścił się pędem w dół ku przełęczy, przedzierając się przez skały  i głogi, a za nim  w hałaśliwej 
rozsypce  podążała  świta.  Dopadli  koni  u  stóp  wzgórza  i  wyciągniętym  kłusem  minęli  zakręt  i 
wjechali w przełęcz. Uderzył ich przerażający widok. 
W  przesmyku,  gdzie  ledwie  mieściło  się  jedno  działo,  leżały  pogruchotane  resztki  co  najmniej 
czterech armat. Słyszeli tylko, jak jedna z nich zamilkła — brakło już rąk, aby ją szybko wymienić 
na  inną.  Ludziom  udało  się  pospychać  szczątki  na  bok  drogi,  tak  powstał  korytarz,  w  którym 
strzelała  teraz  piąta  armata.  Ludziom?  Skądże,  wyglądali  jak  demony  z  dna  piekieł!  Z  gołymi 
głowami, rozdziani do pasa, osmaleni prochem i umazani krwią, spływający potem uwijali się jak 
szaleńcy  z  wyciorem,  nabojem,  dźwignią  i  sznurem.  Po  każdym  odskoku  armaty  podpierali  koła 
spuchniętymi plecami i skrwawionymi rękoma i wtaczali działo na miejsce. Nie odzywała się żadna 
komenda;  i  tak  nikt  by  jej  nie  usłyszał  w  tej  straszliwej  orgii,  wśród  kanonady  pękających 
pocisków, świstu żelaza i tnących powietrze odłamków drzewa. Oficerów, jeśli tam w ogóle byli, 
nie dawało się odróżnić; wszyscy pracowali wspólnie — każdy, dopóki żył, orientował się sam. Po 
zwilżeniu  wiechciem  działa  ładowano  je,  po  załadowaniu  celowano  i  odpalano.  Pułkownik  mimo 
swej długiej  kariery wojskowej  spostrzegł rzecz  całkiem  nową  —  coś straszliwego i  niezwykłego 
zarazem:  gardziel  armaty  krwawiła!  Zabrakło  wody  i  kanonier  umaczał  wiecheć  w  kałuży  krwi 
swojego towarzysza. Przy całym tym wysiłku nie było zamieszania; obowiązek chwili narzucał się 
sam przez się. Gdy jeden padał, drugi — odrobinę czystszy — wyrastał jak spod ziemi i zajmował 
opróżnione miejsce, by z kolei paść samemu. 
Wśród  szczątków  armat  leżały  szczątki  ludzkie  —  wokół  rumowiska,  pod  nim  czy  też  na  nim, 
wszędzie. Na dół zaś pełzła drogą upiorną procesja: wlekli się na rękach i na kolanach ranni, którzy 
jeszcze  mogli  się  poruszać.  Pułkownik  przez współczucie  wysłał  swój  sztab  okólną  drogą,  a  sam 
musiał  jechać  po  trupach,  aby  kopyta  konia  nie  deptały  tych,  którzy  zdradzali  oznaki  życia. 
Spokojnie  zagłębił  się  w to  piekło,  zrównał  się  z  armatą  i  wśród  kurzawy,  wzbitej  ostatnią  salwą 
klepnął w policzek żołnierza z wyciorem — żołnierz padł na ziemię, myśląc, że został zabity. Jakiś 
szatan z piekła rodem wyskoczył z dymu, aby zająć jego miejsce, ale powstrzymał się i spojrzał na 
oficera na koniu z jakimś nieludzkim napięciem; zęby mu błyskały spomiędzy czarnych warg, pod 
skrwawionym czołem płonęły jak węgle dzikie i wytrzeszczone oczy. Pułkownik dał kategoryczny 
znak i gestem nakazał odwrót. Szatan skłonił się z wyrazem posłuszeństwa. Był to kapitan Coulter. 
Wraz  z  nakazującym  gestem  pułkownika  cisza  zapadła  na  całym  polu  bitwy.  Strumienie  żelaza 
przestały  zalewać  ten  wąwóz  śmierci,  gdyż  nieprzyjaciel  również  przerwał  ogień.  Armia  jego 
dawno  wycofała  się,  a  dowódca  ariergardy,  który  ryzykownie  długo  utrzymywał  pozycję,  chcąc 
uciszyć  federalną  baterię,  uciszył  swoją  w  tym  dziwnym  momencie.  „Nie  spodziewałem  się,  że 
mam aż taki zasięg władzy" — mruknął pułkownik pod nosem, gdy podjeżdżał do grani zobaczyć, 
co się stało. 
W  godzinę  później  brygada  jego  biwakowała  wśród  opuszczonych  stanowisk  nieprzyjacielskich. 
Tak jak wierni relikwie, nie bez czci i grozy, ciekawscy oglądali porozrzucane trupy końskie i trzy 
zniszczone  armaty,  wszystkie  zagwożdżone.  Zabitych  nieprzyjaciel  uniósł  ze  sobą;  ich 
zmasakrowane ciała dawałyby zbyt wielką satysfakcję. 
Pułkownik wraz z asystą ulokował się naturalnie we dworze, gdzie było wygodniej niż pod gołym 
niebem,  choć  dwór  był  dość  mocno  pogruchotany.  Meble  w  większości  połamane  leżały  w 
nieładzie.  Ze  ścian  i  sufitów  poodpadał  miejscami  tynk,  po  wszystkich  zakamarkach  włóczył  się 
swąd  prochu.  Łóżko,  alkowy  z  damskim  odzieniem  i  kredensy  nie  ucierpiały  zbytnio.  Przybysze 
rozgościli się wygodnie na noc. Zagłada baterii Coultera dostarczyła im ciekawego tematu. 

background image

Podczas kolacji wszedł do pokoju żołnierz z eskorty i zapytał, czy może mówić z pułkownikiem. 
— O co chodzi, Barbour? — zagadnął życzliwie dowódca usłyszawszy prośbę. 
—  Panie  pułkowniku,  coś  niedobrego  dzieje  się  w  piwnicy.  Nie  wiem  co,  ale  ktoś  tam  jest. 
Szperałem tam przed chwilą. 
— Zejdę na dół zobaczyć — powiedział wstając jeden z oficerów sztabowych. 
— Ja też — rzekł pułkownik. — Inni niechaj zostaną. Prowadźcie, Barbour. 
Wzięli  świecę  ze  stołu  i  po  schodach  zeszli  do  piwnicy.  Ordynans  szedł  z  wyraźnym  strachem. 
Płomyk  kiepsko  rozjaśniał  mrok,  ale  raptem  w  kręgu  świecy  ukazała  się  pod  czarnym  murem 
skurczona  postać  o  pałąkowato  wygiętym  grzbiecie,  siedząca  z  podkulonymi  kolanami.  Twarz, 
którą  powinni  spostrzec  z  profilu,  była  niewidoczna,  gdyż  całkiem  zakrywały  ją  długie  włosy,  a 
broda  o  znacznie  ciemniejszym  odcieniu  opadała  bogatymi  splotami  i  słała  się  po  ziemi...  Mimo 
woli  zatrzymali  się;  po  chwili  pułkownik  wyjmując  świecę  z  drżącej  ręki  ordynansa  podszedł  i 
przyjrzał się uważnie nieznajomemu. Zamiast długiej ciemnej brody ujrzał kobiece włosy. Martwa 
kobieta tuliła martwe niemowlę. Mężczyzna ogarniał oboje ramionami, przyciskał do piersi, do ust. 
W  jej  i  jego  włosach  zakrzepła  krew.  Nie  opodal,  na  skraju  świeżego  dołu  —  wyrwanego  w 
klepisku piwnicy przez obły kawał żelaza, który wystawał spod ziemi — leżała nóżka niemowlęcia. 
Pułkownik podniósł świecę do góry. W suficie ziała dziura, zwisały poszarpane drzazgi podłogi. 
— Ten schron nie jest odporny na pociski — powiedział pułkownik ponuro. Nie przyszło mu wcale 
na myśl, że jego uwaga jest niepoważna. 
Jakiś czas stali w milczeniu; oficer sztabowy myślał o niedokończonej kolacji, ordynans o tym, co 
może się kryć w beczkach po drugiej stronie piwnicy. Raptem człowiek, o którym myśleli, że jest 
martwy  —  podniósł  głowę  i  spojrzał  im  spokojnie  w  twarze.  Oblicze  miał  czarne  jak  węgiel, 
policzki widocznie wytatuowane krętymi wężykami, które biegły od oczu. Wargi też miał białe jak 
u Murzyna na scenie. Krew osiadła mu na czole. 
Oficer  sztabowy  cofnął  się  o  krok  do  tyłu,  a  ordynans  odskoczył  jeszcze  dalej.  Pułkownik  ani 
drgnął. 
— Co tu porabiasz, człowieku? — zapytał. 
— Ten dom należy do mnie, sir — padła grzeczna odpowiedź. 
— Do ciebie? Ach, rozumiem! A to? 
— Moja żona i dziecko. Jestem kapitan Coulter. 
 
 
 
 

COUP DE GRACE 

 

 
Walka  musiała  być  zaciekła  i  długa;  wyczuwało  się  to  każdym  zmysłem.  Stężony  smak  bitwy 
przesycił powietrze. Było już po wszystkim; wypadało tylko opatrzyć rannych i pogrzebać zabitych 
—  „posprzątać  co  nieco",  jak  wyraził  się  dowcipniś  z  kompanii  pogrzebowej.  „Sprzątania"  nie 
brakowało.  Gdzie  spojrzeć,  leżały  wśród  strzaskanych  konarów  leśnych  szczątki  ludzi  i  koni. 
Sanitariusze  uwijali  się  zbierając  i  znosząc  z  pobojowiska  każdego,  kto  zdradzał  oznaki  życia. 
Większość  rannych  zmarła  z  braku  pomocy,  zanim rozstrzygnęła  się  bitwa.  Ranni  muszą  czekać, 
tego wymaga rygor walki; najlepszy sposób, aby im pomóc, to wygrać bitwę. Zwycięstwo przynosi 
rannym  wyraźny  zysk,  tylko  nie  wszyscy  potrafią  z  niego  skorzystać,  gdyż  zdążyli  umrzeć  do tej 
pory. 
Zabitych  pozbierano  razem;  leżeli  jeden  obok  drugiego  ułożeni  w  rzędy  dziesiątkami  albo 
dwudziestkami;  tymczasem  kopano  dla  nich  doły.  Zbyt  daleko  znalezionych  grzebano  tam,  gdzie 
padli.  Nikt  nie  troszczył  się  zbytnio  o  identyfikowanie  poległych.  Co  prawda  grzebali  ich 
towarzysze broni, z którymi niedawno szli do ataku, więc w większości wypadków nazwiska zabi-
tych były znane i zostały wciągnięte na listę. Natomiast polegli nieprzyjaciele musieli się zadowolić 
policzeniem. Tego im nie poskąpiono: niejednego liczono po kilka razy i cyfra globalna — podana 

background image

później  w oficjalnym raporcie zwycięskiego dowódcy  —  odzwierciedlała raczej szczere  chęci  niż 
rzeczywisty rezultat. 
Nie opodal „biwaku poległych" stał opierając się o drzewo oficer w mundurze federalnym. Musiał 
być bardzo znużony; można by pomyśleć, że odpoczywa, gdyby nie rozglądał się tak niespokojnie 
na prawo i na lewo. Widocznie stracił orientację; nie mógł  się tam dłużej zatrzymać,  gdyż  słońce 
przesiewało się już czerwienią przez las i znużeni żołnierze kończyli swoje zajęcia. Kiepsko by się 
czuł  w  nocy  sam  pośród  zmarłych,  Po  bitwie  prawie  każdy  dopytuje  się  o  drogę  do  swojego 
oddziału  —  jak  by  ktoś  to  mógł  wiedzieć.  Ów  oficer  zgubił  się  niechybnie.  Odpocznie  chwilę  i 
pójdzie zapewne za którymś z odchodzących plutonów. 
Kiedy  ostatni  sanitariusz  zeszedł  z  pobojowiska,  oficer  ruszył  w  las  wprost  ku  zachodzącemu 
słońcu,  na  twarz  padał  mu  krwawy  odblask.  Szedł  stanowczym  krokiem,  widocznie  odzyskał 
orientację i musiał dobrze znać drogę. Obojętnie mijał poległych, nie zwracał uwagi na sporadyczne 
głuche jęki ciężko rannych, do których nie dotarli sanitariusze. Czekała ich noc pod gwiazdami, bez 
chwili wytchnienia, bez kropli wody. Cóż mógł im pomóc — nie miał przy sobie manierki i nie był 
lekarzem. 
W płyciutkim wąwozie leżało kilkunastu zabitych. Oficer spostrzegł ich i natychmiast skręcił w tę 
stronę.  Idąc  obrzucał  każdego  badawczym  wzrokiem.  Po  chwili  zatrzymał  się  nad  tym,  który 
spoczywał  na  uboczu,  obok  kępy  drzewek.  Przyjrzał  mu  się  uważnie.  Zdawało  się,  że  oddycha. 
Oficer schylił się i położył mu rękę na twarzy. Tamten zawył. 
 
Oficer  nazywał  się  Downing  Madwell.  Był  to  kapitan  pułku  piechoty  ze  stanu  Massachusetts, 
rezolutny, odważny żołnierz i prawy człowiek. 
W  pułku  służyli  dwaj  bracia  nazwiskiem  Halcrow,  jeden  miał  na  imię  Caffal,  a  drugi  —  Creede. 
Caffal  był  sierżantem  w  kompani  kapitana  Madwella  i  serdecznym  jego  przyjacielem.  Stanowili 
nierozłączną  parę  —  na  ile  tylko  pozwalała  dyscyplina,  różnica  rangi  i  obowiązków.  W  gruncie 
rzeczy wzrastali razem od dzieciństwa, a takich więzów nie da się łatwo zerwać. Caffal nie zdradzał 
żadnych  żołnierskich  zamiłowań,  ale  nie  mógł  pogodzić  się  z  myślą  o  rozstaniu  z  przyjacielem; 
zaciągnął  się  do  kompanii,  w  której  Madwell  służył  jako  podporucznik.  Obaj  awansowali  o  dwa 
stopnie,  lecz  pomiędzy  szarżą  oficerską  a  podoficerską  leży  przepaść  głęboka,  ciężko  im  było 
zachować i chronić od nieporozumień dawną przyjaźń. 
Brat  Caffala,  Creede  Halcrow,  był  majorem  w  tymże  pułku.  Kapitan  Madwell  żywił  naturalną 
antypatię do tego cynicznego, ponurego człowieka, a tamten odpłacał mu tym samym. Okoliczności 
doprowadziły  do  tego,  ze  antypatia  przerodziła  się  w  jawną  wrogość.  Gdyby  nie  ich  wzajemny 
związek z Caffalem, obaj ci patrioci dawno już rozprawiliby się ze sobą na niekorzyść ojczyzny. 
Na  początku  bitwy  tego  ranka  pułk  wysforował  się  o  milę  przed  główną  armię.  Zaatakowany  i 
niemal  otoczony  w  lesie,  bronił  się uparcie  nie  ustępując  ze  swojej  pozycji.  Gdy  ogień  chwilowo 
ucichł,  major  Halcrow  zbliżył  się  na  koniu do  kapitana  Madwella.  Oddali  sobie  honory,  po  czym 
major powiedział: 
—  Panie  kapitanie, przekazuję panu rozkaz  pułkownika. Ma pan uderzyć  swoją  kompanią  w  głąb 
wąwozu i trzymać się aż do odwołania. Nie potrzebuję panu uświadamiać ryzyka tego manewru, ale 
jeśli  pan  sobie  życzy,  może  pan  przekazać  dowództwo  porucznikowi.  Nie  zostałem  co  prawda 
upoważniony do wyrażenia zgody na tę zamianę. To moja osobista, na wskroś prywatna rada. 
Na tę śmiertelną zniewagę kapitan Madwell odpowiedział chłodno: 
—  Panie  majorze,  zapraszam  pana  do  wzięcia  udziału  w  tym  manewrze.  Oficer  na  koniu  to 
wyśmienity cel, a ja od dawna uważam, że pan powinien dostać w czako. 
Już w roku 1862 uprawiano w sferach wojskowych sztukę riposty. 
W pół godziny później uszczuplona o jedną trzecią kompania kapitana Madwella została wyparta z 
wąwozu. Padł również sierżant Halcrow. Pułk wycofał się wkrótce pod naporem nieprzyjaciela, by 
połączyć  się  z  główną  armią,  i  z  końcem  bitwy  znalazł  się  w  odległości  całych  mil  od  wąwozu. 
Kapitan stał teraz u boku swego podkomendnego i przyjaciela. 
 
 

background image

Sierżant Halcrow był śmiertelnie ranny. Leżał w potarganym mundurze, rozdartym na brzuchu. Na 
ziemi błyszczało kilka oderwanych od kurtki  guzików, wokół poniewierały  się strzępy  garderoby. 
Ktoś musiał wyciągnąć mu spod pleców rozerwany pas. Krwi wyciekło niewiele. Jedyną widoczną 
raną było szerokie rozdarcie podbrzusza, zanieczyszczone ziemią i zeschłymi liśćmi. Wyzierała zeń 
pętla cienkiego jelita. Kapitan Madwell pierwszy raz widział taką ranę. Nie rozumiał, w jaki sposób 
ją  zadano, skąd się wziął  niesamowicie poszarpany mundur, rozerwany pas, smugi błota  na ciele. 
Przyklęknął i zrobił dokładne oględziny. Po chwili zerwał się i zaczął bacznie rozglądać się dokoła, 
jak gdyby wypatrywał nieprzyjaciela. W odległości pięćdziesięciu jardów, na grzbiecie pagórka po-
rośniętego  rzadkim  lasem,  ujrzał  kilkanaście  czarnych  brył  poruszających  się  wśród  zabitych  — 
stado świń. Jakiś knur, wsparty racicami na ludzkim ciele, stał z zanurzonym łbem. Zjeżony grzbiet 
rysował  się  czarno  na  purpurowym  niebie.  Kapitan  Madwell  przeniósł  wzrok  na  szczątki  swego 
przyjaciela. 
Człowiek,  który  doznał  tych  potwornych męczarni,  wciąż  żył.  Chwilami  poruszał  się,  jęczał  przy 
każdym oddechu. Patrzył ślepo w twarz przyjaciela, a gdy go dotknięto, wył. W agonii musiał drzeć 
paznokciami ziemię, garście miał pełne grud, liści i gałązek. Nie był w stanie mówić; nie wiadomo, 
czy odczuwał cokolwiek prócz bólu. Twarz jego wyrażała błaganie, oczy modliły się. O co? 
Kapitan Madwell zrozumiał to spojrzenie, zbyt często patrzył w oczy tych, których wargi potrafiły 
jeszcze  sformułować  błaganie  o  śmierć.  Świadomie  lub  nieświadomie,  ów  strzęp  ludzki,  ów 
mikrokosmos  boleści,  ubogi,  odarty  z  bohaterstwa  Prometeusz  —  błagał  wszystko,  co  istnieje,  o 
łaskę niepamięci. Do ziemi i nieba, do drzew, do człowieka, który nad nim stał, ku każdej drobinie 
czucia czy świadomości — kierował to milczące wołanie. 
O co, w rzeczy samej? O to, czego nie szczędzimy najnędzniejszemu stworzeniu, niezdolnemu tego 
pragnąć,  a  odmawiamy  tylko  nieszczęśnikom  w  ludzkiej  skórze  —  o  błogosławione  wyzwolenie, 
akt najwyższego współczucia: coup de grace. 
Kapitan Madwell wymówił imię przyjaciela. Powtarzał je bez ustanku, aż wzruszenie ścisnęło go za 
gardło.  Łzy  jego  rozpryskiwały  się  o  siną  twarz,  nad  którą  się  pochylał.  Oślepiony  nimi  widział 
tylko zamazany  i poruszający  się  kształt, ale  jęki wzmagały się, raz po raz przerywane krzykiem. 
Kapitan odwrócił się, schwycił się za głowę i poszedł przed siebie. Na jego widok świnie wytknęły 
różowe ryje, sekundę przygadały mu się podejrzliwie i z wściekłym pochrząkiwaniem pocwałowały 
niknąc  z  oczu.  Koń,  któremu  kula  armatnia  strzaskała  nogę,  wykręcił  szyję  i  zarżał  żałośnie. 
Madwell  przybliżył  się,  wyjął  pistolet  i  strzelił  zwierzęciu  między  oczy.  Uważnie  przyglądał  się 
agonii,  która  wbrew  jego  oczekiwaniom  była  gwałtowna  i  długa.  Wreszcie  jednak  zwierzę 
uspokoiło  się.  Nad  okropnie  wyszczerzonymi  zębami  zamknęły  się  łagodne  wargi;  wyostrzony 
profil przybrał wyraz głębokiej ulgi i spokoju. 
Nad odległym, leśnym pagórkiem dopalały się ostatnie płomyki zachodu. Pnie powlekała  szarość, 
na wierzchołkach drzew osiadały cienie jak wielkie drzemiące ptaszyska. Nadchodziła noc; straszny 
las dzielił kapitana od obozu. Ale Madwell stał wciąż nad martwym koniem, zatopiony w myślach. 
Wbił  wzrok  w  ziemię,  zwiesił  ręce,  w  prawej  wciąż  trzymał  pistolet.  Wreszcie  podniósł  głowę, 
spojrzał  w  stronę  konającego  przyjaciela  i  szybkim  krokiem  podszedł  do  niego.  Przyklęknął  na 
jedno  kolano,  przystawił  mu  pistolet  do  czoła  i  odwracając  oczy  nacisnął  cyngiel.  Pistolet  nie 
wypalił. Ostatni nabój został zużyty na dobicie konia. 
Ranny jęczał, wargi poruszały mu się konwulsyjnie. Z ust toczyła się piana zabarwiona krwią. 
Kapitan Madwell wstał z kolan i dobył szabli. Przeciągnął palcami wzdłuż klingi i wyprostował ją 
przed sobą, jak by chciał wypróbować nerwy. Klinga nawet nie drgnęła mu w dłoni, zalśniła mocno 
i pewnie. Schylił się, lewą ręką zdarł umierającemu koszulę, wyprostował się i przytknął mu szablę 
do piersi. Tym razem nie odwrócił oczu. Schwycił gardę w obie ręce i pchnął z całych sił. Ostrze 
przeszyło  ciało  i utknęło  w  ziemi;  kapitan  omal  nie  zwalił  się  z  nóg.  Konający  poderwał  kolana, 
zacisnął  prawą  rękę  na  klindze,  aż  mu  palce  zbielały.  Targnął  żelazem.  Rana  się  powiększyła, 
wymknął się z niej strumyk krwi i wijąc się spłynął na poszarpany mundur. W tejże chwili trzech 
ludzi wyszło cicho zza kępy młodych drzew. Dwaj byli sanitariuszami i  nieśli nosze. Trzecim był 
major Creede Halcrow. 
 

background image

 
 
 

FILOZOF 

 

 
— Nazwisko aresztowanego? 
— Skoro i tak mam je stracić o świcie, nie warto go ukrywać. Parker Adderson. 
— Ranga? 
—  Raczej  niewysoka.  Oficerów  nie  wysyła  się  na  przeszpiegi,  bo  można  za  to  zapłacić  głową. 
Jestem sierżantem. 
— Z jakiego pułku? 
—  Pan  wybaczy.  Moja  odpowiedź,  o  ile  się  orientuję,  mogłaby  panu  dać  pojęcie  o  tym,  czyje 
oddziały znajdują się  na pańskim odcinku. Sam właśnie przyszedłem, aby się tego dowiedzieć. Ja 
zdobywam, ale nie udzielam informacji. 
— Nie brak wam dowcipu. 
— Jeśli ma pan cierpliwość poczekać do rana, zobaczy pan, jak mi mina zrzednie. 
— Skąd wiecie, że macie umrzeć jutro rano? 
—  Tak  się  zwykle  dzieje  ze  szpiegami  przychwyconymi  nocą.  To  jeden  z  milszych  przywilejów 
tego zawodu. 
Generał na tyle zrezygnował z powagi, jaka przystoi oficerowi o wysokiej randze i szerokiej sławie, 
że  uśmiechnął się.  Ale  nikt  z  obecnych  nie  wziął  uśmiechu za  dobry  znak.  Nie  był  to  wesoły  ani 
zaraźliwy uśmiech, nie dotarł ani do pojmanego szpiega, który go wywołał, ani do wartownika pod 
bronią, który wprowadził aresztowanego do namiotu i stojąc  na uboczu obserwował go bacznie w 
żółtym blasku świecy. Wojak ów nie miał obowiązku uśmiechać się, został tu odkomenderowany w 
innym  celu.  Rozmowa  potoczyła  się  dalej;  miała  charakter  rozprawy  sądowej,  w  której 
oskarżonemu grozi kara śmierci. 
— Przyznaje pan więc, że jest pan szpiegiem. Prze-i dostał się pan do mojego obozu, przebrany w 
mundur  konfederacki,  aby  potajemnie  zdobyć  informacje  dotyczące  liczebności  i  morale  moich 
wojsk. 
— Zwłaszcza liczebności, panie generale. Morale zdążyłem już poznać. Jest beznadziejne. 
Generał  znów  się  rozpromienił;  wartownik  we wzmożonym  poczuciu  odpowiedzialności przybrał 
jeszcze  sroższą  minę  i  jeszcze  mocniej  się  wyprężył.  Obracając  na  palcu  szary  kapelusz  szpieg 
rozglądał  się  leniwie  dokoła.  Znajdował  się  w  surowym  otoczeniu.  Był  to  zwykły  namiot  ze 
ściankami,  o  rozmiarach  osiem  na  dziesięć  stóp,  oświetlony  łojową  świecą  wetkniętą  w  nasadę 
bagnetu.  Bagnet  tkwił  w  sosnowym  stole,  za  którym  siedział  generał,  zajęty  teraz  pisaniem. 
Zapomniał widocznie o nie proszonym gościu. Stary dywan zaściełał podłogę; wysłużony kufer ze 
skóry, dwa krzesła i zwój koców stanowiły prawie całe urządzenie namiotu. Pod komendą generała 
Cleveringa konfederacka prostota i ubóstwo dekoracji osiągnęły szczyty doskonałości. Na wielkim 
gwoździu, wbitym u wejścia w słup namiotu, zwisał pas z długą szablą, pistolet w pochwie i — ni 
stąd,  ni  zowąd  —  nóż  myśliwski.  Na  temat  tego  absolutnie  nieżołnierskiego  oręża  generał  zwykł 
udzielać wyjaśnienia, że jest to pamiątka z cywila, z czasów pokoju. 
Noc  była  burzliwa.  Deszcz  lał  strumieniami  i  bębnił  głucho  w  płachtę  namiotu,  którym  targał 
porywisty wiatr, aż trzeszczały słupy i naprężone linki. 
Generał skończył pisać, złożył karteczką i odezwał 

s

ię do wartownika, który pilnował Addersona. 

— Oddasz to, Tassman, szefowi sztabu. A potem wracaj. 
— A więzień, panie generale? — spytał żołnierz salutując; zerknął przy tym na nieszczęśnika. 
—  Rób,  co  ci  mówię  —  odparł  zwięźle  dowódca.  Żołnierz  wziął  karteczkę,  odsunął  płachtę 
namiotu  i  nurknął  w  mrok.  Generał  Clavermg  zwrócił  swoją  przystojną  twarz  w  stronę  szpiega, 
spojrzał mu w oczy dość łaskawie i powiedział: 
— Paskudna noc, mój człowieku. 
— Owszem, dla mnie. 

background image

— Domyśla się pan, co napisałem? 
— Coś, co warto przeczytać. Staję się zarozumiały, ale śmiem przypuszczać, że wspomina się tam 
o mojej osobie. 
—  Owszem.  Naszkicowałem  rozkaz  o  pańskiej  egzekucji,  który  ma  być  odczytany  po  pobudce. 
Ponadto parę uwag dla szefa żandarmerii w sprawie przygotowania tej imprezy. 
—  Mam  nadzieję,  panie  generale,  że impreza  zostanie  pomysłowo przygotowana,  gdyż  wezmę  w 
niej osobisty udział. 
—  Czy  pan  ze  swojej  strony  nie  chciałby  poczynić  jakichś  przygotowań?  Nie  życzy  pan  sobie 
kapelana chociażby? 
— Cóż mi z tego przyjdzie, że i kapelan się nie wyśpi. 
— Boże święty! Człowieku, czy ty chcesz iść na śmierć tylko z żartami na ustach? Nie wiesz, że to 
rzecz poważna? 
— A skąd mam wiedzieć? Nigdy w życiu nie umarłem. Słyszałem, że śmierć to sprawa poważna, 
ale od nikogo z tych, którzy jej doznali. 
Generał milczał przez chwilę. Zaciekawiał go ten człowiek, a może i bawił — pierwszy raz zetknął 
się z kimś takim. 
—  Śmierć  —  powiedział  —  w  każdym  razie  jest  utratą.  Tracimy  to  szczęście,  jakie  mamy,  i  to, 
które nas czeka. 
—  Stratę,  której  nigdy  nie  będziemy  sobie  uświadamiać,  można  znieść  ze  spokojem,  a  przeto 
oczekiwać  jej  bez  obaw.  Musiał  pan  zauważyć,  panie  generale,  że  spośród  wszystkich 
nieboszczyków,  z  jakimi  ma  pan  przyjemność  stykać  się  jako  żołnierz,  żaden  nie  zdradza  oznak 
żalu. 
—  Jeśli  śmierć  nie  jest  stanem  przykrym,  to  sam  proces  —  sam  akt  umierania  —  wydaje  się 
wyraźnie nieprzyjemny dla tego, kto nie stracił zdolności odczuwania. 
—  Niewątpliwie ból nie  jest przyjemny. Zawsze  sprawia mi większą  lub mniejszą przykrość. Ale 
ten, kto żyje najdłużej, jest najbardziej na tę przykrość narażony. To, co pan nazywa umieraniem, to 
po prostu ostatni ból — w istocie nie istnieje coś takiego jak umieranie. Powiedzmy na przykład, że 
usiłuję uciec. Pan wyciąga rewolwer, dyskretnie schowany na kolanach pod stołem, i... 
Generał  spąsowiał  jak  panienka,  potem  zaśmiał  się  cicho,  pokazując  lśniące  zęby,  kiwnął  lekko 
głową i nic nie powiedział. Szpieg ciągnął dalej: 
— Strzela pan i dostaję w żołądek. Padam, ale żyję. Leżę w agonii i za pół godziny jestem martwy. 
Ale przez te dwa kwadranse w dowolnym momencie byłem albo żywy, albo martwy. Nie ma stanu 
przejściowego...  Kiedy  mnie  jutro  rano  powieszą,  będzie  zupełnie  tak  samo:  gdy  będę  żywy, 
zachowam  świadomość,  gdy  martwy  —  stracę.  Natura  urządziła  tę  rzecz  całkiem  jakby  w  moim 
interesie,  sam bym  ją tak urządził. To takie proste  —  dodał z uśmiechem  —  aż wydaje  się, że  w 
ogóle nie warto ludzi wieszać. 
Po  tych  słowach zapadła  długa cisza.  Generał  siedział  nieporuszony,  patrząc  w  twarz  Addersona, 
ale wyraźnie nie słuchał tego, co ten mówił. Jak gdyby jego oczy sprawowały straż nad więźniem, 
gdy  umysł  zajmował  się  innymi  sprawami.  Wreszcie  odetchnął  głęboko,  wzdrygnął  się,  jak 
obudzony z okropnego snu, i ten żołnierz, sługa śmierci, zawołał prawie niedosłyszalnie: — Śmierć 
jest straszna! 
—  Była  straszna  dla  naszych  dzikich  przodków  —  powiedział  z  powagą  szpieg  —  ponieważ  nie 
dostawało  im  inteligencji,  aby  wyodrębnić  pojęcie  świadomości  od  pojęcia  form  fizycznych,  w 
których  się  ona  objawia.  Podobnie  jak  małpa  —  na  jeszcze  niższym  stopniu  inteligencji  —  nie 
potrafi  sobie  wyobrazić  domu  bez  mieszkańców  i  widząc  zrujnowaną  chatę  dopatruje  się 
cierpiącego w niej człowieka. Dla nas śmierć bywa straszna, gdyż odziedziczyliśmy skłonność do 
takiego myślenia. Stąd nasze pojęcie o innym świecie, uzasadniane przez dzikie i  fantastyczne te-
orie  —  tak  jak  nazwy  miejscowości  dają  żer  legendom,  które  je  tłumaczą,  a  bezmyślne 
postępowanie —  filozofiom, które je uzasadniają. Może mnie pan powiesić, panie generale, ale na 
tym pańska władza czynienia zła się kończy. Nie może mnie pan skazać na niebo. 
Generał  jak  by  tego  nie  słyszał;  słowa  szpiega  skierowały  jego  myśli  na  nieuczęszczany  tor,  ale 
dalej biegły one  samodzielnie  ku własnym  konkluzjom. Burza ucichła i majestat  nocy udzielił się 

background image

jego  refleksjom,  nadając  im  posępny  odcień  metafizycznej  trwogi.  Być  może  był  w  tym  element 
przeczucia. 
— Nie chciałbym umrzeć... — powiedział. — Nie dzisiaj. 
Przerwało mu — jeśli rzeczywiście zamierzał mówić dalej — wejście oficera sztabu. Był to kapitan 
Hasterlick,  szef  żandarmerii.  Generał  natychmiast  otrzeźwiał;  wyraz  roztargnienia  zniknął  z  jego 
twarzy. Skinął głową, gdy oficer mu salutował. 
— Kapitanie — powiedział — ten człowiek to szpieg Jankesów. Został pojmany w obrębie naszych 
stanowisk, miał przy sobie kompromitujące dokumenty. Przyznał się do winy. Jak z pogodą? 
— Burza przeszła, panie generale, i księżyc świeci. 
— To dobrze. Proszę wziąć pluton, odprowadzić natychmiast więźnia na plac i rozstrzelać. 
Bolesny okrzyk wyrwał się z ust szpiega. Więzień rzucił się naprzód, wyciągnął szyję, wytrzeszczył 
oczy, zacisnął ręce. 
— Boże mój! — wybełkotał chrapliwym głosem. — Pan nie mówi tego na serio! Pan zapomina... 
mam umrzeć dopiero z rana. 
—  Wcale  nie mówiłem, że z rana  —  odparł zimno generał.  —  Pan  sam to sobie wmówił.  Umrze 
pan teraz. 
—  Ależ,  generale,  ja  proszę...  Ja  błagam,  aby  pan  pamiętał,  mam  być  powieszony!  Wzniesienie 
szubienicy  zajmie  trochę  czasu,  z dwie  godziny,  godzinę.  Szpiegów  się  wiesza,  tak  mówi  kodeks 
wojskowy.  Przysługują  mi  pewne  prawa.  Na  litość  boską,  generale,  niech  pan  się  zastanowi,  jak 
mało... 
— Kapitanie, proszę wykonywać moje rozkazy. Oficer dobył szabli i przenosząc wzrok na więźnia 
wskazał  mu  w  milczeniu  wyjście  z  namiotu.  Szpieg  ociągał  się.  Kapitan  wziął  go  za  kołnierz  i 
popchnął  lekko  naprzód. Gdy  mijali  słup,  zajadły  człowiek  skoczył z  kocią zwinnością,  schwycił 
myśliwski  nóż,  wyrwał  go  z  pochwy,  odepchnął  na  bok  oficera  i  z  szaleńczą  furią  rzucił  się  na 
generała.  Zwalił  go  na  ziemię  przygniatając  własnym  ciałem.  Stół  się  przewrócił,  świeca  zgasła, 
walczyli po omacku w ciemnościach. Szef żandarmerii skoczył na pomoc dowódcy i sam 

s

ię zwalił 

na  kłębowisko walczących. Przekleństwa, zduszone krzyki bólu i wściekłości dobywały się  z plą-
taniny ciał. Namiot runął na nich, wśród krępujących fałd walka trwała dalej. 
Wracając po wykonaniu rozkazu szeregowy Tassman  zobaczył, co się dzieje,  i domyślając się po 
trosze, co zaszło, rzucił karabin, chwytał na chybił trafił miotającą się płachtę i usiłował daremnie 
ściągnąć ją na bok. Wartownik zaś, który chodził tam i z powrotem i nie śmiał opuścić posterunku, 
choćby  się  niebo waliło na  głowę  —  dał w  górę  ognia. Wystrzał postawił obóz na  nogi; werble  i 
trąbki  odezwały  się  na  alarm

W  świetle  księżyca  wybiegali  chmarą  na  wpół  ubrani  żołnierze 

dopinając  po  drodze  mundury  i  ustawiając  się  w  szereg  na  ostre  komendy  oficerów.  Tak  było 
trzeba, żołnierzom w szeregu nie udziela się panika. Stali pod bronią, podczas gdy sztab generała i 
ludzie  z  eskorty  podnieśli  namiot  i  rozdzielili  zdyszanych  i  krwawiących  uczestników  tej 
niezwykłej potyczki. 
Jeden  tylko  nie  oddychał,  był  to  kapitan.  Nóż  myśliwski  tak  głęboko  uwiązł  mu  w  gardle,  aż 
trzonek zaparł się  końcem o szczękę  i  napastnik, który zadał cios, nie był w stanie uwolnić  noża. 
Ręka  zabitego  zaciskała  szablę  tak  mocno,  że  urągała  sile  żywych.  Klinga  splamiona  była 
czerwienią aż po samą rękojeść. 
Podniesiony na nogi generał osunął się z jękiem na ziemię i zemdlał. Prócz sińców miał dwie rany 
od szabli — przebite udo i pierś. 
Szpieg  ucierpiał  najmniej.  Poza  złamaną  ręką,  jego  obrażenia  były  takie,  jakie  mógłby  odnieść  w 
zwykłej bijatyce bez użycia broni. Znajdował się jednak w stanie oszołomienia i chyba nie zdawał 
sobie sprawy, co zaszło. Odsunął się od otaczających, skulił się na ziemi i niezrozumiale o coś się 
dopominał. Jego twarz spuchnięta i posiniaczona wyglądała spod zmierzwionych włosów, blada jak 
u trupa. 
— To nie wariat — odparł na pytanie lekarz przygotowujący bandaże. — Jest chory z przerażenia. 
Któż to taki, nie wiecie? 
Szeregowy  Tassman  zaczął  wyjaśniać.  Była  to  dla  niego  jedyna  w  życiu  okazja;  nie  pominął 
niczego,  co  mogłoby  w  jakiś  sposób  podkreślić  wagę  jego  osobistego  udziału  w  wypadkach  tej 

background image

nocy. Kiedy skończył i był gotów zacząć od nowa, nikt nie zwracał na niego uwagi. 
Generał  właśnie  odzyskał  przytomność.  Podniósł  się  na  łokciu,  rozejrzał  dokoła  i  zobaczywszy 
szpiega pod strażą skulonego przy ognisku, powiedział zwyczajnie: 
— Weźcie tego człowieka na plac i rozstrzelajcie. 
— Generał majaczy — odezwał się stojący w pobliżu oficer. 
— Generał n i e majaczy — powiedział szef sztabu. — Otrzymałem od niego na piśmie polecenie w 
tej  sprawie.  Tenże  sam  rozkaz  przekazał  Hasterlickowi  —  tu  skinął  ręką  w  stronę  zabitego  szefa 
żandarmerii — i zostanie, jak mi Bóg miły, wykonany natychmiast! 
W dziesięć minut później sierżant Parker Adderson z armii federalnej, filozof i dowcipniś, klęcząc 
w świetle księżyca i skamląc o życie, został rozstrzelany salwą dwudziestu karabinów. Kiedy salwa 
naruszyła  spokojne  powietrze  nocy,  generał  Clavering,  leżąc  blady  i  spokojny  w  krwawym 
poblasku ogniska, otworzył wielkie niebieskie oczy, popatrzył łagodnie na zebranych i powiedział: 
— Ach, cóż za cisza! 
Lekarz  spojrzał  na  szefa  sztabu  smutno  i  wymownie.  Powieki  rannego  powoli  opadły  i  leżał  tak 
kilka chwil, aż twarz jego zajaśniała uśmiechem; powiedział cicho: — Przypuszczam, że to właśnie 
śmierć — i tak odszedł ze świata. 
 
