background image

 

 

 

 

NAJPIĘKNIEJSZA RZECZ PO TEJ STRONIE NIEBA 

x. Grzegorz Śniadoch IBP 

 
 

Reforma czy Rewolucja? 

W  1969  roku,  wskutek  posoborowej  „odnowy"  w  Kościele  Powszechnym  w  imię  „ducha  czasu", 
rewolucyjnej  zmianie  poddano  zasady  i  sposób  odprawiania  Mszy  Świętej.  Zaprzestano  sprawowania 
Najświętszej Ofiary według rytu, którego po wieczne czasy nakazał używać papież św. Pius V w 1570 roku. 
Miejsce Mszy Św. Wszechczasów zajęły naprędce skonstruowane obrzędy, którym nadano nazwę  „Novus 
Ordo Missae".
 Kardynał Ratzinger powie po latach: „Burzono starożytną budowlę i tworzono inną, nawet, 
jeśli używano do tego materiałów, z których zbudowana była stara konstrukcja”. Stary i czcigodny ryt został 
de  facto  zakazany,  wszystkich  księżom  nakazano  odprawianie  nowej  Mszy,  co  wielu  przyjęło                                   
z  entuzjazmem,  ale  tych,  którzy  się  opierali  zmuszono  do  tego.  Nowy  Mszał  wprowadzony  przez  papieża 
Pawła  VI  zapoczątkował  niespotykana  dotychczas  reformę  liturgiczną  -  przewrót,  który  nie  miał  żadnego 
precedensu  w  historii  Kościoła.  Z  dnia  na  dzień  runęła  cała  kształtowana  przez  niemal  dwa  tysiące  lat, 
tradycyjna liturgia Kościoła Świętego. Zlikwidowano Mszę, której słuchali wszyscy święci ery nowożytnej. 
Czy  tego  chcieli  ojcowie  soborowi?  Czy  naprawdę  chcieli  likwidacji  starego  obrządku  i  wprowadzenia 
nowego?  Kard. A.  Stickler,  który  był  doradcą  Komisji  liturgicznej  Soboru  dobitnie  podkreślił:  „Trydent 
określił w kanonach dogmatycznych również kwestie liturgiczne, czego wcześniej raczej nie czyniono, bo 
tylko  kwestie  dogmatyczne  zawarte  w  kanonach  są  zakończone  formułą  anathema  sit,  która  wyznacza 
granice prawowierności. Z tego wynika, że kwestie liturgiczne sformułowane na Soborze mają rangę nauki 
wiary.  Dotyczy  to  szczególnie  charakteru  Mszy  Świętej,  jako  oficjalnego  kultu  i  Ofiary,  a  także 
prawdziwości  kanonu  mszalnego,  znaczenia  języka  liturgicznego  i  poszczególnych  znaków./.../.  Już  samo 
spojrzenie na konstytucję o liturgii Soboru Watykańskiego II wykazuje bezpośrednio, że wola Soboru i wola 
[posoborowej]  komisji  liturgicznej  często  się  ze  sobą  nie  zgadzają,  a  nawet  są  ewidentnie  ze  sobą 
sprzeczne”. 

O  tym  jak  wyglądała  praca  owej  Komisji  Liturgicznej  kierowanej  przez  abpa  Hannibala  Bugniniego, 
napisano  już  wiele  książek,  jednak,  aby  zilustrować  „klimat  reformy”  choć  pokrótce,  warto  zapoznać  się                    
z  najnowsza  kiążką  „A  Challenging  Reform:  Realizing  the  Vision  of  the  Liturgical  Renewal”  (Reforma 
pełna  wyzwań:  Realizacja  wizji  odnowy  liturgicznej)
,  ktora  napisal  abp.  Pierro  Marini,  długoletni 
ceremoniarz  papieża  Jana  Pawła  II,  który  sam  siebie  określa:  „jestem  uczniem  Bugniniego”.  Długoletni 
współpracownik Kongregacji Nauki Wiary i czołowy wykładowca liturgiki, o. dr Alcuin Reid OSB napisał 
ciekawą recenzję powyższej książki, w której wytyka jej autorowi i całemu zespołowi redakcyjnemu wiele 
błędów i niejasności. Przytoczmy jej fragment: 

„Historia,  jako  jeden  ze  "znaków  firmowych"  obecnego  pontyfikatu  zapisze  odnowę  świętej  liturgii 
przeprowadzaną  pod  wodzą  hermeneutyki  kontynuacji,  czyli  uprawnionego  postępu,  ale  solidnie 
zakorzenionego  w  bogactwie  tradycji  liturgicznej.  Martwi  to  niezmiernie  sporą  liczbę  liturgistów,  którzy 
propagowali przez kilkadziesiąt minionych lat hermeneutykę zerwania i demolki (tak zwane brygady „Sobór 

background image

 

 

to wszystko zmienił") i którzy nie chcieli się w żaden sposób cofać w swoistym rozwoju. Do tej grupy należy 
również  Abp  Pierro  Marini,  który  właśnie  wydał  swoją  książkę  (...)  co  ciekawe,  wydał  ją  jak  na  razie 
wyłącznie po angielsku. 

Cel  wydania  tejże  pozycji  -  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę  jej  zespół  redaktorski  (Kenneth  Pecklers  SJ,                      
M.  Francis  CSV  i  J.R.  Page  -  których  obrzydzenie  do  reform  liturgicznych  wprowadzonych  przez 
Benedykta XVI jest powszechnie znane)  - jest jasny: utrzymać przy życiu „wizję, która inspirowała pracę 
Consilium"
,  komisji  ustanowionej  przez  Pawła  VI  w  celu  wdrożenia  reform,  których  domagał  się  Drugi 
Sobór  Watykański,  kierowanej  formalnie  przez  postępowego  włoskiego  kardynała  Giacomo  Lercaro,                       
a zarządzanej faktycznie przez "tytana wydajnej pracy" o. Hanibala Bugniniego CM. Jak pisze abp Marini                 
"byli oni znani ze swych zdolności przywódczych i otwartości umysłów" oraz "był to właściwy rodzaj ludzi, 
niezbędny do utrzymania postępu reformy, która odpowiada na potrzeby współczesnego świata"
. Jasne jest, 
że nikt nie będzie "dążyć do utrzymania przy życiu" czegoś, czego życie nie jest w żaden sposób zagrożone. 
Postawmy sprawę jasno: ta publikacja to partyzancka odpowiedź na tendencję, którą Marini określa „chęcią 
powrotu  do  przedsoborowego  światopoglądu,  który  przez  lata  charakteryzował  podejście  Kurii  Rzymskiej 
do  sprawy”
.  Jak  uważają  niektórzy  liturgiści,  ten  trend  osiągnął  pewną  przewagę  podczas  obecnego 
pontyfikatu. 

