background image

Jan Grabiński

SZALONY LOT

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1981. Wydanie II

Okładkę projektował: Witold Chmielewski

Redaktor: Wiesława Zaniewska-Orchowska

Redaktor techniczny: Irena Chojdak

background image

Oberleutnant   Karl-Heinz   Graudenz,   dowódca   grupy   szkoleniowo-doświadczalnej   Luftwaffe   w 

Peenemünde, patrzył w oczy siedzącego za biurkiem nadradcy sądu wojennego, który kierował śledztwem. 
Były nieruchome, nie zdawały się też mieć ni barwy, ni wyrazu. Ale Graudenz wiedział już, jaka w nich czai 
się groźba.

— Powiem panu coś — usłyszał naraz — czego właściwie mówić nie powinienem, zwłaszcza panu... 

Sprawa zdążyła już dotrzeć do marszałka Rzeszy. Jego reakcję może pan sobie wyobrazić. Tak... No więc 
marszałek Göring polecił mi osobiście wyszukać winnego, i to za wszelką cenę. Pan wie, czego żąda? Po 
prostu jego głowy. Ten człowiek ma wisieć.

Natłok   myśli   przygniótł   Graudenza   tak,   iż   nie   był   w   stanie   wydusić   z   siebie   słowa.   Stał   się   oto 

uczestnikiem wydarzenia, na którego przebieg nie mógł mieć wpływu, czego usiłował dowodzić tutaj już od 
godziny, a które, zdało się, wstrząsnęło całym lotnictwem Rzeszy. Hermann Göring?... Tak, oczywiście, 
jedno jego słówko nabierało mocy prawa, od którego nie było apelacji. Wyrok został wydany, nim jeszcze w 
ogóle pomyślano o składzie sądu.

Z nieruchomych oczu starego prawnika wojskowego spojrzała na oberleutnanta sama śmierć.
Był 8 lutego 1945 roku. Zaledwie kilka godzin temu z lotniska w Peenemünde wystartował nad Bałtyk 

samotny bombowiec typu Heinkel 111, należący do zespołu, którym dowodził oberleutnaut Graudenz.

Rzecz polegała na tym, iż za sterami tej maszyny,  na której skrzydłach i kadłubie widniały czarne 

krzyże Luftwaffe, nie znajdował się żaden niemiecki pilot. Mało, samolot uniósł w dal aż dziesięciu ludzi.

Ku wolności.

Feldmarszałek Model rozkazuje

General lotnictwa Ritter von Greim nie potrzebował zbyt długo przyglądać się mapie, aby dojść do 

nieodpartego   wniosku,   że   zdobyta   z   takim   trudem   jaka   taka   równowaga   na   froncie   należała   już   do 
przeszłości. Przyszedł mu na myśl nie tak dawny jeszcze, bo marcowy rozkaz Hitlera o zmianie dowódców 
i...   nazw   dwóch   grup   armii:   Grupy  „Süd”   —   Południe,   i   Grupy  „A”.   Hitler   usuwał   dotychczasowych 
dowódców, feldmarszałków Mannsteina i Kleista, za nieumiejętność powstrzymania nieprzyjaciela, i na ich 
miejsce naznaczał generałów Modela i Schoernera, obu wystarczająco brutalnych nie tylko w postępowaniu 
z ludnością, ale i własnymi żołnierzami, aby mogli zdobyć szybko uznanie führera. Model wkrótce też został 
feldmarszałkiem, a w przyszłości miał nim zostać i Schoerner. Niełaska jednych i kariery innych nie dziwiły 
wszakże już nikogo wśród sztabowców Wehrmachtu; „tasowanie” feldmarszałków i generałów przez Hitlera 
stało   się   tak   zwykłym   objawem,   iż   nie   było   dowodzącego,   który   by   po   objęciu   nowego   stanowiska 
rozpakował   wszystkie   swoje   walizki.   Tak   więc   odejście   Mannsteina   i   Kleista   nie   wzruszyło   nikogo, 
natomiast nieoczekiwanie oficjalne nazwanie Grupy Armii „Południe” Grupą Armii  „Północna Ukraina” i 
Grupy  Armii  „A”  Grupą  Armii  „Południowa  Ukraina”   wywołało  sporo  komentarzy.  Nawet   szef   sztabu 
wojsk lądowych, generał Zeitzler, wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. Nie rozumiejąc zupełnie, w czym rzecz, 
połączył się z marszałkiem Keitlem, a ten wyjaśnił, że decyzja führera jest więcej niż celowa, bowiem obie 
grupy armii mają nie tylko obronić Ukrainę, ale i zdobyć ją na powrót w całości.

Wyglądało to na jakiś ogromny nonsens, gdyż Grupa  „A”, czyli „Południowa Ukraina”, znalazła się 

akurat w tak błyskawicznym odwrocie, że poszatkowana na kawałki zatrzymała się w połowie kwietnia za 
Dniestrem.  „Północna   Ukraina”   również   wycofała   się   kilkaset   kilometrów  na   wschód,   poza   Tarnopol   i 
Kołomyję, a więc w sumie z całej Ukrainy pozostały w niemieckich rękach jej zachodnie skrawki.

Wiosna 1944 roku przyniosła Wehrmachtowi nowe potężne klęski od Finlandii do Morza Czarnego. 

Czerniachowski,   Bagramian,   Rokossowski,   Zacharow   czy   Koniew   uderzali   raz   po   raz,   siejąc   wśród 
najbardziej zaprawionych w bojach hitlerowskich żołnierzy popłoch wprost straszliwy. Na drogach odwrotu 
zdarzały się rzeczy nie do pomyślenia ongiś w Wehrmachcie: kawalerowie rycerskich krzyży, sam kwiat 
armii, na widok radzieckich czołgów umykali co sił, porzucając broń i wołając: „Generałowie nas zdradzili!”

„Co będzie teraz?...” — myślał Ritter von Greim, spoglądając na strzępiącą się znów linię frontu. Grupa 

„Południowa Ukraina” znalazła się już za Karpatami, ale ona go nie obchodziła. 28 czerwca Hitler usunął 
dowódcę   najważniejszej   bodaj,   bo   utrzymującej   centrum   frontu,   Grupy   Armii  „Mitte”,   feldmarszałka 
Buscha, i na jego miejsce naznaczył swego faworyta Modela. W ten sposób Model stał się dowódcą dwóch 
grup armii, którym właśnie on, generał von Greim, miał zabezpieczyć jako dowódca floty lotniczej pełne 
wsparcie powietrzne.

Formalnie   biorąc,   von  Greim,  zajmując  stanowisko   dowodzącego   generała   Luftwaffe,   nie   podlegał 

dowódcom wojsk lądowych i jego rozkazodawcą był dowódca Luftwaffe, Göring, względnie szef sztabu 
lotnictwa, generał Korten. W rzeczywistości jednak samodzielność Luftwaffe na wschodnim froncie dawno 

background image

już stała się fikcją. Jednostki lotnictwa musiały współdziałać bezpośrednio z wojskami lądowymi na ich 
rzecz. Zmuszała do tego prosta konieczność, poza tym zaś Greim nie miał żadnych szans w dyskusji z 
Modelem i musiał spełniać wszystkie jego żądania, aby nie wejść w konflikt z naczelnym dowództwem 
Wehrmachtu, to znaczy z Keitlem i  — Hitlerem. Nie trzeba było być prorokiem, aby przewidzieć efekty 
takiego starcia.

Choć więc von Greim nie podzielał często zdania Modela, nie oponował nigdy zbyt energicznie. Zresztą 

teraz   zgadzał   się   z   feldmarszałkiem   całkowicie,   iż   kolejne   uderzenie   radzieckie   będzie   miało   na   celu 
wyważenie bramy ku środkowej Wiśle.

Model   długo   zastanawiał   się,   skąd   to   uderzenie   weźmie   początek,   i   doszedł   do   wniosku,   że   jego 

przeciwnik, radziecki marszałek Iwan Koniew, pójdzie drogą najprostszą, uderzając jednym silnym ciosem. 
W grę wchodził przede wszystkim rejon Włodzimierza, leżący na styku wojsk marszałka Rokossowskiego, 
które atakowały już od czerwca. Stała tam wyborowa niemiecka 4 armia pancerna, o którą feldmarszałek był 
raczej spokojny. Von Greim zapewnił jej zresztą i  „parasol” myśliwski, i wsparcie uderzeniowe w postaci 
bombowców. Podobnie zabezpieczył także sąsiadującą z 4 armią na południu 1 armię pancerną.

Z początkiem drugiej dekady lipca na biegnącej do Karpat linii frontu dało się odczuć charakterystyczne 

napięcie.   Przeciwnicy   byli   już   gotowi   do   walki.   Model,   uważając   nadal   Włodzimierz   za   najbardziej 
apetyczny dla nieprzyjaciela kąsek, wzmocnił tam obronę. Ale feldmarszałek nie zamierzał się tylko bronić. 
Wziąwszy sobie do serca słowa Hitlera, który w trakcie kolejnej narady znów począł majaczyć o odzyskaniu 
Ukrainy,   postanowił   uderzyć,   skoro   tylko   wojska   radzieckie   runą   do   natarcia.   Na   rejon   koncentracji 
głównych   sił,   mających   wykonać   ten   manewr,   wyznaczył  odcinek   Brody  —   Zborów.   Stąd   kilkanaście 
dywizji   pancernych   i   zmotoryzowanych   miało   werżnąć   się   z   boku   w   rozwinięte   w   natarciu   wojska 
radzieckie. Model gotów był przysięgać, że jeśli Koniew straci głowę, a jednocześnie nie pomoże mu jego 
północny sąsiad, Rokossowski, wtedy front przesunie się nie na linię Bugu, ale na linię Bohu.

O ile jednak Model bliski był już niemal entuzjazmu, o tyle generał Ritter von Greim inaczej patrzył w 

przyszłość.

Generał   Greim   zbyt   długo   już   walczył   na   radzieckim   froncie,   aby   nie   zdobyć   wielu   cennych 

doświadczeń.   Zastanawiał   się   tylko,   w   jakim   stopniu   mogą   mu   się   one   przydać   w   przypadku,   gdy 
nieprzyjaciel będzie miał przewagę w powietrzu. Przewaga ta ciągle wzrastała; radzieckie jednostki lotnicze 
musiały mieć rosnący nieustannie napływ sił, przy czym największym bodaj niebezpieczeństwem był już nie 
sam ich wzrost liczebny, ale coraz widoczniejsza poprawa jakości sprzętu. Samoloty radzieckie nie tylko 
dorównywały już najnowszym maszynom niemieckim, ale je przewyższały, przede wszystkim zwrotnością.

Największą   jednak   troskę   stanowił   brak   samolotów   do   walki   z   czołgami,   o   co   głównie   chodziło 

Modelowi. Minęły już piękne dni, kiedy to Stukasy spadały na pancerne wozy jak jastrzębie na kury i kiedy 
Hitler nagradzał za to majora Rudela, wieszając mu na szyi brylanty. Dla obecnego myśliwca radzieckiego 
Stukas był powolną, niezdarną maszyną, dla której wystarczała jedna seria, aby ją posłać ku ziemi. Używano 
ich więc coraz mniej, stawiając na ich miejsce myśliwsko-bombowe Focke-Wulfy. A że na jednego takiego 
Focke-Wulfa przypadały dwa radzieckie myśliwce — wynik walki musiał być z góry przesądzony.

Generał von Greim skierował wzrok ku zaznaczonym czerwono na mapie lotniskom przyfrontowym. 

Trzeba   było radzić  sobie  znów  metodą  „koczowania”,  aby  stworzyć  wystarczająco  silne  lotnicze  grupy 
uderzeniowe. Innego wyjścia przy aktualnym stanie floty powietrznej nie było.

Opinię Greima z entuzjazmem pochwycił stojący obok podpułkownik Plocher. Ten młody sztabowiec, 

udekorowany już krzyżem rycerskim za swe doskonałe pomysły w zakresie taktyki lotniczej, znał się dobrze 
na rzeczy.

— Skrócimy linię węzłów lotniskowych  — proponował  — w trójkącie Włodzimierz  — Lwów — 

Stanisławów do 250 kilometrów. W ten sposób zwiększymy i siłę, i  operatywność.

— Na Włodzimierz musimy zwrócić szczególną uwagę — przypomniał von Greim. — Model sądzi, że 

z tamtego rejonu wyjdzie główne uderzenie.

Plocher poprawił okulary.
— Gdyby nawet Rosjanie ruszyli z innego miejsca, wystarczy nam czasu na przerzucenie grup. Główna 

rzecz: zastopować czołówki pancerne. Rozumiem, panie generale. Myślę, że to się nam uda.

Plocher w delikatny sposób przypomniał generałowi liczebność sił. Greim słuchał go w roztargnieniu. 

Zrobił, co do niego należało, lecz mimo wszystko miał niedobre przeczucia. Pomyślał w pewnej chwili, że 
jeśli Rosjanie przygotowują uderzenie, to zawsze robią to solidnie. Zastanowił się: czyżby to miało być jego 
najbardziej przekonywające doświadczenie w kampanii rosyjskiej?

— Proszę  wezwać Ic *  — przerwał Plocherowi.  — Spróbujemy się dowiedzieć  czegoś o naszych

* Ic — określenie oddziału wywiadu w sztabach armii niemieckiej.

background image

bolszewikach.

Oficer   wywiadu   niewiele   mógł   powiedzieć   nowego   poza   tym,   że   lotnictwo   radzieckie   zajęło   pas 

przyfrontowych lotnisk. Liczba tych lotnisk, tym bardziej liczba samolotów, nie była możliwa do ustalenia. 
Samoloty rozpoznawcze mimo wszystko latały bez przerwy.

— Czy Rosjanie im przeszkadzają? — zapytał von Greim.
— Niewiele.
Generał   pokręcił   głową.   Zachowanie   nieprzyjaciela   mogło   z   powodzeniem   oznaczać   zakończenie 

koncentracji wojsk.

Von Greim nie mylił się wiele. 12 lipca wszystkie radzieckie dywizje lotnicze w pasie działania 1 i 4 

Frontu Ukraińskiego znalazły się w pełnym pogotowiu bojowym. Między innymi gotowa do działania była 
dywizja dowodzona przez pułkownika Pokryszkina, jednego z asów myśliwskich radzieckiego lotnictwa. 
Przypadek   zrządził,   że   w   tym   właśnie   czasie,   w   którym   niemieccy   sztabowcy   głowili   się   nad 
rozszyfrowaniem   radzieckich   zamiarów   i   znalezieniem   sposobów   przeciwdziałania   mającemu   nastąpić 
uderzeniu,   Pokryszkin   obserwował   gołym   okiem   stanowiska   niemieckie.   Nie   byłoby   w   tym   może   nic 
specjalnie   dziwnego,   bo   również   lotnik   znaleźć   się   może   na   pierwszej   linii   frontu,   gdyby  nie   fakt,   iż 
pułkownik oglądał Niemców z polowego lotniska, na którym rozlokowały się dwa pułki myśliwskie i jeden 
szturmowy. Od niemieckich stanowisk dzieliło radzieckich lotników nie więcej niż dwa kilometry. Lotnisko 
jednak zamaskowane było tak dobrze, iż nie padł na nie dotąd ani jeden pocisk.

Przed  wieczorem Pokryszkin zwołał odprawę dowódców pułków i eskadr. Wśród obecnych panował 

nastrój podniecenia. Dla nikogo nie było już tajemnicą, że operacja rozpocznie się lada chwila.

Dywizja miała wziąć udział w powietrznym natarciu potężnej armii lotniczej, wspierającej zgrupowanie 

uderzeniowe   wojsk   1   Frontu   Ukraińskiego.   Jej   zadanie   główne   polegało   na   stworzeniu  „parasola”   nad 
własnymi oddziałami atakującymi, zwłaszcza zaś nad grupami pancernymi generałów Rybałki i Leluszenki, 
mającymi   przeciąć   front   na   odcinku   Jezierna—Kotłów   w   kierunku   na   Lwów   i   dalej,   na   Przemyśl   i 
Drohobycz.

Marszałek Koniew przygotował bowiem inny plan operacji, niż przewidywał Model. Feldmarszałka 

zresztą w jego przypuszczeniach umocniły dane wywiadu, które niedwuznacznie wskazywały Włodzimierz 
jako kierunek natarcia. Trudno było dowództwu niemieckiemu przewidzieć, że dane te opierały się z jednej 
strony   na   pozorowanych   ruchach   niektórych   oddziałów   radzieckich,   mających   na   celu   właśnie 
wprowadzenie w błąd hitlerowców, z drugiej zaś na fałszywych materiałach, podsuniętych w porę agentom 
niemieckim. Tak już dzieje się na wojnie, że nim zagrają działa, zacięta walka toczy się już przedtem na 
cichym, niewidzialnym  froncie.

Niemieckie rozpoznanie naziemne i powietrzne pracowało już przeszło od miesiąca, starając się za 

wszelką cenę odkryć przede wszystkim miejsca radzieckich zgrupowań pancernych. W końcu Model, nie 
bez sugestii pułkownika Hansena, który niedawno objął kierownictwo wywiadu wojskowego, zdecydował 
się   na   krok   co   prawda   ryzykowny  ale   dający  duże   szanse:   postanowiono   zrzucić   na   radzieckie   tereny 
przyfrontowe grupy spadochronowe, wyposażone w radiostacje.

Ritter von Greim wyekspediował spadochroniarzy; z operacji nie powrócił tylko jeden samolot. Teraz 

oczekiwano wiadomości.

Po paru dopiero dniach odezwały się dwie radiostacje: meldowały o trudnościach. Później raz jeszcze 

odezwała się jedna z nich. Agent informował o koncentracji czołgów na zachód od Łucka. W zakończeniu 
dodał, że dywersanci tropieni są przez żołnierzy radzieckich. Od tej pory wszelki słuch o spadochroniarzach 
zaginął.   Model   jeszcze   bardziej   utwierdził   się   w   swych   przekonaniach   i   nadal   myślał   o   Włodzimierzu 
Wołyńskim.

13 lipca tysiące dział bluznęło ogniem — natarcie radzieckie rozpoczęło się. Do kwatery feldmarszałka 

nadeszły pierwsze meldunki: nawałę ogniową zanotowano w pięciu rejonach, w tym również i w rejonie 
Włodzimierza Wołyńskiego. Model zatarł rece.

Tymczasem Koniew zdecydował się nie na jedno, lecz na pięć jednoczesnych uderzeń. Dwa z nich były 

zasadnicze i ujmowały niemieckie zgrupowanie w rejonie Brodów w tak potężne kleszczę, że mowy nie 
było, aby wydarł się z nich choć jeden pluton żołnierzy.  Z północy okrążały Niemców czołgi generała 
Katukowa, z południa generała Rybałki.

Trzy pozostałe uderzenia — na Włodzimierz, Stryj i Stanisławów — miały charakter pomocniczy, choć 

i one z powodzeniem przerwały linie obrony Niemców.

Już   następnego   dnia   Model   mógł   mówić   o   klęsce,   choć   wojska   radzieckie   nie   zakończyły  jeszcze 

przełamywania   głębokiej   obrony   nieprzyjaciela.   Feldmarszałek   zażądał   zdecydowanego   wsparcia 
powietrznego, tylko lotnictwo bowiem mogło zatrzymać radzieckie kliny pancerne i uratować wyborowe 
dywizje z kotła pod Brodami.

background image

„Koczujące” grupy Greima rzuciły się z odsieczą, lecz rzadko która eskadra docierała do atakujących 

czołówek pancernych. W powietrzu rozpostarł się niemal nieprzenikniony radziecki „parasol”.

Model wezwał do siebie von Greima.
— Rozumiem  pana sytuację, ale tutaj waży się los niemieckiej Ukrainy i nie tylko Ukrainy. Jeśli tu uda 

im się przerwać, stracimy pół Polski. Niech mi pan zapewni jeden dzień przewagi w powietrzu. Jeden dzień, 
a  opanuję  sytuację!   Rozmawiałem  przed  godziną  z Hauffem,  jest  bliski  rozpaczy.   Wszystkie   kontrataki 
rozbijają się o rosyjskie czołgi. Musimy je zatrzymać.

Von Greim przypomniał sobie, jak przed dwoma dniami Model wraz z generałem Hauffe, dowódcą  13 

korpusu rozmieszczonego w Brodach, upajali się wizją spodziewanego sukcesu.

— Dobrze — rzekł po namyśle.  — Ściągnę trzy grupy Focke-Wulfów. To wszystko, na co mnie stać. 

Sam pan wie, że nasi lotnicy walczą ponad siły...

Generał uruchomił wszystkie swe odwody i niemal całość sił Luftflotte rzucił już w południe 14 lipca na 

ostrza radzieckich kleszczy, wydłużające się nieustannie na zachód. Radzieccy myśliwcy patrolowali jednak 
już na dalekich podejściach: wokół Lwowa, Rawy Ruskiej i Żółkwi. Tam teraz przeniósł się ciężar walk 
powietrznych. Ich nasilenie wzrastało z godziny na godzinę. Niemcy usiłowali przerwać się ku radzieckim 
czołgom   i   szturmowcom,   radzieccy   myśliwcy   udaremnili   ten   zamiar.   Na   przestrzeni   kilkudziesięciu 
kilometrów wrzała nieustanna bitwa lotnicza, w której zaangażowały się resztki samolotów z obu stron.

Lotnicy  z  dywizji   Pokryszkina,   podobnie   jak   ich  koledzy z   całej   armii,   zwijali   się   jak   w ukropie, 

startując po kilka razy dziennie. Ledwie samolot zdążył wylądować, a już brali go w obroty mechanicy. 
Uzupełniano   paliwo   i   amunicję,   kontrolowano   silniki   i   osprzęt,   po   czym   pilot   znów  siadał   za   sterami, 
gotowy   do   kolejnego   startu.   W   pierwszej   fazie   bitwy   pułkownik   dowodził   z   naziemnego   stanowiska 
dowodzenia, później  „dosiadł” swej maszyny, na której czerwieniło się już ponad pięćdziesiąt gwiazdek, 
symbolizujących   pięćdziesiąt   strąconych   w   walce   samolotów   Luftwaffe.   Tego   dnia   na   jego   samolocie 
domalowano następną gwiazdkę.

Jeszcze jeden myśliwsko-bombowy Focke-Wulf nie dotarł do wyznaczonego mu celu.
Piloci   dywizji   wykonali   w   jednym   dniu   łącznie   sto   lotów   łącznikowych,   strącając   dwadzieścia 

hitlerowskich maszyn.

Walka trwała nadal.

Powietrzny bój

Dywizję Pokryszkina nazywano  „dywizją asów”. W istocie wielu pilotów miało już na swym koncie 

ponad dwadzieścia zestrzeleń. Latał tu także słynny major Reczkałow, zajmujący wówczas swymi blisko 
pięćdziesięciu strąconymi maszynami oficjalne trzecie miejsce na liście radzieckich asów myśliwskich. Do 
prawdziwych też asów zaliczyć można było dowódcę jednej z eskadr, majora Włodzimierza Bobrowa. Był to 
pilot ogólnie podziwiany za odwagę, a jeszcze więcej za doświadczenie. Swój szlak bojowy rozpoczął w 
roku 1937 w Hiszpanii, gdzie miał okazję zmierzyć się z hitlerowskimi lotnikami ze sławetnego legionu 
„Condor”. Legionem tym dowodził wówczas generał Richthofen, a wśród jego pilotów znaleźli się przyszli 
czołowi hitlerowscy piraci powietrzni: Mölders, Galland i Trautloft. Wszyscy oni, pod wodzą Richthofena, 
we wrześniowych dniach 1939 r. wyruszyli na podbój Polski.

Już pod hiszpańskim niebem Bobrow zestrzelił w walce trzynaście faszystowskich maszyn. Później, 

podczas radziecko-niemieckich działań wojennych, swe myśliwskie konto powiększył przeszło dwukrotnie.

Bobrow żył każdą walką powietrzną. Odprawę Pokryszkina, zwiastującą rychłe wejście w bój, przyjął z 

prawdziwą radością.

Teraz siedział w kabinie samolotu, gotów do ponownego w tym dniu startu. Po obu jego stronach 

przykucnęło pięć myśliwców z jego eskadry, z którymi miał wyruszyć do wykonania kolejnego zadania.

