background image

 Moduł 3

Model rodziny współczesnej  

i jego wpływ na kształtowanie 

postaw młodego pokolenia

Wstęp
1. Rodzina jako naturalne środowisko wychowawcze
2. Kryzys tradycyjnego modelu rodziny w społeczeństwie pos�ndustrialnym
3. Nieprawidłowości wychowania dzieci w rodzinach z obszaru wykluczenia społecznego
Literatura
 

background image

2

 Wstęp

Jak już wiemy, dziecko staje się człowiekiem w pełnym rozumieniu tego pojęcia 
poprzez procesy uspołecznienia — socjalizacji pierwotnej i wtórnej.

Wiemy już także, że socjalizacja pierwotna odbywa się w środowisku rodzinnym 
i ma elementarne znaczenie dla kształtowania się podstawowych cech osobowo-
ści dziecka. 

Socjalizacja, czy mówiąc potocznie „wychowanie” w rodzinie, to bardzo skompliko-
wany proces wzajemnych relacji i zależności o charakterze emocjonalnym i poznaw-
czym pomiędzy dzieckiem a jego najbliższym otoczeniem. Przy czym dziecko nie 
jest jedynie biernym odbiorcą oddziaływań płynących z zewnętrznego środowiska. 
Ta relacja od początku ma charakter zwrotny — dziecko jest jej aktywnym uczestni-
kiem, wywierającym określony wpływ na to otoczenie. Rodzina jest najbardziej pod-
stawową „częścią składową” struktury społecznej — to w niej zaczyna się „życie spo-
łeczne” każdej jednostki ludzkiej. Z jednej strony tę strukturę tworzy, ale z drugiej 
jest od niej w pełni zależna — zmienia się więc wraz z całą zbiorowością. 

 

 

background image

3

 1. Rodzina jako naturalne 

środowisko wychowawcze

Mówiliśmy  już  wcześniej,  że  rzeczywistość  ludzka  to  rzeczywistość  „znacząca”. 
Pierwszy i podstawowy system znaczeniowy, który staje się później czymś w rodza-
ju matrycy językowej człowieka, dziecko poznaje właśnie w rodzinie — poczynając 
od gestów znaczących matki (np. uśmiech — akceptacja, grymas — dezaprobata), 
poprzez naukę języka, po systemy znaczeniowe definiujące całą rzeczywistość spo-
łeczną, czyli „Świat w ogóle”. Etap socjalizacji pierwotnej kończy się, kiedy w sferze 
poznawczej ukształtuje się to, co Luckmann i Berger nazywają 

„sferą oczywisto-

ści”, tj. kiedy ten przekazany przez znaczących innych obraz rzeczywistości 
jawi się jako „konieczny”, jedyny możliwy i prawdziwy oraz kiedy ukształtu-
je się „uogólniony inny”, tj. kiedy dziecko zacznie się identyfikować z całym
społeczeństwem,  mając  zinternalizowane  jego  schematy  poznawcze  oraz 
system normatywny

Potem, uczestnicząc w kolejnych etapach socjalizacji, dziecko będzie poznawało 
kolejne systemy znaczeniowe, ale będą one zawsze odnoszone do tego pierwotne-
go. Ten pierwotny system językowy będzie decydował o sposobie porządkowania, 
organizowania wszystkich kolejnych nowych doświadczeń. 

Ważnym rezultatem socjalizacji pierwotnej jest tworzący się obraz samego siebie. 

Tożsamość

 w pełni zaczyna się kształtować w okresie dojrzewania, ale podstawo-

wy obraz własnej osoby dziecko wynosi właśnie z pierwszych relacji ze znaczący-
mi innymi, od których uzyskuje najważniejsze informacje na swój temat. Na ich 
podstawie zaczyna myśleć o sobie w określony sposób — kim jest dla najbliższych 
(co warunkuje np. jego pozycję w domu), kim dla samego siebie (warunkujące np. 
poczucie  własnej  wartości  i  sprawczości),  kim  dla  szerszego  otoczenia  społecz-
nego (miejsce w strukturze społecznej, wyznaczane przez pozycję rodziny w tej 
strukturze). 

Tradycyjnie wymieniane 

funkcje rodziny

 to funkcja zabezpieczenia ekonomicz-

nego, opiekuńcza, zabezpieczenia emocjonalnego, prokreacyjna, wychowawczo-
-socjalizacyjna, wreszcie seksualna. Przyjrzyjmy się bliżej tym funkcjom. 

Funkcja zabezpieczenia ekonomicznego

 oznaczała jeszcze nie tak dawno de fac-

to funkcję zabezpieczenia biologicznego przetrwania. Rodzina była z reguły trzypo-
koleniowa. Nie było systemu rent i emerytur. Pracował najczęściej ojciec i z tej pracy 
utrzymywał żonę, kilkoro dzieci i starych rodziców. Czasem dodatkowych krew-
nych, np. siostrę albo ciotkę — starą pannę. Sytuacja taka wymuszała ścisły podział 
ról i zadań w rodzinie. Za dostarczenie środków niezbędnych do życia przez parę 
tysięcy lat w większości znanych nam kultur odpowiadał facet — chodził na polo-
wanie albo na rozbój, uprawiał rolę, prowadził warsztat rzemieślniczy albo chodził 
do fabryki. Pozostali członkowie — kobiety, dzieci, starcy — poza rodziną nie mie-
li zbytnich szans na przetrwanie. Siłą rzeczy mężczyzna miał w domu uprzywilejo-
waną pozycję: kiedy nie był w stanie pracować, rodzina głodowała. Pracował ciężko 
fizycznie, często przez wiele godzin, więc musiał być w formie. To on pierwszy za-
siadał do stołu, dostawał największe i najlepsze kąski. Był odpowiedzialny za prze-
trwanie rodziny, za jej bezpieczeństwo, więc to on podejmował najważniejsze decy-
zje — był przywódcą tej małej wspólnoty.

