background image

 

Czwartek, 9 październik, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 153 

Sny to kompletne bzdury. 

Poważnie. Pomimo tego, co profesor Freeman może insynuować na Wróżbiarstwie, one nic 

nie oznaczają. Naprawdę nic. Nie mają żadnego znaczenia w prawdziwym świecie. Raz miałam 
sen,  że  dołączyłam  do  cyrku,  ale  nie  był  to  normalny  cyrk,  tylko  cyrk  mrówkowy.  Ale  ja  nie 
byłam  mrówką.  Skończyło  się  na  tym,  że  podeptałam  i  zabiłam  wszystkich  moich 
współpracowników  i  widzów.  A  pamiętacie  to  z  herbatą  i  limbo?  Czy  ktokolwiek  to  pamięta? 
Czy to miało związek z czymkolwiek? 

Nie. 

Nie miało. 

Może poza przekazaniem faktu, że moje plecy są całkiem giętkie. 

Ale to wszystko. 

Nigdy  nie  brałam  na  poważnie  moich  snów,  więc  dlaczego  miałabym  teraz  zaczynać?  Nie 

powinnam. Totalnie nie powinnam. Bo bez względu na to, co ja… niechętnie rozważałam – ale 
oczywiście  nadal  nie  jestem  gotowa  o  tym  rozmawiać  –  przez  te  ostatnie  dni,  nie  chcę  robić 
tego,  co  robiłam  w  tym  śnie.  Nie  chcę.  Przynajmniej  nie  z  tą  osobą,  z  którą  to  robiłam. 
Zdecydowanie zrobiłabym to z Amosem, ale z nikim innym. 

Nie, nie, nie. 

Z nikim innym. 

Choć  trzeba  przyznać,  że  jestem  kreatywna  w  moich  szelmowskich  puszczalskich  snach. 

Czasami zaskakuję samą siebie. 

Merlinie, może jestem Wieżową Dziwką. 

 

Później, Śniadanie w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 153 

background image

 

Wygląda  na  to,  że  znowu  jestem  sama  na  śniadaniu.  Rzeczywiście  godna  to  pożałowania 

sytuacja,  choć  chyba  tak  mi  lepiej  przy  mojej  podświadomości  stwarzającej  szalone  i  rażąco 
puszczalskie  obrazy,  których  to  doświadczyłam  ostatniej  nocy  i  w  ogóle.  Dystans  do  pewnych 
ludzi  nie  byłby  chyba  najgorszym  pomysłem.  Pomimo  wszystkich  pozorów,  nie  jestem  teraz 
całkiem samotna. Gdyby tak było, to mogłabym zawołać mojego młodego, przystojnego kolegę 
Thomasa Dunna ze stołu Hufflepuffu, żeby dotrzymał mi towarzystwa… ale jednak wygląda na 
to, że dobrze się tam bawi, wypluwając dyniowy sok z buzi jak fontanna razem z przyjaciółmi, 
celując w grupę dziewczyn siedzących trochę dalej przy stole. 

Ach, młoda miłość. 

Czy kiedyś była taka prosta? 

Tak. 

I pozostałaby prosta, gdyby niektórzy ludzie trzymali swoje cholernie głupie anegdoty o ich 

cholernie głupich listach dla cholernie głupich siebie. 

Cholernie  głupi  ludzie  nie  zasługują  na  jakąkolwiek  sympatię  od  innych.  Może  poza 

przyjaźnią. Ale to wszystko. Naprawdę wszystko. 

Bo tak naprawdę on nie jest tak strasznie atrakcyjny. Fizycznie lub inaczej. Nie jest. 

Cóż, poza… 

Nie. 

Nie będę o tym gadać. Na pewno nie będę o tym gadać. 

 

Później, Zielarstwo 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 153 

Zaczepiłam  Emmę  przed  Zielarstwem  i  wypytałam  o  to,  czy  Mac  pisał  do  niej  listy  na 

wakacjach  i  co  sadzi  o  takiej  praktyce.  Nie  miałam  żadnych  ukrytych  motywów  zadając  takie 
pytania, była to tylko moja dociekliwa natura. 

A  kiedy  oczekiwałam  jakiegoś  zaciekawionego  spojrzenia  albo  wywrócenia  oczami,  może 

połączonego z  obojętnym „Hm, być może. Ale były okropne i nie miały żadnego znaczenia dla 
mnie ani dla niego”, byłam rozpaczliwie zawiedziona i zgorszona, gdy zamiast być nonszalancką, 
Emma rozmarzyła się, potakując tęsknie głową. 

background image

 

- O tak – powiedziała, wzdychając i praktycznie tracąc kierunek, kiedy szłyśmy do szklarni. 

Gdybym  jej  nie  poprowadziła,  to  pewnie  weszłaby  w  drzewo  czy  coś.  –  Przez  cały  czas,  kiedy 
byłam w Rzymie. Były cudowne. Ja… cóż, zawsze byłam podekscytowana, kiedy je dostawałam. 

- Pisałam ci listy, kiedy byłaś w Rzymie – odpowiedziałam. – Byłaś podekscytowana, kiedy je 

dostawałaś? 

Emma  wywróciła  oczami  i  rzuciła  mi  nieprzyjemne  spojrzenie.  –  To  nie  to  samo,  Lily  – 

powiedziała, po czym pomaszerowała do swojego krzesła. 

Mogę tylko wywnioskować, że Emma jest wyraźnie zła i nie ma absolutnie żadnego pojęcia, 

jak małą wartość w świecie mają listy. Powiedziałabym jej, ale nie chciałam być odpowiedzialna 
za złamanie jej biednego, pełnego urojeń serca. 

Hej, chwileczkę… 

Listy. 

LISTY. 

To takie szalone, że naprawdę może zadziałać! 

 

Później, Wciąż na Zielarstwie 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 153 

Musisz napisać do niej list. –LE 

Co? Kto to? 

Lily. Musisz napisać do niej list, Mac. Tak, jak pisałeś do niej, gdy była w Rzymie. Cokolwiek 

tam pisałeś, napisz to znowu. Rozumiesz? 

Ja… czy nie powinnaś skupiać uwagi? 

Skupiam.  Szybką  uwagę.  Korzenie  rigsbee  i  podobne.  Jestem  wielozadaniowcem.  Teraz 

napisz list. 

Lily, nie mogę. 

Napisz go teraz. 

background image

 

Teraz? 

Tak powiedziałam, prawda? 

Ale jesteśmy na Zielarstwie! 

Um, no tak. No i? 

Ja nie jestem wielozadaniowcem. 

Nie ma lepszej pory niż teraz, żeby się tego nauczyć, co? 

Myślałem, że zostawisz to w spokoju? 

Skąd  wziąłeś  taki  szalony  pomysł?  Jeśli  zamierzasz  umawiać  się  z  moją  najlepszą 

przyjaciółką, Mac, to wyjaśnimy sobie coś już teraz – ja nigdy niczego nie zostawiam w spokoju. 

Nie umawiam się z twoją najlepszą przyjaciółką. 

Nie będziesz, jeżeli NIE ZACZNIESZ PISAĆ TEGO GŁUPIEGO LISTU. 

Nie mogę napisać listu. 

Tak, możesz. 

To nie takie proste. 

Dlaczego wszyscy ciągle to mówią? Tak, to jest takie proste! 

Lily… 

Po prostu o tym pomyśl, dobra? Podaję ci na talerzu serce tej dziewczyny, a jeżeli jesteś zbyt 

wielkim tchórzem, żeby  je wziąć, to dobrze, żyj  sobie samotnie i w nieszczęściu.  Ale powiem ci 
coś, Fultonie McDonugh… cholernie się upewnię, że Emma nie zostanie w takim stanie… z twoją 
pomocą lub bez niej. 

Czy to groźba? 

Tak. Tak, to groźba. 

 

Wciąż Później, Pokój Wspólny Gryffindoru 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 153 

background image

 

Mac  wypadł  ze  szklarni  zbyt  szybko,  żebym  próbowała  go  złapać,  aby  jeszcze  trochę  mu 

pogrozić, ale to w porządku, ponieważ wydaje mi się, że za pierwszym razem zrozumiał, o co mi 
chodziło. I nie sądzę, że złe było dawanie mu ultimatum. Przecież wścibska osoba musi robić to, 
co  musi.  Nie  moja  wina,  że  Mac  to  wielki  kretyn  i  nie  chce  zgodzić  się  na  mój  świetny  plan  z 
listem. Może gdyby to zrobił, nie musiałabym uciekać się do takich środków. 

Chodzi  mi  o  to,  że  staram  się  mu  pomóc,  na  brodę  Merlina.  Czemu  nie  może 

współpracować? 

I nie wydaje mi się, że… 

Szlag by to. 

Czego  on  chce?  Czy  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  teraz  nie  mogę  przebywać  w  jego 

towarzystwie? 

Podwójne cholerne pieprzone kurde. 

Amos. 

Amos, Amos, AMOS. 

 

Wciąż Później, Pokój Wspólny Gryffindoru 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 154 

- Co teraz kombinujesz, Nieomylna? 

Zamierzałam  go  zignorować  –  naprawdę  zamierzałam  –  ale  miał  taką  minę,  która 

powiedziała mi, że pomimo moich prób, by udowodnić inaczej, udawanie, że on nie istnieje, nie 
będzie żadną opcją (niezależnie od szalonych pomysłów z nim związanych, które mogą obecnie 
krążyć  mi  po  głowie  bez  wytłumaczalnego  powodu).  A  choć  normalnie  by  mnie  to  nie 
powstrzymało,  on  zdecydował wtedy, że dobrym pomysłem będzie zajęcie  miejsca  obok  mnie 
na kanapie. Po tym mój mózg przestał właściwie funkcjonować. Co, wiecie, nie było dobre. 

A on naprawdę nie jest taki przystojny, dobra? 

Merlinie. 

-  Nie  mam  pojęcia  o  czym  mówisz  –  odpowiedziałam  niewinnie,  wzruszając  ramionami  w 

swobodnym stylu, którego z pewnością nie czułam w środku. James rzucił mi spojrzenie. 

background image

 

-  Nie  próbuj  teraz  tego  ukrywać  –  prychnął,  wyglądając  na  leciutko  zirytowanego,  co 

mogłoby  mnie  obchodzić,  gdybym  sama  nie  była  teraz  leciutko  zirytowana  tym,  że  myślał,  że 
idealnie  w  porządku  jest  siedzieć  sobie  obok  mnie…  blisko  mnie…  czy  choćby  rozmawianie  ze 
mną,  kiedy  obecnie  jestem  tak  emocjonalnie  i  psychicznie  niezrównoważona.  –  Emma  mogła 
nie  zauważyć,  ale  z  pewnością  nie  tylko  ja  obserwowałem,  jak  rzucałaś  liściki  do  Maca  za  jej 
plecami. – Posłał mi znaczące spojrzenie. – Myślałem, że ostatnim razem dostałaś nauczkę, Lily. 
Zostaw to. 

Och, bla, bla, bla. 

Czy nie ma on świadomości, że to jak gadanie do ściany? Jestem wścibska. To właśnie robię. 

-  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz  –  powtórzyłam  uparcie,  po  czym  schowałam  głowę  w 

jednej z  książek z zaklęć, które były obok mnie rozłożone. Taka odpowiedź wystarczała. James 
westchnął z rozdrażnieniem. 

- Nie rozumiem cię – wymamrotał, robiąc się trochę drażliwy. 

Zerknęłam na niego pytająco zza książki. – Nigdy tego od ciebie nie oczekiwałam. 

- Ja oczekiwałem tego od siebie. 

-  Nie  bądź  dla  siebie  zbyt  twardy  –  powiedziałam,  klepiąc  go  pocieszająco  po  ramieniu, 

zanim  przypomniałam  sobie,  że  to  może  nie  najlepszy  pomysł,  żeby  w  tej  chwili  go  dotykać, 
dlatego  subtelnie  się  odsunęłam.  –  Często  sama  siebie  nie  rozumiem.  Czy  zamierzasz  mnie 
ochrzanić,  bo  jeśli  tak,  to  już  teraz  cię  ostrzegę,  że  nie  będziesz  w  lepszym  miejscu  niż  jesteś 
teraz i chyba oboje to wiemy. 

Mogła  być  to  czcza  groźba  z  mojej  strony,  ponieważ  James  potrafił  być  ogromnie 

perswazyjny, kiedy tego chciał, ale wyglądało, że teraz nie miał na to ochoty. 

- To dlatego, że nie słuchasz – mruknął. 

- Hm? Co to było, James? Nie słuchałam. 

To  go  rozśmieszyło,  nawet  jeśli  wyglądał  na  trochę  zdenerwowanego.  Czasami  sądzę,  że 

najlepiej  jest  pozwolić  upajać  się  moim  niezwykłym  poczuciu  humoru.  Czasami  jestem  zbyt 
zabawna dla własnego dobra. 

- Wpędzisz mnie do grobu, Nieomylna – powiedział, wzdychając. 

- Są gorsze sposoby na umieranie – odparłam z uśmieszkiem. 

background image

 

Wtedy  oboje  roześmieliśmy  się  jak  para  wariatów,  ponieważ  czasami  sprawy  są 

ekstremalnie niezręczne i nie jesteś całkiem pewna, dlaczego twoje ciało reaguje na czyjeś ciało 
całkiem  innym  i  zupełnie  niespodziewanym  –  jednak  zadziwiająco  nie  nieprzyjemnym  – 
sposobem, i nie można zrobić nic innego, jak tylko siedzieć i się śmiać? 

Nic. Właśnie to. 

Bo alternatywą jest siedzenie i myślenie o tym, co się dzieje, a tego zdecydowanie nie będę 

robić. 

Zdecydowanie nie. 

Hmph. 

 

Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 155 

Zapytałam  Grace,  co  myślała  o  trochę  nagłych,  trochę  działających  na  nerwy,  jednak 

zadziwiająco nie całkiem nieprzyjemnych uczuciach względem innego człowieka. Uniosła wzrok 
znad jej śmieciowej książki i uśmiechnęła się szelmowsko. 

-  Czujesz  jakieś  nierozwiązane  seksualne  napięcie,  Wieżowa  Dziwko?  –  Poruszyła 

sugestywnie brwiami. 

- Um, nie. – Nie sądzę. – To hipotetyczne pytanie, Gracie. Po prostu badam różne opinie. 

- Moją opinią jest, żebyś go przeleciała – odparła. 

-  To  nie  jest…  wiesz  co?  –  wykrzyknęłam,  rzucając  bardzo  nieprzyjemne  spojrzenie 

szczerzącej  się  Grace.  –  Nieważne.  Po  prostu,  cholera,  nieważne.  Oficjalnie  jesteś 
bezwartościowa dla mojego życia! 

Potem prychnęłam, fuknęłam i  poszłam  do łóżka się  dąsać,  dopóki Grace nie  postanowiła 

jeszcze bardziej pogorszyć sprawy, pytając. – Myślałam, że Amos Diggory był światłem i sensem 
twojego życia? 

- Jest. 

- Nie brzmi tak, Lil. 

background image

 

Tego właśnie się obawiam. 

 

Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 24 

Suma Obserwacji: 155 

Czasami wydaje mi się, że potrzebuję tylko porządnego pchnięcia w dobrym kierunku. 

Pozostawienie mnie samej sobie nigdy nie wychodzi zbyt dobrze, prawda? 

Nie  planowałam  schodzić  na  kolację,  uważając  za  mało  apetyczną  perspektywę  siedzenia 

blisko tak wielu… kontrowersyjnych… ludzi przez dłuższy czas, kiedy obecnie tak dużo dzieje się 
w  mojej delikatnej główce. Dlatego zaplanowałam  pozostanie  w  dormitorium, chowając się  w 
kołdrze mojego łóżka z baldachimem, kończąc górę zadań domowych, których nie chciało mi się 
robić  przez  ostatnie  dni.  Byłabym  idealnie  zadowolona  z  takiego  planu,  ale  jak  zawsze  tak  po 
prostu  nie  mogło  się  stać.  Niestety  dla  mnie  (i  pewnie  dla  ludzkości)  Carrie  Lloyd  i  Elisabeth 
Saunders zdawały się zarezerwować tam stały pobyt, robiąc Merlin wie co. A biorąc pod uwagę, 
że  nadal  dążyłam  do  trzymania  się  z  daleka  od  Saunders  i  jej  samozadowolenia  przez  całą 
sytuację z tak-naprawdę-nie-umawianiem-się-z-Jamesem, zdołałam wymknąć się z pokoju, gdy 
ta para była w łazience. Oszczędziłam sobie tej rozmowy w dniu dzisiejszym. 

Jednak,  żeby  nie  być  przybitą,  stwierdziłam,  że  łatwo  będę  mogła  uniknąć  mas  w  moim 

własnym  domu-z-daleka-od-domu,  w  bibliotece.  Choć  szalenie  to  brzmi,  wolałabym  spędzić 
znaczną  ilość  czasu  z  Madame  Pince  niż  z  okej-jeszcze-nic-nie-powiedziała-ale-musi-już-
wiedzieć-że-tak-naprawdę-nie-umawiam-się-z-Jamesem Elisabeth Saunders. 

Życie jest o wiele prostsze dzięki takiemu sposobowi. Naprawdę. 

Unikać i Ignorować. 

Historia mojego życia. 

Mając  ten  plan  uknuty  w  głowie,  wzięłam  książki  i  potrzebne  materiały,  zeszłam  po 

schodach  i  skierowałam  się  znajomą  drogą  do  biblioteki.  W  głowie  miałam  stosunkowo 
spokojnie, kiedy  ta szczególnie znajoma droga nie była pokonywana z perspektywą śmierci  na 
jej końcu, jak głupio myślałam o wcześniejszej wędrówce tą trasą. 

Szokujące jest, jak bardzo taka rzecz może zmienić perspektywę człowieka. 

Phi. 

background image

 

Nieco  rozproszona,  przyznaję,  zbiegałam  po  schodach  na  czwarte  piękno,  kiedy  na  niego 

wpadłam. 

Mogę powiedzieć, jak wielką ulgę poczułam, widząc go? 

Poważną ulgę. 

Oświecającą ulgę. 

Bardzo potrzebną ulgę. 

Jak  powiew  świeżego  powietrza  stała  tam  moja  miłość,  Amos  Diggory,  wyglądał  dość 

olśniewająco  w  ładnym  czerwonym  swetrze  i  szkolnych  szatach,  uśmiechając  się  do  mnie,  jak 
schodził  po  schodach,  przypuszczalnie  w  drodze  do  Wielkiej  Sali  na  kolację.  Jeżeli  to  nawet 
możliwe,  czułam  jeszcze  większe  szczęście  na  jego  widok  niż  zazwyczaj.  Zatrzymując  się  na 
schodach  obok  niego,  odwzajemniłam  jego  uśmiech  i  niemal  roztopiłam  się  od  jego  pięknej 
wspaniałości. 

- Lily! – Uśmiechał się jak bóg. – Idziesz na kolację? 

Pokręciłam  głową,  uśmiechając  się  jak  wariatka.  –  Właściwie  to  do  biblioteki  – 

odpowiedziałam, wzruszając ramionami i pokazując mu stertę książek, którą ze sobą niosłam. – 
Mam trochę pracy do dokończenia. A ty? Kolacja? 

Amos  potaknął,  jego  brązowe  włosy  opadły  mu  trochę  na  twarz  przy  tym  ruchu.  –  Tak, 

umieram z głodu. – Zerknął na mnie, moje książki, po czym wskazał głową na schody. – Może 
pójdziesz ze mną zjeść kolację? – zapytał, wyglądając o wiele za bardzo uroczo niż powinno być 
to legalne. – Biblioteka może poczekać, prawda? 

Mój uśmiech zamarł w miejscu. 

Kolacja z Amosem? 

Kolacja z Amosem? 

Biblioteka? 

Jaka znowu biblioteka? 

- Och! Hm, tak. Tak, sądzę, że może poczekać – mruknęłam głupio, choć byłam zdumiona 

tym,  że  zdołałam  cokolwiek  z  siebie  wydusić,  demonstrując  radość  o  katastrofalnych 
proporcjach, która obejmowała całą moją twarz. – Kolacja brzmi świetnie. Znakomicie. 

Zorientowałam się, dość nagle, że byłam trochę głodna. 

background image

10 

 

Przecież zawsze mogę znaleźć miejsce na ryż. 

I Amosa. 

Nigdy nie będę miała dosyć Amosa. 

Zatem  poszłam  z  moją  miłością  do  Wielkiej  Sali,  kierując  do  stołu  Puchonów  przy  którym 

nigdy jeszcze nie jadłam, ale nie było to nieprzyjemne doświadczenie. Wszyscy byli bardzo mili i 
mogłam  siedzieć  obok  Amosa  (!!),  czasami  ocierając  się  o  jego  bok  (!!)…  ryż  i  Amos,  czego 
więcej mogłaby chcieć dziewczyna? Co prawda większość rozmów toczyło się wokół Quidditcha, 
ale sądzę, że uczę się już je wyciszać. Widzicie, to zdobyta umiejętność po tym, co wycierpiałam 
przy stole Gryffindoru. 

A kto potrzebuje rozmowy, kiedy można popatrzeć sobie na Amosa Diggory’ego? 

Zdecydowanie nie ja. 

Zdecydowanie nie. 

- Myślę, że nam się to uda – mówił Amos do jednego ze swoich kolegów z Quidditcha, kiedy 

kończyliśmy kolację. Gadał przez wieki i przestałam go już słuchać, podziwiając za to jego ładne 
brwi. – Jesteśmy w szczytowej formie. – Potem całkiem niespodziewanie odwrócił się do mnie, 
kiedy marzyłam o wykorzystaniu go tu i teraz na stole Hufflepuffu pośrodku zatłoczonej Wielkiej 
Sali.  –  Jak  myślisz,  Lily?  –  spytał,  uśmiechając  się  lekko.  –  Mamy  szansę  na  pokonanie  twojej 
drużyny? 

Lekko  zaskoczona,  że  zwrócono  się  do  mnie  podczas  moich  nieprzyzwoitych  zadum, 

odwróciłam  gwałtownie  głowę  do  Amosa  i  jego  kolegów,  którzy  patrzyli  na  mnie  z  uwagą.  – 
Przepraszam, co? – spytałam, wpatrując się w nich obojętnie. 

- Pierwszoroczni mówią, że Potter załamuje się pod presją – powiedział jeden z chłopaków 

siedzących obok nas, patrząc prosto na mnie. Nie lubiłam go. Po prostu wibrował tą… sama nie 
wiem… aurą nienawidź mnie. – Prefekt Naczelny i Kapitan Quidditcha – mówią, że to dla niego 
za  dużo.  –  Wydął  pierś  w  dość  napuszony  sposób,  zanim  zadeklarował  dość  głośno.  –  Jego 
towarzystwo dostanie mocne lanie nadchodzącej soboty! 

Wokół stoły były słyszane wrzaski i śmiechy, jak cały dom Hufflepuffu cieszył się upadkiem 

Jamesa.  Rzuciłam  spojrzenie  idiocie,  który  zaczął  całą  tę  sprawę,  który  wciąż  wyglądał 
napuszenie na swoim miejscu naprzeciwko mnie. 

Uważałam za mój osobisty obowiązek Gryffonki trochę go zgasić. 

background image

11 

 

-  Wiesz  co, to całkiem  zabawne  –  powiedziałam, stukając się  w brodę, gdy  okrzyki trochę 

ucichły. 

- Co jest zabawne? – zapytał Napuszony Chłopak, lekko mrużąc oczy. 

-  Chodzi  o to, że… cóż, z tego co ja słyszałam… - urwałam, udając zmartwione spojrzenie, 

kiedy ciągnęłam, potrząsając głową i przesuwając widelcem pozostałości ryżu na moim talerzu. 
– O nie. Być może nie powinnam nic mówić… 

- Co? 

- Co takiego, Lily? 

- Tak, powiedz nam! – zawołał zachłannie Napuszony Chłopak. 

Było to dość żałosne, jak na to spojrzeć. Jedli mi wszyscy z ręki. 

Klepiąc  się  po  plecach  w  myślach,  wzruszyłam  bezradnie  ramionami.  –  Cóż…  po  prostu  z 

tego  co  ja  słyszałam  –  a  mam  kontakty,  wiecie.  Niektórzy  z  moich  najlepszych  przyjaciół  są  w 
Gryffońskiej drużynie Quidditcha… chodzi o to… 

-  Chodzi  o  co?  –  spytał  Amos,  dołączając  do  zachwyconej  grupy  słuchaczy.  Na  sekundę 

zamilkłam,  niepewna,  czy  kontynuowanie  tego  małego  podstępu  jest  w  moim  najlepszym 
interesie. W porządku było karmić kłamstwami Napuszonego Chłopaka i resztę tej głupiej ekipy 
Puchonów, ale Amosa? 

Po prostu nie byłam pewna. 

Ale  wtedy  Napuszony  Chłopak  znowu  krzyknął  „Zwycięstwo  dla  Puchonów!”,  a  Amos 

dołączył  do  tego  zamieszania.  A  chociaż  straszliwie  go  kocham,  to  nie  można  pozwolić 
bezczelnemu  Napuszonemu  Chłopakowi  i  jego  kolegom  obrażać  dobrego  imienia  twojego 
domu. Nawet jeśli jeden z tych kolegów jest twoim przyszłym mężem. 

Byłaby to największa obraza dla dobrego, starego Gryffindora, gdybym niczego nie zrobiła. 

Poważnie. 

- Więc co słyszałaś? – zapytał raz jeszcze Amos, kiedy oklaski znowu ucichły. Zawahałam się 

na jedną sekundę, po czym pomyślałam o biednym Godryku obracającym się w swoim grobie ze 
wstydu,  zanim  odrzuciłam  wątpliwości  na  bok  i  pozwoliłam  moim  ustom  robić  to,  co  robiły 
najlepiej. 

Kłamać. 

Są takie znakomite w kłamaniu. 

background image

12 

 

-  Wiedzą  dużo  o  waszej  obronie  –  wypaliłam  szybko,  kiwając  głową,  mam  nadzieję,  w 

bardzo  przekonujący  sposób.  Wszyscy  wokół  mnie  otworzyli  szeroko  oczy,  a  ja  wzięłam  to  za 
zachętę,  żeby  kontynuować.  –  James  powiedział,  że  przenieśliście…  em…  Carlyle,  tak  to  było, 
Carlyle…  powiedział,  że  przenieśliście  ją  wyżej  i  jest  okropna.  Gryffindor  wie,  żeby  nie  skupiać 
uwagi na waszej ofensywie, tylko na obronie. Więc na waszym miejscu uważałabym, wiecie? 

Miałam nadzieję, że nie mogli mnie przejrzeć. Okropnie kłamałam. Szczerze, co ja wiem o 

Quidditchu?  Ale  na  szczęście  żaden  z  nich  nie  wydawał  się  być  świadomy  mojej  nieudolności 
związanej  z  Quidditchem.  I  najwyraźniej  nie  znali  mnie  zbyt  dobrze,  bo  gdyby  tak  było,  to  czy 
naprawdę pomyśleliby, że nakarmiłabym informacjami konkurencyjną drużynę Gryffonów? Ha! 
Na  pewno!  Była  to  zapłata  za  myślenie  o  mnie  tak  okropnie.  Mogę  nie  wiedzieć  wiele  o 
Quidditchu, ale wiem, że na zakończenie ich porannej rozmowy kilka dni temu James i Marley 
oboje  zdecydowanie  zignorowali  moją  znakomitą  radę,  aby  uważać  na  i  ofensywę  i  obronę 
Puchonów, postanawiając, że skupią się głównie na ich ofensywie. 

Nie  widziałam  żadnej  szkody  w  powiedzeniu  temu  towarzystwu  nieznacznie  zmienionej 

wersji tej rozmowy. 

I tak nie powinni szukać wskazówek. 

Tak. 

W rzeczy samej nie powinni. 

Niech się wszyscy wstydzą. 

Wiedziałam, że moje kłamstwo podziałało, kiedy cały stół wybuchł śmiechem i Napuszony 

Chłopak  zawołał  kolejny  toast  za  jego  znakomitą  drużynę.  Amos  odwrócił  się  do  mnie  z 
promiennym  uśmiechem  po  stuknięciu  się  pucharami  z  paroma  kolegami.  Przez  króciutki 
moment  czułam  poczucie  winy  za  kłamanie,  ale  potem  pomyślałam  o  fakcie,  iż  Amos  także 
myślał, że mogłabym wydać mój dom i stwierdziłam, że zasługiwał na małą nauczkę. 

Wyraźnie potrzebowałam trochę ćwiczeń zanim stanę się panią Amosową Diggory. 

 Kolacja  stała  się  wesoła,  kiedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  bezlitośnie  okłamałam  tych 

dupków. Starałam się nie wyglądać na zbyt dumną z siebie, ale serio, jak miałam tego nie robić, 
kiedy  tak  bystrze  przechytrzyłam  cały  dom?  Dziewczyna  musi  poczuć  trochę  dumy.  Przecież 
nieczęsto robię rzeczy tego warte. 

Nikomu  nie  chciało  się  wychodzić  z  Wielkiej  Sali,  pomimo  faktu,  że  dawno  temu  przestali 

już  jeść.  A  chociaż  bardzo  chętnie  pozostałabym  przy  boku  Amosa  przez  resztę  wieczoru  (i 
resztę mojego życia), to wiedziałam, że robiło się już późno i że „pławiłam się w chwale mojej 

background image

13 

 

miłości” nie byłoby wystarczającą wymówką na niedokończenie pracy domowej. Więc z bardzo 
ciężkim sercem poinformowałam cicho Amosa i resztę głupich kolegów, że będę musiała już iść. 