Rakieta! Bobrow włączył silnik i po chwili począł kołować na miejsce startu. Pozostała piątka ruszyła 

jego śladem. Wymiana zdań z dowódcą trwała krótko, chodziło o patrol powietrzny, w kierunku Lwowa, 
skąd   ku   frontowi   napływały  najsilniejsze   jednostki   Luftwaffe.   Ustalono   łączność   radiową,   aby  w   razie 
pojawienia się nieprzyjaciela alarmować sztab dywizji.

Startowy   uniósł   chorągiewkę   i   Bobrow   pomknął   po   trawie.   Za   nim,   jak   potrójny   cień,   pobiegły 

pozostałe maszyny. Ciasny krąg i szóstka weszła na kurs, zyskując szybko na wysokości.

Dziwnie wyglądała linia frontu widziana z góry. Stratowane radzieckimi pociskami i bombami pierwsze 

linie niemieckie, teraz już opuszczone pokryte były jeszcze burą mgłą. Gdzieniegdzie słały się po ziemi 
wstęgi   pożarnych   dymów.   Im  dalej   od   przedniego   skraju   niemieckiej   obrony,   tym   bardziej   stawały  się 
widoczne   kręte   linijki   umocnień.   Z   góry   dopiero   było   widać,   jak   daleko   hitlerowcy   rozciągnęli   pasy 

background image

umocnień ziemnych, budowanych całymi tygodniami przez zapędzoną do niewolniczej pracy ludność. Nie 
na wiele to się przydało. Z wysokości czterech kilometrów lotnicy widzieli przed sobą oznaki toczącej się na 
ziemi walki: płomienie, wybuchy i dymy płonących zabudowań. Front przesunął się już znacznie od starych 
stanowisk. Ziemia płonęła daleką, krętą linią, aż ku Brodom. To był właśnie ów kocioł, w którym gotowało 
się osiem hitlerowskich dywizji. Kocioł nie był jeszcze domknięty, pozostałą po zachodniej stronie lukę 
blokował sam Model, nie tracący jeszcze nadziei. Feldmarszałek nadal zastanawiał się, czy kleszczowe 
uderzenie wokół Brodów nie jest sprytnym manewrem Koniewa, mającym na celu odwrócenie uwagi od 
północnego   skrzydła   Grupy   Armii  „Północna   Ukraina”;   nadal   jeszcze   tkwiły   mu   w   pamięci   słowa 
zrzuconego za frontem spadochroniarza: Starke Panzerverbände westwärts Luzk festgestellt. Richtung West  
und Nordwest... Ich wiederhole...
 *

Nadający meldunek używał szyfru, nadajnik pracował na umówionej fali. Jednakże Model nie mógł 

wiedzieć,   że   choć   szyfr   i   nadajnik   były  jak  najbardziej   autentyczne,   to   autorem  meldunku   był...   oficer 
radzieckiego kontrwywiadu.

Wszyscy zrzuceni na terytorium radzieckim agenci zostali wyłapani w ciągu kilkunastu godzin. Przy 

dwóch znaleziono szyfr, trzech wyjawiło cel akcji; dezinformacja nieprzyjaciela mogła się wzbogacić o 
jeszcze jedną formę, zastosowaną zresztą mądrze, z umiarem.

Zespół Bobrowa znalazł się wprawdzie nad obszarami zajętymi przez wroga, lecz wciąż jeszcze nie 

spotkał się z ogniem przeciwlotniczej artylerii. Niemcy przeżywali zbyt gorący dzień...

Samoloty   szły   równo  „schodami”   w   prawo,   kołysząc   się   tylko   lekko   w   górę   i   w   dół   na   falach 

powietrznego oceanu. Odezwała się stacja naprowadzania i Bobrow, potwierdziwszy odbiór, zmienił kurs o 
kilka stopni na południe, po czym polecił pilotom baczną obserwację.

Jego „prowadzonym”, czyli jego „parą”, był starszy lejtenant Michał Dewiatajew, którego Bobrow znał 

już   od   1941   roku.   Dewiatajew,   młody  wówczas   pilot,   już   w   pierwszych   dniach   służby  odniósł   szereg 
wspaniałych zwycięstw. Wkrótce odznaczono go Orderem Czerwonego Sztandaru. Podczas jednej z walk w 
osłonie Moskwy został ranny, zawędrował więc do szpitala, z którego pewnego dnia uciekł, zjawiając się w 
pułku w... szpitalnym szlafroku i pantoflach. Właśnie w tym stroju zawitał do eskadry Bobrowa, do której go 
przydzielono po rozmowie z dowódcą pułku.

Bobrow nie okazał zdziwienia na widok tak nieoczekiwanego stroju pilota.
— Zwiałeś ze szpitala — odgadł bez trudu. — Po coś tam lazł?
— Przygrzał mi fryc, przeklęty...
— Trzeba mieć zawsze otwarte oczy. Kiedy jesteś w powietrzu, musisz patrzeć i szukać. I to wszędzie: 

przed sobą, za sobą, nad sobą, na prawo, na lewo, pod słońce i ze słońcem, w chmurach i za chmurami. 
Patrzeć i szukać cały czas, póki nie siądziesz znów na lotnisku.

I teraz Bobrów, przypominając sobie tę rozmowę, rzucał w eter raz po raz:
— Ja „Wołga”, ja „Wołga”! Patrzeć, patrzeć, szukać, szukać! Uwaga na słońce!
Wykryć ruchliwe, ciemne punkciki w otwartej wokół przestrzeni jest trudno nawet wtedy, gdy się leży 

na ziemi z twarzą zwróconą ku niebu. Cóż dopiero w ciasnej, oszklonej kabinie samolotu, którym trzeba 
sterować,   ciągle   śledząc   całą   masę   wskaźników   na   tablicy  przyrządów.   Równocześnie   jednak   musi   się 
nieustannie   przeszukiwać   całe   niebo,   bowiem   gdzieś   tu   w   pobliżu   mogą   czaić   się   stada   niemieckich 
myśliwców, czyhając tylko na chwilę stosowną do nagłego ataku. Niemcy lubią łatwy żer; jeśli dostrzegą 
słabszego liczebnie przeciwnika, zdobywają wysokość, wychodzą na pozycję od słońca i spływają w dół na 
pełnej szybkości ku niezbyt ostrożnej ofierze.

Nie   dać   się   hitlerowcom  zaskoczyć,   ale   zaskoczyć   ich  —   oto   o   czym   myślą   teraz   piloci   eskadry 

Bobrowa. Sześć par oczu nieustannie śledzi więc niebo, ziemię i tablice przyrządów. Praktycznie biorąc w 
każdej   sekundzie   kontrolowany   jest   inny   sektor   powietrznego   obszaru.   W   tym   także   kryje   się   siła 
myśliwskiego patrolu.

Jesienią 1941 roku Bobrow rozstał się na długo z Dewiatajewem. Podczas lotu rozpoznawczego samolot 

młodego lejtenanta trafiony został przez hitlerowską „zenitówkę”. Dewiatajew został ponownie ranny. Po 
zakończeniu   leczenia   w   szpitalu   przydzielono   go   do   nieśmiertelnych  „kukuruźników”,   na   których 
bombardował niemieckie stanowiska, a później przewoził rannych. Traf chciał, że pewnego marcowego dnia 
1944 roku zawędrował na lotnisko myśliwców. Wysiadłszy z kabiny  „kukuruźnika” z uczuciem smutku i 
żalu patrzył na stojące w równym rzędzie Jaki i Ławoczkiny.

— Cześć, myśliwcze! Skąd się wziąłeś? — posłyszał nagle za sobą.
Dewiatajew odwrócił się i nie uwierzył własnym oczom. Przed nim stał Bobrow.

* Stwierdzono silne oddziały pancerne na zachód od Łucka. Kierunek zachodni i północno-zachodni. Powtarzam...

background image

— Góra z górą!...
Uściskali się.
— Co porabiasz, jak ci się lata? — pytał Bobrow.
— W ogóle nie latam. Jeżdżę na tej dorożce — Dewiatajew wskazał na przykucniętego na trawie PO-2

—Chciałem wrócić do myśliwców, starałem się, ale powiedzieli mi, że wszyscy chcą do myśliwców, a 
przecież ktoś musi służyć w straży ogniowej.

— Długo już siedzisz na tej etażerce?
— Dwa lata, masz pojęcie!
Bobrow   popatrzył   na  „kukuruźnika”.   Na   tle   myśliwskich   maszyn   poczciwy  PO-2  wyglądał   jak 

pokraczny jamnik przy chartach.

— Chodźmy do Pokryszkina. Może się uda. To swój chłop — powiedział.
Pokryszkin   wysłuchał   cierpliwie   skarg   Dewiatajewa.   Nie   obiecywał   za   wiele,   ale   przyrzekł   swą 

interwencję.   Okazała   się   skuteczna.   Wkrótce   do   jednostki   Dewiatajewa   nadszedł   rozkaz   o   jego 
odkomenderowaniu i pilot zawitał znów do  „gospodarstwa Pokryszkina”, tym jednak razem już nie jako 
pilot „etażerki”.

Powrót do kabiny samolotu myśliwskiego okazał się wcale niełatwy. Zmieniły się maszyny, zmienił się 

też charakter walki powietrznej. Ale Bobrow, w którego eskadrze Dewiatajew się doszkalał, był świetnym 
nauczycielem. Teraz gdy lecieli w jednej parze na powietrzny patrol, biorąc udział w wielkiej bitwie, która 
otwierała   wojskom   radzieckim   drogę   aż   do   Wisły,   na   srebrzystym   kadłubie   maszyny   Dewiatajewa 
czerwieniło się dziewięć gwiazd, oznaczających dziewięć powietrznych zwycięstw. Starszy lejtenant  Michał 
Dewiatajew starał się zasłużyć na miano pilota „dywizji asów”.

Teraz znów oczekiwał chwili, gdy wpadnie w wir walki. Była ona nieunikniona. Lotnikom nigdy nie 

życzy  się   powodzenia   w  walce,   nie   mówi   się   w   ogóle   nic   na   ten   temat,   jednak   tym   razem  mechanik 
Dewiatajewa nie mógł się powstrzymać, by nie wspomnieć o dziesiątym hitlerowcu. Pilot odpowiedział na 
to niewyraźnym mruknięciem, choć tego swoistego jubileuszu pragnął bardziej od mechanika. Znalazłszy się 
w powietrzu, czuł, jak z każdą minutą narasta w nim napięcie.

Ale los zrządził, że tym jeszcze razem Michał Dewiatajew nie strącił dziesiątej niemieckiej maszyny. 

Zanim   osiągnął   upragnioną   dziesiątkę,   stoczyć   musiał   z   hitlerowską   Luftwaffe   najbardziej   niezwykły 
pojedynek lotniczy świata.

Wstępem do tego pojedynku był bój powietrzny, który stoczył zespół Bobrowa. Myśliwcy byli w tym 

czasie już w rejonie Lwowa.

Gdzieś na wysokości trzech kilometrów szła na wschód duża grupa Niemców, którą radzieccy myśliwcy 

dostrzegli mimo znacznej odległości. Być może, że ktoś inny na miejscu Bobrowa, korzystając z przewagi 
wysokości, zdecydowałby się na natychmiastowe zaatakowanie przeciwnika, zwłaszcza że pozycja była dla 
tego celu dogodna. Stary myśliwski wyga za dobrze jednak znał przeciwnika, żeby pośpieszyć się z atakiem. 
Niemcy  lecieli  zbyt   pewnie,  aby  można  było   przypuszczać,   że  nie  mają   osłony.  A  skoro  tak,  osłona  z 
pewnością czekała tylko na okazję, by dorwać się do gardła tym, którzy ośmieliliby się pójść na obciążone 
bombami Focke-Wulfy, prujące przeciwko radzieckim czołgom pod Brodami.

— Ja „Wołga”! — w słuchawkach pilotów rozległ się ostry głos Bobrowa. — Uwaga na słońce.
Bobrow ledwie skończył  nadawanie do bazy meldunku o zauważonej grupie, gdy któryś z pilotów 

zaczął wołać podniesionym głosem:

— Z lewej, czterdzieści wyżej! Pięć, dwanaście!
Dwunastu przyczajonych w słońcu hitlerowców zostało odkrytych w samą porę. Niemcy już rozdzielali 

się na dwie grupy, zamierzając zaatakować z dwóch stron. Bobrow był spokojny. Wiedział, że przeciwko 
głównej   grupie   Niemców   lecą   już   myśliwce   radzieckie,   z   których   część   miała   go   wspierać   w   walce 
przeciwko osłonie. Teraz zaś należało tak przyjąć wroga, aby z atakowanego stać się atakującym.

Niemcy rozwijali szyk w obu grupach. Jedna z  nich rozpoczynała nurkowanie, druga robiła ostry skręt, 

by wejść radzieckim maszynom na ogony.

Bobrow przypomina o pełnej gotowości. Teraz wszystko jest już kwestią sekund, ale eskadra radziecka 

posuwa się w niezmienionym szyku naprzód, jak gdyby nie dostrzegając przeciwnika. Wciąż jednak zyskuje 
na   wysokości.   Niemcy   idą   niemal   na   pewniaka.   Nowe  Focke-Wulfy   190,   z   ostrymi   jak   u  „Messera” 
dziobami,  najgroźniejsze   z  hitlerowskich  myśliwców,  lśnią   w  słońcu.   Ale  Jaki,  choć  ustępują   im może 
szybkością, mają nad nimi przewagę w zwrotności. W grę wchodzi już tylko moment manewru, ułamek 
sekundy, w którym myśliwce radzieckie wyjdą z pola ostrzału, nim sięgnie ich ogień. Niemcy rozwijają w tej 
chwili już siedemset kilometrów na godzinę. Ich promień skrętu, dłuższy zresztą zawsze w porównaniu do 
Jaków, teraz wydłuża się jeszcze bardziej.

To nie szósty zmysł, lecz doświadczenie mówi Bobrowowi, że ów ułamek sekundy się zbliża. Jego 

background image

myśliwcy są już przygotowani na skręt. Nagle Focke-Wulfy zaczynają pluć ogniem. Ale jest już za późno. O 
ten ułamek sekundy, o którym myślał Bobrow. Jaki schodzą im właśnie z celowników, Niemcy zaś, którzy 
mieli zajść z tyłu, są jeszcze zbyt daleko, aby mogli zagrozić. Sytuacja już się zmieniła. Boczni Niemcy 
starają się wyrwać w górę, bo w sekundzie, która minęła, już utracili przewagę wysokości. To samo zresztą 
chcą uczynić tylni, lecz gdy dwójka Rosjan robi teraz manewr w poziomie, czwórka wchodzi w pion i wali z 
działek i kaemów w jasnobłękitne brzuchy.

Dewiatajew szedł za Bobrowem jak przywiązany doń sznurkiem. Wściekła spirala przygniotła go do 

ściany kabiny, potem rzucił go w drugą jej stronę przeciwny zakręt. I oto pilot słyszy wreszcie oczekiwane 
słowa:

— „Mordwin”, ja „Wołga”! Przykrywaj, atakuję!
Dewiatajew   dziwił   się   niejednokrotnie,   jak   dalece   w   trakcie   walki   zaostrza   się   zdolność   widzenia 

wszystkiego, co dzieje się dokoła. Ot, choćby w tej chwili — widział swego prowadzącego, ogromny obszar 
nieba i ziemi, który groził niebezpieczeństwem, tablicę przyrządów, celownik, dźwignię gazu, wszystko 
niemal równocześnie. Do świadomości docierały całe epizody wałki, rozgrywającej się na przestrzeni setek 
metrów. Gdzieś w lewo szła ku ziemi niemiecka maszyna, mając na ogonie  Jaka, sypiącego smugowymi 
pociskami, potem nagły błysk zamienił się w ciemną kulę, ta znów rozprysła się na kawałki, a Jak wyprysnął 
„świecą”. Na prawo, w górze, inny  Jak  dobierał się do atakującego Niemca, ale już na jego ogon siadał 
Focke-Wulf.   Finału   Dewiatajew   już   nie   widział,   bo   dostrzegłszy  kątem  oka,   że   Bobrow   idzie   w   skręt, 
nacisnął pedał i drążek. Niebo znalazło się z przeciwnej strony. Bobrow wykonał jakiś fantastyczny piruet 
powietrzny. Dewiatajew położył się na skrzydle i już z dołu ujrzał, jak seria jego prowadzącego przeszywa 
na pół kabinę  Focke-Wulfa, którego pilot mógł się spodziewać  wszystkiego  chyba, lecz nie ataku z tej 
właśnie strony.

— Przykrywaj, „Mordwin”! Uważaj! — usłyszał w słuchawkach przytłumiony głos prowadzącego.
Bobrow w swojej pozycji widział znacznie więcej od Dewiatajewa i ostrzegał go nie na próżno. Niemcy 

nie zamierzali ustąpić z pola. Dewiatajew poczuł, że żołądek unosi mu się w górę. Około dwustu metrów z 
tyłu dostrzegł żółty łeb samolotu hitlerowca. Kopnął w orczyk, ściągnął i pochylił drążek, i gdy rozjaśniło 
mu się znów przed oczami, zobaczył tuż pod sobą pstrokatą górną powierzchnię „foki”. Wydawało się, że 
głowy hitlerowskiego pilota można dosięgnąć ręką.

Do tej pory Niemcy utracili dwie maszyny, ale i jeden Jak dymiąc odleciał na zachód, nie niepokojony 

na szczęście przez Niemców. Ich przewaga mimo wszystko stawała się coraz wyraźniejsza. Bobrow lada 
chwila spodziewał się odsieczy. Na tym właśnie polegał wybieg. Osłona niemieckiego zespołu związana 
została walką i nawet gdyby udało się jej rozproszyć eskadrę Bobrowa, zostałaby rozbita przez drugi rzut 
myśliwców,   a   wówczas   główną   grupę   czekała   nieuchronna   klęska.   Pozbawione   osłony   myśliwsko-
-bombowe  Focke-Wulfy  musiały wejść same w bój, ale jeśli chciały go zakończyć jakimś pomyślnym dla 
siebie rezultatem, musiały przedtem pozbyć się bomb, co oznaczało rezygnację z ataku na czołgi.

„Jeszcze   najwyżej   minuta  —   myśli   Bobrow.  —   Jeśli   nie   nadlecą   w   ciągu   minuty,   trzeba   wiać   w 

chmury”. Te sześćdziesiąt sekund trzeba jednak wytrzymać bezwzględnie, pomoc jednak nadchodzi. Teraz 
Niemcy sami sobie kopią grób.

— „Mordwin”, osłaniaj! — woła znów Bobrow. — Atakuję!
Ale tym razem „Mordwin” — starszy lejtenant Dewiatajew — nie odpowiada.
Bobrow spojrzał za siebie. Samolot Dewiatajewa zasnuty był dymem.
—   „Mordwin”,   palisz   się!  —   krzyknął,   naciskając   jednocześnie   spust,   bo   Niemiec   już   schodził   z 

celownika.

Dym wyciągnął się w długą smugę, samolot zakołysał się.
— ,,Mordwin”, palisz się! — powtórzył Bobrow z rozpaczą. Nie trafiony Niemiec poszedł w bok, ale 

lotnik nie myślał już o nim. — Misza, skacz! Skacz!

Dewiatajew słyszał głos dowódcy, lecz nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Był półprzytomny.
To, co go spotkało, było dość dziwnym, może i niezwykłym nawet przypadkiem, bowiem pocisk, który 

ranił Dewiatajewa, nie był bynajmniej dla niego przeznaczony. Był to tylko mały odcinek potężnej serii, jaką 
któryś z Niemców posłał innemu Jakowi. Część serii dosięgła skrzydła owego Jaka, część poszła ku ziemi, 
ostatnie zaś pociski uderzyły w samolot „Mordwina”.

Dewiatajew  trafiony  został  w  plecy.  Pociski   przeszyły  kabinę   na  szczęście   z  boku  i  rana   nie  była 

głęboka.   Niemniej   pilot   odczuł,   jak   całe   ciało   ogarnia   ból.   Kabina   napełniła   się   dymem.   Rozpaczliwe 
okrzyki Bobrowa pilot słyszał jak w półśnie. Ostatkiem sił zdarł osłonę kabiny, przechylił maszynę na zwis i 
wypchnął z niej ciało drewniejącymi nogami. Uderzenie powietrza przywróciło mu przytomność na tyle, aby 
ręka powędrowała do uchwytu spadochronu, ujęła go i szarpnęła. Potem zapanowała całkowita ciemność. 

Czasza spadochronu rozkwitła ze zwykłym trzaskiem, zwalniając gwałtownie pęd bezwładnego ciała. 

background image

Maszyna, ślepa już bez swego pana, pobiegła jeszcze łukiem przed siebie, potem zwaliła się w dół, ciągnąc 
za sobą warkocz dymu.

Bobrow nie mógł inaczej pomóc koledze, jak tylko przez pójście do nowego ataku. Dziób i skrzydła 

jego maszyny błyskały teraz raz po raz śmiercionośnym ogniem. I nagle w uszy wdarło się upragnione 
wołanie:

— „Wołga”. „Wołga”! Ja „Dniepr”! Widzimy was!  Atakujemy!
Na Niemców spłynęła fala radzieckich myśliwców. Nad nią wszedł w krąg jeszcze jeden zespół. Gdy 

któryś z hitlerowców rwał do ucieczki, niewidzialny dlań przeciwnik siadał mu wprost na plecy.

Równocześnie niemal dwie dywizje  Ławoczkinów,  Migów  i  Jaków  rzuciły się na niemiecką formację 

uderzeniową. Hitlerowcy walkę przyjęli, lecz ich bomby nie tylko nie dotarły do wyznaczonego dla nich 
celu, ale kilka z nich wybuchło wprost pośród niemieckich kolum samochodowych, wiozących zaopatrzenie 
dla zgrupowania brodzkiego, co jeszcze bardziej zwiększyło chaos, rozsadzający już wyraźnie Grupę Armii 
„Nordukraine”...

To   przełamanie   frontu   spowodowało   poważne   następstwa.   W   wyniku   rozwoju   operacji   1   Frontu 

Ukraińskiego,   rozpoczętych   13   lipca   oraz   prowadzonych   równoIegle   walk   1   Frontu   Białoruskiego, 
uwolnione zostały w niedługim czasie tereny Polski. 22 lipca w Chełmie ogłoszono Manifest PKWN, a 
wkrótce wyzwoleńcze armie polska i radziecka dotarły do Wisły.

Tego ani feldmarszałek Model, ani jego führer z pewnością nie przewidywali.
Ale dzielny lotnik Michał Dewiatajew, jeden z wielu tysięcy uczestników tej świetnej operacji, nie mógł 

już dalej brać w niej udziału.

Gdy otworzył oczy, wyrwany z nieświadomości przez straszliwy ból, ujrzał na tle nieba zarys ludzkiej 

postaci.

Rannemu wydało się w pierwszej chwili, że człowiek ten wyciąga ku niemu niezwykle długą rękę, 

dotykając jego piersi palcem. Mgiełka ustąpiła sprzed oczu i Dewiatajew rozpoznał obcy, nienawistny hełm. 
Jego ciała dotykała lufa karabinu.

W tej samej chwili usłyszał obce słowa:
— Also lebst du noch, Iwan?
Lotnik zrozumiał: uratował życie, lecz stracił wolność...

Polowanie na ludzi

Spadochron stanowi za dnia zbyt widoczny w powietrzu obiekt, aby nie zwrócić uwagi nieprzyjaciela. 

Zestrzeleni   lotnicy   alianccy,   o   ile   oczywiście   zachowywali   przytomność,   starali   się   więc   otwierać 
spadochron jak najpóźniej, na minimalnej wysokości, tak w obawie przed nieprzyjacielem z ziemi, jak i z 
powietrza, bowiem zwyczajem wszystkich hitlerowców było ostrzeliwanie opadających na spadochronach 
lotników. Bandycki zwyczaj wprowadzili piloci Luftwaffe już we wrześniu 1939 r. w Polsce i dochowali mu 
wierności do ostatnich dni wojny.

Spadochron   Dewiatajewa   otworzył   się   dość   wysoko.   Na  szczęście   jednak   Niemcy  byli  zbyt  zajęci 

walką, a poza tym Rosjanin nie opadał samotnie, gdyż paręset metrów od niego w podobnej sytuacji znalazł 
się jeden z pilotów zapalonego  Focke-Wulfa. Dewiatajew  jednak, w przeciwieństwie  do hitlerowca, był 
zupełnie nieprzytomny, wskutek czego w chwili lądowania zwichnął nogę. Ale i to nie przywróciło mu 
świadomości. Czasza spadochronu pod podmuchem wiatru uniosła się lekko raz i drugi, po czym zgasła. 
Lotnik leżał nieruchomo jak martwy, i w takim stanie znaleźli go kwaterujący w pobliżu niemieccy saperzy.