background image

4

Funkcja opiekuńcza

 należała przeważnie do kobiety. Polegała na zabezpiecze-

niu podstawowych potrzeb wszystkim członkom rodziny. Kobieta odpowiadała za 
dom. Pilnowała „ogniska”, sprzątała, przyrządzała posiłki, zajmowała się dziećmi, 
troszczyła o pozostałych domowników. Jej najważniejszym zadaniem było dbać 
o męża, o jego dobre samopoczucie, o utrzymywanie go w dobrej kondycji — nie 
dla jego fanaberii, tylko najbardziej elementarnego interesu całej rodziny. Dru-
gim ważnym zadaniem kobiet była opieka nad dziećmi. Socjalizacja pierwotna to 
w gruncie rzeczy domena kobiety. To matka była i jest do dziś pierwszym nauczy-
cielem znaczeń. To ona wprowadzała dziecko w świat, troszcząc się o jego podsta-
wowe potrzeby fizyczne i emocjonalne, wyznaczając w ten sposób jego najbardziej
elementarny stosunek do Świata oraz do samego siebie. Ojciec włączał się zwykle 
w socjalizację w późniejszym okresie rozwoju dziecka, podejmując wysiłki wycho-
wawcze, a więc owe intencjonalne zabiegi kształtowania w dziecku „właściwych” 
zachowań. Stąd powszechny w naszej kulturze stereotyp (może lepiej byłoby po-
wiedzieć archetyp) ciepłej, opiekuńczej Matki i silnego, surowego Ojca. 

Funkcja zabezpieczenia emocjonalnego

 wiąże się z faktem, że rodzina była za-

wsze (i mimo wszystko jest nadal) grupą o charakterze wspólnotowym w najbardziej 
podstawowym znaczeniu tego pojęcia. Wspólnota czyni nas ludźmi i jest naszym 
naturalnym środowiskiem. To właśnie rodzina wyznacza najbardziej podstawowe 
poczucie MY, będące wyrazem naszej społecznej natury. Ta wspólnotowość wynika 
z dwóch podstawowych faktów. Po pierwsze relacje w rodzinie opierają się na silnej 
więzi emocjonalnej. Ta więź, która dla dziecka jest warunkiem internalizacji zna-
czeń, dla wszystkich członków wspólnoty rodzinnej jest źródłem poczucia bliskości 
i bezpieczeństwa. Daje poczucie przynależności, wyznacza trwałe i wyraźnie okre-
ślone miejsce na ziemi, co z kolei daje poczucie orientacji w rzeczywistości społecz-
nej. Tylko w dobrze funkcjonującej rodzinie jej członkowie mogą spełniać się w po-
czuciu troski o innych i czuć się przedmiotem troski, kochać i być kochanym.

Drugim czynnikiem wiążącym silnie wszystkich członków rodziny jest język — ro-
dzina jest najbardziej elementarną wspólnotą znaczeń. Nawet dziś, w czasach plu-
ralizmu kulturowego i indywidualizmu, w dobrze funkcjonującej rodzinie, takiej, 
gdzie, jak ujmuje to T. Luckmann, małżonkowie zdołali uzgodnić definicje rzeczy-
wistości, człowiek może mieć poczucie, że w pełni „rozumie” i „jest rozumiany”. 

Prokreacja

 i będąca konsekwencją oraz przedłużeniem w czasie prokreacji 

funk-

cja wychowawczo-socjalizacyjna

 wiąże się z naturalną potrzebą posiadania po-

tomstwa. Nie będziemy się bliżej zajmować tym tematem, sporo już o tym pisali-
śmy, istnieje na ten temat bogata literatura. Na nasze potrzeby przypomnijmy tylko 
w sumie dość oczywisty fakt, że doświadczenia wyniesione z domu będą w dużej 
mierze decydować o dalszych losach dziecka. To, co dziecko dostaje w pierwszym 
okresie życia, przebiegającym w pierwotnym kręgu społecznym rodziny, ma bez-
pośrednie znaczenie dla tego, jak będzie radzić sobie później, kiedy opuści już śro-
dowisko rodzinne i rozpocznie kolejne etapy socjalizacji.

Socjalizacja to nieprzerwany proces, w którym można wyraźnie określić kolejne 
etapy. Możemy się tu posłużyć przykładem znanej zapewne wszystkim koncepcji 
rozwoju Erika Eriksona. Nie mam zamiaru jej tu omawiać. Odsyłam do prac tego 
autora (por. Erikson, 2000; Erikson, 2002).

To, co jest tu istotne, to przekonanie Eriksona, że możliwość poradzenia sobie na 
kolejnym etapie rozwoju dziecka staje się realna dopiero po pomyślnym pokona-
niu wcześniejszego etapu.

background image

5

Żeby dziecko mogło ukształtować poczucie 

autonomii

, swojej indywidualności, 

własnej wartości, pragnienie samodzielności, żeby miało odwagę tej samodzielno-
ści próbować i doświadczać, musi poczuć się w świecie 

bezpiecznie

, musi nabrać 

pierwotnego poczucia ufności do świata, które kształtuje się w okresie niemowlę-
cym. Tę ufność buduje troskliwa opieka nad niemowlęciem ze strony najbliższych, 
szczególnie matki.

Żeby mogło rozwijać swoje umiejętności w sferze zadaniowej, budować swoje po-
czucie sprawczości, żeby miało odwagę eksperymentować, podejmować ryzyko, 
a także wchodzić odważnie w pierwsze pozarodzinne relacje społeczne (

poczu-

cie inicjatywy

), musi mieć zaufanie do świata (poczucie bezpieczeństwa) oraz 

do samego siebie (poczucie autonomii, własnej wartości). Taką autonomię budu-
je odpowiednie wyważenie w traktowaniu małego człowieczka pomiędzy pozwo-
leniem  mu  na  samodzielność,  dokonywanie  własnych  wyborów,  doświadczanie 
konsekwencji tych wyborów a narzucaniem mu ograniczeń wynikających z kwe-
stii bezpieczeństwa, uczenia szacunku do innych, uczenia podstawowych norm 
społecznych.