Książka jest również czymś w rodzaju synowskiego homagium złożonego przez Mariniego jego mentorowi 
-  Bugniniemu.  Marini  był  przez  wiele  lat  jego  osobistym  sekretarzem.  O.  Reid  zwraca  również  uwagę  na 
fakt,  iż  po  raz  pierwszy  w  otwarty  sposób  porusza  szczegółowo  motywy  i  omawia  manewry  taktyczno-
polityczne  uprawiane  przez  Lercaro  i  Bugniniego,  którzy  dążyli  do  tego,  aby  „liturgia  była  bardziej 
duszpasterska  i  otwarta  na  potrzeby  współczesnego  świata”
.  Z  treści  czytelnie  wynika,  iż  wdrożenie 
reformy  liturgicznej  było  upolitycznione  od  samego  początku.  Główny  "wróg",  czyli  Święta  Kongregacja 
Kultu  Bożego,  która  była  odpowiedzialna  za  sprawy  liturgiczne,  „trwała  mocno  na  stanowisku  trzymania 
«kursu na tradycję» 
- pisze abp Marini. O. Reid pisze zaś : 

”Czy faktycznie Sobór żądał wprowadzenia aż takich zmian  - nie jest to istotne dla niniejszych rozważań
ważne,  iż  dowiadujemy  się,  że:  „Kuria  Rzymska  i  Święta  Kongregacja  Kultu  Bożego  w  żaden  sposób  nie 
były  przygotowane  do  wdrożenia  reform  Drugiego  Soboru  Watykańskiego.  Można  też  powiedzieć,  że 
radykalizm  reform  soborowych  nie  był  w  pełni  akceptowany  przez  Kurię  Rzymską”
.  Powstała,  zatem 
konieczność  powołania  ciała,  które  akceptowałoby  ów  radykalizm  oraz  jednocześnie  posiadałoby 
niezależność od Kurii Rzymskiej. Sprawa ta zajęła sporo czasu i wysiłków polityczno-taktycznych ze strony 
Bugniniego i Lercaro, a najciekawszy fragment książki to osobiste świadectwo Mariniego opisujące intrygi 
uknute i walki stoczone w celu zapewnienia komisji Consilium uwolnienia się spod władzy Kurii Rzymskiej 
i  -  co  istotne  -  prawa  wyłącznej  interpretacji  soborowej  Konstytucji  o  Liturgii.  W  końcu,  gdy  do  intrygi 
„załatwiania  poparcia”  wplątano  samego  papieża  Pawła  VI,  Marini  nie  odmówił  sobie  zaszczytu 
stwierdzenia: „to nasza rękawica została uniesiona w górę po stoczonej walce"

Marini  cieszy  się,  że:  „poparcie  papieża  i  współpraca  tych  sił,  które  od  dawna  czekały  na  odnowę 
liturgiczną”
  spowodowały,  że  "Consilium  mogło  rozpocząć  produkcję  nowych,  zrewidowanych  rytów"
Produkcja  (sic!)  opierała  się  na  „dwóch  dalszych  kluczowych  czynnikach:  efektywnej  pracy  Consilium                      
i  marginalizacji  Świętej  Kongregacji  Kultu  Bożego"
.  Komisja  "Consilium  była  ciałem  kompetentnym, 
międzynarodowym, kolegialnym, efektywnym i nie była ograniczona przez stereotypy"
, a wielką pomocą dla 
jej pracy był "nieograniczony i bezpośredni dostęp jej przewodniczącego i sekretarza do papieża" oraz "jej 
innowacyjne  podejście  do  reform,  które  było  bardziej  realistyczne  i  bardziej  odpowiednie  dla  wdrażania 
odnowy  liturgicznej,  zdolnej  wypełnić  żądania  Vaticanum  II  poprzez  spełnienie  potrzeb,  których  wymaga 
współczesny świat"

Osobowość i efektywność Bugniniego była kluczowa, gdyż nikt tak jak on nie potrafił biegać, rozmawiać, 
przekonywać,  zaszczepiać  idei  reformatorskich  w  "różne  miejsca  podczas  obrad  Soboru",  a  "Consilium 
miało  znaczący  wpływ  na  postęp  i  kierunek,  w  jakim  będą  się  rozwijać  reformy"
.  Marini  przyznaje,  że 
"Consilium  otrzymało  nadzwyczajne  uprawnienia  do  kierowania  postępem  reform  liturgicznych                              

background image

 

 

w  poszczególnych  krajach".  I  jak  wszyscy  dobrze  wiemy  z  dokumentów  i  praktyki,  korzystało  z  tych 
uprawnień przy każdej nadarzającej się okazji. 

Marini  twierdzi  również,  iż  rezultaty  reformy  spowodowały,  że  "wreszcie  nadzieje  i  marzenia  Ruchu 
Liturgicznego  wydały  swoje  owoce"
.   60  lat  po  napisaniu  przez  Piusa  XII  encykliki  Mediator  Dei,  mamy 
prawo spytać:  czy  aby na pewno? Wielu duszpasterzy i  wykładowców nie zgodziłoby się z twierdzeniem 
Mariniego, iż "liturgia zainspirowana przez Sobór wymagała zarzucenia form potrydenckich, aby wydobyć 
prawdziwe okazywanie wiary przez cały Kościół"
. A przecież liturgia to coś więcej niż "okazywanie wiary" 
przez  obecne  czy  przez  któreś  z  poprzednich  pokoleń.  Można  spytać  -  czy  Consilium  było  wierne  wizji 
Soboru, czy raczej działało zgodnie z jakąś własną ideologią, pod auspicjami Vaticanum II? 

Marini  uznaje  dorobek  Bugniniego  za  "jedną  z  największych  reform  liturgicznych  w  dziejach  Kościoła 
zachodniego"
.  I  dalej:  "W  odróżnieniu  od  reform  potrydenckich,  te  były  większe,  gdyż  zreformowano 
również doktrynę"
. Doktrynę? Przecież to jest dokładnie to, co przez lat podnosili krytycy reformy - Marini 
nazywa  ich  "reakcjonistami"  -  że  reformy  były  zainspirowane  odmienną  doktryną,  by  nie  rzec  dosadniej                   
-  pochodzącą  z  innego  źródła.  Oto,  dlatego  potrzebujemy  dzisiaj  prawdziwej  reformy  reformy:  Spojrzenia 
na  partyzancką  robotę  opisaną  w  tej  książce  i  skorygowania  jej  zgodnie  z  hermeneutyką  kontynuacji,  nie 
zerwania. Niech doktryna się rozwija, to oczywiste, ale niech nie zrywa ze swoimi źródłami. (...) 

W książce znajdujemy szereg błędów - dom Capelle zmarł w 1961 r. a nie 1971; Abp Lefebvre wyświęcił 
bez  zgody  Watykanu  biskupów  w  1988  r.,  a  nie  w  latach  70-tych;  Świętą  Kongregację  Kultu  Bożego 
powołał Sykstus V w 1588 r., a nie Sobór Trydencki, itp. (...) 

