background image

PAMIĘTNIKI 

FILIPA PAWŁA de SÉGURA 

ADIUTANTA NAPOLEONA 

 

L’HISTOIRE DE NAPOLÉON  

ET  

DE LA GRANDE ARMÉE EN 1812 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 

EDYCJA KOMPUTEROWA: WWW.ZRODLA.HISTORYCZNE.PRV.PL 

 

MAIL TO: HISTORIAN@Z.PL 

 

 

 
 
 

                                                        MMIII© 

 
 
 
 

background image

 
 
 

TOWARZYSZE MOI! 

Postanowiłem skreślić dzieje Wielkiej Armii i jej wo-

dza w ciągu roku 1812. 

Dzieło to poświęcam tym spośród was, których śniegi i 

lody Północy pozbawiły sił i zdrowia i którzy dziś służyć 
mogą ojczyźnie jedynie wspomnieniem przecierpianych 
nieszczęść i minionej chwały! Gdy los zmusił was do 
porzucenia waszego szlachetnego rzemiosła,  żyjecie 
raczej przeszłością aniżeli chwilą obecną; wolno jednak 
żyć wyłącznie wspomnieniem, gdy wspomnienia takiej są 
miary. Nie obawiam się tedy, że wskrzeszając okropne te 
czasy zakłócę wam tak drogo okupiony spokój. Wiemy 
przecież wszyscy, że wśród najgorszych przeciwności 
wzrok zepchniętego na dno otchłani człowieka zwraca się 
mimo woli ku świetności minionych dni nawet wówczas, 
gdy blask ten ogarnia również skałę, o którą roztrzaskał 
się jego okręt, i gdy oświetla szczątki największej z 
katastrof! 

Przyznam się, iż osobiście czuję nieprzeparty pociąg ku 

tej smutnej epoce naszych publicznych i prywatnych 
nieszczęść. Bolesną rozkosz sprawia mi rozpamiętywanie 
i odtwarzanie poszczególnych epizodów tych wszystkich 
okropności. Czyżby dusza ludzka pyszniła się również 
ilością i głębokością blizn i obnażała je z upodobaniem? 
Czy jest to jej własność, która napełnia ją dumą? A może 
raczej — poza chęcią poznania — człowiek odczuwa 
przede wszystkim potrzebę dzielenia się z kimś swoimi 
wrażeniami? Czyż zdolność odczuwania i budzenia uczuć 
w bliźnich nie stanowi najpotężniejszego czynnika duszy 
naszej? 

Jakiekolwiek wszakże byłyby kierujące mną pobudki, 

ulegam potrzebie odtworzenia wrażeń, jakich doznawa-
łem w ciągu tej nieszczęsnej wojny. Korzystając z do- 

background image

wolnych wczasów, pragnę, uporządkować zatarte i chao-
tyczne wspomnienia, zebrać je i streścić. Starzy druho-
wie, odwołuję się i do waszej pamięci! Niby cennego 
skarbu strzeżcie bohaterskich wspomnień, które tak dro-
go okupiliśmy, a które będą jedyną po nas puścizną, 
jedyną pozostałością minionych dni. Porażka wasza 
chlubniejsza była aniżeli zwycięstwo wrogów! Umiejcie 
więc znosić klęskę bez sromu! Podnieście z dumą szla-
chetne czoła, o które obijały się gromy całej Europy! Nie 
spuszczajcie oczu, które widziały tyle stolic zdobytych, 
tylu władców pokonanych!... Niewątpliwie godnymi 
byliście lepszej doli, od was wszakże zależy, aby z reszty 
życia uczynić szlachetny użytek. W ciszy i osamotnieniu 
niedoli, które sprzyjają takim zatrudnieniom, dyktujcie 
historii wasze wspomnienia, a jasny blask prawdy niechaj 
przyświeca wam w bezsenne noce, które oby nie okazały 
się bezowocne! 

Ja zaś skorzystam z przywileju — niekiedy tragicznego, 

częściej zaszczytnego — opisania wszystkiego, com 
widział, odmalowania ze zbytnią może skrupulatnością 
najdrobniejszych nawet szczegółów. Sądzę jednak, iż 
pewna drobiazgowość nieodzowna jest dla należytego 
zrozumienia geniuszu cesarza i gigantycznych czynów, 
bez których nie dowiedzielibyśmy się, dokąd sięgnąć 
może potęga, sława i niedola człowieka! 

Począwszy od roku 1807 znikła przestrzeń dzieląca Ren 

od Niemna; rzeki te stały się rywalkami. Przez swoje 
ustępstwa poczynione w Tylży kosztem Prus, Szwecji i 
Turcji Napoleon pozyskał sobie Aleksandra. Traktat ów 
był wynikiem porażki Rosjan i oznaczał poddanie się 
tego imperium pod wpływy systemu kontynentalnego. 

Przynosił ujmę narodowej godności Rosjan — rzecz 

zrozumiała dla nielicznych tylko jednostek — i narażał 
kraj na znaczne straty materialne, co zrozumieli wszyscy. 

Utworzeniem systemu kontynentalnego Napoleon wy-

powiedział Anglii walkę na śmierć i życie; zaangażował 
w nią  sławę swoją i honor, losy Francji i własny byt 
polityczny. System ten nie dopuszczał na kontynent za-
równo towarów angielskich, jak i tych, które opłacały 

background image

Anglii jakiekolwiek cło. Mógł to osiągnąć tylko przy 
powszechnej zgodzie, którą mu zapewnić mogło jedynie 
panowanie wyłączne i powszechne. 

Francja tymczasem zraziła sobie ludy zwycięstwami 

swymi, władców zaś krwawą rewolucją i założeniem 
nowej dynastii. Nie mogła mieć sprzymierzeńców ani też 
rywali, lecz tylko poddanych, gdyż sprzymierzeńcy 
byliby fałszywi, a współzawodnicy bezlitośni. Musiała 
tedy albo wszystkich pokonać, albo też w tym zmaganiu 
ulec. 

Jakkolwiek wysoko wzniósł się był Napoleon ponad 

ludy Południa i Zachodu Europy, zawsze dostrzegał 
wśród  śniegów i lodów Północy wiecznie groźny tron 
Aleksandra. Na dalekich rubieżach Europy, skąd płynęły 
niegdyś obfitą falą dzikie hordy najeźdźców, widział 
zbiorowisko nieokiełznanych  żywiołów, gotujących się 
do nowego zalewu. Dotychczas Austria i Prusy stanowiły 
dostatecznie silną tamę ochronną od wschodu; ale 
właśnie on tamę  tę przerwał lub osłabił. Stał więc teraz 
samotnie jako jedyny obrońca cywilizacji, dobrobytu i 
zdobyczy kulturalnych Południa przeciw ciemnocie i 
chciwości ubogich mieszkańców Północy, przeciw 
zaborczym instynktom ich cesarza i arystokracji. 

Widocznym było,  że tylko wojna zdoła rozstrzygnąć 

namiętny ten spór, tę odwieczną walkę  nędzarza z bo-
gaczem, skądinąd jednak, z naszego punktu widzenia, 
wojna ta nie była ani ogólnoeuropejską, ani nawet na-
rodową. Europa była jej niechętna, gdyż ewentualne 
zwycięstwo jeszcze wzmogłoby potęgę Napoleona. Fran-
cja, wyczerpana, łaknęła pokoju: wybitne osobistości, 
wchodzące w skład dworu cesarskiego, z lękiem spoglą-
dały na nowe przygotowania wojenne, na rozproszone 
między Kadyksem a Moskwą wojska, a jakkolwiek 
uświadamiano sobie nieuchronność tego zatargu, nikt nie 
był przekonany, że powinien on nastąpić już teraz. 

Cesarz wszakże — zarówno z pobudek politycznych, 

jak i ulegając wrodzonej sobie przedsiębiorczości — po-
wziął tytaniczny zamiar całkowitego opanowania Europy 
przez pognębienie Rosji i odebranie jej zagarniętych 
ziem polskich. Jednakże wbrew jego woli i chęci ta-
jemnica stała się publiczną. Olbrzymie przygotowania, 
jakich wymagała tak daleka wyprawa, stosy prowiantu i 
amunicji, szczęk broni, turkot ładownych wozów i fur-
gonów, przemarsze tak licznego wojska, to powszechne 

background image

poruszenie, majestatyczny i straszliwy pochód wszyst-
kich sił Zachodu przeciwko Wschodowi — wszystko to 
zwiastowało Europie bliskie starcie dwóch gigantycznych 
współzawodników. 

Aby dosięgnąć granic Rosji, trzeba było przejść przez 

ziemie pruskie i ominąć terytorium austriackie, mając z 
jednej strony Szwecję, z drugiej zaś Turcję. Koniecznym 
więc było zawarcie przymierza zaczepno-odpornego z 
czterema tymi państwami. Austria podlegała wówczas 
wpływom Napoleona, Prusy zaś  lękały się Francji. Od 
razu też projekt cesarza zyskał sobie w Wiedniu akces 
dobrowolny, w Berlinie przymusowy. Prusy ściśnięte jak 
w kleszczach umową z 24 lutego 1812 roku zobowiązały 
się dostarczyć dwadzieścia do trzydziestu tysięcy ludzi 
oraz oddać większość swych fortec i magazynów do 
dyspozycji armii francuskiej. 

Współudział Austrii wyrozumowany był jednak i na 

ścisłej oparty rachubie. Leżąc w środku, między olbrzy-
mim obszarem Rosji a imperium Napoleona, Austria 
przyklasnąć mogła tylko walce; bez względu na rezultat, 
obaj zapaśnicy musieli w końcu wzajemnie się osłabić ku 
jej bezsprzecznej korzyści. Austria 14 marca 1812 roku 
przyobiecała dać Francji trzydzieści tysięcy ludzi; 
potajemnie jednak udzieliła dowódcom oględnych 
instrukcji. Jako indemnizację za poniesione koszty otrzy-
mała mglistą obietnicę rozszerzenia swego terytorium 
oraz gwarancję posiadania Galicji. Na wypadek zaś 
gdyby część tej prowincji oddać miała Królestwu Pol-
skiemu, otrzymałaby tytułem odszkodowania prowincje 
iliryjskie (tajna umowa art. 6). 

Pomyślny wynik wojny nie był więc w niczym zależny 

ani od ustąpienia, ani też od względów, jakich domagała 
się zawistna i drobiazgowa dyplomacja austriacka. Z 
chwilą tedy wejścia do Wilna Napoleon mógł był 
obwieścić wyzwolenie całej Polski, zamiast zwlekać, 
osłabiając tym samym zapał i ofiarność narodu. 

A jednak był to właśnie jeden z tych najważniejszych 

momentów, które grają decydującą rolę w każdym 
przedsięwzięciu politycznym czy też militarnym, jeden z 
tych momentów, z którymi wszystko się wiąże, od któ-
rych wszystko zależy. Lecz Napoleon bądź zbytnio liczył 
na przewagę  własnego geniuszu, na potęgę i sprawność 
swojej armii i na niemoc Aleksandra, bądź pamiętając, co 
zostawia poza sobą, uważał, iż zbyt ryzykownym by- 

background image

łoby powolne i systematyczne prowadzenie tak dalekiej 
ekspedycji, bądź też, jak sam do tego się przyznał, nie 
był pewny wygranej — dość, że nie ogłosił wyzwolenia 
kraju, który oswobodził, albo raczej nie miał jeszcze od-
wagi tego uczynić. 

Nie starał się nawet oczyścić południowych prowincji 

polskich z nielicznych oddziałów nieprzyjacielskich, któ-
re obecnością swoją hamowały patriotyzm Polaków, i 
zapewnić sobie dzięki ich dobrze zorganizowanemu 
powstaniu — solidnej bazy działań wojennych. Przy-
zwyczajony do szybkiego działania, do błyskawicznych 
manewrów, naśladować chciał samego siebie, mimo za-
sadniczej różnicy warunków i okoliczności. W ułomnej 
naturze ludzkiej leży bowiem potrzeba naśladownictwa; 
wielcy zaś ludzie, zwykłą przerastający miarę, z nawy-
knienia naśladują samych siebie i giną zazwyczaj od 
broni, którą wojowali; giną za wcześnie od tego właśnie, 
co stanowiło najelementarniejsze zalety ich geniuszu! 

Napoleon zawierzył  ślepo szczęśliwej swojej gwieź-

dzie. Sądził, iż sześćkroć stutysięczna armia w zupełno-
ści zapewnia mu zwycięstwo. W niej też wszystkie po-
kładał nadzieje. Zamiast dążyć do zwycięstwa drogą 
wszelakich ofiar i poświęcenia, przeciwnie, przez zwy-
cięstwo otrzymać chciał wszystko: to, co miało być ce-
lem, stawało się jeno środkiem do celu prowadzącym. Na 
zwycięstwo liczył tak bardzo, obciążał je takim brze-
mieniem odpowiedzialności,  że potrzeba przekształciła 
się z wolna w nieuchronną konieczność. Tym tłumaczy 
się nadmiernie przyspieszona akcja, tym — namiętna 
chęć jak najszybszego wydostania się z krytycznej sy-
tuacji. 

Nie należy jednak wydawać zbyt pochopnych sądów o 

tak potężnym i uniwersalnym geniuszu. Niedługo wy-
słuchamy jego własnych słów; przekonamy się,  że w 
znacznej mierze zniewolony został do tego przedsięwzię-
cia szczególnym zbiegiem przemożnych okoliczności, a 
jeżeli nawet zuchwały był sposób prowadzenia tej 
kampanii, ostateczne jej wyniki byłyby niewątpliwie 
pomyślne, gdyby przedwczesne załamanie się sił fizycz-
nych w pewnej mierze nie pozbawiło tego wielkiego 
człowieka owej mocy, jaką zachował jego duch. 

Traktaty zawarte z Austrią i Prusami otwierały Na-

poleonowi drogę do Rosji. Lecz jeśli miał wedrzeć się w 
głąb tego państwa, musiał jeszcze upewnić się, jakie 

background image

będzie stanowisko Szwecji i Turcji. W owym czasie 
wszystkie kombinacje militarne do tak olbrzymich do-
szły rozmiarów, że układając plany wojenne, nie wy-
starczało wziąć pod uwagę konfiguracji pojedynczych 
prowincji, biegu rzek lub łańcuchów górskich. Gdy tacy 
potentaci, jak Aleksander i Napoleon, ubiegali się o 
zwierzchnictwo nad Europą, należało ogarnąć całokształt 
ogólnej sytuacji wszystkich państw oraz wzajemny ich 
stosunek; polityka ich winna była kreślić swoje plany 
wojenne nie na mapach poszczególnych krajów, lecz 
całego globu ziemskiego! 

Otóż Rosja panuje nad tą połacią Europy, gdzie morza 

z północy i południa naturalną jej stanowią granicę. 
Niełatwo osaczyć i zmusić do układów jej rząd na tych 
prawie niezmierzonych przestrzeniach, gdzie podbój 
wymagałby długich kampanii, utrudnianych przez ostry 
klimat. Konieczna więc była pomoc Turcji i Szwecji, aby 
uderzyć na imperium, ugodzić je w samo serce przez 
zajęcie jego nowoczesnej stolicy i obejść daleko z 
lewego flanku jego wielką armię nadniemeńską — 
zamiast atakować wojska rosyjskie od czoła wśród roz-
ległej równiny, gdzie armii nie grozi rozsypka i gdzie 
zawsze znajdzie się mnóstwo dróg na wypadek odwrotu. 

Wszyscy więc, nawet prości żołnierze, z dnia na dzień 

oczekiwali wieści o równoczesnym pochodzie Wielkiego 
Wezyra na Kijów i wkroczeniu wojsk Bernadotte'a do 
Finlandii. Ośmiu monarchów zaciągnęło się już pod 
sztandary Napoleona, lecz wahali się dotychczas ci dwaj, 
na których najwięcej mu zależało. Zaiste, godnym wiel-
kiego cesarza byłoby zjednanie sobie, dla urzeczywi-
stnienia tych kolosalnych zamiarów, wszystkich mo-
carstw, wszystkich narodów, całej Europy. 

Zwycięstwo miałby wówczas zapewnione. Gdyby zaś 

było zabrakło nowoczesnego Homera, aby unieśmiertel-
nić bohaterską epopeję  władcy nad władcami, spiżowy 
głos XIX stulecia — wielkiego stulecia chwały — go-
dnie byłby go zastąpił i okrzyk zdumionej ludzkości, 
dźwięcząc potężnie i rozgłośnie, przeniknąć mógł z po-
kolenia w pokolenie, aż do najdalszej przyszłości! 

Nie był nam wszakże sądzony taki ogrom sławy... 

Bezgranicznym tedy było zdumienie nasze, gdy na 

ziemi rosyjskiej doszły nas wreszcie wieści o zawarciu 
przez Aleksandra wrogich nam traktatów z Turcją i ze 
Szwecją. Z niepokojem spoglądaliśmy na prawe nasze 

background image

skrzydło — odsłonięte, lewe — znacznie osłabione, na 
zagrożoną teraz powrotną drogę. 

Cesarz Francuzów — przeciwnie — mniemał, iż potęga 

jego geniuszu i olbrzymia, sześćkroć stutysięczna armia 
przeważy na szali; że zwycięstwo, odniesione nad 
Niemcami, przetnie splątany węzeł dyplomatycznych 
trudności, które może zbytnio sobie lekceważył; że wów-
czas wszyscy monarchowie europejscy, olśnieni  świe-
tnym blaskiem gwiazdy cesarskiej, uchylą przed nim 
czoła, że będzie gorzał jako słońce w otoczeniu satelitów. 

9 maja 1812 roku Napoleon — dotychczas zawsze 

zwycięski — opuścił pałac cesarski, do którego powrócić 
miał w niedalekiej przyszłości zwyciężony i znękany. 

Z Paryża do Drezna droga jego była nieustającym 

triumfem. Pokonani Niemcy — bądź to dla ratowania 
miłości własnej, bądź też wskutek upodobania do nie-
zwykłych zjawisk, gotowi byli uznać Napoleona za istotę 
nadprzyrodzoną. Ulegając z pewnym zdziwieniem 
ogólnemu prądowi, te poczciwe ludy szczerze starały się 
uwierzyć w narzucone im zewnętrzne objawy nie istnie-
jących uczuć. 

Tłumnie ciśnięto się wzdłuż drogi, którą przebywał 

cesarz. Książęta opuszczali stolice swoje, wypełniając po 
brzegi miasta, w których miał się zatrzymać, choćby 
tylko na krótko, potężny arbiter wspólnych ich losów. 
Cesarzowa towarzyszyła Napoleonowi wraz z licznym 
dworem. Barwny ten i świetny pochód przypominał ra-
czej triumfalny powrót zwycięzcy, aniżeli wędrówkę ku 
niepewnej przyszłości, ku dalekim i straszliwym pobo-
jowiskom rozstrzygającej walki. Nie w ten sposób Na-
poleon gotował się był niegdyś do boju. 

Życzenie jego, iżby cesarz austriacki, kilku królów i 

liczni udzielni książęta powitali go w Dreźnie, spełnione 
zostało w zupełności; przybyli wszyscy, bądź to z 
wyrachowania, bądź też z obawy; jedyną zaś pobudka, 
która kierowała Napoleonem, była chęć upewnienia się o 
swojej wszechmocy i zadokumentowania jej w oczach 
Europy. 

Ambicji jego dogadzało, aby to jego zbliżenie ze starym 

domem Habsburgów zyskało w oczach Niemców 
charakter uroczystości rodzinnej. Napoleon sądził,  że 
świetność tego zjazdu stanowić  będzie rażącą sprzecz-
ność z osamotnieniem cara, który może zlęknie się swe- 

background image

go opuszczenia, że nadto obecność w Dreźnie sprzymie-
rzonych monarchów upewni wszystkich, iż zamierzona 
wojna jest istotnie wojną ogólnoeuropejską. 

Tam więc — w sercu Niemiec — zatrzymał się nieco 

dłużej z małżonką swoją — córką imperatorskiego rodu. 
Na wieść o jego przybyciu zbiegły się zewsząd nieprze-
brane tłumy: magnaci i nędzarze, szlachta i lud, przy-
jaciele i wrogowie. Ruchoma ludzka fala, gnana cieka-
wością, zalała drogi, ulice i place. Z namiętnym uporem, 
ze wzrokiem utkwionym w okna i bramy królewskiego 
pałacu, wyczekiwano dniem i nocą. Niczym był dla tego 
tłumu olśniewający blask korony cesarskiej, niczym 
świetność i przepych dworu. Napoleona jedynie chciano 
oglądać, by zapamiętać na zawsze nieprzeniknione jego 
oblicze, by móc później opowiadać o nim mniej szczę-
śliwym rodakom, dzieciom i wnukom. 

W teatrach przypochlebni poeci czynili zeń półboga, 

ludy całe składały mu korne hołdy. 

Bardziej jeszcze zdumiewający widok przedstawiały 

rankiem antykamery cesarskie. Na równi z innymi cze-
kali na audiencję udzielni książęta, tak wymieszani z 
wojskowymi,  że nieraz oficerowie musieli przestrzegać 
się wzajemnie, by nie urazić mimo woli tych dworaków-
nowicjuszy. Obecność Napoleona, przewaga jego nad 
wszystkim i wszystkimi — niwelowała wszelkie różnice. 
Być może, iż  źle hamowana buta wojskowa niektórych 
naszych generałów zraziła wówczas obecnych w Dreźnie 
królów i książęta; ci żołnierze czuli się im równi, 
zwycięzca bowiem zawsze równy jest zwyciężonemu, 
bez względu na dostojność jego i znakomite pochodzenie. 

Tymczasem rozważniejsze jednostki wśród nas przy-

glądały się z pewnym zaniepokojeniem temu osobliwemu 
widowisku. Szeptano po cichu, że trzeba się uważać za 
nadprzyrodzoną istotę, aby tak wszystko zmieniać i 
przekształcać bez obawy, że z kolei zostanie się wchło-
niętym przez ogólny chaos; że jadem nienawiści dławią 
się już ci monarchowie i opuszczają pałac Napoleona; że 
poufne, nocne narady z ministrami i zausznikami 
niejednokrotnie przeplatane były objawami żalu i obu-
rzenia. Każdy najdrobniejszy nawet szczegół zwiększał 
rozgoryczenie. Jakżeż natrętnym wydawał się tym kró-
lom i książętom tłum, otaczający zwartym kołem pałac 
Napoleona, podczas gdy ich własne rezydencje opusto- 

background image

szałe były i samotne, gdy odbieżeli ich wszyscy, własne 
nawet ludy. Nie rozumiano, że głosząc jego szczęście, 
lżono ich niedolę. Przyjazd ich do Drezna zwiększył jeno 
wpływ i urok Napoleona, uwydatnił  świetność gwiazdy 
cesarskiej, gdyż nad nimi on triumfował: każdy okrzyk 
uwielbienia i podziwu dla cesarza dźwięczał dla nich jak 
wyrzut złowrogi — jego wielkość była ich poniżeniem, 
jego zwycięstwo — ich porażkami. Na pewno nie 
ukrywali swojej goryczy i z dniem każdym pogłębiała się 
ich nienawiść. Niebawem wyjechał nagle jeden z 
dostojnych uczestników zjazdu, nie mogąc znieść już 
dłużej niewypowiedzianie przykrej dla niego sytuacji. 
Wśród pozostałych szczególną nienawiścią — nieumie-
jętnie skrywaną — pałała cesarzowa austriacka, wnuczka 
władców zdetronizowanych niegdyś we Włoszech przez 
generała Bonapartego. Przejrzał  ją Napoleon i z 
uśmiechem na ustach rozbrajał przeciwnika, niemniej 
jednak wdzięk i dowcip cesarzowej jednał jej coraz 
więcej zwolenników, którym udzielała się jej nienawiść. 

Maria Ludwika mimo woli przyczyniła się również do 

zaostrzenia już i tak napiętych stosunków. Przepychem 
toalet i klejnotów starała się zaćmić macochę, a 
jakkolwiek Napoleon nieraz skłaniał żonę do pewnych w 
tym kierunku ograniczeń, ostatecznie pod wpływem 
uczucia i zmęczenia ustępował zawsze wobec próśb, a 
nawet i łez. Poza tym, jak gdyby zapominając o własnej 
narodowości, Maria Ludwika kilkakrotnie zraniła 
podobno miłość własną Niemców przez nietaktowne po-
równywanie losów swojej dawnej i obecnej ojczyzny; 
Napoleon strofował ją z obowiązku raczej aniżeli z prze-
konania; w głębi duszy cieszył się bowiem z uczuć pa-
triotycznych cesarzowej, choć sutymi darami — pozornie 
przynajmniej — okupywał popełnione przez nią błędy. 

Jedynym zatem rezultatem tego zjazdu była ogólna 

chęć i rozgoryczenie. Napoleonowi, który tak starał się 
wszystkim podobać, wydawało się, że tego dokazał; cze-
kając na ostatnie oddziały olbrzymiej swojej armii, która 
maszerowała jeszcze przez terytorium mocarstw 
sprzymierzonych — zajmował się ze szczególnym zain-
teresowaniem sprawami bieżącej polityki. 

Generał Lauriston, ambasador francuski przy dworze 

petersburskim, otrzymał rozkaz, aby uzyskał u cara 

background image

zgodę na przedstawienie mu w Wilnie decydujących 
propozycji. Generał Narbonne, adiutant Napoleona, udał 
się do głównej kwatery rosyjskiej, aby zapewnić Ale-
ksandra o pokojowych zamiarach Francji i, jak fama 
niesie, ściągnąć go do Drezna. Arcybiskupowi z Malines 
powierzono sprawę kierowania patriotycznymi porywami 
Polaków. Królowi saskiemu, który lękał się utraty 
Księstwa Warszawskiego, obiecano sowitsze odszkodo-
wanie. 

Od pierwszych dni dziwiono się wszelako nieobecności 

króla pruskiego na dworze cesarskim. Wkrótce jednak 
rozeszła się pogłoska,  że właściwą tego przyczyną miał 
być niemalże wyraźny zakaz cesarza. Władca ów za-
trwożył się tym bardziej, im mniej był winien. Obecność 
jego widocznie mogłaby być niewygodna. Wobec gro-
żącej mu niełaski, ulegając namowom generała Nar-
bonne'a, Fryderyk przybył jednakże do Drezna. Gdy go 
oznajmiono, w pierwszej chwili Napoleon — zirytowany 
— wzdragał się go przyjąć. „Czego chce tutaj ten król? 
Czy mało jeszcze dał mu się we znaki zasypując go 
listami i ciągle o coś molestując? Dlaczego na dobitkę 
chce go prześladować swoją obecnością? Kto go tu 
potrzebuje?" Dopiero na skutek perswazji Duroca, który 
przypomniał cesarzowi konieczność pozyskania sobie 
Prus przeciw Rosji, otwarły się przed królem bramy 
cesarskiego pałacu. Przyjęty został z wszystkimi należ-
nymi mu honorami. Wysłuchano  łaskawie zapewnień 
jego o szczerym oddaniu, którego dowody, w rzeczy 
samej, dał niejednokrotnie. 

Podobno obiecano mu wówczas rosyjskie prowincje 

nadbałtyckie, które okupować miały wojska pruskie. 
Nadto Napoleon miał jakoby zgodzić się na projekt mał-
żeństwa jednej ze swoich siostrzenic z pruskim następcą 
tronu. Miało to być nagrodą za usługi, jakie miały być 
oddane przez Prusy w ciągu zamierzonej wojny. Tym 
sposobem Fryderyk jako aliant Napoleona mógł utrzymać 
się przy władzy. Brak skądinąd dowodów, które by 
stwierdzały,  że koligacja z rodziną cesarza była istotnie 
równie ponętna dla króla pruskiego, jak niegdyś dla 
następcy tronu hiszpańskiego. 

Napoleon wszakże wyczekiwał jeszcze na rezultat ne-

gocjacji Lauristona i generała Narbonne'a. Łudził się 
nadzieją, że pokona i zjedna sobie Aleksandra grozą nie 
zwyciężonej dotychczas armii swojej i groźnym urokiem 

background image

świetnego zjazdu drezdeńskiego. Kilka dni później, w 
Poznaniu, zwierzył się niejako z tych złudzeń generałowi 
Dessoles: „Skoro zjazd drezdeński nie skłonił Alek-
sandra do zawarcia pokoju, skłoni go do tego wojna". 

Preliminaria te i pertraktacje były w gruncie rzeczy nie 

tyle usiłowaniem zawarcia pokoju, ile raczej podstępem 
wojennym. Napoleon pragnął w ten sposób albo uśpić 
czujność Rosjan i doczekać się dyslokacji pułków 
rosyjskich — a wtedy zgnieść je i rozbić doszczętnie, 
albo też podsycić ich butę i zarozumiałość i od razu 
przejść do walnej rozprawy. Tak w jednym, jak i w 
drugim wypadku — drogą zwycięstwa czy też podstępu 
— wojna byłaby wnet ukończona. Lecz misja Lauristona 
spełzła na niczym, natomiast Narbonne po powrocie 
oznajmił, co następuje: „Nie zauważył w obozie 
rosyjskim ani przygnębienia, ani też czczej fanfaronady. 
Z odpowiedzi cara wywnioskował,  że Rosja godzi się 
raczej na wojnę aniżeli na haniebny pokój; że Rosjanie 
unikać  będą rozstrzygającej bitwy z tak groźnym prze-
ciwnikiem;  że wreszcie cały naród gotów jest do naj-
cięższych ofiar, aby tylko wojnę przedłużyć i zniechęcić 
do niej Napoleona". 

Cesarz — w owej chwili u szczytu potęgi i sławy — 

lekce sobie ważył zawartą w tej odpowiedzi przestrogę. 
Jeśli mam być zupełnie szczerym, dodać muszę, iż pe-
wien magnat rosyjski przyczynił się również niemało do 
ugruntowania mylnych zapatrywań Napoleona; bądź to 
sam był w błędzie, bądź też rozmyślnie upewnił cesarza, 
że Aleksander łatwo upada na duchu, że cofa się przed 
lada przeciwnością. Na nieszczęście, wspomnienie licz-
nych ustępstw cara w Tylży i Erfurcie utwierdziło jeno 
Napoleona w fałszywym tym mniemaniu. 

Pobyt w Dreźnie przeciągnął się do 29 maja. 

W końcu znudzony hołdami Niemców, pragnąc co 

rychlej pokonać Rosję, Napoleon z Drezna udał się do 
Poznania, gdzie zabawił tylko tyle czasu, aby ująć sobie 
Polaków; stamtąd podążył zaś nie do Warszawy, która w 
danym momencie leżała poza głównym terenem za-
mierzonej akcji, i gdzie znów czekały go sprawy poli-
tyczne, lecz do Torunia, w celu obejrzenia fortyfikacji, 
magazynów i załogi. W Toruniu ozwały się po raz 
pierwszy skargi miejscowej ludności polskiej, niemiło-
siernie ograbianej i lżonej przez naszych aliantów. Na-
poleon nie szczędził królowi Westfalii nagany, a nawet 

background image

i pogróżek. Lecz jak wiadomo, zarówno nagany, jak i 
pogróżki mijały bez echa przy jego tak niespokojnym 
trybie  życia; zresztą wybuchy gniewu cesarza, jak 
wszelkie inne jego porywy, były zazwyczaj krótkotrwałe: 
ochłonąwszy,  żałował zawsze uniesienia i z właściwą 
sobie dobrocią niejednokrotnie starał się nagrodzić wy-
rządzoną przykrość; zresztą — sam ponosił do pewnego 
stopnia odpowiedzialność za nieład i nadużycia, gdyż o 
ile zapasy żywności obfite były i doskonale rozlokowane 
na przestrzeni między Odrą, Wisłą i Niemnem, o tyle 
dotkliwie odczuwano brak paszy i furażu, trudniejszych 
do transportu. Już w owym czasie kawaleria nasza 
zmuszona była kosić zielone żyta i zrywać z dachów 
strzech, albo jako tako wyżywić konie. Co prawda, nie 
wszystkie pułki na tym poprzestały; skoro jednak 
dozwolono na jedno nadużycie, w jakiż sposób zapobiec 
innym? 

Opuściwszy Toruń, Napoleon jechał brzegiem Wisły. 

Ponieważ Grudziądz był w rękach pruskich, ominął go. 
Była to twierdza ważna dla bezpieczeństwa jego armii, 
przeto cesarz wysłał oficera artylerii z kilkunastu arty-
lerzystami, rzekomo dla robienia naboi, w rzeczy samej 
zaś z innym zupełnie, tajnym celem. Ekspedycja spełzła 
wszakże na niczym wobec niezwykłej czujności licznej 
załogi. 

W Malborku cesarza powitał marszałek Davout. Bądź 

to przez pychę, bądź też z innych pobudek marszałek nie 
uznawał nad sobą nikogo prócz Napoleona. Wyjątkowo 
wytrwały i uparty, o silnej, nieugiętej woli, nie poddawał 
się ani okolicznościom, ani ludziom. W roku 1809 
Davout, pozostający wówczas chwilowo pod dowódz-
twem Berthiera, wygrał bitwę i ocalił armię tylko dzięki 
temu, iż nie usłuchał rozkazów swego wodza. Stąd 
śmiertelna nienawiść, wzrastająca w dniach pokoju nie-
ustannie, lecz bez zewnętrznych objawów, dla tej prostej 
przyczyny,  że Berthier mieszkał wtedy w Paryżu, a 
Davout w Hamburgu. Otóż kampania rosyjska postawiła 
oko w oko obu przeciwników. Berthier starzał się. 
Począwszy od roku 1805 wstręt budziła w nim wszelka 
wojna. Militarny talent jego polegał  głównie na nie-
zmordowanej pracowitości i niezwykłej pamięci. Nie 
myląc się nigdy, mógł odbierać i rozsyłać — o każdej 
porze dnia i nocy — najróżnorodniejsze wieści i rozkazy. 
Lecz w tym wypadku sądził, iż przysługuje mu 

background image

prawo wydawania rozkazów samodzielnych. Davout po-
czuł się tym urażony. Przy pierwszym tedy spotkaniu w 
obecności cesarza, który dopiero co przybył do Mal-
borka, doszło pomiędzy nimi do gwałtownej sprzeczki. 

W uniesieniu Davout nie cofnął się nawet przed za-

rzutami nieudolności i zdrady. Padły obelżywe słowa. A 
gdy Berthier wyszedł, Napoleon — ulegając mimo woli 
podejrzliwym insynuacjom marszałka — zawołał: 
„Zdarza mi się niekiedy wątpić o wierności najdawniej-
szych moich towarzyszy broni; wówczas jednak takim 
żalem ściska mi się serce, że odpycham czym prędzej te 
bolesne myśli". 

Podczas kiedy Davout nieopatrznie rozkoszował się 

poniżeniem swego przeciwnika, cesarz podążył ku Gdań-
sku wraz z pałającym zemstą Berthierem. Od tej chwili 
datuje się niepomyślny zwrot w karierze Davouta, wbrew 
poświęceniu jego, niezaprzeczonej sławie i oddanym 
czasu tej wojny usługom. Niechęć do Davouta pogłębiała 
się i miała wydać zgubne owoce. Sprawiła ona, że cesarz 
stracił zaufanie do tego mężnego, wytrwałego i mądrego 
żołnierza, a bardziej począł faworyzować Murata, 
którego zuchwałość większe rokowała mu nadzieje. 
Napoleon wszelako nie martwił się tym 
współzawodnictwem swoich marszałków; byłaby go ra-
czej niepokoiła ich zbytnia jedność. 

12 czerwca cesarz wyruszył z Gdańska do Królewca. W 

Królewcu, który był drugim punktem zbornym armii 
francuskiej, ukończona wreszcie została inspekcja 
olbrzymich magazynów, zawierających nieprzebrane 
wprost zapasy żywności. Nie zaniedbano niczego, aż do 
najdrobniejszych nawet szczegółów. Twórczy i namiętny 
geniusz Napoleona skupił się wtedy całkowicie nad tą 
jedną, niezmiernie ważną i bodaj czy nie najtrudniejszą 
częścią przygotowań wojennych. Jak świadczy jego 
korespondencja, nie szczędził ani szczegółowych zleceń, 
ani rozkazów, ani pieniędzy; godzinami całymi, dniem i 
nocą dyktował odnośne instrukcje. W ciągu jednego 
tylko dnia pewien generał otrzymał z kancelarii cesar-
skiej aż sześć depesz, tego samego tyczących się przed-
miotu. 

W jednej z nich czytamy: „Wobec ogromu armii 

zbraknąć musi koni, jeśli nie zostaną przedsięwzięte na-
leżyte ostrożności". W drugiej zaś: „Wszystkie furgony, 
prócz tych, które potrzebne są przy ambulansach, po- 

background image

winny być zużytkowane do przewozu mąki, chleba, ryżu, 
jarzyn i wódki. Wynikiem dotychczasowej mojej akcji 
będzie zgromadzenie w jednym punkcie czterystu tysięcy 
ludzi. Wówczas zaś nie możemy liczyć na mieszkańców 
danej okolicy, jeno na siebie i na własne zapro-
wiantowanie". Zawiodły jednak wszelkie rachuby: zbra-
kło wkrótce środków przewozu, a i cesarz sam dał się 
niebawem unieść własnemu zapałowi. 

background image

PRZEJŚCIE NIEMNA 

apoleon skoncentrował wojska swoje w 
Polsce i Prusiech Wschodnich, między 
Królewcem i Gąbinem. Pod koniec wiosny 
roku 1812 odbył przegląd niektórych 
korpusów. Przemowy jego do żołnierzy były 
wesołe, częstokroć szorstkie i rubaszne; 
wiedział bowiem dobrze, że w stosunku do 

tych prostych, a jak stal hartowanych ludzi szorstkość jest 
szczerością, rubaszność — siłą, wyniosłość — 
pańskością;  że przeciwnie, salonowe formy i wykwint 
obejścia uważane są przez nich za objawy słabości i 
zniewieściałości;  że miodowe słówka brzmią w ich 
uszach jak obca, równocześnie niezrozumiała i śmieszna 
gwara. 

Przyjętym przez się zwyczajem, pieszo obchodzi sze-

regi. Pamięta doskonale, kiedy i w jakich kampaniach 
brał udział każdy pułk. Interpeluje najstarszych żołnierzy, 
przypominając im ubiegłe lata: Piramidy, Marengo, 
Austerlitz, Jenę, Friedland. Ze wspomnieniem łączy nie-
kiedy szorstką pieszczotę, zaś stary wiarus — wzruszony 
pamięcią cesarza — dumny spogląda z góry na młod-
szych, mniej zasłużonych, a zazdroszczących mu kamra-
tów! 

Napoleon zaś idzie dalej, nie pomijając nikogo, aż do 

najmłodszych rekrutów, którym szczególnie okazuje za-
interesowanie; znane mu są najdrobniejsze ich potrzeby; 
wypytuje się o wszystko: o żołd i zwierzchników, o po-
żywienie i ubranie, przegląda nawet zawartość ich tor-
nistrów. 

Dotarłszy wreszcie do środkowych szeregów — infor-

muje się o najgodniejszych kandydatach na wakujące 
stopnie. Sam wypytuje kandydatów: „Ile lat służby? Ile 

background image

odbytych kampanii? Wiele razy ranny? Gdzie się odzna-
czył?" Po czym niezwłocznie mianuje ich oficerami, 
asystując osobiście przy odnośnych formalnościach. 
Wszystko to podnosi jego urok i zjednywa mu serca żoł-
nierzy. Szepcą  wśród szeregów, że ten mocarz nad mo-
carzami, który całą ujarzmił Europę i wszystkim ludom 
przewodzi, interesuje się dobrotliwie każdą drobnostką, 
losu  żołnierzy dotyczącą;  że oni są jego najdawniejszą, 
jego prawdziwą rodziną. W ten sposób powstawał kult 
wojny i sławy, i osoby cesarza! 

Tymczasem armia posuwała się od Wisły ku Niem-

nowi. 

Sięgaliśmy już granicy rosyjskiej. Armia cała rozciąg-

nięta była wzdłuż Niemna na znacznej przestrzeni. Na 
skraju prawego skrzydła stał trzydziestoczerotysięczny 
korpus Austriaków Schwarzenberga, który przybył tu z 
Galicji przez Drohiczyn; na lewym jego flanku, idący od 
Warszawy na Białystok i Grodno — korpus króla 
Westfalii, złożony z siedemdziesięciu dziewięciu tysięcy 
dwustu Westfalczyków, Saksończyków i Polaków; obok 
niego, w pobliżu Mariampola i Pilony, stał wicekról 
Włoch na czele siedemdziesięciu dziewięciu tysięcy pię-
ciuset Bawarczyków, Włochów i Francuzów; dalej je-
szcze — sam cesarz i dwieście dwadzieścia tysięcy ludzi 
pod dowództwem króla Neapolu, księcia Eckmühl, oraz 
książąt Gdańska, Istrii, Reggio i Elchingen. Przybyłe z 
Torunia, z Kwidzynia i z Elbląga korpusy te zeszły się 23 
czerwca nie opodal Nogaryska, o milę powyżej Kowna. 
Na skraju lewego skrzydła, na wprost Tylży, stał korpus 
Macdonalda, trzydzieści dwa tysiące pięciuset ludzi — 
Prusaków, Bawarczyków i Polaków. 

Wszystko było w pogotowiu. Od brzegów Gwadalki-

wiru i Zatoki Kalabryjskiej aż po Wisłę  ściągnięto 
sześćkroć siedemnaście tysięcy ludzi, z których czterysta 
osiemdziesiąt tysięcy stało już wzdłuż linii nadnie-
meńskiej; prócz tego — sześć kompletnych parków pon-
tonowych, z których jeden oblężniczy; kilkanaście ty-
sięcy wozów z żywnością; nieprzeliczone stada wołów; 
tysiąc trzysta siedemdziesiąt dwa działa oraz mnóstwo 
jaszczyków z amunicją i furgonów ambulansowych. 

Wielka Armia dążyła tedy ku Niemnowi trzema od-

dzielnymi partiami. 

Król Westfalii, na czele osiemdziesięciu tysięcy ludzi, 

posuwał się ku Grodnu; wicekról Włoch, z siedemdzie- 

background image

sięciopięciotysięcznym korpusem — ku Pilonie; Napo-
leon, z dwustu dwudziestu tysiącami ludzi — w stronę 
Nogaryska, folwarku położonego o trzy mile powyżej 
Kowna. Dnia 23 czerwca kolumna cesarska doszła przed 
świtem do Niemna, który w tym miejscu krył się wśród 
wzgórz i gęstego pilwiskiego lasu. 

U godzinie 2 z rana Napoleon, jadący dotąd powozem, 

dosiadł konia. Pięć miesięcy później, nocą również, lecz 
znękany, zwyciężony — przepłynąć miał znów tę samą 
pamiętną rzekę i przekroczyć rosyjską granicę. Owóż 
gdy dojeżdżał do Niemna, koń nagle zwinął się pod nim 
i wysadził go z siodła. Jakiś  głos zawołał: „Zła to 
wróżba; Rzymianin cofnąłby się!" Nie wiadomo, kto 
wyrzekł te słowa: sam cesarz czy też ktoś ze świty ce-
sarskiej? 

Ukończywszy rekonesans, wydał rozkaz tyczący się 

budowy mostów: nazajutrz, o zmierzchu, trzy mosty 
stanąć miały w pobliżu wsi Poniemoń. Resztę dnia spę-
dził cesarz w swojej kwaterze, bądź to w namiocie, bądź 
też pod gościnnym dachem polskiego dworu, szukając na 
próżno spoczynku, odrętwiały, znużony niewywczasem i 
niezwykłym upałem. 

Z nadejściem nocy skierował się znów nad rzekę. Naj-

pierw przeprawiło się  łódką kilku saperów. Zdziwieni 
panującą dookoła ciszą, wylądowali na rosyjskim brzegu 
bez żadnej przeszkody. Z tamtej strony Niemna panował 
spokój; to na ich brzegu toczyła się wojna, pokój zaś 
spowijał  tę ziemię, którą malowano im w tak groźnych 
barwach. Po chwili dopiero zjawił się  młody oficer 
kozacki, dowodzący patrolem. Zjawił się, jak gdyby nic 
nie zagrażało pokojowi, jak gdyby nieświadom tego, iż 
tam — za rzeką — stoją w bojowym szyku nieprzebrane 
hufce wszystkich niemal ludów Europy. „Kto idzie?" — 
zapytał. „Francuzi" — brzmiała odpowiedź. „Czego 
chcecie? W jakim celu przekroczyliście granicę?" — 
„Czego chcemy?... Bić się z wami!... Zająć Wilno!... 
oswobodzić Polskę!" — krzyknął jeden z saperów. 
Kozak zawrócił konia i znikł wkrótce w leśnej gęstwinie. 
Wówczas uniesieni zapałem i ciekawi, co kryje się w 
lesie, trzej nasi żołnierze zdjęli z ramion karabiny. 
Huknęły trzy strzały, a słabe ich echo było jedyną za-
powiedzią rozpoczynającej się nieszczęsnej a wiekopom-
nej kampanii! 

To pierwsze hasło bojowe zirytowało mocno cesarza. 

background image

Skarcił surowo niewczesny wybryk żołnierzy, nie wia-
domo, czy była to z jego strony przezorność, czy też 
złowieszcze przeczucie. Natychmiast trzystu woltyżerów 
przeprawiło się przez rzekę dla ochrony mostów. Wów-
czas z lasu i z wąwozów wysunęły się równocześnie 
wszystkie kolumny francuskie. Szły w milczeniu, nie-
widoczne pod osłoną nocy. Zakazano rozpalania ognisk, 
niecenia najdrobniejszych nawet światełek. Odpoczywa-
no z bronią w ręku, jak w obliczu nieprzyjaciela. Mokre 
od rosy, zielone żytnie łany łożem były dla ludzi, strawą 
dla koni. 

Przenikliwy, budzący ze snu chłód długiej nocy, mrok, 

który smutkiem zasnuwa dusze ludzkie, wreszcie blis-
kość niebezpieczeństwa — wszystko to wzmagało ponu-
ry nastrój. Otuchy dodawała jedynie nadzieja zwycię-
stwa. Szeptem powtarzano sobie najcelniejsze urywki 
ostatniej proklamacji Napoleona, a geniusz wojny pło-
miennym swoim tchnieniem rozpalał wszystkie wy-
obraźnie! 

Przed nami leżała granica rosyjska. Nasze chciwe 

spojrzenia, przebijając ciemności, próbowały wedrzeć się 
w krainę, której podbój okryć nas miał nieśmiertelną 
chwałą. Zdawało nam się,  że słyszymy już radosne 
okrzyki Litwinów witających swoich oswobodzicieli, że 
widzimy za rzeką tysiące błagalnie wyciągniętych ku 
nam dłoni. Tutaj wszystkiego nam brakowało, tam opły-
wać  będziemy we wszystko. Oni zatroszczą się o nasze 
potrzeby, przyjmą nas z serdeczną a głęboką wdzięcz-
nością. Czymże był wobec tego trud bezsennej nocy?... 
Niebawem zbudzić się miał dzień, a wraz z nim jego 
dobroczynne ciepło i wszystkie jego uroki. Lecz światło 
dzienne ukazało nam pustą jeno, piaszczystą wydmę i 
posępne, gąszczem podszyte lasy! Oczy nasze spoczęły 
ze smutkiem na postaciach kamratów, a wtedy imponu-
jący widok olbrzymiej naszej armii nową napełnił nas 
dumą i pokrzepił otuchą. 

W odległości trzystu kroków od rzeki, na najwyższym 

pagórku, bielił się namiot cesarza. Dookoła zaś wszystkie 
wzgórza, stoki pagórków, jary i wąwozy roiły się od 
ludzi i koni. Gdy pierwsze promienie słoneczne padły na 
te ruchome masy, połyskujące bronią, ozwały się trąbki i 
trzy olbrzymie kolumny ruszyły ku trzem mostom. Jak 
potworne cielska ogromnych wężów wiły się i pełzały 
pośród niewielkiej piaszczystej równiny, 

background image

dzielącej je od Niemna, wydłużały się i zacieśniały coraz 
bliżej rzeki i mostów, a po chwili pierwsze szeregi roz-
wijały się już na tej obcej ziemi, którą miały spustoszyć, 
a następnie zasłać własnymi krwawymi szczątkami. 

Tak wielki był zapał,  że doszło niemal do utarczki 

między dwiema dywizjami przednich straży, każda z nich 
bowiem usiłowała pierwsza dostać się na przeciwległy 
brzeg. Z trudem zdołano zaledwie uśmierzyć 
wzburzonych  żołnierzy. Napoleon również pośpieszył 
postawić stopę na ziemi rosyjskiej. Bez lęku i wahania 
czynił ten pierwszy krok na drodze prowadzącej do 
zguby. 

Początkowo nawet osobiście doglądał przeprawy, 

obecnością swoją zagrzewając żołnierzy, którzy witali go 
zwykłym okrzykiem. Wydawali się bardziej rozentu-
zjazmowani od niego: może w owej chwili padł mu na 
duszę mroczny cień zwątpienia; może osłabł chwilowo, 
znużony bezsennością i upałem, albo też dziwił się, iż nic 
więcej nie ma już do zdobycia. 

Wreszcie — zniecierpliwiony — ściągnął cugle i pom-

knął w las nad rzeką. Zdawało się,  że w swym zapale 
chce sam uderzyć na wroga. Przejechał tak samotnie 
przeszło milę. W końcu zawrócił ku rzece i brzegiem 
Niemna podążył wraz z gwardią ku Kownu. 

Głuchy huk wstrząsnął nagle powietrzem. Idąc na-

słuchiwaliśmy, w której stronie rozpoczyna się bitwa. 
Lecz z wyjątkiem luźnych oddziałów kozackich, zarówno 
tego dnia, jak i następnych, walczyły z nami jedynie 
żywioły. Zaledwie bowiem cesarz przeprawił się przez 
rzekę, rozległ się daleki huk. Niebawem ściemniło się; 
zerwała się, zawyła wichura, a z nią złowróżbne pomruki 
gromów. Otaczająca nas pustka i brzemienne czarnymi 
chmurami niebo posępny wytwarzały nastrój. Najwięksi 
nawet zapaleńcy spoglądali z zabobonną trwogą na 
zbliżającą się nawałnicę. Zdawało się,  że te rozdzierane 
błyskawicami chmury, co gromadzą się nad naszymi 
głowami, opadną na ziemię, aby bronić jej przed naszym 
najazdem. 

Burza ta dorównywała wielkością naszemu przedsię-

wzięciu. W ciągu wielu godzin, na przestrzeni pięćdzie-
sięciu mil nadciągały zewsząd czarne i gęste chmury. 
Niebo prażyło ogniem, a chłostało ulewą. Woda poza-
lewała drogi i pola, straszliwy upał przemienił się nagle 

background image

w przejmujący chłód. Padło wtedy dziesięć tysięcy koni, 
częściowo podczas marszu, lecz głównie na postojach. 
Wzdłuż piaszczystego wybrzeża porzucono mnóstwo 
wozów. Dzień ten wielu ludzi przypłaciło zdrowiem, a 
nawet i życiem. 

Na początku burzy cesarz schronił się do pobliskiego 

klasztoru. Wkrótce jednak ruszył dalej, ku Kownu, gdzie 
panował zupełny bezład i rozprzężenie. Błyskawice i 
pioruny nie przestraszały już nikogo, nie zwracano na nie 
żadnej uwagi. Burza — zwykłe o tej porze zjawisko — 
zatrwożyła nieliczne jednostki, ogół natomiast 
zachowywał się obojętnie. Powszechna niewiara bądź to 
wyrozumowana, bądź też prostacka i bezmyślna, gwał-
towne  żądze i namiętności, wzrastająca coraz bardziej 
ilość nieodzownych potrzeb, wszystko to oddalało duszę 
ludzką od nieba, kolebki jej i ostatniego przytułku. Toteż 
straszliwa owa burza na nikim właściwie nie wywarła 
głębszego wrażenia; widziano w niej jedynie niefortunny, 
ale naturalny przypadek, i armia nie umiejąc dostrzec w 
niej potępienia tak srogiego najazdu, za który zresztą nie 
ponosiła odpowiedzialności, znajdowała tu powód do 
gniewu przeciw losowi lub niebiosom, które tą drogą 
ostrzegały wówczas — mimowolnie lub świadomie — 
przed straszliwą przyszłością. 

Tegoż dnia do ogólnej niedoli przybyło jeszcze jedno 

niepowodzenie. Opodal Kowna kozacy zburzyli na Wilii 
most, uniemożliwiając tym samym przejście korpusowi 
Oudinota. Napoleon zirytowany nieoczekiwaną prze-
szkodą, lekceważąc ją tak, jak lekceważył wszystko, co 
stawało mu na zawadzie, rozkazał szwadronowi Polaków 
przebyć wpław rzekę. Bez wahania skoczyli dzielni 
żołnierze w spienione nurty. 

Początkowo płynęli szeregami, niebawem jednak, gdy 

zdwoiwszy wysiłki znaleźli się na głębinie, zniosła ich 
fala. Przestraszone konie, szarpiąc się, na próżno usiło-
wały walczyć z wartkim prądem. Jeźdźcy dobywali 
ostatka sił, by dopłynąć i rozkaz spełnić, lecz wkrótce i 
oni również zanurzali się coraz bardziej, coraz wido-
czniej szli na dno. Nieuchronną była ich zguba, lecz że 
na ojczystej ginęli ziemi, za sprawę wspólnej Matki, za 
jej zbawcę, więc zwróciwszy nadludzkim wysiłkiem gło-
wy w stronę Napoleona, z okrzykiem: „Niech żyje ce-
sarz!" — zniknęli pod wodą. Trzej zwłaszcza okrzyk ten 
powtórzyli kilkakrotnie, nim pochłonęła ich wzbu- 

background image

rzona topiel. Tysiące oczu spoglądało na nich ze zgrozą i 
uwielbieniem. 

Co się tyczy Napoleona, to wydał wprawdzie szybko i z 

całą precyzją odpowiednie polecenia i zarządził akcję 
ratunkową, nie znać było jednak na nim żadnego wzru-
szenia: albo tak umiejętnie panował nad sobą, albo pod-
czas wojny uważał wszelkie wzruszenia za karygodny 
objaw słabości, albo wreszcie przewidywał większe nie-
szczęścia, wobec których niczym była utrata jednego 
szwadronu. 

Z Kowna w dwa dni dotarł Napoleon do wąwozów, 

okalających w pewnej odległości Wilno. Przed wkrocze-
niem do miasta oczekiwał wiadomości od przednich 
straży. Sądził, że Aleksander bronić będzie stolicy Litwy. 
Już parę strzałów obudziło w nim nadzieję walki, gdy 
oznajmiono mu, że bramy Wilna są otwarte. Roz-
czarowany i chmurny, nie szczędził nikomu wymówek; 
oskarżał generałów z awangardy o rozmyślne wypusz-
czenie z pułapki armii rosyjskiej; w uniesieniu nie wahał 
się grozić nawet jednemu z nich, dzielnemu Mont-
brunowi. Zarówno gniew ten, jak groźby, które zresztą 
nie pociągały za sobą żadnych skutków, u tego człowieka 
czynu godne są raczej uwagi aniżeli potępienia, 
stwierdzają bowiem niezbicie, jak wielką wagę przy-
wiązywał cesarz do rychłego zwycięstwa. 

Mimo gniewu cesarz zajął się osobiście ceremoniałem 

wjazdu do Wilna: na czele i w ariergardzie armii szły 
pułki polskie. Bardziej jednak poruszony nagłym od-
wrotem Rosjan aniżeli objawami radości i wdzięczności 
Litwinów, szybko przejechał przez miasto, kierując się 
czym prędzej ku przednim strażom. 

Armia rosyjska cofnęła się, trzeba było podążać jej 

śladem. 

 

background image

II 

BITWA POD OSTROWNEM, WZIĘCIE 

WITEBSKA I SMOLEŃSKA, BITWA POU 

WALUTYNĄ, POŁOCKIEM I WIAŹMĄ 

ocząwszy od Niemna, armia nasza nie ustawała 
w pościgu za Rosjanami. Dnia 25 lipca Murat, 
podążył na czele swojej jazdy ku Ostrownu. O 
dwie mile od tej wioski, szerokim traktem 
ocienionym brzozami, jechał raźno 8 pułk 

huzarów pod dowództwem oficerów: Do-mona, du 
Coëtlosqueta i Carignana. Droga wiodła na szczyt 
pobliskiego wzgórza, na którym stał, w części tylko 
widoczny, korpus nieprzyjacielski, złożony z trzech 
gwardyjskich pułków kawalerii z sześcioma działami. 
Linia rosyjska całkowicie była odsłonięta. 

Oficerowie 8 pułku sądzili, iż poprzedzają ich dwa 

regimenty tejże samej dywizji, maszerujące na przełaj 
polami z. prawej i z lewej strony drogi, a zasłonięte 
pniami i gałęźmi brzóz. Lecz w ciągu marszu oba te 
oddziały zatrzymały się, zaś 8 pułk, który poprzednio 
znacznie już wysunął się naprzód, oddalał się coraz bar-
dziej, mniemając,  że widniejące w odległości stu pięć-
dziesięciu kroków szeregi są szeregami bratnimi. 

Nieruchomość Rosjan do reszty zmyliła dowódców 8 

pułku. Rozkaz atakowania wydawał się im pomyłką, 
wysłali więc na zwiady jednego oficera, a pułk jechał 
dalej. Nagle widzą, że ich oficer pod ciosami szabel wali 
się z konia, a kilku pośród towarzyszących mu żołnierzy 
ginie od armatniej kuli. Nie wahając się już  dłużej, 
morderczym prażony ogniem, pułk pognał w cwał na 
baterię. Stratowano i wybito kanonierów, zabrano działa, 
roznosząc na szablach centrum linii nieprzyjacielskiej. W 
zamieszaniu tego pierwszego zwycięstwa widzą, za-
skoczony tym spotkaniem, drugi pułk rosyjski, który 
niedawno minęli. Uderzają nań od tyłu i roznoszą. Od- 

background image

niósłszy to drugie zwycięstwo spostrzegają trzeci pułk z 
lewego skrzydła nieprzyjaciela, który — wylękły — 
cofać się zaczął z pola bitwy; nasi, zebrawszy ile się dało 
żołnierza, szybko zwracają się ku trzeciemu wrogowi, 
zaskakując go w marszu i rozbijając w puch. 

Zachęcony pomyślnym wynikiem walki, Murat przy-

parł nieprzyjaciela do lasów ostrownickich, lecz gdy po-
dążyć chciał jego śladem, nieoczekiwany napotkał opór. 

Pod każdym względem Ostrowno znakomitą było po-

zycją. Wieś leżała przy trakcie, na wzgórzu, z którego 
roztaczał się szeroki widok. Z lewej strony ciągnął się 
rozległy i gęsty bór, z prawej — Dźwina; z frontu bronił 
dostępu głęboki parów. Nie opodal zresztą wznosiły się 
cenne dla Rosjan magazyny, a trakt prowadził do 
Witebska, stolicy tej połaci kraju. Czym prędzej też 
nadciągnął do Ostrowna Ostermann ze swoim korpusem. 

Tymczasem Murat — równie waleczny dzisiaj, jak i 

niegdyś, równie nieopatrznie narażający własne życie — 
postanowił za wszelką cenę przełamać opór nie-
przyjaciela i zdobyć las, ustawicznie ogniem ziejący. 
Lecz niebawem zrozumiał,  że walka długa będzie i za-
wzięta. Rosjanie atakowali z kolei pozycję zajętą po-
czątkowo przez 8 pułk huzarów; z konieczności zatem 
czoło kolumny francuskiej, składające się z dywizji 
Bruyčres'a i Saint-Germaina oraz 8 pułku piechoty, od-
pierać musiało całą armię nieprzyjacielską. 

Broniono się tak, jak zwykli bronić się zwycięzcy — 

atakując. Na próżno wysuwały się z lasu szarżujące 
korpusy nieprzyjacielskie: kawaleria musiała wnet cofać 
się pod osłonę drzew; piechota, cięta szablami, uciekała 
w popłochu. Znużenie ogarnęło już wszakże nasze pułki, 
gdy nadciągnęła dywizja Delzonsa. Murat skierował  ją 
niezwłocznie ku prawemu skrzydłu, aby uniemożliwić 
odwrót nieprzyjacielowi, który zatrwożył się i zaniechał 
dalszej walki. 

Wspomniane powyżej wąwozy i jary ciągną się na 

przestrzeni kilku mil. Tegoż samego dnia, wieczorem, 
wojska wicekróla połączyły się z korpusem Murata, ale 
już nazajutrz sytuacja Rosjan się zmieniła. W ciągu nocy 
siły Ostermanna wzrosły bowiem w trójnasób dzięki 
przybyciu korpusów Pahlena i Konownicyna. Zabezpie-
czywszy się od lewego skrzydła rosyjskiego, obaj ksią-
żęta francuscy wyznaczali już swojemu prawemu skrzy- 

background image

dłu pozycję, z której pułki ruszyć miały do boju i która 
miała być jednocześnie dla nich punktem oporu, gdy 
wtem nagle ozwała się z lewego flanku głośna wrzawa; 
patrzą: to Rosjanie — ośmieleni dwukrotnym odparciem 
kawalerii i piechoty naszego skrzydła — tłumnie wysy-
pywali się teraz z lasu, dzikie wznosząc okrzyki. W owej 
chwili zapał i męstwo ożywiały szeregi rosyjskie, zwąt-
pienie i bezradność ogarnęły zawsze i wszędzie zwy-
cięskich dotychczas Francuzów. 

84 pułk i batalion Kroatów na próżno usiłowały oprzeć 

się przeważającym siłom; topniały jeno coraz bardziej, 
zaścielając ziemię stosami trupów i rannych; pod 
pozorem ratowania i przenoszenia rannych, częstokroć 
rany symulując, zdrowi i silni licznie opuszczali szeregi. 
Widmo porażki unosiło się nad nami. Wśród ogólnego 
rozprzężenia, przez nikogo nie podtrzymywana, cofać się 
już zaczynała artyleria, najwytrwalsza i najbardziej 
doborowa broń. Chwilę jeszcze, a wszystkie pułki, roz-
bite i zdezorganizowane ucieczką, spotkałyby się w cia-
snej gardzieli wąskiego jaru, wówczas zaś próżnymi 
byłyby groźby i nawoływania oficerów, bezcelowym — 
największe nawet męstwo. 

W owym momencie Murat — wzburzony przebiegiem 

walki — stanął osobiście na czele pułku ułanów polskich, 
którzy zarówno pod wpływem ognistej przemowy króla, 
jak i nieprzejednanej nienawiści względem Rosjan 
cwałem ruszyli za nim do ataku. Podobno Murat chciał 
jedynie poprowadzić ich w wir walki; nie wypadało mu 
brać w niej czynnego udziału, gdyż jako naczelny wódz 
obowiązany był wszystko widzieć i wszystkim kierować; 
lecz na znacznej przestrzeni lance ułanów połyskiwały za 
nim zwartą gęstwiną, a konie mknęły jak wiatr. Nie mógł 
więc ani usunąć się na bok, ani zatrzymać. Pierwszy tedy 
wpadł na szeregi rosyjskie i bił się na równi z innymi, 
niepomny godności swojej, ze zwykłą sobie zuchwałą 
odwagą. 

Równocześnie generał d'Anthouard zagrzewał do walki 

swoich kanonierów, a generał Girardin poprowadził 106 
pułk przeciw prawemu skrzydłu rosyjskiemu i wyparł je 
z pozycji, zabierając mu dwa działa. Z przeciwległej 
strony generał Pirč obszedł nieprzyjaciela z lewego 
flanku i zmusił do odwrotu. Rosjanie cofnęli się w mroki 
leśne. 

Mimo  to  wszakże  bronili  uparcie  na  swoim  lewym 

background image

skrzydle gęstego lasu, którego nader wysunięta pozycja 
przerwała ciągłość naszej linii bojowej. Zaskoczony zie-
jącym z lasu ogniem 92 pułk, wciąż gradem kul zasy-
pywany, stał nieruchomo, nie śmiejąc ani atakować, ani 
też cofać się. Sercami żołnierzy targały dwojakie, naj-
zupełniej sprzeczne uczucia: trwoga przed niebezpie-
czeństwem i obawa hańby. Lecz generał Belliard, w ślad 
którego podążył wkrótce generał Roussel, tak umiejętnie 
podniósł ducha w żołnierzach słowami i własnym 
przykładem, że po krótkiej walce las zdobyto. 

Dzięki temu znaczny oddział nieprzyjacielski, który 

starał się obejść prawe nasze skrzydło, sam został 2 kolei 
otoczony. Dostrzegłszy to Murat ruszył pierwszy ze 
wzniesioną szablą w dłoni, wołając: „Za mną, wiara!". 
Liczne jednak jary i parowy ułatwiły Rosjanom odwrót: 
cofnęli się wszyscy w głąb rozległego lasu, który ciągnął 
się na przestrzeni dwóch mil i był ostatnią zasłoną 
kryjącą przed nami Witebsk. 

Po tak uciążliwej i zażartej bitwie, gdy zarówno król 

Neapolu, jak i wicekról Włoch obawiali się  iść dalej, 
nadciągnął cesarz. Wysłuchawszy złożonego mu przez 
obu książąt raportu, Napoleon udał się przede wszystkim 
na szczyt najwyższego i najbardziej wysuniętego ku 
nieprzyjacielowi wzgórza. Z wyniosłości tej geniusz jego 
wzleciał ponad wszystkie te przeszkody, przeniknął 
tajemniczy gąszcz posępnych lasów i zwartość sinawych, 
dalekich wzgórz i nie wahając się, odnośne wydał roz-
kazy. Lasy, o które poszczerbiła się moc Murata i wi-
cekróla, zostały niebawem przebyte, i tegoż jeszcze dnia 
o wieczornym mroku mieszkańcy Witebska z podwój-
nego swego wzgórza dojrzeć mogli na okalającej miasto 
równinie naszych strzelców. 

Powstrzymała tutaj cesarza noc, tysiące ognisk nie-

przyjacielskich biwaków na równinie, nieznajomość te-
renu, potrzeba wywiadów dla należytego rozlokowania 
dywizji, wreszcie zwłoka spowodowana wąskością jaru, 
przez który pułki kolejno wydostawały się na równinę. 
Zatrzymano się więc, aby odetchnąć, zbadać teren, skon-
centrować siły, odżywić się i przygotować broń na dzień 
następny. Napoleon spędził noc pod namiotem, na pa-
górku, położonym z lewej strony traktu, opodal wsi Ku-
kowicze. 

Nad ranem 27 ukazał się cesarz na forpocztach. Dzien-

ny blask dozwolił mu ujrzeć wreszcie armię rosyjską 

background image

na płaskowzgórzu, które góruje nad wszystkimi drogami 
wiodącymi do Witebska. Rzeka Łuczesa, głębokim pły-
nąca korytem, okalała tę niezwykle silną pozycję. W pe-
wnej odległości od rzeki dziesięć tysięcy jazdy i nieco 
piechoty zdawało się bronić do niej przystępu: piechota 
ustawiona była częściowo w centrum, w poprzek traktu, 
częściowo w lesie na górze, na lewym skrzydle; cała zaś 
kawaleria — na prawym skrzydle, o Dźwinę oparta. 

Czoło armii rosyjskiej nie godziło już wprost w naszą 

kolumnę, lecz nieco na lewo, a zmieniło kierunek, idąc 
brzegiem rzeki, która w tym miejscu oddalała się od nas 
nagłym skrętem. Przeszedłszy po wąskim moście wąwóz, 
który dzielił  ją od tego nowego pola walki, kolumna 
francuska musiała zatem zwrócić się na lewo, wysunąć 
ku przodowi prawe skrzydło tak, aby utrzymać  1  tej 
strony kontakt z rzeką i stanąć naprzeciw szeregów 
nieprzyjacielskich. Na skraju tego wąwozu w pobliżu 
mostu, a na lewo od drogi, odosobniony pagórek zwrócił 
był od razu uwagę cesarza: z pagórka tego obserwować 
mógł obie armie, stojąc sam na uboczu jak sekundant 
podczas pojedynku. 

Najpierw wysunęło się na płaskowzgórze dwustu wol-

tyżerów, wchodzących w skład 9 paryskiego pułku pie-
choty liniowej. Skierowano ich niezwłocznie na lewo, 
obok Dźwiny, wprost całej jazdy rosyjskiej, tworzącej 
lewe skrzydło w nowej konfiguracji. Z tyłu, za wolty-
żerami, szedł 16 pułk konnych szaserów oraz kilka lek-
kich dział polowych. Rosjanie przyglądali się obojętnie 
defiladzie naszych szeregów i czynionym przez nas 
przygotowaniom do ataku. 

Bezczynność ta była dla nas pomyślna. Lecz król Ne-

apolu upojony tyloma spojrzeniami, ulegając wojennemu 
animuszowi, skierował szaserów 16 pułku przeciw całej 
jeździe rosyjskiej. Z przerażeniem spoglądano na 
nieliczny oddział francuski, który poprzez wyrwy i usy-
piska z trudem przedostał się ku nieprzyjacielowi. Nie-
chętnie szli nieszczęśni  żołnierze, ociągając się wobec 
niechybnej zguby. Toteż przy pierwszym natarciu uła-
nów gwardii rosyjskiej — podali tyły; lecz przebyte 
dopiero co jary utrudniały ucieczkę: gdy wróg dopadł 
ich, stoczyli się w rozpadliny, gdzie wielu śmierć po-
niosło. 

Murat — zrozpaczony — z szablą w dłoni rzucił się 

wówczas w odmęt walki, a za nim runęło około sześć- 

background image

dziesięciu jeźdźców: oficerów i żołnierzy. Stanęli zdu-
mieni zuchwałym tym czynem ułani rosyjscy. Murat 
wyszedł cało tylko dzięki swemu forysiowi, który ściął 
wrogie ramię wzniesione nad głową króla, a tymczasem 
szczątki nieszczęsnego regimentu szaserów zdołały 
schronić się pod opiekuńcze skrzydło 53 pułku. 

Śmiała szarża ułanów rosyjskich dozwoliła im dotrzeć 

aż do stóp wzgórza, z którego Napoleon kierował 
przebiegiem bitwy. Według przyjętego zwyczaju, broniło 
cesarza kilkudziesięciu spieszonych szaserów gwardii 
francuskiej. Celnymi strzałami odparli oni atak nie-
przyjaciela. Cofając się, ułani napotkali owych dwustu 
woltyżerów z pułku paryskiego, którzy po ucieczce 16 
pułku pozostali sami na placu boju. Zawrzała walka. 
Wszystkie spojrzenia zwróciły się w tę stronę. 

Mniemano zobopólnie, iż nieuchronną jest zagłada 

szczupłej garstki piechurów. Oni wszakże nie zwątpili o 
sobie. Dowódcy cofnęli się przede wszystkim ze swoimi 
kompaniami pobok Dźwiny na teren wyboisty, gęstymi 
porosły krzakami, pełen dziur i rozpadlin. Obyci z wojną 
i jej fortelami, zbiegli się wnet wszyscy na krótką, a 
decydującą wobec groźnego niebezpieczeństwa 
rozprawę. I wszyscy — od najmłodszego gołowąsego 
rekruta do starych, w służbie osiwiałych wiarusów, ofi-
cerowie i żołnierze — spojrzeli po sobie, starając się 
wyczytać wzajemnie we własnych oczach to, co każdy z 
nich krył na dnie duszy. Lecz wszystkie twarze spokojne 
były. Ogólną widząc ufność, każdy  łacniej zawierzył 
własnym siłom. 

Wykorzystano umiejętnie właściwości terenu. Próżnymi 

były wszelkie usiłowania ułanów rosyjskich: krzaki i 
rozpadliny zatrzymywały ich co chwila, długie lance 
przeszywały jeno powietrze. Przy wtórze świstu i war-
kotu kul, którymi prażyli ukryci za krzakami woltyże-
rowie, coraz gęściej padały ludzkie i końskie trupy, nowe 
tworząc przeszkody. Zniechęceni i zdziesiątkowani, 
Rosjanie zawrócili wreszcie i pognali ku swoim. Uciecz-
ka ich, radosne okrzyki naszej armii, honorowe odznaki 
natychmiast przesłane przez cesarza najwaleczniejszym, 
słowa jego pełne uznania, które po całej rozbrzmiały 
Europie — wszystko to zwiastowało tym walecznym 
żołnierzom zdobytą przez nich chwałę, której oni sami 
nie oceniali jednak dostatecznie: piękne czyny zazwyczaj 
wydają się rzeczą naturalną tym, którzy je spełniają. 

background image

Bliscy  śmierci  lub  co  najmniej  niewoli,   w  tej  samej 
prawie chwili zwyciężali blaskiem sławy promienni! 

Tymczasem armia włoska i jazda Murata, idąca za 

trzema dywizjami pierwszego korpusu, którymi od Wil-
na dowodził hrabia Lobau, atakowały drogę i lasy, gdzie 
znalazło oparcie lewe skrzydło nieprzyjacielskie. Po-
tyczka była ostra, ale trwała krótko. Rosyjska straż 
przednia szybko wycofała się za wąwóz rzeki Łuczycy, 
aby jej tam siłą nie zepchnięto. W ten sposób armia 
nieprzyjacielska połączyła się na drugim brzegu i liczyła 
teraz osiemdziesiąt tysięcy ludzi. 

Zuchwała buta Rosjan, zajmujących obronną pozycję u 

bram gubernialnego miasta, zwiodła Napoleona. Sądził 
bowiem, iż poczucie honoru nie dozwoli im cofać się bez 
walnej bitwy. Mimo wczesnej pory — minęła zaledwie 
jedenasta — kazał zaprzestać walki, aby móc objechać 
spokojnie front całej linii bojowej i wszystko przygoto-
wać na dzień następny do decydującej rozprawy. Nim 
jednak ucichły strzały, ulokował się na niewielkim pa-
górku — pośród strzelców — i tam spożył naprędce 
śniadanie. Z tego samego wzgórza ciekawie obserwował 
nieprzyjaciela, gdy zbłąkana kula zraniła stojącego przy 
nim  żołnierza. Reszta dnia upłynęła na szczegółowych 
zwiadach i na wyczekiwaniu nie nadeszłych jeszcze kor-
pusów. 

Napoleon zapowiedział bitwę na dzień następny.  Że-

gnając Murata, zawołał: „Jutro — o piątej — zabłyśnie 
znów słońce spod Austerlitz". Słowa te tłumaczą nagłe 
zaprzestanie walki w chwili, gdy zwycięstwo zdawało się 
na naszą przechylać stronę, gdy pułki nasze, zniechęcone 
i wyczerpane nieustannym pościgiem, dopadły wreszcie 
nieuchwytnej dotychczas armii rosyjskiej. Murat, który 
na próżno wyglądał co dnia walnej rozprawy — wbrew 
opinii cesarza — utrzymywał, że Barclay dlatego jedynie 
przygotowywał się rzekomo do walki, aby ujść spokojnie 
pod osłoną nocy. Nie mogąc jednak przekonać 
Napoleona, rozłożył się obozem nad samym brzegiem 
Łuczesy, niemal wpośród wojsk rosyjskich. Pozycja ta, z 
której obejmował całe płaskowzgórze, z której mógł 
ewentualnie uczynić wycieczkę na przeciwległy brzeg i 
zakłócić Rosjanom odwrót, odpowiadała najlepiej 
awanturniczemu jego usposobieniu. 

Murat był w błędzie, a jednak miał rację; Napoleon 

trafnie rozumował, a jednak omylił się. Człowiek bo- 

background image

wiem jest zawsze igraszką losu. Cesarz Francuzów prze-
niknął w zupełności zamiary wodza rosyjskiego. Istotnie, 
Barclay sądząc, iż Bagration znajduje się koło Orszy i 
niebawem nadciągnie pod Witebsk, zdecydował się na 
(walną bitwę. Lecz otrzymane wieczorem wieści o wy-
cofaniu się Bagrationa przez Nowy Bychów na Smoleńsk 
zmieniły całkowicie jego plany. 

W rzeczy samej 28 o świcie Murat zawiadomił cesarza, 

iż puszcza się w pogoń za Rosjanami, o których już słuch 
zaginął. Napoleon wszakże nie dał się od razu przekonać, 
twierdząc uparcie, że cała armia nieprzyjacielska jest w 
pobliżu i że wobec tego działać należy z wielką 
ostrożnością. Spowodowało to, oczywiście, znaczną 
zwłokę. Wreszcie cesarz dosiadł konia. Po trochu 
rozwiewały się jego złudzenia, a pierzchły zupełnie, gdy 
stanął pośrodku opuszczonego przez Rosjan obozu. 

Obóz ten zdradzał niepospolitą znajomość sztuki wo-

jennej, zarówno doborem terenu i symetrią poszczegól-
nych kwater, jak ścisłym i absolutnym przestrzeganiem 
obowiązujących przepisów, wzorowym porządkiem i 
czystością; nic nie zostawiono, o niczym nie zapomniano. 
Poza granicami obozu nie było  żadnych  śladów, nic, co 
by wskazywało kierunek, w jakim zwrócili się Rosjanie. 

W porażce ich więcej było  ładu aniżeli w naszym 

zwycięstwie. Cofając się, świecili przykładem, z którego, 
niestety, zwycięzcy nigdy nie korzystają: bądź to dlatego, 
że powodzenie zaślepia, bądź też,  że niedola dopiero 
uczy rozumu. 

Jedynym zyskiem owego dnia, który miał być decy-

dującym, było ujęcie żołnierza rosyjskiego, którego zna-
leziono  śpiącego pod krzakiem. Wkrótce potem szeregi 
nasze wchodziły do Witebska, który okazał się równie 
wyludniony, jak obóz Rosjan. 

Przeszukano na próżno wszystkie drogi. Nikt nie mógł 

dociec, dokąd udali się Rosjanie: w kierunku Smoleńska 
czy też brzegiem w górę Dźwiny. Ney podążył ze swoim 
korpusem ku Smoleńskowi, reszta zaś armii śladem 
dojrzanego w oddali luźnego oddziału kozaków. Brodząc 
po kostki w grząskim piasku, wśród tumanów kurzu, w 
słońcu i spiekocie, uszliśmy sześć mil. Noc zastała nas w 
pobliżu wsi Agaponowszczyzny. 

Podczas kiedy zmordowane i spotniałe pułki gasiły 

pragnienie mętną wodą z błotnistych kałuż, na wzgórzu, 

background image

obok traktu, toczyły się pod cesarskimi namiotami oży-
wione obrady, w których brał udział cesarz, król Ne-
apolu, wicekról i książę Neuchâtelu. 

„Znów tedy, jak pod Wilnem, wymknęło mi się z rąk 

tyle upragnione, tak bardzo oczekiwane i nieodzownie 
potrzebne zwycięstwo. Dosięgnęliśmy wprawdzie tylne 
straże, lecz byłyż one nimi istotnie? A może Barclay 
cofnął się raczej ku Smoleńskowi przez Rudnię? Czyż 
długo jeszcze trzeba będzie  ścigać Rosjan, zanim zmusi 
się ich do rozstrzygającej rozprawy? Konieczność zor-
ganizowania oswobodzonej Litwy, stworzenia magazy-
nów i szpitali, ustanowienia nowego punktu zbornego, 
gdzie mogłyby zgromadzić się i wypoczywać strudzone 
oddziały, wreszcie ogrom linii bojowej, która rozwijała 
się w sposób wręcz zatrważający — czyż to wszystko nie 
powinno nakłaniać do zatrzymania się u granic starej 
Rosji?" 

W czasie narady Murat pokrył milczeniem utarczkę, 

która rozegrała się nie opodal Agaponowszczyzny. For-
poczty nasze zostały rozbite: część jeźdźców zmuszona 
była uciekać pieszo, inni zaś zaledwie uchronić zdołali 
zmordowane i osłabłe konie. Interpolowany przez cesarza 
generał Belliard oświadczył bez ogródek, że pułki wy-
czerpane są doszczętnie;  że po sześciu dniach równie 
forsownych, jak dotychczas, marszów — wyginęłyby 
wszystkie konie; że wypoczynek nieodzownie jest po-
trzebny. 

Straszliwy upał, żar bijący od rozpalonych piasków — 

przeważyły szalę. Cesarz, zmęczony i wyczerpany, uległ 
wreszcie rozumnym perswazjom. Armia francuska roz-
łożyła się wzdłuż  Dźwiny i Dniepru oraz na zawartej 
między tymi rzekami przestrzeni: Poniatowski na czele 
pułków polskich w Mohylowie; korpus Davouta w 
Orszy, Dubrownie i Lubowiczach; Murat, Ney, armia 
włoska i gwardia — między Orszą i Dubrowną z jednej 
strony a Witebskiem i Surażem z drugiej; forpoczty w 
Ladach, Jankowie i Wieliżu na wprost korpusów 
Barclaya i Bagrationa; obie bowiem armie rosyjskie, z 
których jedna, przeprawiwszy się przez Dźwinę, uciekała 
przed Napoleonem na Dryssę i Witebsk, a druga 
przebywszy Berezynę i Dniepr, uchodziła z rąk Davouta 
na Bobrujsk, Bychów i Smoleńsk — zdołały wreszcie w 
jedną połączyć się całość. 

Pojedyncze  wielkie korpusy,   odłączone  od  głównej 

background image

armii, rozlokowane były w następujący sposób: na pra-
wo, wprost Bobrujska, którego bronił dwunastotysięczny 
oddział Haertela — generał Dąbrowski. 

Na lewo, na trakcie wiodącym do Petersburga, a bro-

nionym przez trzydziestotysięczny korpus Wittgensteina, 
w Połocku i Białyczanach — książę Reggi i generał 
Saint-Cyr. 

U skraju lewego skrzydła, wprost Rygi i nieco na 

prawo, ku Dynaburgowi, wzdłuż rzeki Aa — Macdonald 
i trzydzieści osiem tysięcy Prusaków i Polaków. 

Równocześnie — Schwarzenberg i Régnier, na czele 

korpusów saskiego i austriackiego, zajmowali w kierunku 
Słonimia przestrzeń między Niemnem a Bugiem, 
osłaniając Warszawę i tyły Wielkiej Armii, niepokojone 
przez Tormasowa. Książę Belluno nadciągnął od Wisły z 
czterdziestotysięczną rezerwą, a Augereau gromadził w 
Szczecinie nowy, jedenasty z rzędu korpus. 

W Wilnie, otoczony przedstawicielami kilku dworów 

europejskich, rządził książę Bassano. Czynnie zajmował 
się sprawami Litwy, prowadził korespondencję z wszyst-
kimi wodzami, przesyłał im otrzymywane od Napoleona 
instrukcje, posuwając nieustannie w głąb kraju nad-
chodzące wciąż do Wilna zapasy żywności, oddziały 
rekrutów i maruderów. 

Z chwilą gdy cesarz zdecydował się na powyższy plan, 

powrócił wraz z gwardią do Witebska. Wchodząc wie-
czorem 28 lipca do swojej kwatery, odpasał szpadę, a 
rzuciwszy ją porywczo na stół, mapami okryty, zawołał: 
„Zatrzymuję się tutaj, chcę poznać miejscowe warunki, 
skupić całą moją armię, aby wypoczęła, i zorganizować 
Polskę. Kampania roku 1812 jest już ukończona! Rok 
1813 dokona dzieła!" 

Wraz z zajęciem Litwy cel wojny został już właściwie 

osiągnięty, a jednak zaledwie rozpoczęta była kampania, 
zdobyto bowiem ziemię, lecz nie pokonano ludzi. Armia 
rosyjska nie była dotychczas naruszona: oba jej skrzydła, 
rozdzielone gwałtownością pierwszego natarcia, po-
łączyły się ponownie. Wbrew wszelkim przewidywa-
niom, mimo łagodnej, najpiękniejszej pory roku, Napo-
leon postanowił, rzekomo nieodwołalnie, zatrzymać się 
nad brzegami Dniepru i Dźwiny. Tym łacniej zaś mógł 
innych w błąd wprowadzić odnośnie planów swoich i 
zamiarów, że sam siebie zwodził. 

Nakreślono już na mapach linię obronną Francuzów: 

background image

artyleria oblężnicza w pobliżu Rygi, o którą opierało się 
lewe skrzydło armii, Dynaburg i Połock silną obsadzone 
załogą. Witebsk i okalające go lesiste wzgórza, nader 
łatwe do ufortyfikowania — zajęte przez centrum. Od 
Witebska zaś ku południowi, od Berezyny aż po Dniepr, 
wśród trzęsawisk i moczarów — pojedyncze Oddziały, 
broniące nielicznych przejść. Olbrzymią tę linię zamykał 
od południa Bobrujsk, twierdza pozostająca dotąd w ręku 
Rosjan, którą teraz miano zdobyć. Ostatnim atutem w 
grze był projekt masowego powstania ludnych prowincji 
południowych; bitne oddziały partyzanckie wypędzić 
miały Tormasowa i przyłączyć się do armii 
Schwarzenberga. Jeden z najmocniejszych właścicieli 
ziemskich tych prowincji, pan z dziada pradziada, duszą i 
ciałem przystał był od razu do zbawców swojej ojczyzny. 
Jemu też z ramienia cesarza przypadło kierownictwo 
zamierzonej insurekcji. 

W tym stanie rzeczy niczego nie powinno było za-

braknąć: Kurlandia wyżywić miała Macdonalda, Żmudź 
— Oudinota, żyzne równiny Białorusi — cesarza, pro-
wincje południowe — resztę armii. Główne magazyny — 
skoncentrowane w Gdańsku nie były zresztą zbytnio 
oddalone, wielkie składy znajdowały się w Wilnie i 
Mińsku. Tym sposobem armia ściśle byłaby związana z 
oswobodzoną przez się krainą; wszystko zaś zgodnie by z 
nią współdziałało: gleba, rzeki, moczary, produkty i 
mieszkańcy. 

Taki był plan Napoleona. Częstokroć przebiegał cesarz 

Witebsk i jego okolice, jak gdyby chcąc poznać 
dokładniej miejscowości, w których zamierzał osiedlić 
się na długo. Rosły w mieście budowle, powstawały 
różnorodne przedsiębiorstwa i zakłady. Wzniesiono 
między innymi trzydzieści sześć piekarń, które wypiekały 
jednorazowo dwadzieścia dziewięć tysięcy funtów 
chleba. Potrzeba upiększeń przyłączyła się niebawem do 
ściśle realnej i praktycznej działalności. Ponieważ stare 
kamienne domy psuły harmonię placu zamkowego, 
cesarz nakazał gwardii zburzyć je i gruzy z placu usunąć. 
Projektował już rozrywki na sezon zimowy: 
sprowadzenie z Paryża aktorów, a z Wilna i z Warszawy 
uroczych spektatorek. 

Jasno świeciła wówczas przewodnia gwiazda cesarza. I 

nie byłaby zagasła, gdyby nie późniejsze niecierpliwe 

background image

odruchy,   które   cesarz   uważał   za   chwile   
genialnego natchnienia. 

Tegoż samego dnia wobec licznego audytorium zwrócił 

się do jednego z administratorów z tymi znamiennymi 
słowy: „Niechaj pan stara się wyżywić nas tutaj, gdyż — 
dodał  głośno do swoich oficerów — nie mam zamiaru 
wstępować w ślady Karola XII". Niebawem wszakże 
czyny zadały kłam słowom i wszyscy dziwili się 
obojętności cesarza dla tak ważnego i trudnego 
przedsięwzięcia. 

Umiarkowany ton pierwszych przemówień Napoleona 

nie zwiódł, co prawda, najbliższego jego otoczenia. Przy-
pominano sobie, że gdy na widok opustoszałego obozu 
rosyjskiego i otwartych bram Witebska oficerowie sztabu 
cieszyli się z równie łatwej zdobyczy, on nagle zwrócił 
się ku nim i zawołał z gniewem: „Czy sądzicie, iż 
przybyłem z tak daleka po to jedynie, aby zająć  tę 
ruderę?" Wiedziano zresztą,  że o ile cesarz miał cel 
zawsze jasno wytknięty, o tyle plan zmieniał się zależnie 
od warunków i okoliczności, z szybkością właściwą ge-
niuszowi cesarza. 

Napoleon  łudził się nadzieją, iż otrzyma wkrótce od 

Aleksandra nowe propozycje pokojowe. Poza tym absor-
bował go stan armii, ogólna jej nędza i wyczerpanie. 
Trzeba było czekać cierpliwie, nim liczni chorzy i maru-
derzy zdołali dotrzeć — jedni do szpitala, drudzy do 
odnośnych korpusów, a równocześnie zwiększać liczbę 
szpitali, gromadzić zapasy żywności, zakupywać konie, 
czekać wreszcie na ambulanse, artylerię i pontony, posu-
wające się z trudem wśród piaszczystych równin Litwy. 
Dużo czasu pochłaniała Napoleonowi również korespon-
dencja z Europą. Ostatnią zaś ważną przyczyną, która 
zatrzymywała cesarza u granic właściwej Rosji, było 
niezwykle skwarne lato. Bo dziwny ten klimat nie zna w 
niczym miary: wysusza albo zalewa, pali albo mrozi 
ziemię i jej mieszkańców, choć wydaje się, że powinien 
im sprzyjać; zdradziecka ta atmosfera lata Północy, 
upalna, obezwładniająca, czyniła organizmy tym wraż-
liwszymi na bliskie już mrozy. 

Cesarz odczuwał zapewne na równi z innymi ujemny 

wpływ klimatu. Lecz gdy wypoczął należycie, gdy dzień 
mijał za dniem nie przynosząc żadnych wieści z głównej 
kwatery rosyjskiej, gdy wydane zostały najważniejsze 
rozkazy, jął niecierpliwić się i tracić zwykły niewzru- 

background image

szony spokój — bądź to, że jako człowiekowi czynu 
ciążyła mu bezczynność i że przedkładał raczej niebez-
pieczeństwo nad nudę wyczekiwania; bądź też,  że uległ 
w owej chwili władzy instynktu zaborczego, który u 
wielu jednostek silniejszy jest aniżeli wszelkie inne 
uczucia: aniżeli radość posiadania lub nawet obawa zu-
pełnej zagłady. 

Wtedy to zwłaszcza prześladowała go ze szczególniej-

szym uporem wizja zdobytej i ujarzmionej Moskwy: taki 
był cel marzeń jego, kres wszelkich obaw i trudów. 
Należało spodziewać się, iż  płomienny a niespokojny 
geniusz cesarza, do szybkiego nawykły działania, nie 
zechce wyczekiwać osiem miesięcy na zajęcie miasta, do 
którego można było dotrzeć w niespełna trzy tygodnie. 
Nikt wszelako nie powinien wydawać zbyt pochopnych 
sądów o równie niepospolitej jednostce, przypisując jej 
ogólnoludzkie słabostki. Niebawem usłyszymy własne 
jego słowa, ujrzymy, do jakiego stopnia zewnętrzna 
polityka cesarza utrudniała i komplikowała militarną jego 
akcję. Mniej godne potępienia wydadzą się nam jego 
decyzje, gdy ujrzymy, że o losach Rosji zadecydował 
jeden dzień zdrowia, którego zabrakło Napoleonowi na 
polu bitwy pod Borodino. 

Początkowo jednak — nawet przed samym sobą — nie 

przyznawał się do tak zuchwałych zamiarów. Lecz 
powoli jął nad nimi rozmyślać, ważyć wszelkie pro i 
contra, wątpić i wahać się, ulegając stopniowo coraz 
większemu rozdrażnieniu. Godzinami całymi błąkał się 
bez celu z kąta w kąt, dręczony nieprzepartą pokusą. Nic 
nie było w stanie dłużej go zająć: rozpoczynał jakąś 
pracę, po chwili rzucał ją i znów do niej powracał; błą-
dził bez celu, pytał się o godzinę, obserwował niebo, 
stawał, bezmyślnie nucił coś pod nosem i znów zaczynał 
chodzić — zadumany, chmurny. 

Pod wpływem wewnętrznej rozterki, spotkawszy ko-

gokolwiek, stawiał mu kilka szorstkich, urywkowych 
pytań: ,,No i cóż? Zostaniemy tu? Czy pójdziemy dalej? 
Czy należy zatrzymać się na drodze chwały"? I, nie 
czekając na odpowiedź, odchodził; poza własnym „ja" 
zdawał się szukać spokojnej, wyrozumowanej decyzji. 

Upadając wreszcie pod brzemieniem zwątpienia i nie-

pewności, zmożony — mimo lekkiego odzienia — upa-
łem i natężeniem umysłu, rzucał się na twarde polowe 

background image

łóżko, które kazał rozstawiać w swojej kwaterze. W ten 
sposób spędzał w Witebsku znaczną część dnia. 

Lecz gdy ciało wypoczywa, tym usilniej pracuje za-

zwyczaj umysł. „Tyle pobudek skłaniało go do zajęcia 
Moskwy! Takim bezmiarem nudy przerażała ewentual-
ność spędzenia w Witebsku długich siedmiu zimowych 
miesięcy! Czyż istotnie on, zdobywca świata, zamiast 
atakować, zmuszony będzie bronić się? Czyż istotnie 
miałaby przypaść mu w udziale rola niegodna go, do 
której nie nawykł, która nie odpowiada żadną miarą 
zasadniczym cechom jego geniuszu?" 

W końcu, nagle zdecydowany, unikając refleksji i 

głębszego zastanowienia, zrywa się czym prędzej z łóżka. 
I pochłonięty już całkowicie nowym planem, pochyla się 
nad mapami. A mapy ukazują mu Smoleńsk i Moskwę, 
wielką Moskwę, święte miasto — nazwy, które powtarza 
z upodobaniem i które zdają się podsycać jeszcze 
gorejącą w duszy jego żądzę podboju. Na ten widok 
cesarz, porwany swoim groźnym zamysłem, daje się 
opętać geniuszowi wojny: jego głos spiżowymi brzmi 
tony, oczy płoną, groźne  ściągają się brwi. Ludzie usu-
wają mu się z drogi, ogarnięci zarówno lękiem, jak 
Czcią; ale wreszcie plan jest gotowy, powzięte postano-
wienie, wyznaczona marszruta! Natychmiast widoczna 
następuje zmiana: uwolnił się od straszliwych myśli, 
rozjaśnia się: łagodnieje jego twarz. 

Zwraca się wówczas do najbliższego otoczenia, szu-

kając uznania i aprobaty dla powziętej decyzji. Wszędzie 
jednak napotyka opór, różnorodnie objawiający się, za-
leżnie od charakteru i usposobienia. Berthier perswa-
dował, prosił, nawet płakał. Lobau i Caulaincourt wy-
powiedzieli się szczerze i otwarcie; pierwszy — z właś-
ciwą mu chłodną i wyniosłą szorstkością, usprawiedli-
wioną u tak dzielnego żołnierza, drugi — z uporem, za-
palczywie, niemal gwałtownie. Wobec ogólnego protestu 
cesarz nie taił niezadowolenia swego i gniewu, a spoglą-
dając chmurnie zwłaszcza na Berthiera i jednego z adiu-
tantów zauważył: „że zanadto wzbogacił swoich genera-
łów, którzy myślą teraz jedynie o rozkoszach łowiectwa i 
świetnych kawalkadach po ulicach Paryża, a którym 
zbrzydła już snadź wojna!" Na takie oświadczenie nie 
było odpowiedzi. Każdy spuszczał głowę i rezygnował w 
milczeniu. Jednemu z generałów gwardii powiedział 

background image

cesarz w chwili rozdrażnienia: „Urodziłeś się na biwaku i 
umrzesz na biwaku!" 

Duroc również przeciwny był projektowi cesarza; po-

czątkowo milczał uparcie, następnie zaś przemówił jasno 
i zwięźle, czyniąc krótkie, lecz nader trafne i rzeczowe 
uwagi. Napoleon odparł: „Iż zdaje sobie doskonale spra-
wę z zamiarów Rosjan, którzy pragną wciągnąć go w 
głąb kraju; lecz że mimo to dotrzeć jeszcze musi do 
Smoleńska, na zimowe leże;  że o ile na wiosnę roku 
1813 Rosja nie zawrze pokoju, będzie niechybnie 
zgubiona; że Smoleńsk stoi na straży dwóch dróg: drogi 
do Petersburga i drogi do Moskwy; że należy zająć ten 
niezmiernie ważny posterunek, stamtąd zaś wyruszyć 
równocześnie ku obu stolicom: wszystko zburzyć w 
jednej z nich, a wszystko zachować w drugiej..." 

„Że zwróci następnie oręż swój przeciwko Prusom, 

które zapłacą koszta wojny." 

Z kolei pytał cesarz o zdanie ministra Daru, człowieka 

niezwykle prawego, o nieugiętym i jak stal hartownym 
charakterze. W obecności jednego tylko Berthiera 
wszczęto sprawę pochodu na Moskwę. Narady trwały 
przeszło osiem godzin. Nagabywany przez Napoleona, co 
myśli o tej wojnie, Daru odpowiedział: „Że wojna taka 
byłaby wojną narodową;  że ani import towarów 
angielskich do Rosji, ani nawet odbudowanie Królestwa 
Polskiego nie stanowią dostatecznie ważnych przyczyn 
do podjęcia równie dalekiej i ryzykownej wyprawy; że 
zarówno  żołnierze, jak i oficerowie nie uznają 
konieczności takiej wojny; że wszystko przemawia za 
tym, aby zatrzymać się w Witebsku". 

Cesarz żachnął się: 

„Krew nie została jeszcze przelana, a Rosja zbyt jest 

potężna, aby poddać się bez walki. Aleksander rozpocząć 
może preliminaria dopiero po walnej bitwie. Jeśli zajdzie 
tego potrzeba, dotrę  aż do świętego miasta i tam 
2wyciężę. Pokój czeka na mnie u bram Moskwy. A jeśli 
wówczas jeszcze Aleksander trwać  będzie w uporze, 
układać się będę z bojarami lub też z ludnością Moskwy, 
która o tyle liczną jest i oświeconą, aby zrozumieć do-
brodziejstwo swobody i własny interes". Po czym dodał: 
„Zresztą, Moskwa nie cierpi Petersburga; podobne zaś 
współzawodnictwo — w skutkach wprost nieobliczalne 
— łatwo będzie wyzyskać". 

Podniecony rozmową, cesarz zdradził zatem mimo woli 

background image

swoje nadzieje. Daru powiedział: „że dotychczas, bądź to 
na skutek decyzji, bądź też chorób i głodu, kontyngens 
armii zmniejszył się już o jedną trzecią". 

„Że jeśli w Witebsku odczuwano już znaczne braki, co 

będzie dalej?" 

Po Daru zabrał  głos Berthier: „Jeśli posuniemy się w 

głąb kraju, Rosjanie szarpać  będą mogli do woli oba, 
nazbyt wydłużone, flanki naszej armii; gnębić nas będzie 
głód, a zwłaszcza sroga zima. Przeciwnie zatrzymując się 
nadal w Witebsku, cesarz uczyniłby zimę swoim 
sprzymierzeńcem i stałby się panem sytuacji, teren wojny 
z konieczności musiałby się przybliżyć, zamiast oddalać 
się coraz bardziej w podstępną, mroczną, nieujętą dal". 

Cesarz słuchał uważnie wywodów Berthiera i Daru; 

przerywał im niekiedy subtelnym argumentem, stawiając 
kwestię w myśl pragnień swoich lub też uchylając się 
przed zbyt trafnym zarzutem. Mimo że przykre były te 
prawdy, cierpliwie ich wysłuchał i cierpliwie na 
wszystko odpowiadał. Zarówno zaś w słowach jego, jak 
w wyrazie twarzy, w spojrzeniu, jak w ruchach — prze-
bijała się owa niezrównana dobroduszność i prostota, 
którymi odznaczał się prawie zawsze w życiu prywat-
nym, a które tłumaczą, dlaczego — mimo tylu nieszczęść 
— dotąd kochany jest przez tych wszystkich, którzy 
otaczali go niegdyś z bliska. 

Niezbyt zadowolony z wyniku dyskusji, cesarz radził 

się jeszcze kilku innych generałów; lecz pytania, jakie im 
zadawał, brzmiały tak ostro i rozkazująco,  że wszyscy 
niemal,  żołnierze z krwi i kości, nawykli słuchać  ślepo 
rozkazów swego wodza, równie ulegli byli w obradach, 
jak na polu bitwy. 

Wszyscy doskonale rozumieli, że sprawy zaszły już 

zbyt daleko; pojmowano nieodzowną konieczność rych-
łego zwycięstwa i to także,  że zwyciężyć mógł tylko 
cesarz. Niedola uszlachetniła zresztą armię: pozostały 
najlepsze, najtęższe jednostki, tak pod względem fi-
zycznym, jak duchowym, krzepkie i hartowne. Ileż 
znieśli przeciwności, aby tu się znaleźć! Dzielnych tych 
żołnierzy gnębiła niepomiernie nuda oczekiwania i nie-
wygody nędznych kwater. Myśl o dalszym pobycie na 
dotychczasowych leżach przejmowała ich wstrętem: od-
wrotu nie brali nawet w rachubę; jedynie zatem można 
było posuwać się naprzód. 

background image

Nie przeraziły nikogo groźne nazwy Smoleńska i Mo-

skwy. Ów niezmierzony przestwór dalekiej, nieznanej 
krainy, przez obce ludy zamieszkanej, byłby, niewątpli-
wie, zatrwożył i odstręczył innych ludzi, wyrosłych w 
innych czasach i wśród innych warunków. Ci jednak 
lubowali się w niezwykłych sytuacjach, w trudach i nie-
bezpieczeństwach; spróbowawszy już w życiu wszystkie-
go, łaknęli nowych, silnych a podniecających wrażeń. 

Bezbrzeżną była wówczas duma i pycha, żądza sławy, 

godności i dostojeństw. Zaiste, nieprzepartym i potężnym 
musiał być wpływ człowieka, który po bitwie pod 
Austerlitz zwrócił się do żołnierzy z tymi słowy: „Po-
zwalam wam nadawać moje imię dzieciom waszym: a 
jeśli wyrośnie spośród nich ktoś godny tego, uczynię go 
spadkobiercą moim i następcą". 

Połączenie się obu skrzydeł armii rosyjskiej nie opodal 

Smoleńska zmusiło jednak Napoleona do przybliżenia ku 
sobie poszczególnych korpusów. Wprawdzie nie padło 
jeszcze hasło bojowe, lecz wojna krążyła już w pobliżu, 
kusząc jego geniusz zwycięstwem i podniecając go 
przeciwnościami losu. 

Równocześnie niemal dowiedziano się w Witebsku o 

zwycięstwach forpoczt wicekróla pod Surażem i o po-
rażce Sebastianiego, który — zaskoczony przez nieprzy-
jaciela w Jankowie nad Dnieprem — uległ przeważa-
jącym siłom. 

Napoleon posłał wtedy do księcia Bassano pismo od-

ręczne z poleceniem codziennego komunikowania Turcji 
wiadomości o świetnych zwycięstwach armii francuskiej, 
bez względu na istotną prawdę. Chodziło bowiem o 
zerwanie pokojowych stosunków między Petersburgiem a 
Konstantynopolem. Osobiście doglądał jeszcze tej 
sprawy, gdy zjawili się w Witebsku przedstawiciele Rusi 
Czerwonej i uwiadomili Duroca o zawarciu między 
Turcją a Rosją traktatu w Bukareszcie. Traktat ten pod-
pisany został przez Kutuzowa, a ratyfikowany przez obu 
monarchów. 

Wieść o traktacie, którą przekazał Duroc, niepomiernie 

zmartwiła Napoleona. Nie dziwnym mu już było 
milczenie Aleksandra. Tym bardziej nieodzowną stawała 
się potrzeba rychłego zwycięstwa. Rozrzucane po całej 
Rosji proklamacje rozwiały ostatnie złudzenia. Przyta-
czam tu niektóre ich urywki: „Chytry i podstępny nie-
przyjaciel grozi nam całkowitą zagładą. Waleczni żoł- 

background image

nierze pragną rzucić się na jego bataliony i roznieść je na 
szablach: lecz nie chcemy poświęcić ich na ołtarzu tego 
krwawego Molocha. Wszystkie ludy powstać powinny 
przeciwko swemu ciemięzcy. Ze zdradą w sercu, a 
układnym uśmiechem na ustach, na czele niewolniczych 
legii swoich przychodzi oto zakuwać nas w dyby. Wy-
pędźmy to plemię szarańcze! W krzyż wpatrzeni, dzier-
żąc w dłoniach oręż, wybijmy kły temu ryczącemu lwu! 
Obalmy tyrana, który spustoszyć chce ziemię całą!" 

Zarówno obelgi te, jak zwycięstwa i przeciwności po-

budzają energię i aktywność cesarza. Posuwanie się 
trzech kolumn Barclaya ku Rudni, którą odsłoniła po-
rażka pod Jankowem, i obronna pozycja Wittgensteina, 
walną zapowiadały bitwę. Pozostawało zatem do wybo-
ru: albo bitwa, albo też defensywa, niezwykle utrudniona 
przez znaczne przestrzenie, długa, przykra, krwawa, 
korzystna jedynie dla Rosjan. 