-  Nie  idź!  –  zawołał  z  niepokojem  Napuszony  Chłopak,  kiedy  zaczęłam  podnosić  się  z 

siedzenia. Wydawał się mnie bardzo polubić, odkąd sądził, że podałam Puchonom sobotni mecz 
na tacy. – Mam żart! Nie chcesz usłyszeć żartu? 

Um, nie. 

- Może innym razem – odpowiedziałam dyplomatycznie, bo nadepnięcie na odcisk koledze 

męża  –  nawet  takiemu  psychicznemu  jak  Napuszonemu  Chłopakowi  –  nigdy  nie  jest  dobrą 
opcją.  Napuszony  Chłopak  wyglądał  na  bardzo  rozczarowanego  moją  odpowiedzią,  ale  szybko 
mu  przeszło,  gdy  Puchoni  raz  jeszcze  zaczęli  wiwatować.  Biorąc  książki  z  podłogi,  założyłam 
torbę na ramię i odwróciłam się do Amosa, który wstał razem ze mną. 

- Więc… do zobaczenia na Runach? – zapytałam z uśmiechem. Amos potaknął. 

- Do zobaczenia na Runach – powiedział. 

Ale nie tylko to zrobił. 

Nie. 

Również mnie pocałował. 

POCAŁOWAŁ MNIE! 

ON. MNIE. POCAŁOWAŁ. 

!! 

Okej,  był  to  tylko  całus  w  policzek,  nie  te  prawdziwe,  dramatyczne,  filmowe 

obcałowywanie,  które  wyobrażałam  sobie  w  głowie  przed  zaśnięciem,  lecz  nie  o  to  chodzi. 
Chodzi o to, że jego boskie wargi dotknęły mojej osoby. DOTKNĘŁY MOJEJ OSOBY. 

Prawdopodobnie już nigdy się nie umyję. 

…albo, wiecie, umyję, ale będę bardzo ostrożna, żeby nie zmoczyć policzka. 

Ale  może  najlepszą  częścią  w  zachwycającym-trochę-niewinnym  pocałunku  Amosa  jest 

uświadomienie, które przyniósł. 

Bo  szczerze,  jak  mogę  chociaż  brać  pod  uwagę  podkochiwanie  się  w  kimś  innym,  kiedy 

proste muśnięcie policzka przez Amosa całkowicie mnie upaja? Jak mogłabym? 

background image

14 

 

Nie mogę. 

Po prostu nie mogę. 

A to, moi przyjaciele, jest powód dla którego czasami potrzebuję pchnięcia w odpowiednim 

kierunku. 

Ponieważ sama dochodzę do bardzo wielu złych wniosków. 

 

Piątek, 10 październik, Śniadanie w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 157 

Sądzę,  że  nie  jest  wielką  niespodzianką,  iż  dzisiejszego  poranka  jestem  w  radosnym 

nastroju, pomimo faktu, że raz jeszcze jem śniadanie samotnie. 

Chciałabym,  żeby  dzisiaj  byli  tutaj  James  i  Marley.  Nie  dlatego,  że  jestem  zainteresowana 

pogawędką  o  Quidditchu  –  proszę,  jakby  to  mogło  się  kiedyś  stać  –  ale  dlatego,  iż  sądzę,  że 
bardzo by się ucieszyli z mojego oszukania całego domu Puchonów na ich korzyść. Mogę sobie 
wyobrazić  zachwycony  śmiech  Marley  i  zszokowaną  minę  Jamesa  tym,  jak  potwornie  mądra, 
pozornie niewinna, pozornie niekompetentna w Quidditchu jest ich przyjaciółka Lily Evans. 

Nikt nie może teraz powiedzieć, że nic nie robię dla mojego domu. 

Chciałam powiedzieć o tym Grace zeszłej nocy, ale kiedy wróciłam z biblioteki. ona już spała 

i wyszła na trening, zanim jeszcze wstałam. Jednakże powiedziałam Emmie i choć popatrzyła na 
mnie tym spojrzeniem „Kłamanie nie jest dobrą rzeczą, Lily”, to wiedziałam, że także uważała to 
za przezabawne. 

Kilka  kłamstewek  tutaj,  kilka  pocałunków  tam…  powiedziałabym,  że  moja  ocena 

dzisiejszego dnia wygląda znakomicie. 

Tak. 

Tak jest. 

 

Później, Eliksiry 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

background image

15 

 

Suma Obserwacji: 157 

Grace nie pojawiła się późno na śniadaniu, tak jak zwykle robiła to po treningu – umierająca 

z głodu i śmierdząca Quidditchem, smrodem, którego często nie dało się wyeliminować, nawet 
po wielu prysznicach.  Martwiłam się przez jakieś pół sekundy,  potem  stwierdziłam, że  pewnie 
nic  jej  nie  jest  i  że  James  Szalony  Kapitan  Quidditcha  prawdopodobnie  postanowił  przedłużyć 
trening przez jutrzejszy mecz i w ogóle. Żadne z nich – Grace, Syriusz czy James – nie przyszło do 
Wielkiej Sali, jak to zazwyczaj robili. Musieli być razem, cokolwiek robili na treningu Quidditcha. 

Nie martwiłam się. Serio. 

- Ona musi przyjść na lekcje – powiedziała Emma, kiedy schodziłyśmy do lochów na Eliksiry. 

Grace wciąż nie było. Emma także nie wydawała się zmartwiona tym towarzystwem, a to było 
pocieszające. – Poczekamy na nią przed klasą – dodała logicznie. – Przecież musi wejść przez te 
drzwi, prawda? 

-  Miejmy  taką  nadzieję  –  odparłam  sucho,  ponieważ  jeśli  ktokolwiek  mógł  znaleźć  inną 

drogę, to była to tylko ta grupa szaleńców. 

Ale  czekałyśmy…  czekałyśmy…  i  czekałyśmy  przez  długi  czas,  patrząc  jak  chyba  wszyscy  z 

siódmego  roku  przeszli  przez  drzwi  prowadzące  do  klasy  Eliksirów,  ale  Gryffońskiej  drużyny 
Quidditcha  wciąż  nie  było.  Nie  chciałam  martwić  się  tą  całą  sytuacją.  Wiedziałam,  że  kiedy 
zacznę panikować, myśląc o wszystkich szalonych rzeczach, które mogłyby zdarzyć się na boisku 
Quidditcha, jedynie wpędziłabym się w bezcelową furię, a pod koniec dnia wszystko byłoby na 
nic, ponieważ Grace, James i nawet Syriusz – któremu chyba jeszcze nie całkiem wybaczyłam za 
sprawę  z  MJ’em  –  wejdą  do  lochów  parę  sekund  przez  rozpoczęciem  lekcji  z  niewinnymi 
uśmieszkami  i  bezradnym  wzruszeniem  ramion,  doskonale  zdrowi,  podając  kiepskie 
usprawiedliwienia o źle funkcjonujących miotłach czy czymś w tym stylu. A wtedy musiałabym 
kopnąć  się  w  tyłek,  bo  raz  jeszcze  zrobiłam  okropne  zamieszanie  z  żadnego  powodu,  a 
obiecałam sobie, że naprawdę przestanę robić to tak często. 

Nic im nie było. 

Wiedziałam, że tak jest. 

- Wejdźmy do środka – powiedziałam do Emmy pewnym siebie głosem, mam nadzieję, po 

tym jak czekałyśmy dziesięć minut na próżno i zaczął się zbliżać dzwonek zwiastujący początek 
lekcji. Emma spojrzała na mnie niepewnie. 

-  Gdzie  oni  są?  –  mruknęła,  wzdychając  cicho,  raz  jeszcze  przyglądając  się  korytarzowi. 

Próbowałam nie zauważać tego, że wyglądała na zmartwioną. Nie miałyśmy powodu, żeby się 
martwić. Żadnego powodu. 

background image

16 

 

Wzruszyłam  ramionami,  starając  się  wyglądać  tak  swobodnie,  jak  to  możliwe,  chociaż 

Emma  dalej  wyglądała  na  bardziej  niż  trochę  zestresowaną  całą  sytuacją.  Zamierzałam  zacząć 
uspokajającą  tyradę  o  bezużyteczności  bezcelowego  zamartwiania,  kiedy  nagle  dwie  głowy 
wychyliły się z klasy Eliksirów. 

Dwie znajome głowy. 

Dwie wcale-nie-pocieszające głowy. 

-  Są już?  – spytał  Remus, wychodząc na korytarz, Peter był  tuż za  nim. Pokręciłam głową, 

ignorując  dźwięczące  alarmy  mówiące  „Czemu  Huncwoci  nie  wiedzą,  gdzie  oni  są?  Czemu  nie 
wiedzą?” i spojrzenia mówiące to samo, którymi wymieniali się Remus i Peter. 

Bo im nic nie było. 

Wiedziałam, że tak jest. 

-  Jestem  pewna,  że  zaraz  będą  –  powiedziałam,  kiwając  przekonywująco  głową,  choć  nie 

jestem  pewna  kogo  w  tej  grupie  próbowałam  o  tym  przekonać.  Spojrzałam  na  Remusa  i  on 
także ruszał głową, jednakże nie wyglądał jakby sam w to wierzył. – Nic im nie jest – dodałam, 
łapiąc Emmę za rękę i ciągnąc ją do drzwi. – Wejdźmy do środka. Oni zaraz będą. Zaraz. 

Nie wiem, co to było – to że ja to mówiłam albo jakaś kolejna dziwna siła natury – ale kiedy 

słowa „zaraz”  opuściły  moje usta, cudowne  odgłosy  biegnących stóp  obiły się głośnym echem 
po  korytarzu.  Jak  jeden  mąż  cała  nasza  grupa  –  Emma,  Peter,  Remus  i  ja  –  odwróciła  się  w 
stronę dźwięku. I ku naszej ogromnej uldze Grace i Syriusz pojawili się na końcu korytarza. 

Nic im nie było. 

…albo będzie tak, dopóki ich nie dorwę. 

Chyba  byłam  bardziej  zaniepokojona  niż  myślałam,  ponieważ  jak  tylko  ich  zobaczyłam, 

przypuszczam, że leciutko oszalałam. 

Ale czy to jest zaskakujące? 

-  Gdzie  wyście  byli?  –  krzyknęłam,  spotykając  się  ze  zdyszaną  parą  w  połowie  korytarza, 

patrząc  na  nich  gniewnie.  Ale  naprawdę  na  to  zasługiwali.  Powinni  już  zdawać  sobie  sprawę, 
jaką  jestem  niekontrolowanie  martwiącą  się  kanalią.  –  Macie  pojęcie,  która  jest  godzina? 
Abbott zaraz zacznie lekcję a wy wybraliście dzisiaj ze wszystkich dni, żeby się spóźnić? – Kiedy 
żadne z nich nie odpowiedziało jeszcze mocniej spiorunowałam ich wzrokiem. – No? Nie macie 
nic do powiedzenia?  –  Na  to wyglądało. Albo  był to fakt,  że nie  mogli  złapać jeszcze  tchu, nie 

background image

17 

 

wiem. Sfrustrowana ich milczeniem, obrałam nowy cel. – A gdzie jest drugi kretyn? – spytałam. 
– Gdzie James? 

Na to też nikt nie miał odpowiedzi. Patrząc wciąż gniewnie, zamierzałam dalej ich męczyć, 

dopóki  nie  dostałabym  odpowiednich  odpowiedzi,  gdy  Grace  nareszcie  zdołała  wyjść  ze 
swojego zdyszanego stanu, aby wycharczeć dwa dość zniechęcające słowa. 

- Skrzydło Szpitalne. 

Reakcja była natychmiastowa. 

- Gdzie? – krzyknęłam. 

- Co się stało? – zapytała Emma. 

-  Cholera  –  przeklął  Remus,  wyglądając,  jakby  bardzo  chciał  zrzucić  się  z  Wieży 

Astronomicznej.  Syriusz  i  Grace  milczeli  kilka  chwil,  Grace  kręciła  smutno  głową,  a  Syriusz 
wyglądał jakby chciał walnąć pięścią w najbliższą ścianę. Jego rozgniewane oczy skierowały się 
na nas, czekających z niepokojem na usłyszenie, co się stało. 

- Rozwalił rękę – powiedział wreszcie przez ściśnięte żeby. – Zbłąkany tłuczek. Powinniście 

byli to zobaczyć. Przeklęta rzecz zmiażdżyła połowę kości w jego dłoni. 

Wszyscy się skrzywiliśmy, pochłaniając tę informację. 

James był w Skrzydle Szpitalnym… zdarzył się wypadek… zmiażdżona  połowa kości w jego 

dłoni… 

Przez  cały  ten  czas  starałam  się  nie  martwić.  Jeden  raz,  kiedy  zdołałam  opanować  moje 

nadgorliwe uczucia, komuś stała się krzywda. Poważna krzywda, jeżeli reakcja Syriusza na całą 
sytuację była jakąkolwiek oznaką. 

Można było się domyślić. 

Można było się cholernie domyślić. 

Syriusz zaczął potem mówić trochę więcej, podając wszystkim krótką wersję wypadku, ale 

niewiele  z  tego  słyszałam.  Myślałam  tylko  o  tym  jak  biedny  był  James,  kiedy  idiotyczny 
Napuszony Chłopak opowiadał swoim kolegom, że to było dla niego zbyt wiele – że James nie 
potrafił  unieść  ciężaru  funkcji  Kapitana  i  Prefekta  Naczelnego.  Myślałam  o  tym,  jak 
zestresowany  wydawał  się  James  w  wieczór  naszych  korepetycji,  nawet  kiedy  się  droczył. 
Myślałam o tym jak wiele pracy i wysiłku poświęcił temu meczowi, tylko po to, żeby został mu 
wyrwany w ostatniej chwili. 

background image

18 

 

To po prostu nie fair. 

-  To  była  jego  prawa  ręka?  –  zapytał  Peter,  wyrywając  mnie  z  niezdrowych  myśli.  Syriusz 

potrząsnął głową. 

- Lewa – mruknął i chłopcy przez chwilę wyglądali na szczęśliwe zaskoczonych, lecz Syriusz 

znowu  pokręcił  głową.  –  Nie  ma  to  znaczenia  –  ciągnął  gorzko.  –  McGonagall  rzuca  się  tam  i 
próbuje  przemówić  Pomfrey  do  rozsądku,  ale  to  na  nic.  Rogacz  nie  chce  z  nikim  gadać  –  nie 
byłbym  zaskoczony,  gdyby  wyskoczył  do  tego  czasu  przez  okno.  Pomfrey  mówi,  że  do  jutra 
powinno mu się  poprawić, ale kto wie?  – Jego głos ucichł,  gdy zmarszczył mocno brwi. – Cała 
praca – mruknął. – Cała pieprzona praca na nic. 

Początkowo  nie  wiedziałam,  co  powiedzieć.  Co  ja  wiedziałam  o  powrocie  do  zdrowia  po 

urazach  Quidditchowych?  Co  ja  wiedziałam  o  lewych  rękach,  prawych  rękach  czy  o  tym,  co 
miały  z  tym  wspólnego?  Ale  poczułam  słowa  opuszczające  moje  usta,  choć  wiedziałam,  że 
pewnie i tak nie zrobią żadnej różnicy. 

-  Wyzdrowieje  –  spróbowałam,  kiwając  głową.  Kilka  nieprzyjemnych  spojrzeń  zostało 

rzuconych  w  moim  kierunku,  ale  zignorowałam  je.  –  Wyzdrowieje!  –  powtórzyłam  mocno.  – 
Pomfrey  wie,  co  robi.  A  James  nie  pozwoliłby,  aby  jeden  głupi  uraz  powstrzymał  go  przed 
graniem, prawda? Prawda. Nie sądzę, żeby na to pozwolił! Wyszedłby na boisko bez kończyn i z 
chronicznym zapaleniem płuc, gdyby miał wybór! 

Dla mnie był to mocny argument i jedyny Merlin wiedział, że była to prawda. Choćby waliło 

się i paliło, James Potter nie pozwalał takim rzeczom jak złamane kości powstrzymać go przed 
graniem  meczów  Quidditcha.  Facet  prędzej  dźgnąłby  się  w  serce,  a  tego  byłam  pewna.  Ale  z 
jakiegoś  powodu  –  pomimo  faktu,  że  ze  wszystkich  ludzi  to  ona  powinna  rozumieć  rozmiar 
obłędu Quidditchowego James Pottera – Grace zaczęła kręcić głową z żalem. 

- Może nie mieć wyboru – wyjaśniła, wzdychając i wzruszając ramionami. – Jeśli jego ręka 

dobrze się nie wyleczy, Pomfrey nie pozwoli mu grać. Tak nam powiedziała. Nie ma znaczenia, 
że to nie jest jego rzucająca ręka. Nie ma znaczenia to, jak bardzo chce wyjść na boisko. Tej baby 
nic to nie obchodzi. 

- McGonagall się na to nie zgodzi – powiedziała Emma, bo oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, 

że tak będzie. Fakt, iż Syriusz już wspomniał o tym, że była tam i robiła zamieszanie, był na to 
wystarczającym dowodem, ale Grace znowu potrząsnęła głową. 

- Stara się z tym walczyć – przyznała. – Ale ma taką samą kontrolę nad tą sytuacją, jak my. 

Czyli żadną. 

background image

19 

 

Nikt nie chciał już potem gadać, a musieliśmy iść na lekcję. Z ciężkimi sercami weszliśmy do 

klasy  Eliksirów,  lekceważąc  ostrzeżenia  Abbott  o  spóźnianiu  się  na  lekcje.  Jeśli  zauważyła,  że 
James nie było, to nic nie powiedziała. 

Wszystko to po prostu nie jest sprawiedliwe, James w Skrzydle Szpitalnym. Nie zasługuje na 

to.  Zasługuje  na  wyjście  na  boisko,  granie  całym  swoim  szalonym  sercem  i  wygranie  dla 
Gryffindoru.  Być  może  to  było  dla  niego  za  dużo.  I  być  może  częściowo  jest  to  moja  wina,  za 
bycie nie dość dobrą partnerką… nie wiem. Wiem tylko, że on na to nie zasługuje. 

Jednak nie wiem, co moglibyśmy z tym zrobić. 

 

Jeszcze Później, Transmutacja 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 157 

McGonagall wygląda, jakby ktoś zabił jej zwierzaka. 

Wszystko to wydaje się takie smutne, a ja nawet nie lubię Quidditcha. 

Nie mogłam zobaczyć się z Jamesem po Eliksirach, ponieważ głupia Abbott – która, jestem 

pewna,  że  miała  to  wszystko  zaplanowane  w  pokręconym  umyśle  –  sprawiła,  że  my  biedni, 
bezradni  Gryffoni  nie  mogliśmy  iść  pocieszyć  naszego  przyjaciela  i  kapitana  w  potrzebie, 
zmuszając  mnie,  Grace  i  Syriusza  do  posprzątania  po  lekcji,  upierając  się,  że  „zakłócaliśmy  jej 
nauczanie”  czy  coś  w  tym  stylu,  chociaż  wcale  tak  nie  było.  Rozmawialiśmy  tylko  o  biednym 
Jamesie,  jego  obecnie  urazowym  stanie  i  o  tym,  że  wszyscy  musimy  iść  od  razu  do  Skrzydła 
Szpitalnego  i  poprawić  mu  humor,  zanim  przedłużony  okres  pobytu  z  Madame  Pomfrey  i  jej 
bandą złośliwych skrzatów doprowadzi go do takiego szaleństwa, że zabije się po prostu przez 
czystą mękę. Ale czy Abbott to obchodziło? Czy obchodziło ją, że to nie brak szacunku zmuszał 
nas do rozmowy, lecz prawdziwe i zrozumiałe współczucie dla innego człowieka? 

Nie. 

Podała nam tylko szczotki do kociołków, uśmiechnęła się sardonicznie i odeszła. 

A potem zastanawia się, dlaczego nikt jej nie lubi? 

Phi. 

Podwójne phi. 

background image

20 

 

Teraz  musimy  poczekać  do  końca  wszystkich  lekcji,  żeby  pójść  go  zobaczyć,  ponieważ 

Madame  Pomfrey  ma  nową  zasadę  niewpuszczania  nikogo  na  wizyty  podczas  obiadu  przez  te 
wstrętne wydarzenie, które zaszło, gdy chłopak Vicki Linton przyszedł do Skrzydła Szpitalnego, 
żeby  się  z  nią  pobzykać,  podczas  gdy  Pomfrey  była  na  przerwie  na  obiad  i  Pomfrey  ich 
przyłapała,  cały  zamek  drżał  od  siły  jej  gniewu.  Ale  kiedy  skończą  się  lekcje,  James 
prawdopodobnie zostanie wypuszczony ze Skrzydła Szpitalnego albo popełni już samobójstwo. 

Biedny James. 

Biedna McGonagall. 

Biedny Gryffindor. 

 

Jeszcze Później, Obiad w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 157 

Och, wszystko to jest po prostu zbyt smutne. Spójrzcie, co dotarło do mnie podczas obiadu: 

Najdroższa Lily, 

Cześć,  kochanie,  dziękuję  ci  za  ten  uroczy  list.  Zawsze  miło  jest  wiedzieć,  co  u  ciebie. 

Przepraszam, że nie miałam szansy odpisać na twój poprzedni list, ale tatuś był bardzo zajęty w 
biurze, a ja podjęłam się paru więcej odpowiedzialności w Klubie Kobiet i nie miałam już czasu, 
żeby usiąść i odetchnąć! Ale to nie znaczy, że cię nie kocham i okropnie za tobą nie tęsknię!! 

Wiesz co, cóż to za zbieg okoliczności, że prosiłaś o krówki, bo muszę ci powiedzieć, że twoja 

ciotunia Mae była u nas jednego dnia i powiedziałam do niej „Mae, wiesz czego nie robiłyśmy od 
dawna?  Domowych  krówek.  Zróbmy  krówki,  Mae”.  A  twoja  ciotunia  Mae  zgodziła  się  na  ten 
pomysł i zrobiłyśmy ogrom krówek! Było to poprzedniego dnia, przysięgam ci. Więc mam więcej 
niż  dość  krówek,  jeśli  twój  przyjaciel  James  jest  tak  głodny,  jak  twierdzi.  A  mówiąc  o  twoim 
przyjacielu Jamesie… wiesz, co mawiają, prawda, kochanie? 

Droga do serca mężczyzny wiedzie przez jego żołądek! 

Czy on jest  takim  przyjacielem,  kochanie? Chyba od  dawna  nie  miałaś  takiego przyjaciela. 

Ostatnim razem  był  to…  ten  chłopak od Daviesów, nieprawdaż? A Prefekt Naczelny… no to  by 
pasowało  tatusiowi,  nie  sądzisz?  Nie  żebym  mu  o  tym  powiedziała,  oczywiście!  Serce  kobiety 
jest jej własną przesłanką! Poza tym wiesz jaki robi się tatuś. Nikt nigdy nie jest dosyć dobry dla 

background image

21 

 

jego Lily. Ale jestem pewna, że ten James jest wspaniały i bardzo go polubię, nawet jeśli  tatuś 
nie będzie chciał. 

Kocham cię i tęsknię za tobą. Uważaj na siebie, Lily. 

Z miłością,  

Mama 

Moja mama jest tak zwariowana, że to niemal głupie. 

Serio,  „droga  do  serca  mężczyzny”…  co  za  bzdury.  Wspominałam  jej  o  Amosie  tylko  pół 

miliarda razy, ale czy kiedykolwiek mówi coś o nim? Czy kiedyś stwierdziła „Hej, to już dwunasty 
raz  jak  moja  córka  wspomniała  o  tym  chłopaku.  Może  ma  on  jakieś  znaczenie  w  jej  kiepskiej-
podróbce-życia?”. Nie, oczywiście, że nie! Wtedy mnie ignoruje. Ale jedna wzmianka o Prefekcie 
Naczelnym i, och, nagle planuje ślub i wpycha mnie do łóżka Jamesa za plecami taty. 

To telewizja bardzo późnej pory. 

Ale  jestem  pewna,  że  James  bardzo  się  ucieszy,  że  dostanie  krówki,  niezależnie  od  tego, 

kogo moja mama wpycha do jego łóżka. Jestem pewna, że to go bardzo uszczęśliwi i będzie czuł 
o wiele mniej chęci samobójczych, gdy zda sobie sprawę, że świat – wliczając moją matkę – go 
uwielbia, bez względu na fakt, czy uraz jego nie-rzucającej-ręki będzie kosztował nas jutrzejszy 
mecz czy nie. 

Przynajmniej ja będę go uwielbiać bez względu na to. Reszcie może zająć trochę czasu, żeby 

zapomnieć  o  sprawie,  ale  tak  jak  już  powiedziałam,  tak  właśnie  się  dzieje,  kiedy  bierze  się  za 
Quidditch. Nie jest to dobre dla zdrowia. 

Och, to wszystko jest zbyt smutne. 

 

Jeszcze Później, Historia Magii 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 159 

Zobaczyłam Napuszonego Chłopaka przechadzającego się korytarzami znowu wiwatującego 

„Zwycięstwo  dla  Puchonów!”,  co  kazało  mi  sądzić,  że  pomimo  naszych  najlepszych  prób,  aby 
utrzymać to w sekrecie przed światem, całe to towarzystwo i tak dowiedziało się o Jamesie. 

A to nie moja wina, że rzuciłam w niego zaklęciem. 

background image

22 

 

Dzieciak na to zasługiwał. 

Był nienaturalnie głośny. Zakłócał spokój i w ogóle. 

I tak nikt nie widział, jak to robiłam. 

 

Później Później, Wciąż Historia Magii 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 159 

Dobra, to było  kłamstwo. Może  ktoś faktycznie  mnie widział. Dopiero co przyleciało to na 

moją ławkę: 

Wiesz,  jak  na  taką  pruderyjną  pedantkę,  naprawdę  masz  wielką  inwencję  twórczą  w 

Zaklęciach, Evans. Brawo. –SB 

Ach, szlag by to. 

 

Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 161 

James zamknął się w dormitorium. 

I nie wygląda na to, żeby zamierzał wyjść stamtąd w najbliższym czasie. 

Wróciłam do pokoju wspólnego po Zaklęciach razem z Grace i Emmą, przygotowując się na 

spotkanie  z  resztą  Gryffońskiej  drużyny  Quidditcha,  która  planowała  zejść  z  nami  do  Skrzydła 
Szpitalnego, żeby rozweselić Jamesa. Wzięłam ze sobą krówki mamy z obiadu, stwierdzając, że 
jeśli  będzie  już  bardzo  źle  i  nie-rzucające  ramię  Jamesa  nie  powróci  do  zdrowia,  a  on  będzie 
kompletnie  zrozpaczony,  bo  nie  będzie  mógł  grać,  przez  co  zawiedzie  siebie,  zawiedzie  swoją 
drużynę i cały dom… cóż, wiecie, wtedy pewnie przyda mu się trochę krówek. Oczywiście, one 
wszystkiego  nie  naprawią,  ale  pewnie  poprawią  mu  trochę  humor.  I  tak  zeżre  je  wszystkie  w 
kilka minut. 

Może powinnam znowu napisać do mamy, żeby wysłała zapas… 

background image

23 

 

Gdy  jednak  Grace,  Emma  i  ja  weszłyśmy  do  pokoju  wspólnego,  dość  skonsternowane 

stwierdziłyśmy,  że  czekali  tam  tylko  Huncwoci,  którzy  siedzieli  na  kanapach  przy  kominku. 
Skonsternowana  tym,  choć  nie  całkiem  zdenerwowana,  bo  nie  całkiem  delektowałam  się 
faktem,  że  będę  musiała  spędzić  czas  z  oszalałą  drużyną  Quidditcha  i  całym  ich  szaleństwem 
przez dłuższy okres, spojrzałam na Grace i Emmę, sprawdzając, czy wiedziały, dlaczego był tutaj 
niespodziewany brak szaleństwa, ale wyglądały na tak zdziwione jak ja. 

- Gdzie są wszyscy? – zapytała Emma, patrząc na samotnych Huncwotów. 

-  Może  już  poszli?  –  zasugerowałam,  mając  na  to  małą  nadzieję.  Ale  patrząc  na  to,  że 

Huncwoci  wyglądali  na  z  czegoś  niezadowolonych,  sądziłam,  że  to  wcale  o  to  nie  chodziło. 
Podążając za Grace, poszłyśmy zobaczyć co się dzieje. 

- Hej – zawołała Grace, zbliżając się do chłopaków. – Co się dzieje? Gdzie… 

Ale nie zdołała dokończyć pytania. Nie było to potrzebne. Z lekko zbolałym wyrazem twarzy 

Peter przerwał Grace, zanim mogłaby zapytać gdzie byli wszyscy, mówiąc. – On zamknął się w 
dormitorium. 

- Kto zamknął się w dormitorium? – zapytałam, myśląc w tamtej chwili o kilku „nich”, którzy 

byli  w  Gryffońskiej  drużynie  Quidditcha.  Wtedy  –  dość  późno,  obawiam  się  –  zdałam  sobie 
sprawę, że tylko jeden „on” zamknięty w dormitorium miałby znaczenie dla naszych planów. – 
James? – zapytałam, krzywiąc się. 

Nikt nie odpowiedział, ale raczej nie było to potrzebne. 

- Jest aż tak źle? – zapytała potem Grace, wyglądając na bardzo zniechęconą. 

