background image
background image

O książce

Wspaniała powieść o losach

dwojga

ludzi – skazanych na siebie, walczących o przetrwanie

i próbujących ujarzmić rodzące się zakazane uczucie

Dla

 Anny  Emerson,  trzydziestoletniej  nauczycielki  angielskiego,  życie  stało  się  przewidywalnym

pasmem  obowiązków.  Niespodziewanie  otrzymuje  propozycję  spędzenia  lata  na  jednej  z  wysepek  na
Malediwach. W rajskiej scenerii miałaby przygotować szesnastoletniego TJ. do zaległych egzaminów.

TJ.  Callahan

 przez  rok  walczył  z  chorobą  nowotworową.  woli  wraca  do  normalności  i  stara  się

nadrobić braki w nauce. ciaż po roku odosobnienia wcale nie ma na to ochoty.

Awionetka,  którą

 Anna

 i  T.J.  mają  dolecieć  na  miejsce,  rozbija  się  w  oceanie,  i  choć  udaje  się  im

dopłynąć do najbliższej wyspy, to okazuje się, że jest ona bezludna.

Z  początku  myślą

 tylko

 o  przetrwaniu.  Ale  dni  oczekiwania  na  pomoc  zmieniają  się  w  miesiące,

potem  w  lata…  A  wspólna  walka  o  przeżycie  i  strach  przed  nawrotem  choroby  zbliża  ich  o  wiele
bardziej, niż mogli przypuszczać. Przed Anną stoi wiele wyzwań, ale czy największym z nich nie będzie
życie z chłopcem, który staje się mężczyzną…?

background image
background image

TRACEY

GRAVIS GRAVES

Amerykańska

 pisarka

 mieszkająca  w  stanie  Iowa  z  mężem  i  dwójką  dzieci.  Prowadzi  błoga,  na

którym  w  zabawny,  inteligentny  i  barwny  sposób  komentuje  blaski  i  cienie  życia  na  przedmieściach
amerykańskiego  miasteczka.  Jej  debiutancka  powieść,

Na

 wyspie

,  przez

 dziewięć  tygodni  utrzymywała

się  na  liście  bestsellerów  „New  York  Timesa”,  przetłumaczono  ją  na  dwadzieścia  siedem  języków,
trwają też prace nad jej ekranizacją.

www.traceygarvisgraves.com

background image

Dla

Meiry

background image

ROZDZIAŁ​ 1

Anna

Czerwiec

2001

Miałam  trzydzieści

 lat,  gdy

 hydroplan,  którym  podróżowaliśmy  z  szesnastoletnim  T.J.  Callahanem,

roztrzaskał  się,  lądując  na  Oceanie  Indyjskim.  T.J.  miał  już  wówczas  za  sobą  trzymiesięczny  okres
remisji chłoniaka Hodgkina. Pilot o imieniu Mick zmarł, zanim jeszcze uderzyliśmy w wodę.

Mój  chłopak

 John

 odwiózł  mnie  na  lotnisko,  mimo  że  był  trzeci  na  mojej  liście  osób,  z  którymi

chciałabym  polecieć,  po  mamie  i  siostrze  Sarah.  Torowaliśmy  sobie  drogę  przez  tłum,  każde  z  nas
ciągnęło  dużą  walizkę  na  kółkach,  a  ja  zastanawiałam  się,  czy  tego  dnia  wszyscy  mieszkańcy
zdecydowali  się  dokądś  lecieć.  Gdy  wreszcie  dotarliśmy  do  stanowiska  US  Airways,  kontroler
uśmiechnął się, oznakował mój bagaż i podał mi kartę pokładową.

–  Dziękuję,

 panno

 Emerson.  Załatwiłem  dla  pani  wszystko  na  całej  trasie  przelotu  do  Male.  Życzę

bezpiecznej podróży.

Schowałam kartę pokładową

do

torebki i odwróciłam się do Johna, by się z nim pożegnać.

– Dziękuję, że

mnie

podrzuciłeś na lotnisko.

– Odprowadzę​ cię, Anno.
– Nie

musisz

– odparłam, kręcąc głową.

– Ale​ chcę – żachnął się.
Szliśmy, powłócząc nogami, w tłumie

wolno

posuwających się pasażerów. Przy bramce John zapytał:

– Jak

on

wygląda?

– Chudy​ i łysy.
Przeszukałam

spojrzeniem

tłoczących się ludzi i uśmiechnęłam się, gdy udało mi się wypatrzyć T.J.,

ponieważ jego głowę pokrywały już krótkie ciemne włosy. Pomachałam do niego, a on pozdrowił mnie
skinieniem głowy. Chłopak siedzący obok szturchnął go łokciem.

– Kim

jest

ten drugi dzieciak? – spytał John.

– Chyba

jego

przyjaciel, Ben.

Rozparci

 w  fotelach  w  swobodnych  pozach,  byli  ubrani  w  stylu,  który  najbardziej  odpowiadał

większości  szesnastolatków:  długie,  workowate  sportowe  szorty,  T-shirty  i  adidasy  z  rozwiązanymi
sznurowadłami. Granatowy plecak leżał na podłodze u stóp T.J.

–  Jesteś  pewna,  że

 chcesz

 to  zrobić?  –  spytał  John.  Wsadził  ręce  do  tylnych  kieszeni  spodni,

utkwiwszy spojrzenie w wytartej wykładzinie w sali odlotów.

Cóż,

jedno

z nas musi coś zrobić.

– Tak.
– Proszę,

nie

podejmuj ostatecznej decyzji do czasu powrotu.

Nie

zwróciłam uwagi na ironię w jego prośbie.

– Przecież​ obiecałam.

Ale

naprawdę wyjście było jedno. Po prostu zdecydowałam się zaczekać z tym do końca lata.

John

 objął  mnie  w  talii  i  pocałował.  Trwało  to  kilka  sekund  dłużej,  niż  powinno  w  miejscu

publicznym. Zażenowana, odsunęłam się. Kątem oka zauważyłam, że T.J. i Ben obserwują tę scenę.

– Kocham​ cię – powiedział John.
Skinęłam​ głową.

background image

– Wiem.
Zrezygnowany, podniósł moją torbę podręczną i zawiesił

mi

ją na ramieniu.

– Bezpiecznego lotu. Zadzwoń,

jak

już dotrzesz na miejsce.

– Dobrze.
Odszedł, a ja patrzyłam

za

 nim,  dopóki  nie  zniknął  w  tłumie,  po  czym  wygładziłam  przód  spódnicy

i podeszłam do chłopców. Spuścili wzrok, gdy się zbliżałam.

– Cześć, T.J. Świetnie wyglądasz. Jesteś gotów

do

podróży?

Nasze

oczy na moment się spotkały.

– Tak,​ jasne.
Przybrał

na

wadze i nie był już taki blady. Miał aparat na zębach, którego nie widziałam wcześniej,

i małą bliznę na podbródku.

– Cześć,

jestem

Anna – przedstawiłam się chłopcu siedzącemu obok T.J. – A ty zapewne Ben. Jak się

udała impreza?

Zerknął

speszony

na T.J.

– Eee,​ była w porządku.
Wyjęłam

telefon

komórkowy i sprawdziłam, która godzina.

– Zaraz wracam, T.J., chcę sprawdzić

nasz

lot.

Odchodząc, usłyszałam,

jak

Ben mówi:

– Chłopie,

twoja

niania to niezła lalunia.

– To

moja

korepetytorka, dupku.

Puściłam

 jego

 słowa  mimo  uszu.  Uczyłam  w  szkole  średniej  i  uważałam,  że  sporadyczne  uwagi  ze

strony chłopców w okresie dojrzewania, kiedy to buzują w nich hormony, są wliczone w zwykłe ryzyko
zawodowe.

Potwierdziłam,  że

 samolot

 odlatuje  zgodnie  z  rozkładem,  po  czym  wróciłam  i  usiadłam  w  pustym

fotelu obok T.J.

– Ben​ już poszedł?
– Tak,

jego

mama miała dość krążenia po lotnisku. Nie pozwolił jej przyjść tu z nami.

– Masz​ ochotę coś zjeść?
Pokręcił​ głową.
– Nie

jestem

głodny.

Siedzieliśmy  w  kłopotliwym  milczeniu,  dopóki

 nie

 nadeszła  pora  wejścia  na  pokład  samolotu.  T.J.

szedł za mną wąskim przejściem do naszych miejsc w pierwszej klasie.

– Chcesz usiąść

przy

oknie? – spytałam.

T.J.​ wzruszył ramionami.
– Jasne.​ Dzięki.
Odsunęłam się

na

bok i czekałam, aż usiądzie, a następnie usiadłam obok niego i zapięłam pas. Wyjął

z  plecaka  przenośny  odtwarzacz  CD  i  włożył  słuchawki,  dając  mi  w  ten  sposób  delikatnie  do
zrozumienia,  że  nie  jest  zainteresowany  rozmową.  Ja  wyjęłam  książkę,  pilot  wystartował  i  Chicago
zostało za nami.

*

Sytuacja

zaczęła się komplikować w Niemczech. Podróż z Chicago do Male – stolicy Malediwów –

powinna zająć osiemnaście godzin, ale mieliśmy opóźnienie, spędziliśmy bowiem cały dzień i pół nocy
na  lotnisku  we  Frankfurcie,  czekając,  aż  linie  lotnicze  zmienią  nam  trasę  z  powodu  jakichś  problemów
technicznych  i  złych  warunków  pogodowych.  W  związku  z  tym  nasz  pierwotny  plan  podróży  się
zdezaktualizował.  Siedzieliśmy  z  T.J.  na  twardych  plastikowych  krzesłach  do  trzeciej  nad  ranem,  gdy
wreszcie potwierdzono nasz kolejny lot. Potarł oczy.

Wskazałam

na

rząd pustych krzeseł.

background image

– Może​ się położysz?
– Nie,

nie

trzeba, dzięki – odrzekł, tłumiąc ziewnięcie.

– Wylatujemy

dopiero

za kilka godzin. Powinieneś spróbować się przespać.

– A ty

nie

jesteś zmęczona?

Byłam wykończona,

ale

prawdopodobnie T.J. potrzebował odpoczynku bardziej ode mnie.

– Nic

mi

nie jest – rzuciłam. – No, idź, połóż się.

– Jesteś​ pewna?
– Absolutnie.
–  Dobrze.  –  Uśmiechnął  się  słabo.  –  Dziękuję.  –  Wyciągnął  się

 na

 krzesłach  i  niemal  natychmiast

zasnął.

Gapiłam się

przez

okno, obserwując lądujące i startujące samoloty, ich czerwone światła mrugały na

nocnym  niebie.  W  hali  była  włączona  klimatyzacja  i  dostałam  gęsiej  skórki,  drżałam  z  zimna
w spódniczce i bluzce z krótkimi rękawami. Weszłam do toalety i przebrałam się w dżinsy i bluzę, które
spakowałam do podręcznej torby, po czym kupiłam sobie gorącą kawę. Usiadłam z powrotem obok T.J.,
otworzyłam książkę i zagłębiłam się w lekturze. Po upływie trzech godzin obudziłam go, gdy wywołano
nasz lot.

Po

 przylocie  do  Sri  Lanki  mieliśmy  jeszcze  większe  opóźnienie  –  tym  razem  z  powodu  braku

personelu  latającego  –  i  gdy  wylądowaliśmy  na  lotnisku  w  Male  na  Malediwach,  skąd  dzieliły  nas
jeszcze dwie godziny podróży hydroplanem do wynajętego przez Callahanów letniego domu, nie spałam
już  od  trzydziestu  godzin.  Czułam  pulsujący  ból  w  skroniach,  oczy  mnie  piekły,  jakbym  miała  w  nich
piasek. Gdy mi powiedziano, że nie ma dla nas rezerwacji, omal się nie rozpłakałam.

– Ale przecież

mam

numer potwierdzenia – powiedziałam do kontrolera, przesuwając w jego stronę

po kontuarze skrawek papieru. – Uaktualniłam rezerwację przed wylotem ze Sri Lanki. Dwa miejsca. T.J.
Callahan i Anna Emerson. Może pan sprawdzić jeszcze raz?

Kontroler

sprawdził w komputerze.

–  Przykro

 mi

 –  odrzekł.  –  Waszych  nazwisk  nie  ma  na  liście  pasażerów.  Wszystkie  miejsca

w hydroplanie są zajęte.

– A kiedy​ będzie następny lot?
–  Wkrótce  się  ściemni.

 Hydroplany

 nie  latają  po  zachodzie  słońca.  –  Widząc  moją  zbolałą  minę,

popatrzył na mnie ze współczuciem, postukał w klawiaturę i podniósł słuchawkę. – Zobaczę, co da się
zrobić.

– Dziękuję.
T.J. i ja weszliśmy

do

małego sklepiku, gdzie kupiłam dwie butelki wody.

– Chcesz​ jedną? – spytałam.
– Nie,​ dzięki.
– Schowaj ją

do

plecaka – zaproponowałam, podając mu butelkę. – Może przydać ci się później.

Znalazłam  w  torebce

 flakonik

 tylenolu,  wytrząsnęłam  dwie  tabletki  na  dłoń  i  popiłam  je  odrobiną

wody.  Usiedliśmy  na  ławce  i  zadzwoniłam  do  Jane,  matki  T.J.,  uprzedzając  ją,  że  może  się  nas
spodziewać dopiero rano.

– Istnieje szansa, że coś

dla

nas znajdą, ale nie sądzę, że wylecimy dziś wieczorem. Hydroplany nie

latają, gdy zapadnie ciemność, zanosi się więc na to, że spędzimy noc na lotnisku.

– Strasznie

mi

przykro, Anno. Musisz być wykończona – powiedziała.

– Wszystko w porządku, naprawdę.

Jutro

z pewnością uda nam się dotrzeć na miejsce. – Zasłoniłam

telefon dłonią. – Chcesz porozmawiać z mamą? – T.J. skrzywił się, kręcąc głową.

Zauważyłam, że

kontroler

przywołuje mnie skinieniem. Uśmiechał się.

– Jane, posłuchaj,

chyba

uda nam się… – W tym momencie moja komórka straciła zasięg. Schowałam

ją do torebki i podeszłam do stanowiska kontrolera, wstrzymując oddech.

background image

–  Jeden  z  czarterowych  pilotów  może  zabrać

 was

 dzisiaj  na  wyspę  –  oznajmił.  –  Pasażerowie,

których miał zabrać, przylecą z opóźnieniem, są jeszcze w Sri Lance i dotrą tutaj dopiero jutro rano.

Odetchnęłam​ z ulgą i uśmiechnęłam się.
– To

cudownie. Bardzo

dziękuję, że znalazł pan dla nas lot. Naprawdę jestem ogromnie wdzięczna. –

Spróbowałam  jeszcze  raz  zadzwonić  do  rodziców  T.J.,  ale  nie  zdołałam  się  z  nimi  połączyć.  Miałam
nadzieję, że mi się to uda po przylocie na wyspę. – Jesteś gotów, T.J.?

– Tak​ – odpowiedział, biorąc plecak.

Minibus

 podrzucił  nas  do  terminalu  powietrznych  taksówek.  Kontroler  sprawdził  nasze  dokumenty

i wyszliśmy na zewnątrz.

Klimat

 na  Malediwach  przypominał  łaźnię  parową  w  mojej  siłowni.  Natychmiast  na  czole  i  karku

pojawiły  mi  się  krople  potu.  Powietrze  było  tak  wilgotne,  że  dżinsy  i  bluza  przykleiły  mi  się  do  ciała.
Żałowałam, że nie przebrałam się z powrotem w coś lżejszego.

Czy

tu jest tak parno przez cały czas?

Pracownik

lotniska stał na nabrzeżu obok hydroplanu kołyszącego się łagodnie na wodzie. Przywołał

nas  gestem  dłoni.  Gdy  podeszliśmy,  otworzył  drzwi,  a  my  schyliliśmy  głowy  i  weszliśmy  na  pokład
hydroplanu. Pilot, który siedział już w swoim fotelu, uśmiechnął się z ustami pełnymi cheeseburgera.

– Cześć,

jestem

Mick. – Skończył przeżuwać i połknął. – Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko

temu, że dokończę mój obiad. – Był mężczyzną mocno po pięćdziesiątce, tak grubym, że ledwie mieścił
się  w  fotelu.  Miał  na  sobie  szorty  bojówki  i  największy,  nierówno  ufarbowany  T-shirt,  jaki  w  życiu
widziałam.  Jego  stopy  były  bose,  na  czole  i  nad  górną  wargą  perlił  mu  się  pot.  Zjadł  ostatni  kęs
cheeseburgera i wytarł twarz serwetką.

– Jestem Anna, a to T.J. – Uśmiechnęłam się i podałam

mu

rękę. – Jasne, że nie mamy nic przeciwko.

Twin

otter DHC-6 mógł zabrać dziesięciu pasażerów i cuchnął paliwem lotniczym i stęchlizną. T.J.

zapiął  pas  i  wyjrzał  przez  okno.  Usiadłam  po  drugiej  stronie  przejścia,  wsunęłam  torebkę  i  bagaż
podręczny  pod  fotel  i  potarłam  oczy.  Mick  uruchomił  silniki.  Jego  głos  utonął  w  ich  warkocie,  ale  gdy
odwrócił się do mnie profilem, widziałam, że wargi mu się poruszają, gdy komunikował się z kimś przez
radio. Wyprowadził hydroplan od nabrzeża, nabrał prędkości i znaleźliśmy się w powietrzu.

Przeklinałam  moją  nieumiejętność

 spania

 w  samolotach.  Zawsze  zazdrościłam  tym,  których  sen

morzył  w  chwili,  gdy  samolot  odrywał  się  od  ziemi,  i  budzili  się,  dopiero  kiedy  koła  dotknęły  znowu
pasa startowego. Próbowałam się zdrzemnąć, ale światło słoneczne wlewało się przez okna hydroplanu
i mój zdezorientowany zegar biologiczny nie pozwalał mi zasnąć. Gdy się poddałam i otworzyłam oczy,
zauważyłam, że T.J. mi się przygląda. Jego mina i rumieniec na mojej twarzy wskazywały na to, że oboje
poczuliśmy się zakłopotani. Odwrócił się, wsunął plecak pod głowę i po kilku minutach zasnął.

Niespokojna, odpięłam

pas

bezpieczeństwa i podeszłam do Micka, by spytać go, za ile mniej więcej

wylądujemy.

– Za jakąś godzinkę. – Wskazał

mi

fotel drugiego pilota. – Usiądź, jeśli masz ochotę.

Usiadłam  i  zapięłam  pas.  Osłaniając

 oczy

 od  słońca,  chłonęłam  widok  zapierający  dech  w  piersi.

Niebo nad nami było błękitne i bez jednej chmurki. Ocean Indyjski pod nami miał przepiękną turkusową
barwę.

Mick

potarł pięścią pierś i sięgnął po fiolkę środków neutralizujących kwas żołądkowy. Włożył jedną

tabletkę do ust.

– Zgaga.

Nie

powinienem jeść cheeseburgerów. Ale są znacznie smaczniejsze od tej cholernej sałaty.

Roześmiał się, a ja pokiwałam

ze

zrozumieniem głową.

– Skąd​ jesteście?
– Z Chicago.
– A co

robisz

tam, w Chicago? – Włożył do ust kolejną tabletkę.

– Uczę

angielskiego

w dziesiątej klasie.

background image

– Ach,

letnie

wakacje.

– Cóż,

nie

dla mnie. Zwykle w lecie udzielam prywatnych korepetycji uczniom. – Wskazałam na T.J.

–  Jego  rodzice  zatrudnili  mnie,  bym  pomogła  mu  nadrobić  zaległości  w  szkole.  Chorował  na  chłoniaka
Hodgkina i opuścił mnóstwo zajęć.

– Tak myślałem, że jesteś

za

młoda na jego matkę.

Uśmiechnęłam​ się.
– Jego

rodzice

i siostry polecieli na wyspę już kilka dni temu.

Nie

 mogłam  wyjechać  razem  z  Callahanami,  ponieważ  szkoła  publiczna,  w  której  uczyłam,

rozpoczynała  letnie  wakacje  kilka  dni  później  niż  prywatna  szkoła  T.J.  Gdy  się  o  tym  dowiedział,
przekonał  rodziców,  by  pozwolili  mu  zostać  w  Chicago  na  weekend  i  polecieć  razem  ze  mną.  Jane
Callahan zadzwoniła do mnie, by spytać, czy się na to zgodzę.

–  Jego

 przyjaciel

 Ben  organizuje  imprezę  i  T.J.  bardzo  chciałby  na  nią  pójść.  Jesteś  pewna,  że  nie

masz nic przeciwko temu? – spytała.

– Nic a nic – odrzekłam. – Dzięki

temu

będziemy mieli okazję, by się poznać.

Spotkałam

T.J. tylko

raz, gdy odbywałam rozmowę z jego rodzicami. Niewątpliwie muszę uzbroić się

w  cierpliwość,  nie  od  razu  przekonam  go  do  siebie;  zawsze  działo  się  tak,  kiedy  zaczynałam  pracę
z nowym uczniem, zwłaszcza z nastolatkiem.

Głos

Micka

przerwał moje rozmyślania.

– Jak długo

tam

będziecie?

– Przez całe lato. Wynajęli

dom

na wyspie.

– To znaczy, że chłopak

czuje

się już dobrze?

– Tak.

Jego

rodzice mówili, że przez jakiś czas był bardzo chory, ale kilka miesięcy temu nastąpiła

remisja.

– Piękna

lokalizacja

jak na letnią pracę.

Uśmiechnęłam​ się szeroko.
– Znacznie

sympatyczniejsza

od biblioteki.

Przez

chwilę lecieliśmy w milczeniu.

– Naprawdę

jest

tutaj tysiąc dwieście wysp? – spytałam. Doliczyłam się na razie trzech czy czterech,

rozproszonych na wodzie niczym ogromne elementy układanki. Czekałam na jego odpowiedź. – Mick?

–  Słucham?

 Ach,  tak,  plus

 minus.  Tylko  około  dwustu  jest  zamieszkanych,  ale  spodziewam  się,  że

przy  obecnym  tempie  rozwoju  to  się  zmieni.  Co  miesiąc  otwierają  nowy  hotel  lub  ośrodek
wypoczynkowy. – Zachichotał. – Każdy chce mieć swój kawałek raju.

Potarł

znowu

pierś i zdjął lewą rękę z wolantu, wyciągając ją przed siebie. Dostrzegłam, że krzywi

się z bólu, na jego czole perlił się pot.

– Dobrze​ się czujesz?
– Nic

mi

nie jest. Po prostu nigdy nie miałem tak silnej zgagi. – Włożył do ust dwie kolejne tabletki

alkalizujące i wyrzucił opakowanie.

Poczułam się

bardzo

nieswojo.

–  Chcesz,  żebym  kogoś  wezwała?  Jeśli

 mi

 pokażesz,  jak  się  obsługuje  radio,  mogę  to  zrobić  za

ciebie.

– Nie,

zaraz

leki zaczną działać i będzie dobrze. – Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się do mnie. –

Ale dziękuję za troskę.

Przez

chwilę wyglądało na to, że faktycznie jest lepiej, ale po dziesięciu minutach Mick zdjął prawą

rękę z wolantu i potarł lewe ramię. Pot spływał mu po policzkach, oddychał płytko, wiercił się w fotelu,
jak gdyby nie mógł znaleźć wygodnej pozycji. Mój niepokój przerodził się w panikę.

T.J.​ obudził się.
–  Anno!  –  zawołał  głośno,  żebym  usłyszała

 go

 przez  warkot  silników.  Obejrzałam  się.  –  Czy  już

background image

dolatujemy?

Odpięłam

 pas

 i  przeszłam,  by  usiąść  z  powrotem  obok  T.J.  Nie  chcąc  krzyczeć,  przyciągnęłam  go

bliżej i powiedziałam:

– Posłuchaj,

jestem

całkiem pewna, że Mick ma zawał. Odczuwa ból w klatce piersiowej i wygląda

okropnie, ale utrzymuje, że to zgaga.

– Co​ takiego?! Mówisz poważnie?
Skinęłam​ głową.
– Mój

ojciec

przeżył rozległy zawał w zeszłym roku, więc znam objawy. Myślę, że boi się przyznać,

że źle się czuje.

– A co będzie z nami?

Czy

może dalej pilotować samolot?

– Nie

mam

pojęcia.

Podeszliśmy z T.J.

do

Micka, który przyciskał obie pięści do piersi, a oczy miał zamknięte. Hełmofon

mu się przekrzywił, twarz poszarzała.

Ogarnięta

panicznym

przerażeniem przykucnęłam obok jego fotela.

– Mick – ponagliłam go. –

Musimy

wezwać pomoc.

Skinął​ głową.
– Najpierw

zamierzam

wodować, a potem któreś z was będzie musiało zastąpić mnie przy radiostacji

–  wykrztusił  z  trudem.  –  Włóżcie  kamizelki  ratunkowe.  Są  w  schowku  obok  drzwi.  Potem  usiądźcie  na
swoich miejscach i zapnijcie pasy. – Skrzywił się z bólu. – Szybciej!

Serce

 tłukło  mi  się  w  piersi  jak  szalone,  czułam  nagły  przypływ  adrenaliny.  Przeszliśmy  szybko  do

schowka i przetrząsnęliśmy go.

– Dlaczego

musimy

włożyć kamizelki ratunkowe, Anno? Przecież ten samolot ma pływaki, prawda?

Mick

obawia się, że nie zdąży nas wodować? – przemknęło mi przez głowę.

–  Nie​  wiem,  może  taka  jest  procedura  operacyjna.  Wodujemy  pośrodku  oceanu.  –  Znalazłam

kamizelki  ratunkowe,  wciśnięte  między  pojemnik  w  kształcie  cylindra  z  napisem  TRATWA
RATUNKOWA  a  kilka  koców.  –  Proszę.  –  Podałam  T.J.  jedną  kamizelkę  i  sama  włożyłam  drugą.
Usiedliśmy  i  zapięliśmy  pasy,  ręce  trzęsły  mi  się  tak  okropnie,  że  udało  mi  się  to  dopiero  za  trzecim
razem.  –  Jeśli  on  straci  przytomność,  będę  musiała  natychmiast  zacząć  resuscytację  krążeniowo-
oddechową. Ty zajmiesz się radiostacją, dobrze?

T.J.​ skinął głową, oczy miał szeroko otwarte.
– Dobrze,​ potrafię to zrobić.
Zacisnęłam​  dłonie  na  oparciach  fotela  i  patrzyłam  przez  okno  na  zbliżającą  się  rozkołysaną

powierzchnię  oceanu.  Ale  zamiast  zwolnić,  nabieraliśmy  szybkości,  opadając  pod  ostrym  kątem.
Zerknęłam  na  Micka.  Osunął  się  na  wolant,  nie  poruszał  się.  Odpięłam  pas  i  rzuciłam  się  przejściem
w jego stronę.

– Anno!​ – krzyknął T.J. Rąbek mojej bluzy wyślizgnął mu się z palców.
Zanim​  zdążyłam  dotrzeć  do  Micka,  ten  gwałtownie  odchylił  się  do  tyłu  w  fotelu,  gdy  nastąpił  silny

paroksyzm  bólu.  Nos  hydroplanu  ostro  poderwał  się  do  góry,  uderzyliśmy  w  wodę  najpierw  ogonem
i podskakiwaliśmy zygzakiem po falach. Czubek jednego skrzydła zawadził o wodę i niesterowany przez
nikogo samolot kilkakrotnie przekoziołkował.

Siła​ uderzenia zbiła mnie z nóg, jak gdyby ktoś obwiązał mi kostki linką i mocno szarpnął. Moje uszy

wypełnił brzęk tłuczonego szkła, poczułam, że lecę, następnie przeszył mnie ostry ból, gdy hydroplan się
rozpadł.

Pogrążyłam​ się w oceanie, słona woda wdarła mi się do gardła. Byłam kompletnie zdezorientowana,

kiedy  kamizelka  ratunkowa  wynosiła  mnie  powoli  do  góry.  Gdy  głowa  znalazła  się  na  powierzchni,
rozkasłałam się gwałtownie, próbując pozbyć się wody z płuc i nabrać powietrza.

T.J.!​ O mój Boże, gdzie jest T.J.?

background image

Wyobrażając​  sobie,  że  siedzi  uwięziony  w  swoim  fotelu  i  nie  może  odpiąć  pasa,  gorączkowo

przeszukiwałam  wodę  spojrzeniem;  mrużyłam  oczy  w  słońcu  i  wykrzykiwałam  jego  imię.  Gdy
pomyślałam, że z pewnością utonął, chłopiec wynurzył się, krztusząc się i dławiąc.

Popłynęłam​ w jego stronę, czując w ustach smak krwi, a w głowie taki rwący ból, jakby miała mi za

chwilę pęknąć. Gdy dotarłam do T.J., chwyciłam go za rękę i chciałam mu powiedzieć, jak bardzo jestem
szczęśliwa, że zdołał wyjść cało z opresji, ale słowa uwięzły mi w gardle i zaczęłam zapadać w nicość.

T.J.​  krzyczał  na  mnie,  żebym  się  obudziła.  Pamiętam  wysokie  fale,  pamiętam,  jak  znowu  krztusiłam

się wodą, a potem już nic.

background image

ROZDZIAŁ​ 2

T.J.

Woda​  kłębiła  się  wokół  mnie,  wdzierała  się  do  nosa,  do  gardła,  zalewała  oczy.  Krztusiłem  się,  nie

mogłem  oddychać.  Anna  płynęła  do  mnie,  płacząc  i  krzycząc,  krew  spływała  jej  po  twarzy.  Chwyciła
mnie  za  rękę  i  próbowała  coś  powiedzieć,  ale  z  jej  ust  wydobywał  się  tak  niewyraźny  bełkot,  że  nie
mogłem  niczego  zrozumieć.  Głowa  opadła  jej  bezwładnie,  twarz  zniknęła  pod  wodą.  Chwyciłem  ją  za
włosy i podciągnąłem do góry.

– Obudź​ się, Anno, obudź się!
Fale​  były  bardzo  wysokie  i  mocno  nami  huśtały;  w  obawie,  że  zostaniemy  rozdzieleni,  wsunąłem

prawą rękę pod pasek kamizelki ratunkowej Anny i przywarłem do niej. Podniosłem jej głowę.

– Anno,​ Anno!
O Boże!​ Wciąż nie otwierała oczu i nie reagowała na moje słowa, wsunąłem więc drugą rękę pod jej

kamizelkę i przewróciłem się na plecy w taki sposób, że Anna leżała na mojej piersi.

Prąd​ znosił nas coraz dalej od szczątków hydroplanu. Jego fragmenty znikały pod wodą, niedługo nie

pozostanie po nim śladu. Próbowałem nie myśleć o Micku, przypiętym pasem w fotelu.

Unosiłem​ się na wodzie, oszołomiony, serce tłukło mi się w piersi jak spłoszony ptak. Otaczały mnie

rozkołysane fale, usiłowałem utrzymać nasze głowy nad powierzchnią wody i starałem się ze wszystkich
sił nie panikować.

Czy​ wiedzą, że się rozbiliśmy? Czy namierzają nas radarem?
Może​ nie, ponieważ pomoc się nie zjawiała.
Niebo​  pociemniało  i  słońce  zaszło.  Anna  coś  mamrotała.  Myślałem,  że  zaczyna  odzyskiwać

przytomność,  ale  jej  ciało  przeszył  dreszcz  i  zwymiotowała  na  mnie.  Fale  zmyły  wymiociny,  ale  Anna
dygotała,  więc  przycisnąłem  ją  do  siebie  mocniej,  próbując  ogrzać  ją  własnym  ciałem.  Mnie  również
było  zimno,  mimo  że  tuż  po  katastrofie  woda  wydawała  się  ciepła.  Księżyc  nie  świecił  i  ledwie
dostrzegałem powierzchnię otaczającej nas wody, teraz już czarnej, nie turkusowej.

Niepokoiłem​ się z powodu rekinów. Uwolniłem jedną rękę i wsunąłem dłoń pod brodę Anny, unosząc

jej  głowę  z  mojej  piersi.  Wyczułem  coś  ciepłego  poniżej  szyi,  tam,  gdzie  spoczywała  jej  głowa.  Czy
wciąż  krwawiła?  Próbowałem  ją  ocucić,  ale  reagowała  tylko  wtedy,  gdy  poklepywałem  ją  po  twarzy.
Nie  mówiła,  tylko  jęczała.  Nie  chciałem  sprawić  jej  bólu,  ale  musiałem  wiedzieć,  czy  żyje.  Nie
poruszała  się  od  długiego  czasu,  co  mnie  przeraziło,  ale  w  tym  momencie  ponownie  zwymiotowała,
wstrząsana dreszczami w moich ramionach.

Usiłowałem​  zachować  spokój,  robiąc  powoli  wdechy  i  wydechy.  Łatwiej  radziłem  sobie  z  falami,

leżąc na wodzie na plecach z przytuloną do mnie Anną, dałem się unosić prądowi. Hydroplany nie latają
w nocy, ale z pewnością po wschodzie słońca pomoc nadejdzie. Do tego czasu ktoś już zda sobie sprawę,
że się rozbiliśmy.

Moi​ rodzice nawet nie wiedzą, że byliśmy na pokładzie tego hydroplanu.
Mijały​ godziny, a ja na szczęście nie zauważyłem rekinów. Może tam były, tylko po prostu o nich nie

wiedziałem.  Wyczerpany,  zdrzemnąłem  się  przez  chwilę,  przestałem  walczyć,  by  utrzymać  nogi  na
powierzchni,  i  pozwoliłem,  by  luźno  zwisły.  Starałem  się  nie  myśleć  o  rekinach,  które  mogły  krążyć
wokół nas.

Gdy​ znowu potrząsnąłem Anną, nie zareagowała. Wydawało mi się, że czuję, jak jej piersi unoszą się

i opadają w oddechu, ale nie byłem pewien. Rozległ się głośny plusk i gwałtownie przyjąłem pionową
pozycję. Gdy głowa Anny opadła bezwładnie, przyciągnąłem ją z powrotem ku sobie. Niemal rytmiczne
pluskanie nie ustawało. Okręciłem się, wyobrażając sobie nie jednego rekina, lecz pięć, może dziesięć,
całe  stado.  Coś  sterczało  z  wody  i  po  sekundzie  zorientowałem  się,  co  to  jest.  Fale  rozbijały  się
z pluskiem o rafę otaczającą wyspę.

background image

Nigdy​  w  życiu  nie  czułem  tak  ogromnej  ulgi,  nawet  wtedy,  gdy  lekarz  powiedział  mi,  że  terapia

w końcu poskutkowała i objawy raka ustąpiły.

Prąd​ zniósł nas bliżej wyspy, ale nie płynęliśmy prosto ku niej. Jeśli czegoś nie zrobię, miniemy ją.
Nie​  mogłem  pracować  rękami,  ponieważ  wciąż  były  uwięzione  pod  paskami  kamizelki  ratunkowej

Anny,  pozostałem  więc  na  plecach  i  machałem  nogami.  Zgubiłem  buty,  ale  kompletnie  się  tym  nie
przejąłem. Powinienem był je zrzucić parę godzin temu.

Od​  lądu  dzieliło  nas  w  dalszym  ciągu  jakieś  pięćdziesiąt  metrów.  Ponieważ  ciągle  nas  znosiło,  nie

miałem  wyboru,  musiałem  uwolnić  jedną  rękę  i  płynąłem  na  boku,  ciągnąc  Annę;  jej  twarz  znikała  co
chwila pod wodą.

Podniosłem​  głowę.  Byliśmy  blisko.  Pracując  rozpaczliwie  nogami  i  mając  uczucie,  że  za  chwilę

rozerwie mi płuca, płynąłem, na ile starczało mi sił.

Dotarliśmy​  do  spokojnych  wód  laguny  za  rafą  koralową,  nie  przestawałem  jednak  płynąć,  dopóki

moje  stopy  nie  dotknęły  piaszczystego  dna  oceanu.  Udało  mi  się  wyciągnąć  Annę  na  brzeg,  po  czym
opadłem na piasek obok niej.

*

Obudziły​ mnie palące promienie słońca. Zesztywniały i obolały, widziałem na jedno oko. Usiadłem

i zdjąłem kamizelkę ratunkową, a następnie spojrzałem na Annę. Twarz miała opuchniętą i posiniaczoną,
na czole i policzkach – skaleczenia. Leżała bez ruchu.

Serce​  waliło  mi  w  piersi  jak  oszalałe,  ale  zdołałem  wyciągnąć  rękę  i  dotknąć  jej  szyi.  Była  ciepła

i  odetchnąłem  z  ogromną  ulgą  po  raz  drugi,  gdy  wyczułem  pod  palcami  puls.  Żyła,  ale  nie  miałem
zielonego pojęcia o urazach głowy poza tym, że prawdopodobnie jakichś doznała. A jeśli się nigdy nie
obudzi?

Potrząsnąłem​ nią delikatnie.
– Anno,​ słyszysz mnie?
Nie​ zareagowała, więc potrząsnąłem jeszcze raz.
Czekałem,​ by otworzyła oczy. Były niezwykłe – duże, szaroniebieskie. To właśnie na nie zwróciłem

uwagę, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Przyszła do moich rodziców na rozmowę w sprawie pracy.
Czułem się zakłopotany, ponieważ była piękna, a ja wychudzony, łysy i wyglądałem okropnie.

No,​ Anno, chcę zobaczyć twoje oczy.
Szarpnąłem​ ją trochę mocniej i dopiero gdy je w końcu otworzyła, zacząłem normalnie oddychać.

background image

ROZDZIAŁ​ 3

Anna

Nade​ mną unosiły się dwie niewyraźne postaci T.J. i dopóty mrugałam, dopóki nie zlały się w jedną.

Chłopiec miał na twarzy kilka skaleczeń, jedno oko kompletnie zapuchnięte.

– Gdzie​ jesteśmy? – spytałam ochrypłym głosem, w ustach czułam słony smak.
– Nie​ wiem. Na jakiejś wyspie.
– A co​ z Mickiem?
T.J.​ pokręcił głową.
– Szczątki​ samolotu szybko zatonęły.
– Niczego​ nie pamiętam.
– Straciłaś​ w wodzie przytomność i nie mogłem cię ocucić. Myślałem, że umarłaś.
Strasznie​  bolała  mnie  głowa.  Dotknęłam  czoła  i  skrzywiłam  się,  gdy  palce  natrafiły  na  wielki  guz.

Coś lepkiego pokrywało z boku moją twarz.

– Czy​ ja krwawię?
T.J.​ pochylił się ku mnie i odgarnął mi włosy, szukając źródła krwawienia. Krzyknęłam głośno, gdy je

znalazł.

–  Przepraszam​  –  powiedział.  –  Rana  jest  głęboka,  ale  już  tak  bardzo  nie  krwawi.  Wyglądało  to

znacznie gorzej, gdy byliśmy w wodzie.

Przerażenie​ rozlało się falą po moim ciele.
– Były​ tam rekiny?
– Nie​ mam pojęcia. Nie widziałem żadnego, ale obawiałem się, że mogą być.
Wzięłam​  głęboki  oddech  i  usiadłam.  Plaża  wirowała  mi  przed  oczami.  Oparłam  dłonie  płasko  na

piasku i zbierałam siły, dopóki nie minęły najgorsze zawroty głowy.

– Jak​ się tu dostaliśmy? – spytałam.
–  Okręciłem​  ręce  paskami  twojej  kamizelki  ratunkowej  i  płynęliśmy  unoszeni  prądem,  aż  w  końcu

zobaczyłem brzeg. Potem wyciągnąłem cię na piasek.

Powoli​  docierało  do  mnie  to,  co  zrobił.  Spoglądałam  na  ocean  i  przez  minutę  się  nie  odzywałam.

Myślałam  o  tym,  co  mogłoby  się  stać,  gdyby  mnie  puścił  lub  gdyby  pojawiły  się  rekiny,  albo  jeśli  nie
natrafilibyśmy na wyspę.

– Dziękuję​ ci, T.J.
– Nie​ ma za co. – Patrzył mi przez chwilę prosto w oczy, po czym odwrócił wzrok.
– Jesteś​ ranny?
– Nic​ mi nie jest. Chyba uderzyłem twarzą o fotel przede mną.
Próbowałam​ wstać, ale nie zdołałam, tak mi się znowu zakręciło w głowie. T.J. pomógł mi po chwili,

podpierając mnie, i tym razem utrzymałam się na nogach. Rozpięłam kamizelkę ratunkową i pozwoliłam,
by opadła na piasek.

Odwróciłam​ się od brzegu i popatrzyłam w głąb lądu. Wyspa wyglądała tak, jak na obrazkach, które

widziałam  w  internecie,  tyle  że  nie  było  na  niej  luksusowych  hoteli  ani  domków  letniskowych.  Stałam
boso na nieskazitelnie czystym, białym piasku, miałkim jak cukier puder. Nie miałam pojęcia, co stało się
z moimi butami. Za plażą rozciągał się pas kwitnących krzewów i tropikalnej roślinności, a jeszcze dalej
były drzewa rosnące na tyle gęsto, że ich konary tworzyły zielony baldachim. Słońce, wysoko na niebie,
prażyło  niemiłosiernie.  Lekka  bryza  od  oceanu  nie  chłodziła  wystarczająco  mojego  coraz  bardziej
rozgrzanego ciała, pot spływał mi po twarzy. Ubrania przylgnęły do wilgotnej skóry.

– Muszę​ usiąść. – Żołądek podjeżdżał mi do gardła, myślałam, że zwymiotuję. T.J. usiadł obok mnie

i gdy wreszcie mdłości minęły, powiedziałam: – Nie martw się. Muszą wiedzieć, że się rozbiliśmy, i z
pewnością wyślą ekipę ratowniczą.

background image

– Masz​ jakiekolwiek pojęcie, gdzie jesteśmy? – spytał.
– Nie​ bardzo.
Zaczęłam​ rysować palcem na piasku.
– Wyspy​ tworzą łańcuch dwudziestu sześciu atoli, ciągnący się z północy na południe. Tam właśnie

się  kierowaliśmy.  –  Wskazałam  na  jeden  z  punktów,  które  zaznaczyłam.  Przesunęłam  palcem  po  piasku
i zatrzymałam go na innym. – To jest Male, skąd wystartowaliśmy. Jesteśmy chyba gdzieś tutaj, jeśli prąd
nie  zniósł  nas  na  wschód  lub  na  zachód.  Nie  wiem,  czy  Mick  trzymał  się  kursu  ani  czy  hydroplany
rejestrują program lotu i czy są namierzane przez radar.

– Moi​ rodzice muszą być przerażeni.
– Tak.​ – Rodzice T.J. bez wątpienia próbowali dodzwonić się do mnie na telefon komórkowy, który

prawdopodobnie spoczywał teraz gdzieś na dnie oceanu.

Czy​  powinniśmy  rozpalić  ognisko,  zasygnalizować  naszą  obecność?  Czy  nie  to  właśnie  robi

człowiek, gdy się zagubi? Rozpala ognisko, żeby dać znać, gdzie się znajduje?

Nie​ miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Moje umiejętności przetrwania ograniczały się do tego,

co  widziałam  w  telewizji  lub  przeczytałam  w  książkach.  Żadne  z  nas  nie  nosiło  okularów,  które
moglibyśmy wykorzystać do rozniecenia ognia, ustawiając soczewki pod odpowiednim kątem względem
słońca  i  skupiając  jego  promienie.  Nie  mieliśmy  też  krzemienia  ani  nic  stalowego.  Pozostawało
pocieranie  o  siebie  dwóch  kawałków  drewna,  ale  czy  nam  się  uda?  Może  nie  musimy  martwić  się
o ogień, przynajmniej na razie. Zobaczą nas, jeśli będą lecieli nisko, a my będziemy trzymali się blisko
plaży.

Próbowaliśmy​ zasygnalizować jakoś nasze wołanie o pomoc. Początkowo wydeptaliśmy napis SOS

na  piasku,  ale  doszliśmy  do  wniosku,  że  z  góry  nie  będzie  widoczny.  Potem  usiłowaliśmy  ułożyć  go
z liści, ale bryza morska rozwiewała je, zanim udało nam się utworzyć litery. W pobliżu nie było żadnych
większych  kamieni,  byśmy  mogli  przycisnąć  liście,  tylko  drobne  otoczaki  i  chyba  fragmenty  rafy
koralowej.  Ruch  sprawił,  że  zrobiło  się  nam  jeszcze  bardziej  gorąco,  ból  głowy  dokuczał  mi  silniej.
Poddaliśmy się i usiedliśmy.

Twarz​ paliła mnie od słońca, nogi i ręce T.J. spiekły się na czerwono. Wkrótce nie pozostało nam nic

innego,  jak  przenieść  się  z  plaży  i  ukryć  w  cieniu  palmy  kokosowej.  Na  ziemi  leżało  sporo  orzechów;
wiedziałam, że są wypełnione płynem. Tłukliśmy nimi o pień drzewa, ale nie udało nam się ich rozbić.

Pot​  spływał  mi  po  twarzy.  Zebrałam  włosy  na  czubku  głowy  i  przytrzymałam.  Obrzęknięty  język

i przesuszone usta utrudniały mi przełykanie.

– Pójdę​ się rozejrzeć – powiedział T.J. – Może jest tu gdzieś woda.
Nie​ minęło wiele czasu, gdy wrócił pod palmę kokosową, niosąc coś w dłoni.
– Wody​ nie zauważyłem, ale znalazłem to.
Owoc​ był zielony, wielkości grejpfruta, jego powierzchnię pokrywały kolczaste guzki.
– Co​ to jest? – spytałam.
– Nie​ mam pojęcia, ale może ma w środku płyn, tak jak orzechy kokosowe.
T.J.​ obrał owoc, oskubując go paznokciami. Cokolwiek to było, robaki dostały się tam pierwsze i T.J.

cisnął owoc na ziemię, po czym odrzucił go dalej kopnięciem.

– Znalazłem​ to pod drzewem – powiedział. – Na gałęziach jest ich mnóstwo, ale zbyt wysoko, bym

dosięgnął. Gdybyś zdołała stanąć mi na ramionach, strąciłabyś jakiś. Myślisz, że dasz radę iść?

Skinęłam​ głową.
– Jeśli​ będziemy szli powoli.
Przy​  drzewie  T.J.  przytrzymał  mnie  za  rękę  i  pomógł  wspiąć  się  na  swoje  ramiona.  Miałam  metr

sześćdziesiąt  pięć  wzrostu  i  ważyłam  pięćdziesiąt  pięć  kilo.  T.J.  był  przynajmniej  o  dziesięć
centymetrów ode mnie wyższy i ważył pewnie z piętnaście kilo więcej, ale chwiał się, próbując utrzymać
równowagę.  Sięgnęłam  najwyżej,  jak  mogłam,  wyciągając  palce  ku  owocowi.  Nie  udawało  mi  się  go

background image

schwycić,  uderzyłam  go  więc  pięścią.  Za  pierwszym  i  drugim  razem  nie  zdołałam  go  strącić,  zebrałam
się więc w sobie i walnęłam mocniej. Owoc w końcu spadł na ziemię. T.J. opuścił mnie ostrożnie.

– W dalszym​ ciągu nie wiem, co to jest – powiedział, gdy podniosłam zieloną kulę i podałam mu.
– To​ może być owoc chlebowca.
– Nigdy​ o nim nie słyszałem.
– Podobno​ smakuje jak chleb.
Po​  obraniu  jego  aromat  przypominał  zapach  gujawy.  Podzieliliśmy  owoc  na  pół  i  zaczęliśmy  go

wysysać,  sok  spływał  do  naszych  wysuszonych  ust.  Żuliśmy  i  połykaliśmy  drobne  kawałki.  Gumowata
konsystencja wskazywała prawdopodobnie na to, że owoc nie był jeszcze całkiem dojrzały, mimo to go
zjedliśmy.

– Dla​ mnie wcale nie smakuje jak chleb – zauważył T.J.
– Może​ ugotowany miałby lepszy smak.
Gdy​  skończyliśmy  jeść,  ponownie  wdrapałam  się  na  ramiona  T.J.  i  strąciłam  dwa  kolejne  owoce,

które natychmiast pochłonęliśmy. Potem wróciliśmy pod palmę kokosową, usiedliśmy i czekaliśmy.

Późnym​  popołudniem,  bez  żadnego  ostrzeżenia,  niebiosa  się  otwarły  i  lunął  rzęsisty  deszcz.

Wyszliśmy  spod  drzewa,  zwróciliśmy  twarze  ku  niebu,  otwierając  usta,  ale  niestety  po  dziesięciu
minutach deszcz przestał padać.

–  To​  pora  deszczowa  –  wyjaśniłam.  –  Powinno  padać  codziennie,  przypuszczalnie  nawet

kilkakrotnie.  –  Nie  mieliśmy  niczego,  w  co  moglibyśmy  zebrać  wodę,  i  krople,  które  udało  mi  się
schwytać na języku, tylko wzmogły pragnienie.

–  Gdzie​  oni  są?  –  spytał  T.J.,  gdy  słońce  zaczęło  chylić  się  ku  zachodowi.  Rozpacz  w  jego  głosie

pokrywała się z moim stanem emocjonalnym.

–  Nie​  wiem.  –  Z  przyczyn,  których  nie  potrafiłam  zrozumieć,  samolot  nie  nadleciał.  –  Znajdą  nas

jutro.

Przenieśliśmy​  się  z  powrotem  na  plażę  i  wyciągnęliśmy  się  na  piasku,  podłożywszy  pod  głowy

kamizelki  ratunkowe.  Ochłodziło  się,  a  wiatr  sprawił,  że  wstrząsnęły  mną  dreszcze.  Objęłam  się
ramionami i zwinęłam w kłębek, słuchając rytmicznego huku fal rozbijających się o rafę koralową.

Słyszeliśmy​  ten  dźwięk  już  wcześniej,  ale  nie  od  razu  uświadomiliśmy  sobie,  skąd  pochodzi.

Dołączył  do  niego  trzepot,  a  po  chwili  w  powietrzu  ukazały  się  setki,  może  tysiące  nietoperzy.
Przesłoniły światło księżyca i zastanawiałam się, czy wisiały nam gdzieś nad głowami, gdy szliśmy do
drzewa chlebowego.

T.J.​ usiadł.
– Nigdy​ nie widziałem tylu nietoperzy.
Obserwowaliśmy​  je  przez  chwilę,  aż  w  końcu  rozproszyły  się,  by  polować  gdzie  indziej.  Po  kilku

minutach T.J. zasnął. Wpatrywałam się w niebo, zdając sobie sprawę, że nikt nas nie szuka w ciemności.
Żadna  misja  ratunkowa,  podjęta  za  dnia,  nie  będzie  kontynuowana,  dopóki  się  nie  rozwidni.
Wyobrażałam  sobie  zrozpaczonych  rodziców  T.J.  czekających  na  wschód  słońca.  Na  myśl,  że
powiadomili moją rodzinę, łzy napłynęły mi do oczu.

Pomyślałam​ o siostrze, Sarah, i o rozmowie, jaką odbyłyśmy dwa miesiące temu. Spotkałyśmy się na

kolacji  w  meksykańskiej  restauracji  i  kiedy  kelner  przyniósł  nam  drinki,  upiłam  łyk  margarity
i powiedziałam:

–  Przyjęłam​  te  prywatne  lekcje,  o  których  ci  mówiłam.  Z  tym  dzieciakiem  chorym  na  raka.  –

Odstawiłam drinka, nabrałam trochę salsy na kukurydzianego chipsa i wrzuciłam go do ust.

– Z tym,​ z którym musisz wyjechać na wakacje do domu wynajętego przez jego rodziców? – spytała.
– Tak.
– Strasznie​ długo cię nie będzie. Co na to John?
– Znowu​ rozmawialiśmy o małżeństwie. Tym razem jednak powiedziałam mu również, że chcę mieć

background image

dziecko. – Wzruszyłam ramionami. – Przeszło mi przez myśl, że być może powinniśmy się rozstać.

– Och,​ Anno – westchnęła Sarah.
Aż​  do  niedawna  nie  zastanawiałam  się  nad  taką  ewentualnością.  W  zupełności  wystarczała  mi  rola

ciotki  dla  dzieci  Sarah  –  dwuletniej  Chloe  i  pięcioletniego  Joego.  Ale  wtedy  wszystkie  moje  znajome
zaczęły wtykać mi do potrzymania owinięte w kocyk maleństwa i uświadomiłam sobie, że pragnę mieć
własne.  Zaskoczyła  mnie  intensywność  tego  pragnienia,  jak  również  tykanie  mojego  zegara
biologicznego,  które  potem  nastąpiło.  Zawsze  byłam  przekonana,  że  pragnienie  posiadania  dziecka  to
proces, który postępuje powoli, a tu pojawiło się nagle, pewnego dnia.

–  Nie​  mogę  już  dłużej,  Sarah  –  mówiłam  dalej.  –  Jak  on  poradzi  sobie  z  dzieckiem,  skoro  nie

dopuszcza  nawet  myśli  o  małżeństwie?  –  Pokręciłam  głową.  –  U  innych  kobiet  wydaje  się  to  takie
bezproblemowe. Poznają kogoś, zakochują się i wychodzą za mąż, potem po roku czy dwóch mają dzieci.
Proste,  prawda?  Gdy  rozmawiamy  z  Johnem  o  naszej  przyszłości,  jest  w  tym  tyle  romantyzmu  co
w transakcji kupna nieruchomości i niemal tyle samo spornych kwestii. – Chwyciłam serwetkę i otarłam
oczy.

–  Przykro​  mi,  Anno.  Naprawdę  nie  wiem,  dlaczego  zwlekałaś  tak  długo.  Siedem  lat  to  chyba  dość

czasu, by John w końcu zdecydował się, czego tak naprawdę chce.

–  Osiem,​  Sarah.  Minęło  już  osiem.  –  Podniosłam  do  ust  drinka  i  wychyliłam  go  dwoma  dużymi

haustami.

– Ach,​ gdzieś mi umknął ten rok.
Kelner​ zatrzymał się przy naszym stoliku i zapytał, czy mamy ochotę na powtórkę margarity.
– Wygląda​ na to, że to nie ostatni drink, który będzie pan musiał przynieść – odrzekła Sarah, a kiedy

odszedł, zwróciła się do mnie: – I jak się zakończyła rozmowa?

– Oświadczyłam​ mu, że wyjeżdżam na wakacje, że muszę wyrwać się na jakiś czas, żeby zastanowić

się, czego pragnę.

– I co​ on na to?
– Powtarzał​ w kółko tę samą śpiewkę. Że mnie kocha, ale nie jest jeszcze gotów. Zawsze był szczery,

ale chyba po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że decyzja nie należy wyłącznie do niego.

– Rozmawiałaś​ o tym z mamą? – spytała Sarah.
– Tak.​ Powiedziała mi, żebym zadała sobie pytanie, czy moje życie było lepsze z nim, czy bez niego.
Sarah​  i  ja  miałyśmy  szczęście.  Nasza  mama  doprowadziła  do  perfekcji  sztukę  udzielania  prostych,

lecz  praktycznych  rad.  Zachowywała  bezstronność,  nigdy  nie  osądzała.  Rodzicielska  anomalia
w porównaniu z sytuacją wielu naszych koleżanek.

– A ty​ do jakiego doszłaś wniosku?
– Nie​ jestem pewna, Sarah. Kocham go, ale nie sądzę, by to mi wystarczyło. – Potrzebowałam czasu,

by  wszystko  przemyśleć,  upewnić  się,  a  Tom  i  Jane  Callahan  stworzyli  mi  idealną  okazję,  by  nabrać
pewnego dystansu. Dosłownej przestrzeni, by móc podjąć decyzję.

– Zrozumie​ to jako ultimatum – zauważyła Sarah.
– Oczywiście,​ że tak. – Upiłam kolejny łyk margarity.
– Radzisz​ sobie całkiem dobrze.
– To​ dlatego, że jeszcze nie zerwałam z nim definitywnie.
– Może​ to faktycznie dobry pomysł, żebyś przez jakiś czas była sama, Anno. Przemyśl wszystkie za

i przeciw, a potem zadecyduj, czego pragniesz na resztę życia.

–  Nie​  muszę  siedzieć  i  czekać  na  niego,  siostrzyczko.  Mam  mnóstwo  czasu,  by  znaleźć  kogoś,  kto

pragnie tego samego co ja.

–  To​  prawda.  –  Sarah  dopiła  margaritę  i  uśmiechnęła  się  do  mnie.  –  I  popatrz  tylko,  możesz  sobie

wyjechać  w  takie  egzotyczne  miejsca.  –  Westchnęła.  –  Żałuję,  że  nie  mogę  wybrać  się  tam  z  tobą.
W  ostatnich  latach  jedyny  czas,  który  mogłabym  nazwać  wakacjami,  to  wtedy,  gdy  w  zeszłym  roku

background image

zabraliśmy z Davidem dzieci do Shedd Aquarium, by obejrzały tropikalne ryby.

Sarah,​  która  godziła  małżeństwo,  macierzyństwo  i  pracę  na  pełny  etat,  samotny  wyjazd  do

tropikalnego raju musiał wydawać się nirwaną.

Zapłaciłyśmy​ rachunek i w drodze do metra pomyślałam, że być może chociaż tym razem moja trawa

jest  odrobinę  bardziej  zielona.  Że  jeśli  ta  sytuacja  ma  jakieś  pozytywne  strony,  to  jedną  z  nich  jest
spędzenie lata na przepięknej wyspie.

Na​ razie ten plan raczej nie wypalił.
Głowa​ pękała mi z bólu, w brzuchu mi burczało, nigdy tak bardzo nie chciało mi się pić. Wstrząsały

mną  dreszcze.  Oparłszy  głowę  na  kamizelce  ratunkowej,  starałam  się  nie  myśleć,  ile  czasu  zajmie  im
odnalezienie nas.

background image

ROZDZIAŁ​ 4

T.J.

Dzień​ drugi

Obudziłem​  się,  gdy  tylko  się  rozwidniło.  Anna  już  nie  spała,  siedziała  na  piasku  obok  mnie,

wpatrując się w niebo. W brzuchu mi burczało, w ustach kompletnie zaschło.

Usiadłem.
– Dzień​ dobry. Jak twoja głowa?
– Ciągle​ boli – odrzekła.
Jej​ twarz nie wyglądała dobrze. Fioletowe sińce pokrywały obrzmiałe policzki, nad czołem, tuż przy

linii włosów, widniał suchy brunatnoczerwony strup.

Podeszliśmy​  do  drzewa  chlebowego.  Anna  wgramoliła  się  znowu  na  moje  ramiona  i  strąciła  dwa

owoce.  Czułem  się  słabo,  niepewnie,  z  trudem  ją  utrzymywałem.  Gdy  zeszła  i  staliśmy  pod  drzewem,
jeden owoc spadł z gałęzi, lądując u naszych stóp. Popatrzyliśmy na siebie.

– To​ ułatwia sprawę – powiedziała.
Usunęliśmy​ zgniłe owoce spod drzewa, żebyśmy – kiedy tu wrócimy i znajdziemy następne na ziemi –

wiedzieli,  że  możemy  je  spokojnie  zjeść.  Podniosłem  ten,  który  spadł,  i  obrałem  go.  Był  słodszy  od
wczorajszych i mniej gumowaty.

Rozpaczliwie​  potrzebowaliśmy  czegoś,  w  czym  moglibyśmy  zbierać  deszczówkę,  ruszyliśmy  więc

wzdłuż  linii  brzegowej  w  poszukiwaniu  pustych  puszek,  butelek,  pojemników  –  czegokolwiek
wodoszczelnego.  Wypatrzyliśmy  jakieś  smętne  szczątki  –  chyba  samolotu  –  ale  nic  poza  tym.  Brak
jakichkolwiek  śmieci  pozostawionych  przez  człowieka  sprawił,  że  zacząłem  się  zastanawiać,  gdzie,
u diabła, jesteśmy.

Skręciliśmy​  w  głąb  lądu.  Drzewa  przesłaniały  światło  słoneczne  i  natychmiast  otoczyły  nas  roje

komarów.  Tłukłem  je,  ocierając  jednocześnie  ręką  pot  z  czoła.  Gdy  wyszliśmy  na  niewielką  polanę,
dostrzegliśmy  sadzawkę.  Nieco  większa  od  kałuży,  pełna  była  mętnej  wody  i  na  ten  widok  dosłownie
skręciło mnie z pragnienia.

– Możemy​ się tego napić? – spytałem.
Anna​ uklękła i zanurzyła dłoń. Zmąciła wodę i zmarszczyła nos, czując jej woń.
– Nie,​ to woda stojąca. Przypuszczam, że niebezpiecznie byłoby ją pić.
Szliśmy​  dalej,  ale  nie  znaleźliśmy  nic,  co  nadawałoby  się  do  przechowywania  wody.  Podniosłem

z ziemi orzech kokosowy i usiłowałem rozłupać go o pień drzewa, po czym odrzuciłem z rezygnacją, gdy
nic z tego nie wyszło. Kopnąłem ze złością drzewo, raniąc się w stopę.

– Niech​ to cholera!
Gdyby​ udało mi się rozłupać orzech, moglibyśmy wypić mleczko kokosowe, zjeść miąższ i nałapać

deszczówki do pustej skorupy.

Anna​ zdawała się nie dostrzegać mojego napadu złości. Pokręciła głową, mówiąc:
– Nie​ rozumiem, dlaczego nie nadleciał jeszcze żaden samolot. Gdzie oni są?
Usiadłem​ obok niej, cały spocony, oddychając ciężko.
–  Nie​  mam  pojęcia.  –  Przez  długą  chwilę  milczeliśmy,  zatopieni  w  myślach,  wreszcie  spytałem:  –

Myślisz, że powinniśmy rozpalić ognisko?

– Znasz​ jakiś sposób?

background image

– Nie.​ – Przez całe życie mieszkałem w mieście i mogłem policzyć na palcach jednej ręki, ile razy

byłem na biwaku. Zresztą, niewiele się na nich nauczyłem. Ogniska rozpalaliśmy za pomocą zapalniczki.
– A ty?

– Też​ nie.
– Możemy​ spróbować – powiedziałem. – Czasu nam raczej nie zabraknie.
Uśmiechnęła​ się, słysząc tę kiepską próbę żartu.
– Dobrze.
Przez​ następną godzinę pocieraliśmy o siebie dwa patyki. Annie udało się rozgrzać swoje na tyle, że

oparzyła  się  w  palec.  Zniechęcona,  dała  sobie  spokój.  Mnie  poszło  nieco  lepiej  –  zauważyłem  chyba
nawet dymek – ale ognia nie zdołałem rozniecić. Ręce mnie rozbolały.

– Poddaję​ się. – Westchnąłem, rzucając patyki i ocierając brzegiem T-shirtu pot zalewający mi oczy.
Zaczął​  padać  deszcz.  Skoncentrowałem  się  na  chwytaniu  kropli  na  język,  wdzięczny  za  tę  odrobinę

wody. Niestety, po kilku minutach znów się rozpogodziło.

Wciąż​  pocąc  się  obficie,  powlokłem  się  na  sam  brzeg,  rozebrałem  się  do  bokserek  i  wszedłem  do

morza.  Woda  w  lagunie  była  ciepła  jak  w  kąpieli,  ale  zanurzyłem  się  po  głowę  i  odrobinę  się
ochłodziłem.  Anna  podążyła  za  mną,  ale  nie  weszła  do  wody.  Usiadła  na  piasku,  odgarniając  długie
włosy  z  szyi.  Musiała  piec  się  w  bluzie  z  długimi  rękawami  i  w  dżinsach.  Po  kilku  minutach  wstała,
zawahała się, a następnie ściągnęła ją przez głowę. Rozpięła dżinsy, zrzuciła je i ruszyła w moją stronę,
w samym tylko czarnym staniku i takich samych majtkach.

–  Po​  prostu  udawajmy,  że  mam  na  sobie  kostium  kąpielowy,  dobrze?  –  powiedziała,  dołączając  do

mnie w wodzie. Była mocno zarumieniona, odwracała wzrok.

– Jasne​ – wykrztusiłem z trudem, tak byłem oszołomiony.
Miała​ fantastyczne ciało. Długie nogi, płaski brzuch. Naprawdę piękne piersi. Co też strzeliło mi do

głowy,  żeby  się  jej  przyglądać.  Nikomu  zresztą  nie  przeszłoby  przez  myśl,  że  wycieńczony,  głodny
i spragniony, coraz bardziej przerażony sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy, mogę mieć erekcję, a jednak.
Odpłynąłem od niej, żeby się uspokoić.

Pozostaliśmy​  w  wodzie  przez  długi  czas,  a  kiedy  wyszliśmy  na  brzeg,  Anna  odwróciła  się  do  mnie

tyłem  i  ubrała  się.  Udaliśmy  się  znowu  pod  chlebowiec,  ale  na  ziemi  nie  leżały  żadne  owoce.  Anna
wdrapała się na moje ramiona i gdy przytrzymywałem ją za uda, by nie spadła, w mojej pamięci odżyło
wspomnienie jej nagich nóg.

Strąciła​  dwa  owoce.  Nie  byłem  bardzo  głodny,  co  mnie  zdziwiło,  powinienem  przecież  umierać

z głodu. Podobnie chyba było z Anną, ponieważ nie zjadła miąższu, wyssała tylko cały sok.

Gdy​ słońce zaszło, wyciągnęliśmy się na piasku przy brzegu, obserwując, jak nietoperze przesłaniają

niebo.

– Serce​ mi bije naprawdę szybko – powiedziałem.
– To​ objaw odwodnienia.
– Jakie​ są inne objawy?
– Utrata​ apetytu. Zatrzymanie moczu. Suchość w ustach.
– Mam​ je wszystkie.
– Ja​ też.
– Jak​ długo wytrzymamy bez wody?
– Trzy​ dni. Może mniej.
Próbowałem​  przypomnieć  sobie,  kiedy  piłem  po  raz  ostatni.  Może  na  lotnisku  w  Sri  Lance?

Złapaliśmy do ust odrobinę deszczówki, ale to nie wystarczy, byśmy przeżyli. Świadomość, że nasz czas
się kończy, napędziła mi cholernego stracha.

– Co​ z sadzawką?
– To​ zły pomysł – odparła Anna.

background image

Żadne​  z  nas  nie  odważyło  się  zdradzić  swoich  myśli.  Gdybyśmy  mieli  do  wyboru  picie  wody

z sadzawki albo kompletny brak wody, pewnie bylibyśmy zmuszeni się jej napić.

– Przylecą​ jutro – rzekła bez przekonania Anna.
– Mam​ nadzieję.
– Boję​ się – wyszeptała.
– Ja​ też. – Przekręciłem się na bok, ale minęło wiele czasu, zanim w końcu udało mi się zasnąć.

background image

ROZDZIAŁ​ 5

Anna

Dzień​ trzeci

Gdy​  T.J.  i  ja  obudziliśmy  się  nazajutrz,  obojgu  nam  dokuczał  silny  ból  głowy  i  mdłości.  Zjedliśmy

trochę  miąższu  owocu  chlebowca.  Miałam  wrażenie,  że  zwymiotuję,  ale  tak  się  nie  stało.  Mimo  że
mieliśmy bardzo mało siły, wróciliśmy na plażę z postanowieniem, by jeszcze raz spróbować rozniecić
ogień.  Byłam  przekonana,  że  dzisiaj  samolot  nadleci,  i  zdawałam  sobie  sprawę,  że  ognisko  jest  naszą
największą szansą, by nas zobaczyli.

–  Wczoraj​  wszystko  robiliśmy  źle  –  powiedział  T.J.  –  Myślałem  o  tym  w  nocy  przed  zaśnięciem

i przypomniałem sobie, jak oglądałem w telewizji show, w którym facet musiał rozpalić ognisko. Obracał
patyk, a nie pocierał o siebie dwa. Mam pomysł. Pójdę poszukać czegoś, co by się do tego nadało.

Podczas​  jego  nieobecności  pozbierałam  wszystko,  co  mogłoby  się  palić,  gdyby  rzeczywiście  udało

nam się rozniecić ogień. Powietrze było przesycone wilgocią, jedynym suchym miejscem na wyspie była
moja jama ustna. To, co udało mi się zgromadzić, wydawało mi się mokrawe, w końcu jednak znalazłam
trochę  suchych  liści  w  dolnej  części  kwitnącej  rośliny.  Wywróciłam  też  kieszenie  dżinsów  i  znalazłam
mały kłaczek, który dołączyłam do reszty zdobyczy.

Wrócił​ T.J. z patykiem i mniejszym kawałkiem drewna.
– Masz​ w kieszeniach jakieś kłaczki? – spytałam go. On również wywrócił kieszenie, znalazł i podał

mi.  –  Dzięki.  –  Uformowałam  z  kłaczków  i  suchych  liści  małe  gniazdko.  Zmagazynowałam  też  drobne
patyczki i usypałam kopczyk zielonych liści, które moglibyśmy dodać, żeby uzyskać dużo dymu.

T.J.​ usiadł, trzymając patyk prosto, w pionowym ułożeniu w stosunku do kawałka drewna, na którym

spoczywał.

– Co​ robisz? – zaciekawiłam się.
–  Próbuję​  wymyślić  sposób  obracania  patyka.  –  Przyglądał  mu  się  przez  chwilę.  –  Zdaje  się,  że

tamten facet użył do tego sznurka. Szkoda, że zgubiłem adidasy. Mógłbym wykorzystać sznurowadła.

Jedną​  ręką  kręcił  patykiem  w  tę  i  z  powrotem,  ale  nie  na  tyle  szybko,  by  uzyskać  efekt  tarcia.  Pot

spływał mu po twarzy.

– To​ jest absolutnie niemożliwe – rzekł, odpoczywając przez kilka minut.
Z  odnowioną​  determinacją  spróbował  obiema  dłońmi,  trzymając  patyk  między  nimi.  Obracał  teraz

patyk dużo energiczniej i prędko odnalazł właściwy rytm. Po dwudziestu minutach miał już malutki stosik
czarnego pyłu w dziurce, którą wyżłobił tarciem w kawałku drewna.

– Spójrz​ tylko – powiedział, gdy znad drewienka uniosła się smużka dymu.
Wkrótce​  dymu  było  coraz  więcej.  Pot  zalewał  mu  oczy,  ale  T.J.  ani  na  chwilę  nie  ustawał

w wysiłkach.

– Potrzebuję​ czegoś na rozpałkę.
Położyłam​  suche  liście  i  kłaczki  obok  niego  i  przyglądałam  się,  wstrzymując  oddech,  jak  dmucha

lekko  w  otworek  w  drewnie.  Ostrożnie  wydobył  patykiem  odrobinę  czerwonego  żaru  i  przeniósł  go  na
przygotowaną  przeze  mnie  podpałkę.  Potem  podniósł  stosik  do  ust  i  znowu  dmuchał  delikatnie,  dopóki
suche liście się nie zajęły. Rzucił go na ziemię.

– O mój​ Boże! – zawołałam. – Udało ci się.
Ułożyliśmy​  na  wierzchu  resztę  podpałki.  Szybko  stanęła  w  płomieniach  i  błyskawicznie  zużyliśmy

background image

patyki,  które  zebrałam  wcześniej.  Śpiesznie  rzuciliśmy  się,  by  znaleźć  ich  więcej,  i  właśnie  oboje
biegliśmy  w  kierunku  ogniska  z  naręczami  chrustu,  gdy  deszcz  lunął  jak  z  cebra.  W  ciągu  kilku  sekund
ognisko zmieniło się w mokrą kupkę zwęglonego drewna.

Patrzyliśmy​ na te nędzne resztki. Chciało mi się płakać. T.J. osunął się na kolana na piasek. Usiadłam

obok  niego,  zwróciliśmy  twarze  ku  niebu,  usiłując  chwytać  ustami  krople  deszczu.  Tym  razem  padało
długo i woda choć odrobinę zwilżyła mi gardło, ale mogłam myśleć wyłącznie o tym, ile się jej marnuje,
wsiąkając w piasek wokół nas.

Nie​ wiedziałam, co powiedzieć T.J. Gdy przestało padać, położyliśmy się pod palmą kokosową, nie

odzywając  się  do  siebie.  Nie  mogliśmy  zabrać  się  od  razu  do  rozpalania  kolejnego  ogniska,  ponieważ
wszystko było zbyt mokre, drzemaliśmy więc, apatyczni i przygnębieni.

Gdy​  obudziliśmy  się  późnym  popołudniem,  żadne  z  nas  nie  miało  ochoty  na  owoc  chlebowca.  T.J.

brakowało  sił,  by  jeszcze  raz  spróbować  rozniecić  ogień,  zresztą  nie  zdołalibyśmy  tego  uczynić  bez
jakiejś osłony. Serce mi waliło, kończyny drętwiały. Przestałam się pocić.

Gdy​ T.J. wstał i oddalił się, poszłam za nim. Wiedziałam, dokąd idzie, ale nie potrafiłam się zmusić,

by mu powiedzieć, żeby się zatrzymał. Ja również pragnęłam tam pójść.

Gdy​ dotarliśmy do sadzawki, uklękłam na brzegu, nabrałam trochę wody w dłonie i podniosłam do

ust. Smakowała ohydnie, gorąca i lekko słonawa, ale nie mogłam się powstrzymać. T.J. ukląkł obok mnie
i  zaczął  chłeptać  prosto  z  bajorka.  Gdy  już  zaczęliśmy  pić,  nie  mogliśmy  przestać.  Potem  padliśmy  na
ziemię; zbierało mi się na wymioty, ale jakoś udało mi się opanować. Wokół unosiły się roje komarów,
tłukłam je na twarzy.

Wróciliśmy​ na plażę. Prawie się już ściemniło, rozciągnęliśmy się więc na piasku, położywszy pod

głowy kamizelki ratunkowe. Kupiliśmy trochę czasu. Jutro na pewno przylecą.

–  Przykro​  mi  z  powodu  ognia,  T.J.  Tak  bardzo  się  napracowałeś  i  świetnie  się  spisałeś.  Nigdy

w życiu nie umiałabym wymyślić czegoś takiego.

– Dziękuję,​ Anno.
Zasnęliśmy,​  ale  po  jakimś  czasie  się  obudziłam.  Niebo  było  czarne  i  dotarło  do  mnie,  że

prawdopodobnie jest to środek nocy. Ściskało mnie w żołądku. Zlekceważyłam ból i przekręciłam się na
bok, ale po chwili poczułam jeszcze silniejszy skurcz. Usiadłam z jękiem. Czoło pokryło mi się kroplami
potu.

T.J.​ się obudził.
– Co​ się stało?
–  Boli​  mnie  brzuch.  –  Modliłam  się,  by  skurcze  ustały,  ale  było  coraz  gorzej  i  zdawałam  sobie

sprawę,  co  zaraz  się  stanie.  –  Nie  idź  za  mną  –  powiedziałam.  Zataczając  się,  powlokłam  się  między
drzewa i ledwie zdążyłam zdjąć dżinsy i majtki, moje ciało pozbyło się wszystkiego z wnętrzności. Gdy
nic już nie pozostało, zwijałam się z bólu na ziemi, skurcze następowały jeden po drugim. Byłam zlana
potem,  ból  promieniował  mi  od  brzucha  do  nóg.  Przez  długi  czas  leżałam,  nie  zmieniając  położenia,
w  obawie,  że  najmniejszy  ruch  może  spowodować  większe  cierpienie.  Komary  brzęczały  wokół  mojej
twarzy.

Wtedy​ pojawiły się szczury.
Wszędzie,​  gdzie  tylko  spojrzałam,  w  ciemności  jarzyły  się  oczy.  Jeden  przebiegł  mi  po  nodze

i  krzyknęłam  głośno.  Wstałam,  słaniając  się  i  włożyłam  z  powrotem  majtki  i  dżinsy,  ale  ten  ruch
spowodował dotkliwy ból i znowu upadłam. Pomyślałam, że chyba umieram, że cokolwiek zanieczyściło
sadzawkę, było śmiertelnie niebezpieczne dla zdrowia. Leżałam, nie ruszając się, wyczerpana i słaba, nie
mając pojęcia, gdzie jest T.J. Potem straciłam przytomność.

Obudziło​ mnie brzęczenie. Komary! Ale słońce już wzeszło i szczury oraz większość owadów gdzieś

się ukryły. Leżąc na boku z podkurczonymi kolanami, usiłowałam podnieść głowę.

To​ był samolot.

background image

Wygramoliłam​  się  na  czworakach  i  poczołgałam  na  kolanach  w  kierunku  plaży,  wołając  T.J.  Jakoś

zdołałam  wstać  i  ruszyłam  niepewnym  krokiem  w  stronę  brzegu,  resztkami  sił  próbując  podnieść  ręce
i pomachać. Nie widziałam samolotu, ale go słyszałam. Dźwięk coraz bardziej się oddalał.

Szukają​ nas. Za moment na pewno zawróci.
Warkot​ samolotu był coraz cichszy, aż w końcu przestałam go słyszeć. Kolana się pode mną ugięły,

osunęłam się na piasek i płakałam, dopóki nie dostałam ataku hiperwentylacji. Leżałam na boku, otępiała,
wpatrując się w wodę, moje łkania powoli cichły.

Nie​ miałam pojęcia, ile czasu minęło, ale gdy się obejrzałam, zobaczyłam, że T.J. leży obok mnie.
– Widziałam​ samolot – powiedziałam.
– Słyszałem​ go. Nie mogłem się poruszyć.
– Wrócą.
Ale​ nie wrócili.
Przepłakałam​  prawie  cały  dzień.  T.J.  w  ogóle  się  nie  odzywał.  Oczy  miał  zamknięte  i  nie  byłam

pewna,  czy  śpi,  czy  też  jest  zbyt  słaby,  by  rozmawiać.  Nie  roznieciliśmy  po  raz  drugi  ognia  ani  nie
zjedliśmy owocu chlebowca. Żadne z nas nie wytknęło nosa spod palmy kokosowej, poza chwilami, gdy
padało.

Nie​ chciałam być blisko drzew, gdy zapadła ciemność, przenieśliśmy się więc z powrotem na plażę.

Leżąc  na  piasku  obok  T.J.,  wiedziałam  jedno.  Jeśli  nie  przyleci  następny  samolot  albo  nie  wymyślimy
sposobu na zbieranie wody, oboje umrzemy.

Drzemałam​  niespokojnie  przez  całą  noc,  a  gdy  w  końcu  zapadłam  w  głębszy  sen,  obudziłam  się

z krzykiem, przyśniło mi się bowiem, że szczur pożera mi nogę.

background image

ROZDZIAŁ​ 6

T.J.

Dzień​ czwarty

Gdy​ wzeszło słońce, ledwie mogłem podnieść głowę z piasku. Nocą morze wyrzuciło na brzeg dwie

poduszki z siedzeń i moją uwagę przykuło coś niebieskiego między nimi. Odwróciłem się w stronę Anny
i  potrząsnąłem  nią,  by  ją  obudzić.  Popatrzyła  na  mnie,  oczy  miała  zapadnięte,  wargi  popękane
i krwawiące.

– Co​ to jest? – Wskazałem niebieski przedmiot, ale podniesienie ręki wymagało zbyt wiele wysiłku,

opadła mi bezwładnie na piasek.

– Gdzie?
– Tam.​ Obok poduszek.
– Czy​ ja wiem.
Podniosłem​  głowę,  osłaniając  oczy  od  słońca.  Przedmiot  wydał  mi  się  jakiś  znajomy  i  nagle

uświadomiłem sobie, co to jest.