Otóż Napoleon decyduje się. Decyzja jego, śmiała i 

wielka, lecz bynajmniej nie szalona, godną jest tyta-
nicznego tego przedsięwzięcia. Cesarz oddala się wpraw-
dzie od Oudinota, lecz uprzednio wzmacnia go korpusem 
generała Saint-Cyra oraz nakazuje mu połączyć się z 
księciem Tarentu. Sam zaś, jeśli dąży ku nieprzy-
jacielowi, to równocześnie, ocierając się niemal o pułki 
rosyjskie, w największej wszakże tajemnicy, przenosi 
centrum linii operacyjnej z Witebska do Mińska. Manewr 
cesarza tak znakomicie był obmyślony, oficerowie jego 
przyzwyczajeni do tak wielkiej punktualności i precyzji, 
że w niespełna cztery dni, podczas kiedy zdumiona armia 
rosyjska na próżno wypatrywać  będzie przed sobą 
Francuzów, Napoleon — na czele stu osiemdziesięciu 
pięciu tysięcy ludzi — ukaże się nagle na tyłach i na 
lewym flanku nieprzyjaciela, który o tyle był zuchwały, 
iż sądził, że uda mu się zajść znienacka zwycięzcę spod 
Wagram i Austerlitz. 

10 sierpnia Napoleon wydał rozkaz wymarszu. Cztery 

dni później cała armia stanąć miała na lewym brzegu 
Dniepru, około Ladów. 13 sierpnia opuścił Witebsk, po 
dwutygodniowym tam pobycie. 

15 sierpnia o godzinie trzeciej ukazało się na widno-

kręgu Krasne, miasto o niskich, wyłącznie drewnianych 
zabudowaniach, którego postanowił bronić jeden z puł-
ków rosyjskich. Po krótkiej utarczce rozbito go dosz-
czętnie i marszałek Ney zajął Krasne. Nieco później, 

background image

poza miastem, ujrzano cofające się dwie kolumny ro-
syjskiej piechoty — ogółem sześć tysięcy ludzi i kilka 
szwadronów jazdy, które osłaniały odwrót. Był to korpus 
Niewierowskiego. Mimo bohaterskiego oporu musiał w 
końcu ustąpić, pozostawiając na placu boju tysiąc dwustu 
zabitych, tysiąc jeńców i osiem dział. W dniu tym 
kawaleria francuska okryła się niespożytą chwałą; atak 
okazał się równie zacięty, jak upartą była obrona; zasługa 
naszej kawalerii była tym większa, iż  żelazem walczyła 
przeciwko żelazu i kulom. 

Po tej porażce Niewierowski schronił się do Smoleńs-

ka, pozostawiając za sobą garść kozaków, aby niszczyli i 
palili po drodze wszelki furaż. Oszczędzano jedynie 
domy mieszkalne. 

Podczas kiedy Wielka Armia posuwała się lewym 

brzegiem Dniepru w górę rzeki, Barclay i Bagration — 
rozłożeni obozem między Dnieprem a Jeziorem Kas-
plińskim, w pobliżu Jankowa — sądzili, iż znajdują się 
nadal w bliskości wojsk francuskich. Obaj wahali się; 
dwukrotnie, ulegając namowom generała kwatermistrza 
Tolla, postanowili wtargnąć poza linię obronną Fran-
cuzów i dwukrotnie, zdumieni i przerażeni równie śmia-
łym zamiarem, zatrzymywali się wpół drogi. Zbyt 
chwiejni, aby własnym zaufać siłom, zdawali się wy-
czekiwać dalszego przebiegu wojny względnie ataku z 
naszej strony. 

Widok Smoleńska rozpalił w duszy marszałka Neya 

żądzę walki i zwycięstwa. Bądź to, iż przypomniał sobie 
nie w porę cuda wojny pruskiej, w ciągu której przed 
szablami naszych żołnierzy otwierały się bramy warow-
nych fortec, bądź też, iż początkowo chciał jeno przyj-
rzeć się dokładnie tej pierwszej twierdzy rosyjskiej, dość, 
że zbytnio się przybliżył i ugodzony został kulą w szyję. 
Podrażniony, mimo morderczego ognia, jakim zionęła 
cytadela, skierował przeciw niej jeden ze swoich 
batalionów, padło niebawem trzy czwarte żołnierzy, po-
zostali przy życiu walecznie szli naprzód i dotarli aż do 
murów; lecz wkrótce musieli ustąpić, gęstym trupem 
zaścielając ziemię. O wielkim choć bezcelowym ich 
bohaterstwie krótką zaledwie uczyniono wzmiankę. Z 
winy dowódcy na próżno polała się krew ludzka. 

Zniechęcony tą niefortunną próbą, Ney cofnął się, 

opodal rzeki, na piaszczyste, lasem porosłe wzgórze. 
Obserwował stamtąd miasto i okolicę, gdy nagle na 

background image

przeciwległym brzegu Dniepru zamajaczyły w oddali 
niewyraźne kontury maszerujących pułków. Pobiegł 
czym prędzej po cesarza i doprowadził go na szczyt 
wzgórza, chroniąc się  wśród drzew i krzewów przed 
strzałami załogi fortecznej. 

Z wyniosłości, wśród tumanu kurzu, ujrzał Napoleon 

długie, czarne kolumny, od luf i bagnetów połyskliwe, a 
które szły tak szybko, że zdawały się biec. Był to Barclay 
i Bagration, razem około stu dwudziestu tysięcy ludzi, 
czyli cała niemal armia rosyjska. 

Widząc to, uszczęśliwiony Napoleon klasnął w dłonie i 

zawołał: „Nareszcie! Mam ich w ręku!" Nie ulegało 
żadnej wątpliwości, że nieprzyjaciel, który dążył właśnie 
do Smoleńska, bezpiecznego szukając schronienia, 
zaskoczony znienacka zmuszony będzie stoczyć wreszcie 
pod murami fortecy tyle upragnioną przez nas bitwę. 
Nadeszła więc chwila, w której rozstrzygnąć się miały 
losy Rosji. 

Bezzwłocznie objeżdża cesarz front swojej linii, ob-

sadza wszystkie pozycje. Davout i hrabia Lobau stają na 
lewym flanku korpusu Neya; w centrum — gwardia jako 
rezerwa; nieco dalej — armia włoska; obok niej — Junot 
i Westfalczycy; lecz mylnie obrawszy drogę, Junot 
zabłądził i nie stawił się na oznaczonym posterunku. 
Murata i Poniatowskiego, którzy tworzyli prawe skrzydło 
armii i poważnie zagrażali już miastu, odsunął na skraj 
pobliskiego lasu, tak że między lasem a Dnieprem 
pozostała pusta przestrzeń, równa i rozległa, przez-
naczona na pole walki. Armia francuska, w ten sposób 
rozlokowana, opierała się na wszystkich niemal punktach 
o jary i przepaście. Napoleon nie myślał wszakże o 
odwrocie, jeno o zwycięstwie. 

Bagration i Barclay biegli tymczasem co tchu do Smo-

leńska; pierwszy z nich — aby ocalić miasto, walną 
staczając bitwę; drugi — aby osłonić uciekających w po-
płochu mieszkańców i przeprowadzić ewakuację maga-
zynów; obaj zdecydowani byli obrócić raczej Smoleńsk 
w perzynę, aniżeli wydać go w ręce Francuzów. Wodzo-
wie rosyjscy stanęli niebawem na wyniosłościach, 
wznoszących się na prawym brzegu Dniepru, tuż nad 
rzeką — i skonstatowali z radością, iż są jeszcze panami 
mostów, które łączyły oba brzegi i obie połowy miasta. 

W owej chwili Napoleon, ukrywszy za krzakami od- 

background image

działy strzelców, w tyralierkę rozsypanych, jął szarpać 
nieprzyjaciela. Tym sposobem chciał przyciągnąć go na 
lewy brzeg i zapewnić sobie decydującą rozprawę na 
dzień następny. Wieść niesie, że Bagration byłby istotnie 
dał się wciągnąć w pułapkę, lecz że Barclay, oszczę-
dzając mu pokusy, wysłał go do Jelni, sam zaś podjął się 
obrony miasta. 

Według Barclaya większość naszych wojsk dążyła do 

Jelni, aby stanąć na tyłach armii rosyjskiej i zagrodzić jej 
drogę do Moskwy. Jak wielu zresztą wodzów, mylił się 
wszelako, przypisując nieprzyjacielowi zamiary wręcz 
przeciwne jawnym jego planom i manewrom; częstokroć 
bowiem armia atakowana — pod wpływem trwogi i 
niepokoju — skłonna jest do przesady i widzi niebez-
pieczeństwo tam nawet, gdzie ono nie istnieje. Możliwe 
jest tedy, że Barclay, zmuszony stawić czoło groźnemu 
przeciwnikowi, gotował się do odparcia niezwykłej, gi-
gantycznej akcji. 

Sami Rosjanie wypominali później Napoleonowi, że nie 

zdecydował się wówczas na wykonanie tego manewru. 
Lecz czy rozważyli dostatecznie, że cofając się poza 
rzekę, poza twierdzę i armię nieprzyjacielską, aby odciąć 
Rosjanom odwrót, cesarz byłby pozbawił się wszelkiej 
komunikacji z Europą, byłby odgrodził się od reszty 
swojej armii, od składów i magazynów? Snadź niepojęte 
są dla nich olbrzymie trudności przedsięwzięcia tego 
rodzaju, jeśli w ogóle dziwić się mogą, iż nie zostało ono 
dokonane w przeciągu dwóch dni, nad nieznaną rzeką 
wśród nieznanej okolicy, z armią tak ogromną, wobec 
innej już rozpoczętej, a jeszcze nie ukończonej akcji. 

Jakkolwiek bądź, wieczorem tegoż samego dnia Ba-
gration wyruszył w kierunku Jelni. Napoleon kazał roz-
bić namioty cesarskie pośrodku pierwszej linii, na skraju 
wąwozu okalającego miasto, niemalże w promieniu 
strzałów fortecznych. Po czym wezwał do siebie Da-
vouta i króla Neapolu. Murat, który począwszy od brze-
gów Niemna, ścigał wciąż na próżno Rosjan, twierdził 
uparcie,  że dostrzegł na przeciwległym brzegu ruch 
zapowiadający odwrót, że wobec tego spodziewana 
bitwa nie dojdzie znów do skutku. Davout przeczył mu; 
cesarz zaś nie chciał nawet wątpić o tym, co było 
największym jego życzeniem. Nazajutrz 17, nadzieja 
rychłego zwycięstwa zbudziła 

background image

Napoleona przed świtem, lecz głucho było i pusto na 
równinie, przeznaczonej przezeń na pole bitwy. 
Niemniej jednak łudził się w dalszym ciągu. Davout 
podzielał całkowicie zdanie cesarza. Dalton, jeden z 
generałów marszałka, widział pułki nieprzyjacielskie, jak 
wychodziły z miasta i stawały w bojowym jakoby szyku. 
Wiadomość ta utwierdziła Napoleona w powziętym 
mniemaniu, mimo usilnych perswazji Murata i Neya. 

Podczas gdy cesarz waha się i wyczekuje, generał 

Belliard — zniecierpliwiony zwłoką i niepewnością — 
zebrawszy garść jeźdźców, spycha w nurty Dniepru od-
dział kozacki. Dostrzega wówczas na przeciwległym 
brzegu, na trakcie wiodącym ze Smoleńska do Moskwy, 
oddalającą się pośpiesznie armię rosyjską wraz z ar-
tylerią. Nie ulegało tedy żadnej wątpliwości, że Rosjanie 
cofali się. Wieść o odwrocie doszła natychmiast uszu 
cesarza, ale doniesiono mu również, iż poprzez Dniepr 
baterie nasze mogły jeszcze zakłócić wsteczny ruch nie-
przyjacielski. 

Belliard proponował nawet, aby część armii przepra-

wiła się wpław przez rzekę i odcięła odwrót tylnym 
strażom rosyjskim, które obowiązane były bronić Smo-
leńska. Lecz żołnierze wysiani na wywiad — szukając 
brodu — ujechali na próżno dwie mile i utopili kilka 
koni. A jednak — o milę powyżej miasta — istniał sze-
roki i wygodny bród. Napoleon, który osobiście brał 
udział w poszukiwaniach, zwrócił był nawet konia w tym 
kierunku, niebawem wszakże, przebywszy kilka wiorst, 
zmęczył się i zawrócił. 

Od tej chwili jął odnosić się do Smoleńska jako do 

przejściowego tylko etapu, który należało zająć niez-
włocznie, jakimkolwiek bądź kosztem. Lecz Murat, os-
trożny i przezorny, ilekroć nie działała nań bezpośrednio 
obecność nieprzyjaciela, i nie mogąc zresztą brać ze 
swoją kawalerią  żadnego udziału w projektowanym 
szturmie, starał się odwieść cesarza od tego zamiaru. 

Równie gwałtowny wysiłek wydawał mu się zbędnym, 

skoro Rosjanie ustępowali bez walki. Co się tyczyło 
dalszego pościgu — był mu najzupełniej przeciwny: 
,,Skoro nie chcą bitwy, nie warto ich ścigać dalej, a 
wielki już czas zatrzymać się". 

Cesarz nie zgodził się z nim. Ale nie znamy dalszego 

przebiegu rozmowy. Słyszano jednak, jak opowiadał 
później król Neapolu, iż "rzucił się do nóg bratu i błagał 

background image

go o zaniechanie pościgu, lecz że Napoleon Moskwę jeno 
miał przed oczyma, w Moskwie — która będzie naszą 
zgubą — obiecywał sobie znaleźć zaszczyty, sławę i 
wypoczynek", z czego łatwo wywnioskować, jaki był 
przedmiot sporu. 

Pewnym natomiast jest fakt, że bezpośrednio po burz-

liwej rozmowie ze szwagrem zasępiona i pobladła twarz 
Murata nosiła ślady ciężkiej zgryzoty; gwałtowne ruchy i 
powtarzana kilkakrotnie nazwa Moskwy — dopowie-
działy reszty. 

Niedaleko na lewym brzegu Dniepru, w miejscu, skąd 

Belliard dostrzegł cofające się szeregi rosyjskie, usta-
wiono potężną baterię. W odpowiedzi Rosjanie wytoczyli 
dwie baterie, liczniejsze i potężniejsze od naszych, 
druzgocąc co i raz celnymi strzałami nasze armaty, 
wysadzając w powietrze pękające z hukiem jaszcze. W 
owo piekło — dymami zasnute, ogniem ziejące — 
zwrócił konia król Neapolu, zsiadł i stał bez ruchu. 
Belliard tłumaczył mu, że zginie tu bez chwały i pożytku, 
ale ten za całą odpowiedź posuwa się jeszcze dalej. 
Zwątpił już snadź o wszystkim, a przewidując bliską 
klęskę, szukał śmierci, ażeby uniknąć poniżenia i sromu. 
Jednakże Belliard nalega i zwraca uwagę jego na to, iż 
przez szalony upór naraża na niechybną zgubę tych 
wszystkich, którzy mu towarzyszą. „Wracajcie zatem — 
odparł Murat — i zostawcie mnie samego". Lecz gdy nikt 
nie drgnął nawet, król — choć gniewny i rozżalony — 
opuścił wreszcie jak pod przymusem to krwawe pole 
śmierci. 

Wydano właśnie rozkaz szturmu na całej linii. Ney 

atakować miał cytadelę; Davout i Lobau — przedmieścia, 
osłaniające mury miejskie. Poniatowski, stojący tuż nad 
Dnieprem, posunąć się miał z sześćdziesięcioma działami 
w dół rzeki, do nadbrzeżnego przedmieścia, zburzyć 
mosty i odciąć załodze odwrót. Równocześnie Napoleon 
rozwalić chciał  główne mury przy pomocy artylerii 
gwardii, która rozporządzała jedynie dwuna-
stocalowymi, czyli nie dość silnymi działami. Artyleria 
nie usłuchała wszakże rozkazu; prażąc natomiast nie-
ustannym ogniem kryte przejścia, oczyściła je zupełnie. 

Wszystko powiodło się prócz ataku Neya, który właś-

ciwie najważniejszą powinien był odegrać rolę, a którego 
nie poparto należycie. Nieprzyjaciel, zewsząd osaczony, 
cofnął się w popłochu w obręb murów, ginął 

background image

każdy, kto nie zdążył schronić się pod osłonę dział for-
tecznych, lecz podczas tego szturmu, śladem atakujących 
pułków naszych, ziemia spłynęła krwią i pokryła się. 
mnóstwem rannych i zabitych. 

W jednym z batalionów, który zwrócił się był flan-

kiem do baterii rosyjskich, od jednego kartacza padł od 
razu cały rząd dwudziestu dwóch ludzi. 

Tymczasem armia, rozlokowana amfiteatralnie na po-

bliskich wzgórzach, przyglądała się w trwożnym mil-
czeniu swoim dzielnym towarzyszom broni; lecz gdy 
ujrzała ich, jak biegli do ataku wśród  świstu i warkotu 
kul w równych szeregach nieustraszeni, chwały  żądni i 
boju — nieopisany zapał ogarnął  płomieniem wszystkie 
serca: zerwała się burza oklasków. A echo tej radosnej 
wrzawy obiło się o uszy walczących, niosąc im hołd za 
trudy i przelaną krew. I jakkolwiek wielkimi były straty, 
jakkolwiek w jednej tylko brygadzie, brygadzie Daltona i 
wśród kanonierów Reindre'a padł generał, pięciu szefów 
batalionu i tysiąc pięciuset ludzi, ci jednak, którzy 
pozostali przy życiu, mówili nieraz, że dosłyszany 
wówczas rozgłośny objaw uznania i podziwu 
wynagrodził ich sowicie za wszystko, co wycierpieli. 

Zdobycie aproszy i fortów zewnętrznych dozwoliło 

szeregom naszym schronić się przed strzałami dział 
fortecznych. Strzelanina wszakże nie ustawała; ciągły 
huk, odbity od murów, zdawał się wzrastać. Wreszcie 
cesarz, znużony, zaprzestać chciał walki, lecz Davout 
usilnymi namowy nakłonił go do ponownego ataku. Tym 
sposobem powtórzona została przez całą armię 
karygodna przewina, jakiej dopuścił się poprzedniego 
dnia Ney: pierwsza pozbawiła życia trzystu do czterystu 
ludzi, druga pięć do sześciu tysięcy. 

Wraz z nadejściem nocy Napoleon usunął się do swego 

namiotu, który rozbito tym razem w bezpieczniejszym 
miejscu niż wczoraj, a hrabia de Lobau, który uprzednio 
zajął był fosę, lecz nie mógł utrzymać się przy niej, 
bombardować zaczął  miasto, aby zmusić nieprzyjaciela 
do ucieczki. Ujrzano wtedy, w kilku naraz punktach, 
wznoszące się  słupy czarnego dymu, później snopy 
iskier, wreszcie krwawą czerwień licznych płomieni. 

Niebawem skłębione morze ognia zalało Smoleńsk; 

gorzało całe miasto: ze złowieszczym trzaskiem waliły 
się płonące budowle. 

background image

Mniemając, iż jest sprawcą pożaru, hrabia de Lobau 

spoglądał z trwogą na rzekome dzieło swoje. Nieco dalej, 
wsparty o poręcz ustawionego przed namiotem krzesła, 
cesarz przypatrywał się w milczeniu rozszalałemu 
żywiołowi. A że niewiadoma była zarówno przyczyna, 
jak i ostateczny wynik pożaru, przeto spędzono całą noc 
pod bronią. 

Około godziny trzeciej z rana podoficer z korpusu 

Davouta podpełznął do muru i wdrapał się nań cicha-
czem. Ośmielony panującą wszędzie ciszą, wszedł do 
miasta. Wtem ozwało się kilka głosów, o wybitnie sło-
wiańskim akcencie, i Francuz, zaskoczony znienacka, 
polecił już duszę Bogu. Lecz dzienny blask oświetlił 
znane mu i przyjazne twarze Polaków Poniatowskiego, 
którzy zajęli pierwsi miasto, opuszczone przez Barclaya. 

A gdy usunięto wreszcie gruzy i otwarto bramy Smo-

leńska, wojsko wkroczyło w jego mury. Przy dźwiękach 
kapeli hardo i buńczucznie mijał pułk za pułkiem krwa-
we i dymiące zgliszcza! Było to widowisko bez spek-
tatorów, bezowocne niemal zwycięstwo, krwią zbryzga-
ne, wawrzyny osnute pożarnymi dymami, które wyda-
wały się jedyną naszą zdobyczą, a stanowiły aż nazbyt 
prawdziwą wróżbę. 

Po zajęciu miasta i całkowitym niemal ugaszeniu po-

żaru, wobec niezbitych dowodów, które przekonały ce-
sarza, iż zarówno tutaj, jak nad brzegami Niemna, jak 
pod Wilnem i Witebskiem, zwodnicza wizja zwycięstwa 
— ponętna a nieuchwytna — raz jeszcze uszła rąk jego, 
Napoleon postanowił ścigać ją w dalszym ciągu. 

Nieco powyżej Smoleńska trakt, wiodący do Peters-

burga, nagle oddalał się od rzeki; dwie błotniste drogi — 
jedna w odległości dwóch, druga — czterech mil od 
Smoleńska — przecinały go z prawej strony i, za-
kreśliwszy wielkie kolisko, poprzez rozległe lasy, łączyły 
się z traktem moskiewskim; jedna w Bredyszynie, o dwie 
mile od Walutyny, druga dalej jeszcze — w Słobniewie. 

Przez jary te i wąwozy nie wahał się uciekać generał 

Barclay. Długa i ciężka kolumna jego, obciążona nadto 
setkami wozów i furgonów, musiała tedy przebyć oba 
łuki koliska, którego cięciwą była droga ze Smoleńska do 
Moskwy, zaatakowana niebawem przez Neya. Tysiące 
drobnych a nieuniknionych przeszkód — przewracający 
się wóz, grzęznący w błocie koń lub zerwana uprząż — 

background image

zatrzymywało co chwila cały pochód. Równocześnie 
ryk dział francuskich coraz bliższy był, coraz wyraź-
niejszy; zdawał się już niekiedy wyprzedzać kolumnę 
rosyjską, rozlegać się grzmotem u wylotu wąwozu, 
który przebywały właśnie pułki Barclaya. 

Wreszcie, po uciążliwym marszu, czoło kolumny ro-

syjskiej wydostało się na trakt, podczas gdy Francuzi 
mieli jeszcze do zdobycia wyżynę Walutyny i przejście 
przez Kołowdnię. Ney zajął przebojem przejście przez 
Stubnię, lecz Korff — zmuszony cofnąć się ku Walu-
tynie — przyzwał na pomoc poprzedzającą go kolumnę. 
Kolumna, ta bezładna, przez lichego prowadzona 
dowódcę — wahała się podobno; zawróciła jednak 
dzięki perswazjom Woroncewa, który oceniał należycie 
doniosłość utraconej pozycji. 

Rosjanie bronili się, chcąc ocalić wszystko: działa, 

rannych i bagaże. Francuzi atakowali w celu zagarnięcia 
wszystkiego. Napoleon zatrzymał się w odległości 
półtorej mili od Neya. 

Sądząc, iż tocząca się walka jest jeno utarczką przed-

nich straży, wysłał Gudina, aby wsparł marszałka, sam 
zaś zebrał pozostałe dywizje i powrócił do Smoleńska. 
Tymczasem utarczka przemieniła się niebawem w walną 
bitwę, w której kolejno brało udział przeszło trzydzieści 
tysięcy ludzi. Bili się wszyscy bez wyjątku: generałowie 
pospołu z żołnierstwem. Walka krwawa była i zaciekła, 
a przeciągnęła się do późnej nocy. Zdobywszy wreszcie 
wzgórze, kosztem wielu ofiar, osłabły, krwią zlany, 
otoczony zewsząd stosami trupów i rannych, których 
jęki i żałosne skargi rozlegały się ponuro wśród nocnych 
mroków — Ney kazał zaprzestać strzałów. Milczące 
szeregi nastawiły ostrza bagnetów. Rosjanie, zdumieni 
nagłą ciszą, umilkli również i cofnęli się powoli pod 
osłoną nocy. 

Porażka ich niemal równie chlubną była, jak nasze 

zwycięstwo. Obaj wodzowie spełnili swój obowiązek: 
jeden zwyciężył, drugi został wprawdzie pokonany, zdo-
łał jednak uratować artylerię, bagaże i rannych. 

Jeden z generałów rosyjskich, samotny w pośrodku 

tego krwawego pola śmierci, usiłował wydostać się spo-
między naszych szeregów, powtarzając słowa francus-
kiej komendy; poznano go wszakże przy odblasku nie-
ustannych wystrzałów i wzięto do niewoli. Zginęło 
wielu wybitnych oficerów rosyjskich, lecz Wielka Ar- 

background image

mia stokroć cięższą poniosła stratę. Przy przejściu  źle 
naprawionego mostu na Kołowdni, w chwili gdy generał 
Gudiri, którego rozumne męstwo unikało bezcelowego 
narażania się i który zresztą nie żywił do koni zbytniego 
zaufania, zsiadł ze swego wierzchowca, by pieszo przejść 
rzekę, zabłąkany tuż przy ziemi kartacz urwał mu obie 
nogi. Gdy smutna ta wiadomość doszła do cesarskiej 
kwatery, szczery żal  ścisnął wszystkie serca; ustały 
narady i zwykłe kancelaryjne czynności;  żałobny cień 
padł na odniesione pod Walutyną zwycięstwo. 

Rannego Gudina przewieziono do Smoleńska. Sam 

cesarz czuwał u jego łoża. Lecz mimo starań i troskli-
wości generał wkrótce życia dokonał. Zwłoki jego zo-
stały pochowane w obrębie cytadeli miasta, któremu 
przynoszą zaszczyt, w grobowcu godnym walecznego 
żołnierza, dobrego obywatela kraju, zacnego rnęża i ojca, 
nieustraszonego generała, który równie sprawiedliwym 
był, jak łagodnym, równie uczciwym, jak zręcznym; 
zalety cenne, a nader rzadko kojarzące się  wśród spo-
łeczeństw, w których zręczność wyklucza najczęściej 
uczciwość! 

Przypadek zdarzył, iż godnego pozostawił po sobie 

następcę; Gérard, najstarszy w dywizji generał brygady, 
objął dowództwo, a nieprzyjaciel, który nie dostrzegł 
poniesionej przez nas bolesnej straty, nie zyskał nic na 
śmierci nieszczęsnego Gudina. 

Rosjanie, zdumieni taktyką Francuzów, atakujących 

jedynie czoło kolumny rosyjskiej, mniemali, iż kombi-
nacje militarne Murata polegały jedynie na posuwaniu się 
w głąb kraju traktem przez nich zajętym. Przezwali go też 
urągliwie „generałem dróg i traktów", zapominając,  że 
niejednokrotnie fakty wprowadzają raczej w błąd, aniżeli 
uczą i oświecają. 

W rzeczy samej, równocześnie z akcją Neya, Murat 

usiłował na próżno dotrzeć ze swą kawalerią do flanków 
nieprzyjacielskich: z lewej strony — gęsty las, z prawej 
— trzęsawiska broniły dostępu do traktu. Obaj jednak 
czekali niecierpliwie na wyniki marszu flankowego 
Westfalczyków, którymi dowodził Junot. 

Począwszy od Stubni, omijając trzęsawiska utworzone 

przez rozmaite drobne dopływy Dniepru, trakt skręcał na 
lewo, ku wyżynie, z dala od rzeki, do której zbliżał się 
znów nieco dalej na sposobniejszym terenie. Istniała 

background image

nadto boczna droga, mniej wprawdzie wygodna, lecz, jak 
to bywa, znacznie bliższa, przecinająca ową bagnistą 
przestrzeń pomiędzy Dnieprem a traktem, z którym 
łączyła się w pobliżu wzgórz Walutyny. 

Tą  właśnie boczną drogą nadciągał Junot, przepra-

wiwszy się przez Dniepr w Prudziszach. Dopadł nieba-
wem tyłów lewego skrzydła rosyjskiego oraz flanku 
nadbiegających z odsieczą kolumn. Śmiały atak byłby 
niewątpliwie przechylił w owej chwili szalę zwycięstwa 
na naszą stronę. Słysząc poza sobą strzały i wrzawę, 
Rosjanie stawiający czoło Neyowi byliby utracili pew-
ność siebie; nieobliczalnymi zaś byłyby skutki popłochu, 
jeśli zważymy niewielką przestrzeń i tłoczące się na niej 
setki ludzi, koni i wozów. Lecz Junot, waleczny jako 
żołnierz, chwiejnym był wodzem; przestraszyła go 
ciążąca na nim odpowiedzialność. 

Tymczasem, pewnym będąc nadejścia Westfalczyków, 

Murat dziwił się niepomiernie ciszy panującej na tyłach 
rosyjskich. Wszelako opór, stawiany przez czoło kolum-
ny nieprzyjacielskiej Neyowi, coraz wyraźniej potępiał 
Junota. Przedzierając się samotrzeć przez lasy i bagna, 
król Neapolu bieży wówczas do Junota i gorzkie czyni 
mu wymówki. Junot usprawiedliwia się, twierdząc: ,,że 
nie otrzymał rozkazu atakowania; że powolna i ciężka 
jazda wirtemberska symuluje jeno szarżę;  że nie zdecy-
duje się cna uderzyć na nieprzyjacielskie szeregi". 

Murat odpowiada czynami na puste frazesy generała. 

Staje osobiście na czele Wirtemberczyków, którzy pod 
innym wodzem stają się innymi żołnierzami; własnym 
pociąga ich przykładem, prowadzi w ogień, a rozbiwszy 
szeregi strzelców rosyjskich, zwraca się do Junota z tymi 
słowy: „Dokończ tego dzieła; tam sława twoja i 
marszałkowska buława". Lecz gdy opuścił go Murat, 
Junot, oszołomiony — stanął znów bezczynnie. Ulegając 
całkowicie w ciągu długich lat przemożnemu wpływowi 
Napoleona, którego genialny umysł obejmował wszystko 
i o wszystkim pamiętał, do ślepego jeno nawykł 
posłuszeństwa; zbywało mu na determinacji i doświad-
czeniu; poza tym nieustanne trudy i liczne rany stargały 
przedwcześnie siły jego i zdrowie. 

Wybór Junota na dowódcę korpusu nie dziwił wszakże 

nikogo: wiedziano powszechnie, że cesarz lubił go i 
przywykł do niego jako do najdawniejszego swego 
adiutanta, że ze względu na przeżyte razem dni szczęś- 

background image

cia i chwały niechętnie byłby się z nim rozstał. Możliwe 
jest, iż równocześnie pochlebiał miłości własnej cesarza 
widok uczniów jego na stanowisku samodzielnych wo-
dzów. Niewątpliwie zresztą bardziej mógł ufać im i wię-
cej na nich polegać aniżeli na innych — mniej wypró-
bowanych — oficerach swoich i generałach. 

Niemniej gdy oglądał nazajutrz pobojowisko, którego 

sam widok zdradzał prawdę, gdy ujrzał most, na którym 
padł Gudin — zrozumiał, iż nie tam powinny były 
ukazać się pułki francuskie; gdy ogarnął następnie pała-
jącymi oczyma pozycję, którą zajmował Junot, zawołał: 
„Tu zapewne mieli atakować Westfalczycy! Od tej po-
zycji zależały losy bitwy! Co u licha robił tutaj Junot?" 
W uniesieniu niepohamowanej irytacji nie pozwolił sobie 
nic tłumaczyć; przywołać kazał niezwłocznie Rappa i 
wykrzyknął: „że odbiera księciu d'Abrantčs powierzone 
mu dowództwo i usuwa go z armii! że bezpowrotnie 
utracił Junot marszałkowską buławę!  że popełniona 
przezeń omyłka zamknęła prawdopodobnie drogę do 
Moskwy! że na miejsce Junota mianuje dowódcą korpusu 
Westfalczyków jego, Rappa, pragnąc, aby co rychlej 
przemówił do nich ich językiem i poprowadził ich do 
boju!" Lecz Rapp nie przyjął ofiarowanego mu do-
wództwa po swoim starym towarzyszu broni, a rozumną 
perswazją zdołał uspokoić wkrótce cesarza. Gniew Na-
poleona bywał zresztą zazwyczaj krótkotrwały, zwłasz-
cza jeżeli wybuchł gwałtownie i wyładować się mógł w 
słowach. 

Prócz lewego skrzydła rosyjskiego, które omal nie 

zostało rozbite, prawe skrzydło na większe jeszcze na-
rażone było niebezpieczeństwo. Morand, jeden z gene-
rałów korpusu Davouta, wysłany w tym kierunku 
poprzez lasy i lesiste wzgórza, od początku rozprawy 
znajdował się na flanku kolumny nieprzyjacielskiej. 
Jeszcze kilka kroków, a byłby dopadł tyłów prawego 
skrzydła rosyjskiego. Wówczas zaś rozstrzygnęłyby się 
niewątpliwie losy bitwy. Lecz Napoleon, nieświadom 
terenu, kazał mu cofnąć się na pozycję zajmowaną pier-
wotnie przez niego i przez Davouta. 

Zastanawiano się w szeregach, dlaczego tam, gdzie 

czynnych było trzech wodzów, wzajemnie od siebie nie-
zależnych, cesarz nie stanął na ich czele, aby wytworzyć 
akcję jednolitą, niemożliwą do urzeczywistnienia bez 
jego współudziału. Lecz cesarz powrócił już do 

background image

Smoleńska, bądź to z powodu znużenia, bądź to, iż nie 
spodziewał się równie zaciekłej walki, bądź też wreszcie 
— że zmuszony zajmować się równocześnie wszystkim i 
o wszystkim pamiętać, nie mógł podołać nadmiarowi 
pracy. W rzeczy samej, z konieczności zaniedbywane dla 
działań wojennych, mnożyły się z dniem każdym 
zarówno wewnętrzne interesa cesarstwa, jak i sprawy 
ogólnoeuropejskie. Trzeba więc było przeglądać akta i 
papiery, załatwiać nagromadzone już sprawy cywilne i 
polityczne, poza tym możność datowania listów ze 
Smoleńska schlebiała miłości własnej cesarza. Toteż gdy 
Borelli — zastępca szefa w sztabie Murata — przywiózł 
mu wieści o starciu pod Walutyną, cesarz wahał się, czy 
go przyjąć i tak dalece pochłonięty był pracą,  że tylko 
dzięki interwencji jednego z ministrów Borelli 
dopuszczony został do kwatery cesarskiej. Złożony 
przezeń raport poruszył do głębi Napoleona: „Czy być 
może? — zawołał — nie jesteście zatem dość liczni?... 
Nieprzyjaciel ma sześćdziesiąt tysięcy ludzi! Ależ to nie 
utarczka, lecz bitwa!" — I gromić  jął porywczo 
samowolę i bezczynność Junota. Wtedy Borelli 
uwiadomił go o śmiertelnej ranie Gudina. Szczery i 
serdeczny był  żal Napoleona, który wyraził się w 
niezliczonych pytaniach i okrzykach. Wkrótce jednak z 
właściwą mu siłą charakteru cesarz opanował  żal i 
niepokój, stłumił gniew. Wobec zapadającego zmierzchu 
odroczył do następnego dnia troskę o przebieg bitwy, 
zabierając się ze zdwojoną gorliwością do przerwanej 
pracy. Lecz snadź dręczyła go myśl o bliskiej bitwie, 
gdyż nazajutrz, wraz z dziennym brzaskiem, ukazał się 
na polach Walutyny. 

Stali tam żołnierze Neya i osierocona dywizja Gudina 

— wśród drzew na poły zdruzgotanych, na podłożu 
bratnich i nieprzyjacielskich trupów, na ziemi zdeptanej 
nogami, pooranej przez kule i kartacze, pstrej od 
szczątków ludzkich, od poszarpanej odzieży, strzaskanej 
broni, poprzewracanych i połamanych dział. Takimi 
bowiem są trofea wojenne, takie piękno pobojowisk! 

Zdziesiątkowane bataliony Gudina z dumą prezen-

towały broń. Unosiła się jeszcze nad nimi ostra woń 
prochu, woń, którą przesiąknięta była ziemia i mundury 
żołnierzy; twarze ich czarne były od potu i sadzy. Idąc 
wzdłuż frontu, cesarz zmuszony był co chwila orni- 

background image

jać lub deptać połamane i pogięte od gwałtownego na-
tarcia bagnety i sztywne już zwłoki ludzkie. 

Blaskiem sławy pokrył jednak wszystkie te okropności. 

Wdzięczność jego przeobraziła to straszliwe pole śmierci 
w pole chwały i triumfu. Oddana została cześć męstwu i 
wierności. 

Czuł, że należą się od niego tym walecznym żołnierzom 

nagrody i słowa uznania. Nigdy też wzrok cesarza nie był 
bardziej dobrotliwy, bardziej łaskawe słowa jego: „Bitwa 
ta stanowi najpiękniejszą kartę w dziejach walk naszych i 
zwycięstw; na czele żołnierzy, takich jak wy, podbić 
można  świat cały; ci zaś, którzy polegli, nieśmiertelną 
zdobyli chwałę". Mówiąc to, wiedział dobrze, że 
zwłaszcza w dniach klęski i pogromu dusza ludzka 
zwraca się najchętniej ku temu, co wieczyste jest i 
nieśmiertelne. 

Obficie posypały się nagrody, 12, 21 i 127 pułk piecho-

ty liniowej oraz 7 pułk lekkiej jazdy otrzymały osiem-
dziesiąt siedem krzyżów i awansów. Były to regimenty 
Gudina; 127 pułk nie miał jeszcze dotychczas orła, gdyż 
w  owym czasie każdy sztandar musiał być zdobyty na 
polu bitwy, na dowód, że następnie pułk potrafi strzec go 
i bronić. Osobiście wręczył cesarz pułkowi złotego orła. 
Nagrodził również korpus Neya. 

Sposób rozdawania nagród zwiększał w dwójnasób ich 

wartość. Kolejno każdy pułk niby rodzina cesarza otaczał 
go zwartym koliskiem. Cesarz interpelował  głośno 
oficerów, podoficerów i żołnierzy, wypytywał o naj-
waleczniejszych spośród tych walecznych lub o najbar-
dziej przez los faworyzowanych i rozdawał natychmiast 
krzyże i awanse. Oficerowie wskazywali kandydatów, 
żołnierze potwierdzali, cesarz aprobował. Zgodnie z jego 
zapowiedzią wyboru dokonywano w każdym kręgu na-
tychmiast, wśród oklasków całego pułku. 

Ojcowski ton przemówień tego władcy  świata, który 

odnosił się do prostych żołnierzy jak do bliskich sercu 
towarzyszy broni, obejście pełne prostoty, przypomina-
jącej nieodżałowane czasy Republiki — wszystko to 
wzbudziło w szeregach niewypowiedziany zapał. Był to 
monarcha zapewne, lecz monarcha, który wyszedł z łona 
Rewolucji, kochali tego władcę — parweniusza, który 
rozdawał hojną dłonią godności i tytuły; wszystko w nim 
ich pociągało, nic nie raziło. 

background image

Nigdy może pole walki równie wielką nie zajaśniało 

chwałą. Nadanie owego sztandaru, krwią okupionego, 
uroczyste nominacje, radosne okrzyki, słuszna duma 
żołnierzy wyróżnionych przez cesarza natychmiast tam, 
gdzie się odznaczyli, słowa uznania i podziwu wyrze-
czone głosem wielkiego wodza, podchwycone skwapli-
wie przez zasłuchaną i zapatrzoną Europę, uwiecznione 
w biuletynach, które czytane być miały chciwie przez 
wszystkie narody, zwłaszcza zaś hen, daleko, pod błękit-
nym niebem Francji przez uspokojone i dumne rodziny 
— ileż było w tym głębokiej, z niczym nie dającej 
porównać się radości. Początkowo nawet sam Napoleon 
uległ ogólnemu uniesieniu. 

Lecz gdy minęła radosna chwila, gdy wysłuchał ra-

portów Neya, Murata i Poniatowskiego, który równie 
szczery był i roztropny w naradzie, jak mężny w boju, 
gdy zmęczony upalnym dniem dowiedział się,  że wys-
łany za nieprzyjacielem pościg ujechał na próżno osiem 
mil, rozwiały się wówczas złudzenia. W powrotnej dro-
dze do Smoleńska niedogodność jazdy w powozie, chy-
boczącym się co chwila wskutek wyboi i porozrzucanych 
wszędzie szczątków walki, widok żałobnej procesji oka-
leczałych postaci, które wieziono lub też które wlokły się 
z trudem przy wtórze skarg i jęków, w samym wreszcie 
Smoleńsku wymijanie wózków napełnionych po brzegi 
odciętymi po szpitalach członkami — wszystko to, co 
straszliwe jest i ohydne z dala od pola walki, zgnębiło go 
do reszty. Smoleńsk cały był jednym, olbrzymim 
szpitalem, a unoszący się ponad miastem jęk bólu 
zagłuszał całkowicie radosne okrzyki, które dźwięczały 
jeszcze nad wzgórzami Walutyny. 

Sprawozdania lekarzy brzmiały ponuro: w Rosji za-

miast wina i koniaku używana jest powszechnie wódka z 
ziarna pędzona, z domieszką mniej lub więcej odurza-
jących ziół. Owóż młodzi żołnierze nasi, zmożeni głodem 
i trudami, sądzili, iż zdradziecki ten napój doda im sił, 
wkrótce jednak, gdy opadło chwilowe podniecenie, wielu 
spośród nich ciężko zaniemogło. 

Inni, mniej wstrzemięźliwi lub też może słabsi, pół-

przytomni, senni, przysiadali wzdłuż drogi i w rowach; 
spoglądając dookoła osłupiałym, bezmyślnym wzrokiem, 
oczyma wpół przymkniętymi i lśniącymi od łez, konali 
cicho, bez jęku. 

background image

W Wilnie szpitale pomieścić mogły tylko sześć tysięcy 

chorych. Cierpiące, okaleczałe tłumy gnieździły się tedy, 
gdzie kto mógł: w kościołach, klasztorach, w synagogach 
i starych spichlerzach miejskich. W smutnych tych 
przytuliskach, które częstokroć były niezdrowe, stale zaś 
przepełnione, chorym zbywało na wszystkim: na lekarst-
wach, na łóżkach i pościeli, niekiedy nawet na poży-
wieniu i na garści słomy. Liczba lekarzy niedostateczna 
była, a warunki leczenia tak opłakane,  że zamiast wy-
gasać, choroby szerzyły się coraz bardziej. 

W Witebsku Rosjanie pozostawili czterystu swoich 

rannych na pobojowisku, trzystu — w mieście; a ponie-
waż uszli wraz z armią wszyscy niemal mieszkańcy, 
przeto w ciągu trzech dni ci nieszczęśliwi konali wśród 
najokropniejszego zaduchu, wszelkiego pozbawieni 
ratunku;  żywi pospołu z trupami. Później dopiero 
zabrano ich i siedmiuset pozostałych przy życiu prze-
niesiono do naszych ambulansów, gdzie zgromadzili się 
w takiej samej liczbie nasi ranni. Ażeby opatrzyć im 
straszne, zaropiałe rany, chirurdzy nasi podrzeć musieli 
na bandaże własne i żołnierskie koszule, brakowało już 
bowiem środków opatrunkowych. 

A gdy wreszcie podgoiły się rany tych nieszczęśników, 

gdy odpowiednie odżywianie się mogło przywrócić im 
najzupełniej utracone siły i zdrowie — ginęli wówczas z 
głodu. Mało kto ocalał, bez względu na to, czy był 
Francuzem, czy też Rosjaninem. Ci, którym utrata ręki 
lub nogi albo osłabienie nie dozwalało ukraść lub wy-
prosić nieco jadła, wymierali pierwsi. Okropne te sceny 
powtarzały się wszędzie, gdzie cesarz był nieobecnym, 
gdyż w ślad za nim dążyło wszystko, a jedynie w jego 
zasięgu ściśle spełniane były wszelkie zarządzenia i roz-
kazy. 

Zdawało się,  że w Smoleńsku szpitali było pod dos-

tatkiem. Uratowano od ognia piętnaście obszernych mu-
rowanych budynków; znaleziono dość znaczne zapasy 
wódki, wina i lekarstw; nadciągnęły również zapasowe 
nasze ambulanse. Niebawem jednak zabrakło wszyst-
kiego do pomocy. Lekarze pracowali bez wytchnienia, 
lecz wkrótce nie było już czym opatrywać rannych: 
zamiast płótna używać musiano papieru znalezionego w 
archiwach, zamiast łubek i szyn do złamanych kości — 
pergaminu, a zamiast szarpi — pakuł i brzozowego łyka. 

background image

Działy się rzeczy straszne. Między innymi zapomniano 

o szpitalu, w którym stu rannych borykało się ze 
śmiercią. Przypadek jedynie odsłonił przed Rappem po 
trzech dniach tę otchłań  nędzy i niedoli. Dziś jeszcze, 
mimo ubiegłych lat, wzdrygam się na wspomnienie tych 
scen, grozą przejmujących; takie bowiem wrażenia ryją 
w duszy ludzkiej głębokie, niczym nie zatarte bruzdy. 
Wydelegowany ze sztabu generał Rapp nie oszczędził 
Napoleonowi  żadnych, najokropniejszych nawet szcze-
gółów. Cesarz napoić kazał własnym winem i obdarować 
złotem wyrwanych z tego piekła żołnierzy, którzy oparli 
się zwycięsko  śmierci bądź to dzięki silnemu 
organizmowi, bądź też dlatego, że podtrzymywali gas-
nące życie ohydną, trudną do nazwania strawą. 

Lecz oprócz silnych wrażeń, jakich doznawał cesarz 

słuchając składanych mu raportów, sercem jego targały 
inne niepokoje i wątpliwości. Według niego pożar Smo-
leńska nie był dziełem przypadku — fatalnym a nie-
przewidzianym, nie był nawet czynem zrodzonym z 
rozpaczy, lecz wynikiem spokojnej i chłodnej 
determinacji. Niszcząc i burząc, Rosjanie dokładali tych 
samych starań, tego samego przestrzegali ładu i porząd-
ku, jakich przestrzega się zazwyczaj w celach ochrony, 
konserwacji. 

Tegoż dnia śmiałe odpowiedzi księdza prawosławnego, 

jedynego, który pozostał w Smoleńsku, uświadomiły 
jeszcze lepiej cesarza o nieprzejednanej nienawiści, jaką 
pałał ku nam cały lud rosyjski. Księdza owego przywiódł 
przed oblicze cesarza przyboczny jego tłumacz, 
przerażony ujawniającą się na każdym kroku niechęcią. 

Zacny kapłan zrazu  gorzko mu wyrzucał rzekomo 

popełnione  świętokradztwo; nie wiedział,  że to generał 
rosyjski kazał podpalić magazyny handlowe i świątynie, 
a nas oskarżał o te zbrodnie, aby kupcy i chłopi nie 
zechcieli działać na własną  rękę, lecz trzymali się 
szlachty. 

Cesarz wysłuchał go cierpliwie, wreszcie zapytał: „Czy 

kościół wasz spłonął również?" — ,,Nie, Najjaśniejszy 
Panie" — odparł duchowny. „Bóg potężniejszy będzie od 
Waszej Cesarskiej Mości i opieką swoją otoczy kościół, 
albowiem w murach jego znaleźli schronienie nędzarze, 
których pożar pozbawił dachu". Napoleon, wzruszony 
odpowiedział: „Dobrze mówisz, księże. Bóg czuwać 
będzie nad niewinnymi ofiarami wojny i na- 

background image

grodzi cię za twoją odwagę. Wracaj zatem, dobry dusz-
pasterzu, do swoich owieczek. Gdyby wszyscy duchowni 
byli poszli za twoim przykładem, gdyby nie sprzenie-
wierzyli się nikczemnie danemu im od Boga posłan-
nictwu, misji zgody i miłości, gdyby nie opuścili świątyń, 
nietykalnych pod ich strażą,  żołnierze moi niewątpliwie 
uszanowaliby kościoły wasze i ołtarze. Wszak wszyscy 
jesteśmy chrześcijanami, a Bóg jest jeden!" 

Z tymi słowy odprowadzić kazał księdza pod eskortą do 

owej cerkwi. Na widok żołnierzy otwierających cer-
kiewne wrota rozległy się przeraźliwe krzyki. Oszalały z 
trwogi tłum kobiet i dzieci jął cisnąć się z płaczem u stóp 
ołtarza. Wówczas ozwał się donośny głos duszpasterza: 
„Uspokójcie się! Widziałem Napoleona i rozmawiałem z 
nim! Haniebnie oszukano nas, dzieci moje! Cesarz 
Francuzów nie jest takim, jakim nam go odmalowano! 
Zarówno on, jak i jego żołnierze wyznają tego samego 
Boga, co i my. Tocząca się wojna nie jest bynajmniej 
wojną religijną, lecz politycznym zatargiem z carem 
naszym.  Żołnierze Napoleona walczą jedynie z naszymi 
żołnierzami. Nie krzywdzą i nie mordują ani starców, ani 
kobiet, ani też dzieci. Uspokójcie się przeto, wszyscy zaś 
podziękujmy Bogu, iż uwolnił nas od ciężkiego 
obowiązku nienawiści do Francuzów jako pogan, 
bezbożników i podpalaczy!" I ksiądz zaintonował 
dziękczynną pieśń, którą wszyscy z płaczem podchwy-
cili. 

Drobne to zdarzenie najlepszym jest dowodem, jak 

dalece okłamywany i oszukiwany był ów naród. Wszyscy 
niemal mieszkańcy Smoleńska uszli wraz z wojskiem. 
Odtąd więc nie tylko armia, lecz i ludność, lecz cała 
Rosja cofała się przed nami. I cesarz czuł, że wraz z lud-
nością wymykał mu się z rąk jeden z najpotężniejszych, 
najżywotniejszych czynników podboju. 

Istotnie, z Witebska jeszcze próbował Napoleon prze-

niknąć duszę tego ludu, pragnął bowiem pozyskać go dla 
idei wolnościowej i zespolić z własną swoją działalnością 
przez zorganizowanie mniej lub więcej ogólnego 
powstania. Lecz wszelkie próby agitacji rozbijały się o 
nieufność nielicznych chłopów, których Rosjanie 
pozostawiali zapewne jako szpiegów. Jedynym zaś wy-
nikiem owych usiłowań było ujawnienie skrytych za-
miarów cesarza, przeciw którym Rosjanie odpowiednio 
się zabezpieczyli. 

background image

Napoleon zresztą — sprzyjający raczej głowom uko-

ronowanym aniżeli szaremu tłumowi — od razu nie-
chętnie i niedbale odnosił się do tej sprawy. Później, w 
Moskwie otrzymał wiele pism od włościan. Skarżyli się 
tam,  że panowie traktują ich jak stado bydła, które 
dowolnie można sprzedawać i wymieniać. Prosili, aby 
Napoleon ogłosił zniesienie poddaństwa. Chcieli mu 
służyć jako przywódcy lokalnych insurekcji, które, jak 
obiecywali, miały wkrótce przerodzić się w ogólne pow-
stanie. 

Napoleon propozycje te odrzucał. Parę rewolucji o 

ograniczonym zasięgu pokazało już niegdyś, czym wśród 
barbarzyńskiego ludu staje się barbarzyńska wolność, 
rozpasana, przerażająca swoboda. Szlachta rosyjska, 
podobnie jak koloniści na San Domingo, byłaby 
zgubiona. Ta obawa przeważyła w umyśle Napoleona; 
wyraził  ją w słowach, ona sprawiła,  że nie usiłował 
wywołać poruszenia, nad którym później nie mógłby 
zapanować. 

Panowie w Rosji nie ufali swoim niewolnikom. Spośród 

tylu grożących im niebezpieczeństw to uznali za 
największe i najbliższe. Podziałali najpierw na ducha 
swoich nieszczęsnych poddanych, upodlonych przez 
wszelkiego rodzaju niewolnictwo. Ich duchowni, którym 
chłopi przywykli wierzyć, oszukali ich kłamliwymi ka-
zaniami: wmówiono ludowi, że jesteśmy zastępami dia-
belskimi pod wodzą antychrysta, demonami, których sam 
widok sieje zgrozę, że nasze dotknięcie kala. Nasi jeńcy 
spostrzegli,  że naczyń, którymi się posłużyli Francuzi, 
biedacy ci nie śmieli już używać i przeznaczali tylko dla 
najpodlejszych zwierząt. My jednakże zbliżaliśmy się do 
nich i wszystkie te prostackie bajki miały się okazać 
kłamstwem. Dlatego szlachta cofała się  ze  swoimi 
poddanymi w głąb kraju niby w ucieczce przed zarazą. 
Dobytek, budynki, wszystko, co mogło lud zatrzymać 
albo nam posłużyć, zostało unicestwione. Odgrodzili się 
od nas głodem, ogniem i pustynią; wielkie to 
przedsięwzięcie kierowali w tej samej mierze przeciwko 
swoim poddanym, co przeciw Napoleonowi. Miała się 
więc toczyć nie wojna królów, lecz wojna klasowa, 
wojna partii politycznych, wojna religijna i narodowa — 
wszelkie rodzaje wojen naraz. Cesarz wówczas dopiero 
zdaje sobie należycie sprawę z ogromu zamierzonego 
przedsięwzięcia; im bardziej zaś posuwa się w głąb 

background image

kraju, tym bardziej rosną i olbrzymieją rozmiary tego 
przedsięwzięcia. Do niedawna zwycięstwa, odnoszone 
nad monarchami, których przerastał o głowę, dziecinną 
nieledwie były igraszką. Teraz jednak walczy nie z mo-
narchą, lecz z całym narodem, i wobec tej drugiej Hisz-
panii, ale leżącej u kresów Europy, olbrzymiej, bez-
płodnej, na wpół dzikiej — zdumiony, waha się i za-
trzymuje. 

Niezależnie od decyzji powziętej w Witebsku zajęcie 

Smoleńska stało się niejako koniecznością. Możliwym 
jest, iż w Smoleńsku właśnie zamierzał cesarz rozstrzy-
gnąć ostatecznie o dalszych losach kampanii. Lecz tutaj 
również — po raz wtóry — waha się i wątpi. Pożar 
miasta, szerzące się choroby, tłumy rannych, straszliwe, 
grozą przejmujące sceny — wszystko to zwiększa jesz-
cze wewnętrzną jego rozterkę. Zgorączkowany, spogląda 
kolejno na Kijów, Petersburg i Moskwę. 

Przez zdobycie Kijowa, którego bronił korpus Czycza-

gowa, cesarz byłby oswobodził prawy flank i tyły Wiel-
kiej Armii i osłonił prowincje polskie, dostarczające naj-
większej ilości ludzi, koni, strawy i furażu; warowne zaś 
obozy w Mohylowie, Smoleńsku, Witebsku, Połocku, 
Dynaburgu i Rydze stanowiły dostateczną linię obronną. 
Pod osłoną tej linii podczas zimowych miesięcy zorga-
nizowałby ogólne powstanie wszystkich ziem dawnej 
Rzeczypospolitej, aby wraz z nadejściem wiosny prze-
ciwstawić je Rosji. Tym sposobem szansę wojny byłyby 
mniej więcej równe: naród walczyłby z narodem. 

W Smoleńsku stanął jednak na rozstaju dwóch dróg: 

drogi do Petersburga i drogi do Moskwy, w odległości 
dwudziestu dziewięciu dni marszu od jednej stolicy, a 
piętnastu od drugiej. Petersburg jako ośrodek rządu, jako 
centrum wszystkich organów państwowych, jako mózg 
Rosji, morski i lądowy arsenał kraju, wreszcie jako 
jedyny łącznik pomiędzy Rosją a nienawistną cesarzowi 
Anglią — bardziej był ponętnym.  Świeże wieści o 
zwycięstwie pod Połockiem przemawiały również za tym 
projektem.  Łącznie z korpusem Saint-Cyra cesarz 
osaczyłby Wittgensteina i ułatwił Macdonaldowi zajęcie 
Rygi. 

W Moskwie zaś skupiała się szlachta, cały naród, on 

zaś zagroziłby ich własności, ich uświęconemu tradycją 
honorowi. Droga do Moskwy — krótka, mniej niebez-
pieczna, a bardziej zasobna, broniona na znacznej prze- 

background image

strzeni przez cofające się wciąż pułki rosyjskie, których 
nie należało lekceważyć, które trzeba było unicestwić — 
łudziła nadto nadzieją walnej rozprawy i zwycięstwa. 
Ugodzony w sarno serce naród rosyjski zmuszony byłby 
zaniechać dalszego oporu. 

Mimo nadciągającej jesieni z tych trzech projektów 

ostatni tylko wydawał się cesarzowi możliwym do urze-
czywistnienia. Znane mu były wszelako dzieje Karola 
XII: nie w opracowaniu Woltera, które cesarz odrzucił z 
gniewem, twierdząc, iż zbyt romantyczne jest i z prawdą 
niezgodne, lecz pod postacią pamiętników Adlerfelda. 
Zawarta w książce tej przestroga przebrzmiała bez echa. 
W zestawieniu obu kampanii cesarz wynajdował tysiące 
różnic i na tych różnicach opierał chwiejny gmach pla-
nów swoich i nadziei. Któż bowiem może być sędzią we 
własnej swojej sprawie? — I jakąż ma wartość przykład 
— wzięty z przeszłości — w świecie, w którym nie 
spotyka się nigdy absolutnie jednakowych ludzi, jedna-
kowych dwóch spraw ani też sytuacji? 

A jednak w owym czasie Napoleon częstokroć wspo-

minał Karola XII. 

Podobnie jak w Witebsku, nadsyłane zewsząd wieści 

działały nań podniecająco. Wydawało mu się, że wodzo-
wie jego zdziałali dotąd więcej niż on; bitwy pod Mo-
hylowem, Mołodecznem i Walutyną były walnymi roz-
prawami, a zwycięzcy generałowie — Davout, Schwa-
rzenberg i Ney — nową okryli się chwałą. Z prawej 
strony linia bojowa Napoleona zdawała się być należycie 
osłonięta; wprost niego cofała się armia nieprzyjacielska; 
na lewym zaś skrzydle, w Sławni, książę Reggio 
zaatakowany został 17 sierpnia przez Wittgensteina, któ-
rego udało mu się przyciągnąć pod Połock. Gwałtowny 
atak Wittgensteina nie dał wprawdzie Rosjanom pożą-
danych wyników, zapewnił im wszakże ofensywę. Pod-
czas ataku raniony został marszałek Oudinot. Dowódz-
two armii jego, złożonej z niespełna trzydziestu tysięcy 
Francuzów, Szwajcarów i Bawarczyków — objął w za-
stępstwie generał Saint-Cyr. Następnego zaraz dnia 
Saint-Cyr, któremu li tylko rola samodzielnego wodza 
przypadała do gustu, skorzystał z chwili niezależności, 
aby wydobyć na jaw swoje zdolności militarne i dać się 
we znaki nieprzyjacielowi, nie unosząc się ani też 
zapalając, ze zwykłym sobie, chłodnym a wyrachowa-
nym spokojem. 

background image

Począwszy od świtu aż do godziny piątej po południu, 

w celu zabrania rannych z pobojowiska, zwodził nie-
przyjaciela propozycją układów, zwłaszcza zaś ostenta-
cyjnym przygotowywaniem się do odwrotu. Równocze-
śnie, pod osłoną domostw wioski Świętego Spasa i oko-
licznych pagórków, ściągał cichaczem wszystkie swoje 
pułki, podzieliwszy je na trzy kolumny. 

O godzinie piątej, gdy wszystko było już gotowe, a 

Wittgenstein uśpiony, ozwały się trąbki: w tejże chwili 
ryknęły nasze działa, biegiem ruszyły niewidoczne 
dotychczas kolumny. Na próżno bronili się zaskoczeni 
znienacka Rosjanie, niebawem lewe ich skrzydło zostało 
rozbite, a centrum zmuszone do ucieczki; pozostało na 
placu boju wielu zabitych, tysiąc jeńców i dwadzieścia 
dział. Saint-Cyr zajął nadto pozycję zaczepną, lecz zbyt 
słaby,  żeby atakować, pozorował ofensywę jedynie w 
celu skuteczniejszej obrony. 

W ciągu tego krótkiego, lecz gwałtownego i krwawego 

starcia prawe skrzydło rosyjskie, opierające się o 
Dźwinę, gwałtowny stawiło opór. Wśród nieustannej 
strzelaniny, zasypywane gradem kul nieprzyjacielskich 
pułki nasze ruszyły na bagnety. Atak powiódł się, lecz w 
chwili, gdy piechota Wittgensteina zaczęła ustępować i 
rozpraszać się, wszystko wydało się stracone: dragoni 
rosyjscy — zdaniem jednych, według drugich — ka-
walergardzi runęli cwałem na jedną z baterii Saint-Cyra. 
Zapasowa brygada francuska, która w razie potrzeby 
osłaniać miała baterię, wysunęła się naprzód, po czym 
nagle zawróciła i jęła uciekać w popłochu wprost na 
działa, które z konieczności musiały umilknąć. Rosjanie 
nadbiegli jak burza, roznieśli na szablach naszych ka-
nonierów i poprzewracali działa; zderzenie tak nagłe 
było, tak gwałtowne, że jeźdźcy nasi, coraz bardziej wy-
straszeni, wpadli na głównodowodzącego i jego sztab, 
wszystko po drodze roztrącając i tratując. Generał Saint-
Cyr uciekać musiał pieszo. Schronił się przed tą nawał-
nicą w głębi mrocznego jaru. Dragoni rosyjscy dosięgali 
już przedmieść Połocka, gdy zręczny a podstępny ma-
newr Berckheima oraz 4 pułku kirasjerów francuskich 
położył kres walce. Rosjanie znikli w gąszczu pobliskich 
lasów. 

Nazajutrz Saint-Cyr zorganizował pościg, głównie w 

celach wywiadowczych, po części zaś dlatego, ażeby za- 

background image

znaczyć odniesione zwycięstwo i pomnożyć zebrane plo-
ny. W ciągu następnych dwóch miesięcy, aż do 18 paź-
dziernika, Wittgenstein trzymał się na uboczu, a Saint-
Cyr, pilnie obserwując wszelkie poruszenia nieprzyja-
ciela, zajął się gorliwie utrzymaniem łączności z Mac-
donaldem, Witebskiem, Smoleńskiem, wzmocnieniem 
zajmowanych w Połocku pozycji, przede wszystkim 
jednak gromadzeniem jak największych zapasów żyw-
ności. 

Podczas pamiętnej owej bitwy czterech generałów, 

czterech pułkowników i wielu młodszych oficerów od-
niosło mniej lub więcej ciężkie rany. 

Odznaczyli się zwłaszcza dwaj generałowie bawarscy: 

Deroy i Liben. Zmarli oni cztery dni później, 22 sierpnia. 
Obaj w jednym byli wieku, w jednym służyli niegdyś 
pułku, te same odbyli kampanie, jednakowo, mniej wię-
cej, awansowali i w jednym dniu jednakową  śmiercią 
chlubnego dokonali żywota. Jedna też mogiła przygar-
nęła litośnie na wieczny sen tych nieustraszonych żoł-
nierzy i wiernych przyjaciół, których śmierć nawet nie 
zdołała rozłączyć. 

Na wieść o tym zwycięstwie cesarz przysłał generałowi 

Saint-Cyr laskę marszałkowską,  żołnierzy nagrodził 
znaczną liczbą krzyżów, zatwierdził wreszcie większość 
proponowanych awansów. 

Jednakowoż — mimo tych zwycięstw — projekt dal-

szego posuwania się w głąb kraju, poza Smoleńsk, zbyt 
był ryzykowny, ażeby Napoleon sam odważył się roz-
począć akcję. Chciał on być do tego zmuszony. Po bitwie 
pod Walutyną miejsce osłabłych i znużonych pułków 
Neya zajął korpus Davouta. Murat — jako król i 
szwagier cesarza — uprzednio jeszcze objął był z jego 
rozkazu naczelne dowództwo przednich straży. Ney pod-
dał się zwierzchnictwu Murata nie tyle przez uległość, ile 
na skutek zgodności usposobień.  Łączyło ich wspólne 
umiłowanie tej samej sprawy. 

Lecz Davout — chłodny i systematyczny, przeciwień-

stwo Murata, pyszniący się nadto wspomnieniem dwóch 
wielkich zwycięstw, którym zawdzięczał otrzymane god-
ności i tytuły — nie mógł znieść takiej zależności. Dwaj 
ci wodzowie, którzy w różnym będąc wieku, równocześ-
nie dobijali się zaszczytów i awansów, nawykli słuchać 
genialnych jeno zarządzeń i rozkazów samego Napole- 

background image

ona, żadną miarą nie mogli wzajemnie sobie przewodzić 
— Murat zwłaszcza, którego zapalny temperament zbyt 
często unosił na bezdroża. 

Davout słuchał wprawdzie rozkazów, lecz niechętnie i 

niezupełnie, tak jak słuchać zwykła obrażona duma. 
Zaprzestał natychmiast wszelkiej bezpośredniej kores-
pondencji z cesarzem. Cesarz, zdziwiony, kazał nawiązać 
ją ponownie, motywując swój rozkaz brakiem ścisłości w 
raportach Murata. Davout skorzystał z tego wyznania, 
aby odzyskać utraconą niezależność. Od tej chwili przed-
nie straże miały aż dwóch wodzów. Cesarz zmęczony, 
chory, obciążony nadmiarem pracy i trosk wszelkiego 
rodzaju, wobec intryg i współzawodnictwa pomiędzy ge-
nerałami, zmuszony liczyć się z nimi, wbrew zasadom 
swoim i tradycji lat ubiegłych — dzielił  władzę i roz-
drabniał poszczególne części armii. Warunki i okolicz-
ności, którym tylekroć  własną narzucał wolę, z kolei 
silniejszymi stały się od niego i jemu przewodziły. 

Tymczasem Barclay cofnął się bez oporu aż do Dro-

hobuża i Murat nie potrzebował już pomocy Davouta; 
brakło przeto powodów do zatargu. Kilka wiorst od tego 
miasteczka, 23 sierpnia około godziny jedenastej przed 
południem, w cieniu niewielkiego lasku zawrzała 
uporczywa walka. Dwukrotnie odpierali Rosjanie atak, 
dwukrotnie Murat zdobywać musiał zajmowane przez 
nich pozycje. 

Zdumiony niespodziewanym oporem o tak wczesnej 

godzinie, Murat zawziął się, a gdy zajął wreszcie lasek, 
ujrzał poza nim całą armię rosyjską pod bronią.  Środ-
kiem płynęła wąskim jarem rzeczka Łuża. Dochodziło 
południe. Rozciągłość linii rosyjskiej, osobliwie w kie-
runku naszego prawego skrzydła, poczynione przygoto-
wania, godzina, miejsce — w tym punkcie zeszły się po-
nownie armie Barclaya i Bagrationa — oraz odpowiedni 
teren, wszystko zdawało się przemawiać za walną roz-
prawą. Murat zawiadomił o tym cesarza. 

Równocześnie zaś wysłał na przeciwległy brzeg rzeki 

generała Montbruna i jego jazdę w celu rozpoznania i 
obejścia lewego skrzydła nieprzyjacielskiego. Montbruna 
osłaniała piechota marszałka Davout: pięć  dywizji 
wyćwiczonego żołnierza. Pragnąc — jak wieść niesie — 
podtrzymać w ten sposób flankowy manewr Montbruna, 
Murat kazał im cofnąć się na trakt i atakować czoło 
kolumny rosyjskiej. 

background image

Lecz Davout odpowiedział,  że „byłoby to zaprzepasz-

czeniem naszego prawego skrzydła, wskroś które nie-
przyjaciel dotarłby do traktu i zagrodził nam jedyną 
drogę do odwrotu. Tym sposobem zmusiłby nas do de-
cydującej bitwy, której on — Davout — ma uniknąć w 
myśl otrzymanych z góry rozkazów i której uniknie, nie 
mając po temu dostatecznych sił ani też dość obronnej 
pozycji, pozostając nadto pod komendą wodza, do 
którego mało czuje zaufania". Napisał również nie-
zwłocznie do Napoleona list z prośbą o jak najrychlejsze 
przybycie, o ile cesarz życzyłby sobie wziąć udział w 
bitwie projektowanej przez Murata. 

Szczerą radością przejęła Napoleona powyższa wiado-

mość, odebrana w nocy z 24 na 25 sierpnia. Niepewność 
była męką dla przedsiębiorczego i stanowczego umysłu 
cesarza. Przybiegł więc co rychlej na czele gwardii swo-
jej, uszedłszy bez wytchnienia dwadzieścia mil. Lecz po-
przedniego jeszcze dnia, wieczorem, armia nieprzyjaciel-
ska znikła bez śladu. 

Francuzi przypisywali odwrót ten poczynaniom Mont-

bruna; Rosjanie — Barclayowi i błędnej pozycji zajętej 
przez jego szefa sztabu, który zamiast wykorzystać 
właściwości terenu, zwrócił je przeciwko sobie. Bagra-
tion spostrzegł to pierwszy i w uniesieniu napomknął 
nawet o zdradzie. 

Zarówno wśród naszych przednich straży, jak i w obo-

zie rosyjskim szerzyły się niesnaski. Dotkliwie dawał się 
we znaki brak zaufania do głównodowodzącego, za-
ufania, które jest siłą i spójnią wszelkiej armii: każdy 
krok był tedy fałszywym, każda decyzja najgorszą. 
Utrata Smoleńska zaostrzyła sytuację, a połączenie się 
obu korpusów pogłębiło jeszcze wzajemną niechęć i roz-
goryczenie. Im silniejszą była liczebnie armia rosyjska, 
tym słabszym i uleglejszym był wobec niej naczelny 
wódz. Niebawem pomruk niezadowolenia w głośne prze-
szedł okrzyki: domagano się jednomyślnie innego wodza. 
Dzięki jednak interwencji kilku rozważniejszych 
jednostek zapowiedziano przyjazd Kutuzowa i upoko-
rzeni w swej dumie Rosjanie oczekiwali go w nadziei 
walki. 

Skądinąd cesarz, który dotarł już do Drohobuża, nie 

waha się dłużej. Świadom tego, iż wszędzie pójdą za nim 
sprawy całej Europy, że miejsce pobytu jego będzie 
zawsze punktem, w którym ważyć się będą i roz- 

background image

strzygać losy narodów, że może posuwać się w głąb kraju 
bez lęku o groźne skutki odstępstwa Szwecji i Turcji — 
lekceważy sobie armię nieprzyjaciela: korpus Essena w 
Rydze, Wittgensteina pod murami Połocka, Hoertla koło 
Bobrujska, Czyczagowa — na Wołyniu, a więc armię 
liczącą ogółem sto dwadzieścia tysięcy ludzi, której 
liczba mogła jeno wzrastać. Wyprzedziwszy ją, patrzy 
obojętnie na osaczające nas poszczególne oddziały, 
przekonany najmocniej, że łoskot pioruna, który dzierży 
w dłoni, wstrząśnie ziemią całą,  że runą wówczas 
wszelkie przeszkody: militarne i polityczne. 

A jednak bojowa kolumna cesarza, licząca jeszcze przy 

jego wyjeździe z Witebska sto osiemdziesiąt pięć tysięcy 
ludzi, liczy już tylko sto pięćdziesiąt tysięcy. Osłabiona 
jest o dwadzieścia osiem tysięcy, z których połowa 
zajmuje Witebsk, Orszę, Mohylów i Smoleńsk, reszta zaś 
bądź to padła na pobojowiskach, bądź też — 
zdezorganizowana, z wszelkiej wyzuta karności — wlo-
kąc się  śladem armii, rabuje wszystkich bez wyjątku, 
zarówno sprzymierzeńców, jak i rodaków. 

Ale nawet zredukowana armia ta dostateczną była, aby 

rozbić całkowicie wojska rosyjskie i zająć Moskwę, 
zwłaszcza że mimo groźby owych stu dwudziestu tysięcy 
Rosjan nasza linia operacyjna zdawała się być naj-
zupełniej osłonięta. Macdonald na czele trzydziestu 
dwóch tysięcy ludzi strzegł lub też miał strzec w pobliżu 
Rygi i Dynaburga — Litwy, Dźwiny, Dniepru i Smo-
leńska; Saint-Cyr z trzydziestu tysiącami żołnierzy bronił 
Połocka; Victor i czterdzieści tysięcy ludzi — Witebska, 
Smoleńska i Mohylowa; generał  Dąbrowski z dwu-
nastotysięczną legią — Bobrujska; Schwarzenberg i 
Régnier — czyli czterdzieści pięć tysięcy ludzi — linii 
Bugu. Napoleon liczył nadto na dywizje Loisona i 
Durutte'a, razem dwadzieścia dwa tysiące ludzi — 
zbliżające się już do Królewca i Warszawy, oraz na 
osiemdziesięciotysięczne korpusy zapasowe, które wkro-
czyć miały na terytorium rosyjskie w pierwszej połowie 
listopada. 

Wraz z nowozaciężnymi pułkami polskimi i litewskimi 

rezerwa stanowiła dwieście osiemdziesiąt tysięcy ludzi, 
do czego dodać trzeba jeszcze sto pięćdziesiąt tysięcy. 
Ażeby więc dokonać inwazji na przestrzeni dzie-
więćdziesięciu trzech mil, gdyż taką jest odległość od 

background image

Smoleńska   do   Moskwy,  cesarz  rozporządzał  
kolosalną liczbą przeszło czterystu tysięcy żołnierzy. 

Lecz rezerwa ta, na poszczególne podzielona korpusy, 

podlegała komendzie sześciu dowódców wzajemnie od 
siebie niezależnych, z których najstarszy, zajmujący cen-
trum, obowiązany był ujednolicać działalność pięciu 
pozostałych. Niestety, był on raczej rzecznikiem pokoju 
aniżeli żołnierzem. 

Te same zresztą przyczyny, jakie już o jedną trzecią 

uszczupliły tę część armii francuskiej, która pierwsza 
wkroczyła do Rosji, wytępić miały lub też rozproszyć — 
znacznie prędzej i doszczętnie — wszystkie pułki zapa-
sowe. Podzielone na prowizoryczne bataliony, pod wo-
dzą obcych oficerów, którzy lada dzień mogli być od-
wołani, apatyczne, niekarne — pułki te przebywały 
bezmierne, ogniem i mieczem spustoszone przestrzenie, 
pod szarym niebem zbliżającej się z dniem każdym 
jesieni. 

Tymczasem Napoleon oglądał po raz wtóry pożar ca-

łego miasta. Na wzór Smoleńska spłonął Drohobuż, w 
pierwszym zaś rzędzie dzielnica kupiecka, zamieszkana 
przez ludzi bogatych, którzy z racji stanowiska zajmo-
wanego w społeczeństwie, jako klasa pośrednia, zaczątek 
stanu trzeciego, bardziej byli wrażliwi na urok swobód i 
wolności i łatwiej może niż inne warstwy daliby się 
zjednać i pozyskać. 

Cesarz zupełnie jasno zdaje sobie sprawę z tego, iż 

zajęcie Smoleńska było właśnie bezcelowe i żadnych nie 
dało wyników. Jakkolwiek decydująca bitwa jeszcze raz 
odłożona została wskutek wahania się generałów 
rosyjskich i niesnasek panujących w obozie nieprzyja-
cielskim, powzięta przez cesarza decyzja niezłomna jest i 
niewzruszona. Uporczywie ściga nieprzyjaciela, coraz 
śmielej posuwając się w głąb kraju; ostrożność ich zowie 
tchórzostwem; odwrót — ucieczką; lekceważy ich — 
aby nie utracić nadziei i wiary we własne siły! 

Tak szybko przybył cesarz do Drohobuża, że zmuszony 

był czekać na resztę armii, gdy tymczasem Murat ścigał 
nieprzyjaciela. Opuścił Drohobuż 24 sierpnia. Armia 
posuwała się równomiernie trzema wielkimi kolumnami: 
cesarz, Murat, Davout i Ney pośrodku traktem 
moskiewskim; Poniatowski z prawej strony; armia 
włoska — z lewej. 

Dążąc śladem swoich przednich straży, które zaledwie 

background image

zdołały wyżywić się ze skąpych resztek pozostawionych 
przez Rosjan, środkowa kolumna — najliczniejsza — 
szła pośpiesznie drogą zupełnie pustą, z której zboczyć 
nie mogła dla braku czasu. Zresztą, tak pułki z prawej 
strony, jak i oddziały z lewej strony pustoszyły do-
szczętnie całą okolicę. Dalsze zaś nocne wycieczki po 
prowiant i furaż, opóźniające z konieczności codzienny 
wymarsz, były wykluczone, zarówno ze względu na blis-
kie sąsiedztwo z wojskiem nieprzyjacielskim, jak na 
znaczną a nieuniknioną zwłokę. 

Trzy dni później — 27 sierpnia — z kwatery cesarskiej 

w Sławkowie, kilka mil poza Drohobużem, wyszedł 
rozkaz, powołujący marszałka Victora znad brzegów 
Niemna pod Smoleńsk. Lewe skrzydło marszałka zająć 
miało Witebsk, prawe — Mohylów, centrum — Smo-
leńsk. Victor podtrzymać miał w razie potrzeby Sain-
Cyra, osłaniając tyły armii dążącej ku Moskwie, oraz 
utrzymać łączność z Litwą. 

W ciągu pochodu tego z wiosek i miasteczek głębokiej 

Rosji wysyłał Napoleon rozliczne zarządzenia i dekrety, 
które docierały do najbardziej zapadłych zakątków 
Francji; wszędzie bowiem pragnął być obecnym, 
wszystkim rządzić, we wszystko wglądać. Niesyty sławy 
i potęgi, coraz śmielsze, coraz zuchwalsze i bardziej 
niedościgłe snuł marzenia: imieniem swoim wypełnić 
chciał ziemię całą. 

Murat podążył  śladem armii rosyjskiej aż poza Osmę, 

rzekę  wąską, lecz głęboką i głębokim płynącą korytem. 
jak większość rzek tamtejszych, dzięki czemu w okresie 
dorocznego topnienia śniegów nadbrzeżne okolice mniej 
narażone są na zalewy i powodzie. Tylne straże rosyjskie, 
rzeką odgrodzone, rozłożyły się obozem na wzgórzach 
przeciwległego brzegu. Murat niezwłocznie szukać kazał 
brodu, a gdy bród znaleziono — ze zwykłą sobie, szaloną 
a nieopatrzną odwagą, ruszył wąskim jarem ku pozycjom 
nieprzyjacielskim, odcinając sobie odwrót i czyniąc ze 
zwykłej utarczki rozpaczliwą walkę. W rzeczy samej 
pułki rosyjskie, wpadłszy na nas z góry z impetem, 
starały się zepchnąć naszą jazdę w nurty rzeki. Lecz 
Murat bronił się tak walecznie, z takim uporem ponawiał 
ataki,  że w końcu zwyciężył; 4 pułk ułanów zdobył 
upragnioną pozycję, Rosjanie zaś cofnęli się opodal, 
uszczęśliwieni, iż tak drogo okupić nam kazali 
ćwierćmilowy zaledwie kęs ziemi, który i tak — 

background image

bez   krwi   rozlewu   —   byliby   opuścili   w   ciągu   
nocy. 

W chwili największego niebezpieczeństwa jedna z ba-

terii księcia Eckmühl dwukrotnie odmówiła posłuszeń-
stwa. Dowódca baterii zasłaniał się otrzymaną instrukcją, 
która groziła mu degradacją, w razie gdyby ośmielił się 
strzelać bez wyraźnego rozkazu Davouta. Rozkaz ten 
nadszedł — zdaniem jednych — w porę, według drugich 
zaś — poniewczasie. Przytaczam zajście to dlatego, iż 
nazajutrz — w Semlewie — było ono powodem gwał-
townej sprzeczki między Muratem a Davoutem, sprzecz-
ki, której nawet obecność cesarza nie zdołała zażegnać. 

Król wypominał księciu nadmierną ostrożność, a 

szczególniej dawną niechęć sięgającą jeszcze kampanii 
egipskiej. W uniesieniu nie wahał się napomknąć o pry-
watnym załatwianiu uraz osobistych, z powodu których 
ani tocząca się kampania, ani też armia nie powinny 
ucierpieć. 

Davout, zirytowany, oskarżać  jął króla o zuchwałą, 

szaloną odwagę, która — według niego — „narażała 
ustawicznie armię, przyprawiając ją wciąż o znaczne a 
bezcelowe straty w ludziach, koniach i amunicji". 

Wreszcie zauważył: „że w ten sposób wyginie cała 

kawaleria;  że o ile Murat rozporządzać może dowolnie 
swoimi pułkami, to nie ma prawa szafować bez potrzeby 
piechotą pierwszego korpusu, której on — Davout — 
obowiązany jest strzec i chronić". 

Przemowy tej Murat nie pozostawił oczywiście bez 

odpowiedzi. Cesarz słuchał spokojnie sprzeczki, potrą-
cając nogą na wpół przysypany piaskiem granat rosyjski. 
Zdawało się nawet, iż gwałtowny spór obu zacie-
trzewionych współzawodników sprawia mu pewną przy-
jemność. Wzajemną  tę niechęć przypisywał jedynie ich 
zapałowi wojennemu, wiedząc z doświadczenia, jak bar-
dzo wszechwładną i zazdrosną jest żądza sławy. 

Podobał mu się burzliwy zapał króla Neapolu. Brak 

paszy i żywności naglił do jak najrychlejszego zwy-
cięstwa, po którym — nie zwlekając — należało w dalszą 
ruszyć drogę. Kryzys ogólnoeuropejski był zresztą zbyt 
silny, sytuacja zbyt krytyczna, a cesarz zanadto 
niecierpliwy, żeby wyczekiwać i na jakąkolwiek dłuższą 
godzić się zwłokę. 

Krewkość Murata zrozumialszą dlań była od syste-

matycznej i spokojnej rozwagi księcia Eckmühl, zwrócił 
się też w końcu do Davouta z tymi słowy: „Nikt nie 

background image

może być doskonałością; ty jednak lepiej umiesz stoczyć 
walną bitwę, aniżeli poprowadzić przednie straże". Po 
czym odprawił obydwóch, radząc im zaniechać na przy-
szłość podobnych niesnasek. 

Z niewygasłą w sercach nienawiścią powrócili obaj 

wodzowie do swoich korpusów, a ponieważ walka to-
czyła się li tylko na forpocztach, nadal więc wydzierali 
sobie wzajemnie każdą sposobność do wyróżnienia się. 

28 sierpnia armia nasza przekroczyła granice wia-

ziemskiej guberni. Uszykowana w krótką a szeroką i 
zwartą kolumnę, szła pośpiesznie na przełaj polami, 
wśród rozległej równiny. Traktem posuwała się artyleria, 
furgony i ambulanse. Cesarz, konno, osobiście 
wszystkiego doglądał. Raporty Murata i bliskość Wiaź-
my łudziły go raz jeszcze nadzieją decydującej rozprawy; 
jadąc obliczał tedy, ilu tysiącami strzałów armatnich 
będzie mógł zasypać i zdruzgotać wojska nieprzy-
jacielskie. 

Lecz Barclay ograniczał się jedynie do utarczek z na-

szymi forpocztami, i to o tyle tylko, ażeby opóźnić in-
wazję, nie zniechęcając nas całkowicie. 

Znamienna ta decyzja Barclaya, znużenie i osłabienie 

armii, intrygi i współzawodnictwo dowódców, wreszcie 
zbliżanie się rozstrzygającego momentu — wszystko to 
niepokoiło i trapiło Napoleona. W Dreźnie, w Witebsku, 
nawet w Smoleńsku oczekiwał na próżno listu od 
Aleksandra. Podczas postoju w Rybkach około 28 
sierpnia pośrednio dał do zrozumienia, iż pismo takie 
byłoby pożądane; nieciekawy poza tym list Berthiera do 
Barclaya kończył się następującym zdaniem: „Za moim 
pośrednictwem Cesarz prosi Pana o przesłanie w jego 
imieniu Cesarzowi Aleksandrowi wyrazów szczerej 
życzliwości, gdyż ani zmienne koleje toczącej się wojny, 
ani też jakiekolwiek bądź zewnętrzne warunki i 
okoliczności nie umniejszają w niczym serdecznej jego 
przyjaźni". 

Tegoż 28 sierpnia forpoczty nasze dotarły  śladem Ro-

sjan aż do bram Wiążmy. Spocone i zakurzone szeregi 
nie miały nawet czym ugasić pragnienia. Pięściami to-
rowano sobie drogę do kilku większych kałuż; zmętniała 
niebawem wodę z nielicznych strumyków wyczerpano 
wnet do dna. Sam cesarz zadowolić się musiał kubkiem 
płynnego błota. 

W ciągu nocy nieprzyjaciel zniszczył mosty na Wia- 

background image

źmie, miasto zaś splądrował i podpalił. Murat i Davout 
rzucili się niezwłocznie w kierunku ognia i mimo oporu 
Rosjan, dzięki temu, że w pobliżu zniszczonych mostów 
można było wygodnie przeprawić się wpław przez rzekę, 
jedna część awangardy zdołała odeprzeć podpalaczy, a 
druga ugasić pożar. 

Uprzednio odkomenderowano do forpocztów doboro-

wego  żołnierza z rozkazem nacierania z bliska na nie-
przyjaciela i wytropienia istotnych sprawców pożaru. 
Wobec złożonego nazajutrz raportu rozwiały się ostatnie 
złudzenia cesarza co do Rosjan i powziętej przez nich 
rozpaczliwej decyzji. 

W magazynach Wiążmy znaleziono nieco zapasów, 

niebawem wszakże rabunek wszystko roztrwonił i za-
przepaścił. W przejeździe przez miasto Napoleon do-
strzegł nieład i ślady nadużyć; zirytowany wparł konia w 
zwarte szeregi żołnierzy, bijąc i tratując, a przyłapanego 
na kradzieży wiwandiera kazał natychmiast stawić przed 
sąd i rozstrzelać. Wiedziano jednak dobrze, jakie było 
właściwe znaczenie tego rodzaju pogróżek i rozkazów; 
wiedziano i to także,  że im gwałtowniejszy był wybuch 
gniewu, tym większa później pobłażliwość i wy-
rozumiałość. Poprzestano więc na tym, iż nieco dalej 
skazany przed chwilą wiwandier oczekiwał na klęczkach 
przejazdu cesarza, a obok niego jakaś kobieta i kilkoro 
przygodnie zebranych dzieci. Cesarz — uspokojony już 
— zapytał obojętnie: „Czego chcecie?" — i kazał 
uwolnić skazańca. 

Nie zdążył jeszcze zsiąść z konia, gdy ujrzał nadjeż-

dżającego co koń wyskoczy Belliarda, od lat piętnastu 
towarzysza broni Murata, a w owym czasie szefa jego 
sztabu. Zdumiony sądził, iż stało się coś  złego. Lecz 
Belliard uspokoił go, po czym dodał: „że w pobliżu 
Wiaźmy poza głębokim jarem, w nader obronnej pozycji, 
ukazały się liczne gotowe do walki pułki nieprzy-
jacielskie;  że również ruszyła z obu stron jazda; że po-
trzebując nieodzownie wsparcia piechoty, król osobiście 
stanął na czele jednej z dywizji Davouta i poprowadził ją 
w ogień, gdy wtem nadbiegł marszałek i kazał zatrzymać 
się swoim szeregom, ganiać  głośno taktykę króla i 
niesubordynację swoich generałów;  że  wówczas Murat 
na próżno powoływał się na piastowaną przez siebie 
godność i na ważny, nie cierpiący żadnej zwłoki moment 
walki; że wobec tego oświadcza cesarzowi, iż 

background image

zniechęcony już jest okazywaną mu ustawicznie niena-
wiścią i lekceważeniem i że cesarz wybierać musi po-
między nim a Davoutem." 

Wysłuchawszy raportu Napoleon zawrzał gniewem i 

wołając: „że Davout zapomina o wszelkiej subordynacji i 
lekceważy w osobie Murata cesarskiego szwagra i 
zastępcę!" wysłał Berthiera z rozkazem natychmiasto-
wego oddania dywizji Compansa — tej właśnie, która 
zatarg spowodowała — pod bezpośrednią komendę króla. 
Davout przyjął w milczeniu uwagi, dotyczące użytych 
przez się zewnętrznych form i wyrażeń, lecz bronił 
uporczywie treści całego zajścia, bądź to dlatego, iż 
odnosił się do króla z nie tajoną niechęcią i uprzedze-
niem, bądź też,  że istotnie lepiej ocenił  właściwości 
terenu i odpowiednią do nich taktykę. 

Tymczasem walka ucichła i Murat rozpamiętywać 

mógł bez przeszkód wszystkie szczegóły sprzeczki z Da 
voutem. Zamknięty w namiocie, sam na sam z nieod-
stępnym Belliardem, w miarę jak odtwarzał w pamięci 
całe zachowanie się marszałka, rumieniec gniewu i wsty-
du oblewał mu czoło, a krew burzyła się w żyłach. 
„Został zignorowany, zelżony publicznie, a Davout żył 
jeszcze i żadnej nie poniósł kary! Obojętny mu jest 
gniew cesarza i powzięta przezeń decyzja, gdyż krwią 
tylko zmazać można podobną zniewagę! Szpadzie swojej 
wszystko zawdzięcza i ze szpadą w dłoni szukać  będzie 
zadośćuczynienia za krzywdę i obelgi!" I chwytał 
już za oręż, by szukać marszałka, gdy Belliard jął po 
wstrzymywać go i uspokajać, powołując się na wy-
jątkowe okoliczności, na armię, której należało  świecić 
przykładem, na uchodzącego coraz dalej nieprzyjaciela, 
którego mogły jeno cieszyć i radować tego rodzaju 
niesnaski i kłótnie. 

Król — jak mówił generał — przeklinał swoją koronę i 

starał się przełknąć obrazę, ale łzy bólu i gniewu spłynęły 
mu po licach na galony i hafty munduru. Podczas kiedy 
Murat tak ciężko przeżywał te chwile, Davout 
najspokojniej siedział w swojej kwaterze i w dalszym 
ciągu twierdził z uporem, iż cesarz oszukiwany był i 
rozmyślnie w błąd wprowadzany. 

Napoleon powrócił do Wiążmy, gdzie winien był ogar-

nąć całokształt tej nowej zdobyczy oraz związane z nią 
korzyści. Wiadomości otrzymane z głębi Rosji świad-
czyły o tym, iż rząd rosyjski sobie przypisuje nasze 

background image

sukcesy i stara się przekonać naród, że utrata tylu pro-
wincji była wynikiem powziętego z góry planu cofania 
się na całej linii. Przejęte w Wiaźmie papiery stwierdzały 
nadto,  że w Petersburgu, z racji rzekomych zwycięstw 
pod Witebskiem i Smoleńskiem, odśpiewano po 
cerkwiach uroczyste Te Deum. Zdziwiony i oburzony 
tym Napoleon zawołał: „Uroczyste Te Deum!... Okłamu-
ją tedy równie bezczelnie Boga, jak ludzi!". 

l września około południa Murat stanął tuż w pobliżu 

Gżacka. Niewielki lasek sosnowy odgradzał jazdę naszą 
od miasta. Obecność kozaków zmusiła króla do na-
tychmiastowego działania. Poszło w ogień kilka pułków. 
Niebawem jednak, zniecierpliwiony zbyt przewlekłą 
według niego walką, Murat skrzyknął kilkudziesięciu 
jeźdźców i wyparłszy Rosjan z lasku, znalazł się u bram 
Gżacka. Widząc to Francuzi natarli ze zdwojonym ani-
muszem i zajęli wnet miasto aż po rzekę, która dzieliła je 
na dwie części. Lecz mosty na rzece stały już w pło-
mieniach. 

W Gżacku, tak jak w Smoleńsku i w Wiaźmie, bądź to 

przypadkowo, bądź też na skutek dawnych obyczajów 
tatarskich, targ i bazary znajdowały się od strony 
wschodniej, na przeciwległym nam brzegu. Tylne straże 
rosyjskie osłonięte rzeką miały zatem dość czasu, aby 
spalić całą  tę dzielnicę. Reszta miasta ocalała li tylko 
dzięki zwinności i odwadze Murata. 

Przepłynięto rzekę Gżack jak kto mógł: na tratwach, na 

belkach i wpław. Śladem uciekających Rosjan żołnierze 
nasi docierali do płonących domów, gdy wtem nagle 
wybiegł na ich spotkanie jakiś człowiek, wołając głośno, 
że jest Francuzem. Zarówno radość jego, jak i akcent 
zdradzały rodaka. Zaprowadzono go natychmiast do 
Davouta, który skorzystał ze sposobności, aby zasięgnąć 
języka. 

W  łonie armii rosyjskiej zaszły, prawił ów człowiek, 

wielkie zmiany. Szemrano i powstawano przeciwko 
Barclayowi, zarówno w szeregach, jak i wśród szlachty i 
mieszczaństwa. Zgodnie potępiała go cała Moskwa. 
„Barclay zdrajcą jest i zaprzańcem! Przyczynił się do 
częściowego rozbicia wszystkich niemal dywizji! Hańbą 
i sromotą okrył armię, cofając się nieustannie, podczas 
gdy płonęły miasta, a nieprzyjaciel coraz bardziej po-
suwał się w głąb kraju! Jeśli konieczną była ofiara bo-
gactw i mienia, naród uczynić ją chciał dobrowolnie, 

background image

aby tym sposobem ocalić przynajmniej honor i godność 
narodową; lecz ofiara taka — złożona rękami 
cudzoziemca — była zagładą wszystkiego, nie 
wyłączając honoru i godności". 

,,I dlaczego cudzoziemiec zajmować miał równie ważne 

i odpowiedzialne stanowisko? Wszak żył jeszcze to-
warzysz broni i współzawodnik Suworowa! Tylko Ro-
sjanin ocalić może Rosję". I wszyscy jednomyślnie do-
magali się nominacji Kutuzowa i walnej rozprawy. 
Francuz dodał,  że Aleksander uległ  życzeniu ogółu,  że 
niesubordynacja Bagrationa i powszechny protest od-
niosłyby skutek, że wreszcie — wyciągnąwszy armię 
francuską tak daleko — cesarz rosyjski uznawał sam 
nieodzowną potrzebę gwałtownego starcia. 

Ziomek nasz upewniał nadto, że w dniu 29 sierpnia 

między Wiaźmą a Gżackiem, w miejscowości Carewo-
Zajmiszcze, Kutuzow entuzjastycznie witany był przez 
wojsko rosyjskie, że nadzieja rychłej bitwy ożywiała 
wszystkie serca i że nie zwlekając armia ruszyła w stronę 
Borodina, tym razem nie aby się cofać, lecz stanąć mu-
rem na granicy guberni moskiewskiej, by ojczystej bro-
nić ziemi i zwyciężyć lub zginąć. 

Pewien incydent, mało zresztą ważny, a mianowicie 

przyjazd parlamentarza rosyjskiego, zdawał się potwier-
dzać te nowiny. Parlamentarz niewiele miał do powie-
dzenia, jasne było, że zjawił się na przeszpiegi. Zachowa-
nie jego nie spodobało się, zwłaszcza Davoutowi, który 
widział w tym coś więcej niż zwykłą pewność siebie. 
Gdy jeden z generałów francuskich niebacznie zapytał 
go, jaki jest najgłówniejszy etap między Wiaźmą a Mos-
kwą: „Połtawa" — odparł wyniośle Rosjanin. Odpowiedź 
ta zwiastująca walną rozprawę podobała się Francuzom, 
którzy lubią takie słówka i chętnie potykają się z godnym 
ich przeciwnikiem. 

Odprowadzając parlamentarza, po raz wtóry żadnych 

nie zachowano ostrożności. Widział tedy, że bez 
przeszkód można było dotrzeć aż do głównej kwatery; że 
na forpocztach ani jeden żołnierz nie stał na warcie; że 
wszędzie i we wszystkim ujawniało się karygodne 
niedbalstwo oraz właściwa Francuzom i zwycięzcom 
zuchwała pewność siebie. Wszyscy spali: nigdzie ani 
haseł, ani patroli. Żołnierze nasi jak gdyby lekceważyli 
sobie zwykły obozowy ład i regulamin. Po co tyle 

background image

ostrożności? Wszak oni atakowali, oni odnosili zwy-
cięstwa; nie oni więc, lecz Rosjanie obowiązani byli 
bronić się i rygoru wojskowego przestrzegać! Tenże sam 
oficer mawiał później, iż byłby wykorzystał niezwłocz-
nie naszą nieoględność, lecz w pobliżu nie było ani jed-
nego korpusu rosyjskiego. 

Przy spiesznym podpalaniu mostów na Gżacku 

nieprzyjaciel zostawił na przeciwległym brzegu 
zapóźnioną garstkę kozaków; wysłano ich do cesarza, 
który nadjechał konno. Napoleon postanowił sam ich 
wypytać; wezwał  tłumacza i kazał przyprowadzić sobie 
dwóch owych Scytów, dziwiąc się ich osobliwemu 
odzieniu i dzikim twarzom. Wraz z nimi wkroczył do 
Gżacka i przejechał przez miasto. Odpowiedzi kozaków 
brzmiały zgodnie z informacjami owego Francuza, a 
raporty przysłane z forpocztów w nocy z l na 2 września 
potwierdziły niezbicie prawdomówność naszego rodaka. 

Barclay zatem wbrew wszystkim i wszystkiemu bronił 

uparcie do ostatniej chwili planu cofania się na całej linii, 
planu, który wysławiał przed jednym z naszych 
generałów w roku 1807 jako jedyną deskę ratunku, 
jedyny sposób ocalenia zagrożonej Rosji. Wśród nas 
chwalono go ogólnie za dotychczasowe utrzymanie roz-
ważnej defensywy, mimo zaczepnego stanowiska armii 
naszej i protestu dotkniętego w swojej dumie narodu. 

Zbłądził niewątpliwie dając się zaskoczyć w Wilnie i 

nie oceniwszy błotnistej Berezyny jako nader korzystnej 
granicy naturalnej; następnie jednak pod Witebskiem i 
Smoleńskiem ubiegł Napoleona, a zarówno nad Łuczesą, 
nad brzegami Dniepru i pod Walutyną opór jego 
najzupełniej odpowiadał warunkom i okolicznościom. O 
ile zaś podjazdowa ta walka odbiła się najfatalniej na 
armii francuskiej, o tyle korzystna była dla Rosjan; w 
miarę jak Napoleon oddalał się od rezerwowych naszych 
korpusów, Barclay zbliżał się coraz bardziej do swoich 
rezerw i magazynów. Zawsze więc i wszędzie 
odpowiednią zachowywał taktykę, bez względu na to, 
czy atakował, czy też bronił się lub cofał. 

Mimo tych zalet ściągnął na siebie tylko ogólną nie-

chęć, która jednak w naszych oczach była najwyższą dla 
niego pochwałą. Lekceważąc sobie opinię publiczną z 
chwilą, gdy jęła zbaczać na manowce, poprzestał na 
bacznym śledzeniu najdrobniejszych ruchów armii nie- 

background image

przyjacielskiej, aby wykorzystać je i, jak to bywa naj-
częściej, ocalić naród wbrew jego woli. 

Później zaś, gdy odjęte mu zostało naczelne dowódz-

two, generał ten i minister okazał jeszcze większego 
ducha: przeszedł dobrowolnie pod komendę Kutuzowa i 
świecił aż do końca przykładem wzorowej subordynacji i 
karności. 

 

background image

III 

BITWA POD MOSKWĄ 

areszcie  więc  armia  rosyjska  zatrzymała 
się! Miłoradowicz, szesnastotysięczny korpus 
rekrutów i tłumy chłopów z krzyżem w dłoni 
i okrzykiem na ustach: „Bóg tak chce!" 
nadbiegały połączyć się z wojskiem. Wieść 
niosła, że nieprzyjaciel okopywał się na rów-

ninie okalającej Borodino, jakby chciał zapuścić tu ko-
rzenie i nie ustąpić już ani kroku. 

Napoleon walną zapowiedział rozprawę. Udzielono 

armii dwudniowego wypoczynku dla nabrania tchu, 
oczyszczenia broni, przygotowania zapasów furażu i 
żywności. Oddziały wysłane nieco dalej za furażem i 
trawą uprzedzono, „aby powróciły nazajutrz, w prze-
ciwnym bowiem razie pozbawią się zaszczytnego współ-
udziału w walce". 

Cesarz zapragnął wówczas poznać swego nowego 

przeciwnika. Odmalowano mu Kutuzowa jako starca, 
który przed laty wypłynął na widownię dzięki osobliwej 
ranie. Później umiejętnie korzystał z warunków i okolicz-
ności. Porażka pod Austerlitz, którą przewidział i prze-
powiedział, zwiększyła jeszcze sławę jego, zarówno jak 
ostatnie kampanie przeciw Turcji. Męstwo Kutuzowa 
bezsprzeczne było i niewątpliwe, wymawiano mu jednak 
zbytnią interesowność i wyrachowanie. Geniusz jego 
powolny, mściwy i zwłaszcza podstępny — z iście ta-
tarską chytrością, drogą układnej i cierpliwej dyplomacji, 
przygotowywać umiał bezlitosną, nieubłaganą walkę. 

Poza tym wytrawniejszy jeszcze jako dworak aniżeli 

generał, groźny był dzięki swej sławie, dzięki zręczności, 
z jaką ją pomnażał, i dzięki umiejętności, z jaką używał 

background image

do tego innych. Pochlebstwem pozyskał sobie sympatię 
całego narodu i każdej jednostki, od generała do pros-
tego szeregowca. 

Mówiono też,  że w zewnętrznym jego wyglądzie, w 

mowie, w odzieniu, nawet w podeszłym wieku oraz w 
przesądnych praktykach i wierzeniach było coś z Su-
worowa,  że wcielał charakterystyczne narodowe cechy 
Rosjanina starej daty, które czyniły go drogim sercu 
rodaków. Toteż w dniu nominacji Kutuzowa Moskwa 
cała szalała z radości: ściskano się i całowano po ulicach, 
najpomyślniejszą wróżąc sobie przyszłość. 

Po wysłuchaniu powyższych informacji, gdy wydane 

już zostały wszelkie rozkazy i zlecenia, Napoleon ocze-
kiwać  jął bitwy ze spokojem hartownych i niepospoli-
tych jednostek. Objechał jak zwykle posterunki i po-
bliskie miejscowości. Murat wyprzedził go o kilka mil. 
Od chwili przybycia Kutuzowa czoła kolumn naszych 
musiały opędzać się nieustannie od luźnych oddziałów 
kozackich. Murat zirytowany był ciągłym opędzaniem 
się od tak słabego przeciwnika. Podobno dnia tego, w 
porywie godnym średniowiecznego rycerza, zdarł konia i 
pognał przeciwko całemu oddziałowi, tak groźnie po-
trząsając obnażoną szpadą,  że zdumieni przeciwnicy 
cofnęli się posłusznie. Zdarzenie to opowiedziane nam 
na gorąco nie spotkało się z niedowierzaniem. 

Rycerska postać króla, sława jego, świetność kapiącego 

od złota i haftów munduru, wreszcie zuchwałość 
podobnego czynu tłumaczą nam ową chwilową przewa-
gę, prawdziwą, choć nieprawdopodobną. Takim był bo-
wiem Murat: król teatralny, jeśli sądzić go zechcemy po 
dziwacznym i jaskrawym stroju — i prawdziwy mo-
narcha, jeśli weźmiemy pod uwagę istotną wartość jego i 
niezmordowaną energię;  śmiały do szaleństwa, zawsze 
dumny, zawsze pełen zaczepnej odwagi, która stanowiła 
jego najniebezpieczniejszą broń. 

Pułki nasze zajęły niezwłocznie okoliczne wsie i lasy. Na 
lewym skrzydle i w centrum — armia włoska, dywizja 
Compansa i Murat; na prawym skrzydle — Po-
niatowski. Atak był ogólny, gdyż zarówno armia włoska, 
jak korpus Poniatowskiego ukazały się jednocześnie po 
obu stronach wielkiej kolumny cesarskiej, spychając w 
kierunku Borodina tylne straże rosyjskie. Walka kon-
cetrowała się zatem w jednym punkcie. Odsłonięto tym 
sposobem pierwszą redutę nieprzyja- 

background image

cielska. Zbyt wysunięta ku przodowi — na skutek fa-
listości terenu — reduta broniła lewego skrzydła ro-
syjskiego, nie będąc w zamian przez nie bronioną. 

Compans wykorzystał umiejętnie warunki terenu: z 

niewielkich pagórków zagrały wnet działa, ostrzeliwując 
redutę, a pod ich osłoną formowała się do ataku piechota. 
Pierwszy ruszył na bagnety 61 pułk: reduta zdobyta 
została od razu, lecz nadesłane przez Bagrationa posiłki 
odebrały ją niebawem. Trzykrotnie szedł 61 pułk do 
ataku i trzykrotnie musiał cofać się, wreszcie wdarł się na 
szańce — zdziesiątkowany i krwią zbroczony. 

Gdy nazajutrz cesarz odbywał rewią pułku tego, na 

zapytanie: „Gdzie podział się trzeci batalion?" — „Jest 
tam, w reducie" — odparł pułkownik. Lecz nie dość 
tego. Pobliski las roił się od jegrów rosyjskich, którzy co 
chwila wynurzali się spośród drzew, aby ponawiać atak, 
podtrzymywany przez trzy dywizje. W końcu jednak 
natarcie Moranda na Szewardino, a Poniatowskiego na 
lasy Jelni zniechęciło do reszty armię Bagrationa; jazda 
Murata dokonała dzieła. Męstwem i zawziętością 
odznaczył się zwłaszcza pułk Hiszpanów. Zewsząd party, 
nieprzyjaciel ustąpił ostatecznie z reduty. 

Równocześnie cesarz wyznaczył pozycję każdemu z 

tych trzech korpusów, reszta zaś armii posuwała się 
naprzód i ogólna strzelanina, przerywana od czasu do 
czasu salwami armatnimi, trwała do późna, tak długo, 
póki wszystkie oddziały nie zajęły oznaczonego stano-
wiska. 

