background image

BENTE PEDERSEN

CIENIE PRZESZŁOŚCI

background image

1

Nastała zima, czas ciszy i zadumy. Maja poddała się samotności, której żadna inna pora 

roku nie obnaża tak dotkliwie.

Mrok nocy polarnej skrywał przed wszystkimi, tylko nie przed nią, brutalną prawdę, że 

jest   przeraźliwie   sama.   Wydeptana   w   śniegu   ścieżka   do   jej   domu   przypominała   cienkie 

pasemko. Goście nie schodzili się tu gromadnie. Maja nie utrzymywała kontaktów z nikim poza 

członkami swojej rodziny, a i z nimi tylko sporadycznie.

Sama, ciągle sama.

Ludzie we wsi zarzucali jej wyniosłość. Uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że 

mieszka w domu należącym niegdyś do matki, szeptali między sobą.

Ci, którzy pamiętali Raiję, mówili, że Maja Bakken coraz bardziej upodabnia się do 

niej. Nie tyle może z wyglądu, co z zachowania.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, powtarzali, kiwając głowami.

Maja tęskniła za Elise.

W dzieciństwie nie lubiła przybranej siostry, niekiedy z trudem tłumiła w sobie głęboką 

niechęć do niej, a gdy dorosły, trzymała ją na dystans. Przywykła skrywać przed otoczeniem 

swoje myśli i tajemnice.

Elise tak naprawdę stała się jej przyjaciółką krótko przed wyjazdem do Tornedalen.

Maja w głębi serca tęskniła za matką, ale nauczyła się z tym żyć. Właściwie nie kochała 

Raiji,   tęsknoty   za   nią   jednak   nie   potrafiła   zagłuszyć.   Tęsknota   i   nienawiść   wzajemnie  się 

przeplatały, przypominając dwugłową bestię. Maja lękała się ich obu.

O wiele gorzej zniosła utratę Elise, która, poślubiwszy Mattiego, wyjechała w jego 

rodzinne strony. Całym sercem radowała się szczęściem siostry i nie zazdrościła jej, mimo że 

właściwie to Elise mogła zostać żoną Simona Bakkena.

Los, Opatrzność, a może złe moce sprawiły, że stało się inaczej.

Maja dostała za męża Simona, choć wcale tego tak bardzo nie pragnęła. Dostała go i 

zaraz, równie nieoczekiwanie, straciła. Potem na świat przyszło ich dziecko, synek. Nie zdążyła 

go nawet wziąć w ramiona, a kiedy zgasło w nim życie, w ogóle na niego nie spojrzała.

Najwyraźniej nie jest jej dane otrzymać cokolwiek za darmo. W chwilach zaprawionych 

goryczą nazywała siebie nieodrodną córką swojej matki. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że los 

Raiji przylgnął do niej i czeka ją równie trudne życie. Czyżby została skazana, by odpokutować 

winy matki? Czy będzie musiała walczyć o swoje szczęście z jeszcze większym uporem niż 

ona?

background image

Maja, dziecko poczęte z wielkiej miłości, przyszła na świat w czarną, chłodną noc jako 

owoc grzechu. Może jej życie ma być karą za nie odkupione do końca winy rodziców?

Tyle różnych myśli kołatało się jej w głowie. Nie widziała kresu tego wszystkiego, nie 

pamiętała początku. Z tej strasznej samotności zaczęła tęsknić za Simonem.

W towarzystwie innych wcale nie czuła się lepiej. Może właśnie dlatego, że niektórymi 

myślami nie potrafiła się dzielić nawet z najbliższymi.

- Zapraszam cię, Maju, na moje siedemnaste urodziny - oznajmiła Ida, która wpadła do 

izby niczym wiatr i leciutko pogładziła siostrę po policzku. - Proszę cię, nie zamień przyjęcia w 

stypę. Przecież tylko raz w życiu kończy się siedemnaście lat.

Na twarzy Mai pojawił się wymuszony uśmiech. Nie czuła radości, ale przywykła to 

ukrywać.

Najedli się do syta, nawet trochę pośmiali, choć niezbyt serdecznie i niezbyt długo. Już 

od dawna w chacie na przylądku nie mieli po temu okazji.

-   Szkoda,   że   nie   urodziłam   się   w   porze   jarmarku   tak   jak   Knut   -   westchnęła   Ida, 

przerywając   ciszę   słowami,   które   równie   dobrze   mogłyby   pozostać   nie   wypowiedziane.   - 

Wtedy Ailo może nie zdążyłby wyjechać i przy stole byłoby nas więcej...

Reijo zacisnął swe duże dłonie na drewnianym kubku, w którym już dawno wystygła 

kawa. Wpatrywał się w brunatny płyn. Milczał. Tylko bruzdy na policzkach leciutko mu drżały.

Ida zorientowała się, że powiedziała za dużo.

- Przy stole jest tyle wolnych miejsc - usprawiedliwiała się cicho, spoglądając to na 

Reijo, to na Maję. - Tak bym chciała, żeby wszystkie były zajęte. Powinien tu być Knut, Elise i 

Matti. Choćby na chwilę. Wiem, że nawet jeśliby przyjechali, to na krótko. Nie zamieszkają tu 

na zawsze. Ale teraz tak bardzo pragnę mieć ich wszystkich koło siebie. Ailo także, twojego 

przyrodniego   brata,   Maju!   Przecież   też   należy   do   rodziny,   w  pewnym  sensie  jest   i   moim 

bratem. I Simona... I mamę...

- Ona już do nas nie należy - rzuciła Maja z goryczą.

-   Nie   pozwolę   mówić   o   niej   źle!   -   przerwał   ostro  Reijo,   a   z   jego   zielonych   oczu 

posypały się skry.

Reijo skończył trzydzieści osiem lat. Kiedy patrzył, jak dorośleją mu dzieci, dostrzegał 

upływ czasu, ale nie czuł się jeszcze stary. Minione lata w jego świadomości zlały się w jedno. 

Nie mógł uwierzyć, że jego córka, Ida, radość i promyk słońca rozświetlający mu smutki 

codzienności, ma już siedemnaście lat.

Raija powinna to widzieć...

- Może ona tu jest - odezwał się łagodnie do córki. - Kto wie, czy nie zajęła pustego 

background image

miejsca...

Ida wpatrywała się w ojca swymi dużymi oczami, które miały niezwykłą barwę, jakby 

mieszankę jego lśniących zielonych i ciemnobrunatnych Raiji.

- Nadeszła pora, żebyśmy powiedzieli sobie prawdę. - Reijo przybrał stanowczy ton. - 

Zdaje się, że ja najdłużej łudziłem się nadzieją. Nigdy was nie pytałem, co o tym myślicie, bo 

nie chciałem wiedzieć. Chyba jednak trzeba nazwać rzeczy po imieniu i pogodzić się z tym, że 

Raija nie wróci. Upłynął zbyt długi czas. Myślę, że ona po prostu nie może powrócić. Pewnie 

umarła.

Powietrze  w izbie   zadrgało.  Ida  śmiertelnie  się  bała,  że Maja  wyrwie  się  z  jakimś 

komentarzem, powie „Bogu dzięki” czy coś takiego. Ale na szczęście nikt nie przerwał ciszy.

-   Cieszę   się,   że   wreszcie   to   zrozumiałeś,   Reijo.   Cieszę   się,   że   do   nas   wróciłeś!   - 

odezwała się Maja po długiej chwili. W jej glosie brzmiało zmęczenie, a w oczach pojawił się 

blask, który przeraził Idę. Nigdy nie potrafiła zrozumieć siostry.

Reijo napotkał wzrok Mai i uśmiechnął się lekko. Nadal rozumieli się w pół słowa. Pod 

tym względem nic się nie zmieniło. Co prawda od dawna nie rozmawiali tak szczerze, ale 

upływ czasu nie zerwał łączących ich więzi.

Ida, choć była rodzoną córką Reijo, zdawała sobie sprawę, że to Maja zaraz po Raiji jest 

ojcu najbliższa.

Ida   ukończyła   właśnie   siedemnaście   lat,   ale   przypominała   dziecko,   nieświadomie 

zaglądające do świata dorosłych.

- Przecież zawsze tu byłem - odparł Reijo, tym prostym stwierdzeniem wyjaśniając dwie 

sprawy. - Nigdy nie przestałem żyć. Sam dokonałem wyboru. Nie chcę, by którekolwiek z was 

myślało źle o Raiji. - Głos nie zadrżał mu, gdy wypowiedział jej imię. - Rodzina nie powinna 

jej nienawidzić. Tak nie wolno. Ona zawsze nas na swój sposób kochała.

- No cóż, niektórzy z nas pragnęli dostać więcej tej miłości. - Maja nie potrafiła do 

końca zdusić w sobie goryczy. Bywało, że Raija wydawała jej się bliska i wówczas otwierała 

się na wspomnienia. Nigdy jednak nie była bezkrytyczna.

- Nadejdzie kiedyś dzień, gdy zrozumiesz, że ona w niczym nie zawiniła - powiedział 

Reijo.

Maja wstała i zaczęła szykować się do wyjścia.

-   Zostań   -   poprosiła   Ida.   -   Przecież   to   też   twój   dom.   Przynajmniej   dziś   mogłabyś 

przenocować.

Maja potrząsnęła głową i zawiązała chustę pod brodą. Z oczu siostry wyczytała, że 

wygląda zbyt poważnie jak na swoje dwadzieścia lat. Ida ciągle jej przygadywała, że upodabnia 

background image

się do matrony. Przecież jestem zamężną kobietą, nie jakimś podlotkiem! oponowała zwykle.

- W takim razie pójdę z tobą - upierała się Ida.

- Nie! - Głos Mai zabrzmiał dość szorstko, ale siostry zawsze były wobec siebie szczere. 

- Sama wrócę! Mieszkam tam, Ido. W swoim domu chcę sama decydować i nie muszę się z 

tego nikomu tłumaczyć. Rozumiesz?

- To może ja mógłbym cię odprowadzić - zaproponował Reijo. - Nie jestem jeszcze taki 

stary, żeby mi zaszkodził rześki nocny chłód.

Maja znowu odmówiła.

- Jestem już dorosła i mogę iść sama. Co może mi grozić? Ciemności się nie boję, 

duchów też nie. One wolą mnie nie straszyć, bo wiedzą, że to na nic.

- Ale tyle różnych ludzi się tu kręci... - próbował przekonać ją Reijo. - Nie chcę, żeby 

któremuś z moich dzieci stało się coś złego.

Maja uśmiechnęła się, choć serce przeszył jej ostry ból.

- Nikt mnie nie zaczepi, nawet gdybym natknęła się na kogoś obcego. Wystarczy, że na 

mnie spojrzy. Poza tym ani ze mnie panna, ani wdowa. Przynajmniej nic na ten temat nie 

wiadomo. Wygodnie jest mieć męża, który równie dobrze może być żywy, jak i umarły. Innych 

dręczy jeszcze większa niepewność niż mnie. Tak czy inaczej tutejsi mężczyźni nadal czują 

respekt przed Simonem i żaden z nich nie ośmielił się tknąć jego żony. Myślę, że jestem 

bezpieczniejsza niż większość kobiet w okolicy. - Zaśmiawszy się śmiechem pozbawionym 

radości, Maja dodała: - Innych zalet z posiadania ducha za męża raczej nie zauważyłam. W 

łóżku wprawdzie można się wygodnie ułożyć, ale, do diabła, okropnie w nim zimno...

Wyszła nie zatrzymywana przez nikogo.

- Ona staje się coraz większą dziwaczką - stwierdziła Ida. - Ailo też to samo powiedział, 

bo nawet z nim nie chciała rozmawiać. Odsunęła się od wszystkich. Jest tu, a tak jakby jej nie 

było.

Reij o pokiwał głową.

- Może się odsunęła, ale to wcale nie znaczy, że dziwaczeje. Ma prawo dać wyraz 

własnym uczuciom.

- Ale ona właśnie tego nie robi - zaperzyła się Ida. - Zresztą zawsze taka była. Założę 

się, że do śmierci się nie zmieni. To już taki typ człowieka.

Reijo nie odpowiedział. Zastanawiał  się tylko, czy Ida dostrzega  coś, czego on nie 

zauważa.

Przyjemnie   było   wyjść   w   ciszę   nocy.   Ciemność   rozjaśniona   zorzą   falującą   po 

klarownym mroźnym niebie nie wydawała się wcale taka gęsta i wroga. Można by pomyśleć, że 

background image

to nie wieczór, lecz ranek, pora, kiedy między jedną a drugą nocą niebo przyobleka szafirową 

szatę.

Napadało   dużo   śniegu   i   niewysoka   wzrostem   Maja   brnęła   w   nim   po   kolana.   Na 

skalistych zboczach śnieg się jednak nie utrzymywał, co napawało optymizmem tych, którzy 

nie przepadali za zimą. Wzdłuż rzeki ciągnęły się wydeptane ścieżki - od odnogi fiordu w górę, 

ku ciasnej, dzikiej dolinie, gdzie góry znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki, a wody 

rzeki z najwyższym trudem torowały sobie między nimi drogę. Teraz rzeka pokryta lśniącą taflą 

lodu kusiła i zapraszała na ślizgawkę. Do chaty Mai było bliżej przez las, ale o tej porze roku 

szło się tamtędy dłużej, bo śnieg wśród sosen nie był udeptany. Teraz także Reijo w domu na 

przylądku mało kto odwiedzał.

Maja postanowiła wrócić do domu rzeką. Podbiegła i pomknęła po lodzie na skórzanych 

podeszwach  kumagów.  Ślizgała   się,   potem  rozpędzała  na  nowo.   Na  twarzy  czuła  chłodny 

powiew, policzki jej zmarzły, ale w sercu odezwała się młodzieńcza wesołość.

Posuwała się po skutej lodem rzece, roześmiana, a zorza polarna zdawała się tańczyć w 

rytm jej radości. Ta odrobina zabawy pomogła Mai uwolnić się od wielu gorzkich myśli.

Poczuła się jak nowo narodzona, kiedy rozgrzana zeszła na brzeg i grzęznąc po uda w 

śniegu, odnalazła wijącą się ku chacie ścieżynkę, szeroką zaledwie na trzy stopy. Tanecznym 

krokiem ruszyła ku domowi.

Nic nie było w stanie odebrać jej tej odrobiny radości.

W życiu Mai także zdarzały się krótkie chwile szczęścia.

Jeśli   się   dobrze   zastanowić,   miniony   dzień   dostarczył   jej   wiele   powodów   do 

zadowolenia. Ida jest już dorosła. Reijo w końcu spojrzał prawdzie w oczy. Tyle jest rzeczy, 

które potrafią rozjaśnić zimową noc!

Może, jeśli się mocno postara, zdoła wywołać marzenie. Nigdy nie wiadomo.

W kuchennym oknie chaty dostrzegła światełko, słaby, drżący płomyk lampki olejowej.

Ale przecież nie zostawiła zapalonej lampy! Zawsze bardzo ostrożnie obchodziła się z 

ogniem.

Dopiero co tak się przechwalała, że nikt nie ośmieli się jej tknąć. Tymczasem ktoś 

otworzył sobie zamknięte na klucz drzwi i wtargnął do jej chaty.

Bardziej zła niż przestraszona kroczyła ku drzwiom, nie siląc się wcale na ostrożność. 

W końcu chata należy do niej!

Otworzywszy z impetem drzwi, wrzasnęła niczym nieokrzesany rybak:

- Kto, u diabła, śmiał się włamać do obcych ludzi? Chyba, do cholery, można zostawić 

w spokoju cudzy dom? Już Simon wam pokaże, kiedy wróci...

background image

W półmroku, poza zasięgiem płomyka rozświetlającego izbę, powoli wyprostowała się 

jakaś postać.

Maja zatrzasnęła drzwi, bezwiednie założyła skobel i przekręciła klucz.

Oparła   się   plecami   o   drzwi,   jakby   chciała   je   podeprzeć.   Ale   to   ona   potrzebowała 

oparcia. Nogi jej się trzęsły tak, że omal nie osunęła się na ziemię.

- Simon... - Głos jej się załamał. - Dobry Boże, Simon. Wróciłeś...

Przemknęło jej przez myśl, czy nie lepiej by było, żeby tam siedział jakiś duch, a nie 

człowiek z krwi i kości, który przypominał ducha...

Czy tylko tyle z niego zostało? Dobry Boże, co oni ci zrobili, Simon?

Nie powiedziała tego na głos, ale jego widok wywołał w niej prawdziwy wstrząs.

-   Jak   wszedłeś   do   środka?   -   zapytała,   ganiąc   się   w   myślach   za   to   głupie   pytanie 

skierowane do męża, którego nie widziała prawie trzy lata.

- To dziecinnie proste - odpowiedział. Jego głos także wydał jej się obcy.

A może źle zapamiętała? Niemożliwe, żeby zapomnieć głos małżonka, nawet jeśli nie 

było to zwyczajne małżeństwo. A oni przecież wiele ze sobą rozmawiali.

- Nie pamiętasz, że twój mąż jest przestępcą, Maju? Potrafi to i owo.

Maja przełknęła ślinę i pod pretekstem, że musi rozpiąć pelerynę, odwróciła się od 

niego. Potrzebowała kilku chwil, żeby uciszyć rozpacz, i na nowo przybrać pozę silnej Mai, 

która nie cofa się przed niczym.

Czując na sobie jego palące spojrzenie, podeszła bliżej. Przekonała się jednak, że ogień 

żarzy się w oczach męża tylko w przebłyskach. Przeraziła się, ujrzawszy mgłę zasnuwającą 

jego spojrzenie. Nigdy go takim nie widziała.

Czego Simon od niej oczekuje?

Nie była w stanie rzucić mu się na szyję, brzydziła się go nawet dotknąć. Był taki 

brudny, zapchlony... Mogłaby przysiąc, że gdyby zdjął ubranie, samo powędrowałoby do balii.

Usiadłszy obok Simona na stołku, nie odrywała od niego oczu. W pamięci zachowała 

obraz   mężczyzny,   którego   poślubiła,   najprzystojniejszego   chłopaka   po   tej   stronie   fiordu. 

Dziewczęta płakały, składając mu po ceremonii życzenia, a jej rzucały najbardziej kąśliwe 

spojrzenia, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Simon Bakken o błyszczących błękitnych oczach i wesołym spojrzeniu. Jego gładka, 

urodziwa twarz zawsze promieniała radością, a w kącikach ust błąkał się uśmiech. Na czoło 

opadała   mu   grzywka.   Miał   niski   głos.   Dobrze   zbudowany   dziewiętnastoletni   Simon, 

nieodpowiedzialny, beztroski, spontaniczny... Wszystko to ją w nim pociągało.

Taki był przed trzema laty.

background image

Teraz spod łachmanów wystawały szerokie jak dawniej barki, ale ramiona - opalone, 

mimo że był środek zimy - mocno mu wychudły. Policzki miał żałośnie zapadnięte. Nawet 

ciemna, gęsta broda nie mogła tego ukryć. Długie do ramion włosy sprawiały wrażenie, jakby 

od dawna nie dotykał ich grzebień.

Maja poczuła swędzenie na całym ciele i z trudem powstrzymywała się, by się nie 

podrapać.

- Tak, mam wszy... - odezwał się głucho, jakby przepraszał.

Maja zapłoniła się. Nie spodziewała się, że pozna po niej, co czuje.

- Nieważne - rzuciła, a na jej twarzy odmalowała się pewność charakterystyczna dla 

rodu Alatalo. - Poradzimy sobie z tym.

Czy tylko tyle ma mu do powiedzenia? Chciała coś dodać, szukała słów, ale w głowie 

miała kompletną pustkę.

- Dotarły do ciebie moje listy?

- Jeden - odparła wreszcie, odzyskując mowę. - Jeden, wysłany zaraz na początku.

- Pierwszego roku pisałem wiele, ale potem przestałem. Mówili, że nie warto, bo i tak 

nikt z nas nie przetrzyma więzienia. A jeśli nawet kiedyś uda nam się wrócić do domu, na 

pewno żadna z żon nie będzie już nas oczekiwać. Jeśli dożyjemy do tego dnia...

- Pisałam do ciebie często...

Trochę przesadziła, ale rzeczywiście napisała wiele listów. Ostatnio też zamierzała.

- Nie dostałem ani jednego. Domyślała się tego.

- A dziecko? - zapytał z napięciem w głosie, ale jego wzrok na chwilę się ożywił.

Maja zmusiła się, by napotkać spojrzenie błękitnych oczu, które traciły blask równie 

łatwo jak cienki lód na sadzawce, gdy na niego nadepnąć.

- Umarło - powiedziała, przełykając z trudem ślinę. - Miałam bardzo ciężki poród. Omal 

nie wyzionęłam ducha. To był chłopiec. Kiedy odzyskałam przytomność, już nie żył...

Simon splótł dłonie i zacisnął je mocno.

- Jak wyglądał? Pokręciła głową i wyznała szczerze:

- Nie byłam w stanie na niego patrzeć. Nie mogłam. Zdążyli go ochrzcić, zanim wydal 

ostatnie  tchnienie.  Artur  Mikkal.   Dla  mnie to tylko imię   na krzyżu.  Zobaczysz  jutro.  Jest 

pochowany tutaj.

Simon tylko skinął głową. Maja nie była pewna, czy zrozumiał.

- Masz kogoś? - zapytał wprost, utkwiwszy w niej wzrok. - Trzy lata, Maju, to długi 

czas. Jesteś młoda. Masz kogoś, kto cię odwiedza albo u kogo bywasz?

Pokręciła głową i uśmiechnęła się krzywo:

background image

- Mężczyźni nigdy nie uganiali się za mną. Takie jak ja nie mają powodzenia.

- Ja też uważałem, że jesteś brzydka - powiedział zamyślony. - Ale to było dawno, kiedy 

zobaczyłem cię po raz pierwszy. Potem mnie zaintrygowałaś. A przez tych kilka lat wiele o 

tobie myślałem. W moich wspomnieniach byłaś piękna...

-   Rzeczywistość   nie   dorównuje   fantazji,   co?   -   zapytała,   udając,   że   ją   to   bawi. 

Samoironia była jej najlepszą obroną.

- Nadal jesteś piękna - rzekł. - Właściwie dopiero teraz naprawdę przejrzałem na oczy.

- Jesteś głodny?

- Poczęstowałem się jedzeniem - oznajmił. Simona skazano na trzy lata więzienia, a tyle 

nie minęło jeszcze od wyroku.

W jaki sposób zapytać go, dlaczego już wrócił, tak by jej źle nie zrozumiał? Nie chciała 

go urazić.

- Zwolnili mnie za dobre sprawowanie - odpowiedział na jej nieme pytanie. Simon 

zawsze był domyślny. - Pozwolili mi wcześniej opuścić więzienie w nagrodę za... przykładne 

zachowanie - urwał na moment, jakby rozkoszował się tym słowem. - Wiesz, co to znaczy?

Pokręciła głową. Nie mogła przyzwyczaić się do jego głosu, wydawał jej się obcy.

- To znaczy, że sprawowałem się lepiej niż oczekiwano, lepiej niż ja sam bym się po 

sobie spodziewał. Chciałem przetrwać. Za wszelką cenę pragnąłem się stamtąd wydostać, Maju. 

Gotów byłem uczynić wszystko, żeby tylko wyjść na wolność. Wszystko. Chcesz wiedzieć 

więcej? Gotów byłem nawet zabić, by to osiągnąć. Ale nie uczyniłem tego. Nie uciekłem. 

Zostałem zwolniony.

- A jak dotarłeś do domu?

- Przypłynąłem łodzią handlową, na którą natknąłem się po drodze. Wykruszył się jeden 

z   członków   załogi.   Spotkałem   ich,   kiedy   wracali   z   powrotem   na   północ.   Przypadkowo 

zgadałem się z kimś z załogi, że wędruję w tym samym kierunku, i pozwolili mi popłynąć 

razem   z   nimi.   Ciężko   pracowałem.   Ale   nie   było   tak   źle.   Miałem   najgorsze   miejsce   na 

pokładzie,  zgodziłem  się jednak  na  to z całą świadomością.  Łodzią  dopłynąłem do  Senja, 

stamtąd idę pieszo.

Maja słuchała, jak Simon opowiada o sobie, obserwując uważnie jego twarz, na której 

nie malowało się żadne uczucie. Wzrok miał zamglony, mętny, martwy.

Skrywał cierpienie większe, niż zapewne była w stanie sobie wyobrazić. A mówił, że 

nie było tak źle.

Dobry Boże, co oni z nim zrobili?

-   Wykąpiesz   się!   -   zarządziła   głosem   nie   znoszącym   sprzeciwu,   podrywając   się   z 

background image

miejsca.

Przystał   na   to   bez   mrugnięcia   okiem.   Simon,   którego   poślubiła,   na   takie   dictum 

zareagowałby protestem. Ten zaś powiedział:

- Przyniosę wody... Maja popchnęła go na stołek i przełknąwszy ślinę, zmusiła się, by 

przytrzymać ręce na jego ramionach. Zmusiła się, by pogłaskać wychudzony policzek.

Uchwycił gwałtownie jej rękę i przycisnął gorące wargi do wnętrza dłoni. Potem ją 

puścił. Błysk życia w jego oczach zgasł.

- Skoro ty szedłeś aż z Senja, to ja chyba mogę przynieść wodę z rzeki - powiedziała 

zdecydowanym głosem. - Jedyne, co pozwalam ci zrobić, to przynieść balię z alkierza.

Usłuchał jej.

Maja szła wąską ścieżką w dół do rzeki, trzymając na ramionach nosidło. Nosidło, które 

niegdyś Raija otrzymała w prezencie ślubnym, dopasowało się do ramion ich obu.

Z oczu kapały jej łzy. Zastanawiała się, czy Simon kiedykolwiek opowie jej coś więcej. 

Zastanawiała się, czy potrafi żyć u jego boku.

Z Simonem, którego pamiętała, umiałaby ułożyć sobie życie, przeżyć nawet chwile 

szczęścia. Wyobrażała sobie, że się przy nim zestarzeje. Ale czy z mężczyzną, który siedzi przy 

palenisku, obcym, choć wyglądającym jak Simon, czeka ją wspólna przyszłość? Nie wiedziała.

- Dobry Boże! - wyszeptała, patrząc na polarną zorzę, która zdawała się blednąc w 

leniwym   tańcu   na   niebie.   -   Chciałabym   wiedzieć,   co   oni   z   nim   zrobili.   Chcę   wiedzieć, 

cokolwiek by to było. Pragnę odzyskać dawnego Simona...

background image

2

Kiedy wniosła pierwsze dwa wiadra wody, Simon zdążył już wystawić drewnianą balię 

i duży kocioł, w którym zwykle grzali wodę na palenisku. Drewna w izbie było pod dostatkiem, 

bo Reijo zgromadził w chacie zapas na kilka dni. Zawsze troszczył się o takie sprawy. Mówił, 

że lepiej, by on nadwerężył stary grzbiet, niż Maja miałaby zniszczyć swój młody.

Wlała wodę do kociołka, obrzucając przelotnym spojrzeniem męża, który chuchał na 

szybę i wyglądał przez niewielki prześwit, jaki się na niej utworzył.

W   bladożółtym   blasku   zorzy   krzyżyk   z   drewna   rzucał   długi   czarny   cień.   Maja 

przywykła do tego widoku. Nie robił już na niej wrażenia. Właściwie nie czuła, że tam było 

pochowane jej dziecko.

Nosiła je w swym łonie i wydała na świat. Nadal pamiętała okropne bóle. Ale dziecko 

nie stało się jej radością. Maleńkie ciepłe ciałko nie wypełniło pustki w jej ramionach i w sercu. 

Jeśli Simon będzie chciał wiedzieć, do kogo dziecko było podobne, będzie musiał zapytać 

Reijo.   Maja   nigdy   nie   wyraziła   ochoty,   by   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o   niemowlęciu. 

Łatwiej jej było znieść cierpienie, gdy nie wiedziała za wiele.

- Mój syn - odezwał się Simon obco brzmiącym głosem.

Pochłonięty własnymi myślami, nawet nie zauważył Mai.

Zastanawiała się, czy zawsze zamyka się tak przed otoczeniem. Ile spraw wokół mogło 

się dziać bez jego zaangażowania? Maja lękała się bardzo, że i jej nie dopuści do siebie, choć 

równocześnie dławił ją strach, że wciągnie ją w coś, na co nie będzie miała wpływu.

Nowy Simon dziwił ją i przerażał. Ale przecież to jej mąż!

Nie zwykła uciekać od swoich obowiązków, a jednak nie było jej lekko na sercu.

Wniosła do izby kolejne wiadra wody i zarządziła kąpiel.

Simon zdejmował z siebie sfatygowane ubranie, a Raija łapała w locie każdą sztukę 

odzienia, którą z siebie zdejmował.

-   Trzeba   spalić   te   łachy,   i   to   jak   najszybciej   -   oznajmiła   tonem   nie   znoszącym 

sprzeciwu.

Simon   stal   przed   nią,   uciekając   wzrokiem.   Maja   miała   wrażenie,   że   jego   oczy 

nieustannie przepraszają. Bardzo się pilnowała, żeby nie skrzywić nosa, mimo że zarośnięty 

brudem Simon, w poszarzałej, sztywnej od potu bieliźnie, śmierdział na odległość.

Bardzo   chciała   mu   pomóc,   ale   nie   wiedziała   jak.   Niepewność   rozdzielała   ich   niby 

niewidzialny mur. Maja popatrzyła na rozbiegane oczy Simona i nagle zrozumiała, że i on jest 

zdenerwowany. Przeżyła prawdziwy szok.

background image

Simon, który z taką lubością zawstydzał niedoświadczone dziewczęta, teraz krępuje się 

przy   niej!   On,   taki   przystojny.   Trudno   byłoby   zliczyć   te   wszystkie   dziewczyny,   którym 

zawrócił w głowie.

Maja widywała męża nago wiele razy, nie tylko wówczas, gdy spłodzili dziecko. Kiedy 

pozwalała na to pora roku, chodził rozebrany po izbie, zanim się położył, specjalnie żeby ją 

podrażnić. Maja płoniła się wówczas zakłopotana. Z jednej strony uważała, że to nieprzyzwoite, 

że to grzech... z drugiej zaś znajdowała przyjemność w patrzeniu na męża.

Odwróciła się do niego plecami niby zupełnie przypadkowo. Nie znała tego Simona 

Bakkena, który wrócił z więzienia. Nie miała pojęcia, co może go zranić.

Dopiero kiedy usłyszała plusk wody i nabrała pewności, że Simon usadowił się w balii, 

spojrzała znów w jego stronę. Ku jej zadowoleniu nie mógł widzieć, jak chwyta brudną bieliznę 

w dwa palce i wyrzuca kupkę zawszonej odzieży na dwór. Nigdy nie trzymała w dłoni gorszego 

świństwa.

Simon   długo   rozkoszował   się   gorącą   kąpielą.   Oparł   się   ramionami   o   brzeg   balii, 

przymknął oczy i siedział odprężony tak, że nie drgnął mu nawet jeden mięsień.

Mai zdawało się, że zasnął, ale na odgłos jej lekkich kroków po skrzypiącej podłodze 

poderwał się gwałtownie. Z jego oczu biła czujność.

Maja cofnęła się i zasłoniwszy dłonią usta, ledwie zdołała stłumić w sobie krzyk. Ale 

nie jego spojrzenie ją tak przeraziło, lecz blizny na ciele.

Simon uśmiechnął się lekko, w milczeniu obserwując jej reakcję. A potem usiadł z 

powrotem.

Przyciągana   niczym   magnesem   zbliżyła   się   do   niego   i   nie   przejmując   się   tym,   że 

przemoczy wełnianą spódnicę, uklęknęła na mokrej podłodze. Bała się go dotknąć. Zacisnęła 

palce na kancie drewnianej balii, która pamiętała jeszcze czasy jej dzieciństwa, i blada zapytała:

- To tak jest w więzieniu?

Nie mogła oderwać wzroku od krzyżujących się linii pokrywających jego tors, ramiona i 

znaczną część pleców.

- Tak, właśnie tak - odrzekł obcym, beznamiętnym głosem, w którym nie pobrzmiewał 

ani smutek, ani złość. Potwierdzało się to, na co już wcześniej zwróciła uwagę.

- Jacy to ludzie zdolni są do takiego okrucieństwa?

-   zdziwiła   się.   -   I   dlaczego,   dopuściwszy   się   czegoś   podobnego,   mogą   tam   nadal 

pracować?   Powiedziałeś,   że   zostałeś   zwolniony   za   dobre   sprawowanie,   a   na   twoim   ciele 

wyraźnie widać ślady po karach cielesnych. Czy w ten sposób traktuje się dobrze sprawujących 

się więźniów?

background image

-   Wśród   skazanych   panują   odrębne   prawa,   Maju.   Wyznaczeni   więźniowie   mają   za 

zadanie wybić nowym z głowy hardość. Ja nie od razu się w tym rozeznałem. Dopiero gdy 

zebrałem solidne baty, wyciągnąłem naukę i przestałem się buntować. Wtedy ktoś z kolei uznał, 

że  jestem  zbyt   potulny,   innych  kłuło w  oczy  to,   że  jestem  przystojny.  Tam  najlepiej   być 

podobnym do samego diabła.

Maja   pojmowała   i   nie   pojmowała.   Opowieść   Simona   napawała   ją   przerażeniem   i 

wstrętem, wolała nie pytać o szczegóły.

- To straszne - wyszeptała tylko.

- Wszyscy są straszni - mówił dalej, ale tym razem w jego słowach słyszało się uczucie. 

- Zapewniam  cię,   Maju,   w każdym  z nas  tkwi  okrucieństwo. Nie   jestem  lepszy.  Ja  także 

katowałem   nowych   więźniów,   żeby   wytłuc   im   z   głowy   butę.   Kilku   z   nich   ledwie   to 

przetrzymało. Co do jednego zresztą nie mam pewności. Niektórzy mówili, że się wylizał, ale 

doszła też do mnie plotka, że zmarł. Nie wiem - dokończył, nie patrząc na Maję. Zamilkł na 

moment, a potem dodał:

- Byłem tak samo zły jak wszyscy inni. Ja także znalazłem sobie słabszego i bardziej 

naiwnego niż ja młodego, ładnego chłopaka. Ja także nauczyłem się używać władzy, Maju. 

Czasami nawet rozkoszowałem się nią. Okrucieństwo tkwi w każdym z nas. Gdybyś musiała, 

postąpiłabyś zapewne tak samo. Ja uczyniłem wszystko, żeby stamtąd się wydostać.

Maja   zacisnęła   dłonie   na   ścierce   i   wykręciła   ją,   chociaż   nie   ciekła   z   niej   woda. 

Zanurzyła ją ponownie i zaczęła szorować Simonowi plecy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że 

skuli się z bólu, kiedy dotknie jego blizn, mimo że widziała, iż dawno się zrosły. On tymczasem 

siedział z wpółprzymkniętymi powiekami i pozwalał się myć, jakby był dzieckiem.

- Kristoffer nie żyje - powiedziała na wszelki wypadek, gdyby chodziła mu po głowie 

myśl o zemście.

- Tak? - spytał obojętnie. - No cóż, był już stary.

- Elise i Matti pobrali się i pojechali do Finlandii, do Tornedalen. Matti i... moja mama 

stamtąd pochodzą.

Zastanawiała się, czy Simon nadal żywi uczucia do Elise. Kochali ją wszyscy, którzy ją 

znali, bo przypominała najpiękniejszy kwiat.

- To dobrze. Pasowali do siebie. Najwyraźniej resztki uczuć do Elise wyblakły, ale Maja 

nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć. Może nie wróżyło to niczego dobrego?

-   Knut   udał   się   na   północ   -   ciągnęła   Maja.   -   W   porze   jarmarku   przesłał   nam 

pozdrowienia. Donosił, że niebawem zamierza się żenić. Ale potem słuch o nim zaginął. A Ida 

dzisiaj ma urodziny. Skończyła siedemnaście lat. Właśnie od niej wracam.

background image

Simon pokiwał głową.

- W twoim rodzinnym domu wszystko się toczy po staremu. Beret i Elina wyszły za mąż 

za Olavesa i Johannesa. Rzadko zdarza się, żeby siostry poślubiły braci. Domyślasz się, że było 

dużo gadania.

- Mieszkają osobno?

- Nie, ciągle gnieżdżą się pod jednym dachem ze starymi rodzicami mężów. Z czasem 

zrobiło się tam ciasno.

- Jutro pójdę do domu - postanowił. - Chyba muszę.

- Tu jest twój dom - odparła i chociaż nie uczyniła tego celowo, jej głos zabrzmiał 

ostrzej.

- Przecież tu przyszedłem - powiedział, jakby nie zwracając na to uwagi.

Maja przełknęła ślinę. Wydawało jej się, że tkwi w szponach snu, z którego nie potrafi 

się wyrwać, choć niczego bardziej nie pragnie. Ręce i nogi ciążyły jej niczym ołów.

W rozpaczy zaczęła rozczesywać potargane kołtuny na jego głowie. Pozwalał jej na to 

odprężony,   przymknąwszy   powieki.   Ale   wysiłki,   by   doprowadzić   do   porządku   jego   gęste 

włosy, okazały się daremne.

Odetchnęła jednak z ulgą, gdy się okazało, że Simon jest mniej zawszony, niż jej się 

początkowo zdawało. Widziała już gorsze przypadki.

Natomiast widok wody w balii napawał ją obrzydzeniem. Woda wyglądała prawie tak 

jak podczas wiosennych roztopów. Na powierzchni unosiło się robactwo, dla którego kąpiel 

okazała się zabójcza, a na brzegu balii utworzyła się gruba warstwa brudu.

Przełamując w sobie wstręt, po raz ostatni zanurzyła poszarzałą ścierkę.

Starczy na dzisiaj, uznała. Póki co uporała się z pierwszymi warstwami brudu. Simon na 

pewno nie jest jeszcze lśniąco czysty, ale jutro może się znów wykąpać.

Musiała nim potrząsnąć, by go zbudzić. Gwałtownie wyrwany ze snu, zesztywniał na 

całym ciele. Maja dotykała drżących, twardych jak skała muskułów, gotowych odpowiedzieć na 

każdy atak.

- Zasnąłeś - wyjaśniła najłagodniej jak potrafiła. W środku czuła lęk. Czy Simon z 

czasem pozbędzie się tego strachu, czy zdoła zapanować nad gwałtownymi reakcjami? Czy też 

do końca życia przyjdzie się jej z tym zmagać?

- Wyjdź z kąpieli - poprosiła. - Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Najlepiej będzie, jak 

napalimy w saunie Reijo któregoś dnia. Gorąco zabije do reszty wszystkie wszy i pchły.

Simon, ociekając wodą, wyszedł z balii. Błyskające bielą blizny odcinały się na tle 

spalonego na ciemny brąz torsu. Pajęczyna starych ran. Mapa niesprawiedliwości i nie dającego 

background image

się zapomnieć cierpienia. Simon nigdy nie musiał się wstydzić swojego ciała, ale teraz był 

wychudzony.

Maja wiedziała, że mogłaby pragnąć tego ciała. I zastanawiała się, co on czuje. Odnosiła 

wrażenie, że jej obecność nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Ale może teraz po prostu był wyczerpany i zmęczony. Nie spodziewała się namiętnych 

uścisków zaraz po powrocie męża do domu, ale przecież tak długo była sama...

Pospiesznie osuszyła dłonie i podała mu płócienny ręcznik, żeby się okrył i nie zmarzł, a 

potem sięgnęła do kufra z ubraniami, który stał nie ruszany przez cały okres nieobecności 

Simona.   Oczywiście,   raz   do   roku   wietrzyła   odzież,   żeby   nie   cuchnęła   stęchlizną   po   jego 

powrocie.

W milczeniu założył czyste ubranie. Zapiął pas o kilka dziurek dalej niż kiedyś, nim go 

zabrano.

- Pomogę ci - rzekł, chwytając balię. Przydała się jego siła. Wspólnie wynieśli balię na 

podwórze i w sporej odległości od chaty wylali  brudną wodę. Na wszelki wypadek, bo z 

robactwem nigdy nic nie wiadomo.

Ścierka i płótno, w które Simon się wytarł, wylądowały na kupce wraz z łachmanami.

- Trzeba cię ostrzyc!

Maja kipiała energią.

Łatwiej   było   jej   znieść   milczenie   męża,   gdy   pochłonięta   była   jakimś   zajęciem. 

Wówczas rozmowa nie była konieczna.

Simon posłusznie usiadł przy palenisku.

Przezwyciężając   obrzydzenie,   niezbyt   ostrymi   nożycami   po   kolei   obcinała   długie 

kędziory męża. Nim zdążyły spaść na ziemię, wrzucała je do ognia.

W rezultacie tych zabiegów Simon stał się podobny do młodzieńca, którego poślubiła.

- Ogolę się już sam - odrzekł, gotowy dokończyć dzieła przemiany.

- Brzytwa jest w kufrze. Znalazł ją i zdecydowanymi ruchami dłoni, które nawet nie 

zadrżały, zgolił zarost, spod którego wyłoniła się ogorzała twarz dojrzałego mężczyzny, silnego 

i bezwzględnego. Zmiana wydala się Mai oszałamiająca. Pamiętała wyrostka, którego zaraz po 

ślubie zabrali jej z domu. Mężczyzna, który powrócił, miał w sobie coś z twardości i chłodu 

granitu.

Maja podała mu kawałek lustra. Odbicie, jakie w nim ujrzał, jego samego zaskoczyło 

równie mocno jak Maję. W zamyśleniu potarł brodę brązową, spracowaną dłonią. W jego 

błękitnych oczach, w których zgasł dawny blask, czaiło się pytanie.

- Czy bardzo się zmieniłem? - odezwał się po chwili niepewnym głosem, nie patrząc na 

background image

żonę, lecz na swoje odbicie.

- Trzy lata to sporo czasu - przyznała Maja, ocierając pot z czoła.

- Tak - zgodził się z ociąganiem. W ich związku nie było kłamstw. Od początku grali w 

otwarte karty.

-   Jesteś   inny.   Myślę,   że   zmieniłbyś   się,   nawet   gdybyś   nigdzie   stąd   nie   wyjeżdżał. 

Wszyscy   się   zmieniamy.   W   twoim   przypadku   ta   przemiana   jest   bardziej   widoczna. 

Wydoroślałeś... Wszystko to, z czym się zetknąłeś, odbiło się piętnem na twojej twarzy. W 

twoich oczach.

- Z czym się zetknąłem i co robiłem - odrzekł cicho i oddał jej lustro.

Ostrożnie   wzięła   w   dłonie   lusterko,   które   stanowiło   dla   niej   jeden   z   największych 

skarbów. Reijo przywiózł je ze swej wędrówki po zachodnich traktach. Tam na wybrzeże 

wcześniej docierały takie luksusy niż do głębi fiordów. Ludzie na wybrzeżu mieli kontakt z 

osadami kupieckimi, do których przywożono towary z Europy.

Przysunął stołek blisko paleniska i usiadł. Trzymał Maję na dystans. Pilnował, żeby 

dzieliła ich cała podłoga.

Może dlatego, że był zawszony?

A może miał inne powody.

Odnosiło się wrażenie, jakby nie mógł się nasycić ciepłem.

- Kiedy mnie stąd zabierali, byłem niewinny niczym dziecko nieświadome istnienia zła - 

rzucił gwałtownie. - Tylko zdawało mi się, że jestem mężczyzną! Teraz wiem, że w porównaniu 

z tymi, których spotkałem w więzieniu, nawet Kristoffer wydaje się aniołem. Tak... skazali 

niewinnego chłopca, a dostajesz z powrotem bandytę.

- Pozwól, że sama to osądzę.

-   Nauczyłem   się   wielu   złych   rzeczy.   Grzeszne   myśli   stały   się   dla   mnie   czymś 

powszednim. Od dawna nie żyłem tak, jak żyją normalni ludzie. Nie wiem, czy potrafię.

- Zamierzasz mordować, kraść, napadać na kogo popadnie? - przerwała mu.

- Nie...

- Nie komplikuj wszystkiego jeszcze bardziej, Simonie.

Maja nie wiedziała, czy powinna go aż tak bardzo podnosić na duchu. W głębi serca 

dręczyła ją straszna niepewność.

- Raz po raz przychodziło mi do głowy, by tu nie wracać.

Siedział   zapatrzony   w   płomienie.   Wyciągnął   dłonie   ku   językom   ognia,   niemal 

pozwalając im lizać skórę. Tylko cieniutka warstwa powietrza chroniła go przed poparzeniem.

- Zamierzałem wam tego oszczędzić. Rodzinie, tobie... Ale nigdy nie miałem silnej 

background image

woli. I teraz też mi jej brakuje. Mimo że dorosłem, pod tym względem się nie zmieniłem. 

Więzienie właściwie tylko uwypukliło moje wady. Nie mam się gdzie podziać. Myślałem, że 

jestem potrzebny synowi... chociaż może dla niego też najlepiej by było, gdybym nie wrócił. 

Łatwiej kochać nieżyjącego bohatera, niż znieść zawód, jaki sprawia żywy człowiek...

-   Domyślam   się,   że   wiadomość   o   śmierci   dziecka   była   dla   ciebie   szokiem...   - 

powiedziała cicho Maja.

Simon odwrócił się w jej stronę. Ich spojrzenia spotkały się. Znów ujrzała czające się w 

jego oczach rozpaczliwe pytanie, ale także chłód, którego nigdy wcześniej nie dostrzegła.

- Być może lepiej, że tak się stało - odparł. - Może tkwi w tym głębszy sens, żeby Simon 

Bakken nie miał synów i tym samym położył kres złu.

- Simon Bakken będzie miał synów! - wykrzyknęła Maja, bezwiednie składając mężowi 

obietnicę. - Uważam, że na to zasługuje. Myślę, że jego synowie będą dumni z takiego ojca. A 

córki będą czuły to samo.

Simon tylko wzruszył ramionami i na powrót skupił całą swoją uwagę na tańczących 

płomieniach, tak jakby nic poza tym się nie liczyło.

- Pokonałeś dziś długą drogę? Znów wzruszenie ramion.

- Szedłem znad fiordu - rzucił lekko. - Wczoraj z Malselv zabrał mnie jakiś jeździec. 

Spałem w stajni razem z koniem. Przechodziłem obok przylądka, widziałem światło. Nawet 

chciałem wejść, ale bardziej ciągnęło mnie tutaj. Nie wiem nawet, czy bym wszedł, wiedząc, że 

tam jesteś.

Maja  wzdrygnęła  się.   Zranił   ją  świadomie?   Takim   się  stał?  A  może  powiedział   to 

niechcący?

Ich związek nie opierał się na miłości, teraz bardziej jeszcze niż kiedyś. Simon patrzył 

na   nią   z   dziwnym   uśmieszkiem,   chwilami   tylko   przypominając   tego   mężczyznę,   którego 

mogłaby pokochać, gdyby w jej życiu nie było tyle cieni.

- Najlepiej gdybym umarł, prawda, Maju? Byłoby ci wówczas łatwiej...

- Ale żyjesz... Z premedytacją go zraniła, odpłacając pięknym za nadobne. Nawet jeśli 

poczuł się dotknięty, umiejętnie to ukrył. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Zaśmiał się 

tylko nieprzyjemnie. Drażnił ją ten śmiech, równie obcy i przerażający jak wszystko inne w 

nim.

- Nie miałem nawet na tyle przyzwoitości, by umrzeć - odezwał się ponuro.

Czy on czasem nie udaje? Maja mimowolnie nabrała podejrzeń.

- To prawda, zawsze brakowało ci przyzwoitości - odcięła się, przypominając sobie 

kłótnie, które tak ich ze sobą związały. Nie pieszczoty i bliskość, tylko przycinki i walka na 

background image

słowa. Właśnie takiej codzienności oczekiwała. Marzeń wolała nie mieszać z życiem.

- Byłaś sama przez te wszystkie lata? - zapytał głosem ostrym jak brzytwa. - Może 

miałaś kogoś? Wszyscy pewnie są przekonani, że nie żyję...

- Nie wiem, co myślą inni. Nie rozmawiam zbyt często z ludźmi. - Odruchowo dotknęła 

blizny na policzku.

Człowiek,   który   oszpecił   gładkie   policzki   dziecka,   osiągnął   swój   cel.   Maja   mogła 

wyrosnąć   na   prawdziwą   piękność.   Lśniące   czarne   włosy   opadające   kaskadami   na 

wyprostowane   plecy,   ciemne   brwi,   które   stanowiły   niezwykłą   mieszankę   wygiętych   jak 

skrzydła   ptaka   brwi   Raiji   i   prostych   jak   kreski   Mikkala.   Kanciasta   twarz   po   ojcu   i   oczy 

intensywnie brązowe z żółtą obwódką wokół źrenicy. Wszystko to wyróżniało ją z tłumu. 

Mężczyźni mogliby się za nią oglądać.

Rzeczywiście oglądali się, ale z innego powodu. Większość nie dostrzegała oryginalnej 

i niezwykłej urody Mai. Zauważali tylko dwie blizny na obu policzkach, ciągnące się aż do 

skroni. Białe ślady nienawiści pozostawione przez ostry nóż. Dowód na to, że jest córką swojej 

matki. Córką swojego ojca. Mikkal jako pierwszy naznaczył ostrzem noża twarz nędznika 

Isaaka. Ponieważ Isaak nie mógł się zemścić na Raiji, skierował całą swoją nienawiść ku 

bezbronnemu dziecku.

- Nie było nikogo - odparła oschle. - Zresztą któż by to mógł być, chyba ślepiec!

- Elise powiedziała kiedyś, że jesteś piękna. Miała rację, Elise zwykle miała rację.

Zamilkł i długo się jej przyglądał.

- Cieszę się, że w sypialni nie straszą żadne upiory. Jesteś jednak zbyt gorąca, żeby być 

sama tak długo. - Jego oczy zwęziły się. - Tęskniłaś za tym? Brakowało ci mnie w łóżku? 

Zapewne w gospodarstwie radziłaś sobie całkiem dobrze, ale pod derką musiałaś dotkliwie 

odczuwać pustkę.

- Ty też jesteś gorący - odcięła się.

Takie rozmowy przestały już ją przyprawiać o rumieniec wstydu. Przypuszczała, że to 

tylko przedsmak tego, co ją czeka. Simon wracał przecież ze świata, w którym żyli wyłącznie 

mężczyźni i wulgarny ton był na porządku dziennym.

- Nigdy nie pieprzyłem mężczyzn - wycedził, ale zaraz zawołał: - Wybacz, Maju, nie 

chciałem!

Ona jednak spuściła wzrok, speszona. Słyszała, jak czasem mężczyźni żartowali sobie 

na ten temat, ale zwykle takie rozmowy cichły, gdy w pobliżu pojawiały się kobiety. Trudno 

sobie nawet wyobrazić, by coś tak nienormalnego mogło się zdarzyć naprawdę. W ogóle nie 

wolno o tym myśleć!

background image

Na pewno się przesłyszała. Simon chyba powiedział coś innego. Takie świństwo na 

pewno by mu nawet nie przyszło do głowy.

- A ty co myślałaś, jaki to świat? - ciągnął obcy głos. - Gdzie mnie odesłali? Że to tylko 

troszkę gorsze miejsce niż to? Nigdy nie zdołasz sobie wyobrazić, jak wyglądało moje życie w 

ciągu   tych   ponad   dwóch   lat.   Nie   znajduję   słów,   którymi   mógłbym   ci   to   opisać.   Chcę 

opowiedzieć i zarazem nie chcę. Brakuje mi określeń, widzę tylko obrazy. Wciąż mam je przed 

oczyma, nie mogę się ich pozbyć.

Jego oddech był drżący i urywany.

- W tamtym świecie każdy wykorzystuje każdego. Na wszystkie sposoby. Jeśli chcesz 

czegoś, co ma ktoś inny, starasz się mu to zabrać. Nie istnieje coś takiego, jak solidarność czy 

prawdziwa   przyjaźń.   Zadźgałbyś   nożem   tego,   którego   nazywasz   najlepszym   przyjacielem, 

gdybyś tylko miał nóż. Zabrać dało się wszystko, z wyjątkiem duszy.

Maja   przełknęła   ślinę.   Ujrzała   obrazy,   przed   którymi   się   cofnęła.   Po   prostu   nie 

pojmowała, jak coś takiego może się dziać. Mężczyźni nie są stworzeni dla mężczyzn, tak 

sądziła,  to nienormalne.  Nawet  nie  potrafiła  pojąć,  jak to możliwe.   Niektórzy robili   to ze 

zwierzętami.