– To​ mój plecak. Anno, to jest mój plecak!
Stanąłem,​  ledwie  trzymając  się  na  nogach,  po  czym  dowlokłem  się  na  brzeg  i  podniosłem  go.  Gdy

wróciłem,  ukląkłem  obok  Anny,  otworzyłem  plecak  i  wyjąłem  butelkę  wody,  którą  dała  mi  na  lotnisku
w Male.

Usiadła.
– O mój​ Boże.
Odkręciłem​  nakrętkę  i  podawaliśmy  sobie  butelkę  na  zmianę,  uważając,  by  nie  pić  zbyt  szybko.

Butelka była litrowa i wypiliśmy wszystko, ale udało mi się zaspokoić tylko pierwsze pragnienie.

Anna​ przytrzymała w górze pustą butelkę.
– Jeśli​ użyjemy liścia w charakterze lejka, będziemy mogli zbierać do niej deszczówkę.
Ledwie  trzymając  się  na  nogach,  poszliśmy  chwiejnym  krokiem  pod  chlebowiec  i  zerwaliśmy  duży

liść z dolnej gałęzi. Anna oskubała go do odpowiedniej wielkości i wsunęła do szyjki butelki, starając
się ułożyć go w taki sposób, by otwór był jak największy. Na ziemi leżały cztery owoce, zabraliśmy je ze
sobą z powrotem na brzeg i zjedliśmy wszystkie.

Opróżniłem  plecak.  Moja  czapka  baseballowa  Chicago  Cubs  była  kompletnie  mokra,  mimo  to  ją

włożyłem. Była tam również szara bluza z kapturem, dwa T-shirty, dwie pary szortów, dżinsy, bielizna,
szczoteczka do zębów i odtwarzacz CD. Podniosłem szczoteczkę i pastę do zębów. W ustach miałem taki
niesmak,  że  nie  potrafiłbym  go  opisać.  Odkręciłem  tubkę,  wycisnąłem  odrobinę  pasty  i  podałem
szczoteczkę Annie.

– Proszę bardzo, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby używać jej na spółkę ze mną.
Uśmiechnęła się.
– Nie mam nic przeciwko temu, T.J. Ale ty pierwszy. Jest przecież twoja.
Wyszorowałem  zęby,  po  czym  wypłukałem  szczoteczkę  w  oceanie  i  podałem  ją  Annie.  Po  umyciu

zębów również spłukała szczoteczkę i zwróciła mi.

– Dziękuję.
Czekaliśmy  na  deszcz,  a  gdy  wczesnym  popołudniem  zaczął  padać,  przyglądaliśmy  się,  jak  butelka

napełnia się wodą. Podałem ją Annie. Wypiła połowę, a drugą połowę ja. Gdy skończyłem, umieściliśmy

background image

liść  z  powrotem  w  szyjce  butelki  i  nałapaliśmy  jeszcze  raz  deszczówki.  Wypiliśmy  ją  również.
Potrzebowaliśmy więcej płynów, przypuszczalnie znacznie więcej, ale zacząłem mieć nadzieję, że może
jednak nie umrzemy.

Mogliśmy  teraz  łapać  wodę,  żywić  się  owocami  chlebowca  i  potrafiliśmy  rozpalić  ognisko.  Teraz

potrzebna nam była jakaś osłona, bez niej bowiem nigdy nie zdołamy utrzymać ognia.

Anna  koniecznie  chciała  zbudować  osłonę  na  plaży,  ponieważ  panicznie  bała  się  szczurów.

Ułamaliśmy  dwie  gałęzie  w  kształcie  procy  i  zaciągnęliśmy  je  na  piasek.  Umieściliśmy  między  nimi
najdłuższy kij, jaki udało nam się znaleźć. Skleciliśmy byle jaki szałas, układając więcej gałęzi po obu
stronach. Liście chlebowca wyściełały podłoże poza niewielkim kręgiem, gdzie zamierzaliśmy rozłożyć
ognisko. Anna zbierała otoczaki, by ułożyć je wokół tego miejsca. Wewnątrz będzie strasznie dużo dymu,
ale za to może odstraszy komary.

Postanowiliśmy zaczekać do rana i wtedy ponowić próbę rozniecenia ognia. Teraz mieliśmy osłonę,

mogliśmy zgromadzić zapas chrustu w szałasie, by wysechł.

Znowu  lunęło  i  trzykrotnie  napełnialiśmy  butelkę  deszczówką.  Nigdy  w  całym  moim  życiu  nic  nie

smakowało mi równie wspaniale.

Gdy słońce zaszło, zanieśliśmy do szałasu poduszki, kamizelki ratunkowe oraz mój plecak.
–  Dobranoc,  T.J.  –  powiedziała  Anna,  kładąc  głowę  na  jednej  z  poduszek,  ja  rozciągnąłem  się  po

drugiej stronie miejsca na ognisko.

– Dobranoc, Anno.

background image

ROZDZIAŁ 7

Anna

Dzień piąty

Otworzyłam oczy. Promienie słońca sączyły się przez szpary szałasu. Zdezorientował mnie na chwilę

ucisk w pęcherzu, którego od pewnego czasu nie czułam, ale potem się uśmiechnęłam.

Muszę pójść się załatwić.
Wymknęłam  się  z  szałasu,  nie  budząc  T.J.,  i  weszłam  między  drzewa.  Kucnęłam  za  jednym  z  nich,

marszcząc  nos,  ponieważ  mój  mocz  miał  ostry  zapach  amoniaku.  Podciągnęłam  z  powrotem  majtki
i skrzywiłam się, czując wilgoć między nogami.

Gdy wróciłam, T.J. już nie spał, stał obok szałasu, rozglądając się niespokojnie.
– Gdzie byłaś? – spytał.
– Siusiu – odrzekłam, uśmiechając się szeroko.
Przybił mi piątkę.
– Ja też muszę iść.
Potem  przeszliśmy  się  do  chlebowca,  gdzie  znaleźliśmy  leżące  na  ziemi  trzy  owoce.  Usiedliśmy,

jedząc nasze śniadanie.

– Pozwól, że obejrzę twoją głowę – powiedział T.J. Pochyliłam się, a on przeczesywał palcami moje

włosy, dopóki nie znalazł skaleczenia. – Jest lepiej. Przypuszczam, że powinnaś mieć założone szwy. Nie
dostrzegam  zaschniętej  krwi,  ale  masz  takie  ciemne  włosy,  że  trudno  powiedzieć.  –  Wskazał  mój
policzek. – Siniaki bledną. Jeden robi się żółty.

T.J. również wyglądał lepiej. Z powieki zniknęła opuchlizna, oko otworzyło się, skaleczenia goiły się

dobrze.  Wyszedł  obronną  ręką  z  opresji  dzięki  temu,  że  był  przypięty  pasem  bezpieczeństwa.  Na  jego
twarzy – ładnej, chociaż jeszcze chłopięcej – nie pozostaną żadne trwałe blizny spowodowane katastrofą
samolotu. Nie wiedziałam, jak jest w moim przypadku, ale w tej chwili mnie to nie obchodziło.

Po śniadaniu T.J. po raz kolejny rozniecił ogień.
– Po prostu niesamowite, mieszczuchu – powiedziałam, ściskając jego ramię.
Uśmiechnął  się,  dorzucając  drobne  drewienka  i  dmuchając  w  płomienie,  by  strzeliły  wyżej,

najwyraźniej zadowolony i dumny z siebie. Otarł pot z oczu i rzucił:

– Dziękuję.
– Pokaż mi dłonie.
Posłusznie  wyciągnął  ręce  w  moją  stronę.  Obtartą,  stwardniałą  skórę  pokrywały  pęcherze,  T.J.

skrzywił się, gdy ich dotknęłam.

– To musi boleć.
– Rzeczywiście boli – przyznał.
Nasz  szałas  natychmiast  wypełnił  się  dymem,  który  nie  będzie  uchodził  na  zewnątrz,  gdy  zacznie

padać  deszcz.  Gdybyśmy  usłyszeli  samolot,  moglibyśmy  rozebrać  szałas  i  dorzucić  do  ognia  zielonych
liści, by wytworzyć więcej dymu.

Nigdy nie byłam tak długo bez prysznica i pachniałam okropnie.
– Spróbuję jakoś się umyć – powiedziałam. – Ty zostań tutaj, dobrze?
Skinął głową i wręczył mi T-shirt, który wyjął z plecaka.
– Może włożysz to zamiast bluzy?

background image

– Chętnie. Dzięki. – T-shirt był dla mnie długości sukienki, ale to mi nie przeszkadzało.
– Dałbym ci któreś szorty, ale będą za duże.
– W porządku – odrzekłam. – Koszulka jest super.
Poszłam wzdłuż brzegu. Zatrzymałam się, by zdjąć ciuchy, dopiero wtedy, gdy już nie widziałam T.J.

ani szałasu. Przeszukałam spojrzeniem błękitne, bezchmurne niebo.

Teraz  byłby  wspaniały  moment  na  to,  żeby  nadleciał  samolot.  Ktoś  na  pewno  zauważyłby  nagą

kobietę na plaży.

Ryby  rozproszyły  się,  gdy  weszłam  do  laguny.  Dłonie  i  stopy  miałam  opalone  na  czekoladkę

w kontraście do białych ramion, łydek i ud. Straszliwie splątane włosy sięgały mi do łopatek.

Umyłam całe ciało dłońmi, po czym zabrałam ubranie z piasku i wypłukałam je w oceanie. Uczesałam

palcami włosy, żałując, że nie mam czym związać końskiego ogona.

Wyszłam  z  wody  z  uczuciem  trochę  większej  czystości,  włożyłam  mokry  stanik  i  majtki,  po  czym

wciągnęłam męski T-shirt, który sięgał mi do połowy ud, nie zawracałam więc sobie głowy dżinsami.

– Wiem, że nie mam na sobie spodni – wyjaśniłam, gdy wróciłam do szałasu. – Ale jest mi gorąco

i chcę, żeby wyschły.

– Nie ma sprawy, Anno.
– Szkoda, że nie mamy czegoś, czym moglibyśmy łowić ryby. Jest ich mnóstwo. – Ślina napłynęła mi

do ust, a w brzuchu zaczęło burczeć.

–  Możemy  spróbować  nadziać  je  na  coś.  Gdy  się  wykąpię,  poszukamy  długich  kijów.  Mamy  też  za

mało chrustu na ognisko.

T.J. wrócił do szałasu po pięciu minutach, miał mokre włosy i czyste ubranie. Niósł w ramionach coś

dużego i nieporęcznego.

– Zobacz, co znalazłem w wodzie.
– Co to jest?
Położył ów przedmiot na piasku i przekręcił go w taki sposób, że zdołałam przeczytać napis na boku.
– To tratwa ratunkowa z samolotu. – Uklękłam obok niej. – Przypominam sobie, że ją widziałam, gdy

szukałam kamizelek.

Otworzyliśmy  pojemnik  i  wyciągnęliśmy  tratwę.  Rozerwałam  dołączoną  wodoszczelną  torebkę

i wyjęłam kartkę ze spisem zawartości. Przeczytałam na głos:

– „Zadaszenie tratwy, znajdujące się w pojemniku z ekwipunkiem, jest wyposażone w zbiornik wody

na  wierzchu  panelu  dachowego.  W  wyposażeniu  tratwy  znajdują  się  też  radiolatarnia  i  radiomarkery
ratownicze”.

Moje nadzieje gwałtownie wzrosły.
– T.J., gdzie jest pojemnik z ekwipunkiem?
Zajrzał do środka i wyjął jeszcze jedną wodoszczelną torbę. Ręce mi się trzęsły, kiedy rozrywałam

plastik. Gdy tylko zrobiłam w niej dostatecznie duży otwór, odwróciłam ją i wysypałam całą zawartość
na  piasek.  Grzebaliśmy  oboje  w  stercie  różnych  przedmiotów,  nasze  ręce  spotykały  się  co  chwila,  gdy
badaliśmy każdy z nich.

Niestety, nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby sprowadzić pomoc.
Ani radiomarkera ratowniczego, ani radiolatarni, ani telefonu satelitarnego czy nadajnika.
Moje nadzieje prysły jak bańka mydlana.
– Przypuszczam, że uznali, iż te urządzenia są niepotrzebnym podniesieniem standardu.
T.J. kręcił powoli głową.
Pomyślałam o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy znaleźli radiomarker ratowniczy.
Czy po prostu się go włącza i czeka, aż po ciebie przylecą?
Łzy  stanęły  mi  w  oczach.  Starając  się  opanować,  zaczęłam  robić  przegląd  zawartości  wyposażenia

tratwy:  nóż,  apteczka  pierwszej  pomocy,  plandeka,  dwa  koce,  lina  oraz  dwa  składane  plastikowe

background image

pojemniki o pojemności dwa i pół litra.

Otworzyłam  apteczkę:  tylenol,  benadryl,  maść  z  antybiotykiem,  maść  kortyzonowa,  plastry

z opatrunkiem, chusteczki nasączone alkoholem oraz imodium.

– Pokaż mi dłonie – poprosiłam T.J.
Wyciągnął  je  przed  siebie,  a  ja  posmarowałam  pęcherze  maścią  z  antybiotykiem,  a  następnie

założyłam opatrunki.

– Dzięki.
Wzięłam do ręki flakonik benadrylu.
– To może uratować ci życie.
– W jaki sposób?
– Powstrzyma reakcję alergiczną.
– A to? – spytał, wskazując na białą buteleczkę.
Spojrzałam na niego, po czym odwróciłam wzrok.
– To imodium. Lek przeciwbiegunkowy.
T.J. się skrzywił.
Tratwa  ratunkowa  była  nadmuchiwana  dwutlenkiem  węgla  z  metalowego  pojemnika.  Gdy

wcisnęliśmy guzik, napełniła się tak szybko, że musieliśmy odskoczyć.

Umocowaliśmy  zadaszenie  i  zbiornik  deszczówki.  Tratwa  przypominała  jedną  z  tych

nadmuchiwanych trampolin, po której lubili skakać moi siostrzeńcy, choć nie była tak wysoka.

–  Tu  powinno  się  mieścić  około  piętnastu  litrów  wody  –  zauważyłam,  wskazując  na  zbiornik.  Tak

bardzo chciało mi się znowu pić, że nie mogłam się doczekać popołudniowego deszczu.

Nylonowe  klapy,  przyczepione  na  rzepy  do  tratwy,  zwisały  po  obu  stronach.  Jeśli  w  ciągu  dnia

zostawimy je podniesione, umożliwimy dostęp światła i powietrza. Mały otwór wejściowy przesłaniały
opuszczane siatkowe drzwi.

Zaciągnęliśmy  tratwę  w  pobliże  szałasu,  dorzuciliśmy  chrustu  do  ogniska  i  przeszliśmy  pod  palmę

kokosową. T.J. obrał orzech z włókien, po czym wywiercił w nim dziurę ostrzem noża. Wylałam mleczko
do jednego z plastikowych pojemników.

– Myślałem, że będzie słodsze – powiedział T.J., próbując płynu.
– Ja też. – Mleczko było lekko gorzkawe, ale całkiem smaczne.
T.J.  wyskrobał  nożem  miąższ.  Czułam  taki  głód,  że  zjadłabym  wszystkie  orzechy  leżące  na  ziemi.

Zjedliśmy na spółkę pięć, dopiero wtedy trochę ustąpiło ssanie w żołądku. T.J. zjadł o jeden więcej, a ja
zastanawiałam się, ile szesnastolatek potrzebuje jedzenia, by zaspokoić głód.

Deszcz zaczął padać godzinę później. Radośnie mokliśmy, śmiejąc się i głośno krzycząc, przyglądając

się, jak różne pojemniki napełniają się po brzegi. Wdzięczna za tę wspaniałą obfitość, piłam, dopóki nie
poczułam, że więcej się już we mnie nie zmieści. Woda chlupała mi w brzuchu przy każdym poruszeniu.

Po  upływie  godziny  oboje  znowu  się  wysiusialiśmy.  Uczciliśmy  ten  fakt  zjedzeniem  kolejnego

orzecha kokosowego i dwóch owoców chlebowca.

– Kokos smakuje mi bardziej od owocu chlebowca – powiedziałam.
–  Mnie  też.  Chociaż  teraz,  kiedy  mamy  już  ogień,  może  upieczemy  je  i  przekonamy  się,  czy  nie  są

smaczniejsze.

Nazbieraliśmy  więcej  chrustu  i  znaleźliśmy  długie  kije  do  polowania  na  ryby.  Osłoniliśmy  szałas

brezentową plandeką i przymocowaliśmy ją linką. Miało to dodatkowo chronić ognisko przed deszczem.

T.J. wyciął nożem na pniu drzewa pięć karbów. Żadne z nas nie wspomniało słowem o samolocie.
Przed snem dopilnowaliśmy, by płomienie nie strzelały zbyt wysoko, co mogłoby grozić zajęciem się

szałasu. T.J. wczołgał się do tratwy, a ja za nim. Miałam na sobie koszulę, którą dostałam od niego do
spania. Zamknęłam za sobą opuszczane drzwi. Stanowiły przynajmniej pewną ochronę przed moskitami.

Opuściliśmy nylonowe klapy i przymocowaliśmy je na rzepy. Rozpostarłam koce i ułożyłam na nich

background image

poduszki z siedzeń. Koce były szorstkie, ale dzięki nim było nam ciepło, gdy słońce zaszło i temperatura
się obniżyła. Poduszki były cienkie i trąciły stęchlizną, ale w porównaniu ze spaniem na ziemi czuliśmy
się komfortowo.

– Niesamowite. – T.J. westchnął.
– Zgadzam się.
Przestrzeń  do  spania  była  nieco  mniejsza  od  podwójnego  łóżka;  dzieliło  nas  nie  więcej  niż

kilkanaście centymetrów. Czułam jednak zbyt wielkie zmęczenie, by się tym przejmować.

– Dobranoc, T.J.
– Dobranoc, Anno – odrzekł sennym głosem, przekręcił się na bok i błyskawicznie zasnął.
Po kilku sekundach ja również spałam.
Obudziłam się w środku nocy, by sprawdzić, czy nie zgasł ogień. Zostały tylko rozżarzone węgielki,

dołożyłam więc drew i rozgrzebałam żar patykiem, aż iskry strzeliły w powietrze. Gdy ogień znów się
rozpalił, położyłam się z powrotem.

T.J. obudził się, gdy się kładłam obok niego.
– Co się stało? – zapytał.
– Nic, podsyciłam ogień. Śpij.
Zamknęłam oczy i spaliśmy, dopóki nie wzeszło słońce.

background image

ROZDZIAŁ 8

T.J.

Obudziłem się z erekcją.
Była to u mnie zwykła rzecz i nie miałem nad tym żadnej kontroli. Teraz, gdy nie byliśmy już na skraju

śmierci,  moje  ciało  najwyraźniej  zdecydowało,  że  jego  wszystkie  systemy  działają.  Spanie  tak  blisko
kobiety, zwłaszcza jeśli wyglądała tak jak Anna, niemal na sto procent gwarantowało, że obudzę się ze
wzwodem.

Leżała na boku, odwrócona przodem do mnie. Wciąż jeszcze spała. Skaleczenia na twarzy goiły się

i szczęśliwie dla niej żadne nie było chyba na tyle głębokie, by pozostawić bliznę. Zrzuciła w nocy koc
i mogłem przyjrzeć się jej nogom. Było to bardzo nierozsądne, zważywszy na to, co działo się w moich
bokserkach.  Gdyby  otworzyła  oczy,  przyłapałaby  mnie  na  gapieniu  się,  wyczołgałem  się  więc  z  tratwy
i myślałem o geometrii, zanim erekcja nie ustąpiła.

Anna  obudziła  się  po  jakichś  dziesięciu  minutach.  Zjedliśmy  na  śniadanie  orzech  kokosowy  i  owoc

chlebowca, po czym umyłem zęby i wypłukałem usta deszczówką.

– Proszę – powiedziałem, podając Annie szczoteczkę i pastę.
– Dzięki. – Wycisnęła odrobinę pasty na szczoteczkę i również wyszorowała zęby.
– Może dzisiaj przyleci samolot.
– Może – rzuciła, nie patrząc na mnie.
– Chciałbym trochę się rozejrzeć. Zobaczyć, co jeszcze jest na wyspie.
– Musimy być bardzo ostrożni – ostrzegła Anna. – Nie mamy przecież butów.
Dałem  jej  moje  skarpetki,  żeby  nie  miała  całkiem  gołych  stóp.  Schroniłem  się  do  namiotu

i przebrałem w dżinsy, by ochronić nogi przed komarami, po czym zagłębiliśmy się między drzewa.

Wilgotne powietrze osiadało na skórze. Z zamkniętymi ustami przedarłem się przez chmarę komarów,

opędzając  się  od  nich  rękami.  Weszliśmy  w  głąb  lądu,  gdzie  woń  gnijących  roślin  stała  się  silniejsza.
Liście  nad  naszymi  głowami  prawie  nie  przepuszczały  promieni  słonecznych,  jedynym  odgłosem  był
trzask gałązek i nasze oddechy w ciężkim powietrzu. Ubranie miałem przesiąknięte potem. Szliśmy dalej
w milczeniu i zastanawiałem się, ile czasu zajmie nam przedarcie się na drugą stronę wyspy.

Dotarliśmy  tam  w  piętnaście  minut.  Anna  wlokła  się  parę  kroków  za  mną,  toteż  pierwszy  coś

zauważyłem. Stanąłem jak wryty, odwróciłem się i pośpiesznie ją przywołałem.

Zrównała się ze mną i spytała szeptem:
– Co to jest?
– Nie mam pojęcia.
Jakieś  piętnaście  metrów  przed  nami  stała  drewniana  chata,  mniej  więcej  wielkości  przyczepy

kempingowej.  Może  ktoś  jeszcze  mieszkał  na  wyspie.  Ktoś,  kto  nie  zawracał  sobie  głowy
przedstawianiem  się.  Zbliżyliśmy  się  ostrożnie.  Drzwi  wejściowe  były  otwarte,  zwisały  na
zardzewiałych zawiasach. Zajrzeliśmy do środka.

– Halo?! – zawołała Anna.
Nikt  nie  odpowiedział,  więc  przestąpiliśmy  próg  i  stanęliśmy  na  drewnianej  podłodze.  Po  drugiej

stronie pomieszczenia bez okien znajdowały się drzwi, były jednak zamknięte. Nie było tu żadnych mebli.
Trąciłem nogą stertę koców w rogu; odskoczyliśmy, gdy rozpełzły się spod nich robaki.

Kiedy  oczy  przywykły  mi  do  przyciemnionego  światła,  dostrzegłem  na  podłodze  duże  metalowe

pudło.  Schyliłem  się  i  otworzyłem  je,  by  sprawdzić  zawartość.  Znalazłem  młotek,  kilka  opakowań
gwoździ i śrub, taśmę mierniczą, cęgi i piłę ręczną. Anna znalazła jakieś ubrania. Gdy podniosła koszulę,
odpadł rękaw.

– Myślałam, że może nam się przydać, ale nie szkodzi – powiedziała, krzywiąc się.
Otworzyłem  drzwi  do  drugiego  pokoju  i  wślizgnęliśmy  się  tam  powoli.  Podłogę  zaściełały  puste

background image

torebki  po  chipsach  ziemniaczanych  i  papierki  po  batonikach.  Obok  nich  leżał  plastikowy  pojemnik
z  szerokim  wlewem.  Podniosłem  go  i  zajrzałem  do  środka.  Pusty.  Ktokolwiek  tu  mieszkał,
prawdopodobnie  używał  go  do  zbierania  wody.  Może  gdybyśmy  wcześniej  zwiedzili  wyspę  i  znaleźli
chatę,  nie  musielibyśmy  pić  wody  z  sadzawki.  Może  bylibyśmy  na  plaży,  kiedy  przeleciał  nad  nami
samolot.

Anna  popatrzyła  na  pojemnik  w  mojej  dłoni.  Musiała  wyciągnąć  podobne  wnioski,  ponieważ

powiedziała:

– Co się stało, to się nie odstanie, T.J. Nic nie możemy już na to poradzić.
Na  podłodze  leżał  spleśniały  zmięty  śpiwór.  W  rogu  stał  oparty  o  ścianę  czarny  drewniany  futerał.

Zwolniłem zatrzaski i podniosłem pokrywę. W środku znajdowała się gitara akustyczna w dobrym stanie.

– A to ci dopiero – rzuciła Anna.
– Myślisz, że ktoś tutaj mieszkał?
– Na to wygląda.
– Co tutaj robił?
–  Poza  udawaniem  Jimmy’ego  Buffetta?  –  Anna  pokręciła  głową.  –  Nie  mam  pojęcia.  Ale

kimkolwiek był, przez jakiś czas żył z dala od domu.

–  To  nie  jest  byle  jakie  drewno  –  zauważyłem.  –  Zostało  przycięte  w  tartaku.  Nie  wiem,  jak  to

przetransportował  na  wyspę.  Przypuszczam,  że  łodzią  czy  samolotem,  ale  traktował  sprawę  poważnie.
Dokąd więc stąd wybył?

– T.J. – Anna otworzyła szeroko oczy. – Może on wróci.
– Mam taką nadzieję.
Schowałem  gitarę  do  futerału  i  podałem  jej.  Ja  wziąłem  skrzynkę  na  narzędzia  i  skierowaliśmy  się

z powrotem na naszą plażę.

W porze lunchu Anna upiekła owoc chlebowca na płaskim kamieniu przy ognisku, a ja rozłupywałem

orzechy kokosowe. Zjedliśmy wszystko – owoc chlebowca w dalszym ciągu nie przypominał mi w smaku
chleba – i popiliśmy mleczkiem kokosowym. Żar od ogniska plus temperatura powietrza musiały dawać
jakieś  trzydzieści  pięć  stopni  i  trudno  było  wytrzymać  dłużej  wewnątrz  szałasu.  Pot  spływał  po
zaczerwienionej twarzy Anny, włosy przykleiły się jej do szyi.

–  Masz  ochotę  się  wykąpać?  –  Pożałowałem  tych  słów  natychmiast,  gdy  je  wypowiedziałem.

Prawdopodobnie Anna pomyśli, że chciałem, by się rozebrała.

Zawahała się, lecz odrzekła:
– Tak. Za chwilę się ugotuję.
Zeszliśmy na sam brzeg. Nie przebrałem się z powrotem w szorty, zdjąłem więc skarpetki oraz T-shirt

i wyskoczyłem z dżinsów, zostając tylko w szarych bokserkach.

– Udawajmy, że to kąpielówki – powiedziałem do Anny.
Zerknęła na moje gatki i uśmiechnęła się przelotnie.
– Dobrze.
Czekałem  na  nią  w  lagunie,  starając  się  nie  patrzeć,  gdy  się  rozbierała.  Skoro  miała  odwagę  zdjąć

przy mnie ubranie, nie zachowam się jak osioł.

Znowu miałem erekcję – oby tego nie zauważyła.
Popływaliśmy  trochę,  po  czym  wyszliśmy  z  wody,  ubraliśmy  się  i  usiedliśmy  na  piasku.  Anna

zapatrzyła się w niebo.

– Byłam pewna, że samolot znowu nad nami przeleci. – Westchnęła.
Po powrocie do szałasu dorzuciłem drew do ognia. Anna rozpostarła na ziemi jeden z koców z tratwy

ratunkowej i usiadła, a ja wziąłem gitarę i usiadłem obok niej.

– Umiesz grać? – spytała.
– Nie. No, mój kolega nauczył mnie części piosenki. – Uderzyłem w struny i zagrałem pierwsze nuty

background image

Wish You Were Here.

Uśmiechnęła się.
– Pink Floyd.
– Lubisz Pink Floydów?
Anna skinęła głową.
– Uwielbiam tę piosenkę.
– Naprawdę? To niesamowite. Nigdy bym nie pomyślał.
– Tak? A jakiej muzyki, według ciebie, słucham?
– Nie wiem, może Mariah Carey?
– Nie, wolę starsze kawałki. – Wzruszyła ramionami. – No cóż… Urodziłam się w tysiąc dziewięćset

siedemdziesiątym pierwszym roku.

Obliczyłem jej wiek.
– Masz trzydzieści lat?
– Tak.
– Myślałem, że dwadzieścia cztery albo dwadzieścia pięć.
– Nie.
– Nie zachowujesz się jak trzydziestolatka.
Pokręciła głową i roześmiała się cicho.
– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
– Chodzi mi o to, że fajnie się z tobą rozmawia.
Uśmiechnęła  się  do  mnie.  Brzdąkałem  jeszcze  przez  chwilę,  powtarzając  wciąż  tę  samą  frazę  Pink

Floydów, ale musiałem przerwać, ponieważ bolały mnie dłonie od rozniecania ognia.

– Gdybyśmy mieli coś, czego można by użyć w charakterze haczyka, mógłbym zrobić z tego wędkę –

powiedziałem. – Struna gitary posłużyłaby jako żyłka. – Myślałem, by wykorzystać gwóźdź ze skrzynki
z narzędziami, ale ryby nie były zbyt duże i potrzebowałem czegoś mniejszego i lżejszego.

Później, gdy kładliśmy się spać, Anna się odezwała:
– Mam nadzieję, że impreza, dla której zostałeś, była tego warta.
– To nie była impreza. Mówiłem moim rodzicom.
– A co to było?
–  Rodzice  Bena  wyjechali,  a  jego  kuzyn  właśnie  wrócił  na  lato  z  college’u  i  miał  wpaść  ze  swoją

dziewczyną,  która  z  kolei  obiecała  przyprowadzić  dwie  koleżanki.  Ben  był  przekonany,  że  poderwie
jedną z nich. Założyłem się z nim o dwadzieścia dolców, że mu się nie uda. – Nie przyznałem się Annie,
że ja również zamierzałem spróbować.

– I co? Udało mu się?
– Nie zjawiły się. Siedzieliśmy przez całą noc, pijąc piwo i grając w gry wideo. Po dwóch dniach

siedziałem z tobą w samolocie.

– O rety, T.J., przykro mi.
– Tak. – Odczekałem minutę, po czym spytałem: – Kim był ten facet na lotnisku?
– Mój chłopak, John.
Pamiętałem, jak ją pocałował. Wyglądało to, jakby próbował wepchnąć jej język do gardła.
– Musisz za nim tęsknić.
Nie odpowiedziała od razu, w końcu jednak mruknęła:
– Nie tak bardzo, jak zapewne powinnam.
– Co to znaczy?
– Nic. To skomplikowana sprawa.
Przekręciłem się na bok i wsunąłem poduszkę siedzenia pod głowę.
– Jak sądzisz, Anno, dlaczego samolot nie wrócił?

background image

– Nie wiem – odrzekła. Ale byłem pewny, że wie.
– Myślą, że nie żyjemy, prawda?
– Mam nadzieję, że tak nie jest. Ponieważ wtedy przestaną nas szukać.

background image

ROZDZIAŁ 9

Anna

Nazajutrz rano T.J. ostrugał nożem końce dwóch długich kijów, tak że powstały ostre czubki.
– Jesteś gotowa zapolować na ryby? – zapytał.
– Jasne.
Gdy dotarliśmy na sam brzeg, ukląkł i podniósł jakiś przedmiot.
– To chyba twoje. – Podał mi granatowy but na płaskim obcasie.
– Faktycznie. – Popatrzyłam na wodę. – Może drugi też wyrzuci na brzeg.
Weszliśmy  do  laguny,  zanurzając  się  po  biodra.  Upał  nie  był  równie  nieznośny  jak  rano,  włożyłam

więc T-shirt na stanik i majtki. Dół koszulki natychmiast wchłonął wodę jak gąbka i przylgnął mi do ud.
Przez  godzinę  bezskutecznie  próbowaliśmy  nadziać  ryby  na  zaimprowizowany  oszczep.  Małe  i  szybkie
rozpraszały się przy każdym naszym ruchu.

– Może bardziej nam się poszczęści trochę dalej, jak sądzisz? – spytałam.
–  Nie  mam  pojęcia.  Tam  ryby  są  prawdopodobnie  większe,  ale  trudniej  będzie  manewrować

oszczepem.

W tym momencie dostrzegłam jakiś przedmiot unoszący się na powierzchni.
– Co to jest, T.J.? – Osłoniłam oczy dłonią.
– Gdzie?
– Tam, prosto przed nami. Widzisz, jak podskakuje na falach? – Wskazałam palcem.
T.J. zmrużył oczy, patrząc w dal.
– O cholera! Anno, nie patrz.
Za późno.
Dosłownie  na  moment  przed  tym,  jak  mnie  ostrzegł,  zorientowałam  się.  Upuściłam  oszczep

i zwymiotowałam do wody.

– Morze wyrzuci go na brzeg, wracajmy więc – rzekł T.J.
Wyszłam za nim z wody. Gdy znaleźliśmy się już na piasku, zwymiotowałam po raz drugi.
– Już go wyrzuciło? – spytałam, ocierając usta wierzchem dłoni.
– Prawie.
– Co zrobimy?
–  Musimy  gdzieś  go  pochować  –  odparł  T.J.  drżącym,  niepewnym  głosem.  –  Możemy  owinąć  go

w jeden z naszych koców, chyba że nie chcesz.

Chociaż  zupełnie  nie  uśmiechało  mi  się  pozbycie  się  czegokolwiek  z  naszego  nader  skromnego

dobytku, doszłam do wniosku, że owijając go w koc, okażemy mu szacunek. Poza tym, szczerze mówiąc,
nie wyobrażałam sobie, bym mogła dotknąć jego ciała gołymi rękami.

–  Pójdę  po  koc  –  powiedziałam,  wdzięczna  za  pretekst,  żeby  nie  być  przy  tym,  gdy  fale  wyrzucą

ciało.

Wróciwszy  z  kocem,  podałam  go  T.J.  i  zawinęliśmy  w  niego  zwłoki,  popychając  je  stopami.  Fetor

rozkładającego się, nasiąkniętego wodą ciała uderzył mnie w nozdrza, zrobiło mi się niedobrze i ukryłam
twarz w zgięciu łokcia.

– Nie możemy pochować go na plaży – wymamrotałam.
– Nie – zgodził się T.J., kręcąc głową.
Wybraliśmy miejsce pod drzewem, daleko od szałasu, i zaczęliśmy kopać rękami miękką ziemię.
– Taki wystarczy na wielkość? – spytał T.J., zaglądając do dołu.
– Chyba tak.
Nie potrzebowaliśmy wielkiego grobu, ponieważ rekiny pożarły nogi Micka i część tułowia. I jedną

rękę. Jakieś inne stworzenie dobrało się do jego obrzmiałej bladej twarzy. Strzępy jego nierównomiernie

background image

ufarbowanego T-shirtu zwisały mu z szyi.

T.J.  spokojnie  czekał,  dopóki  nie  zwymiotowałam.  Potem  chwyciłam  brzeg  koca  i  pomogłam

zaciągnąć Micka do grobu i opuścić go do wykopu. Zasypaliśmy go ziemią i wstaliśmy.

Łzy spłynęły mi po policzkach.
– Nie żył już w chwili, gdy uderzyliśmy w wodę – oznajmiłam stanowczo.
– Tak – zgodził się T.J.
Zaczęło  padać,  wróciliśmy  więc  do  tratwy  i  wpełzliśmy  do  środka.  Dzięki  zadaszeniu  było  tam

sucho,  mimo  to  drżałam  na  całym  ciele.  Nakryłam  nas  kocem  –  jedynym,  który  nam  pozostał  –
i zasnęliśmy.

Gdy  się  obudziliśmy,  zebraliśmy  owoce  chlebowca  i  orzechy  kokosowe.  Żadne  z  nas  nie  było

rozmowne.

– Proszę. – T.J. podał mi kawałek kokosa.
Odepchnęłam jego rękę.
–  Nie,  nie  mogę.  Zjedz  sam.  –  Żołądek  wciąż  podchodził  mi  do  gardła.  Nigdy  nie  pozbędę  się

z pamięci obrazu Micka.

– Wciąż cię mdli?
– Tak.
– Spróbuj przełknąć odrobinę mleczka kokosowego – poradził, podsuwając mi płyn.
Podniosłam do ust plastikowy pojemnik i upiłam łyk.
– I co, jakoś poszło?
Potaknęłam głową.
– Może za jakiś czas mi przejdzie.
– Pójdę nazbierać trochę chrustu.
– Dobrze.
Nie było go od kilku minut, gdy poczułam wilgoć między nogami.
O Boże, nie.
W  nadziei,  że  alarm  jest  fałszywy,  poszłam  w  przeciwnym  do  T.J.  kierunku  i  spuściłam  dżinsy.  Na

białym materiale kroku majtek zobaczyłam dowód, że właśnie dostałam okres.

Śpiesznie  wróciłam  do  szałasu  i  chwyciłam  moją  bluzę,  po  czym  znowu  skryłam  się  w  lesie.

Oderwałam pasek tkaniny, zwinęłam go i wsunęłam pod bieliznę.

Niech ten przygnębiający dzień wreszcie się skończy!
Po zachodzie słońca komary urządziły sobie ucztę na moich rękach.
–  Zdaje  się,  że  doszłaś  do  wniosku,  że  warto  narażać  się  na  ugryzienia  tylko  po  to,  żeby  było  ci

odrobinę  chłodniej  –  rzekł  T.J.,  widząc,  że  się  oganiam  od  brzęczących  stworzonek.  Włożył  dżinsy
i dresową bluzę, gdy tylko pojawiły się komary.

Pomyślałam o mojej bluzie ukrytej w krzakach. Oby udało mi się ją odnaleźć.
– Tak, właśnie.

background image

ROZDZIAŁ 10

T.J.

Przez  kolejne  osiemnaście  dni  żywiliśmy  się  wyłącznie  orzechami  kokosowymi  i  owocami

chlebowca, więc ubrania dosłownie na nas wisiały. Annie burczało w brzuchu przez sen, a ja też czułem
nieustanne  skurcze  żołądka.  Zwątpiłem  w  to,  że  ratownicy  ciągle  nas  szukają,  i  przykre  uczucie  pustki,
które nie miało nic wspólnego z głodem, dołączyło do bólu fizycznego, gdy przypominałem sobie rodzinę
i przyjaciół.

Pomyślałem, że zaimponowałbym Annie, gdyby udało mi się upolować rybę. Tymczasem dziabnąłem

się w stopę, co bolało jak diabli, ale nie dałem nic po sobie poznać.

– Posmaruję ci ranę maścią z antybiotykiem – powiedziała Anna. Wycisnęła odrobinę na skaleczenie

i zakleiła plastrem z opatrunkiem. Wyjaśniła, że wilgoć panująca na wyspie jest idealnym środowiskiem
dla drobnoustrojów i myśl o tym, że któreś z nas mogłoby narazić się na infekcję, przeraża ją śmiertelnie.
– Nie możesz wchodzić do wody, dopóki się nie zagoi, T.J. Skaleczenie musi zaschnąć.

Po prostu cudownie. Nie ma pływania, nie ma łowienia ryb.
Dni  mijały  powoli.  Anna  uspokoiła  się.  Więcej  spała.  Kilkakrotnie,  gdy  wracałem  ze  zwiedzania

wyspy lub zbierania chrustu, przyłapałem ją na tym, że wycierała łzy. Pewnego dnia zastałem ją siedzącą
na plaży. Wpatrywała się w niebo.

– Będzie ci łatwiej, jeśli przestaniesz liczyć na to, że po nas przylecą – powiedziałem jej.
Spojrzała na mnie.
–  A  więc  powinnam  jedynie  czekać,  dopóki  pewnego  dnia  nie  przyleci  tu  jakiś  przypadkowy

samolot?

– Nie wiem, Anno. – Usiadłem obok niej. – Możemy popłynąć na tratwie ratunkowej. Zabrać ze sobą

dużo jedzenia i używać plastikowych pojemników do łapania deszczówki. Będziemy wiosłowali.

– A jeśli skończy się jedzenie lub coś stanie się z tratwą? To byłoby samobójstwo, T.J. Najwyraźniej

nie jesteśmy na trasie lotu na żadną zamieszkaną wyspę i nie mamy gwarancji, że przeleci nad nami jakiś
samolot. Te wyspy są rozrzucone na tysiącach kilometrów wody. Nie mogę popłynąć, T.J. Nie po tym, jak
widziałam Micka. Czuję się bezpieczniej tutaj, na lądzie. I wiem, że nie wrócą po nas, ale jeśli powiem
to głośno, to tak, jakbym się poddała.

– Ja też się tak czułem, ale już mi przeszło.
Anna przyglądała mi się uważnie.
– Świetnie potrafisz się przystosować.
Pokiwałem głową.
– Teraz mieszkamy tutaj.

background image

ROZDZIAŁ 11

Anna

T.J.  wykrzykiwał  moje  imię.  Siedziałam  obok  szałasu  zapatrzona  w  dal.  Biegł  w  moim  kierunku,

ciągnąc za sobą walizkę.

– Anno, czy to twoja walizka?
Zerwałam się na równe nogi i puściłam pędem do niego. Spotkaliśmy się w połowie drogi.
– Tak!
Proszę, niech to będzie ta właściwa.
Opadłam  na  piasek  przed  walizką  i  szarpnęłam  zamek  błyskawiczny,  po  czym  otworzyłam  ją

i uśmiechnęłam się.

Odłożyłam moje mokre ubrania i szukałam dalej biżuterii. Znalazłam torebkę strunową i wysypałam

wszystko.  Gdy  przeszukiwałam  zawartość,  moje  palce  zamknęły  się  wokół  kryształowych  wiszących
kolczyków. Podniosłam je triumfująco i pokazałam T.J.

Uśmiechnął się, patrząc na zakrzywiony drucik, na którym był zawieszony kolczyk.
– Zrobimy z tego fantastyczny haczyk, Anno.
Wyjęłam  wszystko  z  walizki.  Szczoteczka  do  zębów  i  dwie  tubki  zwykłej  pasty  oraz  tubka

wybielającej, cztery kostki mydła, dwie butelki płynu do kąpieli, szampon i odżywka, balsam, krem do
golenia, maszynka z dwiema paczuszkami zapasowych ostrzy. Trzy dezodoranty – dwa w sztyfcie i jeden
żelowy  –  oliwka  dziecinna  i  waciki  do  zmywania  makijażu,  wiśniowa  pomadka  ochronna  do  ust  i  –
dzięki Ci, Boże – dwa pudełka tamponów. Lakier do paznokci i zmywacz, pęseta, patyczki higieniczne,
chusteczki,  butelka  Woolite  do  prania  ręcznego  i  dwie  tubki  balsamu  do  opalania  z  filtrem  30.  T.J.  i  ja
byliśmy już tak opaleni, że nie sądziłam, by filtr słoneczny na cokolwiek się przydał.

– No, no – cmoknął, gdy skończyłam sortować kosmetyki.
– Na wyspie, na którą lecieliśmy, podobno nie ma drogerii – wyjaśniłam. – Sprawdziłam.
Zapakowałam również grzebień i szczotkę, spinki do włosów, klamry do spinania końskiego ogona,

talię kart do gry, kalendarz i długopis, dwie pary okularów przeciwsłonecznych – Ray-Ban oraz drugie
w dużej czarnej oprawce – i słomkowy kowbojski kapelusz, który zawsze nosiłam na basenie.

Brałam  kolejno  każdą  sztukę  ubrania,  wykręcałam  i  rozpościerałam  na  piasku,  by  wyschła.  Cztery

kostiumy kąpielowe, bawełniane wygodne spodnie, szorty, koszulki bez rękawów, T-shirty i sukienka na
ramiączkach. Adidasy i kilka par skarpetek. Niebieski T-shirt z koncertu REO Speedwagon i szary nike
z  czerwonym  nadrukiem  Po  prostu  zrób  to.  Były  o  jeden  rozmiar  za  duże  i  używałam  ich  jako  koszuli
nocnej.

Wrzuciłam majtki oraz staniki z powrotem do walizki i zamknęłam ją. Zajmę się nimi później.
– Mamy szczęście, że morze wyrzuciło właśnie tę walizkę – powiedziałam.
– A co było w drugiej?
– Twoje podręczniki i ćwiczenia. – Przygotowałam szczegółowe plany lekcji, organizując całą pracę,

która  czekała  T.J.  W  tamtej  walizce  były  również  powieści,  które  zamierzałam  przeczytać  przez  lato,
i pomyślałam tęsknie, jak bardzo pomogłyby zabić czas. Spojrzałam z nadzieją na T.J. – Może znajdziemy
również twoją walizkę.

– Nie ma najmniejszej szansy. Rodzice zabrali ją ze sobą. Dlatego miałem parę ciuchów i szczoteczkę

do  zębów  w  plecaku.  Mama  chciała,  żebym  miał  coś  na  wypadek,  gdybyśmy  się  spóźnili  i  musieli
spędzić gdzieś noc.

– Naprawdę?
– Tak.
– Hm. Coś takiego.

*

background image

Zebrałam wszystko, co było mi potrzebne.
– Idę się wykąpać – powiedziałam. – Nie zbliżaj się do wody, kiedy ja tam jestem. Jasne?
T.J. skinął głową.
–  Dobrze.  Obiecuję.  Postaram  się  podczas  twojej  nieobecności  zrobić  wędkę.  Wypróbuję  ją,  kiedy

wrócisz.

Gdy  znalazłam  się  na  brzegu,  zrzuciłam  ubranie,  weszłam  do  wody  i  zanurzyłam  głowę.  Umyłam

brudne  włosy,  spłukałam  szampon  i  umyłam  je  jeszcze  raz.  Szampon  pachniał  niewiarygodnie,  może
dlatego,  że  ja  sama  pachniałam  tak  nieładnie.  Nałożyłam  odżywkę,  po  czym  wymyłam  się  od  stóp  do
głów i usiadłam nad wodą, by ogolić nogi i pachy. Jeszcze raz weszłam do wody, by się obmyć, i przez
jakiś czas unosiłam się na wznak na powierzchni, zadowolona i czysta.

Włożyłam żółte bikini, posmarowałam się dezodorantem, rozczesałam włosy, zwinęłam je i spięłam

na czubku głowy. Wybrałam okulary w ciemnych oprawkach, zostawiając ray-bany dla T.J.

Gdy  podeszłam  do  niego,  podniósł  głowę  i  zmierzył  mnie  spojrzeniem.  Usiadłam  obok  niego,  a  on

pochylił się, powąchał mnie i powiedział:

– Komary zjedzą cię żywcem.
– Czuję się tak dobrze, że nic mnie to nie obchodzi.
–  Co  o  tym  myślisz?  –  spytał,  podnosząc  wędkę.  Wywiercił  otwór  na  końcu  długiego  kija

i  przywiązał  do  niego  strunę  gitary.  Drugi  koniec  struny  przewlókł  przez  pętelkę  w  haczyku  zrobionym
z drucika mojego kolczyka.

–  Wygląda  świetnie.  Kiedy  się  wykąpiesz,  wypróbujemy  ją.  Zostawiłam  wszystko  na  brzegu.

Korzystaj, z czego chcesz.

Gdy wrócił, czysty i pachnący równie ładnie jak ja, dałam mu okulary.
– O, dzięki – rzekł, wkładając je. – Są super. – Podniósł wędkę.
– Czego użyjemy na przynętę?
– Chyba robaków.
Kopaliśmy ziemię pod drzewami, dopóki nie znaleźliśmy kilku. Białe i ruchliwe, przypominały duże

czerwie. Wzdrygnęłam się. T.J. nabrał robaków w garść i ruszyliśmy w stronę wody.

– Żyłka jest niezbyt długa. Nie chciałem użyć całej struny na wypadek, gdyby pękła albo coś stało się

z wędką.

Weszliśmy do wody po pas i T.J. zarzucił wędkę. Staliśmy bez ruchu.
– Coś skubie robaka – powiedział.
Poderwał wędkę i pociągnął ku sobie. Wydałam okrzyk radości na widok kołyszącej się na haczyku

ryby.

– Popatrz, to działa! – ucieszył się.
W  pół  godziny  złowił  jeszcze  siedem  ryb.  Gdy  wróciliśmy  do  szałasu,  poszedł  nazbierać  drew  do

ogniska, a ja oczyściłam nożem ryby.

–  Gdzie  się  tego  nauczyłaś?  –  spytał  po  powrocie.  Opróżnił  plecak,  wysypując  chrust  na  kupkę

w szałasie.

–  Od  taty.  Często  zabierał  Sarah  i  mnie  na  ryby,  gdy  w  dzieciństwie  mieszkaliśmy  w  domu  nad

jeziorem.  Zawsze  nosił  ten  obłędny  nieprzemakalny  kapelusz  z  przypiętymi  sztucznymi  przynętami.
Pomagałam mu sprawiać wszystko, co złowiliśmy.

T.J.  przyglądał  się,  jak  oskrobywałam  łuski  nożem,  a  potem  odcinałam  głowę.  Oddzieliłam  filet  od

skóry,  przesuwając  ostrze  poziomo  wzdłuż  całej  długości  ryby.  Zmyłam  deszczówką  z  dłoni  krew
i wnętrzności, a następnie upiekliśmy rybę na płaskim kamieniu, na którym wcześniej opiekaliśmy owoce
chlebowca. Zjedliśmy wszystkie siedem, jedną po drugiej. Nigdy w życiu nie smakowała mi tak bardzo
żadna ryba.

– Jak myślisz, co to za gatunek? – spytałam T.J.

background image

– Nie mam pojęcia, ale jest pyszna.
Po obiedzie siedzieliśmy na kocu; po raz pierwszy od tygodni byliśmy najedzeni do syta. Sięgnęłam

do walizki i wyjęłam kalendarz.

– Ile dni tu jesteśmy? – spytałam, wygładzając pogniecione kartki.
Podszedł do drzewa i policzył karby, które wyciął nożem na pniu.
– Dwadzieścia trzy.
Zakreśliłam datę w kalendarzu. Był już prawie lipiec.
– Od tej pory będę na bieżąco uaktualniała. – Wtedy coś sobie przypomniałam. – Kiedy masz zgłosić

się do swojego doktora?

– Pod koniec sierpnia. Na tomografię.
– Do tego czasu nas znajdą.
Wcale tak nie myślałam. Po minie T.J. poznałam, że on również w to nie wierzy.

*

Udałam się za potrzebą do lasu, gdy usłyszałam ten dźwięk. Coś jak trzepot, łopot. Przestraszyłam się

tak, że omal nie wpadłam w kałużę własnego moczu. Podciągnęłam gwałtownie majtki i szorty, po czym
stanęłam, nasłuchując, ale dźwięk się już nie powtórzył.

– Chyba usłyszałam jakieś zwierzę – powiedziałam po powrocie do T.J.
– Jakie?
– Nie wiem. Przypominało to trzepot, łopot. Ty coś słyszałeś?
– Owszem.
Wróciliśmy do miejsca, gdzie usłyszałam ten dźwięk, ale niczego nie znaleźliśmy. Nazbieraliśmy tyle

chrustu, ile mogliśmy unieść, i złożyliśmy na zgromadzonej już stercie.

– Masz ochotę popływać? – spytał T.J.
– Pewnie.
Teraz, gdy miałam kostium kąpielowy, pływanie wydało mi się wspaniałym pomysłem.
Czysta  woda  w  lagunie  idealnie  nadawałaby  się  do  nurkowania  z  rurką.  Pływaliśmy  około  pół

godziny,  a  gdy  już  wychodziliśmy  z  wody,  T.J.  nastąpił  na  coś.  Zanurkował,  po  czym  wynurzył  się
z adidasem.

– Twój?
– Tak. Spodziewałem się, że w końcu go prąd przyniesie.
Siedzieliśmy na plaży, bryza od oceanu suszyła nasze ciała.
– Dlaczego twoi rodzice wybrali te wyspy? – zainteresowałam się. – Są tak daleko.
–  Ze  względu  na  nurkowanie  z  akwalungiem.  Podobno  fantastyczne  miejsce.  Tata  i  ja  obaj  mamy

certyfikaty  –  odrzekł  T.J.,  kopiąc  palcami  w  białym  piasku.  –  Kiedy  byłem  naprawdę  chory,  robił
mnóstwo  szumu,  opowiadając  wszystkim,  że  gdy  tylko  lepiej  się  poczuję,  wybierzemy  się  tutaj  na
wspaniałe wakacje. Jakby mnie to w ogóle interesowało.

– Nie chciałeś tu przyjechać?
T.J. pokręcił głową.
– Dlaczego?
– Nikt nie ma ochoty spędzać całych wakacji z rodziną. Pragnąłem zostać w domu i powłóczyć się

z kumplami. Potem poinformowali mnie, że ty jedziesz z nami i że będę musiał nadrobić zaległości. To
mnie dokumentnie wkurzyło. – Spojrzał na mnie przepraszająco. – Bez urazy.

– Nie czuję się urażona.
– Ale oni mnie nie słuchali. Mama i tata wbili sobie do głowy, że ta podróż będzie najcudowniejszym

wydarzeniem  dla  całej  rodziny.  Ale  nawet  moje  siostry  były  wściekłe.  Chciały  pojechać  do  Disney
Worldu.

– Przykro mi, T.J.

background image

– Nie ma powodu.
– Ile lat mają twoje siostry?
–  Alexis  dziewięć,  a  Grace  jedenaście.  Czasami  doprowadzają  mnie  do  szału,  nigdy  nie  przestają

mówić, ale są w porządku. A ty masz braci lub siostry?

–  Mam  jedną  siostrę,  Sarah.  Jest  o  trzy  lata  ode  mnie  starsza  i  zamężna.  Mają  z  Davidem  dwójkę

dzieci: pięcioletniego Joego i dwuletnią Chloe. Tęsknię za nimi ogromnie. Nie potrafię sobie wyobrazić,
co przeżywają, zwłaszcza moi rodzice.

– Ja też tęsknię za rodziną – przyznał T.J.
Przesunęłam  spojrzeniem  po  błękitnym  bezchmurnym  niebie,  zapatrzyłam  się  na  turkusową  wodę,

słuchając kojącego plusku fal rozbijających się o rafę koralową.

– Prawdę mówiąc, jest tutaj przepięknie – zauważyłam.
– Tak – przyznał T.J. – Rzeczywiście.

background image

ROZDZIAŁ 12

T.J.

Jedną z najbardziej nieznośnych rzeczy na wyspie była nuda. Zbieranie drewna na opał oraz owoców,

łowienie  ryb  kilka  razy  dziennie  zajmowało  nam  trochę  czasu,  ale  wciąż  zostawało  wiele  godzin.
Zwiedzaliśmy wyspę i pływaliśmy, ale też dużo rozmawialiśmy i wkrótce poczułem się w towarzystwie
Anny równie swobodnie, jak w towarzystwie moich przyjaciół. Była świetnym słuchaczem.

Spytała  mnie  o  to,  jak  radzę  sobie  emocjonalnie.  Faceci  podobno  powinni  być  twardzi,  nigdy

z Benem nie gadaliśmy o uczuciach, ale przyznałem się Annie, że mam dziwne uczucie w dołku, ilekroć
myślę,  że  mogą  nas  nie  znaleźć.  Wyznałem  jej  też,  że  czasami  się  boję,  że  nie  zawsze  dobrze  sypiam.
Powiedziała, że z nią jest podobnie.

Lubiłem  dzielić  łóżko  z  Anną.  Niekiedy  leżała  zwinięta  w  kłębek  tuż  obok  mnie,  z  głową  na  moim

ramieniu,  a  pewnego  razu,  gdy  spałem  na  boku,  przytuliła  się  we  śnie  piersią  do  moich  pleców  „na
łyżeczkę”.  To  nic  nie  oznaczało,  ale  było  przyjemne.  Nigdy  nie  spędziłem  wcześniej  całej  nocy
z dziewczyną. Emma i ja spaliśmy ze sobą kilka godzin, ale to głównie dlatego, że była bardzo chora.

Lubiłem Annę. Bardzo. Bez niej wyspa byłaby naprawdę koszmarna.

*

Nikt  nas  nie  uratował,  minął  więc  termin  mojej  sierpniowej  wizyty  u  onkologa.  Anna  wspomniała

o tym któregoś ranka przy śniadaniu.

–  Martwię  się,  że  nie  mogłeś  pójść  do  lekarza  –  powiedziała,  podsuwając  mi  kawałek  pieczonej

ryby. – Ostrożnie, gorące.

– Czuję się dobrze – odparłem, dmuchając na rybę, by nieco ją ostudzić, zanim włożę ją do ust.
– Ale byłeś bardzo chory, prawda?
– Tak.
Podała mi butelkę z wodą. Upiłem łyk i odstawiłem ją.
– Opowiedz mi o tym.
–  Mama  myślała,  że  mam  grypę.  Gorączkowałem  i  pociłem  się  w  nocy.  Schudłem.  Potem  lekarz

wymacał  mi  guza  na  szyi,  który  okazał  się  powiększonym  węzłem  chłonnym.  Później  zrobili  mi  serię
badań: rentgen, biopsję, rezonans magnetyczny i tomografię pozytonową. Powiedzieli mi, że mam trzecie
stadium chłoniaka Hodgkina.

– Od razu zastosowali chemioterapię?
–  Tak.  Ale  nie  podziałała.  Znaleźli  również  coś  w  mojej  klatce  piersiowej,  więc  miałem  również

naświetlania.

– Brzmi okropnie.
Odkroiła kawałek owocu chlebowca, a resztę dała mnie.
– Fakt, nie było zabawnie. Ciągle kursowałem między szpitalem a domem.
– Jak długo chorowałeś?
– Jakieś półtora roku. Przez dłuższy czas nie było poprawy i lekarze nie wiedzieli, co o tym myśleć.
– To musiało być naprawdę przerażające.
–  Starali  się  utrzymać  mnie  w  nieświadomości.  Nienawidziłem  tego.  Wiedziałem  tylko,  że  jest  źle,

ponieważ  nagle  przestali  patrzeć  mi  w  oczy,  gdy  zadawałem  pytania.  Albo  zmieniali  temat.  To  mnie
rzeczywiście przerażało.

– Nic dziwnego.
–  Początkowo  koledzy  odwiedzali  mnie  bez  przerwy,  ale  z  czasem  niektórzy  z  nich  przestali

przychodzić. – Napiłem się znowu i oddałem butelkę Annie. – Poznałaś mojego przyjaciela, Bena.

– Tak.
– Ben przychodził codziennie. Godzinami oglądał ze mną telewizję albo po prostu siedział na krześle

background image

przy  moim  szpitalnym  łóżku,  gdy  byłem  zbyt  chory,  by  się  poruszyć  lub  mówić.  Moi  rodzice  odbywali
długie  rozmowy  z  lekarzem  na  korytarzu  czy  gdziekolwiek  indziej,  a  ja  prosiłem  Bena,  by  próbował
podsłuchać.  Powtarzał  mi  wszystko,  co  mówili,  nawet  jeśli  to  były  złe  wiadomości.  Wiedział,  że  chcę
usłyszeć prawdę, rozumiesz?

– Oczywiście – odrzekła Anna. – Wygląda na to, że jest wspaniałym przyjacielem.
– O tak. A ty masz taką przyjaciółkę?
– Owszem. Ma na imię Stefani. Znamy się od przedszkola.
– To długo.
Anna skinęła głową.
– Przyjaciele są bardzo ważni. Rozumiem, dlaczego chciałeś spędzić lato z nimi.
– Aha. – Pomyślałem o moich przyjaciołach w Chicago. Prawdopodobnie sądzą, że nie żyję.
Anna wstała i podeszła do sterty chrustu.
– Powiesz mi, gdybyś zauważył jakieś objawy? – Wzięła trochę patyków i dorzuciła do ognia.
–  Jasne.  Tylko  nie  pytaj  mnie  w  kółko,  czy  dobrze  się  czuję.  Moja  mama  to  robiła  i  doprowadzała

mnie do szału.

– Nie będę. Ale będę się odrobinę martwiła.
– Ja również.

background image

ROZDZIAŁ 13

Anna

Obudziły mnie jaskrawe promienie słońca padające do wnętrza tratwy ratunkowej. T.J. już wyszedł

zbierać  chrust  albo  łowić  ryby.  Ziewnęłam,  rozprostowałam  ręce  i  nogi,  po  czym  wygramoliłam  się
z  łóżka.  Moja  walizka  była  w  szałasie,  sięgnęłam  do  niej  i  wyciągnęłam  bikini.  Potem  wróciłam  do
tratwy,  by  się  przebrać.  Kiedy  już  byłam  w  bikini,  podniosłam  nylonowe  klapy,  by  wpuścić  trochę
świeżego powietrza.

Wrócił T.J. z rybą, którą złowił na śniadanie. Uśmiechnął się do mnie.
– Cześć.
– Dzień dobry.
Teraz  ja  poszłam  poszukać  kokosów  i  owoców  chlebowca.  Zebrałam  wszystkie,  które  leżały  na

ziemi, i zaniosłam do szałasu. T.J. rozłupywał orzechy, a ja w tym czasie sprawiłam i upiekłam rybę.

Po  śniadaniu  umyliśmy  zęby  i  wypłukaliśmy  usta  deszczówką.  Potem  zaznaczyłam  datę  w  moim

kalendarzu. Już wrzesień. Trudno uwierzyć.

– Idziemy popływać? – spytał T.J.
– Jasne.
W  zeszłym  tygodniu  zauważył  za  rafą  dwie  płetwy.  Teraz,  widząc  je  ponownie,  spanikowaliśmy

i uciekliśmy z wody. Z brzegu obserwowaliśmy, jak wpływają do laguny. Delfiny. Weszliśmy powoli do
wody, a one nie odpłynęły, czekając cierpliwie, aż się do nich zbliżymy.

– Zachowują się niemal, jakby chciały się przedstawić – powiedziałam zdumiona.
T.J.  pogłaskał  jednego  i  roześmiał  się,  gdy  delfin  prychnął  wodą  z  nozdrzy.  Nigdy  nie  spotkałam

takich  towarzyskich  stworzeń.  Pływały  z  nami  przez  pewien  czas,  po  czym  opuściły  nas  nagle,  jakby
realizowały jakiś morski harmonogram.

– Może jeszcze dzisiaj wrócą – powiedziałam, idąc brzegiem za T.J.
Zdjął koszulę i wszedł do laguny.
– Byłoby super. Chętnie dosiadłbym jednego.
W  ramach  rozrywki  wykorzystaliśmy  jeden  ze  składanych  plastikowych  pojemników  do  zrobienia

maski  do  nurkowania.  Pod  wodą  pływały  stada  ryb  w  jaskrawych  kolorach  –  fioletowe,  błękitne,
pomarańczowe,  żółte  i  w  czarne  paski.  Widzieliśmy  też  żółwia  morskiego,  z  dna  oceanu  wytknęła  łeb
murena. Widząc ją, odpłynęłam szybko.

– Nie ma delfinów – powiedziałam po przeszło godzinie pływania. – Musieliśmy je przegapić.
– Możemy spróbować znowu po drzemce. – Nagle wskazał palcem w kierunku brzegu. – Anno, spójrz

tylko.

Z piasku wystawało odnóże kraba, szczypce otwierały się i zamykały. Wyskoczyliśmy z wody.
– Wezmę bluzę od dresu.
– Prędzej, on próbuje się zagrzebać w piasku.
T.J.  wrócił  w  rekordowym  czasie,  owinął  bluzą  wystającą  część  kraba  i  wyciągnął  go  z  piasku.

Wróciliśmy do szałasu i T.J. wytrząsnął go do ogniska.

– O Boże – westchnęłam, myśląc przez sekundę o gwałtownej śmierci kraba.
Szybko się otrząsnęłam.
Rozłupaliśmy  pancerz  na  odnóżach  szczypcami  ze  skrzynki  na  narzędzia  i  opychaliśmy  się  ze

smakiem. Mięso kraba – nawet bez gorącego stopionego masła – smakowało lepiej od wszystkiego, co
jedliśmy na wyspie. Teraz, gdy już wiedzieliśmy, gdzie się kryją, będziemy musieli sprawdzać codziennie
linię brzegową. Miałam już tak dość ryb, kokosów i owoców chlebowca, że czasami ledwie udawało mi
się je przełknąć. Mięso kraba stanowiło miłą odmianę – coś, czego strasznie brakowało w naszej diecie.

Kiedy  z  kraba  została  już  tylko  kupka  rozbitych  skorupek,  wyciągnęłam  koc  z  tratwy  ratunkowej

background image

i  rozpostarłam  go  pod  palmą  kokosową.  Wyciągnęliśmy  się  obok  siebie.  Cień  drzewa  dawał  nam
odrobinę chłodu w najgorętszej porze dnia, dzięki czemu stał się naszym ulubionym miejscem drzemki.

Duży,  odrażający,  włochaty  pająk  –  odwłok  miał  wielkości  ćwierćdolarówki  –  leniwie  pełznął  po

ramieniu T.J. Strąciłam go pstryczkiem.

– Ten naprawdę napędził mi stracha – powiedziałam.
T.J. się wzdrygnął. Nie cierpiał pająków, zawsze strzepywał koc, sprawdzając, czy ich tam nie ma,

zanim  ułożył  go  w  tratwie.  Ja  natomiast  nienawidziłam  węży.  Nadepnęłam  już  na  jednego  węża
morskiego i tylko dlatego nie przeżyłam szoku, że miałam na nogach adidasy. Przerażała mnie myśl o tym,
że  mogłabym  nadepnąć  na  niego  bosą  stopą.  Zastanawianie  się,  czy  mogą  być  jadowite,  było  zbyt
stresujące.

Myślałam, że T.J. już zasnął, ale w tym momencie spytał sennym głosem:
– Jak myślisz, co z nami będzie, Anno?
– Nie mam pojęcia. Uważam, że powinniśmy dalej robić to, co robimy, i starać się przetrwać, dopóki

ktoś nas nie znajdzie.

– Nieźle sobie radzimy. – T.J. przewrócił się na brzuch. – Założę się, że byłoby to zaskoczeniem dla

wielu osób.

–  Mnie  samą  to  zaskakuje.  –  Pełny  żołądek  sprawiał,  że  mnie  też  chciało  się  spać.  –  Nie  mamy

wyboru, T.J. Albo to zrozumiemy, albo umrzemy.

Podniósł głowę z koca i popatrzył na mnie z zadumą.
– Sądzisz, że urządzili nam w domach pogrzeby?
–  Tak.  –  Myśl  o  naszych  rodzinach  na  nabożeństwach  żałobnych  zabolała  mnie  tak  bardzo,  że

zacisnęłam powieki, zmuszając się do zaśnięcia. Chciałam uciec od wyobrażenia zatłoczonego kościoła,
pustego ołtarza i twarzy rodziców zalanych łzami.

Po  drzemce  nazbieraliśmy  chrustu  –  niekończący  się,  nużący,  uciążliwy  obowiązek.

Podtrzymywaliśmy ogień, po części dlatego, by T.J. nie musiał rozniecać go na nowo, a po części wciąż
jeszcze  mieliśmy  nadzieję,  że  w  końcu  jakiś  samolot  przeleci  nad  naszymi  głowami.  Gdyby  tak  się
zdarzyło, będziemy gotowi dorzucić leżących na stercie zielonych liści, by uzyskać więcej dymu.

Ułożyliśmy  drwa  na  stosie  w  szałasie,  po  czym  napełniłam  pojemnik  z  tratwy  ratunkowej  morską

wodą, dodałam pełną nakrętkę Woolite i uprałam nasze brudne ubrania.

– To będzie dzień prania – rzucił T.J.
– Tak.
Rozciągnęliśmy sznur między drzewami i rozwiesiliśmy ubrania, żeby wyschły. Nie było ich wiele.

Ja chodziłam przez cały czas w bikini, spałam w T-shircie i szortach.

Później, po kolacji, T.J. zapytał, czy chciałabym zagrać w karty.
– W pokera?
Parsknął śmiechem.
– A co, nie dość dałem ci w kość ostatnim razem?
T.J.  nauczył  mnie  grać  w  pokera,  ale  nie  byłam  w  tym  zbyt  dobra.  Przynajmniej  on  tak  uważał.

Zaczynałam już chwytać, o co w tym wszystkim chodzi; jeszcze trochę i złoję mu skórę.

Po sześciu rozdaniach – z których wygrałam cztery – mruknął:
– Hm, chyba mam zły dzień. Może zagramy teraz w warcaby?
– Dobrze.
Narysował na piasku szachownicę. Użyliśmy otoczaków zamiast pionków i rozegraliśmy trzy partie.
– Jeszcze jedną? – spytał T.J.
– Nie, idę się wykąpać.
Martwiłam się już o nasz zapas mydła i szamponu. Zapakowałam ich dużo, ale ustaliliśmy z T.J., że

kąpiemy  się  tylko  raz  dziennie.  Tak  na  wszelki  wypadek.  Nie  byliśmy  zbytnio  brudni,  ponieważ  dużo

background image

pływaliśmy, ale nie zawsze najładniej pachnieliśmy.

– Twoja kolej – powiedziałam po powrocie z kąpieli.
– Brakuje mi prysznica.
Umyci, położyliśmy się spać. T.J. opuścił siatkowe drzwi i położył się obok mnie.
– Oddałbym wszystko za coca-colę – jęknął.
– Ja też. Wielką szklankę z mnóstwem lodu.
– I mam ochotę na chleb. Nie owoc chlebowca, ale prawdziwy chleb. Na przykład wielką kanapkę

z frytkami i korniszonami.

– Pizza, w stylu Chicago.
– Ogromny cheeseburger z keczupem.
– Befsztyk – dodałam. – I pieczone kartofle z serem i kwaśną śmietaną.
– A na deser tort czekoladowy.
– Umiem piec tort czekoladowy. Mama mnie nauczyła.
– Taki z wiórkami czekoladowymi na wierzchu?
– Tak. Kiedy wydostaniemy się z tej wyspy, upiekę ci taki. – Westchnęłam. – Tylko się torturujemy.
– Wiem. Ale zrobiłem się głodny. Chociaż byłem już przedtem głodny.
Przekręciłam się na bok i ułożyłam wygodnie.
– Dobranoc, T.J.
– Dobranoc.

*

T.J. położył złowioną rybę na ziemi obok mnie i usiadł.
– Szkoła zaczęła się dwa tygodnie temu – powiedziałam. Zaznaczyłam krzyżykiem datę w kalendarzu

i zaczęłam szykować śniadanie.

Najwyraźniej zauważył moją minę, ponieważ natychmiast zareagował.
– Wydajesz się smutna.
Skinęłam głową.
– Trudno mi pogodzić się z sytuacją, że inny nauczyciel stoi teraz przed moimi uczniami.
Uczyłam  angielskiego  w  drugiej  klasie  i  uwielbiałam  robić  zakupy  różnych  szkolnych  materiałów

i wybierać książki na moje regały. Zawsze wypełniałam długopisami duży kubek na moim biurku i pod
koniec roku nie zostawał ani jeden.

– To znaczy, że lubisz swoją pracę?
–  Kocham  ją.  Moja  mama  była  nauczycielką…  przeszła  na  emeryturę  w  ubiegłym  roku.  Od  zawsze

wiedziałam, że będę uczyć. Kiedy byłam mała, bez przerwy chciałam bawić się w szkołę, a ona dawała
mi złote gwiazdki, żebym mogła oceniać prace domowe moich pluszowych zwierzaków.

– Na pewno jesteś naprawdę dobrą nauczycielką.
Uśmiechnęłam się.
–  Staram  się.  –  Położyłam  sprawioną  rybę  na  płaskim  kamieniu,  którego  używałam  do  pieczenia,

i umieściłam go w pobliżu płomieni. – Możesz uwierzyć, że zaczynałbyś przedostatni rok liceum?

– Nie. Tak się złożyło, że od bardzo dawna nie byłem w szkole.
– A lubisz swoją szkołę? Twoja mama mówiła mi, że byłeś dobrym uczniem.
– Jest w porządku. Chciałem nadgonić materiał, żeby być w mojej klasie. Miałem też nadzieję wrócić

do drużyny futbolowej. Musiałem zrezygnować, kiedy zachorowałem.

– Czyli lubisz sport?
Skinął głową.
– Zwłaszcza futbol i koszykówkę. A ty?
– Ja też.
– Grasz w coś? – spytał T.J.

background image

– Nie, biegam. W zeszłym roku brałam udział w dwóch półmaratonach, w szkole średniej uprawiałam

biegi  przełajowe  i  grałam  w  koszykówkę.  Czasami  ćwiczę  jogę.  –  Sprawdziłam,  czy  ryba  doszła,
i odsunęłam kamień od ognia, żeby wystygła. – Brakuje mi ćwiczeń.

Nie potrafiłam wyobrazić sobie teraz biegania, nawet gdybyśmy mieli dość jedzenia. Bieganie wokół

wyspy przypominałoby mi chomika na kole. Poruszanie się prowadzące donikąd.

*

T.J. wrócił z plecakiem pełnym drew na opał.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – powiedziałam.
– Jest dwudziesty września? – Wrzucił polano do ognia i usiadł obok mnie.
Potaknęłam.
– Przykro mi, że nie mam dla ciebie prezentu. Centrum handlowe na wyspie jest do chrzanu.
Parsknął śmiechem.
– Nie szkodzi, nie potrzebuję prezentu.
– Może urządzisz huczną imprezę, gdy już wydostaniemy się z wyspy.
Wzruszył ramionami.
– Może.
T.J.  wyglądał  poważniej  niż  na  siedemnaście  lat.  Był  raczej  powściągliwy.  Może  fakt,  że  musiał

stawić  czoło  poważnym  problemom  zdrowotnym,  wyeliminował  niedojrzałe  zachowanie,  jakie  cechuje
młodych ludzi, którzy nie mają żadnych zmartwień poza tym, by dostać prawo jazdy, wrócić na czas do
domu lub nie dać się złapać na wagarowaniu.

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  wkrótce  będzie  październik  –  powiedziałam.  –  W  naszych  stronach

prawdopodobnie liście już żółkną.

Kochałam  jesień  –  mecze  futbolowe,  zbieranie  z  Joem  i  Chloe  dyń  na  Halloween,  pierwszy  chłód

w powietrzu. To lubiłam najbardziej.

Patrzyłam  na  palmy,  ich  zielone  liście  drżące  na  wietrze.  Pot  spływał  powoli  po  moim  policzku,

zapach kokosa, utrzymujący się stale na moich dłoniach, przypominał zapach balsamu do opalania.

Na wyspie zawsze będzie trwało lato.

background image

ROZDZIAŁ 14

T.J.

Zaczęło  padać,  deszcz  zacinał  z  ukosa.  Przewalił  się  grzmot  i  błyskawica  rozświetliła  niebo.  Wiatr

szarpał  naszą  tratwą;  obawiałem  się,  że  może  nas  przemieścić  na  środek  plaży.  Zanotowałem  sobie
w pamięci: jutro trzeba przymocować tratwę do czegoś.

– Nie śpisz? – spytałem Annę.
– Nie.
Burza srożyła się przez kilka godzin. Przytuliliśmy się do siebie i naciągnęliśmy koc na głowy. Cienki

nylon pokrywający dach i zwisający po bokach tratwy był naszą jedyną osłoną przed błyskawicami, czyli
właściwie  nie  mieliśmy  osłony.  Prawie  się  nie  odzywaliśmy,  po  prostu  czekaliśmy,  aż  burza  ucichnie,
a kiedy wreszcie minęła, zasnęliśmy wyczerpani.

Nazajutrz  rano  Anna  przyniosła  kilka  małych  zielonych  kokosów,  które  wiatr  strącił  z  palmy.

Rozłupaliśmy je. Miąższ był słodki, a mleczko miało mniej goryczki niż to z brązowych orzechów.

– Te są pyszne – powiedziała Anna.
Szałas  się  zawalił,  ognisko  zgasło,  rozpaliłem  więc  nowe,  tym  razem  używając  sznurowadła

z  adidasa.  Przywiązałem  je  do  przeciwnych  końców  zakrzywionego  patyka.  Zrobiłem  pętelkę  pośrodku
sznurowadła  i  przewlokłem  przez  nią  drugi  patyk,  ustawiając  go  pionowo  w  stosunku  do  kawałka
drewna, na którym go oparłem.

– Co robisz? – spytała Anna.
– Zamierzam użyć tego do obracania patyka. Tak właśnie postępował facet w telewizji.
Dostosowałem  napięcie  sznurka  i  ustawiałem  patyk  pod  różnymi  kątami.  Trochę  czasu  zajęło  mi

nadanie mu dość szybkich obrotów, ale gdy w końcu się udało, po jakichś piętnastu minutach uzyskałem
dym, a zaraz potem płomienie.

– Miałeś świetny pomysł – pochwaliła mnie Anna.
– Dzięki. – Ułożyłem podpałkę i przyglądałem się, jak ogień rozpala się coraz mocniej. Ustawiliśmy

z powrotem szałas.

Otarłem pot zalewający mi oczy i powiedziałem:
– Mam nadzieję, że silniejszej burzy nie będzie. – Umocowałem ostatni kij i dodałem: – Bo nie wiem,

jakie będziemy mieli schronienie, jak tego zabraknie.

*

Anna  poszła  się  wykąpać.  Zajrzałem  do  jej  walizki,  próbując  znaleźć  T-shirt  z  REO  Speedwagon.

Powiedziała  mi,  że  mogę  go  nosić,  jak  również  nike,  ponieważ  oba  są  na  mnie  dobre.  Nie  widziałem
koszulki, sięgnąłem więc głębiej.

Pod szortami były ukryte dwa pudełka tamponów.
Co Anna zrobi, jak te się skończą?
Odsunąłem kilka rzeczy i zauważyłem jej staniki, zwinięte i ułożone w równy stosik. Na górze leżał

czarny. Podniosłem butelkę waniliowego balsamu i powąchałem.

To dlatego ona czasem pachnie ciasteczkami.
Otworzyłem  okrągły  plastikowy  pojemniczek.  Były  w  nim  malutkie  pigułki  w  kółeczkach

oznaczających  dni  tygodnia.  Zostało  ich  pięć.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  dotarło  do  mnie,  że  są  to
pigułki antykoncepcyjne. Znalazłem jeszcze dwa nieotwarte pojemniczki.

Anna  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  że  szperałem  w  jej  walizce  –  ja  również  trzymałem  tam

ubrania,  ponieważ  mój  plecak  służył  do  noszenia  drew  na  opał  –  ale  zapewne  nie  chciałaby,  żebym
dotykał wszystkich należących do niej przedmiotów. Już chciałem zamknąć walizkę, gdy mój wzrok padł
na  jej  majteczki.  Leżały  na  dnie,  obok  adidasów.  Zerknąłem  przez  ramię,  po  czym  podniosłem  różowe
i trzymałem je przez chwilę przed sobą.

background image

Ciekawe, czy coś przez nie widać, gdy ma je na sobie.
Odłożyłem je i wyjąłem czarne stringi.
Bardzo seksowne. Ale założę się, że są strasznie niewygodne.
Z kolei dotknąłem czerwonych i przyjrzałem się bliżej małej czarnej kokardce pośrodku paska.
No, no. To dopiero byłby seksowny prezent.
Potem podniosłem pięć lub sześć par, ukryłem w nich twarz, wdychając ich zapach.
– Co ty robisz? – spytała Anna.
Podskoczyłem z przestrachu.
– Chryste, przeraziłaś mnie śmiertelnie! – Serce mi waliło, twarz paliła ze wstydu.
Jak długo ona tam stoi?
–  Szukam  twojej  koszulki  REO  Speedwagon.  –  Wciąż  trzymałem  w  dłoni  jej  majteczki.  Śpiesznie

wrzuciłem je z powrotem do walizki.