Jeden z pułków Davouta, zbłądziwszy po nocy, minął 

naszą pierwszą linię bojową i znalazł się nagle wśród 
kirasjerów. Zawrzała walka. Rosjanie zabrali nam trzy 
działa i zabili lub wzięli do niewoli trzystu ludzi. 
Wkrótce jednak pułk uformował się, tworząc czworobok, 
niekształtny wprawdzie, lecz bagnetami najeżony i og-
niem ziejący. Próżne były dalsze zakusy nieprzyjaciela. 
Pułk — choć mocno przetrzebiony — zdołał cofnąć się 
na właściwą pozycję. 

Cesarz rozłożył się obozem na tyłach armii włoskiej, 

po lewej stronie traktu. Stara gwardia zwartym otoczyła 
go pierścieniem. Gdy tylko ucichły strzały, zapłonęły 
wnet ogniska. Po stronie rosyjskiej paliły się jasno, 
szerokim półkolem, po naszej stronie — nikłym migotały 
płomieniem, mniej liczne, nierówno rozrzucone, bo- 

background image

wiem znużone i senne pułki nadciągały późno, okolica 
była nieznana, a paliwo w niedostatecznej ilości, gdyż 
brakło tam lasów, zwłaszcza na lewym skrzydle i w cen-
trum. 

Cesarz spał  źle i krótko. Zbudziło go przybycie gene-

rała Caulaincourta, który przywiózł wieści ze zdobytej 
reduty. Ani jeden jeniec nie dostał się w nasze ręce. 
Napoleon zdumiony wypytywał się o szczegóły. „Czy 
szarża kawalerii spóźnioną była? Czy istotnie Rosjanie 
postanowili zwyciężyć albo zginąć?" — Odpowiedziano 
mu,  że wojska nieprzyjacielskie „sfanatyzowane przez 
swoich dowódców, nawykłe do walk z Turkami, którzy 
dobijają zazwyczaj rannych i mordują jeńców, wolały 
raczej ginąć, aniżeli poddać się." Cesarz wpadł wówczas 
w głęboką zadumę. Następnie zaś, sądząc, iż naj-
pewniejszą  będzie akcja oparta na artylerii, kazał przy-
bywać co rychlej tym parkom artyleryjskim, które nie 
zdołały jeszcze nadciągnąć. 

Tejże nocy przy wtórze gwałtownej wichury jął padać 

drobny i zimny deszcz. Zbliżała się jesień, nowy i groźny 
wróg, tym groźniejszy, że dostosowany do wieku, w jaki 
wkraczał Napoleon; wiadomo zaś, jaki potężny wpływ 
wywierają pory roku na odnośne fazy ludzkich istnień! 

Ileż różnorodnych trosk i niepokojów kryło się w 

mrocznym  łonie tej dżdżystej, posępnej nocy! Krzątali 
się oficerowie i żołnierze, czyszcząc broń, naprawiając 
mocno już wyszarzałe i podniszczone mundury, walcząc 
z chłodem i głodem. Życie ich bowiem było ciągłą wal-
ką; generałowie — a nawet i cesarz — pod wpływem 
złowróżbnych przepowiedni Murata z lękiem wyglądali 
świtu, obawiając się, że Rosjanie — zniechęceni porażka 
poprzedniego dnia — umkną znów pod osłoną nocy. 
Kilkakrotnie zdawało im się, iż bledną i maleją ogniska 
nieprzyjacielskie,  że słychać gwar wyruszającego wojs-
ka. Lecz dopiero o dziennym brzasku przygasać zaczęły 
blaski biwaków nieprzyjacielskich. 

Tym razem nieprzyjaciel znajdował się w pobliżu. Dnia 

6 września blade promienie słońca padły z ukosa na obie 
armie, które na tych samych co wczoraj stały pozycjach, 
pełne zapału, radosne. Dobiegała nareszcie kresu ta 
dziwaczna wojna, nieokreślona i nieuchwytna, w której 
na marne szły nasze wysiłki, w której bez końca 
brnęliśmy przed siebie; oczekiwana bitwa roz- 

background image

strzygnąć miała wszystko i  postanowić o  dalszych lo-
sach kampanii! 

Cesarz skorzystał był z pierwszych cieniów zapada-

jącego zmierzchu, aby wydostać się między obie linie 
bojowe i — z pagórka na pagórek — objechać cały front 
nieprzyjacielski. 

Powróciwszy z tego rekonesansu, ułożył ogólny plan 

bitwy. „Eugeniusz będzie osią i ośrodkiem walki; prawe 
skrzydło ruszy najpierw w ogień, a gdy zajmie pod 
osłoną lasu przeciwległą mu baterię, zwróci się nagle na 
lewo i zaatakuje flank armii rosyjskiej, spychając ją na 
prawo, ku mostom Kołoczy". 

Ująwszy całokształt, zajął się niezwłocznie opraco-

waniem szczegółów. W ciągu nocy trzy baterie — po 
sześćdziesiąt dział każda — stanąć miały równolegle do 
redut rosyjskich: dwie baterie wprost lewego skrzydła, 
jedna wprost centrum. Korpus Poniatowskiego zredu-
kowany do pięciu tysięcy ludzi wyruszyć miał o świcie 
starym traktem smoleńskim i obejść las, o który opierało 
się prawe skrzydło francuskie i lewe rosyjskie. W ten 
sposób miał osłaniać jedno, a niepokoić drugie. Szarża 
Polaków miała być hasłem do boju. 

Zagrają wówczas wszystkie działa, grad kul i kartaczy 

posypie się na lewe skrzydło i na reduty Rosjan, ryjąc w 
szeregach krwawe bruzdy, w które runie piechota 
Davouta i Neya, podtrzymywana przez Junota i jego 
Westfalczyków, przez kawalerię Murata, wreszcie przez 
cesarza i dwudziestotysięczną gwardię. Przeciwko tym 
dwom redutom skierowane będą początkowo wszystkie 
usiłowania, gdyż zajęcie tych nader ważnych po-
sterunków dawało przystęp do okaleczałej, zewsząd oto-
czonej armii nieprzyjacielskiej. 

Zważywszy wszelako, że silnie obsadzone centrum i 

prawe skrzydło rosyjskie zagrażało traktowi moskiews-
kiemu, który był jedyną linią operacyjną Wielkiej Armii i 
że przez skierowanie wszystkich niemal pułków swoich 
— nie wyłączając własnego korpusu — przeciwko 
lewemu skrzydłu nieprzyjaciela, Napoleon dobrowolnie 
odgradzał się i odcinał od traktu nurtami Kołoczy — 
postanowił on wzmocnić zajmującą tenże trakt armię 
włoską dwiema dywizjami Davouta i kawalerią 
Grouchy'ego. Dywizja piechoty włoskiej, Bawarczycy i 
jazda generała Ornano, razem około dziesięciu tysięcy 
ludzi, osła- 

background image

niać mieli lewy flank francuski. Takimi były plany 
Napoleona. 

Dzień poprzedzający tę wielką bitwę upłynął niezwykle 

spokojnie, jak gdyby na skutek wzajemnego po-
rozumienia. Po cóż było dokuczać sobie, skoro nazajutrz 
rozstrzygnąć się miały losy obu armii. Zresztą zajęci byli 
wszyscy. Zarówno we francuskim, jak w rosyjskim 
obozie przygotowywano się do walki: poszczególne kor-
pusy opatrywały broń, mundury i amunicję, starając się 
uzupełnić braki spowodowane długim i forsownym mar-
szem. Generałowie studiowali gorliwie wydane im roz-
kazy i zlecenia, aby móc następnie zastosować się do 
właściwości terenu i do poruszeń innych korpusów i jak 
najmniej zdawać się na przypadek. 

W przeddzień więc straszliwej walki obaj potężni za-

paśnicy obserwowali się uważnie, przygotowując się w 
milczeniu do wiekopomnego starcia. 

Cesarz, pewny tym razem bitwy, powrócił do swego 

namiotu, ażeby odpowiednie wydać rozkazy i rozważyć 
w skupieniu wszelkie szansę walki. Obie armie równymi 
mniej więcej rozporządzały siłami: tak w jednej, jak w 
drugiej było około stu dwudziestu tysięcy ludzi i sześćset 
dział. Znajomość terenu, jednolitość języka, mundurów i 
narodowości, zgodność celów i ideałów niewątpliwie 
dawały przewagę Rosjanom. Z drugiej strony znaczna 
część wojsk rosyjskich składa się z luźnych, nie 
wyćwiczonych oddziałów i z nie obytego z wojennym 
rzemiosłem rekruta. Francuzi zaś mieli tyleż wojska — 
lecz więcej żołnierzy. 

Mimo tysięcznych przeciwności, które od początku 

kampanii przetrzebiły znacznie szeregi, byli to ludzie 
zdrowi, silni i sprężyści, jakimi bywają dojrzali męż-
czyźni. 

A jednak od kilku dni nie rozlegał się zwykły gwar 

obozowy; armia milcząca była i cicha, tą ciszą, która 
poprzedza w przyrodzie burzę, a w życiu wielkie nie-
bezpieczeństwo. 

Wszyscy bez wyjątku — od generała do prostego żoł-

nierza — łaknęli spokoju i wypoczynku, chociażby nawet 
spokoju mogiły, warunki zaś ułożyły się w ten sposób, że 
trzeba było zwyciężyć albo zginąć. Cesarz zdawał sobie 
doskonale sprawę z niebezpieczeństwa i należycie oceniał 
grozę sytuacji. Wiedział wszelako, iż zuchwalstwo jest 
wadą, którą Francuzi wybaczają najłatwiej, iż 

background image

mimo wszystko, mimo przebytych nieszczęść armia 
ślepo jest mu oddana, ufa własnym siłom i bez trwogi 
spogląda w przyszłość. 

Około południa Napoleon dostrzegł w obozie nieprzy-

jacielskim niezwykły ruch. W rzeczy  samej cała armia 
rosyjska stanęła pod bronią. Przed frontem ukazał się 
Kutuzow w otoczeniu kleru i świty. Przodem szli popi i 
archimandryci w bogatych wschodnich szatach, niosąc 
czczone powszechnie obrazy i posągi, przede wszystkim 
cudowny obraz Matki Boskiej Smoleńskiej, opiekunki i 
królowej tego miasta, cudem rzekomo uratowanej ze 
świętokradzkich rąk Francuzów. 

A gdy na ten niezwykły widok jednakim wzruszeniem 

rozkołysały się wszystkie serca, zabrał  głos Kutuzow, 
wskazując na niebiosa jako na jedyną ojczyznę 
uciemiężonych, niewolniczych tłumów. W imię religii, 
która nie zna hierarchii ani klas społecznych, w imię 
cudownego obrazu, który znalazł schronienie pod 
opiekuńczymi skrzydłami sztandarów rosyjskich, nawo-
łuje tych ciemnych pańszczyźnianych chłopów do walki 
z najeźdźcą, do obrony zagrożonego mienia panów, usi-
łuje rozpalić w tych półdzikich duszach płomień zapału i 
nienawiści. 

Według Kutuzowa: „Napoleon jest ciemięzcą wszyst-

kich narodów! mącicielem, tyranem całego świata! nędz-
nym płazem i buntownikiem, który burzy ołtarze i kala je 
krwią, który skazuje prawdziwą Arkę Pańską, jaką jest 
cudowny obraz, na świętokradzki dotyk rąk ludzkich, na 
jesienny chłód i szarugę". 

Przypomina następnie  żołnierzom spalone wsie i mia-

sta, żony i dzieci, cesarza i ojczyznę — i kończąc, odwo-
łuje się do patriotyzmu i pobożności, do cnót wrodzonych 
tym ludziom, którzy powodując się nie refleksją, lecz 
uczuciem, tym groźniejszymi są przeciwnikami. 
Rozumowanie nie ogranicza ich posłuszeństwa; zamknię-
ci przez niewolnictwo w ciasnym kręgu ubogich wrażeń, 
z nich jedynie czerpią podniety, pragnienia, idee; pyszni z 
braku porównania, łatwowierni z powodu ciemnoty, 
wielbią  święte wizerunki, posuwając się w idolatrii tak 
daleko, jak tylko dozwala chrześcijaństwo. Z tej religii 
bowiem, uduchowionej, czysto intelektualnej i moralnej, 
uczynili wiarę fizyczną i materialną, bo tylko w ten 
sposób stała się dostępna ich prymitywnemu i bezpoś-
redniemu pojmowaniu. 

background image

Podniosłe widowisko, uroczysta przemowa Kutuzowa, 

nawoływania oficerów, modły i błogosławieństwa kleru 
pożądane wydały skutki. Wszyscy, nie wyłączając ciur 
obozowych, uwierzyli, iż sam Bóg powołał ich do obro-
ny Kościoła prawosławnego i ojczystej ziemi. 

Zgoła inaczej upływał dzień w obozie francuskim. Nie 

było ani rewii, ani uroczystego ceremoniału kościelnego 
i wojskowego; nie stosowano tu żadnych  środków pod-
niecających. Nawet proklamacja cesarza wieczorem do-
piero została rozesłana i odczytana nazajutrz tak późno, 
że kilka korpusów wyruszyło nie wysłuchawszy jej. 
Podczas gdy Rosjanie tyle mając potężnych impulsów do 
działania wzywali jeszcze ognistego miecza Michała 
archanioła i pomocy wszystkich potęg niebieskich, 
Francuzi na własnych polegali siłach, ufni w to, iż 
prawdziwa moc i prawdziwe królestwo Boże jest w sercu 
ludzkim. 

Przypadek zrządził, iż tegoż dnia cesarz otrzymał z 

Paryża portret króla Rzymu, dziecięcia, którego naro-
dziny witane były entuzjastycznie zarówno przez Na-
poleona, jak przez całą Francję. Co dzień w cesarskim 
pałacu Napoleon odwiedzał syna i okazywał mu naj-
tkliwsze uczucia. Teraz widok tej niewinnej twarzyczki 
wśród obcej, nieznanej krainy w przededniu krwawej 
bitwy przejął rycerską duszę cesarza osobliwą czułością i 
rozrzewnieniem. Własnoręcznie ustawił portret przed 
swoim namiotem, po czym zwołał oficerów, a nawet i 
żołnierzy starej gwardii, pragnąc podzielić się z nimi 
swoim wzruszeniem, pragnąc im pokazać w tej wielkiej 
rodzinie jedyną latorośl swojego rodu — świetlany 
symbol nadziei wobec grozy wielkiego niebezpieczeńst-
wa. 

Wieczorem przybył do kwatery cesarskiej adiutant 

Marmonta, wysłany z raportem o porażce pod Arapila-
mi. Był to ten sam Fabvier, który zaznaczył się następnie 
w dziejach wewnętrznych naszych niesnasek. Cesarz 
przyjął  życzliwie adiutanta pokonanego generała. W 
przededniu ze wszech miar niepewnej walki pobłażliwie 
usposobiony był dla innych. Wysłuchał więc cierpliwie 
szczegółowego raportu o rozdrobnieniu wojsk naszych w 
Hiszpanii, o nadmiernej liczbie naczelnych wodzów; 
wyłuszczył następnie kierujące nim pobudki, nad któ-
rymi nie będziemy się tutaj rozwodzić. 

Nadeszła noc, a wraz z nią obawa, aby armia rosyjs- 

background image

ka nie umknęła raz jeszcze z pola bitwy. Obawa ta 
płoszyła sen z powiek Napoleona. Co chwila budził się, 
pytając o godzinę, nasłuchując, czy nie dolatuje jaki gwar 
z obozu nieprzyjacielskiego, czy wróg nie zniknął. Tak 
dalece niepewny był losów następnego dnia, że wraz z 
proklamacją wyszedł rozkaz odczytania jej dopiero 
nazajutrz rano, w razie gdyby bitwa istotnie dojść miała 
do skutku. 

Chwilowo uspokojony, niebawem jednak — dla wręcz 

innych przyczyn — w posępną popadał zadumę. Prze-
rażała go nędza żołnierzy, ich znużenie i wymizerowane, 
pobladłe od głodu i trudów twarze. W krytycznym owym 
momencie oglądał się przede wszystkim na gwardię, 
dotychczas nie naruszoną, która zdawała się być jedyną 
ucieczką i oparciem dla obu armii. Przywoływany 
kilkakrotnie marszałek Bessičres, któremu cesarz 
powierzał najchętniej komendę nad gwardią, otrzymał 
liczne rozkazy i zlecenia, dotyczące wszelkich, najdrob-
niejszych nawet szczegółów. W myśl instrukcji cesarza, 
każdy  żołnierz dostać miał z zapasowych furgonów 
trzydniową porcję ryżu i sucharów. Obawiając się nadto, 
że rozporządzenia jego nie zostały może należycie speł-
nione, cesarz zerwał się z łóżka i wypytywał osobiście 
stojących u wejścia do namiotu grenadierów, czy otrzy-
mali oznaczoną porcję. Wobec twierdzącej odpowiedzi, 
zadowolony, położył się i zasnął. 

Lecz niebawem woła znów przybocznego swojego 

adiutanta i z głową wspartą na dłoni — głośno tym razem 
— snuje przędzę posępnych myśli. "Czym jest ta wojna... 
Rzemiosłem, godnym barbarzyńców, bo cała sztuka 
polega na tym, aby w danym punkcie okazać się 
silniejszym." 

Następnie bądź to skarży się  żałośnie na zmienność 

losu, zmienność, której i on już zaczyna jakoby doświad-
czać, bądź też jakby na pociechę przypomina sobie 
wszystko to, co słyszał o Kutuzowie, o jego ślamazar-
ności i niedołęstwie, i dziwi się,  że nie zamianowano 
naczelnym wodzem Bennigsena. W końcu, rozmyślając o 
krytycznej sytuacji, jaką sam dobrowolnie wytworzył, 
dodaje: „Dzień jutrzejszy krwawo zapisze się na kartach 
historii; walka straszliwa będzie i nieubłagana". A gdy na 
zapytanie: „Czy zwyciężymy jutro?", Rapp odpowiada: 
„Niewątpliwie, lecz kosztem wielu ofiar" — Napoleon 
podejmuje swój monolog: „Wiem o tym, lecz 

background image

rozporządzam obecnie osiemdziesięciu tysiącami ludzi; 
wejdę do Moskwy z sześćdziesięciu tysiącami; potem 
nadciągną maruderzy oraz zapasowe bataliony i liczniejsi 
będziemy aniżeli przed bitwą". 

W obliczeniach tych nie brał jednak wcale w rachubę 

ani gwardii, ani też kawalerii. Chwilę później — pod 
wpływem obawy i niepokoju — kazał znów pilnie obser-
wować zachowanie się Rosjan. Lecz ognie 
nieprzyjacielskie wciąż jasnym paliły się  płomieniem, a 
wnosząc zarówno z ilości biwaków, jak i z widniejącego 
w oddali ludzkiego mrowia, nie były to jedynie tylne 
straże, ale cała armia nieprzyjacielska. Obecność Rosjan 
uspokoiła Napoleona. Cisza zapanowała w namiocie 
cesarskim. 

Forsowne marsze ubiegłych dni, nadmiar trudów, trosk 

i kłopotów odbiły się ujemnie na zmęczonym i 
wyczerpanym organizmie cesarza. Dołączyło się do tego 
przeziębienie, gorączka i suchy kaszel, głównie zaś silny 
atak zadawnionego cierpienia nerek i pęcherza. Na 
próżno usiłuje cesarz ugasić palące go pragnienie. Reszta 
nocy upływa bezsennie, w gorączkowym podnieceniu. 

Wybiła wreszcie godzina piąta. Zjawił się — wysłany 

przez Neya — oficer z wiadomością,  że Rosjanie nie 
cofnęli się i że marszałek pragnie rozpocząć akcję. Wieść 
ta przywróciła cesarzowi utracone częściowo siły. Wstał 
czym prędzej i wyszedł w otoczeniu sztabu, wołając: 
„Nareszcie mam ich w ręku! Idźmy teraz otworzyć bra-
my Moskwy!". 

Było wpół do szóstej, gdy Napoleon dotarł do reduty 

zdobytej 5 września. Postanowił czekać tam świtu i 
pierwszych wystrzałów korpusu Poniatowskiego. Powoli 
rozwidniło się. Cesarz zawołał wówczas radośnie: „Oto 
słońce spod Austerlitz". Lecz los nie sprzyjał nam: 
oślepiające promienie słoneczne padały wprost na pułki 
nasze, ułatwiając Rosjanom celność strzałów. Wtedy do-
piero spostrzeżono,  że ustawione po nocy baterie zbyt 
daleko są od nieprzyjaciela. Co tchu więc wysunięto je ku 
przodowi. Pułki rosyjskie stały tymczasem nieporu-
szone. 

Złowroga cisza zaległa pole bitwy. 
Uwaga cesarza skierowana była wyłącznie na prawe 

skrzydło, gdy wtem około siódmej — zawrzała na lewym 
skrzydle walka, ryknęły działa. Dowiedziano się wkrótce, 
że jeden z regimentów księcia Eugeniusza — 

background image

pułk 106 — zajął wioską Borodino i most na rzece, że 
powinien był most ten zburzyć, lecz że uniesiony zapa-
łem, mimo rozkazów i nawoływań dowódcy, przeszedł 
przez  rzekę i zaatakował wzgórza okalające wieś Górki 
— pod morderczym ogniem Rosjan, którzy ostrzeliwali 
go z frontu i z flanków. 

Padł generał, padło wielu oficerów, a regiment zupełnej 

uległby zagładzie, gdyby nie to, iż 92 pułk nadbiegł z 
odsieczą i dopomógł w odwrocie zdziesiątkowanym i 
krwawym szeregom. 

Odsiecz ta nadeszła na skutek wyraźnego rozkazu 

Napoleona. Możliwe jest, że cesarz sądził, iż rozkaz jego 
połowicznie tylko będzie spełniony, lub też chciał skupić 
na tym punkcie uwagę nieprzyjaciela. Jakkolwiek bądź 
— wysyłał rozkaz za rozkazem, wskazówką za 
wskazówką i ostatecznie — zamiast na półkolistej toczyć 
się linii, bitwa skoncentrowała się przede wszystkim u 
czoła kolumn, zmieniając całkowicie pierwotne plany 
cesarza. 

W trakcie tej utarczki cesarz — przekonany, że Po-

niatowski jest już na starym trakcie moskiewskim — dał 
hasło do ataku. Zakołysała się spokojna dotychczas 
równina, ogniem i dymem zionęły omglone wzgórza, 
posypał się grad kul i kartaczy. Wśród  świstu i warkotu 
pocisków ruszył gwałtownie na pierwszą redutę nie-
przyjacielską Davout z dywizjami Compansa i Desaixa 
wraz z trzydziestu działami. 

Na liczne salwy Rosjan odpowiadają tylko nasze działa. 

Piechota biegnie nie strzelając, aby dopaść co rychlej 
nieprzyjaciela i zmusić go do milczenia. Lecz niebawem 
pada ranny generał Compans i najwaleczniejsi jego 
żołnierze; reszta oszołomiona zatrzymuje się już pod 
morderczym ogniem, żeby odpowiedzieć strzałami, gdy 
Rapp w zastępstwie Compansa obejmuje komendę, przy-
prowadziwszy też swoich ludzi. Błysnęła stal bagnetów... 
Biegiem ruszyli żołnierze na redutę. 

Lecz w pobliżu reduty kula ugodziła Rappa w pierś: 

była to dwudziesta druga rana, jaką otrzymał w życiu. Z 
kolei raniony został trzeci generał, wreszcie i sam 
Davout. Rappa zaniesiono do cesarza, który rzekł do-
brotliwie: „Zawsze niepoprawny jesteś, Rapp! Co się tam 
dzieje?" Adiutant odparł, iż należałoby posłać w ogień 
gwardię. „Nic z tego! — zawołał Napoleon. — 

background image

Nie chcę zaprzepaszczać gwardii! Wygram bitwę i bez 
niej!" 

Na czele trzech dywizji swoich, podówczas 

zredukowanych już do dziesięciu tysięcy ludzi, podążył 
z odsieczą Ney. Nieprzyjaciel podwoił ogień. Ney 
przyspieszył kroku. Widząc, iż idzie mu z pomocą 57 
pułk Compansa, ostatkiem sił wdarł się na szaniec. 
Zawrzała bezlitosna walka, część Rosjan uciekła, ziemia 
spłynęła krwią, lecz reduta została zdobyta. 
Równocześnie Ney przypuścił tak gwałtowny szturm do 
pozostałych dwóch redut, że wydarł je również z rąk 
nieprzyjaciela. 

Dobiegało południe. Wobec porażki lewego skrzydła 

rosyjskiego i częściowego zajęcia równiny cesarz polecił 
Muratowi dokonać dzieła. Chwilę później jazda Murata 
ukazała się na pobliskich wzgórzach, oko w oko z tłum-
nie powracającym nieprzyjacielem, druga bowiem linia 
rosyjska i zapasowe bataliony — wiedzione przez Bag-
gowuta, przysłane przez Tuczkowa — nadbiegały od 
Siemionowskiego na pomoc pierwszej linii w celu 
odebrania utraconych redut. Francuzi — oszołomieni 
jeszcze zwycięstwem — jęli cofać się bez oporu. 

Westfalczycy, wysłani przez Napoleona na pomoc Po-

niatowskiemu, przechodząc przez las, który dzielił 
księcia od reszty armii, wśród tumanów kurzu i dymu 
ujrzeli cofające się szeregi nasze. Pewni, iż  są to 
Rosjanie, zaczęli strzelać. Pomyłka ta, podtrzymywana 
dłuższy/ czas uporem Westfalczyków, zwiększyła jeszcze 
nieład i zamieszanie. 

Ruszyła wówczas do ataku jazda rosyjska. Murat — 

zewsząd osaczony — zdołał zaledwie schronić się do 
reduty. Lecz i tutaj panował popłoch: wylękli  żołnierze 
biegali bezradnie dookoła parapetów, szukając raczej 
drogi do odwrotu aniżeli środków do obrony. 

Wszelako obecność króla i nawoływania jego 

pożądany wywarły wpływ. Ze szpadą w jednej dłoni, a 
pióropuszem w drugiej, z gołą głową i własnym świecąc 
przykładem, skrzyknął rozproszoną załogę i poprowadził 
ją na wały. Równocześnie Ney uformował ponownie 
swoje dywizje. Celne strzały jego piechoty złamały 
wkrótce szyki nieprzyjacielskie: kirasjerzy cofnęli się, a 
Murat zajął po raz wtóry wzgórze. 

Natychmiast też, nie bacząc na grożące mu niebezpie-

czeństwo, na czele jazdy Bruyčres'a i Nansouty'ego 
ruszył w skok na nieprzyjaciela. Pod naporem ludzkich 

background image

piersi zachwiały się szeregi rosyjskie, cofając się ku 
swemu centrum. Murat nacierał coraz zapalczywiej, 
wreszcie zmusił Rosjan do odwrotu, w ciągu godziny 
całkowicie rozbijając lewe ich skrzydło.  Lecz nie 
naruszone były jeszcze wzgórza zburzonej wsi 
Siemianowskie, o którą opierała się lewica centrum 
rosyjskiego oraz zapasowe bataliony, nadsyłane usta-
wicznie przez Kutuzowa z przeciwległego skraju kolum-
ny. Morderczy ich ogień paraliżował ruchy Neya i Mu-
rata. Trzeba więc było za wszelką cenę zdobyć  tę po-
zycję. Najpierw ruszył Maubourg z jazdą swoją; za nim 
Friand — jeden z generałów Davouta, z oddziałem pie-
choty. 15 pułk z Dufourem na czele wdarł się pierwszy 
na szczyt stromego tego wzgórza, wypierając Rosjan z 
wioski, której ruiny niedostatecznie były obwarowane. 
Friand — jakkolwiek ranny — poparł gorliwie atak 
Dufoura i dopomógł mu w odniesieniu zwycięstwa. 

Należało poprzeć co rychlej akcję rozpoczętą tak po-

myślnie. Lecz Murat i Ney — wyczerpani doszczętnie — 
zatrzymują się i dołączając do swoich proszą o posiłki. 
Wbrew jednak przyzwyczajeniu i tradycji Napoleon 
waha się  długo: kilkakrotnie wysyła i cofa rozkaz do 
swojej młodej gwardii. Wreszcie, mniemając, iż nie nad-
szedł jeszcze decydujący moment, pozostawia Frianda i 
Maubourga dla obrony wzgórz Siemionowskiego. 

Kutuzow skwapliwie korzysta z niespodziewanej zwło-

ki: wszystkie bataliony rezerwowe, nie wyłączając gwar-
dyjskich pułków, dążą z odsieczą zagrożonej lewicy. 
Dzięki posiłkom tym Bagration formuje się ponownie, 
oparłszy prawe skrzydło o wielką baterię, którą usiłuje 
zdobyć książę Eugeniusz, lewe o las zamykający pole 
bitwy w kierunku Psarewa. Ogniem artyleryjskim roz-
rywa nasze szeregi. Atakując równocześnie na całej linii; 
piechota, artyleria i jazda idą z jednakowym męstwem i 
zapałem. Nie myśląc już o dalszych sukcesach, Ney i 
Murat dobywają ostatka sił, aby utrzymać się na 
zajmowanych pozycjach. 

Broniący Siemionowskiego żołnierze Frianda odpierają 

pierwszą szarżę, lecz niebawem, morderczym prażone 
ogniem,  łamią się i cofają zwarte ich szeregi; jeden z 
pułkowników nakazuje odwrót. W krytycznym owym 
momencie Murat biegnie ku niemu, chwyta go za kark i 
krzyczy ze złością: „Co robisz?". Wskazując wówczas 
ręką na piętrzące się dookoła stosy trupów i rannych, 

background image

pułkownik odpowiedział: „Wasza Królewska Mość wi-
dzi, że nie sposób dłużej tu pozostawać." „A jednak ja tu 
zostanę" — krzyknął król. Na te słowa oficer stanął, 
utkwił w Muracie badawczy wzrok i rzekł po chwili: 
„Wasza Królewska Mość ma słuszność!...  Żołnierze, w 
prawo zwrot! Gińmy zatem!". 

Tymczasem Murat po raz wtóry wysłał do cesarza 

Borellego z prośbą o pomoc. Borelli domaga się natar-
czywie posiłków, ukazując na zbliżających się Rosjan, na 
spowite kłębami dymu wzgórza, dotąd tak spokojne, i na 
coraz liczniejsze pociski, z których kilka kona z sykiem 
niemal u stóp cesarza. Wreszcie Napoleon obiecuje 
posłać  młodą swoją gwardię. Zaledwie jednak zakoły-
sały się jej szeregi, głośnym okrzykiem cofa rozkaz. 
Wszelako, pod pozorem zrównania szeregów, hrabia de 
Lobau nieznacznie wysuwa gwardię naprzód. Lecz Na-
poleon dostrzegł podstęp i rozkaz powtórzył. 

Na szczęście w tej samej chwili wyruszyła ku zagro-

żonym wzgórzom artyleria zapasowa pod wodzą Lau-
ristona, który raczej wyjednał sobie u cesarza pozwolenie 
na ten manewr, aniżeli usłuchał wydanych mu rozkazów. 
Wkrótce jednak potrzeba skoncentrowania w tym 
punkcie znaczniejszej ilości dział wydała się cesarzowi 
tak nieodzowną, że po raz pierwszy od początku bitwy z 
nie tajonym zniecierpliwieniem i niepokojem śledzić jął 
poruszenia Lauristona. 

Nie wiadomo, czy źródłem owego niepokoju nie była 

troska o ostateczny wynik usiłowań Poniatowskiego i 
księcia Eugeniusza, walczących na przeciwległych 
dwóch skrzydłach naszej armii; nie ulega wszakże naj-
mniejszej wątpliwości, że cesarz obawiał się, aby Rosja-
nie ze skrajnego lewego skrzydła, uszedłszy rąk Polaków 
Poniatowskiego, nie zajęli pola bitwy poza Neyem i 
Muratem. W każdym razie była to jedna z przyczyn, dla 
których zatrzymał przy sobie gwardię. Na zadawane mu 
pytania odpowiadał: „Że chce lepiej rozejrzeć się;  że 
właściwa bitwa, w której on sam weźmie udział, nie jest 
jeszcze rozpoczęta;  że walka długa będzie i zażarta;  że 
należy być cierpliwym; że czas jest podstawą i 
zasadniczym składnikiem wszechrzeczy; że z obecnej 
sytuacji  żadnych jeszcze nie można wysnuwać 
wniosków". A zapytawszy się o godzinę, dodawał: 
„Jeszcze czas! Rozpocznę dopiero za dwie godziny!". 

Lecz nie  rozpoczął  wcale.  Przez cały niemal  dzień 

background image

siedział lub przechadzał się powoli, nieco na lewo od 
reduty zdobytej 5 września, nad brzegiem głębokiego jaru 
z dala od bitwy, którą zaledwie mógł dostrzec, kiedy 
przesunęła się poza wzgórza. Nie wyzbywał się apatii, 
gdy znów mógł  ją obserwować, równie obojętny 
względem pułków nieprzyjacielskich, jak i względem 
własnych szeregów. Wieści o zgonie najlepszych, naj-
dzielniejszych generałów przyjmował ze smutną rezy-
gnacją, bez żadnych jednak zewnętrznych objawów żalu. 
Kilkakrotnie zrywał się i szedł brzegiem wąwozu, lecz po 
chwili siadał znów bezsilny. 

Wszyscy przyglądali mu się ze zdumieniem. Dotych-

czas w chwilach istotnie ważnych cesarz imponował 
spokojną a niezmordowaną energią, lecz w owym pa-
miętnym dniu był to spokój bezładu, bierna i apatyczna 
łagodność. Niektórzy mniemali, iż przygnębienie cesarza 
było jedynie zwykłym u niego następstwem przeżytych 
gwałtownych wzruszeń, inni wyobrażali sobie, że dusza 
jego syta już była wszystkiego, nie wyłączając krwawych 
wrażeń, jakich dostarczało pole bitwy. Inni jeszcze 
twierdzili, że spokojna wytrwałość i zimna krew wielkich 
ludzi wobec niebezpieczeństwa przeobraża się z wiekiem 
w ociężałość i ślamazarność. Najgorliwsi motywowali 
zachowanie się cesarza niezwykłą rozległością linii 
bojowej, która domagała się stałego punktu zbornego dla 
dostaw, raportów i odbioru zleceń i rozkazów. Inni 
wreszcie — bardziej trafnie — przypisywali apatię 
cesarza nadwątlonemu zdrowiu, rozpoczynającej się 
ciężkiej i bolesnej, a tajonej chorobie. 

Generałowie artylerii, którzy dziwili się również swojej 

bezczynności, skorzystali skwapliwie z danego im 
pozwolenia na współudział w walce. Niebawem zady-
miły się wszystkie wzgórza. Zagrało osiemdziesiąt dział. 
Pierwsza ruszyła na armaty kawaleria rosyjska, lecz 
wkrótce musiała cofnąć się poza piechotę. 

W zwartych szeregach rosłych piechurów rosyjskich 

pociski nasze orały krwawe i głębokie bruzdy. Lecz 
mimo to pułki szły wciąż naprzód. Pod morderczym 
ogniem naszych baterii padały od razu całe plutony. Na 
próżno usiłowali  żołnierze utrzymać ciągłość szeregów; 
co chwila na stratowaną ziemię waliły się z jękiem coraz 
to liczniejsze, straszliwe, okaleczałe postacie. 

W końcu pułki zakołysały się i stanęły — bądź to, że na 

widok tylu okropności owładnęło nimi uczucie grozy, 

background image

bądź też dlatego, iż w owej właśnie chwili Bagration 
został raniony, a generałowie jego — wobec niepowo-
dzenia — nie umieli tak jak Napoleon operować rów-
nocześnie kilkoma korpusami, z zachowaniem zupełnego 
ładu i jednolitości działania. Przez dwie godziny stał bez 
ruchu ten bezduszny tłum, coraz gęstszym padając 
trupem. Bitwa zamieniła się w rzeź. Kanonierzy nasi 
pełni świadomego siebie męstwa patrzyli z podziwem na 
bezmyślną,  ślepą i zrezygnowaną odwagę hufców 
rosyjskich. 

Wreszcie znużenie ogarnęło zwycięzców. Gniewała ich 

opieszałość tej walki armatniej. Zresztą dobywano już z 
ładownic ostatnich naboi. Decydują się przeto wodzowie: 
Ney rusza naprzód, rozciągając swoje prawe skrzydło tak, 
aby obejść mogło co rychlej z lewej strony nowo 
uformowaną kolumnę rosyjską. Davout i Murat atak 
podtrzymują i szczątki korpusu Neya odnoszą zwy-
cięstwo nad szczątkami armii Bagrationa. 

Walka cichnie na równinie, koncentrując się na wzgó-

rzach zajmowanych przez nieprzyjaciela i dookoła wiel-
kiej reduty atakowanej przez księcia Eugeniusza, a bro-
nionej uparcie przez centrum i prawe skrzydło rosyjskie 
pod wodzą Barclaya. 

Całe tedy prawe skrzydło francuskie — Ney, Davout i 

Murat — odniósłszy zwycięstwo nad wojskami Bagra-
tiona i połową linii nieprzyjacielskiej, stanęło około 
południa na wprost okaleczałego flanku armii rosyjskiej, 
wprost szczerby, przez którą widać było pozostałe pułki 
nieprzyjacielskie, pozbawione wszelkiej osłony tyły, a 
nawet drogę ewentualnego odwrotu. 

Zbyt słabi wszelako, żeby runąć do środka, poza po-

tężną jeszcze linię, trzej wodzowie domagają się jedno-
głośnie pomocy gwardii: „Młoda gwardia niechaj idzie za 
nami! Niechaj tylko ukaże się i zluzuje nas na 
wzgórzach! Wówczas my sami dokonamy dzieła!". 

Wysłany do cesarza generał Belliard oświadcza: „Że z 

zajmowanych przez nich pozycji dostrzec można wy-
raźnie trakt wiodący do Możajska, poza armią rosyjską; 
że na trakcie tym widać oddalającą się zwartą kolumnę 
uciekinierów, rannych i wozów; że należałoby wprawdzie 
przebyć jeszcze wąwóz i zagajnik, o którym zapomnieli 
snadź zbici z tropu generałowie rosyjscy, lecz że wszelkie 
podjęte w tym kierunku usiłowania obfity wy- 

background image

dałyby plon, decydując nieodwołalnie o dalszych losach 
wojny i armii nieprzyjacielskiej". 

Cesarz jednak waha się, wątpi, wreszcie wysyła Bel-

liarda z powrotem, ponownego żądając raportu. 

Zdziwiony i gniewny, generał powraca niebawem z 

wiadomością: „Że nieprzyjaciel zdołał już rozejrzeć się 
w sytuacji; że batalion jegrów — rozsypany w tyralierkę 
— osłania już zagajnik; że pierzchnie wnet bezpowrotnie 
niezwykle korzystna sposobność;  że nie ma chwili do 
stracenia, w przeciwnym zaś razie trzeba będzie stoczyć 
drugą bitwę, żeby utrzymać wyniki pierwszej". 

Lecz Bessičres, którego Napoleon wysłał był na wzgó-

rze w celach rozpoznawczych, upewnia: ,,że Rosjanie 
cofnęli się w najlepszym ordynku na inną pozycję i że 
zdają się przygotowywać gorliwie do ponownej walki". 
Cesarz oznajmia wówczas Belliardowi, „że sytuacja nie 
jest jeszcze dość jasna; że zanim pchnie w ogień swoją 
rezerwę, pragnie rozejrzeć się lepiej na szachownicy". 
Wyrażenie to powtarza kilkakrotnie, wskazując z jednej 
strony na trakt moskiewski, którego nie zdołali jeszcze 
zdobyć Polacy Poniatowskiego, z drugiej strony — na 
tyły naszego lewego skrzydła, atakowane przez jazdę 
nieprzyjacielską, wreszcie na wielką redutę, o którą 
rozbijały się usiłowania księcia Eugeniusza. 

Belliard przerażony powraca do króla i opowiada: „iż 

niepodobieństwem jest wydostać od cesarza rezerwę; że 
zastał Napoleona na tym samym miejscu w takim samym 
stanie przygnębienia i apatii, z zapadniętą twarzą i 
przygasłym wzrokiem; że cesarz robi wrażenie człowieka 
chorego;  że zdaje się być najzupełniej obojętnym na 
wszystko, nawet na przebieg toczącej się bitwy". 
Popędliwy i szorstki Ney niepohamowanym wybucha 
wtedy gniewem: „Czyż po to uszliśmy tyle mil, aby 
poprzestać na jednym pobojowisku? Co porabia cesarz 
na tyłach armii? Czy sądzi,  że tam doczeka się zwy-
cięstwa? Jaka jest jego rola w dzisiejszej bitwie? Skoro 
nie chce osobiście prowadzić wojny, skoro nie jest już 
generałem, jeno cesarzem, niechaj powraca raczej do 
Tuileries, a nam pozostawi dowództwo". 

Murat przyjął znacznie spokojniej raport Belliarda. 

Przypomniał sobie, iż poprzedniego dnia, w czasie objaz-
du linii nieprzyjacielskiej, cesarz zsiadał kilkakrotnie z 
konia i z czołem wspartym o działa, z przymkniętymi 

background image

oczyma — cierpiący stał bez ruchu. Wiedząc nadto, jak 
dalece niespokojną i bezsenną była ubiegła noc, przery-
wana gwałtownymi napadami kaszlu i dreszczy, król 
rozumiał,  że znużenie oraz ujemny wpływ pierwszych 
szarug jesiennych podcięły wyniszczony już organizm i 
że w krytycznym momencie lotny geniusz cesarza był jak 
gdyby przykuty do ziemi przez niemoc cielesnej powłoki 
uginającej się pod potrójnym brzemieniem zmęczenia, 
gorączki i choroby, która z wszystkich tych czynników 
niewątpliwie najbardziej podcina zarówno fizyczne, jak 
duchowe siły człowieka. 

Nie brakło mu wszelako zewnętrznych podniet. 

Wkrótce po odjeździe Belliarda, Daru — nagabywany 
przez Dumasa, a zwłaszcza przez Berthiera — półgłosem 
uwiadomił cesarza, iż wszyscy domagają się jednogłośnie 
współudziału gwardii. „A czym wojować  będę, jeśli 
wypadnie stoczyć jutro drugą bitwę?" — odparł 
Napoleon. Minister nie nalegał  dłużej, zdumiony niepo-
miernie tym, że po raz pierwszy w życiu cesarz odkładał 
do następnego dnia chwilę decydującą o dalszych jego 
losach. 

Tymczasem Barclay, na czele prawego skrzydła, sta-

wiał  mężnie czoło księciu Eugeniuszowi, który natych-
miast po zajęciu Borodina przebył Kołoczę wprost wiel-
kiej reduty nieprzyjacielskiej. W tym zwłaszcza punkcie 
Rosjanie pewni byli wygranej, ufni w spadzistość wzgó-
rza, w grząskie dno głębokich jarów, w nasze wyczer-
panie, w obronność szańców swoich, najeżonych 
przeszło osiemdziesięciu działami, które okalały całą 
redutę ognistym wieńcem. Lecz zawiodły wszystkie te 
rachuby; niedostatecznymi okazały się wszelkie — 
zarówno naturalne, jak sztuczne — środki obrony. Nagły 
podmuch słynnej na świat cały „furii francuskiej" powiał 
nad idącymi do szturmu żołnierzami Moranda. Reduta 
została zdobyta, a Rosjanie zmuszeni do odwrotu. 

Bohaterskiego tego czynu dokonało tysiąc ośmiuset 

ludzi z 30 pułku pod wodzą generała Bonnamy. 

Odznaczył się tam również Fabvier, ów adiutant Mar-

monta przybyły poprzedniego dnia z Hiszpanii; jako 
ochotnik stanął na czele najbardziej wysuniętego ku 
przodowi oddziału strzelców pieszych, jak gdyby chcąc 
udowodnić wobec Wielkiej Armii, iż w chwilach naj-
większego niebezpieczeństwa żołnierze spoza Pirenejów, 
ożywieni duchem współzawodnictwa, który rodzi boha- 

background image

terów,  zawsze  w  pierwszym  idą  szeregu,  obojętni  na 
śmierć i na rany. 

Niebawem jednak padł ranny na szańcach zajętej 

chwilowo reduty. Zwycięstwo trwało bowiem krótko, 
bądź to wskutek zbytniego pośpiechu pierwszych sze-
regów napastniczych, bądź też wskutek opieszałości idą-
cych za nimi batalionów. Nad brzegiem wąwozu, które-
go głębina osłaniała z tej strony działa nieprzyjacielskie, 
zatrzymało się podobno kilku naszych oficerów. Morand 
stanął tedy sam jeden wobec wojsk rosyjskich. Dobie-
gała zaledwie dziesiąta. Z prawej strony — Friand go-
tował się dopiero do ataku na Siemionowskie; z lewej — 
nie ukazały się jeszcze dywizje Gerarda i Broussiera oraz 
gwardia włoska. 

Zresztą atak ten nie powinien był przybrać takich 

rozmiarów, chodziło bowiem jedynie o przytrzymanie 
Barclaya w pobliżu reduty, gdyż według pierwotnego 
planu cesarza bitwa miała rozpocząć się na prawym 
skrzydle, a później dopiero zwrócić się ku lewemu 
skrzydłu. Trudno dociec, dlaczego w chwili gdy doszło 
do wykonania planów, cesarz zmienił je całkowicie, on 
to bowiem, gdy tylko zagrały działa, jął  słać do księcia 
Eugeniusza oficera za oficerem, nagląc do coraz bardziej 
stanowczej akcji. 

Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, Rosjanie 

tłumnie zewsząd nadbiegli. Kutaisow i Jermołow objęli 
dowództwo; 30 pułk, sam jeden wobec całej armii, śmia-
ło ruszył na bagnety. Wkrótce jednak, pod naporem 
stokroć liczniejszego nieprzyjaciela, zdziesiątkowany, 
ustąpić musiał z reduty, pozostawiając na placu trzecią 
część swoich żołnierzy oraz walecznego generała Bonna-
my, który padł przeszyty dwudziestu kulami. Rozzuch-
waleni zwycięstwem Rosjanie morderczy rozpętali 
ogień. Dookoła reduty zawrzała wściekła walka; na niej 
ześrodkowano cały wysiłek, całą znajomość sztuki 
wojennej. W ciągu czterech godzin, pod gradem kul i 
kartaczy, utrzymywali się Francuzi na stokach 
straszliwego tego wulkanu. Działał na nich podniecająco 
osobisty wpływ księcia Eugeniusza, ale przede 
wszystkim, od lat zwycięscy, nie mogliby pogodzić się z 
porażką. 

Każda dywizja kilkakrotnie zmieniała generałów. 

Wicekról biegał od jednej do drugiej, z prośbą lub 
wymówką na ustach, dawne przypominając zwycięstwa. 
Uwidomić kazał cesarza o grożącym mu niebezpieczeńst- 

background image

wie, lecz Napoleon odpowiedział: „Że w niczym nie 
może mu dopomóc; że książę powinien raz jeszcze wytę-
żyć wszystkie siły i zdobyć redutę, gdyż od niej zawisły 
losy całej bitwy". Wicekról gromadził więc już wszystkie 
swoje pułki, aby generalny przypuścić szturm, gdy nagle 
— na lewym jego skrzydle — wściekłe ozwały się 
okrzyki. 

Uwarow — to znaczy kilkutysięczny oddział kozaków i 

dwa pułki jazdy — szarpał nasze odwody. Zaczynały 
cofać się otoczone zewsząd szeregi. Lecz wicekról, przy 
współudziale generałów Delzonsa i Ornano, odparł 
wkrótce owe bardziej hałaśliwe aniżeli istotnie groźne 
hufce nieprzyjacielskie, po czym stanął niezwłocznie na 
czele wojsk swoich. 

W tej samej chwili Murat — skazany na całkowitą 

bezczynność  wśród zajętej przez się równiny — po raz 
czwarty wysłał do cesarza gońca z raportem o spus-
toszeniach, jakie szerzyli wpośród jego kawalerii Rosja-
nie oparci o reduty przeciwległe księciu Eugeniuszowi. 
Prosząc o nadesłanie już tylko jazdy cesarskiej, upewnił, 
iż przy tej pomocy obejdzie warowne te wzgórza, a 
wybiwszy załogę, zatknie na szańcach zwycięski sztan-
dar francuski. 

Cesarz, skłonniejszy tym razem do ustępstw, przywołać 

kazał Bessičresa, który piastował godność szefa konnej 
jego gwardii. Lecz marszałek, wysłany z rozkazu cesarza 
w kierunku toczącej się walki, powrócił dopiero po 
upływie godziny. Napoleon czekał cierpliwie, nie 
powtarzając rozkazu, a marszałka przywitał przyjaznym 
uśmiechem, spokojnie wysłuchał  złożonego przezeń ra-
portu, wreszcie napomknął o Muracie i o przyobiecanych 
posiłkach, dozwalając marszałkowi działać według włas-
nego rozeznania. 

Lecz było już poniewczasie! Od tej chwili wątpliwym 

się stało rozgromienie całej armii rosyjskiej, a może i 
zajęcie całej Rosji, chodziło już tylko o utrzymanie się na 
polu walki. Kutuzow zdołał opamiętać się i stosownie się 
przygotować: trudniejsze do zdobycia pozycje zostały 
umocnione, a liczna jazda rosyjska zalała całą równinę. 

Tym sposobem, na oczach Neya i Murata, formował się 

po raz trzeci lewy flank nieprzyjacielski. Murat 
przywołuje wówczas jazdę poległego w poprzednim 
starciu Montbruna. Dowództwo obejmuje generał Cau- 

background image

laincourt, a widząc,  że adiutanci nieszczęsnego 
Montbruna opłakują go rzewnymi łzami, woła: „Za mną, 
wiara! Milszą mu będzie zemsta aniżeli łzy!" 

Król wskazuje generałowi nowy flank nieprzyjacielski, 

który zepchnąć należy w gardziel wąwozu prowa-
dzącego do wielkiej baterii, a podczas gdy lekka jazda 
nacierać  będzie na Rosjan, on — Caulaincourt — na 
czele swoich kirasjerów zwróci się nagle na lewo i za-
atakuje tyły tej straszliwej reduty, której działa dzie-
siątkują jeszcze wojsko wicekróla. 

Caulaincourt odpowiada: „Będę tam zaraz żywy lub 

umarły!" — i rusza niezwłocznie, depcąc i tratując sze-
regi nieprzyjacielskie. Po czym zwraca się nagle na 
lewo, po krótkiej walce wdziera się pierwszy do wnętrza 
krwawej reduty i pada ugodzony kulą, okupując śmiercią 
swoją zdobycz. 

Uwiadomiono natychmiast cesarza o zwycięstwie i o 

niepowetowanej stracie, jaką poniosła armia. Wielki 
koniuszy dworu, brat nieszczęsnego generała, słuchał w 
milczeniu; zrazu ugiął się pod ciosem żałobnej wieści, 
potem zaciął się w bólu i gdyby nie łzy spływające po 
ogorzałych policzkach, sądzić by można, iż obojętnym 
był jeno słuchaczem. Szczerze zmartwiony cesarz zawo-
łał do niego: „Wszak słyszałeś pan wszystko? Może 
chcesz usunąć się stąd?" Lecz w tej samej chwili trzeba 
było ruszyć przeciwko nieprzyjacielowi; wielki 
koniuszy, zamiast odpowiedzi, milcząc uchylił tylko 
kapelusza na znak podzięki i odmowy i pozostał przy 
boku cesarza. 

Podczas gdy kawaleria nasza atakowała tyły reduty, 
wicekról na czele niezmordowanej piechoty swojej nie-
dalekim już był szańców. Nagle umilkły strzały, roz-
wiały się  kłęby czarnego dymu i połyskliwa stal 
pancerzy kirasjerów rozbłysła na wałach. Od krwi 
czerwona, reduta dostała się nareszcie w ręce Francu-
zów! Wicekról spieszy tam, by podzielić triumf, dokoń-
czyć walki i umocnić się na tej pozycji. Lecz mimo 
porażki Rosjanie wznawiali po kilkakroć uporczywą 
walkę. Pobici — wracali znów pod wodzą swoich gene-
rałów — nieutrudzeni, groźni, gęstym ścieląc się trupem 
u stóp szańców, które własnymi usypali dłońmi. Na 
szczęście ostatnia kolumna rosyjska dotarła do Sie-
mionowskiego i do wielkiej reduty bez armat: okoliczne 
jary i wąwozy opóźniły zapewne pochód artylerii. Bel-
liard zdołał wytoczyć tylko trzydzieści dział, które jed- 

background image

nak tak morderczym zionęły ogniem, że piechota 
nieprzyjacielska w popłochu cofnęła się czym prędzej, 
pozostawiając wielu zabitych i rannych. Murat i Belliard 
opowiadali później, iż w owym momencie pomoc dzie-
sięciotysięcznego korpusu piechoty byłaby zapewniła im 
niewątpliwie zupełne i świetne zwycięstwo, lecz że roz-
porządzając jedynie przetrzebioną już znacznie kawa-
lerią, musieli stanąć wpół drogi, szczęśliwi, że utrzymali 
pole walki. 

W znacznej mierze przyczynił się również do zwycię-

stwa Grouchy, który wielokrotnie atakował wielką redutę 
z lewego flanku i oczyścił równinę, nie szczędząc krwi 
ani ofiar. Lecz i on także nie mógł  ścigać szczątków 
wojska rosyjskiego: mroczne jary, a poza nimi warowne 
reduty, osłaniały odwrót nieprzyjacielski. W redutach 
tych trzymali się Rosjanie aż do nocy, z rozpaczliwym 
uporem broniąc ostatkiem sił drogi do Moskwy, świętej i 
prastarej stolicy carów, serca i spichlerza Rosji. 

Z wysokości tych drugich wzgórz  ostrzeliwali usilnie 

opuszczone przez siebie pozycje. Wicekról zmuszony był 
ukryć osłabłe i przetrzebione szeregi swoje w jamach i 
wykrotach oraz poza zburzonymi na poły szańcami. 
Klęcząc w cieniu tych niekształtnych parapetów, żołnie-
rze nasi spędzili w ten sposób kilka godzin pod wzmożo-
nym ogniem nieprzyjacielskim. 

Mniej więcej około wpół do czwartej ucichła wrzawa 

tego ostatniego zwycięstwa. A było ich kilka. Bo w ciągu 
pamiętnej onej bitwy każdy korpus walczył i zwyciężał 
osobno, lecz nie poparty w odpowiednim momencie, nie 
mógł przewagi swej wyzyskać i cofać się musiał w pół 
drogi, zdziesiątkowany i krwawy. Usunięto wszakże po 
trochu najgłówniejsze przeszkody. Strzały coraz rzadsze 
były i coraz cichsze. Zewsząd nadciągali oficerowie. Po 
zawziętej walce zwyciężyły wreszcie korpusy 
Poniatowskiego i Sebastianiego. Nieprzyjaciel nowe sy-
pał szańce — na nowej, obronnej pozycji. Dzień miał się 
ku końcowi, amunicja nasza wyczerpana była, bitwa 
ukończona. 

Wówczas, po raz trzeci, stanął przed cesarzem generał 

Belliard. Cierpienia Napoleona zdawały się wzmagać 
coraz bardziej. Z trudem dosiadł konia i skierował się 
powoli ku siemionowskim wzgórzom, nad którymi, 
mimo 

background image

zwycięstwa, przelatywały jeszcze roje kul i  kartaczy 
nieprzyjacielskich. 

Wszelako ani złowieszcze odgłosy wojny, ani nie wy-

gasły jeszcze zapał Neya i Murata nie zdołały wyrwać go 
z odrętwienia, głos miał osłabły, ruchy ociężałe. Dopiero 
widok szeregów rosyjskich i przeciągły  świst kul 
podziałał nań ożywczo. Z bliska obserwować jął ostatnią 
ich pozycję i wyraził chęć zdobycia jej. Lecz Murat, 
ukazując na wybite niemal doszczętnie pułki nasze, 
oświadczył, iż nic nie wskóra bez pomocy gwardii, na co 
znów Bessičres, który nie omieszkał nigdy podkreślić 
wartości i znaczenia doborowego tego żołnierza, odparł z 
naciskiem: „że zważyć należy znaczną odległość, 
dzielącą nas od korpusów zapasowych i od ojczystej 
ziemi; że obowiązkiem naszym jest oszczędzać i chronić 
tę garstkę  żołnierzy, która strzec ma całości i 
bezpieczeństwa osoby cesarskiej". A ponieważ dobiegała 
piąta, Berthier dodał: „że jest za późno,  że nieprzyjaciel 
zdążył już okopać się w ostatniej pozycji i że ponowna 
ofiara kilku tysięcy istnień ludzkich byłaby bezcelowa". 
Cesarz poparł wtedy gorąco zdanie obu marszałków, a 
zaleciwszy zwycięzcom ostrożność i umiarkowanie, 
ściągnął cugle i zawrócił ku namiotom swoim, które 
wznosiły się w cieniu zdobytej przed dwoma dniami 
baterii, a przed którymi przesiedział cały prawie dzień 
jako milczący  świadek poszczególnych epizodów tej 
krwawej walki. 

W powrotnej drodze z Siemionowskiego przywołać 

kazał Mortiera i polecił mu „poruszyć nareszcie młodą 
gwardię, nie przekraczając jednak wąwozu, który dzieli 
nas od pozycji rosyjskiej". Dodał po chwili: „iż jedynym 
jego  życzeniem jest utrzymanie pola walki; że niczego 
więcej nie pragnie i niczego nie żąda." Wkrótce przywo-
łał go znów, zapytując: „Czy dobrze zrozumiał, o co cho-
dzi?", nawołując raz jeszcze do rozważnej i oględnej 
akcji, a przede wszystkim do utrzymania pola walki. W 
godzinę później powtórzył rozkaz, zabraniając surowo: 
„atakować lub cofać się bez względu na warunki i 
okoliczności". 

Kiedy znalazł się w swoim namiocie, do cierpień i do-

legliwości fizycznych gnębiących cesarza przyłączył się 
niebawem głęboki smutek. Oglądane przed chwilą pobo-
jowisko, wymowny dowód straszliwych obustronnych 
zapasów, okropną głosiło prawdę: owo zwycięstwo — 

background image

tak długo oczekiwane, tak drogo okupione — niezupeł-
nym było i nieowocnym. Czyż  on to istotnie, on, który 
zawsze i we wszystkim starał się i umiał wykorzystać 
każdą pomyślniejszą okazję, obojętnym i chłodnym 
wzrokiem spoglądał na ostatni łaskawy uśmiech szczod-
rego dotychczas losu?! 

W rzeczy samej straty były niezmierne, przenoszące 

stokrotnie zyski i korzyści. Posępny cień żałoby padł na 
najbliższe otoczenie cesarza: opłakiwano braci, krew-
nych i przyjaciół, gdyż śmierć chłodną położyła dłoń na 
najdostojniejsze głowy. Padło czterdziestu trzech gene-
rałów, zabitych lub ciężko rannych! Ileż bólu i łez dla 
Francji, a triumfu i radości dla wrogów naszych! Jak 
niebezpieczny temat do rozmyślań dla Niemiec! Toteż 
zarówno w szeregach, jak i pod purpurą namiotów ce-
sarskich posępna zapanowała cisza. 

Umilkli nawet pochlebcy. Ci zaś, których cesarz przy-
wołać kazał — Dumas i Daru — słuchali w milczeniu 
wywodów Napoleona, lecz ich zachowanie, utkwiony w 
ziemię wzrok i ponurość wymowniejsze były od słów. 
Mimo późnej godziny — minęła już dziesiąta — nie-
strudzony Murat raz jeszcze domagał się od cesarza po-
mocy konnej gwardii: „Armia nieprzyjacielska, rozpro-
szona i zdezorganizowana, przeprawia się co prędzej 
przez Moskwę; należałoby więc zaskoczyć ją znienacka i 
dokonać rozpoczętego dzieła!" Lecz cesarz odmówił 
stanowczo, tonem nie dopuszczającym  żadnej repliki, 
następnie zaś podyktował biuletyn ubiegłego znojnego 
dnia. 

Ci, którzy towarzyszyli mu nieodstępnie, ujrzeli wów-

czas, jak dalece ten zwycięzca tylu narodów osłabiony 
był i chory, jak bardzo zbiła go z nóg silna gorączka, 
przede wszystkim zaś powrót ciężkiej i niezmiernie 
bolesnej choroby, jaka wzmagała się zawsze wskutek 
zbyt gwałtownego ruchu i zbyt silnych wrażeń. Szeptem 
przypominano sobie zdania wypowiedziane, a raczej na-
pisane we Włoszech przed piętnastu laty: „Zdrowie 
niezbędne jest dla żołnierza i nic nie może go zastąpić!", 
oraz okrzyk spod Austerlitz, niestety! proroczy: 
„Ordener już jest zużyty!  Żołnierzem można być do 
pewnego tylko wieku. Ja sam, za lat sześć, 
prawdopodobnie niezdatny już będę na wodza!" 

W ciągu nocy Rosjanie zakłócali kilkakrotnie posępną 

i głuchą ciszę. Nazajutrz rano doszło nawet do starcia 

background image

tuż obok namiotów cesarskich; stara gwardia chwycić 
musiała za broń, co, wobec świeżego zwycięstwa, zakra-
wało po prostu na drwiny i obelgę. Armia nasza, a właś-
ciwie tylko forpoczty stały bez ruchu do południa, osła-
niając niosących ratunek rannym i konającym. Rannych 
było przeszło dwadzieścia tysięcy. Niesiono ich dwie 
mile wstecz, do Kołockiego Monastyru. 

Naczelny chirurg Larrey wezwał do pomocy wszyst-

kich bez wyjątku lekarzy pułkowych, nadciągnęły rów-
nież ambulanse, lecz wszystkiego było mało. Po wojnie 
już Larrey skarżył się w dłuższym sprawozdaniu, iż nie 
pozostawiono mu ani jednego regimentu dla dostawy 
rzeczy najniezbędniejszych z okolicznych wiosek. 

Cesarz objeżdżał wówczas pobojowisko — straszliwe, 

grozą przejmujące. Każdy najdrobniejszy nawet szczegół 
potęgował bezbrzeżny smutek wiejący z tej wielkiej, 
szeroko rozwartej mogiły: chłód, szare niebo, plusk 
deszczu, szum gwałtownej jesiennej wichury, zgliszcza 
domostw i zabudowań gospodarczych, stratowana ziemia 
pokryta najróżnorodniejszymi szczątkami, daleko na 
widnokręgu — smutna i ciemna zieleń lasów północy, 
wszędzie, pomiędzy stosami krwawych, okaleczałych 
trupów błąkające się sylwetki żołnierzy, którzy prze-
trząsali nawet tornistry poległych kamratów, szukając 
bodaj okruchów jakiejkolwiek strawy, wszędzie okropne, 
poszarpane rany, gdyż kule rosyjskie większe są od 
naszych, wszędzie, na biwakach, na wpół wygasłe ognis-
ka i głucha,  żałobna cisza, w której słychać było jeno 
ciężkie westchnienia! 

Dokoła sztandarów i orłów pułkowych tuliła się szczu-

pła garstka żołnierzy oraz kilku zaledwie oficerów i 
podoficerów. Odzież ich poszarpana na strzępy, czarna 
od prochu, krwią zbryzgana. A jednak — mimo łach-
manów, nędzy i rozpaczy — dumnie i hardo wznosiły się 
wszystkie głowy; na widok cesarza zadźwięczały nawet 
okrzyki, lecz mniej liczne i cichsze niż zwykle, gdyż w 
łonie tej nie zwyciężonej dotychczas armii każdy zdawał 
sobie doskonale sprawę z sytuacji i trafnie oceniał 
przebieg i znaczenie wypadków. 

I nie mylili się  żołnierze nasi: na tylu rannych i po-

ległych nieprzyjaciół było zaledwie ośmiuset jeńców. 
Wiadomo zaś, że liczbą pojmanych jeńców mierzono od 
dawien dawna rozmiary zwycięstwa lub klęski. Piętrzące 
się zewsząd stosy trupów były raczej dowodem 

background image

męstwa zwyciężonych aniżeli przewagi zwycięzców. 
Skoro reszta armii nieprzyjacielskiej cofała się w 
porządku, dumna i bynajmniej nie znękana porażką, 
jakaż była istotna wartość zdobytego pola bitwy? Wobec 
obszaru niezmiernych przestrzeni, czym była dla Rosjan 
utrata niewielkiego kęsa ziemi? 

Dążąc  śladem Napoleona, po krwawym podłożu ze-

sztywniałych zwłok ludzkich, koń jednego z członków 
świty cesarskiej trącił kopytem konającego  żołnierza, 
dobywając z piersi rannego ostatni jęk bólu i męki. 
Cesarz, dotąd równie ponury i milczący, jak ponurym i 
milczącym było odniesione przezeń zwycięstwo, zgnę-
biony nadto doszczętnie okropnym widokiem tylu i ta-
kich ofiar, nagle wybuchnął gniewem i żalem, nakazując 
otoczyć dogorywającego żołnierza najtroskliwszą opieką. 
Ażeby ułagodzić wzburzenie cesarza, któryś z oficerów 
zauważył,  że ranny nie był Francuzem, ale Rosjaninem. 
Lecz Napoleon odparł porywczo: „Że po bitwie nie ma 
już wrogów — jeno są ludzie!" Po czym rozesłał towa-
rzyszących mu oficerów wszędzie, skąd tylko dochodziły 
żałosne, bólem drgające nawoływania. 

Rannych było najwięcej na dnie mrocznych jarów, 

dokąd zostali zepchnięci lub też dokąd dowlekli się z 
trudem szukając schronienia przed wojskiem nieprzy-
jacielskim i szalejącą, na równinie wichurą. Jedni, naj-
młodsi, wspominali z jękiem imię ojczyzny lub matki, 
inni oczekiwali śmierci z niewzruszonym spokojem lub 
też z drwiącym uśmiechem na ustach, nie prosząc o ra-
tunek i nie skarżąc się, jeszcze inni błagali, aby dobić ich 
natychmiast i skrócić im niewypowiedziane męki po-
wolnego konania. Mijano jednak czym prędzej tych 
nieszczęśników, których nic już i nikt nie mógł uratować. 

Jeden z nich, najbardziej okaleczały (urwane miał obie 

nogi i prawą rękę), taki był jeszcze silny, tak dalece pełen 
nadziei, a nawet wesołości,  że postanowiono ocalić go 
koniecznie. Podczas przenosin biedak skarżył się na ból 
w nieobecnych członkach: objaw nader częsty u kalek, a 
który zdaje się przemawiać za niepodzielną władzą duszy 
w dziedzinie wrażeń i uczuć, z całkowitym pominięciem 
praw cielesnej powłoki. 

Widziano Rosjan czołgających się z trudem ku bardziej 

spiętrzonym stosom trupów, wśród których w rozpaczy 
szukali schronienia. Podobno jeden z nich ukry- 

background image

wał się przez kilka dni we wnętrznościach konia 
powalonego odłamkiem granatu i żywił się końskim 
ścierwem. Inni, umocowawszy jako tako strzaskaną nogę 
przy pomocy kija, bez jęku, bez skargi, widmom podobni 
posuwali się o lasce ku najbliższym wioskom lub do-
mostwom. 

Być może, iż z dala od szeregów bratnich nie spodzie-

wali się litości ani miłosierdzia; niewątpliwie jednak, 
jako bardziej zahartowani wskutek ciężkich warunków i 
ostrego klimatu, odporniejsi byli na ból aniżeli Francuzi, 
mniej wrażliwi zarówno fizycznie, jak i duchowo. 

Podczas tej smutnej rewii, łaknąc bodaj odrobiny złud-

nej nadziei, na próżno kazał cesarz przeliczyć po raz 
wtóry pojmanych jeńców i zebrać kilka zagwożdżonych 
lub pogruchotanych dział: siedmiuset kilkudziesięciu 
jeńców i niespełna dwadzieścia niezdatnych do użytku 
armat stanowiło jedyne trofea tego niepełnego zwy-
cięstwa! 

Równocześnie  śladem tylnych straży rosyjskich Murat 

dążył drogą prowadzącą do Możajska. Rosjanie cofali się 
w największym porządku, nie zostawiając za sobą nic: 
ani ludzi, ani wozów, ani nawet odzieży. Zmarli grzebani 
byli niezwłocznie, mimo pośpiechu, gdyż lud rosyjski 
otacza nieboszczyków najgłębszą czcią i posza-
nowaniem. 

Ujrzawszy w oddali Możajsk, Murat sądził, iż miasto 

jest już w jego mocy, zaprosił tam nawet cesarza na 
nocleg. Lecz tylne straże rosyjskie najniespodziewaniej 
rozłożyły się pod murami miasta, poza którym — na 
dość znacznej wyniosłości — widniała reszta armii ro-
syjskiej. Kutuzow osłaniał tym sposobem drogę do Mos-
kwy i drogę do Kaługi. 

Zachowanie się Rosjan dumne było i wyzywające, jak 

w przededniu bitwy. Z wrodzoną mu gwałtownością 
Murat rozpoczął akcję natychmiast. 

Niebawem jednak poniósł nową, a dotkliwą stratę: 

podczas rekonesansu lewego skrzydła nieprzyjacielskie-
go raniony został nieodstępny i długoletni towarzysz 
króla, generał Belliard. Istotnie, z tej strony pozycja 
rosyjska mniej była obronna, łatwiejsza do zdobycia, lecz 
Murat atakował jeno zapalczywie front nieprzyjacielski, 
na nic więcej nie zwracając uwagi. 

Co się zaś tyczy cesarza, to przybył on pod Możajsk 

dopiero w nocy, wiodąc za sobą nieliczne szeregi. Był 

background image

jeszcze bardzo chory i osłabiony, w takiej pogrążony 
zadumie,  że zdawał się nie widzieć i nie słyszeć nic: ni 
jęków, ni wrzawy, ni dolatujących aż do niego pocisków. 
Zatrzymano go, ukazując mu tylną straż nieprzyjacielską, 
która broniła dostępu do miasta, a nieco dalej migotliwy 
blask ognisk pięćdziesięciotysięcznej armii. Stanowisko 
zajęte przez nieprzyjaciela potwierdzało raz jeszcze 
niedostateczność odniesionego zwycięstwa oraz ufność, 
jaką Rosjanie we własne pokładali siły. Lecz cesarz 
spoglądał na wszystko jakimś  tępym, przygasłym 
wzrokiem; obojętnie wysłuchał raportów, żadnej nie 
dając dyrektywy, i cofnął się na nocleg do pobliskiej 
wioski, leżącej w promieniu strzałów nieprzyjacielskich. 

Zmogła go rosyjska jesień. Gdyby nie ona, może na 

polu bitwy pod Moskwą zawładnęlibyśmy całym tym 
państwem, jej przedwczesna srogość przyszła w pomoc 
Rosjanom. Objawiła się już 6 września, w przeddzień 
wielkiej bitwy. Zerwał się groźny huragan, który na 
wskroś przeniknął Napoleona. W noc przed decydującą 
rozprawą trawiła go silna gorączka, mącąc spokój ducha i 
umysłu, i dlatego tak był wycieńczony podczas walki. 
Cierpienie to, w połączeniu z innym, jeszcze okrutniej-
szym, pętało jego ruchy i przez najbliższych pięć dni 
trzymało w okowach jego geniusz; te okoliczności 
ocaliły Kutuzowa od zupełnej klęski pod Borodino i dały 
mu czas na zebranie resztek armii i uchronienie ich przed 
naszym pościgiem. 

Rankiem 9 września dzienny brzask szeroko oświetlił 

rozwarte bramy Możajska; nieco poza miastem tylne 
straże nieprzyjacielskie strzegły jeszcze wzgórz,  które 
zajmowała poprzedniego dnia armia Kutuzowa. Wojska 
nasze wtargnęły do miasta. Niektóre pułki natychmiast 
ruszyły w dalszą drogę śladami Rosjan, inne zaś szukały 
wytchnienia i strawy, pilnie przetrząsając strychy i piw-
nice. Ale miasto opustoszałe było, z wszelkich ogołocone 
zapasów. Po domach walały się jeno trupy, które wy-
rzucano oknami, aby zapewnić sobie przynajmniej dach 
nad głową — i konający, których w jednym gromadzono 
miejscu. 

Rannych było tylu, że Rosjanie nie śmieli podpalić 

miasta. Lecz ta ich ludzkość nie ostała się na widok 
pierwszych szeregów francuskich; huknęły strzały, po-
sypały się bomby i kartacze, niecąc pożar wśród drew- 

background image

nianych   przeważnie   domostw   i   zabudowań.   
Znaczna liczba rannych zginęła w płomieniach. 

Podczas gdy usiłowano opanować rozszalały  żywioł, 

pięćdziesięciu woltyżerów z 33 pułku jęło piąć się pod 
górę stokiem wyniosłości, zajętej jeszcze przez jazdę i 
artylerię nieprzyjacielską. Armia francuska spoglądała ze 
zdumieniem spod murów Możajska na tę garstkę 
śmiałków, którzy na tym odsłoniętym stoku porywali się 
na kilkutysięczną konnicę rosyjską. Jakoż ziściły się 
wkrótce obawy nasze! Parę szwadronów nieprzyjaciels-
kich otoczyło zewsząd woltyżerów, a jakkolwiek spraw-
ny i wyćwiczony był to żołnierz, z wojną obyty, jakkol-
wiek w mgnieniu oka uszykowali się w czworobok og-
niem ziejący, bagnetami najeżony — było ich tak mało 
wpośród tak rozległej równiny i tak wielkiej liczby ludzi 
i koni, że niebawem znikli zupełnie z oczu. 

Okrzyk bólu i zgrozy wyrwał się ze wszystkich piersi! 

Oficerowie i żołnierze chciwie śledzili każde poruszenie 
nieprzyjaciela, starając się odgadnąć, jaki będzie los 
nieszczęsnych kamratów. Jedni przeklinali odległość 
dzielącą ich od pola walki i bieżyć chcieli z odsieczą, 
inni nabijali machinalnie broń lub wysuwali bagnety, 
groźnym wzrokiem w dalekiego godząc wroga, inni 
wreszcie — niepomni odległości — głośno udzielali rad 
i dodawali otuchy. Wszystkie źrenice bądź to gorzały 
gorączkowym blaskiem, bądź też  mętniały i gasły jak 
oczy konających. 

Smugi dymu unoszące się ponad skłębionym tłumem 

walczących przedłużyły chwile bolesnej trwogi i niepo-
koju. Rozległy się  głosy,  że nasi strzelają,  że bronią się 
jeszcze mimo wściekłego naporu tylekroć liczniejszych 
wrogów. Istotnie, w owym momencie z ręki komendanta 
woltyżerów padł dowódca jednego ze szwadronów 
rosyjskich. Strzał był odpowiedzią na wezwanie do pod-
dania się. Upłynęło jeszcze kilka minut i przeciągły 
okrzyk radości i podziwu wzbił się ku niebu. Konnica 
rosyjska, zdumiona zuchwałym oporem, morderczym 
prażona ogniem — powoli jęła ustępować i cofać się. 
Zwyciężyła garstka bohaterskich szaleńców, utrzymując 
się na ogromnym polu bitwy. 

Gdy tylko Rosjanie dostrzegli, że wojska nasze przy-

gotowują się do ataku na całej linii, znikli bez śladu, tak 
jak po bitwach pod Witebskiem i Smoleńskiem. 
Szczególny ten odwrót tym dziwniejszy był, że nie zdą- 

background image

żyło jeszcze przebrzmieć echo świeżej i krwawej klęski. 
Wielka Armia stanęła na rozstaju dróg do Moskwy i do 
Kaługi, po czym Murat i Mortier ruszyli na wszelki 
wypadek ku Moskwie. 

11 września w pobliżu Krymskoje ukazały się ponow-

nie hufce rosyjskie, w nader obronnej pozycji. Kutuzow 
bowiem, tak jak Barclay, większą zwracał uwagę na teren 
aniżeli na nieprzyjaciela. Początkowo książę Treviso 
przekonał był Murata o niemożebności jakiejkolwiek 
akcji; wkrótce jednak woń dymu i prochu upoiła króla. 
Lekkomyślnie wysiał w ogień piechotę Dufoura i 
Mortiera. Były to szczątki dywizji Frianda oraz młoda 
gwardia. Legło tam bezowocnie dwa tysiące ludzi z ba-
talionów rezerwowych, tak nierozważnie oszczędzanych 
w dniu bitwy. Mortier — wściekły i zrozpaczony — 
uwiadomił listownie cesarza, iż nie myśli słuchać nadal 
rozkazów Murata. 

Generałowie przednich straży listownie porozumiewali 

się z Napoleonem. Cesarz, zmuszony pozostać w 
Możajsku wskutek silnej gorączki, w ciągu trzech dni nie 
opuszczał mieszkania, osłabły i chory, uginając się pod 
brzemieniem troski i spraw wszelkiego rodzaju. Katar i 
chrypka pozbawiły go zupełnie głosu. Zmuszony 
wydawać rozkazy i zlecenia wielu ludziom jednocześnie, 
pisał je na świstkach papieru, a w razie jakichś trudności 
porozumiewał się na migi. Gdy jednak Bessiéres 
wymieniać zaczął  kolejno wszystkich generałów 
ranionych podczas bitwy, cesarz pod wpływem gwał-
townego wzruszenia odzyskał nagle głos i krzyknął: 
„Osiem dni pobytu w Moskwie, a wyzdrowieją 
wszyscy!" 

Jakkolwiek Napoleon zawsze przywiązywał niezmierną 

wagę do zajęcia tej stolicy, krwawe, a tak mało owocne 
zwycięstwo pod Borodino podkopało rachuby jego i 
nadzieje. Najlepszym dowodem istotnych uczuć cesarza 
są instrukcje, dane Berthierowi dla marszałka Victora, w 
dniu 11 września: „Nieprzyjaciel w serce ugodzony, nie 
myśli już o igraszkach. Proszę więc uwiadomić księcia 
Belluno,  że skierować ma czym prędzej na Smoleńsk 
zapasowe bataliony, szwadrony, artylerię, nawet 
pojedynczych ludzi, aby podążyć stamtąd w razie 
potrzeby do Moskwy". 

Wśród tych cierpień ciała i duszy, które cesarz starannie 

ukrywał przed armią, dotarł do niego Davout. Choć chory 
sam i raniony, prosił raz jeszcze o powierzenie 

background image

mu dowództwa przednich straży; upewniał,  że maszero-
wać  będzie dniem i nocą,  że doścignie nieprzyjaciela i 
zmusi go do bitwy, nie szafując wszelako — tak jak 
Murat — życiem i siłami żołnierzy. Lecz zamiast odpo-
wiedzi, Napoleon wychwalać jął przesadnie waleczność i 
nie gasnący zapał swojego szwagra. 

Przed chwilą  właśnie doszły go wieści o ponownym 

ukazaniu się armii nieprzyjacielskiej, która wbrew prze-
widywaniom i obawom cesarza nie cofała się w kierunku 
Kaługi, lecz w kierunku Moskwy, i niedaleko już była 
stolicy. Imię Moskwy i związane z nią nadzieje dodały 
cesarzowi sił i otuchy, tak że rankiem 12 września mógł 
już wyruszyć z Możajska  śladem naszych przednich 
straży. 

 

background image

IV 

MOSKWA 

  

esarz rosyjski nie wystąpił przeciw swoim 
wrogom jako wojownik, ale jego wewnętrzna 
polityka w rdzennie rosyjskich i nowo 
nabytych prowincjach oraz wydane w Po-
łocku proklamacje do wojska, do mieszkań-

ców Moskwy i do narodu niezwykle umiejętnie zastoso-
wane były do ludzi i miejscowości, ujawniały dużą dozę 
energii i głęboką znajomość ludzkiego serca. 
Na Litwie, bądź to wskutek pośpiechu, bądź też z wy-
rachowania — nic nie zburzono, niczego nie tknięto. Na 
Białorusi — wcześniej już przyłączonej do imperium i 
nawykłej poniekąd do niewoli pod łagodnymi rządami — 
bez przymusu ani trudu pociągnięto za sobą ludzi, a wraz 
z nimi wszelkie mienie ruchome. 
W rdzennej Rosji natomiast, gdzie wszystko współ-
działało z rządem — religia, patriotyzm, ciemnota i prze-
sądy — nie dość, że mieszkańcy cofać się musieli razem 
z wojskiem, ale wszystko, czego nie można było zabrać 
albo zużytkować niezwłocznie — całkowitej ulegało za-
gładzie. Mężczyźni nie objęci poborem — wchodzili w 
skład milicji lub też luźnych oddziałów kozackich. 
Nieprzyjaciel zagrażał w owym czasie środkowym gu-
berniom cesarstwa, Moskwa więc winna była  świecić 
przykładem. Stolica ta, słusznie nazwana przez poetów 
„Moskwą  złotych kopuł", była rozległym i dziwacznym 
zbiorowiskiem dwustu dziewięćdziesięciu pięciu cerkwi i 
kościołów oraz tysiąca pięciuset pałaców magnackich 
wraz z ogrodami i zabudowaniami. Pałace te i ogrody, 
przeplatane drewnianymi dworkami, a nawet chatami o 
słomianych strzechach, rozrzucone były na przestrzeni 
kilku mil kwadratowych falistego terenu. Wszystkie tu- 

background image

liły się pod opiekuńcze skrzydła wysokiej trójkątnej 
fortecy, okolonej podwójnymi murami, w których obrą-
bie mieściły się: kilka pałaców i cerkwi, nieuprawne, 
kamieniste ugory i obszerny bazar, dzielnica kupiecka, 
niewyczerpana skarbnica wszelkiego rodzaju bogactw i 
dostatków. 

Gmachy te, pałace, nawet sklepy błyszczały z dala 

warstwą polerowanej i barwionej stali. Niezliczone cer-
kwie o mnogich złotych kopułach, na których szczycie 
rysowała się kula ziemska, potem półksiężyc, a nad nim 
krzyż,  wiernym były odbiciem dziejów tego ludu: naj-
pierw Azja i wierzenia Wschodu, zrazu zwycięskie, po-
tem zwyciężone, następnie półksiężyc Mahometa, 
wreszcie krzyż Chrystusowy. 

W słonecznym świetle wspaniałe to miasto skrzyło się 

tysiącem barw i odcieni, tęczowymi migotało blaski. 
Olśniony podróżnik w niemym stawał zachwycie. W pa-
mięci jego odżywały cuda czytanych w dzieciństwie 
baśni wschodnich. W obrębie miasta wzmagał się nieba-
wem podziw uważnego obserwatora. Szlachta przyjęła 
niemal bez wyjątku zwyczaje, obyczaje i języki współ-
czesnej Europy, mody jej i stroje. Kupcy natomiast i lud 
zachowali wiernie długie brody ojców i dawne bogate 
wschodnie szaty. Ta sama różnorodność odzwierciedlała 
się w budynkach, we wszystkim jednak widna była 
domieszka cech lokalnych, nader wyraźnych, nieco 
prymitywnych — jak przystało tym dalekim ziemiom. 

Członkowie najsłynniejszych rodów rosyjskich, oży-

wieni duchem obywatelskim, wiedli tam patriarchalny 
żywot, z dala od dworu i jego intryg. Toteż niechętnie 
przebywali władcy w tym „sercu Rosji", w tym gnieź-
dzie chwały i centrum handlu — wśród szlachty, która 
usuwała się do pewnego stopnia spod ich władzy, a z 
którą musieli liczyć się dla różnych powodów. 

Mus jedynie przywiódł Aleksandra do Moskwy. Po-

przedzony proklamacjami, niecierpliwie oczekiwany 
przez ogół, ukazał się najpierw wśród zgromadzonej 
licznie szlachty i arystokracji. Wszystko w harmonijną, a 
imponującą zlewało się całość: dobór zgromadzenia, 
mówca oraz uchwalone wnioski i rezolucje. Zaledwie 
bowiem przebrzmiały ostatnie słowa cesarza, donośny, 
wzruszenia pełen okrzyk wyrwał się ze wszystkich 
piersi: „Najjaśniejszy Panie — wołano zewsząd — żądaj, 
czego chcesz! Bierz wszystko! Wszystko ci dajemy!" 

background image

Aleksander zwrócił się następnie z krótką przemową do 

kupców. Kazał odczytać im proklamacje, w której 
Napoleon opisany był „jako przeniewierca, jako Moloch, 
który ze zdradą w sercu a kłamaną szlachetnością na 
ustach przybywał, aby zetrzeć imię Rosji z powierzchni 
świata". 

Na dźwięk owych słów gniew odmalował się na 

wszystkich męskich, czerstwych twarzach, które dzięki 
długim brodom miały w sobie coś jednocześnie antycz-
nego, majestatycznego i dzikiego. Groźnie zaciśnięte 
pięści, płonące oczy, przytłumione okrzyki i głuchy po-
mruk malowały dosadnie uczucia zgromadzonych. Uch-
walono natychmiast rezolucję. Wybrany przez kupców 
przewodniczący nie zawiódł ogólnego zaufania: pierw-
szy zdeklarował sumę pięćdziesięciu tysięcy rubli — 
dwie trzecie swojego majątku — i nazajutrz ja doręczył. 

W Rosji klasa kupiecka dzieli się na trzy gildie; posta-

wiono tedy wniosek, aby opodatkować każdą z nich w 
stosunku do mienia i dochodów. Lecz jeden z uczest-
ników zgromadzenia, kupiec trzeciej gildii, oświadczył, 
że miłość jego dla ojczyzny nie zna granic, i zdeklarował 
niezwłocznie sumę przenoszącą o wiele maksimum za-
proponowane przez wnioskodawcę. Za jego przykładem 
poszli inni. 

Złożono ogółem blisko dwa miliony rubli. Inne guber-

nie powtórzyły — niby wierne echa — patriotyczny 
okrzyk Moskwy. 

Niebawem jednak upadł Smoleńsk, potem Wiaźma. 

Popłoch wszczął się w Moskwie. Nie doszło jeszcze do 
decydującej bitwy, a opuszczano już gromadnie stolicę. 

Równocześnie, w pobliżu Moskwy, pirotechnik Nie-

miec kierować  jął z rozkazu cesarskiego konstrukcją 
olbrzymiego balonu, który miał wznieść się ponad armię 
francuską, a wyśledziwszy sztab i cesarza sypnąć gradem 
kul i pocisków, lecz wskutek wadliwej budowy po-
wietrznego statku zawiodły najfatalniej wszelkie próby. 

Jednakże hrabia Rostopczyn, gubernator Moskwy — 

jakoby kontynuując jego dzieło — sporządzić kazał 
potajemnie znaczne zapasy sztucznych ogni i materiałów 
wybuchowych. Dzięki tym przygotowaniom Moskwa 
pogrzebać miała pod gruzami płonących gmachów i do-
mostw swoich — cesarza i jego armię. Gdyby zaś nie-
przyjaciel uniknąć zdołał niebezpieczeństwa, pozbawio-
ny byłby całkowicie dachu nad głową i wszelkich środ- 

background image

ków do życia. A ohyda tak wielkiej klęski, którą  łacno 
przypisać by można Francuzom, jak uczyniono to w 
Smoleńsku, Drohobużu, Wiaźmie i Gżacku, podburzy-
łaby niewątpliwie całą Rosją! 

Takim był straszliwy zamiar potomka jednego z naj-

większych zdobywców Azji. Poczęty bez wysiłku, sta-
rannie opracowany — wykonany został bez wahania. 
Widywałem później tego rosyjskiego magnata w Paryżu. 
Człowiek stateczny, dobry mąż i ojciec, w towarzystwie 
miły i sympatyczny, wykształcony i kulturalny, jedno-
czył wszelako, tak jak niektórzy jego rodacy — cywi-
lizację współczesną z żywiołową energią dawno minio-
nych stuleci. 

Obecnie imię jego należy już do historii. Jakkolwiek 

jednak zapisał się niezatartymi zgłoskami na jej kartach, 
ogrom tej bezprzykładnej wprost ofiary i poświęcenia 
nie jest wyłączną jego zasługą. Smoleńsk był 
początkiem, Moskwa — epilogiem. Jak wszystko, co 
wielkie i szczere, decyzja ta godna była podziwu i uwiel-
bienia; powód słuszny i należycie usprawiedliwiony po-
myślnym wynikiem; poświęcenie bezgraniczne, tak 
wielkie, że historyk zawiesić musi tok opowiadania, aby 
zgłębić je, zrozumieć i ocenić! 

Sam jeden pośrodku walącego się imperium, Rostop-

czyn śmiałym wzrokiem obejmuje całą grozę niebezpie-
czeństwa, trafnie ocenia je i, jakkolwiek może nie 
powołany, składa bez wahania na ołtarzu ojczyzny 
mienie tysięcy jednostek, niezliczone interesy publiczne i 
prywatne. Poddany cesarza — rozstrzyga o losach 
państwa nie oglądając się na sankcję monarszą; rodowy 
szlachcic — skazuje na zagładę wszystkie pałace mag-
nackie, bez wiedzy i zezwolenia szlachty; gubernator 
jednej z największych i najruchliwszych stolic Europy, z 
urzędu opiekun bogatych kupców — oddaje na pastwę 
płomieni nieprzebrane skarby, fabryki, całe miasto, z 
zimną krwią spogląda na pożar najpiękniejszej swojej 
rezydencji i dumny, spokojny, zadowolony mimo ogól-
nego wzruszenia czeka na wyniki bohaterskiej ofiary. 

W krytycznym owym momencie Rostopczyn obawiał 

się przede wszystkim dwóch ewentualności: jedną z nich 
byłoby zawarcie w Moskwie haniebnego dla Rosji po-
koju; drugą — niebezpieczeństwo polityczne raczej 
aniżeli militarne, mianowicie bardziej lękał się wpły- 

background image

wów nieprzyjaciela aniżeli jego oręża, rewolucji bardziej 
niż klęski. 

Jako zagorzały przeciwnik pokoju przewidywał,  że w 

stosunku do mieszkańców ludnej tej stolicy, którą sami 
Rosjanie zowią wyrocznią i przewodniczką całego 
narodu, Napoleon użyje broni rewolucyjnej, najodpo-
wiedniejszej, ażeby dokonać rozpoczętego dzieła. 
Dlatego też krwawą  łuną pożogi postanowił odgrodzić 
genialnego najeźdźcę od wszelkich słabostek ludzkich i 
wszelkich warstw społecznych: od tronu, arystokracji i 
szlachty, od utrzymywanego w poddaństwie ludu, od 
żołnierzy, a wreszcie od wielotysięcznego tłumu 
rzemieślników i kupców, tworzących podówczas w 
Moskwie zaczątek klasy średniej, klasy, w której łonie 
poczęła się rewolucja francuska. 

Dwuznacznie można tłumaczyć sobie ówczesne zagad-

kowe milczenie Aleksandra. Dotąd nie wiadomo, jaki był 
istotny współudział jego w tej sprawie. Rosjanie — 
zgodnie z wolą despoty — bądź tego nie wiedzą, bądź też 
milczą. 

Dwa tygodnie przed najściem Francuzów wywiezienie 

archiwów państwowych i skarbu oraz wyjazd szlachty i 
znamienitszych kupców, którzy zabierali wszystko, co 
można było zabrać, dały hasło do ogólnej wędrówki. Gu-
bernator, któremu zależało niezmiernie na jak najszyb-
szym opróżnieniu stolicy, osobiście doglądał emigracji. 

3 września pewna Francuzka — niepomna niebezpie-

czeństwa grożącego jej od rozjuszonej czerni — odwa-
żyła się wyjść na ulicę. Zdumiona panującą dookoła ciszą 
błąkała się dłuższy czas wśród pustych zupełnie dzielnic, 
gdy wtem niby pogrzebowy hymn obumarłej stolicy 
zabrzmiał w oddali posępny śpiew. Przystanęła i ujrzała 
nieprzebrany pochód mężczyzn, kobiet i dzieci, 
rozszlochany, żałobny. Na przodzie obładowani świętymi 
obrazami szli popi i zawodzili pokutne psalmy, z pła-
czem przez wszystkich powtarzane. 

Doszedłszy do bram miasta, tłum zakołysał się i stanął. 

Raz jeszcze zalane łzami oczy zwróciły się ku Moskwie, 
jak gdyby żegnając prastare „święte miasto". Powoli 
jednak zaczęły oddalać się  łkanie i śpiew i umilkły 
niebawem wśród bezkresu dalekich pól. 

Rozlokowana w Filach, nieco przed Moskwą, armia 

rosyjska liczyła dziewięćdziesiąt jeden tysięcy ludzi, w 
tym sześć tysięcy kozaków, sześćdziesiąt pięć tysięcy 

background image

wyćwiczonego  żołnierza — szczątki studwudziestoty-
sięcznej armii spod Borodina — oraz dwadzieścia 
tysięcy rekrutów, uzbrojonych częściowo w karabiny, a 
częściowo w piki. 

Armia francuska — licząca sto trzydzieści tysięcy ludzi 

w przededniu krwawej bitwy pod Borodino — zredu-
kowała się po bitwie do dziewięćdziesięciu tysięcy  żoł-
nierza.  Łącznie z nadciągającymi batalionami rezerwy 
oraz dywizjami generałów Laborde i Pino liczyła jeszcze 
u bram Moskwy sto tysięcy ludzi, sześćset siedem dział, 
dwa tysiące pięćset jaszczyków i pięć tysięcy furgonów. 
Brakowało natomiast amunicji; zawartość jaszczyków i 
ładownic starczyć mogła zaledwie na jednodniową bitwę. 
Być może,  że Kutuzow uląkł się przewagi naszej nad 
niejednolitą i nierównomiernie wyćwiczoną armią 
rosyjską. Ale są to jedynie hipotezy: odwrót swój 
motywował bowiem li tylko wymogami strategii. 

Nie ulega wszelako najmniejszej wątpliwości, że aż do 

ostatniej chwili głównodowodzący zwodził gubernatora, 
„przysięgał  mu  na  własną siwą  głowę,  że bronić  będzie 
Moskwy do upadłego". Niespodzianką była też wiado-
mość, że zwołana przez Kutuzowa rada wojenna uchwa-
liła cofać się dalej bez bitwy, pozostawiając stolicę na 
łup Francuzom. 

Wściekły, lecz zdecydowany Rostopczyn przystąpił 

niezwłocznie do dzieła, wydając rozkazy i zlecenia, do 
jak największego nagląc pośpiechu. Nie tajnym już był 
nikomu plan gubernatora. W stosunku do pozostałej w 
Moskwie ubogiej i ciemnej ludności odrzucono na bok 
wszelkie względy; należało przecież — dla własnego jej 
dobra — skłonić ją do opuszczenia miasta. 

Rozesłani nocą emisariusze pukają do wszystkich 

drzwi, zwiastując pożar. We wszystkich bogatszych do-
mach, zwłaszcza zaś w opancerzonych stalą składach i 
sklepach dzielnicy kupieckiej, rozrzucane są obficie 
sztuczne ognie i materiały palne. Zniszczono beczki i 
sikawki, zasypano studnie. Wzmaga się nieład i zamie-
szanie, wzrasta rozpacz. Na placach i ulicach miasta 
tłoczy się i błądzi wylękły, strwożony tłum; padają 
głucho pytania i odpowiedzi, ponuro brzmią  głosy. 
Wreszcie opuszcza stolicę armia, ostatnia nadzieja i osto-
ja tego ludu; pułk idzie za pułkiem, zwartymi szeregami, 
a w ślad za wojskiem podąża zrozpaczona ludność. 

Niebawem ruchoma fala kobiet, dzieci i starców mi- 

background image

nęła bramę od strony Kołomny, zalewając podmiejskie 
pola, drogi i ścieżyny. Uciekano o głodzie, gdzie kto 
mógł i którędy mógł. Każdy dźwigał ubogie swoje mie-
nie, częstokroć rzeczy bezwartościowe i zbędne, w po-
płochu zabrane. Wobec zupełnego braku mężczyzn — 
zaprzęgnięci do wózków sami ciągnęli drobną dziatwę, 
chore kobiety i kalekich starców oraz najcenniejszy do-
bytek. Schroniwszy się w głąb lasów, o zebranym chle-
bie, tułaczy pędzili odtąd żywot. 

Pamiętny ów dzień zakończył się krwawą tragedią. 

Pragnąc zatrzymać i uzbroić jak najliczniejszą liczbę 
ludzi zdecydowanych na wszystko, Rostopczyn otworzyć 
kazał więzienia. Obdarty, obmierzły motłoch z dziką ra-
dością wyległ tłumnie na ulice. Dwaj ludzie — Rosjanin i 
Francuz, oskarżeni: jeden o zdradę, drugi o nieoględność 
polityczną, wyłączeni zostali spośród tej hordy i stawieni 
przed oblicze gubernatora, który z niezmierną 
zaciekłością wznowił przeciw Rosjaninowi zarzut zdra-
dy. Był to syn kupca, członek jednej z rozlicznych sekt 
iluministów niemieckich, znanych pod mianem marty-
nistów, uwięziony za propagandę rewolucyjną  wśród 
ludu. Kajdany nie zmieniły w niczym jego przekonań. 
Przez chwilę wydawać się mogło,  że duch równości 
przeniknął do Rosji. Wspólników żadnych człowiek ten 
nie ujawnił. 

W tejże samej chwili nadbiegł ojciec więźnia. Lecz 

wbrew ogólnemu mniemaniu, domagać się  jął nie ułas-
kawienia, ale śmierci syna. Gubernator udzielił mu 
wówczas kilku minut na rozmowę i przedśmiertne bło-
gosławieństwo. „Błogosławieństwo zdrajcy?" — wrzas-
nął rozjuszony starzec i zwracając się z groźnym gestem 
do syna, przeklął go straszliwym głosem. 

Przekleństwo stało się hasłem do egzekucji. Cięty nie-

zręcznie pałaszem w głowę, ranny więzień zachwiał się i 
runął; może ocaliłoby go nadejście Francuzów, gdyby nie 
rozszalały, krwi chciwy tłum, który wyłamał kraty 
ogrodzenia, a rzuciwszy się na nieszczęsną ofiarę, w 
mgnieniu oka rozszarpał ją na kawałki. 

Zwracając się wówczas do przerażonego Francuza, 

Rostopczyn rzekł: „Ty jako Francuz radujesz się zapew-
ne zwycięstwem rodaków. Wracaj więc do swoich, lecz 
powiedz im, że jedyny zdrajca, jaki znalazł się w Rosji, 
został już ukarany". Przemówił z kolei do otaczających 
go nędzników, a zowiąc ich „dziatwą Rosji" nawoływał 

background image

flo ekspiacji za popełnione winy przez wierną  służbę 
ojczyźnie. Opuścił wreszcie Moskwę - ostatni — i po-
dążył śladem armii. 

W tej chwili Moskwa, nie zajęta jeszcze przez Fran-

cuzów, przestała należeć do Rosjan. Rządził w niej nie-
podzielnie zbrodniczy motłoch, którego furią kierowała 
garstka policji i żandarmerii; zorganizowano go napręd-
ce, wydano rozkazy i zlecenia — i tłum rozproszył się, 
niosąc w najdalsze zakątki miasta zniszczenie, rabunek i 
pożogę. 

14 września w odległości kilku mil od Moskwy Napo-

leon dosiadł konia. Jechał powoli, ostrożnie, rozglądając 
się na wszystkie strony, śląc rekonesans za rekonesansem 
w głąb lasów i wąwozów, na szczyty okolicznych 
wzgórz.  Spodziewano się ujrzeć lada chwila armię nie-
przyjacielską. Teren odpowiedni był na pole bitwy, po-
zycja doskonała; wszystko jednak zostało opuszczone, 
wszystko wydane bez oporu w ręce wrogów. 

Już tylko jedno wzgórze dzieliło nas od Moskwy: Góra 

Pokłonna — zwana tak dlatego, że dostrzegając z jej 
szczytu „święte miasto", Rosjanie zwykli byli żegnać się 
i bić pokłony. Forpoczty nasze dotarły niebawem na 
wierzchołek. Dochodziła druga. W słonecznym  świetle 
miasto skrzyło się tysiącem barw. Drgnęły wówczas 
wszystkie serca, ze wszystkich piersi wyrwał się pełen 
zdumienia okrzyk: „Moskwa! Moskwa!". Każdy przys-
pieszać jął kroku: szeregi zmieszały się i wnet cała armia, 
klaszcząc w dłonie, wołała radośnie: „Moskwa! 
Moskwa!" — tak jak żeglarz woła: „Ziemia! ziemia!" u 
kresu długiej i uciążliwej podróży. 

Na widok olbrzymiego miasta, owej „Moskwy o zło-

conych kopułach", która jednoczyła w swoim łonie 
zdobycze kulturalne Europy i tajemniczy urok Wschodu, 
przepych, sztukę, zwyczaje i obyczaje dwóch najpięk-
niejszych części świata — stanęły wszystkie pułki dumą 
zdjęte. Czuliśmy wszyscy, że dzień ten niezapomniany 
będzie w dziejach świata, że okryje chwałą imię Francji; 
czuliśmy,  że zwrócone są na nas oczy całej Europy, że 
każde, najdrobniejsze nawet poruszenie nasze przejdzie 
do potomności! 

Zdawało nam się,  że na tym ogromnym teatrum 

dźwięczą w oddali radosne okrzyki sprzymierzonych 
ludów; byliśmy dumni, że odblask chwały naszej opro- 

background image

mienia bieżące stulecie i ściele się jasną smugą na kar-
tach historii! 

Niejednemu marzył się już gorąco upragniony powrót 

do Francji, entuzjastyczne powitania rodaków, łzy 
szczęścia w oczach żon i matek, duma starych ojców! 
Otoczeni powszechnym podziwem i miłością, w aureoli 
sławy i cierpień,  żołnierze spod Borodino i Moskwy 
zajmowaliby w społeczeństwie stanowisko wyjątkowe 
jako ucieleśniony symbol rycerskich tradycji narodu! 

A gdy umilkł wreszcie głos pychy, szeptać  jęła roz-

waga, mówiąc,  że oto kres trudów naszych i znoju, że 
wreszcie wolno nam się zatrzymać, bo niepodobna prześ-
cignąć samych siebie, że to nagroda za przelaną krew, 
chlubny epilog kampanii, która dorównuje wyprawie do 
Egiptu i najsłynniejszym wojnom starożytności. 

W owej chwili zapomniano o krwawym szlaku, którym 

dążyła armia, zapomniano o starganych siłach, o ranach i 
bólu. Bo wszystko było niczym wobec nabytego prawa 
do tych kilku słów: „Byłem pod Moskwą!". 

Dziś jeszcze — o towarzysze moi! — mimo niedoli 

naszej i poniżenia, czyż wspomnienie to, choć związane z 
tym złowrogim miastem, nie jest na tyle żywotnym, aby 
pocieszyć nas i rozpalić  płomień dumy w oczach 
naszych, przyćmionych przez ból i łzy? 

Nadjechał również cesarz i stanął zdumiony, z rados-

nym okrzykiem na ustach. Od czasu bitwy pod Borodino 
marszałkowie, zniechęceni, trzymali się na uboczu, lecz 
świetny widok leżącej u stóp naszych Moskwy oraz 
wieść o przybyciu parlamentarza wzbudziły radość taką, 
że chwilowo zapomniano o żalu i urazie. Wszyscy bez 
wyjątku tłoczyli się dokoła cesarza. Zgodnym chórem 
brzmiały słowa pochlebstwa, wynoszono pod niebiosa 
geniusz, Napoleona, jemu usiłując przypisać zagadkowe 
zachowanie się cesarza w dniu 7 września. 

Lecz w duszy Napoleona wszelkie odruchy uczuciowe 

były krótkotrwałe. Wobec nawału trosk i rozlicznych 
zajęć sensacje i wrażenia szybko mijały. W pierwszej 
chwili zawołał: „Dotarliśmy więc do słynnej Moskwy!" 
— wkrótce zaś dodał: „Nareszcie!". 

Oczy jego zapatrzone w miasto wyrażały już tylko 

zniecierpliwienie. W Moskwie widział całe cesarstwo 
rosyjskie, w jej murach zamknął wszystkie nadzieje; 
Moskwa zapewnić mu miała korzystny pokój, sowitą 
kontrybucję oraz nieśmiertelną chwałę! Chciwym wzro- 

background image

kiem ogarniał też wszystkie drogi wiodące ku miastu. 
Kiedy otworzą się na oścież bramy Moskwy? Kiedy 
ukaże się deputacja, złożona z mieszczan, senatorów i 
przedstawicieli rodowej szlachty rosyjskiej? Niebez-
pieczne to przedsięwzięcie, pomyślnie ukończone dzięki 
zuchwałej, szalonej niemal akcji — stałoby się wówczas 
niedościgłym wzorem wyższych kombinacji militarnych; 
nierozwaga cesarza bvlaby jednym więcej dowodem 
niezrównanej jego wielkości, a krwawe i bezowocne 
zwvciestwo pod Borodino — naipiękniejszym z jego 
rycerskich czynów! To, co zagładą miało być i zgubą — 
przemieniłoby się w promienną aureolę sławy; pamiętny 
zaś dzień 14 września rozstrzygnąłby o tym, czy cesarz 
jest najgenialniejszym, czy też jeno najzuchwalszym 
człowiekiem na świecie, o tym, czy wzniósł sobie ołtarz, 
czy też — wykopał mogiłę! 

Powoli jednak zaczynał go ogarniać niepokój. Na obu 

naszych skrzydłach książę Eugeniusz i Poniatowski 
okrążali już miasto: Murat, na czele forpocztów, dosięgał 
już przedmieść, a tymczasem na pustych zupełnie 
drogach nie było widać żadnej deputacji. Ukazał się tylko 
w charakterze parlamentarza oficer Miłoradowicza i 
oświadczył,  że generał podpali miasto, jeśli Francuzi 
utrudniać mu będą w czymkolwiek ewakuację stolicy. 