Kiedy idzie do szkoły (

pracowitość

), gdzie zabawę zastępują obowiązki, kiedy po-

jawiają się kwestie związane z nauką, pracą, odpowiedzialnością, oceną, rywali-
zacją,  poradzi  sobie  ze  wszystkimi  tymi  problemami,  jeśli  pomyślnie  przeszedł 
poprzednie trzy etapy rozwoju i ma ugruntowane poczucie bezpieczeństwa, auto-
nomii i inicjatywy — ma zaufanie do Świata, do siebie i do innych ludzi. 

Jeśli coś w rodzinie zawiedzie i nie uda się pomyślnie przejść któregoś z tych eta-
pów, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko będzie radzić sobie w szkole 
słabo. Tak samo zresztą, jak w całym późniejszym, dorosłym już życiu. 

Funkcja seksualna

 wiązała się ze społecznymi regulacjami tej sfery życia czło-

wieka. W większości znanych nam kultur rodzina była jedyną społecznie akcep-
towaną formą współżycia płciowego.

Rys. 1. Etapy rozwoju dziecka

background image

6

 2. Kryzys tradycyjnego modelu 

rodziny w społeczeństwie 

postindustrialnym

Przez ostatnie 100–150 lat ten tradycyjny model rodziny ulegał stopniowym modyfi-
kacjom. Modyfikacje te były konsekwencją przemian, jakie zachodziły w szerszym
środowisku społecznym. Zmiany te, pierwotnie o charakterze ekonomicznym, wy-
muszały zmiany w kulturze — w stylu życia, we wzorcach życiowych, w obyczajo-
wości, w aspiracjach itd. 

Ekonomiczne  podstawy  funkcjonowania  społeczeństw  w  XIX-wiecznej  Europie 
zmieniały się wraz z rozwojem przemysłu i rosnącą migracją ze wsi i małych miej-
scowości do wielkich skupisk miejskich. 

W obszarze społecznym wiązało się to z zanikiem kontroli społecznej, miesza-
niem się ludności pochodzących z różnych obszarów kulturowych, ale także moż-
liwością  podejmowania  pracy  przez  kobiety  oraz  powstawaniem  i  stopniowym 
rozwojem różnych form zabezpieczenia socjalnego — przyfabryczne przedszkola, 
szpitale, system zasiłków z tytułu niezdolności do pracy itd. Rodzina przestawała 
być jedyną formą funkcjonowania społecznego, umożliwiającą biologiczne prze-
trwanie jej członkom. 

Wraz z rozwojem przemysłu i miast rozwijała się także sfera usług, w której kobie-
ty coraz częściej znajdowały zatrudnienie. 

Zmiany w strukturze społecznej i stylu życia przyczyniały się do zmian w obycza-
jowości. W tradycyjnej społeczności lokalnej takie sytuacje, jak staropanieństwo, 
ciąża pozamałżeńska, samotne rodzicielstwo, związki pozamałżeńskie, były grze-
chami nie do zaakceptowania. Silna kontrola społeczna powodowała, że nikt przy 
zdrowych zmysłach dobrowolnie nie decydował się na taki styl życia. Osoby, które 
z przyczyn losowych znajdowały się mimo wszystko w takich sytuacjach, były sil-
nie piętnowane i odrzucane przez lokalną społeczność. 

Kobiety w tradycyjnym modelu społecznym były uzależnione od mężczyzn. Na 
ogół pozostawały na ich całkowitym utrzymaniu — to on pracował i zapewniał 
dochód, był prawnym dysponentem ich wspólnej własności, był lepiej wykształco-
ny, jego status społeczny wyznaczał status całej rodziny itp. 

Zmiany społeczne przyczyniały się z jednej strony do stopniowego uniezależnia-
nia się kobiet od mężczyzn — w aspekcie ekonomicznym, prawnym, jak i obycza-
jowym, a z drugiej powodowały rosnącą świadomość nierówności i nasilenie się 
ruchów emancypacyjnych. Pracująca kobieta nie potrzebowała bezwzględnie już 
męża, żeby przeżyć.

Prawdziwa rewolucja w statusie rodziny przyszła jednak wraz z rozwojem społe-
czeństwa konsumpcyjnego w drugiej połowie XX wieku. Na przełomie lat 60. i 70. 
w wielkich miastach współczesnej nam cywilizacji w zasadzie żadne tabu już nie 
obowiązywało. 

background image

7

Rosnąca  emancypacja  kobiet,  coraz  lepiej  wykształconych,  coraz  bardziej  świa-
domych swoich możliwości, coraz ambitniejszych, powodowała wśród nich coraz 
większe apetyty na kariery zawodowe, na niezależność finansową, na wysoki sta-
tus społeczny. Dziś w wielu związkach kobieta ma wyższy status społeczny i wyż-
sze zarobki niż mężczyzna. Zdecydowana większość kobiet jest w stanie samo-
dzielnie utrzymać i siebie, i dziecko. Rodzina ostatecznie utraciła swoją funkcję 
ekonomiczną.

System  rent  i  emerytur,  system  opieki  socjalnej  i  instytucjonalnej  spowodował 
ograniczenie  także  funkcji  opiekuńczych  rodziny.  Zapracowani  małżonkowie 
swoje małe dziecko oddadzą do żłobka i do przedszkola, a starych rodziców do 
domu „pogodnej starości”. 

Rewolucja seksualna, upowszechnienie się środków antykoncepcyjnych spowodo-
wały, że zachowania seksualne przestały być ograniczane do heteroseksualnych 
związków małżeńskich. Rewolucja ta uwolniła seks od „wstydu”. Seks stał się źró-
dłem przyjemności, a nie małżeńskim obowiązkiem. Tym samym został oderwa-
ny od funkcji prokreacyjnej w rodzinie. Współczesna kobieta jest w stanie w peł-
ni kontrolować swoją płodność. Z jednej strony posiadanie potomstwa nie jest już 
absolutnym priorytetem dla robiącej karierę zawodową mężatki, a z drugiej — ni-
czym niezwykłym nie jest wychowywanie dziecka przez samotną matkę, która 
rozstała się ze swoim mężem albo urodziła dziecko w związku pozamałżeńskim. 
Tak więc również funkcja prokreacyjna przestała być wyróżnikiem rodziny.