Dewiatajew nie wiedział jeszcze o tym, że wydarzenia, które odtąd miały nastąpić, pozostaną w jego 

pamięci do końca życia...

W dniu 1 kwietnia 1944 roku na stanowisku szefa urzędu do spraw jeńców wojennych, istniejącego 

przy naczelnym dowództwie Wehrmachtu, zaszła zmiana. Miejsce generała Grävenitza objął dotychczasowy 
szef wydziału ogólnego w urzędzie jenieckim, gen. Walter Westhoff. Nie można powiedzieć, aby Grävenitz 
opuszczał urząd z zadowoleniem; w skrytości ducha mniemał, że padł ofiarą intryg, bowiem swe obowiązki 
starał się wykonywać zgodnie z dyrektywami kierownictwa partyjnego i ściśle według rozkazów swych 
wojskowych przełożonych — generała Hermanna Reinecke i feldmarszałka Wilhelma Keitla. Obiektywnie 
przyznać trzeba, że generał Grävenitz dobrze zasłużył się führerowi i hitlerowskiej Rzeszy, bowiem za jego 
rządów   reżim   panujący   w   obozach   jenieckich   zaostrzył   się   znacznie,   w   szczególności   wobec   jeńców 
francuskich   i   polskich,   a   później   także   włoskich.   To   właśnie   on   był   nieugiętym   szermierzem   zasady 
maksymalnego wykorzystania jeńców w charakterze siły roboczej, choć obowiązujące Niemcy konwencje 
międzynarodowe sprzeciwiały się tego rodzaju praktykom.

background image

Mimo wszystko przełożeni Grävenitza mieli doń pretensje, sprowadzające się przede wszystkim do 

tego, że nie potrafił on rozwiązać problemu jeńców radzieckich. Inspektor do spraw jeńców wojennych, 
generał Roettig, skarżył się kilkakrotnie Keitlowi, że procent ucieczek z obozów jeńców radzieckich stale 
wzrasta,   za   co   winę   ponosić   miał   urząd   Grävenitza.   Reichsführer   SS   oskarżał   znów   generała   o   zbytni 
liberalizm w traktowaniu jeńców, a Göring o niedostateczne ich włączanie w system niewolniczej pracy w 
zakładach przemysłowych. Reinecke i Keitel wreszcie uważali, że największy błąd Grävenitza polega na 
tym, że jeńców radzieckich uważa on w ogóle za jeńców wojennych, a nie po prostu za niewolników.

Chociaż   Grävenitz   starał   się,   jak   tylko   potrafił,   dogodzić   każdemu   z   dygnitarzy  Rzeszy,   co   jeńcy 

radzieccy mieli okazję odczuwać na swej skórze, pretensje  nie ustawały i dymisja  generała,  dawno już 
przepowiadana, stała się wreszcie faktem.

Generał Westhoff miał naprawić wszystkie „błędy” poprzednika. Przed objęciem urzędu szef wydziału 

ogólnego Wehrmachtu, generał Reinecke, wezwał go do siebie wraz z pułkownikiem Remondem, który z 
kolei obejmował opuszczone przez Westhoffa stanowusko szefa wydziału ogólnego w urzędzie jenieckim.

Reinecke od razu przystąpił do rzeczy.
— Radzę panu, Westhoff, aby pozbył się pan wszelkich skrupułów wobec Rosjan i ich pobratymców. 

Takie jest polecenie führera. Pewna ich część przewidziana jest do rekrutacji do oddziałów pomocniczych. 
Wie pan, Własow i jemu podobni. Ci nie będą pana wiele obchodzić, ponieważ pobór odbywać się będzie w 
zasadzie w ośrodkach zbornych względnie w obozach przejściowych. Kto nie wstąpi do tworzonych przez 
nas oddziałów wojsk pomocniczych, pójdzie do obozów stałych, a tam niech go już raczej Bóg ma w swej 
opiece. W każdym razie pana, pułkowniku Remond, obchodzi to już w mniejszym stopniu. Pana zadaniem 
jest zapewnienie jeńcom, po pierwsze — zakwaterowania, po drugie — wyżywienia, po trzecie -— żołdu. 
Ponieważ   sowieckich   żołnierzy   wziętych   do   niewoli   nie   uznajemy   za   jeńców,   co   już   nie   jeden   raz 
podkreślałem, taka rzecz jak żołd i temu podobne w ogóle nie wchodzą w grę. Rozumieją, panowie?

Westhoff i Remond nie mogli ukryć zdziwienia. Obaj doskonale wiedzieli, że dotąd żaden z Rosjan 

nigdy nie otrzymał ani feniga, zbędność więc wywodów Reineckiego w tej materii była oczywista.

—  To   jedno.  —   Reinecke   uderzył   dłonią   w   biurko.   —   Co   natomiast   dotyczy   zakwaterowania   i 

wyżywienia, nie mamy w tej chwili żadnych możliwości, aby je zachować na dotychczasowym poziomie. W 
ogóle trzeba stwierdzić, że właściwie nie mamy możliwości utrzymywania obozów dla wszelkich Azjatów, 
gdyż   nasza   sytuacja   raczej   się   pogarsza.   Zakwaterowanie   i   wyżywienie   musimy   więc   zredukować   do 
minimum. Dlatego we wszystkicli obozach byłych sowieckich żołnierzy trwać będzie nieustanna selekcja. Z 
jednej   strony  prowadzić   ją   będą   przedstawiciele   urzędów   pracy,   z   drugiej   oficerowie   łącznikowi   SS   z 
ramienia   głównego   urzędu   bezpieczeństwa   Rzeszy.   Proszę   polecić   dowódcom   jeńców   i   komendantom 
obozów, aby stosowali się bezwzględnie do ich wskazówek i w żadnym wypadku nie próbowali im się 
przeciwstawiać.   Jeśli   coś   takiego  się   zdarzy,   winnych   należy   oddawać   pod   sąd   za   sabotaż   wysiłku 
wojennego Rzeszy. Skończyły się czasy łagodności wobec wrogów. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko 
nam,   a   to   właśnie   odnosi   się   przede   wszystkim  do   tych   byłych   żołnierzy  sowieckich,   którzy  odtrącają 
wyciągniętą ku nim naszą dłoń i nie chcą przywdziać mundurów Wehrmachtu, aby wspólnie z nami pójść do 
walki z bolszewizmem...

Kiedy Reinecke umilkł, Westhoff głośno wyraził swoje poparcie dla wywodów przełożonego. Dodał do 

tego, iż jego zdaniem najcięższe obecnie zadania stały przed dowódcą jeńców wojennych w Generalnym 
Gubernatorstwie,   gdzie   znajdowała   się   większość   obozów   pierwszego   rzutu   dla   frontu   wschodniego. 
Podobnie   jak   Reinecke,   również   Westhoff   nie   używał   w  odniesieniu   do   wziętych   do   niewoli   żołnierzy 
radzieckich określenia Kriegsgefangene — jeniec wojenny.

Reinecke zgodził się z Westhoffem, dodając od siebie, że gwaraneją pomyślnego rozwiązania problemu 

może być jedynie ścisła współpraca władz wojskowych w gubernatorstwie, w szczególności tamtejszego 
dowódcy jeńców, generała Witassa, z terenowymi władzami SS i policji.

— Reichsführer SS przyrzekł mi wszelką pomoc w tym zakresie  — powiedział  — zwłaszcza że w 

gubernatorstwie coraz gorzej przedstawia się kwestia band komunistycznych, zasilanych przez zbiegłych z 
niewoli bolszewików. Z tego względu proszę o zwrócenie uwagi generałowi  Witassowi na konieczność 
ścisłego   współdziałania   ze   służbą   bezpieczeństwa   SS   dla   wyeliminowania   niebezpiecznych   elementów, 
głównie członków partii bolszewickiej.

Troska   Reineckego   i   Westhoffa   o   współpracę   Wehrmachtu   i   SS   w   dziele   eksterminacji   jeńców 

radzieckich była jednak zupełnie bezpodstawna, bowiem współpraca ta przebiegała sprawnie na wszystkich 
szczeblach. W biurze generała Witassa w Lublinie stale urzędował specjalny oficer łącznikowy RSHA — 
głównego   urzędu   bezpieczeństwa   Rzeszy,   sturmbannführer   SS   Walter   Liska.   Był   on   częstym   gościem 
generała, a każde bez wyjątku spotkanie obu  „opiekunów” pojmanych  żołnierzy pociągało za sobą nowe 
masowe morderstwa, dokonywane w obozach jenieckich w najrozmaitszych formach.

background image

Któregoś dnia Liska oświadczył generałowi, że w różnych obozach na Lubelszczyźnie zdarzyły się 

znów wypadki krańcowego głodu.

— Meldowano mi już o tym — westchnął obłudnie generał — Cóż jednak robić, gdy dowóz żywności 

coraz bardziej szwankuje? Czy mógłby mi pan pomoc w zabezpieczeniu transportu kaszy do obozów? Nie 
przydzielono mi  wagonów, a tymczasem słyszę, że w Rozwadowie na bocznicy stoją nie wykorzystane 
wagony, przeznaczone do dyspozycji dowódcy SS i policji na dystrykt lubelski.

— Zajmę się osobiście tą sprawą — przyrzekł sturmbannführer. — Gdzie jest ta kasza? Proszę mi dać 

zlecenie na odbiór.

W rezultacie tej rozmowy kasza nigdy do obozów nie dotarła, choć z magazynów ją pobrano. Witass 

miał więc czyste sumienie, Liska zaś nie mógł się skarżyć na to, że nie realizuje  na swym skromnym 
odcinku generalnego planu  „Wschód”, którego twórcą był Himmler, a który polegał na wyniszczeniu 50 
milionów ludności we wschodniej Europie.

Jeszcze   w   styczniu   1943   roku   Lublin   odwiedzić   raczył   sturmbannführer   Kurt   Lindow   z   głównego 

urzędu bezpieczeństwa Rzeszy. Wygłosił on referat dla komendantów oddziałów specjalnych, działających w 
obozach   jenieckich,   położonych   na   terenie   gubernatorstwa.   Tak   jak   referat   Eichmanna  „zabezpieczał” 
kwestię żydowską, tak referat gestapo, którego szefem był Lindow, zajmował się masowym wyniszczaniem 
jeńców radzieckich.

Patrząc na Lindowa, trudno było sobie wprost wyobrazić, że kieruje on zbrodniczą akcją, w wyniku 

której w ciągu półtora zaledwie roku zginęło przeszło milion ludzi. Lindow, noszący doktorski tytuł, był 
zawsze starannie ubrany, miał zazwyczaj mile uśmiechniętą twarz, i nawet podczas swego referatu, gdy 
mówił o usuwaniu „niepożądanych elementów” w trybie przyśpieszonym i przy użyciu wszelkich środków, 
uśmiechał   się   również.   Sturmbannführer   Liska,   który   przecież   miał   na   swym   osobistym   rachunku   co 
najmniej stu własnoręcznie zamordowanych ludzi i którego Lindow był przyjacielem, poczuł wtedy, jak po 
plecach przebiega mu dreszcz. Ale na ogół słuchacze  Lindowa  byli w dobrej formie, z uwagą słuchali 
referatu i  — co było najważniejsze  — zawarte w nim zalecenia  wcielali w  życie z niezwykłą energią. 
„Elementem niepożądanym”  stawał  się każdy jeniec radziecki, który z takich czy innych  powodów nie 
spodobał się jakiemuś esesmanowi z oddziału specjalnego. Esesman ten stawał się jednocześnie sędzią i 
katem, przy czym egzekucja dokonywana była  bezzwłocznie i przy braku jakiegokolwiek sprzeciwu ze 
strony oficerów Wehrmachtu, odpowiedzialnych według prawa za życie i zdrowie jeńców.

Sturmbannführer Liska, kontrolując od czasu do czasu działalność podległych mu grup selekcyjnych, 

miał wszelkie powody do zadowolenia: na jego odcinku generalny plan „Ost” przebiegał dobrze, choć sam 
uważał, że mógłby przebiegać jeszcze lepiej. Liska był mianowicie zdania, że kłopot z jeńcami radzieckimi 
odpadłby zupełnie, gdyby selekcji dokonywano nie w obozacłi, lecz bezpośrednio w oddziale Wehrmachtu, 
na odcinku którego żołnierz radziecki dostał się do niewoli.

— Dowódca takiego oddziału powinien ocenić sam, czy bolszewik nadaje się do pracy czy nie. Jeżeli 

nie,   powinien   go   rozstrzelać   albo   powiesić   na   miejscu.   Niestety,   tak   nie   czynimy,   i   musimy   przez   to 
utrzymywać niezwykle kosztowne obozy, co osłabia nasz wysiłek wojenny.

Szef policji bezpieczeństwa, sturmbannführer Pütz, któremu Liska się zwierzał, smętnie pokiwał głową.
— Naszym nieszczęściem właśnie jest, że nie wszyscy oficerowie Wehrmachtu są wiernymi sługami 

führera — rzekł w odpowiedzi. — Powiem więcej, wielu z nich już teraz asekuruje się na przyszłość. Sami 
walczą niby w białych rękawiczkach, a nami chcą się wyręczyć przy ostatecznej likwidacji wroga. Oni mają 
być rycerzami, my zaś katami...

Obaj   zamyślili   się.   Hitlerowska   machina   śmierci   mimo   wszystko   nie   osiągnęła   sprawności, 

gwarantującej totalne wyniszczenie wszelkich „niepożądanych elementów”. Pütz miał w tej chwili na myśli 
przede wszystkim Polaków, Liska zaś głównie jeńców radzieckich, co do istoty rzeczy obaj jednak byli jak 
najbardziej zgodni.

Obu przyprawiało o wściekłość to przede wszystkim, że jasno już widzieli kres swego panowania na 

tych ziemiach. Front pękał wszędzie, gdziekolwiek uderzyła weń Armia Radziecka. W końcu czerwca zaczął 
trzeszczeć na północ od Kowla i zbliżył się już wystarczająco niebezpiecznie do Bugu. Cała nadzieja leżała 
teraz we froncie na południe od Kowla, skąd Hitler zamierzał wyruszyć na odzyskanie Ukrainy. Teraz, od 13 
lipca, i tę nadzieję uznać można było za pogrzebaną.

„Tak, na tych ziemiach to już chyba kres”  — myślał Liska. W okresie swej służby zrobił, co mógł. 

Zrobił niemało: część obozów jeńców radzieckich zlikwidowała się „sama”. Po prostu bolszewicy marli jak 
muchy z głodu, pragnienia i chorób. Ci, którzy jeszcze żyli i dogorywali, powinni być wdzięczni za to, że 
ogniem cekaemów skracano im życie. Niech ktoś powie, że to niehumanitarne...

Ale niewdzięczne władze wciąż były niezadowolone. Główny urząd bezpieczeństwa Rzeszy polecał 

jeszcze bardziej wzmóc energię w zakresie „selekcji”, jak urzędowo określano mordowanie jeńców. Referat 

background image

jeńców radzieckich objął z czasem sturmbannführer Hans Wolf, wyznawca zasady stopniowania selekcji 
jeńców:   najpierw   komisarze   i   Żydzi,   później   członkowie   partii;   później   sympatycy   bolszewizmu.  „Co 
potem?”   —   pytał   Wolf   i   odpowiadał   natychmiast:  „Potem   cała   reszta”.   Tak   więc   selekcja   miała   być 
permanentna i tylko brak środków technicznych stawiał jej pewne ograniczenia.

Liska stwierdzał, że zrobił niemało. Zresztą nie tylko on. Przyznawał, że wojskowe załogi obozów 

jenieckich   wprawiły  się   z   czasem   tak   dobrze   w   swe   rzemiosło,   że   nie   ustępowały  najwytrawniejszym 
specjalistom   z   ,,Einsatzgruppen”   SS.   Liska   zrobił   wszakże   niemało   i   sam.   Niestety  —   stwierdzał   ze 
smutkiem — nie zrobił wszystkiego, byli bowiem jeszcze jeńcy, którzy na przekór jemu nadal żyli...

„Trudności wojenne”  — usprawiedliwiał się w duchu. Gdyby można było zatrzymać front choćby na 

rok, choćby na pół roku jeszcze, na terenie gubernatorstwa nie pozostałby żywy ani jeden bolszewicki jeniec. 
Ale oto nieubłaganie nadchodził koniec.

Gdy 13 lipca sturmbannführer dowiedział się o ofensywie radzieckiej za Lwowem, zaczął, aczkolwiek 

w tajemnicy jeszcze, pakować kufry. W pewnej chwili przerwał to mało zaszczytne zajęcie, bowiem przyszło 
mu ni stąd, ni zowąd na myśl, że bolszewicy mogą zastosować desanty powietrzne. Ogarnął go dziki strach. 
Tak jak stał, popędził do feldkomendantury. Generała Mosera nie było, ale znajomy pułkownik uspokoił go: 
Rosjanie   nacierają   w   kilku   punktach,   ale   na   razie   nic   groźnego.   Wehrmacht   kontratakuje,   nawet   z 
powodzeniem.

Liska otarł pot z czoła i udał się do swego przyjaciela, Pütza. Ten miał już nowe wiadomości. Szef SS i 

policji   w   Lublinie   gruppenführer   Sporrenberg   rozmawiał   z   oberguppenführerem   Koppem   z   Krakowa. 
Polecono likwidować obozy zagłady, między nimi Majdanek. Zdaniem Pütza mogło to być tylko oznaką 
postępów wojsk radzieckich.

— Jeśli tak jest naprawdę — rzekł Liska — nie możemy tracić ani godziny.
Przystąpił też niezwłocznie do dzieła. Przede wszystkim powiadomił obozy o przyśpieszeniu selekcji. 

Przygotowywane   transporty   polecił   ograniczać,   jeńców,   dla   ktorych   zabrakło   miejsca,   likwidować   na 
miejscu.   Jednocześnie   zorganizował   kilkanascie   grup   wypadowych,   mających   udać   się   na   tereny 
przyfrontowe, dla — jak to określił — „zahamowania zbędnego dopływu jeńców”. Zadanie to polegało na 
mordowaniu jeńców natychmiast po wzięciu ich do niewoli. Dowódcy jednostek Wehrmachtu nie oponowali 
przeciwko temu, ponieważ istniała na to podstawa prawna w postaci  tak zwanego  „prawa Barbarossa”, 
wydanego przez dowództwo naczelne Wehrmachtu jeszcze z początkiem wojny. W oparciu o to  „prawo” 
każdy  dowodzący  oficer   mógł   pozbawić   życia   każdego   radzieckiego   żołnierza,   wziętego   do   niewoli   w 
miejscu rozlokowania oddziału, którym oficer ów dowodził.

Przynależność jeńca do określonego rodzaju wojsk nie odgrywała żadnej roli. Mógł to być zarówno 

piechur,   jak   artylerzysta,   marynarz   czy   lotnik.   Co   prawda   Luftwaffe   i   Kriegsmarine   miały   przywilej 
utrzymywania   odrębnych   obozów   dla   wziętych   do   niewoli   lotników   i   marynarzy,   których   transport 
zabezpieczać mieli dowódcy jeńców wojennych określonych okręgów wojskowych. Na froncie wschodnim 
jednak nie liczono się wiele z tym przywilejem, a  „selekcjonerzy” w rodzaju Liski w ogóle nie uznawali 
konieczności   odróżniania   lotników   od   lądowców,   skoro   los   tak   jednych,   jak   i   drugich   był   z   góry 
przesądzony.

Prawdopodobnie   któraś   z   frontowych   grup   eksterminacyjnych  SS,   korzystających  zresztą   z   chętnej 

pomocy żandarmerii polowej, gestapo i policji, dosięgłaby wreszcie i Dewiatajewa, gdyby nie fakt, że pilot 
stosunkowo szybko znalazł się w zasięgu władania Luftwaffe, która przejawiła szczególne zainteresowanie 
nim.   W   rzeczywistości   doszło   nawet   do   kontrowersji   między   untersturmführerem   Grille,   pełniącym 
obowiązki objazdowego kata z ramienia władz SS, a pewnym oficerem lotnictwa, któremu polecono zająć 
się gromadzeniem lotników, zestrzelonych w walce powietrznej. Zgodnie z rozkazem, jaki tego dnia rankiem 
rozesłano   ze   sztabu   floty   powietrznej   do   wszystkich   jednostek,   należało   odnajdywać   zestrzelonych 
radzieckich lotników, uniemożliwiać wszelkie próby ucieczki, otoczyć ich w razie potrzeby opieką lekarską, 
zapewnić   zakwaterowanie   i   wyżywienie,   a   następnie   przeprowadzić   skrupulatne   badanie.   Łatwo   się 
domyślić, że o ile pierwsze cztery punkty rozkazu były jedynie środkiem, to ostatni był bez wątpienia celem. 
Byłoby doprawdy przesadą podejrzewać sztabowych oficerów Luftwaffe o jakiś humanitaryzm. W obliczu 
stałego naporu wojsk radzieckich kwestia zdobycia informacji o lotnictwie ZSRR, głównie o lotnictwie 
frontowym, stała się pilna, bowiem sztaby Luftwaffe poczęły cierpieć na zwyczajny niedowład wskutek 
słabego   rozpoznania   nieprzyjaciela.   W   tych   warunkacłi   każdy   radziecki   lotnik   stawał   się   zbyt   cenną 
zdobyczą, aby go oddawać w łapy siepaczy, nawet gdy był ciężko ranny. Luftwaffe rozpoczęła więc swe 
własne polowanie na ludzi.

Untersturmführer Grille skłonny był traktować opór oficera Luftwaffe, zaczepionego przezeń w trakcie 

transportowania radzieckich pilotów, jako zamach przeciwko bezpieczeństwu Rzeszy. Jego zdaniem nie byli 
to   lotnicy,   lecz   zrzuceni   na   spadochronach   komunistyczni   dywersanci,   których   należało   rozstrzelać   na 

background image

miejscu.   Oficer   był   jednak   służbistą   i   wydany   mu   rozkaz   doprowadzenia   jeńców   zamierzał   wykonać 
bezwzględnie.  Starał się wytłumaczyć  to esesmanowi, a gdy to nie pomogło, wezwał na pomoc swych 
żołnierzy. Untersturmführer Grille, tak bliski już zdobyczy, obrzucił rodaka przekleństwami, lecz nie mogąc 
nic wskórać, pomknął dalej na swoje łowy.

Dewiatajew znalazł się w jednostce Luftwaffe, gdzie potraktowano go zgodnie z rozkazem sztabu floty. 

Uniemożliwiono mu ucieczkę, zakładając kajdanki na ręce i otaczając strażą, następnie zaś zabezpieczono 
kwaterę. Była nią głęboka jama w ziemi. Tam odwiedził go lekarz, który opatrzył mu ranę i zwichniętą nogę. 
Wtedy dopiero lotnik ocknął się.

Stojący obok lekarza oficer, ten sam, który konwojował Dewiatajewa, ucieszył się na widok otwartych 

oczu jeńca.

— Wunderbar! — zawołał. — Prowadzimy go natychmiast na badania. Czy może on iść o własnych 

siłach?

Lekarz w odpowiedzi wzruszył ramionami.
— A mówić może?
— Jeśli mu sił wystarczy...
Oficer zaklął przez zęby. Badanie zapowiadało się interesująco, tymczasem mogło ulec zwłoce, nawet 

sporej. W znalezionej przy Dewiatajewie legitymacji tkwiły jego dane osobiste, ale ważniejsze wydawało się 
skojarzenie zestrzelonego pilota z zestrzelonym samolotem: lotnik pochodził prawdopodobnie z doborowej 
jednostki radzieckiej, którą dowodził znany tu aż za dobrze pułkownik Pokryszkin.

Dowódca   zespołu   myśliwców,   któremu   według   stosowanego   w   Luftwaffe   zwyczaju   zaliczono 

zestrzelenie Dewiatajewa, chodził teraz w takiej glorii, jak gdyby udało mu się strącić w walce samego 
Pokryszkina. Ale inny niemiecki lotnik, którego akurat zestrzelono, a który jakoś dobrnął do swoich, nie 
omieszkał w złości zadać rannemu paru uderzeń w twarz. Takie praktyki należały również do zwyczajów 
Luftwaffe.