Napoleon zgodził się na wszystko. Tylko straże jednej 

armii i forpoczty drugiej zetknęły się na chwilę. Murat 
poznany został przez kozaków, którzy z bezceremonialną 
prostotą ludów koczowniczych a żywością południow-
ców, zwartym otoczywszy go koliskiem, mimiką i okrzy-
kami wyrażali mu uwielbienie swoje i podziw dla 
męstwa i odwagi. Król zabrał wszystkim swoim oficerom 
zegarki i rozdał je tym półdzikim wojownikom. Otrzymał 
za to miano „hetmana". 

Sądził może,  że znajdzie wśród kozaków nowego 

Mazepę lub też że sam podobną odegra rolę. Jakkolwiek 
bądź, cesarz tak bardzo pragnął się  łudzić,  że to 
chwilowe zawieszenie broni, w tych warunkach i oko-
licznościach, dodało mu otuchy i ubawiło go. 

Lecz godzina mijała za godziną, czas upływał, a Mos-

kwa milczała wciąż jak obumarła! Niepokój cesarza 
wzrastał. Szemrały już i niecierpliwiły się szeregi. 
Wreszcie kilku oficerów wtargnęło do miasta: „Moskwa 
opustoszała jest i cicha!" 

background image

Zirytowany tą wiadomością, Napoleon opuszcza Górę 

Pokłonną, kierując się czym prędzej ku Moskwie od 
strony Dorogomilowa. Raz jeszcze zatrzymuje się przy 
rogatce, lecz na próżno. Murat nalega ponownie. „Wejdź 
zatem — odpowiada cesarz — skoro wojsko sobie tego 
życzy!" Równocześnie nakazuje surowo jak największą 
zachować karność: „Może ludność Moskwy nie wie 
nawet, jak kapitulować, gdyż wszystko w tym kraju 
nieznane jest i obce: oni dla nas, my dla nich". 

Wszystkie jednak późniejsze raporty brzmiały zgodnie 

z pierwszym. Zamieszkujący Moskwę Francuzi, wy-
szedłszy z kryjówek, które od paru dni chroniły ich od 
wściekłej nienawiści rozjuszonego tłumu, potwierdzili 
złowrogą wieść. Cesarz zwrócił się wówczas do ministra 
Daru, wołając z gniewem: „Moskwa opustoszała! To 
nieprawdopodobne! Trzeba przekonać się o tym! Proszę 
sprowadzić tu niezwłocznie bojarów!" Łudził się bowiem 
nadzieją,  że pod wpływem boleśnie zadraśniętej dumy 
lub też trwogi mieszkańcy stolicy pozamykali się w do-
mach swoich i on, który zawsze odnosił się nieufnie do 
zbyt wielkiej uległości zwyciężonych, tym razem pragnął 
zaskarbić sobie ich przychylność i zaufanie. 

W rzeczy samej, trudno było uwierzyć, że wspaniałe te 

pałace, pozłociste cerkwie i bogate sklepy opuszczone 
zostały przez swoich właścicieli na równi z ubogimi 
wioskami, jakie widzieliśmy po drodze. Nie powiodła się 
wszelako misja marszałka Daru. Cisza śmierci zalegała 
wciąż olbrzymie miasto: z żadnego komina nie unosił Się 
dym; nie ukazał, się nikt, nikt się nie odezwał — jakby 
jakiś  zły czar spętał trzysta tysięcy mieszkańców tego 
miasta. Było to głuche milczenie pustyni. 

Tak wielkim był jednak upór Napoleona, że mimo 

wszystko oczekiwał jeszcze nadejścia deputacji. W 
końcu jeden z oficerów, pragnąc przypodobać się czy też 
może przekonany, że spełnione być musi każde życzenie 
cesarza, konno zapuścił się w głąb miasta i przypędził 
niebawem pięciu czy sześciu obdartych włóczęgów, jako 
jedynych pozostałych w Moskwie przedstawicieli naro-
du. Lecz po pierwszych ich słowach cesarz natychmiast 
zrozumiał, kogo ma przed sobą, a nie wątpiąc już dłużej 
o całkowitej ewakuacji stolicy, utraciwszy pokładane w 
niej nadzieje, ruszył wzgardliwie ramionami i zawołał z 
gniewem: „Rosjanie nie wiedzą jeszcze, czym będzie dla 
nich utrata Moskwy!". 

background image

Tymczasem od godziny już, na czele długiej i zwartej 

kolumny kawalerii, Murat wkraczał do ogromnego 
miasta, które choć jeszcze całe, już było martwe. Zdu-
mieni panującą dookoła pustką żołnierze nasi uroczystym 
milczeniem odpowiadali na nie zmąconą ciszę tych 
nowoczesnych Teb, wsłuchując się z tajemnym, dla nich 
samych niezrozumiałym dreszczem w łoskot tysiąca pod-
kutych kopyt końskich dźwięczących rozgłośnie po bru-
ku wyludnionych dziedzińców pałacowych. Nigdzie nie 
zatrzymano się, niczego nie tknięto bądź to przez ostroż-
ność, bądź też przez właściwe narodom cywilizowanym 
poczucie godności, silniejsze jeszcze w nieprzyjacielskiej 
stolicy wobec obcej, nieznanej kultury. 

Milcząc obserwowali Francuzi rozległe to miasto, które 

niewątpliwie godne byłoby uwagi nawet wśród ludnej i 
bogatej krainy, tym ciekawsze zaś i wspanialsze 
wydawało się na tle okalających go pustkowi: niczym 
kwietna oaza wśród piasków Sahary! Niebawem jednak 
dostrzegli rażącą sprzeczność między przepychem 
licznych pałaców a nędzą niskich chat; sprzeczność, któ-
ra zdradzała brak równowagi w łonie społeczeństwa i 
wymownym była dowodem, że wbrew prawom nor-
malnej ewolucji przepych i zbytek wyprzedziły tutaj 
rozwój przemysłu, zamiast być logicznym jego następst-
wem. Lecz mimo wołającej o pomstę 
niesprawiedliwości, która jest nieszczęściem każdego 
społeczeństwa i z której rodzi się pycha jednych, 
upodlenie drugich i zepsucie wszystkich — szlachetne 
wyrzeczenie się bogactw i mienia przemawiało za tym, 
że przepych ogromny, ale jeszcze powierzchowny, nie 
zdołał pozbawić szlachty dawnego jej hartu. 

Sercami jadących  żołnierzy różnorodne miotały uczu-

cia: zdumienie, litość, podziw i szczery zapał! Niektórzy 
wspominali wielkie podboje rzymskich cezarów, nie czy-
niąc wszakże  żadnych porównań: uważali bowiem, że 
wyżsi są ponad wszystko, że przerośli o głową najsłyn-
niejszych wodzów starożytności. Upojeni byli sławą, 
która po cnocie w najwyższej jest cenie. Inni zaś w 
smętnej pogrążeni zadumie, bądź to wskutek zmęczenia i 
nadmiaru silnych wrażeń, bądź też w poczuciu 
osamotnienia, jakie rodzi wielkość i pustka, w jakiej 
znaleźliśmy się na tych podniebnych wyżynach, smut-
nymi spoglądali oczyma na szarą rzeczywistość i własną, 
dotkliwie odczuwaną, nicość. 

background image

Wśród tych rozmyślań, którym sprzyjał wolny pochód, 

huknęły nagle strzały. Kolumna stanęła. Ostatnie jej 
szeregi znajdowały się jeszcze poza miastem, gdy cen-
trum posuwało się jedną z najdłuższych ulic Moskwy, a 
czoło dotykało już podnóży Kremla. Bramy fortecy 
zawarte były, a na wałach wśród dzikich wrzasków 
kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet uzbrojonych w ka-
rabiny, gotowało się do obrony. Na próżno przemawiać 
kazał do nich Murat. Tłuszcza głucha była na wszelkie 
argumenty. Wytoczono wówczas działa. Kartacze otwo-
rzyły nam bramy cytadeli. 

Przebojem wtargnięto do środka. Otoczyliśmy wkrótce 

dziwaczną załogę. Jeden z tych nędzarzy rzucił się na 
jednego z oficerów Murata, usiłując go zabić. Mimo że 
go rozbrojono, zamach powtórzył, a gdy związano mu 
ręce, jął  kąsać na wpół zduszoną ofiarę. Byli to jedyni 
mieszkańcy Moskwy, jacy nas oczekiwali. Zostawiono 
ich zapewne jako dziki i barbarzyński przykład 
narodowej nienawiści. W uczuciach tych nie było wszak-
że całkowitej jednolitości. Pięciuset rekrutów, pozosta-
wionych w cytadeli, przyglądało się obojętnie powyższej 
scenie, a na pierwsze wezwanie poddało się bez oporu. 
Nieco dalej żołnierze eskortujący konwój żywności ucie-
kali w popłochu. Tym sposobem kilka tysięcy marude-
rów i dezerterów rosyjskich dostało się dobrowolnie w 
ręce naszych przednich straży. Lecz Murat, nie chcąc 
obarczać się tak wielką liczbą jeńców, odesłał ich dalej, 
do następnych korpusów, które kolejno ich sobie prze-
kazywały. Przez nikogo nie krępowani, pozostali wśród 
nas dopóty, dopóki pożar i rabunek nie ukazał im drogi 
obowiązku i nie rozpalił w ich sercach płomienia nie-
nawiści. Wówczas dopiero podążyli do obozu Kutuzowa. 

Murat, którego Kreml nie zdołał zatrzymać  dłużej, 

rozproszył niebawem ten marny tłum i płomienny, nie-
zmordowany, jak we Włoszech i Egipcie, mimo dzie-
więciuset mil forsownych marszów oraz sześćdziesięciu 
bitew i potyczek, mijać  jął obojętnie wspaniałe ulice 
miasta.  Ścigając w dalszym ciągu tylne straże nieprzy-
jacielskie, ruszył bez wahania szlakiem dawnych wład-
ców moskiewskich. 

Traktem tym cofał się w owej chwili kilkutysięczny 

oddział kozacki oraz cztery działa. Zważywszy,  że za-
wieszenie broni obowiązującym było jedynie w obrębie 
miasta, Murat znudzony kilkugodzinną ciszą wydał roz- 

background image

kaz natychmiastowej szarży. Lecz żołnierze nasi sądzili, 
iż wraz z zajęciem Moskwy ustać miała wojna. Tak Ro-
sjanie, jak Francuzi łaknęli spokoju i wypoczynku. Toteż 
ponowny rozkaz  przebrzmiał po raz wtóry bez echa. 
Wreszcie zirytowany Murat osobiście objął dowództwo! 
Strzały, którymi zdawał się grozić Azji, huczały odtąd 
wciąż, nieprzerwanie — i umilkły dopiero pod brzegami 
Sekwany! 

Późnym wieczorem wszedł Napoleon do Moskwy. Za-

trzymał się na nocleg w jednym z pierwszych domów 
Przedmieścia Dorogomiłowskiego. Gubernatorem stolicy 
mianował marszałka Mortiera. „Przede wszystkim za-
pobiec trzeba kradzieżom i rabunkowi. Odpowie pan za 
to własną  głową! Bronić musimy Moskwy wbrew 
wszystkim i wszystkiemu!" 

Noc ta posępna była i smutna. Nadchodziły zewsząd 

złowrogie wieści. Zamieszkali w Moskwie Francuzi, na-
stępnie zaś oficer policji miejscowej, ostrzegali zgodnie 
przed pożarem, opowiadając szczegółowo o poczynio-
nych przygotowaniach. Cesarz, wzruszony i zaniepoko-
jony, na próżno usiłował zasnąć. Co chwila zrywał się i 
kazał wołać służbowego oficera. Mimo wszystko jednak 
nie dawał jeszcze wiary okropnym wieściom, gdy nagle, 
około godziny drugiej po północy, wśród nocnych mro-
ków rozbłysły jaskrawą czerwienią pierwsze słupy ognia. 

Paliła się dzielnica kupiecka, położona w centrum 

miasta, ze wszystkich najbogatsza i najzasobniejsza. Ce-
sarz wydał niezwłocznie odnośne rozkazy, a gdy roz-
widniło się, dotarł do ognia, nie szczędząc Mortierowi i 
młodej gwardii ostrych wymówek. 

Lecz zamiast odpowiedzi marszałek wskazał domy 

stalą opancerzone, szczelnie zamknięte, całe jeszcze i nie 
naruszone, a okolone już kłębami gęstego, czarnego dy-
mu. W głębokiej pogrążony zadumie wjechał Napoleon 
na Kreml. 

Czarodziejski widok wspaniałego, jednocześnie  śred-

niowiecznego i nowoczesnego pałacu Romanowów i Ru-
rykowiczów, widok pozłocistego tronu, krzyża na wieży 
Wielkiego Iwana i najpiękniejszej częścią miasta, nad 
którą góruje Kreml, a którą omijała dotychczas 
skoncentrowana w Bazarze pożoga, pokrzepia go i nowej 
dodaje mu otuchy. „Wreszcie jestem w Moskwie, 

background image

w starożytnym pałacu carów, na Kremlu!" Ogląda 
wszystko z dumą, ciekawością i zadowoleniem. 

Cierpliwie jednak wysłuchuje składanych mu raportów 

o znalezionych w mieście zasobach, a ulegając chwilowo 
wpływom zbudzonej do życia nadziei, pisze do cesarza 
Aleksandra przyjazny list, pokojowym owiany 
tchnieniem. List ten wręczony został pewnemu wysokiej 
rangi oficerowi rosyjskiemu, którego znaleziono w jednej 
z sal głównego szpitala. Napoleon skończył swój list przy 
ponurym blasku płonącego Bazaru, który też  oświetlał 
Rosjaninowi powrotną drogę. Zaniósł on swemu władcy 
wieść o klęsce. Jedyną wszelako odpowiedzią 
Aleksandra był pożar miasta. 

W ciągu dnia książę Treviso zdołał opanować rozszala-

ły żywioł. Podpalacze ukrywali się tak starannie, że nie-
jeden wątpił o ich egzystencji. A gdy wyszły już surowe 
rozkazy, gdy przywrócono jaki taki ład i spokój, pułki 
rozbiegły się po mieście, szukając po domach i pałacach 
wygodnych kwater oraz zbytku, który miał być  słuszną 
nagrodą za niezmierny trud i kilkumiesięczne niewy-
wczasy. 

Dwóch dyżurnych oficerów czuwało w jednym z na-

rożnych budynków Kremla, skąd objąć mogli wzrokiem 
północną i zachodnią część miasta. Zbudzeni koło pół-
nocy niezwykłą jasnością, ujrzeli gnane ku Kremlowi 
północnym wiatrem morze płomieni, wśród których ry-
sowały się jeszcze tu i ówdzie szlachetne kontury pała-
ców magnackich. W obrębie Kremla, oprócz cesarza, 
mieściła się elita armii, sztab i generalicja, w okolicznych 
zaś domach rozlokowali się żołnierze nasi, tysiące ludzi i 
koni — zmordowanych i sytych, twardym śpiących 
snem. Ogniste języki i płonące głownie polatywały już 
ponad dachami Kremla, gdy wiatr zmienił kierunek i 
zwiał płomienie ku zachodowi. 

Nie troszcząc się o pozostałe wśród pożogi korpusy, 

jeden z tych oficerów zasnął znów, mówiąc: „Niechaj 
kłopoczą się inni, to do nas nie należy". Gdyż tak wielki 
był wówczas przesyt różnorodnych wrażeń, tak bez-
litosny egoizm zrodzony z nadmiaru cierpień, zmęczenia 
i niedoli, tak bardzo stępiona zdolność odczuwania 
nieszczęść i bólów bliźniego,  że bez wyjątku niemal 
każdy dbał tylko o siebie, własnych jedynie strzegł praw. 

Niebawem jednak po raz wtóry obudził ich oślepia- 

background image

jący blask. Gnana wichurą ognista pożoga sunęła wprost 
na Kreml. Jeszcze chwila, a płonąć zaczęły pobliskie 
domy. Wystraszeni oficerowie przeklinać jęli nierozwagę 
i brak karności armii naszej. Trzykrotnie wiatr zmieniał 
kierunek i trzykrotnie mściwe płomienie, coraz bliższe i 
coraz jaskrawsze, usiłowały dotrzeć do kwatery 
cesarskiej. 

Nagłe podejrzenie zrodziło się wtedy w duszach ofi-

cerów. Znając odwagę i niefrasobliwość Francuzów, 
czyżby Rosjanie powzięli zamiar spalenia wraz z Moskwą 
pułków naszych, upojonych winem, snem i znużeniem? 
Czy też może przekonani, że warto okupić zgon cesarza 
utratą stolicy, że chcąc osiągnąć tak wielką przewagę, nie 
należy wahać się przed najcięższą ofiarą,  że olbrzym 
spłonąć może li tylko na olbrzymim stosie, łudzili się 
nadzieją, że cesarz nie wyjdzie cało z tej katastrofy? 

Lecz snadź nie zbladła jeszcze przewodnia gwiazda 

cesarza, skoro nie ziściły się owej pamiętnej nocy plany 
nieprzyjaciela. Istotnie, nie tylko że magazyny Kremla 
zawierały znaczne zapasy prochu, przez nas nie zauwa-
żone, lecz nadto — tejże samej nocy — zaspane i nie-
liczne warty dozwoliły całemu parkowi artylerii rozłożyć 
się tuż pod oknami Napoleona. 

W owej właśnie chwili pożar najbliższym był Kremla, a 

podsycała go coraz bardziej szalejąca wichura. Życie 
cesarza i elity wojsk naszych przez wiele godzin wisiało 
na włosku. Wobec nagromadzonej wielkiej ilości prochu, 
każda głownia, każda nieledwie iskra groziła śmiercią. 

Wreszcie niebo zaczęło blednąc i smutny, szary dzień 

oświetlił płonące zgliszcza. Wielu oficerów, między nimi 
Mortier, oraz dowódcy korpusów i dvwizji wyczerpani 
trzydziestokilkugodzinną walką ze straszliwym żywiołem 
schronili się na Kreml. 

Głuche, pełne oskarżeń milczenie zaległo cytadelę 

Wszystkim niemal zdawało się,  że bezpośrednim powo-
dem katastrofy było pijaństwo i niekarność  żołnierzy 
naszych,  że silny jesienny wicher dokonał jeno dzieła. 
Wzajemnie spoglądaliśmy na siebie ze wstydem, z pew-
nego rodzaju wstrętem! Przerażał nas okrzyk zgrozy, jaki 
wyrwać sie miał niechybnie z piersi wszystkich bez 
wyjątku ludów europejskich. Pożar Moskwy kalał pro-
mienny blask zdobytej przez nas sławy, czynił bez- 

background image

owocnym krwawe zwycięstwo pod Borodino, utrudnia! 
nam niezmiernie egzystencję wśród opustoszałej krainy i 
wrogiej, sfanatyzowanej ludności. Jako zbrodniarze, 
którym słuszna należała się kara, stanąć mieliśmy przed 
boskim i ludzkim sądem! Ogarnęła nas wściekłość na 
niecnych podpalaczy. Powoli jednak, wobec nadchodzą-
cych zewsząd dziwnych wieści, otrząsnęliśmy się z tych 
bolesnych wrażeń. 

Wszystkie raporty brzmiały zgodnie, wszystkie oskar-

żały Rosjan o zbrodniczy zamach na własną, odwieczną 
stolicę. W kilka godzin po wejściu Francuzów do miasta, 
w nocy z 14 na 15 września, ognista kula upadła na dach 
pałacu księcia Trubeckiego, niecąc pożar. Był to umó-
wiony sygnał. Podpalono niezwłocznie gmach giełdy. W 
podpalaniu brała czynny udział miejscowa policja. 
Bomby, ukryte podstępnie w piecach, pękały z hukiem, 
raniąc tłoczących się żołnierzy. Zmuszeni szukać innych 
kwater ruszali pośpiesznie w kierunku pobliskich nie 
tkniętych jeszcze dzielnic, lecz nim zdążyli przekroczyć 
próg pustych, szczelnie zamkniętych domów, rozlegał się 
głuchy, przytłumiony huk, a w ślad za nim biegło sine, 
nikłe pasemko dymu, który zwiększał się i gęstniał coraz 
bardziej,  żółkł, czerwieniał, wreszcie wybuchał 
płomieniem, wszystko ognistą zalewając falą. 

Wstrętne, obdarte postacie pijanych mężczyzn i roz-

wścieczonych kobiet błąkały się  wśród ognia i zgliszcz, 
uzupełniając grozę i ohydę straszliwego widowiska. 
Nędznicy upojeni winem i bezkarnością swoich zbrodni 
przestali się już ukrywać. Zbrojny w płonące pochodnie 
tłum przebiegał niby hufiec potępionych mar z trium-
falnym wrzaskiem ulice miasta, podpalając nie objęte 
dotychczas pożarem pałace, domy i chaty. Trzeba było 
szablami obcinać im ręce, aby wypuściły płonące głow-
nie. Nikt spośród nas nie wahał się twierdzić,  że ta 
półdzika, wyjąca tłuszcza rozpętana została przez wo-
dzów rosyjskich, aby dokonała całkowitej zagłady 
Moskwy; nikt nie wątpił,  że tak wielka, tak bezcenna 
ofiara, zrodzona z umiłowania ojczystej ziemi, zbrodni-
czą tylko dłonią mogła być dokonana. 

Wydano niezwłocznie rozkaz natychmiastowego są-

dzenia i tracenia wszystkich pojmanych podpalaczy. 
Armia cała stanęła pod bronią. Stara gwardia rozloko-
wana na Kremlu otoczyła kwaterę cesarską. Objuczone 
konie i naładowane furgony wypełniały dziedzińce zam- 

background image

kowe. Wszyscy przygnębieni byli i zrozpaczeni utratą 
tak bogatego łupu. Każdy myślał ze smutkiem o po-
nownej tułaczce, o głodzie, o noclegach pod gołym nie-
bem przy ogniu biwaków u bram zdobytej i równo-
cześnie utraconej Moskwy. 

Podczas kiedy żołnierze nasi krzątali się jeszcze koło 

ognia, usiłując umiejscowić pożar i ocalić bodaj część 
miasta, Napoleon, któremu nikt nie ośmielił się zakłócić 
nocnego snu, z przerażeniem ujrzał wczesnym rankiem 
krwawą  łunę olbrzymiej pożogi. Nawykły rozkazywać 
wszystkim i wszystkiemu, chciał ujarzmić również gro-
źny  żywioł, wkrótce jednak pokonany ustąpić musiał 
wobec niepodobieństwa. Zamiast legnąć w prochu u stóp 
cesarza, Moskwa, szybsza w działaniu, straszliwy zgo-
towała mu odwet! 

Zdobycz, której wszystko poświęcał, którą okupił krwią 

i życiem tysięcy, którą już niemal miał w ręku, ginęła oto 
bezpowrotnie w dymie i ogniu! Dziwny niepokój 
zawładnął wówczas duszą cesarza; zdawało się, że i jego 
pochłaniają te ognie. Nie mogąc usiedzieć spokojnie, 
wstawał co chwila, chodził, siadał znów i znów się zry-
wał; mimo nie cierpiących zwłoki spraw i interesów, 
porzucał rozpoczętą pracę i biegł ku oknu, skąd widać 
było szerzącą się coraz bardziej pożogę. Gwałtowne ru-
chy zdradzały wewnętrzną jego rozterkę, krótkie, wzru-
szeniem drgające okrzyki wyrywały się z głębi  ściśnio-
nej piersi: „Jakiż okropny widok! Oto własne ich dzieło! 
Tyle pałaców! Jaka niezwykła decyzja! Co za ludzie! 
Istni Scytowie!" 

Kreml odgrodzony był od pożaru pustym, nie zabu-

dowanym placem, rzeką i nadbrzeżnymi bulwarami. A 
jednak — mimo znacznego oddalenia, mimo ciągłego 
zlewania wodą żelaznych dachów pałacu, zasypywanych 
wciąż ognistym rojem iskier i głowni — szyby, o które 
cesarz opierał płonące czoło, rozpalone były jak żużel. 

W tejże chwili rozeszła się pogłoska,  że Kreml jest 

podminowany: powiedzieli tak Rosjanie, potwierdzają to 
jakieś pisma; wylękłe ciury obozowe kurczyły się ze 
strachu,  żołnierze czekali spokojnie na rozkazy swego 
wodza i na to, co los przyniesie, cesarz zaś uśmiechał się 
tylko z niedowierzaniem. 

Chodził jednak wciąż z kąta w kąt, od okna do okna, i 

patrzył na straszliwy a zwycięski żywioł, który pożerając 
jego wspaniały łup, coraz szersze zataczał kręgi, 

background image

coraz dalsze obejmował dzielnice, zalewał ulice, place i 
mosty, zacieśniał coraz bardziej ogniste koło, otaczając 
Kreml nieprzebytym morzem dymu i płomieni. 

Ostry, gryzący popiół zasypywał nam oczy i tamował 

oddech. Coraz gwałtowniej huczała przychylna Ro-
sjanom wichura; nadchodziła noc zwiększając grozę sy-
tuacji. Murat, książę Eugeniusz i książę Neuchâtelu, 
dotarłszy do cesarza, na klęczkach jęli błagać go o za-
niechanie pierwotnego zamiaru i o jak najrychlejsze 
opuszczenie Kremla. Lecz próżne były zarówno prośby 
ich, jak i perswazje. 

Napoleon dumny, że wreszcie wtargnął do pałacu ca-

rów, upierał się przy swojej zdobyczy — wbrew wszyst-
kim i wszystkiemu — gdy wtem ponury, złowrogi 
okrzyk: „Kreml pali się!" zbudził nas z odrętwienia. 
Cesarz sam wyszedł, by ocenić niebezpieczeństwo. Dwu-
krotnie ogień gaszono i dwukrotnie smugi sinego dymu 
ukazywały się na dachu budynku, skąd cesarz obser-
wował pożar. Mimo ratunku płonęła wieża arsenału. 
Znaleziony w wieży policjant rosyjski zeznał  w obec-
ności cesarza, że podkładając ogień, spełnił dany mu 
rozkaz. Wszystko więc miało być zburzone, nawet pra-
stary, czczony jak świętość Kreml! 

Cesarz jedynie gestem wyraził gniew i odrazę. Podpa-

lacza niezwłocznie zawleczono na dziedziniec, gdzie wy-
zionął niebawem ducha pod bagnetami rozjuszonych 
grenadierów. 

Zajście to zdecydowało ostatecznie o decyzji Napole-

ona. Opuścił wreszcie Kreml od północnej strony scho-
dami, które wsławiły się w historii przez rzeź strzelców, i 
kazał prowadzić się poza miasto, na trakt petersburski, w 
kierunku oddalonej o milę rezydencji cesarskiej w 
Pietrowsku. 

Lecz otaczający nas zewsząd rozszalały  żywioł unie-

możliwiał ewakuację, blokował bramy, udaremniał 
pierwsze próby opuszczenia cytadeli. Po chwili dopiero 
odnaleziono wykute w skale, wąskie przejście, które 
wiodło ku rzece. Przejściem tym Napoleon, oficerowie 
jego i gwardia zdołali wydostać się z Kremla. Cóż jednak 
zyskali? Bliżsi pożaru niż przedtem, nie mogąc ruszyć 
się ani naprzód, ani też wstecz, spoglądali ze zgrozą na 
ogrom katastrofy: i tu, i tam huczała pożoga. Ci, którzy 
usiłowali przedrzeć się ku miastu, ogłuszeni trzaskiem 
walących się gmachów, oślepli od dymu i popiołu, 

background image

z trudem torowali sobie drogę wśród ognia i dymiących 
zgliszcz! 

Należało jednak śpieszyć się. Z każdą chwilą wzrastał 

dokoła nas głuchy pomruk płomieni. Jedna tylko ulica — 
kręta, wąska, płonącymi okolona domami — wiodła 
przez to piekło. Nie wahając się  dłużej, cesarz ruszył 
pieszo. Szedł prędko, wśród łoskotu walących się ścian i 
dachów, po rozżarzonych depcząc głowniach. Odłamy 
belek i desek, szczątki cegieł i żelastwa utrudniały po-
chód. Ogień szerzył się z przerażającą szybkością. Gnane 
wiatrem przemożne, zwycięskie płomienie zlewały się, 
tworząc ponad naszymi głowami ognistą powałę. 
Szliśmy po rozpalonej ziemi, pod ognistym sklepieniem, 
między dwiema gorejącymi  ścianami! Straszliwy żar 
wypalał nam oczy, które oślepiał jaskrawy blask, ale 
niebezpieczeństwo kazało szeroko je otwierać. Ciężko 
dyszały już wszystkie piersi. Ognistym deszczem sypał 
się gorący popiół, iskry i drobne lotne płomyki. Pa-
rzyliśmy sobie dłonie, usiłując osłonić twarz i oczy. Z 
odzienia trzeba było zgarniać wciąż osiadające rojem 
iskry. 

W krytycznym owym momencie, wówczas gdy szybka 

ucieczka zdawała się być jedyną deską ratunku, 
przewodnik nasz, niepewny i zmieszany, zwalniać  jął 
kroku, wreszcie stanął. Prawdopodobnie bylibyśmy do-
konali wtedy burzliwego żywota, gdyby nie plądrujący 
opodal żołnierze pierwszego korpusu, którzy, poznawszy 
cesarza, nadbiegli czym prędzej i poprowadzili nas w 
kierunku dymiących jeszcze zgliszcz spalonej nad ranem 
dzielnicy. 

Wśród gruzów tych i rumowisk spotkaliśmy księcia 

Eckmühl. Ranny pod Borodino, mimo osłabienia i znacz-
nego  upływu krwi, poprzez łuny pożogi Davout szukał 
Napoleona, aby skłonić go do opuszczenia Moskwy lub 
też zginąć razem z nim. Z okrzykiem radości rzucił się w 
objęcia cesarza. Cesarz przyjął marszałka łaskawie, lecz 
bez  żadnych zewnętrznych objawów wzruszenia, ze 
spokojem, który nie opuszczał go nigdy w chwilach 
niebezpieczeństwa. 

Tuż przed rogatką musieliśmy jeszcze wyminąć  długi 

konwój furgonów z prochem, cofających się również 
wśród pożogi poza miasto. Jakkolwiek groźne, niebez-
pieczeństwo to było ostatnim. O zmroku cesarz dotarł do 
Pietrowska. 

background image

Nazajutrz rano, 17 września, zaraz po przebudzeniu się 

Napoleon jął obserwować pilnie widniejącą w oddali 
Moskwę. Łudził się jeszcze nadzieją częściowego ocale-
nia stolicy. Lecz wbrew życzeniom jego i rachubom 
straszliwy  żywioł z dawną szalał mocą. Jak olbrzymi, 
gorejący stos płonęło całe miasto, krwawa łuna rozpo-
ścierała się na niebie. Zgnębiony tym okropnym wido-
kiem, pobladły cesarz wyrzekł wtedy prorocze słowa: 
„Pożar Moskwy wróży wielkie nieszczęście!" 

Forsowne marsze oraz liczne bitwy i potyczki poprze-

dzające zajęcie Moskwy wyczerpały doszczętnie militar-
ne zasoby cesarza. Moskwa miała być kresem nużącej 
kampanii, celem wszystkich planów i usiłowań, nagrodą 
za trudy i krew — i ginęła oto jak zwiewna mgła! Jaką 
pójść teraz drogą? w jakim podążyć kierunku? Pod 
wpływem sprzecznych uczuć nieugięty dotychczas ge-
niusz cesarza stanął na rozdrożu. I on, który w roku 1805, 
mimo długich i kosztownych przygotowań zaniechał bez 
wahania projektowanej inwazji na terytorium Wielkiej 
Brytanii, on, który z Boulogne-sur-Mer dokonał 
całkowitego rozbicia armii austriackiej i zwycięskim 
szlakiem powiódł wojska swoje od Ulm do Monachium, 
ten sam człowiek, który rok później z tą samą nieomyl-
nością podyktował z Paryża cały plan pochodu na Berlin, 
oznaczył dzień triumfalnego wjazdu swojego do stolicy 
Prus i zamianował z góry gubernatora — wahał się teraz, 
trwożny i niezdecydowany! Nigdy przedtem wobec 
najwierniejszych, najbardziej zaufanych ministrów nie 
zdradzał w niczym najlżejszych wątpliwości, nie było 
dyskusji ani wspólnych narad, jeno stanowcze, nie 
cierpiące  żadnej opozycji rozkazy. W owej zaś godzinie 
zwątpienia i depresji pyta o zdanie, zasięga rady, stara się 
wybadać duchowe i fizyczne siły swojego otoczenia. 

Zachował wszelako dawne formy. Tym samym co i 

dawniej rozkazującym tonem uwiadomił sztab i ge-
neralicję o projekcie pochodu na Petersburg. Szczegóło-
wy plan pochodu oznaczony już był na mapach — pro-
roczych, jasnowidzących mapach, które nigdy jeszcze nie 
omyliły się i nie zawiodły; odnośne rozkazy wydane 
zostały szefom korpusów. Lecz złudną była stanowczość 
cesarza, pozorny spokój jego i ufność we własne siły; 
krył się pod nimi jego ból z powodu utraty Moskwy. 
Toteż Berthier, zwłaszcza zaś Bessičres przekonali go 
bez trudu, że zarówno spóźniona pora roku, jak fatalne 

background image

drogi i całkowity brak furażu oraz żywności uniemoż-
liwiały tak  odległą  i niebezpieczną  ekspedycję. 

Jednocześnie doszły cesarza wieści, że Kutuzow, cofa-

jący się dotąd na wschód, zwrócił się nagle ku połud-
niowi i stanął między Moskwą a Kaługą. W myśl argu-
mentów Berthiera i Bessičres'a wiadomość ta nagliła do 
natychmiastowego pościgu częściowo rozbitej armii 
rosyjskiej; należało bowiem osłonić prawy nasz flank i 
naszą linię operacyjną, zająć Kaługę i Tułę — spichlerz i 
arsenał Rosji, wreszcie zapewnić sobie odwrót, krótszą i 
bezpieczniejszą drogą na Smoleńsk i Litwę. 

Pojedynczy jakiś  głos doradzał odwrót na Witebsk i 

Połock, gdzie Rosjanami dowodził Wittgenstein. 

Wobec wszystkich tych projektów Napoleon waha się, 

chmurny, niezdecydowany. Uśmiecha mu się jedynie 
plan zdobycia Petersburga. Odsuwa natomiast wszelkie 
inne projekty, zgodnie nakłaniające go do jak najrych-
lejszego odwrotu. Za żadną cenę nie chce przyznać się w 
oczach świata do popełnionej omyłki. 

Pozostała niespełna trzecia część olbrzymiej armii 

cesarskiej i trzecia część prastarej stolicy. Ocalał Kreml i 
osoba cesarza, nie umniejszyła się w niczym sława oręża 
francuskiego. W mniemaniu, niestety błędnym!  że 
zjednoczone imiona Napoleona i Moskwy, jednakowo 
wielkie i potężne, dokonać powinny chlubnie rozpoczę-
tego dzieła, cesarz postanawia powrócić na Kreml, któ-
rego strzegł i bronił batalion gwardii cesarskiej. 

Obóz. który przebyć musiał cesarz, dążąc ku Kremlowi, 

dziwaczny przedstawiał widok. W szczerym polu na 
błotnistej, rozmokłej równinie paliły się ogniska, podsy-
cane mahoniowymi meblami, szczątkami złoconych 
drzwi i ram okiennych. Dokoła tych ognisk na podściółce 
z wilgotnej słomy, skąpo nakrytej deskami, na pozło-
cistych fotelach i kanapach, lśniących atłasem lub aksa-
mitem — siedzieli lub leżeli oficerowie i żołnierze, ob-
darci, obryzgani błotem, czarni od dymu i sadzy. Pod 
stopami ich walały się zwoje szalów kaszmirowych, naj-
cenniejszych futer syberyjskich, perskich brokateli i tyf-
tyków; piętrzyły się stosy srebrnych półmisków, talerzy, 
na których nie było nic krom ciemnych, w popiele pie-
czonych podpłomyków i na wpół surowej, krwią ocie-
kającej koniny: dziwne połączenie dostatku i głodu, 
bogactwa i trudu, przepychu i nędzy. 

Między obozem a miastem snuły się gromady żołnie- 

background image

rzy, którzy bądź to sami dźwigali bogate łupy, bądź też 
poganiali przed sobą rosyjskich muzyków, obładowa-
nych jak juczne zwierzęta plonem kradzieży i rabunku. 
Pożar wygnał bowiem z kryjówek blisko dwadzieścia 
tysięcy mieszkańców, którzy nie mogli zdecydować się 
na opuszczenie miasta. Niektórzy z nich, zarówno męż-
czyźni, jak i kobiety — chędogo i dostatnio ubrani — 
należeli snadź do sfery kupieckiej. Strzegąc resztek oca-
lonego mienia, schronili się pod osłonę francuskich bi-
waków i żyli czas jakiś pospołu z naszymi żołnierzami, 
faworyzowani przez jednych, tolerowani lub też igno-
rowani przez drugich. 

Za ich przykładem poszły luźne oddziały rosyjskie, 

liczące ogółem prawie dziesięć tysięcy ludzi. W ciągu 
kilku dni błąkali się  wśród nas, przez nikogo nie krę-
powani, niektórzy nawet uzbrojeni. Żołnierze nasi spo-
glądali na nich bez gniewu i bez zawiści, nie zdradzając 
żadnych nieprzyjaznych zamiarów, bądź to dlatego, że 
uważali wojnę za ukończoną, bądź też z tego powodu, że 
Francuzi, z natury niefrasobliwi i miłosierni, nie chcieli 
już widzieć w nich wrogów. Ognie biwaków naszych 
ogrzewały zarówno Rosjan, jak Francuzów, jednoczyły 
ich wspólne wyprawy w celach kradzieży i rabunku 
Później dopiero, gdy zmniejszył się nieład, gdy wodzo-
wie zorganizowali rabunek jako normalny środek zaopa-
trywania się w żywność i furaż, zauważono niezwykłą 
liczbę maruderów rosyjskich. Wyszedł wówczas rozkaz 
wzięcia ich do niewoli, lecz nim rozkaz spełniono, blisko 
osiem tysięcy Rosjan zdołało umknąć. Wkrótce mieliśmy 
już z nimi walczyć. 

Dziwniejszy jeszcze i smutniejszy widok przedstawiało 

miasto, a raczej zwęglone szczątki olbrzymiej stolicy. 
Gdzieniegdzie tylko widniały samotne domy, cudem 
nieledwie ocalałe. Przykra woń spalenizny unosiła się w 
powietrzu. Jak okiem dojrzeć — wszędzie stosy 
dymiących jeszcze zgliszcz, wszędzie gruzy i popiół; 
linię placów i ulic oznaczały jedynie na wpół rozwalone 
ściany lub sterczące tu i ówdzie smukłe filary pałacowe. 

Na przedmieściach tułały się  wśród rumowisk gro-

madki mężczyzn i kobiet — pobladłe, wynędzniałe, w 
brudnej, na poły spalonej odzieży. Jedni rozkopywali po 
ogrodach grządki, szukając jakichkolwiek jarzyn — 
marchwi lub buraków; inni do spółki z krukami szar- 

background image

pali resztki pozostawionej przez wojsko padliny; inni 
wreszcie — mimo chłodu — wyławiali z nurtów Mos-
kwy ziarno, rzucone do rzeki z rozkazu Rostopczyna, i 
pożerali je łapczywie, chociaż sfermentowane już było i 
stęchłe. 

Cała armia nasza, wszystkie bez wyjątku pułki, roz-

pierzchła się po mieście. Cesarz napotykał co chwila od-
działy maruderów, mniej lub więcej obładowanych, albo 
hałaśliwe zbiegowiska żołnierzy, tłoczących się przed 
piwnicznymi oknami lub u wrót pałaców, kościołów i 
bogatych sklepów, które usiłowano otworzyć, nim je 
zaatakuje ogień. 

Wszędzie walały się szczątki wszelkiego rodzaju mebli, 

potłuczonych i pogruchotanych: wyrzucono je przez 
okna, aby ocalić przed pożarem. Wszędzie bogate tka-
niny, przedmioty sztuki i zbytku — przez kapryśnego 
zostawione żołnierza. Żołnierze bowiem z zasady rabują 
wszystko, wszystko zabierają, nie bacząc, czy istotnie 
wszystko będą mogli udźwignąć. Później zaś zmęczeni, 
pod nadmiernym uginając się brzemieniem, zostawiają 
po drodze przeważną część zrabowanych bogactw. 

Place i ulice, podobnie jak obozy, wyglądały niby ol-

brzymi targ. Wśród iście jarmarcznego zgiełku i wrzawy 
wymieniano rzeczy  zbędne na konieczne; najrzadsze, 
najcenniejsze przedmioty sprzedawane były za pół dar-
mo; inne, mniej wartościowe, za drogie kupowano pie-
niądze. Szczególniej złoto,  łatwiejsze do ukrycia i prze-
niesienia, chętnych znajdowało nabywców. Na stosach 
piętrzących się skrzyń z cukrem i kawą, na beczkach 
najlepszych win i likierów siedzieli żołnierze, radzi 
sprzedawać kosztowny swój towar za bochenek czers-
twego chleba. Niektórzy spośród nich, głodem wycień-
czeni, oszołomieni wódką, staczali się w huczące tuż 
obok płomienie i ginęli wśród ognia i dymu. 

Wszelako większość uratowanych wraz z dobytkiem 

domów i pałaców, przeznaczona na kwatery dla oficerów 
i generalicji wyłączona została z ogólnego rabunku. 
Wszyscy spoglądali ze smutkiem na ogrom katastrofy, na 
nędzę i rozprzężenie naszych szeregów. Wprawdzie kilka 
wybitnych jednostek spotkało się następnie z zarzutem 
zbyt gorliwego gromadzenia cennych pamiątek i 
zabytków, lecz było ich tak niewiele, że zarzut ten nie 
może żadną miarą stosować się do ogółu. Wojna była dla 
tych ludzi tą namiętnością, która zagłu- 

background image

sza wszystkie inne. Lekkomyślni — lecz nie chciwi, nie 
zachłanni — brali wszystko, ażeby wszystko rozdać, 
sądząc, że przelaną krwią hojnie za wszystko zapłacili. 

Wśród chaosu tego i rozprzężenia po raz wtóry wjeż-

dżał Napoleon do Moskwy. Początkowo patrzył przez 
palce na nadużycia i rabunek w nadziei, że staranne 
przeszukiwanie gruzów i rumowisk nie będzie bez-
owocne. Lecz gdy dowiedział się,  że nieład wzrasta, że 
nawet stara gwardia idzie za przykładem innych korpu-
sów,  że chłopi rosyjscy, których ściągnąć kazał z zapa-
sami  żywności i furażu, hojnie płacąc im za wszystko, 
napadani są i ograbiani przez zgłodniałych  żołnierzy 
naszych, gdy dowiedział się,  że niektóre pułki przymie-
rają głodem i chłodem, przemocą wydzierają każdy nie-
mal kęs chleba, że istniejące jeszcze skąpe zapasy trwo-
nione są przez bandy rabusiów — wydał wówczas nader 
surowe rozporządzenie: gwardia ukarana została czasowo 
aresztem; opróżniono cerkwie, zajęte dotychczas przez 
naszą kawalerię, rabunek zaś — zorganizowany na wzór 
innych czynności służbowych — powierzany był kolejno 
wszystkim korpusom. Postanowiono wreszcie zająć się 
losem licznych maruderów rosyjskich. 

Lecz było już poniewczasie. Maruderzy umknęli, 

chłopi, zrażeni i wylękli, omijali obóz nasz z daleka; 
znaczna część zapasów została roztrwoniona. Prawda, że 
armia francuska niejednokrotnie dopuszczała się grzechu 
marnotrawstwa, tutaj wszakże straszliwy pożar tłumaczy 
i usprawiedliwia wiele rzeczy. Jakkolwiek bądź, 
zaznaczyć należy,  że rozprzężenie trwało krótko i że 
zapanował niebawem dawny ład i dawna karność. 

Opuszczając Moskwę, Kutuzow pociągnął za sobą Mu-

rata w stronę Kołomny aż do punktu, w którym rzeka 
Moskwa przecina drogę. Pod osłoną nocy cofnął się 
wówczas przez Podolsk między Moskwę a Kaługę. No-
cny ten pochód Rosjan, dokoła płonącej stolicy, posępny 
był i tajemniczy niby średniowieczne misterium. Szli 
cicho w łunach pożogi, która coraz szersze zataczała 
kręgi, zalewając ognistą falą ten ośrodek handlu ro-
syjskiego, czczone sanktuarium wiary ojców, kolebkę 
potężnego mocarstwa! Grozą i nienawiścią gorzały 
wszystkie oczy. W głuchym milczeniu szedł pułk za puł-
kiem, a w oddali huczały płomienie, zawodził zimny, 
jesienny wiatr. Od czasu do czasu tu i ówdzie wybuchał 

background image

nagle krwawy słup ognia, oświetlając zakrzepłe w bólu 
twarze  żołnierzy. Tylko oczy paliły się wciąż groźnym 
blaskiem, lśniły  żądzą zemsty za przypisywaną nam 
zbrodnię — zemsty, która wkrótce objąć miała płomie-
niem całe imperium i której ofiarą paść miało tylu 
Francuzów. 

W owej uroczystej chwili Kutuzow zawiadamia cesarza 

o utracie stolicy. Szlachetnie i stanowczo brzmi jego 
oświadczenie ,,że, chcąc zachować urodzajne gubernie 
południowe oraz łączność z Tormasowem i Czyczago-
wem, zmuszony został opuścić Moskwę, ale że wydał ją 
w ręce wrogów bez jej ludu, ponieważ jednak naród, nie 
ziemia, stanowi państwo, wszędzie gdzie tylko znajdzie 
się lud rosyjski — tam jest Moskwa, tam całe imperium". 

Pod wpływem żalu przyznaje wówczas: „że cios ciężki 

jest i niezatarte zostawi ślady", nie traci wszakże otuchy i 
wiary w przyszłość: „Utrata Moskwy jest utratą jednego 
tylko miasta, ofiarą, która ocalić powinna kraj i naród. 
Pułki nasze, rozlokowane wzdłuż niezmiernie długiej 
linii operacyjnej Francuzów, strzec będą każdego 
poruszenia wojsk nieprzyjacielskich, osłaniając 
zasobniejsze ziemie cesarstwa, ułatwiać rozszerzenie i 
uzupełnienie przetrzebionych kadr w armii naszej". 16 
września donosi już cesarzowi: „że Napoleon niebawem 
zmuszony będzie wyrzec się drogo okupionej zdobyczy". 

Żałobna ta wiadomość wstrząsnęła do głębi sercem 

Aleksandra. Lecz wbrew rachubom Napoleona, który 
liczył niewątpliwie na słabość ducha swojego rywala, 
wbrew tajemnym obawom światlejszych Rosjan, którzy 
spoglądali z lękiem w stronę Petersburga, car zniósł 
mężnie bolesny cios. Męstwem i spokojem tchnie jego 
proklamacja do narodu zwrócona: „Nie rozpaczy nam 
trzeba, lecz czynów, lecz odwagi i wytrwałości. 
Opustoszała i spalona Moskwa, w której nie ma nic, 
krom gruzów i popiołu — grobem będzie dla Francuzów. 
Olbrzymia, trzystotysięczna armia francuska, składająca 
się z ludzi wszelkich narodowości i wszelkich wyznań, 
stopniała już oto w połowie od ran, głodu i trudów. 
Moskwa leży w gruzach, Napoleon wtargnął w głąb 
kraju, lecz ani jedna głowa nie pochyliła się kornie do 
jego stóp". 

„Wzrastające z dniem każdym siły nasze otaczają go 

background image

zewsząd; wszystkie drogi są osaczone, strzeżone wszyst-
kie przejścia. Ażeby głodowej ujść  śmierci, niedługo 
zmuszony będzie przedzierać się przez  zwarte szeregi 
mężnych  żołnierzy naszych. Czy cofniemy się wówczas 
w oczach sprzyjającej nam Europy? ... Zaświećmy jej 
przykładem i chwalmy Pana nad Pany, który obrał nas za 
rycerzy cnoty i wolności!" Proklamacja kończyła się 
wezwaniem do Wszechmocnego. 

Rozmaicie oceniają Rosjanie ówczesne zachowanie się 

Kutuzowa i cesarza. Co do nas, to sądzić możemy na-
szych wrogów jedynie na podstawie faktów. Owóż czyny 
odpowiadały w zupełności wyrzeczonym słowom. 
Towarzysze moi, bądźmy sprawiedliwi! Ofiara całkowitą 
była, bez zastrzeżeń, bez niewczesnych żalów. A gdy 
wybiła później godzina odwetu, żadnej nie żądali zapłaty, 
żadnego odszkodowania; uszanowali odwieczne 
pamiątki, gmachy i skarby nadsekwańskiej stolicy. Toteż 
imię ich czyste jest, niczym nie skalane. Z chwilą gdy 
cywilizacja przeniknie głębiej to społeczeństwo, naród 
rosyjski doczeka się pełni rozkwitu i, tak jak inne ludy, 
krzepką dłonią ujmie z kolei złote berło sławy! 

Manewr Kutuzowa, podyktowany wahaniem lub chy-

trością, powiódł się w zupełności. W ciągu trzech dni 
Murat szukał na próżno  śladów nieprzyjaciela. Tym-
czasem Rosjanie przestudiowali teren i odpowiednio 
obwarowali się. Forpoczty rosyjskie bliskie już były 
Woronowa, jednej z najpiękniejszych włości hrabiego 
Rostopczyna, gdy wyminął ich gubernator, stale towa-
rzyszący teraz armii. Żołnierze sądzili, że ujrzeć chce raz 
jeszcze swoją rezydencję, gdy nagle buchnęły kłęby 
czarnego dymu. Pałac i zabudowania dworskie znikły im 
z oczu. 

Kto  żył, rzucił się do ognia, lecz Roztopczyn nikomu 

nie pozwolił nic z tego ratować. Z uśmiechem na ustach 
spoglądał na walący się przepyszny gmach, a gdy zostały 
jeno zgliszcza, pewną  dłonią nakreślił na wrotach 
cerkiewnych następujące znamienne słowa, które Fran-
cuzi z drżeniem później czytali: „Przez osiem lat upię-
kszałem ten pałac i żyłem w nim szczęśliwie na łonie 
rodziny. Dzisiaj poddani moi — tysiąc siedemset dusz — 
opuszczają chaty i ziemię, ja zaś podpalam własnoręcznie 
dom mój, abyście go nie splugawili waszą obecnością. 
Francuzi! zostawiłem wam na łup dwa domy 

background image

w Moskwie oraz za pól miliona rubli ruchomości. Tutaj 
znajdziecie tylko gruzy i popiół!" 

W pobliżu Woronowa doścignął Murat armię rosyjską. 

29 września pod Czerikowem doszło do gwałtownego 
starcia. Szwadrony nasze chwiały się już i ustępowały, 
gdy nadciągnął książę Poniatowski na czele trzech ty-
sięcy Polaków. Przy współudziale generałów Paszkow-
skiego i Kniaziewicza Poniatowski podjął bez wąchania 
walkę z dwudziestotysięcznym korpusem jazdy rosyj-
skiej. W ciągu kilku godzin Miłoradowicz usiłował na 
próżno zgnieść  słabszego liczebnie nieprzyjaciela. Mę-
stwo i zręczna taktyka polskiego księcia unicestwiły 
wreszcie ostatni i największy wysiłek generała rosyj-
skiego. Zewsząd otoczony, bezbronny wskutek nagłego 
upadku, Poniatowski skrzyknął czterdziestu jeźdźców i 
ruszył w skok na wroga, atakując kolumnę nieprzyja-
cielską, pejczem wprawdzie, lecz z tak wielkim impetem, 
że pod naporem ludzkich i końskich piersi jęły wkrótce 
cofać się przestraszone i zdziwione szeregi rosyjskie. 

Tymczasem pożar, wzniecony w nocy z 14 na 15 

września, chwilowo opanowany, szalał następnie bez 
przerwy 16, 17 i 18: przygasać zaczął 19, ustał zaś cał-
kowicie nazajutrz, 20 września. Tegoż dnia Napoleon, 
który uszedł był z Kremla przed pożoga, powrócił do 
pałacu carów. Pewnym będąc,  że odniesione przezeń 
zwycięstwo doda otuchy wyczerpanym i osłabionym 
pułkom naszym, że każdy bieżyć  będzie do Moskwy, 
znęcony urokiem bogatych łupów, nie zaznanych jeszcze, 
a silnych wrażeń, zwłaszcza zaś urokiem promiennej 
sławy tego. który podbił całą niemal Europę, który tutaj 
nawet, wśród zgliszcz i gruzów, gorzał jak morska 
latarnia na samotnej skale — oczekiwał aplauzu wszyst-
kich ludów Europy, oczekiwał nadejścia zapóźnionych 
konwojów, świeżych posiłków i tłumu wlokących się za 
wojskiem maruderów. 

Dwukrotnie wszelako, 22 i 28 września, listy dążącego 

za Kutuzowem Murata o mało co nie skłoniły cesarza do 
opuszczenia Kremla, gdyż zapowiadały bitwę. Lecz tak 
w jednym, jak i w drugim wypadku, przygotowane już na 
piśmie rozkazy zostały spalone. Uważając snadź wojnę 
za ukończoną, cesarz wyglądał z dnia na dzień 
odpowiedzi z Petersburga. Czyż teraz, w Moskwie, miał-
by mniejszy wpływ na Aleksandra? Poza tym wspo- 

background image

minął ustawicznie dawne czasy, Tylżę i Erfurt, jak 
wszyscy wybrańcy losu z przedziwnym uporem łudził 
się, że spełnione będą wszystkie jego życzenia. 

Posiadał zresztą w najwyższym stopniu zdolność do-

wolnego przerywania najbardziej skupionej refleksji, 
najsmutniejszych myśli. Wola górowała w nim zawsze 
nad wyobraźnią. Równie dobrze panował nad samym 
sobą, jak nad drugimi. 

Lecz choć upłynęło już jedenaście dni. żadna nie na-

deszła odpowiedź. Aleksander milczał, Napoleon wciąż 
łudził się,  że uporem i wytrwałością pokona słabszego 
przeciwnika. Tracił tym sposobem drogocenny czas, 
dozwalając Rosjanom ponownie zorganizować się i do 
dalszej przygotować walki. 

Od tej chwili — bardziej jeszcze aniżeli w Witebsku — 

cała działalność, wszystkie rozporządzenia cesarza 
zwiastują Rosjanom, że potężny ich wróg zamierza osie-
dlić się w centrum ich państwa. Szczątki spalonej Mos-
kwy otrzymują intendenta i władze miejskie. Wydany 
zostaje rozkaz zaprowiantowania armii na zimę. W ru-
inach powstać ma teatr, obsadzony pierwszorzędnymi 
siłami sceny paryskiej. Włoski śpiewak usiłuje wskrzesić 
w ponurych murach Kremla świetne zebrania Tuileries. 
Środki te podejść miały i uśpić czujność rządu rosyj-
skiego. 

Niebawem jednak cesarz zdaje sobie sprawę,  że rząd 

ten, nawykły do panowania nad ciemnym i oszukiwanym 
narodem, podejść się nie da. Minęły tymczasem ostatnie 
dni września, rozpoczynał się październik, a wraz z nim 
zimna i słotna jesień. Zirytowany milczeniem 
Aleksandra, po bezsennej, niespokojnej nocy, rankiem 3 
października przywołać kazał generałów swoich i mar-
szałków. ,,Chodźcie — rzekł — zaznajomić się z nowym 
moim planem. Książę Eugeniuszu, proszę czytać! 
(Wszyscy słuchają.) Trzeba spalić szczątki Moskwy i 
przez Twer ruszyć na Petersburg, dokąd podąży za nami 
Macdonald! Murat i Davout tworzyć  będą tylną straż!" 
Rzekłszy to, ogarnął pałającym wzrokiem milczących i 
zdumionych generałów. Wszystkie twarze chłodne były i 
niewzruszone, zaciśnięte wszystkie usta. 

Podniecając się wówczas, ażeby innych porwać i roz-

płomienić, zawołał: „Czyżby istotnie brakło już w du-
szach waszych ognia i zapału? Czy kiedykolwiek 
dokonał kto większego czynu? Obecnie tylko taka 
zdobycz jest 

background image

nas godna! Jakżeż niezmierna otoczy nas chwała, co 
powie  świat cały, dowiedziawszy się,  że w przeciągu 
trzech miesięcy zdobyliśmy dwie największe stolice Pół-
nocy?" 

Lecz Davout i Daru zgodnie przeciwstawili mu „spóź-

nioną porę roku, głód oraz bezludną, z wszelkich za-
sobów ogołoconą drogę". 

Podobno przedstawili wówczas cesarzowi kilka innych 

planów i projektów; był to wszakże próżny trud, gdyż 
geniusz Napoleona tak wysoko szybował, że żadne argu-
menty ani perswazje nie byłyby go powstrzymały, gdyby 
istotnie powziął był stanowczą decyzję rozpoczęcia 
nowych kroków wojennych. Lecz plan pochodu na Pe-
tersburg był jeno gniewnym porywem, odruchem za-
draśniętej miłości własnej wobec przypuszczalnego faktu 
wyrzeczenia się, w obliczu całej Europy, wspaniałej, 
drogo okupionej zdobyczy. 

Przede wszystkim zaś był groźbą, która przestraszyć 

miała zarówno swoich, jak wrogów, i doprowadzić do 
negocjacji. Przedstawicielem cesarza miał być hrabia 
Caulaincourt. Darzony szczególniejszymi względami 
Aleksandra, on tylko spośród dworaków Napoleona mógł 
mieć jakiś wpływ na cara; lecz od kilku miesięcy — jako 
jeden z gorętszych przeciwników toczącej się kampanii 
— stale odsuwany był przez cesarza od poufnych narad i 
dyskusji. 

Do Caulaincourta wszelako odwołał się Napoleon w 

owej krytycznej chwili. Sam na sam z wielkim koniu-
szym, długo wahał się i chodził wzdłuż i wszerz sali, 
zmagając się z własną niepohamowaną dumą i pychą. W 
końcu jął mówić, ale w głosie jego była pogróżka. 
Chciał, aby żądano od niego pokoju tak, jakby on łaska-
wie się nań godził. Po paru prawie niezrozumiałych zda-
niach, rzekł: 

„Mam zamiar wyruszyć niebawem na Petersburg. 

Wiem,  że zmartwi pana zniszczenie tej drugiej z rzędu 
stolicy. Rosja powstanie wówczas przeciwko cesarzowi, 
uknuty zostanie spisek i cesarz padnie z ręki sprzysię-
żonych.  Śmierć jego wielkim będzie nieszczęściem tak 
dla Rosji, jak dla Francji, gdyż charakter Aleksandra 
odpowiada nam w zupełności i nikt inny nie mógłby 
zasiąść na tronie rosyjskim z równą dla nas korzyścią. 
Ażeby przeto zapobiec katastrofie, pragnę, panie hrabio, 
wysłać cię do Petersburga." 

background image

Lecz wbrew najelementarniejszym zasadom pochleb-

stwa, wierny przekonaniom swoim, książę Vicenzy od-
parł: „Że preliminaria te żadnych nie dadzą wyników; że 
dopóki ostatni żołnierz francuski nie opuści terytorium 
rosyjskiego, Aleksander nie zaakceptuje żadnej propo-
zycji;  że Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, iż w owej 
porze roku przewaga jest po ich stronie: że nadto ne-
gocjacje takie byłyby szkodliwe, bo kładąc nacisk na 
zawarcie pokoju, odsłoniłyby nieprzyjacielowi istotę 
smutnego naszego położenia". 

Dodał: „że im znaczniejszą będzie osoba wysłańca ce-

sarskiego, tym większy ujawni niepokój: że wobec tego 
on, Caulaincourt, najzupełniej nieodpowiedni jest, tym 
bardziej  że jako przedstawiciel cesarza i Francji z góry 
przekonany byłby o bezużyteczności powierzonej mu 
misji". Cesarz zawołał wtedy z gniewem: „Wyślę więc 
Lauristona!" 

Lauriston upewnia, że na równi z Caulaincourtem 

przeciwny był rozpoczynaniu jakichkolwiek układów, 
doradzając natomiast, bez żadnej zwłoki, odwrót w kie-
runku Kaługi. Napoleon, zirytowany, odparł z goryczą: 
„Że lubi tylko proste plany i proste drogi; że szlak, 
którym przybył do Moskwy, najprostszym jest, lecz że 
nie pójdzie nim, dopóki nie zawrze korzystnego pokoju''. 
Wskazując następnie na przygotowany list do cesarza 
Aleksandra, polecił Lauristonowi, aby wyjednał sobie u 
Kutuzowa odpowiednie glejty. W końcu zaś rzekł z na-
ciskiem: „Pragnę pokoju, koniecznie, za wszelką cenę! 
Generale, wyjdź jeno z honorem!" 

5 października dotarł Lauriston do forpocztów rosyj-

Bennigsen i Wołkoński, adiutant cesarza. Wilson twier-
dzi,  że oficerowie i generałowie rosyjscy, obawiając się 
skich. Wojna chwilowo ustała; generałowi udzielono żą-
danej audiencji. Lecz zamiast Kutuzowa zjawił się tylko 
starczej niemocy naczelnego wodza, tak głośno poma-
wiali go o zdradę, że Kutuzow nie śmiał wprost opuścić 
zajmowanej przez się kwatery. 

Instrukcje dane Lauristonowi, nakazywały mu poro-

zumiewać się li tylko z samym Kutuzowem. Odrzucił 
więc ze wzgardliwą dumą wszelkie pośrednictwo, a ko-
rzystając ze sposobności, aby przerwać negocjacje, któ-
rym był przeciwny, usunął się, mimo nalegania i per-
swazji Wołkońskiego. Nazajutrz wracać miał do 
Moskwy. Napoleon, urażony i zirytowany, niewątpliwie 
byłby 

background image

wyruszył wówczas przeciw nie uzupełnionej jeszcze i nie 
wyćwiczonej armii rosyjskiej, byłby rozniósł ją i zmusił 
Kutuzowa do zawarcia pokoju. W razie zaś mniej de-
cydującej Wiktorii byłby mógł cofać się spokojnie na 
zachód ku zapasowym pułkom naszej rezerwy. 

Na nieszczęście, Bennigsen pośpieszył prosić Murata o 

współudział w negocjacjach. Lauriston wyjazd odroczył. 
Szef sztabu rosyjskiego — zręczniejszy jako dyplomata 
aniżeli jako wódz — postanowił usidlić  świeżo 
upieczonego króla pochlebstwem i okazywanym mu 
uwielbieniem; wziął go na lep słodkich słówek, które 
tchnęły przesytem wojny i nadzieją rychłego pokoju. 
Murat wreszcie znużony nie ustającą wrzawą wojenną, 
pełen troski o dalsze losy kampanii i, jak mówią, o swój 
tron, skoro nie mógł spodziewać się lepszego, bez trudu 
dozwolił usidlić się, zwieść i oszukać. 

Bennigsen przekonał równocześnie Kutuzowa i Murata. 

Mimo spóźnionej pory zawiadomił Lauristona, iż otwarta 
jest dla niego droga do kwatery naczelnego wodza, który 
miał go oczekiwać o północy. Konferencja rozpoczęła się 
dość burzliwie. Dotknięty natarczywością Wołkońskiego 
i Konownicyna, Lauriston zażądał rozmowy bez 
świadków. Po krótkim wahaniu przyjęto ten warunek. 

Lauriston przedstawił wtedy Kutuzowowi cel swojego 

przybycia i prosił go o udzielenie mu odpowiednich 
glejtów na drogę do Petersburga. Kutuzow odrzucił 
wprawdzie prośbę, zasłaniając się zupełną w tym kie-
runku niekompetencją, zaproponował natomiast, aby 
wysłać do Petersburga księcia Wołkońskiego z listem od 
Napoleona. Aż do powrotu księcia trwać miało czasowe 
zawieszenie broni. Propozycji tej towarzyszyły wyrazy 
szczerej, rzekomo, życzliwości, powtarzane następnie 
przez wszystkich generałów i wyższych oficerów 
rosyjskich. 

Niebawem jednak przekonaliśmy się, jak dalece fał-

szywa była owa życzliwość. Rosjanie podeszli zarówno 
Murata, jak cesarza. Uradowany przebiegiem negocjacji, 
łatwowierny wskutek nadmiaru złudzeń czy też może 
zniechęcenia i rozpaczy, pragnąc uciszyć wewnętrzny 
niepokój i miotającą nim rozterkę, Napoleon przywołać 
kazał wszystkich generałów i triumfalnie oświadczył im, 
że pokój wkrótce zostanie zawarty. 

Nie podobało mu się tylko proponowane przez Kutu- 

background image

zowa zawieszenie broni. Rozkazał Muratowi zerwać je 
natychmiast, niemniej — dla nie znanych dotychczas 
powodów — obustronnie wszelkich zaniechano utarczek. 

A raczej zaniechało ich jedynie czoło obu wrogich 

sobie kolumn. Dziwaczne to armistycjum, które zarwać 
można było co dnia za trzygodzinnym wypowiedzeniem, 
nie obowiązywało ani flanków, ani tyłów armii. Tak 
przynajmniej interpretowali je Rosjanie. Ani jeden kon-
wój, ani jeden furgon z furażem lub zapasami żywności 
nie mógł przedostać się bez walki. Wojna trwała więc w 
dalszym ciągu, toczyła się wszędzie, z wyjątkiem tych 
właśnie punktów, w których oręż nasz miał największe 
szansę powodzenia i przewagi. 

Przez kilka pierwszych dni Murat docierał chętnie do 

forpocztów nieprzyjacielskich, ciesząc się z dziecinną 
nieoględnością z podziwu, jaki wywoływał jego dziarski 
wygląd, nieustraszona odwaga i królewska godność. Aby 
tylko podtrzymać te złudzenia, wodzowie rosyjscy nie 
szczędzili grzecznostek ani pochlebstw. Waleczny król 
Neapolu rozkazywać mógł zarówno rosyjskim, jak fran-
cuskim strażom; jeżeli spodobał mu się teren zajęty przez 
Rosjan, oni skwapliwie ustępowali mu miejsca. Dowódcy 
kozaccy posunęli się jeszcze dalej : udawali entuzjazm, 
zapewniali, że carem będzie dla nich ten tylko, kto panuje 
w Moskwie. Murat na chwilę uwierzył, że nie zechcą już 
więcej z nim walczyć. Tak się zagalopował, że Napoleon 
czytając jego raporty, wołał: „Murat, kozacki król! Co za 
bzdura!" Tak to ludziom, którym tyle się już przydarzyło, 
najdziwniejsze przychodziły myśli do głowy. 

Co się tyczy cesarza, który nie dał się oszukać, krótko-

trwałą była jego radość. 

W rzeczy samej, dwa znaczne konwoje dostały się 

znów w ręce nieprzyjacielskie: jeden przez niedbalstwo 
komendanta, który zastrzelił się z rozpaczy, drugi wsku-
tek podłości i tchórzostwa oficera, który na surową za-
służywszy karę, ocalał tylko dzięki poczynającemu się 
odwrotowi. 

Każdego ranka żołnierze nasi — kawaleria zwłaszcza 

— zmuszeni byli dalekie odbywać wyprawy po co-
dzienną, skąpą strawę. A ponieważ okolice Moskwy i 
Winkowa wkrótce ogołocone zostały ze wszystkiego, 
przeto wycieczki te z konieczności coraz dalsze były i 
coraz forsowniejsze. Ludzie i konie wracali wyczerpani 

background image

i osłabieni, o ile wszyscy wrócić zdołali: każdą bowiem 
miarę  żyta i owsa, każdą wiązkę siana zdobywać trzeba 
było przemocą. Mnożyły się zasadzki, potyczki, straty. 
Do walki wystąpili teraz chłopi.  Śmiercią karali tych 
spośród siebie, których ciekawość lub chęć zysku przy-
wiodła do naszego obozu z odrobiną  żywności. Inni, 
sprowadziwszy uprzednio kozaków, podpalali własno-
ręcznie chaty swoje i zabudowania, aby wygnać stamtąd 
naszych furażerów i wydać ich na zgubę. 

Chłopi również zdobyli Wereję, miasteczko, leżące w 

pobliżu Moskwy. Zamiar ten zrodził się podobno w 
umyśle jednego z popów miejscowych, który przy 
współudziale zbrojnych mieszkańców oraz otrzymanej od 
Kutuzowa garstki wyćwiczonego  żołnierza rankiem 10 
października przypuścić kazał z jednej strony do szańców 
symulowany atak, podczas gdy sam wdzierał się z drugiej 
strony na wały. Po krótkiej walce miasteczko zostało 
zdobyte, a załoga wymordowana. 

Wszędzie zatem toczyła się wojna: za nami, przed 

nami, dookoła nas. Armia topniała z dniem każdym: z 
dniem każdym wzmagało się zuchwalstwo i przedsię-
biorczość nieprzyjaciela. Podbój Rosji podzielić miał, 
niestety! los wielu innych równie świetnych i wieko-
pomnych zdobyczy, które prędzej czy później wymykały 
się ze znużonej dłoni zdobywcy. 

Nawet niefrasobliwy, lekkomyślny Murat jął w końcu 

niepokoić się i z lękiem spoglądać w przyszłość. Połowa 
pozostałych mu szczątków  świetnej niegdyś jazdy 
wyginęła w codziennych tych utarczkach. Na for-
pocztach, przy zetknięciu się z naszymi strażami, ofice-
rowie rosyjscy — bądź to przez pychę, bądź też przez 
nadmierną, brutalną niemal szczerość — czarnymi barwy 
malowali bliskie już podobno dni klęski i niedoli. 
Widniejące w oddali tabuny półdzikich koni o długiej, 
rozwianej grzywie świadczyć miały o formowaniu się 
licznych oddziałów jazdy, podczas gdy topniały i ginęły 
resztki naszej kawalerii. W głębi linii nieprzyjacielskiej 
nieustanny łoskot salw karabinowych zwiastował nam, że 
Rosjanie korzystają z chwilowego zawieszenia broni, 
ażeby wyćwiczyć i obznajomić ze służbą zastępy 
rekrutów. 

Cesarz świadom był grożącego mu niebezpieczeństwa; 

za wszelką jednak cenę zachować pragnął bodaj złu-
dzenia. Lecz powoli wrócił znów niepokój, wróciła wew- 

background image

nętrzna rozterka i wzrastała wciąż, ujawniając się w 
gniewnych i mściwych rozporządzeniach. Wówczas to 
ograbić kazał cerkwie Kremla z wszystkiego, co tylko 
służyć mogło Wielkiej Armii jako zwycięskie trofea. 
„Przedmioty, przez samych Rosjan skazane na zagładę, 
słusznie należą do zwycięzców na mocy podwójnego 
prawa: zwycięstwa i pożaru!" 

Olbrzymi, pozłocisty krzyż z wieży cerkiewnej Wiel-

kiego Iwana — krzyż, któremu lud rosyjski szczegól-
niejszą oddawał cześć, z którym łączyły się, w myśl 
podania, losy monarchii — ozdobić miał kopułę parys-
kiego gmachu Inwalidów. Podczas gdy tłum  żołnierzy 
pracował nad zdjęciem świętego znaku, żałobnym wian-
kiem otoczyły go wrony i kruki, kracząc tak rozgłośnie, 
tak uporczywie, że Napoleon zmęczony, zdenerwowany, 
zauważył w końcu: „Te czarne ptaszyska bronić chyba 
chcą swojego krzyża!" Nikt nie wie, jakie myśli, jakie 
przeczucia gnębiły w owej chwili cesarza; wszyscy jed-
nak widzieli, że smutny był i często wpadał w zadumę. 

Codzienne spacery ozłocone jesiennym słońcem, w któ-

rym on usiłował dopatrzyć się i innym ukazać swoją 
szczęśliwą gwiazdę, potęgowały jego smutek: wszędzie 
głucha, martwa cisza, wszędzie zgliszcza i popioły, do-
okoła Moskwy pustynia, a za nią nieznana dal w zło-
wrogim spowita milczeniu, które nasuwało myśl o jesz-
cze groźniejszym milczeniu Aleksandra. Odgłos miaro-
wego stąpania nielicznych patroli naszych, stróżujących u 
wrót olbrzymiego tego grobowca, nie był mocen wyrwać 
cesarza z zadumy, z zaklętego koliska bolesnych 
wspomnień i boleśniejszych jeszcze obaw o przyszłość. 

Bezsenne, troską brzemienne noce spędzał sam na sam 

z hrabią Daru, na wspólnych naradach nad grozą i 
niebezpieczeństwem sytuacji. 

Oceniając wówczas należycie urok nieomylności, który 

opromieniał go od szeregu lat, odrzucał ze zgrozą 
wszelką myśl o odwrocie, o przyznaniu się wobec Euro-
py do popełnionej omyłki. „Pierwszy krok wstecz będzie 
hasłem długoletniej, krwawej i morderczej walki! 
Bezczynność moja jest więc uzasadniona. Czyż nie 
wiem,  że pod względem strategicznym Moskwa żadnej 
nie przedstawia wartości? Posiada natomiast duże 
znaczenie polityczne. Rządzę tu nie jako generał, lecz 
jako cesarz. W polityce nie należy nigdy cofać się, nigdy 
do żadnego przyznawać się błędu, nawet wtedy gdy błąd 

background image

istotnie został popełniony; mimo wszystko, wbrew 
wszystkim i wszystkiemu trzeba dążyć do celu." 

Dlatego też trzymał się pierwotnego planu z uporem, 

który był niegdyś jego pierwszorzędną zaletą, w owej zaś 
chwili największą jego wadą, straszną pomyłką. 

Wzrastają tymczasem trudności, położenie komplikuje 

się coraz bardziej. Armia pruska niepewnym jest sprzy-
mierzeńcem; wieści z pewnego źródła, jakie otrzymał 
Berthier, zapowiadają,  że armia austriacka cofnie się 
również lada dzień. Kutuzow drwi sobie z nas. Cesarz 
zdaje sobie z tego sprawę, lecz bezsilny wobec wyjątko-
wych warunków i okoliczności, nie mogąc ani posunąć 
się w głąb kraju, ani zostać na dłużej w Moskwie, ani też 
cofnąć się wstecz, pod wpływem najróżniejszych, 
częstokroć sprzecznych uczuć i refleksji — odkłada z 
dnia na dzień stanowczy moment powzięcia decyzji. 

List cesarza wręczony Lauristonowi odejść miał 6 paź-

dziernika, nie należało więc spodziewać się odpowiedzi 
przed 20 tegoż miesiąca. Mimo wszystko zatem, mimo 
całej grozy położenia — duma Napoleona, najistotniejsze 
zasady jego polityki, a może i stan zdrowia, nakłaniały go 
do obrania najniebezpieczniejszej drogi, do bezcelowego 
wyczekiwania na niepewną, zwodniczą odpowiedź. Daru 
pospołu z innymi oficerami szukał na próżno dawnych 
cech cesarskiego geniuszu, dawnej zdolności 
natychmiastowego decydowania się, dawnej energii i 
siły; wszyscy zgodnie krytykowali zawziętą wytrwałość 
cesarza, która spowodować miała upadek jego, tak jak 
wyniosła go niegdyś na wyżyny tronu. 

Wszelako wobec niezwykle utrudnionej i skompliko-

wanej sytuacji, zarówno militarnej, jak politycznej, wo-
bec żelaznej, nieustępliwej woli cesarza wątpliwym było 
rychłe wyrzeczenie się zamiaru, powziętego jeszcze w 
Witebsku. 

Duch ożywiający armię podtrzymywał nadzieje i pra-

gnienia Napoleona. Większość oficerów jak najlepszej 
była myśli. Prości zaś szeregowcy, dla których chwila 
obecna jest wszystkim, kwintesencją całego  życia, za-
chowali najcenniejszą zaletę  żołnierza: rubaszną,  śmie-
chem dźwięczącą niefrasobliwość. Wprawdzie nagrody, 
których nie skąpił im cesarz, hojną dłonią rozdający przy 
codziennych rewiach krzyże i awanse, przyjmowane były 
z niezwykłą, na poły smutną, na poły radosną powagą, bo 
kryły w sobie groźbę, a luki w sze- 

background image

regach jeszcze krwawsze; wprawdzie wychodząc z Wilna 
wielu pozbyło się zimowego ekwipunku, aby obładować 
się żywnością, a w ciągu forsownych marszów, licznych 
bitew i potyczek — podarło się odzienie, buty poszły w 
strzępy i niejeden żołnierz obdarty był i bosy, lecz mimo 
wszystko, mimo całej nędzy swojej, z dumnie 
podniesioną głową, prezentując błyszczącą broń — starali 
się ukryć przed cesarzem dziury i łaty. Na dziedzińcu 
prastarego pałacu, osiemset mil od ojczyzny, po tylu 
nadludzkich niemal trudach, pozbawieni wszystkich 
wygód, częstokroć  głodni — usiłowali zadośćuczynić 
wymogom  żołnierskiej godności, utrzymać wszystko w 
należytym, wzorowym porządku; chcieli budzić podziw, 
człowiek bowiem dumny jest najbardziej z tego, co z 
największym zdobywa wysiłkiem. 

Cesarz udawał,  że nic nie widzi, że nie domyśla się 

nawet tych wzruszających fortelów; do ostatniej chwili 
nie chciał tracić nadziei. Lecz gdy pierwsze spadły śniegi, 
wobec straszliwej rzeczywistości rozwiały się wszystkie 
złudzenia. Zrozumiał wreszcie, że odwrót jest nie-
unikniony, a choć z ust jego nie padły jeszcze słowa 
rozkazu, choć nic nie zdawało się zapowiadać bliskiego 
wymarszu, powtarzano i komentowano w obozie ostatnie 
rozporządzenia cesarskie, dotyczące zimowych leży i jak 
najrychlejszej wysyłki ranionych. I tym razem Napoleon 
w dumie swej nie chciał się niczego wyrzec. Bez względu 
na różnorodne a dotkliwe braki, przede wszystkim na 
brak koni, który utrudniał przewóz artylerii, zbyt licznej 
w stosunku do przetrzebionych kadrów armii naszej — 
wszystko miało być zabrane. „Nie zostawimy nic 
Rosjanom" — powtórzył cesarz. 

W tym opustoszałym i ze wszystkiego ogołoconym 

kraju nakazał kupno dwudziestu tysięcy koni; chciał za-
opatrzyć się w znaczne zapasy furażu i żywności w oko-
licy, w której dalekie, częstokroć niebezpieczne wyprawy 
zaledwie opędzić mogły bieżące, najpilniejsze potrzeby. 
Niewykonalność zleceń tych i rozkazów dziwiła jednych, 
gniewała i oburzała drugich. Niekiedy wszakże, dawnymi 
jeszcze czasy, cesarz posługiwał się  tą bronią, aby 
podejść i oszukać nieprzyjaciela, częściej zaś dlatego, 
aby podkreślić należycie ogrom potrzeb i ogrom 
wymaganych od wojska usiłowań. 

Teraz jednak sam nie wie, jaką pójść drogą, jaką po-

wziąć decyzję. Waha się wciąż i wciąż odkłada z dnia 

background image

na dzień chwilę przyznania się do klęski. Jak gdyby na 
urągowisko wrogim żywiołom, pod lodowatym tchnie-
niem straszliwej zawieruchy w owych ostatnich dniach 
pobytu na Kremlu cesarz prowadzi ożywione dyskusje 
literackie lub też opracowuje — w trzy wieczory — 
szczegóły nowej ustawy dla Komedii Francuskiej w Pa-
ryżu. Najbliższe otoczenie cesarza, świadome trosk jego i 
niepokoju, z tym większym podziwem obserwowało 
lotność i głębię cesarskiego geniuszu oraz niesłychaną 
łatwość dowolnego przenoszenia uwagi i skupiania jej na 
jakimkolwiek bądź przedmiocie. 

Zauważono tylko, że wbrew przyzwyczajeniu i upo-

dobaniom swoim, pragnąc zagłuszyć czymkolwiek nur-
tujący go niepokój, cesarz coraz dłużej siadywał przy 
stole, że godzinami całymi, wtulony w róg kanapy, czy-
tywał błahe romanse, biernie oczekując rozwiązania swo-
jej straszliwej historii. Doszedłszy do szczytu sławy, wy-
trwały, a nieugięty, Napoleon przeczuwał snadź,  że 
pierwszy krok wstecz będzie hasłem upadku, i dlatego 
bezczynny z trwogą spoglądał w przyszłość, chcąc jesz-
cze choćby parę chwil dłużej utrzymać się na szczycie. 

Rozwiały się wreszcie ostatnie złudzenia. Pewnego 

dnia, w chwili gdy Murat ukazał się na forpocztach, od 
strony kozackiej huknął strzał, gwizdnęła kula. Murat, 
zirytowany, oświadczył Miłoradowiczowi,  że gwałcone 
ustawicznie zawieszenie broni przestaje być obo-
wiązkiem i że odtąd tak Rosjanie, jak Francuzi polegać 
mogą li tylko na własnych siłach. 

Równocześnie uwiadomił cesarza, że pagórkowaty i 

lesisty teren sprzyja podstępnym napaściom nieprzy-
jaciela na tyły jego i lewy flank; że pierwsza linia 
strzelców naszych, stojąca nad brzegiem głębokiego jaru, 
łatwo zepchnięta być może na dno, w nurty strumienia; 
że pozycja, którą zajmuje u wejścia wąwozu, 
niebezpieczna jest; że wobec tego należałoby cofnąć się. 
Lecz Napoleon odrzucił plan Murata, jakkolwiek przed-
tem sam wskazał był Woronowo jako pewniejszą i bar-
dziej obronną pozycję. W ciągu całej tej wojny — we-
dług niego politycznej raczej aniżeli militarnej — oba-
wiał się nade wszystko wszelkich, najlżejszych nawet 
pozorów porażki. Wolał ryzyko chociażby największe. 

Wszelako 13 października Lauriston wysłany został w 

celu obejrzenia pozycji naszych forpocztów. Co się zaś 
tyczy cesarza, to bądź przez upór i żywotną mimo 

background image

wszystko nadzieję, bądź też dlatego, że każda wzmianka 
o odwrocie raniła boleśnie dumę jego, sprzeciwiała się 
zasadom jego polityki, pomijał obojętnie ważną sprawę 
przygotowań do drogi. A jednak rozmyślał widocznie 
nad opuszczeniem Moskwy, gdyż tego samego dnia 
skreślił kolejno dwa plany odwrotu; drugi z nich miał się 
odbywać w kierunku Smoleńska. Junot, znajdujący się w 
Kołocku, otrzymał rozkaz spalenia 21 października 
karabinów rannych żołnierzy i wysadzenia w powietrze 
wszystkich zapasowych jaszczyków z prochem i amu-
nicją. D'Hilliers zająć miał Jelnię i utworzyć tam tym-
czasowe magazyny. Lecz 17 dopiero, po raz pierwszy, 
Berthier wydać kazał ze składów pasy i rzemienie. 

W owej krytycznej sytuacji szef sztabu głównego wy-
kazał nader mały zasób energii i pomysłowości. Wobec 
nieznanej krainy i obcego a srogiego klimatu nie przed-
sięwziął żadnych zgoła środków ostrożności, czekając ze 
wszystkim na wyraźny rozkaz cesarza. A cesarz za-
pomniał o niejednym. Fatalne były skutki tego nie-
dbalstwa, czy też może tylko braku przezorności. W ar-
mii, w której na czele każdego poszczególnego korpusu 
stał marszałek, książę lub nawet król, oglądano się może 
zbyt skwapliwie na cudze siły i cudzą działalność. Zresz-
tą Berthier nie wydawał nigdy samodzielnych rozkazów: 
był jeno dosłownym tłumaczem woli i życzeń Napoleo-
na, raczej zewnętrznej ich formy aniżeli istotnej treści. 
Tymczasem Napoleon gromadzi dywizje i korpusy; co-
dziennie niemal na obszernych dziedzińcach zamkowych 
czyni przegląd wojsk, formuje bataliony ze spieszonych 
jeźdźców, rozdaje nagrody. Trofea wojenne i wszyscy 
lżej ranni dążą w kierunku Możajska, reszta, strzeżona 
niejako przez współtowarzyszów niedoli — rannych żoł-
nierzy rosyjskich — pozostaje w Moskwie, w obszernym 
gmachu szpitala dla podrzutków, pod opieką francuskich 
lekarzy. 

Lecz było już za późno. Wśród przygotowań tych, 18 

października, w chwili gdy Napoleon czynił przegląd 
przetrzebionych dywizji Neya, rozeszła się nagle po-
głoska o bitwie pod Winkowem. Początkowo nikt nie 
śmiał zawiadomić o tym cesarza; każdy wahał się, bądź 
to dlatego, że uważał pogłoskę za mylną i bał się pierw-
szego odruchu niecierpliwości cesarza, bądź też  że nie 
chciał narazić się na męczącą jazdę w celu potwierdzenia 
nieoczekiwanej wieści. 

background image

Poinformowany wreszcie przez Duroca, cesarz drgnął i 

pobladł; wkrótce jednak opanował pierwsze wrażenie i ze 
zwykłym spokojem odbywał w dalszym ciągu rewię. 
Nadjechał wówczas adiutant króla, młody Béranger, z 
wiadomością,  że pierwsza linia Murata, napadnięta 
znienacka, została rozbita; lewe jej skrzydło — osaczone; 
flank zaatakowany; odwrót odcięty;  że dwanaście dział, 
dwadzieścia jaszczyków i trzydzieści furgonów dostało 
się w ręce nieprzyjacielskie; że padło trupem dwóch 
generałów i trzy do czterech tysięcy ludzi; że król, sam 
ranny, ujść zdołał ze szczątkami swoich przednich straży 
tylko dzięki ponawianym kilkakrotnie szarżom na zwarte 
szeregi rosyjskie, które zajmowały już poza nim trakt, 
jedyną dla niego drogę odwrotu. 

Ocalał wszakże honor. Czoło kolumny rosyjskiej, do-

wodzone przez Kutuzowa, dość niechętnie szło w ogień; 
w odległości kilku mil korpus Poniatowskiego bohaterski 
stawiał opór; Murat i strzelcy nasi nadludzkim niemal 
wysiłkiem powstrzymali na lewym flanku Baggowuta; 
Claparčde i Latour-Maubourg wyparli ukrytych w 
wąwozie kozaków Płatowa. Poległo dwóch generałów 
rosyjskich i znaczna liczba oficerów, było wielu rannych. 
Lecz mimo strat Rosjanie zwyciężyli; zabrali nam 
jeńców, działa i zajmowaną dotychczas pozycję. 

Z całej  świetnej niegdyś jazdy Murata pozostały jeno 

zgłodniałe,  śmiertelnie znużone niedobitki: podczas za-
wieszenia broni wyginęły setki ludzi, bitwa zaś dokonała 
dzieła. A w oddali — gromom podobne — huczały znów 
działa! 

Wobec klęski Napoleon odzyskuje siły i zapał  mło-

dości. Wydaje tysiące różnorodnych, a mimo to zgadza-
jących się ze sobą rozkazów, tysiące zleceń i wskazówek. 
Potężny geniusz cesarza do nowych rwie się lotów! Nie 
zapadł jeszcze zmierzch, a już cała armia nasza stanęła 
pod bronią. A nim ranne rozbłysły zorze, cesarz opuścił 
Moskwę: „Idźmy na Kaługę i biada tym, którzy wejdą mi 
w drogę!" 

 

background image

MAŁOJAROSŁAWIEC 

południowej części Moskwy jedno z naj-
większych przedmieść stolicy ciągnie się 
wzdłuż dwóch szerokich traktów, starego i 
nowego, wiodących do Kaługi. Na starym 
trakcie pobił Kutuzow Murata i tą samą 

drogą, rankiem 19 października, wyruszył Napoleon z 
Moskwy. Armia cofać się miała ku granicom Polski przez 
Kaługę i Smoleńsk. Niebo pogodne było, jasno świeciło 
słońce. Napoleon zapytał wówczas otaczających go 
oficerów: „Czy nie uważacie, że taka piękna pogoda jest 
dobrą wróżbą na przyszłość?". Lecz blada, zmęczona 
twarz cesarza i przygasły wzrok przeczyły tym pełnym 
otuchy słowom. 

Po bitwie pod Borodino Wielka Armia liczyła dzie-

więćdziesiąt tysięcy ludzi zdatnych do boju oraz dwa-
dzieścia tysięcy chorych i rannych. W dniu ewakuacji 
Moskwy Napoleon stanął na czele przeszło stu tysięcy 
żołnierzy. Tylko tysiąc dwustu chorych pozostało w mie-
ście. Mimo więc codziennych niemal utarczek, mimo 
licznych ofiar pobyt w Moskwie nie był bezowocnym: 
przybyło do szeregów przeszło dziesięć tysięcy ludzi; 
strudzone regimenty piechoty zdołały wypocząć; zapasy 
amunicji zostały uzupełnione; chorzy przewiezieni lub 
też troskliwą otoczeni opieką. Lecz konnica i artyleria 
smutny przedstawiały widok, brak koni dotkliwie dawał 
się we znaki, toteż coraz gorsze przeczucia nękały ce-
sarza. 

Całą noc panował w obozie gorączkowy ruch. Pułk 

szedł za pułkiem, korpus za korpusem. W tej olbrzymiej 
kolumnie, złożonej ze stu czterdziestu tysięcy ludzi i 
około pięćdziesięciu tysięcy wszelkiego rodzaju koni, 

background image

czoło kolumny — sto tysięcy sprawnego żołnierza, prze-
szło pięćset pięćdziesiąt dział i dwa tysiące jaszczyków 
— przypominało jeszcze karne, niezwyciężone hufce 
spod Wagram i Austerlitz. Lecz reszta podobna była do 
bezładnej hordy tatarskiej powracającej z łupieskiej 
wyprawy. Kilkoma nieskończenie długimi rzędami wlo-
kły się karety, furgony, zgrabne powoziki i ciężkie 
chłopskie wozy. Purpurą i złotem mieniły się zdobyczne 
sztandary: rosyjskie, tureckie i perskie, pobłyskiwał ol-
brzymi krzyż z cerkwi Iwana Wielkiego. Brodaci chłopi 
rosyjscy poganiali juczne konie lub też  dźwigali sami 
ogromne toboły. Ciągnięto nawet taczki po brzegi na-
ładowane, nie pomnąc na czekający armię ośmiusetkilo-
metrowy marsz i bitwy. Bo chciwość ludzka silniejsza 
była od wszystkiego, wszelkie przemogła względy. 

Pstry ten, różnorodny i różnojęzyczny tłum składał się z 

ludzi wszelkich narodowości, obdartych i bezbronnych, z 
prywatnej służby i z ciur obozowych. Wśród wrzasków, 
przekleństw i nawoływań posuwały się wózki i karety, 
pełne zapasów żywności,  łupów lub furażu, byle jak 
zaprzężone w kuce lub kudłate, wygłodzone szkapy. Tu i 
ówdzie jechały rodziny francuskie, zamieszkujące 
niegdyś ludną i bogatą Moskwę, zmuszone teraz 
uchodzić w nieznaną dal przed nienawiścią, jaką najazd 
ściągnął na ich głowy. Gromadki młodych, jasnowłosych 
Rosjanek dobrowolnie szły również za wojskiem. 

Nie wojsko to było, lecz raczej karawana, koczowniczy 

naród czy też starożytna armia, co obróciwszy w ruinę 
jakiś kraj, wracała bogatymi obciążona łupami. 

Mimo woli nasuwało się pytanie, czy i o ile w ciągu tak 

długich i forsownych marszów czoło tej kolumny zdoła 
osłonić i pociągnąć tak znaczną liczbę  ładownych 
wozów i furgonów. 

Mimo szerokości traktu i nawoływań cesarskiej eskorty 

Napoleon z trudem torował sobie drogę poprzez ten 
zwarty, skłębiony tłum. Nagłe ukazanie się kozaków, 
kilkudniowy forsowny marsz lub też trudny do przebycia 
wąwóz niewątpliwie byłby oswobodził armię od tego 
uciążliwego balastu; jednakże tylko los albo nie-
przyjaciel mógł tego dokonać. Cesarz wiedział dobrze, 
że nie można było ani odebrać, ani też zakazać  żołnie-
rzom zabrania tak drogo okupionych łupów. Zresztą w 
znacznej mierze łupy ukryte były w głębi furgonów, 

background image

pod zapasami żywności. Skoro zaś intendentura nie 
mogła wyżywić armii, czyż godziwym było w jakikol-
wiek bądź sposób krępować pod tym względem  żołnie-
rzy? Wreszcie, wobec zupełnego braku wozów ambu-
lansowych, owe liczne podwody były jedyną deską ra-
tunku dla chorych i rannych. 

W milczeniu wymijał tedy Napoleon nieskończony ko-

rowód wozów i bryczek i w milczeniu dążył starym 
traktem ku Kałudze, zapowiedziawszy swoim oficerom 
zupełny pogrom Kutuzowa na świeżym jeszcze pobojo-
wisku. Lecz około południa w pobliżu zamku Krasna 
Pachra niespodziewanie zwrócił się na prawo i, masze-
rując na przełaj polami, dotarł trzeciego dnia do nowego 
traktu kałuskiego. 

Na nieszczęście pierwszego zaraz dnia jął padać deszcz. 

Rozmokły polne drogi i ścieżyny, potworzyły się kałuże i 
wyboje, opóźniając pochód. Z trudem przedostawała się 
artyleria przez błotnistą, grząską topiel. 

Korpus Neya oraz szczątki kawalerii Murata, pozostałe 

w Woronowie i na przeciwległym brzegu Moszczy, 
zasłaniały przed nieprzyjacielem manewr cesarza. Pod-
czas gdy Kutuzow, ponownego oczekując starcia, strzegł 
pilnie pozycji zajętej poprzednio na starym trakcie i wy-
glądał wciąż ukazania się Wielkiej Armii, wojska nasze, 
dotarłszy szczęśliwie 23 października do nowego traktu, 
przejść miały cichaczem opodal szeregów rosyjskich i 
wyprzedzić je na drodze ku Kałudze. 

List Berthiera do Kutuzowa, pisany 19, był jednocześ-

nie podstępem wojennym i ostatnią próbą nawiązania 
pokojowych rokowań. Lecz dzień mijał za dniem, żadnej 
nie przynosząc odpowiedzi. 

Wieczorem 23 cesarz zatrzymał się w Borowsku. Nie-

zwłocznie doszły go wieści,  że Delzons, idący na prze-
dzie, nie zastał nieprzyjaciela ani w Małojarosławcu, ani 
też w okolicznych lasach; w pobliżu Kutuzowa była to 
jedyna obronna pozycja, jedyny punkt, w którym Ro-
sjanie mogli zastąpić nam drogę do Kaługi. 

Początkowo cesarz osobiście poprzeć chciał Delzonsa, 

wydał nawet rozkaz wymarszu, cofnięty następnie dla nie 
znanych nikomu powodów. Mimo ulewnego deszczu do 
późna stał Napoleon na trakcie, opodal Borowska, i 
studiował teren jak gdyby w przewidywaniu walnej 
bitwy. Nazajutrz 24 w kierunku Małojarosławca zagrały 
działa. Lecz cesarz tak dalece był ufny we własne 

background image

siły czy też może tak bardzo chwiejny w powziętych 
podówczas decyzjach i zamiarach, że bez śladu zaniepo-
kojenia wsłuchiwał się w daleki, głuchy pomruk. 

Nie śpiesząc się opuszczał Borowsk, gdy nagle huknęły 

w oddali gęste karabinowe i armatnie strzały. Za-
niepokojony stanął na szczycie przydrożnego pagórka: 
„Czyżby Rosjanie uprzedzili nas? Czyżby manewr mój 
był chybiony? Zbyt powolny i źle pokierowany?". 

Istotnie, w owym kilkudniowym pochodzie można było 

zauważyć pewną ociężałość, zwykłe zresztą następstwo 
długiego wypoczynku. Tylko sto dziesięć wiorst, czyli w 
normalnych warunkach cztery dni marszu, dzieli Moskwę 
od Małojarosławca; tymczasem zamiast czterech dni 
szliśmy dni sześć. Armia, przeciążona nadmierną ilością 
łupów i zapasów żywności, posuwała się z trudem; drogi 
były rozmokłe i błotniste. Cały dzień zeszedł na 
przeprawianiu się przez Narę i nadbrzeżne bagna. Przy 
tym, wobec bliskiego sąsiedztwa z obozem rosyjskim, 
pułki musiały zwartą tworzyć kolumnę, czekać jedne na 
drugie, ażeby w razie napaści nie wystawić na ogień 
nieprzyjacielski zbyt wydłużonego flanku. Jakkolwiek 
bądź, pobyt w Moskwie stał się niewątpliwie przyczyną i 
źródłem wszystkich niepowodzeń, całej klęski naszej i 
niedoli. 

Tymczasem wzrosła wrzawa; cesarz wciąż nasłuchiwał. 

„Czyżby to była bitwa?" — zawołał. Każda salwa 
szarpała boleśnie sercem jego, bo myślał już tylko o oca-
leniu, nie o zwycięstwie. Co rychlej wysłany został mar-
szałek Davout na czele swojej piechoty. Lecz nim dotarł 
do pola walki, zapadał już zmierzch, milkły strzały, a 
losy bitwy nieodwołalnie były rozstrzygnięte. 

Z daleka widział cesarz rozpaczliwą obronę pułków 

wicekróla. Nie mógł jednak ani podtrzymać go, ani 
nadesłać na czas posiłków. Oddział twerskich kozaków o 
mało co nie wziął do niewoli jednego z oficerów świty 
cesarskiej. 

Wraz z nadejściem nocy generał przysłany przez księ-

cia Eugeniusza szczegółowy złożył raport. 

„Istotnie, Delzons nie zastał wczoraj nieprzyjaciela w 

Małojarosławcu, sądził wszelako, iż nie należało roz-
mieszczać całej dywizji w wyżej położonej części miasta, 
poza rzeką i wąwozem, na skraju przepaści, która w razie 
nocnego napadu łatwo pochłonąć mogła naszych 
żołnierzy. Pozostał więc po tej stronie Łuży, na niskim, 

background image

błotnistym  brzegu,   powierzywszy   straż   nad  miastem 
i  podmiejską  wyżyną tylko  dwom batalionom. 

Około godziny czwartej z rana, gdy przygasać już 

zaczęły ognie biwaków Delzonsa, a cały obóz pogrążony 
był jeszcze w głębokim śnie, na rubieży pobliskich lasów 
ukazali się znienacka Rosjanie Dochturowa, wydając 
przeraźliwe okrzyki. Forpoczty nasze zostały rozbite, 
owe dwa bataliony zmuszone do odwrotu. Atak snadż 
uplanowany był, bo nieprzyjaciel wytoczył od razu 
armaty. Ryk dział uwiadomił oddalonego o trzy mile 
wicekróla o toczącej się bitwie. 

Książę Eugeniusz wyruszył niezwłocznie z odsieczą na 

czele dywizji swoich i gwardii włoskiej, w otoczeniu 
nielicznej  świty. W miarę jak zbliżał się do pola bitwy, 
przed oczami jego roztaczał się rozległy i nader urozma-
icony widok: rzeka Łuża stanowiła ośrodek walki, a na 
obu jej brzegach czerniały ciemne sylwetki jegrów ro-
syjskich, w tyralierkę rozsypanych." 

Stojące poza nimi przednie straże nieprzyjacielskie 

prażyły z góry Delzonsa gęstymi salwami, a z oddali, z 
krańców płaskowzgórza, w dwóch zwartych i długich 
kolumnach nadciągała cała armia Kutuzowa. Silniejsza 
liczebnie, zająwszy w półmilowym promieniu na nagim 
stoku nader dogodną i obronną pozycję, opanowała nadto 
stary trakt kałuski, który jeszcze poprzedniego dnia leżał 
przed nami otworem, a który odtąd trzeba było zdobywać 
piędź po piędzi. 

Równocześnie artyleria nieprzyjacielska wykorzystała 

wzgórza, okalające z tej strony rzekę; grad kul i kartaczy 
zasypał kotlinę, na dnie której tłoczyły się pułki 
Delzonsa. Pozycja była nie do utrzymania, wszelkie wa-
hania — zgubne. Trzeba było wyjść co rychlej z kotliny, 
bądź to cofając się, bądź też nacierając z impetem na 
wroga. Lecz odwrót był odcięty; wicekról nakazał szarżę. 

Po przejściu  Łuży po wąskim, chwiejącym się moście 

trakt kałuski wchodził w głęboki parów i parowem tym 
zwracał się ku Małojarosławcowi. Nieprzyjaciel bronił 
traktu. Osaczona zewsząd dywizja Delzonsa biegiem 
ruszyła na bagnety, zniosła szeregi rosyjskie i wdarła się 
niebawem na wzgórza. 

Pewien zwycięstwa Delzons głosem i własnym przy-

kładem zagrzewał wahających się żołnierzy do zdobycia 

background image

ostatniej przeszkody — obsadzonych wojskiem zabu-
dowań — gdy nagle zachwiał się i runął ugodzony kulą w 
czoło. Z okrzykiem zgrozy  na ustach przypadł do 
konającego brat jego i tuląc w objęciach stygnące zwłoki, 
usiłował dźwignąć je z ziemi, unieść z dala od wrzawy i 
zgiełku, lecz przeszyła go druga kula i obaj razem 
wyzionęli ducha. 

Śmierć Delzonsa niepowetowaną była stratą. Komendę 

objął po nim generał Guilleminot. W pobliskim kościele i 
na cmentarzu, na pagórku i z lewej strony traktu ukrył stu 
grenadierów, którzy dziesiątkowali celnymi strzałami 
flank i tyły przechodzących mimo pułków nie-
przyjacielskich. W ciągu tego dnia pięciokrotnie orga-
nizowali Rosjanie pościg i pięciokrotnie musieli cofać 
się, powstrzymywani morderczym ogniem walecznej 
garstki starych wiarusów. A gdy nasi szli do ataku, wzięte 
we dwa ognie rozsypały się niebawem wrogie szeregi. 

Zaledwie zdążył Guilleminot wydać powyższą dyspo-

zycję, gdy jęły szarpać go nieprzebrane zastępy rosyjskie. 
Wkrótce zepchnięty został w dół, aż do mostu, z którego 
wicekról obserwował przebieg walki i wysyłał bataliony 
zapasowe. Początkowo posiłki nieliczne były, zbyt słabe, 
ażeby wpłynąć na ostateczny wynik walki — i wszystkie 
niemal wyginęły, żadnej nie osiągnąwszy korzyści. 

Ruszyła wreszcie cała 14 dywizja. Po raz trzeci zako-

tłowało się na stokach wzgórz. Z chwilą jednak, gdy 
Francuzi przekroczyli ogromną linię budynków, gdy 
oddalili się od swej rezerwy i wtargnęli na rozległe, 
zewsząd osłonięte płaskowzgórze, gdy huknęły wraz 
armatnie i karabinowe salwy, a Rosjan nieustannie 
przybywało, gęstym prażone ogniem, potykając się na 
nierównym terenie, osłabłe i krwawe szeregi nasze cof-
nęły się czym prędzej w głąb wąwozu. 

Lecz wznoszące się poza nimi, przeważnie drewniane 

domostwa stały już w płomieniach: odwrót był odcięty. 
Sfanatyzowani rekruci rosyjscy wznowili atak; zawrzała 
bezlitosna, nieubłagana walka przy wtórze okrzyków, 
jaków i przekleństw. W śmiertelnym zwarci uścisku, 
Rosjanie i Francuzi staczali się w dół, na dno przepaści, 
lub ginęli w ognistym kolisku płonących budowli, w 
kłębach czarnego, gryzącego dymu. Niebawem zostały na 
placu jeno trupy i ranni, a nieco dalej czarne i zwę- 

background image

glone szkielety ludzkie, groźne jeszcze mimo zniekształ-
cenia. 

Nie wszyscy jednak równie uczciwie spełnili swój 

obowiązek: jeden z oficerów, wielki zwolennik rycers-
kich i kwiecistych przemówień, w rzeczywistości tchó-
rzem podszyty, zamiast bić się, przypadł ze swoją kom-
panią na dno zacisznego jaru, a chociaż  świadom był 
całej grozy położenia, choć wiedział,  że w pobliżu wal-
czą i giną towarzysze broni, nie opuścił bezpiecznego 
schronienia. 

Z kolei poszła w ogień 15 dywizja. Jedna brygada 

zwróciła się na lewo, ku przedmieściom, druga na prawo, 
w głąb miasta. Byli to sami Włosi, rekruci z ostatniego 
poboru. Szli raźnie i ochoczo, radosne wznosząc okrzyki, 
niepomni grożącego im niebezpieczeństwa lub też może 
gardząc nim z właściwą  młodemu wiekowi nieopatrzną 
hojnością, która sprawia, że mniej obawiamy się tej 
dalekiej śmierci w kwiecie lat aniżeli u schyłku życia, że 
każdej chwili gotowi jesteśmy wtedy własną przelewać 
krew i szafować nią tak, jak bogacz szafuje swoimi 
bagactwy. 

Uderzenie było straszliwe. Po raz czwarty wszystko 

zostało zdobyte i wszystko stracone. Bardziej zapalczywi 
od starszych kamratów, prędzej znużeni i zniechęceni, 
rekruci cofnęli się w popłochu pod osłonę zapasowych 
batalionów. Wkrótce jednak musieli szarżę ponowić. 