Ludzie decydujący się współcześnie na założenie rodziny kierują się przede wszyst-
kim potrzebami psychologicznymi, szukają oparcia emocjonalnego, miłości, zro-
zumienia,  poczucia  wspólnotowości.  To w  zasadzie ostatnia już z funkcji, jakie 
jedynie rodzina jest w stanie wypełnić. Jak jest ważna, może świadczyć choćby po-
jawienie się w latach 60. w psychologii nurtu terapii systemowej rodziny. W cza-
sach, kiedy zbiorowość ludzka w naszym obszarze kulturowym przestała być „sys-
temem”, psychologia odkryła, że istnieje coś takiego, jak psychologiczna potrzeba 
więzi z innymi, że człowiek do prawidłowego funkcjonowania na poziomie psy-
chicznym potrzebuje spójnej „wspólnoty”, że źródłem problemów jednostki jest 
brak takiej dobrze funkcjonującej wspólnoty w jego otoczeniu, że pomoc psycho-
logiczna musi polegać na przywróceniu poczucia przynależności do systemu ro-
dzinnego. Rzecz w tym, że przemiany społeczne, o których piszemy, i w tym ob-
szarze przyniosły daleko idące konsekwencje. 

Kryzys tradycyjnego modelu rodziny ma wymiar 

społeczno-demograficzny

 i 

spo-

łeczno-indywidualny

.

Ten pierwszy pokazuje statystyka. Systematycznie spada liczba rodzin w tradycyj-
nym kształcie — małżeństwo z dwójką i więcej dzieci. Rośnie liczba alternatyw-
nych form życia rodzinnego. 

Kolejne spisy ludności wykazują, że coraz więcej rodzin to „jednoosobowe gospo-
darstwa domowe”, co mówiąc po ludzku, oznacza że coraz więcej ludzi żyje sa-
motnie. Rośnie liczba rodziców, głównie matek, samotnie wychowujących jedno 
lub więcej dzieci.

Systematycznie rośnie, kosztem tradycyjnego modelu, liczba związków nieformal-
nych. Coraz więcej dzieci rodzi się w takich związkach. Coraz więcej kobiet rodzi 
dzieci, nie pozostając w żadnym związku. Stosunkowo nowym, coraz powszech-
niejszym zjawiskiem są matki małoletnie.

Z tych związków, które zdecydowały się na legalizację, mniej więcej połowa roz-
padnie się przed upływem kilku lat. 

background image

8

Innym  zjawiskiem  charakterystycznym  dla  naszego  obszaru  kulturowego  jest 
przesunięcie się wieku osób decydujących się na zawarcie małżeństwa oraz wieku 
kobiet rodzących pierwsze dziecko. Coraz więcej kobiet pozostaje tylko przy jed-
nym dziecku, część z nich nie decyduje się na dziecko w ogóle. W województwie 
łódzkim tylko jedno miasto miało w ostatnich latach dodatni przyrost naturalny 
— Bełchatów (a i to prawdopodobnie bardziej ze względów „migracyjnych” niż 
prokreacyjnych). Pozostałe odnotowały w latach dwutysięcznych ujemny bilans 
przyrostu naturalnego (Mikołajczyk-Lerman, 2010).

Aspekt  społeczno-indywidualny  kryzysu  tradycyjnego  modelu  rodziny  ma  wymiar 
osobistych dramatów — zarówno osób dorosłych, jak i dzieci. Wiąże się z zawiedziony-
mi oczekiwaniami, rozczarowaniem, poczuciem odrzucenia, konfliktami w rodzinie.

Większość osób wchodzi w związki małżeńskie z miłości, z pragnieniem miło-
ści — chce kochać i być kochanym. Oczekują od siebie wzajemnego zrozumienia, 
wsparcia, szacunku. Wchodzą w związek, mając w głowie tradycyjny model rodzi-
ny — tej podstawowej grupy wspólnotowej — ciągle mocno osadzony w społecznej 
świadomości. Innym powszechnym złudzeniem jest ów archetyp „matki” i „ojca”, 
związany z tym tradycyjnym modelem. ONA to złotowłosa z baśni — dobra, czu-
ła, opiekuńcza, mądra, cierpliwa, wyrozumiała. ON to myśliwy, rycerz, wojownik 
— twardy, silny, władczy i odważny, odpowiedzialny, czasem czuły, czasem tro-
chę dziki i nieokrzesany. Oboje mają ten wzorzec w głowach i każde z nich sta-
ra się choć trochę na kogoś takiego wyglądać. Przynajmniej na początku. Potem 
zaczynają razem żyć i szybko odkrywają, że życie codzienne nie przypomina ma-
rzeń i wyobrażeń z okresu narzeczeństwa. Że się nie rozumieją, że nie dzielą się 
sprawiedliwie obowiązkami domowymi, że zamiast idylli i domowego ciepła — na 
porządku dziennym są konflikty, utarczki, przepychanki. Że Ona wcale nie ma za-
miaru opiekować się Nim jak jego matka, a On wcale nie jest taki „silny” i „męski”, 
jak się wydawał na początku, już raczej przypomina wielkie, nieporadne dziecko. 
A przecież oboje oczekują rzeczy najprostszych — zrozumienia, docenienia, za-
ufania, szacunku, czasem współczucia. Zamiast tego każde z nich ma poczucie, że 
jest wykorzystywane, niezrozumiane, niedoceniane, każde ma poczucie krzyw-
dy. Eskalacja problemów prowadzi do wzajemnych rozczarowań, rozczarowania 
prowadzą do eskalacji konfliktów i „wojen domowych”. Wojny domowe do rozpa-
du związku. Każde z nich wychodzi z takiego związku pourażane, z poczuciem 
ogromnego zawodu i rozczarowania, poczuciem odtrącenia.

O tym, że nie jest to opis marginalnego zjawiska społecznego, świadczy liczba roz-
wodów i osób żyjących samotnie albo samotnie wychowujących dzieci. 