-  Kto  wie?  –  mruknął  uszczypliwie  Syriusz,  patrząc  gniewnie  bez  szczególnej  przyczyny.  – 

Poszliśmy  tam  przed  Zaklęciami  i  Pomfrey  powiedziała,  że  został  wypuszczony.  Jest  tam  na 
górze od tamtego czasu. 

- Próbowaliście go wyciągnąć? 

-  Zrobiliśmy  wszystko  prócz  wyważenia  drzwi  –  odpowiedział  Remus,  wyglądając  na 

zmęczonego. 

- Próbowaliście go przekupić? – zapytałam, bo nie mogłam sobie wyobrazić, żeby James – 

nawet w beznadziejnym stanie – nie był przekupny. 

- Przekupić go czym? – spytała Grace. 

Och, moi naiwni przyjaciele. 

background image

24 

 

Wyraźnie nie znają siły krówek. 

 

Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 161 

James- 

To jest WIADOMOŚĆ O OKUPIE. 

Obecnie posiadam coś, czego PRAGNIESZ/POTRZEBUJESZ/NIE MOŻESZ BEZ TEGO ŻYĆ. Jeżeli 

kiedykolwiek  chcesz  to  jeszcze  raz  zobaczyć,  skontaktuj  się  ze  mną  NAJSZYBCIEJ,  JAK  TO 
FIZYCZNIE MOŻLIWE, a ja ustalę miejsce transakcji. 

Podpisany, 

Przyjaciel 

------ 

Naprawdę nie jestem teraz w nastroju na twoje gry, Lily. Przykro mi. 

------ 

James- 

Twoim  pierwszym  błędem  było  przekonanie,  że  to  gra.  Drugim,  było  nazwanie  mnie  tym 

imieniem,  bo  nie  mam  pojęcia,  kim  jest  „Lily”.  Bo  gdybym  była  taką  dziewczyną,  czy  nie 
rozpoznałbyś jej pisma, którego na tej notatce wyraźnie nie ma? Czy nie rozpoznałbyś jej sowy, 
jako że sowa przynosząca te wiadomości wyraźnie nie należy do niej? 

Jeżeli kiedykolwiek znowu chcesz zobaczyć swoją nagrodę, już nie będziesz utrzymywał tych 

fałszywych sądów. Wciąż czekam na transakcję. 

Wciąż Podpisany, 

Wciąż Przyjaciel 

------ 

Teraz naprawdę nie jest odpowiednia pora. Nie żartuję. 

background image

25 

 

------ 

Ja również. 

------ 

Po  pierwsze,  rozpoznaję  Czar  Fałszujący,  kiedy  taki  widzę.  Twój,  choć  trochę  lepszy  od 

innych, nadal jest w istocie Czarem Fałszującym. Gdybym zdjął ten wspomniany Czar Fałszujący, 
z  pewnością  znalazłbym  bardzo  znajome  pismo.  Po  drugie,  nie  możesz  zarzucić  kilku  chust  na 
Winnie i nazywać to odpowiednim przebraniem. To jest prawdopodobnie najgorsze przebranie, 
jakie widziałem w całym moim życiu. Pierwszoroczni potrafią lepiej. 

W porządku? Okej? Skończyliśmy już się bawić? 

A tak w ogóle to co tam masz? 

J. 

------ 

J- 

Próbujesz wystawić mnie na pośmiewisko, ale nie pozwolę na takie rzeczy. Wyraźnie masz 

urojenia, przez to nie rozumiesz, że nie ma tutaj Czaru Fałszującego i zdecydowanie nie ma tutaj 
sowy nazywanej Winnie pokrytej zielonymi i żółtymi chustami. To jest moje prawdziwe pismo, a 
ta sowa jest po prostu bardzo rzadkiej rasy. Właśnie tak. 

Wysyłam  mały  kawałek  wyżej  wymienionej  nagrody,  by  przekonać  cię,  że  ta  sprawa  jest 

BARDZO  POWAŻNA.  Jeżeli  szybko  od  ciebie  nie  usłyszę  odpowiedzi,  będę  przypuszczać,  że  nie 
jesteś  już  zainteresowany  tą  nagrodą  i  WYRZUCĘ  POZOSTAŁOŚCI  PRZEZ  OKNO  MOJEGO 
DORMITORIUM. 

Ostrożnie rozważ swoją decyzję. 

Wciąż Wciąż Podpisany, 

Wciąż Wciąż Przyjaciel 

------ 

Czy to były krówki? 

------ 

Mhm. 

background image

26 

 

------ 

No dajże spokój. To jest absolutnie niesprawiedliwe. 

------ 

Więc spotykamy się na Wieży Północnej podczas kolacji? 

------ 

Za daleko. Spotkam się z tobą w pokoju wspólnym. 

------ 

Przyjemnością było prowadzenie z panem interesów, panie Potter. 

------ 

Masz szczęście, że lubię krówki, Evans. 

 

Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 162 

Udawałam,  że  moje  sztuczki  z  przekupieniem  nie  zadziałały  (choć  jak  można  było  w  to  w 

ogóle wątpić?) i powiedziałam Gracie oraz Emmie, żeby poszły beze mnie na kolację. Wynikiem 
był  natychmiastowy  sceptycyzm,  ale  na  szczęście  nie  wobec  Jamesa  czy  mojego  znakomitego 
planu wybawienia go z jego samotności. Chodziło o coś zupełnie innego. 

-  Jeżeli  znowu  pójdziesz  zjeść  kolację  z  ukochanym  Amosem  –  powiedziała  beznamiętnie 

Grace,  posyłając  mi  dramatyczne  zranione  spojrzenie  –  możesz  po  prostu  powiedzieć,  Lil. 
Rozumiemy z Emmą, kiedy jesteśmy zastępowane w twoim sercu. 

Wygląda  na  to,  że  jeszcze  nie  całkiem  jej  przeszło  całe  mówienie-że-idę-do-biblioteki-ale-

tak-naprawdę-jem-z-Amosem,  mimo  faktu,  że  postawiłam  mój  związek  w  złej  sytuacji,  żeby 
pomóc  jej  drużynie  Quidditcha  podczas  wspomnianej  kolacji  (o  czym  właściwie  muszę  jej 
dopiero powiedzieć. Przez ten dramatyczny dzień wypadło mi to z głowy). I naprawdę, przecież 
to był Amos. Jak miałam opuścić taką okazję, niech diabli wezmą naukę i pełny żołądek? 

Phi. 

background image

27 

 

Przyjaciele. 

-  Nie  jesteście  zastępowane  –  powiedziałam,  wywracając  oczami.  –  Tym  razem  naprawdę 

nie jestem głodna. Serio. 

Co technicznie nie było kłamstwem – część o niebyciu głodną. Przez całe popołudnie żułam 

„nagrodę”  Jamesa,  a  krówki  dość  szybko  cię  zapychają,  jeżeli  zapytacie  mnie  o  zdanie.  Nawet 
nie myślałam o Amosie, kiedy miałam w rękach bardzo przygnębionego Jamesa. 

Cóż, a przynajmniej… niewiele. 

Jednakże dużo myślałam o fakcie, iż wiedziałam, że ostatnią rzeczą, jakiej chciał James, to 

jedna  wielka  impreza  zorganizowana  na  jego  cześć,  gdzie  wszyscy  męczyliby  go  o  jego  dłoń. 
Dlatego odsyłałam Grace i Emmę. Bo pomimo ich dobrych intencji, wiedziałam że Grace – jeśli 
również  nie  Emma  –  nie  będzie  w  stanie  się  powstrzymać.  Mocno  przesłuchiwałaby  Jamesa. 
Dodatkowo powiedziałaby pewnie Huncwotom, a wtedy oni przyszliby go męczyć. 

Starałam się facetowi poprawić humor, na brodę Merlina, nie pogorszyć. 

- Wszystko w porządku – ciągnęła Grace, dalej wygadując nonsensy, choć przestałam już jej 

słuchać.  –  Rozumiemy.  Nadchodzi  Diggory,  a  kim  jesteśmy  my,  najlepsze  przyjaciółki?  – 
Westchnęła  dramatycznie.  – Niczym!  – krzyknęła z bólem. –  Kompletnie  niczym!  –  Zaczęła się 
dąsać, a my z Emmą wywróciłyśmy do siebie oczami. – Co stało się z trzymaniem się razem? – 
spytała gwałtownie. 

- Tak, tak, wiemy – mruknęła Emma, popychając Grace do drzwi dormitorium. Spojrzała na 

mnie przez ramię, ignorując pomruki Grace na klatce schodowej. – Spróbuj wymyślić odpowiedź 
na to ostatnie pytanie z historii, dobrze? Doprowadza mnie do szału. Na razie. 

Potem obie zniknęły. 

Nigdy nie byłam tak bardzo wdzięczna za rozsądną Emmę. 

Dlatego trzymam ją przy sobie. 

Poczekałam chwilę, zanim ruszyłam do pokoju wspólnego, stwierdzając, że im więcej czasu 

dam  ludziom  na  zejście  na  kolację,  tym  mniej  prawdopodobne  będzie,  że  miejsce  to  będzie 
zatłoczone  masami.  Nie  ustaliliśmy  z  Jamesem  szczególnej  pory  spotkania,  ale  wiedziałam,  że 
nie skakał z radości, aby tam zejść – przecież facet zamknął się w dormitorium. Gdyby nie moje 
kuszące  przekupstwo  krówkami,  kto  wie,  jak  długo  bawiłby  się  w  grę  Boo  Radley’a?  –  i  nie 
będzie śpieszył się na dół. Jednak byłam zdeterminowana, żeby znaleźć się tam druga. Miałam 
nadzieję na trzymanie go jakiś czas w oczekiwaniu, sądząc, że lepiej będzie dać mu kilka chwil na 
oswojenie, żeby nie zszedł, zobaczył mnie, zabrał krówki i wrócił od razu na górę. To wcale by mi 

background image

28 

 

nie  pomogło.  Wtedy  miałabym  zamiast  regularnie  przygnębionego  Jamesa,  grubego  i 
przygnębionego Jamesa. 

Niedobrze. 

Lecz obawiam się, że to jeden z kilku minusów krówek. 

Hm. 

Przygotowując się na każdą osobowość, którą tym razem zaprezentuje mi bipolarny James, 

wzięłam  pudełko  krówek  (przyznaję,  że  lżejsze  niż  poprzednio.  Ale  szczerze,  to  moja  mama. 
Moja  mama,  moje  krówki.  I  byłam  głodna.  Nie  tylko  on  ma  pragnienia,  wiecie)  i  wyszłam  z 
dormitorium.  Nie  bardzo  wiedziałam,  czego  oczekiwać,  ale  nie  byłam  zniechęcona.  Mogłam 
sobie  poradzić  z  Jamesem  –  wściekłym  Jamesem,  wesołym  Jamesem,  irytującym  Jamesem… 
lista się ciągnie bez końca – wszystko to już przerabiałam. Przygnębiony James nie powinien być 
zbytnio inny. Nawet gruby i przygnębiony James, jeśli do tego dojdzie. 

Wszak siedemnaście lat radziłam sobie z moją siostrą. 

Po tym nawet gruby i przygnębiony James wydaje się być bułką z masłem. 

Smutne, ale prawdziwe. 

Tak  jak  miałam  nadzieję,  pokój  wspólny  był  prawie pusty, gdy tam  zeszłam,  poza  paroma 

zagubionymi uczniami, którzy za bardzo pochłonięci byli swoimi książkami, żeby zwracać uwagę 
na  otoczenie.  Rozglądając  się  po  pokoju,  niemal  od  razu  dostrzegłam  Jamesa.  Siedział  na 
jednym z krzeseł w kącie pokoju, wpatrując się z przygnębieniem w swoją lewą dłoń, która była 
lekko  zawinięta  w  jasnobrązową  gazę.  A  chociaż  nie  cierpię  tego  przyznawać  –  bo  pomimo  iż 
jestem  całkowicie  pewna  uczuć  do  mojego  przyszłego  męża,  przypuszczam,  że  dziewczyna 
naturalnie  może  mieć  wątpliwości  –  widzenie  tak  przygnębionego  Jamesa  martwiło  mnie… 
naprawdę  mnie  martwiło.  Bardziej  niż  pewnie  powinno.  Może  powinnam  być  tym 
zaniepokojona, sama nie wiem, ale w tamtej chwili myślałam tylko o podejściu tam tak szybko, 
jak mogłam z ogromną ilością krówek. 

Bo tak właśnie robią przyjaciele. 

Naprawdę. 

-  Cześć  –  powiedziałam  z  uśmiechem,  zajmując  puste  miejsce  obok  niego.  Powietrze 

emanowało  cichą  melancholią,  a  wiedziałam,  że  to  niczemu  nie  pomoże.  Ledwie  zwracając 
uwagę  na  moje  przyjazne  przywitanie  James  spojrzał  na  mnie  kątem  oka.  Wyglądał  na  trochę 
bardziej zmierzwionego niż zazwyczaj, jakby dopiero wyszedł z łóżka, co w tych okolicznościach 
prawdopodobnie  nie  było  dalekie  od  prawdy.  Jego  zmęczone  oczy  w  milczeniu  i  ostrożnie  z 

background image

29 

 

pełnym  wyczekiwaniem  zbadały  moją  twarz,  potem  pudełko  w  mojej  ręce,  a  potem  znowu 
twarz. Wywracając lekko oczami, podałam mu pudełko, które wziął bez choćby  najmniejszego 
uśmiechu. Otwierając górę, nadal nic nie powiedział. 

Cichy James. 

To było nowe. 

Bałam  się,  że  jeśli  otworzę  buzię  i  odezwę  się  zbyt  szybko,  to  chłopak  ucieknie  jak 

przestraszony  jelonek,  więc  nie  próbowałam  mówić  nic  więcej.  Dziwnie  było  widzieć  Jamesa 
Pottera wyglądającego na spłoszonego, ale tak było. Obserwowałam cicho, jak wyciągnął mały 
kawałek  krówek  z  pudełka  i  wrzucił  go  do  ust,  wyglądając  na  całkiem  zaabsorbowanego 
jedzeniem  krówek,  kompletnie  mnie  ignorując.  Nie  przeszkadzało  mi  siedzenie  tam  w  ciszy, 
kiedy  jadł,  jeżeli  oznaczało  to  przywrócenie  mu  z  powrotem  formy.  Pozwolę  krówkom  robić 
swoje. 

…albo,  wiecie,  byłabym  zadowolona,  pozostając  cicho,  gdyby  nie  zaczął  żreć  jak 

zbzikowany, zagłodzony szaleniec. 

-  Na Merlina, James, bierz  ludzkie kęsy!  – krzyknęłam,  patrzą, jak wrzucił  kolejny kawałek 

czekolady  do  już  pełnej  buzi.  Idiota  wydawał  się  zdecydowany  na  wciągnięcie  połowy 
cholernego pudełka w ciągu paru minut. – Krówki nigdzie nie pójdą, obiecuję. 

- Mhm – odpowiedział, jeśli tak to można było nazwać. Zabrzmiało jak zgoda, ale oczywiście 

nią nie było, bo dalej wciskał do ust kawałek po kawałku w niewiarygodnie szybkim tempie. 

Um, fuj. 

- Zabiorę je, jeśli nie przestaniesz – ostrzegłam absolutnie poważna. Szczerze, współczułam 

mu i w ogóle, ale jak długo dziewczyna ma wytrzymywać z tak wstrętnym pokazem? –  Budzisz 
obrzydzenie u dzieci. 

- Jakich dzieci? – spytał, nareszcie mówiąc, choć przy tak pełnej buzi tym razem chciałam, 

żeby tego nie robił. 

-  Tych,  które  bardzo  mocno  próbują  się  uczyć  –  wyjaśniłam  ze  znaczącym  spojrzeniem, 

wskazując  na  resztę  Gryffonów  siedzących  w  pokoju  wspólnym  –  ale  obecnie  są  do  tego 
niezdolne, ponieważ odwraca ich uwagę twój obrzydliwy sposób jedzenia! 

Postanowiłam  zlekceważyć  fakt,  że  dwoje  lub  troje  dzieciaków  w  pokoju  wspólnym  nadal 

było pochłoniętych swoimi książkami. 

Nie wyglądało to na istotne. 

background image

30 

 

James zastanawiał się przez chwilę, rzucając okiem na dzieci w pokoju, po czym odwrócił się 

do  mnie  z  uniesioną  brwią,  jakby  pokazując  oczywiste.  Serce  podskoczyło  mi  w  piersi  na  tę 
brew.  Nareszcie  mały  ślad  Jamesa,  którego  znam!  –  Myślę,  że  powinnaś  być  dla  mnie  miła  – 
odparł w końcu, mrużąc nieznacznie oczy. – Jestem ranny. Nie powinnaś być miła dla rannego? 

- Um, nie. 

- Tak, powinnaś. 

- Hm. Nie. 

- Bachor. 

Uśmiechnęłam się. – Palant. 

Och, mój James. 

Wrócił do mnie. 

Nie mogłam się wtedy powstrzymać – wybuchłam śmiechem, jak przeklęty pijany szaleniec. 

Przez sekundę pomyślałam, że może nie była to najinteligentniejsza rzecz – czy moje szczęście 
przypomniałoby Jamesowi, że on nie jest szczęśliwy i wepchnie go głębiej w otchłań rozpaczy? – 
ale  wiedziałam,  że  zachowywanie  się  jak  normalna  szalona  ja  było  strzałem  w  dziesiątkę,  gdy 
James  zdołał  przełknąć  ogromną  ilość  krówek  i  dołączył  do  mnie.  Czułam  taką  ulgę,  że  Plan 
Przekupstwo zadziałał, że śmiałam się jeszcze mocniej. 

Musieliśmy  wyglądać  dość  obłąkanie,  siedząc  tam  jak  para  uciekinierów  ze  Świętego 

Munga. 

Jednakże od kiedy było to czymś nowym? 

- Dzięki Merlinowi! – prawie krzyknęłam, wyrzucając w górę ręce, kiedy nasza dwójka nadal 

robiła zamieszanie naszym przypływem radości. – Przez moment myślałam, że cię straciłam. 

James wzruszył ramionami, uśmiechając się do mnie lekko. – Nie – zaśmiał się. – To wciąż 

ja. 

-  Świetnie  –  powiedziałam,  kiwając  wesoło  głową,  ostatecznie  trochę  się  uspokajając. 

Wykonałam  niesamowicie  dobrą  podróbkę  Napuszonego  Chłopaka  i  wydęłam  wyniośle  klatkę 
piersiową. – Wiedziałam, że mogę wyciągnąć cię z otchłani rozpaczy. 

- Nie byłem w otchłani rozpaczy. 

- Um, James – zaczęłam beznamiętnie. – Zamknąłeś się w swoim dormitorium. 

background image

31 

 

- No i? Lubię moje dormitorium. 

Prychnęłam.  –  O  tak.  I  przypuszczam,  że  to  nagłe  zauroczenie  twoją  przestrzenią  nie  ma 

absolutnie nic wspólnego z tą gazą owiniętą wokół twojej lewej ręki, co? 

Słowa wypłynęły z moich ust zanim miałam szansę pomyśleć nad tym, co wygaduję. Niemal 

kopnęłam  się  dziesięć  razy,  kiedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  poruszyłam  jedyny  temat,  którego 
nie powinnam poruszać tak szybko. Stało się to jeszcze wyraźniejsze, kiedy cały śmiech zniknął z 
twarzy Jamesa i ponuro spojrzał na wspomnianą rękę. Na języku poczułam słowa przeprosin, ale 
wszystkie je przełknęłam, kiedy do głowy wpadł mi nagle pomysł. 

Może powiedzenie czegoś niewłaściwego… może było właściwe. 

To znaczy wiedziałam, że wkraczamy na niebezpieczny teren i w ogóle  – a co ja do diabła 

wiedziałam o druzgocących efektach urazów z Quidditcha? – ale również wiedziałam, że kiedy 
życie kopie cię w tyłek… cóż, musisz po prostu wszystko z siebie wyrzucić i odegrać się na życiu. 
Nawet jeśli jest to nieszczęsne. Nawet jeśli boli. Trzeba po prostu wszystko z siebie wyrzucić. 

James miał wiele godzin do użalania się nad sobą w jego dormitorium. 

Teraz była pora na wygadanie się. 

A jeśli będę musiała wyciągnąć to z niego, krzycząc i kopiąc, to właśnie to zrobię. 

Przełykając  wszelkie  przeprosiny,  wyprostowałam  ramiona  i  oparłam  się  o  krzesło, 

przyglądając się Jamesowi ze spokojną determinacją. – Chcesz  o tym pogadać? – zapytałam w 
końcu. 

Ku  mojemu  zaskoczeniu James  nie rzucił się na  mnie na  samo  wspomnienie  takiej rzeczy. 

Był  silniejszą  osobą  ode  mnie,  trzymając  w  sobie  ukrytą  frustrację  –  a  wiedziałam,  że  był 
sfrustrowany. Dostrzegałam w to ustawieniu jego szczęki i surowości w jego oczach – ale miał 
nad  sobą  stałą  kontrolę.  Merlin  jeden  wiedział  jak  wiele  rzeczy  ja  rozbiłabym  przy  moim 
temperamencie,  gdybym  była  na  jego  miejscu.  Ale  nie  James.  Zamiast  tego  westchnął  trochę 
boleśnie, podnosząc zabandażowaną rękę i obracając nią przed swoją twarzą. Spojrzał na mnie 
ze zmęczeniem. 

- Nawet nie boli – mruknął cicho, wypuszczając długi oddech. Spuścił wzrok na dłoń, potem 

znów na mnie popatrzył. – To było kłamstwo – przyznał z kolejnym westchnięciem. – Pulsuje jak 
cholera. 

O jeeezu. 

Załapał mój bakcyl kłamania. 

background image

32 

 

-  To  oczywiste  –  odpowiedziałam  pocieszająco,  moje  serce  wyrywało  się  do  biednego 

chłopaka.  Oczywiście  zarówno  za  jego  uraz  i  załapanie  moich  okropnych  nawyków.  –  Nie 
możesz  oczekiwać  cudów,  James.  Z  tego  co  powiedzieli  mi  Grace  i  Syriusz,  całkiem  mocno 
zmiażdżyłeś rękę. 

- Byłem idiotą – wymamrotał w odpowiedzi. – Nie skupiałem uwagi. 

- To był wypadek, James. Wypadki się zdarzają. 

Spojrzał gniewnie. – Nie zdarzają się dzień przed meczem Quidditcha. 

Wyglądał  teraz  na  tak  wściekłego  całą  sytuacją,  że  przez  chwilę  brałam  pod  uwagę 

porzucenie planu „wyrzucić z siebie wszystko” i po prostu spróbować znowu go rozśmieszyć. Ale 
na  dłuższą  metę  wiedziałam,  że  ta  mini  terapia  będzie  dla  niego  lepsza  niż  kilka  krótkich 
chichotów. Może nie być to fajne czy szczególnie wesołe, ale na koniec dnia będzie to lepsze niż 
pozwolenie  na  to,  aby  zgorzkniałość  zjadła  mu  wnętrzności,  prawda?  Jako  dziewczyna,  która 
często wyrzuca z siebie wszystko, kiedy jest wściekła na świat, uwierzcie mi, wiem, że przez to 
jest mi o wiele lepiej… i być może czują się trochę gorzej ci, którzy otrzymują moją frustrację. 
Ale  zgłaszam  się  do  bycia  workiem  treningowym  Jamesa.  Chłopak  przecież  musi  komuś  to 
wszystko wyrzucić. 

Sądzę, że będę dobrym workiem treningowym. 

- Co będzie, jeżeli nie będziesz mógł jutro zagrać? – zapytałam łagodnie, przywołując moją 

determinację. James wzruszył pokonany ramionami. 

-  Nie  wiem  –  odparł  ponuro  i  słysząc  jak  zniżył  się  jego  głos,  wiedziałam,  że  już  wątpił  w 

swoją zdolność do gry. – Nie… nie chcę, żeby brzmiało to arogancko – zaczął szybko, patrząc mi 
w oczy – ale… na Merlina, Lily, po prostu nie wiem czy uda im się to zrobić beze mnie! Jest tyle 
zagrywek – a rezerwa wcale nie jest jakaś wyjątkowa… - Jęknął cicho, odchylając głowę do tyłu i 
zastanawiając  się  nad  możliwościami.  –  Jeżeli  przegramy  ten  mecz  –  kontynuował  powoli, 
zdenerwowanie wyraźne było teraz w jego głosie – mordęgą będzie próba wrócenia na szczyt. 
Nie  wiem,  czy  nas  na  to  stać.  Będzie…  będzie  po  prostu…  -  urwał,  kończąc  z  wielkim 
westchnieniem  i  skupił  wzrok  na  miejscu  tuż  ponad  moim  ramieniem.  Wpatrywał  się  w  nie, 
prawie nie mrugając. – Jest do dupy – mruknął. – Totalnie pieprzenie do dupy. 

Źle. 

Było dobrze. 

Bardzo dobrze. 

background image

33 

 

- Wyrzuć z siebie wszystko – nakłaniałam go, ciesząc się, że nareszcie mam jakąś reakcję. – 

Przeklinaj, ile chcesz. Powiedz mi, jak bardzo życie jest do dupy. 

James uśmiechnął się, po raz pierwszy przenosząc wzrok z tamtego miejsca na mnie, kręcąc 

głową. – No nie wiem – westchnął. – Kiedy już zacznę, mogę potem nie przestać. 

-  W  porządku  –  powiedziałam.  –  Dalej.  Zaimponuj  mi  swoim  nieprzyjemnym  słownikiem 

przekleństw. Daj z siebie wszystko. 

Roześmiał  się  zamiast  przekląć,  co  nie  byłam  pewna,  czy  było  dobrą  rzeczą,  ale  nie 

zamierzałam wcale narzekać. – Wiesz co? – spytał, wciąż się śmiejąc i patrząc na mnie  bardzo 
dziwnie. 

- Co? – zapytałam. 

- Jesteś dobra. 

Em… dobra? 

Co takiego? 

Rzuciłam mu skonsternowane spojrzenie. – Eee, dobra w czym dokładnie? 

James uśmiechnął się szeroko, prawą ręką pocierając oczy pod okularami. – Wychodzisz – 

zaczął ze śmiechem – ze swoimi małymi wiadomościami o okupie i przekonującymi krówkami, a 
ja  mówię  sobie  „James,  nie  słuchaj  jej.  Nie  ulegaj  jej”.  Powtarzam  to  sobie  ciągle,  mówiąc,  że 
mówisz  od  rzeczy  i  nic  z  tego  nie  ma  znaczenia.  A  jednak…  a  jednak  gdzie  znajduję  się  pół 
godziny  później?  –  Potrząsnął  głową,  jakby  sam  nie  mógł  w  to  uwierzyć.  –  Na  dole  w  pokoju 
wspólnym – dokończył niedowierzająco. – Na dole w pokoju wspólnym, śmiejąc się do rozpuku. 
–  Potem,  jakby  udowadniając  swoją  rację,  wybuchł  oszalałym  śmiechem.  –  Jesteś  dobra  – 
wykrztusił raz jeszcze pomiędzy śmiechem. – Jesteś dobra. 

Czego nie musiał mi mówić, ponieważ już o tym wiedziałam. 

Ale czasami miło jest to usłyszeć od innych. 

- Cóż – powiedziałam, śmiejąc się trochę niezręcznie, kiedy James nie przestawał chichotać. 

– Cieszę się, że moja gadka od rzeczy zdołała… em… poprawić trochę twoją dyspozycję. 

Albo zmienić go w kompletnego szaleńca. 

Czego nie wykluczałam przy jego obecnym stanie. 

background image

34 

 

Trochę  mu  zajęło  opanowanie  śmiechu,  choć  nie  miałam  pojęcia,  dlaczego  uważał  tę 

sytuację  za  tak  bardzo  zabawną.  Przypuszczałam,  że  być  może  razem  z  moim  bakcylem 
kłamania mógł złapać też trochę mojego szaleństwa, ale potem stwierdziłam, że miał już własne 
szaleństwo, więc nikt nie mógł obwiniać o to mnie. Miło było widzieć, jak się śmieje. Po prostu 
nie rozumiałam, dlaczego było to tak cholernie śmieszne. 

Ale nigdy nie twierdziłam, że rozumiem Jamesa Pottera. 

-  Jesteś  już  bliski  końca?  –  zapytałam  znudzona  kilka  minut  później,  kiedy  śmiech  James 

wydawał się nie kończyć. Trochę się zmniejszył, ale w żadnym wypadku się nie skończył. – Serio, 
James, znowu przeszkadzasz dzieciom. 

Ale  Jamesa  nie  obchodziło,  komu  przeszkadzał.  Wpatrywał  się  we  mnie  i  chichotał  do 

siebie,  jakby  do  mojego  czoła  przyczepiony  był  jakiś  bardzo  śmieszny  żart.  Fuknęłam 
zirytowana, wywracając oczami na jego błazeństwo, kiedy nagle poczułam natchnienie. 

Och, to będzie dobre. 

- Wiesz co – zaczęłam powoli, ignorując dziejące się przede mną nieustające chichranie. – 

Nawet jeśli ty nie będziesz jutro to grał, to i tak możecie mieć szansę na wygraną. 

Nadal się nie zamykając, James jedynie wykrzywił brew i zapytał. – Czyżby? A jak do diabła 

miałabyś  o  tym  jakieś  pojęcie?  –  Oparł  się  o  krzesło  z  usatysfakcjonowanym  uśmieszkiem  i 
potrząsnął głową. – Przykro mi to mówić, kochanie, ale nie odróżniasz kafla od nogi stołka. 