Rosjanie bowiem, ośmieleni swą wzrastającą liczeb-

nością i dotychczasowym powodzeniem, pragnąc 
uniemożliwić nam odwrót, ławą ruszyli w dół, w stronę 
mostu. Książę Eugeniusz osobiście stanął na czele 
ostatniej swojej rezerwy — gwardii włoskiej. Widząc to, 
szczątki 13, 14 i 15 dywizji dobyły ostatka sił: po raz 
piąty huknęły strzały, zadymiły się wzgórza. Peraldi i 
szaserzy włoscy odparli bagnetami atakujących Rosjan i, 
upojeni zwycięstwem, ogłuszeni hukiem i wrzawą, czarni 
od dymu i prochu, ruszyli na widniejącą w oddali baterię 
nieprzyjacielską; lecz jedna z tych głębokich rozpadlin, w 
jakie obfitują ziemie rosyjskie, zatrzymała ich w pół 
drogi, pod gradem kul i pocisków załamały się ich 
szeregi. Wysunęła się wówczas jazda nieprzyjacielska. 
Kłuci i tratowani, szaserzy oparli się dopiero o podmiej-
skie ogrody. Pod osłoną drzew i parkanów ścieśnili 
przerzedzone szeregi i wszyscy wraz: Durrieu, Gifflinga i 
Trezel, Francuzi i Włosi, tak zaciekle bronili dostępu 

background image

do górnej części miasta, że Rosjanie, pokonani wreszcie, 
cofnęli się na trakt wiodący do Kaługi, pomiędzy Ma-
łojarosławcem a okolicznymi lasami. 

Osiemnaście tysięcy Włochów i Francuzów, stłoczo-

nych na dnie wąwozu, odniosło tedy zwycięstwo nad 
pięćdziesięciu tysiącami Rosjan, którzy powyżej nas zaj-
mowali znakomitą pozycję, jaką tworzyło miasto na sto-
kach spadzistych wzgórz. 

Armia patrzyła wszelako ze smutkiem na pobojowisko, 

na którym pozostało siedmiu generałów i cztery tysiące 
zabitych lub rannych Włochów i Francuzów. Nie 
cieszyły nikogo znaczne straty, jakie poniósł nie-
przyjaciel: stosunkowo mniejsze były od naszych, a ranni 
Rosjanie zapewnioną mieli troskliwą opiekę i pomyślne 
warunki powrotu do sił i zdrowia. Przypomniano sobie 
zresztą pamiętne słowa Piotra I, który, okupiwszy w po-
dobnych okolicznościach dziesięciu Rosjanami każdego 
zabitego Szweda, nie tylko że nie uważał się za po-
krzywdzonego, lecz sądził nawet, iż zarobił na tym 
krwawym targu. Żal i smutek zwiększyło przekonanie, że 
łatwo można było uniknąć bitwy. 

W rzeczy samej, w nocy z 23 na 24 migotliwy blask 

dalekich ognisk obozowych po naszej lewicy uprzedził 
nas o zbliżeniu się Rosjan do Małojarosławca. A jednak 
mimo tego ostrzeżenia pułki nasze szły powoli: jedna 
tylko dywizja, wszelkiej pozbawiona pomocy, 
lekkomyślnie wysunięta została naprzód, inne zaś 
korpusy, rozmieszczone daleko jedne od drugich, żadnej 
nie miały z sobą  łączności. Gdzie podziała się lotność i 
energia genialnych zarządzeń spod Marengo, Ulm i 
Eckmühl? Czym wytłumaczyć, czemu przypisać 
ociężałość i powolność marszu w tak niezwykłej, tak 
krytycznej chwili? Czy to nasza artyleria i tabory 
ponosiły winę? To przypuszczenie wydawało się 
wszystkim najbliższe prawdy. 

Gdy nadszedł szczegółowy raport o przebiegu bitwy, 

cesarz znajdował się o pół mili od Małojarosławca, mię-
dzy Łużą a traktem, w wąwozie na skraju wioski Horo-
dni, w nędznej smrodliwej chacie miejscowego tkacza. 
Pod tą na poły zbutwiałą strzechą, w ciemnej, brudnej 
izbie przedzielonej płachtą szarego płótna rozstrzygnąć 
się miały dalsze losy armii, a wraz z nimi losy całej 
Europy. 

background image

Do późna odbierał cesarz raporty i sprawozdania. 

Wszystkie brzmiały zgodnie, wszystkie ostrzegały przed 
walną rozprawą, do której Kutuzow przygotowywał się 
na dzień następny, a której wszyscy woleliby uniknąć. O 
godzinie 11 wieczorem zjawił się Bessičres, długoletni 
wierny towarzysz i ulubieniec Napoleona. Wpływy swoje 
i marszałkowską laskę zawdzięczał jednak nie zręcz-
ności, ani pochlebstwu, lecz istotnym, znacznym zasłu-
gom. Bo nikt nie mógł być faworytem cesarza na tych 
samych prawach, które rządziły dworami innych mo-
carstw europejskich; trzeba było towarzyszyć wszędzie 
cesarzowi, ochoczo i bez wytchnienia pełnić ciężką nie-
raz służbę, być czymś więcej aniżeli biernym świadkiem 
tylu i tak świetnych zwycięstw; w końcu cesarz przy-
zwyczaił się patrzeć oczyma jednostki, którą urabiał w 
ciągu długich lat i o której mniemał, iż jest dziełem rąk 
jego. 

Bessičres wracał z rekonesansu czoła pozycji rosyjs-

kich. „Pozycja jest nie do zdobycia" — rzekł. „O Boże — 
zawołał cesarz załamując dłonie. — Czy to istotnie 
prawda? Czy trafnie oceniasz, panie marszałku, sytua-
cję?" Bessičres potwierdził fatalną nowinę, dodając, że w 
tym punkcie „trzystu sprawnych grenadierów mogłoby 
zagrodzić drogę całej armii". Przerażony i zgnębiony 
Napoleon skrzyżował wówczas ręce i spuściwszy głowę, 
w bolesnej pogrążył się zadumie: „Oto pokonany jest 
mimo odniesionego zwycięstwa! Kutuzow, ten 
zgrzybiały starzec, ten Scyta, odgadł jego zamiary, 
unicestwił jego plany, zastąpił mu drogę! A jednak 
zdawało się, iż przewodnia gwiazda cesarstwa jednakim 
zawsze promienieje blaskiem! Wszak wczoraj jeszcze 
stała otworem droga z Małojarosławca do Kaługi? Skoro 
zaś nie los ukrzywdził go, czyżby on sam, własnoręcznie, 
zgotował sobie klęskę?". 

Pod wpływem posępnych rozmyślań, rozpaczliwych 

myśli, przygasłym wzrokiem kędyś w dal zapatrzony, na 
wszystko głuchy i obojętny, przestał odpowiadać na 
wszelkie pytania; przynaglany, odpowiadał zaledwie 
skinieniem głowy. Wreszcie położył się; lecz nie mogąc 
zasnąć ani uleżeć spokojnie, w ciągu tej okropnej, nieza-
pomnianej nocy co chwila wstawał, kładł się znów i 
znów zrywał, przywoływać kazał dyżurnych oficerów, na 
pozór spokojny, zdradzając jedynie nadmierną ruch-
liwością miotający nim ból i niepokój. 

background image

Nad ranem, około czwartej, jeden z dyżurnych ofice-

rów, książę Arenberg, przyniósł wiadomość,  że pod 
osłoną nocy, korzystając z leśnej gęstwiny i falistości 
terenu, oddział kozaków przedostał się pomiędzy nasze 
forpoczty a kwaterę cesarską. Cesarz tak dalece nie 
spodziewał się z tej strony żadnego ataku, że wysyłając 
Poniatowskiego na skraj naszego prawego skrzydła, do 
Kremienskoje, zaniechał był najzupełniej rekonesansu 
prawego flanku. Zlekceważył też sobie ostrzeżenie służ-
bowego oficera. 

Dnia 25 października o wschodzie słońca dosiadł konia 

i ruszył traktem kałuskim w kierunku Małojarosławca. 
Droga do mostu na Łuży wiodła przez równinę  długą i 
szeroką na pół mili. Tylko szczupła garstka oficerów 
towarzyszyła cesarzowi. Zwykła eskorta — cztery szwa-
drony konnej gwardii — uprzednio nie zawiadomiona, 
choć nadciągała w pośpiechu, pozostawała jeszcze w tyle. 
Traktem ciągnęły setki wozów ambulansowych, 
furgonów, jaszczyków oraz wszelkiego rodzaju pojaz-
dów; pod osłoną forpocztów każdy czuł się bezpieczny, 
nikt nie przewidywał zasadzki. 

Ujrzano najpierw w oddali na prawo kilka pojedyn-

czych plutonów, a za nimi dopiero szybko posuwającą się 
ciemną linię. Powstał wówczas zgiełk, zabrzmiały 
trwożne okrzyki. Od czoła kolumny biegła co tchu gro-
madka wystraszonych kobiet i pobladłych ciur obozo-
wych, nie słysząc nic, na żadne nie odpowiadając pytania. 
Równocześnie stawać  jęły niektóre wozy, wszczął się 
nieład i zamieszanie; jedni chcieli jechać dalej, inni 
zawracać; plątały się uprzęże, wywracały pojazdy, wzra-
stała obłędna trwoga. 

Mniemając, iż alarm fałszywym jest, ubawiony ogól-

nym popłochem cesarz jechał dalej. Wprawdzie przy-
boczni jego adiutanci przypuszczali po trosze, że owa 
czarna linia może być oddziałem kozackim, do ostatka 
jednak wahali się i wątpili, zbici z tropu wzorową 
sprawnością niekarnej zazwyczaj i bezładnej lekkiej 
jazdy rosyjskiej. I gdyby nie zwyczajne dzikie wrzaski 
idących do ataku kozaków Napoleon nie byłby prawdo-
podobnie wyszedł cało z tej opresji. Grozę sytuacji 
zwiększała fatalna omyłka, polegająca na tym, iż ro-
syjskie ,,uraa" — wzięto początkowo za inny, znany 
okrzyk: „Niech żyje cesarz!". 

Był to Płatów na czele sześciu tysięcy kozaków, którzy 

background image

przedostawszy się cichaczem poza linię zwycięskich for-
pocztów naszych, postanowili przebyć wpław Łużę i do-
trzeć do traktu, znosząc po drodze wszelkie przeszkody. I 
w tejże samej chwili, gdy cesarz — bezpieczny w 
pośrodku armii swojej, osłonięty głęboką i rwącą rzeką 
— jechał spokojnie, nie chcąc dać wiary równie 
zuchwałej napaści, napaść była już faktem dokonanym! 

Kozacy zbliżali się tak szybko, że Rapp zdążył jeno 

wykrzyknąć: „To oni! Zawracajmy!". Cesarz jednak, 
bądź to dlatego, że własnym nie dowierzał oczom, bądź 
też przez upór, nie chciał zawrócić konia i niechybnie 
zostałby ogarnięty, gdyby nie Rapp, który zdarł przemocą 
cugle cesarskiego rumaka, wołając: „W konie!". Istotnie 
należało uciekać. Lecz miłość  własna Napoleona nie 
mogła pogodzić się z myślą o sromotnej ucieczce. 
Zwolniwszy biegu, pewną  dłonią ujął szpadę i stanął w 
pogotowiu z lewej strony traktu; Berthier i Caulaincourt 
poszli za jego przykładem. Tylko czterdzieści kroków 
dzieliło ich od kozaków. Rapp skoczył wówczas naprzód, 
lecz niebawem zwalił się pod nim koń, przeszyty kozacką 
lancą. Pozostali adiutanci oraz kilku kawalerzystów 
gwardii ruszyło  śladami generała. Waleczność Rappa, 
nadludzkie niemal wysiłki Lecoulteuxa, tudzież garstki 
oficerów i szaserów, a przede wszystkim kozacka 
zachłanność na zdobycz ocaliły cesarza. 

Zguba wydawała się tym bardziej nieuchronna, że w 

jednej chwili kozacy zaleli całą szerokość traktu, 
przewracając i tratując ludzi, konie i wozy, raniąc i mor-
dując  żołnierzy trenu, których wciągali do lasu, rabując 
wszystko, co tylko można było zrabować, zabierając 
konie i działa. Lecz krótkotrwałym był triumf nieprzy-
jaciela, zwodnicze chwilowe zwycięstwo. Na przełaj, po-
lami, sadziły rysią szwadrony konnej gwardii. Przerażeni 
kozacy pierzchnęli, zostawiając konie, wozy i łupy. 
Tylko tu i ówdzie walały się trupy, jęczeli ranni. 

Nie wszyscy jednak podali tyły. Byli i tacy, którzy 

cofali się powoli pobok naszych szwadronów, nabijając 
spokojnie krótkie, lekkie karabinki. Liczyli snadź na 
pewną ociężałość doborowej jazdy francuskiej i na rą-
czość półdzikich, przynaglanych batem stepowych koni 
swoich. Odwrót ich odbywał się w zupełnym porządku: 
parokrotnie stawiali nam czoło, nie czekając wszakże, aż 
zbliżymy się na odległość strzału, toteż pozostawili 
zaledwie kilku zabitych i rannych, lecz ani jednego 

background image

jeńca. W końcu schronili się pod osłoną dział rosyjskich, 
ukrytych w gęstwinie nad brzegami jaru. Kule i pociski 
powstrzymały dalszy pościg. Epizod ten zrodził poważne 
obawy i wątpliwości. Armia nasza wyczerpana była 
doszczętnie, wojna zaś wybuchała oto ponownie z nies-
pożytą mocą. 

Cesarz zdumiony niespodziewanym atakiem Rosjan, 

dotrwał na placu do końca bitwy, po czym zwrócił się ku 
bramom Małojarosławca, gdzie wicekról wskazał mu 
zdobyte poprzedniego dnia przeszkody. 

Stratowana i krwią przesiąkła ziemia, dymiące jeszcze 

zgliszcza, gruzy i rumowiska, stosy sztywnych, w męce 
zastygłych trupów, setki głów zmiażdżonych pod ar-
matnimi kołami, straszliwe postacie rannych, którzy 
czołgali się  wśród zgliszcz i popiołów  żałosne wydając 
jęki, wreszcie pogrzebowe echa ostatniej posługi, jaką 
oddawali grenadierzy zwłokom poległych pułkowników i 
generałów — wszystko to świadczyło o bezlitosnej, 
nieubłaganej walce, o gwałtownym starciu się dwóch 
wrogich sobie potęg. Cesarz wszelako nie chciał widzieć 
niczego krom sławy; wykrzyknął z zapałem,  żs „książę 
Eugeniusz okrył się wiekopomną chwałą!". Niebawem 
jednak, pod wpływem złowieszczego przeczucia, opuścił 
pobojowisko, dążąc ku płaskowzgórzu. 

Czy pamiętacie jeszcze, starzy towarzysze broni, tę 

równinę, która stała się grobem nie zwyciężonej do-
tychczas Wielkiej Armii, grobem snów naszych i dwu-
dziestoletniej rycerskiej kariery?... Czy pamiętacie jesz-
cze to leżące w gruzach, krwią zbryzgane miasto, te 
głębokie jary i mroczne lasy, które okalały zewsząd owo 
płaskowzgórze i zamknięte w jego granicach posępne, 
milczące szeregi?... Francuzi szli od północy, uchodząc 
przed srogą, mroźną zimą; Rosjanie bronili przejścia na 
południe i zachód, ufni we własne siły i wrogie 
Francuzom warunki. Pomiędzy dwiema armiami, na 
wielkiej równinie, Napoleon zwracał swe kroki i niespo-
kojne spojrzenia ku traktom wiodącym na Kaługę i Me-
dyń. Ale obie te drogi były dla niego zamknięte. Na 
trakcie kałuskim stał Kutuzow i sto dwadzieścia tysięcy 
żołnierzy, zdecydowanych bronić do upadłego każdej 
piędzi ojczystej ziemi. Od Medynia nadciągała liczna 
jazda: Płatow i kozacy, ci sami, którzy przerwali pod-
stępnie nasz lewy flank i ruszyli wraz z łupami na 
przeciwległą stronę traktu pod osłoną oczekujących tam 

background image

na nich dział i batalionów zapasowych. W tym kierunku 
zwracał się najczęściej chmurny wzrok cesarza, tę drogę 
śledził najpilniej na mapach, łowiąc czujnym uchem 
toczące się dookoła niego narady i gwałtowne dyskusje, 
których nie powściągała już jego obecność. Wreszcie, 
wciąż milczący, w posępnej pogrążony zadumie, ruszył z 
powrotem do Horodni. 

Towarzyszył mu Murat, książę Eugeniusz, Berthier, 

Davout i Bessičres. Ubogi wiejski tkacz gościł pod swoją 
strzechą cesarza, dwóch królów i trzech słynnych gene-
rałów. W nędznej izdebce rozstrzygnąć się miały losy 
Europy i losy armii, która w ciągu dwudziestu lat zwy-
cięskim kroczyła szlakiem! Smoleńsk był celem wypra-
wy! Lecz którędy iść, jaką drogą dojść do tego celu? 
Przez Kaługę, Medyń czy Możajsk?... Z twarzą ukrytą w 
dłoniach, wsparty o prosty sosnowy stół, Napoleon 
rozmyślał... 

Zaległa głucha cisza. Nikt nie śmiał przerwać  wątku 

ciężkich, bolesnych myśli, gdy Murat, zniecierpliwiony 
wahaniem się i zwłoką, ulegając jak zwykle impulsyw-
ności zapalnego swojego temperamentu, powstał z ławy i 
zawołał: „Że choćby go znów miano nazwać lekko-
myślnym, twierdzi, iż podczas wojny nie ludzie, ale 
warunki i okoliczności decydują o wszystkim, wszystkie-
mu właściwe nadają miano; że tam, gdzie wskazana jest 
ofensywa, ostrożność staje się zuchwalstwem, a zuch-
walstwo ostrożnością; że dalszy pobyt na płaskowzgórzu 
jest wykluczony, odwrót — wielce niebezpieczny; że 
wobec tego ścigać należy Rosjan bez względu na zaj-
mowaną przez nich pozycję i ducha ożywiającego szeregi 
nieprzyjacielskie; on nimi pogardza i że jeśli cesarz po-
wierzy mu dowództwo nad szczątkami kawalerii oraz 
komendę konnej gwardii, on, Murat, podejmie się zdobyć 
okoliczne lasy, roznieść na szablach bataliony rosyjskie i 
oczyścić po raz wtóry drogę do Kaługi!". 

Lecz Napoleon ostudził niewczesny zapał króla, mó-

wiąc: „Że dość już było zuchwalstwa, dość rycerskich, 
chlubnych czynów, że obecnie należy myśleć li tylko o 
ocaleniu szczątków armii". 

Wówczas Bessičres, bądź to że w dumie swej wzdragał 

się na myśl o przejściu pod komendę Murata, bądź też 
dlatego,  że istotnie pragnął uchronić od zagłady konną 
gwardię, której był twórcą i wodzem, za całość której 
odpowiadał wobec cesarza — czując nadto, że Na- 

background image

poleon poprze jego zdanie, ośmielił się dodać: „Że armia 
cała, nie wykluczając gwardii, w danej chwili nie 
rozporządza dostatecznym zasobem entuzjazmu; że 
wśród szeregów odzywa się już tu i ówdzie głuchy pom-
ruk niezadowolenia, że wojsko świadome jest niebezpie-
czeństwa i smutnej doli, jaka czeka maruderów i ran-
nych;  że wobec niezwykle obronnej pozycji nieprzyja-
ciela i zaciekłości licho odzianych i źle wyćwiczonych, 
lecz, jak świadczyło wczorajsze pobojowisko, zdecydo-
wanych na wszystko rekrutów rosyjskich, szarża projek-
towana przez Murata łacno mogłaby zamienić się w po-
rażkę". Wzmianką o odwrocie zakończył marszałek swo-
je przemówienie. Cesarz słuchał w milczeniu wywodów 
Bessičres'a. 

Davout oświadczył z kolei: „że skoro jest mowa o co-

faniu się, proponuje odwrót na Medyń i Smoleńsk". Lecz 
czy to pod wpływem zawiści, czy też goryczy i 
zniechęcenia, Murat przerwał księciu Eckmühl w pół 
zdania, wyrażając zdziwienie swoje: „Że znalazł się ktoś 
tak czelny, ażeby doradzać cesarzowi tak dalece ryzy-
kowny manewr! Czyżby Davout zaprzysiągł zgubę ar-
mii? Czy sądzi istotnie, że długa i zwarta kolumna nasza, 
obciążona nadmiernym bagażem, nie mając prze-
wodników, może puszczać się bezkarnie nieznaną drogą 
w zasięgu armii Kutuzowa, narażając rozległy flank swój 
na wszystkie bez wyjątku strzały nieprzyjacielskie? Czy 
wówczas on, Davout, zdoła ją obronić? Dlaczego zresztą 
szukać innych dróg, skoro otwarty jest poza nami 
bezpieczny szlak, wiodący do Możajska przez Borowsk i 
Wereję? W Możajsku znajdziemy zapasy furażu i 
żywności, rezerwę i ambulanse, i znaną nam już okolicę; 
tam żaden zdrajca w błąd nas nie wprowadzi!". 

Hamując z trudem wybuch gniewu, Davout odparł: „Że 

proponuje odwrót poprzez żyzną, zasobną krainę, wśród 
ludnych i bogatych wsi, drogą ze wszystkich najkrótszą 
— w tym celu, ażeby wyprzedzić Rosjan i uniemożliwić 
im dostęp do Smoleńska;  że droga, wskazana przez 
Murata, jest drogą pustynną, wiodącą przez zgliszcza i 
piaszczyste wydmy, że nie znajdziemy na niej nic, okrom 
setek chorych i rannych, okrom krwi, trupów i głodu! że 
obowiązkiem jego, jako żołnierza, jest wypowiedzieć się 
szczerze i bez ogródek; że jednak spełniać  będzie 
sumiennie wszystkie, nawet najbardziej sprzeciwiające 
się jego przekonaniom rozkazy cesarza; 

background image

lecz  że tylko cesarz mocen jest nakazać mu milczenie, 
nie Murat, który nigdy nie był jego panem i nigdy nim 
nie będzie!". 

Bessičres i Berthier jęli uspokajać wzburzonych 

przeciwników. Co się zaś tyczy cesarza, to pogrążony 
wciąż w tej samej posępnej zadumie, zdawał się być 
głuchym na wszystko. W końcu tymi słowy przerwał 
milczenie swoje i położył kres dyskusjom: „Macie pa-
nowie rację; trzeba coś zdecydować!". 

W rzeczy  samej postanowił cofać się i to cofać się 

drogą, która od razu pozwalała mu oddalić się od wojsk 
nieprzyjacielskich: wszelako ostateczny rozkaz wymar-
szu, niebywałego w dotychczasowych zwycięskich dzie-
jach Francji napoleońskiej, wydany został dopiero po 
długim i bolesnym zmaganiu się z własną duszą, z włas-
ną dumą i pychą! Walka tak ciężka była, wysiłek tak 
wielki,  że cesarz popadł w chwilowe omdlenie i bez-
przytomny osunął się w ramiona otaczających go stros-
kanych generałów. Podobno raport o nowej, a niepo-
myślnej utarczce z kozakami w pobliżu Borowska, nieco 
w tyle poza armią, był ostatnią kroplą goryczy, która 
przepełniła miarę, skłaniając Napoleona do powzięcia tej 
niefortunnej decyzji. 

Zaznaczyć należy, że w chwili gdy Wielka Armia roz-

poczynała odwrót ku północy, Kutuzow, strwożony 
gwałtownością starcia pod Małojarosławcem, cofał się 
ku południowi. 

Tejże samej nocy podobny niepokój miotał sercami 

Rosjan. Podczas bitwy pod Małojarosławcem Kutuzow 
działał z niezmierną oględnością, ustawicznie zatrzymu-
jąc się, badając teren, jak gdyby w obawie, że lada chwila 
grunt usunie mu się spod nóg, pod naciskiem jedynie 
wysyłając w ogień poszczególne korpusy, które poprzeć 
miały usiłowania Dochturowa. Sam zaś zagrodził drogę 
Napoleonowi dopiero pod wieczór, gdy bitwa miała się 
już ku końcowi. 

Dotarł wówczas do niego Wilson, czynny i ruchliwy 

Anglik, niegdyś uczestnik walk w Egipcie i Hiszpanii, 
zagorzały wróg Francuzów i Napoleona. W łonie armii 
rosyjskiej był on przedstawicielem mocarstw sprzymie-
rzonych, człowiekiem niezależnym, bystrym obserwato-
rem, poniekąd nawet i sędzią, co oczywiście wzbudzić 
musiało niechęć w duszy zgrzybiałego generalissimusa. 

background image

A że nienawiść rodzi zazwyczaj nienawiść, obaj więc nie 
cierpieli się, wzajemnie. 

Wilson wyrzucać  jął Kutuzowowi niebywałą wprost 

opieszałość, która w ciągu tego jednego dnia, tak jak pod 
Winkowem, 18 października, pięciokrotnie wytrąciła 
zwycięskie wawrzyny z rąk Rosjan. Istotnie bowiem dnia 
tego Murat nie uniknąłby całkowitej klęski, gdyby 
Kutuzow energicznie zaatakował Francuzów od czoła, 
podczas gdy Bennigsen okrążał ich lewe skrzydło. Była 
to opieszałość lub bezmyślność, przywary starości, czy 
też, jak utrzymywało wielu Rosjan, Kutuzow bardziej 
zazdrościł Bennigsenowi, niż nienawidził Napoleona i 
dlatego atakował za słabo, za późno i za krótko? 

Wilson interpeluje więc  żarliwie głównodowodzącego, 

żądając decydującej rozprawy na dzień następny. A choć 
rady jego i uwagi odrzucone zostały z oburzeniem, 
wszelako Kutuzow, zamknięty, tak jak i Francuzi, w gra-
nicach małojarosławskiego płaskowzgórza — zmuszony 
był wykazać jak największą potęgę militarną. 25 paź-
dziernika stanęły tedy pod bronią wszystkie dywizje oraz 
artyleria złożona z siedmiuset dział. Obustronnie sądzili 
wszyscy, iż ostatnia wybiła godzina; uwierzył w to nawet 
Wilson. Zauważył on, że linia rosyjska opierała się o 
błotnisty, grząski jar; że na poły zbutwiały, chwiejny 
most wystawiony na strzały i pociski nieprzyjacielskie 
stanowił jedyną drogę w razie odwrotu; że wobec tego 
nieunikniona była walna rozprawa; że Kutuzow musi 
zwyciężyć albo zginąć. Alternatywa ta uśmiechała się 
Anglikowi. Bez względu bowiem na ostateczny wynik 
bitwy, na porażkę czy też zwycięstwo Napoleona, Anglia, 
nic nie tracąc, mogła tylko wykorzystać krwawe zapasy 
potężnych współzawodników. 

Wraz z nadejściem nocy, wciąż niespokojny, raz jesz-

cze obszedł szeregi, słuchając z radością zapewnień i 
przysiąg Kutuzowa, że tym razem dojdzie do walki, 
przyglądając się pilnie czynionym wszędzie przygotowa-
niom. Jeden tylko Bennigsen do ostatka wątpił, do ostat-
ka nie dowierzał. Mimo to wszakże, w mniemaniu, że 
zajęta przez Rosjan pozycja nie dozwoliłaby im cofać się, 
Anglik zasnął wreszcie, gdy wtem około godziny trzeciej 
z rana zbudził go niezwykły gwar i wrzawa. Armia 
gotowała się do odwrotu. Próżnymi były wszelkie jego 
perswazje i namowy. Kutuzow postanowił nieodwołalnie 
ujść ku południowi, najpierw do Gonczarewa, 

background image

następnie zaś dalej poza Kaługę. Mosty na Oce stały już 
w pogotowiu. 

W lej samej chwili z ust Napoleona padł rozkaz wy-

marszu na Możajsk i Smoleńsk. Równocześnie więc wy-
ruszyły obie armie: jedna ku północy, druga ku połud-
niowi. Pozostawione na miejscu tylne straże zobopólnie 
zmylić miały wzajemną czujność. 

Wilson zapewnia, że jeśli chodzi o armię Kutuzowa, 

wyglądało to na ucieczkę w popłochu. Nad brzeg wspom-
nianego powyżej jaru, ze wszystkich stron, z centrum, od 
prawego i lewego skrzydła, nadciągała ku mostowi 
konnica, artyleria, piechota i furgony. Konie i ludzie 
stłoczyli się w zwarty, rozkołysany tłum, niezdolny do 
żadnej zorganizowanej akcji. Dopiero po kilku godzinach 
zdołano oczyścić jako tako dostęp do mostu. Kilka 
zbłąkanych kartaczy francuskich zwiększyło jeszcze bez-
ład i zamieszanie. 

Łatwo byłby mógł Napoleon odnieść wówczas świetne 

zwycięstwo nad stłoczonym, bezradnym tłumem. Naj-
większy wysiłek bitwy pod Małojarosławcem miał już za 
sobą. Tymczasem on, zamiast atakować, cofał się. Takie 
bowiem są zmienne koleje wojny: obaj zapaśnicy, 
zobopólnie nieświadomi zamiarów swoich i planów, 
maskują się forpocztami, forpocztami osłaniają wszelkie 
najdrobniejsze nawet poruszenie. Przepaść dzieli zawsze 
dwie wrogie sobie armie! 

Być może zresztą, iż przez nadmierną ostrożność cesarz 

naprawić chciał omyłkę, popełnioną pod Moskwą; 
znużony organizm domagał się spoczynku, ostatnie dwie 
utarczki z kozakami, groza krwawego pobojowiska, jęki i 
krzyki rannych targały aż do głębi duszą cesarza; 
obawiając się zaś,  że zwycięstwo nie będzie całkowite, 
postanowił cofać się co rychlej. 

Od tej chwili Paryż stał się celem i ośrodkiem wszyst-

kich jego myśli, tak jak niedawno jeszcze celem i oś-
rodkiem była Moskwa! 26 października ruszyła Wielka 
Armia spod Małojarosławca. Davout na czele dwudziestu 
pięciu tysięcy ludzi osłaniał odwrót. 

Kiedy wysunął się trochę naprzód i, nic o tym nie 

wiedząc, siał postrach wśród Rosjan, Wielka Armia od-
wracała się do nich plecami. W milczeniu, z wzrokiem w 
ziemię utkwionym, szły posępne szeregi, a wśród nich 
chmurny i milczący jechał cesarz, lękający się teraz o 
łączność ze swoimi szwadronami nad Wisłą. 

background image

Dotarł tak do Werei, gdzie oczekiwał na niego Mortier. 

Zaznaczyć tu muszę,  że opisując tak gwałtowne 
wzruszenia i wiekopomne wypadki dziejowe, pominąłem 
milczeniem fakt godzien uwagi. 23 października po pół-
nocy, około drugiej, od straszliwego wybuchu zadrżało 
powietrze, zakolebała się ziemia. W obu obozach kto żył, 
zerwał się na nogi, choć wtedy, niczemu już się nie 
dziwiąc, przygotowani byliśmy na wszystko. 

Mortier usłuchał rozkazu: Kreml został zburzony. Po-

przednio już wtoczono sto osiemdziesiąt trzy tysiące 
beczek z prochem do piwnic i lochów zamkowych; setki 
takich beczek wypełniały wszystkie sale starożytnego 
zamku. Na czele ośmiu tysięcy ludzi strzegł marszałek 
tego wulkanu, któremu groził zagładą każdy kartacz, 
każdy pocisk rosyjski. Z Kremla czuwał on nad armią 
dążącą do Kaługi i nad konwojami, które posuwały się w 
stronę Możajska. 

W rzeczywistości jednak liczyć mógł zaledwie na dwa 

tysiące sprawnego, wiernego żołnierza. Pozostałe sześć 
tysięcy — jeźdźcy bez koni, ludzie wszelkich wyznań i 
wszelkich narodowości, oddani pod komendę obcych 
sobie dowódców, nie mający ani jednakowych 
przyzwyczajeń, ani wspólnych upodobań i wspomnień, 
niczym właściwie ze sobą nie związani — było to raczej 
luźne zbiorowisko aniżeli spoista, zorganizowana całość. 
Wkrótce też mieli rozpierzchnąć się na wsze strony. 

Dowództwo oddziału inżynierii powierzono waleczne-

mu i uczonemu pułkownikowi Després. Przybyły dopiero 
co z Hiszpanii, w początkach września, pułkownik brał 
czynny udział w odwrocie wojsk francuskich z Madrytu 
do Walencji: teraz zaś uczestniczył w odwrocie z 
Moskwy do Wilna. I tu, i tam oręż nasz giął się pod 
przemocą! 

Wszyscy spoglądali na księcia Treviso jak na skazańca, 

jak na własnowolną ofiarę krwawego boga wojny. Starzy 
towarzysze broni żegnali go ze łzami w oczach, cesarz 
zaś zwrócił się do niego mówiąc: ,,że nie należy nigdy 
tracić nadziei, lecz że podczas wojny ofiary być muszą 
zawsze i wszędzie". Mortier przyjął bez wahania 
powierzoną mu misję. W myśl rozkazów cesarskich 
bronić miał Kremla, następnie, cofając się, podpalić 
szczątki miasta i wysadzić cytadelę w powietrze 21 paź-
dziernika z Krasnej Pachry, letniej rezydencji cesarskiej, 
wysłał mu Napoleon ostatnie zlecenia i wskazówki. Speł- 

background image

niwszy je, Mortier podążyć miał niezwłocznie do Werei, 
aby utworzyć tylną straż armii. 

W liście tym Napoleon polecał mu przede wszystkim: 

„Zużytkować wszystkie furgony młodej gwardii, spie-
szonej kawalerii i wszelkie inne — dla przewozu pozo-
stałych jeszcze po szpitalach chorych i rannych. Rzy-
mianie — pisał dalej cesarz — wieńczyli wawrzynem 
skronie zasłużonych mężów; książę Treviso otrzymać 
powinien tyle wieńców, ilu żołnierzy zdoła uratować. 
Lżej ranni jechać mogą konno, jak niegdyś podczas 
odwrotu spod Saint-Jean d'Acre. Z chwilą zaś, gdy kon-
wój połączy się z armią, oddane mu zostaną do dys-
pozycji wozy, opróżnione tymczasem z zapasów żyw-
ności. Uratuje się w ten sposób pięciuset ludzi. Pierw-
szeństwo winni mieć oficerowie, ze szczególnym uwz-
ględnieniem narodowości francuskiej. Niechaj zatem 
książę Treviso zwoła wszystkich podkomendnych swo-
ich, generałów i oficerów, ażeby uświadomić im nale-
życie znaczenie tej humanitarnej misji i zapewnić ich o 
wdzięczności cesarza za ocalenie pięciuset ludzi". 

Lecz w miarę jak Wielka Armia oddalała się od Mo-

skwy, kozacy zajmować jęli przedmieścia i Mortier zmu-
szony był cofnąć się poza mury Kremla. Podobnie w 
chwili konania, gdy martwieją już i stygną kończyny, 
tlejąca jeszcze iskierka życia chroni się i koncentruje w 
sercu. Kozacv stanowili forpoczty dziesięciotysięcznego 
korpusu Rosjan, którym przewodził Wintzingeroda. 

Niemiec rodem, nieprzejednany wróg Napoleona, 

pragnąc namiętnie odebrać Francuzom Moskwę i zdobyć 
sobie tym sposobem pełne prawo do obywatelstwa ro-
syjskiego, Wintzinserode puścił się samotrzeć naprzód; 
poprzez kolonię gruzińską i Kitajgorod pomknął cwałem 
ku Kremlowi, minął forpoczty nasze i dopiero wówczas, 
gdy ujrzał, iż odcięto mu powrotną drogę, jął nasię 
sygnalizować białą chustą i oświadczył,  że przybywa w 
roli parlamentarza. 

Zaprowadzono go niezwłocznie do kwatery księcia 

Treviso. Oburzony zuchwalstwem Niemca, który wniósł 
skargę na gwałt, popełniony rzekomo na jego osobie, 
Mortier odpowiedział: „że naczelny wódz, który nie umie 
uszanować swojej godności,  żadną miarą nie może być 
traktowany jako parlamentarz; że wobec tego on, 
Mortier, wzywa jeńca do natychmiastowego oddania 
szpady". Widząc wtedy, iż nie zdoła nikogo podejść i ni- 

background image

komu   zaimponować,   generał      rosyjski      uznał   
własną nieoględność i bez oporu złożył broń w ręce 
marszałka. 

Wreszcie po czterodniowej zwłoce, zabierając ze sobą 

przeszło czterystu rannych, Francuzi opuścili na zawsze 
to nieszczęsne miasto. Uprzednio jednak w bezpiecznej, 
kilku tylko ludziom znajomej kryjówce, założyli 
olbrzymi, smołą i siarką nasycony lont, który tlić się 
miał powoli, obliczoną z góry ilość godzin, a dotarłszy 
do olbrzymich zapasów prochu, powinien był obrócić 
Kreml w perzynę. 

Czym prędzej uchodził Mortier, równocześnie jednak 

chciwi  łupu kozacy i chłopi, ośmieleni ciszą panującą 
pozornie w cytadeli, wtargnęli na Kreml. Ku bogatym 
sprzętom wyciągały się już dłonie, gdy wtem ozwał się 
straszliwy huk, podziemia i lochy zionęły ogniem, za-
trzęsła się w posadach ziemia. Deszcz kamieni, pogru-
chotanych lawet, połamanych karabinów i okropnie po-
szarpanych, krwawych szczątków ludzkich posypał się 
dookoła. 

Ziemia zadrżała pod stopami Mortiera. Dziesięć mil od 

Moskwy, w Fomińskiem słychać było huk wybuchu. 

Tak jak Kreml, płonąć miało odtąd wszystko. Zdoby-

wając, Napoleon pragnął wszystko zachować, wszyst-
kiego strzec i bronić: zmuszony cofać się, niszczyć  bę-
dzie wszystko, wszystko burzyć i palić  bądź to z ko-
nieczności, ażeby zrujnować doszczętnie nieprzyjaciela i 
utrudnić mu pochód, bądź też przez zemstę, tę wierną 
towarzyszkę wszelkiego rodzaju najazdów, które z na-
tury rzeczy bardziej krwawe są i okrutne od innych 
wojen. 

Nie Napoleon wszelako, lecz Rosjanie trzymali się 

uparcie ofensywy. 19 października napisał Berthier do 
Kutuzowa, nakłaniając go „do uregulowania przebiegu 
walki w ten sposób, ażeby monarchia rosyjska ponosiła 
tylko te straty, które nieodłącznie związane są z wojną, 
gdyż dewastacja Rosji równie szkodliwą jest dla kraju, 
jak bolesną dla Napoleona". Lecz Kutuzow 
odpowiedział: „że patriotyzm rosyjski nie da się już 
niczym okiełznać"; innymi słowy, pochwalał 
najzupełniej postępowanie rosyjskiej milicji, 
upoważniając nas tym samym do represji. 

Na podobieństwo Kremla poszła z dymem Wereja, 

dokąd  śladami cesarza przywiódł Mortier Wintzingero-
dego. Widok jeńca rzucił zarzewie gniewu w stroskaną, 

background image

mroczną duszę Napoleona: „Kim pan jesteś?" — zawołał 
krzyżując gwałtownie ramiona, jak gdyby sam siebie 
uchwycić chciał i powstrzymać. „Kim jesteś? Człowie-
kiem bez ojczyzny! Osobistym moim wrogiem, który 
walczył przeciw mnie najpierw pod sztandarem aus-
triackim, a gdy Austria zawarła ze mną przymierze, 
przeszedł do służby rosyjskiej i agitował najgorliwiej za 
toczącą się obecnie kampanią. A jednak urodziłeś się pan 
nad brzegiem Renu, w granicach Cesarstwa i jesteś moim 
poddanym; nie jesteś więc zwykłym jeńcem wojennym, 
lecz buntownikiem, który podlega władzy mojej! 
Żandarmi, chwytajcie tego człowieka!". Lecz żandarmi 
stali nieruchomo, wiedzieli bowiem z doświadczenia, jak 
kończą się takie gwałtowne sceny; wiedzieli, iż w danym 
wypadku nieposłuszeństwo największym jest posłuchem. 

Cesarz zaś ciągnął dalej: „Czy widzisz pan te dymiące 

zgliszcza, tę nieszczęsną, ze wszystkiego ogołoconą krai-
nę? Komu przypisać należy cały ogrom klęski? Pięćdzie-
sięciu awanturnikom takim jak pan, którzy jak pan są na 
żołdzie angielskim! Lecz srogie brzemię tej wojny 
spadnie niebawem na barki prowokatorów; za pół roku w 
Petersburgu sądzić was będą i karać!". 

Zwracając się następnie do adiutanta Wintzingerodego, 

wziętego do niewoli pospołu z generałem, rzekł: ,,Co się 
tyczy pana, hrabio Naryszkin, nie mam panu nic do 
zarzucenia, jesteś rodowitym Rosjaninem, spełniasz swój 
obowiązek. Czym jednak wytłumaczyć fakt, że potomek 
jednej z najpierwszych rodzin w kraju zgodził się zostać 
przybocznym adiutantem najemnego cudzoziemca? Wo-
lałbyś pan raczej służyć pod komendą rosyjskiego gene-
rała? Służba milszą byłaby i bardziej zaszczytną!". 

W milczeniu słuchał dotychczas Wintzingerode gniew-

nej przemowy Napoleona, wreszcie odparł spokojnie: 
„Że cesarz Aleksander był dobroczyńcą jego i całej jego 
rodziny;  że z rąk cesarza otrzymał wszystko; że przez 
wdzięczność przyjął poddaństwo rosyjskie, że jego sta-
nowisko powierzone mu zostało przez cesarza; że spełnił 
zatem sumiennie swój obowiązek i nie poczuwa się do 
żadnej winy". 

Napoleon groził jeszcze i gromił; poprzestał wszelako 

na słowach, bądź to, że istotnie ochłonął z gniewu, bądź 
też dlatego, że chciał jeno przestraszyć tych wszystkich 
Niemców, którzy nosili sią, być może, z myślą o de- 

background image

zercji. Tak przynajmniej tłumaczono sobie słowa cesarza, 
które powszechny wzbudziły niesmak. Nikt też nie wziął 
ich do serca, wszyscy zaś jawnie okazywali generałowi-
jeńcowi  życzliwość swoją i sympatię. Trwało to aż do 
granic Litwy, gdzie kozacy odbili Wintzingerodego i jego 
adiutanta. Cesarz o tyle łaskawym był dla młodego 
magnata rosyjskiego, o ile szorstkim i przykrym dla 
generała, co dowodzi, że w owej chwili, nawet w 
gniewie, nie zapominał o przezorności i dyplomacji. 

 

background image

VI 

WIAŹMA 

  

wudziestego ósmego października ujrzeliśmy 
po raz wtóry Możajsk. Miasto przepełnione 
było jeszcze rannymi: jednych zabrano, 
drugich pozostawiono tak, jak w Moskwie, 

na  łaskę i niełaskę Rosjan. Zaledwie minął Napoleon 
Możajsk, gdy spadły ogromne śniegi, od północy powiał 
mroźny, lodowaty wiatr. Po dziesięciu dniach 
forsownych marszów i kontrmarszów, krwawą 
stoczywszy bitwę, armia, która zabrała z Moskwy 
niespełna po piętnaście porcji mąki na głowę — uszła 
zatem tyle tylko, ile w innych warunkach byłaby uszła w 
ciągu trzech dni. Skąpe zapasy miały się już ku końcowi; 
z niezmierzonych, śnieżnych pól powstawało straszliwe 
widmo głodu! 

Ginąć jęły słabsze, mniej odporne jednostki. Pierwszego 

niemal dnia odwrotu trzeba było spalić część furgonów, 
których nie mogły uciągnąć nieliczne i wychudłe konie. 
Wówczas to wyszedł rozkaz palenia i burzenia 
wszystkiego. Za pomocą wyprzężonych jaszczyków z 
prochem wysadzano w powietrze murowane domy i 
większe budynki. Wobec tego jednak, że nieprzyjaciel nie 
ukazywał się ponownie, malała groza sytuacji, odwrót 
nabierał coraz więcej cech przymusowej uciążliwej 
wędrówki. Napoleon zaś, na tej znanej mu drodze, coraz 
lepszej był myśli, gdy tegoż 28 października pod wieczór 
przyprowadzono do kwatery cesarskiej jegra rosyjskiego, 
pojmanego i przysłanego przez Davouta. 

Lekceważąc sobie osobę jeńca, cesarz zadał mu kilka 

krótkich, urywkowych pytań, lecz traf zrządził, że jeniec 

background image

świadom był do pewnego stopnia nazw, dróg i dystan-
sów; odparł więc: „że cała armia rosyjska dąży przez 
Medyń ku Wiaźmie". Wówczas cesarz zaczął przysłuchi-
wać się uważnie odpowiedziom jegra. Czyżby Kutuzow 
wyprzedzić go chciał pod Wiaźmą, jak pod 
Małojarosławcem; tak samo zagrodzić mu drogę do 
Smoleńska, jak drogę do Kaługi; osaczyć go zewsząd 
wśród pustynnej, ze wszystkiego ogołoconej krainy, w 
pośrodku powstańczych zastępów ludu rosyjskiego? 
Zrazu odrzucił wszelako ze wzgardą ostrzeżenie w 
powyższych słowach zawarte, gdyż bądź to przez dumę, 
bądź też  na  skutek  długoletniego doświadczenia 
przyzwyczaił się nie przypisywać swoim przeciwnikom 
zręczności, którą byłby wykazał na ich miejscu. 

Tym razem jednak wchodziły w grę inne jeszcze po-

budki. Niefrasobliwość cesarza zmyślona była i 
sztuczna, nie ulegało bowiem najmniejszej wątpliwości, 
że armia rosvjska obrała drogę wiodącą przez Medyń te 
sama którą doradzał Davout dla wojsk naszych; Davout 
zaś, przez nieoględność czy też pod wpływem urażonej 
miłości własnej, zamiast poprzestać na przesłaniu 
cesarzowi tajnej depeszy, dozwolił rozejść się tym 
alarmującym wieściom. Obawiając się dla armii 
zniechęcenia i depresji, Napoleon lekceważył je 
rzekomo, lecz równocześnie wydał rozkaz, aby 
nazajutrz, skoro świt, gwardia ruszyła w kierunku 
Gżacka i szła nieprzerwanie aż do wieczora. 
Wyprzedziwszy na tej linii Kutuzowa, w murach Gżacka 
znaleźć miała strawę i schronienie. 

Nie wzięto natomiast w rachubę straszliwego klimatu 

Północy, który jak gdyby postanowił się za to zemścić. 
Nowy ten, a nieubłagany wróg chyżymi zbliżał się kro-
kami: na polach i rozłogach huczała mroźna wichura, 
śnieżny puch coraz szczelniej otulał zmarzniętą ziemię. 
Poczuliśmy,  że w tym kraju zimy jesteśmy obcy i 
niepotrzebni. Zaraz też zmieniło się wszystko: drogi, 
twarze ludzkie, ogólny nastrój i zewnętrzny wygląd 
armii. Umilkł gwar, posępna cisza zaległa szeregi, w 
duszach kiełkować jęły lęk i trwoga. 

O kilka mil poniżej Możajska wypadło przeprawić się 

przez Kołoczę, niewielką rzeczkę, przez którą dość było 
przerzucić dwa pnie, ze dwie poprzecznice i nieco desek, 
aby przejść wygodnie na przeciwległy brzeg. Tak wiel-
kim był jednak bezład i niedołęstwo,  że przeprawa 
przedłużyła się nadmiernie, przy czym utopiono kilka 

background image

dział. Również cesarz musiał się zatrzymać. Każdy kor-
pus o sobie tylko myślał, na własną działał  rękę, jak 
gdyby nie było ani sztabu głównego, ani rozkazów jed-
nakowo obowiązujących dla całej armii, ani żadnego 
spoidła — nic, co by wiązało i łączyło ze sobą poszcze-
gólne oddziały. W rzeczy samej, niezwykłe godności i 
tytuły wszystkich niemal dowódców wykluczały po-
niekąd konieczną w wojsku karność i subordynację: nikt 
nie chciał być zależnym od drugiego. Sam cesarz na 
takich zawrotnych stanął wyżynach, że przepaść dzieliła 
go od armii i szczegółów życia obozowego. Berthier zaś, 
jako  łącznik i pośrednik między cesarzem a dostojnym 
tłumem królów, książąt i marszałków, zbyt często musiał 
liczyć się z przeróżnymi względami. Nie odpowiadał 
zresztą wymogom zajmowanego przez się stanowiska. 

Na widok niespodziewanej przeszkody cesarz wzruszył 

pogardliwie ramionami, gniewnie spoglądając na Ber-
thiera. Westchnienie pełne rezygnacji było jedyną od-
powiedzią marszałka. Skoro naprawa, względnie budowa, 
mostu nie została wymieniona w rozkazie dziennym, 
Berthier nie poczuwał się do żadnej winy. Był on tylko 
wiernym echem cesarza, niczym więcej. Tak w dzień, jak 
w nocy niezmordowany i czujny, rozsyłał wydane mu 
rozkazy i zlecenia, sam jednak o niczym nie stanowił, 
nigdy nic nie zmienił, nic od siebie nie dodał — i to, o 
czym Napoleon zapomniał, zapomniane było bez-
powrotnie. 

Po przejściu Kołoczy armia szła w milczeniu, gdy nagle 

okrzyk zgrozy wyrwał się ze wszystkich niemal piersi! W 
prawo i w lewo, przed nami i za nami, ziemia stratowana 
była, dziwnymi poryta bruzdy; drzewa potrzaskane, o 
suchych już, żałośnie sterczących konarach; w oddali zaś 
wznosiło się kilka niekształtnych wzgórz, ściętych u 
wierzchołka. Najwyższe spośród nich wyglądało jak 
wulkan wygasły wśród gruzów i popiołu. Dokoła walały 
się szczątki kasków i pancerzy, przedziurawionych 
bębnów, pogruchotanej broni, strzępy mundurów i 
osmolonych. krwią zbryzganych sztandarów! 

Trzydzieści tysięcy na wpół zgniłych trupów zalegało to 

żałobne pole śmierci. Trupy, widne z daleka, zdawały się 
bronić jeszcze wzgórz. Była to owa straszliwa reduta, 
zdobycz i mogiła Caulaincourta. Bolesny jęk za-szemrał 
wzdłuż szeregów: „Oto pole wielkiej bitwy" — i skonał. 
Szybko wymijał cesarz pobojowisko. Nikt 

background image

zresztą nie zatrzymał się: głód, zimno oraz bliskość nie-
przyjaciela nagliły do pośpiechu. Idąc, odwracano jeno 
głowy, aby po raz ostatni ogarnąć smutnymi oczyma ten 
olbrzymi grobowiec, w którym spoczywało tylu wiernych 
druhów, tylu nieodżałowanych towarzyszów broni, 
poległych na obczyźnie w krwawej a bezowocnej walce! 

Tam właśnie, u stóp tej reduty, krwią naszą i orężem 

skreśliliśmy jedną z najsłynniejszych kart w dziejach 
ludzkości! 

Lecz pod śnieżną i lodowatą powłoką zniknąć miał 

wkrótce wszelki ślad walki i męki! Być może, iż kiedyś, 
gdy czas wszystko zrówna i zniweluje, wędrowny 
przechodzień minie obojętnie pole to, podobne do wielu 
innych, gdy jednak dowie się, czym ono było przed laty, 
wiedziony ciekawością niewątpliwie zawróci wstecz, 
długo przyglądać się  będzie okolicy, wreszcie zawoła: 
„Co za ludzie! Co za wódz! Jaka dziwna, równocześnie 
świetna i nieszczęsna dola! Oni to w roku 1799 przez 
Egipt wtargnąć chcieli na Wschód. Odparci, przeszli 
zwycięskim szlakiem całą Europę, a gdy wszystkie ludy 
kornie legły u ich stóp, gdy zdawało się, że nic nie zdoła 
powstrzymać tej przemożnej siły, ponowili od Północy 
niefortunną próbę, stanęli u wrót Azji i, tak jak niegdyś, 
musieli cofnąć się rozbici i zdziesiątkowani. Pod jakim 
wpływem, z jakich pobudek szukali wciąż nowych 
wrażeń, nowych a niezwykłych przygód? Nie byli to 
barbarzyńcy szukający lepszego klimatu, dogodniejszych 
siedzib, piękniejszego otoczenia, większych bogactw. 
Urodzeni pod błękitnym niebem Południa, nawykli do 
wygód i wszelkiego rodzaju dostatków, syci zaszczytów i 
godności bez wahania zostawiali wszystko i szli w 
nieznaną dal o głodzie i chłodzie, niepomni na ból, na 
kalectwo i śmierć! Czym wytłumaczyć, czemu przypisać 
to niezrozumiałe na pozór zjawisko? Działał tak 
nieprzeparty urok cesarskiego geniuszu, wiara w 
nieomylnego dotychczas wodza, chęć dokonania chlubnie 
rozpoczętego dzieła, nade wszystko zaś upajająca, ze 
wszystkich najpotężniejsza żądza sławy, która lekceważy 
nawet śmierć, aby tylko zdobyć nieśmiertelność!". 

W zbożnym milczeniu mijały szeregi pobojowisko, gdy 

wtem dostrzeżono wśród trupów straszliwą, okaleczała 
marę, która głośne wydawała jęki. Był to żołnierz fran- 

background image

cuski. Raniony w obie nogi, zapomniany i opuszczony 
wśród trupów, schronił się w krwawym kadłubie zabitego 
konia, potem w ciągu pięćdziesięciu dni krzepił się mętną 
wodą z pobliskiego strumienia, w który się stoczył, a 
karmił się ohydną, trudną do nazwania strawą. Ci, którzy 
zajęli się nim, twierdzą, że ocalał i do zdrowia powrócił. 

Nieco dalej, w Kołocku, ujrzano po raz wtóry klasztor, 

czy też raczej olbrzymi szpital, napełniony po brzegi 
ludzką  męką i niedolą. Pod Borodino panowała 
wprawdzie niepodzielnie śmierć, lecz panowała także i 
cisza, głęboka, bezbrzeżna cisza. W Kołocku walka wciąż 
trwała: walczyły ze śmiercią nieszczęsne ofiary wojny, 
mocowały się ostatkiem sił i tchu, pozbawione wszelkich 
wygód, wszelkich najniezbędniejszych nawet środków 
ratunku. Nie brakło tam jeno rozkazów niewykonalnych, 
jeśli zważymy dane warunki i okoliczności, idących 
zresztą ze zbyt wysoka i ze zbyt daleka, aby istotnie 
mogły być wykonane. 

Jednakowoż mimo głodu, zimna i nędzy — poświęce-

nie kilku lekarzy i nie wygasła jeszcze iskierka nadziei 
utrzymywały przy życiu znaczną liczbę chorych i ran-
nych. Lecz gdy spostrzegli mijające ich szeregi bratnie, 
gdy zrozumieli, że ich opuszczamy, że znika wszelka 
nadzieja, najmniej chorzy powlekli się za próg, wzdłuż 
drogi, błagalnie wyciągając ku nam wychudłe dłonie. 

Cesarz wydał rozkaz, iżby każda bez wyjątku pod-

woda, każdy wóz i furgon zabierał co najmniej po jed-
nym rannym; najsłabsi zaś pozostać mieli tak jak w 
Moskwie pod opieką rannych oficerów rosyjskich, którzy 
dostawszy się do niewoli, leczeni byli w ambulansach 
francuskich. Osobiście doglądał cesarz wykonania tego 
rozkazu. Wraz ze świtą ogrzał się przy ognisku, 
podsycanym szczątkami wyprzężonych jaszczyków. Od 
rana już często powtarzający się huk eksplozji świadczył 
o licznych, a przymusowych ofiarach w prochu i 
amunicji. 

Podczas tego postoju popełniona została ohydna zbrod-

nia. Kilku ciężej rannych oficerów i żołnierzy umiesz-
czono na wózkach wiwandierów, mimo protestu i szem-
rania tych nędzników, którzy obładowawszy się w Mos-
kwie łupami, niechętnie nowy przyjmowali ciężar: wobec 
groźby jednak — umilkli. Lecz gdy ruszyły szeregi, gdy 
armia opuszczać jęła Kołock, zwolnili kroku i zna- 

background image

lazłszy się z dala od wojska, wrzucili wszystkich chorych 
do przydrożnych, głębokich rowów, na niechybną 
śmierć. Jeden tylko spośród nich, generał, żył jeszcze tak 
długo,  że doczekał się nadejścia pierwszych wozów i 
zbrodnię ujawnił. Okrzyk zgrozy wydarł się wówczas ze 
wszystkich ust, niebawem doszedł uszu cesarza, gdyż w 
owaj chwili cierpienia nie były jeszcze tak niezmierne i 
tak powszechne, aby stłumić w duszach ludzkich 
wszelką litość i miłosierdzie, aby znieczulić je 
całkowicie na jęki i ból. 

Wieczorem tegoż dnia kolumna cesarska zbliżyła się do 

Gżacka. Na trakcie gęsto leżały liczne zwłoki  świeżo 
pobitych Rosjan. Zauważono,  że wszystkie głowy roz-
łupane były w ten sam sposób, a mózg rozpryśnięty 
dookoła. Wiedzieli wszyscy, że dwa tysiące jeńców ro-
syjskich szło przodem, pod strażą Hiszpanów, Portugal-
czyków i Polaków. Zależnie od usposobienia każdy re-
agował inaczej na tę bezlitosną rzeź: jedni oburzali się, 
inni aprobowali, inni wreszcie obojętni byli i głusi na 
wszystko. W najbliższym otoczeniu cesarza posępna za-
legła cisza. Jeden tylko Caulaincourt, nie mogąc poha-
mować miotających nim uczuć, wykrzyknął: „Że jest to 
niesłychane okrucieństwo!  Że tak właśnie wygląda owa 
cywilizacja, którą chcemy krzewić  wśród Rosjan! Co 
powie na to naród rosyjski? Czyż nie zostawiamy poza 
sobą chorych i rannych? Któż obroni ich, jeśli nieprzy-
jaciel zechce skorzystać z prawa krwawego odwetu?". 

Napoleon posępny nie odpowiedział nic, lecz nazajutrz 

zabójstwa ustały całkowicie. Poprzestano odtąd na za-
mykaniu nieszczęsnych jeńców w szopach, w których 
spędzali zazwyczaj noc, a w których konać mieli z głodu 
powolną, straszną  śmiercią. Niewątpliwie było to rów-
nież wielkie okrucieństwo. Położenie było wszakże bez 
wyjścia. Nieprzyjaciel nie chciał przystać na wymianę 
jeńców, cesarz zaś obawiał się puścić ich ze względu na 
nędzę wojsk naszych, która nie powinna była dojść do 
wiadomości Kutuzowa; zresztą przyłączywszy się do 
swoich  ścigaliby nas razem z nimi. W tej zaciekłej, 
nieubłaganej walce, walce na śmierć i życie — okru-
cieństwo spowodowane zostało koniecznością, wyjątko-
wo groźną i niebezpieczną sytuacją. Konieczności takiej 
nie było po stronie Rosjan, a jednak nie traktowali oni 
lepiej naszych jeńców. 

O zmierzchu dotarła armia do Gżacka. Ten pierwszy 

background image

mroźny dzień był jednocześnie dniem smutku i bolesnych 
wzruszeń:  żałosny widok pobojowiska i dwóch 
opuszczonych szpitali, setki wysadzonych w powietrze 
jaszczyków, krwawe trupy pomordowanych Rosjan, nad-
mierna forsowność marszu, głód i zimno — wszystko to 
posępny wytwarzało nastrój. Odwrót zaczynał nabierać 
wszelkich cech ucieczki, zadawał  kłam bohaterskiej le-
gendzie cesarskich orłów! 

Wśród sprzymierzeńców naszych niektórzy cieszyli się 

w głębi duszy z porażki nie zwyciężonego dotychczas 
wodza. Z małostkowością, wrodzoną niższym moralnie 
jednostkom, zazdrościli mu oni świetnego losu, którego 
wybraniec zazwyczaj nie umie zachować miary, godząc 
w tak drogą ludziom równość. Niebawem jednak umilkły 
złośliwe szepty; wobec ogólnej klęski i niedoli pierzchła 
zawistna radość. 

Zraniona duma Napoleona wniknęła od razu w tajniki 

myśli tych ludzi. Podczas krótkiego postoju w szczerym 
polu, na grudzie, wśród rozsianych dookoła francuskich i 
rosyjskich szczątków, potęgą wymowy swojej zrzucić 
chciał z siebie okropne brzemię odpowiedzialności za 
tyle i takich nieszczęść. Toczącą się wojnę przypisywał w 
pierwszym rzędzie: ...„Wojnę sprowokował ten minister 
carski, duszą i ciałem zaprzedany Anglii! On to podszedł 
zdradziecko Aleksandra i Francję! Na niego też spaść 
powinna cała ohyda wszystkich okropności tej 
kampanii!". 

Powyższe słowa, wypowiedziane w obecności dwóch 

generałów francuskich, pozostały bez odpowiedzi: słu-
chano ich w milczeniu, z poszanowaniem należnym 
władzy i nieszczęściu. Lecz książę Vicenzy, szczery zaw-
sze i gwałtowny, gniewnie i niedowierzająco pokiwał 
jeno głową, a cofnąwszy się natychmiast, przerwał  tę 
niezmiernie przykrą rozmowę. 

W dwa dni po opuszczeniu Gżacka wchodził cesarz do 

Wiążmy na dłuższy nieco wypoczynek. Celem pobytu w 
Wiaźmie było połączenie się z korpusem księcia 
Eugeniusza i Davouta oraz obserwacja drogi, wiodącej od 
Modynia i Juchnowa, która w tym właśnie punkcie 
przecina trakt smoleński: tą boczną drogą nadciągnąć 
miała od Małojarosławca armia rosyjska. Lecz l listo-
pada, po trzydziestu sześciu godzinach ciągłego wypa-
trywania, nie doczekawszy się nawet forpocztów nie-
przyjacielskich, Napoleon ruszył w dalszą drogę. 

background image

Dusza cesarza wahała się między nadzieją,  że Kutu-

zow zaprzestał pościgu, a obawą,  że po to tylko ominął 
Wiaźmę, aby wyprzedzić Wielką Armię i zagrodzić jej 
drogę opodal Drohobuża. Zostawił jednak Neya w Wia-
źmie dla osłony czwartego korpusu i zluzowania zmę-
czonych pułków Davouta na tylnych strażach. 

Zbytnia jakoby powolność i oględność Davouta iryto-

wała Napoleona, zarzucał on mu nadmiar systematycz-
ności, pedantyzm nie licujący bynajmniej z równie nie-
regularnym, na tysiączne przeszkody narażonym mar-
szem, z gniewem podkreślał też przestrzeń dzielącą mar-
szałka od Wiążmy, która zdaniem cesarza winna była 
wynosić trzy, a nie pięć marszów dziennych. 

Zapomniał snadź,  że trakt, którym postępowały tylne 

straże, nierówny był i błotnisty;  że wskutek gołoledzi 
wszędzie, gdzie droga szła w dół, osuwały się i staczały 
wozy i działa;  że na stokach pagórków po lodowatej 
powłoce  ślizgały się  źle podkute kopyta końskie;  że tak 
konie, jak ludzie dyszeli wtedy ostatkiem tchu, 
przewracając się co chwila; że gdy tylko padł jaki koń. 
zgłodniali  żołnierze rąbali go natychmiast na ćwierci i 
piekli te krwawe ochłapy przy ogniu, podsycanym 
szczątkami wozów i furgonów. 

Wówczas artylerzyści, kanonierzy i oficerowie — wy-

chowani wszyscv niemal w słynnej na świat cały szkole 
wojskowej — przepędzali tych nieboraków i wyprzęgali 
konie z własnych pojazdów i furgonów, ażeby tylko 
ocalić działa. A gdy brakło koni, zaprzęgali się sami i 
ciągnęli co sił. nie szczędząc trudu. Krążące w pobliżu 
oddziały kozackie, nie dość odważne, aby atakować, 
zwiększały nieład i rozprzężenie gęstymi salwami z 
lekkich polowych armatek, wiezionych na saniach. 

Pierwszy korpus, utracił już był dziesięć tysiecy ludzi. 

Jednakowoż, dzięki nadludzkim niemal ofiarom i wy-
siłkom, wicekról i książę Eckmühl stanęli 2 listopada o 
dwie mile od Wiążmy. Lecz pod osłona zwodniczych 
mroków tejże nocy. od stronv Małojarosławca. gdzie 
nasz odwrót powstrzymywał ich odwrót, nadciągnęły 
forpoczty rosyjskie: obeszły bokiem oba korpusy fran-
cuskie oraz korpus Polaków Poniatowskiego — a mi-
nąwszy nasze biwaki, rozciągnęły się wzdłuż lewego 
flanku drogi, na owej dwumilowej przestrzeni między 
Wiaźmą a wojskami Davouta i Eugeniusza. 

background image

Forpocztami dowodził Miłoradowicz, zwany „rosyjskim 

Muratem". Niezwykle popularny wśród rodaków swoich, 
był to — zdaniem ich — żołnierz z krwi i kości, nie-
zmordowany i mężny, równie urodziwy jak Murat i tak 
jak on stale przez los faworyzowany. Nie imały się go 
kule ani pociski, nigdy żadnej nie odniósł rany, jak-
kolwiek ubito pod nim kilka koni. a tuż obok niego rozle-
gały się niejednokrotnie jęki konających i rannych. 
Gardząc zasadami sztuki wojennej, jako gorący zwo-
lennik nie uplanowanej z góry, częstokroć zgoła nie 
przewidzianej akcji, zwolennik zasadzek i napaści, par-
tyzanckiej niejako walki, zależnej całkowicie od wa-
runków, terenu i okoliczności — Miłoradowicz walecz-
nym był wodzem, lecz nie umiał rządzić sprawami ani 
publicznymi, ani osobistymi, był znanvm w kraju utra-
cjuszem, co dziwniejsze zaś, człowiekiem równocześnie 
rozrzutnym i uczciwym. 

Na czele dwudziestu tysięcy  żołnierzy Miłoradowicz i 

Płatow bronili nam dostępu do Wiaźmy. 

3 listopada przed świtem ruszył książę Eugeniusz ku 

miastu, poprzedzany przez artylerię i tren, gdy wtem 
dzienny brzask ukazał mu pułki nieprzyjacielskie na 
tyłach naszych i na lewym flanku, z drugiej zaś strony — 
na równinie poprzewracane wozy i maruderów 
uciekających w popłochu przed lancami ułanów ro-
syjskich. Jednocześnie koło Wiaźmy głuchy huk armat-
nich strzałów  świadczył  aż nadto wymownie, że mar-
szałek Ney, który miał so wesprzeć, zaniechawszy z ko-
nieczności wszelkiej akcji zaczepnej, bronił już tylko 
miasta i zajmowanej przez się pozycji. 

Jako zdolny i doświadczony wódz, którego nic za-

skoczyć nie zdoła, wicekról rozejrzał się natychmiast w 
sytuacji i obmyślił plan defensywy. Stanęła tedy ko-
lumna: dywizje zawróciły wstecz i uszykowały się z pra-
wej strony traktu, ażeby odeprzeć szeregi rosyjskie, które 
usiłowały nas zepchnąć  z  drogi w szersze pole. Na 
prawym skrzydle armii włoskiej Rosjanie byli opanowali 
już w jednym punkcie trakt, gdy Ney wysłał przeciw nim 
pułk jazdy, który zaatakował ich z tyłu i zmusił do 
ucieczki. 

Równocześnie Compans, jeden z generałów Davouta, 

łącznie z tylnymi strażami wicekróla przedarł się przez 
szeregi nieprzyjacielskie i wpadł w najgorętszy wir 
walki! Davout zaś błyskawicznie cofnął się poza nim 

background image

lewą stroną traktu, następnie trakt przekroczył, 
wyprzedził naszych i stanął na lewym skrzydle, między 
Wiaźmą a nieprzyjacielem. Książę Eugeniusz ustąpił mu 
z kolei bronionej dotąd pozycji i przeszedł na przeciw-
ległą stronę drogi. Nieprzyjaciel spróbował wówczas 
osaczyć ich, obchodząc oba skrzydła. 

Dzięki odwadze żołnierzy i talentom militarnym do-

wódców oba korpusy, tak włoski, jak francuski, wpraw-
dzie nie zdołały jeszcze zapewnić sobie dalszego od-
wrotu, w każdym razie uzyskały możność skutecznej 
obrony. Liczba żołnierzy zdatnych do boju wynosiła 
jeszcze około trzydziestu tysięcy. Lecz w pierwszym 
korpusie, korpusie Davouta, panował bezład i 
rozprzężenie: pośpieszny, zgoła nie przewidziany 
przebieg walki, nagłość obrotów nieprzyjacielskich, głód 
i wycieńczenie, zwłaszcza zaś fatalny przykład 
bezbronnych, pozbawionych koni jeźdźców, którzy 
rozpierzchli się na wsze strony na wpół obłąkani ze 
strachu — wszystko to podziałało ujemnie, rozluźniając 
karność i dyscyplinę. 

W mniemaniu, że Francuzi cofają się, nieprzyjaciel 

ponowił atak. Artyleria rosyjska liczniejsza i lepiej od 
naszej obsłużona pognała galopem, otaczając nas ze-
wsząd i morderczym prażąc ogniem, podczas gdy baterie 
francuskie, które zawrócono od bram Wiaźmy, wlokły 
się powoli i z trudem. Tymczasem Davout i jego 
generałowie wiedli w ogień sprawne i nieustraszone 
pułki starych wiarusów. Liczni oficerowie z ranami nie 
zagojonymi jeszcze od krwawego starcia pod Borodino, 
jeden z ręką na temblaku, drugi z obandażowaną  głową 
— nawoływali do boju najdzielniejszych, krzepiąc 
słowem i przykładem najsłabszych.  Ławą ruszyli też na 
baterie rosyjskie i zmusili je do odwrotu, zabrawszy im 
trzy działa. Nieprzyjaciel ustąpił, maruderzy zaniechali 
ucieczki; szlachetna ofiara krwi własnej i życia pożądany 
wywarła wpływ, zwalczyła zło w zarodku. 

Czując wówczas, że nieprzyjaciel wymyka mu się z rąk, 

Miłoradowicz zażądał posiłków. I tutaj również misji 
wysłannika podjął się Wilson, obecny wszędzie, gdzie 
tylko można było działać na szkodę Francji. On to 
pośpieszył uwiadomić Kutuzowa. Sędziwy feldmarszałek 
wypoczywał tymczasem przy wtórze głuchych salw ar-
matnich i stłumionych oddaleniem odgłosów walki. Misja 
Wilsona spełzła wszelako na niczym; próżnymi były 
namowy i perswazje namiętnego Anglika, który, obu- 

background image

rzony, nazwał Kutuzowa zdrajcą i groził, że natychmiast 
wyśle jednego ze swoich Anglików do Petersburga, aby 
o tej zdradzie powiadomić Aleksandra i jego sprzy-
mierzeńców. 

Lecz ani rzeczowa argumentacja, ani nawet groźby nie 

dały pożądanych wyników: bądź to pod wpływem po-
wszechnej niedoli, pożarnymi dymami osnutej, bądź też 
dlatego, że ta najbardziej ponura i najostrzejsza pora roku 
zwiększała starczą niemoc znużonego organizmu, 
nakłaniając do nadmiernej ostrożności tam, gdzie nie 
było nic do stracenia, i do zbyt wielkiej opieszałości w 
chwilach istotnie ważnych, wymagających szybkiej i 
stanowczej decyzji — dość  że w dalszym ciągu trwał 
Kutuzow w swoim uporze. Tak jak pod Małojarosław-
cem zdawał się wierzyć niezachwianie, że sam tylko 
klimat pokonać zdoła Napoleona, że w owym czasie 
zima nie dokuczyła jeszcze dostatecznie cesarzowi i 
Wielkiej Armii, że natomiast prędzej czy później srogie 
mrozy Północy pomszczą ruinę i krzywdę narodu ro-
syjskiego. 

Własnemu pozostawiony losowi, Miłoradowicz usiło-

wał przerwać linię bojową Francuzów, dziesiątkując 
gęstymi strzałami mocno już przetrzebione szeregi Eu-
geniusza i Davouta. Echa walki, toczącej się w oddali na 
tyłach ich prawego skrzydła, zaniepokoiły obu do-
wódców. Sądzili bowiem, że z tej strony drogą, która 
wiodła do Juchnowa, a której bronił Ney, nadciągała 
reszta armii rosyjskiej. 

Były to tylko forpoczty. Ponieważ jednak ta bitwa na 

tyłach trwała już od siedmiu godzin i krótki dzień 
zimowy miał się ku końcowi, w mniemaniu, że bagaże 
zdołały już cofnąć się poza Wiaźmę, bojąc się nadto, aby 
ich nie odcięto, wicekról i książę Eckmühl nakazali 
odwrót. Widok ustępujących regimentów francuskich stał 
się hasłem do ponownej szarży. Korpus Davouta ocalał li 
tylko dzięki osłonie pobliskiego wąwozu oraz 
nieustraszonemu męstwu  żołnierzy 25, 57 i 85 pułku. 
Mniej gwałtownie zaatakowany książę Eugeniusz uszedł 
co rychlej poza Wiaźmę. Niezwłocznie jednak ruszyli za 
nim Rosjanie. Zaledwie weszli do miasta, gdy Davout, 
ścigany przez dwudziestotysięczną armię, prażony og-
niem osiemdziesięciu dział ukazał się na przedmieściach. 

Przodem szła dywizja Moranda. Nieświadoma grożą-

cego jej niebezpieczeństwa, sądząc, iż bitwa całkowicie 

background image

jest ukończona, szybkim szła krokiem, gdy wtem z bo-
cznych ulic runęły znienacka pułki rosyjskie. Zasko-
czenie było zupełne, zmieszały sią szeregi. Aczkolwiek z 
trudem, Morand zdołał wszelako przywrócić  ład. Dy-
wizja uszykowała się ponownie, a odpowiadając celnymi 
strzałami na salwy nieprzyjacielskie, przedarła się po-
przez wrogie zastępy. 

Ostatnia z kolei szła dywizja Compansa i ona dokonała 

dzieła. Atakowany przez najwaleczniejsze oddziały 
kozaków Miłoradowicza, Compans bez wahania zawró-
cił, osobiście stanął na czele swych ludzi, zniósł szeregi 
rosyjskie, a gdy walka nieco przycichła, w dalszą puścił 
się drogę. Bitwa ta przysporzyła sławy jednostkom, ale 
szkodliwa była i ujemna w skutkach dla ogółu wojsk 
naszych. Zarówno rozprzężenie, jak i brak jedności 
ważną odegrały tu rolę. Zbyt wielka liczba samodziel-
nych wodzów rozluźniła karność, a mnożące się — czę-
stokroć sprzeczne — rozkazy i dyspozycje uniemożli-
wiały zwycięstwo. Dopiero około godziny drugiej po po-
łudniu zebrali się dowódcy na wspólną naradę, lecz mimo 
narady akcja niejednolitą była i niezgodną. 

A gdy zapadł wreszcie zmierzch, gdy rzeka, miasto, 

obopólne zmęczenie i korpus Neya odgrodziły od nie-
przyjaciela zdziesiątkowane i krwawe regimenty, przy 
migotliwym  świetle obozowych ognisk jęto liczyć zabi-
tych i rannych. Ocalał wprawdzie honor, lecz straty były 
niezmierne: padło blisko cztery tysiące ludzi, zabrano 
nam i zniszczono kilkanaście dział, liczne wozy i 
furgony. Chcąc przywrócić jaki taki ład, trzeba było 
wszystko zmienić, wszystko przeinaczyć. Z każdego po-
szczególnego pułku pozostał zaledwie batalion, z każ-
dego batalionu — zaledwie pluton. Osowiałym wzrokiem 
spoglądali żołnierze na nowe kadry, nowych kamratów i 
nowych, obcych sobie oficerów. 

Przyświecała tej posępnej reorganizacji pożarna  łuna 

płonącej Wiaźmy, wtórował jej daleki, jak gdyby pod-
ziemny huk armat Neya i Miłoradowicza, leśne budzący 
echa, dźwięczący ponuro w nocnej pomroce. Kilka-
krotnie grały na alarm trąbki, a żołnierskie dłonie chwy-
tały za broń. Nikt wszakże nie atakował i noc przeszła 
spokojnie. Lecz gdy nazajutrz uformowały się szeregi, 
wszyscy bez wyjątku dziwili się,  że tak nieliczni są,  że 
brak tylu najdzielniejszych żołnierzy. 

Mimo strat jednak, mimo nędzy i głodu — bliskość 

background image

Smoleńska i przykład, jaki dawali oficerowie, podtrzy-
mywały ducha w armii. Działał również ożywczo czysty 
błękit pogodnego nieba i złoty blask słońca, tego wie-
czystego źródła nadziei i życia, które zdawało się prze-
czyć otaczającym nas zewsząd bolesnym scenom 
śmierci i rozpaczy. 

Lecz 6 listopada, rankiem, błękit zasnuwa się mgłą; od 

północy nadciągają szare, ciężkie chmury; grubymi 
płatami padać zaczyna śnieg. Sam Bóg żąda snadź osta-
tecznej zguby naszej! Niebawem pod śnieżną powłoką 
wszystko innych nabiera kształtów, wszystko zmienia 
się i zlewa w bezkresie omglonych pól. Najmniejsza 
przeszkoda rośnie i olbrzymieje, giną  ścieżki i drogi. 
Podczas kiedy żołnierz bierze się za bary z zimnem i 
szalejącą dookoła zawieruchą, gnane wiatrem białe 
płatki  ścielą się wszędzie; zasypują jary, wyrwy i 
rozpadliny; gotują setkom istnień ludzkich chłodną 
mogiłę. A gdy nie znać już nic, gdy zasypane już 
wszystko, pod ciężkim butem żołnierskim osuwa się 
zdradziecka biel — na wieczny, nieprzerwany sen. 

Na próżno odwracają się kamraci: śnieg miecie prosto 

w oczy, pod lodowatym tchnieniem nawałnicy wzbijają 
się co chwila śnieżne tumany; straszliwa zima Północy w 
tej nowej postaci zażarty toczy bój z żałobnymi 
szczątkami świetnych niegdyś pułków, przenika wskroś 
lekkie odzienie, chłodem  ścina na wpół bose stopy. 
Przemoczone mundury okrywa wnet szklista, lodowa 
powłoka; drętwieją wszystkie członki; silny wiatr tamuje 
dech w piersiach; na brodach i wąsach osiadają sople 
lodu. 

Drżąc z zimna, nieszczęśni żołnierze idą wciąż. Wkrót-

ce jednak odmawiają posłuszeństwa zesztywniałe nogi, a 
pierwsza napotkana przeszkoda, kamień, leżąca w po-
przek drogi gałąź czy też bratni trup — stają się przy-
czyną zguby. Kto upadł raz, ten na próżno jęczy: nie 
podnosi się już więcej: białe puchy otulają go szczelnie, 
w cmentarne ścielą się mogiłki, coraz wyższe, coraz 
liczniejsze. Najodważniejsi, czy też może najbardziej 
obojętni, przechodzą mimo, odwracając głowę. Lecz 
przed nimi, za nimi, dookoła nich zaległa jeno głucha 
cisza, jeno śnieżne tumany, jeno olbrzymi, śmiertelny 
całun, którym przyroda zdaje się okrywać armię. Na tle 
szarego nieba rysują się ostre, smukłe sylwetki 
świerków, ich ciemna zieleń, nieruchome, w dół opu- 

background image

szczone konary, które uzupełniają niejako bolesny widok 
męki ludzkiej i ogólnej martwoty, których szum jest 
jedyną pieśnią, zawodzącą nad głowami tych zmarłych i 
tych konających! 

Wszystko nawet własna broń, nawet owe zwycięskie 

karabiny, które pod Małojarosławcem raz jeszcze przy-
sporzyły nam sławy, a które odtąd służyć miały li tylko 
do obrony, wszystko jęło zwracać się przeciw armii. 
Skostniałe dłonie nie mogły utrzymać ciężkich giwerów; 
palce, pozbawione ruchu niezbędnego do zachowania 
resztek życia i ciepła, przymarzały do kurków. Ci, którzy 
przewróciwszy się zdołali jeszcze powstać, powstawali 
zazwyczaj bezbronni; przy upadku bowiem gięły się lufy, 
pękały kolby lub też broń ginęła w śnieżnych zaspach. 

Wzrastała nieustannie liczba maruderów, ciągnących 

gromadą lub pojedynczo, ludzi wszelkiej broni i wszel-
kiej narodowości, których nie podłe tchórzostwo, lecz 
głód i zimno przywiodły do decyzji. W tej beznadziejnej, 
ogólnej i indywidualnej walce, ulegając przemożnym 
instynktom samozachowania — odbieżeli pułkowych 
Sztandarów i pokonani, bezbronni szli oto w nieznaną 
dal, na tułaczkę, być może na śmierć! 

Wielu spośród nich zboczyło z traktu i rozpierzchło się 

polnymi drogami po okolicy, w nadziei, iż zdołają 
znaleźć tam kęs chleba i dach nad głową. Lecz w pro-
mieniu siedmiu do ośmiu mil wszystko zburzone było, 
wszystko zrównane z ziemią. Zamiast chleba i dachu, 
straszliwa czekała ich śmierć z ręki kozaków i uzbrojo-
nych chłopów, którzy obdzierali ich z odzieży i wśród 
dzikiego  śmiechu porzucali nagich na śniegu. Chłopi 
rosyjscy, podburzani przez Aleksandra i Kutuzowa, nie 
umieli szlachetnie pomścić ojczyzny, jak wprzód nie po-
trafili jej obronić; zorganizowani w luźne partie, pod 
Osłoną leśnych gąszczy ciągnęli za armią, po obu stro-
nach traktu. Wszyscy ci, których nie dosięgły kozackie 
lance lub chłopskie siekiery, musieli tedy wracać na 
trakt, na cmentarny, trupami usiany szlak. 

Nadeszła wówczas noc, długa, szesnastogodzinna noc! 

Lecz wśród tych śnieżnych, jednakowo białych 
przestrzeni nie wiadomo, gdzie zatrzymać się, gdzie 
spocząć, gdzie szukać jakichkolwiek jadalnych jarzyn, 
czym rozniecić ogień! W końcu jednak znużenie, nocny 
mrok oraz powtarzane kilkakrotnie rozkazy zatrzymały 
tych, 

background image

którym ich własna siła ducha i ciała oraz przykład do-
wódców dozwoliły utrzymać się w szeregach. Niedobitki 
rozłożyły się obozem. Ale i tutaj również szalejąca wciąż 
burza unicestwiła pierwsze przygotowania do noclegu. 
Osędziałe świerki zamiast płomienia dawały jeno dym, a 
grube płaty  śniegu, który w dalszym ciągu sypał bez 
przerwy, gasiły ognie biwaków i wraz z nimi tlejące 
jeszcze w duszach ludzkich nadzieję, ostatki sił i odwagi. 

Gdy rozgorzały wreszcie ogniska, oficerowie i żołnie-

rze poczęli krzątać się koło żałosnej wieczerzy; pieczono 
nad ogniem krwawe ochłapy chudej, żylastej koniny; 
niektórzy, bardziej od innych przez los faworyzowani, na 
wodzie ze stopionego śniegu warzyli żytnią zacierkę. 
Nazajutrz rano dookoła wygasłych,  śniegiem przysy-
panych palenisk leżały liczne zwłoki zmarzniętych pod-
czas snu żołnierzy, okoliczne zaś pola usiane były tru-
pami kilku tysięcy koni. 

Począwszy od tego pamiętnego noclegu każdy jął liczyć 

tylko na siebie, na własnych jedynie polegać siłach. W 
łonie wrażliwej, kulturalnej, rzec można nawet 
przecywilizowanej armii, wśród jednostek o duszach 
namiętnych, a płomiennej wyobraźni, szybko krzewił się 
bezład, niesubordynacja i zniechęcenie. Co dnia tedy, na 
każdym biwaku, przy każdym trudniejszym przejściu 
umykały coraz liczniejsze grupki dezerterów. Lecz ofi-
cerowie, podoficerowie i garść wytrzymałych, jak stal 
hartownych szeregowców, oparli się zwycięsko tej za-
razie tchórzostwa i niekarności. Dzielni ci ludzie wza-
jemnie dodawali sobie otuchy, powtarzając nazwę 
Smoleńska, który coraz bliższy był, w którym wynędz-
niałe szeregi dostać miały wszystko: strawę, odzienie i 
broń. 

Wśród  śnieżnej zamieci, która zapowiadała jeszcze 

większe mrozy, bez względu na godność i rangę, a za-
leżnie od usposobienia, wieku i temperamentu, każdy, 
zarówno oficer, jak prosty żołnierz, zachowywał lub 
tracił wewnętrzną równowagę, moc ducha, spokój i 
energię. Wśród wodzów naszych ci, którzy dotychczas 
największą odznaczali się surowością, którzy przestrze-
gali najskrupulatniej obowiązujących przepisów, którzy 
byli uosobieniem dyscypliny, porządku i systematycz-
ności, w owych dniach klęski i próby, zrozpaczeni ogól-
nym rozprzężeniem, najprędzej podupadli na duchu, 

background image

a sądząc iż wszystko stracone bezpowrotnie, pierwsi 
skłaniali się do dezercji. 

Między Gżackiem a Michalewskiem, wioską leżącą na 

drodze z Drohobuża do Smoleńska, w kolumnie cesars-
kiej nie zaszło nic godnego uwagi. Zanotować można 
jedynie fakt masowego wyzbywania się wszystkich łu-
pów z Moskwy wywiezionych. Liczne działa, starodaw-
na, cenna broń, srebra i tkaniny oraz olbrzymi, pozłocisty 
krzyż z wieży Wielkiego Iwana zatopione zostały w 
nurtach Semlewskiego Jeziora. Owe zwycięskie trofea, 
sława i skarby, z takim trudem zdobyte wszystko to, co 
zdobi i upiększa  życie, nieznośnym zaciężyło brze-
mieniem: jak okręt ginący w morskich odmętach, w 
przepastnej, bezdennej topieli, armia otoczona zewsząd 
zakrzęsłą falą  śnieżnych zasp odrzucała bez wahania 
wszystko, co mogło opóźnić i utrudnić odwrót! 

Dzień 3 i 4 listopada spędził Napoleon w Sławkowie. 

Zarówno wypoczynek, jak i obawa, że odwrót ten po-
czytany będzie za ucieczkę, rozpłomieniły wyobraźnię 
cesarza. Wydał rozkazy, mocą których nasze tylne straże, 
cofające się w pozornym nieładzie, wciągnąć miały 
Rosjan w zasadzkę, gdzie on zgnieść je miał doszczętnie. 
Niebawem wszakże cesarz zajął się czym innym i rozkaz 
cofnięto. 5 listopada dotarł do Drohobuża. W magazy-
nach miejskich znalazł znaczny zapas młynków ręcz-
nych, obstalowanych niegdyś dla armii, a bezużytecz-
nych teraz wobec zupełnego braku wszelkiego ziarna. 
Wówczas to powstał plan zajęcia kwater naszych w Smo-
leńsku. 

Nazajutrz 6 listopada, opodal Michalewska, w chwili 

gdy zrywać się poczynały pierwsze podmuchy strasz-
liwej  śnieżycy, nadjechał hrabia Daru, a wkrótce liczne 
widety otoczyły półkolem cesarza. 

Tegoż dnia pierwsza od dziesięciu dni sztafeta, która 

zdołała przedostać się do armii, przywiozła była hrabie-
mu nieoczekiwane wieści o dziwnym spisku uknutym w 
Paryżu, w głębi więziennej celi, przez nie znanego dotąd 
generała. Jedynym spólnikiem Maleta była fałszywa 
wiadomość o całkowitym pogromie Wielkiej Armii oraz 
podrobiony rozkaz aresztowania ministra, prefekta policji 
i komendanta Paryża. Wszystko powiodło się 
najzupełniej, dzięki energii spiskowców, ogólnej 
nieświadomości i zdumieniu. Zaledwie jednak rozeszła 
się wieść o istotnych celach spisku, uwięzieni zostali 

background image

wszyscy, tak konspiratorzy, jak i ci, którzy dali im wiarę. 

Napoleon równocześnie dowiedział się o zbrodni i o 

karze, jaką ponieśli przestępcy. Wszystkie spojrzenia po-
biegły wtedy w stronę cesarza, śledząc chciwie wrażenie, 
wywołane smutną nowiną. Lecz nic z twarzy jego nie 
wyczytali. Siłą woli tłumił w sobie cesarz niepokój, żal i 
gniew, a zwracając się do hrabiego z tymi słowy: „No, a 
gdybyśmy byli pozostali nadal w Moskwie!" — wszedł 
czym prędzej do otoczonej częstokołem chaty, w której 
mieścił się poprzednio urząd poczty liniowej. 

Dopiero gdy znalazł się w otoczeniu najwierniejszych, 

najbardziej zaufanych oficerów, prysł sztuczny spokój, 
wybuchnęły na zewnątrz gwałtowne, z trudem powścią-
gane wzruszenia! Wkrótce potem przywołać kazał kilku 
innych wodzów, aby ocenić sposób, w jaki przyjęta zo-
stała wiadomość o spisku. Ze smutkiem ujrzał ból i 
trwogę, i zachwianą wiarę w trwałość jego rządów. Do-
wiedział się, że konsternacja wielką była; że oficerowie z 
lękiem spoglądali w przyszłość;  że obawiano się wzno-
wienia krwawych dni Wielkiej Rewolucji, wznowienia 
straszliwego okresu społecznych i politycznych przewro-
tów. Wojna otaczała nas zewsząd; zewsząd groziło nam 
niebezpieczeństwo, widmo klęski i zagłady. 

Byli wszelako i tacy, którzy cieszyli się z otrzymanej 

nowiny w nadziei, iż przyśpieszy ona powrót cesarza do 
Francji i położy kres dalszym wyprawom. Niepokój 
wewnątrz kraju zapewnić miał spokój na zewnątrz. 
Wkrótce jednak, wobec nędzy i głodu, umilkły szepty, 
zaprzestano narad i dyskusji. Co się zaś tyczy Napoleona, 
to celem i ośrodkiem wszystkich myśli jego był obecnie 
Paryż; machinalnie też podążał ku Smoleńskowi, gdy 
nagłe przybycie adiutanta Neya przywróciło mu 
świadomość czasu i miejsca. 

Począwszy od Wiaźmy, Ney osłaniać  jął odwrót, ten 

niezapomniany odwrót, który okrył kirem żałoby tysiące 
rodzin, jego zaś nieśmiertelną otoczył chwałą! Aż do 
Drohobuża wojska nasze nie napotkały  żadnej poważ-
niejszej przeszkody; prócz drobnych utarczek z koza-
kami, którzy jak złośliwe muchy dybali na naszych 
ginących  żołnierzy i opuszczone wozy, a umykali, gdy 
dojść miało do starcia, nic nie przerywało smutnej 
jednostajności posępnego marszu! 

Nie tego wszakże dotyczył raport Neya. Zbliżając się 

background image

do Drohobuża, dostrzegł on liczne ślady rozprzężenia i 
nadużyć, jakich dopuściły się poprzedzające korpusy. 
Śladów tych nie był w stanie zatrzeć, a jakkolwiek 
oswoił się już z myślą zostawienia nieprzyjacielowi 
wozów i furgonów, widok pierwszych porzuconych ar-
mat wywołał na twarzy marszałka krwawy rumieniec 
wstydu i upokorzenia. 

Tuż pod miastem korpus jego rozłożył się obozem. Lecz 

gdy minęła wreszcie długa, straszna noc, w ciągu której 
rozpierzchła się większość zgłodniałych i zziębniętych 
żołnierzy, dzienny brzask, zazwyczaj tak niecierpliwie na 
biwakach wyglądany, oświetlił  śnieżną zamieć, 
nadciągające pułki nieprzyjacielskie i opustoszałe, 
wygasłe ogniska. Próżnymi były usiłowania Neya; bez-
owocnym nieustraszone jego męstwo. Mimo bohaterskie-
go oporu, garstka ofcerow i żołnierzy zmuszona została 
ujść czym prędzej poza Dniepr, ü tym właśnie pragnął 
marszałek uwiadomić cesarza, nie tając nic, nie szczę-
dząc  żadnych, najprzykrzejszych nawet szczegółów. 
Przyboczny adiutant Neya, pułkownik Dałbignac, po-
wiedzieć miał cesarzowi: „Ze, począwszy od Małojaro-
sławca, pierwszy krok wstecz zbił z tropu żołnierzy, 
którzy dotąd nigdy jeszcze nie cofali się; ze bitwa pod 
Wiaźma rzuciła posiew zniechęcenia i demoralizacji, a 
straszliwa  śnieżyca, jako zapowiedź srogiej i ciężkiej 
zimy, dokonała dzieła. 

Wielu generałów, pułkowników i kapitanów, oficerów 

wszelkiej rangi i wszelkiej broni, utraciwszy wszystko, 
plutony, bataliony, pułki, nawet dywizje pomnażało 
luźne bandy maruderów i włóczęgów, a brnąc pospołu z 
żołnierstwem przez śnieżne zaspy, łączyło się  bądź to z 
jedną, bądź z drugą gromadą; że wobec takiego bezładu i 
rozprzężenia nic ostać się nie mogło; że fatalny przykład 
działał ujemnie nawet na starych, w służbie osiwiałych 
wiarusów, nawet na te pułki, które pamiętały jeszcze 
wojny Wielkiej Rewolucji! 

Najlepsi, najodważniejsi żołnierze szemrają głośno, py-

tając, dlaczego oni tylko i wciąż oni przelewać muszą 
krew, ażeby innym zapewnić odwrót; dlaczego żądają od 
nich nieustannego poświęcenia, nieustannej ofiary 
Własnego zdrowia i życia, skoro ci, którzy niezdatni już 
są do boju, konają w najsroższych męczarniach, wszel-
kiej pozbawieni opieki; skoro owe nieprzeliczone furgo-
ny chorych i rannych, których wleczono za wo jskiem od 

background image

samej Moskwy, porzucano teraz na pewną śmierć, skoro 
okoliczne lasy i gaje rozbrzmiewają  żałosnymi jękami i 
rzężeniem konających! Jakaż czeka ich dola? W dzień 
nadludzkie wysiłki i trudy, forsowne marsze, ustawiczna 
walka; w nocy — ból i nędza; nigdy dachu nad głową; 
biwaki bardziej są mordercze od bitew; głód i zimno 
spędzają sen z powiek, a kto zaśnie, zmożony zimnem i 
głodem, ten nie obudzi się więcej. Złoty orzeł cesarski 
nie chroni już, lecz zabija! 

Po cóż więc nadal własną zasłaniać go piersią? W ja-

kim celu ginąć  tłumnie, zaściełać trupami drogi i pola? 
Lepiej rozpierzchnąć się od razu, a skoro uciekają wszys-
cy, skoro nie ma innego ratunku, uciekać wraz z nimi. 
Tchórze nie będą korzystali wówczas z krwawego znoju 
walecznych; jednakowe prawa przysługiwać  będą 
wszystkim; dla wszystkich jedna będzie męka i jedna 
niedola!" Na zakończenie Dalbignac podkreślić miał i 
uwydatnić całą grozę sytuacji, za której dalsze skutki i 
wyniki Ney nie chciał być odpowiedzialnym. 

Lecz Napoleon dostatecznie poinformowany był o 

wszystkim. To, co widział dookoła, na co patrzył nie-
ustannie, dawało mu miarę istotnego stanu rzeczy; czuł 
aż nadto dobrze, że nic nie zdoła uratować armii; że 
ginąć musi korpus za korpusem, pułk za pułkiem,  że 
prócz czoła kolumny nie ocaleje nikt. Przerwał też adiu-
tantowi w pół zdania, mówiąc: „Pułkowniku, nie pytałem 
cię o te szczegóły!" Dalbignac umilkł, zrozumiawszy, że 
wobec ogólnej, wówczas już niechybnej klęski, trzeba 
było oszczędzać resztki sił ludzkich, że cesarz obawiał 
się wszelkich skarg, aby nie pogłębiać depresji i znie-
chęcenia, równie dla obu stron szkodliwego. 

Całe zresztą zachowanie się Napoleona, jednakowe aż 

do końca, nakazywało szacunek. Poważny, milczący i 
zrezygnowany, mniej może od innych narażony na braki 
i dolegliwości fizyczne, bardziej natomiast zbolały i 
przygnębiony, dźwigał bez szemrania straszliwe brzemię 
niedoli i upokorzenia. 

W owej chwili nadciągnął ze Smoleńska konwój z 

żywnością, przysłany przez generała Charpentier. 
Bessičres zagarnąć chciał wszystko dla gwardii, lecz 
cesarz wyekspediować kazał niezwłocznie wozy i fur-
gony do tylnych straży, twierdząc: „że najpierw powinni 
nasycić się ci, którzy osłaniają i strzegą innych". 
Równocześnie polecił Neyowi „bronić się tak długo, aby 

background image

armia mogła dotrzeć do Smoleńska, wypocząć, odżywić 
się i zorganizować". 

Jeśli niektórzy pokrzepili się nadzieją rychłego wy-

poczynku, większość opuszczała szeregi, aby dorwać się 
czym prędzej do tego, co miało być kresem cierpień ich i 
nędzy. Co się zaś tyczy Neya, to czując, iż potrzebną jest 
ofiara i że on właśnie ma być poświęcony na ołtarzu 
ojczyzny, przyjął bez wahania niebezpieczną misję 
powierzoną mu przez cesarza. Od tej pory przestał 
przywiązywać zbytnią wagę do utraty furgonów i dział, 
które tylko zima mu wydzierała, i gdy podczas przeprawy 
przez Dniepr część armat utknęła wśród  śniegu i 
lodowych zwałów, u stóp stromych, oślizganych wy-
brzeży, nie oglądając się poza siebie przeszedł przez 
rzekę i zajął na przeciwległym brzegu stanowisko za-
czepne. 

Rosjanie dążyli tymczasem za nami pod osłoną lasu i 

pozostawionych przez nas wozów. Ostrzeliwali stamtąd 
żołnierzy Neya, którzy pod wpływem głodu i zimna, nie 
mogąc utrzymać w skostniałych dłoniach ciężkich 
karabinów, coraz liczniej rzucać poczęli broń i ratować 
życie ucieczką, choć niedawno jeszcze poczytaliby to 
sobie za niesłychaną hańbę. Lecz Ney skoczył wówczas 
za nimi, porwał pierwszy z brzegu karabin, a 
skrzyknąwszy uciekających, po raz wtóry poprowadził 
ich w ogień. Sam bił się jak lew, niepomny rodziny, 
bogactw swoich, tytułów i godności; pospołu z 
szeregowcami walczył z zaciekłością skazańca, który nie 
spodziewa się już niczego prócz rycerskiej, chlubnej 
śmierci! Nie zaniedbał wszelako obowiązków wodza; 
wykorzystał sumiennie właściwości terenu: stoki po-
bliskiego wzgórza i obszerny, częstokołem otoczony 
dom. Usiłowania marszałka poparli generałowie jego i 
pułkownicy, w pierwszym rzędzie Fezensac; nieprzy-
jaciel, który zamierzał  ścigać nas, został zmuszony do 
odwrotu! 

Męstwo i poświęcenie Neya zapewniły armii dwudzie-

stoczterogodzinne wytchnienie i spokojny marsz na 
Smoleńsk. Rosjanie ponowili jednak szarżę i zarówno 
następnego dnia, jak i później, w ciągu dni dziesięciu, nie 
ustawała bohaterska walka, nie milkły echa wystrzałów. 

13 listopada, opodal Smoleńska, dokąd Ney dotrzeć 

miał nazajutrz, w chwili gdy marszałek zawracał, ażeby 

background image

raz jeszcze odeprzeć atak pułków nieprzyjacielskich, 
wzgórza osłaniające jego lewe skrzydło zaroiły się nagle 
od uciekinierów. Obłędną chwyceni trwogą, nieszczęśni 
żołnierze pędzili na oślep i staczali się  aż do stóp Neya 
po śnieżnych, krwią zbryzganych stokach. Oddział koza-
ków, widny z daleka w pośrodku tego tłumu, wyjaśniał 
należycie przyczynę popłochu. Huknęły strzały. A gdy 
rozpierzchła się lotna jazda rosyjska, zdziwiony marsza-
łek ujrzał poza nią zbiedzoną, ze wszystkiego ogołoconą 
armię wicekróla. 

Począwszy od Drohobuża, towarzyszyli jej stale kozacy 

Płatowa. Zaraz za miastem książę Eugeniusz zboczył był 
z traktu na drogę wiodącą do Witebska, tę samą, którą 
przed dwoma miesiącami szły zwycięskie jeszcze pułki 
nasze. Wówczas jednak rzeka Wop' była wąskim, 
błotnistym strumieniem, obecnie zaś toczyła mętne 
wzburzone fale, które odbijały się z szumem o urwiste 
wybrzeża. Rozkopano tedy zmarznięty, śniegiem i lodem 
okryty brzeg, po czym wyszedł rozkaz rozebrania w cią-
gu nocy sąsiednich drewnianych domostw, ażeby 
uzyskać materiał potrzebny do budowy mostu. Lecz 
rozkaz wicekróla, który większą cieszył się sympatią 
aniżeli posłuchem, nie został wykonany. Pontonierzy 
zniechęcili się wkrótce napotykanymi trudnościami i gdy 
powrócił dzień, a wraz z nim kozacy, most, dwukrotnie 
zrywany przez lodową krę, nie był ukończony. 

Pięć do sześciu tysięcy karnego żołnierza, około dwu-

nastu tysięcy wszelkiego rodzaju maruderów, chorych i 
rannych, przeszło sto dział, jaszczyki z prochem i 
amunicją oraz liczne wozy i furgony tłoczyły się w 
pobliżu rzeki na znacznej przestrzeni. Mimo kry usiło-
wano przeprawić się wpław przez szumiący, groźny po-
tok. Pierwsze armaty dotarły szczęśliwie do przeciw-
ległego brzegu, lecz woda wzbierała nieustannie, a błot-
niste łożysko pogłębiało się coraz bardziej pod ciężarem 
dział i wozów. Utknął niebawem jeden furgon, za nim 
kilka innych i wszystko stanęło. 

Mijały tymczasem godziny. Najsilniejsze, najbardziej 

muskularne dłonie opadać  jęły bezwładnie; dokuczał 
głód i zimno, szarpali kozacy. Świadom całej grozy i 
beznadziejności położenia wicekról postanowił wówczas 
porzucić artylerię i wszystkie bagaże. Nadbrzeżna rów-
nina stała się widownią tragicznych, przejmujących scen. 
Właściciele mienia zawartego w wozach zdołali 

background image

zaledwie Wybrać najniezbędniejsze przedmioty i obju-
czyć nimi pozostałe jeszcze konie, gdy zwarty, wynędz-
niały tłum  żołnierzy otoczył co najbogatsze powozy, 
rozbijając kufry i skrzynie, mszcząc się niejako na tych 
skarbach za nędzę swoją i niedolę, nie chcąc pozostawić 
ich kozakom, którzy obserwowali wszystko z daleka. 

Szukano przede wszystkim zapasów żywności. Zesch-

nięty kawałek chleba lub garść  mąki znacznie większą 
przedstawiały wartość aniżeli hafty i złotogłowia, aniżeli 
cenne brązy i dzieła sztuki. A gdy nadszedł wieczór, gdy 
zmierzch okrył sinawą pomroką śnieżne pola, niezwykle 
ostrymi kontury rysowały się na tym tle zdeptane i 
pogardzane skarby, wykwit bogactwa i przemysłu dwóch 
najpotężniejszych stolic świata! 

Równocześnie większość kanonierów zrozpaczonych 

utratą dział zagważdżała armaty, rozrzucała proch i 
amunicję. Inni zaś, przytomniejsi, pragnąc walczyć do 
ostatka, usypali z prochu wąską, długą  ścieżkę, która 
wiodła w dal, poza bagaże, ku zostawionym na tyłach 
jaszczykom, a podpalona z chwilą ukazania się liczniej-
szych oddziałów kozackich spragnionych grabieży, 
wśród huku pękających bomb i druzgotanych na drzazgi 
jaszczyków, poniosła straszliwą 

śmierć w 

nieprzyjacielskie szeregi: jedni zginęli, inni rozbiegli się 
w popłochu. 

Kilkuset ludzi — szczątki 14 dywizji — osłaniać miało 

przeprawę  aż do dnia następnego, broniąc kamratów 
przed cisnącymi się zewsząd kozakami. Pozostali zaś 
żołnierze, intendenci, kobiety i dzieci, chorzy i ranni pod 
ogniem nieprzyjacielskim tłoczyli się na wybrzeżu, tuż 
nad rzeką. Lecz widok wezbranych wód i potężnych 
zwałów płynącej kry odstraszał wszystkich; każdy oba-
wiał się przeziębienia, ale bardziej jeszcze każdego trwo-
gą przejmowała myśl o zetknięciu się z zimnem lodo-
watych fal. 

Pierwszy wszedł do wody Włoch, pułkownik Delfanti. 

Za jego przykładem poszli żołnierze, za wojskiem — 
tłum. Tylko najsłabsi, najmniej zdeterminowani lub też 
ci, którzy przez chciwość nie chcieli rozstawać się ze 
swoimi skarbami, pozostali przy wozach i furgonach. Ci, 
co nie zdobyli się na porzucenie łupu i nie wzgardzili 
fortuną, która nimi wzgardziła, drogo opłacili tę chwilę 
słabości. Nazajutrz widziano, jak kozacy, którzy wciąż 
niesyci łupu zapragnęli jeszcze nędznego odzienia 

background image

swoich jeńców, obdarłszy ich do szczętu, nagich pędzili 
po śniegu, opornych poganiając drzewcami swoich lanc. 