 
 
 
 

KWESTIA SUMIENIA 

 
 

 

Kapitan  Parrol  Hartroy  rozmawiał  po  cichu  z  wartownikiem  na  wysuniętej  placówce,  znajdującej 
się  przy  drodze  o  pół  mili  za  obozem,  niewidocznym  zresztą  z  tego  punktu.  Udzielał  chyba 
instrukcji wartownikowi, a może po prostu dopytywał się, czy  na przedpolu panuje spokój. Kiedy 
tak  rozmawiali,  od  strony  obozu  nadszedł  jakiś  człowiek,  pogwizdując  sobie  beztrosko.  Został 
zatrzymany przez wartownika. Był to cywil — wysoki jegomość, pospolicie odziany w szarożółty 
samodział, który w późnych  latach wojny domowej był  jedynym materiałem  na męską  garderobę. 
Spod nasuniętego na oczy kapelusza spływały mu na ramiona zmierzwione kędziory, kpiące sobie z 
nożyczek  i  grzebienia.  Miał  dosyć  urzekającą  twarz:  wysokie  czoło,  wyrazisty  nos  i  pociągłe 
policzki, okolone bujną, ciemną brodą, tak samo zaniedbaną, jak fryzura. W dużych oczach gościł 
ów wyraz skupienia, który niejednokrotnie zdradza rozważny umysł i stanowczość w wykonywaniu 
raz  powziętych  zamiarów  —  tak  przynajmniej  twierdzą  fizjonomiści,  gdy  sami  mają  akurat  tego 
rodzaju oczy. Jednym słowem — był to człowiek, na którego ludzie patrzą, a i on potrafi patrzeć na 
ludzi.  Podpierał  się  świeżo  wyciętym  w  lesie  kosturem,  na  wysłużonych  butach  z  wołowej  skóry 
osiadł gruby kurz. 
—  Okazać  przepustkę  —  powiedział  wartownik  dosyć  władczym  tonem,  który  zapewne  byłb y 
łagodniejszy,  gdyby  nie  obecność  dowódcy.  Kapitan  przypatrywał  się  stojąc  na  uboczu,  z 
założonymi rękami. 
— Tak jest, generale. Myślałem, że pan mnie sobie przypomni — powiedział wędrowiec spokojnie, 
wyjmując papierek z kieszeni kurtki. Zadźwięczała w jego głosie jakby nutka ironii, która zepsuła 
dzielnemu wojakowi przyjemność tak wielkiego awansu.  —  Prześcigacie się widać w  gorliwości, 
skoro każą  —  dodał bardziej pojednawczym tonem, jak  gdyby usprawiedliwiając żołnierza, że  go 
zatrzymał. 
Wartownik przejrzał przepustkę i oddał mu ją bez słowa. Po czym wziął na ramię karabin i stanął 
przy  swoim  dowódcy.  Cywil  poszedł  dalej  środkiem  drogi  i  zaraz  po  nieprzyjacielskiej  stronie 
zaczął sobie gwizdać. Zniknął wkrótce za zakrętem, gdzie zaczynał się rzadki las. Raptem stojący 
spokojnie  oficer  rzucił  się  w  ślad  za  nim,  wyrywając  pistolet  z  kabury.  Wartownik  zbaraniał  na 

background image

posterunku. Chwilę zaklinał się na wszystko, aby go szlag trafił, a potem przybrał tępą minę, która 
uosabia żołnierską czujność, 
 
 

 

Kapitan Hartroy dowodził samodzielną grupą bojową, która składała się z kompanii piechoty, szwa-
dronu kawalerii  i baterii dział. Wyodrębniona z  głównej armii miała bronić ważnego strategicznie 
wąwozu w Górach Cumberlandzkich, w stanie Tennessee. Kapitan otrzymał tę ważną funkcję, choć 
nie był oficerem sztabowym; służył spokojnie jako szary żołnierz, zanim go „odkryto". Powierzono 
mu  wyjątkowo  niebezpieczny  odcinek,  którego  obrona  pociągała  za  sobą  poważną 
odpowiedzialność.  Przezornie  wyposażono  go  w  nieograniczone  kompetencje,  tym  bardziej 
nieodzowne ze względu na odległość dzielącą go od głównej armii, niepewne środki komunikacji i 
partyzancki  charakter  nieprzyjacielskich  oddziałów,  grasujących  w  okolicy.  Kapitan  mocno 
ufortyfikował się w wiosce — prócz sklepu było tam 

z

 pół tuzina zagród  — i zgromadził pokaźne 

zapasy  żywności.  Kilku  znanym  z  lojalności  okolicznym  mieszkańcom,  z  którymi  warto  było 
handlować, a i  korzystać  nieraz z  ich usług, wydał odręczne przepustki uprawniające do przejścia 
posterunków.  Łatwo  pojąć,  że  nadużycie  tego  przywileju  w  interesie  wroga  mogło  pociągnąć  za 
sobą poważne skutki. Kapitan Hartroy ostrzegł w rozkazie, że każdy, kto się tego dopuści, zostanie 
niezwłocznie rozstrzelany. 
Na przydrożnym posterunku kapitan uważnie przyglądał się cywilowi, kiedy wartownik sprawdzał 
przepustkę. Twarz wydała mu się znajoma i początkowo nie wątpił, że sam wydawał mu papierek, 
który  zadowolił  wartownika.  Dopiero  kiedy  tamten  znikł  im  z  oczu,  kapitanowi  coś  zaświtało  w 
pamięci i odgadł, kto to taki. Zareagował szybko, jak na żołnierza przystoi. 
 
 

 

Chyba  tylko  wyjątkowo  opanowany  człowiek  nie  drgnąłby  ujrzawszy  raptem  pędzącego  za  sobą 
oficera z szablą i pistoletem w dłoni. Na wędrowcu pościg nie zrobił wrażenia, chyba że przydał mu 
jeszcze  więcej  spokoju. Łatwo  mógł  czmychnąć  w  las,  w  prawo  czy  w  lewo,  ale  nie  skorzystał  z 
tego. Przystanął, oczekiwał spokojnie i odezwał się do nadbiegającego kapitana: 
— Widać zapomnieliście mi o czymś powiedzieć. Cóż to takiego, kumie? 
Kum jednak zupełnie nie po kumotersku wziął go na muszkę. 
— Poddaj się — rzekł z lekką zadyszką — albo zginiesz — 
Widać było po zimnych szarych oczach świecących  nad lufą, że dotrzyma  słowa. Przez chwilę  w 
milczeniu  mierzyli  się  wzrokiem.  Wreszcie  cywil  z  równie  wielką  obojętnością,  jak  w  chwili 
spotkania z wartownikiem, powoli wydobył z kieszeni papierek i wyciągnął rękę. 
— Widzi mi się, że ta przepustka od pana Hartroya... 
— Jest sfałszowana — przerwał mu oficer. — Ja jestem kapitan Hartroy, a ty... Dramer Brune. 
Tylko bystre oko mogło zauważyć, że cywil pobladł lekko na te słowa. Przepustka wysunęła mu się 
z palców, pochwycił ją łagodny wiatr i poniósł po drodze, aż spoczęła w kurzu, jak by ukarana za 
kłamstwo. Patrząc nadal nieporuszony w lufę pistoletu, cywil odezwał się po chwili: 
—  Tak,  jestem  Dramer  Brune.  Szpieg  konfederacki  i  pański  jeniec.  Mam  przy  sobie,  jak  się  pan 
zaraz  przekona,  plan  pańskich  fortyfikacji,  dane  dotyczące  uzbrojenia  i  liczby  żołnierzy,  szkic 
sytuacyjny  z  oznaczeniem  wszystkich  posterunków.  Może  mnie  pan  zabić  na  miejscu.  Ale  jeśli 
życzy pan sobie odebrać mi życie w bardziej formalny sposób i jeśli ma pan ochotę oszczędzić mi 
poniżenia, to proszę nie prowadzić mnie do obozu pod pistoletem. A obiecuję panu, że nie będę się 
bronił, uciekał ani awanturował, tylko poddam się karze bez względu na jej wymiar. 
Oficer opuścił pistolet, zabezpieczył  go  i wsunął  do kabury. Brune zbliżył  się  o  krok, wyciągając 
prawicę. 
— Nie podaję ręki zdrajcom i szpiegom — powiedział zimno kapitan. 

background image

Tamten skłonił się w milczeniu. 
— Proszę — rzekł Hartroy. — Chodźmy do obozu. Będzie pan rozstrzelany dopiero jutro rano. 
Odwrócił się i poszedł przodem. Wkrótce obaj ci zagadkowi ludzie minęli wartownika przy drodze, 
który na dowód, że orientuje się w sytuacji, zasalutował dowódcy z wyraźną przesadą. 
 
 

 
Wczesnym rankiem następnego dnia siedzieli obaj w namiocie kapitana. Dzielił ich stół, na którym 
wśród  wielu  listów,  urzędowych  i  prywatnych,  jakie  kapitan  przez  noc  napisał,  leżały 
kompromitujące papiery znalezione przy szpiegu. Jegomość ów przespał się w sąsiednim namiocie, 
bez straży. Zjedli wspólnie śniadanie i siedzieli teraz paląc cygara. 
—  Panie  Brune  —  powiedział  kapitan  Hartroy  —  pan  chyba  nie  ma  pojęcia,  w  jaki  sposób 
rozpoznałem pana w przebraniu i skąd znam pańskie nazwisko. 
— Nie usiłowałem się dowiedzieć, panie kapitanie — odparł jeniec ze spokojną godnością. 
—  A  jednak  chciałbym,  aby  pan  wiedział,  jeśli  nie  urazi  pana  to,  co  powiem.  Zobaczy  pan,  że 
słyszałem o panu jeszcze na jesieni 1861 roku. Był pan wtedy szeregowcem w pułku ze stanu Ohio, 
dzielnym i zaufanym żołnierzem. Z prawdziwym zaskoczeniem i żalem pańscy dowódcy i koledzy 
dowiedzieli się o tym, że pan zdezerterował i przeszedł na stronę nieprzyjaciół. Wkrótce potem w 
jakiejś  potyczce  dostał  się  pan  do  niewoli,  rozpoznano  pana,  stanął  pan  przed  sądem  polowym  i 
został  pan  skazany  na  śmierć  przez  rozstrzelanie.  W  oczekiwaniu  na  wyrok  siedział  pan  bez 
żadnych więzów w wagonie towarowym odstawionym na bocznicę. 
— W Grafton, w stanie Wirginia — powiedział Brune strącając małym palcem popiół z cygara i nie 
podnosząc oczu. 
— W Grafton, w stanie Wirginia — powtórzył kapitan. — Którejś ciemnej i burzliwej nocy pewien 
żołnierz po długim i wyczerpującym marszu został postawiony przy panu na straży. Siedział przy 
drzwiach  wagonu  na  skrzynce  po  nabojach.  Trzymał  nabity  karabin  z  osadzonym  bagnetem.  Pan 
siedział w kącie wagonu. Żołnierz miał rozkaz zabić pana, jeśliby pan usiłował wstać. 
— Ale jeślibym p o p r o s i ł , mógł odwołać się do komendanta straży. 
—  Tak.  Mijały  długie,  milczące  godziny  i  znużenie  pokonało  żołnierza.  Sam  naraził  się  na  karę 
śmierci zasypiając na posterunku. 
— To pan zasnął. 
— Co? Pan mnie poznaje?! Pan mnie rozpoznał od razu? 
Kapitan  zerwał  się  i  chodził  po  namiocie,  wyraźnie  podekscytowany.  Twarz  mu  się  zarumieniła, 
szare  oczy  straciły  zimny,  bezlitosny  wyraz,  który  Brune  dostrzegł  wczoraj  nad  lufą  pistoletu  — 
złagodniały w cudowny sposób. 
— Poznałem pana w tejże chwili — powiedział szpieg z wrodzonym spokojem — kiedy stanął pan 
przede  mną,  żądając,  abym  się  poddał.  W  tych  okolicznościach  byłoby  nieprzyzwoicie  z  mojej 
strony  przypominać  dawne  dzieje.  Być  może  jestem  zdrajcą,  na  pewno  szpiegiem,  ale  nie 
chciałbym uchodzić za natręta. 
Kapitan przystanął i spoglądał na jeńca. Gdy odezwał się, głos mu jakoś dziwnie ochrypł: 
— Panie Brune, za kogokolwiek pan się uważa w swoim sumieniu, pan uratował mi życie. I musiał 
pan wierzyć, że robi to pan za cenę własnej śmierci. Dopóki nie ujrzałem pana wczoraj na drodze, 
byłem  przekonany,  że  pan  nie  żyje.  Myślałem,  że  nie  ominął  pana  los,  którego  mógł  pan  łatwo 
uniknąć wykorzystując moje przestępstwo. Wystarczyło tylko dać krok z wagonu i zostawić mnie, 
abym  zajął  pańskie  miejsce  przed  plutonem  egzekucyjnym.  Dowiódł  pan  nieziemskiego 
współczucia. Zlitował się pan nad moim znużeniem. Pozwolił mi pan spać, czuwał pan nade mną, a 
kiedy zbliżał się czas zmiany warty i mieli mnie przyłapać na gorącym uczynku, pan mnie łagodnie 
obudził. Och, Brune, Brune, wspaniale pan to zrobił... To było wielkie... to... 
Głos mu się załamał, łzy spływały po twarzy. Kapitan usiadł za stołem, ukrył twarz w ramionach i 
łkał. Dokoła panowała zupełna cisza. 
Raptem odezwał się czysty świergot trąbki wzywającej na zbiórkę. Kapitan drgnął i uniósł wilgotną 

background image

twarz.  Zbladł  upiornie.  Słychać  było,  jak  żołnierze  ustawiają  się  w  szeregu,  sierżanci  wołają 
„odlicz!", a dobosze stroją werble — na słońcu, za namiotem. Kapitan podjął: 
—  Powinienem  był  wyznać  swoją  winę,  aby  móc  przedstawić  świadectwo  pańskiej 
wielkoduszności.  Mógł  pan  zostać  ułaskawiony.  Ze  sto  razy  postanawiałem,  że  to  zrobię,  ale 
zwyciężył we mnie wstyd. Zresztą miał pan słuszny i sprawiedliwy wyrok. Cóż, niech mi Pan Bóg 
wybaczy! Nie powiedziałem nic. Wkrótce pułk mój wysłano do Tennessee i nigdy więcej nie sły-
szałem o panu. 
—  Dobrze  się  stało,  panie  kapitanie  —  powiedział  Brune  nie  okazując  żadnego  wzruszenia.  — 
Uciekłem  i  wróciłem  do  swoich  barw  —  barw  konfederackich.  Chciałbym  dodać,  że  zanim 
zdezerterowałem  ze  służby  po  waszej  stronie,  solennie  prosiłem  o  dymisję  wskutek  zmiany 
przekonań. W odpowiedzi zostałem ukarany. 
—  Ach,  ale  gdybym  poniósł  karą  za  swoje  przestępstwo...  gdyby  pan  tak  wspaniałomyślnie  nie 
darował mi życia bez żadnej podzięki z mojej strony, to przecież dzisiaj nie groziłaby panu znowu 
śmierć. 
Jeniec  drgnął  lekko,  na  jego  twarzy  pojawił  się  niepokój.  A  chyba  i  wyraz  zaskoczenia.  W  tejże 
chwili w wejściu do namiotu stanął adiutant i zasalutował. 
— Panie kapitanie — rzekł — batalion gotów. Kapitan Hartroy odzyskał zimną krew. Zwrócił się 
do adiutanta: 
—  Niech  pan  pójdzie,  panie  poruczniku,  do  kapitana  Grahama  i  powie,  że  rozkazuję  mu  objąć 
komendę nad batalionem i przedefilować za szańce. Ten pan jest dezerterem i szpiegiem. Ma zostać 
rozstrzelany przed frontem całego batalionu. Bez więzów i bez straży pójdzie z panem. 
Adiutant  czekał  u  wejścia,  gdy  obaj  panowie  powstali  i  wymienili  ceremonialny  ukłon.  Brune 
natychmiast wyszedł. 
W pół godziny później stary kucharz, Murzyn — jedyny człowiek, jaki prócz dowódcy pozostał w 
obozie  —  tak  się  przeraził  salwy  karabinów,  że  upuścił  w  ogień  pełny  garnek.  Ale  mimo 
konsternacji i syku zachlapanych węgli mógł również usłyszeć znacznie bliższy, pojedynczy strzał 
z pistoletu. Kapitan Hartroy pozbawił się życia, którego nie pozwoliło mu zatrzymać sumienie. 
Zgodnie z ostatnią jego wolą, przekazaną w piśmie do swojego następcy, został pochowany jak ów 
dezerter  i  szpieg,  bez  honorów  wojskowych.  I  w  dostojnym  cieniu  góry,  która  więcej  nie  wie  o 
wojnie, śpią obaj w dawno zapomnianych mogiłach, 
 
 
 
 

PRZYGODA W BROWNVILLE 

 

 
Uczyłem w szkółce wiejskiej w pobliżu Brownville; kto miał szczęście tam mieszkać, wie, że jest 
to jedna z najśliczniejszych okolic w Kalifornii. Latem zjeżdżają tu ludzie, zwani przez miejscową 
gazetę  „epikurejczykami",  chociaż  sprawiedliwiej  należałoby  ich  zaliczyć  do  kategorii  osób 
„trawionych  chorobą  i  nieszczęściem".  Samo  Brownville  wypada  określić  bez  przesady  jako 
miejscowość  letniskową  najpośledniejszego  gatunku.  Nie  brak  w  niej  pensjonatów,  z  których 
najmniej  zabójczy  upatrzyłem  sobie  i  spełniałem  w  nim  dwa  razy  dziennie  (obiady  jadłem  w 
szkole)  pokorny  obrządek  zacieśniania  przymierza  duszy  z  ciałem.  Z  tej  „gospody"  (miejscowy 
dziennik  zwał  ją  na  odmianę  „karawanserajem")  do  szkoły  szło  się  szosą  blisko  półtorej  mili,  ale 
istniał  szlak  bardzo  rzadko  uczęszczany,  który  wiódł  przez  gęsto  zalesione  wzgórze  i  znacznie 
skracał drogę. Któregoś wieczoru wracałem tędy do miasta później niż zwykle. Był to ostatni dzień 
przed wakacjami  i zasiedziałem się w szkole prawie do zmroku, przygotowując sprawozdanie dla 
opiekunów szkoły, z których dwaj — pomyślałem to z dumą — potrafią je przeczytać, a trzeci i tak 
zostanie przegłosowany wbrew wrodzonej niechęci do „uconych". 
Po drodze natknąłem się na parę jaszczurek, które gdzieś w pobliżu miały gniazdo i dokazywały z 
taką uciechą, jak by cieszyły się, że nie muszą mieszkać w pensjonacie w Brownville. Usiadłem na 

background image

zwalonym pniu, aby przyglądać się  ich  igraszkom. Z ulgą oparłem  się o stary konar. Tymczasem 
zmierzch  zgęstniał  w  ponurym  lesie,  łagodny  nów  zaczął  rzucać  wyraźne  cienie  i  pozłacać  liście 
delikatnym, lecz upiornym światłem. 
Dosłyszałem czyjeś głosy — kobiecy brzmiał gniewnie i zapalczywie, męski głęboko i melodyjnie. 
Wytężyłem wzrok wpatrując się w mroczne cienie lasu, aby zobaczyć, kto mi zakłóca samotność, 
ale  nie  mogłem  dojrzeć  nikogo.  W  pobliżu  majaczyła  przesieka;  w  promieniu  pół  mili  nie  było 
innego szlaku, domyślałem się więc, że tamci muszą nadejść tędy z głębi boru. Głosy ich brzmiały 
teraz  tak  wyraźnie,  że  mogłem  rozróżnić  słowa.  Zdawało  mi  się,  że  mężczyzna  mówi  gniewnym 
tonem, przekonała mnie o tym aż nadto jego wypowiedź. 
—  Tylko  bez  gróźb!  Jesteś  bezbronna  i  sama  o  tym  dobrze  wiesz.  Niech  wszystko  zostanie  po 
staremu albo — Bóg mi świadkiem — obie za to zapłacicie. 
—  Co  to  ma  znaczyć?  —  odezwał  się wytworny  głos,  głos  damy.  —  Przecież...  nie  zamordujesz 
nas. 
Nie  dosłyszałem  odpowiedzi.  W  ciszy  wypatrywałem  ich  wśród  lasu.  Byłem  pewny,  że  mam  do 
czynienia z poważną sprawą, która odsuwa na bok zwykłe skrupuły. Wydawało mi się, że kobiecie 
grozi  niebezpieczeństwo;  w  każdym  razie  tamten  nie  zaprzeczył,  że  chce  ją  zamordować.  Kiedy 
ktoś występuje w roli potencjalnego mordercy, nie ma prawa liczyć na dyskrecję. 
Po chwili dojrzałem w świetle księżyca ich niewyraźne sylwetki wśród drzew. Mężczyzna, wysoki i 
smukły, wydawało się, że jest ubrany na czarno; ona, o ile zdołałem rozpoznać, miała na sobie jakąś 
szarą suknię. Z pewnością nie zauważyli mnie w mroku, rozmawiali jednak o wiele ciszej i niczego 
już  nie  rozumiałem.  Gdy  obserwowałem  ich  z  ukrycia,  kobieta  powoli  osunęła  się  na  ziemię  i 
wzniosła ręce błagalnym gestem, tak jak się to robi w teatrze, ale nigdzie indziej, o ile mi wiadomo, 
i dzisiaj nie mam pewności, czy rzeczywiście tak postąpiła. Mężczyzna wbił w nią wzrok, oczy mu 
połyskiwały w świetle księżyca i zdawało mi się, że lada chwila zwróci je na mnie. Nie wiem, co 
mi kazało wyskoczyć raptem z ukrycia. W tejże chwili oboje znikli. Na próżno wypatrywałem ich 
wśród  drzew  i  krzewów.  Nocny  wiatr  szeleścił  w  liściach,  jaszczurki  wcześnie  poszły  spać, 
zdradzając  wyjątkowe  wśród  gadów  zwyczaje.  Nów  chował  się  już  za  czarnym  wzgórzem  na 
zachodzie. 
Zdenerwowany  nieco  poszedłem  do  domu,  powątpiewając,  czy  słyszałem  i  widziałem  cokolwiek 
prócz  jaszczurek.  Dosyć  dziwne  było  to  wszystko  i  niesamowite.  Zakradł  się  jakiś  element 
niepewności, który przesycił i odrealnił całe zdarzenie. Nie podobało mi się to wcale. 
Następnego dnia przy śniadaniu zauważyłem nową pensjonariuszkę — naprzeciwko mnie siedziała 
młoda  pani,  spojrzałem  na  nią  przelotnie,  siadając  do  stołu.  W  pewnej  chwili  zwróciła  się  do 
megiery,  która  łaskawie  raczyła  nam  usługiwać.  Uderzył  mnie  timbr  jej  głosu,  który  przypominał 
mi  wczorajszą  przygodę  —  nieomalże  głos  tamtej  szemrzący  mi  wciąż  w  pamięci.  W  chwilę 
później weszła do jadalni i usiadła przy niej druga, nieco starsza. Powiedziała cicho „dzień dobry". 
Zadrżałem. Przecież to jej głos. Miałem przed sobą bohaterkę wczorajszej przygody. 
Rzucało się w oczy, że są to siostry. W niejasnej obawie, że zostanę rozpoznany, a wstyd mi było 
wczorajszej  niedyskrecji,  wypiłem  tylko  w  pośpiechu  filiżankę  lurowatej  kawy,  którą  pokojówka 
przemyślnie  stawiała  „na  wszelki  wypadek",  i  wstałem  od  stołu.  Wychodząc  z  pensjonatu 
usłyszałem,  jak  ktoś  śpiewa  arię  z  „Rigoletto"  mocnym  męskim  głosem.  Muszę  powiedzieć,  że 
interpretował  ją  znakomicie, ale coś mi  się w tym śpiewie  nie podobało, sam  nie wiem dlaczego. 
Odszedłem spiesznym krokiem. 
W parę godzin później zobaczyłem starszą z sióstr na werandzie, a przy niej wysokiego mężczyznę 
w czarnym garniturze  —  człowieka, którego spodziewałem się ujrzeć. Pragnienie dowiedzenia się 
czegoś o nich dokuczało mi cały dzień i postanowiłem je zaspokoić we wszelki godziwy sposób. 
Mężczyzna rozmawiał z dziewczyną  swobodnie  i  uprzejmie, ale zamilkł  na odgłos moich  kroków 
na  wysypanej  żwirem  ścieżce.  Odwrócił  się  i  spojrzał  mi  prosto  w  twarz.  Niezwykle  przystojny, 
śniady,  w  średnim  wieku.  Ubierał  się  nienagannie,  zachowywał  swobodnie  i  z  wdziękiem. 
Spojrzenie,  które  na  mnie  zwrócił,  było  bezpośrednie,  nieskrępowane,  bez  cienia  brutalności.  A 
jednak  wywołało we mnie uczucie, złożone  —  jak  sobie później uświadomiłem  — z  nienawiści  i 
obawy, żeby nie powiedzieć: lęku. W sekundę potem oboje zniknęli. Mieli chyba talent do ulatnia-

background image

nia się. Wchodząc jednak do pensjonatu, zobaczyłem ich przelotnie przez uchylone drzwi, wycofali 
się po prostu do salonu przez francuskie okno. 
Ostrożnie zagadnięta na temat nowych gości, moja gospodyni nie okazała się nieużyta. Powtarzam 
wiernie, co od niej usłyszałem, wprowadzając tylko odrobinę szacunku dla gramatyki. Dziewczęta 
nazywały  się  Paulina  i  Ewa  Maynard,  pochodziły  z  San  Francisco;  Paulina  była  starsza. 
Towarzyszył  im opiekun, Ryszard Benning,  najbliższy przyjaciel ich zmarłego ojca. Pan Benning 
przywiózł dziewczęta do Brownville w nadziei, że górski klimat posłuży Ewie, której ponoć groziły 
suchoty. 
Tę  zwięzłą  i  prostą  historię  gospodyni  przyozdobiła  koronkowym  panegirykiem,  który  dawał 
szczodry wyraz jej wierze w niezłomne chęci i możliwości pana Benninga, możliwości zapłacenia 
za  wszystko,  czym  tylko  mógł  służyć  jej  pensjonat.  Była  przekonana,  że  pan  Benning  ma  dobre 
serce,  świadczyło  o  tym  choćby  jego  poświęcenie  dla  dwóch  pięknych  sierot  i  doprawdy 
wzruszająca troskliwość o ich wygodę. Zbyt skąpe wydały mi się te dowody i powiedziałem sobie 
w duchu: ,,To się okaże". 
Niewątpliwie  pan  Benning  niezmiernie  dbał  o  swoje  wychowanki.  Często  spotykałem  ich  w 
okolicy, nieraz w towarzystwie innych gości z pensjonatu. Przetrząsali parowy, łowili ryby, strzelali 
dla  przyjemności,  urozmaicając  na  różne  sposoby  monotonię  wiejskiego  dnia.  I  chociaż 
obserwowałem  ich,  na  ile  tylko  przyzwoitość  pozwalała,  nie  spostrzegłem  niczego,  co  by  w 
jakikolwiek  sposób  wyjaśniało  tę  dziwną  rozmowę  zasłyszaną  w  lesie.  Z czasem  poznałem  nieco 
bliżej  obie  młode  panie  i  nie  odczuwałem  już  odrazy  na  widok  ich  opiekuna,  z  którym 
wymienialiśmy pozdrowienia. 
Minął  miesiąc  i  przestałem  prawie  interesować  się  ich  sprawami,  gdy  pewnej  nocy  całe  nasze 
miasteczko poruszył wypadek, który żywo przypomniał mi moją leśną przygodę. 
Śmierć starszej z dziewcząt, Pauliny. 
Siostry zajmowały wspólną sypialnię  na drugim  piętrze pensjonatu. Budząc się  o szarym poranku 
Ewa  znalazła  obok  siebie  martwą  Paulinę.  W  jakiś  czas  później,  kiedy  dziewczyna  płakała  nad 
zmarłą  wśród  tłumu  współczujących  choć  niezbyt  rozważnych  osób,  do  pokoju  wszedł  pan 
Benning. Zbliżył się do Ewy i chciał ją wziąć za rękę. Dziewczyna żachnęła się i zaczęła cofać się 
przed nim do drzwi. 
— To ty — zawołała — ty to zrobiłeś. Ty... ty... ty! 
— Ona bredzi — powiedział Benning cichym głosem. Postępował za nią krok w krok, topiąc w jej 
oczach uparte spojrzenie, bez  krztyny ciepła czy  współczucia. Dziewczyna przystanęła, bezradnie 
opuściła rękę, rozszerzone źrenice oprzytomniały, powieki przysłoniły powoli ich niezwykłe, dzikie 
piękno. Stała bez ruchu, niemal taka blada jak jej martwa siostra. Wziął ją za rękę i łagodnie otoczył 
ramieniem, jak by chciał ją wesprzeć. Dziewczyna wybuchnęła płaczem i przytuliła się do niego jak 
dziecko.  Benning  uśmiechnął  się,  co  mnie  szalenie  obruszyło  —  być  może  każdy  uśmiech 
podziałałby na mnie tak samo — i wyprowadził ją cicho z pokoju. 
Przeprowadzono śledztwo, które dało stereotypowy wynik: zgon, jak się okazało, nastąpił wskutek 
„choroby  serca". Było to jeszcze przed wynalezieniem „zawału". Zabalsamowane zwłoki odwiózł 
do San Francisco ktoś postronny. Ewa i Benning zamiast towarzyszyć zmarłej zostali na miejscu. Z 
hotelowych plotek wynikało, że mniej odważni uważają to za bardzo dziwne, a najodważniejsi za 
dziwne niesłychanie, ale szlachetna gospodyni osłoniła winowajców własną piersią, powiadając, że 
nie mogli pojechać ze względu na kruche zdrowie dziewczyny. Warto zanotować, że z ust dwojga 
najbardziej dotkniętych i widać najmniej zainteresowanych nie usłyszano żadnych wyjaśnień. 
Któregoś  wieczoru,  chyba  w  tydzień  po  śmierci  Pauliny,  wyszedłem  na  werandę  pensjonatu  po 
książkę, którą tam zostawiłem. Pod osłoną dzikiego wina, które tłumiło blask księżyca, zobaczyłem 
Benninga.  Byłem  na  to  przygotowany,  gdyż  przed  chwilą  usłyszałem  cichy,  uroczy  głos  Ewy 
Maynard, którą również ujrzałem w cieniu. Położyła mu dłoń na ramieniu i spoglądała mu w oczy. 
Benning  trzymał  ją  za  rękę,  z  niezwykłym  wdziękiem  pochylił  głowę.  Wyglądali  jak  para 
kochanków.  W  ukryciu  poczułem  się  bardziej  nieswojo  niż  owej  pamiętnej  nocy  w  lesie.  Już 
miałem się wycofać, kiedy dziewczyna odezwała się. Kontrast między jej zachowaniem a  słowami 
był tak zdumiewający, że nie ruszyłem się z miejsca. 

background image

— Odbierzesz mi życie, tak jak Paulinie —  powiedziała. — Znam twój zamiar równie dobrze, jak 
twoją siłę, i o nic nie proszę, tylko żebyś to zrobił bez zbędnych ceregieli i zwrócił mi spokój. 
Benning  nie  odpowiedział  —  po  prostu  puścił  jej  rękę,  odwrócił  się,  zeszedł  po  schodkach  do 
ogrodu i zniknął wśród krzewów. Ale w chwilę później z pewnej odległości usłyszałem, jak śpiewa 
swoim znakomitym, czystym  głosem  jakąś barbarzyńską pieśń. Doznałem wrażenia, że coś się za 
nią  kryje  —  jakiś  daleki,  dziwny  kraj,  zaludniony  przez  istoty,  którym  służą  zakazane  moce. 
Słuchałem  jak  oczarowany,  ale  gdy  pieśń  zamarła  w  oddali,  otrząsnąłem  się  i  w  lot  dostrzegłem 
nadarzającą  się  w  moim  mniemaniu  okazję.  Wynurzając  się  z  cienia  podszedłem  do dziewczyny. 
Drgnęła i spojrzała na mnie oczyma ściganego zająca. Możliwe, że to ja ją przestraszyłem. 
— Proszę pani — powiedziałem — błagam, niech mi pani powie, kim jest ten człowiek i skąd się 
bierze jego władza nad panią. Być może to grubiaństwo z mojej strony, ale nie czas na konwenanse. 
Gdy kobiecie grozi niebezpieczeństwo, każdy ma prawo działać. 
Słuchała nie reagując, jak by ją to nic nie obchodziło, a kiedy skończyłem, z wyraźnym znużeniem 
przymknęła wielkie, niebieskie oczy. 
— Nic pan nie wskóra — powiedziała. 
Schwyciłem ją za ramię i jak kogoś, kto zapada w niebezpieczny sen, potrząsnąłem łagodnie. 
— Niechże się pani obudzi — powiedziałem. — Musimy coś zrobić, proszę mi tylko dać swobodę 
działania. Powiedziała pani, że ten człowiek zabił pani siostrę, i ja w to wierzę. Ze panią chce zabić, 
w co też wierzę. 
Bez słowa spojrzała mi w oczy. 
— Nie powie mi pani wszystkiego? — dodałem. 
—  Nic  się  nie  da  zrobić,  mówię  panu,  nic.  Gdybym  nawet  mogła,  nie  chciałabym.  To  nie  ma 
najmniejszego znaczenia.  Zostaniemy  tutaj  jeszcze  dwa  dni,  a  potem  odejdziemy  stąd, och,  jakże 
daleko! Jeśli pan coś zauważył, błagam, niech pan milczy. 
— Ależ ty oszalałaś, dziewczyno! — Usiłowałem brutalnym zachowaniem przełamać jej apatię. — 
Oskarżyłaś go o morderstwo. Jeśli mi zaraz nie wytłumaczysz wszystkiego, zawiadomię władze. 
To na nią podziałało, ale nie tak jak bym tego pragnął. Podniosła dumnie głowę i powiedziała: 
— Niech się pan nie wtrąca, mój panie, do nie swoich spraw. To moja rzecz, panie Moran. Niech to 
pana nic nie obchodzi. 
—  Obchodzi,  proszę  pani,  każdego...  cały  świat  —  odpowiedziałem  równie  chłodnym  tonem.  — 
Jeśli nie kochała pani swojej siostry, to mnie przynajmniej zależy na pani. 
— Proszę pana — przerwała mi pochylając się ku mnie. — Kochałam ją, och, Bóg jeden wie jak! 
Ale więcej jeszcze, ponad wszystko, ponad wyraz, kocham jego. Pan podsłuchał tajemnicę, ale nie 
zrobi pan z tego użytku, pan mu nie zaszkodzi. Zaprzeczę wszystkiemu. Pan powie swoje, ja swoje 
— do tego się to sprowadzi. Myśli pan, że pańskie „władze" uwierzą panu? 
Uśmiechała się teraz jak anioł i — niech mnie Pan Bóg strzeże — zakochałem się w niej po same 
uszy.  Czyżby  wiedziona  kobiecą  intuicją  rozszyfrowała  mnie?  Zachowanie  jej  odmieniło  się 
całkowicie. 
— Chodź — powiedziała prawie zalotnie. — Obiecaj, że nie będziesz mi więcej dokuczał. Chodź, 
pospacerujemy  sobie.  —  Wzięła mnie po przyjacielsku pod rękę.  —  On nie będzie wiedział... nie 
będzie go tu całą noc. 
Spacerowaliśmy  przy  księżycu  tam  i  z  powrotem  po  werandzie.  Zapominając  o  niedawnym 
grobowym nastroju dziewczyna szczebiotała o wszystkim, co tylko się działo w całym miasteczku. 
Milczałem speszony, czując się trochę jak na potajemnej schadzce. Nie spodziewałem się tego — ta 
czarująca i niewinna istota na zimno i jawnie zdradzała człowieka, za którego przed chwilą gotowa 
była z miłości poświęcić życie. 
„Doprawdy — pomyślałem w swej naiwności — tego jeszcze księżyc nie widział." 
Na co księżyc musiał się uśmiechnąć. 
Zanim  się  rozstaliśmy,  wymogłem  na  niej  obietnicę,  że  jutro  po  południu  —  przed  swoim 
wyjazdem na zawsze — pójdzie ze mną na spacer do Starego Młyna. Był to ceniony w Brownville 
zabytek, wzniesiony w roku 1860. 
— Jeśli on się tu nie pokaże — dodała posępnie. Gdy to powiedziała, znów chciałem pochwycić jej 

background image

rękę, którą przed chwilą uścisnąłem na pożegnanie — taki urok ma niewierność kobieca, kiedy nie 
my, lecz kto inny pada jej ofiarą, jak spostrzegł pewien mądry Francuz. Anioł Snu przeoczył mnie 
tej nocy. 
W  pensjonacie  podawano  kolację  o  wczesnej  porze.  Zaraz  po  wieczerzy  następnego  dnia  panna 
Maynard,  której  nie  było  przy  stole,  zeszła  do  mnie  na  werandę,  ubrana  w  najskromniejszy 
spacerowy  kostium. Widocznie „on się nie pokazał". Wolno poszliśmy drogą, która prowadziła w 
górę do  Starego  Młyna.  Wyraźnie  brakowało  jej  sił  i  raz  po  raz  raczej  kapryśnie  brała  mnie  pod 
rękę.  Nastrój  jej  albo  raczej  nastroje  były  tak  zmienne  jak  kolor  nieba  w  rozigranym  morzu. 
Żartowała, jak  gdyby  nigdy  nie zdarzyło  jej się słyszeć o śmierci, śmiała się  z byle  czego i zaraz 
potem nuciła posępne melodie tak przejmująco, że musiałem odwracać oczy, inaczej miałaby świet-
ny  dowód oddziaływania  swojej  sztuki,  jeśli  to  była  sztuka,  a  nie  prostota,  jak  wówczas  skłonny 
byłem  sądzić.  I mówiła  najdziwniejsze rzeczy w  najbardziej  niebanalny sposób, balansując  nieraz 
na  krawędziach  przepastnych  myśli,  gdzie  ja  nie  miałem  odwagi  nawet  stopy  postawić.  Jednym 
słowem  —  była  ze  wszech  miar  fascynująca  i  z  każdą  chwilą  pogrążałem  się  w  uczuciowe 
szaleństwo, popełniałem coraz to sroższe duchowe występki, prowokując całą policję sumienia do 
aresztowania mnie za zakłócenie spokoju wewnętrznego. 
Gdy  doszliśmy  do  młyna,  nie  zatrzymała  się  nawet,  tylko  skręciła  na  koleinę  biegnącą  przez 
ściernisko  w  stronę  strumienia. Minęliśmy mostek  i  poszliśmy  ścieżką,  która  wiodła  pod  górę do 
najbardziej  malowniczego  zakątka  w  całej  okolicy.  Było  to  „Orle  Gniazdo"  —  szczyt  urwiska 
wznoszącego się prosto w niebo i górującego nad borem. Z wierzchołka mieliśmy wspaniały widok 
na  dolinę  po  drugiej  stronie  i  wzgórza  w  ostatnich  promieniach  zachodzącego  słońca.  Staliśmy 
patrząc,  jak  blask  coraz  to  wyżej  umyka  przed  powodzią  mroku  zalewającą  dolinę,  gdy  raptem 
usłyszeliśmy kroki i w następnej chwili zjawił się Benning. 
— Zobaczyłem was z dołu — powiedział niedbale. — Więc wdrapałem się tutaj. 
Zamiast  chwycić  go  za  gardło  i  zepchnąć  w  przepaść,  wymamrotałem  jak  idiota  jakieś  grzeczne 
kłamstewko.  Dziewczyna  na  jego  widok  zmieniła  się  w  oka  mgnieniu.  Tylko  miłość  potrafi  tak 
rozjaśnić twarz — nawet zachodzące słońce nie rozbłysło tak wspaniale w jej oczach. 
— Jakże się cieszę, że jesteś! — zawołała wyciągając do niego ręce. 
I niech mnie diabli wezmą, jeśli to nie było szczere. 
Benning usiadł sobie na ziemi i zaczął żywo rozprawiać o dzikich kwiatach, jakie rosną w okolicy. 
Przyniósł całą ich wiązankę. W połowie żartobliwego zdania zamilkł niespodziewanie i wbił wzrok 
w Ewę, która wsparta o drzewo w zamyśleniu plotła wianek z trawy. Dziewczyna z przerażeniem 
podniosła oczy, jak gdyby wyczuła jego spojrzenie. Wstała, rzuciła wianek i wolno odeszła na bok. 
On  również  wstał,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku.  Wciąż  trzymał  w  ręce  wiązankę  kwiatów. 
Dziewczyna  odwróciła  się,  jak  gdyby  chcąc  się  odezwać,  ale  nie  powiedziała  ni  słowa.  Dziś 
wyraźnie  sobie  przypominam  coś,  czego  wówczas  prawie  sobie  nie uświadamiałem  —  straszliwy 
kontrast  między  uśmiechem  na  jej  wargach  a  przerażeniem  w  oczach,  gdy  napotkała  jego  uparte, 
rozkazujące spojrzenie. Nie mam pojęcia, jak się to stało ani jak doszło do tego, że zorientowałem 
się za późno. Wiem tylko, że z owym niebiańskim uśmiechem na ustach i ze zgrozą w oczach Ewa 
Maynard skoczyła w przepaść i runęła na wierzchołki sosen w dole. 
W jaki sposób i kiedy znalazłem się u podnóża skały, nie umiem tego powiedzieć, ale Benning był 
już tam i klęczał nad tym, co z niej pozostało. 
— Martwa — powiedział zimno — martwa. Pójdę do miasta po pomoc. Niech pan wyświadczy mi 
łaskę i zostanie. 
Wstał i poszedł przed siebie, ale przystanął po chwili i odwrócił się. 
— Z całą pewnością zauważył pan, mój przyjacielu — powiedział — że zrobiła to absolutnie sama. 
Nie zdążyłem się zerwać, aby temu zapobiec, a pan nie wiedząc o jej zaburzeniach umysłowych... 
Rzecz jasna, pan nie mógł się nawet tego spodziewać. 
Zachowanie jego rozwścieczyło mnie. 
—  Choćbyś  poderżnął  jej  gardło  tymi  przeklętymi  rękami,  lepiej  nie  mogłeś  jej  zamordować  — 
powiedziałem. 
W milczeniu wzruszył ramionami, odwrócił się na pięcie i poszedł. W chwilę później z ciemnego 

background image

boru, w którym zniknął, usłyszałem śpiewaną mocnym barytonem arię z „Rigoletto" — „La donna 
e mobile". 
 
 
 

CZŁOWIEK I WĄŻ 

 

,,Żaden tedy człek rozumny a uczony nie poważy się  
zadać temu kłam, albowiem godne wiary relacye  
tudzież mnogie świadków potwierdzenia dowodzą,  
iż żmieja w ślepiach swoich posiada moc magnetyczną:  
ktokolwiek popadnie w jej krąg, mimo woli swej  
przyciągany będzie i zginie marnie od ukąszenia onej." 
 