Um, okrutne. 

To znaczy prawdziwe, ale okrutne. 

- Tak czy owak – odparowałam, piorunując go wzrokiem i ignorując zadowolone spojrzenie, 

którym  James  nareszcie  zastąpił  niekończący  się  śmiech.  –  Ja  wiem  coś,  czego  nie  wiesz  ty.  – 
Skrzyżowałam ramiona, podbierając jego wyniosłe spojrzenie. – O Puchonach. 

To  przyciągnęło  jego  uwagę,  tak  jak  przypuszczałam,  nawet  jeśli  wyglądał  na  trochę 

sceptycznie nastawionego do tej sytuacji. Nie dając  mu kolejnej chwili na kontynuowanie jego 
stanu  samozadowolenia,  nabrałam  wyniośle  powietrza  i  przystąpiłam  do  przekazania  –  z 
ożywieniem, nie chwaląc się – mojego niesławnego (lub też byłoby niesławne, gdyby wiedziało 
o  nim  więcej  niż  garstka  ludzi)  i  bystrego  Napuszony-Chłopak-Ofensywa-Defensywa  kłamstwa 
rannemu kapitanowi Quidditcha. 

A jeśli moją intencją było zatrzymanie jego śmiechu, mój plan poniósł całkowitą porażkę. 

Facet oszalał z wesołości. 

background image

35 

 

- Ty cooo? – zawołał, śmiejąc się tak mocno, że łzy napłynęły mu do oczu. – T-ty… t-ty… 

Potem znowu zaczął. 

Zirytowałabym  się,  ale  wiecie,  śmiał  się  z  mojej  czystej  błyskotliwości,  więc  nie  mogłam 

wydusić z siebie zirytowania. 

-  Och,  t-to  jest  świetne  –  ciągnął  James,  śmiejąc  się  jak  szalony.  –  A  oni  ci  uwierzyli?  – 

zapytał, uśmiechając się promiennie. Potaknęłam, sama się uśmiechając. 

- Wyraźnie nie są świadomi moich rozterek dotyczących kafla-i-nogi-od-stołka – odparłam, 

wzruszając  ramionami  i  chichocząc  lekko.  –  Czułam  się  źle  okłamując  Amosa,  ale  naprawdę, 
James,  powinieneś  był  ich  usłyszeć!  Gadali  takie  bzdury  przez  całą  kolację!  Musiałam  jakoś 
obronić honor Gryffindoru. 

- Więc oszukałaś. 

-  To  nie  było  oszukiwanie.  Po  prostu  przekazywałam  trochę  informacji  –  dobra,  trochę 

nieprawdziwych informacji – paru ludziom. 

- Rozmyślnie nieprawdziwych – poprawił mnie James, uśmiechając się szeroko. 

Zmarszczyłam brwi. – Tak, może… 

- I to Diggory’emu ze wszystkich ludzi! – Brał z tego o wiele zbyt wiele rozrywki. – Sam nie 

wiem,  Nieomylna  –  mruknął,  pstrykając  językiem.  –  Nie  może  być  to  dobre  dla  pożycia 
małżeńskiego, co? Może w twoim szczęśliwym związku są jakieś pęknięcia? 

Pęknięcia? 

PĘKNIĘCIA? 

Phi. 

Phi. Phi. Phi. 

-  Powiem  ci,  że  Amos  i  ja  jesteśmy  doskonale  zadowoleni  z  naszego  obecnego  stanu  – 

powiedziałam  rozdrażniona,  patrząc  gniewnie  na  wesołą  minę  Jamesa  –  a  to,  że  mogłam 
powiedzieć małe kłamstewko o jednym, głupim meczu Quidditcha zdecydowanie nie oznacza, że 
w naszym związku są jakieś pęknięcia, dobra, Potter? 

Albo  nie  byłoby  ich,  gdybyśmy  rzeczywiście  mieli  związek.  Teraz  jesteśmy  bardzo  tego 

bliscy. Albo jeśli nie przestanę marzyć o… innych facetach (teraz na pewno nie będziemy o tym 

background image

36 

 

dyskutować).  Ale  nie  zamierzałam  jemu  o  tym  mówić.  Lecz  pomimo  mojego  wrogiego  tonu  i 
silnej obrony, James wciąż uśmiechał się porozumiewawczo. 

- Dobra – odparł. 

Chciałam go udusić. 

I pewnie bym to zrobiła, gdyby nie wybrał tej chwili na wstanie. 

-  A ty gdzie się wybierasz? – spytałam,  podnosząc się razem z nim. Jeżeli  myślał, że może 

tak sobie odejść po robieniu takich komentarzy, to gorzko się mylił.  Mogłabym być generalnie 
pacyfistką, ale nie znaczy to, że nie znam paru nikczemnych uroków. 

- Do mojego pokoju – odparł James z uśmiechem. – Mam dużo do myślenia. 

- Nad czym musisz myśleć? 

Wzruszył ramionami, ale jego mały łobuzerski uśmiech opowiadał całkowicie inną historię. 

–    O  życiu  –  powiedział.  –  Krówkach  –  stwierdził,  podnosząc  pudełko.  Potem  szeroki  uśmiech 
rozszerzył  się  na  jego  twarzy.  –  Mojej  małej,  rudowłosej  przyjaciółce,  która  wydaje  się,  chyba 
lubić okłamywać swojego potencjalnego mężulka? 

- Jamesie Potter, zamierzam zabić… 

- Tak, tak, wiem – mruknął, wciąż się szczerząc. – Zabić mnie, zmasakrować i powiesić moje 

krwawiące ciało w Wielkiej Sali, żeby zobaczył je cały świat. Wiem. – Nie powinien wyglądać na 
tak zachwyconego tym pomysłem. Spiorunowałam jego plecy, gdy zaczął tanecznym krokiem iść 
w  stronę  klatki  schodowej  chłopców,  wyraźnie  zadowolony  ze  swego  ostatniego  słowa.  Kiedy 
dotarł  do  pierwszego  stopnia  ze  mną  depczącą  mu  po  piętach,  niespodziewanie  coś  sobie 
przypomniał i odwrócił się do mnie. – Wstaniesz jutro wcześnie? – zapytał. 

- Czemu nie? – odpowiedziałam, wciąż trochę dotknięta, lecz także skonsternowana. 

-  Muszę  iść  do  Pomfrey  przed  śniadaniem  –  odparł  James,  jego  głos  stracił  troszeczkę 

wesołości,  ale  nie  całkowicie.  –  Chciałem  się  tylko  upewnić,  że  nie  będziesz  spać  i  pocieszysz 
mnie, kiedy przyjdę do Wielkiej Sali, becząc jak dziecko, bo nie będzie chciała pozwolić mi grać. 

Same wyobrażenie sobie tego wywołało u mnie uśmiech. 

Serio, becząc jak dziecko. James? 

To była moja rola. 

background image

37 

 

-  Och,  nie  stanie  się  nic  takiego  –  zapewniłam,  machając  beztrosko  ręką.  –  Pozwoli  ci  – 

choćby tylko po to, żeby McGonagall jej o tym nie truła. 

James  zaśmiał  się  miłym,  przyjemnym  dźwiękiem  pośrodku  dość  ponurego  tematu.  –  Ta, 

miejmy nadzieję.  – Westchnął, wzruszając ramionami. Zaczął wspinać się po schodach do jego 
dormitorium i puściłam go, stwierdzając, że mój cel poprawienia mu humoru został osiągnięty, 
nawet jeśli nadal  upierał się przy ukryciu się w swoim  dormitorium i nawet jeśli zasługiwał na 
kopnięcie  za  insynuowanie,  że  Amos  i  ja  nie  jesteśmy  dla  siebie  idealni.  Pokręciłam  głową  na 
całe te szaleństwo i zaczęłam odchodzić do klatki schodowej dziewcząt. Nagle usłyszałam jego 
wołanie. – Lily! 

Odwróciłam się i zobaczyłam jego wystającą głowę z klatki schodowej chłopców. 

- Dzięki – powiedział dziwnie głębokim głosem. – Ostatnio często ci to mówię, co? 

- Nie martw się tym – zawołałam, posyłając mu uśmiech. – Nie ma za co. 

Potem zniknął na schodach. 

I to było końcem jeszcze jednej udanej misji na moim koncie. 

 

Sobota, 11 październik, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 25 

Suma Obserwacji: 161 

Szlag by to. 

To już. Nareszcie nadszedł. 

Dzień Meczu. 

Dlaczego w ogóle kłopoczę się dzisiaj wstawaniem? 

Nienawidzę Quidditcha. 

 

Później, Śniadanie w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 26 

Suma Obserwacji: 163 

background image

38 

 

Byłam  mocno  zaskoczona  –  choć  chyba  nie  powinnam.  Przypuszczam,  że  wstaje  ona  tak 

każdego Dnia Meczu Quidditcha, tylko ja nigdy tego nie zauważyłam, bo spałam – widząc Grace 
na  nogach,  kiedy  przygotowałam  się  do  zejścia  na  śniadanie.  Doprowadzała  mnie  do  szału, 
rozglądając  się  po  pokoju  wielkimi  oczami,  przekręcając  gorączkowo  palce,  przechadzając  się 
przed  moim  łóżkiem  tam  i  z  powrotem,  nerwowo  przyglądając  się,  jak  wkładałam  tenisówki. 
Chciałam wstrzyknąć jej środek uspokajający, ale mówiono mi, że przyjaciele tak nie robią. 

Phi. 

- Pozwoli mu grać – mruczała, jednak nie wiedziałam czy do siebie, czy do mnie. – Przecież 

widziałaś go wczoraj, prawda? Mówiłaś, że wyglądał dobrze. Całkowicie zdrowo. 

Trochę przekręciłam prawdę i powiedziałam Grace  oraz Emmie, że przypadkiem wpadłam 

na  Jamesa  w  pokoju  wspólnym,  kiedy  były  na  kolacji.  Nie  sądzę,  żeby  niezbędnym  było 
powiedzenie  im  całej  prawdy  albo  o  fakcie,  iż  sam  James  powiedział,  że  ręka  dalej  mu 
przeszkadza. Grace i bez tego była nerwowa. 

- Mhm, zdrowy jak ryba – zgodziłam się natychmiast, biorąc swój płaszcz i szal Gryffindoru, 

na  wypadek  gdybym  nie  dotarła  do  pokoju  przed  pójściem  na  boisko,  co  było  bardzo 
prawdopodobne. – Przestań się przejmować, Gracie. Wszystko będzie dobrze. 

Grace zdawała się czerpać niewielkie pocieszenie z tych słów, jakkolwiek fałszywe były. Ale 

z przyjemnością roznosiłam pocieszające kłamstwo, jeżeli znaczyło to, że nie będzie panikowała 
przez  cały  poranek.  Nie  wiedziałam,  czy  była  świadoma  tego,  że  James  był  teraz  pewnie  w 
Skrzydle Szpitalnym, decydując o losie całego meczu, ale jeśli nie, to nie zamierzałam jej mówić. 

-  Chodź  –  powiedziałam,  jedną  ręką  łapiąc  sweter,  a  drugą  dłoń  Grace.  –  Zejdźmy  na 

śniadanie, co? Nie możesz pokonywać mojego męża z pustym żołądkiem, nieprawdaż? 

Wyglądając na trochę mniej niespokojną Grace potaknęła i wyszła za mną z dormitorium. 

Przypuszczam,  że  nie  powinnam  była  być  zaskoczona,  że  tego  poranka  Wielka  Sala  była 

trochę  bardziej  zatłoczona,  ale  i  tak  cofnęłam  się  o  parę  kroków,  gdy  weszłyśmy  do  środka,  a 
tam było kilkoro więcej ludzi gawędzących z ożywieniem niż widziałam przez cały rok. Nie byli 
tam tylko Gryffoni i Puchoni. Po sali przechadzało się też paru Ślizgonów i Krukonów. Jednakże 
nie byłam zaskoczona widząc (albo nie byłam zaskoczona po zobaczeniu, że Grace nie-waż-się-
mnie-budzić-ani-minuty-wcześniej-niż-jest-to-absolutnie-konieczne była na nogach), że razem z 
zawsze  obecną  Marley  cała  Gryffońska  drużyna  Quidditcha  –  oczywiście  poza  Jamesem  – 
usadowiła się wygodnie na naszych miejscach. 

Nikt z nich się nie uśmiechał. 

background image

39 

 

-  Jesteś  pewna,  że  on  tam  jest?  –  pyta  teraz  Chris  Lynch,  mówiąc  oczywiście  do  mnie, 

ponieważ, pomimo tego jak szalenie to brzmi, najwyraźniej to ja jestem dziś źródłem informacji 
o Jamesie. 

-  Tak,  jest  tam  –  odpowiadam.  Szczerze  to  mam  dosyć  wszystkich  tych  pytań.  James 

przyjdzie za kilka cholernych minut. Nie mogą zaczekać i po prostu zapytać jego? 

Teraz  Syriusz  mówi,  że  już  nie  może  tego  znieść  i  idzie  tam,  żeby  zobaczyć,  co  się  dzieje. 

Staram  się  zauważyć,  że  nie  ma  wiele  do  oglądania  –  Pomfrey  jedynie  bada  jego  rękę,  żeby 
zobaczyć,  czy  będzie  mógł  zagrać,  czy  nie  –  ale  moje  mądre  słowa  są  zlekceważone  i  Syriusz 
sobie  poszedł.  Nie  sądzę  jednak,  że  jest  to  złą  rzeczą,  że  tam  poszedł.  James  pewnie  będzie 
potrzebował swojego najlepszego przyjaciela, jeśli stanie się najgorsze. Myślę, że tak długo, jak 
reszta  drużyny  pozostanie  na  miejscu,  to  wszystko  będzie  okej.  Żadne  z  nich  nie  wygląda  tak, 
jakby  chciało  gdzieś  iść.  Wszyscy  wyglądają  na  zbyt  przygnębionych,  by  robić  coś  innego  od 
jedzenia. 

Poważnie, czy oni nie mają żadnej wiary? 

A ja po prostu wiem… 

O. 

O. 

Spójrzcie tam! Czyż to nie moja droga miłość i serce, Amos Diggory! I sądzę, że woła mnie 

do siebie! 

Zatem może nie każmy mu czekać, co? 

 

Później Później, Wielka Sala 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 26 

Suma Obserwacji: 165 

Faceci są bardzo nieprzewidywalnym towarzystwem. 

Serio,  cała  ta  sytuacja  zbija  mnie  z  tropu.  Co  jest  z  tą  ich  ciągłą  potrzebą  zobaczenia,  kto 

kogo wkurzy bardziej? Co jest z tymi gównianymi gierkami intelektualnymi, w które ciągle chcą 
pogrywać?  Czy  jest  to  naprawdę  konieczne?  Czy  nie  możemy  wszyscy  po  prostu  się  ze  sobą 
dogadać? 

background image

40 

 

Jest to wszystko niezwykle niedojrzałe. 

Zostawiłam  stół  Gryffindoru  wśród  pomruków  „Zdrajczyni!”  i  słyszalnych  jęków,  ale 

wszystkich ich  zignorowałam,  ponieważ  w przeciwieństwie  do niektórych ludzi, ja nie stawiam 
głupiego  Quidditcha  przed  prawdziwą  miłością!  Amos  wyglądał  wyśmienicie  w  świeżo 
wyprasowanym  puchońskim  swetrze  z  ogromnym,  idealnym  uśmiechem  na  ustach,  a  ja  nie 
zamierzałam  zrezygnować  z  tego  uroczego  widoku  tylko  dlatego,  że  za  parę  godzin  kilkoro 
moich przyjaciół zamierzało latać pięćdziesiąt stóp nad ziemią i wpadać w paru jego przyjaciół. 
Dla  mnie  nie  miało  to  znaczenia.  Jeżeli  chcieli  zabić  się  nawzajem,  kim  byłam  ja,  żeby  ich 
powstrzymywać? 

Ale koniec z moimi rozmyślaniami o Quidditchu. 

Jeżeli go nie zabronią, to nie mój problem. 

Wszyscy  koło  mojego  ukochanego,  Napuszony  Chłopak  i  reszta  menażerii  klaskali  głośno, 

kiedy  zajęłam  miejsce  obok Amosa.  Chociaż  byłam  pewna, że nie  byliby  tak chętni do witania 
mnie,  gdyby  znali  prawdę  o  ofensywie-obronie,  to  dopóki  się  o  tym  nie  dowiedzą,  będę  się 
cieszyć miłością tam, gdzie ją dostanę. 

-  Jesteście  dziś rano bardzo rozentuzjazmowani  –  powiedziałam  z  uśmiechem, patrząc jak 

hałaśliwa  grupka  nie  zaprzestawała  swojego  mini-świętowania.  Próbowałam  nie  czuć  zbyt 
wielkiej  urazy  z  faktu,  że  zdawali  się  już  wierzyć,  iż  wygrali  mecz  zanim  ten  się  jeszcze  zaczął. 
Amos zachichotał przyjemnie, muzyka dla moich uszu, kiedy kręciłam głową na błazeństwa jego 
zbzikowanych kolegów. 

-  Co  za  idealny  dzień  na  Quidditcha!  –  krzyknął,  biorąc  ogromny  haust  powietrza,  jakby 

dosłownie mógł wciągnąć cały dzień nozdrzami. – Przyjemny, rześki, idealny dzień. 

Siedząc tam w grubym swetrze z szalem i płaszczem pozostawionym przy stole Gryffindoru, 

praktycznie  się  trzęsąc,  naprawdę  nie  mogłam  powstrzymać  małego  skrzywienia  brwi  w 
kierunku mojego ukochanego na te dość nietrafne stwierdzenie. 

Nigdy nie twierdziłam, że był mózgiem w tym związku. 

- Um, Amosie – zaczęłam bardzo łagodnie, nie chcąc zranić jego delikatnych uczuć – jesteś 

świadomy, że na zewnątrz jest mróz poniżej zero stopni, prawda? Jest zimno. Naprawdę zimno. 

Nie wspominając o wietrze. I wysokiej wysokości tam na boisku. 

Idealny dzień, gówno prawda. 

background image

41 

 

- Kto troszczy się o pogodę? – zawołał Napuszony Chłopak zanim Amos mógł odpowiedzieć 

(choć jestem pewna, że gdyby to zrobił, to byłoby to coś w stylu „Jasne, kochanie, masz rację! 
Odwołajmy Quidditcha i chodźmy pomigdalić się pod trybunami!”). Nawet w naturalnej pozycji 
Napuszony  Chłopak  siedział  z  napuszoną  klatką  piersiową  wydętą  napuszenie.  Napuszony 
Chłopak był bardzo napuszony. – Mamy pewien ten mecz! – krzyknął. 

O Merlinie. Nie, znowu te bzdury. 

Niemal głośno zajęczałam. 

Chodzi  mi  o  to,  że  w  porządku,  mogli  mieć  jakieś  prawo  do  myślenia,  że  praktycznie  już 

wygrali  ten  mecz  –  przez  kłamstwo  o  Gryffonach  uważających  na  ich  obronę,  a  nie  ofensywę 
oraz  publiczną  wiedzę  o  urazie  Jamesa  –  ale  czy  nie  mają  żadnego  szacunku  dla  domu 
dziewczyny?  Nawet  jeśli  jestem  przyszłą  żoną  ich  kapitana  Quidditcha,  dopóki  nie  będę  miała 
obrączki  na  palcu,  jestem  prawdziwie  lojalna  Gryffindorowi.  Do  tego  czasu  nie  muszę  kochać, 
honorować ani poddawać się Hufflepuffowi. A biorąc pod uwagę, że jestem tak bardzo lojalna 
wobec mojego domu, nie sądzicie, że te… te… dzieciaki powinny mieć trochę respektu dla mnie 
i mojego domu, pomimo wszystkich zalet, które sądzą, że mają? Nie można tak po prostu mnie 
obrażać! Po prostu nie! Mogę wybaczyć ukochanemu Amosowi, bo jest tak zatracony w swoim 
Quidditchu, że nic nie może na to poradzić – dodatkowo on tylko uczestniczył w wiwatach „W 
górę Puchoni, precz Gryffoni!”. Zaczynał je ten idiota ze zbyt dużą głową – ale inni… brałam za 
osobistą zniewagę. 

Napuszony Chłopak nie będzie miał szans. 

Nie mając władzy nad tym, co moje ciało planowało, uniosłam brew i wiedziałam, że zaraz 

zacznę sypać kłamstwami, ale nieszczególnie się tym przejmowałam, ponieważ czasami w życiu 
musimy  zaakceptować  swoje  wady.  A  moją  główną  wadą…  cóż,  wyraźnie  było  patologiczne 
kłamanie. 

Akceptuję to. 

-  Pewien?  –  usłyszałam,  jak  mówię,  sceptycyzm  praktycznie  spływał  z  mojego  głosu.  – 

Naprawdę? 

- Bez Pottera w obrazku? – odpowiedział wyniośle Napuszony Chłopak. – Absolutnie. 

- Kto w ogóle powiedział, że James nie będzie grał? 

Cały stół zamilkł. 

Naprawdę, tak jakbym im powiedziała, że święta zostały odwołane. 

background image

42 

 

Żałosne. 

-  Co  ty  gadasz,  Lily?  –  zapytał  poważnie  Amos.  Szybko  przyjrzał  się  mojej  twarzy,  jakby 

szukał  na  moim  nosie  odpowiedzi  na  jego  pytania.  –  Potter  zmiażdżył  rękę.  Wszyscy  o  tym 
słyszeli. Robbie nawet sam widział Pottera w Skrzydle Szpitalnym. Oczywiście, że nie będzie grał. 

Uśmiechając się w duchu na moją własną błyskotliwość, spojrzałam na młodszego chłopca 

–  Robbiego  –  który  siedział  trochę  dalej.  –  Byłeś  dziś  rano  w  Skrzydle  Szpitalnym,  Robbie?  – 
spytałam  go  niewinnie,  dobrze  wiedząc,  że  nie  był.  Wyglądając  na  tak  skonsternowanego  jak 
jego koledzy z domu, Robbie zaprzeczył. 

- Nie – odparł. – Wczoraj. Widziałem go tam wczoraj rano. 

Poważnie, oni za bardzo mi to ułatwiali. 

-  Wczoraj  –  powtórzyłam  powoli,  zaciskając  usta,  jakby  zmartwiona.  W  rzeczywistości 

powstrzymywałam tylko śmiech. Praktycznie widziałam pot tworzący się na ich czołach. Było to 
klasyczne. – Wczoraj… hm… 

Zaczęli  szeptać  pomiędzy  sobą  gorączkowo  i  wiedziałam,  że  moje  niekontrolowane-

kłamliwe-usta  dopięły  swojego  celu.  Panika  wzrosła  w  atmosferze  jak  nędzny  zapach  z 
łajnobomby, a choć przyznaję to z lekkim wstydem, to delektowałam się nim. 

Nic dziwnego, że mam tak złą karmę, skoro to jest moja najwyższa forma rozrywki. 

-  Chwileczkę.  –  Odezwał  się  biedny,  słodki  Amos,  którego,  tak,  nienawidziłam  torturować 

(pomimo  bzdurnych  kłamstw,  które  wymyśla  James  Potter  o  moim  lubieniu  okłamywaniem 
Amos. Phi. On jest moim przyszłym mężem) ale, naprawdę, po co zadaje się z tymi  kolesiami? 
Chłopak wyraźnie musi dostać nauczkę wynikająca z tego, co się dzieje, kiedy pozwalasz swoim 
przyjaciołom obrażać dom swojej przyszłej żony. – Lily… czy wiesz coś, czego my nie wiemy? 

Um, tak. 

Czułam jeszcze więcej kłamstw tworzących się na moim języku. Zamierzałam otworzyć usta, 

żeby  mówić  dalej  o  tym,  jak  James  cudem  wyzdrowiał  i  grał  jeszcze  lepiej  niż  wcześniej,  choć 
blisko była szansa, że już nigdy nie zagra i w ogóle (bo naturalnie w mojej historii uraz Jamesa 
był  właściwie  śmiertelny),  kiedy  –  dość  niespodziewanie,  ale  na  szczęście  –  zdałam  sobie 
sprawę, że… cóż, może nie jest to najmądrzejszy czyn. Chodzi mi o kłamanie. Bo co się stanie, 
jeśli  powiem  im  te  wszystkie  bzdury,  a  potem  James  nie  będzie  mógł  zagrać?  Jasne,  jestem 
pewna,  że  Amos  będzie  skakał  z  radości  ze  swojego  szczęścia,  ale  kiedy  zniknie  nadmiar 
rozradowania,  będzie  dość  oczywiste,  że  mocno  go  okłamałam.  A  w  tym  decydującym 
momencie  naszego  raczkującego  związku  nie  sądziłam,  że  będzie  to  w  moim  najlepszym 

background image

43 

 

interesie  jako  przyszła  pani  Amosowa  Diggory,  mówić  mu  o  moim  małym  problemie  ze 
zdradzieckimi ustami. Kiedyś w przyszłości jestem pewna, że Amos zrozumie, że kłamanie zdaje 
się przychodzić do mnie naturalnie i prawdopodobnie będzie potrafił ustalić czy powinien brać 
na poważnie cokolwiek, co wychodzi z moich ust, tak jak robią to Grace, Emma i czasami nawet 
James. Ale w tej chwili… ta. Nie sądzę, że to odpowiednia pora na wyciąganie szkieletów z mojej 
szafy. 

Więc  chociaż  bardzo  bolało  to  moje  zdradzieckie  usta  –  i  choć  w  głębi  duszy  nadal 

naprawdę  chciałam  doprowadzić  Napuszonego  Chłopaka  do  krawędzi  łez  –  westchnęłam  w 
duchu, zapanowałam nad moimi niezależnymi ustami i zmusiłam się do zrobienia jednej rzeczy, 
której nie robię zbyt często. 

Wyznania prawdy. 

…a przynajmniej tak zamierzałam. 

- Prawda jest taka… 

- ZWYCIĘSTWO DLA GRYFFINDORU! 

Prawie wyskoczyłam ze skóry na dźwięk otwieranych drzwi Wielkiej Sali i śmiesznie głośną 

pieśń  zwycięstwa  Syriusza  Blacka.  Obracając  się  na  miejscu  razem  z  każdą  osobą  na  sali  – 
wliczając  gapiących  się  Puchonów  obok  mnie  –  praktycznie  czułam  jak  serce  wyrywa  mi  się  z 
piersi  i  nie  potrafiłam  opanować  własnego  szerokiego  uśmiechu,  gdy  promieniujący  Syriusz 
wkroczył  arogancko  do  sali,  a  za  nim  dramatycznie  podążał  sam  kapitan  Gryffońskiej  drużyny 
Quidditcha… bez opatrunku na ręce. 

Pozwolono mu grać. 

POZWOLONO MU GRAĆ! 

- Och, pieprzona cholera – mruknął obok mnie Amos. 

Muszę mieć więcej dumy z Gryffindoru niż przypuszczałam, ponieważ w tamtym momencie 

nie  potrafiłam  wydusić  z  siebie  współczucia  dla  mojego  ukochanego  i  jego  zdruzgotanej 
drużyny. Jamesowi ściągnięto opatrunek. James będzie grał. 

Totalnie skopiemy tyłek Puchonom. 

Nie będąc jedyną świadomą tego szczególnego uczucia, cały stół Gryffonów stał na nogach, 

tańcząc  po  Wielkiej  Sali  w  śmieszny  sposób,  wołając  i  krzycząc,  jakby  było  już  po  meczu  i 
jakbyśmy wygrali. Na platformie profesorskiej Dumbledore dalej jadł swoją owsiankę, jakby nie 
działo się nic szczególnego i ¼ grona studenckiego nie skakała po Wielkiej Sali jak pijani durnie. 

background image

44 

 

Również  ignorując  wiwaty  i  krzyki  od  strony  Gryffindoru,  odwróciłam  się  do  osłupiałych 

Puchonów,  którzy  wyglądali  jak  ryby  wyciągnięte  z  wody  i  nie  potrafiłam  skryć  mojego 
napuszonego tonu, wzdychając lekko i mówiąc. – Cóż, sądzę, że to wszystko wyjaśnia. 

I  niemalże  wybuchłam  głupim  śmiechem,  kiedy  spojrzałam  na  Napuszonego  Chłopaka  i 

zauważyłam, że zdecydowanie miał bardziej szkliste oczy niż wcześniej. 

Ach, słodkie zwycięstwo. 

-  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  –  krzyknął  Amos,  uderzając  pięściami  w  stół.  Odchyliłam  się 

nieznacznie, na wypadek, gdyby bestia Quidditchowa wewnątrz niego przejęła nad nim kontrolę 
i  zaatakowała  najbliższą  związaną  z  Gryffindorem  rzecz  –  mianowicie  mnie.  –  Jego  ręka  była 
zmiażdżona! Powiedzieli, że była pieprzenie zmiażdżona! 

- Uspokój się, Amosie – spróbowałam łagodnie, choć nie ważyłam się go dotykać. Faceci są 

bardzo drażliwi, gdy doprowadzą się do takich stanów. –  Mecz jeszcze się nie zaczął. Czym się 
przejmujesz? Przed wczorajszym dniem James miał grać od samego początku, prawda? 