— Zdenerwował się, biedak, utratą swego samolotu  — wyjaśnił Dewiatajewowi podłoże napaści tak 

skory do indagacji oficer, a był nim sam szef sztabu myśliwskiej geschwader, oberstleutnant Schröder. Miał 
on za sobą wiele miesięcy wojny w Rosji, uznawał się więc za znawcę lotnictwa radzieckiego w ogóle, a 
lotników radzieckich w szczególności. Dewiatajewa określił w myśli jako zdobycz bardzo cenną, postanowił 
przeto   zająć   się   nim   osobiście.   Przewidywał,   że   uzyskanymi   materiałami   potrafi   nawet   zaimponować 
sztabowi VI floty powietrznej von Greima.

Zmierzywszy pilota przenikliwym spojrzeniem, polecił mu siąść na krześle. Dewiatajew nie mógłby 

tego uczynić bez pomocy konwojentów, którzy zresztą podtrzymywali go, by nie upadł. Każdy ruch ciała 
powodował nowy atak bólu, choć od fatalnego zdarzenia minęła już cała doba.

Schröder   przygotował   z   góry   całą   porcję   pytań.   Jedne   z   nich   miały   mieć   charakter   najzupełniej 

niewinny, formuła pozostałych przedstawiała się wszelako całkiem jednoznacznie. Oberstleutnant uważał się 
za człowieka sprytnego, na pewno bardziej sprytnego od zadufanych w sobie oficerów wywiadu ze sztabu 
floty. Osobiście nie stosował wobec pojmanych jakichś brutalnych metod z tej przede wszystkim przyczyny, 
że mogli to robić z powodzeniem jego podwładni.

Osłoniwszy fizjonomię woalem współczucia, rzekł do Dewiatajewa:
— Czujecie się lepiej, gospedin lejtenant?
Rosyjski w wykonaniu Schrödera przedstawiał się dość dziwacznie, znajomość tej mowy wyniósł on 

częściowo z młodości, pochodził bowiem z Kurlandii. Lotnik pojmował jednak wypowiadane przezeń słowa 
zupełnie dobrze.

— Trochę mi lepiej — odpowiedział na pytanie.
— Bardzo mnie to cieszy, słowo daję! — zawołał Schröder, starannie skrywając obłudę. — Jesteście, 

gospodin, Rosjaninem?

— Nie — odparł Dewiatajew. — Jestem Mordwinem.
— Ciekawe — Schröder zamyślił się.  — Mordwinowie... O ile znam historię waszej narodowości, 

nigdy nie mieliście w Rosji lekkiego życia. I za cara, i po roku siedemnastym. Rewolucja nic wam nie dała, 
wciąż żyjecie w ucisku. Powiedzcie, czyż nie mam racji?

— Oczywiście, że nie macie racji, gospodin — spokojnie odparł Dewiatajew.
Podpułkownik przyjrzał mu się uważnie.
— Nie mam racji?... Mógłbym to udowodnić w pięć minut, zajmijmy się jednak innymi sprawami. 

Mnie na przykład zainteresowały bardzo wasze sprawy osobiste. Jestem po prostu ludzki i po ludzku otwarty 
do każdego, z kim się spotykam. W dodatku, co do was, gospodin lejtenant, odczuwam nawet sympatię, 
niechby profesjonalną. Czyż nie przyznacie, że istnieje coś w rodzaju międzynarodówki lotniczej? Wiele nas 
łączy...

background image

Ponieważ Dewiatajew milczał, podpułkownik wziął do ręki leżącą przed nim fotografię. Był to, poza 

legitymacją, jedyny znaleziony przy Dewiatajewie przedmiot, który Niemiec uznał za godny wykorzystania 
przy badaniu.

— To narzeczona czy żona?
— Żona.
— Proszę, ja mam również żonę — Schröder uśmiechnął się przymilnie. — Z Kazania, jak wy sam?
— Powiedzmy tak. Z Kazania.
Schröder nie był oczywiście aż tak genialny, aby odkrywać czyjeś miejsce zamieszkania na podstawie 

oglądanej fotografii. Po prostu odczytał nazwę miasta wypisaną na odwrocie zdjęcia.

— Bardzo mi się podoba, gdy odpowiadacie twierdząco na moje pytania. Nie zapomnę tego, gospodin 

towariszcz...  —   Coś   się   Schröderowi   poplątało,   ale   nawet   tego   nie   zauważył.  —   Ja   bardzo   chciałbym 
zobaczyć moją żonę, a wy swoją gospodin?

— Bardzo, gospodin.
Schröder błysnął okiem, zaniepokoił go trochę ton lakonicznych wypowiedzi lejtenanta. Uniósł teraz w 

górę dłoń, który to gest anonsować miał szczególną wagę słów, jakie miały się wydobyć z jego ust.

—   Przyjacielu   i   kolego!   Czy   zobaczysz   swą   żonę,   czy   też   nie,   zależy   tylko   od   ciebie  —   głos 

oberstleutnanta przybrał wprost ojcowskie tony.  —- Nie  żądam za wiele, rozumiem, że jesteś oficerem, 
lotnikiem w dodatku, że obowiązuje cię choćby zwykła solidarność wobec kolegów. Rozumiem to jako 
oficer   i   lotnik.   Ale   na   te   pytania,   które   teraz   zadam,   musisz   odpowiadać   zgodnie   z   prawdą,   jak   na 
poprzednie. Jeśli tak postąpisz, ujrzysz i Kazań, i żonę. Przyrzekam!

Dewiatajew   nie   mógł   się   nie   uśmiechnąć   W   sytuacji   Wehrmachtu   tego   rodzaju   przyrzeczenia 

utożsamiały się z najzwyklejszą bzdurą.

— Rozumiesz, druh?
— Rozumiem.
Dewiatajew odczuł przypływ nowych sił. Tę partię musiał rozegrać, jak należało.
— Kazań leży nad Wołgą. Dużo tam przepływa statków?
Oberstleutnant Schröder począł zarzucać jeńca pytaniami, zerkając od czasu do czasu w notes. Ciekaw 

był zarówno życia w Kazaniu i szczegółów nadwołżańskiego krajobrazu, jak i liczby bojowych wylotów 
Dewiatajewa oraz nazwisk jego kolegów. Odpowiedzi mogły wydawać się prawdziwe, więc podpułkownik 
krążył jak sęp coraz bliżej właściwego łupu. Pojedynek dwóch ludzi wchodził już w fazę rozstrzygającą.

Schröder  widział  się u wrót  sukcesu.  Dewiatajew  czuł, że nie ustąpi  ani kroku  z zajętej  przez  się 

pozycji.

W ręku Niemca pojawiło się znów jakieś zdjęcie. Okazało się wycinkiem z jakiejś gazety. Dewiatajew 

ujrzał tak dobrze mu znaną twarz Pokryszkina.

Nie zdradził się niczym. Spokój, jaki malował się na jego twarzy, zdetonował oberstleutnanta że aż 

zabębnił nerwowo palcami po biurku.

— Znasz go przecież — wycedził. — To twój dowódca!
— Skądś go znam — leniwie rzekł Dewiatajew — ale to nie mój dowódca. U nas jest ktoś inny.
— Kto?
— Właściwie, to powiedzieć nie mogę, zresztą i nie wiem dokładnie. Ja w jednostce od niedawna, on 

też. Sokołow albo Orłow, ale na pewno nie Pietuchow.

Schröder zagryzł wargi.
— Niedawno w jednostce! Przyrzekłeś mówić mi prawdę, pamiętaj! Wiem zresztą więcej, niż ci się 

wydaje... Jakie tam u was nastroje?

— Nastroje? Bardzo dobre.
— Tak? A o czym najwięcej rozmawiacie ze sobą?
— Najwięcej o zwycięstwie.
— O zwycięstwie? Czyim?
— Jak to czyim? O naszym, radzieckim!
Schröder wpił się wzrokiem w twarz jeńca, a równocześnie obiema dłońmi schwycił  mocno brzeg 

biurka, jakby szykując się do skoku. Całą niemal godzinę stracił na tę bezpłodną gadaninę. Pojął to teraz 
dopiero i gotów był zerwać ze swą zasadą w kwestii traktowania badanych jeńców. Ale to równoważyłoby 
się z klęską.

—  Idiota!   —  sapnął   w  końcu,   pragnąc   zrzucić   czym  prędzej   z   siebie   gniotący  go  ciężar.   Wezwał 

dyżurnego feldfebla.

— Odprowadzić, a dalej wiecie.
Meldunek Schrödera z przesłuchania Dewiatajewa nadszedł do sztabu VI Floty Powietrznej jeszcze tego 

background image

samego dnia. Opisawszy swe wymyślne sposoby śledcze, oberstleutnant prosił o decyzję w sprawie dalszych 
losów jeńca. Mógł przekazać go do dyspozycji  floty, mógł też załatwić rzecz we własnym zakresie, to 
znaczy zakończyć.

Zbiegiem okoliczności meldunek ów dotarł najpierw do rąk oficera wywiadu. Ten przeczytał elaborat, 

westchnął, po czym przekazał koledze taki oto krótki komentarz:

— Zawsze mówiłem, że ten Schröder jest zupełnie beznadziejny, a obecnie mam tu przed sobą niezbity 

tego dowód.

Plan śmiałych

— A więc nie chcesz mówić... Twoje wykrętne odpowiedzi szkodzą nie tyle nam, ile właśnie tobie. 

Różni ludzie dostawali się już w nasze ręce, różne prowadziliśmy z nimi rozmowy, różnie też powodzi im się 
dzisiaj. Jednych przekazaliśmy do gestapo, inni wypoczywają w górach czy nad morzem lub leczą się w 
najlepszych   naszych   szpitalach.   Tobie   na   przykład   bardzo   by  się   to  przydało   i   leczenie,   i  odpoczynek. 
Przyznasz to sam...

Major Grätzheim, oficer wywiadu, mówił płynnie po rosyjsku. Nawet z trudnym akcentem radził sobie 

zupełnie nieźle. Oddział Ic floty powietrznej starał się nie korzystać z pomocy tłumaczy; bezpośredniość 
rozmowy dawała znacznie lepsze efekty, jeńca można było zaskoczyć nagłym pytaniem i śledzić reakcję na 
jego twarzy. Ciężar przesłuchania trzech przywiezionych spod Lwowa do Warszawy lotników major wziął 
na   siebie,   wiedząc,   jak   bardzo   sztabowi   floty   zależy   na   najdrobniejszych   nawet   informacjach   o 
nieprzyjacielu.

Major dysponował bogatym arsenałem środków badania jeńców, z pewnością nie gorszym od tego, jaki 

miał aparat śledczy gestapo. „Metody wyższego stopnia”, jak je nazywał, starał się jednak stosować dopiero 
w przypadkach czynnego oporu, które nie należały do rzadkości. Krępowanie rąk i nóg musiało natomiast 
nastrajać jeńców pesymistycznie i wtedy w ogóle nic nie dawało się z nich wyciągnąć. Grätzheim nie lubił 
brudnej   roboty.   Niektórzy   jego   przyjaciele,   nim   przystępowali   do   przesłuchania,   czekali,   aż   jeniec 
„skruszeje”. Major miał inną metodę postępowania.  „Każdy człowiek  — mawiał — jest indywidualnością 
nieznaną, każdy jest zamkniętym małym światem. Nim się go ujarzmi, trzeba go choć trochę poznać.”

Poza tym major przejął się pewnym tajnym rozkazem, polecającym zbadanie możliwości werbunku 

lotników   radzieckich   do   specjalnej   jednostki,   która   miałaby   walczyć   na   froncie   zachodnim   przeciwko 
Anglikom i Amerykanom. Ta niezwykła idea narodziła się podczas wspólnych narad fachowców z wywiadu 
SS i ich agentów, rekrutujących się z kół byłych carskich oficerów. Ci ostatni po wybuchu wojny radziecko-
-niemieckiej   rozpoczęli   organizowanie  „wyzwoleńczej”   armii   rosyjskiej,   na   której   czele   stanął   później 
zdrajca   Własow.   Jednym   z   takich   hitlerowskich   sługusów   był   pułkownik   Bandrowski,   który   został 
mianowany szefem wywiadu w sztabie Własowa. On to właśnie był jednym z projektodawców utworzenia 
eskadry rosyjskiej i wysłania jej właśnie do Francji, ponieważ ani hitlerowcy, ani „sztabowcy” Własowa nie 
wierzyli   ani   przez   sekundę,   aby   taka   eskadra   mogła   być   wykorzystana   na   froncie   wschodnim. 
Bandrowskiemu  jednak   mimo   usilnych  starań   nie   udało   się   dotychczas   zwerbować   spośród   jeńców   ani 
jednego pilota. Winę za to ponosić miała według niego Luftwaffe, która nie chciała przekazywać jeńców do 
jego dyspozycji. Ponieważ Bandrowski rezydował w Warszawie, zwrócił się więc o pomoc do miejscowego 
gestapo.   Sprawą   zajął   się   sam   hauptsturmführer   Mertens,   słynny   warszawski   oprawca,   który   polecił 
wyłapywać zestrzelonych lotników radzieckich i dostarczać bez wiedzy Luftwaffe do jego dyspozycji.

Ani Mertens, ani Bandrowski nie przypuszczali wtedy, że już pierwsi lotnicy radzieccy sprawią im 

przykrą niespodziankę. Pod koniec 1942 roku w okolicach Legionowa udało się schwytać dwóch lotników, 
kapitana Chalimowa i starszego lejtenanta Abdurachimowa. Przewieziono ich do Warszawy i umieszczono 
na Pawiaku. Po paru dniach Mertens przyjął obu u siebie, poczęstował kawą i winem, następnie zaś do akcji 
włączył się Bandrowski, namawiając Chalimowa i jego kolegę, by wstąpili do „rosyjskiej” eskadry. W tej 
właśnie chwili najemnicy Hitlera poznali w sposób praktyczny sens powiedzenia „czynny opór”. Chalimow 
rzucił   się   na   Mertensa,   Abdurachimow   na   Bandrowskiego.   W   gabinecie   esesmana,   w   samym   centrum 
niemieckiej   władzy   w   Warszawie,   bo   przy   alei   Szucha,   dwaj   hitlerowscy   oberszpicle   zostali   ciężko 
poturbowani. Mertensa odwieziono co prawda tylko do domu, ale Bandrowski musiał poleżeć w szpitalu.

Los   lotników   był   tym   samym   przesądzony.   Obaj   zginęli   wkrótce   na   Pawiaku   z   rąk   bestialskiego 

mordercy oberscharführera Franza Bürckla, niemniej ich bohaterska postawa ostudziła zapały niewczesnych 
organizatorów  „rosyjskiej” eskadry. Idea Bandrowskiego odżyła jednak znów w roku 1944, gdy Rzesza 
stanęła w obliczu ostatecznej klęski. Lotnictwo, zwłaszcza myśliwskie, pod względem kadr przedstawiało się 
beznadziejnie.  Luftwaffe wsiąkała we front wschodni, nie lepiej było i na Zachodzie. Teraz  jednak, po 

background image

przykrych   doświadczeniach   własowców  i   gestapo,   sprawą   zająć   się   miała   sama   Luftwaffe.   Początkowo 
zorganizowano   w   obozach   zebrania   jeńców,   wszędzie   inscenizując   wystąpienia   lotników   ,,radzieckich”, 
którzy rzekomo już przystąpili do szkolenia na Messerschmittach i Focke-Wulfach. Była to jednak robota z 
góry skazana na niepowodzenie, o czym zresztą wkrótce zmuszony był zameldować sztabowi Luftwaffe 
pułkownik Walde, zastępca szefa lotniczych obozów jenieckich. Walde informował oczywiście, w miarę 
oględnie, aby go przypadkiem nie posądzono o sympatie dla komunistów. Przebieg niektórych obozowych 
zebrań, poświęconych organizacji „rosyjskiej” eskadry, bywał bowiem nieraz zaskakujący. W obozie II-D, w 
Stargardzie, obozowy oficer Abwehry zapowiedział kiedyś przemówienie pułkownika Isupowa, dowódcy 
radzieckiej dywizji lotniczej.

— Zwracam się do was, przyjaciele — zaczął Isupow — abyście nie ulegli tej haniebnej faszystowskiej 

prowokacji... — Wśród asystujących Niemców powstało zamieszanie. Padały słowa, których nie oczekiwali. 
— My, prawdziwi lotnicy radzieccy, zdrajcami nie będziemy nigdy — kończył szybko Isupow. — Nigdy nie 
będziemy też walczyć przeciwko sojusznikom naszej ojczyzny. Dni klęski hitlerowskich Niemiec są już 
bliskie. Nie poddawajcie się...

Wrzask Niemców zagłuszył dalsze słowa. Zebranie było skończone.
Mimo całego łańcucha niepowodzeń dowództwo Luftwaffe nie poniechało tego rodzaju przedsięwzięć. 

Przeszedł swą próbę i Dewiatajew, gdy przetransportowano go wraz z grupką podobnych mu strąconych 
lotników do Warszawy. Peregrynacje, jakich dotąd doświadczył, przedstawiały się więcej niż surowo. Ludzie 
Luftwaffe, wspomagani ochoczo przez ludzi z SS, nie okazywali radzieckim oficerem żadnych względów. 
Jakiekolwiek   prawa   jenieckie,   tak   skrupulatnie   opisane   w   konwencjach   międzynarodowych,   uznanych 
formalnie również przez Rzeszę Niemiecką, pozostawały tutaj czystymi mrzonkami. Jedno, co mogło pośród 
gehenny  cieszyć   Dewiatajewa,   to   znalezienie   się   w   braterskim   gronie   nowych   przyjaciół,   niezłomnych 
wobec wroga, jak i on. Wśród nich byli tacy, jak Sergiusz Wandyszew, pilot szturmowy, i Sergiusz Krawcow 
z bombowców.

Oczekując wszystkiego najgorszego z każdym wschodem i zachodem słońca, lotnicy spotkali się w 

Warszawie właśnie z nieoczekiwanym przyjęciem. Zakwaterowano ich w normalnym koszarowym budynku, 
a każdy z przybyszów otrzymał za legowisko prawdziwy materac. Posiłki, zupełnie przyzwoite, podawano 
im na stołach pokrytych obrusami. Po wszystkim, co przeszli do tej pory, sceneria ta wydawała się wprost 
nierealna.

Krawcow, niestrudzony w rozpatrywaniu szans ucieczki, radził rozeznać się czym prędzej w sytuacji i 

wykorzystać każdą okazję. Walcząca Warszawa stwarzała możliwości szczególne. Nim jednak mogło dojść 
do tego, rozegrała się kolejna farsa, a w jej wyniku nastąpiła gwałtowna zmiana w warunkach bytowania 
jenieckiej grupy.

Niedługo po przybyciu zgromadzono lotników w salce, po czym przed siedzącymi ukazał się właśnie 

major   Grätzheim,   który  w  całkiem  poprawnym   rosyjskim  języku   przedstawił   obraz   działań   wojennych, 
najzupełniej   dla   Niemiec   korzystnych   i   zwiastujących   ich   rychłe   zwycięstwo.   Wobec   czego   Grätzheim 
zaprosił w imieniu dowództwa Luftwaffe wszystkich obecnych do wstąpienia w szeregi organizujących się 
w   łonie   Wehrmachtu   rosyjskich   jednostek   lotniczych.   Szybkie   skorzystanie   ze   „wspaniałomyślnej” 
propozycji   otwierało   drogę   do   najwyższych   zaszczytów,   jakie   przysługiwały  dotąd   jedynie   niemieckim 
oficerom.

— Setki waszych kolegów — zełgał w zakończeniu major — znajdują się już wśród nas. Otrzymali oni 

najlepsze samoloty, na których przygotowują się do bojów z wrogami Europy. Obecnie przemówi do was 
jeden z nich.

Na podium wstąpiło indywiduum spod znaku Bandrowskiego w całej krasie munduru Luftwaffe z jakąś 

tarczą  na   rękawie.   Dla  jeszcze  większego  efektu   przyczepiono   kreaturze  do  piersi   cały  pęk   odznaczeń. 
Radzieckie sąsiadowały bezpośrednio z Krzyżem św. Jerzego o carskim jeszcze rodowodzie, obok huśtała 
się odznaka pilota tejże daty.

Cudak,   odznaczający  się   poza   przebraniem  widomymi   aż   nadto   na   obliczu   oznakami   nadmiernego 

spożywania alkoholu, przedstawił się imieniem własnym i ojca tudzież nazwiskiem, a następnie wyznał, że 
dopiero przejście na stronę Niemiec otworzyło przed nim nowe horyzonty. Opisawszy luksusy ogólne, a 
także wojskowe i lotnicze, w jakich przebywa, ten zaiste oryginalny agent werbowniczy zachęcił „drogich 
braci” do udziału w realizacji „wielkich” idei Adolfa Hitlera i reichsmarszałka Göringa.

Reakcja   słuchaczy  była   równie   jednoznaczna,   co   burzliwa,   choć   wiedzieli   z   góry,   jakie   przyniesie 

rezultaty. Dwudniowa idylla skończyła się jak nożem uciął.

Major Grätzheim musiał wszelako wykorzystywać wszelkie możliwości werbunku. Tak mu polecono. 

Pomysł zorganizowania rosyjskich eskadr, choćby jednej tylko, poruszał nadal najwyższe czynniki Trzeciej 
Rzeszy. Goebbels traktował to jako atut propagandowy pierwszego rzędu. Göring wciąż łudził się nadzieją 

background image

sformowania doborowej grupy lotników, o których wartości Luftwaffe mogła przekonać się niejednokrotnie.

Ponieważ impreza  zbiorowa  przyniosła  skutki znowu odwrotne od zamierzonych,  major  Grätzheim 

przeszedł do prac indywidualnych. Zestawiwszy dokładną listę informacyjną, jął się swego dzieła. Poza 
wydobywaniem z „podopiecznych” potrzebnych mu wiadomości, miał na uwadze zachęcenie ich do jakiejś 
współpracy, nawet już nie w powietrzu. Każdy łup miał swe znaczenie, jak to u piratów. Nawiasem mówiąc, 
Grätzheim wszystkie sposoby przekonywania rozmówcy uważał za dobre, ponieważ cel, jakim było dobro 
Rzeszy, wystarczająco je uświęcał.

Major już na początku rozmowy wręczył Dewiatajewowi obszerny kwestionariusz, namawiając jeńca 

do wypełnienia go. Miał to być rzekomo formularz Czerwonego Krzyża. Lotnikowi wystarczył jeden rzut 
oka, aby się przekonać, iż kwestionariusz ma na celu wyciągnięcie informacji, znajdujących się w sferze 
tajemnicy wojskowej. Z Czerwonym Krzyżem nie mógł nawet mieć nic wspólnego, ponieważ instytucji tej 
hitlerowcy nie dopuszczali do udzielania pomocy jeńcom radzieckim.

— Nie wypełnię tego — oświadczył twardo Dewiatajew.
Niemiec nie próbował nawet namawiać.
—   Chciałbyś   może,   abyśmy   nadali   wiadomość   do   twej   żony  —   oficer   przeszedł   na   bardziej 

bezpośrednią formę rozmowy. — Nadajemy audycje dla rodzin jeńców, możesz i ty przesłać pozdrowienia 
dla swoich, nawet wygłosić je sam do mikrofonu.

Ale ryba znów nie chwyciła i Grätzheim przeszedł z kolei do spraw lotnictwa.
Pierwsze przesłuchanie skończyło sią na niczym, jednak major nie tracił nadziei. W czasie drugiego 

przesłuchania podsunięto lotnikowi do przeczytania antyradziecką ulotkę. Jeniec odrzucił ją z oburzeniem na 
biurko.   Grätzheima   powoli   zaczęły   ponosić   nerwy.   W   tralicie   trzeciego   z   kolei   badania   zagroził 
Dewiatajewowi rozstrzelaniem, o ile ten nie udzieli żądanych informacji.

— Głupi jesteś  — zawołał w pewnej chwili.  — Wierzysz pewnie w to,  że bolszewicy mogą wygrać 

wojnę. A przecież sam przebieg wojny mówi wyraźnie, kto zwycięży. Początkowo zadaliśmy pierwsze ciosy, 
teraz cofamy się, by zadać cios ostateczny. Rozumiesz? Mamy teraz broń, której nie oprze się nikt.