Oczywiście  tak  pozycja  Consilium  nie  była  by  możliwa,  gdyby  nie  poparcie  ze  strony  tronu  Stolicy 
Piotrowej.  Niech  słowa  Jean’a  Gutton’a,  długoletniego  przyjaciela  Pawla  VI  (i  autora  znanej  książki 
„Dialogi  z  Pawlem  VI”),  wystarcza  za  cały  komentarz:  „Paweł  VI  robił  wszystko,  co  mógł,  aby  oddalić 
katolicką  Mszę  od  tradycji  Soboru  Trydenckiego  na  rzecz  protestanckiej  Wieczerzy  Pańskiej.  (...)  Innymi 
słowy, widzimy u Pawła VI ekumeniczną intencję wyrzucenia wszystkiego lub przynajmniej skorygowania 
wszystkiego, co jest zbyt katolickie, ze Mszy oraz zbliżenia Mszy - powtórzę to raz jeszcze - tak silnie jak to 
możliwe  do  liturgii  kalwińskiej.”  Takie  podejście  papieża,  tłumaczyłoby,  dlaczego  „protestanccy 
obserwatorzy” brali odział w pracach Consilium

Czytając  pamiętniki  i  wspomnienia  członków  Consilium,  zwłaszcza  „atmosferę  posiedzeń”  komisji,  która 
okładała Nową Msze, ma się nieodparte wrażenie, że nie miała ona liturgicznego sensus ecclesiae, aby być 
wstanie  w  kilka  lat  stworzyć  („wyprodukować”  jak  mówi  abp  Marini),  coś  równie  wspaniałego  jak 
klasyczna Msza Rzymska, która wyrastała przez prawie dwa tysiące lat. 

 
 „Podstawowy  błąd  większości  innowatorów  polega  na  tym,  że  wyobrażają  sobie,  iż  nowa  liturgia  zbliży 
świętą  ofiarę  Mszy  do  wiernych,  że  pozbawiona  starych  rytuałów  Msza  wkracza  obecnie  w  sam  nurt 
naszego życia. Pytanie brzmi jednak: czy bardziej zbliżymy się do Chrystusa we Mszy przez wznoszenie się 
do  Niego,  czy  przez  ściąganie  Go  w  dół,  do  naszego  własnego,  przeciętnego,  prozaicznego  świata? 
Innowatorzy  chcieliby  zastąpić  świętą  bliskość  Chrystusa  niestosowną  poufałością.  Właśnie  nowa  liturgia 
grozi  udaremnieniem  kontaktu  z  Chrystusem,  ponieważ  osłabia  szacunek  wobec  tajemnicy,  uniemożliwia 
oddawanie czci i niweczy zmysł sacrum.”  te słowa napisał Dietrich von Hildebrand, nazywany przez Piusa 
XII  „doktorem  Kościoła  XX  wieku”.  Na  efekty  takiego  podejścia  nie  trzeba  było  długo  czekać  i  jak  to 
określił  słynny  liturgista  ks.  Klaus  Gamber  „Reforma  liturgiczna,  witana  z  takim  idealizmem  i  nadzieją 
przez wielu księży i świeckich, zmieniła się w liturgiczną destrukcję o zaskakujących rozmiarach - klęskę 
pogarszającą  się  z  każdym  rokiem.  Zamiast  oczekiwanej  odnowy  Kościoła  i  życia  katolickiego,  jesteśmy 
świadkami  demontowania  tradycyjnych  wartości  i  pobożności,  na  której  spoczywa  nasza  wiara.  Zamiast 
owocnej odnowy liturgii, widzimy zniszczenie obrzędów Mszy, które rozwinęły się organicznie przez wiele 
stuleci”,  a  kard.  Ratzinger  wyraził  to  samo  w  prostych  słowach:  "W  miejsce  liturgii,  będącej  owocem 
nieprzerwanego  rozwoju,  przyszła  liturgia  sfabrykowana.  Odrzuciliśmy  organiczny,  żywy  proces  wzrostu                  

background image

 

 

i  wielowiekowego  rozwoju  i  zastąpiliśmy  go  -  jak  to  się  ma  w  procesie  produkcyjnym  -  fabrykacją, 
banalnym produktem chwili" 

Reforma nie ominęła również Polski, choć być może sytuacja u nas wyglądała nieco lepiej niż na „pustyni 
zachodu”, głównie dzięki Prymasowi Tysiąclecia, który ostrożnie wprowadzał reformy. Jednak nawet Stefan 
Kisielewski,  długoletni  współpracownik  „Tygodnika  Powszechnego”  (wielce  „zasłużonego”  dla  reformy 
liturgii  w  Polsce),  którego  raczej  trudno  posądzać  o  „tradycjonalizm”,  opisując  zmiany  w  swoich 
„Dziennikach”,  pod  data  19  września  1972  r.  napisał:  "W  Pałacu  Prymasa  była  narada  na  temat  muzyki                    
i śpiewu w liturgii. Smutne to, bo widać, jak niszczą wszelką tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli 
chorał  gregoriański,  wycofując  łacinę,  zniszczyli  stary  kościelny  folklor,  wprowadzili  za  to  cukierkowe 
pieśni bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity. 
„Modernizacja Kościoła, mająca na celu jego większą powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on 
od mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi". Nie trzeba jednak wielkiej spostrzegawczości, aby 
stwierdzić,  ze  smutkiem,  że  od  lat  dziewięćdziesiątych  Kościół  w  Polsce  szybko  „nadrabia  straty” 
poprzednich lat i coraz bardziej upodabnia się do standardów europejskich w liturgii. Czyż naprawdę „lekcja 
zachodu” niczego nas nie nauczyła? Rewolucja nie znosi opóźnień... 

„Kryzys wzrostu” czy wzrost kryzysu 

 Contra  fatum  non  est  argumentum,  dlatego  nawet  pobieżne  spojrzenie  na  kondycję  kościoła  przede 
wszystkim  w  Europie,  mówi  samo  za  siebie.  Niewątpliwie  to  liturgia  stała  się  pierwszą  przyczyną 
powstałego Kościele kryzysu.  Kard. Ratzinger powiedział, ze:  „wspólnota, która  wszystko,  co dotychczas 
było dla niej najświętsze i najszczytniejsze, ni stąd, ni zowąd uznaje za surowo zakazane, a tęsknotę za tymi 
zakazanymi elementami traktuje wręcz, jako nieprzyzwoitość, stawia samą siebie pod znakiem zapytania". 