Wyciągnięty wygodnie na sofie, w szlafroku i pantoflach, Harker Brayton uśmiechał się odczytując 
powyższe zdanie w „Dziwach wiedzy" staruszka Morrystera. „Ze wszystkich dziwów — pomyślał 
sobie  —  najdziwniejsze  jest  to,  że  mędrcy  i  uczeni  w  epoce  Morrystera  wierzyli  w  takie  bzdury, 
które odrzuca prawie każdy nieuk w naszych czasach." 
Wywołało  w  nim  to  ciąg  refleksji,  gdyż  Brayton  był  myślicielem.  Machinalnie  opuścił  książkę 
sprzed znieruchomiałych w zadumie oczu. Gdy tylko znikła z pola widzenia, coś jawiącego się  w 
mrocznym  kącie  pokoju  przywołało  go  do  przytomności.  Zauważył  w  cieniu  pod  łóżkiem  dwa 
światełka,  o  cal  jedno  obok  drugiego.  Wyglądały  na  odblask  wiszącej  nad  nim  gazowej  lampy  w 
metalowym  kloszu;  nie  poświęcając  im  więcej  uwagi,  wrócił  do  lektury.  W  chwilę  później  jakiś 
impuls,  nad  którym  się  nie  zastanawiał,  kazał  mu  znowu  odłożyć  książkę  i  spojrzeć  w  to  samo 
miejsce.  Tkwiły  tam  wciąż  dwa  światełka.  Zdawało  się,  że  pojaśniały  migocąc  zielonkawym 
połyskiem, którego przedtem nie zauważył. Pomyślał też, że chyba przysunęły się odrobinę — były 
nieco bliższe. Znajdując się jednak wciąż w głębokim cieniu nie mogły ujawnić swojego charakteru 
i  źródła  komuś,  kto  przyglądał  się  im  niedbale.  Brayton  znowu  wrócił  do  lektury.  Raptem  tekst 
nasunął mu jakąś myśl — poderwał się odkładając po raz trzeci książkę na sofę; wysunęła mu się z 
ręki i spadła na podłogę rozpostarta grzbietem do góry. Brayton pochylony wpatrywał się uważnie 
w  ciemność  pod  łóżkiem,  skąd  oba  punkciki  migotały  —  jak  mu  się  zdawało  —  silniejszym 
ogniem.  Wytrzeźwiał  już  zupełnie,  spojrzenie  miał  bystre  i  nieustępliwe.  Po  chwili  dostrzegł  tuż 
pod  poręczą  łóżka  potężne  sploty  węża  —  zielone  światełka  to  były  ślepia!  Okropny  łeb  płasko 
wysunięty  z  głębi  i  wsparty  na  ostatnim  zwoju  mierzył  prosto  w  jego  stronę;  szeroka,  brutalna 
paszcza  i  kretyńskie  czoło  podkreślały  kierunek  tchnącego  złością  spojrzenia.  Świetlne  punkciki 
przeistoczyły się w ślepia wpatrzone w jego oczy znacząco i zjadliwie. 
 
 
 

II 

 

Wąż  w  sypialni  wytwornego  mieszkania  w  dużym  mieście  to  —  na  szczęście  —  nie  tak  częste 
zjawisko,  aby  się  mogło  obejść  bez  wyjaśnienia.  Harker  Brayton,  trzydziestopięcioletni  kawaler, 
uczony  i  próżniak,  mający  w  sobie  coś  ze  sportowca,  bogaty,  głośny  i  krzepkiego  zdrowia  — 
powrócił do San Francisco z włóczęgi po nieznanych, zapadłych kątach świata. Gusty jego, zawsze 
odrobinę  zbytkowne,  wybujały  jeszcze  pod  wpływem  długich  niedostatków;  nawet  zasoby 
luksusowego hotelu nie potrafiły ich w pełni zaspokoić. Toteż Brayton chętnie skorzystał z gościn-
ności  swojego  przyjaciela,  doktora  Druringa,  wybitnego  zoologa.  Staromodny  dom  doktora  —  w 
dzielnicy,  która  obecnie  uchodzi  za  obskurną  —  posiadał  wygląd  świadczący  wymownie  o 
dumnym odosobnieniu. Po prostu nie chciał się pospolitować w podłym towarzystwie i ostatecznie 
nie  ustrzegł  się  niektórych  dziwactw  płynących  z  samotności.  Jednym  ze  świadectw  jego 
ekscentryzmu  było  „skrzydło",  podejrzanie  uwłaczające  architekturze  i  wykorzystane  na  niemniej 
buntownicze  cele

;

  stanowiło  bowiem  kombinację  laboratorium,  menażerii  i  muzeum  przyrodni-

czego.  Tutaj  właśnie  doktor  wyładowywał  swój  naukowy  temperament  w  studiach  nad  takimi 

background image

formami życia zwierzęcego, jakie go wyraźnie pociągały i zaspokajały jego upodobanie, skłaniające 
się  —  trzeba  przyznać  —  raczej  ku  niższym  gatunkom.  Wyższe  natomiast,  jeśli  chciały  sprostać 
jego subtelnym wymaganiom, musiały zachować przynajmniej  niektóre szczątkowe cechy  łączące 
je  z  rodziną  takich  „pierwotnych  smoków",  jak  ropuchy  i  węże.  Jego  sympatie  naukowe  były 
wybitnie  „gadzie";  kochał  w  przyrodzie  pospólstwo  i  nazywał  siebie  Zola  zoologii.  Żona  jego  i 
córki — nie mające szczęścia podzielać jego światłej ciekawości dotyczącej zajęć i zwyczajów na-
szych braci stworzonych pod pechową gwiazdą — zostały z niepotrzebną surowością wykluczone z 
przybytku,  który  zwał  się  „Wężarnią",  i  skazane  na  przebywanie  wśród  własnego  gatunku. 
Jakkolwiek  —  aby  złagodzić  ich  srogi  los  —  doktor  pozwolił  im  w  oparciu  o  swoją  zasobną 
szkatułę prześcignąć ród gadów w zewnętrznej wspaniałości i splendorze. 
Architekturę  i  umeblowanie  „Wężami"  cechowała  surowa  prostota,  dostosowana  do  skromnego 
stanu  mieszkańców,  których  istotnie  nie  można  było  obdarzyć  swobodą  nieodzowną  dla  pełnego 
rozkoszowania  się  zbytkiem,  gdyż  większość  z  nich  posiadała  tę  kłopotliwą  właściwość,  że  żyła. 
Jednakże  w  swoich  własnych  pomieszczeniach  zostawiono  im  tyle  wolności  osobistej,  na  ile 
pozwalał  ich  zgubny  nałóg  pożerania  się  na  wzajem.  I  zdarzało  się  niejednokrotnie  —  o  czym 
Brayton został przezornie powiadomiony  —  że znajdywano je o różnej porze w takich zakątkach, 
gdzie  swojej  obecności  nie  potrafiłyby  wytłumaczyć  bez  wstydu.  Na  przekór  „Wężami"  i  jej 
niesamowitym  asocjacjom,  którymi  w  istocie  nie  zaprzątał  sobie  głowy,  Brayton  czuł  się 
znakomicie w gościnie u Druringa. 
 
 
 

III 

 

Poza dreszczem niespodzianki i zwykłej odrazy Brayton nie odniósł większego wrażenia. Pierwszą 
jego myślą było zadzwonić po służbę, sznur od dzwonka zwisał pod ręką, ale Brayton nie sięgnął 
po niego. Przyszło mu do głowy, że posądzono by go o strach, którego wcale nie czuł. Bardziej mu 
się narzucał niedorzeczny charakter sytuacji aniżeli jej ryzyko; była denerwująca, lecz absurdalna. 
Gad należał do jakiegoś gatunku, z którym Brayton nie był obeznany. Długości węża mógł się tylko 
domyślać; najbardziej widoczne sploty nie ustępowały grubością jego ręce. Był groźny czy też nie? 
Jadowity czy dusiciel? Jego wiedza  o sygnałach niebezpieczeństwa, stworzonych przez naturę, nie 
przyszła mu z pomocą; nigdy nie zgłębił jej tajników. 
Jeśli nawet gad był nieszkodliwy, to w każdym razie sama jego obecność stawała się uwłaczająca. 
Znalazł się tu prawem kaduka, był „nie  na  miejscu", dopuścił się  impertynencji. Kamień  nie wart 
oprawy.  Nawet  barbarzyński  gust  naszego  czasu  i  kraju  —  mimo  że  przeładował  ściany  pokoju 
obrazami, podłogę meblami a meble rupieciem  —  nie potrafił jednak dopasować wnętrza do tego 
okazu  dzikiego  życia  dżungli.  Co  więcej  —  o,  nieznośna  myśli!  —  wyziewy  tego  potwora 
zanieczyszczały powietrze, którym Brayton oddychał. 
Myśli te nabrały mniej więcej określonych kształtów w głowie Braytona i skłoniły go do działania. 
Proces ów nazywamy zastanowieniem się i powzięciem decyzji. W taki właśnie sposób okazujemy 
się mądrzy i niemądrzy. W taki właśnie sposób zwiędły liść na jesiennym wietrze zdradza większą 
albo  mniejszą  inteligencję  od  innych  opadając  na  ziemię  albo  na  staw.  Tajemnica  ludzkiego 
działania  jest  nierozstrzygnięta:  coś  daje  impuls  naszym  mięśniom.  Cóż  to  ma  za  znaczenie,  że 
przygotowawczym zmianom molekularnym nadamy miano woli? 
Brayton wstał i szykował się do wyjścia cichaczem, tak aby nie podrażnić węża. Ludzie wycofują 
się  podobnie  w  obecności  wielkich  tego  świata,  gdyż  wielkość  to  władza,  a  władza  to  groźba. 
Wiedział, że potrafi  nieomylnie podejść tyłem do drzwi. Gdyby potwór się ruszył, to natychmiast 
porwie  odpowiednie  na  tę  chwilę  narzędzie  —  tenże  bowiem  gust,  co  wy-tapetował  ściany 
obrazami, zadbał konsekwentnie o kolekcję morderczej orientalnej broni. Tymczasem ślepia węża 
paliły się bardziej niż przedtem bezlitosną złością. 
Brayton podniósł prawą nogę, aby dać krok do tyłu. W tejże chwili poczuł do tego silną niechęć. 
„Uchodzę  za  odważnego  —  pomyślał.  —  Czyżby  zatem  odwaga  była  zwykłą  dumą? Dlatego,  że 

background image

nikt nie widzi hańby, mam się wycofać?" 
Z zawieszoną w powietrzu nogą, wspierał się ręką o krzesło. 
—  Bzdura!  —  powiedział  na  głos.  —  Nie  jestem  takim  tchórzem,  aby się  bać  myśli,  że  się  boję. 
Podniósł  nogę trochę wyżej, zginając  lekko kolano,  i  stąpnął z rozmachem  —  o cal przed drugim 
butem!  Nie  miał pojęcia,  jak  się  to  stało.  Ruszył  lewą  nogą  z  tym  samym  skutkiem;  znalazła  się 
znów  przed  prawą.  Dłoń  na  oparciu  krzesła  zaciskała  się  kurczowo,  napięte  ramię  wyciągało  się 
nieco  do  tyłu.  Ktoś  mógłby  powiedzieć,  że  nie  ma  chęci puścić  krzesła.  Złowrogi  łeb  węża  leżał 
płasko na zwojach, tak jak przedtem. Nie drgnął nawet, ale jego ślepia zmieniły się w elektryczne 
iskry strzelające chmarą świetlistych igieł. 
Człowiek  zbladł  jak  popiół.  Znowu  zrobił  krok  naprzód i  jeszcze  jeden, ciągnąc  za  sobą  krzesło, 
które  —  puszczone  wreszcie  —  upadło  z  trzaskiem  na  podłogę.  Człowiek  jęknął;  wąż  nie 
zareagował  żadnym  dźwiękiem  ani  ruchem,  ale  jego  ślepia  przeistoczyły  się  w  dwa  olśniewające 
słońca. Sam gad całkiem niknął za nimi. Emanowały z nich wielobarwne pierścienie, rosnące jeden 
za drugim i pękające jak bańki mydlane; zdawało się, że mkną ku samej jego twarzy, to znów nikną 
w  niezmierzonej  dali.  Słyszał  skądś  nieustanny  łomot  wielkiego  bębna,  chwilami  odzywała  się 
muzyka o niepojętej słodyczy niczym tony harf eolskich. Poznał melodię pieśni o wschodzie słońca 
z  kolosu  Memnona  i  myślał,  że  stoi  w  trzcinach  nad  Nilem,  w  uniesieniu  wsłuchując  się  w  ów 
nieśmiertelny hymn płynący przez ciszę wieków. 
Muzyka ucichła; a raczej przeszła niedostrzegalnie w daleki pomruk ustępującej burzy. Rozpostarł 
się  przed  nim  krajobraz,  migoczący  słońcem  i  deszczem,  ujęty  w  obręcz  jasnej  tęczy,  która 
ogromnym  łukiem  obejmowała  setki  rozsypanych  miast.  Na  tle  pejzażu  potężny  wąż  w  koronie 
dźwignął łeb znad opasłych splotów i spojrzał nań oczami dawno zmarłej matki. Raptem czarujący 
krajobraz  zaczął  uciekać  w  górę  jak  dekoracja  w  teatrze  i  przepadł  w  zupełniej  pustce.  Brayton 
runął  twarzą  na  podłogę.  Krew  ciekła  mu  z  przetrąconego  nosa  i  skaleczonych  warg.  Oślepły  i 
ogłuszony  leżał  jakiś  czas  na  podłodze  z  zamkniętymi  oczami.  Po  paru  chwilach  ocknął  się  i 
zrozumiał, że upadek wyzwolił go spod uroku, gdyż oderwał  się od ślepi węża. Czuł, że teraz nie 
podnosząc oczu będzie mógł umknąć. Jednakże myśl, że wąż znajduje się ledwie o parę stóp, a on 
go nie widzi, że może właśnie skacze, aby opleść mu szyję — była zbyt straszna! Podniósł głowę, 
spojrzał w zgubne ślepia i znowu popadł w niewolę. 
Wąż leżał nieporuszony i jak by stracił nieco władzę nad wyobraźnią; wspaniałe zjawy sprzed paru 
chwil  nie  powtórzyły  się  więcej.  Pod  spłaszczonym,  bezmózgim  czołem  zwyczajnie  migotały  z 
dawną okrutną złośliwością czarne, paciorkowate ślepia. Jak  gdyby  wąż, pewny  swojego triumfu, 
postanowił nie bawić się więcej w czarodzieja. 
Nastąpiła teraz straszliwa scena. Człowiek rozciągnięty na podłodze o metr od wroga dźwignął się 
na łokciach, głowę odrzucił do tyłu, na całą długość wyprężył nogi. Twarz mu zbielała pod śladami 
krwi,  oczy  wychodziły  z  orbit.  Piana  wystąpiła  na  usta  i  opadała  płatkami.  Silne  konwulsje 
wstrząsały  ciałem,  które  wiło  się  gibkie  niemal  jak  u  żmii.  Przegiął  się  w  pasie,  rozpaczliwie 
wyrzucając  nogami  na  boki.  A  z  każdym  ruchem  odrobinę  przysuwał  się  do  węża.  Zaparł  się 
dłońmi o podłogę, a mimo to nieustannie zbliżał się na łokciach. 
 
 
 

IV 

 

Doktor Druring siedział z żoną w bibliotece. Uczony był w wyjątkowo dobrym humorze. 
— Poszedłem na zamianę z kolegą kolekcjonerem — powiedział — i zyskałem właśnie wspaniały 
okaz ophiophagusa. 
— A cóż to takiego? — zagadnęła pani Druring bez szczególnej ciekawości. 
— Co za ignorancja, na Boga! Człowiek, który dowiaduje się po ślubie, że jego żona nie zna greki, 
ma prawo się rozwieść, kochanie. Ophiophagus to wąż, który zjada inne. 
—  Oby  mu  się  udało  zjeść  twoje  —  powiedziała,  machinalnie  odsuwając  lampę.  —  Ale  jak  się 
dobiera do nich? Chyba je czaruje. 

background image

—  Do  ciebie  to  podobne,  moja  droga  —  odparł  rozdrażniony  doktor.  —  Wiesz,  jak  mi  gra  na 
nerwach każda wzmianka o tym prostackim przesądzie, że węże mają zdolność rzucania uroku. 
Rozmowę przerwał potężny krzyk, który rozbrzmiewał w cichym domu jak głos demona wyjącego 
w  grobie!  Odezwał  się  raz  i  drugi  z  przeraźliwą  wyrazistością.  Oboje  zerwali  się  na  nogi.  On  — 
zmieszany, ona blada i oniemiała ze strachu. Nie przebrzmiało jeszcze echo ostatniego krzyku, gdy 
doktor już pędził na górę po schodach, przeskakując dwa stopnie na raz. 
W  korytarzu  przed  pokojem  Braytona  zastał  kilkoro  ze  służby;  zdążyli  przed  chwilą  zejść  z 
wyższego  piętra.  Bez  pukania  rzucili  się  wspólnie  do  drzwi.  Ustąpiły;  okazało  się,  że  nie  są 
zamknięte.  Brayton  leżał  twarzą  do  podłogi  —  martwy.  Głowa  i  ramiona  kryły  się  niemal  pod 
łóżkiem.  Wyciągnęli  go  stamtąd  i  odwrócili  na  wznak.  Twarz  była  umazana  krwią  i  pianą,  oczy 
szeroko otwarte, nieruchome — co za straszliwy widok! 
— Udar serca — powiedział uczony; przyklęknął i dotykał piersi zmarłego. W tej pozycji zerknął 
przypadkiem pod łóżko. — Boże święty! — dodał. — Skąd się to tu wzięło? 
Sięgnął  tam,  wyciągnął  węża  i  cisnął  go,  wciąż  zwiniętego  w  kłębek,  na  środek  pokoju,  aż  krąg 
szurając po śliskiej podłodze uderzył o ścianę i spoczął bez ruchu. Wąż był wypchany, miał ślepia z 
guzików. 
 
 
 
 

OCZY PANTERY 

 

 

Obłąkane niekoniecznie muszą wychodzić za mąż 

 

Późnym popołudniem  na przydrożnej  ławeczce w wiejskiej okolicy  siedzieli mężczyzna i  kobieta. 
On był w średnim wieku, szczupły, śniady, miał w sobie coś z poety i korsarza — na ulicy musiał 
budzić ciekawość. Dziewczyna odznaczała się nadzwyczaj gibką figurą. Młoda, jasnowłosa i pełna 
wdzięku, miała na sobie szarą suknię w dziwne brązowe cętki. Może i była piękna, ale gdy kto na 
nią  spojrzał,  całą  uwagę  przyciągały  jej  oczy  —  szarozielone,  podłużne  i  wąskie,  których  wyraz 
wymykał się określeniu. Czuło się tylko, ze są niepokojące. Takie oczy mogła mieć Kleopatra. 
Rozmawiali ze sobą. 
—  Kocham  cię  —  mówiła  dziewczyna  —  kocham,  jak  mi  Bóg  miły.  Ale  nie  wyjdę  za  ciebie  za 
mąż. Nie, nie mogę. 
—  Stale  to  powtarzasz,  Ireno,  ale  dlaczego  nie  chcesz  wyjaśnić  mi  powodów.  Czy  mi  się  to  nie 
należy? Pozwól mi dowieść, że cię rozumiem i że nic mnie nie odstraszy. Wyjaśnij mi — dlaczego? 
— Dlaczego cię kocham? 
Uśmiechnęła się przez łzy, ale jemu nie dopisało poczucie humoru. 
— Nie, tego mi nie wyjaśniaj. Dlaczego nie chcesz wyjść za mnie? Mów. Muszą wiedzieć. Mówisz 
czy nie?! 
Zerwał  się  z  ławki,  zacisnął  pięści  i  spoglądał  na  nią  spode  łba,  jak  by  gotów  ją  udusić,  byleby 
dowiedzieć  się  prawdy.  Dziewczyna  przestała  się  uśmiechać,  patrzyła  mu  tylko  w  twarz 
nieruchomo, uważnie, bez krzty wzruszenia czy sympatii. A jednak było w jej wzroku coś takiego, 
że stracił tupet i ciarki mu przeszły po plecach. 
—  Chcesz  koniecznie  dowiedzieć  się,  dlaczego?  —  spytała  całkiem  bezbarwnym  tonem,  tak 
bezbarwnym jak wyraz jej oczu. 
— Jeśli wolno... Jeśli nie żądam za wiele. — Najwyraźniej spuszczał z tonu. 
— Dobrze, dowiesz się. Jestem obłąkana. 
Mężczyzna żachnął się, zrobił niedowierzającą minę i omal nie parsknął śmiechem. Znowu jednak 
zawiodło go poczucie humoru. Nie wierzył jej zupełnie, a jednak poczuł się głęboko zaniepokojony. 
Nasze przekonania nie lubią żyć w zgodzie z uczuciami. 

background image

— Tak by powiedzieli lekarze — ciągnęła dziewczyna. — Osobiście wolałabym nazwać to „opęta-
niem". Usiądź i posłuchaj, co ci powiem. 
Przed  nimi  rozpościerała  się  dolina.  Wzgórza  stały  w  zachodzącym  słońcu,  na  ziemię  spłynęła 
osobliwa cisza — zwiastunka zmierzchu. Tajemniczy i uroczysty nastrój udzielał się wszystkiemu 
dokoła  —  przyrodzie  i  ludziom.  Jenner  Brading  słuchał  w  milczeniu  opowieści  dziewczyny. 
Chwilami,  gdy  napotykał  jej  wzrok,  ogarniał  go  jakiś  nieokreślony  lęk,  którym  zawsze  —  mimo 
kociego uroku — napawały go jej oczy. 
Przez  wzgląd  na  czytelnika,  który  może  powątpiewać  w  talent  narracyjny  Ireny  Marlowe,  autor 
ośmiela się podać jej opowieść w swojej wersji. 
 
 

 

Izba może być za ciasna dla trojga, nawet gdy ktoś jest na zewnątrz 

 

W  chacie  z  okrąglaków  kuliła  się  pod  ścianą  kobieta  przyciskając  do piersi  niemowlę.  Za  oknem 
rozpościerał  się  gęsty,  głuchy  las.  Była  noc  i  oko  ludzkie  nie  rozpoznałoby  w  mroku  kobiety  z 
dzieckiem. A jednak ktoś przyglądał się im uporczywie, czujnie, z uwagą nie słabnącą ani na chwilę 
— w tym kryje się punkt zwrotny całej opowieści. 
Karol  Marlowe  należał  do  pokolenia,  które  dziś  już  wymarło,  pokolenia  pionierów  puszczy. 
Upodobali  oni  sobie  leśne  głusze  na  lewym  brzegu  doliny  Missisipi,  rozpościerające  się  od 
Wielkich Jezior aż po Zatokę Meksykańską. I przez sto lat z górą parli wciąż na zachód, ze strzelbą 
i toporem, wydzierając przyrodzie skrawki ziemi  pod pług, które dopiero ich mniej awanturniczy, 
lecz  bardziej  gospodarni  następcy  wydarli  puszczy  na  dobre.  Ale  gdy  wreszcie  wydostali  się  z 
lasów na otwarte przestrzenie, ślad po nich zaginął, jak by zapadli się pod ziemię. Nie ma już pio-
nierów  puszczy;  pionierzy  równin  —  ci,  co  mieli  łatwe  zadanie  i  w  ciągu  jednego  pokolenia 
ogarnęli dwie trzecie kraju — przynależą do innego, niższego gatunku. Niebezpieczeństwa, trudy i 
niedostatki surowego życia w puszczy dzieliła z Karolem jego żona i dziecko. Był do nich obojga z 
całego serca przywiązany, wywodził się bowiem ze środowiska, w którym cnoty rodzinne ceniono 
nade  wszystko.  Żona  była  młoda  i  powabna,  a  żywot  na  straszliwym  odludziu  nie  zdążył  jeszcze 
zatruć  jej  pogodnego  usposobienia.  Niebiosa  postąpiły  z  nią  uczciwie  nie  obdarzając  jej 
nadmiernym łaknieniem szczęścia, którego nie mogłyby zaspokoić skromne radości puszczańskiego 
życia.  Zajęcia  gospodarskie,  dziecko,  mąż  i  kilka  głupiutkich  książek  zaspokajały  aż  nadto  jej 
potrzeby.  Któregoś ranka  w pełni  lata  Marlowe  zdjął  ze  ściany  strzelbą  i  oznajmił,  że  ma ochotą 
pójść na polowanie. 
— Przecież nie brak nam mięsa — powiedziała żona. — Nie idź dzisiaj, bardzo cią proszą. W nocy 
miałam okropny sen. Nie mogą go sobie przypomnieć, ale czują, że zdarzy sią coś strasznego, jeśli 
nas zostawisz same. 
Przykro  stwierdzić,  że  Marlowe  zlekceważył  przestrogą,  chociaż  czaiło  sią  w  niej  przeczucie 
nieszczęścia. Szczerze mówiąc — roześmiał się. 
—  Spróbuj,  a  nuż  sobie  przypomnisz  —  powiedział.  —  Może  ci  sią"  śniło,  że  nasza  maleńka 
postradała mową. 
Wczepiając  się  tłustymi  paluszkami  w  myśliwską  kurtą  maleńka  gaworzyła  właśnie  z  zapałem, 
wyrażając swój zachwyt na widok rysiej czapki ojca. 
Żona  dała  za  wygraną:  nie  umiała  odpowiedzieć  dowcipnie  na  przyjacielskie  docinki  mąża. 
Pocałował  obie  na  pożegnanie  i  wyszedł.  Zamykając  za  sobą  drzwi,  pożegnał  na  zawsze  swoje 
szczęście. 
Nadeszła noc, a on nie wracał. Żona czekała na niego z kolacją. Położyła małą do kołyski i nuciła 
jej cicho, póki dziecko nie usnęło. Ogień na palenisku wygasł powoli. Zapaliła świecą i postawiła ją 
w  otwartym  oknie  na  znak  powitania  —  myśliwy  powinien  dojrzeć  ją  z  daleka.  Przezornie 
zamknęła  drzwi  na  wszystkie  spusty,  jak  by  dzikie  zwierzęta  wolały  wchodzić  drzwiami  niż 
otwartym oknem. Nikt jej nie wtajemniczył w zwyczaje drapieżników, nie wiedziała, którędy lubią 

background image

wchodzić  nieproszone,  choć  iście  kobieca  intuicja  podszeptywała  jej,  że  najchętniej  zakradają  się 
kominem. Z upływem  nocy wcale  nie  stawała się mniej  niespokojna, tylko bardziej  senna, oparła 
wreszcie głowę o kołyskę. Świeca w oknie dopalała się powoli, pryskając i migocząc, aż zgasła nie 
zauważona; kobietę bowiem zmorzył sen. 
Śniło jej się, że siedzi przy kołysce swojego drugiego dziecka. Pierwsze nie żyło i mąż nie żył. Była 
w jakimś obcym, nieznanym domu. Ciężkie, dębowe drzwi pozamykane były na głucho, w oknach 
rysowały się żelazne kraty. Pomyślała, że zakratowano je z obawy przed Indianami. Nic nie budziło 
w niej zdziwienia — uczucia nie znanego we śnie, ogarnęła ją tylko litość nad sobą. Dziecko spało 
z  głową  pod  kołderką.  Odkryła  je  —  spod  kołderki  wyjrzała  paszcza  dzikiego  zwierza.  Na  ten 
przeraźliwy widok ocknęła się, dygocąc w ciemnościach. 
Po chwili opamiętała  się,  namacała ręką  kołyskę; spokojny oddech dziecka upewnił  ją, że  nic mu 
się nie stało, ale nie mogła się powstrzymać i delikatnie dotknęła palcami buzi. Sama nie wiedząc, 
dlaczego to robi, wstała, wzięła  śpiące dziecko na ręce i przytuliła  je mocno do piersi. Odwróciła 
się od kołyski i ujrzała w ciemnościach dwa światełka jarzące się zielonkawo-czerwonym blaskiem. 
Wzięła je za węgle na palenisku, po chwili zorientowała się z niepokojem, że palenisko jest gdzie 
indziej, co więcej  —  światełka są  za wysoko, niemal  na wprost jej oczu. Były to bowiem źrenice 
pantery. 
Czyhała o niecałe pięć kroków — w otwartym oknie. W ciemnościach jarzyły się tylko jej straszne 
ślepia,  ale  coś podszepnęło  strwożonej  kobiecie,  że pantera  stoi  na  tylnych  łapach,  wspierając  się 
pazurami  o  futrynę.  Kieruje  nią  więc  złośliwy  zamiar,  a  nie  ospała  ciekawość.  Na  myśl  o  tym 
ogarnęła  ją  groza,  czuła,  jak  w  okrutnym  blasku  nieustępliwych  źrenic  topnieje  jej  odwaga, 
opuszczają  siły.  Kolana  ugięły  się  pod  nią  i  z  wolna  —  broniąc  się  instynktownie  przed 
gwałtowniejszym  ruchem,  aby  nie  sprowokować  pantery  do  skoku  —  osunęła  się  na  podłogę, 
skuliła się pod ścianą i dygocząc usiłowała osłonić dziecko swoim ciałem, nie odrywając wzroku od 
świetlistych obręczy. W śmiertelnej udręce nie nawiedziła jej żadna nadzieja, żadna myśl o mężu, o 
ratunku,  o  ucieczce.  Tylko  strach  przed  skokiem  pantery,  impetem  jej  cielska,  ciosem  potężnych 
łap,  przed  kłami  wżerającymi  się  w  gardło  —  i  myśl  o  rozszarpanym  dziecku.  W  bezruchu,  w 
absolutnej ciszy czekała na stracenie, mijały godziny, lata, wieki, a diabelskie ślepia spoglądały na 
nią uparcie. 
Dźwigając  jelenia  na  plecach  Karol  Marlowe  późną  nocą  dotarł  wreszcie  do  domu.  Nacisnął 
klamkę,  drzwi  były  zamknięte.  Zastukał,  odpowiedziała  mu  cisza.  Złożył  jelenia  pod  progiem  i 
pomyślał,  że  lepiej  zapukać  w  okno.  Skręcił  za  węgieł  i  zdawało  mu  się,  że  coś  zaszeleściło  w 
zaroślach, dobiegły go jakby ukradkowe stąpnięcia, których nawet jego wprawne ucho nie zdołało 
rozpoznać.  Spostrzegł  ze  zdumieniem,  że  okno  jest  otwarte.  Przerzucił  nogę  przez  parapet  i 
wskoczył  do  środka.  W  chacie  panowała  zupełna  ciemność  i  cisza.  Po  omacku  podszedł  do 
paleniska,  znalazł  zapałki  i  zapalił świecę. Rozejrzał  się.  Żona z  dzieckiem  w objęciach  siedziała 
skulona pod ścianą. Zanim do niej podbiegł, wstała wybuchając śmiechem. Śmiech był sztuczny jak 
szczęk  łańcucha. Sam nie wiedząc, co robi, wyciągnął ramiona. Podała mu dziecko. Było martwe 
— zaduszone matczynym uściskiem. 
 
 

 

Teoria obrony 

 
Słońce  skryło  się  już  za  horyzontem  i  letni  zmierzch  gęstniał  w  parowach,  kiedy  dziewczyna 
skończyła  swą  opowieść.  Brading  milczał  czekając,  co  mu  jeszcze  powie,  gdyż  nie  widział 
określonego  związku  między  opowieścią  a  ich  niedawną  rozmową.  Ale  dziewczyna  siedziała 
milcząc, z odwróconą twarzą. Nerwowo zaciskała ręce. 
—  Smutna  to,  straszna  historia  —  odezwał  się  wreszcie  Brading  —  ale  przyznam  się,  że  jej  nie 
rozumiem. Nazywasz Karola Marlowe'a swoim ojcem, co się zgadza. Domyślałem się, że postarzał 
przedwcześnie pod wpływem jakichś ciężkich przeżyć. Daruj, ale ty powiedziałaś, że... że... 

background image

— Że jestem obłąkana — dokończyła dziewczyna. Nadal odwracała przed nim twarz. 
—  Ależ,  Ireno,  przecież  mówisz...  Proszę  cię,  kochanie,  nie  odwracaj  się  ode  mnie...  Przecież 
mówisz, że dziecko zmarło, nie zaś, że straciło rozum. 
—  Tamto  zmarło,  ale  drugie  nie.  Urodziłam  się  w  trzy  miesiące  potem.  Zrządzeniem  łaskawej 
opatrzności matka postradała życie wydając mnie na świat. 
Brading  zaniemówił;  poczuł  się  nieco  oszołomiony  i  nie  umiał  na  poczekaniu  powiedzieć  nic 
właściwego  Dziewczyna  wciąż  odwracała  od  niego  twarz,  nerwowo  zaciskając  palce.  W 
zakłopotaniu chciał wziąć ją za rękę, ale coś go powstrzymało. Przypomniał sobie, że jej ręce nigdy 
go nie pociągały. 
—  Czy  to  możliwe  —  podjęła  dziewczyna  —  aby  ktoś  urodzony  w  takich  okolicznościach  nie 
różnił się niczym od innych ludzi? Był, jak się to mówi, zdrów na umyśle? 
Brading  nie  odpowiedział.  Zafrapowała  go  pewna  myśl,  pewna  —  jak  rzekłby  naukowiec  — 
hipoteza, która mogła rzucić niespodziewane i posępne światło na całą kwestię. 
Kraj  był  nadal  dosyć  dziki  i  na  ogół  rzadko  zaludniony.  Zawodowych  myśliwych  spotykało  się 
jeszcze  na  każdym  kroku,  a  wśród  ich  trofeów  trafiały  się  okazy  grubego  zwierza.  Mniej  lub 
bardziej wiarogodne pogłoski o drapieżnikach, spotykanych nocą na drodze, pojawiały się od czasu 
do  czasu,  przeżywały  zwykłe  nasilenie  i  szły  w  niepamięć.  Najświeższy  dodatek  do  tych 
popularnych apokryfów - zrodzony widać pod wspólnym natchnieniem w kilku domach na raz  — 
stanowiła  opowiastka  o  panterze,  która  wystraszyła  ponoć  domowników  zaglądając  nocą  przez 
okno. Historyjka ta wywołała maleńką sensację, zasłużyła sobie nawet na wzmiankę w miejscowej 
gazecie,  ale  Brading  nie  przywiązywał  do  niej  wagi.  Dopiero  teraz  uderzyła  go  jej  wyraźna 
zbieżność  z  opowieścią,  którą  usłyszał  z  ust  dziewczyny.  Zbieżność,  jak  mu  się  wydało,  całkiem 
nieprzypadkowa.  Czyż  nie  było  możliwe,  że  z  pierwszej  historyjki  narodziła  się  druga  —  że 
trafiając  na  podatną  glebę:  chorobliwą  umysłowość  i  bujną  wyobraźnię,  rozrosła  się  w  tragiczną 
opowieść, którą niedawno usłyszał? 
Brading przypomniał sobie pewne szczegóły z życia dziewczyny, pewne cechy jej usposobienia, na 
które — jako że miłość nie jest ciekawska — nie zwracał dotychczas uwagi. Mieszkała z ojcem na 
zupełnym  odludziu,  oboje  niechętnie  widywali  gości.  Zdradzała  dziwny  lęk  przed  nocą,  najbliżsi 
znajomi  nie spotykali jej  nigdy po zapadnięciu zmroku. Z pewnością przy takim usposobieniu raz 
rozniecona wyobraźnia mogła wybuchnąć nieokiełznanym płomieniem. Zabolało go to okrutnie, ale 
nie mógł dłużej wątpić, że była szalona. Myliła się tylko biorąc skutki swojej  niepoczytalności za 
przyczynę  —  stwarzając  wyimaginowany  związek  między  swoją  osobą  a  bajdurzeniem  miejsco-
wych mitomanów. Z niejasną chęcią sprawdzenia swojej „teorii", choć nie bardzo wiedząc, jak się 
do tego zabrać, Brading odezwał się serio, ale nie bez wahania: 
— Ireno, kochanie, powiedz mi... Błagam, nie obraź się, ale powiedz... 
—  Już  ci  powiedziałam  —  przerwała  mu  z  porywczością,  o  jaką  jej  nie  podejrzewał  —  że  nie 
możemy się pobrać. Czy warto coś więcej mówić? 
Zanim się zorientował, ześliznęła się z ławki i nie spojrzawszy nawet na niego, pobiegła do domu, 
przemykając się zwinnie wśród drzew. Brading stał patrząc za nią w milczeniu, aż znikła w mroku. 
Raptem  szarpnął  się  jak  trafiony  kulą  w  pierś;  strach  i  zdumienie  wykrzywiły  mu  twarz  —  w 
pomroce ujrzał krótki i wyrazisty błysk. Świecące oczy. Zdębiał na chwilę, ale zaraz rzucił się w las 
wołając: 
— Ireno! Ireno, uważaj! Pantera! Pantera! 
W  jednej  chwili  przebiegł  zagajnik  i  ujrzał,  jak  szara  spódniczka  dziewczyny  niknie  w  drzwiach 
domu. Nie było widać żadnej pantery, 
 
 
 

 
 
 
 

background image

 

Apel do sumienia Boga 

 
Adwokat Jenner Brading zajmował domek  na peryferiach miasteczka, pod samym  lasem. Surowe 
obyczaje  zabraniały  kawalerom  korzystania  z  usług  „dziewczyn  do  wynajęcia",  a  innej  służby  w 
tych  stronach  nie  znano,  Brading  więc  musiał  stołować  się  w  miejskim  hotelu,  gdzie  również 
urządził sobie  kancelarię. Domek pod lasem utrzymywał  jedynie ze względów reprezentacyjnych. 
Temu, kogo miejscowa gazeta nazywała „najambitniejszym jurystą swoich czasów", nie wypadało 
być  „bezdomnym".  Mówiono,  że  wkrótce  po  wybudowaniu  domku  Brading  zdradził  niefortunne 
zapędy matrymonialne — w gruncie rzeczy posunął się tak daleko, że dostał kosza od pięknej, ale 
ekscentrycznej córki starego samotnika, Marlowe'a. Wierzono temu powszechnie, ponieważ sam o 
tym opowiadał, gdy wybranka milczała — akurat odwrotnie niż w życiu bywa, co musiało budzić 
zaufanie. 
Okno  sypialni  Bradinga  wychodziło  na  las.  Którejś  nocy  Brading  obudził  się  słysząc,  że  coś  się 
dzieje  za  oknem.  Dobiegł  go  jakiś  szmer,  którego  nie  umiał  określić.  Wzdrygnął  się  nerwowo  i 
sięgnął  po  rewolwer.  Z  godną  pochwały  przezornością  trzymał  go  pod  poduszką,  sypiał  bowiem 
przy  otwartym  oknie.  W  pokoju  panowała  zupełna  ciemność,  ale  Brading  nie  czuł  strachu  i  nie 
stracił  orientacji.  Patrzył  i  czekał  cicho,  co dalej  nastąpi. Odróżniał  już  jaśniejszy  trochę  kwadrat 
okna.  Po  chwili  nad  parapetem  zamigotały  gorejące  oczy,  złośliwe  i  straszne.  Serce  podskoczyło 
Bradingowi do gardła, chłód przebiegł po plecach; czuł, jak włosy mu się jeżą, a krew odpływa  z 
policzków.  Choćby  chciał,  nie  mógł  krzyknąć,  ale  jako  człek  odważny  nie  krzyknąłby,  choćby 
mógł.  Strachliwe  ciało  niech  sobie  dygocze,  ale  duch  w  nim  siedzi  rogaty.  Powoli  wznosiły  się 
świecące oczy i powoli wznosiła się ręka Bradinga ściskająca rewolwer. Dał ognia! 
Oślepiony  błyskiem  i  ogłuszony  hukiem,  Brading  usłyszał  jednak  —  a  może  mu  się  zdawało  — 
dziki  krzyk  pantery,  tak  ludzki  i  diabelski  zarazem.  Wyskoczył  z  łóżka,  w  pośpiechu  naciągnął 
ubranie i z rewolwerem w ręce wypadł z domu. Drogą nadbiegło paru ludzi. Wspólnie przeszukali 
mokre od rosy obejście. Pod oknem trawa była zgnieciona i zdeptana, w świetle latarni ujrzeli kręty 
szlak wiodący w stronę zarośli. 
Jeden z nich potknął się i upadł na ręce; kiedy podniósł się, poczuł, że palce mu się lepią. Przybliżył 
je do światła. Okazało się, że są umazane krwią. 
Żaden z nich nie miał ochoty zadawać się bez broni ze zranioną panterą, zawrócili wszyscy prócz 
Bradinga. Ten zapuścił się śmiało w las, z latarnią i rewolwerem. Przedzierając się przez chaszcze 
trafił  na  maleńką  polankę  i  odwaga  jego  została  nagrodzona  —  odnalazł  swój  łup.  Nie  była  to 
jednak pantera. O tym, co to było, mówi po dziś dzień  na wiejskim cmentarzu sędziwy, nagrobny 
kamień, nad którym przez wiele lat pochylał się zgarbiony Marlowe z pooraną bólem twarzą. Nie-
chaj na dusze ojca i córki spłynie pokój wieczny. Pokój i zadośćuczynienie. 
 