W głowie Mai kłębiły się gorączkowe myśli.

Jeśli są tacy, którzy potrafią to zrobić z owcą... cóż, bardziej normalne wydaje się już, że 

robią to z innym człowiekiem, nawet jeśli jest tej samej płci.

Nie miała pojęcia, czy kobiety również robią to ze sobą. Tego zresztą też nie umiała 

sobie wyobrazić.

- To grzech śmiertelny - mówił Simon. - A tam wszyscy tak postępowali. Wszyscy! 

Zawsze znalazł się ktoś, na którego widok ciekła ślinka. Nigdy o czymś takim nie słyszałem, 

póki tam nie trafiłem. Myślałem, że umrę, kiedy którejś nocy, zaraz na początku, dobrali się do 

mnie. Czterech chłopa, dla których byłem smakowitym kąskiem.

Popęd to straszna siła u mężczyzny.

Skinęła głową, chociaż nadal go nie rozumiała. Było jej niedobrze. Nie wiedziała, czy 

będzie jeszcze miała chęć dotknąć go po tym, co usłyszała.

Wystarczy już, że wie, iż obściskiwał wszystkie znajome dziewczyny. Ale że sypiał 

także z mężczyznami...

- Niektórzy tacy już są - mówił twardo. - W ogóle nie pragną kobiety. Nie mam nic 

przeciwko nim. Bo oni nie mają wyboru. To my wszyscy pozostali jesteśmy zepsuci...

- To wszystko nic nie znaczy - zapewniła stanowczo, choć glos jej drżał. - Nie sądzę, 

żebyś stanowił zagrożenie dla mężczyzn znad fiordu.

background image

Popatrzył na nią smutno, tak przynajmniej się jej zdawało. Za nic w świecie nie chciała 

uwierzyć, że Simon został przemieniony w kamienny posąg.

- Nie wiem, Maju, czy mogę wziąć cię w ramiona, nie wiem, czy potrafię się z tobą 

kochać.   Czuję   się   tak,   jakby   wszystko   we   mnie   umarło,   rozumiesz?   Odkąd   wyszedłem   z 

więzienia, nie miałem żadnej kobiety. Na żadną nawet nie miałem ochoty.

Uwierzyła mu.

- Żyjesz - powiedziała, nadrabiając miną. - „Wróciłeś do domu. Tylko to się liczy. 

Możesz spać w alkierzu, ja położę się tutaj, w kuchni. W ten sposób utrzymamy robactwo w 

jednym miejscu.

Pokiwał głową i rzucił z goryczą:

- Całe robactwo. Maja nie miała nic złego na myśli, nie zamierzała go zranić.

Nie tym razem.

background image

3

Następnego ranka Reijo jak zwykle zajrzał sprawdzić, czy Maja czegoś nie potrzebuje. 

Jakież było jego zdumienie, gdy przy krzyżyku, który przed dwoma laty wkopał na grobie 

dziecka Mai, zobaczył Simona.

- Spotkałeś go? - zapytała Maja zmęczona. Prawie nie spała tej nocy. Ława w kuchni, na 

której ułożyła się do snu, była wprawdzie wygodna, ale myśli o mężu leżącym w alkierzu 

mąciły dziewczynie sen.

- Tak, spotkałem - odpowiedział Reijo blady jak ściana. - Trudno uwierzyć, że to ten 

sam człowiek. Wygląda okropnie.

- Spodziewałam się, że jeśli wróci, pozostanie z niego tylko skóra i kości - odparła, 

krzyżując ręce na piersi. - Ale nigdy nie pomyślałam, że... Jego oczy sprawiają, że przenika 

mnie lodowaty chłód. Niby to oczy Simona, a równocześnie jakby nie jego. Zresztą wszystko 

razem, sposób mówienia, słuchania. Przeraża mnie jego ciągła czujność, jakby przez cały czas 

spodziewał się najgorszego. Nawet wyrwany z głębokiego snu w jednej chwili gotów jest ode-

przeć atak. To nie Simon, a równocześnie, w przebłyskach, mimo wszystko on.

- Czeka cię, Maju, trudne wyzwanie. Oddychała z drżeniem.

- Zamierzał pójść do swoich rodziców. Poszedł? Reijo skinął głową i zdjął skórzaną 

czapkę. Jego włosy, choć gdzieniegdzie przyprószone siwizną, nadal zachowały płową barwę.

- A mnie się już zdawało, że i on nie żyje - rzekł zmęczonym głosem, siadając przy 

stole. - Dla ciebie, bez wątpienia, tak byłoby najlepiej.

- Lżej - przyznała. - Może gdyby łączyło nas głębsze uczucie, wszystko byłoby prostsze, 

ale ja przecież nigdy go nie kochałam. A teraz czuję tylko litość. Czy na tak lichym gruncie da 

się coś zbudować? Jak sądzisz, czy on kiedykolwiek stanie się podobny do tego dawnego 

Simona? U boku tamtego potrafiłabym żyć, ale czy potrafię z tym, nie wiem. Nie mogę go 

jednak zostawić. Bo wszyscy wtedy będą mu współczuć. Ja zresztą też mu współczuję... Co z 

nami będzie, Reijo?

Ujął dłoń Mai w swoje duże ręce i delikatnie uścisnąwszy, starał się przekazać jej swą 

siłę. Zawsze był dla niej opoką. Nie pojmowała, skąd czerpie tę moc.

- Co z wami będzie, zależy w takim samym stopniu od ciebie, jak od niego - rzekł 

spokojnie Reijo.

- To takie proste, a zarazem takie trudne. Ale ty na pewno sobie poradzisz.

Maja   zamrugała   powiekami,   żeby   powstrzymać   łzy   napływające   jej   do   oczu.   Nie 

chciała, żeby Reijo widział, jak płacze.

background image

- I pamiętaj, nie jesteś sama - dodał. - Na przylądku jest ktoś, na kogo zawsze możesz 

liczyć. Pamiętaj, że jesteśmy tam, by ci pomóc.

W rzadkich chwilach takich jak ta Maja nie zazdrościła innym, że mają normalnych 

rodziców. Reijo był dla niej kimś wyjątkowym i znaczył więcej niż wszyscy rodzice razem 

wzięci.

- Opowiedział mi, jak się tu dostał - ciągnął Reijo.

- Musiało mu być bardzo ciężko. Nie można oczekiwać, że w okamgnieniu stanie się 

taki jak kiedyś.

- Ale czy to w ogóle możliwe, że znów będzie taki jak przedtem? - zastanawiała się 

Maja. - Boję się wyrazić słowami mój lęk. Kiedy próbuję, boję się i cierpię jeszcze bardziej.

- Chodzi o coś więcej, prawda? Zadręczasz się jakimiś niedobrymi myślami.

Maja potrząsnęła głową.

-   Czy   on...   czy   on,   u   diabła,   skrzywdził   cię,   Maju?   -   zapytał   Reijo   wyraźnie 

zakłopotany.

Maja skuliła się w dużym, odrapanym z brązowej farby krześle.

- Nie... Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie - odrzekła zamyślona, a w jej głosie 

pobrzmiewał smutek i lęk. - I czy miałby chęć. Powiedział mi, że... - Maja zasłoniła twarz. Nie 

mogła się przemóc, by wyznać Reijo, czego się dowiedziała. Po kilku nieudanych próbach 

zrezygnowała. - Nie potrafię o tym mówić.

Nagle   Reijo   doznał   olśnienia.   Bywały   takie   miejsca,   gdzie   mężczyźni   całkowicie 

pozbawieni kontaktu z kobietami... Nie potrafił jej pocieszyć.

- Ale to jeszcze nie jest najgorsze, Reijo - odezwała się drżącym głosem. - Rozumiesz, 

to jeszcze nie jest najgorsze. Jest bowiem coś, o co nawet nie mogę go spytać, coś, o czym on 

też nie wspomniał nawet jednym słowem.

Wstała z krzesła i zdjęła z półki niewielki worek, w którym schowany był pociemniały 

ze starości skórzany mieszek.

-  Zamierzałam  wyrzucić   ten  worek  -  wyjaśniła.  -  Myślałam,  że  w środku  są same 

łachmany. I wtedy wypadło to.

Reijo ze zdziwieniem ważył w dłoni ciężki mieszek, a kiedy go rozwiązał i zajrzał do 

środka, tak samo jak Maja stracił mowę.

- Jak więzień może wejść w posiadanie srebrnych talarów? - zapytała. - Te pieniądze 

wprawiają mnie w przerażenie, Reijo. Przecież nie mógł ich zarobić uczciwie. Mówił, że jest 

zły, że dopiero teraz jest przestępcą. Pewnie je ukradł! Być może uczynił coś jeszcze gorszego. 

Czy to się nigdy nie skończy?

background image

Reijo   przypomniał   sobie   dawnego   Simona:   błysk   w   oku,   niedbała   poza,   uśmiech 

błąkający się w kącikach ust. Szybkie ruchy i wesołość. Raczej powierzchowny, ale nikomu to 

nie przeszkadzało. Nadrabiał urodą. Głupi jednak nie był.

A teraz...

Simon klęczący pod krzyżem. Kark łatwo mu się zginał. W oczach nadal zapalał się 

błysk, tyle że całkiem inny, groźny.

Być może lata upokorzeń odcisnęły na nim swoje piętno. Może znalazł własny sposób 

na przetrwanie w miejscu, gdzie nikomu nie wolno ufać. Ale głupcem nie jest, o tym Reijo 

wiedział na pewno.

- Chyba zbyt szybko zakładamy najgorsze... - powiedział ostrożnie.

Czuł, że tak właśnie powinien powiedzieć. Maja była jego ukochanym dzieckiem, miała 

za sobą długi czas samotności. Nie powinna trafić znów na rafę. Od początku tak jej się nie 

wiedzie.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   samotność   będzie   jej   przeznaczeniem.   Minione   lata   to 

potwierdziły. Kto by przypuszczał, że Simon zechce wrócić? Przypuszczał, że kiedy wypuszczą 

go z więzienia po odbyciu trzech lat kary, skorzysta z okazji, by rozpocząć nowe życie - wolne 

od zobowiązań wobec żony o okaleczonej twarzy.

Reijo nie miał najmniejszych wątpliwości, że Simon porzuci Maję.

Jak bardzo można się pomylić, oceniając drugiego człowieka!

Reijo nie chciał po raz drugi popełnić tego samego błędu. Bal się, że udzieli Mai złej 

rady.   To,   że   Simon   wrócił,   niewątpliwie   świadczyło   na   jego   korzyść.   Poza   tym   Reijo 

przypomniał sobie, że Elise lubiła tego chłopaka, wbrew wszystkiemu, i to także przemawiało 

za nim.

- Nie chciałbym się w to mieszać - rzekł. Wiele go kosztowało, by wypowiedzieć te 

słowa.

Najchętniej solidnie potrząsnąłby Simonem, żeby wydobyć z niego prawdę, użyłby siły, 

żeby go zmusić do wyjaśnień.

- Wiem tylko jedno: najważniejsze jest wzajemne zaufanie. Musicie sobie ufać! Jak 

możesz oczekiwać, by powiedział ci o wszystkim, skoro ty rozmawiasz o tych pieniądzach ze 

mną, a nie z nim. Przecież ja ci nie wyjaśnię, skąd on je wziął. A on mógłby.

- Nie mogę go zapytać! - Maja była zdruzgotana. Na jej ściągniętej twarzy jasne blizny 

odbijały się jeszcze mocniej.

Reijo pogładził ją po włosach, a wkładając jej do ręki ciężki mieszek, spytał:

- A jeśli nie może ci o tym powiedzieć? Czy tak ci to trudno zrozumieć? Nie wszystkie 

pomijane milczeniem sprawy muszą kryć w sobie zło. Przecież ty na pewno też nie mówisz mu 

background image

wszystkiego. Zresztą wcześniej również ci się to zdarzało. Już taka jesteś skryta, Maja.

Odwróciła się gwałtownie, żeby ukryć rozpalone policzki, choć Reijo, oczywiście, nie 

mógł się domyślać jej tajemnicy. Nawet Elise nie miała o niczym pojęcia, więc jak by on mógł 

to odgadnąć.

To prawda. Miała swoje tajemnice i z nikim się nimi nie dzieliła.

Całe szczęście, że mogła zająć czymś ręce, nawet jeśli były to te judaszowe srebrniki. 

Włożyła je z powrotem do worka i ukryła na półce.

- Myślisz, że opowie mi o wszystkim? - zapytała z powątpiewaniem.

- Kiedy uzna to za stosowne. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna nie dawała wiary 

słowom Reijo.

- Chyba nie możesz oczekiwać, że on ci zaufa, jeśli ty mu nie ufasz.

- Nie wiem, czy potrafię przestać się go bać. To raczej kiepski początek do zgody. A 

jeszcze do tego to przeklęte robactwo. Na miły Bóg, nie chcę mieć robactwa w domu! Wrzucę 

go dziś znów do gorącej kąpieli i wyszoruję. Będę szorować piaskiem łóżko i miejsca, po 

których stąpał...

Reijo mimowolnie uśmiechnął się, choć daleko mu było do wesołości.

-   Nie   martw   się,   Maju.   Z   twoim   zamiłowaniem   do   czystości   nigdy   nie   będziesz 

zawszoną Kwenką. Widziałem na podwórzu, że spaliłaś jego ubrania.

Uśmiechnęła się także.

- Simonowi ledwie udało się uratować balię. Bo już gotowa byłam i ją wrzucić do ognia.

- Nie powinienem był się zgodzić na wasze małżeństwo - rzucił gwałtownie Reijo.

W jego spojrzeniu czaiła się ojcowska rezygnacja i żal.

- Ale zawsze trochę ci ulegałem. Powinienem jednak przewidzieć, że ten związek nie 

będzie błogosławiony.

- Nie mogłeś mi przeszkodzić - odparła z niezachwianą pewnością. - Nawet ty, Reijo, 

nie mogłeś mnie odwieść od decyzji, którą podjęłam. Teraz przyszło mi płacić wysoką cenę za 

mój upór. Muszę jednak temu podołać.

- Mimo wszystko wolałbym, żebym ci wówczas zabronił wyjść za mąż. Ze względu na 

siebie.

Ukryła te słowa głęboko w pamięci.

Maja miała taką naturę, że nie potrafiła milczeć, kiedy ją coś gnębiło. Tylko jednej 

tajemnicy strzegła niczym matka swe dziecko przed niebezpieczeństwem. Kiedy jednak coś ją 

poruszało do głębi serca, nie była w stanie trzymać języka za zębami. Miała silne poczucie 

sprawiedliwości. Nienawidziła tego, że musi skrywać przed otoczeniem fragmenty swojego 

background image

życiorysu. Jej życie pełne było przemilczeń. Od urodzenia wplątana była w kłamstwa.

Dorastać i stawać się kobietą w cieniu Raiji wcale nie było łatwo.

Simon stanął w drzwiach i wyczuwszy zapach smoły, pospiesznie omiótł spojrzeniem 

izbę. Na piecu w cynowym kubku bulgotała smoła, a jej osobliwy zapach unosił się w całej 

chacie.

- Tak, tak, pchły na pewno wyczują ten smród - zauważył, z uśmiechem napotykając 

wzrok Raiji. - Reijo już poszedł?

Skinęła głową bez słowa.

- Często tu zachodzi?

- Pomagał mi, kiedy potrzebowałam - odpowiedziała ostro. - Niełatwo kobiecie samej.

Wzruszył   ramionami   i   nie   odrywając   od   Mai   wzroku,   podrapał   się   po   plecach. 

Uśmiechnął się, gdy się wzdrygnęła. Choć ją także wszystko nagle zaczęło swędzić, zacisnęła 

zęby, starając się nie dać tego po sobie poznać.

Drażnił się z nią celowo, jakby ją chciał sprowokować do gwałtownej reakcji. Wyraźnie 

go to bawiło. Tych dwoje nigdy nie rozmawiało ze sobą normalnie. Zawsze kończyło się na 

kłótniach.

- I jak zareagowała twoja rodzina?

- A co się mówi, gdy się zobaczy zmartwychwstałego? Lamentom i łzom nie było 

końca. Syn marnotrawny wrócił do domu. Tylko że oni niczego nie rozumieją. Ty, Maju, jesteś 

mi bliższa niż ci, z którymi łączą mnie więzy krwi.

Nie wiedziała, co kryje się za tymi słowami.

Patrzył na nią, zmrużywszy oczy w wąskie szparki. Jego twarz, nadal urodziwa, chyba 

nigdy nie przestanie się podobać kobietom. Nawet mijające lata nie mogły jej zaszkodzić. Ale 

teraz malował się na niej kamienny chłód, przed którym Maja omal się nie cofnęła.

- O co chodzi? - rzucił twardo. To krótkie pytanie przypominało smagnięcie bata.

- O odrobinę szczerości - powiedziała Maja, starając się utrzymać równie chłodny i 

beznamiętny ton. - Szczerość, Simonie. Przynajmniej tyle mieliśmy zawsze dla siebie. Co to za 

pieniądze? I skąd je masz?

-  Pieniądze?   - Popatrzył  na  nią,  a  na jego  wargach  błąkał  się  ów przeklęty,   lekko 

szyderczy uśmiech. - Pieniądze, Maju?

Ścisnęła   pięści,   ledwie   się   powstrzymując,   by   go   nie   uderzyć.   Ukryła   ręce   pod 

fartuchem, żeby nie zobaczył, jak bardzo ją rozzłościł. Wypierał się czegoś, o czym musiał 

wiedzieć. Czy aż tak go zmienili w więzieniu?

- Twoje pieniądze, Simonie - powtórzyła aksamitnym głosem, nie zdając sobie sprawy, 

background image

że pobielałe blizny na rozpalonej twarzy zdradzają jej zdenerwowanie. Simon przypatrywał się 

jej rozbawiony. Odgarnąwszy włosy z czoła, usiadł wygodnie na stołku.

- Moje pieniądze? - zapytał, jakby prowadził z nią jakąś grę. Żadne z nich nie mogło 

wygrać. Oboje mogli zostać zranieni.

Ale Maja nie potrafiła o tym milczeć.

- Chodzi o srebrne monety w skórzanym mieszku, Simonie. - Jej słowa cięły jak ostrze 

noża.

- A więc moja żonka mi nie ufa. Węszy w moich rzeczach.

Simon popatrzył na nią przeciągle, oblizując wargi.

- Skąd je masz? Kiedy cię zabrali, nie miałeś grosza przy duszy. O ile wiem, nikt nie 

dorabia się srebrnych talarów w więzieniu.

Znów uśmiech.

- Co ty możesz wiedzieć o więzieniu? A jeśli zarobiłem je uczciwie, tyle że gdzie 

indziej?

Zamilkł i patrzył, jak jej twarz się zmienia, wyrażając to złość, to chęć, by mu wierzyć, 

aż wreszcie stracone nadzieje i przerażającą pewność.

- Może je ukradłem? Łatwiej ci w to uwierzyć? Bo zdaje się, że już dobrze wiesz, że 

gotów byłbym dla nich zabić. Prawda, Maju, że bez najmniejszego trudu byś w to uwierzyła?

Nie mogła zdobyć się na odpowiedź. Simon, z którym dzieliła łoże w dalekiej, okrytej 

niepamięcią przeszłości, nie byłby w stanie nikogo zabić. Ale tego nowego Simona nie znała.

Maję  przerażało,  że  tak myśli.  Strach,  jaki czuła wobec  swego  prawowitego  męża, 

wydawał jej się wstrętny, napełniał ją bólem. Strach uwłaczał jej godności. Wiedziała, że Simon 

ją przejrzał, a lęk, którego nie potrafiła ukryć, zranił go. To było najgorsze.

- No cóż, będziesz musiała żyć ze swoimi podejrzeniami, żonko - rzucił lekko, ale w 

jego   głosie   zabrzmiała   fałszywa   nuta.   -   Skoro   już   wiesz   o   istnieniu   pieniędzy,   nie   będę 

zaprzeczał, że je mam. Na pewno już je nawet przeliczyłaś. Moglibyśmy za to sporo kupić...

- Nie ma mowy!

Wzruszenie   ramion.   Wszystko   było   dla   niego   takie   proste,   banalne,   a   zarazem 

niemożliwe.

-  To  twoje  zmartwienie,   Maju.  Ja  wiem,  w jaki  sposób je  zdobyłem.  Jeśli   zechcę, 

powiem ci. Nie inaczej. I nie wcześniej. Nikt mnie nie może do tego zmusić. Rozumiesz?

Zrozumiała. Temu nowemu, nie znanemu Simonowi nie zadaje się takich pytań.

To było największe wyzwanie, jakie zostało jej kiedykolwiek rzucone. Maja zdawała 

sobie sprawę, że szaleństwem jest je podejmować. By odnaleźć dawnego Simona, potrzebne 

background image

były całe pokłady czułości i współczucia.

Niełatwo będzie do niego dotrzeć. Nie ma też co liczyć na jego wdzięczność. Nikt jej 

nie może pomóc. Temu wyzwaniu będzie musiała podołać zupełnie sama.

W każdym razie jest to jakiś cel. Nadzieja na odmianę szarego życia.

- Więcej nie będę pytać - oznajmiła pewna, że dotrzyma słowa. On zresztą także. Ale 

było to ważne. Chodziło o szacunek. - Ale to nie znaczy, że przestanę się martwić, Simonie. 

Wiedz, że to z życzliwości. Nie potrafię cię nienawidzić, nie wiem też, czy mogłabym cię 

przestać lubić.

- A może mogłabyś się mnie bać? Co powiesz na taką możliwość? - rzucił niedbale, 

jakby   się   zastanawiał.   Maja   nie   wiedziała,   który   Simon   zadaje   jej   to   pytanie,   a   wolałaby 

wiedzieć.

- Jest w tobie coś, co mnie przeraża - wyznała szczerze, choć wiele ją kosztowało, by 

odsłonić przed nim swoje uczucia. Ale nie mogła przecież otoczyć się murem, jeśli chciała do 

niego dotrzeć.

-   Nawet   nie   przypuszczałaś,   co   cię   czeka,   wpuszczając   mnie   pod   spódnicę,   gdy 

ukrywałem się w górach. Wtedy po prostu chciałaś wziąć coś, co należało się Elise. Prawda?

Niebezpiecznie ją przejrzał i ugodził w najczulsze miejsce. Tak łatwo zapominała, że 

Simon się zmienił i myśli inaczej niż ona.

- Wtedy mało się nad tym zastanawiałam. Byłeś taki doświadczony. Nie było ci trudno 

zrobić ze mną to, co chciałeś...

Simon wstał leniwie i pogładził uda żylastymi dłońmi. Mimowolnie przyciągnął jej 

spojrzenie. Był tego świadom. W jego ruchach pojawiło się coś zmysłowego, a w oczach 

błysnęło zwierzęce pożądanie. Patrzył na nią jak drapieżnik na ofiarę. Poczuła, że ogarniają ją 

mdłości...

Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej.

-   Nadal   jestem   bardziej   doświadczony,   Maju   -   wycedził.   -   Wiele   widziałem   i 

próbowałem niejednego. Czy teraz też zrobię z tobą, co zechcę?

Poznawała po jego tonie, że to aluzja, ale nie miała pojęcia, o co mu naprawdę chodzi.

Poprzedniego wieczoru nie okazywał nawet najmniejszego zainteresowania jej osobą. 

Odniosła nawet wrażenie, że ją odpycha.

Teraz ujął w dłonie jej policzki, zasłaniając blizny.

Z początku zawsze całował ją w taki sposób. Skrywał to, co ją szpeciło.

Brutalnie rozchylił wargami jej usta i nie zważał na to, że sprawia jej ból.

Nie zdążyła obudzić w sobie nawet odrobiny pożądania.

background image

Poranione wargi miały smak krwi.

Tymczasem Simon wsunął dłonie pod spódnicę Mai i zadarłszy ją, gwałtownie szarpnął 

bieliznę. Działał jak w amoku, jak ogarnięty wściekłością. Ręce sunęły po jej ciele, zatrzymały 

się na moment na łagodnie zaokrąglonych biodrach, a potem palce wdarły się w jej miękką 

kobiecość. Zacisnęła powieki. Miała wrażenie, że widzi pazury zwierzęcia, pazury ptaka - orła 

chwytającego zdobycz.

Popchnął ją na chłodną podłogę, aż upadła.

- Poczekaj! - rzucił twardo, gdy nieprzymuszona chciała otworzyć przed nim to, co i tak 

wziąłby siłą. - Na kolana!

Jego   oddech   stał   się   świszczący,   nierówny.   Palcami   rozchylał   jej   białe   pośladki, 

wpychał w nią swą męskość. Pochyliła głowę i zagryzła wargi, gdy zaczął ją brutalnie ujeżdżać. 

Zaspokoiwszy   żądzę,   nawet   nie   zadał   sobie   trudu,   by   i   ją   rozpalić.   Nie   obdarzywszy   jej 

najmniejszą pieszczotą, wysunął się z niej.

Upokorzona   opadła   na   podłogę.   Mrugała   powiekami,   żeby   powstrzymać   płacz. 

Pozbawionymi czucia palcami poprawiała ubranie.

Miała w życiu tylko jednego mężczyznę, Simona. Kiedyś  był czułym i delikatnym 

kochankiem. Choć zależało mu na zaspokojeniu własnych pragnień, lubił także ją wprowadzać 

w krainę rozkoszy.

Teraz sprawił jej tylko ból.

Poprawił spodnie i bez słowa przeprosin po prostu wyszedł. Usłyszała jedynie odgłos 

zamykanych drzwi.

Ale i wtedy nie pozwoliła sobie na łzy.

Niemożliwe, by go pokochała. Do takiego traktowania nie zdoła przywyknąć.

Ale będzie musiała z nim żyć.

Wrócił po krótkiej chwili i rzucił w progu:

-   Spaliła   się   studnia.   Czy   to   kolejny   żart   z   jego   strony?   Nowy   sposób,   by   ją 

przestraszyć?

- Studnia?

-   No,   drewniana   obudowa   w   ziemi.   Zachowywał   się   jakby   nigdy   nic.   Jakby   nie 

pamiętał, co jej zrobił przed chwilą. Maja wyminęła go, starając się go nie dotknąć. Na jakiś 

czas miała dość męskiego ciała.

W powietrzu unosił się swąd spalenizny. W izbie go nie czuła, bo była odwrócona 

twarzą do paleniska. A poza tym zapach smoły był silniejszy.

Skierowała swe kroki w stronę ścieżki prowadzącej ku studni, którą Reijo wykopał dla 

background image

niej, żeby nie musiała daleko chodzić po wodę. Ale ponieważ każdej zimy studnia zamarzała, 

Maja i tak nosiła wodę z rzeki. Wartki nurt sprawiał, że lód nie skuwał jej powierzchni.

Ze studni zostały tylko tlące się zgliszcza.

Na pokrytym śniegiem podwórzu oprócz wydeptanych wąskich ścieżek nie widać było 

żadnych śladów.

Maja, słysząc za plecami odgłos kroków, odwróciła się gwałtownie.

- Nic nie mów! - rzucił z kamienną twarzą Simon. - Wiem, Maju, co myślisz, ale mylisz 

się: tego nie zrobiłem. Po co miałbym, u licha, podkładać ogień pod własną studnię?

background image

4

Maja spędziła kolejną noc na kuchennej ławie i znów nie zmrużyła oka.

Nie mogła się w tym wszystkim połapać.

Ogień został podłożony mniej więcej wtedy, kiedy Simon wrócił od swoich rodziców. 

Może zanim wszedł do chaty? Ale po co miałby podpalać studnię?

Kłóciło się to ze zdrowym rozsądkiem.

Z kolei trudno było stwierdzić, czy w pobliżu domu kręcił się ktoś obcy. Na wąskich 

ścieżkach widniały odciśnięte niezbyt głębokie jednakowe ślady kumagów.

Maja zapragnęła, by odwiedził ją Reijo. Jego mogłaby zapytać o radę, jemu wierzyła. 

Dreszcz jej przeszedł po plecach, gdy uświadomiła sobie, że on jest jedyną osobą, której nie boi 

się zaufać.

Zapadła noc. Na dworze wiało, zza okien dochodził szum drzew. Sosny szeptały coś 

tajemniczo i niezrozumiale. W chacie zaczynało się robić chłodno. Maja przewracała się z boku 

na bok. Podciągnęła kolana wysoko, żeby się rozgrzać pod przykrótką derką, którą była okryta. 

Na szczęście miękka wełna trzymała ciepło.

Dręczyły  ją   wątpliwości   i  wyrzuty  sumienia.  Dawało  znać   o  sobie   coraz   silniejsze 

poczucie winy. Wolałaby, żeby Simon nie wrócił. Właściwie powoli oswajała się z myślą, że on 

nie żyje.

W alkierzu zatrzeszczały deski.

Maja szczelniej okryła się derką, spod której ledwie wystawał jej czubek głowy.

Tylko nie to, pomyślała w panice. Żeby tylko tu nie przyszedł. Niech nie egzekwuje 

swoich praw! Okropne, wstrząsające przeżycie minionego dnia nadal pozostawało zbyt świeże, 

przyprawiając ją o mdłości.

Gdyby wiedziała, co ją czeka, nigdy by się nie pakowała w to małżeństwo.

Drzwi uchyliły się bezgłośnie. Sama naoliwiła zawiasy, żeby nie. skrzypiały.

Simon stąpał ostrożnie, by jej nie zbudzić. Zatrzymał się przy drzwiach wyjściowych, 

jakby   nasłuchiwał.   Maja   znała   dobrze   ten   dom   i   wiedziała,   jak   trzeszczy   każda   deska   w 

podłodze, mogła więc bezbłędnie określić miejsce, w którym się właśnie znajdował.

Zgrzyt odsuwanej zasuwy. Maja przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi na klucz. 

Pęk kluczy nosiła przywieszony przy pasku spódnicy.

Coś zaszurało lekko i do izby wdarło się mroźne powietrze.

Simon   musiał   chyba   nieco   unieść   drzwi,   bo   inaczej   zgrzytnęłyby   o   wiele   głośniej. 

Przeraziło ją, że Simon tak doskonale pamięta o wszystkich szczegółach.

background image

Drzwi się zamknęły, a zza okna dobiegło ciche skrzypienie śniegu. Simon zniknął w 

czeluściach chłodnej nocy.

Maja nie wstała.

Co on, na Boga, robi na dworze w trzaskający mróz, i to o tej porze! Normalni ludzie 

śpią w nocy, a nie włóczą się po okolicy.

Zdrętwiała ze strachu, nasłuchiwała czujnie. Ale choć wyostrzyła wszystkie zmysły, nic 

więcej nie usłyszała.

Dopiero o świcie drzwi wejściowe otworzyły się równie ostrożnie, jak wcześniej zostały 

zamknięte. Rozległ się szmer zasuwy i ciche człapanie po zimnej podłodze, lekkie skrzypnięcie 

drzwi do alkierza, a potem cisza.

Maja zasnęła dopiero nad ranem, kiedy powinna niedługo wstać i rozniecić ogień w 

palenisku. Zaspała, zaniedbując obowiązki gospodyni.

We śnie towarzyszył jej ogień. Otaczał ją ze wszystkich stron, zamykając w kręgu 

płomiennych   języków.   Zdawało   się   jej,   że   ktoś   się   śmieje.   Gromki   śmiech   wdzierał   się 

zewsząd, potężniał jej w uszach, wypełniał całą głowę, aż zdawała się pękać. Ogromne cienie 

kobiet   sięgały   aż  do  nieba  wysoko,  wysoko  ponad  nią.   Pragnęła  wzbić   się,   żeby  do  nich 

dosięgnąć, ale nie mogła. Nogi miała jak z kamienia. Próbowała nimi poruszyć, ale wrosły w 

skałę w tamtym miejscu, gdzie kiedyś ukrywał się Simon. Tam, gdzie ta brzemienna w skutki 

historia wzięła swój początek. Otoczyły ją skały, ale ogień nie gasł. Czuła swąd. Ale to przecież 

nie studnia, widziała jej zgliszcza. Była pewna obecności Simona, mimo że go nie widziała. Po 

prostu wyczuwała.

Cień...

Ogromna kobieta zakryła słońce.

Maja usłyszała swój głos, równie zniekształcony jak głosy i śmiech wokół:

- Mam własne ciepło! Kradnij sobie słońce, ja ogrzeję się przy ogniu!

Jakieś dłonie chwyciły ją i potrząsnęły mocno.

- Maju, u licha! Ocknij się, kobieto! Naprawdę pachniało spalonym drewnem i darnią. 

Doleciał cichy trzask.

Z jej ust nadal płynęły słowa, których znaczenia nie pojmowała. Wiedziała tylko, że są 

bardzo ważne.

Simon poklepał ją mocno w oba policzki, nie przestając do niej przemawiać:

- Maju, obudź się z tego koszmaru! To tylko zły sen, wstawaj, już dawno dzień!

Potrząsał nią jak szmacianą lalką. Jeszcze nigdy nie widział kogoś pogrążonego w tak 

głębokim śnie.

background image

Nagle otworzyła oczy. Niezwykłe połączenie brązu i żółci zawsze robiło na Simonie 

wrażenie. Nikt nie miał takich oczu jak Maja.

- Ogień - powiedziała, przygryzając niemal całkiem pobielałe wargi. Simon schylił się 

po przykrycie, które zsunęło się z posłania, gdy Maja rzucała się we śnie. Miała na sobie ciepły 

gorsecik, zapięty przyzwoicie pod samą szyję, ale mimo to szczękała zębami z zimna.

Simon postanowił, że od następnej nocy będzie spała w wielkim łożu w alkierzu. Nie 

pozwoli, by dłużej marzła na kuchennej ławie. Niemal całkiem pozbył się pcheł. Jeszcze jedna 

gorąca kąpiel i całkiem znikną. Poprosi Maję, żeby na wszelki wypadek jeszcze krócej ścięła 

mu włosy.

- Ogień - powtórzyła. Patrzyła na Simona, ale jakby go nie widziała. Rozmawiała z 

Simonem ze snu. - Widziałam, że też tam byłeś...

Wypuścił ją z rąk. Nie pojmował tego, co ujrzał w jej twarzy. Nie chciał pojąć.

Maja siedziała oparta o ścianę z drewnianych bali, na której ostrze siekiery pozostawiło 

nierówności, opowiadając historię o wielkim uczuciu i ciężkim znoju. Kalle i Reijo własnymi 

rękami postawili tę chatę z miłości do tej samej kobiety.

Powoli wracała jej przytomność. Zdawało się jej, że mknie na nartach po świeżym 

śniegu. Czuła chłód, wszystkie członki jej zesztywniały. Opatuliła się szarą wełnianą derką.

- Wróciłaś, Maju, witaj! - powiedział Simon, uśmiechając się krzywo. Stał boso w 

rozpiętej   koszuli   wyciągniętej   na   wierzch.   Włosy   sterczały   mu   na   wszystkie   strony. 

Przypominał   tego   Simona,   który   kiedyś   łamał   dziewczętom   serca.   -   Męczył   cię   chyba 

wyjątkowy koszmar!

- Tak - odrzekła Maja, biorąc głęboki oddech. Nie zapytała go, dlaczego wychodził nocą 

na dwór. On nie zapytał, co jej się śniło.

Żadne z nich nie powiedziało więcej niż konieczne, nie padło między nimi ani jedno 

zbędne słowo. Na powrót stali się dwojgiem obcych ludzi pod tym samym dachem. Posyłali 

sobie uważne, czujne spojrzenia i pospiesznie odwracali głowy, gdy tylko zauważyli, że to 

drugie   dostrzegło   na  sobie   ich   wzrok.   Zachowywali   się  trochę  jak  zakochani  na  początku 

znajomości. Tyle że im towarzyszyła gorycz.

Obserwowali się nawzajem, siedząc nad wodnistą kaszą, w której przygotowanie Maja 

nie włożyła ani trochę serca. Maja potrafiła dobrze gotować, ale tego ranka jedzenie rosło im w 

ustach.

Na odgłos kroków Simon wstał leniwie i wyjrzał zdziwiony.

Rozległo się mocne walenie w ciągłe zamknięte na zasuwę drzwi.

- Maja! Maja! Obudźcie się, Maju! Simon podbiegł i odsunął zasuwę. W tej samej 

background image

chwili wprost w jego ramiona wpadła Ida.

- No, Simonie Bakken, zmężniałeś trochę - rzuciła z błyskiem w zielonych oczach i 

oderwała dłonie od jego nagiego torsu, specjalnie się przy tym nie rumieniąc.

Zaraz   straciła   dla   niego   zainteresowanie,   dostrzegłszy   Maję,   która   siedziała   na 

drewnianej lawie. Siostra była ubrana, ale nie zdążyła się jeszcze uczesać, a pod oczami miała 

sińce.

- Przysłał mnie tata. Ciągle walczy z ogniem, ale moim zdaniem to nie ma sensu. I tak 

nic się nie uratuje - paplała.

Ida Kesaniemi nigdy nie potrafiła wyrażać się jasno. Mówiła nieskładnie i trudno było 

zrozumieć, o co jej chodzi. Ale Maja wyłapała złowróżbne słowa.

- Gasi ogień? - zapytała podejrzliwie. Simon usiadł na ławie obok Mai i patrzył wycze-

kująco na obie siostry.

Maja zauważyła kątem oka, że ta już prawie dorosła Ida obudziła w Simonie instynkt 

myśliwego...

- Szopa się pali - wyjaśniła Ida.

Zdjęła z głowy chustę i nie czekając na zaproszenie, usiadła po drugiej stronie solidnego 

stołu. Rude włosy uczesane w dwa grube warkocze nadawały jej dziewczęcy wygląd. Wrażenie 

to potęgowały zarumienione od długiego biegu policzki.

Była czarująca.

To  określenie  pasowało  do  młodszej   siostry,  Maja  doskonale  zdawała sobie  z  tego 

sprawę. Ale wiedziała także, że owo czarujące stworzenie potrafi pokazać ostre pazurki. Ci, 

których zmyli jej wygląd niewiniątka, przeżyją nie lada zaskoczenie.

- Wasza szopa się pali. Maja i Simon popatrzyli po sobie, ale teraz to Maja zmrużyła 

oczy w wąskie szparki. Doskonale pamiętała ostrożne kroki na podłodze i ciche skrzypienie 

drzwi.

- Tata mówi, że musiało się zacząć palić tuż po świcie. Bo kiedy on wstał, zobaczył słup 

ognia. Myślał, że uda mu się uratować chociaż łódź, ale, niestety, spłonęła doszczętnie.

Simon   popatrzył   z   przerażeniem   na   Maję.   Przez   sen   majaczyła   coś   o   ogniu...   Ale 

przecież przez cały czas spała. Dlaczego śnił jej się pożar? Czy to zbieg okoliczności?

- Ktoś puścił wczoraj z dymem naszą studnię - rzucił krótko Idzie. - Maja uważa, że to 

ja.

- Bzdura! - Ida popatrzyła na Maję rozszerzonymi ze zdumienia oczami. - Dlaczego 

Simon miałby to zrobić? Przecież nie jest głupcem.

Maja wzruszyła ramionami.

background image

- Ale szopy już nie mógł podpalić - dodała Ida.

Maja milczała, Simon też się nie odezwał.

Wychodziłeś dziś w nocy, myślała Maja. Dlaczego nic o tym nie mówisz? Dlaczego nie 

rozwiejesz moich wątpliwości? Wystarczyłoby parę słów, Simonie, zaledwie parę słów. Ale 

być   może   nie   wiesz,   że   ja   wiem.   I   dlatego   milczysz,   a   we   mnie   tymczasem   narastają 

wątpliwości.

Simon pospiesznie się ubrał, a w jego ruchach widoczne było zdecydowanie, które 

trochę uspokoiło Maję.

- Idę tam i pomogę Reijo. Do diabła, ta łódź była nam potrzebna! Jak bez niej wypłynę 

na połów? Mówiłaś, że Kristoffer umarł.

Spojrzał na Maję pytająco. Pokiwała głową.

- Dziwne, bo to byłoby w jego stylu tak się mścić. W jego słowach, choć zaprawionych 

goryczą, zabrzmiała bezwzględność, która przeraziła Idę. Zerknęła ukradkiem na siostrę, ale 

Maja nawet nie mrugnęła okiem.

- Ale umarli  nie podkładają ognia, prawda, Maju? Znajdę tego, który nam to robi. 

Pożałuje, obiecuję ci!

Chwycił   w   locie   swoją   kurtkę   i   pomknął   wściekły   bez   czapki.   Maja   westchnęła, 

roztrzęsiona. Odsunęła włosy z twarzy i przeczesała je palcami.

-   Wyglądam   okropnie   -   powiedziała   zmęczona.   Ida   z   przyzwyczajenia   chciała 

zaprzeczyć, ale milczała.

- Wolałabym, żeby nie wrócił - ciągnęła Maja. Musiała to z siebie wyrzucić. Ida była 

córką  Reijo,   a   jej  przyrodnią  siostrą.   To   wystarczyło,   by  pozwolić   sobie   na  zwierzenia.   - 

Zmienił się tak, że nie przestaję się go bać.

- Ale żeby podejrzewać, że to on podpalił  studnię... - Ida wyraźnie sugerowała, że 

siostra posunęła się zbyt daleko w swych domysłach.

- Simon w nocy był poza domem - wyznała Maja. Powietrze między nimi zadrgało i na 

długą chwilę zaległa cisza.

- On taki nie jest - powiedziała w końcu Ida.

- Nie był - poprawiła ją Maja. - Zapamiętałaś go jako czarującego chłopaka. Nadal jest 

bardzo przystojny, tylko że teraz jego oczy są zimne jak metal. Nie wiem, czy stał się na wskroś 

zły, ale wydaje mi się taki nieczuły, gwałtowny, łatwo go rozgniewać... Jakby wstąpił w niego 

diabeł. Nie wiem, Ido, jaki on jest naprawdę. Nie potrafię go rozgryźć. Myślę, że byłby zdolny 

podpalić zarówno studnię, jak i szopę. Pożar nie wybucha sam z siebie w mroźną zimę. Ktoś 

musiał podłożyć ogień...

background image

- To niedorzeczne - powiedziała Ida, siląc się na spokój.

- Właśnie - potwierdziła Maja lakonicznie.

-   Jesteś   zdenerwowana   -   mówiła   dalej   Ida,   starając   się   nadać   swojemu   głosowi 

zdecydowane brzmienie, także po to by przekonać samą siebie. - Właściwie sama nie wierzysz, 

że to mógłby zrobić Simon. Zaskoczył cię po prostu tym niespodziewanym powrotem. Zresztą 

od początku nie układało się między wami, tak jak powinno. Potem go zabrali. To, co się dzieje 

teraz z wami, to po prostu ciąg dalszy tamtych nieporozumień.

Maja uśmiechnęła się ze smutkiem i dotknęła dłoni Idy.

Ida podniosła na nią wzrok. Maja nie zwykła szukać bliskości. To oznaczało, że jest u 

kresu wytrzymałości.

- Chciałabym patrzeć na świat twoimi oczami, kochana siostro. Ale są sprawy, o których 

nie mogę z tobą rozmawiać, bo jesteś jeszcze zbyt młoda, a także dlatego, że nie potrafię.

- Czyż ja nie jestem osobą o wyjątkowym doświadczeniu życiowym? - uśmiechnęła się 

Ida, usiłując wszystko obrócić w żart i skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory.

- Nie pójdę tam, nie chcę na to patrzeć - wydusiła Maja, potrząsając głową. - Być może 

to tchórzostwo, ale nie chcę. Jeszcze zobaczyłabym coś...

- ...co wskazywałoby na winę Simona? Wątpię - odpowiedziała sucho Ida. - Takiego 

pogorzeliska, Maju, jeszcze nie widziałam. Z szopy została sterta popiołu.

Ida  była  jeszcze  zbyt  młoda,  by  zrozumieć   przepełniający  Maję  strach. Strach  tym 

większy, że w serii zdarzeń trudno było doszukać się jakiejś logiki.

Ucieszyła się, kiedy w kilka godzin później zobaczyła nadchodzącego wraz z Simonem 

Reijo. Na szczęście zdążyła uczesać włosy i uprzątnąć stół. Patrzyły z Idą przez okno, jak dwaj 

mężczyźni, jeden wysoki, a drugi niższy i bardziej krępy, obeszli pozostałość po studni. Reijo 

ukucnął i przyglądał się śladom na ziemi. Maja, która dzień wcześniej uczyniła to samo, dobrze 

wiedziała, że i tak niczego nie zobaczy.

Simon   stał   w   rozkroku,   oparłszy   ręce   na   wąskich   biodrach,   i   obserwował   z   góry 

poczynania Reijo.

-   Wygląda   wspaniale   -   westchnęła   Ida.   -   Powinno   się   zabronić   ludziom   być   tak 

urodziwymi...

- Wówczas i ty mogłabyś mieć kłopoty - wymknęło się Mai.

Dlaczego nie ugryzła się w język? Przecież nie chciała, by zabrzmiało to tak ostro.

Ida jednak przywykła do uszczypliwości Mai. Znała swoją siostrę i wiedziała, co ją 

gnębi. Cierń, jaki ją kłuł, tkwił zbyt głęboko, by dało się go wyjąć.

- Zasłużyłam na twoją cierpką uwagę - stwierdziła. - Uroda nie jest najważniejsza, nie 

background image

raz się o tym przekonałam. Nie jestem aż taka bezmyślna, Maju, ale czasami się zapominam. 

Naprawdę uważam, że Simon nadal jest jednym z najprzystojniejszych mężczyzn w okolicy. A 

jeśli oceniać to w ten sposób, to można stwierdzić, że zupełnie nieźle się urządziłaś...

- Dobry Boże - westchnęła Maja. - Jak ja bym chciała mieć jeszcze raz siedemnaście lat.

Do izby weszli tymczasem Reijo i Simon.

Reijo wystarczyło krótkie spojrzenie, by się domyśleć, że z Mają nie jest dobrze. Nie 

chodziło bynajmniej tylko o to, że miała podkrążone oczy i bladą twarz. Po tym jak stała, jak 

prostowała plecy, po jej gwałtownych ruchach i niespokojnych dłoniach, które nerwowo starała 

się czymś zająć, poznał, że Maję coś gnębi.

- Wszystko spłonęło - odezwał się Simon, zdruzgotany.

- Ktoś podkłada u was ogień - powiedział Reijo, uchwyciwszy spojrzenie Mai. - Ale nie 

masz racji, winiąc Simona. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj?

Maja pokiwała głową. Poczuła się jak skarcona przez ojca mała dziewczynka.

- Podtrzymuję to. Daj Simonowi szansę, daj szansę sobie!

Maja odwróciła się do wszystkich plecami i zacisnęła wargi. Tylko Simon zauważył, jak 

przez krótki moment zmrużyła oczy w wąskie szparki. Zauważył dziwny błysk, jaki się w nich 

zapalił, i zaciśnięte w pięści dłonie. Zaraz jednak jej twarz przybrała zwykły wyraz.

Jak Reijo mógł to powiedzieć przy wszystkich?

- Simon może wypływać razem ze mną na połowy - ciągnął tymczasem spokojnym 

głosem Reijo. - Albo może pożyczyć tę małą łódź. Knut wyjechał, a ja nie potrzebuję dwóch. 

Szkoda, żeby leżała na brzegu i wysychała na słońcu.

- Chętnie ją pożyczę. Muszę sobie sam radzić - oznajmił Simon chłodno z cieniem 

wrogości w głosie. A może Maja była po prostu przewrażliwiona? Zerknęła na Idę, ale ta 

zdawała się niczego nie zauważać. Twarz Reijo też pozostała nie zmieniona.

Czyżby zwariowała?

- Śmierdząca sprawa - stwierdził Reijo, patrząc przez okno. - To nie był nieszczęśliwy 

wypadek ani jakiś zbieg okoliczności. Niemożliwe. Ktoś to zrobił celowo przeciwko tobie, 

Maju, przeciwko Simonowi.

- Tylko moja rodzina, Maja i ty wiedziałeś, że wróciłem do domu... - powiedział powoli 

Simon. - Kiedy zapaliła się studnia - dodał. - Bo teraz to pewnie już wszyscy wiedzą.

- Ktoś mógł cię zobaczyć. Mrok nie skrywa tak dokładnie, jak by się nam wydawało.

- Tylko Kristoffer tak mnie nienawidził. - Simon wzruszył ramionami z rezygnacją.

- Może jakieś dziewczyny? - rzuciła Ida. - Mszczą się za złamane serca.

- Nic mi o tym nie wiadomo - warknął. Zmieniał się równie gwałtownie jak nagła 

background image

wichura.

- To, że ktoś chciałby skrzywdzić Maję, wydaje mi się jeszcze bardziej niedorzeczne.

Ida wyraziła słowami to, o czym myślał także Reijo.

- Głupie wybryki - stwierdził Simon. - Pewnie jakieś młokosy chcą się popisać. Jak ja 

ich złapię, to zobaczymy, jacy są mocni! Nie pozwolę, żeby ktoś sobie tak ze mnie kpił.

Usta Mai  zadrżały,  już miała  coś  powiedzieć,  ale   ujrzawszy  zaciętą  twarz  Simona, 

ugryzła się w język.

- Nie mamy więcej nic, czego nie widać przez okno - rzekł Simon. - Będę tu siedział i 

trzymał straż, dzień i noc. Biada temu, kto się ośmieli tu zbliżyć!

- Rozsądny pomysł! - Reijo zgodził się z mężem Mai. - Chętnie ci pomogę. To zadanie 

dla dwóch. Będziemy się zmieniać, żeby nie zasnąć na posterunku.

Przed nimi stał ten obcy Simon. Rysy jego twarzy były niczym wykute w skale, oczy 

lśniły   jak   stal,   kąciki   ust   wykrzywiły   się   w   szyderczym   uśmiechu.   Wyprostowany,   jakby 

wyższy i szerszy w ramionach, czujny. Pojawiło się w nim coś zwierzęcego.

Ida zrozumiała, co miała na myśli Maja. Przystojny Simon wyglądał groźnie. Ten błysk 

w   jego   oczach   wydał   się   Idzie   przerażający,   choć   zarazem   bardzo   pociągający.   Wyczuła 

równocześnie, że ten mężczyzna może być zły.

-   Nie   zasnę!   -   zapewnił   Simon   stanowczo,   ciskając   słowa   niczym   kamienie.   - 

Przywykłem do czuwania, robiłem to nie raz. Poradzę sobie.

Ani jedno słowo podziękowania za zaproponowaną przez Reijo pomoc.

Maja,   porzuciwszy   resztki   rozsądku,   zadała   Simonowi   pytanie,   które   ją   gnębiło. 

Wiedziała, że inaczej nie zazna spokoju, choć przecież obiecali sobie nie przekraczać pewnych 

granic. Ona tymczasem świadomie to czyniła.

Nie miała odwagi jednak czekać, aż zostaną zupełnie sami.

- Simon - odezwała się cicho, tak cicho że upłynęła chwila, nim zorientował się, że 

zwraca się do niego. Odwrócił się wówczas i napotkał jej wzrok. - Czy to może mieć jakiś 

związek z pieniędzmi? Ze srebrnymi monetami? - dokończyła szeptem.

W oczach męża zobaczyła, że nie podoba mu się, że mówi o tym przy Reijo i Idzie. Ze 

w ogóle porusza ten temat. Że nie dotrzymała umowy...

- Nie, Maju - odpowiedział jednak. - To nie ma żadnego związku.

Maja uwierzyła mu, ale mimo to nie zrobiło jej się lżej na sercu.

background image

5

Nieprzyjemne zdarzenia już się nie powtórzyły. Simon dowiódł jednak wszystkim, że 

przez lata spędzone poza rodzinną wioską nad fiordem, zmienił się w twardego mężczyznę.

Przez wiele dni siedział wyprostowany niczym żołnierz przy okienku w kuchni. Przerwy 

robił wyłącznie wtedy, gdy musiał wykonać niezbędną pracę.

Maja wielokrotnie proponowała, że go zastąpi, ale on się nie zgadzał, twierdząc, że to 

robota dla mężczyzny.

Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki krótkie chwile w ciągu tygodnia, kiedy się 

zdrzemnął.   Ale   brak   snu   zdawał   się   mu  nie   przeszkadzać.   Tyle   tylko   że   w   jego   ruchach 

wyczuwało się nerwowość, a wzrok miał rozbiegany.