Robert  Bly,  amerykański  poeta  i  filozof, pisząc o współczesnym modelu rodzi-
ny w USA, zauważa, że rysem charakterystycznym tego modelu jest powszechny 
brak ojców — mężczyzn biorących udział w wychowywaniu dzieci. Amerykańskie 
dzieci chowają się bez ojców. Albo dlatego, że matka jest osobą samotną, albo dla-
tego, że ojciec co prawda w rodzinie występuje, ale pracując w jakiejś korporacji, 
jest ciągle poza domem, wraca bardzo późno, wyjeżdża ciągle w delegacje, więc 
faktycznie i tak go nie ma w domu. Innym wariantem tego modelu jest sytuacja, 
kiedy ojciec mieszka z rodziną, ale jest całkowicie zdominowany przez partnerkę, 
nie ma nic do powiedzenia, więc jego zdanie zupełnie się w rodzinie nie liczy. 

W  rezultacie,  zdaniem  Bly’a,  w  społeczeństwie  amerykańskim  występuje  zanik 
wzorca męskości. Samotne matki, wychowując synów, w zależności od tego, czy są 
bardziej nadopiekuńcze i przyzwalające, czy nadopiekuńcze i zarazem wymagają-
ce — „produkują” dwojakiego rodzaju osobniki rodzaju męskiego. Albo narcyzów 
— zadufanych w sobie, aroganckich nieudaczników, albo neurotyków — często 
nawet i pracowitych, sumiennych, ale słabych psychicznie, oczekujących, że ktoś 
się nimi zaopiekuje jak dzieckiem, będzie podejmował za nich decyzje. 

background image

9

Oznacza to tyle, że zdaniem Roberta Bly’a w społeczeństwie amerykańskim nie ma 
już osób, realizujących tradycyjne wzorce kobiecości i męskości. Prawdziwa, real-
na amerykańska Woman to twarda, silna psychicznie, ambitna, świadoma swojej 
wartości i swoich potrzeb osoba, mająca wyraźnie określone priorytety życiowe, 
w pełni samodzielna i raczej nieskora do zgniłych kompromisów. Z kolei amery-
kański Man w tym obrazie to albo arogancki matołek, próbujący udawać macho
śmieszny i żałosny w tym napinaniu muskułów, albo duży chłopczyk — wrażliwy 
i delikatny, grzeczny i nieśmiały — przemykający lękliwie przez życie, niezdolny 
do  podejmowania  walki,  uciekający  przed  odpowiedzialnością,  przed  poważny-
mi decyzjami (Bly, 2007

http://swietlica.nazwa.pl/psychoterapia/zelazny_jan/ze-

lazny_jan.pdf

).

No i teraz taka silna, niezależna kobieta, zgrywająca w okresie „godowym” przed 
przyszłym partnerem delikatną gejszę, wchodzi w związek z przewrażliwionym, 
raczej mało zaradnym i samodzielnym maminsynkiem, zgrywającym przed ślu-
bem uprzejmego i szarmanckiego twardziela. Czy to się może udać? Powiedzmy 
sobie szczerze — z trudem. 

Powie ktoś, że to obraz mocno przerysowany, poetycka metafora. Pewnie tak. Ale 
proponuję popatrzeć uważnie na siebie, na swoje związki, na związki swoich zna-
jomych. Bo może nie jest aż tak daleki od rzeczywistości?

Oczywiście przyczyn kryzysu tradycyjnego modelu rodziny jest wiele. O niektó-
rych pisałem powyżej. Pewnie można wskazać jeszcze inne. Jedną z ważniejszych 
przyczyn jest z pewnością także i to, co pisaliśmy o zmianach w kulturze i w struk-
turze społecznej. Tradycyjny model rodziny był osadzony w „tradycyjnym” modelu 
społecznym. W związki małżeńskie z reguły wchodziły osoby pochodzące z tego 
samego kręgu społecznego, a więc funkcjonujące w tym samym obszarze kultu-
rowym — miały podobny obraz rzeczywistości, posługiwały się tym samym języ-
kiem, uznawały ten sam system wartości, miały podobne aspiracje życiowe, wy-
nikające ze świadomości swojego miejsca w strukturze społecznej. Ich udziałem 
były podobne schematy biograficzne, które potem z kolei fundowali swojemu po-
tomstwu. „Mezalianse” w tradycyjnych społecznościach były rzadkością.

W świecie „dyferencjacji struktur społecznych”, „pluralizmu kulturowego” i „nie-
widzialnej religii” biografia każdego uczestnika życia społecznego, jest w prakty-
ce niepowtarzalna. W związek małżeński wchodzą ludzie pochodzący z różnych, 
czasem odległych od siebie „światów społeczno-kulturowych”. Mają do tego jesz-
cze w głowach wiele nierealnych oczekiwań i słabą świadomość tego, że przez naj-
bliższe kilka lat będą musieli sporo się napracować, żeby uzgodnić „wspólny obraz 
rzeczywistości”. Że nie jest to niemożliwe, pokazuje przykład tych związków, któ-
re pomimo kryzysów zdołały przetrwać. W końcu nie wszystkie małżeństwa czy 
związki partnerskie się rozpadają. 

Sytuacja taka ma określone konsekwencje w sferze socjalizacyjnej. Z punktu wi-
dzenia  dziecka,  budującego  swoją  spójną  tożsamość,  sytuacją  idealną  jest  taka, 
kiedy rodzice mają zbliżone poglądy na świat, wyznają podobne wartości i prze-
kaz, jaki otrzymuje od obojga rodziców, jest jednolity. 

Sytuacją, w której przekaz taki może być dość jednolity, pomimo że rodzice nie 
tworzą „wspólnoty”, jest taka, kiedy jedno z rodziców jest osobą zdecydowanie do-
minującą, a drugie całkowicie podporządkowaną. W domu obowiązują definicje
rzeczywistości  formułowane  przez  najsilniejszego  członka  rodziny.  Oczywiście 
różnice między tymi dwoma „modelami” rodziny są istotne, ale nie ma tu miejsca, 
żeby się głębiej nimi zajmować.