 
 
 
 

OKNO ZABITE DESKAMI 

 

 
W roku 1830, tam gdzie dziś leży wielkie miasto Cincinnati, rozpościerał się przeogromny i prawie 
nie  tknięty  toporem  las. W  okolicy  znajdowały  się  z  rzadka  rozsiane  osady pionierów  —  ludzi  o 
niespokojnych duszach,  którzy  ledwie zdążyli wyciosać znośne do zamieszkania sadyby  i dorobić 
się  dostatków,  które  dziś  nazwalibyśmy  ubóstwem,  a  już  gnani  jakimś  niepojętym  przymusem 
wewnętrznym porzucali wszystko i parli dalej na zachód, narażając się znów na niebezpieczeństwa 
i poniewierkę, aby odzyskać te liche dostatki, których  sami się wyrzekli. Wielu z  nich  na zawsze 
przeniosło się w odległe strony, ale wśród tych, co pozostali, znajdował się osadnik, który przybył 

background image

tu jako jeden z pierwszych. Mieszkał samotnie w głębi milczącego i ponurego lasu, zdawało się, że 
stanowi  już  jego  nieodłączną  część.  Nigdy  bowiem  nie  uśmiechnął  się  ani  nie  odezwał  bez 
potrzeby.  Utrzymywał  się  ze  sprzedaży  skór,  które  przywoził  na  targ  do  miasteczka  nad  rzeką. 
Ziemia jego leżała odłogiem, znać było, że kiedyś zamierzał ją uprawiać  —  obok chaty pozostało 
parę  akrów  poręby,  przegniłe  pnie  tonęły  wśród  świeżej  roślinności,  która  naprawiła  szkody  wy-
rządzone toporem. Widać jego zapał do uprawy roli wygasł doszczętnie. 
Mieszkał w ulepionej gliną chacie z okrąglaków, krytej dachem z wypaczonych desek.  Miała ona 
jedne  drzwi,  a  naprzeciw  nich  —  okno.  Od  niepamiętnych  czasów  było  ono  zabite  na  głucho 
deskami. Nikt nie wiedział, dlaczego. Właściciel na pewno nie miał wstrętu do światła i świeżego 
powietrza;  myśliwi,  którzy  tamtędy  przechodzili,  widywali  go  zazwyczaj,  jak  przesiadywał 
wygrzewając się na progu, jeśli tylko niebo użyczyło mu słońca. Przypuszczam, że większość osób, 
które znały tajemnicę tego okna, dawno już wymarła. Ale przekonacie się, że ja ją znam. 
Podobno  nazywał  się  Murlock.  Dobiegał  pięćdziesiątki,  ale  wyglądał  o  dwadzieścia  lat  starzej. 
Widocznie nie oszczędziły go ciężkie przeżycia. Miał bujną, siwą brodę, siwe włosy na skroniach, 
zapadnięte  i  wyblakłe  oczy.  Zmarszczki  poorały  mu  twarz  w  przedziwny  sposób  przecinając  się 
nawzajem. Był słusznego wzrostu, szczupły i garbił się jak pod ciężarem. Nie widziałem go nigdy; 
znam  go z opisów dziadka, który opowiadał mi o nim za moich  chłopięcych  lat. Dziadek znał  go 
osobiście, gdyż niegdyś sąsiadowali ze sobą. 
Któregoś  dnia  znaleziono  w  chacie  zwłoki  Murlocka.  W  owych  czasach  nikt  z  tego  nie  robił 
sensacji,  nie  było  policji  śledczej  ani  gazet;  uznano  chyba,  że  Murlock  zmarł  śmiercią  naturalną, 
inaczej  —  powinien  bym  coś  o  tym  słyszeć.  Wiem  tylko,  że  pochowano  go  niedaleko  chaty,  w 
sąsiedztwie grobu żony, która wyprzedziła go o tyle lat, że wszelka pamięć o niej zdążyła zaginąć. 
Tak  zamyka  się  ostatni  rozdział  tej  prawdziwej  opowieści.  W  wiele  lat  później  wraz  z  równie 
nieustraszonym śmiałkiem zakradłem się w pobliże zrujnowanej chaty i miałem dość odwagi, aby 
cisnąć w  nią  kamieniem  i uciec przed duchem; każdy rozgarnięty  chłopak w okolicy  wiedział, że 
tam straszy. Ale jest jeszcze wcześniejszy rozdział — opowiedziany przez dziadka. 
Murlock był młody  i ufny w swe  siły, kiedy  wybudował chatę  i zaczął  karczować  las pod farmę, 
utrzymując  się  tymczasem  z  łowiectwa.  Z  rodzinnych  stron  przywiózł  sobie  młodą  żonę,  którą 
darzył szczerym uczuciem. Dzieliła z nim z ochotą niebezpieczeństwa i trudy puszczańskiego życia. 
Imię  jej  nie  zachowało  się;  o  jej  urodzie  i  charakterze  tradycja  milczy.  Sceptycy  niechaj 
powątpiewają  w  jej  zalety,  ale  ja  nie  uczynię  tego za  Boga! Świadectwem ich  miłości  jest  każdy 
dzień,  jaki  Murlock  przeżył  samotnie  po  jej  śmierci;  cóż  bowiem  mogło  tego  swobodnego  ducha 
przykuć do miejsca, jeśli nie urok wspomnień? 
Któregoś  dnia  po  powrocie  z  dalekich  łowów  Murlock  zastał  żonę  majaczącą  w  gorączce.  W 
promieniu wielu mil nie było ani lekarza, ani sąsiada; zresztą żona czuła się tak fatalnie, że Murlock 
nie mógł jej zostawić, aby udać się po pomoc. Zajął się sam pielęgnowaniem chorej, ale na trzeci 
dzień żona straciła przytomność i pozostała w tym stanie, bez żadnych przebłysków świadomości. 
Znając  charakter  Murlocka  możemy  pokusić  się  o  wzbogacenie  obrazu  naszkicowanego  przez 
dziadka.  Murlock  przekonany,  że  żona  nie  żyje,  miał  jeszcze  tyle  rozsądku,  że  nie  zapomniał  o 
obowiązkach  wobec  zmarłych,  zanim  się  ich  pochowa.  Zwłoki  trzeba  przysposobić  przed 
pogrzebem,  tak  jak  każe  zwyczaj.  Spełniając  tę  powinność  Murlock  mylił  się  często,  niektóre 
rzeczy  robił  nieprawidłowo  i  wciąż  poprawiał  to,  co  udało  mu  się  zrobić  właśnie  jak  należy. 
Chwilami  ogarniało  go  zdumienie,  że  nie  potrafi  wykonać  najprostszych  czynności,  czuł  się  jak 
pijany,  który  nie pojmuje, dlaczego nagle przestały działać kardynalne prawa fizyczne. Dziwił się 
również, że nie płacze — dziwił się i wstydził; zwykła przyzwoitość nakazuje płakać po zmarłym. 
„Jutro  będę  musiał  zrobić  trumnę  i  wykopać  grób  —  powiedział  na  głos.  —  Gdy  ją  pochowam, 
wtenczas dopiero ją stracę. Na razie... nie żyje wprawdzie, ale to nic... To musi być w porządku, tak 
czy inaczej. Nie może być tak źle, jak człowiekowi się wydaje." 
W  zapadającym  zmierzchu  pochylony  nad  zmarłą  poprawiał  jej  uczesanie,  troskliwie  wykańczał 
ubogą toaletę z bezduszną dokładnością. Żyło w nim podświadome przekonanie, że nie jest tak źle 
— że ją odzyska i wszystko się wyjaśni. W życiu swoim nie zaznał rozpaczy. Serce i wyobraźnia 
nie potrafiły jeszcze ogarnąć tego, co się stało. Nie wiedział, jak głęboką nosi w sobie ranę, o tym 

background image

miał  się  przekonać  później  i  na  zawsze.  Rozpacz  czasem  godzi  jak  strzała  i  budzi  w  ofierze  całą 
wrażliwość, czasem zaś oszołamia jak cios pałką. Tak właśnie było z Murlockiem. Ledwie wykonał 
ostatnie czynności, opadł na krzesło. Zwłoki leżały na stole, w gęstniejącym zmroku widział blady 
profil  zmarłej.  Okrutnie  znużony  położył  ręce  na  stole  i  oparł  na  nich  głowę.  W  tejże  chwili 
nadleciał przez otwarte okno przewlekły, żałosny głos jak płacz dziecka zagubionego w mrocznym 
lesie. Ale Murlock nie zareagował. Po chwili raz jeszcze dobiegł go ów lament. Może to drapieżnik, 
a może tylko sen? Murlock bowiem zasnął. 
W  kilka  godzin  później  coś  go  obudziło.  Podniósł  głowę  i  wytężył  słuch.  Przypomniał  sobie,  że 
żona leży martwa na stole. Czuł, że coś się czai w ciemnościach. Wstrzymał oddech, krew zamarła 
mu w żyłach. 
Raptem stół drgnął lekko i rozległy się ciche kroki, jak by ktoś boso stąpał po podłodze. 
Murlock  skamieniał  z  przerażenia.  Przeżył  w  ciemnościach  agonię  strachu  ciągnącą  się  wieki. 
Odebrała  mu  mowę  i  siły.  Nie  mógł  wymówić  imienia  zmarłej,  nie  mógł  wyciągnąć  ręki,  aby 
przekonać się, czy zwłoki leżą na stole. Raptem jakiś ciężar zwalił się na  stół z takim impetem, że 
Murlock  omal  nie  przewrócił  się  na  plecy.  Coś  tak  gwałtownie  runęło  na  podłogę,  aż  dom  się 
zatrząsł.  Nastąpiło  szamotanie  i  zgiełk  nie  do  opisania.  Murlock  zerwał  się  na  nogi.  Wyciągnął 
ręce... Stół był pusty! 
W pewnej chwili strach przeradza się w szaleństwo, a szaleństwo zmusza do działania. Murlock jak 
wariat  rzucił  się  do  ściany,  namacał  strzelbę,  porwał  ją  i  wypalił  w  ciemność.  W  błysku,  który 
rozjaśnił całą chatę, Murlock ujrzał ogromną panterę — topiąc kły w gardle zmarłej wlokła jej ciało 
ku  oknu!  Potem  zapadła  absolutna  ciemność  i  cisza.  Gdy  odzyskał  przytomność,  słońce  było 
wysoko, a las rozbrzmiewał śpiewem ptaków. 
Zwłoki leżały pod oknem, gdzie zawlokła je pantera, zanim uciekła przerażona błyskiem i hukiem 
strzelby. Zobaczył potarganą suknię, zmierzwione włosy, kałużę nie zakrzepłej jeszcze krwi, która 
wyciekła ze straszliwie rozpłatanego gardła. Wstążka, którą związał wczoraj przeguby rąk zmarłej, 
była rozerwana, pięści kurczowo zaciśnięte. W zębach tkwił kawałek zwierzęcego ucha. 
 
 
 
 
 

ŚMIERĆ HALPINA FRAYSERA 

 
 

 

„Albowiem  śmierć  dokonywa  większych  zmian,  niżli  już 

wykazano.  Wprawdzie  reguła  uczy,  iż  odeszłe  dusze  wracają  o 
stosownej  porze,  a  bywa,  iż  jawią  się  śmiertelnikom  w  dawnym 
swym kształcie cielesnym, atoli zdarzyło się, ze prawdziwe ciało bez 
duszy  chodziło  pomiędzy  ludźmi.  Ci  zaś,  którym  dane  było  to 
przeżyć, zaświadczają, ze  owa  z grobu powstała  martwica  ni  uczuć 
przyrodzonych,  ni  pamięci  żadnej  o  żywocie  swoim  dawnym  nie 
posiada, nienawiścią jeno żywię. Wiadomo takoż, iż poniektóre du-
sze  z  dobrotliwości  znane  za  żywota  w  diabły  wcielone  śmierć 
przeistacza."  Hali 

 
Którejś mrocznej nocy w pełni lata pewien człowiek obudził się w lesie z kamiennego snu. Uniósł 
głowę,  zapatrzył  się  w  ciemność  i  rzekł:  „Katarzyna  Lanie".  Po  czym  zamilkł;  nie  miał  pojęcia, 
dlaczego to powiedział. 
Był  to  Halpin  Frayser.  Mieszkał  w  Santa  Helena,  a  gdzie  teraz  mieszka,  dokładnie  nie  wiadomo, 
gdyż rozstał się ze światem. Ten, kto sypia po lasach nie mając nic pod głową prócz suchych liści i 
wilgotnej  ziemi  ani  nic  nad  sobą  prócz  gałęzi,  z  których  opadły  liście,  i  nieba,  z  którego  spadła 

background image

ziemia — nie może liczyć na długowieczność, a Frayser przeżył już trzydzieści dwa lata. Nie brak 
istot  na  tym  świecie,  najmilszych  zresztą,  które  uważają taki  wiek  za  bardzo podeszły.  To dzieci. 
Kto  z  macierzystego  portu  obserwuje  żeglugę  życia,  temu  się  wydaje,  że  barka,  która  pokonała 
znaczniejszą  przestrzeń,  dobija  już  do  przeciwnego  brzegu.  Jednakże  nie  jest  pewne,  czy  Halpin 
Frayser sam się naraził na śmierć. 
Cały dzień spędził w górach, na zachód od doliny Napa, polując na gołębie i drobniejszą zwierzynę, 
jaka  się  trafiła  w  tym  sezonie.  Pod  wieczór  nadeszły  niskie  chmury  i  Halpin  stracił  orientację. 
Chociaż  powinien  był  iść  ciągle  w  dół  —  najpewniejszy  to  ratunek,  kiedy  ktoś  zabłądzi  —  brak 
ścieżek  tak  mu  przeszkadzał,  że  w  głębi  lasu  zaskoczyła  go  noc.  Nie  mogąc  przedrzeć  się  w 
ciemnościach przez gęsto zbite krzaki manzanity, otępiały i wyczerpany, położył się przy korzeniu 
wielkiego  mandrono  i  zapadł  w  kamienny  sen.  Dopiero  w  wiele  godzin  później,  w  samym  sercu 
nocy,  jeden  z  tajemnych  bożych  posłańców,  który  wymknął  się  przed  niezliczone  zastępy  swoich 
towarzyszy  —  zwiastunów  świtu,  szepnął  śpiącemu  do  ucha,  że  już  czas.  Na  co  ten  usiadł  i 
wymówił nazwisko — nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo czyje. 
Halpin Frayser nie miał zadatków na filozofa ani na naukowca. Owa okoliczność — że budząc się 
w nocy w głębi lasu wypowiedział na głos jakieś nazwisko, którego nigdy nie znał ani nie pamiętał 
—  wcale  nie  podnieciła w  nim  ciekawości  i  chęci  wyświetlenia  fenomenu.  Pomyślał  sobie, że  to 
dziwne, i wzdrygnąwszy się, jak gdyby przez wzgląd na rzekomo chłodne o tej porze noce, ułożył 
się z powrotem do snu. Ale nie spał już jak kamień. 
Zdawało  mu  się,  że  idzie  polną  drogą,  która  bielała  w  gęstniejącym  mroku  letniej  nocy.  Nie 
wiedział, skąd i dokąd wiodła, ani po co nią szedł, choć wszystko wydawało się proste i naturalne, 
jak  to  we  śnie  bywa  —  w  tej  krainie  niespodzianki  przestają  niepokoić,  a  rozsądek  odpoczywa 
sobie. Wkrótce stanął  na rozdrożu; odgałęziała się w tym miejscu mniej uczęszczana droga, którą 
dawno chyba nikt nie szedł, ponieważ — pomyślał sobie — prowadziła do czegoś złego. Mimo to 
skręcił w nią bez wahania, przynaglany jakąś bezwzględną koniecznością. 
Wyczuł,  że  szlak,  którym  idzie,  roi  się  od  niewidzialnych  istot.  Spośród  drzew  po  obu  stronach 
drogi  dolatywały  go  urywane  szepty  w  jakimś  dziwnym  języku,  z  którego  jednak  coś  niecoś 
pojmował.  Wydawało  mu  się,  że  to  porozumiewają  się  spiskowcy,  którzy  dybią  |na  jego  ciało  i 
duszę. 
Noc  już  dawno  zapadła,  a  jednak  nieprzebyty  bór  rozjaśniało  jakieś  blade  światło,  pozbawione 
źródła.  Inie  rzucające  żadnych  cieni.  Płytka  kałuża  w  starej  "koleinie  jakby  świeżo  po  deszczu 
błysnęła  szkarłatnym  refleksem.  Schylił  się  i  zanurzył  w  niej  dłoń.  Uczuł,  że  palce  mu  się  kleją. 
Była  to  kałuża  krwi.  Dopiero |teraz  spostrzegł,  że  krew  plami  wszystko  dokoła  —  szerokie  liście 
łopianów  przy  drodze,  zakurzony  trakt  (spryskany  jakby  czerwonym  deszczem,  pnie  drzew  w 
wielkich szkarłatnych łatach, a z listowia krew kapie jak rosa. 
Zauważył to wszystko ze zgrozą, chociaż czuł, że tego spodziewał się właśnie. Zdawało mu się, że 
jest  to  pokuta  za  zbrodnię,  wprawdzie  nie  umiał  jej  sobie  jasno  przypomnieć,  ale  miał  poczucie 
własnej winy. Wśród zmór, które go zewsząd prześladowały, świadomość ta stanowiła dodatkową 
udrękę. Na próżno rozpamiętywał swoje życie, aby odtworzyć chwilę, w której zgrzeszył. Pamięć 
pęczniała  mu  od  obrazów  i  zdarzeń,  które  napływały  tłumnie,  wypierając  się  nawzajem  albo 
mieszając ze sobą w zgiełku i mroku, ale żaden błysk nie zdradził mu tego, czego szukał. Ogarnął 
go  strach,  czuł  się  tak,  jak  by  zamordował  kogoś  po  ciemku,  sam  nie  wiedząc  dlaczego  i  po  co. 
Znalazł  się  w  tak  straszliwej  sytuacji  —  tajemnicze  światło  jaśniało  tak  cicho  i  złowieszczo; 
szkaradne łopiany i drzewa, które zgodnie przybrały ponury i wrogi wygląd, tak jawnie sprzysięgły 
się  przeciwko  niemu;  ścigały  go  zewsząd  tak  wyraźne  i  przeraźliwe  szepty  i  westchnienia  tak 
nieziemskich istot — że nie mógł już dłużej tego znieść. Zrobił straszliwy wysiłek, aby uwolnić się 
od złośliwego uroku, i krzyknął pełną piersią. Głos jego rozprysnął się chmarą obcych dźwięków, 
pomknął  rozbełkotany  w  dalekie  ostępy  lasu  i  skonał  w  ciszy.  Nic  się  nie  zmieniło.  Ale  Halpin 
nabrał otuchy, udało mu się przecież stawić opór. Powiedział sobie: 
„Nie dam się pokonać cichcem. Może nie tylko złe moce wędrują tą przeklętą drogą. Zostawię im 
po  sobie  świadectwo  i  odezwę  do  nich  skierowaną.  Opowiem  o  swoich  krzywdach, 
prześladowaniach,  jakie  znoszę  —  ja,  bezbronny  śmiertelnik,  pokutnik,  nie  wadzący  nikomu 

background image

poeta!" Halpin Frayser był takim samym poetą, jak i pokutnikiem — we śnie. 
Wyjął  z  kieszeni  notesik  oprawiony  w  czerwoną  skórkę,  stwierdził  jednak,  że  nie  ma  ołówka. 
Odłamał z krzaka gałązkę, umaczał ją w kałuży krwi i zaczął spiesznie pisać. Zaledwie przeciągnął 
gałązką po kartce, gdy gdzieś w niezmierzonej przestrzeni odezwał się gruby i dziki śmiech. Zbliżał 
się  bezduszny  i  zjadliwy  potężniejąc  z  każdą  chwilą.  Aż  zamieniając  się  w  nieziemski  wrzask 
zabrzmiał  mu  nad  samym  uchem.  A  potem  ucichł  zanikając  powoli,  jak  gdyby  przeklęta  istota, 
która  go  wydała,  odeszła  za  krawędź  świata  —  tam,  skąd  przyszła.  Ale  Halpin  nie  wierzył  temu, 
myślał, że czyha ona gdzieś w pobliżu, i siedział skamieniały. 
Dziwne  uczucie  zaczęło  powoli  ogarniać  jego  umysł  i  ciało,  chyba  zupełnie  bez  pośrednictwa 
zmysłów. 
Narzucała  mu  się  czysta  świadomość  czyjejś  przytłaczającej  obecności,  jakiejś  nadprzyrodzonej 
złej mocy, potężniejszej od niewidzialnych zmór, które go osaczały. Wiedział, że to ona śmiała się 
tak  szkaradnie. Czuł, że skrada się ku niemu — z której strony, tego bał się domyślać. Owładnęła 
nim absolutna zgroza i jedna tylko myśl — dokończyć odezwę do wszelkich dobrych potęg, które 
nawiedzając  ten  piekielny  las  mogą  go  jeszcze  uratować,  jeśli  nie  zazna  wcześniej  łaski 
unicestwienia.  Pisał  w  okropnym  pośpiechu,  nie  maczając  gałązki,  z  której  nieustannie  spływała 
krew.  Ale  w  środku  zdania  kalendarzyk  wysunął  mu  się  z  rąk.  Skamieniały  patrzył  w  wyrazistą 
twarz, puste i martwe oczy matki, stała milcząca w śmiertelnej białej szacie. 
 
 

 

Za czasów swojej młodości Halpin Frayser mieszkał z rodzicami w Nashville, w stanie Tennessee. 
Zamożny  ród  Frayserów  wywodził  się  z  wyższych  sfer,  których  niedobitki  ostały  się  po  wojnie 
domowej.  Dzieci  ich  posiadały  wszelkie  przywileje  i  umiały  korzystać  z  tego  należycie,  dając 
dowody światłego umysłu i dobrych manier. Halpin, najmłodszy i nie za bardzo krzepki, był chyba 
trochę „zepsuty". Tracił na tym podwójnie, gdyż matka go rozpieszczała, a ojciec ignorował. Papa, 
tak  jak  każdy  wpływowy  człowiek  na  Południu,  zajmował  się  polityką.  Ojczyzna,  a  właściwie 
miasto i stan wymagały od niego tylu poświęceń, że swoich bliskich słuchał tylko jednym uchem, 
przytępionym zresztą od politycznych wrzasków, cudzych, no i własnych. 
Młody Halpin miał usposobienie marzycielskie, ospałe i raczej romantyczne. Bardziej pociągała go 
literatura  niż  kariera  prawnicza,  do  której  go  przeznaczno.  Wśród  krewnych,  którzy  wyznawali 
nowoczesną  wiarę  w  dziedziczność,  panowała  cicha  zgoda,  że  w  Halpinie  odżył  pradziadek  ze 
strony matki, Miron Bayne, i powrócił na światło księżyca — to bowiem ciało niebieskie wywarło 
za  żywota  taki  wpływ  na  pradziadku,  że  został  niemałej  rangi  poetą,  jak  na  kolonialne  czasy. 
Jakkolwiek  do  rzadkości  należał  taki  Frayser,  który  by  nie  przechowywał  z  dumą  wykwintnego 
egzemplarza  patriarchalnych  „dzieł  poetyckich"  (wydanych  nakładem  rodziny  i  dawno  już 
wycofanych  z  niegościnnego  rynku),  to  jednak  panowała  jakaś  nielogiczna  niechęć  do  tego,  aby 
uczcić  wielkiego  zmarłego  w osobie  jego  duchowego  spadkobiercy.  Od  Halpina  na  ogół  wszyscy 
stronili jak od czarnej owcy, która w każdej chwili może skompromitować stado pobekiwaniem do 
rymu.  Frayserowie  z  Tennessee  byli  to  ludzie  praktyczni  —  żywili  tęgą  odrazę  do  takich  cech 
charakteru, które wykluczają zdrowe powołanie polityczne. 
Należy  jednak  oddać  młodemu  Halpinowi  sprawiedliwość.  Wprawdzie  odrodziły  się  w  nim 
umysłowe  i  moralne  cechy  sławnego  kolonialnego  barda,  przypisywane  przez  historię  i  tradycję 
rodzinną, ale odziedziczona po nim iskra boża pozostawała w sferze czystych domysłów. Nie tylko 
że  nigdy  nie  widziano,  aby  Halpin  zalecał  się  do  muzy,  ale  wręcz  nie  był  w  stanie  sklecić 
prawidłowo  jednego  wiersza.  A  jednak  któż  mógł  wiedzieć,  czy  nie  obudzi  się  w  nim  drzemiący 
geniusz i nie zatarga struną. 
Tymczasem  w  każdym  bądź  razie  młody  człowiek  miał  niejaką  skłonność  do  rozpusty.  Z  matką 
łączyła go najdoskonalsza sympatia. W skrytości ducha była ona zagorzałą wielbicielką wielkiego 
Mirona Bayne'a. Z właściwym swojej płci taktem — tak powszechnie i sprawiedliwie podziwianym 
wbrew  zatwardziałym  oszczercom,  którzy  utrzymują,  że  w  zasadzie  nie  różni  się  on  niczym  od 

background image

chytrości — zawsze dbała o to, aby nie wyjawiać swojej słabości temu, kto jej nie podziela. W tym 
wypadku łączyło ich na dodatek poczucie wspólnej winy. Jeśli w młodości matka go „zepsuła", to z 
pewnością on sam jej w tym pomógł. Gdy osiągnął wiek jako tako męski — na Południu nie można 
zostać mężczyzną, jeśli się nie dba o wyniki wyborów — przywiązanie do pięknej matki, którą od 
wczesnego dzieciństwa nazywał Kasią, stawało się z roku na rok coraz czulsze i silniejsze. W obu 
tych romantycznych  naturach ujawniało się w dyskretny sposób tak często zapoznawane zjawisko 
— dominujący we wszelkich związkach ludzkich element seksualny, który wzmacnia, sublimuje i 
upiększa  nawet  więzy  pokrewieństwa.  Nie  rozstawali  się  ze  sobą,  a  nieznajomi  obserwując  ich 
zachowanie brali ich nieraz za kochanków. 
Któregoś dnia Halpin Frayser wszedł do buduaru matki, pocałował ją w czoło, pobawił się chwilkę 
jej niesfornym lokiem, wreszcie siląc się na spokój powiedział: 
— Martwiłabyś się bardzo, Kasiu, gdyby mnie zawezwano na parę tygodni do Kalifornii? 
Zanim  Kasia  otworzyła  usta,  już  odpowiedziały  na  to  pytanie  jej  zdradliwe  policzki.  Jakżeby  się 
miała nie martwić! Na dodatek świadczyły o tym łzy w migdałowych oczach. 
—  Ach,  mój  chłopcze  —  spojrzała  na niego  z  czułością  —  powinnam  była  spodziewać  się  tego. 
Płakałam przecież prawie całą noc. We śnie przyszedł do mnie dziadek Miron, taki młody jak ty i 
przystojny, stanął pod ścianą i wskazał na twój portret. Spojrzałem i nie mogłam rozpoznać twoich 
rysów,  bo  miałeś  na  twarzy  namalowany  całun.  Twój  ojciec  wyśmiał  mnie,  ale  my  oboje,  mój 
kochany, wiemy, że takie rzeczy coś znaczą. A  na szyi, widać ją było  spod całunu, ujrzałam sine 
ślady palców... Wybacz mi, ale nie mamy zwyczaju niczego ukrywać przed sobą. Może inaczej mi 
to wytłumaczysz. Może to nie oznacza, że wyjedziesz do Kalifornii. A nie wziąłbyś mnie ze sobą? 
Należy  wyznać,  że  ta  pomysłowa  interpretacja  snu  w  świetle  świeżo  ujawnionych  faktów  nie 
przemówiła  synowi  do  przekonania.  Przez  chwilę  przynajmniej  był  przeświadczony,  że  sen 
zapowiada  znacznie  prostszą  i  szybszą,  jeśli  nie  mniej  tragiczną,  katastrofę  niż  wyjazd  nad 
wybrzeże Pacyfiku. Halpin Frayser odniósł wrażenie, że uduszą go za karę na miejscu. 
—  Przecież  są  w  Kalifornii  uzdrowiska  —  podjęła  Kasia,  zanim  zdążył  wyjaśnić  jej,  co  sen 
naprawdę  oznacza  —  gdzie  leczy  się  reumatyzm  i  newralgię,  prawda?  Spójrz,  jakie  mam 
zesztywniałe palce. Jestem prawie pewna, że dokuczają mi po nocach. 
Podsunęła  mu  ręce  do  obejrzenia.  Jaką  to  diagnozę  młody  człowiek  wolał  pokryć  uśmiechem, 
kronikarz  tej  historii  nie  jest  w  stanie  stwierdzić,  ale  ze  swojej  strony  czuje  się  w  obowiązku 
powiedzieć,  że  tak  giętkich  i  zdrowiusieńkich  palców  żaden  lekarz  nie  oglądał  nawet  u 
najśliczniejszej pacjentki pragnącej, aby jej przypisać zmianę powietrza. 
W  rezultacie  —  z  dwojga  tych  oryginalnych  osób,  mających  równie  oryginalne  poczucie 
obowiązku, jedna wyjechała do Kalifornii, jak wymagały interesy jej klienta, druga zaś pozostała w 
domu zgodnie z życzeniem nieczułego na nic męża. 
W San Francisco Halpin Frayser szedł sobie pewnej ciemnej nocy bulwarami nad morzem, gdy ku 
swojemu zdumieniu i rozpaczy najniespodziewaniej został marynarzem. Porwano go siłą na bardzo 
piękny  okręt  i  wyprawiono  w  dalekie  kraje.  Niedole  jego  nie  skończyły  się  wraz  z  rejsem,  gdyż 
statek  rozbił  się  o  wysepkę  na  południowym  Pacyfiku  i  dopiero  w  sześć  lat  później  pozostałych 
przy życiu rozbitków zabrał na pokład pewien przedsiębiorczy szkuner i przywiózł z powrotem do 
San Francisco. 
Choć nie miał ni złamanego szeląga, Halpin Frayser zachował dumę nie mniejszą niż za dawnych, 
dawnych lat, od których upłynęły jakby całe wieki. Nie przyjął wsparcia od obcych. Zamieszkał u 
kolegi,  towarzysza  przygód,  niedaleko  miasteczka  Santa  Helena,  gdzie  oczekiwał  na  wieści  i 
zapomogę z domu. I wybrał się właśnie na polowanie do lasu, w którym zaskoczył go sen. 
 
 

 

Upiór, który zjawił mu się we śnie, zarazem podobny i niepodobny do matki, był tak przeraźliwy, 
że nie wzbudził w nim krztyny miłości ni tęsknoty, nie wywołał żadnych wspomnień ani żadnego 
współczucia; wszystkie subtelniejsze doznania połknął strach. Halpin chciał rzucić się do ucieczki, 

background image

ale  nogi  miał  jak  z  ołowiu.  Ręce  zwisały  mu  bezwładnie  po bokach. Nie  śmiał oderwać  oczu od 
wyblakłych  źrenic  zjawy.  Wiedział,  że  nie  jest  ona  duszą  bez  ciała,  tylko  najstraszliwszą  ze 
wszelkich  istot,  jakie  prześladowały  go  w  upiornym  lesie  —  ciałem  bez  duszy!  W  jej  pustym 
spojrzeniu nie było ani miłości, ani  litości, ani zrozumienia  —  jakże miała do niej trafić prośba o 
zmiłowanie.  „Prośbą  nikogo  nie  okłamiesz"  —  pomyślał  przeinaczając  absurdalnie  znane 
powiedzonko: „kłamstwem nikogo nie uprosisz". 
Zamilkły wszystkie szepty i westchnienia, diabelski las zniknął z jego świadomości zostawiając po 
sobie to monstrualne widmo. Zdawało się, że mijają wieki  i świat zdążył już osiwieć w grzechu, a 
upiór wciąż stał przed nim o krok, obserwując go z tępą, zwierzęcą złością, Aż wściekle rzucił się 
na niego. Napaść wyzwoliła w Halpinie całą energię fizyczną. Wolę i umysł nadal pętał urok, lecz 
jego potężne i zwinne ciało, obdarzone samoistnym życiem, stawiało uparty i skuteczny opór. Przez 
chwilę  zdawało  mu  się,  że  sam  nie  bierze  udziału  w  tej  niezwykłej  walce,  tylko  obserwuje  ją  z 
boku, gdy dyszący automat zmaga się ze ślepą siłą. Ale raptem odzyskał siebie, jak by nagle wsko-
czył we własne ciało, i zaczął walczyć równie czujnie i zajadle, jak jego szkaradny przeciwnik. 
Ale  cóż  za  śmiertelnik  podoła  upiorom,  które  sam  wyśnił?  Wyobraźnia  kreując  wroga  legła 
samounicestwieniu,  rezultat  walki  został  przesądzony  z  góry.  Wszystek  opór  szedł  na  marne. 
Chociaż Halpin zmagał się zajadle z całych sił, uczuł, jak zimne palce zaciskają mu się na gardle. 
Przyciśnięty  do  ziemi  ujrzał  tuż  nad  sobą  martwą  i  kościstą  twarz.  A  potem  otoczył  go  mrok. 
Zadudniły gdzieś bębny, narastał gwar, az jakiś daleki krzyk strzelił w niebo rozsiewając ciszę — i 
Halpin Frayser śnił, że nie żyje. 
 
 

 

Po ciepłej, pogodnej nocy nastał ranek wilgotny od mgły. Pod wieczór poprzedniego dnia maleńki 
obłoczek,  piórko  zupełne,  cień  chmurki  uczepił  się  nagich  skał  pod  samym  szczytem  Góry  Sw. 
Heleny.  Taki  zwiewny,  taki  przezroczysty,  jak  by  uprzędła  go  fantazja.  Aż  chciało  się  zawołać: 
„Spójrz prędko! Za chwilę go nie będzie." 
Za chwilę urósł w oczach i zgęstniał. Trzymając się szczytu pełznął coraz dalej i dalej nad doliną, 
pęczniał i rozrastał się, przygarniając mgiełki, które zawisły na tej samej wysokości, jak gdyby po 
to  właśnie,  aby  mógł  je  wchłonąć.  Rósł  tak  i  rósł,  aż przesłonił  szczyt  i  rozpostarł  się  nad  doliną 
mętnym  i  szarym  baldachimem.  W  Calistodze,  która  leży  u  samego  podnóża  góry,  panowała 
bezgwiezdna noc i wstał bezsłoneczny ranek. Mgła, opadając w dolinę, szła na południe połykając 
rancho  za  ranchem  przez  dziesięć  mil,  aż  ogarnęła  miasteczko  Santa  Helena.  Osiadł  kurz  na 
drogach, drzewa ociekały wilgocią, ptaki przycupnęły cicho w zaroślach; blady  i upiorny poranek 
zgasił wszystkie  kolory. 
O brzasku dwaj ludzie wyszli z miasteczka Santa Helena i ruszyli w górę doliny drogą do Calistogi. 
Nieśli  na  ramionach  strzelby,  ale  nikt  nie  wziąłby  ich  za  łowców  ptactwa  czy  zwierza.  Byli  to 
Holker i Jaralson, zastępca szeryfa z Napa i detektyw z San Francisco. 
Polowali na ludzi. 
— Daleko jeszcze? — zagadnął Holker. 
Szli zostawiając białe ślady na nawilgłej drodze. 
— Do Białego Kościoła? Zostało najwyżej pół mili — odparł detektyw. — A propos, to ani biały, 
ani  kościół.  Zwykły,  opuszczony  budynek  szkolny,  zszarzał  ze  starości  i  zaniedbania.  Niegdyś, 
kiedy był jeszcze biały, odprawiano w nim nabożeństwa. Obok jest 
s cmentarz, wprost wymarzony dla poetów. Czy domyśla się pan, dlaczego pana wezwałem? 
— Och, nigdy nie dokuczam panu pytaniami. Bo wiem, że język się panu rozwiąże, kiedy trzeba. 
Ale jeśli wolno mi się domyślać, mam panu pomóc aresztować któregoś z nieboszczyków. 
— Pamięta pan Branscoma? — powiedział Jaralson ignorując kiepski dowcip towarzysza. 
— Faceta, co poderżnął żonie gardło? Ba, straciłem przez niego cały tydzień i naganiałem się tylko 
jak  dziki  osioł.  Wyznaczono  za  niego  pięćset  dolarów  nagrody,  ale  od  tamtej  pory  nikt  go  nie 
widział na oczy. Pan chyba nie chce powiedzieć... 

background image

— Właśnie, że chcę. Cały czas kręcił się wam pod samym nosem. Co noc przychodzi na cmentarz 
koło Białego Kościoła. 
— A to bestia! Tam właśnie pochowali jego żonę. 
— Mogliście chyba mieć tyle oleju we łbie, żeby się domyślić, że kiedyś wróci na jej grób. 
— Szukaliśmy wszędzie, tylko nie tam. Nikomu by to nie przyszło do głowy. 
— Właśnie dlatego, że szukaliście wszędzie i na darmo, zaczaiłem się tam na niego. 
— I nakrył go pan? 
—  To  on  mnie  nakrył,  cholera.  Drań  wziął  mnie  na  muszkę,  kazał  mi  podnieść  rączki  do  góry  i 
pospacerować  do  wszystkich  diabłów.  Tylko  łasce  boskiej  zawdzięczam,  że  nie  zrobił  ze  mnie 
rzeszota. O, to twarda sztuka. Myślę sobie, że połowa tej nagrody mi wystarczy, jeśli pan reflektuje 
na drugą. 
Szeryf  zaśmiał  się  dobrodusznie  i  wyjaśnił,  że  nigdy  jeszcze  szczęście  tak  nie  sprzyjało  jego 
wierzycielom. 
— Chcę zapoznać pana z terenem i ustalić wspólnie plan działania — wyjaśnił detektyw. 
—  Facet  musi  być  pomylony  —  powiedział  szeryf.—  Żeby  dostać  nagrodę,  trzeba  go  złapać  i 
dostarczyć przed sąd. A nikt nie będzie sądził wariata. 
Szeryf tak się przejął własnym odkryciem, że sprawiedliwości może nie stać się zadość, aż zdębiał 
na środku drogi. Po chwili ruszył naprzód z dużo mniejszym zapałem. 
— Cóż, wygląda na wariata — zgodził się Jaralson. — Muszę przyznać, że takiej nie ogolonej, nie 
ostrzyżonej,  niechlujnej  i  nie  wiadomo  jakiej  cholery  nie  widziałem  nigdy  poza  dostojnym  i 
sędziwym  klanem trampów. Ale zawziąłem się  na  niego i ani myślę dać za wygraną. Ostatecznie 
będziemy mieli czym się. chlubić. Nikt nie wie, że on się ukrywa po tej stronie Gór Księżycowych. 
— Dobra — powiedział Holker. — Idźmy zobaczyć teren —  i dodał słowami ulubionego niegdyś 
nagrobnego napisu — „gdzie i ty musisz spocząć niebawem". To znaczy, jeśli staruszek Branscom 
będzie miał dosyć pana i pańskiego wścibstwa. A propos, obiło mi się o uszy, że Branscom to nie 
jest jego prawdziwe nazwisko. 
— A jakie? 
— Nie mogę sobie przypomnieć. Przestałem interesować się draniem i wywietrzało mi z pamięci... 
Pardue czy  coś  takiego. Kobieta,  której  tak brzydko  poderżnął  gardziołko, była  wdową,  kiedy  się 
spotkali. Przyjechała do Kalifornii, żeby odszukać jakichś krewnych. Ale dla pana to nie nowość. 
— Naturalnie. 
— Tylko jakim cudem nie znając prawdziwego nazwiska odnalazł pan grób? Gość, który mi mówił, 
jak ono brzmi, powiadał, że nazwisko zostało wycięte na tabliczce. 
—  Nie wiem,  który  to  grób  —  Jaralson  z  wyraźną  niechęcią  przyznał  się  do  swojej  ignorancji  w 
kluczowym punkcie planu.  —  Śledziłem ogólnie cały teren. Zidentyfikowanie tego grobu stanowi 
po części nasze dzisiejsze zadanie. A oto i Biały Kościół. 
Długi  czas  droga  biegła  wśród  pól,  ale  teraz  po  lewej  stronie  ukazał  się  las  dębów,  mandrono  i 
gigantycznych  jodeł,  których  tylko  niższe  gałęzie  prześwitywały  upiornie  we  mgle.  Miejscami 
rozpościerały się gęste zarośla. Dopiero kiedy skręcili w las, szeryf dojrzał wyłaniające się z mgły 
dalekie i ogromne zarysy budynku. Po paru krokach mógł go dotknąć ręką — okazało się, że jest to 
sczerniały  od  wilgoci  i  wcale  nieduży  obiekt,  zbudowany  jak  zwykła  szkółka  wiejska  o 
pudełkowatej  architekturze.  Stał  na  podmurowaniu  z  kamienia,  cały  dach  obrósł  mchem,  zamiast 
okien  ziały  dziury  po  dawno  wyjętych  futrynach.  Chylił  się  do  ruiny  —  typowo  kalifornijski 
odpowiednik „pomnika przeszłości", jak to określają przewodniki turystyczne za granicą. Detektyw 
nawet nie rzucił okiem na nieciekawą budowlę, tylko zapuścił się w ociekające wilgocią zarośla. 
— Pokażę panu, w którym miejscu mnie nakrył — powiedział. — To cmentarz. 
Tu i ówdzie wśród krzaków ukazywały się groby. Świadczyły o nich zmurszałe kamienie, przegniłe 
tabliczki  chylące  się  na  wszystkie  strony,  zrujnowane  płotki  i  bardzo  rzadko  kopce prześwitujące 
żwirem  spod  opadłych  liści.  Nieraz  nic  nie  wskazywało,  gdzie  spoczywają  szczątki  jakiegoś 
biedaka  —  co  pozostawił  „grono  serdecznych  przyjaciół",  którzy  z  kolei  serdecznie  o  nim 
zapomnieli — nic prócz zapadniętej ziemi. Ścieżki, jeśli w ogóle były, dawno się zatarły. Z grobów 
powyrastały potężne drzewa, roztrącając krzyże i płotki. Wokół unosiła się atmosfera opuszczenia i 

background image

rozkładu, która chyba do niczego tak nie pasuje jak do kwatery zapomnianych zmarłych. 
Przedzierali się przez gęstwinę młodych drzewek. Jaralson śmiało szedł przodem. Nagle przystanął, 
wycelował strzelbę, mruknął coś ostrzegawczo i zapatrzony nie ruszał się z miejsca. Szeryf nic nie 
widział poza jego plecami, ale też uniósł strzelbę i  stanął w pogotowiu. Po chwili Jaralson zaczął 
ostrożnie skradać się naprzód, tamten poszedł za nim. 
Pod  zwisającymi  gałęziami  ogromnej  jodły  leżał  martwy  człowiek.  Stanęli  nad  nim  w  milczeniu. 
Zauważyli  to,  co  najpierw  rzuca  się  w  oczy  —  twarz,  układ  ciała,  ubranie  —  to  jasno  i  szybko 
zaspokaja współczującą ciekawość. 
Leżał  na wznak, z  szeroko rozrzuconymi  nogami, pięści miał zaciśnięte, jedną rękę odrzuconą na 
bok, a drugą uniesioną do góry, ale tak zgiętą w łokciu, jak by odpychał kogoś od gardła. Cała jego 
poza wskazywała na to, że szaleńczo, ale bezskutecznie bronił się — przed czym? 
Nie  opodal  leżała  strzelba  i  torba  myśliwska,  z  której  wyzierały  pióra  upolowanych  ptaków. 
Wszędzie  widniały  ślady  zaciekłej  walki.  Maleńkie  pędy  dębczaków  były  przygięte,  odarte  z 
gałązek  i  łyka.  Ktoś  zorał  nogami  zgniłe  liście;  na  wysokości  jego  bioder  odcisnęły  się  w  ziemi 
wyraźne ślady czyichś kolan. 
Wystarczyło spojrzeć na twarz i szyję, aby przekonać się o charakterze walki. Podczas gdy piersi i 
ręce  miały  normalny  kolor, twarz i  szyja  nabiegły  niemal  czarną  purpurą.  Wspierał  się plecami  o 
mały  wzgórek,  głowa  opadała  w  dół,  w  nieprawdopodobny  sposób  przegięta  do  tyłu. 
Wytrzeszczone  oczy  patrzyły  martwo  w  głąb  czaszki.  Z  ust  pełnych  zastygłej  piany  wystawał 
czarny, spuchnięty język. Szyja była straszliwie poharatana; czyjeś silne palce musiały wżerać się w 
nią nie zwalniając uścisku jeszcze w długi czas po śmierci ofiary. Ubranie przesiąkło wilgocią. Na 
wąsach i we włosach świeciła skroplona mgła. 
Nie odzywając się do siebie spostrzegli to wszystko niemal od jednego rzutu oka. Wreszcie szeryf 
powiedział: 
— To się biedakowi dostało. 
Jaralson czujnie wodził oczami po lesie, trzymając palec na cynglu strzelby. 
—  Furiat  go  tak  urządził  —  powiedział  nie  odrywając  wzroku  od  gęstwiny.  —  To  robota 
Branscoma-Pardue. 
Szeryf zauważył, że coś wyziera spod zmierzwionych liści. Był to notes w czerwonej skórce. Szeryf 
podniósł go i otworzył. Na pierwszej kartce znalazł nazwisko: Halpin Frayser. A dalej czerwonym 
atramentem, jak by  nabazgrany w pośpiechu i  ledwie czytelny, biegł przez parę karteczek wiersz. 
Holker  zaczął  go  głośno  czytać,  podczas  gdy  jego  towarzysz  nadal  rozglądał  się  we  mgle, 
podejrzliwy  wobec  każdej  kropelki  spadającej  z  przeciążonych  gałęzi.  Wreszcie  Holker  zamilkł, 
wiersz urwał się raptownie w środku zdania. 
— Przypomina Bayne'a — powiedział Jaralson, który był humanistą własnego chowu. Przestał się 
rozglądać i stał teraz pochylony nad trupem. 
— A co to za jeden, ten Bayne? — zagadnął szeryf bez zbytniej ciekawości. 
— Miron Bayne. Facet, co słynął u zarania naszych dziejów ojczystych, z górą sto lat temu. Pisał 
zamaszyste i złowieszcze poematy, mam jego dzieła zebrana Tego akurat  wiersza tam nie ma, ale 
musiano go opuścić przez pomyłkę. 
— Zimno — rzekł szeryf. — Chodźmy stąd. Musimy sprowadzić koronera z Napa. 
Jaralson bez słowa ruszył w drogę. Mijając kopczyk, na którym spoczywała głowa zmarłego, trafił 
nogą na coś twardego pod zwiędłymi liśćmi. Od niechcenia po-szturał butem. Była to przewrócona, 
nagrobna  tabliczka.  Widniały  na  niej  wypisane  wyblakłą  farbą ledwie  czytelne  litery:  „Katarzyna 
Larue". 
— Larue! Larue! — wykrzyknął Holker z nagłym ożywieniem. — Przecież to właśnie prawdziwe 
nazwisko Branscoma, nie żaden Pardue. I niech to diabli! Jak mi się to wszystko na raz zbiega. Ta 
zamordowana kobieta miała po pierwszym mężu nazwisko Frayser! 
— To jakaś paskudna tajemnica — powiedział detektyw. — Ja takich rzeczy nie lubię. 
Gdzieś z daleka, spoza mgły, odezwał się śmiech — gardłowy, wymuszony, bezduszny, tyle w nim 
było  radości,  co  w  nocnym  wyciu  hieny  na  pustyni.  Narastał  powoli,  coraz  bardziej  głośny, 
wyrazisty  i  straszny,  aż  zdawało  się,  że  bucha  tuż  spoza  zawężonego  przez  mgłę  kręgu  ich 

background image

widzenia. Był to tak nieludzki, tak diabelski chichot, że obu tych twardych zabijaków sparaliżowała 
niewymowna  trwoga.  Nie  chwycili  za  strzelby,  nawet  im  to  nie  przyszło  na  myśl  —  gdzież  tu 
strzelać  do zmory? Śmiech,  tak  jak  narastał  powoli,  tak  też  i  ucichł.  Zawył  im  niemal  w  samych 
uszach,  a  potem  ulatywał  coraz  dalej,  aż  jego  zanikające  tony,  ponure  i  sztuczne  do  ostatka, 
rozpłynęły się gdzieś w niepojętym oddaleniu. 
 