Maja zabrała się za porządki.

Kiedy coś ją dręczyło, nie potrafiła siedzieć pogrążona w rozmyślaniach. Musiała coś 

robić,   by   przez   cały   czas   mieć   zajęte   ręce.   Wyszorowała   podłogi   i   ściany   aż   po   powałę. 

Wyprała ubrania i tak długo płukała je w rzece, że niemal straciła czucie w palcach. Pozmywała 

naczynia, wytrzepała futrzane nakrycia i chodniki, wyszorowała ławy i półki.

Na piecu nadal bulgotała w kubku smoła, chociaż w chacie nad rzeką nie było już ani 

jednej pchły.

Po ostrzyżeniu Simona, kiedy Maja wreszcie zdołała rozczesać niesforne kołtuny na 

karku,   po   wielogodzinnych   kąpielach   w  parującej   wodzie   i   zużyciu   sporej   ilości   mydła   z 

żywicy, najwyraźniej robactwo uznało, że to niedobre miejsce.

Maja miała wolne.

Simon na wszelkie sposoby próbował ją nakłonić, by przeniosła się do alkierza, ale 

Maja uparcie trwała przy swoim i nadal - sypiała na kuchennej ławie.

Stół mogła dzielić z mężem, ale nie była jeszcze gotowa dzielić z nim łoża.

Nadszedł nowy 1747 rok.

Wreszcie   i   Simon   dał   się   przekonać,   że   podpalenie   studni   i   szopy   było   głupim 

wybrykiem.   Bezmyślnym   żartem,   który   miał   poważne   konsekwencje.   Sprawcy   musieli   się 

przestraszyć, kiedy spłonęła także łódź. Każdy, kto mieszkał w tych stronach, wiedział, jaką 

wartość ma łódź w gospodarstwie.

Simon  wprawdzie  nadal  pomstował   i  wykrzykiwał,  co zrobi  temu,  kto ośmielił  się 

podłożyć ogień, ale z dnia na dzień jego zapał słabł.

Maję nie przestawały dręczyć podejrzenia, ale zacisnęła zęby i przezornie milczała.

„Wreszcie i ona uspokoiła się, uznawszy, że ktoś im chciał zrobić kawał.

background image

Ale pierwszego dnia nowego roku znowu pochwyciły ich ogniste języki.

Jak większość kobiet, także Maja wstawała pierwsza, gdy tylko zaświtało. Drżąc z 

zimna, rozpalała w palenisku, nastawiała kaszę i gotowała w małym czajniczku kawę. Rzut oka 

do prawie pustej puszki, w której przechowywała cenne ziarenka, utwierdził ją w przekonaniu, 

że dobrze, iż niebawem odbędzie się styczniowy jarmark.

Kiedy gromadziła zapasy, nie myślała, że będą musiały starczyć dla dwojga.

Maja   umyła   się   w   letniej   wodzie.   Nie   miała   cierpliwości   czekać,   aż   woda   będzie 

cieplejsza. Starannie uczesała się i ubrała.

Zostało niewiele wody, więc założyła kurtkę, otuliła głowę chustką i skierowała się do 

wyjścia. W pośpiechu nie mogła znaleźć rękawic, dlatego chwyciła rękawice Simona.

Ranek   był   zwyczajny,   podobny   do   wszystkich   innych   zimowych   poranków.   Mróz 

szczypał dotkliwie. Wiedziała o tym już, gdy wstała, bo długo musiała chuchać na szybę, nim 

zdołała odmrozić maleńki prześwit pozwalający wyjrzeć w czarną noc.

Z nosidłem na ramionach podążyła w dół do rzeki. Przez chwilę stała na lodzie przy 

przeręblu. Nim nabrała wody, stopy całkiem jej przemarzły. Wychodząc na brzeg, zachwiała się 

i wiadro wody chlusnęło wprost na nią. Lodowaty strumień przemoczył kilka warstw odzieży i 

kłuł nagą skórę niczym tysiące igieł. Maja wspięła się pod górę i zaklęła ze złości. Chciało jej 

się   płakać,   ale   już   od   dawna   nie   pozwalała   sobie   na   taki   przejaw   słabości   przy   okazji 

codziennych niepowodzeń. Łzy oszczędzała na większe zmartwienia.

Mokra spódnica zesztywniała na mrozie, ale Maja, nie zważając na to, nachyliła się i 

jeszcze raz nabrała wody. Tym razem obyło się bez kłopotów. Z pełnymi wiadrami ruszyła 

pospiesznie do chaty.

Schodząc nad rzekę spokojnym krokiem, nie zauważyła nic nienormalnego. Teraz zaś, 

mimo że biegła, trzęsąc się z zimna w przemoczonych ubraniach, natychmiast ujrzała blask w 

jaśniejącym mroku polarnego brzasku.

Zatrzymała się, nie wierząc własnym oczom. Opuściła bezwładnie dłonie zaciśnięte na 

drewnianym nosidle. Stała niczym porażona, tak jakby jej przemoczone nogi przymarzły do 

ziemi.

Jej   rozum   nie   chciał   przyjąć   do   wiadomości   tego,   co   widziały   oczy,   i   tego,   co 

wyczuwała zmysłem węchu.

Niemożliwe, by istniało takie zło. Ida nazwała zdarzenia, jakie ich dotknęły w ostatnim 

czasie, wytworem chorego umysłu. Ale to, co ujrzała Maja, przeszło wszelkie jej wyobrażenia. 

Nie   znajdowała   na   to   słów.   Ogarnął   ją   ból   przemieszany   ze   złością,   a   z   oczu   polały   się 

skrywane na ciężkie chwile łzy. Ruszyła na oślep znajomą ścieżką w stronę chaty.

background image

Wpadła   do   izby,   bliska   utraty   zmysłów.   Nie   zamknęła   nawet   za   sobą   drzwi 

wejściowych. Plaskając przemoczonymi kumagami o drewnianą podłogę, szarpnęła drzwi do 

alkierza. Rozszlochana i przemoczona rzuciła się na łóżko, gdzie spał Simon.

Simon zareagował gwałtownie, gdy opadło na niego coś zimnego, mokrego i ciężkiego. 

Nie zdążył jeszcze usiąść, a już zaciskał dłonie na szyi napastnika. Wyrwany ze snu usiłował 

wzrokiem przeniknąć ciemności. W skroniach mu dudniło.

Leżące na nim ciało stawiało opór.

Lodowate dłonie odpychały, paznokcie drapały mu pierś.

Otrząsnąwszy się z resztek snu, zobaczył nad sobą białą plamę i usłyszał stłumiony głos 

Mai.

- Do diabla, Simon, to przecież ja! Chcesz mnie udusić?

Cienie i złe wspomnienia odpłynęły.

Puścił ją i Maja opadła na posłanie niczym szmaciana lalka. Ze spódnicy kapała jej 

woda. Krople uderzały miarowo o podłogę.

Simon dyszał ciężko, jego klatka piersiowa poruszała się gwałtownie w górę i w dół, a 

głowę rozsadzał ból nie do zniesienia. Zmusił się jednak, by zachować spokój. Wstał półnagi, 

nie zwracając uwagi na chłód w izbie.

- Wchodziłaś do rzeki? - zapytał. Najchętniej uciekłby gdzieś, byleby nie słyszeć jej 

rozdzierającego płaczu.

Nigdy nie potrafił poradzić sobie z kobiecymi łzami. Uważał, że tak skutecznej broni 

mężczyźni nie mają co przeciwstawić.

- Przepraszam - westchnął. Omal jej nie udusił. Już zaciskał ręce na jej szyi.

Na nic się nie zdało tłumaczenie, że działał w amoku, że nie chciał jej zrobić nic złego, 

że zdawało mu się, iż jest gdzie indziej...

Patrzyła na niego z wyrzutem, a sińce już zaznaczyły się na jej białej szyi.

Na miły Bóg, chyba wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu!

Wreszcie zdołał zrozumieć, co ona mówi, szlochając i zalewając się łzami. Ochrypłym 

głosem wydobyła z siebie słowa:

- Ten potwór znów tu był, Simonie! Był tu! Zrozpaczona szarpała skórę przykrywającą 

posłanie. Simon wyskoczył z łóżka i wciągnął spodnie.

- Spalił krzyż - dokończyła rozdzierającym głosem.

Zamarł w bezruchu i patrzył na nią z otwartymi ustami. Ręce mu drżały.

- Krzyż na grobie dziecka - powtórzyła. Odgadł, że serce jej krwawi. - Simonie, jacy 

ludzie są zdolni do takiej podłości?

background image

Simon znał wielu takich, tyle że nie w tych stronach.

- Pójdę tam - rzekł. - A ty zostań! Maja jakby nie słyszała, co do niej mówi. Wstała i 

podążyła za nim jak lunatyk.

Zatrzymał się. Wtedy ona też się zatrzymała. Mówił do niej i zdawało się mu, że go 

słucha, ale kiedy znowu ruszył z miejsca, ona znów szła za nim krok w krok.

Simon westchnął ciężko i chwycił Maję za rękę. Zdziwił się, że jest taka lodowata.

- Gdzie masz rękawice? - zapytał, a w jego głosie zabrzmiała czułość.

- Nie wiem.

- Przemarzniesz na kość. Jesteś przemoczona.

- Nie - odpowiedziała.

Cienka smużka dymu unosiła się chwiejnie ku niebu. Tylko tyle pozostało z krzyża na 

grobie ich dziecka.

- Bezimienny grób - wymamrotał przez zęby. Nie wiedział, czy Maja zrozumiała, co 

miał   na   myśli.   Zresztą,   jakie   to   miało   znaczenie?   -   A   więc   to   nie   wybryki   wyrostków   - 

powiedział cicho do siebie. Ukucnął i popatrzył na ziemię, która wyłoniła się spod stopionej 

przez ogień warstwy śniegu. Grób Artura Mikkela Bakkena syna Simona stał się bezimienny.

Simon   wstał   ciężko,   ale   zdążył   jeszcze   w   ostatniej   chwili   podtrzymać   Maję,   która 

zachwiała się i omal nie upadła. Zarzuciła mu ręce na szyję, a jej drobnym ciałem wstrząsnęły 

spazmy.

Kiedy ją otoczył ramionami, poczuł, że i on dygocze z zimna i rozpaczy.

Nie mogli nic poradzić na to, co się stało, ale Simon poprzysiągł sobie w duchu, że nie 

puści tego płazem.

Co   innego   drwić   sobie   z   niego   i   z   Mai,   a   co   innego   bezcześcić   pamięć   zmarłego 

dziecka, ich syna. I to w taki sposób. Tego nie wolno darować!

Bez wysiłku wniósł Maję na rękach do chaty. Siadła otępiała, a przed oczami miała 

ciągle   czarny   dół   w   śniegu   i   dogasający   żar.   Choć   skostniała   z   zimna,   nie   wykazywała 

najmniejszej chęci, by zdjąć przemoczone ubrania.

Simon z ciężkim sercem zmagał się z nią, a gniew omal nie wziął nad nim władzy.

- Do diabła, Maju, pomóż mi trochę - wycedził przez zęby i ściągnął wreszcie wełnianą 

pończochę, która już przylgnęła do jej nogi. - Wchodziłaś do rzeki? - dziwił się.

- Nie wiem. Zaniepokoił go jej zamglony wzrok. Przywykł, że nie przejmowała się nim, 

ale w jej zachowaniu było coś nowego, coś, co napawało go lękiem. Pogrążyła się w apatii. Jej 

spojrzenie było niemal takie samo jak wówczas, gdy budziła się z koszmaru tamtego ranka, 

kiedy spłonęła szopa. Simon zląkł się, że ją utraci.

background image

Brutalnie zdarł z niej ostatnie części ubrania, wszystko było mokre. Przełknął ślinę, 

ujrzawszy białe ciało Mai. Nie miał jednak odwagi, by się jej dokładnie przyjrzeć. Wiedział, że 

ona by sobie tego nie życzyła. Po tym, jak wziął ją siłą, trudno oczekiwać innej reakcji.

Nie miał pojęcia, co w niego wówczas wstąpiło. Przez wszystkie te lata, gdy mógł o niej 

tylko marzyć, zawsze wyobrażał sobie, jak czule ją pieści. Bez pośpiechu, delikatnie.

Tymczasem wszystko popsuł. Bo w chwili, gdy pojął, o co go podejrzewa, mimo że nie 

powiedziała tego na głos, ogarnął go straszny gniew i nabrał ochoty, by pokazać jej, że jest 

takim mężczyzną, jakiego się boi.

Maja dygotała tak, że nie mogła nawet zacisnąć dłoni.

Bez zbędnych ceregieli  zarzucił  wełnianą derkę na jej wstrząsane dreszczami ciało, 

potem wziął ją na ręce i zaniósł do alkierza. Ale kładąc na posłaniu i otulając nakryciem z futra, 

wykazał się zdumiewającą delikatnością.

Zamknął drzwi na zasuwę i nalał mocnej, gorącej kawy do drewnianego kubka. Zaniósł 

go Mai i podał tak, jakby częstował ją jakimś luksusem. Maja pokręciła głową.

- Musisz wypić - rzekł krótko, przystawiając jej kubek do ust. Niemal na siłę wlał w nią 

pierwszy łyk. Skrzywiła się, bo nie przepadała za kawą. Zawsze dziwiło ją, dlaczego kawa jest 

taka droga.  Sądząc po cenie, powinna być lepsza od innych napojów. Przełknęła jednak i 

poczuła, jak ciepło dociera do żołądka. A kiedy wypiła cały kubek brązowego płynu, zdawało 

jej się, że nawet koniuszki palców trochę jej odtajały.

Simon odstawił puste naczynie i rzuciwszy Mai przelotne spojrzenie, odchylił futrzane 

nakrycie i położył się obok niej.

Maja cofnęła się na brzeg łóżka, ale nie zdołała usunąć się poza zasięg silnych ramion, 

które objęły ją i przyciągnęły mocno do siebie.

Zrobiło się jej nawet przyjemnie, ale nie przestawała się opierać.

- Odpręż się, żonko - usłyszała nad głową rozbawiony głos Simona, choć może jej się 

tylko tak zdawało. Szczękała zębami, nie potrafiła nawet zrozumieć własnych myśli. - Nie 

obawiaj się, Maju. Chcę cię tylko rozgrzać, żebyś się nie rozchorowała.

Nie dowierzała, że tkwi w nim tyle pokładów czułości. To nie pasowało do obrazu 

Simona, jaki sobie stworzyła. Nie dopuszczała nawet myśli, że w tym obrazie mogą pojawić się 

rysy.

Ale jego ramiona nadal ją obejmowały. Silne, ciepłe, bezpieczne. Jak dobrze spoczywać 

w   takich   ramionach!   Zupełnie   inaczej.   Dzielić   kłopoty   z   drugim   człowiekiem   -   jakie   to 

osobliwe uczucie! Tak długo musiała radzić sobie sama.

Ciepło powoli, nieśmiało wnikało jej pod skórę.

background image

- Nie zostawimy tego, Maju - usłyszała głos Simona, ostry niczym świeżo naostrzona 

kosa. - Nie będziemy już dłużej przymykać oczu i wmawiać sobie, że to jakieś głupie wybryki. 

Bo   to   nie   są   wybryki!   Ktoś   nam   to   robi   celowo.   Ktoś   nas   obserwuje.   A   tego   nie   lubię! 

Zdecydowanie nie lubię. Więcej się nic podobnego nie zdarzy. Nie jestem już nieporadnym 

młodzikiem. Tym razem nie ucieknę, by ukryć się w górach, ale odpłacę pięknym za nadobne.

Choć gorzka to była pociecha, Maja ze zrozumieniem przyjęła jego słowa.

Ona także czuła jedynie chłodną nienawiść. Największa świętość została zhańbiona. Tak 

nie  wolno sobie  żartować!  Zmarłym  należy  się  szacunek -  obojętnie,  czy  śmierć   dotknęła 

człowieka, który przeżył długie życie, czy też maleństwo, które tylko zdążyło zerknąć na ten 

świat.

- Myślisz, że to dlatego, że nie pochowaliśmy go na Karnes? - zapytała.

Był taki zwyczaj grzebania zmarłych przy kościele po drugiej stronie fiordu.

Wcześniej zmarłych przewożono aż do Helgoy na jedną z najdalej wysuniętych w głąb 

morza wysepek. Teraz parafia znajdowała się na zachodnim brzegu fiordu, bliżej i wygodniej 

dla   mieszkańców.   Zdarza   się,   że   człowiek   czuje   potrzebę,   by   pobyć   blisko   ukochanych 

zmarłych.

Ich synek nie został przewieziony na drugi brzeg fiordu. Żył tak krótko.

Jego maleńkie stopki powinny biegać na tej ziemi. Dlatego pogrzebali go tutaj. Bez 

pastora, ale przy słowach modlitwy wypowiedzianej przez Reijo w jego śpiewnym ojczystym 

języku.

Może ktoś uznał to za profanację?

- Nie, tutejsi ludzie  nie są aż tacy pobożni - uznał Simon. Surowo oceniał swoich 

współziomków.   Mieszkała   tu   tylko   garstka   ludzi   -   trochę   Norwegów,   nadmorskich 

Lapończyków, Finów, którzy osiedli tu na stałe i już oderwali się od swych korzeni. Wielu z 

nich miało współmałżonków Lapończyków i przejęło ich kulturę i język.

Oczywiście i tu przybywali duchowni z misją. Pastor miał tu poważanie, kłaniano mu 

się nisko i liczono z jego słowami. Przesądy jednak tkwiły głęboko w ludzkiej świadomości.

Odmawiano modlitwy, ale ludzie nie mieli odwagi, by zawierzyć jedynie Panu Bogu. 

Na wszelki wypadek woleli nie narażać się innym siłom.

Przyjęli   chrześcijaństwo,   ale   nadal   z   przejęciem   słuchali   opowieści   najstarszych 

mieszkańców   osady,   którzy   pamiętali   niejedno,   a   ich   doświadczenia   stawiano   na   równi   z 

prawem naturalnym.

-   Bóg   nie   gniewałby   się   z   tego   powodu,   że   niemowlę   zostało   pogrzebane   poza 

cmentarzem. Myślę, że ziemia tu jest równie święta jak na Karnes - stwierdził Simon.

background image

Maja czuła jeszcze chłód w piersiach, powoli jednak jej ciało wracało do życia, tajało. 

Mogła już, choć nie bez bólu, poruszać palcami u rąk i u nóg. Stopniowo otrząsnęła się z apatii. 

Narastał w niej coraz większy gniew.

- W każdym razie, jeśli nadal się zastanawiasz... - Simon zniżył głos, bo zaufanie i 

szczerość między nimi zdawały się jeszcze nazbyt kruche. To, że przytulał Maję, nie oznaczało 

wcale, że ma do tego prawo, nie miał też wcale pewności, czy sam tego chce. - Jeśli się 

zadręczasz... wiedz, że to nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. Prawdą jest, że te pieniądze nie 

są całkiem czyste, wiąże się z nimi cierpienie i ból. Pochodzą z więzienia, Maju, miałem je przy 

sobie przez całą drogę powrotną. Na razie nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Nie chcę, jeszcze 

nie teraz. Na pewno jednak nikt nam tego nie zrobił z powodu tych srebrników. Zresztą nikt tu 

o nich nie wie, nikt poza nami, Reijo i Idą. A ich przecież nie podejrzewasz.

Nie odpowiedziała.

- To musi być ktoś stąd - ciągnął bezlitośnie. - Ktoś, kogo znamy. Wykluczywszy 

twoich bliskich z przylądka i moją rodzinę, pozostają jeszcze tacy, którzy żywią niechęć albo 

do ciebie, albo do mnie. Ale czyja nienawiść jest tak silna, że pcha go do takich czynów?

Simon zawiesił na moment głos, a potem, ściskając mocniej ramiona żony, odezwał się, 

akcentując każde słowo:

- Pytałem cię już o to wcześniej, zapytam raz jeszcze, ponieważ to konieczne. Poza tym 

dręczy mnie niepewność. Czy komuś może się nie podobać, że wróciłem? Może dla kogoś 

jesteś tak ważna, że uważa mnie za zawadę?

-   Jestem   najbrzydszą   kobietą   nad   całym   fiordem   Lyngen   -   odpowiedziała   Maja 

beznamiętnie. - Tak mówią o mnie tutejsi mężczyźni. Przypadkowo usłyszałam na ostatnim 

jarmarku. Zabolało mnie to bardzo i jeszcze długo na wspomnienie tych słów czułam, jak mi 

przykro. Ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby cię przekonać.

Simon milczał.

Nie był to właściwy moment, żeby jej wyznać, iż jemu z dnia na dzień wydaje się 

piękniejsza.   Ilekroć   spoglądał   na   jej   twarz,   odkrywał   coraz   to   nowe   szczegóły,   które   go 

urzekały. Nigdy nie spotkał tak interesującej kobiety. Takiej zagadkowej i tak bardzo cierpiącej 

z powodu własnego wyglądu.

Może nigdy nie zdradzi jej tych myśli. Simon Bakken strzegł pilnie czułości ukrytej 

gdzieś głęboko na dnie serca. Nie mógł uwierzyć, że Maja przez lata jego nieobecności była 

sama. Raz po raz dostrzegał w jej spojrzeniu coś niepokojącego, jakby roztargnienie, jakby 

smugę dymu z ogniska gdzieś w oddali.

Wtedy nabierał pewności, że rozmyśla o innym mężczyźnie.

background image

Ale co do Mai trudno mieć pewność.

Zrozumiał, że mężczyźni, których na co dzień spotykała, nie dostrzegali tego, co jego 

oczom ukazywało się coraz wyraźniej. Oni znali ją od dawna. Mówili, że jest brzydka, nie 

próbując   nawet   zatrzymać   na   niej   spojrzenia.   Nie   byli   na   tyle   bystrzy,   by   odkryć   jej 

niepospolitość. Wszyscy zaśmiewali się w kułak, nie ukrywając złośliwej satysfakcji, kiedy 

musiał zadowolić się oszpeconą żoną.

Ale przecież w wiosce pojawiali się czasem nieznajomi. Chata stała na uboczu. Samotny 

wędrowiec   zmierzający   nad   fiord   wzdłuż   rzeki   musiałby   tędy   przechodzić.   Może   ów 

przechodzień dostrzegł jej czar...

- Wszystkiego się dowiem - zapewnił ją, myśląc zarówno o podpalaczu, jak i - jeśli taki 

istnieje - o mężczyźnie, z którego powodu jej oczy zasnuwała mgła.

Maja   przełknęła   ślinę   i   na   moment   uciekła   spojrzeniem,   ale   zaraz   bez   lęku   znów 

napotkała jego wzrok.

- W każdym razie to nie ty, Simonie - powiedziała. - Pomyliłam się. Wybacz mi, proszę.

Skinął lekko głową, ale nic nie odrzekł, bo ze wzruszenia ścisnęło go w gardle.

Wybaczył jej, choć nie było to dla niego łatwe, i równocześnie poczuł ulgę.

Może to dobry początek, by powrócić do niej? A może dzieląca ich przepaść pogłębi 

się? Żadnej z tych możliwości nie da się wykluczyć.

- To nasza wspólna sprawa - rzekł.

- Proszę cię, nie zrób niczego, co byłoby wbrew prawu - ostrzegła go bezwiednie.

A jednak przepaść istniała. Czułe objęcia i parę przyjaznych słów nie mogło jej zasypać.

background image

6

Simon przestał być młodzieniaszkiem, który ucieka przed życiem i łudzi się, że ominą 

go kłopoty. Twarde więzienne życie nauczyło go, że trzeba chwytać byka za rogi i otwarcie 

stawić czoło niebezpieczeństwu.

Wczesnym rankiem otulił Maję dodatkowym nakryciem. Ubrał się i odpiął klucz z pęku, 

który nosiła uwieszony na pasku spódnicy.

- Zamknę za sobą - rzekł. - Ale czułbym się nieco spokojniejszy, gdybyś zasunęła 

rygiel. Nie wstawaj jednak, póki się nie rozgrzejesz.

Pokiwała głową. Właściwie było jej ciepło, ale sprawiło jej przyjemność, że Simon tak 

się o nią troszczy.

- Co zamierzasz?

- Zadam parę pytań - odrzekł. - I zażądam odpowiedzi. Ale przedtem jeszcze pójdę po 

Idę. Nie możesz zostać sama. Boję się o ciebie.

- Ida jest jeszcze dzieckiem - odparła Maja. - Jeśli sama sobie nie poradzę, jej obecność 

nie na wiele się zda.

- Potrzebuję pomocy Reijo - powiedział Simon z pociemniałym spojrzeniem. - Gdyby 

nie to, sprowadziłbym go tutaj. Nie chciałbym jednak, żebyś została zupełnie sama. Myślę, że 

nic się nie będzie działo. Wątpię, czy ośmielą się... - urwał w obawie, że jego słowa zdradzą 

emocje,   jakich   doświadczał.   Posyłając   Mai   przeciągłe   spojrzenie,   ukrył   oczy   za   długimi, 

ciemnymi rzęsami.

Ma rzęsy jak dziewczyna, przemknęło Mai przez myśl.

Przez chwilę stał się jej bliższy. Nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, że go straciła, 

ale czy można stracić kogoś, kogo się nigdy nie miało?

Godzinę później wpadła do chaty zdyszana Ida. Policzki zarumieniły się jej od mrozu, a 

na twarzy malowało się rozpaczliwe niedowierzanie. Maja nie zdążyła zabarykadować drzwi, 

nie miała siły wstać. Otulona w wełniane derki przymknęła oczy i starała się zapomnieć o tym, 

co się stało. Ogarnął ją błogi spokój, a poranne przeżycia wydały jej się koszmarem ze snu.

- Simon wszystko nam opowiedział! - Słowa wylały się strumieniem z ust Idy.

Dziewczyna ściągnęła z głowy sięgającą jej do połowy pleców ciepłą chustę, która w 

zimowe dni dobrze chroniła przed mrozem. Zamknąwszy wpierw dokładnie drzwi i zasunąwszy 

rygiel, położyła na stole w kuchni pęk kluczy.

Dorzuciła drew do ognia i dopiero wówczas znów wtargnęła do alkierza.

- W każdym razie to nie sprawka Simona - stwierdziła.

background image

Maja uśmiechnęła się smutnym, zmęczonym uśmiechem.

-   Nie   -   potwierdziła.   -   Pomyliłam   się,   ale   to   przynajmniej   jakaś   pociecha   w   tym 

wszystkim.

- Zrobił to ktoś, kto mści się za mamę - powiedziała Ida po dłuższej chwili.

Maja pokiwała głową. Gdzieś głęboko z zakamarków pamięci wydobyła wspomnienie z 

dzieciństwa.

Ogień.

- Posadzili mnie wtedy na niewielkiej wysepce. Na tej, co wystaje, kiedy latem woda w 

rzece   opada   -   odezwała   się   nieobecnym   głosem.   Nie   wiedziała,   czy   to   wspomnienie   jest 

prawdziwe, czy też obraz zielononiebieskiej rzeki i falującego nurtu oraz swąd palącej się trawy 

to tylko wytwór wyobraźni zrodzony pod wpływem zasłyszanych opowieści. Przeżyła pożar, 

ale może wtedy wszystko odbyło się inaczej? Była taka mała. Poza tym nie pamiętała nic 

więcej, ani Reijo, ani jego ojca Anttiego.

- Reijo mi o tym opowiadał. Wtedy podłożyła ogień jakaś zazdrosna o mamę kobieta.

Ida czuła się już dorosła i raz po raz mówiła do ojca po imieniu.

- Tym razem na pewno powód jest inny - przerwała jej Maja. - Pod tym względem nie 

wdałam się w mamę.

- Nie... to nie może być ktoś, kogo znamy...

- To na pewno jest ktoś, kogo znamy - podkreśliła Maja ze śmiertelną powagą. - I to jest 

najgorsze. Zawsze wiedziałam, że ludzie mnie nie lubią. Uważają, że jestem zarozumiała! Ale 

nie przypuszczałam, że mogą mi zrobić coś takiego. Nie sądziłam, że mnie do tego stopnia 

nienawidzą.

- Ciebie albo Simona... - Ida zawiesiła głos. - Masz rację, jest w nim coś takiego, co 

napawa mnie lękiem. Z początku zaślepiła mnie jego uroda. Jest taki przystojny! Ale kiedy go 

obserwuję, ze strachu ciarki przechodzą mi po plecach.

Maja pokiwała głową ze zrozumieniem.

Kiedy Simon jej oznajmił, że idzie zadać parę pytań i zażąda na nie odpowiedzi, Maja 

nie przypuszczała, że zechce to uczynić w ich chacie nad rzeką. Zupełnie się nie spodziewała, 

że zaprosi do nich całą wioskę, więc gdy ją o tym powiadomił, minę miała niewyraźną.

- Zobaczysz, że stawią się wszyscy jak jeden mąż. Nie wymigają się od tego - rzekł 

Simon. - A jeśli ktoś się nie zjawi, ludzie od razu wezmą go na języki. Przyjdą... Choćby z 

ciekawości. I długo jeszcze będą o tym rozprawiać.

Maja właśnie tego lękała się najbardziej. Nie lubiła, gdy mówiono na jej temat.

- Być może niczego się nie dowiemy - rozważał Reijo spokojnie. - Ale z pewnością 

background image

trochę nimi potrząśniemy.

Przybyli wszyscy bez wyjątku. W niewielkiej izbie zrobiło się tłoczno.

Maja jęknęła, ujrzawszy nachodzących zwartą gromadą ludzi. Szli trochę niepewnie, bo 

dokładnie nie wiedzieli, o co chodzi.

- Czym ja, u licha, mam ich poczęstować?

-   Niczym   -   odparł   spokojnie   Simon,   przeczesując   palcami   włosy.   Z   ich   drżenia 

domyśliła się, że nie jest bynajmniej taki spokojny, jak przed nią udaje. - Nie zaprosiliśmy tu 

ich w gości. Chcieli rozrywki, to im jej dostarczymy.

Maja skrzyżowała ręce na piersiach. Po porannym przemarznięciu nadal trzęsło ją w 

środku, w sercu mróz malował jej kwiatowe wzory.

-   Ty   nie   masz   się   czego   wstydzić!   -   wtrącił   się   Reijo   i   obejmując   ją   opiekuńczo 

ramieniem, pogładził pospiesznie po policzku.

To jedyny człowiek na świecie, który nie dostrzega moich blizn, pomyślała Maja.

- Zgadzam się z Simonem - ciągnął Reijo. - Postąpiłbym tak samo. To wymaga odwagi.

Maja zdawała sobie z tego sprawę, ale cena, jaką przyszło im za to zapłacić, wydawała 

się jej zbyt wysoka.

Na   schodach   rozległo   się   szuranie.   Kiedy   Maja   później   przypominała   sobie   to 

popołudnie, słyszała zawsze ten odgłos. Od ich ślubu nie było w chacie nad rzeką tylu gości. Po 

tym dniu prowadziła do ich domu ścieżka tak szeroka, że nie trzeba było chodzić gęsiego.

Wszyscy   starali   się   zachowywać   zwyczajnie,   udawali   obojętność,   ale   wchodząc   do 

środka,   omiatali   pomieszczenie   ciekawymi   spojrzeniami.   Tylko   nieliczni   byli   tu   w   ciągu 

ostatnich lat, a większość zamierzała na tej jednej wizycie poprzestać, dlatego też ważne było, 

by jak najwięcej zapamiętać i potem dzielić się wrażeniami przez wiele zimowych i wiosennych 

wieczorów.

Pierwsze weszły kobiety w czarnych chustkach, rozglądając się ciekawie, potem lekko 

przygarbieni   mężczyźni   w   połatanych   samodziałowych   portkach.   W   twardych,   pooranych 

dłoniach ściskali ściągnięte z głów skórzane czapki. Maja górowała nad nimi pomimo młodego 

wieku, pęk kluczy u pasa dodawał jej godności.

Gorzej się poczuła, kiedy weszły młode dziewczęta wystrojone jak na sobotni wieczór, 

gotowe szturmem zdobyć ukochanego. One także posyłały głodne spojrzenia. Nie sprawdzały 

jednak, czy na ścianach i półkach zalega kurz, ale przepychały się do Simona. Otoczyły go 

niczym kręgi na wodzie tonący kamień, za wszelką cenę starając się zwrócić na siebie uwagę.

Krygowały się przed Simonem, całkowicie lekceważąc Maję.

Niektóre z nich znała. Zanim pojawiła się w życiu Simona i położyła temu kres, miały 

background image

swój udział w jego licznych flirtach i przygodach.

Patrzyła z zażenowaniem na dziewczęta w swoim wieku, które, nie zważając na to, że 

Simon jest żonaty, wdzięczyły się przed nim.

Gdzie ich duma? Czyżby już straciły resztki ambicji?

Na końcu weszli młodzi chłopcy w roboczych ubraniach z butnymi uśmieszkami na 

ustach. W zębach trzymali skręty z tytoniu i przez cały czas rzucali kąśliwe uwagi. Ustawili się 

z tyłu tuż przy drzwiach, gotowi wyjść jako pierwsi.

Przed dwoma laty Simon był jednym z nich. Wtedy dziewczęta w świeżo uprasowanych 

bluzkach i ze starannie zaplecionymi warkoczami mogły mieć u niego jakieś szanse. Wtedy 

pewnie też łatwiej byłoby mu zapomnieć na chwilę, że jest żonaty.

Najgłośniej dudnią puste beczki, pomyślała Maja z przekąsem, obserwując hałaśliwą 

bandę wyrostków okupujących drzwi. Dziwne, że tak niewiele dziewcząt zwróciło uwagę na to, 

że Simon przestał być taki jak oni.

-   Ktoś   próbuje   się   zabawiać   naszym   kosztem   -   zaczął   Simon,   kiedy   gromada 

mieszkańców zgromadziła się pod dachem.

W niewielkiej izbie, która wydawała się taka duża, gdy byli tylko we dwoje, zrobiło się 

duszno i   ciasno. Simon  stał   pośrodku,  otoczony  chichoczącymi  dziewkami,  które  chłonęły 

każde jego słowo.

- Właśnie dlatego poprosiłem was tutaj. Ktoś drwi sobie z Mai i ze mnie. Nie podoba 

nam się to!

- Ktoś spośród nas? - odezwał się butnie wyrostek z meszkiem pod nosem, który był 

jeszcze  dzieckiem,  kiedy Simona zabierano do więzienia.  Teraz  najwyraźniej  wodził  prym 

wśród młodzieńców.

-   Ktoś   z   was   -   odpowiedział   Simon   rozglądając   się   wśród   zebranych,   po   kolei 

zatrzymując wzrok na każdej twarzy.

Zapadła śmiertelna cisza.

- Ledwie   wróciłem  do domu,  kiedy  spłonęła  studnia,  potem ogień  pochłonął  naszą 

szopę. To wszystko jeszcze da się znieść. Ale dziś w nocy ktoś podpalił  krzyż na grobie 

naszego synka. Miarka się przebrała.

Zamilkł na chwilę, a potem dodał:

- Poszczególne zdarzenia oddziela odstęp tygodnia. O tej porze roku nie przechodzą 

tędy   żadni   wędrowcy.   Nie   zrobiły   tego   gnomy.   To   nie   są   przypadkowe   nieszczęścia.   To 

sprawka człowieka, który chce nas skrzywdzić. Dlatego też pytam: Kto z was tak bardzo nie 

lubi Mai, mnie albo nas obojga, że nam to robi?

background image

Ludzie zerkali jeden na drugiego w kompletnej ciszy, mierzyli wzrokiem sąsiada, każdy 

miał swoje podejrzenia.

Maja czuła się okropnie. Niewiele brakowało, by okręciła się na pięcie i uciekła, gdy 

nieoczekiwanie Simon wyrwał się z kręgu wielbicielek i w kilku krokach znalazł się przy niej. 

Objął ją ramieniem i pokazał całej wiosce, że stanowią jedność. Są razem także w niedoli.

Maja   nie   widziała   lśniących   oczu   Idy   skierowanych   na   szwagra   i   nieznacznego 

kiwnięcia głową. Nie miała pojęcia, że to młodsza siostra uratowała jej honor.

Bo Simon sam nie wpadł na taki pomysł. Ciągle jeszcze nie potrafił pomyśleć o sobie i 

Mai: „my”.

Nagle tłum ożywił się i z różnych stron rozległy się wołania:

- Nikt z nas by nie zrobił czegoś takiego!

- Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie podpala grobu!

- To na pewno ktoś obcy!

- Może jacyś pijani Finowie?

- Albo nieprzyjemny zbieg okoliczności...

- Nikt nie robi celowo czegoś takiego.

- Nie my... to nie my...

Maja słuchała wraz z Simonem i ogarnęło ją uczucie rezygnacji. Od początku wiedziała, 

że skończy się to tym, że wszyscy zaprzeczą i będą oczywiście rzucać podejrzenia na jakichś 

tajemniczych nieznajomych. Pijanych Finów na przykład...

A nawet jeśli ktoś coś wie, to będzie milczał.

Tu   wszyscy   byli   ze   wszystkimi   spokrewnieni.   Poprzez   małżeństwa   z   pokolenia   na 

pokolenie na dobrą sprawę wszystkie rodziny były ze sobą skoligacone.

Nikt nie będzie przecież donosił na swoich krewnych.

Na nic się nie zdało, że rodzina Bakkenów była tu szanowana i poważana. I także 

spokrewniona z większością mieszkańców osady. Maja nadal traktowana była jak obca. Obca 

wśród swoich.

Znów ten odgłos szurania po podłodze. Zakłopotani zebrani kręcili się w miejscu. Maja 

miała   nadzieję,   że   kobiety   zauważą   chociaż,   że   podłoga   także   jest   świeżo   wyszorowana. 

Ciekawe, czy wiele z nich czyści piaskiem podłogi także w zimie. Ona już jesienią zgromadziła 

w chacie piasek na ten cel. Pod jej dachem brud nie miał prawa gościć.

Glos Simona pobrzmiewał złowrogim spokojem i obcą mieszkańcom wioski hardością. 

Lodowaty chłód bijący z jego oczu sprawiał, że wszyscy najchętniej by się wycofali.  Nie 

pojmowali bowiem, co się stało z grobem synka Mai i Simona, małego Artura Bakkena, ale 

background image

opowieść Simona nimi wstrząsnęła.

- Miałem nadzieję, że załatwimy to wspólnie. Przyrzekłem sobie, że nie podniosę ręki 

na tego... lub na tych, którzy dopuścili się tych niegodziwości. Pod warunkiem, że będą mieli 

odwagę się do wszystkiego przyznać. Ale najwyraźniej nic takiego się nie stanie. W tej sytuacji 

chcę, żebyście wszyscy usłyszeli i zapamiętali: Jeśli dowiem się, kto sobie z nas drwi, nie okażę 

miłosierdzia. A możecie być pewni, że się dowiem. Nie spocznę, póki nie znajdę sprawcy.

Maja   nie   nastawiła   kawy.   Takich   gości   nie   miała   zamiaru   częstować   kosztownym 

trunkiem. Gdy mieszkańcy wioski zorientowali się poniewczasie, rozeszli się do domów, w 

kolejności odwrotnej do tej, w jakiej przybyli. Najpierw niecierpliwi młodzieńcy, przestępujący 

z nogi na nogę, potem dziewczęta, które, zwiesiwszy głowy, powoli zaczynały rozumieć, że 

Simon Bakken przestał być czuły na ich wdzięki. Potem wyszli mężczyźni, uznawszy że dłużej 

siedzieć nie uchodzi, aż wreszcie kobiety, które przywykły zbierać się na pogawędki w różnych 

miejscach.

Przed Mają zatrzymała się na chwilę bezzębna staruszka. Popatrzywszy na nią niemal ze 

współczuciem, wybełkotała:

- Moja droga, marny twój los! Zawsze będziesz żyć w cieniu swojej matki. Tak, tak, 

wiele by można mówić o Raiji, ale ona miała w sobie coś! Bóg mi świadkiem, że żadne z jej 

dzieci nie zostało ulepione z tej samej gliny. A już najmniej ty. Żyjesz w cieniu...

Staruszka odwróciła się i wyszła. Zostali sami.

- Nie udało się. Nic nie wskóraliśmy - odezwał się Simon. - Wszyscy wyglądali jak 

niewiniątka. A już ja się na tym znam. Łotra wyczuję na odległość, mam wprawę.

- W każdym razie ich ostrzegłeś - uznała Ida, która jakby w imieniu Mai nastawiona 

była bojowo.

- Pozostaje nam czekać - uznał Reijo. - Czekać i obserwować. W każdej chwili możecie 

się przenieść na przylądek. Miejsca jest dość.

- Tu jest nasz dom - odparła Maja blada jak płótno. Serce jej waliło, wciąż nie mogła 

zapomnieć proroczych słów staruszki.

Reijo wychwycił w jej głosie ton lęku.

- Nie bierz sobie tego do serca - poprosił, ujmując jej dłonie. - Nie pierwszy i nie ostatni 

raz ktoś cię z nią porównuje - ciągnął. - Była twoją matką, kobietą, której się nie zapomina. 

Właściwie ona nie pasowała do tego miejsca. Nigdy jej tu nie zdołali bliżej poznać. To, co o 

niej opowiadają, to tylko ich wymysły. Teraz po latach stała się legendą. Nadają jej niezwykle 

cechy. To zawsze ubarwia nieco opowieść. Ale kiedy żyła pośród nich, nie chcieli jej za-

akceptować! Dobrze znam tę starą. Kiedy spotykała Raiję, za każdym razem spluwała za nią 

background image

pogardliwie. Nigdy nie powiedziała o niej dobrego słowa. Nie przejmuj się więc tym, co teraz 

wygaduje. Jesteś równie wyjątkowa jak twoja matka, dziecino. Nie jesteś gorsza ani mniej 

wartościowa.

Maja uśmiechnęła się blado. Reijo nie miał pojęcia, ile dla niej znaczą te słowa. Gdyby 

wiedział...

Szkoda, że nie powiedział jej tego wcześniej, zanim starucha wszczepiła w jej serce 

swój jad. Zanim ona sama zaczęła marzyć...

- Sprawia mi to ból - powiedziała tylko. - Co prawda powinnam już przywyknąć, ale za 

każdym razem jest mi przykro.

- Nie tylko tobie - wtrąciła Ida. - Mnie też ta starucha nie pozostawiła nadziei. Żadne z 

nas nie dorównuje mamie. Założę się, że mama uśmiechnęłaby się tylko, gdyby to słyszała. Bo 

chyba nie należała do kobiet, które śmieją się hałaśliwie.

- Nie mów tak! - odezwał się Reijo ciepło. - Wasza mama nie była bez wad.

Kiedy tak ożywały w nim wspomnienia o Raiji, widać było wyraźnie, że nigdy nie stała 

mu się obojętna. Ich związku nic nie mogło zniszczyć. Ida nie nazywała tego uczucia miłością, 

Maja jednak nie była tego pewna.

Simon nie pamiętał Raiji i nie potrafił dzielić z pozostałymi magii wspomnień o tej 

niezwykłej   kobiecie.   Nie   pojmował   tego   wciąż   żywego   stosunku   dzieci   do   matki,   której 

właściwie nigdy przy nich nie było.

- W każdym razie, Maju, nie rozmyślaj już o tym - zakończył Reijo stanowczo.

Obiecała   mu   to,   ale   zielone   oczy,   przed   którymi   trudno   było   cokolwiek   ukryć, 

zauważyły, że ta obietnica nie zostanie dotrzymana.

Kiedy Maja i Simon zostali sami, chata wydała im się bardzo przestronna.

- Nie podobało ci się - stwierdził Simon, bo nie potrzebował pytać, by to wiedzieć.

- Nie lubię dopuszczać ludzi zbyt blisko siebie - wyznała Maja. Było to jedno z niewielu 

zwierzeń w jej życiu. - Gdy zobaczyłam ten tłum, oblał mnie zimny pot. Dziękuję, że stanąłeś 

przy mnie, że domyśliłeś się tego, Simonie. Nie spodziewałam się.

Nie zasłużył na to podziękowanie. Zakłopotany, wiedział dobrze, że był równie ślepy 

jak inni. Kiedy dziewki niczym gęsi otoczyły go ciasnym kręgiem, poczuł się przez moment tak 

jak w młodzieńczych latach. Pławił się w błyszczących, pełnych podziwu spojrzeniach.

Nie   dostrzegł,   że   Maja   potrzebuje   czyjejś   bliskości.   Gdyby   nie   Ida,   nieświadomie 

zraniłby ją podwójnie.

- Jesteś więcej warta niż te wszystkie gęsi razem wzięte - rzucił krótko, nie patrząc na 

żonę. Wolał nie mówić zbyt wiele, bo Bóg raczy wiedzieć, czego by się domyśliła.

background image

- Zawsze potrafiłeś rozdawać gładkie komplementy.

- Teraz jednak mówię tylko to, co myślę naprawdę. - Popatrzył na nią przeciągle i dodał: 

- Nie bawię się już w udawanie, Maju, ten etap mam już za sobą. Nie jest mi to do niczego 

potrzebne. Przynajmniej tyle się nauczyłem.

- Co zrobimy, jeśli znów się coś stanie?

- Nie uprzedzajmy zdarzeń! Może ich wystarczająco przestraszyłem. A może mimo 

wszystko będę musiał użyć pięści.

- Jeśli to się nie skończy, Simonie... - Maja urwała wpatrzona w płomienie, dostrzegając 

w nich coś przerażającego. - ...a my nie dowiemy się, kto się za tym kryje... Może wyjedziemy 

stąd? Po prostu wyjedziemy. Przecież są inne miejsca, gdzie moglibyśmy osiąść.

- Na północ? - spytał chłodno. Nie ma mowy, nie będzie szukał szczęścia wespół z 

Finami z gór, z Lapończykami z wybrzeża i Kwenami.

- Może na zachód? - rozmarzyła się. - Podobno tam jest pięknie, rozległy płaskowyż jak 

okiem sięgnąć. Malselv, Bardu. Moglibyśmy rozpocząć tam nowe życie. W miejscu gdzie nikt 

nas nie zna. Gdzie nikt by nas z nikim nie porównywał. Gdzie po prostu bylibyśmy sobą.

- To by nic nie zmieniło. Nie da się uciec od siebie, Maju - rzekł ze smutkiem, a na 

twarzy przemknął mu uśmiech. - Zobaczymy. Tam jest pięknie, ale nie wiem, czy byłabyś tam 

szczęśliwa. Ja w każdym razie tęskniłbym okrutnie za ukochanymi górami.

Nie   ponowiła   prośby.   Nie   zwykła   o   nic   żebrać.   Jeśli   tego   nie   zauważył,   nie 

potrzebowała innej odpowiedzi. Na pewno nie będzie go błagać na kolanach.

- Może byśmy już tak poszli spać? - zaproponował, nakarmiwszy owce. Pachniał oborą, 

przypominając dawnego Simona.

- Już przeniosłam swoje posłanie. - Maja ruchem głowy wskazała na ławę kuchenną. Jej 

ściągnięta twarz wyglądała surowo, jak twarz jakiejś starej ciotki.

Simon bez słowa zdjął ubranie robocze i powiesił je w sieni. Potem zamknął dokładnie 

drzwi i dopiero wówczas znalazł właściwe słowa, których wypowiedzenie nie przyszło mu 

jednak z łatwością. W rozmowie z Mają często brakowało mu słów.

-   Maju,   jeśli   ty   będziesz   spała   w   kuchni,   to   nasz   związek   nie   ma   żadnych   szans. 

Wydawało mi się, że po dzisiejszym poranku wrócisz z powrotem do alkierza.

- Czy ma to jakiś sens? - zapytała.

- Żadne z nas pierwsze nie otworzy dzielących nas drzwi, wiesz to równie dobrze jak ja. 

Nie układa nam się teraz dobrze, ale jeśli nie podejmiemy próby, będzie jeszcze gorzej. Czuję 

się wypalony. Czasami mam straszną chęć ranić cię, tak żebyś cierpiała. Chodzą mi po głowie 

okropne myśli. Znienawidziłabyś mnie, gdybyś je znała. Ale mimo wszystko pragnąłbym, żeby 

background image

jakoś nam się ułożyło. Ze wszystkich ludzi w tych stronach jesteś jedyną osobą, z którą wy-

obrażam sobie dalsze życie. Przy której chciałbym się zestarzeć. Czy to nic nie znaczy? Jesteś 

skłonna spróbować czy też wolisz niczego nie zmieniać?

- Nie chcę zostać zraniona - odparła. - Nie chcę być wykorzystywana.

Trafiła w czuły punkt.

Odwrócił   się   bokiem   i   oparłszy   czoło   o   ścianę   z   drewnianych   bali,   zamilkł,   nie 

znajdując wytłumaczenia.

- Jestem brutalny - rzekł w końcu. - Część mnie pragnie posługiwać się przemocą. I 

znajduje w tym upodobanie. Nie będę nic ukrywać przed tobą. Moja lepsza strona żałuje tego, 

co ci uczyniłem, ale ta druga, mroczna, znalazła w tym przyjemność.

- Nie chcę Simona, który używa siły i gwałtu. Który jest chłodny, szydzi sobie ze mnie, 

by w tej samej niemal chwili mnie całować.

- Nie chcę nim być! - krzyknął Simon, prostując się i pięściami bijąc w ścianę, że aż 

zadzwoniły naczynia na półkach. - Nie chcę, Maju! Ale on jest częścią mnie, tak jak ręce czy 

nogi. Nie mogę sobie dać odrąbać ręki, tak samo nie mogę pozbyć się mrocznej strony samego 

siebie. Bo ten zły Simon to także ja.

Maja czuła się zmęczona samotnością i strachem. Miała dość podejrzeń, chłodu, walki, 

ciągłego czuwania, czy zło nie bierze nad nim władzy.

- Jeśli podniesiesz na mnie rękę, wyprowadzę się - zagroziła. - Do kuchni albo na 

przylądek, jeśli to okaże się konieczne.

Simon rozumiał ją i nie mógł jej tego zabronić.

Przeniósł pościel do małżeńskiego łoża.

Wśliznęła się pod futrzane okrycie i położyła na samym brzeżku łóżka. Dalej już się nie 

dało, by nie spaść. Zamknął oczy i wstrzymał oddech, nasłuchując przerażonego oddechu żony, 

oddechu ściganego zwierzęcia. Poczuł jej zapach, zapach kobiety. Tak różny od tego, który 

towarzyszył mu w ostatnich latach.

Ostrożnie   podniósł   powieki,   ale   dostrzegł   jedynie   ciemność.   Nawet   po   chwili,   gdy 

wzrok oswoił się z mrokiem, ciemność zdawała się nieprzenikniona. Jakby trzymała stronę Mai 

przeciwko niemu.

Simon wyciągnął rękę, ostrożnie, jakby w obawie, że przestraszy Maję.

Opuszki palców dotknęły krągłego ramienia. Uchyliła je prawie niezauważalnie.

Simon przełknął rozczarowanie i przysunął się bliżej.

- Nie wiem, czy tego chcę - wyszeptała w ciemnościach. Czuła go, mimo że w nocnym 

mroku odróżniała jedynie czarny cień.

background image

Nie cofnął dłoni, od której biło ciepło. Grzał ją i sam czuł ciepło.

- Pozwól mi tylko ciebie dotykać - wyszeptał. - Tylko dotykać. Nic poza tym. Nie wiem, 

czy jestem zdolny do czegoś więcej. Ale tak bardzo pragnę cię czuć pod palcami.

Skinęła przyzwalająco głową, ale uświadomiła sobie, że on tego nie widzi. Z wielkim 

trudem pokonała lęk, przemogła się i przysunęła bliżej.

Przyciągnął ją do siebie, nieśmiało, jakby próbował tego po raz pierwszy.

Poczuł jej ciało pod długą nocną koszulą. Delikatne ciepło przenikało go leniwie.

-   Czy   bardzo   mnie   znienawidzisz,   jeśli   poproszę,   żebyś   zdjęła   koszulę?   -   zapytał 

ochryple.

Ledwie się powstrzymała, by nie krzyknąć i nie cofnąć gwałtownie. Opamiętała się 

jednak, uświadomiwszy sobie, że Simon, którego nienawidziła, nie pytałby o to.