Kościelne statystyki  zaczęły spadać we wszystkich dziedzinach życia Kościoła, niemalże od tego samego 
momentu,  co  wprowadzanie  nowego  rytu  Mszy.  Jednak  tu  jest  coś  więcej  czysta  matematyka,  powstał 
ogromny  zamęt  w  duszach  wiernych.  Ogromny  kryzys  kapłaństwa  i  dziesiątki  tysięcy  porzuceń  stanu 
duchownego to w dużej mierze „owoc” reformy i jej interpretacji. Inni powiedzą, że to źle wprowadzenie 
reformy.  Problem  w  tym,  że  niemalże  w  stu  procentach  „przyszłe  owoce”  były  przewidziane  przez 
kardynałów  Ottavianiego  i  Bacci  w  „Krótkiej  analizie  krytycznej  nowego  rytu  Mszy  św.”  przedstawionej 
papieżowi Pawłowi VI w 1969 r., czyli tuż przed wprowadzeniem Nowej Mszy.  

Gdy  serce  jest  chore,  słabnie  cały  organizm,  ale  dla  tych,  którzy  chcieli  ów  kryzys  i  zamęt  przeczekać                      
i zostać przy mszy „wszystkich świętych”, która „po staremu się odprawia” nastał bardzo trudny czas. „Gdy 
zgodzę  się  na  jeden  wyjątek;  to  zaneguje  cala  reformę  soboru”  powiedział  Paweł  VI,  w  odpowiedzi  na 
pytanie,  dlaczego  nie  zezwolili  abp.  Lefebvre  na  swobodne  odprawianie  „Mszy  przedsoborowej”  i  na 
„eksperyment  Econe”  (starsi  kapłani,  mieli  prawo  odprawiania  mszy  trydenckiej  po  reformie,  ale  jedynie 
prywatnie).  

Coraz  większa  liczba  wiernych  i  kapłanów  (choć  pamiętajmy  ze  pewna  cześć  nigdy  nie  przyjęła  reform                
i  zawsze  głośno  wołała  w  obronie  „słusznych  praw”),  odnajduje  we  Mszy  trydenckiej.  Odnajdując  tam 
swoją chrześcijańską i katolicka tożsamość próbują na trwałe zapewnić sobie należna pozycję w Kościele, 
choć  nie  jest  to  łatwe.  Kard.  Ratzinger  w  książce  „Bóg  i  świat”  napisał:  „Dla  właściwego  kształtowania 
świadomości  liturgicznej  ważne  jest  również,  by  w  końcu  zerwać  z  deprecjonowaniem  obowiązującej  do 
1970 roku formy liturgii. Każdy, kto się opowiada za dalszą obecnością tej liturgii czy bierze w niej udział, 
jest dziś traktowany jak trędowaty – tutaj kończy się wszelka tolerancja. Czegoś podobnego nie było w całej 
historii  Kościoła  –  przekreślono  przecież  całą  jego  przeszłość.  Jak  w  takim  razie  można  dowierzać  jego 
teraźniejszości? Jeśli mam być szczery, to nie rozumiem również dlaczego tylu biskupów w znacznej mierze 
podporządkowało  się  temu  nakazowi  nietolerancji,  który  bez  przekonujących  racji  staje  na  przeszkodzie 
niezbędnemu  pojednaniu  wewnętrznemu  w  Kościele”.  Zdanie  to  powiedziane  po  dziesięcioleciach 
wprowadzania reformy i spychaniu wszystkich „trędowatych” na zupełny margines życia Kościoła, jak echo 
powtarza  słowa  Kardynałów  Ottavianiego  i  Bacciego  skierowane  do  Papieża  Pawla  VI  w  1969  r.  „Mszał 

background image

 

 

Piusa  V,  darzony  szacunkiem  przez  wszystkich  katolików,  tak  księży  jak  i  świeckich,  był  zawsze 
niezmiernie drogi ich sercom. Nie wiadomo, w czym używanie tego Mszału z odpowiednimi objaśnieniami 
mogło stanowić przeszkodę dla pełniejszego uczestnictwa i większego zrozumienia świętej liturgii. Trudno 
też  zrozumieć,  dlaczego,  przy  całym  uznaniu  dla  jego  zasług,  uznano  że  jest  on  już  niezdolny  podsycać 
liturgiczną  pobożność  chrześcijan.(...)  Wydaje  się,  że  porzucenie  tradycji  liturgicznej,  która  przez  cztery 
stulecia  była  znakiem  i  gwarancją  jedności  kultu,  oraz  zastąpienie  jej  inną,  zdolną  być  jedynie  znakiem 
podziału, ponieważ zezwala pośrednio na niezliczone swobody, zaś sama roi się od insynuacji i otwartych 
błędów przeciw czystości wiary katolickiej, stanowi, mówiąc oględnie, nieobliczalny błąd.” 

Przez piękno formy do kontemplacji Boga.... 

Z punktu widzenia historycznego Msza św. w obrządku klasycznym jest przecież olbrzymim dziedzictwem 
kultury  i  niesie  ze  sobą  bardzo  wiele  z  dorobku  cywilizacji  chrześcijańskiej.  Choćby  cała  dawne 
budownictwo sakralne za tym przemawia. Stare wspaniałe katedry i kościoły były budowane z inspiracji tej 
Mszy i dla klasycznej liturgii rzymskiej. Cala przestrzeń sakralna była projektowana wg teologii klasycznej 
liturgii.  Widać  to  doskonale  chociażby  po  tym,  jak  trudno  nowej  mszy  „wpasować”  w  starą  architekturę                   
vice versa. Z drugiej strony, aż nadto widać, jakie formy „architektury” powstają z inspiracji współczesnej 
teologii  liturgii  i  do  niej  dostosowane.  Wspaniały  chorał  gregoriański  oraz  najpiękniejsze  utwory  muzyki 
sakralnej i tworzone były pod natchnieniem rytu „przedsoborowego”, a dziś odtwarzane są co najwyżej na 
koncertach. 

To co uderza każdego, kto pierwszy raz widzi Mszę trydencką to przede wszystkim doskonałość i perfekcja 
rytu. To najwspanialsza symetria, doskonale przemyślana w proporcjach swoich poszczególnych części i tak 
znakomicie  uporządkowana,  aby  pobudzać  i  zachowywać  nieprzerwane  zainteresowanie  świętymi 
czynnościami.  Ta msza jest doskonałym  odzwierciedleniem piękna, porządku i  harmonii. Piękno sakralne 
nie  jest  zaś  celem  samym  w  sobie.  Najwznioślejszym  dobrodziejstwem  liturgii  i  jej  najgłębszą  racją  bytu, 
jest  wprowadzenie  nas  w  sposób  pewny  do  sanktuarium  duszy,  gdzie  odbywa  się  wzrost  naszego  życia 
nadprzyrodzonego w kontakcie z Bogiem 

Kościół  od  początku  odczuwał  potrzebę  ziemskiej  epifanii,  dostępnej  dla  wszystkich.  Wyrażał  się  to                     
w przepychu jego świątyń, blasku liturgii i delikatności śpiewów. „Uroczysty charakter kultu jest integralną 
częścią  liturgii  katolickiej  i  powinien  być  zachowywany  jako  składnik  jego  własnego  orędzia,  ciągle  pod 
warunkiem,  że  to  nie  przerodzi  się  w  pompę  i  manieryzm  (...).  Oskarżenia  o  triumfalizm  są  wyrzutem 
względem radości ubogich, którzy lubią widzieć jak czci się to, co wielkie (...).Nie ma śladu triumfalizmu                
w uroczystym charakterze kultu, przez który Kościół wyraża chwałę Bożą, radość wiary, zwycięstwo prawdy 
i światła nad błędem i  ciemnościami. Bogactwo liturgii nie jest bogactwem jakiejś kasty kapłańskiej; należy 
ono do wszystkich, także do ubogich, którzy faktycznie go pragną i wcale się nim nie gorszą
" napisał Kard 
Ratzinger. Poprzez piękno formy, łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa „Boga wrażliwego serca”, staje się 
uchwytna dla tego, kto jej szuka. 