 
 
 

DROGA W ŚWIETLE KSIĘŻYCA 

 

 

Oświadczenie Joela Hetmana, juniora 

 

Jestem  najnieszczęśliwszym z  ludzi.  Nie  brak mi  pieniędzy  i  poważania,  zdrowia  i  wykształcenia 
ani innych darów losu, których mi bliźni zazdroszczą, a jednak myślę sobie czasem, że byłoby im 
lepiej,  gdybym  nie  miał  ich  wcale.  Nie  narzucałby  mi  się  wtenczas  tak  boleśnie  kontrast  między 
moim  pozornym  a  istotnym  życiem.  W  nędzy  i  niedostatku  mógłbym  zapomnieć  o  ponurym 
sekrecie, który gnębi mnie nieustannie i zmusza do okropnych domysłów. 
Jestem  jedynakiem,  rodzice  moi,  Joel  i  Julia  Hetmanowie,  nie  mieli  więcej  dzieci.  Ojciec  był 
zamożnym  właścicielem  ziemskim,  matka  była  piękną  i  wytworną  niewiastą.  Ojciec  kochał  ją 
szalenie;  dopiero dziś  wiem,  ile  zazdrości  kryło  się  w  jego uczuciu. Mieszkaliśmy  o kilka  mil  od 
Nashville,  w  stanie  Tennessee.  Dom  nasz  stał  w  sadzie,  niedaleko  drogi.  Był  to  duży  budynek  o 
nieregularnych kształtach i nieokreślonej architekturze. 
W opisywanym czasie miałem dziewiętnaście lat i studiowałem na uniwersytecie w Yale. Któregoś 
dnia  otrzymałem  od  ojca  depeszę;  żądał  kategorycznie,  abym  natychmiast  przyjechał  do  domu, 
choć nie podawał żadnych powodów. Dopiero daleki krewny, który czekał na dworcu w Nashville, 
powiadomił  mnie  o  tym,  co  zaszło:  matka  moja  została  zamordowana  w  barbarzyński  sposób.  Z 
jakich  przyczyn  i  przez  kogo  —  nikt  nie  umiał  dociec.  Stało  się  to  w  okolicznościach  nastę-
pujących: 
Ojciec mój wybrał  się do Nashville  zapowiadając, że wróci następnego dnia po południu. Interes, 
który miał  załatwić,  jakoś  nie  doszedł  do  skutku,  więc  ojciec  wyruszył  nocą  w  drogę  powrotną  i 
wrócił przed samym świtem. W zeznaniach złożonych przed koronerem wyjaśnił, że nie mając przy 
sobie klucza i nie chcąc budzić służby, poszedł bez określonego zamiaru na podwórze za domem. 
Wychodząc  zza  węgła,  usłyszał,  jak  ktoś  po  cichu  zamyka  drzwi.  W  ciemnościach  zamajaczyła 
postać jakiegoś mężczyzny i znikła wśród drzew, zanim zdążył ją dogonić. Zresztą nie wysilał się 
specjalnie w przekonaniu, że to któraś ze służących urządza sobie nocne schadzki. Wszedł do domu 
i  udał  się  na  górę  do  sypialni  matki.  Drzwi  stały  otworem.  W  ciemnościach  potknął  się  o  jakiś 
ciężki  przedmiot  i  runął  jak  długi.  Daruję  sobie  szczegóły;  to  moja  matka  leżała  uduszona  na 
podłodze. 
Nic nie zginęło z domu, służba niczego nie słyszała, i z wyjątkiem okropnych palców odciśniętych 
na  gardle zmarłej  —  Boże  mój,  obym  mógł  o  nich  zapomnieć! —  żadnego  śladu po  zbrodniarzu 
nigdy nie odnaleziono. 
Zrezygnowałem  ze  studiów,  żeby  nie  opuszczać  ojca,  który  naturalnie  zmienił  się  bardzo. 
Odznaczał  się  zawsze  spokojnym  i  milczącym  usposobieniem,  ale  teraz  popadł  w  taką  apatię,  że 
dosłownie  nic  go  nie  interesowało.  A  jednak  byle  szelest  wywoływał  w  nim  chorobliwą  reakcję, 
rzec by można — trwogę. Ktoś stąpnął, gdzieś stuknęły drzwi, a ojciec wzdrygał się, bladł, a potem 
popadał w jeszcze głębszą melancholię. Myślę, że był zupełnie wyczerpany nerwowo. 
Mnie  natomiast  chroniła  młodość,  która  stanowi  balsam  na  każdą  ranę.  Nie  wiedziałem,  co  to 
rozpacz, i nie umiałem docenić siły ciosu, który mnie spotkał. 
Którejś  nocy,  w  kilka  miesięcy  po  owym  strasznym wypadku,  wracaliśmy  z  ojcem  na  piechotę  z 

background image

miasta.  Księżyc  w  pełni  świecił  wysoko  na  nieboskłonie,  panował  wokół  dostojny  spokój  letniej 
nocy,  tylko  cykady  grały  nieustannie  i  nasze  kroki  rozlegały  się  na  drodze  bielejącej  upiornie 
między  czarnymi  cieniami  drzew.  Ujrzeliśmy  nasz  dom,  wszystkie  okna  były  ciemne.  Kiedy 
zbliżaliśmy się do bramy, ojciec przystanął gwałtownie i ścisnął mnie za ramię. 
— Jezus, Maria! Cóż to takiego? — wyszeptał. 
— Nic nie słyszę — odparłem. 
— Ale patrz.,. Patrz! — zawołał wskazując palcem na drogę. 
— Niczego nie widzę — rzekłem. — Chodź, ojcze, wejdźmy do domu. Żle się czujesz. 
Puścił  mnie  i  stał  skamieniały  na  środku  księżycowej  drogi,  wytrzeszczając  oczy,  jak  by  był 
niespełna  rozumu.  W  świetle  księżyca  jego  blada  i  zastygła  twarz  robiła  rozpaczliwe  wrażenie. 
Pociągnąłem go łagodnie za rękaw, ale widać zapomniał o moim istnieniu. Zaczął się cofać krok po 
kroku, ani na moment nie odrywając oczu od tego, co widział albo myślał, że widzi. Nie zdążyłem 
odwrócić się  za nim, gdy coś mnie przykuło do miejsca. Stałem ogłupiały. Całkiem nie pamiętam 
strachu, chyba że objawił się raptownym chłodem, który mnie przeniknął. Zupełnie jak by lodowaty 
wiatr smagnął mnie po twarzy i zmroził do szpiku kości; czułem jego powiew we włosach. 
W  tejże  chwili  zaskoczyła  mnie  smuga  światła,  padająca  z  okna.  To  jedna  ze  służących  zapaliła 
lampę; mówiła później, że obudziło ją jakieś złe przeczucie. 
Kiedy rozejrzałem się za ojcem — nie było po nim śladu. I od tej pory żadna wieść o jego losie nie 
dotarła do mnie. 
 

 
 

 

Oświadczenie Gaspara Grattana 

 

Dzisiaj  ponoć  żyję,  jutro  w  tym  pokoju  będzie  leżał  nieczuły  kawał  gliny,  którym  jakże  długo 
byłem. Jeśli ktoś uchyli rąbek płótna, aby zajrzeć mi w twarz, to tylko dla zaspokojenia niezdrowej 
ciekawości.  Zapewne  znajdą  się  inni,  którzy  zapytają:  „Kto  to  taki?"  Dostarczam  jedynej 
odpowiedzi, jaką w ogóle potrafię dać — Gaspar Grattan. Zaiste to powinno wystarczyć. Nazwisko 
to  służyło  moim  skromnym  potrzebom  przez  dwadzieścia  lat,  sam  nie  wiem  jak  długiego  życia. 
Faktycznie sam się tak nazwałem, ale nie posiadając innego miana, miałem do tego prawo. Na tej 
ziemi  człek  musi  mieć  nazwisko,  jeśli  nawet  nie  określa  ono  tożsamości  —  inaczej  powstałby 
niesamowity  bałagan.  Niektórzy  wprawdzie  mają  tylko  numery,  co  również  wydaje  się 
niewystarczające. 
Weźmy  taki  wypadek.  Któregoś  dnia  szedłem  sobie  ulicą  wielkiego  miasta  i  natknąłem  się  na 
dwóch ludzi w mundurach. Jeden z nich zwalniając kroku zajrzał mi ciekawie w twarz i powiedział 
do  towarzysza:  „Ten  gość  wygląda  jak  767".  Liczba  ta  wydała  mi  się  skądś  znajoma  i  straszna. 
Odruchowo  rzuciłem  się  w  boczną  uliczkę  i  uciekałem  ile  sił,  aż  upadłem  wyczerpany  na  polnej 
drodze za miastem. 
Nie zapomniałem nigdy tego numeru, odżywa mi zawsze w pamięci wraz ze sprośnym szwargotem, 
salwami  ponurego  śmiechu,  szczękiem  żelaznych  drzwi.  Więc  powiadam,  że  nazwisko  —  nawet 
przybrane — lepsze jest niż numer. Wkrótce będę miał jedno i drugie w rejestrze cmentarnym. Co 
za bogactwo! 
Tego,  kto  znajdzie  te  zapiski,  muszę  poprosić  o  odrobinę  wyrozumiałości.  Nie  jest  to  historia 
mojego  życia,  gdyż  brak  mi  danych,  aby  ją  napisać.  To  tylko  katalog  okaleczonych  i  nie 
powiązanych  ze  sobą  wspomnień.  Czasem  przesuwają  mi się  przed oczyma  jak  korale,  a  czasem 
widzę  je  jako  szkarłatne  sny,  szkarłatne  plamy  wśród  mroku,  ognie  płonące  spokojnie  i  krwawo 
wśród wielkiego pustkowia na sabacie czarownic. 
Stojąc  u  brzegu  wieczności  odwracam  się,  by  spojrzeć  raz  jeszcze  w  głąb  lądu  na  szlak,  który 
przeszedłem. Przez dwadzieścia lat  widać dość wyraźnie moje ślady —  ślady skrwawionych stóp. 
Prowadzą przez nędzę i ból, kręte i niepewne, jak by ktoś szedł słaniając się pod ciężarem... 

background image

„Zagubiony, samotny, wlokąc smutek jak kulę u nogi." 
Jakże zachwyca ta wizja poety, jakże okrutnie zachwyca — mnie, który ją ucieleśniam! 
Wzrok mój gubi się tam, gdzie via dolorosa, szlak moich cierpień i grzechów, wyłania się z mgły. 
Wiem, 'e długość jej wynosi tylko dwadzieścia lat, a jestem przecież starym człowiekiem. 
Nikt nie pamięta swoich narodzin — dowiaduje się od innych. Ale ze mną miało się inaczej: życie 
dało  mi  od  razu  szczodrą  ręką  pełnię  władz  fizycznych  i  umysłowych.  O  poprzednim  istnieniu 
wiem tyle, co inni, w każdym z nas czasem coś zająknie się o nim — może nam się przypomina, a 
może  śni.  Pamiętam  tylko,  że  obudziłem  się  jako  człowiek  dojrzały  —  i  przyjąłem  to  bez 
zdziwienia.  Spostrzegłem  po  prostu,  że  idę  przez  las  na  obolałych  nogach,  ledwie  przy-odziany, 
bardzo  znużony  i  głodny.  Napotkałem  jakąś  zagrodę,  podszedłem  i  poprosiłem  o  jedzenie,  które 
ktoś  mi  podał  pytając,  jak  się  nazywam.  Nie  miałem  pojęcia.  A  jednak  wiedziałem,  że  każdy 
posiada  nazwisko.  Zmieszałem  się  okropnie  i  czmychnąłem  stamtąd.  Zbliżała  się  noc,  więc 
położyłem się w lesie i zasnąłem. 
Nazajutrz  wszedłem  do  dużego  miasta,  którego  nazwy  nie  wymienię.  Nie  będę  też  przytaczał 
dalszych  szczegółów  mego  życia,  które  właśnie  dobiega  końca  —  wiecznej  włóczęgi  człowieka 
prześladowanego strachem i przytłaczającym poczuciem zbrodni. Spróbuję, czy uda mi się zmieścić 
to w zwięzłym opowiadaniu. 
Zdaje  się,  że  byłem  niegdyś  zamożnym  plantatorem,  mieszkałem  niedaleko  wielkiego  miasta. 
Kochałem swoją żonę, ale nie ufałem jej. Mieliśmy — jak mi się czasem wydaje — jedno dziecko, 
syna, który zapowiadał się na bardzo utalentowanego młodzieńca. Widzę go niewyraźnie, jak przez 
mgłę, a chwilami całkiem niknie mi z oczu. 
Któregoś nieszczęsnego wieczoru przyszło mi na myśl, aby przekonać się o wierności swojej żony 
w  prostacki  i  banalny  sposób,  zaczerpnięty  z  romansideł.  Powiedziałem  żonie,  że  wrócę  dopiero 
następnego dnia po południu, i pojechałem do miasta. Ale wróciłem przed świtem, żeby dostać się 
do  domu  tylnymi  drzwiami,  których  zamek  specjalnie  przerobiłem.  Drzwi  ustępowały  za 
naciśnięciem klamki, choć zdawało się, że są przyzwoicie zamknięte. Zaszedłem więc od podwórka 
i  raptem  usłyszałem,  jak  drzwi  po  cichu  się  uchylają,  wymknął  się  nimi  jakiś  mężczyzna  i 
czmychnął w mrok. Rzuciłem się za nim. Gdybym go dopadł, zamordowałbym, ale nie zdołałem go 
nawet  rozpoznać,  tak  szybko  zniknął  mi  z  oczu.  Chwilami  nie  potrafię  sobie  wmówić,  że  był  to 
człowiek. 
Oszalały  z  zazdrości  i  gniewu,  wpadłem  do  domu  i  wbiegłem  na  górę  po  schodach.  Drzwi  do 
sypialni żony były  zamknięte, ale łatwo dostałem się do środka,  gdyż miały również sfałszowany 
zamek.  Dopiero po  chwili  odnalazłem  w  ciemnościach  jej  łóżko,  na-macałem  rozrzuconą pościel, 
ale żony w niej nie znalazłem. 
„Uciekła na dół — pomyślałem — i schowała się przede mną w hallu". 
Zawróciłem, ale w złym, przeciwnie — dobrym kierunku. But mój, zawadził o nią — zaczaiła się w 
kącie.  Schwyciłem  ją  za  gardło,  zanim  zdążyła  pisnąć.  Wyrywała  mi  się,  ale  przygniotłem  ją 
kolanami do podłogi. I bez żadnych oskarżeń, bez słowa udusiłem ją w ciemnościach. 
Tak  kończy  się  sen.  Opowiedziałem  go  w  czasie  przeszłym,  choć  bardziej  pasowałby  czas 
teraźniejszy,  gdyż  stale  ta  ponura  tragedia  rozgrywa  się  na  nowo  w  mojej  świadomości  —  stale 
układam plan, przeżywam mękę dowiedzionej zdrady, biorę odwet za krzywdę. W tym momencie 
wszystko znika, zapadam się w pustkę. A potem deszcz tłucze o brudne szybki w oknie albo śnieg 
okrywa moje skąpe odzienie, koła dudnią na ubogich uliczkach, gdzie w nędzy upływa moje życie, 
strawione  na  nikczemnej  pracy.  Nie  przypominam  sobie  słońca  ani  ptaków.  Może  są,  ale  słońce 
zgasło, a ptaki nie śpiewają. 
A  oto  drugi  sen,  druga  mara  nocna.  Stoję  na  drodze  w  świetle  księżyca.  Wyczuwam  czyjąś 
obecność, ale nie wiem czyją. Raptem w cieniu dużego budynku miga biała szata i oto staje przede 
mną kobieca postać — żona. Ma martwą twarz, sine znaki na szyi. Patrzy mi prosto w oczy, nie ma 
w  jej  spojrzeniu  ani  wyrzutu,  ani  nienawiści,  ani  groźby,  tylko  najstraszniejsze,  co  być  może  — 
świadectwo rozpoznania. Przed tą przeraźliwą zjawą uciekam w trwodze  —  trwoga mnie ogarnia, 
gdy to piszę. Jezus, Maria. Patrz! to... 
Wrócił mi już spokój, ale doprawdy nie mam nic więcej do powiedzenia: incydent kończy się tam, 

background image

gdzie się zaczął, ginie w mroku i niepewności. 
Tak,  odzyskałem  znowu  panowanie  nad  sobą  —  „ster  swojej  duszy".  Ale  nie  mogę  zaznać 
wytchnienia,  to  tylko  nowa  faza  pokuty.  Istota  mojej  kary  nie  zmienia  się,  zmieniają  się  jedynie 
formy,  z  których  jedną  stanowi  cisza.  Mimo  wszystko,  to  tylko  dożywotnie  więzienie.  „Śmierć 
mordercy!" — jest głupią karą: złoczyńca wybrał pokutę trwałą. Dzisiaj mój wyrok się kończy. 
Pokój z wami, chociaż sam nigdy go nie zaznałem. 
 
 

 

Oświadczenie śp. Julii Hetmanowej  

przekazane przez medium, madam Bayrolles 

 

Wcześnie udałem się na spoczynek i prawie natychmiast zasnęłam spokojnym snem. Obudził mnie 
nieokreślony lęk, który często towarzyszy nam w tamtym, wcześniejszym życiu. Nie miał żadnych 
podstaw,  a  jednak  nie  mogłam  go  się  pozbyć.  Mąż  mój,  Joel  Hetman,  wyjechał  z  domu,  służba 
spała  w  drugim  skrzydle,  ale  byłam  do  tego  przyzwyczajona  i  nigdy  mnie  to  nie  niepokoiło. 
Tymczasem ogarnął mnie tak przeraźliwy strach, że przezwyciężając słabość usiadłam i zapaliłam 
lampę przy łóżku. Wbrew oczekiwaniom nie zaznałam ulgi; zdawało mi się, że światło naraża mnie 
na  jeszcze  większe  niebezpieczeństwo  —  przenika  przez  szparę  zdradzając  mnie  wobec  każdej 
zmory,  jaka  tylko  czyha  za  drzwiami.  Wy,  którzy posiadacie  jeszcze  kształt  cielesny,  narażeni  na 
okropieństwa wyobraźni, pomyślcie, jak potwornie trzeba się bać, aby w mroku szukać schronienia 
przed złowrogimi stworami nocy. Wyjść naprzeciw niewidzialnego wroga to strategia rozpaczy. 
Zgasiłam lampę, schowałam głowę pod kołdrę i leżałam dygocząc na całym ciele. Zapomniałam o 
modlitwie,  nie  miałam  siły  krzyknąć.  W  tym  żałosnym  stanie  przeleżałam  niejedną,  jak  wy 
mówicie, godzinę — po tej stronie nie ma godzin, czas nie istnieje. 
Wreszcie  stało  się  —  usłyszałam  ciche  kroki  na  schodach.  Ktoś  wspinał  się  powoli,  ostrożnie  i 
niepewnie, jakby po omacku. Jakaś ślepa i złowroga siła, której nie da się niczym ubłagać. Przyszło 
mi  na  myśl,  że  zostawiłam  światło  w  hallu,  i  stąd  wywnioskowałam,  że  to  monstrum  jest  ślepe. 
Było to niekonsekwentne  i  głupie przypuszczenie, gdyż przed chwilą bałam się światła, ale cóż z 
tego? Strach nie ma rozumu, to kompletny  głupiec. Okropne obrazy, jakie wywołuje, i tchórzliwe 
rady, które szepcze do ucha, nie mają ze sobą żadnego związku. Wiemy o tym dobrze, my, którzy 
przeszliśmy do  Królestwa  Trwogi,  którzy  kryjemy  się  w  wieczystym mroku tam,  gdzie  upływało 
nasze  dawne  życie,  niewidoczni  dla  siebie  samych,  chowamy  się  jednak  po  kątach.  Pragniemy 
odezwać się do naszych bliskich, lecz jesteśmy niemi i boimy się ich nie mniej niż oni nas. Czasem 
wyzwalamy  się  przezwyciężając  niemoc  dzięki  nieśmiertelnej  sile  miłości  czy  nienawiści  — 
ukazujemy się tym, których pragniemy ostrzec, pocieszyć lub ukarać. Nikt z nas nie wie, w jakim 
kształcie jawimy się w ich oczach; wiemy tylko, że na nasz widok przerażenie ogarnia nawet tych, 
którym  jak  najbardziej  pragniemy  dodać  otuchy  i  od  których  sami  oczekujemy  pocieszenia  i 
sympatii. 
Darujcie  mi  tę  nieskładną  dygresję.  Jakże  mogę  się  z  wami  porozumieć  tak  prymitywnym 
sposobem — wy nic nie rozumiecie. Zadajecie nam głupie pytania. Pytacie o to, czego nikt nie wie 
albo o  czym  nam  mówić  nie  wolno.  Wiele  z  tego,  co  wiemy  i  potrafimy  wyrazić  po  naszemu,  w 
waszym  języku  nic  nie znaczy.  Wasz  kulawy  język  i  intelekt  niewiele  nam  pomaga.  Myślicie,  że 
jesteśmy z innego świata. Nieprawda, znamy tylko wasz świat, choć dla nas nie ma na nim słońca, 
ani  ciepła,  ani  muzyki,  ani  śmiechu,  ani  ptaków,  ani  żadnej  bliskiej  istoty.  O  Boże,  gdybyście 
wiedzieli, co to znaczy być duchem — kryć się i drżeć w odmienionym świecie, być wydanym na 
pastwę obaw i rozpaczy. 
Nie,  nie  umarłam  ze  strachu.  Tamto  zawróciło  z  drogi.  Usłyszałam,  jak  w  popłochu  zbiega  po 
schodach. Zerwałam się z łóżka, aby zawołać o pomoc. Zaledwie drżącą ręką namacałam klamkę, 
kiedy  —  Boże  mój!  —  usłyszałam,  że  wraca.  Na  schodach  zadudniły  gwałtowne  kroki,  aż  dom 
zadygotał.  Uciekłam  do  kąta  i  skuliłam  się  na  podłodze.  Usiłowałam  się  modlić,  usiłowałam 
wymówić imię męża. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i na chwilę straciłam przytomność. Ocknę-

background image

łam  się  czując,  że  coś  dusi  mnie  za  gardło  i  przygniata  do  ziemi,  zaczęłam  tłuc  pięściami  coraz 
słabiej i słabiej, język wyszedł mi na brodę. I znalazłam się po tej stronie życia. 
Nie,  nie mam pojęcia, co to było. W chwili śmierci  kończy  się bilans naszej wiedzy o minionym 
życiu. Wiem dużo o swoim obecnym istnieniu, ale nie wiem nic nowego o poprzedniej egzystencji, 
mogę  czytać  tylko  w  tym,  co  zachowała  pamięć.  Nie  przypuszczajcie,  że  śmierć  wznosi  nas  na 
szczyty  prawdy  ponad  zawikłany  krajobraz  codziennego  życia.  Znajdujemy  się  nadal  w  Dolinie 
Cieniów,  ukryci  w  zaroślach  przyglądamy  się  temu,  co  wyprawiają  jej  mieszkańcy,  szaleni  i 
złośliwi. Jakim cudem mielibyśmy wiedzieć coś nowego o zamierzchłej już dla nas przeszłości? 
Za chwilę opowiem, co wydarzyło się pewnej nocy, My wiemy, kiedy jest noc, bo wy udajecie się 
wówczas  na  spoczynek.  Więc  bez  obaw  możemy  wyjść  z  kryjówek  i  odwiedzać  nasze  domy. 
Zazieramy  przez  okna,  nie  boimy  się  nawet  wejść  do  środka  i  przyjrzeć  się  we  śnie  waszym 
twarzom. Długo snułam się w pobliżu — nie opuszczamy dawnych miejsc, dopóki żyje w nich ktoś 
przez nas ukochany czy znienawidzony. Starałam się na próżno dać znać o sobie, aby mój mąż i syn 
pojęli,  że  istnieję,  że  bardzo  ich  kocham  i  głęboko  im  współczuję.  Gdy  zbliżałam  się  do  nich  w 
nocy,  od  razu  budzili  się  ze  snu,  a  gdy  z  rozpaczy  ośmieliłam  się  podejść  do  nich  w  dzień, 
odstraszyli mnie spojrzeniem przeraźliwych oczu żywych ludzi. 
Owej  nocy  szukałam  ich  daremnie.  Nie  było  ich  ani  w  domu,  ani  w  ogródku  zalanym  światłem 
księżyca. Wprawdzie słońce nigdy nam nie świeci, ale księżyc pozostał z nami, widzimy go nocą i 
za dnia w pełni czy na nowiu, tylko wschodzi i zachodzi tak samo, jak po tamtej stronie życia. 
Wyszłam  z  ogródka  na  drogę,  wokół  panowała  cisza.  Wałęsałam  się  żałośnie  w  bladym  świetle 
księżyca.  Raptem  usłyszałam  głos  męża.  Krzyknął  coś  ze  zdumienia,  a  syn  przekonywał  go  i 
uspokajał.  I oto w cieniu drzew ujrzałam  ich obu  —  tak blisko! Mąż  nie  spuszczał ze mnie oczu. 
Widział mnie — nareszcie, nareszcie mnie widział! Nie czułam już strachu. Miłość moja skruszyła 
pieczęć śmierci. Zawołałam w uniesieniu — na pewno zawołałam: „Widzi mnie! Widzi i pojmie!" 
Opanowałam  się  i  z  uroczym  uśmiechem  wyszłam  mu  naprzeciw  —  niech  weźmie  mnie  w 
ramiona,  niech  go  pocieszę,  przemówię  do  nich  obu  stwarzając  więź  między  światem  żywych  i 
umarłych. 
Niestety. Twarz mu zbielała z trwogi, w oczach po- 
jawił się zwierzęcy lęk. Zaczął cofać się przede mną i nagle rzucił się do ucieczki. Umknął do lasu i 
przepadł, sama nie wiem gdzie. 
Nie udało mi się nigdy dać znać o sobie mojemu biednemu chłopcu, którego osamotniliśmy oboje. 
Wkrótce i on znajdzie się w Krainie Cieniów i postradam go na zawsze. 
 
 
 
 

DIAGNOZA 

 
 

— Nie jestem tak przesądny, jak wielu spośród was, lekarzy, choć lubicie się nazywać ludźmi nauki 
—  odezwał  się  Hawver  odpowiadając  na  nie  uczyniony  zarzut.  —  Są  wśród  was  tacy,  nieliczni 
wprawdzie, co wierzą w nieśmiertelność duszy i w istnienie zjaw, których żaden nie śmie nazwać 
duchami. Ja natomiast nie wykraczam poza przekonanie, że żywi ukazują się nieraz tam, gdzie byli 
dawniej — gdzie spędzili wiele lat tak intensywnego życia, że zostawili swoje piętno na wszystkim, 
co ich otaczało. Właściwie przekonałem się, że martwe otoczenie może do tego stopnia nasiąknąć 
czyjąś  indywidualnością,  tak  utrwalić  obraz  danego  człowieka,  że  po  latach  może  się  on  ukazać 
komuś innemu. Naturalnie trzeba do tego odpowiedniej indywidualności, no i odpowiednich oczu, 
choćby moich. 
— Owszem, trzeba oczu, ale nie trzeba rozumu — powiedział z uśmiechem doktor Frayley. 
— Otóż to. Miło człowiekowi, gdy nie zawodzą go oczekiwania. Liczyłem, że zdobędzie" się pan w 
swojej uprzejmości na taką mniej więcej odpowiedź. 
—  Niech  mi  pan  wybaczy. Ale  powiada pan,  że  takie  jest  pańskie  przekonanie.  To dosyć  mocno 

background image

powiedziane, nie uważa pan? Jeśli nie sprawi to panu kłopotu, może mi pan opowie, jak się pan o 
tym przekonał? 
— Nazwie pan wszystko halucynacją — odparł Hawver — ale niech i tak będzie. — I zaczął opo-
wiadać. 
—  W  ubiegłe  lato,  jak  pan  wie,  uciekłem  przed  upałami  do  jednej  z  letniskowych  miejscowości. 
Krewny, u którego zamierzałem się zatrzymać, zachorował, musiałem więc rozejrzeć się za jakimś 
innym  pomieszczeniem.  Miałem  trochę  kłopotów,  zanim  udało  mi  się  wynająć  umeblowane 
mieszkanie po pewnym ekscentrycznym doktorze, który  nazywał się Mannering. Wyjechał  gdzieś 
przed  laty  i  nikt  nie  wiedział  dokąd,  nawet  jego  pełnomocnik.  Dom  ten  sam  sobie  wybudował  i 
mieszkał  w  nim  ze  starym  sługą  blisko  dziesięć  lat.  Nie  miał  nigdy  zbyt  rozległej  praktyki,  a  po 
jakimś czasie zupełnie z niej zrezygnował. Co więcej — wycofał się z życia towarzyskiego i stał się 
odludkiem. Miejscowy  lekarz, a tylko z  nim utrzymywał  jakie takie stosunki, opowiadał mi, że w 
zaciszu  Mannering  poświęcił  się  wyłącznie  jednemu  kierunkowi  badań,  których  rezultat 
opublikował  w  swoim  dziele.  Nie  zyskało  ono  uznania  w  oczach  kolegów  po  fachu,  którzy 
właściwie uważali go po trosze za wariata. Nie miałem w ręku tej książki i nie mogę przypomnieć 
sobie  jej  tytułu,  ale  mówiono  mi,  że  stanowiła  wykład  dosyć  zadziwiającej  teorii.  Mannering 
utrzymywał,  że  w  wielu  wypadkach  z  dokładnością  da  się  przewidzieć  śmierć  całkiem  zdrowej 
osoby na wiele tygodni naprzód. Bodajże w granicach osiemnastu miesięcy. Krążyły legendy o jego 
zdolnościach prognostycznych, a może — jak by pan powiedział — diagnostycznych. Mówiono, że 
ilekroć przestrzegał czyichś przyjaciół, dana osoba 
i  bez żadnych po temu przyczyn umierała  niespodziewanie w określonym przez niego czasie. Nie 
ma to jednak  nic wspólnego z tym, co chcę opowiedzieć. Myślałem tylko, że to pana zabawi jako 
lekarza. 
Dom pozostał  umeblowany  jak za  czasów  właściciela.  Robił  dosyć  ponure  wrażenie  na  kimś,  kto 
nie ma pociągu do samotności i badań naukowych. Myślę, że udzieliło mi się coś z atmosfery tego 
domostwa, a może z charakteru dawnego gospodarza. Gnębiła mnie tam zawsze jakaś melancholia, 
choć  nie  leży  ona  w  mojej  naturze  i  nie  płynęła  chyba  z  samotności.  Wprawdzie  służba  nie 
nocowała  w  domu,  ale  —  jak  pan  wie  —  czuję  się  dobrze  we  własnym  towarzystwie,  bo  mam 
wielki  pociąg  do  książek,  choć mały do  studiów.  Dość  na  tym,  że  byłem  przygnębiony  i  miałem 
wrażenie,  że  gdzieś  czyha  nieszczęście.  Przytrafiało  mi  się  to  zwłaszcza  w  gabinecie  doktora 
Manneringa,  choć  pokój  ten  miał  wnętrze  najjaśniejsze  w  całym  domu.  Wisiał  w  nim  olejny 
konterfekt doktora naturalnej wielkości, który zdawał się panować nad całym gabinetem. Portret nie 
miał  w  sobie  nic  szczególnego:  raczej  przystojny  mężczyzna,  pod  pięćdziesiątkę,  szpakowaty,  o 
gładko wygolonej twarzy i ciemnych, poważnych oczach. Nie wiem, dlaczego przyciągał stale moją 
uwagę, zżyłem się z jego sylwetką i zaczęła mnie nawet prześladować. 
Któregoś  wieczoru przechodziłem  przez gabinet  do  sypialni  z  lampą  w  ręce  —  w  miasteczku  nie 
ma gazu. Zatrzymałem się jak zwykle przed portretem, który w świetle  lampy jakoś się odmienił. 
Nabrał  nowego  wyrazu,  którego  nie  potrafiłem  określić,  choć  był  wyraźnie  niesamowity. 
Zaciekawił  mnie,  ale  nie  zaniepokoił.  Zacząłem  oświetlać  portret  z  różnych  stron,  aby  zobaczyć, 
jakie to da efekty.  W trakcie tej zabawy coś  kazało mi obejrzeć się  za siebie. Spojrzałem  —  ktoś 
szedł przez gabinet wprost ku mnie! Kiedy twarz jego znalazła się w świetle lampy, poznałem, że to 
doktor Mannering we własnej osobie — zupełnie jak by portret zszedł na ziemię! 
„Najmocniej  pana  przepraszam  —  powiedziałem  dość  chłodno  —  ale  nie  słyszałem,  aby  pan 
pukał." 
Ostrzegawczo jak by podniósł do góry palec, minął mnie i bez słowa wyszedł z gabinetu, chociaż 
nie widziałem którędy. 
Naturalnie  był  to  fakt,  który  pan  nazwie  halucynacją,  ja  zaś  nazywam  zjawą.  Gabinet  miał  tylko 
dwoje  drzwi,  jedne  były  zamknięte  na  klucz,  a  drugie  prowadziły  do  sypialni,  która  nie  miała 
innego wyjścia. Gdy to sobie uświadomiłem... No, mniejsza z tym, co się ze mną działo. 
Z  pewnością  uważa  pan  to  za  bardzo  banalną  historyjkę  o  duchach,  zbudowaną  wedle  kanonów 
ustalonych  przez  klasyków  tego  gatunku.  Gdyby  tak  się  rzeczy  miały,  nie  opowiadałbym  jej, 
choćby  nawet była prawdziwa. Ale Mannering żyje. Spotkałem  go dzisiaj  na ulicy, minął mnie  w 

background image

tłumie. 
Hawver skończył swoją opowieść. Obaj milczeli. Doktor Frayley w zamyśleniu bębnił palcami po 
stole. 
—  Czy  on  powiedział  coś  panu  przy  dzisiejszym  spotkaniu?  —  zapytał.  —  Coś,  z  czego  pan 
wywnioskował, że on żyje? 
Hawver wytrzeszczył na niego oczy i nie odrzekł nic. 
— A może — ciągnął Frayley — zrobił jakiś znak, jakiś gest, może podniósł ostrzegawczo palec? 
On to lubił, miał taki zwyczaj, gdy mówił coś poważnego, na przykład, gdy stawiał diagnozę. 
— Owszem, podniósł palec tak samo jak jego zjawa. Boże święty, czyżby pan go znał?! — Hawver 
wyraźnie zaczynał się denerwować. 
— Znałem. Czytałem też jego książkę. Przyjdzie dzień, kiedy żaden lekarz nie będzie mógł się bez 
niej obejść. To jedno z najbardziej rewelacyjnych i ważkich osiągnięć wiedzy medycznej w naszym 
stuleciu. Tak, znałem go. Opiekowałem się nim w chorobie. Zmarł przed trzema laty. 
Hawver  zerwał  się  z  krzesła,  okropnie  wzburzony.  Wielkimi  krokami  przemierzał  pokój  tam  i  z 
powrotem. 
Wreszcie podszedł do przyjaciela i zagadnął drżącym głosem: 
— Panie doktorze, czy ma mi pan coś do powiedzenia... jako lekarz? 
—  Nie,  mój  drogi.  Nie  znałem  jeszcze  tak  zdrowego  człowieka  jak  pan.  Po  przyjacielsku  radzę 
panu,  niech  pan  idzie  do  siebie  i  weźmie  skrzypce.  Gra  pan  na  nich  jak  anioł.  Niech  pan  sobie 
poćwiczy coś lekkiego i żywego. Żeby ta przeklęta historia wywietrzała panu z głowy. 
Następnego  dnia  znaleziono  Hawvera  martwego  w  pokoju.  Trzymał  smyczek  na  strunach 
skrzypiec, leżały przed nim otwarte nuty marsza pogrzebowego Chopina. 
 