Bez słowa rozpięła koszulę i zdjęła ją przez głowę. Ale czuła się bardzo nieswojo, leżąc 

z nim pod wspólną derką. Jego oddech pieścił jej twarz, dłonie, stwardniałe od ciężkiej pracy, 

gładziły ją czule. Maja nigdy dotąd nie przeżyła takiej bliskości z Simonem.

Kiedy go poznała, był już dorosły i doświadczony. Na tym polu zresztą miał więcej 

wprawy niż większość rówieśników. Znał się na sztuce uwodzenia i posługiwał się różnymi 

chwytami, by osiągnąć swój cel. Czy to jeden z nich?

Z drżeniem odsunęła od siebie tę myśl. I choć wątpliwości kłuły niczym igły, to jednak 

wolała mu wierzyć. Musiała. Sama sobie złożyła tę obietnicę.

Ze zdumieniem gładził ciało Mai, jego dłonie stały się jakby dodatkową warstwą jej 

skóry. Chociaż zdawała sobie sprawę, jaki potrafi być okropny, pod wpływem jego pieszczot 

rozbudziła się. Nic nie mogła na to poradzić.

Czuła przyjemne drżenie w całym ciele, pragnęła dotykać go, ale zdołała nałożyć na 

siebie pęta.

Ciało jednak nie dało się przekonać. Zdradziły ją soki i zapach. Tętno bilo w szalonym 

rytmie,   kiedy   opuszki   palców   zatrzymały   się   oczarowane   na   jej   szyi.   Jej   wrażliwa   skóra 

dosłownie drżała, domagając się pieszczot i pocałunków.

Słyszała, jak wstrzymał oddech, ale leżała na tyle blisko, że czuła, iż jej nie pożąda.

Jego   dłoń   powędrowała   ku   piersiom.   Zdumiony,   pogładził   je   wargami,   pieścił 

koniuszkiem języka, budząc w Mai jeszcze żywszą namiętność.

Jej dłonie zacisnęły się na jego pośladkach. Ocierała się o niego bezwstydnie, pragnąc 

go podniecić, pragnąc poczuć, że jest dla niego kobietą, choć zdawała sobie sprawę, że może 

zostać odtrącona. Położyła się ciężko na nim i skierowała jego męskość tam, gdzie chciała, po 

czym zaczęła ujeżdżać go z ogniem, jakiego nie czuła chyba od czasu, kiedy próbowali tego po 

background image

raz pierwszy wśród skał i wrzosów.

Zagryzła wargi, by nie krzyczeć ze szczęścia, aż poczuła w ustach smak krwi. Ale 

dotarło do niej, że przecież nikt ich i tak nie może usłyszeć, pozwoliła więc dojść do głosu 

rozkoszy, która niczym ptasi krzyk wypełniła ciszę.

Zamknął ją w ramionach, obrócił na plecy. Zjednoczona we wspólnym rytmie ponownie 

sięgnęła szczytu spełnienia. Wygięta ku niemu, każdym nerwem chłonęła doznania.

Już po raz trzeci pragnęła przeżyć to samo, gdy on przerwał zawiedziony. Wysunął się z 

niej i obróciwszy się plecami, zacisnął mocno zęby, nie odzywając się nawet słowem.

Delikatnie objęła go od tyłu.

- Nie masz się czego wstydzić.  Niewielu mężczyzn potrafi ofiarować kobiecie  tyle 

rozkoszy, ile ty mi ofiarowałeś.

- A skąd ty możesz to wiedzieć? - prychnął.

- Domyślam się. Gdyby potrafili, nie byłoby na świecie tylu niezadowolonych żon, 

prawda?

- Wygląda na to, że żaden ze mnie mężczyzna.

- Nie narzekaj - rzekła. - Przeżyłam niebiańską rozkosz. Nigdy dotąd nie było mi tak 

wspaniale.

- To dowodzi tylko, że byłaś wyposzczona - rzucił z goryczą. - Ale zawsze to jakaś 

pociecha.

Przytuliła się twarzą do jego policzka.

- Wiele przeżyłeś, Simonie. Na każdym człowieku coś takiego pozostawia piętno.

- Piętno utraty męskości?

- Nie straciłeś jej, jedynie nie udało ci się zrobić tego do końca.

Roześmiał się głucho.

- Powinniśmy rozpuścić o tym plotkę, Maju. Wyobraź sobie, jaki ludzie mieliby ubaw. 

Simon, taki ogier, ujeżdża na darmo. Tylko pot spływa mu po plecach. Nic więcej.

- Pozostało ci przynajmniej poczucie humoru - stwierdziła.

Trzymała go w ramionach, aż zasnął. Mimo wszystko odniosła jakieś zwycięstwo.

Ale bolało ją jedno wspomnienie. Simon nie miał trudności ze spełnieniem, kiedy wziął 

ją siłą.

Jak wiele zmienił w jej mężu ten drugi Simon?

background image

7

Senne koszmary, ogień, cień. Obca kobieta.

Natrętne obrazy. Strumienie ciepła i chłodu. Nie można im się oprzeć, nie można się 

przed nimi schować.

Maja przewracała się niespokojnie z boku na bok. Chciała się obudzić, ale nie mogła się 

wyrwać niewidzialnym dłoniom trzymającym ją w iluzji.

Gdzieś   zniknęły   góry,   wokół   rozciągała   się   otwarta   równina.   Czyżby   śniło   się   jej 

Malselv?

Czy jeden sen może pojawić się w innym śnie?

Maja płynęła, napełniając się coraz większym spokojem. Czuła, jak jej ciało przestaje 

walczyć i stopniowo się poddaje. Chciała tego, choć się bała. Wirowała, a potem wniknęła w 

mglistą przestrzeń, jakby w inny wymiar. Była i jej nie było. Nie miała własnego ciała. Nie 

czuła bólu. Była tylko pospieszną myślą gnaną przez oddech wiatru, stanowiąc z nim jedność.

Otwarta przestrzeń.

Wiele domów, więcej niż kiedykolwiek widziała. Osobliwe chaty zbudowane z bali i 

kamieni. Takich nie stawiało się nad fiordem Lyngen.

Ale we śnie wszystko jest możliwe.

Otwarta przestrzeń przykryta śniegiem. Jakieś  morze? Jest większe niż jej rodzinny 

fiord...

Morze albo rzeka... Ale czy rzeki mogą być takie szerokie?

We śnie chyba tak.

Morze. Nie lubi morza.

To szaleństwo! Przecież kocha morze! zaprzeczała samej sobie. Uwielbia przyglądać 

się, jak zmienia się jego barwa, patrzeć, jak spienione fale układają się w coraz to nowe wzory, 

jak tańczą, bawią się i śmieją głosem dobywającym się z samej głębiny.

Kocha morze.

Ale w duchu coś jej szeptało, że go nienawidzi.

Ziąb.

Czuła lodowaty chłód w ciele, którego nie posiadała. Sen wypełnił się chłodem, stał się 

chłodem, bólem i smutkiem nie do zniesienia.

Zapadła noc, gdy nagle niebo, podświetlone polarną zorzą, zabarwiło się pastelowo 

żółto.

Zjednoczyła   się   z   zorzą,   wciągnął   ją   ten   świetlisty   szlak   na   niebie.   Miotał   nią   po 

background image

nieboskłonie bez celu i sensu, ściskając niegroźnie, tak jak dziecko podczas zabawy.

I znów ta  bezkresna  kraina.  Miasto  i domy zniknęły,  morze  także.  Pozostała  tylko 

szeroka rzeka, gdzieniegdzie pokryta cienkim lodem.

Nie miała pojęcia, skąd to wszystko wie. Jej wiedza pochodziła po prostu ze snu.

Poczuła, jak łagodna dłoń gładzi ją po policzku. Wtedy zorza, która miała w sobie coś 

ludzkiego, cofnęła się z powrotem na niebo, pozostawiając ją razem z jakąś kobietą w ciemnej 

pelerynie, uszytej z delikatnego sukna układającego się miękko w podmuchach wiatru.

Ujrzała pobladłą twarz kobiety, która w poświacie zorzy polarnej wydawała się jeszcze 

bielsza.

Usta, których nie miała we śnie, wypowiedziały słowa:

- Dlaczego nas opuściłaś? Dlaczego nie wracasz? Dlaczego mnie porzuciłaś?

Na twarzy, tak bardzo przypominającej twarz Idy, tyle że starszej, pojawił się słaby 

uśmiech.

- Zrobiłam to, co musiałam - odezwała się kobieta dobrze znajomym głosem. Niemal 

przez wszystkie lata swojego życia Maja tłumiła w sobie wspomnienie tego głosu. Nawet we 

śnie jego brzmienie sprawiało jej ból. - Zrobiłam to, co musiałam, Maju. Zawsze byłam sobie 

wierna, wierna swoim obowiązkom. Teraz też robię to, co muszę, dziecino. Przekazuję ci moje 

zdolności.   Otrzymałam   je,   wcale   o   nie   nie   prosząc.   Poniekąd   stały   się   moim   życiowym 

brzemieniem. Bez nich jednak nie potrafiłabym żyć. Nie chciałam ich nikomu przekazywać. 

Wolałabym  zabrać   je ze   sobą  w  tę  inną  wieczność.  Ale   to  niemożliwe.   Moc  musi  trwać. 

Dźwigasz wiele na swoich barkach, Maju, ale to właśnie ty moich zdolności potrzebujesz 

najbardziej. Niechętnie pozostawiam ci takie dziedzictwo. Niech przyniesie ci mniej bólu niż 

mnie! Zapewne będziesz je przeklinać, przeklniesz i mnie, ale ja sama nie mogę pomóc tym, 

którzy są dla mnie tacy ważni. Ty musisz zrobić to za mnie. Przywrócisz życie komuś, kogo 

obie kochamy.

Chłód.

Masy chłodu, które otoczyły Maję, nadały jej ciało i formę, mimo że dla niej pozostały 

niewidzialne. Otrzymała nową mądrość, ale nie miała pojęcia, do czego jej użyć.

- Spójrz, dlaczego! - usłyszała głos kobiety.

Ujrzała ogień i lód. Usłyszała krzyk ludzi, poczuła przemożny lęk.

Marzła,   ale   wiedziała,   że   potrafi   przezwyciężyć   chłód   i   lód.   Była   bezpieczna. 

Dziedzictwo, które otrzymała, chroniło ją jak pancerz.

Pokryta śniegiem kraina zniknęła.

Maja odzyskała ciało, odzyskała własne uczucia. Szczękała zębami z zimna, ale nadal 

background image

tkwiła w objęciach snu.

-   Zapomniałam   zapytać,   czy   jesteś   szczęśliwa   -   mamrotała,   poruszając   pobielałymi 

wargami.   -   Zapomniałam   zapytać.   Mam   nadzieję,   że   ci   tam   dobrze.   Kocham   cię,   mimo 

wszystko...

Simon bał się. Obudziły go obce głosy wydobywające się z ust Mai.

Maja mówiła coś wyraźnie przez sen.

Zrozumiał jedynie, że zapomniała zapytać kogoś, czy jest szczęśliwy.

Dotknąć, oczywiście musi jej dotknąć.

Usiłował ją obudzić, potrząsał nią lekko, ale to tylko wzmogło w nim strach. Maja była 

bowiem   bardziej   przemarznięta   niż   poprzedniego   ranka,   kiedy   przemoczona   wpadła 

gwałtownie do alkierza.

Nie obudziła się.

Spała cała zlana potem. Oddychała tak wolno, że serce skoczyło Simonowi do gardła.

Wstał niepewny. Napalił w piecu i ubrał się. Poszedł do obory, zobaczył, że zapowiada 

się ładny dzień. Niebo zarumieniło się lekko na wschodzie, rozjaśniając ciemną granatową 

barwę.

Wróciwszy do chaty, odłamał kilka kawałków z okrągłego, płaskiego żytniego chleba z 

otworem w środku. Żuł go, nie czując wcale kwaskowatego smaku.

Zanim ożenił się z Mają, nigdy nie próbował tego typowo fińskiego przysmaku. Teraz 

stał się częścią jego codzienności, chlebem powszednim. Ile jeszcze nowych rzeczy wniosła w 

jego życie! Fińskie słowa, których używała równie często jak norweskich i które on z czasem 

także zaczął rozumieć. Krótkie fińskie przyśpiewki, które nuciła pod nosem. Sauna, którą teraz 

uważał za coś oczywistego, za czym bardzo tęsknił przez te pełne goryczy lata.

Stracić ją? Stracić Maję?

Dobry Boże, nie! Nigdy nie chciał jej skrzywdzić. Zbyt wysoko ją cenił.

Z kawałkiem chleba w ręce wsunął się do alkierza, już od drzwi nasłuchując uważnie.

Czyżby oddychała szybciej?

Chyba tak, odrobinę. Za wszelką cenę pragnął w to wierzyć.

To musi być prawda!

- Dobry, wszechmocny Boże, nie pozwól, by coś się jej stało - modlił się bezgłośnie, 

poruszając ustami. - Nie wiem, co się z nią dzieje, ale ty na pewno wiesz. Spraw, by się 

obudziła! Pewnie tkwi w tym jakiś głębszy sens, chociaż ja go nie pojmuję i dlatego się lękam. 

Błagam cię tylko o jedno, żeby się obudziła i była taka jak zwykle. Reszta jest nieważna. Niech 

Maja będzie po prostu Mają! Proszę cię, amen.

background image

Simon nie miał odwagi jej dotknąć. Nie poruszyła się ani trochę, leżała w tej samej 

pozycji, w której ją zostawił. Tylko oddychała inaczej, chyba szybciej.

Nie mógł biec do matki po pomoc, bo ta prosta kobieta nic by z tego nie zrozumiała. 

Pewnie zaraz podejrzewałaby moce nieczyste, uznałaby, że to dzieło szatana i rozpaplałaby na 

całą okolicę. Nie potrafiła trzymać języka za zębami i często wyrywała się z czymś nie w porę.

Simon, choć nie pojmował do końca, co dzieje się z Mają, wiedział jedno: musi ją 

uchronić przed ludzkim gadaniem.

Drżał ze strachu, ale nie pozostawało mu nic innego, jak czekać.

Czy to kara? Czy w taki sposób musi zapłacić za srebrniki? Wysoka cena.

Simon nie wierzył w wieczne potępienie. Zapłacił z nawiązką za te brzęczące monety. 

W księdze rachunkowej Boga ta pozycja z pewnością nie jest obciążona żadnym długiem.

Maja jest chora.

Jeden Bóg raczy wiedzieć, co jej dolega!

Czy to jego wina?

Nic nie mówiła, nie ruszała się, niemal nie oddychała. Leżała jak nieżywa.

Ale nie wolno mu myśleć o najgorszym.

Jakże Simon się zdziwił, gdy nieoczekiwanie w drzwiach pojawił się zdyszany Reijo. 

Widać, że drogę z przylądka przemierzył w pośpiechu.

- Nie wszystko u was dobrze - stwierdził i nie czekając na odpowiedź, podszedł do 

uchylonych drzwi i zerknął przez szparę do alkierza.

- Masz pojęcie, co jej jest? - zapytał Simon zrezygnowany.

Reijo stał przez chwilę nieruchomo, po czym wszedł do środka i usiadłszy na brzegu 

łóżka, wziął w dłonie chłodną rękę Mai. Simon obserwował go z odległości kilku kroków.

- Gdziekolwiek teraz przebywasz, Maju, wróć, proszę, natychmiast! - przemówił Reijo. 

- Ona chciała tego. Nie wolno ci pogrążyć się w nicości. Tam nic nie zdziałasz. Ona chciała, 

żebyś coś dla niej zrobiła. Otrzymałaś zadanie, dziecino. Potrzebujemy cię tutaj, straszliwie 

potrzebujemy.

Przez chwilę siedział tak, trzymając jej białą dłoń, a potem delikatnie schował ją pod 

futrzane przykrycie. Nie okazał zdziwienia, gdy zobaczył, że leży w łóżku naga. Może go nawet 

ucieszyło, że żyją z Simonem jak mąż i żona.

- Co to jest? - zapytał Simon, przeczesując dłonią włosy. W jego oczach czaiła się jakaś 

dzikość. - Wydaje mi się, że wiesz, co się z nią dzieje... Jakbyś to już kiedyś widział... - urwał, 

nie spuszczając z Reijo rozszerzonych ze zdumienia oczu. - Skąd w ogóle wiedziałeś, że dzieje 

się coś niedobrego? Powiedz!

background image

Reijo opadł ciężko na ławę.

- Masz coś gorącego do picia? - zapytał. Simon podgrzał kawę z poprzedniego dnia i 

nalał do drewnianego kubka.

- Tak, widziałem to już kiedyś - odezwał się Reijo, przełknąwszy łyk mocnego płynu. - 

Miałem nadzieję, że nigdy więcej tego nie ujrzę. Ale to chyba było nieuniknione.

- Co to jest, do czarta? Reijo wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Boję się nazwać to słowami. Nie wierzę, ale przecież widzę, co się dzieje.

- Co?

- Zmarzła - zaczął Reijo. - Stała się nienaturalnie zimna, śniły jej się dziwne sny...

- Skąd wiesz? - Simon pokiwał głową z zapałem. - To się zdarzyło już po raz drugi. 

Rzeczywiście straszliwie zmarzła. I te sny! Nie wiem, jak to się zaczęło teraz. Obudziło mnie 

jej majaczenie. Powtarzała, że zapomniała zapytać, jak ktoś się czuje. Że bardzo kocha tego 

kogoś. A potem już tylko leżała nieruchomo, prawie nie oddychając. Reijo, czy ona umrze?

- Musimy wierzyć, że powróci do nas - odparł Reijo. - Nic nie możemy zrobić. To 

dotyczy sfery dla nas nie znanej i niepojętej.

Głęboko odetchnął i zapatrzył się przed siebie, wspominając przeszłość.

- Kiedyś coś takiego przytrafiło się Raiji - odezwał się po chwili. - Przebywaliśmy na 

odludziu, w dość dziwnym miejscu na płaskowyżu. Po tym zdarzeniu wiedziała piekielnie dużo 

o dramacie, jaki się tam rozegrał, wiedziała o takich rzeczach, o których, na zdrowy rozum 

biorąc, nie mogła wiedzieć. Trudno było to wyjaśnić. Tak samo zrobiła się zimna, a oddech 

ledwo dało się wyczuć. Zapadła w jakiś niepojęty dla mnie stan. A potem śniły jej się prorocze 

sny. Przeżywała niektóre rzeczy tak, jak gdyby naprawdę była gdzie indziej. Jak gdyby na-

prawdę widziała to, co się miało zdarzyć. A poza tym została obdarzona nadprzyrodzonymi 

zdolnościami,   których   nie   odziedziczyła   po   przodkach.   Sama   nie   do   końca   to   rozumiała. 

Próbowała mi o tym opowiedzieć. Mówiła coś o wierzeniach lapońskich i o czarach. Ale ja nie 

wyrosłem w takim środowisku i nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nadal nie potrafię tego 

wytłumaczyć. Nie wierzę w magię, nie wierzę w to wszystko, ale nie mogę zaprzeczyć, że coś 

takiego miało miejsce.

- Myślisz, że to samo dzieje się z Mają?

- Maja jest córką Raiji - odrzekł Reijo, starając się zachować rozsądek. - To nie jest 

nienaturalne. To nas przeraża, ale ja myślę, że tkwi w tym jakiś sens.

- Skąd wiedziałeś? - zapytał ponownie Simon.

Kiedy słuchał, co mówi Reijo, rosła w nim nieufność. Ojczym Mai zbyt trzeźwo patrzył 

na świat, by opowiadać takie bzdury. Coś się musiało za tym kryć.

background image

- Dziś w nocy śniłem dziwny sen - wyjaśnił Reijo. - Tak, mnie się też to zdarza... Raija 

miała niezwykłą zdolność nawiązywania kontaktu z tymi, których kocha.

- Wydawało mi się, że pogodziłeś się z jej śmiercią.

- Tak silnych więzi nie może przerwać nawet śmierć - odrzekł cicho Reijo.

- Naprawdę w to wierzysz?

- A co mi pozostaje? Zresztą powtarzam ci, widziałem coś takiego już wcześniej. Wtedy 

wszystko się dobrze skończyło. Widziałem, co nastąpiło potem. Mogę wierzyć, mogę starać się 

odgadnąć, a jeśli dopisze mi szczęście, zobaczę, jak się wszystko potoczy. My obaj jesteśmy 

zwykłymi śmiertelnikami, nie potrafimy w żaden sposób się temu przeciwstawić.

- Chcesz przez to powiedzieć, że Maja nie jest taka jak my? - zapytał Simon, a w jego 

głosie dało się wyczuć lodowaty chłód.

- Nie, ale jest coś osobliwego w kobietach spokrewnionych z Raiją. Są wrażliwe na 

rzeczy, których my, pozostali, nie dostrzegamy. To, co dla nas niedostępne, staje się częścią ich 

życia. Nie potrafię tego nazwać. Dlatego nie zwykłem o tym rozprawiać.

Ludzie łatwo przyczepiają innym łatkę. Nie chciałem, żeby mieli mnie za przesądnego 

starucha.

Reijo pozostał w chacie. Chciał dotrzymać towarzystwa Simonowi, który z rozpaczy 

bliski   był   utraty   zmysłów.   Zaczął   nawet   odczuwać   cieple   uczucia   wobec   tego   młodego 

mężczyzny, który był jego zięciem.

Nie rozmawiali wiele ze sobą. Reijo zdawał sobie sprawę, że niełatwo jest wierzyć jego 

słowom. Sam ciągle nie potrafił się uporać z tymi niezwykłymi wspomnieniami. Miał głęboko 

zakorzenioną   nieufność   wobec   wszystkiego,   czego   nie   dało   się   dotknąć,   choć   dopuszczał, 

oczywiście,  odczuwanie  wzruszenia   i  szczęścia  towarzyszące   pięknemu  widokowi   zachodu 

słońca czy też okrzykowi samotnej siewki złotej na bezludnym płaskowyżu.

Ale to nie było to.

Zapadł już wieczór, gdy Maja wreszcie się poruszyła.

Odbywało się to według tego samego schematu, jaki Reijo zapamiętał.

Oddech stał się głębszy i stopniowo powrócił do normalności. Skóra najpierw pokryła 

się kropelkami potu,  potem odzyskała normalną temperaturę,  a bladość na twarzy ustąpiła 

mocnym rumieńcom.

Maja przewróciła się na bok, zwyczajnie, jak w czasie snu.

Wreszcie się obudziła.

- Taka jestem zmęczona - powiedziała. Spała prawie całą dobę. Simon opadł na kolana 

przy posłaniu z rękami złożonymi jak do modlitwy.

background image

- Dobry Boże - odezwał się. - Chyba jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałem. To się nie 

może już więcej powtórzyć! Nigdy więcej, Maju!

W   rozświetlonym   wejściu   do   kuchni   dziewczyna   dostrzegła   Reijo,   który   otworzył 

szerzej drzwi, żeby rozproszyć mrok w alkierzu.

- Pamiętasz coś? - zapytał, zwracając się do niej. - Pamiętasz cokolwiek?

- To był sen - odpowiedziała z ociąganiem Maja, patrząc to na jednego, to na drugiego 

mężczyznę. - Simon, co się stało? - zapytała wreszcie. - Skąd się tu wziął Reijo? Przecież tak 

wcześnie nie przychodzi się z wizytą. Jeszcze ciemno.

- Już wieczór - wyjaśnił Simon. - Spałaś cały dzień.

- A taka jestem zmęczona - przerwała mu. - To był tylko sen, prawda? - zapytała 

niepewnie.

-   Co   ci   się   śniło?   Simon   przysiadł   na   brzegu   łóżka   i   pomógł   żonie   usadowić   się 

wygodnie, a potem, otuliwszy dodatkowo wełnianą derką, otoczył ją ramieniem. Był przy niej, 

gotów ją chronić.

- Opowiedz nam, Maju, co ci się śniło - powtórzył.

- Mama... - odrzekła, kierując rozbiegany wzrok w stronę Reijo. Nie widziała jego 

twarzy,  bo na tle  światła  z  kuchni  odcinała się  czarno tylko  jego  sylwetka.  Stał  oparty o 

framugę ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Wolałaby widzieć, jaką reakcję wywołały jej 

słowa. Potrzebowała teraz bardziej jego wsparcia niż pomocy Simona.

- Teren był rozległy, pokryty śniegiem - zaczęła. - Trudno sobie nawet wyobrazić taki 

krajobraz. Rzeka szeroka jak fiord. Domy... Nie widziałam nigdy takich. I zorza polarna. I 

mama ubrana w wełnianą pelerynę, która musiała kosztować mnóstwo pieniędzy.

Wyglądała pięknie. Wokół głowy miała upięty warkocz. Starsza, ale nie zupełnie stara. 

Ida jest bardzo do niej podobna. To wszystko było takie dziwne. Powiedziała, że musi mi coś 

przekazać, coś, czego właściwie nie chciała mi dać, bo przyniosło jej to tylko smutek, tak 

mówiła. Ale ja mam kogoś uratować... To było dziwne. Tak jakby ona mnie widziała, ale ja nie 

widziałam samej siebie. Trudno mi to wytłumaczyć.

- To był sen - rzekł Simon. - Sen, Maju. Na pewno się przeziębiłaś. Wczoraj zmarzłaś, a 

poza tym przeżyłaś wstrząs. Za dużo rzeczy zdarzyło się naraz. To tylko sen.

- Oczywiście, że to sen - przerwała mu zagniewana. - Nie jestem chyba taka głupia, 

żebyś musiał powtarzać mi w kółko to samo. Ale to było takie dziwne...

-   Potrzebowałaś   tego,   żeby   się   z   nią   pogodzić   -   odezwał   się   Reijo.   -   Zbyt   długo 

pielęgnowałaś w sobie gorycz, moje dziecko. Twoja matka robiła tylko to, co musiała i co 

uważała za słuszne. Jeśli ten sen pomoże ci to zrozumieć i zaakceptować, niech sobie nawet bę-

background image

dzie dziwny.

- Skąd wiesz, że użyła właśnie takich słów?

- Sama przed chwilą powiedziałaś - pospieszył z wyjaśnieniem Simon.

Maja   zdziwiła   się,   nie   wydawało   jej   się,   by   o   tym   mówiła,   ale   może   coś   jej   się 

pomyliło? Simon wstał.

- Przyniosę ci ciepłej zupy. A może masz ochotę na kawę?

Pokręciła głową.

- To był sen? - zapytała ponownie, kiedy w alkierzu została sama z Reijo.

Z ociąganiem podszedł do łóżka.

- Sny mówią tak wiele, Maju. Nie wolno się tylko ich przestraszyć albo pozwolić, by 

zawładnęły naszym życiem. To nie był zupełnie zwyczajny sen. Zdajesz sobie z tego sprawę, 

prawda?

Skinęła lekko głową.

- Przemierzyłaś długą drogę, Maju. Spotkałaś Raiję, a ona coś ci przekazała.

- Co?

- Zdolność i zadanie.

- Czy to znaczy, że ona żyje? Reijo wzruszył ramionami. Dobrze znała ten wyrażający 

bezradność gest.

- Nie sądzę. Ona na przykład otrzymała ten dar od kogoś, kto od dawna nie żył. Od 

kogoś, kto już nie potrzebował tych sił. Nie wierzę, żeby mogła ci przekazać te zdolności, 

gdyby nadal żyła.

Maja przełknęła ślinę.

- Ale ona wydawała się taka żywa, Reijo... Taka piękna...

- Pewnie chciała ci się pokazać z najlepszej strony. Zawsze była trochę próżna. A ty 

byłaś jej najukochańszym dzieckiem, dzieckiem Mikkala. Zawsze uważała cię za wyjątkową.

- Ale co ja mam zrobić? - wyszeptała Maja. Reijo długo się nie odzywał, wreszcie 

przerwał ciszę i odrzekł:

- Masz uratować mi życie.

- Skąd wiesz? Słyszała, jak serce wali jej młotem. Reijo zacisnął dłonie na drewnianym 

oparciu łóżka, aż pobielały mu palce, a potem pochylił głowę. W jego gęstych włosach błysnęła 

siwizna. Bał się spojrzeć na Maję, nawet w półmroku obawiał się napotkać jej wzrok.

Odetchnął głęboko i nadal nie patrząc na nią, zaczął mówić tak cicho, że tylko ona 

mogła go usłyszeć.

Simon zajęty w kuchni, przypuszczał pewnie, że Reijo uspokaja Maję. Nie mógł się o 

background image

tym dowiedzieć. Nie znał Raiji, więc nie rozumiał, że ta drobna kobieta, matka Mai i żona 

Reijo, miała w sobie coś mistycznego.

- Może jestem starym głupcem, Maju, ale ja też czasem miewam sny. Zdarza się, że są 

prorocze i sprawdzają się w życiu. Nie przywiązuję do nich zbyt wielkiej wagi. Ale wiem, do 

czego była zdolna Raija. Wiem, jak silne więzy łączyły ją z Mikkalem, nawet gdy dzieliła ich 

duża odległość. Ona miała w sobie coś, czego Mikkal także się w duchu obawiał. Widziałem ją 

w tamtym miejscu, gdzie tańczyły huldry... Przytrafiło się jej wówczas to samo, co teraz tobie. 

Pamiętam, jakie potem miała zdolności. Dzisiejszej nocy przyszła też do mnie. Nad ranem. 

Powiedziała,   że  muszę  zajrzeć   do  ciebie,  że   teraz  przekazała  swój  dar   tobie,   ponieważ  to 

konieczne. Dodała też, że sama nie może mi uratować życia. Tylko ty możesz to uczynić. A 

kiedy   wtrąciłem,   że   wolę   umrzeć,   byleby   cię   przed   tym   uchronić,   powiedziała,   że   to 

niemożliwe. Potrzebni jesteśmy oboje.

- Wierzysz w to? - zapytała Maja. Dopiero wówczas podniósł wzrok.

- Uwierzyłem, kiedy opisałaś, jak wyglądała w twoim śnie. Do mnie też przyszła ubrana 

w długą wełnianą pelerynę z kapturem. Miała zaplecione włosy, upięte w koronę wokół głowy. 

W kącikach oczu dostrzegłem delikatne zmarszczki. Peleryna była spięta piękną broszką...

- ...z jakimś kamieniem ozdobnym - z ociąganiem dodała Maja.

-   To   był   bursztyn.   Bursztyn   oprawiony   w   złoto.   Rajia   była   ubrana   z   wielkim 

przepychem. Ida jest rzeczywiście do niej podobna. Nawet sobie nie zdawałem sprawy, że aż 

tak bardzo.

-   To   niemożliwe.   -   Maja   kręciła   głową.   -   Niemożliwe,   że   coś   takiego   mnie   się 

przytrafiło.

- Owszem. Ale teraz musisz wrócić do rzeczywistości. Bądź gotowa. Mam nadzieję, że 

nie   wyzionę  ducha   tylko   dlatego,   że   ty   będziesz   zaprzeczać,   że   coś   takiego   mogło  ci   się 

zdarzyć.

- Nadal nie mogę w to uwierzyć. Reijo wzruszył ramionami.

- Wracam do domu. Już mnie nie potrzebujesz. Maja pozwoliła mu odejść, jedynemu, z 

którym mogła dzielić tę tajemnicę.

- To był sen - powiedziała do Simona, kiedy przyniósł jej miskę z parującą zupą. - Tylko 

sen.

background image

8

To   niezwykłe   zdarzenie   pozostawiło   w   Mai   i   Reijo   trwałe   piętno   i   połączyło   ich 

niewidzialnymi więzami.

Więcej nic złego nie spotkało mieszkańców chaty nad rzeką.

Simon   nabrał   przekonania,   że   jego   groźby,   wypowiedziane   w   obecności   całej   wsi, 

poskutkowały.

Maja zaś zdołała w pewnym sensie uporać się z tłumioną przez lata wrogością wobec 

matki.

Kobieta ze snu i mama Raija pozostały co prawda dla niej dwiema różnymi osobami, ale 

sen pomógł jej wybaczyć.

Sen dokonał w niej jeszcze jednej przemiany. Do tej pory wydawało jej się zawsze, że 

Reijo   jest   niczym   skala,   mocna,   niezłomna   i   niewzruszona.   I   nie   grozi   mu   żadne 

niebezpieczeństwo. Teraz przez cały czas drżała, że coś mu się stanie.

A ona przecież miała mu uratować życie!

Lękała się, czy nie zawiedzie w momencie próby. Czy zachowa przytomność umysłu? 

Nie wpadnie w panikę? Reijo jest przecież dla niej taki ważny!

Podczas styczniowego jarmarku nie dotarły do nich żadne nowiny od Knuta. Żaden z 

przybyszów z północy nie przypominał sobie, by go spotkał. Tylko jakiś starszy mężczyzna z 

Alty, zapytany o Knuta, wspomniał, że ktoś taki mieszkał tam przez jakiś czas. Czy to na 

pewno był on, pewien jednak nie był, zresztą podobno i tak już wyjechał.

Na jarmarku nie pojawił się nikt z lapońskiej wspólnoty, której przewodził Ailo. O tej 

porze roku sita koczowała na skraju fiordu Varanger, szmat drogi od Lyngen. Ailo tylko raz do 

roku pokonywał tę odległość, głównie po to, by podtrzymać kontakty z tymi, których także 

uważał za swoją rodzinę.

- Knut da sobie radę - uważała Ida. Z nich wszystkich ona przejawiała największy 

optymizm. Być może wynikało to z tego, że nie wtajemniczano jej we wszystkie sprawy.

- Ani się obejrzymy - ciągnęła niewzruszona - a pojawi się tu ze swoją wybranką i 

znowu będziemy tworzyć pięcioosobową rodzinę.

- Nie tak szybko! - Maja wylała jej na głowę kubeł zimnej wody.

- A kiedy ty spodziewasz się dziecka? - spytała Ida jak zwykle znienacka.

Maja podniosła wzrok i omal nie upuściła robótki, którą zawsze miała w rękach. Na 

szczęście były same.

- Jak się domyśliłaś? - zapytała Maja, której zdawało się, że nikt nie zna jej tajemnicy.

background image

Ida zatrzepotała rzęsami i potarła płomienny warkocz.

- Nie jestem taka naiwna, jak wam się zdaje - rzekła. - W twoich oczach pojawił się 

nowy blask. To chyba macierzyństwo tak zmienia kobietę. Częściej chodzisz się załatwiać, 

częściej jesz. Pamiętam ciebie taką... w końcu już raz nosiłaś dziecko.

Maja   potrząsnęła   głową   i   roześmiała   się.   Od   jakiegoś   czasu   już   wiedziała,   że   jest 

brzemienna, ale nikomu o tym nie powiedziała, nawet Simonowi. Póki co wolała zachować tę 

tajemnicę tylko dla siebie.

-   Sądzę,   że   niesłusznie   uważamy   cię   ciągle   za   młodą   i   niedoświadczoną. 

Niewykluczone, że jesteś najmądrzejsza z nas wszystkich.

- Powiedz o tym tacie - westchnęła Ida.

- Poród we wrześniu - ujawniła Maja w zaufaniu. - Urodzi się nam jesienne dziecko. 

Powinno być zdrowe i silne, nie sądzisz?

- Na pewno - potwierdziła Ida. - Simon wie? Maja pokręciła głową.

- Mężczyźni nic nie widzą. Dopiero kiedy kobiecie wystaje wielki brzuch, zauważają 

zmianę. Niebawem mu powiem. Pragnęłam, żeby jeszcze przez jakiś czas było to tylko moje 

dziecko. Na pewno uważasz, że to głupie...

Ida gwałtownie pokręciła głową. Serce Mai ścisnęło się z żalu na wspomnienie takich 

samych mądrych i wszystko rozumiejących oczu, ciemniejszych tylko o parę tonów.

- Chyba nie potrafię tego w pełni zrozumieć. Ale przecież to w twoim brzuchu dokonują 

się zmiany, nie w brzuchu Simona.

- Powinniśmy bardziej liczyć się z tobą - stwierdziła Maja i choć nie leżało w jej naturze 

zwierzać się komuś, ledwie się powstrzymała, by nie opowiedzieć siostrze o dziwnym śnie, 

który był czymś więcej niż tylko snem.

-   Simon   gotów  zamienić   dom  w  twierdzę   -   uśmiechnęła  się   młodsza   siostra.   -  Za 

każdym krzakiem widzi złoczyńcę. Cieszę się, że nie ma strzelby, bo nie wiem, czy dotarłabym 

tu cało. Na wszelki wypadek, gdy zbliżam się do waszej chaty, śpiewam na cały głos.

Maja zwróciła uwagę na ten nowy zwyczaj Idy, ale nie odgadła, skąd się wziął.

- Ty jesteś naprawdę wyjątkowa - uśmiechnęła się.

- Mogę opowiedzieć tacie o dziecku? Maja pokręciła głową.

- Nie, pomyśl o Simonie. Byłby niezadowolony, gdyby dowiedział się na końcu. Nie da 

się   zaprzeczyć,   że   ma  także   swój   udział   w  tej   sprawie.   Reijo   powiem,   ale   nieco  później. 

Wszystko w swoim czasie.

- On się zmienił - powiedziała Ida z namysłem. Maja wzmogła czujność.

- Wiesz, o czym mówię. Bardziej  przypomina tego dawnego Simona, choć stał się 

background image

bardziej męski. Rozumiałam twój lęk, bo chwilami zachowywał się tak, że i mnie skóra cierpła. 

Ale mimo wszystko różni się od mężczyzn, których znam. Czy nie brzmi to głupio?

- Już nie jest tak często tym drugim Simonem - odezwała się Maja cicho. - Choć nadal 

walczą w nim dwie natury, na ogół zwycięża Simon, którego poślubiłam. Ale pewnych stron 

samego siebie nigdy mi nie ukazuje. Przez sen wymawia jakieś imię, którego nigdy wcześniej 

nie słyszałam, i klnie tak siarczyście, że rumienię się ze wstydu. A kiedy się budzi, prosi mnie, 

bym się nie denerwowała. Powtarza, że prześladują go koszmary z tego okresu w życiu, który 

najchętniej wymazałby z pamięci. Dlatego nie chce ze mną o tym rozmawiać.

- Mówił coś na temat pieniędzy? Zręczne palce Mai zatrzymały się gwałtownie.

-   Nie   wiem   nawet,   gdzie   one   teraz   są.   Domyślam   się   tylko,   że   je   zakopał.   Nie 

powiedział mi, skąd je ma. Przestałam pytać. Może kiedyś uda mi się o nich zapomnieć. Nigdy 

jednak  nie  zgodzę  się  na  to,  by  coś  za  nie  kupić.  Wydaje  mi  się,  że  ociekają  krwią.  Ida 

obgryzała paznokcie, jak zawsze gdy się nad czymś intensywnie zastanawiała. Ściągnąwszy 

brwi przypominające kształtem ptasie skrzydła, zapytała:

- Lubisz Simona?

Maja  wykrzywiła   twarz   w   grymasie,   a   nozdrza   zadrgały   jej  lekko.   Palce,   na które 

nawijała wełnę, zastygły na moment w bezruchu.

- Czy lubię? Jesteśmy zmuszeni lubić się nawzajem, prawda? Oboje nawarzyliśmy piwa 

i musimy je teraz wypić. Nie mogę zrzucać na niego całej winy, bo przecież nie stało się to 

wbrew mojej woli. Byłam wprawdzie głupia, a on wydawał mi się taki interesujący...

- Chyba się trochę w nim wtedy podkochiwałam - wyznała Ida. - Więc go nie kochasz?

Maja rozłożyła ręce. Nieświadomie użyła takiego samego gestu, jakiego często używał 

Reijo. Ida zauważyła to, ale nic nie powiedziała.

- Mój Boże, Ido, pytasz i pytasz. Życie nie jest takie proste. Bawić się trzeba, póki jest 

się   młodym,   bo   potem   zaczyna   się   już   prawdziwe   życie.   Dla   większości   z   nas   to   ciężki 

obowiązek.   Ty   i   ja   nie   urodziłyśmy   się,   by   siedzieć   bezczynnie,   panno   Kesaniemi.   - 

Uśmiechnęła   się   zrezygnowana.   -   Ty   i   tak   jesteś   z   nas   w   najszczęśliwszej   sytuacji. 

Przynajmniej masz właściwe nazwisko. Poprzysięgłam sobie, że moje dzieci także będą miały 

właściwe nazwisko. To wystarczający powód, żebym została z Simonem. Właściwie go lubię, 

choć czasem budzi we mnie lęk. Ale przecież niejedna żona boi się swego męża, nie jestem 

więc wyjątkiem. Wydaje mi się, że on mnie na swój sposób kocha. Nie mówi mi tego. Nie jest 

taki rozmowny jak kiedyś. Kiedyś komplementy łatwiej mu przechodziły przez usta. Teraz nie 

przywiązuje do tego już takiej wagi.

- Potrafisz zrozumieć mamę, która dla Mikkala gotowa była poświęcić wszystko?

background image

Maja patrzyła na Idę, ale widziała ciemne oczy, o których nie wiedziała, czy są żywe 

czy martwe.

Czy   potrafi   zrozumieć?   Czyż   sama   nie   chciałaby   przeżyć   takiego   uczucia? 

Wystarczyłyby okruchy takich wspomnień, by karmić się nimi do końca swoich dni.

Ale żeby poświęcić tak wiele, ile poświęciła Raija?

Trudno osądzać czyjeś życie. Każdy kroczy własną drogą. Idąc za kimś, nigdy nie 

dostrzega się tych samych rzeczy.

Nie miała prawa osądzać. Decyzje Raiji zaważyły na jej życiu, ale nie miała prawa jej 

osądzać.

Wielkodusznie z jej strony byłoby powiedzieć, że rozumie.

- Chyba wszyscy postąpilibyśmy podobnie - rzekła niechętnie. - Ty, ja... Gdyby się tak 

ułożyło.   Być   może   uczucie,   jakie   ich   łączyło,   było   tak   wielkie,   że   warto   było   dla   niego 

poświęcić wszystko. Nigdy się tego nie dowiemy, nie ma więc sensu tego rozważać. Tych 

dwojga, którzy mogliby odpowiedzieć, nie ma już wśród nas. Na zawsze zatrzasnęły się za nimi 

bramy do krainy śmierci.

- Chciałabym przeżyć coś takiego - rozmarzyła się Ida. - Jak mama i Mikkal. Chyba 

mnie także może spotkać taka miłość.

- Każdy by chciał - powiedziała Maja, a drewniane druty, na których dziergała, trzasnęły 

jej w palcach. - Ale nie wszystkim jest to dane. Musisz liczyć się z tym, Ido, że czeka cię 

rozczarowanie. Niektórzy muszą zadowolić się tym, co dostaną. Takie jest życie.

- Właśnie - odezwał się Simon.

Nie zauważyły, kiedy stanął w drzwiach. Ida musiała przyznać sama przed sobą, że 

nadal na widok męża siostry czuje podniecający dreszcz.

Był   wysoki   i   przystojny.   Grzywka   wichrzyła   się   niesfornie,   choćby   dopiero   co   się 

czesał, a wyraz jego niebieskich oczu nieustannie się zmieniał.

- Wcześnie wróciłeś - stwierdziła Maja. Uśmiechnął się krzywo.

- Ryba nie brała. Kipiel. Nie było sensu marznąć na fiordzie. Bardziej mnie kusiło 

domowe ciepełko i ukochana żonka.

Błysk w oku dowodził, że Simon słyszał ostatnie słowa Mai, ale nie wiedział, w jakim 

kontekście je wypowiedziała. Ida, widząc malujący się na jego wychudzonej twarzy zawód, 

nagle doznała olśnienia: Simon naprawdę kocha Maję. Co więcej, zależy mu na niej bardziej 

niż Mai na nim.

- Tłumaczysz siostrze, jak ciężkie jest życie? - zdziwił się, ściągając wierzchnie ubranie. 

Przysiadł się do nich i mrugnąwszy do Idy, powiedział: - Słyszałem, że na przylądku aż roi się 

background image

od  zalotników.  Reijo chyba się   cieszy,  że  nie  ma więcej  córek.  Dość przeżył   kłopotów z 

dwiema starszymi, a teraz znowu ty, mała Ido. Wiesz, co chłopcy o tobie gadają?

Maja poderwała się gwałtownie, robótka spadła jej na podłogę. Nie patrząc na Simona, 

zgarnęła   spódnice,   zarzuciła   gruby   szal   na   plecy   i   chwyciła   kociołek,   w  którym   z   rybich 

wnętrzności gotowali karmę dla zwierząt. Wyszła pospiesznie, zatrzaskując za sobą drzwi.

Simon westchnął. Oparł się o krzesło i założył dłonie na karku. Nie miał sił udawać 

przed Idą.

- Widzisz, jak tu u nas wesoło, Ido - rzucił ciężko. - Szczęśliwe małżeństwo, nie ma co. 

Nie bądź taka głupia i nie wpuszczaj pierwszego lepszego pod spódnicę! Nie pozwól, żeby z 

tobą stało się to samo co z Mają. Nie daj się omamić gładkim słówkom jakiegoś czarusia, 

któremu tylko jedno w głowie. Tak, niektórzy muszą zadowolić się tym, co dostaną. Jeśli nie 

stracisz głowy, to nie musi się to przytrafić tobie. Jesteś piękną dziewczyną, Ido. Nie pozwól 

sobie zmarnować życia.

- A co z tobą? - zapytała Ida, patrząc na niego spod długich, gęstych rzęs. Podparła 

brodę i śmiało napotkała jego spojrzenie. Nagle poczuła się dorosła. - Co z tobą, Simonie?

- Musiałem się zadowolić tym, co dostałem - odparł głucho i przeczesał silnymi palcami 

włosy, jak zawsze gdy tracił pewność siebie.

- Na początku owszem, może tak było - rzekła Ida łagodnie, potrząsając głową. - Ale to 

się zmieniło. Nie znałeś tak naprawdę Mai, kiedy musieliście się pobrać. Nikt mi nie powie, że 

wielka miłość spada na każdego ot tak. Musiałeś ją jednak trochę lubić...

-  Hmm...  -   mruknął   z  goryczą,   sądząc  zapewne,   że  ma  ku  temu  powody.  -  Kiedy 

człowiek jest młody, nie myśli o dzieciach. A dziewcząt, które cię chcą, nie brakuje... Wtedy 

życie wydaje się takie ekscytujące. Czasem chce się spróbować czegoś nowego, tak jak na 

przykład z Mają... Ona chyba mnie z początku też nie lubiła zbytnio - dodał z namysłem. - 

Chciała mnie tylko dlatego, że byłem chłopakiem Elise.

- Piękny Simon... - westchnęła Ida. - Taki biedny, wykorzystany...

- Ja?

Ida pokiwała głową.

- Wykorzystany przez brzydką dziewczynę, przecież to miałeś na myśli.

- Maja nie jest brzydka - zaprotestował z gniewem.

- O, proszę, gotów jesteś jej bronić! - uśmiechnęła się Ida ze smutkiem i dodała: - Ja też 

nie uważam, by Maja była brzydka.

- Zdradziłem się - odezwał się z rezygnacją, a na jego twarzy przemknął grymas. - Cóż, 

Simon Bakken śmiertelnie się lęka, że ktoś odkryje, iż kocha swoją żonę.

background image

-   Mówisz   jej   o  tym?   Zaśmiał   się   śmiechem   pozbawionym  radości.   Ida  poczuła  na 

plecach zimny dreszcz.

- Pilnujemy się, żeby to drugie nie zyskało przewagi. Nie bez pewnej radości dzielimy 

ze sobą stół i loże. Nawet gawędzimy ze sobą i razem patrzymy przed siebie. Ale nie sądzę, że 

widzimy to samo.

Zamilkł. Przez moment ociągał się, wreszcie wydusił z siebie:

- Zapewne nie powinienem cię o to pytać, ale nie daje mi to spokoju. Wiem, że nie 

wzbudzam   w   Mai   najgorętszych   uczuć.   Czasem   mam   wrażenie,   że   ona   myśli   o   innym 

mężczyźnie. Czy przez te lata, kiedy mnie nie było, miała kogoś?

- Nawet gdyby, nie powiedziałabym ci o tym.

-   Owszem,   powiedziałabyś.   -   Simon   pochylił   się   na   krześle   i   chwycił   jej   dłonie, 

obrzucając   ją   spojrzeniem,   które   niejedną   dziewczynę   przyprawiłoby   o   rumieniec.   - 

Powiedziałabyś, Ido, bo ty mnie rozumiesz. Jesteśmy do siebie podobni. Ty też możesz dostać, 

kogo zechcesz. Ze mną było podobnie, z tą różnicą, że jestem mężczyzną. A ty jesteś ode mnie 

mądrzejsza. Chłopcy nie mogą cię podejść. Mówią, że nie dasz się nawet pocałować. Bawisz 

się z nimi, ale sprawiasz wrażenie, jakbyś się nudziła. Żadnego nie wyróżniasz, wszystkich 

lubisz   jednakowo.   Zastanawiają   się,   czemu   na   żadnego   nie   spojrzysz   łaskawszym   okiem. 

Zachodzą w głowę, o kim marzysz.

- Czy zawsze musi być ktoś taki? - zapytała lekko.

- Nie próbuj zamydlić mi oczu.

- Żaden nie może się równać z moim ojcem - uśmiechnęła się Ida. - Jeśli będę wybierać 

męża, to musi być dobry i mądry jak on.

- Zdaje się, że mało kto może równać się z Reijo - odparł Simon nie bez goryczy. - Nie 

zrozum  mnie  źle.   -  Podniósł   ostrzegawczo   ręce.   -  Nie   sądzę,   żebyś   durzyła  się  w  swoim 

szwagrze, ale twoje oczy są takie same jak oczy Mai. Odbija się w nich jakieś odległe ognisko, 

zasnuwa je dym gdzieś z daleka.

- Ładnie to ująłeś - rzuciła sucho Ida. - Nawet nie masz pojęcia, jak trafnie.

- A ja wyglądam jak zbity pies - skwitował. - Czy Maja miała kogoś, kiedy mnie nie 

było? Wiesz, jak ważne dla mnie jest, by to wiedzieć.

- Nikogo - oznajmiła Ida z niezachwianą pewnością. - Jedynymi mężczyznami, których 

Maja  widywała,   byli  Reijo,   Knut,  twój  ojciec  i  Ailo   przyjeżdżający  tu  w porze  jarmarku. 

Trudno jednak podejrzewać któregokolwiek z nich o to, że wywołuje w oczach Mai blask.

Simon potrząsnął głową z namysłem.

- Jest taka dziwna - rzekł zrezygnowany. - Taka zmienna w nastrojach. Staram się to 

background image

zrozumieć, ale, niech to diabli, mnie też nie jest łatwo. Mógłbym sobie znaleźć jakąś chętną 

dziewkę, ale na żadną nie mam ochoty. Nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Ida ledwie się 

powstrzymała, by się nie roześmiać.

- Coś ci powiem - przerwała mu, mając nadzieję, że Maja jej to wybaczy. Robiła to dla 

jej dobra, choć nie była pewna, czy Maja potrafi na to spojrzeć w ten sposób. - Kobiety, które 

spodziewają się dziecka, często są zmienne w nastrojach.

Nie od razu ją zrozumiał. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, niezdolny wyrzec 

słowo.

- Nie oszukujesz mnie? - odezwał się wreszcie. Ida pokręciła głową.

- Czy sądzisz, że mogłabym? Jesteśmy do siebie trochę podobni, Simonie. Nic nie 

poradzę na to, że cię lubię. Wierzę, że ty i Maja możecie być szczęśliwi. Życzę wam tego z 

całego serca. Ze względu na ciebie, bo wiem, że ją kochasz, i ze względu na nią, ponieważ nie 

do końca sobie zdaje sprawę z tego, kogo ma u swego boku...

Ale Simon już jej nie słuchał.

-   Dziecko?   -   powtarzał,   jakby   był   pierwszym   mężczyzną,   który   zostanie   ojcem.   - 

Będziemy mieli dziecko? - zerwał się i wbił w Idę płomienne spojrzenie błękitnych oczu. - 

Jesteś tego pewna? Całkowicie pewna, Ido?

Pokiwała głową i uśmiechnęła się na widok jego radości, utwierdzona w przekonaniu, 

że postąpiła słusznie.

- Dobry Boże, Ido! - zawołał, dając upust swemu szczęściu. Okręcił ją w dzikim tańcu 

na kuchennej podłodze i z rozpędu pocałował prosto w usta.