Ale  Amos  nie  chciał  na  to  odpowiadać.  Spojrzał  ponuro  na  swoje  do  połowy  zjedzone 

śniadanie  i  mruknął  niezrozumiałe  rzeczy  do  talerza.  Zasznurowałam  usta  i  starałam  się  nie 
irytować,  ale czy nie  mówiłam  zawsze,  że faceci  zbyt poważnie  biorą  ten  Quidditch? I miałam 
rację. Mecz nawet się jeszcze nie  zaczął! Nad czym on jęczał? Teraz byli uczciwie dopasowani, 
siedmioro przeciwko siedmiorgu. Nie chciał sprawiedliwego meczu? 

Zamierzałam  o  to  właśnie  go  zapytać,  próbując  wykazać  rozsądek  w  jego  obecnym 

nierozsądnym stanie, kiedy to poczułam. Coś było wiązane wokół mojej szyi. 

Wokół mojej szyi. 

Naturalnie moją pierwszą myślą było: podwójne cholerne pieprzone kurde. 

Szaleni Puchoni zdecydowali zlinczować najbliższego Gryffona. 

Kurde. 

Bo kto tak naprawdę o tym nie myślał? 

Ale  powstrzymałam  się  przed  paniką.  Nie  chciałam  być  zbzikowaną  wrzeszczącą  kobietą, 

gdy równie zbzikowani Puchoni przywieszą moje wymachujące ciało do sufitu. Zmusiłam się do 
utrzymania spokoju, nawet w obliczu śmierci i dzięki Merlinowi, że to zrobiłam, ponieważ przy 
moim  rozsądku  szybko  zdałam  sobie  sprawę,  ku  wiecznej  uldze,  że  to  nie  sznur  był  wiązany 
wokół mojej szyi. 

background image

45 

 

Był to szal. 

Szkarłatno-złoty szal. 

Dzięki Merlinowi! 

Obróciłam  się  na  miejscu,  chwytając  szal  Gryffoński  dobrze  zawiązany  wokół  mojej  szyi, 

znajdując  nie  grupę  wściekłych,  żądnych  krwi  Puchonów  gotowych  na  zlinczowanie  Gryffonki, 
ale  szczęśliwie  uśmiechającą  się  twarz  ostatniego  sprawcy  dramaturgii,  samego  kapitana 
Gryffońskiej drużyny Quidditcha. 

Co on teraz kombinował? 

-  Zdejmiesz go  – powiedział  do mnie James zadziwiająco srogim  głosem jak  na kogoś,  kto 

uśmiechał się tak promiennie, poprawiając mój szal, tak że mógł dosięgnąć mojego przodu – a 
mogę ci osobiście przyrzec, że się ciebie wyrzeknę. 

Gapiłam  się  na  niego  jak  bezmyślna  idiotka,  starając  się  rozgryźć  co  ten  cholerny  dureń 

myślał, że robił. Wyrzec się mnie? Ha! Jakby w ogóle mógł! Zamierzałam ochrzanić tego kretyna, 
ale ostatecznie nie musiałam. 

Amos najwyraźniej postanowił zrobić to za mnie. 

Choć nie w zabawny sposób, tak jak ja zamierzałam to zrobić. 

-  Co  ty  tutaj  robisz,  Potter?  –  odezwał  się  zjadliwie,  co  nie  było  zaskakujące  biorąc  pod 

uwagę  jego  rozdrażniony  stan.  Patrząc  gniewnie,  Amos  podniósł  się  z  miejsca  i  stanął  obok 
Jamesa,  próbując  onieśmielić  go  samą  swoją  obecnością  (co,  chociaż  mocno  go  kocham,  a  to 
była  świetna  próba,  byłoby  prawdopodobnie  bardziej  efektowne,  gdyby  James  nie  był  jakieś 
dwa  cale  wyższy  od  Amosa.  Ale,  wiecie,  liczy  się  próba).  Sądziłam,  że  James  odwzajemni 
wściekły wzrok Amosa i zacznie na niego wrzeszczeć, i byłam przygotowana na opieprzenie ich, 
jeśli  zaczną  kłótnię,  ale  James  zszokował  mnie,  kiedy  zlekceważył  Amosa  oraz  jego  próbę 
onieśmielenia, schylając się lekko, aby być ze mną na poziomie wzrokowym. 

- Rozumiesz? – zapytał. 

Wtedy  zdałam  sobie  sprawę  co  wyprawiał.  Gierki  intelektualne.  Grał  w  te  głupie  męskie 

gierki  intelektualne.  Jedyną  rzeczą  gorszą  od  skonfrontowania  się  z  Amosem  i  jego  próbą 
zaczęcia  czegoś  było  efektowne  tego  lekceważenie.  James  to  wiedział.  Ja  to  wiedziałam.  A 
patrząc na to, jak twarz Amosa zaczęła nabierać mocno czerwonego koloru, wyglądało na to, że 
on też wiedział. 

Szlag by to. 

background image

46 

 

To się nie skończy dobrze. 

Może jednak będzie linczowanie. 

- Mam własny szal, James – wymamrotałam cicho, posyłając mu znaczące nie-waż-się-choć-

przez-sekundę-myśleć-że-nie-wiem-co-robisz-i-lepiej-natychmiast-to-przestań-bo-inaczej-
pożałujesz-mendo  spojrzenie,  próbując  uniknąć  bijatyki,  która  zdecydowanie  się  wydarzy,  jeśli 
ktoś tego teraz nie powstrzyma. James uśmiechnął się jedynie, jego oczy się iskrzyły. 

- Na dworze jest zimno – powiedział ot tak, wciąż ignorując Amosa i wciąż uśmiechając się 

absurdalnie.  –  Przydadzą  ci  się  dwa.  Poza  tym  potrzebuję,  żebyś  ogrzała  mój.  –  Potem,  jakby 
udowadniając swoją rację, złapał końce szala i znowu zaczął je wokół mnie oplatać. 

Wtedy Amos wpadł w szał. 

Co  w  innych  okolicznościach  pewnie  by  mnie  ucieszyło,  wiecie.  Zazdrość  zazwyczaj  była 

świetnym  znakiem.  Ale  było  za  wcześnie  na  morderstwo,  a  ja  jeszcze  nie  skończyłam  moich 
gofrów. 

Nie ma zabijania o pustym żołądku. 

- Robisz sobie ze mnie z tym pieprzone jaja, prawda, Potter? – Sama jego pogarda sprawiła, 

że  się  skrzywiłam.  Działo  się  to.  Gierki  intelektualne  w  końcu  go  dopadły.  Teraz  miał  coś  do 
udowodnienia. A głupi, głupiutki James stał tam i się uśmiechał, jeszcze wszystko pogarszając. 
Chciałam  trzepnąć  szczerzącego  się  głupka  w  łeb,  ale  nie  wiedziałam,  czy  polepszyłabym,  czy 
pogorszyła sytuację. – Musisz sobie robić ze mnie pieprzone jaja. 

Ale James nie zdawał się „robić z nikogo pieprzonych jaj”. Wiedząc, że wciąż miał przewagę, 

wyprostował  się  do  swojego  pełnego  wzrostu,  ledwie  spoglądając  na  Amosa  i  jego 
poczerwieniałą twarz. Na sekundę odwrócił się na prawo, gdzie stał Amos, po czym zwrócił się z 
powrotem do mnie. 

-  Mówię  poważnie,  Nieomylna  –  ostrzegł,  wyglądając  poważnie.  –  Ufam  ci,  że  go 

zatrzymasz. 

- Nie muszę go zatrzymywać. 

- Tak, musisz. 

-  Nie,  ona  cholernie  nie  musi!  –  krzyknął  Amos,  wyrzucając  ręce  w  powietrze  w 

rozdrażnieniu.  Wzdrygnęłam  się  na  widok  czystej  nienawiści  pojawiającej  się  na  jego  twarzy, 
kiedy  zrobił  kolejny  wściekły  krok  w  stronę  Jamesa.  –  Możesz  wziąć  swój  pieprzony  szal  i 
wsadzić go sobie do cholernej dupy, Potter! 

background image

47 

 

Naprawdę, wcześniej nie wiedziałam, że Amos ma taką niewyparzoną buzię. 

Jesteśmy niezwykłą parą, nieprawdaż? 

James  miał  czelność  spojrzeć  na  Amosa,  jakby  dopiero  zauważył,  że  on  tam  stał  i 

zastanawiał  się  ze  zdziwieniem,  dlaczego  ten  facet  wściekał  się  jak  jakiś  obłąkaniec.  Byłam 
pewna, że było to jego celem, bo to jeszcze bardziej rozgniewało Amosa, zwłaszcza kiedy James 
głupio posłał Amosowi wyniosłe spojrzenie i powiedział bardzo spokojnie. – Na brodę Merlina, 
Diggory, siadaj. Zaraz wybuchniesz. 

To była zapewne prawda. 

Amos był trochę zbyt czerwony na twarzy, jeśli wiecie o co mi chodzi. 

Ale nie zamierzałam dodawać do tego moich słów. 

Amos  wyglądał,  jakby  miał  zaraz  wybuchnąć  na  Jamesa  i  wtedy  wiedziałam,  że  pora 

zainterweniować.  Podnosząc  się  na  nogi,  celowo  stanęłam  między  nimi  dwoje,  stając  przed 
Jamesem,  twarzą  do  Amosa.  Przybierając  najszczerszy  i  najbardziej  dodający  otuchy  uśmiech, 
położyłam stanowczo ręce na barkach Amosa, starając się przykuć jego uwagę. Zwrócił na mnie 
rozgniewane oczy. 

- On próbuje cię zdenerwować – powiedziałam mu znacząco, kopiąc lekko Jamesa w goleń, 

żeby  dać  mu  znać,  co  o  tym  myślałam.  Usłyszałam  jego  śmiech  zamiast  jęku  –  a  ty  mu  na  to 
pozwalasz, Amosie. Usiądź. – Nie czekając na to, co myślał o tym Amos, obróciłam się na pięcie 
do  Jamesa,  piorunując  go  mocno  wzrokiem.  James,  naturalnie,  się  uśmiechał.  –  Przestań  – 
powiedziałam. – Będę nosić twój przeklęty szal. Wracaj do stołu. Proszę. 

Oczekiwałam,  że  James  potrząśnie  głową  i  rzuci  Amosowi  jeszcze  jedną  prowokującą 

uwagę, a w takim wypadku wybuchłoby całe piekło i miałam pewność, że nikt by nie przeżył, ale 
zaskoczył  mnie,  uśmiechając  się  do  mnie  tym  samym  uśmiechem,  poprawił  trochę  szal  i 
powiedział cicho. – Tylko tego chciałem. 

Zmrużyłam oczy. – Tak? – spytałam. 

-  Tak  –  odparł,  po  czym  zaczął  odchodzić.  Stałam  tam  skonsternowana,  jak  wracał 

tanecznym krokiem do stołu Gryffindoru, dotykając palcami krawędzi jego szala. Jednakże nagle 
odwrócił się i znowu na mnie spojrzał. – Hej, Nieomylna! – zawołał. 

- No? – zawołałam. 

Uśmiech Jamesa był olśniewający. – Twój chłopak wygląda na wściekłego. Być może czas na 

kawał. Może ten o kaflu i nodze od stołka. Wczoraj rozśmieszył mnie do łez. 

background image

48 

 

Po czym obrócił się i oddalił, śmiejąc się do samego siebie. 

- Nie słyszałem tego kawału – powiedział Napuszony Chłopak. – Jak idzie? 

W tamtej chwili naprawdę pragnęłam zabić Jamesa Pottera. 

Jeżeli nie zrobi tego pierwszy Amos. 

 

Później Później, Klatka Schodowa Dziewcząt, Pokój Wspólny Gryffindoru 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 26 

Suma Obserwacji: 165 

Zwykłam myśleć, że byłam uodporniona na nieznośne skutki Quidditcha. 

To  znaczy,  wiem,  że  wszyscy  robią  się  bardziej  ożywieni  i  zbzikowani  przy  meczach 

Quidditcha – mówią rzeczy, których normalnie by nie powiedzieli – ale ja? Błagam. Ja nawet nie 
lubię tej cholernej gry. Czemu powinna na mnie wpływać? Nigdy tak nie było. Nawet w moich 
wiecznych  stanach  miłości  do  Amosowego  Quidditcha,  nigdy  nie  straciłam  równowagi. 
Przenigdy. Ani razu. 

Ale  kiedy  siedzę  tutaj  teraz  na  klatce  schodowej  dziewcząt  w  pokoju  wspólnym,  cicho 

myśląc o ostatnich paru godzinach, wiem, że coś musi być nie tak. Niezależnie od jakichkolwiek 
poprzednich  dowodów  na  zakwestionowanie  mojego  wniosku,  jestem  gotowa  obwinić  o 
wszystko  Quidditch.  Ponieważ  te…  rzeczy…  które  mówię…  czuję…  nie  są  normalne.  Po  prostu 
nie.  Nie  są  mną.  A  nie  wiem,  co  innego  winić,  jak  nie  Quidditch.  Nie  ma  innego  wyjaśnienia. 
Chyba że… chyba że po prostu… 

Chyba że są mną. 

A to, niestety, nie jest dobrze. 

Ale odbiegam od tematu… 

Mogłabym  zmarnować  masę  cennego  czasu  i  cennego  papieru  w  absurdalnej  próbie 

opisania…  szaleństwa,  jakim  był  mecz  Hufflepuff  kontra  Gryffindor,  ale  nie  mam  ani 
umiejętności,  ani skłonności do zagłębiania się w detale, więc nie sądzę, że to zrobię.  Mówiąc 
całkowicie  szczerze  przez  połowę  czasu,  który  spędziłam,  oglądając  mecz,  po  prostu 
próbowałam rozgryźć, co się tam, na Boga, działo, a podczas drugiej połowy czasu próbowałam 
nie  ogłuchnąć,  więc  niespecjalnie  jestem  pewna,  jaki  byłby  sens  opisywania  meczu  z  mojej 

background image

49 

 

strony. Jednak jedną rzeczą, którą wiem jest to, że moje bębenki uszne nigdy już nie będą takie 
same. 

Nigdy tak naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, jak my Gryffoni możemy być głośni, jeżeli da 

się nam powód do wrzasku. 

A istniało zdecydowanie wiele powodów do wrzasku. 

Wyraźnie  było  widać  to  wtedy,  gdy  Gryffindor  zdołał  zdobyć  pierwszy  punkt  meczu  w 

czwartej sekundzie gry – a potem w dwunastej - drugi – że mecz nie pójdzie po myśli Puchonów. 
Serce  bolało  mnie  z  powodu  biednego  Amosa,  który  wyglądał  na  kompletnie  zszokowanego 
(choć również całkiem smakowicie na tej swojej miotle!), kiedy James zdobył tego pierwszego 
gola i na absolutnie zszokowanego, gdy  Marley udało się wbić drugiego. Starałam się nie czuć 
poczucia  winy,  kiedy  zobaczyłam  zdziwione  miny  drużyny  Hufflepuffu,  kiedy  Gryffindor 
zignorował ich obronę i zaatakował ich ofensywnych zawodników. Starałam się nie myśleć zbyt 
dużo  o  fakcie,  że  przeze  mnie  byli  tak  zaskoczeni.  Ale  i  tak  dość  szybko  się  poprawili.  Nie 
pomogło to za wiele. Wciąż przegrywali. 

Jednakże Hufflepuff nie planował przegrać bez walki. 

I naprawdę walczyli. 

Właściwie to dosłownie. 

Przysięgam,  że  nigdy  nie  widziałam  tak  wiele…  walenia  w  całym  moim  życiu!  Co  dwie 

sekundy jakiś zawodnik walił w innego. I najczęściej to oddział mojego ukochanego dostawał te 
cięgi. Teraz wiem, że to walenie jest normą w Quidditchu, ale nawet Peter i Remus – którzy są 
bardzo dobrze doinformowani o Quidditchu – krzyczeli do Hooch, żeby coś zrobiła. Tak było źle. 
A chociaż całym sercem kocham mojego ukochanego przyszłego męża, to moi przyjaciele są w 
tej  drużynie,  na  którą  ciągle  najeżdżał,  więc  sama  nie  mogłam  powstrzymać  się  od  wrzasku 
oburzenia razem z resztą moich kolegów z domu. Wiedziałam, że musiało być dla nich trudne, 
że widocznie nie wygrywali meczu, ale szczerze, są lepsze sposoby na radzenie sobie z żalem! 

Nie było już więcej miłych Puchonów, to na pewno. 

Ale wszystko dobre, co dobrze się kończy. Zajęło im to szmat czasu (moje uszy były prawie 

odmrożone, i dzwoniło w nich), ale szukający Gryffindoru nareszcie zdobył znicz, kończąc grę z 
dość zawstydzającym wynikiem 410-90. 

A my, Gryffoni… trochę oszaleliśmy. 

Albo bardziej niż trochę oszaleliśmy. 

background image

50 

 

Ale jak mówiłam, widzicie, to Quidditch. 

Na  boisku  drużyna  wpadła  w  pozytywny  szał,  wrzeszcząc  i  krzycząc  (jeden  bardzo  głośny 

krzyk  rozpoznałam  wyraźnie  jako  głos  Gracie)  i  tańcząc  na  swoich  miotłach  (bardzo 
niebezpieczne,  ale  nikt  nie  wdawał  się  tego  zauważyć).  Ponad  słupkami  Chris  Lynch  niemal 
zsunął  się  z  miotły  w  samym  środku  własnego  tańca  zwycięstwa.  A  choć  jestem  trochę 
zawstydzona,  przyznając  się  do  tego,  my  Gryffoni  na  trybunach  nie  byliśmy  wcale  lepsi.  My 
niewinne  przypadkowe  osoby  krzyczeliśmy  w  poczuciu  zwycięstwa,  przytulaliśmy  się, 
wrzeszczeliśmy  i  klaskaliśmy,  kiedy  drużyna  wykonała  szybkie  zwycięskie  okrążenie  wokół 
boiska, zachowując się, jakby był to ostatni mecz sezonu, a nie tylko pierwszy. A gdy z radością 
mówię,  że  byłam  jedną  z  paru  osób,  które  były  zdolne  do  zachowania  rozsądku  podczas 
szaleństwa,  nie  mogę  szczerze  powiedzieć,  że  sama  trochę  nie  poświętowałam.  Trudno  było 
tego nie zrobić. 

Obwiniam o to zbyt wielką ilość świeżego powietrza. 

Na szczęście wszyscy wkrótce zmęczyli się wrzaskiem i skakaniem – choć sądzę, że to zimno 

ich załatwiło – i impreza miała przenieść się do pokoju wspólnego. Podążając za prowadzącym 
tłumem,  Em i ja zeszłyśmy  z trybun na  boisko,  gdzie Grace i  reszta  drużyny (tak jak większość 
Gryffonów) kończyła świętowanie na dworze przed skierowaniem się do odpowiednich szatni i 
pokoi wspólnych. Dostrzegłam Gracie pomiędzy tłumem, stojącą pośrodku boiska. 

Była brudna oraz spocona, ale najlepsi przyjaciele muszą robić to, co do nich należy. 

- Przedni mecz, Gracie! – powiedziałam, kiedy zdołałyśmy w końcu do niej dotrzeć z Emmą. 

Przytuliłam  ją  mocno  (fuj),  a  ona  uśmiechała  się  od  ucha  do  ucha.  –  Znakomicie  sobie 
poradziłaś! Piękna robota z kijem! Świetne latanie! Naprawdę. Było dość intrygujące. 

Nie  miałam  pojęcia,  o  czym  gadałam,  ale  wyłapałam  parę  ładnych  zdań  podczas  czasu 

spędzonego na trybunach i stwierdziłam, że je dobrze zastosuję. 

Dobrze wykorzystuję źródła. 

-  Oszalałaś  –  mruknęła  Grace,  ale  śmiała  się,  gdy  to  mówiła  i  wyglądała  na  pozytywnie 

zakręconą. – Ale dzięki. Faktycznie był to znakomity mecz, prawda? 

Nie  byłam  pewna  technicznie,  co  kwalifikuje  się  jako  znakomity  mecz,  a  co  nie,  lecz 

Gryffindor wygrał i Gracie wydawała się tak właśnie myśleć, więc skinęłam głową. 

Tak trzeba było zrobić. 

-  Nie  mogę  uwierzyć  w  liczbę  faulów  –  wtrąciła  Emma,  kręcąc  głową  i  także  przytulając 

szybko Grace. – Był to dość brutalny mecz. 

background image

51 

 

-  Puchoni  byli  zdesperowani  –  powiedziałam,  bez  przekonania  próbując  obronić  czyny 

mojego męża. Jednak moja duma z Gryffindoru nie pozwoliła  mi na wiele walki. Stwierdziłam, 
że moje kochanie mnie zrozumie. 

Grace  spojrzała,  wzruszając  ramionami.  –  Quidditch  będzie  Quidditchem  –  powiedziała. 

Potem uśmiechnęła się lekko szelmowsko. – Poza tym i tak sprawiliśmy im baty. Jak bardzo jest 
to żałosne? 

Roześmiałyśmy się,  po czym Grace  zaczęła gadać o według  niech najlepszych  momentach 

meczu  (jakbyśmy  nie  oglądały  z  Emmeline  całego  meczu  i  potrzebowały  szczegółowego 
podsumowania),  więc  naturalnie  trochę  się  oddaliłam,  nie  chcąc  słuchać  już  o  Quidditchu. 
Zaczęłam się rozglądać, szukając Amosa, ale było prawie niemożliwe zobaczyć przed sobą dwie 
stopy  przy  tłumie  ludzi,  który  pojawił  się  na  boisku.  Wtedy  rozglądnęłam  się  za  Jamesem, 
myśląc  o  tym,  że  jemu  też  prawdopodobnie  powinnam  pogratulować.  O  dziwo,  dość  szybko 
dostrzegłam Jamesa, nawet przez masę ludzi. 

Ale kiedy go zauważyłam… wolałabym tego nie zrobić. 

Tutaj właśnie się zaczęło, wiecie. 

Dylemat 

szaleństwa-Quidditcha-ale-może-to-nie-szaleństwo-Quidditcha-może-to-moje-

szaleństwo-i-nie-wiem-co-o-tym-myśleć. 

Ponieważ  James  stał  przy  szatni,  śmiejąc  się  ze  swoimi  przyjaciółmi  i  wyglądał  na  bardzo 

szczęśliwego. A to byłoby bardzo w porządku i w ogóle, gdyby nie fakt, że tuż przy nim, tkwiąc 
pod jego ramieniem i śmiejąc się razem z resztą, była Elisabeth Saunders. 

Dosyć niespodziewanie zachciało mi się rzygać. 

Powodów na to mogło być miliard. Tylko jeden przychodził mi wtedy do głowy, a gdybym 

była gotowa przedyskutować ten pojedynczy powód, to bym to zrobiła, ale biorąc pod uwagę, 
że nie jestem na taką rzecz gotowa psychicznie/fizycznie/duchowo/itp., lepiej mi obwiniać o to 
wszystko Quidditch. 

Jednak to usprawiedliwienie nie rozwiązało mi supła w żołądku. 

Na szczęście w tym dokładnie momencie udało mi się powstrzymać wymioty i odwróciłam 

wzrok od przerażającej sceny przy szatni (choć jeśli jeszcze raz usłyszę głośne chichoty Saunders 
i zechcę coś uderzyć, nie będzie to moja wina), dostrzegłam bardzo znajomą twarz kierującą się 
do szatni Puchonów. 

Amos. 

background image

52 

 

Prawie krzyknęłam z ulgą. 

Był wystarczającym powodem rozproszenia uwagi.  

To znaczy… nie wyglądał na szczególnie wesoły powód w tej chwili, ale wezmę to, co mogę. 

Chciałam iść z nim pogadać, pocieszyć go w razie potrzeby, ale nie byłam pewna, co miałam 

powiedzieć. Nie wiedziałam, czy był na mnie wściekły, wiecie, za tę sprawę z ofensywą-obroną. 
Prawdopodobnie  nie  był.  On  wiedział  tylko,  że  to  nie  było  kłamstwem,  tylko  po  prostu 
niecelową pomyłką. Oczywiście ja wiedziałam inaczej, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że on o 
tym  nie  wie.  Jednakże  facet  był  całkiem  zdenerwowany  –  będzie  szukał  kogoś  do  obarczenia 
winą. A w tamtej chwili pewnie wyglądałam na znakomitego kozła ofiarnego. 

Ale być może będę również znakomitym pocieszeniem. 

Szlag. 

Decyzje, decyzje, decyzje. 

Zaczęłam kierować się do Amosa, decydując, że stanę przed jego możliwym gniewem, jeżeli 

będę miała szansę na ostudzenie jego nieszczęścia, kiedy niespodziewanie poczułam szarpnięcie 
za mój szal – albo raczej szal Jamesa. Obróciłam się. 

- Niech sam się nad sobą rozczula, Nieomylna. Bądź przez chwilkę Gryffonką, co? 

Stał przede mną James – bez Saunders, jak od razu zauważyłam – z najgłupszym uśmiechem 

na twarzy i najweselszym błyskiem w oczach. Był brudny, spocony i pachniał skórą oraz trawą, 
ale przez sposób, w jaki stał tam, jakby został nazwany królem świata, nie miało to znaczenia. 
Zerknęłam przez jego ramię, ale podczas gdy Remus, Syriusz i Peter rozmawiali żywo z Grace i 
Emmą o meczu (tak przypuszczałam, że o meczu. Nie słyszałam), Saunders nigdzie nie było. 

Osobiście miałam nadzieję, że obrała właściwy kierunek do Wielkiego Jeziora. 

Najlepiej na jego dno. 

Nie wiedząc, jak pływać. 

Ani trochę. 

- Ale popatrz na niego – powiedziałam do Jamesa, w końcu odnajdując mój głos i otrząsając 

się  z  morderczych  myśli  (choć  były  właściwie  zasłużone).  Wskazałam  na  Amosa,  który  coraz 
bardziej zbliżał się do szatni Hufflepuffu. – Nie sądzisz, że… 

- Nie. 

background image

53 

 

- Nie? 

- Nie. 

Wtedy  wybuchł  śmiechem.  Śmiał  się  tak  jak  wcześniej  i  jeszcze  więcej,  zarzucił  na  mnie 

ramię,  trzymając  mnie  tak,  jak  trzymał  Saunders  parę  minut  wcześniej.  Początkowo 
zamierzałam zrzucić jego rękę, nie chcąc zostać zredukowaną do statusu Saunders albo mieć na 
sobie  jej  drobnoustroje,  ale  potem  zdałam  sobie  sprawę,  że  odpychając  go  od  siebie,  wyślę 
wiadomość,  że  Saunders  ma  nade  mną  górę.  Zasadniczo  będę  mówić,  że  ona  i  James  są 
lepszymi przyjaciółmi niż my, że ona lubiła go bardziej niż ja, mogła dotykać go bardziej niż ja, 
mogła  robić  więcej  rzeczy  ode  mnie…  a  niech  mnie  diabli  wezmą,  jeśli  sama  myśl  o  tym  nie 
sprawiała,  że  znowu  było  mi  niedobrze.  A  kiedy  w  głowie  powtarzałam  „To  Quidditch.  To 
Quidditch”  to  mantra  wcale  nie  poprawiała  mi  humoru.  Zamiast  tego  spróbowałam  pocieszyć 
się faktem, że James wyraźnie lubi mnie bardziej niż „Lizzie” i że nasza przyjaźń rażąco dominuje 
nad  jakimikolwiek  uczuciami  pożądania  (bo  wyraźnie  tylko  to  istniało).  które  wcześniej  były 
między nimi. 

Chodzi  mi  o  to,  że  Saunders  lubiła  go  tylko  za  jego  świetne  ciało  i  głębokie  umiejętności 

całowania – przynajmniej tak myślałam, że były głębokie. Jeśli plotki są prawdziwe, to tak. Nie 
mam żadnego doświadczenia z tą umiejętnością. Poza tym jednym razem, kiedy cmoknął mnie 
w policzek, ale to się nie liczy. Nie był to pocałunek. Był to idealnie niewinny „dziękuję ci” całus. 
Nie pocałunek. Nie ma mowy. 

Nie  chciałabym  też  wcale  go  całować,  nawet  dla  doświadczalnych  powodów,  żeby 

zobaczyć, czy plotki były prawdziwe. 

Pewnie jest i tak do kitu. 

Ale tak, ona go wykorzystywała. 

Ja nie. 

Przyjaciele ponad randkami, wszystkie te bzdury. 

- Chodź – powiedział James, wyrywając mnie z myśli, nadal obejmując mnie ramieniem. – 

Przegapiamy  imprezę.  A  tak  poza  tym,  wciąż  nie  pogratulowałaś  mi  mojego  wspaniałego 
występu i obawiam się, że będę bardzo zdruzgotany, jeżeli zaraz nie dostanę żadnej pochwały. 

Wywróciłam oczami, kiedy uśmiechnął się szelmowsko. 

O jeeezu. 

Co za przygłup. 

background image

54 

 

Przygłup, w dodatku źle całujący. 

-  Z  pewnością  dałabym  ci  jakąś  pochwałę  –  odpowiedziałam,  patrząc  na  niego  niewinnie, 

gotowa zetrzeć ten głupi uśmiech z jego twarzy – ale próbuję tej nowej rzeczy, wiesz. Nazywa 
się mówieniem prawdy. 

-  Ogromnie  przereklamowane  –  odparł  od  razu  James  i  parsknęłam  śmiechem  na  jego 

całkowicie poważną twarz. Zamiast zniknąć głupi uśmiech jeszcze się powiększył i James ciągnął 
swoje  oszczerstwa  przeciwko  prawdziwe.  –  Tak,  bardzo  przereklamowana.  Sam  się  nią  nie 
przejmuję. – Szturchnął mnie biodrem. – No dalej – dodał. – Wiesz, że skopałem tyłki. 