 
 
 

MOXON I JEGO WŁADCA 

 
 

— Mówisz to serio? Naprawdę wierzysz, że maszyna myśli? 
Musiałem  czekać  na  odpowiedź;  Moxon  wyraźnie  uwziął  się  na  węgle  na  kominku  i  dziobał  je 
zgrabnie  pogrzebaczem,  aż  rozjarzyły  się  posłusznie.  Od  kilku  tygodni  obserwowałem  w  nim  tę 
dziwną zmianę — zwlekał z odpowiedzią nawet na najbanalniejsze z banalnych pytań. Zamykał się 
w sobie, jak by go coś gryzło. 
—  Cóż  to  jest  „maszyna"?  —  odparł  wreszcie.  —  Określano  ją  na  różne  sposoby.  Weź  choćby 
definicję  z  popularnego  słownika:  „Wszelki  przyrząd  lub  urządzenie,  dzięki  któremu  energia 
uzyskuje zastosowanie i staje się efektywna albo powoduje żądany skutek." Hm, czy w takim razie 
człowiek nie jest maszyną? A przyznasz chyba, że człowiek myśli albo... myśli, że myśli. 
— Jeśli nie masz ochoty odpowiedzieć na moje pytanie — rzekłem dość opryskliwie — to powiedz 
mi  wprost,  a  nie  baw  się  w  wykręty.  Kiedy  powiadam  „maszyna",  dobrze  wiesz,  że  nie  mam  na 
myśli człowieka, tylko coś, co człowiek stworzył i nad czym sprawuje kontrolę. 
— O ile ona nie sprawuje nad nim kontroli — powiedział Moxon, podchodząc szybko do okna, za 
którym panowała  czarna  i burzliwa  noc. Odwrócił  się po chwili  i rzekł z uśmiechem:  —  Wybacz 
mi, nie zamierzałem uciekać się do wykrętów. Zacytowałem ci definicję ze słownika, aby poprzeć 
swoje wywody. Mogę na twoje pytanie odpowiedzieć prosto z mostu: owszem, wierzę, że maszyna 
myśli o wykonywanej pracy. 
Faktycznie,  że  prosto  z  mostu,  aż  mi  się  zrobiło  nieswojo.  Dawno  już  podejrzewałem,  że  zapał 
Moxona  do  studiów  nad  mechaniką  nie  wyszedł  mu  na dobre. Skądinąd  wiedziałem,  że  cierpi  na 
bezsenność, a to nie bagatela. Czyżby się nabawił choroby umysłowej? Sądząc po jego odpowiedzi, 
pomyślałem  sobie,  że  na  pewno;  dzisiaj  nie  byłbym  tak  pewny  siebie.  Ignorancja  jest  jednym  z 
przywilejów młodości, a ja wówczas byłem młody. Zapaliłem się do dyskusji. 
— A czym maszyna myśli, jeśli nie ma mózgu? — zagadnąłem. 

background image

Moxon odpowiedział w swój ulubiony sposób: pytaniem na pytanie. 
— A czym myśli roślina? 
— Ach, więc i rośliny należą do gatunku filozofów! Ciekaw byłbym, do jakich dochodzą konkluzji. 
Przesłanki możesz sobie darować. 
—  Być  może  —  odparł  nie  zrażony  moją  głupią  ironią  —  potrafisz  ocenić  mądrość  roślin  na 
podstawie  ich  zachowania.  Słyszałeś  o  mimozie,  roślinach  owadożer-nych,  o  kwiatach,  które 
zginają  pręciki  i  strząsają pyłek  na  pszczołę,  aby  mogła  zapłodnić  ich  siostry  na  dalekich  łąkach. 
Darujmy  sobie  te  oklepane  przykłady.  Ale  zastanów  się  nad  tym:  zasadziłem  w  swoim  ogrodzie 
dzikie wino. Kiedy tylko pokazały się kiełki, o metr od nich zatknąłem w ziemi żerdkę. Pnącze po-
pełzły  prościutko  w  jej  kierunku,  gdy  po  kilku  dniach  już  miały  osiągnąć  swój  cel,  przeniosłem 
żerdkę  dalej  w  skos. Co  robi  dzikie  wino?  Skręca  od  razu pod  ostrym  kątem  i  znowu pełznie  ku 
żerdce.  Powtarzało  się  to  kilka  razy,  wreszcie  pędy  dzikiego  wina,  jak  gdyby  zniechęcone, 
zrezygnowały z pościgu za żerdką, powędrowały kawałek dalej do drzewka i spokojnie je oplotły. 
Korzenie  takiego  eukaliptusa  rozrastają się  niewiarygodnie  w  poszukiwaniu  wilgoci.  Znany  ogro-
dnik opowiada, że taki korzeń dostał się raz do starego drenu i pełzł nim długo, dopóki nie zastąpił 
mu  drogi  kamienny  murek.  Dren  był  przerwany  i  zaczynał  się  znowu  po  drugiej  stronie.  Korzeń 
znalazł szczelinę, okrążył murek, wlazł w dren i popełzł sobie dalej. 
— No i co z tego? 
— Nie dostrzegasz, co z tego wynika? Przecież to świadczy, że rośliny są świadome. Dowodzi, że 
myślą. 
—  Gdyby  nawet  tak  było, co to  nam  daje?  Mówiliśmy  przecież  nie  o  świecie  roślinnym,  tylko  o 
maszynach. Mogą one być zbudowane fragmentami z drzewa, które jest już pozbawione życia, albo 
wyłącznie z metalu. Czy myśl funkcjonuje i w świecie minerałów? 
— A jakże inaczej tłumaczysz na przykład zjawiska krystalizacji? 
— Wcale ich nie tłumaczę. 
— Bo nie możesz ich wytłumaczyć bez potwierdzenia tego, czemu chcesz zaprzeczyć, mianowicie 
—  inteligentnego  współdziałania  składowych  cząstek  kryształów.  Kiedy  żołnierze  formują 
najrozmaitsze szeregi, nazywasz to rozumem. Kiedy dzikie gęsi tworzą na niebie klucz, nazywasz 
to  instynktem.  Kiedy  homogeniczne  atomy  minerału,  poruszając  się  swobodnie  w  roztworze, 
organizują  się  w  kształty  matematycznie  doskonałe,  a  drobinki  wilgoci  zamarzając  tworzą  syme-
tryczne  gwiazdeczki  śniegu  —  to  wtedy  nie  masz  nic  do  powiedzenia.  A  przydałby  ci  się  jakiś 
termin, aby zatuszować nim twój heroiczny nierozsądek. Ale nawet tego sobie nie wynalazłeś. 
Moxon  mówił z  niezwykłym  ożywieniem  i żarliwością.  Kiedy  zamilkł  na  chwilę,  dobiegł  mnie  z 
sąsiedniego  pokoju  —  mieściła  się  tam  jego  „pracownia  mechaniczna",  do  której  nikt  nie  miał 
wstępu  —  dziwny  odgłos,  jak  by  ktoś  stukał  pięścią  w  stół.  Moxon  zerwał  się  z  krzesła  i 
zaniepokojony wybiegł do warsztatu. Zastanawiałem się, kto tam może być? Powodowany troską o 
przyjaciela, no i szczyptą ciekawości, wytężyłem słuch, ale miło mi stwierdzić, że nie podsłuchiwa-
łem  przez  dziurkę  od  klucza.  Podłoga  się  trzęsła  za  ścianą,  jak  by  się  ktoś  szamotał  czy  zmagał. 
Usłyszałem  wyraźnie  zdyszany  oddech  i  szept:  —  Szlag  by  cię  trafił!  —  Po  czym  zaległa  cisza. 
Moxon zjawił się po chwili i powiedział z dość bladym uśmiechem: 
— Wybacz, że zostawiłem cię samego. Maszyna się zdenerwowała i zaczęła mi się awanturować. 
Spojrzałem wymownie na jego podrapany policzek, miał na nim cztery krwiste pręgi. 
— A gdyby jej tak przyciąć pazurki? — powiedziałem. 
Mogłem nie wysilać się na ten dowcip, gdyż Moxon puścił go mimo uszu. Usiadł i jak gdyby nigdy 
nic podjął przerwany monolog: 
— Bez wątpienia obce ci są poglądy tych, którzy uważali (przy twoim oczytaniu sam wiesz, o kogo 
chodzi),  że  materia  jest  czuła,  że  każdy  atom  jest  żyjącą,  wrażliwą  i  świadomą  istotą.  Ale  ja  ten 
pogląd  podzielam.  Nie  istnieje  coś  takiego  jak  martwa,  bezwładna  materia.  Materia  żyje,  ma 
aktualną i potencjalną energię, reaguje na otoczenie, reaguje na bardziej subtelną i skomplikowaną 
energię  wyższych  organizmów,  z  jakimi  może  wejść w  związki.  Na  przykład  na  energię  twórczą 
człowieka, który przekształca materię w instrument swojej woli. Materia czerpie coś z inteligencji 
człowieka  i  zamiaru,  jaki  mu  przyświecał.  Zależnie  od  skomplikowania  maszyny  i  wykonywanej 

background image

przez nią pracy kształtuje się stopień jej inteligencji... 
Nie  przypominasz  sobie przypadkiem definicji życia  u  Herberta  Spencera?  Przeczytałem  ją  przed 
trzydziestoma  laty.  Nie  wiem,  czy  jej  potem  nie  zmodyfikował,  ale  przez  cały  ten  czas  nie 
potrafiłem znaleźć ani jednego słowa, które można by z pożytkiem dla definicji zastąpić, dodać albo 
ująć.  Wydaje  mi  się,  że  jest  to  nie  tylko  najlepsza,  ale  wręcz  niezastąpiona  definicja.  „Życie  — 
powiada  Spencer  —  jest  określonym  ciągiem  zmian  heterogenicznych,  które  następują 
równocześnie i sukcesywnie, odpowiednio do zewnętrznych współistnień i następstw." 
— To określa zjawisko — powiedziałem — ale pomija zupełnie przyczynę. 
—  Od  żadnej  definicji  niczego  więcej  nie  można  wymagać  —  odparł.  —  Jak  wykazuje  Mili,  nie 
wiemy  o  przyczynie  nic  prócz  tego,  że  poprzedza  skutek.  Z  dwojga  różnorodnych  zjawisk,  stale 
następujących po sobie, pierwsze nazywamy przyczyną, a drugie — skutkiem. Ktoś, kto wiele razy 
widział, że pies goni zająca, a nie na odwrót, będzie uważał zająca za przyczynę psa. Ale obawiam 
się  —  dodał  z  uśmiechem  —  że  zając  sprowadza  mnie  na  manowce...  Chciałbym,  abyś  zwrócił 
uwagę  na  to,  że  w  spencerowskiej  definicji  życia  mieści  się  działanie  maszyny  —  nie  ma  nic 
takiego w tej definicji, czego nie dałoby się odnieść do maszyny. Wedle tego najprzenikliwszego z 
obserwatorów i najgłębszego z myślicieli — jeśli człowiek w okresie swego działania jest żywy, tak 
samo jest żywa i maszyna, kiedy znajduje się w ruchu. Jako wynalazca i konstruktor maszyn wiem, 
że to prawda. 
Moxon  zamilkł,  wpatrywał  się  zamyślony  w  ogień  na  kominku.  Robiło  się  późno  i  chciałem  go 
pożegnać,  ale  jakoś  było  mi  przykro  zostawiać  go  samego  w  towarzystwie  nie  znanej  mi  osoby, 
którą  podejrzewałem  o  wrogie  zamiary.  Spojrzałem  mu  w  oczy  i  zrobiłem  gest  w  stronę  drzwi 
warsztatu. 
— Moxon, kogo ty tam masz? 
Zaskoczył mnie trochę, gdyż zaśmiał się wesoło i odparł bez wahania: 
—  Nikogo. Myślisz o tym  incydencie? To przez moją głupotę. Zostawiłem w ruchu maszynę, ale 
nie  dałem  jej  nic  do  roboty.  Zamiast  zająć  się  nią,  zacząłem  cię  oświecać,  choć  to  beznadziejne 
zadanie. A propos, czy wiesz, że rytm tworzy świadomość? 
— Nie zawracaj mi głowy — odparłem wstając i biorąc płaszcz. — Chcę ci powiedzieć dobranoc. 
A  co  do  maszyny,  dobrze  by  było,  aby  następnym  razem,  kiedy  zechcesz  ją  zatrzymać,  miała  na 
rączkach rękawiczki. Szczerze ci tego życzę. 
Wyszedłem nie czekając, jak zareaguje na mój docinek. 
Padał deszcz, wszystko tonęło w gęstym mroku. Brnąłem na oślep po chybotliwych kładkach przez 
błotniste, nie brukowane uliczki. Za grzbietem pagórka leżało miasto, którego łuna połyskiwała na 
niebie.  Obejrzałem  się  —  w  oddali  świeciło  samotne  światełko,  wydawało  mi  się,  że  mruga  ono 
tajemniczo  i  złowrogo. Było  to  nie  zasłonięte  okno  pracowni  Moxona.  Widocznie  mój  przyjaciel 
wrócił do swoich badań, od których oderwały  go pedagogiczne obowiązki  nauczyciela mechaniki 
ożywionej. Poglądy jego wydawały mi się dziwaczne i dość zabawne, a jednak nie mogłem pozbyć 
się uczucia, że mają jakiś tragiczny związek z jego życiem i usposobieniem, a może i z jego losem. 
Nie  uważałem  ich  już  za  wariackie  kaprysy.  Mógłbym  to  sobie  pomyśleć,  gdyby  nie  wykładał 
swoich poglądów w sposób tak logiczny. Nie dawały mi spokoju ostatnie jego słowa: „Rytm tworzy 
świadomość".  Oschła  i  zwięzła  formuła  zaczęła  mnie  kusić  niewyczerpanym  powabem  i  głębią. 
„Przecież  —  pomyślałem  sobie  —  można  na  niej  oprzeć  całą  filozofię.  Jeśli  świadomość  jest 
wytworem rytmu, to świadome są wszystkie rzeczy, gdyż cechuje je ruch, a wszelki ruch jest rytmi-
czny."  Zastanawiałem  się,  czy  Moxon  zdaje  sobie  sprawę  z  wagi  swojej  myśli  —  z  zasięgu  tak 
doniosłego uogólnienia; czy doszedł do tej filozoficznej syntezy krętą i niepewną drogą obserwacji? 
Przedtem nie potrafiłem sobie tego przyswoić, dopiero teraz Moxon nawrócił mnie na swoją wiarę. 
Ogarnęła  mnie  światłość  podobna  do  tej,  jaka  spłynęła  ha  Pawła  z  Tarsu.  W  mroku,  burzy  i 
samotności dygotałem z zapału, obudzonego „nieskończoną — jak powiada Lewes — rozmaitością 
myśli  filozoficznej". Napawała mnie radość poznania, duma z potęgi rozumu. Zdawało mi się, że 
unoszę się na niewidzialnych skrzydłach. 
Sam  nie  wiem,  kiedy  znalazłem  się  pod  drzwiami  Moxona.  Uznałem  w  nim  swojego  mistrza  i 
przewodnika, który obudził we mnie głód światła. Przemokłem do nitki, ale wcale tego nie czułem. 

background image

W  podnieceniu  nie  mogłem  znaleźć  dzwonka,  instynktownie  nacisnąłem  klamkę.  Drzwi  się 
otworzyły, wszedłem  na  górę po schodach. Przywitała mnie ciemność  i cisza. Domyśliłem się, że 
Moxon  jest  w  pracowni.  Wodząc  rękami  po  ścianie  odszukałem  drzwi  do  pracowni.  Zapukałem 
głośno kilka razy, ale nikt mi nie odpowiedział. Widocznie moje pukanie zagłuszył ryk burzy, która 
szalała  na  dworze.  Porywisty  wicher  smagał  deszczem  cienkie  ściany  i  gonty  dachu.  W  pokoju, 
który nie miał sufitu, dudniło jak w beczce. 
Moxon  ani  razu  nie  zaprosił  mnie  do  swojej  pracowni.  Właściwie  nikt  nie  miał  do  niej  prawa 
wstępu  z  wyjątkiem  pewnego  wytrawnego  mechanika,  który  nazywał  się  Haley  i  uchodził  za 
absolutnego mruka. 
Znajdowałem się jednak w stanie takiej euforii, że zapomniałem o dyskrecji i dobrym wychowaniu. 
Otworzyłem drzwi. To, co zobaczyłem, ostudziło wprędce moje filozoficzne zapały. 
Moxon grał w szachy, jego partner siedział do mnie tyłem. Na stoliku paliła się świeca. Nie znam 
się na szachach, ale po skąpej ilości figur zorientowałem się, że gra zbliża się do końca. Moxon był 
niesamowicie  zafascynowany  —  nie  tyle  grą,  jak  mi  się  wydawało,  ile  swoim  przeciwnikiem. 
Zatopił w nim tak skupione oczy, że nie zauważył mnie wcale. Twarz miał upiornie bladą, źrenice 
rzucały ostre błyski. Partnera  jego widziałem tylko z tyłu, ale to mi już wystarczyło; nie miałbym 
ochoty zajrzeć mu w twarz. 
Przypominał  goryla,  miał  potwornie  szerokie  bary,  szyję  grubą  i  krótką,  głowę  kwadratową.  Nad 
zmierzwionymi na karku czarnymi włosami wznosił się szkarłatny fez. Tunika tego samego koloru, 
ściągnięta  mocno  w  pasie,  opadała  na  ziemię  zasłaniając  nogi  i  skrzynkę,  na  której  siedział. 
Przesuwał figury prawą ręką, która wydawała się nieproporcjonalnie długa. 
Skryłem  się  w  cieniu.  Gdyby  Moxon  oderwał  wzrok  od  twarzy  przeciwnika,  mógłby  zauważyć 
najwyżej, że drzwi są otwarte. Nie mogłem wycofać się z pokoju, gdyż prześladowało mnie dziwne 
przeczucie,  że  czai  się  tu  jakieś  nieszczęście.  Bez  skrupułów  postanowiłem  zostać,  aby  pomóc 
przyjacielowi, jeśli zajdzie potrzeba. 
Gra toczyła się  żywo. Moxon przesuwał  figury  nerwowo, prędko i niedokładnie. Zauważyłem, że 
prawie  nie  patrzy  na  szachownicę.  Partner  jego  reagował  równie  szybko,  ale  stawiał  figury 
powolnym, sztywnym, mechanicznym i teatralnym nieco gestem, który doprowadzał mnie do białej 
gorączki.  Kryło  się  w  tym  coś  niesamowitego;  uświadomiłem  sobie  raptem,  że  dygoczę.  Byłem 
jednak zziębnięty i przemoczony. 
Po którymś ruchu nieznajomy lekko skinął głową, a Moxon w odpowiedzi przesunął swojego króla. 
Powtórzyło się to z dwa lub trzy razy. Czyżby to był niemowa? I nagle przyszło mi na myśl, że to 
jest  maszyna  —  automatyczny  gracz!  Przypomniało  mi  się,  jak  Moxon  napomknął  kiedyś,  że 
wynalazł tego typu automat, ale nie przypuszczałem, że go skonstruował. Czyżby całe jego gadanie 
o  świadomości  i  inteligencji  maszyn  stanowiło  tylko  przygrywkę  do  zademonstrowania  tego 
wynalazku  —  aby tym większe wrażenie zrobiła  na mnie mechaniczna zabawka,  której tajemnicy 
nie znam? 
Zaiste śliczny to finał moich filozoficznych uniesień i zapałów! Chciałem już wyjść z niesmakiem, 
ale  powstrzymała  mnie  ciekawość  —  automat  wzruszył  ramionami,  jak  by  go  coś  zirytowało.  I 
zrobił  to  tak  naturalnie,  tak  po  ludzku,  aż  się  przeraziłem.  A  w  chwilę  później  trzasnął  pięścią  w 
stół. Tym razem Moxon przestraszył się bardziej ode mnie, widziałem, jak cofnął się z krzesłem do 
tyłu. 
Moxon miał wygraną partię. W pewnej chwili uniósł rękę wysoko nad szachownicą, spadł na jedną 
ze swoich figur jak jastrząb i z okrzykiem „mat!" zerwał się na nogi i stanął za krzesłem. Automat 
siedział bez ruchu. 
Wicher ucichł na dworze, po niebie przetaczały się dudniące grzmoty. Usłyszałem głęboki pomruk, 
który  narastał  z  każdą  chwilą,  zdawało  mi  się,  że  dobywa  się  z  wnętrza  automatu.  Był  to 
niewątpliwie odgłos wirujących kół, kojarzył mi się z rozstrojonym mechanizmem, który wymknął 
się spod  kontroli  regulatorów.  Ale nie  miałem  czasu  na  domysły,  gdyż  zafrapowały  mnie  dziwne 
ruchy  samego  automatu.  Przebiegały  po  nim  lekkie,  ale  nieustanne  konwulsje.  Korpus  i  głowa 
trzęsły  się jak u człowieka tkniętego paraliżem  albo febrą, drżenie  nasilało się z  każdą chwilą, aż 
cała  figura zaczęła  gwałtownie dygotać. Raptem automat zerwał  się  na  nogi, wyciągnął ramiona  i 

background image

rzucił się  naprzód jak pływak do wody. Stało się  to w mgnieniu oka. Moxon szarpnął się do tyłu, 
ale  nie  zdążył  odskoczyć.  Zobaczyłem, jak  straszne  łapska  chwyciły  go  za  gardło,  w  tejże  chwili 
stolik  się  przewrócił  i  świeca  zgasła.  W  ciemnościach  słychać  było  straszliwe  odgłosy  walki  i 
ochrypły,  ptasi  skrzek  Moxona.  Zanim  zdążyłem  rzucić  mu  się  na  pomoc,  cały  pokój  rozbłysnął 
oślepiająco  białym  światłem,  które  wypaliło  mi  w  mózgu,  sercu  i  pamięci  żywy  obraz  obu 
walczących.  Moxon  leżał  na  podłodze,  z  gardłem  w  uścisku  żelaznych  rąk,  z  odrzuconą  do  tyłu 
głową,  oczy  miał  wytrzeszczone,  język  wywalony  na  brodę.  Namalowane  oblicze  jego  mordercy 
tchnęło  spokojem  i  skupieniem,  jak  przy  rozwiązywaniu  szachowego  dylematu!  W  tejże  chwili 
ogarnęła mnie ciemność i cisza. 
W  trzy  dni  później  odzyskałem  przytomność  w  szpitalu.  Powoli  przypomniałem  sobie  wypadki 
owej  tragicznej  nocy.  W  swoim  opiekunie  rozpoznałem  Haleya,  zaufanego  współpracownika 
Moxona. Gdy spostrzegł, że go poznaję, podszedł do mnie z uśmiechem. 
— Niech mi pan opowie"— wyszeptałem z trudem — co się stało. Wszystko. 
— Naturalnie — odparł. — Wyniesiono pana nieprzytomnego z płonącego domu Moxona. Nikt nie 
wie, skąd się pan akurat tam wziął. Możliwe, że będzie pan musiał złożyć wyjaśnienia. Przyczyna 
pożaru też jest odrobinę tajemnicza. Osobiście uważam, że dom zajął się od pioruna. 
— A Moxon? 
— Wczoraj go pochowano... Nie było co zbierać. 
Widocznie  znany  mruk  okazywał  się  czasem  przystępny,  przynajmniej  chętnie  przekazywał 
wstrząsające informacje. Chwilę męczyłem się, zanim udało mi się zadać następne pytanie. 
— Kto mnie uratował? 
— Hm, skoro pan ciekaw... to ja. 
—  Dziękuję  panu  i  niechże  pana  Bóg  za  to  błogosławi,  panie  Haley.  Czy  uratował  pan  również 
urocze dzieło swoich rąk? Automatycznego szachistę, który zamordował swojego wynalazcę? 
Haley odwrócił wzrok i milczał długą chwilę. Wreszcie spojrzał na mnie i powiedział z powagą: 
— Pan wie o nim? 
— Wiem — odparłem. — Widziałem go na własne oczy. 
Było  to  wiele  lat  temu.  Gdyby  mnie  dzisiaj  o  to  zapytano,  nie  umiałbym  udzielić  tak  pewnej 
odpowiedzi. 
 
 
 
 

DRAŃSTWO 

 

 

Nie zawsze się je to, co na stole 

 

Przy  łojowej  świecy,  stojącej  na  nie  heblowanym  stole,  jakiś  człek  czytał  zapiski  w  starej  i 
wysłużonej księdze rachunkowej. Pismo musiało być słabo czytelne, gdyż nieraz przybliżał tekst do 
samej  świecy.  Cień  księgi  ogarniał  wówczas  część  pokoju  i  zasłaniał  twarze  zebranych;  poza 
czytającym było ich ośmiu. Siedmiu siedziało pod ścianami z okrąglaków, w milczeniu i bezruchu. 
Pokój  był  niewielki.  Ósmy  leżał  na  stole,  wyciągnięty  na  wznak,  z  rękami  wzdłuż  ciała,  okryty 
prześcieradłem. Był martwy. 
Człowiek czytał zapiski w skupieniu, nikt z zebranych nie odzywał się. Wszyscy siedzieli jakby w 
oczekiwaniu,  tylko  zmarły  nie  czekał  na  nic.  Z  gęstych  ciemności  za  oknem  dochodziła  wrzawa 
puszczańskiej nocy — odległy zaśpiew kojotaj przenikliwy i pulsujący szum owadów wśród drzew; 
niesamowite  krzyki  nocnych  ptaków  tak  niepodobne  do  ptasich  głosów  za  dnia;  brzęczenie 
ciężkich, obłędnie krążących chrząszczy i cały ów tajemniczy chór szmerów, którego prawie się nie 
słyszy,  dopóki  nie  zamilknie  raptem,  jakby  w  obawie  przed  czyjąś  niedyskrecją.  Wszystko  to 
uchodziło jednak uwagi zebranych. Widać było po każdej zmarszczce na ich surowych twarzach, że 

background image

obca  im  jest  próżna  ciekawość,  pozbawiona  praktycznego  znaczenia.  Zapewne  byli  to  ludzie  z 
najbliższych okolic — farmerzy i drwale. 
Czytający różnił  się  nieco od nich; rzec by można, że  jest to człek światowy, chociaż coś w  jego 
wyglądzie  wskazywało  na  pokrewieństwo  z  otoczeniem.  Kurtka  jego  nie  zrobiłaby  dobrego 
wrażenia w San Francisco, tak jak i  surowe obuwie. On jeden siedział ż odkrytą głową. Kapelusz 
leżący na podłodze jedynie przez pomyłkę można by wziąć za dowód elegancji. Miał dość ujmującą 
twarz  mimo  odcienia  surowości.  Możliwe,  że  tę  marsową  minę  przybierał  tylko  ze  względu  na 
sprawowaną władzę. Był to bowiem koro-ner. Zapiski,  które czytał, trafiły mu do rąk z racji  jego 
urzędu; znaleziono je wśród rzeczy pozostałych po zmarłym — w chacie, gdzie obecnie odbywało 
się śledztwo. 
Koroner skończył właśnie lekturę i schował zapiski w zanadrze, kiedy otworzyły się drzwi i wszedł 
młody mężczyzna, ubrany po wielkomiejsku. Był zakurzony; gnał tu konno, ażeby zdążyć na czas. 
Nikt go nie pozdrowił; koroner kiwnął mu głową. 
— Czekaliśmy na pana — powiedział. — Trzeba dziś skończyć z tą historią. 
Młody człowiek uśmiechnął się. 
—  Przepraszam,  że  kazałem  panom  czekać  na  siebie.  Nie  wykręcam  się  bynajmniej  od  zeznań, 
pojechałem  tylko  na  pocztę  nadać  sprawozdanie  do  swojej  gazety.  Pozostaje  mi  powtórzyć  to,  co 
już napisałem. 
— Sprawozdanie, które pan wysłał do gazety — uśmiechnął się koroner — odbiega chyba od tego, 
co pan nam powie pod przysięgą. 
—  Jak  pan  woli  —  odparł  dość  zapalczywie  dziennikarz  i  zaczerwienił  się.  —  Mam  przy  sobie 
duplikat,  bo  pisałem  przez  kalkę.  Jest  to  rzecz  tak  niewiarygodna,  że  ubrałem  ją  w  formę  fikcji 
literackiej. Chciałbym posłużyć się tekstem w trakcie swoich zeznań. 
— Sam pan mówi, że rzecz jest niewiarygodna. 
— Nic panu do tego, skoro przysięgnę, że to prawda, proszę pana. 
Koroner  milczał  chwilę,  ze  wzrokiem  wbitym  w  podłogę.  Ludzie  pod  ścianami  szeptali  między 
sobą, nie spuszczając oczu z twarzy nieboszczyka. Wreszcie koroner podniósł wzrok i powiedział: 
— Przystępujemy do przesłuchania. 
Zebrani odsłonili głowy. Świadek został zaprzysiężony. 
— Pańska godność? — spytał koroner. 
— William Harker. 
— Wiek? 
— Dwadzieścia siedem lat. 
— Znał pan denata, Hugh Morgana? 
— Tak. 
— Czy był pan przy nim w chwili śmierci? 
— Byłem w pobliżu. 
— Jakim cudem... To jest, skąd się pan tu w ogóle wziął? 
—  Przyjechałem  do  niego  w  gościnę  polować  i  łowić  ryby.  Ale  miałem  również  inny  cel  na 
względzie. Chciałem poznać bliżej tego człowieka i jego niezwykły, samotny tryb życia. Stanowił 
dobry materiał na postać literacką. Od czasu do czasu pisuję nowele. 
— A ja czytuję od czasu do czasu. 
— Bardzo mi miło. 
— Nie pańskie nowele, tylko w ogóle. 
Kilku ławników zaśmiało się. W ponurych sytuacjach humor tryska jak raca. Żołnierze w chwilach 
bitewnej ciszy śmieją się z byle czego, a żart w domu nieboszczyka robi wrażenie przez kontrast. 
—  Proszę  opisać  okoliczności,  w  jakich  nastąpiła  śmierć  denata  —  powiedział  koroner.  —  Może 
pan dowolnie posługiwać się notatkami. 
Świadek zrozumiał. Wydobył z zanadrza rękopis i przysunął się do światła. Przerzucił kilka kartek, 
zanim odnalazł właściwą stronę, i zaczął czytać. 
 
 

background image

 

 

Co się może zdarzyć na polu dzikiego owsa 

 
,,...Słońce  ledwie  wzeszło,  kiedy  wyszliśmy  z  domu.  Wybraliśmy  się  na  przepiórki,  mieliśmy  ze 
sobą dwie dubeltówki, ale tylko jednego psa. Morgan powiedział, że najlepszy teren znajdziemy za 
wzgórzem,  które  wskazał  ręką.  Wspięliśmy  się  ścieżką  przez  zarośla  chapparalu.  Za  grzbietem 
wzgórza leżała  kotlina porośnięta  gęsto dzikim owsem. Morgan  szedł przede mną o parę kroków. 
Raptem usłyszeliśmy —  gdzieś z prawej strony  — trzask łamanych gałązek, jak by jakieś zwierzę 
przedzierało się przez krzaki, które gwałtownie zafalowały na naszych oczach. 
— Wypłoszyliśmy jelenia — powiedziałem. — Szkoda, że sztucer został w domu. 
Morgan  z  napięciem  obserwował  wzburzony  chapparal.  Nie  odrzekł  nic,  tylko  odwiódł  oba  kurki 
dubeltówki  i  trzymał  ją  w  pogotowiu.  Wydał  mi  się  trochę  zaniepokojony,  co  mnie  zaskoczyło. 
Morgan bowiem znany był z wyjątkowego opanowania w najkrytyczniejszych nawet momentach. 
— Dajże spokój — powiedziałem. — Nie masz chyba zamiaru szpikować śrutem jelenia, co? 
Znowu zbył mnie milczeniem. Ale gdy odwrócił się profilem, uderzył mnie wyraz napięcia na jego 
twarzy. Wtedy zrozumiałem, że trafiliśmy na grubego zwierza. W pierwszej chwili podejrzewałem, 
że to grizli. 
Podszedłem z dubeltówką i stanąłem u boku Morgana. 
Krzaki się uspokoiły i zrobiło się cicho, ale Morgan z napięciem wpatrywał się nadal w zarośla. 
— Co to takiego? Co to za cholera? — spytałem. 
—  To  samo  draństwo!  —  odparł  nie  odwracając  głowy.  Głos  miał  zmieniony  i  ochrypły. 
Zauważyłem, że Morgan dygocze. 
Już  miałem  się  odezwać,  kiedy  spostrzegłem,  że  dziki  owies  porusza  się  w  niesamowity  wręcz 
sposób. Wprost nie umiem tego opisać. Przez pole szła szeroka smuga, która przypominałaby wiatr, 
gdyby  owies  tylko  się  przyginał,  ale  on  się  kładł  wgnieciony  w  ziemię.  Smuga  sunęła  powoli 
wprost na nas. 
Oglądałem w życiu wiele dziwnych rzeczy, ale  nic  nie podziałało na mnie tak, jak to niezwykłe  i 
niewytłumaczalne  zjawisko,  chociaż  nie  przypominam  sobie,  abym  się  bał.  Nasunęło  mi  się 
osobliwe skojarzenie — kiedyś wyjrzałem przez okno i pomyliły mi się dwa drzewa. Małe drzewko 
pod oknem wziąłem za  jedno z  kępy dużych drzew rosnących znacznie dalej. Wysokość ta sama, 
tylko  wyrazisty  kontur  różnił  je  od  tamtych.  Było  to  zwykłe  zakłócenie  perspektywy,  a  jednak 
targnął mną lęk, przeraziłem się nieomal. Do tego stopnia ufamy w nienaruszalność znanych praw 
fizycznych,  że  każde  pozorne  ich  zahamowanie  działa  na  nas  jak  kataklizm,  zapowiedź 
niesłychanego  nieszczęścia.  Więc  i  owies,  który  całkiem  bez  przyczyny  kładł  się  smugą  sunącą 
prościuteńko ku nam —  napawał nas wyraźnym niepokojem. Morgan wyglądał wręcz przerażony. 
Nie  wierzyłem  własnym  oczom,  kiedy  raptem  wycelował  dubeltówkę  i  wypalił  z  obu  luf  we 
wzburzony  owies! Zanim  rozwiał się  dym  wystrzału, usłyszałem  wściekły  wrzask,  jakby  ryk  dzi-
kiego zwierza. Morgan rzucił dubeltówkę i wziął nogi za pas. W tejże chwili jakiś impet cisnął mną 
o ziemię — jakiś rozpędzony miękki ciężar, niewidoczny wśród dymu, zbił mnie z nóg. 
Zanim  zdążyłem  zerwać  się  i  chwycić  wytrąconą  z  rąk  dubeltówkę,  usłyszałem,  jak  Morgan 
krzyczy  w  śmiertelnej  trwodze.  Zagłuszał  go  wściekły  charkot  jakby  gryzących  się  psów. 
Niesamowicie przerażony zerwałem się na nogi i spojrzałem w tamtym kierunku; niech mnie łaska 
boska  broni  od  podobnego  widoku!  O  niecałe  trzydzieści  stóp  przede  mną  Morgan  powalony  na 
jedno  kolano  szamotał  się  gwałtownie,  z  potwornie  odrzuconą  do  tyłu  głową,  bez  kapelusza,  z 
rozwianymi włosami. Coś rzucało nim w przód i w tył, targało jego ciałem. Wyprężył prawe ramię, 
ale  dłoń  gdzieś  znikła  —  w  każdym  razie  nie  mogłem  jej  dostrzec,  tak  jak  i  lewego  ramienia. 
Chwilami  —  jak  podszeptuje  mi pamięć  —  widziałem  go  tylko  fragmentarycznie  —  kawałkami, 
inaczej nie potrafię tego określić, i zaraz ukazywał mi się znowu cały. 
Wszystko  musiało  się  rozegrać  w  ciągu  kilku  sekund,  a  jednak  Morgan  zdołał  wykonać  wszelkie 
chwyty zaciekłego zapaśnika, który ulega przygniatającej przewadze. Widziałem tylko jego, a i to 

background image

nieza-wsze wyraźnie. Przekleństwa i krzyki Morgana dochodziły przez taki ryk wściekłości i furii, 
jakiego nigdy nie słyszałem. Nie wyobrażam sobie, aby mógł tak ryczeć jakikolwiek człowiek czy 
jakikolwiek zwierz. 
Stałem  w  osłupieniu.  Dopiero  po  chwili  cisnąłem  dubeltówkę  i  rzuciłem  się  przyjacielowi  na 
pomoc. Zaświtało mi w głowie, że dostał jakiegoś ataku albo konwulsji. Zanim dobiegłem, leżał już 
spokojnie  na  ziemi.  Wszystko  ucichło.  Raptem  zdjął  mnie  taki  strach,  jakiego  nie  wzbudziło  we 
mnie  nawet  to  przeraźliwe  przed  chwilą  szamotanie.  Wśród  dzikiego  owsa  ujrzałem  znowu 
tajemniczą  smugę.  Od  miejsca,  gdzie  na  zdeptanej  ziemi  leżał  mój  przyjaciel,  sunęła  powoli  w 
stronę lasu. Nie potrafiłem oderwać od niej oczu, dopiero gdy zniknęła wśród drzew spojrzałem na 
towarzysza. Był martwy." 
 
 

 

Człowiek, chociaż nagi, może być w łachmanach 

 
Koroner  wstał  i  nachylił  się  nad  nieboszczykiem.  Uniósł  róg  prześcieradła  i  odrzucił  je  na  bok, 
odsłaniając  nagie  zwłoki.  Świeca  nadawała  im  gliniastozółtą  barwę.  Na  ciele  widać  było  sine 
plamy,  powstałe  wskutek  podskórnego  wylewu  krwi.  Pierś  i  boki  wyglądały  tak,  jak  by  je  ktoś 
zgruchotał maczugą. Gdzieniegdzie ziały straszliwe rany, odarta skóra zwisała w strzępach. 
Jedwabna chustka podtrzymywała brodę zmarłego. Koroner obszedł stół, rozwiązał supeł na głowie 
nieboszczyka  i  zdjął  chustkę,  odsłaniając  coś,  co niegdyś  stanowiło  szyję.  Paru  ławników,  którzy 
wstali,  aby  lepiej  widzieć,  pożałowało  swojej  ciekawości.  Poodwracali  głowy.  Świadek  Harker 
podbiegł do okna, wychylił się, zrobiło mu się słabo. Koroner opuścił chustkę na twarz zmarłego, 
podszedł  do  kąta,  gdzie  leżało  na  kupce  ubranie,  podnosił  i  demonstrował  kawałek  po  kawałku. 
Były to strzępy garderoby, zesztywniałe od krwi. Ławnicy przyglądali się dosyć obojętnie, raz już 
im to pokazywano; jedyną nowość stanowiły dla nich zeznania Harkera. 
—  Pa-nowie  —  powiedział  koroner  —  więcej  dowodów  rzeczowych  nie  posiadamy.  Obowiązki 
swoje panowie już znacie. O ile nie ma pytań, możecie wyjść i zastanowić się nad werdyktem. 
Wstał na to przewodniczący — wysoki, brodaty chłop pod sześćdziesiątkę, prosto odziany. 
—  Za  pozwoleniem  pana  koronera,  chciałbym  zadać  jedno  pytanie  —  powiedział.  —  Z  jakiego 
domu wariatów wyrwał się ten cały świadek? 
—  Proszę,  panie  Harker  —  powiedział  koroner  poważnie  i  ze  spokojem  —  z  jakiego  domu 
wariatów uciekł pan niedawno? 
Harker  zaczerwienił  się  po  same  uszy,  ale  nie  odrzekł  ni  słowa.  Siedmiu  ławników  wstało  i  z 
powagą wyszło z chaty. 
—  Skoro  mi  pan  naubliżał  —  odezwał  się  Harker,  gdy  tylko  został  sam  z  koronerem  i 
nieboszczykiem — wolno mi chyba stąd wyjść? 
— Owszem. 
Harker  ruszył  do  drzwi,  ale  zatrzymał  się  z  ręką  na  klamce.  Zawodowa  ciekawość  okazała  się 
silniejsza niż poczucie godności osobistej. Odwrócił się i rzekł: 
— Poznaję, że trzyma pan w ręku dziennik Morgana. Zauważyłem, jak bardzo pana zaciekawił, pan 
go czytał w trakcie moich zeznań. Czy nie mógłbym rzucić okiem? Nasi czytelnicy z chęcią... 
—  Dziennik  nie ma  nic do rzeczy  —  odparł koroner wsuwając  go w kieszeń kurtki  —  wszystkie 
ustępy pochodzą sprzed śmierci autora. 
Harker  zamknął  za  sobą  drzwi.  Po  chwili  weszli  ławnicy  i  otoczyli  stół,  na  którym  rysował  się 
wyraźnie  kontur  zwłok,  okrytych  już  prześcieradłem.  Przewodniczący  usiadł  w  pobliżu  świecy, 
wyjął z kieszeni ołówek i skrawek papieru i wypisał z mozołem następujące orzeczenie, pod którym 
reszta mniej lub bardziej niezdarnie złożyła swoje podpisy: 
„My,  ławnicy,  som  przekonani,  że  niniejsze  zwłoki  uśmiercone  zostały  przez  górskiego  lwa,  ale 
poniektórzy z nas myślom, że wszystko jedno miały konwulsje." 
 

background image

 

Wyjaśnienie zza grobu 

 
W  dzienniku  śp.  Hugh  Morgana  znajdują  się  pewne  interesujące  ustępy,  nie  pozbawione  chyba 
wartości naukowej jako hipotezy. W czasie ustalania przyczyn zgonu dziennik nie został wzięty pod 
uwagę;  koroner  myślał  widocznie,  że  nie  warto  ławnikom  mącić  w  głowach.  Niepodobna  ustalić 
daty pierwszego zapisku, gdyż część kartki została wydarta. Urywek zaczyna się następująco: 
„...ciskał  się  w  półkolu,  jak  by  kogoś  osaczał,  to  znów  przypadając  do  ziemi  ujadał  wściekle. 
Wreszcie pomknął, aż się zakurzyło, i zniknął w  zaroślach. Początkowo  myślałem, że oszalał, ale 
kiedy wrócił do domu, zachowywał się normalnie. Zauważyłem tylko, że boi się kary. 
Czy pies potrafi widzieć nosem? Czy woń wywołuje w jakichś ośrodkach mózgowych obraz tego, 
kto ją emanuje?..." 
„2 września. Wczoraj w nocy przyglądałem się gwiazdom nad pagórkiem. Raptem zaczęły znikać 
kolejno — od lewej ku prawej. Wyższe gasły ledwie na moment, ale niższe nad samym wzgórzem 
znikły kompletnie. Zupełnie jak by coś przesuwało się tamtędy zasłaniając mi gwiazdy; nie wiem, 
co  to  takiego,  nie  mogłem  dojrzeć  nawet  konturu  w  słabym  świetle  gwiazd.  Brr!  To  mi  się  nie 
podoba." 
W tym miejscu brak notatek z paru tygodni, gdyż trzy kartki zostały z dziennika wydarte. 
„27  września.  To  znowu  musiało  tu być  —  co dnia  znajduję  nowe dowody.  Wczoraj  w  tej  samej 
kryjówce  czatowałem  całą noc z  nabitym  sztucerem. Z rana ujrzałem  jak zwykle  świeże ślady.  A 
mógłbym przysiąc, że nie spałem — w ogóle nie mogę już spać. Ze strachu nie do zniesienia. Jeśli 
to wszystko prawda — niedługo zwariuję, a jeśli urojenie, to już zwariowałem." 
„3 października. Zostanę... Nie dam się wypędzić stąd. O nie, to mój dom, moja ziemia. Bóg niena-
widzi tchórzów..." 
„5 października. Dłużej nie wytrzymam. Zaprosiłem Harkera, żeby spędził ze mną kilka tygodni — 
ma trzeźwy umysł. Wywnioskuję z jego zachowania, czy uważa mnie za wariata." 
„7 października. Odgadłem tajemnicę. Niespodziewanie olśniło mnie to dziś w nocy jak objawienie. 
Jakież to proste — jak straszliwie proste! 
Są  dźwięki,  których  nie  słyszymy.  Nie  reaguje  na  nie  niedoskonały  instrument  —  ucho  ludzkie. 
Skala dźwięku może być dlań za wysoka  lub za niska. Przyglądałem się  kiedyś  kosom, które całą 
chmarą obsiadły czubki drzew i zanosiły się śpiewem. Raptem — w jednej sekundzie, w mgnieniu 
oka  —  poderwały  się wszystkie  na raz  i uleciały  w niebo. Jakże to możliwe? Nie mogły przecież 
widzieć  się  nawzajem wśród gałęzi ani  nie spuszczać oka z przywódcy. Musiał się odezwać jakiś 
sygnał ostrzegawczy, ostry  i przenikliwy, silniejszy  niż cały ów świergot, ale ja  go nie  słyszałem. 
Nie tylko wśród kosów, ale i wśród innych ptaków zaobserwowałem to samo zjawisko. Na przykład 
przepiórki, rozsypane wśród zarośli po całej kotlinie, równocześnie zrywały się do lotu. 
Marynarze wiedzą, że ławice wielorybów baraszkujące na powierzchni oceanu, oddalone od siebie 
całe  mile,  nieraz  nurkują  w  tym  samym  momencie  i  znikają  z  oczu  w  identycznej  chwili.  Bo 
właśnie odezwał się sygnał i chociaż marynarze  go nie słyszą, to jednak czują, jak statek wibruje 
niby katedra od basowego dźwięku organów. 
Podobnie rzecz  się ma z  kolorami. Fizyk rozszczepiając światło słońca może stwierdzić obecność 
promieni zwanych nadfiołkowymi. Reprezentują one kolory —  samodzielne kolory w kompozycji 
światła  —  których  nie  potrafimy  dostrzec.  Oko  ludzkie  jest  niedoskonałe,  obejmuje  ledwie  kilka 
oktaw  rzeczywistej  »skali  chromatycznej«.  Nie  dostałem  pomieszania  zmysłów;  istnieją  kolory, 
których nie widzimy. 
I — niech mnie Pan Bóg strzeże — to draństwo jest takiego właśnie koloru!" 
 