W Mszy starego rytu przeżywa się moment ciągłości historii i tradycji. Wyczuwa się łączność z pierwszymi 
latami chrześcijaństwa. Jednak Paweł VI, ogłaszając wprowadzenie nowej formy liturgicznej, zaznaczył, że 
to  właśnie  w  nowym  porządku  będzie  powrót  do  korzeni:  „Odkrywamy  na  nowo  wartość  i  piękno 
starożytności oraz pierwotny wyraz dawnych czasów w nowym rycie liturgicznym Mszy św., która staje się 
najbliższa  oryginałowi”.  Czy  tak  faktycznie  się  stało?  Dzisiaj  trudno  to  potwierdzić.  Jan  Paweł  II 
wielokrotnie  przypominał,  aby  w  odprawianej  Mszy  św.  kapłani  oraz  wierni  nie  gubili  jej  pierwotnego 
piękna, jednak – co trzeba stwierdzić ze smutkiem – piękno to, które miało być w nowym rycie, gdzieś się 
po drodze w ostatnich dziesięcioleciach wypaliło. Można zaryzykować pytanie: Czy w ogóle w nim było? 
Czy można stworzyć coś równie pięknego jak Msza Wszechczasów? 

Przyciąga ich misterium ołtarza 

  

background image

 

 

Msza  święta  w  klasycznym  rycie  rzymskim  przypomina  nam  nieustannie  o  Bożej  transcendencji.  Cala 
liturgia jest przepełniona adoracją Boga. Tutaj Kościół ofiaruje nam teocentryzm swojej modlitwy. Kapłan 
wraz z wiernymi zwracają się w duchu uwielbienia ku nieskończonemu  Majestatowi Pana. Zwracamy się 
symbolicznie ku krzyżowi, na wschód.  Następuje "zorientowanie się" całej wspólnoty na przychodzącego 
Boga.  „Wspólny  dla  kapłana  i  wiernych  kierunek  modlitwy  powstał  ze  spojrzenia  zwróconemu  ku  Panu, 
prawdziwemu  słońcu.  W  liturgii  przeżywamy  zapowiedź  Jego  powrotu,  kapłan  i  wierni  wchodzą  Mu  na 
spotkanie.  Tak  wiec  kierunek  modlitwy  wyraża  teocentryczny  charakter  liturgii,  jest  bowiem  posłuszny 
napomnieniu: „Zwróćmy się ku Panu” napisał w przedmowie do książki Klausa Gambera kard. Ratzinger. 
Inaczej rozmieszczone są akcenty teologiczne. Kult, bojaźń Boża i charakter przebłagalny mszy, dominują 
nad  aspektem  wspólnotowym.  Bardzo  podkreślony  jest  też  ofiarny  charakter  mszy.  W  tradycyjnej  Mszy 
jedynie  poświęcone  ręce  kapłana  mogły  dotykać  naczyń  liturgicznych  i  Hostii.  Świeccy  przyjmowali 
Komunię św. na język i w pozycji klęczącej. Zachowaniem wiernych i kapłanów w czasie liturgii wyrażano 
szacunek  dla  Chrystusa  Króla.  Potwierdzał  to  tez  cały  wystrój  kościoła,  z  wyrazie  oddzielona  balaskami 
częścią „sanktuarium”, gdzie tylko mężczyźni mieli wstęp. Centralnie umieszczony w „sanktuarium” wielki 
ołtarz i tabernakulum, wskazywał, że oto jest niezwykle miejsce – „święte świętych”. 

Dawny ryt ma wiele wspólnego z obrządkami wschodnimi, cechuje go wielość śpiewów (zwłaszcza chorału 
gregoriańskiego),  gestów,  znaków  krzyża,  pokłonów,  pocałunków  oraz  sama  uroczysta  oprawa,  szaty, 
świece,  kadzidło  etc..  Szczególnie  uwidacznia  się  to  w  postawie  kapłana,  który  z  ramienia  Kościoła  jest 
sługą  kultu,  niczego  nowego  nie  kreuje.  Obrzędów  nie  przerywa  się  komentarzami,  a  specyficzna  forma 
pobożności  eucharystycznej  z  istoty  swej  chroni  przed  nadużyciami  ze  strony  celebransa  czy  wiernych, 
przed udzielaniem Eucharystii na stojąco czy na rękę, oraz nie dopuszczaniem do czynności liturgicznych 
przypadkowych  świeckich.  „Msza  Trydencka  bardziej  niż  cokolwiek  innego  przepojona  jest  duchem 
prawdziwej  czci,  a  tych,  którzy  nią  żyją  pociąga  wprost  ku  temu  duchowi.  Właściwy,  fundamentalny 
stosunek wobec Boga i tworzenia żyje we wszystkich jej częściach. Cała liturgia jest przeniknięta tą czcią 
wobec  majestatu  Boga,  maiestas  Domini,  jasną  świadomością  Jego  absolutnej  zwierzchności  i  uznania 
faktu, że wszystko od Niego otrzymujemy. (...) Liturgia prowadzi nas do królestwa świętości, w którym nie 
ma miejsca na nic pospolitego. (...) Liturgia jest organicznie związana z naszą naturą i poprzez organiczne 
etapy  transformacji  prowadzi  nas  ku  nadprzyrodzoności.  W  liturgii  oczywiście  również  i  my  umieramy                    
z Chrystusem, aby z Nim zmartwychwstać, w liturgii również i my umieramy dla świata, aby żyć w Bogu” 
napisał D. von Hildebrand w „Liturgy and Personality” 