– Doprawdy? – spytała. – Bo raczej wygląda, jakbyś bawił się moją bielizną. – Schowała do walizki

mydło i szampon.

Najwyraźniej nie była wściekła, wyjąłem więc stringi, podniosłem je wysoko i powiedziałem:
– Wyglądają na strasznie niewygodne.
–  Oddaj  to.  –  Wyrwała  mi  stringi  z  ręki  i  wrzuciła  je  razem  z  innymi,  zaciskając  wargi,  by  się  nie

roześmiać.

Gdy zdałem sobie sprawę, że nie jest na mnie wkurzona, odezwałem się z uśmiechem:
– Wiesz co, Anno? Jesteś naprawdę fajna.
– Miło mi, że tak uważasz.
– Naprawdę szukałem twojej koszulki REO Speedwagon, ale nie mogłem jej znaleźć.
– Wisi na sznurze. Powinna już być sucha.
– Dzięki.
– Nie ma za co. Tylko już więcej nie wąchaj mojej bielizny, dobrze?
– Widziałaś to?
– Tak.

background image

ROZDZIAŁ 15

Anna

Delfiny pływały obok mnie w lagunie. Nurkowały pod moim ciałem i wynurzały się z drugiej strony.

Wydawały  bardzo  śmieszne  piskliwe  dźwięki,  a  kiedy  do  nich  mówiłam,  zachowywały  się  tak,  jakby
mnie rozumiały. Lubiliśmy z T.J. chwytać je za płetwy i śmialiśmy się, gdy pozwalały nam płynąć z nimi.
Mogłam się z nimi bawić godzinami.

T.J. przybiegł do mnie do laguny.
– Anno, zgadnij, co znalazłem.
Kiedy  morze  wyrzuciło  na  brzeg  drugi  but  T.J.,  nie  musiał  już  martwić  się,  że  znowu  zrani  się

w stopę, i spędzał całe godziny w głębi wyspy, szukając czegoś interesującego. Nie znalazł dotychczas
niczego, pocięły go tylko komary, ale nie zaprzestał poszukiwań. Zabijał w ten sposób czas.

– No, co takiego? – spytałam, głaszcząc delfina.
– Włóż adidasy i chodź ze mną.
Pożegnałam się z delfinami, poszłam za nim do szałasu i włożyłam skarpetki i buty.
– No dobra. Rozbudziłeś moją ciekawość. Powiedz, co to jest.
–  Jaskinia.  Schyliłem  się,  by  zebrać  stertę  patyków,  a  gdy  je  odkładałem,  zauważyłem  otwór.  Chcę

zobaczyć, co tam jest w środku.

Dotarliśmy  do  jaskini  po  kilku  minutach.  T.J.  ukląkł  przy  wejściu  i  wczołgał  się  na  czworakach  do

środka.

– Jest węższa, niż myślałem! – zawołał. – Połóż się na brzuchu i czołgaj się jak żołnierz. Jest ciasno,

ale się zmieścisz. Właź.

– Nie ma mowy! – odkrzyknęłam. – Nigdy nie wejdę do tej jaskini.
Serce biło mi szybciej, zaczęłam się pocić na samą myśl o tym.
– Nic nie widzę, mogę tylko macać dookoła.
– Dlaczego to robisz? A jeśli są tam szczury albo wielkie straszne pająki?
– Co? Myślisz, że mogą tu być pająki?
– Nie, nie przejmuj się.
– Nie sądzę, by tu było cokolwiek poza kamieniami i patykami. Ale nie wiem na pewno.
– Jeśli patyki są suche, weź je. Dołożymy je do naszego zapasu drew.
– Dobra.
T.J. wyczołgał się z jaskini, trzymając w jednej ręce coś, co wyglądało jak piszczel, a w drugiej dłoni

miał czaszkę. Rzucił je na ziemię i zaklął:

– Cholera jasna!
–  O  mój  Boże  –  powiedziałam.  –  Nie  wiem,  kto  to  jest,  ale  pobyt  na  wyspie  nie  skończył  się  dla

niego dobrze.

– Myślisz, że to ten ktoś, kto zbudował chatę? – spytał T.J. Wpatrywaliśmy się w czaszkę.
Skinęłam głową.
– Tak sądzę.
Przeszliśmy  do  szałasu  i  wyjęliśmy  z  ogniska  palące  się  polano,  by  posłużyło  nam  za  pochodnię.

Udaliśmy się szybko do jaskini i T.J. znowu wczołgał się do środka, trzymając przed sobą pochodnię.

– Nie oparz się! – krzyknęłam za nim.
– Nie martw się.
– Jesteś w środku?
– Tak.
– Co widzisz?
–  Faktycznie  jest  tutaj  szkielet.  Ale  nie  ma  nic  poza  tym.  –  T.J.  wyszedł  i  podał  mi  pochodnię.  –

background image

Położę piszczel i czaszkę z powrotem w jaskini obok szkieletu.

– Świetny pomysł.
Wróciliśmy do szałasu.
– O rety, to było przerażające – powiedziałam.
– Ile potrzeba czasu, by z ciała został tylko szkielet? – spytał T.J.
– W tym upale i przy tej wilgotności? Prawdopodobnie niedużo.
– Jestem przekonany, że to ten facet od chaty.
–  Zapewne  masz  rację.  A  jeśli  tak  jest,  to  w  ten  sposób  ubywa  nam  jedna  szansa  ratunku.  –

Pokręciłam głową. – Nie wróci, ponieważ nigdy nie opuścił wyspy. Ale co go zabiło?

– Nie mam pojęcia. – T.J. dorzucił drew do ognia i usiadł obok mnie. – Dlaczego nie chciałaś wejść

do jaskini? To znaczy, zanim dowiedzieliśmy się o szkielecie.

–  Nie  cierpię  małych,  zamkniętych  przestrzeni.  Pamiętasz,  opowiadałam  ci  o  domku  nad  jeziorem?

Tym, do którego jeździliśmy, gdy wybieraliśmy się z tatą na ryby?

– Tak.
– Sarah i ja bawiłyśmy się z innymi dziećmi, które były tam na wakacjach z rodzinami. Wokół całego

jeziora  biegła  droga,  pod  którą  znajdowała  się  długa  rura  ściekowa.  Inne  dzieciaki  miały  odwagę
i  przeczołgiwały  się  przez  nią  na  drugą  stronę.  Pewnego  razu  postanowiłyśmy  z  Sarah  to  zrobić
i  przekonałyśmy  inne  dzieci,  by  do  nas  dołączyły.  W  połowie  drogi  spanikowałam.  Nie  mogłam
oddychać, a osoba przede mną nie posuwała się do przodu. Wycofać się nie mogłam, ponieważ za mną
też  były  dzieci.  Miałam  siedem  lat  i  byłam  nieduża,  ale  rura  była  wąska.  Wreszcie  udało  nam  się
wydostać z niej na drugim końcu i Sarah musiała pobiec po mamę, ponieważ nie mogłam przestać płakać.
Pamiętam to, jakby zdarzyło się wczoraj.

– To już nie dziwię się, że nie chciałaś wejść.
– Ale nie rozumiem, dlaczego Kostek skrył się tutaj, by umrzeć.
– Kostek?
– Pomyślałam, że powinien mieć jakieś imię. Kostek brzmi lepiej niż „facet z chaty”.
– Jasne – zgodził się ze mną T.J.

*

Usiadłam obok szałasu, by postawić pasjansa. Gdy T.J. podszedł do mnie, od razu zorientowałam się,

że  coś  jest  nie  tak;  przyciskał  rękę  do  ciała  i  podtrzymywał  ją  drugą  ręką.  Jego  ramię  zwisało
bezwładnie.

Wstałam.
– Co się stało.
– Spadłem z palmy kokosowej.
– Chodźmy. – Objęłam go w pasie i powoli zaprowadziłam do tratwy ratunkowej. Krzywił się przy

najlżejszym poruszeniu i bezskutecznie próbował stłumić jęk, gdy pomagałam mu się położyć. Zaskoczyło
mnie nieoczekiwane przemożne pragnienie zaopiekowania się nim i ulżenia mu w bólu.

– Zaraz wracam. Idę po tylenol.
Wytrząsnęłam  na  rękę  dwie  tabletki,  chwyciłam  butelkę  i  napełniłam  ją  wodą  ze  zbiornika

deszczówki.  Włożyłam  mu  tabletki  do  ust  i  uniosłam  głowę,  by  mógł  się  napić.  Połknął  je  i  oddychał
powoli.

– Po co właziłeś na drzewo?
– Chciałem zerwać te małe zielone kokosy, które tak ci smakowały.
Uśmiechnęłam się.
–  To  bardzo  miłe  z  twojej  strony,  ale  przypuszczam,  że  złamałeś  sobie  obojczyk.  Zaczekamy,  aż

tylenol zacznie działać, a wtedy spróbuję założyć ci coś w rodzaju temblaka.

– Dobrze – powiedział, zamykając oczy.

background image

Zajrzałam  do  walizki,  gdzie  znalazłam  długi  podkoszulek  bez  rękawów.  Po  dwudziestu  minutach

pomogłam T.J. usiąść.

– Przepraszam, wiem, że to boli.
Zgięłam  mu  rękę  w  łokciu  i  przełożyłam  pod  nim  temblak,  po  czym  zawiązałam  go  delikatnie  na

ramieniu. Kładąc T.J. z powrotem, odgarnęłam mu włosy z twarzy i pocałowałam w czoło.

– Spróbuj się nie kręcić.
– Dobrze, Anno.
Może nie bolało go aż tak bardzo, ponieważ, gdy obejrzałam się na niego, gramoląc się z tratwy, miał

na twarzy uśmiech.

Obudziłam się w nocy, by dołożyć drew do ognia.
– Anno?
Głos T.J. przestraszył mnie.
– Tak?
– Możesz mi pomóc wydostać się stąd? Muszę zrobić siusiu.
– Jasne.
Pomogłam  mu  wyjść  z  tratwy,  a  następnie  zajęłam  się  ogniskiem.  Gdy  wrócił,  dałam  mu  więcej

tylenolu.

– Mogłeś w ogóle zasnąć? – spytałam.
– Nie bardzo.
Nazajutrz  rano  w  miejscu,  gdzie  kość  pękła,  pojawił  się  fioletowy  siniak.  T.J.  skrzywił  się,  gdy

poprawiłam temblak. Dałam mu następną dawkę tylenolu.

Potem już nie chciał łykać tabletek.
– Nie chcę brać za dużo, Anno. Możemy ich jeszcze potrzebować.
Po trzech dniach poczuł się lepiej i chodził za mną jak szczeniak. Zszedł na plażę, gdy łowiłam ryby,

wlókł  się  za  mną,  kiedy  zbierałam  owoce  chlebowca,  i  chciał  mi  pomóc  opróżnić  zbiornik  wody.  Gdy
próbował pójść ze mną nazbierać chrustu, odesłałam go na koc rozłożony pod palmą.

– Złamanie się nie zrośnie, jeśli będziesz bez przerwy się ruszał, T.J.
– Nudzę się. I naprawdę muszę się wykąpać. Pomożesz mi, jak wrócisz?
– Co? Nie, nie ma mowy, żebym cię kąpała.
Krępująca sytuacja.
– Anno, albo mi pomożesz, albo nie wytrzymasz mojego zapachu.
Powąchałam go.
– Faktycznie, pachniałeś lepiej. Dobra, pomogę ci, ale umyję tylko niektóre obszary i tylko dlatego, że

śmierdzisz.

Uśmiechnął się szeroko.
– Dzięki.
Zeszliśmy  do  laguny,  gdy  tylko  nazbierałam  drew  do  ogniska.  T.J.  został  w  szortach  i  usiadł

w wodzie, która zasłaniała jego ciało od połowy. Uklękłam obok niego i namydliłam dłonie.

– Potrzymaj – powiedziałam, podając mu mydło.
Delikatnie  umyłam  mu  twarz,  po  czym  nabrałam  wody  w  dłonie,  by  spłukać  pianę;  moje  palce

przesuwały się po jego kilkudniowym zaroście, po policzkach i nad górną wargą.

– Jak przyjemnie – westchnął.
Napełniłam wodą plastikowy pojemnik, który przyniosłam ze sobą, i wylałam mu na głowę, po czym

umyłam mu włosy. Bardzo urosły i nieustannie odgarniał je z oczu. Lubił nosić mój słomkowy kowbojski
kapelusz,  pod  którym  je  chował,  co  bardzo  mi  odpowiadało,  ponieważ  ja  dawno  już  przywłaszczyłam
sobie jego czapkę baseballową.

– Szkoda, że nie mamy nożyczek – zauważyłam. – Ostrzygłabym cię.

background image

Podał  mi  mydło,  a  ja  znowu  namydliłam  dłonie.  Umyłam  mu  szyję,  a  kiedy  zeszłam  do  klatki

piersiowej, moje palce przesunęły się po jego stwardniałych sutkach. Patrzył na mnie w milczeniu.

Wyszorowałam  mu  pachę  pod  zdrową  ręką  i  plecy.  Nie  mógł  podnieść  chorej,  zrobiłam  więc,  co

mogłam, dotykając go leciutko w okolicach siniaka.

– Przepraszam – powiedziałam, gdy się skrzywił.
Popełniłam błąd, spoglądając w dół, gdy byłam gotowa umyć mu nogi. Woda w lagunie była na tyle

przejrzysta, że zauważyłam wyraźne wybrzuszenie w jego szortach.

– T.J.!
– Przepraszam. – Spojrzał na mnie z zakłopotaniem. – Tym razem nie udało mi się ukryć.
Zaraz, zaraz, tym razem? To ile ich było?
Nagle  nie  wiedziałam,  gdzie  podziać  oczy.  Zapomniałam,  co  się  może  zdarzyć,  gdy  przesuwa  się

dłońmi po ciele siedemnastolatka.

Czy właściwie każdego mężczyzny.
– Nic nie szkodzi, po prostu kompletnie mnie zaskoczyłeś. Myślałam, że bardzo cierpisz.
Najwyraźniej szczerze speszony odrzekł:
– No… przecież tego nie złamałem.
Dobra, do roboty.
Umyłam  mu  nogi,  a  gdy  dotarłam  do  stóp,  odkryłam,  że  ma  łaskotki.  Wyrwał  mi  stopę  i  jęknął,

ponieważ przy tym ruchu zabolało go ramię.

– No, to już koniec. Jesteś chyba czysty.
– Nie wytrzesz mnie? – Uśmiechnął się do mnie z nadzieją.
– Bardzo śmieszne. Pomyliłeś nas z ludźmi, którzy mają ręczniki.
– Dziękuję, Anno.
– No, myślę.
Pomagałam  mu  się  kąpać  przez  kolejne  dwa  tygodnie,  dopóki  nie  wyzdrowiał  na  tyle,  że  mógł  to

robić  sam.  Za  każdym  razem  było  to  dla  mnie  odrobinę  mniej  krępujące.  Nigdy  więcej  nie  spojrzałam
w dół, by zobaczyć, jak na niego podziałałam.

– Ale to nie jest dla ciebie nieprzyjemne? – spytałam pewnego dnia, myjąc mu włosy.
–  Ani  trochę  –  odparł  z  szerokim  uśmiechem.  –  Nie  przejmuj  się  –  dodał  z  udawaną  powagą.  –

Zrewanżuję ci się kiedyś. Jeśli doznasz jakiejś kontuzji, z pewnością cię wykąpię.

– Będę o tym pamiętała.
Zanotowałam sobie w pamięci, że muszę być szczególnie ostrożna. Może kąpanie go było krępujące,

ale to betka w porównaniu z tym, jak ja bym się czuła, gdyby przesuwał namydlonymi dłońmi po moim
ciele.

background image

ROZDZIAŁ 16

T.J.

Anna  stała  obok  tratwy  ratunkowej.  Podałem  jej  rybę,  którą  złowiłem,  i  schowałem  wędkę

w szałasie.

– Jest choć trochę wody w zbiorniku deszczówki?
– Nie.
– Może deszcz spadnie później.
Spojrzała z niepokojem na niebo i zaczęła sprawiać rybę.
– Mam taką nadzieję.
Nadszedł  listopad,  przebywaliśmy  na  wyspie  już  pół  roku.  Anna  powiedziała,  że  pora  deszczowa

wróci dopiero w maju. Wciąż padało, mniej więcej co drugi dzień, ale raczej krótko. Mieliśmy mleczko
kokosowe, ciągle jednak byliśmy spragnieni.

– Przynajmniej wiemy, że nie wolno nam pić wody z sadzawki – rzekła Anna, wzdrygnąwszy się. –

To było okropne.

– Mój Boże, wiem. Myślałem, że wysram wnętrzności.
Nie  mieliśmy  władzy  nad  deszczem,  ale  na  Malediwach  życie  w  morzu  jest  niezwykle  bogate.

Orzechy  kokosowe  i  owoce  chlebowca  nie  zaspokajały  naszego  apetytu,  ale  nie  głodowaliśmy  dzięki
różnobarwnym rybom, które łowiłem w lagunie.

Stałem zanurzony po pas w głębokiej wodzie i łapałem je jedną po drugiej. Żadna nie była dłuższa niż

piętnaście centymetrów – kolczyk i struna gitary nie utrzymałyby dużej. Obawiałem się, że złapie się coś
większego  i  zerwie  zaimprowizowaną  żyłkę.  Dobrze,  że  Anna  zapakowała  dużo  kolczyków,  ponieważ
właśnie straciłem jeden.

Mimo  że  mieliśmy  dość  jedzenia,  Anna  stwierdziła,  że  w  naszej  diecie  brakuje  wielu  ważnych

składników.

– Martwię się o ciebie, T.J. Wciąż jeszcze rośniesz.
–  Rosnę  tak  jak  trzeba.  –  Nasza  dieta  nie  była  chyba  taka  zła,  ponieważ  w  chwili  katastrofy  szorty

sięgały mi do kolan, a teraz kończyły się przynajmniej kilka centymetrów wyżej.

– Owoc chlebowca musi być bogaty w witaminę C, w przeciwnym razie z pewnością mielibyśmy już

szkorbut – mruknęła pod nosem.

– Co to jest szkorbut? – spytałem. – Brzmi obrzydliwie.
– To choroba spowodowana niedoborem witaminy C – wyjaśniła. – Piraci i żeglarze zapadali na nią

podczas długich podróży. Nic przyjemnego.

Powinna była raczej martwić się o siebie. Jej kostium kąpielowy wisiał luźno na pupie, a piersi nie

wypełniały stanika, tak jak przedtem. Obojczyki sterczały, uwidoczniły się żebra. Próbowałem namówić
ją,  by  jadła  więcej,  i  nawet  się  starała,  ale  często  kończyło  się  na  tym,  że  zjadałem  jej  porcję.
W  przeciwieństwie  do  niej  spożywanie  w  kółko  tego  samego  zupełnie  mi  nie  przeszkadzało  i  jadłem,
kiedy tylko poczułem głód.

Pewnego ranka, po upływie kilku tygodni, Anna oznajmiła:
– Dzisiaj jest Święto Dziękczynienia.
– Tak? – Nie przykładałem większego znaczenia do dat, ale Anna była na bieżąco.
– Tak. – Zamknęła kalendarz i położyła na ziemi obok siebie. – Nie sądzę, bym kiedykolwiek jadła

rybę w tym dniu.

– Albo orzechy kokosowe czy owoce chlebowca – dodałem.
– Nieważne, co jemy. Święto Dziękczynienia obchodzimy, by wyrazić wdzięczność za to, co mamy.
Usiłowała  mówić  radosnym  tonem,  ale  potem  otarła  oczy  wierzchem  dłoni  i  włożyła  okulary

przeciwsłoneczne.

background image

Żadne  z  nas  nie  wspomniało  o  Święcie  Dziękczynienia  przez  resztę  dnia.  Przedtem  nie  myślałem

o nim w ogóle. Zakładałem, że ktoś nas wcześniej znajdzie. Nie rozmawialiśmy więcej z Anną o mającej
nadejść pomocy – przygnębiało to nas. Mogliśmy tylko czekać i mieć nadzieję, że jakiś samolot przeleci
nad naszymi głowami. Najtrudniejszą rzeczą był brak jakiejkolwiek kontroli nad naszą sytuacją, no, chyba
że  zdecydowalibyśmy  się  na  wypłynięcie  tratwą  ratunkową.  Ale  Anna  nigdy  się  na  to  nie  zgodzi.  I  ma
rację. Byłoby to prawdopodobnie równe samobójstwu.

Tamtej nocy, gdy się już ułożyliśmy do snu, wyszeptała:
– Jestem wdzięczna za to, że mamy siebie nawzajem, T.J.
– Ja też.
Gdyby Anna zginęła w katastrofie hydroplanu i byłbym przez cały czas sam, nie wiem, czy udałoby mi

się przeżyć.

*

Dzień Bożego Narodzenia spędziliśmy, uganiając się za kurczakiem.
Wczesnym  rankiem,  gdy  schyliłem  się,  by  zebrać  trochę  chrustu,  pisnąłem  jak  dziewczyna,  gdy

z pobliskich krzaków wyskoczył kurczak i napędził mi niezłego stracha.

Rzuciłem  się  za  nim  w  pogoń,  ale  zniknął  w  innych  krzakach.  Wetknąłem  tam  rękę  i  pomacałem

dookoła, ale nie udało mi się go schwytać.

– Anno, ten trzepot, który wciąż słyszymy, to kurczaki – powiedziałem, wracając z drwami na opał.
– Są tu kurczaki?
–  Tak.  Ścigałem  jednego,  ale  uciekł  mi  w  krzaki.  Sznuruj  adidasy.  Będziemy  mieć  kurczaka  na

świąteczną kolację.

*

– Jest tutaj. Słyszałam go. Narobię hałasu w krzakach, bądź więc gotowy, kiedy wyskoczy z drugiej

strony – powiedziała Anna, gdy Operacja Złap Kurczaka weszła na najwyższe obroty.

Ganialiśmy za nim przez godzinę, od jednego krańca wyspy do drugiego, aż wreszcie go otoczyliśmy.
–  Jest!  Łap  go!  –  krzyknęła  Anna,  gdy  wyskoczył  na  mnie  z  trzepotem  skrzydeł.  Próbowałem  go

schwytać, ale bez powodzenia, została mi w dłoni jedynie garść piór.

– Niech cię diabli, ty skurwysynu!
Pobiegłem za nim. Anna dogoniła mnie i zapędziliśmy kurczaka w kępę zarośli. Zaczął przeciskać się

przez  lukę  w  listowiu,  ale  Anna  rzuciła  się  na  niego  i  przytrzymała.  Ja  chwyciłem  go  za  nogi,
wyciągnąłem z krzaków i trzasnąłem nim o ziemię.

Anna nawet nie mrugnęła okiem.
– Świetna robota, T.J. – Poklepała mnie po plecach.
Poderżnąłem mu gardło i powiesiłem do góry nogami. Kiedy spłynęła niemal cała krew, oskubałem

go, starając się nie patrzeć na głowę.

Anna odcięła ją nożem.
– Nie wygląda tak jak kurczaki, które kupujemy w sklepie mięsnym – powiedziała.
– Nie narzekaj, wygląda świetnie – odparłem. Kompletnie go poharatała, ale położyliśmy kawałki na

kilku płaskich kamieniach, które umieściliśmy jak najbliżej ognia.

Anna wciągnęła powietrze.
– Tylko powąchaj – zachęciła mnie, gdy kurczak się piekł.
Kiedy  oceniliśmy,  że  jest  już  gotowy,  pozwoliliśmy  mu  nieco  wystygnąć,  po  czym  dosłownie

rzuciliśmy się na niego, rozrywając mięso palcami. W niektórych miejscach był przypieczony, w innych
niedopieczony, ale smakował fantastycznie.

– Był boski – rzuciłem, oblizując palce.
Anna skończyła obgryzać udko i potwierdziła:
– Aha, po prostu pycha.

background image

Cisnęła kostkę na coraz większą kupkę obok ogniska i otarła usta dłonią.
– Ciekawa jestem, ile jeszcze kurczaków jest na wyspie – powiedziała.
– Nie mam pojęcia, ale znajdziemy wszystkie co do jednego.
– To najlepszy kurczak, jakiego w życiu jadłam, T.J.
Beknąłem i roześmiałem się.
– Bez wątpienia.
Pozbieraliśmy kości i rozpostarliśmy koc na ziemi, z dala od ogniska.
– Czy zwykle otwierasz prezenty w Wigilię, czy w pierwszy dzień świąt? – spytałem ją.
– W Wigilię. A ty?
– Tak samo. Czasami Grace i Alexis błagają, żeby otworzyć je dwudziestego trzeciego, ale mama im

nie pozwala.

Leżeliśmy  obok  siebie,  odpoczywając.  Moje  myśli  powędrowały  do  Grace  i  Alexis,  do  rodziców.

Prawdopodobnie przeżywali ciężkie chwile, obchodząc pierwsze święta Bożego Narodzenia beze mnie.

Gdyby tylko wiedzieli, że oboje żyjemy i nie poddajemy się.

*

Deszcz zaczął znowu padać w maju i trochę się odprężyliśmy. Ale częściej też rozpętywały się burze

i mogliśmy jedynie przytulić się do siebie w tratwie ratunkowej, słuchając łoskotu piorunów i czekając,
aż burza się skończy.

Jedna była tak silna, że zwaliła drzewo, pociąłem je więc piłą na drewno na opał. Zajęło mi to dwa

dni. Gdy skończyłem, stos drewna wypełniał cały szałas.

Potem  zszedłem  na  plażę,  by  się  ochłodzić.  Anna  chlapała  się  w  wodzie,  bawiąc  się  z  sześcioma

delfinami.  Wchodząc  do  laguny,  pogłaskałem  jednego  po  głowie  i  przysiągłbym,  że  się  do  mnie
uśmiechnął.

– O rany, aż sześć. To rekord – rzekłem z podziwem.
–  Wiem.  Przypłynęły  dzisiaj  wszystkie  naraz.  –  Delfiny  pojawiały  się  w  lagunie  regularnie  jak

w zegarku, późnym rankiem i późnym popołudniem. Zawsze były przynajmniej dwa, ale po raz pierwszy
było ich tak dużo.

– Jesteś strasznie spocony – powiedziała Anna. – Znowu piłowałeś?
Zanurzyłem się z głową, a gdy wypłynąłem, otrząsnąłem się jak pies.
–  Tak,  wreszcie  pociąłem  wszystko.  Przez  jakiś  czas  nie  musimy  zbierać  drewna.  –  Wyciągnąłem

obolałe ręce. – Pomasuj mi ramiona, Anno. Proszę?

–  Chodźmy.  –  Wyprowadziła  mnie  z  wody.  –  Zrobię  ci  masaż  pleców.  Wierz  mi,  jestem  w  tym

mistrzynią. Usiadłem przed nią i omal nie jęknąłem, gdy dotknęła moich ramion. Nie żartowała, że jest
w  tym  dobra,  i  zastanawiałem  się,  czy  często  robiła  taki  masaż  swojemu  chłopakowi.  Miała  silniejsze
dłonie,  niż  przypuszczałem,  i  masowała  mój  kark  i  plecy  przez  długi  czas.  Pomyślałem  o  jej  dłoniach
dotykających mnie w innych miejscach i gdyby umiała czytać w moich myślach, zapewne by się wkurzyła.

– Proszę bardzo – powiedziała, kończąc masaż. – Lepiej się czujesz?
– Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. Dzięki.
Wróciliśmy  do  szałasu.  Anna  nalała  zakrętkę  woolite  do  deszczówki,  którą  zbierała  w  pojemniku,

i spieniła ją dłonią.

– Czas na pranie, tak?
– Tak.
Zaofiarowałem się, że jej pomogę, ale odmówiła. Prawdopodobnie nie chciała, żebym grzebał w jej

bieliźnie.

Włożyła do pojemnika nasze brudne ubrania i uprała je. Gdy wyjmowała je po jednym i odkładała do

wypłukania, spytała nagle:

– Hej, T.J., gdzie są twoje bokserki?

background image

– Są już za małe, a przede wszystkim się rozleciały.
– Czyli nie masz żadnych?
– Nie, nie miałem pełnej walizki ciuchów jak niektórzy.
– Nie jest to niewygodne?
– Na początku było, ale się przyzwyczaiłem. – Uśmiechnąłem się szeroko i wskazałem na moje szorty.

– Jestem pod tym całkiem goły, Anno.

Parsknęła śmiechem.
– Gadaj zdrów.

background image

ROZDZIAŁ 17

Anna

Byliśmy na wyspie trochę ponad rok, gdy przeleciał nad nami samolot.
Tamtego  popołudnia  zbierałam  orzechy  kokosowe  i  ryk  silników,  głośny  i  niespodziewany,

przestraszył mnie. Rzuciłam wszystko i puściłam się pędem na plażę.

T.J. wybiegł spomiędzy drzew. Gdy znalazł się przy mnie, zaczęliśmy wymachiwać rękami, patrząc,

jak samolot przelatuje nad naszymi głowami.

Krzyczeliśmy,  ściskaliśmy  się  i  podskakiwaliśmy  w  miejscu,  ale  samolot  położył  się  na  prawe

skrzydło i leciał dalej. Staliśmy, słuchając, jak warkot silników oddala się coraz bardziej.

– Czy on przechylał się na skrzydła? – spytałam T.J.
– Nie jestem pewien. A ty jak myślisz?
– Nie potrafię powiedzieć. Może.
– Miał pływaki, prawda?
– Tak, to był hydroplan – potwierdziłam.
– To znaczy, że mógł tu gdzieś wylądować? – spytał, zataczając krąg ręką.
– Chyba tak.
– Widzieli nas?
T.J. był ubrany w szare sportowe szorty z cienkimi niebieskimi paskami po obu stronach i nie miał na

sobie koszulki, ale ja byłam w czarnym bikini, które powinno być widoczne na białym piasku.

– Sądzę, że na pewno, a ty nie zauważyłbyś dwojga ludzi, wymachujących rękami?
– Może – odrzekł.
–  Ale  nie  widzieli  naszego  ogniska  –  powiedziałam.  Nie  rozwaliliśmy  szałasu  ani  nie  narzuciliśmy

zielonych liści, żeby wytworzyć więcej dymu. Nie byłam nawet pewna, czy w ogóle mamy jakieś zielone
liście w szałasie.

Siedzieliśmy  na  plaży  przez  kolejne  dwie  godziny,  nie  rozmawiając,  nasłuchując,  czy  samolot

przypadkiem nie wraca.

Wreszcie T.J. wstał.
– Idę łowić ryby – rzekł z rezygnacją.
– Dobrze.
Gdy  sobie  poszedł,  pomaszerowałam  pod  palmę  kokosową  i  zebrałam  orzechy,  które  upuściłam  na

ziemię.  W  drodze  powrotnej  zatrzymałam  się  pod  chlebowcem  i  podniosłam  dwa  owoce,  po  czym
złożyłam wszystko w szałasie. Dołożyłam do ognia i czekałam na T.J.

Gdy wrócił, sprawiłam i upiekłam rybę na obiad, ale żadne z nas nie mogło przełknąć nawet kawałka.

Powstrzymywałam łzy i odetchnęłam z ulgą, gdy T.J. zniknął między drzewami.

Położyłam się w tratwie, zwinęłam w kłębek i rozpłakałam się.
Cała nadzieja, której trzymałam się kurczowo od chwili, gdy zatonął nasz samolot, prysła jak bańka

mydlana. Byłam przekonana, że jeśli uda nam się być na plaży, kiedy nadleci następny samolot, będziemy
uratowani. Może nas nie zauważyli. Może zauważyli, ale nie mieli pojęcia, że jesteśmy rozbitkami. Teraz
nie miało to znaczenia, ponieważ nie wrócą.

Łzy przestały mi płynąć i zastanawiałam się, czy w końcu się wyczerpały.
Wygramoliłam  się  z  tratwy.  Słońce  zaszło.  T.J.  siedział  przy  ognisku,  jego  prawa  dłoń  spoczywała

bezwładnie na udzie.

Przyjrzałam się z bliska.
– Och, T.J. Jest złamana?
– Prawdopodobnie.
Z  czymkolwiek  weszła  w  kontakt  jego  dłoń  –  domyślałam  się,  że  był  to  pień  drzewa  –  miała

background image

zakrwawione knykcie i była okropnie spuchnięta.

Wyjęłam  z  apteczki  buteleczkę  z  tylenolem  i  wytrząsnęłam  dwie  tabletki.  Zaniosłam  je  T.J.  razem

z wodą.

–  Przepraszam  –  powiedział,  unikając  mojego  wzroku.  –  Ostatnia  rzecz,  jaka  ci  jest  potrzebna,  to

zajmowanie się kolejnym złamaniem.

– Posłuchaj. – Uklękłam obok niego. – Nigdy nie skrytykuję niczego, co pomaga ci w radzeniu sobie

z tą sytuacją.

Wreszcie  spojrzał  na  mnie,  skinął  głową  i  wziął  tylenol  z  mojej  wyciągniętej  ręki.  Podałam  mu

butelkę  z  wodą  i  połknął  tabletki.  Usiadłam  przy  nim  po  turecku.  Wrzuciwszy  polano  do  ognia,
wpatrywałam się w iskry unoszące się w powietrzu.

– A ty, Anno, jak sobie z nią radzisz?
– Płaczę.
– Czy to działa?
– Czasami.
Patrząc  na  jego  złamaną  rękę,  walczyłam  z  przemożną  chęcią,  by  zmyć  krew  i  trzymać  ją  w  moich

dłoniach.

–  Poddaję  się,  T.J.  Powiedziałeś  kiedyś,  że  będzie  mi  łatwiej,  jeśli  przestanę  liczyć  na  to,  że

przylecą, i miałeś rację. Ten również nie wróci. Samolot musiałby wylądować na wodach laguny, żebym
uwierzyła,  że  naprawdę  wydostaniemy  się  z  tej  wyspy.  Do  tego  czasu  jesteśmy  tylko  ty  i  ja.  To  jedyna
rzecz, którą wiem na pewno.

– Ja też się poddaję – wyszeptał.
Popatrzyłam na niego, rozbitego fizycznie i psychicznie, i okazało się, że jednak zostało mi trochę łez.
Nazajutrz rano obejrzałam dokładnie jego rękę. Opuchlizna zwiększyła się dwukrotnie.
– Trzeba ją unieruchomić – powiedziałam. Wyjęłam krótki kijek ze sterty drewna i zaczęłam grzebać

w walizce w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym go owinąć. – Nie zacisnę mocno opaski, ale trochę
będzie bolało, T.J.

– Wytrzymam.
Podłożyłam  kijek  pod  spuchniętą  dłoń  i  dwukrotnie  ją  obwiązałam  czarnym  kawałkiem  materiału;

delikatnie go naciągnęłam i wsunęłam końcówkę pod spód.

– Czym mi owinęłaś rękę? – spytał.
–  Moimi  stringami.  –  Podniosłam  głowę  i  spojrzałam  mu  w  oczy.  –  Miałeś  rację,  są  strasznie

niewygodne. Ale świetnie się sprawdzają przy udzielaniu pierwszej pomocy.

Kąciki  ust  T.J.  lekko  się  uniosły,  a  w  jego  oczach  pojawił  się  błysk,  którego  brakowało  wczoraj

wieczorem.

– Kiedyś to wykorzystam dla stworzenia zabawnej opowieści – powiedziałam.
– Wiesz co, Anno? To jest zabawne nawet teraz.

*

T.J. skończył siedemnaście lat we wrześniu 2002 roku. Zupełnie nie przypominał chłopca, z którym

rozbiliśmy się na oceanie piętnaście miesięcy temu.

W dużej mierze dlatego, że zdecydowanie przydałoby mu się golenie. Miał zarost o wiele dłuższy od

jednodniowego, ale krótszy od pełnego. Prawdę mówiąc, wyglądał dobrze. Nie byłam pewna, czy lubił
swój zarost, czy po prostu nie chciało mu się golić.

Włosy tak mu już odrosły, że prawie mógłby je spinać moją klamrą do końskiego ogona, wypłowiały

też  od  słońca  i  były  teraz  ciemnoblond.  Moje  włosy  też  urosły.  Sięgały  niżej  niż  do  połowy  pleców
i  doprowadzały  mnie  do  szału.  Próbowałam  skrócić  je  nożem,  ale  ostrze  –  tępe  i  nieząbkowane  –  nie
dało im rady.

Jakkolwiek bardzo szczupły, T.J. urósł o przynajmniej pięć centymetrów, czyli miał teraz około metra

background image

osiemdziesięciu wzrostu.

Wydawał  się  starszy,  niż  był  w  rzeczywistości.  Ja,  która  skończyłam  w  maju  trzydzieści  jeden  lat,

prawdopodobnie  również  wyglądałam  poważniej.  Nie  dowiem  się.  Jedyne  lusterko,  jakie  miałam,
znajdowało się w kosmetyczce w mojej torebce, która pływała teraz gdzieś w oceanie.

Siłą woli powstrzymywałam się, by nie pytać go, jak się czuje albo czy nie widzi u siebie żadnych

objawów  raka,  ale  bacznie  go  obserwowałam.  Wyglądało  na  to,  że  ma  się  dobrze,  rósł  i  dobrze  się
rozwijał, nawet w tych mniej niż korzystnych warunkach.

*

W moim śnie mężczyzna jęknął, gdy przylgnęłam wargami do jego szyi. Wsunęłam mu nogę między

nogi i obsypałam go pocałunkami, sunąc od policzka aż do piersi. Otoczył mnie ramionami i przewrócił
na plecy, całując namiętnie w usta. Coś w jego pocałunku przestraszyło mnie i obudziłam się.

T.J.  przygniatał  mnie  swoim  ciężarem.  Leżeliśmy  na  kocu  pod  palmą  kokosową,  gdzie  ucięliśmy

sobie drzemkę. Gdy uświadomiłam sobie, co zrobiłam, wydostałam się spod niego, twarz mi płonęła.

– Coś mi się śniło.
Przekręcił się na plecy, oddychając ciężko.
Wstałam i powędrowałam nad wodę. Usiadłam po turecku na piasku. Brawo, Anno. Napastować go

podczas snu.

T.J. dołączył do mnie po kilku minutach.
– Jestem okropnie zawstydzona – powiedziałam.
Usiadł przy mnie.
– Niepotrzebnie.
– Musiałeś się dziwić, co, u diabła, wyprawiam.
– Cóż, tak, ale poradziłem sobie z tym.
Zagapiłam się na niego z otwartymi ustami.
– Oszalałeś?
– Dlaczego? To ty powiedziałaś, że łatwo się przystosowuję.
Tak, i najwyraźniej jesteś oportunistą, pomyślałam.
–  Poza  tym  –  mówił  dalej  T.J.  –  lubisz  się  przytulać.  Skąd  mam  wiedzieć,  o  co  ci  chodzi?  To

dezorientujące.

Moje upokorzenie jeszcze się pogłębiło. Często budziłam się w nocy zbyt blisko T.J., przytulona do

niego, i założyłam, że śpi i o tym nie wie.

– Przepraszam, to od początku do końca moja wina. Nie chciałam, żebyś odniósł mylne wrażenie.
– W porządku, Anno. Nic się nie stało.
Trzymałam dystans przez resztę dnia, ale tamtej nocy, gdy już się położyliśmy, usprawiedliwiłam się:
– To prawda, co powiedziałeś o przytulaniu się. Po prostu jestem przyzwyczajona do sypiania z kimś.

Spałam obok Johna przez naprawdę długi czas.

– Czy to właśnie on ci się przyśnił?
– Nie. To był jeden z tych dziwnych snów, które nie mają sensu. Tak naprawdę to nie wiem, kim był

ten mężczyzna. Ale ogromnie mi przykro.

– Nie musisz wciąż przepraszać, Anno. Mówiłem, że byłem zdezorientowany, ale nie powiedziałem,

że mi się to nie podobało.

Nazajutrz, gdy wróciłam z kąpieli w lagunie, zobaczyłam, że T.J. siedzi obok szałasu i usiłuje zdjąć

nożem ortodontyczny aparat z zębów.

– Potrzebujesz pomocy?
– Nie.
– Kiedy miałeś go zdjąć?
– Pół roku temu. Przypomniałem sobie o tym dopiero wczoraj.

background image

Właśnie  w  tym  momencie  uprzytomniłam  sobie,  co  mnie  obudziło.  Chłopak  w  aparacie

ortodontycznym nie całował mnie od czasów liceum.

background image

ROZDZIAŁ 18

T.J.

Stałem przed chatą Kostka, gdy odnalazła mnie Anna. Pot spływał po jej twarzy.
– Goniłam kurczaka po całej wyspie, tylko że biegł zbyt szybko. Ale go złapię, choćby to miała być

ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. – Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach, próbując złapać oddech.
Spojrzała na mnie. – Co robisz?

– Chcę rozebrać tę chatę, potem przenieść drewno na plażę i zbudować dla nas dom.
– Masz chociaż blade pojęcie, jak buduje się domy?
–  Nie,  ale  za  to  mam  mnóstwo  czasu  na  rozwiązanie  tego  problemu.  Jeśli  się  postaram,  będę  mógł

ponownie  wykorzystać  drewno  i  gwoździe.  Potrafię  zrobić  daszek  z  brezentu,  żeby  nam  ognisko  nie
gasło.  –  Przyjrzałem  się  bacznie  zawiasom  w  drzwiach,  zastanawiając  się,  czy  dadzą  się  uratować.  –
Muszę coś robić, Anno.

– Uważam, że to świetny pomysł – powiedziała.
Rozebranie  chaty  i  przeniesienie  jej  w  kawałkach  na  plażę  zajęło  nam  trzy  dni.  Po  wyciągnięciu

starych gwoździ, włożyłem je do skrzynki z narzędziami, gdzie leżały już inne.

– Nie chcę, żeby chata stała zbyt blisko lasu – zastrzegła Anna. – Z powodu szczurów.
– Dobra. – Nie mogłem jednak zbudować chaty na plaży, ponieważ piasek był za bardzo niestabilny.

Wybraliśmy miejsce tam, gdzie kończył się piasek i zaczynała ziemia. Wykopaliśmy dół pod fundament,
co było wielkim wyczynem, ponieważ nie mieliśmy łopaty. Używałem młotka do wyrywania kawałków
ziemi, a Anna podążała za mną, zgarniając ją do jednego z plastikowych pojemników.

Zardzewiałą  piłą  przycinałem  deski  do  odpowiedniej  długości.  Anna  przytrzymywała  je,  gdy

wbijałem gwoździe.

– Cieszę się, że postanowiłeś to zrobić – powiedziała.
– Zajmie mi trochę czasu, zanim skończę.
– Jasne.
Poszła po gwoździe do skrzynki z narzędziami i podała mi je, po czym rzekła:
– Zawołaj mnie, jeśli będziesz potrzebował pomocy.
Wyciągnęła  się  na  kocu,  rozłożonym  nieopodal,  i  zamknęła  oczy.  Obserwowałem  ją  przez  chwilę,

przesuwając  spojrzeniem  po  jej  nogach,  brzuchu,  piersiach,  zastanawiając  się,  czy  jej  skóra  jest  taka
delikatna, na jaką wygląda. Przypomniałem sobie tamten dzień, gdy pocałowała mnie w szyję pod palmą
kokosową, i jakie to było przyjemne uczucie. Nagle otworzyła oczy i spojrzała w moją stronę. Śpiesznie
odwróciłem  wzrok.  Straciłem  już  rachubę,  ile  razy  przyłapała  mnie  na  gapieniu  się  na  nią.  Nigdy  nie
skomentowała  tego  faktu  ani  nie  kazała  mi  przestać,  co  było  jeszcze  jednym  powodem,  dla  którego  tak
bardzo ją lubiłem.

*

Byłbym już uczniem ostatniej klasy i Anna nie mogła przeboleć, że opuściłem mnóstwo zajęć.
–  Prawdopodobnie  będziesz  musiał  podejść  do  egzaminu,  by  uzyskać  dyplom  ukończenia  szkoły

średniej. Nie będę cię potępiać, jeśli zechcesz to zrobić, zamiast wracać do szkoły.

– Na czym to polega?
–  Czasami,  gdy  dzieciaki  rzucą  szkołę,  wybierają  ten  wariant,  zamiast  wracać  do  niej  i  kończyć  ją

w normalnym trybie. Ale nie martw się, pomogę ci.

– Dobrze. – W tej chwili miałem w nosie moje świadectwo ukończenia szkoły, ale Annie wydawało

się to ważne.

Nazajutrz, gdy pracowaliśmy przy budowie domu, spytała:
– Zamierzasz kiedyś się ogolić? – Dotknęła dłonią mojej brody. – Nie jest ci z tym gorąco?
Miałem nadzieję, że zarost jest dość gęsty, by ukryć mój nagły rumieniec.

background image

–  Nigdy  przedtem  się  nie  goliłem.  Zarost  wypadł  mi  po  chemii.  Gdy  wyjeżdżaliśmy  z  Chicago,

dopiero zaczynał odrastać.

– Teraz jesteś cały zarośnięty.
– Wiem, ale nie mamy lusterka, a bez niego to raczej niemożliwe.
– Czemu nic mi nie powiedziałeś? Przecież wiesz, że pomogłabym ci.
– Może dlatego, że jest to krępujące?
–  Chodźmy  –  poleciła.  Wzięła  mnie  za  rękę  i  pociągnęła  do  szałasu.  Otworzyła  walizkę,  wyjęła

maszynkę i krem do golenia, których używała do usuwania włosków z nóg, po czym zeszliśmy nad wodę.

Usiedliśmy po turecku przodem do siebie. Anna wycisnęła trochę kremu na dłoń, nałożyła mi lekko na

twarz,  a  potem  rozsmarowała.  Położyła  mi  rękę  z  tyłu  głowy,  przyciągając  mnie  do  siebie,  dopóki  nie
uzyskała odpowiedniego kąta, po czym zaczęła mnie golić powolnymi, ostrożnymi pociągnięciami.

– Tak dla twojej wiadomości – powiedziała. – Nigdy przedtem nie goliłam mężczyzny. Postaram się

nie zaciąć cię, ale nie mogę obiecać.

– Poradzisz sobie lepiej ode mnie.
Nasze  twarze  dzieliło  zaledwie  kilka  centymetrów  i  spojrzałem  jej  w  oczy.  Czasami  były  szare,

czasami niebieskie. Dzisiaj wypadł dzień błękitu. Nie zdawałem sobie dotąd sprawy, jak długie ma rzęsy.

– Czy ludzie zwracają uwagę na twoje oczy? – wypaliłem bez zastanowienia.
Schyliła się i opłukała maszynkę w wodzie.
– Czasami.
– Są niezwykłe. Przy opaleniźnie wydają się jeszcze bardziej niebieskie.
– Dzięki – odrzekła z uśmiechem.
Nabrała wody w dłoń i polała mi policzki, spłukując krem do golenia.
– Co ma oznaczać to spojrzenie? – spytała.
– Jakie spojrzenie?
– Myślałeś o czymś. – Wskazała na moją głowę. – Niemal widzę obracające się trybiki.
–  Wtedy  gdy  powiedziałaś,  że  nigdy  wcześniej  nie  goliłaś…  mężczyzny.  Czy  uważasz  mnie  za

mężczyznę?

– Nie uważam cię za chłopca – odparła po chwili milczenia.
To dobrze, ponieważ nie jestem już chłopcem, pomyślałem.
Wycisnęła więcej kremu na dłoń i ogoliła mi resztę twarzy. Gdy skończyła, ujęła mnie za podbródek

i obejrzała moją twarz z obu stron, muskając skórę wierzchem dłoni.

– W porządku, gotowe.
– Dziękuję. Od razu mi chłodniej.
– Do usług. Powiedz mi, kiedy znowu będziesz chciał, żeby cię ogolić.

*

Pewnej nocy leżeliśmy z Anną w łóżku, rozmawiając w ciemności.
–  Tęsknię  za  rodziną  –  wyznała.  –  Mam  pewien  sen  na  jawie,  który  zawsze  przebiega  w  taki  sam

sposób.  Wyobrażam  sobie,  że  na  wodach  laguny  ląduje  samolot,  a  my  oboje  jesteśmy  wtedy  na  plaży.
Dopływamy  do  niego,  a  pilot  nie  może  uwierzyć,  że  to  naprawdę  my.  Odlatujemy  z  wyspy  i  gdy  tylko
znajdujemy  telefon,  dzwonimy  do  naszych  rodzin.  Potrafisz  sobie  wyobrazić,  jaka  byłaby  ich  reakcja?
Żyli ze świadomością, że zginęliśmy, urządzili nam pogrzeby, a tu nagle słyszą nasze głosy w słuchawce
telefonu?

– Nie, nie potrafię. – Przekręciłem się na brzuch i poprawiłem poduszkę pod głową. – Założę się, że

plujesz sobie w brodę, że przyjęłaś tę pracę.

–  Przyjęłam  tę  pracę,  ponieważ  była  to  wspaniała  okazja,  by  wyjechać  tam,  gdzie  nigdy  nie  byłam.

Nikt nie mógł przewidzieć, że coś takiego się wydarzy.

Podrapałem bąbel po ukąszeniu komara na nodze.

background image

– Mieszkałaś z tym facetem? Mówiłaś, że spałaś z nim.
– Tak.
– Przypuszczam, że nie chciał, byś wyjechała na tak długo.
– Nie chciał.
– Ale ty chciałaś?
Nie odpowiadała przez jakąś minutę.
– Dziwnie się czuję, rozmawiając o tym z tobą.
– Dlaczego? Uważasz, że jestem za młody, by zrozumieć?
– Nie, ponieważ jesteś facetem. I nie wiem, czy właśnie z tego powodu potrafisz to dobrze zrozumieć.
–  Och,  przepraszam.  –  Nie  powinienem  był  tego  mówić.  Anna  naprawdę  nie  traktowała  mnie  jak

dziecko.

–  Ma  na  imię  John.  Chciałam  wyjść  za  mąż,  ale  on  nie  był  gotowy,  a  mnie  zmęczyło  czekanie.

Pomyślałam,  że  dobrze  mi  zrobi  oderwanie  się  od  tego  wszystkiego  na  jakiś  czas.  Musiałam  podjąć
pewne decyzje.

– Jak długo byliście razem?
– Osiem lat. – W jej głosie dawało się wyczuć zakłopotanie.
– I on nigdy nie zamierzał się chajtnąć?
– Cóż, myślę, że po prostu chodziło o mnie.
– Ach…
– Nie chcę więcej o nim rozmawiać. A ty? Miałeś kogoś w Chicago?
– Kiedyś. Chodziłem z taką dziewczyną, miała na imię Emma. Poznałem ją w szpitalu.
– Też cierpiała na chorobę Hodgkina?
–  Nie,  była  chora  na  białaczkę.  Siedziała  obok  mnie  w  fotelu,  gdy  po  raz  pierwszy  poddano  mnie

chemioterapii. Potem spędzaliśmy ze sobą dużo czasu.

– Była w twoim wieku?
– Trochę młodsza. Miała czternaście lat.
– Jaka była?
– Raczej spokojna. I naprawdę ładna. Ale wypadły jej już włosy i czuła się fatalnie z tego powodu.

Zawsze nosiła czapkę. Kiedy ja też je straciłem, powoli przestała się przejmować. Wtedy siedzieliśmy
bezczynnie jak dwie łyse pały i mieliśmy to gdzieś.

– Utrata włosów musi być czymś trudnym do zniesienia.
–  Cóż,  prawdopodobnie  jest  trudniejsza  dla  dziewczyn.  Emma  pokazała  mi  dawne  zdjęcia,  miała

kiedyś długie blond włosy.

– Spędzaliście też razem czas, kiedy nie miałeś chemioterapii?
– Tak. Znała szpital jak własną kieszeń. Pielęgniarki zawsze patrzyły w inną stronę, gdy przyłapywały

nas na wymykaniu się gdzieś. Chodziliśmy do ogrodu na dachu szpitala i wygrzewaliśmy się na słońcu.
Chciałem  gdzieś  ją  zabrać,  ale  jej  system  odpornościowy  nie  pozwalał  na  przebywanie  wśród  ludzi.
Pewnego  wieczoru  pielęgniarki  pozwoliły  nam  oglądać  filmy  na  wideo  w  pustym  pokoju.  Siedzieliśmy
razem na łóżku, a one przyniosły nam prażoną kukurydzę.

– Była bardzo chora?
–  Kiedy  spotkaliśmy  się  po  raz  pierwszy,  czuła  się  całkiem  dobrze,  ale  po  pół  roku  jej  stan  się

pogorszył.  Pewnej  nocy  powiedziała  mi  przez  telefon,  że  sporządziła  listę  rzeczy,  które  pragnęłaby
zrobić, a przypuszcza, że już nie zdąży.

– Och, T.J…
– Skończyła wtedy piętnaście lat, ale chciała dożyć do szesnastu, żeby dostać prawo jazdy. Pragnęła

też pójść na bal maturalny, ale powiedziała, że wystarczyłby zwykły szkolny bal. – Zawahałem się, ale
gdy  leżałem  w  ciemności  obok  Anny,  łatwiej  mi  było  mówić  o  tych  sprawach.  –  Zwierzyła  mi  się,  że

background image

chciałaby uprawiać seks po to, by wiedzieć, jak to jest. Lekarz kazał jej wtedy wrócić do szpitala i miała
osobny  pokój.  Myślę,  że  pielęgniarki  się  domyślały,  a  może  im  powiedziała,  bo  zostawiły  nas  samych
i udało nam się odhaczyć jeden punkt z jej listy. Umarła trzy tygodnie później.

– To takie smutne, T.J. – Miałem wrażenie, że Anna powstrzymuje łzy. – Byłeś w niej zakochany?
– Nie wiem. Nie była mi obojętna, ale to był taki dziwny czas. W moim przypadku chemia przestała

działać  i  musiałem  zacząć  naświetlania.  Przeraziłem  się,  gdy  umarła.  Czy  wiedziałbym,  gdybym  ją
kochał, Anno?

– Tak – wyszeptała.
Od dawna nie myślałem o Emmie, ale też nigdy jej nie zapomnę. To był również mój pierwszy raz.
– I jaką podjęłaś decyzję co do tamtego faceta, Anno?
Nie  odpowiedziała.  Może  nie  chciała  mi  mówić,  a  może  już  zasnęła.  Słuchałem  plusku  fal

rozbijających się o rafę koralową. Ten dźwięk uspokajał mnie, zamknąłem oczy i otworzyłem je dopiero,
gdy słońce obudziło mnie nazajutrz rano.

background image

ROZDZIAŁ 19

Anna

– Masz ochotę na pokera? – spytał T.J.
– Pewnie, ale zostawiłam karty nad wodą.
– Pójdę po nie – powiedział.
–  Zaczekaj.  I  tak  muszę  iść  za  potrzebą.  Wezmę  je  w  drodze  powrotnej.  –  Nie  cierpiałam  chodzić

nigdzie w pobliżu lasu po zapadnięciu zmroku i miałam około dwóch minut do zachodu słońca.

Właśnie  wzięłam  karty,  kiedy  to  się  stało.  Nie  widziałam,  że  nadlatuje  nietoperz,  który  nagle  spadł

z nieba chyba z dużą prędkością, ponieważ zderzając się z moją głową, omal nie zwalił mnie z nóg. Gdy
po  sekundzie  zorientowałam  się,  co  we  mnie  rąbnęło,  zaczęłam  krzyczeć.  Spanikowałam,  zanurzyłam
ręce we włosach, by wyplątać z nich nietoperza.

T.J. przygnał do mnie.
– Co się stało?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, nietoperz zatopił zęby w mojej dłoni. Krzyknęłam jeszcze głośniej.
– Mam nietoperza we włosach – powiedziałam, gdy ostry ból przeszył moją dłoń. – Gryzie mnie!
T.J.  odbiegł  gdzieś  pędem.  Potrząsałam  głową,  usiłując  strzepnąć  intruza.  Po  chwili  T.J.  wrócił

i przycisnął mnie do piasku, dopóki nie rozciągnęłam się na nim całkiem płasko.

– Nie ruszaj się – polecił, przytrzymując mi głowę dłonią. Następnie przebił ciało nietoperza ostrzem

noża. Zwierzak przestał się ruszać. – Zaczekaj. Zaraz ci go wyjmę z włosów.

– Czy on nie żyje? – spytałam.
– Tak.
Leżałam  spokojnie.  Serce  mi  waliło  i  miałam  ochotę  się  wyrwać,  ale  zmusiłam  się,  by  leżeć

nieruchomo, podczas gdy T.J. wyplątywał mi nietoperza z włosów.

– Już go nie ma.
Nie  widzieliśmy  dobrze,  ponieważ  sierp  księżyca  świecił  nikłym  blaskiem,  toteż  T.J.  pobiegł  do

ogniska i wyjął z niego palące się polano. Schylił się i przytrzymał je nad nietoperzem.

Był  odrażający,  jasnobrązowy,  z  dużymi  czarnymi  skrzydłami,  spiczastymi  uszami  i  ostrymi  zębami.

Ciało miał pokryte otwartymi ranami. Sierść wokół paszczy była mokra i oślizgła.

– Chodź – powiedział T.J. – Potrzebna jest apteczka.
Wróciliśmy do szałasu i usiedliśmy przy ognisku.
– Pokaż mi dłoń.
Oczyścił  miejsce  ukąszenia  chusteczką  nasączona  alkoholem,  posmarował  maścią  z  antybiotykiem

i okleił plastrem z opatrunkiem. Ręka rwała mnie okropnie.

– Boli?
– Tak.
Mogłam znieść ból, ale przerażała mnie myśl o tym, co mogło rozwijać się w moim krwiobiegu.
T.J. musiał również zastanawiać się nad tym, ponieważ zanim się położyliśmy, włożył ostrze noża do

żaru i zostawił je tam na całą noc.

background image

ROZDZIAŁ 20

T.J.

Anna już nie spała, siedziała przy ognisku, gdy nazajutrz rano wróciłem z wędkowania.
– Jak twoja ręka?
Wyciągnęła do mnie dłoń i odkleiłem plaster.
– Nie wygląda źle – oznajmiłem. Z poszarpanej rany sączyła się krew i ręka trochę spuchła przez noc.

– Oczyszczę ranę jeszcze raz i zakleję świeżym plastrem, dobrze?

– Dobrze.
Przetarłem ugryzienie nasączoną alkoholem chusteczką.
– Wyglądasz na zmęczoną – powiedziałem, widząc jej podkrążone oczy.
– Nie spałam dobrze.
– Chcesz się położyć.
Pokręciła głową.
– Zdrzemnę się później.
Założyłem jej opatrunek.
– Gotowe. Jesteś jak nowa.
Chyba mnie nie usłyszała, ponieważ zapatrzyła się w dal i nie odezwała się nawet słowem.
Później  skończyłem  stawiać  szkielet  domu  i  zacząłem  wznosić  ściany.  Szpary  zaklejałem  mlecznym

sokiem, który wydzielały chlebowce.

Anna pracowała w milczeniu obok mnie, przytrzymując deski i podając mi gwoździe.
– Jesteś taka cicha – zauważyłem.
– Tak.
Wbiłem gwóźdź w deskę, mocując ją do szkieletu, i spytałem:
– Martwisz się z powodu ugryzienia?
Potaknęła głową.
– Ten nietoperz sprawiał wrażenie chorego, T.J.
Odłożyłem młotek i otarłam pot z oczu.
– Rzeczywiście nie wyglądał dobrze – przyznałem.
– Myślisz, że miał wściekliznę?
Ustawiłem następną deskę i podniosłem młotek.
– Nie, jestem pewien, że nie. – Wiedziałem jednak, że nietoperze czasami są nosicielami tej choroby.
Anna westchnęła głęboko.
– Muszę po prostu przeczekać. Jeśli nie zachoruję w ciągu miesiąca, prawdopodobnie jestem zdrowa.
– Jakie są objawy?
– Nie wiem. Może gorączka? Drgawki? Choroba atakuje centralny układ nerwowy.
Jej słowa straszliwie mnie przeraziły.
–  Co  mam  zrobić,  gdybyś  zachorowała?  –  Próbowałem  sobie  przypomnieć,  co  znajduje  się

w apteczce.

Anna pokręciła głową.
– Nic nie zrobisz, T.J.
– Dlaczego?
– Ponieważ bez zastrzyków przeciw wściekliźnie ta choroba jest śmiertelna.
Przez chwilę nie mogłem oddychać, jakbym dostał potężny cios w splot słoneczny.
– Nie wiedziałem o tym.
Pokiwała głową, jej oczy napełniły się łzami. Rzuciłem młotek i położyłem dłonie na jej ramionach.
– Nie martw się – powiedziałem. – Wszystko będzie dobrze. Nie zachorujesz.

background image

Nie miałem pojęcia, czy to prawda, ale chciałem, byśmy oboje w to wierzyli.
Policzyłem pięć tygodni do przodu i zakreśliłem datę w kalendarzu Anny. Chciała odczekać dłużej niż

miesiąc, żeby mieć pewność.

– Czyli jeśli się do tej pory nic nie stanie i nie będziesz miała żadnych objawów, to będziesz zdrowa,

tak?

– Chyba tak.
Zamknąłem kalendarz i schowałem z powrotem do walizki Anny.
– Zajmijmy się tym co zwykle – powiedziała. – Nie chcę dłużej o tym myśleć.
– Jasne, cokolwiek tylko ci pomoże.
Anna minęła się z powołaniem, powinna być aktorką, a nie nauczycielką. Za dnia odgrywała niezłe

przedstawienie,  uśmiechając  się,  jak  gdyby  niczym  się  nie  martwiła.  Przez  cały  czas  starała  się  czymś
zająć;  godzinami  bawiła  się  z  delfinami  albo  pomagała  mi  przy  budowie  domu.  Ale  prawie  nie  jadła
i kręciła się tak niespokojnie w łóżku, że zdawałem sobie sprawę, że nie może zasnąć.

Pewnej  nocy,  po  upływie  dwóch  tygodni,  wygramoliła  się  z  tratwy.  Zawsze  wstawała  przynajmniej

raz, by dorzucić drew do ognia, ale zazwyczaj szybko wracała. Tym razem nie wróciła, więc poszedłem
za nią, sprawdzić, co się dzieje. Znalazłem ją w szałasie, siedziała, wpatrując się w płomienie.

– Hej, co się dzieje? – spytałem, siadając obok niej.
– Nie mogę spać. – Anna przegarnęła ogień patykiem.
– Dobrze się czujesz? – Starałem się nie okazać zaniepokojenia. – Nie masz gorączki, prawda?
Pokręciła głową.
– Nie, nic mi nie jest. Wracaj do łóżka.
– Ja też nie mogę spać, kiedy nie ma cię przy mnie.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
– No co ty?
–  Tak.  Nie  lubię,  kiedy  jesteś  tutaj  sama.  Denerwuję  się.  Nie  musisz  podtrzymywać  co  noc  ognia.

Powiedziałem ci, że bez problemu mogę rozniecić go rano.

– To mi weszło w nawyk. – Wstała. – Chodź, niech przynajmniej jedno z nas się wyśpi.
Posłuchałem jej. Gdy się położyliśmy, nakryła nas oboje kocem. Miała na sobie szorty i mój T-shirt.

Gdy się układała w wygodnej pozycji, jej goła noga otarła się o moją. Nie cofnęła jej, gdy przestała się
ruszać, ja też nie zabrałem swojej.

Leżeliśmy w ciemności, stykając się nogami, i żadne z nas długo jeszcze nie zapadło w sen.
Zgodziła się, że nie będzie wstawała w środku nocy, i któregoś ranka, dwa tygodnie później, gdy już

roznieciłem ogień, powiedziałem do Anny:

– Szkoda, że nie mierzyłaś mi czasu. Założę się, że nie zajęło mi to nawet pięciu minut.
– No, teraz to już się popisujesz.
Ale  śmiała  się,  mówiąc  to,  i  gdy  coraz  bardziej  zbliżała  się  data  zakreślona  w  kalendarzu,  Anna

wydawała się spokojniejsza.

Kiedy  minęło  pięć  tygodni,  przytrzymałem  jej  rozwartą  dłoń  i  powiodłem  palcem  po  zabliźnionej

ranie.

– Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze – oświadczyłem. I tym razem naprawdę tak myślałem.
Uśmiechnęła się do mnie.
– Ja także jestem o tym przekonana.
Tamtego dnia sprawiła trzy ryby na lunch.
– Jesteś jeszcze głodna? Mogę złowić więcej.
– Nie, dzięki. Umierałam z głodu, ale najadłam się już do syta.
Długo  pływaliśmy,  a  potem  pracowaliśmy  przy  budowie  domu  aż  do  kolacji.  I  znowu  Anna  zjadła

więcej,  niż  jadała  w  ostatnich  tygodniach.  W  porze,  gdy  zwykle  kładliśmy  się  spać,  oczy  jej  się  same

background image

zamykały i zasypiała, kiedy tylko położyłem się obok niej. Ja również zapadałem w sen, ale budziłem się,
gdy Anna zwijała się w kłębek obok mnie i kładła mi głowę na ramieniu.

Objąłem ją i przyciągnąłem bliżej.
Gdyby zachorowała, jedyną rzeczą, jaka by mi pozostała, to patrzeć, jak cierpi. I pochować ją obok

Micka,  kiedy  umrze.  Nie  wiedziałem,  czy  poradziłbym  sobie  bez  niej.  Dźwięk  jej  głosu,  uśmiech,  ona
sama  –  to  właśnie  sprawiało,  że  życie  na  wyspie  było  znośne.  Przytuliłem  ją  trochę  mocniej
i  pomyślałem,  że  jeśli  się  obudzi,  może  jej  to  powiem.  Ale  spała  jak  suseł.  Westchnęła  przez  sen  i  w
końcu ja też odpłynąłem.

Gdy  obudziłem  się  nazajutrz  rano,  Anna  leżała  już  po  swojej  stronie  posłania.  Rozniecałem  ogień,

gdy wygramoliła się z tratwy ratunkowej.

Uśmiechnęła się do mnie, przeciągając się.
– Cudownie mi się spało. Najlepiej od bardzo dawna.
– Mnie też się dobrze spało, Anno.
Kilka  dni  później  leżeliśmy  w  nocy,  rozmawiając  o  naszych  ulubionych  dziesięciu  albumach

klasycznego rocka wszech czasów.

–  Sticky  Fingers  Rolling  Stonesów  jest  moim  numerem  jeden.  Przesuwam  Led  Zeppelin  Cztery  na

piąte miejsce – powiedziała.

– Naćpałaś się czy co?
Zacząłem wyliczać powody, dla których nie mogłem się z tym zgodzić – wszyscy wiedzą, że The Wall

Pink Floydów powinno zajmować pierwsze miejsce.

Zaczęliśmy  się  przekomarzać.  Złapałem  ją  i  zagroziłem,  że  nie  puszczę  jej,  dopóki  nie  przyzna  mi

racji. Wyrwała się, ale chwyciłem ją w pasie, szarpnąłem do tyłu i naciągnąłem jej koc na głowę.

Kiedy ją wreszcie wypuściłem, udawała, że się dusi, po czym zawołała:
– Skopię ci tyłek, Callahan!
–  Naprawdę?  Jakim  cudem?  –  Ważyła  prawdopodobnie  niespełna  pięćdziesiąt  kilo.  Oboje

zdawaliśmy sobie sprawę, że nie skopie tyłka nikomu.

– Nie bądź takim chojrakiem. Któregoś dnia znajdę sposób, by przytrzeć ci rogów.
– Oooch, strasznie się boję, Anno – odparłem ze śmiechem.
Do czego się jednak nie przyznałem, to do tego, że mogła rzucić mnie na kolana jednym dotknięciem

ręki, gdyby położyła ją we właściwym miejscu.

Byłem ciekaw, czy o tym wie.

*

–  Idę  się  wykąpać  –  powiedziała  Anna,  gdy  wróciłem  z  plaży.  Zebrała  szampon,  mydło  i  swoje

ubrania.

– Dobrze.
Po jej odejściu zauważyłem, że kończy nam się zapas drewna na opał. Wziąłem plecak i wypchałem

go wszystkimi patykami, jakie udało mi się znaleźć. Słońce było już dość nisko na niebie i roje komarów
brzęczały mi koło twarzy. Wyszedłem spod gęstego baldachimu listowia, nie zwracając na nie uwagi.

Wynurzyłem się spośród drzew w chwili, gdy Anna wchodziła nago do oceanu.
Zamarłem.
Wiedziałem,  że  powinienem  odejść,  uciekać  gdzie  pieprz  rośnie,  ale  nie  mogłem.  Ukryłem  się  za

drzewem i patrzyłem.

Zanurkowała  pod  wodę,  by  zmoczyć  włosy,  po  czym  odwróciła  się  i  wyszła  na  brzeg.  Wyglądała

cudownie, z opalenizną kontrastowały te części ciała, które lubiłem najbardziej. Wsunąłem dłoń w szorty.

Stojąc  na  plaży,  umyła  włosy,  po  czym  weszła  z  powrotem  do  wody,  by  spłukać  szampon.  Znowu

wyszła  na  piasek,  namydliła  dłonie  i  umyła  całe  ciało.  Usiadła  i  ogoliła  nogi,  a  potem  jeszcze  raz  się
zanurzyła, opłukując się.

background image

To, co zrobiła potem, kompletnie mnie zaszokowało.
Po  wyjściu  rozejrzała  się,  a  potem  usiadła  twarzą  do  brzegu.  Wzięła  ze  sobą  dziecięcą  oliwkę,

wylała kilka kropel na dłoń i włożyła ją między nogi.

O Chryste Panie!
Ułożyła się na wznak z jedną nogą wyprostowaną, a drugą zgiętą w kolanie. Przyglądałem się, jak się

dotyka, moja ręka poruszała się odrobinę szybciej.

Chociaż robiłem to niemal każdego dnia, kiedy byłem sam w lesie, nigdy nie przeszło mi przez myśl,

że  Anna  może  robić  to  samo.  Nie  spuszczałem  z  niej  wzroku  i  po  kilku  minutach  wyprostowała  drugą
nogę i wygięła się w łuk. Wiedziałem, że ma orgazm, w tym samym momencie co ja.

Wstała,  otrzepała  się  z  piasku  i  włożyła  najpierw  majteczki,  potem  resztę  garderoby,  a  następnie

pozbierała  swoje  rzeczy.  Gdy  już  prawie  stamtąd  odchodziła,  nagle  się  zatrzymała  i  spojrzała  w  moim
kierunku.  Nie  ruszałem  się,  ukryty  za  drzewem,  czekając,  by  odeszła.  Potem  uciekłem  pędem  między
drzewa, jak najdalej od plaży.

*

– O, cześć – powiedziałem, podchodząc do niej. Stała obok szałasu, szorując zęby.
Wyjęła szczoteczkę z ust i przyjrzała mi się, przechylając głowę na bok.
– Gdzie byłeś?
– Zbierałem drewno. – Rozpiąłem zamek błyskawiczny i wysypałem patyki z plecaka na stertę.
– Ach. – Skończyła myć zęby i ziewnęła. – Idę spać.
– Zaraz też się położę.
Później,  gdy  już  spała  obok  mnie,  odtwarzałem  w  pamięci  obrazy  jej  nagiego  ciała  i  tego,  jak  się

dotykała,  niczym  film,  który  można  oglądać  tyle  razy,  ile  się  chce.  Chciałem  ją  całować,  dotykać  jej,
robić  z  nią  wszystko,  czego  pragnąłem.  Cóż  z  tego,  skoro  nie  mogłem.  Odtwarzałem  w  kółko  film
w mojej głowie i tej nocy nie udało mi się zmrużyć oka.

background image

ROZDZIAŁ 21

Anna

T.J. wdrapał się na dach domu i rozsmarował warstwę soku chlebowca na pierzastych liściach palmy.
– Nie wiem, czy ochroni nas to przed deszczem. Dowiemy się, jak zacznie padać.
Dom był niemal wykończony. Siedziałam po turecku na ziemi, przyglądając się T.J., który zeskoczył

z dachu, chwycił młotek i wbił kilka ostatnich gwoździ.

Spiął włosy z tyłu głowy w kucyk, włożył mój kowbojski kapelusz i okulary przeciwsłoneczne Ray-

Ban. Miał tak opaloną twarz, jakby urodził się na wyspie, i piękny uśmiech, w którym pokazywał białe
proste zęby, wydatne kości policzkowe i mocno zarysowaną szczękę. Muszę go znowu ogolić.

–  Wyglądasz  świetnie,  T.J.  Bardzo  zdrowo.  –  Był  chudy,  ale  miał  dobrze  rozwinięte  mięśnie,

prawdopodobnie  od  budowy  naszego  domu,  i  nie  występowały  u  niego  żadne  zewnętrzne  oznaki
niedożywienia, przynajmniej na razie.

– Naprawdę?
– Tak. Nie wiem, w jaki sposób, ale dorosłeś tutaj.
– Wyglądam poważniej?
– Tak.
– Czy jestem przystojny, Anno? – Ukląkł przede mną i uśmiechnął się od ucha do ucha. – No proszę,

możesz mi powiedzieć.

Wzniosłam oczy ku niebu.
– Owszem, T.J. – odrzekłam również z uśmiechem. – Jesteś bardzo przystojny. Jeśli kiedykolwiek uda

nam się wydostać z wyspy, będziesz miał duże powodzenie wśród pań.

Podniósł pięść w triumfalnym geście.
– Tak, tak, tak! – Odłożył młotek i napił się wody. – Nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądałem

przed katastrofą, a ty pamiętasz, jak wyglądałaś?

– Mniej więcej. Ale ja zapewne tak bardzo się nie zmieniłam.
T.J. usiadł przede mną.
– Boże, wszystko mnie boli. Możesz pomasować mi plecy?
– Jasne. – Wymasowałam mu barki, które były o wiele szersze niż dwa lata temu. Klatka piersiowa

również, ręce też były masywniejsze. Podniosłam jego kucyk, ugniatając mu kark.

– O, jak dobrze.
Zrobiłam mu wyjątkowo długi masaż.
–  Jesteś  wciąż  piękna,  Anno  –  powiedział,  kiedy  skończyłam.  –  Tak  na  wypadek,  gdybyś  miała

wątpliwości.

Zaczerwieniłam się jak piwonia, ale uśmiechnęłam się do niego.
– Nie zastanawiałam się nad tym, T.J. Mimo to dziękuję.

*

Dwa  dni  później  spaliśmy  po  raz  pierwszy  w  naszym  nowym  domu.  Zdecydowaliśmy  się  na  jeden

duży pokój, zamiast dwóch, dzięki czemu zyskaliśmy dużo miejsca. Mogłam się swobodnie ubierać, a nie
wić  się  jak  piskorz  w  tratwie  ratunkowej,  by  włożyć  cokolwiek  na  siebie.  Moją  walizkę  i  skrzynkę
z narzędziami ustawiliśmy w rogu, a obok nich futerał gitary, w którym trzymaliśmy apteczkę, nóż i sznur.

T.J.  zdjął  zadaszenie  z  tratwy,  było  niepotrzebne,  ponieważ  mieliśmy  teraz  prawdziwy  dach,

i wstawił zamiast szyb w oknach siatkę z opuszczanych drzwi. Nylonowe klapy wykorzystał na zasłony,
które  zaciągaliśmy  w  nocy.  Brezentową  plandekę  przybił  do  frontowej  ściany  domu,  naciągnął  ją
i  przymocował  do  wysokich  kijów,  które  wbił  w  ziemię,  a  pod  powstałym  w  ten  sposób  daszkiem
wykopał dołek pod ognisko.

– Jestem z ciebie dumna, T.J. Kostek byłby również dumny.

background image

– Dziękuję, Anno.
Przebyliśmy długą drogę od czasów spania na ziemi. Para rozbitków bawiąca się w dom.

*

Hydroplan wylądował na wodach laguny, gdy oboje z T.J. pływaliśmy.
Pilot otworzył drzwi, wystawił głowę na zewnątrz i powiedział:
– Wreszcie was znaleźliśmy. Szukaliśmy was od wieków.
Miałam pięćdziesiąt dwa lata.
Obudziłam się zlana potem, tłumiąc krzyk na chwilę przedtem, zanim wydarł się z moich ust.
Łóżko  po  stronie  T.J.  było  puste.  Ostatnio  spędzał  dużo  czasu  w  lesie;  rano  i  po  południu  zbierał

drewno na opał.

Ubrałam  się,  wyszorowałam  zęby  i  poszłam  pod  palmę  po  orzechy  kokosowe.  Gdy  się  po  nie

schylałam,  jeden  oderwał  się  i  spadł,  omal  nie  uderzając  mnie  w  głowę.  Podskoczyłam  z  przestrachu
i krzyknęłam:

– Cholera!
Gdy  wróciłem  do  domu,  sprawdziłam  wodę  w  zbiorniku.  Był  luty,  sam  środek  pory  suchej,  i  wody

zostało niewiele. Upuściłam zbiornik i wybuchnęłam płaczem, gdy woda wylała się na ziemię.

T.J. wrócił z plecakiem pełnym drewna.
– Hej, co się stało? – spytał, odstawiając go.
Wytarłam oczy wierzchem dłoni.
– Nic. Jestem po prostu zmęczona i wściekła na siebie. Wylałam wodę. – Rozpłakałam się znowu.
– Nie szkodzi. Pewnie wkrótce spadnie deszcz.
– Niekoniecznie, wczoraj zaledwie pokropiło. – Opadłam na ziemię, czując się jak idiotka.
T.J. usiadł obok mnie.
– Hm, czy to zespół napięcia przedmiesiączkowego, czy coś innego?
Zacisnęłam powieki, chcąc zmusić łzy, by przestały płynąć.
– Nie, po prostu dzień zaczął się niedobrze.
– Wracaj do łóżka – powiedział. – Obudzę cię, gdy skończę łowić ryby, dobrze?
– Dobrze.
Obudziłam się, gdy T.J. pogłaskał mnie po ręce.
– Ryby są sprawione – powiedział, wyciągając się obok mnie.
– Dlaczego mnie nie obudziłeś, żebym to zrobiła?
– Pomyślałem, że dłuższy sen dobrze ci zrobi.
– Dzięki, rzeczywiście czuję się lepiej.
– Przepraszam, że cię spytałem o ten zespół napięcia przedmiesiączkowego. Tak naprawdę nic o tym

nie wiem.

– Nie, to było słuszne pytanie. – Zawahałam się. – Nie dostaję już miesiączki. Od dawna. – Wciąż

miałam tampony w walizce.

T.J. był wyraźnie zdezorientowany.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Mam niedowagę. Stres. Złe odżywianie. Wybierz, co chcesz.
– Och.
Leżeliśmy oboje na boku, twarzami do siebie.
– Miałam rano zły sen. Pływaliśmy, a na wodach laguny wylądował hydroplan.
– No to chyba był to dobry sen.
– Miałam pięćdziesiąt dwa lat, gdy nas odnaleźli.
– No to rzeczywiście długo tu przebywaliśmy. Dlatego byłaś taka przygnębiona?
– Chciałabym mieć dziecko.

background image

– Naprawdę?
–  Tak.  Właściwie  dwoje  lub  troje.  To  była  kolejna  rzecz,  której  John  nie  chciał.  Jeśli  znajdą  nas

dopiero, gdy będę miała pięćdziesiąt dwa lata, będzie za późno na dzieci. Zostawiam sobie zapas czasu
do czterdziestu dwóch lat. Zawsze mogę adoptować, ale bardzo chciałabym urodzić przynajmniej jedno.
–  Skubnęła  nitkę  z  koca.  –  To  głupie  myśleć  o  dziecku,  skoro  jest  tutaj  tyle  innych  rzeczy,  o  które
powinnam  się  martwić.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  ty  na  razie  nie  myślisz  o  dzieciach,  ale  ja  naprawdę
pragnę je kiedyś mieć.