— Żadna broń wam już nie pomoże — spokojnie powiedział Dewiatajew.
Grätzheim już nie mógł się opanować, zwłaszcza że jego nerwy znacznie nadwątliły się w ostatnich 

dniach. 20 lipca miał miejsce zamach na Hitlera i jednym z rezonansów tego wydarzenia była nowa czystka 
wśród oficerów wywiadu. Major zbyt bał się o siebie, aby bać się jeszcze o jeńców. W dodatku w kilka dni 
później Rosjanie przekroczyli Bug i ruszyli na Warszawę.

Tego dnia Dewiatajew poznał  „tajną broń” Trzeciej Rzeszy.  Był to stalowy pręt obciągnięty gumą. 

Grätzheim władał nim wyśmienicie...

Półprzytomny jeniec znalazł się z kolei w tęgich łapach podoficerów, zawodowych oprawców. 27 lipca 

Grätzheim zakończył „przesłuchania” lotników. Ponownie bez pozytywaiych wyników, lecz przyznać trzeba, 
że miał w tym czasie głowę bardzo zajętą czym innym. Po zamachu na Hitlera w krainie niemieckiego 
wywiadu wojskowego zaczęły dziać się rzeczy niepokojące. Agendy SS rozpoczęły i tu swe natarcie.

— Co mam zrobić z tymi bolszewickinii lolnikami? — zdążył zapytać Grätzheim swego zwierzchnika, 

wzywanego naprędce do Berlina.

— Są jeszcze do czegoś zdolni?
— Trzymają się — rzekł major wymijająco.
— Jeżeli nadają się do pracy fizycznej, przesłać do najbliższego obozu Luftwaffe.
Droga nie była daleka. Najbliższy obóz Luftwaffe mieścił się w Łodzi i oficjalnie nazywał się Stalag 

Luft   2   Litzmannstadt.   Aby   pozostała   w   mieście   ludność   polska   nie   mogła   jeńcom   udzielać   pomocy, 
transporty dowożono po specjalnej bocznicy wprost do środka obozu, który nie różnił się poza tym niczym 
od innych katowni tego rodzaju. Grasowali tam nieustannie wysłannicy feldmarszałka Milcha, z ramienia 
Göringa zarządzający dostawą niewolniczej siły roboczej do zakładów przemysłowych, których Göring był 
właścicielem.  Tak  więc  i  tu trwała  ciągła  selekcja,   choć  gestapo  miało  mniejsze  na  nią  wpływy  niż  w 
obozach Oberkommando der Wehrmacht, ponieważ Göring i Milch uważali, że radzieckicli jeńców należy 
mordować dopiero wtedy, gdy wskutek wycieńczenia staną się już zupełnie niezdolni do pracy.

Tutaj   właśnie   Dewiatajew,   którego   rozłączono   z   jego   dotychczasowymi   towarzyszami,   spotkał 

przypadkowo starego swego znajomego z frontu, Iwana Pacułę. Służbę pełnili co prawda w różnych pułkach 
lotniczych,   lecz   oba   te   pułki   stacjonowały   na   jednym   lotnisku.   Pacułę   strącili   Niemcy   podczas   lotu 
rozpoznawczego w rejonie Korsunia. Przyjaciele powitali się serdecznie. Nie wiedzieli jeszcze, co czeka ich 
w tym obozie.

Jeniecka odyseja starszego lejtenanta Dewiatajewa nie zakończyła się jednak w Łodzi. Gdy radzieckie 

wojska dotarły do Wisły, Niemcy postanowili zlikwidować łódzki obóz. Skupisko radzieckich jeńców w 
pobliżu frontu stawało się zbyt niebezpieczne.

background image

Pewnego więc dnia w trybie alarmowym poczęto opróżniać obóz, pakując jeńców w wagony w myśl 

pruskiej   zasady:  Acht   Pferde   oder   achtundvierzig   Mann  *   spotęgowanej   do   kwadratu.   Wagony  zostały 
zaplombowane. Po trzech dobach jazdy, w czasie których więźniowe nie byli wypuszczani z ich klatek, 
pociąg dotarł wreszcie do miejscowości Kleinkönigsberg. Transport półżywych ludzi wyładowano.

Znajdował   się   tutaj  „obóz   jeńców”.   Zbudowane   naprędce   baraki   były  pomieszczeniami  najbardziej 

prymitywnymi, jakie można sobie wyobrazić, przy czym każdy z nich zapełniały już nie dziesiątki, lecz setki 
ludzi, rozmieszczonych na spiętrzonych pryczach.

Warunki te najzupełniej odpowiadały wytycznym urzędu jenieckiego OKW, w którego dyspozycji obóz 

pozostawał. Dowództwo Wehrmachtu uznawało, iż ci jeńcy radzieccy, którzy nie zgłosili się do formacji 
pomocniczych, czyli nie zdecydowali się na zdradę swej ojczyzny, zasługują na traktowanie równe więźniom 
obozów koncentracyjnych. Wprowadzono nawet numerowanie jeńców.

— Odtąd możecie zapomnieć o swych nazwiskach  — oświadczył jeden z obozowych oficerów.  — 

Żaden   z   was   nie   jest   żadnym   jeńcem  wojennym,   żadnemu  z   was   nie   przysługują   jakiekolwiek   prawa. 
Jesteście tylko i wyłącznie więźniami, dlatego każdy otrzyma swój numer porządkowy, który będzie zawsze 
zastępował i imię, i nazwisko.

Załoga   obozowa   nie   składała   się   już   wyłącznie   z   żołnierzy   Wehrmachtu,   lecz   z   policjantów 

pomocniczych. Nic dobrego nie wróżyła obecność licznej grupy żołnierzy SS z oddziałów „Totenkopf”, 
które   były   typowymi   oddziałami   likwidacyjnymi.   Toteż   egzekucje,   dokonywane   najczęściej   za 
przekroczenie dyscypliny obozowej, były na porządku dziennym.

Obóz   otoczony  podwójnym   ogrodzeniem   z   drutów   kolczastych,   z   wieloma   wieżami   strażniczymi, 

strzeżony był pilnie. Wydawało się wprost niemożliwe, aby ktokolwiek z jeńców zdołał się stąd wydostać, 
tym bardziej że przy przybyciu do obozu przeprowadzono ścisłą rewizję i skonfiskowano wszystkie bez 
wyjątku przedmioty, zwłaszcza zaś takie, które w jakikolwiek sposób, bezpośredni czy pośredni, mogły stać 
się pomocne przy ucieczce.

W czasie wojny istniał w brytyjskim sztabie imperialnym specjalny oddział, zajmujący się wyłącznie 

zaopatrywaniem jeńców angielskich w Niemczech we wszelkie przedmioty, mogące im umożliwić ucieczkę. 
Oddziałem   tym   kierował   podpułkownik   Clayton   Hudson.   Oddział   Hudsona   zajmował   się   na   przykład 
sporządzaniem   map   ze   specjalnej   tkaniny,   miniaturowych   kompasów,   piłek   do   przecinania   krat, 
koncentratów żywnościowych, pieniędzy itp. Opracowano też cały szereg schowków, w których żołnierz 
potrzebne mu przedmioty mógł dłuższy czas przechowywać bez zwrócenia uwagi Niemców. Schowki takie 
mieściły  się   w   specjalnie   przygotowanych   butach   lotników,   pudełkach   papierosów,   nawet   w  wiecznych 
piórach. Dla zaopatrzenia w nie jeńców biuro Hudsona korzystało z paczek nadsyłanych do obozów przez 
Czerwony Krzyż i inne instytucje charytatywne oraz rodziny. Hudson postarał się nawet o to, aby założyć 
kilka stowarzyszeń opiekuńczych, które w porozumieniu z nim wysyłały przesyłki.  „Nadziewano”  więc 
mapami,  banknotami  i   strzałkami   kompasów   okładki   książek,   a   nawet   płyty  gramofonowe,   na   których 
przesyłkę Niemcy pozwalali.

Jeńcy angielscy znajdowali się jednak z zasady w zgoła innych warunkach niż żołnierze radzieccy. Z 

obozów przeznaczonych dla jeńców radzieckich nie uciekłby żaden Anglik, najobficiej nawet zaopatrzony 
przez biuro Hudsona.

Żołnierze radzieccy dokonywali jednak ucieczek i to w dodatku na terenach niemieckich, gdzie pomocy 

ludności nikt nie mógł oczekiwać.

Major Goldschmidt, jeden z szefów obozu w Kleinkönigsbergu, z góry przestrzegał nowo przybyłych 

jeńców, że z tego obozu wyjście mogło być tylko jedno —  do „Konzentrationslager”.

W baraku, w którym przydzielono Dewiatajewowi nie więcej niż dwa metry sześcienne powierzchni 

życiowej, mieszkało tu bowiem łącznie około dwustu osób, lotnik zetknął się ponownie z Wandyszewem. 
Pacuła poznał go bliżej z Aleksiejem Fedirko, Aleksym Worończukiem, Michałem Sziłowem i Arkadijem 
Counem. Każdy z nich pochodził z różnych rejonów Związku Radzieckiego, ale już po kilkunastu dniach 
zżyli się z sobą jak bracia.

W   „paczce”,  którą  tworzyli Dewiatajew  i  jego  towarzysze,   powstała  wkrótce  myśl   zorganizowania 

ucieczki. Codziennie wczesnym rankiem jeńców pędzono do ciężkich, wyczerpujących prac. Dewiatajew od 
świtu   do   nocy   grzązł   w   błocie   wydobywając   torf.   Był   jednak   i   z   tej   pracy   zadowolony.   Możność 
wychodzenia   z   baraku   miała   bowiem  tę   dobrą   stronę,   że   pozwalała   na   bliższe   poznanie   terenu   obozu, 
zwłaszcza zaś rozmieszczenia znajdujących się w jego obrębie budynków, co ostatecznie w dużym stopniu 
zadecydowało o powstaniu planu ucieczki.

* Albo osiem koni, albo czterdziestu ośmiu ludzi.

background image

Decyzja taka była śmiała i pełna ryzyka, ale stanowiła jedyną szansę uratowania życia. Z zachowania 

się i z wypowiedzi strażników oraz oficerów wynikało bowiem niedwuznacznie, że tylko nieliczni mogą 
dożyć zimy, a przetrwać jej nie zdoła już nikt.

W obozie pojawiło się znów więcej esesmanów. Łączyło się to ściśle z usunięciem generała Westhoffa z 

urzędu   jenieckiego   i   mianowaniem   na   jego   stanowisko   gruppenführera   SS   Gottloba   Bergera,   który 
dyspozycje odnośnie do jeńców otrzymywał bezpośrednio od Himmlera. Praktycznie oznaczało to dalsze 
zaostrzenie metod masowej eksterminacji jeńców radzieckich. Skrupulatny Berger nie zapominał także o 
obozach jeńców polskich, francuskich i włoskich, gdzie zaostrzono reżim, pogorszono warunki bytowania, a 
mordowanie jeńców stało się powszechnym zjawiskiem. Nowe rządy Bergera odczuły nawet obozy jeńców 
angielskich i amerykańskich, chociaż sytuacja w nich była bez porównania lepsza.

Pewnego wieczoru Dewiatajew wraz z przyjaciółmi, odbiwszy parę desek w podłodze, przekonali się, 

że między podłogą a powierzchnią ziemi istnieje około jednego metra wolnej przestrzeni, i co stwarzało 
dogodne   warunki   dla   dokonania   podkopu.   W   którym   jednak   kierunku   należało   kopać?   Ogrodzenie 
znajdowało się w zbyt dużej odległości, aby można było ryzykować kopanie tunelu. Zajęłoby to ponadto 
zbyt   wiele   czasu,   nawet   gdyby  można   było   zastosować   umocnienia   ścian,   co   zresztą   nie   wchodziło   w 
rachubę. Wydawało się już, że z ucieczki pod ziemią nic nie wyjdzie, gdy nagle Pacule przyszedł do głowy 
nowy pomysł.

Przyjaciele, zamierzając zorganizować ucieczkę, chcieli wyprowadzić na wolność wszystkich więźniów 

z baraku. Stąd też w ogóle wziął się pomysł tunelu.

— A gdyby — mówił Pacuła — przekopać się tylko do pobliskiego budynku komendantury obozu? Jest 

on nie najlepiej strzeżony. Tam moglibyśmy napaść znienacka na strażników, obezwładnić ich, a potem 
zawładnąć znajdującą się w budynku bronią...

— To byłoby czyste szaleństwo -— powiedział Sziłow. — I co dalej?
— Rozdzielimy broń i będziemy się starali zlikwidować straż przynajmniej w części obozu. Samo 

ogrodzenie nie będzie wtedy przeszkodą.

— Wywiąże się walka, strzelanina, to postawi wszystkich na nogi — wtrącił któryś.
— Ryzyko ogromne — odezwał się Wandyszew  — cóż nam jednak pozostaje? I tak zdążą nas tutaj 

wytłuc, jeśli będziemy bezczynni...

Dewiatajew poparł Pacułę. Po zapadnięciu zmierzchu wyjście z baraku inaczej jak tylko przez podkop 

było wykluczone. W dzień ucieczka była niemożliwa. Gdyby nawet kilku jeńcom udało się zbiec, należało 
liczyć się z konsekwencjami, które spadłyby na innych. Czy rzeczywiście nie pomyśleć o akcji na szerszą 
skalę?

Operacja taka miała jednak słabą stronę: trzeba było wtajemniczyć  w plan ucieczki większą liczbę 

jeńców, a przy istnieniu szpiclowskiego  aparatu  hitlerowskiego czyjeś jedno niepotrzebne zdanie mogło 
zadecydować o klęsce.

Lepszego wyjścia nie znaleziono jednak. Postanowiono tylko zorientować się bliżej w rozstawieniu 

posterunków i systemie ich służby. Użycie broni palnej miało być ostatecznością. Jeńcy postanowili także 
drogą rozmów zdobyć możliwie najwięcej wiadomości o terenach, przez które przebiegałby marsz.

Sziłow  — jak zawsze rozważny i spokojny  — nadal zadawał pytanie  „co dalej?” Tego jednak dnia 

zainteresował go raczej początek, a nie dalszy ciąg akcji. — Od czego zaczniemy? — zapytał.

— Od podkopu — odpowiedzieli wszyscy.
—   Zdaje   się,   że   zbyt   wiele   dzisiaj   pytam  —   uśmiechnął   się   Sziłow  —  ale   powiedzcie   mi,   czym 

zaczniemy kopać? Przecież nie mamy tu nawet dziecinnych szufelek...

Istotnie, jeńcy pozbawieni byli wszystkiego, nawet nie wszyscy dysponowali łyżkami do jedzenia, a te 

stanowczo nie mogły być brane pod uwagę przy kopaniu podziemnego tunelu, o czym zresztą Sziłow nie 
omieszkał wspomnieć. Należało wpierw poczynić niezbędne przygotowania i dopiero potem przystąpić do 
tego gigantycznego wprost dzieła.

Plan ucieczki dojrzewał wiele dni. Wiele dni jeszcze minęło, nim wzięto się do kopania. Zdobyto jedną 

tylko łopatę, ale grzebano w ziemi i menażkami. Jedną, jedyną dosłownie okolicznością sprzyjającą jeńcom 
była owa pusta przestrzeń pod podłogą baraku. Zapełniano ją ziemią. Praca posuwała się tak powoli, iż po 
paru nocach ciężkiego wysiłku wydawało się już, że całe przedsięwzięcie jest nierealne.

Jama, w której od biedy mógł się pomieścić zaledwie jeden człowiek, była owocem wielu godzin nocnej 

pracy, tuż pod bokiem hitlerowskich wartowników. Z każdym jednak dniem wydłużała się. Pojawił się nowy 
kłopot   z   umacnianiem   ścian   drążonego   tunelu.   Grunt   nie   był  tu   zbyt  twardy  i   groził   w   każdej   chwili 
zawaleniem.   Człowiek   pracujący  w   podkopie   nie   mógł   przebywać   tam   dłużej   niż   kilka   minut.   Nawet 
najbardziej   wytrwałych  dławił   szybko  brak   powietrza.   Ci,   którzy  wydobywali   się   z   wykopu,   wyglądali 
przerażająco, padali na ziemię, dostawali krwotoków.

background image

W pracach brało udział przeszło trzydziestu ludzi, to znaczy wszyscy, którzy zajmowali izbę wspólnie z 

Dewiatajewem i jego przyjaciółmi. Nie znalazł się nikt, kto by nie poparł planu ucieczki.

Trzydziestu zbratanych z sobą ludzi posuwało się metr po metrze do upragnionego celu.
Pewnego dnia Fedirko i Worończuk zdobyli mocną, stalówką łopatę. W niezwykły, znany im tylko 

sposób zdołali ją wynieść z miejsca pracy, mimo że sprzęt był każdorazowo skrupulatnie liczony.

Dewiatajew pracował za dwóch. Wkrótce jednak jego dłonie pokryły sią krwawiącymi ranami. Lekarz 

obozowy, również jeniec radziecki, opatrzył ręce, ale skrzywił się wyraźnie.

— Z tymi rękami nie do ziemi. Tężec albo zakażenie. Dam ci trzy dni zwolnienia od ciężkich prac, 

więcej mi nie wolno. Później dbaj sam o siebie.

Ów właśnie lekarz, zaprzyjaźniwszy się z lotnikiem, dostarczył jeńcom mapę Niemiec, a później noże i 

kompasy. Przyszłość stawała się coraz jaśniejsza i mimo ubytku sił więźniowie patrzyli w nią z ufnością.

Podkop wydłużał się coraz bardziej. Już tylko dni dzieliły śmiałków od rozstrzygającej chwili, w której 

ukazać się miało nad nimi nocne jesienne niebo, zwiastujące wyzwolenie.

Pewnego dnia komendant obozu wezwał na odprawę esesmanów. Sprawę wyjaśnił w krótkich słowach, 

które dałyby się streścić następująco: jeżeli któryś z was woli siedzieć tutaj niż na wschodnim froncie, to 
uważajcie sami, aby żaden z jeńców nie śmiał  uciec.  Radzę wam to zapamiętać  i na wszelki  wypadek 
sprawdzić cały obóz i... pod obozem.

Żaden z obecnych na odprawie esesmanów nie czuł w sobie powołania na bohatera i chociaż robota, 

którą im polecił komendant, nie licowała ich zdaniem z pełnioną godnością, zabrali sią ochoczo do pracy.

Uzbrojeni w ciężkie żelazne drągi udali się do baraków jeńców, przebywających w tym czasie na terenie 

robót. Do badania  gruntu przystąpili z godną podziwu dokładnością.  Co krok tupali w ziemię ciężkimi 
buciorami i dziurawili ją łomami, czujni na najmniejszy podejrzany odgłos. Przy trzecim z kolei baraku 
żelazo, energicznie wbite ostrym końcem, weszło w ziemię jak w masło i zapadło się nagle tak szybko, że 
wachman ledwie zdążył uchwycić za jego koniec. Hitlerowcy ryknęli triumfalnie, lecz radość ich okazała się 
przedwczesna. Ulatujący przez otwór zapach pozwolił im zorientować się szybko, iż natknęli sią w tym 
przypadku   na   zasypany   dół   kloaczny.   Nie   ostudziło   to   zresztą   ich   zapału.   Niedwuznaczne   ostrzeżenie 
komendanta było wystarczającym bodźcem do działania.

W baraku, który zajmowali Dewiatajew i jego koledzy, pozostał tego dnia jeden z jeńców. Zauważył on 

w pewnej chwili dziwne praktyki esesmanów. Powiadomić przyjaciół o niebezpieczeństwie nie było można, 
nie zmieniłoby to zresztą w niczym sytuacji. Całą nadzieję Rosjanin pokładał w tym, że Niemcy nie zdążą do 
wieczora dojść do baraku, a wobec tego powstawała możliwość zasypania podkopu w nocy. Na razie jednak 
z każdą godziną niebezpieczeństwo narastało.

Dyżurujący jeniec spoglądał bezradnie na wachmanów zbliżających się coraz bardziej do miejsca, gdzie 

w głębi ziemi przebiegał tunel. Gdy hitlerowiec uniósł w górę sztabę, aby w to właśnie miejsce uderzyć, 
więzień zakrył oczy.

W parę sekund później do jego uszu dobiegły przekleństwa.
Podkop został odkryty...
W obozie zapanował niemalże stan alarmu. Więźniów z baraku, w którym stwierdzono zamiar ucieczki, 

sprowadzono natychmiast i ustawiono rzędem na placu.

Major Goldschmidt stanął przed nimi w otoczeniu sfory strażników.
— Organizatorzy ucieczki trzy kroki wystąp! — zawołał.

Jedna na milion

Obóz koncentracyjny w Sachsenhausen nie dorównywał co prawda wielkością takiej fabryce śmierci jak 

Oświęcim, jednakże wśród wszystkich hitlerowskich obozów zagłady zajmował czołowe miejsce. Właśnie w 
Sachsenhausen,  tuż  pod Oranienburgiem,  miastem  położonym  w  odległości  zaledwie  20 kilometrów  od 
Berlina, hitlerowcy zorganizowali pierwsze „miejsce odosobnienia” dla swych przeciwników politycznych, 
już wkrótce po dojściu Hitlera do władzy. W początkach rolę strażników i katów pełnili tam członkowie 
oddziałów SA w brunatnych koszulach, niebawem jednak, gdy Hitler pozbawił oddziały SA ich dawnego 
znaczenia, miejsce oprawców brunatnych zajęli umundurowani na czarno oprawcy z SS.

Ci   też   kontynuowali   do   wojny   podjęte   przez   ich   poprzedników   zbrodnicze   dzieło   mordowania 

niemieckich antyfaszystów, szczególnie komunistów. Stanowiło to ich główne zajęcie mniej więcej do roku 
1940.   Obóz   rozrósł   się   już   do  tego   czasu   znacznie   i  „wzbogacił”   o   nowe  urządzenia,   jak   na   przykład 

background image

krematorium,   co   z   kolei   ułatwiło   komendzie   obozu   pozbywanie   się   kolejnych   ofiar,   których   większość 
napływała przez długie miesiące przede wszystkim z okupowanej Polski. Tutaj już w roku 1940 zginął 
generał Roja, ongiś współtowarzysz Piłsudskiego; tu znaleźli śmierć profesorowie polscy z Krakowa. W 
Sachsenhausen  zamordowano również generała „Grota”  — Roweckiego,  komendanta  głównego AK. W 
miarę   postępów   hitlerowskiej   agresji   obóz   zapełniali   więźniowie   coraz   to   innej   narodowości;   w   sumie 
przeszło 100 tysięcy zabitych tu ludzi reprezentowało 19 narodów.

Bliskość obozu w Sachsenhausen powodowała, iż rezydujący w Berlinie dygnitarze SS bywali tu nader 

często na inspekcjach. Nie miały one bynajmniej na celu poprawienia losu więźniów. Myślano zawsze o 
jednym: o usprawnieniu i przyśpieszeniu eksterminacji ofiar. Z tego też względu Sachsenhausen zasłynęło 
rychło jako swoiste hitlerowskie laboratorium śmierci. Szereg działających tu specjalistów, wśród których 
nie   brak   było   i   naukowców,   i   lekarzy,   zajmowało   się   wyłącznie   przeprowadzaniem   eksperymentów, 
mogących   w   wyniku   przynieść   lepsze   metody   uśmiercania.   W   chwili   nadejścia   nowego   transportu 
nikczemnicy  ci   grasowali   jak   szakale,   wybierając   sobie   najbardziej   odpowiadających   im  ludzi,   których 
następnie poddawano okrutnym katuszom. Jednocześnie bez przerwy niemal na obozowym placu zwanym 
Industriehof trwały masowe egzekucje, by piec krematorium mógł mieć swój żer dniem i nocą.

Względnie   mała   właśnie   przepustowość   krematorium   spędzała   sen   z   powiek   oprawcom   z 

Sachsenhausen,   podobnie   zresztą   jak   ich   kamratom   z   innych   hitlerowskich   kombinatów   śmierci.   Gdy 
lagerführer   hauptsturmführer   Suhrin   otrzymał   z   Berlina   wiadomość   o   pierwszym   transporcie   jeńców 
radzieckich,   których   należało   zniszczyć   w   Sachsenhausen   co   rychlej,   pomyślał   od   razu,   że   główną 
przeszkodę   w   realizacji   tego   zamierzenia   stanowić   będzie   krematorium.   Czym   prędzej   więc   zażądał 
dostarczenia nowych środków usuwania zwłok. Wkrótce dano mu je. Były to tak zwane polowe krematoria. 
Ciągnione   przez   samochody,   przypominały  wyglądem  wielkie,   kryte   przyczepy,   używane   w  transporcie 
drogowym.   Już   w   początkach   sierpnia   1941   roku   palono   zwłoki   radzieckich   jeńców   w   czterech   takich 
krematoriach. Suhrinowi nie wystarczało to i w odpowiedzi na jego prośby dodano mu jeszcze dwa, w sumie 
więc płonęło w Sachsenhausen siedem pieców krematoryjnych.