Nie widziałam sensu w mówieniu mu, że naprawdę dość dobrze „skopał tyłki” (chyba frazes 

Quidditchowy?),  bo  miałam  przeczucie,  że  jeśli  jego  głowa  stanie  się  jeszcze  większa,  to  nie 
będziemy  w  stanie  przepchać  go  przez  drzwi  wejściowe.  Więc  wzruszyłam  ramionami, 
zarabiając kolejny uśmiech od niego. Postanowiłam szybko zmienić temat. – Jak twoja ręka? – 
spytałam. 

- Dobija mnie – odpowiedział James, a choć powiedział to swobodnie, miałam przeczucie, iż 

mówił ogromnie przereklamowaną prawdę. – Jak myślisz, dlaczego przełożyłem ją przez twoje 
ramię? – spytał. – Podpierasz mi ją. 

- Dlatego też przełożyłeś ją przez Saunders? 

Nie wiem, dlaczego zapytałam. Nie przypominam sobie wysyłania sygnału do mózgu, żeby 

wysłał  sygnał  do  ust,  które  wyrzuciły  te  głupie  słowa,  ale  jakimś  cudem  i  tak  to  zrobiły.  Nie 
mogłam  tego  wyjaśnić,  poza  powiedzeniem,  że  Quidditch  najwyraźniej  wpływa  na  moje 
zdradzieckie  usta,  które  raz  jeszcze  postanowiły  przejąć  kontrolę.  Kiedy  odwróciłam  się  do 
niego,  James  wyglądał  na  zaskoczonego  tym  pytaniem.  Zarumieniłam  się  absurdalnie  mocno  i 
odsunęłabym się od niego, uciekając ze wstydu, gdybym nie wiedziała, że James poszedłby tuż 
za mną. 

Nie chciałam już, żeby tylko Saunders tonęła na dnie jeziora. 

Zawsze lubiłam wodę. 

- Co to ma znaczyć? – zapytał. 

Nie  wiedziałam  –  być  może  nie  chciałam  wiedzieć  –  więc  wzruszyłam  tylko  ramionami. 

James jednak nie chciał odpuścić. 

-  Liz  i  ja  jesteśmy  przyjaciółmi,  Lily  –  powiedział,  posyłając  mi  to  dziwne  spojrzenie. 

Powiedział  to  tak,  jakby  ten  komentarz  miał  poprawić  mi  humor.  –  Tak  jak  my  jesteśmy 
przyjaciółmi. 

background image

55 

 

- Lepszymi przyjaciółmi niż my? 

Nie  potrafiłam  powstrzymać  moich  ust.  Głupie  pytania  ciągle  nadchodziły.  Jeśli  było  to 

możliwe, jeszcze mocniej się zaczerwieniłam. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak musiałam być 
wtedy ognisto czerwona. 

Nie było dobrze. 

Ani trochę. 

-  Nie  lepszymi  –  odpowiedział  powoli  James,  jego  głos  był  dziwnie  głęboki  z  jakiegoś 

powodu. – Tylko innymi. Znam ją dłużej od ciebie. 

- I chodziłeś z nią. 

Chcę nowe usta. 

CHCĘ NOWE USTA!! 

- Jest jeszcze to – odparł cicho James, potakując. Przestał iść i zabrał rękę z moich ramion. – 

Lily… 

Nie  wiedziałam,  co  zamierzał  powiedzieć  –  co  mógł  powiedzieć,  kiedy  brzmiałam  jak 

cholerna  kretynka?  Nie  wyglądał  na  złego,  tylko…  zdezorientowanego,  tak  sądzę,  ale  było  też 
jeszcze coś innego, coś, czego nie potrafiłam określić. A chociaż nie byłam pewna, co to było, to 
wiedziałam, że nie chciałam wiedzieć, co mógł powiedzieć. Cokolwiek to było. 

Nie mogłam. 

Naprawdę nie mogłam. 

- Lepiej idź wziąć prysznic – powiedziałam szybko – zbyt szybko, wiedziałam, ale być może 

także  zbyt  wolno.  Stuprocentowo  głupio,  bez  względu  na  szybkość.  –  Merlin  jeden  wie,  że 
impreza pewnie zaczęła się już w pokoju wspólnym. 

Tak  mocno  się  wierciłam,  iż  byłam  zdziwiona,  że  James  nie  pomyślał,  żeby  wstrzyknąć  mi 

coś  na  powstrzymanie  napadów  padaczkowych,  ale  nie  potrafiłam  przestać.  Musiał  sobie 
pomyśleć, że całkowicie zdurniałam, ponieważ wyraźnie nie chciałam na niego spojrzeć i wbiłam 
wzrok  w  punkt  ponad  jego  ramieniem.  W  głowie  mi  waliło,  żołądek  miałam  w  supłach  i  raz 
jeszcze moje zdradzieckie usta wypowiedziały masę głupich rzeczy, których nie powinny. Ale w 
przeciwieństwie do wcześniejszych sytuacji, rozmyślałam o wszystkim, co moje usta wydukały. 
Po prostu nie chciałam tego powiedzieć. Przynajmniej nie głośno, a już na pewno nie Jamesowi. 

Wszystko to było bardzo przygnebiające. 

background image

56 

 

-  Nic  ci  nie  jest?  –  zapytał  James,  kładąc  rękę  na  moim  barku.  Zesztywniałam,  ale  jeśli 

zauważył,  to  nic  nie  powiedział.  Odpowiedziałabym,  ale  nie  ufałam  moim  ustom,  żeby  nie 
powiedziały  znowu  czegoś  idiotycznego,  więc  skinęłam  tylko  głową.  Dostałam  w  odpowiedzi 
sceptyczne spojrzenie. – Lily, co się… 

Nie wiem, czy kiedykolwiek byłam bardziej wdzięczna niż w tamtym momencie, gdy James 

miał  raz  jeszcze  zapytać  mnie  o  moje  szalone  czyny  i  zanim  zaczęłabym  paplać  o  wszystkim 
dziejącym  się  w  mojej  głowie,  ponieważ  moja  karma  ponownie  pojawiła  się  w  postaci  moich 
zdradzieckich ust, Grace, Emma i reszta Huncwotów wybrali tę dokładną chwilę na podejście do 
nas, ratując mnie przed wstydem. 

Dzięki Merlinowi. 

-  Ej!  –  zawołał  Syriusz,  stając  obok  Jamesa  i  zarzucając  ramię  na  jego  barki  (teraz  to 

powszechna pozycja?), uśmiechając się do niego, a potem do nas reszty. – Postanowiliśmy, że w 
twoim najlepszym interesie będzie wybranie się zaraz na małą wycieczkę, przyjacielu. 

Ten  szelmowski  uśmiech  na  twarzy  Syriusza  sugerował,  że  ta  „wycieczka”  –  czymkolwiek 

była – nie będzie niczym dobrym. 

O rany. 

Co oni teraz kombinowali? 

Wyglądając  na  tak  zdezorientowanego  jak  bez  wątpienia  ja,  James  zmarszczył  brwi.  – 

Wycieczkę?  –  spytał  pusto.  –  Łapo,  co  ty…  -  Potem  niespodziewanie  jęknął.  –  Daj  spokój  – 
burknął, robiąc minę. – Dlaczego ja? Dlaczego Pete nie może iść? 

-  Szedłem  ostatnim  razem!  –  krzyknął  Peter  z  oburzeniem.  Nadal  nie  miałam  pojęcia,  o 

czym mówili. – Nie będę szedł przez te zimno – dodał stanowczo, krzyżując ramiona na torsie. 

- Zagłosujmy – spróbował znowu James, ignorując potrząsanie głową przez Petera. 

- Już głosowaliśmy – wtrącił wesoło Remus. – Przegrałeś. 

James zmarszczył czoło. 

Nie mogłam już trzymać buzi na kłódkę. 

- Em – zaczęłam powoli, przenosząc spojrzenie z jednej uśmiechającej się twarzy na drugą 

(albo w przypadku Jamesa, jedną skrzywioną twarz). – Gdzie dokładnie się wybieracie? 

background image

57 

 

-  Bieg  po  piwo  kremowe  –  poinformował  mnie  Syriusz,  czerpiąc  niesamowitą  radość  z 

niezadowolenia  Jamesa.  Wyglądał  na  zachwyconego  nieszczęściem  swojego  przyjaciela.  – 
Brudny biznes, ale ktoś musi to zrobić. 

- Wyślijmy szóstorocznych – nalegał James, wyglądając nieszczęśliwie. Syriusz wydawał się 

zgorszony sugestią. 

-  Wysłać  chłopców  do  męskiej  pracy?  –  zakpił,  kręcąc  głową  na  słowa  Jamesa.  –  Jestem 

tobą rozczarowany, Rogacz! 

James  przewrócił  oczami,  lecz  wyczuwając  porażkę,  raz  jeszcze  zmarszczył  mocno  brwi, 

odwrócił się i odszedł. 

- Takie dziecko – powiedział Syriusz, zanim z radością poszedł za Jamesem do szatni. 

- Widzimy się w pokoju wspólnym? – spytała Grace, wskazując głową na szatnię, pokazując, 

że ona  teraz  skieruje się do  obiektów  kąpielowych.  Emma i ja zgodziłyśmy  się. Czmychnęła za 
Syriuszem, pozostawiając nas samych sobie. 

- Lepiej chodźmy już do środka – powiedziałam do Emmy z westchnieniem, kierując się do 

zamku. – Merlin jeden wie, co ci szaleńcy już podpalili. 

Robota Prefekt Naczelnej nigdy nie dobiegała końca. 

Lecz o dziwo, nic się nie paliło i/lub nie waliło i/lub nie było zniszczone, kiedy dotarłyśmy w 

końcu z Emmą do pokoju wspólnego, Remus i Peter ciągnęli się za nami, dopóki nie skierowali 
się  do  kuchni  po  jedzenie.  A  choć  nie  mogę  powiedzieć,  że  impreza  była  bardzo  spokojna  czy 
dostojna, to nikt jeszcze nie wspinał się po ścianach, więc potraktowałam to jako szczęśliwy traf. 
Grała muzyka, jedzenie było dobre, wszyscy byli w przednich nastrojach i generalnie wyglądało 
na to, że będzie to fajna impreza. 

Wtedy nadeszła drużyna. 

Chociaż niesprawiedliwie jest obwiniać ich o ten cały chaos… no cóż.  

Cała  drużyna  Quidditcha  –  oprócz  Jamesa,  który  chyba  wciąż  był  na  poszukiwaniach 

kremowego piwa  – wpadła  do  pokoju i jak  potężna  trąba  powietrzna zostawiła za sobą drogę 
zniszczenia.  Wtedy  impreza  stała  się  trochę  dzika,  a  choć  moje  uczucia  Prefekt  Naczelnej 
powinny być rozdrażnione faktem, że impreza niespodziewanie przeskoczyła o kilka punktów w 
górę  w  skali  obłędu,  to  tak  naprawdę  nie  mogłam  nic  poradzić  na  to,  że  śmiałam  się  razem  z 
resztą i dołączyłam do zabawy. 

Brałam to za dobry znak. 

background image

58 

 

Przecież jaka świętoszka robiłaby coś takiego? 

Może w końcu się poprawiam. 

Była to bardzo pocieszająca myśl. 

Wszyscy  dobrze  się  bawili  i  my,  starsze  dzieciaki  siedzieliśmy  przy  kominku,  zajadając 

przekąski  (James  jeszcze  nie  powrócił  z  piwem  kremowym)  i  słuchając  Chrisa  Lyncha 
opowiadającego  nam  o  jednej  z  jego  wielu  szalonych  eskapad  wakacyjnych  –  ta  działa  się  na 
Ulicy  Pokątnej  i  obejmowała  starszą  Polkę  i  bokserki  Chrisa  –  kiedy  usłyszeliśmy  to  po  raz 
pierwszy. 

Dźwięk był głośny, ryczący i skończył się głośnym bum! 

- Co to? – zapytał Chris, zatrzymując się w połowie zdania.  Większość ludzi była podobnie 

zdezorientowana, rozglądając się za źródłem odgłosu, ale ja dokładnie  wiedziałam, co  to było. 
Wszak  każdy  żyjący  siedem  lat  w  dormitorium  dziewcząt,  choć  raz  w  swojej  karierze 
Hogwarckiej spotkał się z tym dźwiękiem. 

Alarmem na klatce schodowej dziewcząt. 

Rzeczywiście,  kiedy  wszyscy  spojrzeli  w  kierunku,  z  którego  dochodził  dźwięk, 

skonsternowana  para  piątorocznych  leżała  w  plątaninie  ramion  oraz  nóg,  a  obok  krzyczała  z 
niezadowolenia ślizgawka w klatce schodowej. 

Niestety, to był dopiero początek. 

Początkowo wszyscy się zaśmiali. Zawstydzeni piątoroczni uciekli, żeby znaleźć inne miejsce 

na obściskiwanie, a my wróciliśmy do słuchania Chrisa i jego historyjki o skandalicznej staruszce. 
Nikt zbyt wiele o tym nie myślał. 

Dopóki alarm znowu nie zabrzmiał. 

Tym razem para trzeciorocznych. 

Tym  razem  śmiech  był  trochę  napięty,  ale  był.  Wszyscy  spojrzeliśmy  na  nich  z 

rozbawieniem, oni uciekli zarumienieni i znowu wróciliśmy do słuchania Chrisa. 

Za trzecim razem nie było to zabawne. 

Za czwartym było irytujące. 

I zanim o tym pomyślałam, siedziałam już tutaj na klatce schodowej dziewcząt, upewniając 

się, że żadne tępe dzieciaki nie wymyślą znakomitego, oryginalnego pomysłu, żeby podkraść się 

background image

59 

 

do dormitoriów dziewcząt. Bo pomimo faktu, że alarm zabrzmiał więcej razy niż mogłam zliczyć, 
populacja  Gryffonów  nie  rozumiała,  że  jeśli  naprawdę  potrzebowali  wślizgnąć  się  do  jakiegoś 
miejsca na migdalenie się ze sobą, to klatka schodowa chłopaków była najlepszą możliwością. 

Raz jeszcze winię o to Quidditch. Dopadł nas wszystkich. 

Nadal  siedziałam  na  schodach,  gotowa  to  odtworzyć  i  przelać  w  słowa  wydarzenia  z 

ostatnich paru godzin, a pióro stało już gotowe na kartce, kiedy nagle butelka piwa kremowego 
przesłoniła  moją  wizję.  Podniosłam  wzrok  i  zobaczyłam  uśmiechającego  się  Jamesa.  – 
Stwierdziłem, że strażniczka potrzebuje zapasu. 

- Dzięki – powiedziałam trochę niezręcznie, ponieważ oczywiście zamierzałam zapisać tutaj 

naszą  poprzednią  całkowicie  żenującą  rozmowę,  więc  była  świeża  w  moich  myślach,  dlatego 
znowu  czułam  wstyd  i  myślałam  o  tym,  jaką  kretynką  byłam,  dlaczego  byłam  kretynką  i  czy 
chciałam przyznać to, że byłam kretynką, czy nie i… 

No cóż, niezręcznie. 

Między innymi. 

-  Kiedy  wróciłeś?  –  zapytałam,  patrząc,  jak  James  usiadł  na  drugim  stopniu,  tuż  poniżej 

miejsca,  gdzie  ja  siedziałam  na  trzecim.  Wiedziałam  na  pewno  (po  dowodach  z  ostatniej 
godziny),  że  alarm  się  nie  włączy,  dopóki  testosteron  nie  dosięgnie  piątego,  więc  nic  nam  nie 
groziło. Nie wiedziałam, czy czuć wdzięczność, iż James też o tym wiedział, czy też może miałam 
nadzieję, że był to przypadek. 

- Kilka minut temu – odpowiedział, popijając własne piwo kremowe. – Jedno z przeklętych 

przejść  się  zamknęło  –  nie  wiem  kiedy.  Dawno  go  nie  używałem  –  i  musiałem  wracać  do 
Hogsmeade, żeby przejść przez inne. A było cholernie zimno. 

- Gdybyś miał swój szal – zauważyłam słusznie, podnosząc końcówkę lekko wystrzępionego 

omawianego obiektu, który nadal wygodnie oplatał moją szyję – może nie byłoby ci tak zimno, 
co? 

- Może – odparł James. – Ale wtedy byśmy nie wygrali. 

- Czego byście nie wygrali? – spytałam. 

- Meczu – odpowiedział James. Wskazał na szal butelką. – To mój szczęśliwy szal, który tak 

beztrosko nosisz na szyi, Evans. Dzięki niemu wygraliśmy. 

Gapiłam się na niego beznamiętnie. – Twój co? 

background image

60 

 

-  Drugi  rok  –  powiedział  James,  biorąc  kolejny  szybki  łyk,  nie  patrząc  na  mnie,  ale  na 

imprezę,  która coraz  bardziej się rozkręcała.  –  Próbowałem  dostać  się  do drużyny  Quidditcha, 
mając  na sobie  ten sam  szal. Nawet  nie  było  tak zimno,  po  prostu  czułem,  że powinienem go 
założyć. Następnego  dnia Derrick  Kings  – wtedy  był kapitanem  –  przyszedł i powiedział  mi, że 
jestem  rezerwowym.  Byłem  cholernym  drugorocznym  i  udało  mi  się  zostać  rezerwowym.  – 
Odwrócił się od imprezy i popatrzył na mnie z uśmiechem na twarzy. – Szczęśliwy – dodał. – Jest 
bardzo, bardzo szczęśliwy. 

Potaknęłam,  bo  choć  uważałam  te  przesądy  za  śmieszne  (Gracie  miała  jedną  parę 

skarpetek, które zakładała na każdy mecz. Śmieję się za każdym razem, gdy wyciąga te brudasy) 
to  James  wyglądał  na  poważnego  w  tej  sprawie,  więc  stwierdziłam,  że  najlepiej  będzie 
zatrzymać moje rozbawienie dla siebie. 

Poza tym… cóż… 

- Ale jeśli jest tak szczęśliwy – zaczęłam z wahaniem, myśląc głośno. – Dlaczego… dlaczego 

ty go nie nosisz? 

Nie wahał się. 

- Bo ty go nosisz – odpowiedział. 

- Ale czemu? – spytałam sfrustrowana. 

- Bo tak chciałem. 

To  była  głupia  odpowiedź.  Wymijająca,  durna,  ani  trochę  informacyjna…  ale  mój  żołądek 

podskoczył,  kiedy  to  powiedział.  Nie  tak  bardzo  przez  to  co  powiedział,  ale  przez  to  jak  to 
powiedział. Było… sama nie wiem. Dziwne. Inne. Tak, jak spojrzenie, którym na mnie patrzył na 
boisku, którego  nie  mogłam rozgryźć.  Tej  wypowiedzi też nie potrafiłam rozgryźć.  Wiedziałam 
tylko,  że  mnie  to  niepokoiło.  Jeszcze  więcej,  patrzył  na  mnie  teraz  z  tą  poważną  miną,  która 
wydawała  się  tak  bardzo  nie  na  miejscu  przy  imprezowaniu,  które  działo  się  wokół  nas.  Po 
prostu… to było złe. 

Ze mną było coś nie tak. 

Coś było nie tak. 

Dopiero teraz zachciało mi się to dostrzec. 

- Zachowujesz się dzisiaj bardzo dziwnie – mruknęłam cicho, popijając piwo kremowe, żeby 

nie mówić nic więcej. 

background image

61 

 

-  Tak  jak  ty  –  odparł  James,  rzucając  mi  ukradkowe  spojrzenie.  Mogłam  temu  zaprzeczyć, 

ale byłoby to bezcelowe, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że to prawda. 

-  Wiem  –  powiedziałam,  kręcąc  głową.  Spojrzałam  na  niego  z  niepewnym  uśmiechem.  – 

Myślę, że to przez Quidditcha. Miesza w głowie, wiesz. Sprawia, że ludzie bzikują. 

- Ale ja myślałem, że ty zawsze jesteś zbzikowana – droczył się. 

- Nie tak zbzikowana – odparłam bezbarwnie. 

Oboje  się  zaśmialiśmy,  ale  było  to  krótkie,  niezręczne  i  wcale  mi  się  to  nie  podobało.  Nie 

wiedziałam dlaczego musi tak być – Merlin jeden wie, że już wcześniej robiłam i mówiłam przy 
nim niesamowicie głupie rzeczy, ale ta wydawała się być najgłupszą, choć pytałam go tylko o tę 
idiotkę  Saunders.  On  też  nie  powinien  czuć  niezręczności,  ponieważ  w  rzeczywistości  spojrzał 
tylko na mnie kilka razy inaczej i zrobił dziwne komentarze. Oboje zachowywaliśmy się dziwnie, 
a to powinno wyeliminować naszą niezręczność, ale tak się nie stało. Myślę, że być może było 
jeszcze gorzej. 

Zamierzałam  coś  na  ten  temat  powiedzieć,  zażartować  z  tego,  jak  głupio  się 

zachowywaliśmy,  zrobić  zabawną  minę  czy  coś,  żeby  na  moment  oddalić  szaleństwo,  kiedy 
nagle zostało to zrobione za mnie. Z zawsze znajomym krzykiem „Ej!” Syriusz pojawił się przed 
nami, uśmiechając się jak maniak z pustym kubkiem w jednej ręce i dwoma lekko odbarwionymi 
butelkami piwa kremowego w drugiej. 

Co on, do diabła, teraz kombinował? 

- Postawiono nam wyzwanie – ogłosił, skupiając swój wariacki uśmiech na Jamesie. – Lynch 

i Carter sądzą, że dadzą nam radę. Możesz w to uwierzyć? 

-  Wyzwanie  w  czym?  –  zapytałam,  niepewna,  czy  naprawdę  chcę  to  wiedzieć,  ale  i  tak 

pytając.  Jednak  i  tak  nie  miało  to  znaczenia,  bo  Syriusz  postanowił  mnie  zignorować.  Zamiast 
tego zaczął paplać parodiując całą sytuację. James przysłuchiwał się nieco niespokojnie i rzucał 
mi, ukradkowe-które-nie-były-tak-ukradkowe-ponieważ-je-zauważyłam, spojrzenia. 

-  Em,  Łapo  –  próbował  mu  przerwać  w  połowie  zdania  i  posyłając  mi  zdecydowanie 

znaczące spojrzenie. – Może teraz nie… 

-  Daj spokój – zakpił Syriusz, popijając  z  jednej z butelek w jego lewej ręce. –  Poczekamy, 

dopóki nie pójdą sobie pierwszoroczni. Evans się nie przejmie. 

- Czym się nie przejmę? – zapytałam rozdrażniona. 

- Naszą grą – odparł prosto Syriusz. 

background image

62 

 

Wtedy prawie go udusiłam. 

- Jaką grą? – prawie krzyknęłam, ale tym razem spojrzałam na Jamesa, bo najwyraźniej nie 

miałam otrzymać żadnych zrozumiałych odpowiedzi od wariata, którym jest Syriusz Black. – O 
czym wy gadacie? 

-  Eee…  to  nic  takiego  –  odparł  James,  drapiąc  się  po  potylicy.  –  Tylko…  no  wiesz…  szybka 

gierka… em… 

Nagle wszystko się ze sobą połączyło. 

Kubki. 

Lekko zabarwione na zielono piwa kremowe. 

Spojrzenia pełne poczucia winy. 

O nie. 

Zamierzali grać w Pijane Kubki. 

Po moim trupie. 

Po moim cholernym trupie! 

-  Oszaleliście?  –  wybuchłam,  piorunując  wzrokiem  wściekle  ich  dwójkę,  ale  najbardziej 

Jamesa,  bo  nie  mogę  powiedzieć,  że  oczekiwałam  więcej  od  Syriusza.  –  Kompletnie 
zdurnieliście? Wiecie, co zrobi McGonagall, jeśli się dowie? Nie. Nie! 

- Oj no, daj spokój, Evans… 

- Nie upijecie się na mojej warcie! 

Bo właśnie to chcieli zrobić. Chcieli zagrać w tę głupią grę – w której ludzie rzucają małymi 

piłeczkami w kubki wypełnione silnie zabarwionym piwem kremowym, wypijają je, a potem są 
cholernie  spici,  co  w  dzisiejszym  społeczeństwie,  jakimś  cudem  jest  uważane  za  rozrywkę  i 
chcieli to robić na mojej warcie. 

Nie ma mowy.  

-  To  nic  poważnego  –  próbował  przekonać  mnie  James,  lecz  oczywiście  nie  było  to 

przekonywanie, ponieważ żeby móc mnie przekonać argument musiałby być rozsądny, a granie 
w Pijane Kubki zdecydowanie takie nie jest. – Nikt tak naprawdę się nie upija od grania w Pijane 
Kubki, Lily. No chyba, że zagrasz jakieś czterdzieści dwa razy. 

background image

63 

 

- Albo użyjesz ognistej whisky – mruknął Syriusz. 

- Czego nie zrobimy! – dodał szybko James i w tej chwili nie tylko ja patrzyłam gniewnie na 

Syriusza Blacka. – No weź – powiedział, odwracając się do mnie. – Jeżeli my tego nie zaczniemy, 
to wiesz, że zrobi to ktoś inny. A wtedy już tego nie opanujemy. 

- Nie można opanować picia – mruknęłam gniewnie. – Jesteś Prefektem Naczelnym, James. 

Powinieneś powstrzymywać takie rzeczy, nie je zaczynać! 

- Wiem, ale… 

- Ale co? Jak można powiedzieć ale? 

- Nie wiem. Po prostu… 

- Chcecie zalać się w trupa – dokończyłam za niego, rozsierdzona. – Nie możecie się bawić 

bez  alkoholu  w  waszym  systemie  i  dlatego  koniecznie  musicie  udowodnić  swoją  męskość, 
wypijając  nie wiadomo ile  zabarwionych  kubków piwa  kremowego,  żeby  udowodnić,  że… że… 
nie wiem, wasza dupkowatość wciąż działa poprawnie czy coś! Mam rację? 

Milczeli  przez  parę  sekund,  ale  nie  wiem  czy  dlatego,  że  czuli  skruchę  i  poczucie  winy  za 

choćby branie pod uwagę pomysłu o Pijanych Kubkach, czy dlatego, że byli zbyt zszokowani, by 
coś powiedzieć z powodu użycia przeze mnie w stosunku do nich słowa „dupkowatość”. 

Sądzę, że bardziej to drugie. Sama jestem trochę zaskoczona moim ordynarnym wybuchem. 

-  Jeezu  –  wymamrotał  w  końcu  Syriusz,  wyglądając  na  trochę  zdenerwowanego.  –  Kto 

wsadził ci różdżkę w tyłek, Evans? To tylko Pijane Kubki. Myślałem, że przestałaś być wiecznie 
pruderyjną, zacofaną babą? 

- Nie jestem pruderyjną, zacofaną babą! 

- Więc, w czym problem? 

Nie  powinnam  była  pozwolić  mu  się  do  mnie  dobrać.  Nie  powinnam.  Syriusz  mógł  mieć 

rację: za pierwszym razem – tak, parę tygodni temu, mogłam wydawać się trochę  pruderyjna, 
trochę  konserwatywna,  ale  nie  teraz.  Nie  teraz.  Jak  śmie  coś  takiego  insynuować?  Nie  byłam 
pruderyjną, zacofaną babą. Nie byłam. Po prostu nie chciałam powtarzać epizodu „Kwak, kwak, 
pij” z piątego roku. Czy to było takie złe? Lecz chociaż wiedziałam, że nie powinnam była dać mu 
się do mnie dobrać… to jednak się dobrał. Na serio. Bo, jak się okazuje, to moja pięta Achillesa, 
kiedy chodzi o moją pruderyjność. Jeden komentarz i bam, przegrywam. Bo chociaż wiedziałam, 
że to najgłupsza rzecz na świecie i będziemy mieć wielkie problemy, jeśli zostaniemy przyłapani, 
to i tak zaczęłam się wahać. 

background image

64 

 

Alkohol już krążył na imprezie. Widać było to po zabarwionych butelkach piwa kremowego, 

które Syriusz trzymał w ręce. Mogłabym spróbować wszystkie je zabrać i wyrzucić przez okno, 
ale  jeden  Merlin  wiedział,  że  ktoś  w  jakiś  sposób  znalazłby  więcej,  a  potem  spędziłabym  cały 
wieczór  będąc  idiotyczną  Prefekt  Naczelną,  która  próbowała  zrujnować  wszystkim  zabawę.  I 
przypuszczam,  że  James  miał  rację.  Upicie  się  piwem  kremowym  zajmowało  trochę  czasu,  a 
podczas Pijanych Kubków wcale tak dużo się nie piło, chyba że spektakularnie przegrywało się 
czy coś, ale raczej trudno to zrobić. 

Ale jednak… 

Nie mogłam… 

Albo może… 

Szlag by to. 

-  Jeżeli  zobaczę  –  zaczęłam  powoli,  już  nienawidząc  samej  siebie  –  choćby  jeden  kubek 

zanim  wszyscy  pierwszoroczni  i  drugoroczni  –  wiecie  co,  trzecioroczni  też!  –  będą  w  łóżkach, 
przysięgam na Merlina, że sama pójdę po McGonagall, czy wyrażam się jasno? 

Syriusz  krzyknął  zachwycony.  –  Jasno  jak  słońce,  Evans!  –  krzyknął,  uśmiechając  się 

szelmowsko. Puścił do mnie oko. – Wiedziałem, że skutecznie cię skorumpowaliśmy! 