Rozproszona, głodna i przemokła armia włoska noco-

wała na śniegu pod gołym niebem w pobliżu wioski, w 
której na próżno sztab i generalicja szukali kwater, 
żołnierze bowiem oblegali drewniane chaty i domostwa. 
Pod osłoną nocy, która mrokiem swym pokrywała 
wszystko, nie poznając dzięki niej swoich dowódców i 
sami przez nich nie poznawani, pragnąc za wszelką cenę 
ogrzać skostniałe członki, tłumnie rzucali się na chaty, 
wyłamywali drzwi i okna, krokwie i belki z dachów, 
niepomni tego, iż inni, starsi wiekiem i rangą, tak jak oni 
zmuszeni będą poprzestać na ogniu biwaków. 

Na próżno odganiali ich oficerowie. Lżeni, nawet bici, 

bez skargi, bez jęku wracali znów nieprzerwanie, wracali 
wszyscy, nie wyłączając królewskiej i cesarskiej gwardii. 
Co noc bowiem w całej armii powtarzały się takie sceny. 
Mimo gróźb i zakazów milczące postacie chwytały 
niestrudzenie belki, deski i bierwiona, rozbierając po 
trochu chaty i zabudowania, z których oficerowie musieli 
w końcu uchodzić, aby resztki nie runęły im na głowy. 
Była w tym dziwna mieszanina wytrwałości i poddania 
się, uporu i poszanowania dla władzy. 

A gdy zapłonęły wreszcie ogniska, przy których grzać 

się zaczął i suszyć  tłoczący się dookoła tłum nędzarzy, 
szeptom i westchnieniom wtórować poczęły krzyki, jęki i 
przekleństwa zarówno tych, którzy zdołali jeszcze prze-
prawić się przez rzekę, jak i tych, którzy staczali się w 
dół z oślizłych wybrzeży i ginęli w spienionym odmęcie. 
Nie przynosi zaszczytu nieprzyjacielowi naszemu fakt, że 
wśród takiej klęski kilkuset ludzi pozostałych o pół mili 
za wicekrólem i na drugim brzegu rzeki Wop' zdołało 
przez dwadzieścia godzin trzymać na wodzy nie tylko 
męstwo, ale i zachłanność kozaków Płatowa. 

Być może, iż przedtem jeszcze ataman przygotował 

wszystko, co zapewnić miało nazajutrz całkowite rozbi-
cie wojsk wicekróla. W rzeczy samej, gdy po 
forsownym, choć bezładnym marszu armia zbliżała się 
nazajutrz do Duchowszczyny, miasteczka, którego nie 
tknęła jeszcze dłoń podpalaczy, z murów miejskich 
wychynął na równinę znaczny oddział kozaków, zbrojny 
w lekkie polowe działa. 

background image

Jednocześnie Płatow zaatakował tylne nasze straże i 

oba flanki. 

Nikt nie zdoła opisać straszliwego popłochu, jaki 

wszczął się w owej chwili. Ciury obozowe, kobiety i 
maruderzy przewracali się i tratowali wzajemnie, roz-
pychając i łamiąc szeregi. Pod wpływem trwogi olbrzy-
mi, kilkunastotysięczny tłum kołysał się i przelewał jak 
wzburzona fala, głuchy na rozkazy i nawoływania. Zda-
wało się, iż wszystko już stracone. Lecz zimna krew 
księcia i usiłowania dowódców ocaliły armię. Doborowy 
żołnierz wysunął się naprzód, ponownie uformowały się 
szeregi. I gdy armia ruszyła, odpowiadając strzałami na 
salwy nieprzyjacielskie, Rosjanie, którzy górowali nad 
nami wszystkim prócz męstwa, rozstąpili się przed nami i 
cofnęli, poprzestając na czczych demonstracjach. Droga 
do Duchowszczyny była zdobyta. 

Zajęto w mieście kwatery dopiero co opuszczone przez 

nieprzyjaciela, który rozłożył się obozem w pobliżu Du-
chowszczyny, aby odtąd sprawiać nam podobne niespo-
dzianki na całej drodze do Smoleńska; od tej chwili 
bowiem kozacy postanowili ścigać armię cesarską. Na-
brali odwagi i otoczyli 14 dywizję. Gdy książę Eugeniusz 
ruszyć chciał z odsieczą, oficerowie i żołnierze leżący 
pokotem na ciepłym popiele ognisk obozowych odmówili 
posłuszeństwa. Dwudziestostopniowy trzaskający mróz i 
ostry wiatr Północy przenikał wszystkie członki, odbierał 
wszelką siłę i energię. Na próżno ukazywano im 
otoczonych zewsząd kamratów, zbliżające się pułki nie-
przyjacielskie i połyskliwy, coraz bliższy, coraz groź-
niejszy rój kul i kartaczy. Mimo nawoływań w zaciętym 
trwali uporze, twierdząc, iż wolą raczej śmierć aniżeli 
ciągłą mękę. Nawet warty zbiegły z posterunków. Książę 
zdołał wszelako ocalić swoje tylne straże. 

W owej właśnie chwili, niedaleko Smoleńska, ostatnie 

szeregi wicekróla zepchnięte zostały przez kozaków w 
stronę Dniepru ku wojskom Neya. Popłoch ogarnął 
wszystkich. Nie myśląc nawet o obronie, wylękły tłum 
cisnął się nad rzekę, do mostu, gdy wtem szarża 4 pułku 
zatrzymała Rosjan. 

Komendant czwartaków, młody Fezensac, energią swo-

ją i zapałem ożywił przygnębionych, na poły skostnia-
łych żołnierzy. Duch zdobył przewagę nad ciałem. I tam, 
gdzie instynkt samozachowawczy doradzał bunt i uciecz-
kę, gdzie wszystko się zdawało przemawiać przeciw 

background image

jakiejkolwiek walce, krótka wzmianka o godności i ho-
norze stała się hasłem do najwaleczniejszych, najbardziej 
bohaterskich czynów. 

Biegiem ruszył 4 pułk na nieprzyjaciela, krwią  własną 

skraplając  śnieżne stoki zajmowanego przez Rosjan 
wzgórza, borykając się z mroźnym wiatrem Północy. Ney 
zmuszony był nawet poskramiać i hamować zbytni zapał. 

Nagłej tej przemiany dokazał Fezensac. Pod wpływem 

słów pułkownika żołnierze nieśli w ofierze własne zdro-
wie i życie, aby tylko nie uchybić tradycjom swoim i 
ideałom, aby nie zejść z drogi męstwa i chwały. Słowa te 
może wydają się tutaj zbyt szumne, bo znikomą jest 
sława szeregowca, który ginie samotnie na obcej dalekiej 
ziemi, wspomniany z niechęcią czy też z żalem przez 
szczupłą garstkę kamratów. Lecz wszystko jest względne: 
te same uczucia, te same namiętności wspólne są 
wszystkim ludziom, zarówno gromadce, jak gromadzie, 
bez względu na sferę społeczną, umysłowość i stano-
wisko; wszędzie jednakie działają pobudki, jednakowe 
rządzą prawa i aprobata bratniego plutonu tak samo 
działa na żołnierza, jak aplauz całej armii na generałów! 

W oddali zamajaczyły nareszcie mury Smoleńska, owej 

ziemi obiecanej, która miała być kresem cierpień i 
niedoli, głodu i niewywczasów, która przygarnąć miała 
litościwie ten tłum steranych nędzarzy, ogrzać ich i na-
karmić, zaopatrzyć w zapasy żywności, w obuwie i nowe, 
do klimatu dostosowane, odzienie! 

Jedynie gwardia oraz szczupła garść starych wiarusów 

pozostały wówczas wierne pułkowym sztandarom; reszta 
zbiegła, dążąc czym prędzej ku miastu. Tysiące ludzi, 
przeważnie bezbronnych, tłoczyły się na obu stromych 
brzegach Dniepru, tysiące obiegły mury i bramy miasta. 
Lecz wynędzniałe, od brudu i prochu czarne twarze, 
podarte mundury i pokrywające je dziwaczne różno-
barwne  łachmany, wstrętny wygląd i nie mniej odraża-
jąca zaciekłość przeraziły załogę Smoleńska. W obawie 
grabieży i nadużyć bramy miejskie zostały zamknięte! 

Sądzono również, iż tym właśnie sposobem będzie 

można zapobiec rozprzężeniu, rabunkowi i gwałtom. W 
łonie nieszczęsnej, zdziesiątkowanej armii zawrzała 
straszliwa walka między  ładem a rozprzężeniem. Na 
próżno płakał, zaklinał i błagał  tłum zgłodniałych nę-
dzarzy, na próżno groził i usiłował wyłamać bramy, na 

background image

próżno wyciągał zmartwiałe dłonie i osuwał się z jękiem 
u podnóży murów. Załoga głucha była na płacz i prośby. 
Dezerterzy czekać musieli na przybycie pierwszego nie 
rozpierzchniętego jeszcze korpusu. 

Była to stara i młoda gwardia. Za gwardią dopiero 

miały wejść do miasta owe luźne gromady. Zarówno 
dezerterzy, jak i korpusy przybyłe pod Smoleńsk między 
8 a 14 listopada w mniemaniu, iż rozmyślnie opóźniono 
otwarcie bram miejskich, ażeby zapewnić gwardii lepszą 
strawę i wygodniejsze kwatery, poczęli szemrać i 
złorzeczyć: „Że ustawicznie podporządkowani są gwar-
dii, tej próżniaczej gwardii, która w pierwszym szeregu 
staje jedynie podczas rewii i uroczystości wojskowych, 
która mężna jest tylko wobec rozdawanych krzyżów i 
awansów,  że armia poprzestawać musi zawsze na reszt-
kach, zawsze czekać, aż gwardia nasyci się i wypocz-
nie!". Zapomnieli wszelako, iż wobec ogólnej klęski 
należało strzec i chronić jedynego korpusu, który zacho-
wał się w całości i który w razie naglącej potrzeby 
stanowić miał ostatnią ucieczkę ginącej armii. 

Gdy odemknięto w końcu bramy Smoleńska, niepomny 

setek trupów i konających towarzyszy, którzy zaściełali 
brzegi Dniepru i śliskie stoki wzgórz wiodących do 
górnej części miasta, tłum pobiegł ku składom i ma-
gazynom. Lecz i tutaj również zawarły się przed nimi 
wszystkie wrota. „Skąd jesteście? z jakiego korpusu? z 
jakiego pułku? Intendenci, odpowiedzialni przed wła-
dzami wojskowymi za zawartość magazynów, wydawać 
mogą zapasy jedynie tym oficerom, którzy zaopatrzeni są 
w odpowiednie legitymacje i kwity, tutaj zaś nie ma 
wcale oficerów, jeno żołnierze zbiegli spod sztandarów, 
nieświadomi losu własnych pułków." Taką bowiem była 
w owej chwili dola dwóch trzecich całej armii. 

Zewsząd odpychany, tłum  żądny grabieży rozpierzch-

nął się po mieście. Wszędzie jednak, z każdego kąta 
wyzierały głód i nędza. Na ulicach walały się szkielety 
pobitych koni, szczątki powyrywanych drzwi i futryn 
okiennych, którymi podsycano ogniska biwaków, setki 
wozów i bryczek, z których chorzy i ranni jęcząc przy-
zywali pomocy. Nigdzie kawałka chleba, nigdzie dachu 
nad głowami ni drzewa na opał. Zawiodły rachuby, 
prysły ostatnie złudzenia: zamiast ciepłych, wygodnych 
kwater zwodnicze ruiny, zimniejsze jeszcze i bardziej 
wrogie aniżeli mroczny gąszcz opuszczonych dopiero co 
lasów. 

background image

Dezerterzy szukać  jęli wówczas pułków swoich i dy-

wizji. Lecz nim dotrzeć zdołali do szeregów, nie stało już 
chleba ani mięsa, ani też sucharów. Przyobiecano im 
nieco  żytniej mąki, suszonych jarzyn i wódki. Tylko 
dzięki nadludzkim niemal wysiłkom straży stojącej u 
wrót magazynów obeszło się bez bratobójczej walki. A 
gdy po długich i nużących formalnościach wydzielono 
nareszcie nędzną strawę,  żołnierze nie odstawiali jej do 
pułków, lecz jak drapieżne zwierzęta rzucali się na worki 
z mąką i uchodzili z łupem, aby zaspokoić w ukryciu 
okropny, szarpiący głód. Tak samo ginęły baryłki z 
wódką. Nazajutrz zaś domy pełne były sztywnych, 
wynędzniałych zwłok ludzkich. 

Smoleńsk, ów wyśniony, z taką  tęsknotą wyglądany 

Smoleńsk, kres wszelkich cierpień i wszelkiej nędzy, stał 
się początkiem nowych niedoli! Przed nami ciągnął się 
długi,  żałobny, krwią zbryzgany szlak, którym trzeba 
było przedzierać się jeszcze czterdzieści dni. Ponura 
wizja beznadziejnej przyszłości cieniem zasnuła wszyst-
kie źrenice; słabsze, bardziej sterane jednostki ulękły się i 
zginęły, inne zaś, w wewnętrznym buncie moc czerpiąc i 
energię, postanowiły wszystko zwalczyć, wszystko 
przetrwać, wbrew przemożnej doli, za wszelką cenę 
własne ocalić życie! 

Zależnie od warunków i okoliczności wydzierali odtąd 

przemocą lub też zabierali podstępem konającym 
towarzyszom broni strawę, odzienie, nawet złoto, którym 
ci obładowali się zamiast żywności. Po czym, ażeby 
ocalić plon nikczemnej grabieży, kryjąc pod osłoną niez-
nanego nazwiska, zdartego na strzępy, trudnego do roz-
poznania munduru i ciemnej nocy swoją zbrodnię i tchó-
rzostwo, rzucali szeregi i uchodzili w dal! Byłbym 
niewątpliwie przemilczał te ohydy, gdyby nie to, że 
poprzednio już podano je do wiadomości publicznej, i to 
w przejaskrawionej formie. Na szczęście fakty te były 
nieliczne, a winowajcy zostali ukarani. 

9 listopada przybył cesarz do Smoleńska, 14 zaś w 

dalszą ruszył drogę. Liczył na dwutygodniowy wypo-
czynek oraz na zaopatrzenie stutysięcznej armii w żyw-
ność i furaż. Tymczasem mięsa nie było wcale, a mąki, 
ryżu i wódki starczyć mogło zaledwie dla pięćdziesięciu 
tysięcy. Gniew cesarza zwrócił się wówczas przeciw 
jednemu z urzędników intendentury. Długo klęcząc u 
stóp Napoleona nieszczęsny urzędnik zdołał jakoś 

background image

wyprosić się od srogiej kary. Być może, iż przytoczone 
przezeń powody bardziej wymownymi były od łez jego i 
próśb. 

„Przybywszy do Smoleńska, zastał już w mieście liczne 

bandy maruderów, którzy ciągnęli śladem armii jak stado 
drapieżników, wszystko po drodze niszcząc i pustosząc. 
Ludzie marli tutaj z głodu tak samo, jak w głębi lasów i 
na pustych rozłogach. Gdy przywrócono nieco ładu, 
Żydzi pierwsi ofiarowali swoje usługi dla zaopatrzenia 
magazynów w niezbędne zapasy. Szlachetniejsze 
pobudki skłoniły później kilku magnatów litewskich do 
czynnego współudziału w tej akcji. Ukazały się wreszcie 
pierwsze wozy konwojów, idących z Niemiec. Lecz 
większość wozów utknęła wśród piaszczystych równin 
Litwy, te zaś, które doszły, zawierały dwieście pięćdzie-
sięciokilogramowych miar mąki i ryżu. Za wozami cią-
gnęło kilkaset włoskich i niemieckich wołów." 

„Tymczasem szerzyć się poczęły choroby. Zmarli rzu-

cali wśród  żywych posiew śmierci. Straszliwa woń roz-
kładających się trupów, które piętrzyły się po domach, 
ogrodach, i dziedzińcach, zatruwała powietrze. Zarówno 
urzędnicy, jak wojskowi dziwnej podlegali chorobie: 
jedni jak gdyby postradali rozum, bądź to rzewnym 
zanosili się  płaczem, bądź też nieprzytomni spoglądali 
dookoła osłupiałym, bezmyślnym wzrokiem. Inni zaś ze 
zjeżonym, mokrym od potu włosem konali wśród jęków i 
przekleństw, wśród okropnych konwulsji lub okrop-
niejszego jeszcze śmiechu." 

„Równocześnie trzeba było ubić czym prędzej wszyst-

kie niemal woły przyprowadzone z Niemiec i z Włoch; 
nie chciały bowiem ruszać się ani jeść; oczy ich głęboko 
zapadłe bliski zapowiadały koniec. Zabijane nie starały 
się nawet uniknąć morderczych ciosów. Potem przyszły 
inne niepowodzenia: nieprzyjaciel przychwycił wiele 
konwojów, złupił wiele magazynów, ostatnio zaś w po-
bliżu Karsnego zabrał nam osiemset wołów." 

„Oprócz tego — dodał ów człowiek — należało rów-

nież wziąć w rachubę znaczną liczbę oddziałów, które 
przeszły przez Smoleńsk, dłuższy pobyt marszałka Vic-
tora z dwudziestoośmiotysięcznym korpusem oraz pięt-
nastoma tysiącami chorych i rannych, wreszcie olbrzymi 
tłum wolontariuszów i maruderów, chroniących się w 
mieście przed wojskami nieprzyjacielskimi. Wszystkich 
tych ludzi trzeba było wyżywić, magazyny wydzielały 

background image

co dnia około sześćdziesięciu tysięcy porcji. Poza tym 
wysłano wielkie zapasy żywności traktem moskiewskim 
aż do Możajska i traktem kałuskim aż po Jelnię." 

Niektóre z przytoczonych faktów istotnie zgodne były z 

prawdą. Inne jeszcze magazyny wznosiły się wzdłuż 
drogi między Smoleńskiem, Mińskiem i Wilnem. Oba te 
miasta, bliższe Wisły i korpusów rezerwowych, stano-
wiły jeszcze ważniejsze centra aprowizacyjne niż Smo-
leńsk. Nieprzebraną była ilość rozdawanej żywności, 
nadludzkimi wysiłki intendentury i trenu, rezultat zaś 
niemal  że ujemny. Wszystko tonęło w bezkresie nie-
zmiernych przestrzeni. 

Tak giną wielkie przedsięwzięcia własnym przygnie-

cione ciężarem! Chcąc wznieść się ponad czas, klimat i 
przestrzeń, ludzką przekroczywszy miarę, geniusz Na-
poleona zbłądził w przestworach i, jakkolwiek wielki, w 
końcu uległ! 

Zresztą porywy cesarza były jeno wynikiem koniecz-

ności. Aż nadto dobrze zdawał sobie sprawę z losu, jaki 
czekać mógł armię. Jedynie Aleksander zawiódł jego 
rachuby. Nawykły do błyskawicznych zwycięstw i trium-
falnych pochodów, sądził, iż tutaj również nic nie zdoła 
mu się oprzeć i wszystko na jedną postawił kartę. Tkwił 
w nim zawsze płomienny duch wodza spod piramid, 
spod Marengo, Ulm i Esslingen; duch Korteza, rycerska 
moc Wielkiego Macedończyka, który wbrew armii spalił 
swoją flotę, dążąc uparcie ku tajemnym urokom niez-
nanego Wschodu! Gestem godnym cezara wyzywał do 
walki przemożną dolę! 

Tymczasem porażka nasza pod Winkowem, ów nagły 

atak Kutuzowa tuż pod Moskwą, stała się hasłem do 
straszliwego odwetu. Pożar zemsty ogarnął niebawem 
całą Rosję. Wojska nieprzyjacielskie zajęły stanowisko 
zaczepne. Od razu zarysował się wyraźnie ogólny plan 
ich dalszej kampanii. Mapy wojskowe nabrały strasz-
liwej wymowy. 

18 października, w tejże samej chwili gdy baterie Ku-

tuzowa niweczyły sny o nieśmiertelnej sławie oraz po-
kojowe zamiary Napoleona, w odległości stu mil od 
naszego lewego skrzydła Wittgenstein atakował Połock, 
w przeciwnym zaś kierunku, dwieście mil poza prawicą 
wojsk naszych, Czyczagow znosił Schwarzenberga, po 
czym obaj, jeden od północy, drugi od południa, usiło-
wali połączyć się opodal Borysowa. 

background image

Oba te korpusy nieprzyjacielskie bliskie już były tego 

najobronniejszego punktu na drodze między Moskwą a 
Wilnem, gdy Napoleon oddalony o 12 dni marszu 
borykał się wciąż jeszcze z zimnem, głodem i całą nie-
mal armią rosyjską. 

Do Smoleńska dochodziły zaledwie głuche wieści o za-

grożeniu Mińska, gdy oficerowie, którzy brali czynny 
udział w bitwie pod Połockiem, zgoła nieoczekiwane, a 
zastraszające przywieźli nowiny. 

Po bitwie stoczonej 18 sierpnia na rosyjskim brzegu 

Dźwiny, bitwie, która przyniosła Saint-Cyrowi marszał-
kowską laskę — wojska nasze zajęły Połock tudzież wa-
rowny obóz, broniący dostępu do miasta. 10 paździer-
nika, po trzydniowej bohaterskiej rozprawie, podczas 
której czternastotysięczny korpus francuski, mężny sta-
wiając opór przeszło pięćdziesięciu tysiącom nieprzyja-
ciół pod wodzą Wittgensteina i Steinheila, zabił lub zra-
nił dziesięć tysięcy Rosjan, a w tym sześciu generałów, 
Saint-Cyr, ciężko ranny, zmuszony był ustąpić z placu 
boju i cofnąć się w kierunku Smoleńska. 

Z jednej więc strony: utrata Połocka, Dźwiny i Witeb-

ska oraz nadciągający do Borysowa Wittgenstein. Z dru-
giej: porażka Baraguay-d'Hilliers'a i rozbicie brygady 
marszałka Augereau, czyli otwarcie drogi do Jelni i 
Krasnego, drogi, na której Kutuzow łacno mógł nas 
wyprzedzić, tak jak to uczynił pod Wiaźmą. Na tyłach 
naszych: zniweczenie armii księcia Eugeniusza po prze-
prawie przez Wop'. Wreszcie niepomyślne wieści od 
Schwarzenberga, który zawiadomił cesarza, że w myśl 
instrukcji z góry płynących obowiązany jest osłaniać 
Warszawę, odsłaniając tym samym Mińsk i Borysów — 
magazyny i linię odwrotu Wielkiej Armii. 

Cesarz austriacki zdawał się współdziałać z Rosją na 

zgubę własnego zięcia. 

 

background image

VII 

 

KRASNE  -  DOMNIEMANA ZAGŁADA KORPUSU 

NEYA 

d pięciu dni przebywał Napoleon w 
Smoleńsku. Wiedziano, iż Ney otrzymał 
rozkaz jak najpóźniejszego przybycia do 
miasta, a Eugeniusz — dwudniowego pobytu 
w Duchowszczynie. „Nie czekano zatem na 

armię  włoską! Czemu więc przypisać ową zwłokę, 
niepojętą wobec ogólnej nędzy i głodu, wobec srogiej 
zimy i coraz bliższych, coraz bardziej natarczywych 
korpusów nieprzyjacielskich?" 

„Kiedy my sięgaliśmy ku sercu rosyjskiego kolosa, on 

nie opuścił potężnych ramion wyciągniętych ku Bał-
tykowi i Morzu Czarnemu. Czy teraz, kiedy nie zdoła-
liśmy ugodzić go śmiertelnie, lecz sami otrzymaliśmy 
cios morderczy, on pozostanie bierny? Czyż w tej tra-
gicznej dla nas chwili nie zdusi nas w tych groźnych 
ramionach?  Łudzimy się,  żeśmy go obezwładnili, prze-
ciwstawiając mu Austriaków na południu i Prusaków na 
północy? Raczej w ten sposób skrępowaliśmy tych 
Polaków i Francuzów, którym przyszło działać wraz z 
owymi niebezpiecznymi sprzymierzeńcami". 

„Ale nie szukajmy źródeł zła tak daleko: czy Napoleon 

nie dostrzegł, jak uradowali się Rosjanie, kiedy przed 
trzema miesiącami upierał się przy Smoleńsku, zamiast 
skierować się w prawo na Jelnię i odciąć armię rosyjską 
od jej stolicy? Czy obecnie, kiedy wojna przeniosła się 
znowu na te same tereny, Rosjanie, którzy działają tutaj 
ze swobodą, jakiej nam brakowało, popełnią ten sam błąd 
co my? Czy będą trzymać się za nami, skoro mogą nas 
wyprzedzić i odciąć nam odwrót?" 

background image

„Czyżby Napoleon nie chciał uznać w Kutuzowie god-

nego sobie współzawodnika? Czyżby warunki żadnej nie 
uległy zmianie? Czyż wszystko nie sprzyjało Rosjanom 
tam, gdzie obecnie wszystko nam jest przeciwne? Czyż 
rozbita przez nieprzyjaciela brygada marszałka Augereau 
nie była dla Rosjan dostateczną wskazówką? Jakiż jest 
cel pobytu w spalonym i spustoszonym Smoleńsku, skoro 
nie ma ani kwater, ani też żadnych zapasów?" 

„Cesarz  łudzi się zapewne, że ta pięciodniowa zwłoka 

nada porażce wszelkie pozory powolnego i chlubnego 
odwrotu! Nie wiedząc, czy zdoła wyjść z miasta, udając, 
że jeszcze tu wróci, wydaje rozkaz zburzenia okalających 
je murów i wieżyc, aby, jak mówi, nie zatrzymywały go 
dłużej na miejscu." 

„Czyni to w tym celu, ażeby kanonierzy zdążyli podkuć 

odpowiednio konie swoje i przygotować zaprzęgi? Jak 
gdyby można  żądać jakiejkolwiek pracy od ludzi 
wyczerpanych głodem i forsownym marszem, znękanych 
nędzą i chorobą; od nieszczęśników, których kuźnie 
zepsute są lub opuszczone, którym brak zresztą ma-
teriałów potrzebnych do tak znacznego dzieła." 

„A może cesarz spowodował ową zwłokę dlatego jeno, 

aby wypchnąć ku przodowi, z dala od niebezpieczeństwa 
i od szeregów, obciążający balast zdemoralizowanego 
żołnierstwa; dlatego, aby skupić najlepsze, najhartow-
niejsze jednostki i ponownie armię zorganizować! Jak 
gdyby możliwym było zaprowadzenie jakiegokolwiek 
ładu dookoła ognisk obozowych, wśród rozproszonych 
niedobitków wszelkiej broni i wszelkiej narodowości, jak 
gdyby możliwa była reorganizacja dogorywających, 
niczym nie spojonych korpusów, które pod lada dot-
knięciem rozsypać się miały w proch." 

Takie oto w najbliższym otoczeniu Napoleona były 

szepty i uwagi czy też raczej tajemne rozmyślania ofi-
cerów. Mimo wszystko bowiem, wśród największych 
nieszczęść, wśród krwawej pożogi ogólnego buntu, w 
ciągu następnych dwóch lat pozostali oni wierni złotym 
orłom cesarskim! 

Cesarz przedsięwziął wszelako próbę, która niezgorsze 

dała wyniki: postanowił zebrać pod komendę jednego 
wodza szczątki świetnej niegdyś jazdy. Lecz z trzydziestu 
siedmiu tysięcy jeźdźców, którzy tak niedawno 
przeprawili się przez Niemen, zaledwie tysiąc ośmiuset 

background image

stanęło do apelu. Reszta albo poległa, albo od dawna 
postradała konie. Dowództwo nad nimi objął Latour-
Maubourg. Bądź to pod wpływem znużenia, bądź też 
istotnego uznania dla zasług generała nikt nie pro-
testował. 

Co się zaś tyczy Latour-Maubourga, to przyjął on ten 

zaszczyt — czy raczej brzemię — bez radości i bez żalu, 
ze zwykłym siebie, niewzruszonym spokojem. 
Szczególniejszy był to człowiek: zawsze gotów do czynu, 
spokojny i pracowity, uczciwości nieposzlakowanej, pro-
stych i surowych obyczajów, małomówny i skromny, 
wśród największego rozprzężenia cicho i sumiennie 
spełniał swoje obowiązki, na nikogo się nie oglądając, 
nigdzie nie szukając poparcia. Dodać należy, ku tym 
większej chwale naszego stulecia, że wbrew przewi-
dywaniom doszedł równie wysoko i równie szybko, jak 
inni towarzysze broni. 

Skromna ta reorganizacja, częściowe rozdawnictwo za-

pasów zawartych w magazynach, rabunek reszty, wzglę-
dny odpoczynek, jakiego zażył cesarz i gwardia, znisz-
czenie większości artylerii i bagaży, wreszcie wysłanie 
licznych a różnorodnych zaleceń i rozkazów, oto mniej 
więcej jedyny plon tego nieszczęsnego pobytu. Urzeczy-
wistniły się całkowicie złowieszcze przeczucia. Głód roz-
proszył wkrótce zebranych z niemałym trudem kilkuset 
żołnierzy. Wybuch min podłożonych pod mury żadnej 
prawie nie wyrządził szkody, wyganiając jedynie z mia-
sta maruderów i włóczęgów, którzy uporczywie ciągnęli 
za wojskiem. 

Porzucono maruderów, kobiety oraz kilka tysięcy cho-

rych i rannych. I w chwili gdy porażka marszałka Augs-
reau pod Jelnią wykazała aż nadto dobitnie, że Kutuzow, 
przechodząc z kolei do ofensywy, rozciągnął ją nie tylko 
na trakt, że z Wiążmy przez Jelnię  dążył prosto do 
Krasnego, kiedy już  łatwo było przewidzieć,  że armia 
będzie musiała przedzierać się przez zwarte i zwycięskie 
szeregi rosyjskie, wówczas dopiero, 14 listopada, 
szczątki Wielkiej Armii — trzydzieści sześć tysięcy ludzi 
— opuszczać poczęły Smoleńsk. 

Młoda i stara gwardia liczyły pospołu dziewięć do 

dziesięciu tysięcy piechoty i dwa tysiące jazdy; Davout, 
czyli pierwszy korpus, pięć do sześciu tysięcy; książę 
Eugeniusz — pięć tysięcy, książę Poniatowski — ośmiu-
set ludzi; Junot — siedmiuset; Latour-Maubourg — pię- 

background image

ciuset. Do kadrów regularnej armii można było zaliczyć 
jeszcze niespełna tysiąc lekkiej jazdy i pięciuset spie-
szonych kawalerzystów. 

W ciągu dwudziestu pięciu dni od czasu wyjścia z 

Moskwy stutysięczna armia została tedy zredukowana do 
trzydziestu sześciu tysięcy ludzi! Artyleria utraciła już 
trzysta pięćdziesiąt dział. A jednak owe znikome szczątki 
nosiły nadal miano ośmiu poszczególnych korpusów i 
obciążone były olbrzymim, a bezbronnym tłumem 
sześćdziesięciu tysięcy maruderów i długim taborem 
dział i bagaży. 

Nie wiadomo, czy ten nadmiar wozów i maruderów, 

czy też raczej — a to ostatnie bardziej jest prawdopo-
dobne — fałszywie pojęta pewność siebie skłoniły ce-
sarza do jednodniowej zwłoki między wymarszem jed-
nego korpusu a drugiego. Jakkolwiek bądź, zarówno on 
sam, jak Eugeniusz, Davout i Ney, kolejno opuszczali 
Smoleńsk. Ney wyjść miał z miasta dopiero 16 albo 17. 
Otrzymał rozkaz przepiłowania i zakopania porzuconych 
dział, zniszczenia amunicji i wysadzenia w powietrze 
narożnych wieżyc twierdzy. 

Tymczasem Kutuzow stał pod bronią o kilka mil poza 

miastem, gotując się do ostatecznego rozbicia roz-
proszonych i odosobnionych korpusów. 

14 listopada około godziny piątej z rana kolumna 

cesarska wyruszyła nareszcie ze Smoleńska. Równym i 
szybkim jeszcze szła krokiem, lecz milcząca była i po-
nura jak ta głucha noc zimowa, która legła całunem na 
obumarłej, skostniałej ziemi. 

Milczenie przerywał od czasu do czasu jedynie odgłos 

razów spadających na grzbiety i boki końskie. Później 
dopiero na skraju jarów, gdy ludzie, konie i działa 
poczęły w ciemności staczać się w dół po śliskich, ob-
marzłych stokach, ozwały się krzyki i przekleństwa. Po 
dwudziestu dwóch godzinach forsownego marszu i nad-
ludzkich wysiłków artyleria gwardii zdołała ujść za-
ledwie pięć mil. 

Ta pierwsza kolumna dotarła jednakowoż bez wielkich 

strat do Korytni, którą wyminął Junot na czele swoich 
Westfalczyków, niegdyś siedemdziesięciu dziewięciu 
tysięcy — dziś siedmiuset ludzi. Wysłano podjazdy w 
kierunku Krasnego. Ranni i maruderzy bliscy byli już 
nawet Lądów. Korytnia leży w odległości pięciu mil od 
Smoleńska, Krasne — pięć mil od Korytni, 

background image

Lady — cztery mile od Krasnego. Między Korytnią a 
Krasnem, o dwie mile od traktu, z prawej jego strony, 
płynie Dniepr. 

Opodal Korytni inna droga — wiodąca z Jelni do 

Krasnego — zbliża się do traktu. Drogą  tą nadciągnął 
tegoż dnia Kutuzow na czele dziewięćdziesięciu tysięcy 
ludzi; otoczył i wyprzedził Napoleona, bocznymi droży-
nami, które łączą drogę z traktem, liczne wysyłał for-
poczty. 

Sam zaś z resztą wojska stanął poza forpocztami, ra-

dując się niepomiernie z wyniku dotychczasowych ma-
newrów, które byłyby zresztą chybiły celu, na skutek 
jego opieszałości, gdyby nie nasza nieopatrzność. Był to 
bowiem dzień obustronnych pomyłek, jeno że nasze 
większymi były i dlatego zostaliśmy pobici. Wódz ro-
syjski mniemał tedy, że ma w ręku całą armię francuską i 
że nikt mu nie ujdzie. Stało się jednak inaczej. Podeszły 
wiek Kutuzowa upomniał się o swoje prawa. Połowicznie 
tylko i źle wykonane zostały mądre jego plany. 

Podczas kiedy nas zewsząd otaczały groźne pułki nie-

przyjacielskie, w nędznej chłopskiej chacie, ostatnim 
domostwie, jakie pozostało z całej Korytni, Napoleon 
wypoczywał spokojnie, jak gdyby ignorując lub lekce-
ważąc ową ruchomą falę ludzi, koni i dział. Tak przy-
najmniej sądzić należy wobec faktu, iż  żaden z trzech 
korpusów, przebywających jeszcze w Smoleńsku, nie 
otrzymał nowych wskazówek ani instrukcji. O świcie 
dopiero wyruszył cesarz w dalszą drogę. 

Na przedzie kolumny cesarskiej szły luźne bandy ma-

ruderów, chcąc jak najszybciej dotrzeć do Krasnego, a 
tak dalece żadnych nie zachowywano ostrożności, że gdy 
o dwie mile od tego miasta, po naszej lewicy, od 
pobliskich wzgórz aż w poprzek traktu ukazały się 
szeregi kozackie, żołnierze nasi stanęli zdumieni. Zda-
wało im się w pierwszej chwili, że na śnieżnym tle 
dalekich pól zawistna jakaś, a przemożna dłoń skreśliła tę 
długą, czarną linię, która na zawsze odgrodzić ich miała 
od Europy, niwecząc wszelkie złudzenia i wszelką 
nadzieję. 

Niektórzy zapatrzeni uporczywie w jeden jedyny cel, z 

wzrokiem utkwionym w dal, głusi już i obojętni na 
wszystko, zarówno na rozkazy, jak na przestrogi, mimo 
nawoływań poszli prosto na kozaków. Inni zbili się 

background image

w gromadki. Francuzi i Rosjanie obserwowali się wza-
jemnie. Niebawem jednak nadciągnęło kilku oficerów, 
którzy jako tako uszykowali strwożony tłum i odpo-
wiednie wydali dyspozycje. Kilkunastu strzelców roz-
sypanych w tyralierkę zmusiło kozaków do odwrotu. 

Uśmiechami skwitowali Francuzi zuchwalstwo nie-

przyjaciela, gdy wtem ryknęły działa, zadymiły się przy-
drożne wzgórza. Równocześnie spoza lewego naszego 
skrzydła wysunęła się jazda nieprzyjacielska, trzydzieści 
sprawnych szwadronów, zagrażając korpusowi Westfal-
czyków. Junot przerażony, stracił najzupełniej głowę. 

Komendę objął wówczas ranny, nie znany tym Niem-

com oficer, przypadkiem znajdujący się na polu walki. 

Zarówno Junot, jak Westfalczycy ślepo poddali się jego 

rozkazom. Wobec niebezpieczeństwa znikły wszelkie 
względy. Na czele stanęła jednostka istotnie wyższa i 
bardziej wartościowa. Za jej głosem poszedł  tłum, a 
wśród tego tłumu właściwy wódz — niemy, osłupiały — 
potulnie uznał cudzą wyższość, której wprawdzie 
zaprzeczył później, ale nie usiłował  mścić się, jak to 
niestety nieraz bywa. 

Ów ranny oficer nazywał się Exelmans. Podczas tej 

bitwy był on wszystkim: generałem, oficerem, żołnie-
rzem, nawet artylerzystą, własnoręcznie bowiem nabił 
porzuconą armatę, wycelował i wystrzelił. Co się zaś 
tyczy Junota, to smutny, a przedwczesny jego zgon 
wkrótce po ukończeniu kampanii zdaje się przemawiać 
za tym, iż wówczas już nadmierne trudy i ciężkie rany 
dokonały dzieła, podkopując nieodwołalnie wyczerpany i 
zniszczony organizm. 

Zdumiony sprawnością Westfalczyków, nieprzyjaciel 

nie  śmiał atakować z bliska. Jeno z hukiem i warkotem 
sypały się kartacze. Lecz i te niebawem przestały. Z kolei 
szła teraz stara gwardia. Dumni z tego, iż własną piersią 
zasłaniać mieli cesarza, grenadierzy na kształt ruchomej 
fortecy otoczyli go zewsząd. Hardo i buńczucznie 
grzmiała kapela. W chwili największego nie-
bezpieczeństwa kotły i trąby zawiodły znaną, sercom 
żołnierskim drogą pieśń: „Gdzie nam lepiej być może niż 
w rodzinnym gronie?". Lecz cesarz, baczny na 
"wszystko, zawołał wówczas: „Śpiewajcie raczej: Czu-
wajmy nad losami państwa!". W rzeczy  samej, wobec 
niezmiernej grozy położenia słowa te właściwsze były i 
bardziej odpowiednie. 

background image

Równocześnie, jako że ogień nieprzyjacielski wzmagał 

się nieustannie, cesarz wysłał znaczniejszy oddział prze-
ciwko baterii. Dwie godziny później wchodził do Kras-
nego. Na widok Sebastianiego i pierwszych grenadierów 
„nieśmiertelnej gwardii" piechota rosyjska cofnęła się 
czym prędzej poza miasto. Niespokojny, nieświadomy 
istotnych sił nieprzyjaciela, rozporządzając zbyt szczupłą 
jazdą, ażeby rozesłać po okolicy rekonesanse, zdecydo-
wany nadto czekać na resztę armii — o milę od miasta 
pozostawił Napoleon na trakcie Mortiera i młodą gwar-
dię. Lecz dłoń podana idącym z tyłu korpusom zbyt słabą 
była i zbyt daleką. 

Przejście kolumny cesarskiej obeszło się wprawdzie 

bez wielkiego krwi rozlewu; jeśli jednak ustąpili ludzie, 
nie ustąpiła przyroda; droga była górzysta, spadki znacz-
ne; na każdym niemal stromym stoku pozostawały dzia-
ła, których nikt nie starał sią zagważdżać, i wozy, które 
wprzód rabowano doszczętnie. Ze szczytu pobliskich 
wzgórz Rosjanie mogli napatrzyć się do woli wnętrzu 
armii, zniekształceniu jej i nędzy, temu wszystkiemu, co 
zazwyczaj ukrywane bywa z największą starannością. 

Miłoradowicz nie ośmielił się wszelako zaczepiać z 

bliska tej starej gwardii, która tak zazdrośnie strzegła 
osoby cesarza, która od tylu lat była postrachem i le-
gendą Europy. Dopiero gdy znikły w oddali ostatnie 
szeregi, pobliskie wzgórza zaroiły się od kozaków: dwu-
dziestotysięczny korpus stanął w poprzek traktu, obronną 
zajmując pozycję. Tym sposobem Miłoradowicz od-
gradzał od cesarza księcia Eugeniusza, Davouta i Neya i 
zamykał im drogę do Europy. 

Eugeniusz usiłował tymczasem zebrać swoje wojska, 

rozproszone po polach i ulicach Smoleńska, dookoła na 
poły zrabowanych składów i magazynów. 15, około 
południa, z niemałym trudem zgromadzić zdołał zale-
dwie osiem tysięcy ludzi, których skusiła obietnica ob-
fitej strawy i jak najszybszego przedostania się do granic 
właściwej Litwy. Noc zatrzymała księcia o trzy mile od 
Smoleńska. Przed wieczorem już połowa  żołnierzy 
opuściła szeregi, a gdy dzienny brzask oświetlił nazajutrz 
biwaki, liczne trupy otaczały  żałobnym wieńcem 
wygasłe, śniegiem przysypane ogniska. 

Ucichły huczące poprzedniego dnia strzały armatnie. Z 

trudem przedzierała się kolumna wicekróla przez 

background image

śnieżne, oślizłe zaspy, wśród trupów, wśród pogruchota-
nych dział i połamanych wozów. Na przedzie, stępa, z 
puszczonymi wolno cuglami, jechał wicekról wraz z 
szefem swojego sztabu. Obaj w posępnej pogrążeni 
zadumie, nieznacznie oddalili się od wojska, a że drogą 
wlokły się luźne kupy grasantów i maruderów, których 
nikt nie próbował już nawet ująć w karby jakiejkolwiek 
dyscypliny, przeto nie spostrzegli zgoła swojego 
odosobnienia. 

Pod Krasnem dopiero, o dwie mile od miasta, szcze-

gólniejsze poruszenie wśród ludzi idących przed nimi 
zwróciło ich uwagę. Żołnierze jęli przystawać, cofać się i 
tłoczyć. Niebawem zwarty tłum kołysał się na trakcie jak 
wzburzona fala. Wicekról zdziwiony rozejrzał się 
wówczas dookoła siebie i dostrzegł z przerażeniem,  że 
blisko o godzinę marszu wyprzedził swój korpus; że ów 
różnorodny kolebiący się  tłum liczy niespełna tysiąc 
pięciuset ludzi wszelkich stopni i wszelkich narodowości, 
nie zorganizowanych i nie karnych; że większość tych 
ludzi jest bezbronna i że nieprzyjaciel wzywa oto do 
poddania się. 

Okrzyk zgrozy i oburzenia był jedyną odpowiedzią 

tłumu. Lecz parlamentarz rosyjski, który wysforował się 
sam jeden, nalegać  jął i perswadować, twierdząc: „że 
Napoleon został pobity, a gwardia rozproszona; że 
dwudziestotysięczny korpus rosyjski stoi w poprzek 
drogi;  że jedynym ocaleniem są układy, proponowane 
przez Miłoradowicza". 

Na dźwięk tych słów Guyon, jeden z owych licznych 

generałów, którym nie pozostał ani jeden żołnierz, wy-
sunął się pośród tłumu i głośno zawołał: „Wracaj czym 
prędzej, skądeś przyszedł, i powiedz temu, kto cię przy-
słał,  że jeśli on ma dwadzieścia tysięcy ludzi, to my 
mamy osiemdziesiąt tysięcy!". Zdumiony Rosjanin cof-
nął się niezwłocznie. 

W chwilę później zagrały działa; dymami zasnuły się 

wzgórza położone z lewej strony traktu. Grad kul i kar-
taczy straszliwe począł orać bruzdy, a w oddali ukazały 
się groźne pułki, połyskujące bagnetami. 

Wówczas wicekról zawahał się. Żal mu było porzucać 

w takich terminach nieszczęsny oddział, a obowiązek i 
rozsądek powoływały go gdzie indziej. Zostawił w końcu 
szefa sztabu swojego, generała Guilleminota, sam zaś 
zawrócił ku włoskim dywizjom, ażeby poprowadzić je 

background image

w ogień, pokonać przeszkodę, zanim stanie się niepo-
konalna, i zwyciężyć albo zginąć, albowiem zarówno 
królewska korona, jak świetny blask tylu wiekopomnych 
zwycięstw nie dopuszczały myśli o poddaniu się. 

Guilleminot zwołał tymczasem wszystkich oficerów, 

jacy znajdowali się w tłumie. Kilku generałów i puł-
kowników oraz znaczna liczba innych oficerów otoczyła 
go niebawem, a po krótkiej naradzie, uznawszy zwierz-
chnictwo Guilleminota, dzielić  jęli na plutony ten splą-
tany, bezładny tłum. 

Organizowano się pod morderczym ogniem nieprzyja-

cielskim. Wyżsi oficerowie stawali bez wahania z dumnie 
podniesioną  głową w szeregach, pospołu z żołnier-
stwem. Inny rodzaj dumy ożywiał szczupłą garstkę ma-
rynarzy gwardii, którzy oświadczyli zgodnie, iż  słuchać 
będą tylko rozkazów własnego oficera, jakkolwiek 
wszystkim innym plutonom przewodzili generałowie. W 
regimencie tym sam cesarz piastował godność puł-
kownika. A choć  śmierć była bliska, do ostatka bronili 
tego przywileju. Jakoż Guilleminot przychylił się do ich 
życzenia. 

Oddział ruszył wreszcie w kierunku Krasnego. Minął 

już baterie nieprzyjacielskie, gdy wtem, na obu jego 
flankach, wysunęły się kolumny Miłoradowicza i natarły 
z taką gwałtownością,  że nasi musieli czym prędzej 
zawrócić i szukać obronnej pozycji. Ku nieśmiertelnej 
chwale tej garstki ginących, tego tysiąca pięciuset Fran-
cuzów i Włochów walczących jeden przeciwko 
dziesięciu, wynędzniałych i źle uzbrojonych — 
stwierdzić należy,  że wbrew wszystkim i wszystkiemu 
przeszło godzinę bohaterski stawiali opór. 

Lecz droga od strony Smoleńska wciąż cicha była i 

pusta. Wicekról ze swą armią nie nadciągał. Dłuższy opór 
stawał się niemożliwy. Mnożyły się wezwania do 
kapitulacji, a gdy zacichał gwar walki, w oddali, przed 
nimi i za nimi, huczały działa. Nieprzyjaciel atakował 
snadź równocześnie całą armię: „Od Smoleńska po Kras-
ne wrzała nieubłagana walka! Jeśli więc  łaknął kto po-
siłków, nie należało czekać na nie, lecz raczej szukać ich! 
W jakim wszakże kierunku? Krasne zbyt odległe było 
zresztą, według wszelkiego prawdopodobieństwa i tam 
również  ścierały się dwa wrogie żywioły. Nadto trzeba 
by cofać się pod bokiem tych samych pułków 
Miłoradowicza, które tak gorliwie nawoływały teraz do 

background image

poddania się. A taki odwrót byłby co najmniej ryzy-
kownym. Skoro więc oddział zwrócony był frontem w 
stronę Smoleńska, skoro stamtąd właśnie nadciągnąć 
miał książę Eugeniusz, nasi — w zwartą uszykowani ko-
lumnę — powinni raczej zaatakować Rosjan, przedostać 
się poza linię baterii, połączyć się z wicekrólem i wraz z 
nim powrócić, znieść Miłoradowicza i dotrzeć w końcu 
do Krasnego". 

Propozycja Guilleminota przyjęta została z entuzja-

zmem. Szeregi zakołysały się i runęły na nieprzyjaciela. 
W pierwszej chwili umilkły strzały; zdumieni Rosjanie 
mimo woli rozstąpili się przed garstką nieustraszonych 
żołnierzy. Litością zdjęte i uwielbieniem, dziesięciokroć 
liczniejsze bataliony nieprzyjacielskie stłoczyły się z obu 
Stron traktu, nawołując do układów i poddania się. Lecz 
milczące, posępne szeregi głuchymi były na perswazje i 
zaklęcia. Huk wstrząsnął wówczas ziemią — posypały 
się kule i kartacze. Legła połowa bohaterskiej kolumny. 

Lecz z tych, którzy pozostali przy życiu, ani jeden nie 

cofnął się, ani jeden nie stchórzył i niebawem cały 
oddział zniknął z oczu, nie powstrzymany już przez Ro-
sjan. Zaledwie kilkuset ludzi ujrzało ponownie wicekróla 
i jego dywizje. Wówczas dopiero prysły szeregi i ta garść 
walecznych schroniła się pod opiekuńcze skrzydła 
krwawych i poszarpanych bratnich sztandarów. 

Od godziny już działa nieprzyjacielskie szerzyły spu-

stoszenie wśród szczątków armii włoskiej. Podczas gdy 
część wojsk rosyjskich ścigała oddział Guilleminota, Mi-
łoradowicz, na czele swoich kozaków, zwrócił się prze-
ciw księciu Eugeniuszowi. Prawe jego skrzydło opierało 
się o las i wzgórza, których broniły potężne baterie; lewe 
dochodziło wprawdzie do traktu, lecz przesunięte było 
nieco w tył, jak gdyby w obawie gwałtowniejszego 
starcia. Dyspozycje książęce dostosowane zostały do pla-
nów nieprzyjaciela. Kolumna wicekróla rozwinęła się z 
prawej strony traktu; prawe skrzydło bardziej wysunięte 
od lewego. Trakt, o który miano walczyć, leżał tedy 
skosem, między jedną armią a drugą. 

Dzięki niezwykle obronnej pozycji Rosjanie ograni-

czyli się do defensywy. Tylko działa rosyjskie huczały 
nieprzerwanie, wyrzucając kłęby dymu i roje pocisków. 
Znużony wreszcie i zirytowany takim przebiegiem walki, 
książę Eugeniusz przywołać kazał 14 dywizję, a prze- 

background image

szedłszy wraz z nią na lewą stronę traktu, wskazał jej 
centrum pozycji nieprzyjacielskiej — lesiste wzgórze, 
które osłaniało tyły Rosjan, a które trzeba było zdobyć za 
wszelką cenę. Atakując nie spodziewał się zwycięstwa, 
wiedział jednak, że tym sposobem odwróci od traktu 
uwagę nieprzyjaciela i że wówczas łatwiej będzie mógł 
przedostać się poza wrogie szeregi rosyjskie. 

Tylko trzystu żołnierzy, podzielonych na trzy kompanie 

zdecydowało się szturm ten przypuścić. Pod osłoną 
jednej baterii gwardii włoskiej ofiarni ci ludzie szli raźno 
przeciw licznym pułkom nieprzyjacielskim, ku stromej, 
wyjątkowo obronnej pozycji. Niebawem wszakże baterie 
rosyjskie zagłuszyły nasze armaty, a pułk jazdy stratował 
i wybił naszych kanonierów. 

Morderczym prażeni ogniem, nasi dochodzili już do 

pozycji rosyjskiej, gdy wtem zadudniły kopyta i spod 
lasu runęła z obu stron jazda. Nie ostał się nikt. Wyginęli 
wszyscy co do jednego, unosząc ze sobą w lepszy świat 
resztę karności i odwagi! 

W owej właśnie chwili ukazał się na trakcie generał 

Guilleminot. Mimo całej grozy położenia, mimo iż świe-
tny niegdyś, czterdziestodwutysięczny korpus zreduko-
wany został do czterech tysięcy znużonych i osłabłych 
żołnierzy, książę Eugeniusz nie upadł na duchu i nie 
zaniechał walki. Jest to rzeczą zrozumiałą, godną szla-
chetnej duszy tego wodza; lecz że widok porażki naszej i 
żądza zwycięstwa nie zdołały skłonić Rosjan do bardziej 
stanowczej akcji, że nie starali się przed nadejściem nocy 
całkowitej osiągnąć przewagi — jest to do dziś dnia 
faktem niepojętym i niezrozumiałym. Zwycięstwo było 
dla nich czymś tak nowym, że już mając je w rękach, nie 
umieli go wykorzystać i do dnia następnego odłożyli 
ostateczną rozprawę. 

Wicekról spostrzegł wszelako, że po owym nieudanym 

ataku naszej piechoty większość pułków rosyjskich 
przeszła na lewą stronę traktu. Postanowił tedy wyko-
rzystać sytuację i gdy zapadła noc, ta wierna sojuszniczka 
wszelkiej niedoli, pod osłoną licznych ognisk, których 
jasny blask zwiódł czujne straże nieprzyjacielskie, cofnął 
się z dala od drogi, a mijając polami warty i forpoczty, 
obszedł w najgłębszym milczeniu lewe skrzydło 
Miłoradowicza. Generał rosyjski, pewien wygranej, ma-
rzył tymczasem o szpadzie, którą złożyć miał nazajutrz w 
jego ręce przybrany syn Napoleona. 

background image

W trakcie tego niebezpiecznego pochodu zaszedł wy-

padek, który mógł zakończyć się najfatalniej, grzebiąc 
we wspólnej mogile te chlubne szczątki tylu i takich 
bitew. Mianowicie w najkrytyczniejszej chwili, gdy żoł-
nierze dech tłumili w piersiach tuż obok armii rosyjskiej, 
ażeby tylko przejść niepostrzeżenie, gdy wszystko 
zawisło od jednego spojrzenia lub jednego okrzyku, na-
gle zza ciemnej chmury wytoczył się na niebo księżyc. 

Natychmiast rozlega się głos jakiegoś Rosjanina: wzy-

wa  ich,  by  stanęli, i pyta, kim są. Nasi już mieli się za 
straconych, gdy pewien Polak podbiega do Rosjanina i 
cicho, ale śmiało odpowiada mu w jego języku: „Milcz, 
głupcze! Czy nie widzisz, że jesteśmy z korpusu Uwa-
rowa i mamy wypełnić tajne zadanie?". Rosjanin, oszu-
kany, zmilczał. 

Co chwila jednak na obu flankach kolumny ukazywali 

się kozacy, jak gdyby pragnąc rozpoznać, kto idzie, po 
czym wracali do swoich. Kilkakrotnie sunęły tuż ku nam 
szwadrony nieprzyjacielskie, lecz bądź to wskutek 
niepewności — nie omieszkaliśmy bowiem nadal utrzy-
mywać ich w błędzie — bądź też przez ostrożność, bo-
wiem dywizje nasze przystawały niezwłocznie, groźną 
przybierając postawę, nie doszło wcale do starcia. 

Wreszcie po dwóch godzinach nużącego marszu armia 

dotarła do traktu, traktem zaś do Krasnego. I gdy na-
zajutrz, 17 listopada, Miłoradowicz opuścił swoje wzgó-
rza, zastał na polu bitwy tylko maruderów, których ani 
namowy, ani perswazje nie zdołały odciągnąć po-
przedniego dnia od ognisk biwaków. 

Cesarz również wyczekiwał na księcia przez cały dzień. 

Odgłosy walki toczącej się poza nim wzruszyły go 
niepomiernie. Chciał zawracać, a gdy wszelkie usi-
łowania w tym kierunku podjęte spełzły na niczym, w 
miarę tego, jak mijały godziny, wzrastał niepokój ce-
sarza. „Czyżby Eugeniusz z armią  włoską i ten nie-
skończenie długi dzień oczekiwania — razem zapadli się 
w nicość?". Pocieszał się tym jedynie, że wicekról 
odparty w kierunku Smoleńska, połączył się prawdopo-
dobnie z korpusami Davouta i Neya, i że nazajutrz 
wszyscy trzej wspólnymi działać będą siłami. 

Pod wpływem niepokoju Napoleon zwołuje pozosta-

łych marszałków: Bertiera, Bessičres'a, Mortiera i Le-
febvre'a. Wprawdzie skończyły się już dla nich dni naj- 

background image

straszliwszej niedoli i Litwa stoi przed nimi otworem, 
lecz czyż można tak zostawić starych druhów w pośrodku 
armii rosyjskiej, w głębi tej obcej, wrogiej krainy? Nie, 
po stokroć nie! I oto wszyscy zgodnie decydują się 
powrócić do Smoleńska i oswobodzić ich lub też zginąć 
wraz z nimi! 

Gdy rezolucja ta została ostatecznie powzięta, Napoleon 

zajął się wydaniem odnośnych zaleceń i dyspozycji, 
spoglądając obojętnie na mniej lub więcej groźne obroty 
wojsk nieprzyjacielskich. Istotnie bowiem Kutuzow 
zbliżył się do Krasnego, ażeby zagrodzić cesarzowi 
drogę, poprzedniej zaś nocy Ożarowski, na czele oddziału 
piechoty, wyprzedził go i stanął w Malewie, wiosce poło-
żonej na tyłach naszego lewego skrzydła. 

Podniecony raczej aniżeli przybity nieszczęściem, ce-

sarz przywołać kazał Rappa i rzekł: „Jechać trzeba nie-
zwłocznie". Po chwili jednak dodał; „Nie. Niechaj idzie 
tylko Roguet i jego dywizja. Ty zaś zostaniesz ze mną; 
nie chcę, abyś ginął tutaj; potrzebny mi będziesz w 
Gdańsku". 

Wręczając Roguetowi rozkaz cesarski, Rapp dziwował 

się, że mimo całej beznadziejności położenia, mimo tego, 
iż otaczało nas zewsząd osiemdziesiąt tysięcy wrogów, 
którym przeciwstawić mogliśmy zaledwie dziewięć 
tysięcy, Napoleon na chwilę nawet nie zwątpił o przy-
szłości, roił plany na Gdańsk, na tę daleką, nadbrzeżną 
fortecę, od której dzieliły go dwie armie nieprzyjaciel-
skie, zima, głód i olbrzymia odległość stu 
osiemdziesięciu mil. 

Nocny atak na Chyrków i Malewo powiódł się w zu-

pełności. Z jaskrawej czerwieni licznych ognisk nieprzy-
jacielskich Roguet wywnioskował,  że Rosjanie zajmo-
wali dwie wioski na płaskowzgórzu bronionym przez 
głęboki jar. Dywizja została tedy podzielona na trzy ko-
lumny: lewe i prawe skrzydło dotrzeć miały w milczeniu 
możliwie najbliżej nieprzyjaciela, a na dane przez 
centrum hasło, nie strzelając, pójść od razu na bagnety. 

Młoda gwardia spełniła sumiennie rozkazy generała. I 

podczas gdy Rosjanie, zaskoczeni znienacka, biegali 
bezładnie między jedną kolumną a drugą, Roguet wtar-
gnął na czele swoich grenadierów do obozu, zwiększając 
jeszcze ogólny popłoch i zamieszanie. Nieprzyjaciel 
zdążył zaledwie zatopić w pobliskim jeziorze znaczną 

background image

część broni i amunicji i podpalić dotychczasowe swoje 
siedziby. Lecz zamiast przyczynić się do ich ocalenia, 
płomienie tym lepiej oświeciły uciekających i ułatwiły 

pościg. 

Obezwładniając armię rosyjską na dwadzieścia cztery 

godziny, starcie to umożliwiło cesarzowi dalszy pobyt w 
Krasnem, księciu Eugeniuszowi zaś połączenie się z 
kolumną cesarską w ciągu następnej nocy. Z radością 
powitał Napoleon wicekróla; tym bardziej jednak począł 
niepokoić się o losy Neya i Davouta. 

Obóz rosyjski wyglądał podobnie jak pod Winkowem, 

Małojarosławcem i Wiaźmą. Co wieczór przy namiocie 
dowódcy wystawiano — otoczone płonącymi  świecami 
— relikwie świętych, przed którymi modlili się żołnierze, 
swoim obyczajem kreśląc niezliczone znaki krzyża świę-
tego i bijąc pokłony, popi zaś podsycali ich fanatyzm 
kazaniami, które naszym cywilizowanym ludom wyda-
łyby się barbarzyńskie i śmiechu warte. 

Raport jednego ze szpiegów rosyjskich złożony Kutu-

zowowi opiewał podobno, że w Krasnem stoi pod bronią 
olbrzymi tłum srogich grenadierów i stary feldmarszałek 
uląkł się rycerskiej tradycji tych niezwyciężonych. Lecz 
widok nędzy naszej i porażki ośmielił Bennigsena, który 
wbrew woli i życzeniu Kutuzowa wraz ze Strogonowem, 
Golicynem i Miłoradowiczem, ogółem przeszło 
pięćdziesiąt tysięcy  żołnierzy i sto dział, postanowił za-
atakować o świcie wojska nasze, czternaście tysięcy 
zgłodniałych, na poły przemarzłych Francuzów i Wło-
chów. 

Napoleon rozumiał,  że w tym właśnie największe 

tkwiło niebezpieczeństwo. Lecz dzień jeszcze nie nad-
szedł. Cesarz mógł był uniknąć walki, ujść wraz z Euge-
niuszem i gwardią do Orszy i Borysowa, połączyć się 
tamże z trzydziestu tysiącami Francuzów Victora i Ou-
dinota, z Dąbrowskim, z Regnierem, ze Swarzenber-
giem, ze wszystkimi rezerwami — i wypoczęty, potężny 
powrócić znów razem z wiosną. 

17 przed świtem rozsyła tedy instrukcje i rozkazy, 

przygotowuje się, wychodzi, osobiście staje na czele 
starej gwardii, wyprawia pułk za pułkiem. Lecz nie do 
granic Polski, wiernej i oddanej sojuszniczki, nie do 
Francji, gdzie jeszcze uznają w nim głowę dynastii i 
władcę Zachodu, dążą zwarte szeregi wiarusów. Biorąc 
do rąk szpadę, z okrzykiem: „Dość długo byłem cesa- 

background image

rzem, teraz będę generałem!", zawraca w kierunku Smo-
leńska. Na siebie wyłącznie pragnie ściągnąć uwagę 
osiemdziesięciotysięcznej armii nieprzyjaciela, ażeby 
ocalić tym sposobem korpusy Davouta i Neya, osamot-
nione wśród bezkresu śnieżnych, dalekich pól. 

Dzienny brzask oświetlił wówczas: z jednej strony ba-

taliony i baterie rosyjskie, okalające widnokrąg przed 
nami, za nami i pobok nas; z drugiej strony — Napo-
leona i sześć tysięcy grenadierów, maszerujących raźno 
gościńcem ku środkowi tego groźnego kręgu. Nieco na 
przedzie, na wprost całej armii rosyjskiej, stanął Mortier 
na czele pięciu tysięcy ludzi, tyle bowiem pozostało z 
całego korpusu. 

Celem bitwy była obrona prawego flanku gościńca, 

począwszy od Krasnego aż po Stachów, po ujście sze-
rokiego wąwozu. Batalion szaserów starej gwardii uszy-
kowany w czworobok na kształt ruchomej fortecy, tuż w 
pobliżu traktu, osłaniać miał  młodą gwardię zajmującą 
nasze lewe skrzydło. Na prawym skrzydle, wśród 
rozległej białej od śniegu równiny, która dochodzi aż do 
Krasnego, szczątki konnej gwardii, kilka dział i tysiąc 
dwustu jeźdźców Latour-Maubourga — pięciuset 
bowiem wyginęło już lub rozpierzchło się — zajęły 
miejsca nie istniejących baterii i batalionów. 

Do artylerii księcia Treviso przydzielono baterię, do-

wodzoną przez Davouta, jednego z rzadkich i nieskazitel-
nych ludzi, dla których obowiązek jest wszystkim, któ-
rych życie, całe jest jednym pasmem szczytnych i wiel-
kich ofiar składanych bez wahania na ołtarzu ojczyzny! 

Claparčde z garścią ludzi pozostał w Krasnem dla 

obrony rannych i bagaży, a książę Eugeniusz cofał się w 
dalszym ciągu w kierunku Lądów. Forsowny nocny 
marsz i stoczona poprzedniego dnia krwawa bitwa wy-
czerpały całkowicie nieszczęsną armię: wynędzniałe, z 
sił wyzute, chociaż na pozór sprawne jeszcze i karne, dy-
wizje wlokły się z trudem, rychłej wyglądając śmierci. 

Równocześnie Roguet odwołany został z Malewa na 

pole bitwy. Kolumny nieprzyjacielskie zalewały drogi i 
drożyny, coraz to szerszym półkolem starały się otoczyć 
nasze prawe skrzydło. Zawrzała wówczas bitwa. Lecz 
jaka bitwa! Pospolite starcie się dwóch wrogich sobie 
żywiołów, krwawa rzeź pozbawiona promiennych 
przebłysków geniuszu, burza bez gromów i błyskawic, 
bez tej piorunnej mocy, która wstrząsnęła światem pod 

background image

Wagram i Austerlitz, która tylekroć po zwycięskie się-
gała wawrzyny, przed którą korzyły się najdumniejsze, 
najpotężniejsze głowy! Tam gdzie wszystko sprzyjało 
Rosjanom, każdy nasz krok nieprzezwyciężone 
napotykał przeszkody. Niestrudzony geniusz Napoleona 
po raz pierwszy poprzestać musiał na defensywie. 

Tam również — mimo woli, a może i wbrew woli — 

oddano należną cześć sławie; stwierdzono, iż nie jest ona 
znikomym cieniem, lecz istotną, rzeczywistą potęgą;  że 
blask jej opromienia dumą nieugiętą głowy wybrańców, 
a oślepia tych, którzy ośmielają się do nierównej pory-
wać walki. Nie strzelając nawet, dzięki niezmiernej 
przewadze wojsk swoich, Rosjanie mogli byli zgnieść 
Napoleona. Lecz nie porwali się na to. Przerażał ich 
zdobywca Egiptu i Europy. Nieprzeliczone zwycięstwa 
— Piramidy, Marengo, Austerlitz, Friedland — wznosiły 
się jak potężny mur pomiędzy nim a przeciwnikami; zda-
wało się, że dla tych ludów ujarzmionych i ciemnych tak 
niezwykła sława miała w sobie coś nadprzyrodzonego; 
uważali,  że Napoleon jest niedosiężny,  że mogą 
atakować go i nękać jedynie z daleka, że wobec starej 
gwardii, tej granitowej kolumny, jak ją nazywał cesarz, 
przeciętni  śmiertelnicy są bezsilni — a tylko armaty 
skuteczne. 

Kule i kartacze poczęły worywać się w szeregi Rogue-

ta i młodej gwardii, lecz była to masakra bez zwycięst-
wa. Co chwila trzeba było  ścieśniać szeregi; mimo to 
jednak w ciągu trzech śmiertelnie długich godzin ci 
młodzi żołnierze, prawie że bezbronni, bo działa ich zo-
stały rozbite, a Rosjanie trzymali się w znacznej odleg-
łości poza zasięgiem strzałów karabinowych, nie obyci z 
wojną, bo wielu spośród nich nie wąchało jeszcze 
prochu, stali spokojnie pod morderczym ogniem nieprzy-
jacielskim. 

Lecz w miarę jak topniały pułki francuskie, Rosjanie 

coraz wyraźniejszą zyskiwali przewagę. Daleki huk ar-
matni i Claparéde ostrzegali Napoleona, że poza nim, 
poza Krasnem, Bennigsen brał w posiadanie drogę wio-
dącą do Lądów, jedyną w owej chwili linię odwrotu. Od 
wschodu, zachodu i południa z licznych baterii wy-
kwitały nieustannie kłęby ciemnego dymu. Od północy 
jedynie, od strony Dniepru, wolna była niewielka wy-
niosłość, górująca ponad traktem i wojskami cesarza, 
lecz i tam wszczął się ruch, błysnęły mosiężne gardziele. 

background image

Zdawało się,  że nic już nie zdoła ocalić Napoleona. 
Wszelako gdy uprzedzono go o nowym niebezpieczeńst-
wie, zaledwie raczył spojrzeć w tę stronę, a mruknąwszy: 
„No to poślijcie tam batalion moich szaserów", zajął się 
wyłącznie zagrożonym Mortierem i jego ludźmi. 

W owej chwili ukazał się nareszcie w szybkim marszu 

Davout, w pośrodku kilku tysięcy atakujących go koza-
ków. Na widok Krasnego zwarte dotychczas szeregi 
marszałka rozluźniły się i rozpierzchły, biegnąc na 
przełaj polami ku skrajowi prawego skrzydła rosyjskie-
go, zwróconego do nich tyłem. W Krasnem dopiero Da-
vout i jego generałowie z niemałym trudem zdołali 
zebrać jako tako swoje dywizje. 

Ocalał tedy pierwszy korpus. Lecz równocześnie dosz-

ły wieści, że nasze tylne straże nie mogą już utrzymać się 
nadal w Krasnem; że Ney prawdopodobnie nie opuścił 
jeszcze Smoleńska;  że wobec tego dłuższa zwłoka staje 
się niemożliwą. Napoleon wahał się wszelako i na-
myślał: ofiara zbyt ciężka była i zbyt bolesna. 

Ostatecznie jednak, widząc,  że armii grozi całkowita 

zagłada, decyduje się, a przywoławszy Mortiera, serdecz-
nie  ściska dłoń jego i oświadcza: „Że nie ma chwili do 
stracenia; że nieprzyjaciel otacza go ze wszystkich stron; 
że Kutuzow zagraża Ladom i Orszy; że lada godzina 
zająć może ostatni zakręt Dniepru; że wobec tego należy 
wyruszyć czym prędzej i Rosjan uprzedzić;  że Davout 
wspierać będzie Mortiera, lecz że obaj powinni utrzymać 
się w Krasnem aż do wieczora i nazajutrz dopiero połą-
czyć się z gwardią i cesarzem". Po czym zrozpaczony, iż 
opuścić  musi  Neya  i  własnemu pozostawić go losowi, 
cofa się powoli z pola bitwy, przechodzi przez Krasne, 
gdzie zatrzymuje się jeszcze — i dociera aż do Lądów. 

Mortier usłuchać chciał rozkazu, lecz w tejże samej 

chwili regiment Holendrów gwardii utracił wraz ze 
znaczną liczbą zabitych i rannych niezmiernie ważną po-
zycję, która natychmiast obsadzona została przez arty-
lerię nieprzyjacielską. Zasypywany gradem kul Roguet 
zwrócił się wówczas przeciw tej baterii. Lecz pierwszy 
pułk cofnął się w pół drogi, a drugi — pułk woltyżerów 
— mimo bohaterskiej obrony, odparłszy dwukrotnie 
szarżę kawalerii rosyjskiej, legł w końcu na placu boju. 
Roguet ocalić zdołał zaledwie pięćdziesięciu żołnierzy i 
jedenastu oficerów. 

Wyginęła połowa jego dywizji. Słońce poczęło już chy- 

background image

lić się ku zachodowi, a Roguet, ku zdumieniu przeciw-
nika, jeszcze nie ustępował, gdy wtem na widok cofają-
cej się kolumny cesarskiej Rosjanie z tak wielką natarli 
gwałtownością,  że młoda gwardia, zewsząd otoczona, 
wkrótce nie mogła ani utrzymać się dłużej, ani też cof-
nąć. 

Na szczęście kilka plutonów zebranych przez Davouta i 

spory oddział jego maruderów zwróciły na siebie uwagę 
Rosjan. Mortier nie omieszkał skorzystać ze sposob-
ności. Pozostali przy życiu  żołnierze, niespełna trzy 
tysiące ludzi, otrzymali rozkaz powolnego wycofania się 
z pola walki. „Czy słyszeliście, żołnierze! — wołał gene-
rał Laborde. — Marszałek kazał  iść wolnym krokiem! 
Wolnym krokiem, żołnierze!". Szeregi zakołysały się i 
zabierając po drodze rannych, morderczy wstrzymując 
ogień, nieszczęsna a tak waleczna dywizja cofnęła się 
powoli, jak gdyby owo krwawe pobojowisko było zwy-
kłym placem ćwiczeń. 

Z chwilą gdy Mortier wyminął Krasne, wobec prze-

strzeni dzielącej go od Bennigsena, przestało zagrażać 
mu bezpośrednio niebezpieczeństwo. Drogi wiodącej z 
Krasnego do Lądów broniły jedynie baterie nieprzyja-
cielskie, ustawione wzdłuż lewego flanka gościńca, na 
pobliskich wzgórzach. Colbert i Latour-Maubourg osła-
niali przejście pieszych regimentów. Podczas tego mar-
szu zdarzył się dziwaczny wypadek: mianowicie — kar-
tacz rozszarpał na sztuki konia, w niczym nie uszko-
dziwszy jeźdźca, który stoczył się z siodła na ziemię i 
najspokojniej pieszo ruszył w dalszą drogę. 

Nazajutrz armia szła jeszcze wolniej, z większymi 

jeszcze przystankami. Zniecierpliwieni maruderzy wy-
sunęli się naprzód; minęli gwardię i cesarza. Napoleon 
szedł pieszo, o lasce, co chwila oglądając się i zatrzy-
mując, jak gdyby ciągnęło go coś wstecz, ku tej wrogiej 
ziemi rosyjskiej, której granice leżały tuż przed nami, ku 
śnieżnym bezkresom i osamotnionej, dalekiej garstce 
wiarusów Neya. 

Ku wielkiej i powszechnej radości, zrozumiałej u ludzi, 

którzy od trzech miesięcy oglądali zgliszcza jeno i 
popioły, dotarliśmy wieczorem do Dubrowny, miastecz-
ka o drewnianych mostach i zabudowaniach, zamieszka-
nego podobnie jak i Lady. Nareszcie więc pozostała za 
nami stara Rosja, jej pola i rozłogi, jej mroczne, nie-
przebyte lasy i krwawa łuna jej pożarów! Wszędzie, 

background image

gdzie okiem sięgnąć, kraj zamieszkany, życzliwa nam, 
spokojna ludność! Równocześnie zelżał mróz, 
złagodniało powietrze, nadeszły zapasy żywności i 
furażu. 

Kończyła się zatem zima, a z nią dni najokropniejszej, 

najsroższej niedoli. Lecz było już poniewczasie. Cesarz 
spoglądał ze smutkiem na rozbitą i zdezorganizowaną 
armię, na nędzę i wymizerowanie swoich żołnierzy. Z 
bólem i rozpaczą wymawiał coraz to imię Neya. A gdy 
nadeszła noc, gdy wszystko umilkło dookoła, począł wo-
łać z jękiem: „Że smutny los tych nieszczęsnych  żoł-
nierzy rozdziera mu serce; lecz że z żadną nie może 
przyjść im pomocą, dopóki sam nie ustali się gdziekol-
wiek;  że w obecnych warunkach, przy zupełnym braku 
dział, amunicji i żywności, znużone i wyczerpane dy-
wizje nie mogłyby pociągnąć z odsieczą; że należy zatem 
dostać się jak najszybciej do Mińska". 

Zaledwie przebrzmiały słowa cesarza, gdy jeden z pol-

skich oficerów przyniósł żałobną wieść, że Mińsk, głów-
ny magazyn Wielkiej Armii, jej schronienie i ostatnia 
nadzieja, dostał się w ręce Rosjan! 16 listopada Czycza-
gow zajął był miasto. W pierwszej chwili Napoleon 
oniemiał ugodzony tym nowym ciosem, wkrótce jednak, 
mierząc moc ducha swego na wielkość niebezpieczeńst-
wa, odezwał się zwykłym, spokojnym głosem: „Skoro 
tak, nie pozostaje nam nic innego jak utorować sobie 
drogę bagnetami". 

Lecz ażeby dopaść tego nowego wroga, który umknął 

Schwarzenbergowi lub został może przez Schwarzenber-
ga wypuszczony, gdyż nie znane nam były wypadki 
ostatnich dni — ażeby ujść również pościgu Kutuzowa i 
Wittgensteina, trzeba było przeprawić się przez Bere-
zynę pod Borysowem. Dlatego też, z Dubrowny jeszcze, 
Napoleon wysyła niezwłocznie (19 listopada) do Dą-
browskiego rozkaz odstąpienia od korpusu Hoertela i jak 
najrychlejszego zajęcia Borysowa. Równocześnie książę 
Reggio podążyć miał ku Berezynie, a następnie odbić 
Mińsk, zaś książę Belluno bronić miał i osłaniać po-
przedni korpus. Dopiero gdy wysłane zostały instrukcje i 
rozkazy, cesarz uspokoił się i zasnął. 

Przed świtem jeszcze głośny obudził go zgiełk. Niektó-

rzy opowiadali później,  że huknęło wprawdzie kilka 
strzałów, lecz że to nasi dobijali się w ten sposób, do 
zamkniętych i przepełnionych kwater; inni zaś utrzy-
mywali, że nikt nie strzelał, lecz że wskutek nieładu 

background image

i zamieszania, nieodłącznego wówczas od wszelkich bi-
waków, w brzmieniu nazwiska Hausanne, którym jeden z 
grenadierów przyzywał kamrata, dosłyszano złowieszczy 
okrzyk: „Aux armes!", zwiastujący zazwyczaj nie-
przyjaciela i nieoczekiwaną napaść. 

Jakkolwiek bądź, wszystkim zdawało się, iż widzą 

kozaków; wokół Napoleona powstała panika, wszystkie 
ręce chwytać  jęły za broń. Jak zwykle spokojny i nie-
wzruszony cesarz rzekł do Rappa: „Idź no, zobacz; praw-
dopodobnie to kozacy, którzy chcą zakłócić nam spokój 
snu". Lecz wrzawa wzrastała nieustannie i niebawem 
zwarty, wylękły tłum kolebał się na wszystkie strony, 
wypatrując w ciemnościach nieprzyjaciela. 

Była chwila, że sam cesarz uwierzył w możliwość 

ataku. Przez miasteczko płynęła niewielka, obmurowana 
rzeczka, za którą kazał był wycofać artylerię; dowie-
dziawszy się teraz, że rozkazu nie wypełniono, osobiście 
pobiegł do mostu i dopilnował szybkiej przeprawy dział. 
Po czym powrócił do starej gwardii, a zatrzymawszy się 
przed frontem, zawołał: „Grenadierzy, nie zmógł nas 
nieprzyjaciel, nie powinniśmy więc sami siebie dobijać! 
Dajmy przykład armii! Spośród was niektórzy porzucili 
już sztandary, a nawet i broń! Nie odwołuję się jednak w 
tej mierze do praw wojskowych, lecz do serc waszych! 
Sami wymierzcie sobie sprawiedliwość! Honorowi 
waszemu powierzam karność i subordynację!". 

To samo, mniej więcej, powtarzano wszystkim oddzia-

łom. Lecz wierni grenadierzy w istocie żadnej nie po-
trzebowali podniety, reszta zaś armii, mimo wrażenia, 
jakie wywarły słowa cesarza, zapomniała ich niebawem. 
Co się zaś tyczy tylnych straży, głównego rzekomo źród-
ła nocnych niepokojów, to cesarz, rozgniewany, udzielił 
nazajutrz Davoutowi surowej nagany. 

W Orszy znaleziono dość znaczne zapasy żywności, 

park pontonowy, złożony z sześćdziesięciu  łodzi, które 
spalono wraz ze wszystkim, i trzydzieści sześć oprzężo-
nych dział, które zostały rozdzielone między Davouta, 
Eugeniusza i Maubourga. 

Po raz pierwszy ujrzano tam znów żandarmerię polo-

wą, która przy dwóch mostach, pod wodzą kilku ofice-
rów, usiłowała zatrzymać nad Dnieprem maruderów i 
nakłonić ich do powtórnego zaciągnięcia się w szeregi. 
Lecz te same sztandary, które niegdyś promienny roz- 

background image

siewały blask, dziś postrachem były, zapowiedzią 
śmierci i zagłady! 

Ten bezładny na pozór, zdemoralizowany tłum posiadał 

już  własną organizacją i własnych, niekiedy bardzo 
sprytnych przywódców. I tutaj więc, pragnąc przynaglić 
do pośpiechu tych, którzy szli pierwsi, bezimienni 
prowodyrzy poczęli wykrzykiwać: „Kozacy idą! 
Kozacy!" A gdy wzmogło się zamieszanie, skorzystali z 
niego, ażeby rabować, co się dało: odzienie, żywność, a 
nawet i broń. Żandarmeria, która od chwili klęski ujrzała 
tę armię po raz pierwszy, zdumiona widokiem tak 
wielkiej nędzy, zniechęcona nieładem, usunęła się 
wkrótce. Tłum zalał oba mosty, popychając się i tłocząc, 
i gdyby nie gwardia oraz tych kilkuset ludzi, którzy 
pozostali jeszcze księciu Eugeniuszowi, ten pierwszy kęs 
litewskiej ziemi niewątpliwie splądrowany byłby 
doszczętnie. 

Napoleon wchodził do Orszy na czele sześciotysięcznej 

gwardii; Eugeniusz na czele tysiąca ośmiuset  żołnierzy; 
Davout z czterema tysiącami ludzi! Tyle tylko pozostało 
ze  świetnych niegdyś korpusów: z trzydziestu pięciu, 
czterdziestu dwóch i siedemdziesięciu tysięcy żołnierzy! 

Davout utracił wszystko, nie wyłączając osobistych 

bagaży, bielizny i odzienia. Obdarty był i zgłodniały, 
wyczerpany trudami i niewywczasem. Łapczywie też jął 
pożerać bochenek suchego chleba, a gdy głód nasycił, 
obtarłszy pożyczoną chustką przemarzła, szronem okrytą 
twarz, zawołał: „Że tylko ludzie ze stali i z żelaza 
przetrwać mogą taką kampanię;  że najsilniejsi nawet 
muszą ulec; że w tych warunkach dalszy odwrót jest 
niemożliwy!". 

On to pierwszy osłaniał armię aż do Wiaźmy; stawał u 

wylotu każdego jaru, każdego wąwozu i czekał, póki nie 
przejdą wszyscy, równając szeregi, zwalczając usta-
wicznie nieład i dezorganizację. Za jego to namową 
żołnierze lżyli i ograbiali z łupów tych kamratów, którzy 
dla rabunku nie wahali się rzucać broń i amunicję — 
niezawodny sposób powstrzymywania jednych, a karania 
drugich. Mimo wszystkich jednak zasług, mimo całą 
systematyczność Davouta i niezaprzeczoną wartość jego 
talentów militarnych, znaleźli się oszczercy, którzy za-
rzucali mu później jeśli nie tchórzostwo, to pewną opie-
szałość i lękliwość. 

Na próżno usiłował cesarz przeciwdziałać apatii i znie-

chęceniu. Sam wprawdzie rozwodził się z żalem nad 

background image

niedolą  żołnierzy, lecz wobec drugich zawsze uchodzić 
chciał za niewzruszonego. Kazał więc obwieścić: "Że 
wszyscy bez wyjątku powrócić mają do szeregów; że' w 
przeciwnym razie oficerowie zostaną zdegradowani a 
żołnierze postawieni przed sąd wojenny!". 

Ale groźba ta nie wywarła  żadnego wrażenia na lu-

dziach znieczulonych nadmiarem niedoli, na desperatach, 
którzy uchodzili nie przed niebezpieczeństwy, lecz przed 
cierpieniem, którzy mniej obawiali się  śmierci ukazy-
wanej im jako najsroższa kara aniżeli  życia w tych 
warunkach, w jakich wiedli je od kilku miesięcy. 

Wraz z niebezpieczeństwem wzrastała wszelako w du-

szy Napoleona ufność we własne siły. Dla niego ta garst-
ka wynędzniałych  żołnierzy wlokąca się  wśród  śniegu i 
błota była zawsze niezwyciężoną Wielką Armią, on sam 
zaś — pogromcą i panem wszystkich ludów Europy! I 
tak wielką była moc tego niespożytego ducha, że bez 
wahania, bez śladu jakiegokolwiek przygnębienia lub 
żalu podczas pobytu w Orszy spalił  własnoręcznie to 
wszystko, co służyło do osobistego jego użytku, a co w 
razie  śmierci lub całkowitej klęski dostać się mogło w 
ręce Rosjan jako zwycięskie trofea. 

Tam również spalone zostały wszystkie dokumenty, 

zbierane przez cesarza jako materiał do autobiografii. 
Opuszczając bowiem Paryż, zdecydowany był jako groź-
ny zwycięzca zatrzymać się jesienią nad brzegami Dźwi-
ny i Dniepru, dokąd powracał teraz pobity i bezbronny, a 
ponieważ ów przymusowy wypoczynek wydawał mu się 
wtedy czymś niezmiernie przykrym i dokuczliwym, 
postanowił więc, jak drugi Cezar, urozmaicać sobie dłu-
gie miesiące zimowe pracą historyka i pamiętnikarza! 

Tymczasem zmieniło się wszystko: dwie armie nie-

przyjacielskie zagradzały mu drogę. Należało tedy roz-
ważyć, którędy przedzierać się, w którą podążyć stronę. 
A ponieważ nie znane mu były lasy i puszcze litewskie, 
kazał więc przywołać tych oficerów swoich i generałów, 
którzy przybyli do Orszy tym właśnie leśnym szlakiem. 

W rozmowie z nimi cesarz przyznał, „że nadmiar zwy-

cięstw sprowadza zbyt często nadmiar niedoli, lecz że 
wszelkie żale byłyby niewczesne". Poruszył potem spra-
wę upadku Mińska, a podkreśliwszy zręczność i wytrwa-
łość manewrów Kutuzowa na prawym flanku, oświad-
czył: „Iż porzucić zamierza linię operacyjną Mińska, 
połączyć się z korpusami księcia Belluno i księcia 
Reggio, 

background image

znieść wspólnymi siłami Wittgensteina i dotrzeć do Wil-
na, obchodząc źródła Berezyny". 

Powołując się na obronną pozycję Wittgensteina, ukry-

tego w głębi długich wąwozów, powstał przeciw temu 
projektowi generał Jomini, Szwajcar rodem. Bez względu 
na to, jaki byłby opór Rosjan, każdy dzień zwłoki groził 
nam całkowitą zagładą. Wobec ogólnego rozprzężenia, 
głodu i zimna, wobec błotnistego terenu puszcz i lasów 
oraz złego stanu bocznych dróg zmiana marszruty 
pociągnęłaby za sobą fatalne następstwa. Na gościńcu 
jedynie armia mogła zachować jaką taką karność i 
spoistość. Skoro nieprzyjaciel nie zajął jeszcze Bory-
sowa i mostu na Berezynie, w tym, a nie innym kierunku 
należało zwrócić się co rychlej. 

Generał upewnił cesarza, iż na prawo od Borysowa 

istnieje droga wiodąca poprzez litewskie bagna i trzę-
sawiska, gdzie są groble i drewniane mosty. Tą drogą 
armia dotrzeć mogła do Wilna przez Ziembin i Moło-
deczno, pozostawiając za sobą, nieco na lewo, Mińsk i 
dłuższy o całodzienny marsz gościniec miński oraz 
wszystkie zburzone przez nieprzyjaciela mosty i korpus 
Czyczagowa. Przechodziło się tym sposobem między jed-
ną armią nieprzyjacielską a drugą, omijając równocześnie 
obie. 

Argumenty Jominiego silne wywarły wrażenie. Ponie-

waż jednak duma cesarza burzyła się na myśl cofnięcia 
się przed bitwą, ponieważ opuścić chciał Rosję nie jako 
zwyciężony, lecz jako zwycięzca, przywołać rozkazał ge-
nerała inżynierii Dode, a widząc, iż znaną mu jest 
dokładnie cała ta część Litwy, z daleka już zawołał: „iż 
celem narady jest odwrót na Ziembin lub też na Smolany 
i rozprawa z Wittgensteinem", i pytać  jął o szczegóły 
pozycji rosyjskiego generała. 

Dode odparł,  że w pośrodku błotnistej równiny Witt-

genstein zajmuje wzgórza, górujące nad całą okolicą; że 
chcąc dotrzeć tam, trzeba by maszerować wzdłuż jednej, 
wąskiej i krętej drogi, w promieniu strzałów nieprzy-
jacielskich, wystawiając na morderczy ogień najpierw 
lewy, później prawy nasz flank; że z tej strony pozycja 
jest istotnie nie do zdobycia; że chcąc obejść ją, trzeba by 
cofnąć się aż do Witebska i nadłożyć olbrzymi kęs drogi. 

Napoleon porzucił wówczas ostatnie rojenia o sławie i 

zdecydował się na Borysów. Prowadzony przez Jomi- 

background image

niego, generał Eblé wyruszyć miał niezwłocznie wraz z 
ośmiu kompaniami saperów i pontonierów i przygotować 
mosty na Berezynie. 

Rozwiały się tedy wszystkie złudzenia cesarza. W Smo-

leńsku, dokąd doszedł pierwszy i skąd pierwszy wyru-
szył, dowiadywał się raczej o pogromie, aniżeli oglądał 
go na własne oczy. W Krasnem, gdzie ujawniały mu się 
po kolei szczegóły klęski, niebezpieczeństwo stanowiło 
niejaką rozrywkę; lecz w Orszy dopiero ogarnąć mógł 
dowolnie całokształt nędzy naszej i niedoli! 

W Smoleńsku trzydziestotysięczna armia, rozporządza-

jąca stu pięćdziesięciu działami i nienaruszonym skar-
bem, mogła łudzić się jeszcze, że poza Berezyną czeka ją 
lepsza, jaśniejsza przyszłość. W Orszy szczątki tej armii, 
niespełna dziesięć tysięcy nagich prawie i bosych 
żołnierzy, tłoczyły się bezradnie wśród tłumu umiera-
jących, dookoła nielicznych dział i zrabowanych do-
szczętnie wozów! 

W przeciągu pięciu dni sytuacja zmieniła się do nie-

poznania: zniszczenie i dezorganizacja coraz szersze za-
taczały kręgi! Mińsk zdobyty został przez Rosjan! Od-
stępstwo Austrii było faktem niemalże dokonanym, a 
mogło być hasłem buntu dla całej Europy! Nie wy-
poczynek tedy, nie wygodne, a zasłużone wczasy, lecz 
walka i znojny trud czekały nas na przeciwległym brzegu 
Berezyny. 

Napoleon nieświadom był nawet tego, czy zdoła w 

ogóle uprzedzić w Borysowie niebezpieczeństwo wynikłe 
ze szczególnego zachowania się  Śchwarzenberga. Wi-
dzieliśmy,  że trzecia armia rosyjska, dowodzona przez 
Wittgensteina, groziła nam odcięciem od Borysowa i że 
cesarz przeciwstawił jej korpus księcia Belluno, który 
otrzymał rozkaz powetowania omyłki z dnia l listopada i 
niezwłocznego podjęcia ofensywy. 

Rozkaz został spełniony 14 listopada tego samego dnia, 

kiedy Napoleon wyruszył ze Smoleńska, korpusy Victora 
i Oudinota zepchnęły w kierunku Smolan forpoczty 
Wittgensteina, gotując się równocześnie do walnej bitwy, 
którą stoczyć miały następnego dnia. 

Wojska francuskie liczyły trzydzieści tysięcy ludzi; ro-

syjskie — czterdzieści tysięcy. I tutaj więc, tak jak pod 
Wiaźmą, liczba żołnierzy byłaby dostateczna, gdyby nie 
to, iż zbyt wielu było oficerów. 

Obaj marszałkowie różnili się w zdaniach i poglądach. 

background image

Victor osaczyć chciał lewe skrzydło nieprzyjacielskie, 
łącznie z korpusem Oudinota wyminąć Wittgensteina, a 
następnie podążyć do Berezyny przez Boczejkowo, Ka-
mień i Puszno. Oudinot natomiast przeciwny był temu 
projektowi, twierdząc, iż tym sposobem tak on, jak 
Victor oddaliłby się od Wielkiej Armii, która przyzywała 
ich na pomoc. 

Wobec tego zaś, iż jeden z dowódców chciał manewro-

wać, a drugi atakować z frontu, ani jedno, ani drugie nie 
doszło do skutku. Oudinot cofnął się w nocy do Czerei, a 
Victor, który o świcie dopiero dostrzegł dezercję księcia 
Reggio, rad nierad wkrótce za nim podążył. 

Zatrzymał się w pobliżu Sienna, o jeden dzień marszu 

od  Łukomli, w należytej odległości od Wittgensteina. 
Niebawem wszelako książę Reggio otrzymać miał z Du-
browny rozkaz wymarszu na Mińsk, a Victor — pozostać 
miał sam jeden, oko w oko z generałem rosyjskim. Mo-
żliwym było, iż Wittgenstein uzna wówczas przewagę 
księcia Belluno, nikt jednak nie mógł przewidzieć osta-
tecznych wyników tak bardzo nierównej walki. W rzeczy 
samej, tegoż 20 listopada, gdy cesarz bolał nad 
niechybną zagładą swoich tylnych straży, równocześnie z 
wieścią o flankowych manewrach Kutuzowa i zatrzy-
maniu czoła kolumny naszej przez armię wołyńską tuż 
nad brzegiem Berezyny nadeszła wiadomość,  że Witt-
genstein na czele czterdziestu tysięcy ludzi gotuje się 
zaatakować lada chwila nasz prawy flank, że wobec tego 
wskazany jest jak największy pośpiech. 

Lecz Napoleon nie mógł zdecydować się na opuszcze-

nie linii Dniepru. Tak jak w Ladach i Dubrownie pod 
wpływem gnębiącej go troski o los nieszczęsnego Neya i 
tutaj również zwleka z wymarszem, co chwila dopytuje 
się o marszałka, do ostatka wyczekuje wieści. Bo wbrew 
oczywistości i prawdopodobieństwu, mimo iż od 
czterech dni trwała nieprzerwanie ponura cisza, mimo 
tego, że zginął wszelki słuch o tej garstce walecznych — 
cesarz ufa jeszcze i wierzy! 

Zmuszony opuścić w końcu Orszę, pozostawia w mia-

steczku Eugeniusza, Mortiera i Davouta, sam zaś zatrzy-
muje się niebawem w odległości dwóch mil i znów czeka 
na Neya. Armia cała, a raczej szczątki armii prze-
bywające w Orszy dzieliły smutek i niepokój cesarza. W 
chwilach wolnych od najpilniejszych, najbardziej na- 

background image

glących czynności wszystkie myśli i wszystkie 
spojrzenia biegły w dal, poza rzekę, na rosyjski brzeg. 
Nasłuchiwano, czy nie dochodzą stamtąd odgłosy walki, 
zwiastujące przybycie Neya, czy też raczej jego zgon. 
Lecz nie było widać nic prócz oddziałów 
nieprzyjacielskich, które zagrażały już mostom na 
Dnieprze! Jeden z trzech wodzów naszych chciał 
zburzyć wówczas te mosty; napotkał wszelako 
zdecydowany opór, motywowany niewygasłą mimo 
wszystko nadzieją, serdecznym współczuciem dla Neya i 
niechęcią do zerwania ostatniej łączności z tym 
nieszczęsnym towarzyszem broni. 

Czwartego dnia o zmierzchu pierzchła wreszcie wszel-

ka nadzieja. Noc nie przyniosła spoczynku. Wszyscy po-
czuwali się do odpowiedzialności za zgubę Neya, jak 
gdyby dłuższe wyczekiwanie w pośrodku rozległych 
równin Krasnego możliwe było przy zupełnym braku sił 
i amunicji. 

Dookoła postaci Neya starzy towarzysze i przyjaciele 

snuli już żałobną przędzę wspomnień. Davout rozstał się 
z nim ostatni. Więc Mortier i wicekról rozpytywali, jak 
wyglądał i co mówił przy pożegnaniu. 15 listopada, gdy 
huknęły pierwsze strzały nieprzyjacielskie, zwrócone 
przeciwko Napoleonowi, Ney wyraził chęć natychmias-
towej ewakuacji Smoleńska,  śladem wicekróla. Lecz 
Davout sprzeciwił się temu, przypominając wyraźny roz-
kaz cesarza, zarówno co do ewakuacji, jak i co do zbu-
rzenia wieżyc i murów miejskich. Wynikła stąd sprzecz-
ka, a ponieważ Davout uparł się pozostać w mieście aż 
do następnego dnia, przeto i Ney, który osłaniać miał 
tyły, zmuszony został wymarsz odłożyć. 

Wprawdzie nazajutrz rano Davout uprzedzić kazał 

marszałka o grożącym mu niebezpieczeństwie, lecz bądź 
to dlatego, że istotnie zmienił zdanie, bądź też na skutek 
irytacji Ney odpowiedział: „Że wszyscy kozacy, jacy są 
na  świecie, nie zdołaliby odwieść go od spełnienia 
otrzymanych rozkazów". 

Wyczerpały się wspomnienia i domysły, zapadło smut-
niejsze jeszcze milczenie, gdy wtem zatupotały końskie 
kopyta i rozległy się okrzyki: „Marszałek Ney ocalony! 
Korpus jego w pobliżu! Oto ułani polscy, którzy wieść tę 
przywożą!". Nadjeżdżał w rzeczy samej jeden z oficerów 
Neya, który zawiadomił nas, że marszałek posuwa się 
prawym brzegiem Dniepru i że prosi o posiłki. Zapadał 
zmierzch. Dookoła ogrzanych, przytulnych 

background image

kwater roiły się  tłumy  żołnierstwa. Od czasu ewakuacji 
Moskwy po raz pierwszy rozdane zostały obfite zapasy 
żywności; po raz pierwszy żołnierze spać mieli w cieple, 
syci i wypoczęci. Jakżeż więc przerwać im tę 
niewypowiedzianie błogą ciszę pierwszej spokojnej no-
cy? Jak pozbawić tych biedaków tak bardzo zasłużonego 
snu i spoczynku? Któż zdoła skłonić ich do opuszczenia 
kwater, do nocnej wyprawy na rosyjski, mgłą i mrokiem 
zasnuty brzeg? 

Zarówno Eugeniusz, jak Mortier kierować chcieli od-

sieczą. W końcu, po krótkiej, lecz burzliwej rozmowie, 
podczas której wicekról powoływać się musiał na star-
szeństwo rangi, Mortier ustąpił. Ciepło kwater oraz ob-
fitość strawy dokonały tego, czego nie byłby dokonał 
żaden przymus, żadne rozkazy ani groźby: maruderzy 
wrócili do szeregów. Cztery tysiące ludzi stanęło nieba-
wem pod bronią. W imię zagrożonych pułków Neya 
poszli wszyscy; lecz był to ostatni ich wysiłek. 

Wśród nocnych mroków, nieznaną, wyboistą drogą 

uszli dwie mile, przystając i nasłuchując co chwila. Nie-
pokój wzrastał. Czyżby droga mylna była, a odsiecz 
spóźniona? Czyżby wyginęli już wszyscy? Czyżby napo-
tkać miano tryumfującą, zwycięską armię rosyjską? 
Miotany niepewnością, książę Eugeniusz kilkakrotnie 
wystrzelić kazał z armat. A gdy przebrzmiał huk wystrza-
łów, wśród  śnieżnych, dalekich pól odezwały się liczne 
sygnały: był to trzeci korpus, który w braku dział roto-
wym odpowiadał ogniem. 

Natychmiast ruszyły ku sobie oba korpusy. Pierwszymi, 

którzy dostrzegli się wzajemnie, byli Ney i Eugeniusz. 
Jeszcze chwila i obaj padli sobie w objęcia! Eugeniusz 
płakał, Ney klął i mruczał! W sercu jednego bujnie 
rozkwitała radość oraz uwielbienie dla rycerskich cnót 
żołnierza, którego przygarniał oto do swojej mężnej 
piersi; drugi zaś drżał jeszcze od przebytych trudów i 
męki, kipiał gniewem na wspomnienie niebezpieczeń-
stwa, jakie groziło w jego osobie honorowi całej armii, i 
złorzeczył Davoutowi, którego niesłusznie oskarżał o 
dezercję. 

Kilka godzin później, gdy Davout wyjaśnić chciał 

sprawę i wytłumaczyć swoje postępowanie, następującą 
szorstką otrzymał odpowiedź: „Nie stawiam panu, panie 
marszałku, żadnych zarzutów, Bóg widzi nas i sądzi". 

Z chwilą gdy połączyły się oba korpusy, prysła wszel- 

background image

ka dyscyplina: bez względu na rangę, generałowie, ofi-
cerowie i żołnierze serdecznie witali się i ściskali, nie 
szczędząc pytań i radosnych okrzyków. Dobywano z tor-
nistrów niedawno otrzymany chleb i manierki z wódka, 
częstowano znużonych i zgłodniałych kamratów. Po 
czym ruszyli wszyscy ku Orszy, zarówno spragnieni: 
jedni wzruszających opowieści, drudzy szerszego koła 
pilnych słuchaczy. 

Opowiadali tedy, jak w owym pamiętnym dniu 17 lis-

topada; zmuszony opuścić na łaskę i niełaskę losu pięć 
tysięcy chorych i rannych, wychodził marszałek ze Smo-
leńska, wiodąc za sobą sześć tysięcy bagnetów, trzystu 
jeźdźców i dwanaście dział. Opowiadali o gęstych strza-
łach artylerii Płatowa i straszliwej eksplozji min, która 
wystraszyła spośród gruzów i zwalisk miasta siedmio-
tysięczny tłum bezbronnych maruderów. Opowiadali i o 
tym. że mimo wszystkie troski i całą grozę sytuacji Ney 
otaczał najtkliwszą opieką chorych, kobiety i dzieci, i 
tutaj również ten najwaleczniejszy był jednocześnie 
najbardziej ludzkim! 

U bram miasta zaszedł wypadek, którego ohyda zgrozą 

przejęła wszystkich. Wyrodna jakaś matka postanowiła 
porzucić pięcioletniego synka i, mimo krzyku i płaczu 
dziecka, odpychała je od przepełnionych sanek. Wołała 
przy tym dzikim, jak gdyby obłąkanym głosem: „że 
chłopiec nie widział nigdy Francji; że nie będzie jej 
żałował; że ona natomiast Francję zna i pamiętali chce do 
niej powrócić!". Dwukrotnie, w myśl rozkazu Neya, 
oddawano matce nieszczęsnego chłopaka i dwukrotnie 
wyrzucała go z sanek na zmarznięty, stratowany śnieg! 

Lecz zbrodnia ta, jedyna na szczęście, wśród niezli-

czonych przykładów poświęcenia i szczytnej ofiarności, 
należytą poniosła karę: niegodziwa matka opuszczona 
została na tym samym śniegu, z którego podniesiono jej 
dziecko i powierzono opiece innej, lepszej matki. I 
szorstkie od zimna, posiniałe dłonie wskazywały sierotę, 
którego widziano nad Berezyną, potem w Wilnie, potem 
w Kownie, i który przetrzymał bez szwanku wszelkie 
trudy, całą nędzę i niedolę odwrotu. 

Interpelowani przez oficerów Eugeniusza, oficerowie 

Neya opowiadali następnie o pochodzie na Krasne, po-
przez olbrzymie cmentarzysko wszelkiego rodzaju 
szczątków; przed nimi biegł zgłodniały tłum, za nimi 
ciągnęli rozproszeni maruderzy. 

background image

Dno każdego jaru, każdego wąwozu usiane było set-

kami bermyc i kasków, porzuconą odzieżą, szczątkami 
skrzyń, wozów i dział, zaprzężonych w zdychające, na 
poły rozszarpane konie. Opodal Korytni, pod koniec 
pierwszego dnia, potężny huk i warkot kilku przelatu-
jących nad wojskiem kartaczy powszechną obudził czuj-
ność. Spodziewano się bitwy. Głośny huk zdawał się 
zapowiadać,  że działa są blisko, przed nami, a jednak 
nikt dojrzeć nie mógł nieprzyjaciela. Ricard ruszył nie-
zwłocznie przodem. Lecz nie znalazł nic okrom dwóch 
baterii francuskich, porzuconych na gościńcu wraz z 
amunicją, i nielicznego oddziału kozaków, którzy od-
ważyli się wprawdzie podpalić jaszczyki, lecz zmykali 
teraz co tchu, sadząc na przełaj polami. 

W tym miejscu urwała się opowieść. Podkomendni 

Neya pytali z kolei o przyczynę ogólnego zniechęcenia, 
pytali, dlaczego zostawiono nieprzyjacielowi nie uszko-
dzoną broń, razem z prochem i amunicją. Czyż nie było 
dość czasu, ażeby zagwoździć działa, zakopać lub wysa-
dzić w powietrze zawartość jaszczyków? 

Dotąd wszakże napotkane ślady — ciągnęli dalej opo-

wieść — były jeno śladami niefortunnego marszu. Lecz 
nazajutrz ziściły się najsmutniejsze przeczucia. Wszyst-
kie serca ścisnęły się  żalem na widok śnieżnej, krwią 
zbryzganej równiny, na widok pogruchotanych dział i 
krwawych, okaleczonych trupów. Za pomocą tych stra-
sznych mogił można było odtworzyć sobie przebieg bi-
twy, zaciekłość walki i pozycje zajmowane przez po-
szczególne oddziały. Tam stała 14 dywizja, bo tu i ów-
dzie, na porwanych w strzępy czakach, widnieją numery 
pułków. Tam dalej — to gwardia włoska, to znane 
wszystkim mundury wiarusów wicekróla! Lecz gdzież 
podziała się reszta, gdzież są ci żyjący? Ponad krwawym 
pobojowiskiem, w cmentarnej, głuchej ciszy na próżno 
zadawali sobie te pytania... I nikomu spośród tych, 
którzy spoglądali w zbożnym milczeniu na to straszliwe 
pole  śmierci, nie była znana ni dola kamratów, którzy 
stąd uszli, ani własny ich, nieszczęściem brzemienny los. 