 
 
 

 

background image

PASTERZ HAITA 

 

 
W sercu Haity  gościła naiwna młodość. Wiódł proste i zdrowe życie, nie miał złych myśli i złych 
ambicji.  Wstawał  ze  słońcem,  szedł  pomodlić  się  do  świątyni  Hastura,  boga  pasterzy,  który 
zazwyczaj wysłuchiwał go łaskawie i z zadowoleniem. Oddawszy mu cześć Haita otwierał zagrodę 
i z radosnym sercem wyprowadzał swoje owce na pastwisko. Po drodze spożywał śniadanie, ser i 
placek  owsiany,  czasem  skubnął  trochę  jagód  zimnych  od  rosy  albo  napił  się  wody  ze strumieni, 
które spływały do rzeki w dolinie i mknęły z nią nie wiadomo dokąd. 
W  długie  letnie  dni,  kiedy  owce  pasły  się  wyśmienitą  z  łaski  bogów  trawą  albo  leżały  sobie 
przeżuwając  pokarm,  Haita  kładł  się  w  cieniu  drzewa  i  tak  słodko  przygrywał  na  piszczałce,  że 
nieraz  dostrzegał  kątem  oka,  jak  wychylają  się  z  gąszczów  duszki  leśne,  aby  posłuchać  jego 
muzyki.  Uciekały  jednak  w  popłochu,  gdy  zwrócił  na  nie oczy.  Haita  wyciągnął  z  tego  poważny 
wniosek,  że  szczęście  przychodzi  nieoczekiwanie,  a  gdy  się  go  szuka,  nie  da  się  znaleźć  wcale. 
Niewiele  mniej  od  łask  Hastura,  który  nigdy  mu  się  nie  objawił,  Haita  cenił  sobie  przyjacielskie 
zainteresowanie  nieśmiałych  sąsiadów,  nieśmiertelnych  duszków  leśnych  i  źródlanych.  O  zmierz-
chu spędzał owce do zagrody, skrupulatnie zamykał bramę i szedł do swojej groty, aby pokrzepić 
się jadłem i snem. 
Tak  upływało  mu  życie.  Mijał  dzień  podobny  do  dnia,  chyba  że  rozsierdzony  bóg  zesłał  burzę, 
objawiając swój gniew. Haita kulił się wówczas w grocie i z twarzą ukrytą w dłoniach modlił się, 
aby  bóg  jego  tylko  pokarał  za  grzechy  całego  świata.  Czasami  musiał  uciekać  ze  spłoszonym 
stadem na wysokie regle,  gdy  wskutek ogromnej ulewy rzeka wystąpiła z brzegów. Błagał  wtedy 
boga  o  ocalenie  ludzi  z  wielkich  miast,  które  ponoć  leżały  na  równinie  za  dwoma  błękitnymi 
górami. 
„Łaskawy jesteś, o Hasturze — modlił się — że dałeś mi góry, bo mam gdzie uciec przed powodzią 
ze  swoim  stadem.  Ale  resztę  świata  sam  musisz  ocalić,  na  własną  rękę,  bo  inaczej  przestanę  cię 
czcić." 
I Hastur wiedząc, że Haita dotrzymuje słowa, ratował miasta od zguby, posyłał wezbrane wody do 
morza. 
Tak to żył Haita od niepamiętnych czasów. Właściwie nie umiał pojąć, aby można było żyć inaczej. 
O  całą  godzinę  drogi,  w  głębi  doliny,  mieszkał  świątobliwy  pustelnik.  Od  niego  to  słyszał  o 
wielkich  miastach,  gdzie  żyją  ludzie,  którzy  nie  mają  owiec,  biedacy.  Ale  nie  dowiedział  się  od 
pustelnika niczego o swoich najmłodszych latach i wyobrażał sobie, że musiał być wtedy maleńki i 
bezbronny jak jagnię. 
Rozmyślał o tajemnicach  i cudach, a  zwłaszcza o tej straszliwej przemianie  nacechowanej  ciszą  i 
rozkładem, przemianie,  której sam musi  kiedyś ulec, tak  jak owce z  jego stada, tak  jak  wszystkie 
żyjące istoty prócz ptaków. I uświadomił sobie, jak żałosny i beznadziejny jest jego los. 
„Muszę wiedzieć koniecznie  —  powiedział  sobie  —  skąd i po co przyszedłem  na świat. Bo jakże 
mam  wykonywać  obowiązki,  skoro  nie  wiem,  kto  mi  je powierzył?  I  jakąż  mogę  mieć  pociechę, 
skoro  nie  wiem,  jak  długo  jeszcze  potrwam?  Możliwe,  że  zostanę  przemieniony,  zanim  słońce 
wzejdzie, a co się wtedy stanie z moją owczarnią? Co też właściwie stanie się ze mną?" 
Od tych rozmyślań Haita  sposępniał  i  sponurzał. Nie zagadywał  już wesoło do swoich owiec,  nie 
spieszył ochoczo do świątyni Hastura. W każdym poszumie wiatru słyszał szepty złośliwych bóstw, 
każda  chmura  zwiastowała  nieszczęście,  a  w  ciemności  kłębił  się  strach.  Ilekroć  przytknął 
piszczałkę do ust, zamiast melodii dobywał się z  niej okropny  lament;  leśne i źródlane duszki nie 
tłoczyły  się  już  w  zaroślach,  aby  słuchać  jego  muzyki,  tylko  uciekały  czym  prędzej,  potrącając 
kwiaty  i  szeleszcząc  liśćmi.  Nie  opiekował  się  swoim  stadem,  wiele  owiec  rozpierzchło  się  i 
pogubiło w górach. Reszta wychudła i chorowała z braku dobrej paszy, nie szukał bowiem dla nich 
świeżych pastwisk, tylko wiódł je dzień po dniu w to samo miejsce, przez zwykłe roztargnienie, tak 
go pochłonęła zagadka życia i śmierci — o nieśmiertelności nie wiedział nic. 
Któregoś dnia w trakcie najczarniejszych rozmyślań zerwał się raptem z kamienia i ze stanowczym 
gestem zawołał: 

background image

—  Bogowie  nie  chcą  mi  wyjawić  tajemnicy,  więc  nie  będę  więcej  ich  błagał.  Niech  no  sami 
uważają, żeby mi nie zrobili żadnej krzywdy. Wracam do swoich obowiązków, a jeśli pobłądzę, na 
bogów niech spadnie cała wina! 
Gdy wypowiedział te słowa, wielka jasność rozbłysła wokół niego. Haita podniósł oczy myśląc, że 
to  słońce  przedarło  się  przez  chmury,  ale  na  niebie  nie  było  chmur.  Stała  przed  nim  prześliczna 
dziewczyna. Taka piękna, że kwiaty u jej stóp w rozpaczy stuliły kielichy i pochyliły się do ziemi w 
pokorze.  W  spojrzeniu  miała  tyle  słodyczy,  że  kolibry  zlatywały  się  jak  po  nektar  do  jej  oczu,  a 
dzikie pszczoły tuliły się do jej warg. I taka jasność biła od niej, że cienie przedmiotów wędrowały 
za nią posłusznie jak za słońcem. 
Oczarowała Haitę, klęknął przed nią w uwielbieniu, a ona położyła mu dłoń na głowie. 
— Wstań — głos jej dźwięczał melodią wszystkich dzwoneczków jego owiec — wstań, nie musisz 
mnie czcić, gdyż nie jestem boginią, ale jeśli szanujesz prawdę i obowiązek, to pozostanę z tobą. 
Haita pochwycił jej dłoń, bąkając wyrazy wdzięczności, i podniósł się z kolan. Stali trzymając się 
za  ręce,  z  uśmiechem  zaglądając  sobie  w  oczy.  Haita  wpatrywał  się  w  nią  z  szacunkiem  i 
zachwytem. 
— Błagam cię, śliczna panienko, powiedz, jak się nazywasz, skąd i po co przychodzisz? 
Dziewczyna cofnęła się kładąc palec na ustach. Jej uroda nabrała innego wyrazu i Haita zadrżał — 
tak  się  odmieniła,  choć  wciąż  była  piękna.  Ściemniło  się  raptownie,  nad  dolinę  z  chyżością  sępa 
nadleciał ogromny  cień. Postać dziewczyny  coraz niewyraźniej majaczyła w mroku, a głos jej jak 
by szedł z oddali, gdy odezwała się tonem bolesnej wymówki: 
—  Zarozumiały  i  niewdzięczny  młodzieńcze!  Każesz  mi  tak  prędko cię  opuścić?  Musisz  od razu 
zrywać naszą wieczystą ugodę? 
Haita  w  rozpaczy  padł  na  kolana  i  zaklinał  ją,  aby  nie  odchodziła.  Zerwał  się  i  szukał  jej  w 
gęstniejącym mroku, wołając ją nadaremnie. Znikła bez śladu, ale z ciemności dobiegł go jej głos: 
—  Kto  mnie  szuka,  ten  mnie  nigdy  nie  posiądzie.  Wróć  do  swoich  obowiązków,  niewierny 
pasterzu, albo nie spotkamy się więcej. 
Zapadła  noc.  W  górach  wyły  wilki,  do  nóg  Haity  tuliły  się  przerażone  owce.  W  chwili 
niebezpieczeństwa  zapomniał  o  swoim  rozczarowaniu,  zawiódł  trzodę do  zagrody,  z całego  serca 
podziękował Hasturowi za ratunek, po czym ułożył się do snu w swojej grocie. 
Kiedy  się  obudził,  grota  jaśniała  wspaniałym  słońcem.  A  tuż  przy  nim  siedziała  panienka. 
Uśmiechnęła się do niego, a jej uśmiech był jak muzyka jego pasterskiej piszczałki. W obawie, aby 
jej znowu czymś nie urazić, nie śmiał się odezwać, nie wiedział bowiem, co mu wolno powiedzieć. 
—  Nie opuściłeś trzody i  nie  zapomniałeś podziękować  Hasturowi, że cię uchronił od wilków  — 
powiedziała — dlatego znów przyszłam do ciebie. Czy chciałbyś mieć we mnie towarzyszkę? 
— Któż nie chciałby cię mieć na zawsze? — odparł Haita. — Och, nie opuszczaj mnie nigdy, aż do 
tej  chwili,  kiedy...  kiedy  się  odmienię  i  będę  leżał  w  milczeniu  i  bezruchu.  —  Haicie  brakowało 
słowa na określenie śmierci. — Doprawdy wolałbym — ciągnął — abyś była mężczyzną, tak jak ja, 
bo moglibyśmy urządzać zapasy i wyścigi, no i nie byłoby nam nigdy nudno ze sobą. 
Na te słowa dziewczyna wstała i wyszła z groty. Haita zerwał się z posłania, rzucając się za nią w 
pościg, ale spostrzegł ku swemu zaskoczeniu, że rozszalała się ulewa i strumień w dolinie wystąpił 
z brzegów. Owce beczały  ze strachu, gdyż woda zaczęła zalewać zagrodę. A nieznanym miastom 
na odległej równinie znów groziło niebezpieczeństwo. 
Minęło wiele czasu, zanim Haita ujrzał ją znowu. Któregoś dnia wracał od pustelnika, któremu za-
niósł owcze mleko, placki owsiane i jagody, gdyż świątobliwy starzec nie miał już sił, aby zadbać o 
pokarm dla siebie. 
— Biedny staruszek — skonstatował Haita. — Jutro wrócę po niego, wezmę go na plecy i zaniosę 
do swojej groty. Odtąd będę się nim opiekował. Na pewno po to właśnie Hastur wychowywał mnie 
tyle lat, po to daje mi siłę i zdrowie. 
Gdy  to  mówił,  stanęła  przed nim  na  ścieżce  dziewczyna  w  migoczącym  stroju  i  uśmiechnęła  się. 
Haita oniemiał. 
—  Znowu  jestem  —  powiedziała  —  przychodzę,  aby  z  tobą  zamieszkać,  jeśli  zechcesz  mnie 
zatrzymać,  skoro  nie  chce  nikt  inny.  Przypuszczam,  że  zmądrzałeś  na  tyle,  aby  wziąć  mnie  taką, 

background image

jaka jestem, i o nic nie pytać. 
Haita padł jej do stóp. 
— Piękna istoto — zawołał — gdybyś tylko zechciała, wielbiłbym cię całą duszą i sercem na wieki. 
Ale jesteś kapryśna, niestety, i zmienna. Zanim słońce wstanie, mogę cię znów stracić. Błagam cię, 
obiecaj, że choćbym po wielekroć uraził cię nieświadomie, ty mi przebaczysz i zostaniesz ze mną 
na zawsze. 
Ledwie skończył mówić, gdy zza gór wypadła gromada niedźwiedzi o wściekłych ślepiach i gnała 
ku  niemu  szczerząc  paszcze.  Dziewczyna  jak  zwykle  znikła.  A  on  rzucił  się  do  ucieczki,  aby 
ratować  życie.  Zatrzymał  się  dopiero  w  chacie  pustelnika.  Pospiesznie  zaryglował  drzwi  przed 
niedźwiedziami i z płaczem rzucił się na ziemię. 
— Synu mój — powiedział pustelnik, siedzący na świeżym posłaniu z siana, które mu rano urządził 
Haita —  niepodobna, abyś płakał przez niedźwiedzie. Powiedz mi, jakie nieszczęście cię spotkało, 
aby starość mogła ukoić bolączki młodości balsamem wiedzy. 
Haita opowiedział mu wszystko  —  jak trzykrotnie spotkał promienną dziewczynę,  jak trzykrotnie 
ona go porzuciła. Nie pominął żadnych szczegółów ani żadnego słowa, jakie padło między nimi. 
Kiedy skończył, świątobliwy pustelnik milczał przez chwilę, a potem rzekł: 
— Synu mój, słuchałem uważnie twej opowieści i znam tę panienkę. Widziałem ją na własne oczy, 
zresztą  wielu  ją  widywało.  Wiedz  zatem,  że  imię  jej,  o  które  nawet  nie  pozwoliła  się  zapytać,  to 
Szczęście.  Prawdę  jej  rzekłeś,  że  jest  kapryśna,  gdyż  stawia  warunki,  którym  człek  nie  może 
sprostać, a za karę od niego ucieka. Przychodzi tylko wówczas, gdy się jej nie szuka, i nie wolno o 
nic  jej pytać. Okaż tylko ciekawość, zwątpienie albo obawę  —  a już jej  nie ma! Długo miałeś ją, 
zanim ci uciekła? 
—  Zaledwie  przez  mgnienie  oka  —  odpowiedział  Haita,  rumieniąc  się  ze  wstydu  przy  tym 
wyznaniu. — Za każdym razem odstręczałem ją w jednej chwili. 
—  Nieszczęsny  chłopcze  —  rzekł  święty  mąż  —  gdybyś  był  dyskretny,  mógłbyś  ją  mieć  chwile 
dwie. 
 
 
 

GRÓB BEZ DNA 

 

 
Nazywam się John Brenwalter. Ojciec mój, tęgi pijak, wynalazł sposób na wyrabianie z gliny kawy 
ziarnistej  i  uzyskał  patent;  jednakże  jako  człek  uczciwy  nie  brał  osobiście  udziału  w  produkcji. 
Dlatego  też  posiadał  tylko  skromny  majątek;  procenty,  jakie  otrzymywał  od  tak  cennego 
wynalazku,  zaledwie  wystarczały  na  procesowanie  się  z  bandą  łobuzów,  która próbowała  ograbić 
go z autorstwa. Nie miałem więc wielu przywilejów, jakimi cieszą się dzieci niecnych i wyzutych z 
przyzwoitości  rodziców.  Gdyby  nie  moja  szlachetna  i  pełna  poświęcenia  matka,  która  zaniedbała 
młodsze rodzeństwo, aby osobiście zająć się moją edukacją, wyrósłbym dziś na zupełnego nieuka i 
z konieczności uczyłbym w szkole. Na wagę złota cenię sobie to, że zostałem jej oczkiem w głowie. 
Kiedy miałem dziewiętnaście lat, pech chciał, że zmarło się mojemu ojcu, który cieszył się zawsze 
doskonałym  zdrowiem.  Śmierć,  która  bez  zapowiedzi  nastąpiła  przy  kolacji,  nikogo  tak  nie 
zaskoczyła jak jego samego. Jeszcze tegoż ranka otrzymał zawiadomienie, że przyznano mu patent 
na  pomysł  rozsadzania  kas  pancernych  w  sposób  bezszmerowy  przy  pomocy  sprężarki 
hydraulicznej.  Dyrektor  Urzędu  Patentowego  oświadczał,  że  pierwszy  raz  przedłożono  mu  do 
oceny tak dowcipny, skuteczny i ze wszech miar chwalebny wynalazek, toteż ojciec cieszył się  na 
myśl, że czeka go długi żywot w bogactwie i zaszczytach. Nagła śmierć sprawiła mu więc głęboki 
zawód.  Natomiast  moja  matka  —  pobożność  i  poddanie  się  woli  niebios  stanowiły  szczególne 
zalety  jej  charakteru  —  wyraźnie  lepiej  to  zniosła.  Z  końcem  posiłku,  gdy  ciało  biednego  ojca 
zostało uprzątnięte z podłogi, wezwała nas do sąsiedniego pokoju i przemówiła tymi słowy: 
— Moje dzieci, byłyście przed chwilą świadkami niecodziennego zdarzenia, które stanowi jeden z 
najbardziej przykrych wypadków w życiu każdego poczciwego człowieka i... doprawdy nie sprawia 

background image

mi przyjemności. Proszę was, abyście uwierzyły,  że  nie przykładałam do tego ręki. Naturalnie  — 
spuściwszy oczy w głębokiej zadumie, dodała po chwili — naturalnie lepiej, że on nie żyje. 
Powiedziała  to  z  takim  przekonaniem  jako  rzecz  najbardziej  oczywistą,  że  nikt  z  nas  nie  miał 
odwagi  narazić  się  jej  pytaniami.  Matkę  bowiem,  ilekroć  ktoś  z  nas coś  zbroił, ogarniało  zawsze 
takie  zdumienie,  że  na  winowajcy  skóra  cierpła.  Pewnego  razu  w  przypływie  złego  humoru 
pozwoliłem  sobie  obciąć  ucho  braciszkowi.  Proste  słowa  matki:  „Zdumiewasz  mnie,  John!"  — 
zawierały  tak  ostrą  naganę,  że  po  bezsennej  nocy  pobiegłem  do  niej  we  łzach  i  padłem  do  nóg 
wołając:  „Mamo,  przebacz,  że  cię  zdumiałem."  Czuliśmy  więc  wszyscy,  wraz  z  jednouchym 
braciszkiem,  że  dla  świętego  spokoju  lepiej  o  nic  nie  pytać,  skoro  matka  twierdzi,  że  nasz  drogi 
tatuś jakoś skorzystał na tym, że umarł. Matka ciągnęła dalej: 
—  Muszę  wam  powiedzieć,  moje  dzieci,  że  w  przypadku  nagłej  i  niewyjaśnionej  śmierci  prawo 
wymaga, aby przyszedł koroner, pokrajał ciało na kawałki, przedstawił je do obejrzenia szeregowi 
osób,  które  orzekną  w  rezultacie,  że  delikwent  zmarł.  Koroner  dostaje  za  to  grube  pieniądze.  W 
naszym wypadku pragnę uniknąć tej bolesnej formalności,  której nigdy  nie pochwalał wasz... hm, 
nieboszczyk.  John  —  tu  matka  zwróciła  ku  mnie  swą  anielską  twarz  —  jesteś  chłopcem 
wykształconym  i  roztropnym.  Masz  teraz  okazję  odwdzięczyć  się  za  wyrzeczenia,  jakie  wszyscy 
razem ponieśliśmy dla ciebie. John, idź, sprzątnij koronera. 
Wzruszony  takim  dowodem  zaufania  i  szansą  wybicia  się  w  dziedzinie,  która  mnie  pociąga, 
ukląkłem  przed  matką,  podniosłem  do  ust  jej  dłoń  i  oblałem  ją  tkliwymi  łzami.  Przed  piątą  po 
południu sprzątnąłem koronera. 
Natychmiast mnie aresztowano i wtrącono do więzienia, gdzie spędziłem wyjątkowo męczącą noc, 
nie  mogąc  zasnąć  z  powodu profanacji,  jakich  dopuszczali  się  współwięźniowie,  dwaj  duchowni, 
którzy dzięki teologicznej zaprawie posiedli płodność bezbożnych myśli i  absolutnie  niezrównaną 
znajomość  bluźnierstw.  Ale  gdzieś  nad  ranem  dozorca,  któremu  też  nie  dawali  spać  za  ścianą, 
wszedł do celi  i zaklął strasznie, ostrzegając wielebnych, że  jeśli usłyszy  jeszcze  jedno świństwo, 
bez  względu  na  ich  święte  powołanie  wyrzuci  obydwu  na  ulicę.  Od  tej  pory  powściągali 
niesympatyczne  języki,  w  zamian  za  to  grając  na  harmonijce,  więc  zasnąłem  spokojnym  i  krze-
piącym snem niewinnej młodości. 
Następnego  dnia  zostałem  wezwany  przed  oblicze  najwyższego  sędziego  i  złożyłem  wstępne 
zeznania.  Jak  zwyczaj  każe,  nie  przyznałem  się  do  winy,  dodając,  że  człowiek,  którego 
zamordowałem,  był  notorycznym  demokratą.  (Moja  zacna  matka  była  republikanką,  od  wczesnej 
młodości troskliwie uświadamiała mi zasady sprawiedliwej władzy i konieczność tłumienia wrogiej 
opozycji.)  Sędzia,  który  dostał  się  na  stanowisko  dzięki  republikańskiej  urnie  wyborczej  z 
ruchomym dnem, odczuł wyraźnie siłę mojego argumentu i poczęstował mnie papierosem. 
—  Proszę  Wysokiego  Sądu  —  zaczął  prokurator  okręgowy  —  nie  uważam  za  konieczne 
przedstawiania  dowodów  w  tej  sprawie.  Wedle  prawa,  które  panuje  w  tym  kraju,  pan  sędzia  ma 
obowiązek  d o p u s z c z a ć ,  że oskarżony  jest  niewinny.  Gdybym  przytaczał  dowody  i  argumenty 
na  niekorzyść  oskarżonego,  przeszkodziłbym  panu  sędziemu  w  spełnieniu  zaprzysiężonego 
obowiązku. Skończyłem. 
Mój obrońca, brat zamordowanego koronera, wstał i powiedział: 
—  Wysoki  Sądzie,  mój  znamienity  kolega  określił  w  sposób  tak  świetny  i  wymowny  zasadę 
prawną, obowiązującą w tym procesie, że pozostaje mi tylko sprawdzić, o ile  stało się  jej zadość. 
Mam na myśli zasadę d o p u s z c z a n i a . Prawdą jest, że pan sędzia ma obowiązek dopuszczać się 
—  czego?  Tę  właśnie  kwestię  prawo  mądrze  i  sprawiedliwie  pozostawia  pańskiemu  własnemu 
rozeznaniu, pan zaś wywiązał się roztropnie ze wszelkich zobowiązań, jakie prawo nakłada. Odkąd 
pana  znam,  panie  sędzio,  nic  innego  pan  nie  robił,  tylko  d o p u s z c z a ł .  Dopuszczał  śię  pan 
przekupstwa,  kradzieży,  krzywoprzysięstwa,  podpalania,  cudzołóstwa,  morderstwa  —  każdej 
zbrodni  w  rejestrze  i  każdego  występku  znanego  osobnikom  lubieżnym  i  zdeprawowanym,  nie 
wyłączając  mojego  znamienitego  kolegi,  pana  prokuratora.  Wypełnił  pan  całkowicie  obowiązek 
nałożony prawem. A ponieważ nie ma dowodów przeciwko mojemu klientowi, stawiam wniosek o 
uniewinnienie tego zacnego młodzieńca. 
Zapadła  imponująca  cisza.  Sędzia  powstał,  nałożył  czarny  biret  i  głosem  drżącym  ze  wzruszenia 

background image

skazał mnie na życie i wolność. Potem zwracając się do obrońcy powiedział zimno, a wymownie: 
— Jeszcze się zobaczymy. 
Następnego dnia mój adwokat, który tak sumiennie bronił mnie przed oskarżeniem o zamordowanie 
jego brata — waśnili się o jakąś schedę — przepadł bez wieści  i do dziś nie wiadomo, jaki los go 
spotkał. 
Tymczasem  ciało  mego  świętej  pamięci  ojca  zostało  o  północy  potajemnie  pochowane  na 
dziedzińcu — w butach i bez analizy świętej pamięci żołądka. 
—  Nie  lubił  wystawiać  się  na  pokaz  —  powiedziała  moja  droga  matka,  gdy  skończywszy  ubijać 
nad  nim  ziemię  pomagała  dzieciom  rozrzucać  w  tym  miejscu  słomę.  —  Przepadał  za  domem  i 
kochał spokojne życie. 
Podanie mojej matki o przyznanie jej praw spadkowych stwierdzało, że ma ona powody wierzyć, iż 
zmarły nie żyje, skoro od dłuższego czasu nie przychodzi do domu na posiłki; jednak „złodziej nie 
sędzia"  —  jak  go  odtąd  z  odrazą  nazywała  —  orzekł,  że  dowód  śmierci  jest  niewystarczający,  i 
powierzył majątek zarządcy publicznemu, którym był jego zięć. Wyszło na jaw, że pasywa i aktywa 
dokładnie  się  równoważą;  pozostawał  jedynie  patent  na  pomysł  rozsadzania  kas  pancernych  w 
sposób bezszmerowy przy pomocy  sprężarki  hydraulicznej  i ten przeszedł  na własność sędziego  i 
nierzadcy publicznego — jak wolała się wyrażać moja droga matka. Tak to w ciągu paru miesięcy 
zacna i przyzwoita rodzina popadła w nędzę i z konieczności została zmuszona do pracy. 
W  wyborze  zajęć  kierowały  nami  rozmaite  względy,  a  więc  dryg,  skłonności osobiste  i  tak  dalej. 
Moja  matka  założyła  eksluzywną  szkołę  prywatną,  gdzie  zgłębiano  sztukę  podrabiania  cętek  na 
skórach lamparcich; starszy brat, George Henry, który miał zamiłowanie do muzyki, przygrywał na 
trąbce  w  pobliskim  instytucie  głuchoniemych;  moja  siostra,  Mary  Maria,  zajmowała  się 
perfumowaniem  źródeł  mineralnych  według  metody  profesora  Pumpernickla,  a  ja  urządziłem  się 
jako spec od stawiania pozłacanych szubienic. Reszta rodzeństwa, której wiek nie pozwalał praco-
wać, trudniła się podkradaniem drobnego towaru sprzed sklepów, jak ją przyuczono. 
W chwilach odpoczynku zwabialiśmy podróżnych do naszego domu i grzebaliśmy ich w piwnicy. 
Część jej zajmowała spiżarnia, w której stały wina, wódki i zapasy żywności. Ulatniały się one tak 
szybko, aż zrodziła się w nas przesądna myśl, że duchy pogrzebanych schodzą się tam głuchą nocą 
na biesiady. Przynajmniej jedna rzecz nie ulegała wątpliwości — choć piwnica była zakratowana i 
zamknięta na cztery spusty, znajdowaliśmy w niej prawie każdego ranka resztki mięsiwa, marynat i 
konserw,  zaśmiecające  podłogę.  Padł  wniosek,  aby  przenieść  spiżarnię  gdzie  indziej,  lecz  nasza 
droga matka, zawsze  szlachetna  i  gościnna, powiedziała, że lepiej przeboleć stratę, niż  narazić  się 
na  nieprzyjemności:  jeśli  duchom  odmówi  się  tej  błahej  rekompensaty,  mogą  w  odwet  wszcząć 
śledztwo, które obali nasz system podziału pracy i popchnie energię całej rodziny w jednym tylko 
kierunku  przeze  mnie  uprawianym  —  możemy  wszyscy  udekorować  szubienice.  Przyjęliśmy  jej 
decyzję  z  synowskim  posłuszeństwem,  płynącym  z  szacunku  dla  jej  życiowej  mądrości  i  nieska-
zitelnego charakteru. 
Którejś  nocy  zgromadzeni  na  dole  —  nikt  nie  śmiał  tam  wejść  w  pojedynkę  —  wyprawialiśmy 
burmistrzowi  z  sąsiedniego  miasteczka  dostojny,  chrześcijański  pogrzeb.  Matka  z  młodszymi 
dziećmi trzymała  świece, a my z bratem obracaliśmy  kilofem  i  łopatą, kiedy raptem siostra moja, 
Mary  Maria,  krzyknęła  wniebogłosy  i  zakryła  rękami  oczy.  Przerażeni  okropnie  natychmiast 
przerwaliśmy  egzekwie  i  drżącymi  głosami  dopytywaliśmy  się  siostry,  czego  się  tak  przelękła. 
Młodsze dzieci były  tak wystraszone, że  świece  dygotały  im w rękach, a  nasze chybotliwe cienie 
tańczyły dziko po ścianach, przybierając wręcz niesamowite pozy. Na twarzy nieboszczyka, muska-
nej  światłem,  jawił  się  coraz  bardziej  odrażający  grymas,  zjadliwy  i  złowróżbny.  Krzyk  siostry 
wypłoszył  szczury,  które  galopowały  chmarą  po  piwnicy  piszcząc  przenikliwie.  W  ciemności 
odległych kątów świeciły nieruchomo ich zielone ślepia, tak jak fosforyzujący opar rozkładu, który 
wypełniał  na  wpół  wykopany  grób  i  zdawał  się  ucieleśniać  wiszącą  w  skażonym  powietrzu  woń 
śmierci. Dzieci z płaczem tuliły się teraz do starszych, świece powypadały im z rąk i nastała niemal 
zupełna ciemność, tylko ów złowieszczy opar świetlny, dobywając się kłębami z rozkopanej ziemi, 
wylewał się z brzegów grobu jak fontanna. 
Tymczasem  moja  siostra  odsłoniła  twarz  i  klęcząc  skurczona  na  świeżo  wykopanej  grudzie 

background image

wpatrywała się rozszerzonymi oczami w mroczną szczelinę pomiędzy dwoma beczkami wina. 
— Tam jest! Tam! — krzyknęła wyciągając rękę. — Boże święty! Nie widzicie? 
Istotnie  coś  się  poruszało!  Jakaś  postać  ludzka  ledwie  widoczna  w  mroku.  Zataczając  się  i 
chwytając  się  beczek,  wysunęła  się  naprzód  chwiejnym  krokiem  i  na  jedną chwilę  ukazała  się  w 
blasku  niewygasłych  świec;  po  czym  zachwiała  się  ciężko  i  runęła  jak  długa  na  ziemię.  W  tym 
momencie poznaliśmy go wszyscy. Poznaliśmy twarz naszego ojca — zmarłego przed dziesięcioma 
miesiącami  i  pochowanego  naszymi  własnymi  rękoma!  Ojca,  który  powstał  z  martwych  i  był 
przeraźliwie pijany! 
O naszej panicznej ucieczce z tego strasznego miejsca, o wygaśnięciu wszelkich uczuć ludzkich, o 
szaleńczej  zgiełkliwej  wspinaczce  po  oślizłych,  zbutwiałych  schodach  —  osuwając  się,  padając, 
ściągając  jedni  drugich  gramoliliśmy  się  po  cudzych  plecach,  światła  pogasły,  starsi  tratowali 
słabsze  rodzeństwo,  dzieci  ginęły  strącane  ręką  matki!  —  o  tym  wszystkim  nie  śmiem  się 
rozwodzić. Uratowała się matka, starszy brat, siostra i ja. Reszta pozostała na dole, aby zemrzeć z 
ran czy ze strachu —  niektórzy, być może, od ognia. Gdyż w niecałą godzinę — pozbierawszy  w 
pośpiechu,  co  się  dało  unieść:  kosztowności,  pieniądze  i  ubrania  —  podpaliliśmy  rezydencję  i  w 
blasku pożaru uciekliśmy w góry. Nawet nie zdążyliśmy zabrać polisy ubezpieczeniowej. Po latach, 
w dalekim kraju, moja droga matka na łożu śmierci wyznała, że miałaby sumienie spokojne, gdyby 
nie ten jedyny  grzech niedbalstwa. Spowiednik, człek świątobliwy, zapewnił  ją, że ze względu na 
okoliczności niebiosa darują jej winę. 
Dopiero po dziesięciu latach, już jako wybitny fałszerz, wróciłem w przebraniu do krainy mojego 
dzieciństwa.  Chciałem  odzyskać  pewien  skarb  należący  do  nas  i  zakopany  w  piwnicy.  Muszę 
przyznać, że mi się to nie udało. W ruinach natrafiono na tyle szkieletów, że skłoniło to władze do 
poszukiwania  dalszych  wykopalisk.  Znaleźli  skarb  i  już  się  nim  zaopiekowali.  Dom  nie  został 
odbudowany;  w  istocie  całe  przedmieście  zamieniło  się  w  pustkowie.  Zanotowano  tyle 
nieziemskich zjawisk i głosów w tej dzielnicy, że nikt nie chciał tam mieszkać. Ponieważ  nikt nie 
ślęczał mi nad głową, postanowiłem dać upust synowskiej miłości i popatrzeć raz jeszcze na twarz 
ukochanego ojca — a nuż leżał spokojnie w grobie, tylko nas oczy wtedy zmyliły? W dodatku nie 
zapomniałem, że nosił ogromny diamentowy pierścień, który od chwili jego śmierci znikł bez śladu, 
wolno mi było przypuszczać, że został pochowany z pierścieniem na palcu. Sprokurowałem łopatę, 
odnalazłem  grób  na  dawnym  dziedzińcu  i  zacząłem  kopać.  Wykopałem  chyba  z  metr,  gdy  dno 
grobu  osunęło  się  i  runąłem  w  dół.  Wpadłem  do  starego  ścieku  przez  sporą  dziurę  w  sklepieniu. 
Ciała nie było. 
Nie  mogłem  się  stamtąd  wydostać,  więc  popełzłem  wzdłuż  kanału.  Zagrodziła  mi  drogę  sterta 
zwęglonych  rupieci  i  osmalonych  cegieł.  Usunąłem  ją  z  trudem  i  znalazłem  się  nagle  w  owej 
fatalnej piwnicy. 
Wszystko stało się  jasne. Ojciec, cokolwiek mu tam „zaszkodziło" przy  kolacji (a myślę, że moja 
zacna matka mogłaby rzucić nieco światła na tę sprawę), został niewątpliwie pochowany żywcem. 
Grób przypadkowo wykopano tuż nad sklepieniem zapomnianego ścieku. Trumny ojciec nie dostał 
i  w  rezultacie  od  jego  rozpaczliwych  szamotań  sklepienie  musiało  się  zawalić.  Ojciec  wpadł  do 
ścieku i w końcu schronił się do piwnicy. Czując, że we własnym domu nie jest mile widziany, nie 
mając  nic  innego  do  wyboru  zamieszkał  w  podziemnym  odosobnieniu,  gdzie  podziwiał  naszą 
gospodarność i tuczył się naszym chlebem. To on wyjadał nam zapasy, to on wypijał nam wino — 
gorzej  od  złodzieja!  W  chwili  zamroczenia  alkoholem  musiał  zatęsknić  za  ludźmi  —  tęsknota  ta 
stanowi jedyną sympatyczną więź między pijakiem a rasą, z której się wywodzi. Zatęsknił i opuścił 
swoją kryjówkę w niezwykle nieodpowiedniej porze, czym ściągnął najbardziej opłakaną klęskę na 
głowy  najbliższych  mu  i  najdroższych.  Był  to  fałszywy  krok  urastający  niemal  do  godności 
zbrodni. 
 