- Zaraz jej powiem, co o tym myślę! Dźwigać ciężki kocioł w jej stanie? - zawołał i 

złapał kurtkę.

Ida została w kuchni, kręcąc głową. Policzki ją piekły. Nikt jeszcze nigdy nie pocałował 

jej w usta. Wyobrażała sobie często, jakie to romantyczne, ale ten pocałunek nie wywołał w niej 

zawrotu głowy, nie zawładnął nią z siłą wodospadu ani nie wstrząsnął jak piorun z jasnego 

nieba.

Najwyraźniej opowieści na ten temat są mocno przesadzone. A może po prostu nie 

dotyczy to pocałunków złożonych przez kochanego szwagra.

Simon tanecznym krokiem przemierzył podwórze. Po raz pierwszy wydawało mu się, że 

obora stoi daleko od chaty.

Maja,   klęcząc,   tuliła   jedną   z   owiec.   Ukryła   twarz   w   pokrytym   wełną   grzbiecie 

zwierzęcia. Wyglądała tak, jakby płakała. Simon przełknął ślinę. Po cichu zamknął za sobą 

drzwi. W niskim pomieszczeniu panował półmrok rozświetlony jedynie lampą rzucającą żółte, 

background image

rozbiegane cienie. Simon był wyższy od tych, którzy zbudowali oborę, więc musiał zawsze 

pochylać się i uważać, by się nie uderzyć głową o belki.

Zwierzęta pierwsze wyczuły jego obecność i becząc, dały znak swojej gospodyni, że nie 

jest już sama.

Simon podłożył kilka szczap do pieca.

Niech zwierzakom będzie trochę cieplej w taki cudowny dzień! pomyślał.

- Co tu robisz? - zapytała.

Musiała płakać, bo zwykle nie miała takich czerwonych oczu.

-   Chcę   z   tobą   porozmawiać   -   powiedział,   a   kiedy   zamierzał   podejść   bliżej,   owce 

otoczyły go. - Bo zdaje się, że tylko tu możemy być teraz sami...

- Tak - odrzekła, zwracając ku niemu twarz.

Szal na ramionach otaczał jej postać niczym czarna rama. Włosy miała rozpuszczone. 

Rzadko je tak nosiła. Zwykle widywał ją w ciasno zaplecionym warkoczu albo uczesaną w kok 

tuż nad karkiem. Obie fryzury dodawały jej lat.

Teraz była sobą, młodą, wrażliwą Mają.

- Nie zamierzałem cię kopnąć - zaśmiał się, uświadomiwszy sobie, że odchyliła się, 

przyjmując postawę obronną, jakby spodziewała się uderzenia. - Ida mi powiedziała - wyznał 

wprost.

- Nie potrafi utrzymać języka za zębami - westchnęła Maja.

-  Nie  mam  prawa o tym  wiedzieć?  -  zapytał  ostro,   ostrzej,  niż  zamierzał.   Nic  nie 

układało się po jego myśli, wszystko było nie tak.

- Wolałabym powiedzieć ci o tym sama - usłyszał jej cichy głos.

- Kiedy?

Wzruszenie ramion. Simon przedarł się ku żonie, odsunąwszy na bok owce.

Usiadł przy Mai i kładąc dłonie na policzkach, zwrócił jej twarz ku swojej.

- Spójrz na mnie - wyszeptał. - Spójrz na mnie, u licha. Maju, nie widzisz, jak się 

cieszę? Nie widzisz, że naprawdę jestem szczęśliwy? Uważam, że to cudowne. Ja także chcę 

mieć dziecko.

Nagle puścił ją i odwrócił się profilem.

- Czyżbyś nie chciała tego dziecka? - zapytał z drżeniem. - Dlatego, że jest moje?

- Coś ty, Simon, nie mów takich rzeczy! Chcę mieć dziecko, ale jeszcze nie w pełni to 

sobie uświadamiam. Nie mam odwagi w to uwierzyć, ale wiem, że to prawda. Takie rzeczy się 

po prostu wie. Boję się, że mogę je stracić...

- A ja tak się ucieszyłem - jego wargi poruszyły się w szepcie. - Bardzo bym chciał, 

background image

żeby wszystko się między nami ułożyło, Maju. Jak myślisz, czy to możliwe?

Napotkała jego wzrok, ale zaraz umknęła spojrzeniem. Jej oczy znów zasnuły się mgłą, 

której tak się lękał. Ona nie myślała o nim, kiedy tu wszedł. Ida musiała się mylić. Na pewno 

Maja ma innego, kogoś spoza tych, których wymieniła Ida.

-   Chyba   możliwe   -   odezwała   się   w   końcu.   Położyła   dłoń   na   brzuchu.   Simonowi 

wydawało się nieprawdopodobne, że w środku rosło dziecko. - Dla tego maleństwa musi to być 

możliwe, Simonie.

Ale jej spojrzenie pozostało dalekie.

background image

9

Trzy dni później spłonęła sauna na przylądku.

Reijo był niepocieszony. Czuł się niemal tak, jakby ktoś pozbawił go duszy. Kiedy 

śpiącą w alkierzu Idę zbudził blask płomieni, na ratunek było już za późno.

Wiadra z wodą pomogły jedynie ugasić ogień i uchronić zabudowania gospodarskie, ale 

saunę trzeba było spisać na straty. Musieli się pożegnać z regularnymi kąpielami do wiosny, do 

czasu kiedy Reijo zbuduje nową saunę.

Simon sprzeciwił się, by Maja szła na przylądek. Uznał, że jest zbyt ślisko, a w jej stanie 

nie powinna narażać się na niebezpieczeństwa.

- W takim razie zawieź mnie tam saniami - burknęła Maja w odpowiedzi na jego upór i 

stoicki spokój. - Do diabła, nie zamierzam siedzieć w tych czterech ścianach aż do jesieni. Nie 

jestem chora, Simonie. Po prostu będę miała dziecko. To jedyne, co mi dolega. Na przylądku 

był pożar, dlatego muszę tam pójść. Przecież to mój rodzinny dom, do stu piorunów!

- Brzemiennej kobiecie nie przystoi przeklinać - rzekł Simon z powagą, ale widząc 

zdumioną minę Mai, wybuchnął śmiechem i wygłosił tonem kaznodziei: - Marjo Bakken, w 

ogóle nie znasz się na żartach. Dobrze już, pozwolę ci pójść. Uprzedzam jednak, że jeśli kogoś 

spotkamy, biorę cię na ręce. Niech wszyscy wiedzą, że noszę cię na rękach...

- Simonie Bakken, trzymają się ciebie żarty! Zapominasz chyba, że na przylądku był 

pożar. To dotyczy także nas.

Nie odpowiedział. Kłócili się bez przerwy, zmagali na słowa, sprzeczali. Nie mógł sobie 

przypomnieć nawet jednej rzeczy w ostatnim tygodniu, co do której byliby zgodni.

Pożar na przylądku wywołał u Simona i Reijo podobną reakcję. Ida i Maja miały takie 

same skojarzenia.

- To musi mieć jakiś związek z nami wszystkimi - stwierdził Reijo usmolony na twarzy. 

Przez całe przedpołudnie na kolanach gasił tlące się pogorzelisko. Ręce miał nadal czarne, 

chociaż Ida na siłę zaciągnęła go do wody i przypilnowała, by je wyszorował. Popiół wniknął 

głęboko w skórę.

- Te działania skierowane są nie tylko przeciwko Mai i Simonowi, ale przeciwko nam 

wszystkim. Kto nas tak bardzo nie lubi?

- Ci, którzy nie cierpią Finów - odpowiedziała ponuro Maja. - To znaczy większość 

mieszkańców wioski.

- Nie przesadzaj! - Ida wzniosła oczy ku niebu. - Mówimy o jakiejś garstce ludzi, 

niezadowolonych ze swego życia i usiłujących obarczyć winą za swoje niepowodzenia innych.

background image

- Ja też! Nawet Reijo wziął stronę mieszkańców wioski, którzy mimo wszystko nie 

traktowali go tak źle.

- Przemawia przez ciebie gorycz, Maju, ale nie masz racji. W naszej okolicy nie brakuje 

dobrych ludzi.

- Tak, dobrzy ludzie spalili twoją saunę - odgryzła się Maja.

Simon i Ida wymienili znaczące spojrzenia. Reijo, który nie wiedział tego co oni, nie 

rozumiał zrzędzenia Mai, ale zaniepokoiło go łączące ich ciche porozumienie.

Postanowił uważnie obserwować tych dwoje, mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Simon 

zawsze był niepoprawnym fircykiem. To, że dzielił z Mają łoże, nie znaczyło, że stale w nim 

spał.

Mai nikomu nie pozwoli skrzywdzić! Nawet jej własnemu mężowi. Przede wszystkim 

jemu!

- Ogień podłożył jakiś mężczyzna - odezwał się ze swojego stołka. Wokół czarnego 

wysłużonego siedziska, stojącego blisko pieca, koncentrowało się życie w izbie.

Wszyscy troje zwrócili twarze w stronę Reijo.

- Nie wierzyłem własnym oczom, gdy ujrzałem tuż przy stopionym śniegu ślady stóp. 

Oczywiście kręcą się tutaj młodzieńcy... - Reijo rzucił Idzie wymowne spojrzenie, co rudowłosa 

piękność   przyjęła   z   niewinnym   uśmiechem.   -   ...ale   rzadko   koło   sauny.   Przeważnie   ślady 

urywają się pod oknem tej panny. Ślady stóp, które widziałem, były większe niż moje, a więc 

nie mogły należeć do kobiety.

- W takim razie wiemy trochę więcej - odezwał się powoli Simon.

Maja poczuła ulgę. Gdzieś w głębi serca ciągle czuła lęk, że jakaś wzgardzona kochanka 

mści się na Simonie, a w następnej kolejności swoją nienawiść skieruje przeciwko niej.

Pożar na przylądku wykluczył taką możliwość.

Za to serce Simona waliło młotem.

Mężczyzna... pomyślał, rzucając Mai ukradkowe spojrzenie. Czy nie wygląda inaczej 

niż zwykle? Może domyśla się, kto za tym wszystkim stoi?

Maja siedziała na ławie blisko Reijo i rozmawiała z nim cicho. Podwinęła nogi jak mała 

dziewczynka i rozluźniona, oparła się o ścianę z bali.

Maja zawsze z taką radością odwiedzała chatę na przylądku. Simon widział, że jego 

żona stawała się tu na powrót młodą, pogodną dziewczyną.

On   sam   nie   czuł   się   dobrze   u   swoich   rodziców.   Wizyty   w   rodzinnym   domu   nie 

nastrajały   go   ani   trochę   radośniej.   Może   z   dziewczętami   jest   inaczej,   może   są   bardziej 

przywiązane do rodziny?

background image

Maja wyglądała właściwie  zwyczajnie, ale kto wie, czy nie ukrywa domysłów pod 

maską obojętności.

Reijo powiedział, że ogień podłożył mężczyzna.

- Czy nie powinniśmy teraz trzymać się razem? - rzuciła nieśmiało Ida. Wydarzenia z 

ostatnich tygodni napawały ją lękiem, ale dopiero teraz, kiedy dramat rozegrał się tuż za oknem 

jej alkierza, poczuła się naprawdę przerażona.

Nie mogła się pozbyć okropnego wrażenia, że równie dobrze mógł się spalić ich dom, 

ona sama mogła spłonąć żywcem.

- Mamy ułatwić zadanie temu niegodziwcowi? - zaperzyła się Maja. - Nigdy w życiu. 

My zostaniemy w naszej chacie, a wy tutaj...

Oczy zwęziły jej  się w szparki. Wpatrywała się przez chwilę  w ogień  buzujący w 

palenisku, jakby coś tam dostrzegła, coś, czego inni nie mogli zauważyć.

- Chodzi o nas, Ido - odezwała się obcym głosem. Reijo poderwał się z siedziska, a 

dłonie zacisnął na poręczy tak mocno, że pobielały mu kostki, a drewno zatrzeszczało.

Zaraz jednak opadł na siedzenie. Ida także się zerwała, próbując uchwycić wzrok Mai, 

ale to nie było możliwe. Chciała podbiec i chwycić siostrę, ale Simon ją powstrzymał. Oboje 

wpatrywali się w nią rozszerzonymi ze zdumienia oczami, przerażeni.

-   Chodzi   o   mnie   i   o   ciebie,   Ido...   Na   nas   obu   kładzie   się   jej   cień...   Ogień   był 

przeznaczony dla nas - dodała, odzyskując swój głos, po czym zachwiała się.

Simon wypuścił z rąk Idę i zdążyłby podbiec do Mai, nim upadła, ale Reijo już chwycił 

ją za ramiona. Spojrzał na Simona wzrokiem pełnym gniewu i pogardy.

Simon,   nie  pojmując  tego  spojrzenia,   wziął   Maję  na  ręce  i   skierował   się   w stronę 

alkierza, niegdyś należącego do Mai. Teraz to pomieszczenie stało puste. Simon bez słowa 

wszedł do środka i położył Maję na łóżku. Poluzował jej ubranie, żeby łatwiej jej się oddychało. 

Stwierdziwszy, że jest zupełnie zimna, owinął ją szybko kocami, ale nie wypuszczał z rąk jej 

dłoni. Bał się o nią, bal się o ich dziecko. Na razie było jeszcze maleńkie, ale czekali na nie z 

takim utęsknieniem. Dziecko, które być może uratuje ich małżeństwo przed ostateczną ruiną.

Usłyszał szelest spódnicy ocierającej o podłogę. Do izby weszła Ida i stając za oparciem 

krzesła, zapytała zalękniona:

- Co się z nią dzieje? Jest chora? Dlaczego tak dziwnie mówiła? Przecież to nie był jej 

głos, prawda?

Simon pokręcił głową.

- Zostaw otwarte drzwi - poprosił Idę. - I dołóż do ognia. Ona marznie. Macie więcej 

kocy? Ona jest zupełnie zimna, u diabła!

background image

- Co się stało? - powtórzyła Ida i nie ruszając się z miejsca, wpatrywała się intensywnie 

w Simona. Zwykle roześmiana twarz była teraz śmiertelnie poważna. - Jest coś o czym nie 

wiem, prawda? Coś przede mną ukrywacie? Czy tata o tym wie?

- Zapytaj go - westchnął Simon - Zapytaj Reijo! Ale, do licha, dołóż do pieca, bo Maja 

zmarznie na kość. Ona i dziecko!

Ida wycofała się z alkierza, dołożyła drew do ognia, ale przez cały czas zerkała przez 

otwarte drzwi w stronę siostry.

- Ida - odezwał się ze swojego siedziska Reijo. Mówił cicho, ale tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. Dawno się tak do niej nie zwracał. - Czy łączy cię coś z Simonem?

Drwa, które trzymała w rękach, upadły z hukiem na podłogę i potoczyły się aż pod nogi 

ojca. Wytrącona z równowagi, schyliła się po nie i klęknęła przed Reijo.

- Jak mogłeś coś takiego pomyśleć, tato? Delikatnie pogładził ją po włosach. Kiedy była 

małą dziewczynką, zawsze ją tak głaskał wieczorem, zanim położyła się spać.

- Rzeczywiście, jak mogłem - odpowiedział zmęczonym głosem. - Wybacz mi, Ido. 

Czasami i mnie się zdarza ulec fałszywym złudzeniom. To pewnie znak, że zaczynam się 

starzeć. Wybacz mi, moje dziecko. Ale zrozum, po prostu nie chcę, żeby któraś z was została 

zraniona. Jesteście dla mnie najważniejsze na świecie. Tylko wy mi pozostałyście. Człowiek 

bardzo źle znosi utratę wciąż nowych osób, które kocha. Bardzo źle...

Ida usiadła u stóp ojca, obejmując go rękami za kolana. Popatrzyła z dołu na jego twarz. 

Cień uwypuklił bruzdy i zmarszczki, których wcześniej nie dostrzegła. Zawsze jej się zdawało, 

że ojciec nigdy się nie zestarzeje, że się nie zmieni. Teraz uświadomiła sobie, że była w błędzie. 

Mimo to nadal wydawał się jej wspaniały. Mało kto mógł się z nim równać. Może dlatego, że 

jest jej ojcem?

- Pytałam Simona, co się dzieje z Mają, ale nie chciał mi nic powiedzieć. Prosił, żebym 

zapytała ciebie. Coś przede mną ukrywasz tato, prawda?

-   Sny   -   odrzekł.   -   Twoja   matka   miała   nadprzyrodzone   zdolności.   To   prawdziwe 

przekleństwo. Nigdy tego do końca nie rozumiałem... Wiedziała takie rzeczy, o których nie 

mogła wiedzieć. Miejsca i ludzi, których kochała, widziała nawet wtedy, gdy znajdowali się 

daleko  od  niej.  Widziała   tak  wiele...   Nie   chciała  o  tym  rozmawiać...   Teraz   żałuję,   że   nie 

próbowałem jej do tego nakłonić.

- Myślisz, że Maja to po niej przejęła? Dlaczego nie ja? Dlaczego mnie się nigdy nic 

ciekawego nie przydarza? - spytała Ida z wyrzutem.

- Nie ma czego zazdrościć - odparł Reijo. - Maja otrzymała tę zdolność w dziedzictwie. 

Wiem o tym na pewno. A dziś wieczorem zyskałem ostateczną pewność, że twoja mama nie 

background image

żyje.

Ida wpatrywała się w niego. Jej oczy wraz z nadzieją utraciły blask.

-   Pewnie   się   zastanawiasz,   dziecino,   skąd   to   wiem.   Reijo   uśmiechnął   się   smutno, 

kierując wzrok w stronę otwartych drzwi.

- Pogodziłem się z tym, że Raija nie wróciła. Nawet powiedziałem wam, że nie żyje. 

Ale   gdzieś   w   głębi   serca   ciągle   się   łudziłem   i   nie   dopuszczałem   do   siebie   takiej   myśli. 

Dzisiejszego wieczoru jednak musiałem to przyjąć do wiadomości. Kiedy Maja przemówiła 

głosem Raiji...

Ida przełknęła ślinę, przerażona, nie dowierzając temu, co usłyszała. Trudno jej było 

zrozumieć coś, co wykraczało całkowicie poza granice rozsądku.

- Chcesz powiedzieć, że mama jest w Mai? - zapytała, nie potrafiąc ukryć lęku.

- Nie, przekazała jej jedynie pewne zdolności, jakie posiadała. Otrzymała je ta, którą 

Raija kochała najbardziej z nas wszystkich, Maja. Sam nie pojmuję, dlaczego usłyszeliśmy jej 

głos, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to był jej głos. Rozpoznałbym go na końcu 

świata, mimo że upłynęło tyle lat. Może to pożegnanie?

Ida wstała, czując w myślach kompletny zamęt. Stanęła obok ojca i skinęła głową w 

stronę alkierza. Maja nadał leżała zupełnie nieruchomo, tak jakby spała, ale to nie był sen, tylko 

jakiś dziwny, napawający otoczenie lękiem stan.

- Czy mamie też się coś takiego przydarzało? Reijo uśmiechnął się.

- Trzymałem ją w objęciach przez długie godziny, tak jak teraz Simon przytula Maję. 

Ileż to dni i nocy drżałem ze strachu, że ją utracę. Ale ją chroniły jakieś siły. Nigdy tego nie 

pojmowałem do końca, ale wydaje mi się, że Maja ma też ochronę. Jest w końcu nie tylko córką 

twojej mamy, ale także Mikkala. Myślę, że nic jej się nie może stać.

- A co z dzieckiem? Reijo popatrzył w stronę Mai i Simona. Tych dwoje młodych ludzi 

zostało   złączonych   wbrew   swojej   woli.   Kolejny   osobliwy   związek,   do   których   przywykł, 

dzieląc życie z Raiją. To nie skończyło się wraz z nią, ale przylgnęło do Mai, do Knuta... Reijo 

obawiał się, że Idę także czeka podobny los.

Było coś w tym śnie Mai... O cieniu, jaki rzucała Raija.

- Będzie miała dziecko? - zapytał spokojnie. Ida pokiwała głową. Przypomniał sobie 

pierwszy poród Mai. Bardzo cierpiała,  a cała odpowiedzialność spoczywała na nim. Teraz 

Simon będzie musiał działać.

- Dobrze - powiedział ochryple. - Maja potrzebuje dziecka, wiele dzieci. Powinna mieć 

dużo zajęć, żeby brakowało jej czasu na ciągłe rozmyślania.

- Czy to może zaszkodzić dziecku? Wzruszył ramionami.

background image

- Wam nie zaszkodziło, więc chyba nie ma o czym mówić. A kto wie, czy dziecko nie 

jest w sposób szczególny chronione.

Maja czuła obejmujące ją silne ramiona. Słyszała tuż przy uchu bicie serca, miarowe, 

tylko dla niej. Zalało ją ciepło, którego tak bardzo pragnęła. Gorący oddech muskał jej czoło, 

słyszała szept, ale nie rozpoznawała słów.

Ręce Simona tulące ją tak delikatnie. Ciało Simona chroniące ją przed czymś, przed 

czym nikt nie mógł jej uchronić. Serce Simona bijące dla niej. Usta Simona szepczące miłosne 

wyznania.

Leżała nieruchomo. Odzyskiwała świadomość. Myśli i uczucia powróciły. Znów była 

Mają.

Wyszła z pustki i znalazła się na powrót w swoim alkierzu w chacie na przylądku, 

powróciła do życia.

- Tak bardzo się boję o ciebie - rozległ się szept jej męża. - Boję się, że może ci się stać 

coś złego. Nie potrafię zaradzić temu, co się z tobą dzieje, Maju, ani temu, co zagraża nam z 

zewnątrz.   Choć   z   całego   serca   uczyniłbym   dla   ciebie   wszystko.   Tak   się   boję   o   ciebie   i 

maleństwo, Maju, najdroższa, najlepsza, ukochana...

Z ust Simona płynęły słowa, na które nigdy nie potrafił się zdobyć. Ale mówić do 

uśpionej twarzy, tak blisko przytulonej, to co innego. Nie przejmował się Idą i Reijo, którzy 

byli w sąsiednim pomieszczeniu. Nie mogli go słyszeć. Przemawiał tylko do niej, powiedział 

wszystko, o czym tyle rozmyślał, wszystko, co tyle razy już chciał jej wyznać, ale brakowało 

mu odwagi.

Mijały godziny, a on nie wypuszczał Mai z objęć, choć zdrętwiały mu ramiona. Za nic 

w świecie jednak nie odszedłby teraz od niej.

To, co się działo z Mają, przerażające i niepojęte zarazem, pomogło mu zrozumieć, jaka 

jest dla niego ważna. Uświadomił sobie, że nie może jej stracić.

Kłócili się o wszystko. Od momentu gdy budzili się ze snu, sprzeczali się o każdą 

najdrobniejszą codzienną sprawę. Były to potyczki na słowa, równie wyczerpujące i niszczące 

jak walka na pięści.

Trzymał Maję w ramionach i nie miał najmniejszej wątpliwości, że bez względu na to, 

co się zdarzy, będzie ją wspierał. Nie odda jej nikomu, nawet jeśli zażąda tego jakiś mężczyzna.

Kiedyś wreszcie zniknie jej zamglone spojrzenie. Zapomni tego, o którym teraz marzy.

Będzie przy Mai przez cały czas. Nie zabraknie jej powodów, by go pokochać, tak jak 

powinna go kochać od początku. Znajdowali przyjemność w obcowaniu ciał, jedyne, czego im 

brakowało, to prawdziwe, płynące z głębi serca uczucie.

background image

Pasowali   do siebie,  potrafili   czerpać radość w łożu.  Tylko Maja  mogła  mu  pomóc 

powrócić   do   normalnego   życia   po   tych   okropnych   latach,   kiedy   był   wykorzystywany   i 

wykorzystywał innych.

Dostrzegał urodę innych kobiet, jego uwodzicielskie spojrzenia nadal robiły na nich 

wrażenie.   Tego   się   nie   zapomina.   Flirtowanie   przychodziło   mu   równie   naturalnie   jak 

oddychanie, jedzenie czy spanie. I równie trudno było mu z tym skończyć.

Traktował to jako zabawę, nie kryły się za tym żadne poważne zamiary, nikogo też nie 

chciał skrzywdzić. To tak jakby podarować pięknej kobiecie kwiat. A jeśli przystawała na tę 

grę, utwierdzała go tylko w przekonaniu, że nie jest jeszcze całkiem do niczego.

Potrafił flirtować z kobietami, ale one na niego nie działały. Pożądał tylko ciała Mai. 

Tylko ona umiała ugasić w nim rozpaczliwą tęsknotę, tylko ona potrafiła okiełznać namiętność 

i sprawić, że czuł się jak w niebie.

Nigdy się jej z tego nie zwierzył. Na pewno by go nie wyśmiała, na tyle ją znal, a mimo 

to obawiał się, że go odrzuci. Bał się jej reakcji.

Ktoś, kto przez lata karmił się tylko lichą nadzieją, nie porzuca tak łatwo cienkiej kry, 

która utrzymuje go na powierzchni.

Mai wrócił normalny oddech. Delikatnie dotknął wargami jej czoła i leciutko pocałował. 

Ostrożnie odgarnął niesforne loki.

Miał w sobie wiele tkliwości, ale bał się ją okazywać.

Maja nie chciała, by czar prysnął. Chyba jeszcze nigdy nie odczuwała takiej wspólnoty 

z  Simonem.   Kiedy   ją  obejmował,  nie   dręczyły   jej   podstępne   myśli.   Chociaż  ciepłe  słowa 

płynące z jego ust wywoływały lekkie wyrzuty sumienia, dobrze było leżeć w jego ramionach, 

poddać się jego czułej opiece. Nie marzyła o tym, by ktoś przez całe życie nosił ją na rękach, 

ale czasami miała ochotę poczuć się jak delikatny górski fiołek, który tylko się podziwia, doty-

kając leciutko palcami jego płatków.

Kiedy mówił do niej „ukochana”, doznawała radości przemieszanej z bólem.

Przyjemnie było to usłyszeć, choć miałby to być jedyny raz w życiu. Nawet jeśli te 

wyznania płynęły z ust Simona. No cóż, żyła w cieniu. Pełnia szczęścia widocznie nie jest jej 

pisana.

Otworzyła oczy, nie chcąc już dłużej udawać, że śpi. Napotkała spojrzenie zatroskanych 

oczu.

- Znowu się to stało? - zapytała. Simon pokiwał głową i wyszeptał:

- Dzięki Bogu, Maju, że się ocknęłaś. Mam nadzieję, że to nie będzie się zbyt często 

powtarzać, bo za każdym razem coś we mnie umiera.

background image

- Nic nie pamiętam - powiedziała zdumiona, nagle to sobie uświadomiwszy. - Wielka 

pustka. Po prostu mnie tu nie było. To nawet nie był sen. Co się stało, Simonie?

-   Powiedziałaś,   że   wszystkie   te   nieprzyjemne   zdarzenia   dzieją   się   z   twojego   i   Idy 

powodu. A potem zachwiałaś się i upadłaś prosto w ramiona Reijo.

Zagryzła dolną wargę i mocniej się do niego przytuliła.

- Boję się, Simon. To jest wstrętne. Czuję się chora, mdli mnie, marznę od środka.

- Byłaś bardzo zimna, musieliśmy cię mocno otulić kocami.

Simon zdjął z niej nakrycie i zauważył na czole perlisty pot.

- Nie cierpię tego - wyznała, ukrywając twarz w zagłębieniu na jego szyi. Był taki 

ciepły, pełen życia, taki rzeczywisty.

Simon gładził  ją po włosach i po karku, starając się ją uspokoić, przemawiał  tymi 

samymi pełnymi miłości słowami, którymi zwracał się do niej, gdy spała.

- Jestem przy tobie, maleńka. Nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Nie mam nic od 

ciebie cenniejszego.

Nigdy jeszcze nie powiedział jej tego tak wyraźnie. Oboje o tym dobrze wiedzieli. Takie 

wyznania domagały się odpowiedzi, której nie mogła mu dać.

Przytuliła się tylko mocniej i uniósłszy twarz, uchyliła usta. Ich wargi spotkały się w 

pocałunku pełnym desperacji, w którym dali wyraz pożądaniu i czułości. Wtuleni mocno w 

siebie,   zanurzali   nawzajem  palce   w   swoich   włosach,   a  ich   wargi   i  języki   poruszały   się   z 

ożywieniem, aż stali się jednością jak nigdy dotąd.

Simon zapomniał, że drzwi do sąsiedniej izby stoją otworem. Maja pamiętała o tym, a 

mimo to mocniej przywarła do męża.

Ida obserwowała ich nie bez pewnego zainteresowania. Przypomniał jej się pocałunek, 

jaki Simon złożył na jej ustach. Najwyraźniej pocałunki bywają różne. Chyba dobrze, że nie 

przestała wierzyć w ich cudowną moc. Jeśli kiedyś spełnią się jej marzenia, to czeka ją wiele 

wspaniałości.

Reijo, lekko speszony, odwrócił głowę. Dopiero po długiej  chwili rzucił pospieszne 

spojrzenie w stronę alkierza, a Ida rozbawiona dostrzegła rumieniec na jego policzkach.

- Nie powinieneś się chyba martwić, tato, że Simon ugania się za innymi dziewczętami - 

rzuciła sucho.

Reijo nie odpowiedział. Posłał tylko jeszcze jedno spojrzenie na czule objętą parę, a 

potem wyszedł.

background image

10

Zbliżała się pora wiosennego jarmarku. Po pożarze na przylądku nie zdarzyło się więcej 

nieszczęść. Ogień nie został podłożony w innych miejscach.

Simon i Reijo, poniekąd wbrew swojej woli, polubili się. Odkryli, że w okolicy mogą 

liczyć tylko na siebie nawzajem.

Simon nie wypływał już sam na połowy. Porzucił fałszywą dumę i nastawiał teraz sieci 

razem z Reijo. Razem też je wyciągali i sprawiedliwie dzielili się rybami. Mimo początkowej 

niechęci zawiązała się między nimi przyjaźń w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Wspólnota, 

jakiej Simon nigdy dotąd nie doświadczył. Nawet z rodzonym ojcem nie rozumiał się tak 

dobrze.

Reijo dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo brakowało mu kompana. Właściwie od 

śmierci Mikkala nie miał prawdziwego przyjaciela.

Co prawda Simon był bardzo młody, mógłby być jego synem, ale rozumieli się, a duża 

różnica wieku żadnemu nie przeszkadzała.

Siedzieli w łodzi naprzeciwko siebie.

- Maja chce wyjechać - odezwał się nieoczekiwanie Simon, wiążąc mocno linkę, którą 

trzymał w osłoniętych rękawicami dłoniach.

Reijo zerknął w stronę chaty na przylądku, która z daleka wyglądała jak brunatna plama 

u stóp góry.

Z tej odległości nie widział dokładnie swoich córek, razem pracujących w obejściu.

- Chyba za dużo kłopotów spadło na nią ostatnio - odrzekł z namysłem. W błękitnych 

oczach Simona dojrzał bezradność. - Ale wiesz, ona ma to we krwi. Raija często próbowała 

rozwiązać   problemy,   wyruszając   w   drogę.   W   jej   przypadku   niejednokrotnie   przynosiło   to 

oczekiwany skutek. Mai nie pomoże, ona jest ulepiona z innej gliny. Chyba to rozumie, tyle że 

nie do końca. Tak naprawdę nie wie, jak bardzo różni się od matki.

- Do diabła, to przekleństwo być nieustannie porównywanym do kobiety, której się 

nawet dokładnie nie pamięta.

Reijo wyciągnął z wody sporego dorsza, zdjął go z haczyka i rzucił na dno łodzi, gdzie 

już leżało trochę ryb, potem na nowo założył przynętę i zawiesił linkę za burtą.

W powietrzu wyczuwało się lodowate tchnienie wschodniego wiatru z Finlandii.

- Oczywiście, że przekleństwo - przyznał Reijo. - Tym bardziej że przy Raiji każda 

kobieta chowa się w cień. Ona sama starała się nie wchodzić nikomu w drogę, nie chciała 

wywoływać zamieszania. A jednak wszędzie, gdzie się pojawiła, siała niezgodę i zamęt.

background image

- Niezbyt dobry materiał na żonę - skwitował Simon, który słyszał krążące na ten temat 

plotki. Zresztą samo to, że każde z dzieci Raiji miało innego ojca, mówiło samo za siebie. - 

Cieszę się, że Maja nie jest do niej bardziej podobna...

- Życie z nią przypominało obcowanie z wiatrem - rozmarzył się Reijo, zapatrzony w 

dal,   a   jego   głos   nabrał   ciepła.   -   W   jednej   chwili   łagodna   bryza,   w   następnej   gwałtowny 

północno   -   zachodni   sztorm.   Była   nieobliczalna,   nieokiełznana   i   nieprzewidywalna.   Ale 

równocześnie na swój sposób wierna. Chociaż w jej życiu przewinęło się wielu mężczyzn.

- Wierna? - Simon popatrzył na Reijo z ukosa. - Słyszałem od Mai, że wyjechała stąd i 

żyła z innym mężczyzną, który potem został zabity. Jak się okazało, ojcem Mai. A przecież 

wtedy była twoją żoną.

- Tak - uśmiechnął się Reijo. - A on moim najlepszym przyjacielem, zaraz po niej. Bo 

po prawdzie Raija była mi bardziej przyjacielem niż żoną. Nie z nią przeżyłem największą 

miłość,  choć  wiele   lat   życia  strawiłem na  marzeniach  o niej. Łączyło nas   coś  „na  kształt 

miłości”, jak zwykliśmy mawiać, jednak nie ona była miłością mojego życia, nie...

Ponieważ Reijo zamilkł, Simon nie próbował nakłonić go do wyjawienia, kim była 

wybranka jego serca.

- Jaka była matka Mai? - zapytał. - Maja jej nie pamięta albo raczej nie chce pamiętać. 

A mnie się coraz częściej wydaje, że jej cień naprawdę pada nie tylko na Maję, ale na nas oboje.

- Była piękna - zamyślił się Reijo. Starał się przywołać z pamięci jej obraz z przeszłości, 

a nie ten ze snu. - Wyobraź sobie Idę z kruczoczarnymi włosami, ciemnobrązowe oczy, nos i 

kości  policzkowe  jak  u Mai,  i  coś  z Mattiego,  czoło,  buntownicze  spojrzenie.  Najbardziej 

jednak przypomina ją Ida, choć tylko zewnętrznie, bo Raiji daleko było do jej łagodności. 

Mściwa, uparta, kłótliwa jak wszyscy diabli, a jaka przekorna! - Reijo uśmiechnął się. - W 

jednej   chwili   gwałtowna,   potrafiła   pokazać   ostre   pazury,   zaraz   potem   milutka   jak   kotka, 

wcielenie łagodności. Kobieta w każdym calu. Drobna, niewysoka, ale obdarzona wyjątkową 

siłą i nieugiętą wolą. Potrafiła zakasać rękawy i pracować jak mężczyzna. Trudno ją było 

przechytrzyć, bo mało kto dorównywał jej bystrością. Obdarzona gorącym temperamentem, 

pozbawiona zahamowań, ciekawa. Kobieta, o jakiej marzy niejeden mężczyzna... - Reijo trochę 

się zmieszał, ale ciągnął dalej: - Pod tym względem była także inna niż wszystkie. Wiesz, co 

mam na myśli. Nie będę ci opowiadał szczegółów, bo czułbym się tak, jakbym ją zdradzał. Sam 

rozumiesz, to tak, jak ty nie chciałbyś mi opowiadać o intymnych szczegółach z życia twojego i 

Mai. Simon wykrzywił twarz.

- Raija była wyjątkowa - mówił dalej Reijo. - Pewnie dlatego tak łatwo ulegało się jej 

czarowi. Rzadko kiedy starała się przypodobać ludziom. Kobiety w większości nie znosiły jej. 

background image

Mężczyźni fantazjowali na jej temat. Gdy poczuła łączność z mężczyzną, łatwo mu ulegała. 

Miała wielkie serce. I nie potrafiła być sama. Kiedy spoglądam wstecz, wszystko wydaje się 

takie bezsensowne. Raija i Mikkal byli dla siebie przeznaczeni, ale żadne z nich nie było na-

prawdę szczęśliwe. Trawiła ich ciągła tęsknota.

Zamilkł, a po chwili dokończył:

- Maja wiele cech odziedziczyła po matce. Jest okropnie dumna i równie uparta. I też 

ma takie dobre serce. Dla Raiji przyjaźń stanowiła świętość. Maja także potrafi być bardzo 

lojalna.

Simon pokiwał głową. Trudno powiedzieć,  czy podobała mu się matka Mai. Takie 

kobiety nie są dla zwyczajnych mężczyzn. Tylko z nimi kłopoty.

- Mógłbym cię zapytać jeszcze o coś, Reijo? Reijo wyciągnął kolejną rybę. Simonowi 

póki co nie dopisywało szczęście.

- Oczywiście, że możesz, traktuj mnie jak teścia, przecież właściwie nim jestem.

- To niesłychane - uśmiechnął się Simon. - Wydajesz się taki młody!

- Powiedz to moim córkom! - Reijo roześmiał się szeroko. - Idzie się zdaje, że niedługo 

trzeba będzie mi pomagać przeżuwać. W ogóle nie słucha, kiedy jej mówię, że mam jeszcze 

wszystkie zęby. Pod tym względem dzieci potrafią być uciążliwe.

Przez twarz Simona przemknął cień.

- Trochę mi niezręcznie o to pytać - zaczął, spluwając przez burtę. - Ale spędza mi to 

sen z oczu. Czy Maja miała kogoś, kiedy byłem w więzieniu? Czy jakiś mężczyzna zawładnął 

nie tylko jej ciałem, ale i sercem?

Reijo, zakładając przynętę, zastygł w bezruchu, ale oczy ciskały mu błyskawice.

- Chyba nie zasłużyła na to, by jej nie ufać - odrzekł w końcu. - Pytałeś ją o to?

Simon skinął głową.

- W takim razie znasz odpowiedź - odparł chłodno. On zawsze będzie trzymał stronę 

Mai, nic tego nie zmieni, uświadomił sobie Simon.

- Ona myśli o innym mężczyźnie - twardo obstawał przy swoim. Głos jego brzmiał 

równie chłodno, ale przebijała z niego gorycz. - Takie rzeczy się po prostu wie. Ciągle mi się 

zdaje, że w łóżku zacznie szeptać imię innego, zadając mi ostateczny cios. Póki co jest jakaś 

nieobecna... Ona ucieka ode mnie w marzenia, Reijo.

Reijo szarpnął haczyk, dziurawiąc rękawicę. Pomyślał, że Ida będzie musiała znów ją 

cerować.

- Maja powinna wyjść za mąż z miłości - rzekł w końcu cicho. - Sam wiesz, dlaczego 

nie było to możliwe. To ironia losu, że mężczyzna, którego poślubiła, pokochał ją na przekór 

background image

wszystkiemu, a ona nie może odwzajemnić tego uczucia. Ale to przecież może się zmienić.

- Tak myślisz? - zdziwił się Simon, potrząsając głową. - Czy to możliwe? Przecież 

widzę, jak patrzy nieobecnym wzrokiem. Kogo ona, u diabła, spotkała? Kto odcisnął w jej sercu 

takie   piętno?   Mam   wrażenie,   że   moim   rywalem   jest   jakiś   duch!   Nie   mogę   przestać   się 

zastanawiać nad tym, kim on jest, jak wygląda. Niech to licho, o kim ona marzy?

Reijo   pokręcił   tylko   głową,   ale   nic   nie   powiedział,   choć   nagle   nabrał   pewnych 

podejrzeń.

- Musisz się starać - poradził w końcu. - Nie wolno ci tracić nadziei! Nie przestawaj jej 

kochać! Na pewno pokonasz wówczas jej nierealne, z góry skazane na klęskę marzenia.

- Przecież ja nic innego nie robię, Reijo. Przypuszczam jednak, że byłoby mi jeszcze 

gorzej, gdyby mi przyszło żyć bez niej.

- Na pewno. Łowili ryby w milczeniu. Nagle wydało im się, że nie ma nic więcej do 

powiedzenia. Przyjaciele potrafią także razem milczeć.

Kierowali się powoli ku brzegowi, kiedy z daleka zauważyli zaprzęg reniferów. Reijo 

przysłonił ręką czoło i mrużąc oczy, popatrzył w stronę lądu, ale z daleka trudno mu było 

rozpoznać przybysza.

- Czyżby to był Ailo? - zastanawiał się na głos. Simon odwrócił się także, ale nie 

potrafił pomóc Reijo.

-  Wyjątkowo  wcześnie   przybywa  na  jarmark.  Może  u  nich  na  północy  tak  szybko 

zawitała wiosna i boją się, że śnieg całkiem stopnieje, gdy przyjdzie im wracać - zażartował.

Na ustach Reijo pojawił się wymuszony uśmiech. Za każdym razem, gdy ktoś obcy 

przybywał   do   jego   chaty,   denerwował   się,   czy   nie   przynosi   złych   wieści.   Niezbyt   często 

rozmawiał o Knucie, ale przecież o nim nie zapomniał. Nigdy nie zapomni.

Chociaż rybacy wiosłowali zamaszyście, zaprzęg dotarł do domostwa przed nimi.

- Pamiętaj, że to nie obcy podłożyli u nas ogień - przypomniał Simonowi Reijo, widząc 

jego posępną twarz.

Simon tymczasem spochmurniał, bo pomyślał  sobie, że ów obcy może być tym, o 

którym Maja wciąż rozmyślała. Może przybył jak teraz zaprzęgiem ze świata, który wcale nie 

był Mai obcy. W jej żyłach płynęła wszak lapońska krew. Pojawił się niczym ożywczy powiew 

w szarej rzeczywistości, a potem zniknął. Simon podejrzewał, że właśnie ktoś taki mógł mu 

podstępnie odebrać Maję.

Przecinali łodzią bladozieloną toń, a piana rozpryskiwała się na dziobie.

Simon, nie czekając, aż dopłyną, wyskoczył z łodzi i brnąc po kolana w lodowatej 

wodzie, wciągnął łódź na brzeg.

background image

- Och, młodość! - westchnął Reijo, wznosząc wzrok ku niebu. - Uchowaj Boże przed 

taką gorączką! Jak to dobrze, że w moim wieku to już poza mną.

Ida zauważyła, że wrócili, i wybiegła z chaty, żeby jako pierwsza przekazać nowiny. 

Pod tym względem nadal zachowywała się jak dziecko. Zapomniała nawet zarzucić na siebie 

coś ciepłego i w samej tylko bluzce zbiegła oblodzoną ścieżką na brzeg, a rude warkocze 

podskakiwały jej na plecach.

- Tato, tato! - krzyczała rozpromieniona, wieszając się Reijo na szyi.

Nie zważała na to, że się pobrudzi rybimi łuskami i wnętrznościami. Zwykle brzydziła 

się nawet zapachu ryb i ledwie znosiła ich smak.

- Knut przesyła pozdrowienia. On żyje, tato! On żyje!

Reijo poczuł ogromną ulgę, tak jakby w piersiach pękł mu z trzaskiem lód.

- Wujek Anders przywiózł takie dobre nowiny - mówiła dalej Ida.

Reijo potrząsnął lekko głową, wciąż nie dowierzając, że to prawda. Tak się zamartwiał o 

Knuta. Ostatnio, kryjąc się z tym przed dziewczętami, podejrzewał już nawet, że Knut też nie 

żyje.

- O wujku Andersie nie słyszałem - wtrącił się Simon.

-   U   nas   w   rodzinie   panują   trochę   skomplikowane   układy   -   uśmiechnęła   się   Ida 

uszczęśliwiona, wsuwając szwagrowi rękę pod ramię. - Wzajemne pokrewieństwo nie jest tak 

oczywiste   jak   u   was,   Bakkenów.   My   wszyscy   jesteśmy   przyrodnim   rodzeństwem,   mamy 

rodzonych ojców, ojczymów i mnóstwo wujków, którzy tak naprawdę są wujkami niektórych z 

nas, ale nie wszystkich. Anders jest wujkiem Ailo. A skoro Ailo jest przyrodnim bratem Mai, to 

wujek Anders jest prawie tak samo jej wujkiem. A ja jestem przyrodnią siostrą Mai, więc on 

także jest trochę moim wujkiem...

- Starczy, starczy...

Simon porzucił nadzieję, że cokolwiek z tego zrozumie. Wyjaśnienia Idy były równie 

mętne, jak rodzinne układy.

- Każdy, kto nazywa się wujkiem, ma prawo nim być - skwitował uspokojony.

Kiedy   zaś   zobaczył   Andersa,   prysnęły   wszelkie   podejrzenia.   Niewysoki,   krępy 

mężczyzna o krzywych nogach nie mógł być obiektem westchnień Mai. Jeśli można o kimś 

powiedzieć, że wygląda jak wujek, to właśnie o Andersie.

Reijo uściskał go roześmiany i pozdrowił:

- Andersie synu Pawy, wcześnie przybywasz na jarmark. Chyba w tym roku jesteś 

pierwszy. Jak mniemam, nie jesteś sam?

- Odłączyłem się od grupy - odpowiedział szwagier Mikkala po fińsku. - Ale jeśli się 

background image

przywozi przyjacielowi dobre nowiny, należy się spieszyć.

Reijo zdjął buty rybackie, dwa swetry i czapkę.

-   Przybywasz   od   Knuta?   -   zapytał.   Spojrzenia   wszystkich   obecnych   spoczęły   na 

Andersie. Maja i Ida wprawdzie wyciągnęły już od niego trochę wieści, ale i one chłonęły 

chciwie jego słowa.

- Knut jest u nas od zeszłej zimy - zaczął Anders. - Ma się dobrze. Zamieszkał razem z 

Ailo. Ci dwaj są jak bracia. Zresztą powinni nimi być.

- Przybył do was sam? - spytał Reijo, zgarniając przemoczone ubrania pod ścianę. 

Nawet   Maja,   która   wraz   z   upływem   lat   stała   się   wyjątkowo   wyczulona   na   porządek,   nie 

zmarszczyła brwi. - Kiedy ostatnio doszły do nas wieści od niego, wspomniał coś o ożenku.

- Przyszedł sam - rzekł Anders, rozkładając ręce. - A właściwie Ailo natknął się na 

niego na szlaku prowadzącym na jarmark. Knut był wycieńczony, ale z czasem doszedł do 

siebie.   Ciężka   harówka   i   pożywne   jedzenie   potrafią   zdziałać   cuda.   Potrzebowaliśmy 

dodatkowej pary rąk do pracy, a ten twój chłopak ma dryg.

Reijo nie poprawił Andersa, bo choć Knut nie był jego rodzonym synem, to traktował 

go jak własnego.

- Nie powiedział, skąd wraca? Co się mu przydarzyło?

Anders pokręcił głową. Miał trzydzieści dziewięć lat, tak samo jak Reijo, ale przez całe 

życie koczował pod gołym niebem. Dlatego też jego ogorzała twarz pokryta była głębokimi 

zmarszczkami.   W   czarnych   zwichrzonych   włosach   pobłyskiwały   srebrne   nitki,   ale   oczy 

wydawały się młodsze niż oczy Reijo.

- Pewnie tylko Ailo zna prawdę, bo ci dwaj są nierozłączni. Ja wyciągnąłem od niego 

tylko  tyle,   że  wracał  z   Alty.  Był   w kiepskim   stanie.  Przez   pierwsze  tygodnie  chodził   jak 

otępiały. Gdyby nie Ailo, pewnie by się rzucił do morza. Nie przesadzam. Aż żal było patrzeć. 

Nawet teraz jeszcze się nie śmieje, ale już nie wygląda tak, jakby jednego dnia pogrzebał całą 

rodzinę...

- To znaczy, że mu nie wyszło - stwierdziła Ida. - Pewnie tylko udawał, że znalazł... 

wiecie co. Nie wyszło mu, a dziewczyna poszukała sobie innego. Knut tymczasem jest tak 

piekielnie dumny i głupi, że woli się powiesić, niż wrócić do domu i przyznać do porażki.

- Ale ty masz gadane! - rzucił Simon. - Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś wytrajkotał tyle 

jednym tchem.

Ida pokazała mu język.

Anders chrząknął, żeby skupić na sobie uwagę, a kiedy już wszyscy znów patrzyli na 

niego, powiedział:

background image

- Knut i Ailo hasają teraz bardziej niż samce w stadzie reniferów. Na przedwiośniu byli 

bardzo zajęci, ale to chyba nic poważnego. Cielęta muszą się wybiegać za młodu - zażartował.

Mało   brakowało,   by   Ida   i   jemu   pokazała   język,   ale   powstrzymała   się.   Był   starszy 

wiekiem, mógł się obrazić. Poza tym to gość.

-   Rozumiem   -   Reijo   westchnął   z   ulgą.   -   Nawet   nie   wiesz,   Anders,   jak   ciężko 

człowiekowi żyć w niepewności. Knut ma tyle samo lat, ile ja miałem, kiedy wędrowałem po 

Finnmarku z Raiją. Ale człowiekowi się zdaje, że to ciągle dzieci...

Maja wstała i bezradnie krążyła po izbie. Reijo zauważył w jej oczach ten sam wyraz, 

którego tak się obawiał  Simon. Ogarnął go niepokój. Jeśli  między nią a Simonem się nie 

poprawi, będzie musiał z nią porozmawiać, mimo że niechętnie ingerował w ich sprawy.

Ciągle   to   odwlekał.   Chyba   się   starzeję,   pomyślał.   Kiedyś   nie   uchylałem   się   od 

załatwiania drażliwych i trudnych spraw.

- Nic nie mówił, kiedy zamierza wrócić do domu? - zapytał Andersa. - A może już na 

dobre rozwinął skrzydła tam na północy?

- Miał coś do załatwienia, prosił, bym was pozdrowił. Powiedział, że chce jeszcze coś 

przynieść, a potem wróci do domu. Często was wspomina. - Anders z ociąganiem wstał i dodał: 

- Mam dla was coś jeszcze. Oprócz pozdrowień Knut polecił mi przekazać przesyłkę. Zamierzał 

ją posłać wcześniej, ale nie mógł jej powierzyć byle komu. Nikt od nas nie wybierał się w 

ubiegłym roku na jarmark, więc Knut musiał się wstrzymać. Poczekajcie chwilę, rozpakuję 

pułki.

- Do licha! - wymknęło się Idzie. Zacisnęła mocno pięści i uderzyła nimi o kolana. - 

Jednak znalazł to, jednak znalazł!

- O ile wiem, moja córka nie jest drwalem - upomniał ją spokojnie Reijo. - Może więc 

byś przestała mówić jak oni.

Simon bardzo się starał, by zrozumieć prowadzoną po fińsku rozmowę. Nigdy nie był 

szczególnie biegły w obcej mowie, ale jeśli rozmawiano powoli, co nieco rozumiał.

Anders mówił z dziwnym akcentem, co trochę Simonowi przeszkadzało. Reijo znał 

dobrze lapoński, więc wtrącane przez Andersa lapońskie słowa nie utrudniały mu zrozumienia.

Simon tymczasem nie bardzo pojmował, co takiego miał czy znalazł Knut, a to między 

innymi dlatego, że tej rodzinnej tajemnicy Maja mu nie powierzyła.

Nie zdążył zapytać, a Anders już wrócił ze średniej wielkości workiem z brzozowej 

kory, który wydawał się mu mocno ciążyć. Kiedy położył go na stole, stuknęło głośno.

- Ciężkie - powiedział Anders z błyskiem w oku. - Ten twój chłopak ma gest, jak już 

wysyła podarek, to ho, ho!

background image

Ida i Maja podeszły zaintrygowane. Także Simon wyczuł niezwykłe napięcie. Przysunął 

się bliżej stołu i stanął za Mają, kładąc jej ręce na ramionach.

- Otwórz, tato - prosiła Ida. - Otwórz! - powtarzała, nie mogąc ustać w miejscu.

Ale Reijo się nie spieszył. Powoli sięgnął po worek i popatrzył ze spokojem na córki. W 

kąciku ust pojawił się lekki uśmieszek.

- Drażnisz się z nami! - poskarżyła się Ida. Odwiązał więc pakunek. Na wierzchu leżało 

dla niepoznaki wędzone mięso z renifera. Na ten widok Reijo poczuł, jak ślinka napływa mu do 

ust.