Zaburzone relacje pomiędzy rodzicami, sprzeczne przekazy, jakie otrzymuje od 
nich  dziecko,  mniej  lub  bardziej  otwarte  kryzysy  małżeńskie  i  konflikty, które

background image

10

zwykle, prędzej czy później, pojawiają się w takich sytuacjach, powodują zabu-
rzenia w sferze poznawczej i emocjonalnej u dziecka, utrudniając mu zbudowanie 
indywidualnej, spójnej tożsamości, owej „prywatnej, niewidzialnej religii” Luck-
manna — niezbędnej do radzenia sobie w dzisiejszej rzeczywistości.

background image

11

 3. Nieprawidłowości wychowania 

dzieci w rodzinach z obszaru 

wykluczenia społecznego

Oddzielnym problemem, ściśle związanym z zagadnieniami socjalizacji i eduka-
cji, jest kwestia osób i rodzin żyjących w obszarze 

wykluczenia społecznego

Problem wykluczenia czy marginalizacji jest w wymiarze społecznym niezwykle 
ważny z dwóch powodów — po pierwsze dotyka relatywnie dużą część populacji, 
a po drugie niesie z sobą szereg istotnych konsekwencji — w wymiarze ekono-
micznym (np. kwestia nieczynnych zawodowo zdrowych osób dorosłych, problem 
zapewnienia pomocy materialnej takim osobom) i społecznym — rodziny w per-
manentnym  kryzysie,  uzależnienia,  przestępczość,  funkcjonowanie  w  miastach 
enklaw biedy, problem „dziedziczenia” biedy i wykluczenia przez dzieci pocho-
dzące z tych rodzin. 

Wykluczenie społeczne definiowane jest zwykle jako sytuacja, w wyniku
której członkowie określonej grupy społecznej, z przyczyn od nich nieza-
leżnych i przez nich niezawinionych, nie mogą uczestniczyć w pełni w życiu 
całego społeczeństwa, nie mogą korzystać ze wszystkich jego dóbr i zaso-
bów. Marginalizacja wiąże się zazwyczaj z jakąś formą społecznej izolacji 
i dyskryminacji.

 Izolacja taka może wynikać z wielu różnych powodów, najczę-

ściej są to przyczyny o charakterze kulturowym, np. kwestia mniejszości etnicz-
nych, osoby niepełnosprawne, chore, mniejszości seksualne, albo ekonomicznym 
— wykluczenie jest związane z niskim statusem materialnym, biedą, ubóstwem. 
Oczywiście ekonomiczny wymiar wykluczenia ma także swoje konsekwencje spo-
łeczno-kulturowe. Najczęściej mamy zresztą do czynienia ze sprzężeniem zwrot-
nym — ubóstwo prowadzi do społecznej marginalizacji, społeczne wykluczenie 
prowadzi często (choć dodajmy, że nie zawsze) do ubóstwa. Przyczyny prowadzą-
ce do społecznego wykluczenia o charakterze ekonomicznym związane są zwykle 
z faktem, że osoby nim dotknięte nie posiadają dostatecznych umiejętności albo 
możliwości pozwalających im na „normalne” funkcjonowanie — radzenie sobie na 
rynku pracy, zdobycie społecznie akceptowanej pozycji społecznej, umiejętność 
korzystania z dostępnych zasobów społecznych, instytucji itp.

Społeczna  izolacja  wiąże  się  z  jakimiś  formami  dyskryminacji.  Mogą  one  mieć 
wymiar obiektywny, np. kwestia braku dostępu do różnych dóbr społecznych, ta-
kich  jak  choćby  właśnie  edukacja,  ale  także  ochrona  zdrowia,  kwestia  ochrony 
prawnej, dostępu do kultury, możliwości zatrudnienia itp. Może też mieć wymiar 
„świadomościowy” — oznacza społeczne uprzedzenia i stereotypy. Izolacja wyni-
ka z takiej postawy, kiedy „zdrowa” część społeczeństwa traktuje swoje mniejszo-
ści jako „innych” — ludzi kulturowo „obcych”, tak czy owak niemiłych, czasem 
wręcz „wstrętnych” czy jakoś „niebezpiecznych”. Jedyne, co można wtedy zrobić, 
to trzymać ich w bezpiecznej odległości. Taka postawa zakłada myślenie, że „wy-
kluczeni” sami są sobie winni, są nic niewarci, w pełni zasłużyli na swój los. Nie 
ma tu oczywiście miejsca na jakiekolwiek współczucie. Żyją tak, bo tak lubią, takie 
życie sobie wybrali, mają to, na co zasłużyli. 

background image

12

To jest zewnętrzny wymiar marginalizacji. Powiedzielibyśmy: „obiektywny”. Mar-
ginalizacja ma także swój wymiar „subiektywny”. Wiąże się z określoną postawą 
życiową osób z tego obszaru życia społecznego — brakiem elementarnego zaufa-
nia w trzech obszarach — 

wiary w siebie, w los i w ludzi

Brak wiary w siebie

 oznacza przekonanie, że „jestem nic niewart, nic mi się w ży-

ciu nie udaje, nic nie umiem, niczego nie potrafię, cokolwiek zrobię, zawsze wycho-
dzi źle”; to także brak poczucia własnej wartości, poczucia godności, szacunku do 
samego siebie. To z takiego przekonania bierze się postawa bierności — człowiek, 
który oczekuje wyłącznie porażek, przestaje się w końcu o cokolwiek starać, bo ileż 
razy można przeżywać upokorzenie kolejnej porażki. Otoczenie społeczne — w po-
staci „normalnych” sąsiadów, służb społecznych, a u dzieci także szkoły — niestety 
zwykle pogłębia i utrwala tę samoocenę.

Brak wiary w los

 oznacza brak nadziei na zmianę, przekonanie, że sytuacja, w jakiej 

żyją, jest nieodwracalna, że nie ma najmniejszych możliwości, by cokolwiek w tym 
losie zmienić — „nic w moim życiu nigdy nie zmieni się na lepsze, nic dobrego już 
mnie w życiu nie czeka”.