Już było mi niedobrze. 

Poczułam  rękę  James  na  moim  barku  i  odwróciłam  się  do  niego,  widząc,  że  również  się 

uśmiechał. – Zostanę tutaj z tobą, jeśli chcesz – powiedział, wzruszając ramionami. – Masz rację. 
Jestem Prefektem Naczelnym. Prawdopodobnie nie powinienem grać. 

Mówił  to,  czego  oczekiwałam,  ale  jego  oczy  mówiły  całkiem  inną  historię.  Oczywiście,  że 

chciał grać. Był Jamesem Potterem! Przed  tym  rokiem  nawet nie  czekałby  na  pozwolenie.  Tak 
naprawdę, to pewnie już teraz byłby już w połowie drogi do świata kręciołków i potykania się. 
Wiedziałam, że pewnie powinnam kazać mu zostać, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłam tego 
zrobić. Zepsuć mu zabawę, zabrać jego własną osobowość. Jaki James Potter siedziałby z boku, 
kiedy trzeba było grać w Pijane Kubki? 

Żaden James Potter. 

Tylko Lily Evans. 

-  Idź  –  powiedziałam,  wywracając  oczami  w  odpowiedzi  na  jego  żałosne  próby 

odpowiedzialności. – Idź, zanim zmienię zdanie. Ale mówię poważnie, James – poczekajcie z tym 
jeszcze. Młodsi uczniowie… 

background image

65 

 

-  Tak,  tak  –  wtrącił  Syriusz  niecierpliwie.  –  Będziemy  trzymać  to  poza  widokiem.  Jakoś 

musimy  poćwiczyć.  Chodź,  Rogacz.  Czas  podszlifować  twoje  umiejętności  rzucania.  –  Potem 
oddalił się, śpiewając z całych sił jaką irlandzką piosenkę. James parsknął śmiechem, ale ja nie 
potrafiłam okazać tyle samo rozbawienia. 

-  Naprawdę cię  skorumpowaliśmy, co?  – spytał, śmiejąc się  cicho.  Potargał  mi  włosy,  a ja 

spiorunowałam  go  wzrokiem,  ponieważ  kiedy  w  końcu  przestał  targać  własne  włosy,  jakoś 
przeniósł się na targanie moich, co wcale nie było korzystna zmianą. – Będę mieć na wszystko 
oko  –  zapewnił  mnie,  podnosząc  się  ze  schodów.  Rzucił  mi  szelmowski  uśmiech,  po  czym 
pochylił  się,  jakby  miał  zamiar  podzielić  się  sekretem.  –  Jestem  najlepszym  graczem  w  Pijane 
Kubki w tej szkole – szepnął, nadal się uśmiechając. – Mam to opanowane. 

-  Jasne  –  mruknęłam,  choć  patrząc  na  jego  bezsensowny  idiotyczny  uśmiech,  oraz 

zachowanie  podobnie do  głupiego Napuszonego Chłopaka, nie mogłam  powstrzymać lekkiego 
uśmiechu. – Znajdź mnie potem, kiedy będziesz pijany, dobra? 

-  Chciałabyś  –  zaśmiał  się  James,  a  następnie  odszedł  w  nie  tak  głośnym  stylu  jak  jego 

przyjaciel. 

Więc teraz siedzę sobie tutaj, zastanawiając się, jak to możliwe, żeby jedna dziewczyna była 

tak głupiutka w tak wielu rzeczach w tak krótkim czasie. Nie może być to normalne. Ani trochę. 

Ale kiedy ja w ogóle byłam normalna? 

   

Najpóźniej Jak Może Być, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 26 (27?) 

Suma Obserwacji: 165 

Kłamstwo. 

Tylko tyle chciałam od wszystkich – żeby po prostu mnie okłamali. 

Nie jest to wielka prośba, jak się o tym pomyśli. Mam na myśli, że inni ludzie pewnie prosili 

o  więcej  od  światowej  populacji  w  różnych  momentach  całej  historii.  Moja  prośba,  w 
porównaniu  z  tym,  nie  jest  aż  tak  ogromna.  Nawet  nie  wymaga  wiele  wysiłku  –  uwierzcie  mi, 
wiem o tym. Kłamanie jest całkiem proste. Spróbujcie i zobaczycie. A kiedy to się robi – kiedy 
podąża się  za moimi  nakazami, okłamuje się mnie i sprawia,  że  wierzę  w rzeczy, które bardzo 
ułatwiają  mi  życie,  proszę  tylko  –  nie,  nie  proszę.  Błagam  –  żeby  dalej  mnie  okłamywać.  Nie 

background image

66 

 

przestawać.  Robić  to  dalej.  Nie  mieć  poczucia  winy  ani  nie  myśleć,  że  będzie  mi  lepiej,  gdy 
poznam prawdę, bo najczęściej jest mi lepiej, kiedy jestem zostawiona w ciemności. Poważnie. 

Merlinie. 

Podwójny cholerny pieprzony Merlinie. 

Tak bardzo kręci mi się w głowie, że to boli. Chce mi się wymiotować tu, na moje łóżko, a 

jeśli to zrobię, to nie sądzę, że nawet się podniosę z własnych wymiocin, ponieważ tego byłoby 
po prostu zbyt wiele. 

To wszystko to za wiele. 

Jak?  Dlaczego?  Merlinie,  to  nie  ma  żadnego  przeklętego  sensu.  A  oni  wszyscy  cholernie 

wiedzieli! A ja… 

Nie. 

Nie, nie mogę tego powiedzieć. 

Nie mogę powiedzieć, że nie wiedziałam, bo szczerze mówiąc, chyba wiedziałam. Myślę, że 

zawsze wiedziałam, po prostu nie chciałam tego przyznawać. Zamiast tego ignorowałam każdy 
znak,  każdy  gest  i  wymyśliłam  głupie  testy,  żeby  udowodnić  samej  sobie,  iż  to  nie  może  być 
prawdą.  Testy,  które  wyraźnie  oblał,  chociaż  zdołałam  przekonać  siebie,  że  jest  inaczej, 
ponieważ on… on… 

O Boże. 

Chyba o tym powiem. 

O tym, o czym wcześniej nie byłam w stanie mówić. 

Myślę, że muszę o tym pogadać. 

Ugh. 

Ochrona  klatki  schodowej  dziewcząt  przed  namiętnymi  kochankami  szybko  stała  się 

nieznośna,  a  gdy  James  poszedł  poćwiczyć  z  Syriuszem,  nie  miałam  już  kim  odwrócić  swojej 
uwagi  i  nie  miałam  już  co  tutaj  pisać.  Siedziałam  jeszcze  trochę,  żeby  być  pewną,  że  ustąpiła 
niekończąca się fala hormonów, ale po jakichś dziesięciu lub piętnastu minutach przestałam się 
przejmować,  kto  wkradał  się  na  górę  i  wróciłam  na  imprezę.  Wyglądało  na  to,  że  Chris  Lynch 
zamierza  zacząć  swoją  kolejną  historyjkę  –  tym  razem  o  starym  odbiorniku  radiowym,  parze 
tenisówek  i,  co  ciekawe,  pelikanie  z  zoo  –  a  Grace  i  Emma  mnie  do  siebie  przywoływały. 
Stwierdziłam,  że  namiętni  kochankowie  mogą  zapanować  nad  sobą  przez  kilka  minut,  żebym 

background image

67 

 

mogła  spędzić  trochę  czasu  z  moimi  przyjaciółmi.  Przecież  Prefekt  Naczelne  też  potrzebują 
czasami zabawy. 

Impreza  przebiegała  normalnie,  jak  sądzę.    Panowie  dotrzymywali  słowa,  ponieważ  nie 

dostrzegłam Jamesa ani Syriusza z alkoholem do późna w nocy, kiedy pierwszo i drugoroczni w 
końcu  zaczęli  znikać,  choć  wydawało  się,  że  i  tak  wszyscy  wiedzieli  o  nieuchronnej  rozgrywce 
Pijanych Kubków i wyzwaniu, które Chris Lynch i George Carter postawili Jamesowi i Syriuszowi. 
Każdy z niecierpliwością czekał, aż młodsze dzieciaki pójdą do łóżek, co było żałosne, jeśli mnie 
zapytacie.  Mocno  starałam  się  nie  śmiać,  gdy  całe  ich  towarzystwo  –  wyraźnie  świadome 
umowy  młodsi-uczniowie-zero-alkoholu  –  zaczęło  przekupywać  upartych  trzeciorocznych,  aby 
poszli  na  górę,  ale  ledwo  co  mogłam  powstrzymać  śmiech,  kiedy  pewna  uparta  dziewczynka 
zdołała wywalczyć od Syriusza szybkiego całusa w zamian za improwizowaną zmianę jej godziny 
policyjnej. 

Poważnie, to było bezcenne. 

Śmiałam się jak durna. 

-  Naprawdę  cię  nie  lubię  –  mruknął  Syriusz,  kiedy  szczęśliwa  trzecioroczna  pobiegła  na 

klatkę  schodową  dziewcząt.  Wyglądał,  jakby  potrzebny  mu  był  wtedy  alkohol,  co  sprawiło,  że 
jeszcze  mocniej  się  roześmiałam.  Spojrzał  na  mnie  spode  łba.  –  Naprawdę,  naprawdę  cię  nie 
lubię. 

- Oj daj spokój, Black – odparłam z uśmieszkiem, pewnie czerpiąc z tej sytuacji zbyt wiele 

przyjemności, ale nie bardzo mnie to obchodziło. – Nie bądź takim zacofanym facetem. 

Czasami podziwiam moją błyskotliwą inteligencję. 

- Co za poczucie humoru – prychnął Syriusz, piorunując mnie wzrokiem, za zaatakowanie go 

jego  własnymi  słowami.  Potem  przeniósł  ostry  wzrok  na  resztę  pokoju  wspólnego,  szybko  go 
skanując. – Czy ona była ostatnia? Lepiej, żeby była ostatnia, bo przysięgam, Evans… 

- Ta była ostatnia – odpowiedziałam obojętnie, w końcu litując się nad godnym współczucia 

facetem,  chociaż nie  byłam pewna czy wszyscy trzecioroczni  poszli  do łóżek. Być  może jestem 
zbyt  współczująca,  aby  wyszło  mi  to  na  dobre.  –  Dalej  –  powiedziałam,  wywracając  oczami  i 
machając ręką. – Zaczynaj swoją grę. Upij się. Wyskocz przez najbliższe okno, nie obchodzi mnie 
to. 

Naprawdę nie obchodziło. 

Tak długo, jak nie musiałam myć rozlanej krwi. 

background image

68 

 

-  Dzięki  Merlinowi!  –  wykrzyknął  Syriusz,  wyglądając  jakbym  właśnie  mu  powiedziała,  że 

OWTemy zostały odwołane, a nie, że on i jego durni przyjaciele mogą zacząć durną grę. Potem 
zaczął wrzeszczeć. – Ej! Lynch! Jesteś gotowy na dostanie w tyłek? 

Twarz  Chrisa  rozjaśniła  się  jak  migocząca  choinka,  kiedy  porzucił  swoich  słuchaczy  (był  w 

połowie  następnej  historyjki  –  marmolada,  futon  i  jakiś  wypad  windsurfingowy)  i  zaczął 
wrzeszczeć w poszukiwaniu swojego partnera George’a Cartera. 

Faceci są tacy żałośni. 

Phi. 

-  Idziesz  popatrzeć?  –  zapytał  James,  podchodząc  do  mnie  od  tyłu.  Odwróciłam  się  lekko 

zaskoczona  jego  nagłym  pojawieniem  się.  Zniknął  wcześniej,  kiedy  wdał  się  w  machlojki  z 
jednym  szczególnie  zafascynowanym  trzeciorocznym,  który  sądzę,  że  miał  nadzieję  na 
dotknięcie  miotły  Jamesa.  Prychnęłam  i  posłałam  mu  wymowne  spojrzenie,  pokazując  co 
myślałam o jego głupiej imitacji rozrywki. 

- Iść popatrzeć, jak się upijacie? – zakpiłam, upijając łyk piwa kremowego. – Sądzę, że nie, 

mój  przyjacielu.  Mogę  wymyślić  setki  innych  bardziej  zabawnych  sposobów  na  spędzenie 
mojego czasu. 

Takich jak połknięcie trucizny. 

Albo zjedzenie żywego pająka. 

Albo szybka wycieczka do Azkabanu. 

Oglądanie  jak  grupka  hałaśliwych  facetów  rzuca  piłeczkami  do  kubków,  zaśmiewając  się 

głośno, zachowując się jakby byli pijani, choć jeszcze nie są, ale za niedługo będą? 

Nie przepadam za tym.  

Szczerze, to cholerna strata czasu. 

-  No  nie  bądź  taka  –  powiedział  James,  udając  zranioną  minę,  kiedy  przeszliśmy  na  drugą 

stronę pokoju. – Musisz mi kibicować! Lynch i Carter zdobyli sobie fanów. Będę tam kompletnie 
samotny. 

-  Masz  partnera  w  Pijanych  Kubkach,  James  –  przypomniałam  beznamiętnie,  rzucając  mu 

spojrzenie.  –  Nie  można  być  tam  samotnym.  Poza  tym  dodam,  że  twój  partner  dopiero  co 
oświadczył, że nie lubi mnie bardzo, bardzo mocno, więc… 

background image

69 

 

-  Daj  mu kilka rund – zapewnił James  z  uśmiechem  –  a gwarantuję ci,  że jego  uczucia się 

zmienią. 

O rany. 

- Ta, kiedy będzie pijany – powiedziałam urażona. 

James przewrócił oczami, kończąc swoje nowe piwo kremowe. – Jak wiele razy mam ci to 

mówić, Nieomylna? Nie upijasz się od grania w Pijane Kubki. Może jesteś trochę podchmielona, 
ale pijemy tylko zabarwione piwo kremowe. 

Tak powiedział wtedy. Powiedział to, jakby naprawdę miał to na myśli, co myślę, że wtedy 

tak było. Ale nie miał pojęcia, jaką szkodę może zrobić „zabarwione piwo kremowe”. 

Poważną, bardzo poważną szkodę. 

Teraz to wiem. 

Wtedy jednak nie. 

Naturalnie. 

- Tak, tak – powiedziałam w swojej ignorancji, robiąc z tego żart. – Ale tylko poczekaj. Nie 

przychodź do mnie zemdleć, kiedy nie będziesz mógł chodzić normalnie. 

- Idziesz kibicować czy nie? – spytał rozdrażniony. 

- Dajesz mi jakiś wybór? – odparowałam. 

- Nie bardzo – przyznał James z kolejnym uśmiechem. Schylił się, zniżając głos. – Robię tylko 

wrażenie, że masz wybór, żeby twoje niezależne uczucia nie były tak urażone, kiedy zostaniesz 
wmanipulowana w kibicowanie. Znakomity plan, co? 

O tak. 

Znakomity. 

Kto może kłócić się z taką logiką? 

Pewnie  ja,  ale  nie  dostałam  wyboru  w  tej  sprawie.  James  złapał  mnie  za  ramię  i  zaczął 

ciągnąć  mnie  do  prowizorycznego  stolika  na  Pijane  Kubki,  który  ktoś  wyczarował  na  dalekim 
końcu  pokoju  wspólnego.  Przez  całą  drogę  mamrotałam  o  dyktatorskich  tyranach  i  że,  jak  nie 
będą  uważać,  to  ktoś  zamorduje  ich  we  śnie  czy  coś,  ale  James  mnie  ignorował,  nie  licząc 
okazjonalnego prychnięcia tu czy tam. Zostałam stanowczo postawiona po lewej stronie stolika, 

background image

70 

 

gdzie stały już Grace i Marley (nie wiem, gdzie poszła Emma), a choć narzekałam i robiłam miny 
na prawo i lewo, nikt nie zważał na moje protesty. 

Cóż za niespodzianka. 

To pokazuje, jak ważna jestem dla świata. 

-  Ufam  wam  obu,  że  przytrzymacie  ją  tutaj.  –  powiedział  James  do  Grace  i  Marley, 

wpychając  mnie  pomiędzy  nie,  zachowując  się  jakbym  nie  stała  dwie  stopy  przed  nim,  słysząc 
wszystko,  co  rozkazywał.  Zamiast  być  urażoną  takim  poniewieraniem  mojej  osoby  prze  niego 
jako moja najlepsza przyjaciółka, Grace uśmiechnęła się szeroko i chwyciła mnie za ramię. 

Cholerna, zdemoralizowana zdrajczyni. 

- Mam cię – powiedziała. 

Przyszpiliłam  ich  wszystkich  wzrokiem,  ale  nie  wywarło  to  żadnego  efektu.  Nie  wiem 

dlaczego sądziłam, iż będzie inaczej. 

Tak  więc spędziłam następną godzinę, stojąc  pomiędzy  Grace i Marley,  oglądając  razem  z 

połową Gryffindoru, jak nasi koledzy toczyli walkę na stoliku Pijanych Kubków. Naprawdę, jest 
to bardzo  durna gra, ale nie mogę skłamać i powiedzieć,  że nie podobało mi się jej oglądanie. 
Chodzi  mi  o  to,  że  mogą  być  kompletnymi  idiotami,  ale  nasi  Gryffońscy  chłopcy  są  dosyć 
zabawni, kiedy są tacy ambitni i w ogóle. Nigdy nie widziałam, żeby Syriusz Black tak bardzo się 
wzburzył przez parę rzutów piłeczką. Zachowywali się, jakby ich życie zależało od tego, kto rzuci 
kogo piłeczkę do którego kubka! 

Podobnie jak Quidditch, Pijane Kubki są nieznośne i niewiarygodnie niezdrowe. 

James i Syriusz szybko skończyli z Lynchem i Carterem, ogłaszając się mistrzami świata, co 

zdobyło  im  przynajmniej  sześć  nowych  wyzwań  z  różnych  par  w  całym  pokoju  wspólnym, 
wliczając  to  ich  własnych  partnerów  zbrodni,  Remusa  i  Petera.  Oglądaliśmy  wszyscy,  jak 
czwórka przyjaciół walczyła na stoliku, rzucając piłeczkami, obelgami i dobrym humorem, kiedy 
jedna gra zamieniła się w dwie, dwie w trzy, trzy w pięć. Nikomu nie przeszkadzało okupywanie 
stolika  przez  nich,  kiedy  drugi  został  wyczarowany  trochę  dalej  od  pierwszego  i  Marley  oraz 
jedna z jej szóstorocznych koleżanek przymierzyły się do zagrania własnych mistrzostw. 

Choć, bez wątpienia, jest to bezsensowne i głupie, było całkiem fajne, choć nie ośmielę się 

nikomu tego przyznać. Mam do utrzymania reputację, wiecie. 

Gra  trwała  już  godzinę  (Huncwoci  wciąż  się  ze  sobą  mierzyli,  a  Marley  i  jej  partnerka 

przegrały z parą  skoordynowanych  piątorocznych), kiedy Grace  wolno zaczęła  mnie namawiać 

background image

71 

 

do  zgodzenia  się  na  bycie  jej  partnerką  przeciwko  pewnym  siebie  piątorocznym,  którzy  zajęli 
właśnie drugi stolik. Ale nie zamierzałam do tego dopuścić. 

- Proszę, Lil – jęczała, ciągnąc mnie za ramię, którego, dotrzymując słowa, nie puściła ani na 

chwilę,  odkąd  James  przystawił  mnie  do  jej  boku.  Zrobiła  najlepszą  błagalną  minę.  –  Będzie 
świetnie! Masz koordynację wzrokowo-ruchową! Tylko tyle potrzeba! 

- Nie będę grać – powiedziałam jej po raz milionowy. Skrzyżowałam ramiona na piersiach i 

stanowczo  pokręciłam  głową.  –  Nawet  nie  popieram  tego,  że  inni  grają,  dlaczego  do  diabła, 
sama miałabym grać? 

- Bo to jest fajne – odparła Grace rzeczowo. Wywróciłam oczami na jej żałosne błazeństwo. 

A  chociaż  James  nie  miał  żadnego  udziału  w  tej  rozmowie,  udało  mu  się  przypadkiem  ją 
podsłuchać  przez  stanie  blisko,  i  musiał  otworzyć  swoje  duże,  głupie  usta  i  też  męczyć  mnie, 
bym zagrała.  

Serio. 

I oni mają być moimi przyjaciółmi! 

Phi! 

-  Nie  bądź  takim  tchórzem,  Nieomylna  –  wtrącił,  odwracając  się  do  mnie  i  Grace  z 

nieznacznym  uśmieszkiem.  Wypił  właśnie  drugi  kubek  w  tej  grze  po  tym,  jak  Peter  zdołał 
wrzucić do niego piłeczkę i sumiennie lekceważył to, co działo się po jego stronie stolika, kiedy 
Syriusz  zabierał  się  do  strzału.  Przyszpiliłam  go  gniewnym  spojrzeniem  za  ten  komentarz, 
ponieważ moja duma Gryffindorska czuła się urażona byciem nazwaną tchórzem tylko dlatego, 
że  nie  chciałam  upijać  się  litrami  piwa  kremowego.  Ale  jak  zwykle  James  nie  wyglądał  na 
przejętego moją wrogością, więc walnęłam go mocno w ramię. 

Skłonności do przemocy i w ogóle, wiecie. 

Jestem w tym najlepsza. 

Oprócz kłamania, oczywiście. 

- Hej! – krzyknął, odsuwając ramię, choć oczywiście śmiał się zamiast krzywić, co sprawiło, 

że chciałam walnąć go raz jeszcze. Zasługiwał na to. 

Wyglądał  jakby  chciał  coś  powiedzieć  –  pewnie  coś  w  stylu  „jesteś  taką  pruderyjną, 

zacofaną, głupią dziewczyną!”, za co zapewne bym go zamordowała, ponieważ wtedy czułabym 
się  zobowiązana  do  zagrania,  chociaż  miałam  w  tym  zero  doświadczenia.  Ale  zanim  James 

background image

72 

 

zdołał  wyrazić  na  głos  swoje  komentarze,  w  tym  dokładnie  momencie  rozległ  się  gdzieś  po 
mojej lewej dźwięk głośnego, bardzo znajomego, piszczącego alarmu. 

O tak. 

Znowu zaczynali. 

Szczerze, po prostu jak durni mogą być ludzie?? 

- Musicie sobie jaja robić – mruknęłam, przyglądając się z czymś graniczącym z nienawiścią 

parze leżącej niezgrabnie pod schodami dziewcząt. Ale wiecie co, totalnie na to zasługiwali. W 
całym  pokoju  zabrzmiał  śmiech,  ludzie  wydawali  się  mieć  o  wiele  lepsze  humory,  odkąd 
rozpoczęły  się  turnieje  Pijanych  Kubków.  Idąc  w  ślady  mas,  James  uważał  tę  sytuację  za 
prześmieszną  i  zaczął  do  siebie  chichotać.  Ale  ci  z  nas,  którzy  nie  oddali  się  różnym  źródłom 
alkoholu, nie uważali tej sytuacji za śmieszną. A ponieważ nie mogłam wyżyć się na idiotycznej 
parze,  wyżyłam  się  na  Jamesie,  czerpiąc  wielkie  zadowolenie  z  jego  krzywej  miny,  gdy  znowu 
walnęłam go w ramię. – To nie jest zabawne! – warknęłam. 

-  Och,  jest  troszeczkę  zabawne  –  odparł  z  uśmiechem  James,  pocierając  zranione  ramię, 

choć  nie  wyglądał  na  poszkodowanego.  –  Niezabawne  oczywiście  –  ciągnął,  rzucając  mi 
znaczące  spojrzenie  –  że  jesteś  agresywna  i  sądzę,  że  powinniśmy  założyć  dla  ciebie  grupę 
wsparcia  radzącą sobie ze  gniewem, ale zabawne, iż wiem  na  pewno, że teraz  tam pójdziesz i 
posadzisz tyłek na tych schodach, żeby upewnić się, że nikt tam nie wejdzie, używając tego jako 
wymówki,  aby  stąd  pójść,  zanim  Grace  w  końcu  przekona  cię  do  odrzucenia  wszystkich 
skrupułów na bok i dołączysz do gry. Jak to brzmi? 

Jak stek bzdur. 

Brzmiało jak wielki, idiotyczny stek bzdur. 

Jednak prawdziwy. 

Jednakże nie o to chodzi. 

Nie  miałam  na  to  żadnej  elokwentnej  odpowiedzi  (bo  stawiona  przed  prawdą  często  nie 

mam),  więc  mruknęłam  gorzko  „Zamknij  się”  i  oddaliłam  się  do  klatki  schodowej  dziewcząt, 
ignorując głośny śmiech James i Grace, bo czasami po prostu jestem tak niedojrzała. 

Ale naprawdę nic nie mogę na to poradzić. 

Zastanawiałam się przez chwilę, gdy raz jeszcze znalazłam się na schodach do dormitoriów 

dziewcząt, kiedy wszyscy inni w pokoju wspólnym dalej się bawili, jak do diabła, zrobiłam pełne 
kółko  w  ciągu  godziny,  ale  żadna  rozsądna  odpowiedź  nie  przychodziła  mi  do  głowy. 

background image

73 

 

Przypuszczam,  że  mogłam  obwiniać  moje  zamiłowanie  do  poddawania  się  presji  grupy,  dzięki 
czemu  w  moich  próbach  uniknięcia  tego  jakimś  cudem  skończyłam  wykluczając  siebie,  ale  to 
mnie tylko przygnębiło, kiedy zaczęłam myśleć o mojej gównianej karmie i gównianych wadach 
mojej  osobowości,  więc  widzicie,  skąd  pojawiły  się  moje  protesty  przeciwko  mojemu  biegu 
myśli. Nie wiedziałam jednak, jak zamierzałam się zabawiać, kiedy już plan Unikać-Presji-Grupy 
został odwołany. Ten plan, jak widzicie, skończył się w tym dokładnym momencie. 

Nieszczególnie stały plan, co? 

Hm. 

- Oszacowano, że w każdej minucie 0.7 populacji światowej jest pijana. Wiedziałaś o tym? 

Podniosłam  gwałtownie  głowę,  odrywając  wzrok  od  podłogi  na  znajome  „wiedziałaś  o 

tym?”. Zanim jeszcze spojrzałam, to wiedziałam już, kto tam stał. Kto inny mówi takie rzeczy? 

Jest to dość niezwykły atrybut. 

-  MJ.  –  Zamrugałam  z zaciekawieniem,  patrząc na  młodą  masę rozczochranych włosów.  – 

Nie powinieneś być na górze? 

MJ  wzruszył  ramionami,  opierając  się  o  ścianę  obok  schodów,  pod  jedną  ręką  trzymając 

stos książek,  a drugą palcami trzymając różdżkę. – Może –  powiedział. – Byłem w bibliotece – 
wyjaśnił. 

- Co tam robiłeś? – spytałam. – Nie byłeś na meczu? 

MJ pokiwał głową, bawiąc się różdżką. – Byłem, ale potem musiałem dokończyć zadania. 

-  Niewiele  przegapiłeś  –  zapewniłam  go,  potem  wskazałam  krzesło  stojące  niedaleko  od 

miejsca,  gdzie  stał  MJ,  pokazując  mu,  żeby  je  przysunął  i  na  nim  usiadł.  Rozmawianie  z  moim 
trochę  dziwnym  uczniem  było  o  wiele  lepsze  niż  samotne  siedzenie  i  zastanawianie  się  nad 
moimi wadami. – Usiądź – powiedziałam. – Pogadaj ze mną. Masz szczęście, wiesz. To szalone 
towarzystwo  przekupiło  wszystkich  trzeciorocznych,  żeby  poszli  na  górę  jakąś  godzinę  temu. 
Oficjalnie jesteś na imprezie starszych klas. – Posłałam mu uśmiech. MJ odwzajemnił uśmiech, 
ale  tylko  troszeczkę,  robiąc,  jak  kazałam  i  zajmując  miejsce  na  krześle,  które  sobie  przysunął. 
Położył książki na kolanach i nareszcie przestał bawić się różdżką. 

-  Dlaczego  nie  grasz  w  Pijane  Kubki?  –  zapytał  cicho,  wskazując  za  siebie  na  pijackie 

świętowanie. Uniosłam brew na jego pytanie. 

background image

74 

 

-  Wiesz  co  to  Pijane  Kubki?  –  zapytałam  oszołomiona  faktem,  że  ten  biedny,  niewinny 

dzieciak miał kiedykolwiek kontakt z tak podłą grą w wieku zaledwie trzynastu lat. MJ wzruszył 
znowu ramionami. 

- Moi bracia czasami lubią w to grać – odparł swobodnie, odwracając lekko głowę i przyjrzał 

się  dwóm  gorącym  meczom  dziejącym  się  przy  stolikach  Pijanych  Kubków.  Odwrócił  się  do 
mnie. – Jeśli nawet mała ilość alkoholu dotknie skorpiona, dostaje szału, dopóki nie zakłuje się 
na śmierć. Wiedziałaś o tym? 

O jeeezu. 

- Nie – odparłam, wzdychając lekko. – Ale z drugiej strony nie spotkałam wielu skorpionów 

w moim życiu. Jednakże jeśli spotkam, jestem teraz tego świadoma. Dzięki za to. 

MJ pokiwał głową, wyraźnie nie rozumiejąc, że się z nim droczyłam, co pokazuje jak bardzo 

musimy  nadrobić  towarzyskie  zaległości,  żeby  ten  dzieciak  był  gotowy,  by  poznać  paru 
przyjaciół. Jego umiejętności prowadzenia rozmowy także są… nieco nierozgarnięte. 