- Miło z jego strony, że pamięta o tym, iż brakuje nam mięsa - uśmiechnął się.

-   Tu   jest   coś   jeszcze!   -   Ida   niecierpliwie   przejęła   inicjatywę.   Wyciągnęła   bryłkę 

wielkości pięści, pod której ciężarem aż wygiął jej się nadgarstek. Wzięła więc bryłkę w obie 

dłonie i z niedowierzaniem przytrzymała ją na wysokości twarzy.

- Nie przypuszczałam, że jest takie ciężkie - powiedziała blada i z nabożeństwem podała 

bryłkę Mai, której także odjęło mowę.

Chłodny metal mamił wzrok. Przyciągał z niepojętą siłą.

Simon   ciężko   przełykał   ślinę.   Kiedy   Ida   wyjęła   bryłkę   z   niewinnie   wyglądającego 

worka, od razu pojął, co to jest. Zrozumiał, ale nie mógł uwierzyć.

Knut, ten młokos! Niemożliwe, że trafił na takie bogactwo.

- Co to jest, do czarta? - zapytał chrapliwie, bo w ustach mu zaschło.

Maja podała mu kamień, który trzymała w dłoniach. Tym razem blasku w jej oczach nie 

wywołało wspomnienie innego mężczyzny.

Ciężar   bryłki   upewnił   go,   że   się   nie   myli.   Przełknął   ślinę   i   zeskrobał   paznokciem 

warstwę błota. Błysnęło. Poczuł, jak serce mu mocniej zabiło, w uszach zaszumiało.

Reijo wyjął jeszcze dwie bryłki niemal tej samej wielkości.

Przyjrzał   im   się   z   zaciekawieniem,   ale   bez   pożądania,   którego   troje   młodych   nie 

potrafiło ukryć.

- To złoto, Simonie - powiedział, jakby mówił o ziemniakach czy o pogodzie.

Zważył bryłki w dłoniach i uśmiechnął się lekko na widok ich twarzy.

- Mam nadzieję, że Knut ci zapłacił? - mrugnął do Andersa.

Anders kiwnął głową.

- Nie potrzebujemy tego dużo. I bez złota sobie poradzimy, ale dobrze mieć coś w 

zapasie, kiedy zjawią się tu poborcy podatkowi piąty raz w ciągu roku - powiedział Reijo, 

wzruszając ramionami. - Trzeba jednak być ostrożnym, bo jeśli ci krwiopijcy zobaczą, że ma 

się tego dużo, człowiek się ich nigdy nie pozbędzie. Czy Knut zdaje sobie z tego sprawę?

background image

Anders przytaknął.

- Knut jest mądry. Nie rzuca zlotem na prawo i lewo. Odniosłem nawet wrażenie, że nie 

znaczy ono dla niego tak wiele. Tak jakby to były kamienie.

- Bo to są kamienie - rzekł Reijo.

- Złoto - wyszeptał Simon, ciągle nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Ściskał bryłkę 

w dłoniach, jakby nie mógł się od niej oderwać. Jedna taka wystarczy, żeby człowiek urządził 

sobie  na  nowo życie.  A worek był  wypełniony takimi  grudkami przynajmniej  do połowy. 

Możliwości, jakie się przed nim otwierały, przyprawiały go o zawrót głowy.

Simon nie miał odwagi myśleć.

- Knut powiedział, że to dla sióstr i dla ciebie, Reijo.

Reijo odłożył złoto i popatrzył na Idę i Maję.

- Nie potrzebuję złota - oznajmił. - Wystarczy mi w życiu to, co mam. Knut myślał 

dobrze, ale ja nic nie chcę. Trzymałem już kiedyś w dłoniach takie bryłki, ale nie przyniosły mi 

szczęścia. Podzielcie się, dziewczęta. Złoto jest wasze.

Wysypał   zawartość   worka   na   stół.   Obserwował   je,   kiedy   rozdzielały   grudki,   i 

przypomniało   mu   się,   jak   dzieliły   się   pięknymi   muszelkami   w   dzieciństwie.   Pragnął,   by 

pozostały równie niewinne jak wtedy. Ale teraz ich twarze promieniały nie tylko radością. 

Pojawiła się w nich zachłanność.

background image

11

Czasem   w   najmniej   oczekiwanej   chwili   życie   może   się   odmienić,   i   to   z   różnych 

powodów. Bryłki, które Simon niósł w niewinnie wyglądającym węzełku, stanowiły bogactwo 

przekraczające najśmielsze wyobrażenia.

Do tej pory uważał, że srebrne monety zapewnią Mai i jemu bezpieczną przyszłość. 

Potrzebował ich, musiał mieć coś w zanadrzu na czarną godzinę.

Odkąd Maja zaczęła myśleć o wyjeździe do Malselv, pewność, że ma te pieniądze, 

napawała go spokojem, bo wiedział, że jeśli będzie trzeba, umożliwią spełnienie jej marzeń.

Srebrne monety jednak w porównaniu ze złotem znaczyły niewiele.

Dzięki podarunkowi Knuta otworzyły się przed nimi nowe możliwości. Widział już 

okolice na południe od odnogi fiordu, znad której pochodził, i zdawał sobie sprawę, że świat nie 

kończy się na Lyngen ani nawet na Finnmarku, Malselv czy Tornedalen.

Przyprawiało go to o zawrót głowy.

Stwarzało też perspektywę zbudowania przyszłości na solidnych podstawach.

Reijo   opowiedział   mu   o   dziedzictwie,   jakie   przekazał   Knutowi   jego   ojciec.   Simon 

poczuł lekkie ukłucie zazdrości. Z jednej strony cieszył się, że bratu Mai tak się powiodło, ale z 

drugiej nie potrafił się wyzbyć uczucia zawiści. Sam wiele by dał, żeby odnaleźć taki skarb. Ale 

na tyle był realistą, żeby wiedzieć, iż jemu to się nie uda. Nie pisane mu bogactwo większe niż 

to, które niesie właśnie na swoim grzbiecie, udając, że w środku jest tylko przysłane przez 

Knuta mięso z renifera.

Zresztą wiadomość o złocie muszą zachować tylko dla siebie, bo gdyby jakieś pogłoski 

dotarły do wójta, rychło nasłałby na nich poborcę podatków.

Całą drogę do domu przebyli w milczeniu. Dopiero w chacie podjęli rozmowę. Simon 

zaryglował drzwi, mimo że dopiero było popołudnie, otworzył kufer na ubrania i ukrył węzełek 

na samym dnie.

Maja, obserwując jego poczynania, zauważyła cierpko:

-   Gdybym   szukała   u   kogoś   pieniędzy,   zaczęłabym   od   kufra.   Pół   wioski   chowa 

wartościowe rzeczy właśnie tam albo pod siennikiem.

-   Połowa   wsi   nie   ma   co   ukryć   pod   siennikiem.   Popatrzyli   po   sobie   i   wybuchnęli 

śmiechem. Simon odgarnął palcami grzywkę.

- Najwyraźniej zawsze musimy mieć odmienne zdanie, prawda? - powiedziała Maja, 

uśmiechając się łagodnie.

- Czyżby?

background image

Simon rozchylił ramiona i nie ruszając się z miejsca, popatrzył na Maję wyczekująco. 

Maja przyjęła zaproszenie. Simon nadal potrafił być niezwykle czarujący. Trudno było mu się 

oprzeć, kiedy posyłał swoje dwuznaczne spojrzenia. W jego błękitnych oczach można by się 

zatracić, gdyby nie znało się prawdy...

Maja ją znała.

Ciągle jeszcze pachniał morzem. Zamknął ją w swych ramionach i przytuliwszy do 

szerokiej,   okrytej   błękitną   koszulą   piersi,   skubnął   leciutko   wargami   koniuszek   jej   ucha,   a 

palcem zatoczył kółka na wrażliwej skórze karku.

- Jesteśmy dosyć bogaci, Maju - rzekł. - Bogacze nie muszą pracować całymi dniami, 

tak jak to czyni biedota. Będzie nam się trochę trudno przyzwyczaić, co?

Tulił się do jej policzka, a Maja nie uchyliła się, pozwalając mu się uwodzić w samym 

środku dnia. Uległa radosnemu szaleństwu, jakie nieoczekiwanie na nich spadło.

- Co  mi  proponujesz zamiast  pracy,  mój  bogaty mężu? - westchnęła  rozbawiona z 

udawaną rezygnacją.

Simon wstrzymał oddech, a potem delikatnie chuchnął jej na skroń.

- Co sobie zażyczysz. Wybieraj, Maju! - odpowiedział cicho, z nagłą powagą.

Maja wolała zachować lekki ton. Uśmiechała się i żartowała, byleby nie znaleźć się na 

grząskim gruncie. Nie chciała okłamywać Simona, a czuła się okropnie, widząc, jak błagalnie 

wypatruje tego, czego mu nie może ofiarować.

- Co mam wybrać? Powiedz!

- Mnie...

- Zgoda.

Simon  odsunął  ją  od  siebie  na  odległość   ramion,  przyglądając   się  jej   z uwagą.   Za 

każdym razem szukał tego samego. Teraz także bezskutecznie.

- Mówisz poważnie? - zapytał zdziwiony chrapliwym głosem, na nowo przytulając ją 

mocno. - Naprawdę mnie chcesz, Maju?

- Mhm... - zapewniła, całując go w szyję. Uwierzył, bo bardzo pragnął w to wierzyć. A 

kiedy odpięła mu koszulę i wsunęła pod nią dłonie, porzucił wszelkie wątpliwości.

Mai było trochę przykro, że dal się podejść jej sztuczkom, ale skoro miała na niego 

ochotę? Zresztą on sam zaczął tę zabawę.

- Chyba lubię być bogaty - powiedział, pociągając ją za sobą na łoże. Drzwi do kuchni 

pozostawili otwarte, ale żadne z nich się tym nie przejmowało.

Zapach morza odurzył Maję. Był wszędzie: w jego włosach, ubraniu i na dłoniach.

Nie mogła się nim nasycić. Wtulała mocno twarz w ciało Simona, chciała go wąchać, 

background image

smakować...

Maja nigdy nie przejmowała steru, kiedy się kochali. To Simon był doświadczonym 

nauczycielem, a ona jego uczennicą.

Dlatego   też   oniemiał   ze   zdumienia,   gdy   jego   drobna   żona   zdecydowanym   ruchem 

przewróciła go na plecy i dosiadłszy go, pospiesznie zdarła z niego ubranie. Jej usta i dłonie 

wyczyniały z nim rzeczy, o których nawet nie śnił.

Nie miał pojęcia, że jest w niej taki ogień, ale zbyt wielką odczuwał rozkosz, by się 

zastanawiać, co go wywołało.

Maja zresztą też nie wiedziała. To się samo działo. Wyzwanie, zwycięstwo, zemsta...

Poddała się tej fali pożądania, po raz pierwszy od początku pragnąc tego całą sobą. 

Simon nie potrzebował uciekać się do swych sztuczek, żeby wciągnąć ją do zabawy.

Nic jej nie narzucał. Ona sama tego chciała.

Pragnęła czuć jego bliskość, patrzeć w świetle dnia na to ciało, którego przecież często 

dotykała, pieściła. Ciało, które garnęło się do niej i prężyło w namiętności.

Pragnęła oglądać jego blizny na piersiach, ramionach, a także te na plecach, które nadal 

wzbudzały w niej największe przerażenie, a wiązały się z nieodległą przecież przeszłością. 

Więzienne przeżycia męża wydawały się Mai nierzeczywistym koszmarem, póki nie ujrzała 

śladów, jakie na zawsze pozostały na jego ciele.

Z ociąganiem podniosła się i nie spuszczając wzroku z Simona, powoli odpięła bluzkę.

- Pozwolisz mi to zrobić? - zapytała. - Ale tym razem po mojemu. Zgadzasz się, bym 

decydowała?

Jeszcze żadna kobieta nie zadała mu takiego pytania. Simon przełknął ciężko ślinę, ale 

skinął głową.

Zawsze brał, co mu dawały.

Teraz uświadomił sobie, że wiele stracił, bo rzadko kiedy czuł takie podniecenie. Nigdy 

nie pomyślał, że poddanie się woli kochanki może wyzwolić tak silne doznania, że to takie 

ekscytujące mieć w łóżku silną kobietę.

Maja pospiesznie zdjęła ubrania, pragnąc jak najszybciej wtulić się w niego. Nie siliła 

się na wystudiowane ruchy. Ileż to razy rozbierała się przy nim w ten sam sposób i nie działało 

to na niego tak jak teraz.

Uśmiechając się, zawstydzona i śmiała zarazem, zręcznie znalazła się nad nim. Jej ciało 

w   ostatnim   czasie   nabrało   kształtów.   Piersi   powiększyły   się,   a   talia   przy   zaokrąglonych 

biodrach i mocnych udach wydawała się wąska.

Podobała mu się taka, odkrył, że lubi jej ciało. W jego oczach była piękna.

background image

Dosiadła   go   tak,   by   poczuł,   co   go   czeka,   jednak   nie   na   tyle   blisko,   by   w   pełni 

zakosztował rozkoszy. Była gorąca, ale łagodna i powolna w pieszczotach.

Zawsze uważał siebie za doskonałego kochanka, teraz przekonał się, że Maja chyba wie 

o kochaniu więcej od niego. Potrafiła pieścić tak leciutko, że zdawało się, iż to muśnięcia 

słonecznych promieni w gorący dzień lata. Znajdowała najwrażliwsze miejsca na jego ciele i 

obsypywała pocałunkami. Niemal błagał ją, by wreszcie ją posiąść.

Ale   ona   mruczała   tylko   niczym   zadowolona   kotka.   A   kiedy   chciał   ją   przygarnąć 

mocniej, łagodnie acz stanowczo go powstrzymała.

Oczy zasnuła jej mgła, teraz jednak wiedział, że nie ucieka gdzieś w marzenia.

- Poczekaj, Simonie - odezwała się drżącym głosem. Jeszcze jej takiej nie słyszał. - 

Pamiętasz? Miało być po mojemu. Całkowicie po mojemu.

Opadł ciężko, obawiając się, że dłużej nie zdoła już nad sobą panować.

Pragnął dotykać jej piersi, pośladków, wsunąć palce między uda.

Ale   ona   nie   chciała   go   wpuścić.   Siedziała   na   nim   i   z   uśmiechem   kołysała   się, 

doprowadzając go do szaleństwa.

A kiedy wreszcie wsunął się w nią, niemal natychmiast doznał spełnienia. Opadła na 

niego i tak leżała wypełniona jego męskością, policzkiem wtulona w jego pierś.

Przestał pachnieć morzem. Znów był tylko Simonem, w którego zapachu nie kryła się 

magia.

Maja przymknęła oczy, pragnąc ukryć przed mężem rozczarowanie. Siebie jednak nie 

mogła oszukać.

Więc to było tylko marzenie...

Nadal złączeni obrócili się na bok. Pocałował ją w czoło, potem w powieki, zakrywające 

jej cudowne oczy. Z miłością wodził wargami wzdłuż jaśniejszych śladów na policzkach, jakie 

pozostawiło ostrze noża.

- Nikt nie był dla mnie taki dobry - wyszeptał i stęskniony odnalazł jej usta.

Jeszcze nigdy jego ciało nie zareagowało ponownie tak szybko.

- Teraz ja - wymruczał między pocałunkami, które zdawały się nie mieć ani początku, 

ani końca.

Nadeszła jego kolej, żeby jej ofiarować całego siebie.

W zmysłowym oszołomieniu sądził, że czegoś się nauczył. Pieścił ją delikatniej, nie 

dość delikatnie jednak, ruchy były powolniejsze, ale nie tak powolne jak jej. Znów skończył za 

szybko.

Nie zdołał jej doprowadzić na sam szczyt.

background image

Kolejna porażka.

Uśmiechnęła się, ale on był niepocieszony, nie mogąc przestać myśleć, czy innemu 

mężczyźnie udało się to, co on zepsuł.

- Chyba nie będziemy przez cały dzień bawić się w bogaczy - zażartował, ale wcale nie 

było mu do śmiechu.

Maja, nie chcąc go pognębiać, udawała, że nie domyśla się jego rozterek. Wolała nie 

zapewniać go, że nic się nie stało, bo to tylko pogorszyłoby sprawę.

-   Ty   też   musisz   się   ubrać,   bo   mój   syn   zaczyna   marznąć   -   powiedział   Simon   z 

wymuszonym uśmiechem.

- Za to mojej córce jest ciepło i miło - odcięła się, ale wstała tak szybko, że nie zdążył 

uchwycić jej spojrzenia.

Simon czuł, że przegrali swoją szansę. Że on przegrał. Przez krótką chwilę była mu 

bliższa   niż   kiedykolwiek.   Mimo   szczerej   chęci   nie   potrafił   zrozumieć,   dlaczego   znów 

odgrodziła się od niego.

Nie domyślił się, że sprawił to słony zapach morza. Cóż mógł wiedzieć o marzeniu 

ulotniejszym niż wiatr i równie nieosiągalnym?

Simon   przypomniał   sobie,   że   musi   wypatroszyć   ryby   otrzymane   od   Reijo,   który 

podzielił się z nim swoim połowem. On sam nie miał dobrego dnia. Wyraźnie prześladował go 

pech, jeśli nie liczyć złota, oczywiście.

Odsunął zasuwę i otworzył drzwi wyjściowe. Słyszał, jak Maja wychodzi z alkierza. 

Odgłos jej lekkich kroków zawsze brzmiał w jego uszach jak muzyka.

Na schodach prawie nadepnął na nastroszone zawiniątko.

Ukucnął, żeby sprawdzić, co to jest, i aż ścisnęło mu gardło. Omal nie zwymiotował. 

Przed oczami przemknęły mu obrazy z lat spędzonych w więzieniu, lat przemocy i upokorzeń.

To było równie okropne, choć wydarzyło się na wolności. Ktoś, komu zrodził się w 

głowie taki pomysł, musiał mieć chory umysł.

- Co to? - usłyszał za plecami głos Mai. Ona nie może tego zobaczyć!

Simon   poderwał   się   i   chciał   zagrodzić   żonie   drogę,   ale   ponieważ   była   niższa, 

przemknęła się mu pod ramieniem, nim zdążył ją zatrzymać.

- Jak można tak skrzywdzić zwierzę? - wyszeptała, dławiąc się łzami.

Simon podniósł małego kota z nastroszoną sierścią, jednego z wielu dzikich kotów 

żyjących w lasach. Ktoś przetrącił mu kark i wcisnął do narządów płciowych złamaną gałąź.

Simon czuł w żołądku twardą kulę.

Maja zacisnęła ręce na piersiach i poprosiła, uciekając wzrokiem:

background image

- Spał go, Simonie! Spal! Posłuchał jej i rozpalił ognisko, choć wiele go to kosztowało.

Poczekał, aż szczątki się zwęgliły, a w powietrzu uniósł się swąd palonej sierści i mięsa. 

Otarł twarz śniegiem, by Maja nie zauważyła, że płakał. Odczekał chwilę, a potem zajrzał do 

obory. Nagle bowiem uderzyła go myśl, że jeśli ktoś mógł zrobić coś takiego bezbronnemu 

kotu, to mógł też skrzywdzić ich owce.

Na szczęście w oborze nic złego się nie stało.

Choć   przyjął   to   z   ulgą,   gdzieś   w   głębi   serca   czuł   narastający  strach.  To   wszystko 

zaczynało być ohydne, a już on się trochę na tym znał. Dobrze wiedział, co jest ohydne.

Maja siedziała w chacie przy piecu otulona szalem. Spojrzała na męża, a na jej twarzy 

malowała się bezbronność.

- Ktoś tu był, Simonie - powiedziała z trudem, przełykając ślinę. - Widziałam ślady przy 

oknie. Stanęłam w tym samym miejscu i zajrzałam do środka. Zostawiliśmy otwarte drzwi do 

alkierza. Sprawdziłam, widać stamtąd całe łóżko...

Słuchał   jej   oniemiały,   a   potem   jak   w   amoku   wyszedł   przed   chatę.   Znalazł   ślady, 

pochylił się i popatrzył przez okno. Rzeczywiście, łóżko widać było jak na dłoni.

Zalała go nowa fala obrzydzenia, przemieszana ze złością.

Ślady wielkości jego stóp mogły należeć zarówno do mężczyzny, który dorównywał mu 

wzrostem, jak i do kogoś niższego. Jedno nie ulegało wątpliwości: ten człowiek był chory.

Maja i Simon właściwie nigdy nie zasłaniali okien w kuchni. Przerobiona ze spódnicy 

zasłonka w kratkę służyła głównie jako ozdoba. Na zewnątrz wszystko wydawało się równie 

przyjazne i bezpieczne jak wewnątrz czterech ścian ich chaty.

Teraz, kiedy Simon wrócił, Maja zasłoniła okno.

Doskonale ją rozumiał, bo sam ciągle nie mógł się otrząsnąć z szoku. Powoli jednak 

złość brała w nim górę.

Maja   tymczasem   czuła   jedynie   głęboką   odrazę,   poznawał   to   po   jej   twarzy,   po 

zalęknionym spojrzeniu.

- Kto ma czas zajmować się czymś takim? - zapytała, unosząc brwi.

Każde z tych okropnych zdarzeń potęgowało w niej strach. Zastanawiała się, co jeszcze 

może ich spotkać i kiedy.

- Potrafisz pojąć to, Simonie? Przecież każdy mężczyzna ma dość roboty. Kto ma czas 

chodzić po sąsiadach i rozsiewać zło!

- Rzeczywiście, warto by się zastanowić. Simon objął Maję, a ona zesztywniała. Nie 

cofnął jednak rąk, ale zsunął je na wysokość jej talii. Po chwili Maja się odprężyła.

- Starców możemy wykluczyć - myślał na głos Simon. - A pozostali mężczyźni pewnie 

background image

dopiero   wracają   z   połowu.   My   przecież   przypłynęliśmy   wcześniej   tylko   dlatego,   że 

zobaczyliśmy Andersa. A może ktoś wracał tędy z lasu z polowania?

Pokręciła głową.

- To może być praktycznie każdy. Ktoś młody lub stary, ktoś, kto mieszka bliżej fiordu 

lub bliżej osady. Czy to się kiedyś skończy?

- Niebawem - obiecał, muskając wargami jej ucho. Trudno mu się było oprzeć pokusie.

Maja jednak odsunęła się, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz.

- Nie, Simonie, nie teraz. Ciągle myślę o tym człowieku, który stał tam i... podglądał 

nas, a potem tak straszliwie okaleczył biedne bezbronne zwierzę. Zdaje mi się, że mogłabym go 

udusić i powiesić...

Simon uśmiechnął się na ten wybuch gniewu swojej żony, która potrafiła się złościć jak 

mało kto. W takich chwilach daleko jej było do łagodnej i wyrozumiałej kobiety.

- Rozumiem cię - odparł, chcąc jej uświadomić, że pojmuje, czemu nie chce przyjąć 

jego   pieszczot.   Nie   wiedział   tylko,   czy   wyraził   się   wystarczająco   jasno,   ale   by   nie   być 

posądzony o naprzykrzanie się, wolał się nie powtarzać. Pospiesznie zmienił temat, starając się 

stłumić podniecenie.

- Nie sadzę, żeby to był ktoś starszy wiekiem. Chociaż, gdyby przyjąć, że mści się na 

tobie i Idzie za waszą matkę? Nie, nie wierzę w to. Zresztą starsi mają więcej szacunku dla 

zwierząt. Mnie się zdaje, że chodzi o jakąś świeższą sprawę. Może źle kojarzymy fakty? Poza 

tym   to   musi   być   ktoś   zręczny.   Dużo   ryzykował,   przecież   mógł   zostać   zauważony,   kiedy 

przemykał się przez otwartą przestrzeń.

- Nadal mamy zbyt duży krąg podejrzanych - wyszeptała zmęczona. - Co sprawia, że 

ludzie stają się tacy źli?

Długo obejmował spojrzeniem niewysoką postać o zaokrąglonych kształtach. Lubił ją 

najbardziej w rozpuszczonych włosach, tak jak teraz. Tyle tylko że mężatce nie pasowała taka 

fryzura.

Maja była całym jego życiem, mimo że tak łatwo zdarzało mu się odsuwać ją od siebie. 

Oddzielała ich okryta milczeniem przeszłość.

Nie opowiedział jej wszystkiego, usprawiedliwiając się tym, że to zbyt okropne. Maja 

dała mu jednak do zrozumienia, że gotowa jest dzielić z nim także te fragmenty jego życia, 

które przed nią ukrywał.

Zdecydowanym krokiem  wszedł   do  alkierza  i  z  kryjówki  w kufrze  wyjął   skórzany 

woreczek.

Wrócił do kuchni i z brzękiem wysypał jego zawartość na blat solidnego stołu. Błysnęło 

background image

zmatowiałe srebro.

Uciekając przed nią spojrzeniem, siadł przy stole i ścisnął dłonie.

- Mogło tu być trzydzieści monet, ale nie ma tyle - odezwał się niechętnie. - Zdobyte 

zostały równie niegodziwie, Maju.

- Jak to? - zapytała ostro, nie ruszając się z miejsca. Stała wyprężona jak struna. - 

Przecież mówiłeś, że te pieniądze nie mają nic wspólnego... Przysięgałeś, Simonie!

Unikał jej brązowych oczu, które, jak mu się zdawało, potrafiły przejrzeć go na wylot. 

Może rzeczywiście ma taki nadprzyrodzony dar? Po ostatnich niezwykłych snach można się 

było spodziewać także tego.

Czuł, że ją traci. To, co chciał jej wyznać, mogło sprawę tylko pogorszyć. Ale teraz nie 

mógł już się zatrzymać. Postanowił opowiedzieć jej wszystko.

- Pytałaś mnie, co sprawia, że ludzie stają się tacy... - zaczął, spuszczając wzrok. - Co 

sprawia, że człowiek staje się zły? - Nabrał powietrza w płuca z drżącym jękiem. - Och, wiele, 

moja Maju. Dlatego myślę, że musimy się liczyć z tym, iż może to być każdy. Bo każdy z nas 

skłonny   jest   do   popełnienia   zła.   Nawet   ty,   gdyby   sytuacja   cię   do   tego   zmusiła.   Gdyby 

wywierano na ciebie silny nacisk... Powiem ci, skąd mam te srebrniki. Dopuściłem się rzeczy 

strasznej, niewybaczalnej. Chcesz posłuchać?

Skinęła głową. Z ociąganiem usiadła po drugiej stronie stołu naprzeciwko Simona.

- Czy możesz mi obiecać, że mnie nie znienawidzisz? - zapytał, ale zaraz się poprawił. - 

Nie, nie musisz mi niczego obiecywać, Maju. Nieuczciwie z mojej strony byłoby cię prosić o 

to, zanim poznasz prawdę. Nie mam zamiaru cię do niczego przymuszać, kochana. Wysłuchaj 

mnie, proszę, a potem możesz mnie nawet znienawidzić, gardzić mną albo...

Uśmiechnął   się   ze   smutkiem.   Słowa   „albo   mnie   pokochać”   nie   przeszły   mu   przez 

gardło.

- Pamiętasz, jak ci mówiłem, że niedobrze być zbyt urodziwym?

Maja wykrzywiła twarz w grymasie.

- Właściciel tego woreczka, Maju, dzierżył sporą władzę, oczywiście na ile to możliwe, 

jeśli jest się więźniem. Podobno miał dożywotni wyrok, bo bogata rodzina wykupiła go od 

szubienicy. Przypuszczam, że to prawda, choć on sam nigdy o tym nie mówił. Kiedyś się upił. 

Zwykle płacił srebrnymi monetami, kiedy chciał kupić sobie coś, co ułatwiało mu życie.

„Dość szybko zatroszczył się o to, żebym był jego...

Simon z poszarzałą twarzą spojrzał na Maję. Czy to zrozumie? Trudno mu było wyrazić 

wstyd i poczucie winy. On, mężczyzna, i to w pełnym tego słowa znaczeniu, tak upokorzony, 

sprowadzony do roli zabawki...

background image

- Było to lepsze, niż mieliby mnie wykorzystywać wszyscy - rzucił twardo. - Bo dla 

takich młodych chłopaków jak ja istniały tylko dwie możliwości, rozumiesz? Chyba że ktoś był 

na tyle silny i brutalny, że sam narzucał swoje rządy. Na początku byłem zielony jak trawa, jak 

pierwsze wiosenne listki.

- Opowiedz o nim - poprosiła beznamiętnym głosem.

Simon  zobaczył  znów przed  oczami  króla   więzienia,   który jedną  ręką wymachiwał 

kilofem. Bary miał szerokie niczym drzwi do obory, a dłonie mocarne. Jego oczy miały barwę 

granitu, a kiedy zanosił się tubalnym śmiechem, ukazywał zęby, mocno przerzedzone na skutek 

marnego odżywiania.

- Był potężny - zaczął, nie zdając sobie sprawy, że głos mu drży. Już samo wspomnienie 

przyprawiało go o obezwładniający lęk. Dawny prześladowca nadal wzbudzał w nim respekt. - 

W życiu nie widziałem takiego olbrzyma. Nawet strażnicy się go bali. A srebrniki dawały mu 

pewną władzę także nad nimi. Dobrze wiedział, jacy są pazerni, i to wykorzystywał. Nikt nie 

odważył się zabrać mu tych pieniędzy. Zapowiedział, że łeb rozwali temu, kto tylko spróbuje, i 

nikt nie wątpił, że gotów jest spełnić swoją groźbę. Więźniowie, którzy siedzieli za murami 

najdłużej, mówili, że skazano go za morderstwo. I to niejedno! Opowiadano o nim przeróżne 

historie. Na przykład że jest chłopskim synem i w ataku zazdrości zabił kochankę i swego 

rywala. Albo że wywodzi się z rodziny urzędniczej i podciął gardło własnej matce. Co było 

prawdą, nie wiadomo, ale na jedno wychodzi. Wiedzieliśmy, że może zabić, a on wiedział, że 

my wiemy. Upajał się władzą.

Simon   ukrył   twarz   w   dłoniach.   Straszliwe   wspomnienia,   ukryte   gdzieś   głęboko   w 

świadomości, nie dały się całkowicie zagłuszyć. Teraz, kiedy je wreszcie ujawniał, czuł się, 

jakby rozdrapywał rany.

- Byłem jednym z wielu jego niewolników. Lubił mnie, bo mógł sobie ze mną pogadać. 

Nie był głupcem, nic podobnego, o wiele bystrzejszy ode mnie. Manipulował ludźmi. Umiał 

nastawiać   przeciwko   sobie   innych   więźniów.   Mnie   także   wykorzystywał   do   swoich   gier. 

Bawiło go, kiedy wychodziły z nas najgorsze cechy. Człowiek jest zdolny do wszystkiego, żeby 

przetrwać. Potrafi znieść więcej, niż z początku przypuszczałem. Niż ty możesz sobie w ogóle 

wyobrazić... Nienawidziłem go, ale równocześnie czułem respekt. Wszyscy żywiliśmy do niego 

nienawiść. Ale żeby mu się przeciwstawić, trzeba było być równie wyrafinowanym. Jednemu, 

który mu się postawił, złamał rękę. Potem chłopak mówił wszystkim, że upadł. Innego, który 

się przystawiał do jego chłopaków, skatował. Rozumiesz, Maju? Życie tam za

  -  

murami przy-

pominało ciągłe stąpanie po rozżarzonych węglach. Trzeba się było mieć przed wszystkimi na 

baczności.

background image

- Zabiłeś go?

Simon spojrzał w źrenice z miodową obwódką. Pokiwał głową.

- Tak, Maju, zabiłem go. Zabiłem, kiedy się ze mną kochał. Tak to nazywał...

Simon roześmiał się chrapliwie, a potem westchnął i z wielkim trudem mówił dalej:

-   Było   nas   trzech.   Potajemnie   kupiliśmy   nóż   od   innego   podobnego   mu   więźnia. 

Umówiliśmy się, że zrobi to ten, który pierwszy zostanie wybrany. Padło na mnie. Wbiłem mu 

nóż prosto w brzuch. Krzyknął przeraźliwie prosto w moje uszy. Ledwie się uwolniłem, kiedy 

zacisnął mi na szyi potężne łapska. Potem zdołałem wbić mu nóż w tętnicę szyjną. Strażnicy 

byli tak samo zadowoleni jak my z tego, co się stało. Uznali, że działałem w samoobronie i że 

tak naprawdę mu się to należało. Rodzinie przekazano wiadomość, że zginął przygnieciony 

kamiennym blokiem. Pogrzebano go za więziennym murem, uzasadniając to tym, że jego ciało 

jest własnością króla i państwa. Simon potrząsnął głową.

- Mnie się nic nie stało. Przeciwnie, zyskałem respekt, podobny jaki miał on. Udało nam 

się   ukryć   srebrniki   przed   strażnikami.   Podzieliliśmy   je   na   trzy   części.   Mnie   przypadła 

największa.

Bawiąc się monetami, dokończył:

- Te pieniądze, Maju, są splamione krwią.

- To co innego - rzekła blada na twarzy. - Proszę, nie każ mi mówić nic więcej - 

poprosiła, podnosząc ostrzegawczo rękę. - Nie oczekuj tego od mnie w tej chwili.

Rozumiał, właśnie dlatego opuścił najbardziej drastyczne szczegóły. Dlatego starał się 

mówić bezosobowo i, na ile to możliwe, beznamiętnym tonem.

Bo naprawdę było straszniej, o wiele straszniej. Tych upokorzeń i cierpień nie da się 

opisać.

- Nienawidzisz mnie? - zapytał. Milczenie przeciągało się.

- Nie - odpowiedziała w końcu. - Chyba nie, Simonie. Może ci strażnicy mieli rację, że 

działałeś w obronie własnej?

Wstała z trudem i dodała:

- Wydaje mi się, że teraz ciebie lepiej rozumiem. Nie miał pojęcia, czy uznać to za 

swoje zwycięstwo czy początek ostatecznej klęski.

background image

12

Simon postanowił pozbyć się pieniędzy. Wrzucił srebrne monety jedną po drugiej do 

otwartego dołu, jaki pozostał po spalonej studni.

Nadchodziła wiosna. Na z wolna odmarzającym dnie monety wyglądały niczym lśniące 

ziarno.

Te pieniądze ociekały krwią i stanowiły świadectwo, kim jest... kim był.

Co prawda gdzieś głęboko w sercu tkwiło w nim przekonanie, że za to wszystko, co 

uczynił dla tego starego capa, należała mu się zapłata.

Ale to nie było takie proste. Świat nie jest czarno - biały. Przeważnie wszyscy poruszają 

się w strefie szarości. Zastanawiał się, jak postrzega go Maja. Łudził się, że nie w zupełnie 

czarnych barwach.

Maja, pomimo swego gwałtownego usposobienia, miała w sobie olbrzymie pokłady 

dobroci. Nawet w najgorszym nędzniku potrafiła dojrzeć jakieś zalety. Co prawda zdarzało się 

jej rzucić ostrą uwagę o tym czy tamtym, ale w gruncie rzeczy była naiwna, zdumiewająco 

naiwna.

Dlatego właśnie tak boleśnie przeżywała dosięgające ich nieszczęścia.

Chętnie by jej uświadomił, że ludzie są mniej idealni, niż to sobie wyobraża.

Chodził   tak  i   rozmyślał.   Zmarzł   trochę,  ale   postanowił  jeszcze   zabezpieczyć   otwór 

studni, który stanowił zagrożenie. Od dawna nosił się z tym zamiarem.

Porąbał   siekierą   kilka   młodych   drzewek,   poobcinał   gałęzie   i   związał   razem.   Ta 

prowizoryczna osłona będzie musiała wytrzymać, póki nie zbuduje nowej studni.

O ile w ogóle potrzebna będzie nowa studnia.

Simon poznawał po Mai, że jej marzenia koncentrują się wokół jednej nazwy: Malselv.

Trochę go to złościło, bo chociaż Maja wspominała o tym już wcześniej, nie potrafił jej 

zrozumieć. Uważał, że bardziej naturalne by było, gdyby pragnęła wyruszyć na wschód, nawet 

do Finlandii. Niektóre nazwy brzmiały wszak znajomo.

Dlaczego   więc   dla   Mai   rajską   krainą   był   zielony   płaskowyż   porośnięty   smukłymi 

drzewami?

Owszem, to piękne miejsce, ale kiedy Simon wędrował tamtędy, brakowało mu gór.

Co prawda gdzieś w oddali widniały zarysy szczytów, ale nie dość blisko, by w jego 

sercu odzywało się znajome echo. Urodził się i mieszkał nad fiordem, u stóp gór, i to było jego 

miejsce na ziemi. Z Mają chyba było inaczej. Ona nie należała właściwie do żadnego miejsca. 

Ale skąd wzięło się w niej to marzenie? Może obdarzył ją nim jakiś mężczyzna, szepcząc jej 

background image

miłośnie tę nazwę do ucha?

To by po części wyjaśniało jej determinację.

Gdyby   Maja   chciała   rzucić   wszystko   i   wyjechać,   ruszyłby   z  nią.   Zdolny  byłby  do 

takiego poświęcenia, bo bardziej się męczył, gdy patrzył, jak trawi ją tęsknota.

Ale nie był na tyle wspaniałomyślny, by oddać ją innemu. Widocznie nie miłował jej aż 

tak głęboko. Nie byłby w stanie zdobyć się na aż taką ofiarę. Zresztą to raczej byłaby głupota, 

nie miłość.

Tak więc gdy Maja już na sam dźwięk słowa „Malselv” zatapiała się w marzeniach, on 

w tym samym czasie przeżywał koszmar. Czuł się taki niepewny, z drżeniem myślał o tym, że 

jeśli straci Maję, to tak jakby grunt usunął mu się spod nóg.

Wszystko inne mógłby znieść, ale tego nie.

Maja starała się ukryć głęboko swoje uczucia... Cieszyła się, że Knut żyje i ma się 

dobrze.  Cieszyła się złotem. W pewnym sensie sprawiło jej  radość,  że Simon jej  zaufał i 

powiedział prawdę o srebrnikach. Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że się ich pozbył.

Poza tym wszystko inne sprawiało jej ból.

Bała się, bo sprawy przybrały nieprzyjemny obrót. Zdarzeń, które ich dotknęły, nie dało 

się dłużej tłumaczyć szczeniackimi wybrykami. Już dawno przekroczyły granice kiepskiego 

żartu.

Przeszłość   Simona   także   budziła   jej   głęboką   niechęć.   Potrafiła   sobie   dokładnie 

wyobrazić, co przeżył, i przyprawiało ją to niemal o fizyczny ból.

W odruchu samoobrony starała się wyrzucić z pamięci straszne wspomnienia, ale nie 

przestawała się gryźć. Ciągle powracał do niej obraz upokorzonego, pozbawionego godności 

Simona, i łzy same napływały jej do oczu.

Pragnęła, żeby jej Simon był silny i nieugięty. Jeśli mają ze sobą żyć, nie może być 

inny! Pokochał ją zbyt mocno. Obawiała się, że gdyby go odtrąciła, doprowadziłaby go do 

zguby.

- Czy to twój los, mamo, kładzie się cieniem na mym życiu? - wyszeptała, wznosząc 

oczy ku niebu.

Zła była sama na siebie za ten gest. Ale zaraz przestała się tym przejmować. Przecież 

nikt jej nie słyszał.

Często teraz rozmawiała tak z Raiją. Wreszcie czuła, że na swój sposób pogodziła się z 

nią.

- Nigdy nie będę miała wielu mężczyzn, a mimo to odnoszę wrażenie, że twój los stał 

się też moim. Ciebie kochało wielu, teraz to rozumiem. Nie byłaś aniołem. Ale tego jedynego, 

background image

który znaczył dla ciebie wszystko, nie mogłaś zatrzymać przy sobie na zawsze. Dane wam były 

tylko krótkie wykradzione chwile... Simon jest chyba dla mnie zbyt dobry. Mimo że zabił czło-

wieka. Ale tego nie da się porównać. On mnie po prostu zbyt mocno kocha. Tymczasem mnie 

się zdarzają chwile, kiedy nie wiem nawet, czy go lubię. Nie, nie żywię do niego nienawiści, bo 

w końcu nie uczynił mi wiele złego, bardzo się stara. Ale nic nie poradzi na uczucie, jakie 

wypełnia mi serce. To nie jego wina. Ten jedyny nie jest mi przeznaczony. Pewnie to wiesz... 

Nigdy go nie dostanę. Jak mam z tym żyć? Jak ty z tym żyłaś? Tak, mamo, chyba dosięgnął 

mnie twój cień. Tak się modlę, żeby Ida nie musiała tego przeżywać, nie pozwól, by spotkał ją 

twój los. Ona chyba z nas wszystkich najbardziej zasługuje na szczęście. Jest naszym światłem, 

to ona potrafi obrócić najgorszy smutek w radość... Najbardziej ze wszystkiego pragnęłabym 

mieć takie dziecko jak Ida - wyszeptała na koniec i bezwiednie złożyła ręce. - Tak, dziecko jak 

Ida!

Do wsi zjeżdżało coraz więcej ludzi.

Na terenach za kołem polarnym jarmarki stanowiły - ważne wydarzenia. Wkrótce po 

Andersie synu Pawy z Finlandii przybył człowiek, o którym na północy krążyły legendy.

W  1747 roku granice   na dalekiej   północy praktycznie  nie istniały.  Wielkie   połacie 

płaskowyżu zdawały się być ziemią niczyją albo raczej ziemią należącą do wszystkich.

Prawie dziesięć lat wstecz, w 1738 roku, podjęte zostały próby wytyczenia dokładnej 

linii granicznej pomiędzy królestwem Szwecji a Norwegią. Wydawało się to dość proste, póki 

posuwano się wzdłuż górskiego łańcucha Kjolen.

Ale na północnym płaskowyżu, pozbawionym wzniesień i rzek, gdzie od dawien dawna 

żyli ludzie mówiący czterema językami: po szwedzku, norwesku, fińsku i lapońsku, sprawa 

okazała się o wiele trudniejsza. Brakowało tu naturalnych granic, które dzieliłyby ten wielki 

obszar, a ludzie czuli łączność z całym rozległym terenem. Być może właśnie zamysłem Boga 

było   pozostawienie   bezkresnego   płaskowyżu   na   północy,   bo   między   Torne   a   lapońskimi 

pastwiskami Kemi i wybrzeżem nie istniały żadne naturalne granice.

Inżynierowie   reprezentujący   interesy   obu   państw   bez   większych   sporów   ustalili 

większość odcinków granic, jednak kiedy dotarli w okolice Lyngen, pojawiły się niejasności.

Odkurzono stare traktaty, które pilnie studiowano w obu stolicach, interpretując je na 

bardzo różne sposoby. Zażartym dyskusjom nie było końca. Wytyczono kilka linii granicznych, 

a każde z państw rościło sobie prawa do większego obszaru.

Norwegowie   przesunęli   linię   graniczną   tak,   że   większość   terenów,   które   Szwedzi 

uważali za własne, znalazła się po ich stronie. Zaś szwedzcy inżynierowie przesunęli granicę aż 

na obszar przez Norwegów traktowany jako odwiecznie norweski.

background image

Na domiar wszystkiego  do sporu włączyła się Rosja, zgłaszając swoje aspiracje do 

terenu na wschodzie.

Stare jak świat spory o Laponię, ziemię niczyją, nie doczekały się rozstrzygnięcia w 

1747 roku.

Rokowania były trudne. Duńsko - norweski rząd za żadną cenę nie zamierzał dopuścić 

Szwedów aż do Morza Norweskiego, obawiając się zmiany układu sił w tym rejonie.

Mieszkańcy wysp i fiordów dalekiej północy nie orientowali się zupełnie, jacy są ważni. 

Nie wiedzieli, że dwa królestwa, szwedzkie i duńskie, w którego skład wchodziła Norwegia, 

zawzięcie walczą, by uczynić ich swoimi poddanymi. Ci biedni ludzie nie otrzymali żadnego 

dowodu na to, że są tak cenni - ani od jednego, ani od drugiego króla.

Człowiek z północnego wschodu spotkał wielu inżynierów, zagranicznych przybyszy z 

dużych miast. Nie spodobali się mu, on zresztą także wydał im się osobą wątpliwej reputacji.

-   Ale   nim   opuściłem   miejsce   przy   wspólnym   ognisku   -   powiedział   z   chytrym 

uśmieszkiem,   sadowiąc   się  przy  solidnym  drewnianym  stole   kuchennym  w  chacie   Reijo  - 

przeczytałem to i owo. I nie wydaje mi się, by w sprawie granic miało dojść do porozumienia 

jeszcze przez jakiś czas.

Zadowolony nabił fajkę.

Heikki Kataja był bardzo osobliwym człowiekiem, w którym skłonność do melancholii 

mieszała się z nieprawdopodobną bystrością. Niektórzy utrzymywali, że gość Reijo to jeden z 

najgroźniejszych ludzi w całej Finlandii.

Reijo poznał go przed kilkoma laty. Heikki Katają nie należał do tych, którzy szukają 

przyjaciół.   Ponieważ  krążyła  o  nim  nie  najlepsza   opinia,   ludzie   zachodzili   do  niego   tylko 

wtedy, gdy byli w potrzebie i szukali pomocy. Mało kto odwiedzał go z innych powodów.

Prawda, że Heikki wyglądał niezbyt schludnie. Trudno się dziwić inżynierom z miasta, 

że potraktowali go niepoważnie. Przybysze z Kopenhagi i Sztokholmu marszczyli nosy na 

widok zarośniętego mężczyzny w połatanym ubraniu, który sprawiał wrażenie, jakby od kilku 

lat   nie   golił   się   ani   nie   ścinał   włosów.   Kiedy   zaczął   ich   ostro   pouczać,   gdzie   powinna 

przebiegać granica, kazali mu znaleźć sobie inne miejsce na odpoczynek. Może nie uczyniliby 

tego, gdyby wiedzieli, że znaleźli się twarzą w twarz z najsłynniejszym szamanem w całej 

Laponii. Chociaż z mieszczuchami różnie bywa. Nie wiadomo, czy w ogóle wierzyli w takie 

rzeczy.

- Wzywałeś mnie! - Heikki spojrzał na Reijo.

Na północy nie krążyli posłańcy, więc do Heikkiego nie mógł dotrzeć żaden człowiek z 

nowiną, ale to nie było potrzebne.

background image

Wystarczyło, że Reijo bardzo tego pragnął.

- Owszem - odparł Reijo. - Nie podoba mi się bowiem to, co się tu ostatnio dzieje. Na 

tych, których kocham, spadają nieszczęścia. Myślę, że mógłbyś mi pomóc.

Heikki skinął głową i kołysząc swym wychudzonym ciałem, z przejęciem nabijał fajkę.

- Zauważyłeś, Reijo, że wokół chaty są skoncentrowane siły? - zapytał.

- Chronią?

- W pewnym stopniu tak - potwierdził  Heikki. - Ale ona sama, przyjacielu,  tu nie 

dociera.

- Ona? - zapytał Reijo, bacznie nastawiając uszu. - O kim mówisz? W oczach starego 

pojawił się błysk.

- Myślę, że doskonale wiesz, o kim mówię, Reijo Kesaniemi. Ona chce kogoś ochronić, 

ale sama nie może. Wybrała więc kogoś innego, tylko że to nie wystarczy. Może właśnie 

dlatego tak mnie tu do was ciągnęło?

- Kto to robi?

- Mężczyzna. Mści się z powodu kobiety, młodej kobiety. Wyraźnie czuję nienawiść do 

kobiety, a może nawet do dwóch. Do ciebie, Reijo, nie. Jest w to zamieszany jeszcze jakiś 

mężczyzna... Za dużo ludzi, trudno coś zrozumieć.

- Przecież jesteś szamanem - powiedział Reijo, podając Heikkiemu szklaneczkę wódki. - 

Myślałem, że wszystko mi wyjaśnisz.

-   To   nie   ode   mnie   zależy.   Wiesz   o   tym,   bo   już   kiedyś   się   z   tym   zetknąłeś.   Nie 

decydujemy o tym sami. To po prostu na nas spływa. Są okresy, kiedy wykorzystywanie tych 

zdolności przychodzi nam z większą łatwością, ale nic nie jest dane raz na zawsze. Przykro mi z 

powodu twojej nogi - dodał, wlewając w siebie mocny bimber.

- Mojej nogi? Heikki roześmiał się.

- Przepraszam, przyjacielu! Przepraszam, to się jeszcze nie stało. Ale wszystko będzie 

dobrze. Wybrała właściwą osobę. Chyba najbardziej martwiła się o ciebie, ale wszystko dobrze 

się skończy, Reijo. Dla ciebie oznaczać to będzie początek nowego.

I koniec starego.

- Coś mi się zdaje, że za dużo wypiłeś - stwierdził z troską Reijo, zabierając butelkę.

Heikki jednak nie chciał przystać na to, by ten miły wieczór zakończył się tak szybko.

-  Zapomnij   o  tej   nodze  -   powiedział.   -  Gdzie   dziewczynka,   która  ma  sobie   z  tym 

poradzić? Może będę mógł jej pomóc.

- Dziewczynka jest już dorosła - odpowiedział Reijo, uśmiechając się krzywo. - Jestem 

starszy, niż myślisz. Moje dzieci już są gotowe do dorosłego życia.

background image

- O ile wiem, to nie jest twoje dziecko - zauważył cierpko Heikki. - Miałeś na nią nie 

mniejszą ochotę niż inni, ale ktoś cię ubiegł.

- Ale mimo wszystko stała się moim dzieckiem - upierał się Reijo.

- Z doświadczenia mi wiadomo, że nie należy podejmować się ojcostwa, o ile to nie jest 

konieczne - uznał Heikki Kataja, najgroźniejszy człowiek w Laponii. - Chcę się z nią spotkać, 

Reijo, i to od razu.

Maja nie przepadała za rodziną Simona. Szczerze mówiąc, nie znosiła jej. Jeszcze kiedy 

spotykała ich pojedynczo, jakoś potrafiła się przemóc. Nie cierpiała tylko nieoczekiwanych 

wizyt teściowej, która palcem sprawdzała, czy na stole i pólkach nie ma kurzu. Najwyraźniej 

trudno jej się było uwolnić od zakorzenionej podejrzliwości wobec Finów, że są brudasami. 

Maja co prawda była tylko na pół Finką, ale jej teściowa mimo to nie dawała wiary, że potrafi 

zadbać o jej najdroższego syna.

Maja  tolerowała  ojca  Simona, chociaż  wydawał  jej  się  wyjątkowo ograniczony.  Po 

każdej jego wizycie Maja zachodziła w głowę, po kim Simon odziedziczył bystrość umysłu. 

Narastało w niej podejrzenie, że teściowa miała jakiś romans na boku, bo pozostali potomkowie 

Bakkenów   wypisz   wymaluj   przypominali   ojca.   Tępi,   służalczy   wobec   tych,   którzy   mieli 

władzę, zmienni, łatwo potępiali innych. Zawsze ustawiali się z wiatrem. Trzymali stronę tych, 

z którymi warto było trzymać.

Maja nie znosiła takiej obłudy. Dlatego też kiedy Simon oznajmił jej, że zaprosił na 

obiad swoje siostry z mężami, zwróciła się o pomoc do Idy.

- Sama nie wytrzymam z tą zgrają - oznajmiła. - Musisz przyjść. Muszę mieć przy sobie 

przynajmniej jedną rozsądną osobę, bo gotowa jestem uczynić coś głupiego. A nie chcę robić 

Simonowi przykrości.

Ida nie zawiodła.

Beret i Olaves oraz Elina z Johannesem zjawili się punktualnie. Simon kierował się 

szlachetnymi pobudkami, ale to rodzinne spotkanie z góry było skazane na niepowodzenie. Po 

prostu brakowało im wspólnych tematów.

Bracia, których poślubiły siostry Simona, byli małomówni. Maja często czuła na sobie 

ich spojrzenia, ale ilekroć się odwróciła, uciekali wzrokiem. Beret i Elina nie przepadały za nią, 

o czym Maja dobrze wiedziała. Obie siostry łączyła silna więź, tak że Maja, nawet gdyby 

bardzo się starała, nie zostałaby dopuszczona do ich spraw. Tak naprawdę wcale jej na tym nie 

zależało, co w oczach szwagierek stawiało ją jeszcze w gorszym świetle.