– Owszem, myślałem o dzieciach. Jestem bezpłodny.
Jego słowa były tak nieoczekiwane, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, jak zareagować.
– Z powodu nowotworu?
– Tak. Miałem całą kupę chemii.
– O mój Boże, T.J. Przepraszam, nie przyszło mi to do głowy. – Nie ma to jak ględzić o posiadaniu

dzieci w obecności kogoś, kto zamienił płodność na szansę przeżycia.

–  Nie  szkodzi.  Lekarz  rozmawiał  ze  mną  przed  rozpoczęciem  chemioterapii.  Wyjaśnił,  że  jeśli

kiedykolwiek  chciałbym  mieć  dzieci,  muszę  natychmiast  oddać  spermę  do  banku,  ponieważ  gdy  już
zacznę leczenie, będzie za późno. Postanowiłem, że będę je miał.

– No, no. To nie jest decyzja, jaką musi podjąć większość chłopców w wieku piętnastu lat.
– Fakt, raczej myślą o tym, jakie środki zastosować, by nie zapłodnić dziewczyny. Ale to, co powiem

teraz, może cię rozweselić. Mama powiedziała, że zawiezie mnie na wizytę w banku spermy, i wręczyła
mi  „Playboya”  taty…  Tak  naprawdę,  miałem  ukryty  w  szafie  znacznie  bardziej  nieprzyzwoity  magazyn.
W każdym razie mama zapytała mnie, całkiem poważnie, czy wiem, co robić.

– Chyba żartujesz.
– Wcale nie. – Wybuchnął śmiechem. – Miałem piętnaście lat, Anno. Byłem w tym bardzo biegły i nie

uśmiechało mi się gadanie z własną matką o masturbowaniu się.

– O Boże, umrę ze śmiechu – powiedziałam, chichocząc tak radośnie, że aż łzy mi pociekły z oczu.
– Tak, na kolejną wizytę w banku spermy zawiózł mnie tata.
Gdy w końcu przestałam chichotać, wytarłam oczy.
– Czy wiesz, jaka jest twoja największa zaleta?
– Że jestem bardzo przystojny? – spytał ze śmiertelną powagą.
Znowu zaczęłam się serdecznie śmiać.
– Widzę, że mój komplement przewrócił ci w głowie. Nie, nie o to mi chodziło. Chcę, byś wiedział,

że trudno jest nie być szczęśliwą, kiedy znajdujesz się w pobliżu.

– Naprawdę? Dzięki. – Poklepał mnie po ręce. – Nie martw się, Anno. Kiedyś nas znajdą i będziesz

miała dziecko.

– Mam nadzieję.
Na wszystko przyjdzie czas.

background image

ROZDZIAŁ 22

T.J.

Byłem w lesie, gdy usłyszałem krzyk Anny. Dobiegał od strony domu. Wyskoczyłem spośród drzew

i puściłem się pędem w tamtym kierunku.

Anna zachwiała się i upadła na ziemię. Łapiąc z trudem oddech, wykrztusiła:
– Meduza.
Jej czułki zostawiły czerwone pręgi na nogach, brzuchu i piersi Anny. Nie wiedziałem, co robić.
–  Zdejmij  je  ze  mnie  –  krzyknęła.  Gdy  przyjrzałem  się  bliżej,  dostrzegłem  kilka  przezroczystych

czułków wciąż przyczepionych do jej ciała. Gdy pociągnąłem za jeden, oparzył mnie.

Podbiegłem  do  zbiornika  wody  i  chwyciłem  leżący  obok  plastikowy  pojemnik.  Napełniłem  go,

wróciłem biegiem do Anny i polałem ją słodką wodą. Czułki nie odpadły, a ona jęknęła z bólu, jak gdyby
słodka woda jeszcze pogorszyła sprawę.

– T.J., spróbuj morskiej wody – powiedziała. – Pośpiesz się!
Wciąż trzymając w ręku pojemnik, popędziłem na brzeg i nabrałem wody z oceanu. Wróciłem równie

szybko i tym razem, gdy wylałem na Annę morską wodę, z jej ust nie wyrwał się krzyk.

Pojękiwała  cicho,  leżąc  na  ziemi,  tymczasem  ja  głowiłem  się,  co  robić  dalej.  Widziałem,  że  wciąż

cierpi; kołysała się w przód i w tył, usiłując znaleźć wygodną pozycję.

Przypomniałem  sobie  o  pęsecie  i  pobiegłem  po  nią  do  walizki  Anny.  Wróciłem  i  najszybciej,  jak

mogłem, poodrywałem czułki. Zamknęła oczy i jęknęła.

Usunąłem niemal wszystkie, kiedy skóra Anny zaczęła się czerwienić nie tylko w miejscach oparzeń,

ale  cała.  Spuchły  jej  powieki  i  wargi.  Przerażony  wylałem  na  nią  jeszcze  więcej  wody,  ale  to  nie
pomogło. Po chwili powieki miała tak opuchnięte, że nie mogła otworzyć oczu.

I znowu pobiegłem do chaty. Znalazłem apteczkę, po czym rzuciłem się na piasek obok Anny, zdjąłem

pokrywkę  i  wysypałem  całą  zawartość.  Podnosząc  butelkę  z  czerwonym  płynem,  usłyszałem  w  głowie
głos Anny.

To może uratować ci życie. Powstrzyma reakcję alergiczną.
Jej twarz przypominała balon, wargi były tak obrzmiałe, że skóra popękała. Walczyłem przez chwilę

z zakrętką zabezpieczającą przed otwarciem przez dzieci, a gdy udało mi się ją zdjąć, podłożyłem rękę
pod  głowę  Anny,  uniosłem  ją  i  wlałem  benadryl  do  jej  gardła.  Zakrztusiła  się  i  prychnęła.  Nie  miałem
pojęcia, jaką dawkę jej podałem.

Gdy ją podnosiłem, stanik od kostiumu bikini się przesunął. Był na nią za duży, ponieważ straciła na

wadze. Kiedy spojrzałem w dół, zauważyłem pod nim jeszcze kilka czułków.

Zerwałem z niej stanik, wzdrygając się na widok śladów na jej piersi. Położyłem Annę z powrotem,

wylałem na nią resztkę morskiej wody i usunąłem czułki pęsetą.

Na koniec zdjąłem swój T-shirt i przykryłem ją i otuliłem delikatnie.
– Wszystko będzie dobrze, Anno. – Wziąłem ją za rękę i czekałem.
Gdy  jej  skóra  zbladła  i  opuchlizna  częściowo  zeszła,  przejrzałem  zawartość  apteczki  rozsypaną  na

piasku. Po przeczytaniu wszystkich etykietek, wybrałem tubkę maści kortyzonowej.

Zacząłem od nóg i posuwałem się w górę, wcierając ją w ślady oparzeń.
– Czy to pomaga?
–  Tak  –  wyszeptała.  Opuchlizna  zeszła  już  z  jej  oczu,  ale  wciąż  ich  nie  otwierała.  –  Jestem  taka

zmęczona.

Nie  wiedziałem,  czy  powinienem  pozwolić  jej  zasnąć;  obawiałem  się,  czy  przez  przypadek  nie

przedawkowałem  leku  antyhistaminowego.  Ale  kiedy  sprawdziłem  butelkę  benadrylu,  okazało  się,  że
zostało w niej bardzo dużo, a na etykietce wyczytałem, że może powodować senność.

– Dobrze, prześpij się. – Odpłynęła, zanim skończyłem mówić.

background image

Wtarłem  maść  w  jej  brzuch,  ale  gdy  dotarłem  do  piersi,  zawahałem  się.  Nie  sądziłem,  by  zdawała

sobie sprawę, że zdjąłem jej stanik, a może się tym nie przejęła.

Podniosłem koszulkę i wzdrygnąłem się.
Jej  piersi  wyglądały  strasznie.  Skórę  pokrywały  wypukłe  ślady  oparzeń,  na  niektórych  już  zaschła

krew.

Skoncentrowałem  się  wyłącznie  na  udzieleniu  jej  pomocy;  nakładałem  delikatnie  krem  czubkami

palców. Gdy skończyłem, obejrzałem ją dokładnie, by sprawdzić, czy nie pominąłem żadnego śladu.

Skóra  Anny  odzyskała  normalny  kolor,  opuchlizna  zeszła.  Odczekałem  jeszcze  chwilę,  a  następnie

wziąłem ją na ręce i zaniosłem do chaty.

background image

ROZDZIAŁ 23

Anna

Otworzyłam  oczy  i  odetchnęłam  z  ulgą,  nie  czując  okropnego  piekącego  bólu.  T.J.  spał  obok  mnie,

oddychając  głęboko  i  miarowo.  Byłam  naga  od  pasa  w  górę,  coś  miękkiego  leżało  na  mojej  piersi.
Usiadłam  i  wciągnęłam  przez  głowę  T-shirt,  wdychając  znajomy  zapach  T.J.  Przekręciłam  się  na  bok
i zasnęłam znowu.

Rano  obudziłam  się  sama.  Podwinęłam  brzeg  koszulki  T.J.  Na  brzuchu  wciąż  były  widoczne  nikłe

czerwone  zarysy  parzydełek  i  prawdopodobnie  nie  znikną  przez  dłuższy  czas.  Podniósłszy  koszulkę
wyżej, wzdrygnęłam się na widok stanu moich piersi. Pokrywały je ciemnoczerwone pręgi, zaskorupiałe
i zakrwawione. Opuściłam T-shirt, włożyłam szorty i wyszłam z chaty, by się wykąpać.

Gdy wróciłam, T.J. rozpalał ognisko.
Podniósł się z kucek.
– Jak się czujesz?
– Prawie normalnie. – Uniosłam lekko koszulkę i pokazałam mu brzuch.
– Czy to boli? – spytał, muskając ślady palcem.
– Właściwie nie.
– A to? – Wskazał na moje piersi.
– Trochę gorzej.
– Przykro mi. Nie zauważyłem od razu parzydełek pod twoim stanikiem.
Nie pamiętałam, by zdejmował mi stanik, przypomniałam sobie jedynie piekący ból.
– W porządku, przecież nie wiedziałeś.
– Miałaś zaczerwienioną całą skórę i okropnie spuchłaś.
– Tak? – Tego również nie pamiętałam.
– Dałem ci benadryl. Zwalił cię z nóg.
– Zrobiłeś dokładnie to, co trzeba.
Wszedł do domu i wrócił z tubką maści kortyzonowej.
– Wtarłem ci ją w skórę. Chyba pomogła. Przynajmniej tak mi powiedziałaś, zanim zasnęłaś.
Wzięłam tubkę z jego wyciągniętej ręki. Czy wtarł maść również w moje piersi? Wyobraziłam sobie,

jak leżę na piasku w samych tylko majtkach od kostiumu kąpielowego, a T.J. wciera krem w moją skórę,
i nagle nie mogłam spojrzeć mu w oczy.

– Dziękuję – powiedziałam.
– Widziałaś tę meduzę, zanim cię oparzyła?
– Nie, po prostu poczułam ból.
– Nigdy nie dostrzegłem ani jednej w lagunie.
–  Ja  też  nie.  Ta  widocznie  zabłąkała  się  przy  rafie.  –  Weszłam  do  domu  po  szczoteczkę  do  zębów

i  wycisnęłam  na  nią  mikroskopijną  ilość  pasty.  Wychodząc  z  powrotem  na  dwór,  zauważyłam:  –
Przynajmniej nie była to jedna z tych śmiertelnie niebezpiecznych.

T.J. spojrzał na mnie, nagle zatrwożony.
– Meduza może zabić?
– Niektóre gatunki.
Tego dnia nie wchodziliśmy do wody. Spacerowałam wzdłuż brzegu, wypatrując przez zmrużone oczy

meduz i uświadamiając sobie pewien fakt. To, że nie widzimy niebezpieczeństw czyhających w oceanie,
nie  oznacza  bynajmniej,  że  ich  tam  nie  ma.  Zastanawiałam  się  też,  czy  pewnego  dnia  nie  okaże  się,  że
w apteczce nie ma jedynej rzeczy, która mogłaby uratować nam życie.

*

W  czerwcu  2003  roku  minęły  dwa  lata,  odkąd  trafiliśmy  na  wyspę.  W  maju  skończyłam  trzydzieści

background image

dwa  lata,  a  T.J.  za  kilka  miesięcy  będzie  obchodził  dziewiętnaste  urodziny.  Miał  przynajmniej  metr
osiemdziesiąt  sześć  wzrostu  i  nie  pozostało  już  w  nim  nic  chłopięcego.  Czasami,  obserwując  go,  gdy
łowił  ryby,  naprawiał  chatę  albo  wracał  z  wyprawy  w  głąb  wyspy,  którą  znał  jak  własną  kieszeń,
zastanawiałam się, czy uważa ją za swoją własność. Miejsce, gdzie mógł robić, co tylko chciał, i gdzie
wszystko było dopuszczalne, dopóki żyliśmy.

*

Siedzieliśmy  po  turecku  przy  samym  brzegu,  zwróceni  twarzami  do  siebie,  bym  mogła  go  ogolić.

Pochylił się do przodu, dla równowagi opierając dłonie na moich udach.

–  Jak  doszło  do  tego,  że  stałam  się  twoją  osobistą  fryzjerką  i  kosmetyczką?  –  przekomarzałam  się

z nim. – Kąpałam cię. Golę cię. – Rozsmarowałam na jego policzkach krem do golenia, którego zostało
już bardzo niewiele.

Uśmiechnął się szeroko.
– Jestem szczęściarzem?
– Jesteś rozpuszczony. Gdy opuścimy tę wyspę, będziesz musiał golić się sam.
– To nie będzie takie fajne.
– Poradzisz sobie.
Skończyłam golenie i wróciliśmy do chaty, gotowi do sjesty pod daszkiem.
– Wiesz dobrze, że byłbym szczęśliwy, mogąc cię wykąpać lub ogolić, Anno. Powiedz tylko słowo.
Parsknęłam śmiechem.
– Dam sobie radę, naprawdę.
–  Jesteś  pewna?  –  Leżąc  obok  mnie  na  kocu,  sięgnął  po  moją  rękę,  podniósł  ją,  po  czym  przesunął

wierzchem dłoni po mojej pasze. – Rany, ale jesteś gładka.

– Przestań! Mam okropne łaskotki. – Odepchnęłam jego rękę.
–  Na  nogach  też?  –  spytał  i  nim  zdążyłam  odpowiedzieć,  pochylił  się  ku  mnie  i  powoli  powiódł

dłonią po mojej nodze, od kostki do uda.

Żar,  który  oblał  moje  ciało,  kompletnie  mnie  zaskoczył.  Wydałam  dziwny  dźwięk,  coś  pomiędzy

zduszonym  oddechem  a  jękiem;  wyrwał  mi  się,  zanim  zdołałam  go  powstrzymać.  Oczy  T.J.  zrobiły  się
okrągłe  ze  zdumienia,  zapatrzył  się  na  mnie  z  otwartymi  ustami.  Potem  uśmiechnął  się  z  wyższością,
najwyraźniej zadowolony z efektu, jaki wywołał jego dotyk.

Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:
– Potrafię sama o siebie zadbać.
– Staram się tylko zrewanżować za to, że pomagasz mi przez cały czas.
– To bardzo miłe z twojej strony, T.J. Śpij.
Roześmiał się i ułożył się na boku, plecami do mnie. Ja położyłam się na wznak i zamknęłam oczy.
On ma zaledwie osiemnaście lat. Jest za młody.
Ale głos w mojej głowie podszeptywał: formalnie rzecz biorąc, jest wystarczająco dorosły.
Kilka dni później, po południu, pływaliśmy oboje z delfinami. Przypłynęły cztery; przyglądaliśmy się,

jak dokazują wokół nas. Chciałam nadać im imiona, ale nie potrafiłam ich odróżnić.

Gdy odpłynęły, usiedliśmy na brzegu. Przebierałam dużymi palcami u nóg w białym miękkim piasku.
– Nie mówiłaś przypadkiem, że chcesz się wykąpać? – spytał.
– Owszem. Ale nie wzięłam niczego ze sobą. – Nasze zapasy gwałtownie się kurczyły. Myliśmy się

teraz mydłem tylko raz w tygodniu. Przestałam zwracać uwagę na to, jak pachniemy.

– Przyniosę ci wszystko – zaofiarował się.
– Zrobisz to?
– Jasne.
– Fajnie, ale potrzebne mi są też ubrania.
– Nie ma sprawy.

background image

Przyniósł mi wszystko i zostawił na piasku.
Po kąpieli stałam przez chwilę, by się osuszyć na słońcu. Podeszłam do sterty ubrań, spodziewając

się  znaleźć  bluzkę  bez  rękawów  i  szorty  albo  bikini.  Zaskoczył  mnie  jego  wybór.  Przyniósł  sukienkę,
jedyną,  którą  zapakowałam.  To  była  jedna  z  moich  ulubionych,  krótka,  jasnoniebieska,  na  cienkich
ramiączkach.  Wybrał  również  majteczki  z  różowej  koronki  i  mocno  zarumieniłam  się  na  ich  widok.
Zapomniał o staniku, a może wcale nie zapomniał, ale i tak nigdy nie nosiłam stanika pod tą sukienką.

Ubrałam się i ruszyłam w stronę domu. Gdy dotarłam na miejsce, T.J. zagapił się na mnie, wcale się

z tym nie kryjąc.

– O czymś nie wiem? – spytałam. – Zarezerwowałeś stolik w restauracji?
– Chciałbym – odrzekł.
Stanęłam przed nim.
– Dlaczego wybrałeś sukienkę?
Wzruszył ramionami.
– Pomyślałem, że ci w niej do twarzy. – Zdjął ciemne okulary i zlustrował mnie spojrzeniem od stóp

do głów. – I nie myliłem się.

– Dziękuję. – Poczułam, że znów się rumienię.
Poszedł złowić kilka ryb, a ja usiadłam na kocu pod daszkiem i czekałam na jego powrót.
Często przyłapywałam T.J. na tym, że się na mnie gapi, ale nigdy nie robił tego tak bezczelnie. Stał

się śmielszy, badał grunt. Jeśli wcześniej starał się ukryć swoje uczucia, teraz nie zadawał sobie trudu.
Nie znałam jego zamiarów ani nie wiedziałam, czy w ogóle je ma, ale życie z nim zaczynało stawać się
skomplikowane.

Tyle wiedziałam.

*

–  Szkoda,  że  nie  mamy  nożyczek.  –  Tydzień  później  siedziałam  na  kocu  przed  domem,  usiłując

rozczesać  moje  splątane  włosy.  Sięgały  mi  prawie  do  pośladków  i  doprowadzały  mnie  do  szału.  –
Powinnam była cię poprosić, żebyś skrócił mi trochę włosy, zanim nóż się stępił.

Spojrzałam na ogień.
– Myślisz o tym, żeby je opalić, prawda? – spytał T.J.
Popatrzyłem na niego jak na wariata.
– Nie.
Może?
Czesałam się dalej.
T.J. podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Daj mi szczotkę. Ja to zrobię. Widzisz? Zrewanżuję ci się za golenie.
Podałam mu szczotkę.
– Nie dasz rady – rzuciłam.
Oparł się plecami o ścianę chaty, a ja usiadłam przed nim. Zabrał się do szczotkowania.
– Masz tony włosów – powiedział.
– Wiem, są o wiele za długie.
– Lubię długie włosy.
Cierpliwie je rozczesywał. Słońce prażyło, ale my siedzieliśmy w cieniu, pod daszkiem. Od oceanu

wiała  chłodna  bryza.  Wszechobecny  plusk  fal  rozbijających  się  o  rafę  i  delikatny  dotyk  szczotki
przesuwającej się po moich włosach niemal mnie uśpiły, rozluźniłam się.

T.J. zgarnął mi włosy z karku i przyciągnął mnie do siebie, tak że oparłam się plecami o jego pierś.

Odwróciłam  głowę,  a  on  przesunął  mi  włosy  na  bok,  przekładając  je  nad  prawym  ramieniem.  Czesał
mnie dalej i sprawiało mi to tak wielką przyjemność, że po chwili zamknęłam oczy i usnęłam.

Gdy się obudziłam, poznałam po oddechu T.J., że on również śpi. Jego ramiona obejmowały mnie od

background image

tyłu  w  pasie,  splecione  dłonie  spoczywały  na  mojej  nagiej  skórze  nad  dołem  bikini.  Zamknęłam  oczy,
myśląc, jak miło jest czuć dotyk jego ramion.

Poruszył się, szepcząc mi do ucha:
– Nie śpisz już?
– Nie. Dobrze mi się drzemało.
– Mnie też.
Chociaż tak naprawdę nie miałam na to ochoty, wyprostowałam się i ręce T.J. zsunęły się z mojego

brzucha. Włosy opadły mi gładką falą na plecy. Spojrzałam na niego przez ramię i uśmiechnęłam się.

– Dzięki za wyszczotkowanie włosów.
Powieki  miał  jeszcze  ciężkie  od  snu,  ale  w  jego  oczach  malowało  się  coś  jeszcze.  Coś,  co

niewątpliwie było pożądaniem.

– Zawsze do usług.
Puls mocno mi przyśpieszył. Poczułam motyle w brzuchu, zrobiło mi się ciepło na sercu.
Stwierdzenie, że nasze wzajemne relacje wyraźnie się komplikują, było grubym niedopowiedzeniem.

background image

ROZDZIAŁ 24

T.J.

Przyglądałem  się,  jak  Anna  odchodzi  ze  świeżo  wyszczotkowanymi  włosami.  Przypomniał  mi  się

tamten  dzień,  kiedy  z  jej  ust  wyrwał  się  tamten  dźwięk,  gdy  powiodłem  dłonią  po  jej  nodze.  Byłem
ciekaw, jak zareagowałaby, gdyby moja dłoń zawędrowała gdzie indziej. Pragnienie, by wsunąć ją pod
dół bikini i przekonać się, było niemal nie do opanowania. Gdybyśmy byli w Chicago, nie miałbym u niej
szans. Ale zacząłem się zastanawiać, czy tutaj, na wyspie, byłoby inaczej.

*

Pływaliśmy z Anną po lagunie w tę i we w tę, czekając na delfiny.
– Nudzi mi się – powiedziałem.
–  Mnie  też  –  przyznała,  unosząc  się  na  plecach  na  wodzie.  –  Spróbujmy  takiego  podnoszenia,  jakie

zrobili Johnny i Baby, może nam się uda.

– Naprawdę nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz.
– Nie widziałeś Dirty Dancing?
– Nie. – Ale tytuł brzmiał obiecująco.
– To świetny film. Oglądałam go w liceum. Chyba w osiemdziesiątym siódmym roku.
– Miałem wtedy dwa lata.
– Ach. Czasami zapominam, jaki jesteś młody.
– Nie jestem aż taki młody – zaprotestowałem.
– W każdym razie Patrick Swayze grał w nim nauczyciela tańca w kurorcie w Catskills, Johnny’ego

Castle’a.  Jennifer  Grey  grała  Baby  Houseman.  Przebywała  tam  ze  swoją  rodziną.  –  Anna  umilkła  na
chwilę, po czym dodała: – Właśnie coś mi przyszło na myśl. Baby przebywała na letnich wakacjach wraz
z rodziną, z dala od domu, zupełnie jak ty.

– Też ją to wkurzało? – spytałem.
Anna pokręciła głową, śmiejąc się serdecznie.
– Nie sądzę. Zaczęła spotykać się Johnnym i mnóstwo czasu spędzali w łóżku.
Dlaczego nigdy nie widziałem tego filmu? Musi być niesamowity.
– Ale wtedy Penny, taneczna partnerka Johnny’ego, zaszła w ciążę i Baby musiała ją zastąpić. Tyle że

w  ich  układzie  było  trudne  podnoszenie  i  na  początku  Baby  nie  potrafiła  tego  zrobić,  ćwiczyli  więc
w wodzie.

– I to właśnie chcesz zrobić? – Jeśli oznaczało to dotykanie jej, to byłem jak najbardziej za.
– Zawsze chciałam spróbować. To nie może być takie trudne. – Stanęła przede mną i powiedziała: –

Będę  biegła  do  ciebie,  a  kiedy  podskoczę,  chwyć  mnie  rękami  tutaj.  –  Ujęła  moje  dłonie  i  położyła  je
sobie na biodrach. – I podnieś mnie nad głowę. Myślisz, że dasz radę?

Wzniosłem oczy ku niebu.
– Jasne, że tak.
– Z jakiegoś powodu Baby miała na sobie spodnie podczas tych ćwiczeń w wodzie, czego nigdy nie

rozumiałam. No dobra, jesteś gotów?

Potwierdziłem skinieniem głowy. Anna pobiegła w moim kierunku i podskoczyła. W chwili gdy moje

ręce dotknęły jej bioder, upadła na mnie, krzycząc, że ma łaskotki. Moja twarz znalazła się w okolicach
jej krocza.

– Następnym razem mnie nie łaskocz – powiedziała, gdy się rozdzieliliśmy.
Roześmiałem się.
– Wcale cię nie łaskotałem. Położyłem dłonie tam, gdzie mi kazałaś.
– Okay, spróbujmy jeszcze raz. – Wróciła na miejsce, z którego mogła wziąć rozpęd. – No, biegnę.
Tam  gdzie  stałem  w  tym  momencie,  woda  była  za  głęboka  i  nie  zdołałem  utrzymać  się  na  nogach.

background image

Osunąłem się na plecy, Anna zaś wylądowała na mnie, co było całkiem przyjemne.

– Cholera, to moja wina – przeprosiłem ją. – Musimy przenieść się na płytszą wodę. Spróbuj jeszcze

raz.

Tym razem zrobiliśmy to perfekcyjnie. Podniosłem ją wysoko, a ona rozłożyła ręce i nogi i wygięła

się w łuk.

– Udało nam się! – zawołała.
Trzymałem ją w górze tak długo, jak mogłem, po czym opuściłem ręce. Cofnąłem się o kilka kroków

poza  lekki  spadek  i  gdy  stopy  Anny  dotknęły  dna,  jej  głowa  zniknęła  pod  wodą.  Sięgnąłem  w  dół
i  wyciągnąłem  ją  na  powierzchnię.  Zaczerpnęła  powietrza  i  zarzuciła  mi  ramiona  na  szyję.  Po  kilku
sekundach objęła mnie nogami w pasie i nie puszczała.

Na  jej  twarzy  malowało  się  zaskoczenie,  może  dlatego,  że  nie  spodziewała  się,  iż  jej  głowa  się

zanurzy, a może dlatego, że trzymałem jej pupę w dłoniach.

–  Teraz  już  ani  trochę  się  nie  nudzę,  Anno.  –  Prawdę  mówiąc,  gdybym  opuścił  ją  nieco  niżej,

poczułaby, jak bardzo nie jestem znudzony.

– To dobrze. – Wciąż jeszcze oplatała mnie nogami i szykowałem się do tego, by ją pocałować, gdy

nagle powiedziała: – Mamy towarzystwo.

Obejrzałem się i dostrzegłem dwa delfiny wpływające do laguny. Po chwili już trącały nas pyskami,

zapraszając  do  wspólnej  zabawy.  Rozczarowany,  przeniosłem  ją  tam,  gdzie  woda  była  płytsza,
i postawiłem, upewniając się, że jej stopy dotykają dna oceanu.

Lubiłem bawić się z delfinami, ale o wiele bardziej podobała mi się zabawa z Anną.

background image

ROZDZIAŁ 25

Anna

Siedzieliśmy  pod  daszkiem,  grając  w  pokera  i  obserwując  zbliżającą  się  burzę.  Niebo  przecięła

błyskawica, wilgotne powietrze spowijało mnie jak koc. Zerwał się wiatr i rozrzucił nam karty.

– Lepiej wejdźmy do środka – zaproponował T.J.
Wyciągnęłam się w posłaniu obok niego i patrzyliśmy, jak nasz pokój rozświetlają błyskawice.
– Nie pośpimy dzisiaj – zauważyłam.
– Chyba nie.
Leżeliśmy  obok  siebie,  słuchając,  jak  deszcz  uderza  w  dach  i  ściany  chaty.  Zaledwie  kilka  sekund

dzieliło błysk od grzmotu.

–  Nigdy  wcześniej  tak  strasznie  się  nie  błyskało  –  powiedziałam.  Jeszcze  bardziej  niepokoił  mnie

fakt,  że  włoski  na  ramionach  i  karku  stawały  mi  dęba,  tak  bardzo  naelektryzowane  było  powietrze.
Wmawiałam sobie, że burza wkrótce się skończy, ale mijały godziny, a ona wciąż przybierała na sile.

Gdy ściany zaczęły się trząść, T.J. wygramolił się z posłania i sięgnął do mojej walizki. Odwrócił się

i rzucił mi dżinsy.

– Włóż je.
Sam też włożył dżinsy, po czym wrzucił wędkę do futerału gitary.
– Dlaczego?
– Ponieważ nie sądzę, byśmy mogli przebywać na dworze w tym, co mamy na sobie.
Wyszłam z łóżka i wciągnęłam dżinsy na szorty.
–  Dokąd  mielibyśmy  pójść?  –  W  chwili  gdy  spytałam,  oświeciło  mnie.  –  Nie!  Nie  ma  mowy,  nie

pójdę tam za żadne skarby. Przetrwaliśmy już tutaj inne burze. Możemy tu zostać.

T.J. złapał plecak i wepchnął do niego nóż, linkę i apteczkę. Rzucił mi adidasy i sam włożył swoje,

nie rozwiązując sznurowadeł.

– Żadna nie była taka potężna. Dobrze o tym wiesz.
Otworzyłam usta, by zaprotestować, lecz w tym momencie wiatr zerwał dach.
T.J. wiedział, że stanęło na jego.
– Idziemy – polecił; jego głos niemal całkowicie zagłuszyło wycie wiatru. Włożył plecak i podał mi

futerał  gitary.  –  Musisz  to  ponieść.  –  Chwycił  skrzynkę  z  narzędziami  w  jedną  rękę,  a  w  drugą  moją
walizkę i pośpiesznie ruszyliśmy przez las w stronę jaskini. Smagał nas deszcz, porywy wiatru były tak
gwałtowne, że miałam wrażenie, iż zwali mnie z nóg.

Zawahałam się przy wejściu do jaskini.
– Wchodź, Anno! – krzyknął T.J.
Pochyliłam  się,  próbując  zebrać  się  na  odwagę,  by  wpełznąć  do  środka.  Nagły  trzask  konara

zabrzmiał  jak  wystrzał.  T.J.  położył  dłoń  na  mojej  pupie  i  mnie  popchnął.  Następnie  wepchnął  futerał
gitary, skrzynkę z narzędziami i walizkę. Udało mu się wczołgać do środka zaledwie na chwilę przedtem,
nim zwaliło się drzewo, blokując wejście do jaskini i pogrążając nas w ciemności.

Zderzyłam  się  z  Kostkiem  niczym  kula  z  kręglami.  Szkielet  rozsypał  się  po  ziemi,  a  po  kilku

sekundach T.J. wylądował na stercie kości obok mnie.

My  oboje  –  i  nasz  niewielki  dobytek  –  z  trudem  mieściliśmy  się  w  ciasnej  przestrzeni.  Musieliśmy

leżeć na wznak, ramię przy ramieniu; gdy wyciągnęłam prawą rękę, dotykałam ściany jaskini, podobnie
T.J. z lewej strony. Cuchnęło błotem, gnijącymi roślinami i jakimiś zwierzętami. Miałam tylko nadzieję,
że nie są to nietoperze. Wdzięczna, że mam na sobie dżinsy, skrzyżowałam nogi w kostkach, żeby nic nie
wślizgnęło  mi  się  pod  spodnie.  Sklepienie  znajdowało  się  niecałe  pół  metra  nad  naszymi  głowami.
Czułam się, jakbym leżała w trumnie z zamkniętym wiekiem. Spanikowałam, serce waliło mi jak młotem,
z trudem chwytałam oddech, jakbym nie miała dość powietrza.

background image

– Staraj się nie oddychać tak szybko – rzekł T.J. – Gdy tylko burza się skończy, wyjdziemy stąd.
Zamknęłam  oczy  i  skupiłam  się  na  wdechach  i  wydechach.  Po  prostu  odetnij  się  od  wszystkiego.

Opuszczenie jaskini w tej chwili nie byłoby dobrym wyjściem.

T.J.  wziął  mnie  za  rękę  i  splótł  palce  z  moimi,  ściskając  je  delikatnie.  Odwzajemniłam  uścisk,

trzymając się jego dłoni niczym ostatniej deski ratunku.

– Nie puszczaj mnie – wyszeptałam.
– Nie mam zamiaru.
Spędziliśmy  w  jaskini  kilka  godzin,  słuchając  srożącej  się  na  zewnątrz  burzy.  Gdy  wreszcie  się

skończyła,  T.J.  odepchnął  gałęzie  drzewa,  zasłaniające  wyjście.  Świeciło  słońce.  Wyczołgaliśmy  się
i patrzyliśmy wstrząśnięci na zniszczenia.

Nawałnica  zwaliła  tak  wiele  drzew,  że  powrót  na  plażę  przypominał  szukanie  drogi  w  labiryncie.

Gdy w końcu udało nam się wyjść z gęstwiny, stanęliśmy, jakbyśmy dostali obuchem w głowę.

Chaty nie było.
T.J. wpatrywał się w miejsce, gdzie kiedyś stała. Przytuliłam go i szepnęłam:
– Przykro mi.
Nie odpowiedział, tylko otoczył mnie ramionami i staliśmy tak przez długi czas.
Przeszukaliśmy teren i znaleźliśmy naszą tratwę wyrzuconą pod drzewo. Obejrzeliśmy ją dokładnie,

sprawdzając,  czy  nie  ma  dziur.  Przykładałam  ucho,  czy  nie  słychać  syku,  na  szczęście  tratwa  trzymała
powietrze i gdy słońce zaszło, ułożyliśmy się w niej do snu. Zasnęłam natychmiast, przyłożywszy głowę
do mojej mokrej poduszki.

*

Pływałam  w  lagunie,  a  T.J.  pracował  przy  odbudowie  chaty,  ale  obiecał,  że  przyłączy  się  do  mnie,

gdy tylko przybije jeszcze kilka desek.

Pochłaniało  go  pragnienie,  byśmy  znowu  mieli  dach  nad  głową,  i  w  ciągu  sześciu  tygodni  od  burzy

zrobił  ogromne  postępy.  Skończył  stawianie  szkieletu  domu  i  skoncentrował  się  na  wznoszeniu  ścian.
Ponieważ  miał  już  doświadczenie  w  budowaniu  domu,  tym  razem  robił  to  w  dużo  szybszym  tempie
i pracowałby przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, gdybym go nie przekonała, by robić przerwy.

Pływałam w miejscu, gdy T.J. zjawił się na plaży. Nagle puścił się pędem w kierunku wody, krzycząc

i  machając  na  mnie,  żebym  natychmiast  wyszła  na  brzeg.  Nie  wiedziałam,  o  co  mu  chodzi,  więc  się
odwróciłam.

Zobaczyłam  płetwę  na  moment  przedtem,  nim  zniknęła  pod  powierzchnią  wody.  Poznałam  po

wielkości i kształcie, że to nie delfin.

T.J. wbiegł do wody, wołając:
– Płyń, Anno, płyń!
Bojąc się obejrzeć przez ramię, płynęłam prędzej, niż wydawało mi się możliwe. Wciąż nie mogłam

dosięgnąć stopami dna oceanu, ale T.J., który dotarł do mnie, szarpnął mnie za rękę i pociągnął na płytsze
wody. Znalazłam oparcie dla stóp i uciekliśmy na brzeg.

Trzęsłam się jak osika. T.J. chwycił mnie za ramiona, mówiąc:
– Już dobrze.
– Myślisz, że on od dawna już pływa w naszej lagunie? – spytałam.
T.J. przebiegał wzrokiem turkusową wodę.
– Nie mam pojęcia.
– Wiesz, jaki to gatunek?
– Może żarłacz rafowy czarnopłetwy?
– Nie możesz iść na ryby, T.J.
Często łowił na głębszej wodzie, zanurzony po pas, ponieważ żyłka nie była zbyt długa.
– Wyjdę z wody, gdy zauważę płetwę.

background image

– Chyba że jej nie zauważysz.
Przez następne kilka dni siedzieliśmy na brzegu, wypatrując rekina. Powierzchnia laguny pozostawała

gładka,  spokojna.  Przypłynęły  delfiny,  ale  nie  weszłam  do  wody.  Kąpaliśmy  się  na  zmianę,  ale
uzgodniliśmy, że kiedy zechcemy się opłukać, będziemy się trzymać blisko brzegu.

Minął  cały  tydzień,  a  żadne  z  nas  nie  zauważyło  rekina.  Doszliśmy  do  wniosku,  że  wyniósł  się  na

dobre, że jego obecność w lagunie była anomalią, podobnie jak meduzy.

T.J. zaczął znowu wędkować.
Po  upływie  kilku  dni  siedziałam  na  brzegu,  goląc  nogi.  Podszedł  T.J  ze  złowioną  rybą  i  stanął,

przyglądając się, jak powoli przesuwam ostrzem maszynki po nodze. Skrzywił się, gdy zadrasnęłam się
w kolano.

– Ostrze się stępiło – wyjaśniłam.
Usiadł obok mnie.
– Nie możesz teraz zbliżać się do wody, Anno. – I w ten sposób dowiedziałam się, że rekin wrócił.
T.J. powiedział, że właśnie wyciągnął ostatnią rybę, gdy go dostrzegł.
–  Pływał  tam  i  z  powrotem,  równolegle  do  brzegu,  nad  wodę  wystawał  tylko  koniuszek  płetwy.

Wyglądało na to, że wybrał się na polowanie.

– Nie łów więcej, T.J. Proszę.
Bywały  dni,  kiedy  ledwie  mogłam  przełknąć  rybę,  która  stanowiła  główny  składnik  naszej  diety.

Codziennie szukaliśmy na brzegu krabów, w nadziei na małe urozmaicenie jadłospisu. Owoce chlebowca
i orzechy kokosowe wystarczą, byśmy nie umarli z głodu, ale zdałam sobie sprawę, że dopóki rekin czai
się w lagunie, będziemy bardzo głodni.

Nie widzieliśmy go przez kolejne dwa tygodnie. W dalszym ciągu nie zbliżałam się do wody, chyba

żeby się wykąpać, ale i wtedy zanurzałam się tylko do kolan. W brzuchach nieustannie nam burczało. T.J.
chciał zapolować na ryby, ale ubłagałam go, by tego nie robił.

Wyobrażałam sobie rekina czekającego cierpliwie, aż któreś z nas zapuści się za daleko. T.J. uważał,

że  rekin  w  końcu  odpłynął,  przekonany,  że  w  lagunie  nie  ma  niczego,  na  co  miałby  ochotę.  Nasze
sprzeczne teorie były powodem niejednej kłótni.

Dawno  już  przestałam  uważać,  że  mam  jakąkolwiek  przewagę  nad  T.J.,  że  powinien  mnie  słuchać.

Owszem,  byłam  starsza  i  miałam  większe  życiowe  doświadczenie,  ale  na  wyspie  nie  było  to  ważne.
Żyliśmy  dniem  dzisiejszym,  wspólnie  biorąc  na  siebie  problemy  i  rozwiązując  je.  Ale  wkraczanie  do
naturalnego  środowiska  zwierzęcia,  które  może  cię  pożreć,  uważałam  za  szczyt  głupoty
i  prawdopodobnie  dlatego  potwornie  się  wściekłam,  gdy  dwa  dni  później  zobaczyłam,  jak  w  porze
obiadowej zanurzony po pas w wodzie łowi ryby.

Wymachiwałam jak szalona rękami, by zwrócić jego uwagę, i podskakiwałam na piasku.
– Wyłaź stamtąd natychmiast!
Nieśpiesznie wyszedł z wody i zapytał:
– O co ci chodzi?
– Co ty wyprawiasz?
– Łowię ryby. Jestem głodny, ty też.
– Głodny, ale nie martwy, T.J. Nie jesteś niepokonany! – Szturchałam go mocno w klatkę piersiową

po każdym słowie, aż w końcu złapał mnie za rękę, by mnie powstrzymać.

– Chryste Panie, uspokój się!
– Parę dni temu nie pozwoliłeś mi wchodzić do wody, a teraz stoisz w niej zanurzony po pas, jakby

nic się nie stało.

– Krwawiłaś, Anno! Teraz nie weszłabyś do wody, nawet gdybym cię o to błagał, nie udawaj więc,

że potrzebujesz mojego pozwolenia! – krzyknął.

– Dlaczego koniecznie chcesz narażać się na niebezpieczeństwo, mimo że prosiłam cię, byś tego nie

background image

robił?

– Ponieważ to ja decyduję o tym, czy wejdę do wody, a nie ty.
–  Twoje  decyzje  mogą  się  odbić  na  mnie,  T.J.,  myślę  więc,  że  mam  prawo  wtrącić  się,  kiedy  są

głupie! – Łzy zakręciły mi się w oczach, wargi mi drżały. Odwróciłam się do niego plecami i odeszłam
ciężkim krokiem. Nie poszedł za mną.

Przed  tygodniem  zakończył  odbudowę  chaty.  Schroniłam  się  w  środku  i  położyłam  w  tratwie.  Gdy

zmęczyłam  się  płaczem,  próbowałam  się  uspokoić,  oddychając  głęboko,  i  pewnie  się  zdrzemnęłam,
ponieważ gdy otworzyłam oczy, T.J. leżał na wznak obok mnie. Nie spał.

– Przepraszam – powiedzieliśmy jednocześnie.
– Raz, dwa, trzy, moje szczęście. Jesteś mi winien colę. Poproszę dużą, z dodatkowym lodem.
Uśmiechnął się.
– To pierwsza rzecz, jaką zrobię po opuszczeniu wyspy.
Oparłam się na łokciu, zwrócona twarzą do niego.
– Wkurzyłam się. Tak bardzo się boję.
– Naprawdę myślę, że rekin wyniósł się z laguny.
– Nie chodzi tylko o rekina, T.J. – Westchnęłam ciężko. – Bardzo mi na tobie zależy i nie mogę znieść

myśli, że coś by ci się stało albo że umarłbyś. Radzę sobie jakoś jedynie dlatego, że jesteś ze mną.

– Przeżyjesz, Anno. Potrafisz robić wszystko to, co ja, i dasz radę.
– Nieprawda! Świetnie radzę sobie sama w Chicago, ale nie tutaj. Nie na tej wyspie. – Łzy wezbrały

mi w oczach, gdy wyobraziłam sobie, jak samotna czułabym się i jak bardzo cierpiałabym, gdyby go nie
było.  –  Nie  wiem,  czy  można  umrzeć  z  powodu  samotności,  ale  po  jakimś  czasie  pewnie  bym  tego
chciała.

Uniósł się nieco i położył mi rękę na ramieniu.
– Nigdy tak nie mów.
– Ale to prawda. Nie przekonasz mnie, że nigdy o tym nie myślałeś.
Milczał przez dłuższą chwilę, unikając mojego wzroku. W końcu kiwnął głową i powiedział:
– Po tym, jak ugryzł cię nietoperz.
Łzy popłynęły mi strumieniem po policzkach. T.J. przyciągnął mnie do siebie i tulił, dopóki się nie

wypłakałam; głaskał mnie po plecach i czekał, aż przestanę szlochać. Żadne z nas nie miało na sobie zbyt
wiele ubrań – on był tylko w szortach, a ja w kostiumie kąpielowym – i tak bliski kontakt naszych nagich
ciał uspokoił mnie w sposób, jakiego się nie spodziewałam. T.J. pachniał oceanem i ten zapach będzie
już zawsze mi się z nim kojarzył.

Westchnęłam,  zadowolona  z  ulgi,  jaką  przyniósł  mi  płacz.  Tak  dawno  nikt  mnie  nie  trzymał

w  ramionach,  że  nie  miałam  ochoty  się  poruszyć.  Wreszcie  podniosłam  głowę.  T.J.  ujął  moją  twarz
w dłonie i otarł mi łzy.

– Lepiej ci?
– Tak.
Zajrzał mi głęboko w oczy, mówiąc:
– Nigdy nie zostawię cię samej, Anno. Nie zamierzam tego zrobić.
– W takim razie proszę cię, nie wchodź do wody.
–  Dobrze.  –  Otarł  mi  resztki  łez.  –  Nie  martw  się.  Coś  wymyślimy.  Zawsze  udaje  nam  się  coś

wykombinować.

– Jestem taka zmęczona, T.J.
– To zamknij oczy.
Źle mnie zrozumiał. Chodziło mi o ogólne zmęczenie, o to, że zawsze mamy jakiś nowy problem do

rozwiązania  i  nieustannie  się  martwimy,  że  któreś  z  nas  zachoruje  albo  coś  sobie  zrobi.  Wkrótce  się
ściemni, a mnie tak dobrze było w jego ramionach. Położyłam głowę na jego piersi i zamknęłam oczy.

background image

Przytulił mnie mocniej. Jedną dłonią gładził moje ramię i kark, druga spoczywała na mojej ręce.
– Przy tobie czuję się bezpieczna – wyszeptałam.
– Jesteś bezpieczna.
Sen  skleił  mi  powieki,  poddałam  się  mu,  uciekłam  w  niego,  ale  przysięgłabym,  że  na  kilka  sekund

przed  zaśnięciem,  gdy  już  kompletnie  odpłynęłam,  wargi  T.J.  musnęły  moje  wargi  w  najsłodszym
i najdelikatniejszym pocałunku.

Obudziłam  się  w  jego  ramionach  tuż  przed  wschodem  słońca.  Byłam  głodna,  chciało  mi  się  pić

i  musiałam  zrobić  siusiu.  Wstałam  z  posłania,  wyszłam  z  domu  i  skryłam  się  w  lesie.  W  drodze
powrotnej przystanęłam, by zebrać owoce chlebowca i orzechy kokosowe. Gdy myłam zęby, czesałam się
i przygotowywałam śniadanie, całkiem się już rozwidniło.

Czekając, aż T.J. się obudzi, odtwarzałam w pamięci wydarzenia ostatniej nocy. Jego pożądanie było

wyczuwalne, emanowało z niego niczym ciepło z ognia. Oddychał głośniej, czułam łomot jego serca pod
swoim  policzkiem.  Zachował  się  z  dużą  powściągliwością  i  zastanawiałam  się,  jak  długo  jeszcze
wystarczy mu jedynie przytulanie mnie.

I nie tylko jemu, mnie również.
Po kilku minutach wyszedł z domu, zgarniając włosy w kitkę.
–  Cześć.  –  Usiadł  obok  mnie  i  uścisnął  lekko  moje  ramię.  –  Jak  się  dzisiaj  czujesz?  –  Opierał  się

kolanem o moje kolano.

– O wiele lepiej.
– Dobrze spałaś?
– Tak. A ty?
Skinął z uśmiechem głową.
– Wspaniale, Anno.
Po śniadaniu zeszliśmy na brzeg i usiedliśmy na piasku.
–  Tak  sobie  myślę  –  odezwał  się,  drapiąc  bąbel  po  ugryzieniu  komara.  –  Może  wziąłbym  tratwę

i spróbował z niej łowić ryby?

Jego sugestia przeraziła mnie.
– Nie ma mowy – zaprotestowałam, kręcąc z uporem głową. – A jeśli rekin przegryzie tratwę? Albo

wywróci ją do góry dnem?

– To nie są Szczęki, Anno. Poza tym powiedziałaś, że nie chcesz, żebym stał w wodzie.
– Chyba wyraziłam się jasno.
– Gdybym łowił z tratwy, nie chodzilibyśmy głodni.
W brzuchu mi zaburczało niczym psu Pawłowa, gdy wspomniał o rybie.
– No, nie wiem, T.J. To raczej zły pomysł.
– Nie wypuściłbym się daleko. Tylko na tyle, by móc łowić.
– Dobrze, ale płynę z tobą.
– Nie musisz.
– Oczywiście, że płynę.
Musieliśmy  spuścić  powietrze  z  tratwy,  żeby  wydostać  ją  przez  drzwi.  Napełniliśmy  ją  na  nowo

z metalowego pojemnika z dwutlenkiem węgla i zanieśliśmy na plażę.

–  Zmieniłam  zdanie  –  powiedziałam.  –  To  szaleństwo.  Powinniśmy  zostać  na  plaży,  gdzie  jest

bezpiecznie.

T.J. uśmiechnął się szeroko.
– Daj spokój, jaka to byłaby zabawa?
Wypłynęliśmy na środek laguny. T.J. zarzucał wędkę z przynętą i wyciągał jedną rybę po drugiej, po

czym  wrzucał  je  do  plastikowego  pojemnika  napełnionego  morską  wodą.  Nie  mogłam  usiedzieć
spokojnie ani przestać się rozglądać. T.J. przyciągnął mnie do siebie.

background image

– Denerwujesz mnie – rzekł, obejmując mnie ramieniem. – Złapię jeszcze dwie ryby i wracamy.
Tratwa  nie  miała  już  zadaszenia  i  słońce  prażyło  niemiłosiernie.  Byłam  tylko  w  bikini,  ale  i  tak

zalewałam się potem. T.J. zdjął z głowy kowbojski kapelusz i włożył go mnie.

– Nos robi ci się czerwony – powiedział.
– Jestem rozpalona. Okropnie gorąco.
Nabrał wody w stuloną dłoń i wylał mi ją na pierś, przyglądając się, jak leniwie spływa aż do pępka.

Przeszły mnie ciarki, temperatura ciała podniosła mi się gwałtownie o kilka stopni. T.J. zaczął ponownie
zanurzać rękę, lecz nagle śpiesznie ją wyjął.

– Jest! O, tam. – Wyciągnął wędkę z wody.
Obejrzałam się przez ramię i zmartwiałam; stężał każdy mięsień w moim ciele. W odległości jakichś

dwudziestu  metrów  zobaczyłam  płetwę  sunącą  w  naszym  kierunku.  Gdy  znalazła  się  na  tyle  blisko,  że
mogliśmy  się  dobrze  przyjrzeć,  instynktownie  sięgnęłam  po  wiosła  i  podałam  jedno  T.J.  W  milczeniu
patrzyliśmy, jak rekin okrąża tratwę.

– Chcę wrócić na brzeg – powiedziałam.
T.J. skinął głową i powiosłowaliśmy w stronę plaży, rekin popłynął za nami aż na płytką wodę. Gdy

sięgała już tylko po kolana, T.J. wyskoczył i wyciągnął tratwę ze mną na piasek. Wygramoliłam się z niej.

– Co, do cholery, z tym zrobimy? – spytał.
– Nie wiem.
Naprawdę nie miałam pojęcia, co możemy zrobić z prawie trzymetrowym rekinem, który zadomowił

się w naszej lagunie.

Wróciliśmy do domu. T.J. rozpalił ognisko, a ja sprawiłam ryby i je upiekłam. Zjedliśmy wszystkie,

opychając się  bez  miary po  tak  długim okresie  postu.  T.J.  przełknął ostatni  kęs,  po czym  wstał  i  zaczął
chodzić w tę i we w tę.

– Nie mogę uwierzyć, że byłaś w wodzie z tym czymś. – Przystanął, odwracając się do mnie. – Nie

musisz  więcej  się  martwić,  że  wejdę  do  oceanu.  Będę  łowił  ryby  z  tratwy.  Mam  tylko  nadzieję,  że  nie
zechce wbić się w nią zębiskami.

–  I  tu  mamy  problem,  T.J.  Nie  możemy  nadmuchiwać  tratwy  na  nowo  za  każdym  razem,  gdy  ją

wyciągniemy. Nie wiem, ile jeszcze dwutlenku węgla nam zostało. Dopóki będziesz korzystał z tratwy do
łowienia ryb, będziemy ją trzymali na zewnątrz. Wprawdzie możemy ją ustawić pod daszkiem, ale to tyle.
Żadnego  zabezpieczenia  przed  komarami.  –  T.J.  był  już  i  tak  pogryziony,  ponieważ  ciągle  przebywał
w głębi wyspy.

– Czyli rekin ma decydować, czy będziemy jedli i gdzie będziemy spali?
– Właściwie tak.
– To bzdura. Rekin może dyktować warunki w wodzie, ale nie na lądzie. Musimy go zabić.
Chyba żartuje, pomyślałam. Porywanie się na ludojada nie wydawało się realistyczne i uznałam, że to

raczej on może nas pożreć. T.J. wszedł do domu i przyniósł skrzynkę z narzędziami. Wyjął linę, rozwinął
ją i rozplótł końcówkę na poszczególne włókna.

– Co ci chodzi po głowie? – spytałam, bojąc się usłyszeć odpowiedź.
– Jeśli zegnę kilka gwoździ i przymocuję je do liny, może uda nam się go złowić i wyciągnąć z wody.
– Chcesz spróbować go złapać?
– Tak.
– Z tratwy?
– Nie, z plaży. Jeśli będziemy na lądzie, naprawdę możemy mieć szansę. Będziemy musieli zwabić go

na płyciznę – wyjaśnił.

– No cóż, wiemy, że jest to możliwe. Byłam zdziwiona, jak blisko podpływa do brzegu.
Pokiwał głową. Żadne z nas nie wspomniało, że rekin potrafi świetnie pływać w wodzie, która sięga

nam po pas.

background image

T.J. wbił do połowy trzy gwoździe w ścianę domu, po czym zgiął je za pomocą młotka i wyciągnął

z powrotem. Obwiązał rozdzielonymi włóknami sznura główkę każdego gwoździa, tworząc hak o trzech
zębach.

– Nie bardzo wiem, czego użyć w charakterze przynęty.
– Chcesz spróbować złapać rekina dzisiaj?
– Chcę, żebyśmy mieli z powrotem naszą lagunę, Anno.
Widziałam po jego minie, że jest zdeterminowany, i zrozumiałam, że mu tego nie wyperswaduję.
– Wiem, czego potrzebujemy. – Nie mogłam uwierzyć, że zamierzam przyłączyć się do realizacji tego

szalonego planu.

– Czego?
– Kurczaka. Jeśli przywiążemy żywego do haka, będzie się szarpał i zwabi rekina.
T.J. poklepał mnie po plecach.
– Cieszę się, że cię przekonałem i chcesz mi pomóc.
–  Niechętnie.  –  Ale  zgadzałam  się  z  T.J.,  że  musimy  spróbować.  Mimo  rekina,  meduzy  i  innych

zagrożeń, o których zapewne nawet nie wiedzieliśmy, laguna była nasza i potrafiłam zrozumieć, dlaczego
T.J. chce podjąć walkę o nią. Miałam tylko nadzieję, że nie przypłacimy tego życiem.

W czasie, jaki minął od tamtego Bożego Narodzenia, gdy po raz pierwszy jedliśmy kurczaka, udało

nam  się  schwytać  jeszcze  dwa.  Wydawało  nam  się,  że  został  przynajmniej  jeden  albo,  jeśli  mamy
szczęście, dwa. Ale przez długi czas nie widzieliśmy ich ani nie słyszeliśmy. Zupełnie jakby wiedziały,
że wyłapujemy je jeden po drugim.

Zaczęliśmy przeczesywać wyspę i chcieliśmy już zrezygnować, gdy dobiegł nas trzepot skrzydeł. Po

półgodzinie udało się upolować kurczaka. Odwróciłam wzrok, gdy T.J. nadziewał go na hak.

Potem  wszedł  po  pierś  do  wody  i  cisnął  kurczaka  najdalej,  jak  mógł.  Wycofywał  się  stamtąd,

naciągając linę, by poczuć zmianę napięcia.

Kurczak  machał  skrzydłami,  próbując  uciec.  Patrzyliśmy  przerażeni,  jak  rekin  wynurzył  się  nagle

z wody i kurczak zniknął w jego pysku. T.J. szarpnął z całej siły linę, by zaczepić hak.

– Chyba się udało, Anno. Czuję, że ciągnie.
Cofnął się kilka kroków i zaparł się piętami o dno, trzymając linę w obu dłoniach.
Nagle rekin szarpnął ją i T.J. poleciał do przodu, lądując w wodzie twarzą w dół, gdy rekin popłynął

w kierunku przeciwnym do brzegu. Rzuciłam się na plecy T.J. i wczepiłam się rozcapierzonymi palcami
w piasek, łamiąc dwa paznokcie. Rekin ciągnął nas, jakbyśmy nic nie ważyli. Gdy udało nam się zaprzeć
na tyle, że wstaliśmy, znajdowaliśmy się po kolana w wodzie.

– Stań za mną – polecił T.J. Owinął dwukrotnie linę wokół przedramienia, a ja chwyciłam jej koniec.

Cofnęliśmy się o kilka kroków i nie daliśmy się. Rekin miotał się, usiłując równocześnie pożreć kurczaka
i zerwać się z haka.

Znowu  targnął  nas  do  przodu.  T.J.  ciągnął  linę  w  przeciwnym  kierunku,  wytężając  wszystkie  siły,

mięśnie miał napięte do granic możliwości. Pot spływał mi po twarzy, gdy toczyliśmy tę nierówną walkę,
woda sięgała mi już do połowy uda.

Ręce  potwornie  mnie  bolały  i  z  upływem  minut  coraz  jaśniej  zdawałam  sobie  sprawę,  że  za  żadne

skarby nie uda nam się wyciągnąć potwora na brzeg. Byłam pewna, że do tej pory jeszcze się nie daliśmy
wyłącznie  dlatego,  że  rekin  nam  na  to  pozwolił.  Żeby  mieć  jakąkolwiek  szansę,  musiałoby  siłować  się
z nim trzech dorosłych mężczyzn. Czas się poddać.

T.J.  nie  protestował,  ale  oplątał  linę  tak  ciasno  wokół  przedramienia,  że  nie  mógł  jej  rozwinąć.

Usiłował się uwolnić, ale rekin zaciągnął go na głębszą wodę, która sięgała mu dobrze ponad głowę, gdy
nagle lina zwiotczała. Pomyślałam z ulgą, że pękła, ale w tej samej chwili zorientowałam się, że rekin
płynie w naszym kierunku.

– Uciekaj z wody, Anno!

background image

Zamarłam,  obserwując,  jak  T.J.  rozpaczliwie  próbuje  uwolnić  rękę.  Płetwa  sunęła  tuż  pod

powierzchnią i uświadomiłam sobie, że T.J. nie zdoła na czas dotrzeć do brzegu.

Zaczęłam  krzyczeć.  Ale  wtedy  dostrzegłam  kątem  oka  więcej  płetw,  zbliżających  się  tak  szybko,  że

były jedynie niewyraźną plamą. Przypłynęły delfiny, kilka z nich trzymało się blisko siebie w grupie.

Wygramoliłam się z wody i patrzyłam, jak otaczają T.J., osłaniając go, gdy płynął w kierunku brzegu.

Kiedy znalazł się obok mnie na piasku, objęłam go z całej siły, szlochając żałośnie.

Do  niewielkiego  stadka  dołączyły  jeszcze  cztery  delfiny,  teraz  było  ich  co  najmniej  siedem.

Zaatakowały rekina, tłukąc go nosami, spychając na płytszą wodę.

T.J.  wypatrzył  koniec  sznura,  unoszący  się  na  powierzchni  obok  delfinów.  Wszedł  do  wody

i śpiesznie go chwycił. Zaczęliśmy ciągnąć i dzięki nieocenionej pomocy delfinów udało się nam wywlec
rekina na piasek. Rzucał głową na wszystkie strony, z pyska sterczało mu kilka kurzych piór.

T.J.  podniósł  mnie  i  zamknął  w  niedźwiedzim  uścisku.  Oplotłam  go  nogami  w  pasie,  krzyczeliśmy

głośno z radości.

Delfiny  pływały  z  podnieceniem  tam  i  z  powrotem.  Wbiegliśmy  do  wody  i  uściskaliśmy  je,  choć

wcale nie było to łatwe. Po kilku minutach się rozproszyły. T.J. i ja wyszliśmy na brzeg i stanęliśmy obok
rekina, który leżał nieruchomo na piasku.

– Nie wiem, co by się stało, gdyby nie przypłynęły delfiny – powiedziałam.
– Bez wątpienia nie wyszlibyśmy z tego cało.
– Nigdy w życiu tak się nie bałam. Myślałam, że ten cholerny rekin cię pożre.
T.J. przytulił mnie, opierając brodę na czubku mojej głowy.
– Ale nie pożarł.
– A teraz to my zjemy jego, prawda? – spytałam.
– O tak – odrzekł, uśmiechając się od ucha do ucha.
Rozciął brzuch rekina piłą i była to najohydniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu. Ja zaś za pomocą

noża oddzieliłam z ryby filety. Piła i nóż niezbyt się nadawały do filetowania rekina, więc byliśmy cali
umazani  krwią,  moje  bikini  i  szorty  T.J.  pokrywał  oleisty  osad.  Przy  każdym  oddechu  ostry  metaliczny
zapach  dosłownie  mnie  obezwładniał.  Powinniśmy  zakopać  szkielet,  ale  postanowiliśmy  zająć  się  tym
później.

Przyjrzałam  się  efektom  naszej  pracy.  Mieliśmy  więcej  filetów  z  rekina,  niż  zdołalibyśmy  zjeść,

i większość będziemy musieli wyrzucić, ale kolacja będzie prawdziwą ucztą.

Krew spływała po klatce piersiowej T.J.
– Chcesz iść umyć się pierwsza? – spytał, gdy wróciliśmy do domu.
– Nie, ty idź. Ja mam jeszcze do przygotowania purée z owoców chlebowca. Wykąpię się po tobie. –

Wspomniałam dni, kiedy czułam się naprawdę czysta. Nie mogłam się doczekać, gdy wymyję się mydłem
i będę długo się spłukiwała w wodzie głębszej niż trzydzieści centymetrów.

T.J. zniknął w domu i po chwili wyszedł z mydłem, szamponem i czystymi ubraniami.
– Zostaw szorty na brzegu. Później spróbuję je doprać.
– Dobrze – rzucił przez ramię.
Przygotowałam  purée  z  owoców  chlebowca.  Wymyśliłam  ten  przepis  pewnego  długiego,  nużącego

dnia.  Najpierw  starłam  na  kamieniu  kokos,  a  następnie  przecisnęłam  go  przez  koszulkę,  by  uzyskać
mleczko kokosowe. Upiekłam owoc chlebowca i również go starłam; dodałam mleczko i podgrzewałam
wszystko przy ogniu w pustej skorupie kokosa. T.J. to uwielbiał.

Nadziałam kawałki rekina na patyki, żebyśmy mogli je upiec nad ogniskiem.
–  Twoja  kolej  –  powiedział  T.J.  po  powrocie.  Nie  da  się  ukryć,  że  pachniał  dużo  ładniej  niż  ja.  –

Zacznę je piec, kiedy ty będziesz się kąpała. Dzięki temu zjemy, gdy tylko wrócisz.

– Świetnie. – Pogroziłam mu palcem. – Tylko wara od purée.
Weszłam do chaty i zaczęłam szukać w walizce czegoś, co mogłabym włożyć. Moje oko przyciągnęło

background image

coś niebieskiego.

Czemu nie?
Miałam doskonały pretekst, by się wystroić. W końcu trafiła się okazja do świętowania – to nie rekin

nas pożarł, tylko my jego.

background image

ROZDZIAŁ 26

T.J.

Rozpostarłem koc przy ognisku i sprawdziłem, czy filety z rekina się nie przypalają. Wprawdzie nie

miało to znaczenia, ponieważ mieliśmy ich w bród, ale w brzuchu mi burczało i nie mogłem się doczekać,
kiedy dojdą, żeby wreszcie zaspokoić głód.

Z  chaty  wynurzyła  się  Anna.  Miała  na  sobie  niebieską  sukienkę,  mokre  włosy  zaczesała  do  tyłu.

Pachniała  wanilią.  Uśmiechnąłem  się,  unosząc  brwi,  gdy  usiadła  obok  mnie.  Na  jej  policzki  wypłynął
rumieniec.

– Ślicznie wyglądasz – zauważyłem.
– Dziękuje. Pomyślałam, że powinnam ubrać się elegancko. Przecież dzisiaj świętujemy.
Pochłonęliśmy  tyle  filetów,  ile  zmieściło  nam  się  w  żołądku.  Konsystencja  filetów  przypominała

befsztyki, a ich zapach był intensywniejszy niż ryb, które zwykle jadaliśmy.

– Masz jeszcze ochotę na purée? – spytałem. Zamiast mi odpowiedzieć, Anna beknęła. – Anno, jestem

po prostu zaszokowany – przekomarzałem się z nią. – Nigdy ci się to nie zdarzyło.

–  Bo  jestem  damą.  A  poza  tym  nigdy  nie  miałam  dość  jedzenia  w  żołądku,  by  spowodowało

beknięcie. – Uśmiechnęła się szeroko. – O rety, naprawdę było dobre.

– Chcesz dokładkę? Niewiele już zostało.
– Jasne – odrzekła ze śmiechem. – Mam teraz miejsce.
Nabrałem  palcami  odrobinę  purée  i  niewiele  myśląc,  wyciągnąłem  je  w  stronę  Anny.  Przestała  się

śmiać i popatrzyła na mnie, jakby nie bardzo wiedziała, o co mi chodzi. Czekałem. W końcu pochyliła się
ku  mnie  i  otworzyła  usta.  Wsunąłem  palce  do  jej  buzi,  zastanawiając  się,  czy  moje  oczy  zrobiły  się
równie wielkie jak jej. Gdy oblizała mi palce, mój oddech wyraźnie przyśpieszył, stał się urywany.

– Jeszcze?
Skinęła  nieznacznie  głową,  ona  też  nie  oddychała  normalnie.  Nabrałem  znowu  trochę  purée  i  tym

razem, gdy włożyłem jej palce do ust, przytrzymała mi nadgarstek.

Poczekałem, dopóki nie przełknęła, po czym kompletnie straciłem panowanie nad sobą.
Chwyciłem jej twarz w obie dłonie i pocałowałem ją namiętnie. Rozchyliła zapraszająco wargi. Nie

byłem pewny, czy gdyby teraz kazała mi przestać, zdołałbym się powstrzymać.

Ale nie kazała. Zarzuciła mi ręce na szyję, przywierając do mnie, i odwzajemniła pocałunek równie

namiętnie. Pociągnąłem ją na kolana, ona zaś usiadła na mnie okrakiem, sukienka podjechała jej do pasa.
Jęknąłem, gdy jej ciało zetknęło się z moim, w stanie najwyższego podniecenia.

Całowała mnie w szyję, wędrując językiem aż do ramienia. Niewiarygodne uczucie. Ściągnąłem jej

sukienkę  przez  głowę  i  podniósłszy  Annę,  położyłem  ją  na  plecach.  Gdy  usiłowałem  zdjąć  jej  majtki,
uniosła biodra, by mi ułatwić sprawę. Całowałem ją jak szalony, błądziłem rękami po całym jej ciele, nie
mogłem się bowiem zdecydować, gdzie pragnę jej dotykać najbardziej.

– Przyhamuj, T.J. – szepnęła.
– Nie mogę.
Wsunęła  dłoń  między  nasze  ciała,  szarpiąc  moje  szorty.  Ściągnąłem  je,  a  ona  wzięła  go  do  ręki.

Miałem orgazm po dwudziestu sekundach – zdziwiłem się, że dopiero wtedy.

Gdy  nieco  oprzytomniałem,  znów  zacząłem  ją  całować;  moje  dłonie  pieściły  każdy  centymetr  jej

ciała, w miejscach, o których nawet nie marzyłem. Słuchając dźwięków, jakie wydawała, odgadywałem,
że jest to dla niej całkiem przyjemne.

Kiedy po bardzo krótkim czasie byłem znowu gotowy, wciągnąłem ją na siebie. Nigdy przedtem tak

się  nie  czułem.  Emma  była  nerwowa  i  spięta,  bałem  się,  by  nie  sprawić  jej  bólu,  Anna  natomiast
wydawała  się  całkowicie  odprężona,  jakby  wiedziała,  co  robi.  Siedziała  wyprostowana,  z  dłońmi
ułożonymi płasko na moim brzuchu, poruszając się we własnym rytmie. Widok był niezwykły. Patrzyłem,

background image

jak  zamyka  oczy  i  wygina  się  w  łuk,  a  po  kilku  minutach,  gdy  wyraz  jej  twarzy  zmienił  się  i  głośno
krzyknęła, przytrzymałem jej biodra i szczytowałem aż do zatracenia, jak nigdy w życiu.

Potem wziąłem ją w ramiona i spytałem szeptem:
– Czy to zdarzyło się przypadkowo?
– Nie.

background image

ROZDZIAŁ 27

Anna

Gdy zapadł zmrok i pojawiły się komary, skryliśmy się w chacie. T.J. położył się obok mnie i nakrył

nas kocem. Oplótł mnie rękami i nogami, przytulił się do mnie nagim ciałem i po kilku sekundach zapadł
w głęboki sen.

Ja leżałam z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc zasnąć.
Gdy mnie pocałował, bez chwili zastanowienia oddałam pocałunek. Byliśmy dwojgiem świadomych

swych czynów dorosłych, ale bez względu na to, ile razy to sobie powtarzałam, zdawałam sobie sprawę,
że gdyby kiedykolwiek udało nam się wydostać z wyspy i ludzie dowiedzieliby się o naszych relacjach,
mój  czyn  miałby  swoje  reperkusje.  Leżąc  w  ciemności  z  wtulonym  we  mnie  T.J.,  usprawiedliwiałam
w myśli to, co się stało, tłumaczyłam, że to coś dobrego, że jeśli ktoś na to zasługiwał, to właśnie my. To
nasza sprawa, niczyja inna.

A przynajmniej tak sobie wmawiałam.

*

Klęczałam na jednym kolanie, na głowie miałam czapkę baseballową T.J., włosy ściągnięte do tyłu,

żeby  mi  nie  przeszkadzały.  Przede  mną  na  ziemi  leżały:  zakrzywiony  patyk,  którego  T.J.  używał  do
rozniecania ognia, dwa małe kawałki drewna oraz sucha rozpałka z włókien kokosa i trawy.

Jakiś tydzień po zabiciu rekina T.J. zauważył, że jest jedna jedyna rzecz, której nie potrafię robić. To

on zawsze rozpalał ognisko i chciał się upewnić, że mnie również się to uda. Uczył mnie i już zaczynałam
chwytać, na czym cała rzecz polega, chociaż na razie zdołałam wytworzyć wyłącznie sporo dymu i spocić
się przy tym jak ruda mysz.

– Gotowa? – spytał T.J.
– Tak.
– No to do dzieła.
Podniosłam patyk, przewlokłam go przez pętlę ze sznurowadła i użyłam łuku, by wprawić go w ruch

wirowy. Po dziesięciu minutach uzyskałam dym.

–  Nie  przestawaj  –  powiedział.  –  Niewiele  już  brakuje.  Musisz  obracać  patykiem  najszybciej,  jak

potrafisz.

Posłuchałam  jego  rady  i  po  dwudziestu  minutach  rozbolały  mnie  ręce,  pot  spływał  mi  strużkami  po

twarzy,  ale  dostrzegłam  w  końcu  odrobinę  żaru.  Wydłubałam  ją  i  ostrożnie  umieściłam  na  rozpałce,  po
czym delikatnie rozdmuchałam.

Gdy zajęła się płomieniem, upuściłam ją na ziemię.
– O mój Boże!
T.J. przybił mi piątkę.
– Udało ci się!
– Super! Jak myślisz, ile mi to czasu zajęło?
–  Niezbyt  dużo.  Ale  to  nieważne,  jak  szybko  to  robisz.  Po  prostu  chcę  wiedzieć,  że  potrafisz  to

zrobić. – Zdjął mi czapkę i pocałował mnie. – Świetna robota.

– Dzięki.
Moje  osiągnięcie  miało  słodko-gorzki  smak,  ponieważ  jedynym  powodem,  dla  którego  musiałabym

wykorzystać nowo nabytą umiejętność, było coś złego, co przytrafiłoby się T.J.

background image

ROZDZIAŁ 28

T.J.

Jedliśmy lunch, gdy z lasu wyszła kura.
– Anno, spójrz za siebie.
Obejrzała się.
– Co…?
Przyglądaliśmy się, jak podchodzi bliżej. Dziobała ziemię, najwyraźniej zupełnie się nie śpiesząc.
– Czyli ostatecznie została jeszcze jedna – zauważyłem.
–  Owszem,  ta  głupia.  –  Anna  uśmiechnęła  się.  –  Ale  przeżyła,  tylko  ona  ze  wszystkich,  więc  może

jednak całkiem cwana.

Kura podeszła do Anny, która powiedziała do niej:
– O, cześć. Czyżbyś nie wiedziała, co zrobiliśmy z resztą twoich pobratymców?
Kura przechyliła łebek i popatrzyła na nią, jak gdyby próbowała zrozumieć jej słowa. Ślina napłynęła

mi do ust. Pomyślałem o smacznej kolacji, która nas czeka, ale Anna zaproponowała:

– Nie zabijajmy jej. Przekonajmy się, czy znosi jajka.
Zbudowałem  nieduży  kojec  i  Anna  włożyła  kurę  do  środka.  Kura  spojrzała  na  nas,  jakby  chciała

powiedzieć, że podoba jej się nowy dom. Anna nalała trochę wody do pustej łupiny kokosa.

– Co jedzą kury? – spytała.
– Nie mam pojęcia. Jesteś nauczycielką. Ty mnie oświeć.
– Uczę angielskiego. W dużej dzielnicy wielkiego miasta.
Parsknąłem śmiechem.
– No cóż, ja naprawdę nie wiem. – Pochyliłem się nad kojcem. – Lepiej znieś jajka, ponieważ w tej

chwili stałaś się jeszcze jedną gębą do żywienia, a jeśli nie lubisz kokosów, owoców chlebowca i ryb,
może ci się tu nie spodobać.

Przysiągłbym na Boga, że kura pokiwała głową.
Nazajutrz  zniosła  jedno  jajko.  Anna  rozbiła  je  do  pustej  skorupki  kokosa  i  roztrzepała  je  palcem.

Położyła  skorupkę  w  pobliżu  płomieni  i  czekała,  aż  jajecznica  się  zetnie.  Gdy  była  już  gotowa,
rozdzieliła ją pomiędzy nas.

– Pychota – rzuciła, cmokając.
– Oj, tak – przyznałem, dokończywszy mój przydział. – Tak dawno nie jadłem jajecznicy. Smak jest

dokładnie taki, jak zapamiętałem.

Po dwóch dniach kura zniosła kolejne jajko.
– Miałaś naprawdę świetny pomysł, Anno.
– Kura zapewne też tak uważa – odrzekła.
– Nazwałaś kurę Kurą?
– Kiedy postanowiliśmy darować jej życie, przywiązałam się – wyjaśniła wyraźnie zakłopotana.
– W porządku – odparłem. – Coś mi mówi, że Kura również darzy cię uczuciem.

*

Zeszliśmy nad wodę, by się wykąpać. Na brzegu zrzuciłem szorty i wszedłem do wody, odwracając

się, by popatrzeć, jak się rozbiera.

Nie śpieszyła się, najpierw zdjęła bluzkę bez rękawów, potem powoli zsunęła szorty i majtki.
Szkoda, że nie może tego zrobić przy muzyce.
Przyłączyła się do mnie w wodzie, a ja umyłem jej włosy.
– Niedługo zabraknie nam szamponu – powiedziała, zanurzając się z głową, by spłukać włosy.
– Ile nam jeszcze zostało?
– Nie wiem, może jeszcze wystarczy na parę miesięcy. Podobnie jest z zapasem mydła.

background image

Zamieniliśmy się miejscami i teraz ona zajęła się moimi włosami. Potem namydliłem dłonie i umyłem

całe jej ciało, a ona umyła mnie. Po kąpieli usiedliśmy na piasku, pozwalając, by lekki wietrzyk osuszył
nasze  ciała.  Anna  usadowiła  się  przede  mną,  opierając  się  plecami  o  moją  pierś.  Zrelaksowani,
obserwowaliśmy, jak słońce powoli znika za horyzontem.

–  Podglądałem  cię  kiedyś  w  kąpieli  –  przyznałem  się.  –  Poszedłem  do  lasu  nazbierać  drew  do

ogniska, ale niezbyt mnie to interesowało. Ukryty za drzewem patrzyłem, jak wchodzisz naga do oceanu.
Nie powinienem był. Zaufałaś mi, a ja to zaufanie zawiodłem.

– Czy później też mnie podglądałeś?
–  Nie.  Wielokrotnie  miałem  na  to  wielką  ochotę,  ale  się  powstrzymałem.  –  Westchnąłem  głęboko

i odważyłem się spytać: – Jesteś wściekła.

– Nie. Zawsze zastanawiałam się, czy próbowałeś mnie podglądać. Czy ja, hm…
–  Tak.  –  Wstałem  i  wziąłem  ją  za  rękę.  Wróciliśmy  do  domu  i  położyliśmy  się  w  tratwie.  Potem

powiedziała mi, że jestem znacznie lepszy od oliwki dla niemowląt i jej dłoni.

background image

ROZDZIAŁ 29

Anna

Siedziałam na plaży tuż nad wodą i malowałam paznokcie na różowo. Było to głupie, zważywszy na

okoliczności,  ponieważ  jednak  miałam  lakier  w  walizce  i  mnóstwo  wolnego  czasu,  więc  je
pomalowałam.

– Ładne paluszki – zauważył T.J., podchodząc do mnie.
–  Dzięki  –  odrzekłam,  zaczynając  nakładać  drugą  warstwę.  –  Czy  opowiadałam  ci  kiedyś  o  mojej

manikiurzystce, Lucy?

Roześmiał się.
– Nie wiem nawet, kto to jest manikiurzystka.
– Dziewczyna, która zajmuje się moimi paznokciami.
– Aha. Nie, nigdy mi o niej nie mówiłaś.
– Chodzę do Lucy w co drugą sobotę.
T.J. uniósł brwi.
–  Tak,  w  Chicago  mogłam  poddawać  się  różnym  zabiegom  pielęgnacyjnym,  w  przeciwieństwie  do

pobytu  tutaj.  W  każdym  razie  angielski  nie  był  ojczystym  językiem  Lucy  i  nie  dowiedziałam  się,  który
język  nim  jest.  Ale  to  nam  nie  przeszkadzało  w  długich  rozmowach,  chociaż  każda  z  nas  rozumiała  nie
wszystko z tego, co mówiła druga.

– O czym rozmawiałyście?
– Bo ja wiem… taka tam paplanina. Wiedziała, że uczę w szkole i że mam chłopaka o imieniu John.

Ja  dowiedziałam  się,  że  ma  trzynastoletnią  córkę  i  uwielbia  reality  show  w  telewizji.  Była  taka  miła.
Nazywała  mnie  „złotkiem”  i  zawsze  ściskała  mnie  na  przywitanie  i  pożegnanie.  Przy  każdej  wizycie
pytała  mnie,  kiedy  John  i  ja  zamierzamy  się  pobrać.  Pewnego  razu,  najwyraźniej  w  wyniku
nieporozumienia komunikacyjnego, obiecałam jej, że to ona zrobi mi manikiur w dniu ślubu.