Jeńców radzieckich, podobnie jak innych więźniów, uśmiercano za pomocą kuli, stryczka i gazu. Gdy 

jednak nadchodziły znaczniejsze liczebnie transporty, esesmani nie zawsze mogli się z nimi uporać. Kto był 
zdrowszy, szedł więc na pewien czas do pracy w sonderlagrze, gdzie padał sam przy noszeniu głazów; resztę 
pozostawiano   pod   gołym   niebem   na   łasce   losu,   bez   pożywienia   i   napoju.   Działy  się   wówczas   rzeczy 
straszliwe.   Jeden   z   więźniów,   zajętych   przy  uprzątaniu   zwłok,   tak   zeznawał   po   wojnie   przed   komisją 
śledczą:  „Ludzkie stworzenia pełzały wokół jak robactwo. Widziałem na własne oczy, jak jeszcze żyjący 
poczynali zjadać swych martwych towarzyszy”.

Stosunek komendy obozu śmierci w Sachsenhausen do jeńców radzieckich był jednoznaczny. Każdy, 

kto   tam   trafiał,   musiał   prędzej   czy   później   zginąć.   Tylko   niedoskonałość   środków   technicznych   nie 
pozwalała na mordy błyskawiczne z całkowitym usunięciem śladów i z tego tylko powodu nielicznym udało 
się przeżyć bestialską kaźń. Ofiary dostarczano tutaj z obozów jeńców bądź w oparciu o selekcję, bądź też za 
jakiekolwiek przewinienia. Formalnie biorąc sprawę załatwiano w ten sposób, że jeńców „zwalniano” z 
obozów,   wobec   czego   przestawali   być   oni   jeńcami   wojennymi,   znajdującymi   się   w   kompetencji 
Wehrmachtu.   Następnie   przekazywano   ich   gestapo   jako   obywateli   obcych   państw,   którzy  dopuścili   się 
przestępstwa   wobec   Rzeszy   Niemieckiej.   Takim   „przestępstwem”   mogło   być   z   równym   powodzeniem 
spóźnienie na apel, jak posiadanie scyzoryka. Generałowie Wehrmachtu ułatwiali sobie w ten sposób sprawę, 
wiedząc, że siepacze z SS będą starać się o to, aby „przestępca” rozstał się z życiem możliwie najprędzej.

Major Goldschmidt z obozu jeńców w Kleinkönigsberg wiedział o tym tak samo jak jego przełożeni. 

Gdy mimo tortur nie udało mu się wykryć rzeczywistych inicjatorów ucieczki, wybrał na chybił trafił trzech 
najbardziej jego zdaniem podejrzanych: Dewiatajewa, Pacułę i Couna.

— Za to, czego zamierzaliście dokonać — zwrócił się do nich — mógłbym kazać was rozstrzelać, ale 

byłaby to kara zbyt lekka. Pojedziecie teraz tam, gdzie Kleinkönigsberg wyda się wam rajem, a śmierć 
jedynym   wybawieniem.   Od   dzisiaj   przestajecie   być   jeńcami,  korzystającymi   z   jakichś   praw.   Zostajecie 
skreśleni z listy jeńców wojennych i zrównani ze zwykłymi bandytami.

Mówiąc o miejscu,  do którego wysyłał  trzech swych  „podopiecznych”, Goldschmidt miał na myśli 

Sachsenhausen.   Załatwienie   formalności,   związanych   z   przeistoczeniem   jeńców   w   więźniów,   było 
drobnostką.   Zarówno   nad   jednymi,   jak   drugimi   faktyczną   władzę   objęło   szefostwo   SS   w   osobie 
gruppenführera Bergera.

Konwojenci czekali już na nich. Ich dowódca wiózł z sobą dokumenty,  w których trzech lotników 

radzieckich określano jako element szczególnie niebezpieczny. Równało się to likwidacji.

Ponieważ Sachsenhausen położony był niedaleko, w drogę wyruszyli samochodem ciężarowym. Tuż za 

ostatnimi domami  Oranienburga droga wpadała między drzewa. Niebawem wyłonił  się z nich piętrowy 

background image

budynek z wieżyczką. Była to brama wejściowa do fabryki śmierci. Za nią widać było wysoki komin, z 
którego wyciekało pasmo ciężkiego, gęstego dymu.

Lotników   umieszczono   w   radzieckim   kwartale,   w   którego   barakach   przed   laty  mieściła   się   karna 

kompania. Dewiatajew, aczkolwiek sam wycieńczony, podtrzymywał Couna, który z trudem wlókł za sobą 
opuchnięte z głodu nogi.

Fabryka  śmierci pracowała  pełną parą. Codziennie setki  wycieńczonych, wyeksploatowanych ludzi, 

którzy już nic z siebie nie mogli dać, przeznaczano na śmierć. Na śmierć jednak trzeba było zasłużyć. W 
sonderlagrze na przykład dobijano pałkami ofiarę dopiero wtedy, gdy nie było już nadziei, aby mogła ona 
pomóc przy obróbce kamieni. Więźniowie słabsi fizycznie okazywali się również pożyteczni, na przykład 
dla przeprowadzania prób wytrzymałości obuwia, produkowanego przez różne firmy niemieckie. Dobranych 
kilkuset więźniów ubierano w nowe buty, stanowiące przedmiot doświadczeń, po czym esesmani w asyście 
przedstawicieli eksperymentujących zakładów obuwniczych pędzili ich dokoła placu, stosując różnorodne 
tempo marszu. Marsz ten trwał zwykle od dzwonu do dzwonu, to jest od świtu do zmroku. W Sachsenhausen 
dzień rozpoczynał się o godzinie 4 rano uderzeniami obozowego dzwonu, ongiś kościelnego, zawieszonego 
na placu apelowym. Gdy kończono taki dzienny „eksperyment obuwniczy”, nie było więźnia, który nie 
miałby  nóg   otartych   do   kości,   nie   mówiąc   o   skrajnym   wyczerpaniu   organizmu.   Właściciele   wytwórni 
obuwia   mogli   być   zadowoleni:   buty  wytrzymywały,   nie   wytrzymywali   ludzie.   Tych   transportowano   do 
krematorium. Tego rodzaju wprzęganie więźniów w przemysłowo-wojenny kierat hitleryzmu stosowano w 
tym   czasie   powszechnie,   głównie   z   inicjatywy   Goeringa   i   przy   całym   poparciu   szefa   obozów 
koncentracyjnych,   obergruppenführera   Oswalda   Pohla,   który   ze   sprzedaży   niewolniczej   siły   roboczej 
różnym firmom produkcyjnym ciągnął dla siebie znaczne korzyści materialne. Mieli w tym swój udział 
również komendanci obozów. Suhrin na przykład nawiązał kontakt z zakładami Heinkla w Oranienburgu  i 
dostarczał  im robotników do najcięższych  prac.  Ekwiwalent za  to wpływał  częściowo  do kasy zarządu 
obozów   w   Berlinie,   częściowo   zaś   wprost   do   kieszeni   szefów   Sachsenhausen.   Proceder   ten   rozkwitł 
szczególnie za rządów sturmbannführera Keindela, okrutnego sadysty i sprytnego handlarza niewolników.

Przyjęcie,   jakie   spotkało   Dewiatajewa   i   jego   dwóch   towarzyszy,   nie   rokowało   żadnej   nadziei   na 

przetrwanie. Esesmani oświadczali otwarcie, że więźniów oczekuje za ich „zbrodnie” szybka śmierć, a swe 
wywody popierali uderzeniami bykowców. Wśród setek gotowych do mordu siepaczy trudno było żywić 
choćby cień nadziei. Pilot spodziewał się więc, że tu właśnie, w gigantycznej  mordowni skrytej wśród 
sosnowego lasu, nastąpi kres.

Gdy przyprowadzono go do obozowej łaźni, z której zresztą droga częstokroć prowadziła bezpośrednio 

do krematoryjnego pieca, jeden z zatrudnionych tam więźniów spojrzał z uwagą na przybyłego, a potem, 
korzystając z nieobecności esesmana, zajrzał do jego karty ewidencyjnej. Lotnik nawet tego nie dostrzegł. W 
następnej chwili nieznajomy mu  zupełnie więzień wymówił doń kilka zaledwie  słów. Wywołały one w 
Dewiatajewie   równocześnie   odmienne   zupełnie   uczucia:   strachu   i   otuchy.   Ze   słów   tych   wynikało,   że 
jakkolwiek był przeznaczony na śmierć, istniała możliwość, iż zdoła jej uniknąć.

Miał teraz czekać, wykonując wszystkie polecenia obsługi bez względu na to, kto je wydawał.
Esesman   o   zezwierzęconej   twarzy   skinął   ręką   i   nagich   więźniów   pognano   do   następnego 

pomieszczenia.   Tu  wydawano  pasiaki   z  numerami   obozowymi   Sachsenhausen.   Dewiatajew   ujrzał   znów 
Rosjanina z obsługi łaźni. Dostrzegłszy ledwie widoczny ruch głowy, lotnik podszedł do niego.

— To twój pasiak — odezwał się głośno nieznajomy, po czym dorzucił cicho: — Zapomnij o swoim 

nazwisku, nazywasz się Nikitenko. W ogóle jesteś numerem... Pamiętaj: Nikitenko!

Wszystko zaszło tak niespodziewanie, iż Dewiatajew nie wierzył wprost temu, co słyszy. Czy w tym nie 

krył się jakiś podstęp? Spojrzał w oczy więźnia: były bez wyrazu. Usłyszał tylko ponaglenie do odejścia i 
przestał się wahać. Nie miał nic do wyboru.

Jeszcze  tego  samego   dnia  pilot  mógł   się  przekonać,  że  w  centralnym  hitlerowskim obozie  śmierci 

pulsuje niewidzialne dla straży, konspiracyjne życie. Więzień, który dostarczył mu nowy pasiak, nie działał 
bynajmniej samotnie. Był on również jeńcem, czołgistą, którego Niemcy włóczyli od obozu do obozu, by 
wreszcie zagnać do Sachsenhausen. Zatrudniono go tutaj po pewnym czasie w łaźni, przede wszystkim w 
charakterze   fryzjera,   strzygącego   głowy   uwięzionych.   Po   pewnym   czasie   nawiązali   z   nim   kontakt 
więźniowie, będący członkami działającej w obozie międzynarodowej organizacji podziemnej. Istnienie jej 
w Sachsenhausen wydawało się wprost niewiarygodne, a jednak działała ona, grupując przede wszystkim 
komunistów. Należeli do niej Niemcy, Czesi, Polacy, Rosjanie, Francuzi, Duńczycy i inni.

Jej właśnie dziełem było uratowanie Dewiatajewowi życia. Posiadacz jego obecnego numeru nie żył 

już, zamęczony przez straż, lecz nim zostało to zarejestrowane, jego miejsce w dokumentacji zajął lotnik. 
Spośród   żywych   zniknął   więc   Dewiatajew,   żył   zaś   nadal,   martwy   już   w   rzeczywistości,   Nikitenko. 
Organizacja zadbała o to także, aby zamiana nie mogła być zauważona przez jakiegoś zbyt bystrego „kapo”. 

background image

Dewiatajew mógł czuć się już jako tako bezpiecznie, o ile w ogóle można było mówić o jakimkolwiek 
bezpieczeństwie   w   hitlerowskim   obozie   koncentracyjnym.   Niemniej   śmierć   odsunęła   się   od   niego. 
Powstawało teraz pytanie, na jak długo.

Los   zrządził,   że   Dewiatajewa   przydzielono   do   kolumny   „deptaczy”,   tych   właśnie,   którzy   musieli 

wypróbowywać nowe wynalazki obuwnicze niemieckiego przemysłu. Straszliwa katorga wyniszczała siły 
wprost błyskawicznie i już po tygodniu lotnik stał się niemal własnym cieniem. Nastąpiła apatia, wydawało 
się, że każdy następny dzień będzie dlań dniem ostatnim.

Pewnego   wszakże   razu   nawiązali   z   nim   rozmowę   dwaj   więźniowie   z   sąsiedniego   baraku,   jak   się 

okazało, starsi oficerowie Armii Radzieckiej, Buszmanow i Rybaczenko. Obaj byli działaczami obozowego 
ruchu oporu. Znajdującemu się u kresu sił Dewiatajewowi udzielono pomocy w postaci dodatkowych porcji 
żywnościowych,   które   zebrano   z   dobrowolnych   składek   więźniów-komunistów.   Każdy  z   nich   oddawał 
skrawek   swej   dziennej,   i   tak   niezmiernie   małej   porcji   chleba.   Z   drobin   powstawały   kromki,   którymi 
obdzielano najbardziej wycieńczonych. Międzynarodowa solidarność ludzi pracy zdawała w obozie surowy, 
lecz i najlepszy egzamin. Buszmanow i Rybaczenko, choć sami przeznaczeni już na śmierć, umieli podnieść 
Dewiatajewa na duchu, co w obozowych warunkach znaczyło wyjątkowo wiele.

— Niemcy powiadają  — zwierzył się któregoś dnia Dewiatajew Rybaczence  — że z tego obozu nie 

wydostanie się nawet mucha. Czy naprawdę nikt stąd nie potrafił uciec?

— Znowu ucieczka w głowie?  — odpowiedział więzień.  — Muszę cię zmartwić. O ile mi wiadomo, 

rzeczywiście nie uciekł stąd nikt, chociaż próbowano. Z muchami to jednak przesada. Popatrz sam, przecież 
latają nawet ptaki...

Ponad barakami płynęło właśnie stadko rozwrzeszczanych wron. Ptaki dotarły do okalających obóz 

drzew. Dewiatajew, człowiek przestworzy, pozazdrościł im tej wolności.

Niekiedy   przemykał   nad   obozem   niemiecki   samolot,   niekiedy   znów   przecinały   błękit   nieba   setki 

białych   smug   kondensacyjnych  —  ślady   alianckiej   wyprawy   bombowej,   idącej   zwykle   na   Berlin.   W 
chwilach tych lotnik jeszcze silniej odczuwał własne poniżenie.

— Gdyby to człowiek mógł latać jak ptaki...  — rzekł naraz Rybaczenko, jak gdyby zgadując myśli 

towarzysza.

Dewiatajew milczał.
— Ty byłeś pilotem, nieprawda?
Więzień numer 3234 skinął w odpowiedzi głową.
Rybaczenko zastanowił się.
— W naszym położeniu trzeba wykorzystywać każdą możliwość — odezwał się po chwili. — Czasami 

może zajść coś nieprzewidzianego. Oczywiście, nie tutaj, ale gdzie indziej...

Słowa   te   zabrzmiały   zbyt   zagadkowo,   aby   na   twarzy   Dewiatajewa   nie   pojawiło   się   zdziwienie. 

Rybaczenko wyjaśnił, że obóz w Sachsenhausen spełniał również rolę swego rodzaju punktu rozdzielczego, 
skąd wysyłano więźniów do ciężkich lub niebezpiecznych prac, gdy zapotrzebowała ich jakaś hitlerowska 
instytucja lub zakłady przemysłowe. Pewne partie wysyłano na przykład do budowy podziemnych fabryk, 
inne   do   usuwania   gruzów   po   bombardowaniach   i   usuwania   niewypałów.   Los   wysyłanych   więźniów   w 
niczym się oczywiście nie zmieniał na lepsze, często nawet pogarszał się, niemniej sama zmiana warunków 
mogła   w   pewnych   okolicznościach   przynieść   ocalenie.   Jednym   z   głównych   odbiorców   niewolników   w 
Sachsenhausen stała się z czasem Luftwaffe, zainteresowana coraz więcej tak w budowie podziemnych 
zakładów lotniczych, jak w usuwaniu zniszczeń w swych bazach.

— Stąd wysyłają ludzi nieraz i na lotniska — mówił Rybaczenko. — Rzecz jasna, na katorgę. Czasami 

jednak trafić się może okazja... Podczas wojny wiele rzeczy pozornie niemożliwych staje się możliwymi.

Dewiatajew zrozumiał. W pierwszej jednak chwili myśl podsunięta przez towarzysza wydawała mu się 

zbyt   absurdalna,   by   można   ją   było   brać   poważnie.   Nawet   gdyby   udało   mu   się   przedostać   w   jakimś 
transporcie na niemieckie lotnisko, to opanowanie samolotu i ucieczka na nim zakrawała na fantazję.

Kiedy   krążył   jeszcze   po   polowych   lotniskach   na   swym   sanitarnym  „kukuruźniku”,   słyszał   o 

nieprawdopodobnej ucieczce jakiegoś radzieckiego pilota na niemieckim samolocie. Opowieść ta brzmiała 
wprawdzie niewiarygodnie, a jednak była prawdziwa.

5 listopada 1941 roku lejtenant-pilot Arkadij Kowjazin poprowadził swój bombowiec na pięćdziesiąty 

drugi lot bojowy. Przed wojną był on pilotem w lotnictwie cywilnym i przeleciał już ponad pół miliona 
kilometrów. Po napaści hitlerowskiej na ZSRR Kowjazin zasiadł za sterami samolotu bombowego i brał 
między innymi udział w obronie Kijowa, a następnie atakował z powietrza nacierające na Moskwę pancerne 
watahy Guderiana. Był dobrym pilotem i w październiku odznaczono go Orderem Czerwonego Sztandaru.

Pewnego razu leciał wraz ze swą eskadrą na bombardowanie opanowanego przez hitlerowców węzła 

kolejowego. Eskadra wykonała swe zadanie mimo silnego ognia, lecz w drodze powrotnej w samolocie 

background image

Kowjazina „wysiadły” jeden po drugim oba silniki. Przymusowe  lądowanie  nastąpiło, niestety, jeszcze na 
nieprzyjacielskim terenie.  Zniszczywszy w  maszynie  wszystko,  co  mogło  przedstawiać   dla  hitlerowców 
jakąś wartość, załoga ruszyła w stronę frontu z zamiarem przebicia się do swoich. Jednakże hitlerowcy 
zdążyli dostrzec lądowanie samolotu. Zorganizowano pościg za lotnikami i wkrótce zostali ujęci.

Po kilku przesłuchaniach odesłano ich do obozu. Kowjazin spędził prawie dwa lata na wyczerpującej 

pracy. Dwukrotnie próbował ucieczki, lecz bez powodzenia. W końcu lata 1943 roku udało mu się zetknąć z 
innym jeńcem, sierżantem Włodzimierzem Krupskim, którego hitlerowcy zatrudniali jako palacza na jednym 
z lotnisk. Wtedy właśnie przyszło lotnikowi na myśl, aby spróbować ucieczki na samolocie wroga. Krupski 
pomógł Kowjazinowi w otrzymaniu pracy na lotnisku. Teraz obaj czekali na sprzyjający moment. Minęło 
jednak wiele dni, zanim moment ten nastąpił. Któregoś dnia zauważyli na lotnisku, że transportowy Junkers 
przygotowany był właśnie przez mechaników do lotu. Kiedy mechanicy odeszli, obaj Rosjanie zdecydowali 
się. Kowjazinowi udało się uruchomić silniki i samolot wystartował. Pogoń niemiecka nie dała rezultatów. 
Gdy   wysłane   za   uciekinierami  Messerschmitty  dopadły  Junkersa,   ten   zdążył  już   osiągnąć   linię   frontu. 
Kowjazin lądował nie namyślając się długo. Na wybór dogodnego lądowiska nie było czasu, zresztą lot nad 
radzieckim   terytorium   z   czarnymi   krzyżami   na   skrzydłach   i   swastyką   na   stateczniku   nie   należał   do 
bezpiecznych.

Z dwóch uczestników tej niebywałej ucieczki przeżył  wojnę tylko  Arkadij  Kowjazin. Włodzimierz 

Krupski poległ 6 kwietnia 1945 roku w walce o wyzwolenie Jugosławii.

Podobny  wypadek   porwania   niemieckiego   samolotu   zdarzył  się   jeszcze   w  1941   roku.   Zuchwałego 

czynu dokonała wówczas grupa spadochroniarzy dowodzona przez starszego lejtenanta Piotra Bałaszowa. 
Był   on   mistrzem   sportu   spadochronowego,   członkiem   Centralnego   Aeroklubu   im.   Czkałowa.   W 
październiku 1941 roku grupę Bałaszowa zrzucono w okolicach Pawłowa, gdzie znajdowało się lotnisko 
zdobyte  niedawno przez Niemców. Wybrawszy odpowiednią chwilę, spadochroniarze  dokonali śmiałego 
wypadu na lotnisko i po krótkiej walce opanowali je.

Na lotnisku znajdowały się w tym czasie, poza maszynami łącznikowymi, trzy ciężkie Focke-Wulfy 200  

Condory. Okazało się, że z trzech  Condorów  jeden nadaje się do lotu; dwa pozostałe miały uszkodzone 
silniki.

Najpoważniejszą   jednak   sprawą   było   pilotowanie   samolotu.   Z   całej   grupy   pilotaż   znał   jedynie 

Bałaszow,   ale   w   swej   lotniczej   karierze   prowadził   on   dotąd   tylko   lekkie   sportowe  PO-2  i  P-5.   Mimo 
wszystko lotnik zdecydował się. Dał znak spadochroniarzom. Z trudem pomieścili się w ciasnej kabinie 
Condora.

Czteiosilnikowy bombowiec uniósł się w powietrze. Lecąc na wysokim pułapie, Bałaszow wziął kurs 

wprost na Moskwę.

Lądowanie   nastąpiło   dokładnie   na   tym   samym   lotnisku,   na   którym   Bałaszow   poznawał   arkana 

lotniczego kunsztu: w Tuszyno. Asystowały mu przy tym radzieckie myśliwce, których piloci cały czas 
utrzymywali Condora na celownikach.

Podczas wojny opłaca się każda ostrożność.
Michał Dewiatajew nie znał szczegółów obu tych niezwykłych wydarzeń. Słyszał tylko o jednym z nich 

i to w wersji mocno już zniekształconej. Myśl Rybaczenki podnieciła jego wyobraźnię. Czy jednak tu, w 
Sachsenhausen, można liczyć na jakiekolwiek szanse?

Obaj więźniowie powrócili do tego tematu już następnego dnia. Do ich rozmowy przyłączył się też 

podpułkownik Buszmanow.

— Zastanów się — rzekł w pewnej chwili. — Najważniejsza rzecz to wiara w powodzenie sprawy.
— Tu, w Sachsenhausen, trudno jest wierzyć w cokolwiek poza śmiercią.
— Spróbujemy ci pomóc, abyś trafił na jakieś lotnisko. Czy coś z tego wyniknie, zależy już od ciebie. 

Będziesz miał okazję, spróbuj, co będzie, to będzie, nie myśl o ryzyku. W każdym razie jednego nie wolno 
zdradzić nikomu: że jesteś lotnikiem. Jeśli Niemcy dowiedzą się o tym, zginiesz natychmiast.

Mijały dni. Dewiatajew ładował wciąż ziemię na wózki, potem pchał przed siebie jeden za drugim, 

starając się unikać, jak inni, pałek  „kapo”. Nie przypuszczał nawet, że właśnie w tym czasie decydują się 
jego   losy.   Jego   numer   obozowy   przekazano   członkom   podziemnej   organizacji,   więzionym   tu   od   lat 
niemieckim komunistom, którzy pracowali w rejestraturze. Gdy nadeszło polecenie zestawienia transportu z 
określonym przeznaczeniem, numer „Nikitenki” widniał na liście.

W konsekwencji spis ten znalazł się pewnego dnia w ręku krępego oberscharführera SS. Stał przed 

szeregiem pięciuset więźniów i sprawdzał obecnych.