Tradycyjna  liturgia  katolicka  otwiera  zarówno  przed  małymi,  jak  wielkimi  skarbiec  swej  wzniosłości,                    
w którym  można znaleźć piękno psalmodii,  chorału  gregoriańskiego, świętych tekstów, harmonii  ruchów, 
odpowiedniego  porządku.  Stara  liturgia  jak  sztuka  pełna  delikatności  dotyka  duszę  człowieka,  zanim 
poruszy w niej energię umysłu. Uderza nie tyle wspaniały wystrój ołtarza (jakże odmienny od dzisiejszego), 
czy piękne szaty kapłana, ale swoiste misterium tremendum et fascinosum. Tajemniczość i pewna fascynacja 
czymś  niezrozumiałym  jest  najczęściej  pierwszym  wrażeniem.  Dlaczego?  Bo  liturgia  klasyczna  która 
wzrastała i doskonaliła się w ciągu wieków wolna była od oświeceniowego paradygmatu: „muszę wszystko 
rozumieć” i z założenia taka nie jest, bo wyraża to, co umysłem ludzkim jest niepoznawalne i poznane być 
nie może – przynajmniej po tej stronie nieba.. Uroczysty charakter obrzędów absolutnie nie przytłacza i nie 
przeciąża,  lecz  prowadzi  do  wyrażenia  przez  transcendencję  blasku  nadprzyrodzoności.  Majestat 
liturgicznego  przepychu  nie  ma  innego  celu.  Wspinając  się  na  określoną  wysokość,  każda  święta  liturgia 
dąży  za  pośrednictwem  rytuału  do  tego,  byśmy  odeszli  od  banału  i  codzienności  -  nie  dla  jakiegoś  celu 
estetycznego, lecz aby skierować uwagę wiernych na to, że spełniana czynność pochodzi od Boga, ze coś 
niebieskiego nadchodzi, żeby dotknąć ziemi. Piękno gestów, rytów i obrzędów, wielość znaków a do tego 
sakralny język łaciński połączony z doskonałością chorału to tylko niektóre elementy liturgii, która w swojej 
pełnej  i  monumentalnej  formie  widoczna  jest  w  liturgii  pontyfikalnej.  Jednak  pamiętajmy,  ze  liturgia 
klasyczna  to  nie  tylko  wspaniale  formy  najbogatszych  obrzędów  pontyfikalnych,  ale  także  cicha  Msza 
kapłana. Evelyn Waugt powiedział kiedyś „Teraz jestem stary, lecz byłem młody, gdy przyjmowano mnie 
do  Kościoła.  Nie  przyciągał  mnie  wówczas  wcale  splendor  największych  uroczystości  kościelnych,  który 
mógł  być  dobrze  podrobiony  przez  protestantów.  Tym,  co  najbardziej  pociągało  mnie  w  zewnętrznych                      
i  widzialnych  działaniach  Kościoła,  były  czynności  księdza  i  ministranta  wykonywane  podczas 

background image

 

 

sprawowania cichej Mszy św. Ksiądz przystępujący do ołtarza bez jednego spojrzenia, które miałoby ocenić 
jak wielu bądź jak niewielu wiernych zgromadziło się na Mszy. Mistrz i jego czeladnik. Człowiek i zadanie, 
które tylko  on  był  w stanie wykonać. To jest właśnie Msza, do której  poznania i  umiłowania dorastałem. 
Zaiste,  pozwólcie  hałaśliwym  mieć  swoje  "dialogi",  ale  nie  pozwólcie  też,  abyśmy,  którzy  cenimy  ciszę, 
byli kompletnie zapomniani.” 

Kto  choć  raz  był  na  Mszy  trydenckiej,  od  razu  wyczuje  pewne  charakterystyczne  napięcie,  obecne  od 
początku Mszy, a które rośnie wraz z ciszą kanonu. Cisza, która zakrywa, tak jak ikonostas w cerkwiach, to 
co jest największym misterium po tej stronie nieba, zasłania sacrum przed profanum. Cichy szept kapłana, 
podkreśla  jego  indywidualną  i  intymną  zażyłość  z  Tajemnicą  Chrystusa.  W  końcu  następuje  podniesienie 
wraz  z  cichym  westchnieniem  wiernych  adorujących  Chrystusa  unoszonego  przez  kapłana  –  to 
kulminacyjny  moment  Mszy.  -  jej  punkt  szczytowy  „W  chwili  ofiary  Niebo  otwiera  się  na  głos  kapłana.                 
W tym misterium Jezusa Chrystusa obecne są chóry anielskie, a to, co jest w górze, przychodzi złączyć się                 
z  tym,  co  jest  w  dole,  jednoczy  się  Niebo  i  ziemia,  widzialne  i  niewidzialne  stają  się  czymś  jednym
                        
(Św. Grzegorz Wielki, Dialogi IV,60). Odnosi się niepowtarzalne wrażenie, że oto zbliżamy się do samego 
meritum, do najświętszego momentu. Autentyczne święte świętych. Jest to moment, który szczególnie różni 
się  od  współczesnej  Mszy  św.  Cała  wspólnota,  której  przewodniczy  kapłan  -  alter  Christus,  bierze  teraz 
udział w liturgii konsekracji. Czujemy wyraźną wspólnotę duchową z innymi uczestnikami tej Mszy oraz                
z Tym, który umiera i zmartwychwstaje na ołtarzu. To prawdziwe misterium chwały i uwielbienia. Jedność 
z  apostołami  i  męczennikami.  Misterium  najwspanialszej  i  najdoskonalszej  sztuki  w  ludzkiej  historii.                    
W Mszy Trydenckiej człowiek styka się z Wiecznością, podczas gdy w Nowej Mszy człowiek jest więźniem 
czasu..  

Taka  jest  Msza  Wszechczasów,  Msza  całego  Uniwersum,  którą  Papież  Pius  V,  bullą   „Quo  primum”, 
ogłosił, jako tą, która do końca istnienia tego świata nie może być zmieniona. To uroczyste obwieszczenie 
światu  o  doniosłości  liturgii  trydenckiej  zostało  jednak  naruszone  w  1969  roku  przez  Pawła  VI  wraz                          
z proklamacja nowego Mszału. 

Lex orandi lex credendi 

Ciągle  pozostaje  aktualna  starożytna  zasada  „lex  orandi  lex  credendi”.  Jak  zauważa  kard.   Ratzinger, 
klasyczny  ryt  jest  niezwykle  precyzyjny  dogmatycznie  i  niezmiernie  bogaty  teologicznie  oraz  daje  pewną 
określoną  pobożność  kształtując  głęboką  eucharystyczną  wrażliwość  oraz  szczególny  szacunek  dla 
kapłanów.  Widzi  to  każdy,  nawet  gdy  po  raz  pierwszy  uczestniczy  uczestniczymy  w  „mszy  trydenckiej”. 
Wbrew  pozorom  ludzie  uczestnicząc  w  liturgii  w  dawnym  rycie  dobrze  rozumieli  znaczenie  Ofiary  i  sens 
Eucharystii, a aktywne uczestnictwo participatio actuosa wiernych wyrażało się bardziej w kontemplacji niż  
„aktywizmie”.  Nieodłączną  łacina  -  język  sakralny,  to  nie  tylko  „aura  tajemnicy”,  ale  także  stróż  prawd 
wiary przed ich swobodna interpretacja. „Posługiwanie się językiem łacińskim, którego używa wielka część 
Kościoła,  jest  widocznym  i  pięknym  znakiem  jedności,  oraz  skutecznym  lekarstwem  przeciw  jakimkolwiek 
skażeniom autentycznej nauki” podkreślił papież Pius XII w doniosłej encyklice o liturgii „Mediator Dei”. 