Zakręciłam lakier i przyjrzałam się palcom u stóp. Musiałam przyznać, że moje dzieło pozostawiało

wiele do życzenia.

– Lucy wyśmiałaby mnie, gdyby zobaczyła teraz moje stopy. – Podniosłam głowę i spojrzałam na T.J.

Miał dziwną minę, której nie potrafiłam rozszyfrować. – Co się stało?

– Nic.
– Jesteś pewny?
– Tak. Idę na ryby. A ty lepiej wysusz paznokcie.
– Dobrze.
Po  powrocie  zachowywał  się  raczej  normalnie,  doszłam  więc  do  wniosku,  że  cokolwiek  go

niepokoiło, szybko się z tym uporał.

*

– Dlaczego nie chodzisz nago przez cały czas? – spytał T.J. – Właściwie po co się ubierać?
– Teraz jestem naga.
– Wiem, dlatego przyszło mi to na myśl.
Staliśmy  w  wodzie  przy  brzegu,  próbując  wyprać  brudne  ciuchy,  łącznie  z  tymi,  które  mieliśmy  na

sobie.

– Wciąż jeszcze śmierdzi? – spytał, podtykając mi pod nos T-shirt, żebym go obwąchała.
– Ee, może trochę. – Trudno było dobrze wyprać ubrania, zważywszy na to, że woolite skończył nam

się ponad rok temu. Teraz majtaliśmy nimi w wodzie i to musiało nam wystarczyć.

–  Gdybyśmy  non  stop  chodzili  nago,  nie  musielibyśmy  w  ogóle  robić  prania,  Anno  –  rzekł,

uśmiechając  się  od  ucha  do  ucha.  Wyszliśmy  z  wody  i  rozwiesiliśmy  ubrania  na  sznurze  rozciągniętym
między drzewami.

background image

– Gdybym zawsze była naga, po pewnym czasie w ogóle byś tego nie zauważał.
– O, zauważałbym – prychnął.
– Teraz tak myślisz, ale potem przyzwyczaiłbyś się.
Popatrzył na mnie jak na wariatkę. Gdy wróciliśmy do domu, wyciągnął się na kocu.
Ja też się nie ubrałam, ponieważ wszystko, co mieliśmy, było mokre. Leżałam na boku, twarzą do T.J.,

wsparta na łokciu.

– Teraz to naprawdę ładna poza – powiedział. – Bardzo mi się podoba.
–  To  przypominałoby  jedzenie  w  kółko  tej  samej  ulubionej  potrawy  –  przekonywałam  go.  –  Na

początku byłoby świetnie, ale po pewnym czasie straciłbyś apetyt. Nie smakowałoby tak bardzo.

– Anno, ty zawsze będziesz smakowała cudownie. – Przechylił się i pocałował mnie w szyję.
– Ale w końcu miałbyś tego dość – twierdziłam uparcie.
– Nigdy – zaprzeczył, przesuwając się z pocałunkami nieco niżej.
– A właśnie, że mogłoby się tak zdarzyć – upierałam się, sama zbytnio w to nie wierząc.
– Nie. – Powędrował wargami jeszcze niżej, aż wreszcie przestał odpowiadać na moje wątpliwości,

rozmowa bowiem jest raczej niemożliwa, kiedy robi się to, co właśnie robił.

*

Kura podeszła do mnie i klapnęła mi na kolana.
T.J. parsknął śmiechem i nastroszył jej pióra.
– Rozśmiesza mnie do łez, kiedy tak robi – powiedział.
Nie  trzymaliśmy  już  Kury  zamkniętej  w  kojcu.  Kiedyś  ją  wypuściłam  i  zapomniałam  włożyć

z powrotem. Wędrowała tu i tam, ale nigdy nie próbowała uciec.

– Wiem, że to dziwne. Z jakiegoś powodu naprawdę mnie lubi. – Pogłaskałam ją delikatnie po łebku.
– To dlatego, że o nią dbasz.
– Kocham zwierzęta. Zawsze chciałam mieć psa, ale John jest alergikiem.
– Może dostaniesz pieska, gdy wrócimy do domu – rzekł T.J.
– Golden retrievera.
– Takiego właśnie byś chciała?
– Tak. Dorosłego, takiego, którego nikt nie chce. Ze schroniska. Kupię sobie mieszkanie, przygarnę go

i zabiorę do domu.

– Widzę, że przemyślałaś wszystko.
– Miałam mnóstwo czasu na myślenie o wielu sprawach.
Po upływie kilku dni, gdy leżeliśmy nocą w łóżku, T.J. opadł na mnie z jękiem, oddychając ciężko.
– No! No! – szepnęłam, czując, jak jego ciało się rozluźnia.
Pocałował mnie w szyję i spytał również szeptem:
– Dobrze ci było?
– Tak. Gdzie się tego nauczyłeś?
Roześmiał się, usiłując schwytać oddech.
– Miałem świetną nauczycielkę. Pozwala mi dużo ćwiczyć, a jak wiadomo praktyka czyni mistrza.
Zsunął się ze mnie, przyciągając mnie ku sobie, tak że mogłam położyć mu głowę na piersi. Pogładził

mnie po plecach.

Dopiero  w  wieku  dwudziestu  sześciu,  a  może  dwudziestu  siedmiu  lat  zrozumiałam,  czego  pragnę

w łóżku. Gdy próbowałam powiedzieć o tym Johnowi, nie wydawał się bynajmniej zachwycony, że chcę
nim  pokierować.  T.J.  nie  wstydził  się  pytać  mnie,  co  lubię,  więc  i  ja  nie  krępowałam  się  mu  o  tym
mówić. Dzięki temu zgraliśmy się fantastycznie.

Westchnęłam.
– Pewnego dnia uszczęśliwisz jakąś kobietę, T.J.
Poczułam, jak cały zesztywniał, i przestał mnie gładzić po plecach.

background image

–  Pragnę  uszczęśliwiać  wyłącznie  ciebie,  Anno.  –  Sposób,  w  jaki  to  powiedział,  i  poczucie

odrzucenia, jakie dało się słyszeć w jego głosie, sprawiły, że pożałowałam, iż nie mogę cofnąć tych słów.

– I robisz to, T.J. – dodałam śpiesznie. – Naprawdę.
Nazajutrz prawie się nie odzywał. Weszłam do wody, gdy łowił ryby, i stanęłam obok niego.
– Przepraszam. Zraniłam twoje uczucia, a za nic w świecie nie chciałabym tego zrobić.
Nie spuszczał wzroku z wędki.
– Wiem, że w Chicago coś takiego nigdy by się między nami nie zdarzyło, ale proszę, nie żegnaj się

ze mną, kiedy wciąż jesteśmy tutaj.

Położyłam mu dłoń na ramieniu.
– Gdy mówiłam o tym, że uszczęśliwisz jakąś kobietę, nie miałam wcale na myśli, że to ja od ciebie

odejdę, T.J. Myślałam o tobie.

Odwrócił się do mnie zdezorientowany.
– Dlaczego miałbym odejść?
– Ponieważ jestem starsza od ciebie o trzynaście lat. Tu mamy swój świat, ale to nie jest realny świat.

Nie przeżyłeś mnóstwa rzeczy. Nie zechcesz być ograniczany przez kogokolwiek.

– Nie wiesz, czego ja chcę, Anno. Poza tym nie myślę już o przyszłości i nie myślałem od czasu, gdy

samolot nie wrócił. Wiem jedynie, że jestem z tobą szczęśliwy i że pragnę być z tobą. A ty nie możesz tak
po prostu być ze mną?

– Tak – wyszeptałam. – Mogę.
Chciałam mu powiedzieć, że nigdy więcej nie zranię go znowu. Ale bałam się, że jest to obietnica,

której nie uda mi się dotrzymać.

*

T.J. skończył we wrześniu dziewiętnaście lat.
–  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  urodzin  –  powiedziałam.  –  Przygotowałam  dla  ciebie  purée

z  owoców  chlebowca.  –  Podałam  mu  miseczkę  ze  skorupy  kokosa  i  pochyliłam  się,  by  go  pocałować.
Pociągnął mnie na kolana i uparł się, bym zjadła razem z nim.

–  Dlaczego  nigdy  nie  obchodzimy  twoich  urodzin?  –  Spojrzał  na  mnie  z  zakłopotaniem  i  spytał:  –

A właściwie kiedy wypadają?

– Dwudziestego drugiego maja. Ale ja nie jestem chyba entuzjastką urodzin.
Bardzo  lubiłam  obchodzić  urodziny,  dopóki  John  kompletnie  mi  ich  nie  zepsuł.  Gdy  skończyłam

dwadzieścia  siedem  lat,  byłam  przekonana,  że  zamierza  mi  się  oświadczyć,  ponieważ  zarezerwował
stolik w restauracji, kazał mi elegancko się ubrać i zaprosił naszych przyjaciół na drinka przed kolacją.
Wyobrażałam  sobie,  jak  przyklęka  na  jedno  kolano  i  wręcza  mi  pierścionek.  Ledwie  udało  mi  się
opanować  emocje,  gdy  wysiedliśmy  z  taksówki  przed  restauracją.  Weszliśmy  do  środka,  a  tam  już
wszyscy  na  nas  czekali,  niemal  jak  na  przyjęciu  niespodziance.  Gdy  podano  szampana,  John  wyjął
z  kieszeni  pudełeczko  od  Tiffany’ego  i  podarował  mi  brylantowe  kolczyki.  Przez  resztę  wieczoru
siedziałam  z  uśmiechem  przyklejonym  do  twarzy,  ale  później  Stefani  zaciągnęła  mnie  do  toalety
i  uściskała  mnie.  Po  tym  wydarzeniu  zminimalizowałam  swoje  oczekiwania,  co  okazało  się  rozsądnym
posunięciem, ponieważ przez kolejne trzy lata nie dostałam żadnej biżuterii w prezencie urodzinowym.

– Pragnę obchodzić z tobą twoje następne urodziny, Anno.
– Dobrze.

*

Pora deszczowa skończyła się w listopadzie. Święto Dziękczynienia nadeszło i minęło jak każdy inny

dzień,  ale  w  Boże  Narodzenie  T.J.  znalazł  w  piasku  ogromnego  kraba.  Ślinka  napłynęła  mi  do  ust,  gdy
nadział go na patyk i zbliżył do ognia. Krab chwytał wielkimi szczypcami koniec patyka, a drugimi bez
przerwy  usiłował  uszczypnąć  T.J.,  który  w  końcu  włożył  go  w  płomienie.  Wkrótce  opychaliśmy  się,
odrywając odnóża cęgami i wybierając mięso palcami.

background image

–  To  mi  przypomina  nasze  pierwsze  Boże  Narodzenie,  gdy  udało  nam  się  schwytać  kurczaka

i świętować, jedząc coś innego niż rybę – rzekł T.J.

– Wydaje mi się, że od tamtego czasu minęły wieki – powiedziałam, połykając łzy.
– Dobrze się czujesz?
– Tak. Po prostu miałam nadzieję, że w tym roku Boże Narodzenie spędzimy w domu.
T.J. otoczył mnie ramieniem.
– Może w przyszłym roku, Anno.
W lutym, gdy obudziłam się z drzemki, obok mnie na kocu leżał bukiet kwiatów zebranych z różnych

krzewów rosnących tu i ówdzie na wyspie, ich łodygi były przewiązane kawałkiem sznurka.

Znalazłam T.J. na brzegu.
– Widzę, że ktoś sprawdził datę w kalendarzu.
T.J. pokazał wszystkie zęby w uśmiechu.
– Nie chciałem przegapić walentynek.
Pocałowałam go.
– Jesteś dla mnie taki miły.
– To nie jest trudne, Anno – odrzekł, przyciągając mnie blisko do siebie.
Spojrzałam  mu  w  oczy,  on  zaś  zaczął  się  kołysać.  Zarzuciłam  mu  ramiona  na  szyję  i  tańczyliśmy,

krążąc, czując pod stopami miękki ciepły piasek.

– Nie potrzebujesz muzyki, prawda?
– Nie – odparł. – Ale potrzebuję ciebie.
Kilka dni później spacerowaliśmy o zachodzie słońca brzegiem laguny.
–  Tęsknię  za  rodzicami.  Ostatnio  dużo  o  nich  myślałam.  Także  za  siostrą  i  szwagrem.  I  za  Joem

i Chloe. Mam nadzieję, że poznasz ich kiedyś, T.J. Polubiliby cię.

– Ja też mam taką nadzieję.
Wiedziałam już, że jeśli kiedykolwiek nas uratują, T.J. będzie częścią mojego życia w Chicago. Nie

wiedziałam tylko, w jakim charakterze. Tak długo był nieobecny w życiu swoich bliskich, że byłoby nie
fair  z  mojej  strony,  gdybym  zajmowała  mu  zbyt  wiele  czasu.  Ale  samolubna  cząstka  mojego  ja  nie
potrafiła wyobrazić sobie, że nie zasypia w jego ramionach lub nie jest z nim codziennie. Potrzebowałam
T.J. i myśl, że będę z dala od niego, martwiła mnie bardziej, niż chciałam to przyznać.

background image

ROZDZIAŁ 30

T.J.

– Anno – wymówiłem szeptem jej imię. – Śpisz?
– Hm – mruknęła.
–  Wciąż  kochasz  tego  faceta?  –  Znałem  jego  imię,  ale  nie  przechodziło  mi  przez  usta.  Leżałem

przytulony do niej od tyłu, oparty piersią o jej plecy. Odwróciła się twarzą do mnie.

– Johna? Nie. Nie kocham go już. Nie myślałam o nim od dawna. Dlaczego pytasz?
– Tak się zastanawiałem. Nieważne, idź spać. – Pocałowałem ją w czoło i ułożyłem na mojej piersi.
Ale ona nie miała ochoty spać. Wolała się ze mną kochać.

*

W maju skończyła trzydzieści trzy lata i po raz pierwszy na wyspie obchodziliśmy jej urodziny. Padał

drobny deszczyk, leżeliśmy przytuleni w tratwie, słuchając monotonnego stukotu kropel o dach domu.

– Niestety, nie udało mi się kupić ci prezentu. Dawno temu sama się skarżyłaś, że centrum handlowe

na wyspie jest do bani – powiedziałem.

Anna uśmiechnęła się.
– Ma bardzo słabe zaopatrzenie.
– Właśnie. Będziemy więc musieli udawać. Gdybyśmy byli w Chicago, zaprosiłbym cię na kolację,

a  potem  obsypał  prezentami.  Ale  ponieważ  jesteśmy  tutaj,  opowiem  ci  o  wszystkich  fantastycznych
prezentach, które dla ciebie kupiłem, dobrze?

– Nie powinieneś szastać pieniędzmi – przekomarzała się ze mną.
– Jesteś tego warta. No dobra, pierwszy prezent to książki. Same najnowsze bestsellery.
Anna westchnęła.
– Brakuje mi czytania.
– Wiem.
Przytuliła się do mnie mocniej.
– Dobry w tym jesteś. Co jeszcze dla mnie masz?
– Ach, ktoś jednak dobrze się bawi na swoich urodzinach. Następnym prezentem jest muzyka.
– Czyżbyś przygotował dla mnie taśmę ze składanką muzyczną?
Uśmiechnąłem się szeroko i zacząłem ją łaskotać.
– Z twoją ulubioną klasyką rocka.
Chichocząc,  usiłowała  mi  się  wywinąć.  Wturlała  się  na  mnie,  próbując  uwięzić  pod  sobą  moje

dłonie, aż w końcu przestałem ją łaskotać.

– Kocham zarówno książki, jak i muzykę. Moje dwie ulubione rzeczy. Dziękuję. – Pocałowała mnie.

– To moje najlepsze urodziny od bardzo, bardzo dawna.

– Cieszę się, że jesteś zadowolona.
Wyciągnąłem ręce spod jej ciała i założyłem jej opadające włosy za uszy.
– Kocham cię, Anno.
Jej zaskoczona mina wyraźnie mówiła mi, że zupełnie się tego nie spodziewała.
– Nie miałeś się zakochać – wyszeptała.
–  Ale  się  zakochałem  –  powiedziałem,  zaglądając  jej  w  oczy.  –  Kocham  cię  od  wielu  miesięcy.

Wyznaję  ci  miłość  teraz,  ponieważ  wydaje  mi  się,  że  ty  też  mnie  kochasz.  Po  prostu  uważasz,  że  nie
powinnaś.  Powiedz  mi,  kiedy  będziesz  gotowa.  Mogę  poczekać.  –  Przyciągnąłem  jej  głowę  do  siebie
i  pocałowałem.  Gdy  wreszcie  się  od  niej  oderwałem,  powiedziałem  z  uśmiechem:  –  Wszystkiego
najlepszego z okazji urodzin.

background image

ROZDZIAŁ 31

Anna

Powinnam była wiedzieć, że T.J. się zakochuje. Już od dawna zauważałam wszelkie tego oznaki. Ale

dopiero gdy zachorował, zaczęłam żałować, że mu nie powiedziałam, iż absolutnie się nie mylił.

Ja też go kochałam.
Tydzień po moich urodzinach, gdy położyłam się obok niego na łóżku, okazało się, że już śpi. Poszłam

tylko  zrobić  siusiu  i  napełniłam  butelkę  z  naszego  zbiornika  z  wodą,  ale  zajęło  mi  to  zaledwie  kilka
minut, a T.J. nigdy sam nie zasypiał, zawsze najpierw się kochaliśmy.

Gdy  się  obudziłam  nazajutrz  rano,  wciąż  spał,  nie  otworzył  też  oczu,  gdy  poszłam  nałowić  ryb

i zebrać orzechy kokosa oraz owoce chlebowca.

Wgramoliłam  się  do  łóżka.  Oczy  miał  otwarte,  ale  wyglądał  na  zmęczonego.  Pocałowałam  go

w pierś.

– Dobrze się czujesz? – spytałam.
– Tak, jestem tylko zmęczony.
Pocałowałam  go  w  szyję  –  wiedziałam,  że  tak  lubi  –  ale  w  tym  samym  momencie  gwałtownie  się

odsunęłam.

– Hej, nie przestawaj.
Położyłam mu dłoń na szyi.
– T.J., masz jakiś guzek w tym miejscu.
Sięgnął do szyi i pomacał go palcami.
– To prawdopodobnie nic takiego.
– Obiecałeś, że mi powiesz, jeśli cokolwiek zauważysz.
– Nie wiedziałem, że tam jest.
– Wydajesz się bardzo zmęczony.
– Nic mi nie jest. – Pocałował mnie i próbował zdjąć mi koszulkę.
Wyprostowałam się, tak że nie mógł mnie dotknąć.
– W takim razie skąd ten guzek?
– Nie mam pojęcia. – Wstał z łóżka. – Nie przejmuj się nim, Anno.
Po  śniadaniu  niechętnie  pozwolił  mi  pomacać  jeszcze  raz  szyję.  Ucisnęłam  go  lekko  palcami  pod

szczęką,  odkrywając  powiększone  węzły  chłonne  po  obu  stronach.  Czy  pocił  się  w  nocy?  Nie  byłam
pewna.  Chyba  nie  stracił  na  wadze.  Zauważyłabym,  gdyby  tak  było.  Żadne  z  nas  nie  odważyło  się
powiedzieć, co mogą oznaczać te powiększone węzły. Wyglądał na wyczerpanego, kazałam mu więc się
położyć.  Zeszłam  nad  lagunę,  weszłam  do  wody  i  pływałam  jakiś  czas  na  plecach,  wpatrując  się
w błękitne bezchmurne niebo.

Nawrót choroby. Ja to wiem i on również.
Obudził się na lunch, ale po jedzeniu znowu zasnął i w porze kolacji w dalszym ciągu spał. Weszłam

do  chaty,  by  sprawdzić,  jak  się  czuje.  Gdy  schyliłam  się,  by  go  pocałować,  poczułam,  że  jego  skóra
dosłownie parzy mnie w usta.

– T.J.! – Jęknął, gdy dotknęłam wierzchem dłoni jego czoła. – Zaraz wracam. Idę po tylenol.
Znalazłam  apteczkę  i  wytrząsnęłam  na  rękę  dwie  tabletki.  Podałam  mu  wodę,  by  ułatwić  ich

przełknięcie, ale zwrócił wszystko po kilku minutach.

Wytarłam  go  koszulką  i  spróbowałam  go  przesunąć  na  suchszą  część  koca.  Krzyknął,  gdy  go

dotknęłam.

– Dobrze, nie będę cię ruszać. Powiedz mi, co cię boli.
– Głowa. Z tyłu, za oczami. Wszędzie. – Leżał nieruchomo, nie odzywając się więcej.
Odczekałam  pewien  czas,  po  czym  spróbowałam  ponownie  podać  mu  tylenol.  Obawiałam  się,  że

background image

znów będzie miał torsje, ale na szczęście tym razem nic takiego się nie stało.

– Za chwilę poczujesz się lepiej – powiedziałam, ale gdy pół godziny później dotknęłam jego czoła,

było chyba jeszcze gorętsze.

Przez całą noc był rozpalony, gorączka wyraźnie wciąż rosła. Znowu zwymiotował i nie mógł znieść

mojego dotyku; skarżył się, że ma wrażenie, jakby pękały mu kości.

Nazajutrz  spał  godzinami.  Nie  mógł  nic  przełknąć  i  bardzo  niewiele  pił.  Czoło  miał  tak  gorące,  że

obawiałam się, by mózg nie usmażył mu się w tej wysokiej temperaturze.

To nie był nowotwór. Wszystkie objawy wystąpiły zbyt nagle.
Ale skoro nie nowotwór, to w takim razie co? I co, u diabła, mam z tym zrobić?
Gorączka nie spadła i nigdy bardziej nie żałowałam, że nie mam lodu. Był tak rozpalony, że T-shirt,

który zanurzałam w wodzie i wyciskałam, był przypuszczalnie zbyt ciepły, by schłodzić mu czoło, ale nie
wiedziałam, jak jeszcze mogłabym mu pomóc.

Wargi  miał  wysuszone  i  popękane.  Udało  mi  się  jakimś  cudem  wlać  mu  do  gardła  odrobinę  wody,

żeby  połknął  tylenol.  Pragnęłam  trzymać  go  w  ramionach,  dodawać  mu  otuchy,  odgarnąć  mu  włosy
z czoła, ale mój dotyk sprawiał mu ból, więc zrezygnowałam.

Na trzeci dzień dostał wysypki. Jego twarz i ciało pokryte było czerwonymi punkcikami. Pomyślałam,

że  być  może  jest  to  znak,  iż  gorączka  spadnie,  organizm  walczy  z  chorobą,  ale  nazajutrz  wysypka  była
gorsza, a temperatura wyższa. Niespokojny i rozdrażniony, to tracił świadomość, to ją odzyskiwał, a ja
umierałam z przerażenia, ilekroć nie mogłam go dobudzić.

Piątego dnia z nosa i ust zaczęła mu się sączyć krew. Ogarniała mnie panika, gdy ocierałam ją moją

białą  bluzką.  Późnym  popołudniem  była  całkiem  czerwona.  Wmawiałam  sobie,  że  krwawienie  jest
mniejsze,  ale  nie  ustawało.  W  miejscach,  gdzie  krew  zbierała  się  pod  skórą,  tworzyły  się  sińce.
Godzinami leżałam przy nim, trzymając go za rękę.

– Proszę, nie umieraj, T.J.
Gdy  następnego  dnia  wzeszło  słońce,  wzięłam  go  w  ramiona.  Jeśli  nawet  sprawiłam  mu  ból,  nie

okazał tego. Kura skrobała pazurem w bok tratwy, więc przechyliłam się i ją podniosłam. Klapnęła obok
T.J. i odtąd go nie opuszczała. Pozwoliłam jej zostać.

–  Nie  jesteś  sam,  T.J.  Jestem  przy  tobie.  –  Odgarnęłam  mu  włosy  z  twarzy  i  pocałowałam  w  usta.

Zasypiając  i  budząc  się,  śniłam,  że  T.J.  i  ja  jesteśmy  w  szpitalu,  a  lekarz  mówi  mi,  że  powinnam  się
cieszyć, ponieważ przynajmniej nie jest to rak.

Kiedy się obudziłam, przyłożyłam ucho do jego piersi; rozpłakałam się z ulgi, gdy usłyszałam bicie

serca. W ciągu dnia wysypka zbladła, krwawienie się zmniejszyło. Wieczorem zaczęłam myśleć, że może
jednak przeżyje.

Dzień  później,  gdy  go  dotknęłam,  czoło  miał  chłodne.  Wydał  jakiś  dźwięk,  gdy  próbowałam  go

obudzić,  co,  jak  przypuszczałam,  oznaczało,  że  nie  jest  nieprzytomny,  tylko  śpi.  Wyszłam  z  domu,  by
nazbierać kokosów i owoców chlebowca, napełnić kilka pojemników wodą ze zbiornika deszczówki, ale
często zatrzymywałam się, by sprawdzić, co z T.J.

Rozpaliłam  ognisko.  Nie  mogłam  zmierzyć  czasu,  w  jakim  udało  mi  się  to  zrobić,  ale  tak  „na  oko”

zajęło mi to prawdopodobnie mniej niż dwadzieścia minut.

Nieźle jak na dziewczynę z wielkiego miasta.
Wyszorowałam zęby. Naprawdę koniecznie powinnam się umyć. Nie kąpałam się od kilku dni, ale nie

chciałam  zostawiać  T.J.  na  tak  długo.  Późnym  popołudniem  położyłam  się  obok  niego,  trzymając  go  za
rękę.  Jego  powieki  zatrzepotały,  po  czym  otworzył  szeroko  oczy.  Uścisnęłam  mu  lekko  palce
i powiedziałam:

– Witaj.
Odwrócił ku mnie głowę i zamrugał, próbując skupić na mnie wzrok. Zmarszczył nos.
– Śmierdzisz, Anno.

background image

Wybuchnęłam śmiechem i płaczem jednocześnie.
– Ty również nie pachniesz pociągająco, Callahan.
– Mógłbym dostać trochę wody? – spytał ochrypłym głosem. Pomogłam mu usiąść, żeby mógł napić

się z butelki, która na niego czekała.

–  Nie  pij  za  szybko.  Chcę,  żeby  woda  została  ci  w  żołądku.  –  Pozwoliłam  mu  wypić  pół  butelki,

a następnie ostrożnie położyłam go z powrotem na posłaniu. – Możesz wypić resztę za kilka minut.

– Nie sądzę, żeby to był nawrót choroby.
– Nie – zgodziłam się.
– Więc, twoim zdaniem, co to było?
– Coś wirusowego, w przeciwnym razie nie rozmawialibyśmy teraz. Jesteś głodny?
– Tak.
– Dam ci trochę miąższu z kokosa. Przykro mi, ale nie mam ryby. Ostatnio nie chodziłam nad wodę.
Popatrzył na mnie z zaskoczeniem.
– Jak długo byłem chory?
– Kilka dni.
– Naprawdę?
– Owszem. – Oczy napełniły mi się łzami. – Myślałam, że umrzesz – wyszeptałam. – Byłeś taki chory,

a ja nie mogłam nic zrobić, poza trwaniem przy twoim boku. Kocham cię, T.J. Powinnam była wcześniej
ci to powiedzieć. – Łzy spłynęły mi po policzkach.

Przyciągnął mnie do siebie.
– Ja też cię kocham, Anno. Ale ty to przecież wiesz.

background image

ROZDZIAŁ 32

T.J.

Napiłem się wody, tymczasem Anna łowiła ryby. Gdy wróciła, upiekła je i przyniosła mi do łóżka.
– Rozpaliłaś ognisko – zauważyłem.
– Tak – odrzekła z dumą.
– Miałaś z tym jakiś problem?
– Nie.
Chętnie rzuciłbym się na jedzenie, lecz Anna mi nie pozwoliła.
– Nie jedz zbyt łapczywie – przestrzegła mnie.
Zwolniłem tempo, pozwalając, by żołądek przyzwyczaił się do tego, że ma cokolwiek w środku.
–  Dlaczego  Kura  jest  z  nami  w  łóżku?  –  spytałem.  Początkowo  jej  nie  zauważyłem,  ale  siedziała

cichutko jak trusia w rogu tratwy. Wyglądała na bardzo zadowoloną.

– Ona też się o ciebie martwiła. A teraz po prostu polubiła to miejsce i przebywanie z nami.
Później  zeszliśmy  na  plażę,  by  wreszcie  się  wykąpać.  Musiałem  dwukrotnie  przystanąć,  żeby

odpocząć.

Wprowadziła mnie do wody, namydliła dłonie i zaczęła przesuwać nimi po całym moim ciele. Gdy

już byłem czysty, umyła się sama. Kości biodrowe jej sterczały, mogłem policzyć każde żebro.

– Nie jadłaś nic, kiedy byłem chory?
– Właściwie nie. Bałam się cię zostawić. – Opłukała się i pomogła mi wstać. – Poza tym ty też nie

jadłeś.

Wzięła mnie za rękę i ruszyliśmy z powrotem w kierunku chaty. Nagle zatrzymałem się.
– Co się stało? – spytała.
– Ten twój chłopak musiał być kompletnym idiotą.
Uśmiechnęła się.
– No chodź. Musisz odpocząć.
Kąpiel  zmęczyła  mnie  tak  bardzo,  że  nie  oponowałem.  Gdy  dotarliśmy  do  domu,  Anna  pomogła  mi

wejść do łóżka i wyciągnęła się obok mnie. Trzymała mnie za rękę, dopóki nie zasnąłem.

W  następnym  tygodniu  nie  miałem  zbyt  wiele  sił  i  Anna  obawiała  się,  że  mój  stan  znowu  się

pogorszy.  Bez  przerwy  dotykała  mojego  czoła,  sprawdzając,  czy  nie  wróciła  gorączka,  i  nieustannie
pilnowała, żebym pił dużo wody.

– Dlaczego mam tyle siniaków? – spytałem.
– Krwawiłeś z nosa i ust i najwyraźniej podskórnie. To mnie przerażało najbardziej, T.J. Wiedziałam,

że człowiek może stracić jedynie określoną ilość krwi, ale nie miałam pojęcia ile.

Samo słuchanie o tym napędzało mi stracha. Odsunąłem od siebie te myśli i skoncentrowałem się na

przyjemniejszych rzeczach, na przykład na całowaniu Anny i zdejmowaniu jej koszulki.

– Naprawdę czujesz się lepiej – zauważyła.
– Tak. Ale chyba będziesz musiała być na górze. Nie mam dość siły na nic innego.
– Na twoje szczęście lubię być na górze – przyznała, odwzajemniając pocałunek.
– Szczęściarz to moje drugie imię.
Później, gdy trzymałem ją w objęciach, powiedziałem:
– Kocham cię.
– Ja też cię kocham.
– Nie dosłyszałem.
–  Ja  też  cię  kocham  –  powtórzyła.  Wtuliła  się  we  mnie,  śmiejąc  się.  –  Doskonale  usłyszałeś  za

pierwszym razem.

*

background image

W  czerwcu  2004  roku  minęły  trzy  lata,  odkąd  trafiliśmy  na  wyspę.  Nie  widzieliśmy  już  żadnych

samolotów  od  czasu  tamtego,  który  przeleciał  nad  naszymi  głowami  dwa  lata  temu.  Martwiłem  się,  że
nigdy nas nie odnajdą, ale nie poddałem się całkowicie. Nie byłem pewny, czy Anna powiedziałaby to
samo.

*

– To jest resztka naszego mydła.
Anna trzymała w dłoni butelkę z żelem pod prysznic. Została go zaledwie odrobina. Szampon i krem

do  golenia  dawno  się  skończyły.  Anna  wciąż  mnie  goliła,  ale  mieliśmy  ostatnie  i  to  stępione  ostrze,  na
czym cierpiała moja skóra, ponieważ żeby nie wiem jak ostrożnie to robiła, często zdarzało się jej mnie
zadrasnąć.  Wcieraliśmy  piasek  w  skórę  głowy  –  była  to  nasza  wersja  suchego  szamponu  –  i  trochę  to
pomagało. Anna namówiła mnie, bym opalił jej włosy. Opalałem końcówki i polewałem jej głowę wodą.
Udało  mi  się  je  skrócić  o  prawie  dwadzieścia  centymetrów.  Zapach  przypalonych  włosów  utrzymywał
się przez wiele dni.

Nie mieliśmy też pasty do zębów. Myliśmy je morską solą, nabierając wody z laguny i czekając, aż

wyparuje.  Wytrącone  drobinki  soli  były  wystarczająco  szorstkie,  by  wyczyścić  zęby,  ale  nie  mogły
równać  się  z  pastą  do  zębów  pod  względem  smaku,  jaki  pozostawał  w  ustach.  Anna  nie  cierpiała  go.
A teraz zostaniemy również bez mydła.

–  Może  powinniśmy  podzielić  tę  resztkę  na  trzy  części  –  zaproponowała,  przyglądając  się  uważnie

butelce z żelem. – Wyprać wszystkie ubrania, umyć włosy i wykąpać się. Co o tym sądzisz?

– Zawsze to jakiś plan.
Zanieśliśmy wszystko nad lagunę i napełniliśmy plastikowy pojemnik wodą. Anna wycisnęła do niej

trochę  żelu  i  namoczyła  ubrania,  po  czym  starannie  je  uprała.  Mnie  zostały  już  tylko  szorty,  bluza  od
dresu, która już właściwie była za mała, i T-shirt REO Speedwagon, który nosiła Anna. Dużo chodziłem
nago. Ona miała jeszcze dość ciuchów, ale czasami udawało mi się ja namówić, by również nic na siebie
nie wkładała.

*

We  wrześniu  skończyłem  dwadzieścia  lat.  Zaczęło  kręcić  mi  się  w  głowie,  gdy  wstawałem  zbyt

szybko, i nie zawsze czułem się najlepiej. Anna bardzo się martwiła i wolałbym nic jej nic mówić, ale
chciałem dowiedzieć się, czy ona także miewa zawroty głowy. Przyznała, że tak.

–  To  oznaka  niedożywienia  –  wyjaśniła.  –  Zdarza  się,  gdy  organizm  w  końcu  zużyje  zapasy

składników odżywczych. Nie dostarczamy ich w dostatecznej ilości, by je uzupełnić. – Sięgnęła po moją
dłoń i obejrzała palce, przesuwając kciukiem po łamliwych paznokciach. – To jeszcze jeden symptom. –
Wyciągnęła swoją dłoń, pokazując mi. – Spójrz, moja wygląda tak samo.

Przygotowywaliśmy  się  na  nadchodzącą  suchą  porę  i  koniec  regularnych  opadów  deszczu.  I  jakimś

cudem wciąż jeszcze żyliśmy.

background image

ROZDZIAŁ 33

Anna

Pewnego  listopadowego  ranka  zwymiotowałam  śniadanie.  Siedziałam  na  kocu  obok  T.J.,  jedząc

jajecznicę, i nudności pojawiły się nie wiadomo skąd. Zdążyłam przejść trzy kroki, po czym zwróciłam
wszystko.

– Hej, co się stało? – spytał T.J. Przyniósł mi trochę wody, żebym mogła wypłukać usta.
– Nie wiem, ale zrobiło mi się okropnie mdło.
– Dobrze się czujesz?
–  Teraz  znacznie  lepiej.  –  Wskazałam  na  Kurę,  która  krążyła  wokół  nas.  –  Kurko,  to  było  niedobre

jajko.

– Może zjesz odrobinę owocu chlebowca?
– Później.
– Dobrze.
Przez  resztę  dnia  czułam  się  dobrze,  ale  następnego  dnia  rano,  po  zjedzeniu  kawałka  orzecha

kokosowego, znowu zwymiotowałam.

Tak jak wczoraj, T.J. przyniósł mi wody i wypłukałam usta. Zaprowadził mnie z powrotem na koc.
– Anno, co się dzieje? – spytał z zaniepokojoną miną.
– Nie wiem. – Położyłam się na boku z podkurczonymi nogami, czekając, aż miną mdłości.
T.J. usiadł przy mnie i odgarnął mi włosy z twarzy.
– To brzmi jak szaleństwo, ale chyba nie jesteś w ciąży, prawda?
Popatrzyłam  na  mój  brzuch,  niemal  wklęsły,  nie  odzyskałam  bowiem  wagi,  jaką  miałam  przed

chorobą T.J. W dalszym ciągu nie miesiączkowałam.

– Przecież jesteś bezpłodny, tak?
– Tak mi powiedziano. Że prawdopodobnie będę.
– Co rozumieli przez „prawdopodobnie”?
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
– Pamiętam, że wspominali coś o nikłej szansie powrotu do płodności, ale miałem na to nie liczyć.

Dlatego  wszyscy  namawiali  mnie,  bym  zdeponował  spermę  w  banku  nasienia.  Twierdzili,  że  jest  to
jedyny pewny sposób, jeśli chcę mieć dzieci.

– To mi wygląda na całkowitą bezpłodność. – Usiadłam, czując, że nudności trochę ustąpiły. – Nie

ma  możliwości,  bym  zaszła  w  ciążę.  Jestem  przekonana,  że  to  wirus.  Bóg  jeden  wie,  co  żyje  w  moim
przewodzie pokarmowym.

Wziął mnie za rękę.
– Jasne.
Później, wieczorem tego samego dnia, zanim jeszcze zapadliśmy w sen, T.J. spytał:
– A gdyby się okazało, że jesteś w ciąży, Anno? Wiem, jak bardzo pragniesz dziecka. – Oplótł mnie

ciaśniej ramionami.

–  Och,  T.J.,  cofnij  te  słowa.  Nie  tutaj.  Nie  na  tej  wyspie.  Dziecko  miałoby  niewielkie  szanse

przeżycia.  Kiedy  zachorowałeś  i  myślałam,  że  możesz  umrzeć,  sama  ledwie  to  zniosłam.  Gdybyśmy
musieli przyglądać się, jak umiera nasze dziecko, ja też wolałabym umrzeć.

Głęboko westchnął.
Ani nazajutrz rano, ani później nie dokuczały mi już torsje. Brzuch miałam nadal płaski i nie musiałam

się martwić, że urodzę dziecko na wyspie.

*

T.J. wszedł do domu z wędką.
– Coś wielkiego właśnie zerwało mi żyłkę. To twój ostatni kolczyk – rzekł, wychodząc. – Nie wiem,

background image

co zrobimy, gdy stracę i ten.

Pokręcił głową i skierował się z powrotem nad wodę, by zapolować na ryby na nasz kolejny posiłek.
– T.J.?
Obejrzał się przez ramię.
– Tak, kochanie?
– Nie mogę znaleźć Kury.
– Na pewno się odnajdzie. Pomogę ci szukać, jak wrócę z wędkowania, dobrze?
Szukaliśmy  wszędzie.  Przedtem  też  się  wypuszczała  na  spacery  po  wyspie,  ale  nigdy  na  długo.  Nie

widziałam jej od wczesnego ranka i gdy kładliśmy się spać, wciąż się nie pojawiła.

– Poszukamy jej jutro, Anno.
Nazajutrz  siedziałam  pod  daszkiem,  obierając  owoc  chlebowca,  gdy  T.J.  podszedł  do  mnie  z  miną

świadczącą wyraźnie o tym, że ma dla mnie złe wiadomości.

– Widzę, że znalazłeś Kurę. Nie żyje?
Skinął głową.
– Gdzie?
– Tam, między drzewami.
Usiadł, a ja położyłam mu głowę na kolanach, połykając łzy.
– Jest martwa przynajmniej od dwóch dni – rzekł T.J. – Zakopałem ją obok Micka.
Jedliśmy  z  T.J.  od  razu  wszystko,  co  zabiliśmy,  ponieważ  obawialiśmy  się  zatrucia  pokarmowego.

Świadomość,  że  Kura  nie  żyła  już  zbyt  długo,  byśmy  mogli  ją  spożyć,  oszczędziła  nam  przykrości
przygotowywania posiłku z naszego domowego zwierzątka.

W końcu byliśmy z T.J. nadzwyczaj pragmatyczni.
Kilka dni później, rankiem w Wigilię, nie miałam ochoty wstać z łóżka. Zwinięta na boku w kłębek,

udawałam, że śpię, ilekroć T.J. do mnie zaglądał. Trochę sobie popłakałam. Tego dnia dał mi spokój, ale
nazajutrz nalegał, żebym wstała.

–  Jest  Boże  Narodzenie,  Anno  –  powiedział,  zajmując  taką  pozycję  przy  tratwie,  że  jego  głowa

znalazła się na wysokości mojej. Spojrzałam mu w oczy zaniepokojona, jak bardzo są bez wyrazu. Kolor
tęczówek wydał mi się o odcień ciemniejszy, niż go pamiętałam.

Zmusiłam  się,  by  wstać  z  łóżka,  i  była  to  jedna  z  najtrudniejszych  rzeczy,  jakie  kiedykolwiek

zrobiłam. Udało mi się wyłącznie dlatego, że wyczułam, iż niewiele brakuje, by T.J. wpadł w podobną
chandrę jak ja, a z tym nie umiałabym sobie poradzić.

Przekonał mnie, bym poszła z nim popływać.
– Dobrze ci to zrobi.
– Może.
Unosiłam się na wodzie, leżąc na plecach. Miałam wrażenie, że znajduję się w stanie nieważkości,

jestem niematerialna, jakby ktoś wywrócił moje ciało na nice. Przyłączyły się do nas delfiny, wywołując
szczery uśmiech na mojej twarzy, choć tylko na chwilę.

Potem siedzieliśmy na plaży w naszej ulubionej pozycji – T.J. za mną, ja oparta plecami o jego pierś.

Otoczył mnie ramionami. Wyobrażałam sobie moją rodzinę w Chicago, zebraną wokół dużego dębowego
stołu  w  jadalni  rodziców  przy  świątecznej  kolacji.  Mama  na  pewno  przygotowywała  przez  cały  dzień
różne potrawy, a tata nie odstępował jej na krok, plącząc się jej pod nogami.

– Ciekawe, czy Święty Mikołaj był łaskawy dla Chloe i Joego – powiedziałam. Tęskniłam za nimi,

pragnęłam patrzeć, jak dorastają.

– W jakim są teraz wieku? – spytał T.J.
–  Joe  ma  osiem  lat.  Chloe  właśnie  skończyła  sześć.  Mam  nadzieję,  że  wciąż  wierzy  w  Świętego

Mikołaja. – Prawdopodobnie tak, jeśli ktoś im tego nie popsuł.

–  Obiecuję  ci,  że  w  przyszłym  roku  spędzimy  Boże  Narodzenie  razem  w  Chicago.  –  Zamknął  mnie

background image

w mocnym uścisku i nie puszczał. – Ale musisz mi obiecać, że się nie poddasz, dobrze?

– Nie poddam się – przyrzekłam. Teraz oboje gadaliśmy głupstwa.
Pod  koniec  miesiąca  skończyło  się  miejsce  w  moim  kalendarzu.  Będę  musiała  znaleźć  jakiś  inny

sposób zapisywania dat w 2005 roku.

A może nie będę zawracała sobie tym głowy.

background image

ROZDZIAŁ 34

T.J.

Nazajutrz  po  Bożym  Narodzeniu  spacerowaliśmy  po  plaży,  trzymając  się  za  ręce.  Żadne  z  nas  nie

spało  dobrze  tej  nocy.  Anna  nie  była  zbyt  rozmowna,  ale  miałem  nadzieję,  że  teraz,  gdy  już  jest  po
świętach, humor jej się poprawi.

Zauważyłem  coś  dziwnego  w  lagunie.  Woda  cofnęła  się  niemal  do  rafy,  zostawiając  po  sobie  duży

obszar wyschniętego dna morskiego.

– Spójrz na to, Anno. Co się dzieje?
– Nie mam pojęcia – odparła. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
Osiadła na mieliźnie ryba rzucała się na piasku.
– To dziwne.
– Owszem. Nie rozumiem tego. – Anna osłoniła oczy dłonią. – Co to jest tam daleko?
–  Gdzie?  –  Zmrużyłem  oczy,  próbując  zorientować  się,  na  co  patrzy.  Coś  błękitnego  tworzyło  się

w oddali, ale nie miałem pojęcia co.

Cokolwiek to jednak było, zbliżało się do nas z rykiem.
Anna krzyknęła i nagle zrozumiałem. Chwyciłem ją za rękę i zaczęliśmy biec.
Brakowało mi powietrza w płucach.
– Pośpiesz się, Anno, no, szybciej, szybciej!
Gdy obejrzałem się przez ramię na sunącą w naszym kierunku ścianę wody, zdałem sobie sprawę, że

nie ma znaczenia, jak szybko biegniemy. Nasza nisko położona wyspa nie miała cienia szansy.

Po  kilku  sekundach  fala  nas  dogoniła,  wyrywając  dłoń  Anny  z  mojego  uścisku.  Połknęła  ją,  mnie

i całą wyspę.

Połknęła wszystko.

background image

ROZDZIAŁ 35

Anna

Impet  fali  popchnął  mnie  do  przodu,  a  następnie  woda  nakryła  mnie  z  głową.  Obracałam  się

i  koziołkowałam  pod  wodą  tak  długo,  że  omal  nie  eksplodowały  mi  płuca.  Mając  świadomość,  że  nie
zdołam dłużej wstrzymać oddechu, machałam nogami i wczepiałam się we wszystko, co znajdowało się
na  drodze  ku  promieniom  słońca,  rozbłyskującym  nade  mną.  W  końcu  wynurzyłam  głowę  na
powierzchnię. Rozkasłałam się, krztusząc się i próbując schwytać więcej powietrza.

–  T.J.!  –  zawołałam,  ale  gdy  tylko  otworzyłam  usta,  woda  wlała  mi  się  do  gardła.  Na  powierzchni

unosiły się pnie drzew, wielkie kawałki drewna, cegły i fragmenty betonu. Zachodziłam w głowę, skąd
się tutaj wzięły.

Pomyślałam  o  rekinach  i  spanikowałam,  młócąc  rękami  powietrze  i  oddychając  zbyt  gwałtownie.

Serce waliło mi jak oszalałe, miałam wrażenie, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Gardło miałam tak
ściśnięte, jakbym próbowała oddychać przez słomkę. W głowie słyszałam głos T.J.

Staraj się nie oddychać tak szybko.
Wciągałam  powoli  powietrze,  uchylając  się  przed  pływającymi  odłamkami.  Walcząc,  by  utrzymać

głowę nad wodą, położyłam się na plecach, by nie tracić sił. Wykrzykiwałam imię T.J., dopóki całkiem
nie straciłam głosu i moje żałosne wołania zmieniły się w ochrypły szept. Wytężałam słuch, czy go nie
usłyszę, ale dookoła panowała cisza.

Wtedy  nadeszła  kolejna  fala,  nie  tak  potężna  jak  pierwsza,  ale  znowu  wciągnęła  mnie  pod  wodę,

wprawiając moje ciało w wirowy ruch. I tym razem popłynęłam w kierunku słonecznego blasku. Gdy się
wynurzyłam, łapiąc powietrze, dostrzegłam duże plastikowe wiadro unoszące się na wodzie. Palce same
wyciągnęły się ku kabłąkowi, chwyciłam go; wiadro ledwie utrzymywało mój ciężar na powierzchni.

Ocean się uspokoił. Rozejrzałam się, ale dookoła był tylko błękit.
Mijały godziny, temperatura mojego ciała stopniowo się obniżała. Dygotałam, łzy płynęły mi z oczu,

zastanawiałam  się,  kiedy  pojawią  się  rekiny,  zdawałam  sobie  bowiem  sprawę,  że  jest  to  nieuniknione.
Może krążą już gdzieś pode mną. Dzięki wiadru udawało mi się utrzymać głowę nad powierzchnią, ale
zmęczył mnie wysiłek wymagający ciągłej zmiany pozycji, by go nie zatopić.

Oddałabym wszystko – zapłaciłabym każdą cenę – za to, by znaleźć się z powrotem na wyspie z T.J.

Mogłabym żyć tam do końca moich dni, bylebyśmy tylko byli razem.

Zdrzemnęłam się, po czym obudziłam się gwałtownie, gdy fala zalała mi twarz. Wiadro wyślizgnęło

mi  się  z  rąk  i  unosiło  na  wodzie  kilka  metrów  dalej.  Próbowałam  do  niego  dopłynąć,  ale  ręce  i  nogi
odmówiły mi posłuszeństwa. Pogrążyłam się w oceanie i desperacko usiłowałam wypłynąć z powrotem
na powierzchnię.

Pomyślałam o T.J. i uśmiechnęłam się przez łzy.
Lubisz Pink Floydów?
Chciałem zerwać te małe zielone kokosy, które tak ci smakowały.
Wiesz co, Anno? Jesteś naprawdę fajna.
Wybuchnęłam  płaczem,  dając  upust  swojej  rozpaczy.  Znowu  zanurzyłam  się  w  wodzie

i zmobilizowałam resztki sił, by wydostać się na powierzchnię.

Nigdy nie zostawię cię samej, Anno.
Wydaje mi się, że ty też mnie kochasz, Anno.
Gdy po raz trzeci poszłam pod wodę i wynurzyłam się, wiedziałam, że to już ostatni raz, paraliżowała

mnie straszliwa panika, mięśnie mi zesztywniały. Zaczęłam krzyczeć, ale byłam tak słaba i zmęczona, że
brzmiało  to  jak  kwilenie.  I  właśnie  w  chwili,  gdy  pomyślałam,  że  to  już  koniec,  koniec  mojego  życia,
usłyszałam warkot helikoptera.

background image

ROZDZIAŁ 36

T.J.

Gdy  fala  uderzyła,  wyrwała  dłoń  Anny  z  mojego  uścisku  i  rzucała  mną  i  obracała.  Kasłałem,

krztusiłem  się  i  traciłem  oddech,  fale  zalewały  mnie  za  każdym  razem,  gdy  udawało  mi  się  wynurzyć
głowę.

–  Anno!  –  wykrzykiwałem  wielokrotnie,  usiłując  nie  połykać  słonej  wody.  Zatoczyłem  krąg,  ale

nigdzie jej nie dostrzegłem.

Gdzie jesteś, Anno?
Pień drzewa uderzył mnie w biodro i moje ciało przeszył ból. Kłębiące się wokół mnie fale unosiły

najrozmaitsze szczątki, ale nie było niczego wystarczająco dużego, czego mógłbym się złapać.

Starałem się oddychać wolniej i nie wpadać w panikę.
Anna musi walczyć. Nie może się poddać.
Leżałem na plecach, by oszczędzać siły, wykrzykując jej imię i nasłuchując, czy się nie odezwie. Ale

odpowiadała mi cisza.

Uderzyła mnie druga fala, tym razem mniejsza, i znowu poszedłem pod wodę. Gdy się wynurzyłem,

zobaczyłem  podskakujący  na  wodzie  gruby  konar  i  uczepiłem  się  go  kurczowo.  Dobijała  mnie  myśl
o Annie usiłującej trzymać głowę nad wodą. Przerażała ją samotność na wyspie, ale samotność w falach
oceanu  była  koszmarem,  którego  oboje  nie  potrafiliśmy  sobie  nawet  wyobrazić.  Czuła  się  bezpieczna
przy mnie, ale teraz nie mogłem jej chronić.

Zostawiłem cię samą, ponieważ sytuacja nie zależała ode mnie, Anno.
Znowu  zacząłem  ją  wołać;  milkłem  na  dłuższą  chwilę  i  nasłuchiwałem,  po  czym  spróbowałem

jeszcze  raz.  Mój  głos  brzmiał  coraz  słabiej,  w  gardle  zaschło  mi  z  pragnienia.  Słońce,  zawieszone
wysoko na niebie, straszliwie prażyło, twarz już mnie piekła od oparzenia słonecznego.

Gałąź, nasiąknięta wodą, zatonęła. W pobliżu nie było nic innego, czego mógłbym się uchwycić, i na

zmianę leżałem na wodzie na plecach albo pływałem w miejscu.

Usiłowałem  trzymać  głowę  nad  powierzchnią  oceanu.  Czas  mijał,  a  ja  byłem  coraz  bardziej

wyczerpany. Mrużąc oczy, wypatrzyłem w oddali unoszącą się na falach belkę. Ręce i nogi odmawiały mi
posłuszeństwa,  ledwie  starczyło  mi  sił,  by  skierować  się  w  jej  stronę.  Złapałem  się  jej,  wdzięczny,  że
utrzymuje mój ciężar i nie tonie. Z policzkiem opartym o drewno, rozważałem swoje szanse.

Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnych.

background image

ROZDZIAŁ 37

Anna

Mężczyzna w piankowym kombinezonie wskoczył z pluskiem do wody tuż obok mnie. Coś do mnie

mówił, ale ja nie słyszałam w hałasie, jaki robiły śmigła helikoptera. Przytrzymując mi głowę nad wodą,
wolną ręką dał komuś znak, by opuścił kosz.

Nie  byłam  pewna,  czy  to  dzieje  się  na  jawie,  czy  też  mi  się  przyśniło.  Ratownik  umieścił  mnie

w koszu, a drugi wciągnął mnie do śmigłowca. Potem opuścił kosz jeszcze raz i podniósł mężczyznę na
pokład.

Ubrana  tylko  w  szorty  i  T-shirt  nie  mogłam  opanować  wstrząsających  mną  dreszczy.  Otulili  mnie

kocami, a ja, do cna wyczerpana, jak jeszcze nigdy w życiu, usiłowałam wykrztusić ważną wiadomość,
którą chciałam im przekazać.

–  T.J.  –  udało  mi  się  wymówić  szeptem,  ale  nikt  w  helikopterze  mnie  nie  usłyszał.  –  T.J.  –

powtórzyłam nieco głośniej.

Ratownik uniósł mi głowę i przyłożył butelkę do moich warg. Napiłam się, zaspokajając dokuczliwe

pragnienie. Chłodna woda złagodziła suchość w gardle i odzyskałam głos.

– T.J.! T.J. został tam, w oceanie. Musicie go znaleźć.
– Mamy mało paliwa – odparł mężczyzna. – I musimy zabrać cię do szpitala.
Próbowałam zrozumieć, co do mnie mówi.
– Nie! – Usiadłam, chwytając go za ramiona. – On tam jest. Nie możemy go zostawić.
Wpadłam  w  kompletną  histerię,  krzyczałam  tak  głośno,  że  niemal  zagłuszyłam  warkot  helikoptera.

Mężczyzna usiłował mnie uspokoić.

– Powiem pilotowi, żeby zaalarmował inne śmigłowce. Będą go szukali. Wszystko będzie dobrze –

pocieszał mnie, ściskając moje ramię krzepiącym gestem.

Nie  mogłam  wyrzucić  z  głowy  obrazu  T.J.,  który  znika  pod  powierzchnią  oceanu  i  już  się  nie

wynurza. Wyłączyłam się, wycofałam do najgłębszych zakamarów mojego ja, gdzie nie musiałam myśleć
ani czuć. Powrót do domu, spotkanie z rodziną, scena, którą odgrywałam w wyobraźni setki razy w ciągu
ostatnich prawie czterech lat, przestały wywoływać we mnie jakiekolwiek emocje.

Helikopter  wykonał  skręt,  przechylając  się  pod  ostrym  kątem  i  biorąc  kurs  na  szpital.  T.J.  został

gdzieś tam, w dole.

background image

ROZDZIAŁ 38

T.J.

W pierwszej chwili nie rozpoznałem tego dźwięku. Rozległ się nieoczekiwanie i dopiero po pewnym

czasie mój mózg zarejestrował go jako warkot helikoptera, rozbrzmiewający echem w oddali.

Ów dźwięk cichł coraz bardziej, aż w końcu całkiem przestałem go słyszeć.
Wróć, proszę cię, wróć!
Niestety.  Moja  nadzieja  przerodziła  się  w  rozpacz,  wiedziałem,  że  umrę.  Siły  mnie  opuszczały,

z wielkim trudem trzymałem się belki. Wychłodziłem się już mocno, wszystko mnie bolało.

Wyobraziłem sobie twarz Anny.
Ile osób może powiedzieć, że ktoś kochał je tak, jak ona kochała mnie?
Palce ześlizgiwały mi się z belki, miałem trudności z uchwyceniem się jej ponownie. Przylgnąłem do

niej,  zapadając  na  moment  w  drzemkę;  obudził  mnie  sen  o  rekinach.  Słaby  dźwięk  w  oddali  stał  się
wyraźniejszy.

Znam ten dźwięk!
Moje nadzieje odżyły, ale resztki sił się wyczerpały, puściłem belkę, palce ześlizgnęły się po mokrej

powierzchni.  Zanurzyłem  się  i  poszedłem  jak  kamień  w  kierunku  dna.  Instynktownie  wstrzymywałem
oddech, dopóki mogłem, aż w końcu się poddałem.

Pływałem  w  morzu  nicości,  nieważki,  aż  w  końcu  owładnęło  mną  zupełnie  inne  uczucie.  Śmierć

wcale nie będzie spokojna. Czułem ból, przygniatający ciężar uciskał mi pierś.

Nagle ciężar zniknął. Z ust trysnęła mi słona woda, otworzyłem oczy. Obok mnie klęczał mężczyzna

w piankowym kombinezonie, jego dłonie zawisły nad moją piersią. Leżałem na czymś twardym i w tym
momencie uświadomiłem sobie, że znajduję się na pokładzie śmigłowca. Oddychałem głęboko i gdy tylko
miałem dość powietrza w płucach, powiedziałem:

– Wracajmy. Musimy ją znaleźć.
– Kogo? – spytał.
– Annę! Musimy znaleźć Annę!

background image

ROZDZIAŁ 39

Anna

Zapadłam w jeszcze głębsze odrętwienie. Mężczyzna delikatnie potrząsnął mnie za ramię, ale ja nie

chciałam  rozmawiać,  on  jednak  uparcie  pytał,  czy  go  słyszę.  Odwróciłam  się  w  kierunku  jego  głosu
i zamrugałam, próbując skupić na ratowniku spojrzenie moich zapuchniętych, pełnych łez oczu.

– Jak masz na imię? – spytał. – Jeden z helikopterów wyłowił właśnie z oceanu jakiegoś mężczyznę.
Spróbowałam usiąść, chcąc usłyszeć wyraźnie to, co zamierzał powiedzieć.
– Mówią, że szuka kogoś o imieniu Anna.
Znaczenie jego słów dotarło do mnie dopiero po chwili, ale gdy w końcu zrozumiałam, ogarnęła mnie

radość, czysta i prawdziwa, jakiej nie doświadczyłam nigdy w życiu.

– Ja jestem Anna. – Objęłam się ramionami, kiwając się w przód i w tył i szlochając głośno.
Wylądowaliśmy  przed  szpitalem,  załadowali  mnie  na  nosze  i  zawieźli  do  środka.  Dwóch  mężczyzn

przeniosło mnie z noszy na szpitalne łóżko, żaden z nich nie mówił po angielsku. Przetoczyli mnie obok
automatu telefonicznego wiszącego na ścianie.

Telefon. Jest telefon.
Odwróciłam  głowę  w  stronę  automatu,  wpadając  w  kompletną  panikę,  bo  nie  mogłam  przypomnieć

sobie numeru moich rodziców.

Szpital był przepełniony pacjentami. Ludzie siedzieli na podłodze w holu, czekając, aż przyjmie ich

lekarz.  Podeszła  do  mnie  pielęgniarka,  mówiąc  coś  uspokajająco  w  języku,  którego  nie  rozumiałam.
Uśmiechając się i poklepując po ręce, wkłuła mi się w żyłę na grzbiecie dłoni i zawiesiła kroplówkę na
stojaku obok mojego łóżka.

–  Muszę  znaleźć  T.J.  –  powiedziałam,  ale  ona  pokręciła  głową  i  widząc,  że  cała  się  trzęsę,

podciągnęła mi prześcieradło pod samą szyję.

W uszach mi huczało od gwaru ludzkich głosów; tylko niektórzy mówili po angielsku. Od trzech i pół

roku nie słyszałam podobnego hałasu i byłam jak ogłuszona. Wdychałam woń środków dezynfekujących,
mrużyłam  oczy  od  blasku  świetlówek,  który  mnie  raził.  Ktoś  przepchnął  moje  łóżko  do  korytarza  za
rogiem. Leżałam na wznak, walcząc ze snem.

Gdzie jest T.J.?
Chciałam zadzwonić do rodziców, ale nie miałam siły się poruszyć. Zdrzemnęłam się na chwilę, ale

zbudził mnie odgłos kroków. Czyjś głos powiedział:

– Straż przybrzeżna właśnie przywiozła ją do szpitala. To chyba ta, której on szuka.
Kilka  sekund  później  ktoś  ściągnął  prześcieradło,  którym  byłam  przykryta,  i  T.J.  przeturlał  się  ze

swojego łóżka na moje, uważając, by nie poplątać przewodów naszych kroplówek. Objął mnie i położył
się przy mnie, wtulając twarz w moją szyję. Łzy radości spływały mi po twarzy; odczuwałam ogromną
ulgę, trzymając w ramionach ten solidny ciężar.

– Udało ci się, udało ci się – powtarzał, dygocąc na całym ciele. – Kocham cię, Anno – wyszeptał.
– Ja też cię kocham. – Chciałam mu powiedzieć o automacie telefonicznym, ale straszliwe zmęczenie

dało o sobie znać i moje przeinaczone słowa nie miały sensu.

Zasnęłam.

*

–  Słyszy  mnie  pani?  –  Ktoś  delikatnie  potrząsał  mnie  za  ramię.  Otworzyłam  oczy  i  przez  chwilę

zupełnie nie wiedziałam, gdzie jestem.

– Angielski – szepnęłam, kojarząc, że mężczyzna stojący przy moim łóżku i spoglądający na mnie jest

jasnowłosym, niebieskookim Amerykaninem i ma około trzydziestu pięciu lat. Zerknęłam na T.J., ale jego
oczy pozostawały wciąż zamknięte.

Telefon. Gdzie jest ten telefon?

background image

– Jestem doktor Reynolds. Przepraszam, że nikt dotąd pani nie zbadał. Nie jesteśmy przygotowani do

zajmowania  się  nagłymi  wypadkami.  Pielęgniarka  stwierdziła,  że  oznaki  życiowe  u  was  obojga  są
w porządku, postanowiłem więc, że możecie się przespać. Spała pani prawie dwanaście godzin. Czy coś
panią boli?

– Jestem trochę obolała. I głodna. I pić mi się chce. – Lekarz przywołał przechodzącą pielęgniarkę

i  zrobił  gest,  jakby  nalewał  wodę.  Skinęła  głową  i  wróciła  z  niedużym  dzbankiem  wody  i  dwoma
plastikowymi  kubkami.  Napełniła  jeden  i  pomogła  mi  usiąść.  Wypiłam  wszystko  i  rozejrzałam  się
zdezorientowana. – Dlaczego jest tutaj taki tłum?

– Na Malediwach wprowadzono stan wyjątkowy.
– Z jakiego powodu?
Spojrzał na mnie z dziwną miną.
– Z powodu tsunami.
Leżący  obok  mnie  T.J.  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Podparłam  go,  by  usiadł,  i  uściskałam,

tymczasem doktor podał mu kubek z wodą. Wypił ją duszkiem.

– T.J., to było tsunami.
Przez chwilę patrzył na mnie niepewnie, po czym przetarł oczy.
– Naprawdę?
– Tak.
–  Czy  przywiozła  was  straż  przybrzeżna?  –  spytał  doktor  Reynolds,  nalewając  nam  po  kolejnym

kubku wody.

Oboje skinęliśmy głowami.
– Skąd jesteście?
Wymieniliśmy spojrzenia z T.J.
– Nie wiemy – odrzekłam. – Od trzech i pół roku byliśmy rozbitkami.
– Jak to rozbitkami?
– Żyliśmy na jednej z wysp od czasu, gdy pilot samolotu, którym lecieliśmy, dostał zawału i samolot

wpadł do oceanu – odpowiedział T.J.

Doktor  przyglądał  nam  się  bacznie,  przenosząc  wzrok  z  twarzy  T.J  na  moją.  Przekonały  go  chyba

w końcu długie włosy T.J.

– O mój Boże, to wy, prawda? Ci, którzy utonęli po katastrofie hydroplanu. – Oczy miał okrągłe ze

zdumienia. Wziął głęboki oddech i wyrzucił z siebie: – Wszyscy byli przekonani, że zginęliście.

– Tak się domyślaliśmy – rzekł T.J. – Gdzie moglibyśmy znaleźć telefon?
Doktor Reynolds podał mu swoją komórkę.
– Proszę skorzystać z mojego. – Pielęgniarka odłączyła kroplówki i zeszliśmy ostrożnie z łóżka. Nogi

się nam trzęsły, T.J. podtrzymał mnie, obejmując mnie w pasie.

– Tam dalej w korytarzu jest mały magazynek. Jest tam cicho i będziecie mieli odrobinę spokoju. –

Wpatrywał  się  w  nas,  kręcąc  z  niedowierzaniem  głową.  –  Nie  mogę  uwierzyć,  że  żyjecie.  Przez  wiele
tygodni mówiono o was we wszystkich wiadomościach.

Poszliśmy za nim, ale po drodze do magazynku przechodziliśmy obok damskiej toalety.
– Możecie chwilkę zaczekać? – spytałam. Przystanęli, a ja weszłam do środka i zamknęłam za sobą

drzwi.  Znalazłam  się  w  ciemności.  Namacałam  dłonią  kontakt  i  gdy  rozbłysło  światło,  mój  wzrok
przesunął się od sedesu przez umywalkę i wreszcie do lustra.

Kompletnie zapomniałam, jak wyglądam.
Podeszłam do lustra i przyjrzałam się sobie. Moja skóra miała kolor ziaren kawy i T.J. miał rację –

oczy  wydawały  się  przez  to  bardziej  niebieskie.  Przybyło  mi  kilka  nowych  zmarszczek.  Włosy  miałam
w  absolutnym  nieładzie  i  o  dwa  tony  jaśniejsze,  niż  pamiętałam.  Wyglądałam  jak  rozczochrana,  dzika
wyspiarka.

background image

Oderwałam wzrok od lustra, spuściłam szorty i usiadłam na sedesie. Sięgnęłam po papier toaletowy.

Odwinęłam  kawałek  i  potarłam  nim  policzek,  rozkoszując  się  jego  miękkością.  Potem  spuściłam  wodę
i  umyłam  ręce,  zachwycając  się  wodą  płynącą  z  kranu.  Otworzyłam  drzwi.  T.J.  i  doktor  Reynolds  stali
w korytarzu, czekając na mnie.

– Przepraszam, że to tyle trwało.
–  Nie  szkodzi  –  odrzekł  T.J.  –  Ja  też  skorzystałem  z  toalety.  –  Uśmiechnął  się  do  mnie.  –  To  było

dziwne. – Wziął mnie za rękę i udaliśmy się za doktorem Reynoldsem do magazynku.

–  Wkrótce  wrócę.  Muszę  zbadać  kilku  pacjentów,  a  potem  zadzwonić  na  miejscową  policję.  Będą

chcieli z wami porozmawiać. Zobaczę też, czy uda mi się znaleźć coś do jedzenia.

W brzuchu zaczęło mi burczeć na wzmiankę o jedzeniu.
–  Dziękujemy  –  powiedział  T.J.  Gdy  lekarz  wyszedł,  usiedliśmy  na  podłodze.  Otaczały  nas  półki

z zapasami leków. Było ciasno, ale za to cicho i spokojnie.

– Zadzwoń pierwsza, Anno.
– Jesteś pewny?
– Tak.
Podał  mi  telefon.  Zastanawiałam  się  przez  długą  chwilę,  ale  w  końcu  przypomniałam  sobie  numer

telefonu  rodziców.  Ręce  mi  się  trzęsły,  wstrzymałam  oddech,  przyciskając  klawisze.  Usłyszałam
kliknięcie.  Zaczęłam  już  mówić,  gdy  włączył  się  automat:  „Numer,  z  którym  próbujesz  się  połączyć,
został wyłączony lub nie występuje w serwisie”.

Spojrzałam na T.J.
– Ich numer został wyłączony. Musieli się przeprowadzić.
– Zadzwoń do siostry.
– Może najpierw zadzwonisz do rodziców?
– Nie, śmiało. – T.J. był podekscytowany oczekiwaniem. – Chcę, żeby ktoś odebrał telefon.
Wybrałam numer Sarah, serce tłukło mi się w piersi jak szalone. Ktoś odebrał po czterech sygnałach.
– Halo?
Chloe!
– Chloe, możesz natychmiast poprosić mamusię do telefonu?
– Czy mogę spytać, kto dzwoni?
– Chloe, kochanie, po prostu poproś mamusię, dobrze?
– Zawsze muszę pytać, kto dzwoni, a jeśli ktoś nie chce się przedstawić, mam odłożyć słuchawkę.
–  Nie,  nie!  Zaczekaj,  Chloe.  –  Czy  ona  mnie  w  ogóle  pamięta?  –  Mówi  ciocia  Anna.  Powiedz

mamusi, że dzwoni ciocia Anna.

–  Dzień  dobry,  ciociu  Anno.  Mama  pokazywała  mi  twoje  zdjęcia.  Powiedziała,  że  jesteś  w  niebie.

Masz anielskie skrzydła? Mama zabiera mi telefon, więc muszę kończyć.

– Posłuchaj – usłyszałam głos siostry – nie wiem, kim jesteś, ale to chore robić coś takiego dziecku.
– Sarah! To ja, Anna, nie odkładaj słuchawki, to naprawdę ja! – Wybuchnęłam płaczem.
–  Kto  mówi?  Bawią  cię  tego  rodzaju  durne  kawały?  Nie  sądzisz,  że  mogą  komuś  sprawić  wielką

przykrość?

–  Sarah,  T.J.  i  ja  nie  zginęliśmy  w  katastrofie  samolotu.  Żyliśmy  na  wyspie  i  gdyby  nie  tsunami,

pewnie dalej byśmy tam byli. Jesteśmy w szpitalu w Male. – Teraz, gdy zdołałam wykrztusić te słowa,
rozszlochałam się jeszcze bardziej. – Proszę, nie rozłączaj się!

–  Co  takiego?  O  mój  Boże.  O  mój  Boże!  –  Zawołała  Davida,  ale  również  płakała  i  mówiła  tak

szybko, że nie mogłam kompletnie niczego zrozumieć.

– Anno? Ty żyjesz? Naprawdę żyjesz?
–  Tak!  –  Krzyczałam  na  cały  głos,  a  T.J.  podskakiwał  w  miejscu,  tak  był  rozemocjonowany.  –

Siostrzyczko, dzwoniłam najpierw do rodziców, ale ich telefon został wyłączony. Czy oni sprzedali dom?

background image

– Dom został sprzedany.
–  Jaki  mają  teraz  numer?  –  Rozejrzałam  się  za  czymś  do  pisania,  ale  niczego  nie  było  pod  ręką.  –

Zawiadom  ich,  Sarah,  gdy  tylko  skończymy  rozmowę.  Powtórz,  że  najpierw  telefonowałam  do  nich.
Zadzwonię do ciebie później, gdy tylko znajdę jakieś pióro czy ołówek. Powiedz, żeby czekali na telefon
ode mnie.

– Jak dostaniesz się do domu? – spytała.
– Jeszcze nie wiem. Posłuchaj, T.J. nie dzwonił jeszcze do rodziców. W tej chwili nie wiem jeszcze

nic, ale podam jego rodzicom twój numer, żeby mogli wszystko z tobą uzgodnić. Czekaj na wiadomość od
nich, dobrze?

– Dobrze. Och, Anno, naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Urządziliśmy twój pogrzeb.
– No cóż, żyję. I nie mogę się doczekać, kiedy będę w domu.

background image

ROZDZIAŁ 40

T.J.

Anna  podała  mi  komórkę.  Wybrałem  numer  i  czekałem,  by  ktoś  odebrał  telefon.  Odbierzcie,

odbierzcie, odbierzcie.

– Słucham?
To była mama. Gdy usłyszałem jej głos, ogarnęło mnie gwałtowne wzruszenie. Aż do tej chwili nie

zdawałem  sobie  sprawy,  jak  bardzo  za  nią  tęskniłem.  Łzy  napłynęły  mi  do  oczu,  omal  się  nie
rozpłakałem. Anna objęła mnie.

– Mamo, mówi T.J. Nie rozłączaj się. – Po drugiej stronie linii panowała cisza, mówiłem więc dalej:

– Anna i ja nie zginęliśmy w katastrofie samolotu. Żyliśmy na wyspie. Straż przybrzeżna uratowała nas po
tsunami, jesteśmy teraz w szpitalu w Male.

– T.J.? – Jej głos brzmiał dziwnie, jakby była w transie. Wybuchnęła płaczem.
– Mamo, daj tatę!
– Kto mówi?! – krzyknął ojciec do słuchawki.
W  pierwszej  chwili  omal  nie  zaniemówiłem  z  emocji,  słysząc  jego  głos,  i  pragnąłem  słuchać  go

dalej, ale przeważyła chęć, by wyjaśnić komuś, co się zdarzyło i gdzie byliśmy. Mój głos był spokojny,
gdy powiedziałem:

– Tato, to ja, T.J. Nie rozłączaj się. Po prostu słuchaj. Anna i ja przeżyliśmy katastrofę i udało nam

się  dotrzeć  na  jakąś  wyspę.  Straż  przybrzeżna  wyciągnęła  nas  z  wody  po  tsunami.  Jesteśmy  w  szpitalu
w Male i oboje czujemy się dobrze. – Po drugiej stronie linii panowała cisza. – Tato?

– O mój Boże – powiedział. – To ty? To naprawdę ty?
– Tak, to ja.
– I przeżyliście tam tyle czasu? Jak wam się udało?
– To nie było łatwe.
– Wszystko w porządku? Nie jesteście ranni?
– Czujemy się dobrze. Jesteśmy tylko zmęczeni i obolali. I strasznie głodni.
– Annie nic się nie stało?
– Nie, siedzi obok mnie.
– Nie wiem, co powiedzieć, T.J. Jestem do głębi poruszony. Muszę chwilę pomyśleć, zastanowić się,

jak was stamtąd ściągnąć.

Po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  nie  czułem  ciężaru  przygniatającego  moje  barki.  Tata  zajmie  się

wszystkim i sprowadzi nas do domu.

– Tato, Anna prosi, żebyś zadzwonił do jej siostry i powiadomił ją, jakie masz plany.
Anna podała mi numer, a ja przekazałem go ojcu.
– Ogromnie chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać, T.J., ale tu jest ósma wieczorem i muszę zacząć

dzwonić, zanim zrobi się całkiem późno. Umieszczenie was na pokładzie rejsowego samolotu może być
trudne z powodu jedenastego września. Jeśli mi się nie uda, wyczarteruję samolot. Prawdopodobnie nie
załatwię tego przed jutrzejszym dniem. Możecie oboje opuścić szpital?

– Tak, chyba tak.
– Czy ktoś podwiezie was do hotelu?
– Sprawdzę to. Może ktoś nas podrzuci.
– Gdy już znajdziecie się w hotelu, zadzwoń do mnie, a ja podam im numer mojej karty kredytowej.
– Dobrze, tato. Mama dobrze się czuje?
– Tak, stoi przy mnie. Chce z tobą porozmawiać.
Ledwie rozumiałem, co mama mówi. Gdy tylko usłyszała mój głos, znowu zaczęła płakać.
– Wszystko jest dobrze, mamo, wkrótce wrócę do domu. Nie płacz. Daj mi jeszcze tatę, dobrze?

background image

Gdy tata wziął od niej telefon, powiedziałem mu, że czeka nas jeszcze rozmowa z miejscową policją,

a potem spróbujemy jakoś dostać się do hotelu i stamtąd do niego zadzwonię.

– Dobrze, T.J., będę czekał.
– Zaczyna dzwonić w sprawie naszego powrotu – wyjaśniłem Annie, wyłączając telefon. – Obiecał,

że  postara  się  załatwić  nam  lot  rejsowym  samolotem,  ale  może  to  być  trudne  z  powodu  dziewiątego
września.

– Dziewiątego września?
– Nie mam pojęcia, o co chodzi. Powiedział, że prawdopodobnie będzie musiał wyczarterować dla

nas  samolot.  Jeśli  ktoś  podrzuci  nas  do  hotelu,  mamy  do  niego  zadzwonić,  a  on  poda  im  numer  swojej
karty kredytowej. Ale chyba nie wydostaniemy się stąd przed jutrzejszym dniem, Anno.

Uśmiechnęła się.
– Czekaliśmy tak długo, możemy poczekać jeszcze dzień.
Przyciągnąłem ją do siebie i uściskałem mocno.
– Jedziemy do domu.
Wyszliśmy  z  magazynku  i  rozejrzeliśmy  się  za  doktorem  Reynoldsem.  Stał  w  korytarzu,  czekając  na

nas w towarzystwie dwóch policjantów. Obok nich stał jeszcze jeden mężczyzna. Miał na sobie koszulę
w kolorze khaki z wyszytą na kieszeni nazwą firmy wynajmującej hydroplany.

Doktor  Reynolds  trzymał  w  ręku  szarą  papierową  torebkę  z  dużą  tłustą  plamą  z  boku.  Podał  mi  ją

z uśmiechem. Zajrzałem do środka. Tortille. Wyjąłem jedną i podałem Annie, a następnie poczęstowałem
się sam.

Usmażona  w  głębokim  tłuszczu  tortilla  był  zwinięta  w  rulon  i  nadziana  kawałkami  wołowiny

i  krążkami  cebuli.  Pikantny  sos  spłynął  mi  po  palcach.  Nie  byłem  przyzwyczajony  do  tylu  różnych
smaków naraz. Potwornie głodny, pochłonąłem wszystko w ciągu minuty.

Policjanci  chcieli  z  nami  porozmawiać,  udaliśmy  się  więc  z  nimi  do  pustego  zakątka  hotelowego

holu. Sięgnąłem do torebki i wyjąłem dla nas kolejne tortille.

Policjanci  mówili  po  angielsku,  ale  ich  silny  akcent  utrudniał  porozumienie.  Udzielaliśmy

odpowiedzi na ich pytania, opowiedzieliśmy o Micku i o jego ataku serca, a następnie o katastrofie i o
tym, jak udało nam się dotrzeć na wyspę.

–  Ekipa  poszukiwawczo-ratownicza  znalazła  części  samolotu,  ale  żadnych  ciał  –  rzekł  jeden

z policjantów. – Doszliśmy do wniosku, że utonęliście.

– Mick zdawał sobie sprawę, że możemy nie wylądować bezpiecznie, i kazał nam włożyć kamizelki

ratunkowe. W przeciwnym razie nie udałoby się nam dopłynąć do wyspy – wyjaśniła Anna.

– Szukali ciał – dodał drugi policjant. – Ale nie spodziewali się niczego znaleźć. Tam są rekiny.
Anna i ja popatrzyliśmy na siebie.
–  Ocean  wyrzucił  na  brzeg  szczątki  rozbitego  samolotu.  Mój  plecak,  walizkę  Anny  i  tratwę

ratunkową. Ciało Micka również – powiedziałem. – Pochowaliśmy go na wyspie.