Brak wiary w ludzi

 wiąże się z poczuciem wrogości otaczającego świata, prze-

konaniem, że wszyscy ludzie wokół są przeciwko mnie. Że mój los, w najlepszym 
przypadku, jest im całkowicie obojętny, w najgorszym — że gotowi są dodatkowo 
mi zaszkodzić. Przekonanie, że wokół nie ma ani jednej życzliwej osoby. Jest to po-
czucie bezbrzeżnego osamotnienia, niezrozumienia, odtrącenia. 

W miarę pełny i zarazem syntetyczny opis sytuacji osób z obszaru wykluczenia 
społecznego  znajdujemy  w  tekście  Anny  Orzechowskiej,  wygłoszonym  na  kon-
ferencji z cyklu „Przemoc w pomocy”, organizowanym w kilku miastach Polski 
przez Federację na Rzecz Integracji Społecznej w 2010 r. (

http://www.frs.pl

).

Anna Orzechowska, Powiślańskie Towarzystwo Społeczne

Problemy rodzin zmarginalizowanych

„Warto zaznaczyć, że w większości są to rodziny, które od pokoleń dziedziczą bie-
dę i bezrobocie. 

Żyją w tym samym środowisku i w podobny sposób jak ich rodzice. Nie znają in-
nych możliwości. Wielu dorosłych to wychowankowie placówek, w pewnym sensie 
nieprzygotowani do życia „na wolności”. Po wielu latach spędzonych w instytucji, 
gdzie z jednej strony niewiele mogli, ale też niewiele musieli, nie znają ceny i war-
tości podstawowych rzeczy. Uważają się za pokrzywdzonych przez los, służby, wła-
sną rodzinę i oczekują zadośćuczynienia. Uważają że należy się im pomoc, szcze-
gólne przywileje, a już na pewno zabezpieczenie ich podstawowych potrzeb. 

Rodziny te żyją pod presją wielu codziennych problemów, które są w ich ocenie nie 
do rozwiązania. Przede wszystkim brakuje im pieniędzy i środków do życia i wokół 
tego koncentruje się najczęściej ich uwaga. Nierzadko żyją w trudnych warunkach 
socjalnych, w małych, ciasnych, przepełnionych, pozbawionych podstawowych wy-
gód domach czy mieszkaniach. Mają problemy zdrowotne wynikające z wieloletnich 
zaniedbań, często w ogóle nie korzystają ze służby zdrowia. Brakuje im dokumentów, 
zaświadczeń, wiele spraw urzędowych od lat pozostaje niezałatwionych. Ponieważ 
mają małą wiedzę o świecie, nie umieją korzystać z pomocy instytucji, nie znają swo-
ich praw. Łatwo ich oszukać, wprowadzić w błąd, zlekceważyć. Brakuje im wykształ-
cenia, kwalifikacji zawodowych, umiejętności i doświadczeń związanych z pracą za-
wodową.

background image

13

Zmianę,  możliwość  nadrobienia  deficytów najbardziej utrudniają im problemy
emocjonalne.  Przede  wszystkim  bezradność,  niedojrzałość,  poczucie  krzywdy, 
nieufność, brak wiary w siebie, niskie poczucie sprawczości, brak wzorców, nie-
umiejętność systematycznego działania. Ponieważ przytłacza ich wielość proble-
mów, uciekają od rzeczywistości w fantazje, uzależnienia lub po prostu w ogląda-
nie telewizji. 

Nie wierzą w siebie, czują się gorsi od innych, więc nie ryzykują kolejnych porażek 
i upokorzeń, które wiązałyby się z jakąkolwiek próbą zmiany sytuacji. Boją się kur-
sów, bo kojarzą się im ze szkołą. Boją się pracy, bo oznacza zależność, ocenę i od-
biera swobodę do której przywykli. Nie wierzą w siebie, swoją sprawczość, wydaje 
się im, że mają pecha, a inni są szczęściarzami, czasem czekają na wygraną w toto-
lotka, marzą, ale nie robią planów na przyszłość.

W  rodzinach  tych  jest  wiele  konfliktów pomiędzy członkami rodziny, nieporo-
zumień  z  sąsiadami,  pozrywane  są  więzi  i  kontakty  z  rodzinami  pochodzenia. 
Nie ma nikogo, kto byłby gotów im pomóc. Ludzie ci sami nie wierzą w możli-
wość zmiany, w związku z tym są bierni, żyją z dnia na dzień, czują się odrzuceni 
przez wszystkich. Z problemami radzą sobie najlepiej jak potrafią, czyli „na skró-
ty”, utrzymują się z drobnych przestępstw, alimentów, zasiłków, darów. Są obiek-
tem zainteresowania wielu służb, w ich domach często bywa policja, kuratorzy, 
pracownicy socjalni, czasem zajrzy ktoś ze szkoły — zazwyczaj bez uprzedzenia 
próbując ich przyłapać na czymś, co umożliwi bardziej radykalną „pomoc”.

Dzieciom chowanym w tych rodzinach brakuje poczucia bezpieczeństwa, nie mają 
stabilnej i przewidywalnej sytuacji i oparcia w dorosłych. Ich podstawowe potrze-
by fizyczne i emocjonalne są słabo i nieregularnie zaspokajane. W domach tych
nie ma stałych reguł gry, brakuje jasnych i stabilnych oczekiwań od dzieci i sil-
nych więzi emocjonalnych. Dzieci żyją w stałym napięciu wynikającym z konflik-
tów i kryzysów rodzinnych, mają wiele zaniedbań zdrowotnych: niezdiagnozowa-
ne wady rozwojowe, brak szczepień, badań, bilansów. W wielu rodzinach się nie 
gotuje, członkowie rodziny odżywiają się nieregularnie i nieracjonalnie (słodycze, 
fast-foody). Rodzice przekazują dzieciom ubogie dziedzictwo kulturowe (wzorce, 
normy, wiedza o świecie), mają one również mały zasób słów, często nie rozumieją 
języka. Nie mają dostępu do komputerów, zajęć artystycznych, sportowych, eduka-
cyjnych. Często są niedomyte, źle ubrane, co nierzadko powoduje niechęć i izolację 
ze strony rówieśników i status „czarnej owcy” w szkole. W związku z tym, że dzie-
ci z marginalizowanych rodzin żyją w stałym napięciu, nie umieją koncentrować 
uwagi, mają słabą pamięć. Ponieważ stale walczą o uwagę (np. destrukcją), mają 
wiele problemów w szkole. Żyją z godziny na godzinę, podobnie jak ich rodzice nie 
planują niczego na przyszłość, brakuje im poczucia sprawczości, nie wierzą w sie-
bie. Unikają ryzyka, unikają porażek. Są nieufni wobec innych, a szczególnie wo-
bec dorosłych. Nie umieją działać długofalowo, nie potrafią uczyć się na błędach,
brakuje im odpowiedzialności za siebie i swoje życie oraz nadziei na zmianę. Są 
bierne, roszczeniowe, mają nierealistyczne wyobrażenia i oczekiwania. Mają nato-
miast wiele form kompensacji: kłamstwa, fantazje, uzależnienia, manipulacje, gry, 
pozory”.