Wiecie, jeśli przez umiejętności prowadzenia rozmowy rozumiecie wszystko, co nie kończy 

się słowami „wiedziałaś o tym?”. 

Tak, właśnie tak. 

- Pisałem wypracowanie z zaklęć – zaczął MJ, podnosząc podręcznik, który leżał na szczycie 

jego  stosu  –  Standardowa  księga  zaklęć,  stopień  trzeci.  –  Zrobiłem  pierwszą  część  –  ciągnął, 
wyciągając  pergamin  spomiędzy  kartek  podręcznika  -  …ale  ostatnia…  -  Wzruszył  bezradnie 
ramionami, szukając we mnie pomocy. 

Choć nie były to ani odpowiednia pora, ani miejsce, zlitowałam się nad biednym chłopcem i 

jego z lekka rozpaczliwym spojrzeniem, wzięłam od niego pergamin, czytając pytanie na górze i 
to co, do tej pory napisał. Może nie dokładnie to zazwyczaj robiło się na imprezie Quidditchowej 
– siedzenie na klatce schodowej dziewcząt z trzeciorocznym i czytanie jego zadań z zaklęć – ale 
nigdy nie twierdziłam, że MJ był jedyną osobą ze zniekształconą osobowością towarzyską. 

Trochę przyganiał kocioł garnkowi. 

Zdumiewająco żałosne. 

Phi. 

Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  naprawdę.  Zaczęło  się  od  przeglądania  jego  wypracowania, 

przekartkowywania  podręcznika,  żeby  pokazać  mu,  gdzie  mógł  znaleźć  informacje,  których 
potrzebował,  aby  dokończyć  ostatnią  część.  Nie  zamierzałam  prowokować  żadnych  pytań,  nie 

background image

75 

 

zamierzałam  odpowiadać  na  te,  które  zostały  sprowokowane,  nie  zamierzałam  prowokować 
więcej pytań z tych odpowiedzi i tak dalej, ale tak czy inaczej to się stało. Chciałabym obwinić o 
to  fakt,  że  najwyraźniej  jestem  największą  maniaczką  zaklęć  w  całej  Anglii,  a  kiedy  biedni,  na 
nieszczęście  zagubieni  chłopcy  tacy  jak  Maurice  John  Rosier  patrzą  na  ciebie  tymi  wielkimi 
niebieskimi  oczami  i  mówią  coś  takiego  „Ale  dlaczego  machasz  ręką  do  przodu  w 
Rozweselającym Czarze? Jak  mam to  zrobić?”, to przypuszczam,  że rozpływam się  na miejscu. 
Mówię mu, że macha się ręką do przodu, ponieważ cofnięcie jej zmyliłoby nie tylko twój cel, ale 
także koncentrację, a potem zaczęłam mu pokazywać przez pół godziny, jak właściwie robi się 
coś takiego. 

Tak. 

Wiem. 

Społecznie wyzwana, ma na imię Lily Evans. 

Ale co ma zrobić osoba uzależniona od Zaklęć? 

- Proszę! – zawołałam szczęśliwie, patrząc jak po dobrych piętnastu minutach intensywnego 

ćwiczenia i wskazówek, MJ w końcu zdołał sam machnąć nadgarstkiem do przodu we właściwy 
sposób.  –  Teraz  już  rozumiesz!  Kiedy  już  się  nauczysz,  to  nie  jest  takie  trudne,  co  nie?  – 
Uśmiechnęłam się do niego szeroko. MJ odwzajemnił uśmiech. 

-  Zapomnę  o  tym  –  mruknął  sztywno,  ciągle  machając  ręką.  Wywróciłam  oczami,  kręcąc 

głową. 

-  Nie  zapomnisz  –  powiedziałam.  –  Będziesz  doskonale  to  pamiętał.  Poza  tym,  to  nie  tak, 

że… 

Ale MJ nigdy się nie dowiedział co było nie tak, że, bo w tamtej chwili, kiedy zamierzałam 

przekazać  mu  informacje,  niesamowicie  głośny  –  choć  na  szczęście  nie  alarm  –  dźwięk 
rozbrzmiał  w  pokoju  wspólnym,  po  którym  prawie  natychmiast  pojawił  się  hałaśliwy  chór 
śmiechu  każdego  w  pokoju.  Zwróciłam  głowę  w  miejsce,  gdzie  grupa  Gryffonów  stała  nad 
stolikami Pijanych Kubków. 

-  Co  to  było,  do  cholery?  –  mruknęłam,  podnosząc  się,  żeby  mieć  lepszy  widok.  MJ  nie 

ruszył się z krzesła, ale odwrócił się i wyciągnął szyję, również próbując zobaczyć, co się dzieje. 
Przez  tłum  ludzi  nic  nie  widziałam,  ale  wszyscy  się  śmiali,  niektórzy  klaskali  i  udało  mi  się 
dostrzec nieco  wgniecioną krawędź stolika na  podłodze, co  kazało  mi sądzić, że  ktoś  na  niego 
upadł, co spowodowało głośne huknięcie. Nie wiedziałam kto, ponieważ nic nie widziałam, ale 
ktokolwiek to był, wszyscy uważali to za niesamowicie komiczne. 

background image

76 

 

Ci pijacy uważaliby urazy za zabawne. 

Phi. 

Zamierzałam  usiąść  znowu  na  schodach,  żeby  kontynuować  maniackie  lekcje  z  MJ’em, 

wiedząc, że nie byłabym żadną pomocą dla poszkodowanej strony, kiedy nie mogłam nawet nic 
zobaczyć  przez  kłębiący  się  tłum,  aby  dowiedzieć  się,  co  się  stało.  Już  usiadłam,  kiedy  nagle 
dostrzegłam  kątem  oka  chwiejącą  się  istotę  podnoszącą  się  na  nogi.  Obserwatorzy  znowu 
zaklaskali, kiedy poszkodowana strona uśmiechnęła się  szelmowsko  i przez chwilę  kołysała się 
na nogach. 

O kurde. 

Podwójne cholerne pieprzone kurde. 

To był James. 

James. 

Gdzie się podziało jego zapewnienie o nieupiciu się piwem kremowym? 

-  O,  dobry  panie  –  mruknęłam,  zakrywając  ręką  oczy,  kiedy  przyjrzałam  się  tej  żałosnej 

scenie.  Ale  tak  jak  przy  wypadku  samochodowym  na  poboczu  drogi,  nie  na  długo  oderwałam 
wzrok  od  katastrofy.  Gdy  szybko  spojrzałam  w  tamtym  kierunku,  James  –  wyglądając  na 
bardziej rozczochranego i beztroskiego niż kiedykolwiek – patrzył prosto na mnie, szeroki, durny 
uśmiech pokrywał całą jego twarz. Powoli zaczął iść chwiejnym krokiem w moim kierunku. 

O rany. 

Był pijany. 

Totalnie, całkowicie, ledwo mogący ustać na nogach, był schlany i pijany. 

Co za dureń. 

- Wygląda na to, że będziemy mieć gościa – mruknęłam beznamiętnie, ale kiedy spojrzałam 

w miejsce, gdzie przed paroma chwilami siedział cicho MJ, było tam tylko puste miejsce. 

A gdzie on, do jasnej cholery, poszedł? 

-  Spłoszyłeś  mojego  kolegę  –  powiedziałam  Jamesowi,  kiedy  zdołał  dotrzeć  do  klatki 

schodowej  dziewcząt.  Opierał  się  leniwie  o  ścianę,  jego  piwne  oczy  były  niewyraźne,  jego 
uśmiech  głupszy  od  jego  zwykłego  ilorazu  inteligencji,  wyglądając  na  wręcz  naćpanego. 
Widzicie, co się dzieje z tymi, co piją. Wywróciłam oczami, patrząc na niego znacząco. – Widzę, 

background image

77 

 

że  miałeś  mały  upadek  –  wymamrotałam  sucho,  wskazując  na  połamany  stolik,  którego 
oczywiście nikt nie naprawił. James dalej się szczerzył. 

- Przegrałem – powiedział. 

- Zauważyłam – odparłam. 

-  Cześniej  nie  przegrywałem,  wiesz  –  wydukał,  śmiejąc  się  lekko  żałośnie,  co  naturalnie 

sprawiło,  że  ja  parsknęłam  śmiechem  przez  tę  całą  żałosność  i  w  ogóle.  –  Nie  –  ciągnął, 
wzdychając  ciężko,  podniósł  niepewną  rękę  do  głowy,  żeby  powoli  potargać  włosy.  –  Cześniej 
nie przegrywałem. Wygrywałem, wiesz. Potem… humph… nie wiem… pszypuszam… 

Było to dość bezcenne. 

Naprawdę uwielbiałam pijanego Jamesa. 

Wtedy. 

Nie później. 

Na pewno nie później. 

-  …przegrałeś?  –  dokończyłam  powoli  za  niego,  nie  ukrywając  rozbawienia.  James  wydał 

cichy  jęk  zgody  i  w  końcu  wyjął  rękę  z  włosów.  Teraz  odstawały  we  wszystkich  dziwnych 
kierunkach, wyglądając niechlujnie, nawet jak na Jamesa. Ostrożnie zmarszczył nos ze wstrętem 
i spojrzał na mnie. 

-  To  przez  ognistą  whisky  –  szepnął  z  żalem,  potrząsając  głową  z  głębokim  wyrzutami 

sumieniami.  Parsknęłam  śmiechem  i  również  potrząsnęłam  głową,  ale  na  jego  żałosne 
błazeństwo, nie parodię tego wszystkiego. 

-  Być  może  nie  powinieneś  był  pić  ognistej  whisky  –  zauważyłam  surowo,  rzucając  mu 

spojrzenie lekkiej nagany, którego wiedziałam, że pewnie  teraz  nie rozumiał, ale poczułam się 
lepiej.  Byłam  zaskoczona, że nie  byłam  bardziej rozgniewana  tą sytuacją.  Czy nie  tego właśnie 
najbardziej  się  obawiałam?  Pijanych  wariatów  bałaganiących  i  potykających  się  o  stoliki? 
Powinnam  była  się  wściekać,  ale  zamiast  tego  się  śmiałam.  Może  to  dlatego,  że  był  to  James, 
może dlatego, że wyciągnęłam w końcu z tyłka różdżkę, sama nie wiem, ale tak czy inaczej, nie 
panikowałam nad tym, skąd wzięła się ta ognista whisky ani czy przyjdzie tutaj McGonagall i nas 
wszystkich pozabija. Stałam po prostu obok Jamesa, mając nadzieję, że nie zemdleje i nie zrobi 
sobie krzywdy albo zwymiotuje na schody. 

To poprawa, jak sądzę. 

background image

78 

 

- Lily? – odezwał się parę sekund później, wyrywając mnie z zamyślenia. 

- James? – odpowiedziałam. 

-  Mam…  ni…  nie…  ugh…  -  Nie  potrafił  wypowiedzieć  odpowiednich  słów,  choć  próbował 

parę razy. Nie sądziłam nawet, że wiedział,  co próbował powiedzieć, tak chaotyczne były jego 
pomruki. Zmarszczył twarz we skupieniu, jakby próbował się  na czymś skoncentrować. Minęło 
kolejnych  parę  sekund  z  małym  sukcesem  ze  strony  Jamesa.  W  końcu  zrezygnował  ze  swojej 
przemowy  i  zamiast  tego  szybko  pokonał  cztery  schodki,  aż  staliśmy  twarzą  w  twarz  na 
schodach.  Miał  bardzo  dziwny  wyraz  oczu,  który  wtedy  uważałam  za  efekt  alkoholu,  ale  teraz 
wiem lepiej. – Chodź tutaj – powiedział, machając ręką. 

- Iść gdzie? – spytałam, przypatrując się z konsternacją najwyżej połowie metra, która nas 

oddzielała. Gdzie ten dzieciak chciał, żebym poszła? 

- Tutaj – polecił raz jeszcze. 

- Tutaj, gdzie? Stoję tuż przed… oomph! 

Dowiedziałam się, gdzie było tutaj. 

Najwyraźniej tutaj reprezentowało bycie przyciągniętą do osoby Jamesa. 

Tak. 

Wręcz przyklejoną. 

Bo to wcale nie działało na mój już słaby stan psychiczny. 

O Boże. 

- Em… - Czułam się jakby w ustach wyrosła mi pustynia. – James… co ty… 

-  Ciii  –  szepnął,  ściskając  mnie  mocniej,  cicho  przerywając  moje  żałosne  pytania.  –  Po 

prostu… cicho – rozkazał. 

A potem to zrobił. 

Bez  ostrzeżenia,  bez  wstępu,  bez  choćby  szybkiego  „Uważaj,  Evans,  oto  nadchodzi”  lekko 

bełkotliwym głosem albo nawet cichego zapowiadającego chrząknięcia.  Właśnie tam na klatce 
schodowej dziewcząt w pokoju wspólnym Gryffindoru. Po prostu to zrobił. 

Pocałował mnie. 

ON. MNIE. POCAŁOWAŁ. 

background image

79 

 

Gdyby  mnie  nie  trzymał,  to  z  pewnością  spadłabym  ze  schodów.  Byłam  wstrząśnięta.  Nie 

było to jakieś szalone całowanie czy coś, ale i tak było to całowanie – wystarczająco niewinne, 
żeby całkiem mnie nie zabić, ale wystarczająco pewne, abym wiedziała, że wcale niewinnie nie 
było.  James  Potter  stał  tam  na  czwartym  stopniu  klatki  schodowej  dziewcząt  i  mnie  całował. 
Teoretycznie  samo  to  wystarcza,  aby  dziewczyna  oszalała.  A  ja…  ja  nie  mogłam  myśleć.    Mój 
umysł  zrobił  się  kompletnie  pusty,  mogłam  myśleć  tylko  o  jego  wargach  poruszających  się  na 
moich i jego smaku w moich ustach i… i… 

Do diabła. 

Do jasnego diabła. 

Jeżeli nie mogę powiedzieć tego tutaj, to gdzie mogę? 

Ja… 

Podobało mi się to. 

James Potter mnie całował i podobało mi się to. 

Ten fakt powinien mnie zszokować. Przecież mój przyjaciel – mój przyjaciel – całował mnie 

na  klatce  schodowej  dziewcząt,  a  ja  mu  na  to  pozwalałam  –  nie,  więcej  niż  mu  pozwalałam. 
Mnie  się  to  podobało!  Kto  tak  robi?  Szczerze,  kto?  Jaka  szanująca  się,  kochająca  Amosa, 
pruderyjna,  zacofana  Prefekt Naczelna nie  czułaby  ani trochę  niewłaściwie,  kiedy  staje się  coś 
takiego? 

Kto?! 

Szczerze, to z wielką chęcią obwiniłabym za wszystko renomowane znakomite umiejętności 

całowania Jamesa  – jak mogłoby mi się to nie podobać z tak znakomitymi umiejętnościami? – 
ale  dziewczyna  musi  czasami  stawić  czoła  faktom.  Bo  bądźmy  tutaj  szczerzy,  facet  był  pijany. 
Nie  był  w  swojej  najwyższej  formie.  A  choć  był  bardzo  daleko  od  obślinienia  mnie  czy  coś,  to 
jestem pewna, że miał lepsze noce od tych. Nie było żadnej drogi wyjścia. 

A  jednak…  wciąż  mi  się  to  podobało.  Nie  był  w  najwyższej  formie,  a  jednak  nadal  mi  się 

podobało. Co zmusiło mnie do myślenia, wiecie, bo to nie jest zbyt normalna reakcja, prawda? 
Jest  tak  daleka  od  normalności,  jak  może  być.  A  im  więcej  o  tym  myślałam,  tym  bardziej 
wyciągałam jeden wniosek. 

Być może lubienie pocałunków Jamesa nie miało nic wspólnego z tym, jak dobrze czy źle to 

robił. 

Być może lubiłam pocałunki Jamesa… po prostu dlatego, że to James całował. 

background image

80 

 

I być może, nareszcie jestem gotowa to przyznać. 

Mam na myśli… 

Bo chodzi o to… 

Że… 

Podoba mi się James Potter. 

Naprawdę. 

Nie  wiem  kiedy,  dlaczego  czy  jak,  i  nie  podoba  mi  się  bardzo,  nie  sądzę,  to  pewnie  tylko 

mijający pociąg, ale kiedy tam stałam, szczęśliwie pozwalając facetowi mnie całować… cóż, jak 
można  temu  zaprzeczać?  Mogłam  wcześniej  zmuszać  się  do  zignorowania  tego  wszystkiego, 
choć  śniłam  o  nim,  starałam  się,  żeby  poprawić  mu  humor  i  chciało  mi  się  rzygać,  kiedy 
zobaczyłam go razem z Elisabeth Saunders – ale gdy facet cię całuje, a ty nic z tym nie robisz… 
to czas wypić piwo, którego się nawarzyło. Jakkolwiek szalone się to wydaje… to prawda. 

Taka była prawda. 

Podobał mi się James Potter. 

Cóż za cholerna niespodzianka, co? 

Wtedy wiedziałam, że moja karma po raz kolejny uderzyła doskonałą zemstą. Oto jestem ja, 

umówiona na randkę z facetem, nad którym się rozpływałam od półtora roku, możliwie nawet 
więcej  niż  na  randkę,  jeżeli  dobrze  rozegram  moje  karty  i  wszystkiego  nie  schrzanię,  a  co  ja 
robię? 

ZACZYNA PODOBAĆ MI SIĘ JEGO NAJGORSZY WRÓG. 

Komu jeszcze zdarzają się takie rzeczy?! Komu?! Ponieważ uwielbiam Amosa, wiem, że tak, 

ale  to  nie  zmienia  faktu,  że  całowałam  teraz  Jamesa  Pottera  –  chodzi  mi  o  całowanie  go,  bo 
przez  parę  chwil  sądzę,  że  mogłam  brać  czynny  udział  w  tym  pijackim  pocałunku,  jakkolwiek 
przypadkowa czy nieśmiała była moja reakcja. 

Jak mogłam robić coś takiego Amosowi? Jak mogłam robić coś takiego sobie? Nie chciałam, 

żeby to się stało. Starałam się to ignorować. Nigdy bym nie… 

Wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę. 

Nigdy bym nie pocałowała Jamesa. 

Nie pocałowałam Jamesa. 

background image

81 

 

On pocałował mnie. 

ON POCAŁOWAŁ MNIE! 

Gdzieś na górze trzasnęły drzwi. 

Wracając z powrotem do rzeczywistości, odskoczyłam gwałtownie od Jamesa, nareszcie się 

odsuwając, tak jak powinnam zrobić to parę minut temu. 

O Merlinie. 

Nie chciałam na niego patrzeć. Nie chciałam widzieć tego, co wiedziałam, że nieuchronnie 

zobaczę,  ale  moje  oczy  i  tak  zaczęły  szukać  jego  twarzy.  Jego  wyraz  twarzy  był  pusty,  oprócz 
oczu,  które  różniąc  się  od  wcześniejszego  stanu  pijaństwa  czy  twardej  nieustępliwości  reszty 
jego ciała, wpatrywały się we mnie przeszywająco z jasnym, wymownym światełkiem. Gdybym 
nie miała problemu z prawidłowym oddychaniem, wciągnęłabym powietrze na te spojrzenie, ale 
biorąc  pod  uwagę,  że  nie  byłam  w  stanie  zrobić  nic  innego,  jak  stać  tam  i  rumienić  się,  chcąc 
zrobić coś, aby cofnąć, to tego nie zrobiłam. 

James zamierzał coś powiedzieć, ale w tamtej chwili wiedziałam, niemal tak jak wiedziałam, 

że tych kilka minionych minut było okropnym błędem, że cokolwiek miał mi do powiedzenia, to 
nie mogłam tego usłyszeć. Nie wtedy. Nie mogłam tego znieść. Byłoby tego zbyt wiele. 

Zbyt cholera wiele. 

- Lily… 

Uciekłam. 

Wiem, że  to  było dziecinne  – wiem  –  ale  w chwili,  kiedy usłyszałam  moje imię  z  jego  ust, 

musiałam uciec. Odwróciłam się i wbiegłam szybko po schodach na górę, nie przejmując się, jak 
to wyglądało, nie przejmując się, co sobie pomyślał, przejmując się tylko tym, żeby oddalić się 
od  Jamesa  Pottera  najdalej  jak  fizycznie  to  możliwe,  nienawidząc  faktu,  że  wciąż  miałam  jego 
smak w ustach, że moje wargi wciąż mrowiły w miejscu, gdzie dotknęły jego ust. 

Ponieważ on pocałował mnie. 

A całujesz dziewczynę tak naprawdę tylko z jednego powodu. 

Słyszałam,  jak  wołał  moje  imię  z  dołu,  ale  zignorowałam  krzyki,  biegnąc  do  mojego 

dormitorium,  ani  na  chwilę  się  nie  zatrzymując.  Dyszałam  ciężko,  bardziej  z  emocji  niż 
rzeczywistego wysiłku. Trudziłam się z klamką, starając się ją otworzyć, czując kłujący nacisk za 

background image

82 

 

oczami,  które  szybko  zmieniło  się  w  wylewanie  łez.  Z  cichym  szlochem  zdołałam  w  końcu 
otworzyć drzwi, szybko wchodząc do środka i zamykając je za sobą. 

Tam wybuchłam płaczem. 

- Lily? Na Merlina, Lily, co się stało?! 

Dostrzegłam przez łzy niewyraźny kształt Emmy, wyglądającej na niezwykle zaniepokojoną, 

kiedy przybiegła do mnie ze swojego łóżka po drugiej stronie pokoju. Nie mogłam mówić przez 
kilka sekund, częściowo dlatego, że płakałam tak mocno, a częściowo dlatego, że w głowie tak 
szybko  mi  się  kręciło,  że  moje  usta  nie  miały  szansy  na  skupienie  jej  uwagi,  żeby  móc  działać 
właściwie. 

On mnie pocałował. 

Oblał mój test! 

Oblał mój cholernie pieprzony test!! 

Co się stało? 

Tylko o tym myślałam. 

- Ciiii. – Emma objęła mnie pocieszająco, próbując mnie uspokoić, ale oczywiście było to na 

nic, bo moje łzy lały się bez końca. – Oddychaj, Lily. Wszystko będzie w porządku. Uspokój się i 
porozmawiaj ze mną, dobra? Powiedz mi, co się stało. 

Nie  wiem  jak  zdołałam  znaleźć  mój  głos.  Totalnie  histeryzowałam,  a  jednak  udało  mi  się 

wydusić słowa. Ale kiedy to zrobiłam, nie sądzę, że spodziewała się ich Emma. 

- Kiedy przestał? – zapytałam przez łzy, wyrywając się z uścisku Emmy i stanęłam przed nią 

trzęsąc się. – Kiedy on przestał, Emmeline?! 

Patrzyła na mnie zdezorientowana. – Kiedy kto przestał, Lily? 

- James. – Jego imię wyszło z moich ust z gorzkim tonem i zaczęłam jeszcze mocniej płakać, 

jeśli to możliwe. – On… to było wcześniej, prawda? Przestał – przecież cholera przestał! Ja… on… 

- Co James przestał, Lily? 

- DURZYĆ SIĘ WE MNIE! 

Twarz Emmy zbladła. 

Wtedy wiedziałam już na pewno. 

background image

83 

 

Nie przestał wcześniej, tak jak chciałam wierzyć. Nie przeszłam mu. Nie wolałby być martwy 

niż  faktycznie  się  ze  mną  umawiać.  Ten  test  –  ten  mój  głupi,  okropny  test  –  nic  mi  nie 
powiedział. Oczywiście, że nie wściekł się w tamtej chwili. Czemu, do diabła, miałby tak narażać 
swoją  dumę?  Czekał  do  następnego  dnia,  kiedy  wszystko  się  uciszyło,  a  potem  pozwolił  mi 
wierzyć,  że  nie  miałam  z  tym  nic  wspólnego.  Pozwalał  mi  płakać  na  swoich  wygodnych 
swetrach, kiedy miałam swoje emocjonalne chwile. Przyszedł do mnie na północną wieżę, kiedy 
wiedział,  że  potrzebowałam  tam  kogoś  ze  sobą.  Nazywa  mnie  Nieomylną  i  żartuje  o  moim 
kompleksie  niższości.  Kłóci  się  z  Amosem,  nie  tylko  przez  Quidditcha,  ale  z  dużo  bardziej 
osobistych powodów. On… James… 

James Potter nadal się we mnie durzył. 

Nadal mu się podobałam. 

Opadłam na kolana, zmęczona i wysuszona. 

Było mi niedobrze. 

-  Och,  Lily.  –  Poczułam  rękę  Emmy  na  moich  plecach,  kiedy  nie  przestawałam  płakać  na 

podłodze,  nienawidząc  siebie  za  zachowywanie  się  jak  rozhisteryzowana  kobieta,  ale  nie 
wiedziałam,  jak  to  powstrzymać.  Bez  względu  na  to,  co  robiłam,  paplałam  bez  sensu  jak 
nieszczęśliwe dziecko, jakby świat dobiegał końca. Wiedziałam, że nie miałam powodu, aby być 
tak zdenerwowaną całą tą sytuacją – nigdy nie płakałam tak jak wtedy – ale za każdym razem, 
gdy  starałam  się  przestać,  łzy  znowu  się  pojawiały.  Głos  Emmy  był  delikatny  i  lekko  zbolały, 
kiedy znowu się odezwała. – Nie chciał, żebyś wiedziała – szepnęła ze zmęczeniem i słyszałam 
żal w jej głosie. – Nie chciał… żebyś wiedziała, Lily. Co się stało? Co ci powiedział? 

Nie  potrafiłam  jej  tego  wyjaśnić.  Nie  wtedy,  nie  teraz.  I  może  nie  czułabym  się  teraz  tak 

okropnie,  gdybym  wtedy  opowiedziała  Emmie,  ale  nie  potrafiłam  wydusić  z  siebie  tej  historii. 
Byłam wyczerpana, całkowicie, a kiedy już przestałam ryczeć jak wariatka, nie mogłam wyrzucić 
z siebie tej opowieści. Siedziałam  bez ruchu na podłodze, gapiąc się w podłogę, zastanawiając 
się, jak u licha, ktoś mógł być tak niewiarygodnie głupi przez tak długi czas, jak ja. 

-  Proszę,  nie  mów  nic  nikomu  –  poprosiłam  cicho,  patrząc  na  Emmę  po  raz  pierwszy  od 

dłuższego  czasu.  Oczy  i  policzki  miałam  obolałe  od  łez,  gardło  było  suche,  więc  mój  głos  był 
ochrypły  w  nieatrakcyjny sposób.  – Nie  mogę…  pytania…  a James  prawdopodobnie i  tak jutro 
nie będzie niczego pamiętał… 

- Czemu miałby nie pamiętać? 

- Grali w Pijane Kubki. 

background image

84 

 

- Och. Cóż, to wiele wyjaśnia. 

- Em… 

-  Nie  –  przerwała  mi  cicho,  kręcąc  głową.  –  Nie  martw  się.  Nie  musisz  teraz  wyjaśniać. 

Spróbuj  odpocząć.  Wyglądasz  na  zmęczoną.  Ale,  Lil…  -  urwała,  wzdychając  ciężko.  Zbliżając 
twarz  do  mojej,  spojrzała  mi  prosto  w  oczy.  –  To  jest…  nie  wiem,  co  się  wydarzyło  –  zaczęła 
cicho – i nie wiem, co zrobił James, ale bez względu na to, co się dziś wieczorem stało… wiem, 
że nie chciał cię zdenerwować. Nigdy by tego nie chciał. Nigdy. Wiesz o tym, prawda? 

Oczywiście,  że  o  tym  wiedziałam.  Nie  byłam  zdenerwowana,  kiedy  mi  się  o  tym 

przypomniało, ale wiedziałam. 

Wypuściłam długi oddech i skinęłam głową Emmie. – Tak – szepnęłam. – Wiem. 

A potem położyłam się do łóżka i teraz tutaj leżę. 

Przez ostatnią godzinę próbowałam się przekonać, że przegięłam z reakcją. W stosunku do 

problemów  światowych  mój  obecny  dylemat  naprawdę  nie  jest  wielką  sprawą.  No  i  co,  że 
chłopak  nigdy  nie  przestał  się  we  mnie  durzyć?  No  i  co,  że  w  mojej  totalnej  ignorancji 
prawdopodobnie zraniłam go na tyle sposobów, że pewnie teraz jest przyzwyczajony do tortur? 
No  i  co,  że  mógł  mnie  przekonać  do  leciutkiego  durzenia  się  w  nim  również?  No  i  co,  że  – 
pomimo faktu, że nie wiadomo, czy będzie pamiętał dzisiejszy wieczór – nasza relacja nigdy już 
nie będzie taka sama? No i co, że straciłam jednego z moich najlepszych przyjaciół? No i co, że 
to  wszystko  dzieje  się  teraz,  kiedy  powinnam  być  przeszczęśliwa,  że  idę  na  randkę  z  facetem, 
który od zawsze mi się podobał? 

No i co, że nie mogę oddychać? 

No i co, że nie mogę myśleć? 

No i co, że czuję się jakby cały świat usunął mi się spod stóp, wszystko to przez uczucia do 

jednego faceta? 

No i co, że nie powinnam tak się czuć, jeśli tylko trochę podoba mi się ten chłopak? 

Przecież przeprowadzam się do Guam. 

W Guam nie trzeba martwić się takimi sprawami.