Teraz miał do nas kilka pytań mężczyzna z firmy wynajmującej hydroplany.
– Skoro morze wyrzuciło tratwę ratunkową, dlaczego nie uruchomiliście radiomarkera ratowniczego?
– Ponieważ go tam nie było – odparłem.
–  Wszystkie  tratwy  ratunkowe  są  wyposażone  w  radiomarkery.  Straż  przybrzeżna  sprawdza  je,  gdy

samolot ma lecieć nad wodą.

– Cóż, nasza nie miała go w wyposażeniu. I proszę mi wierzyć, szukaliśmy go.
Zapisał nasze dane kontaktowe, a następnie wręczył mi swoją wizytówkę.
– Czekam na telefon od waszego prawnika, gdy już wrócicie do Stanów.
Schowałem ją do kieszeni szortów.
–  Jeszcze  jedno.  –  Odwróciłem  się  do  obu  policjantów.  –  Ktoś  mieszkał  przed  nami  na  wyspie.  –

Opowiedzieliśmy  im  z  Anną  o  chacie  i  o  szkielecie.  –  Jeśli  szukacie  kogoś,  kto  zaginął,  być  może  go

background image

odnaleźliśmy.

Po skończonej rozmowie z policją, spytaliśmy doktora Reynoldsa, czy ktoś mógłby podwieźć nas do

hotelu.

– Ja mogę – odrzekł.
Jeździł zdezelowaną hondą civic. Nie miała klimatyzacji, opuściliśmy więc szyby. Doktor wyjechał

z  parkingu,  a  ja  podziwiałem  drogi,  samochody,  budynki  –  wszystko  to,  czego  nie  widziałem  od  tak
dawna. Wdychałem spaliny samochodów, zapach tak różny od zapachu wyspy. Uśmiechnąłem się, widząc
znak  drogowy  kierujący  nas  do  hotelu,  uświadomiłem  sobie  bowiem,  że  Anna  i  ja  dostaniemy  pokój,
weźmiemy prysznic i będziemy spać w wygodnym łóżku.

–  Dziękujemy  panu  za  wszelką  pomoc  –  powiedzieliśmy  do  doktora  Reynoldsa,  gdy  wysadził  nas

przed hotelem.

– Życzę szczęścia wam obojgu – odrzekł, ściskając mi dłoń i obejmując Annę.
Hotel prawie nie ucierpiał. Ktoś zamiatał chodnik przed wejściem, gdy wchodziliśmy z Anną przez

drzwi obrotowe. Goście hotelowi gromadzili się w holu, niektórzy stali obok stert bagażu.

Wszyscy  gapili  się  na  nas.  Jeśli  był  przepis,  że  nie  obsługuje  się  klientów  bez  butów  i  koszuli,

z pewnością go pogwałciłem. Spojrzałem na nasze odbicie w wielkim lustrze wiszącym na ścianie. Nie
wyglądaliśmy zbyt zachęcająco.

Podszedłem za Anną do recepcji, gdzie jakaś kobieta pisała coś na komputerze.
– Meldujecie się państwo? – spytała.
– Tak. Poprosimy jeden pokój – odrzekłem. – Czy mógłbym skorzystać z telefonu?
Przesunęła telefon w moim kierunku, a ja zadzwoniłem do taty na koszt rozmówcy.
– Jesteśmy w hotelu – poinformowałem go.
– Weź dwa pokoje na moją kartę – powiedział ojciec.
– Potrzebujemy tylko jednego, tato.
Milczał przez moment.
– Aha. W porządku.
Podałem telefon kobiecie i odczekaliśmy, dopóki tata nie podał jej numeru swojej karty kredytowej.

Oddała mi po chwili słuchawkę i dokończyła wpisywanie informacji do komputera.

– Czy w hotelu jest sklep z upominkami? – spytał ojciec.
– Tak, widzę go nawet stąd. – Sklep z upominkami znajdował się w korytarzu tuż za recepcją. Nawet

z daleka wyglądał na dość ekskluzywny.

– Kupuj wszystko, czegokolwiek potrzebujecie. Pracuję nad wydostaniem stamtąd ciebie i Anny. Port

lotniczy w Male doznał pewnego uszczerbku, ale poinformowali mnie, że nie musieli odwołać zbyt wielu
lotów.  Nie  uda  mi  się  z  lotem  rejsowym,  staram  się  więc  wynająć  samolot.  Mama  chciała  po  was
polecieć, ale przekonałem ją, że dotrzecie do domu wcześniej, jeśli nie będziecie musieli czekać na jej
przylot. Zadzwonię do waszego pokoju, gdy tylko będę znał szczegóły, ale bądźcie gotowi na wylot jutro
rano.

– Dobrze, tato. Będziemy.
– Dalej nie wiem, co powiedzieć, T.J. Mama i ja wciąż jesteśmy w szoku. Twoje siostry nie mogą

przestać płakać, a telefon bez przerwy dzwoni. Chcemy tylko, byście wrócili do domu. Rozmawiałem już
z Sarah i przekażę jej natychmiast wszystkie informacje, gdy tylko sam się dowiem.

Pożegnaliśmy się i oddałem telefon recepcjonistce.
– Mamy komplet gości, ale wolny jest apartament – powiedziała. – Czy pasuje to państwu?
– Jak najbardziej – odrzekłem z uśmiechem.
Przeszliśmy z Anną do sklepu z upominkami i rozejrzeliśmy się niepewni, od czego zacząć. Sklep był

podzielony na dwie części. Po jednej stronie znajdowały się stojaki z ubraniami – było tam wszystko, od
pamiątkowych  T-shirtów  począwszy,  na  strojach  wizytowych  kończąc  –  a  po  drugiej  można  było  kupić

background image

wyłącznie jedzenie. Półki były pełne rozmaitych słodyczy, chipsów, krakersów i kruchych ciasteczek.

– O mój Boże – jęknęła Anna, wchodząc śpiesznie do środka.
Chwyciłem dwa koszyki ze sterty obok drzwi i ruszyłem za nią.
Podałem  jej  jeden,  śmiejąc  się,  gdy  wrzuciła  do  niego  kwaśne  cukierki  Sweet  Tarts  i  cynamonowe

cukierki Hot Tamales. Ja dorzuciłem chipsy Doritos i trzy paczuszki kabanosów Slim Jim.

– Nie wierzę! – rzuciła Anna, unosząc brwi.
– O tak – odpowiedziałem, uśmiechając się do niej.
Gdy  już  wypełniliśmy  koszyk  niezdrowym  jedzeniem,  przeszliśmy  do  stoiska  z  przyborami

toaletowymi.

– Pewnie mamy mydło i szampon w pokoju, ale nie chcę ryzykować – rzekła Anna, wkładając je do

drugiego koszyka. Dodała szczoteczki i pastę do zębów, dezodoranty, balsam, krem do golenia, szczotkę
i grzebień.

Potem  wybraliśmy  T-shirt  i  szorty  dla  mnie.  Anna  pomachała  w  moim  kierunku  opakowaniem

bokserek.  Pokręciłem  głową,  ale  tylko  parsknęła  śmiechem  i  wrzuciła  je  do  koszyka.  Sięgnąłem  do
beczułki pełnej męskich japonek i wyjąłem czarne.

Na  pobliskim  wieszaku  wypatrzyłem  niebieską  suknię  i  wybrałem  ją  dla  Anny.  Ona  wyszukała  dla

siebie sandałki, dołożyła do zakupów bieliznę i szorty, po czym zanieśliśmy kosze do kasy i kupiliśmy to
wszystko, obciążając rachunek naszego pokoju.

Wjechaliśmy windą na drugie piętro. Otworzyłem drzwi kartą magnetyczną i pierwszą rzeczą, którą

zauważyłem,  wchodząc  do  pokoju,  było  wielkie  łoże  zarzucone  poduszkami.  Na  ścianie  naprzeciwko
niego  wisiał  telewizor  z  płaskim  ekranem.  Obok  stołu  i  czterech  krzeseł  stał  sekretarzyk  z  żaluzjowym
zamknięciem  i  mała  lodówka.  W  salonie  znajdowała  się  kanapa,  niski  stolik  i  dwa  fotele,  ustawione
przed  drugim  telewizorem.  Dzięki  klimatyzacji  w  pokojach  było  chłodno.  Na  tacy  stały  cztery  szklanki
owinięte  plastikową  folią.  Rozpakowałem  dwie,  wszedłem  do  łazienki  i  napełniłem  je  wodą.  Anna
weszła  za  mną,  podałem  jej  jedną.  Przypatrywała  się  jej  przez  kilka  sekund,  po  czym  podniosła  do  ust
i wypiła.

Jeden róg łazienki zajmowała ogromna kabina prysznicowa. Między wanną a głęboką wanną jacuzzi

mieścił się marmurowy blat z dwiema umywalkami i koszyczkiem mydeł i szamponów. Na wieszaku przy
drzwiach wisiały dwa białe płaszcze kąpielowe.

– Zadzwonię do Sarah, żeby podała mi numer telefonu rodziców. Prosiłam, żeby ich uprzedziła. Która

godzina jest teraz w Chicago?

– Chyba jedenasta. Gdy rozmawiałem z tatą pierwszy raz, powiedział, że jest już ósma wieczorem.
Anna  usiadła  na  łóżku  i  wzięła  z  szafki  nocnej  bloczek  i  długopis.  Podniosła  słuchawkę  i  wybrała

numer.

– Zajęte. Spróbuję na komórkę. – Jeszcze raz wybrała numer, tym razem komórki, po czym odłożyła

słuchawkę. – Mam normalny sygnał – rzekła, marszcząc brwi. – Dlaczego nie odbiera?

–  Prawdopodobnie  obdzwania  wszystkich  twoich  znajomych.  Jej  telefon  będzie  pewnie  nieustannie

zajęty przez kilka kolejnych dni. Chodźmy pod prysznic. Możesz spróbować znowu, gdy się wykąpiemy.

Siedzieliśmy  pod  prysznicem  prawie  godzinę,  szorując  się  i  śmiejąc.  Anna  nie  mogła  przestać  się

myć, nawet gdy ją zapewniłem, że jest całkiem czysta.

– Oświadczam oficjalnie, że póki żyję, nie wezmę nigdy więcej kąpieli, tylko prysznic – powiedziała.
– Ja również.
Gdy skończyliśmy, wytarliśmy się i włożyliśmy płaszcze kąpielowe. Anna wycisnęła pastę do zębów

na dwie szczoteczki i podała mi jedną. Staliśmy przed umywalkami, szorując zęby, płucząc usta i plując.

– Pocałuj mnie teraz, T.J. – powiedziała Anna, odłożywszy szczoteczkę.
Podniosłem  ją  i  posadziłem  na  blacie,  po  czym  ująłem  jej  twarz  w  obie  dłonie.  Długo  się

całowaliśmy.

background image

– Smakujesz niesamowicie – wyszeptałem. – I pachniesz też przepięknie. Nie, żeby mi przeszkadzało

tam, na wyspie.

– Ale tak jest lepiej – odrzekła, przytulając czoło do mojego.
– Owszem.
Gdy  wróciliśmy  do  pokoju,  wyciągnąłem  się  na  łóżku  z  kartą  dań  w  jednej  ręce  i  pilotem  do

telewizora w drugiej.

– Anno, spójrz na to.
Otwierała  właśnie  torebkę  z  cukierkami  Sweat  Tarts,  ale  klapnęła  obok  mnie  i  zerknęła  do  menu.

Podała mi chipsy, otworzyłem je i włożyłem całą garść do ust. Nigdy nie smakowały mi tak bardzo.

Trudno  nam  było  zdecydować  się,  co  zamówić,  ponieważ  mieliśmy  ochotę  na  wszystko.  Wreszcie

ograniczyliśmy  się  do  befsztyka,  frytek,  spaghetti  i  klopsików,  chleba  czosnkowego  i  tortu
czekoladowego.

– Ach, i dwie duże cole – zażądała Anna.
Zadzwoniłem  do  room  service’u  i  złożyłem  zamówienie.  Anna  wzięła  ze  stolika  kartę  magnetyczną

i jeszcze coś ze stolika przy drzwiach i powiedziała, że zaraz wróci.

– Jesteś tylko w płaszczu kąpielowym – przypomniałem jej.
– To nie potrwa długo.
Skakałem  po  kanałach.  Wszystkie  stacje  nadawały  relacje  z  tsunami.  Anna  wróciła  do  pokoju

z niedużym kubełkiem. Podniosłem się.

– Czy to lód? – spytałem.
Włożyła kostkę do ust i potwierdziła.
– Tak.
Położyła się obok mnie na łóżku i przyglądałem się, jak ją ssie. Usiadła i rozwiązała pasek mojego

szlafroka.  Rozchyliwszy  go,  przesunęła  delikatnie  dłonią  po  moim  boku.  Mimo  bólu  moje  ciało
zareagowało natychmiast na jej dotyk.

– Masz tutaj kilka imponujących siniaków – zauważyła. – Co się stało?
– W wodzie pływał duży pień drzewa.
– Spotkanie z nim nie było przyjemne.
– Rzeczywiście, oberwałem mocno.
Anna wsunęła do ust drugą kostkę i pocałowała mnie w szyję i pierś.
– Za ile przyniosą nam jedzenie? – spytała.
– Nie mówili.
Pocałowała mnie w brzuch i przesunęła się niżej. Zabrakło mi tchu, gdy poczułem na sobie jej usta,

nigdy nie były takie zimne. Zamknąłem oczy i położyłem dłonie na jej głowie.

Gdy  nieco  później  kelner  zapukał  do  drzwi,  przewiązałem  szlafrok  i  otworzyłem.  Mężczyzna,  który

przywiózł  jedzenie,  ustawił  wszystko  na  stole  i  gdy  tylko  podpisałem  rachunek,  zaczęliśmy  zdejmować
pokrywki z potraw.

–  Mamy  srebrną  zastawę  –  powiedziała  Anna,  podnosząc  widelec  i  przyglądając  mu  się,  zanim

nadziała na niego klopsik.

–  I  krzesła  –  dodałem,  wyciągając  jedno  i  siadając  obok  niej.  Podałem  jej  kromkę  chleba

czosnkowego  i  odkroiłem  kawałek  befsztyka.  Jęknąłem  z  rozkoszy,  gdy  odgryzłem  kęs.  Karmiliśmy  się
nawzajem i piliśmy coca-colę. Najedliśmy się do pełna bardzo szybko. Nie byliśmy przyzwyczajeni do
tak ciężkiego jedzenia. Anna starannie zapakowała resztki i schowała do lodówki.

Potem  wyciągnęliśmy  się  na  łóżku,  by  jedzenie  ułożyło  się  w  żołądku.  Anna  bawiła  się  kosmykiem

moich włosów. Położyła mi głowę na ramieniu i splotła nogi z moimi.

– Nigdy w życiu nie byłam taka zadowolona – powiedziała.
Wyłączyłem  telewizor.  Podczas  jedzenia  oglądaliśmy  relację  z  tsunami,  zdumieni  rozmiarami

background image

zniszczeń. Indonezja poniosła chyba największe straty, liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła już dziesiątków
tysięcy.

– Czuję się okropnie, mówiąc to, ponieważ zginęło tyle osób, ale gdyby nie tsunami, wciąż jeszcze

bylibyśmy na tej wyspie – rzekła Anna. – Nie wiem, jak długo przeżylibyśmy.

–  Ja  też.  –  Wyciągnąłem  rękę  i  włączyłem  stojące  na  szafce  nocnej  radio  z  budzikiem.  Kręciłem

gałką, dopóki nie znalazłem amerykańskiej stacji muzycznej. Zespół Boston grał More  Than  a  Feeling.
Uśmiechnąłem się.

–  Uwielbiam  tę  piosenkę.  –  Anna  westchnęła.  Wtuliła  się  we  mnie  mocniej.  –  Czy  dociera  to  do

ciebie, TJ.? Że jesteśmy bezpieczni i zobaczymy znowu nasze rodziny?

– Zaczyna docierać.
– Która godzina? – spytała.
Odwróciłem głowę w stronę zegara.
– Trochę po drugiej.
– Czyli w Chicago pierwsza w nocy. Trudno, nie obchodzi mnie to. Muszę zadzwonić do Sarah. I tak

na pewno nie śpią ani ona, ani rodzice.

Usiadła, sięgnęła po słuchawkę i przeciągnęła kabel nad moim ciałem.
– Najpierw spróbuję na domowy. – Wybrała numer i czekała. – Zajęte – mruknęła. – Może odbierze

komórkę.  –  Ale  i  tutaj  jej  się  nie  powiodło.  –  Włącza  się  poczta  głosowa.  Zostawię  jej  wiadomość  –
powiedziała, ale w końcu rozłączyła się, nic nie mówiąc. – Jej skrzynka jest pełna.

– Spróbuj jeszcze raz po jakimś czasie. W końcu się dodzwonisz. – Podała mi telefon, a ja odłożyłem

go z powrotem na szafkę nocną. – Anno?

Przytuliła się znowu do mnie.
– Tak?
– A co z Johnem? Nie sądzisz, że Sarah prawdopodobnie go zawiadomiła?
– Jestem pewna, że tak.
– Jak myślisz, co on zrobi, gdy się dowie, że żyjesz?
–  Ucieszy  się  ze  względu  na  moją  rodzinę.  Poza  tym,  nie  wiem.  Przypuszczam,  że  mieszka  teraz  na

przedmieściach  Chicago  z  żoną  i  dzieckiem.  –  Milczała  przez  chwilę,  a  następnie  dodała:  –  Mam
nadzieję, że oddał moje rzeczy rodzicom.

– Gdzie zamieszkasz?
– Z rodzicami. Gdziekolwiek. Na pewno zechcą, bym zatrzymała się u nich przez jakiś czas. Potem

kupię sobie własne mieszkanie. W dalszym ciągu nie wierzę, że sprzedali dom, T.J. Zawsze rozmawiali
o  kupnie  w  przyszłości  czegoś  mniejszego,  może  mieszkania,  ale  wydawało  mi  się,  że  nigdy  tego  nie
zrobią. Dorastałam w tym domu. Smutno mi, gdy pomyślę, że już do nich nie należy.

Pocałowałem ją, rozwiązałem jej płaszcz kąpielowy i zsunąłem go jej z ramion. Kochaliśmy się, po

czym  zasnęliśmy.  Gdy  się  obudziłem,  była  piąta  po  południu.  Anna  spała  obok  mnie  kamiennym  snem.
Wpatrując się w sufit, rozmyślałem o naszej rozmowie. Zapytałem ją o Johna, ale nie zadałem jedynego
pytania, na które pragnąłem uzyskać odpowiedź.

A co z nami?

background image

ROZDZIAŁ 41

Anna

Otworzyłam  oczy  i  przeciągnęłam  się.  T.J.,  oparty  o  zagłówek,  oglądał  telewizję  z  wyciszonym

dźwiękiem, chrupiąc kabanosa.

– To była przyjemna drzemka. – Pocałowałam go i spuściłam nogi z łóżka. – Muszę siusiu. Wiesz, co

podoba  mi  się  najbardziej  w  tej  łazience?  –  spytałam,  oglądając  się  przez  ramię,  gdy  byłam  już  przy
drzwiach.

– Papier toaletowy.
– Tak.
Gdy wróciłam z łazienki, T.J. zmusił mnie, bym spróbowała kawałek kabanosa.
– Przyznaj, że jest całkiem niezły – powiedział.
– Owszem, ale jestem znacznie bardziej wybredna niż kiedyś. Gdzie ja położyłam moje cukierki? –

Znalazłam  je  na  komódce.  Nie  byłam  przyzwyczajona  do  klimatyzacji,  otuliłam  się  więc  ciaśniej
szlafrokiem i wsunęłam z powrotem do pościeli obok T.J. Miałam zesztywniałe mięśnie i byłam bardziej
obolała niż w chwili, gdy wyciągnięto mnie z wody, toteż cieszyłam się, że łóżko jest takie wygodne.

O dziesiątej wieczorem znowu spróbowałam połączyć się z Sarah. W Chicago była dziewiąta rano,

ale jej komórka i teraz była zajęta.

–  Wciąż  nie  udaje  mi  się  dodzwonić  –  powiedziałam.  Numer  domowy  nie  odpowiadał.  –  Poczta

głosowa dalej zapchana.

–  W  takim  razie  zadzwonię  do  taty.  Może  z  nią  rozmawiał.  –  T.J.  wybrał  numer  i  czekał.  Pokręcił

głową. – U nich również zajęte. Zaczekajmy do rana.

Odłożył telefon i pogładził mnie po włosach.
– Nie wiem, jak przywyknę do tego, że nie będę z tobą spał każdej nocy.
–  Wobec  tego  nie  przyzwyczajajmy  się  –  odrzekłam.  Wsparłam  się  na  łokciu  i  spojrzałam  na  niego

z góry. Ja też nie byłam gotowa, by pozwolić mu odejść, bez względu na to, jaką egoistką się czułam.

Usiadł gwałtownie.
– Naprawdę tak myślisz?
– Tak. – Serce mi waliło, a mózg krzyczał, że to zły pomysł, ale było mi wszystko jedno. – Na jakiś

czas  będziemy  musieli  się  rozstać.  Powinieneś  pobyć  ze  swoją  rodziną,  a  ja  ze  swoją.  Ale  jeśli  potem
zechcesz do mnie wrócić, będę czekała.

Wypuścił  powietrze,  na  jego  twarzy  odmalowała  się  ulga.  Otoczył  mnie  ramionami  i  pocałował

w czoło.

– Oczywiście, że chcę.
– Nie będzie nam łatwo, T.J. Ludzie nie zrozumieją. Będą nam zadawali mnóstwo pytań. – Ściskało

mnie w dołku na samą myśl o tym. – Może będziesz chciał podkreślić, że miałeś prawie dziewiętnaście
lat, gdy doszło do czegokolwiek między nami.

– Myślisz, że ktoś o to zapyta?
– Myślę, że wszyscy będą pytali.

*

Obudziłam  się  w  środku  nocy,  ponieważ  chciało  mi  się  siusiu.  Zasnęliśmy  przy  włączonym

telewizorze i gdy wgramoliłam się z powrotem do łóżka, wzięłam pilota i zaczęłam skakać po kanałach,
zatrzymując się na chwilę, by obejrzeć wiadomości.

Wyprostowałam się, gdy CNN podało wiadomości z ostatniej chwili i na ekranie, pod napisem: PO

PRAWIE  CZTERECH  LATACH  ODNALEZIONO  DWOJE  Z  CHICAGO,  KTÓRZY  ZAGINĘLI  NA
OCEANIE PO KATASTROFIE SAMOLOTU, znajdowały się zdjęcia T.J. i moje z tamtego okresu, gdy ja
miałam trzydzieści lat, a on szesnaście.

background image

Pochyliłam się i potrząsnęłam T.J. lekko za ramię.
– Co się stało? – spytał, wciąż jeszcze w półśnie.
– Spójrz na ekran.
Usiadł, mrugając, i spojrzał na ekran.
Podkręciłam dźwięk w samą porę, by usłyszeć, jak Larry King mówi:
– „Myślę, że wyrażam opinię wszystkich, mówiąc, że to niesamowita historia”.
– Cholera jasna! – zaklął T.J.
Zaczyna się.

background image

ROZDZIAŁ 42

T.J.

Obudziłem  się  przed  Anną  i  zamówiłem  jajka,  naleśniki,  kiełbaski,  bekon,  grzanki,  placki

ziemniaczane, sok i kawę. Gdy je dostarczono, zacząłem ją całować, dopóki się nie obudziła.

Otworzyła oczy.
– Czuję zapach kawy.
Nalałem jej filiżankę. Upiła łyk i westchnęła.
– Ach, jakie dobre.
Zjedliśmy śniadanie w łóżku, a potem Anna wzięła prysznic. Ja zostałem przy telefonie na wypadek,

gdyby  zadzwonił  ojciec.  Gdy  Anna  skończyła  się  myć,  zamieniliśmy  się  miejscami.  Kiedy  wyszedłem
z łazienki, wycierając się ręcznikiem, utkwiła we mnie wzrok.

– Ogoliłeś się. – Potarła lekko moją skórę wierzchem dłoni.
Parsknąłem śmiechem.
– Powiedziałaś mi, że jeśli kiedykolwiek nas uratują, będę to musiał robić sam.
– Nie mówiłam poważnie.
Telefon zadzwonił o jedenastej. Tata wynajął samolot i zawiadomił mnie, że musimy być za godzinę

na lotnisku.

– Macie lot bezpośredni, nie licząc międzylądowania w celu uzupełnienia paliwa. Będziemy na was

czekali na lotnisku O’Hare.

– Tato, Anna usiłuje dodzwonić się do siostry. Rozmawiałeś z nią?
–  Dwukrotnie.  Jej  telefon  był  ciągle  zajęty,  ale  nasz  też.  Wieści  rozchodzą  się  szybko.  Lotnisko

zrobiło  dla  nas  wyjątek,  pozwolą  nam  czekać  na  was  przy  wyjściu,  gdy  wylądujecie,  ale  będą  tam
również media. Zrobię, co w mojej mocy, by trzymać ich w sporej odległości.

– Dobrze. W takim razie kończę, żebyśmy zdążyli na lotnisko.
– Kocham cię, T.J.
– Ja też cię kocham, tato.
Włożyłem  T-shirt  i  szorty,  które  kupiliśmy  w  sklepie  z  upominkami.  Anna  miała  na  sobie  niebieską

sukienkę.  Wyjąłem  z  kieszeni  starych  szortów  wizytówkę  firmy  wynajmującej  hydroplany  i  wrzuciłem
brudne  ciuchy  do  kosza  na  śmieci.  Upchnęliśmy  całą  resztę  w  dwóch  reklamówkach,  które  znaleźliśmy
w pokoju.

Wymeldowaliśmy się i pojechaliśmy na lotnisko kursującym wahadłowo hotelowym autobusem. Anna

ledwie mogła usiedzieć w miejscu. Roześmiałem się i otoczyłem ja ramionami.

– Jesteś strasznie podminowana.
– Wiem. To emocje. No i wypiłam mnóstwo kawy.
Autobus zatrzymał się przed wejściem na lotnisko. Wstaliśmy.
– Jesteś gotowa opuścić to miejsce? – spytałem, biorąc ją za rękę.
– Zdecydowanie – odrzekła z uśmiechem.
Załoga samolotu – pilot, drugi pilot i stewardesa – przywitali nas oklaskami i radosnymi okrzykami,

gdy  schylając  głowy,  weszliśmy  do  samolotu.  Podali  nam  ręce,  a  my  uśmiechnęliśmy  się  do  nich
i przedstawiliśmy się.

Ogarnąłem  wzrokiem  kabinę.  Było  w  niej  siedem  foteli;  pięć  pojedynczych,  oddzielonych  wąskim

przejściem,  i  dwa  obok  siebie.  Wzdłuż  ściany  ciągnęła  się  wąska  kanapa.  Nie  potrafiłem  sobie
wyobrazić, ile to musiało kosztować tatę.

– Co to za samolot? – spytałem.
–  Lear  pięćdziesiąt  pięć  –  odrzekł  pilot.  –  To  odrzutowiec  średniej  wielkości.  Będziemy  musieli

lądować kilkakrotnie w celu uzupełnienia paliwa, ale powinniśmy być w Chicago za jakieś osiemnaście

background image

godzin.

Schowaliśmy  z  Anną  reklamówki  w  schowku  nad  głowami  i  usadowiliśmy  się  wygodnie

w skórzanych fotelach z odchylanymi oparciami. Przed sobą mieliśmy stolik przymocowany do podłogi.

Stewardesa podeszła do nas, gdy tylko zapięliśmy pasy.
–  Dzień  dobry.  Mam  na  imię  Susan.  Co  mogę  wam  podać  do  picia?  Mam  napoje  bezalkoholowe,

piwo, wino, koktajle, butelkowana wodę, sok i szampana.

– Co zamówisz, Anno?
– Poproszę wodę, szampana i sok – powiedziała.
– Może przyrządzić pani Mimozę? Mam świeży sok pomarańczowy.
Anna uśmiechnęła się do Susan.
– W takim razie poproszę o Mimozę. Dziękuję.
– Ja proszę o wodę, piwo i colę. Dzięki.
– Oczywiście. Zaraz wracam.
Mieliśmy zero tolerancji na alkohol i szybko uderzył nam do głowy. Anna wypiła dwie Mimozy, a ja

cztery piwa. Nie mogła przestać chichotać, a ja nie mogłem przestać jej całować. Zachowywaliśmy się
głośno i Susan musiała bardzo się starać, by udawać, że niczego nie zauważa. Przyniosła nam dużą tacę
serów, krakersów i owoców, prawdopodobnie mając nadzieję, że trochę nas to otrzeźwi. Wsunęliśmy je,
ale  przedtem  uparłem  się,  by  wrzucić  kilka  winogron  do  otwartych  ust  Anny.  Za  każdym  razem
pudłowałem, co śmieszyło nas do łez.

Gdy zapadła ciemność, Susan przyniosła nam koce i poduszki.
– Och, cudownie – powiedziała Anna, czknąwszy. – Jestem trochę śpiąca.
Przykryłem nas kocem i wsunąłem dłonie pod sukienkę Anny.
– Przestań – zbeształa mnie, próbując odepchnąć moje ręce. – Susan jest niedaleko.
– Ona ma to w nosie – odparłem, naciągając nam koc na głowy, żeby mieć odrobinę prywatności. I na

tym się skończyło, ponieważ po pięciu minutach już spałem.

Obudziłem  się  z  bólem  głowy.  Anna  wciąż  jeszcze  spała,  z  głową  opartą  na  moim  ramieniu.  Gdy

otworzyła  oczy,  umyliśmy  się  kolejno  i  wyszorowaliśmy  zęby  w  toalecie.  Susan  postawiła  przed  nami
półmisek z kanapkami z indykiem i pieczoną wołowiną, a oprócz tego frytki i coca-colę. Podała mi też
dwa opakowania tylenolu i dwie butelki wody.

– Dziękuję.
– Bardzo proszę – odrzekła, poklepując mnie po ramieniu.
Połknęliśmy tabletki, popijając wodą.
– Jaki mamy dziś dzień, Anno?
Zastanawiała się przez chwilę, zanim odpowiedziała.
– Dwudziesty ósmy grudnia?
– Chcę spędzić z tobą sylwestra. Będę bardzo za tobą tęsknił do tego czasu.
Anna pocałowała mnie szybko.
– To jesteśmy umówieni.
Zjedliśmy kanapki i frytki, po czym reszta lotu minęła nam na rozmowie.
–  Od  tak  dawna  wyobrażałam  sobie  ten  dzień,  T.J.  Widzę  mamę  i  ojca,  Sarah,  Davida  i  dzieci,  jak

stoją w grupce, a ja biegnę do nich z szeroko rozpostartymi ramionami.

– Ja też myślałem o tym dniu. Martwiłem się, że może nigdy nie nadejść.
– Ale nadszedł. – Anna uśmiechnęła się do mnie.
Niebo  się  rozjaśniło  i  wyjrzałem  przez  okno  na  zmarznięte  pola  Środkowego  Zachodu.  Gdy

podchodziliśmy do lądowania w Chicago, Anna pokazała palcem widok za oknem.

– Spójrz, T.J., śnieg.
Wylądowaliśmy  na  O’Hare  trochę  przed  szóstą  rano.  Anna  rozpięła  pas  i  wstała,  zanim  samolot

background image

całkiem się zatrzymał.

Wyjęliśmy  ze  schowka  reklamówki  i  śpiesznie  udaliśmy  się  przejściem  do  przodu  samolotu.  Obaj

piloci wyszli, by się z nami pożegnać.

– To była dla nas przyjemność przywieźć was do domu – powiedział pierwszy pilot. – Życzymy wam

dużo szczęścia.

Odwróciliśmy się do Susan.
– Dziękujemy za wszystko – rzekła Anna.
– Proszę bardzo. – Stewardesa uściskała nas serdecznie.
Ktoś otworzył drzwi samolotu.
– Jesteśmy na miejscu, T.J. – powiedziała Anna. – Idziemy.

background image

ROZDZIAŁ 43

Anna

Przeszliśmy  z  T.J.  przez  rękaw  lotniczy,  trzymając  się  za  ręce.  Gdy  ukazaliśmy  się  z  drugiej  strony,

w  tłumie  rozległy  się  gromkie  okrzyki.  Oślepiły  mnie  błyski  setek  aparatów;  mrużyłam  oczy,  by
cokolwiek widzieć. Reporterzy natychmiast zaczęli wykrzykiwać do nas jakieś pytania. Sarah rzuciła się
ku mnie i przygarnęła mnie do siebie, płacząc.

Jane Callahan wpadła niemal w histerię, tuląc w ramionach T.J. Tom Callahan i dwie dziewczynki –

zapewne  siostry  T.J.  –  przyłączyły  się  do  rodzinnego  uścisku.  Stojący  obok  Sarah  David  wyciągnął  do
mnie  ręce.  Objęłam  go  mocno,  a  potem  odsunęłam  się,  szukając  wzrokiem  rodziców  w  kłębiącym  się
tłumie.

Zauważyłam Johna.
Podszedł  śpiesznie,  a  ja  uściskałam  go  automatycznie.  Cofnęłam  się,  chcąc,  by  zszedł  mi  z  drogi.

Serce  waliło  mi  coraz  mocniej.  Moje  oczy  przesunęły  się  szybko  po  ludziach  stojących  wewnątrz
odgrodzonej sznurem części hali, ale nie wypatrzyłam mamy.

Ani taty.
Jeszcze  raz  gorączkowo  przebiegłam  wzrokiem  po  zgromadzonym  tłumie  i  nagle  zrozumiałam,

dlaczego telefon był wyłączony. Kolana się pode mną ugięły. Sarah i David podtrzymali mnie.

– Oboje?
Sara potaknęła głową, łzy płynęły strumieniem po jej policzkach.
– Nie! – krzyknęłam. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
–  Przepraszam.  Twój  telefon  kompletnie  mnie  zaskoczył,  poza  tym  wydawałaś  się  taka  szczęśliwa.

Nie mogłam tego zrobić, Anno.

Podprowadzili mnie do krzesła. Zanim jeszcze zdążyłam usiąść, T.J. znalazł się przy mnie.
Usiadł  i  wziął  mnie  w  ramiona,  kołysząc  mnie  łagodnie,  gdy  szlochałam.  Podniosłam  głowę  z  jego

piersi.

– Oboje nie żyją.
– Wiem. Mama właśnie mi powiedziała.
Pocałował  mnie  w  czoło  i  otarł  mi  łzy,  tymczasem  aparaty  fotograficzne  rejestrowały  wszystko.

Wtedy  jeszcze  o  tym  nie  wiedziałam,  ale  po  niespełna  dwudziestu  czterech  godzinach  zdjęcia  T.J.
przytulającego i całującego mnie ukazały się na pierwszych stronach gazet w całym kraju.

Oparłam  głowę  na  jego  piersi  i  zamknęłam  oczy.  Sarah  głaskała  mnie  po  plecach.  Wreszcie

odetchnęłam głęboko i usiadłam.

– Tak mi przykro – wyszeptał T.J., odgarniając mi włosy z czoła.
Skinęłam głową.
– Wiem.
Panowała  cisza  zakłócana  jedynie  pstrykaniem  aparatów  i  trzaskiem  fleszów.  Odwróciłam  się  do

Sarah.

– Chcę jechać do domu.
Zapisała  numer  swojej  komórki,  żebym  mogła  dać  go  T.J.,  który  wsunął  karteluszek  do  kieszeni

szortów.

– Niedługo do ciebie zadzwonię. – Opasał mnie ramionami i szepnął mi do ucha: – Kocham cię.
– Ja też cię kocham.
Wstaliśmy, gdy podeszli do nas Tom i Jane Callahanowie. Siostry T.J. szły powoli za nimi.
– Ogromnie ci współczuję, Anno – rzekła Jane. – Sarah powiedziała mi o twoich rodzicach. Czułam

się  okropnie,  znając  złą  nowinę,  która  czekała  cię  po  powrocie  do  domu.  –  Objęła  mnie,  a  gdy  się
odsunęła, trzymała jeszcze przez chwilę w dłoniach moje ręce. – Zadzwonimy za kilka dni. Mamy kilka

background image

spraw do omówienia. – Uśmiechnęła się i pocałowała mnie lekko w policzek.

Tom Callahan ścisnął mi ramię pokrzepiającym gestem.
– Jestem ogromnie wdzięczna za wynajęcie samolotu – podziękowałam mu.
– Nie ma za co, Anno.
Sarah wysłała Davida, by poinformował media, że nie wydam żadnego oświadczenia. John podszedł

i stanął obok mnie. Najwyraźniej chciał wziąć mnie za rękę, ale potem zmienił zdanie.

– Przykro mi z powodu twoich rodziców, Anno.
– Dziękuję.
Staliśmy zakłopotani, jak obcy sobie ludzie, aż wreszcie się odezwał:
– Byłem taki szczęśliwy, kiedy zadzwoniła Sarah. Nie mogłem uwierzyć w to, co mówiła.
Wzięłam głęboki oddech.
– John…
–  Nic  nie  mów.  Po  prostu  nie  śpiesz  się,  pogadamy,  gdy  będziesz  gotowa.  Zdaję  sobie  sprawę,  że

chciałabyś jak najprędzej się stąd wydostać. – Zerknął na T.J., który stał nieopodal ze swoją rodziną. –
Oddałem  wszystkie  twoje  rzeczy  Sarah,  jakiś  rok  temu.  Wcześniej  nie  byłem  w  stanie  tego  zrobić.  –
Utkwił we mnie wzrok. – Naprawdę cieszę się, że udało ci się wrócić do domu.

Uściskał mnie i odszedł, a potem Sarah i David wyprowadzili mnie z lotniska.

background image

ROZDZIAŁ 44

T.J.

Otaczała  mnie  moja  rodzina.  Alexis  i  Grace  trzymały  mnie  za  obie  ręce,  a  mama  nie  mogła  się

zdecydować, czy chce jej się płakać, czy śmiać, wobec czego robiła obie rzeczy jednocześnie.

– Trudno mi uwierzyć, jak bardzo wyrosłeś – powiedział ojciec.
Wszyscy zwariowali na punkcie mojego kucyka.
– Nie mieliśmy nożyczek – wyjaśniłem.
Kątem oka dostrzegłem wysokiego blondyna, który podszedł do Anny.
Odejdź od niej. Ona już cię nie kocha.
Obserwowałem ich, dopóki mama nie pociągnęła mnie za rękę.
– Chodźmy do domu, T.J.
Spojrzałem  w  stronę  Anny  ostatni  raz.  John  uściskał  ją  i  odszedł.  Wypuściłem  powietrze

i powiedziałem:

– Jestem gotowy, mamo.
Nim  wyszliśmy  na  zewnątrz,  mama  podała  mi  płaszcz,  skarpetki  i  adidasy.  Wrzuciłem  japonki  do

reklamówki z resztą moich rzeczy i podążyłem za rodziną do samochodu.

W domu wziąłem prysznic, owinąłem się w pasie ręcznikiem i wszedłem do mojego dawnego pokoju.

Nic się w nim nie zmieniło. Na podwójnym łóżku leżała ta sama granatowa narzuta, w rogu biurka stała
moja wieża stereo i kolekcja CD. Na komodzie piętrzyła się sterta złożonych ubrań. Mama fantastycznie
oceniła moje rozmiary, biorąc pod uwagę, jak bardzo urosłem.

Gdy wyszedłem z pokoju, szykowała śniadanie w kuchni. Podsunęła mi talerz naleśników i bekonu,

a  gdy  się  najadłem,  usiadłem  w  salonie,  by  porozmawiać  z  rodziną.  Grace,  teraz  czternastoletnia,
koniecznie  chciała  usiąść  przy  mnie.  Alexis,  która  właśnie  skończyła  dwanaście  lat,  siedziała  u  moich
stóp.

Zrelacjonowałem im wszystko – mówiłem kolejno o Micku, katastrofie, skażonej wodzie, pragnieniu,

głodzie,  rekinie,  mojej  chorobie  i  tsunami  –  i  odpowiedziałem  na  wszystkie  pytania.  Mama  znowu  się
rozpłakała, słysząc, jak bardzo byłem chory.

Tego samego dnia, późnym wieczorem, gdy siostry poszły spać, zostałem sam z rodzicami.
–  Nie  potrafisz  sobie  wyobrazić,  jak  to  jest,  T.J.  –  Mama  westchnęła.  –  Myślałam,  że  mój  syn  nie

żyje, a tu nagle słyszę jego głos przez telefon. Jeśli nie zdarzył się cud, nie wiem, jak to inaczej nazwać.

–  Ja  też  –  przyznałem.  –  Anna  przez  cały  czas  marzyła  o  dniu,  gdy  będziemy  mogli  zadzwonić  do

naszych rodzin. Nie mogła się doczekać, kiedy wszyscy się dowiedzą, że żyjemy.

W pokoju po raz pierwszy, od kiedy zaczęliśmy rozmawiać, zapadła cisza.
Mama odchrząknęła i zapytała:
– Jakie relacje łączyły cię z Anną?
– Dokładnie takie, jak się domyślasz.
– Ile miałeś wtedy lat?
– Prawie dziewiętnaście – odrzekłem. – I… mamo…
– Tak?
– To była moja inicjatywa.

background image

ROZDZIAŁ 45

Anna

Wstąpiliśmy  po  drodze  do  toalety,  musiałam  bowiem  koniecznie  wydmuchać  nos  i  wytrzeć  oczy.

Sarah podała mi chusteczki higieniczne.

–  Powinnam  się  była  domyślić,  że  coś  jest  nie  tak,  gdy  ich  numer  domowy  nie  odpowiadał.

Powiedziałaś, że sprzedali dom.

–  Powiedziałam,  że  dom  został  sprzedany.  Wystawiliśmy  go  z  Davidem  na  sprzedaż,  gdy  tylko  ich

testament został urzędowo zatwierdzony.

Pochyliłam się, opierając o umywalkę.
– Co im się stało?
– Tata miał kolejny zawał.
– Kiedy?
Sarah zawahała się.
– Dwa tygodnie po waszym zaginięciu.
Znowu się rozpłakałam.
– A mama?
– Rak jajników. Umarła rok temu.
David zawołał coś za drzwiami toalety. Sarah wyjrzała na chwilę, po czym wróciła i popędziła mnie.
– Reporterzy kierują się w tę stronę. Jeśli nie chcesz z nimi rozmawiać, lepiej się zbierajmy.
Pokręciłam głową. Siostra przyniosła mi płaszcz i buty ocieplone futerkiem. Ubrałam się i udaliśmy

się śpiesznie na parking, dziennikarze szli naszym tropem w niezbyt dużej odległości. Wdychałam zapach
śniegu i spalin.

–  Gdzie  są  dzieci?  –  zainteresowałam  się,  gdy  w  końcu  dotarliśmy  do  mieszkania  Sarah  i  Davida.

Naprawdę pragnęłam przytulić Chloe i Joego.

–  Zawieźliśmy  ich  do  rodziców  Davida.  Odbiorę  ich  jutro.  Są  tacy  podekscytowani  perspektywą

spotkania z tobą.

– Co chciałabyś zjeść? – spytał mnie szwagier.
Żołądek  podjeżdżał  mi  do  gardła.  Przedtem  nie  mogłam  się  doczekać  uczty,  ale  teraz  wydawało  mi

się, że nic nie przełknę.

David musiał mnie wyczuć, bo zaproponował:
– A może wyskoczę po bajgle i zjesz, kiedy ci przyjdzie ochota?
– Świetny pomysł, Davidzie. Dziękuję.
Zdjęłam płaszcz i buty.
– Są tu wszystkie twoje ubrania – powiedziała Sarah. – Gdy John je przyniósł, schowałam je do szafy

w pokoju gościnnym. Także buty, biżuteria i różne inne rzeczy. Nie mogłam nawet dopuścić myśli, by się
ich pozbyć.

Przeszłam  za  siostrą  do  pokoju  gościnnego.  Otworzyła  szafę.  Moje  ubrania  wisiały  na  wieszakach,

reszta  była  porządnie  ułożona  na  górnej  półce.  Mój  wzrok  przyciągnął  niebieski  kaszmirowy  sweter,
wyciągnęłam rękę i dotknęłam rękawa, zdumiona, jak jest mięciutki.

– Chcesz wziąć najpierw prysznic? – spytała Sarah.
–  Tak  –  odparłam,  wyjmując  szare  elastyczne  spodnie  i  bluzkę  z  długimi  rękawami.  Zdjęłam  też

z  półki  niebieski  sweter.  W  stojącej  w  rogu  komodzie  znajdowały  się  moje  skarpetki,  staniki  i  majtki.
Przeszłam do łazienki, gdzie długo stałam pod prysznicem.

Ubrania wisiały na mnie, ale były moje i ciepłe.
– Stefani już jedzie – oznajmiła Sarah, podając mi kubek kawy, gdy tylko usadowiłam się na kanapie

w salonie.

background image

Uśmiechnęłam się na dźwięk imienia mojej najlepszej przyjaciółki.
–  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  ją  zobaczę.  –  Upiłam  łyk  kawy.  Sarah  doprawiła  ją  alkoholem.  –

Bailey’s Irish Cream?

– Pomyślałam, że możesz mieć ochotę na drinka.
–  Chętnie,  ale  tylko  jednego.  Mocno  schudłam  i  alkohol  idzie  mi  szybko  do  głowy.  –  Trzymałam

ciepły kubek w dłoniach. – Jak mama radziła sobie po śmierci taty?

–  Dobrze.  Odmówiła  sprzedaży  domu,  więc  David  zajął  się  ogrodem  i  wynajęliśmy  kogoś,  kto

odśnieżał w zimie podjazd i chodniki. Pilnowaliśmy, żeby nie czuła się samotna.

– Rak był bardzo złośliwy?
– Bardzo. Ale dzielnie walczyła z chorobą do samego końca.
– Była w hospicjum?
– Nie. Umarła w domu, tak jak chciała.
Dokończyłyśmy kawę. Wrócił David z bajglami i Sarah próbowała mnie nakłonić, żebym zjadła.
– Jesteś taka chuda – powiedziała, posmarowała bajgiel kremowym serkiem i podała mi.
Po  skończonym  posiłku  wróciłyśmy  na  kanapę.  Sarah  włączyła  wieżę  stereo  i  znalazła  stację

z klasycznym rockiem. Przyniosła mi świeżo zaparzoną kawę, tym razem bez likieru Bailey’s. Dołączył
do nas David i zaczęli mnie wypytywać o wyspę.

Opowiedziałam  im  o  wszystkim.  Sarah  rozpłakała  się,  słysząc,  jak  T.J.  i  ja  niemal  umarliśmy

z  powodu  odwodnienia,  a  opowieść  o  dwóch  samolotach,  które  przeleciały  nam  nad  głowami,
doprowadziła ją niemal do histerii. Byli wstrząśnięci, gdy usłyszeli o rekinie, Kostku i tsunami.

– Cóż za koszmarnie ciężka próba – rzekła Sarah.
–  No  cóż,  przystosowaliśmy  się.  Ale  pod  koniec  było  naprawdę  źle.  Nie  jestem  pewna,  jak  długo

jeszcze zdołalibyśmy przetrwać.

Podsunęła mi puszysty afgan; schowałam pod nim nogi.
– Zdziwiłam się, widząc Johna na lotnisku – powiedziałam.
– Zadzwoniłam do niego. Był załamany, gdy zaginęliście, i naprawdę szczęśliwy, kiedy usłyszał, że

żyjesz.

– Myślałam, że ułożył sobie życie, może się ożenił.
– Nie. Spotykał się z kimś przez jakiś czas, ale o ile wiem, nadal jest singlem.
– Aha.
– Co postanowiłaś w związku z nim?
– Nie jest mężczyzną, z którym powinnam być, Sarah. Nie wiem, co stałoby się, gdyby nie zdarzyła

się  katastrofa  samolotu,  ale  miałam  mnóstwo  czasu,  by  zastanowić  się,  czego  naprawdę  pragnę.  –
Pokręciłam głową. – Nie jego.

– Ty i T.J. jesteście razem, prawda? – spytała Sarah.
– Tak. Jesteś zaskoczona?
– W tych okolicznościach? Nie. Ile on ma lat?
– Dwadzieścia.
– A ile miał, kiedy to się zaczęło?
– Prawie dziewiętnaście.
– Kochasz go?
– Tak.
– Widziałam, jak na ciebie patrzył. Jak cię pocieszał na lotnisku. On też cię kocha – rzekła Sarah.
Odstawiłam pusty kubek na niski stolik.
– Tak, kocha mnie.
Zadźwięczał  dzwonek  przy  drzwiach  i  Sarah  przeszła  przez  salon  na  korytarz,  a  ja  za  nią.

Wstrzymałam oddech, gdy wyglądała przez wizjer i otwierała drzwi. W progu stała Stefani, łzy spływały

background image

jej po policzkach. Chwyciłam ją w ramiona, żadne słowa nie mogły oddać tego, jak bardzo cieszyłam się,
widząc ją znowu.

– Och, Anno – wyszeptała, szlochając i ściskając mnie z całych sił. – Wróciłaś do domu.

background image

ROZDZIAŁ 46

T.J.

Później,  tego  samego  wieczoru,  udałem  się  do  mojego  pokoju,  wyciągnąłem  się  na  łóżku

i zadzwoniłem do Anny.

– Cześć – powiedziałem, gdy odebrała telefon. – Jak się masz?
– Jestem wykończona. Zbyt wiele wrażeń.
– Żałuję, że nie mogę ci pomóc.
– Po prostu musi minąć trochę czasu – odrzekła. – Nic mi nie będzie.
– Leżę w moim starym łóżku. Mama nie pozbyła się niczego.
– Ani Sarah. Myślałam, że ludzie po czyjejś śmierci raczej oddają jego rzeczy.
– Mama wie o nas.
– O Boże… I jak zareagowała?
– Spytała mnie, ile miałem lat, gdy się to zaczęło. I na tym koniec.
– Może jeszcze powrócić do tematu.
– Może. A więc to był ten John na lotnisku?
– Tak.
– I co mu powiedziałaś?
– Nic. Przerwał mi. Mam do niego zadzwonić.
– Zamierzasz to zrobić?
–  Kiedyś  pewnie  zadzwonię.  Na  razie  nie  mogę  o  tym  w  ogóle  myśleć.  Kilka  dni  temu

spacerowaliśmy po plaży. Teraz jesteśmy w domu. To absolutnie surrealistyczne.

– Wiem.
– Jesteś zmęczony? – spytała.
– Skonany.
– Prześpij się.
– Kocham cię, Anno.
– Ja też cię kocham.

background image

ROZDZIAŁ 47

Anna

Sarah otworzyła drzwi sypialni, trzymając w ręku filiżankę kawy i gazetę.
– Nie śpisz już?
Usiadłam, mrugając. Przez przezroczyste zasłony sączyło się światło dzienne.
– Która godzina?
– Dochodzi dziesiąta. – Podała mi kawę i położyła gazetę na szafce nocnej. – Dziennikarze nie dają

za wygraną. Musiałam wyłączyć dzwonek w aparacie telefonicznym.

Podniosłam z szafki komórkę Sarah i włączyłam ją. Wyłączyłam ją wczoraj po rozmowie z T.J. Na

wyświetlaczu widniało jedenaście nieodebranych rozmów.

– Na twoją komórkę też dzwonili. Muszę jak najprędzej kupić sobie własny telefon.
Sarah machnęła lekceważąco ręką.
– Nie ma pośpiechu. Może poprosimy Davida, żeby to załatwił.
Postawiłam  kawę  na  szafce  nocnej  i  sięgnęłam  po  gazetę.  Zdjęcia  T.J.  i  mnie  zajmowały  całą

pierwszą stronę. Były wśród nich te, które już widziałam w CNN, i kilka z lotniska. Na największym T.J.
całował  mnie  w  czoło,  otaczały  je  mniejsze,  na  których  szliśmy,  trzymając  się  za  ręce,  obejmowaliśmy
się,  T.J.  ocierał  mi  łzy  i  trzymał  mnie  w  ramionach.  Dla  tych,  którzy  spekulowali  na  temat  charakteru
naszych  relacji,  jedno  spojrzenie  prawdopodobnie  wystarczało,  by  odpowiedzieli  sobie  na  najbardziej
palące pytania.

Podałam gazetę Sarah.
–  Jeśli  jakimś  dziennikarzom  uda  się  do  ciebie  dotrzeć,  powiedz  im,  że  nie  jestem  gotowa  do

rozmowy, dobrze? – Wzięłam z powrotem kubek i zamknęłam go w dłoniach. Powróciły do mnie myśli
o rodzicach i wybuchnęłam płaczem.

Sarah  usiadła  na  łóżku  i  otoczyła  mnie  ramionami,  przysuwając  pudełko  z  chusteczkami

higienicznymi.

– Popłacz sobie, Anno. Ja też wciąż płakałam po śmierci każdego z nich. Minie sporo czasu, zanim

przestanie tak dotkliwie boleć.

Skinęłam głową.
– Wiem.
– Jesteś głodna? David poszedł kupić coś na śniadanie.
Kłębiące  się  we  mnie  emocje  sprawiły,  że  kompletnie  straciłam  apetyt,  ale  żołądek  ściskał  mi  się

z głodu.

– Trochę.
– Co chcesz dzisiaj robić?
– Muszę umówić się na kilka wizyt. Doktor, dentysta, fryzjerka.
Sarah wyszła z pokoju i po chwili wróciła z książką telefoniczną.
– Powiedz mi, do kogo zadzwonić.

background image

ROZDZIAŁ 48

T.J.

Ben wpadł do mojego pokoju, trzymając w ręku gazetę.
– Jedno pytanie – rzekł, podchodząc do mojego łóżka i celując we mnie wskazującym palcem. – Ile

miałeś lat, kiedy zacząłeś ją bzykać? Bo z tych zdjęć jasno wynika, że to robiłeś.

Gdyby  nie  patrzył  w  tej  chwili  na  zdjęcie,  na  którym  całuję  Annę,  pewnie  dostrzegłby  moją  pięść

zbliżającą się niebezpiecznie do jego lewego oka.

– Chryste Panie! Za co to? – jęknął, rozciągnięty jak długi na podłodze, trzymając się za oko.
– To cię najbardziej interesuje po trzech i pół roku niewidzenia?
Usiadł, jego oko zaczęło wyraźnie puchnąć.
– Cholera, Callahan. To boli.
Wstałem z łóżka i wyciągnąłem do niego rękę. Chwycił ją, a ja pomogłem mu wstać.
– Nigdy więcej nie mów o niej w ten sposób!
–  T.J.?  –  W  otwartych  drzwiach  stała  mama.  Zauważyła,  że  Ben  trzyma  się  za  oko.  –  Wszystko

w porządku?

– Tak, mamo.
– Tak, spoko, Jane – dodał Ben.
Mama zmierzyła nas podejrzliwym spojrzeniem, ale nie spytała, co się stało.
– Co chciałbyś zjeść, T.J.?
– Cokolwiek, mamo.
Gdy wyszła, Ben spytał:
– Czyli co, zakochałeś się w niej czy jak?
– Owszem.
– A ona cię kocha?
– Mówi, że tak.
– A twoja mama wie o tym?
– Wie.
– Wkurzyła się?
– Na razie nie.
– Kurczę, cieszę się, że wróciłeś. – Ben uściskał mnie niezręcznie. – Naprawdę ciężko to przeżyłem,

gdy mi powiedzieli, że nie żyjesz. – Utkwił wzrok w podłodze. – Wygłosiłem mowę na twoim pogrzebie.

– Coś ty?!
Pokiwał głową.
Ben  ledwie  zdobywał  się  na  to,  by  wystąpić  przed  naszymi  kolegami  na  zajęciach  z  retoryki

w  dziewiątej  klasie.  Nie  potrafiłem  wyobrazić  go  sobie,  jak  przemawia  do  ludzi  na  moim  pogrzebie.
Może nie powinienem był go walnąć.

– To było naprawdę super z twojej strony.
– No cóż, uszczęśliwiło twoją mamę. Tak czy owak, chyba zamierzasz się ostrzyc, co? Wyglądasz jak

jakaś cholerna dziewczyna.

– Zamierzam.
Mama  przygotowała  dla  mnie  cheeseburgera  i  frytki.  Ben  usiadł  ze  mną,  gdy  jadłem.  Rodzice

uściskali  mnie  parę  razy,  a  mama  pocałowała.  Mój  przyjaciel  z  pewnością  miał  ochotę  zrobić  jakąś
przemądrzałą  uwagę,  ale  przykładał  lód  do  oka  i  trzymał  język  za  zębami.  Grace  i  Alexis  też  siedziały
jakiś czas przy stole, opowiadając mi o szkole i koleżankach. Wypiłem do dna resztkę coli.

–  Mogę  cię  umówić  z  doktorem  Sandersonem  dopiero  jutro.  Myślałam,  że  uda  mu  się  wcisnąć  cię

dzisiaj, ale najwyraźniej mają strasznie dużo pacjentów.

background image

– Nie przejmuj się, mamo. Czekałem tak długo, że jeden dzień więcej nie ma znaczenia.
Wytarła ręce w ścierkę i uśmiechnęła się do mnie.
– Chciałbyś jeszcze coś zjeść?
– Nie, jestem najedzony. Dziękuję.
– Umówię cię z fryzjerem i dentystą. – Mama wyłączyła kuchenkę i wyszła umówić wizyty.
– A ty co? Masz pracę czy się obijasz? – spytałem Bena. – Jest środek dnia.
– Studiuję w college’u. Mam ferie zimowe.
– Poszedłeś do college’u? Gdzie studiujesz?
– Na uniwersytecie w Iowa. Jestem na drugim roku. Musisz mnie tam odwiedzić. A ty? Co zamierzasz

robić?

– Obiecałem Annie, że uzyskam dyplom ukończenia szkoły średniej. Nie mam pojęcia, co będę robił

potem.

– Zamierzasz się z nią spotykać?
– Tak. Już za nią tęsknię. Budziłem się przy niej przez ostatnie trzy i pół roku.
– Jak zadam ci jeszcze jedno pytanie, to mi nie przywalisz? Proszę cię.
– Zależy, o co zapytasz.
– Jak to było, kiedy się z nią kochałeś? To prawda, co mówią o starszych laskach?
– Ona nie jest wcale dużo starsza.
– Aha, no dobra. Więc jak było?
– Niesamowicie.
– A co takiego robi?
– Wszystko, Ben.

background image

ROZDZIAŁ 49

Anna

Moja fryzjerka, Joanne, weszła do salonu Sarah.
–  Na  dole  jest  kupa  dziennikarzy  –  powiedziała.  –  Chyba  pstryknęli  mi  zdjęcie.  –  Zrzuciła  płaszcz

i  uściskała  mnie.  –  Witaj  w  domu,  Anno.  Takie  historie  jak  twoja  sprawiają,  że  zaczynam  wierzyć
w cuda.

– Ja też, Joanne.
– Gdzie chcesz ją strzyc? – spytała Sarah.
Właśnie wzięłam prysznic i moje włosy wciąż jeszcze były mokre, toteż Joanne kazała mi usiąść na

stołku w kuchni.

– Co tu się stało? – spytała, przyglądając się uważnie końcówkom włosów.
– T.J. musiał je opalić, kiedy były już za długie.
– Żartujesz.
– Nie. Martwił się, żeby nie zajęły się wszystkie.
– O ile mam je skrócić?
Włosy sięgały mi do połowy pleców.
– O kilkanaście centymetrów. I może zostaw dłuższą grzywkę.
– Jasne.
Joanne  wypytywała  mnie  o  wyspę.  Opowiedziałam  jej  i  Sarah,  jak  kiedyś  nietoperz  zaplątał  mi  się

we włosach.

– Ugryzł cię? – Sarah była wyraźnie przerażona. – I T.J. zadźgał go nożem?
– Tak. Ale wszystko skończyło się dobrze. Nie był nosicielem wścieklizny.
Joanne  wysuszyła  mi  włosy  i  wygładziła  je  prostownicą.  Przytrzymała  w  górze  lusterko,  żebym

zobaczyła swoje odbicie. Włosy wyglądały zdrowo, miały gładkie końce.

– No, no. Znacznie lepiej.
Sarah chciała jej zapłacić, ale Joanne nie przyjęła pieniędzy. Podziękowałam jej, że przyszła do nas

do domu.

– Chociaż tyle mogłam zrobić, Anno. – Uściskała mnie i pocałowała. Gdy wyszła, zwróciłam się do

siostry:

– Jeśli uda nam się jakimś cudem wymknąć stąd tak, by nie nagabywali nas dziennikarze, jest jedno

miejsce, które koniecznie chciałabym odwiedzić.

– Oczywiście – rzekła Sarah. – Wezwę taksówkę.
Gdy  tylko  otworzyłyśmy  drzwi,  reporterzy  zaczęli  wykrzykiwać  moje  imię.  Czekali  na  schodach.

Jakoś przepchnęłyśmy się obok nich i wsiadłyśmy do czekającej taksówki.

– Szkoda, że w twoim domu nie ma tylnych drzwi – powiedziałam.
– Prawdopodobnie i tam by czekali. Pieprzone sępy – mruknęła pod nosem Sarah. Podała kierowcy

adres  i  wkrótce  wjechałyśmy  przez  bramę  cmentarza  Graceland.  –  Zechce  pan  łaskawie  zaczekać?  –
spytała taksówkarza.

Nieliczne płatki śniegu wirowały, opadając z szarego nieba. Trzęsłam się, ale Sarah najwyraźniej nie

czuła  chłodu,  nie  zapięła  nawet  płaszcza.  Zaprowadziła  mnie  do  grobu,  w  którym  spoczywali  moi
rodzice, Josephine i George Emersonowie.

Uklękłam przed nagrobkiem i przesunęłam palcem po ich imionach.
–  Udało  mi  się  wrócić  –  szepnęłam.  Sarah  podsunęła  mi  chusteczkę,  wytarłam  nią  łzy  spływające

ciurkiem z moich oczu.

Wyobraziłam  sobie  tatę  w  jego  obłędnym  nieprzemakalnym  kapeluszu  z  przypiętymi  sztucznymi

przynętami,  gdy  mnie  uczył,  jak  sprawiać  rybę.  Przypomniałam  sobie,  jak  uwielbiał  zapełniać  karmnik

background image

dla  kolibrów  i  przyglądać  się,  jak  te  maleńkie  stworzonka  przylatują,  by  napić  się  wody,  wisząc
w  powietrzu.  Pomyślałam  o  mamie,  jak  bardzo  kochała  swój  ogród,  dom  i  wnuki.  Jak  w  niedzielne
poranki  opowiadałam  jej  o  moich  przygodach  w  szkole.  Nigdy  się  to  już  nie  zdarzy.  Nigdy  nie  będzie
udzielała mi rad, nigdy nie usłyszę głosu żadnego z rodziców. Płakałam jak bóbr, wyrzucając to wszystko
z  siebie.  Sarah  czekała  cierpliwie,  dając  mi  czas  na  katharsis,  którego  tak  bardzo  potrzebowałam.
Wreszcie łzy przestały mi płynąć. Wstałam.

– Teraz możemy jechać.
Siostra  otoczyła  mnie  ramieniem  i  wróciłyśmy  do  taksówki.  Podała  kierowcy  jeszcze  jeden  adres

i pojechałyśmy do rodziców Davida po dzieci.

Joe i Chloe przestali się bawić, gdy weszłyśmy do pokoju. Pewnie przypominałam im ducha. Sarah

pielęgnowała pamięć o mnie, ale teraz ciocia, o której myśleli, że umarła, stała w salonie. Uklękłam obok
nich i powiedziałam cicho:

– Boże, jak ja za wami tęskniłam.
Joe podszedł pierwszy. Przytuliłam go mocno.
– Niech ci się przyjrzę. – Odsunęłam go na długość ramienia.
– Wypadają mi zęby – oznajmił. Otworzył usta i pokazał mi szczerby.
– Widzę, że wróżka zębowa ma przy tobie dużo pracy.
Chloe,  która  powoli  przekonywała  się  do  swojej  dawno  niewidzianej  ciotki,  zbliżyła  się

i wyszeptała:

– Mnie też parę wypadło. – Otworzyła szeroko buzię, żebym obejrzała również jej szczerby.
– O rany! Mama chyba musi miksować wam wszystko w blenderze. Jesteście bezzębni.
– Ciociu Anno, będziesz teraz mieszkała u nas w domu? – spytała Chloe.
– Przez jakiś czas.
– Ułożysz mnie dzisiaj do snu?
– Nie, ja chcę, żeby mnie dziś położyła spać – sprzeciwił się Joe.
– A co wy na to, żebym położyła was oboje? – Przyciągnęłam ich do siebie, powstrzymując łzy.
– Dzieci, jesteście gotowe wracać do domu? – spytała Sarah.
– Taaak!
– W takim razie dajcie buziaka babci i jedziemy.
Później,  już  wieczorem,  gdy  położyłam  dzieci  do  łóżek,  Sarah  nalała  nam  po  kieliszku  czerwonego

wina. Gdy zadzwoniła jej komórka, zerknęła na wyświetlacz i podała ją mnie.

– Cześć. Jak się czujesz? – spytał T.J.
– Dobrze. Byłyśmy dzisiaj z Sarah na cmentarzu.
– Ciężko to przeżyłaś?
– Tak. Ale bardzo chciałam tam pojechać. Czuję się nieco lepiej, gdy odwiedziłam groby rodziców.

Jeszcze tam wrócę. A ty co dziś porabiałeś?

– Byłem u fryzjera. Nie wiem, czy mnie poznasz.
– Będzie mi brakowało twojego kucyka.
Parsknął śmiechem.
– Mnie nie.
–  Właśnie  położyłam  dzieciaki  spać.  Zajęło  mi  to  dwie  godziny,  ponieważ  musiałam  przeczytać

wszystkiego  książeczki,  które  mają.  Sarah  nalała  nam  wina  i  czekamy  na  Stefani.  A  ty?  Masz  jakieś
plany?

– Wychodzimy z Benem, jeśli uda nam się zgubić reporterów.
– Ja się miewa Ben?
– W dalszym ciągu gada jak nakręcony.
– Byłeś już u swojego lekarza?

background image

– Jestem umówiony na jutro.
– Mam nadzieję, że wszystko jest w najlepszym porządku.
– Na pewno. A ty już byłaś?
– Idę jutro. Potem po południu do dentysty.
– Ja też. Pamiętasz, jak zdjąłem aparat ortodontyczny?
– Zapomniałam o tym w ogóle.
– Do zobaczenia w sylwestra, Anno. Kocham cię.
– Ja też cię kocham. Baw się dziś dobrze.

background image

ROZDZIAŁ 50

T.J.

Gdy  Ben  zapukał,  otworzyłem  drzwi.  Lewe  oko  tak  mu  spuchło,  że  nie  mógł  go  otworzyć,  od  rana

zdążył się wokół niego zrobić fioletowoniebieski siniak.

– Cholera jasna. Przepraszam – powiedziałem.
Machnął lekceważąco ręką.
– Ech, nic się nie stało. Masz szczęście, że jestem taki wyrozumiały.
– Szczerze mówiąc, to twoja najlepsza cecha.
– Chłopaki z naszej szkoły przyjechały do domu na ferie świąteczne. Jesteś gotów na imprezkę?
– Jasne. Gdzie?
– U Coopa. Jego rodzice wyjechali dziś rano na Bahamy.
Włożyłem kurtkę.
– No to chodźmy.
Gdy  się  zjawiliśmy,  przynajmniej  dwudziestu  moich  dawnych  kolegów  stało  obok  siebie  w  salonie

u  Nate’a  Coopera.  Wieża  stereo  było  nastawiona  na  pełny  regulator,  leciała  z  niej  muzyka  rockowa.
Powitali nas radosnymi okrzykami, niektórzy ściskali mi dłoń i klepali po plecach. Byli wśród nich tacy,
których  nie  widziałem  od  czasu,  gdy  rozpocząłem  leczenie  chłoniaka  Hodgkina,  ponieważ  opuściłem
mnóstwo  zajęć  w  tamtym  roku.  Poczułem  się  dziwnie,  gdy  zdałem  sobie  sprawę,  że  wszyscy  poza  mną
ukończyli liceum.

Ktoś  rzucił  mi  piwo.  Chcieli  dowiedzieć  się  jak  najwięcej  o  wyspie,  a  ja  zaspokajałem  ich

ciekawość.  Ale  Ben  musiał  im  wyjaśnić,  skąd  wzięło  się  jego  podbite  oko,  żaden  bowiem  nie  spytał
o Annę.

Piłem  drugie  piwo,  gdy  jakaś  dziewczyna  usiadła  obok  mnie  na  kanapie.  Miała  długie  jasne  włosy

i tonę makijażu na twarzy.

– Pamiętasz mnie? – spytała.
– Mniej więcej – odrzekłem. – Przepraszam, ale zapomniałem, jak masz na imię.
– Alex.
– Byłaś w mojej klasie, tak?
–  Tak.  –  Pociągnęła  solidny  łyk  piwa.  –  Wyglądasz  zupełnie  inaczej,  niż  kiedy  byliśmy  w  drugiej

klasie.

– No cóż, od tamtej pory minęły cztery lata. – Dokończyłem piwo i rozejrzałem się za Benem.
– Dobrze wyglądasz. Trudno mi uwierzyć, że naprawdę żyłeś na tamtej wyspie.
– Prawdę mówiąc, nie miałem wyboru. – Wstałem. – Muszę już iść. Do zobaczenia.
– Mam nadzieję.
Znalazłem Bena w kuchni.
– Hej, ja się już zbieram.
– Żartujesz! Nie możesz jeszcze iść. Dopiero północ.
– Jestem zmęczony. Chce mi się spać.
– Marna wymówka, ale w porzo, rozumiem. – Ben przybił mi piątkę i wyszedłem.
W drodze do metra myślałem o Annie, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Uśmiechałem się przez

całą drogę do domu.

background image

ROZDZIAŁ 51

Anna

Obudziłam  Joego  i  Chloe,  żeby  zjeść  razem  z  nimi  śniadanie.  Właśnie  kończyliśmy  gofry  i  sok

pomarańczowy, gdy do kuchni weszła Sarah.

– Dzień dobry – powiedziała. – Dzięki, że przygotowałaś śniadanie dla dzieciaków.
– Ciocia Anna robi najlepsze gofry! – zawołała Chloe.
– Jutro wieczorem przychodzi chłopak cioci Anny – oznajmił Joe.
– Skąd wiesz? – zainteresowała się Sarah.
– Słyszałem, jak rozmawiałyście o tym z ciocią.
–  Tak,  chłopak  cioci  Anny  przychodzi,  by  obchodzić  z  nami  sylwestra.  Spodziewam  się,  że  oboje

będziecie zachowywali się jak aniołki. Proszę bez żadnego łobuzowania.

–  Ciocia  Anna  musi  teraz  wziąć  prysznic  –  powiedziałam  do  dzieci.  –  Ma  przed  sobą  bardzo

pracowity dzień.

– Wizyta u lekarza? – spytała Sarah.
– I u dentysty. Czeka mnie niezła zabawa.

*

Czytałam  jakieś  czasopismo,  czekając  przed  gabinetem,  aż  wywołają  moje  nazwisko.  Gdy

pielęgniarka  poprosiła  mnie,  bym  weszła  na  wagę,  przeżyłam  szok,  widząc,  że  pokazuje  zaledwie
czterdzieści  sześć  kilo,  zwłaszcza  że  przez  kilka  dni  jadłam  do  syta.  Mając  metr  sześćdziesiąt  pięć
wzrostu,  powinnam  ważyć  siedem  do  dziewięciu  kilogramów  więcej.  Na  wyspie  prawdopodobnie
ważyłam jeszcze mniej.

Usiadłam  na  fotelu  ginekologicznym  ubrana  w  papierową  koszulę.  Gdy  weszła  moja  lekarka,

uściskała mnie, mówiąc:

– Witaj z powrotem. Jestem pewna, że słyszałaś to setki razy, Anno, ale trudno mi uwierzyć, że żyjesz.
– Zawsze chętnie tego słucham.
Zajrzała do mojej karty pacjenta.
– Masz niedowagę, ale jestem pewna, że dobrze o tym wiesz. A jak się czujesz ogólnie? Czy jest coś

szczególnego, co cię niepokoi?

– Teraz, gdy odżywiam się prawidłowo, czuję się już lepiej. Ale od bardzo dawna nie miesiączkuję.

Martwi mnie to.

–  No  cóż,  pozwól,  że  cię  zbadam.  –  Pomogła  mi  włożyć  stopy  w  strzemiona.  –  Biorąc  pod  uwagę

twoją niską wagę, zdziwiłabym się, gdybyś miała okres. Jakieś inne problemy?

– Nie.
–  Prawie  skończyłam  –  powiedziała.  –  Wykonamy  rutynowe  badania  laboratoryjne,  ale  cykl

menstruacyjny  powinien  normalnie  powrócić,  gdy  tylko  trochę  przytyjesz.  Jesteś  ewidentnie
niedożywiona,  ale  to  stosunkowo  łatwo  odwrócić.  Przestrzegaj  zrównoważonej  diety.  I  chcę,  żebyś
codziennie brała multiwitaminę.

– Czy fakt, że tak długo nie miesiączkowałam, spowoduje, że trudniej będzie mi zajść w ciążę?
–  Nie.  Gdy  tylko  wróci  ci  okres,  powinnaś  bez  problemu  zajść  w  ciążę.  –  Zdjęła  lateksowe

rękawiczki i wrzuciła je do pojemnika na śmieci. – Możesz już się ubrać.

Usiadłam na fotelu. Lekarka zatrzymała się przy drzwiach i powiedziała:
– Wypiszę ci receptę na pigułki antykoncepcyjne.
– Dobrze.
Pomyślałam,  że  będzie  mi  łatwiej  przyjąć  receptę,  niż  wyjaśniać,  że  nie  potrzebuję  pigułek

antykoncepcyjnych, ponieważ mój dwudziestoletni chłopak jest bezpłodny.

Następnie  odwiedziłam  gabinet  dentystyczny.  Siedziałam  wygodnie  w  fotelu,  gdy  tymczasem

background image

higienistka  stomatologiczna  zrobiła  mi  rentgen,  a  potem  wyczyściła  i  wypolerowała  mi  zęby.  Gdy
oznajmiła, że nie mam żadnych ubytków, doszłam do wniosku, że naprawdę jestem szczęściarą.

Sarah pożyczyła mi trochę gotówki. Po wizycie w gabinecie dentystycznym pojechałam taksówką do

manikiurzystki. Gdy Lucy mnie zobaczyła, zeskoczyła z krzesła i rzuciła się ku mnie.

–  Och,  złotko!  –  wykrzyknęła,  chwytając  mnie  w  objęcia.  Gdy  się  odsunęła,  zobaczyłam,  że  ma  łzy

w oczach.

– Nie płacz, Lucy, bo i ja się popłaczę.
– Anna w domu – powiedziała, uśmiechając się do mnie.
– Tak, jestem w domu.
Zrobiła  mi  manikiur  i  pedikiur,  trajkocząc  z  takim  podnieceniem,  że  rozumiałam  jeszcze  mniej  niż

zwykle. Wspomniała kilkakrotnie imię Johna, ale udawałam, że nie słyszę. Gdy skończyła, uściskała mnie
jeszcze raz.

– Dziękuję, Lucy. Niedługo przyjdę znowu – obiecałam.
Wyszłam z salonu i spojrzałam na swoje dłonie. Marzły mi okropnie bez rękawiczek, ale nie chciałam

rozmazać  lakieru.  Przesunęłam  językiem  po  zębach,  były  czyste  i  gładkie.  Gdy  stałam  przed  sklepem,
przyglądając  się  wystawie,  by  zorientować  się  w  ostatnich  trendach  mody,  w  moje  nozdrza  uderzył
zapach hot dogów na straganie u ulicznego sprzedawcy. Postanowiłam wrócić tutaj i kupić sobie jakieś
odpowiednie ciuszki.

Nierozpoznawalna,  a  przynajmniej  taką  miałam  nadzieję,  kroczyłam  energicznie  po  chodniku,

z uśmiechem na twarzy, czując się, jakbym miała sprężyny w podeszwach butów. Za rogiem przywołałam
taksówkę i podałam kierowcy adres Sarah.

Mojego  radosnego  nastroju  nie  popsuli  nawet  dziennikarze,  od  których  roiło  się  przed  domem.

Utorowałam sobie drogę między nimi, otworzyłam kluczem drzwi i zatrzasnęłam je za sobą.

Późnym wieczorem tego samego dnia zadzwonił T.J.
– Jak wizyta u onkologa? – spytałam.
–  Wyniki  badania  krwi  i  tomografii  będą  dopiero  za  kilka  dni.  Ale  doktor  był  pełen  optymizmu,

ponieważ  nie  mam  żadnych  objawów.  Byłem  też  u  mojego  rodzinnego  lekarza.  Opisałem  mu  moją
chorobę  na  wyspie.  Jest  całkiem  pewny,  że  wie,  na  co  zachorowałem.  Miałaś  rację.  To  była  infekcja
wirusowa.

– Ale co?
– Gorączka krwotoczna. Przenoszona przez komary.
– Zawsze byłeś pogryziony na całym ciele. A więc ona przypomina malarię?
– Chyba tak. Nazywają ją tropikalną gorączką, dengą.
– Jak jest poważna?
– Śmiertelność jest szacowana na pięćdziesiąt procent. Lekarz powiedział, że jestem szczęściarzem.

Nie wpadłem we wstrząs ani nie wykrwawiłem się na śmierć.

– Nie mogę uwierzyć, że udało ci się przeżyć tyle rzeczy, T.J.
– Ani ja. A jak twoja wizyta u lekarki? Wszystko dobrze?
– Będzie, jak trochę przytyję. Pocieszyła mnie, że efekty niedożywienia łatwo odwrócić. Zaleciła mi,

żebym codziennie brała witaminy.

– Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru, tak bardzo pragnę cię zobaczyć, Anno.
– Ja też nie mogę się doczekać.

*

W sylwestra wzięłam prysznic, wymodelowałam włosy, umalowałam się kosmetykami, które kupiłam

podczas rajdu po sklepach. Moja nowa szminka nie zetrze się podczas pocałunków z T.J., a planowałam
ich  całe  mnóstwo.  Odcięłam  metki  w  nowych  dżinsach  i  granatowym  swetrze  w  serek,  po  czym
wciągnęłam je na czarny stanik push-up i koronkowe majtki.

background image

Gdy zapukał T.J., pobiegłam do drzwi i otworzyłam je.
–  Twoje  włosy!  –  wykrzyknęłam.  Przesunęłam  palcami  po  jego  ciemnych,  krótko  ostrzyżonych

włosach. Był gładko ogolony, miał na sobie dżinsy i szary sweter. Podeszłam bliżej, wdychając zapach
jego wody kolońskiej. – Ładnie pachniesz.

–  A  ty  wyglądasz  przepięknie  –  rzekł,  pochylając  się,  by  musnąć  pocałunkiem  moje  wargi.  Poznał

przelotnie Sarah i Davida, gdy przyjechali po mnie na lotnisko, ale przedstawiłam ich sobie jeszcze raz.
Dzieciaki rzucały ukradkowe spojrzenia na T.J. spoza pleców Sarah. – A wy to z pewnością Joe i Chloe.
Dużo o was słyszałem.

– Cześć – przywitał się Joe.
– Cześć – powtórzyła jak echo Chloe. Schowała się znowu za matką, ale po kilku sekundach znowu

zerknęła na T.J.