Dewiatajew w napięciu oczekiwał swej kolei.
Oberscharführer   odpoczął   nieco.   Młodsi   esesmani   i  „kapo”   biegali   wokół   więźniów,   pałkami 

wyrównując szereg.

background image

Oberscharführer rzucał okiem na formujące się „Arbeitskommando”.
„No, z tych niewielu wyjdzie żywych” — pomyślał. Według posiadanych wiadomości ludzie ci mieli 

być zatrudnieni przy niszczeniu niewypałów. A jak to wygląda, esesman miał możność zobaczyć przy okazji 
badania   użyteczności   nowego   rodzaju   min.   Na   wyłożone   tymi   minami   pole   pognano   więźniów   z 
Sachsenhausen.  „Kto z was przebiegnie przez to pole, będzie wolny”  — przyrzeczono. Więźniowie nie 
dotarli nawet do połowy doświadczalnego poligonu. Nowe miny okazały się skuteczne w działaniu. Na 
twarzach wszystkich oficerow odmalowało się najwyższe zadowolenie.

Oficerowie Wehrmachtu i SS miewali i lepsze pomysły, oberscharführer mógł więc być pewny losu 

więźniów.

Znów spojrzał w spis.
— Dreitausendzweihundertvierunddreissig! — wrzasnął. — 3234!
Wywołując numer „Nikitenki” esesman nie przypuszczał nawet, że w tym momencie przed jednym z 

więźniów otwiera się niezwykła szansa.

Szansa jedna na milion.

Szalony lot

Długi towarowy pociąg wlókł się jak żółw z Berlina do Pasewalku. W większej części składu wieziono 

amunicję i sprzęt wojskowy. Pozostałe wagony załadowano ludzkim „towarem”, którego pilnie potrzebował 
Wehrmacht. Z Pasewalku wagony skierowano ku Bałtykowi. Pociąg utknął znów na jakiejś stacyjce: to 
alianckie   samoloty  dokonywały  kolejnego   nalotu.   Uzbrojeni   konwojenci   kręcili   się   niestrudzenie   wokół 
zamkniętych   wagonów,   nie   otwierano   ich   w   czasie   całej   podróży  ani   na   chwilę,   obawiając   się   czyjejś 
ucieczki. Na postojach chlustano przez zadrutowane okienka wodą i wrzucano okruchy chleba. Żaden z 
esesmanów   nie   byłby  w   stanie   powiedzieć   teraz,   ilu   z   jego  „podopiecznych”   jest   już   martwych,   a   ilu 
pozostało jeszcze przy życiu.

Mijała  czwarta  doba jazdy,  gdy transport wszedł po długim moście  na nadbałtycką wyspę Uznam. 

Więźniowie   nie   mieli   oczywiście   najmniejszego   pojęcia,   gdzie   się   znajdują.   Gdy   pociąg   stanął   pod 
semaforem, uszu Dewiatajewa dobiegł naraz tak dobrze mu znany odgłos silników lotniczych, nie były to 
jednak bombowce. Różnice w tonacji pilot odgadywał natychmiast. Gdzieś w górze przesuwała się niewielka 
formacja myśliwców.

Jesienią   roku   1944   nad   okolicami   Świnoujścia,   noszącego   wówczas   jeszcze   sztuczną   nazwę 

„Swinemünde”, eskadry myśliwskie Luftwaffe krążyły często. Mieściła się tu ważna niemiecka baza morska. 
Wzdłuż wybrzeża rozsiano liczne jednostki lotnicze. Ich zadania pozostawały zawsze bardziej pasywne niż 
aktywnie, osłaniały porty i konwoje morskie, a przede wszystkim pewien teren, o którego przeznaczeniu 
większość pilotów nawet nie wiedziała. Dawniej jednak obawiano się przede wszystkim nalotów z zachodu, 
a te bywały ciężkie, obecnie wzrastała coraz bardziej aktywność radzieckicli jednostek morskich i lotniczych 
na Bałtyku. Nadbrzeżne ugrupowanie lotnicze obszaru powietrznego  „Szczecin” musiano też wzmocnić, a 
równocześnie przygotować się do zmiany charakteru działań bojowych. Luftwaffe liczyła się już z atakami 
szybkich morskich i powietrznych jednostek radzieckich.

Pociąg z Oranienburga sunął dalej w głąb wyspy Uznam. Na jej najbardziej wysuniętym w morze cyplu 

rozlokowała się supertajna, najściślej więc strzeżona baza doświadczalna Wehrmachtu: Peenemünde.

Co prawda zdążyła ona do tej już pory stracić sporo ze swej tajemniczości, gdyż i w Londynie, i w 

Moskwie wiedziano dobrze, jakim celom służy, w czym swoją wielką zasługę mieli Polacy.

Baza   składała   się   zasadniczo   z   dwóch   ośrodków.   Pierwszy   z   nich,   rakietowy,   kierowany   przez 

dowództwo wojsk lądowych, zajmował się przede wszystkim dalszym ulepszaniem morderczej rakiety V-2
Miała ona startować nie tylko przeciw Anglii. Pracowano także nad konkretnym projektem bombardowania 
za jej pomocą Nowego Jorku. Kierowniczą rolę w tym również przedsięwzięciu odgrywał Wernher von 
Braun, który, gdy patronat nad tym ośrodkiem przejął Heinrich Himmler, otrzymał stopień sturmbannführera 
SS. Inny zespół specjalistów pracował tu nad rakietami przeciwlotniczymi.

Drugi ośrodek podlegał dowództwu Luftwaffe, i położony był wraz z lotniskiem w zachodniej części 

bazy.  Także tutaj  przeprowadzono liczne  eksperymenty z  „cudownymi  broniami”,  które miały uratować 
hitleryzm.   Setki   ludzi   mozoliły   się   usilnie   nad   wszystkim,   co   mogło   przysporzyć   mocy   samolotom: 
pociskami rakietowymi, sterowanymi bombami i torpedami, celownikami radarowymi. Specjalne miejsce 
pośród doświadczeń zajmował projekt superbomby, określony kryptonimem „Vater und Sohn” (ojciec i syn). 
Do dwusilnikowego Junkersa 88, wyładowanego w całości materiałem wybuchowym, doczepiano od góry 
pilotowany myśliwiec Me-109. Duet leciał prowadzony przez pilota myśliwca. W określonym miejscu pilot 

background image

ten nakierowywał Junkersa na cel, uwalniał się od niego i powracał.

W ośrodku Luftwaffe stacjonowała samodzielna grupa lotnicza wyposażona w samoloty Heinkel 111

Spełniały one rolę nosicieli bomb latających V-1. Poza pracami nad ulepszeniem tych narzędzi masowego 
mordu, w grupie szkolono załogi dla tychże Heinkli, używanych aktualnie jako latające wyrzutnie przeciwko 
Londynowi. Startowały one z lotnisk w Holandii i Szlezwigu.

Zespołem tym dowodził Oberleutnant Karl-Heinz Graudenz, młody jeszcze, lecz doświadczony wielce 

lotnik, kawaler Krzyża Niemieckiego w Złocie, który otrzymał za zatopienie brytyjskiego niszczyciela na 
Morzu Śródziemnym. Był wtedy dowódcą eskadry bombowej. Z racji zalet przeniesiono go do Peenemünde, 
z czego odczuwał żywe zadowolenie, zrozumiałe zupełnie, gdy wzięło się pod uwagę odległość bazy od 
frontu.

Latające   bomby  V-1  nie   były   w   Peenemünde   jakimiś   gośćmi   z   przypadku.   To   właśnie   tutaj 

wyprobowywał pierwsze ich wyrzutnie w roku 1943 osławiony oberst Max Wachtel alias Martin Wolf alias 
Michael Wagner, intensywnie, acz bez rezultatu tropiony przez brytyjski wywiad. Potem Wachtel przeniósł 
się ze swymi „ptaszkami” do pobliskiego Zempin, by następnie znaleźć się już we Francji.

Podpułkownik   Stahms,   sprawujący  ogólne   kierownictwo   nad   ośrodkiem,   pamiętał   dobrze   owe   dni 

narodzin V-1, gdyż on właśnie przyjmował Wachtla i jego ekipę pod swoje skrzydła. Kiedyś rozgadał się na 
ten temat przed Graudenzem, podkreślając swoje zasługi dla rozwoju „cudownej broni”. Graudenz, który nie 
podlegał Stahmsowi służbowo, wysłuchawszy opowieści, odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć:

— Czy nie uważa pan, herr oberstleutnant, że obecny spokój w Peenemünde przypomina ciszę przed 

burzą?

— Co ma pan na myśli? Nowy nalot?
— To również. Wyobraziłem sobie, wie pan, że Rosjanie, gdyby zechcieli, mogliby tu przeprowadzić 

ładny desant...

— Rosjanie są jeszcze daleko  — odparł szorstko Stahms, pocieszając sam siebie. Popadł wszakże w 

zamyślenie, starając się odgadnąć przyszłość. Graudenz nie czynił takiego wysiłku, a nawet gdyby się o to 
starał jak najbardziej, nie potrafiłby przewidzieć, że wraz z pewnym pociągiem przybliża się doń złowrogie 
fatum.

A   pociąg   ów   zatrzymał   się   tym   razem   ostatecznie.   Bił   od   niego   straszliwy  fetor   ekskrementów  i 

rozkładających się ciał ludzkich. Wrzaski konwojentów, pragnących pozbyć się czym prędzej  „ładunku”, 
zagłuszyły nawet huk startującej niedaleko rakiety. Ledwie otworzono drzwi pierwszych wagonów, poszły w 
ruch kolby i pałki. Więźniowie wyskakiwali z cuchnących klatek, silniejsi pomagali słabszym. Chwiali się, 
wyczerpani do cna i odurzeni świeżym powietrzem.

Zadanie konwojentów polegało na tym, aby przekazać pełny stan transportu, i esesmani, z właściwą 

Niemcom akrupulalnośeią, starali się to zrobić jak najlepiej. Fakt, iż do innego świata przeniosło się w 
drodze   stosunkowo   niewielu,   bowiem   tylko   stu   pięćdziesięciu   ludzi,   przepajał   ich   widocznym 
zadowoleniem.

Przejęcie   więźniów   przez   straż   obozu   odbyło   się   zgodnie   z   rytuałem,   ustalonym   osobiście   przez 

komendanta,   sturmbannführera   Baumgartena.   Ledwie   sprawdzono   listę,   co   połączono   z   nieodzownym 
biciem, przystąpiono niezwłocznie do brutalnej segregacji na grupy robocze. Okazało się, że więźniowie 
mieli przystąpić do pracy jeszcze na docelowej stacyjce. Długie szeregi powlokły się na wskazane miejsca.

Zaczynało się normalne bytowanie w nowym obozie koncentracyjnym.
Tu, w Peenemünde, a dokładniej mówiąc, w tajnym obozie Karlshagen, położonym poza terenem samej 

bazy,   przebywało   stosunkowo   niewielu   więźniów.   Komendantura   dokładała   starań,   aby   w   każdym 
przypadku jak najściślej określić potrzeby w zakresie dopływu siły roboczej. W skrupulatnych rachunkach 
uwzględniano z góry takie poprawki, jak liczba zmarłych w transporcie oraz procent codziennego „ubytku”. 
Sprawa miała swe określone podłoże, wynikające z tajności bazy. W Peenemünde mogło przebywać tylu 
tylko ludzi, ilu było potrzeba. Los więźnia był z góry przesądzony: Karlshagen opuszczali tylko martwi.

Dewiatajew z uwagą obserwował swych nowych współtowarzyszy straszliwej niedoli. Myśl o ucieczce 

pojawiła  się znów, ledwie  posłyszał niesiony przez  wiatr  szum silników samolotowych.  Tego  nie mógł 
jednak dokonać sam, musiał mieć przyjaciół, którym potrafiłby zaufać do końca. Jak ich znaleźć?

Któregoś dnia w czasie obiadu jeden z krańcowo wyczerpanych więźniów, niosąc miskę brukwiowej 

zupy potknął się i upadł. Porcja rzadkiego płynu rozlała się, wsiąkając szybko w ziemię. Więzień patrzył 
załzawionymi oczyma. Na dziś został pozbawiony i tej marnej strawy.

Obok leżącego pojawił się nagle inny więzień. Schylił się, ujął tamtego za ramię, podniósł. Przez chwilę 

patrzyli sobie w oczy. Nieznajomy sięgnął po swoją miskę i całą jej zawartość wylał do miski tamtego, po 
czym odszedł bez słowa.

— To ten! — wybrał go w myśli Dewiatajew na swego powiernika. Temu człowiekowi mógł zaufać — 

background image

tego był już prawie pewien. Szukał teraz drogi do bezpośredniej z nim rozmowy. Nadarzyła się wkrótce. 
Nieznajomym   okazał   się   rosyjski   więzień,   Sokołow.   Dewiatajew   nie   zawiódł   się   na   nim.   Okazał   się 
rzeczywiście człowiekiem godnym zaufania. Rozmawiali ze sobą coraz częściej. Rozmowy obracały się 
najczęściej wokół przyszłości, każdy bowiem nowy dzień mógł zmienić ich sytuację, oczywiście tylko na 
gorsze, nie wyłączając wszelkich ostateczności. Któregoś dnia Sokołow wspomniał o możliwości ucieczki, 
przyznał   się   nawet,   iż   zamierza   ją   zrealizować   wraz   z   kilkoma   innymi   więźniami   podczas   jakiegoś 
większego nalotu. W jaki jednak sposób pokonać przestrzeń, szczególnie wodną, Sokołow nie wiedział. 
Tymczasem była to trudność zasadniczej wagi.

— Myślę, że mam lepszy sposób — powiedział Dewiatajew. — Jeśli już ryzykować, to na całego.
— Jak?
— Samolotem.  Lotnisko  jest  przecież tuż obok, ludzie chodzą tam na robotę.  Jeden udany skok i 

będziemy w powietrzu.

Sokołow kręcił z powątpiewaniem głową.
— A skąd weźmiesz pilota? Samolot to nie dorożka.
— Znam takiego kogoś — odparł Dewiatajew. — Tylko, ty, ani pary z gęby!
— Bądź spokojny. Na razie spróbuję się rozejrzeć. Tak czy inaczej, nie możemy tu zgnić do reszty.
Po krótkim czasie Sokołow zapoznał lotnika ze swym przyjacielem Iwanem Korżem, w  rzeczywistości 

Kriwonogowem, z którym kilka miesięcy spędził w obozie śmierci Natzweiler w Wogezach. Obóz ten słynął 
ze zbrodniczych eksperymentów medycznych, dokonywanych na więźniach. Po przekazaniu więźniów na 
Uznam   Kriwonogow   dłuższy   czas   pracował   w   grupie   unieszkodliwiającej   niewypały   bomb.   Przed 
rozbrojeniem niewypału przez niemieckich saperów więźniowie musieli uprzednio bombę wydobyć z ziemi, 
lub rumowisk, co połączone było z największym niebezpieczeństwem. Eksplozje przy wykonywaniu tych 
czynności były na porządku dziennym. Z grupy roboczej Kriwonogowa uratowało się zaledwie kilka osób. 
Później, kiedy niebezpieczeństwo wzmogło się jeszcze bardziej, komendant obozu polecił, aby więźniowie 
sami   rozbrajali   bomby.   Niemieccy   saperzy   mogli   odetchnąć.   Im   już   nie   groziło   niebezpieczeństwo. 
„Saperska” grupa więźniów topniała z każdym dniem.

Dewiatajew wyznał swym nowym przyjaciołom, kim jest w rzeczywistości, i zwierzył się, że na Uznam 

przybył z określonym z góry zamiarem. Jak się okazało, autorem planu ucieczki z obozu drogą morską był 
właśnie Kriwonogow, który zresztą sam przyznawał, iż plan ten ma zbyt wiele słabych stron, aby można go 
było   urzeczywistnić.   Przedostanie   się   na   Wolin   lub   przez   Zalew   Szczeciński   na   stały  ląd   również   nie 
wchodziło w grę, choćby ze względu na kilka  „szper”, jakie hitlerowcy utrzymywali na Uznamie. Nawet 
Niemcy poruszali się po wyspie z trudnością i byli z reguły legitymowani, cóż dopiero mówić o więźniach. 
Myśl   Dewiatajewa,   nieprawdopodobna   i   niewiarygodna,   wydawała   się   w   tych   warunkach   jedynym 
wyjściem.

— Myślmy więc przede wszystkim, co robić — powiedział Sokołow — aby dostać się na lotnisko...
— I to na dłużej — wtrącił Dewiatajew.
— Słusznie, na dłużej. Aby upatrzyć jakiś samolot i opanować go.
— Trzech nas, to za mało  — dorzucił Kriwonogow.  — Nie wiadomo, jaki to wszystko będzie miało 

przebieg. Trzeba pomyśleć o ludziach, silnych, odważnych i pewnych.

Ludzie   tacy  znaleźli   się   wkrótce.   Do   trzech   śmiałków   dołączyli   Sybirak   Piotr   Kutergin,   ukraiński 

partyzant Michał Jemiec, rostowski kierowca Fiodor Adamow, młody Białorusin Włodzimierz Niemczenko. 
A niebawem jeszcze: Dymitr Serdiukow, Kola Urbanowicz i Iwan Olejnik.

Kwestię przejścia tej dziesiątki do stałej lotniskowej grupy roboczej wziął na siebie Sokołow. Nie było 

to wcale łatwe, Niemcy dobierali do niej ludzi bardzo uważnie. Na szczęśliwy los nie było co liczyć, nie 
wolno było także zdradzić w czymkolwiek zainteresowania lotniskiem. Nie do pomyślenia było też, aby 
ktokolwiek dowiedział się, że „Nikitenko” jest w rzeczywistości pilotem. Taki nie miał nic do znalezienia w 
Peenemünde prócz nagłej śmierci, podobnie zresztą jak w Sachsenhausen.

Sokołow nie  ustawał   w zabiegach  i  wreszcie   dopiął   swego,  w  czym  pomógł  mu   pewien  więziony 

Niemiec,  antyfaszysta.  Po dwóch tygodniach  wyruszyli  już  wszyscy razem na  lotnisko,  goapodarowane 
przez   oberstleutnanta   Stahmsa,   a   w   części   dzierżawione   przez   grupę   doświadczalno-szkoleniową 
oberleutnanta   Graudenza.   Kiedy   Dewiatajew   stanął   wreszcie   na   rozległej   płaszczyźnie   napunktowanej 
sylwetkami samolotów, nie mógł uwierzyć szczęściu.

Szarozielone maszyny różnych zresztą typów, znajdowały się tu bowiem JunkersyHeinkle i Messery, a 

nawet mały „Storch”, przyciągały wzrok lotnika jak magnes. W jego oczach tkwiło wiele z czysto lotniczej 
zawiści,   zawiści   ptaka,   któremu   odcięto   skrzydła.   Ale   Dewiatajew   wiedział,   co   dla   niego   jest   teraz 
najważniejsze, musiał stać się czujnym, nad wyraz uważnym obserwatorem.

Jak opanować samolot? To było jedno zaledwie. Jak na nim wystartować?...

background image

Jak wreszcie nim pilotować, skoro przy obecnej liczbie uczestników ucieczki trzeba było się liczyć z 

lotem   na   dużej   maszynie,   mogącej   pomieścić   wszystkich?...   Jak   on,   pilot   myśliwski,   poradzi   sobie   z 
pilotowaniem bombowca, w dodatku obcego, o nie znanym układzie sterów i urządzeń pokładowych?

Wszystko to były pytania nader istotne, być może decydujące o całym przedsięwzięciu. Znaczną część 

samolotów skoncentrowanych na lotnisku stanowiły dwusilnikowe bombowce  Heinkel 111, te same, które 
potężna   firma  Heinkel  wyrabiała   częściowo   w   Oranienburgu,   w   bliskim   sąsiedztwie   Sachsenhausen. 
Dewiatajew znał ten typ samolotu doskonale, ale jedynie z sylwetki, która w czasie walk nierzadko rysowała 
mu się na celowniku. Szczegóły konstrukcyjne samolotu były mu jednak mało znane, samo zaś wnętrze 
kabiny i sposób pilotowania stanowiły dlań prawdziwą zagadkę. Przypuszczał, że kabina pilota w Heinklu 
nie mogła się wiele różnić od kabiny każdego innego dwusilnikowego bombowca; poziom techniki lotniczej 
w poszczególnych krajach był na ogół wyrównany, zwłaszcza gdy chodziło o typy starsze. Tak czy inaczej 
wszystko to pozostawało na razie w sferze domysłu, który należało sprawdzić.

Za  każdym   swym  pobytem  na   lotnisku   lotnik   starał   się   dowiedzieć   czegoś   nowego   o  niemieckich 

bombowcach. Ponieważ o zbliżeniu  się do któregoś początkowo nie było mowy,  zwrócił  uwagę na nie 
strzeżone wraki, których tuż nad zachodnim brzegiem morza, między lotniskiem a portem u ujścia Piany, 
bynajmniej nie brakowało. Dotarcie do nich zależało od humoru wachmanów. Dewiatajew używał różnych 
sposobów,   w   końcu   jednak   udało   mu   się   obejrzeć   z   bliska   rozbitego   bombą  Heinkla.   Nieco   później 
względnie dokładnie spenetrował kabinę pilotów i przyniósł kilka tabliczek ze schematami i instrukcjami dla 
załogi, które później jako tako przetłumaczył Sokołow.

Podczas pracy w pobliżu przygotowywanych do lotu maszyn lotnik z najwyższą uwagą obserwował 

czynności mechaników, wówczas zwłaszcza, gdy dokonywali prób silników. Ta niezwykła nauka pilotażu na 
obcych samolotach trwała całe tygodnie. Przyśpieszył ją znacznie pewien młody pilot z ekipy Graudenza, 
który pewnego ranka, ujrzawszy gapiącego się nań „podczłowicka”, zademonstrował umyślnie cały proces 
rozruchu Heinkla. Po jakimś czasie Dewiatajew mógł oświadczyć swym towarzyszom:

— Chyba poradzę sobie z tym Heinklem na ziemi, a w powietrzu to już zobaczymy sami.
— Kiedy lecimy? — wyrwał się Jemiec.
— Gdyby to można było wiedzieć. Tu nie Aeroflot.
Zima była ostra nawet w tym morskim zakątku, w jakim znajdowało się Peenemünde. Jezioro przy 

lotnisku ściął dawno lód. Na pozbawionej osłony płaszczyźnie wichry dęły niekiedy z taką siłą, że trudno 
było ustać na nogach. O ciepłej odzieży nikt nawet nie marzył. Więźniowie radzili sobie w ten sposób, że 
pod drelichy wkładali papierowe worki po cemencie. Im sroższe były chłody, tym obfitsze żniwo zbierała 
śmierć.

Wojna wchodziła w swą ostateczną fazę. O świcie 12 stycznia potężny front od Bałtyku do Karpat 

drgnął i począł toczyć się coraz szybciej na zachód. 130 dywizji radzieckich ruszyło do nowego natarcia, 
którego Wehrmacht powstrzymać nie był w stanie, choć Hitler przerzucił natychmiast z zachodu 5 i 6 armie 
pancerne i zagroził rozstrzelaniem każdemu, kto próbowałby zrobić krok w tył. Nie pomogły jednak i takie 
groźby. W kilka dni później opór niemiecki zamienił się w pospieszny odwrót, a na wielu odcinkach przybrał 
formę  panicznej   ucieczki.   25  stycznia   Hitler   otrzymał   meldunek,   który  donosił,   że   radzieckie   czołówki 
pancerne   zdołały   przejść   Odrę.   Brygada   pancerna   pułkownika   Gusakowskiego   dotarła   do   umocnień 
niemieckich   w   rejonie   Międzyrzecza   i   jako   pierwsza   jednostka   radziecka   osiągnęła   Odrę.   31   stycznia 
pancerniacy  generała   Bogdanowa   dotarli   do   Odry   pod   Kostrzyniem.   Przebywający  w   Berlinie   u   boku 
Hitlera  reichsleiter Bormann bał się przebudzić śpiącego führera, aby mu o tym zakomunikować. Jednostki 
niemieckie w Brandenburgii i na Pomorzu ogarniała panika, bowiem tempo marszu i ruchliwość oddziałów 
radzieckich były tak nadzwyczajne, iż spodziewano się ich uderzeń o każdym czasie i w każdym kierunku.