W sposób oczywisty problemy rodzin z obszaru wykluczenia społecznego prze-
kładają się na problemy dzieci pochodzących z tych rodzin. 

Rodziny te nie są w stanie przekazać swoim potomkom takiego dziedzictwa kul-
turowego, które wyposażyłoby je we wszystkie, czy choćby podstawowe, umiejęt-
ności radzenia sobie w otaczającym je świecie. Szczerze mówiąc, nie są w stanie 
przekazać im jakiegokolwiek dziedzictwa kulturowego. Jeśli już czegoś uczą, to 
sposobów  przetrwania  w  tym  nieprzyjaznym,  nieprzychylnym  dla  nich  świecie 
(głównie zresztą destrukcyjnych, takich jak bierność, uzależnienia, drobna prze-

background image

14

stępczość, unikanie porażek itp.). Bo też na tym polega ich codzienna egzysten-
cja — na podejmowaniu wysiłków, żeby dożyć do dnia następnego. Jest to też jed-
na z istotnych przyczyn, z powodu których nie zajmują się w sposób dostateczny 
swoimi dziećmi. Wszyscy pamiętamy hierarchię potrzeb Maslowa. Pojawienie się 
„potrzeby” wyższej jest uwarunkowane zaspokojeniem potrzeby „niższej”. Te naj-
bardziej podstawowe to potrzeby fizjologiczne i potrzeby bezpieczeństwa — zwią-
zane z fizycznym przetrwaniem i elementarnym poczuciem bezpieczeństwa. Po-
tem potrzeby przynależności i miłości, szacunku i uznania, wreszcie poznawcze, 
estetyczne, samorealizacji i rozwoju. Wyobraźmy sobie kogoś, kto nie wie, czy ju-
tro będzie miał co jeść, bo nie ma żadnych pieniędzy; nie wie, czy będzie miał 
gdzie  mieszkać,  bo  za  niepłacony  od  lat  czynsz  grozi  mu  eksmisja;  żyje  w  nie-
ustannym napięciu, skonfliktowany z żoną, otoczeniem społecznym, pod presją
„polujących” na niego przedstawicieli „służb pomocowych”; w poczuciu osamot-
nienia, opuszczenia, niezrozumienia przez wrogi świat itd. Czy nie kochają swo-
ich dzieci? W większości tych rodzin — kochają, ale te problemy odbierają im całą 
energię i uwagę. W ich świecie nie ma już miejsca na nic więcej. W takich rodzi-
nach nikt nie planuje posiadania dzieci — pojawiają się same i chcąc nie chcąc 
muszą dzielić los swojej rodziny. Dorośli w tych rodzinach walczą o fizyczne prze-
trwanie — żeby zajmować się czymś więcej, np. edukacją i wychowywaniem dzie-
ci, trzeba mieć jakieś nadwyżki energii i uwagi, a oni ich nie mają. A nawet gdy-
by mieli, to nie wiedzą też, jak się tymi dziećmi zajmować, ponieważ nimi, kiedy 
sami byli mali, też się nikt nie zajmował. 

Kiedy podrosną, dzieci z takich rodzin trafiają do szkoły i tam podlegają wtórnej
marginalizacji. Mają wiele braków, niewielką wiedzę, ubogi język, są opóźnione 
rozwojowo w różnych wymiarach, a do tego wszystkiego mają wiele dodatkowych, 
bardzo  poważnych  problemów:  domowych  (niedostatek,  konflikty, zaniedbania
opiekuńcze), zdrowotnych, emocjonalnych (zaburzone poczucie bezpieczeństwa, 
niska samoocena, wysoki poziom lęku — żyją w stałym napięciu emocjonalnym).

Takie dzieci szkoła, czyli nauczyciele, uczniowie i ich rodzice, traktuje jak obco-
plemieńców, członków gorszej kasty. To są ci „Inni”, których nie sposób zrozumieć 
i  trudno  zaakceptować.  Tak  czy  owak  przypadek  dla  służb  specjalnych.  Służby 
specjalne w szkole to pedagog i psycholog. Oni są ci „normalni”, „zdrowi”, więc też 
niewiele rozumieją, ale taki mają zawód — zajmować się trudnymi i beznadziejny-
mi przypadkami. Więc się zajmują. Ale dziecko pochodzące z rodziny zmarginali-
zowanej na ogół nie znajdzie tu ani zrozumienia, ani współczucia, ani akceptacji, 
nie wspominając już o realnym wsparciu.

background image

15

 Literatura

1.  Bly R., 2007: Żelazny Jan. Rzecz o mężczyznach, Zysk i S-ka, Poznań.

2.  Erikson E., 2002: Dopełniony cykl życia, Rebis, Poznań.

3.  Erikson E., 2000: Dzieciństwo i społeczeństwo, Rebis, Poznań.

4.  Miasta w województwie łódzkim w latach 2000–2007, 2009: Urząd Statystyczny 

w Łodzi, Łódź.

5.  Mikołajczyk-Lerman G., 2010: Rodzina w woj. łódzkim — problemy i zagrożenia 

a możliwości realizacji funkcji rodziny, „Acta Universitatis Lodziensis. Folia So-
ciologica”, nr 35.


Document Outline