Przy   stole   panowała   napięta   atmosfera,   chociaż   gospodarze   przygotowali   bardzo 

wykwintny poczęstunek. Nieczęsto tu we wsi stawiano na stole równocześnie mięso z renifera i 

background image

ryby. Ale siostry Simona przyjęły to z udawaną obojętnością.

Nawet Ida, która potrafiła wprowadzić zawsze pogodny nastrój, nie zdołała rozruszać 

gości.

Maja, widząc to, zrezygnowała i zamknęła się w sobie. Nawet wówczas, gdy Beret 

zapytała ją o coś, a ona nie wiedziała, o co jej chodzi, nie wzięła się w garść. Nie zareagowała 

też na ostrzegawcze spojrzenie, jakie posłał jej Simon. Po prostu nie mogła znieść tego to-

warzystwa, choć wiedziała, że to jego krewni.

Zanosiło się na to, że rodzina Simona jeszcze bardziej ją odsunie. Sytuację uratował 

odgłos kroków za oknem i znajome pukanie do drzwi. Do środka wszedł Reijo, a wraz z nim 

wychudzony mężczyzna w starych skórzanych spodniach i samodziałowej koszuli, na którą 

założył wełnianą kurtkę, połataną w tylu miejscach, że trudno było określić jej pierwotny kolor. 

Od czasu, kiedy Maja widziała go ostatnio, przybyło mu zmarszczek na obliczu.

Rozłożył ręce, a ona dała się wyściskać.  Już w chwili,  kiedy go ujrzała, wiedziała 

natychmiast, że wiele ich łączy.

Ida zmarszczyła nos, ale dała się ucałować Finowi.

- Twoja córka jest piękna - powiedział Heikki do Reijo. - A ta odziedziczyła po matce 

więcej, niż przypuszcza.

Heikki przeszył Maję wzrokiem. Próbowała zasłonić przed nim swoje serce, ale pod tym 

względem nikt nie dorównywał mu zdolnościami, które wykorzystywał wszak przez całe swoje 

życie.

Maja nie potrafiła kierować siłami, jakie wyczuwała w sobie, ale przyjmowała, że to 

właśnie stanowi jej największą moc.

Uśmiechnęła się ostrożnie do Heikkiego i patrząc w jego bystre oczy, zrozumiała, że 

przed nim niczego nie ukryje. Równocześnie nie wątpiła ani przez chwilę, że jej nie zdradzi. 

Reijo wyjaśnił trzymającemu się na uboczu Simonowi, że Heikki jest bliskim przyjacielem.

-   Łatwo   to   poznać   -   skwitowała   z   przekąsem   jedna   z   sióstr   Simona,   ale   Maja 

postanowiła nie wnikać, która szwagierka jest taka złośliwa.

Początkowa niechęć Simona rychło ustąpiła, bo gość okazał się bardzo miły w obejściu. 

Mówił mieszanką szwedzkiego, fińskiego i norweskiego, który brzmiał dość zrozumiale. Był 

prawdziwym gawędziarzem i wnet udało mu się wciągnąć do rozmowy wszystkich.

Nawet Olaves i Johannes wtrącili parę słów.

Wszyscy słyszeli o Heikkim Katai, ale upłynął jakiś czas, nim się zorientowali, że to on 

we własnej osobie siedzi wśród nich.

Krążyło o nim tyle opowieści, legend niemal, że łatwo go było sobie wyobrazić jako 

background image

kogoś o ponadludzkich cechach. Kogoś, kto unosi się nad bezkresną równiną i przypomina 

samego diabła.

Opowiadano historię o młodej dziewczynie, która przyszła do niego i poprosiła, by jej 

ukochanego spotkała kara za to, że porzucił ją dla innej. Heikki podobno zapytał, czy chce, by 

na niego zesłać chorobę, czy śmierć.

Dziewczyna, która była dość porywcza i mściwa, odpowiedziała: śmierć.

We wsi, gdzie mieszkał ów niewierny zalotnik, ludzie źle spali tej nocy. Rozszalała się 

straszna burza. Wicher wiał ze szczególną mocą koło kościoła, tak jakby tysiące diabłów tłukło 

się na śmierć i życie. Podobno słychać było krzyki, jakiś człowiek błagał o pomoc. Ktoś widział 

krążące w powietrzu kruki.

Dziewczyna,  która  pochodziła  z  sąsiedniej  wioski,   obudziła  się  następnego  ranka z 

wyrzutami sumienia. Widocznie nie była taka kryształowo czysta i ukochany rzucił ją nie bez 

powodu. Przybiegła boso do Heikkiego, który spał na strychu, i zapukała.

Ten otworzył jej zmęczony.

- Bardzo żałuję - powiedziała dziewczyna. - Zapomnij, o co cię prosiłam. Nie chcę, by 

mojemu ukochanemu coś się stało.

Heikki Kataja popatrzył na nią przeciągle, a zamykając drzwi, oznajmił:

- Za późno. Ukochany tymczasem zaginął i nikt go już więcej nie widział. Podobno 

następnego   dnia  ktoś   znalazł   na  pobliskim   cmentarzu  jego  ubranie   poszarpane  na  strzępy. 

Heikki jednak nigdy nie odezwał się słowem na ten temat.

Ale siedzący przy stole znali tę opowieść, powtarzaną z ust do ust w całej Laponii i 

dalej aż w Ruiji.

- Czy jesteś jasnowidzem? - zapytał Olaves wprost. Od dłuższego czasu widać było, że 

się nad czymś mocno zastanawia, obserwując ukradkiem człowieka, o którym tyle słyszał.

- Tak samo jak ty - odparł Heikki. - No, może umiem trochę więcej.

- A potrafisz powiedzieć, co się stało z ludźmi, którzy zaginęli?

- To zależy. - Heikki zmrużył oczy. - Nie zawsze, ale bardzo często.

Ida ruchem warg przekazała Mai bezgłośnie: Su - san - na.

Młodsza siostra Olavesa i Johannesa miała opinię latawicy. Przed trzema czy czterema 

laty w porze jarmarku zaginęła. Powiadano, że uciekła z jakimś mężczyzną. Uciekła od biedy w 

chałupie.

Ale jej bracia nie chcieli w to uwierzyć. Twierdzili, że coś się jej musiało stać.

Wszyscy na ogół starają się myśleć jak najlepiej o swoich bliskich.

Olaves opowiedział Heikkiemu o młodszej siostrze, która tak nieoczekiwanie zniknęła.

background image

Heikki popatrzył na niego, na Johannesa, wreszcie zatrzymał wzrok na Simonie.

- Myślę, że ona nadal tu jest - rzekł. Olaves zacisnął pięści, aż pobielały mu kostki.

- Ona nie żyje - ciągnął Heikki łagodnie. - Jest w walącym się budynku. Znajdziecie ją 

tam. Wiecie, gdzie - dokończył, patrząc na braci.

Nawet Maja wiedziała, i nie dlatego bynajmniej, że odezwały się w niej nadprzyrodzone 

zdolności, lecz dlatego, że cała wieś znała starą oborę, którą ojciec braci zamierzał zburzyć, 

odkąd wszyscy sięgali pamięcią. Obora była starsza od większości zebranych i sądząc po jej 

stanie, postawiona została przez pierwszych osadników po tej stronie fiordu. Od lat wszystkie 

dzieciaki z okolicy bawiły się tam w duchy. Podłogi zbutwiały, a ściany w każdej chwili groziły 

zawaleniem. Stary ojciec tłumaczył, że nie zamierza ryzykować życia dla obory, która sama się 

zawali.

Olaves i Johannes poderwali się na równe nogi. Ich żony pobladły i starały się ich 

zatrzymać,   przekonując,   że   zaraz   zapadną   całkowite   ciemności   i   nie   warto   rozpoczynać 

poszukiwań.

- Dziś wieczorem jest już za późno - potwierdził Heikki.

Ale oni nie dali się zatrzymać. Nie podziękowawszy za gościnę, wybiegli z chaty. Maja, 

która wcale nie spodziewała się, że usłyszy z ich ust choćby skromne dziękuję, teraz gotowa im 

była wybaczyć. Nawet Reijo wyglądał tak, jakby miał ochotę pójść za nimi.

- Potrzebna im pomoc w poszukiwaniach - zadecydował Simon, a Reijo skinął głową, 

wdzięczny, że może się wymknąć pod tak szlachetnym pozorem.

- Pozwól im, Maju - rzekł Heikki. - Muszą tam iść. Rozumiesz?

Ida także przebierała nogami. Chwyciła szal Mai i pokręciwszy się nerwowo, oznajmiła, 

że i ona musi zobaczyć.

Maja miała zastrzeżenia. Uważała, że jest zbyt późno, że to niebezpieczne.

- On może gdzieś czatować, wiesz, o kim mówię.

- Pozwól jej pójść! Nikt jej nie skrzywdzi - wtrącił Heikki spokojnym głosem.

Ida nie dawała się prosić dwa razy.

- Ten, którego się obawiasz, nie zrobi ci więcej nic złego - dodał Heikki.

- Reijo ci opowiedział? - Maja rozszerzyła oczy ze zdumienia.

-   Trochę   -   przyznał   Heikki.   -   A   resztę   sam   zobaczyłem.   On   jest   teraz   zajęty,   nie 

skrzywdzi   ani   Idy,   ani   ciebie,   Maju.   Masz   w   sobie   moc,   ale   jeszcze   nie   wystarczającą   - 

uśmiechnął się ciepło Heikki. - Siedziałaś dziś wieczór przy jednym stole z tym człowiekiem i 

go nie rozpoznałaś. A ja wyczułem go natychmiast, gdy tylko przekroczyłem próg chaty. I 

zorientowałem się, co się dzieje.

background image

Maja, pobladłszy, opadła na ławę.

- Był tutaj? - zapytała z niedowierzaniem. - Przecież zaprosiłam tylko najbliższych: 

ciebie, Reijo, Olavesa, Johannnesa, Simona. Samą rodzinę... Głos jej zamarł.

- Właśnie - potwierdził Heikki. - Samą rodzinę. Nie masz pojęcia, jak wiele zła ujawnia 

się właśnie w rodzinie.

Przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, wreszcie oznajmiła:

- Nie mogę tu siedzieć, nic nie wiedząc. Próbował ją powstrzymać, ale Maja, mimo że 

drobna i wiotka, była dość silna. I choć Heikki Kataja uchodził za najgroźniejszego mężczyznę 

w całej Laponii, nie zdołał zatrzymać córki Raiji, która wyrwała mu się i nie pamiętając o tym, 

by narzucić na siebie ciepłe ubranie, pobiegła za innymi.

background image

13

Reijo i Simon ruszyli pospiesznym krokiem, niemal biegnąc.

- Dlaczego on mi się tak przyglądał? - zagadnął Simon. Widać było, że nie daje mu to 

spokoju. - Patrzył na mnie tak, jakby chciał się o czymś przekonać.

Reijo także zauważył badawcze spojrzenie Heikkiego skierowane na Simona.

- Wolałbym, żebyś wiedział - odpowiedział chłopakowi. - Bo jeżeli coś taisz i narażasz 

Maję...

- Nie wiem - zapewnił Simon szczerze. Grzebał w pamięci, ale niczego nie mógł się 

doszukać. - Niewiele pamiętam z tamtego okresu, zanim mnie wzięli do więzienia - dodał 

zrezygnowany. - Późniejsze zdarzenia zupełnie zatarły większość wspomnień...

- Mam nadzieję, że nic nie ukrywasz - rzucił Reijo, patrząc na niego surowo. - Lubię cię, 

Simonie. Na miły Bóg, lubię, i nie chciałbym się na tobie zawieść. Maja ciebie potrzebuje. 

Potrzebuje kogoś silnego, mocno stąpającego po ziemi...

- Maja zawsze miała oparcie w tobie - sprzeciwił się Simon. - Ty byłeś jej ojcem i 

matką. Prawda, że Maja potrzebuje kogoś, ale czy ja jestem tym kimś? Chyba jednak nie.

-   Kiedy   to   wszystko   się   skończy,   porozmawiam   z   Mają   -   przerwał   mu   Reijo.   - 

Zaryzykuj, Simonie!

Odważ się postawić na życie u jej boku! Przecież będziecie mieli dziecko.

Simon uśmiechnął się lekko.

- Ciągle sobie powtarzam, że wszystko się ułoży, gdy na świat przyjdzie dziecko. Ale 

nie do końca w to wierzę.

- Macie... złoto.

Simon zwolnił nieco i wcisnął do kieszeni zaciśnięte pięści.

- Tak, Reijo, złoto wszystko ułatwia, ale równocześnie komplikuje. Maja snuje swoje 

marzenia, choć nie wypowiada ich na głos, a ja mam swoje.

- Jakie są te twoje marzenia?

- Chciałbym osiąść tu na stałe, nad rodzimym fiordem, wśród znajomych szczytów. 

Dokupić więcej ziemi, postawić solidny dom dla niej i dziecka. Hodować zwierzęta.

- A łódź? Simon pokręcił głową.

- Życie rybaka to nie dla mnie.

- A o czym marzy Maja? Simon zapatrzył się w dal. Na tle ciemniejącego nieba w 

zmierzchu wiosennego wieczoru odbijały się nagie brzozy i wierzby.

- Maja chce wyjechać do Malselv. Potrafisz to zrozumieć? Ubzdurała sobie, że czeka ją 

background image

tam rajskie życie.

- Ucieczka - wycedził Reijo. - Chce wyjechać, żeby uciec od wszystkich kłopotów. 

Trudno jej się dziwić. Raija też ciągle uciekała.

Reijo zamilkł, ale po jego twarzy i zamaszystych krokach Simon poznawał, że jest 

wściekły.

- Porozmawiam z Mają - powtórzył Reijo. - Moim zdaniem twoje marzenia są o wiele 

bardziej realne. Co prawda ziemię moglibyście kupić i tam na zachodzie, ale musielibyście 

zaczynać wszystko od podstaw. Tu już coś macie. I chociaż Maja nigdy specjalnie nie trzymała 

z mieszkańcami osady, ma tu dom. Nie może od tego wszystkiego uciec. Ty także masz tu 

swoją rodzinę. Ważne, żeby mieć gdzieś korzenie.

- Maja ich nie ma - odpowiedział Simon cicho. Reijo był tego świadomy. Maja nie 

należała do żadnego miejsca, tak samo jak Raija.

I pod tym względem los Raiji kładł się cieniem na życie Mai.

-   Myślę,   że  i   tym  razem  rozsądek   weźmie   w  niej   górę   -   rzekł   Reijo.   -  To   mądra 

dziewczyna.

- Czy ten Heikki przybył tak sam z siebie? Reijo wyczuł drżenie w głosie Simona.

- Maja nie miała z tym nic wspólnego - zapewnił go. - To ja posłałem po niego.

Simon odetchnął z ulgą. Reijo cieszył się, że nie wspomniał chłopakowi, w jaki sposób 

zawiadomił Heikkiego.

Stara drewniana obora połatana darnią, jak większość budynków tego rodzaju, stała tu 

chyba od 1710 roku, jeśli nie dłużej. Reijo pamiętał ją jeszcze z czasów swojego dzieciństwa. 

Już wtedy było to intrygujące miejsce. Dzieciaki wymyślały o nim mrożące krew w żyłach 

historie, wyobrażając sobie, że to siedziba złych mocy.

Tu   zamieszkiwał   Bola,   śmiertelnie   niebezpieczny   potwór,   którego   każde   dziecko 

wyobrażało sobie po swojemu.

W przekonaniu Reijo Bola miał ogromne świecące oczy, był rozczochrany i kościstym 

palcem groził nieposłusznym dzieciom.

Kolejne pokolenia rodziców straszyły Bolą swoje dzieci.

Gdy   byli   mali,   szerokim   łukiem   omijali   miejsca,   gdzie   -   w   ich   przekonaniu   -   się 

ukrywał. A kiedy dojrzałość wygoniła z ich - serc wszystkie strachy dzieciństwa, i tak się od 

niego   nie   uwolnili.   Podtrzymywali   go   przy   życiu   dla   swoich   dzieci.   Gdy   dziecko   było 

nieposłuszne, straszono je Bolą.

„Jak będziesz niegrzeczny, przyjdzie Bola i cię zabierze!”

- Siedlisko strachów - odezwał się Simon z krzywym uśmiechem. - O mój Boże, jak 

background image

myśmy się bali tej rudery, kiedy byliśmy mali.

Reijo poklepał młodzieńca w ramię:

- Wszyscy widzieliśmy tam Bolę, chłopcze. Ale to przecież tylko zwykła obora.

Między dwoma szczytami rozciągała się otwarta równa przestrzeń. Rzeka zakręcała w 

stronę fiordu, a jej brzegi pokrywał piasek. Dalej w dole ciągnęła się osada. Brzozy i sosny 

wyrastały u stóp szczytów, okalały brzegi rzeki, korzeniami wnikając w glebę w poszukiwaniu 

wody.

Skały często  zatrzymywały  deszcz  i było tu  bardzo  sucho. Rośliny musiały szukać 

pożywienia głęboko, musiały być oszczędne, jak tutejsi ludzie.

Na cyplu wcinającym się w rzekę stały zabudowania należące do rodziny Olavesa i 

Johannesa. W ich domu nigdy nie panował dostatek. Kawałek ziemi nie mógł utrzymać licznej 

rodziny. Bo chociaż pięcioro dzieci spoczywało na Karnes, w chałupie i tak jeszcze pozostało 

siedem gąb do wyżywienia.

Nie licząc Susanny, z którą nie wiadomo, co się stało.

Oczywiście z czasem, gdy dzieci dorosły, przybyło rąk do pracy. Ale podzielona na 

spłachetki ziemia, wyjałowiona przez lata, wcale nie rodziła więcej.

Nadeszli bracia z lampami, a kiedy zauważyli Reijo z Simonem, zatrzymali się przy 

wejściu do obory.

- Nie potrzebujemy tu obcych - rzucił wrogo Olaves. - A już najmniej was.

- Przecież jestem waszym szwagrem - odpowiedział Simon. - Chętnie wam pomogę. 

Przeszukiwanie tej walącej się obory może być niebezpieczne.

- To wracaj do siebie i przeszukuj własną, Simonie Bakken! - odpowiedział Johannes. - 

Jest trochę mniej zrujnowana.

- Przeklęta zawiść - syknął Simon przez zęby. - Kole ich w oczy wszystko, co mają inni. 

Tak jakbyśmy im coś z Mają ukradli!

- Niektórzy już tacy są - odparł cicho Reijo i zwracając się do braci, rzucił pojednawczo: 

- Pożyczymy lampy od waszego ojca. Znam się z nim od dawna. Jest zbyt chory, żeby wziąć 

udział w poszukiwaniach, więc chyba wolno mi będzie mu trochę pomóc. Zresztą przyda się 

każda para rąk, bo zaraz zrobi się zupełnie ciemno...

Reijo   ruszył   w   stronę   poszarzałej   chałupy,   pozostawiając   trochę   niepewnego   i 

bezradnego   Simona   w   towarzystwie   szwagrów.   Olaves   i   Johannes   popatrzyli   na   niego 

nieprzeniknionym wzrokiem, po czym otworzyli wrota i nie zamykając ich za sobą, weszli do 

obory.

Simon, nie zastanawiając się długo, ruszył za nimi.

background image

Smród, jaki uderzył go w nozdrza, omal nie zbił go z nóg. Przez szpary co prawda wiał 

wiatr, a i wrota pozostały otwarte na oścież, ale nie na wiele się to zdało.

Simon przystanął na moment, żeby przyzwyczaić wzrok do ciemności.

Z dzieciństwa pamiętał, że ta obora była podpiwniczona. Na dół zrzucano gnój.

Sądząc po panującym tu smrodzie, przez wiele lat nikt nie opróżniał zbiornika. Teraz 

wraz z cieplejszymi podmuchami wiosny gnojówka zapewne częściowo odmarzła, o ile w ogóle 

kiedykolwiek zamarzała.

Simon wykrzywił się z powątpiewaniem.

Zgromadzony   w   piwnicy   gnój   przeżerał   deski   podłogowe.   Przypomniał   sobie   ten 

dreszcz emocji, kiedy jako wyrostki wchodzili na już wtedy spróchniałą podłogę, trzeszczącą i 

uginającą się pod ich ciężarem.

Nad głową usłyszał odgłos kroków i zauważył migoczące światła lamp.

Olaves   i   Johannes,   obznajomieni   z   otoczeniem,   weszli   na   górę,   na   strych,   gdzie 

składowano siano, i stąpając ostrożnie, rozglądali się wokół.

Tam na górze było chyba trochę bezpieczniej, ale skoro zgłosił swoją pomoc, musi 

przecież coś zrobić.

Dobry Boże, gdzie tu szukać?

Oswoiwszy się z ciemnością, prześliznął się spojrzeniem po odgrodzonych boksach dla 

zwierząt. Porozrzucane zardzewiałe narzędzia leżały po kątach obok beczek, które zdawały się 

podtrzymywać ściany.

Susanna tutaj?

Nie wierzył w to. Niech nazywają Heikkiego Kataję, kim tylko chcą. Tym razem jednak 

musiał się pomylić. Susanna na pewno uciekła z jakimś nieznajomym, który obiecał jej złote 

góry. Była porywcza i naiwna. Pamiętał, że łatwo ją było oszukać. Nie on jeden zaciągnął ją na 

siano i uwiódł, jak by to można określić. Nie przypominał sobie szczegółów, więc pewnie na 

tym jednym razie poprzestał.

Czy to grzech? Trudno powiedzieć. Wielu rzeczy nie pamiętał dokładnie.

A   jeśli   postanowiła   z   sobą   skończyć?   Nie,   nie   wybrałaby   własnej   obory!   Nie 

powiesiłaby się przecież na rzemieniu na strychu, gdzie składowano siano!

Susanna nie należała do tego typu ludzi, którzy odbierają sobie życie. Nie wpadłaby na 

to, pomyślał nie bez złośliwości. Bo myślenie nie było jej mocną stroną.

- Znalazłeś Susannę, Simon? - usłyszał z góry głos Olavesa.

- Wydaje mi się, że Heikki się pomylił.

- Wątpię, jest jasnowidzem. Umilkł. Simon odważył się postawić kilka kroków. Uznał, 

background image

że bezpieczniej będzie posuwać się wzdłuż ściany, ale ponieważ leżało tam tyle rupieci, musiał 

stąpnąć na niepewny grunt, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

- Pamiętasz Susannę, Simon? - odezwał się głos z góry. - Powiedz, pamiętasz ją?

Simon   zatrzymał   się,   popatrzył   w   górę,   ale   zobaczył   tylko   śliskie   deski   i   dwa 

poruszające się świecące kółka.

- Pewnie, że pamiętam - odparł zirytowany. Znów postąpił kilka kroków. Słyszał, jak 

podłoga trzeszczy pod nim niebezpiecznie. Był zdecydowanie cięższy niż jego szwagrowie i to, 

że podłoga nie złamała się pod nimi, nie oznaczało wcale, że i jego utrzyma.

Odważył się postawić kolejne kroki. Zmierzał w stronę drabinki prowadzącej na strych, 

mimo że rozsądek mówił mu, że nawet jeśli Susanna gdzieś tu jest, to na pewno nie na strychu.

Przecież tam nie było żadnego schowka.

Dzieciaki ze wsi bawiły się na strychu przez te wszystkie lata i gdyby była, musiałyby ją 

znaleźć.

Ale skoro Olaves i Johannes postanowili tam szukać...

Przy drzwiach błysnęło drżące światełko.

- Simon, ta podłoga jest niebezpieczna - usłyszał głos Reijo. - Stary też tak mówi. Lepiej 

nie wchodzić na środek, ale przesuwać się pod ścianą. Co robisz? Zwariowałeś, chłopcze?

Simon odważył się na skok, bo wydawało mu się, że stoi na belce nośnej. Miał nadzieję, 

że jest ona trochę mocniejsza niż pozostałe deski. Ocenił odległość do drabinki. Kiedyś mu się 

to udawało.

Odwaga, jakiej nabył w więzieniu, teraz mu się przydała. Wiara, że to, co niemożliwe, 

może   być   w   zasięgu.   Diabelna   pewność   siebie,   którą   tak   przeklinał,   okazała   się   w   tym 

przypadku błogosławieństwem.

Niestety, w miejscu, gdzie opadł całym ciężarem ciała, podłoga się załamała. Deski, 

które przez lata przylegały do siebie, rozdzieliły się z jękiem.

Simon zdążył w ostatniej chwili uchwycić się dolnego szczebelka drabiny.

Od   pasa   w   dół   wisiał   w   dziurze,   która   powstała   w   podłodze,   ze   stopami   niemal 

zanurzonymi w płynnej masie. Miał rację, przypuszczając, że gnojówka nigdy całkiem nie 

zamarza.

Smród, jaki uderzył go w nozdrza, był tak nieznośny, że ledwie oddychał. Zbierało mu 

się na wymioty, ale zacisnął zęby.

Znal dobrze ten smród. Wychodki w więzieniu były równie ohydne. Zresztą nie zawsze 

mogli z nich korzystać, a kiedy wielu mężczyzn przez długie tygodnie załatwia się w kąt ciasnej 

celi, to śmierdzi równie okropnie.

background image

Simon wyciągnął jedną rękę wysoko w górę.

Pod palcami wyczuł drewno, ale kiedy wyciągnął się jeszcze mocniej, na ile zdołał, 

koniuszkami palców dotknął następnego szczebla. Modlił się w duchu, żeby drabinka była 

mniej spróchniała niż cała obora.

Chwycił się i przez chwilę trwał w takiej pozycji, póki nie był pewien, że zdoła się 

podciągnąć. Jeśli uda mu się sięgnąć do kolejnych szczebelków, wydostanie się na tyle, że 

będzie mógł podeprzeć się kolanami o kant podłogi.

Obtarł sobie dłoń i przerzucając na nią cały ciężar ciała, poczuł piekący ból. Zacisnął 

tylko mocniej zęby. Ból potrafił znieść. Odległości między szczeblami były nieznośnie duże. 

Drabinkę musiał zbijać jakiś wyjątkowo leniwy stolarz.

Uchwycił się i podciągnął na kolejny szczebel. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się 

wyszarpnąć nogę. Ostre brzegi dziury w podłodze skaleczyły mu kolano, ale on prawie nie 

zwrócił na to uwagi, koncentrując się na tym, by oprzeć stopę o najniższy szczebel drabinki. 

Podciągnął się cały, stanął na moment i złapał oddech. Czuł, że bolą go ramiona, ale poza tym 

nic poważniejszego mu się nie stało.

- Wychodź stamtąd czym prędzej! - nakazał mu Reijo, który zdawał sobie sprawę, w 

jakim niebezpieczeństwie był Simon. On sam nie dałby rady wykonać takiej ewolucji. Do tego 

trzeba było gibkiego,  silnego ciała. - Nie narażaj życia! Jej tu nie ma. Lepiej przesuń się 

całkiem pod ścianę...

- Poradzę sobie, Reijo, poradzę. Simon zręcznie podciągnął się na drabince i zniknął na 

strychu.

Reijo   mógł   tylko   obserwować   go,   stojąc   w   drzwiach.   Nie   miał   odwagi   wejść   na 

spróchniałą podłogę. Byłoby to równie niebezpieczne, jak stąpanie po pułapce na niedźwiedzia.

Przez dziurę w podłodze zauważył gnojówkę i nagle uświadomił sobie z przerażeniem, 

że w tej walącej się ruderze była to jedyna kryjówka.

Zrozumiał nieprzeniknione spojrzenie Heikkiego, kiedy mówił, gdzie jest Susanna.

Heikki wiedział także to.

Reijo poczuł dreszcz.

Co jeszcze wiedział Heikki?

Nad głową usłyszał kroki Simona. Zastanawiał się, czy podłoga na górze jest równie 

licha.

Nagle za plecami Reijo rozległy się lekkie kroki. Odwrócił się z niepokojem i nim 

zdążył otworzyć usta, wprost w jego ramiona wpadła Maja.

- O Boże - wybuchnął. - Co ty tu robisz, na dodatek bez kurtki?

background image

Maja dopiero teraz zadrżała z zimna. W ustach czuła smak krwi. Ida miała na tyle 

rozumu, żeby schować się pod dachem. Reijo nakazał Mai uczynić to samo, ale odmówiła.

- W każdym razie nie pozwolę ci tam wejść - oznajmił, skinąwszy głową na otwarte 

drzwi.

Zdjął kurtkę i zarzucił jej na ramiona. Otuliwszy dokładnie, przyciągnął ją mocno do 

siebie, żeby się ogrzała.

- Gdzie Simon? - zapytała. Nie potrzebował odpowiadać, bo z góry doleciał jego głos.

- Tutaj szukacie siostry? Przecież tu nawet kromkę chleba trudno schować...

- A może ty, Simon, ją znajdziesz? Maja rozpoznała charakterystyczny głos Olavesa, 

który skrzeczał, jakby ciągle jeszcze przechodził mutację.

- Przecież bywałeś tu na sianie razem z Susanną, prawda?

- Wielu bywało - odpowiedział Simon w przypływie brutalnej szczerości.

- Nieprawda! - zaprzeczył Johannes, a w jego głosie pobrzmiewała tłumiona wściekłość.

- Prawda, wiecie o tym równie dobrze jak ja. Susanna podnosiła spódnicę na widok 

każdego mężczyzny.

Maja   przełknęła   ciężko   ślinę.   Przykro   jej   było   słuchać   takiego   Simona.   Znów 

wychodziła   z   niego   ta   druga,   niedobra   natura.   Z   takim   Simonem   nie   chciała   mieć   nic 

wspólnego.

Rozległo się szuranie, coś spadło. Usłyszeli przekleństwa.

Maja ukryła twarz na piersi Reijo i wpiła się palcami w jego ramiona. Ale zaraz znów 

skierowała wzrok na strych, który widział więcej, niż można się było spodziewać.

- Simon, zejdź stamtąd! - zawołała. - Pod górnymi drzwiami jest usypana zaspa. Możesz 

zeskoczyć.

Brak odpowiedzi.

Podłoga na górze uginała się niebezpiecznie. Ze strychu dochodził odgłos bijatyki. Jęki, 

kopniaki, walka na pięści. I gwałtowne dyszenie.

- Jest was dwóch na jednego! - krzyknęła Maja zdenerwowana. - Puść mnie, Reijo! 

Pójdę tam. Muszę pójść do niego.

Reijo przytrzymał ją mocno i po cichu powiedział:

-  Simon   potrafi   się  bić,   zna wszystkie   sztuczki.   Nie  wiem   dokładnie,   o  co w  tym 

wszystkim chodzi, ale coś zaczynam podejrzewać. Nie pozwolę ci tam pójść, młoda damo. Nic 

nie możesz pomóc. Simon sam musi sobie z tym poradzić.

- Przecież oni go stłuką na kwaśne jabłko. Na górze zrobiło się cicho, nieprzyjemnie 

cicho. Reijo nie zwolnił uścisku. Ani na moment nie wypuszczał Mai z rąk.

background image

- Słyszysz tę swoją dziwkę, Simon? - zaskrzeczał zmienionym głosem Olaves.

A potem nastąpił prawdziwy potok wściekłych przekleństw. Rzucanych z emocją słów 

bez związku nie sposób było zrozumieć, ale rozpoznali głos Simona.

Reijo także zaklął pod nosem.

- To ją chcieliśmy tu zwabić, szwagierku. Nie ciebie. Zamierzaliśmy się zabawić z nią 

na sianie, tak jak ty zabawiałeś się z Susanną. Sponiewierać ją tak, jak ty sponiewierałeś naszą 

siostrę. A przy okazji jeszcze tę drugą.

Zarechotał znacząco.

- Mało ci było jednej, co? Zachciało ci się dwóch córek wiedźmy. Co będzie, jak obie 

zapłodniłeś?

- O kim on, u diabła, mówi? - wyszeptał Reijo chrapliwie.

Maja potrząsnęła głową.

- Nie wiem, Reijo, nie wiem!

- Chyba nie o Idzie? Tylko nie to! - wyrzucił z siebie Reijo. - Jeśli się okaże, że tknął 

Idę, zabiję go własnymi rękoma.

-   To   niemożliwe,   na   pewno   nic   takiego   nie   miało   miejsca   -   powiedziała   Maja, 

zadowolona z reakcji Reijo, ale pełna lęku o Simona.

Była jakby odrętwiała.

Dlaczego nic nie mogę zrobić, skoro otrzymałam jakieś zdolności? myślała tylko. Teraz 

kiedy są mi potrzebne, nie potrafię ich wykorzystać!

Rozpaczliwie usiłowała się skoncentrować, ale nie czuła nic prócz bólu głowy.

- Susanna spodziewała się twojego dziecka - rzucił  Simonowi jeden z braci. - Nie 

wiedziałeś, co? Ożeniłeś się z tą szkaradną dziewuchą, a Susanna nosiła w brzuchu twoje 

dziecko!

- Może moje, a może kogoś innego - odrzekł Simon. - Ona pewnie sama nie wiedziała 

tego dokładnie.

Znów rozległ się trzask. Jęk bólu.

- Reijo, czy nic nie możemy zrobić? Maja zagryzała wargi do krwi.

- Powinnaś była zostać w domu - odrzekł jej tylko. - Nie powinnaś tego wszystkiego 

słyszeć.

- Zostawimy was tu razem - usłyszeli nad sobą zatrważająco spokojny głos. - Zostaniesz 

tu razem ze swoją rodziną, Simon. Najchętniej wrzucilibyśmy tam obie twoje dziwki, żebyś się 

przekonał, jak boli strata kogoś bliskiego. Ale zadowolimy się tym...

- Gnojówka przymarzła - odpowiedział drugi głos.

background image

- Johannes - wyszeptała Maja.

Reijo skinął głową. Bracia uknuli razem ten spisek, ale prowodyrem był z pewnością 

Olaves. Johannes tylko ślepo słuchał brata.

- To może trochę ją podgrzejemy! Śmiech, który rozległ się na górze, przyprawił Maję o 

dreszcze.

- Wprawdzie to jeszcze nie ta pora roku, ale ty, Simonie, wykąpiesz się. To będzie twoja 

ostatnia kąpiel.

Reijo i Maja spojrzeli na dziurę w podłodze, przez którą widać było brązową breję.

- Nie! - krzyknęła Maja. - Nie! Nie!

-   Nie   przeszkodzisz   nam   w   tym!   -   zawołał   do   niej   Olaves.   -   Nie   uda   ci   się, 

pokiereszowana gębo! Już więcej nie będziesz się z nim kotłować. Szkoda, że nie dopadliśmy 

tu ciebie. Mogłabyś nam dogodzić, tak jak dogadzałaś Simonowi. Czy czasami robiłyście mu 

dobrze we dwie, razem z siostrą? A może o niej nie wiedziałaś?

- Do czarta z tobą! - warknęła Maja. - Puść Simona! Odpowiedział jej tylko głośny 

rechot.

- Uciekaj, Maju! - usłyszała jeszcze zduszony głos męża. - Reijo, do cholery, zabierz ją 

stąd! Zaraz puszczą z dymem tę ruderę!

Reijo, szarpiąc się z Mają, która nie chciała ruszyć się z miejsca, odciągnął ją od drzwi, 

zapominając w tym wszystkim zabrać lampę.

A na strychu już słychać było trzask płomieni. Stare suche siano natychmiast zajęło się 

ogniem, a drewno, torf i spróchniała podłoga zaraz potem.

- Sami się spalicie! - krzyczała Maja. - Simon, dołóż im i uciekaj!

Ale wśród syku płomieni słychać było tylko śmiech. Reijo cofnął się jeszcze kawałek, 

przytrzymując ciągle Maję, która opierała się mu jak oszalała.

- Reijo! Oni zabiją Simona! Zabiją go, do diabła!

-   Nie   puszczę   cię,   jeśli   będziesz   próbowała   tam   pobiec   -   wysyczał   przez   zęby.   - 

Przysięgam, że gotów jestem poświęcić Simona, żeby uratować ciebie. Uspokoiła się.

- Trzeba ugasić pożar - powiedział, ciągle trzymając ją w żelaznym uścisku. - Potrzebna 

jest pomoc.

Ciemności przeszył straszny krzyk. Zobaczyli, jak przez podłogę na górze wypadł cień 

wprost do piwnicy wypełnionej śmierdzącą mazią. Krzyk się nasilił.

Reijo puścił Maję i ruszył biegiem do palącej się rudery. Znikając w ciemnym otworze 

drzwi, zawołał:

- Trzeba ugasić ogień! Maju, zrób wszystko, żeby to ugasić!

background image

14

Reijo w ogóle się nie zastanawiał, na co się porywa. Po prostu uczynił to, co musiał. Nie 

mógł pozostawić Simona własnemu losowi w płonącym, w każdej chwili grożącym zawaleniem 

budynku, bo sumienie nie dałoby mu spokoju.

Stanął w deszczu iskier, które zapalały wszystko, co napotkały po drodze. Spojrzawszy 

w górę, zobaczył, że pali się już cały dach. Trzask płomieni, pochłaniających suche drewno, 

wdzierał mu się nachalnie do uszu.

W rozświetlonym wnętrzu lampa nie była potrzebna. Posuwając się  wzdłuż ściany, 

Reijo rozglądał się desperacko za czymś, co pomogłoby wydostać się Simonowi.

Wiele by dal, żeby mieć teraz przy sobie linę.

- Uciekaj, Reijo! - doleciał, z dołu głos Simona. Chłopak, zanurzony do ramion w 

brązowej mazi, walczył, żeby utrzymać się na powierzchni.

- Trzymaj się! - odkrzyknął mu Reijo. - Trzymaj się, Simon! Spróbuj przesunąć się w 

bok, może tam dalej jest lód.

- Tu nie ma - odpowiedział Simon. Reijo z rozpaczą spojrzał na przeciwległą ścianę, o 

którą ktoś oparł kilka par grabi osadzonych w dość długich drzewcach. Ale Simon był za 

daleko... Gdyby udało się mu przesunąć trochę bliżej...

- Spróbuj podpłynąć tam - pokazał ręką, ale zaraz odruchowo uczepił się ściany, gdyż 

podłoga ugięła się pod nim niebezpiecznie. Simon zrozumiał.

- Spróbuję! - zawołał, kierując się w kierunku wskazanym przez Reijo. Zdawał sobie 

sprawę, że stawką jest jego życie.

Ściany z wolna trawił ogień i gdzieniegdzie już prześwitywało przez nie wieczorne 

niebo. Konstrukcja budynku w każdej chwili groziła zawaleniem. Reijo miał tylko nadzieję, że 

Simon nie patrzy w górę.

Muszą sobie sami poradzić!

- Nikt nie może tu uratować mi życia, Raiju - mruknął pod nosem z goryczą. - Nawet 

Maja. Muszę sobie sam poradzić. Sam.

Przemykając się pod ścianą, zauważył zagrody dla zwierząt, które musiał pokonać, by 

dotrzeć do grabi. Śmiertelnie się lękał, że zajmą się ogniem, zanim zdoła się do nich przedrzeć.

Nagle z góry doleciał przeraźliwy wrzask. Ogarnięta płomieniami postać miotała się 

bezsilnie po strychu, a właściwie po jego pozostałości.

Drugi chłopak nakrył ciałem palącego się brata, próbując go ugasić, ale ogień tylko się 

wzmógł.   Zawodząc   straszliwie,   zamieniony   w   żywą   pochodnię   nieszczęśnik   wypadł   przez 

background image

otwór w ścianie.

Reijo jeszcze nigdy nie słyszał tak nieludzkiego krzyku. Przełykając ciężko ślinę, stał 

bez   ruchu,   nie   mogąc   oderwać   oczu   od   ciemnej   sylwetki   Olavesa   odcinającej   się   na   tle 

płomieni. Nie wyglądał na przestraszonego, przeciwnie - na jego widocznej z daleka twarzy 

malowała się ekstaza.

- Jesteś tam, Simon? - zawołał Olaves. - Żyjesz jeszcze?

Podłoga zasłaniała mu widok. Nie widział z góry Simona, który brnął w śmierdzącej 

gnojówce, próbując ratować swoje życie. Nie wyrzucany od kilku lat obornik pod wpływem 

gorąca roztapiał się coraz bardziej.

- Wyskakuj, Olaves! - krzyknął Reijo. - Zginiesz tam! Nie wytrzymał. Nienawidził tego 

szaleńca, ale przecież był człowiekiem.

- I co z tego! Wezmę ze sobą Simona! Nie zjawię się u Susanny z pustymi rękoma. 

Zdaje się, że i ty wybierzesz się z nami na tamten świat!

Olaves stracił rozum, rozmowa z nim była stratą czasu, a na to Reijo nie mógł sobie 

pozwolić. Zresztą nie czuł się za niego odpowiedzialny.

Nie tracąc z oczu gribi, posuwał się naprzód. Zamiast stąpać, lepiej byłoby pełznąć na 

brzuchu, bo wówczas ciężar ciała rozłożyłby się na większą powierzchnię. Ale to by za długo 

trwało!

Simon   podpłynął   bliżej   ściany.   Reijo   co   chwila   patrzył   w   jego   stronę,   jakby   się 

upewniał, czy jest jeszcze nadzieja.

Zacisnął szczęki, z trudem znosił gorąco. Miał wrażenie, że pod skórą na twarzy krew 

mu buzuje.

Pomyślał o Mai, o jej nie narodzonym dziecku. Nie dopuści do tego, żeby przyszło na 

świat jako sierota.

Dalej, dalej.

Każdy centymetr był okupiony ogromnym wysiłkiem. Część ściany, przy której się 

przesuwał i w którą chwilami musiał się mocno wczepiać, zajęła się ogniem.

Nie wolno mu się tym przejmować! Musi iść dalej!

Stąpał bosymi stopami po rozżarzonej podłodze, bo w kumagach wypaliły się dziury.

Dalej, byle dalej. Nie może odwrócić uwagi od celu!

Zdawało mu się, że z zewnątrz dobiegają głosy kobiet. Wśród trzasków i syku płomieni 

usłyszał jakiś krzyk.

Niczego jednak nie był pewien, poza tym że obory nic już nie uratuje. Dla Simona 

ciągle jeszcze istniała nadzieja na ratunek. I dla niego też.

background image

Dalej.

- Uciekaj, Kwenie, uciekaj stąd! - usłyszał histeryczny krzyk Olavesa. - Nie mieszaj się 

do tego! Nie ciebie chcę zabrać ze sobą! Uciekaj stąd, do diabła! Zostaw go! On jest mój... 

nasz... Należy do Susanny i trafi do niej. Ona tego chce!

Simon nadal utrzymywał ramiona nad powierzchnią mazi. Nagle z góry, dosłownie 

kilkanaście centymetrów od niego, spadła płonąca belka. Z sykiem runęła w breję, zakołysała 

się na moment i zatopiła z bulgotem.

Wtedy Olavesowi nasunął się pewien pomysł. Gołymi rękami odrywał płonące belki i 

ciskał nimi w Simona i Reijo, nie przejmując się zbytnio, którego trafi.

Reijo spojrzał na swoje poparzone ręce, ale choć czuł straszliwy ból, ani na moment nie 

ustawał w wysiłku.

Przełożył nogę przez ostatnią przegrodę i przytrzymując się jej, odetchnął z ulgą.

Jeszcze   tylko  kilka   kroków   i   grabie   znajdą  się   w   jego   zasięgu.   Simon   za   moment 

powinien być na tyle blisko, by złapać się drzewca. Koszmar dobiega końca.

Reijo nie pojmował, jak Olaves wytrzymuje taki żar. Stał przecież już tak długo pod 

samym dachem, gdzie panowało największe gorąco. Dla niego nie było już ratunku! Kołysał się 

na jednej z belek, która z obu końców zajęła się ogniem, zbyt daleko od ściany, by mógł 

wyskoczyć. Zresztą taki skok także przypłaciłby życiem, bo z tamtej strony było wysoko.

Olaves czuł, że jego czas się kończy. Bezradnie rozejrzał się wokół i chwycił widły, 

które znalazły się w zasięgu jego ręki.

Reijo tymczasem sięgnął po grabie, a potem cofnął się do ścianki oddzielającej zagrody 

dla zwierząt i uchwyciwszy się mocno, czekał, aż Simon znajdzie się na tyle blisko, by złapać 

się drzewca.

Olaves to zauważył i odgadł, co ci dwaj knują.

Widział, że w ścianie za plecami Reijo zaraz wypalą się deski i utworzy się otwór, przez 

który ów odważny mężczyzna zdoła wyskoczyć.

Śnieg na dworze ugasi palące się ubranie. Kwen Reijo nie należy do słabeuszy. Uda mu 

się uratować siebie i Simona. Czyżby wszystko miało pójść na marne? Czy poświęcił Johannesa 

na darmo?

Zemsta wymykała mu się z rąk.

Susannie by się to nie podobało. Nie będzie zadowolona, gdy zjawi się u niej bez 

Simona...

Spojrzał na widły, które trzymał w dłoni, ciężkie, zardzewiałe, i uśmiechnął się.

Reijo ukucnął i wczepił się palcami w przegrodę.

background image

Olaves pomyślał z niechęcią, ale i z podziwem, że temu Kwenowi naprawdę nie brakuje 

odwagi. Nie da się zaprzeczyć!

Ale stał mu na przeszkodzie, jemu i Susannie! Dlatego musi go poświęcić.

Reijo wyciągnął grabie.

- Jeszcze kawałek, Simonie, jeszcze trochę! Dasz radę! - wołał.

Olaves patrzył, jak Simon przesuwa się naprzód, wystawia oblepione gnojem ramię z 

wciągającej go głębi i końcami palców dotyka grabi.

Reijo przechylił się lekko i podsunął drzewce jeszcze bliżej.

Wtedy Olaves wycelował i cisnął widły, trafiając ostrzem wprost w udo Reijo. Trzy 

zęby przedarły spodnie i wbiły się w ciało.

Reijo krzyknął, wpatrując się z niedowierzaniem w zardzewiałe widły, które zachwiały 

się i przechyliły pod własnym ciężarem, szarpiąc mięsień, po czym. zsunęły się wprost do 

gnojówki.

Reijo   wył   jak   oszalały   z   bólu,   oczy   zasnuła   mu   mgła,   ale   uczepiony   z   całych   sił 

przegrody, nie wypuścił z ręki grabi. Nie widział już, jak Olaves zachwiał się i spadł. Nie 

widział, jak Simon rzucił się ku grabiom, chwycił je i powoli podciągnął się na brzeg.

Reijo pogrążał się w bolesnej mgle, która gęstniała z każdą sekundą.

Simon usłyszał nad głową trzask, ale, wycieńczony, nie miał siły spojrzeć.

W chwili gdy już mu się zdawało, że został ocalony, znów Olaves zyskał przewagę.

Reijo chwiał się, ale Simon musiał ufać, że zdoła go utrzymać.

Płonące kawałki drewna spadały jak grad.

Simon uchwycił się złamanej deski podłogowej. Trzeszczała okropnie, kiedy podciągał 

się w górę, ale choć się wygięła, nie pękła.

Dopiero wówczas odważył się wypuścić grabie z ręki. Nie mógł przecież narażać Reijo 

na większy wysiłek. Panicznie się bał, że Reijo przechyli się za mocno i wpadnie do gnojówki, 

a wtedy on nie zdoła go stamtąd wydostać.

Wspinał się jak po śliskich nagich kamieniach, wczepiając się w deski palcami. Przydała 

się dyscyplina wewnętrzna, jaką w sobie wyrobił w więzieniu.

Powoli,   centymetr   po   centymetrze,   podciągał   się,   a   w   odpowiednim   momencie 

wykrzesał z siebie ostatnie siły. Nie miał pojęcia, skąd je wziął, ale udało mu się wydostać na 

wąski kawałek podłogi, który jeszcze się trzymał. Objął ramionami Reijo i wtedy dostrzegł, że 

cała ściana stoi w ogniu. Rzucił się w tył, ufając, że nie znaleźli się z tej strony budynku, która 

przylega do skały. Nie po to z nadludzkim wysiłkiem walczył o życie, by teraz zginąć.

Jego ubranie stanęło w płomieniach. Więcej nie pamiętał. Stracił przytomność.

background image

U Elvegardów nie uwierzyli Mai. Śmiali jej się prosto w twarz, póki nie dostrzegli 

zamienionej w słup ognia obory.

Nadal jednak nie przyjmowali do wiadomości, że Johannes i Olaves mieli z tym coś 

wspólnego.

Dopiero kiedy przez ogień przedarły się głosy, dali wiarę słowom żony Simona.

Pospiesznie sięgnęli po wiadra. Wiedzieli, że to się na nic nie zda, ale wszyscy biegli z 

wiadrami wypełnionymi lodowatą wodą z najbliższej przerębli, wylewali na ogień i biegli z 

powrotem do rzeki...

Tak   naprawdę   uświadomili   sobie   grozę   sytuacji   dopiero   wtedy,   gdy   z   płonącego 

budynku wypadło ogarnięte ogniem ciało Johannesa.

Stoczył się na samo dno zaspy, roztapiając grubą warstwę śniegu.

Nie udało się powstrzymać Eliny, która rzuciła mu się na pomoc. Ale gdyby nie resztki 

ubrania,   nawet   nie   rozpoznałaby   męża.   Szlochała   rozdzierająco   i   zawodziła   głośno,   gdy 

usiłowano ją oderwać od zwęglonych zwłok.

Nadszedł też Heikki i mimowolnie przejął dowodzenie. Kazał wszystkim dalej nosić 

wodę wiadrami i wskazał miejsce, gdzie mają gasić.

Wiedział, że obory i tak nie da się już uratować, ale ludzie musieli czuć, że ich wysiłek 

nie idzie na marne...

Maję jednak zatrzymał.

- Tobie nie wolno nosić wody, mateczko. Niechętnie oddała wiadro. Twarz miała czarną 

od sadzy i mokrą od łez.

- Chodź ze mną - poprosił i pociągnął ją na szczyt budynku.

Przystanęli w bezpiecznej odległości, tak żeby nie spadła na nich żadna belka czy deska, 

gdyby stało się najgorsze.

- Nic nie mogę zrobić! - chlipała Maja. - Miałam go uratować, a nie potrafię! W ogóle 

nie wiem, co się dzieje!

Przytrzymywał ją ostrożnie i cicho do niej przemawiał:

- Powinnaś się cieszyć, że tego nie wiesz. Nie o to chodzi, żebyś wiedziała. Nie jesteś 

jeszcze na tyle silna, żeby udźwignąć podobny ciężar. Teraz nikt nie może im pomóc. Muszą 

liczyć tylko na siebie. Są sami, zwyciężą albo przegrają! My oboje włączymy się potem.

- Czy wszystkie historie, jakie o tobie opowiadają, są wymyślone?

Heikki uśmiechnął się ze smutkiem.

-   Nie   wszystkie.   Ale   prawdą  jest,   że   czyniąc   zło,   traci   się   moc.   Nigdy   o  tym   nie 

zapominaj!

background image

Nagle, niczym oszczep ciśnięty w wieczorne niebo, ciemności rozdarł straszliwy krzyk.

Maja zesztywniała w ramionach Heikkiego.

- Reijo! - krzyknęła. - To Reijo!

Zachwiała się i omal nie straciła przytomności. Ale coś z zewnątrz, jakaś niewidzialna 

siła, przytrzymała ją i zmusiła, by stała i słuchała nabrzmiałego bólem wycia.

- Nie wolno ci teraz zawieść - rzucił spokojnie Heikki. - Nie możesz go teraz zawieść!

Ida,   która   także   usłyszała   krzyk   ojca,   rzuciła   się   ku   płonącemu   budynkowi,   ale 

zatrzymała ją ściana płomieni.

Zawróciła i z płaczem rzuciła się Mai na szyję.

- On nie może umrzeć! - krzyczała. - Tata nie może umrzeć! Ja tego nie przeżyję! Zrób 

coś! Zrób coś! Nie pozwól mu umrzeć!

Ale w tej chwili mogły jedynie próbować wzajemnie się pocieszać.

Wydawało   im   się,   że   upłynęła   wieczność,   gdy   wreszcie   dwie   postaci   spowite   w 

płomienie przedostały się przez ścianę ognia.

Tę samą, którą Heikki kazał polewać wodą, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie 

przystanął z Mają i Idą.

Rzucili im się na ratunek, kurtkami i gołymi dłońmi gasząc ogień.

Simon, cały oblepiony śmierdzącym gnojem, leżał nieprzytomny, ale oddychał dość 

miarowo. Częściowo spłonęły mu włosy, rzęsy i brwi. Poparzoną twarz i ręce pokrywały rany i 

pęcherze.