Wraz  z  pozornym  przybliżeniem  wiernym  Tajemnicy  Najświętszej  Ofiary  poprzez  jej  sprawowanie                         
w językach narodowych i "w stronę ludzi", nastąpiło uderzające odejście od katolickiej teologii Mszy, która 
obecna  była  w  Kościele  od  zawsze.  Trudno  więc  mieć  pretensje  tylko  do  ludzi,  że  swój  udział  na  nowej 
Mszy  traktują  jedyne  jako  ekspresowe  odpowiadanie  tkwiących  w  podświadomości  regułek  na  zawołanie 
księdza.  To  przeinaczenie  znaczenia  Mszy  i  dostosowane  do  niej  ludzkie  reakcje  świadczą  o  tym,  że  to                   
w nowej Mszy staje się ważna „litera”, którą każdy zna ale nikt nie rozumie. Zanika zaś misterium, ofiara, 
niepojęty i  wieczny  cud. Bo jak można sądzić, że niewykształcony  człowiek, albo  dziecko zrozumie sens 
polskich  słów  np.  prefacji  czy  ofiarowania?  Będą  to  dla  niego  wyłącznie  słowa,  których  pojedyncze 
znaczenie pojmie, ale całości i sensu nigdy nie ogarnie. 

Msza  Wszechczasów,  mimo  iż  niezrozumiała  w  szczegółach  dla  wszystkich  w  tym  dla  dzieci  czy  osób 
niewykształconych,  jako  całość,  jedno  wielkie  misterium,  którego  istota  jest  niepodważalna  i  wszystkim 

background image

 

 

wiadoma.  I  tak  jak  pod  krzyżem,  nie  padło  może  żadne  słowo  komentarza,  to  jednak  każdy  wierzący                       
w Chrystusa wiedział z czym ma do czynienia, bo widział realizującą się Tajemnicę oczami wiary i sercem, 
a nie skupiał się na Literze. 

Odejście od języka sakralnego spowodowało również niespotykane zamieszanie w samej „Literze”. Wielość 
i błędy w tłumaczeniach modlitw na jeżyki narodowe (nie omijając nawet slow konsekracji) spowodowało, 
ze  mszały w językach narodowych są  ze  sobą  tożsame jedynie  wtedy,  gdy  są zamknięte, bo na okładkach 
każdego  z  nich  widnieje  napis  „Mszał  Rzymski”.  Jakże  prorocze  wydaja  sie  słowa  odnowiciela 
benedyktynów  w  XIX  w.,  ojca  Ruchu  Liturgicznego,  i  opata  Solesmes  Dom  Prospera  Guéranger’a: 
„Nienawiść do łaciny jest wrodzona wszystkim wrogom Rzymu. Uznają ją oni za więź łączącą wszystkich 
katolików na całym świecie, za arsenał ortodoksji przeciw subtelnościom ducha sekciarskiego (...). Musimy 
przyznać, że mistrzowskim posunięciem jest wypowiedzenie wojny temu świętemu językowi. Gdyby udało 
im  się  go  kiedyś  zniszczyć,  byliby  na  prostej  drodze  do zwycięstwa”. Jest  swoistym  paradoksem,  że  jako 
argument przeciwko językowi łacińskiemu w liturgii stosuje się twierdzenie, iż język ten jest niezrozumiały, 
a  przecież  współcześnie,  jak  nigdy  wcześniej,  postęp  edukacyjny  dotarł  do  wszystkich  warstw 
społeczeństwa. 

Wiemy tez że, reforma to nie tylko uproszczenie (kasacja) obrzędów czy proste przetłumaczenie łacińskich 
formuł  na  języki  narodowe.  To  często  zupełnie  nowe  formuły  w  miejsce  starych.  Czy  naprawdę  Sobór 
chciał,  aby  nawet  słowa  zostały  zmienione?  Czy  to  było  celem  Ruchu  Liturgicznego?  W  Katechizmie 
Soboru  Trydenckiego  zadeklarowano,  że  żadna  część  Mszału  nie  powinna  być  uważana  za  próżną  lub 
zbyteczną; że nawet jego najmniejsze wyrażenie nie może być traktowane jakby było mniej ważne lub bez 
znaczenia.  Najkrótsze  ze  sformowań,  wyrażenia,  których  wymówienie  trwa  kilka  sekund,  stanowią 
integralne części całości, w której wszystko przedstawia i przenosi dar Boży, ofiarę Chrystusa i łaskę, którą 
jesteśmy obdarowywani. Jednak Nowa Msza to nowe formuły, które niosą za sobą „nowa teologię” Jak to 
trafnie ujął o. Joseph Gelineau SI „Liturgia stanowi symboliczną akcję dzięki formułom o ściśle określonym 
znaczeniu.  Jeśli  zmieniają  się  formuły,  zmienia  się  ryt.  Niech  ci,  którzy  tak  jak  ja  znali  i  odprawiali 
uroczystą, łacińską Mszę ze śpiewem gregoriańskim, przypomną ją sobie, jeśli potrafią. Niech porównają ją 
z  naszą  dzisiejszą  Mszą.  Zmieniły  się  nie  tylko  słowa,  melodie  czy  pewne  gesty.  Prawdę  mówiąc,  jest  to 
inna liturgia Mszy. Trzeba to powiedzieć jednoznacznie: ryt rzymski, jaki znaliśmy, już nie istnieje. Został 
zniszczony.” Posłużmy sie jeszcze raz słowami Dom Prosper Gueranger’a OSB, który istotę antyliturgicznej 
herezji  ujął  w  prostych,  dziś  juz  śmiało  można  powiedzieć  że  „proroczych”:  „Pierwszym  znamieniem 
antyliturgicznej  herezji  jest  nienawiść  do  Tradycji  wyrażonej  w  sformułowaniach  używanych  w  kulcie 
Bożym. Każdy sekciarz, który pragnie wprowadzenia nowej doktryny, niezawodnie staje w obliczu liturgii, 
będącej  najgłębszym,  najlepszym  wyrazem  tradycji  i  od  tej  pory  nie  spocznie,  dopóki  nie  zagłuszy  tego 
głosu  tradycji,  dopóki  nie  porwie  na  strzępy  owych  stronic  przypominających  wiarę  minionych  stuleci.                   
W  istocie,  w  jaki  sposób  mogły  zainstalować  się  i  przejąć  kontrolę  nad  masami  luteranizm,  kalwinizm, 
anglikanizm?  Wszystko,  co  musiały  zrobić,  to  zastąpić  stare  księgi  i  wyrażenia  nowymi,  i  dzieło  zostało 
dokonane.  (...)  Drugą  zasadą  antyliturgicznej  sekty  -  zastąpienie  sformułowań  nauczania  kościelnego 
czytaniami z Pisma świętego. Wiadomo od wielu stuleci, że pierwszeństwo przyznawane przez heretyków 
Pismu  świętemu  przed  definicjami  Kościoła  nie  ma  innego  uzasadnienia,  jak  tylko  ułatwienie  uczynienia 
słowa Bożego według ich własnych wyobrażeń i manipulowanie nim do woli. (...) Wszystko czego chcą, to 
powrót do źródeł, dlatego też stwarzają pozory powrotu do kolebki chrześcijańskich instytucji. W tym celu 
skracają,  wymazują,  wycinają  (...)  dążą  do  usunięcia  z  liturgii  wszystkich  ceremonii,  wszystkich 
sformułowań, które wyrażają tajemnice. (...) Dość już sakramentaliów, błogosławieństw, obrazów, relikwii 
świętych,  procesji,  pielgrzymek  etc.  Koniec  z  ołtarzem,  wystarczy  tylko  stół;  dość  już  ofiary  tak  jak                         
w każdej religii, wystarczy jedynie posiłek.” 