 
 
 

 

background image

CZESANA KROWA 

 

 
Ciotka Pacjencja,  która prowadziła małe  gospodarstwo w stanie Michigan, miała ulubioną krowę. 
Zły  charakter  zdradzało  to  zwierzę,  a  i  pożytek  z  niej  był  żaden,  zamiast  bowiem  w  wolnych 
chwilach  produkować  mleko  i  cielęcinę,  poświęcała  wszystek  swój  czas  sztuce  wierzgania. 
Ćwiczyła po całych dniach, a i w nocy budziła się, aby sobie wierzgnąć. Wierzgała na wszystko — 
na  kury,  świnie,  słupy,  kamienie,  ptaki  na  niebie  i  ryby  pluskające  w  wodzie;  miała  bezstronne, 
katolickie  spojrzenie  na  świat,  w  jej  krowim  rozumieniu  wszyscy  byli  sobie  równi  —  wszyscy 
jednako  niegodni.  Niczym  ów  Tymoteusz,  co  „uniósł  śmiertelnika  ku  niebiosom"  —  tak  się  spi-
sywała  krowa  mojej  ciotki  Pacjencji,  z  tym  że  robiła  to  znacznie  skuteczniej  i  znacznie  częściej. 
Przyjemnie było popatrzeć, jak toruje sobie drogę przez zatłoczone podwórko. Tak błyskawicznie 
szastała racicami, że nieraz wszystko, co żyje, fruwało wokół niej. 
Wymierzała  kopniaki  nie  tylko  niestrudzenie,  ale  i  po  mistrzowsku.  Nie  umywały  się  do  niej 
niedokształcone  krowy,  które nie poświęciły życia tej sztuce  —  zwykłe amatorki wierzgające ,,na 
chybił-trafił".  Widziałem  raz,  jak  stała  przy  drodze  żując  sennie  pokarm,  jakby  ucinała  sobie 
poobiednią  drzemkę  Kręcił  się  koło  niej  —  zatopiony  w  błogiej  nieświadomości  i  marzeniach  o 
bogdance — przeogromny czarny wieprz, kolos przypominający nosorożca. Naraz na moich oczach 
— choć przysiągłbym, że krowa nawet nie drgnęła — wieprz przepadł gdzieś, ulotnił się zupełnie. 
Tylko  hen  na  nieboskłonie  malutka  czarna  plamka przecinała  horyzont  z  szybkością  meteoru  i  za 
chwilę znikła za dalekimi górami. Mógł to być ów wieprz. 
Czesanie  krów  nie  należy  chyba  do  zwyczaju  nawet  w  stanie  Michigan.  Ta  jednak  nigdy  nie 
wymagała  dojenia,  więc  musiał  znaleźć  się  na  nią  jakiś  zastępczy  środek,  równie  dokuczliwy. 
Drażnienie  jej  skóry  zgrzebłem  uznano  widać  za  najdotkliwszy  dowód  troskliwej  opieki. 
Przynajmniej ona tak uważała. Podejrzewam jednak, że ciotka naprawdę myślała, że zabieg ten wy-
chodzi  dobremu  bydlęciu  na  korzyść.  W  każdym  bądź  razie  wynajmując  parobka  stawiała  mu 
zawsze  jako  warunek  czesanie  krowy  każdego  ranka.  Nie  mam  pojęcia,  ilu  parobków  krowa 
usunęła  z  pracy  na  farmie  mojej  ciotki,  ale  sądząc  po  liczbie  kulawych  w  tej  części  kraju, 
powiedziałbym, że sporą ilość. Kulały nawet dzieci, ale te chyba dziedzicznie. 
Myślę,  że  ciotka  prowadziła  wadliwą  gospodarkę.  Wprawdzie  robocizna  nic  ją  nie  kosztowała, 
gdyż wszyscy parobcy rzucali pracę, zanim uzbierało im się wynagrodzenie, ale w miarę jak sława 
krowy rozprzestrzeniała się na sąsiednie stany, coraz trudniej było wynająć kogoś do roboty. A na 
dodatek krowa była stale źle uczesana. W okolicy zaczęło kursować powiedzonko: „A niech krowa 
kopnie  takie  gospodarstwo!"  —  prostacka  metafora,  z  której  miało  wynikać,  że  ziemia  leży 
odłogiem, a zagroda chyli się do ruiny. 
Do  ciotki  nie  przemawiały  żadne  perswazje  —  zgadzała  się  na  wszystko,  ale  nie  naprawiała 
niczego.  Mąż  jej  usiłował  właśnie  metodą  perswazji  ratować  gospodarkę  i  wygrywał  wszystkie 
dyskusje,  aż  wyperswadował  się  szybko  na  tamten  świat.  Pogrzeb  jego  opóźnił  się  o  cały  dzień, 
zanim  udało  się  ściągnąć  drugiego  przedsiębiorcę  pogrzebowego,  pierwszy  bowiem  na  prośbę 
wdowy zgodził się nieopatrznie uczesać krowę. 
Od tego czasu moja ciotka Pacjencja  nie  figurowała  na rynku matrymonialnym; miłość do krowy 
nie  zostawiła  w  jej  sercu  miejsca  na  bardziej  naturalne  i  korzystniejsze  uczucie.  Kiedy  jednak 
ujrzała nie obsiane pola, nie zebrane plony, miedze zarośnięte wybujałym głogiem, a łąki ozdobione 
pysznym kanadyjskim ostem, pomyślała sobie, że musi mieć partnera. 
Gdy  wyszły  na  jaw  matrymonialne  zamiary  ciotki  Pacjencji,  w  okolicy  wybuchła  panika.  Księgi 
stanu  cywilnego  wykazują,  że  w  ciągu  tego  jednego  roku  zawarto  więcej  małżeństw  niż  w  obu 
dziesięcioleciach  —  przedtem  i  potem.  Panowie żenili  się  z  kucharkami,  z  praczkami,  z  matkami 
swoich  zmarłych  żon,  z  siostrami  swoich  wrogów  —  z  kim  tylko  się  dało;  a  kto  nie  potrafił  w 
uczciwy sposób zdobyć sobie żony, szedł do sędziego pokoju i pod przysięgą składał oświadczenie, 
że  ożenił  się  dawno  z  pewną  panią  w  Indianie.  Taki  był  strach  przed  dostaniem  się  żywcem  w 
związki małżeńskie z moją ciotką Pacjencja. 
Otóż  ciotka  była  raczej  stanowczą  niewiastą,  jak  czytelnik  zdołał  zauważyć.  Ponieważ  niezwykła 

background image

epidemia  małżeńska  oszczędziła  jednego  tylko  kawalera  do  wzięcia  w  całym  powiecie,  ciotka 
zagięła parol na tego właśnie jedynaka. Wzięła furę i przywiozła go sobie do domu. Okazało się, że 
był to długi jak tyczka pastor metodystów, nazwiskiem Huggins. 
Mimo  niebotycznego  wzrostu  wielebny  Berosus  Huggins  należał  do  sympatycznych  ludzi  i  nie 
pozwalał  wystrychnąć  się  na  dudka.  Przypuszczam  jednak,  że tak  szpetnego  osobnika  nie  było  w 
całej  Ameryce  Północnej  —  chudy,  kanciasty,  z  trupim  obliczem  i  ponury  nie  do  pojęcia.  Nie 
rozstawał się z czarnym kapeluszem, który wbijał na głowę tak głęboko, że rondo niemal zakrywało 
mu oczy, a uszy w swej wybujałej ozdobie ginęły pod kapeluszem. Na widok jego pomarszczonych 
butów zdawało się, że słowo „pucować" wyszło dawno z użycia. Nosił dopasowany czarny surdut, 
którego  poły  o  nadprzyrodzonej  długości  wlokły  się  za  nim  po  ziemi  zgarniając  rosę.  Zapinał  go 
zawsze  na  wszystkie  guziki.  Wyglądał  w  tym  stroju  jak  całkiem  przyzwoite  straszydło.  Ilekroć 
wyszedł  na  pole,  zlatywały  się  do  niego  całe  chmary  wron  i  walczyły  zaciekle,  aby  zająć  na  nim 
najlepsze miejsce na znak pogardy dla kiepskich pomysłów gospodarza. 
Następnego  dnia  po  ślubie  ciotka  Pacjencja  zawezwała  wielebnego  Hugginsa  na  naradę  i  tak  mu 
przedstawiła swoje zamiary: 
— Otóż, drogi Huggusiu, powiem ci, co masz do roboty. Najpierw masz naprawić płoty, oczyścić 
miedze z chwastów i głogów bezlitosną ręką. Potem masz wyplenić kanadyjski oset, naprawić wóz 
drabiniasty, pochodzić trochę za pługiem, no i w ogóle zrobić jaki taki porządek. To ci wybije figle 
z głowy co najmniej na dwa lata. Naturalnie zrezygnujesz na razie z obowiązków duszpasterskich. 
Kiedy tylko wykonasz, co ci... Och, zapomniałam o biednej Febe! Jeśli chodzi o nią... 
—  Szanowna  małżonko  —  przerwał  jej  dostojny  mąż  —  z  chęcią  zaprowadzę  wszelkie  reformy 
gospodarcze,  jeśli  taka  jest  wola  Opatrzności.  Ale  wspominasz  o  siostrze...  Ufam,  że  nie  jest  to 
płocha osoba. Czyżbym miał przyjemność ją znać? Imię rzeczywiście kogoś mi przypomina, ale... 
—  On  nie  zna  Febe!  —  zawołała  ciotka  w  szczerym  zdumieniu.  —  Myślałam,  że  zna  ją  cały 
powiat. Ależ człowieku, każdego pięknego ranka będziesz jej szorował nogi przez całe swoje życie 
doczesne! 
—  Zapewniam  cię,  szanowna  małżonko  —  odparł  wielebny  Berosus  z  godnością  —  że  jestem 
gotów  służyć  duchowym  potrzebom  siostry  Febe  w  miarę  moich  skromnych  możliwości.  Ale, 
dalibóg,  czysto  świeckie  posługi,  o  jakich  mówisz,  winno  się  powierzyć  komu  innemu,  oddać  w 
zdolniejsze i, śmiem rzec, niewieście ręce. 
Ciotka wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. 
— Och, ty stary durniu! — zawołała. — Febe to k r o w a ! 
—  W  takim  razie  —  powiedział  jej  małżonek  z  niezmąconym spokojem  —  oczywiście  spada  na 
mnie troska o jej dobro cielesne. Czeka mnie wprawdzie walka z szatanem i ostem kanadyjskim, ale 
z radością poświęcę każdą wolną chwilę kończynom Febe. 
Z  tymi  słowy  wielebny  Huggins  wcisnął  kapelusz  na  oczy,  odmówił  nad  żoną  krótkie 
błogosławieństwo i wyniósł się na podwórze. 
Otóż  należy  wyjaśnić,  że  wiedział  od  początku,  kim  jest  Febe  i  znał  z  opowiadań  jej  wszystkie 
grzeszne nawyki. Ponadto miał już zaszczyt złożyć jej wizytę, przez godzinę pozwalał jej oglądać 
się  ze  wszystkich  stron,  oczywiście  na  dystans.  Jednym  słowem  —  on  i  Febe  przeprowadzili 
wzajemny rekonesans i przygotowali się do działań zaczepnych. 
Wśród  przedmiotów  zbytku,  które  złożyły  się  na  „posag"  zacnego  pastora,  znajdowała  się 
patentowana  pompa  z  lanego  żelaza,  która  miała  ponad  siedem  stóp  wysokości.  Trzymano  ją 
tymczasem w zagrodzie dla bydła, aby przy najbliższej okazji wmontować ją do studni przy oborze. 
Wielebny  Huggins  odszukał  teraz  to  dzieło  techniki,  przydźwigał  je  na  miejsce  przeznaczenia, 
ustawił jak trzeba i mocno przyśrubował do studni. Następnie ubrał pompę w swój surdut i zapiął 
go swobodnie, a na wierzchołek nasadził swój kapelusz. Rączka pompy wychylała się podejrzanie 
spod  surduta  jak  ogon,  ale  szczegół  ten  nie  rzucał  się  w  oczy  i  nie  uprzedzony  obserwator 
przysiągłby, że ma przed sobą wielebnego Hugginsa, wyglądającego wyjątkowo korzystnie. 
Wreszcie pastor zamknął ostrożnie furtkę do zagrody dla bydła, wiedząc, że gdy tylko Febe, która 
buszowała w ogrodzie warzywnym, spostrzeże przeszkodę, natychmiast zechce ją przeskoczyć, co 
też  się  stało.  Tymczasem  gospodarz, bez  surduta i  kapelusza,  położył  się  w  ukryciu  i  dygocząc  z 

background image

zimna obserwował wszystko przez dziurkę w płocie. 
Najpierw  Febe  udawała,  że  nie  widzi  postaci  na  platformie.  Obróciła  się  zadem  i  pozorowała 
drzemkę.  Spostrzegłszy,  że  podstęp  się  nie  udał,  przez  parę  minut  stała  niezdecydowana, 
przeżuwając niemrawo, ale widać było po niej, że myśli uparcie. Wreszcie zaczęła węszyć z nosem 
przy ziemi, jak by szukała czegoś i jak by nic ją więcej nie obchodziło. Klucząc zbliżała się jednak 
pomaleńku do upatrzonego obiektu.  Kiedy  znalazła  się  już  całkiem  blisko,  przystanęła  naprzeciw 
chudej postaci i nadstawiła łeb do pogłaskania, starając się wywołać wrażenie, że więcej sobie ceni 
pieszczotę  niż  bogactwo,  potęgę  i  poklask  tłumów  —  że  od  niewinnej  młodości  przywykła  do 
karesów  i żyć bez  nich  nie potrafi. Podeszła  jeszcze bliżej w czarujących  lansadach, przymilnych 
uśmieszkach,  z  przyjacielską  miną.  Raptem  okręciła  się  wkoło  i  wierzgnęła  potwornie  —  był  to 
kopniak tak silny i błyskawiczny, jak grom z jasnego nieba. 
Efekt był fenomenalny! Po takim kopniaku pastor wylądowałby za tydzień trafiając w sam środek 
nabożeństwa.  Impet  porwał  krowę,  wirowała  zamglona  jak  Saturn  z  pierścieniem  dokoła, 
zakreślonym  przez  szybującą  białą  kitę  na  końcu  ogona.  Siła  odśrodkowa  powoli  słabła,  Febe 
zaczęła  kołysać  się  i  zataczać,  aż  zwaliła  się  na  grzbiet  i  leżała  w  konwulsyjnych  drgawkach. 
Wreszcie zastygła w bezruchu, z wyprężonymi nogami, szczerze przekonana, że z prawdziwym po-
święceniem podpiera nimi cały świat, który zwalił się na nią jakimś cudem. Po czym zemdlała. 
Nie  miała  pojęcia,  ile  czasu  leży  nieprzytomna,  ale  w  końcu  otworzyła  oczy.  Przywitał  ją  słodki 
widok  —  otwarte  wejście  do  obory.  Podniosła  się  z  trudem.  Chwiejąc  się  na  trzech  nogach, 
potoczyła wzrokiem dokoła, była wyraźnie oszołomiona. Gdy spostrzegła zatwardziałego klechę z 
żelaza, spojrzała nań z gorzkim wyrzutem i kulejąc powlokła się załamana na swój barłóg — biedna 
i ujarzmiona. 
Przez kilka tygodni Febe miała monstrualnie spuchniętą nogę, ale po troskliwej kuracji „wróciła do 
dobrego stanu zdrowia", jak wyraziła się jej zaintrygowana pani, albo — „przyszła do siebie", jak 
wolał  to  określić  małomówny  sługa  boży.  Stała  się  teraz  tak  uległa  i  nieszkodliwa  jak  dziecię. 
Nowy  gospodarz  bez obawy  brał  jej  obolałą  kończynę  w  swe  ręce,  mógłby  nawet  brać  ją  do ust, 
gdyby zechciał. Wyglądało na to, że charakter jej zmienił się radykalnie — do tego stopnia, że moja 
ciotka Pacjencja (dotychczas trzymała się od niej z daleka, choć kochała ją tak czule) podeszła do 
niej  ufnie,  aby  uraczyć  ją  potrawką  z  rzepy.  Boże  mójl  Rozprowadziła  ciocię  po  ścianie  tak 
cieniutko! Nawet kielnią nikt by lepiej nie potrafił. 
 
 
 

MOJE ULUBIONE MORDERSTWO 

 

 
Po  zamordowaniu  w  wyjątkowo  zwyrodniały  sposób  matki  zostałem  aresztowany  i  postawiony 
przed  sąd.  Wytoczono  mi  proces,  który  trwał  siedem  lat.  Pouczając  ławników  sędzia  Trybunału 
Uniewinnień zaznaczył, że był to pierwszy w jego życiu wypadek, by po dokonaniu tak odrażającej 
zbrodni odwoływano się do niego o uniewinnienie. 
Na co wstał mój adwokat i powiedział: 
—  Wysoki  Trybunale,  zbrodnie  są  odrażające  lub  nieodrażające  tylko  przez  porównanie.  Gdyby 
pan  sędzia  znał  szczegóły  poprzedniego  morderstwa,  którego  mój  klient  dopuścił  się  na  swoim 
stryju,  dopatrzyłby  się  pan  sędzia  niechybnie  w  obecnym  wykroczeniu  —  jeśli  można  to  nazwać 
wykroczeniem — czegoś z ducha czułej wyrozumiałości i synowskiej troski o samopoczucie ofiary. 
Straszliwe  okrucieństwo  poprzedniego  mordu  rzeczywiście  wykluczało  wszelkie  inne  hipotezy 
prócz  winy.  I  gdyby  nie  to,  że  czcigodny  sędzia,  który  prowadził  tamten  proces,  był  prezesem 
Towarzystwa  Ubezpieczeń  Na  Wypadek  Kary  Śmierci,  a  mój  klient  był  ubezpieczony  —  trudno 
byłoby  dociec,  w  jaki  sposób  winowajca  został  uniewinniony.  Jeśliby  pan  sędzia  dla  orientacji 
zechciał  coś  więcej  na  ten  temat  usłyszeć,  to  mój  klient  gotów  jest  zadać  sobie  trud  i  złożyć 
zeznanie pod przysięgą. 
— Wysoki Sądzie, ja oponuję — odezwał się prokurator. — Wypowiedź oskarżonego posiadałaby 

background image

charakter  dowodowy,  a  składanie  zeznań  w  tym  procesie  zostało  już  zakończone.  Oskarżony 
powinien był złożyć swoje oświadczenie trzy lata temu, na jesieni 1881 roku. 
—  W  sensie  formalnym  —  powiedział  sędzia  —  ma  pan  rację.  I  w  Trybunale  Sprzeciwów 
Proceduralnych  zyskałby  pan  aprobatę,  ale  nie  w  Trybunale  Uniewinnień.  Sprzeciw  prokuratora 
oddalam. 
— Zakładam protest — oświadczył prokurator. 
—  Nie  może  pan  tego  uczynić  —  powiedział  sędzia.  —  Zaraz  przypomnę  panu,  dlaczego.  Aby 
założyć  protest,  musi  pan  najpierw  uzyskać  przeniesienie  tej  sprawy  do  Trybunału  Protestów 
Sądowych,  a  do  tego  potrzebny  jest  formalny  wniosek  należycie  poparty  dowodami.  Tego  typu 
wniosek  wysunięty  przez  pańskiego  poprzednika  na  urzędzie  został  przeze  mnie  odrzucony  w 
pierwszym roku tego procesu. Panie sekretarzu, proszę odebrać przysięgę od oskarżonego. 
Po oficjalnym zaprzysiężeniu złożyłem oświadczenie, które całkowicie przekonało sędziego o tym, 
iż moje obecne wykroczenie jest tak stosunkowo błahe, że nie warto szukać dalszych okoliczności 
łagodzących. Poinstruował ławników, że należy  mnie uniewinnić, i wyszedłem z sali sądowej bez 
plamy na honorze. A oto moje oświadczenie: 
„Urodziłem  się  w  roku  1856  w  miejscowości  Kalamakee,  w  stanie  Michigan.  Moi  zacni  rodzice 
cieszyli  się  powszechnym  poważaniem.  Matkę,  jak  panowie  wiedzą,  straciłem  niestety  w 
późniejszych  latach.  W  roku  1867  rodzina  przeniosła  się  do  Kalifornii  i  osiadła  nie  opodal 
Negrzego Łba, gdzie mój ojciec otworzył zajazd i wiodło mu się lepiej,  niż mógłby  sobie wyma-
rzyć.  Miał  małomówne  i  ponure  usposobienie,  ale  z  biegiem  lat  coraz  bardziej  się  rozchmurzał  i 
jestem przekonany, że tylko pamięć o smutnym wypadku, za który dziś jestem sądzony, odbiera mu 
humor. 
W cztery lata po otwarciu naszego zajazdu zjawił się wędrowny kaznodzieja, który nie mając czym 
zapłacić za nocleg, uraczył nas tak wstrząsającym kazaniem, że — Bogu dzięki — nawróciliśmy się 
wszyscy na wiarę świętą. Ojciec od razu posłał po swego brata, czcigodnego Williama Ridleya ze 
Stockton,  a  po  jego  przybyciu  przekazał  mu  zajazd,  nie  biorąc  nic  w  zamian  za  koncesję  ani  za 
inwentarz  —  ten  ostatni  składał  się  z  „Winchestera",  spiłowanego  karabinu  i  asortymentu 
kapturów-masek  zrobionych  z  worków  po  mące.  Rodzina  przeniosła  się  do  Upiornej  Skały  i 
otworzyła  tanc-budę,  pod  nazwą  „Kabaretu  Wszystkich  Świętych",  wieczorki  taneczne  zaczynały 
się w  niej od modlitwy. Tam właśnie moja matka, przebywająca dziś w  gronie świętych, za swój 
wdzięk w tańcu otrzymała przydomek „Hipopotamichy". 
Na  jesieni  1875  roku  miałem  okazję  wybrać  się  do  Kukuloo,  miasta,  które  leży  przy  trakcie 
mahalskim,  i  wsiadłem do dyliżansu  pocztowego  w  Upiornej  Skale.  Jakieś trzy  mile  za  Negrzym 
Łbem jacyś osobnicy, w których rozpoznałem mojego stryja Williama i obu jego synów, urządzili 
napad  na  nasz  dyliżans.  Ponieważ  nic  nie  znaleźli  w  skrzyni  pocztowej,  zaczęli  przetrząsać 
kieszenie  pasażerom.  Zachowałem  się  jak  skończony  dżentelmen,  stanąłem  bowiem  w  szeregu, 
podniosłem ręce do góry i dałem sobie zabrać czterdzieści dolarów oraz złoty zegarek. Nikt by po 
mnie  nie poznał, że znam tych trzech  panów, którzy urządzili nam tak  sympatyczną rozrywkę. W 
parę  dni  później,  gdy  wybrałem  się  do  Negrzego  Łba,  aby  upomnieć  się  o  zwrot  pieniędzy  i 
zegarka,  mój  stryj  i  kuzyni  zaklinali  się,  że  o  niczym  nie  wiedzą.  A  nawet  pozwolili  sobie  na 
insynuację, że to my z ojcem sprzątnęliśmy im robotę sprzed nosa i pogwałciliśmy bezczelnie dobre 
handlowe obyczaje. Stryj William wręcz zagroził odwetem powiadając, że otworzy konkurencyjną 
tancbudę  w  Upiornej  Skale.  Zorientowałem  się  w  lot,  że  to  dobry  interes,  gdyż  „Kabaret 
Wszystkich  Świętych"  zdążył  mocno  stracić  na  popularności  i  konkurencja  dobiłaby  go  całkiem. 
Powiedziałem więc stryjowi, że gotów jestem puścić krzywdę w niepamięć, jeśli przyjmie mnie do 
spółki i nie zdradzi przed ojcem. Stryj odrzucił tę szlachetną ofertę i dopiero wówczas pojąłem, że 
właściwie trzeba pomóc stryjowi zejść z tego świata. 
Opracowałem  szczegółowy  plan  i  miałem  tę  satysfakcję,  że  rodzice  go  zaaprobowali.  Ojciec 
powiedział,  że  jest  ze  mnie  dumny,  natomiast  matka  przyrzekła  modlić  się  za  moją  pomyślność, 
gdyż  wiara  nie  pozwalała  jej  brać  bezpośredniego  udziału  w  tego  rodzaju  projektach.  Aby 
zabezpieczyć się na wypadek zdemaskowania, zgłosiłem swój akces do potężnego zakonu „Rycerzy 
Mordu". Zostałem przyjęty we właściwym czasie i przydzielony do podokręgu Upiornej Skały. W 

background image

dniu złożenia ślubów — cała ceremonia odbywała się w maskach — pozwolono mi po raz pierwszy 
przejrzeć  listę  członków  zakonu.  Proszę  wyobrazić  sobie  moją  radość,  gdy  na  trzecim  miejscu  w 
rejestrze  znalazłem  nazwisko  swojego  stryja,  który  był  wicemistrzem!  Trafiała  mi  się  szansa,  o 
jakiej  nawet  nie  śmiałem  marzyć  —  morderstwo  wzbogacone  o  niesubordynację  i  zdradę.  Matka 
nazwałaby to „wyjątkowym zrządzeniem Opatrzności". 
Gdzieś  w  tym  samym  czasie  spotkała  mnie  nowa  radość,  aż  kufel  mego  szczęścia  spłynął  pianą 
rozkoszy.  Aresztowano  trzech  przybłędów  za  grabież  i  napad  na  dyliżans,  ten  sam,  w  którym 
postradałem  pieniądze  i  zegarek.  Postawiono  ich  przed  sądem  i  —  wbrew  moim  wysiłkom 
zrzucenia z nich winy na trzech czcigodnych obywateli Upiornej Skały — zostali skazani w oparciu 
o niezbite dowody. W ten sposób spełniły się moje marzenia — morderstwo zamieniło się w czysty 
kaprys.  Któregoś  ranka  wziąłem  swojego  „Winchestera"  i  wybrałem  się  do  Negrzego  Łba. 
Przywitałem się ze stryjenką Marią i zapytałem, czy stryj jest w domu, gdyż przychodzę właśnie go 
zabić.  Stryjenka  spojrzała  na  mnie  ze  swoim  charakterystycznym  uśmiechem  i  powiedziała,  że 
wątpi  w  moje  szlachetne  zamiary,  gdyż  tylu  już  panów  zgłaszało  się  w  tej  samej  sprawie,  a 
wynoszono  ich,  zanim  zdążyli  ją  załatwić.  Dodała,  że  wyglądam  tak,  jak  bym  muchy  nie  potrafił 
zabić. Więc na dowód swoich szlachetnych zamiarów złożyłem się z „Winchestera" i postrzeliłem 
Chińczyka,  który  przechodził  w  pobliżu.  Stryjenka  Maria  powiedziała  na  to,  że zna  całe  rodziny, 
które  to  samo  potrafią,  ale  niech  sobie  nie  myślę,  że  jej  mąż  to  pierwszy  lepszy  „kitajec". 
Zaznaczyła  jednak,  że  znajdę  go  za  strumieniem  w  zagrodzie  dla  owiec,  i  wyraziła  nadzieję,  że 
zwycięży ten, kto lepszy. 
Stryjenka Maria należała do najszlachetniejszych niewiast, z jakimi się w życiu zetknąłem. 
Stryj klęczał na ziemi i oprawiał owcę ze skóry. Chciałem go zastrzelić, ale spostrzegłem, że nie ma 
pod ręką strzelby ani pistoletu, i zabrakło mi serca. Podszedłem więc, ukłoniłem mu się grzecznie i 
wyrżnąłem  go  kolbą  w  ciemię.  Mam  świetny  cios.  Stryj  zwalił  się  na  plecy,  rozcapierzył  palce  i 
dostał  drgawek.  Zanim  przyszedł  do  siebie,  wziąłem  nóż  do  oprawiania  owiec  i  podciąłem  mu 
ścięgna. Wiecie zapewne, że z chwilą zerwania ścięgna Achillesa noga staje się nie do użytku, no 
więc  ciachnąłem  mu  oba.  I  kiedy  oprzytomniał,  znalazł  się  na  mojej  łasce.  Powiedział,  gdy 
zorientował się w sytuacji: 
— Masz mnie w ręku, Samuelu, i możesz sobie pozwolić na wspaniałomyślność. O jedno tylko cię 
proszę.  Zanieś  mnie  do  domu  i  wykończ  na  łonie  rodziny.  Powiedziałem  stryjowi,  że  to  całkiem 
sensowna prośba i gotów jestem ją spełnić, o ile stryj pozwoli zapakować się do worka. Po pierwsze 
łatwiej mi będzie go nieść, a po drugie nie trzeba będzie się tłumaczyć sąsiadom, jeśli ich spotkamy 
po drodze. Stryj zgodził się na to, więc przyniosłem ze stodoły worek na zboże, ale stryj się w nim 
nie mieścił. Musiałem dopiero dobrze go upchać, tak że miał kolana pod brodą, zanim udało mi się 
zawiązać worek. Ze stryja był  kawał chłopa i ledwie załadowałem go na plecy, odechciało mi się 
wszystkiego,  ale  dźwigałem  go  aż  do  dębu,  na  którym  dzieci  zawiesiły  huśtawkę.  Tam  zwaliłem 
worek  na  ziemię  i  usiadłem  na  nim,  żeby  odsapnąć.  Na  widok  huśtawki  przyszedł  mi  do  głowy 
szczęśliwy pomysł. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy worek ze stryjem igrał sobie na wietrze. 
Najpierw  przytwierdziłem  sznur  od  huśtawki  do  worka,  drugi  koniec  przerzuciłem  przez  konar, 
podciągnąłem ciężar w górę na półtora metra, po czym obwiązałem worek pozostałym kawałkiem 
sznura  i  miałem  przyjemność  zobaczyć,  jak  stryj  zamienił  się  w  duże,  śliczne  wahadło.  Trzeba 
dodać, że stryj  nie wiedział, co się z nim dzieje, ale szanował mój czas  i nie zgłaszał pretensji  — 
pod tym względem muszę mu oddać sprawiedliwość. 
Stryj miał barana, który słynął z waleczności. Tryk ów żywił do wszystkiego chroniczną nienawiść. 
Widocznie  jakiś  głęboki uraz tak  zaprawił  jego serce goryczą, że cały świat stał mu się wrogiem. 
Walił łbem we wszystko, w co tylko się dało, ale to jeszcze nie określa jego zdolności militarnych, 
był bowiem chyży  jak pocisk. Walczył  jak archaniołowie  i  szatani, atakował z powietrza, wzbijał 
się  w  niebo  idealnie  odmierzonym  łukiem,  aby  wykorzystując  ciężar  i  rozpęd,  grzmotnąć  wroga 
całym  impetem.  Kiedyś  położył  trupem  czteroletniego  byka,  gdy  tylko  raz  go  trafił  w  sękaty  łeb. 
Rozwalał  kamienne  murki,  druzgotał  drzewa,  a  ich  liściaste  chorągwie  poniewierał  w  błocie.  Tę 
sierdzistą  i  nieubłaganą  bestię,  ten  grom  wcielony,  tego  nieziemskiego  potwora  ujrzałem  pod 
sąsiednim drzewem, jak drzemał sobie w cieniu śniąc o podbojach i sławie. Aby zawezwać barana 

background image

do boju, zawiesiłem stryja na dębie. 
Rozhuśtałem  worek,  schowałem  się  za  pobliską  skałę  i  wydałem  przenikliwy  okrzyk,  któremu 
zawtórował  zduszony  wrzask  stryja  w  worku.  Baran  zerwał  się  na  nogi  i  zoczył  nieprzyjaciela. 
Wróg bujał w powietrzu, wyzywając go do walki. Baran przytupując obserwował go z odległości 
jakichś pięćdziesięciu metrów, raptem pochylił łeb ciężki od rogów i ujrzałem, jak zamglona biała 
smuga  pomknęła  tuż  przy  ziemi,  wzbiła  się  w  górę  i...  rozległ  się  głuchy  łomot,  rozdzierający 
wrzask i mój biedny  stryj poszybował  nad konar, aż sznur szarpnął  i ciężki worek zamienił  się  w 
wahadło,  które  z  zawrotną  szybkością  szybowało  na  linie.  Tryk  wykopyrtnął  się,  potoczył  jak 
kłębek  nóg,  rogów  i  wełny,  ale  powstał  zaraz  i  uskakując  przed  nadlatującym  przeciwnikiem 
wycofał się potrząsając łbem i przytupując. Zatrzymał się mniej więcej w tej samej odległości, z ja-
kiej przypuścił swój pierwszy atak. Stał chwilę z pochylonym łbem, jak by modlił się o zwycięstwo, 
po  czym  ruszył  z  kopyta.  Tym  razem  zaatakował  wroga  z  ukosa  i  trafił  go  w  momencie,  gdy 
wahadło  osiągnęło  swój  najniższy  punkt  —  stryj  pomknął  jak  na  karuzeli.  O  szybkości  obrotów 
nieuchwytnej dla oka dawał pojęcie nieustający wrzask, który wzmagał się i cichł, zbliżał i oddalał. 
Stryj widocznie  nie dostał jeszcze  w czułe miejsce. Wisiał w worku dość wysoko i musiał  zebrać 
wszystkie ciosy w wypięte siedzenie. Umierał powoli od dołu, jak roślina, której korzeń natrafił na 
trujący minerał. 
Tym razem baran pozostał na placu boju. Ogarnęła go gorączka walki i uderzyła mu do głowy jak 
wino.  Niczym  wściekły  zapaśnik,  który  zapomina  o  swym  kunszcie  i  walczy  nieskutecznie, 
rozjuszony baran w niezdarnych podskokach ciskał się na wirującego w powietrzu wroga, czasem 
nawet trafiał go lekko, ale częściej sam padał ofiarą swego zacietrzewienia i nakrywał się nogami. 
Ale  gdy  impet  nieprzyjaciela  osłabł  i  worek  ze  stryjem  krążył  dużo  wolniej,  taktyka  ta  zaczęła 
dawać lepsze rezultaty — stryj wrzeszczał tak wspaniale, aż rozkosz mnie ogarniała. 
Raptem,  jak  gdyby  trąbki  zagrały  na  rozejm,  baran  przerwał  działania  wojenne  i  odmaszerował. 
Szedł  marszcząc  w  zadumie  swój  orli  nos, poskubując trawę  i  przeżuwając  wolno. Wyglądał  tak, 
jak  gdyby  znużyły  go  nieustanne  boje,  więc  postanowił  porzucić  rzemiosło  wojenne  i  oddać  się 
pokojowej  pracy.  Zostawił  za  sobą  pole  chwały  i  kroczył  wytrwale  z  ćwierć  mili,  tam  dopiero 
przystanął, odwrócony tyłem do wroga. Przeżuwał spokojnie i ospale. Zauważyłem jednak, że tylko 
udaje apatię, gdyż ukradkiem zerka do tyłu. 
Tymczasem  krzyki  stryja  ucichły,  pęd osłabł  i  z  worka  dobywały  się  tylko  przewlekłe  jęki,  stryj 
wzywał mnie błagalnym głosem, tak miłym mojemu uchu. Nie zdawał sobie sprawy, co się z nim 
dzieje, musiał konać z przerażenia. Śmierć spowita tajemnicą to istotnie straszna rzecz. Powolutku 
stryj przestał  krążyć  w  powietrzu  i  zawisł  bez  ruchu.  Podszedłem,  aby  dobić  go  litościwie,  kiedy 
nagle  rozległ  się  ostry  tętent,  od  którego  ziemia  zadrżała.  Spojrzałem  i  włosy  zjeżyły  mi  się  na 
głowie  —  tuman  kurzu  galopował  w  szalonym  pędzie  wprost  na  nas!  Raptem  zakotłował  się  i  z 
kurzawy wzbił się w  niebo wielki, biały ptak. Wznosił  się tak płynnie,  lekko, swobodnie, z takim 
wdziękiem,  że  oniemiałem  z  zachwytu.  Do  dziś  mam  to  samo  wrażenie,  że  był  to  powolny, 
rozważny lot, że to nie pęd uniósł barana, tylko jakaś inna moc, pod której opieką, czułą i troskliwą, 
płynął po niebie. Wiodłem za nim oczami z niewymowną przyjemnością. Szlachetne zwierzę coraz 
wyżej i wyżej wzbijało się w niebo, z pochylonym na piersi łbem, z wyprężonymi do tylu nogami 
jak szybująca czapla. 
Aż osiągnąwszy swój zenit, gdzieś na wysokości trzydziestu lub czterdziestu stóp, kosmiczny baran 
zawisł  jak  by  na moment  bez  ruchu. Raptem  nurknął  i  pomknął w  dół  nabierając  z  każdą  chwilą 
szalonej szybkości. Przeleciał tuż nade mną z gwizdem artyleryjskiego pocisku i wyrżnął biednego 
stryja prościuteńko w ciemię — z takim impetem, że nie tylko czaszka, ale i lina pękła. Stryj zarył 
się w ziemię, zgnieciony na miazgę przez ten barani meteor. Wstrząs zatrzymał wszystkie zegary w 
promieniu  dwudziestu  pięciu  mil,  a  profesor  Davidson,  wybitny  autorytet  w  sprawach 
sejsmicznych,  który  właśnie  bawił  w  okolicy,  bezzwłocznie  wyjaśnił,  że  wibracje  przebiegały  z 
północy na południowy zachód. 
W  sumie  nie  mogę  się  oprzeć  przekonaniu,  że  moje  zabójstwo  stryja  Williama  jest  niemal 
niedoścignione pod względem artystycznym." 
 

background image

 
 
 

OLEUM CANIS 

 
 
Nazywam  się Boffer Bings. Pochodzę z zacnej rodziny drobnomieszczańskiej. Mój tata prowadził 
wytwórnię  psiego  sadła,  a  mama  posiadała  maleńkie  studio  w  cieniu  wiejskiego  kościółka,  gdzie 
zajmowała  się  fabrykowaniem  aniołków.  Służyły  jej  do  tego  niemowlęta.  Od  najmłodszych  lat 
wdrażano  mnie  do  fachowej  pracy;  nie  tylko  pomagałem  ojcu  w  prokurowaniu  psów,  aby  miał 
czym zapełniać swoje kadzie, ale i nieraz zatrudniała mnie mama — zajmowałem się wynoszeniem 
odpadków  ze  studia.  Przy  wykonywaniu  tego  obowiązku  musiałem  nierzadko  wysilać  całą  swą 
wrodzoną inteligencję, gdyż wszyscy stróże prawa publicznego w okolicy sprzeciwiali się profesji 
mojej  mamy.  Dzięki  Bogu,  nie  wybrani  na  stanowiska  głosami  opozycji,  nie  ukuli  z  tego  nigdy 
sprawy  politycznej.  Po  prostu  tak  się  jakoś  składało.  Fach  mojego  taty  cieszył  się  naturalnie 
większym  poważaniem,  jakkolwiek  właściciele  zaginionych  psów  czasem  odnosili  się  do  ojca  z 
podejrzliwością,  która przenosiła  się  i  na  mnie  w  jakiejś  mierze.  Do cichych  wspólników  mojego 
taty  należeli  wszyscy  lekarze  w  miasteczku,  którzy  prawie  nie  wystawiali  recept  bez  literek  Ol. 
can.,  gdyż  tak  to  mieli  przyjemność  nazywać.  Istotnie,  jest  to  najbardziej  wartościowy  lek,  jaki 
kiedykolwiek  wynaleziono.  Niestety,  większość  ludzi  nie  lubi  ponosić  osobistych  wyrzeczeń  dla 
dobra  cierpiących  bliźnich,  rzucało  się  bowiem  w  oczy,  że  co  tłuściejszym  psom  w  miasteczku 
wyraźnie zabroniono bawić się ze mną — fakt ten gnębił moją młodzieńczą duszę i pewnego razu 
omal nie popchnął mnie do zostania piratem. 
Patrząc wstecz  na owe lata, chwilami  nie posiadam się z żalu, że przyczyniwszy się pośrednio do 
śmierci moich ukochanych rodziców ściągnąłem  na siebie  niedolę, która mnie prześladuje po dziś 
dzień. 
Któregoś  wieczoru  wynosiłem  właśnie  z  maminego  studia  ciało  podrzutka.  Przechodząc  obok 
tatusiowej olejarni  spostrzegłem  konstabla,  który  bacznie  śledził  moje  zachowanie.  W  smarkatym 
wieku nauczyło mnie doświadczenie, że we wszelkich jawnych poczynaniach kierują konstablem ze 
wszech miar karygodne zamiary. Wolałem więc go wyminąć i czmychnąłem do olejarni bocznymi 
drzwiami,  które  akurat  stały  otworem.  Zamknąłem  je  czym  prędzej  na  klucz  i  zostałem  sam  z 
malutkim nieboszczykiem na rękach. Tata udał się już na spoczynek. Szkarłatny ogień buchał pod 
jednym  z  kotłów  na  palenisku  i  rdzawe  błyski  migotały  na  ścianach.  W  kotle  uparcie  bulgotało 
sadło,  wynosząc  chwilami  na  powierzchnię  psie  szczątki.  Usiadłem,  aby  poczekać,  aż  konstabl 
sobie  pójdzie.  Trzymałem  na  kolanach  naguska-podrzutka  i  głaskałem  go  czule  po  jedwabistych 
włoskach.  Dzieciak  był  prześliczny.  Nawet  w  tak  młodym  wieku  przepadałem  za  dziećmi  i  gdy 
patrzyłem na tego cherubinka, niemal w samym sercu czułem żal, że czerwona ranka na jego piersi 
— zabieg mojej mamy — okazała się śmiertelna. 
Z zasady wyrzucałem niemowlęta do rzeki, którą przyroda roztropnie stworzyła w tym celu, ale tej 
nocy  nie  śmiałem  opuścić  olejarni  ze  strachu  przed  konstablem.  „Ostatecznie  —  powiedziałem 
sobie  —  nic  nie  szkodzi,  jeśli  wrzucę  je  do  kotła.  Tata  nie  odróżni  takich  drobnych  kostek  od 
szczenięcych,  a  jeśli  nawet  zdarzy  się  parę  zgonów  po  zaaplikowaniu  tej  odmiany  zamiast 
niezrównanego  Ol.  can.,  to  przecież  nie  ma  to  znaczenia  przy  tak  gwałtownym  przyroście 
naturalnym."  Jednym  słowem  —  wstąpiłem  na  ścieżkę  zbrodni  i  przez  wrzucenie  cherubinka  do 
kotła ściągnąłem na siebie niewymowne wprost klęski. 
Następnego  dnia,  nieco  ku  mojemu  zdumieniu,  tata  zacierając  z  satysfakcji  ręce  poinformował 
mamę i mnie, że udało mu się uzyskać najlepszy gatunek oleju, jaki się w ogóle może trafić. Tak 
przynajmniej  orzekli  lekarze,  którym  pokazywał  próbki.  Dodał,  że  nie  ma  pojęcia,  w  jaki  sposób 
tego dokonał; psy pochodziły ze zwyczajnej rasy i zostały pod każdym względem przysposobione 
tak  jak  zwykle.  Uznałem  za  swój  obowiązek  wyjaśnić.  Co  też  uczyniłem,  choć  język  by  mi 
skołowaciał, gdybym mógł przewidzieć konsekwencje. Biadając, że tak późno spostrzegli korzyści 
płynące z połączenia obu przedsiębiorstw, moi rodzice od razu przystąpili do naprawienia szkody. 

background image

Mama przeniosła  studio do skrzydła  olejarni  i urwały  się moje pomocnicze obowiązki;  nie byłem 
więcej  potrzebny  do  topienia  w  rzece  maleńkich  nadwyżek  demograficznych  ani  do  zwabiania 
psów, gdyż tata odrzucił ten surowiec zupełnie, chociaż  nadal figurował on zaszczytnie w  nazwie 
produktu. Tak raptownie skazany na lenistwo mogłem oczywiście rozbisurmanić się i zepsuć, lecz 
nie  zepsułem się wcale. Świątobliwy wpływ ukochanej mamy chronił mnie od pokus młodości,  a 
tata służył do mszy w kościele. Nie mogę przeboleć, że z mojej winy spotkał zacnych rodziców tak 
ponury koniec. 
Widząc  podwójny  zysk  w  interesie,  matka  wzięła  się  do  pracy  ze  świeżym  zapałem.  Robiła 
porządek nie tylko z noworodkami, których ktoś chciał się pozbyć ze względu na opinię czy dużą 
rodzinę, ale wyszła na drogi i bezdroża, aby gromadzić większe dziatki, a nawet i dorosłych, o ile 
dało  się  ich  zwabić  do  olejarni.  Tata,  rozkochany  w  doskonałości  otrzymywanego  produktu, 
również uganiał się za surowcem dla swoich kotłów skwapliwie i z gorliwością. Jednym słowem — 
przetopienie sąsiadów na oleum canis stało się jedyną pasją ich życia. Zachłanna żądza zysku posia-
dła ich dusze i zastąpiła nadzieję na Królestwo Niebieskie, którą żyli w nie mniejszym stopniu. 
Poczynali  sobie  teraz  tak  przedsiębiorczo,  aż  zwołano  wiec,  na  którym  zapadły  potępiające  ich 
ostro rezolucje.  Przewodniczący  dał  do zrozumienia,  że  jakiekolwiek  dalsze  obławy  na  obywateli 
spotkają  się  z  bezwzględnym  przeciwdziałaniem.  Biedni  rodzice  opuścili  wiec  załamani, 
zrozpaczeni i mniemam, że nie całkiem przy zdrowych zmysłach. W każdym bądź razie uznałem, 
że roztropniej nie zostawać z nimi na noc w olejarni i urządziłem sobie nocleg w stajni. 
Około północy coś kazało mi wstać i zajrzeć przez okno do hali pieców, gdzie od pewnego czasu 
sypiał ojciec. Ognie płonęły tak jasno, jak gdyby następnego dnia spodziewano się pięknego żniwa. 
Jeden z ogromnych kotłów gotował się powolutku, z osobliwym umiarem, jak by czekał sposobnej 
chwili,  żeby  zakipieć.  Tata  wstał  w  bieliźnie  z  łóżka  i  wiązał  pętlę  na  grubym  powrozie.  Ze 
spojrzeń  rzucanych  na  drzwi  sypialni  mamy  można  było  się  domyślić,  jakie  ma  zamiary. 
Oniemiałem z przerażenia i stałem skamieniały, niezdolny niczemu zapobiec. Raptem bezszelestnie 
otworzyły się drzwi maminej sypialni i oboje natknęli się na siebie w zdumieniu. Mama, w nocnej 
koszuli, zaciskała w ręce swoje fachowe narzędzie — długi, cieniutki sztylet. 
I  ona  nie  potrafiła  odmówić  sobie  ostatniego  zysku,  jaki  jej  pozostał,  nie  odebrany  przez  wrogą 
akcję  obywateli  i  moją  nieobecność.  Chwilę  mierzyli  się  gorejącym  wzrokiem,  nim  z  nieopisaną 
furią  rzucili  się  na  siebie.  Wodzili  się  w  zmaganiach  po  całej  hali,  wśród  przekleństw  i  pisków, 
walcząc jak para szatanów — ona, żeby go pchnąć sztyletem, a on, żeby ją udusić gołymi rękami, 
bo  ręce  miał  potężne.  Nie  wiem,  jak  długo  obserwowałem  z  przykrością  ten  gorszący  widok 
rodzinnych niesnasek, ale wreszcie — po wyjątkowo zaciętym starciu — oderwali się od siebie. 
Pierś  taty  i  maminy  sztylet  zdradzały  bliższą  ze  sobą  znajomość.  Przez  chwilę  pożerali  się  oboje 
nienawistnym wzrokiem. Aż mój biedny, zraniony ojciec, czując bliskie tchnienie śmierci, rzucił się 
naprzód  i  nie  bacząc  na  opór,  porwał  matkę  w  ramiona,  zawlókł  ją  pod  kocioł,  zebrał  wszystkie 
uchodzące siły i skoczył z nią we wrzątek. W mgnieniu oka znikli w kotle i połączyli się z olejem 
delegatów, którzy ubiegłego dnia przyszli nas prosić na wiec. 
W przekonaniu, że owe nieszczęsne wypadki zamknęły mi wszystkie drogi do uczciwej kariery w 
rodzinnym  miasteczku,  przeniosłem  się  do  wielce  sławnego  miasta  Otumwee,  gdzie  piszę  te 
wspomnienia  z  sercem  pełnym  zgryzoty,  że  swoim  niebacznym  postępkiem  wywołałem  tak 
okropną katastrofę handlową.