- Nic mu nie będzie - oznajmił Heikki, rzuciwszy na niego okiem.

Wydobył go ze śniegu i przeciągnął bliżej domostwa Elvegardów, gdzie zatroszczyły się 

o niego siostry. Bo chociaż obwiniały go za śmierć swoich mężów, to przecież łączyły ich 

więzy krwi.

Gorzej było z Reijo.

Strumienie krwi tryskały mu z uda, barwiąc śnieg na czerwono.

Ida, zanosząc się płaczem, opadła na kolana obok leżącego w kałuży krwi ojca. Objęła 

go i ułożyła mu głowę na swoich kolanach, prosząc niebiosa o pomoc. Gotowa była oddać 

duszę, żeby go uratować, ale krwotok nie ustawał.

Maja   rozdarła   nogawkę   spodni   w   miejscu,   gdzie   była   rana,   ale   kiedy   zobaczyła 

rozszarpane aż do kości ciało, nie wytrzymała.

Odbiegła kilka kroków na bok, bo chwyciły ją gwałtowne torsje. Zdawało jej się, że 

żołądek wywróci jej się na drugą stronę, paliło ją w gardle.

Kiedy zdołała wreszcie podnieść się i wrócić chwiejnym krokiem, przy Reijo klęczał już 

background image

Heikki.   Z   pobladłą   twarzą,   świadom   celu   swego   działania,   przyłożył   dłonie   do   rany   i 

oddychając powoli, wpatrywał się w rannego. Wciągał powietrze przez nos, a wypuszczał przez 

półotwarte usta.

Ida obserwowała go okrągłymi ze zdumienia oczami.

Heikki spojrzał w jej stronę nieprzytomnym wzrokiem i zapytał:

- Kiedy on się urodził?

- Trzeciego czerwca tysiąc siedemset ósmego roku - odpowiedziała blada.

Maja podeszła bliżej, jakby przyciągana niewidzialną siłą. W ustach czuła niesmak. 

Otarła łzy, aż zabolały ją oczy, ale musiała zobaczyć, co robi Heikki. Musiała posłuchać słów, 

jakimi się posługiwał.

Nie zauważył jej.

Nadal trzymał dłonie na poszarpanej, broczącej krwią ranie. Czerwona krew tryskała mu 

przez palce.

Nie pojmowała, że Heikki jest w stanie to robić.

On tymczasem nabrał powietrza do płuc i powoli je wypuszczając, wyrecytował:

Zatrzymaj się, krwi,

Tak jak stanęły wody Jordanu,

gdzie Jezus przyjął chrzest.

Na Jego bolesne rany,

zatrzymaj się, krwi!

Reijo Kesaniemi, trzeci czerwca 1708.

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Amen.

Heikki nabrał powietrza. Zamilkł, a po chwili, nie zdejmując rąk z rannego, powoli 

wypowiedział   szeptem   te   same   słowa.   Maja   widziała,   jak   bezgłośnie   porusza   wargami,   i 

bezwiednie powtarzała to, co mówił. Ale krew tryskała równie mocno jak z początku.

Twarz Reijo zrobiła się blada.

- On umiera - szlochała Ida.

- Nie przeszkadzaj! - rzucił krótko Heikki, nim wypowiedział kolejną formułę. Tym 

razem jego szept był tak cichy, że Maja nie rozróżniała słów.

Domyśliła się tylko, że użył swoich najmocniejszych zaklęć, których nie chciał nikomu 

zdradzić.

Czoło pokryło mu się perlistym potem. Nie był już młody i taka koncentracja bardzo go 

osłabiła. Zrezygnowany odwrócił się do Mai, która zrozumiała, że uczynił wszystko, co było w 

background image

jego mocy, i więcej pomóc już nie mógł.

- Nie daję rady - powiedział zmęczony, podnosząc się z kolan. - Nie potrafię w żaden 

sposób zatrzymać tej rzeki krwi.

- Nie możesz go tak zostawić, on się wykrwawi! - krzyczała Ida. - Ma tak leżeć, póki nie 

ujdzie z niego życie? Czy nie jesteś największym szamanem w Finlandii?

- W Finlandii może tak - odpowiedział z trudem. - Ale nie tutaj. Teraz pozwólmy 

działać Mai.

Maja   napotkała   łagodne,   zachęcające   spojrzenie   Heikkiego,   ale   wyczytała   w   nim 

niedowierzanie.

- Pewnie właśnie to miałaś zrobić - powiedział. - Ale wydaje mi się, że jest za późno, 

moja droga. Chyba za późno.

Zdesperowana Maja padła na kolana przy Reijo.

Nie miała w nikim oparcia. Heikki odszedł na bok, a w oczach Idy malowała się jedynie 

bezdenna rozpacz, jakby wraz z wycofaniem się szamana zniknęła ostatnia nadzieja.

- Nie zawiedziemy go - orzekła stanowczo Maja. - Nigdy cię nie zawiedziemy, Reijo.

Nie wiedziała, co ma robić. Kierowała się jedynie przekonaniem, że jest jedyną osobą, 

która może pomóc.

Powoli odszukała miejsce, do którego Heikki przykładał dłonie.

Zdawało  się jej,  że znalazła.   Ścisnęła,  pocieszając   się w duchu,  że  i tak nie  może 

zaszkodzić.

Po palcach ciekła jej ciepła krew, i to krew Reijo. Wydawało jej się, że przez palce 

przecieka jej jego życie. Nabrała powietrza, tak jak robił to Heikki. Otworzyła usta, zamierzając 

odmówić tę samą modlitwę, ale słowa utknęły jej w gardle.

Nagle zyskała niezachwianą pewność, że nie potrzebuje słów.

Jakby upominana jakąś natarczywą myślą, zamknęła oczy i ściskała poszarpane udo, 

ściskała mocno.

Wyczuwała pod palcami mięśnie, brzegi rany, krew.

Nagle przeszło przez nią jakby ssanie. Jej ciałem wstrząsały dreszcze i zrobiło jej się 

strasznie zimno. A potem zakręciło jej się w głowie i zapadła w sen, z którego nie chciała się 

obudzić. Zapadała się coraz głębiej i głębiej, aż przestała myśleć.

Ida wpatrywała się w siostrę z takim przerażeniem, że serce niemal przestało jej bić. 

Maja drżała tak mocno, jakby za moment miała zamarznąć. Ida chciała ją błagać, żeby się 

uspokoiła, ale głos ją zawiódł i z jej gardła wydobył się tylko szept.

Maja   ściskała   udo   Reijo,   tak   jak   czynił   to   Heikki.   Niemal   całym   ciężarem   ciała 

background image

napierała na ten jeden punkt. Dłonie miała czerwone od krwi.

Ida mocniej chwyciła ojca. Gładziła go po włosach, pewna tylko tego, że nie może go 

stracić.

- Nie możesz umrzeć, tato! - szeptała. - Proszę, nie odchodź! I niech Mai nic się nie 

stanie.

Nagle Maja otworzyła oczy i popatrzyła przed siebie z zachwytem, jakby zobaczyła coś 

cudownego. Oddychała bardzo powoli i nie odrywając wzroku od miejsca, gdzie inni niczego 

nie dostrzegli, napięła się jak cięciwa.

Przerażona tym widokiem Ida z trudem łapała powietrze.

Z rany nadal ciekła krew, ale już tylko małą, gęstą strużką.

Ida odrzuciła gwałtownie głowę, z lękiem spoglądając na twarz ojca. Trzęsła się cała, 

przekonana,   że   wyzionął   ducha,   bo   inaczej   nie   potrafiła   wytłumaczyć   nagłego   ustania 

krwotoku.

Ale Reijo oddychał. Sprawdziła to, przykładając ucho do jego ust.

Nie wierzyła.

Nie miała odwagi patrzeć ani na Maję, ani na ranę.

Maja miała czerwone dłonie i ubranie przesiąknięte krwią. Na śniegu utworzyła się 

wielka czerwona plama, która ciągle się powiększała.

Ale krwotok ustał.

Maja zatrzymała go.

Ida, zalana łzami, z drżeniem dostrzegła, że siostra straciła świadomość. Nie wiedziała, 

co robi, nie pojmowała, co się dzieje.

A tata uśmiechnął się, leciutko unosząc kąciki ust.

Blado uśmiechnął się do życia.

Ale, oczywiście, było to tylko złudzenie.

Nagle  jak spod ziemi wyrósł Heikki.  Zatrzymał się u boku Mai i popatrzył na nią 

przeciągle. A potem, pogładziwszy ją leciutko po włosach, uśmiechnął się i rzekł cicho do Idy:

- Będzie żył. Byłaś świadkiem prawdziwego cudu. A ja już straciłem wiarę!

Reijo tymczasem całkiem przestał krwawić. Ida płakała, nie mogąc zatrzymać potoku 

łez. Heikki wziął na ręce Maję i podniósł ją jak lalkę.

- Wniosę ją do chaty - powiedział. - A potem przeniosę jego. Teraz już mogę ci obiecać, 

Ido, że będzie żył.

- Co z Mają? Heikki uśmiechnął się, patrząc na bladą twarz Mai, a w jego wzroku 

pojawiła się czułość. Gdyby miał dziecko, chciałby, żeby było takie jak ona.

background image

- Też będzie żyć. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.

background image

15

Simon dość szybko odzyskał przytomność i od razu przypomniał sobie, co się stało.

- Co z Reijo? Żyje? - To było pierwsze, o co zapytał. Czuwała przy nim Ida, która, o 

dziwo, nawet nie marszczyła nosa, mimo że od Simona ciągle śmierdziało.

- Tak, udało mu się. Miał szczęście.

- Maja siedzi przy nim? Ida pokręciła głową. Dopiero wówczas Simon zauważył, że 

leży we własnym łóżku.

Usiłował usiąść, ale całe ciało paliło go tak, jakby został obdarty ze skóry. Wykrzywił 

twarz w grymasie bólu. Zauważył, że jest czysty.

Mimo to nadal czuł ohydny smród gnoju.

- Umyliśmy cię - powiedziała Ida.

- Ty też? Uśmiechnęła się krzywo.

-   Heikki   uważał,   że   trzeba   ratować   ci   życie,   nawet   gdyby   moje   niewinne   oczęta 

zobaczyły więcej niż powinny. Baliśmy się, że dojdzie do zakażenia ran. Ale nie wygląda 

najgorzej. Poparzyłeś trochę plecy, Heikki jednak mówił, że to się zagoi.

Simon zamknął oczy.

Znów był w płonącej oborze, czuł smród gnoju i swąd spalenizny. Słyszał trzask ognia.

- A więc to Olaves i Johannes tak nas prześladowali - rzekł ciężko do Idy. - Obawiam 

się, że z mojej winy pomyśleli źle o tobie i dlatego podpalili waszą saunę.

- Jak to?

- Pamiętasz ten dzień, kiedy powiedziałaś mi, że Maja spodziewa się dziecka? - zaczął 

udręczonym głosem i zmrużywszy oczy, popatrzył na Idę. - Zdaje się, że okno w kuchni było 

wtedy otwarte. Drzwi także. Nie pamiętam dobrze. Nie przypominam sobie też dokładnie, co ci 

wtedy mówiłem, ale oni musieli to źle zrozumieć. Tak samo, jak źle zrozumieli pocałunek...

Ida zarumieniła się.

- Myśleli, że ty i ja...

- Olaves wykrzykiwał coś takiego do Mai - westchnął Simon. - Nic nie wspominała?

Ida pokręciła głową.

- Gdzie ona jest? - zapytał gwałtownie, znów próbując się podnieść z tym samym 

żałosnym rezultatem. - Chyba nie rzuciła się w ogień?

W jego głosie zabrzmiał lęk.

Ida wzruszyła się, widząc, jak bardzo troszczy się o Maję, i z całego serca zapragnęła, 

by siostra potrafiła to docenić. Simon zasługiwał na więcej niż okruchy, jakie otrzymywał. Na 

background image

znacznie więcej.

- Coś jej się stało, prawda? Cokolwiek by to było, mam prawo wiedzieć, Ido! Mów!

Silna dłoń zamknęła jej nadgarstek w żelaznym uścisku. Ida zrozumiała nagle, że w 

przyszłości pragnie pokochać właśnie kogoś tak silnego jak Simon.

-   Maja   uratowała   Reijo   życie   -   powiedziała.   -   Uratowała   tatę.   Byłam   przy   tym   i 

wszystko widziałam, ale, Simonie... nie potrafię wytłumaczyć, jak to się stało. W jednej chwili 

była blada i zielona, wymiotowała okropnie, a zaraz potem z chłodnym spokojem zatrzymała 

krwotok.

Z drżeniem nabrała powietrza i napotkała spojrzenie błękitnych oczu Simona.

- Heikki próbował pierwszy, ale choć przez cały czas mruczał modlitwy i zaklęcia, nic 

nie wskórał. Zrezygnował. I wtedy ona uklęknęła przed tatą. Przyłożyła ręce na ranę i nie 

wypowiedziała nawet słowa. Zdawało się, że odpłynęła. To znaczy klęczała nadal przy nim, ale 

to jakby nie była ona. Rozumiesz?

Simon pokiwał głową. Zdawało mu się, że pojmuje.

- I wtedy krwotok ustał - ciągnęła Ida. - Myślałam, że tata umarł, że ona też nie żyje, że 

oni oboje... Ze zostałam zupełnie sama. Ale Heikki powiedział, że stał się cud. Oni żyją.

Simon przypomniał sobie wielkie widły, które Olaves wbił Reijo w udo, i potok krwi. 

Łatwo było wyobrazić sobie ranę. Zdawało mu się, że ciągle słyszy rozdzierający krzyk teścia.

Zgadzał się z Heikkim, rzeczywiście stał się cud. Maja przecież nie uporałaby się z tym 

sama.

Nie jego drobna Maja...

- Odzyskała przytomność? Ida pokręciła głową. Jej rude włosy nie były tak lśniące jak 

zwykle. W oczach miała łzy.

- Dlaczego nie leży tutaj? - Simon poklepał miejsce obok siebie w małżeńskim łożu. - 

Coś jeszcze się stało? Czy ona...

Ida pokiwała głową i chwyciła jego dłoń. Uścisnęła ją mocno. Potrzebowała siły Simona 

bardziej, niż on potrzebował jej pociechy.

- Dźwigała ciężkie wiadra z wodą, dopiero Heikki ją powstrzymał... To wszystko jej 

zaszkodziło. - Ida napotkała wzrok Simona i rozpłakała się. - Maja straciła dziecko.

Simon opadł na posłanie. Zamknął oczy i czuł pod powiekami wzbierające łzy.

Twarda kula rosła i rosła, aż wypełniła mu całą pierś.

- Jej nic nie grozi - usłyszał jakby z oddali łamiący się głos Idy. - Heikki mówi, że 

wyzdrowieje i że będzie mogła mieć jeszcze dużo dzieci. Heikki mówi, że widocznie to dziecko 

nie powinno się urodzić.

background image

-   To   było   nasze   dziecko   -   odezwał   się   Simon   przygnębiony.   -   Nasze   dziecko. 

Oczywiście, że powinno się urodzić!

Zapłakał.

Ida także płakała. Ściskała dłoń szwagra i szlochała rozdzierająco nad dzieckiem, które 

nigdy nie będzie biegać po tej ziemi.

Maja   gwałtownie   i   brutalnie   została   wyrzucona   z   mroku.   Poczuła   skurcze   w 

podbrzuszu, odeszły jej wody...

Dziecko nie powinno się jeszcze urodzić...

Otworzyła oczy i ujrzała powałę własnej kuchni.

Pochylała się nad nią znajoma, pokryta zmarszczkami twarz Heikkiego.

W   pomieszczeniu   unosił   się   słodkawy   zapach   krwi,   zapach   smoły,   znajoma   woń 

ziołowych wywarów.

Odetchnęła z ulgą.

- Dzięki Bogu, wróciłaś - odezwał się Heikki. - Wiesz, czego dokonałaś?

Maja przełknęła ślinę, w ustach miała sucho, wargi spierzchnięte, a dłonie lodowato 

zimne. Bolał ją brzuch.

- Reijo żyje?

W spojrzeniu Heikkiego dostrzegła podziw.

- Tak, dzięki tobie. Niech cię Bóg błogosławi, moje dziecko. Dokonałaś cudu. Jak to 

zrobiłaś?

Maja pokręciła głową.

Na twarzy Heikkiego odmalował się zawód. Zetknął się z czymś, czego nie pojmował. 

Wydawało mu się, że to, co ujrzał, było tylko odbiciem, odblaskiem czegoś potężniejszego. Jak 

światło zorzy polarnej. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że to Maja dokonała cudu, wtedy gdy on 

sam już się poddał. Pragnął się dowiedzieć, jak to zrobiła. Pożądał tej prawdy bardziej, niż 

kiedykolwiek pożądał kobiety.

- Nie wiem, Heikki. Nie wiem. To spływało z moich rąk... Jakby ktoś to włożył w moje 

dłonie. To samo się działo. Nie mam pojęcia, jak.

- Reijo mówił, że potrafisz... opuszczać własne ciało... Maja popatrzyła bezradnie.

- Nie wiem, co to jest. Reijo wie więcej, bo przeżył już kiedyś podobną historię z mamą. 

Mówi, że otrzymałam od niej te zdolności, że to dziedzictwo. Że na pewno ona umarła, skoro ja 

je otrzymałam.

Heikki skinął, zamyślony. Wyjaśniła mu więcej, niż mogła przypuszczać.

- Nie bój się tego, Maju - rzekł po długiej chwili. - Kiedyś zapanujesz nad tymi siłami, 

background image

ale to wymaga czasu. O ile kiedykolwiek nastąpi. Są to niezbadane sprawy. Może też się stać 

tak, że utracisz te zdolności, bo nie będą ci już potrzebne. Może twoim zadaniem było uratować 

Reijo? - Uśmiechnął się z roztargnieniem. Mówił bardziej do siebie niż do niej. - To nie są two-

je siły, Maju. To wszystko wyjaśnia... wyjaśnia wszystko, czego nie rozumiałem. To po prostu 

nie są twoje siły... Tyle jest różnych odmian miłości - dodał, kręcąc głową i uśmiechając się 

nieznacznie.  Nie   tłumacząc   bliżej   tego,   zmienił   temat.   -   To   jeszcze   nie   wszystko,   Maju   - 

powiedział. - Za cuda często przychodzi zapłacić wysoką cenę.

Jej dłonie mimowolnie dotknęły brzucha. Chociaż Heikki nie powiedział tego wprost, 

ona domyśliła się bez słów.

- Straciłam je? - zapytała. - Straciłam dziecko? Przytaknął ciężko. Skuliła się w kłębek 

na szerokiej kuchennej ławie i obróciwszy się plecami, zatrzęsła się od płaczu.

Nic nie mógł dla niej zrobić.

Ida powiedziała Heikkiemu o synku Mai, który umarł zaraz po urodzeniu. To drugie 

dziecko nie będzie miało nawet swojego krzyża, który by o nim przypominał.

Gdyby teraz, patrząc jej w oczy, powiedział, że widocznie tak miało być, zabrzmiałoby 

to jak szyderstwo. Nie mówi się matce, że dziecko, które nosiła w swoim łonie, nie powinno się 

urodzić. Ze nie było przeznaczone dla tego świata.

Cicho jak cień wsunęła się do izby Ida.

- Simon zasnął - oznajmiła szeptem. - Ciężko zniósł wiadomość o dziecku. Nie było go 

tu, kiedy urodził im się synek. Ani przez chwilę nie dane mu było poczuć się ojcem.

Przykro, że tak się to wszystko ułożyło.

Heikki poczuł tkliwość dla Mai. Dobrze wiedział, że kobietom takim jak ona nie dane 

jest zaznać w życiu zbyt wiele szczęścia. Rozpoznał ją, zobaczył jej los w tysiącach twarzy 

innych kobiet, których ona sama może nigdy nie spotka, i zapragnął ją chronić.

Bo świat nigdy nie będzie dobry dla takich jak ona. Będzie ranił Maję boleśnie, póki nie 

nauczy się oddawać ciosu za cios.

- Pozwól jej pobyć samej - powiedział, przytrzymując Idę, która chciała już usiąść przy 

siostrze. - Nie ma słów, które mogłyby pocieszyć w takiej chwili - dodał.

- A co z tatą? - zapytała Ida, skinąwszy w stronę najmniejszej izdebki, która od czasu, 

kiedy mieszkali tu Raija i Kalle, nie była używana.

- Potrzebuje spokoju - rzekł Heikki. - Okłady trzeba mu zmieniać pięć razy dziennie. 

Nie chcę ryzykować. Pierwszy raz mam do czynienia z cudem.

Maja pierwsza z nich trojga stanęła na nogi. Krzątała się blada jak cień, nie pozwalając 

Heikkiemu zmieniać okładów na ranie Reijo. Ledwie wywalczył sobie prawo przyrządzania 

background image

ziołowych wywarów. Maja jednak kręciła nosem, zaglądając mu do garnków i krytykując go 

bez przerwy. Przeważnie kończyło się to kłótnią.

Maja twierdziła, że spokój to ostatnie, czego potrzebuje Reijo.

Jeśli ma wrócić do życia, to musi to życie wokół siebie usłyszeć, uznała i otworzyła na 

oścież drzwi do jego izby.

Ida nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, obserwując jej gorliwość.

Simonowi zaś nie było do śmiechu.

Ledwie siedział. Zdawało mu się, że maści, które wcierają mu w plecy, tylko potęgują 

ból. Miał wrażenie, że wypalają mu resztki ciała, którego nie zdołał wypalić ogień.

Maja specjalnie się nad nim nie roztkliwiała.

- Możemy mieć jeszcze dużo dzieci - odezwał się zakłopotany i uścisnął jej dłoń. Ale 

wyczuł mur niechęci.

Nie takich słów używał, kiedy rozmawiał z nią w myślach o dziecku, którego nigdy nie 

zobaczą.   W   myślach   potrafił   wyrazić   swój   ból   i   bezgraniczny   smutek.   Teraz   jego   słowa 

zabrzmiały głupio, chłopięco niedojrzale. Tak jakby w ogóle nie cierpiał z powodu tej straty.

-   Ale   nie   to   -   odpowiedziała.   -   To   zresztą   jeszcze   nie   było   nawet   dziecko,   ot, 

bezkształtna oślizła masa, trochę krwi.

- Nie mów tak! Spokojnie napotkała jego wzrok.

- To prawda. Wolałbyś, żebym się oszukiwała? Pokręcił głową. Pragnąłby, żeby nie 

była szczera aż do bólu i nie żądała tego samego od niego.

-   Czułem   się   taki   bogaty   -  rzekł,   myśląc   o  nieodległej   przeszłości.   -   Sądziłem,   że 

wszystko można kupić. Że najgorsze minęło i wszystko się dobrze ułoży.

Zraniona, odwróciła się. Nie potrafiła z Simonem dzielić łez ani rozpaczy.

Wiedziała, że jemu też jest ciężko, ale swój ból wolała zachować dla siebie, chociaż 

zdawała sobie sprawę, że rani tym męża.

Nie chciała dźwigać na barkach jeszcze jego cierpienia. Zresztą to uderzało w obie 

strony, ale było nie do uniknięcia.

- Widocznie nie jest nam dane mieć razem dzieci, Maju. Nie jest nam to pisane... - 

powiedział zgaszony.

W tym momencie powinna otworzyć przed nim ramiona i poprosić, żeby w ogóle tak 

nie myślał. Ale ona się nie poruszyła.

Zraniła go tak, jak on zranił ją.

Słowa Simona zabolały Maję mocno, bo trafiły w najczulszy punkt. Prześladowała ją 

bowiem ta sama myśl.

background image

Miała straszne wyrzuty sumienia, że jest winna temu wszystkiemu, co się stało. Nie 

powinna była pozwolić, wtedy przed kilku laty, żeby między nią a Simonem do czegoś doszło.

Dopuściła się zła.

Wszystkie późniejsze zdarzenia były karą za ten postępek.

- Nie uwiodłem Idy - dodał, przypominając sobie absurdalne oskarżenie Olavesa.  - 

Nawet tego nie pragnąłem. Po powrocie nigdy nie miałem ochoty na inne kobiety, Maju. Kiedy 

rozpocząłem nowe życie, liczyła się dla mnie tylko jedna. Dobrze wiesz kto.

Maja pokiwała głową zawstydzona.

Nie pamiętała o tym, co mówił o Idzie Olaves. Każda inna żona na pewno by o to 

spytała, ale dla niej to tak niewiele znaczyło. Z tego powodu także miała wyrzuty sumienia.

On pewnie myśli, że nic ją nie obchodzi.

Czuła gorycz tym większą, że nie mijało się to z prawdą.

- W każdym razie nikt więcej nie będzie cię prześladował - powiedział Simon.

Maja pokiwała głową.

- To było twoje dziecko? - zapytała. Wcześniej Heikki długo po cichu rozmawiał z 

Simonem. Paliła ją ciekawość, o czym tak rozprawiali.

- Czy dziecko, którego oczekiwała Susanna, mogło być twoje? - sprecyzowała.

Simon zamknął oczy.

Stał na skraju przepaści.  Dlaczego nie rzucił się w nią, kiedy miał szansę? Z taką 

desperacją walczył o życie, a teraz nagle czuje przemożny pociąg do wieczności. Pragnienie, by 

uciec od wszystkiego i odnaleźć spokój.

- Simon... - odezwał się głucho. - Simon Bakken, ojciec martwych dzieci.

Maja poczuła się tak, jakby ktoś wbił jej nóż w piersi.

- To mogło być moje dziecko - dodał ciężko. - Moje albo wielu innych. Plotki, jakie 

rozpowiadano   o   Susannie,   w   większości   pokrywały   się   z   prawdą.   Pokój   jej   duszy! 

Gdziekolwiek teraz jest. Ona nie robiła z tego zbytnich ceregieli. Wszyscy wiedzieli o tym i 

wykorzystywali to. Kiedy żadna inna nie była chętna, zawsze jeszcze pozostawała Susanna...

Po jego twarzy przemknął cień. Nie lubił tego zadufanego w sobie młodzieniaszka, 

jakim był niegdyś. Teraz oceniał się znacznie surowiej niż w przeszłości.

- Podejrzewam, że wpadłem jej w oko. Musiała powiedzieć Olavesowi i Johannesowi, 

że jestem ojcem dziecka. Może sama w to wierzyła? A może tak powiedziała dlatego, że już 

byłem żonaty, więc nikt nie mógł jej zmusić do poślubienia ojca dziecka? Nieważne. Istotne w 

tym wszystkim jest to, że bracia jej uwierzyli.

Maja pokiwała głową.

background image

- Jeśli ona rzeczywiście leży w tym gnoju, to na pewno nie zrobiła tego sama. Żadna 

kobieta nie wybrałaby sobie takiej śmierci.

Simon przyznał jej rację.

- Można przypuszczać, że ktoś jej w tym pomógł. Wówczas łatwiej znieść to wszystko, 

co się stało. Ci dwaj byli w końcu moimi szwagrami i obaj nie żyją.

- Byli źli - orzekła Maja. Nie potrafiła zdobyć się na współczucie.

Zastanawiała się, czy Heikki coś wie o dziecku Susanny. Tak badawczo przyglądał się 

Simonowi wówczas, kiedy mówił braciom, gdzie znajdą siostrę.

Chyba nie robiłby tego, gdyby Simon nie odegrał w jej życiu istotnej roli?

Ale Simon nic nie mówił, a Heikki, na ile go znała, takie tajemnice zachowywał dla 

siebie.

Jeśli już je zdradzał, to tylko tym, których dotyczyły bezpośrednio.

Dotychczas   bardzo   to   w   nim   ceniła,   ale   teraz   uznała   za   przekleństwo.   Chętnie 

dowiedziałaby się, jak było naprawdę.

Nie   zwierzyła   się   Simonowi   ze   swych   myśli.   Powiedziała   jedynie,   że   powinien 

odpoczywać.

Reijo otworzył oczy dopiero po trzech dniach. Maja, która całymi godzinami czuwała 

przy jego łóżku, dziergając na drutach, zauważyła to pierwsza.

- Udało ci się - wyszeptał Reijo, ale głos zaraz uwiązł mu w gardle.

Drgnęła, wypuściła z ręki robótkę i upadła na kolana przy łóżku.

Płacząc i śmiejąc się na przemian, całowała jego rękę i wołała:

- Dzięki Bogu! Tysiąckrotne dzięki! Już myślałam, że się z tego nie wygrzebiesz!

Jej   radość   dobrze   mu   zrobiła.   Poczuł   ciepło   w   piersi.   Jak   dobrze   było   oglądać 

rozweseloną buzię Mai!

Ale powieki tak mu ciążyły.

Reijo znów zapadł w sen, ale już inny niż ten przypominający czarną nicość, w której 

był pogrążony przez trzy dni.

Teraz spał i nabierał sił.

Kiedy znów otworzył oczy, Maja nie była sama. Przy łóżku pochylali się też Ida i 

Heikki.

Ida obsypała jego twarz pocałunkami.

Heikki uśmiechał się, ale Reijo widział, że oczy tego szczwanego lisa nienaturalnie 

błyszczą.

- Przepadł ci cały jarmark, stary druhu - odezwał się Heikki, chrząkając.

background image

- Opowiesz mi o wszystkim - zdołał wydusić z siebie Reijo. Zaraz zauważył, że brakuje 

mu jeszcze jednej osoby, i zapytał: - Simon? Co z nim?

- Simon wyciągnął cię z ognia, tato - odpowiedziała Ida z dumą w glosie i dodała 

szybko: - Prosił, żeby cię pozdrowić i zapewnić, że nigdy nie miał zamiaru mnie zbałamucić. 

Zresztą mnie też nic takiego nie przyszłoby do głowy.

Reijo uśmiechnął się, zresztą od początku nie wierzył w słowa Olavesa.

- Mogę więc dziękować wam obojgu - powiedział, uchwyciwszy spojrzenie Mai, które 

nie wydało mu się beztroskie. - Tobie i Simonowi zawdzięczam życie. Podołałaś zadaniu, 

Maju.

Bez słowa pokiwała głową.

- Simon jest poparzony - opowiadała dalej Ida. - A obora spłonęła doszczętnie, Johannes 

i Olaves także. Ich ojciec zabronił grzebać w gnoju. Nawet jeśli Susanna tam leży, powiedział, 

to ma zostać. Dowiedziałam się o tym od Eliny. Ludziom we wsi mówi, że pożar sam wybuchł, 

a Olaves i Johannes w nim spłonęli. Ty i Simon zaś pomagaliście gasić.

- Nikt w to nie wierzy - dodała zgryźliwie Maja. - Elvegardowie jednak za wszelką cenę 

chcą ratować honor. Tylko co to da...

- Czasami lepiej, żeby prawda nie została ujawniona - wtrącił się Heikki, napotykając 

wzrok Reijo.

Reijo przytaknął, przyznając mu rację. Tym razem Heikki także się nie mylił.

- Co z tobą? - wyszeptał Reijo do Mai. - Powiedz, co się stało?

-   To   dziewczę   potrafi   więcej   ode   mnie   -   stwierdził   Heikki.   -   Ja   wypowiedziałem 

wszystkie znane mi modlitwy i nic. A ona dotknęła cię i wróciłeś do życia.

- Nie wierzyłam w to - mówiła Ida. - Nagle krwotok ustał. A Maja zemdlała.

- Straciłam dziecko - Maja popatrzyła Reijo w oczy. W tym jednym spojrzeniu kryła się 

bezdenna rozpacz.

- Tak mi przykro, Maju. Nawet nie masz pojęcia, jakim mnie to napełnia bólem.

Jego cierpienie było prawdziwe. Zamknął oczy i uciekł w sen. Nic innego nie mógł 

uczynić.

background image

16

Z czasem plotki ucichły. Ciekawscy sąsiedzi przestali odwiedzać Bakkenów i rodzinę 

Kesaniemi,   kiedy   zrozumieli,   że   nie   dowiedzą   się   nic   więcej   ponad   to,   co   usłyszeli   u 

Elvegardów.

Żaden z mieszkańców wioski nie wierzył w ich wyjaśnienia, ale wyglądało na to, że 

prawda i tak nie wyjdzie na jaw.

Nastała   pełnia   wiosny.   Potem   lato.   Okolica   zazieleniła   się.   Plamy   krwi   wsiąkły   w 

ziemię.

Heikki Kata ja wrócił do swojej ukochanej Finlandii. Zabrał ze sobą wiele sekretów.

Simon, który doszedł już do siebie, żartował z goryczą, że jedna blizna na ciele więcej 

czy mniej nie sprawia mu różnicy.

Maja przestała rozmyślać całymi dniami o dziecku, które powinna jeszcze nosić w 

swoim łonie.

Nie próbowała wywołać uśpionych głęboko sił, które ją przerażały. Same też się nie 

ujawniły.   Heikki   powiedział,   że   te   zdolności   zostały   jej   użyczone,   a   w   jego   spojrzeniu 

wyczytała ostrzeżenie. Nie mówił niczego wprost, ale domyśliła się, o co mu chodzi. Między 

takimi ludźmi jak ona i Heikki nie zawsze potrzebne są słowa. Innym nie potrafiła się zwierzyć 

ze swoich niepokojów, ani Simonowi, ani Idzie, a już szczególnie Reijo.

Reijo   walczył   z   przygnębieniem   i   dręczącymi   go   myślami.   Z   marzeniami,   jakie 

nawiedzały go na jawie i we śnie. Z bólem i zgorzknieniem.

Bywały dni, kiedy miał chęć zrezygnować. Gdyby nie wielki hart i siła woli, pewnie 

położyłby się w łóżku na dobre i pogodził się, że już nie nadaje się do niczego.

Śmiać mu się chciało, kiedy przypominał sobie, co tłumaczył Mikkalowi, kiedy ten 

załamał się po wypadku z niedźwiedziem.

Mikkal ucierpiał wtedy bardziej niż on teraz, a jednak potrafił odzyskać radość życia i 

wiarę w siebie.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy Reijo podniósł się z łóżka.

Sporządził sobie laskę i przeklinając ból, postawił pierwsze kroki.

Ida mówiła, że jest wobec siebie nazbyt surowy, ale nie chciał jej słuchać.

Ćwiczył codziennie i wreszcie w środku lata wyrzucił laskę.

Co prawda nadal trochę kulał, ale zwyciężył.

Pokonał niewiarę i zwątpienie - to wszystko, co omal nie zdławiło jego wewnętrznej 

siły, którą przecież zawsze miał w sobie.

background image

Dotrzymał tego, co sobie poprzysiągł.

Skończył trzydzieści dziewięć lat i czuł, że może zacząć nowe życie. Najpierw jednak 

musiał się uwolnić od wszystkich upiorów z przeszłości.

Pamiętał,   co   przyrzekł   Simonowi,   mimo   że   było   to   dość   dawno,   i   zamierzał 

porozmawiać z Mają.

Niedługo nadarzyła się ku temu okazja.

Oznajmił Idzie, że chce sprawdzić, czy da radę dojść sam aż do chaty Mai, co zresztą 

było zgodne z prawdą.

Zaznaczył przy tym jasno, że pod żadnym pozorem nie życzy sobie, by Ida poszła wraz 

z nim.

- Jesteś  szalony, stary, uparty i nieokrzesany, i niemądry! - wykrzykiwała córka w 

bezsilnej złości.

- Celnie to ujęłaś - przyznał Reijo, ale nie zważając na słowa Idy, ruszył w drogę.

Okazało się, że wędrówka mocno go zmęczyła. Często zatrzymywał się na odpoczynek, 

przez cały czas układając w głowie mowę, jaką zamierzał wygłosić Mai.

Właściwie wiedział, co chce jej powiedzieć, przemyślał każde słowo. Przygotował się 

tak, by zachować zimną krew i nie stracić nad sobą kontroli.

Między Mają i Simonem wszystko się musi ułożyć!

Kiedy myślał o dziecku, które straciła, serce mu pękało. Bo jak już kiedyś wspomniał 

Idzie, nadal był przekonany, że Maja potrzebuje dzieci.

Tego wieczoru, jak w każdy piątek, Simon, wziąwszy torbę na plecy, poszedł sprawdzić 

sidła, które zastawił w górach.

Reijo było to bardzo na rękę, ponieważ zależało mu na tym, by porozmawiać z Mają w 

cztery oczy.

U Mai zawsze panował nienaganny porządek. Kiedy wyprowadziła się do własnego 

domu, Reijo przekonał się ze zdumieniem, że to, co wydawało mu się dotąd oczywiste, wcale 

takie być nie musi. Ida bowiem, z natury bardziej roztrzepana i nieporządna, nigdy nie potrafiła 

posprzątać w chacie dokładnie jak Maja.

Ida pod tym względem przypominała Raiję.

Maja nie.

Była sama, jak się spodziewał.

- Przyszedłeś aż tutaj? - przeraziła się i niemal siłą posadziła go na krześle.

- Nie jestem jeszcze taki stary - rzucił zadowolony z siebie. - Czas najwyższy ruszać się 

trochę dalej niż tylko na brzeg i z powrotem.

background image

- Prosiłam Idę, żeby nad tobą czuwała! Miała pilnować, by nic ci się nie stało! - gderała 

Maja niezadowolona. - Ale ona pewnie pobiegła na tańce albo na spotkanie z przyjaciółmi!

Reijo miał nadzieję, że Maja nie chciała być niesprawiedliwa i że w głębi serca nie 

myślała źle o siostrze. Po prostu przemawiała przez nią gorycz. Reijo nie potrafił zapewnić jej 

radosnej młodości.

Mój   Boże,   pomyślał.   Wyświadczyłem   jej   niedźwiedzią   przysługę,   chroniąc   ją   tak 

bardzo przed bezlitosnym światem.

Cierpienie, jakie na nią spadło, było nieuniknione.

Nie została na nie przygotowana, dlatego tym boleśniej je odczuła.

Nie miała pojęcia o istnieniu aż takiego zła.

- Ida wyprasowała mi koszule - zaprotestował. Nawet Mai nie pozwoli powiedzieć złego 

słowa o własnej córce.

- Zabroniłem jej deptać mi po piętach.

- Wiesz o tym, że jesteś strasznie uparty, Reijo? - zapytała Maja ciepło. W jej głosie 

brzmiała radość. Dawno nie widział jej uśmiechniętej.

Jak dobrze było znów widzieć ją taką!

- Ida też mówiła coś podobnego - odparł, obserwując Maję, która krzątała się, coraz to 

wynajdując sobie coś nowego do zrobienia.

Doszła do siebie po dramatycznych wydarzeniach wiosny. Promienie letniego słońca 

zabarwiły jej policzki na brązowo. Do twarzy jej było z opalenizną. Tyle tylko, że bardzo 

wychudła.

Zauważył, że zwęziła spódnicę. Przyczyną nie była utrata dziecka, bo przecież w tych 

pierwszych miesiącach ciąży specjalnie nie przytyła.

Włosy miała rozpuszczone. Reijo mimowolnie uśmiechnął się do siebie. Raija też nie 

lubiła tych gładkich fryzur, które zgodnie ze zwyczajem nosiły mężatki. Twierdziła, że od 

upiętego koku nad karkiem czy ciasno splecionych warkoczy boli ją głowa. Nic sobie nie robiąc 

z tego, że zwraca na siebie uwagę otoczenia, nosiła włosy rozpuszczone.

- Zamyśliłeś się... Głos Mai wyrwał go ze wspomnień.

- To te twoje włosy - rzucił z uśmiechem. - Mężatki powinny je zaplatać, drogie dziecko 

- dodał, udając, że przybiera surową minę.

- Ja nie - odpowiedziała, zarzucając włosy na plecy. Reijo poczuł, jak dreszcz przebiega 

mu po plecach.

- Twoja mama też się tego nie trzymała - rzekł cicho. - Ostatnio myślę o niej coraz 

częściej. Patrzę na Idę i każdy jej gest wydaje mi się znajomy.

background image

- U mnie też?

- U ciebie nie tak bardzo. Ty jesteś do niej podobna bardziej z charakteru, Ida podobna 

jest zewnętrznie.

- Nie chcę być nową Raiją - wyrzekła z przekonaniem, jakby ze złością.

Usiadła, podciągając kolana pod brodę i obejmując je rękoma.

Spędzili ze sobą niejeden wieczór, siedząc przy stole i rozmawiając o różnych sprawach.

- Nigdy nie staniesz się nową Raiją - zapewnił ją.

- Dlatego że ona była jedyna? - rzuciła wyzywająco, tak jakby poczuła się dotknięta 

jego zapewnieniem.

- Kochana Maju, jak zwykle sama sobie zaprzeczasz - wyrwało mu się.

- Dlatego że była taka niezwykła? - ciągnęła, wysuwając brodę. Nie chciałaby pewnie 

usłyszeć, że Raija też tak robiła. - Kobieta, o której mężczyźni marzą, pragnąc ją zdobyć? 

Dlatego, że była mądra i potrafiła owinąć sobie ludzi wokół małego palca? Czy może dlatego, 

że pakowała się we wszelkie możliwe kłopoty i komplikowała sobie życie, wierząc, że inni za 

nią rozwiążą jej problemy?

- Dlatego, że ty jesteś Maja - przerwał, a w kącikach ust czaił mu się uśmiech. - Jedyna 

w swoim rodzaju. Nikt inny nie może stać się nową Mają; tak samo jak ty nie staniesz się nową 

Raiją.

Maja odetchnęła i ukryła twarz w dłoniach.

- Wybacz mi - odezwała się, pochylając się nad blatem stołu. - Ja chyba też za dużo 

rozmyślam. Chodzę tak i myślę o niej od wiosny. Byłoby lepiej, gdyby zostawiła mnie w 

spokoju.

- I gdybym umarł?

Nie powinien zadawać jej takiego pytania, ale wyrwało mu się, nim się zastanowił, co 

mówi.

Na rzęsach Mai zalśniły łzy.

- Wiesz dobrze, że nic takiego nie miałam na myśli. Jak w ogóle możesz mówić coś 

takiego?

Tym razem Reijo musiał prosić, by Maja mu wybaczyła.

-   Czy   ona   naprawdę   była   taka,   jak   wszyscy   mówią?   -   zastanawiała   się   głośno 

dziewczyna. - Mikkala, ojca, nie liczę. Bo jego naprawdę kochała. Był jej jedyną prawdziwą 

miłością. Ale wszyscy inni... Wy wszyscy... kim, u licha, była dla was? Dlaczego tobie ciągle 

się błyszczą oczy, kiedy o niej myślisz, Reijo?

Co takiego w niej było, co sprawiało, że była lepsza od innych?

background image

- Lepsza od innych? Reijo popatrzył na swoje palce i oparł splecione o stół dłonie.

- Nigdy nie starała się być lepsza od innych i nie była - odpowiedział po chwili. - 

Oczywiście mężczyźni porównywali ją z innymi kobietami i uważali, że nie ma takiej drugiej, 

ale oni obserwowali ją z zewnątrz. Ja, Maju, żyłem z nią na co dzień i wiem, że miała swoje 

wady. Ty też pewnie trochę pamiętasz, prawda?

Maja pokiwała głową.

- Dostrzegałem jej wady - ciągnął Reijo - ale kochałem ją pomimo tego.

- Tą jedyną wielką, cudowną miłością? - zapytała jakby z obrzydzeniem w głosie. Tak 

jakby trzymała w rękach wstrętnego małego płaza i przyglądała mu się z bliska. Zmusiła się, by 

to powiedzieć.

- Kiedyś tak myślałem - przyznał Reijo, nie przypuszczając, że rozmowa potoczy się w 

tym kierunku. - Młody człowiek ma prawo do gorących uczuć - rzekł, zaczynając swoją dawno 

ułożoną i wyćwiczoną przemowę. - Ma prawo popełnić błąd, wyznając miłość. Do diabła, w 

tym wieku tak łatwo sobie coś ubzdurać. Nazwać uczucia niewłaściwie...

- Chcesz przez to powiedzieć, że jej nie kochałeś? - zapytała z niedowierzaniem. - 

Przecież poświęciłeś dla niej całe swoje życie! Nie jesteśmy twoimi dziećmi, z wyjątkiem Idy, 

więc nie musiałeś brać sobie nas na kark. Mogłeś założyć własną rodzinę. Tymczasem czekałeś 

na nią pół życia, nie dopuszczając nawet myśli o tym, że jesteś wdowcem, dopiero niedawno... 

Dobry Boże, Reijo, nie jestem aż taka naiwna! Co to jest jak nie miłość?

Jego uśmiech był odbiciem uśmiechu z przeszłości.

- Coś na kształt miłości - odparł jakby z przekorą. - Słyszałaś o przyjaźni, Maju?

- Takich dobrych przyjaciół nigdy nie miałam - oznajmiła, zakładając ręce na piersiach.

- Nie wszyscy mają to szczęście - rzekł Reijo z powagą. - Ja miałem. Raija była moim 

przyjacielem. Zrobiłem dla niej tylko to, co ona uczyniłaby dla mnie. Ani mniej, ani więcej.

- Przyjaźń więc czy miłość?

Reijo westchnął i gestykulując żywo, zaczął wyjaśniać, jak to z nimi było naprawdę. 

Mówił z przejęciem jak młody chłopak.

Jego   zielone   oczy   promieniały.   Przeczesał   dłońmi   włosy   w   ten   swój   jedyny 

niepowtarzalny sposób.

Dawno Maja nie widziała tego gestu i wzruszył ją niemal do łez.

To było niczym niespodziewane spotkanie z dobrym przyjacielem.

- Oczywiście, że ją kochałem. Właśnie tak nadużywa się słowa „miłość” - mówił z 

przejęciem. - Pożądałem jej, spałem z nią, w jej ramionach przeżyłem chyba najpiękniejsze 

chwile. Dla niej gotów byłem pójść na śmierć. Ale zawsze zdawałem sobie sprawę, że ona 

background image

należy do Mikkala. Nigdy tak do końca nie była moja. Wiedziałem, że nigdy nie stanę się dla 

niej tym kimś wyjątkowym. Ona nazywała to czymś na kształt miłości. Kochaliśmy się, Maju, 

na swój sposób. Ale ja tego nie nazywam miłością. Miłość to coś znacznie więcej. Czujesz to 

całą sobą: kochasz kogoś, jesteś do niego przywiązana, szanujesz go, ufasz mu, jesteś z niego 

dumna... Wszystkie te dobre uczucia połączone z niezwykłym ogniem, żarem...

Maja mrugała powiekami.

Wielkie nieba, jak cudownie to zabrzmiało!

- Naprawdę istnieje takie uczucie? - zapytała cicho. - Naprawdę ludzie mogą przeżyć 

coś takiego?

Reijo przełknął ślinę.

- Tak - odpowiedział. - Wierzę, że tak. Niektórzy zadowalają się namiastką, a inni mają 

taki los jak Raija i Mikkal. Ale chyba nie ma ich tak wielu. Bo z takim żarem trudno żyć. Oni 

oboje właśnie tego doświadczyli... A równocześnie z dala od siebie przeżywali piekło.

Zapadła cisza.

Reijo nie powiedział tego, co sobie przygotował.

- Między tobą a Simonem nie wszystko układa się dobrze?

Roześmiała się z goryczą.

-   Ten   związek   nie   został   pobłogosławiony   przez   niebiosa   -   rzuciła   cierpko.   -   Od 

początku był skazany na klęskę.

- Czy naprawdę próbowałaś, kochanie?

- Pewnie jakoś by się ułożyło... na swój sposób - odrzekła zamyślona. - Gdyby nie ten 

pożar   w   oborze.   Na   Simonie   odcisnął   się   trwałym   piętnem.   Ja   nie   mam   siły   żyć   z   jego 

koszmarami, nie mam siły się ciągle  bać, że straci  nad sobą panowanie i znów stanie się 

agresywny... - Przyciskając brodę do kolan, oparła policzek na dłoni. - Nie mogę, Reijo. Nie 

mogę.

- Wiesz o tym, że Simon cię kocha? Kocha prawdziwie, głęboko. Być może nigdy nie 

spotka kogoś, kogo pokocha równie silnie.

Maja skinęła głową.

- To właśnie tak wszystko komplikuje. Ale ja już powoli oswajam się z tym, że zawsze 

jestem najgorsza. Jak widzisz, nie na darmo jestem córką mojej matki.

Reijo przerwał jej.

- Czy nie chodzi o coś więcej, Maju? Ujrzawszy w jego oczach pytanie, spuściła wzrok.

Policzki okrył rumieniec. Zacisnęła wargi, starając się odzyskać spokój.

Ale nie pomogło.

background image

Odrzuciła w tył głowę; znów ten charakterystyczny gest. Otwarcie i odważnie napotkała 

jego badawcze spojrzenie.

- Jesteś zbyt spostrzegawczy, Reijo - powiedziała, a głos jej zadrżał, chociaż starała się 

mówić spokojnie.

- Długo żyję na tym świecie - odrzekł z czułością. - Człowiek uczy się dostrzegać takie 

rzeczy wraz z upływem lat. Przenikliwość przydałaby się człowiekowi bardziej, kiedy jest 

młody. Niestety, mężczyźni, których znam, byli wtedy zupełnie ślepi.

Pokiwał głową z rezygnacją.

Niełatwo było mu patrzeć na nią - na Maję kobietę, nie dziecko.

Równocześnie trochę mu to pochlebiało.

-  To,  co  jak  ci  się  zdaje,  czujesz do mnie  -  zaczął   powoli   - to takie  młodzieńcze 

zakochanie, które cię minęło. Tobie się wydaje, że to coś więcej. Myślisz, że to coś, czego 

Simon nie może ci ofiarować. W marzeniach może jestem tym, którego mogłabyś pokochać. 

Ale nie w rzeczywistości.

Nie   odpowiedziała,   patrzyła   tylko   na  niego   swymi  głębokimi   brązowymi   oczami   z 

lśniąco złotą otoczką wokół źrenicy.

Przełknął ślinę i mówił dalej:

- Myślę, że jeśli dasz Simonowi szansę, to on może stać się dla ciebie właśnie kimś 

takim. Jeżeli porzucisz marzenia i odważysz się żyć naprawdę.

Reijo nabrał powietrza. Wiedział, że musi zniszczyć to uczucie, które tak starannie 

pielęgnowała w swoim sercu. Wiedział, że musi być bezwzględnie brutalny.

- Nie jestem dla ciebie odpowiednim kochankiem, Maju. I nigdy nie mógłbym się nim 

stać. Nie chcę, byś była nową Raiją, nie obawiaj się. Dla mnie jesteś dzieckiem Raiji, prawie 

moim dzieckiem. Dla ciebie jestem ojcem. Tak się czuję, mimo że dość często przypominałaś 

mi, że to nieprawda.

Cisza była przytłaczająca.

- Jeśli chcesz spojrzeć na to w taki sposób - dodał wprost - to można powiedzieć, że 

rzeczywiście stoisz w cieniu Raiji.

Maja roześmiała się gorzkim śmiechem.

- Uważasz, że powinnam postawić na Simona? Reijo przytaknął.

-   Myślę,   że   wam   obojgu   dobrze   będzie   razem.   Simon   jest   dobrym   chłopakiem. 

Przyznaję, że na początku miałem do niego zastrzeżenia, ale teraz lubię go coraz bardziej. 

Myślę, że to właściwy mężczyzna dla ciebie, Maju.

Zapłakała cicho.

background image

Nie odważył się pogłaskać jej po głowie, nie miał odwagi jej dotknąć.

- Za późno przyszedłeś wygłosić ten hymn pochwalny na cześć Simona - rzuciła przez 

łzy.   -   Simon   odszedł   dziś   ode   mnie.   Wspólnie   uznaliśmy,   że   nie   możemy   razem   żyć. 

Zostawiliśmy sobie nawzajem wolną rękę. Powiedział, że jeśli uzna to za właściwe, zwróci mi 

wolność, rozpuszczając wieść o swojej śmierci. Podzieliliśmy się złotem.

Reijo zamknął oczy.

To nie może być prawda.

Maja nie przestawała się śmiać.

-   Myślę,   że   najlepiej   będzie,   jeśli   wrócisz   do   siebie   na   przylądek,   ojczulku   Reijo. 

Przyrzekam, że nie pójdę za tobą. Spróbuję zniszczyć moje marzenia. Nauczę się żyć w cieniu 

Raiji.

Odszedł, z każdym krokiem nienawidząc siebie coraz bardziej.