Więźniowie w Peenemünde pozbawieni byli dokładnych wiadomości o sytuacji na froncie, jednak i z 

niedomówień strażników, i z ogólnej atmosfery, i wreszcie z ruchliwości lotnictwa oraz marynarki domyślali 
się, że zachodzą ważne wydarzenia i że ofensywa radziecka, o której rozpoczęciu doszły ich wieści, święcić 
musi triumfy. Nikt jednak nie przypuszczał, że czołówki Armii Radzieckiej w końcu stycznia dojdą już do 
Pomorza Szczecińskiego. W sytuacji oriertowały się dobrze jedynie dowództwo bazy i komenda obozu. 
Pocieszano   tu   się   myślą   o   mającym   nastąpić   według   planu   generała   Guderiana   kontruderzeniu   z 
utrzymanego dotąd Pomorza. Guderian skoncentrował w rejonie Szczecina kilka armii, którymi zamierzał 
atakować na kierunku Stargardu, uderzając z północy w bok wojsk marszałka Żukowa. Nawet gdyby plan 
ten się nie udał, pocieszano się w Peenemünde, że szczecińskie odwody Grupy Armii  „Wisła”, powstałej 
między innymi z rozbitej już doszczętnie Grupy Armii  „Środek” feldmarszałka Modela, potrafią osłonić 
ujście Odry wraz z Wolinem i Uznam. Bazę wzmocniono o nowe jednostki lotnicze i morskie.

Gdy na pomorskim froncie, rozciągającym się od Gdańska do Stargardu, obaj przeciwnicy gotowali się 

do rozstrzygających starć, na lotnisku peenemündzkim panował ruch coraz większy, co szykujący się do 

background image

ucieczki więźniowie oceniali na ogół jako okoliczność dla nich sprzyjającą. Nerwowość czy nawet zamęt 
mogły im pomóc, lecz do nerwowości i zamętu było tu jeszcze daleko.

Gdy radzieckie oddziały sięgnęły Odry, szefowie ośrodka rakietowego w Peenemünde z von Braunem 

na czele zeszli się na bardzo poufną naradę. Zajęli się na niej szukaniem odpowiedzi na pytanie, co robić 
dalej.   W   tej   zasadniczej   teraz,   kwestii   Braun   otrzymał   dotąd   kilkanaście   rozmaitych   poleceń,   nawet 
rozkazów, między innymi również takie, aby pozostać na miejscu i bronić się do ostatniego czlowieka. 
Braun wyobraził sobie siebie samego jako „ostatniego człowieka”, co przyszło mu bez trudu. Na naradzie 
zdecydowano   się   na   demontaż   urządzeń   i   przygotowanie   ośrodka   do   przenosin   na   południe   Niemiec. 
Wszelako,   aby   nie   spotkać   się   z   zarzutem   defetyzmu,   polecono   czynić   to   na   razie   z   dyskrecją. 
Umundurowany   przez   SS   profesor   był   jednak   pewien,   że   Himmler   i   Hitler   poprą   w   końcu   zamysł 
„przeprowadzki”, nic przecież, co znajdowało się w bazie, nie mogło wpaść w ręce żołnierzy radzieckich.

Kierownicy  ośrodka   Luftwaffe   nie   mieli   aż   takich   kłopotów,   ponieważ   posiadane   przez   nich   tajne 

nowości lotnicze dawały się przenieść rzutem powietrznym na każde inne miejsce w ciągu jednego dnia. 
Prace trwały więc nadal. Co prawda Stahms, Graudenz i inni zapytywali się w duchu, czy ich działanie w 
obliczu nadciągającej klęski ma jeszcze jakiś sens, ale o klęsce Wielkich Niemiec nie wolno było bąknąć ni 
słówkiem.   Twierdzenie   führera   o   ostatecznym   zwycięstwie   pozostawało   nakazem,   jakim   należało   się 
kierować wszędzie i o każdej porze. Inaczej szło się na stryczek.

Sturmbannführer Baumgarten głosił właśnie przy każdej okazji swym podwładnym nadejście rychłego 

już triumfu, opracowując po cichu plan szybkiej likwidacji więźniów z chwilą ewakuacji obozu i rozglądając 
się   równocześnie   za   najlepszą   dla   siebie   drogą   ucieczki.   Aby   wieści   ze   świata   nie   obniżyły   poziomu 
dyscypliny   w   obozie,   a   tym   bardziej   nie   skłaniały   więźniów   ku   niestosownym   myślom   i   uczynkom, 
Baumgarten polecił wzmóc terror, co miało i to na celu, aby mniej wydajnych „podludzi” usuwać spośród 
żywych.

Tymczasem dziesięciu śmiałków czekało na sprzyjający moment. Przez parę pierwszych dni lutego 

padał obfity śnieg, potem zrobiło się jaśniej i cieplej, ale śnieg na lotnisku pozostał i należało oczyścić pasy 
startowe. Wczesnym rankiem 8 lutego 1945 roku grupka „lotniskowa” wyruszyła do tego zajęcia.

Dzień ten miał pozostać w pamięci Dewiatajewa na zawsze. I nie tylko w jego pamięci.
Pierwszy do dzieła przystąpił Sokołow. Udało mu się tak pokierować sprawą, że cała wtajemniczona w 

ucieczkę   siódemka   znalazła   się   w   jednej   dziesięcioosobowej   grupce,   uprzątającej   główny  pas   startowy. 
Niemcom zależało na pośpiechu i okutany w kożuch wachman pokrzykiwał na więźniów raz po raz, choć i 
bez tego pracowali szybko, gdyż ruch był ich jedyną obroną przed zimnem.

Dziesięć odzianych w pasiaste łachmany postaci krzątało się po zlodowaciałym betonie bez przerwy. 

Zadowolony z szybkiego tempa pracy strażnik, podniósłszy kołnierz, odwrócił się plecami do wiejącego od 
morza wichru i Dewiatajew mógł rozejrzeć się swobodnie po lotnisku. O kilkadziesiąt metrów dalej stał 
wysunięty przed linię okutanych w pokrowce maszyn samotny Heinkel. Przed chwilą właśnie odjechał spod 
niego samochód-cysterna, wyglądało więc na to, że samolot szykowano do lotu. Przez oszklenie kabiny 
widać było czyjąś głowę. Dewiatajew domyślił się, że to mechanik silnikowy. Ktoś inny z obsługi stanął na 
wprost oszklonego dziobu maszyny.

Kriwonogow przysunął się do lotnika.
— Ten dobry?
— Dobry — odrzekł Dewiatajew — ale Niemcy tam siedzą.
Po paru minutach jedno ze śmigieł drgnęło. Prychnąwszy parokrotnie silnik zaskoczył i zawarczał. 

Potem zagrał drugi. W tej chwili do  Heinkla  podjechała otwarta terenówka, wioząc trzech Niemców w 
mundurach lotniczych.

„Załoga — pomyślał Dewiatajew — a więc i tym razem nic z tego”.
Więźniowie   nadal   odgarniali   śnieg   i   skrobali   lód   na   betonie.   Dewiatajew   poruszał   łopatą,   nie 

spuszczając oka z samolotu. Nagle oba silniki zawyły basem i raptownie umilkły.  Mechanik wyszedł z 
kabiny   na   skrzydło,   zeskoczył   na   ziemię   i   zasalutował.   W   chwilę   potem   trzej   przybyli   powrócili   do 
samochodu i odjechali.

Dewiatajewowi wydało się, że śledzi film w zwolnionej projekcji. Co nastąpi teraz?...
Mechanicy, nie zabierając toreb narzędziowych, ruszyli w ślad za samochodem. Zostawili torby, co było 

zapowiedzią ich powrotu. Musiały nastąpić jakieś komplikacje z odlotem maszyny, nie sposób było określić 
jakie, ale sytuacja wydawała się pomyślna. Na Dewiatajewa skierowało się sześć par oczu.

Decydować miał on.
Lotnik poczuł, że serce bije mu gwałtownie. Czy zaryzykować teraz? Jeśli powie „tak”, a akcja się nie 

powiedzie, z całej dziesiątki nikt nie pozostanie żywy. Jeszcze raz dokonał błyskawicznej analizy sytuacji. 
Samochód   zniknął   za   hangarami,   mechanicy  oddalili   się   już   na   blisko   sto   metrów.   Ich   odejście   mogło 

background image

oznaczać jedynie to, że zaprojektowany start  Heinkla  nastąpi wprawdzie,  lecz nie wcześniej  niż za pół 
godziny, być może nawet za godzinę.

Im wystarczyłoby nawet pół godziny, nawet kwadrans...
Dewiatajew odetchnął ciężko. Bez słowa spojrzał na towarzyszy. Zrozumieli się wszyscy.
— Teraz!
Sokołow podbiegł do wachmana.
— Herr Scharführer auch lassen reinigen dort — powiedział swoją dziwaczną niemczyzną.
Miało to oznaczać, że starszy esesman, w którego dyspozycji znajdowała się grupa, polecił oczyścić 

schron wskazywany przez Sokołowa.

Hitlerowiec popatrzył na schron i doszedłszy do wniosku, że będzie w nim przytulniej niż na ostrym 

wietrze, bez słowa skinął głową.

Wachman nie założył tego dnia hełmu, lecz niewiele by mu to pomogło. Straszliwe uderzenie, jakie 

spadło   na   jego   głowę,   w   chwili   gdy   przekroczył   próg   schronu,   w   jednej   sekundzie   pozbawiło   go 
przytomności. W pół minuty później ze schronu wymaszerowało gęsiego dziewięciu więźniów, za którymi 
kroczył odziany w kożuch wartownika i z jego karabinem na plecach... Sokołow. Ciało esesmana, zasypane 
śniegiem, pozostało w schronie.

Teraz już nie było odwrotu.
Szli szybkim krokiem, nie widząc przed sobą niczego poza samolotem. Dewiatajew zasiadł w fotelu 

pilota,   mając  obok  siebie   Sokołowa  i  Kriwonogowa.   Reszta  pakowała  się,   gdzie  tylko  było  można.  W 
ciasnych kabinach z trudem starczyło miejsca dla wszystkich.

O zwykłej próbie silników nie mogło być mowy. Dewiatajew oczekiwał, że po próbie mechaników 

rozrusznik poradzi sobie łatwo z wałem silnika.

Rozrusznik jednak nie działał...
Lotnik poczuł, jak na czoło występuje mu lodowaty pot. Rzucił okiem za szybę kabiny: na lotnisku 

nadal panował spokój.

Stracono jednak już jedną cenną minutę. Stratą groziły dalsze. W sytuacji pełnej napięcia, kiedy lada 

chwila ich zamysł mógł być odkryty, niepodobna było sprawdzić, na czym polega uszkodzenie. Dewiatajew 
rozpaczliwym wzrokiem ogarniał swych towarzyszy. Milcząco wpatrują się w niego. Tak, teraz on, nikt inny 
tylko on może ich uratować. W jego rękach są ich losy. Lotnik patrzy bezradnie na martwy samolot, którego 
nie umie, nie potrafi ożywić. Przez głowę przebija jedna myśl: „akumulatory!”

Dewiatajew zerwał się z miejsca. Jeden rzut oka wystarczył. Skrzynka na akumulatory była pusta, a 

więc mectiauik wyniósł je z samolotu, Skąd teraz wziąć niezastąpione, bo jedyne, źródło siły zdolnej ożywić 
powietrznego olbrzyma?

— Akumulatory! — zduszonym nerwami głosem zawołał lotnik. — Dawajcie akumulatory!
Kriwonogow wraz z Niemczenką wyskoczyli z kabiny na ziemię. Potykając się, pobiegli, nie opodal 

stał wózek z całą baterią. Dziesiątki tylko metrów, ale czas pędził naprzód nieubłaganie. Dewiatajew zacisnął 
zęby, czuł wyraźnie, jak strach mąci mu umysł i wycieńcza mięśnie. Otarł dłonią czoło. Już nawet nie patrzył 
na współtowarzyszy.

Lotnisko pozostawało spokojne, nikt nie zjawiał się w pobliżu, to dobrze. Kriwonogow i Niemczenko 

powrócili, nareszcie!

Wskaźniki zarejestrowały momentalnie dopływ prądu. Pilot odczekał chwilę, zaczerpnął tchu. Lewy 

silnik zaskoczył pewnie, prawy zachował się bardziej krnąbrnie, ale i on począł działać. Trójpłatowe śmigła 
zamieniły się w błyszczące kręgi. Płynący spod nich huragan starł śnitg, obnażając szarość betonu.

Pilot  naciskał   dźwignię  gazu,  a  gdy  wskaźnik  obrotów  osiągnął  właściwy punkt,  zwolnił  hamulce. 

Samolotem szarpnęło,  ktoś stęknął, wgnieciony ciężarem napierających ciał  do metalowych  dźwigarów. 
Strzałka prędkościomierza drgnęła i podskoczyła naprzód. Maszyna biegła przed siebie coraz szybciej po 
pasie startowyrn, ciągnąc za sobą chmurę śnieżnego pyłu.

Prędkość była już wystarczająca, aby unieść ogon. Lecz cóż to znów? Ogon ani drgnie. Wlecze się 

nadal po ziemi, jakby przywiązano doń jakiś ciężar. Start chybiony, a tymczasem pas już się kończy, jeszcze 
trzysta metrów i — morze.

Dewiatajew   zawraca   bombowcem   z   fantazją   motocyklowego   akrobaty,   czując   jak   koniec   lewego 

skrzydła skrobie ziemię.

— Ster wysokości... Chyba zablokowany! Zobaczyć!  — Macha rozpaczliwie ręką. Widzi przed sobą 

budynki   lotniska,   a   obok  nich   rozbiegane   ruchliwe   figurki.   Niemcy  są   wprawdzie   jeszcze   daleko,   lecz 
wiedzą już o próbie ucieczki, a to wystarczy,  by za minutę  poderwały się w górę dyżurne myśliwce z 
wszystkich przybrzeżnych lotnisk.

Znów Kriwonogow na ziemi. Wyskoczywszy z biegnącej jeszcze po ziemi maszyny stanął na chwilę i 

background image

już dopadł usterzenia. Wszystko wydaje mu się w porządku: ustalaczy nie ma, ster powinien działać.

Dewiatajew   zakręca   ponownie   i   przystępuje   drugi   raz   do   rozbiegu.   Czyni   to   już   pod   ostrzałem 

karabinów.  Heinkel  posłusznie   toczy   się   przed   siebie,   nabierając   szybkości.   Pilot   znów   napiera   na 
sterownicę. Z całej siły. Gdy opór nie ustaje, pomaga mu osiem rąk.

Ogon unosi się...
Pełny gaz i wolant do siebie. Mając już samochody hitlerowców niemal tuż za ogonem, samolot odrywa 

się od ziemi. Pilot nie wytrzymuje go zbyt długo i ledwie pojawiają się pod nimi stalowe fale Bałtyku, idzie 
na wznoszenie. Wie, że Heinkel nie uratuje go szybkością, tę bombowiec rozwija mizerną: niewiele ponad 
400 kilometrów na godzinę. Jeśli dopadnie go pierwszy lepszy Messer, rozszarpie Heinkla na kawałki.

Cóż jednak hamowało ster wysokości? Pytanie to nie daje mu spokoju ani na chwilę. Wreszcie domyśla 

się:   trymer!   Ta   przeklęta   „klapka”   na   sterze   wysokości   nie   wybacza   pilotom,   gdy   o   niej   zapominają. 
Dewiatajew w nerwowym napięciu nie zwrócił uwagi na to, że trymer nastawiony był na lądowanie. Dlatego 
właśnie hamował działanie steru przy wznoszeniu. Teraz jeden ruch i sterownica chodzi już lekko.

„Drobnostka — myśli Dewiatajew — a mogła kosztować wiele...”
Mijały pierwsze chwile nerwowego napięcia. Jeszcze nie wierzyli, jeszcze myślą błądzili w niedawnej 

ponurej przeszłości. Któryś nerwowo nie wytrzymał. Buchnął płacz głośny, serdeczny, niepowstrzymany. 
Ktoś inny zaintonował pieśń. Podchwycili ją natychmiast. Śpiewali głośno, uroczyście, jak ludzie wolni. Po 
raz pierwszy od lat.

Zwycięstwo jednak jeszcze nie było zupełne.
Z kabiny Heinkla  widoczność jest dobra we wszystkich kierunkach, nietrudno więc było dostrzec na 

horyzoncie   ciemne   punkty.   Pierwsze   z   zaalarmowanych   myśliwców   ruszyły   już   w   pogoń.   Dewiatajew 
wiedział, że wyścig z nimi byłby wysiłkiem daremnym. Uratować ich przed pościgiem mogły tylko chmury, 
które rozciągały się na znacznej szerokości. Miał kurs północny, wprost na Szwecję, lecz nie tam chciał 
podążyć.

Chciał powrócić do swoich. Wielki pojedynek, jaki teraz stoczył z Luftwaffe, miał to właśnie na celu, 

aby powrócić do swoich i wraz z nimi walczyć dalej.

Dewiatajew zwiększył szybkość, idąc na spotkanie chmur. Jeszcze minuta, dwie... Heinkel 111 zanurzył 

się w szary tuman i stał się niewidzialny.

Można byłoby się dziwić, ale do uszu oberleutnanta Graudenza, siedzącego przecież w kancelarii tuż 

obok lotniska, ryk silników odlatującego Heinkla w ogóle nie dotarł. Sprawił to może kierunek wiatru albo 
też  zbyt  głośno   nastawiony radioodbiornik.  Mógł  zresztą  startować  któryś  z  samolotów   podpułkownika 
Stahmsa, a to Graudenza nic nie obchodziło. Wywyższającego się Stahmsa oberleutnant nie cierpiał. Tak 
więc   Graudenz   dowiedział   się   po   raz   pierwszy  o   utracie   samolotu   z   telefonu   kierownika   lotów,   który 
podniesionym głosem zapytywał o idiotę, jaki opuścił lotnisko wbrew wszelkim uznanym regułom. Tę wieść 
Graudenz poczytał za głupi dowcip, ale kiedy na własne oczy ujrzał puste stoisko, zdrętwiał. Któż zabrał 
Heinkla! Bez jego zezwolenia jakakolwiek maszyna nie mogła pokołować ani paru metrów.

W budynku kierownictwa lotów dowiedział się tyle, że Heinkla musiał pilotować jakiś szaleniec. To był 

kryminał nie start  — zauważył  ktoś głośno. Oberleutnant  sprawdził błyskawicznie stan jego grupy: nie 
brakowało nikogo. Mechanicy nie wiedzieli nic, a więc ktoś odleciał bez przygotowania samolotu?

Graudenz uczynił teraz, co mógł najlepszego. Połączywszy się z jednostką myśliwską w Greifswaldzie, 

poprosił   o   wysłanie   samolotów   w   pościg.   Obiecano   mu   coś   niecoś,   gdy  jednak   zażądano   informacji   o 
przypuszczalnym kursie Heinkla, Graudenz nazwyczajniej zamilkł.

W słuchawce telefonu pojawił się glos podpułkownika Stahmsa.
— Ciekaw jestem, jak się czuje oficer, któremu skradł ktoś samolot, co? Ja już będę wiedział, co z 

takim zrobić!...

Graudenz ostro przerwał ten potok słów.
— Pozwolę sobie zauważyć, herr oberstleutnant, że ani ja, ani moja jednoska nie podlegają panu. Ende!
Niezbyt wierząc w pomoc greifswaldzkich myśliwców, oberleutnant zdecydował się wysłać w pogoń 

własnego Ju-188. Wyleciał na nim leutnaut Hobohn. Po godzinie powrócił.

— Poza słońcem i rosyjskimi myśliwcami nie zobaczyłem nic.
Straciwszy ostatnią nadzieję, Graudenz połączył się przez specjalną linię z kompetentnym dla siebie 

sztabem lotnictwa taktycznego w Berlinie.

— W mojej grupie zdarzył się nadzwyczajny wypadek...
Meldunek złożony Berlinowi przyniósł taki skutek, że już po południu wezwano Graudenza do sądu 

wojennego w Greifswaldzie. Tu właśnie nadradca o przekrwionej twarzy i przerażająco zimnych oczach 
oznajmił badanemu, że marszałek Rzeszy, Hermann Göring, żąda głowy winnego.

—   Pan   jest   dowódcą   grupy.   Kwestia   odpowiedzialności   mogłaby   zostać   rozstrzygnięta   w   formie 

background image

jednoznacznej — cedził nadradca — Wypadałoby znaleźć jednak jakieś właściwe wyjście...

Graudenz zamienił się w słuch.
— Każdy samolot, jak wiem, ma swego mechanika, który, zgodnie z instrukcjami, odpowiada za stan 

samolotu; Heinkel nie powinien być gotów do lotu, skoro nie było takiego rozkazu. Tymczasem był gotowy i 
odleciał.

— Nie był przygotowany — zaprzeczył Graudenz. — Mechanik zrobił wszystko, co do niego należało.
— To już sprawdzi żandarmeria polowa — rzekł nadradca. — Jeśli jednak było tak, jak pan mówi, w 

jaki sposób samolot wyleciał?

— Nie wiem, doprawdy — Graudenz rozłożył ręce w geście bezradności. — To jest nie do pojęcia.
Na razie Graudenz otrzymał areszt domowy i zakaz wykonywania lotów. Ponurzy jak zimowa noc tajni 

żandarmi polowi już przystąpili do akcji, a dobrze było wiadomo, jak takie akcje się kończą.

Starszy  lejtenant   Dewiatajew   zadał   hitlerowskiej   Luftwaffe   najcięższy  cios   w   całej   swojej   karierze 

lotniczej. Cios sięgnął również oprawców z Karlshagen.

Wyjaśniło  się szybko,  że porwania  Heinkla  dokonali  zatrudnieni  na  lotnisku  więźniowie  radzieccy. 

Jeden   z   nich   musiał   być   wytrawnym   pilotem.   Graudenz   nie   bez   satysfakcji   zameldował   prowadzącym 
śledztwo oficerom, że to nie kto inny, a kierownictwo obozu skierowało do pracy na lotnisku właśnie lotnika, 
co   zadecydowało   o   powodzeniu   ucieczki.   Ono   więc   ponosiło   główną   winę.   Ciężki   ten   zarzut 
sturmbannführer   Baumgarten   odpierał   raptem  do   następnego   dnia,   starając   się   dowieść,   że   nikt   z   jego 
więźniów z lotnictwem nie miał nic wspólnego. Istotnie, według kart ewidencyjnych takiego nie było, lecz 
przybyli   w   trybie   alarmu   do   Karlshagen   spece   z   Sicherheitsdienstu   odkryli   prawdę   o  „nauczycielu 
Nikitence”.

Winnym blamażu SS wobec wojska uznano Baumgartena. Rozstał się też ze swym stanowiskiem w 

tempie błyskawicznym. Wywieziony z obozu pod strażą, przepadł bez śladu. Identyczny los spotkał paru 
jego kamratów.

W tym już czasie Michaił Dewiatajew wraz ze swymi towarzyszami przebywał wśród swoich. Lot nie 

był  łatwy.   Na dobrą  sprawę  lejtenant   poznawał  Heinkla  dopiero  teraz,  w  powietrzu,   a  szło  mu  to  tym 
trudniej,   że   pozbawiony   był   pomocy   nawigatora.   Drogowskazem   pozostawało   słońce,   ale   w   końcu 
wystarczyło mu ono, aby utrzymać właściwy kierunek lotu, na wschód! Oddaliwszy się od niemieckich 
brzegów na odległość, która wydała mu się bezpieczna, pilot wszedł w skręt, a potem wyrównał kurs. Nie 
mógł wiedzieć, że już tego dnia front na Pomorzu biegł w odległości nie większej niż sto kilometrów od 
wybrzeża i że następnego dnia, 9 lutego, ruszyć miała ku morzu zwycięska ofensywa wojsk radzieckich i 
polskich. Dewiatajewa dzieliło więc od wolności nie więcej niż pół godziny lotu.

Lecieli dłużej. W pewnej chwili zbliżył się do  Heinkla  jakiś  Messerschmitt, ale wkrótce się oddalił. 

Obłoki   stawały  się   coraz   rzadsze.   Ciemna   płaszczyzna   morza   poczęła   się   załamywać   na   południowym 
skraju. Tam był ląd i tam musieli na pewno być swoi. Lądowanie nastąpiło na Mazurach.

Za swój wielki wyczyn Michaił Dewiatajew otrzymał zaszczytny tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. 

Wkrótce po przylocie powrócił do Kazania. Został kapitanem żeglugi rzecznej.

Po   przeszło   dwudziestu   latach   znalazł   się   znów   w   Peenemünde,   zaproszony   tam   przez   władze 

Niemieckiej   Republiki   Demokratycznej   jako   gość   honorowy   na   uroczystość   odsłonięcia   obelisku 
upamiętniającego niezwykłą ucieczkę dziesięciu mężnych.