Następnie bez przeszkody szli szybko aż do tego 

punktu, gdzie droga schodzi w głąb wąwozu, później zaś 
wznosi się ku górze i przecina rozległą wyżynę. Było to 
płaskowzgórze Kątowy, ten sam plac boju, na którym 
przed trzema miesiącami, podczas tryumfalnego 
pochodu na 

background image

Moskwę, pokonali Niewierowskiego, na którym witali 
Napoleona salwami z dział zabranych poprzedniego dnia 
nieprzyjacielowi. Mimo odmiennej pory roku i śnieżnych 
zasp ogólny widok terenu niewiele się zmienił. 

Oficerowie Mortiera zawołali wówczas: „że w tym 

samym punkcie, oganiając się przed ćmą rosyjską, i ce-
sarz, i oni czekali 17 na Neya". „Miejsce cesarza — od-
parli tamci — zajął teraz Kutuzow czy też raczej Miło-
radowicz, bo sędziwy generalissimus nie opuścił jeszcze 
Dobrego". 

Maruderzy cofali się już, ukazując kamratom wyżynę 

czarną od pułków nieprzyjacielskich, gdy wtem wysunął 
się naprzód oficer rosyjski, szybkim krokiem szedł ze 
wzgórza i, stanąwszy sam jeden przed marszałkiem, bądź 
to na skutek istotnej kultury, bądź też przez 
poszanowanie dla cudzej niedoli, bądź też wreszcie z 
obawy  ściągnięcia na się gniewu, w słowach pełnych 
czci wezwał Neya do poddania się. 

„Przysłał go Kutuzow. Feldmarszałek nie śmiałby ni-

gdy uczynić równie bolesnej propozycji tak wielkiemu, 
tak słynnemu generałowi, gdyby nie to, że położenie jest 
bez wyjścia, a wszelka walka zupełnie beznadziejna. 
Otacza go zewsząd osiemdziesięciotysięczna armia ro-
syjska. Jeśli waleczny wódz Francuzów ma w tym 
względzie jakiekolwiek wątpliwości, feldmarszałek go-
tów jest pozwolić na sprawdzenie wymienionej powyżej 
cyfry." 

Nie przebrzmiały jeszcze ostatnie słowa parlamentarza, 

gdy od strony prawego skrzydła nieprzyjacielskiego 
ozwał się groźny huk czterdziestu naraz salw armatnich. 
Rojem sypnęły się kule i kartacze. Zdumiony i 
przerażony oficer umilkł. Równocześnie, z okrzykiem: 
„Biada zdrajcy!", rzucił się nań jeden z oficerów na-
szych, Ney zaś, jakkolwiek sam karzącą powstrzymał 
dłoń, nie mógł pohamować gniewu i w najwyższym 
uniesieniu zawołał: „Marszałek cesarski nie poddaje się 
nikomu; układy, strzałami popierane, są nieważne; jesteś 
pan moim jeńcem!". I nieszczęsny parlamentarz, roz-
brojony, stać musiał w pierwszym szeregu, pod mor-
derczym ogniem bratnich regimentów. Wolność odzyskał 
dopiero w Kownie, po dwudziestu sześciu dniach nie-
woli. Oficerskim związany parolem, dzielił z nami do 
końca głód, zimno i nędzę. 

Rosjanie  strzelali   bez  przerwy.    Okoliczne  wzgórza, 

background image

przed chwilą jeszcze ciche i milczące, rozbłysły tysiącem 
ogni, zasnuły się dymami. Lecz niebezpieczeństwo zda-
wało się podniecać tylko Neya. Następnie oficerowie 
Neya, rozentuzjazmowani, ilekroć przyszło im wspom-
nieć imię swego marszałka, dodają, iż jak bóg wojny, 
nieustraszony i nieugięty, hardo i śmiało spoglądał w 
śnieżną, od stali połyskliwą dal! 

Kutuzow mówił prawdę. Z jednej strony stała potężna 

osiemdziesięciotysięczna armia, zwarte szeregi wy-
poczętej, dobrze odżywionej piechoty, liczne szwadrony 
jazdy i setki dział, broniących znakomitej pozycji i... 
łaskawa fortuna, która sama jedna zastąpi wszystko; z 
drugiej — pięć tysięcy żołnierzy, wyczerpanych głodem 
i trudami, źle odzianych i źle uzbrojonych. 

Mimo to jednak, nie myśląc nawet o poddaniu się ani o 

śmierci, jak gdyby nieświadom, iż do bohaterskiego 
gotuje się czynu, wódz Francuzów postanowił przedrzeć 
się przez wojska nieprzyjacielskie, przebojem utorować 
sobie drogę! Sam jeden wobec zawistnej doli, we własnej 
duszy moc czerpiąc i siły, zapatrzony w legendę 
wiekopomnych, prawie że nieprawdopodobnych zwy-
cięstw, bez wahania nierówną podjął walkę! 

Armia — ku własnemu zdziwieniu — okazała się god-

ną swojego wodza. Wszyscy bez wyjątku dzielnie sta-
wiali czoło. Żołnierze i oficerowie zrozumieli wówczas, 
że istotą wielkości człowieka nie są ani wielkie zamiary, 
ani uparte przedsięwzięcia, lecz wyłącznie i jedynie po-
tężny wpływ wywierany na drugich! 

Przodem biegła dywizja Ricarda, tysiąc pięciuset ludzi. 

Jego to pchnął Ney na nieprzyjaciela, reszta miała iść w 
jego  ślady. Osłonięta najpierw stokami wąwozu, 
widoczna następnie na skraju wyżyny, dywizja ta rozbita 
i zdziesiątkowana przez pierwszą linię rosyjską, brocząc 
krwią wkrótce się cofnęła. 

Bynajmniej nie zniechęcony losem Ricarda i podtrzy-

mując na duchu pozostałych, marszałek zebrał niedo-
bitków, utworzył z nich rezerwę, osłaniającą tyły kor-
pusu, sam zaś na czele trzech tysięcy ludzi, pociągnąw-
szy za sobą generałów Ledru, Razouta i Marchanda, 
ruszył na nieprzyjaciela. Oddział piechoty iliryjskiej, 
złożony z czterystu ludzi, zaatakować miał równocześnie 
lewy flank rosyjski. Nie było tam ani grzmiącej prze-
mowy, ani uroczystego odwoływania się do męstwa i ho-
noru żołnierzy, jeno żywy przykład, jeno bohaterska 

background image

ofiara, która zawsze i wszędzie jest najwymowniejszym 
ze wszystkich zwrotów retorycznych, najbardziej sta-
nowczym ze wszystkich rozkazów! Za Neyem poszli 
wszyscy. Zniesiono niebawem pierwszą linię nieprzy-
jacielską. Lecz nim błysnęły po raz wtóry bagnety, po-
sypał się grad bomb i kartaczy. Padła trupem większość 
żołnierzy, wszyscy generałowie odnieśli mniej lub więcej 
ciężkie rany, okaleczała, nieomal doszczętnie wybita ko-
lumna, zakołysała się i zawróciła. 

Ney uznaje wówczas, iż pokusił się o rzecz niewyko-

nalną; cofa się przez wąwóz, jedyną osłonę, jaka mu 
jeszcze pozostała, bez nadziei, ale bez lęku formuje po 
raz wtóry szczątki swojego korpusu; przeciwstawia dwa 
tysiące ludzi osiemdziesięciotysięcznej armii, ogniem 
sześciu dział odpowiada na potężny ryk dwustu armat 
rosyjskich, odwagą swoją zadaje kłam wyrokom zdra-
dzieckiej i płochej Fortuny! 

W tej jednak chwili ona to chyba poraziła bezwładem 

Kutuzowa. Żołnierze Neya dziwili się temu rosyjskiemu 
Fabiuszowi, co gorliwszy od rzymskiego pierwowzoru 
— upierając się przy tym, co nazywał swoją ludzkością i 
przezornością, nie chciał zrezygnować ze swoich 
pompatycznych cnót, i nie pozwalał sobie, nie śmiał 
sięgnąć po zwycięstwo, jak gdyby zaskoczony własną 
przewagą. Ponieważ Napoleon poniósł klęskę przez 
swoje zuchwalstwo, on uniknął tegoż grzechu, popadając 
w drugą ostateczność. 

A przecież jedno natarcie, jednego choćby z korpusów 

rosyjskich, położyłyby kres wszystkiemu, lecz Rosjanie 
bali się decydującego kroku, biernie przywarli do swojej 
ziemi, jak gdyby całą ich odwagą było wypełnianie 
rozkazów, a całą energią posłuszeństwo. 

Długo trwali w niepewności, nie wiedząc, z kim wal-

czą, sądzili bowiem, że Ney uszedł ze Smoleńska pra-
wym brzegiem Dniepru, a mylili się dlatego, że — jak 
się często zdarza — mniemali, iż nieprzyjaciel to 
uczynił, co by należało. 

Jednocześnie z Neyem również rozbita i zdziesiątko-

wana cofała się piechota iliryjska. I tu zaszło zwykłe 
zdarzenie: dążąc ku lewemu flankowi pozycji nieprzyja-
cielskiej, tych czterystu ludzi napotkało pięciotysięczny 
oddział rosyjski, który powracał z częściowej utarczki ze 
zdobycznym sztandarem francuskim i kilkunastu jeń-
cami. 

background image

Oba oddziały w jednym szły kierunku, na tej samej 

linii. Jedni wracali na swoje pozycje, drudzy gotowali się 
do natarcia, lecz choć iskrzyły się wszystkie źrenice, nikt 
nie ośmielił się rozpoczynać bitwy. Byli tak blisko siebie, 
że wzięci do niewoli Francuzi ze środka szeregów 
rosyjskich wyciągali do nich ręce, błagając o natych-
miastową odsiecz; Iliryjczycy zaś radzili im uciekać, 
obiecując pomoc i opiekę. Wówczas to Ney zwalił się jak 
burza i, sam spychany w głąb wąwozu, wszystkich za-
garnął i pociągnął za sobą. 

Kutuzow wszelako, bardziej ufając swoim działom niż 

wojsku, z daleka jedynie usiłował zwyciężyć. Baterie 
rosyjskie morderczym zionęły ogniem, na teren zajmo-
wany przez Francuzów sypało się tyle kul i wszelkiego 
rodzaju pocisków, że ten sam kartacz, który szerzył 
spustoszenie w pierwszym szeregu, ranił i zabijał na ty-
łach oddziału kobiety, uchodzące wraz z wojskiem. 

Ścieśniając co chwila przetrzebione, rozluźnione szere-

gi, zdziwieni gwałtownością strzałów nieprzyjacielskich, 
żołnierze Neya spoglądali na swego wodza. Gotowi byli 
na  śmierć, a jednak do tych prostych serc kołatała 
nieokreślona, w słowa nie ujęta nadzieja. Kołatała zaś 
dlatego, że — jak wyraził się jeden z oficerów — mimo 
niebezpieczeństwa, mimo całej beznadziejności położe-
nia, dusza tego wodza nie utraciła hartu ani spokoju. 
Utkwił w dal bystry, skupiony wzrok i w milczeniu 
obserwował wojska nieprzyjacielskie, które w obawie 
podobnego podstępu, do jakiego uciekł się był książę 
Eugeniusz, nauczone doświadczeniem, zamykały w zna-
cznej odległości wszystkie drogi i przejścia. 

Skończył się tymczasem krótki dzień zimowy, wie-

czorny mrok pokrywać  jął wszystko. W tym jedynie 
sprzyjała nam zima. Umilkły strzały, cisza zaległa pole 
bitwy. Wówczas Ney wydał rozkaz cofania się z powro-
tem do Smoleńska. Zdumieli się wszyscy, nikt własnym 
nie chciał wierzyć uszom. Nawet przyboczny adiutant 
marszałka, oniemiały ze zdumienia, zdawał się nie ro-
zumieć rozkazu. Lecz marszałek rozkaz powtórzył tak 
stanowczym, tak spokojnym głosem,  że zrozumieli 
wszyscy, iż powziął już nieodwołalne postanowienie, że 
znalazł środek zaradczy, że dzięki niezachwianej ufności 
we własne siły, ufności, która innym dodawała sił i otu-
chy, zdołał ogarnąć i opanować groźną, prawie że bezna-
dziejną sytuację. Bez wahania usłuchali też wszyscy 

background image

i, odwróciwszy się tyłem do Wielkiej Armii, do Napole-
ona i Francji, ruszyli z powrotem ku śnieżnym równinom 
Rosji. Godzinę trwał ten wsteczny marsz. A gdy dotarli 
wreszcie do pobojowiska, na którym czerniały  żałobne 
szczątki wojsk wicekróla, kolumna stanęła, a marszałek, 
dotąd idący w straży tylnej, wysunął się na czoło. 

Wszystkie oczy śledziły pilnie każde jego poruszenie. 

Co zamierzał uczynić? Dokąd zwrócić się bez przewod-
nika, w tym obcym, wrogim kraju? On jednak, kierując 
się instynktem żołnierza, niedługo wahał się i namyślał. 
Pobliski szeroki jar zwrócił natychmiast jego uwagę. 
Rozgarnąć kazał śnieg, przerąbać lód, którym skuta była 
płynąca na dnie jaru rzeczka, a przyjrzawszy się pilnie 
biegowi wody, zawołał: „Że jest to jeden z dopływów 
Dniepru! że oto najlepszy, najpewniejszy przewodnik; że 
trzeba pójść za nim; że doprowadzi nas niechybnie do 
Dniepru, przez który przeprawimy się! że wtedy korpus 
będzie ocalony!". Niezwłocznie też wyruszył w tym 
kierunku. 

Wszelako w niewielkiej odległości od traktu raz jeszcze 

zatrzymał się w nędznej, nie znanej nikomu wiosce. 
Zdaje się,  że była to wieś Fomina albo Dunikowo. Pra-
gnąc wyprowadzić w pole idących za nim kozaków, roz-
palić tam kazał liczne ognie, jak gdyby w przewidywaniu 
noclegu. Fortel udał się niespodziewanie. Kozacy 
uwiadomili snadź Kutuzowa o miejscowości, w której 
marszałek francuski złożyć miał nazajutrz broń, bo nie-
bawem daleki, głuchy huk wstrząsnął powietrzem. 

„Czyżby to był Davout?" — zawołał Ney nasłuchując. 

Lecz strzelano w równych odstępach: były to salwy. 
Zrozumiawszy wówczas, że to Rosjanie święcą w ten 
sposób spodziewane tryumfy, z przekleństwem i groźbą 
na ustach w dalszą puścił się drogę. 

Wysłani na zwiady Polacy Neya przetrząsali równo-

cześnie całą okolicę. Kulawy, stary chłop, był jedynym 
mieszkańcem, jakiego ku swej radości spotkali. Ten 
objaśnił ich, że Dniepr znajduje się w odległości jednej 
mili, lecz że nie jest zamarznięty i że nigdzie w pobliżu 
nie ma brodu. „Znajdzie się bród!" — oświadczył mar-
szałek, po czym, gdy jeden z oficerów napomykać jął o 
poczynającej się odwilży, dodał: „Wbrew wszystkiemu 
musimy przejść i przejdziemy, bo nie ma innego ra-
tunku!". 

background image

Wreszcie około ósmej wieczorem, opodal cichej, uśpio-

nej już wioski na skraju wąwozu, według wszelkiego 
prawdopodobieństwa między Syrokoreniem a Gusino-
wem, idący przodem kulawy przewodnik zatrzymał się i 
wskazał na rzekę. Ścięta mrozem, najeżona zwałami kry, 
rzeka połyskiwała z daleka szklistą, lodową powłoką. 
Lecz lód cienki był i kruchy, a powyżej i poniżej szu-
miała woda. 

Radość okazała się niewczesną, niepokój ogarnął 

wszystkich. Wszak zdradzieckimi mogły być szkliste 
okowy uśpionej, wrogiej toni! Z narażeniem życia, poty-
kając się i zapadając co chwila, jeden z oficerów dotarł 
do przeciwległego brzegu. Powróciwszy oświadczył,  że 
przejdą może ludzie i część koni, lecz że trzeba będzie 
pozostawić działa i bagaże, bo chwiejny, topniejący lód 
nie wytrzyma większego ciężaru. Naglił przy tym do 
pośpiechu. 

Lecz w ciągu tego forsownego, ponurego marszu w 

ciemności, mimo największych wysiłków kolumna, zło-
żona z garstki zdrowych i z wielu chorych i rannych, z 
kobiet i dzieci, po trochu rozluźniła się i rozpierzchła, 
pozostawiając za sobą coraz więcej tych, którzy nie 
mogli nadążyć i ginęli niebawem w nocnej pomroce. Nad 
rzeką dopiero spostrzegł marszałek owe braki. Mógł 
wprawdzie zaraz przeprawić się i, bezpieczny już, oca-
lony, czekać na przeciwległym brzegu. Lecz samolub-
stwo takie obce było szlachetnej duszy Neya. Ze wzgardą 
też i gniewem odrzucił uczynioną mu w tym względzie 
propozycję. Wyznaczył trzygodzinną zwłokę i, jak gdyby 
nieświadomy tego, iż każda niemal minuta zwiększała 
niebezpieczeństwo, szczelnie zawinięty w obszerny 
płaszcz wojskowy, przespał twardym snem te trzy 
śmiertelnie długie godziny. Bo w tym zdrowym, silnym 
żołnierzu zdrowa mieszkała dusza, kryła się niespożyta 
moc wielkich ludzi, wielkich bohaterów! 

Nareszcie, około północy, rozpoczęła się przeprawa. 

Wkrótce jednak ci, którzy pierwsi oddalili się od brzegu, 
jęli wołać, że lód ugina się i zapada pod nogami, że woda 
sięga już po kolana. Straszliwy huk pękającej powłoki 
lodowej zagłuszył niebawem wrzawę i okrzyki. 
Przerażenie obezwładniło wszystkich. 

W myśl wyraźnych rozkazów Neya ludzie przechodzili 

teraz po jednemu; szli ostrożnie, kierując się instynktem 
raczej aniżeli wzrokiem, omijając ostre krawędzie popę- 

background image

kanej kry, dziury i rozpadliny. Coraz bowiem ponad 
bezdenną, szumiącą topielą trzeba było przeskakiwać 
szerokie, rozwarte szczeliny, z których chłodna wyzie-
rała  śmierć. I nikt nie mógł wahać się ani ociągać, bo 
idący za nim naglili do pośpiechu. 

A gdy przeszli wreszcie wszyscy, gdy skostniałe, prze-

mokłe szeregi dotarły do przeciwległego, zbawczego 
brzegu, w jedynym miejscu, gdzie lód twardy był jeszcze 
i gruby, na znacznej wysokości wznosiło się ströme, od 
gołoledzi lśniące urwisko. Trzeba było dobyć resztek sił i 
tchu, ażeby pokonać  tę nową, a nieoczekiwaną prze-
szkodę. Zginęło wówczas wielu ludzi: kto nie roztrzaskał 
głowy o lód, szedł na dno, rybom na pożarcie. Zdawało 
się,  że ta rzeka i ten brzeg dzielą ogólną ku nam 
nienawiść,  że pod przymusem tylko, zaskoczone znie-
nacka, zgodziły się nie udaremniać całkowicie naszego 
ocalenia. 

Lecz co najstraszliwsze było, co dotąd jeszcze grozą 

przejmuje wszystkie serca, to przerażenie i rozpacz ko-
biet i chorych, to łzy setek nędzarzy, zmuszonych po-
zostawić resztki skromnego mienia, zapasy żywności i 
odzieży, wszelkie, jednym słowem,  środki utrzymania, 
które miały zapewnić im przyszłość. Drżące, wychudłe 
postacie przetrząsały zawartość wozów, dzieliły, przebie-
rały, dzieliły znów i odchodziły wreszcie, aby paść po-
tem z wycieńczenia i bólu, na oblodzonym brzegu. Po-
nad szumiącą głębiną przelewał się rozgwar zmieszanych 
głosów, trzask pękających lodów, krzyki tonących, jęki i 
łkania rannych, których obawiano się zabierać ze 
względu na kruchość lodu, a którzy z wozów wyciągali 
ku towarzyszom błagalne dłonie, litości wzywając i ra-
tunku. 

Pragnąc wówczas ocalić bodaj kilkudziesięciu rannych, 

marszałek wjechać kazał na lód kilku mniej nałado-
wanym wozom; lecz na środku rzeki ze złowieszczym 
trzaskiem rozwarła się lodowa powłoka. Stojący na prze-
ciwległym brzegu usłyszeli najpierw długi przeraźliwy 
krzyk, potem przerywane, coraz słabsze jęki, wreszcie 
nic nie było słychać prócz szumu i bulgotania rzecznych 
odmętów: znikło wszystko! 

Przerażonym wzrokiem spoglądał Ney ku otchłani, gdy 

wtem wśród nocnych mroków coś poruszyło się z 
jękiem. Był to oficer, niejaki Briqueville, któremu ciężka 
rana w pachwinie nie dozwalała utrzymać się 

background image

na nogach. Odłam lodu wypłynął razem z nim na po-
wierzchnię. Niebawem ujrzano go wyraźnie, wlokącego 
się na czworakach poprzez lodowe zwały, dziury i 
szczeliny. Sam marszałek dopomógł mu wydostać się na 
brzeg. 

W ciągu tej straszliwej doby wyginęło cztery tysiące 

maruderów i trzy tysiące żołnierzy, utracono nadto działa 
i wszystkie bagaże. Pozostało Neyowi niespełna trzy 
tysiące karnego żołnierza i drugie tyle maruderów. Nad 
ranem dopiero dywizja czy też raczej szczątki dywizji 
uszykowały się i ruszyły. Pokonana, ujarzmiona rzeka 
była im odtąd opiekunką i przewodniczką. 

Maszerowano ociężale, w niewiadomym kierunku, nie-

znaną, pustą okolicą, gdy wtem — przewróciwszy się, 
jeden z żołnierzy rozpoznał ślady szerokiej, ubitej drogi; 
równocześnie zaś ci, którzy szli na przedzie, zbadawszy 
drogę wzrokiem i dotykając jej rękoma z trwogą poczęli 
wołać: ,,że widzą zupełnie  świeże  ślady licznych kół 
armatnich i końskich kopyt!". Umknęli tedy przed jedną 
armią nieprzyjacielską po to tylko, aby zetknąć się 
niezwłocznie z drugą! Znów więc trzeba będzie chwytać 
za broń i łba nadstawiać! Znów broczyć krwią! Lecz Ney 
zdawał się nie słyszeć szemrania i ruszył natychmiast, 
pilnie obserwując okolicę. 

Ślady wiodły do wsi Gusinowa, ludnej i bogatej, którą 

zajęto znienacka. W zamożnych, dobrze ogrzanych 
chatach nasi znaleźli to wszystko, czego nie dostawało im 
od dawna: strawę, spoczynek i jeśli nie życzliwą, to 
przynajmniej bierną ludność. Znaleźli również około stu 
kozaków, którzy obudzili się jeńcami. Prowadzone wśród 
nich  śledztwo oraz nieodzowna potrzeba wypoczynku 
nieco dłużej zatrzymały tu Neya. 

Około dziesiątej korpus dotarł do dwóch, blisko siebie 

położonych, nie znanych nikomu wiosek. Wypoczywano, 
gdy wtem zaroiły się okoliczne lasy i, podczas kiedy nasi 
tłumnie ściągali do tej wioski, która bliższą była Dniepru, 
tysiące kozaków wyłoniło się z leśnej gęstwiny. Gdzie 
okiem sięgnąć, wszędzie połyskiwały stalowe ostrza pik i 
mosiężne gardziele lekkich polowych baterii. 

Był to Płatow i wszystkie jego pułki, posuwające się 

brzegiem Dniepru. Mogli byli nie zwlekając puścić wio-
skę z dymem i rozbić doszczętnie bohaterską garstkę 
równie walecznych, jak osłabłych i znużonych żołnierzy 

background image

Neya. Tymczasem, z niewiadomych przyczyn, przez trzy 
godziny stali bezczynnie, nie starając się nawet przeko-
nać o siłach nieprzyjaciela. Opowiadali później,  że nie 
wydano im odpowiednich rozkazów, że w owej chwili 
naczelny ich wódz znajdował się na tyłach armii, w dość 
znacznej odległości, a oni sami nie śmieli o niczym 
decydować. 

Powstrzymało ich śmiałe zachowanie się Neya. Wraz z 

kilku  żołnierzami marszałek osobiście stanął na straży, 
zaleciwszy uprzednio swoim ludziom spokojny wypo-
czynek. O zmierzchu dopiero wyszły rozkazy, szeptem 
powtarzane przez oficerów, i cały oddział, cichy i mil-
czący, na kształt upiornego hufca, w zwartą uformowany 
kolumnę wyruszył z wioski. Równocześnie jednak 
zagrały wszystkie działa nieprzyjacielskie, zakołysały się 
wszystkie szwadrony. 

Przerażony hukiem, blisko czterotysięczny tłum bez-

bronnych maruderów w popłochu począł biegać tu i tam, 
odpychany przez pierwsze szeregi nasze, które usiłował 
rozerwać. Ney zdołał utrzymać ich między sobą a nie-
przyjacielem pod morderczym ogniem dział rosyjskich. 
Tym. sposobem ci najtchórzliwsi, najbardziej zniechęceni 
strzegli i bronili najwaleczniejszych. 

Osłaniany z prawego flanku przez nieszczęsnych ma-

ruderów, marszałek dotarł do Dniepru, który krył teraz 
jego lewy flank, i maszerując pomiędzy rzeką a tym 
żywym wałem, korzystając skwapliwie z każdej, naj-
lżejszej nawet nierówności terenu, przemykał się od lasu 
do lasu, od wzgórza  do wzgórza. Często jednak zmu-
szony był oddalać się od rzeki. Wówczas Płatów otaczał 
go zewsząd. 

W ciągu dwóch dni, na przestrzeni dwudziestu mil, 

sześć tysięcy kozaków harcowało nieustannie na obu 
flankach szczupłej, do tysiąca pięciuset zbrojnych ludzi 
zredukowanej kolumny. 

Noc przyniosła pewną ulgę. Zrazu powitano z radością 

gęsty, nieprzenikniony mrok. Lecz tym bardziej trzeba 
było przestrzegać  ładu i karności: ktokolwiek zatrzymał 
się bodaj na chwilę, wzruszony ostatnią skargą tych, 
którzy padali z ran lub ze znużenia, ten nie mógł już 
odnaleźć ani dogonić bratnich szeregów. Przeżyli 
niejedną okrutną chwilę  męki i rozpaczy. Nieprzyjaciel 
zaniechał jednakowoż pościgu. 

Nieszczęsna   kolumna,  spokojniejsza  już  nieco,  prze- 

background image

bywała nieledwie po omacku mroczny las, gdy nagle tuż 
przed nią błysnął ogień, huknęły armatnie strzały. W naj-
wyższym przerażeniu zmieszały się pierwsze szeregi; wy-
dało się im, że są otoczeni, że wszystko stracone. Żoł-
nierze gęstym padali trupem, a za nimi wszczynał się 
popłoch, na wszystko głuchy i obojętny. Widząc, czym to 
grozi, Ney biegnie przed front, rzuca doboszom bojowe, 
porywające hasło, i tak spokojny, jak gdyby przy-
gotowany był na tę napaść, woła: „Żołnierze, naprzód! 
Górą nasza!". Na dźwięk tego głosu nowy duch wstąpił w 
żołnierzy: pierzchła trwoga, ponownie uformowały się 
szeregi i wszyscy jak jeden mąż skoczyli biegiem na 
nieprzyjaciela, który umykał tymczasem co tchu, w leśne 
zapadając głusze. 

Maszerowali szybkim krokiem, ale około dziesiątej 

wieczorem na dnie głębokiego jaru napotkali niewielką, 
na poły tylko zamarzniętą rzeczkę. Trzeba było prze-
prawiać się przez nią tak jak przez Dniepr — w poje-
dynkę. Nieodstępni kozacy i tutaj również usiłowali sta-
nąć w poprzek drogi, lecz Ney zmusił ich niebawem do 
ucieczki. Godzinę trwała przeprawa, po czym głód i znu-
żenie zatrzymały korpus przez dwie godziny w ludnej i 
bogatej wsi. 

Od północy aż do następnego ranka, 19 listopada, ma-

szerowano bez przerwy poprzez górzystą, jarami i stru-
mieniami poprzecinaną okolicę. Lecz około dziesiątej 
ukazały się ponownie pułki Płatowa. Ney cofnął się czym 
prędzej w głąb gęstego, krzakami podszytego lasu, brak 
armat uniemożliwiał bowiem walkę na otwartym polu. 
Przez cały dzień huczały tedy działa nieprzyjacielskie, 
druzgocąc drzewa, zasypując ziemią i mchem ukryte w 
gęstwinie biwaki francuskie. 

Z nadejściem nocy ozwały się słowa komendy i korpus 

wyruszył w kierunku Orszy. W ciągu dnia wysłany został 
tamże Przebendowski i pięćdziesięciu jeźdźców z prośbą 
o pomoc. Jeśli nieprzyjaciel nie zajął jeszcze miasta, 
odsiecz mogła już być niedaleko. 

Według oficerów Neya reszta drogi, jakkolwiek ciężka, 

jakkolwiek najeżona licznymi przeszkodami, niegodna 
już była wzmianki. Natomiast wszyscy jednogłośnie 
wynosili pod niebiosa męstwo i zasługi marszałka, a tak 
wielkie, tak szczere było powszechne uwielbienie, że w 
nikim, nawet w równych mu stopniem wodzach, nie 
wzbudzało zazdrości. Dominująca troska 

background image

i serdeczny żal za Neyem wypleniły z serc wszelką za-
wiść. Ney wzniósł się zresztą ponad złość i słabostki 
ludzkie. A tak dalece przekonany był, iż spełnił jeno 
prosty obowiązek,  że niemal ze zdziwieniem spoglądał 
na ogólny zapał, ze zdziwieniem słuchał radosnych, dłu-
go nie milknących okrzyków! Istotnie, radość ogarnęła 
wszystkie serca. A choć każdy z tych wodzów niespożytą 
otoczył się chwałą — Eugeniusz 16 listopada, Mortier 17 
— wszyscy bez wyjątku proklamowali Neya bohaterem 
naszego straszliwego odwrotu. 

Pięciodniowy niespełna marsz dzieli Orszę od Smo-

leńska. A jednak na tak nieznacznej przestrzeni, w tak 
krótkim przeciągu czasu zdobytą została nieśmiertelna 
chwała! Jakąż jest więc istota wielkich czynów, owa nie 
ujęta, niewidzialna dla ludzkich oczu siejba, rzucona w 
pośpiechu przez jedno ofiarne serce, a wydająca tak 
wspaniałe, tak obfite plony, że ni czas, ni żadna przemoc 
nie zdoła umniejszyć ani zdeptać tych życiodajnych 
kłosów! 

Gdy wieść o odnalezieniu się Neya doszła do oddalonej 

o dwie mile kwatery cesarskiej, wzruszony i rozradowany 
Napoleon zawołał: „Ocalały więc orły moje! Chętnie 
byłbym dał z własnej szkatuły trzysta milionów, ażeby 
ratować takiego człowieka!". 

Po raz trzeci i ostatni armia przeprawiła się tedy przez 

Dniepr, rzekę na poły rosyjską, na poły litewską, lecz z 
rosyjskich wypływającą źródeł. Bieży ona od wschodu ku 
zachodowi aż do Orszy i tu jakby chciała wpłynąć na 
ziemie Polski, ale natrafiwszy na wzgórza Litwy, skręca 
nagle na południe i odtąd już stanowi naturalną granicę 
obu krain. 

Dniepr zatrzymał osiemdziesięciotysięczną armię Ku-

tuzowa. Dotychczas była ona raczej biernym świadkiem 
aniżeli przyczyną naszej klęski. Niebawem znikła nam z 
oczu i los zaoszczędził nam męki patrzenia na radość 
nieprzyjaciela. 

W tej wojnie, i tak dzieje się zawsze, charakter Kutu-

zowa oddał mu lepsze usługi niż jego talenty wojskowe. 
Jak długo trzeba było mamić i zwlekać, jego przebie-
głość, ociężałość i podeszły wiek działały niejako same 
przez się, stary wódz stał na wysokości zadania; ale 
wszystko zmieniło się z chwilą, gdy należało działać 
szybko, ścigać, uprzedzać i atakować. 

Wszelako, począwszy od Smoleńska, Płatow przeszedł 

background image

był ze swoimi kozakami na prawą stronę traktu, jak 
gdyby w celu połączenia się z Wittgensteinem. Około 
tych dwóch korpusów skoncentrowała się tedy wojna. 

22 listopada, między Orszą a Borysowem, szerokim 

gościńcem okolonym dwoma rzędami wyniosłych topoli, 
brodząc w głębokich kałużach roztopionego śniegu i lep-
kiego, płynnego błota, szły powoli znużone, zdziesiątko-
wane szczątki Wielkiej Armii. Fatalny stan drogi utrud-
niał i opóźniał pochód. Podczas przeprawy przez kałuże i 
strumienie najsłabsi padali i tonęli, a spośród chorych i 
rannych ci wszyscy, którzy przed wyjazdem ze 
Smoleńska, sądząc, że mrozy towarzyszyć im będą w ca-
łej wędrówce, pozamieniali wozy i bryki na sanie, nie-
chybnie dostawali się teraz w ręce kozaków. 

Wśród powszechnej martwoty i zniechęcenia zaszedł 

wypadek godzien najświetniejszych czasów starożyt-
ności. Dwaj marynarze gwardii odcięci zostali od swoich 
przez oddział Tatarów. Jeden z nich stchórzył i chciał się 
poddać; drugi natomiast, nie przestając walczyć, zagroził 
mu,  że zabije go raczej, a do hańby nie dopuści; i w 
rzeczy samej, ujrzawszy towarzysza, jak rzucał broń i 
wyciągał ku nieprzyjacielowi bezbronne dłonie, bez 
wahania i bez żalu celnym położył go strzałem. Ko-
rzystając następnie ze zdumienia kozaków, nabił po-
nownie karabin i mierząc w najzuchwalszych jął cofać się 
od drzewa do drzewa, od krzaka do krzaka tak długo, 
póki nie doścignął swojej kolumny. 

Wówczas to w pobliżu Borysowa rozeszła się w sze-

regach wieść o utracie Mińska. Nie tylko żołnierze, lecz 
nawet oficerowie spoglądali po sobie wylękłym wzro-
kiem: wyobraźnia ich, znużona widokiem tylu okropnych 
scen, okropniejszą jeszcze wróżyła nam przyszłość. W 
poufnych rozmowach twierdzili niektórzy: „że, zajmując 
Moskwę, Napoleon tak samo powiódł swoje wojska ku 
niechybnej zgubie, jak niegdyś na stepach i rozłogach 
Ukrainy Karol XII, król szwedzki!". 

 

background image

VIII 

BEREZYNA 

  

Wilnie snadź nie zdawano sobie należycie 
sprawy z istotnego przebiegu walki, bo 
podczas gdy na przestrzeni między 
Berezyną a Wisłą garnizony nasze, a także 
rezerwowe bataliony oraz dywizje 
Durutte'a Loisona i Dąbrowskiego, bez 

współudziału Austriaków, przywieść mogły pod Mińsk 
trzydzieści tysięcy doborowego żołnierza, powierzono 
obronę miasta nie znanemu zgoła generałowi i 
trzytysięcznej załodze. Wiedziano nadto, że ta szczupła 
garść  młodocianych  żołnierzy, zamiast stanąć za rzeką i 
stamtąd dopiero odpowiadać na morderczy ogień 
Czyczagowa, rozciągnęła się z tej strony Dniepru, tuż 
nad wodą — i w spienionych nurtach znalazła, mogiłę. 

Albowiem i tutaj również wielkie pomyłki pociągnęły 

za sobą szereg pomniejszych. Wybór gubernatora Mińska 
okazał się niefortunnym: był to jeden z tych ludzi, którzy 
podejmują się wszystkiego, za wszystko jakoby są 
odpowiedzialni, a w rzeczywistości nigdy niczego nie 
dokażą. 16 listopada utracił on Mińsk, a wraz z 
Mińskiem cztery tysiące siedemset chorych, znaczne 
zapasy amunicji oraz dwa miliony porcji żywności. Mi-
nęło zaledwie pięć dni od chwili, gdy żałobna wieść do-
tarła do Dubrowny, a już czyhały na nas stokroć gorsze 
nowiny. 

Cofnąwszy się do Borysowa, tenże gubernator nie po-

trafił ani zawezwać  pomocy Oudinota, oddalonego od 
Borysowa o dwa dni marszu, ani też podtrzymać  Dą-
browskiego, który nadciągał od Bobrujska i Ihumenia. W 
nocy z 20 na 21 Dąbrowski dostał się do mostu rów- 

background image

nocześnie niemal z wojskami Czyczagowa. Chociaż słab-
szy liczebnie, zniósł przednie straże nieprzyjacielskie, 
most zajął i utrzymał się na nim do wieczora; w końcu 
jednak, zasypywany przez baterie rosyjskie gradem po-
cisków, atakowany przez dwakroć liczniejsze pułki, us-
tąpić musiał poza rzekę na moskiewski trakt. 

Napoleon nie spodziewał się tego nowego ciosu; sądził, 

iż zapobiegły temu w zupełności instrukcje wysłane z 
Moskwy w dniu 6 października na ręce marszałka 
Victora: „W przewidywaniu gwałtownego natarcia ze 
strony Wittgensteina albo też Czyczagowa marszałek 
Victor winien trzymać się w pobliżu Połocka i Mińska, 
winien zachować kontakt z obozem Schwarzenberga za 
pośrednictwem inteligentnego i oddanego sobie oficera; 
winien nadto prowadzić stałą korespondencję z Miń-
skiem i zorganizować we wszystkich ważniejszych 
punktach tajną służbę wywiadowczą". 

Z chwilą jednak gdy Wittgenstein uprzedził Czyczago-

wa, ogólna uwaga skupiła się na tym najbliższym, naj-
groźniejszym niebezpieczeństwie; Napoleon ważnych 
swoich instrukcji z 6 października nie ponowił, a Ber-
thier jak gdyby również o nich zapomniał. Zresztą cesarz 
nie sądził snadź, że Borysów w tak krytycznym znajduje 
się położeniu, skoro wiedząc już o utracie Mińska, 
następnego dnia spalić kazał w Orszy wszystkie pontony. 

List, pisany przezeń do Victora pod datą 20 listopada, 

potwierdza to w zupełności: wyraża supozycję, że Oudi-
not nadciągnie do Borysowa 25, gdy tymczasem już 21 
miasto zostało zajęte przez Czyczagowa. 

Nazajutrz, 22, w odległości trzygodzinnego marszu od 

Borysowa, służbowy oficer przywiózł Napoleonowi tę 
groźną wiadomość. Uderzając laską o ziemię, cesarz 
zwrócił wówczas ku niebu gniewne spojrzenie i zawołał: 
„Czyżby tam — w górze — sądzone nam były same 
tylko pomyłki?". 

Ściśle spełniając tymczasem rozkazy cesarza, nieświa-

dom klęski, marszałek Oudinot zatrzymał się 21 między 
Bobrem a Krupkami, gdy wtem zjawił się około północy 
generał Bronikowski z wieścią o porażce własnej, o po-
rażce Dąbrowskiego, o utracie Borysowa i o następującej 
z bliska armii rosyjskiej. 

22 listopada, po forsownym marszu, Oudinot połączył 

się z resztkami korpusu Dąbrowskiego. 

background image

23 listopada, w odległości trzech mil od Borysowa, 

zetknął się z awangardą rosyjską, którą pod gradem kul 
zniósł i zepchnął  aż do Berezyny, zabierając jej dzie-
więciuset ludzi i tysiąc pięćset furgonów. Lecz niedobitki 
oddziału Lamberta, przeprawiwszy się przez tę rzekę, 
zniszczyły most. 

Napoleon znajdował się podówczas w Tołoczynie. Ka-

zał opisać sobie położenie Borysowa. Wszystkie jednak 
raporty opiewały zgodnie, że w tym miejscu Berezyna 
tworzy szeroko rozlane jezioro, najeżone ostrymi zwa-
łami ruchomej kry; że zburzenie mostu, długości tysiąca 
ośmiuset stóp, jest niepowetowaną szkodą, wobec której 
przeprawa staje się niemożliwą. 

Przybył w tejże chwili generał inżynierii z korpusu 

księcia Belluno. Zainterpelowany przez cesarza, oświad-
czył,  że według niego: „jedynym ratunkiem jest prze-
dostanie się poprzez korpus Wittgensteina". Cesarz od-
powiedział na to: „że obrać chce taki kierunek, który 
dozwoliłby mu wyminąć równocześnie wszystkich: Ku-
tuzowa, Wittgensteina i Czyczagowa" — i palcem wska-
zał na mapie Berezynę, poniżej Borysowa: tam bowiem 
zamierzał przeprawić się przez rzekę. Zbity z tropu 
wzmianką o obecności Czyczagowa na prawym brzegu 
Berezyny, cesarz wskazał z kolei drugi punkt, poniżej 
pierwszego, wreszcie trzeci jeszcze bliżej Dniepru. Czu-
jąc wówczas, iż zbliża się tym sposobem do dawnych 
ziem kozackich, zaniechał mapy i rzekł cichym głosem: 
„Ach tak! to Połtawa!... to dzieje Karola XII!". 

W rzeczy samej, sprawdziły się wszystkie najsmutniej-

sze nawet przeczucia Napoleona. Podobieństwo losów 
Wielkiej Armii i losów nieszczęsnych wojsk walecznego 
króla szwedzkiego było tak wielkie i tak silnie oddziałało 
na cesarza, że zapadł nagle na zdrowiu bardziej jeszcze 
aniżeli pod Małojarosławcem. Z tego, co mówił wówczas 
półszeptem, zapamiętano te słowa: „Tak to bywa, gdy 
popełnia się same pomyłki". 

Były to wszelako jedynie odruchy, osłaniające głąb 

duszy cesarza. Prócz pokojowca, który pospieszył mu z 
pomocą, nikt nie dostrzegł w Napoleonie żadnej zmiany, 
żadnego niepokoju. Uszedł on oczom takich nawet 
wiernych sług, jak Duroc, Daru i Berthier. Cesarz tyle 
miał mocy i panowania nad sobą,  że ukryć zdołał 
wszystkie swoje obawy i zwątpienia. Najczęściej bowiem 

background image

hart i siła ducha są jeno pancerzem, pod którym kryje się 
niemoc i zniechęcenie. 

Ów hart ducha zajaśniał w całej pełni kilka godzin 

później, podczas poufnej, a niezmiernie charakterystycz-
nej rozmowy. Dobiegała już północ. Napoleon leżał w 
łóżku. W tym samym pokoju pod oknem, w mniemaniu, 
iż cesarz śpi, Duroc i Daru snuli szeptem najsmutniejsze, 
najbardziej ponure myśli, lecz cesarz przysłuchiwał się 
tej rozmowie, a gdy obiły mu się o uszy słowa „więzień 
stanu", zawołał: „Jak to? czyżby się ośmielili?!". 

Zdziwiony, nieledwie przestraszony, Daru odpowiedział 

po chwili: „Że w razie ostatecznej klęski należy 
spodziewać się wszystkiego, że wspaniałomyślność wro-
ga jest zazwyczaj co najmniej wątpliwa,  że wiadomym 
jest, iż wszelka polityka szczególnymi chadza drogami i 
nie uznaje ani moralności, ani też żadnych innych praw". 
„Lecz Francja! — ozwał się cesarz. — Co by powiedziała 
na to Francja?" „Ach! co się tyczy Francji — odparł Daru 
— można snuć w tym względzie różnorodne, mniej lub 
więcej pesymistyczne domysły, nikt jednak spośród nas 
nie może przewidzieć, co działoby się wówczas w kraju." 
Po czym dodał,  że zarówno dla najwybitniejszych 
oficerów cesarstwa, jak i dla samego cesarza, 
jakąkolwiek bądź drogą — wodą czy powietrzem, skoro 
nie można lądem — najbardziej pożądanym byłby powrót 
Jego Cesarskiej Mości do Francji, skąd  łatwiej ocalić 
mógłby armię, aniżeli pozostając tutaj razem z nią". 
„Zatem przeszkadzam wam?" — zapytał cesarz z 
uśmiechem. „Tak jest, Sire." „Nie chcesz więc być 
więźniem stanu?" Daru odpowiedział w tym samym, na 
poły  żartobliwym tonie: „że wystarczy mu najzupełniej 
godność zwykłego jeńca wojennego". Zapanowało chwi-
lowe milczenie. Wreszcie cesarz otrząsnął się z zadumy i 
z powagą już zapytał: „Czy zostały spalone wszystkie 
raporty moich ministrów?" „Wasza Ces. Mość nie chciała 
dotąd pozwolić  na  to."  „Więc spalcie je teraz; trzeba 
bowiem przyznać,  że znajdujemy się w smutnym poło-
żeniu." Było to jedyne wyznanie wewnętrznych trosk i 
niepokojów. Cesarz niebawem zasnął, odkładając do 
następnego dnia i troski, i niepokoje. 

Ten sam hart ujawniał się w jego rozkazach. Poparł 

gorąco projekt Oudinota, który zamierzał rozbić dywizję 
Lamberta oraz zająć jakikolwiek punkt nad rzeką, bądź to 
powyżej, bądź też poniżej Borysowa. Życzeniem ce- 

background image

sarza było, ażeby w dniu 24 listopada punkt ten został już 
obrany, a przygotowania rozpoczęte; ażeby marszałek 
przysłał nadto do głównej kwatery odpowiednie 
wskazówki, chciał bowiem skoordynować swoje działa-
nia z jego posunięciami. Daleki już teraz od wszelkich 
planów ucieczki z pośrodka wojsk nieprzyjacielskich, 
zastanawia się jedynie nad sposobami rozbicia Czycza-
gowa i odzyskania Mińska. 

Prawdą jest również i to, że osiem godzin później, w 

drugim liście pisanym do księcia Reggio godzi się przejść 
Berezynę pod Wiesiołowem — i, unikając wszelkiego 
zetknięcia z admirałem rosyjskim, cofać się wprost do 
Wilna, wzdłuż Wilejki. 

Owóż rankiem 24 dowiaduje się,  że tylko pod Stu-

dzianką możliwa jest przeprawa; że w tym miejscu rzeka 
ma trzysta dwadzieścia cztery stopy szerokości, a sześć 
stóp głębokości;  że na przeciwległym brzegu grunt jest 
moczarowaty i bagnisty; że armia zmuszona będzie 
przeprawiać się pod morderczym ogniem panującej nad 
wybrzeżem, silnie obsadzonej pozycji nieprzyjacielskiej. 

Pierzchła więc nadzieja prześliźnięcia się pomiędzy 

wojskami Kutuzowa i Wittgensteina; trzeba było przejść 
Berezynę w możliwie najgorszych warunkach, pod grozą 
Czyczagowa i jego armii. 

Począwszy od 23 Napoleon jął gotować się do tej prze-

prawy tak, jak gotują się ludzie do czynów zrodzonych z 
rozpaczy. Przede wszystkim przynieść kazał i spalić przy 
sobie wszystkie pułkowe sztandary. Z tysiąca ośmiuset 
spieszonych kawalerzystów gwardii, z których tylko 
tysiąc stu pięćdziesięciu czterech uzbrojonych było w 
fuzje i karabiny, uformował dwa sprawne i karne 
bataliony. 

Ze  świetnej niegdyś jazdy pozostało Latour-Maubour-

gowi tylko stu pięćdziesięciu ludzi. Cesarz zgromadził 
dookoła siebie wszystkich oficerów kawalerii, którzy nie 
postradali jeszcze koni, blisko tysiąc pięciuset ludzi, i 
nazwał ten oddział swoim „świętym szwadronem". 
Grouchy i Sebastiani objęli dowództwo. W szwadronie 
tym generałowie dywizji pełnili swoje funkcje w randze 
kapitanów. 

Cesarz polecił nadto spalić wszystkie zbywające wozy i 

furgony. Oficerowie mieli odtąd prawo do jednego tylko 
wozu. We wszystkich korpusach spalona być miała 

background image

połowa furgonów, a konie oddane do dyspozycji artylerii 
cesarskiej. Oficerowie artylerii obowiązani byli zabrać 
raczej wszystkie konie, nie wyłączając prywatnych 
zaprzęgów cesarza, aniżeli zostawić armatę albo 
jaszczyk. 

Przed idącą pośpiesznie armią otwarły się wnet ostępy i 

głusze olbrzymich, mrocznych lasów, które ciągną się od 
Mińska aż po Berezynę, gdzieniegdzie tylko usiane 
miasteczkami i wioskami. W oddali, na prawym flanku 
ginącej kolumny naszej, huczały armaty Wittgensteina. 
Wittgenstein szedł od północy, a jego śladem szła sroga 
zima, która niedawno opuściła nas razem z Kutuzowem. 
Odgłos wystrzałów naglił do pośpiechu. Około pięćdzie-
sięciotysięczny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci przedzie-
rał się przez leśny gąszcz tak szybko, jak tylko dozwa-
lało mu na to osłabienie i tworząca się ponownie goło-
ledź. 

Te forsowne marsze, poczynające się przed świtem, a 

trwające do późna, rozproszyły ostatecznie i te pułki, 
które zachowały jeszcze jaką taką karność. Mrok długich 
nocy zimowych, a za dnia mrok odwiecznego boru za-
snuwały wszystko. Wieczorem zatrzymywano się; rano, 
nie czekając na sygnały, przed dniem jeszcze, w dalszą 
ruszano drogę; szczątki poszczególnych korpusów roz-
pierzchły się do reszty; armia przekształciła się w bez-
ładny, różnorodny tłum. 

Wówczas to, nie opodal Borysowa, pod sklepieniem 

prastarych drzew głośne zabrzmiały okrzyki. Był to kor-
pus Victora, którego Wittgenstein, niezbyt zresztą na-
tarczywy, zepchnął aż do drogi, i który oczekiwał tutaj na 
cesarza. Ze wszystkich tych zdrowych jeszcze, silnych 
piersi wyrwał się namiętny, od dawna już zapomniany 
powitalny okrzyk. 

Nie tylko żołnierze, lecz nawet oficerowie nieświadomi 

byli całego ogromu klęski — ukrywano ją przed nimi. 
Toteż przerażenie ogarnęło wszystkich, gdy zamiast 
potężnej, wielotysięcznej zwycięskiej kolumny, widmom 
podobny ukazał się spoza świty cesarskiej tłum na poły 
bosych nędzarzy, odzianych w łachmany, w niewieście 
futra, w kawałki kołder lub dywanów, albo też w stare, 
od ognia i kul podziurawione płaszcze. Spoglądano z 
trwogą na ziemiste wynędzniałe twarze, zmierzwionym 
obrosłe włosem; na obwisłe bezbronne dłonie; na 
zgarbione plecy, pochylone głowy i milczące, zaciśnięte 
usta. Niezwyciężona armia szła oto jak gro- 

background image

mada   jeńców,  dla  których   już  wszelka   zagasła  na-
dzieja! 

Zdumiewał najwięcej widok oficerów, tych wszystkich 

generałów i pułkowników samotnych wśród tłumu, za-
jętych wyłącznie sobą, własnymi troskami i własną  nę-
dza, idących pospołu z żołnierstwem, które zdawało się 
nie dostrzegać ich, któremu nie mieli już nic do powie-
dzenia, po którym niczego już nie oczekiwali. Bo wobec 
powszechnej klęski porwały się wszelkie spoidła, znikły 
wszelkie społeczne różnice. Ostały się tylko jeden głód, 
jedna nędza i jedna bieda. 

Żołnierze Oudinota i Victora własnym nie wierzyli 

oczom. Oficerowie zaś, zdjęci litością, ze łzami w 
oczach zatrzymywali znajomych i przyjaciół, dzielili się 
z nimi strawą i odzieniem i pytali, gdzie są ich pułki, 
gdzie dywizje i korpusy. A gdy w odpowiedzi zamiast 
tysięcy  żołnierzy ukazywano im w milczeniu garstkę 
oficerów i podoficerów, nie wierząc, szukali jeszcze. 

Widok tak niezwykłej klęski wstrząsnął od razu II i IX 

korpusem. Udzielił im się nieład, ta najzaraźliwsza ze 
wszystkich chorób; ład bowiem wydaje się wysiłkiem 
sprzecznym z naturą. 

A jednak, chociaż wiadomym było, iż trzeba przejść 

rzekę i znowu przedrzeć się przez potężne wojska nie-
przyjacielskie, nikt, nawet chorzy, nawet konający nie 
wątpili o zwycięstwie. 

Bo ten znikomy cień dawnej, świetnej armii mimo 

wszystko był cieniem Wielkiej Armii! Czując się poko-
naną tylko przez wrogie żywioły, przez nieubłaganą 
przyrodę, armia krzepiła się obecnością cesarza, tego 
samego genialnego wodza, który od tylu lat prowadził ją 
promiennym szlakiem sławy. Była to pierwsza nie-
fortunna kampania. Lecz ile odniesiono przedtem zwy-
cięstw, ile narodów podbito! Należało jeno iść za nim. 
On jeden poprowadzić mógł  żołnierzy, on jeden utrzy-
mać ich i ocalić! Był więc dla armii wciąż jeszcze tym, 
czym jest dla serca ludzkiego otucha i nadzieja! 

Toteż  wśród tysięcy istot, które mogły oskarżać go o 

swoją niedolę, czuł się najzupełniej bezpiecznym, 
zwracał się do wszystkich z całą naturalnością, pewien 
był ogólnej czci i poszanowania, wiedząc, że należy do 
nas tak, jak myśmy do niego należeli; wiedząc, że sława 
cesarza jest sławą całego narodu, wspólnym mieniem 

background image

wszystkich. Każdy byłby raczej targnął się na własne 
życie, co w rzeczy samej zdarzało się kilkakrotnie. 

Niejeden, konając u stóp cesarza, w przedśmiertnych 

zjawach i wizjach nie oskarżał, nie złorzeczył, jeno bła-
gał i rozpaczał. Nie było w nikim nienawiści, tylko ból i 
smutek. Bo w istocie, czyż Napoleon nie dzielił ze 
wszystkimi nędzy i niebezpieczeństwa? Któż narażał się 
bardziej od niego? Kto większe ponosił straty? 

Zbliżono się tymczasem do najkrytyczniejszego mo-

mentu. W awangardzie, tuż nad Berezyną, szedł Oudinot 
i pięć tysięcy ludzi; na tyłach — Victor i piętnastoty-
sięczny korpus jego, w środku zaś cesarz, a za nim 
siedem tysięcy  żołnierzy, czterdzieści tysięcy ma-
ruderów i olbrzymi tabor dział, wozów i furgonów, 
których większość należała do II i do IX korpusu. 

25, gdy blisko już był Berezyny, ogarnęło go jak gdyby 

wahanie, jak gdyby nowe skrupuły i wątpliwości. 
Zatrzymywał się co chwila na gościńcu, co chwila przy-
stawał, czekając nocy, ażeby ukryć przed nieprzyjacie-
lem przybycie swoje i ułatwić księciu Reggio ewakuację 
Borysowa. 

Wszedłszy do miasta 23, Oudinot skierował się przede 

wszystkim nad rzekę: most długości tysiąca ośmiuset 
stóp zerwany był w trzech miejscach, a obecność nie-
przyjaciela uniemożliwiała naprawę. Poniżej miasta, w 
odległości dwóch mil, opodal Uchołody, i o milę po-
wyżej Borysowa, pod Stadhofem, istniały wprawdzie 
dwa brody, lecz zarówno jeden, jak i drugi niepewne 
były i głębokie. W Studziance wreszcie, o dwie mile 
powyżej Stadhofu, był trzeci, płytszy i dogodniejszy 
bród. 

O tym trzecim przejściu dowiedział się marszałek od 

szefa brygady Corbineau. Generał bawarski, de Wrede, 
zabrał  tę brygadę drugiemu korpusowi niedaleko Smo-
lan, a następnie odesłał spod Dokszyc do Borysowa. Lecz 
Corbineau zastał już w mieście armię Czyczagowa. Zmu-
szony cofać się w górę Berezyny, poprzez nadbrzeżne, 
gęste lasy, nie mogąc nigdzie znaleźć brodu, napotkał w 
końcu litewskiego chłopa, którego koń, mokry jeszcze, 
otrząsał się z wody. Chłopa tego kazał pochwycić, a 
używszy go jako przewodnika, przebył szczęśliwie rzekę 
wprost Studzianki. Następnie zaś połączył się z 
Oudinotem, wskazując mu tę nową, nie znaną dotąd 
drogę ocalenia. 

background image

A ponieważ Napoleon zamierzał cofać się wprost na 

Wilno, marszałek osądził, że przejście to było najbliższe i 
najmniej niebezpieczne. W najgorszym zaś razie, wów-
czas nawet, gdyby piechota i artyleria, zbyt gwałtownie 
atakowana przez Kutuzowa i Wittgensteina, nie zdążyły 
przeprawić się przez rzekę po mostach, cesarz i nieliczni 
jeźdźcy mogliby przepłynąć  ją wpław i bezpieczni już, 
dotrzeć tam, gdzie wojna jeszcze nie dosięgła, gdzie 
cesarski orzeł nabrać mógł sił do nowych, potężnych 
lotów. 

Toteż marszałek nie wahał się ani chwili. W nocy z 23 

na 24 generał artylerii, kompania pontonierów, regiment 
piechoty i brygada generała Corbineau zajęły Studziankę. 

Rozesłano równocześnie podjazdy w stronę Uchołody i 

Stadhofu. W obu miejscowościach brody pilnie były 
strzeżone. Wobec znacznej przewagi wojsk nieprzyja-
cielskich należało tedy użyć podstępu. W tym celu 
rankiem 24 wysłano do Uchołody trzystu żołnierzy i kil-
kuset maruderów, zaleciwszy im hałaśliwe zbieranie 
materiałów potrzebnych do budowy mostu; następnie zaś, 
tuż nad brzegiem, ruszyła ostentacyjnie ku Uchołodzie 
cała dywizja kirasjerów. 

Nie dość tego. Szef sztabu Oudinota, generał Lorencé, 

sprowadzić kazał kilku Żydów i usilnie wypytywał ich o 
wszelkie szczegóły dotyczące brodu oraz dróg, które 
wiodą stamtąd do Mińska. Symulując następnie radość z 
powodu pomyślnych jakoby informacji, zatrzymał kilku 
tych zdrajców rzekomo w charakterze przewodników, 
pozostałych zaś wyprowadzono poza linię naszych for-
pocztów. Pragnąc nadto upewnić się o ich przeniewier-
stwie, kazał im przysiąc, że wyjdą na nasze spotkanie od 
strony Berezyny Niżnej i że uwiadomią nas o ruchach 
wojsk nieprzyjacielskich. 

Podczas gdy usiłowano  ściągnąć tym sposobem na 

Uchołodę całą uwagę nieprzyjaciela, oddziały wysłane do 
Studzianki zajęły się przygotowaniami do przeprawy. 
Owóż generał Eblé dotarł do miejsca dopiero 25, o go-
dzinie piątej po południu. Nieliczny oddział jego składał 
się z kilku zaledwie kompanii pontonierów, z dwóch 
tylko wozów węgla oraz z sześciu furgonów narzędzi i 
gwoździ. Z rozkazu generała każdy pontonier zabrał był 
ze Smoleńska nieco haków i narzędzi. 

Lecz przęsła zbijane już od kilkunastu godzin z belek 

background image

i bierwion, których dostarczyły zburzone chaty chłop-
skie, tak słabe były i chwiejne, że pontonierzy poprawiać 
musieli wszystko, po raz wtóry wszystko ustawiać. 
Nocny mrok uniemożliwił dalszą pracę. Most mógł być 
wykończony dopiero nazajutrz, 26, pod mniej lub więcej 
morderczym ogniem dział nieprzyjacielskich. Nie było 
już wszelako innej drogi. 

O zmierzchu Napoleon zajął Borysów, a Oudinot wy-

ruszył z resztkami swego korpusu ku Studziance. Ciemno 
było i pochmurno. Pułki szły raźnie, w najgłębszym, 
przez nikogo nie przerywanym milczeniu. 

O godzinie ósmej wieczór Oudinot i Dąbrowski zajęli 

wzgórza wznoszące się w pobliżu brodu, a obsadzone 
dotąd przez Eblégo. Eblé zaś stanął tuż nad wodą wraz ze 
swoimi pontonierami i furgonem olbrzymich haków, 
które przekuć kazał na wszelki wypadek z rozmaitego, tu 
i ówdzie pozbieranego żelastwa. Poświęcił wszystko, 
żeby zdobyć haki, i one to ocaliły armię. 

Pod koniec długiej, niezapomnianej nocy z 25 na 26 

wbić kazał pierwsze przęsło w błotniste  łożysko rzeki. 
Lecz na domiar niedoli nagły przybór wód zatarł wszelki 
ślad brodu. Nieszczęśni pontonierzy, po szyję w wodzie, 
obijani i kaleczeni co chwila przez płynącą krę, walczyć 
musieli jednocześnie z wszystkimi trudnościami budowy, 
z zimnem, z wichrem i z wrogim, nieokiełznanym 
żywiołem. Toteż najsilniejsi tylko wyszli zwycięsko z tej 
straszliwej próby. Kto słabszy był, ten ginął z zimna lub 
szedł na dno. 

Wszystko zdawało się zwracać przeciw nam — prócz 

nieprzyjaciela. Dotkliwy chłód przenikał do kości, je-
dnocześnie mróz nie był na tyle silny, aby ściąć lodem 
mętne nurty, aby ująć w okowy błotnisty, rozmokły 
grunt. I tym razem zima okazała się groźniejszym dla nas 
przeciwnikiem niż Rosja. 

Do rana pracowali Francuzi przy blasku ognisk nie-

przyjacielskich, które płonęły jaskrawo na wzgórzach, 
okalających przeciwległy brzeg, w promieniu armatnich i 
karabinowych strzałów dywizji Czaplica. Ów, nie mając 
już  żadnych wątpliwości co do naszych intencji, 
uprzedził swego zwierzchnika. 

Obecność dywizji nieprzyjacielskiej wykluczała wszel-

ką nadzieję wyprowadzenia w pole rosyjskiego admirała. 
Spodziewano się usłyszeć lada chwila basowy ryk, 
warkot pocisków, spadających na naszych pontonierów, 

background image

krzyki i jęki rannych. A i wówczas nawet, gdyby płon-
nymi okazały się obawy nasze w tej mierze, nikt nie 
łudził się, że most ukończony zostanie przed wschodem 
słońca. Przeciwległy zaś brzeg, niski i moczarowaty, zbyt 
dobrze broniony był przez Czaplica, ażeby możliwe było 
zajęcie go przebojem. 

Toteż wychodząc z Borysowa o godzinie dziesiątej 

wieczór, na czele sześciu tysięcy czterystu żołnierzy 
gwardii, sądził Napoleon, że czeka go rozpaczliwa, bez-
nadziejna walka. Późną już godziną zatrzymał się w Sta-
rym Borysowie, majątku księcia Radziwiłła, położonym 
wpół drogi między Borysowem a Studzianką, z prawej 
strony gościńca. 

Resztę tej decydującej nocy spędził bezsennie, miotany 

niepokojem, troską przybity. Co chwila wychodził na 
dwór i nasłuchiwał, w mniemaniu, iż już  świta, zwracał 
się tam, gdzie miały rozstrzygnąć się wkrótce losy armii. 
Kilkakrotnie musiano przekonywać go, że dzień jeszcze 
daleko, a niebo zupełnie ciemne. 

Przed  świtem połączył się z korpusem Oudinota. W 

obliczu niebezpieczeństwa powrócił mu zwykły, nie-
wzruszony spokój. Natomiast wszyscy generałowie, naj-
waleczniejsi nawet, tacy jak Rapp, Mortier i Ney, na 
widok niezliczonych ognisk nieprzyjacielskich oraz zaj-
mowanej przez nich pozycji wykrzyknęli wraz: „że jeśli 
cesarz wyjdzie cało z takich terminów, to znaczy, iż nie 
zagasła jeszcze gwiazda napoleońska!". Nawet Murat 
osądził,  że nadeszła stanowcza chwila i że należy zająć 
się przede wszystkim ocaleniem cesarza. Akcji tej podjęli 
się Polacy. 

Cesarz oczekiwał wschodu słońca w jednym z nad-

brzeżnych domów, na skraju urwiska, którego strzegła 
artyleria Oudinota. Dotarłszy tam, Murat oświadczył 
szwagrowi: „że, według niego, plan przeprawy w tym 
miejscu i w tych warunkach jest niewykonalny, że cesarz 
salwować winien osobę swoją, póki jeszcze czas; że o 
kilka mil powyżej Studzianki bezpiecznie przejść można 
przez Berezynę; że za pięć dni może już być w Wilnie; że 
waleczna i wierna jazda polska, której znane są wszelkie 
drogi, ofiaruje cesarzowi służby swoje, odpowiadając 
krwią  własną i życiem za bezpieczeństwo osoby 
cesarskiej". 

Lecz Napoleon odrzucił ten plan jako hańbiący, jako 

nikczemną ucieczkę, dziwiąc się, iż ktokolwiek mógł 

background image

przypuścić, że cesarz opuści w niebezpieczeństwie swo-
ich  żołnierzy. Nie żywił wszelako do Murata żadnej 
urazy, bądź to dlatego, że wielokrotnie miał sposobność 
przekonać się o nieporównanej odwadze króla Neapolu, 
bądź też raczej dlatego, że w propozycji tej dojrzał jeno 
dowód serca i przywiązania, które w oczach każdego 
monarchy najcelniejszą stanowią cnotę. 

W tejże chwili dzienny brzask oświetlać  jął przygasa-

jące ognie nieprzyjacielskie. Żołnierze chwycili za broń, 
kanonierzy stanęli przy działach, generałowie przyłożyli 
do oczu lunety. Wśród głuchego milczenia, które po-
przedza zawsze wielkie czyny i chwile wielkiego nie-
bezpieczeństwa, wszystkie oczy wpiły się w przeciwległy 
brzeg. 

Z wieczora jeszcze, gdy pontonierzy zabrali się do 

dzieła, każde uderzenie wielkich młotów, odbijając się 
głośnym echem o lesiste wzgórza, niewątpliwie zwrócić 
musiało na rzekę uwagę nieprzyjaciela. Spodziewano się, 
że 26 o świcie tedy ujrzymy wrogie bataliony i liczną 
artylerię wprost chwiejnego rusztowania, przy którym 
Eblé pracować miał jeszcze osiem godzin. Czaplic 
oczekiwał prawdopodobnie dnia po to tylko, ażeby tym 
większe szerzyć spustoszenie! Wreszcie rozwidniło się... 
Ujrzeliśmy puste wybrzeże, przygasające ogniska, dalej 
zaś, na wyżynie, cofającą się baterię, z trzydziestu dział 
złożoną. Jeden celny pocisk armatni byłby zdruzgotał 
ostatnią deskę ratunku, która połączyć miała niebawem 
oba brzegi. Lecz w miarę jak działa nasze stawały na 
pozycji, artyleria rosyjska oddalała się coraz bardziej. 

Nieco dalej widać było tyły drugiej kolumny, która 

maszerowała w stronę Borysowa, nie oglądając się nawet 
poza siebie. Bliżej rzeki stał bezpiecznie pułk piechoty i 
dwanaście dział, a tuż pod lasem snuli się kozacy. Była to 
tylna straż sześciotysięcznej dywizji Czaplica, który 
ustępował oto, jak gdyby chcąc ułatwić nam przeprawę. 

Francuzi własnym nie wierzyli oczom. Po chwili 

dopiero zabrzmiały okrzyki radości, dłonie złożyły się do 
oklasku. Rapp i Oudinot wtargnęli do kwatery cesarza, 
wołając: „Sire, nieprzyjaciel zwinął obóz i ustępuje z 
zajmowanej dotąd pozycji!". „Nie może być!" — 
wykrzyknął cesarz. Lecz Ney i Murat potwierdzili 
wkrótce powyższą wiadomość. Napoleon wybiegł wów-
czas na dwór, a widząc, jak ostatnie szeregi kolumny 

background image

Czaplica pogrążają się i giną w leśnej, dalekiej gęstwi-
nie, w uniesieniu radości, silnym zawołał  głosem: 
„Zwiodłem admirała!". 

Wtem nagle zawróciły ku rzece dwie armaty nie-

przyjacielskie. Huknęły dwa strzały. Natychmiast ka-
nonierzy nasi otrzymali rozkaz rozbicia tych armat kar-
taczami. Jedna salwa dostateczna była, ażeby skłonić 
Rosjan do odwrotu. Wkrótce jednak zaprzestano strza-
łów, w obawie, iżby nie ściągnęły na powrót Czaplica. 
Most bowiem zaledwie był rozpoczęty. O godzinie ós-
mej wbijano jeszcze pierwsze przęsła. 

Lecz cesarz zniecierpliwiony znaczną zwłoką, dłonią 

wskazał najwaleczniejszym przeciwległy brzeg. Jacqu-
eminot, przyboczny adiutant księcia Reggio, i Polak, hr. 
Przeździecki, pierwsi wskoczyli w spienione nurty i 
mimo odłamów kry, której ostre krawędzie kaleczyły 
piersi i boki końskie, dopłynęli szczęśliwie do brzegu. 
Szef szwadronu, Sourd, oraz pięćdziesięciu szaserów z 7 
pułku i pięćdziesięciu woltyżerów, siedzących za 
kamratami na końskich zadach, poszło w ślady Jacque-
minota i Przeździeckiego. Sklecone naprędce dwie tra-
twy przewiozły nadto w dwudziestu przejazdach czte-
rystu ludzi. 

Usłyszawszy poprzednio jeszcze, iż cesarz zasięgnąć 

pragnie języka, Jacqueminot dopadł na przeciwnym 
brzegu jednego z żołnierzy Czaplica, wytrącił mu z ręki 
broń, chwycił za kark, przerzucił przez siodło, rzekę 
ponownie przepłynął i stawił przed oblicze cesarskie 
wylękłego jeńca. 

Około pierwszej most ukończony został, a przeciwległy 

brzeg oczyszczony z grasujących tu i ówdzie kozaków. 
Wśród okrzyków: „Niech żyje cesarz!" — pierwsza 
przeszła dywizja Legranda oraz część dział. Napoleon 
dozorował osobiście przeprawy, zagrzewając  żołnierzy 
głosem i własnym przykładem. 

Gdy dywizja stanęła wreszcie na drugim brzegu, za-

wołał: „Zabłysła tedy znów gwiazda moja!" — albowiem 
wierzył w przeznaczenie jak wszyscy zdobywcy, którzy 
bardziej aniżeli inni ludzie zawisłymi będąc od Fortuny, 
wiedzą dobrze, ile jej zawdzięczają, i którzy tak wysoko 
wznieśli się ponad poziom zwykłych  śmiertelników, o 
tyle bliżej nieba, że przez to samo ulegają bardziej 
bezpośrednio jej wpływowi. 

Równocześnie, w chłopskim przebraniu przybył z Wil- 

background image

na jeden z magnatów litewskich z wieścią o zwycięstwie 
odniesionym przez Schwarzenberga nad korpusem Sac-
kena. Głośno proklamował Napoleon to zwycięstwo, do-
dając od siebie: „że Schwarzenberg zwrócił się nie-
zwłocznie w stronę Berezyny i że obecnie, śladami Czy-
czagowa, nadciąga z odsieczą", supozycja, którą zdawał 
się potwierdzać najzupełniej nagły odwrót Czaplica. 

Wszelako pierwszy ten most, z takim trudem ukoń-

czony, służyć mógł jedynie dla piechoty. Natychmiast też 
rozpoczęto budowę drugiego mostu, o sześć stóp powyżej 
pierwszego, dla przeprawy artylerii i bagaży. Ukończony 
został dopiero o godzinie czwartej po południu. 
Tymczasem reszta drugiego korpusu oraz dywizja 
Dąbrowskiego dążyły za generałem Legrand i za 
księciem Reggio. 

Marszałek zająć miał przede wszystkim drogę wiodącą 

do Ziembina, a bronioną przez nieliczne oddziały 
kozackie; następnie zaś zmusić nieprzyjaciela do cofania 
się w stronę Borysowa i trzymać go możliwie najdalej od 
Studzianki. 

Czaplic posłuszny był admirałowi aż do Stachowa, 

wioski leżącej w pobliżu Borysowa. Tam jednak zawrócił 
i stawił czoło pierwszym szeregom Oudinota, dowo-
dzonym przez generała Alberta. Zatrzymano się równo-
cześnie: Francuzi, widoczni na trakcie z dość znacznej 
odległości, zyskać chcieli na czasie, a generał rosyjski 
czekał na rozkazy. 

Czyczagow znalazł się w takich warunkach i okolicz-

nościach, gdzie uwaga rozproszona być musi jednocześ-
nie na kilku punktach, gdzie wówczas nawet, gdy po-
wzięta zostanie jakakolwiek decyzja co do jednego z tych 
punktów, ogólna chwiejność sytuacji wkrótce przeważa i 
decyzję zmienia. 

Marsz Czyczagowa z Mińska na Borysów i nie tylko 

traktem, lecz również drogami od Antopola, Łohojska i 
Ziembina,  świadczył wymownie, iż początkowo cała 
uwaga generała zwrócona była na Berezynę powyżej 
Borysowa. Zabezpieczywszy w ten sposób lewy swój 
flank, odczuwał jedynie usterki prawego flanku i na nim 
też całkowitą skupił uwagę. 

Omyłka, popełniona przez admirała, oparta była na 

innych jeszcze podstawach. Instrukcje Kutuzowa czyniły 
go odpowiedzialnym za wszystko. Tymczasem Hoertel, 
obozujący z dwunastu tysiącami ludzi w pobliżu Bo- 

background image

brujska, wbrew przysłanym mu rozkazom nie chciał 
opuścić dotychczasowych kwater ani też podążyć śladem 
Dąbrowskiego w górą rzeki. Jako główny powód 
niesubordynacji podał epizootię, powód niesłychany, 
wprost nieprawdopodobny, a jednak prawdziwy, jak 
stwierdził to osobiście Czyczagow. 

Ostrzeżony przez Wittgensteina, w mniemaniu, iż 

obecność tego generała na prawym flanku Wielkiej 
Armii, powyżej Berezyny, skłoni raczej Napoleona do 
cofnięcia się poniżej miasta, zwrócił szczególniejszą 
uwagę na Berezynę Niżną. 

Być może, iż jedną z kierujących nim pobudek było 

również wspomnienie słynnej niegdyś przeprawy Karola 
XII oraz przeprawy Davouta. Idąc w tym kierunku, 
Napoleon nie tylko że mógłby uniknąć Wittgensteina, 
lecz odzyskać nadto Mińsk i połączyć się z korpusem 
Schwarzenberga. Ponieważ zaś Mińsk był ostatnią zdo-
byczą Czyczagowa, a Schwarzenberg pierwszym jego 
adwersarzem, przeto admirał liczył się niewątpliwie z 
tego rodzaju ewentualnością. Ostateczny, według 
wszelkiego prawdopodobieństwa decydujący, wpływ 
wywarły zwodnicze demonstracje Oudinota w kierunku 
Uchołody oraz raporty Żydów. 

25 wieczorem, w tej samej chwili gdy Napoleon po-

stanowił posunąć się w górę Berezyny, z kwatery ad-
mirała całkowicie omamionego, wyszedł rozkaz obsadze-
nia rzeki poniżej Borysowa. Rzec by można, że to cesarz 
francuski podyktował rosyjskiemu generałowi tę właśnie 
decyzję, chwilę, w której decyzja ta miała być powzięta, 
oraz wszystkie, najdrobniejsze nawet szczegóły. Obaj 
wyruszyli równocześnie z Borysowa: Napoleon do Stu-
dzianki, Czyczagow do Zabaszewicz; nie burząc nawet 
dróg ani mostów — z wyjątkiem nielicznego podjazdu, 
który pełnić miał  służbę rozpoznawczą — admirał  ścią-
gnął ku sobie wszystkie wojska, znajdujące się powyżej 
Borysowa. 

Owóż zaledwie pięć czy sześć mil dzieliło Zabaszewi-

cze od Studzianki. Rankiem 26 Czyczagow wiedział już 
zapewne o wszystkim. W niespełna trzy godziny można 
było dojść z Borysowa do pierwszych szeregów fran-
cuskich. Piętnaście tysięcy ludzi strzegło w Borysowie 
mostu na rzece. Mógł więc cofać się aż do tego punktu, 
połączyć się z Czaplicem w Stachowie, tegoż jeszcze 
dnia jeśli nie zaatakować, to przygotować się do walki, 

background image

nazajutrz zaś, 27, na czele osiemnastu tysięcy ludzi 
znieść Oudinota i Dąbrowskiego, razem siedem tysięcy 
ludzi, zająć wreszcie naprzeciwko cesarza i Studzianki 
pozycję, którą Czaplic opuścił był poprzedniego dnia. 

Z rzadka jednak tak wielkie pomyłki tak szybko dają się 

naprawić, bądź to dlatego, iż prawie nikt nie chce 
przyznać się od razu do winy, bądź też dlatego, że 
zazwyczaj traci wówczas zaufanie do samego siebie, a w 
rozterce i zwątpieniu w innych szuka oparcia. 

W ten sposób na naradach, wyczekiwaniu i przygo-

towaniach zszedł admirałowi dzień 26 i 27 listopada. 
Olśniewała go obecność Napoleona i Wielkiej Armii, co 
do której stanu żadnych dokładnych nie posiadał in-
formacji. Widział cesarza wszędzie: z prawej strony, 
wskutek symulowanej przeprawy pod Uchołodą; wprost 
siebie, w Borysowie, dlatego iż istotnie cała armia nasza, 
przechodząc kolejno przez to miasto, wypełniała 
szczelnie ciasne uliczki; wreszcie z lewej strony, pod 
Studzianką, gdzie cesarz znajdował się w rzeczywistości. 

27 tak dalece trwał jeszcze w błędzie,  że kazał zaata-

kować Borysów oddziałowi jegrów, którzy przeprawili 
się przez rzekę, idąc po belkach spalonego mostu, i od-
parci zostali przez dywizję generała Partouneaux. 

Tegoż dnia, o tej samej porze, około drugiej po po-

łudniu, na czele sześciotysięcznej gwardii i szczątków 
korpusu Neya zredukowanego do sześciuset ludzi, Na-
poleon przeszedł przez Berezynę, osłonił tyły Oudinota i 
zabezpieczył dostęp do mostów przed możliwą napaścią 
Czyczagowa. 

Poprzedzał go i szedł za nim tłum maruderów oraz 

znaczna liczba wozów i wszelkiego rodzaju bagaży. 
Przeprawiano się  aż do wieczora. Równocześnie armia 
Victora zajmowała opuszczone przez gwardię  wzgórza 
Studzianki. 

Dotąd wszystko było w porządku. Lecz przechodząc 

przez Borysów, Victor pozostawił w mieście generała 
Partouneaux, który trzymać miał nieprzyjaciela w na-
leżytej odległości poniżej miasta, wysłać w kierunku 
Studzianki licznych maruderów, którzy się tam schronili, 
i połączyć się pod wieczór z Victorem. Po raz pierwszy 
oglądał tam Partouneaux nędzę i rozprzężenie Wielkiej 
Armii. Tak jak Davout w pierwszych dniach odwrotu, i 
on ukryć chciał ślady tej nędzy przed oczami 

background image

idących za nim kozaków Kutuzowa. Próżne te usiłowania 
oraz ciągłe utarczki z wojskami Płatowa na trakcie 
orszańskim i z wojskami Czyczagowa na spalonym 
moście zatrzymały go w Borysowie aż do wieczora. 

Gotował się wreszcie do wymarszu, gdy otrzymał od 

cesarza rozkaz przenocowania w mieście. Napoleon są-
dził zapewne, iż tym sposobem skupi na Borysowie 
całkowitą uwagę wszystkich trzech generałów rosyjskich 
i że Partouneaux, zatrzymując tutaj nieprzyjaciela, ułatwi 
armii przeprawę. 

Lecz wbrew przewidywaniu cesarza, ominąwszy jazdę 

Płatowa, która szła  śladami Francuzów wzdłuż traktu, 
Wittgenstein zboczył niebawem z gościńca, nieco na 
prawo, dotarł tegoż wieczora do wzgórz, które górują nad 
Berezyną między Borysowem a Studzianką, zajął drogę 
wiodącą z Borysowa i zagarnął wszystko, co wpadło mu 
pod rękę. Tłum maruderów, który cofnął się przed 
nieprzyjacielem ku dywizji generała Partouneaux, 
uwiadomił go, że odcięty został od reszty armii. 

Nie wahając się, Partouneaux wydał odpowiednie dy-

spozycje, a choć dywizja jego liczyła niespełna trzy ty-
siące pięciuset żołnierzy, choć rozporządzał trzema tylko 
działami, postanowił przedrzeć się przez szeregi nie-
przyjacielskie. Wśród gęstych mroków ciemnej i zimnej 
nocy szedł z trudem po śliskiej, wyboistej drodze, za-
pchanej wozami i tłumem pieszych maruderów, bory-
kając się z gwałtowną wichurą. Niebawem na wzgórzach 
wznoszących się z prawej strony drogi, a obsadzonych 
piechotą nieprzyjacielską, wykwitły smugi ognia i dymu; 
huknęły liczne strzały. Mimo to, póki atakowano go z 
boku, Partouneaux szedł dalej. Wkrótce jednak czoło jego 
kolumny zaatakowane zostało przez zbrojne, dobrze 
okryte pułki, których celne pociski ryły w szeregach 
naszych krwawe, straszne bruzdy. 

Nieszczęsna dywizja znajdowała się wówczas w kotli-

nie; długi korowód pięciuset do sześciuset wozów krę-
pował każde poruszenie; siedem tysięcy wylękłych, obłą-
kanych trwogą maruderów pchało się do szeregów, ła-
miąc szyki, dezorganizując plutony, coraz to pociągając 
za sobą mniej odważnych czy też  słabszych  żołnierzy. 
Trzeba było cofnąć się, ażeby sformować ponownie 
kolumnę i lepszą zająć pozycję. Lecz podczas wstecz-
nego tego ruchu napotkano kawalerię Płatowa. 

Wyginęła  już połowa naszych ludzi, a tych, którzy 

background image

pozostali jeszcze przy życiu — tysiąc pięciuset żołnierzy 
— otaczały zewsząd trzy armie nieprzyjacielskie i nurty 
Berezyny. 

Przybył wówczas parlamentarz i w imieniu Wittgen-

steina wezwał Francuzów do poddania się. Partouneaux 
propozycję odrzucił! Zdecydowany na wszystko, ażeby 
tylko ocalić honor armii, pragnąc otworzyć sobie ku 
mostom Studzianki trupami usłaną drogę, skrzyknął uz-
brojonych jeszcze maruderów, ścieśnił szeregi. Lecz lu-
dzie ci, niegdyś tak dzielni, upodleni obecnie przez nędzę 
i nadmierne trudy, odmówili posłuszeństwa. Rów-
nocześnie szef jego awangardy zawiadomił go, iż palą się 
mosty w Studziance. Adiutant generała, niejaki Rochez, 
który wieść tę przywiózł, twierdził, że pożar widny jest z 
daleka. Partouneaux uwierzył tej fałszywej wiadomości, 
gdyż niedola łatwowierna jest i raczej złego aniżeli 
dobrego spodziewa się od losu. 

W mniemaniu, że opuszczony jest, wydany na pastwę 

nieprzyjaciela, wobec ciemnej nocy, niezmiernego tłoku i 
konieczności walczenia na trzy strony, co nieustannie 
odosabniało szczupłe brygady nasze, generał wydał roz-
kaz, ażeby każda z nich usiłowała przejść niepostrzeżenie 
pobok wojsk rosyjskich. Sam zaś na czele jednej z 
brygad, zredukowanej do czterystu ludzi, jął piąć się na 
strome wzgórze z prawej strony traktu. Sądził, że uda mu 
się przedrzeć pod osłoną nocnych mroków przez armię 
Wittgensteina, ujść pościgu i połączyć się z Victorem lub 
też zapaść w lasy i u źródeł dopiero przebyć Berezynę. 

Wszędzie jednak witał go morderczy ogień, setki po-

łyskliwych, z warkotem lecących kul. Więc cofał się 
znów i w ciągu kilku godzin, pod lodowatym podmu-
chem wichury błąkał się przez śnieżne pola. Co chwila, 
co krok niemal, nie ustająca w pościgu jazda rosyjska 
chwytała jego skostniałych, głodem i trudami wyczer-
panych, na wpół martwych żołnierzy. 

Nieszczęsny generał walczył jeszcze z przeznaczeniem, 

z ludźmi i z własną rozpaczą, gdy nagle ziemia zaczęła 
usuwać mu się spod nóg. W rzeczy samej był to kruchy 
jeszcze, chwiejny lód, pod którym otwierała się chłodna 
topiel rozległego jeziora. Wówczas dopiero Partouneaux 
usłuchał wezwania i broń złożył. 

Podczas gdy spełniał się los tej garstki walecznych, 

pozostałe trzy brygady, coraz ciaśniejszym otaczane 
koli- 

background image

skiem, traciły stopniowo wszelką możność ruchu. Zagła-
  swoją odłożyły do następnego dnia, bądź to drogą 
mężnego oporu, bądź też drogą układów; nazajutrz jed-
nak podzieliły one smutny los swego generała. 

Z całej tej dywizji uszedł cało jeden tylko batalion — 

ostatni, który pozostał był w Borysowie. Korzystając z 
zamieszania powstałego z racji połączenia się armii 
moskiewskiej i mołdawskiej, przedarł się przez szeregi 
Płatowa i Czyczagowa. Zdawało się, iż ten właśnie 
batalion, odosobniony, odcięty od dywizji, niechybna 
czeka zguba: tymczasem dzięki temu jedynie ocalał. 
Setki ludzi i wozów uciekały kilkoma drogami ku Stu-
dziance. Porwany przez tłum, zmyliwszy ślady, zosta-
wiając po prawej stronie drogę, którą szła armia, szef 
batalionu tego dotarł bocznymi dróżkami aż do Berezy-
ny: po czym, idąc wzdłuż rzeki, pod osłoną nocy, nie-
równości terenu oraz zaciętej walki mniej szczęśliwych 
kamratów, zdołał wymknąć się pułkom nieprzyjaciels-
kim. On to przyniósł Victorowi wieść o utracie Partou-
neaux. 

Dowiedziawszy się o tym, Napoleon zawołał z roz-

paczą: „Dlaczego w chwili, gdy zdawało się, że wszystko 
ocalone cudem nieledwie, odstępstwo to wszystko niwe-
czy i psuje!". Ocena ta niesprawiedliwą była i niesłuszna, 
lecz wywołał ją żal, bądź dlatego, że cesarz przewidywał, 
iż osłabły i znużony korpus Victora nie będzie mógł 
stawić nazajutrz dość wytrwałego oporu; bądź też 
dlatego, iż wziął sobie za punkt honoru nie zostawiać w 
odwrocie nieprzyjacielowi nic prócz wozów i maru-
derów. W rzeczy samej dywizja ta była pierwszą i ostat-
nią, która złożyła broń! 

Epizod ten ośmielił i zachęcił Wittgensteina. Tymcza-

sem dwudniowa próbna akcja, zeznania pewnego jeńca, a 
zwłaszcza ponowne zajęcie Borysowa przez Płatowa, 
dostatecznie wyjaśniły sytuację Czyczagowowi. Trzy 
tedy armie rosyjskie — północna, wschodnia i połud-
niowa — jęły odtąd komunikować się z sobą. Wprawdzie 
Wittgenstein i Czyczagow wzajemnie zazdrośni byli o 
sławę, tytuły i zaszczyty, lecz bardziej jeszcze nie 
cierpieli najeźdźców. Nie przyjaźń zjednoczyła ich, ale 
nienawiść. Obaj ci generałowie, rzeką rozdzieleni, gotowi 
więc byli zaatakować z dwu stron jednocześnie mosty 
pod Studzianką. 

Było to 28 listopada. Upłynęło już dwa dni i dwie noce 

background image

od chwili, gdy ukończony został pierwszy most. Według 
wszelkiego prawdopodobieństwa Rosjanie przejść mieli 
poniewczasie. Lecz nieład panoszył się w łonie Wielkiej 
Armii; brakło materiałów do budowy obu mostów. Dwu-
krotnie w ciągu nocy z 26 na 27 przewracał się most 
przeznaczony dla wozów i artylerii, a naprawa trwała 
siedem godzin; przerwał się wreszcie po raz trzeci, około 
godziny 4 po południu. Skądinąd maruderzy, rozproszeni 
po lasach i okolicznych wioskach, nie skorzystali z 
pierwszej nocy i dopiero 27, o świcie, poczęli nadciągać i 
tłoczyć się nad rzeką. 

Ścisk wzmógł się wówczas, zwłaszcza gdy ruszyła 

gwardia, której chcieli się trzymać. Było to jak gdyby 
hasłem: w kilka minut później zwarty, rozkołysany tłum 
ludzi wszelkiej broni i wszelkiej narodowości, setki wo-
zów i koni oblegały wejście na most. Ci, którzy szli 
pierwsi, popychani przez tych, co cisnęli sią za nimi, 
wodę jeno mając przed sobą, ginęli w tłoku, pod nogami 
oszalałego z trwogi motłochu, lub też pogrążali się  w 
rzecznych odmętach między ostrymi zwałami kry. Tłum 
huczał i kolebał się, wtórując głuchym pomrukiem 
wrzaskom, jękom i przekleństwom. 

Na próżno sam cesarz i najprzedniejsi jego oficerowie 

usiłowali ocalić tych ludzi, przywracając jaki taki ład. 
Tak wielkie było zamieszanie, że gdy około godziny 2 z 
kolei cesarz dojść chciał do mostu, przebojem musiano 
torować mu drogę. Z litości jedynie oddział grenadierów 
gwardii oraz szczątki jazdy pod wodzą Latour--
Maubourga nie uciekły się do przemocy. 

Cesarz rozłożył się obozem w wiosce Zaniwki, poło-

żonej wśród lasów, o milę od Studzianki. Równocześnie 
Eblé ukończył podział bagażów, którymi brzeg całkowi-
cie był pokryty, i zawiadomił cesarza, iż tak olbrzymi 
tabor nie zdoła przejść nawet za sześć dni. Obecny przy 
tym Ney zawołał: „że należy zatem spalić je niezwłocz-
nie!". Lecz Berthier, opanowany przez złego ducha, któ-
ry zamieszkuje dwory i pałace monarsze, sprzeciwił się 
wnioskowi Neya, twierdząc, iż armia wcale nie jest, 
zmuszona do takiej ostateczności. Cesarz przychylił się 
do zdania Berthiera, w części dlatego, że było ono po-
chlebniejsze, głównie zaś dlatego, że wozy owe 
zawierały ubogie mienie żołnierskie i zapasy żywności 
tysięcy ludzi, za których nędzę i niedolę niewątpliwie 
czuł się odpowiedzialny. 

background image

Noc z 27 na 28 nowe przyniosła zmiany. Mosty opusto-

szały. Olbrzymi tłum maruderów zwrócił się ku Stu-
dziance; w mgnieniu oka rozebrane zostały chaty i za-
budowania; zapłonęły setki ognisk, dookoła których sku-
pili się zmarznięci i wygłodniali ludzie. Ni groźby, ni 
rozkazy nie zdołały ruszyć ich z biwaków. Zmarnowali 
tak całą długą noc. 

Tymczasem Victor na czele sześciu tysięcy ludzi osła-

niał ich jeszcze przed Wittgensteinem. Dopiero o świcie 
28, gdy ujrzeli, że marszałek gotuje się do walki, gdy 
jednocześnie ryknęły tuż nad nimi działa Wittgensteina, a 
na przeciwległym brzegu armaty Czyczagowa, wówczas 
zerwali się wszyscy, tłumnie rzucili się w stronę rzeki i 
znów oblegać jęli mosty. 

Uzasadniona była ich trwoga; dla wielu bowiem ostat-

nia nadeszła godzina. Wittgenstein i Płatów, czyli armia 
północna i wschodnia — czterdzieści tysięcy regularnego 
żołnierza — atakowali na lewym brzegu rzeki wzgórza, 
których bronił sześciotysięczny korpus Victora. Równo-
cześnie z prawej strony Berezyny dwudziestosiedmio-
tysięczna armia południowa pod wodzą Czyczagowa ma-
szerowała od Stachowa na przetrzebienie liczącego za-
ledwie osiem tysięcy ludzi korpusu Neya, Oudinota i Dą-
browskiego, które podtrzymywał „święty szwadron" oraz 
stara i młoda gwardia, zredukowana już wówczas do 
ośmiu tysięcy bagnetów i dziewięciuset szabel. 

Obie armie rosyjskie zamierzały tedy jednocześnie 

zająć obydwa mosty i pochwycić tę część wojsk naszych, 
która nie zdołała jeszcze cofnąć się poza ziembińskie 
bagna i trzęsawiska. Przeszło sześćdziesiąt tysięcy dobrze 
uzbrojonych, ciepło odzianych, zdrowych i silnych ludzi 
atakowało osiemnaście tysięcy na wpół nagich nędzarzy, 
ginących z głodu i zimna, rozdzielonych rzeką, 
otoczonych bagnami, krępowanych na każdym kroku 
przez ogromny tłum maruderów, chorych i rannych, 
przez setki wozów i wszelkiego rodzaju bagaży. Od 
dwóch dni tak wielkim był głód, tak powszechną nędza, 
że stara gwardia utraciła trzecią część swoich wiarusów, 
a młoda gwardia — połowę. 

Wraz z utratą dywizji Partouneaux tym głównie tłu-

maczy się zastraszająca redukcja korpusu Victora. A jed-
nak w owym pamiętnym dniu 28 listopada do wieczora 
wytrwał marszałek na stanowisku, mimo znacznej prze-
wagi wojsk Wittgensteina. Czyczagow zaś poniósł poraź- 

background image

kę: marszałek Ney bowiem, na czele ośmiu tysiçcy 
Francuzów, Szwajcarów i Polaków, oparł się jego dwu-
dziestu siedmiu tysiącom. 

Baterie admiralskie zasypywały wprawdzie drogę gra-

dem kul i kartaczy, lecz Czyczagow nie śmiał nacierać z 
bliska na zdziesiątkowane i krwawe szeregi nasze. 
Wszelako wprost prawego skrzydła rosyjskiego cofnęła 
się pod przemożnym naporem Legia Nadwiślańska, Ou-
dinot, Dąbrowski i Albert, a niebawem Claparčde i Ko-
sikowski odnieśli mniej lub więcej ciężkie rany. 
Niepokój począł ogarniać wszystkich. Przybył wówczas 
z odsieczą Ney. Poprzez las, wprost kolumny cesarskiej, 
pchnął jazdę Doumerca, rozbił szeregi nieprzyjacielskie, 
wziął do niewoli dwa tysiące jeńców, a rozniósłszy resztę 
na szablach, przechylił ostatecznie na naszą stronę szalę 
zwycięstwa. 

Czyczagow, pokonany przez Neya, cofnął się do Sta-

chowa. Ranni byli wszyscy niemal generałowie drugiego 
korpusu, albowiem im mniej mieli wojska, tym żywszy 
brali udział w walce. Widziano oficerów, jak podejmo-
wali karabiny rannych żołnierzy i stawali na ich miejsca 
w szeregach. 

Między innymi ugodzony kulą poległ tego dnia młody 

de Noailles, adiutant Berthiera, jeden z tych zasłużonych, 
a zbyt namiętnych i zapalnych oficerów, którzy szafują 
hojnie krwią swoją i życiem, dla których trud jest jedyną 
podzięką, a śmierć jedyną zapłatą. 

Tymczasem w pośrodku, między jednym polem bitwy a 

drugim, bliższy wszelako Victora, Napoleon pozostał 
wraz z gwardią w Brylowie dla osłony mostów. Zaata-
kowany przez czterokrotnie liczniejszego nieprzyjaciela, 
w wyjątkowo niebezpiecznej pozycji, Victor dzielny sta-
wiał opór. Prawe skrzydło korpusu, okaleczałe wskutek 
utraty dywizji generała Partouneaux, opierało się o rzekę. 
Broniła go nadto dość znaczna bateria cesarza, ustawiona 
na przeciwległym brzegu. Głęboki jar osłaniał czoło 
kolumny, lewy zaś flank, odkryty całkowicie, gubił się 
nieledwie wśród rozległego płaskowzgórza powyżej 
Studzianki. 

28, o godzinie 10 rano, Wittgenstein zaatakował po raz 

pierwszy trakt borysowski oraz linię Berezyny, którą 
pragnął zdobyć aż po Studziankę. Lecz powstrzymało go 
prawe skrzydło francuskie, broniąc dostępu do mostów. 
Na próżno rozciągał Wittgenstein pułki swoje, na 

background image

próżno usiłował zdobyć  wąwóz i znieść czoło kolumny 
Victora. 

Około południa wykorzystał wreszcie swoją przewagę: 

otoczył i spychać począł z zajmowanego stanowiska 
lewe skrzydło francuskie. Wszystko byłoby wtedy 
stracono, gdyby nie męstwo Fourniera i poświęcenie 
Latour-Maubourga. Latour-Maubourg wraz z jazdą swoją 
przeprawiał się  właśnie przez rzekę; ujrzawszy jednak 
niebezpieczeństwo, grożące Victorowi, zawrócił 
niezwłocznie, Fournier zaś skoczył z odsieczą na czele 
dwóch pułków: heskiego i badeńskiego. Zwycięskie już 
prawie skrzydło rosyjskie stanęło jak wryte. Fournier 
zaatakował je wówczas, trzykrotnie szarżę ponawiając: 
szeregi nieprzyjacielskie spłynęły krwią. 

Noc zapadła, zanim czterdzieści tysięcy Rosjan zdołało 

nadszarpnąć sześciotysięczny oddział księcia Belluno. 
Marszałek utrzymał się na wzgórzach Studżianki, osła-
niając jeszcze mosty przed bagnetami żołnierzy Wittgen-
steina, nie mogąc już natomiast ustrzec ich przed arty-
lerią lewego skrzydła rosyjskiego. 

W ciągu całego tego dnia położenie IX korpusu było 

tym krytyczniejsze, że wąski i chwiejny most stanowił 
jedyną drogę odwrotu, zapchaną nadto setkami wozów 
oraz znaczną liczbą maruderów. W miarę jak wzrastała 
zaciekłość walki, coraz większa trwoga ogarniała maru-
derów, coraz bardziej wzmagał się nieład, podsycany 
nieustannie najpierw widokiem rannych, następnie zaś 
rykiem baterii rosyjskich i przeraźliwym łoskotem pęka-
jących tuż nad głowami pocisków. 

Popychano się i tłoczono wzajemnie. I ten olbrzymi 

tłum, wraz z końmi i wozami, tworzył nad rzeką jak 
gdyby potworne, drgające cielsko. Około południa pękać 
nad nim jęły z hukiem straszliwe bomby, szrapnele i 
kartacze. Rozpacz ogarnęła wszystkich! 

Wówczas to, wobec grozy istotnego niebezpieczeństwa, 

wyszła na jaw bezdenna podłość lub też wzniosła szla-
chetność serc ludzkich; wówczas to ujrzano czyny ohyd-
ne obok nieskończonej ofiarności. Zależnie od charakteru 
i usposobienia — jedni, zdecydowani i wściekli, ostrzem 
szabli torowali sobie drogę; inni, bardziej okrutni, a tak 
chciwi i skąpi, że bagaże większą przedstawiały dla nich 
wartość aniżeli  życie towarzyszy niedoli, miażdżyli 
nielitościwie pod kołami swoich wozów tych wszystkich, 
którzy nie chcieli lub też nie mogli 

background image

ustąpić im z drogi. Inni jeszcze, pod wpływem obłędnej 
trwogi, rzewnym zanosząc się  płaczem, przy wtórze 
jęków i błagalnych okrzyków ginęli w odmętach tej 
ludzkiej, wzburzonej fali. Niektórzy zaś, zwłaszcza cho-
rzy i ranni, dobrowolnie rezygnowali z życia, a usu-
nąwszy się na bok, spoglądali tępym, osłupiałym wzro-
kiem na te śnieżne pola, które przygarnąć ich miały na 
wieczny sen. 

Wielu spośród tych, którzy pierwsi rzucili się w ten 

zrozpaczony tłum, a nie mogąc przedostać się inaczej, 
bokiem próbowali wdrapać się na most, zepchnięto do 
wody, nie bacząc, czy są to mężczyźni, czy też kobiety 
lub dzieci. Pomiędzy ostrymi zwałami kry widziano tam 
matki, które do końca broniły życia swoich dzieci, które 
tonąc już, ostatnim przebłyskiem  świadomości wznosiły 
je ponad wodę w skostniałych, martwiejących ramio-
nach! 

Na domiar niedoli, w chwili największego ścisku i za-

mieszania załamał się most przeznaczony dla artylerii. 
Na próżno usiłowała cofnąć się idąca przodem kolumna: 
nieświadom katastrofy, słysząc jedynie krzyki tych, co 
szli z tyłu, tłum zepchnął  ją niebawem w głąb mętnej 
topieli, dokąd sam z kolei został zepchnięty. 

Wszystko rzuciło się wówczas w stronę drugiego 

mostu. Nadciągały zewsząd ciężkie furgony, wozy i dzia-
ła. Zjeżdżały pędem ze stromego, wyboistego zbocza, 
wzajemnie zaczepiając się i przewracając, miażdżąc i 
tratując tych wszystkich, którzy nie zdążyli w czas się 
usunąć. Całe szeregi wylękłych, nieprzytomnych ze stra-
chu ludzi potykały się wówczas o te niespodziewane 
przeszkody i ginęły niebawem zduszone, zdeptane, pod 
nogami napływających nieustannie tłumów! 

Fala szła za falą, wciąż, nieprzerwanie. Coraz głośniej 

dźwięczały okrzyki bólu i wściekłości! W tym okropnym 
tłoku, deptani i tratowani nędzarze wili się pod nogami 
kamratów, drapiąc i kąsając. Tamci zaś odpychali ich 
bez litości jak wrogów. 

Wśród nich żony i matki przyzywały rozpaczy pełnym 

głosem mężów swoich i dzieci, od których w jednej 
chwili oddzielał ich bezpowrotnie oszalały tłum; lecz na 
próżno wyciągały dłonie, błagały, aby dozwolono im 
zbliżyć się do tych najdroższych: niebawem uniesione 
tym straszliwym prądem — i one również ginęły nie-
postrzeżenie, na zawsze. Ponury świst gwałtownej wi- 

background image

chury, ryk armat, trzask walących się drzew, huk pęka-
jących pocisków, złorzeczenia, krzyki i przekleństwa 
tłumiły wszystko: obłąkany z trwogi tłum nie słyszał 
jęku własnych ofiar! 

Najszczęśliwsi dotarli wprawdzie do mostu, lecz 

dotarli dlatego jedynie, iż deptali niemiłosiernie po 
stosach konających i rannych, nie szczędząc nikogo — 
ni kobiet, ni dzieci. A i wówczas nawet, gdy stanęli na 
moście, gdzie uważali się już za ocalonych, przewraca-
jący się wóz, załamana lub usunięta deska zatrzymywały 
wszystko co chwila. 

Na przeciwległym brzegu, opodal mostu, rozległe bag-

nisko, usiane setkami na wpół zatopionych koni i wo-
zów, utrudniało jeszcze i opóźniało pochód. Na tej jedy-
nej desce ratunku, wśród tych najnędzniejszych spośród 
nędzarzy, zawrzała wówczas ohydna, potępieńcza walka, 
w której najsilniejsi spychali do wody najsłabszych i nie 
odwracając nawet głowy, obojętni na prośby, jęki i 
przekleństwa towarzyszy swoich lub dowódców, o 
własnym tylko myśląc ocaleniu — we wściekłym za-
pamiętaniu torowali sobie drogę. 

Skądinąd jednak, ile szlachetnych ofiar, ile przykładów 

największego, najszczytniejszego poświęcenia, którego 
brak czasu i miejsca nie dozwala mi należycie opisać! 
Widziano tam żołnierzy i oficerów, jak zaprzęgali się do 
sanek, ażeby tylko wydrzeć tej przeklętej krainie 
krwawy jej łup — chorych i rannych towarzyszy broni. 
Dalej nieco, poza tłumem, wierni żołnierze stali nieru-
chomo na straży przy konających oficerach, którzy od-
dali się pod ich opiekę; na próżno ranni namawiali 
wiarusów do ratowania własnego życia: wierni do końca, 
nie ruszali się z miejsca, spokojnie oczekując śmierci lub 
niewoli! 

Powyżej pierwszego mostu, w chwili gdy młody Lau-

riston wskakiwał do wody, ażeby wykonać jak najprę-
dzej rozkazy cesarza, poszła pod lód wątła brzozowa 
łódeczka, w której przeprawiała się matka i dwoje dzieci. 
Dostrzegł to artylerzysta, tłoczący się wraz z innymi u 
wejścia na most. Zapominając wówczas o sobie, 
zeskakuje z mostu, walczy z falą i krą, dobywa ostatka 
sił i wyławia w końcu jedną z nieszczęsnych ofiar. Było 
to młodsze z owych dwojga dzieci. Z rozpaczliwym łka-
niem biedactwo przyzywało matkę i słyszano, jak pocz-
ciwy kanonier utulał je i pocieszał: „Nie płacz, maleńst- 

background image

wo! Nie potom wyciągał cię z wody, ażeby porzucić cię 
teraz na brzegu, na obcej ziemi. Będę ci odtąd ojcem i 
matką. Nie płacz!". 