– Lepiej się pośpieszmy, Davidzie, jeśli nie chcemy stracić rezerwacji – powiedziała Sarah.
– Wychodzicie? – zdziwiłam się.
–  Na  dwie  godzinki.  Pomyśleliśmy,  że  zabierzemy  dzieciaki  na  trochę  z  domu.  –  Włożyła  płaszcz

i uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech.

– Dobrze, do zobaczenia później.
Ledwie  drzwi  się  zamknęły,  skoczyłam  T.J.  w  ramiona,  obejmując  go  w  pasie  nogami.  Niósł  mnie

korytarzem, a ja całowałam go w szyję.

– Gdzie? – spytał.
Pociągnęłam drzwi, gdy dotarliśmy do pokoju gościnnego.
– Tutaj.
Zatrzasnął drzwi nogą i położył mnie na łóżku.
–  Boże,  jak  ja  za  tobą  tęskniłem.  –  Całując  mnie,  wsunął  mi  dłonie  pod  sweter  i  wyszeptał:  –

Zobaczmy, co tam masz pod spodem.

Ledwie  zdążyliśmy  wrócić  na  kanapę  przed  powrotem  Sarah,  Davida  i  dzieciaków  po  upływie

dwóch godzin.

– Dobrze się bawiłaś ze swoim chłopakiem, ciociu Anno? – zainteresowała się Chloe.
Wymieniłyśmy z siostrą spojrzenia, po czym Sarah uniosła brwi i zniknęła w kuchni.
– Owszem, świetnie. A wam smakowała kolacja?
– Aha. Ja jadłam nuggetsy z kurczaka i frytki, a mama pozwoliła mi napić się oranżady!
Joe podszedł do T.J. i usiadł obok niego.
– A ty? – spytał go T.J. – Co ty zamówiłeś?
– Befsztyk – odrzekł Joe. – Nie jadam potraw dla małych dzieci.
– No, no, befsztyk. – T.J. cmoknął. – Jestem pod wrażeniem.
– Dzięki.
Sarah wróciła do pokoju z kieliszkiem wina dla mnie i piwem dla T.J.
– Przynieśliśmy wam coś na kolację. Postawiłam na bufecie.
Podziękowaliśmy  jej  i  przeszliśmy  do  kuchni,  by  podgrzać  jedzenie.  Befsztyki,  pieczone  ziemniaki

i brokuły w sosie serowym.

T.J. odgryzł kawałek befsztyka.
– Twoja siostra jest fantastyczna.
Sarah położyła dzieci spać o wpół do dziewiątej, a potem usiedliśmy we czwórkę, by porozmawiać,

słuchając cicho nastawionego stereo.

– A więc mówicie, że mieliście oswojoną kurę o imieniu Kura? – spytał David.
– Lubiła wskakiwać Annie na kolana – powiedział T.J.
Gdy później poszłam do kuchni po świeże drinki, siostra dołączyła do mnie.
– Czy T.J. zostaje?

background image

– Nie wiem. A może?
– Ja nie mam nic przeciwko temu. Ale będziesz rano musiała odpowiedzieć na pytania panny Chloe,

która bez wątpienia cię nimi zasypie.

– Jasne. Dzięki, siostrzyczko.
Wróciłyśmy  do  salonu.  T.J.  pociągnął  mnie  na  kolana,  a  David  włączył  telewizor.  Za  chwilę  kula

miała  opaść  na  Times  Square  i  zaczęliśmy  odliczać  wstecz  od  dziesięciu,  po  czym  wykrzyknęliśmy
zgodnym chórem:

– Szczęśliwego Nowego Roku.
T.J. pocałował mnie, a ja pomyślałam, że nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa.

background image

ROZDZIAŁ 52

T.J.

Gdy wszedłem do domu o dziewiątej rano w Nowy Rok, mama siedziała w salonie, pijąc kawę.
– Cześć, mamo. Szczęśliwego Nowego Roku. – Uściskałem ją i usiadłem. – Zostałem na noc u Anny.
– Tak się domyśliłam.
– Powinienem był zadzwonić? – Poza wypadem z Benem albo wizytami u lekarzy, które umówiła mi

mama,  od  powrotu  do  domu  każdą  chwilę  poświęcałem  rodzinie.  Wiedziałem,  że  zrozumieją  moje
pragnienie spotkania z Anną, ale nie przyszło mi do głowy, by zawiadomić kogokolwiek, że zostanę u niej
na całą noc.

– Byłoby miło, gdybyś to zrobił. Nie martwiłabym się wtedy.
Cholera jasna. Dotarło do mnie, ile bezsennych nocy musiała spędzić w ciągu tych prawie czterech

lat, i poczułem się jak jeszcze większy dupek, że ich nie zawiadomiłem.

– Przepraszam, mamo. Nie pomyślałem. Następnym razem na pewno zadzwonię.
– Napijesz się kawy? A może przygotować ci coś na śniadanie?
–  Nie,  dziękuję  bardzo.  Zjadłem  u  Anny.  –  Siedzieliśmy  przez  chwilę  w  milczeniu.  –  Nie  zrobiłaś

żadnej uwagi na temat moich relacji z Anną, mamo. Jak się z tym czujesz?

Pokręciła głową.
–  Nie  tego  dla  ciebie  pragnęłam,  T.J.  Żadna  matka  by  tego  nie  pragnęła.  Ale  rozumiem,  czym  to

niewątpliwie  było  dla  was  obojga  na  wyspie.  Dziwne  byłoby,  gdyby  w  tych  okolicznościach  nie
wytworzyła się między wami szczególna więź.

– Anna jest wspaniałą kobietą.
– Wiem. Gdybyśmy tak nie uważali, nie zatrudnilibyśmy jej. – Mama odstawiła filiżankę na stolik. –

Gdy usłyszałam, że samolot zaginął, coś we mnie umarło, T.J. Obwiniałam się o twoją śmierć. Zdawałam
sobie sprawę, jak byłeś wściekły, że wyjedziesz na wakacje z dala od domu, ale mnie to nie obchodziło.
Powiedziałam ojcu, że potrzebne nam są wakacje gdzieś daleko, żebyś skoncentrował się wyłącznie na
nauce, żeby nic cię nie rozpraszało. To była częściowo prawda. Ale przede wszystkim chodziło mi o to,
że  gdy  wrócimy  do  domu,  stracę  cię  na  rzecz  twoich  kolegów.  Wreszcie  wyzdrowiałeś  i  zależało  ci
wyłącznie na tym, by wszystko wróciło do stanu sprzed choroby. Ale to było egoistyczne z mojej strony.
Po prostu chciałam spędzić lato z synem. – W oczach mamy zabłysły łzy. – Dzisiaj jesteś już dorosły, T.J.
Przeszedłeś  więcej  w  ciągu  pierwszych  dwudziestu  lat  niż  większość  ludzi  w  ciągu  całego  życia.  Nie
zamierzam  sprzeciwiać  się  twojemu  związkowi  z  Anną.  Teraz,  gdy  mam  cię  z  powrotem,  pragnę  tylko,
żebyś był szczęśliwy.

Po raz pierwszy zauważyłem, jak bardzo zmęczona jest moja mama. Miała czterdzieści pięć lat, ale

ktoś, kto jej nie znał, dałby jej prawdopodobnie dziesięć lat więcej.

– Dzięki za twoją wyrozumiałość, mamo. Anna jest dla mnie bardzo ważna.
– Wiem, ale znajdujecie się na zupełnie innych etapach życia. Nie chcę, żebyś cierpiał.
– Nie będę. – Pocałowałem ją w policzek i udałem się do mojego pokoju. Wyciągnąłem się na łóżku

i rozmyślałem o Annie, odpychając od siebie to, co powiedziała mama o innych etapach życia.

background image

ROZDZIAŁ 53

Anna

Jechaliśmy z T.J. windą do mieszkania jego rodziców na dwunastym piętrze.
– Nie dotykaj mnie. Nie śmiej nawet spojrzeć na mnie w niestosowny sposób – ostrzegłam go.
– A mogę mieć bardzo nieprzyzwoite myśli na twój temat?
Pokręciłam głową.
– To nie pomaga. Niedobrze mi ze zdenerwowania.
– Moja mama jest super. Powtórzyłem ci, co powiedziała o nas. Zrelaksuj się.
Tom  Callahan  zadzwonił  w  Nowy  Rok  na  komórkę  Sarah.  Widząc  na  wyświetlaczu  nazwisko,

pomyślałam, że to T.J., ale gdy powiedziałam: „Cześć”, Tom przywitał się, złożył mi życzenia i zaprosił
mnie na kolację nazajutrz wieczorem.

– Mamy z Jane kilka spraw do omówienia z tobą.
Błagam, niech jedną z nich nie będzie zarzut, że spałam z ich synem.
– Jasne, Tom, dziękuję. O której godzinie?
– T.J. obiecał, że wpadnie po ciebie o szóstej.
– Świetnie. Do zobaczenia jutro.
Przez  dwadzieścia  cztery  godziny  od  tej  rozmowy  miałam  uczucie,  że  za  chwilę  zwymiotuję.  Nie

mogłam się zdecydować, czy przynieść Jane kwiaty, czy świecę, kupiłam więc i jedno, i drugie. Teraz,
w  windzie,  moje  zdenerwowanie  sięgnęło  zenitu.  Oddałam  torbę  z  prezentami  i  bukiet  T.J.  i  wytarłam
wilgotne dłonie o spódnicę.

Drzwi windy się rozsunęły. T.J. pocałował mnie i powiedział:
– Będzie fajnie.
Wzięłam głęboki oddech i poszłam za nim.
Mieszkanie  Callahanów  przy  Lake  Shore  Drive  było  gustownie  pomalowane  w  różnych  odcieniach

beżu  i  kremowego.  W  rogu  przestronnego  salonu  stał  piękny  fortepian,  na  ścianach  wisiały  obrazy
impresjonistów.  Pluszowa  kanapa,  mała  dwuosobowa  kanapka  i  dobrane  do  nich  fotele  były  ustawione
wokół niskiego, bogato zdobionego stolika.

Przed  kolacją  Tom  nalał  nam  drinki  w  bibliotece.  Usiadłam  w  skórzanym  fotelu  klubowym,

z  kieliszkiem  czerwonego  wina  w  dłoni,  a  T.J.  w  drugim  obok  mnie.  Tom  i  Jane  zajęli  miejsca
naprzeciwko  nas  na  dwuosobowej  kanapce,  ona  sączyła  białe  wino,  a  on  pił  coś,  co  wyglądało  na
szkocką.

– Dziękuję za zaproszenie – powiedziałam. – Macie piękne mieszkanie.
– To my dziękujemy, że przyszłaś, Anno – odrzekła Jane.
Wszyscy zajęli się swoimi drinkami, w pokoju panowała cisza.
T.J.  –  jedyna  osoba  na  luzie  w  całym  towarzystwie  –  pociągnął  łyk  piwa,  które  sobie  przyniósł,

i przewiesił ramię przez oparcie mojego fotela.

– Dziennikarze pytali, czy zechcecie, ty i T.J., wziąć udział w konferencji prasowej – rzekł Tom. –

W zamian za to przestaną was niepokoić.

– Co o tym sądzisz, Anno? – spytał T.J.
Ten  pomysł  napełniał  mnie  przerażeniem,  ale  byłam  już  zmęczona  ciągłym  torowaniem  sobie  drogi

w tłumie reporterów. Może jeśli odpowiemy na ich pytania, zostawią nas w spokoju.

– Czy będą to nadawali w telewizji?
–  Nie.  Zapowiedziałem  im,  że  musi  to  być  zamknięta  konferencja  prasowa.  Urządzą  ją  w  stacji

informacyjnej, ale nie będą transmitować.

– Jeśli reporterzy zgodzą się rzeczywiście dać mi spokój, to zrobię to.
– Ja też – dodał T.J.

background image

– W takim razie zajmę się wszystkim – oznajmił Tom. – Jest jeszcze coś, Anno. T.J. już o tym wie.

Rozmawiałem  telefonicznie  z  prawnikiem  firmy  wynajmującej  hydroplany.  Ponieważ  katastrofa
wydarzyła  się  z  powodu  śmierci  pilota,  a  w  wyposażeniu  tratwy  ratunkowej  zabrakło  radiomarkera
ratowniczego, zatwierdzonego przez straż przybrzeżną, mamy do czynienia z odpowiedzialnością cywilną
obu  stron  za  zaniedbania.  Spory  sądowe  z  firmami  lotniczymi  są  bardzo  złożone  i  sąd  musi  określić
procentowo  odpowiedzialność.  Procesy  mogą  ciągnąć  się  przez  wiele  lat.  Ale  firma  wynajmująca
hydroplany chce zawrzeć z wami ugodę, a potem dochodzić zwrotu części wyłożonych sum od swojego
partnera. W zamian zrezygnujecie z wniesienia pozwu.

W głowie mi się kręciło. W ogóle nie myślałam o zaniedbaniach czy procesie sądowym.
– Nie wiem, co powiedzieć. I tak nie podałabym ich do sądu.
– W takim razie sugeruję ugodę. Nie będzie procesu. Być może będziesz musiała złożyć zeznanie pod

przysięgą,  ale  możesz  to  zrobić  tutaj,  w  Chicago.  Ponieważ  w  czasie,  gdy  zdarzyła  się  katastrofa,
pracowałaś dla nas, mój prawnik może prowadzić negocjacje w twoim imieniu.

– Świetnie, bardzo dziękuję.
–  Prawdopodobnie  będzie  się  to  ciągnęło  przez  kilka  miesięcy  lub  nawet  dłużej,  zanim  sprawa

zostanie sfinalizowana.

– Dobrze, Tom.
Alexis  i  Grace  przyłączyły  się  do  nas  podczas  kolacji.  Zanim  usiedliśmy  do  stołu,  wszyscy  się  już

rozluźniliśmy, częściowo dzięki drugiej kolejce drinków, za które niby podziękowaliśmy, ale każde z nas
wypiło.

Jane  podała  polędwicę  wołową,  pieczone  warzywa  i  ziemniaki  zapiekane  w  sosie  beszamelowym.

Alexis i Grace rzucały na mnie ukradkowe spojrzenia, uśmiechając się. Pomogłam Jane sprzątnąć ze stołu
i podać deser – tartę jabłkową na ciepło z lodami.

Gdy szykowaliśmy się do wyjścia, Tom wręczył mi kopertę.
– Co to jest?
– Czek. Wciąż jesteśmy ci winni za korepetycje.
– Nic nie jesteście mi winni. Nie wykonałam swojej pracy. – Spróbowałam oddać mu kopertę.
Łagodnie odepchnął moją dłoń.
– Jane i ja nalegamy.
– Tom, proszę.
– Po prostu weź to, Anno. Uszczęśliwisz nas.
– Dobrze. – Wsunęłam kopertę do torebki. – Dziękuję za wszystko – powiedziałam do Jane.
Spojrzałam  jej  w  oczy,  a  ona  mnie.  Niewiele  matek  przyjęłoby  tak  uprzejmie  w  domu  dziewczynę

syna, dużo od niego starszą, i obie o tym wiedziałyśmy.

– Było nam miło, Anno. Wpadaj do nas.
Gdy  tylko  drzwi  windy  się  zamknęły,  T.J.  pochwycił  mnie  w  ramiona.  Odetchnęłam  i  przytuliłam

głowę do jego piersi.

– Twoi rodzice są nadzwyczajni.
– Mówiłem ci, że są super.
Byli również bardzo hojni. Gdy później otworzyłam kopertę, znalazłam w niej czek na dwadzieścia

pięć tysięcy dolarów.

*

Konferencja prasowa była wyznaczona na drugą. Tom i Jane Callahanowie stali z boku, Tom z małą

kamerą wideo w dłoni, jako jedyny, któremu pozwolono nagrywać.

– Wiem, o co będą pytali – powiedziałam.
– Nie musisz odpowiadać na żadne pytanie, na które nie zechcesz – przypomniał mi T.J.
Siedzieliśmy  przy  długim  stole,  twarzami  do  morza  reporterów.  Tupałam  nerwowo  nogą,  T.J.

background image

przechylił się, naciskając lekko moje biodro. Miał dość rozsądku, by nie trzymać tam dłoni zbyt długo.

Ktoś  przykleił  taśmą  na  ścianie  dużą  mapę,  pokazującą  widok  z  góry  na  dwadzieścia  sześć  atoli

Malediwów.  Rzeczniczka  prasowa  kanału  informacyjnego,  wyznaczona  na  moderatorkę  konferencji
prasowej, rozpoczęła ją od wyjaśnienia reporterom, że wyspa, na którą trafiliśmy z T.J., była bezludna
i  prawdopodobnie  uległa  znacznym  zniszczeniom  z  powodu  tsunami.  Użyła  laserowego  wskaźnika
i najechała nim na wyspę Male, miejsca, z którego wystartowaliśmy.

–  To  był  ich  cel  podróży  –  wyjaśniła,  wskazując  na  kolejną  wyspę.  –  Ale  pilot  dostał  zawału

i samolot spadł do oceanu gdzieś tutaj.

Pierwsze pytanie zadał reporter stojący w tylnym rzędzie. Musiał krzyczeć, żebyśmy go usłyszeli.
– Co wam przeszło przez myśl, gdy zdaliście sobie sprawę, że pilot ma zawał?
Pochyliłam się do mikrofonu i odrzekłam:
– Byliśmy przerażeni, że umrze, i martwiliśmy się, że nie zdoła wodować na oceanie.
– Próbowaliście mu pomóc? – spytał inny dziennikarz.
–  Anna  próbowała  –  odpowiedział  T.J.  –  Pilot  kazał  nam  włożyć  kamizelki  ratunkowe,  wrócić  na

fotele  i  zapiąć  pasy.  Gdy  się  osunął  na  wolant,  Anna  odpięła  pas  i  przeszła  na  przód  hydroplanu,  by
zrobić Mickowi masaż serca i sztuczne oddychanie.

– Jak długo przebywaliście w wodzie, zanim udało wam się dopłynąć do wyspy?
I znowu odpowiedział T.J.:
– Nie jestem pewien. Słońce zaszło mniej więcej po godzinie od katastrofy i wschodziło, gdy udało

nam się dotrzeć do brzegu.

Przez następną godzinę odpowiadaliśmy na pytania. Wypytywali nas o wszystko, począwszy od tego,

czym się żywiliśmy, a kończąc na naszym schronieniu. Opowiedzieliśmy im o złamanym obojczyku T.J.
i o chorobie, która omal go nie zabiła. Opisywaliśmy burze, mówiliśmy, jak delfiny uratowały T.J. przed
rekinem,  o  tsunami  i  naszym  spotkaniu  w  szpitalu.  Wydawali  się  autentycznie  przejęci,  słuchając
o ciężkich próbach, którym musieliśmy stawić czoło, więc nieco się rozluźniłam.

I właśnie wtedy siedząca w pierwszym rzędzie kobieta w średnim wieku zapytała:
– Jakiego rodzaju relacje łączyły was na wyspie?
– To nieistotne – odparłam.
–  Czy  zna  pani  wiek,  w  którym  prawo  obowiązujące  w  stanie  Illinois  dopuszcza  współżycie

seksualne?

Nie skomentowałam, że wyspa nie leży w stanie Illinois.
– Oczywiście, że tak.
Na wypadek gdyby ktoś z nich nie wiedział, postanowiła ich oświecić.
– Siedemnaście lat, chyba że w związek zaangażowana jest osoba, która ma jakąś władzę, na przykład

nauczyciel. Wtedy wiek jest podniesiony do osiemnastu lat.

– Żadne prawo nie zostało złamane – oświadczył T.J.
–  Niektóre  ofiary  są  zmuszane  do  kłamstw  –  zripostowała  dziennikarka.  –  Zwłaszcza  jeśli

wykorzystywanie seksualne zaczęło się we wczesnym wieku.

– Nie było żadnego wykorzystywania – rzekł T.J.
Z następnym pytaniem zwróciła się bezpośrednio do mnie.
–  Jak,  pani  zdaniem,  będą  czuli  się  podatnicy  w  Chicago,  płacąc  pensję  nauczycielce  podejrzanej

o wykorzystywanie seksualne ucznia?

– Jeszcze raz powtarzam, że nic takiego nie miało miejsca! – wrzasnął T.J. – Której części pani nie

rozumie?

Chociaż spodziewałam się, że będą pytali o nasze relacje, nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mogą

nas  oskarżyć  o  kłamstwo  albo  o  to,  że  zmuszałam  T.J.  do  czegokolwiek.  Ziarno  wątpliwości,  które
zasiała  dziennikarka,  bez  wątpienia  wykiełkuje  i  się  rozprzestrzeni,  karmione  plotkami  i  spekulacjami.

background image

Każdy,  kto  przeczyta  naszą  historię,  zakwestionuje  moje  działania  i  moją  uczciwość.  A  już  na  pewno
trudno  mi  będzie  znaleźć  kuratorium,  które  zaryzykuje  zatrudnienie  mnie,  co  w  rzeczywistości  zakończy
moją karierę nauczycielki.

Gdy ostatecznie dotarły do mnie skutki jej indagacji, ledwie zdążyłam odsunąć krzesło i wybiec do

damskiej  toalety.  Szarpnęłam  gwałtownie  drzwi  kabiny  i  pochyliłam  się  nad  sedesem.  Miałam  odruch
wymiotny,  ale  żołądek  był  pusty  –  nie  mogłam  nic  przełknąć  przed  konferencją  –  toteż  niczego  nie
zwróciłam. Ktoś otworzył drzwi.

– Nic mi nie jest, T.J. Zaraz wychodzę.
– To ja, Anno. – Usłyszałam kobiecy głos.
Wyszłam z kabiny. Stała przed nią Jane Callahan. Otworzyła ramiona i było to coś, co z pewnością

zrobiłaby  moja  mama,  przytuliłam  się  więc  do  niej  i  wybuchnęłam  płaczem.  Gdy  w  końcu  się
uspokoiłam, Jane podała mi chusteczkę higieniczną i powiedziała:

– Media węszą we wszystkim sensację. Myślę, że większość ludzi ich przejrzy.
Wytarłam oczy.
– Mam nadzieję.
T.J. i Tom czekali na nas przed toaletą. T.J. podprowadził mnie do krzesła i usiadł obok mnie.
– Jak się czujesz? – Objął mnie, a ja oparłam głowę na jego ramieniu.
– Już mi lepiej.
– Wszystko się ułoży, Anno.
– Może – powiedziałam. A może nie, dodałam w myśli.
Nazajutrz  rano  przeczytałam  w  gazecie  relację  z  konferencji  prasowej.  Nie  była  tak  zła,  jak  się

spodziewałam,  ale  nie  była  też  dobra.  W  artykule  nie  podawano  w  wątpliwość  moich  umiejętności
pedagogicznych,  ale  powtarzano  niektóre  uwagi  dziennikarki  na  temat  prawdopodobieństwa,  czy  jakieś
kuratorium  zgodzi  się  mnie  zatrudnić.  Podałam  gazetę  siostrze,  która  weszła  do  pokoju.  Przeczytała
relację i prychnęła z obrzydzeniem.

– I co zamierzasz? – spytała.
– Pogadam z Kenem.
Ken  Tomlinson  był  moim  dyrektorem  przez  sześć  lat.  Trzydzieści  lat  pracy  w  publicznym  systemie

szkolnictwa  w  Illinois,  oddanie  dla  uczniów  oraz  wspieranie  nauczycieli  sprawiały,  że  był  jednym
z najbardziej szanowanych ludzi w okręgu. Nie poświęcał wiele czasu na martwienie się sprawami bez
znaczenia i opowiadał najlepsze nieprzyzwoite dowcipy, jakie w życiu słyszałam.

Wsunęłam  głowę  do  jego  gabinetu  trochę  po  siódmej  rano,  kilka  dni  po  konferencji  prasowej.

Odsunął fotel i przywitał mnie przy drzwiach.

– Dziecko, nie masz pojęcia, jak jestem szczęśliwy, że cię widzę. – Uściskał mnie. – Cieszę się, że

wróciłaś.

– Odsłuchałam wiadomość na automatycznej sekretarce Sarah. Dziękuję, że zadzwoniłeś.
–  Chciałem,  byś  wiedziała,  że  wszyscy  o  tobie  myślimy.  Przypuszczałem,  że  potrzebujesz  trochę

czasu,  by  się  pozbierać.  –  Usiadł  za  biurkiem,  a  ja  zajęłam  fotel  naprzeciwko  niego.  –  Chyba  wiem,
dlaczego do mnie przyszłaś.

– Miałeś jakieś telefony w mojej sprawie?
Pokiwał głową.
–  Kilka.  Część  rodziców  chciała  się  dowiedzieć,  czy  wracasz  do  szkoły.  Miałem  ochotę  wygarnąć

im, co naprawdę myślę o ich rzekomej trosce, ale nie mogłem.

– Rozumiem, Ken.
–  Z  radością  przyjąłbym  cię  na  dawne  miejsce,  ale  zatrudniłem  kogoś  dwa  miesiące  po  twoim

zaginięciu, kiedy wszyscy straciliśmy nadzieję, że was kiedykolwiek odnajdą.

– To też rozumiem. Zresztą nie jestem jeszcze gotowa na powrót do pracy.

background image

Ken pochylił się w fotelu i wsparł łokciami na biurku.
–  Ludzie  zawsze  widzą  to,  czego  nie  ma.  Taka  już  jest  ludzka  natura.  Przeczekaj  jakiś  czas.  Niech

sprawa ucichnie.

– Nigdy nie zrobiłam niczego, co krzywdziłoby ucznia, Ken.
–  Jestem  tego  pewien,  Anno.  Nie  wątpiłem  w  ciebie  ani  przez  chwilę.  –  Wyszedł  zza  biurka

i powiedział: – Jesteś dobrą nauczycielką. Nie pozwól, by ktoś ci wmawiał, że jest inaczej.

Klasy  zapełnią  się  wkrótce  uczniami  i  nauczycielami,  a  ja  chciałam  wymknąć  się  niezauważona.

Wstałam.

– Dziękuję ci, Ken. To wiele dla mnie znaczy.
– Wpadnij znowu, Anno. Wszyscy chętnie się z tobą spotkamy.
– Na pewno wpadnę.

*

Szczegóły  konferencji  prasowej  szybko  przedostały  się  do  opinii  publicznej  i  szerzyły  się

w  zastraszającym  tempie.  Wkrótce  nasza  historia  była  znana  już  na  całym  świecie.  Niestety,  większość
informacji była zmyślona, podkolorowana, często kompletnie niezgodna z prawdą.

Wszyscy  oceniali  moje  zachowanie,  rozmawiali  i  zastanawiali  się  nad  moimi  relacjami  z  T.J.  na

czatach  i  forach  internetowych.  Dostarczyłam  materiału  na  monologowanie  wielu  gospodarzom
późnonocnych talk-show i stałam się tematem tylu dowcipów, że w ogóle przestałam oglądać telewizję.
Wolałam  samotność  i  szukałam  ukojenia  w  muzyce  i  książkach,  których  tak  bardzo  brakowało  mi  na
wyspie.

T.J.  również  stał  się  przedmiotem  niewybrednych  żartów.  Kpiono  z  jego  niepełnego  średniego

wykształcenia,  komentując,  że  może  to  nie  ma  znaczenia,  biorąc  pod  uwagę  inne  umiejętności,  których
niewątpliwie musiałam go nauczyć.

Nie miałam ochoty pokazywać się publicznie, obawiając się, że ludzie będą się gapić.
– Wiedziałeś, że przez internet można kupić właściwie wszystko? – Siedziałam na kanapie obok T.J.,

pisząc na laptopie Sarah. – I przywożą ci wszystko pod drzwi. Mogę już nigdy nie wyjść z domu.

– Nie możesz ukrywać się przez całe życie, Anno – powiedział T.J.
Wstukałam do wyszukiwarki Google „umeblowanie sypialni” i wcisnęłam Enter.
– Założysz się?
Kilka  tygodni  później  zaczęła  się  bezsenność.  Najpierw  miałam  kłopoty  z  zasypianiem.

Z błogosławieństwem mojej siostry T.J. często zostawał na noc. Wsłuchiwałam się w jego cichy oddech,
ale  nie  potrafiłam  się  odprężyć.  Potem,  nawet  jeśli  udało  mi  się  zasnąć,  budziłam  się  o  drugiej  lub
trzeciej nad ranem i leżałam, dopóki nie wzeszło słońce. Często dręczyły mnie nocne koszmary, zwykle
śniło mi się, że tonę, i budziłam się zlana potem. T.J. powiedział, że często krzyczę przez sen.

– Może powinnaś pójść jeszcze raz do lekarza, Anno.
Byłam tak wyczerpana i miałam tak nadszarpnięte nerwy, że się zgodziłam.
– Zespół ostrego stresu pourazowego – powiedziała moja lekarka, do której wybrałam się po kilku

dniach. – To zdarza się nagminnie, Anno, zwłaszcza u kobiet. Traumatyczne przeżycia często powodują
opóźnione pojawienie się bezsenności i niepokój.

– Jak to się leczy?
– Zwykle łącząc psychoterapię behawioralno-poznawczą z odpowiednimi lekami. Niektórzy pacjenci

odczuwają ulgę już po niskiej dawce antydepresantów. Mogę przepisać ci coś na sen.

Miałam  znajome,  które  przyjmowały  antydepresanty  oraz  pigułki  nasenne  i  skarżyły  się  na  efekty

uboczne.

– Wolałabym nie zażywać niczego, gdybym zdołała sobie pomóc inaczej.
– Czy bierzesz pod uwagę pójście do psychoterapeuty?
Byłam gotowa spróbować wszystkiego, jeśli dzięki temu udałoby mi się przespać całą noc.

background image

– Czemu nie?
Umówiłam  się  z  psychoterapeutką,  którą  znalazłam  na  żółtych  stronach  książki  telefonicznej.  Jej

gabinet mieścił się w starym ceglanym budynku o popękanych frontowych schodkach. Zameldowałam się
u  recepcjonistki,  a  po  upływie  pięciu  minut  terapeutka  otworzyła  drzwi  poczekalni  i  wywołała  moje
nazwisko. Miała ciepły uśmiech i mocny uścisk dłoni. Oceniłam na oko, że dobiega pięćdziesiątki.

– Jestem Rosemary Miller.
– Anna Emerson. Miło mi panią poznać.
–  Proszę  usiąść.  –  Wskazała  na  kanapę  i  usiadła  w  fotelu  naprzeciwko  mnie,  wręczając  mi  swoją

wizytówkę. Na niskim stoliku obok kanapy stała paląca się jasnym światłem lampka, a pod oknem fikus
w doniczce. Na każdym skrawku wolnej powierzchni piętrzyły się pudełka z chusteczkami higienicznymi.

– Śledziłam pani historię w wiadomościach. Nie jestem ani trochę zaskoczona, że znalazła się pani

u mnie.

–  Cierpię  na  bezsenność  i  dręczy  mnie  uczucie  niepokoju.  Moja  lekarka  zasugerowała,  bym

spróbowała terapii.

–  To,  czego  pani  w  tej  chwili  doświadcza,  jest  normalną  reakcją,  zważywszy  na  to,  co  pani

wycierpiała. Czy kiedykolwiek przedtem korzystała pani z pomocy psychoterapeuty?

– Nie.
– Chciałabym zacząć od zapoznaniem się z całą historią pacjenta.
– Dobrze.
Przynudzała przez czterdzieści pięć minut, wypytując mnie o rodziców, Sarah i moje relacje z nimi.

Pytała  o  wcześniejsze  związki  z  mężczyznami,  a  gdy  opowiedziałam  jej  o  Johnie,  ograniczając  się  do
minimum  informacji,  drążyła  dalej,  prosząc  o  więcej  szczegółów.  Wierciłam  się  niecierpliwie,
zastanawiając się, kiedy wreszcie dotrzemy do punktu, w którym zajmie się moją bezsennością.

–  Być  może  zechcę  jeszcze  wrócić  do  niektórych  wydarzeń  w  historii  pacjenta  podczas  przyszłych

spotkań. A teraz omówimy pani kłopoty ze snem.

Nareszcie.
– Nie mogę zasnąć albo budzę się po krótkim czasie. Mam koszmary.
– Jakie są te koszmary?
– Utonięcie. Rekiny. Czasami tsunami. Zwykle otacza mnie woda.
Ktoś zapukał do drzwi i terapeutka spojrzała na zegarek.
– Przykro mi, kończy nam się czas.
Chyba żartujesz!
– W przyszłym tygodniu możemy rozpocząć pewne ćwiczenia terapii kognitywnej.
W  takim  tempie  jest  nader  prawdopodobne,  że  nie  wyśpię  się  jeszcze  przez  wiele  miesięcy.

Terapeutka  podała  mi  rękę  i  odprowadziła  do  holu.  Gdy  znalazłam  się  na  dworze,  wyrzuciłam  jej
wizytówkę do pojemnika na śmieci.

Kiedy wróciłam do domu, Sarah i T.J. siedzieli w salonie. Klapnęłam na kolana T.J.
– Jak poszło? – spytał T.J.
– Chyba nie jestem entuzjastką psychoterapii.
– Czasami dopiero po jakimś czasie udaje się znaleźć naprawdę dobrą psychoterapeutkę – pocieszyła

mnie Sarah.

–  Tej,  u  której  byłam,  nie  uważam  za  złą.  Po  prostu  chcę  spróbować  czegoś  innego.  Jeśli  się  nie

sprawdzi, zaraz będę z powrotem.

Wyszłam z pokoju i wróciłam po kilku minutach, ubrana w legginsy i bluzkę z długimi rękawami, pod

bluzą od dresu i nylonową wiatrówką. Włożyłam czapkę i usiadłam na kanapie, by zasznurować adidasy.

– Co robisz? – spytał T.J.
– Idę pobiegać.

background image

ROZDZIAŁ 54

T.J.

Zaniosłem  ostatni  karton  na  górę  do  nowego,  niedużego,  dwupokojowego  mieszkania  Anny,  które

znajdowało się piętnaście minut drogi od domu Sarah i Davida.

– Gdzie mam to postawić? – spytałem, wchodząc do środka i strzepując krople deszczu z włosów.
– Gdziekolwiek. – Podała mi ręcznik, a ja zdjąłem mokrą koszulkę i wytarłem się.
–  Usiłuję  znaleźć  pościel  –  powiedziała.  –  Podczas  twojej  nieobecności  przywieźli  łóżko.  –

Szukaliśmy razem, dopóki jej nie znaleźliśmy, a następnie pomogłem Annie ją powlec. – Zaraz wracam –
rzuciła. Po chwili przyniosła jakiś mały przedmiot, postawiła go na szafce nocnej i włączyła do kontaktu.

– Co to jest? – spytałem, kładąc się na tapczanie.
Wcisnęła guzik i pokój wypełnił szum fal oceanu, niemal zagłuszony przez deszcz bębniący o szyby.
Wyciągnęła  się  obok  mnie.  Wziąłem  ją  za  rękę,  którą  podniosłem  do  warg,  po  czym  przyciągnąłem

Annę do siebie. Rozluźniła się, jej ciało wtopiło się w moje.

– Jestem szczęśliwy. A ty, Anno?
– Też – wyszeptała.
Trzymałem  ją  w  ramionach.  Słuchając  szumu  deszczu  i  fal,  mogłem  wyobrażać  sobie,  że  wciąż

jesteśmy na wyspie i nic się nie zmieniło.

Nie  prosiła  mnie,  żebym  się  wprowadził,  po  prostu  stamtąd  nie  wyszedłem.  Od  czasu  do  czasu

spędzałem  noc  w  domu,  ponieważ  uszczęśliwiało  to  moich  rodziców,  poza  tym  bardzo  często
wpadaliśmy  z  Anną  bez  okazji  lub  na  kolację.  Parę  razy  zabrała  Grace  i  Alexis  na  zakupy,  co
podekscytowało moje obie siostry.

Nie  pozwalała  mi  dokładać  się  do  czynszu,  więc  starałem  się  płacić  za  wszystko  inne.  Miałem

fundusz  powierniczy,  który  kiedyś  założyli  mi  rodzice.  Uzyskałem  do  niego  dostęp,  gdy  skończyłem
osiemnaście lat, i pieniądze były teraz moje. Mogłem bez problemu pokryć koszty utrzymania, samochodu
oraz nauki w college’u. Rodzice chcieli wiedzieć – i dopytywali się przez cały czas – jakie mam plany,
nie byłem jednak pewny, co chcę robić. Anna nic nie mówiła, ale byłem świadom, że pragnie, bym zaczął
przygotowywać się do egzaminu, który umożliwi mi otrzymanie świadectwa ukończenia szkoły średniej.

Czasami ludzie nas rozpoznawali, zwłaszcza gdy byliśmy razem, ale Anna powoli zaczynała czuć się

lepiej  w  miejscach  publicznych.  Chodziliśmy  na  długie  spacery  do  parku,  mimo  że  do  wiosny  było
jeszcze daleko. Bywaliśmy też w kinie, czasami wybieraliśmy się na lunch lub kolację, ale Anna lubiła
jadać w domu. Gotowała dla mnie wszystko, na co miałem ochotę, i stopniowo przybierałem na wadze.
Zresztą  ona  również.  Gdy  błądziłem  dłońmi  po  jej  ciele,  nie  wyczuwałem  już  kości,  lecz  miękkie
krągłości.

Wieczorami wkładała adidasy i biegała niemal do kompletnego wyczerpania. Po powrocie do domu

zrzucała  przepocone  ubranie  i  brała  długi,  gorący  prysznic,  a  potem  kładła  się  obok  mnie.  Znajdowała
jeszcze  dość  sił,  by  się  kochać,  po  czym  zasypiała  głębokim  snem.  Zdarzały  się  jej  sporadycznie
koszmary nocne albo miała kłopot z zaśnięciem, ale nie tak jak kiedyś.

Lubiłem nasz rozkład dnia. Nie czułem potrzeby, by cokolwiek zmieniać.

*

– Ben zaprosił mnie, bym spędził z nim weekend – powiedziałem Annie przy śniadaniu kilka tygodni

później.

– Studiuje na uniwersytecie w Iowa, prawda?
– Tak.
– Uwielbiam tamten kampus. Będziesz się świetnie bawił.
– Wyjeżdżam w piątek. Zabierze mnie jego kumpel.
–  Zwiedzaj  uczelnię,  nie  tylko  bary.  Może  zechcesz  tam  studiować,  jak  już  uzyskasz  świadectwo

background image

ukończenia szkoły średniej.

Nie  powiedziałem  Annie,  że  nie  interesuje  mnie  college  w  innym  stanie,  z  dala  od  niej.  A  ściślej

mówiąc, nie interesuje mnie żaden college.

*

Chwiejna, wysoka na dwa metry piramida puszek po piwie stała w rogu pokoju w akademiku Bena.

Przestąpiłem przez puste pudełka po pizzy i sterty brudnych ciuchów. Każdy centymetr podłogi pokrywały
podręczniki, adidasy i puste butelki po mountain dew.

– Chryste, jak ty możesz to wytrzymać? – zdumiałem się. – I czy ktoś nasikał do windy?
– Prawdopodobnie – odrzekł Ben. – Masz tu swój dowód tożsamości.
Spojrzałem spod przymrużonych powiek na prawo jazdy.
– Od kiedy to jestem dwudziestosiedmioletnim blondynem, metr siedemdziesiąt wzrostu?
– Od teraz. Jesteś gotów wybrać się do baru?
– Jasne. Gdzie mam zostawić rzeczy.
– Gdzie chcesz.
Kumpel  Bena  wyjechał  na  weekend  do  domu,  rzuciłem  więc  mój  worek  marynarski  na  jego  łóżko

i poszedłem za Benem do drzwi.

– Zejdźmy lepiej po schodach – powiedziałem.
Tankowaliśmy do dziewiątej. Sprawdziłem komórkę, ale nie dostałem więcej wiadomości od Anny.

Pomyślałem,  że  do  niej  zadzwonię,  ale  spodziewałem  się,  że  Ben  się  do  mnie  przypieprzy,  schowałem
więc telefon z powrotem do kieszeni.

Zaprosił kilka osób do naszego stolika, żeby się z nami napili. Nikt mnie nie rozpoznał. Wmieszałem

się w tłum jak każdy inny student, i właśnie o to mi chodziło.

Siedziałem między dwiema bardzo pijanymi dziewczynami. Jedna z nich wychyliła do dna kieliszek

wódki,  druga  zaś  wahała  się,  trzymając  swój  przy  ustach.  Pochyliła  się  ku  mnie,  patrząc  na  mnie
szklistymi oczami, i powiedziała:

– Jesteś naprawdę sexy.
Odstawiła kieliszek i zwymiotowała na stół. Zerwałem się, odsuwając gwałtownie krzesło.
Ben skinął na mnie, bym za nim poszedł, i opuściliśmy bar. Wdychałem głęboko zimne powietrze, by

pozbyć się z nosa ohydnego fetoru.

– Chcesz coś zjeść? – spytał.
– Zawsze.
– Pizza?
– Może być.
Usiedliśmy przy stoliku z tyłu sali.
– Anna radziła mi zwiedzić kampus. Powiedziała, że powinienem pomyśleć o studiach tutaj, jak już

uzyskam świadectwo ukończenia szkoły średniej.

– Byłoby odlotowo. Moglibyśmy wynająć na spółkę mieszkanie. Co ty na to?
– Nie.
– Dlaczego?
Byłem na tyle pijany, że mogłem rozmawiać z nim szczerze.
– Po prostu pragnę być z nią.
– Z Anną?
– Tak, kretynie. A niby z kim?
– A czego ona pragnie?
Podeszła kelnerka i postawiła przed nami wielką pizzę pepperoni. Położyłem na swoim talerzu dwa

kawałki i odrzekłem:

– Nie jestem pewny.

background image

– Masz na myśli, że chcesz się z nią ożenić i mieć dzieci?
– Poślubiłbym ją nawet jutro. – Odgryzłem kawałek pizzy. – Może poczekalibyśmy trochę na dziecko.
– Ona będzie czekała?
– Nie mam pojęcia.

background image

ROZDZIAŁ 55

Anna

Czekając na stolik, zamówiłyśmy ze Stefani po kieliszku wina przy barze.
– A więc T.J. pojechał w ten weekend odwiedzić przyjaciela?
– Tak. – Spojrzałam na zegarek. Trzy po ósmej. – Przypuszczam, że właśnie w tej chwili zmierzają

pełną parą ku kompletnemu upiciu się. Przynajmniej mam taką nadzieję.

– Nie przeszkadza ci, że się nawali?
– Pamiętasz, co wyprawiałyśmy w college’u?
Stefani uśmiechnęła się.
– Jakim cudem nigdy nas nie aresztowano?
–  Krótkie  spódniczki  i  łut  szczęścia.  –  Upiłam  łyk  wina.  –  Chcę,  żeby  T.J.  też  to  przeżył.  Żeby  nie

czuł, że coś go ominęło.

– Usiłujesz przekonać siebie czy mnie?
– Nie usiłuję przekonywać nikogo. Po prostu nie mam zamiaru go ograniczać.
– Rob i ja chcielibyśmy go poznać, skoro jest dla ciebie taki ważny.
– Dziękuję, to naprawdę miłe z waszej strony, Stef.
Barman postawił przed nami kolejne dwa kieliszki wina.
– Przesyłają je panowie siedzący w rogu.
Stefani odczekała chwilę, po czym wzięła torebkę wiszącą na oparciu krzesła. Szukała przez chwilę,

po czym wyjęła lusterko i szminkę, odwracając się plecami do sali.

– I co?
– Przystojni.
– Jesteś mężatką!
– Nie zamierzam iść do domu z jednym z nich. Poza tym Rob wiedział, że jestem flirciarą, gdy się ze

mną  żenił.  –  Umalowała  usta  i  użyła  chusteczki,  by  zetrzeć  nadmiar  szminki.  –  I  nikt  od  połowy  lat
dziewięćdziesiątych nie postawił mi drinka, więc się zamknij.

– Czy musimy to ciągnąć i dziękować im, czy możemy ich po prostu zignorować? – spytałam.
– Nie chcesz z nimi porozmawiać?
– Nie.
– Za późno. Już tu są.
Obejrzałam się przez ramię, gdy się zbliżali.
– Cześć – powiedział jeden z nich.
– Cześć. Dziękujemy za wino.
Jego  kumpel  uciął  sobie  pogawędkę  ze  Stefani.  Skrzywiłam  się,  widząc,  jak  moja  przyjaciółka

odrzuca włosy do tyłu i chichocze.

–  Jestem  Drew.  –  Był  szatynem  w  garniturze  i  pod  krawatem.  Wyglądał  na  jakieś  trzydzieści  pięć,

a może trochę więcej lat. Atrakcyjny, jeśli komuś podoba się typ bankowca.

– Anna. – Podaliśmy sobie dłonie.
– Poznałem cię ze zdjęcia w gazecie. Przeszłaś ciężką próbę. Przypuszczam, że masz dość mówienia

na ten temat.

– Zdecydowanie.
Rozmowa utknęła w martwym punkcie, podniosłam więc kieliszek do ust.
– Czekacie na stolik? – spytał.
– Tak. Wkrótce powinien się zwolnić.
– Może przysiądziemy się do was?
– Przykro mi, ale nie dziś. Chcę spędzić wieczór z przyjaciółką.

background image

– Jasne, rozumiem. Dasz mi swój numer telefonu?
– Raczej nie.
– Och, daj spokój – Uśmiechnął się, włączając cały swój wdzięk. – Jestem miłym facetem.
– Spotykam się z kimś.
– To szybko. – Popatrzył na mnie dziwnie. – Zaraz, zaraz, nie masz chyba na myśli tego dzieciaka?
– On nie jest dzieckiem.
– Jest.
Stefani poklepała mnie po ramieniu.
– Mamy już stolik.
– Dziękuję jeszcze raz za wino. Przepraszam. – Chwyciłam torebkę i płaszcz, zsunęłam się ze stołka

barowego i poszłam za przyjaciółką.

–  Co  on  ci  powiedział?  –  spytała  Stefani,  gdy  już  usiadłyśmy  przy  stoliku.  –  Nie  wydajesz  się

zachwycona tym facetem.

– Dowiedział się, że nie jestem singielką. A potem nazwał T.J. dzieciakiem.
– Pewnie trochę ucierpiało jego ego.
– T.J. jest młody, Stefani. Gdy ludzie patrzą na niego, nie widzą tego co ja. Widzą dzieciaka.
– A ty co widzisz?
– Po prostu T.J.
Wrócił do domu w niedzielę wieczorem, zmęczony i na kacu. Postawił worek na podłodze i chwycił

mnie w objęcia. Całowałam go długo i namiętnie.

– No, no – powiedział. Ujął moją twarz w dłonie i odwzajemnił pocałunek.
– Tęskniłam za tobą.
– Ja też za tobą tęskniłem.
– Jak było?
– Jego pokój w akademiku to dziura, jakaś dziewczyna omal się na mnie nie wyrzygała, a ktoś nasikał

w windzie.

Zmarszczyłam nos.
– Naprawdę?
– Musiałem ci powiedzieć. Nie jestem pod szczególnym wrażeniem.
– Prawdopodobnie czułbyś się inaczej, gdybyś poszedł do college’u prosto po szkole średniej.
– Ale nie poszedłem, Anno. I mam wielkie zaległości.

background image

ROZDZIAŁ 56

T.J.

– Nie muszę wkładać krawata, co?
Miałem  na  sobie  spodnie  khaki  i  białą  koszulę  z  kołnierzykiem.  Granatowa  sportowa  marynarka

leżała na tapczanie. Byliśmy umówieni w restauracji ze Stefani i jej mężem Robem, i – moim zdaniem –
już zbytnio się odstawiłem.

– Chyba powinieneś – odrzekła Anna, wchodząc do sypialni.
– A czy ja w ogóle mam krawat?
–  Kupiłam  ci,  kiedy  Stefani  powiedziała,  że  chcą  nas  zaprosić  na  kolację.  –  Sięgnęła  do  szafy

i wyjęła krawat, po czym przewlokła mi go pod kołnierzykiem i zawiązała węzeł.

– Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni nosiłem krawat – rzuciłem, rozluźniając lekko węzeł. Poznałem

Stefani i Roba tydzień temu, gdy zaprosili nas do siebie. Lubiłem ich. Swobodnie się z nimi rozmawiało,
więc kiedy Anna powiedziała, że proponują nam wspólne wyjście do restauracji, chętnie się zgodziłem.

– Za minutkę będę gotowa. Muszę się tylko zdecydować, co włożyć.
Stała przed szafą w staniku i majtkach, a ja położyłem się na tapczanie i podziwiałem ten widok.
– Czy mi się wydaje, czy kiedyś twierdziłaś, że stringi są niewygodne?
–  Bo  są.  Ale,  niestety,  dziś  jest  to  zło  konieczne.  –  Anna  wyjęła  jedną  suknię,  długą,  czarną  bez

rękawów. – Ta? – spytała, przykładając ją do piersi.

– Ładna.
–  A  co  powiesz  na  tę?  –  Druga  była  ciemnoniebieska,  krótka,  z  długimi  rękawami  i  dekoltem

z przodu.

– Ta jest sexy.
– W takim razie sprawa została przesądzona – oznajmiła Anna, wkładając ją. Sukienka była obcisła

i świetnie na niej leżała. Następnie wsunęła stopy w pantofelki na wysokich obcasach.

Nigdy  przedtem  nie  widziałem  jej  tak  odszykowanej.  Zwykle  chodziła  w  dżinsach  –  przeważnie

lewisach  –  i  T-shircie  lub  swetrze.  Czasami  zamiast  spodni  była  spódnica,  ale  nigdy  taka  elegancka
sukienka. Teraz, gdy zbliżała się do swojej normalnej wagi, piersi się jej wypełniły, a stanik jeszcze je
podnosił.  To,  co  mogłem  dostrzec  w  głębokim  dekolcie  w  szpic,  sprawiało,  że  chciałem  zobaczyć
więcej.

Skręciła włosy i zebrała je w węzeł na karku, po czym włożyła wiszące kolczyki, podobne do tych,

które wykorzystałem na wyspie jako haczyki. Usta pomalowała czerwoną pomadką; gapiłem się na nie,
pragnąć ją całować.

– Wyglądasz cudownie.
Uśmiechnęła się.
– Tak uważasz?
– Tak. – Wyglądała na kobietę z klasą, piękną, taką, która się w końcu pozbierała.
– Idziemy – powiedziała.
Byłem młodszy od wszystkich w restauracji o dziesięć do dwudziestu lat. Przyszliśmy kilka minut za

wcześnie, więc przeszliśmy za Stefani i Robem do słabo oświetlonego baru, by zaczekać na stolik. Gdy
Anna przechodziła, odwróciło się co najmniej kilka głów.

Stefani zaczęła rozmawiać z jakimś facetem, a ja gawędziłem z Robem, torując sobie drogę w tłoku,

by kupić drinki, kiedy podeszła do nas kobieta z kartami dań.

– Państwa stolik jest gotowy.
Stefani  odwróciła  się  znowu  do  faceta,  z  którym  rozmawiała.  Był  w  garniturze,  ale  węzeł  krawata

miał  rozluźniony  i  dwa  górne  guziki  koszuli  rozpięte.  Trzymał  w  dłoni  szklaneczkę  jakiegoś  alkoholu,
chyba whisky. Był sam i zastanawiałem się, czy przyszedł tu zaraz po pracy.

background image

– Może przyłączysz się do nas – zaproponowała Stefani. – Macie coś przeciwko? – spytała nas.
– Proszę bardzo – odrzekła Anna.
Wzruszyłem ramionami.
– Pewnie.
Gdy zajęliśmy miejsca przy stoliku, Stefani przedstawiła go:
– To jest Spence. W zeszłym roku pracowaliśmy razem nad tą samą sprawą.
Stefani  i  Rob  siedzieli  obok  niego,  tymczasem  my  z  Anną  naprzeciwko  nich.  Ściskając  mu  dłoń,

zauważyłem jego przekrwione oczy i zorientowałem się, że jest narąbany.

Rob  zamówił  dwie  butelki  wina  i  kelnerka  nalała  nam  wszystkim  do  kieliszków,  przedtem  jednak,

zgodnie  z  ogólnie  przyjętymi  bzdurnymi  formami  towarzyskimi,  powąchał  korek  i  zakręcił  winem
w kieliszku.

Upiłem łyk. Wino było czerwone i tak wytrawne, że z trudem powstrzymałem się, by się nie skrzywić.
Spence natychmiast skupił uwagę na Annie. Przyglądał się, gdy podniosła kieliszek do ust, jego oczy

powędrowały od oczu do warg, a potem ku jej piersiom.

– Wyglądasz jakoś znajomo – powiedział.
Pokręciła głową.
– Nigdy się nie spotkaliśmy.
To  było  coś,  czego  nienawidziła  przy  poznawaniu  nowych  ludzi.  Zawsze  próbowali  gdzieś  ją

umiejscowić,  a  w  końcu  przypominali  sobie  jej  twarz  z  relacji  mediów.  Wtedy  zaczynały  się  pytania,
najpierw o wyspę, a potem o nas.

Na szczęście był na tyle pijany, że nie skojarzył jej z wyspą, i Anna wyraźnie odetchnęła. Może jej

nie rozpoznał, ale się od niej nie odczepił.

– Nie byliśmy ze sobą na randce?
Anna podniosła kieliszek i pociągnęła spory łyk.
– Nie.
– To może teraz umówiłabyś się ze mną?
– Hej – powiedziałem ostro. – Ja tu siedzę.
Położyła dłoń na mojej nodze i lekko ją nacisnęła.
– Daj spokój – szepnęła.
–  Chwileczkę.  Ona  jest  z  tobą?  –  spytał  ze  zdumieniem  Spence.  –  Myślałem,  że  jesteś  młodszym

bratem lub kimś w tym rodzaju. – Wybuchnął śmiechem. – Żartujecie sobie ze mnie. – Nagle dotarło do
niego;  spoglądał  to  na  mnie,  to  na  Annę.  –  Teraz  już  wiem,  kim  jesteście.  Widziałem  wasze  zdjęcia
w gazecie. – Prychnął. – Cóż, to tłumaczy, w jaki sposób ją zdobyłeś, ale nie wyjaśnia, dlaczego wciąż
z tobą jest.

Rob spojrzał na Stefani, po czym zwrócił się do Spence’a:
– Dość tego!
–  Tak,  jestem  z  nim.  –  Sposób,  w  jaki  Anna  to  powiedziała,  taki  pewny  siebie,  a  także  spojrzenie,

jakim  zmierzyła  Spence’a,  sugerujące,  że  jest  kompletnym  kretynem,  bardziej  niż  słowa  sprawiły,  że
poczułem się lepiej.

Podeszła do nas kelnerka.
– Przepraszam. – Popatrzyła na mnie. – Czy mogę zobaczyć pański dowód tożsamości?
Wzruszyłem ramionami.
– Jestem niepełnoletni. Ale i tak nie lubię wina. Proszę to zabrać.
Uśmiechnęła się, jeszcze raz przeprosiła i zabrała mój kieliszek. Spence nie potrafił sobie odmówić

złośliwości.

– Nie masz nawet dwudziestu jeden lat? – Jego ledwie powstrzymywany śmiech przerwał milczenie

przy naszym stoliku, gdy wszyscy usiłowali zachowywać się tak, jakby to, co się stało, nie było dla mnie

background image

straszliwie upokarzające.

Zajęliśmy  się  kartami  dań.  Anna  i  ja  nie  mogliśmy  się  zdecydować,  co  zamówić.  Było  zbyt  wiele

potraw do wyboru.

– Co zamawiasz? – spytałem ją.
– Befsztyk. A ty? – Wzięła mnie za rękę, splatając palce z moimi.
– Nie wiem. Może jakąś pastę. Lubisz ravioli, prawda?
– Tak.
– Świetnie, w takim razie wezmę ravioli i podzielimy się.
Stefani starała się podtrzymać rozmowę. Wróciła kelnerka i przyjęła zamówienia. Spence gapił się na

piersi Anny i uśmiechał się znacząco, nawet nie próbując tego ukryć. Wiedziałem, co sobie myśli, gdy tak
na nią patrzył, i siłą woli powstrzymywałem się, by nie walnąć go w gębę.

Gdy poszedł do toalety, Stefani powiedziała:
–  Tak  mi  przykro.  Słyszałam,  że  rzuciła  go  żona,  i  pomyślałam,  że  wyświadczymy  mu  uprzejmość,

proponując, by się do nas przyłączył.

– W porządku – uspokoiła ją Anna. – Po prostu nie zwracajmy na niego uwagi. Ja go ignoruję.
Nikt nie dolał już Spence’owi wina i gdy kończyliśmy jeść, wydawał się odrobinę bardziej trzeźwy.
Kelnerka zaproponowała deser, ale żadne z nas nie miało ochoty na nic. Poprosiliśmy o rachunek.
– Idziemy ze Stefani do toalety – powiedziała Anna. – Zaczekamy na was przy drzwiach.
Obaj  z  Robertem  próbowaliśmy  zapłacić  rachunek,  wreszcie  zgodziliśmy  się  podzielić  koszty  po

połowie, każdy z nas sięgnął po gotówkę. Spence rzucił garść banknotów na stół. Schowałem portfel do
kieszeni i wstałem.

Rob  odsunął  krzesło  i  pożegnał  się  ze  Spence’em,  nie  podając  mu  ręki,  po  czym  wyszedł  przed

restaurację.

Spence nie wstał.
– Przykro mi, że jesteś zbyt smarkaty, by napić się z dorosłymi – wycedził, rozwalając się na krześle.
– A mnie przykro, że nie możesz dotknąć mojej seksownej dziewczyny. I naprawdę nie lubię wina. –

Roześmiałem  się,  widząc  jego  minę  i  dołączyłem  do  Anny,  Stefani  i  Roberta,  którzy  czekali  przy
drzwiach.

– Co mu powiedziałeś? – spytała Anna.
– Że miło mi było go poznać.
– Przepraszam za ten wieczór – rzekła Anna, gdy wsiedliśmy do taksówki.
– To nie była twoja wina. – Objąłem ją.
W restauracji nie przejąłem się tym, że nie mogłem się napić, natomiast wkurzył mnie sposób, w jaki

Spence na nią patrzył. Wiedziałem, że nie jest nim zainteresowana, ale obawiałem się tego następnego.
Tego, który nie okaże się pijanym dupkiem. Tego, który będzie miał dyplom wyższej uczelni, będzie lubił
wino  i  nie  będzie  mu  przeszkadzał  krawat.  Martwiłem  się,  że  pewnego  dnia,  niewykluczone,  że  już
niedługo, może mieć dla niej znaczenie to, że nie interesuje mnie żadna z tych rzeczy.

A nie potrafiłem znieść myśli, że mogłaby być z innym facetem.
Gdy tylko zamknęliśmy za sobą drzwi mieszkania, zacząłem ją całować. Byłem delikatny, trzymając

jej twarz w dłoniach i przyciskając mocno wargi do jej ust. Wiedziałem, że nie jest niczyją własnością,
ale  w  tej  chwili  była  moja.  Gdy  dotarliśmy  do  sypialni,  ściągnąłem  jej  sukienkę  przez  głowę.
W  następnej  kolejności  poleciał  stanik,  a  potem  zsunąłem  jej  z  bioder  majtki.  Zerwałem  z  szyi  krawat
i wyskoczyłem z reszty ubrania. Kładąc ją na łóżku, pochyliłem głowę ku miejscu, w które wgapiał się
przez cały wieczór Spence, i przyssałem się do jej piersi. Zostawiłem tam ślad, który zniknie dopiero po
kilku  dniach.  Dotykałem  jej  i  całowałem  ją,  dopóki  nie  była  gotowa,  a  gdy  już  znalazłem  się  w  niej,
poruszałem się powoli, tak jak lubiła. Przeżywając orgazm, wykrzyknęła moje imię, a ja pomyślałem: To
ze mną to robi. To ja sprawiam, że tak się czuje.

background image

Później poszedłem do kuchni i wziąłem piwo z lodówki. Zabrałem je ze sobą do sypialni i włączyłem

cicho  telewizor.  Anna  spała  nakryta  do  pasa  prześcieradłem.  Podciągnąłem  je  wyżej  i  jedną  ręką
delikatnie otuliłem jej ramiona, a drugą otworzyłem piwo.

background image

ROZDZIAŁ 57

Anna

W kwietniu wiosenny deszcz padał w Chicago przez dwa dni i uwięził nas w domu.
T.J. przerzucał bez celu kanały. Ja leżałam na kanapie, ze stopami opartymi na jego kolanach, czytając

książkę.

– Masz ochotę pójść na jakiś film? – spytał, wyłączając telewizor.
– Pewnie. A co chciałbyś zobaczyć?
– Nie wiem. Przejdźmy się po prostu do kina i coś na miejscu wybierzemy.
Włożyłam  kurtkę  i  wyszliśmy  z  domu.  Brnęliśmy  w  strugach  deszczu.  T.J.  trzymał  parasol  nad

naszymi głowami. Wziął mnie za rękę. Uścisnęłam ją i uśmiechnęłam się, gdy odwzajemnił uścisk.

Chciał  zobaczyć  Batmana  –  Początek.  Staliśmy  w  kolejce  po  popcorn,  gdy  ktoś  klepnął  go  po

ramieniu.

Odwróciliśmy  się.  Wysoki  chłopak  w  czapce  baseballowej  stał  obok  filigranowej  dziewczyny

w różowej bluzie z kapturem, z włosami związanymi w koński ogon.

T.J. się uśmiechnął.
– Cześć, Coop. Co porabiasz?
– Próbuję znaleźć jakieś zajęcie, dopóki nie przestanie padać.
– Wiem coś o tym! To jest Anna – przedstawił mnie T.J. i objął ramieniem.
– Cześć – rzekł Coop. – To moja dziewczyna, Brooke.
– Miło mi was poznać. – Uśmiechnęłam się.
– Wciąż zapominam, że jesteś w mieście – powiedział T.J.
– Utknę na kursach przygotowawczych do studiów na zawsze, jeśli nie poprawię stopni.
– Spotkajmy się od czasu do czasu – zaproponował T.J.
– Moi rodzice wyjeżdżają w przyszłym miesiącu. Powinniście wpaść. – Coop uśmiechnął się do mnie

i wyczułam, że zaproszenie jest szczere.

– Super, dzięki – ucieszył się T.J.
Gdy chłopcy rozmawiali, zerknęłam na Brooke. Gapiła się na mnie z otwartą buzią. Dla niej zapewne

byłam staruszką.

Jej  gładka  twarz  i  różana  cera  zdawały  się  promieniować.  Nie  miała  pojęcia,  podobnie  jak  ja

w wieku dwudziestu lat, jak piękna jest młoda skóra. Choć często nosiłam na wyspie czapkę baseballową
T.J. i ciemne okulary, czasami jednak o tym zapominałam. Myślałam o latach, kiedy promienie słoneczne
prażyły moją skórę, i spodziewałam się, że pewnego dnia obudzę się i odkryję, że moja twarz zmieniła
się  podczas  snu  w  skórzany  kapeć.  Spędzałam  więcej  czasu,  niż  byłam  skłonna  przyznać,  usiłując
odwrócić  szkody,  jakie  słońce  wyrządziło  mojej  skórze;  półka  w  łazience  była  zastawiona
najrozmaitszymi  balsamami  i  kremami,  zaleconymi  przez  dermatologa.  Teraz  moja  cera  wydawała  się
zdrowa,  ale  nie  było  porównania  między  skórą  dwudziestolatki  i  trzydziestotrzylatki.  T.J.  uważał,  że
jestem piękna, wciąż mi to powtarzał. Ale co będzie za pięć lat? Za dziesięć?

Weszliśmy na salę i odnaleźliśmy nasze miejsca. T.J. postawił kubełek z popcornem między nogami

i położył mi dłoń na udzie. Nie mogłam skoncentrować się na filmie. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jego
i siebie, jak pijemy beczkowe piwo z plastikowych kubków w salonie u Coopa, a wszyscy gapią się na
mnie.

T.J.  wspaniale  dopasował  się  do  moich  przyjaciół.  Zniósł  wstrętne  zachowanie  Spence’a  i  prośbę

kelnerki o okazanie dowodu tożsamości, ponieważ stał przed nim kieliszek wina, którego zresztą nie miał
ochoty pić. Nie lubił krawatów, a mimo to go włożył. Swobodnie rozmawiał z Robem i Stefani.

Łatwiej  jest  się  postarzyć  młodemu  człowiekowi,  jeśli  chce  –  może  elegancko  się  ubierać

i  naśladować  sposób  bycia  starszych  osób.  Gdybym  ja  natomiast  próbowała  dopasować  się  do

background image

dwudziestoparoletnich kolegów T.J. i zachowywała się tak jak oni, wyglądałabym śmiesznie.

Gdy  wychodziliśmy  z  kina,  deszcz  już  nie  padał.  Szliśmy  chwilę  przed  siebie,  po  czym  nagle

przystanęłam na chodniku.

– Co się stało? – spytał T.J.
– Nie będę zawsze wyglądała tak jak teraz.
– Nie rozumiem.
–  Jestem  o  trzynaście  lat  od  ciebie  starsza  i  z  każdym  dniem  robię  się  starsza.  Nie  będę  zawsze

wyglądała tak jak teraz.

T.J. objął mnie w talii i przyciągnął do siebie.
–  Wiem,  Anno.  Ale  jeśli  myślisz,  że  zależy  mi  na  tobie  tylko  z  powodu  wyglądu,  to  nie  znasz  mnie

wcale tak dobrze, jak myślałem.

*

Szłam  sama  alejką  w  markecie  spożywczym  Trader  Joe’s,  niosąc  koszyk  wypełniony  wszystkim,  co

tylko przyciągnęło mój wzrok, a na razie były to: dwie butelki caberneta, jakiś makaron organiczny, słoik
włoskiego sosu pomidorowego oraz rzymska sałata, marchew i papryka na surówkę.

T.J.  był  u  fryzjera.  Zwykle  kupowaliśmy  razem  jedzenie,  częściowo  dlatego,  że  nalegał,  by  za  nie

płacić, a częściowo dlatego, że sklepy spożywcze wciąż napawały nas podziwem. Gdy po raz pierwszy
po  przeprowadzce  do  mojego  mieszkania  weszliśmy  do  takiego  sklepu,  stanęliśmy  pośrodku  jak  wryci,
gapiąc się na wystawione produkty.

Przeszłam do drugiej alejki i włożyłam do koszyka kilka puszek piwa dla T.J., a następnie znalazłam

składniki  potrzebne  do  upieczenia  czekoladowego  tortu  dla  niego.  Nie  mogłam  zdecydować  się,  jaki
rodzaj chleba kupić na kolację, gdy poczułam, że ktoś ciągnie mnie za dżinsy.

Mała  –  około  czteroletnia  –  dziewczynka  stała  obok  mnie;  wielkie,  ciche  łzy  spływały  po  jej

policzkach.

– Jesteś mamusią? – spytała.
Przykucnęłam przed nią tak, że miałyśmy oczy na jednym poziomie.
– No, nie. A gdzie jest twoja mamusia?
Przytulała mocno wystrzępiony różowy kocyk.
–  Nie  wiem.  Nie  mogę  jej  znaleźć,  a  moja  mama  mówiła,  że  gdybym  kiedykolwiek  się  zgubiła,

powinnam poszukać innej mamusi, która mi na pewno pomoże.

– Nie martw się. Oczywiście, że ci pomogę. Jak masz na imię?
– Claire.
– Posłuchaj, Claire – powiedziałam. – Chodź ze mną, poprosimy kogoś, żeby ogłosił przez megafon,

że jesteś bezpieczna, żeby mama się nie martwiła.

Dziecko popatrzyło na mnie przez łzy spływające z jej wielkich brązowych oczu i wsunęło malutką

rączkę do mojej dłoni.

Gdy szłyśmy w kierunku frontowej części sklepu, nagle zza rogu wybiegła kobieta, wykrzykująca imię

dziewczynki. Trzymała w dłoni koszyk. W chuście na jej piersi spało niemowlę.

– Claire! O Boże, jesteś. – Kobieta podbiegła do nas, rzuciła koszyk i wzięła dziewczynkę na ręce,

starając się nie potrącić maleństwa. Przerażenie zniknęło z jej twarzy, gdy mocno przytuliła Claire.

– Dziękuję, że ją znalazłaś – powiedziała. – Puściłam na moment jej dłoń, by sięgnąć po coś na półce,

a  gdy  spojrzałam  w  dół,  już  jej  nie  było.  Jestem  taka  zmęczona,  maleństwo  daje  mi  do  wiwatu  i  nie
poruszam się teraz zbyt szybko.

Była mniej więcej w moim wieku i rzeczywiście wyglądała na ogromnie zmęczoną. Podniosłam jej

koszyk.

– Zrobiłaś już wszystkie zakupy? Mogę ci to zanieść do kasy?
– Dziękuję. Będę ci naprawdę bardzo wdzięczna. Przydałyby mi się teraz ze cztery ręce. Wiesz sama,

background image

jak to jest.

Prawdę mówiąc, nie wiedziałam.
Podeszłyśmy do kasy i wypakowałyśmy nasze koszyki.
– Mieszkasz tu gdzieś w pobliżu? – spytała.
– Tak.
– Masz dzieci?
– Jeszcze nie.
– Dziękuję ci bardzo za pomoc.
– Nie ma za co. – Pochyliłam się. – Pa, pa, Claire.
– Pa.
Po powrocie do domu odstawiłam zakupy, usiadłam na kanapie i spłakałam się jak bóbr.

background image

ROZDZIAŁ 58

T.J.

Anna  stała  przy  blacie  kuchennym,  przygotowując  dla  mnie  tort  czekoladowy.  Pocałowałem  ją

i wręczyłem różowe róże, które kupiłem po drodze od fryzjera.

– Są piękne. Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do mnie. Wyjęła spod zlewu wazon i napełniła

go wodą. Włosy miała związane w koński ogon. Objąłem ją od tyłu i pocałowałem w kark.

– Pomóc ci w czymś? – spytałem.
– Nie, prawie skończyłam.
– Dobrze się czujesz?
– Tak, wszystko w porządku.
Wcale  nie  było  w  porządku.  Wiedziałem,  że  płakała  na  chwilę  przed  moim  przyjściem,  ponieważ

oczy  miała  zaczerwienione  i  podpuchnięte.  Ale  nie  mogłem  jej  w  żaden  sposób  pomóc,  dopóki  mi  nie
powie, co ją trapi, a w głębi duszy zastanawiałem się, że może lepiej nie wiedzieć, na wypadek gdyby to
miało coś wspólnego ze mną.

Odwróciła się do mnie ze zbyt radosnym uśmiechem.
– Chcesz pójść do parku, jak już upiekę ciasto? – spytała.
Niesforny kosmyk włosów wysunął się Annie z końskiego ogona, odgarnąłem go za ucho.
–  Chętnie.  Wezmę  koc,  żebyśmy  mogli  sobie  usiąść.  Myślę,  że  jest  około  dwudziestu  stopni.  –

Pocałowałem ją w czoło. – Lubię z tobą wychodzić.

– A ja z tobą.
Gdy dotarliśmy do parku, rozłożyliśmy koc na ziemi i usiedliśmy. Anna zrzuciła buty.
– Zbliżają się czyjeś urodziny – powiedziałem. – Jak chciałabyś je spędzić?
– Nie wiem. Muszę się zastanowić.
– Ja mam pomysł na prezent dla ciebie, ale jeszcze nie udało mi się tego znaleźć. A szukam już od

dłuższego czasu.

– Jestem zaintrygowana.
– Kiedyś powiedziałaś, że chciałabyś to mieć.
– Poza książkami i muzyką?
–  Tak.  –  Kupiłem  już  jej  iPoda  i  ściągnąłem  z  internetu  wszystkie  jej  ulubione  piosenki,  ponieważ

lubiła słuchać muzyki podczas biegania. Kilka razy w tygodniu chodziła do biblioteki i wracała ze stertą
książek. Czytała szybciej niż ktokolwiek, kogo znam.

– Zostały ci jeszcze całe dwa tygodnie. Na pewno ci się uda. – Uśmiechnęła się i pocałowała mnie.

Wydawała się taka szczęśliwa, że pomyślałem, iż może jednak wszystko jest w porządku.

background image

ROZDZIAŁ 59

Anna

Wysyłałam  setki  CV.  Znalezienie  pracy  tak  blisko  końca  roku  było  raczej  niemożliwe,  ale  wciąż

miałam nadzieję, że znajdę coś od jesieni, nawet jeśli byłoby to tylko zastępstwo.

Sarah  oddała  mi  połowę  pieniędzy  ze  sprzedaży  domu  rodziców,  poza  tym  miałam  jeszcze  sporą

sumę, która została z wynagrodzenia, jakie zapłacili mi Callahanowie. Do tego dojdą jeszcze pieniądze
z ugody z firmą wynajmującą hydroplany. Może nie musiałam pracować, ale bardzo chciałam. Brakowało
mi zarabiania własnych pieniędzy, ale przede wszystkim brakowało mi uczenia.

Na tydzień przed urodzinami spotkałam się na lunchu z Sarah. Pąki na drzewach popękały, zazieleniły

się liście, w donicach ustawionych wzdłuż chodników kwitły pierwsze wiosenne kwiaty. Maj był bardzo
ciepły jak na tę porę roku. Usiadłyśmy na patio restauracji i zamówiłyśmy mrożoną herbatę.

– Jak zamierzasz spędzić urodziny? – spytała Sarah, otwierając kartę dań.
– Nie wiem. T.J. pytał mnie o to samo. Będę szczęśliwa, zostając w domu. – Opowiedziałam jej, jak

obchodziliśmy z T.J. moje ostatnie urodziny. Jak udawał, że obdarowuje mnie książkami i płytami. – Tym
razem zamierza dać mi coś, o czym podobno wspomniałam, że chciałabym mieć. Zupełnie nie wiem, co
to może być.

Kelnerka dolała nam mrożonej herbaty i przyjęła zamówienie.
– Jak idzie szukanie pracy? – spytała Sarah.
–  Niezbyt  dobrze.  Albo  rzeczywiście  nie  ma  żadnych  wakatów,  albo  po  prostu  nie  chcą  mnie

zatrudnić.

– Spróbuj się nie dołować, Anno.
–  Niestety,  nie  jest  to  takie  łatwe.  –  Upiłam  łyk  mrożonej  herbaty.  –  Wiesz,  kiedy  wsiadałam  na

pokład  tamtego  samolotu  prawie  cztery  lata  temu,  byłam  w  związku,  który  donikąd  nie  prowadził,
i miałam jeszcze bardziej nikłą szansę założenia rodziny, ale przynajmniej kochałam swoją pracę.

– Ktoś cię w końcu zatrudni.
– Może.
Sarah popatrzyła na mnie przez stół.
– Nic więcej cię już nie gryzie?
–  Nie.  –  Opowiedziałam  jej,  co  wydarzyło  się  w  Trader  Joe’s.  –  W  dalszym  ciągu  pragnę  tego

samego, siostrzyczko.

– A czego pragnie T.J.?
– Nie jestem pewna, czy sam to wie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Chicago, marzył o tym, by spędzać czas

z  kumplami  i  wrócić  do  życia  sprzed  choroby  nowotworowej.  Ale  jego  przyjaciele  mają  swoje  życie
i nie sądzę, by T.J. wymyślił już swój sposób na życie.

Opowiedziałam Sarah o funduszu powierniczym T.J. Siostra uniosła brwi.
– Na jego obronę muszę przyznać, że go to nie zepsuło. Ale też nie ma motywacji.
– Rozumiem, o co ci chodzi – powiedziała.
– Znowu czekam, Sarah. Inne przyczyny, inny mężczyzna, ale po czterech latach znowu czekam.

background image

ROZDZIAŁ 60

T.J.

Pies wpadł jak bomba do mieszkania Anny, omal nie zbijając jej z nóg. Pochyliła się do niego, a on

polizał ją po twarzy. Rzuciłem smycz na niski stolik i powiedziałem:

–  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  urodzin.  Nie  udałoby  mi  się  zapakować  go  do  pudełka,  nawet

gdybym się bardzo starał.

Podniosła się i pocałowała mnie.
– Kompletnie zapomniałam, że wspomniałam ci kiedyś o tym, jak bardzo chciałam mieć psa.
– Golden retriever. Dorosły. Ze schroniska. Szukałem wszędzie. Powiedziano mi, że ktoś go znalazł,

jak  wlókł  się  poboczem  drogi,  bez  obroży,  bez  identyfikatora.  Skóra  i  kości.  –  Gdy  Anna  to  usłyszała,
opadła na kolana i uściskała psa, głaszcząc jego miękką sierść. Polizał ją znowu i zaczął biegać w kółko
wokół niej, merdając ogonem.

– Wydaje się zdrowy – powiedziała.
– Chyba nie zamierzasz nazwać go Psem, co? – droczyłem się z nią.
– Nie, to byłoby głupie. Nazwę go Bo. Dawno temu już wybrałam to imię.
– W takim razie dobrze, że to chłopak.
– To fantastyczny prezent, T.J. Dziękuję ci.
– Nie ma za co. Cieszę się, że ci się podoba.

*

Do  połowy  czerwca  Anna  wciąż  jeszcze  nie  znalazła  pracy.  Odbyła  rozmowę  kwalifikacyjną

w liceum na przedmieściu; poszło jej bardzo dobrze. Odpuściła sobie, kiedy nie dostała tej posady, ale
w nocy miała problemy z zaśnięciem. O trzeciej nad ranem znalazłem ją w salonie. Czytała książkę, a Bo
leżał obok niej na kanapie, z głową na jej kolanach.

– Wracaj do łóżka.
–  Zaraz  do  ciebie  przyjdę  –  obiecała.  Ale  gdy  się  obudziłem  nazajutrz  rano,  jej  połowa  łóżka  była

wciąż pusta.

Wypełniała  sobie  dni,  opiekując  się  Joem  i  Chloe;  czytała  i  biegała  na  coraz  dłuższe  dystanse.

Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, czy to na jej niedużym tarasie, czy to w psim parku z Bo. Chodziliśmy
na mecze Chicago Cubs na stadionie baseballowym Wrigley Field i na koncerty w parku.

Mimo  to  Anna  wydawała  się  jakaś  niespokojna,  bez  względu  na  to,  ile  mieliśmy  rozmaitych  zajęć.

Czasami zamyślona patrzyła gdzieś w dal, a ja nigdy nie potrafiłem zebrać się na odwagę, by zapytać ją,
o czym myśli.

background image

ROZDZIAŁ 61

Anna

– Spójrz, co mi przysłano e-mailem – powiedziałam, wchodząc do domu i rzucając klucze na stół.
T.J. siedział na kanapie; oglądał telewizję. Bo spał obok niego.
– Co to jest?
–  Formularz  zgłoszenia  na  zajęcia  przygotowawcze  do  licealnego  egzaminu  końcowego.

Zadzwoniłam  kilka  dni  temu  i  poprosiłam  o  przysłanie  informacji.  Pomyślałam,  że  możesz  się  zapisać,
a ja ci pomogę w nauce.

– Mogę zacząć jesienią.
–  Mają  też  letnie  sesje  i  jeśli  zaczniesz  teraz,  mógłbyś  zdawać  pod  koniec  sierpnia  i  we  wrześniu

zapisać się do dwuletniego college’u. Jeśli uda mi się znaleźć pracę w szkolnictwie, to oboje bylibyśmy
przez cały dzień w szkole.