Zdaniem  Kard.  Ratzingera  mszał  trydencki,  wyrażający  bardzo  mocno  tradycyjną  katolicką  teologię                          
i  dogmaty  wiary,  jest  dziś  szczególnym  wyrzutem  sumienia  lub  przeszkodą  dla  tych,  którzy  tę  wiarę 
uważają za nieaktualną. Istnieje przecież w Kościele wyraźny prąd, głoszący, że nowa liturgia jest najściślej 
związana  z  nową  teologią  (bo  przecież  „przecież  Sobór  wszystko  zmienił”),  a  ta  ostatnia  opiera  się  na 
przekonaniu  o  dezaktualizacji  tego,  w  co  i  jak  wierzył  Kościół  przez  wieki.  Daleko  nie  trzeba  szukać, 

background image

 

 

przecież  sam  abp  Piero  Marini  w  swojej  najnowsej  ksiazce  expresis  verbis  mowi  o  reformie  ze                             
"W  odróżnieniu  od  reform  potrydenckich,  te  były  większe,  gdyż  zreformowano  również  doktrynę".  To 
jasne, że dla przedstawicieli tej wizji reformy, autoryzowana przez Kościół obecność liturgii trydenckiej jest 
czymś  nie  do  przyjęcia:  jest  to  dla  nich  jakby  zakwestionowanie  zerwania,  które  uznali  za  swoisty  mit 
założycielski  Kościoła  posoborowego.  Otóż  w  tym  micie  modernistycznym  bardzo  ważną  rolę  odgrywa 
zanegowanie tych części nauki katolickiej, które zostały zdefiniowane na Soborze Trydenckim w polemice     
z  protestantyzmem.  "Tylko  na  podstawie  praktycznej  dyskwalifikacji  Trydentu  -  mówił  Ratzinger                         
w  wykładzie  "Teologia  liturgii"  -  można  pojąć  zacietrzewienie  towarzyszące  walce  z  możliwością 
celebrowania nadal mszy według mszału z1962. Ta możliwość jest najmocniejszym, a stąd najtrudniejszym 
do zniesienia sprzeciwem wobec opinii tego, kto sądzi, że wiara w Eucharystię sformułowana przez Trydent 
utraciła swoją ważność". 

Kształtowane przez wieki formy liturgiczne nie były bez sensu. Każdy  - nawet najmniejszy gest w czasie 
Mszy miał swe znaczenie. Wykształcał się i wyrastał jako owoc dojrzewającej przez wieki wiary. Było to 
jak  dodawanie  kolejnego  klejnotu  w  złotej  koronie.  Precyzowanie  i  dodawanie  poszczególnych  modlitw                    
i gestów w rycie Mszy miało na celu uwypuklenie i pogłębienie tajemnic wiary i dogmatów, gdyż wierzono, 
że  Msza  zawiera  wszystko  co  najlepiej  i  najpełniej  ją  wyraża.  Gdy  komuś  się  to  nie  podobało,  nie 
świadczyło o tym, że Msza jest zła, tylko że ten ktoś nie rozumie istoty chrześcijaństwa. A tego czym jest 
Msza  nie  rozumieją  dzisiaj  przede  wszystkim  ci,  którzy  twierdzą,  że  cały  ryt  organicznie  rozwijającej  się 
liturgii klasycznej jest martwy albo bez sensu, „bo ludzie nic nie rozumieją”... 

Nadzieja na przyszłość 

Zainteresowanie Mszą klasyczną rośnie z  niespotykaną intensywnością na całym świecie. Jednak nie czas 
teraz na szczegółowe analizy, wnioski i naukowe podsumowania socjologów i teologów. Teraz jest czas na 
świętowanie  Mszy  Wszechczasów  -  duchowego  odrodzenia  się  sensu  Mistycznego  Ciała  Chrystusa 
obecnego w liturgii eucharystycznej Jego Kościoła. Odrodzenia,  które jak ufamy zapoczątkował Benedykt 
XVI,  który  pomimo  wielu  form  sprzeciwów,  wydal  Motu  proprio  Summorum  Pontificum.  Obalając 
jednocześnie  jeden  „dogmatów”  posoborowej  „odnowy  liturgicznej”,  ze  „Msza  trydencka  jest  zniesiona                   
i  jako  taka  jest   zakazana”,  potwierdził  tylko  słowa,  które  często  mówił  jako  kardynał  "To,  co  było  aż  do 
1969 roku właściwą liturgią Kościoła, czymś najświętszym dla nas wszystkich, nie może po 1969 stać się 
czymś nie do przyjęcia". 

Nie  jesteśmy  przywiązani  do  form  Tradycji  katolickiej  z  powodu  nostalgii  za  przeszłością,  ale  dlatego,  ze 
nie  zbuduje  sie  przyszłości  poza  czy  tez  obok  historii  i  tradycji  chrześcijańskiej.  To  poprzez  ponowne 
odkrywanie  form  teologicznych  i  liturgicznych  Tradycji  katolickiej  możemy  związać  sznur,  który  został 
zerwany  i  odnaleźć  wraz  z  prawda  Ewangelii  sens  naszego  przeznaczenia  „tej  dumy  z  próby  życia  na  co 
dzien.  jako  dzieci  Boga”.  Tradycja  Kościoła  pozwala  nam  ponownie  odkryć  te  wewnętrzną  drogę,  która 
prowadzi nas bez przemocy do piękna Boga. 

 

 

http://www.pokoleniebxvi.pl/artykul.php?a=84