Noc z 28 na 29 zwiększyła jeszcze ogrom klęski. 

Nocny mrok nie zdołał osłonić maruderów przed 
armatami rosyjskimi. Na białym tle śniegiem okrytych 
brzegów czarna, hucząca, skłębiona masa ludzi, wozów i 
koni odcinała się tak wyraźnie,  że kanonierzy rosyjscy 
celować mogli jak za dnia. 

Popłoch wzmógł się, gdy około dziewiątej wieczór 

Victor jął cofać się, przebojem torując swoim dywizjom 
straszliwą, krwawą drogę wśród tych, których dotychczas 
osłaniał. Mimo to jednak, jakkolwiek pozostawiono 
jeszcze w Studziance oddziały tylnych straży, tłum — 
bądź to dlatego, że skostniały był od zimna, bądź też na 
skutek nadmiernej chciwości i zbytniego przywiązania do 
bagaży — nie chciał skorzystać z tej ostatniej nocy, 
ażeby przeprawić się na przeciwległy brzeg. Na próżno 
podpalono wozy i furgony. Rankiem dopiero, poniew-
czasie już, jęli tłoczyć się wszyscy na most. Było wpół do 
dziewiątej, gdy ujrzawszy zbliżających się Rosjan — 
Eblé most podpalił. 

Klęska doszła do zenitu. Na rosyjskim brzegu pozostał 

kilkutysięczny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, znaczna 
liczba wozów i trzy działa. Nieszczęśni maruderzy 
błąkali się gromadkami nad wodą. Jedni usiłowali prze-
być  ją wpław; drudzy sadowili się na płynące z prądem 
odłamy kry; inni wreszcie pędzili na oślep, prosto w pło-
mienie palącego się mostu i zapadali w głębinę razem ze 
szczątkami zwęglonych na poły desek i belek, straszliwą, 
podwójnie okrutną ginąc  śmiercią. Niebawem setki 
sztywnych zwłok ludzkich spływać jęły na powierzchnię 
i wraz z krą otaczać żałobnym wieńcem wszystkie przęs-
ła mostu. Reszta maruderów dostać się miała w ręce 
Rosjan. Wittgenstein zajął wzgórza Studzianki w nies-
pełna godzinę po odejściu Eblégo, a jakkolwiek żadnego 
nie odniósł zwycięstwa, zebrał wreszcie wszystkie jego 
plony. 

Wielka Armia, bezładnie stłoczona na litewskim brze-

gu, cofała się tymczasem w kierunku Ziembina. Cała ta 
połać kraju składa się z rozległej, lasami porosłej wy-
żyny, którą przecinają liczne, leniwo płynące rzeczki i 
strumienie, tworząc w pośrodku olbrzymie bagno. Zdu-
miona, równocześnie radosna i trwożna armia przeszła 

background image

przez bagna po trzech kolejno po sobie następujących 
mostach, z których każdy liczył blisko tysiąc osiemset 
stóp długości. 

Wspaniałe te mosty, zbudowane z grubych sosnowych 

bierwion, zaczynały się już w odległości kilku wiorst od 
rzeki. Ostatnio zajmował je Czaplic. U wejścia na pierw-
szy most powalone drzewa, olbrzymi stos wiórów i chru-
stu zdawały się wskazywać mu, co czynić należało. Lada 
iskra byłaby zresztą wystarczająca, ażeby wzniecić pożar. 
A wówczas próżnymi byłyby usiłowania nasze, próżną 
— przeprawa przez Berezynę. Uwięziona między 
bagnami a rzeką, na niewielkiej, zupełnie pustej prze-
strzeni, pozbawiona wszelkiego schronienia i wszelkiej 
możności zaopatrywania się w żywność, Wielka Armia 
niewątpliwie byłaby zmuszona wraz z cesarzem poddać 
się bez walki! 

W tym istotnie beznadziejnym położeniu, wobec grozy 

całkowitej zagłady, gdy wszystko zwracało się przeciwko 
nam, a wychodziło na korzyść Rosjan, dziwna niemoc 
ogarnęła wszystkich wodzów rosyjskich. Kutuzow 
przybył nad Dniepr, do Kopic, wówczas dopiero, gdy 
Napoleon bliski już był Berezyny; Wittgenstein nie po-
trafił znieść tylnych straży francuskich; Czyczagow zo-
stał pobity. Z osiemdziesięciu tysięcy ludzi cesarz ocalić 
zdołał sześćdziesiąt tysięcy. 

Na czele nielicznej już, zdziesiątkowanej gwardii nie 

mającej dachu nad głową, przy ruinach wsi Bryłowa, 
strzegł do ostatka tych tragicznych brzegów. W dzień 
gwardia chwytała za broń i stawała szeregami w bojo-
wym szyku, w nocy paliła ogniska, tworząc dookoła 
cesarza spoisty, bagnetami wart najeżony czworobok: 
skuleni na swoich plecakach, ażeby mniej odczuwać głód 
i zimno, z łokciami na kolanach, a głową wspartą na 
dłoniach — drzemali przy ognisku starzy grenadierzy. 

W ciągu tych trzech dni i tych trzech nocy, niezmor-

dowany, wciąż czynny, starając się ogarnąć równocześnie 
wszystko i wszędzie być obecnym — Napoleon energią 
swoją i rozkazami podtrzymał II korpus, osłonił IX i 
przeprawę artylerii i wraz z generałem Eblé wszelkich 
dołożył starań, ażeby ocalić jak największą liczbę ludzi, 
wozów i armat. Osobiście wyprawił również szczątki 
Wielkiej Armii do Ziembina, gdzie wyprzedził go był 
książę Eugeniusz. 

background image

Zauważono, iż w stosunku do tych marszałków, których 

korpusy doszczętnie zostały rozbite, cesarz tak odnosił 
się i takie wydawał rozkazy, jak gdyby rozporządzali oni 
jeszcze tysiącami sprawnego i karnego żołnierza. Jeden z 
nich, z uśmiechem pełnym goryczy, zwrócił na to uwagę 
Napoleona i natychmiast wyliczać jął szczegółowo straty 
przez się poniesione. Zdecydowany wszelako żadnych 
nie przyjmować raportów, z obawy, iżby nie 
przekształciły się niebawem w skargi i utyskiwania, 
cesarz  żywo przerwał mu: „Dlaczego chcesz pan 
pozbawić mnie spokoju?". A ponieważ marszałek nie 
zaprzestał skarg, zmusił go do milczenia, powtarzając po 
raz wtóry: „Pytam pana, w jakim celu chcesz pozbawić 
mnie spokoju?". To odezwanie się cesarza w takiej chwili 
zdradza tajemnicę owego spokoju, którego żądał 
zarówno od siebie, jak od innych. 

W ciągu tych niezapomnianych, okropnych dni dzie-

siątki trupów otaczały codziennie mogilnym wieńcem 
ognie biwaków. Byli tam ludzie wszelkich narodowości, 
wszelkich stopni i stanowisk, starzy i młodzi, ministro-
wie, generałowie, intendenci. Szczególniejszą uwagę 
zwracał jeden z ostatnich przedstawicieli magnaterii 
ancien régime'u, minionej bezpowrotnie epoki rycerskich 
czynów i niefrasobliwego wdzięku. Zawsze wesoły, z 
niezmąconą pogodą w bystrych źrenicach, ten sześć-
dziesięcioletni oficer sztabu siadał co rano na pniu zwa-
lonego drzewa i mimo huczących dookoła strzałów ar-
matnich, mimo ryku rozpasanych żywiołów — fryzować 
kazał i pudrować mlecznobiałe włosy, pogardliwie 
obojętny na wszystko, co mogłoby zagrażać mu osobiś-
cie. Koło niego światlejsi oficerowie uczone prowadzili 
rozmowy i jak gdyby niepomni cierpień, spowodowanych 
przez mroźny wiatr północny, ci synowie epoki, którą 
różne odkrycia zachęcały do naukowego wyjaśniania 
wszystkiego, zastanawiali się nad przyczyną stałego 
kierunku tych lodowatych podmuchów. 

Inni zaś przyglądali się z ciekawością symetrycznej, 

sześciokątnej krystalizacji płatków  śnieżnych, osiadają-
cych na włosach i odzieniu. 

Ciekawe zjawisko kilkakrotnych refleksów tarczy sło-

necznej, odbijającej się w lotnych igiełkach lodowych, 
stało się przedmiotem pilnych badań, a jednocześnie roz-
rywką, która dozwalała zapomnieć na chwilę o głodzie i 
nędzy. 

background image

29, wraz z gwardią i zdezorganizowanym już IX kor-

pusem, opuścił cesarz brzegi Berezyny. Przed nim szli 
maruderzy wszelkiej broni i narodowości. Poprzedniego 
dnia II i IX korpus oraz dywizja Dąbrowskiego liczyły 
jeszcze czternaście tysięcy ludzi; obecnie zaś, z wyjąt-
kiem niespełna sześciu tysięcy, był to bezładny, mil-
czący tłum, w którym zginęły różnice broni, zginęły 
dywizje, brygady i pułki. 

Noc, głód, zimno, śmierć wielu oficerów, utrata bagaży 

pozostałych za rzeką, ciągłe dezercje, straszliwy widok 
rannych, których na obu brzegach zostawiono na pastwę 
kozaków, a którzy tarzali się z rozpaczy na skrwawio-
nym śniegu — były to niewątpliwie czynniki rozkładu i 
dezorganizacji. Niedobitki spod Moskwy wchłonęły w 
siebie karne dotychczas szeregi Victora i Oudinota. 

Nie była to już armia, jeno sześćdziesięciotysięczny 

tłum Francuzów, Niemców i Polaków — jeźdźców, pie-
churów i artylerzystów. Wszyscy szli razem, bez ładu i 
składu. Armaty i furgony toczyły się  środkiem drogi, 
między ludźmi, nie otrzymawszy żadnych innych in-
strukcji prócz rozkazu jak najszybszego posuwania się 
naprzód. 

Toteż w miarę jak gościniec zwężał się lub rozszerzał, 

na dnie mrocznych jarów i wśród rozległych, pustynnych 
równin — wzajemnie miażdżono się i tratowano, ażeby 
rozpierzchnąć się następnie po okolicy w poszukiwaniu 
strawy i jakiegokolwiek schronienia. W ten sposób o 
zmierzchu już dotarł Napoleon do Kamienia. Lokowano 
się, gdzie kto mógł. Jeńców rosyjskich, wziętych do 
niewoli poprzedniego dnia, cesarz zamknąć kazał w 
ogromnych szopach, gdzie wyginęli niemal doszczętnie z 
głodu i zimna. 

30 stanął w Pleszczenicach. Ranny w ostatnim spotka-

niu, książę Reggio cofnął się był tam poprzedniego dnia, 
z czterdziestu oficerami i żołnierzami. Sądził, iż w bez-
piecznym już znajduje się schronieniu, gdy wtem znacz-
ny oddział rosyjski, złożony ze stu pięćdziesięciu huza-
rów, czterdziestu kozaków, z dwoma działami, wszedł 
do miasteczka pod wodzą generała Łańskoja. 

Słaba eskorta Oudinota rozproszona była po mieście. 

Skrzyknąwszy siedemnastu wiernych towarzyszy, mar-
szałek zamknął się w drewnianym domu, zdecydowany 
bronić się do ostatniego tchu. I strzały tej szczupłej 
garstki tak celnymi były, obrona tak waleczna, że zdzi- 

background image

wiony nieprzyjaciel opuścił miasteczko, zajął pobliskie 
wzgórze i stamtąd dopiero jął ostrzeliwać miniaturową 
redutę. Traf zrządził,  że i w tej utarczce dzielny mar-
szałek odniósł ranę. 

Ukazały się wreszcie idące w awangardzie cesarskiej 

dwa bataliony Westfalczyków, którzy, nie mogąc zo-
rientować się na razie, kogo właściwie należy bronić, 
dopiero po dłuższym namyśle i nie bez obawy oswobo-
dzili księcia Reggio. 

Rankiem 3 grudnia przybył Napoleon do Mołodeczna. 

Był to ostatni punkt, w którym Czyczagow mógł go 
uprzedzić. Pogoda piękna była, dzień  słoneczny, mróz 
niewielki. Znaleziono tam obfite zapasy furażu i trochę 
żywności. Równocześnie nadciągnęły zewsząd od dawna 
już oczekiwane sztafety. Polacy ruszyli natychmiast do 
Warszawy przez Olitę, spieszeni jeźdźcy przez Merecz 
do Niemna; reszta zaś posuwać się miała traktem, który 
wiedzie z Mołodeczna do Wilna. 

Nic nie zdradzało dotychczas, żeby Napoleon powziął 

był projekt opuszczenia armii, gdy wtem, około południa, 
oświadczył znienacka Durocowi i hrabiemu Daru, że 
wyjeżdża wkrótce i wraca do Francji. 

Daru nie chciał uznać nieodzownej potrzeby tego wy-

jazdu, twierdząc: ,,że niebezpieczeństwo minęło już, a 
komunikacja została przywrócona, że każdy krok zbliżać 
nas będzie ku posiłkom, nadsyłanym z Paryża i z 
Niemiec". Lecz cesarz odparł: „Że obecnie nie czuje się 
na tyle silnym, ażeby oddzielać się Prusami od Francji. 
Czyż obecność jego istotnie potrzebna jest tam, gdzie 
pogrom stał się faktem dokonanym? Dość  będzie Euge-
niusza i Murata, ażeby armię poprowadzić — a Neya, 
ażeby ją osłonić." 

„Że konieczny jest powrót jego do Francji, którą 

uspokoić winien i uzbroić; że stamtąd łatwiej mu będzie 
utrzymać w ryzach Niemców, następnie zaś zebrać nowe, 
liczne wojska i wyruszyć na ratunek resztkom Wielkiej 
Armii." 

„Zanim jednak cel zostanie osiągnięty, czyż nie jest 

bezpieczniej przebyć incognito terytorium mocarstw 
sprzymierzonych, przeszło czterysta mil, tak, ażeby po-
dróż ta przeszła niepostrzeżenie, ażeby wieść o klęsce nie 
zdołała jeszcze rozejść się po całej Europie, ażeby można 
było uprzedzić fatalną nowinę i zapobiec wszel- 

background image

kim jej skutkom? Nie ma zatem chwili do stracenia; 
wybiła godzina odjazdu." 

Wahał się jedynie co do wyboru naczelnego wodza 

między Muratem a Eugeniuszem. Oceniał należycie ro-
zum i poświęcenie wicekróla. Lecz Murat świetniejszym 
był reprezentantem, a chodziło o to, ażeby zaimponować. 
Eugeniusz pozostać miał przy boku króla Neapolu; cha-
rakter jego, wiek oraz niższe, bądź co bądź, stanowisko, 
dostateczną było rękojmią subordynacji i poddania się 
woli cesarskiej. Wicekról świecić miał przykładem in-
nym marszałkom i generałom. 

Pozostać miał nadto przy armii Berthier, nieodstępny 

towarzysz cesarza, długoletni szafarz wszelkich łask i 
rozkazów cesarskich. Nic więc nie zmieniało się ani w 
formach zewnętrznych, ani w organizacji, a wydane w 
ten sposób dyspozycje, świadczące, iż cesarz zamierza 
powrócić, jednocześnie utrzymać miały w ryzach pychę 
niektórych generałów i zaszczepić zbawienną trwogę w 
duszy jego najbardziej zagorzałych wrogów. 

Takie były pobudki kierujące Napoleonem. Caulain-

court otrzymał niezwłocznie rozkaz przygotowania tego 
wyjazdu, jak największą zachowując tajemnicę. Cesarz 
wyjechać miał ze Smorgoni w nocy z 5 na 6 grudnia. 

Jakkolwiek zgnębiony wyjazdem cesarza, hr. Daru, 

któremu pozostawiono nadal ciężkie brzemię trosk ad-
ministracyjnych, milcząc wysłuchał rozkazów; uważał 
bowiem,  że argumenty przytoczone przez Napoleona 
dość ważne są i słuszne, ażeby wykluczyć wszelki pro-
test. Odmówił natomiast posłuszeństwa stary, sterany 
Berthier, który od szesnastu lat nigdy nie rozłączał się z 
cesarzem i który nie mógł pogodzić się z myślą rozstania. 

Wynikło stąd gwałtowne starcie. Oburzony uporem 

marszałka, cesarz jął wypominać mu z gniewem wszyst-
kie dobrodziejstwa, którymi obdarzył go w ciągu długich 
lat, wszystkie zaszczyty i całą  sławę, która była jedynie 
odbiciem jego własnej sławy, a którą zużytkować chciał 
obecnie dla dobra armii. W końcu dał mu do namysłu 
dwadzieścia cztery godziny, po czym, w razie gdyby 
marszałek trwał nadal w uporze, wrócić miał do Francji i 
zamieszkać w dobrach swoich na wsi, z wyraźnym 
zakazem pojawiania się kiedykolwiek w Paryżu lub na 
dworze cesarskim. Nazajutrz, 4 grudnia, Berthier 

background image

podał się ze smutkiem do dymisji, motywując to po-
deszłym wiekiem i złym stanem zdrowia. 

Lecz w tym samym czasie gdy Napoleon począł goto-

wać się do wyjazdu, przyszła znowu śnieżyca i ostry, 
trzaskający mróz, jak gdyby zima Północy, nie chcąc 
wypuścić zdobyczy, podwoiła swą srogość, aby jego po-
gnębić, a nas wytracić. Przy dwudziestu sześciu stop-
niach mrozu dotarliśmy czwartego dnia do Bienicy. 

Cesarz pozostawił w Mołodecznie hrabiego Lobau oraz 

kilkuset grenadierów gwardii. W Mołodecznie bowiem 
droga, wiodąca od Ziembina, łączy się z traktem mińsko-
-wileńskim. Należało więc strzec tego punktu aż do 
nadejścia Victora, który oddać go miał z kolei pod opie-
kę Neya, gdyż wraz z II korpusem, dowodzonym przez 
generała Maisona, Ney osłaniał po raz wtóry tyły Wiel-
kiej Armii. 

Wieczorem 29 listopada, kiedy Napoleon opuścił 

brzegi Berezyny, trzytysięczny oddział żołnierzy II i III 
korpusu przebył pod wodzą Neya długie mosty wiodące 
przez bagna do Ziembina, pozostawiając za sobą dla 
obrony tychże mostów, następnie zaś dla podpalenia ich 
— generała Maisona i kilkuset ludzi. 

Atak Czyczagowa o tyle spóźniony był, o ile gwałtow-

ny. Rosjanie poszli na bagnety. Mimo to jednak zostali 
odparci. Równocześnie Maison ułożyć kazał wzdłuż 
mostów kupy wiórów i chrustu, nie zużytkowane przed 
kilku dniami przez Czaplica. Gdy wszystko było już 
gotowe, gdy nieprzyjaciel cofnął się, a noc zasnuła 
mrokiem zarówno mosty, jak i obóz nieprzyjacielski, 
Maison jął uchodzić czym prędzej, podpalając chrust i 
wióry. Ogień strawił niebawem belki, poręcze i przęsła. 
Zostało jeno trochę  żużli i popiołu, i grząskie 
trzęsawiska, które nie skrzepły jeszcze pod wpływem 
mrozu. 

Trzęsawiska te powstrzymały Rosjan i zmusiły ich do 

odwrotu. Toteż nazajutrz nic nie zakłóciło spokoju Neya 
i Maisona. Lecz trzeciego dnia, 1 grudnia, w pobliżu 
Pieszczenie ukazała się nagle cała jazda nieprzyjacielska, 
a przed nią, nieco na prawo, Doumerc i jego kirasjerzy. 
W mgnieniu oka rozbiegły się lotne pułki rosyjskie, 
otaczając naszych ze wszystkich stron. 

Równocześnie ujrzał Maison, że wioska, przez którą 

miał przechodzić, wypełniona jest po brzegi tłumem 
maruderów. Na próżno ostrzegał ich przed grożącym im 
niebezpieczeństwem. Ślepy i głuchy na wszystko, 

background image

zgłodniały tłum nie chciał ruszyć się z miejsca od kotłów 
ze strawą, i wówczas dopiero, gdy Maison zepchnięty 
został do Leszczenic, gdy pękać jęły z hukiem bomby i 
granaty, na widok pierwszych szeregów nieprzyjaciels-
kich nieszczęśni maruderzy rzucili się do ucieczki i za-
pełnili wkrótce główną ulicę miasteczka. 

Oddział Maisona znalazł się nagle w pośrodku wylęk-

łego tłumu, który pchał się z takim impetem, że żołnierze 
utracili wszelką swobodę ruchów, nie mogąc nawet 
własną posługiwać się bronią. Bezsilny wobec obłąka-
nego trwogą motłochu, Maison ścieśnić kazał szeregi i 
czekać, póki nie przewali się ta żywa fala. Nadciągnęła 
wówczas kawaleria nieprzyjacielska, lecz i ona również 
nie zdołała przedrzeć się i z wolna, ciężkimi szablami 
torowała sobie drogę. 

Ujrzeli wreszcie Rosjanie Maisona i garstkę jego żoł-

nierzy uszykowanych w zwartą, bagnetami połyskującą 
kolumnę. Na nieszczęście, uciekając, ogarnęli maruderzy 
część naszych ludzi. Kolumna liczyła już tylko niespełna 
ośmiuset żołnierzy. Sam jeden wśród rozległej równiny, 
wprost licznych pułków nieprzyjacielskich, Maison 
stracił od razu wszelką nadzieję ocalenia; usiłował jeno 
dotrzeć jakkolwiek do pobliskiego lasu, ażeby drogo 
sprzedać tam życie, gdy wtem wysunął się z leśnej 
gęstwiny oddział Polaków, składający się z tysiąca 
ośmiuset ludzi, a przyprowadzony przez Neya, który na-
potkał go na drodze. Posiłki te powstrzymały Rosjan i 
osłoniły nasz odwrót aż do Mołodeczna. 

4 grudnia, około godziny czwartej po południu, Ney i 

Maison dojrzeli miasteczko, które Napoleon opuścił był 
rankiem tego samego dnia. Czaplic szedł tuż za nimi. 
Pozostało Neyowi zaledwie sześciuset ludzi. Liczebna 
słabość naszych tylnych straży, zapadający zmierzch 
oraz widok bliskiego schronienia podnieciły zapał ro-
syjskiego generała. Huknęły strzały. Lecz Ney i Maison, 
pewni, iż zginą z głodu i zimna, jeśli dadzą zepchnąć się 
na trakt poza miasteczko, postanowili polec raczej. 
aniżeli ustąpić. 

Stanęli więc u wejścia głównej ulicy, pod osłoną do-

mów, a ponieważ wszystkie konie do armat zaprzężone 
dyszały już ostatkiem tchu, przeto wiedząc, iż nie uratują 
dział, chcieli wyzyskać je jeszcze, i, ustawiwszy potężną 
baterię, morderczy rozpoczęli ogień. Zdziesiątkowana, 
krwią zbroczona kolumna Czaplica wkrótce sta- 

background image

nęła. Równocześnie jednak Czaplic rozporządzający wię-
kszymi siłami skierował część

 

swoich ludzi ku innemu 

wejściu i już pierwsze szeregi rosyjskie wchodziły do 
Mołodeczna, gdy natknęły się niespodziewanie na fran-
cuskie bagnety. 

Traf zrządził,  że resztki IX korpusu, około czterech 

tysięcy ludzi, pod wodzą Victora, zajmowały jeszcze 
przedmieścia. Zawrzała bezlitosna, nieubłagana walka: 
po kilkakroć wydzierano sobie wzajemnie pierwsze do-
my. Tak dla Rosjan, jak dla Francuzów celem wszystkich 
usiłowań było nie tyle zdobycie sławy, ile utrata czy też 
zagarnięcie domostw, stanowiących bezpieczne 
schronienie przed straszliwym mrozem. Dopiero o go-
dzinie jedenastej wieczór zaniechali Rosjanie dalszej 
walki i na wpół już zmarznięci cofnęli się na nocleg do 
pobliskich wiosek. 

Ney i Maison sądzili,  że począwszy od Mołodeczna, 

książę Belluno osłaniać  będzie z kolei tyły armii. Lecz 
nazajutrz, 5 grudnia, ujrzeli, że wbrew przewidywaniu 
ich, a w myśl otrzymanych instrukcji, Victor wyszedł już 
był z Mołodeczna i że pozostali sami w miasteczku z 
sześćdziesięciu ludźmi. Pierzchło bowiem wszystko. 
Klimat dokonał dzieła i ci sami żołnierze, którzy mężnie 
stawiali czoło wielekroć liczniejszym pułkom nieprzy-
jacielskim, pod wpływem zimna rzucili broń, ażeby zgi-
nąć wkrótce gdzieś pod śnieżną zaspą. 

Maison, w którym siła ducha odpowiadała niezwykłym 

siłom fizycznym, nie poddał się losowi, lecz nie-
zwłocznie jął cofać się w dalszym ciągu aż do Bienicy, 
zbierając po drodze wszelkiego rodzaju maruderów. Kil-
kudziesięciu wiarusów, zbrojnych w karabiny, podtrzy-
mywało do końca honor cesarskiej ariergardy. Lecz 
chociaż szczupła, garstka ta dostateczną była, ażeby 
zniechęcić wrogów do ponownej walki. Rosjanie bo-
wiem, zmarznięci tak jak i my, zmuszeni rozpraszać się 
co wieczór po wioskach i przysiółkach, wychodzili tylko 
za dnia i dniem szli za nami, nie ośmielając się wszelako 
atakować, gdyż mróz był tak wielki, że najmniejsza 
zwłoka groziła  śmiercią, wykluczając tym samym 
wszelką, zarówno zaczepną, jak odporną akcję. 

Zdumiony zachowaniem się Victora, Ney doścignął go 

niebawem i począł nakłaniać do zatrzymania się, a gdy 
książę Belluno odmówił motywując to cesarskim rozka-
zem, Ney zaproponował mu wówczas, aby jemu odstąpił 

background image

dowództwo nad szczątkami IX korpusu. Lecz Victor nie 
chciał zgodzić się ani na jedno, ani na drugie. Podobno w 
trakcie tej rozmowy książę Moskwy uniósł się szalonym 
gniewem, który nie podziałał zresztą zupełnie na 
chłodnego i spokojnego Victora. Sprawę rozstrzygnął w 
końcu rozkaz cesarza: Victor osłaniać miał odtąd armię, a 
Ney powołany został do Smorgoni. 

Napoleon przybył do Smorgoni w otoczeniu nędzarzy, 

konających z głodu i zimna, ale choć sam uginał się pod 
nadmiernym brzemieniem bólu i troski, nie zdradzał 
jednak żadnego wzruszenia na widok tych nieszczęsnych 
pułków, które również nie burzyły się i nie szemrały. 
Wszelki bunt był, co prawda, niemożliwy, bo wspólna 
akcja wymaga zawsze pewnej sumy wysiłków, wymaga 
jedności i zgody, nie istniejącej tam, gdzie siły wszyst-
kich bez wyjątku pochłania straszliwa walka z głodem, 
zimnem i znużeniem, gdzie ogrom klęski rozdrabnia tłum 
na tysiące pojedynczych, w sobie zasklepionych istnień. 
Widmom podobni, nieszczęśni żołnierze w ponurym szli 
milczeniu, zachowując wszelkie fizyczne i umysłowe 
zasoby do walki z przyrodą, zaabsorbowani wyłącznie 
jedną myślą, jednym cierpieniem. Potrzeby fizyczne 
wchłonęły w siebie wszystką moc ducha, ludzie żyli 
bezmyślnie prawie, jak gdyby odruchowo, zachowując 
dawną karność przez cześć dla pełnych chwały 
minionych lat, przez poczucie honoru i miłość  sławy, 
którą podsycało wspomnienie dwudziestoletniej ery try-
umfów i zwycięstw, która gorzała jeszcze płomieniem w 
ludzkich sercach i do bojowych zagrzewała czynów! 

Dzięki temu, że oficer bywał zazwyczaj ojcem swoich 

żołnierzy,  że dzielił razem z nimi niebezpieczeństwa, 
tryumfy i cierpienia, zachowała się również w całości 
dawna władza dowódców i dawny posłuch wśród pod-
komendnych. Była to zatem jak gdyby liczna, nie-
szczęściem dotknięta rodzina, której głowa, więcej może 
aniżeli ktokolwiek inny, godną była pożałowania. Milczał 
tedy cesarz, milczała Wielka Armia. Smutek i szlachetna 
duma położyły pieczęć na wszystkich ustach; duma 
zakazywała skarg, a doświadczenie uczyło, jak dalece 
byłyby one bezowocne. 

Tymczasem Napoleon wchodził pośpiesznie do osta-

tniej swojej kwatery. Spisano niebawem ostatnie jego 
instrukcje i XXIX, a zarazem ostatni biuletyn Wielkiej 
Armii. W prywatnych pokojach cesarza przedsięwzięto 

background image

następnie stosowne środki ostrożności, ażeby utrzymać 
w tajemnicy zarówno sam wyjazd, jak i to wszystko, co 
miało go poprzedzić. 

Lecz przeczucie nowego nieszczęścia zawisło nad oto-

czeniem cesarza: wszyscy pragnęli iść  za  nim.  Wszyst-
kich ogarnęła namiętna tęsknota za błękitnym niebem 
Francji, za ciepłem domowego ogniska, za kilkumie-
sięcznym bodaj wypoczynkiem. Nikt jednak nie ośmielił 
się  głośno wyjawić swoich pragnień, nikt nie zdradził 
miotającego nim niepokoju: honor i poczucie obowiązku 
nakazywały milczenie. 

Nadeszła wreszcie noc, a wraz z nocą godzina, którą 

cesarz wyznaczył był, ażeby oznajmić marszałkom i ge-
nerałom ostateczną swoją decyzję. Wezwani zostali 
wszyscy. W miarę jak przychodzili, zabierał ich na po-
ufną rozmowę, i niebawem przekonał wszystkich po 
kolei, iż  tą tylko drogą  będzie można uratować resztę 
Wielkiej Armii i zapobiec następstwom klęski. 

Ujrzawszy Davouta, powitał go serdecznie, pytając, 

dlaczego od dłuższego czasu marszałek jest 
niewidzialny, a gdy Davout odparł,  że obawiał się 
narazić swojemu monarsze, cesarz uśmiechnął się 
dobrotliwie i długo rozmawiał z marszałkiem, zwierzając 
mu się z dalszych planów i zamiarów, a nawet radził się 
go, jaką ma jechać drogą. 

Łaskawym był dla wszystkich. Przy stole zaś podczas 

kolacji chwalił ich za męstwo, za owe waleczne czyny, 
które zdobyły im nieśmiertelną chwałę! O własnej, nie-
oględnej śmiałości powiedział tyle tylko: „Gdybym uro-
dził się na tronie, gdybym był Burbonem, łatwo mógł-
bym uniknąć takich pomyłek!". 

Po wieczerzy kazał przeczytać księciu Eugeniuszowi 

swój XXIX biuletyn, a oznajmiwszy wszystkim to, co 
powierzył poprzednio każdemu z osobna, oświadczył: 
„Że tejże nocy wyjeżdża do Paryża razem z Durokiem, z 
Caulaincourtem i z hrabią Lobau; że obecność jego w 
stolicy zarówno niezbędna jest dla Francji, jak i dla 
szczątków nieszczęsnej Wielkiej Armii; że stamtąd tylko 
będzie mógł powstrzymać Austrię i Prusy, które nie-
wątpliwie wahać się będą z wypowiedzeniem wojny, gdy 
ujrzą go znów na czele narodu francuskiego i nowej 
potężnej armii!". 

Oświadczył nadto: „że wysyła Neya przodem do Wilna 

w celach reorganizacji; że Rapp pomoże mu, a następnie 

background image

uda się do Gdańska; że Lauriston pójdzie do Warszawy, a 
Narbonne do Berlina; że sprawa nie jest jeszcze cał-
kowicie stracona; że jego pułki zostaną z armią, bo w 
Wilnie trzeba będzie chwycić za broń i odeprzeć nie-
przyjaciela;  że w Wilnie jest Loison i de Wrede, są po-
siłki, są zapasy żywności i amunicji; że armia rozłożyć 
się ma na zimowe leże poza linią Niemna; że sądzi on, iż 
Rosjanie nie przekroczą Wisły przed jego powrotem". 

W końcu rzekł: „Mianuję naczelnym wodzem króla 

Neapolu. Mam nadzieję,  że będziecie mu posłuszni, tak 
jak i mnie, i że panować będzie wśród was jak najlepsza 
zgoda!". 

Wybiła dziesiąta. Wówczas cesarz powstał, uścisnął 

serdecznie wszystkim dłonie, wszystkich ucałował — i 
pojechał. 

 

background image

IX 

ARMIA BEZ NAPOLEONA 

rzyznaję, o towarzysze broni, że znękany 
umysł mój odwracał się od straszliwych 
wspomnień tylu okropności! Doszedłszy do 
chwili, w której Napoleon opuścił armię, 
sądziłem, iż nareszcie spełnione zostało w 
zupełności zadanie tej książki. Za-

powiedziałem na wstępie, że będę się starał odtworzyć tę 
wielką epokę, w której naród nasz wzniósł się na 
najwyższe szczyty sławy, ażeby runąć następnie w prze-
pastna głębinę największej niedoli. Teraz wszelako, gdy 
pozostały mi jedynie opisy najokropniejszych cierpień i 
nędzy, dlaczego nie miałbym oszczędzić wam przykrości 
ich czytania, sobie zaś żałosnych wysiłków pamięci, któ-
ra poruszać  będzie li tylko popioły, liczyć tylko klęski, 
mogilnym tylko dążyć szlakiem! 

Ponieważ jednak było nam sadzone dojść do ostatecz-

nych, niemal że nieprawdopodobnych granic tak w 
szczęściu, jak w niedoli, postaram się dotrzymać wiernie 
danego wam przyrzeczenia; a skoro historia notuje 
skwapliwie ostatnie nawet chwile wielkich mężów, jakim 
prawem miałbym przemilczeć to ostatnie przedśmiertne 
westchnienie Wielkiej Armii? Wielką była ona we 
wszystkim: zarówno w szczęściu, jak w niedoli, zarówno 
w dniach zwycięstw i chwały, jak w dniach klęski i 
rozpaczy!  Świetnością  sławy naszej i kirem żałoby 
budzić  będziemy po wsze czasy cześć i podziw! Jedyna 
to, smutna pociecha, jaka nam jeszcze pozostała; 
niewątpliwie bowiem łoskot tak wielkiego upadku odez-
wie się echem wśród przyszłych pokoleń, które otoczą 
nimbem nieśmiertelności zarówno wielką niedolę, jak 
wielką sławę! 

background image

Ze smutnym, wymuszonym uśmiechem na ustach Na-

poleon minął szybko tłum oficerów, którzy ustawili się 
rzędem u wejścia do kwatery cesarskiej, ażeby raz 
jeszcze pożegnać go uroczystym milczeniem, wymow-
niejszym od słów. Cesarz i Caulaincourt wsunęli się w 
głąb pojazdu; nieodstępny Rustan oraz Wąsowicz, ka-
pitan gwardii cesarskiej, usiedli na koźle; Duroc i Lobau 
mieli jechać za nimi. 

Eskortowali cesarza najpierw Polacy, następnie Ne-

apolitańczycy z gwardii królewskiej. Opuszczając Wilno, 
oddział ten liczył sześciuset ludzi, a zanim znów tam 
wrócił, wyginęli wszyscy niemal żołnierze: zima była 
jedynym ich wrogiem. Tejże samej nocy Rosjanie zajęli i 
opuścili Oszmianę, miasteczko, przez które przechodzić 
miała eskorta. Wyjechawszy o godzinę wcześniej, 
Napoleon byłby wpadł w wir walki. 

W Miednikach spotkał cesarz księcia Bassano i od razu 

oświadczył mu: „Że nie ma już armii; że od kilku dni 
rozpierzchły się zupełnie pułki, brygady i dywizje; że 
pozostał jeno bezładny, wiecznie zgłodniały tłum;  że 
można by jeszcze zreorganizować go, rozdając chleb, 
obuwie, mundury i broń, lecz że intendentura wojskowa 
nic nie zdołała przewidzieć, nie wykonała sumiennie ani 
jednego rozkazu!". A gdy Maret uwiadomił go o stanie 
olbrzymich magazynów wileńskich, zawołał: „Że spada 
mu z serca ciężka troska! że niezwłocznie przesłać należy 
Muratowi i Berthierowi rozkaz, w myśl którego mają 
zatrzymać się przez tydzień w Wilnie, armię zor-
ganizować i przywrócić jej tyle sił i otuchy, ażeby dalszy 
odwrót mniej opłakany był aniżeli dotychczas!". 

Reszta podróży Napoleona odbyła się bez żadnych 

przeszkód. Minął niepostrzeżenie Wilno i Wyłkowyszki, 
gdzie zamienił powóz na sanki; zatrzymał się 10 grudnia 
w Warszawie, ażeby zarządzić nowy, dziesięciotysięczny 
pobór, udzielić w tym celu Polakom pewnego subsydium 
i zapowiedzieć bliski powrót swój na czele trzystu 
tysięcy ludzi. Przebył następnie Śląsk, ujrzał po raz wtóry 
Drezno i króla saskiego, potem Hanau i Moguncję, 
wreszcie Paryż, w którym ukazał się niespodzianie 19 
grudnia, w dwa dni po ogłoszeniu XXIX biuletynu. 

Od Małojarosławca do Smorgoni ten władca Europy 

był li tylko wodzem zdezorganizowanej, konającej armii. 
Od Smorgoni po Ren był jeno cudzoziemcem, podróżu-
jącym incognito przez obce, wrogie terytorium. Poza 

background image

Renem zaś odzyskał od razu dawną moc, był znów pa-
nem i władcą wszystkich niemal ludów Europy, zdo-
bywcą, przed którym korzyło się wszystko, którego wola 
była prawem, a życzenie rozkazem. 

Tymczasem w Smorgoniach generałowie aprobowali 

najzupełniej wyjazd cesarza i nie tylko że nie tracili 
otuchy, lecz owszem, całą pokładali w nim nadzieję. 
Należało jeno cofać się w dalszym ciągu, droga zaś wolna 
była, a granica rosyjska niedaleko. Niebawem zresztą 
otworzyć się miały bramy Wilna i podwoje olbrzymich 
składów i magazynów; niebawem osiemnastotysięczny 
korpus rezerwowy wzmocnić miał i osłonić armię. Murat 
i Berthier, zdani na siebie, sądzili więc, iż zdołają 
pokierować odwrotem. Lecz wśród nieładu tego i 
rozprzężenia olbrzym tylko mógł podołać zadaniu, a 
olbrzym niknął oto w oddali. Murat zbyt mały był, ażeby 
zapełnić pozostawioną przezeń pustkę. 

Przekonano się wówczas aż nadto dobrze, że nikt nie 

jest mocen zastąpić istotnie wielkiego człowieka, bądź to 
dlatego,  że duma jego podwładnych przed nikim innym 
nie chce się ukorzyć i do równie uległego nagiąć 
posłuszeństwa, bądź też dlatego, że zajmując się oso-
biście wszystkim, o wszystkim myśląc i wszystko prze-
widując, wychował jeno zręcznych, znakomicie wyszko-
lonych oficerów, a nie urobił samodzielnych wodzów. 

Już pierwszej nocy jeden z generałów odmówił po-

słuszeństwa. Marszałek, komenderujący tylną strażą, do-
tarł nieledwie samotrzeć do królewskiej kwatery. Ota-
czała ją młoda i stara gwardia, razem około trzech tysięcy 
ludzi. Tyle bowiem pozostało z Wielkiej Armii. Lecz gdy 
rozeszła się wieść o odjeździe Napoleona, gdy nie stało 
już tego, który przez długie lata osobiście gwardią 
kierował i któremu ona z dumą służyła, lekceważąc sobie 
nowego wodza, weterani przestali surowej przestrzegać 
karności i rozpierzchli się wkrótce tak, jak inne korpusy. 

Większość pułkowników, którzy szli dotąd z wytrwa-

łością godną podziwu, strzegąc do końca wraz z kilku 
oficerami i żołnierzami pułkowych sztandarów, poczęła 
wyzwalać się spod wszelkich rozkazów i na sobie tylko 
polegać. Niczym była cudza nędza i cudza niedola: mi-
jano ją, nie odwracając nawet głowy. Każdy o siebie 
tylko dbał i siebie jedynie pragnął ocalić. 

Wyjazd cesarza oraz nieudolność króla Neapolu nie 

background image

były wszelako jedyną przyczyną tego rozproszenia się 
szczątków armii; głównym czynnikiem destrukcji była 
zima, straszliwy, trzaskający mróz, który pogłębiał grozę 
sytuacji, który zdawał się oddalać w nieskończoność 
Wilno i jego kwatery. 

Aż do Mołodeczna, do 4 grudnia, dnia, w którym 

temperatura spadła nagle do 26 stopni, droga, jakkolwiek 
ciężka, usiana była znacznie mniejszą liczbą trupów 
aniżeli przed Berezyną. Zawdzięczano to męstwu Neya i 
Maisona, którzy powstrzymali nieprzyjaciela, znośniej-
szej temperaturze, jakim takim zasobom mniej spusto-
szonej i bogatej okolicy, temu wreszcie, że tylko wy-
jątkowo zdrowi i silni ludzie zdołali ujść  śmierci nad 
brzegami Berezyny. 

W owym bezładnym, różnorodnym tłumie powstał i 

utrzymywał się mimo wszystko pewien rodzaj orga-
nizacji. Maruderzy dzielili się na setki drobnych grup, 
złożonych z ośmiu do dziesięciu ludzi. Niektóre z tych 
gromadek posiadały jeszcze konia, który bądź to dźwigał 
skąpe zapasy żywności, bądź też szedł luzem, będąc 
przeznaczonym na spożycie. Garść  łachmanów, kilka 
garnków, worek i kij — oto było całe odzienie i cały 
rynsztunek tych nędzarzy, którzy walczyli już tylko z 
głodem i chłodem. Poszły w strzępy mundury, porzucona 
została broń, zapomniana karność, lecz pozostał dawny 
hart, pozostało długoletnie przyzwyczajenie do cierpień i 
niebezpieczeństwa i żywy, szybko orientujący się umysł. 
Na ostatek, wśród uzbrojonych jeszcze żołnierzy, 
urągliwe przezwisko, którym darzyli wszystkich 
maruderów, wywierało dotychczas niezaprzeczenie do-
datni wpływ. 

Lecz począwszy od Mołodeczna i odjazdu Napoleona, 

Z chwilą gdy jęła się srożyć mroźna zima, wszystkim 
równie dotkliwie dająca się we znaki, prysła organizacja, 
rozpierzchły się owe grupki, które walczyły przeciwko 
niedoli. Każdy siebie tylko bronił, siebie strzegł i 
ratował. Najlepsze nawet jednostki utraciły wszelką 
godność osobistą; zatarły się granice między złem a do-
brem; zagasła w duszach nadzieja, zagasła wiara w ja-
kąkolwiek lepszą przyszłość; nie było już  sędziów ani 
nawet świadków, były jeno ofiary! 

Znikły odtąd wszelkie różnice społeczne, rozluźniły się 

więzi przyjaźni i braterstwa broni. Nadmiar cierpienia 
upodlał ludzi. Głód straszliwy, nigdy nie nasycony 

background image

głód tłumił wszystko co szlachetniejsze, wszystkie le-
psze, wznioślejsze pierwiastki, rozwijając natomiast po-
tężny, brutalny instynkt samozachowawczy, ten jedyny 
rozum najdzikszych drapieżników. Posępna, dzika przy-
roda zdawała się przelewać w dusze ludzkie niepoha-
mowaną gwałtowność  śnieżnych zawiei i mroźnych wi-
chrów Północy. Z wszelkiej wyzuci litości, silniejsi ob-
dzierali słabszych, rabowali konających, częstokroć nie 
czekając nawet, aż ostatnie wydadzą tchnienie. Jeśli padł 
gdzie koń, otaczał go zaraz zwarty, rozkołysany tłum na 
kształt sfory zgłodniałych psów, ludzie tłoczyli się, 
popychali, wyrywając chciwymi dłońmi krwawe kawały 
ścierwa, tracąc w tych ohydnych bójkach resztę 
człowieczeństwa. 

Większość  żołnierzy i oficerów zachowała wprawdzie 

dość siły ducha, ażeby nie szukać ocalenia kosztem cu-
dzej krzywdy, lecz był to już ostatni wysiłek, ostatni 
przebłysk ich cnoty. Komu nogi odmówiły posłuszeń-
stwa, kto dostał się przypadkiem pod koła armatnie, tego 
niechybna czekała zguba, bez względu na wiek i rangę. 
Próżne były wówczas prośby i jęki, próżne odwoływania 
się do uczuć religijnych, do wspólnej ojczyzny i 
wspólnych ideałów; nikt nie spojrzał nawet w tę stronę. 
Bezlitosny chłód klimatu przeniknął wszystkie serca; 
uczucia stężały i zakrzepły tak jak twarze. Wszyscy, z 
wyjątkiem kilku oficerów, pogrążeni byli w 
rozpamiętywaniu własnych cierpień. Trwoga wykluczyła 
litość! 

Tedy nie z nadmiernego dobrobytu, jak się podobno 

zdarza, lecz z nadmiaru niedoli zrodził się ten straszny 
egoizm. Lecz w danym wypadku o tyle mniej zasługiwał 
on na potępienie,  że był poniekąd wynikiem ko-
nieczności, że źródło jego tkwiło nie w sercu, lecz w śle-
pym odruchu instynktu samozachowawczego, że istotnie 
najkrótsza zwłoka decydowała nieraz o życiu lub śmierci! 
W tych warunkach, wobec ogromu ogólnej nędzy, 
podanie ręki towarzyszowi broni lub konającemu zwierz-
chnikowi było dowodem niezwykłego serca i niezwykłej 
dobroci. Najmniejszy objaw litości stawał się czynem 
godnym największego uwielbienia. 

Byli jednak i tacy — niestety! było ich niewielu — 

którzy wytrwali do końca wbrew wszystkim i wszyst-
kiemu, którzy osłaniali i wspierali do ostatniej chwili 
słabszych od siebie, chorych i rannych. 

background image

6 grudnia, nazajutrz po odjeździe Napoleona, mróz 

zwiększył się jeszcze; unosiły się w powietrzu połyskli-
we lodowe igiełki, zmarznięte ptaki padały co chwila. 
Głucha cisza zaległa ziemię; zdawało się, że ustał wszel-
ki ruch, wszelkie zamarło  życie,  że nawet wiatr ujęty 
został w straszliwe okowy. Milczeli również i ludzie. 
Nikt nie przemówił, nikt nie odezwał się. Tylko oczy 
szkliły się łzami rozpaczy. 

Byliśmy jako hufiec żałobnych mar w tym państwie 

chłodnej  śmierci! Posępną ciszę przerywał tylko mono-
tonny odgłos naszych kroków, chrzęst śniegu i słabe jęki 
konających. Ustały swary i kłótnie. Umierając, nikt nie 
przeklinał już, nikt nie złorzeczył; nieraz nie stało sił 
nawet do modlitwy. Większość ginęła bez skargi, bądź to 
wskutek osłabienia albo rezygnacji, bądź też dlatego, że 
skarżymy się wówczas tylko, gdy otaczają nas bratnie, 
współczujące serca. 

Poczęli burzyć się najsilniejsi, najbardziej dotąd wy-

trwali żołnierze. Co chwila śnieg usuwał się im spod nóg 
lub też  świecił z dala szklistą, prawie że niemożliwą do 
przebycia powłoką; obca ziemia czyhała na nich co krok; 
na dnie wąskich, śniegiem przysypanych jarów i szczelin 
czaiła się  śmierć; wszystko zwracało się przeciw nam, 
jak gdyby współdziałając z klimatem Rosji i ścigającymi 
nas pułkami Kutuzowa, Czyczagowa i Wittgensteina. 

W rzeczy samej, gdy znużeni, z ostatka sił wyzuci żoł-

nierze zatrzymywali się bodaj na chwilę, zima wyciągała 
niezwłocznie lodowatą  dłoń po te nowe ofiary. Czując 
wówczas,  że drętwieją im wszystkie członki, otępiali, 
niezdolni wydobyć już  głosu ze ściśniętej krtani, na 
próżno dźwigali się jeszcze z ziemi, na próżno usiłowali 
dotrzymać kroku innym kamratom; krew, ścinająca się 
lodem w żyłach jak woda w strumieniu, coraz słabiej 
napływała do serca; głowy płonęły gorączką. Ci konający 
zataczali się wtedy jak pijani; z oczu zaczerwienionych 
od bezsenności i od dymu ognisk obozowych płynęły 
naprawdę krwawe łzy, pierś podnosiła się ciężkim 
westchnieniem; osłupiały, zamglony już wzrok biegł w 
śnieżną dal ku towarzyszom lub w górę, ku niebu; 
żegnali tak mękę życia i tę straszną, dziką przyrodę, która 
bezlitośnie wtrącała ich w mogilny mrok. Opadali 
wkrótce na kolana, potem na ręce; chwilę jeszcze nocą 
zasnuta już głowa chwiała się w prawo 

background image

i w lewo, a z otwartych szeroko ust dobywał się prze-
ciągły, coraz cichszy jęk; wreszcie i głowa opadała na 
śnieg, barwiąc go krwią...  Śmierć  kładła kres cierpie-
niom! 

Towarzysze mijali ich, nie zbaczając nawet na krok, z 

obawy nałożenia drogi, nie odwracając głowy, gdyż 
broda, wąsy i włosy okryte były soplami lodu i najlżejsze 
poruszenie dotkliwy sprawiało ból. Nie żałowali ich 
nawet, bo w tych warunkach śmierć była raczej 
wyzwoleniem. Cierpienia były tak wielkie, Francja tak 
daleka! Wszystko dokoła było tak obce! Niedola wyssała 
wszelką  słodycz wspomnień, zgasiła ostatnie przebłyski 
nadziei! Większość tych nędzarzy zobojętniała na 
straszliwe sceny konania — z konieczności, z przy-
zwyczajenia, z rozpaczy — i widok martwych, sztywnie-
jących natychmiast zwłok ludzkich budził raczej za-
zdrość aniżeli  żal: wszak nie mieli już  żadnych potrzeb, 
nie odczuwali żadnego cierpienia, wypoczywali nareszcie 
po trudach i męce  życia. W istocie łagodna, spokojna 
śmierć w zwykłych warunkach budzi niewątpliwie lęk, 
jest okropnym kontrastem, wstrząsającym zdarzeniem; 
tutaj jednak, w gwałtownym wirze burzliwego życia, 
wobec ciągłego niebezpieczeństwa i nieustających cier-
pień — była jedynie nieznaczną zmianą, prawie że nie-
dostrzegalnym przejściem do innego bytu. I nikt nie 
dziwił się śmierci, nikomu nie była ona straszną! 

Takimi były ostatnie dni Wielkiej Armii. Ostatnie noce 

były jeszcze okropniejsze. Ci, których mrok zastał z dala 
od ludzkich siedzib, zatrzymywali się na skraju lasów, a 
rozpaliwszy ognisko — grzejąc się — siedzieli sztywno i 
nieruchomo do rana. Zziębnięci do szpiku kości, tak 
blisko przysuwali się do ognia, że niebawem zaczynało 
tlić się na nich odzienie, a odmrożone ciała rozkładały się 
pod wpływem ciepła. Straszliwy ból zmuszał ich 
wówczas do zajęcia pozycji leżącej; nazajutrz zaś na 
próżno usiłowali dźwignąć się z ziemi. 

Tymczasem ci, których zdrowie wytrzymywało dotąd 

nędzę i trudy, którzy nie utracili jeszcze całkowicie sił i 
odwagi, przyrządzali nad ogniem nędzną strawę. 
Począwszy od Smoleńska,  żywiono się niezmiennie 
ochłapami pieczonej koniny i podpłomykami z żytniej 
mąki lub też  żytnią zacierką, gotowaną na wodzie ze 
stopionego śniegu. W braku soli przyprawiano wszystko 
prochem. 

background image

Przez całą noc nadciągali do ognia inni nędzarze, 

bezlitośnie przez pierwszych odpędzani, i błąkali się tak 
od jednego biwaku do drugiego, by wreszcie poddać się 
strasznemu losowi. Dysząc wówczas ostatkiem tchu, 
usuwali się na śnieg, poza zwartym koliskiem szczęśliw-
szych kamratów — i bez skargi już, bez jęku, ginęli 
wkrótce z głodu i zimna. Inni jeszcze, którym brak sił i 
odpowiednich narzędzi uniemożliwiał narąbanie drew, na 
próżno usiłowali podpalić od dołu olbrzymie, sękate 
sosny: ogień gasł niebawem, a wraz z nim gasło życie. 

Obszerne szopy, wznoszące się w niektórych miejsco-

wościach opodal traktu, były widownią okropniejszych 
jeszcze scen. Bez względu na wiek i rangę,  żołnierze i 
oficerowie jak stado bezdusznych bydląt tłoczyli się w 
owych szopach dookoła skąpych ognisk, żywi deptali po 
zmarłych i obojętni już na wszystko kładli się na nich 
bez wstrętu, aby z kolei służyć za straszliwe łoże nowym 
ofiarom. Niebawem nadciągały dalsze zastępy 
maruderów, którzy, nie mogąc dostać się do wnętrza 
przepełnionych szop, oblegali je nieraz godzinami. 

Często zdarzało się również, że rozbierano owe szopy i 

palono je, dorzucając suche deski do wilgotnych ko-
narów i pni sosnowych. Gdzie indziej, zniechęceni bez-
owocną walką, maruderzy rozkładali swoje ogniska tuż 
pod szopą, chroniąc się tym sposobem od wiatru. Wkrót-
ce jednak płomienie obejmowały drewniany budynek, i 
ci, którzy nie skonali jeszcze z zimna, ginęli w ogniu i 
dymie. Ci zaś, którym noc upływała w tych schronie-
niach spokojnie, wyszedłszy z nich nad ranem znajdo-
wali zazwyczaj stosy trupów i wygasłe ogniska. Chcąc 
wydostać się z tych katakumb, trzeba było deptać po tym 
okropnym trupim wale, z którego wydobywały się 
jeszcze tu i ówdzie ciche jęki i westchnienia. 

W  Żupranach, w tym samym miasteczku, w którym 

cesarz o mało nie dostał się w ręce partyzanta rosyjskie-
go Siesławina,  żołnierze podpalili kilka domów, ażeby 
ogrzać się bodaj trochę. Odblask pożogi pociągnął kil-
kunastu ludzi, obłąkanych z zimna i bólu; zgrzytając 
zębami, z potępieńczym  śmiechem na wykrzywionych 
wargach, rzucili się w ogień i skonali wnet w straszli-
wych konwulsjach. Zgłodniały tłum spoglądał na nich 
bez lęku ni trwogi, a byli nawet i tacy, którzy wyciągali 

background image

z  ognia  oszpecone,  zwęglone  zwłoki  i  nic  wahali  
się, być może, ponieść do ust tej ohydnej strawy! 

Armia, reprezentująca jeden z najbardziej ucywilizo-

wanych narodów Europy, armia niegdyś tak świetna, 
tyloma zwycięstwami opromieniona, armia, której imię 
było jeszcze wszechwładnym w tylu podbitych stolicach, 
spadła na samo dno nędzy! Najdzielniejsi jej żołnierze, 
których czoła do niedawna słuszną jaśniały dumą, utracili 
wszelką szlachetność wyglądu: okryci łachmanami, 
pokrwawieni i bosi, szli o kiju, jak żebracy, uciekając z tą 
samą wytrwałością i energią, z jaką zwyciężali dawniej 
nieprzyjacielskie zastępy. 

W tym stanie ostatecznego upadku fizycznego i mo-

ralnego dotarli pierwsi maruderzy do Wilna, głównego 
ich magazynu i głównej bazy zaopatrzeniowej, pierw-
szego ludnego i bogatego miasta, jakie napotkali od 
chwili opuszczenia granic Litwy. Wszak to bliskość Wil-
na krzepiła jeszcze i podtrzymywała wiele jednostek. 

9 grudnia ukazały się nareszcie w oddali mury starej 

stolicy wielkich książąt litewskich. Ruszyli natychmiast 
wszyscy, jedni biegnąc, drudzy wlokąc się, i niebawem 
ludzka fala wypełniła tak szczelnie ciasne przedmiejskie 
uliczki, że wszelki ruch został zatamowany. Zwarta masa 
ludzi, koni i wozów drgała jeno i kolebała się na miejscu. 

Wobec ciasnoty przejścia wiodącego ku miastu opróż-

nienie przedmieścia stało się prawie niemożliwe. Tłum 
wzrastał nieustannie. Napływała coraz to większa liczba 
maruderów, którzy tłoczyli się bezmyślnie, nie próbując 
nawet dostać się do miasta inną drogą. Dróg tych było 
kilka, lecz tak wielki był nieład, tak bezmierne roz-
przężenie, że w ciągu całego tego dnia nie pojawił się ani 
jeden oficer sztabu, ażeby wskazać  tłumom właściwy 
kierunek. 

Podczas owych dziesięciu  śmiertelnie długich godzin 

oczekiwania przy 27, a nawet 28 stopniach mrozu, w 
chwili gdy nikt nie wątpił już o bliskim ocaleniu, tak jak 
pod Smoleńskiem i nad brzegami Berezyny, zginęło 
kilka tysięcy  żołnierzy, uduszonych lub zmarzniętych. 
Do sześćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy przebyli Bere-
zynę pod Studzianką, przyłączyło się po drodze jeszcze 
dwadzieścia tysięcy. Z tych osiemdziesięciu tysięcy wy-
ginęła tedy połowa, przeważnie w ciągu ostatnich czte-
rech dni, na przestrzeni między Mołodecznem a Wilnem. 

background image

Wilno nieświadome było jeszcze całego ogromu naszej 

klęski, gdy wtem, jęcząc i krzycząc, wtargnęło do miasta 
czterdzieści tysięcy wygłodzonych ludzi. Przerażona 
ludność pozamykała wszystkie bramy. Opłakany widok 
przedstawiały wówczas te gromady rozwścieczonych lub 
zrozpaczonych nędzarzy, którzy błąkali się po ulicach, 
grożąc albo błagając, którzy kołatali na próżno do pry-
watnych domów, do magazynów i szpitali. 

W magazynach obowiązywały formalności najzupełniej 

niewczesne wobec tego, że całkowite rozpierzchnięcie 
się dywizji, brygad i pułków wykluczało regularne 
rozdawnictwo. Składy zawierały czterdziestodniowe za-
pasy mąki i chleba i trzydziestosześciodniowe zapasy 
mięsa dla stu tysięcy ludzi. Nikt wszelako nie ośmielił 
się wydać odpowiednich rozkazów. Wśród urzędników 
intendentury jedni obawiali się odpowiedzialności, dru-
dzy nadużyć, jakich zwykli dopuszczać się wygłodniali 
żołnierze, gdy wszystko stoi przed nimi otworem. Urzęd-
nicy ci nie wiedzieli zresztą, jak dalece rozpaczliwe było 
nasze położenie, i tam, gdzie zostało zaledwie dość 
czasu, ażeby składy opróżnić w ciągu kilku godzin, po-
zwolono nieszczęsnym żołnierzom konać z głodu u wrót 
magazynów, które nieprzyjaciel zagarnąć miał nazajutrz. 

W koszarach zaś i szpitalach panowała niepodzielnie 

śmierć,  śmierć stała na straży tych olbrzymich grobow-
ców. Gdzieniegdzie dyszały jeszcze resztą tchu żywe 
szkielety, żółtą skórą powleczone; wszyscy skarżyli się, 
iż od dawna pozbawieni są łóżek, a nawet słomy i wszel-
kiej opieki. Podwórza, korytarze, nawet sale szpitalne 
przepełnione były stosami rozkładających się trupów; 
straszliwa woń zgnilizny zatruwała powietrze. 

Interwencja kilku wodzów, w pierwszym rzędzie Eu-

geniusza i Davouta, oraz miłosierdzie Litwinów otwo-
rzyły wreszcie niektóre podwoje. Wzruszającym było 
wówczas zdumienie tych nędzarzy, którzy po tylu ty-
godniach znajdowali się po raz pierwszy w zamieszka-
nych, w sprzęty i strawę zasobnych domach. Jakżeż 
smacznym wydawał im się wyrośnięty chleb! Jak bardzo 
wygodnymi  ławy i stołki. Uwielbienie i podziw wywo-
ływała każda najszczuplejsza nawet garstka żołnierzy, 
uzbrojonych jeszcze i odzianych jednakowo, w jednakie 
płaszcze i mundury! Zdawało się, iż powracają  kędyś z 
krańców świata, tak dalece gwałtowność ciągłych 

background image

cierpień wytrącała ich ze zwykłej kolei życia, z dawnych 
upodobań i przyzwyczajeń, tak bezdenną była otchłań, z 
której się wydobyli. 

Zaledwie jednak rozsmakowali się w tych rozkoszach, 

gdy ryknęły w pobliżu miasta działa rosyjskie. Basowy 
ryk armat, krzyki i nawoływania oficerów, warczenie 
bębnów, głuchy pomruk wylękłego, wciąż napływającego 
tłumu napełniły Wilno wrzawą i zgiełkiem. Były to 
przednie straże Kutuzowa i Czaplica, pod wodzą 
O'Rurke'a,  Łanskoja i Siesławina. Atakowali wszyscy 
trzej dywizję Loisona, która osłaniała równocześnie 
miasto i kolumnę spieszonej jazdy, maszerującej przez 
Nowe Troki do Olity. 

Wbrew niepomyślnym warunkom usiłowano z początku 

odeprzeć nieprzyjaciela. Drogą od Naroczwirańska i 
Niemenczyna nadciągnął de Wrede i jego Bawarczycy. 
Za nim szedł Wittgenstein, który począwszy od Kamienia 
i Wilejki nie odstępował naszego prawego flanku, 
podczas gdy Kutuzow i Czyczagow pilnowali tyłów ar-
mii. Z całej dywizji Bawarczyków pozostały tylko dwa 
tysiące ludzi. Co się zaś tyczy Loisona, dywizji jego oraz 
załogi Wilna, razem piętnaście tysięcy  żołnierzy, to wy-
szedłszy naprzeciw nas aż do Smorgoni, pod wpływem 
straszliwego klimatu zredukowały się w ciągu ostatnich 
trzech dni do trzech tysięcy ludzi. 

De Wrede bronił Wilna od strony Rukoni. W końcu 

jednak musiał ustąpić. Loison, bliższy miasta, powstrzy-
mał nieprzyjaciela. Z niemałym trudem zdołano zebrać 
dywizję Neapolitańczyków, którzy dość raźno poszli w 
ogień. Lecz wkrótce karabiny jęły wysuwać się ze skost-
niałych rąk tych dzieci słońca, przeniesionych spod 
włoskiego nieba na śnieżne, lodowymi igiełkami iskrzące 
się pola. W niespełna godzinę powrócili wszyscy bez 
broni; większość z nich z poodmrażanymi kończynami, 
okaleczała na resztę życia. 

Równocześnie po ulicach miasta na próżno wzywał 

werbel do broni. Nie stawił się nikt; głuchą pozostała 
nawet stara gwardia, zredukowana do kilku plutonów. 
Wszyscy myśleli raczej o zabezpieczeniu się przed 
głodem i zimnem aniżeli o walce z nieprzyjacielem. Lecz 
padło wówczas jedyne hasło, któremu większość bywała 
zwykle uległą; rozległy się zrazu ciche, potem coraz głoś-
niejsze okrzyki: „Kozacy idą! kozacy!" i tłum począł 
uciekać w największym popłochu. 

background image

Był to de Wrede, który zjawił się niespodziewanie w 

kwaterze królewskiej, wołając: „że nieprzyjaciel idzie 
tuż za nim; że Bawarczycy musieli cofnąć się do miasta; 
że dalszy opór jest niemożliwy!". Jednocześnie doszły 
uszu króla wrzaski oszalałego z trwogi tłumu. Zwąt-
piwszy o wszystkim, nie mogąc już zapanować nad 
sobą, Murat opuścił  tłum, jak gdyby w obawie przed 
walką w tak wielkim tłoku jak dnia poprzedniego. 
Zatrzymał się w jednym z ostatnich domów 
przedmieścia; stamtąd porozsyłał rozkazy i zlecenia, tam 
też przepędził noc, zdając się we wszystkim na Neya. 

Można było utrzymać się jeszcze w Wilnie dwadzieścia 

cztery godziny i ocalić wielu ludzi. Pozostało w mieście 
blisko dwadzieścia tysięcy  żołnierzy, trzystu oficerów i 
siedmiu generałów. Wszyscy byli chorzy, wszystkim 
atoli zima daleko więcej dała się we znaki aniżeli nie-
przyjaciel. Niektórzy zdrowi byli na ciele, ale tak wy-
czerpani duchowo, tak najzupełniej wyzuci z wszelkiej 
energii,  że nie stało już im sił do dalszej walki. Poko-
nawszy tyle i takich trudności, bliscy ocalenia, przed 
nowym cofnęli się trudem. W Wilnie odnaleźli wreszcie 
kulturę Zachodu i woleli raczej zdać się na los, aniżeli 
rozpocząć znów wędrowny, tułaczy  żywot. Ale los ob-
szedł się z nimi okrutnie. 

10 grudnia wyszedł z Wilna Ney, który znów dobro-

wolnie był podjął się komendy nad tylnymi strażami. 
Niezwłocznie zajęli miasto kozacy Płatowa, mordując 
setki ofiar. W trakcie tej rzezi ukazała się nagle od 
strony Wilii garstka Francuzów, trzydziestu żołnierzy, o 
których zapomniano snadź, a którzy strzegli dotąd 
mostu na rzece. Ujrzawszy tę nową zdobycz, tysiące 
jeźdźców rosyjskich z krzykiem otoczyły szczupłą garst-
kę, atakując ją równocześnie ze wszystkich stron. 

Lecz oficer francuski uszykował już swoich ludzi. 

Zgodną salwą huknęło trzydzieści strzałów, pochyliło 
się trzydzieści karabinów: biegiem ruszyli żołnierze na 
bagnety. Po chwili pierzchło wszystko, oficer zaś 
korzystając z chwilowej przewagi, nie bardziej 
zaskoczony tchórzostwem kozaków, jak wprzód ich 
atakiem, zawrócił natychmiast i, nie poniósłszy żadnych 
strat, zdołał połączyć się z ariergardą. 

W tejże chwili, pod grozą nowej katastrofy, której na 

próżno usiłował zapobiec, Ney toczył zawziętą walkę z 
forpocztami Kutuzowa. 

background image

W Wilnie, tak jak w Moskwie, Napoleon nie kazał 

wydawać  żadnych rozkazów ani zleceń tyczących się 
odwrotu; nie życzył sobie, ażeby klęska nasza była roz-
głaszana, pragnął bowiem zaskoczyć znienacka wszyst-
kich bez wyjątku aliantów i ich ministrów i zapewnić tym 
sposobem niedobitkom Wielkiej Armii swobodne 
przejście przez terytorium mocarstw sprzymierzonych, 
zanim zdąży zawiązać się jakakolwiek koalicja w celu 
czynnego poparcia Rosji. 

Tym tłumaczy się istotnie zdumiewająca nieświado-

mość zarówno Litwinów, jak cudzoziemców, jak wszyst-
kich tych, którzy przebywali podówczas w Wilnie, nie 
wykluczając cesarskiego ministra. Uwierzono rozsiewa-
nym potajemnie głuchym wieściom wtedy dopiero, gdy 
ukazały się pierwsze szeregi nędzarzy powracających z 
Moskwy. I w tym wypadku niezachwiana, niemal 
przesądna wiara ludów europejskich w nieomylną ge-
nialność Napoleona była mu najwierniejszą sojuszniczką. 
Równocześnie jednak w łonie generalicji i władz admi-
nistracyjnych ta sama wiara, to samo zaufanie, tak w 
Wilnie, jak poprzednio w Moskwie, wszelką uśpiły czuj-
ność. 

Magazyny Wilna zawierały większość bagaży i pie-

niężnych zasobów armii, zapasy żywności, olbrzymią 
ilość furgonów przeznaczonych do osobistego użytku ce-
sarza, znaczną liczbę dział oraz jaszczyków z prochem i 
amunicją. Do Wilna również nadciągały od początku 
kampanii tysiące chorych i rannych. Klęska nasza była 
dla nich gromem z jasnego nieba. Zależnie od tempe-
ramentu i usposobienia trwoga różnorodny wywierała 
wpływ: jednych nagliła do pośpiechu, drugim żelazne 
nakładała pęta, uniemożliwiając wszelkie poruszenie. 
Pokrzyżowało się i pomieszało wszystko; rozkazy, 
ludzie, konie i wozy! 

Wśród nieopisanego zgiełku i wrzawy niektórzy wo-

dzowie zdołali wreszcie opróżnić częściowo miasto i 
skierować w stronę Kowna wszystko, co tylko można 
było zmobilizować. Lecz o milę poza miastem ta ciężka i 
bezładna kolumna napotkała wyżynę i wąwozy 
ponarskie. 

Przed kilku miesiącami, w pierwszych dniach zwycię-

skiego pochodu na Moskwę, husarzy nasi spoglądali na to 
lesiste wzgórze jedynie jako na sprzyjającą nam falistość 
terenu, z której można było ogarnąć wzrokiem całą 
równinę wileńską i ocenić w przybliżeniu siły 

background image

wojsk nieprzyjacielskich. Strome, lecz krótkie zbocze nie 
zwróciło podówczas niczyjej uwagi. Dla armii cofającej 
się w porządku byłoby ono znakomitą pozycją obronną, 
lecz dla tych, którzy uciekali teraz w popłochu, w 
szalonej, obłędnej trwodze, wśród największego nieładu i 
rozprzężenia, to samo wzgórze stało się nie-
przezwyciężoną przeszkodą, stało się ową szklaną górą 
bajki, o którą rozbijają się wszelkie ludzkie usiłowania. U 
stóp wzgórza utknęło wszystko: bagaże, skarb i ranni. 
Dzień ten był niewątpliwie jednym z najsmutniejszych 
epizodów tej smutnej kampanii. 

W rzeczy  samej, utracono wówczas pieniądze, honor, 

resztę sił i karności. Po piętnastu godzinach bezowocnych 
wysiłków, gdy oficerowie i żołnierze trenu ujrzeli na 
stokach wzgórza, powyżej siebie, króla, a za nim zwarty, 
od uciążliwego marszu rozkołysany tłum; gdy 
zwróciwszy wzrok tam, skąd dochodziły coraz wyraźniej 
odgłosy salw karabinowych i armatnich strzałów, do-
strzegli Neya, nieustraszonego Neya, jak cofał się na 
czele trzech tysięcy ludzi, szczątków korpusu generała de 
Wrede'a i dywizji Loisona; gdy spojrzawszy wreszcie po 
sobie, ujrzeli, że całe zbocze pokryte jest setkami 
poprzewracanych lub pogruchotanych wozów i dział, 
setkami ludzkich i końskich zwłok; gdy ujrzeli, że wni-
wecz obraca się wszelki trud i wszelkie, najbardziej 
krwawe usiłowania, zaniechali wtedy wszystkiego, my-
śląc jedynie o tym, ażeby uprzedzić nieprzyjaciela i zra-
bować przed jego nadejściem zawartość wozów i fur-
gonów. 

Pęknięcie furgonu skarbowego stało się niejako hasłem 

do grabieży. Rzucano się  tłumnie do wozów, wszystko 
łamiąc i druzgocąc, rabując najcenniejsze przedmioty. 
Fatalny ten przykład podziałał ujemnie na karnych do-
tychczas żołnierzy ariergardy, którzy poczęli rzucać broń 
i obładowywać się  łupami z tak niepohamowaną 
zaciekłością,  że nie słyszeli ani świstu kul, ani też 
nadciągających pułków kozackich. 

Podobno nawet kozacy niepostrzeżenie wmieszali się 

między naszych. Na krótką chwilę przeciwnicy połączyli 
się ogarnięci tą samą  żądzą rabunku. Widziano, jak 
Rosjanie i Francuzi, nie myśląc o walce, rzucali się na ten 
sam zaprzęg. Rozgrabiono dziesięć milionów w złocie i 
srebrze. 

Lecz obok tych niegodziwości należy również zanoto- 

background image

wać szlachetne, w prostocie swojej wielkie czyny. Nie-
którzy wyrzekli się wszystkiego, wszystko zostawiali, 
ażeby tylko unieść jak najdalej i ocalić nieszczęśliwych 
rannych; inni zaś, nie mogąc wydobyć z tłoku na wpół 
zmarzniętych kamratów, ginęli broniąc ich przed bez-
względnością rodaków i razami wrogów. 

Na stromej, najniebezpieczniejszej połaci wzgórza 

jeden z oficerów cesarza, pułkownik hr. de Turenne, 
powstrzymał kozaków i mimo ich pożądliwych 
okrzyków i gęstych strzałów, na ich oczach rozdał 
znajdującym się w pobliżu grenadierom gwardii całą 
zawartość prywatnej szkatuły Napoleona. Bijąc się jedną 
ręką, a zgarniając drugą pełne przygarście złotych 
napoleonów, poczciwi ci ludzie zdołali ocalić je i 
później, gdy minęło już wszelkie niebezpieczeństwo, 
każdy z nich oddał wiernie powierzony mu depozyt: nie 
zginęła ani jedna złota sztuka! 

Katastrofa, jakiej uległa armia pod Ponarami, tym była 

sromotniejszą,  że  łatwo było przewidzieć  ją, a jeszcze 
łatwiej uniknąć jej, obchodząc wzgórze bokami. 
Pozostawione przez nas szczątki tyle przynajmniej przy-
służyły się,  że zatrzymały nieco dłużej kozaków. Pod-
czas gdy rabowali oni i zabierali wszystko, co tylko 
można było zabrać, Ney na czele kilkuset Francuzów i 
Bawarczyków osłaniał odwrót aż do Jewi. Ponieważ był 
to ostatni jego wysiłek, należy przeto podać do wia-
domości właściwą mu metodę cofania się, metodę, którą 
posługiwał się począwszy od Wiaźmy, od 3 listopada, 
czyli od trzydziestu siedmiu dni i trzydziestu siedmiu 
nocy. 

Co dnia o godzinie piątej po południu stawał na 

pozycji, zatrzymywał Rosjan, pozwalał żołnierzom zjeść 
i wypocząć, a o dziesiątej w dalszą puszczał się drogę. 
Przez całą noc prośbą, groźbą i pięścią gnał przed sobą 
tłum maruderów. Nad ranem, około siódmej, zatrzy-
mywał się znów, znów stawał na pozycji i wypoczywał 
pod bronią do dziesiątej. Zazwyczaj ukazywał się wtedy 
nieprzyjaciel i walczyć trzeba było aż do wieczora, sta-
rając się cofać możliwie najwięcej lub też najmniej: 
początkowo bowiem decydował w tym względzie 
ogólny plan odwrotu, później zaś li tylko warunki i 
okoliczności. Od dawna już tylna straż liczyła niespełna 
dwa tysiące ludzi, później tysiąc, potem pięciuset, 
wreszcie sześćdziesięciu  żołnierzy. A jednak bądź to z 
wyra- 

background image

chowania, bądź też wskutek rutyny Berthier nie zmienił 
w niczym przesyłanych marszałkowi rozkazów. Obej-
mowały one zawsze dawny, trzydziestopięciotysięczny 
korpus; instrukcje wyszczególniały niewzruszenie poste-
runki, jakie zająć miały i utrzymać do następnego dnia 
nie istniejące już dywizje i pułki. I co noc, gdy na skutek 
naglących przestróg Neya szef sztabu budzić musiał 
króla i nakłaniać go do wymarszu, jednakowe, bezmierne 
zdumienie malowało się na steranej jego twarzy. 

W ten sposób osłaniał Ney odwrót od Wiążmy aż po 

Jewie. Według przyjętego już zwyczaju, kilka wiorst 
powyżej Jewi, powstrzymał był Rosjan i poświęcił 
wypoczynkowi pierwsze godziny nocy, gdy wtem około 
dziesiątej wieczór — zbudzony ze snu przez generała de 
Wrede ujrzał opustoszałe biwaki i lśniącą w blaskach 
ognia, porzuconą przez żołnierzy broń. 

Lecz ten sam trzaskający mróz, który rozbił ostatecznie 

nasze szeregi, obezwładnił również nieprzyjaciela. Z 
trudem dogonił Ney swoją kolumnę czy też raczej bez-
ładny już tłum. Za tłumem tym szli kozacy, nie zabijając 
wszakże i nie biorąc do niewoli nikogo, bądź to przez 
litość, bo dość już mieli okrucieństwa, bądź to dlatego, 
że bezmiar niedoli naszej przerażał nawet Rosjan, i wielu 
spośród nich, może uważając,  że los pomścił ich z na-
wiązką, okazało godną uznania wspaniałomyślność. Być 
może zresztą, że nie dojrzeli wśród nocy, iż mają do czy-
nienia z ludźmi bezbronnymi. 

Mróz, ten groźny sprzymierzeniec Rosjan, drogo kazał 

im płacić za swoją pomoc. Rozprzężenie szerzyło się w 
całej ich armii. Spośród branych do niewoli żołnierzy 
naszych niektórzy kilkakrotnie zdołali ujść jak gdyby 
obumarłej z zimna czujności nieprzyjaciół. Szli najpierw 
niepostrzeżenie w szeregach coraz mniej zwartej, coraz 
luźniejszej kolumny nieprzyjacielskiej; korzystając z 
pierwszej sposobności, rzucali się na osamotnionych 
chwilowo żołnierzy rosyjskich i wydzierali im żywność, 
mundury, nawet broń, po czym wracali w tym przebraniu 
do szeregów swoich zwycięzców; a tak wielką była 
dezorganizacja, głupia lekkomyślność i odrętwienie tej 
armii, że jeńcy, przez nikogo nie poznani, maszerowali w 
ten sposób przeszło miesiąc. Studwudziestotysięczna 
armia Kutuzowa stopniała w tym czasie do trzydziestu 
pięciu tysięcy. 

Z pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Wittgensteina pozo- 

background image

stało zaledwie piętnaście tysięcy. Wilson zapewnia, że z 
dziesięciu tysięcy rekrutów, wysłanych z głębi Rosji, z 
zachowaniem tych wszystkich ostrożności, jakich do-
maga się ostry klimat tamtejszy, niespełna tysiąc sied-
miuset łudzi doszło do Wilna. Lecz nawet taki nieliczny 
oddział dostateczny był, ażeby zgnieść i wytępić bez-
bronnych żołnierzy naszych. Ney usiłował na próżno za-
prowadzić  wśród nich jaki taki ład, i on, który kierował 
dotychczas odwrotem, zmuszony został pójść za nim. 

Doszedł tak do Kowna, ostatniego miasta na terytorium 

rosyjskim; 13 grudnia, po czterdziestu sześciu godzinach 
forsownego marszu, ujrzano nareszcie granicę pruską. 
Wówczas wszyscy niemal, nie zatrzymując się, nie 
oglądając nawet poza siebie, rozpierzchli się i pogrążyli 
niebawem w gęstych lasach nadgranicznych. Lecz byli i 
tacy, którzy, przedostawszy się na przeciwległy brzeg 
Niemna, raz jeszcze ogarnęli wzrokiem tę ziemię 
cierpienia, skąd pięć miesięcy temu wyruszyły na podbój 
Rosji nieprzebrane, świetne pułki pod wodzą 
zwycięskich, sławą opromienionych orłów. I łzy żalu jęły 
spływać po srogich, w trudzie i bólu steranych licach!... 

„Oto więc ten brzeg, tak niedawno jeszcze najeżony 

połyskliwą  gęstwiną bagnetów! Te przyjazne jary i wz-
górza, tak szczelnie pokryte setkami tysięcy ludzi, koni i 
wozów,  że zdawały się być olbrzymim jeziorem o roz-
kołysanych, przelewających się falach! Oto te same 
wąwozy, z których niby trzy rzeki wysunęły się w sło-
necznym blasku owe trzy długie, od stalowych kasków i 
pancerzy lśniące kolumny dragonów i kirasjerów! Znikło 
tymczasem wszystko: ludzie, broń, sztandary, konie, 
nawet słońce, nawet ta graniczna rzeka, przez którą 
przeprawiono się z takim zapałem i z taką wiarą w 
przyszłość! Ujęty w szkliste okowy Niemen jest teraz 
długą wstęgą lodowatych, bezładnie stłoczonych zwałów! 
Zamiast trzech mostów francuskich przywiezionych z od-
ległej ojczyzny, a przerzuconych z taką brawurą przez 
naszych pontonierów, jeden tylko, rosyjski, most łączy 
oba brzegi. Wreszcie zamiast owych niezliczonych puł-
ków, owych czterystu tysięcy towarzyszów broni, tyle-
kroć zwycięskich, wkraczających z taką radością i dumą 
na terytorium rosyjskie, wyłania się oto z bezkresu 
śnieżnych, w złowrogą ciszę spowitych pól niespełna 
tysiąc uzbrojonych jeszcze piechurów i jeźdźców, dzie- 

background image

więc armat i dwudziestotysięczny tłum nędzarzy odzia-
nych w łachmany, ze schyloną na piersi głową, z przy-
gasłym wzrokiem, wynędzniałą siną twarzą i zmierz-
wionym, soplami lodu pokrytym zarostem; jedni tłoczą 
się w milczeniu na moście, zbyt wąskim dla uciekającej 
gromady, drudzy, rozproszeni na całej szerokości rzeki, 
przedostają się z trudem przez oślizłe, ostrymi iglicami 
najeżone zwały kry. I to jest wszystko, co pozostało z 
Wielkiej Armii, z jej korpusów i dywizji, z jej pułków i 
szwadronów! A przecież wśród uciekających byli jeszcze 
rekruci, którzy niedawno przyłączyli się do armii! 

Dwóch królów, książę, ośmiu marszałków otoczonych 

nieliczną świtą, kilku idących pieszo generałów oraz kil-
kuset uzbrojonych jeszcze i karnych wiarusów starej 
gwardii reprezentowało Armię! 

Lecz duszą tej Armii, ucieleśnionym symbolem zwy-

cięskich jej tradycji był niewątpliwie marszałek Ney! 
Towarzysze moi, a także wy, sprzymierzeńcy nasi i wro-
gowie! Wzywam tutaj waszego świadectwa! Oddajmy 
pamięci nieszczęsnego bohatera winną mu cześć! Su-
miennie zanotujmy jeno fakty! Komentarze są zbyteczne! 
Wszyscy uciekali w popłochu, nie wyłączając Murata, 
który, przeszedłszy Kowno, podobnie jak Wilno, wydał, 
następnie zaś cofnął rozkaz pochodu na Tylżę, ażeby 
zdecydować się na Gąbin. Ney wszedł wówczas do 
Kowna, sam jeden ze swoimi adiutantami, wszyscy 
bowiem  żołnierze jego rozpierzchli się lub też wyginęli. 
Począwszy od Wiaźmy, czwarta to tylna straż stopniała w 
stalowych jego dłoniach. Wytępił je nie tyle wróg, co 
głód i zimno. Po raz czwarty marszałek stanął tedy 
samotrzeć wobec nieprzyjaciela i nie tracąc odwagi, 
zawsze nieugięty, jął oglądać się za piątą ariergadą. 

Znalazłszy w Kownie kompanię kanonierów, trzystu 

Niemców tworzących załogę miasta i czterystu ludzi pod 
wodzą generała Marchanda, obejmuje nad nimi komendę. 
Objeżdża najpierw miasto, ażeby poznać należycie 
właściwości zajmowanej przez się pozycji i pomnożyć 
nieliczne swoje szeregi; lecz zamiast posiłków znajduje 
tylko rannych, którzy, jęcząc i płacząc, usiłują podążyć 
za armią. I tutaj również, po raz ósmy od dnia ewakuacji 
Moskwy, musiano zostawić ich po szpitalach, tak jak 
zostawiano ich wszędzie wzdłuż drogi, na wszystkich 
pobojowiskach, na wszystkich naszych biwakach. 

background image

Na rynku i pobliskich ulicach, obok zrabowanych ma-

gazynów z wódką, leżało pokotem kilka tysięcy żołniers-
kich trupów: znaleźli śmierć tam, gdzie sądzili, iż znajdą 
życie. Tyle tylko zostawił Neyowi król Neapolu. Mar-
szałek pozostał więc w Rosji sam jeden, na czele sied-
miuset niemieckich rekrutów. W Kownie, tak jak pod 
Wiaźmą i Smoleńskiem, jak nad brzegami Berezyny i 
pod murami Wilna, jemu to powierzono raz jeszcze 
honor armii i niebezpieczną misję osłaniania odwrotu. 
Ney misję tę przyjął. 

Rosjanie zaatakowali 14 grudnia o świcie. Podczas gdy 

jedna z kolumn rosyjskich ukazała się znienacka na 
trakcie wileńskim, druga przeszła po lodzie Niemen 
powyżej miasta i, dumna, że pierwsza stanęła na tery-
torium pruskim, zwróciła się ponownie w stronę Kowna i 
mostu na rzece, ażeby tym sposobem zagrodzić Neyowi 
jedyną drogę odwrotu. 

Pierwsze strzały huknęły z bramy Wileńskiej. Lecz nim 

Ney bramy dopadł, ażeby zorganizować obronę i 
odeprzeć armaty Płatowa, już  własne jego działa były 
zagwożdżone, a kanonierzy rozbici. Rozjuszony, rzucił 
się z obnażoną szablą na oficera, który tam dowodził, i 
niewątpliwie byłby go zabił, gdyby nie adiutant mar-
szałka, który cios odparował i ułatwił nieszczęsnemu 
oficerowi ucieczkę. 

Ney przywołał wówczas piechotę, lecz z dwóch nie-

licznych batalionów, z których się składała, jeden tylko 
stanął pod bronią: była to załoga miasta, trzystu Niem-
ców. Marszałek wyznaczył im pozycję, dodał otuchy, 
lecz w chwili gdy zakomenderować miał „ognia!" — 
kartacz rosyjski zerwał górną część palisady i strzaskał 
biodro niemieckiemu dowódcy. Oficer zachwiał się i ru-
nął, a wiedząc, iż nie ma dlań ratunku, najspokojniej 
wyjął zza pasa pistolet i wobec wszystkich odebrał sobie 
życie. Przerażeni śmiercią swojego dowódcy, żołnierze w 
popłochu rzucili broń i uszli czym prędzej. 

Przez wszystkich opuszczony, Ney nie opuścił jednak 

posterunku, nie zwątpił o sobie. A gdy próżnymi okazały 
się wszelkie usiłowania, ażeby powstrzymać uciekają-
cych, chwycił za nabitą jeszcze broń i walczył jak prosty 
żołnierz wraz z czterema oficerami, stawiając czoło za-
stępom Rosjan. Równocześnie jęli powracać zawstydzeni 
kanonierzy; adiutanci Heymes i Gérard zdołali tymcza-
sem skrzyknąć trzydziestu żołnierzy i wytoczyć kilka 

background image

lekkich polowych armatek, a generałowie Ledru i Mar-
chand — zmobilizować pozostały, ostatni batalion. 

Lecz w tejże samej chwili poza Niemnem, od strony 

kowieńskiego mostu, ryknęły działa rosyjskie. Docho-
dziło wpół do trzeciej. Ney wysłał tam wówczas obu 
generałów z ich czterystu ludźmi, nakazując im odbić i 
obsadzić to przejście, sam zaś, nie ustępując, nie trosz-
cząc się  dłużej o to, co los przygotowuje mu poza nim, 
na czele trzydziestu ludzi utrzymał się aż do wieczora u 
bramy zwanej Wileńską. O zmierzchu dopiero opuścił 
Kowno i przeszedł przez Niemen, walcząc bez wytchnie-
nia, cofając się w największym porządku, broniąc do 
ostatniej chwili honoru naszego oręża, narażając po raz 
setny chyba życie swoje i wolność, ażeby ocalić garstkę 
rodaków, wbrew wszystkim i wszystkiemu! Po czterdzie-
stu dniach i czterdziestu nocach bohaterskiej walki 
opuszczał ostatni to tragiczne dla nas terytorium rosyjs-
kie, wykazując  światu bezsilność zawistnej Fortuny 
wobec wielkiego męstwa, stwierdzając własnym przy-
kładem, iż największe nawet klęski przysporzyć mogą 
bohaterom nieśmiertelnej chwały! 

O ósmej wieczór dotarł nareszcie do przeciwległego 

brzegu. Widząc wtedy, że przewidywana klęska jest już 
faktem dokonanym, że Marchand odparty został  aż do 
mostu i że trakt wiłkowyski, którym uszedł był Murat, 
całkowicie zajęty jest przez pułki nieprzyjacielskie, 
zwrócił się na prawo i zniknął niebawem w leśnej 
gęstwinie. 

Gdy Murat wszedł do Gąbina, zdziwił się niepomiernie 

zarówno widokiem Neya, jak wieścią, że począwszy od 
Kowna armia pozbawiona była osłony tylnych straży. Z 
chwilą jednak gdyśmy ostatecznie opuścili granicę im-
perium, Rosjanie nie mieli powodu do równie natar-
czywej pogoni. Murat skorzystał z tego, ażeby zatrzymać 
się kilka dni w Gąbinie i skierować szczątki posz-
czególnych korpusów do miast położonych nad Wisłą. 

Doprowadzając do skutku dyslokację armii, zwołał na 

naradę wszystkich dowódców. Nie wiadomo, jaki zły 
duch opętał go w owej chwili. Chciałoby się wierzyć, iż 
to, co mówił wtedy, było jedynie wynikiem wstydu, 
spowodowanego sromotną ucieczką, i urazy do cesarza, 
który obarczył go tak wielką odpowiedzialnością, lub też 
wreszcie mimowiednym odruchem wodza, zwyciężo-
nego w oczach narodu, który jeden z pierwszych uznał 

background image

niegdyś przewagę francuskiego oręża. Ponieważ jednak 
odmiennym było istotne znaczenie jego słów, a później-
sze czyny potwierdziły je w zupełności, ponieważ były 
one pierwszym symptomem zdrady i przeniewierstwa, 
nie należy przeto pominąć ich milczeniem. 

Żołnierz, który wzniósł się do wyżyn tronu tylko drogą 

zwycięstw, wracał oto zwyciężony! Zaledwie przestąpił 
granicę podbitej niegdyś krainy, wydało mu się, iż ziemia 
cała drży w posadach, a korona chwieje się na jego 
głowie. Po tysiąckroć w ciągu tej kampanii narażał się 
dobrowolnie na największe niebezpieczeństwa: jak-
kolwiek jednak gotów był wówczas zginąć każdej chwili 
w awangardzie jak prosty żołnierz, nie mógł pogodzić się 
teraz z myślą o ewentualnej utracie korony. I aby siebie 
usprawiedliwić, począł wobec tych samych wodzów, 
którymi kierować miał z rozkazu i woli cesarza, oskarżać 
Napoleona o zuchwałe ambicje, które sam przecież 
podzielał. Wykrzykiwał: „że nie można służyć nadal 
sprawie szaleńca;  że obecnie jest już sprawa przegraną; 
że  żaden z władców europejskich nie wierzy już ani 
słowom cesarza, ani jego traktatom! Że on, Murat, zroz-
paczony jest, iż odrzucił propozycję Anglii; że gdyby nie 
własna nieoględność, byłby dotąd wielkim monarchą, 
takim, jak cesarz austriacki i król pruski!". 

„Król pruski i cesarz austriacki — przerwał mu 

szorstko Davout — są monarchami z woli Boga i ludu, na 
mocy odwiecznych praw i tradycji; lecz Wasza Kró-
lewska Mość jesteś królem tylko z łaski Napoleona i 
francuskiego oręża! I królem pozostać możesz w tych 
warunkach tylko jako wierny aliant cesarza i Francji! 
Przez usta twoje czarna przemawia niewdzięczność!" I 
oświadczył mu niezwłocznie, iż uwiadomi o tym cesarza. 
Inni generałowie milczeli. Wszyscy niemal uspra-
wiedliwiali króla, przypisując rozpaczy i niepohamowa-
nej zapalności temperamentu słowa, których istotną treść 
pojął jedynie niechętny mu i podejrzliwy z natury 
Davout. 

Poczuwając się do winy, Murat umilkł i stracił pewność 

siebie. Tym sposobem ugaszona została pierwsza iskierka 
zdrady, która zgubić miała z czasem cesarza i Francję! 
Historia wspomina o tym niechętnie i z żalem, odkąd 
skrucha i niedola wielkością swoją dorównały 
popełnionej zbrodni! 

Dotarliśmy  niebawem  do  Królewca.  Wielka  Armia, 

background image

która od lat dwudziestu wchodziła jako tryumfatorka do 
wszystkich stolic Europy, po raz pierwszy ukazywała się 
bezbronna, okaleczała — tam, gdzie świecił niegdyś 
najjaśniej świetny blask cesarskiej gwiazdy. Wylęgały po 
drodze tłumy, ażeby liczyć nasze rany, oceniać straty, 
cieszyć się nadzieją odwetu. Trzeba było napawać naszą 
nędzą chciwe ich spojrzenia, znieść jarzmo wstrętnej nam 
ich nadziei — i, wśród objawów tej źle skrywanej 
radości, dźwigać bez skargi ciężkie brzemię niedoli, która 
teraz budziła tylko nienawiść. 

Lecz szczątki Wielkiej Armii nie ugięły się pod tym 

brzemieniem. Na poły zdetronizowany jej cień zachował 
dawny majestat. Pokonana w walce z żywiołami, zdzie-
siątkowana i krwawa — wobec ludzi była zawsze tą samą 
zwycięską, władczą armią! 

Skądinąd Niemcy — bądź to wskutek obawy, bądź też z 

powodu wrodzonej powolności — przyjęli nas bez 
szemrania. Nienawiść ich przyoblekła się w maską obo-
jętności i chłodu, a ponieważ brak im zazwyczaj inicja-
tywy, więc nim nadeszły jakiekolwiek hasła, zmuszeni 
byli tymczasem wspomagać naszą niedolę. Królewiec 
okazał się niebawem za ciasny. Sroga dotychczas zima 
uległa nagłej zmianie: w ciągu jednej nocy termometr 
wzniósł się o dwadzieścia stopni. 

Skutki odwilży były dla nas fatalne. Wielu żołnierzy i 

generałów, których mróz utrzymywał dotąd w stanie 
ciągłego podniecenia, zmianę tę przypłaciło życiem. Od-
mrożone członki jęły rozpadać się, okropne tworząc rany. 
Zginął w ten sposób La Riboisičre, głównodowodzący 
artylerii; po nim zać Eblé, duma i chluba armii. Co dnia, 
co godzina niemal coraz to nowe opłakiwaliśmy straty. 

Lewe nasze skrzydło, pod wodzą Macdonalda, z Tylży 

podążyło co prędzej do Mitawy. Z tej strony wojna była 
jedynie rozwinięciem linii bojowej wzdłuż rzeki Aa, 
począwszy od jej ujścia aż do Dynaburga, oraz ustawicz-
ną obroną Rygi. Korpus Macdonalda składał się wyłącz-
nie niemal z Prusaków. Nie zdradził wprawdzie, lecz 
cofnął się, zajmując stanowisko neutralne. 3 stycznia 
Macdonald wraz z garstką wiernych mu żołnierzy zdołał 
połączyć się z Mortierem i osłonić Królewiec. 

Na prawym skrzydle Schwarzenberg, jako że przy-

mierze z Austrią jeszcze obowiązywało, odsuwał się od 
nas, lecz nieznacznie, stopniowo, z zachowaniem wszel- 

background image

kich form, jakich domagały się względy bieżącej poli-
tyki, z chystrością i kurtuazją wytrawnego dyplomaty. 

3 grudnia Prusacy odparli raz jeszcze atak załogi ro-

syjskiej. Bądź to z obawy narażenia się Francuzom, bądź 
też przez sumienność, Yorck zachowywał się dotąd 
lojalnie. Macdonald zbliżył się wówczas do niego. 19 
grudnia, w dwanaście dni po wyjeździe Napoleona, w 
tydzień po zajęciu Wilna przez Kutuzowa, gdy Macdo-
nald zaczął nareszcie cofać się, armia pruska pozosta-
wała jeszcze wierną. 

Dopiero 22 stycznia oraz w następne dni dotarli Ro-

sjanie do Wisły. Tymczasem między 3 a 11 stycznia 
Murat przebywał w Elblągu. Nie mogąc opanować istot-
nie smutnego położenia, miotany tu i ówdzie ciągłym 
ścieraniem się zmiennych, częstokroć wrogich żywiołów, 
wznosił się na wyżyny najśmielszych rojeń po to tylko, 
aby pogrążyć się niebawem w otchłanną  głębinę 
najczarniejszej rozpaczy, zwątpienia i niepokoju. 

Opuszczał Królewiec w stanie zupełnego przygnębie-

nia, gdy niespodziewana przerwa w akcji wojennej Ro-
sjan, przybycie Macdonalda oraz połączenie się szcząt-
ków lewego skrzydła z oddziałami Heudeleta i Cavaig-
naca — nagle rozbudziły w nim niczym nie usprawie-
dliwioną nadzieję. I chociaż poprzedniego dnia zwątpił 
już o wszystkim, postanowił podjąć teraz ofensywę i, w 
rzeczy samej, rozpoczął niezwłocznie odnośne przygo-
towania. Lecz nazajutrz zmienił całkowicie zdanie, decy-
dując się uciekać do Poznania. 

Decyzja ta nie była zresztą bezpodstawna. Projekt 

ponownego formowania się resztek armii wzdłuż linii 
Wisły złudnym był i spełznąć musiał na niczym: albo-
wiem młoda gwardia wyginęła niemal doszczętnie; stara 
gwardia liczyła niespełna pięciuset żołnierzy; I korpus — 
tysiąc ośmiuset; II korpus — tysiąc; III — tysiąc 
sześciuset; IV — tysiąc siedmiuset żołnierzy. Nadto 
większość tych ludzi — jedynych, jacy pozostali z sześć-
kroć stutysięcznej armii — prawie że niezdatna była do 
walki. 

W tym stanie zupełnej niemocy, wobec jednoczesnego 

odstępstwa Austrii i Prus, Polska, jako teren operacyjny, 
traciła dla nas wszelką wartość. A Napoleon, który nigdy 
nie chciał z niczego rezygnować, nakazywał bronić do 
upadłego Gdańska. W Gdańsku więc trze- 

background image

ba było skupić wszystkie, jako tako odporne jeszcze, siły. 

Należy zresztą stwierdzić,  że gdy Murat rozmyślał w 

Elblągu nad reorganizacją armii i wznowieniem 
ofensywy, a nawet marzył o zwycięstwie, większość do-
wódców, wyczerpana nadmiarem cierpień i trudów, 
odniosła się niechętnie do tego projektu. Śladem niedoli, 
trwoga i zwątpienie ogarnęły wszystkie serca. Niektórzy 
troszczyli się już o stanowiska swoje, o rangi i tytuły, o 
majątki, leżące na terytorium podbitych państw — i 
jedynym ich marzeniem, jedynym pragnieniem — był 
powrót do kraju. 

Co się zaś tyczy nadciągających rekrutów, był to zlepek 

kilku narodowości niemieckich. Ażeby połączyć się z 
nami, przejść musieli przez terytorium Prus, które 
gorzały płomieniem nie tajonej już nawet nienawiści. 
Dotarłszy do nas, ujrzeli zniechęcenie, choroby i nędzę. 
W szeregach dał im się dotkliwie we znaki brak starych, 
doświadczonych  żołnierzy oraz całkowita apatia tych, 
którzy przede wszystkim powinni byli strzec i bronić 
wspólnej sprawy. Toteż na pierwszym biwaku pierzchła 
większość tych Niemców. 

Widok nędzarzy powracających z  Moskwy wstrząsnął 

nawet zahartowanymi pułkami Macdonalda, chociaż i 
one poważnego doznały uszczerbku. Wszelako i te pułki, 
i nie narodzona jeszcze dywizja Heudeleta zachowały 
wzorową karność i dawny ład. Niebawem zebrano w 
Gdańsku wszystko, co przedstawiało jeszcze jakąkolwiek 
bojową wartość: razem trzydzieści pięć tysięcy, w tym 
siedemnaście różnorodnych narodowości. Reszta 
niedobitków, w niewielkiej liczbie, ściągać miała do 
Poznania i na linię Odry. 

Aż do tej chwili Murat nie mógł był lepiej pokierować 

odwrotem. Lecz gdy mijał Kwidzyn w drodze do Poz-
nania, list, otrzymany z Neapolu, zniweczył od razu 
wszystkie plany jego i zamiary. Wrażenie tak silne było, 
krew tak gwałtownie pomieszała się z żółcią, że nim król 
listu dokończył, dostał żółtaczki. 

Podobno dotknął go tak akt samowoli, jakiego dopuś-

ciła się królowa. Bynajmniej nie zazdrosny o żonę, mimo 
urody jej i wdzięków, zazdrosny był w najwyższym 
stopniu o władzę swoją i nie dowierzał nikomu, przede 
wszystkim zaś królowej, jako siostrze cesarza. 

Dziwnym  wydaje  się,  że  człowiek,  który  żył  dotąd 

background image

tylko sławą i tylko dla sławy, uległ nagle mniej szla-
chetnej namiętności. Być może jednak, że tego rodzaju 
charaktery zawsze podlegać muszą jakiemuś przemoż-
nemu wpływowi,  że zawsze przewodzić musi nad nimi 
jedna, od innych potężniejsza namiętność. 

Pod różnorodną postacią była to zresztą zawsze ta sama 

bezgraniczna, nigdy nie nasycona duma i pycha. W owej 
chwili lęk o władzę silniejszym był aniżeli miłość sławy; 
pod wpływem tego lęku Murat pośpieszył do Poznania, 
skąd umknął niebawem, zostawiając armię własnemu jej 
losowi. 

Odstępstwo to stało się jawne 16 stycznia, dwadzieścia 

trzy dni przed ostatecznym wycofaniem się Schwarzen-
berga. Książę Eugeniusz objął z kolei dowództwo armii. 

Wojska rosyjskie zatrzymały się w Kaliszu. Nieustanny, 

zażarty bój, który toczyliśmy bez wytchnienia począwszy 
od Moskwy, jął przycichać. Do wiosny jednak trwała 
beznamiętna, powolna, przerywana walka. Mniemali 
niektórzy, że wyczerpała się już do cna miara nienawiści; 
tymczasem nie stało po prostu sił; poza tym obustronnie 
już gotowano się do innej walki i ta chwilowa cisza była 
wytchnieniem — jeno akcją wstępną do nowych, 
straszliwych zapasów! 

Po zwycięskim okresie, trwającym tysiąc pięćset lat, 

rewolucja IV stulecia, która była związkiem monarchów i 
magnaterii przeciwko ludom, została pokonana przez 
rewolucję XIX stulecia, związek ludów przeciw możnym 
tego  świata. Z krwawych blasków tej pożogi począł się 
Napoleon. I owładnął nią tak niepodzielnie, z taką mocą i 
potęgą,  że zdawało się, iż cały ten przewrót dokonał się 
jedynie po to, aby jego na świat wydać! Z niewzru-
szonym spokojem przewodził tej straszliwej zawierusze. 
Jemu tylko podlegał ten krwawy żywioł; wstydząc się 
swoich ekscesów rewolucja uwielbiła w nim siebie i 
wpatrzona w jego chwałę, dla niego ujarzmiła inne ludy 
Europy. I Europa — posłuszna — powstała na dane 
przezeń hasło, aby zepchnąć Rosję w dawne jej granice. 
Zdawało się, że z kolei Północ ujarzmiona zostanie aż po 
najdalsze swoje krańce. 

A jednak nawet ten genialny wódz, takimi rozporzą-

dzający  środkami, nie mógł pokonać przyrody! Kiedy z 
ogromnym trudem wdarł się w te lodowe krainy, zbrakło 
mu sił i doszedłszy już niemal do szczytu, runął w 
otchłań niedoli i poniżenia. I Północ zwycięska w swej 

background image

obronnej wojnie z Południem, jak zwycięską była w 
zdobywczych swoich wyprawach w średniowieczu, po-
czuła się nietykalna i niezmożona! 

Ale wy nie wierzcie w to, moi towarzysze. Jak poko-

naliście jej zbrojne zastępy, tak też pokonać mogliście 
jej ziemię, ogromne przestrzenie, klimat, srogą i potężną 
przyrodę. 

Lecz zemściły się straszliwie popełnione przez nas błę-

dy: kara stokroć cięższa była od winy. Starałem się 
wyjaśnić należycie zarówno przyczyny, jak skutki; na ten 
ocean cierpień i niedoli rzuciłem krwawe i posępne 
światło  żałobnej pochodni, a jeśli dłoń moja zbyt słaba 
była, ażeby podołać tak przykremu zadaniu, wyłowiłem 
przynajmniej z bezdennej topieli szczątki nasze, aby 
przyszłe pokolenia mogły poznać to niebezpieczeństwo i 
uniknąć go. 

Dzieło moje ukończone. Do was — starzy druhowie — 

odwołuję się teraz, ażebyście dali świadectwo prawdzie! 
Wobec wielkich, niczym nie zatartych wspomnień tej 
wielkiej epoki, bezbarwnymi zapewne wydadzą się wam 
wszelkie opisy! Lecz któż z was nieświadom jest tego, że 
czyn zawsze wymowniejszy bywa od słów i że jak-
kolwiek wielcy historycy rodzą się z wielkich ludzi, to 
jednak mniej są od nich liczni?