T.J. wyłączył telewizor. Usiadłam obok niego i zaczęłam drapać Bo za uszami. Nie odzywaliśmy się

przez dłuższą chwilę.

– Przynajmniej jedno z nas powinno zrobić jakiś postęp w swoim życiu – oznajmiłam.
– Co przez to rozumiesz? – spytał.
– Ja nie mogę znaleźć pracy. Ty możesz iść do szkoły.
– Nie chcę być trzymany w klatce przez cały dzień.
– Teraz przecież też siedzisz w domu.
– Po prostu czekałem, aż wrócisz, żebyśmy mogli zabrać Bo na spacer. Co tak naprawdę próbujesz mi

powiedzieć, Anno?

Serce zaczęło mi bić jak szalone.
– Nie możemy w dalszym ciągu próbować odtworzyć wyspy tutaj, w tym mieszkaniu.
– To mieszkanie w niczym nie przypomina wyspy. Mamy wszystko, czego potrzebujemy.
– Nie, to ty masz wszystko, czego potrzebujesz. Ja nie.
–  Kocham  cię,  Anno.  Pragnę  spędzić  z  tobą  resztę  życia.  –  W  jego  słowach  kryło  się

niedopowiedziane znaczenie: poślubię cię, stworzymy razem rodzinę.

Pokręciłam głową.
– Tego nie możesz wiedzieć, T.J.
– Oczywiście, że nie – odparł ironicznie. – Skąd niby miałbym wiedzieć, czego chcę? Mam dopiero

dwadzieścia lat.

– Nigdy nie rozmawiałam z tobą protekcjonalnie dlatego, że jesteś młodszy.
Rozłożył ręce.
– Właśnie to zrobiłaś.
–  Są  pewne  sprawy,  które  powinieneś  zakończyć.  I  tyle  rzeczy,  których  nawet  nie  miałeś  szansy

rozpocząć. Nie wolno mi zabierać ci tego.

– A jeśli ja tego nie chcę, Anno? Jeśli wolę ciebie?
– Na jak długo, T.J.?
Na jego twarzy odmalowało się nagłe zrozumienie.
– Obawiasz się, że nie zostanę?
– Tak – wyszeptałam. – Tego właśnie się obawiam. – A gdyby T.J. znudziła zabawa w dom i gdyby

doszedł do wniosku, że tak naprawę wcale nie ma ochoty się ustatkować?

–  Po  tym  wszystkim,  co  razem  przeszliśmy,  nie  ufasz  mi  na  tyle,  by  uwierzyć,  że  zostanę  z  tobą  na

zawsze? – Cierpienie w jego oczach zamieniło się w gniew. – Kompletna bzdura, Anno! – Podszedł do
okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Odwracając  się  do  mnie,  zapytał:  –  Dlaczego  nie  powiesz  wprost,  o  co  ci
naprawdę chodzi? Że szukasz kogoś w odpowiednim wieku.

background image

– Co takiego?! – Skąd mu przyszedł do głowy ten pomysł?
– Wolałabyś mieć starszego faceta. Kogoś, kogo ludzie nie traktują jak smarkacza.
– To nieprawda, T.J.
– Zawsze znajdzie się jakiś dupek, któremu będzie się wydawało, że może przystawiać się do ciebie

w mojej obecności. Nie traktują mnie poważnie. Dla nich ty po prostu zabijasz w ten sposób czas. Nigdy
nie przeszło ci przez myśl, że ja mogę się martwić, że to ty mnie zostawisz?

Mieszkanie wypełniła pełna emocji cisza. Minuty dłużyły się jak godziny, gdy każde z nas czekało, aż

to drugie powie, że jego obawy są nieuzasadnione. Żadne jednak tego nie uczyniło.

Pomyślałam, że będzie mniej bolało, jeśli zerwę plaster jednym szarpnięciem.
– Musisz przez pewien czas być sam, T.J., a ja naprawdę wiem, jak to jest, zanim człowiek nabierze

pewności, że pragnie z kimś być.

Na  jego  twarzy  odmalowało  się  prawdziwe  cierpienie.  Przeszedł  przez  pokój  i  zawahał  się,

zatrzymując  się  kilka  kroków  przede  mną  i  patrząc  mi  w  oczy.  Następnie  odwrócił  się  i  wyszedł,
trzaskając drzwiami.

Tamtej  nocy  nie  mogłam  zmrużyć  oka.  Siedziałam  w  ciemności  na  kanapie,  z  twarzą  wtuloną

w  futerko  Bo,  i  płakałam.  Nazajutrz  rano  wyszłam  wcześnie  z  mieszkania,  bo  obiecałam  Sarah,  że
popilnuję  dzieci,  podczas  gdy  oni  z  Davidem  wybiorą  się  na  niedzielny  brunch.  Po  powrocie  do  domu
odkryłam,  że  T.J.  również  oderwał  swój  plaster  –  wszystkie  jego  rzeczy  zniknęły,  a  klucz  od  mojego
mieszkania leżał na kuchennym stole.

Bolało jak diabli.

background image

ROZDZIAŁ 62

T.J.

Wynajęliśmy  z  Benem  na  lato  dwupokojowe  mieszkanie  na  drugim  piętrze  starego  budynku,  cztery

przecznice od Wrigley Field. Jego rodzice przeprowadzili się na Florydę, wyjaśniwszy mu wcześniej, że
mają kompletnie dość śniegu i mrozu. Ben nie miał nic przeciwko temu, ponieważ zarówno on, jak i jego
starszy brat zamierzali studiować w innym stanie, ale musiał przemieszkać gdzieś do rozpoczęcia zajęć
jesienią.

– Chcesz wynająć ze mną mieszkanie, Callahan? – spytał. – Będziemy mogli imprezować za trzech.
– Czemu nie – odrzekłem. Skoro Anna była taka zdecydowana zmusić mnie, by nic mnie nie omijało,

wynajęcie  mieszkania  na  spółkę  z  najlepszym  przyjacielem  było  prawdopodobnie  krokiem  w  dobrym
kierunku.

Przedmiotem kierunkowym Bena były finanse i księgowość. Udało mu się jakimś sposobem załatwić

odbywanie stażu w śródmiejskim banku. Musiał codziennie chodzić w krawacie.

Ja  wkręciłem  się  do  pracy  w  budownictwie  i  codziennie  o  godzinie  siódmej  rano  jeździłem  na

przedmieścia stawiać domy. Zabierałem się z jednym facetem z załogi, który uczył mnie wszystkiego, co
potrzebowałem wiedzieć, by nie wyjść na kompletnego idiotę. Nie różniło się to bardzo od tego, w jaki
sposób  budowałem  chatę  na  wyspie,  poza  tym,  że  tutaj  używałem  elektrycznego  narzędzia  do  wbijania
gwoździ i dookoła miałem dużo więcej tarcicy.

Większość  pracowników  tak  naprawdę  nie  była  rozmowna  i  nie  musiałem  gadać  z  nikim,  z  kim  nie

miałem  ochoty.  Czasami  jedynym  dźwiękiem  był  hałas,  jaki  czyniły  narzędzia  oraz  klasyczna  muzyka
rockowa,  dobiegająca  z  dużego  przenośnego  radiomagnetofonu.  Nigdy  nie  nosiłem  koszuli  i  wkrótce
byłem opalony prawie tak jak na wyspie.

Wieczorami popijaliśmy z Benem piwo. Tęskniłem za Anną i myślałem o niej nieustannie. Bez niej,

przytulonej do mojego boku, sypiałem fatalnie. Ben był na tyle rozsądny, by nie poruszać tematu Anny, ale
najwyraźniej martwił się o mnie.

Cholera, ja też się o siebie martwiłem.

background image

ROZDZIAŁ 63

Anna

O drugiej po południu temperatura sięgnęła trzydziestu stopni. Upał spływał po mnie niczym pot po

twarzy, gdy szłam po chodniku, głośno tupiąc.

Nie przeszkadzało mi to. Dobrze znosiłam spiekotę.
Przez  drugą  połowę  czerwca  i  cały  lipiec  biegałam  –  dziesięć,  potem  dwanaście,  szesnaście

kilometrów dziennie, czasami więcej.

Podczas  joggingu  nie  płakałam.  Nie  myślałam.  Nie  snułam  przewidywań.  Oddychając  głęboko,

stawiałam nogi jedna przed drugą.

W  sierpniu  zadzwonił  Tom  Callahan.  Gdy  na  wyświetlaczu  pojawiło  się  jego  nazwisko,  serce

mocniej mi zabiło, po chwili jednak nastrój mi się pogorszył, zdałam sobie bowiem sprawę, że to nie T.J.

–  Przedstawiciel  firmy  czarterującej  hydroplany  sfinalizował  dziś  rano  ugodę.  T.J.  podpisał  już

dokumenty. Gdy ty je również podpiszesz, sprawa będzie załatwiona.

– Dobrze. – Zapisałam adres, który mi podał.
– Jak się czujesz, Anno?
– Dobrze. A co u T.J.?
– Jest bardzo zajęty.
Nie spytałam go, co to znaczy.
–  Dziękuję  za  wiadomość.  Postaram  się  jak  najszybciej  podpisać  te  dokumenty.  –  Ponieważ  przez

chwilę  po  drugiej  stronie  linii  panowała  cisza,  dodałam:  –  Proszę,  pozdrów  ode  mnie  serdecznie  Jane
i dziewczynki.

– Zrobię to na pewno. Trzymaj się, Anno.
Tego samego wieczoru zwinęłam się w kłębek na kanapie razem z Bo, by poczytać książkę. Zdążyłam

przeczytać dwie strony, gdy ktoś zapukał do moich drzwi.

Ogarnęło  mnie  pełne  nadziei  podniecenie,  poczułam  motyle  w  brzuchu.  Po  rozmowie  z  Tomem

Callahanem  zastanawiałam  się  przez  cały  dzień,  czy  T.J.  zechce  się  ze  mną  skontaktować.  Bo  oszalał,
szczekał, biegając w kółko, jak gdyby go poznał. Podbiegłam do drzwi i otworzyłam je gwałtownie, ale
to nie T.J. stał w progu.

To był John.
Miał minę pełną rezerwy. Jego blond włosy były ostrzyżone krócej niż zwykle, wokół oczu pojawiło

się  kilka  zmarszczek,  ale  poza  tym  nic  się  nie  zmienił.  W  dłoniach  trzymał  karton.  Bo  trącał  gościa
w nogi, obwąchując go i okrążając.

–  Sarah  podała  mi  twój  adres.  Znalazłem  jeszcze  trochę  twoich  rzeczy  i  pomyślałem,  że  może

chciałabyś je mieć. – Zajrzał mi przez ramię, próbując sprawdzić, czy jestem sama.

– Wejdź, proszę. – Zamknęłam za nim drzwi. – Przepraszam, że do ciebie nie zadzwoniłam. To było

niegrzeczne z mojej strony.

– W porządku, nie przejmuj się.
John postawił karton na niskim stoliku.
– Napijesz się czegoś?
– Chętnie – odrzekł.
Przeszłam  do  kuchni,  otworzyłam  butelkę  wina  i  nalałam  nam  po  kieliszku.  Wybór  napoju

odzwierciedlał raczej moją nagłą potrzebę napicia się alkoholu niż pragnienie okazania gościnności.

– Dziękuję – rzucił, gdy podałam mu kieliszek.
– Bardzo proszę. Usiądź.
Kichnął dwukrotnie.
– Masz psa. Zawsze chciałaś mieć.

background image

– Wabi się Bo.
Usiadł w fotelu naprzeciwko kanapy. Postawiłam kieliszek na stoliku przed sobą i zaczęłam wyciągać

z  pudła  rzeczy.  Czułam  się  tak  jak  wtedy,  gdy  zobaczyłam  swoje  ubrania  wiszące  w  szafie  ściennej
w gościnnym pokoju Sarah. Rzeczy, których nie pamiętałam, ale które przypomniałam sobie natychmiast,
gdy je znowu zobaczyłam.

Zdjęłam  gumkę  ze  sterty  zdjęć.  Pierwsze  z  wierzchu  przedstawiało  mnie  i  Johna.  Staliśmy  przed

diabelskim  młynem  w  parku  rozrywki  Navy  Pier,  objęci  wpół,  John  całował  mnie  w  policzek.
Pochyliłam się nad stolikiem, podając mu zdjęcie.

– Spójrz, jacy byliśmy młodzi.
– Dwadzieścia dwa lata – powiedział.
Były  tam  też  zdjęcia  z  wakacji  i  kilka  grupowych  z  naszymi  przyjaciółmi.  Mama  i  John  przed

bożonarodzeniową  choinką.  John  w  szpitalu,  trzymający  w  ramionach  Chloe,  kilka  godzin  po  jej
narodzinach.

Gdy  tak  przyglądałam  się  fotografiom,  wspominając  historię  naszego  związku,  dotarło  do  mnie,  że

w czasie jego trwania zdarzyło się też dużo dobrych rzeczy. Na początku zapowiadało się wspaniale, ale
później w naszych relacjach nastąpił zastój, przygniótł je ciężar całkiem różnych pragnień i priorytetów.
Owinęłam z powrotem zdjęcia gumką i odłożyłam je na stolik.

Wyjęłam stare buty do biegania.
– Mają na swoim koncie sporo kilometrów. – Uśmiechnęłam się na widok kolejnego przedmiotu: CD

zespołu Hootie & the Blowfish.

– Słuchałaś tego w kółko – rzekł John.
– Nie naśmiewaj się z Hootie.
Było  tam  również  kilka  książek  w  miękkiej  oprawie.  Szczotka  do  włosów  i  klamra  do  końskiego

ogona.  Do  połowy  opróżniona  butelka  perfum  CK  One  Calvina  Kleina,  mój  ulubiony  zapach  z  lat
dziewięćdziesiątych.

Namacałam coś na dnie. Koszula nocna. Patrzyłam na czarny przezroczysty materiał, wspominając jak

przez mgłę chwilę, gdy John zdejmował mi ją w środku nocy przed moim wyjazdem z Chicago.

– Znalazłem ją, gdy zmieniałem pościel. Nie uprałem jej – powiedział cicho.
Sięgnąwszy po raz ostatni do kartonu, wyjęłam niebieskie aksamitne puzderko. Zamarłam.
– Otwórz – poprosił John.
Uniosłam  pokrywkę.  Na  atłasowej  wyściółce  leżał  pierścionek  z  brylantem.  Oniemiała,  wzięłam

głęboki oddech.

– Gdy pożegnałem się z tobą na lotnisku, pojechałem prosto do jubilera. Zdawałem sobie sprawę, że

stracę cię, jeśli się z tobą nie ożenię, Anno, a nie chciałem cię stracić. Gdy Sarah zadzwoniła do mnie
z wiadomością o tym, że samolot, którym leciałeś, zaginął, ściskałem pierścionek w dłoni i modliłem się,
by  cię  znaleźli.  Podczas  kolejnej  rozmowy  telefonicznej  powiedziała  mi,  że  zostałaś  uznana  za  zmarłą.
Byłem  zdruzgotany.  Ale  ty  żyjesz,  Anno,  a  ja  wciąż  cię  kocham.  Zawsze  cię  kochałem  i  zawsze  będę
kochał.

Zatrzasnęłam puzderko i cisnęłam nim w głowę Johna. Z zaskakująco szybkim refleksem zasłonił się

i puzderko odbiło się od jego skrzyżowanych rąk i poturlało się po dębowym parkiecie.

– Kochałam cię! Czekałam przez osiem lat, trzymałeś mnie przy sobie, póki nic mi nie zostało oprócz

złamanego serca.

Zerwał się z krzesła.
– Chryste, Anno. Myślałem, że zależało ci na pierścionku.
– Nigdy nie chodziło mi o pierścionek.
Przeszedł przez pokój i zatrzymał się przy drzwiach.
– A więc to ten chłopak?

background image

Drgnęłam, słysząc, że mówi o T.J. Wstałam, podniosłam pierścionek z podłogi i podałam mu go.
– Nie, po prostu nigdy nie wyszłabym za człowieka, który oświadcza mi się, bo uważa, że to jest jego

obowiązek.

Rano  następnego  dnia  poszłam  do  notariusza,  podpisałam  oświadczenie,  że  nie  zaskarżę  firmy

wynajmującej  hydroplany,  i  odebrałam  czek.  Zdeponowałam  go  w  banku  po  drodze  do  domu.  Sarah
zadzwoniła na komórkę godzinę później.

– Podpisałaś papiery? – zapytała.
– Tak. To za dużo pieniędzy, Sarah.
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, półtora miliona nawet w połowie niczego nie wynagradza.

background image

ROZDZIAŁ 64

T.J.

W  sobotę  wieczorem,  o  wpół  do  dziesiątej,  dowlokłem  się  po  schodach  i  ledwie  stanąłem

w  drzwiach,  zorientowałem  się,  że  impreza  zaczęła  się  beze  mnie.  W  kuchni  i  salonie  przynajmniej
piętnaście osób popijało piwo i silniejsze trunki.

Z  facetami  z  ekipy  budowlanej  staraliśmy  się  skończyć  pilną  robotę  w  Schaumburgu.  Przez  ostatni

miesiąc  pracowaliśmy  sześć  dni  w  tygodniu  po  czternaście  godzin  na  dobę,  póki  się  nie  ściemniło.
Chciałem tylko, żeby całe to towarzystwo zniknęło.

Ben wyszedł ze swojego pokoju, za nim jakaś dziewczyna.
– Hej, stary, weź prysznic i chodź do nas.
– Nie wiem. Jestem zmęczony.
– Nie bądź takim mięczakiem. Niedługo idziemy do baru. Pobalujemy tu jeszcze trochę, a jeśli dalej

nie będziesz w sosie, uderz w kimono, kiedy wyjdziemy.

– W porządku.
Wziąłem  prysznic,  włożyłem  dżinsy  i  T-shirt,  stopy  zostawiłem  gołe.  Idąc  pomiędzy  gośćmi

popijającymi  w  kuchni,  witałem  się  krótkim  „cześć”  z  tymi,  których  znałem,  i  zastanawiałem  się,  skąd
wzięła się reszta. Wyjąłem colę i pudełko z pizzą z lodówki, oparłem się o blat kuchenny i jadłem zimny
placek.

– Cześć, T.J. – powiedziała jakaś dziewczyna, podchodząc i opierając się o blat obok mnie.
– Cześć. – Wyglądała znajomo, ale nie miałem pojęcia, jak ma na imię.
– Alex – przedstawiła się.
– Aaa. Teraz pamiętam. – To ona siedziała obok mnie na kanapie na prywatce u Coopa, zaraz po tym,

jak wróciłem z wyspy. Długie blond włosy i za dużo makijażu. Jadłem pizzę.

Nachyliła się przede mną do lodówki i otworzyła ją. A gdy opuściła rękę, żeby wyjąć piwo, cycki jej

omal nie wypadły ze skąpego podkoszulka.

– Chcesz? – spytała, podnosząc puszkę.
Dopijałem resztkę coca-coli.
– Jasne.
Wyjęła jeszcze jedną i podała mi. Kiedy skończyłem jeść, otworzyłem piwo, pociągnąłem długi łyk

i odstawiłem je na blat.

Wszedł  Ben  z  zapalonym  skrętem.  Wziąłem  go,  zaciągnąłem  się  i  długo  trzymałem  dym  w  płucach.

Wypuściłem i spytałem Alex:

– Chcesz sztacha?
Kiwnęła  głową,  zaciągnęła  się  i  oddała  mi  skręta.  Zabijaliśmy  czas,  zaciągając  się  po  kolei.  Może

jeśli porządnie się bym nawalił, udałoby mi się przespać całą noc, a nie budzić się co godzina.

Alex podała mi jeszcze jedną puszkę z piwem. Poszedłem do salonu, żeby usiąść na kanapie, a ona

ruszyła za mną jak cień. Od tej chwili nie odstąpiła mnie na krok.

Popijaliśmy piwo, sztachaliśmy się i w końcu ledwo co na oczy widziałem. Wszyscy wyszli z Benem

do baru i zostaliśmy tylko my, Alex i ja. Zamierzałem jej powiedzieć, żeby dogoniła tamtych, bo chciałem
trochę kimnąć, ale zanim otworzyłem usta, wstała i chwiejąc się, pociągnęła mnie do sypialni. A kiedy
już włożyła mi dłoń między nogi, przestałem myśleć głową i pozwoliłem, żeby tę funkcję przejęła inna
część mojego ciała.

Rano głowa pękała mi z bólu. Alex leżała obok mnie, naga, z rozmazanym na twarzy makijażem.
Odrzuciłem kołdrę i ruszyłem do drzwi, łapiąc po drodze jakieś ubranie. Coś mi się przyczepiło do

stopy, więc się pochyliłem i oderwałem opakowanie prezerwatywy, na które nastąpiłem.

Dzięki Bogu.

background image

Wrzuciłem je do kosza ze śmieciami w łazience. Od gorącej wody całe pomieszczenie zaparowało,

wszedłem pod prysznic, chcąc zmyć z siebie wszelki ślad po Alex. Ubrałem się, umyłem zęby, a potem
poszedłem do kuchni i wypiłem trzy szklanki wody z lodem.

Oglądałem  telewizję,  kiedy  pół  godziny  później  weszła  do  salonu.  Znalazła  torebkę  i  żakiet,  a  ja

odprowadziłem ją do drzwi.

– Weź taksówkę – powiedziałem, wciskając pomiętą dziesiątkę do jej ręki.
– Zadzwoń do mnie – odezwała się. – Ben ma mój numer.
– Przykro mi. Nie zadzwonię.
Skinęła głową, unikając wzroku.
– Przynajmniej jesteś szczery.
Słaniając się na nogach, Ben wyszedł ze swojego pokoju koło południa.
–  Jasna  cholera,  Callahan.  Ale  mam  kaca.  –  Podrapał  się  i  klapnął  obok  mnie  na  kanapie.  –  Mam

jakąś  lalunię  w  łóżku,  ale  to  nie  ta,  którą  przyprowadziłem  wczoraj.  Ta  wczorajsza  była  dużo  bardziej
napalona.

– To chyba ta sama, Ben.
– Taa… pewnie tak. Jak ci poszło z tą… jak jej tam? Zaliczyłeś?
– Taa…
– Callahan wrócił do gry! – zawołał i podniósł dłoń, żeby przybić piątkę.
– Nie chcę wracać do gry.
Opuścił rękę i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– Co? Do niczego była? Wyglądała na napaloną.
– Ta… i z każdym, który by ją chciał, poszłaby do łóżka.
–  No,  nie  wiem,  co  mam  ci  powiedzieć…  Wkurza  cię,  że  nie  wyszło  ci  z  Anną,  ale  właściwie  nie

mam pojęcia, czego ty szukasz.

Ja wiem.

*

W lipcu zacząłem się przygotowywać do egzaminu. Po całym dniu przy budowie domów wracałem

do  siebie,  brałem  prysznic  i  co  wieczór  na  dwie  godziny  dołączałem  do  grupy  kursantów  w  miejskim
domu kultury. W końcu sierpnia zdałem egzamin i zapisałem się na jesienny semestr do college’u. Kiedy
zaczęły się zajęcia, rzuciłem pracę na budowie. Nie miałem pojęcia, co chciałbym studiować, dwa lata
spędzane w college’u wydawały mi się stratą czasu, ale nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić.

Ben wrócił do Iowa City, a ja do domu, co bardzo uszczęśliwiło rodziców, przede wszystkim mamę.

Tak byłem przyzwyczajony do pracy przez cały dzień i do wieczornych kursów, że teraz popołudniami nie
wiedziałem, co z sobą robić. Większość moich kolegów studiowała w innych stanach albo na tyle daleko
od miasta, że w ciągu tygodnia nie miałem się z kim spotykać.

Któregoś  dnia  w  październiku  przyszedłem  do  domu.  Niższe  temperatury  i  zmieniające  się  kolory

liści przypomniały mi Annę i to, jak bardzo lubiła jesień. Zastanawiałem się, czy znalazła pracę w szkole.
Zastanawiałem się, czy znalazła sobie kogoś.

– Cześć, mamo – przywitałem się, rzucając plecak na blat w kuchni.
– Jak było w college’u? – zapytała.
– W porządku.
Irytowało mnie, że jestem najstarszym studentem we wszystkich grupach, poza tym potwornie się na

tych zajęciach nudziłem.

–  Chciałbym,  żebyś  coś  dla  mnie  zrobiła  –  powiedziałem,  wyciągając  z  lodówki  puszkę  z  colą.  –

Pomożesz mi?

Uśmiechnęła się i odparła:
– Jasne, T.J.

background image

Byłem zbyt chory, żeby zrobić kurs na prawo jazdy, kiedy miałem szesnaście lat, i teraz – przez cały

następny  miesiąc  –  mama  uczyła  mnie  jazdy.  Jej  volvem  wyjeżdżaliśmy  na  przedmieścia
i  wyszukiwaliśmy  puste  parkingi  i  spokojne  ulice.  Jeździliśmy  razem  całymi  godzinami;  ona  była
szczęśliwa, że razem spędzamy czas, a ja czułem się jak dupek, że częściej nie ma mnie w domu.

Któregoś dnia, prowadząc samochód, zapytałem:
– Wiedziałaś, że Anna mnie zostawi?
Wahała się przez sekundę.
– Tak – odparła w końcu.
– Jakim sposobem? Dlaczego ja nie wiedziałem?
Przyciszyła radio.
–  Kiedy  się  urodziłeś,  miałam  dwadzieścia  pięć  lat,  i  już  wtedy  bardzo  chciałam  cię  mieć.  Minęło

pięć lat, zanim znowu zaszłam w ciążę z Grace. Niepokoiłam się, martwiłam, niemal wpadłam w panikę,
bo to się nie stało od razu. Dwa lata po Grace pojawiła się Alexis. Dopiero wtedy czułam, że mam pełną
rodzinę. Najprawdopodobniej Anna jest gotowa założyć własną rodzinę, T.J.

– Mógłbym jej to dać.
– A ona mogłaby czuć, że nierozsądnie byłoby się zgodzić.
Patrzyłem na maskę samochodu.
–  Powiedziałem  jej,  że  chcę  z  nią  spędzić  resztę  życia.  A  ona  odparła,  że  są  sprawy,  które  muszę

zakończyć. Których muszę doświadczyć.

– Miała rację. To wiele o niej mówi, to, że nie chciała ci tego odebrać.
– To moja decyzja, mamo.
– Ale nie jesteś jedyną osobą, której dotyczy.
Nagle coś do mnie dotarło, zjechałem na bok, zaciskając zęby tak mocno, aż zabolało.
– Więc to dlatego byłaś taka wyluzowana? – Twarz mi płonęła. – Bądźmy mili dla dziewczyny T.J.,

bo jeszcze trochę i na pewno go zostawi? – Waliłem pięściami w kierownicę.

Mama żachnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
– Nie masz racji. Lubię Annę. Lubię ją jeszcze bardziej, od kiedy ją lepiej poznałam. To bardzo miła

dziewczyna,  T.J.  Starałam  się  powiedzieć  ci,  że  ona  jest  na  innym  etapie  w  swoim  życiu,  ale  ty  nie
chciałeś słuchać.

Wpatrywałem się w okno, póki się nie uspokoiłem, a potem odjechałem od krawężnika.
– Ja ją ciągle kocham.
– Wiem, że ją kochasz.

*

Dostałem prawo jazdy i kupiłem czarnego SUV-a tahoe.
Codziennie  po  zajęciach  jeździłem,  najpierw  po  przedmieściach,  potem  dalej  za  miasto,  słuchając

klasycznego rocka.

Kiedyś  minąłem  teren  z  wetkniętą  tablicą  „Na  sprzedaż”  przy  podjeździe.  Podjechałem  do  małego

domu  pomalowanego  na  jasnoniebieski  kolor  i  zaparkowałem.  Nikt  nie  odpowiedział  na  pukanie,  więc
obszedłem go dookoła i stanąłem w ogrodzie z tyłu domu. Jak wzrokiem sięgnąć, roztaczał się widok na
ziemię  i  łąki.  Z  plastikowego  pojemnika  przyczepionego  do  tablicy  „Na  sprzedaż”  wyjąłem  wydruk
z informacjami o domu. Wymieniony był na nim numer telefonu agencji nieruchomości. Zwinąłem kartkę,
wsadziłem do kieszeni i odjechałem.

background image

ROZDZIAŁ 65

Anna

Całymi godzinami chodziliśmy z Bo po ulicach miasta. Któregoś ciepłego wrześniowego dnia smycz

się  rozpięła  w  czasie  spaceru  i  przez  prawie  dziesięć  minut  pędziłam,  starając  się  go  dogonić,  kiedy
galopem  przemykał  między  ludźmi.  W  końcu  dobiegłam  na  tyle  blisko,  żeby  złapać  go  za  obrożę,  i  z
uczuciem  ulgi  przypięłam  smycz.  Przypatrywał  się  temu  mały  chłopiec  stojący  w  otwartych  drzwiach
wychodzących na ulicę. Napis nad jego głową głosił: „Schronisko rodzinne”.

– To twój pies? – zapytał. Miał na sobie koszulkę w paski i potrzebował wizyty u fryzjera. Jego nos

i policzki pokrywały piegi.

Wyprostowałam się i poprowadziłam Bo do niego.
– Tak. Wabi się Bo. Lubisz psy?
– Pewnie. Najbardziej takie żółte.
– To jest golden retriever. Ma pięć lat.
– Ja też mam pięć lat! – zawołał i twarz mu pojaśniała.
– Jak masz na imię?
– Leo.
– Leo, możesz pogłaskać Bo, jeśli masz ochotę. Ale ze zwierzętami musisz się obchodzić delikatnie,

okay?

– Okay.
Ostrożnie  głaskał  sierść  Bo,  spoglądając  na  mnie  kątem  oka;  chciał  się  upewnić,  czy  widzę,  jak  to

robi.

–  Już  pójdę  –  powiedział.  –  Henry  nie  pozwala  wychodzić  na  ulicę.  Dziękuję,  że  mi  pozwoliłaś

pogłaskać psa. – Przytulił się jeszcze do niego i zanim zdążyłam się pożegnać, wbiegł do środka. Bo na
naprężonej smyczy wyrywał się za nim.

– Do nogi, Bo! – zawołałam. Odciągnęłam go od drzwi i poszliśmy do domu.
Następnego  dnia  wróciłam  do  schroniska  sama.  Przy  wejściu  stały  dwie  kobiety,  jedna

z niemowlakiem na biodrze.

– Hej, biała dziewczyno, do Bloomiego idzie się w tamtą stronę. – Wskazała kierunek wśród śmiechu

koleżanki.

Zignorowałam je i weszłam do środka. Znalazłszy się w dużym pokoju, rozejrzałam się, szukając Leo.

Był  poniedziałek;  nigdzie  nie  zobaczyłam  żadnego  dziecka.  Zgodnie  z  prawem  federalnym  wszystkim
dzieciom  zapewniano  naukę  bez  względu  na  to,  czy  miały  stałe  miejsce  zamieszkania,  czy  nie.  Na
szczęście matki ze schroniska najwyraźniej korzystały z tego prawa.

Podszedł  do  mnie  mężczyzna,  wycierając  ręce  w  ścierkę  do  naczyń.  Jakieś  pięćdziesiąt  pięć  lat,

pomyślałam. Miał na sobie dżinsy, wypłowiałą koszulkę polo nieokreślonego koloru i tenisówki.

– W czym mogę pomóc? – zapytał.
– Nazywam się Anna Emerson.
– Henry Elings – powiedział i uścisnął moją wyciągniętą dłoń.
– Widziałam tu wczoraj małego chłopca. Stał w drzwiach. Spodobał mu się mój pies.
Henry uśmiechnął się, czekając, żebym wyjaśniła, z czym przychodzę.
– Interesuje mnie, czy nie potrzebujecie wolontariuszy.
– Bardzo wielu rzeczy tu potrzebujemy. A wolontariusze są z pewnością jedną z nich.
Miał  ciepłe  spojrzenie  i  łagodny  głos,  ale  byłam  pewna,  że  często  słyszał  takie  deklaracje.

Niepracujące  żony  z  podmiejskich  dzielnic  i  członkinie  stowarzyszeń  charytatywnych  oferowały  się
z pomocą pewnie tylko dlatego, żeby się później w swoich klubach chwalić, w jaki sposób naprawiają
świat.

background image

–  Musimy  zapewnić  naszym  mieszkańcom  zaspokojenie  podstawowych  potrzeb  –  mówił  dalej.  –

Posiłki  i  dach  nad  głową.  Często  nie  najlepiej  pachną.  W  porównaniu  z  gorącym  posiłkiem  i  łóżkiem,
kąpiel jest bliżej końca listy ich priorytetów.

Zastanawiałam się, czy rozpoznał moje nazwisko albo twarz ze zdjęć w gazetach. Jeśli tak było, nie

dał tego po sobie poznać.

– Wiem, co to jest brud, i nie interesuje mnie, czym ludzie pachną. Wiem, co to jest głód, pragnienie

i brak schronienia. Mam dużo czasu i chcę tutaj spędzić jego część.

Henry uśmiechnął się.
– Dziękuję. Bylibyśmy bardzo szczęśliwi.
Przychodziłam  do  schroniska  codziennie  około  dziesiątej  i  pomagałam  innym  wolontariuszom

przygotowywać i podawać obiad. Henry powiedział, że mogę przyprowadzać Bo.

–  Większość  dzieci  uwielbia  zwierzęta.  Niewiele  z  nich  kiedykolwiek  miało  jakiegoś  ulubieńca

w domu.

Młodsze,  które  nie  chodziły  jeszcze  do  szkoły,  godzinami  bawiły  się  z  Bo.  Nie  warczał,  kiedy  za

mocno pociągały go za sierść albo chciały jeździć na nim jak na koniku. Po obiedzie czytałam dzieciom.
Ich zmęczone i zestresowane matki nabrały do mnie sympatii, widząc mnie z ich maluchami na kolanach.
Późnym  popołudniem,  gdy  starsze  dzieci  wracały  ze  szkoły,  pomagałam  im  w  odrabianiu  lekcji
i  pilnowałam,  żeby  je  skończyły,  zanim  zaczynaliśmy  grać  w  gry  planszowe,  które  kupiłam  w  dziale
zabawek w Targecie.

Leo  zazwyczaj  trzymał  się  blisko  mnie,  pragnąc  dzielić  się  wszystkim,  co  wydarzyło  się  w  szkole.

Nie  dziwiło  mnie,  że  tak  bardzo  ją  lubi;  większość  dzieci  w  środowisku  klasy  ma  poczucie
bezpieczeństwa,  tym  bardziej  te,  które  nie  mają  domu.  Na  ogół  nigdy  nie  miały  własnych  książek  ani
przyborów  do  rysowania  czy  malowania,  uwielbiały  naukę  piosenek  i  bieganie  na  dziedzińcu  w  czasie
przerw w zajęciach.

– Uczę się czytać, proszę pani!
– Cieszę się, że tak lubisz literki, Leo. – Przytuliłam go. – To wspaniale.
Uśmiechnął się tak radośnie, że omal go ta radość nie rozsadziła. Po chwili spoważniał.
– Będę umiał dobrze czytać, pani Anno. Potem nauczę tatę.
Dean  Lewis,  tata  Leo,  jeden  z  dwóch  samotnych  ojców  w  schronisku,  miał  dwadzieścia  osiem  lat

i prawie od roku był bez pracy. Usiadłam koło niego po obiedzie. Przyjrzał mi się nieufnie.

– Cześć, Dean.
Kiwnął głową.
– Pani Anno…
– Jak idzie z szukaniem pracy?
– Nic jeszcze nie znalazłem.
– Co robiłeś przedtem?
–  Przygotowywałem  produkty  dla  kucharzy.  Siedem  lat  pracowałem  w  tej  samej  restauracji.

Zaczynałem od zmywaka i awansowałem.

– I co się stało?
– Właściciel miał kłopoty i musiał sprzedać restaurację. Nowy szef wszystkich wyrzucił.
Patrzyliśmy, jak Leo bawi się w berka z kilkoma chłopcami.
– Dean?
– Słucham.
– Myślę, że będę mogła ci pomóc.
Powiedział  mi,  że  umie  trochę  czytać.  Zapamiętał  podstawowe  słowa  –  i  całe  menu  w  restauracji,

gdzie pracował – ale nie potrafił wypełnić podania o pracę, a kiedy stracił tę w restauracji, nie starał się
o zasiłek dla bezrobotnych, bo nie umiał odczytać formularzy. Kolega pomógł mu wypełnić podanie do

background image

włoskiej restauracji, wyrzucili go jednak po trzech dniach, gdy okazało się, że nie odczyta zamówienia.

– Jesteś dyslektykiem? – zapytałam.
– Co to znaczy?
– Wydaje się, że litery są poprzestawiane.
– Nie. Są takie jak trzeba. Tylko nie umiem ich przeczytać.
– Skończyłeś szkołę średnią?
Pokręcił głową.
– Dziewięć klas.
– Gdzie jest mama Leo?
– Nie mam pojęcia. Miała dwadzieścia lat, kiedy się urodził, a jak skończył rok, powiedziała, że nie

daje rady być mamą. Po prawdzie to nigdy się nie starała. Nie stać nas było na kablówkę, ale mieliśmy
stary telewizor i odtwarzacz kasetowy i całymi dniami oglądała filmy. Wracałem do domu z restauracji,
Leo  wrzeszczał,  płakał,  pieluchę  miał  mokrą  albo  i  gorzej.  Wyszła  któregoś  dnia  i  nigdy  nie  wróciła.
Musiałem znaleźć kogoś do opieki w ciągu dnia, a już wcześniej żyliśmy od wypłaty do wypłaty. Kiedy
straciłem pracę, niedługo trzeba było czekać, żebym zaczął zalegać z komornym. – Dean opuścił głowę. –
Leo zasługuje na coś lepszego.

– Myślę, że Leo ma dużo szczęścia – powiedziałam.
– Dlaczego pani tak mówi?
– Bo przynajmniej jedno z jego rodziców dba o niego. To jest więcej, niż dostają inne dzieci.
Przez  następne  dwa  miesiące  codziennie  pracowałam  z  Deanem  od  obiadu  do  powrotu  dzieci  ze

szkoły. Używając zeszytów z ćwiczeniami ortograficznymi, nauczyłam go różnych kombinacji literowych
i  wkrótce  mógł  już  czytać  maluchom  opowiastki  z  Dobranoc,  Księżycu  i  Co  widzisz,  Brązowy  Misiu?
Często  się  irytował,  ale  motywowałam  go,  budowałam  jego  wiarę  w  siebie,  chwaląc  go,  kiedy  tylko
udało mu się opanować jakąś trudną lekcję.

Wracałam  do  domu  po  podaniu  kolacji  w  schronisku  i  szłam  pobiegać.  Wrzesień  przeszedł

w  październik,  nakładałam  kolejne  ciepłe  warstwy  i  biegałam.  Pewnego  dnia  w  listopadzie
zatrzymaliśmy  się  z  Bo,  żeby  wyciągnąć  listy  ze  skrzynki.  Spomiędzy  rachunków  i  kilku  gazet  wyjęłam
coś jeszcze. Kopertę z nazwiskiem i adresem T.J., napisane odręcznie w lewym górnym rogu.

Wbiegłam  na  górę.  Otworzyłam  drzwi  mieszkania  i  spuściłam  Bo  ze  smyczy.  Kiedy  otworzyłam

kopertę i przeczytałam to, co w niej było, rozpłakałam się.

*

– Otwórz drzwi, do cholery, Anno. Wiem, że tam jesteś! – krzyczała Sarah.
Leżałam  na  kanapie,  wpatrując  się  tępo  w  sufit.  Na  esemesy,  które  wysyłała  przez  ostatnie

dwadzieścia  cztery  godziny,  i  wiadomości  w  poczcie  głosowej  nie  odpowiadałam  i  było  tylko  kwestią
czasu, żeby do mnie przyszła.

Otworzyłam drzwi. Sarah wbiegła do mieszkania, a ja wróciłam na kanapę.
– Przynajmniej wiem, że żyjesz – powiedziała, stając nade mną. Przyjrzała mi się, od rozczochranych

włosów po wygniecioną piżamę. – Wyglądasz koszmarnie. Brałaś dzisiaj prysznic? Albo wczoraj?

– O Boże, Sarah, naprawdę mogę żyć bez prysznica dłużej niż dwa dni. – Naciągnęłam polarowy koc

na nogi i Bo oparł na nich łeb.

– Kiedy byłaś ostatnio w schronisku?
– Kilka dni temu – wymamrotałam. – Powiedziałam Henry’emu, że jestem chora.
Sarah usiadła obok mnie.
– Anno, porozmawiajmy. Co się stało?
Poszłam do kuchni i wróciłam z kopertą. Podając ją Sarah, powiedziałam:
– To było w poczcie. Od T.J.
Otworzyła ją i wyjęła wizytówkę banku spermy. Pod numerem telefonu napisane było: Przygotowane.

background image

– Nie rozumiem – powiedziała.
– Zobacz, co jest z drugiej strony.
Odwróciła ją. T.J. napisał: Na wypadek gdybyś go nigdy nie znalazła.
– Och, Anno. – Sarah chwyciła mnie w ramiona, a ja płakałam.
Zmusiła  mnie,  żebym  wzięła  prysznic,  podczas  gdy  ona  zajęła  się  kolacją.  Wróciłam  po  cichu  do

salonu z mokrymi włosami ściągniętymi do tyłu, w czystych spodniach od piżamy i sportowej bluzie.

– Nie czujesz się lepiej? – spytała.
– Tak – odparłam. Usiadłam na kanapie i nałożyłam grube skarpetki.
Sarah podała mi kieliszek czerwonego wina.
– Zamówiłam jedzenie u Chińczyka – powiedziała. – Powinni zaraz przynieść.
– Dobrze. Dziękuję. – Wypiłam łyk wina i odstawiłam kieliszek na stolik.
Usiadła obok.
– To naprawdę wielka rzecz ze strony T.J.
–  Tak.  –  Łzy  napłynęły  mi  do  oczu  i  potoczyły  się  po  policzkach.  Wytarłam  je  dłonią.  –  Ale  ja  nie

mogłabym trzymać w ramionach dziecka, które miałoby jego oczy, jego uśmiech, a jego nie byłoby przy
mnie. – Wypiłam trochę wina. – John nigdy nie postąpiłby tak bezinteresownie.

Sarah starła łzę z mojego policzka.
– Może dlatego, że z Johna był niezły dupek.
– Jutro rano pójdę do schroniska. Po prostu miałam złe dni.
– W porządku, zdarza się.
– Nigdy nie kochałam Johna tak, jak kocham T.J.
– Wiem.

*

Wciągnęłam  choinkę  po  schodach  i  przepchnęłam  przez  drzwi  do  mieszkania.  Kiedy  skończyłam  ją

ubierać,  moje  pierwsze  od  czterech  lat  drzewko  lśniło  się  od  migających  światełek  i  błyszczących
dekoracji. Bo i ja leżeliśmy przed nim godzinami, słuchając bożonarodzeniowej muzyki.

Pomogłam  też  Henry’emu  ubrać  drzewko  w  schronisku.  Dzieci  się  przyłączyły  i  porozwieszały

śnieżynki, które zrobiliśmy z papieru i brokatu.

Dean  dostał  wczesny  bożonarodzeniowy  prezent.  Starał  się  o  pracę  w  pobliskiej  restauracji  i  dwa

tygodnie  temu  go  zatrudnili.  Zrozumienie  zamówień  składanych  przez  kelnerki  już  nie  było  problemem,
dania przygotowywał szybko i dał się poznać jako sprawny pracownik. Pierwszą wypłatę przeznaczył na
kaucję  za  umeblowane  mieszkanie.  Pomagałam  mu  podpisać  umowę  na  wynajem  i  zapłaciłam  roczne
komorne z góry. Nie chciał tego przyjąć, lecz przekonałam go, że to dla dobra Leo.

– Kiedyś zwrócisz, Dean.
– Zwrócę – obiecał, ściskając mnie. – Dziękuję ci, Anno.
Święta  Bożego  Narodzenia  spędziłam  z  Davidem,  Sarah  i  dziećmi.  Przyglądaliśmy  się,  jak  Joe

i  Chloe  zrywają  papier  z  pudełek  z  prezentami,  a  następną  godzinę  spędziliśmy  na  składaniu  zabawek
i  wkładaniu  baterii.  David  tak  długo  okupował  gry  komputerowe,  które  kupiłam  dla  Joe,  że  Sarah
zagroziła wyłączeniem Playstation.

– Co jest w tych grach takiego, że mężczyzn zamienia w chłopców? – zapytała.
– Nie wiem, ale wszyscy je uwielbiają, prawda?
Chloe  głośno  brzdąkała  na  małej  gitarze  z  ekwipunku  Barbie.  Po  godzinie  wysłuchiwania  tych

dźwięków wiedziałam, że więcej nie kupię jej żadnych instrumentów muzycznych. Zniknęłam w kuchni,
gdzie panował błogi spokój, i odkorkowałam butelkę caberneta.

Po chwili przyszła Sarah. Zajrzała do piecyka, żeby sprawdzić, czy indyk gotowy. Nalałam jej wina

i stuknęłyśmy się kieliszkami.

–  Za  to,  że  jesteś  z  nami  –  powiedziała.  –  Ciągle  pamiętam  ostatnie  święta,  jakie  były  trudne  bez

background image

ciebie, bez mamy i taty. Nawet z Davidem i dziećmi czułam się trochę osamotniona. I dwa dni później ty
zadzwoniłaś. Czasem nie mogę w to uwierzyć, Anno. – Odstawiła kieliszek i przytuliła mnie.

Ja też ją uściskałam.
– Wesołych świąt, Sarah.
– Wesołych świąt.
Następnego  dnia  w  południe  poszłam  do  schroniska.  Zaniosłam  prezenty  dla  dzieci;  dla  chłopców

kieszonkowe  gry  komputerowe,  dla  dziewczynek  błyszczyki  do  warg  i  sztuczną  biżuterię,  a  dla
najmłodszych  pluszaki  i  książki.  Niemowlaki  dostały  polarowe  kocyki,  pieluchy  i  mleko  w  proszku.
Henry, przebrany za Świętego Mikołaja, rozdawał je dzieciom. Umocowałam rogi renifera do głowy Bo,
a do smyczy przywiązałam dzwoneczki. Nie był zadowolony.

Czytałam  opowieść  o  Bałwanku  Frosty  kilkorgu  usadowionym  wokół  mnie  dzieciom,  kiedy  wszedł

Henry z kopertą w ręce. Skończyłam książeczkę i powiedziałam dzieciom, żeby poszły się bawić.

– Kilka dni temu otrzymaliśmy datek od anonimowego ofiarodawcy – powiedział. Otworzył kopertę

i  pokazał  mi  czek  na  dużą  sumę.  –  Zastanawiam  się,  dlaczego  to  zrobił  i  nie  dał  mi  okazji,  żeby
podziękować.

Wzruszyłam ramionami i oddałam mu czek.
– Nie wiem. Może nie chciał robić wokół tego dużo szumu.
Właśnie.
Pomogłam podać świąteczną kolację, a potem wróciliśmy z Bo do domu. Padał drobny śnieg, ulice

były  puste.  Nagle  Bo  rzucił  się  do  przodu,  wyrywając  mi  smycz  z  ręki.  Pobiegłam  za  nim,  lecz
natychmiast stanęłam jak wryta.

T.J.  stał  na  chodniku  przed  moim  domem.  Kiedy  Bo  dobiegł  do  niego,  T.J.  pochylił  się  nad  nim,

drapał  go  za  uszami  i  owijał  smycz  wokół  dłoni.  Wstrzymując  oddech,  podchodziłam,  popychana
nieopisaną tęsknotą.

Wyprostował się i szedł ku mnie.
–  Myślałem  o  tobie  cały  dzień  –  powiedział.  –  Na  wyspie  obiecałem  ci,  że  jeżeli  tylko  wytrwasz,

spędzimy  to  Boże  Narodzenie  razem,  w  Chicago.  Zawsze  dotrzymam  moich  przyrzeczeń  wobec  ciebie,
Anno.

Spojrzałam  mu  w  oczy  i  wybuchnęłam  płaczem.  Otworzył  ramiona,  a  ja  wtuliłam  się  w  nie,  nie

mogąc wydobyć głosu przez łzy.

– Ćśś, wszystko w porządku – uspokajał mnie.
Ukryłam  twarz  na  jego  piersiach,  wdychałam  zapach  śniegu,  wełny,  jego  zapach.  Po  chwili  uniósł

moją brodę. Wytarł łzy, jak już tyle razy je wycierał.

–  Miałaś  rację.  Potrzebowałem  czasu  dla  siebie.  Ale  to,  czego,  według  ciebie,  powinienem

doświadczyć,  dawno  minęło,  nie  mogę  się  cofnąć.  Wiem,  czego  pragnę,  Anno.  Ciebie.  Kocham  cię,
brakuje mi ciebie. Bardzo.

– Ja nie pasuję do twojego świata.
– Ani ja – powiedział, patrząc na mnie z czułością, ale i stanowczością. – Stwórzmy własny świat.

Kiedyś nam się udało.

W  głowie  zabrzmiał  głos  mamy,  tak  jakby  stała  przy  mnie  i  szeptała  mi  do  ucha.  To  samo  pytanie,

które kazała mi zadać sobie o Johnie.

Czy będzie ci w życiu lepiej z nim, Anno, czy bez niego?
I właśnie wtedy, tam, na chodniku, postanowiłam przestać się martwić sprawami, które przecież nie

musiały skończyć się niepomyślnie.

– Kocham cię, T.J. Chcę, żebyś wrócił.
Tulił mnie do siebie, a moje łzy płynęły, aż przesiąkł mu nimi sweter. Podniosłam głowę.
– Chyba nie znasz nikogo, kto by tak płakał – powiedziałam.

background image

Odsunął włosy z mojej twarzy i uśmiechnął się.
– I często wymiotujesz.
Roześmiałam  się  przez  łzy.  Dotknął  ustami  moich  ust  i  tak  obsypani  śniegiem  staliśmy  na  chodniku,

całowaliśmy się, a Bo czekał cierpliwie u naszych stóp.

Weszliśmy do mieszkania i długo rozmawialiśmy, leżąc na kocu przed choinką.
– Nigdy nie chciałam szukać kogoś innego, T.J. Pragnęłam tylko tego, co jest dla ciebie najlepsze.
– Ty jesteś dla mnie najlepsza – powiedział.
Leżałam z głową objętą jego ramieniem, nogami splecionymi z jego nogami.
– Nigdzie nie odejdę, Anno. Tylko tu chcę być.

background image

ROZDZIAŁ 66

T.J.

Dwa  tygodnie  później  rano  rzuciłem  okiem  na  zegarek.  W  college’u  trwała  jeszcze  przerwa

w zajęciach, a my jedliśmy z Anną późne śniadanie.

– Teraz muszę wyjść, ale potem będę chciał ci coś pokazać – powiedziałem. – O której wracasz ze

schroniska?

– Powinnam być w domu przed trzecią. A o co chodzi? – zapytała, odkładając gazetę.
Włożyłem płaszcz i wziąłem rękawiczki.
– Zobaczysz.
Po  południu  zatrzymałem  samochód  przed  domem  Anny  i  otworzyłem  przed  nią  drzwi.  Bardzo

cieszyłem się na myśl, że będzie siedziała koło mnie w miejscu dla pasażera.

– Dobrze jeździsz? – zapytała, kiedy wsunąłem się za kierownicę.
Roześmiałem się.
– Jestem świetnym kierowcą.
Wyjechaliśmy z miasta i ciekawość Anny rosła. Dziewięćdziesiąt minut później powiedziałem:
– Prawie dojeżdżamy.
Z  autostrady  zjechałem  w  lewo  w  żwirową  drogę.  Znowu  skręciłem,  zadowolony,  że  samochód  ma

napęd  na  cztery  koła,  bo  podjazd  pokryty  był  ponaddziesięciocentymetrową  warstwą  śniegu.
Podjechałem do małego niebieskiego domku, zaparkowałem przed garażem i wyłączyłem silnik.

– Chodź – rzuciłem.
– Kto tu mieszka?
Nie odpowiedziałem. Kiedy doszliśmy do drzwi, wyciągnąłem klucz z kieszeni i je otworzyłem.
– To twój dom? – zapytała Anna.
– Dwa miesiące temu dałem zaliczkę, a dzisiaj podpisałem umowę. – Weszła do środka, a ja, idąc za

nią, zapalałem wszystkie światła. – Poprzedni właściciele wybudowali go w latach osiemdziesiątych. Od
tamtego czasu chyba niczego tu nie zmienili – powiedziałem ze śmiechem. – Ten niebieski dywan powala.

Anna, paplając, oglądała pokoje, otwierała szafy.
– Fantastyczny, T.J. Trzeba go tylko trochę zmodernizować.
– Wobec tego mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, żebym go zburzył.
– Co? Dlaczego chcesz go zburzyć?
– Chodź ze mną. – Poprowadziłem ją do okna w kuchni, które wychodziło na ogród z tyłu domu. – Co

tam widzisz?

– Ziemię, łąki.
–  Kiedy  wyruszałem  na  długie  przejażdżki,  mijałem  to  miejsce,  ale  pewnego  dnia  zatrzymałem  się,

żeby  rozejrzeć  się  po  okolicy.  Od  razu  wiedziałem,  że  to  kupię,  że  będę  miał  własną  ziemię.  Chcę  tu
zbudować nowy dom, Anno. Dla nas. Co o tym sądzisz?

Odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.
– Bardzo chcę mieszkać w domu zbudowanym przez ciebie, T.J. I Bo byłby uszczęśliwiony. Tu jest

tak pięknie. I tak spokojnie.

– Bo to głęboka prowincja. Dużo czasu zajmie dojazd do miasta, do schroniska.
– To bez znaczenia.
Odetchnąłem  z  ulgą.  Dotykając  jej  ręki,  zastanowiłem  się,  czy  dostrzega,  że  moja  trochę  drży.

Oniemiała, gdy wyjąłem z kieszeni pierścionek.

–  Chciałbym,  żebyś  została  moją  żoną.  Z  nikim  innym  nie  chcę  spędzić  reszty  życia.  Zamieszkamy

tutaj, ty, ja, nasze dzieci i Bo. Ale rozumiem, Anno, że to moja decyzja. Teraz ty musisz podjąć swoją.
Wyjdziesz za mnie?

background image

Wstrzymałem  oddech,  czekając  na  chwilę,  kiedy  będę  mógł  jej  wsunąć  pierścionek  na  palec.

Niebieskie oczy zalśniły i uśmiech rozjaśnił jej twarz.

Powiedziała „tak”.

background image

ROZDZIAŁ 67

Anna

Ben  i  Sarah  spotkali  się  z  nami  w  siedzibie  sądu  hrabstwa  Cook  w  połowie  marca.  W  okolicy

Chicago  zanosiło  się  na  wiosenną  burzę  śnieżną,  dlatego  T.J.  i  ja  –  w  dżinsach,  swetrach  i  botach  –
przedłożyliśmy ciepło nad obyczaj.

Ślub przed urzędnikiem stanu cywilnego nie jest zapewne najbardziej romantyczną ceremonią, lecz ja

stanowczo  odmówiłam  ślubu  kościelnego.  Nie  wyobrażałam  sobie,  że  mogłabym  iść  nawą  kościoła
oparta  na  ramieniu  kogoś  innego  niż  ojciec.  David  się  zaoferował,  ale  to  nie  byłoby  to  samo.  Ślub
w odległym miejscu, na jakiejś wyspie w tropikach, też nie wchodził w rachubę.

– Twojej mamie będzie przykro, że ją to ominie – powiedziałam. Jane Callahan zaakceptowała nasze

zaręczyny, widocznie uznała, że sprzeciwianie się do niczego dobrego nie doprowadzi. Miała dwie córki
i zrobiła wiele, aby powitać w rodzinie trzecią, a ja nie chciałam jej niczym martwić.

– Jest jeszcze Alexis i Grace – powiedział T.J., machając lekceważąco ręką. – Może chodzić na ich

śluby.

Kiedy czekaliśmy na wywołanie naszych nazwisk, jakiś mężczyzna – miał na sobie chyba wszystkie

ubrania, jakie posiadał – kręcił się pomiędzy młodymi parami, usiłując sprzedać im przywiędłe bukiety.
Buty miał przewiązane taśmą klejącą. Niektórzy odsuwali się i krzywili, czując przykry zapach niemytego
ciała  i  śmierdzących,  potarganych  włosów.  T.J.  kupił  wszystkie  kwiaty  i  zrobił  mi  zdjęcie  z  tym
naręczem.

Gdy  nadeszła  nasza  kolej,  Ben  i  Sarah,  świadkowie  naszego  ślubowania,  stanęli  obok  nas.  Chociaż

krótka uroczystość nie zajęła nawet pięciu minut, Sarah wzruszyła się do łez. Ben oniemiał z radości, co,
według T.J., nie zdarzało się często.

T.J. wyciągnął obrączki z przedniej kieszonki lewisów. Wsunął jedną na mój palec i wyciągnął lewą

rękę. Uśmiechnęłam się, gdy złota obrączka znalazła się na jego palcu.

Urzędnik stanu cywilnego wygłosił formułkę:
– Na mocy udzielonej mi władzy ogłaszam Thomasa Jamesa Callahana i Annę Lynn Emerson mężem

i żoną. Serdeczne gratulacje.

– To jest ten moment, kiedy mogę ją pocałować? – zapytał T.J.
– Proszę bardzo – odparł urzędnik, podpisując swoim nazwiskiem zezwolenie na zawarcie ślubu.
T.J. się pochylił. I pocałował jak trzeba.
– Kocham panią, pani Callahan.
– I ja pana kocham.
Trzymał  mnie  za  rękę,  gdy  wychodziliśmy  z  gmachu  sądu.  Wielkie,  leniwe  płatki  śniegu  padały

z nieba. Wszyscy czworo wsiedliśmy do taksówki, żeby pojechać na uroczysty lunch w restauracji, gdzie
pracował Dean Lewis. Po dziesięciu minutach poprosiłam taksówkarza, żeby się zatrzymał.

–  To  nie  potrwa  długo.  Może  pan  zaczekać?  –  Taksówkarz  zgodził  się  i  stanął  przed  salonem

piękności. – Zaraz wrócimy! – zawołałam do Sarah i Bena.

– Chcesz sobie teraz zrobić paznokcie? – zapytał T.J., wychodząc za mną z taksówki.
– Nie – odparłam, otwierając drzwi. – Ale chcę, żebyś tu kogoś poznał.
Na nasz widok Lucy przybiegła i rzuciła mi się na szyję.
– Jak sobie radzisz, kochanie?
– Świetnie się czuję, Lucy. Jak ty się masz?
– Doskonale, doskonale.
Położyłam dłoń na ramieniu T.J. i powiedziałam:
– Lucy, chcę ci przedstawić mojego męża.
– To John? – zapytała.

background image

– Nie. Nie wyszłam za Johna. Moim mężem jest T.J.
– Anna mężatką? – Początkowo wyglądała na zdezorientowaną, ale po chwili twarz jej się rozjaśniła,

rzuciła się T.J. na szyję i mocno uściskała. – Anna mężatką!

– Tak – powiedziałam. – Anna jest mężatką.

background image

ROZDZIAŁ 68

T.J.

Trzy  miesiące  później,  w  pewien  ciepły  czerwcowy  dzień,  wsiedliśmy  do  mojego  SUV-a.  Anna

nałożyła okulary słoneczne, a ja czapkę baseballową Chicago Cubs. Bo siedział z tyłu, z łbem za oknem.
Z radia płynęły słowa Take It Easy w wykonaniu The Eagles. Anna zrzuciła sandały, nastawiła głośniej
muzykę i śpiewała razem z nimi. Wyjeżdżaliśmy z miasta.

Robotnicy  niedawno  wylali  fundamenty  naszego  nowego  domu.  Włożyliśmy  wówczas  oboje  dłonie

do  mokrego  cementu,  Anna  napisała  palcem  nasze  imiona,  a  obok  datę.  Zamówiłem  ekipę  budowlaną,
która zabrała się już do stawiania drewnianej konstrukcji; dom nabierał kształtów. Jeśli prace potoczą się
zgodnie z harmonogramem, będziemy mogli się wprowadzić przed Halloween.

Kiedy przyjechaliśmy, zaparkowałem samochód i wziąłem z tylnego siedzenia pistolet na gwoździe.

Anna, śmiejąc się, wcisnęła mi na głowę kapelusz kowbojski. Powinienem nałożyć ochronne okulary, ale
miałem tylko lotnicze. Ze stosu pociętych desek wziąłem dwie, dość grube.

– Masz jakieś wyszukane urządzenie – zażartowała Anna. – Myślałam, że wolałbyś to zrobić według

starej szkoły. Młotkiem.

– Skądże znowu – powiedziałem, śmiejąc się. Pomachałem pistoletem w górze. – To wspaniała rzecz.
To, co zamierzaliśmy teraz zrobić, było pomysłem Anny. Chciała przytrzymać dla mnie kilka desek,

jak wtedy, kiedy budowałem nasz dom na wyspie.

– Proszę, zrób mi tę przyjemność – powiedziała. – Za dawne czasy.
Jakbym kiedykolwiek mógł jej czegoś odmówić!
– Gotowa? – zapytałem, ustawiając deski.
Anna trzymała je mocno.
– Strzelaj, T.J.
Wycelowałem i pociągnąłem za spust.
Baaaach.

background image

Epilog

Anna

Trzy lata później

Szarozielony parterowy dom w stylu ranczo ma zewnętrzne wykończenia w kolorze kremowym i jest

otoczony drzewami. W dużym garażu mieści się tahoe T.J., jego furgonetka i mój biały nissan pathfinder,
wszystkie trudne do utrzymania w czystości, kiedy jeździ się po żwirowych drogach.

Obok  wielkiej  kuchni  jest  pokój  z  drzwiami  prowadzącymi  na  zewnątrz,  w  którym  jedna  ściana

pokryta  jest  od  sufitu  po  podłogę  półkami  pełnymi  książek.  Można  mnie  tam  często  zastać,  zwiniętą
w kłębek w fotelu, z nogami na pufie.

Są  dwie  werandy,  jedna  od  frontu,  druga  od  tyłu.  Ta  druga  ma  siatkę  ochronną,  przesiadujemy  tam

z  T.J.,  nie  przejmując  się  insektami,  szczególnie  moskitami.  Bo  biega  w  ogrodzie,  a  kiedy  nie  goni  za
królikami, śpi u naszych stóp.

Nasz  dom  z  czterema  sypialniami  wyposażony  jest  w  każde  nowoczesne  urządzenie,  jakie  można

sobie wyobrazić. Ale nie mamy kominków. Ani grilla.

Dzisiaj dom jest pełen gości. Zebrali się, aby świętować moje trzydzieste ósme urodziny. Zawsze są

mile widziani.

W  kuchni  moja  teściowa  i  siostra  siedzą  przy  stole,  wymieniają  przepisy  i  popijają  wino.  Nie

pozwalają mi gotować w dniu urodzin, więc Tom przywiezie gotowe dania z miasta. Wkrótce tu będzie,
a ja, nie mając nic do zrobienia, mogę się odprężyć i spokojnie czekać.

Siostry  T.J.,  Alexis  i  Grace,  siedemnastolatka  i  dziewiętnastolatka,  siedzą  na  werandzie  od  frontu

z  Joem  i  Chloe.  Trzynastoletni  Joe  chciałby  zapewne  mieć  jakiegoś  kolegę  do  zabawy,  ale  jest  tak
zadurzony w Alexis, że nie przeszkadza mu towarzystwo dziewcząt.

Wyjmuję  dwa  piwa  z  lodówki  i  idę  do  salonu.  T.J.  rozsiadł  się  na  kanapie  i  ogląda  telewizję.

Pochylam się nad nim i całuję go, potem otwieram piwo i stawiam na stoliku.

–  Jak  się  ma  jubilatka?  –  Mówi  cicho,  bo  nasza  córka  śpi  na  jego  piersiach,  z  paluszkiem  w  buzi.

Wiemy, że jeśli Josephine Jane „Josie” Callahan obudzi się niewyspana, drogo nas to będzie kosztować.

– Położę ją do łóżeczka – mówię szeptem.
T.J. kręci głową.
– Tak jej dobrze. – Mała dziewczynka już owinęła go sobie wokół paluszka.
Drugą  puszkę  piwa  podaję  Benowi.  Siedzi  w  fotelu  obok  kanapy;  wygląda  na  zadowolonego

z  Thomasem  Jamesem  Callahanem  III  śpiącym  na  kolanach.  Zadziwiające,  bo  kiedy  po  narodzinach
bliźniaków przyszedł do szpitala, powiedział, że nigdy nie trzymał dziecka w ramionach.

– Jak będziecie go nazywać – zapytał, kiedy T.J. usadowił go wygodnie w fotelu i ostrożnie podał mu

naszego synka. – Jeśli ma być dwóch T.J, to mi się pomylicie.

– Będziemy nazywać go Mick – powiedział T.J.
– Nazywasz dziecko po Micku Jaggerze? Świetny pomysł!
T.J. i ja roześmialiśmy się i spojrzeliśmy na siebie.
– To inny Mick – sprostował T.J.
Nie  staraliśmy  się  od  razu  o  dziecko.  Stanowczo  nie  chciałam  pośpiesznie  podejmować  decyzji,

a  jeśli  nawet  by  się  okazało,  że  za  długo  czekaliśmy…  no  cóż,  są  inne  sposoby  stworzenia  rodziny.
Ostatecznie potrzeba było sześciu miesięcy prób i leku na bezpłodność. Poczęcie nastąpiło w gabinecie

background image

lekarskim – o czym zawsze wiedzieliśmy – przy użyciu nasienia zostawionego w banku spermy, kiedy T.J.
miał piętnaście lat.

Sądzę, że nic nie dzieje się bez powodu, i dlatego wierzę, iż bliźniaki pojawiły się dokładnie w tym

momencie, w którym byliśmy na nie gotowi. „Z dwójką będzie ciężko”, wszyscy powtarzali, ale T.J. i ja
wiemy,  co  to  znaczy  ciężko,  i  z  pewnością  nie  jest  to  dwójka  zdrowych  dzieci.  Nie  mówię  też,  że  jest
łatwo. Zdarzają się trudne dni.

Bliźniaki  mają  już  jedenaście  miesięcy  i  prawdą  jest  to,  co  mówią,  że  czas  biegnie  dużo  szybciej,

kiedy  ma  się  dzieci.  Wydaje  się,  że  dopiero  wczoraj  chodziłam  jak  kaczka,  z  dłonią  na  kręgosłupie,
zastanawiając  się,  jak  długo  jeszcze  będę  je  nosić,  a  teraz  już  tu  są,  raczkują  po  wszystkich  kątach
i niedługo zaczną stawiać pierwsze kroki.

Zostawiam  T.J.  i  Bena  i  wracam  do  kuchni.  David  dosiadł  się  do  Jane  i  Sarah.  Całuje  mnie  na

powitanie.

–  Wszystkiego  najlepszego  –  mówi,  wręczając  mi  bukiet  kwiatów.  Przycinam  łodygi  pod  bieżącą

wodą, wkładam do wazonu, stawiam na blacie obok różowych róż, które dostałam od T.J. dzisiaj rano.

– Wino? – pytam go.
– Ja przyniosę. Ty siadaj i odpoczywaj.
Dołączam do Sarah i Jane. Stefani też jest z nimi. Rob i dzieci mają grypę żołądkową, więc przyszła

sama; nie chce ryzykować zarażenia kogokolwiek. W takich chwilach, gdy wszyscy, których kocham, są
pod  jednym  dachem,  czuję,  że  niczego  mi  nie  brakuje.  Szkoda  tylko,  że  nie  ma  moich  rodziców.  Żeby
poznali mojego męża. Żeby uściskali swoje wnuki.

Do niedawna jeszcze chodziłam do schroniska trzy razy w tygodniu, lecz dojeżdżanie do miasta dało

mi się we znaki. Jane zajmowała się bliźniakami, gdy mnie nie było, lecz w końcu nadszedł czas, by zająć
się czymś innym. Założyłam fundację charytatywną na rzecz bezdomnych rodzin, prowadzę ją z naszego
biura w domu, podczas gdy bliźniaki bawią się koło mnie. Jestem szczęśliwa. Schronisko Henry’ego co
roku otrzymuje dużą darowiznę, i to się nie zmieni. Powiesiłam ulotkę w miejscowej szkole, mam teraz
kilku  uczniów.  Przyjeżdżają  do  naszego  domu  wieczorami,  siadamy  przy  kuchennym  stole  i  po  kolei
odfajkowujemy  odrobione  zadania.  Czasem  tęsknię  za  tym,  by  stanąć  przed  uczniami  w  klasie,  a  potem
myślę, że już tego wystarczy.

T.J.  prowadzi  mały  zakład  budowlany.  Buduje  domy,  jeden,  dwa  w  ciągu  roku,  pracuje  razem

z ludźmi, których zatrudnia. Po zaliczeniu pierwszego semestru w college’u nigdy nie wrócił do nauki, ale
nie  ma  to  dla  mnie  żadnego  znaczenia.  Nie  do  mnie  należy  wybór.  T.J.  jest  szczęśliwy  na  otwartych
przestrzeniach.

Oddaje również swój czas i pieniądze instytucji charytatywnej Siedlisko dla Ludzi. Dean Lewis też

jest  tam  wolontariuszem:  szósty  dom,  który  pomógł  wybudować,  należy  do  niego.  Ożenił  się  z  Julie,
dziewczyną  poznaną  w  restauracji,  w  której  pracuje,  a  Leo  uwielbia  być  starszym  bratem  dla  małej
dziewczynki, której rodzice dali imię Annie.

Kilka miesięcy temu zaniosłam T.J. obiad na budowę. Ja też jestem szczęśliwa, kiedy widzę, że robi

to, co kocha. Nowy podwykonawca, zatrudniony do hydrauliki, nie wiedząc, kim jestem, gwizdnął na mój
widok  i  krzyknął:  „Hej,  laluniu!”.  T.J.  od  razu  go  ustawił.  Wiem,  że  powinnam  czuć  się  obrażona,
traktować takie gwizdanie jak zniewagę dla kobiety. Ale mnie nie przeszkadza.

T.J.  i  ja  znaleźliśmy  coś  ciekawego  parę  lat  temu.  Zadzwonił  do  nas  funkcjonariusz  policji  z  Male

z  kilkoma  pytaniami.  Miał  nadzieję,  że  to  pomoże  mu  zamknąć  sprawę  zaginionej  osoby.  Rodzina
mężczyzny,  który  zaginął  w  maju  1999  roku,  znalazła  w  jego  rzeczach  dziennik.  Owen  Sparks,
internetowy  milioner  z  Californii,  opisał  w  nim  szczegółowo  swój  plan  porzucenia  stresującego  trybu
życia na rzecz spokoju i samotności na wyspie na Malediwach. Prześledzono jego kroki do Male, ale tam
trop  się  gubił.  Policjant  chciał  więcej  informacji  o  szkielecie,  na  który  się  natknęliśmy  z  T.J.  Nie  ma
absolutnej  pewności,  że  to  był  on,  ale  jest  to  bardzo  prawdopodobne.  Ciekawe,  czy  Owen  przeżyłby,

background image

gdyby miał się na kim oprzeć, tak jak nam się udało. Zapewne nigdy się nie dowiemy.

Niosę  dzbanek  z  lemoniadą  na  werandę,  napełniam  szklanki,  wdycham  zapach  świeżo  ściętej  trawy

i  wiosennych  kwiatów.  Tom  wjeżdża  na  podjazd.  Zdecydowaliśmy,  że  smakołyki  z  delikatesów
u Perry’ego będą najlepsze na ten ciepły majowy wieczór, i teraz David wychodzi, żeby pomóc Tomowi
wnieść wszystko do domu. Ja i Stefani ustawiamy półmiski na stole w kuchni. Już mam zamiar zawołać
gości, by nakładali sobie jedzenie na talerze, gdy podchodzi do mnie Ben, trzymając Micka przed sobą
w wyciągniętych rękach. Trudno było nie czuć zapachu pieluchy.

– Zdaje mi się, że coś mu wyszło z pupy – mówi.
– Pieluchy i chusteczki leżą obok stołu do przewijania w pokoju dzieci. I użyj dużo kremu, bo Mick

ma lekką wysypkę.

Ben stoi, sztywny jak kij, zastanawiając się, jak mu się uda od tego wykręcić, aż T.J., obserwujący

całą scenę, wybucha śmiechem.

– Chłopie, przecież ona sobie żartuje.
Ben spogląda na mnie, ja wzruszam lekko ramionami i się uśmiecham:
– To takie proste.
Bawi mnie wyraz ulgi na twarzy Bena.
T.J. wyciąga ręce po Micka.
– Josie też zrobiła kupę. Przewinę obydwoje.
– Jesteś taki dobry – mówię. Jest dobry.
Ben podaje mu małego.
– Aleś mięczak – zwraca się do niego T.J., wychodząc z pokoju z dziećmi w ramionach. Uśmiecham

się, bo wiem, że żartuje, wiem także, że jest szczęśliwy, bo jego najlepszy przyjaciel chce być tak blisko
naszej  rodziny.  Ben  ma  dwadzieścia  cztery  lata  i  mógłby  raczej  przesiadywać  teraz  w  barach,  zamiast
trzymać niemowlę na kolanach. Chodzi na poważnie z dziewczyną o imieniu Stacy, a T.J. twierdzi, że to
dzięki niej Ben dorośleje. Trochę mu jeszcze do dorosłości brakuje.

Goście  napełniają  talerze  i  szukają  miejsca,  gdzie  mogą  usiąść.  Niektórzy  wybierają  frontowe

schodki, inni obudowaną werandę, jeszcze inni, jak ja i T.J., zostajemy w kuchni.

Sadzamy  bliźniaki  w  wysokich  krzesełkach,  dajemy  im  kawałki  chleba  i  mięsa.  Karmię  je  sałatką

z  ziemniaków,  sama  zjadam  po  kęsie  kanapki  i  piję  mrożoną  herbatę.  T.J.  siada  obok  mnie.  Co  chwila
schyla  się  po  kubeczek,  który  Josie  rzuca  na  podłogę,  żeby  zobaczyć,  czy  on  go  podniesie.  Zawsze  to
robi.

Kiedy skończyliśmy jeść, wszyscy odśpiewują sto lat. Zdmuchuję trzydzieści osiem świeczek, które

Chloe  uparła  się  zmieścić  na  torcie.  Piekielna  sprawa,  ale  mogę  się  tylko  śmiać.  Od  tej  chwili  do
dwudziestego września, kiedy T.J. kończy dwadzieścia pięć lat, jestem od niego starsza o czternaście lat,
a nie trzynaście. Na to też nic nie mogę poradzić.

Piją moje zdrowie, a ja czuję się szczęśliwa, że jestem gotowa płakać.
Później, gdy wszyscy już odjechali i położyliśmy bliźniaki, T.J. przychodzi na obudowaną werandę.

Przynosi dwie szklanki zimnej wody.

–  Dziękuję  –  mówię,  biorąc  jedną.  Zimna  woda  w  szklance  nie  straciła  dla  nas  na  atrakcyjności.

Pociągam długi łyk i odstawiam szklankę na stoliku obok mnie.

T.J. siada na ratanowej kanapce i przyciąga mnie na kolana.
–  Chyba  nie  będziesz  mógł  tego  dłużej  robić  –  mówię,  całując  go  w  szyję.  Całuję  go  tam  z  dwóch

powodów:  po  pierwsze,  on  to  lubi,  po  drugie,  sprawdzam,  czy  nie  ma  guzków.  Dzięki  Bogu,  nic  nie
znalazłam.

– Na pewno będę – mówi. Uśmiecha się i głaszcze mój brzuch.
Zdecydowaliśmy  się  na  jeszcze  jedno  dziecko.  Zdziwiliśmy  się,  bo  od  razu  zaszłam  w  ciążę.  Tym

razem to będzie jedno dziecko i nie wiemy, czy chłopiec, czy dziewczynka. To nie ma znaczenia, byleby

background image

było zdrowe. Poród jest za cztery miesiące, więc kiedy urodzę, bliźniaki będą miały piętnaście miesięcy.
To wszystko znaczy, że czasami nasze pragnienia się spełniają.

Często myślę o wyspie. Kiedy dzieci podrosną, będziemy mieli co im opowiadać.
Z pewnymi skrótami, oczywiście.
Powiemy im też, że ten dom i cała ziemia dookoła jest naszą wyspą.
I że T.J. i ja nareszcie jesteśmy w domu.

background image

PODZIĘKOWANIA

Bez  współudziału,  pomocy  i  poparcia  wymienionych  niżej  osób  Na  wyspie  byłaby  nadal  plikiem

zajmującym miejsce na moim twardym dysku. Nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić wdzięczność za
to, że mam wokół siebie ludzi tak wspaniałych i tak pełnych entuzjazmu.

Mam  ogromny  dług  wdzięczności  wobec  pisarki  Meiry  Pentermann.  Meira  wierzyła  we  mnie  na

długo, zanim ja w siebie uwierzyłam, a jej cenne wskazówki pomogły mi nadać Na wyspie formę, jaką ta
książka prezentuje. Meira jest moim ostatecznym krytykiem, beta-czytelnikiem, cyber-siostrą.

Moja siostra bliźniacza Trish zawsze będzie pierwszą osobą, której pokażę to, co napiszę.
Dziękuję  mojemu  mężowi  Davidowi;  jego  zachęta  znaczy  dla  mnie  więcej,  niż  jest  sobie  w  stanie

wyobrazić.

Moim  dzieciom,  Matthew  i  Lauren.  Dziękuję  wam  za  cierpliwość,  kiedy  mama  tyle  czasu  spędzała

przed laptopem. Kocham was oboje.

Elisie  Abner-Taschwer  za  to,  że  jest  najlepszą  publicystką  i  cheerleaderką,  jaką  można  sobie

wyobrazić.

Szczególne  podziękowania  chciałabym  przekazać  moim  beta-czytelnikom  oraz  tym,  którzy  otrzymali

egzemplarze sygnalne powieści. Wasze życzliwe opinie sprawiły mi wielką radość i umocniły wiarę we
własne  siły  w  sposób  trudny  do  wyobrażenia.  Są  to:  Penne  Heede  Pojar,  Beth  Knipper,  Elisa  Abner-
Taschwer,  Lisa  Green,  Brooke  Achenbach,  Julie  Gieseman,  Trish  Garvis,  Trish  Kallemeier,  Noelle
Zmolek,  Stacy  Alvarez,  Stefani  Blubaugh,  Mindy  Farrington,  Taylor  Kalander,  David  Green,  Tami
Cavanaugh, Amy Gulbranson, Stefanie Martin, Shellie Mollenhauer, Christy Cornwell, Missy Pomerantz
i Jill LaBarre.

Miałam również szczęście pracować z niezwykle utalentowanymi ludźmi, którzy w znaczący sposób

przyczynili  się  do  tego,  aby  Na  wyspie  była  taką  książką,  jaką  pragnęłam  zobaczyć.  Mam  nadzieję
współpracować z nimi w przyszłości. Są to:

Alison Dasho, redakcja;
Anne Victory (Victory Editing), korekta;
Guido Henkel, skład;
Getty Images, zdjęcie na okładce;
Penne Heede-Pojar, projekt okładki.


Document Outline